background image

JUDE DEVERAUX

POTRZASK

background image

1

Południowa Anglia, sierpień 1502

Elizabeth   Chatworth   stała   na   krawędzi   skalnego   urwiska,   wpatrując   się   w   morze 

pastwisk i pól jęczmienia. W dole widziała drobne postacie z kosami na ramionach, kilku 

ludzi na koniach i człowieka popędzającego zaprzęg wołów.

Prawie jednak nie dostrzegała tych ludzi. Brodę trzymała zadartą wysoko i nic nie 

było w stanie jej w tej chwili poruszyć. Zachwiała się pod wpływem gwałtownego podmuchu 

ciepłego wiatru, lecz uparcie trwała w miejscu. Jeśli nie załamało jej to, co dziś się zdarzyło, 

nie ugnie jej z pewnością poryw wiatru.

Jej   zielone,   oczy   były   suche,   ale   gardło   miała   ściśnięte   ze   złości   i   od 

powstrzymywanych  łez. Szczęki zaciskały się i rozluźniały,  kiedy oddychała głęboko, by 

uspokoić walące jak młotem serce.

Kolejny   podmuch   rozwiał   potargane   miodowozłote   włosy   Elizabeth   i   nawet   nie 

zauważyła,   że   od   poszarpanej,   brudnej   sukni   oderwała   się   ostatnia   perła   i   potoczyła   po 

czerwonym jedwabiu na ziemię. Piękny strój, który włożyła na ślub przyjaciółki był teraz w 

strzępach, włosy rozpuszczone i potargane, twarz ubrudzona, a ręce wykręcone  do tyłu  i 

związane.

Bez zmrużenia powiek podniosła oczy do rozżarzonego letnim słońcem nieba. Zawsze 

mówiono jej, że ma w sobie coś anielskiego, lecz teraz wyglądała szczególnie delikatnie i 

spokojnie, jak niebiańska istota - z burzą włosów otaczającą ją jak jedwabny płaszcz i w 

podartej sukni, która nadawała jej wygląd męczennicy.

Jednak myśli Elizabeth były jak najdalsze od łagodności czy przebaczenia.

- Będę   walczyć,   nawet   gdybym   miała   przypłacić   to   życiem   -   szepnęła,   patrząc   w 

niebo,   a   jej   szmaragdowe   oczy   pociemniały.   -   Żaden   mężczyzna   mnie   nie   złamie.   Nie 

poddam się nigdy woli mężczyzny.

- Modlisz się do Pana Boga, co? - Z tyłu rozległ się głos jej porywacza.

Powoli odwróciła się do niego, a jej lodowate spojrzenie sprawiło, że cofnął się o 

krok.   Był   takim   samym   bufonem   jak   ten   ohydny   człowiek,   któremu   służył,   Pagnell 

Waldenham, lecz wyłaził z niego tchórz, gdy nie było w pobliżu jego pana.

John zakaszlał nerwowo, a potem zuchwale postąpił do przodu i chwycił Elizabeth za 

ramię.

- Możesz sobie myśleć, że jesteś wielką damą, ale teraz ja jestem twoim panem.

Spojrzała na niego z ukosa, nie okazując, że uścisk sprawia jej ból - w końcu spotkało 

background image

ją już w życiu tak wiele fizycznego i psychicznego cierpienia.

- Nigdy nie będziesz niczyim panem - powiedziała spokojnie.

Na chwilę rozluźnił dłoń na jej ramieniu, ale w następnej sekundzie brutalnie popchnął 

ją do przodu. O mało nie straciła równowagi. Z wysiłkiem trzymając się na nogach, zaczęła 

iść przed siebie.

- Każdy mężczyzna jest panem dla kobiety - mówił za jej plecami John. - Takie jak ty 

po   prostu   jeszcze   tego   nie   zrozumiały.   Wystarczy,   żeby   jeden   prawdziwy   mężczyzna 

przygniótł cię do ziemi, i nauczysz się, kto jest twoim panem. A z tego, co słyszałem, ten 

Miles Montgomery da ci, czego potrzebujesz.

Słysząc   imię   Montgomery'ego   Elizabeth   potknęła   się   i   upadła   na   kolana.   John 

roześmiał się głośno, jakby dokonał jakiegoś wyczynu. Stał obok, patrząc z bezczelną miną, 

jak Elizabeth bezradnie szarpie się, żeby wstać, ze związanymi na plecach rękami i nogami 

zaplątanymi w fałdy sukni.

- Rajcuje cię myśl o Montgomerym, co? - zadrwił i podniósł ją z ziemi. Przesunął 

brudnym palcem po jasnej skórze policzka i delikatnych wargach. - Jak taka śliczna niewiasta 

może być prawdziwą jędzą? Moglibyśmy we dwoje miło spędzić czas, a lord Pagnell nigdy o 

niczym się nie dowie. Co za różnica, kto będzie pierwszy? Montgomery i tak pozbawi cię 

dziewictwa, więc to bez znaczenia, dzień wcześniej czy później...

Elizabeth zebrała ślinę w ustach i splunęła mu w twarz. John z rozmachem wymierzył 

jej cios w głowę, lecz zwinnie uchyliła  się i zaczęła biec. Związane ręce uniemożliwiały 

jednak ucieczkę i John łatwo ją złapał - chwycił za resztki podartej sukni, tak że upadła 

twarzą do ziemi.

- Ty podły kocmołuchu! - zacharczał. Odwrócił Elizabeth i usiadł na niej okrakiem. - 

Zapłacisz za to! Nie chciałem ci robić krzywdy, ale należy ci się porządne lanie.

Nie mogła się ruszyć, a ból w skrępowanych za plecami ramionach spowodował, że 

łzy napłynęły jej do oczu.

- Nie będziesz  mnie bił, prawda? - odezwała się porozumiewawczo.  - Pagnell  nie 

puściłby ci tego płazem. Ludzie twojego pokroju nigdy nie narażają się tak bezmyślnie.

John położył ręce na piersiach dziewczyny i przywarł wargami do jej ust, ona jednak 

nawet nie drgnęła. Z niesmakiem podniósł się i wściekły podszedł do koni.

Elizabeth usiadła, starając się odzyskać spokój. Dobrze umiała skrywać uczucia, a 

teraz chciała zachować wszystkie siły na to, co ją czeka.

Montgomery! To nazwisko wciąż brzmiało w jej głowie. Wszystkie lęki, wszystkie 

nieszczęścia w jej życiu związane były z nazwiskiem klanu Montgomerych. Jeden z nich 

background image

pozbawił jej szwagierkę urody i doprowadził prawie do obłędu. Inny winien był hańby jej 

starszego brata i zniknięcia młodszego, Briana. A pośrednio również jeden z Montgomerych 

był powodem jej porwania.

Elizabeth brała udział w weselu przyjaciółki i przez przypadek podsłuchała, jak ten 

odrażający człowiek, którego znała całe życie, Pagnell, planuje wraz ze swymi ohydnymi 

krewniakami   poddanie   jednej   z   uroczych   śpiewaczek   próbie   czarownicy.   Gdy   starała   się 

uratować dziewczynę, Pagnell pochwycił je obydwie i dla żartu postanowił odesłać Elizabeth 

do wroga jej rodziny,  Montgomery'ego. Może sprawy nie potoczyłyby  się tak źle, gdyby 

młoda śpiewaczka, w szczerym, lecz niezbyt mądrym odruchu, nie wyznała, że jest w pewien 

sposób powiązana z Montgomerym.

Pagnell związał i zakneblował Elizabeth, zawinął ją w brudny kawał płótna i rozkazał 

swemu słudze Johnowi odstawić ją do słynnego lubieżnika, notorycznie pławiącego się w 

rozpuście   Milesa   Montgomery'ego.   Elizabeth   słyszała,   że   ze   wszystkich   czterech 

Montgomerych najmłodszy, dwudziestoletni chłopak - zaledwie dwa lata od niej starszy - jest 

najgorszy. Nawet w klasztorze, gdzie spędziła kilka ostatnich lat, słyszała historie o Milesie 

Montgomerym.

Mówiono, że jako szesnastolatek sprzedał duszę diabłu i dzięki temu zyskał jakąś 

bezbożną władzę nad kobietami. Elizabeth śmiała się z tych opowieści, lecz nie zdradzała 

prawdziwego powodu rozbawienia. Sądziła, że Miles Montgomery był raczej podobny do jej 

zmarłego   brata   Edmunda   i   rozkazywał,   by   siłą   przyprowadzano   mu   kobiety   do   sypialni. 

Nasienie tego nieszczęsnego Montgomery'ego było podobno tak skuteczne, że spłodził co 

najmniej setkę bękartów.

Trzy   lata   temu   Bridget,   młoda   dziewczyna,   którą   Elizabeth   poznała   w   klasztorze, 

poszła   na   służbę   do   dawnej   twierdzy   Montgomerych.   Była   to   ładna   panna   o   dużych, 

ciemnych   oczach   i   obfitych   biodrach.   Ku   zgorszeniu   Elizabeth   pozostałe   mieszkanki 

klasztoru zachowywały się tak jakby dziewczyna przygotowywała się do wesela albo złożenia 

jakiejś   sekretnej   ofiary.   Na   dzień   przed   odejściem   Bridget   spędziła   z   przeoryszą   dwie 

godziny, a podczas nieszporów miała zapuchnięte od płaczu oczy.

Jedenaście miesięcy później wędrowny muzykant przyniósł wieść, że Bridget urodziła 

dużego, zdrowego chłopca  i nazwała  go James Montgomery.  Powszechnie  wiedziano,  że 

ojcem dziecka jest Miles.

Elizabeth   uczestniczyła   w   wielu   modlitwach   na   intencję   odpuszczenia   grzechów 

Bridget. W głębi ducha przeklinała wszystkich mężczyzn podobnych do jej brata Edmunda i 

Milesa Montgomery'ego - łajdaków, którzy uznawali kobiety za istoty pozbawione duszy, bili 

background image

je, gwałcili i zmuszali do ohydnych praktyk.

John przerwał tok myśli Elizabeth, chwytając ją za włosy i stawiając na nogi.

- Czas na modlitwę się skończył - warknął jej w twarz. - Montgomery rozbił obóz, a to 

dobra sposobność, żeby rzucił okiem na swoją następną... - Uśmiechnął się. - Na matkę swego 

następnego bękarta.

Roześmiał  się  głośno, gdy  zaczęła  się  wyrywać.  Kiedy zauważyła,   że  bawi  go ta 

szarpanina, uspokoiła się i popatrzyła na niego lodowato.

- Wiedźma!   -   parsknął.   -   Zobaczymy,   czy   Montgomery   da   sobie   radę   z   takim 

aniołkiem, na jakiego wyglądasz. A może okażecie się siebie warci? Wciąż uśmiechnięty, 

chwycił ją mocniej za włosy i przyłożył do gardła ostrze małego sztyletu. Gdy nie drgnęła 

nawet pod dotykiem chłodnej stali, jego uśmiech zamienił się w złośliwy grymas.

- Niektórzy   spośród   Montgomerych   popełniają   błąd   i   zniżają   się   do   rozmowy   z 

kobietami zamiast używać ich do tego, do czego stworzył je Bóg. Mam nadzieję, że Miles nie 

ma takich głupich pomysłów.

Powoli   przesunął   ostrze   sztyletu   w   dół   po   szyi   Elizabeth   aż   do   brzegu   sukni,   a 

właściwie strzępów tego, co z niej zostało.

Wstrzymała oddech, nie odrywając od niego wzroku. Stała jak skamieniała. Nie miała 

zamiaru prowokować go do użycia noża.

John nie zadrasnął jej skóry, lecz sztylet lekko przeciął przód sukni i ciasny gorset pod 

spodem. Odsłonił jej piersi i znów spojrzał prosto w oczy.

- Chowałaś tu niezły kąsek, Elizabeth - szepnął. Zesztywniała i odwróciła od niego 

twarz. To prawda, że ubierała się tradycyjnie, spłaszczając biust i nie podkreślając talii. Jej 

twarz bardziej przyciągała uwagę mężczyzn niż chciała, ale oprócz chowania włosów pod 

czepcem niewiele mogła zrobić.

John stracił zainteresowanie jej twarzą, zajęty rozcinaniem resztek sukni. Nie widział 

wielu nagich kobiet, a nigdy tak wysoko urodzonej i pięknej jak panna Chatworth.

Elizabeth zupełnie zmartwiała. Kiedy ubranie spadło na ziemię i poczuła na skórze 

ciepłe sierpniowe słońce, zdała sobie sprawę, że to gorsze od wszystkich okropności, które do 

tej pory ją spotkały.

Zamrugała oczami, kiedy Johnowi wyrwał się z głębi gardła obleśny pomruk:

- Niech diabli porwą Pagnella!

Cofnęła się, kiedy wyciągnął do niej ręce. Spiorunowała go wzrokiem, starając się 

zachować godność, i spostrzegła, że z ust prawie cieknie mu piana.

- Jeżeli mnie tkniesz, możesz się już pożegnać z życiem - powiedziała głośno. - Jeśli 

background image

mnie zabijesz, Pagnell każe poderżnąć ci gardło, a jeśli  nie, na pewno dowie  się, co mi 

zrobiłeś. Zapomniałeś już, co znaczy wściekłość mojego brata? Czy twoje życie warte jest 

chwili rozkoszy z jakąkolwiek kobietą?

John otrzeźwiał i spojrzał na nią uważnie.

- Mam nadzieję, że Montgomery da ci się we znaki - powiedział z naciskiem i szybko 

podszedł   do kobierca   przewieszonego  przez   grzbiet konia.  Bez  słowa  rozłożył dywan   na 

ziemi.

- Kładź się - rozkazał, nie patrząc na dziewczynę.

- I   ostrzegam   cię,   kobieto,   że   jeśli   nie   będziesz   posłuszna,   zapomnę   o   Pagnellu, 

Montgomerym i twoim narwanym bracie.

Położyła się na dywanie. Ostra wełna kłuła jej nagą skórę. Kiedy John przyklęknął 

obok, wstrzymała oddech. Brutalnie pchnął ją na brzuch, przeciął więzy na nadgarstkach i 

zanim  się  zorientowała,   szarpnął   za  brzeg   dywanu   i  zaczął  ją  zawijać.  Przestała  myśleć, 

skupiona instynktownie jedynie na tym, by się nie udusić.

Wydawało jej się, że leży tak przez całą wieczność, z głową wykręconą do tyłu, w 

kierunku krańca rulonu, skąd napływało powietrze. Kiedy w końcu ją podniósł, z trudem 

łapała oddech, a gdy przerzucił ją przez siodło konia, myślała już, że z braku powietrza pękną 

jej płuca.

Usłyszała stłumiony przez zwoje kobierca głos Johna:

- Następnym człowiekiem, którego zobaczysz, będzie Miles Montgomery. Pomyśl o 

tym w drodze. Nie będzie dla ciebie taki miły jak ja.

W pewnym sensie pomogły jej te słowa, gdyż na myśl o Milesie Montgomerym i jego 

bezeceństwach zaczęła głębiej oddychać, przeklinając na wybojach całą rodzinę Montgome-

rych, ich dom, krewniaków i służbę - i modliła się za niewinne dzieci Montgomerych, które 

należą do tego klanu bezbożników.

Namiot   Milesa   Montgomery'ego   wyglądał   olśniewająco:   cały   z   ciemnozielonego 

cienko  tkanego jedwabiu  ze  złotymi  zdobieniami,  tak  samo lśniącymi  złotem lampartami 

Montgomerych,   wymalowanymi   wzdłuż   fryzy   dachu,   i   proporcami   powiewającymi   na 

szczycie  zwieńczonym  koroną.  Wewnątrz  ściany były  pokryte  bladozielonym  jedwabiem. 

Stało tu kilka składanych taboretów, wyłożonych niebieskim i złotym brokatem, duży stół z 

wyrzeźbionymi  lampartami   i  dwa  łoża   naprzeciw   siebie   pod  ścianami   -  jedno   niezwykle 

długie - pokryte lisimi skórami. Wokół stołu stało czterech mężczyzn, dwóch ubranych w 

bogate stroje rycerzy Montgomerych. Dwaj pozostali słuchali uważnie jednego ze sług, który 

mówił do milczącego Milesa:

background image

- Twierdzi, że ma dla ciebie podarek, milordzie. To może być jakiś podstęp. Co lord 

Pagnell mógłby ci ofiarować?

Miles Montgomery uniósł ciemne brwi i to wystarczyło, by jego sługa spuścił z tonu. 

Czasem nowo przybyli na służbę sądzili, że ze względu na młody wiek pana mogą pozwalać 

sobie na pewne poufałości.

- Czy w dywan może być zawinięty jakiś człowiek?

- spytał mężczyzna stojący u boku Milesa. Sługa z potulną już miną podniósł wzrok na 

sir Guya.

- Jeśli tak, to bardzo drobny.

Sir Guy i Miles popatrzyli na siebie w milczącym porozumieniu.

- Przyślij go tu z tym podarkiem - odezwał się sir Guy.

- Przywitamy ich z obnażonymi  mieczami.  Rycerz  wyszedł i pojawił  się znów po 

chwili z ostrzem miecza przytkniętym do pleców człowieka niosącego dywan.

Z bezczelnym uśmieszkiem John rzucił swój tobół na pokrytą kobiercami ziemię i 

mocno pchnął nogą rulon, tak że podarek rozwinął się tuż u stóp Milesa.

Cztery pary rozwartych ze zdziwienia oczu wpatrywało się w to, co przed nimi leżało: 

nagą, jakby uśpioną kobietę z długimi rzęsami rzucającymi cień na delikatnie zaróżowione 

policzki i masą miodowozłotych włosów, otulającą jej talię i uda. Miała gorsząco powabne 

kształty,  pełne  piersi, wąską  kibić  i długie,  długie  nogi.  A jej  twarz  była  ucieleśnieniem 

marzeń każdego mężczyzny - delikatna, eteryczna, jakby nieziemska.

John uśmiechnął się triumfalnie i nie zauważony wymknął się z namiotu.

Elizabeth, półprzytomna z braku powietrza, otworzyła powoli oczy i spojrzała w górę 

na stojących nad nią czterech mężczyzn. Trzymali  obnażone miecze, ich ostrza zwrócone 

jednak były ku ziemi. Dwóch mężczyzn wyglądało na sługi - zignorowała ich. Trzeci był 

olbrzymem o wzroście ponad sześć stóp. Miał stalowosiwe włosy, a przez całą twarz biegła 

ukośnie głęboka blizna. Mimo że człowiek ten naprawdę napawał przerażeniem, wyczuła, że 

nie on jest tu dowódcą.

Obok olbrzyma stał mężczyzna odziany w piękne szaty z ciemnoniebieskiego atłasu. 

Elizabeth   nie   peszył   widok   silnych,   przystojnych   mężczyzn,   lecz   ten   miał   w   sobie   coś 

niezwykłego. Tak intensywnie emanowała od niego trzymana w ryzach siła, że dziewczyna 

nie mogła oderwać oczu. Pozostali wpatrywali się jak zahipnotyzowani w jej ciało, on jednak 

nie   wydawał   się   zaszokowany.   Po   raz   pierwszy   spojrzała   prosto   w   oczy   Milesa 

Montgomery'ego.

Był   przystojny.   Bardzo,   bardzo   przystojny.   Miał   ciemnoszare   oczy   pod   ciężkimi 

background image

łukami brwi, wąski nos z wyraźnie zarysowanymi delikatnymi nozdrzami i pełne, zmysłowe 

usta.

Niebezpieczeństwo! To pierwsza myśl, która przemknęła przez głowę Elizabeth. Ten 

człowiek jest niebezpieczny dla kobiet, tak samo jak dla mężczyzn.

Odwróciła od niego wzrok i poderwała się z podłogi, chwytając błyskawicznie skórę z 

leżanki obok i topór ze stołu.

- Zabiję pierwszego, który się do mnie zbliży - powiedziała, trzymając jedną ręką 

topór, a drugą zarzucając skórę na ramię. Drugie ramię i noga od talii aż do stopy pozostały 

odsłonięte.

Kiedy olbrzym postąpił krok w jej stronę, Elizabeth obiema rękami wysoko uniosła 

topór.

- Wiem, jak się tym posłużyć - ostrzegła, patrząc na giganta bez cienia strachu.

Dwaj  rycerze  również zbliżyli  się o krok, a dziewczyna  cofnęła się odrobinę, nie 

spuszczając z nich oczu. Zatrzymała się, czując pod kolanami krawędź łóżka.

Jeden z rycerzy uśmiechnął się. Elizabeth wykrzywiła się w odpowiedzi.

- Zostawcie nas.

Słowa padły cicho, ale ton Montgomeryego nie pozostawiał wątpliwości. Wszyscy na 

niego popatrzyli. Mężczyzna ogromnej postury rzucił Elizabeth ostatnie spojrzenie, po czym 

kiwnął głową na dwóch rycerzy i wszyscy trzej wyszli z namiotu.

Dziewczyna   zacisnęła   dłonie   na   rękojeści   topora,   wpatrując   się   groźnie   w 

Montgomeryego.

- Zabiję cię - wycedziła przez zęby. - Nie myśl, że kobieta zawaha się porąbać cię na 

kawałki. Z przyjemnością zobaczę jednego z Montgomerych w kałuży krwi.

Miles   nie   ruszył   się   z   miejsca.   Po   chwili   podniósł   miecz   i   Elizabeth   wstrzymała 

oddech, przygotowana na śmiertelne starcie. Bardzo powoli położył broń na stole i odwrócił 

się do niej bokiem. Kolejnym ostrożnym ruchem wyjął zza pasa wysadzany klejnotami sztylet 

i odłożył go na stół obok miecza.

Z nieprzeniknionym wyrazem twarzy znów odwrócił się w jej stronę i postąpił do 

przodu.

Elizabeth uniosła wyżej ciężki topór i zastygła w bezruchu, gotowa walczyć na śmierć 

i życie. Wolała umrzeć niż pozwolić się bić i gwałcić temu szatanowi.

Miles usiadł na stołku naprzeciwko i przyglądał jej się w milczeniu.

Ach, tak! Nie uważa więc kobiety za godnego przeciwnika. Odłożył broń i usiadł, gdy 

ona trzyma mu nad głową bojowy topór. Gwałtownie rzuciła się do przodu, wymierzając cios 

background image

w jego kark.

Bez najmniejszego wysiłku chwycił rękojeść prawą dłonią, przytrzymał w powietrzu 

jak zabawkę i popatrzył dziewczynie głęboko w oczy. Elizabeth poczuła się przez moment 

sparaliżowana tym spojrzeniem. Uważnie badał jej twarz, jakby szukał odpowiedzi na jakieś 

pytanie.

Szarpnęła topór i omal nie upadła, gdy zorientowała się, że niespodziewanie zwolnił 

uścisk. Oparła się o krawędź stołu.

- Niech cię piekło pochłonie! - wydusiła bez tchu. - Niech Pan przeklnie cały ród 

Montgomerych! Obyś ty i twoje potomstwo smażyli się wiecznie w ogniu piekielnym!

Podniosła głos prawie do krzyku i na zewnątrz namiotu rozległy się jakieś odgłosy.

Miles siedział wciąż nieporuszony i przyglądał się bez słowa. Elizabeth poczuła, że 

krew zawrzała jej w żyłach, a dłonie zaczęły drżeć. Wiedziała, że musi się opanować. Gdzie 

podziała się chłodna obojętność, której uczyła się przez tyle lat?

Jeśli ten człowiek  może  zachować spokój, ją również  na to stać. Wytężyła  słuch; 

odgłosy na zewnątrz pozwalały sądzić, że ludzie Milesa oddalają się od namiotu. Może jeśli 

wyprowadzi w pole tego jednego, uda jej się uciec i dostać do domu, do brata?

Wpatrzona w Milesa, zaczęła się przesuwać tyłem, okrążając go i kierując się w stronę 

wyjścia z namiotu. Montgomery, nie odrywając od niej oczu, powoli odwrócił się na stołku. 

Elizabeth usłyszała ciche rżenie konia na zewnątrz i modliła się w duchu, by wydostać się 

stąd i dopaść wierzchowca.

Miles przez cały czas nie wykonał najmniejszego gestu. Lecz gdy dotknęła klapy przy 

wyjściu z namiotu, w mgnieniu oka znalazł się obok i chwycił ją za nadgarstek. Zamierzyła 

się toporem, ale złapał ją za drugą rękę. Znieruchomiała, mimo że jego uścisk nie sprawiał 

bólu, i stała tak, wpatrując mu się hardo w oczy. Czuła jego oddech na czole. Przyglądał się 

jej z góry, jakby na coś czekał, a na jego twarzy malowała się coraz wyraźniej ciekawość.

Spojrzenie Elizabeth było równie zimne jak szmaragdy, których barwę przypominały 

jej oczy.

- I co teraz? - spytała z nienawiścią w głosie. - Najpierw mnie zbijesz czy zgwałcisz? 

A może lubisz robić to jednocześnie? Jestem dziewicą i słyszałam, że najbardziej boli za 

pierwszym razem. Moje cierpienie z pewnością sprawi ci dodatkową przyjemność.

Na sekundę jego oczy rozszerzyły się, jakby ze zdziwienia. Po raz pierwszy dostrzegła 

na jego twarzy cień jakiegoś uczucia. Tak intensywnie się w nią wpatrywał, że odwróciła 

wzrok.

- Wytrzymam wszystko - powiedziała spokojnie. - Jeśli chcesz usłyszeć błaganie o 

background image

litość, to się zawiedziesz.

Puścił   rękę,   którą   Elizabeth   chwyciła   klapę   przy   wyjściu   z   namiotu,   dotknął   jej 

policzka i delikatnie odwrócił ku sobie. Pełna odrazy, zesztywniała pod jego dotykiem.

- Kim jesteś? - zapytał prawie szeptem. Wyprostowała się jeszcze bardziej i odparła z 

błyskiem nienawiści w oczach:

- Twoim wrogiem. Jestem Elizabeth Chatworth. Coś przemknęło przez jego twarz i 

natychmiast zniknęło.

Po dłuższej chwili odsunął dłoń od jej policzka, cofnął się i uwolnił jej drugą rękę.

- Możesz zatrzymać topór, jeśli czujesz się z nim bezpieczniej, ale nie mogę pozwolić 

ci odjechać.

Jakby o niej zapomniał, odwrócił się i odszedł na środek namiotu.

Elizabeth wyskoczyła na zewnątrz, lecz Miles w tej samej sekundzie znalazł się obok, 

znowu zaciskając dłoń na jej ramieniu.

- Nie   mogę   pozwolić   ci   odjechać   -   powtórzył,   tym   razem   bardziej   stanowczo. 

Przebiegł wzrokiem w dół po jej nagich nogach. - Zresztą w takim stroju nie możesz uciec. 

Wejdź do środka, każę przynieść dla ciebie jakieś ubranie.

Wyrwała   mu   się   gwałtownie.   Słońce   zachodziło   i   w   półmroku   zmierzchu   postać 

Milesa wydawała się jeszcze ciemniejsza.

- Nie chcę od ciebie żadnych ubrań! Niczego nie chcę od Montgomery'ego. Mój brat... 

- Urwała na widok wyrazu jego oczu.

- Nie wspominaj przy mnie o swoim bracie. On zabił moją siostrę.

Chwycił ją mocniej za nadgarstek i lekko pociągnął do siebie.

- A teraz chodź do środka. Moi ludzie niedługo wrócą, a sądzę, że nie powinni widzieć 

cię w takim stroju.

Elizabeth nie ruszyła się z miejsca.

- Co   to   ma   za   znaczenie?   Czyż   mężczyźni   twojego   pokroju   nie   mają   zwyczaju 

oddawać sługom kobiet, z którymi już sobie użyli?

Nie była pewna, ale wydało jej się, że na ustach Milesa pojawił się cień uśmiechu.

- Elizabeth... - zaczął i urwał. - Wejdź do namiotu, tam porozmawiamy.

Odwrócił się w stronę ciemnych drzew na skraju polany.

- Guy!  - wrzasnął tak głośno, że podskoczyła.  Olbrzym  natychmiast  wyłonił  się z 

cienia. Przelotnie zerknął na dziewczynę i spojrzał na. Milesa.

- Poślij kogoś do miasteczka po kobiecy strój. Nie żałuj sakiewki. - Mówił teraz innym 

tonem niż do niej przed chwilą.

background image

- Pozwól  mi  z  nim  jechać   - wtrąciła  szybko   Elizabeth.  -  Porozmawiam  z  bratem. 

Będzie   tak   wdzięczny   za   moje   uwolnienie,   że   skończy   się   wreszcie   ta   wojna   między 

Chatworthami i Montgomerymi.

Miles popatrzył na nią chłodno.

- Nie błagaj, Elizabeth. Bez namysłu, z okrzykiem wściekłości zamierzyła się znowu 

toporem nad jego głową. Wyćwiczonym gestem wyrwał jej broń, odrzucił daleko i chwycił 

dziewczynę za ramiona.

Nie miała zamiaru robić mu przyjemności, wyrywając się z uścisku - zesztywniała, 

czując na skórze  dotyk  jego ubrania.  Skóra z  lisów zwisała  z  jednej  strony i nagą  nogą 

Elizabeth przywarła do jego ciała.

Wniósł ją do namiotu i delikatnie położył na jednym z posłań.

- Po   co   martwisz   się   ubraniem   dla   mnie?   -   zasyczała.   -   Może   powinieneś   mnie 

zgwałcić w polu, tak jak to robią zwierzęta?

Odszedł i napełnił dwa kielichy winem ze srebrnego naczynia stojącego na stole.

- Elizabeth - powiedział - jeśli nie przestaniesz prosić mnie, żebym się z tobą kochał, 

może w końcu ulegnę tym kuszącym namowom. - Podszedł znów bliżej i usiadł na stołku. - 

Masz za sobą ciężki dzień, na pewno jesteś zmęczona i głodna. - Podał jej kielich z winem.

Wytrąciła   mu   go   z   ręki,   rozlewając   wino   na   jeden   z   pięknych   kobierców 

pokrywających podłogę namiotu. Miles obojętnie spojrzał na plamy, po czym wypił swoje 

wino.

- No i co ja mam z tobą zrobić, Elizabeth?

background image

2

Elizabeth   siedziała   na   posłaniu,   dokładnie   owinięta   skórą,   spod   której   widać   było 

tylko jej głowę i skrawek ramienia. Nie patrzyła na Milesa. Nie poniży się do rozmowy z 

człowiekiem, który każde jej słowo rozumie jako błaganie o litość.

Po chwili milczenia Miles wstał i wyjrzał z namiotu, podtrzymując klapę zasłaniającą 

wejście. Usłyszała, jak rozkazuje, żeby przyniesiono miskę gorącej wody.

Elizabeth   nie   zareagowała   na   tę   chwilową   nieobecność   Milesa,   ale   pomyślała,   że 

kiedyś musi przecież spać, a gdy zaśnie, ona ucieknie. Może lepiej poczekać, aż będzie miała 

odpowiedniejszy strój.

Miles nie wpuścił człowieka z wodą do środka, lecz sam przyniósł miskę i postawił ją 

na brzegu łóżka.

- Woda jest dla ciebie. Pomyślałem, że masz ochotę się umyć.

Siedziała wciąż z ramionami skrzyżowanymi na piersiach.

- Niczego od ciebie nie chcę. - Odwróciła od niego głowę.

- Elizabeth... - odezwał się z desperacją w głosie. Usiadł obok dziewczyny i ujął jej 

dłonie. Czekał cierpliwie, aż odwróci nachmurzoną twarz.

- Nie zrobię ci krzywdy - powiedział cicho. - Nigdy w życiu nie uderzyłem kobiety i 

nie mam zamiaru tego robić.

Nie mogę pozwolić ci prawie nago wskoczyć na konia. Nie minęłaby nawet godzina, 

gdy napadłaby cię któraś z grasujących w okolicy band.

- Mam uwierzyć, że ty jesteś lepszy? - Na moment zacisnęła palce na jego dłoniach, a 

wyraz jej oczu złagodniał. - Odeślesz mnie do brata?

Spojrzenie Milesa było tak przenikliwe, że zadrżała.

- Wezmę... to pod uwagę - odpowiedział z wahaniem. Wyrwała mu ręce i odwróciła 

się.

- Czego mogłam spodziewać się po Montgomerym? Odejdź ode mnie!

Miles wstał.

- Woda stygnie. Podniosła na niego wzrok, lekko się uśmiechając.

- Po co mam się myć? Dla ciebie? Lubisz, żeby twoje kobiety były czyste i pachnące? 

Jeśli tak, nigdy się nie umyję! W końcu upodobnię się do nubijskiej niewolnicy, a w moich 

włosach będzie się roić od wszy i wszelkiego innego robactwa, które oblezie twoje piękne 

szaty.

Miles popatrzył na nią uważnie, po czym powiedział:

background image

- Zaczekam   na   zewnątrz.   Namiot   jest   otoczony   moimi   ludźmi.   Jeśli   spróbujesz 

uciekać, przyprowadzą cię do mnie.

Wyszedł zostawiając ją samą.

Tak jak przypuszczał,  sir Guy czekał już na niego. Miles skinął głową i olbrzym 

podążył za nim w stronę drzew.

- Posłałem  dwóch ludzi  po ubranie - powiedział rycerz.  Gdy zmarł  ojciec  Milesa, 

chłopiec miał dziewięć lat.

Najstarszy  z  Montgomerych   na  łożu   śmierci   wyraził   życzenie,  by sir  Guy   przejął 

opiekę nad nieletnim synem, który wydawał się czasem obcy nawet wśród własnej rodziny. 

Miles z nikim nie rozmawiał tak wiele jak ze swym dawnym opiekunem.

- Kim ona jest? - spytał sir Guy, opierając dłoń o pień wielkiego starego dębu.

- To Elizabeth Chatworth.

Sir Guy kiwnął głową. W świetle księżyca na jego twarzy zarysowały się cienie wokół 

głębokiej blizny.

- Tak podejrzewałem... - odezwał się. - Podrzucenie córki Chatworthów do namiotu 

jednego z Montgomerych świetnie pasuje do poczucia humoru lorda Pagnella. - Zamilkł i 

przyglądał się Milesowi dłuższą chwilę. - Odeślemy ją z rana do brata?

Miles odszedł kilka kroków.

- Co   wiesz   o   jej   bracie   Edmundzie?   Sir   Guy   splunął   pogardliwie,   po   czym 

odpowiedział:

- W porównaniu z Chatworthem Pagnell to anioł. Chatworth uwielbiał znęcać się nad 

kobietami. Wiązał je i gwałcił. Tej nocy, gdy został zabity - niech będzie błogosławiony ten, 

kto tego dokonał - jakaś młoda kobieta podcięła sobie żyły w jego sypialni.

Sir Guy patrzył, jak Miles zaciska i rozprostowuje pięści. Pożałował swoich słów. 

Miles kochał kobiety bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Setki razy musiał odciągać 

podopiecznego od mężczyzn, którzy odważyli się skrzywdzić kobietę. Nawet jako chłopcu 

zdarzało mu się atakować dorosłych mężczyzn. Poprzedniego roku olbrzym nie zdołał go 

powstrzymać i Miles zabił, człowieka, który uderzył w twarz swoją jazgotliwą żonę. Król z 

trudem wybaczył popędliwemu młodzieńcowi cały zamęt wokół tej sprawy.

- Jej brat Roger nie jest taki jak Edmund - powiedział sir Guy.

Miles odwrócił się do niego gwałtownie z pociemniałymi oczami.

- Roger Chatworth zgwałcił moją siostrę i spowodował jej samobójstwo! Zapomniałeś 

o tym?

Guy   wiedział,   że   najlepszym   sposobem   powstrzymania   wściekłości   Milesa   jest 

background image

milczenie. Po chwili spytał:

- Co zamierzasz zrobić z dziewczyną? Miles znów się odwrócił, przesuwając dłonią po 

pniu drzewa.

- Wiesz, że ona nienawidzi nazwiska Montgomery? Byliśmy przecież niewinni w tym 

sporze z Chatworthami, ona nas jednak nienawidzi. - Spojrzał olbrzymowi w twarz. - I mam 

wrażenie, że mnie nienawidzi szczególnie. Odsuwa się z obrzydzeniem, kiedy jej dotykam. 

Nawet jeśli musnę ją ubraniem, wyciera się, jakbym ją skalał.

Sir Guy zamknął rozwarte ze zdziwienia usta i omal się nie roześmiał. Kobiety szalały 

za Milesem. Jako dziecko większość czasu spędzał w otoczeniu dziewcząt, co było jednym z 

powodów, dla których oddano go pod opiekę sir Guya - by wyrósł na mężczyznę. Lecz Guy 

od początku nie miał żadnych wątpliwości co do męskości swego podopiecznego. On po 

prostu lubił kobiety. To było coś w rodzaju kaprysu czy upodobania, jak miłość do dobrego 

konia albo przywiązanie do ulubionej broni.

Czasem   wynikały   kłopoty   z   tej   absurdalnej   łagodności   Milesa   wobec   niewiast   - 

zabronił na przykład pod karą śmierci gwałtów po wygranej bitwie, lecz sir Guy przyzwyczaił 

się do tego dziwactwa - poza tym Milesowi nie można było niczego zarzucić.

Jednak nigdy wcześniej sir Guy nie słyszał, by jakaś kobieta nie pragnęła oddać swego 

życia w ręce Milesa. Młode, stare, nawet małe dziewczynki kleiły się wręcz do niego. A 

Elizabeth Chatworth odpycha go z obrzydzeniem!

Sir Guy popatrzył uważnie na Milesa. Może odczuł to jak pierwszą przegraną bitwę? 

Położył wielką dłoń na ramieniu młodzieńca.

- Wszystkim zdarza się czasem przegrywać. To żadna hańba. Może ta dziewczyna 

nienawidzi wszystkich mężczyzn. Mając za przykład takiego brata...

Miles strząsnął jego rękę z ramienia.

- Ktoś   ją   skrzywdził!   Strasznie   skrzywdził!   Nie   tylko   ciało,   podrapane   i 

posiniaczone... Ona zbudowała wokół siebie mur wściekłej nienawiści.

Sir Guy poczuł, że zbliża się do niebezpiecznej krawędzi.

- To wysoko urodzona dziewczyna - powiedział spokojnie. - Nie możesz jej więzić. 

Król wyjął już spod prawa twojego brata. Nie drażnij go. Musisz oddać lady Elizabeth jej 

bratu.

- Odesłać do miejsca, gdzie torturuje się kobiety? Tam nauczyła się nienawiści. Co 

pomyśli o Montgomerych, jeśli teraz ją odeślę? Uwierzy, że nie jesteśmy takimi łajdakami jak 

jej brat?

- Nie możesz jej zatrzymać! - Sir Guy nie ukrywał przerażenia.

background image

Miles zamyślił się na chwilę.

- Minie kilka dni, zanim ktokolwiek dowie się, gdzie ona jest. Może przez ten czas uda 

mi się przekonać ją...

- A co z twoimi braćmi? Czekają na ciebie w domu. Gavin szybko odkryje, że więzisz 

Elizabeth Chatworth. - I dodał zniżając głos: - Dziewczyna nie powie złego słowa o Mont-

gomerych, jeżeli odeślesz ją nietkniętą do domu.

W oczach Milesa pojawiły się iskry.

- Na   pewno   powiedziałaby,   że   z   toporem   w   ręku   zmusiła   mnie   do   uwolnienia.   - 

Uśmiechnął się lekko. - Podjąłem decyzję. Zatrzymam ją przez kilka dni, tylko tak długo, by 

uwierzyła, że jeden z Montgomerych w niczym nie przypomina jej zmarłego brata. Tak!... A 

teraz muszę wracać i... - Uśmiechnął się szerzej. - I przygotować kąpiel mojej umorusanej 

brance. Daj spokój, Guy, nie patrz tak na mnie. Tylko kilka dni.

Sir Guy w milczeniu podążył za swym młodym panem do obozu. Nie był przekonany, 

czy serce Elizabeth Chatworth zmięknie zaledwie w ciągu kilku dni.

W chwili, gdy upewniła się, że Miles odszedł, Elizabeth podbiegła do tylnej ściany 

namiotu  i uniosła ciężką tkaninę. Na zewnątrz  zobaczyła  buty strażnika.  Sprawdziła  cały 

obwód namiotu - strażnicy stali prawie jeden obok drugiego, zupełnie jakby trzymali się za 

ręce ze strachu przed drobną kobietą.

Drapała się w głowę, czochrając brudne włosy, kiedy Miles wrócił z dwoma cebrami 

gorącej wody. Instynktownie zesztywniała i wyprężona jak struna skrzyżowała ramiona na 

piersiach. Nie spojrzała nawet na niego, gdy usiadł obok.

Podniosła   wzrok   dopiero,   kiedy   Miles   ujął   jej   rękę   i   zaczął   ją   myć   ciepłym, 

namydlonym ręcznikiem. Po chwili osłupienia wyrwała mu rękę.

Chwycił ją pod brodę i zaczął myć twarz.

- Poczujesz się dużo lepiej, kiedy będziesz czysta - powiedział łagodnie.

Odepchnęła jego dłoń.

- Nie dotykaj mnie! Zostaw mnie w spokoju! Cierpliwie znowu ujął ją pod brodę i 

wrócił do mycia.

- Jesteś piękną kobietą, Elizabeth. Powinnaś być dumna ze swojej urody.

Popatrzyła mu w oczy i stwierdziła w duchu, że jeśli dotąd nie znienawidziła Milesa 

Montgomery'ego, to nastąpiło to właśnie teraz. Najwyraźniej był przyzwyczajony, że kobiety 

padają przed nim na kolana. Wydaje mu się, że dotknie tylko policzka kobiety, a ona zapłonie 

dzikim pożądaniem. Jest przystojny, to prawda, ma też miły głos, ale wielu przystojniejszych 

mężczyzn, i o wiele bardziej doświadczonych, próbowało już uwodzić Elizabeth - bez skutku.

background image

Zerknęła na niego łagodniej, a kiedy w jego oczach zabłysł promyczek satysfakcji, 

uśmiechnęła się i... wbiła zęby w jego dłoń.

Miles był tak zaskoczony, że na chwilę znieruchomiał. Potem chwycił ją mocno za 

szczękę, wbijając palce w policzki i zmuszając, by otworzyła usta. Wciąż osłupiały odwrócił 

lekko dłoń i patrzył na głębokie ślady zębów na skórze. Kiedy znów spojrzał na dziewczynę, 

w jej oczach nie było skruchy.

- Myślisz, że jestem głupia? - spytała. - Sądzisz, że nie przejrzałam twojej gry? Chcesz 

omamić tygrysicę, a kiedy, zacznę ci jeść z ręki, odeślesz mnie do brata z kolejnym swoim 

bękartem w brzuchu. To byłby twój wielki triumf, i jako Montgomery'ego, i jako mężczyzny. 

Przez chwilę wpatrywał się w nią uważnie.

- Jesteś sprytna, Elizabeth. Może chcę ci udowodnić, że mężczyzn stać czasem na coś 

więcej niż barbarzyństwo?

- A jak tego dokonasz? Trzymając mnie tu jako swego więźnia? Zmuszając mnie do 

znoszenia twojego obmacywania? Widzisz, że nie drżę z rozkoszy, gdy się zbliżasz. Może 

boisz się przyznać do porażki? Pagnell lubi gwałcić i znęcać się. Jakie są twoje upodobania? 

Polowanie   na   zdobycz?   A   gdy   już   posiądziesz   kobietę,   pozbywasz   się   jej   jak   zużytego 

przedmiotu?

Wiedziała, że Miles nie odpowie na żadne z tych pytań. Do szału doprowadzało ją 

jego opanowanie.

- Czy mężczyzna choć raz nie może zachować się przyzwoicie? Odeślij mnie do brata!

- Nie! - wrzasnął jej w twarz i szerzej otworzył oczy. Nigdy dotąd żadna kobieta nie 

wyprowadziła go z równowagi. - Odwróć się. Umyję ci włosy.

Spojrzała na niego pogardliwie.

- A jeśli odmówię, zbijesz mnie, tak?

- Zaczynam  brać pod uwagę taką możliwość.  Złapał ją za ramię  i popchnął,  żeby 

położyła głowę na krawędzi łóżka. Długie włosy spłynęły na ziemię.

Nie wymówiła słowa, kiedy namydlił, a później spłukał jej włosy. Zastanawiała się, 

czy nie posunęła się wobec niego za daleko. Ale zachowanie Milesa doprowadzało ją do 

szału! Był taki spokojny, taki pewny siebie. Musi mieć przecież jakiś słaby punkt. Zauważyła, 

że ludzie na jedno skinienie wykonują jego rozkazy. Czyżby kobiety też były mu tak ślepo 

posłuszne?   Może   nie   powinna   go   drażnić?   Może   uwolniłby   ją,   gdyby   udała   śmiertelnie 

zakochaną? Gdyby łkała na jego ramieniu, prosząc o odesłanie do brata? Ale po pierwsze, 

brzydziła ją myśl o dotykaniu tego człowieka, a po drugie, nie miała zamiaru o nic błagać 

żadnego mężczyzny.

background image

Miles rozczesał jej włosy grzebieniem z kości słoniowej, a potem wyszedł na moment 

i wrócił, niosąc piękną suknię z czerwonego brokatu, utkanego z mieszanki jedwabiu i wełny. 

Przyniósł też bieliznę z delikatnego batystu.

- Możesz dokończyć mycie, jeśli chcesz. W każdym razie ubierz się - powiedział i 

wyszedł.

Elizabeth pospiesznie dokończyła toaletę, krzywiąc się trochę z bólu, kiedy potarła 

zadrapania na ciele. Ucieszyła się z ubrania, gdyż to zwiększyło jej szansę na ucieczkę.

Miles pojawił się znowu z wielką tacą jedzenia i zapalił świece.

- Nie wiem, co lubisz, przyniosłem więc wszystkiego po trochu.

Zawzięcie milczała.

- Czy suknia ci się podoba? Odwróciła się, kiedy zmierzył ją wzrokiem od góry do 

dołu.

Suknia była bardzo kosztowna, wyszywana złotą nicią. Zachwyciłaby każdą kobietę, 

lecz Elizabeth wydawała się nie zwracać uwagi, czy ma na sobie jedwab czy zgrzebne płótno.

- Jedzenie stygnie. Chodź i zjedz coś ze mną przy stole. Spojrzała na niego ponuro.

- Nie mam zamiaru niczego jeść przy twoim stole. Miles chciał coś powiedzieć, ale 

zrezygnował.

- Jeśli   zgłodniejesz,   jedzenie   tu   będzie.   Elizabeth   z   założonymi   rękami   usiadła   na 

łóżku, wyciągnęła przed siebie nogi i utkwiła wzrok w wysokim, rzeźbionym  świeczniku 

przed sobą. Jutro znajdzie sposób ucieczki.

Mimo kuszącego zapachu jedzenia, do którego Miles zasiadł samotnie, położyła się, 

próbując choć odrobinę wypocząć. Jutro będzie potrzebowała dużo sił. Ten koszmarny dzień 

zupełnie ją wycieńczył. Wkrótce zasnęła.

Obudziła się w środku nocy, instynktownie wyczuwając jakieś niebezpieczeństwo, ale 

była zbyt zaspana, żeby od razu oprzytomnieć. Po kilku chwilach doszła do siebie i cicho 

podniosła głowę. Miles spał na łóżku w drugim krańcu namiotu.

Wychowanie   w   domu   pełnym   przemocy   nauczyło   ją   poruszać   się   bezszelestnie. 

Uważając, by fałdy sukni nie zaszeleściły, podeszła na palcach do tylnej ściany namiotu. 

Strażnicy z pewnością trzymają wartę, ale z tyłu nie będą pewnie tak czujni.

Minęło kilka minut, zanim zdołała unieść materiał i powoli, z brzuchem przywartym 

do ziemi wyczołgać się na zewnątrz. Jeden ze strażników przeszedł obok, ale skuliła się przy 

krzaku,   wtapiając   w   jego   cień.   Gdy   strażnik   odszedł,   ciągle   skulona,   wybierając   co 

mroczniejsze   miejsca,   przedarła   się   do   lasu.   Dzięki   wieloletniemu   doświadczeniu   w 

stosowaniu   chytrych   podstępów   wobec   Edmunda   i   jego   „przyjaciół”   wymknęła   się   nie 

background image

zauważona. Roger żartował często, że z takim sprytem byłaby świetnym szpiegiem.

Gdy dotarła już do linii drzew, odetchnęła swobodniej, nakazując sobie spokój. Nie 

pierwszy raz znalazła się nocą w lesie, ruszyła więc żwawym krokiem.

Gdy wzeszło słońce, wędrowała już od około dwóch godzin i zaczynało jej brakować 

sił. Ponad dobę nic nie jadła i czuła się coraz słabsza. Potykała się, zaczepiając suknią o 

zarośla, gałęzie wplątywały się jej we włosy.

Po kolejnej godzinie marszu ledwie trzymała się na nogach. Usiadła na zwalonym 

pniu, żeby zebrać siły, lecz brak jedzenia i koszmarne przejścia poprzedniego dnia dawały się 

we znaki. Na myśl o odpoczynku opadły jej powieki. Wiedziała, że jeśli nie prześpi się choć 

trochę, nie będzie w stanie iść dalej.

Zsunęła się na ziemię, nie zwracając uwagi na robactwo pod pniem - zdarzało się jej 

już nocować w lesie. Ostatkiem sił przykryła się kilkoma garściami liści, po czym upadła do 

tyłu i zasnęła jak kamień.

Obudził  ją  kuksaniec   w  plecy. Wielki  zarośnięty  mężczyzna  odziany w   łachmany 

przyglądał jej się z krzywym uśmieszkiem, odsłaniając poszczerbione resztki zębów. Dwaj 

inni, w równie obdartych szmatach, stali tuż za nim.

- Mówiłem ci, że żyje - powiedział kudłacz, chwytając Elizabeth za ramię i stawiając 

ją na nogi.

- Śliczna dama - odezwał się jeden z pozostałych i wyciągnął do niej rękę.

Szarpnęła się i materiał sukni został mu w dłoni, odsłaniając jej nagie ramię.

- Ja pierwszy! - sapnął trzeci z opryszków.

- Prawdziwa dama... - odezwał się znów kudłaty i dotknął jej skóry.

- Jestem   Elizabeth   Chatworth.   Jeśli   mnie   tkniecie,   hrabia   Bayham   poderżnie   wam 

gardła.

- To ten hrabia, co przegnał mnie z farmy - powiedział drugi mężczyzna. - Żona i 

córka zamarzły w zimie na śmierć.

Spojrzał wilkiem na Elizabeth. Chciała się cofnąć, ale tuż za nią leżał ogromny pień. 

Zarośnięty zbir złapał ją za gardło.

- Lubię, jak kobiety błagają o litość.

- Większość mężczyzn to lubi - odpowiedziała zimno.

- Nie jest wiele warta, Bill - mruknął drugi. - Wezmę ją pierwszy.

Nagle   jego   wyraz   twarzy   gwałtownie   się   zmienił.   Dziwnie   zacharczał   i   runął   na 

Elizabeth.   Zręcznie   odskoczyła,   gdy   upadał   ze   strzałą   sterczącą   w   plecach.   Kiedy   dwaj 

pozostali   w   osłupieniu   gapili   się   na   martwe   ciało   towarzysza,   podciągnęła   suknię   i 

background image

przeskoczyła przez pień.

Wśród  drzew  pojawił  się   Miles.  Chwycił  Elizabeth  za   ramię,  a  jego   twarz  tak  ją 

przeraziła,   że   na   moment   przestała   oddychać.   Oblicze   Milesa   było   wykrzywione 

wściekłością, usta zaciśnięte w wąską linię, oczy czarne, a nozdrza wydęte.

- Zostań tu! - rozkazał.

Odruchowo posłuchała i za chwilę zrozumiała, dlaczego Miles Montgomery zdobył 

sławę na polu bitwy, zanim skończył osiemnaście lat.

Obaj pozostali  mężczyźni  byli  uzbrojeni. Jeden dzierżył najeżoną kolcami kulę na 

łańcuchu i z wprawą wymierzył  nią cios w głowę Milesa. Montgomery nagle się schylił, 

unikając uderzenia. Jednocześnie zaatakował drugiego oprycha mieczem.

W kilka sekund, nie wkładając w to jakby najmniejszego wysiłku, powalił obydwóch. 

Wydawało się niemożliwe, że ten morderca jeszcze wczoraj tak delikatnie mył jej włosy.

Elizabeth nie traciła czasu na kontemplowanie sprawności swego wroga - rzuciła się 

pędem przed siebie. Wiedziała, że Miles jest szybszy i nie zdoła mu uciec, ale liczyła, że uda 

jej się go przechytrzyć. Chwyciła pierwszą opadającą niżej gałąź i zwinnie podciągnęła się do 

góry.

Nie minęła minuta, gdy Miles pojawił się na dole. Jego aksamitny kaftan i obnażony 

miecz zbryzgane były krwią. Jak rozjuszony niedźwiedź rzucał głową w prawo i lewo, roz-

glądając się za dziewczyną, po czym znieruchomiał i zaczął nasłuchiwać.

Elizabeth wstrzymała oddech.

Po chwili Miles zakręcił się na pięcie i podniósł głowę.

- Złaź stamtąd, Elizabeth - powiedział stanowczym tonem.

Kiedyś, gdy miała trzynaście lat, przydarzyła jej się identyczna sytuacja. Spadła wtedy 

z drzewa prosto na ścigającego ją ohydnego mężczyznę, przewróciła go na ziemię i zanim 

zdołał wstać, uciekła. Bez wahania runęła z góry na Milesa.

Ale on nie upadł. Stał mocno na nogach i trzymał ją w ramionach.

- Ci ludzie mogli cię zabić - odezwał się, jakby nie zwrócił uwagi, że chciała go 

powalić. - Jak wymknęłaś się moim strażnikom?

- Puść mnie! - Szarpała się z całej siły, ale nie dawało to najmniejszego rezultatu.

- Dlaczego nie posłuchałaś, kiedy kazałem ci czekać, aż z nimi skończę?

To idiotyczne pytanie sprawiło, że przestała się wyrywać.

- Miałabym też czekać na tych rzezimieszków, jeśliby mi kazali? Czym ty się od nich 

różnisz?

W jego oczach zabłysła wściekłość.

background image

- Do diabła z tobą! Jak możesz porównywać mnie z tymi łajdakami? Czy zrobiłem ci 

coś złego?

- A więc znalazłeś ją... - rozległ się nieco rozbawiony głos sir Guya. - Jestem sir Guy 

Linacre, milady. Elizabeth skinęła mu głową, jednocześnie mocując się z Milesem.

- Przestaniesz mnie wreszcie obmacywać? - warknęła. Zwolnił uścisk tak gwałtownie, 

że o mało nie upadła.

Nawet tak lekki wstrząs okazał się zgubny dla żołądka Elizabeth. Pociemniało jej w 

oczach. Podniosła rękę do czoła, a potem zachwiała się, na oślep szukając jakiegoś oparcia. 

Sir Guy złapał ją prawie w locie.

- Nie dotykaj mnie - szepnęła czując, jak ogarnia ją gęsta mgła.

Miles odebrał ją z rąk przyjaciela.

- Widzę przynajmniej, że nie tylko mnie odpycha. - Kiedy otworzyła oczy, popatrzył 

na nią karcąco. - Od jak dawna nic nie jadłaś?

- Nie dość długo, żeby ci ulec - rzuciła sucho.

Miles   roześmiał  się.  Ale  tym  razem  nie   był  to  jeden  z   jego  półuśmieszków,   lecz 

szczery, głośny śmiech. Zanim zdążyła zareagować, pochylił się i głośno cmoknął ją w usta.

- Jesteś jedyna w swoim rodzaju, Elizabeth.

Wytarła usta wierzchem dłoni tak zapalczywie, jakby chciała zedrzeć sobie skórę.

- Postaw mnie na ziemi! Sama mogę iść.

- I   znowu   próbować   ucieczki?   Nie,   od   tej   chwili   każę   cię   przykuć   do   siebie 

łańcuchem.

Posadził ją przed sobą na koniu i ruszyli do obozu.

background image

3

Ze zdziwieniem stwierdziła, że namioty są złożone, a muły gotowe do drogi. Chciała 

zapytać,   dokąd   ją   zabiera,   lecz   siedziała   w   siodle   sztywna   i   milcząca,   starając   się   jak 

najbardziej od niego odsunąć.

Sir   Guy   zatrzymał   się   w   obozowisku,   gdzie   na   wymarsz   czekali   ludzie,   a   Miles 

poprowadził konia w stronę lasu. Wśród drzew przygotowano stół z dymiącymi potrawami. 

Drobny człowieczek krzątał się wokół, lecz zniknął, gdy Miles odprawił go.

Montgomery zeskoczył z konia i wyciągnął ramię, by pomóc Elizabeth, zignorowała 

go jednak i sama ześlizgnęła się na ziemię. Zrobiła to bardzo ostrożnie, by nie powtórzyć tej 

śmiesznej sceny z omdlewaniem.

- Mój kucharz coś dla nas przygotował.

- Wziął ją za rękę i poprowadził do stołu. Wyszarpnęła dłoń zerkając na jedzenie. 

Zobaczyła pieczone przepiórki z kaszą polane śmietanowym sosem, paterę świeżych ostryg, 

ułożone w plasterkach jajka na twardo w sosie szafranowym, soloną szynkę, kawior, flądrę 

nadziewaną cebulą i orzechami, pieczone gruszki, placek z kremem i babeczki z jagodami. Ze 

zdumieniem odwróciła się do Milesa.

- Nie podróżujesz jak żebrak...

Znów chwycił ją za ramię i kiedy pociągnął ku sobie, Elizabeth poczuła zawrót głowy. 

Złapała się krzesła, by nie stracić równowagi.

- Jedzenie jest dla ciebie - powiedział, pomagając jej usiąść. - Nie pozwolę ci się 

zagłodzić.

- A jak mnie zmusisz? - spytała znużonym głosem.

- Przypalając rozżarzonymi węglami? A może masz własne sposoby zmuszania kobiet 

do posłuszeństwa?

Kiedy zmarszczył czoło, brwi utworzyły jedną ciemną linię. Złapał ją za ramiona i 

podniósł do góry.

- Tak, umiem wymierzać karę.

Nigdy nie widziała u niego takiego wyrazu  twarzy. Wydało  jej się, że w szarych 

oczach rozbłysły stalowoniebieskie iskry. Schylił się i dotknął ustami jej szyi, nie zwracając 

uwagi, że sztywno próbuje się odsunąć.

- Zdajesz   sobie   sprawę,   jaka   jesteś   ponętna?   -   mruknął   i   przesunął   wargi   wyżej, 

muskając ledwie skórę, tak że czuła jedynie ciepło jego oddechu. Prawą dłonią wodził po 

nagim pod rozdartą suknią ramieniu. Powoli wsunął palce pod materiał i delikatnie dotknął 

background image

piersi, jednocześnie lekko chwytając zębami koniuszek jej ucha.

- Chciałbym się z tobą kochać, Elizabeth - szepnął tak cicho, że bardziej czuła niż 

słyszała jego słowa. - Stopić ten lód, który masz w sercu. Dotykać i pieścić każdy skraweczek 

twego ciała, patrzeć na ciebie i widzieć w twoich oczach takie samo pożądanie, jakie ty we 

mnie wzbudzasz...

Elizabeth stała cały czas spokojnie i, jak zawsze, nic nie czuła. Nie budził w niej 

właściwie obrzydzenia, nie cuchnęło mu z ust i nie sprawiał jej bólu, ale nie czuła tego 

wrzenia krwi, o którym tak ciągle szeptały chichocząc dziewczęta w klasztorze.

- Przestaniesz to robić, jeśli przyrzeknę, że będę jadła?

- spytała chłodno.

Miles odsunął się i przez chwilę patrzył wnikliwie w jej twarz. Elizabeth gotowa była 

na kolejne upokorzenie. Wszyscy mężczyźni, gdy nie odpowiadała na ich zaloty, obrzucali ją 

najgorszymi wyzwiskami.

Miles   uśmiechnął   się   bez   słowa,   jeszcze   raz   dotknął   pieszczotliwie   jej   policzka   i 

zaofiarował   ramię,   zapraszając   do   stołu.   Nie   skorzystała   z   miłego   gestu   i   sama   usiadła, 

starając się ukryć zażenowanie.

Nałożył   jej   różne   smakołyki   na   zdobiony   srebrny   talerz   i   uśmiechnął   się,   kiedy 

przełknęła pierwszy kęs.

- Teraz  możesz  być z siebie zadowolony. Uratowałeś mnie  od śmierci  głodowej  - 

powiedziała. - Mój brat podziękuje ci za odesłanie mnie do domu w dobrej kondycji.

- Nie   zamierzam   cię   jeszcze   odsyłać   -   odpowiedział   cicho.   Elizabeth   udała,   że   ta 

uwaga nie zrobiła na niej żadnego wrażenia, i dalej jadła.

- Roger zapłaci ci taki okup, jakiego zażądasz.

- Nie   wezmę   ani   grosza   od   mordercy   mojej   siostry.   -   Głos   Milesa   zabrzmiał 

przerażająco głucho.

Rzuciła na talerz przepiórcze udko, które właśnie obgryzała.

- Wspominałeś już o tym. Nic nie wiem o twojej siostrze! Miles pochylił się i wbił w 

nią stalowy wzrok.

- Roger Chatworth próbował zagarnąć dla siebie kobietę przyrzeczoną mojemu bratu 

Stephenowi, a kiedy Stephen walczył o narzeczoną, twój brat podstępnie go zaatakował.

- Nie!... - Elizabeth poderwała się na nogi.

- Stephen poradził sobie z Chatworthem i darował mu życie, za co ten łajdak odpłacił 

porwaniem mojej siostry, a później narzeczonej Stephena. Zgwałcił moją siostrę. W rozpaczy 

rzuciła się z okna.

background image

- Nie! Nie!... - krzyczała Elizabeth zatykając uszy. Miles podniósł się i chwycił ją za 

ręce.

- Twój brat Brian kochał moją siostrę i gdy popełniła samobójstwo, uwolnił moją 

bratową i oddał nam ciało siostry.

- Kłamiesz! Zdrajco, uwolnij mnie!

Miles przyciągnął ją bliżej.

- Trudno   słuchać,   że   ktoś,   kogo   kochamy,   wyrządził   tyle   zła.   Elizabeth   umiała 

wymykać się z rąk mężczyzn, a Miles nie był przyzwyczajony do kobiet, które uciekają z jego 

ramion. Błyskawicznie podniosła kolano między jego nogami i uścisk Milesa natychmiast 

zelżał.

- Niech cię diabli... - sapnął bez tchu, opierając się o stół.

- Niech cię diabli, Montgomery! - wrzasnęła w odpowiedzi, chwyciła dzban z winem i 

rzuciła go z całej siły w Milesa.

Nie zdążyła uciec nawet o krok. Uchylił głowę przed ciosem jednocześnie łapiąc ją za 

ramię.

- Nie uciekniesz mi - powiedział, przyciągając ją bliżej.

- Mam zamiar udowodnić ci, że rodzina Montgomerych nie jest winna w tym sporze, 

nawet jeśli miałbym umrzeć, żebyś w to uwierzyła.

- Myśl   o   twojej   śmierci   jest   pierwszą   przyjemną   rzeczą,   która   spotyka   mnie   w 

ostatnich dniach.

Miles  na chwilę  zamknął  oczy, jakby modlił  się  o pomoc do Boga.  Wyglądał  na 

zupełnie spokojnego, kiedy znów na nią spojrzał.

- A teraz, jeśli skończyłaś jeść, musimy ruszać w drogę. Jedziemy do Szkocji.

- Dokąd?!... - zaczęła, ale położył jej palec na ustach.

- Tak, mój aniele. - W jego głosie brzmiał sarkazm.

- Jedziemy do mojego brata i jego żony. Chcę, byś poznała moją rodzinę.

- Dość   wiem   o   twojej   rodzinie.   Wszyscy   są...   Tym   razem   zamknął   jej   usta 

pocałunkiem i, mimo że pozostała obojętna, kiedy ją puścił, nie powiedziała ani słowa.

Jechali wiele godzin. Za jeźdźcami powoli posuwały się muły obładowane meblami, 

ubraniami, żywnością, zbrojami i bronią.

Elizabeth dostała wierzchowca, lecz cały czas przywiązany był liną do konia Milesa. 

Montgomery dwa razy próbował zacząć rozmowę, ale uparcie  milczała.  Była  zbyt  zajęta 

natrętnymi myślami o tym, co powiedział o jej bracie.

Przez ostatnie dwa lata jedyne wiadomości, jakie otrzymywała o rodzinie, docierały za 

background image

pośrednictwem   korespondencji   z   Rogerem   oraz   plotek   przywożonych   przez   wędrownych 

muzykantów. Muzykanci oczywiście wiedzieli, że należy do rodu Chatworthów, uważali więc 

na każde słowo.

Natomiast   członkowie   niezwykle   licznej   rodziny   Montgomerych   byli   ulubionym 

tematem pieśni i plotek. Najstarszy z braci, Gavin, rozkochał, a potem porzucił piękną Alice 

Valence, która w odwecie poślubiła brata Elizabeth, Edmunda. Elizabeth błagała Rogera, by 

nie dopuścił do ślubu, przekonując go, że biedna kobieta nie zasługuje na takiego okrutnika. 

Roger   jednak   twierdził,   że   nie   może   w   żaden   sposób   zapobiec   ich   małżeństwu.   Kilka 

miesięcy   później   Gavin   Montgomery   poślubił   niezwykle   bogatą   dziedziczkę   Revedoune, 

która po śmierci Edmunda, owładnięta zazdrością, chlusnęła gorącą oliwą w twarz biednej 

Alice   Chatworth.   Elizabeth   błagała   Rogera   w   listach   z   klasztoru,   by   zaopiekował   się 

nieszczęsną wdową po ich bracie. Roger spełnił jej prośbę.

Niespełna rok potem Roger napisał jej, że szkocka dziedziczka, Bronwyn MacArran, 

zgodziła się go poślubić, lecz Stephen Montgomery siłą próbował odebrać mu narzeczoną. 

Roger   wyzwał   Stephena   na   pojedynek,   a   podczas   walki   Montgomery   tak   sprytnie 

manewrował, by posądzono Rogera o zdradziecki atak od tyłu. W rezultacie brat Elizabeth 

został okryty hańbą.

Nie   wiedziała   dokładnie,   dlaczego   Brian   opuścił   dom;   Roger   nigdy   o   tym   nie 

wspominał. Była jednak pewna, że miało to jakiś związek z rodziną Montgomerych. Brian był 

wrażliwy i delikatny. Może nie mógł dłużej znieść myśli o wszystkich krzywdach, których 

zaznali od Montgomerych? Cokolwiek jednak zmusiło go do wyjazdu, nie miało z pewnością 

związku z oszczerstwami, które dziś usłyszała. Wątpiła nawet, by Roger wiedział o istnieniu 

siostry Montgomerych.

Przez całą drogę daremnie poprawiała rozdartą suknię, żeby zakryć ramię, materiał 

wciąż   wysuwał   się   zza   dekoltu,   gdzie   bezwiednie   wpychała   go   co   chwila.   Gdy   Miles 

zarządził postój, ze zdziwieniem stwierdziła, że zapada noc. W zamyśleniu straciła rachubę 

czasu.

Zatrzymali się przed zajazdem. Był to częściowo drewniany, częściowo murowany, 

dość stary, ale dostatnio wyglądający budynek. Na progu stał właściciel z wielką czerwoną 

twarzą wykrzywioną w usłużnym uśmiechu.

Miles podszedł do jej wierzchowca.

- Elizabeth...  - Wyciągnął  do niej ramiona. - Nie wstydź  się i nie odmawiaj  mi - 

powiedział z rozbawieniem, zerkając na jej podniesioną stopę.

Po chwili  zastanowienia  pozwoliła,  by pomógł jej  zejść  z konia,  ale  odsunęła  się 

background image

natychmiast, gdy stanęła na ziemi. Dwóch ludzi weszło do zajazdu, a Miles chwycił ją za 

ramię.

- Mam coś dla ciebie.

Patrząc   jej   w   oczy   wyciągnął   piękną,   misternej   roboty   złotą   broszę   w   kształcie 

pelikana   z   dziobem   zwróconym   w   stronę   rozpostartego   skrzydła.   U   stóp   ptaka   lśniła 

diamentowa obręcz.

Elizabeth nawet nie mrugnęła okiem.

- Nie chcę tego.

Miles ze zrezygnowaną miną spiął rozdartą suknię.

- Chodź do środka - powiedział sucho.

Karczmarz   najwyraźniej   ich   oczekiwał,   gdyż   wszyscy   wewnątrz   krzątali   się   w 

pośpiechu. Miles zamienił kilka słów z sir Guyem,  podczas gdy właściciel czekał na ich 

rozkazy.

Obszerna   sala   wypełniona   była   stołami   i   krzesłami,   a   jedną   ze   ścian   zajmował 

kominek z dużym paleniskiem. Elizabeth po raz pierwszy naprawdę przyjrzała się ludziom 

Milesa. Było ich około dwunastu i sprawdzali teraz dokładnie każdy kąt, rozglądali się i cicho 

otwierali drzwi do innych pomieszczeń.

Czyżby   Miles   Montgomery   miał   tak   wielu   wrogów,   by   zewsząd   obawiać   się 

niebezpieczeństwa, czy była  to zwykła  ostrożność? Ładna młoda dziewczyna  skłoniła się 

przed   Milesem,   który   obdarzył   ją   swoim   półuśmieszkiem.   Elizabeth   ze   zdumieniem 

spostrzegła, że dziewczyna czerwieni się i wdzięczy pod jego spojrzeniem.

- Do usług, milordzie - odezwała się, dygając i przygładzając kokieteryjnie spódnicę. - 

Mam nadzieję, że będzie ci smakowało, panie, to, co przygotowałam.

- Na   pewno   -   odpowiedział   bez   wahania,   widocznie   rozbawiony   przymilnym 

zachowaniem dziewczyny. Służąca znów oblała się rumieńcem i wróciła do kuchni.

- Zgłodniałaś, Elizabeth? - spytał, odwracając się do niej.

- Nie w tym sensie, który masz na myśli. - Skinęła głową za odchodzącą dziewczyną.

- Jakże   byłbym   szczęśliwy,   gdyby   te   słowa   dyktowała   zazdrość.   Jestem   jednak 

cierpliwy... - dorzucił z uśmiechem i zanim cokolwiek powiedziała, pchnął ją lekko w stronę 

mniejszego stołu, przeznaczonego tylko dla nich dwojga. Przynoszono kolejne potrawy, lecz 

Elizabeth prawie nic nie jadła.

- Zdaje się, że nie masz apetytu.

- Gdybyś był więziony jak ja, rzucałbyś się na jedzenie swego prześladowcy?

- Prawdopodobnie nie przestałbym ani na moment obmyślać, jak go ukatrupić - odparł 

background image

szczerze.

Elizabeth bez słowa spiorunowała go wzrokiem i Miles skupił się na jedzeniu.

W połowie długiego, milczącego posiłku Miles chwycił za rękę jedną z usługujących 

przy stole dziewcząt, która przyniosła właśnie półmisek z łososiem. Zaskoczona Elizabeth 

podniosła wzrok i zobaczyła, że ręce służącej są podrapane i pokryte czerwonymi strupami.

- Skąd te rany? - spytał łagodnie Miles.

- Zbierałam   jeżyny,   milordzie...   -   odpowiedziała,   na   pół   przestraszona,   na   pół 

onieśmielona uwagą Milesa.

- Karczmarzu! - zawołał. - Dopilnuj, by opatrzono ręce tej dziewczyny, i ma ich nie 

moczyć w wodzie, dopóki rany się nie zagoją.

- Ależ,   panie!   -   zaprotestował   gospodarz.   -   To   tylko   dziewka   kuchenna,   zwykła 

pomywaczka, a dziś zastępuje dziewczynę, która nabawiła się ospy.

Sir Guy wolno podniósł się ze swego miejsca u szczytu stołu, gdzie posilał się wraz z 

resztą ludzi Milesa. Wystarczyło, by gigant zademonstrował swą posturę, a karczmarz natych-

miast potulnie się cofnął.

- Chodź,   dziewczyno!   -   zawołał   ze   złością   na   służącą.   -   Dziękuję...   Dziękuję, 

milordzie. - Służąca dygnęła i wyszła z sali.

Elizabeth ukroiła kawałek francuskiego sera.

- Czy sir Guy wstawił się za dziewczyną dla jej dobra, czy dla własnego?

Po twarzy Milesa przebiegł wyraz zaskoczenia, a potem rozbawienia. Ujął jej dłoń i 

pocałował.

- Guy nie lubi bijatyk o pomywaczki. - A ty? Z uśmiechem wzruszył ramionami.

- Wolę unikać walki, bez względu na powód. Jestem spokojnym człowiekiem.

- Ale rzuciłbyś się na tego sympatycznego grubasa z powodu podrapanych rąk tej nic 

niewartej pomywaczki - stwierdziła.

- Nie   uważam,   że   jest   nic   niewarta.   A   teraz...   -   zmienił   temat.   -   Jesteś   pewnie 

zmęczona. Chcesz się położyć?

Wszyscy   ludzie   przy   stole   sir   Guya   życzyli   jej   dobrej   nocy,   kiedy   skinąwszy  im 

głową, poszła za Milesem i karczmarzem na piętro do przygotowanej dla nich niewielkiej 

sypialni... z jednym łóżkiem.

- A   więc   to   tak!   Czekałeś   do   tej   pory,   żeby   wciągnąć   mnie   do   swojego   łóżka   - 

odezwała się, gdy zostali sami. - Ściany namiotu nie stłumiłyby pewnie tak dobrze moich 

krzyków.

- Elizabeth... - powiedział, ujmując jej dłoń. - Będę spał na ławie pod oknem, a ty 

background image

zajmiesz   łóżko.   Nie   mogę   pozwolić   ci   nocować   w   oddzielnej   sypialni.   Natychmiast 

wymyśliłabyś jakiś sposób ucieczki.

- Raczej odzyskania wolności.

- Dobrze,   niech   ci   będzie,   odzyskania   wolności.   A   teraz,   podejdź   tu,   chcę   z   tobą 

porozmawiać.

Pociągnął ją do ławy pod oknem, usiadł i spróbował przyciągnąć do siebie. Szarpnęła 

się, dotykając jego piersi.

- Uspokój się, Elizabeth. Położę ręce tu, na twojej talii i nie poruszę się więcej, ale nie 

puszczę cię, dopóki ze mną nie porozmawiasz.

- Mogę rozmawiać trzymając się od ciebie z daleka.

- Ale ja nie mogę powstrzymać się od dotykania ciebie - powiedział czule. - Cały czas 

mam ochotę cię pieścić, uśmierzyć ból, który nosisz w sercu.

- Nie noszę w sercu bólu.

Szarpnęła   się,   ale   mocno   ją   trzymał.   Był   dość   potężny,   wysoki,   o   szerokich 

ramionach.

- Ależ tak, Elizabeth. Zostałaś zraniona, prawdopodobnie bardziej niż ci się wydaje.

- Och, nareszcie rozumiem. Źle ze mną, ponieważ nie przewracam oczami, gdy tylko 

się zbliżysz.

Śmiejąc się cicho pocałował ją w szyję.

- Może zasłużyłem sobie na to. Siedź spokojnie, bo nie przestanę cię całować.

Drgnął, kiedy natychmiast znieruchomiała.

- Chcę, byś mi powiedziała, co lubisz. Nie cieszy cię ani dobre jedzenie, ani piękne 

stroje. Nie zwracasz uwagi na złoto i diamenty. Mężczyźni dla ciebie nie istnieją. Jaka jest 

twoja słabość?

- Moja słabość? - spytała, sama się nad tym zastanawiając.

Bawił   się   kosmykiem   włosów   przy   jej   skroni   i   Elizabeth   bezwiednie   zaczęła   się 

rozluźniać. Ostatnie dwa dni, wypełnione napięciem i złością, zupełnie wyczerpały jej siły. 

Siedziała teraz między długimi, wyciągniętymi na ławie nogami Milesa.

- A jaka jest twoja słabość, Montgomery?

- Kobiety... - szepnął. - Opowiedz mi o sobie. Poczuła, że mięśnie na karku rozluźniają 

się.  Mimowolnie  oparła  się  o  jego  pierś. Całkiem  miło   było   znaleźć  się  w  bezpiecznym 

objęciu silnych ramion, gdy mężczyzna jej nie obłapiał, nie darł sukni, nie sprawiał jej bólu.

- Mieszkam  z  dwoma   braćmi,  których  kocham  i  którzy  mnie   kochają.  Nie  jestem 

biedna i wystarczy, że wspomnę tylko o jakimś klejnocie czy sukni, a mój brat Roger mi je 

background image

kupuje.

- A... Roger - zawahał się, wypowiadając to imię. - Czy jest dla ciebie dobry?

- Opiekuje się mną. - Uśmiechnęła się i zamknęła oczy. Miles masował jej kark. - 

Zawsze opiekował się mną i Brianem.

- Przed kim cię bronił?

O   mało   nie   powiedziała,   że   przed   Edmundem,   ale   powstrzymała   się   w   porę. 

Gwałtownie otworzyła oczy i wyprostowała się.

- Przed mężczyznami! - wypaliła pogardliwie. - Zawsze podobałam się mężczyznom, 

ale Roger trzymał ich ode mnie z daleka.

Miles nie wypuszczał jej z uścisku.

- Znasz   wiele   sztuczek   na   opędzanie   się   od   mężczyzn.   Otoczyłaś   się   jak   murem. 

Czuję, że w głębi jesteś namiętną kobietą, dlaczego więc zabijasz to w sobie? A może Roger 

nie zawsze był na tyle blisko, by cię chronić?

Elizabeth   nie   odpowiedziała,   przeklinając   moment   szczerości,   na   który   sobie 

pozwoliła.   Po   chwili   Miles   westchnął   głośno   i   wypuścił   ją   z   ramion.   Odskoczyła   jak 

oparzona.

- Kładź się spać - powiedział znużonym głosem, wstał i odwrócił się do niej plecami.

Elizabeth nie wierzyła, że zostawi ją w spokoju. Zdjęła tylko buty i całkowicie ubrana 

wślizgnęła się do wielkiego łoża.

Miles zdmuchnął świecę i przez dłuższy czas stał nieruchomo na tle rozświetlonego 

księżycem okna. Elizabeth cicho odwróciła się na bok i obserwowała go zdjęta strachem, nie 

wiedziała, co teraz nastąpi. Przyglądała się, jak zdejmuje ubranie. Wstrzymała oddech, kiedy 

został nagi. On jednak uniósł cienki pled pokrywający ławę i wyciągnął się - czy raczej 

spróbował wyciągnąć się - pod oknem. Zaklął pod nosem, uderzając nogą o ścianę.

Minęło kilka minut, zanim zdała sobie sprawę, że Montgomery nie zamierza jej do 

niczego zmuszać. Podejrzewała jednak, że rzuci się na nią, gdy tylko zmruży oczy. Zapadła w 

lekki   sen,   budził   ją   najmniejszy   szmer.   Kiedy   Miles   próbował   przewrócić   się   na   swym 

wąskim posłaniu, otwierała oczy i trwała przez chwilę w napięciu. Potem, na odgłos jego 

równomiernego  oddechu, trochę przysypiała  - aż do momentu, kiedy znowu poruszył  się 

przez sen.

background image

4

Nie spałaś dobrze? - spytał rano Miles.

Był już ubrany w czarne obcisłe spodnie, uwydatniające umięśnione nogi, i haftowany 

kaftan sięgający zaledwie do bioder.

- Nigdy dobrze nie sypiam w towarzystwie wrogów - odcięła się.

Śmiejąc się cicho odsunął jej  ręce, zaplótł warkocz i zawiązał  na końcu wstążką. 

Potem   pocałował   ją   w   kark,   na   co   zaskoczona   Elizabeth   podskoczyła   na   równe   nogi, 

przykładając rękę do szyi.

Wyciągnął ku niej ramię i powiedział:

- Wiem, że smutno ci się ze mną rozstać, ale moi ludzie czekają na dole.

Wyprostowała   się   sztywno   i   wyszła   pierwsza   z   sypialni.   Było   jeszcze   bardzo 

wcześnie, słońce wyglądało zaledwie zza horyzontu. Miles powiedział, że posiłek zjedzą w 

drodze, po kilku godzinach jazdy.

Stali   oboje   na   małym   ganku   zajazdu.   Sir   Guy   i   rycerze   na   koniach   czekali   przy 

załadowanych mułach.

- Wszystko gotowe? - spytał Miles. - Karczmarz dostał zapłatę?

Zanim sir Guy odpowiedział, z karczmy wypadła mała dziewczynka w obszarpanych 

łachmanach, może czteroletnia, i wyciągając główkę, by zobaczyć Milesa, przewróciła się na 

stopniach. Natychmiast ukląkł i przytulił małą do piersi.

- Cicho, malutka... - szepnął, podnosząc się z dziewczynką wtuloną w ramiona.

Nie   był   to   zaskakujący   widok   dla   sir   Guya   i   rycerzy,   czekali   więc   cierpliwie   ze 

znudzonymi   minami,   aż   Miles   uspokoi   dziecko.   Elizabeth   nawet   na   niego   nie   spojrzała. 

Jedyne, co ją obchodziło, to to, czy małej nic się nie stało. Wyciągnęła rękę i położyła dłoń na 

główce płaczącego dziecka.

Dziewczynka oderwała buzię od ramienia Milesa i załzawionymi oczkami spojrzała na 

Elizabeth. Z nowym wybuchem płaczu wyciągnęła rączki i rzuciła się jej w ramiona.

Trudno powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony: Miles, sir Guy czy rycerze. Miles 

wpatrywał się w Elizabeth i przez chwilę czuł się urażony.

- Już, cicho... - powiedziała Elizabeth łagodnym tonem, który Miles po raz pierwszy u 

niej słyszał. - Jeśli przestaniesz płakać, sir Guy przewiezie cię na barana.

Miles   zakaszlał,   żeby   powstrzymać   śmiech.   Ogromny   wzrost   i   szrama   na   twarzy 

przerażały większość ludzi, a szczególnie kobiety.  Nigdy nie słyszał, by ktokolwiek miał 

odwagę zachęcać giganta do wożenia dziecka na karku.

background image

- Zobacz, jaka będziesz duża!... - ciągnęła Elizabeth, kołysząc małą w ramionach. - 

Może nawet dosięgniesz gwiazdkę z nieba.

Dziecko pociągnęło nosem i uważnie przypatrzyło się Elizabeth.

- Gwiazdkę z nieba?... - spytała dziewczynka przełykając łzy.

Elizabeth pogłaskała ją po policzku.

- A gdy zdobędziesz już gwiazdkę, będziesz mogła dać ją sir Milesowi w podzięce za 

nową sukienkę, którą ci podaruje.

Oczy wszystkich rycerzy zwróciły się na Montgomery'ego w oczekiwaniu jego reakcji 

- i nikt nie ważył się roześmiać na widok oburzonej twarzy Milesa.

Dziewczynka znowu pociągnęła nosem i odwróciła się, by spojrzeć na lorda Milesa. 

Uśmiechnęła  się do niego, lecz gdy zerknęła na sir Guya,  ponownie przywarła  do piersi 

Elizabeth.

- Nie trzeba się go bać - powiedziała Elizabeth. - On bardzo lubi dzieci. Prawda, sir 

Guyu?

Rzucił jej mordercze spojrzenie.

- W rzeczy samej, milady, ogromnie lubię dzieci, lecz rzadko z nimi przestaję.

- Musimy coś na to poradzić. A teraz, dziecko, biegnij do sir Guya i wdrap mu się na 

ramiona, żeby sięgnąć po gwiazdkę.

Dziewczynka, najpierw nieśmiało, zbliżyła się do sir Guya i chwyciła go mocno za 

głowę, gdy podniósł ją na ramiona.

- Jestem największą dziewczynką na świecie! - zapiszczała z radości, kiedy niósł ją po 

dziedzińcu.

- Nigdy jeszcze nie widziałem twojego uśmiechu - odezwał się Miles.

Elizabeth natychmiast spoważniała.

- Zwrócę ci pieniądze za sukienkę dla dziecka, gdy tylko dotrę do domu - powiedziała 

i odwróciła się.

Miles złapał ją za rękę i odprowadził kawałek na bok, by ludzie ich nie słyszeli.

- To dziecko jakiegoś żebraka.

- Tak? - spytała prowokująco. - Myślałam, że to może jedno z twoich dzieci.

- Moich? - Miles był zaskoczony. - Sądzisz, że pozwoliłbym swemu dziecku biegać w 

łachmanach, bez żadnej opieki?

Elizabeth odwróciła się do niego.

- A skąd wiesz, gdzie podziewają się wszystkie twoje dzieci? Masz jakieś rejestry z 

długimi listami ich imion i wiosek, gdzie mieszkają?

background image

Po twarzy Milesa przemknęło kolejno niedowierzanie, złość, a w końcu rozbawienie.

- Elizabeth, jak myślisz, ile ja mam dzieci? Zadarła wysoko brodę i odpowiedziała 

tonem pełnym pogardy:

- Ani mnie to nie ciekawi, ani nie obchodzi, ile bękartów spłodziłeś.

Odwrócił ją twarzą do siebie.

- Nawet   moi   bracia   zmyślają   na   ten   temat   niestworzone   historie.   Czyżby   obcy 

szacowali mnie  jeszcze wyżej?  Mam trzech  synów: Christophera,  Philipa i Jamesa. A w 

najbliższych dniach spodziewam się wiadomości o narodzinach następnego dziecka. Mam 

nadzieję, że tym razem będzie dziewczynka.

- Masz   nadzieję...   -   prychnęła.   -   Nie   obchodzi   cię   los   ich   matek?   To,   że   je 

wykorzystujesz, a potem porzucasz? A co dzieje się z dziećmi? Muszą dorastać z piętnem 

bękartów! Tylko dlatego, że jakiś ohydny rozpustnik miał ochotę się zabawić.

Poczuła mocniejszy uścisk na ramieniu, Miles ze złością patrzył jej w oczy.

- Nie wykorzystuję kobiet - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Kobiety, które dały mi 

dzieci, przyszły do mnie z własnej woli. Wszystkie dzieci mieszkają ze mną i są pod opieką 

nianiek.

- Nianiek!   -   Bezskutecznie   próbowała   się   od   niego   odsunąć.   -   Wyrzucasz   matki 

swoich dzieci jak suki? Czy dajesz im trochę pieniędzy, tak jak Bridget, i posyłasz je do 

diabła?

- Bridget?   -   Miles   przyglądał   jej   się   przez   chwilę,   po   czym   odezwał   się 

spokojniejszym tonem. - Masz na myśli tę Bridget, która jest matką Jamesa? Powiem ci o niej 

prawdę. Mój brat Gavin wysłał wiadomość do klasztoru świętej Katarzyny,  że potrzebuje 

kilku służących. Chodziło mu o dziewczęta z dobrą reputacją, które nie kusiłyby jego ludzi i 

nie prowokowały bójek. Od chwili, gdy pojawiła się w naszym domu, ta Bridget nie dawała 

mi spokoju.

Elizabeth znowu się szarpnęła.

- Jesteś kłamcą!

Miles chwycił ją za drugie ramię.

- Kiedyś powiedziała mi, iż tak wiele o mnie słyszała, że czuje się jak dziecko, które 

przestrzegano   wielokrotnie,  by nie  igrało   z ogniem.  Pewnej  nocy znalazłem   ją  w  swoim 

łóżku.

- I wziąłeś ją.

- Kochałem się z nią, tak. Tamtej nocy, kiedy przyszła, i podczas kilku następnych. 

Gdy okazało się, że jest brzemienna, nieźle mi się oberwało od braci.

background image

- I wyrzuciłeś ją z domu, najpierw odbierając dziecko, oczywiście.

Uśmiechnął się lekko.

- Właściwie to ona mnie porzuciła. Nie było mnie w domu przez kilka miesięcy i w 

tym   czasie   zakochała   się   w   ogrodniku   Gavina.   Po   powrocie   rozmawiałem   z   nimi. 

Powiedziałem,   że   chciałbym   zatrzymać   dziecko   i   wychować   je   na   rycerza.   Bridget 

skwapliwie się zgodziła.

- Ile   pieniędzy   im   dałeś?   Z   pewnością   musiałeś   pocieszyć   matkę,   zabierając   jej 

dziecko.

Miles puścił ją i spojrzał groźnie.

- Dobrze znałaś Bridget? Jeśli tak, to wiesz, że bardziej interesowały ją przyjemności 

niż zajmowanie się dzieckiem. Ogrodnik, za którego w końcu wyszła, nie chciał ani jej, ani 

dziecka, a potem zażądał ode mnie pieniędzy „za to, co stracił”. Nic mu nie dałem. James jest 

mój.

Elizabeth milczała chwilę.

- A co stało się z pozostałymi matkami twoich dzieci? - spytała cicho.

Odszedł kilka kroków.

- Gdy byłem jeszcze chłopcem, zakochałem się w młodszej siostrze jednego z rycerzy 

Gavina.   Christopher   urodził   się,   kiedy   oboje   z   Margaret   mieliśmy   po   szesnaście   lat. 

Ożeniłbym się z nią, lecz jej brat odesłał ją gdzieś. Dowiedziałem się o Kicie dopiero, kiedy 

Margaret zmarła na ospę miesiąc po urodzeniu dziecka.

Spojrzał na Elizabeth, uśmiechając się pod nosem.

- Matka  Philipa  była  tancerką,  egzotyczną  istotą,  która  dzieliła  ze mną  łoże  przez 

dwa... - westchnął - dwa bardzo ciekawe tygodnie. Po dziewięciu miesiącach przysłała umyśl-

nego z Philipem. Nigdy więcej nie miałem od niej żadnych wiadomości.

Elizabeth słuchała zafascynowana. - A to ostatnie dziecko? - spytała.

Miles   pochylił   głowę   i   gdyby   nie   był   mężczyzną,   pomyślałaby,   że   chce   ukryć 

zażenowanie.

- Boję się, że z tym dzieckiem mogą być kłopoty. Matka jest moją daleką kuzynką. 

Opierałem się jej tak długo, jak tylko mogłem, ale... - Wzruszył ramionami. - Jej ojciec jest na 

mnie wściekły. Twierdzi, że przyśle mi dziecko, lecz... nie jestem o tym przekonany.

Elizabeth potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

- Na pewno masz więcej dzieci - powiedziała z sarkazmem w głosie.

Lekko zmarszczył brwi.

- Nie sądzę. Staram się nie tracić mych kobiet z oczu i dbać o dzieci.

background image

- Łaskawie zbierasz plony - powiedziała ze złością. Miles przechylił głowę na bok i 

przyjrzał jej się uważnie.

- Najpierw wyklinasz mnie, że porzucam i skazuję swe dzieci na żebraczy żywot, a 

teraz masz pretensję, że się nimi opiekuję. Nie jestem mnichem i nie mam zamiaru żyć w 

celibacie, ale poważnie traktuję swoje obowiązki. Kocham te dzieci i dbam o ich przyszłość. 

Chętnie miałbym jeszcze tuzin.

- Jak   na   początek,   nieźle   sobie   radzisz   -   rzuciła   i   wyminęła   go   majestatycznym 

krokiem.

Miles patrzył, jak podchodzi do ludzi przy koniach. Stanęła nieco na uboczu, cały czas 

wyprężona swoim zwyczajem jak struna. Nie była, jak jego szwagierki, przyzwyczajona do 

władzy i komenderowania służbą, z czego mogłaby wynikać pewna sztywność. Elizabeth 

Chatworth lodowaciała w obecności mężczyzn. Wczoraj jeden z jego ludzi, jadący z tyłu 

orszaku, niechcący otarł się o nią, a ona tak gwałtownie ściągnęła wodze konia, że stanął 

nagle   dęba.   Opanowała   jakoś   przestraszone   zwierzę   i   nie   spadła   z   siodła,   ale   Miles   aż 

wzdrygnął się na wspomnienie tej sceny. Żadna kobieta - ani zresztą żaden mężczyzna - nie 

powinien tak strasznie obawiać się dotknięcia drugiego człowieka.

Sir Guy wrócił do orszaku i od razu podszedł do Milesa.

- Robi się późno. Musimy jechać. - Zamilkł na chwilę i dodał: - A może namyśliłeś 

się, że lepiej byłoby oddać lady Elizabeth jej bratu?

Miles spojrzał na Elizabeth. Rozmawiała teraz z matką dziewczynki, która upadła na 

ganku. Odwrócił się do sir Guya i rozkazał:

- Chcę, byś posłał kilku ludzi do majątku na północy. Niech przywiozą mi Kita.

- Twojego syna?

- Tak, mojego syna. Niech przyjedzie też jego opiekunka. Nie! Niech lepiej przyjedzie 

sam, oczywiście z mocną strażą. Lady Elizabeth będzie się nim opiekować.

- Jesteś pewien, że słusznie robisz? - spytał sir Guy.

- Lady Elizabeth lubi dzieci, podzielę się więc z nią jednym z moich synów. Jeśli nie 

mogę zdobyć jej serca jednym sposobem, znajdę inny.

- A co zrobisz z tą kobietą, gdy już ją zdobędziesz?

- Kiedyś, jeszcze w dzieciństwie, zafascynował mnie dziki kot, który niepodzielnie 

królował   w   okolicy   pewnej   szopy.   Gryzł   i   drapał   każdego,   kto   odważył   się   zbliżyć. 

Postanowiłem   go   oswoić.   Wiele   tygodni   minęło,   zanim   zdobyłem   zaufanie   kota,   lecz 

poczułem się prawdziwym  zwycięzcą, kiedy zaczął jeść mi z ręki. Później jednak zaczął 

wszędzie za mną łazić, ciągle się o niego potykałem i coraz częściej miałem go dość.

background image

Po   kilku   miesiącach   odganiałem   go   kopniakami.   Przestał   być   tym   dzikim 

stworzeniem, które pokochałem, był już tylko zwykłym kotem, nie różniącym się niczym od 

innych. Miles wciąż przyglądał się Elizabeth.

- Może rzeczywiście podoba mi się ta zabawa - powiedział cicho. - A może jestem 

podobny   do   mego   brata   Raine'a,   który   nie   umie   pogodzić   się   z   najmniejszą 

niesprawiedliwością. Jedyne, co wiem, to to, że Elizabeth Chatworth mnie fascynuje. Może 

chcę, żeby jadła mi z ręki, ale może stanie się to dopiero wtedy, gdy zostanę jej niewolnikiem.

Oderwał od niej wzrok i spojrzał na sir Guya.

- Elizabeth polubi Kita, a mój syn jedynie skorzysta z tej znajomości. Zresztą mam 

ochotę zobaczyć swą latorośl, poślij po niego.

Sir Guy skinął głową i odszedł.

Kilka minut później siedzieli już na koniach, gotowi do drogi. Miles nie odzywał się 

do Elizabeth od chwili wymarszu, w milczeniu jechał obok. Koło południa zaczęła wyraźnie 

opadać z sił i poważnie zastanawiał się, czy nie odesłać jej do brata.

Pół godziny potem nagle wróciła do życia. W czasie gdy Miles użalał się nad nią, 

zdołała   poluzować   linę   łączącą   ich   konie.   Ubodła   nagle   swego   wierzchowca,   wodzami 

smagnęła   z   całej   siły   dwa   jadące   przed   nimi   konie   i   kiedy   stanęły   dęba,   zaskakując 

wszystkich   puściła   się   do   przodu.   Miała   już   pół   mili   przewagi,   pędząc   po   wyboistej, 

zarośniętej zielskiem drodze, kiedy Miles zebrał ludzi i ruszył za nią.

- Sam ją złapię!... - krzyknął przez ramię do sir Guya. Wiedział, że koń Elizabeth nie 

jest zbyt szybki, ale umiała wykrzesać z niego wszystkie siły. Był już na tyle blisko, by ją 

pochwycić, gdy puścił popręg jego siodła. Miles zsunął się zupełnie na bok.

- Niech ją diabli... - sapnął, doskonale wiedząc, czyja to sprawka, lecz jednocześnie 

uśmiechnął się pod nosem na myśl o jej sprycie.

Elizabeth   nie   wzięła   jednak   pod   uwagę,   że   ma   do   czynienia   z   mężczyzną 

wychowanym z trzema starszymi braćmi. Miles był przyzwyczajony do sztuczek w rodzaju 

poluzowanego popręgu i wiedział, jak dać sobie z tym radę. Zręcznie przeniósł ciężar ciała do 

przodu, siadając niemal na szyi konia.

Wytracił trochę prędkość, kiedy wierzchowiec rzucił się pod nim kilka razy, ale zaraz 

odzyskał równowagę. Elizabeth popędziła w pole, gdy droga znikła wśród zielska, i z niepo-

kojem stwierdziła, że Miles jest cały czas tuż za nią.

Gdy chwycił ją wpół, zaczęła się dziko szarpać, a Miles, nie mając żadnego oparcia w 

siodle, zaczął spadać z konia. Nie wypuszczał jej jednak z objęć. Kiedy lecieli na ziemię, 

odwrócił się tak, żeby nie zrobiła sobie krzywdy, i uniesionym ramieniem osłonił ją przed 

background image

wierzgnięciem rozpędzonego konia. Oba wierzchowce zatrzymały się kawałek dalej.

- Puść mnie! - rzuciła Elizabeth, gdy tylko  udało jej się złapać oddech. Leżała na 

Milesie, mocno opleciona jego ramionami.

- Kiedy poluzowałaś popręg? Milczała, więc tak zacisnął ręce, że niemal zatrzeszczały 

jej żebra.

- W czasie wieczornego postoju - wydusiła. Przesunął rękę na jej głowę i przycisnął 

do ramienia. - Sprytna jesteś. Jak udało ci się zmylić moich ludzi? Kiedy się wymknęłaś?

Jego szyja była wilgotna od potu, a serce waliło tak samo głośno jak jej, tuż obok. Ta 

gonitwa przywróciła Elizabeth  siły i cieszyła  się z tego, nawet jeśli ucieczka okazała się 

nieudana.

- Nieźle mnie przegoniłaś - odezwał się rozbawiony. - Gdyby wypuszczanie mnie w 

pole na poluzowanym siodle nie było ulubioną zabawą moich braci, natychmiast zwaliłbym 

się na ziemię. Oczywiście, oni pozwalali sobie na takie żarty tylko wtedy, gdy byli pewni, że 

nie zdążę się rozpędzić i nie zabiję się. - Odwrócił się i spojrzał jej w twarz. - Ucieszyłabyś 

się, gdybym skręcił sobie kark?

- Tak, bardzo - odpowiedziała uśmiechając się i prawie dotykając nosem jego nosa.

Miles   roześmiał   się   i   pocałował   ją   szybko,   a   potem   zepchnął   z   siebie   i   wstał. 

Zmarszczył brwi, gdy wytarła usta wierzchem dłoni.

- Chodź, niedaleko jest zajazd. Zatrzymamy się tam na noc. Nie wyciągnął ręki, by 

pomóc jej wstać. Kiedy wrócili do orszaku, sir Guy obrzucił ją pełnym uznania spojrzeniem i 

domyśliła się, że odtąd będzie bardziej ostrożny. Nie pozwoli jej już na podobne psoty.

Dopiero gdy znów dosiedli koni, zauważyła ranę na ramieniu Milesa. Wiedziała, że 

musiało  się to stać,  kiedy osłonił  ją  przy upadku. Sir Guy  obejrzał  krwawiące  miejsce i 

obwiązał je paskiem płótna. Przyglądała się bez słowa. To dziwne, że ten mężczyzna, jeden z 

Montgomerych, osłonił własnym ramieniem kobietę z rodziny Chatworthów.

Miles dostrzegł jej uważne spojrzenie.

- Twój uśmiech, Elizabeth, od razu by mnie uzdrowił.

- Mam nadzieję, że od tej rany uschnie ci ręka. - Szturchnęła konia i ruszyła.

Milczeli przez całą drogę do zajazdu, gdzie jak poprzednio ludzie Milesa sprawdzili 

najpierw,   czy   wszystko   jest   w   porządku.   Tym   razem   przygotowano   dla   nich   oddzielną 

jadalnię.

- Opowiedz mi coś więcej o swojej rodzinie - poprosił Miles.

- Nie   -   odpowiedziała   krótko,   sięgając   po   półmisek   ze   ślimakami   w   sosie 

czosnkowym.

background image

- W takim razie ja opowiem ci o mojej. Mam trzech starszych braci i...

- Wiem. Jesteście wszyscy powszechnie znani. Uniósł brwi zaciekawiony.

- Powiedz mi, co słyszałaś.

- Z przyjemnością. - Odkroiła kawałek pasztetu i ciągnęła: - Twój brat Gavin jest 

najstarszy. Miał poślubić Alice Valence, lecz porzucił ją i wybrał bogatą Judith Revedoune, 

złośliwą megierę. Oboje, twój brat i jego żona, doprowadzili Alice - obecnie Chatworth - do 

obłędu.

- Znasz swoją bratową? Elizabeth wbiła wzrok w talerz.

- Nie zawsze była taka jak teraz.

- Urodziła się suką i taka została. To ona porzuciła mojego brata. A teraz powiedz, co 

wiesz o Stephenie.

- Zmusił do poślubienia go kobietę, która pragnęła wyjść za mojego brata.

- A Raine?

- Niewiele o nim wiem, oprócz tego, że jest niezrównany na polu bitwy.

Miles spojrzał jej głęboko w oczy.

- Po tym, jak twój brat zgwałcił moją siostrę, a Mary odebrała sobie życie, Raine 

poprowadził kilku królewskich rycerzy, by zaatakowali Rogera. Król ogłosił Raine'a zdrajcą i 

mój brat tuła się od tamtej pory po lasach z bandą zbójców.

- Zamilkł, po czym spytał: - A ja?

- Ty jesteś rozpustnikiem, uwodzicielem młodych dziewcząt.

- Pochlebia mi, że krążą legendy na temat mojej męskości. A teraz posłuchaj prawdy. 

Gavin musiał udźwignąć ciężar wychowania trzech braci i zarządzania całym majątkiem jako 

zaledwie szesnastoletni chłopak. Nie miał czasu zajmować się kobietami. Kiedy zakochał się 

w Alice Valence, błagał ją o rękę, ona jednak odmówiła. Ożenił się z Judith Revedoune i 

dopiero po dłuższym czasie zrozumiał, jak bardzo ją kocha. Alice chciała oszpecić Judith, 

oblewając ją gorącym olejem, lecz sama została oszpecona.

- Łżesz cały czas - przerwała Elizabeth.

- Nie,   nie  kłamię.   Stephen  ma   najłagodniejsze  usposobienie   w  naszej   rodzinie.  Są 

sobie bardzo bliscy z Gavinem. A Raine...

- Uśmiechnął się. - Raine wierzy, że losy świata spoczywają na jego barkach. Jest 

dobrym człowiekiem, ale niesamowicie upartym.

- A ty? - spytała cicho. Zastanowił się, zanim odpowiedział:

- Jestem   samotnikiem.   Moi   bracia   wydają   się   tak   dobrze   wiedzieć,   czego   chcą   w 

życiu. Gavin kocha ziemię, Stephen nawraca swoich Szkotów, Raine pragnie zmienić świat, a 

background image

ja...

Podniosła na niego wzrok i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Ona również czuła się 

w   życiu   sama.   Edmund   był   złym   człowiekiem,   Roger   wciąż   się   na   coś   albo   na   kogoś 

wściekał, a ona spędziła życie na uciekaniu przed Edmundem i jego przyjaciółmi i osłanianiu 

Briana.

Gdy Miles ujął jej dłoń, nie wyrwała jej.

- Oboje musieliśmy szybko dorosnąć. Pamiętasz, czyś kiedykolwiek była dzieckiem?

- Aż nazbyt dobrze - powiedziała sucho i cofnęła rękę. Przez chwilę jedli w milczeniu.

- Czy twój dom był... szczęśliwy? - spytała obojętnym tonem.

- Tak. - Uśmiechnął się. - Każdy z nas wychowywany był przez innego opiekuna, ale 

mimo to większość czasu spędzaliśmy razem. Niełatwo być najmłodszym bratem. Dostaje się 

trochę w kość. A ty byłaś szczęśliwa?

- Nie.  Byłam  zbyt zajęta  uciekaniem  przed Edmundem,  żeby myśleć  o czymś  tak 

niemądrym jak szczęście. Chciałabym pójść już spać.

Miles poszedł za nią do ich wspólnej sypialni, gdzie tym razem Elizabeth zobaczyła 

jedno posłanie.

- Nie ma tu ławeczki przy oknie - powiedział wesoło, ale Elizabeth nie uśmiechnęła 

się. Ujął obie jej dłonie. - Czy w końcu mi zaufasz? Nie jestem taki jak Edmund ani Pagnell, 

ani żaden z tych okropnych mężczyzn, których spotkałaś.

- Uwięziłeś   mnie.   Czy   mężczyźni   tak   szlachetni   jak   ty   uważają,   że   wolno   więzić 

niewinną kobietę? Pocałował ją w obie dłonie.

- A co zrobisz, jeśli odeślę cię do brata? Będziesz czekać, aż Roger wybierze ci męża, 

a potem oddasz się rozkoszom pożycia małżeńskiego?

Odsunęła się.

- Roger obiecał, że nie będzie zmuszał mnie do małżeństwa. Myślałam o wstąpieniu 

do klasztoru.

Miles spojrzał na nią z przerażeniem. Zanim zaprotestowała, chwycił ją w ramiona i 

przyciągnął.

- Masz tak wiele miłości do zaofiarowania. Jak mogłaś myśleć o zamknięciu się w 

klasztorze? Nie chciałabyś mieć dzieci, widzieć, jak dorastają? Tylko dziecko może patrzeć 

na ciebie z całkowitym zaufaniem i uwielbieniem.

Podniosła głowę z jego ramienia. Prawie już przyzwyczaiła się do bliskości i objęć 

Milesa.

- Nigdy wcześniej nie spotkałam mężczyzny,  który lubiłby dzieci. Wszyscy, jakich 

background image

znam, interesują się jedynie walką, piciem i gwałceniem kobiet.

- Walka to dobra rzecz od czasu do czasu i muszę przyznać, że zdarzało mi się upijać, 

ale w łóżku lubię kobiety, których nie trzeba do niczego zmuszać. A teraz ściągnij tę suknię.

Szarpnęła się gwałtownie, rzucając mu wrogie spojrzenie.

- Mam zamiar spać samotnie w tym niewygodnym, zimnym łóżku, ale wydaje mi się, 

że masz już dość tej sukni. Lepiej będzie ci się spało, jeśli ją zdejmiesz.

- Lepiej czuję się w ubraniu, dziękuję za troskę.

- Niech   będzie,   jak   wolisz.   -   Kiedy  odwrócił   się   i   zaczął   się   rozbierać,   Elizabeth 

czmychnęła pod przykrycie.

Jedyna świeczka w pokoju wciąż się paliła, gdy Miles ubrany tylko w przepaskę na 

biodrach pochylił się i odsunął jej koc z twarzy. Leżała sztywno, kiedy usiadł na krawędzi 

łóżka.  Pieszczotliwie   dotknął  jej  włosów  i  skroni.  Przyglądał  się  bez  słowa, przesuwając 

palcami po jej delikatnej skórze.

- Dobranoc, Elizabeth - szepnął i pocałował lekko jej usta.

Gwałtownie machnęła ręką, by go odepchnąć, lecz zdążył chwycić ją za nadgarstek.

- Co skłoniłoby cię do pokochania mężczyzny? - spytał cicho.

- Chyba nie jestem do tego zdolna - odpowiedziała szczerze. - Przynajmniej nie tak jak 

myślisz.

- Mam coraz większą ochotę to sprawdzić. Dobranoc, mój słodki aniele.

Szybko  znów ją  pocałował,  zanim zdążyła  oświadczyć,  że  wcale nie  jest słodkim 

aniołem. Kiedy się odsunął, zamaszyście otarła dłonią usta.

background image

5

Po kolejnych dwóch dniach podróży orszak dotarł do południowej granicy Szkocji. 

Elizabeth raz jeszcze próbowała uciec - nocą, gdy Miles spał tuż obok niej - lecz zanim 

zbliżyła się do drzwi, pochwycił ją i zaprowadził z powrotem do łóżka.

Potem długo leżała z otwartymi oczami, rozmyślając nad swoim dziwnym położeniem 

- była więźniem, jednak nie do końca. Nikt nigdy nie traktował Elizabeth z taką galanterią, 

jaką okazywał jej Miles Montgomery. Co prawda dotykał jej przy każdej sposobności, ale 

powoli   się   do   tego   przyzwyczajała.   Nie   sprawiało   jej   to   oczywiście   przyjemności,   nie 

wydawało się jednak tak wstrętne jak na początku. Pewnego razu, w kolejnym zajeździe, 

gdzie nocowali, jakiś pijak zatoczył się na Elizabeth, a ona w obronnym odruchu bezwiednie 

przysunęła się do Milesa. Sprawiło mu to ogromną radość.

Dziś powiedział, że odtąd jego namiot będzie im służył za schronienie, gdyż w Szkocji 

nie ma wielu zajazdów. Gdy przekroczyli góry, wspomniał, że muszą teraz być ostrożniejsi ze 

względu na miejscowych górali, którzy nienawidzą Anglików.

Przez całą kolację wydawał się bardzo zamyślony i kilka razy odchodził omawiać coś 

z sir Guyem.

- Czy   Szkoci   są   naprawdę   tak   krwiożerczy?   -   spytała,   gdy   wrócił   po   drugiej 

konferencji z olbrzymem.

Wydawał się nie rozumieć, o czym Elizabeth mówi.

- Czekam tu na kogoś. Powinien lada chwila nadjechać.

- Jeden z twoich braci? Czy może kobieta? - Ani jedno, ani drugie - odparł krótko.

Nie   pytała   więcej.   Zwinęła   się   na   posłaniu,   nieodmiennie   ubrana   w   suknię 

podarowaną przez Milesa, odwróciła się na bok i popatrzyła na niego. Co chwilę poruszał się 

i kręcił na swoim wąskim łóżku.

Gdy zabrzmiało głośne pukanie do drzwi, skoczyła na równe nogi prawie tak szybko 

jak Miles. Do komnaty wszedł sir Guy, a za nim mały chłopiec.

- Kit! - wykrzyknął Miles, chwytając dziecko w objęcia.

Chłopczykowi   najwyraźniej   nie   przeszkadzało,   że   Montgomery   miażdży   go   w 

ramionach. Mocno przytulił się do niego.

- Dlaczego trwało to tak długo? - Miles zwrócił się do sir Guya.

- Złapała ich burza i stracili trzy konie.

- A ludzie?

- Wszyscy się uratowali, ale dużo czasu minęło, zanim zdobyli nowe konie. Panicz Kit 

background image

lepiej trzymał się w siodle niż rycerze. - W głosie olbrzyma zabrzmiała duma.

- To prawda? - Miles odwrócił chłopca do siebie. Elizabeth zobaczyła miniaturową 

kopię Milesa - chłopczyk miał tylko piwne oczy zamiast niebieskich. Był ładnym dzieckiem z 

poważną buzią.

- Tak,   tato   -   odpowiedział   malec.   -   Stryj   Gavin   powiedział,   że   rycerz   nigdy   nie 

rozstaje się ze swoim wierzchowcem. A potem pomagałem ludziom wyciągać kufry z wody.

- Dzielny chłopak. - Miles uśmiechnął się, znowu przyciągając dziecko do siebie. - 

Możesz odejść, Guy, i zadbaj, żeby ludzie dostali dobrą strawę. Ruszymy o świcie.

Kit uśmiechnął się na pożegnanie rycerza, po czym głośno szepnął do ojca:

- Kim ona jest? Miles postawił go na ziemi.

- Oto lady Elizabeth - powiedział oficjalnie. - Mam zaszczyt przedstawić Christophera 

Gavina Montgomery'ego.

- Bardzo mi miło. - Elizabeth ujęła wyciągniętą rączkę chłopca. - Nazywam się lady 

Elizabeth Chatworth.

- Jesteś bardzo ładna - powiedział. - Mój tata lubi ładne kobiety.

- Kit... - upomniał go Miles, lecz Elizabeth przerwała:

- A ty lubisz ładne kobiety?

- Och, tak. Moja niania jest bardzo, bardzo ładna.

- Z pewnością, jeśli zatrudnił ją twój ojciec. Jesteś głodny? Zmęczony?

- Zjadłem cały worek suszonych śliwek - z dumą odparł Kit. - Och, tato! Mam dla 

ciebie wiadomość. Od kogoś o imieniu Simon.

Na czole Milesa pojawiła się zmarszczka, lecz po przeczytaniu listu uśmiechnął się.

- Dobre wieści? - spytała Elizabeth, nie mogąc opanować ciekawości.

Miles spoważniał, odrzucając papier na rozgrzebane łóżko.

- I tak, i nie. Moja kuzynka urodziła mi córkę, lecz wuj Simon grozi, że mnie zabije.

Elizabeth nie wiedziała, czy śmiać się, czy traktować to poważnie.

- Masz siostrzyczkę, Kit - odezwała się w końcu.

- Mam dwóch braci. Nie chcę siostry.

- To już zależy od twego ojca. A teraz jest późno i powinieneś iść spać.

- Kit może położyć się na moim posłaniu, a ja... zaczął Miles z błyskiem w oczach, 

lecz nie pozwoliła mu dokończyć.

- Kit będzie spał ze mną - zdecydowała, wyciągając rękę do chłopca.

Kit chętnie się zgodził i ziewając pozwolił zaprowadzić się do łóżka.

Miles przyglądał się z satysfakcją, jak Elizabeth rozbiera śpiącego chłopca. Kit ufnie 

background image

przytulił się do niej, kiedy położyła go na posłaniu. Zwinęła się obok i przyciągnęła dziecko 

do siebie.

Miles przez chwilę na nich patrzył, a potem z uśmiechem pochylił się i pocałował 

każde z nich w czoło.

- Dobranoc... - szepnął i odszedł do swojego łóżka.

Następnego dnia zauważył,  że Elizabeth całą uwagę poświęca  dziecku, a chłopiec 

lgnie do niej, jakby znali się od dawna. Skomentowała to krótko:

- Zawsze lubiłam dzieci, a one pewnie to czują. Kit w każdym razie nie odstępował jej 

na   krok.   Po   południu   jechał   z   nią   na   koniu,   a   w   końcu   przytulił   się   i   zasnął.   Miles 

zaproponował, że weźmie od niej dziecko, ale tylko go ofuknęła.

W nocy zwinęli się we dwoje w kłębek na wąskim łóżku i spokojnie zasnęli. Patrząc 

na uśpioną parę Miles przez chwilę czuł się odtrącony.

Po trzech kolejnych dniach podróży Elizabeth domyśliła się, że są już blisko ziem 

MacArranów. Miles był przez cały dzień zamyślony i widziała, jak dwa razy gwałtownie 

dyskutuje o czymś z sir Guyem. Sądząc po zasępionej twarzy olbrzyma, nie podobały mu się 

plany Montgomery'ego. Lecz gdy tylko zbliżała się na odległość głosu, mężczyźni przerywali 

rozmowę.

Koło południa Miles zatrzymał orszak i spytał, czy Elizabeth i Kit mają ochotę zjeść z 

nim posiłek. Zwykle ze względów bezpieczeństwa jedli wszyscy razem, w pobliżu rycerzy i 

sir Guya.

- Wyglądasz   na   bardzo   zadowolonego.   Z   jakiego   to   powodu?   -   spytała   Elizabeth 

uważnie mu się przyglądając.

- Jesteśmy o dzień drogi od zamku mego brata i jego żony - odpowiedział radośnie i 

zabrał Kita z jej wierzchowca.

- Stryj Stephen nosi spódnicę, a lady Bronwyn umie prześcignąć wiatr na swoim koniu 

- poinformował Kit.

- Stephen nosi szkocki strój - poprawił syna Miles. Pomógł Elizabeth zsiąść z konia, 

ignorując jej gwałtowne gesty, by odepchnąć jego ręce.

- Kucharz zastawił dla nas stół w lesie.

Kit wziął ją za rękę, a Miles podszedł do chłopca z drugiej strony i we troje weszli do 

lasu.

- Co sądzisz o Szkocji? - spytał Miles, podtrzymując jej ramię, gdy przechodziła nad 

zwalonym pniem.

- Wygląda, jakby tej ziemi nikt nie tknął od zarania dziejów. Wszystko takie dzikie i... 

background image

nieokiełznane.

- Ludzie też tu są tacy. - Roześmiał się. - Mój brat zapuścił włosy do ramion, a ubiera 

się... nie, zobaczysz sama.

- Czy nie oddalamy się za bardzo od twoich ludzi? Dziewiczy las zamknął się wokół 

nich, a gęste poszycie coraz bardziej utrudniało marsz. Miles wyciągnął topór z pochwy, którą 

miał umocowaną na plecach, i zaczął wycinać chaszcze, torując szersze przejście.

Elizabeth   spojrzała   na   niego   zdziwiona.   Miał   na   sobie   ciemnozielone   ubranie, 

brązowy płaszcz na ramionach i był w pełnym uzbrojeniu: łuk i zapas strzał na plecach obok 

topora, miecz przy biodrze i sztylet zatknięty za pas.

- Coś się stało, prawda?

- Tak - odpowiedział, rozglądając się wokół. - Prawda jest taka, Elizabeth, że miałem 

się tu z kimś spotkać, ale zaszliśmy za daleko.

Uniosła brwi.

- Zaryzykowałbyś życie syna, zabierając go na tajemne spotkanie?

Wsunął topór do pochwy na plecach.

- Moi ludzie są cały czas wokół nas. Wolałem zabrać was ze sobą niż zostawić pod 

opieką któregoś z rycerzy.

- Patrz, tato! - krzyknął podniecony Kit. - Jeleń!

- Pójdziemy go obejrzeć? - spytała spokojnie Elizabeth. - Biegnij przodem, dogonimy 

cię za chwilę.

Nie spuszczając oczu z chłopca odezwała się do Milesa:

- Zostanę z Kitem, a ty poszukaj swoich ludzi. Czuję tu jakiś podstęp. Jakby komuś 

zależało, żeby nas rozdzielić.

Miles szeroko otworzył oczy na dźwięk jej rozkazującego tonu, lecz po chwili zniknął 

wśród zarośli. Elizabeth pospieszyła za chłopcem. Niespokojnie rozglądała się wokół.

- Jesteś smutna? - Malec złapał ją za rękę. Uklękła obok niego.

- Zastanawiam się tylko, gdzie jest twój ojciec.

- Wróci - stwierdził pewnym tonem chłopiec. - Mój tata nas nie zostawi.

Elizabeth starała się ukryć niepokój.

- Tak, na pewno. Chyba słyszę strumień z tamtej strony. Pójdziemy sprawdzić?

Musieli przedrzeć się przez gęste zarośla, ale udało im się dotrzeć do strumyka. Ostry 

nurt rozbijał pędzącą wodę o skały, a kropelki rozbryzgiwały się na stromym brzegu.

- Ale zimna woda! - Kit cofnął się. - Sądzisz, że są tu ryby?

- Na pewno łososie. - Elizabeth podskoczyła na dźwięk głosu Milesa za plecami. Objął 

background image

ją ramieniem i dodał: - Nie chciałem cię przestraszyć.

Odsunęła się.

- Znalazłeś   ludzi?   Rzucił   okiem   na   Kita,   który   wrzucał   gałązki   do   strumienia   i 

obserwował, jak unosi je woda. Ujął dłonie Elizabeth i powiedział:

- Moi ludzie zniknęli. Bez śladu. Nie będziesz się bać, prawda, Elizabeth?

Spojrzała mu w oczy. Przerażało ją, że znalazła się w obcym kraju z dzieckiem i tym 

mężczyzną, któremu nie ufała.

- Nie - odparła stanowczo. - Nie chcę przestraszyć Kita.

- To dobrze. - Uśmiechnął się, ściskając jej ręce. - Jesteśmy na południowym krańcu 

ziem MacArranów i jeśli skierujemy się na północ, jutro wieczorem powinniśmy dotrzeć do 

jakichś zagród.

- Ale jeżeli ktoś umyślnie zwiódł twoich ludzi...

- Martwię się teraz tylko o ciebie i Kita. Może uda nam się niepostrzeżenie przejść 

lasami. Nie unikam walki, ale nie chcę narażać ciebie ani chłopca. Pomożesz mi?

Nie wyszarpnęła dłoni z jego rąk.

- Tak - odpowiedziała cicho. - Pomogę ci. Puścił jedną jej dłoń.

- W tych górach jest zimno nawet latem. Okryj się. - Podał jej wełniany pled tkany w 

granatowo - zieloną szkocką kratę.

- Skąd to wziąłeś?

- To wszystko, co zostało w miejscu, gdzie mieliśmy jeść posiłek. Jedzenie zniknęło, 

ale ten koc, prezent od Bronwyn, na którym kazałem kucharzowi zostawić potrawy, leżał na 

ziemi. Przyda się nam w nocy.

Trzymał ją mocno za rękę, kiedy otulała się pledem, i poszli w stronę chłopca.

- Dasz radę iść z nami do domu stryja Stephena? - Miles zwrócił się do synka.

Malec przenikliwie zajrzał mu w oczy.

- Gdzie jest sir Guy? Rycerz nie chodzi piechotą. Rycerz robi to, co konieczne, by 

chronić kobiety.

Długo patrzyli sobie w oczy. Kit miał najwyżej cztery lata, lecz od urodzenia wiedział, 

że będzie rycerzem. Jako dwulatek dostał pierwszy drewniany miecz, a wszystkie historie, 

jakie słyszał, opowiadały o szlachetnych i mężnych rycerzach. Ujął Elizabeth za rękę.

- Z nami jesteś bezpieczna, milady - oświadczył z przekonaniem i pocałował jej dłoń.

Miles dotknął z dumą ramienia synka.

- A teraz, Kit, biegnij przodem i znajdź coś ciekawego, żeby nam pokazać. Może być 

królik   albo   dwa   króliki.   -   Dobrze,   tato.   -   Roześmiany   dzieciak   pobiegł   wzdłuż   brzegu 

background image

strumienia.

- Czy nie powinniśmy mieć go na oku?

- Nie odbiegnie daleko. Kit jest bardzo rozważny.

- Nie wyglądasz na zmartwionego zniknięciem orszaku. Widziałeś jakieś ślady walki?

- Nie.   -   Wyraźnie   unikał   tematu.   Zatrzymał   się,   zerwał   delikatny   żółty   kwiatek   i 

zatknął jej  za ucho. - Pasujesz  do tego dzikiego miejsca z rozpuszczonymi  włosami i tą 

rozdartą suknią spiętą diamentami. Chętnie obsypałbym cię klejnotami, Elizabeth.

- Wolałabym wolność. Odsunął się od niej.

- Nie jesteś już moim więźniem - oświadczył. - Możesz odejść na zawsze.

Rozejrzała się po gęstej, dzikiej puszczy.

- Jesteś bardzo sprytny, Montgomery - odparła pogardliwie.

- Rozumiem w takim razie, że zostaniesz ze mną. W jego oczach zabłysły iskierki 

uśmiechu i zanim się zorientowała, uniósł ją, zakręcił wokół siebie i pocałował w policzek.

- Puść mnie. - Starała się zachować powagę, ale na jej ustach igrał uśmiech.

Miles potarł nosem o jej ucho i szepnął:

- Mogłabyś mieć mnie u swoich stóp, gdybyś tylko zechciała...

- Związanego łańcuchami i z głową w dybach, mam nadzieję... - odpaliła, odsuwając 

się od niego. - A teraz powiedz, czy masz zamiar nas nakarmić, czy ten łuk na plecach to 

tylko ozdoba?

- Tato! - wrzasnął w tym momencie Kit. - Widziałem królika!

- Jestem pewien, że czeka, aż przyjdę go ustrzelić - odpowiedział pędzącemu do nich 

chłopcu.

Na   dźwięk   czegoś,   co   mogło   być   jedynie   chichotem   Elizabeth,   spojrzał   na   nią 

zdumiony. Natychmiast odwróciła wzrok.

- Gdzie jest ten królik, Kit? Twój dzielny ojciec stawi czoło dzikiemu zwierzowi i 

może dostaniemy coś na kolację.

Po   godzinie   marszu,   kiedy   Miles   wydawał   się   zajęty   przede   wszystkim   igraniem 

palcami   Elizabeth,   nie   ujrzeli   ani   pół   królika.   Zaczęło   się   ściemniać   -   a   może   tylko   las 

wydawał się Elizabeth coraz mroczniejszy.

- Zostaniemy tu na noc. Kit, nazbieraj chrustu na ognisko. Gdy chłopczyk usłuchał, 

Miles popatrzył na Elizabeth.

- Nie spuszczaj go z oka. Upoluję coś do jedzenia.

Gdy   zniknął   wśród   drzew,   Elizabeth   poczuła   się   zagubiona  w   tym   wielkim   lesie. 

Poszła za Kitem i zaczęła zbierać suche gałęzie. Nie zdawała sobie dotąd z tego sprawy, ale 

background image

teraz wydało jej się, że czuje na sobie czyjś wzrok. Życie w domu brata wykształciło w niej 

szósty   zmysł,   dzięki   któremu   dostrzegała   w   porę   czających   się   w   cieniu   zakamarków, 

dybiących na nią mężczyzn.

- Boisz się, Elizabeth? - spytał Kit, wpatrując się w nią szeroko rozwartymi oczami.

- Oczywiście, że nie. Zmusiła się do uśmiechu, ale nie mogła przegnać wspomnienia 

opowieści o strasznych barbarzyństwach Szkotów. To podobno dzikusy, okrutnicy i oprawcy 

dzieci.

- Mój tata cię obroni - powiedział Kit. - Dostał rycerskie ostrogi, kiedy był jeszcze 

chłopcem. Stryj Raine mówi, że papa jest jednym z najświetniejszych rycerzy w Anglii. Nie 

pozwoli, by ktokolwiek cię skrzywdził.

Elizabeth przytuliła chłopca do siebie.

- Twój tata naprawdę jest wspaniałym rycerzem. Wiesz, że kilka dni temu napadło 

mnie trzech mężczyzn? Powalił ich w mgnieniu oka i nie był nawet draśnięty.

Mimo fanfaronady dzieciaka widziała, że Kit jest przestraszony.

- Jestem pewna, że twój tata pokonałby wszystkich Szkotów. Nikt nie może równać 

się z jego odwagą i siłą.

Głośne chrząknięcie odwróciło jej uwagę. Obok stał Miles z dwoma królikami, które 

dzierżył za uszy.

- Dziękuję za uznanie, milady.

- Elizabeth się bała - wyjaśnił Kit.

- Wiem, że potrafiłeś ją uspokoić. Musimy opiekować się naszymi kobietami. Umiesz 

może obedrzeć króliki ze skóry, Elizabeth?

Pewnym gestem wzięła od niego zdobycz.

- Przekonasz się, że Chatworthówna to nie to samo co kobieta z rodu Montgomerych, 

która siedzi na aksamitnych poduszkach i czeka, aż ją obsłużą.

- Świetnie opisałaś żony Stephena i Gavina. Chodź, Kit, zobaczymy, czy mężczyźni z 

rodu Montgomerych mogą się do czegoś przydać.

Miles i Kit szybko rozpalili ogień, a Elizabeth skończyła oprawianie królików. Miles 

za pomocą topora wbił w ziemię paliki i ustawił rożen do pieczenia mięsa. Potem wyciągnął 

się na ziemi i wsparty na łokciach patrzył leniwie w ogień, podczas gdy Kit obracał powoli 

rożen.

- Wyglądasz na spokojnego - powiedziała cicho Elizabeth, przyglądając mu się ze 

zmarszczonym czołem. - Jesteśmy bezbronni na obcej ziemi, a ty rozpalasz ognisko. Można 

nas dojrzeć z odległości wielu mil.

background image

Pociągnął ją za suknię i nie puszczał, aż usiadła obok.

- Ta   ziemia   należy   do   mojego   brata   i   jego   żony,   i   jeśli   ich   ludzie   nas   zobaczą, 

rozpoznają   lamparty   Montgomerych   na   moim   płaszczu.   Zresztą   Szkoci   rzadko   zabijają 

kobiety i dzieci. Zawieziono by cię do Stephena i musiałabyś jedynie wyjaśnić, kim jesteś.

- Ale co stało się z twoimi ludźmi?

- Elizabeth, moi ludzie zniknęli bez śladu walki. Może eskortowano ich do Larenston, 

zamku należącego do Bronwyn. Teraz interesuje mnie tylko bezpieczeństwo twoje i Kita. 

Kiedy dotrzemy do Larenston i nie znajdziemy tam moich ludzi, zacznę się martwić. Kit! 

Przypalasz mięso z jednej strony.

Przysunął się bliżej.

- Elizabeth, nic ci nie grozi. Przeszukałem okolicę i nikogo nie widziałem. Zimno ci - 

dodał widząc, że dziewczyna zadrżała. Sięgnął po koc, zarzucił obojgu na ramiona i przy-

ciągnął ją do siebie.

- Chodzi tylko o ciepło... - Przytrzymał ją mocniej, kiedy się szarpnęła.

- Już   to   słyszałam!   -   parsknęła.   -   Najpierw   chodzi   niby   o   ciepło.   Sprawia   ci 

przyjemność szarpanie się ze mną?

- Nie   sprawiają   mi   przyjemności   twoje   przymówki,   że   jestem   taki   sam   jak   ci 

odrażający przyjaciele twego brata - warknął.

Elizabeth przestała się kręcić.

- Może   życie   z   Edmundem   spaczyło   trochę   mój   sposób   myślenia,   ale   nie   lubię 

obłapiania.

- Dość dosadnie dałaś mi  to już do zrozumienia, lecz jeśli mamy  przeżyć tę noc, 

musimy nawzajem się ogrzewać. Kit, urwij nogę. Chyba jest już upieczona.

Króliki były w środku jeszcze surowe, ale wszyscy troje mieli tak ściśnięte z głodu 

żołądki, że zupełnie im to nie przeszkadzało.

- Podoba mi się tu, tato - powiedział Kit. - Podoba mi się tu w lesie.

- Jest strasznie zimno. - Elizabeth siedziała skulona pod kocem. - Jeśli tak wygląda 

lato, jaka jest szkocka zima?

- Zdaniem Bronwyn w Anglii jest gorąco. Zimą owija się w taki pled i śpi na śniegu.

- Nie! - Elizabeth zaparło dech. - To naprawdę taki barbarzyński naród?

Miles z uśmiechem odwrócił się do syna. Chłopcu opadały powieki, zaczynał  być 

senny.

- Połóż się koło mnie - powiedziała Elizabeth. Kiedy malec podszedł do nich, Miles 

rozłożył na ziemi swój płaszcz, skinął, żeby oboje się położyli, i przykrył ich kocem. Dołożył 

background image

drewno do ognia i wsunął się pod pled obok Kita.

- Nie możesz... - zaczęła Elizabeth, ale zamilkła. Nie miał przecież gdzie się położyć. 

Śpiący między nimi Kit rozgrzewał oboje. Bliskość Milesa wzmogła czujność Elizabeth, lecz 

miejsce   strachu   zajęło   poczucie   bezpieczeństwa.   Z   głową   opartą   na   ramieniu   patrzyła   w 

płomienie ogniska.

- Jaka była matka Kita? - spytała cicho. - Czy zakochała się w tobie, gdy pierwszy raz 

zobaczyła cię w zbroi?

Miles parsknął śmiechem.

- Gdy się poznaliśmy Margaret Sidney zadarła swój śliczny nosek i nie odezwała się 

do mnie ani słowem. Robiłem wszystko, by jej zaimponować. Kiedyś, gdy przyniosła swemu 

ojcu wodę na dziedziniec, gdzie ćwiczyliśmy się w walce, zagapiłem się na nią i Raine trafił 

mnie w bok lancą. Do dzisiaj mam bliznę.

- Myślałam, że...

- Myślałaś, że sprzedałem duszę diabłu i dzięki temu mogę mieć każdą kobietę, którą 

zechcę?

- Słyszałam tę historię - odpowiedziała, nie patrząc na niego. Miles ujął rękę, którą 

obejmowała Kita, i pocałował koniuszki palców.

- Diabeł   nie   interesował   się   zakupem   mojej   duszy,   ale   gdyby   do   tego   doszło, 

musiałbym się poważnie zastanowić.

- Ty bluźnierco! - Wyrwała mu dłoń. Po chwili milczenia znów się odezwała: - Ale 

twoja Margaret Sidney zmieniła zdanie.

- Miała   wtedy   szesnaście   lat,   była   śliczna   i   ogromnie   zakochana   w   Gavinie.   Nie 

chciała nawet patrzeć na takiego chłopaka jak ja.

- I co ją przekonało?

Uśmiechnął się szeroko.

- Byłem wytrwały. Elizabeth zesztywniała.

- Pewnie cieszyłeś się ze zdobyczy?

- Tak bardzo, że poprosiłem ją o rękę - odciął się. - Mówiłem ci, że ją kochałem.

- Hojnie rozdajesz miłość. Dlaczego Bridget za ciebie nie wyszła albo ta kuzynka, 

która właśnie urodziła ci córkę?

Miles milczał dłuższą chwilę.

- Kochałem tylko jedną kobietę; miałem wiele kochanek. Poprosiłem o rękę jedynie 

matkę Kita i jeśli poproszę raz jeszcze, to będzie to kobieta, którą pokocham.

- Szkoda mi jej - westchnęła Elizabeth. - Będzie musiała znosić narodziny dwóch, 

background image

trzech bękartów swojego męża każdego roku.

- Odniosłem   wrażenie,   że   polubiłaś   mojego   syna,   a   tę   dziewczynkę   w   zajeździe 

przytulałaś, sądząc, że jest moim dzieckiem.

- Ale ja, na szczęście, nie jestem twoją żoną. Miles zniżył głos:

- A   gdybyś   była   moją   żoną,   nie   przeszkadzałyby   ci   narodziny   dzieci   co   kilka 

miesięcy?

- Nie   winiłabym   twoich,   czworga   dzieci   za   grzeszną   przeszłość   ojca,   lecz   jeśli 

przyszłoby   mi   poślubić   jakiegoś   mężczyznę,   co   się   nie   zdarzy,   a   on   poniżałby   mnie 

przyprawianiem brzucha dziewkom w całej Anglii, sądzę, że postarałabym się o jego śmierć.

- Jasno stawiasz sprawę - odezwał się z nutką rozbawienia w głosie.

Odwrócił się na bok, objął ich oboje ramieniem i przyciągnął bliżej.

- Dobranoc, mój aniele... - szepnął i natychmiast zasnął.

background image

6

Miles obudził się, gdy Kit boleśnie wpakował mu nogę w żebra, gramoląc się przez 

ojca spod koca.

- Cicho, tato... - szepnął mu głośno prosto w ucho. - Nie budź Elizabeth.

Przeturlał się przez Milesa i pobiegł do tonącego jeszcze w mroku lasu. Ojciec patrzył 

za chłopcem masując obolałe żebra.

- Dychasz jeszcze? - usłyszał rozbawiony głos Elizabeth. Odwrócił się i spojrzeli sobie 

w oczy. Włosy Elizabeth były potargane, a rysy twarzy wygładzone od snu. Miles nie zdawał 

sobie   wcześniej   sprawy,   jak   bardzo   była   cały   czas   napięta.   Ostrożnie,   uśmiechając   się 

leciutko, przesunął dłoń z jej ramienia na policzek i delikatnie pogłaskał.

Wstrzymał oddech, kiedy nie poruszyła się ani nie odsunęła. Tak jakby była dzikim 

zwierzątkiem, które stara się oswoić, i nie może zrobić żadnego gwałtownego gestu, by jej nie 

Spłoszyć.

Elizabeth przyglądała mu się, czując pieszczotę na policzku. Miał piękne oczy i pełne, 

delikatne usta. Nigdy wcześniej nie pozwoliła dotykać się mężczyźnie ani nie zastanawiała 

się, jak można odczuwać pieszczoty. Teraz jednak leży tu przy Milesie Montgomerym, tuż 

obok niego, i zastanawia się, jak by to było, gdyby go dotknęła.

Na  policzkach   miał  ciemny  zarost,   podkreślający  ich   ostrą   linię.  Kosmyk  włosów 

dotykał ucha.

Jakby czytając w jej myślach, Miles uniósł dłoń Elizabeth i położył sobie na policzku. 

Przez   chwilę   nie   cofała   ręki,   trwając   tak   z   bijącym   sercem.   Czuła   się,   jakby   robiła   coś 

zakazanego. Po dłuższej chwili przesunęła dłoń, by dotknąć jego włosów. Były miękkie i 

czyste. Zastanowiła się, jak pachną.

Znów spojrzała mu w oczy i poczuła, że za chwilę ją pocałuje. „Odepchnij go” - 

pomyślała, lecz nie poruszyła się.

Powoli, jakby chciał jej powiedzieć, że może odmówić, przysunął się bliżej i kiedy 

dotknął wargami jej ust, miała szeroko otwarte oczy. „Jakie miłe uczucie...” - pomyślała.

Dotknął tylko ustami jej warg, nie zmuszał, żeby rozchyliła usta, nie szarpał ani nie 

zwalał się na nią całym ciężarem jak inni mężczyźni. To był delikatny, bardzo przyjemny 

pocałunek.

Miles pierwszy się odsunął, a jego oczy tak niesamowicie błyszczały, że Elizabeth 

znów poczuła się nieswojo. Teraz na pewno rzuci się na nią.

- Cicho... - szepnął głaszcząc ją po policzku. - Nikt cię już więcej nie skrzywdzi, 

background image

Elizabeth.

- Tato! - rozległ się wrzask Kita i czar prysnął.

- Tym   razem   wytropił   z   pewnością   jednorożca   -   westchnął   Miles,   podnosząc   się 

niechętnie.

Żart wywołał lekki uśmiech na twarzy Elizabeth. Wstając skrzywiła się jednak, gdy 

ramię  przeszył   kłujący  ból.   Nie   była   przyzwyczajona   do   spania   na  ziemi.   Jakby  była   to 

najnaturalniejsza rzecz na świecie, Miles zaczął masować jej kark i ramiona.

- Co znowu znalazłeś, Kit? - zawołał ponad jej głową.

- Ścieżkę! - odkrzyknął chłopiec. - Mogę zobaczyć, co jest dalej?

- Poczekaj na nas. - Lepiej? - spytał Elizabeth, a kiedy skinęła potakująco, cmoknął ją 

w kark i szybko zaczął zbierać z ziemi tych kilka rzeczy, które ze sobą mieli.

- Zawsze   jesteś   taki   swobodny   wobec   kobiet.   W   jej   głosie   brzmiała   autentyczna 

ciekawość. - Czy podczas wizyty w czyimś domu obcałowujesz wszystkie kobiety?

Miles zagrzebywał resztki wczorajszego ogniska.

- Zapewniam cię, że potrafię zachowywać  się przystojnie i najczęściej  ograniczam 

pocałunki do dłoni, przynajmniej w obecności innych osób. - Zerknął na nią figlarnie. - Ale z 

tobą, moja słodka Elizabeth, od pierwszego... och, od pierwszego naszego spotkania nic nie 

dzieje się tak jak zwykle. Nic na to nie poradzę, ale czuję, że jesteś dla mnie darem niebios, 

cennym darem, a równocześnie czymś, co zawsze było mi przeznaczone.

Nie zdążyła  nic powiedzieć - była zresztą zbyt zaskoczona, żeby wykrztusić słowo - 

złapał ją za rękę i pociągnął w stronę Kita, który niecierpliwie na nich czekał.

- Chodźmy zobaczyć, dokąd zaprowadzi nas ścieżka - powiedział Miles i trzymając ją 

za rękę podążył za synem wąską, zarośniętą zielskiem ścieżynką.

- Co sądzisz o moim synu?  Elizabeth uśmiechnęła  się do chłopca, który szturchał 

właśnie kijem kapelusz wielkiego grzyba.  Czując jej spojrzenie, malec wyprostował się i 

pobiegł przed siebie.

- Jest bardzo niezależny, inteligentny i dość dorosły jak na swój wiek. Musisz być z 

niego bardzo dumny.

Miles nieznacznie wypiął pierś.

- Mam   jeszcze   dwóch   w   domu.   Philip   Stephen   ma   egzotyczną   urodę   po   matce   i 

temperament, który przyprawia o ból głowy jego opiekunkę, mimo że skończył dopiero rok.

- A trzeci chłopak, syn Bridget?

- James Raine to zupełne przeciwieństwo Philipa. Są nierozłączni. Podejrzewam, że 

zawsze już tak będzie. James oddaje Philipowi wszystkie zabawki. - Roześmiał się. - Jedyna 

background image

rzecz, której James z nikim nie chce się dzielić, to jego niania. Wrzeszczy, gdy tylko jej 

dotknę.

- Pewnie cały czas wrzeszczy... - skomentowała sarkastycznie.

- James jest bardzo spokojny. - Miles nachylił się ku niej ze śmiechem. - Ale między 

nami mówiąc, chodzi dość wcześnie spać...

Udając oburzenie odepchnęła go od siebie.

- Tato!   -   krzyczał   Kit   biegnąc   do   nich.   -   Chodź,   zobacz!   Jakaś   chałupa,   ale   cała 

spalona.

Za zakrętem spostrzegli resztki spalonego domostwa. Prawie cały dach się zawalił, 

trzymał się jeszcze tylko w jednym rogu.

- Nie, Kit - powiedział Miles, gdy chłopiec chciał wejść do środka. Ciężkie, wypalone 

belki zwisały do ziemi z jedynej stojącej cało ściany. - Najpierw sam sprawdzę.

Elizabeth i Kit stali obok, kiedy Miles chwytał jedną belkę po drugiej i wieszał się na 

nich całym ciężarem. Posypało się trochę popiołu, ale belki trzymały mocno.

- Wyglądają na bezpieczne - powiedział w końcu Miles, a Kit śmignął do wewnątrz i 

zaczął zaglądać we wszystkie szpary. - Wejdźmy na to wzgórze. Jeśli się nie mylę, rosną tam 

jabłonie.

Na szczycie  pagórka był mały sad. Większość drzewek uschła, lecz z paru gałęzi 

zwisały nędzne, na wpół dojrzałe jabłka. Kiedy Elizabeth wyciągnęła rękę, objął ją ramieniem 

w talii i podniósł. Zerwała jabłko i Miles powoli opuścił ją, czując, jak ich ciała ocierają się o 

siebie. Sięgał prawie wargami jej ust, kiedy rozległo się wołanie Kita:

- Zobacz, co znalazłem, tato.

Elizabeth odwróciła się z uśmiechem do dziecka. - Co takiego?

Z dramatycznym westchnieniem Miles postawił ją na ziemi.

- Tu jest huśtawka! - wrzasnął Kit.

- Rzeczywiście. - Miles podszedł bliżej i szarpnął kilka razy za sznury. - No, pokaż, 

jak wysoko umiesz latać - zwrócił się do synka.

Kit rzucił się na huśtawkę i rozbujał tak wysoko, że stopami sięgał do gałęzi drzewa.

- Zrobi sobie krzywdę - odezwała się Elizabeth, ale Miles uspokajająco ujął ją pod 

ramię.

- A   teraz   pokaż   Elizabeth,   co   potrafisz.   Krzyknęła   prawie,   gdy   dzieciak,   wciąż 

huśtając się bardzo wysoko, podciągnął nogi i stanął na desce.

- Teraz!   -   krzyknął   Miles,   rozkładając   szeroko   ramiona.   Ku   przerażeniu   Elizabeth 

drobne   ciało   chłopca   poszybowało   w   powietrzu,   prosto   w   objęcia   ojca.   Kit   zapiszczał   z 

background image

radości, a pod Elizabeth ugięły się kolana. Miles postawił synka na ziemi i chwycił ją za 

ramię.

- Co się stało?  To tylko  dziecinna  zabawa. Kiedy byłem  w wieku Kita, tak samo 

skakałem w ramiona ojca.

- Ale gdybyś cofnął się o krok...

- Cofnął się!? I pozwolił mu upaść? - Chwycił ją w ramiona i przytulił. - Nikt nie 

bawił się z tobą w dzieciństwie? - spytał cicho.

- Rodzice zmarli niedługo po moich narodzinach. Edmund się mną zajmował.

To krótkie stwierdzenie wiele mu wyjaśniło. Odsunął ją trochę i spojrzał w oczy.

- Nadrobimy teraz to, czego ci brakowało. Usiądź na huśtawce, rozbujam cię.

Z ulgą odsunęła wspomnienie Edmunda i podeszła do huśtawki.

- Ja to zrobię, tato. - Kit zaczął popychać huśtawkę, ale bez wielkiego rezultatu. - Ona 

jest za ciężka - szepnął donośnie.

- Nie dla mnie. - Miles roześmiał się, pocałował Elizabeth w ucho i chwycił za sznury. 

- Wytrzyj ucho po moim pocałunku, Elizabeth - powiedział, popychając ją wysoko do góry.

- Teraz nie mogę, ale zrobię to później! - krzyknęła przez ramię.

Kiedy opadała, Miles popychał jej pośladki, a nie ławeczkę huśtawki, ale Elizabeth 

tylko się śmiała. Spódnica podfrunęła do kolan, a ona strząsnęła buty i wyciągnęła nogi przed 

siebie.

- Skacz, Elizabeth! - zawołał Kit.

- Zapomniałeś, że jestem za ciężka? - zażartowała ze śmiechem.

Miles przyglądał się z boku. Im więcej czasu spędzali razem, tym wydawała mu się 

piękniejsza. Odrzuciła teraz głowę do tyłu i pierwszy raz widział, jak serdecznie się śmieje.

- Tata cię złapie - upierał się chłopiec.

- Tak,   tata   ma   wielką   ochotę   złapać   lady   Elizabeth.   -   Miles   wyszczerzył   zęby   w 

uśmiechu i stanął przed huśtawką. Spostrzegł, że dziewczyna się waha. - Zaufaj mi, Elizabeth.

- Czekał uśmiechnięty, lecz w słowach zabrzmiała powaga.

- Nie   cofnę   się,   złapię   cię   na   pewno.   Elizabeth   nie   próbowała   sztuczki   Kita   ze 

stawaniem na ławeczce, ale odważyła się puścić sznury i poleciała w ramiona Milesa. Kiedy 

na niego upadła, prawie zaparło jej dech.

Miles chwycił ją mocno, po czym z przerażeniem w oczach stwierdził:

- Naprawdę   jesteś   strasznie   ciężka,   Elizabeth.   Ostentacyjnie   udał,   że   opada   z   sił. 

Zaczął osuwać się na ziemię, sapiąc przy tym komicznie i pojękując. Elizabeth opanował 

niepowstrzymany śmiech i przy wtórze dramatycznych „ochów” i „achów” Milesa poturlali 

background image

się ze zbocza. Gdy był na dole, trzymał ją mocno przy sobie, przesuwając ręce wzdłuż jej 

ciała, a kiedy przewracał się na nią, ramionami i kolanami chronił ją, by nie pokaleczyła się o 

kamienie.

Elizabeth tak się zaśmiewała, że do oczu napłynęły jej łzy, a Miles nieruchomiał tylko 

na chwilę, by zdążyła szarpnąć się bezsilnie, i znowu ciągnął ją na siebie, aż stoczyli się na 

sam dół. Kiedy zatrzymali się u stóp wzgórza, rozrzucił szeroko ramiona i zduszonym głosem 

oświadczył:

- Wyzionąłem ducha...

Z góry zbiegł tuż za nimi Kit i skoczył nie spodziewającemu się niczego ojcu prosto 

na brzuch. Tym razem jęk, który wydał z siebie Miles, był autentyczny, a Elizabeth znów 

zaniosła się śmiechem.

Miles z prześmiesznie zbolałą miną zdjął syna z brzucha i spojrzał na dziewczynę.

- Miło   ci   patrzeć,   jak   cierpię,   co?   -   Jego   głos   brzmiał   poważnie,   lecz   w   oczach 

błyszczały iskierki humoru. - Chodź, Kit, pokażemy łady Elizabeth, że nie wolno wyśmiewać 

się z królewskich rycerzy.

Cofnęła  się z szeroko otwartymi  oczami, ale  oni byli  szybsi.  Miles chwycił  ją za 

ramiona, a Kit uwiesił się na nogach. Potknęła się o fałdy spódnicy, Miles potknął się o Kita, 

a Kit ciągnął z całej siły do siebie. Poturlali się wszyscy troje, zachłystując się od śmiechu, 

szczególnie kiedy Miles zaczął łaskotać Elizabeth.

- Dosyć? - spytał z twarzą tuż obok jej zalanych łzami policzków. - Przyznasz teraz, że 

jesteśmy najświetniejszymi z rycerzy?

- Ja... nigdy temu nie zaprzeczałam - wysapała. Miles znowu zaczął ją łaskotać.

- Powiedz, kim jesteśmy.

- Najodważniejszymi i najurodziwszymi rycerzami w całej Anglii. Na całym świecie.

Jego dłonie znieruchomiały obejmując ją w talii, a kciuki prawie dotykały piersi.

- A jak mam na imię? - szepnął zupełnie poważnie.

- Miles... - odpowiedziała cicho, patrząc mu w oczy. - Miles Montgomery.

Obejmowała go za szyję, a teraz delikatnie zsunęła dłonie po jego karku. Miles ukląkł 

i pocałował ją lekko. Pocałunek był jak muśnięcie, po raz pierwszy jednak coś między nimi 

zaiskrzyło.

Kit skoczył ojcu na plecy i Miles o mało nie zarył twarzą w ziemię.

- Pohuśtaj mnie jeszcze, tato.

- I   pomyśleć,   że   kiedyś   szczerze   kochałem   tego   dzieciaka...   -   szepnął   do   ucha 

Elizabeth, po czym wstał, cały czas z Kitem na karku.

background image

Nikt nie zauważył, że niebo pociemniało w ciągu ostatnich kilku minut, i pierwsze 

zimne krople deszczu zupełnie ich zaskoczyły. Niebo nagle się rozstąpiło i lunęła ulewa.

- Szybko, do chaty!... - Miles objął Elizabeth ramieniem i pociągnął na wzgórze.

- Całkiem przemokłeś? - spytała, kiedy schronili się pod resztkami dachu i Miles zdjął 

chłopca z pleców.

- Nie, nie bardzo.

Uśmiechnęła się do niego i spojrzała na Kita.

Miles naturalnym gestem położył jej rękę na ramieniu.

- Może rozpalicie ogień, a ja tymczasem poszukam czegoś do jedzenia?

Kit  zgodził się entuzjastycznie,  Elizabeth  jednak z  powątpiewaniem  popatrzyła  na 

lejące się z nieba strugi deszczu.

- Chyba   powinieneś   poczekać,   aż   trochę   przestanie   padać.   Miles   uśmiechnął   się 

promiennie.

- Nic mi się nie stanie. Zostańcie tu, zaraz wrócę. Prześlizgnął się między osmolonymi 

belkami i zniknął.

Elizabeth   stanęła  na  skraju   domostwa  i  popatrzyła  za  nim.  Była   pewna, że  Miles 

Montgomery   nie   zdaje   sobie   sprawy,   jak   niezwykły   był   dla   niej   dzisiejszy   dzień.   Całe 

przedpołudnie   spędziła   z   mężczyzną,   a   on   ani   razu   nie   zachował   się   napastliwie.   I   tak 

serdecznie się śmiali! Zawsze lubiła się śmiać, bracia jednak byli tacy ponurzy... Każdy, kto 

mieszkał   pod   jednym   dachem   z   Edmundem   Chatworthem,   prędzej   czy   później   robił   się 

ponurakiem. A dziś śmiała się z mężczyzną i on nie próbował zedrzeć z niej ubrania. Dotąd, 

jeśli tylko uśmiechnęła się do jakiegoś mężczyzny, rzucał się na nią i szarpał.

To nie dlatego, żeby była wielką pięknością i samą urodą doprowadzała mężczyzn do 

wybuchów dzikiej namiętności.

Wiedziała, że jest ładna, owszem, ale - jeśli dobrze kiedyś podsłuchała - nie mogła 

równać się z dziedziczką Revedoune.

Padała  ofiarą  napastliwości  mężczyzn  z winy brata  Edmunda.  Kierując  się swoim 

maniakalnym poczuciem humoru, zakładał się z gośćmi, komu uda się zaciągnąć Elizabeth do 

łóżka. Nie mógł znieść, że siostra nie drży przed nim ze strachu. Gdy była dzieckiem, zabierał 

ją do domu z klasztoru, gdzie spędzała większość czasu, bił często i kopniakami zrzucał ze 

schodów. Jakimś cudem uniknęła trwałego kalectwa.

Kiedy   skończyła   dwanaście   lat,   zaczęła   się   przed   nim   bronić.   Chociażby   płonącą 

pochodnią. A gdy żarty brata stawały się coraz mniej niewinne, a ona coraz więcej rozumiała, 

nauczyła się zręcznie odpierać ataki obleśnych kompanów Edmunda. Umiała boleśnie zrazić 

background image

mężczyzn,   którzy   próbowali   ją   wykorzystać.   Uprosiła   Rogera,   żeby   pokazał   jej,   jak 

posługiwać się toporem, mieczem i sztyletem. Nauczyła się też bronić tnącym jak brzytwa 

językiem.

Po kilku tygodniach  spędzonych  w domu Edmunda  i wśród mężczyzn,  jakimi  się 

otaczał, uciekała do klasztoru, zwykle z pomocą Rogera, i przez następne kilka tygodni mogła 

odetchnąć z ulgą - dopóki Edmund znów po nią nie przyjechał.

- Rozpaliłem już ogień, lady Elizabeth - odezwał się za jej plecami Kit.

Odwróciła się z ciepłym uśmiechem. Zawsze uwielbiała dzieci. One są prawdziwie 

sobą, niczego od niej nie oczekują, a tak wiele dają.

- Sam wszystko zrobiłeś, a ja stałam tu bezczynnie. - Podeszła do chłopca i spytała: - 

Może opowiem ci coś, zanim ojciec wróci, chcesz?

Usiadła pod ścianą, wyciągnęła nogi w stronę ogniska i objęła chłopca ramieniem. 

Okrywając ich oboje płaszczem Milesa zaczęła opowiadać Kitowi o Mojżeszu i jego ludzie. 

Zanim dotarła do rozstąpienia się fal Morza Czerwonego, Kit już spał, zwinięty obok niej w 

kłębek.

- I będziecie żyć długo i szczęśliwie - podsumowała posępnym tonem.

- A jak wyglądało życie z Edmundem Chatworthem?

- rzucił lekko. Elizabeth poruszyła się niespokojnie.

- On też lubił... psoty - odparła krótko.

- Najadłeś się, Kit?

Gdy   Miles   sięgnął   po   następny   kawałek   mięsa,   na   wewnętrznej   stronie   jego 

nadgarstka   zauważyła   długą   szramę,   która   zaczęła   znów   krwawić.   Miles   natychmiast 

spostrzegł, co zwróciło jej uwagę.

- To od uderzenia cięciwą łuku. Jeśli chcesz, możesz mnie opatrzyć - powiedział z 

taką nadzieją w głosie, że roześmiała się.

Uniosła   spódnicę,   oddarła   długi   kawałek   halki   i   zmoczyła   materiał   w   strugach 

deszczu. Miles usiadł przed nią i Elizabeth zaczęła wycierać ranę.

- Nawet nie wiesz, jak wspaniale widzieć cię uśmiechniętą - powiedział. - Kit, nie 

właź na te belki. Weź szmatę z kołczanu i wyczyść mój miecz. I uważaj, żebyś nie uszkodził 

ostrza.   -   Znów   spojrzał   na   Elizabeth.   -   Poczytuję   sobie   za   honor,   kiedy   się   do   mnie 

uśmiechasz. Wydaje mi się, że nie uśmiechasz się do wielu mężczyzn.

- Do bardzo niewielu. Uniósł dłoń, którą ocierała ranę, i pocałował w wewnętrzną 

stronę.

- Zaczynam wierzyć, że jesteś takim aniołem, na jakiego wyglądasz. Kit cię uwielbia.

background image

- Wydaje mi się, że Kit nie spotkał nigdy nikogo obcego i że wszystkich lubi.

- Ja nie wszystkich lubię... - Znowu pocałował ją w rękę.

- Przestań! - Odsunęła się. - Za dużo sobie pozwalasz z tymi pocałunkami.

- Jestem   bardzo   przyzwoity,   ograniczając   się   do   pocałunków.   Jakże   pragnąłbym 

kochać  się  z  tobą...  Kit! -  wrzasnął  na  synka,  który  wymachiwał  mieczem   nad  głową. - 

Przetrzepię ci skórę, jeśli się nie uspokoisz!

Elizabeth   nie   mogła   się   powstrzymać   i   wybuchnęła   śmiechem,   odpychając 

jednocześnie zabandażowaną już rękę Milesa.

- Chyba powinieneś zostawiać syna w domu, kiedy wybierasz się w konkury.

- Och, nie. - Uśmiechnął się. - Kit zdziałał więcej,  niż mnie udałoby się w ciągu 

miesięcy.

I z tajemniczą miną wstał, żeby odebrać miecz z rąk popędliwego potomka.

background image

7

Tej nocy znowu spali wszyscy razem, z Kitem skulonym w środku. Elizabeth długo 

leżała   z   otwartymi   oczami,   wsłuchując   się   w   ich   oddechy.   Ostatnie   dwa   dni   były   tak 

niezwykłe, tak różne od tego, czego do tej pory doświadczyła... Tak jakby po latach nocy 

wyjrzało słońce.

Kiedy   się   obudziła,   leżała   sama   na   płaszczu   Milesa,   szczelnie   otulona   pledem. 

Uśmiechnęła się rozespana, zwinęła pod kocem i przez chwilkę marzyła, by na zawsze tu 

zostać i by każdy dzień pełen był śmiechu.

Odwróciła się na plecy, przeciągnęła się i rozejrzała po domostwie. Było puste. W 

ciągu ostatnich kilku dni jej czujność zmalała. Zwykle spała nasłuchując jednocześnie jak 

zwierzątko, lecz Miles i Kit wyszli tak cicho, że tego nie spostrzegła. Nasłuchiwała teraz, czy 

nie   ma   ich   gdzieś   w   pobliżu.   Uśmiechnęła   się   na   dźwięk   powolnych,   cichych   kroków 

niedaleko zagrody.

Bezszelestnie wymknęła się z chałupy i weszła do lasu. Między drzewami, po lewej 

stronie usłyszała odgłosy, które upewniły ją, że Miles i Kit są w pobliżu. Kto w takim razie 

hałasował w poszyciu tuż przed nią?

Używając   całego   doświadczenia,   którego   nabierała   latami,   wywodząc   w   pole 

przyjaciół brata, bez wysiłku, niepostrzeżenie przemknęła wśród zarośli. Po chwili ujrzała, 

kto ich tak wytrwale szpieguje.

Leżące nieruchomo na brzuchu, niewyobrażalnie długie ciało sir Guya rozciągało się 

w całej okazałości na trawie. Tylko głowa obracała się we wszystkie strony, szukając śladów 

Milesa i Kita.

Elizabeth   cichutko   podskoczyła   do   przodu.   Przycupnęła   i   złapała   mocno   w   garść 

niewielki wydłużony kamień. Roger nauczył ją, że nawet drobne, słabe dłonie mogą nabrać 

mocy,   jeśli   chwycą   coś   ostrego.   Z   kamieniem   w   jednej   ręce   pochyliła   się   i   zręcznie 

wyszarpnęła sztylet sir Guya z pochwy u jego boku.

Gigant poderwał się w mgnieniu oka.

- Lady Elizabeth... - wykrztusił zaskoczony. Cofnęła się o krok, na odległość ramienia.

- Dlaczego nas śledzisz? Zdradziłeś swego pana i teraz chcesz go zabić?

Szrama   na   twarzy   sir   Guya   zbielała,   lecz   nic   nie   powiedział.   Odwrócił   głowę   w 

kierunku Milesa i zagwizdał przenikliwie.

Elizabeth wiedziała, że to znak, by go przywołać. Jeśli Guy wzywa swego pana, Miles 

musi coś wiedzieć o sekretnej obecności olbrzyma.

background image

Miles pojawił się zaskakująco szybko. Sam, z wyciągniętym mieczem.

- Ta dama pyta, czy mam zamiar cię zabić - powiedział z pełną powagą sir Guy.

Miles   popatrzył   na   oboje.   -   Jak   cię   znalazła?   Sir   Guy   nie   odrywał   wzroku   od 

Elizabeth. Wydawał się zmieszany, a równocześnie pełen uznania.

- Nie usłyszałem jej. W oczach Milesa pojawił się uśmiech.

- Oddaj mu sztylet, Elizabeth. Lojalność sir Guya nie podlega żadnej wątpliwości.

Elizabeth   nie   drgnęła.   Ściskała   kamień   w   dłoni   ukrytej   między   fałdami   spódnicy. 

Jednocześnie spostrzegła płaski kamień, na którym spoczywała stopa sir Guya, i jego but z 

cienkiej skóry. Nawet najsilniejszy mężczyzna ma wrażliwe stopy.

- Gdzie są twoi ludzie? - spytała Milesa, wpatrując się cały czas w olbrzyma.

- No,   więc...   Elizabeth...   -   zaczął.   -   Myślałem,   że...   Z   wyrazu   twarzy   sir   Guya 

domyśliła się, że wszystko, co miało miejsce, było pomysłem Milesa.

- Mów! - rozkazała.

- Jesteśmy na ziemi MacArranów i wiedziałem, że nic nam nie grozi. Postanowiłem 

więc przejść się po lesie z tobą i Kitem. Nie było żadnego niebezpieczeństwa.

Okręciła się na pięcie, żeby spojrzeć mu w oczy, ale kątem oka nadal obserwowała sir 

Guya.

- To   wszystko   podstęp   -   powiedziała   zimno.   -   Skłamałeś,   że   orszak   zniknął. 

Skłamałeś, że coś może nam zagrażać. I wszystko to zrobiłeś, żeby zostać ze mną sam.

- Elizabeth... - Miles starał się ją uspokoić. - Byliśmy otoczeni przez moich ludzi. 

Pomyślałem, że jeśli obędziemy sami przez pewien czas, lepiej mnie poznasz. A Kit...

- Nie mieszaj w to dziecka! Nie brało udziału w tym nikczemnym spisku.

- To nie był spisek - tłumaczył łagodnie.

- A niebezpieczeństwo? Ryzykowałeś moje życie i życie swego syna. Te lasy są pełne 

dzikich górali!

Miles uśmiechnął się protekcjonalnie.

- To prawda, lecz ci dzicy górale są ze mną spokrewnieni przez żonę brata. Jestem 

pewien, że nawet teraz jesteśmy otoczeni ludźmi MacArranów.

- Nie słyszałam nikogo poza tym niezdarnym niedźwiedziem. Sir Guy zesztywniał.

- Nic złego się nie stało. - Miles uśmiechnął się do niej. - Oddaj mi sztylet, Elizabeth.

- Nic   złego   poza   twoimi   łgarstwami   -   warknęła.   Potem   wszystko   stało   się 

błyskawicznie. Rzuciła się na Milesa ze sztyletem, sir Guy wytrącił jej broń z ręki, a kiedy 

nóż poszybował w powietrzu, obcas Elizabeth wylądował na dwóch najmniejszych palcach 

lewej stopy olbrzyma.  Miles, zaskoczony wyrazem bólu na twarzy sir Guya, odwrócił na 

background image

sekundę od niej wzrok. Nie zauważył, jak Elizabeth zamierzyła się z całym rozmachem i 

ugodziła go kamieniem w brzuch. Pochylił się do przodu jęcząc przeciągle.

Cofnęła się, obserwując, jak skrzywiony z bólu sir Guy przysiada na ziemi i stara się 

zdjąć but. Miles wyglądał, jakby miał zwymiotować.

- Dobra   robota   -   usłyszała   za   swoimi   plecami.   Odwróciła   się   i   spojrzała   w   twarz 

niezwykle pięknej kobiety o ciemnych włosach i niebieskich oczach, równie wysokiej jak 

ona, co nie zdarzało się często. Obok niej stał wielki pies.

- To powinno cię czegoś nauczyć, Miles - ciągnęła. - Nie wszystkie kobiety lubią być 

zabawką dla mężczyzn.

Elizabeth szeroko otworzyła oczy, kiedy spośród drzew zaczęli wychodzić ludzie, a od 

strony zagrody zbliżył się starszy mężczyzna, trzymający Kita za rękę.

- Lady   Elizabeth   Chatworth   -   powiedziała   kobieta   -   jestem   Bronwyn   MacArran, 

dziedziczka klanu MacArranów i bratowa tego nieznośnego młodego człowieka.

Miles powoli dochodził do siebie.

- Miło cię widzieć, Bronwyn.

- Tam - Bronwyn zwróciła się do starszego człowieka. - Obejrzyj stopę sir Guya. Jest 

złamana?

- Prawdopodobnie - wtrąciła Elizabeth. - Wiem z doświadczenia, że zwykle złamany 

jest najmniejszy palec.

Bronwyn popatrzyła na nią z niekłamanym podziwem.

- Oto moi ludzie: Daglas... - wywoływała ich kolejno i każdy kłaniał się Elizabeth. - 

Alex, Jarl i Francis.

Zmierzyła wszystkich taksującym wzrokiem. Nie lubiła być otoczona przez mężczyzn 

i przesunęła się tak, by sir Guy nie został  za jej plecami.  Wszyscy ci mężczyźni  wokół 

sprawiali, że czuła się jak zamknięta w ciasnej klatce.

Miles, rozcierając obolały brzuch, spostrzegł jej odruch i podszedł bliżej, a kiedy Tam 

postąpił o krok, dotknął jego ramienia rzucając ostrzegawcze spojrzenie. Zmarszczywszy na 

chwilę brwi ze zdziwienia Tam puścił  rękę Kita i odsunął się od Elizabeth.  Dziewczyna 

obserwowała uważnie każdy ich gest.

- A gdzie podziewa się mój najdroższy brat? - Miles zwrócił się do Bronwyn, która 

spokojnie przyglądała się tej scenie.

- Pojechał na północne rubieże, ale spodziewam się go zobaczyć, zanim dotrzemy do 

Larenston.

Miles ujął ramię Elizabeth i ścisnął mocniej, kiedy próbowała się odsunąć.

background image

- Bronwyn ma małe dziecko - powiedział głośno i dodał szeptem: - Nic ci nie grozi. 

Trzymaj się blisko mnie.

Elizabeth   rzuciła   mu   spojrzenie,   z   którego   wyczytał,   że   nie   wzbudza   w   niej   ani 

odrobinę   więcej   zaufania   niż   jakikolwiek   inny   przedstawiciel   rodzaju   męskiego.   Została 

jednak u jego boku. Ludzie ze świty Bronwyn byli ubrani jak dzikusy, mieli gołe kolana, 

włosy długie do ramion i ogromne, obusieczne miecze u pasa.

Bronwyn wyczuła, że oprócz tej dziecinnej sztuczki Milesa między nimi rozgrywa się 

jeszcze coś innego, nie miała jednak pojęcia co. Może gdy dojadą do Larenston, dowie się, 

jaka jest przyczyna tego dziwnego iskrzenia w powietrzu.

- Ruszamy? - zawołała.

Elizabeth nie ruszyła się z miejsca, dopóki ludzie Bronwyn nie znaleźli się przed nią. 

Szli w milczeniu do ukrytych dalej koni, a obok, wsparty na kiju, kuśtykał powoli sir Guy.

- Chcę jechać z tyłu - powiedziała przez zaciśnięte zęby do Milesa.

Najpierw   zaprotestował,   lecz   w   końcu   zrezygnował   i   mruknął   coś   półgłosem   do 

Bronwyn. Skinęła głową i Szkoci wraz z sir Guyem oraz Tam z Kitem na jednym siodle 

ruszyli przodem.

- Elizabeth... - Miles jechał obok niej. - Ludzie Bronwyn nic ci nie zrobią. Nie ma 

żadnego powodu do niepokoju.

Rzuciła mu ponure spojrzenie.

- Mam polegać na twoim słowie? A kto mnie okłamał? Ty. A twoja rodzina jest w 

stanie wojny z moją.

Miles wzniósł oczy do nieba.

- Może popełniłem błąd, używając tego podstępu, ale gdybym poprosił, żebyś spędziła 

kilka dni w lesie ze mną i Kitem, co byś odpowiedziała?

Odwróciła się od niego.

- Elizabeth, musisz przyznać, że dobrze się bawiłaś. I przez te kilka godzin nie bałaś 

się mężczyzn.

- Nigdy nie boję się mężczyzn - wycedziła z naciskiem.

- Po prostu nauczyłam się być ostrożna.

- Ta ostrożność zatruwa ci życie - powiedział surowo.

- Popatrz teraz na nas, dławimy się kurzem za końmi ludzi Bronwyn tylko dlatego, że 

boisz się ataku ze strony któregoś z nich. Koniecznie musisz mieć wszystkich na oku, tak?

- Życie nauczyło mnie... - zaczęła.

- Życie nauczyło cię wszystkiego, co najgorsze! Większość mężczyzn nie jest taka jak 

background image

Edmund Chatworth albo Pagnell. Tu, w Szkocji, przekonasz się, że niektórym można zaufać. 

Nie!... - Przeszył ją wzrokiem. - Przekonasz się, że mnie można zaufać.

Popędził konia do przodu i zostawił ją samą. Bronwyn zerknęła do tyłu, po czym 

zawróciła konia i podjechała do jasnowłosej kobiety. Stanowiły niezwykłą parę: Elizabeth ze 

swoją delikatną urodą i Bronwyn z wyrazistymi, mocnymi rysami.

- Sprzeczka między kochankami? - spytała Bronwyn, przypatrując się Elizabeth spod 

oka.

- Nie jesteśmy kochankami - padła sucha odpowiedź. Bronwyn uniosła brwi, myśląc w 

duchu, że musi to być pierwszy raz, gdy Miles spędza czas z kobietą, której nie posiadł.

- Jak to się stało, że panna Chatworth podróżuje w towarzystwie Montgomeryego? - 

spytała takim samym tonem, jakiego Elizabeth użyła poprzednio w stosunku do niej.

Dziewczyna rzuciła jej urażone spojrzenie.

- Jeśli zamierzasz snuć jadowite uwagi na temat mego brata Rogera, lepiej dwa razy 

się zastanów.

Spojrzały   sobie   prosto   w   oczy   i   po   chwili   -   w   ciągu   której   wiele   dały   sobie   do 

zrozumienia - Bronwyn sztywno skinęła głową.

- Wypytaj  swego  brata   o  szkockich   krewnych   -  powiedziała  lodowato  i  popędziła 

konia do przodu.

- Uraziłaś czymś Bronwyn? - spytał Miles, gdy znów się z nią zrównał.

- Mam spokojnie słuchać oszczerstw na temat własnego brata? Ta kobieta przyrzekła 

poślubić Rogera, lecz cofnęła słowo. I w wyniku tego...

- W wyniku tego Roger Chatworth zdradziecko zaatakował od tyłu mojego brata - 

przerwał Miles. Umilkł i przechylił się przez wierzchowca, by ująć jej rękę. - Daj nam szansę, 

Elizabeth... - powiedział łagodnie, wpatrując się w nią błagalnie. - Proszę jedynie o to, byś 

dała nam wszystkim czas udowodnić, że jesteśmy godni zaufania.

Zanim zdążyła  cokolwiek odpowiedzieć,  usłyszeli  grzmiący tętent zbliżających  się 

koni. Zerknęła przed siebie i zauważyła, że wszyscy mężczyźni wyciągnęli miecze i w jednej 

chwili otoczyli obie kobiety. Miles pchnął konia bliżej Elizabeth.

- To ten idiota, mój mąż - stwierdziła Bronwyn, a jej zadowolony ton zupełnie nie 

pasował do wypowiedzianych słów.

Przed   nimi   zatrzymało   się   pięciu   ludzi.   Dowódca   był   wysokim,   przystojnym 

mężczyzną o ciemnoblond włosach sięgających ramion i najwidoczniej cieszyły go groźne 

błyski w roziskrzonych oczach żony.

- Starzejesz się, Tam - powiedział leniwie przybysz, pochylając się w siodle.

background image

Tam odburknął coś i schował miecz.

- Niech   cię   diabli,   Stephen   -   zasyczała   Bronwyn.   -   Dlaczego   pędziłeś   tak   nad 

urwiskiem? I dlaczego nie uprzedziłeś, że nadjeżdżasz?

Powoli zsiadł z konia, rzucił wodze jednemu z ludzi i podszedł do żony. Położył rękę 

na jej kostce i zaczął przesuwać ją wyżej.

Bronwyn odtrąciła go kopniakiem.

- Zostaw mnie! - rozkazała. - Mam ważniejsze sprawy niż zabawianie się z tobą.

Stephen jednym błyskawicznym gestem chwycił ją wpół i ściągnął z siodła.

- Martwiłaś się, że zwalę się z urwiska? - mruknął, przyciągając ją do siebie.

- Tam! - wydusiła Bronwyn odpychając męża.

- Na nic się zda moja pomoc - odpowiedział Tam.

- Ale ja chętnie cię obronię - cicho odezwał się Miles. Stephen gwałtownie puścił 

żonę.

- Miles!... - Podbiegł i chwycił brata w ramiona, gdy tylko ten zeskoczył z konia. - 

Kiedy przyjechałeś? Skąd wziąłeś się w Szkocji? Myślałem, że jesteś u wuja Simona... I co to 

za historia, że wuj Simon żąda twojej głowy na tacy?

Miles uśmiechnął się półgębkiem i wzruszył ramionami.

Stephen skrzywił się, wiedząc doskonale, że nie wyciągnie nic na siłę z młodszego 

brata. Do furii doprowadzała go czasem małomówność Milesa.

- Miles przywiózł Elizabeth Chatworth - rzuciła niedbale Bronwyn.

Stephen  odwrócił się  i spojrzał  na orszak, gdzie  natychmiast  wypatrzył  Elizabeth. 

Mimo delikatnej urody wyglądała lodowato, sztywno wyprostowana w siodle. Stephen ruszył 

w jej stronę, ale Miles chwycił go za ramię.

- Nie dotykaj jej - powiedział cicho i sam podszedł do Elizabeth.

Po   sekundzie   zdumienia   Stephen   uśmiechnął   się   pod   nosem.   Doskonale   rozumiał 

uczucie zazdrości, po raz pierwszy jednak dostrzegł je u swego brata.

Miles wyciągnął rękę do Elizabeth, a kiedy zawahała się, powiedział:

- Stephen nie zrobi ci krzywdy i takiej samej grzeczności oczekuje od ciebie.

W jego oczach igrał uśmiech. Ona również nie mogła powstrzymać słabego uśmiechu, 

gdy  zerknęła  na  sir  Guya,  który  przyglądał  się,  jakby   była  półpotworem,  półczarownicą. 

Musieli poczekać, aż zostaną przedstawieni, gdyż Kit, który obudził się właśnie z drzemki w 

siodle Tama, rzucił się na ukochanego stryja. Stephen usadowił Kita na jednym ramieniu i 

wyciągnął rękę do Elizabeth. Ona jednak stała sztywno i nie ujęła jego dłoni.

Miles   zerknął   na  brata   ostrzegawczo   i   Stephen   z   pełnym   zrozumienia   uśmiechem 

background image

cofnął rękę.

- Witamy w naszym domu - powiedział.

- Jestem Elizabeth Chatworth.

- A ja jestem Montgomery i... - spojrzał na Bronwyn - należę do klanu MacArranów. 

Witamy. Pójdziemy piechotą wzdłuż urwiska? Ścieżka jest bardzo stroma, miejscami można 

najeść się strachu.

- Mogę jechać konno - powiedziała sucho Elizabeth. Miles ujął ją za ramię i podniósł 

dłoń do ust.

- Oczywiście, że możesz. Mój niezdarny brat stara się po prostu znaleźć pretekst, żeby 

z tobą porozmawiać.

- Stryju  Stephenie!   -  Kit  ledwie  wytrzymał  do  końca   rozmowy  dorosłych.  -  Lady 

Elizabeth   uderzyła   tatę   i   przetrąciła   stopę   sir   Guya,   i   spaliśmy   w   lesie   bez   namiotu   ani 

niczego. - Uśmiechnął się do Elizabeth, która w odpowiedzi mrugnęła do niego okiem.

- Przetrąciła stopę sir Guya? - Stephen wybuchnął śmiechem. - Nie chce mi się w to 

wierzyć.

- Lady Elizabeth Chatworth złamała sir Guyowi palce u nogi - stwierdziła chłodno 

Bronwyn.

Stephen zmrużył oczy przypatrując się żonie.

- Nie bardzo podoba mi się twój ton. Miles odezwał się pospiesznie, by przyciągnąć 

uwagę brata:

- A   jak   mają   się   MacGregorowie?   To,   co   nastąpiło,   było   półopisem,   półkłótnią. 

Bronwyn i Stephen opowiadali o klanie odwiecznych wrogów MacArranów - aż do zeszłego 

roku, gdy zawarto rozejm przy okazji ślubu brata Bronwyn, Davida, z córką MacGregora.

Rozmawiali, idąc ścieżką nad urwiskiem, z jednej strony mając ścianę skalną, a z 

drugiej   przepaść.   Elizabeth   szła   blisko   Milesa,   obok   Stephena   i   tuż   za   Bronwyn,   i 

przysłuchiwała się obojętnie wymianie zdań między małżonkami. Kłócili się zażarcie, lecz 

nie było w tym cienia prawdziwej złości. Ludzie za nimi swobodnie rozmawiali między sobą, 

zupełnie   nie   zwracając   na   to   uwagi,   jakby   podobne   potyczki   słowne   były   chlebem 

powszednim.   Bronwyn   prowokowała   Stephena   i   wymyślała   mu,   a   on   kwitował   to 

uśmieszkami i powtarzał żonie, że wygaduje głupstwa. We wszystkich małżeństwach, jakie 

Elizabeth widziała, mąż  już dawno podbiłby żonie  oko, gdyby  powiedziała na głos choć 

połowę tego, co Bronwyn.

Spostrzegła, że Miles uśmiecha się błogo, patrząc na brata i bratową. Kit podbiegł, 

złapał stryjenkę za rękę i zaczął wtrącać się do sprzeczki, biorąc jej stronę.

background image

- Jaki ojciec, taki syn - powiedział Stephen do Milesa. Gdy odwrócił się do brata, w 

stronę skalnej ściany, zauważył, że z góry toczą się kamienie, tuż obok głowy Elizabeth. 

Zareagował natychmiast - chwycił dziewczynę i oboje przywarli do skały. Stephen przygniótł 

ją potężnym ciałem, a spadające kamienie posypały się za jego plecami.

Elizabeth też zareagowała bez zastanowienia. Ponieważ wokół było tylu mężczyzn, 

nerwy miała napięte jak postronki. Nie zdążyła zauważyć powodu gwałtownego zachowania 

Stephena, wiedziała tylko, że znowu atakuje ją jakiś mężczyzna.

Wpadła w panikę. Zaczęła wrzeszczeć tak strasznie, że śmiertelnie wystraszyła  od 

dłuższego  już  czasu  nerwowo  prychające  konie.  Drapała   i kopała   jak  schwytane   w  sidła 

dzikie zwierzątko.

Stephen,   osłupiały   z   powodu   jej   zachowania,   starał   się   chwycić   dziewczynę   za 

ramiona.

- Elizabeth!... Elizabeth... - krzyczał w jej przerażoną twarz. Odłamki skalne spadły na 

ramiona i plecy Milesa, powalając go na kolana. Poderwał się, słysząc jej krzyk.

- Niech cię piekło pochłonie!... - wysapał do brata. - Mówiłem, żebyś jej nie dotykał.

Odepchnął Stephena, starając się jednocześnie pochwycić Elizabeth.

- Cicho! - rozkazał.

Wciąż   była   w   szoku,   szarpała   się,   cała   rozedrgana.   Miles   złapał   ją   za   ramiona   i 

potrząsnął.

- Elizabeth - powiedział cierpliwie, ale stanowczo. - Nic się nie stało. Słyszysz mnie? 

Nic się nie stało. Jeszcze raz nią potrząsnął, zanim spojrzała mu w oczy.

Nigdy nie widział takiego wzroku - przerażonego do granic szaleństwa i... bezradnego. 

Przez chwilę patrzyli na siebie, a Miles użył całej siły woli, by ją uspokoić.

- Nic ci nie grozi, kochana. Przy mnie zawsze będziesz bezpieczna.

Zaczęła drżeć na całym ciele. Przyciągnął ją, objął mocno i pogłaskał po włosach. 

Potem odezwał się do stojącego obok Stephena:

- Zostaw konia, dołączymy do was później.

Elizabeth prawie nie widziała, jak orszak minął ich w grobowym milczeniu. Zrobiło 

jej się słabo. Bezwiednie oparła się o pierś Milesa, a on głaskał ją po policzku, po karku i 

ramieniu. Po kilku minutach odsunęła się.

- Zrobiłam z siebie wariatkę - powiedziała z takim żalem, że uśmiechnął się.

- Stephen nie zrozumiał, o co mi chodzi, kiedy powiedziałem, żeby cię nie dotykał. 

Jestem pewien, że odebrał to jako przejaw zwykłej zazdrości.

- Nie jesteś zazdrosny? - spytała, zmieniając temat.

background image

- Może. Ale twoje lęki są ważniejsze od mojej zazdrości.

- Moje lęki, jak to nazywasz, nie powinny cię obchodzić.

- Udało jej się całkowicie uwolnić z jego ramion.

- Elizabeth... - powiedział bardzo cicho. - Nie duś tego w sobie. Mówiłem ci, że jestem 

dobrym słuchaczem. Porozmawiaj ze mną. Powiedz, co napawa cię takim lękiem?

Przywarła   dłońmi   do   skały   za   swoimi   plecami,   jakby   szukała   oparcia   w   czymś 

stabilnym.

- Dlaczego wszystkich odesłałeś? Przez jego twarz przemknął grymas złości.

- Żeby nie było świadków, kiedy cię zgwałcę. Jaki mógłby być inny powód? - Kiedy 

zorientował się, że nie jest pewna, czy to tylko sarkazm, desperacko wyrzucił do góry ręce.

- Chodź, ruszajmy w końcu do Larenston. - Zbyt mocno chwycił ją za ramię. - Wiesz, 

czego ci trzeba, Elizabeth? Potrzebujesz kochanka, który pokaże ci, że twoje strachy są dużo 

gorsze od rzeczywistości.

- Było wielu chętnych do tej roli - syknęła.

- Z   tego,   co   zrozumiałem,   miałaś   do   czynienia   jedynie   z   gwałcicielami,   nie   zaś 

kochankami.

Podsadził ją na siodło, sam usiadł z tyłu i ruszyli.

background image

8

Elizabeth uniosła dłoń do czoła i powoli otworzyła oczy. Duża komnata, w której 

leżała   na   łóżku,   była   pusta   i   ciemna.   Minęło   wiele   godzin,   odkąd   dotarli   z   Milesem   do 

twierdzy MacArranów. Była to stara forteca wybudowana na skraju klifowego wybrzeża i 

wyglądała, jakby gigantyczny orzeł dzierżył skałę w swoich szponach.

Jakaś równie chyba stara jak zamek kobieta przyniosła gorący napar z ziół, a kiedy 

odwróciła się na chwilę, Elizabeth wylała wszystko do doniczki stojącej przy łóżku. Znała się 

na ziołach i doskonale wiedziała, co zawiera napar.

Drobna   kobieta   o   zdeformowanej   figurze,   którą   Bronwyn   nazywała   Morag, 

przyglądała się jej intensywnie, świdrując zmrużonymi oczami. Po kilku chwilach Elizabeth 

udała, że zasypia i osunęła się na posłanie.

- Potrzebuje odpoczynku - powiedziała Bronwyn, pochylając się nad nią. - Nigdy nie 

widziałam,   żeby   kimś   owładnął   taki   szał,   kiedy   Stephen   zasłonił   ją   przed   spadającymi 

skałami. Wyglądało, jakby w jej ciało wstąpił szatan.

Morag cicho parsknęła.

- Ja na początku też walczyłam ze Stephenem.

- To było zupełnie co innego - upierała się Bronwyn.

- Milesowi udało się ją uspokoić, ale dopiero gdy potrząsnął nią kilka razy. Wiesz, że 

złamała palce u nogi sir Guya.

- I słyszałam, że się powadziłyście - sapnęła kobieta.

- Odważyła się bronić Rogera Chatwortha! - Bronwyn wyprostowała się sztywno. - Po 

tym, co mi zrobił...

- To jej brat! - rzuciła niecierpliwie Morag. - Nie dziwi mnie jej lojalność, chociaż 

powinna zrozumieć też twój punkt widzenia. Bronwyn, żadna sprawa na tym świecie nie ma 

jednego   oblicza.   -   Pochyliła   się   nad   łóżkiem   i   przykryła   nieruchomą   postać   Elizabeth 

granatowo - zielonym pledem.

- Zostawmy ją w spokoju. Przyjechał posłaniec od najstarszego brata Stephena.

- Dlaczego nic nie powiedziałaś? - Bronwyn była zła, że traktuje się ją jak dziecko, a 

jeszcze bardziej zezłościło ją, że na to zasłużyła.

Elizabeth   leżała   bez   ruchu,   aż   drzwi   się   zamknęły.   Dłuższą   chwilę   nasłuchiwała. 

Mężczyźni czasem udawali, że wychodzą z komnaty, lecz naprawdę ukrywali się w jakimś 

zakamarku. Gdy nabrała pewności, że jest sama, odwróciła się na bok i powoli otworzyła 

oczy. W pokoju nie było nikogo.

background image

Wyskoczyła z łóżka i podbiegła na palcach do okna. Zapadał mrok, a światło księżyca 

kładło się srebrnym cieniem na szarych murach zamku. Teraz jest czas na ucieczkę, teraz, 

zanim wszyscy dowiedzą się, że jest tu więziona.

W   dole   przeszło   czterech   mężczyzn   otulonych   pledami.   Z   uśmiechem   na   ustach 

zaczęła snuć swój plan. Szybko przeszukała komnatę. W kufrze znalazła męskie ubrania. 

Podciągnęła suknię do góry i obwiązała się nią w pasie, a potem naciągnęła obszerną męską 

bluzę i ciężkie wełniane skarpety. Kiedy zerknęła na odkryte kolana, zacisnęła na sekundę 

oczy na myśl o paradowaniu wśród ludzi w takim stroju - prawie goła. Nie znalazła żadnych 

butów, musiała więc wcisnąć na grube skarpety swoje własne, cienkie pantofle. Zawinięcie 

pledu w taki sposób, by uformował spódniczkę i okrył należycie ramię, zajęło jej sporo czasu. 

Okazało się to dość skomplikowane i ściągając pas wokół talii wciąż miała wrażenie, że 

konstrukcja ledwie się trzyma.

Wstrzymała oddech i ostrożnie uchyliła drzwi. Na szczęście z drugiej strony nie było 

żadnego strażnika. Przez wąską szparę wymknęła się cicho na słabo oświetlony korytarz. 

Zapamiętała   drogę,   którą   od   wejścia   do   komnaty   prowadził   ją   poprzednio   Miles,   i   teraz 

nasłuchując zatrzymała się, by zebrać odwagę.

Z daleka, po lewej stronie na dole, dobiegły ją głosy. Przyklejona do ściany, powoli 

zeszła   schodami   w   stronę   głównego   wejścia.   Kiedy   przesuwała   się   obok   sali,   gdzie 

rozbrzmiewała   rozmowa,   usłyszała   nazwisko   Chatworth.   Zerknęła   na   drzwi,   lecz 

jednocześnie chciała wiedzieć, o czym mowa. Bezszelestnie podkradła się bliżej.

- Niech was obu piekło pochłonie, Miles! - Usłyszała wściekły głos Stephena. - Gavin 

ma tak samo mało rozumu jak ty. Ułatwiacie tylko Chatworthowi jego plan. Niewiele brakuje, 

by zniszczył naszą rodzinę.

Miles milczał.

- Do diabła! - wrzasnął Stephen. - Odpowiedz coś! Dostrzegła z ukrycia płonące oczy 

Milesa.

- Nie oddam Elizabeth. Co Gavin zrobi z Rogerem Chatworthem, to jego sprawa. 

Elizabeth jest moja.

- Gdybyś nie był moim bratem... - zaczął Stephen.

- Gdybym   nie   był   twoim   bratem,   nie   obchodziłoby   cię,   co   zrobiłem.   -   Miles 

zachowywał spokój, jedynie w jego oczach płonęła wściekłość.

Stephen bezradnie rozrzucił ramiona.

- Porozmawiaj z nim - zwrócił się do Bronwyn. - Wszyscy moi bracia są niespełna 

rozumu.

background image

Bronwyn stanęła tuż przed mężem.

- Kiedyś walczyłeś z Rogerem Chatworthem o to, co według ciebie było twoje. Miles 

robi teraz dokładnie to samo, a ty na niego wrzeszczysz.

- To było co innego - warknął ponuro Stephen. - Dostałem cię od króla.

- Elizabeth   należy do  mnie!  -  przerwał  gwałtownie  Miles.  -  Bronwyn,   czy  jestem 

miłym gościem w tym domu? Jeśli nie, odjadę ze swoimi ludźmi i z Elizabeth Chatworth.

- Wiesz, że jesteś miłym gościem - powiedziała łagodnie Bronwyn. - Chatworth nie 

zaatakuje MacArranów, dopóki nie będzie gotów do wojny. - Odwróciła się do Stephena. - A 

jeśli chodzi o to, że Gavin uwięził Chatwortha, to bardzo mnie to cieszy. Zapomniałeś, co 

wycierpiała przez niego twoja siostra Mary, i że więził mnie ponad miesiąc?

Elizabeth wymknęła się po tych słowach. Przekonają się, że nie jest tak potulnym 

więźniem jak sądzili.

Na zewnątrz mgła podnosiła się znad morza. Uśmiechnęła się, dziękując w duchu 

Opatrzności za przychylność. Przede wszystkim musiała zdobyć konia, nie może przecież 

uciekać ze Szkocji pieszo. Znieruchomiała i zamieniła się w słuch, próbując domyślić się, 

gdzie są stajnie.

Elizabeth była doświadczonym koniokradem; miała w tym długą praktykę. Wiedziała, 

że konie są jak dzieci. Trzeba mówić do nich spokojnie i nie wykonywać żadnych gwałtow-

nych ruchów. Na krańcu stajni, którą właśnie wypatrzyła, stało dwóch mężczyzn. Śmiali się, 

opowiadając sobie po cichu o miłosnych przygodach z jakimiś dziewczynami.

Przekradła się i cicho odwiązała wierzchowca stojącego w drugim krańcu stajni. Z 

przegrody między boksami ściągnęła siodło, ale założyła je dopiero na zewnątrz. Dziękowała 

Bogu, że w zamku panuje sporo hałasu, gdyż ludzie kręcili się tu i tam, nosili coś, rozmawiali. 

Obok przetoczył się skrzypiący wózek, jakiś człowiek przyprowadził cztery konie, z których 

dwa zaczęły się gryźć. Trzej inni mężczyźni, pokrzykując i strzelając z batów, podskoczyli, 

żeby je rozdzielić. Nikt nawet nie spojrzał na majaczącą w mroku, okutaną pledem postać.

Elizabeth wsiadła na konia i wolno ruszyła za wózkiem przez otwartą bramę zamku. 

Tak samo jak woźnica przed nią gestem dłoni pozdrowiła strażników, którzy pilnowali raczej 

przybywających do twierdzy, a prawie nie zwracali uwagi na wyjeżdżających.

Jedyna   droga   do   fortecy   MacArranów   prowadziła   wąskim   przesmykiem   nad 

przepaścią. Serce Elizabeth waliło tak mocno, jakby miało rozsadzić żebra. Wóz jadący przed 

nią był niezwykle wąski, jednak widziała, że koła ledwie trzymają się drogi - minimalne 

przesunięcie w jedną lub w drugą stronę i pojazd razem z koniem i woźnicą zwaliłby się w 

przepaść.

background image

Gdy dotarła do końca wąskiego odcinka, odetchnęła z ulgą z kilku powodów - miała 

za   sobą   niebezpieczną   ścieżkę   i   przynajmniej   na   razie   nie   dobiegły   jej   odgłosy   żadnego 

alarmu.

Woźnica na wózku obejrzał się przez ramię i uśmiechnął do niej.

- Zawsze dziękuję Bogu, kiedy przebrnę ten kawałek...

- Jedziesz w tę stronę? Prosto przed nimi ciągnęła się łatwiejsza droga obok wiejskich 

zagród,   gdzie   ktoś   mógł   ją   dostrzec   i   wskazać   później   kierunek   pościgowi.   Na   prawo 

natomiast zaczynała się ścieżka wzdłuż urwiska, ta, którą przybyli tu z Milesem. A jazda nad 

urwiskiem nocą...

- Nie!... - odpowiedziała zachrypniętym głosem. Woźnica z pewnością zagadywałby ją 

po drodze. Wskazała ręką na ścieżkę nad urwiskiem.

- Dzielny chłopak!... - zaśmiał się chrapliwie mężczyzna.

- Szczęśliwej podróży, zuchu. Księżyc świeci dziś jasno, ale bądź ostrożny. - Cmoknął 

na konia i odjechał.

Elizabeth   nie   traciła   czasu   na   rozpamiętywanie   swojego   przerażenia.   Szybko 

skierowała   konia   w   stronę   ciemnej   czeluści.   Nocą   droga   wyglądała   jeszcze   gorzej.   Koń 

szarpał się niespokojnie, po chwili namysłu zsiadła więc i zaczęła prowadzić go za uzdę.

- Przeklęty Miles  Montgomery! - mruknęła.  Dlaczego  przywiózł  ją  w  takie dzikie 

miejsce? Jeśli już kogoś porywa, mógłby to robić w jakiejś bezpieczniejszej okolicy.

Nagle tuż ponad głową usłyszała wycie. Na szczycie skały rysowały się trzy sylwetki 

wilków. Wpatrywały się w nią z pochylonymi łbami. Koń zaczął tańczyć w miejscu, owinęła 

więc wodze wokół ręki. Wilki posuwały się za nią krok w krok, a po chwili dołączył jeszcze 

jeden.

Miała wrażenie, że minęły wieki, wciąż nie widziała jednak krańca wąskiej ścieżki. W 

pewnym momencie oparła się o skalną ścianę, starając się uspokoić walące jak młotem serce.

Wilki zawyły, jakby uznały, że ich ofiara kapituluje. Koń zarżał nerwowo i wyrwał 

wodze z ręki Elizabeth. Pochyliła się gwałtownie do przodu, by powstrzymać zwierzę, straciła 

równowagę, upadła i zawisła nad przepaścią, uczepiona rękami krawędzi. Koń zniknął w 

ciemnościach.

Przez   chwilę   trwała   nieruchomo,   próbując   zebrać   myśli.   Jedna   noga   wisiała   w 

powietrzu,   druga   ledwie   dotykała   zbocza.   Elizabeth   kurczowo   obejmowała   ramionami 

wystającą skałę, z twarzą przy ziemi. Kiedy poruszyła lewym ramieniem, z góry posypały się 

kamienie. Przerażona, przesunęła prawą nogę, lecz nie trafiła na żadne oparcie. Znowu spadł 

kamień i wiedziała, że natychmiast musi coś zrobić.

background image

Używając całej siły w ramionach, zaczęła podciągać się do góry, przesuwając biodra 

w lewą stronę. Gdy lewym kolanem poczuła twarde podłoże ścieżki, po policzkach spłynęły 

jej łzy ulgi. Powoli wciągnęła całe ciało na drogę.

Na czworakach podczołgała się do ściany i usiadła, żeby złapać oddech. Łzy płynęły 

strumieniem po jej twarzy, krew po rękach, a poranione kolana paliły z bólu.

Ponad sobą usłyszała skowyt walczących zwierząt. Odsunęła się od skały i zobaczyła, 

że jakieś inne zwierzę zaatakowało wilki.

- Ten wielki pies Bronwyn... - szepnęła i zamknęła oczy modląc się w duchu.

Nie mogła tu zostać. Niedługo jej zniknięcie zostanie odkryte i musi być wtedy jak 

najdalej od swoich wrogów Montgomerych.

Gdy wstała, zorientowała się, że jest bardziej poraniona niż sądziła. Lewa noga była 

sztywna, w kostce czuła rwący ból. Ocierając łzy, na ramieniu zobaczyła krew.

Zmusiła   się   do   marszu,   obolałymi   dłońmi   macając   skałę.   Był   to   jedyny   sposób 

posuwania się do przodu, gdyż prawie nic nie widziała w gęstym mroku.

Księżyc zaszedł, kiedy dotarła do końca ścieżki, ale zamiast strachu czarna przestrzeń 

wzbudziła w niej poczucie bezpieczeństwa. Szczelniej otuliła się pledem i nie zważając na ból 

w nogach, powlokła się dalej.

Kiedy   tuż   przed   sobą   spostrzegła   dwa   świecące   punkty,   skamieniała   w   miejscu, 

wpatrując się jak wryta w oczy zwierzęcia. Po chwili zdała sobie sprawę, że to pies Bronwyn.

Kiedy przyjaźnie otarł się o nią łbem, miała ochotę usiąść i zaszlochać.

- To ty przegnałeś wilki, tak? - odezwała się. - Dobry pies. Lubisz mnie, prawda?

Ostrożnie wyciągnęła otwartą dłoń. Pies polizał rękę, a kiedy podrapała go po głowie, 

zaczął trącać jej ramię, popychając w stronę skalnej ścieżki.

- Nie,   piesku   -   szepnęła.   Coraz   dotkliwiej   czuła   zadrapania,   a   zmęczenie   prawie 

zwalało ją z nóg. Czuła się, jakby nie spała od kilku dni. - Chcę iść tędy, nie z powrotem do 

Bronwyn.

Pies zaskomlał na dźwięk imienia swej pani. - Nie! - powtórzyła stanowczo.

Pies przyglądał jej się przez chwilę uważnie; jakby zastanawiał się nad jej słowami, po 

czym odwrócił się w stronę lasu.

- Dobry pies. - Uśmiechnęła się. - Wyprowadzisz mnie stąd? Prowadź do kogoś, kto 

odwiezie mnie do brata i weźmie za to nagrodę.

Ruszyła za psem. Kiedy potknęła się i zatrzymała, zwierzak zaczął trącać ją pyskiem 

w rękę, aż wsparła się na jego grzbiecie.

- Jak się nazywasz, piesku? - szepnęła ostatkiem sił.

background image

- Może George albo Oliver, albo może masz jakieś szkockie imię, którego nigdy nie 

słyszałam?

Pies zwolnił, dostosowując się do jej kroku.

- A może Charlie? - spytała. - Dość podoba mi się imię Charlie.

W  tym  momencie  upadła   na  ziemię   bez  przytomności.  Pies  szturchał   ją  pyskiem, 

obwąchiwał i lizał pokrwawioną twarz, a kiedy nadal nie dawała znaku życia, położył się 

obok i zasnął.

Słońce stało wysoko na niebie, kiedy się przebudziła i popatrzyła na wielki, kudłaty 

łeb psa. W oczach zwierzęcia malował się tak przekonujący wyraz troski, jak w ludzkich. Nad 

jednym uchem pies miał pokrytą zakrzepłą krwią głęboką ranę.

- Wilki ci to zrobiły? - Uśmiechnęła się i pogłaskała go.

Spróbowała się podnieść, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa i dopiero gdy chwyciła 

się psa, zdołała wstać. - Dobrze, że jesteś silny, Charlie - powiedziała, poklepując go po 

karku.

Jęknęła na widok stanu swego odzienia. Spódnica w połowie trzymała się za pasem, w 

połowie zwisała do ziemi. Na lewym kolanie widniała wciąż krwawiąca rana, prawe było całe 

podrapane. Nie miała ochoty przyglądać się ramionom, zarzuciła więc pled i sięgnęła ręką, 

żeby poprawić włosy. Cofnęła jednak natychmiast dłoń, czując na głowie skrzepy krwi.

- Zaprowadzisz mnie do jakiejś wody, Charlie? - spytała.

- Woda? Pies od razu pobiegł przed siebie. Wracał kilkakrotnie, gdyż Elizabeth ledwie 

szła. Świeżo zabliźnione rany otworzyły się i ciekła z nich krew. Pies doprowadził ją do 

niewielkiego strumienia, gdzie umyła się tak dokładnie, na ile starczyło jej sił. Nie chciała 

wyglądać jak straszydło, gdy spotka swych wybawicieli.

Szła z psem u boku wiele godzin, starając się nie oddalać od skał i nielicznych drzew. 

Raz usłyszała konie i instynktownie przykucnęła w ukryciu, przyciągając mocno psa. Nie 

utrzymałaby go przy sobie, gdyby ten potężny zwierzak zechciał odejść, lecz najwidoczniej 

na razie nie miał takiego zamiaru.

Kiedy słońce zaczęło zachodzić, opuściły ją resztki sił. Nie zwróciła nawet specjalnie 

uwagi, że pies na kogoś szczeka.

- To   na   pewno   Miles   albo   twoja   pani   -   stwierdziła   odrętwiałym   głosem   i   z 

zamkniętymi oczami osunęła się na ziemię.

Gdy   znów   oprzytomniała,   stał   przed   nią   nieznajomy   mężczyzna   z   szeroko 

rozstawionymi  nogami i rękami na biodrach. Ostatnie promienie słońca rozświetlały jego 

siwe włosy i rzucały cienie na ostro zarysowaną szczękę.

background image

- No, Rab - powiedział niskim głosem, głaszcząc psa.

- Kogo mi przyprowadziłeś tym razem?

- Nie dotykaj mnie - szepnęła Elizabeth, kiedy mężczyzna się nad nią pochylił.

- Nie ma się czego obawiać, dziewczyno. Jestem MacGregor i to moja ziemia. Skąd 

pies Bronwyn wziął się tu z tobą? - Zerknął na jej angielski strój.

Elizabeth była zmęczona, słaba i głodna, lecz nie była jeszcze martwa. Sposób, w jaki 

ten   człowiek   wypowiedział   imię   Bronwyn,   świadczył,   że   są   przyjaciółmi.   Po   policzkach 

popłynęły jej łzy. Nigdy nie wróci do domu. Żaden przyjaciel MacArranów nie odeśle jej do 

Anglii,   a   uwięzienie   Rogera   przez   jednego   z   Montgomerych   może   spowodować   wybuch 

kolejnej wojny między ich rodzinami.

- Nie rozpaczaj tak, panienko - powiedział MacGregor.

- Niedługo   znajdziesz   się   w   miłym,   bezpiecznym   miejscu.   Ktoś   opatrzy   ci   rany, 

nakarmimy cię i... Co, do diabła?!...

Kiedy mężczyzna przysunął się bliżej, wyszarpnęła mu sztylet zza pasa i dźgnęła go 

prosto   w   brzuch.   Chybiła   jednak,   gdyż   prawie   nie   miała   już   czucia   w   osłabionej   z 

wycieńczenia dłoni.

Lachlan MacGregor uskoczył i jednym uderzeniem wytrącił jej nóż.

- Nie rób więcej niespodzianek, dziewczyno - rozkazał, gdy zaczęła się szarpać. - W 

Szkocji nie odpłacamy za grzeczność ciosami noża.

Posadził Elizabeth na swego konia, zagwizdał na Raba i ruszyli.

background image

9

Elizabeth siedziała sama w dużej komnacie w zamku MacGregora. Dębowe drzwi 

były  zaryglowane.  W pomieszczeniu stało tylko  wielkie łoże, skrzynia  i trzy krzesła. Na 

jednej ścianie był kominek wypełniony polanami, lecz nie rozpalono ognia i od wyziębionych 

murów wiało chłodem.

Owinięta   pledem   od   Bronwyn,   skuliła   się   na   jednym   z   krzeseł,   z   poranionymi 

kolanami pod brodą. MacGregor bezceremonialnie zamknął ją w tej komnacie kilka godzin 

temu.

Nie przyniesiono ani nic do jedzenia, ani wody do mycia, a pies Rab zniknął, gdy 

tylko zamek MacGregora pojawił  się na horyzoncie. Elizabeth była  zbyt zmęczona, żeby 

zasnąć, nie byłaby w stanie odpocząć z tym natłokiem myśli w głowie.

Gdy przez ciężkie drzwi usłyszała znajomy głos, w pierwszej chwili poczuła ulgę, lecz 

natychmiast przywołała się do porządku. Miles Montgomery jest takim samym wrogiem jak 

inni.

Kiedy otworzył drzwi i zamaszyście wkroczył do środka, Elizabeth była gotowa. Na 

jego   głowę   poleciał   ciężki   miedziano   -   srebrny   kielich,   który   zdjęła   przed   chwilą   z 

obramowania kominka.

Miles złapał go lewą ręką i zbliżył się do Elizabeth.

Zerwała ze ściany niewielką tarczę i rzuciła z rozmachem. Wylądowała w prawej ręce 

Milesa.

Z uśmiechem triumfu chwyciła poobijany hełm z obramowania kominka i zamierzyła 

się, zadowolona, że Montgomery nie ma już wolnej ręki.

Zanim jednak zdążyła rzucić hełm, Miles był przy niej.

- Bardzo się o ciebie martwiłem - szepnął, trzymając ją w ramionach, z twarzą przy jej 

policzku. - Dlaczego uciekłaś? Szkocja to nie to samo co Anglia. To zdradliwy kraj.

Nie obejmował jej bardzo mocno, a przynajmniej nie tak mocno, żeby zaczęła się 

wyrywać, lecz z jakiegoś dziwnego powodu chciała być jeszcze bliżej. Gdyby się poruszyła, 

jego   ręce   zsunęłyby   się   pewnie   z   jej   ramion.   To   głupie   pytanie   sprawiło   jednak,   że   się 

odsunęła.

- Chciały mnie pożreć wilki, omal nie spadłam w przepaść, jakiś człowiek wrzucił 

mnie tu jak worek ziarna, a ty tłumaczysz mi, że to zdradliwy kraj!

Miles dotknął jej skroni. Nie poruszyła się. W jego oczach dostrzegła jakieś niezwykłe 

światło.

background image

- Elizabeth, sama wpędzasz się w kłopoty.

- Nie prosiłam, żeby mnie porwano ani więziono w tym obcym kraju, a ten człowiek...

- MacGregor był naprawdę wściekły, że napadłaś go z nożem. Kilka miesięcy temu o 

mało nie stracił życia, kiedy Bronwyn zaatakowała go sztyletem.

- Wydawało mi się, że są przyjaciółmi. Drzwi otworzyły się nagle znowu i dwóch 

krzepkich   Szkotów  wniosło  dębową  balię.  Za   nimi  weszło   dwanaście   kobiet   z  dzbanami 

gorącej wody. Ostatnia ze służących niosła tacę z trzema karafkami i dwoma pucharami.

- Wiem,   że   uwielbiasz   się   pluskać,   pozwoliłem   więc   sobie   zarządzić   kąpiel   - 

powiedział z uśmiechem Miles. Bez słowa zadarła wysoko nos i odwróciła się do zimnego 

kominka.

Gdy znów zostali sami, Miles położył jej rękę na ramieniu.

- Wykąp się, dopóki woda nie ostygnie. Odwróciła się gwałtownie.

- Dlaczego myślisz, że zrobię dla ciebie to, czego odmawiałam innym mężczyznom? 

Uciekłam od ciebie z Larenston, a zachowujesz się, jakbym miała rzucić ci się w ramiona 

tylko dlatego, że raczyłeś  się tu pojawić! Co za różnica, czy więzi mnie MacGregor czy 

Montgomery? Prawdę mówiąc wolę MacGregora.

Miles zacisnął szczęki i pociemniały mu oczy.

- Sądzę, że przyszedł czas, by wyjaśnić pewne sprawy. Byłem wobec ciebie bardziej 

niż cierpliwy.  Nie powiedziałem  słowa,  kiedy zraniłaś  sir Guya.  Oddałem  ci  pod opiekę 

własnego syna. Patrzyłem spokojnie, jak siejesz zamęt w rodzinie MacArranów, a teraz omal 

nie udało ci się zranić MacGregora. Pokój między MacArranami i MacGregorami panuje od 

niedawna i łatwo go zburzyć. Mogłaś zniszczyć to, co Stephen budował przez rok. Spójrz na 

siebie, Elizabeth! Jak ty wyglądasz? Cała w zaschniętej krwi, wycieńczona i wychudła. Chyba 

powinienem w końcu przejąć sprawy w swoje ręce.

- Co?!...   -   wykrzyknęła   oburzona.   -   Nie   chcę   być   więziona!   Rozumiesz?   Czy 

cokolwiek dociera do twojej tępej głowy? Chcę wrócić do domu, do moich braci, i zrobię 

wszystko, żeby się stąd wyrwać.

- Do domu! - mruknął przez zaciśnięte zęby. - Masz w ogóle pojęcie, co oznacza to 

słowo?   Gdzie   nauczyłaś   się   łamać   ludziom   palce   u   nóg?   I   tak   zręcznie   posługiwać   się 

sztyletem?   Skąd   przekonanie,   że   wszyscy   mężczyźni   to   wcielone   diabły?   Dlaczego   nie 

możesz znieść dotknięcia drugiego człowieka?

Patrzyła mu ponuro w oczy.

- Edmund nie żyje - powiedziała po chwili.

- Zawsze będziesz żyć w tym koszmarze? - szepnął, patrząc na nią teraz łagodnie. - 

background image

Nie chcesz inaczej spojrzeć na świat? - Westchnął głęboko i wyciągnął rękę. - Chodź, umyj 

się, zanim woda ostygnie.

- Nie - powiedziała powoli. - Nie chcę się kąpać. Powinna się już przyzwyczaić do 

błyskawicznych reakcji Milesa, lecz znów ją zaskoczył.

- Mam tego dość, Elizabeth - rzucił ściągając z niej przesiąknięty wilgocią pled. - 

Byłem cierpliwy i miły, ale teraz dostaniesz lekcję posłuszeństwa... i zaufania. Nie zrobię ci 

krzywdy; nigdy nie skrzywdziłem żadnej kobiety, lecz nie będę przyglądał się spokojnie, jak 

się umartwiasz.

Rozerwał przód sukni, odsłaniając jej piersi. Elizabeth krzyknęła, zasłoniła się rękami 

i odskoczyła do tyłu. Złapał ją bez trudu i dwoma gestami zdarł resztę ubrania. Wydawał się 

zupełnie   nie   zwracać   uwagi   na   jej   nagie   ciało.   Podniósł   ją,   zaniósł   do   balii   i   delikatnie 

zanurzył w wodzie.

Bez słowa wziął myjkę, namydlił i zaczął spokojnie obmywać jej twarz.

- Nie szarp się, bo mydło dostanie się do oczu - stwierdził spokojnie, przytrzymując ją 

nieruchomo.

Obrażona, nie powiedziała ani słowa, kiedy mył jej górną część ciała. Gdy jego dłonie 

ześlizgiwały się po pełnych, jędrnych piersiach, cieszyła się, że mydlana piana zakrywa jej 

purpurowe ze wstydu policzki.

- Gdzie się tak poraniłaś? - spytał, namydlając jej lewą nogę. Delikatnie omijał strupy 

na kolanie.

Kąpiel   zadziałała   jak   balsam.   Właściwie   dlaczego   nie   miałaby   mu   odpowiedzieć? 

Wyciągnęła się wygodniej, zamknęła oczy i opowiedziała o nocnych przygodach na skalnej 

ścieżce. W połowie opowiadania poczuła w dłoni kielich z winem. Wypiła łapczywie, a gdy 

zaszumiało jej w głowie, leniwie ciągnęła swoją historię.

- Rab został przy mnie - kończyła, popijając z przyjemnością wino. - Pies zrozumiał, 

że   nie   chcę   wracać   do   Bronwyn,   ale   zaprowadził   mnie   do  jej   przyjaciela.   Czuła   się  tak 

rozluźniona, że nie miała już pretensji ani do psa, ani do MacGregora, ani do nikogo.

- Miles... - powiedziała nagle, nie widząc, jaką radość sprawia mu, że wymawia jego 

imię. - Dlaczego nie bijesz kobiet? Chyba nigdy nie spotkałam mężczyzny, który nie używa 

siły, by dostać to, czego chce.

Delikatnie mył palce jej stóp.

- Może używam innej siły?

Nie powiedział nic więcej i przez chwilę oboje milczeli. Elizabeth nie zauważyła, że 

Miles cały czas dolewa jej wina i że wypiła już prawie całą karafkę.

background image

- Dlaczego nie chciałeś rozmawiać z bratem dziś rano? Czy to było wczoraj rano?...

Znieruchomiał   na   moment.   Elizabeth   nigdy   wcześniej   nie   okazała   na   tyle 

zainteresowania, by zadać mu jakiekolwiek osobiste pytanie.

- Wszyscy trzej moi starsi bracia lubią widzieć sprawy po swojemu. Gavin nigdy nie 

słucha zdania innych, a Raine wyobraża sobie, że cierpi za całe zło świata.

- A   Stephen?   -   spytała,   podnosząc   znów   kielich   i   przyglądając   mu   się   zza 

opuszczonych rzęs. Tak miło było czuć jego ręce na ciele.

- Stephen mami ludzi, że zależy mu jedynie na kompromisie, a kiedy przychodzi co do 

czego,   upiera   się   przy   swoim   zdaniu.   Tylko   Bronwyn   potrafi   czasem   nakłonić   go,   by 

dostrzegł inny punkt widzenia, ale musiała długo o to z nim walczyć. I nadal walczy prawie o 

wszystko. Stephen dowcipkuje na temat jej nieugiętego charakteru.

Elizabeth zamyśliła się na chwilę.

- A ty jesteś ich najmłodszym bratem. Na pewno zawsze będą chcieli tobą kierować, 

narzucać swoje decyzje...

- Ciebie też tak traktowano? - spytał szeptem. Wino i gorąca kąpiel rozwiązały jej 

język.

- Roger uważa, że mam tylko ćwiartkę mózgu. Pół odpada, ponieważ jestem kobietą, a 

połowa reszty - bo pamięta mnie w kołysce. Kiedy opowiedziałam mu jedynie część tego, co 

wyprawiał ze mną Edmund, nie wiedział, czy mi uwierzyć. A może nie chciał wiedzieć, 

czego dopuszcza się albo na co pozwala sobie jego własny brat. Do diabła! - Stanęła nagle w 

balii i walnęła z całej siły kielichem w przeciwległą ścianę.

- Naprawdę jestem tylko w połowie kobietą. Wiesz, co czułam, widząc, jak Bronwyn i 

twój brat śmieją się i czule na siebie zerkają? Dotykają się ukradkiem, kiedy wydaje im się, że 

nikt nie widzi. Za każdym razem, gdy mnie dotyka jakiś mężczyzna...

Umilkła z szeroko otwartymi oczami. Głowa lekko jej się kiwała po wypitym winie.

- Kochaj się ze mną, Miles - szepnęła namiętnie. - Spraw, żebym przestała się bać.

- Właśnie o tym myślałem... - zamruczał, przyciągając ją do siebie.

Wciąż stała w balii, gdy dotknął wargami jej ust, a ona odwzajemniła pocałunek tak 

żarliwie, jakby chciała zapomnieć w jednej chwili o wszystkich lękach i uprzedzeniach wobec 

miłości. Gdy inne kobiety uczyły się flirtować, jej brat zakładał się z kompanami, obiecując 

zwycięzcy   dziewictwo   siostry,   a  Elizabeth   ćwiczyła   się   w   używaniu   sztyletu.   Zachowała 

niewinność - i po co? Żeby pójść do klasztoru? Żeby nadal żyć w strachu i nienawiści, aż 

zamieni się w kamień - nie kochana, nikomu nie potrzebna stara kobieta? Miles delikatnie ją 

odsunął. Omal się nie poraniła, miażdżąc usta o jego zęby. Przesuwając pieszczotliwie ręce 

background image

po mokrych plecach, pocałował ją znowu lekko, językiem muskając koniuszek jej języka. 

Potem leciutko przebiegł ustami po policzku i skroni.

Elizabeth   przechyliła   głowę   do   tyłu,   a   potem   na   bok,   kiedy   poczuła   delikatne 

ukąszenia zębów Milesa na szyi i ramieniu. Może to był prawdziwy powód, dla którego nigdy 

nie pozwoliła się dotykać żadnemu mężczyźnie? Może zawsze wiedziała, że jeśli nie będzie 

bronić się jak demon, ulegnie tak jak teraz - chętnie i bezwstydnie?

- Miles... - szeptała. - Miles...

- Zawsze... - odszepnął, pieszcząc wargami jej ucho. Wziął ją na ręce i zaniósł do 

łóżka. Była cała wilgotna, a mokre zimne włosy oblepiały ciało. Miles otulił ją ręcznikiem i 

zaczął rozcierać. Poczuła miłe ciepło, a każde jego dotknięcie sprawiało, że pragnęła więcej. 

Miała do nadrobienia całe wieki czułości.

Nagle spostrzegła, że Miles jest zupełnie nagi, a jego ciemna, lśniąca skóra emanuje 

ciepłem.

- Jestem twój, Elizabeth, tak jak ty jesteś moja - szepnął, kładąc jej dłoń na swej piersi.

- Jaki   jesteś   zarośnięty...   -   zachichotała.   -   Jaki   zarośnięty...   Zanurzyła   palce   w 

ciemnych, krótkich loczkach i pociągnęła ku sobie. Miles posłusznie się przysunął i przywarł 

do jej ciała.

- Jakie to uczucie? - spytała niespokojnie.

- Dowiesz się za pewien czas. - Uśmiechnął się. - Gdy staniemy się jednym, zniknie 

strach z twoich oczu.

- Staniemy się jednym... - wyszeptała, kiedy znów zaczął całować ją w szyję.

Potem przesunął usta niżej i długo pieścił językiem zagłębienie w ramieniu. To było 

dziwne uczucie, gdy leciutkie dreszcze przebiegały całe jej ciało od koniuszków palców po 

stopy.

Leżała  nieruchomo  z  zamkniętymi   oczami   i  rozrzuconymi  ramionami   i  nogami,  a 

Miles pieścił ją całą. Te silne dłonie, które umiały posługiwać się mieczem, ochronić dziecko, 

by nie zrobiło sobie krzywdy, utrzymać w ryzach wierzgającego konia, teraz powoli i tak 

delikatnie doprowadzały ją do szaleństwa.

Kiedy przesunął rękę z jej szyi na policzek, odwróciła głowę i pocałowała wnętrze 

dłoni, ujęła ją i zaczęła pieścić, dotykając lekko zębami, smakując skórę i przesuwając języ-

kiem między włoskami na zewnętrznej stronie.

Miles wydał z siebie niski pomruk, a serce Elizabeth zabiło mocniej.

- Elizabeth... Jak długo na to czekałem...

Lecz ona nie miała zamiaru dłużej czekać. Instynktownie chciała wsunąć się niżej pod 

background image

niego, ale jej nie pozwolił. Przywarł wargami do jej piersi i Elizabeth o mało nie wyskoczyła 

z łóżka.

Zaśmiał się z tej reakcji, a jej wydało się, że czuje jego śmiech w całym ciele. Miłość i 

śmiech, pomyślała. To właśnie Miles wniósł w jej życie.

Delikatne   wargi   błądzące   po   jej   piersiach   wkrótce   sprawiły,   że   przestała   myśleć. 

Rozsunął jej nogi, opierając biodra na swoich kolanach, a dłońmi objął talię i stopniowo 

wprowadził ją w powolne, rytmiczne kołysanie.

Poddała się lekko, oddychając coraz głębiej i coraz mocniej wbijając palce w mięśnie 

jego ramion. Całą sobą czuła jego ciepłe, silne ciało. Jedyne, czego pragnęła, to poruszać się i 

czuć go jeszcze bliżej.

- Miles... - szepnęła, zanurzając palce w jego włosach. Gwałtownie go przyciągnęła i 

pochłonęła prawie jego usta w pocałunku, jakiego nigdy nawet nie umiałaby sobie wyobrazić. 

Ich ciała pokrył słony, gorący pot.

Kiedy  podciągnęła   kolana   i  zacisnęła   nogi   na   jego   biodrach,   Miles   wszedł   w   nią 

głęboko.

Tak bardzo go pragnęła, że nie poczuła bólu, jej ciało przeszedł tylko krótki dreszcz. 

Miles znieruchomiał, też drżąc lekko, aż Elizabeth zaczęła poruszać się tak, jak pokazał jej 

wcześniej.

Po kilku chwilach zatraciła się zupełnie w morzu namiętności, której istnienia nawet 

nie  podejrzewała.   Gdy  Miles  zaczął  poruszać  się  szybciej,  objęła  go mocniej  kolanami  i 

oddała   się   całkowicie   rozkoszy.   Oślepiający   blask   sprawił,   że   jej   ciałem   wstrząsnęły 

konwulsje, a nogi zaczęły gwałtownie drżeć.

- Cicho... - szepnął łagodnie Miles i opierając się na łokciu pogłaskał ją po skroni. - 

Cicho, mój aniele. Teraz jesteś bezpieczna.

Zsunął się z niej i przytulił do siebie.

- Mój wymarzony aniele... - szeptał. - Aniele deszczu i słońca...

Nie rozumiała dobrze tych słów, lecz po raz pierwszy w swoim życiu poczuła się 

bezpiecznie. Nagle spłynął sen i znieruchomiała, wtulona tak mocno w Milesa, że z trudem 

oddychała.

Kiedy   się   obudziła,   przeciągnęła   leniwie   ramiona   i   natychmiast   poczuła   każdy, 

najmniejszy   nawet   mięsień.   Skrzywiła   się   z   bólu,   pocierając   zdartą   skórę   na   kolanie. 

Otworzyła oczy i pierwszą rzeczą, którą spostrzegła, był długi stół zastawiony parującymi 

potrawami. Pomyślała, że nigdy w życiu nie była tak głodna, i zarzucając pled od Bronwyn na 

nagie ciało, podeszła do stołu.

background image

Miała usta pełne gotowanego łososia, gdy drzwi otworzyły się i wszedł Miles.

Elizabeth   zamarła   z   ręką   w   pół   drogi   do   ust,   kiedy   zaczęła   przypominać   sobie 

wydarzenia poprzedniej nocy. W ciemnych oczach Milesa dostrzegła tak bezczelny wyraz 

samczej satysfakcji, że  ogarnęła  ją  wściekłość.  Zanim zebrała  myśli,  Montgomery  zaczął 

zrzucać z siebie szkockie ubranie, którego widocznie tu używał.

Jakim prawem śmie!... Próbując coś powiedzieć, z oburzenia zakrztusiła się łososiem. 

Jednak miał prawo. Po tym, jak zachowywała się w nocy, miał prawo myśleć o niej wszystko, 

co najgorsze. Chciała jednak popsuć mu ten wyśmienity humor.

Niewiele się zastanawiając, sięgnęła po stojący tuż obok talerz z ciepłym, miękkim 

ciastem złocistego koloru, z masą owoców na wierzchu. Wpatrując się z uśmiechem w jego 

oczy, cisnęła mu ciasto prosto w twarz.

Nie spodziewał się ataku i ciasto wylądowało na szyi, rozprysło się na policzku i 

spływało po piersi ciepłymi strugami soku i owoców.

Elizabeth pomyślała, że bez względu na to, co teraz nastąpi, warto zobaczyć minę 

Milesa. Był kompletnie osłupiały. Zakryła usta ręką, żeby na głos nie zachichotać, i rzuciła w 

niego dwie następne patery z ciastami. Jednym trafiła w nagie biodro, a drugie roztrzaskało 

się na krześle obok.

Patrzył na nią dziwnie, ściągając resztki ubrania i zbliżając się coraz bardziej.

Pled opadł z jej ramion, a Elizabeth z rozszerzonymi oczami obiema rękami chwytała 

pozostałe na stole łakocie. Nie była  pewna, ale w pewnym  momencie  w szarych  oczach 

Milesa dostrzegła chęć mordu.

Wciąż szedł w jej stronę, uchylając się tylko przed latającymi wokół słodkościami. 

Cały pokryty był mieszaniną brzoskwiń, wiśni, jabłek, śliwek i daktyli. Wszystko spływało po 

jego   muskularnym   ciele,   tworząc   wspaniałą   kompozycję   kolorystyczną   i...   smakową   - 

przemknęło jej przez głowę.

Gdy   dotarł   do   stołu,   dosłownie   przeszywał   ją   wzrokiem.   Nie   śmiała   się   więcej 

poruszyć. Przeskoczył przez stół i stanął tuż obok niej. Z zapartym tchem podniosła na niego 

wzrok, zobaczyła wiśnię i rozgniecioną śliwkę spływające mu z czoła, a na końcu nosa kroplę 

soku,   która   zawisła   na   chwilę,   po   czym   kapnęła   na   podłogę.   Znowu   nie   powstrzymała 

chichotu.

Miles   powoli   i   delikatnie   przyciągnął   ją   do   siebie.   -   Och,   Elizabeth,   jesteś   taka 

cudowna...

Zamknęła oczy, kiedy zbliżył usta do jej warg, wspominając przeżycia poprzedniej 

nocy. Poddała się, gdy odgiął ją do tyłu. Miał nad nią władzę. Wystarczyło, że jej dotknął, a 

background image

zaczynała drżeć.

Lecz  jego  usta nie  dotknęły jej  warg. Zamiast  tego  poczuła na twarzy ociekający 

syropem placek brzoskwiniowy. Otworzyła szeroko oczy, czując kawałki owoców w uszach. 

Łapiąc z wrażenia powietrze, spojrzała w szatańsko uśmiechnięte oblicze Montgomery'ego.

Bez słowa podniósł ją i posadził na stole, prosto w następny półmisek. Sok owocowy 

trysnął jej na nogi, poczuła go nawet na plecach. Całe ręce i brodę miała w lepkiej mazi, a 

posklejane włosy lepiły się do ciała.

Z   najwyższym  obrzydzeniem  podniosła   ręce  i   spróbowała   wytrzeć   jedną  o  drugą, 

ponieważ   jednak   zupełnie   nic   to   nie   dało,   popatrzyła   chwilę   na   siebie,   po   czym   zjadła 

kawałek jabłka z nadgarstka.

- Trochę przesłodzone - powiedziała ze śmiertelną powagą spoglądając na Milesa. - 

Trzeba chyba powiedzieć o tym kucharzowi.

Nagi   Miles   nie   wyglądał   na   zainteresowanego   dyskusją   z   kucharzem.   Otworzyła 

szeroko oczy udając niedowierzanie. Nie mogła już jednak dłużej się powstrzymać i rozłożyła 

ramiona dla swojego sztywnego od cukru kochanka.

Kiedy pocałowała go w szyję i zakrztusiła się wiśniową polewą, oboje wybuchnęli 

śmiechem. Miles zaczął z głośnym mlaskaniem zjadać kawałki brzoskwini z jej czoła. Potem 

położył się na plecach na resztkach potraw, z brzękiem strącając naczynia, i posadził ją na 

sobie. Spoważnieli nagle i zaczęli gwałtownie się kochać, turlając się po stole.

Elizabeth leżała spokojnie, zupełnie bez sił, i myślała, że prędzej umrze niż zdoła 

wstać.

Miles podniósł ich oboje, wydając z siebie pomruk zmęczenia i niechcący zrzucił ze 

stołu uwierającą go w bok glinianą miskę, w której był pewnie jakiś sos. Roztrzaskała się o 

podłogę.

Elizabeth wstała i podrapała się po udzie.

- Nieźle wyglądasz, Milesie Montgomery. - Uśmiechnęła się i zdjęła mu sterczące z 

włosów żółtko ugotowanego na twardo jajka.

- Ty też nie wyglądałabyś teraz najlepiej na dworze królewskim. - Z kolejnym jękiem 

wyciągnął spod pośladka widelec.

- Co pomyśli o tym pobojowisku twój przyjaciel Mac Gregor? - spytała, odsuwając się 

od niego.

Usiadła obok ze skrzyżowanymi nogami i rozejrzała się po komnacie. Ściany, podłoga 

i meble były pokryte strzępkami ciasta, a stół wyglądał jak po bitwie - rozrzucone naczynia, 

poprzewracane dnem do góry półmiski, kawałki łososia pływające w sosie morelowym.

background image

Uchowały   się   tylko   dwa   nietknięte   naczynia   na   samym   krańcu   stołu.   Elizabeth 

podczołgała się na czworakach do jedzenia, zapiszczała, gdy Miles uszczypnął ją w pośladek, 

i wróciła z miseczką kurczaka duszonego z migdałami i niedużym bochenkiem pszennego 

chleba.

Miles, wciąż rozciągnięty na stole, oparł się teraz na łokciu.

- Ciągle nienasycona? - zażartował. - Umieram z głodu. Chwyciła łyżkę spod łydki 

Milesa i wbiła ją w mięso, a kiedy zwrócił na nią wzrok skazańca, zaczęła go karmić.

- Nie przyzwyczajaj się czasem do tego - uprzedziła, wpychając mu do ust następną 

porcję. Uśmiechnął się słabo i cmoknął w locie koniuszki jej palców.

Okazało się, że zostało jeszcze więcej nienaruszonych smakołyków. W pewnej chwili 

Elizabeth zawisła nad krawędzią stołu, przytrzymywana przez Milesa za kostkę i nadgarstek, 

ratując   pieczoną   kuropatwę,   która   spadała   właśnie   na   podłogę.   Miles   nie   chciał   jeść 

samodzielnie i Elizabeth musiała dalej go karmić, a nawet odrywać kawałki mięsa od kości 

pieczeni i wkładać mu je do ust.

- Do niczego się nie nadajesz - stwierdziła pogardliwie. Jedzenie na jej ciele zaczynało 

sztywnieć i... swędzieć.

- Wszystko, czego ci trzeba - mruknął, przesuwając ustami po jej ciele - to...

- Nie   chcę   słyszeć   żadnych   twoich   pomysłów,   Montgomery!   -   powiedziała 

ostrzegawczym tonem. - Ostatniej nocy spoiłeś mnie winem, rzuciłeś się na mnie w balii, a 

teraz... to! - Obiema rękami chwyciła się za udo. - Nigdy nie zachowujesz się normalnie?

- Nie - zapewnił, leniwie złażąc ze stołu i sięgając po ubranie. - Niedaleko jest jezioro. 

Może popływamy?

- Nie umiem pływać. Złapał ją za nadgarstek i podniósł ze stołu.

- Nauczę cię - powiedział tak lubieżnie, że roześmiała się i odepchnęła go.

- Pod   wodą?   -   spytała   i   uciekła   potykając   się   na   rozlanym   syropie.   Chwyciła   się 

jednak krawędzi stołu, a potem w rekordowym tempie wciągnęła spódnicę w szkocką kratę i 

szafranową koszulę, a na koniec owinęła się pledem.

- Czy   wyglądam   tak   okropnie   jak   ty?   -   spytała,   kiedy   Miles   wyjął   jej   z   włosów 

kawałek sera.

- Gorzej. Ale nikt nas nie zobaczy. Podszedł do boazerii na ścianie, nacisnął coś i w 

grubym murze ukazały się schody. Ujął Elizabeth za rękę i poprowadził w głąb mrocznego 

korytarza.

background image

10

Dwie godziny później byli już po kąpieli i Miles wycierał Elizabeth pledem.

- To   całkiem   praktyczne,   prawda?   -   mruknął,   owijając   kraciastym   kocem   jej 

wyziębione ciało. Szkockie lato nie sprzyjało spacerowaniu nago.

- Szkoci potrafią być bardzo praktyczni, a nawet przyjacielscy, jeśli tylko okaże im się 

trochę dobrej woli. Przestała na chwilę suszyć włosy.

- Jakie to ma dla ciebie znaczenie, czy lubię Szkotów czy nie. Rozumiem, że chciałeś 

zaciągnąć mnie do łóżka, ale nie pojmuję tego stałego zainteresowania i... troski.

- Elizabeth, gdyby zależało mi jedynie na łóżku, wziąłbym cię tego samego dnia, gdy 

zjawiłaś się w moim namiocie.

- I odrąbałabym ci co najmniej kilka palców siekierą - fuknęła pod nosem. Po chwili 

zaskoczenia Miles zaczął się śmiać.

- Ty   z   tym   toporem!   Och,   Elizabeth,   tak   pociesznie   wyglądałaś   z   gołą   nogą   i 

splątanymi włosami. Naprawdę, byłaś...

- Nie uduś się czasem ze śmiechu - powiedziała sztywno.

- Mnie nie chciało się wtedy śmiać. Zresztą w każdej chwili mogę uciec.

Nagle spoważniał. Pociągnął ją na ziemię koło siebie.

- Nie   chcę   drugi   raz   przez   to   przechodzić.   Tamtej   nocy  zniknął   Rab,   znaleźliśmy 

martwe wilki na skale, a twój koń wrócił sam z przetrąconą nogą. Naprawdę baliśmy się, że 

spadłaś w przepaść.

Odepchnęła go, gdyż tak ją ściskał, że nie mogła oddychać. Zmarszczyła brwi patrząc 

mu w oczy. Zawsze myślała, że znienawidzi mężczyznę, który odbierze jej dziewictwo. To, 

co czuła do Milesa, nie miało jednak wiele wspólnego z nienawiścią. Coś ich teraz łączyło, 

coś, co nigdy się nie zmieni.

- Zawsze tak jest?... - spytała, wpatrując się w korony drzew ponad głową.

Odpowiedział cicho, dopiero po chwili zastanowienia:

- Nie.

Wiedziała, że zrozumiał, o co jej chodziło. Może kłamie, może jutro znów stanie się 

jej wrogiem, ale teraz z pewnością nim nie jest.

- Nigdy nie zdarzały się takie dni, gdy żył mój brat - bezwiednie zaczęła opowiadać.

Mimo że przy każdej okazji walczyła z Milesem, wiedziała już, że naprawdę nigdy nie 

była w niebezpieczeństwie - takim niebezpieczeństwie, które znała od najmłodszych lat.

W ciągu ostatnich kilku tygodni przekonała się, czym jest galanteria wobec kobiet, 

background image

zobaczyła miłość między Bronwyn i Stephenem, Milesem i jego synkiem - bezinteresowną 

miłość, jakiej nigdy nie zaznała.

Nie mówiła teraz o okropnych pomysłach Edmunda, które wszyscy musieli znosić, 

lecz o dwóch pozostałych braciach. Roger nie był jeszcze dorosły, kiedy zmarli rodzice, i 

musiał podporządkować się władzy najstarszego brata. Robił wszystko, co w jego mocy, by 

chronić młodsze rodzeństwo, ale miał też swoje własne życie. Gdy tylko na pewien czas tracił 

Elizabeth z oczu, zajęty innymi sprawami, Edmund zabierał ją z klasztoru i prześladował 

swymi okrutnymi igraszkami. Roger czuł się winny, że zaniedbuje młodsze rodzeństwo, i 

wielokrotnie   przysięgał   sobie   nie   odstępować   więcej   Elizabeth   i   Briana,   Edmund   jednak 

swoimi nędznymi podstępami zawsze umiał zniweczyć dobre intencje Rogera.

- Nigdy nie miał nikogo poza nami - powiedziała. - Ma dwadzieścia siedem lat, lecz 

dotąd się nie zakochał, nigdy nie miał nawet czasu spokojnie spędzić jednego popołudnia. W 

wieku dwunastu lat był już starym człowiekiem.

- A ty? - spytał Miles. - Nie brakowało ci zabawy i śmiechu?

- Śmiechu... - Przytuliła się do niego. - Nie przypominam sobie śmiechu w moim 

życiu, aż do chwili, gdy pewien młody człowiek sturlał się ze mną ze wzgórza.

- Kit jest cudownym dzieckiem - powiedział z dumą.

- Kit, tak! Ale to był ktoś większy, kto nawet turlając się z kobietą nie zapomniał o 

swoim ukochanym mieczu.

- Zauważyłaś to? - spytał cicho, bawiąc się kosmykiem jej włosów.

Przez chwilę milczeli, a Elizabeth przyglądała mu się uważnie.

- Nie jesteś porywaczem - odezwała się w końcu. - Widziałam, jak zachowujesz się 

wobec swoich ludzi i wobec kobiet.  Nawet jeśli  to twoja  jedyna  zaleta, jesteś dobry dla 

kobiet. Dlaczego więc mnie nie uwolnisz? Czy to dlatego, że, jak twierdzisz, mam tyle... 

kłopotów? - ostatnie słowa wypowiedziała oschłym tonem.

Poważnie zastanowił się, zanim odpowiedział:

- Zawsze dobrze się czułem w towarzystwie kobiet. Niczego nie lubię bardziej niż 

położyć się z piękną kobietą w ramionach. Moi bracia uważali kiedyś, że to oznaka braku 

męskości, ale każdy jest, jaki jest. A jeśli chodzi o ciebie, Elizabeth, dostrzegłem coś, z czym 

nigdy   wcześniej   się   nie   zetknąłem   -   nienawiść   do   mężczyzn.   Moja   bratowa   Judith 

prawdopodobnie byłaby w stanie zawojować całą Anglię, potrzebuje jednak siły i miłości 

mego brata. Bronwyn kocha ludzi i każdego umie sobie zjednać, a nawet podporządkować, 

lecz w głębi jest niepewna siebie i wbrew pozorom potrzebuje, niemądrego czasem, uporu 

Stephena. - Umilkł na moment. - Lecz ty jesteś inna. Prawdopodobnie mogłabyś być sama, 

background image

nie wiedząc nawet, że życie nie musi tak wyglądać.

- Dlaczego więc... Po co więzić kogoś takiego jak ja? Z pewnością jakaś łagodna, 

uległa kobieta bardziej by ci się podobała.

Uśmiechnął się, słysząc sarkazm w jej głosie.

- Namiętność,   Elizabeth.   Myślę,   że   jesteś   najbardziej   namiętną   istotą   na   świecie. 

Nienawidzisz całym sercem i jestem pewien, że pokochasz też całym sercem.

Poruszyła się, ale Miles przygniótł ją do ziemi, z twarzą tuż koło jej twarzy.

- Pokochasz tylko raz w życiu - powiedział. - Nie ofiarujesz łatwo swego uczucia, lecz 

gdy się już zdecydujesz, żadna siła nie złamie tej miłości.

Leżała   pod   nim   spokojnie,   wpatrując   się   w   to   głębokie,   szare   spojrzenie,   które 

przenikało ją na wylot.

- Chcę   być   tym   mężczyzną   -   powiedział   cicho.   -   Chcę   więcej   niż   twego   ciała, 

Elizabeth Chatworth. Chcę twojej miłości, twego umysłu, twej duszy.

Odwróciła głowę, kiedy pochylił się, żeby ją pocałować.

- Nie   żądasz   zbyt   wiele,   prawda,   Montgomery?   Dostałeś   więcej   niż   kiedykolwiek 

ofiarowałam mężczyźnie... ale nie sądzę, bym miała więcej do zaofiarowania. Moja dusza 

należy do Boga, umysł do mnie samej, a miłość do rodziny.

Zsunął się z niej i zaczął się ubierać.

- Spytałaś, dlaczego nie chcę cię uwolnić, więc odpowiedziałem. A teraz wrócimy do 

zamku MacGregora i poznasz jego ludzi. MacGregor jest obrażony za twoją napaść z nożem.

Przeprosisz go.

Nie spodobał jej się ten pomysł.

- Jest przyjacielem MacArranów, spokrewnionych z moimi wrogami Montgomerymi... 

- Uśmiechnęła się słodko. - Mam więc prawo się bronić.

- To   prawda   -   zgodził   się,   podając   jej   ubranie.   -   Ale   jeśli   nie   udobruchasz 

MacGregora, może znów wybuchnąć konflikt między klanami.

Elizabeth ubierała się z ponurą miną.

- Nie podoba mi się to - mruknęła. - I nie wejdę bez broni do sali pełnej obcych 

mężczyzn.

- Elizabeth... - ciągnął cierpliwie. - Nie możesz machać toporem wchodząc do każdego 

pomieszczenia, gdzie przebywa kilku mężczyzn. Poza tym Szkoci także mają piękne kobiety. 

Może twoje wdzięki nie doprowadzą ich do dzikich aktów rozpusty.

- Nie o to mi chodziło! - rzuciła ze złością. - Musisz naśmiewać się z...

Położył jej rękę na ramieniu.

background image

- Nie naśmiewam się z ciebie, ale powinnaś zacząć rozróżniać, co jest normalne, a co 

nie. Będę cały czas przy tobie.

- A kto obroni mnie przed tobą? Oczy mu zabłysły i przesunął dłoń w dół, dotykając 

delikatnie jej piersi.

- Ucieszysz się pewnie, że przede mną nikt cię nie obroni. Odsunęła się i dokończyła 

ubierania.

Musiała przez niego wycierpieć nieludzkie katusze. Jak żelazną obręcz zacisnął palce 

na jej łokciu i zmusił do podania ręki ponad stu ludziom MacGregora. Upadła później na fotel 

pod   ścianą   i   drżącą   dłonią   podniosła   do   ust   podany   przez   Milesa   kielich   wina.   Kiedy 

pochwalił ją, jakby była tresowanym pieskiem, który dobrze wykonał sztuczkę, szyderczo 

popatrzyła mu w oczy, na co Miles roześmiał się tylko i musnął ustami końce jej palców.

- Przyzwyczaisz   się   -   powiedział   jej   do   ucha.   Rzeczywiście,   powoli   się 

przyzwyczajała, ale zajęło to wiele tygodni. Miles nie dawał jej spokoju. Nie pozwalał iść za 

mężczyznami  ani  wciąż  sprawdzać,  co dzieje  się za jej  plecami.  Jeździli na  polowania  i 

kiedyś  nieopatrznie odłączyła się od grupy, w której był Miles. Odnalazło ją trzech ludzi 

MacGregora i mimo że zachowywali się bardzo serdecznie, kiedy wróciła do Milesa, w jej 

oczach   malowała   się   panika.   Natychmiast   wziął   ją   na   swego   konia,   przytulił   i   łagodnie 

próbował uspokoić. A kiedy to nie wystarczyło, odjechał daleko od innych i kochał się z nią 

pod drzewem.

Tylko przed jednym człowiekiem w zamku MacGregora Miles ją przestrzegał: przed 

Davidem   MacArranem,   bratem   Bronwyn.   Miles   szczerze   nie   znosił   odrobinę   od   niego 

starszego młodzieńca. Ze wzgardą powiedział jej, że David próbował zabić własną siostrę.

- Mimo całej arogancji moich braci - ciągnął - oddaliby za mnie życie, tak samo jak ja 

za nich. Nie toleruję ludzi, którzy zwracają się przeciw własnej rodzinie.

- Ale oczekujesz tego ode mnie, prawda? - odcięła się. - Chcesz, żebym porzuciła 

braci i oddała ci się ciałem i duszą.

W jego oczach pojawił się błysk złości. Bez słowa wyszedł z komnaty, którą razem 

zajmowali.

Elizabeth   podeszła   do   okna   i   spojrzała   na   ludzi   w   dole,   na   dziedzińcu.   Dziwna 

wydawała   jej   się   świadomość,   że   może   wyjść   na   ten   dziedziniec   i   nikt   nie   będzie   jej 

napastował.   Nie   musi   cały   czas   odczuwać   strachu   o   swoje   życie.   Co   prawda   nie   miała 

zamiaru tego sprawdzać, ale miło było o tym pomyśleć.

Zobaczyła   przemierzającego   plac   MacGregora   i   ta   wyniosła,   potężna   sylwetka 

przywołała na jej usta uśmiech. Jego pycha topniała wobec Bronwyn, a także, jak się okazało, 

background image

wobec Elizabeth. Gdy Miles pchnął ją przed oblicze gospodarza, MacGregor ledwie raczył na 

nią zerknąć. Nigdy dotąd nie spotkało jej coś podobnego i zanim zdała sobie sprawę z tego, 

co robi, zaczęła mu się niemal przymilać w rozmowie. Po kilku minutach obcałowywał ją po 

rękach. Lubił ładne kobiety, a był w sile wieku, zależało mu więc, by ładne kobiety również 

darzyły go sympatią. Elizabeth natychmiast podbiła jego serce.

Miles popatrzył później na nią z niesmakiem.

- Szybko z wystraszonego króliczka zmieniłaś się w kusicielkę.

- Sądzisz, że dobrze mi idzie? - drażniła go. - Lachlan MacGregor jest wdowcem. 

Może...

Nie dokończyła, gdyż zamknął jej usta tak gwałtownym pocałunkiem, że o mało jej 

nie pogryzł.  Z palcami przyłożonymi  do dolnej wargi patrzyła  na jego szerokie ramiona, 

kiedy się odsunął. Uśmiechnęła się. Zaczynała rozumieć, że ma pewną władzę nad Milesem, 

nie wiedziała jeszcze jednak, jak daleko sięga ta władza.

Patrząc   teraz   na   dziedziniec   w   dole,   zobaczyła   grupę   jeźdźców   z   emblematami 

MacArranów. Ludzie MacGregora pozornie nie zareagowali, lecz Elizabeth spostrzegła, że 

wszyscy dyskretnie sprawdzili, czy mają broń pod ręką. Z siedziby MacGregora wyszedł 

Miles i zaczął rozmawiać z przybyłymi.

Przyglądała się tylko chwilę, a potem z westchnieniem odwróciła się od okna i zaczęła 

zbierać rzeczy Milesa. Była pewna, że wyjeżdżają.

Miles otworzył drzwi, zatrzymał się na moment, a potem zaczął jej pomagać.

- Mój brat Gavin przyjechał do Larenston.

- Z Rogerem? - Znieruchomiała z aksamitną peleryną w dłoniach.

- Nie. Twój brat uciekł.

Odwróciła się gwałtownie do niego. - Cały i zdrowy? Miles popatrzył na nią przez 

chwilę rozszerzonymi oczami.

- Z tego, co wiem, wszystko z nim w porządku. - Ujął ją za ręce. - Elizabeth...

Odsunęła się.

- Może poprosisz którąś z tutejszych panien, żeby spakowała twoje cenne stroje... - 

Pobiegła do schodów ukrytych za zwisającą z sufitu tapiserią.

Nie mogła powstrzymać łez. Potknęła się w ciemności, z trudem złapała równowagę i 

w końcu usiadła na kamiennych schodach, płosząc kilka szczurów.

Siedziała   tak   i   płakała,   jakby   jej   życie   się   skończyło,   zdając   sobie   jednocześnie 

sprawę,   że   nie   ma   powodu   do   rozpaczy.  Rogerowi   udało   się   szczęśliwie   zbiec,  a   Gavin 

Montgomery z pewnością przybył, by zmusić młodszego brata do jej uwolnienia. Jutro ruszy 

background image

w drogę do domu. Nie będzie musiała już więcej podawać ręki obcym mężczyznom. Odzyska 

wolność i wróci do własnej rodziny.

Usłyszała jakiś odgłos u góry schodów. Mimo zupełnej ciemności, wiedziała, że to 

Miles, i odruchowo wyciągnęła do niego ramiona.

Chwycił ją tak mocno, że straciła oddech, jednak przywarła do niego jeszcze mocniej. 

Byli jak dwoje dzieci, które chowają się przed rodzicami i przerażone tym, co nastąpi jutro, 

myślą tylko o tym, co jest teraz.

Nie przeszkadzał im ani brud, ani złośliwe małe oczka w mroku, kiedy złączeni ustami 

zdzierali z siebie ubranie. Elizabeth nie znała wcześniej takiej gwałtowności ani w sobie, ani 

w nim. Miles był zawsze delikatny, lecz teraz, kiedy wczepiła mu paznokcie w ramiona, coś 

się z nim stało. Schody wbiły jej się w plecy, kiedy uniósł jej biodra i wziął ją ze ślepą, dziką 

pasją, taką samą, jaka ogarnęła Elizabeth. Oparła stopy mocno o stopień i wyrzucała biodra 

do przodu z całą energią młodego silnego ciała.

Kiedy oboje  przeszył wstrząs rozkoszy,  padli bez tchu, wczepieni w siebie, jakby 

rozłąka miała oznaczać śmierć. Miles pierwszy doszedł do siebie.

- Musimy iść - szepnął. - Czekają na nas na dole. - Tak... Wielki brat cię wzywa.

Nawet w ciemności czuła na sobie jego wzrok. - Nie obawiaj się Gavina, Elizabeth.

- Dzień, w którym Chatworth zacznie bać się Montgomery'ego, nie nadejdzie nig...

Przerwał jej pocałunkiem i powiedział:

- To mi się podoba! A teraz jeśli uda ci się utrzymać ręce z dala ode mnie, pojedziemy 

do Larenston.

- Ty!... - Zaczęła okładać go pięściami, ale wymknął się w górę schodów.

Wstając   jęknęła.   Cała   poturbowana   i   zgięta   wpół   wynurzyła   się   spod   tapiserii   w 

komnacie. Miles zaśmiał się pod nosem na ten widok.

- Gdyby kobiety nie musiały zawsze być pod spodem...

- jęknęła   znowu   i   zatrzymała   się   nagle,   widząc   MacGregora   opartego   o   jedną   ze 

skrzyń.

- Chciałem spytać, czy dobrze się u nas bawiłaś, lady Elizabeth.

Z taką uciechą mrugnął okiem, że rzuciła się czym prędzej do pakowania. Odwrócona 

tyłem, nie usłyszała, gdy stanął tuż za nią. Podskoczyła, czując dotknięcie na ramieniu.

- Cieszymy się, że byłaś naszym gościem, Elizabeth - powiedział MacGregor. Odpiął 

zwykłą zapinkę, którą Elizabeth nosiła przy szyi, i zastąpił ją dużą okrągłą broszą ze srebra z 

emblematem MacGregorów.

- Dziękuję   -   powiedziała   cicho   i   ku   zdumieniu   wszystkich   trojga   cmoknęła 

background image

MacGregora w policzek.

Twarz Milesa pojaśniała z dumy, gdy na nią teraz patrzył.

- Musisz mnie jeszcze kiedyś odwiedzić, słodka panienko.

- Na pewno - odparła ze szczerym uśmiechem. Wszyscy troje zeszli na dziedziniec do 

czekających koni. Elizabeth popatrzyła na zebranych tu ludzi MacGregora i ze zdziwieniem 

stwierdziła, że będzie ich jej brak. Z własnej inicjatywy wyciągnęła na pożegnanie rękę do 

kilku mężczyzn. Miles był tuż obok i dodawało jej to odwagi, ale zdała sobie sprawę, że nie 

jest już tak przerażona bliskością i dotykiem tych ludzi.

Zadowolona z siebie dotarła do końca szeregu, po czym wsiadła na konia. Za nią mieli 

jechać nie znani jej ludzie Bronwyn i miała ochotę krzyczeć, że to niesprawiedliwe - musi 

opuścić miejsce, które właśnie zaczęło wydawać się jej bliskie.

Miles pochylił się na swoim wierzchowcu i uścisnął jej rękę.

- Pamiętaj,   że   jestem   obok.   Skinęła   głową   i   pchnęła   konia.   Jak   długo   Gavin   tu 

zostanie?   Wiele   wiedziała   o   najstarszym   z   Montgomerych.   To   zachłanny,   zdradliwy 

człowiek, którego postępowanie niemal pozbawiło zmysłów Alice Chatworth. I jest głową 

rodziny Montgomerych. Mimo swej zuchwałości Miles ma zaledwie dwadzieścia lat i Gavin 

pozostaje jego prawnym opiekunem. Czy Gavin zabierze ją ze sobą, żeby wykorzystać w 

swojej   rozgrywce   z   rodziną   Chatworthów?   Miles   jest   przekonany,   że   Roger   zabił   Mary 

Montgomery. Czy Gavin użyje Elizabeth do zemsty na Chatworthach?

- Elizabeth... - odezwał się Miles. - Co tam knujesz? Nie raczyła odpowiedzieć i z 

wysoko podniesioną głową wjechała do Larenston. Miles pomógł jej zsiąść z konia.

- Mój najstarszy brat czeka już z pewnością w środku, żeby dobrać mi się do skóry - 

zażartował.

- Jak możesz się teraz śmiać?

- Jedyny sposób na mojego brata to śmiech - odpowiedział poważnie. - Przyjdę do 

ciebie później.

- Nie! - zaprotestowała z przejęciem. - Chcę iść z tobą. Zadarł głowę i spojrzał na nią z 

ukosa.

- Czyżbyś miała zamiar bronić mnie przed bratem?

- Jesteś łagodnym człowiekiem, a...

Miles roześmiał się tak głośno, że konie się przestraszyły.  Pocałował ją mocno w 

policzek.

- Jesteś kochanym, słodkim dzieckiem. Chodź więc i broń mnie, jeśli chcesz, a ja 

przypilnuję, żeby nikt nie przetrącił Gavinowi dolnych kończyn.

background image

Gavin, Stephen i sir Guy czekali w sali na piętrze.

Gavin   był   równie   wysoki   jak   Miles,   lecz   jego   twarz   miała   ostrzejsze   rysy, 

upodobniające go do jastrzębia, a wyraz oczu w tej chwili nie wróżył nic dobrego.

- To   jest   Elizabeth   Chatworth?   -   rzucił   przez   zaciśnięte   zęby   i   nie   czekając   na 

odpowiedź, rozkazał: - Odeślij ją stąd. - Guy, zajmij się tym.

- Ona   zostanie   -   powiedział   zimnym   tonem   Miles,   nie   zaszczycając   spojrzeniem 

żadnego z braci. - Usiądź, Elizabeth.

Posłusznie opadła na wielki fotel, w którym jej drobna postać prawie zniknęła.

Gavin rzucił przelotne, wściekłe spojrzenie i odwrócił się do Milesa, który właśnie 

nalewał sobie wina.

- Niech cię żar piekielny pochłonie, Milesie! - wrzasnął Gavin. - Spacerujesz tu sobie 

spokojnie, jakbyś nie wiedział, że o mało nie wywołałeś wojny między naszymi rodzinami! I 

przyprowadzasz ze sobą tę... tę...

- Damę - dokończył Miles. Jego oczy robiły się coraz ciemniejsze.

- Nawet   gdyby   była   damą,   gotów   jestem   przysiąc,   że   przestała   nią   być   po   kilku 

tygodniach spędzonych z tobą. Oczy Milesa były teraz czarne. Sięgnął ręką do miecza, lecz 

powstrzymał go gest sir Guya.

- Gavinie - odezwał się ostrzegawczo Stephen - nie masz prawa nikogo obrażać. Mów, 

co masz do powiedzenia.

Gavin podszedł do Milesa.

- Wiesz,   ile   naszą   rodzinę   kosztuje   twoja   mała   eskapada?   Raine   nie   może   nawet 

wyściubić   nosa   z   ukrycia,   a   ja   ostatni   miesiąc   spędziłem   w   towarzystwie   tego   bękarta 

Chatwortha - a wszystko to, żeby ratować twoją skórę.

Elizabeth sądziła, że Miles przypomni, iż to nie z jego winy król wyjął Raine'a spod 

prawa, on jednak milczał z pociemniałymi wciąż, wbitymi w starszego brata oczami.

Szczęki Gavina zaciskały się nerwowo.

- Oddasz   mi   dziewczynę,   a   ja   odwiozę   ją   do   brata.   Mam   nadzieję,   że   w   końcu 

oprzytomniejesz. Jestem pewien, że pozbawiłeś ją dziewictwa, a to bez wątpienia sporo mnie 

będzie kosztować, ale...

- Ciebie czy Judith? - spytał spokojnie Miles i odwrócił się plecami do brata.

W komnacie zapanowała cisza i nawet Elizabeth wstrzymała oddech.

- Opamiętajcie się obydwaj - odezwał się Stephen. - I na miłość boską, Gavin, uspokój 

się! Wiesz, że Miles nie znosi, kiedy obrażasz jego kobiety. A ty, Miles, wystawiasz Gavina 

na   zbyt   ciężką   próbę.   Przetrzymywał   Chatwortha,   by   dać   ci   czas   na   uwolnienie   lady 

background image

Elizabeth, i rozumiesz z pewnością, jak się poczuł, gdy Chatworth uciekł, a ty nadal więzisz 

dziewczynę. Odeślij ją z Gavinem i wszystko się jakoś ułoży.

Elizabeth   znów   wstrzymała   oddech,   wpatrując   się   w   odwróconego   tyłem   Milesa, 

kiedy poczuła na sobie wzrok Gavina. W tym momencie zdała sobie sprawę, że nie lubi tego 

człowieka. Odwzajemniła pogardliwie aroganckie spojrzenie. Gdy odwróciła głowę, Miles 

patrzył na nich oboje.

- Nie uwolnię jej - powiedział cicho.

- Nie? - krzyknął Gavin. - Czy rodzina nic dla ciebie nie znaczy? Wolisz szargać nasze 

nazwisko; nazwisko, które nosimy od wieków, tylko po to, żeby położyć się między nogami 

jakiejś kobiety?

Gavin nie spodziewał się ciosu w szczękę, lecz po kilku sekundach otrząsnął się i 

rzucił na Milesa.

background image

11

Stephen i sir Guy użyli wszystkich sił, żeby ich rozdzielić.

Pierwszy uspokoił się Gavin. Odepchnął Stephena i podszedł do okna. Kiedy się do 

nich odwrócił, panował już całkowicie nad sobą.

- Odeślij lady Elizabeth do domu - powiedział spokojnie. Sir Guy puścił Milesa, który 

dał znak Elizabeth, żeby wyszła. Miała już zaprotestować, lecz uznała, że to nieodpowiedni 

moment. Była zresztą pewna, że Miles nie odeśle jej do Rogera.

Gdy mężczyźni zostali sami, Gavin ciężko padł na fotel.

- Brat przeciwko bratu... - powiedział posępnie. - Chatworth ucieszyłby się, widząc 

nas teraz. Stephenie, nalej mi wina. - Po chwili podjął z kielichem w dłoni: - Król Henryk 

nakazał rozejm między rodami Montgomerych i Chatworthów. Przekonywałem wszystkich, 

że nie z naszej winy doszło do konfliktu. Raine zaatakował Chatwortha z powodu tego, co 

spotkało Mary, i wiem, że to nie ty porwałeś tę dziewczynę.

Napił się wina. Był przyzwyczajony do tych jednostronnych „rozmów” z młodszym 

bratem. Wyciągnięcie od Milesa jakichkolwiek wyjaśnień było czasem gorsze od wyrywania 

zębów.

- Czy twoja Elizabeth powiedziała ci o młodej śpiewaczce, która była z nią tuż przed 

porwaniem? Powinieneś ją o to zapytać, gdyż ta śpiewaczka poślubiła niedawno Raine'a. 

Miles szerzej otworzył oczy.

- Och!... Nareszcie jakaś reakcja mojego brata - skomentował ironicznie Gavin.

- Gavinie... - wtrącił ostrzegawczym tonem Stephen. - Co wspólnego z tą sprawą ma 

żona Raine'a?

Gavin machnął ręką.

- Pagnell przyczepił się do niej z jakiegoś powodu i wrzucił do lochu, a Elizabeth 

Chatworth chciała ją ratować. No i dała się złapać, po czym podrzucono ją w ramach żartu 

naszemu lubieżnemu braciszkowi. Dlaczego, do diabła, nie zwróciłeś jej Chatworthowi, gdy 

tylko dowiedziałeś się, kim jest?

- Tak jak on zwrócił moją siostrę? - spytał spokojnie Miles. - Od kiedy to jesteś tak 

pokojowo nastawiony?

- Odkąd ta nienawiść niszczy naszą rodzinę. Nie przyszło ci do głowy, że król będzie 

miał   coś   do   powiedzenia   w   tej   sprawie?   Ukarał   Raine'a   wyjmując   go   spod   prawa,   a 

Chatworth zapłacił wysoką grzywnę. Co zrobi, gdy dowie się, że więzisz kobietę z rodu 

Chatworthów?

background image

- Miles - odezwał się Stephen - Gavinowi chodzi o twoje dobro. Wiem, że zależy ci na 

tej dziewczynie, ale sytuacja jest poważniejsza niż sądzisz.

- Elizabeth zasługuje na coś lepszego niż odesłanie do tego piekła Chatworthów - 

powiedział Miles.

Gavin jęknął ponuro i na chwilę przymknął oczy.

- Zbyt wiele czasu spędzałeś z Raine'em. Bez względu na to, co sądzisz na temat 

Chatwortha, i tego, co zrobił, uczynił tak w przeświadczeniu, że ma rację. Spędziłem z nim 

kilka tygodni i...

- Jesteś  znany ze słabości  do Chatworthów - rzucił sucho Miles, robiąc  aluzję do 

romansu brata z Alice Chatworth.

- Nie uwolnię jej i nikt nie zmusi mnie do zmiany decyzji. Ta kobieta należy do mnie. 

A teraz, wybaczcie, chcę porozmawiać z Bronwyn.

Mimo   głębokiego   przekonania,   że   będzie   mogła   zostać   z   Milesem,   nerwowo 

przemierzała komnatę. Przeklinała siebie samą za to pragnienie pozostania w Szkocji, tu, 

gdzie mogła nauczyć się żyć bez strachu. Myślała o tym, że Roger, kochany, opiekuńczy, 

nieobliczalny Roger, szuka jej po całej Anglii. Miała jednak nadzieję, że jej nie znajdzie.

- Jeszcze tylko trochę... - szepnęła. - Za miesiąc będę gotowa do wyjazdu. I przez 

resztę życia zachowam te wspomnienia.

Była   tak   zaabsorbowana   swoimi   myślami,   że   nie   usłyszała,   jak   za   jej   plecami 

otworzyły się drzwi. Odwróciła się nagle na dźwięk cichych kroków.

- Czy... czy podobało ci się u MacGregorów? - Kit zająknął się, niepewny, co oznacza 

jej ściągnięta surowo twarz.

Elizabeth westchnęła, uklękła obok chłopca i mocno go przytuliła.

- Tak za tobą tęskniłam, Kit - szepnęła. Uspokoiła się i spojrzała na buzię malca. - 

Mieszkałam w komnacie z sekretnymi schodami ukrytymi za tapiserią i stoczyłam z twoim 

tatą bitwę na ciasta z owocami, i pływaliśmy w bardzo zimnym jeziorze.

- Bronwyn podarowała mi kucyka - odpowiedział Kit - a stryj Stephen zabrał mnie na 

przejażdżkę. - Jakie ciasta z owocami? - Pochylił się do niej i głośnym szeptem spytał:

- Czy tata był na ciebie zły?

- Nie. - Uśmiechnęła się. - Nie był zły nawet, kiedy rzuciłam mu wiśniowy placek w 

twarz.  Chodź,  usiądź   tu koło  mnie,   opowiem  ci,  jak  pies  Bronwyn  uratował  mnie   przed 

wilkami.

Jakiś czas później Miles znalazł ich razem, śpiących spokojnie na łóżku. Długo im się 

przyglądał.   Kiedy   usłyszał   stłumione   odgłosy   koni   na   dziedzińcu,   wiedział,   że   to   Gavin 

background image

opuszcza   Larenston.   Schylił   się   i   pocałował   Elizabeth   w   czoło.   -   Dam   ci   więcej   dzieci, 

Elizabeth... - szepnął, głaszcząc Kita po policzku. - Obiecuję.

Nie!   Tego   już   za   wiele!   -   powiedziała   do   Milesa   z   zaciętym   wyrazem   twarzy.   - 

Myślałam, że umrę, robiąc wszystko, czego chciałeś, ale nie zostanę tu sama, podczas gdy ty 

będziesz wesoło uganiać się po lasach.

- Elizabeth  - tłumaczył cierpliwie.  - Jadę na  polowanie, a  ty nie  zostaniesz  sama. 

Wszyscy ludzie MacArranów...

- Ludzie MacArranów! - krzyknęła. - Tylu mężczyzn wokół przez trzy dni! Nie, nie 

zostanę tu. Pojadę z tobą.

- Wiesz, że uwielbiam mieć cię przy sobie, ale sądzę, że powinnaś zostać. Czasem nie 

będę mógł być przy tobie i musisz nauczyć się... - Urwał, kiedy się odwróciła.

- Nie   potrzebuję   ani   ciebie,   ani   żadnego   innego   mężczyzny,   Montgomery   - 

powiedziała i wyprostowała się sztywno.

Odsunęła się, kiedy jej dotknął.

- Elizabeth, zbyt wiele razem przeszliśmy, żeby poróżniło nas coś takiego. Sądzę, że 

powinnaś tu zostać z Kitem i postarać się stopniowo przezwyciężać swoje lęki. Jeśli myślisz, 

że sobie nie poradzisz, oczywiście możesz ze mną jechać. Będę na dole.

Nie odwróciła się, kiedy wychodził. Minęły prawie dwa miesiące od tamtego dnia, 

kiedy Gavin przyjechał do Larenston. Przez ten czas Elizabeth poznała prawdziwe szczęście. 

Spędzali z Milesem i Kitem cudowne, długie dni, bawili się razem na pierwszym tej zimy 

śniegu, śmiali się, żartowali. A takiego Bożego Narodzenia nigdy jeszcze nie przeżyła - świąt 

w gronie rodziny.

Bronwyn   nauczyła  ją   wielu  rzeczy.  Wybierały   się  czasem  na  konne   przejażdżki   i 

odwiedzały   okoliczne   wsie.   Kilka   razy   Elizabeth   dała   ponieść   się   panice,   a   kiedyś,   gdy 

wyciągnęła nóż przeciw mężczyźnie, który zbyt blisko za nią jechał, Bronwyn udało się ją 

uspokoić. Zupełnie zniknęła początkowa wrogość między kobietami. Bronwyn wydawała się 

traktować   Elizabeth   raczej   jak   młodszą   siostrę   niż   potencjalną   rywalkę.   Kiedy   Bronwyn 

spróbowała dyrygować Elizabeth tak jak wszystkimi innymi, Miles i Stephen odetchnęli z 

ulgą - przyjaźń  została  zawarta.  Elizabeth  jednak  nie zawsze była  potulna i ze trzy razy 

powiedziała   Bronwyn,   żeby   rzuciła   się   raczej   z   urwiska   nad   morzem,   a   jej   dała   spokój. 

Bronwyn śmiała się za każdym razem do łez.

A Elizabeth i Miles stawali się sobie bliżsi z każdym dniem. Czasem, gdy przyglądała 

się, jak  Miles ćwiczy na dziedzińcu,  z nagą, spływającą  potem piersią,  nogi się  pod nią 

uginały.   A   on   zawsze   wyczuwał   wtedy   jej   obecność   i   rzucał   tak   gorące   spojrzenia,   że 

background image

przyprawiało ją to o drżenie. Kiedyś Stephen o mało nie ugodził go kopią w głowę, kiedy 

Miles zapatrzył się w rozmarzone oczy Elizabeth. Starszy brat tak się wściekł, że zaczął go 

prawie dusić.

- O mały włos cię nie zabiłem!... - wycharczał mu w twarz.

Cały purpurowy ze wzburzenia, zażądał, by Miles zabrał Elizabeth z dziedzińca, na co 

młodszy   brat   skwapliwie   się   zgodził.   Cóż   to   było   za   niezapomniane   popołudnie!   Mimo 

pozornego spokoju Milesa gwałtowna reakcja Stephena poruszyła go i kiedy został sam z 

Elizabeth,   zupełnie   stracił   panowanie.   Na   zmianę   szarpał   ją   i   przytulał,   gdy   kochali   się 

najpierw w łóżku, potem na krześle, którego poręcz prawie wbiła się Elizabeth w plecy, i pod 

ścianą. W pewnej chwili Miles rzucił ją na tapiserię pokrywającą mur. Elizabeth chwyciła się 

materiału i ciężka, nabita kurzem tkanina spadła im na głowy, powalając oboje na ziemię. 

Kochali się jednak dalej na zimnych kamieniach posadzki.

Gdy   kompletnie   wyczerpani   pojawili   się   tego   wieczoru   na   kolacji,   cały   klan 

MacArranów   gruchnął   śmiechem.   Stephen   wciąż   był   zły   i   odezwał   się   tylko   raz,   by 

kategorycznie zabronić Elizabeth przychodzenia na dziedziniec w czasie ćwiczeń.

Minęło prawie pięć miesięcy od jej „porwania”. Lecz teraz poczuła, jak szybko czas 

ucieka.

Gavin przysłał do Milesa posłańca z wiadomością, że Roger pojechał z Pagnellem do 

króla.   Chatworth   doniósł   podobno   Henrykowi,   że   Raine   Montgomery   próbował   zbrojnie 

wystąpić przeciw królowi, a Miles więzi Elizabeth. Król zapowiedział, że jeśli Montgomery 

jej nie uwolni, będzie ogłoszony zdrajcą, a cały jego majątek zostanie skonfiskowany. Co do 

Raine'a, król zagroził, że każe podłożyć ogień, żeby wykurzyć go z lasu.

Gavin jeszcze raz prosił brata o uwolnienie Elizabeth. Miles przez kilka dni prawie się 

nie odzywał, spoglądał na nią tylko czasem z dziwną tęsknotą w oczach. Zrozumiała, że ich 

wspólne   dni   są   policzone.   Miles   zachęcał   ją   do   spędzania   czasu   z   innymi,   jakby 

przygotowując ją na przyszłość - przyszłość bez niego.

Czuła się jak w potrzasku. Z jednej strony pragnęła przezwyciężyć swoje lęki, a z 

drugiej najchętniej ani na chwilę nie rozstawałaby się z Kitem i Milesem.

- Do diabła!... - klęła pod nosem na myśl, jak bardzo stała się zależna. Gdzie podziała 

się jej dawna chłodna obojętność?

Gavin jeszcze raz przyjechał do Szkocji i tym razem nie przebierał w środkach. Jego 

pierwsza wizyta wydawała się niczym w porównaniu z wściekłą awanturą, jaką zrobił teraz. 

Elizabeth poczuła się winna, że pragnie zostać w tym przyjaznym domu.

Kiedy Miles wszedł do ich komnaty, poprosiła, żeby pozwolił jej odjechać z Gavinem. 

background image

Chciała wyjaśnić, że to dla dobra obu ich rodzin, lecz Miles nie dał jej nawet szansy Ataki 

złości Stephena i Gavina razem wzięte były dziecinną zabawą wobec szału Milesa. Przeklinał 

w trzech językach, rzucał sprzętami po ścianach, złamał gołymi rękami krzesło i wbił topór w 

stół. Tam i sir Guy z trudem go obezwładnili.

Gavin i Stephen z pewnością znali swego młodszego brata z tej strony. Nawet Gavin 

dał za wygraną i wyjechał do domu. Tamtego dnia, gdy szał w końcu minął, Elizabeth ze 

łzami w oczach patrzyła na półprzytomnego, ciężko dyszącego Milesa. Roger i Miles, Roger i 

Miles... Wciąż czuła się rozdarta między nimi dwoma. Ma przecież własny dom i dwóch 

braci, z których jeden przetrząsa kraj, żeby ją odzyskać, a ona siedzi tu i płacze nad swoim 

wrogiem, mężczyzną, który również ją chronił, okazał cierpliwość i nauczył żyć szczęśliwie.

Miles uniósł powieki.

- Przestraszyłem cię? - spytał ochrypłym głosem. Kiwnęła tylko głową.

- Sam się przestraszyłem. To nie zdarza się często. - Chwycił ją za rękę i przytulił do 

policzka. - Nie zostawiaj mnie znowu, Elizabeth. Jesteś moja... - powtórzył to kilka razy i 

zasnął.

Miało to miejsce cztery dni temu, zaledwie cztery krótkie dni wcześniej, a teraz Miles 

zamierza zostawić ją samą na trzy dni i jechać na polowanie ze Stephenem. Może nie zdaje 

sobie sprawy z jej uczuć? Może jest tak pewny siebie, że sądzi, iż zawsze będzie ją miał u 

swego boku? Roger jest przecież w drodze do Szkocji - co Elizabeth zrobi, gdy brat pojawi 

się ze swoją armią? Czy ma spokojnie przyglądać się, jak MacArranowie na niego nacierają? 

Czy zniosłaby widok pojedynku między Milesem i Rogerem? Trzymałaby Kita w objęciach, 

przyglądając   się   śmierci   Milesa,   czy   też   całowała   splamione   krwią   jej   brata   ręce 

Montgomery'ego? Te myśli doprowadzały ją prawie do obłędu.

- Elizabeth! - Od drzwi usłyszała głos Bronwyn. - Miles powiedział, że nie jedziesz na 

polowanie.

- Nie   -   odpowiedziała   zrezygnowana.   -   Muszę   tu   zostać   wśród   tych   wszystkich 

mężczyzn. Za mną, obok mnie, wszędzie śledzących każdy mój gest.

Bronwyn przyglądała jej się przez chwilę w milczeniu.

- Martwisz się o Milesa czy o swojego brata?

- O obydwóch - odparła szczerze. - Nie ogarniały cię nigdy wątpliwości, czy dobrze 

robisz,   wprowadzając   angielskiego   męża   do   swego   szkockiego   domu?   Byłaś   pewna,   że 

możesz mu ufać?

Oczy Bronwyn rozbłysły wesoło.

- Owszem, zastanawiałam się nad tym. Stephen pragnął jedynie, żebym wyznała, że 

background image

go kocham. Dla mnie jednak miłość to coś więcej niż jakieś nieokreślone uczucie.

- A cóż to takiego?

- Wydaje mi się, że niektóre kobiety kochają mężczyzn bez względu na to, kim są i 

jacy są Ja musiałam być przekonana, że mój klan tak samo akceptuje Stephena jak ja.

- A   gdybyś   bardzo   go   kochała,   a   rodzina   nie   zgadzała   się   na   małżeństwo?   Co 

zrobiłabyś, gdyby twoje szczęście oznaczało zdradę klanu?

- Wybrałabym rodzinę - odpowiedziała Bronwyn, wpatrując się w nią intensywnie. - 

Poświęciłabym wszystko, nawet życie, żeby uchronić dobro klanu.

- I sądzisz, że ja też powinnam tak postąpić! Wrócić do brata... Teraz, kiedy Miles 

wyjechał, jest świetna okazja. Z pomocą kilku twoich ludzi mogłabym... - Umilkła, spoty-

kając wzrok Bronwyn.

Po chwili Bronwyn powiedziała:

- Szanuję brata mego męża. Nie pomogę ci w ucieczce. Elizabeth objęła ją ramionami.

- Co   mam   robić?   Widziałaś   reakcję   Milesa,   kiedy   wspomniałam   o   powrocie   do 

Rogera. Mam znowu próbować ucieczki? Och, Boże!... - odsunęła się. - Ty też jesteś moim 

wrogiem.

- Nie.   -   Bronwyn   uśmiechnęła   się   do   niej.   -   Nie   jestem   twoim   wrogiem   i   nikt   z 

Montgomerych nim nie jest. Wszyscy cię pokochaliśmy. Kit poszedłby za tobą na koniec 

świata.

Lecz nadejdzie chwila, kiedy będziesz musiała dokonać wyboru. I nikt ci w tym nie 

pomoże. A teraz zejdź na dół i pocałuj Milesa na pożegnanie, zanim zacznie demolować 

resztę moich mebli. I tak nie mamy ich zbyt wiele. A przy okazji, co się stało, że tapiseria 

spadła ze ściany?

Roześmiała się głośno na widok rumieńców Elizabeth i śmiała się jeszcze pod nosem, 

kiedy schodziły po schodach.

Miles pociągnął ją na bok i Elizabeth pocałowała go żarliwie.

- Nie będzie mnie tylko przez trzy dni. Tak bardzo będziesz tęsknić?...

- Wcielony z ciebie szatan,  Montgomery.  Jeśli po powrocie zastaniesz  cały zastęp 

ludzi z połamanymi palcami u nóg, będzie to twoja wina.

Pogłaskał ją po policzku.

- Po przygodzie sir Guya znalazłoby się chyba więcej chętnych.

- Co masz na myśli?

- Bronwyn   oddała   tego   niedźwiedzia   pod   opiekę   jakiejś   bałamutki   i   są   teraz   jak 

papużki   nierozłączki.   Nosi   jej   wodę   i   gdyby   tylko   umiał   utrzymać   igłę,   z   pewnością 

background image

wyhaftowałby jej tuzin kołnierzyków.

Wymierzyła mu kuksańca, gdyż pod szkockim pledem miał teraz na sobie koszulę, 

którą dla niego wyhaftowała. - No, spokojnie, moja słodka branko, bo wyślę cię do domu.

Natychmiast spoważniała, ale Miles tylko się roześmiał i cmoknął ją w szyję.

- Wyraz oczu zdradza każde twoje uczucie. A teraz pocałuj mnie, niedługo wrócę.

Kilka   minut   później   została   sama.   Przeczuwała,   że   coś   się   stanie.   W   pierwszym 

odruchu chciała schować się w swojej komnacie i siedzieć tam przez całe trzy dni, wiedziała 

jednak, że Miles ma rację. Musi przezwyciężyć strach.

Wczesnym popołudniem wybrała się z Kitem i dziesięcioma rycerzami MacArranow, 

w   tym   z   Tamem,   na   przejażdżkę   do   ruin,   o   których   opowiadała   jej   Bronwyn.   Planując 

wyprawę,  pomyślała, że dla Kita będzie to wspaniała rozrywka,  a dla niej kolejna  próba 

oswajania się z obecnością obcych mężczyzn.

Gdy dotarli na miejsce, serce dziko jej waliło, uśmiechnęła się jednak do Tama, kiedy 

pomagał   jej   zsiąść   z   konia.   Na   dźwięk   męskich   głosów   za   plecami   nie   odwracała   się 

nerwowo, lecz starała zachowywać normalnie. Na twarzy Jarla dostrzegła w pewnej chwili 

serdeczny uśmiech, jakby chciał dodać jej odwagi.

- Czy wszyscy wiedzą o moich zmorach? - trochę rozbawiona spytała Tama.

- Nasz   klan   bardzo   cię   szanuje.   Umiesz   poruszać   się   w   lesie   równie   dobrze   jak 

prawdziwa Szkotka. Poza tym lubimy odważnych ludzi.

- Odważnych! Uległam przecież wrogom.

- Nie, panienko - roześmiał się Tam. - Po prostu przekonałaś się, jacy z nas, Szkotów, 

wspaniali ludzie. Rodzina Montgomerych też zresztą nie jest taka straszna...

Ludzie wokół roześmiali się razem z nimi.

Później,   gdy   siedząc   na   kamieniu   wśród   ruin   zamku   przyglądała   się   ludziom 

MacArranów, zdała sobie sprawę, że przestali wzbudzać w niej strach. To było cudowne 

uczucie. Jak wiele zawdzięcza Milesowi...

Była tak zamyślona - może również dlatego, że w ciągu ostatnich miesięcy jej zmysły 

straciły dawną czujność - że w pierwszej chwili nie usłyszała gwizdu, dochodzącego spośród 

drzew   za   jej   plecami.   Kiedy   ten   dźwięk   dotarł   do   świadomości   Elizabeth,   zupełnie 

skamieniała. Po chwili rozejrzała się, by sprawdzić, czy żaden z ludzi nie zwrócił na to uwagi. 

Kit,   pokrzykując   głośno,   bawił   się   z   młodym   Aleksem,   a   pozostali   przyglądali   im   się, 

żartując.

Powoli, jakby bez celu, oddaliła się od grupy i zniknęła między drzewami. Już w lesie 

zatrzymała się i zaczęła nasłuchiwać jak kiedyś, w dzieciństwie.

background image

Briana zawsze trzeba było ochraniać. Nie wyglądał na jej starszego brata, mimo że był 

nim w rzeczywistości; nigdy nie nauczył się bronić tak jak Elizabeth. Jeśli atakował ją jakiś 

mężczyzna, nie miała skrupułów, żeby użyć sztyletu, Brian natomiast tego nie potrafił. Wiele 

razy wybawiała go z opałów, kiedy kompani Edmunda panoszyli się w domu. Najstarszy brat 

ryczał ze śmiechu i nazywał Briana mazgajem, a ona i Roger starali się potem uspokoić 

roztrzęsionego chłopca.

Zdarzało   się,   że   przez   wiele   dni   siedział   w   ukryciu   bez   jedzenia   i   wody.   Wtedy 

właśnie ustalili pewien system sygnałów. Jedynie Roger i Elizabeth umieli rozpoznać ten 

gwizd.

Stała teraz bez ruchu, czekając na pojawienie się brata. Jest sam czy z Rogerem?

Nie   poznała   młodego   człowieka,   który   wynurzył   się   z   zarośli,   i   przez   chwilę 

wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Był kiedyś przystojnym młodzieńcem o 

delikatnych rysach. Teraz przypominał ponure widmo.

- Brian?... - szepnęła. Skinął głową.

- Zdrowo wyglądasz. Niewola ci służy? Zaniemówiła z wrażenia. Jej brat nigdy nie 

zwracał się do nikogo tym tonem, a zwłaszcza do niej.

- Czy... czy Roger jest z tobą? Ziemista twarz Briana jeszcze bardziej pociemniała.

- Nie wymawiaj przy mnie jego imienia.

- Co? - wykrztusiła, zbliżając się do niego. - O czym ty mówisz?

Na chwilę jego spojrzenie złagodniało i wyciągnął dłoń, żeby pogłaskać ją po skroni, 

ale natychmiast ją cofnął.

- Wiele się wydarzyło, odkąd widzieliśmy się ostatni raz.

- Mów... - wyszeptała. Brian odszedł w bok.

- Roger uprowadził Mary Montgomery.

- Słyszałam o tym, ale nie mogę uwierzyć, by Roger... Brian odwrócił się do niej z 

oczami płonącymi jak rozżarzone węgle.

- Sądzisz, że w niczym nie przypomina swego rodzonego brata Edmunda? Wydaje ci 

się, że  komukolwiek z  nas udało się nie  zarazić  plugastwem, które  panowało  w naszym 

domu?

- Ale Roger... - zaczęła.

- Nie wymawiaj nawet tego znienawidzonego imienia. Kochałem tę kobietę, kochałem 

Mary tak, jak nigdy nie pokocham już żadnej innej. Była dobra i łagodna, nawet nie przeszło 

jej przez myśl, by kogoś skrzywdzić, a on, twój brat, zgwałcił ją i z rozpaczy rzuciła się z 

okna.

background image

- Nie...   -   cicho   powiedziała   Elizabeth.   -   Nie   wierzę   w   to.   Roger   jest   dobrym 

człowiekiem. Nikogo nie krzywdzi. Nie chciał tej wojny z Montgomerymi. Zaopiekował się 

Alice, kiedy jej własna rodzina ją odrzuciła. I...

- I   zaatakował   od   tyłu   Stephena   Montgomeryego.   Oszukał   Bronwyn   MacArran   i 

więził   ją   przez   miesiąc.   Gdy   Mary   umarła,   uwolniłem   Bronwyn   i   oddałem   ciało   Mary 

Gavinowi.   Nie   mówili   ci,   w   jaki   szał   wpadł   Miles   Montgomery,   gdy   zobaczył   siostrę? 

Doszedł do siebie dopiero po wielu dniach.

- Nie...   -   szepnęła,   wyobrażając   sobie   przerażającą   furię   Milesa.   -   Niewiele 

wspominali o tych wydarzeniach. Rzeczywiście, po kilku pierwszych dniach zapadło między 

nimi zupełne milczenie na temat konfliktów między rodzinami.

- Brian... - odezwała się łagodnie. - Jesteś wycieńczony i obdarty. Jedź ze mną do 

Larenston i odpocznij. Bronwyn...

- Nie zaznam odpoczynku, dopóki mój brat żyje. Elizabeth wpatrywała się w niego 

osłupiała.

- Nie wiesz, co mówisz... Odnajdziemy Rogera i wszystko wyjaśnimy.

- Nic nie rozumiesz! Mam zamiar zabić Rogera Chatwortha.

- Brian! Nie można przekreślić czyjegoś życia w jednej chwili. Zapomniałeś, że Roger 

zawsze nas bronił? I zaryzykował życie tego dnia, gdy Edmund w dzikiej furii złamał ci 

nogę?

Twarz Briana nawet nie drgnęła.

- Kochałem Mary, a Roger ją zabił. Pewnego dnia zrozumiesz, co to znaczy.

- Mogę kochać stu mężczyzn, ale nie zmieni to mojej miłości do Rogera. Tak wiele 

dla mnie zrobił. Nawet teraz o mnie walczy.

Brian przyjrzał się jej badawczo.

- Bez trudu wymknęłaś się straży. Jeśli masz tyle swobody, dlaczego nie uciekniesz do 

Rogera?

Odwróciła się, lecz przytrzymał ją za ramię.

- Co cię tak przywiązało do Montgomerych? Który z nich? Ten żonaty czy chłopak?

- Miles już dawno nie jest chłopcem! - rzuciła. - Młody wiek o niczym nie świadczy. - 

Umilkła, widząc wyraz twarzy brata.

- Zapominasz chyba, że byłem kiedyś u nich. A więc to Milesa pokochałaś. Dobry 

wybór. Ten mężczyzna ma dość ognia, żeby ci dorównać.

- Uczucia wobec któregokolwiek z Montgomerych nie zmieniają mojego stosunku do 

Rogera.

background image

- Co w takim razie powstrzymuje cię od powrotu do domu? Tych  Szkotów łatwo 

wyprowadzić w pole. Edmunda wodziłaś przecież za nos całymi latami.

Milczała dłuższą chwilę.

- Nie chodzi tylko o Milesa. Tutaj jest spokój, jakiego nigdy nie znałam. Nikt nie 

przykłada mi noża do gardła. W Larenston nie słychać w nocy przerażających krzyków. Mogę 

chodzić po zamku, nie przemykając się ukradkiem pod ścianami.

- Ja też poznałem to uczucie... - szepnął chłopak. - Lecz Roger to zniszczył, a teraz ja 

zabiję jego.

- Brian! Musisz odpocząć i zastanowić się nad tym, co mówisz.

Wydawał się nie słyszeć jej słów.

- Wiesz, gdzie jest Raine Montgomery?

- Nie - odpowiedziała zaskoczona tym pytaniem. - Ukrywa się w lasach. Poznałam 

śpiewaczkę, która jest z nim związana.

- Gdzie mogę ją znaleźć?

- Dlaczego szukasz Raine'a? Wyrządził ci coś złego?

- Chcę go prosić, żeby nauczył mnie walczyć.

- Chyba nie przeciw Rogerowi? - szepnęła bez tchu, a po chwili uśmiechnęła się. - 

Brian, Roger nigdy nie stanie przeciw  tobie,  poza tym  spójrz  na siebie. Jesteś o połowę 

drobniejszy od Rogera i wyglądasz, jakbyś ważył tyle co piórko. Zostań ze mną, odpoczniesz 

kilka dni i...

- Nie mów mi, co mam robić, Elizabeth. Sam umiem podejmować decyzje. Raine 

Montgomery jest silny i nauczy mnie walczyć.

- Naprawdę   sądzisz,   że   ci   pomogę?   -   spytała   ze   złością.   -   Szczerze   wierzysz,   że 

powiedziałabym   ci,   gdzie   jest   Raine   Montgomery,   nawet   gdybym   wiedziała?   Nie   będę 

wspierać cię w szaleństwie.

- Elizabeth - odezwał się łagodnie. - Przyszedłem się pożegnać. Czekałem tygodniami 

w tych lasach, aż nadarzy się okazja do spotkania, ale zawsze byłaś pod ścisłą strażą. Teraz, 

kiedy porozmawialiśmy, mogę odjechać. Wyzwę Rogera i jeden z nas umrze.

- Brian, proszę, musisz to jeszcze przemyśleć. Pocałował ją w czoło, jakby był starym 

człowiekiem.

- Zostań w pokoju, siostrzyczko, i dobrze mnie wspominaj. Była zbyt osłupiała, żeby 

coś powiedzieć, lecz w chwili kiedy brat się odwrócił, Szkoci zaczęli wychodzić spośród 

drzew. Stephen Montgomery stanął z obnażonym mieczem na wprost Briana Chatwortha.

background image

12

Nie rób mu krzywdy - powiedziała spokojnym, ale dobitnym tonem Elizabeth.

Stephen powoli schował miecz do pochwy.

- Idź za moimi ludźmi, dadzą ci coś do jedzenia - odezwał się do Briana.

Chłopak   rzucił   Elizabeth   ostatnie   spojrzenie   i   odszedł   w   otoczeniu   rycerzy 

MacArranów.

Elizabeth przez chwilę przyglądała się ponuro Stephenowi i nagle zrozumiała.

Montgomery wyglądał na odrobinę stropionego. Z niewyraźnym uśmiechem oparł się 

o drzewo, wyciągnął sztylet z pochwy na łydce i zaczął strugać jakiś patyk.

- Miles nic o tym nie wie... - zaczął.

- Użyłeś   mnie   jako   przynęty,   żeby   schwytać   mego   brata,   prawda?   -   wybełkotała, 

hamując wzburzenie.

- Myślę, że można to tak określić. Od dawna ukrywał się w tym lesie, przymierając 

głodem.   Zastanawialiśmy   się,   kim   jest   i   czego   chce.   Dwa   razy   podszedł   bliżej,   kiedy 

pojawiłaś się tu z Milesem, ale moi ludzie go przepłoszyli. Postanowiliśmy pozwolić wam się 

spotkać. Cały czas byłem z ludźmi w pobliżu, z mieczami i strzałami w pogotowiu.

Elizabeth usiadła na dużym kamieniu.

- Niezbyt lubię być w ten sposób wykorzystywana.

- Wolałabyś, żebyśmy od razu go zabili? Jeszcze kilka lat temu samotny Anglik nie 

mógłby wjechać na ziemię MacArranów i wyjechać żywy. Ale ten chłopak nie wyglądał na 

szpiega, raczej trochę na... szaleńca. Chcieliśmy więc sprawdzić, kim jest.

Zastanowiła   się   przez   moment.   Nie   podobało   jej   się   to,   co   zrobił   Stephen,   ale 

wiedziała, że miał rację.

- Co z nim teraz zrobicie? - Podniosła głowę. - Czy Bronwyn wie o tej zabawie w 

kotka i myszkę?

Miała wrażenie, że usta Stephena pobladły.

- Ponieważ cenię sobie życie, dziękuję Bogu, że nie - odparł z ciężkim westchnieniem. 

- Bronwyn nie robi nic w tajemnicy - w każdym razie bardzo rzadko. Natychmiast kazałaby 

zawieźć chłopaka do Larenston, a Miles... - Stephen urwał.

- Miles serdecznie nienawidzi Chatworthów - dokończyła.

- Tylko mężczyzn. - Uśmiechnął się. - Roger Chatworth spowodował śmierć naszej 

siostry, a Miles nie ma zamiaru tego zapomnieć. Poznałaś tylko tę jego stronę, którą pokazuje 

kobietom. Wobec mężczyzny krzywdzącego kobietę staje się nieobliczalny.

background image

- Byłeś więc pewien, że Brian to Chatworth? - Ma w sobie coś takiego...

Milczała przez chwilę. Brian, rzeczywiście zrobił się teraz podobny do Rogera, z tą 

maską zimnej obojętności i pogardy na twarzy.

- Słyszałeś, co powiedział. Czy możemy go tu zatrzymać? Udaremnić tę pogoń za 

Rogerem?

- Myślę, że dostałby obłędu. Zresztą niewiele mu chyba do tego brakuje.

- Tak... - przyznała ponuro. - Niewiele. Popatrzyła na Stephena bezradnie.

- Najlepiej zrobię spełniając jego prośbę. Zawiozę go do mego brata Raine'a.

- Nie!   -   Elizabeth   poderwała   się   gwałtownie.   -   Raine   Montgomery   go   zabije. 

Zaatakował przecież Rogera.

- Elizabeth... - powiedział łagodnie Stephen. - Raine zajmie się chłopakiem, gdyż on 

chciał pomóc Mary. Raine nie jest święty, ale ma honor. A poza tym... - Stephen uśmiechnął 

się lekko - tak go popędzi na polu ćwiczeń, że Brian nie będzie miał czasu knuć żadnej 

zemsty. Po trzech dniach tak zmięknie, że jedynym jego marzeniem będzie sen.

Elizabeth popatrzyła mu uważnie w oczy.

- Dlaczego chcesz pomóc Chatworthowi? Mary była również twoją siostrą.

- Sądziłem, że uznawałaś Montgomerych  za kłamców. Czyżbyś uwierzyła,  że twój 

brat był zamieszany w jej śmierć?

- Gdyby   Miles   zabił   czyjąś   siostrę,   czy   znienawidziłbyś   go,   nie   pytając   nawet, 

dlaczego tak się stało? Możliwe, że Roger miał z tym związek, lecz może miał jakieś powody. 

Nie przestanę kochać żadnego z moich braci bez jasnego dowodu ich winy.

- Dobrze powiedziane... - Stephen pokiwał głową. - Nie darzę ciepłymi  uczuciami 

twego   brata   Rogera   za   to,   co   zrobił,   lecz   to   dotyczy   tylko   jego,   a   nie   całego   rodu 

Chatworthów. Moi bracia różnią się ode mnie pod tym względem i dlatego Gavin tak źle cię 

potraktował. Dla niego rodzina jest wszystkim.

- A Raine? Jak zachowa się wobec Briana?

- Nie jestem pewien, dlatego pojadę z twoim bratem. Porozmawiam z Raine'em i o ile 

go znam, w końcu przygarnie tego chłopaka. - Odrzucił patyk i schował sztylet. - Muszę 

jechać. Wiele dni minie, zanim znajdziemy Raine'a.

- Odjedziecie zaraz? - spytała. - Przed powrotem Milesa i Bronwyn?

- Och, tak. - Skrzywił się. - Wolę nie być w pobliżu, gdy moja ukochana żona dowie 

się, że podstępnie wyprawiłem ją na polowanie, by spokojnie zająć się naszym gościem.

- Miles chyba też nie przyjmie tego spokojnie. - W oczach Elizabeth pojawiły się 

błyski humoru.

background image

Kiedy Stephen jęknął, wybuchnęła głośnym śmiechem.

- Jesteś tchórzem, Montgomery - podsumowała.

- To absolutna prawda - zgodził się skwapliwie, po czym spoważniał. - Pomodlisz się 

za mnie, kiedy odjedziemy? Może jeśli Raine porozumie się z Brianem, uda nam się dokonać 

jakiegoś postępu w rozwiązaniu konfliktu między naszymi rodzinami.

- Bardzo   bym   tego   pragnęła   -   powiedziała.   -   Brian   jest   uroczym,   łagodnym 

człowiekiem,   a   Roger   ogromnie   go   kocha.   Stephenie...   -   mówiła   teraz   bardzo   cicho.   - 

Chciałabym zapytać cię o coś. Odpowiesz mi szczerze?

- Jestem ci to winien.

- Czy ktokolwiek widział Rogera?

- Nie   -   odparł.   -   Zniknął.   -   Szukają   go   ludzie   MacGregora,   a   moi   są   w   ciągłym 

pogotowiu. Raz o mało cię nie straciliśmy i więcej się to nie powtórzy. Ale nie, do tej pory 

nikt nie widział Rogera Chatwortha.

Stali   bez   słowa,   patrząc   sobie   w   oczy.   Kilka   miesięcy   temu   ten   człowiek   był  jej 

wrogiem, tak jak wszyscy inni mężczyźni. Zbliżyła się o krok i delikatnie dotknęła policzka 

Stephena.

Zrozumiał   niezwykłe   znaczenie   tego   gestu.   Chwycił   jej   rękę   i   pocałował   wnętrze 

dłoni.

- My, z rodu Montgomerych, jesteśmy prawdziwymi zdobywcami niewieścich serc - 

powiedział z błyskiem w oku. - Zakończymy tę wojnę miłosnymi wyznaniami zamiast ciosów 

miecza.

Odsunęła się, jakby ją obraził, nie powstrzymała jednak śmiechu.

- Pomodlę się za ciebie. A teraz jedź, zanim Miles cię dopadnie.

Podniósł jedną brew.

- Biedny braciszek, nie pozbiera się, gdy pewna dama uzna go za swoją własność. - 

Odszedł, zostawiając ją na polanie.

Elizabeth dość długo siedziała sama w lesie i teraz, gdy wsłuchała się w odgłosy 

wokół, wytropiła jeszcze dwóch ludzi na drzewach ponad sobą. Z daleka dobiegał śmiech 

Kita i tubalny głos Tama.

W pamięci przemknęła jej wykrzywiona złością twarz Briana. Ona też była kiedyś 

przepełniona taką nienawiścią. Całym sercem pragnęła, żeby Stephen choć trochę zmienił 

uczucia jej brata. A może uda się to Raine'owi?

W końcu wstała i poszła w kierunku ruin. Za kilka dni będzie musiała stawić czoło 

furii Milesa, a to z pewnością odsunie inne problemy na dalszy plan.

background image

Bronwyn   wróciła   do   Larenston   następnego   dnia   i   od   razu   pobiegła   do   swego 

pięciomiesięcznego   synka   Aleksandra.   Przy   dziecku   była   mamka,   gdyż   dziedziczka   zbyt 

często wyjeżdżała, by regularnie karmić małego. Bronwyn jednak dbała, żeby chłopiec nie 

zapomniał, kto jest jego matką.

Rab leżał teraz u jej stóp, kiedy stęskniona przytulała dziecko. Elizabeth opowiedziała 

jej o Brianie i o tym, że Stephen zabrał go do Raine'a.

W oczach Bronwyn pojawił się przelotny błysk.

- Niech   go   diabli!   -   mruknęła,   lecz   ucichła,   gdy   chłopczyk   zakwilił.   -   Cicho, 

kochanie... - Uspokoiła Aleksandra i spojrzała znów na Elizabeth. - Nie podoba mi się, że cię 

wykorzystał.   Powinien   był   sprowadzić   tutaj   twego   brata.   Stephen   zapomniał,   że   Brian 

Chatworth   uwolnił   mnie   ze   szponów   Rogera.   Nie   pozwoliłabym   zrobić   krzywdy   temu 

chłopakowi.

- Sądzę,   że   Stephen   bardziej   obawiał   się   Milesa...   że   on   mógłby   zrobić   Brianowi 

krzywdę. - Elizabeth pogłaskała główkę dziecka.

Bystremu wejrzeniu Bronwyn nic nie mogło umknąć.

- A kiedy wypada twój termin? - spytała bez ogródek. Elizabeth podniosła na nią oczy.

Bronwyn wstała i zaniosła dziecko do kołyski.

- Morag mówiła mi, że nie krwawiłaś ani razu, odkąd tu jesteś. Nie czujesz się źle?

- Nie,   nic   mi   nie   jest.   Na   początku   nie   wiedziałam,   co   się   dzieje,   ale   szybko   się 

domyśliłam. Komu o tym mówiłaś?

- Nikomu.   Nawet   Stephenowi.   Szczególnie   jemu.   Na   pewno   rozgłosiłby   radosną 

wieść. Masz zamiar poślubić Milesa?

Elizabeth otuliła miękkim kocem nóżki Aleksandra.

- Nie prosił mnie o to, ale nawet gdyby poprosił, sprawa między nami jest bardziej 

skomplikowana. Roger niełatwo pogodzi się z faktem, że przyjmę nazwisko Montgomery. 

Musi być pewny, że wychodzę za Milesa własnej, nieprzymuszonej woli.

- Miles miałby cię zmuszać? - spytała cicho Bronwyn. Elizabeth uśmiechnęła się.

- Wiesz równie dobrze jak ja, że Miles do niczego mnie nie zmuszał. Ale nie sądzę, by 

pragnął małżeństwa ze mną. Wymagałabym  wierności od męża, a Miles Montgomery nie 

należy do ludzi, którzy znają znaczenie tego słowa.

- Nie   oceniałabym   tak   nisko   mężczyzn   z   rodu   Montgomerych   -   odpowiedziała 

Bronwyn. - Wydają się aroganccy i nieprzejednani, ale mają też kilka innych zalet oprócz 

gładkich lic i umięśnionych ramion.

- Och, tego z pewnością nie można im odmówić. Roześmiały się, wychodząc z pokoju 

background image

dziecka. Następnego dnia Bronwyn wróciła na polowanie.

Zdarzyło się to, kiedy Elizabeth odgrywała bezradną, prześladowaną dziewicę, a Kit 

ratował ją przed atakiem trzygłowego, zionącego ogniem smoka. Nagle stanęła jak wryta.

- Elizabeth! - zawołał zniecierpliwiony Kit, machając nad głową swoim drewnianym 

mieczem.

Nie umiałaby wytłumaczyć, co się z nią stało, ale nagle poczuła lodowate dreszcze.

- Miles... - szepnęła.

- Zajmij   się   Kitem!   -   krzyknęła   do   opiekunki   Aleksandra,   wbiegając   na   schody. 

Wypadła na dziedziniec. W stajni złapała już za siodło, gdy wbiegł za nią Daglas.

- Nie mogę pozwolić ci jechać, milady - powiedział z żalem w głosie.

- Z drogi, głupcze! - krzyknęła. - Miles jest w niebezpieczeństwie, jadę do niego.

Daglas nie tracił czasu na zbędne pytania, mimo że żaden posłaniec nie przywoził 

ostatnio wieści. Wybiegł przed stajnię i cicho zagwizdał trzy razy. Jego dwaj bracia zjawili 

się w mgnieniu oka.

Elizabeth rzadko sama siodłała konia, nikt jej jednak teraz nie pomagał, a nie było to 

proste. Daglas sprawdził tylko na koniec, czy popręg jest mocno zaciągnięty,  chwycił jej 

stopę i dosłownie wrzucił ją na wierzchowca.

Kiedy ruszyli, Elizabeth nie zastanawiała się, dokąd ma jechać, odepchnęła wszystkie 

myśli, zobaczyła przed oczyma Milesa i popędziła galopem, a Daglas, Jarl i Francis za nią. 

Kopyta czterech koni zadudniły na wąskiej, niebezpiecznej drodze wyjazdowej z Larenston. 

Potem skręcili w prawo i pomknęli ścieżką nad przepaścią.

Nie czuła strachu ani o siebie, ani o ludzi jadących z tyłu. Gdy wypadli na szeroką 

przestrzeń, zwolniła tylko na moment. Na lewo ciągnęły się ziemie MacGregora, a na prawo 

nie znane jej terytorium. Pchnęła konia w prawo, wyczuwając, że tędy muszą jechać.

Jeden z mężczyzn krzyknął do niej w pewnej chwili, ostrzegając przed niską gałęzią, 

która o mało nie zmiotła Elizabeth z konia. W porę położyła się na szyi zwierzęcia. Poza tym 

pędzili cały czas w milczeniu.

Przebyli  już duży szmat drogi, kiedy z wysokich traw wyłonił się Rab szczekając 

zajadle, jakby czekał tu na Elizabeth. Poprowadził ich do celu.

Musieli zwolnić, by przedrzeć się przez fragment tak gęstego lasu, że nie docierały tu 

prawie promienie słońca. Rab zaczął znów szczekać, zanim jeszcze kogokolwiek dostrzegli. 

Bronwyn i jej ludzie stali w grupce, przyglądając się czemuś na ziemi. Obok klęczał sir Guy. 

Bronwyn odwróciła się, słysząc swego psa, i podniosła zdziwione oczy. Elizabeth w biegu 

zeskoczyła z konia i rozepchnęła stojących ciasno ludzi.

background image

Miles leżał na ziemi z zamkniętymi oczami, całe jego ciało pokryte było krwią. Pod 

strzępami ubrania zobaczyła głębokie rany w lewym udzie i prawym boku.

Odepchnęła sir Guya, uklękła, położyła głowę Milesa na swoich kolanach i krańcem 

sukni zaczęła wycierać mu krew z twarzy.

- Ocknij się, Montgomery - powiedziała stanowczo, bez cienia czułości czy żalu w 

głosie. - Ocknij się i spójrz na mnie.

Wydało jej się, że minęła wieczność, zanim jego rzęsy drgnęły. Spojrzał na nią ze 

słabym uśmiechem i znowu zamknął powieki.

- Aniele... szepnął.

- Wody - powiedziała do osłupiałych ludzi wokół. - Potrzebuję wody do przemycia 

ran. Jest tu gdzieś w pobliżu jakaś zagroda? - Gdy Bronwyn skinęła głową, ciągnęła: - Jedźcie 

tam, zabierzcie mieszkańców do Larenston i zostawcie mnie z nim samą. Bronwyn, przyślij 

Morag z ziołami, będą mi też potrzebne ostre stalowe igły i nić. Guy! Postaraj się o duży pled, 

zaniesiemy go na nim do chałupy. No! Szybko!

Ludzie   natychmiast   rozbiegli   się   na   wszystkie   strony.   Na   chwilę   przed   odjazdem 

Bronwyn uśmiechnęła się i rzuciła do Elizabeth:

- Czy aby na pewno nie jesteś Szkotką? Elizabeth pochyliła się nad Milesem.

- Wszystko  będzie dobrze, Montgomery...  Zajmę się tobą. Chwyciła  sztylet  leżący 

obok na ziemi i zaczęła rozcinać ubranie, żeby zbadać rany. Całe ciało spływało krwią. Rab 

podbiegł, kiedy kawałkami odcinała koszulę Milesa.

- Skąd tyle krwi, Rab? - spytała. - Idź i znajdź to, co wyrządziło Milesowi krzywdę.

Pies oddalił się głośno ujadając.

Z ulgą stwierdziła, że w górnej części ciała jest tylko jedna rana, niezbyt głęboka, 

wymagająca   jednak   zszycia.   Na   lewym   ramieniu   było   kilka   długich,   ale   niegroźnych 

zadrapań. Natomiast nogi wyglądały źle. Rana na udzie była bardzo głęboka, a na kostce 

jeszcze kilka mocno krwawiących miejsc.

Odwróciła go na bok, żeby sprawdzić, czy nie ma więcej ran na plecach.

Miles z jękiem otworzył oczy i popatrzył na nią.

- Będziesz musiała na mnie usiąść, Elizabeth, bo całą cię zakrwawię... - powiedział, 

zerkając na swoje nagie ciało.

- Cicho! - rozkazała. - Oszczędzaj teraz siły. W tym momencie Rab przyciągnął na 

polanę ogromnego martwego dzika z długimi kłami. Pysk zwierzęcia był cały we krwi, a w 

boku zobaczyła kilka ran od sztyletu.

- Powaliłeś więc dzika - powiedziała z niesmakiem, delikatnie okrywając go pledem, 

background image

który zdjęła z ramion. - Koniecznie musiałeś się sam z nim zmierzyć?

Nagle zauważyła, że Rab ciągnie drugiego martwego dzika. Przetarła Milesowi twarz i 

powiedziała:

- Przeniesiemy cię kawałek stąd, tam będzie ciepło i spokojnie. A teraz odpoczywaj.

Na polanie pojawił się sir Guy z jakimś mężczyzną i kobietą. Wszyscy nieśli ogromne, 

ciężkie pledy.

- Na ogniu w chałupie stoi zupa, a w piecu jest placek owsiany - powiedziała kobieta. - 

Bronwyn przyśle więcej pledów, jeśli trzeba.

Sir Guy przyklęknął i odsłoniwszy pled, przyglądał się ranom Milesa. Podniósł wzrok, 

gdy Rab przywlókł kolejnego zwierza.

- Ile ich jest? - spytała Elizabeth.

- Pięć - odpowiedział Guy. - Musiał natknąć się na całą rodzinę dzików. Miał tylko 

miecz i mały sztylet, ale zabił wszystkie pięć i udało mu się jeszcze tu przyczołgać. Rab 

zaprowadził nas do padliny, lecz zniknął, zanim odnaleźliśmy lorda Milesa.

- Pies pobiegł po mnie - powiedziała Elizabeth. - Dasz radę go zanieść?

Sir Guy ostrożnie i bez wielkiego wysiłku uniósł ciało swego pana, jakby to było 

dziecko. Rany zaczęły mocniej krwawić.

- Powoli! - prawie krzyknęła, lecz spojrzenie sir Guya zaraz ją uspokoiło.

Rycerz poniósł Milesa do wiejskiej zagrody na skraju lasu i ułożył go delikatnie na 

wąskim łóżku w chałupie. Jedynym źródłem światła w maleńkiej izbie było palenisko, a obok 

łóżka stał sklecony z desek stół i dwa krzesła.

Nad ogniem kipiała woda w garnku. Elizabeth zmoczyła we wrzątku pozostawione tu 

dla niej kawałki czystego materiału i zaczęła myć Milesa. Sir Guy uniósł go i pomógł jej 

ściągnąć resztki zakrwawionego ubrania. Z ulgą stwierdziła, że na plecach i nogach, oprócz 

drobnych zadrapań, nie ma więcej ran.

Kończyła mycie, gdy pojawiły się Bronwyn i Morag z dużym koszem ziół.

- Nie widzę już tak dobrze jak kiedyś - powiedziała Morag, przyglądając się dwóm 

głębokim ranom Milesa. - Ktoś musi to pozszywać.

- Ja to zrobię - odezwała się Elizabeth. - Powiedz tylko jak. Wkrótce przekonała się, że 

zszywanie ludzkiej skóry to zupełnie co innego niż zwykłe szycie. Sztywniały jej wszystkie 

mięśnie   za   każdym   razem,   gdy   wbijała   igłę   w   ciało   Milesa.   Leżał   spokojnie,   ledwie 

oddychając,   blady   jak   kreda   od   upływu   krwi.   Bronwyn   nawlekała   nitki,   odcinała   je   po 

założeniu szwu i wiązała supełki. W końcu Elizabeth drżącą ręką odłożyła igłę.

- Wypij to - rozkazała Bronwyn.

background image

- Co to jest? - spytała.

- Bóg jeden wie. Już dawno temu nauczyłam się nie pytać Morag, co wsypuje do 

swoich mikstur. Cokolwiek by to było, ma okropny smak, ale przyniesie ci ulgę.

Elizabeth   wysączyła   płyn  opierając   się   o   ścianę.   Kiedy   Morag   zbliżyła   kubek   do 

zbielałych warg Milesa, znów podeszła do łóżka i przytrzymując mu głowę szepnęła:

- Pij... Musisz odzyskać siły. Popatrzył na nią spod przymkniętych powiek.

- Cudowny   smak...   -   szepnął,   przełknąwszy   napar.   Morag   parsknęła   drwiąco   i 

stwierdziła:

- Nie podniesie się z łóżka przez rok, jeśli będziesz go tak rozpieszczać.

- Nie martw się! - rzuciła ostro. Bronwyn roześmiała się.

- Usiądź i odpocznij, Elizabeth. Powiedz mi, skąd wiedziałaś, że Miles jest ranny. 

Przyjechałaś w chwili, gdy go znaleźliśmy.

Elizabeth usiadła na podłodze przy głowie Milesa, oparła się o ścianę i wzruszyła 

ramionami. Nie miała pojęcia, skąd o tym wiedziała. Po prostu wiedziała.

Nie odpoczywała długo. Morag przygotowała następne lekarstwo i kazała podać je 

Milesowi.

Z nadejściem nocy Bronwyn wróciła do Larenston. Elizabeth usiadła przy Milesie i 

wpatrywała się w niego z niepokojem. Morag, kiwając głową, przysnęła na krześle.

- Jaka... - szepnął. - Jaka jest żona Raine'a? Pomyślała, że majaczy w gorączce, nie 

widziała przecież nigdy ani Raine'a, ani jego żony.

- Śpiewaczka...   - powiedział  cicho   Miles. -  Pagnell...  Te  dwa  słowa  pozwoliły  jej 

skojarzyć.   Była   zaskoczona,   że   jeden   z   lordów   Montgomerych   ożenił   się   z   dziewczyną 

niskiego stanu. Opowiedziała mu o spotkaniu z Alyx Blackett, o jej przepięknym głosie i o 

tym, jak próbowała wyrwać ją ze szponów Pagnella, co doprowadziło do jej porwania. Miles 

uśmiechnął się i sięgnął po jej dłoń. Trzymając ją za rękę, zasnął. Na niebie pojawiły się 

właśnie pierwsze błyski wschodzącego słońca.

Morag zbudziła się i zaczęła przygotowywać  kolejną mieszankę z ziół, suszonych 

grzybów i jakichś innych składników, których Elizabeth nie znała.

Razem   zmieniły   rannemu   ciężkie   od   krwi   bandaże   i   Morag   przyłożyła   do 

pozszywanych miejsc ciepłe, nasączone ziołowym wywarem okłady.

Miles spał jeszcze po południu i Elizabeth pierwszy raz wyszła przed chatę. Sir Guy 

siedział pod drzewem. Tylko popatrzył na nią pytająco.

- Śpi - powiedziała. Guy skinął głową i zapatrzył się przed siebie.

- Nie każdy wyszedłby cało ze spotkania z pięcioma dzikami - odezwał się z dumą.

background image

Elizabeth miała łzy w oczach. Położyła drżącą dłoń na ramieniu olbrzyma.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by wyzdrowiał.  Sir Guy pokiwał głową nie 

patrząc na nią.

- Nie masz żadnego powodu, by o niego dbać. Źle cię potraktowaliśmy.

- Nie   -   odpowiedziała.   -   Ofiarowano   mi   więcej   niż   dobre   traktowanie;   dostałam 

miłość.

Odwróciła   się  i  poszła   do  strumienia  przepływającego  przez   ziemię   MacArranów. 

Umyła się, związała włosy i otulona w pled usiadła, żeby chwilę odpocząć. Kiedy się ocknęła, 

zapadła już noc. Niedaleko siedział sir Guy.

Półprzytomna ze snu pobiegła do chaty.

Miles nie spał, a na jej widok twarz mu pojaśniała.

- No, jest nareszcie... - zagderała Morag. - Może teraz trochę tego wypijesz.

- Elizabeth... - szepnął. Podtrzymała mu głowę, gdy pił, a potem cicho siedziała obok, 

dopóki nie zasnął.

background image

13

Nie wolno ci wstawać - powiedziała nie znoszącym sprzeciwu tonem. - Zbyt wiele 

nocy nie zmrużyłam oka, opatrując ci rany, żebyś teraz zerwał szwy.

Popatrzył jej błagalnie w oczy.

- Proszę,  Elizabeth...  Przez  chwilę  gotowa była  ustąpić,  lecz potrząsnęła  głową ze 

śmiechem i powiedziała:

- Ty podstępny zdrajco... Leż spokojnie albo przywiążę cię do łóżka.

- Tak?... - spytał, unosząc zabawnie brwi. Zaczerwieniła się, zdając sobie sprawę, co 

ma na myśli.

- Zachowuj się przyzwoicie! Chcę, żebyś więcej jadł. Nigdy nie wyzdrowiejesz, jeśli 

nie będziesz jadł.

Chwycił ją za rękę i z zaskakującą siłą przyciągnął do siebie. A może to ona nie miała 

ochoty się opierać? Miles siedział w łóżku, oparty o poduszki. Ostrożnie położyła się obok 

niego.   Dopiero   cztery   dni   temu   rany   ostatecznie   zaczęły   się   zabliźniać,   ale   młodość   i 

naturalna odporność Milesa sprawiały, że szybko przychodził do siebie. Wciąż był słaby i 

obolały, lecz zdrowie stopniowo powracało.

- Dlaczego   przy   mnie   siedziałaś?   Jedna   ze   służących   Bronwyn   mogła   się   mną 

zajmować.

- I wskoczyć ci do łóżka, żebyś pozrywał sobie szwy, tak?

- spytała zaczepnie.

- Porozrywam   szwy, jeśli  będziesz  mnie   rozśmieszać.  Jak  mógłbym  dotknąć   innej 

kobiety, kiedy jesteś tak blisko?

- Gdy odejdę, z pewnością odzyskasz fantazję w tych sprawach.

Zanurzył palce w jej włosach, odchylił głowę do tyłu i pocałował żarliwie.

- Nie dotarło jeszcze do ciebie, że jesteś moja? - szepnął.

- Kiedy to w końcu zrozumiesz?

Nie czekając na odpowiedź, znów ją pocałował. Elizabeth odwzajemniła pocałunek, 

wkładając w tę pieszczotę całą determinację, spowodowaną napięciem ostatnich dni.

Błysk stali na gardle Milesa sprawił, że odskoczyła od niego. Miles odruchowo sięgnął 

do boku po broń, lecz ręka trafiła na puste miejsce pod pledem.

Nad nimi stał Roger Chatworth. Z nienawiścią w oczach przyciskał ostrze miecza do 

szyi Milesa.

- Nie   -   powiedziała   Elizabeth,   odsuwając   się   od   Montgomeryego.   -   Nie   rób   mu 

background image

krzywdy.

- Chętnie zabiłbym wszystkich Montgomerych - odezwał się głucho Chatworth.

Miles jednym ruchem przesunął się na skraj łóżka i chwycił Rogera za nadgarstek.

- Nie! - krzyknęła Elizabeth i przywarła do ramienia brata. Bandaże Milesa zaczęły 

purpurowieć.

- Jest ranny - powiedziała Elizabeth. - Zabiłbyś człowieka, który nie może się bronić?

Roger odwrócił do niej twarz.

- Należysz już do nich? Czy Montgomerowie tak zatruli ci serce, że więzy krwi nic dla 

ciebie nie znaczą?

- Nie, Rogerze, oczywiście, że nie.

Starała się nie tracić opanowania. W oczach; brata widziała coś tak dzikiego, że nie 

śmiała go drażnić. '

Miles leżał pod ścianą, z trudem chwytając powietrze wiedziała jednak, że w każdej 

chwili może rzucić się na Rogera, rozrywając jeszcze bardziej rany.

- Przyjechałeś po mnie?

Przez chwilę obaj mężczyźni nie odrywali od niej wzroku. Musi odjechać z bratem. 

Inaczej Roger zabije Milesa. Była tego pewna. Roger był wyczerpany, wściekły i niewiele do 

niego teraz docierało.

- Dobrze będzie pojechać do domu - odezwała się z wymuszonym uśmiechem.

- Elizabeth! - ostrzegł ją Miles. Nie zwracała na niego uwagi.

- Chodź, Rogerze, na co czekasz? - Serce biło jej tak mocno, że prawie nie słyszała 

własnego głosu.

- Elizabeth! - krzyknął Miles, przyciskając dłoń do rany w boku.

Roger przez chwilę z wahaniem patrzył to na jedno, to na drugie.

- Pospiesz się, Rogerze! Nie dość długo byłam poza domem?

Odwróciła się, żeby wyjść. Przy drzwiach stanęła i popatrzyła bratu w oczy. Nie miała 

odwagi spojrzeć na Milesa. Wiedziała, że jeśli to zrobi, straci panowanie nad sobą i Rogerem.

Powoli, jakby nie dowierzając, Roger ruszył do wyjścia. Niedaleko zagrody czekał 

koń. Elizabeth bała się rozejrzeć - wiedziała, że gdzieś tu musi leżeć ciało sir Guya. Tylko 

śmierć mogła powstrzymać olbrzyma od walki w obronie Milesa.

Z chaty dobiegł straszliwy wrzask:

- Elizabeth!!! Ze ściśniętym boleśnie gardłem pozwoliła bratu wsadzić się na konia.

- Potrzebujemy jedzenia - powiedział nagle i odwrócił się.

- Roger! - krzyknęła. - Jeśli go skrzywdzisz, ja... Nie słuchał. Zsunęła się z konia i 

background image

pobiegła za nim. Za późno.

Roger uniósł miecz i zadał Milesowi cios w ramię, po czym powiedział do leżącego 

we krwi:

- Żona   Raine'a   uratowała   mi   życie   i   jej   teraz   zawdzięczasz   swój   podły   żywot.   - 

Odwrócił się do Elizabeth, skamieniałej na progu. - Wsiadaj na konia albo z nim skończę, 

zanim jeszcze wykrwawi się na śmierć.

Drżąc cała podeszła do wierzchowca. Po chwili Roger siedział już za nią i ruszyli 

dzikim pędem.

Elizabeth siedziała nad haftem naciągniętym na ramę. Wyszywała kapę na ołtarz z 

wizerunkiem świętego Jerzego zabijającego smoka. W rogu był chłopiec niezwykle przypo-

minający Kita, a święty Jerzy... miał rysy podobne do Milesa Montgomery'ego. Przerwała na 

chwilę, czując w brzuchu kopnięcie dziecka.

Naprzeciwko siedziała Alice Chatworth. Z lustrem w dłoni studiowała uważnie nie 

zeszpeconą połowę swojej twarzy.

- Byłam kiedyś tak piękna... - powiedziała. - Żaden mężczyzna nie mógł mi się oprzeć. 

Wszyscy gotowi byli złożyć życie u moich stóp. Wystarczyło jedno spojrzenie, bym dostała 

to, czego pragnę.

Odwróciła lusterko do drugiej strony twarzy.

- Dopóki Montgomery mi tego nie zrobili! - zasyczała. - Judith Revedoune zazdrościła 

mi   urody.   Ten   przebrzydły,   piegowaty   rudzielec   nie   mógł   znieść,   że   Gavin   darzy   mnie 

uczuciem.

Elizabeth jęknęła i nie zważając na nienawistne spojrzenie Alice odwróciła się do 

Rogera. Pogrążony w myślach, stał przed kominkiem z kielichem wina w dłoni.

- Rogerze, nie przespacerowałbyś się ze mną po ogrodzie?

Jak zwykle, zanim spojrzał Elizabeth w twarz, jego wzrok spoczął na jej brzuchu.

- Nie, muszę porozmawiać z zarządcą - wymamrotał niewyraźnie, nie spuszczając z 

niej oczu.

Czuła, co chce powiedzieć; to samo, co powtarzał juz wielokrotnie: „Zmieniłaś się, 

Elizabeth”.

Od dwóch tygodni żyła znów u boku brata i rodziny, i sama zdawała sobie sprawę, jak 

bardzo odmieniło ją te pięć miesięcy z Montgomerymi. Zbyt mało czasu minęło, by zmienić 

cokolwiek w domu Chatworthów, lecz wiedziała, że ona sama stała się inną osobą.

Zawsze wierzyła głęboko, że Roger różni się od Edmunda, teraz jednak zrozumiała, że 

ich dom niewiele zmienił się od śmierci najstarszego z braci. Roger znosił obecność Alice, 

background image

gdyż po prostu jej nie zauważał. Żył ogarnięty tak głębokim wewnętrznym niepokojem o 

Elizabeth i Briana, że do jego świadomości nie docierało wiele z tego, co dzieje się wokół.

Elizabeth zaledwie zsiadła z konia, zmęczona po wielu dniach podróży, kiedy dwóch 

ludzi Rogera, którzy dawniej służyli Edmundowi, zaczęło robić dwuznaczne uwagi, dając do 

zrozumienia, że nie mogą doczekać się chwili, gdy spotkają ją gdzieś sam na sam.

W   pierwszym   momencie   poczuła   strach.   Jakby   nigdy   nie   opuszczała   tego   domu. 

Przypomniała   sobie   natychmiast   wszystkie   chytre   sztuczki,   mające   na   celu   pozbycie   się 

natrętnych mężczyzn. Lecz stanął jej też nagle przed oczami sir Guy. Jak złamała mu palce u 

stopy, jak tygodniami kuśtykał - i jak potem siedziała przy nim, widząc w oczach olbrzyma 

łzy troski o człowieka, którego oboje kochali.

Nie pozwoli, by znów opanował ją strach. Dużo wysiłku kosztowało ją zwalczenie 

lęków wobec mężczyzn i nie zmarnuje tego, co osiągnęła.

Odwróciła się do Rogera i zażądała, żeby natychmiast wyrzucił tych ludzi z zamku.

Zaskoczony Roger wyprowadził ją szybko ze stajni. Próbował ją zbesztać za to dziwne 

według niego zachowanie, lecz Elizabeth nie chciała słuchać. Odkrycie, że jego kochana mała 

siostrzyczka śmie z nim dyskutować, w równej mierze go zdumiało, co zabolało. Wyratował 

ją przecież z tego piekła Montgomerych, a ona narzeka, zamiast okazać wdzięczność.

Tego   dnia   po   raz   pierwszy   w   życiu   Elizabeth   powiedziała   mu   całą   prawdę   o 

Edmundzie. Roger zbladł jak ściana i upadł na fotel. Wyglądał jak zbity pies. Przez wszystkie 

te   lata   sądził,   że   chroni   swoją   ukochaną   młodszą   siostrę,   a   ona   żyła   w   prawdziwym 

koszmarze. Nie miał pojęcia, że Edmund zabierał ją z klasztoru, gdy tylko Roger wyjeżdżał z 

domu. Nie wiedział, że musiała bronić się przed napastliwymi zaczepkami ludzi Edmunda.

Kiedy skończyła mówić, Roger gotów był zamordować tych dwóch ze stajni.

Z   furią   Rogera   Chatwortha   należało   się   liczyć.   Po   trzech   dniach   domowników 

ogarnęło przerażenie. Wielu ludzi zostało wygnanych, a jeśli jakiś mężczyzna śmiał tylko 

krzywo  spojrzeć na Elizabeth, mówiła o tym Rogerowi. Nie miała zamiaru znosić więcej 

żadnych   zniewag.   Kiedyś   nie   wiedziała,   jak   powinna   być   traktowana   dama,   gdyż   znała 

jedynie zwyczaje Edmunda, ale teraz miała za sobą kilkumiesięczny pobyt w miejscu, gdzie 

nie musiała bać się samotnych spacerów po ogrodzie.

Roger był jednak tak wstrząśnięty jej żądaniami i rozmową, którą przeprowadzili, że 

dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo ona i Brian chronili go przed okrutną prawdą. Potrafił 

być   czuły,   a   jednocześnie   nieobliczalny.   Raz   spróbowała   porozmawiać   z   nim   o 

Montgomerych, lecz wybuchnął taką nienawiścią, że przerażona umilkła.

Ponieważ nie widział Elizabeth przez kilka miesięcy, od razu zauważył zmianę w jej 

background image

wyglądzie. Dumnie wyprostowana, przyznała bez cienia zażenowania, iż nosi dziecko Milesa 

Montgomery' ego.

Spodziewała się ataku wściekłości i była na to przygotowana. Lecz głęboko zranione 

spojrzenie Rogera zupełnie wytrąciło ją z równowagi.

- Odejdź. Zostaw mnie samego - powiedział prawie szeptem.

Bez słowa poszła do siebie i zapłakana wtuliła twarz w poduszkę, tak jak każdej nocy, 

odkąd wróciła do domu. Czy Miles zdaje sobie sprawę, że odeszła, by ratować jego życie? A 

może ją znienawidził? Co o jej zniknięciu powiedzieli Kitowi? Leżała na łóżku i wspominała 

wszystkich ludzi ze Szkocji, którzy stali się jej bliscy.

Bardzo chciała wysłać wiadomość do Szkocji, ale nie było nikogo, komu mogłaby z 

zaufaniem powierzyć list. Wczoraj, gdy wyszła na popołudniowy spacer, jakaś nieznajoma 

stara   kobieta   ofiarowała   jej   kosz   owoców.   Odmówiła,   lecz   kobieta   uniosła   szmatę 

zakrywającą pakunek i odsłoniła charakterystyczną kokardę - emblemat MacArranów. Kiedy 

Elizabeth natychmiast chwyciła kosz, staruszka zniknęła.

W   domu   wygrzebała   spośród   owoców   list   od   Bronwyn,   która   pisała,   że,   w 

przeciwieństwie do Milesa, rozumie, dlaczego Elizabeth odjechała z Rogerem. Sir Guy został 

raniony trzema strzałami, ale sądzą, że przeżyje. Miles, pozostawiony sam w chacie, wpadł w 

furię i pozrywał wszystkie szwy na ranach. Kiedy Morag go znalazła, leżał nieprzytomny w 

gorączce i przez trzy dni drżeli o jego życie. Stephen wrócił z obozu Raine'a, gdy tylko 

dowiedział się o stanie najmłodszego brata. Pełen nadziei co do rychłego końca waśni między 

ich rodzinami, przywiózł wieść, że Raine wziął pod swoje skrzydła Briana. Bronwyn dodała 

na końcu, że Miles powoli wraca do zdrowia i że nie pozwala wymawiać jej imienia.

Wspominając to ostatnie zdanie, poczuła lodowaty dreszcz.

- Powinnaś włożyć płaszcz - odezwał się z tyłu Roger.

- Nie - powiedziała cicho. - Pled mi wystarczy.

- Dlaczego machasz mi tym przed nosem? - wybuchnął Roger. - Czy nie dość, że 

nosisz w łonie dziecko Montgomeryego?

- Rogerze, ta nienawiść musi się skończyć. Chcę...

- Chcesz być dziwką mojego wroga! - rzucił z wściekłością. Odwróciła się na pięcie, 

żeby odejść, ale przytrzymał ją za ramię i popatrzył czule w oczy.

- Nie możesz spojrzeć na to z mojej strony? Miesiącami szukałem cię po całym kraju. 

Pojechałem do Raine'a Montgomeryego, żeby dowiedzieć się, gdzie jesteś, a on wyciągnął 

przeciw mnie miecz. Gdyby ta jego nowa żona nie stanęła między nami, już nie byłoby mnie 

wśród żywych. Na kolanach poszedłem do króla, sądzisz, że łatwo mi to przyszło? Nie darzę 

background image

wielką miłością człowieka, który ukarał mnie tak srogą grzywną po tym, co przydarzyło się 

Mary Montgomery, ale dla ciebie powlókłbym się na kolanach do samego diabła.

Umilkł na chwilę i położył jej ręce na ramionach.

- Przedostanie się do Szkocji też nie było proste, lecz kiedy cię znalazłem, przyklejałaś 

się do Montgomeryego, jakbyś chciała się z nim stopić. I to twoje przedstawienie!

Czułem się jak wróg, tylko dlatego, że ratuję siostrę z rąk człowieka, który ja uwięził i 

pozbawił cnoty. Wytłumacz mi to, Elizabeth... - szepnął.

Opuściła głowę na jego pierś.

- Jak   mam   ci   wytłumaczyć?   Jak   opowiedzieć,   co   przeżyłam   przez   ostatnie   pięć 

miesięcy? Poznałam miłość i...

- Miłość! Myślisz, że jeśli mężczyzna bierze cię do łóżka, to znaczy, że cię kocha? 

Czy   Montgomery   przyrzekł   ci   dozgonną   miłość?   Czy   poprosił,   żeby   kobieta   z   rodu 

Chatworthów została jego żoną?

- Nie, ale... - zaczęła.

- Elizabeth, jak niewiele wiesz o mężczyznach! Byłaś dla niego zabawką. Nie wiesz, 

że cała rodzina Montgomerych śmieje się teraz, ze Chatworthówna urodzi bękarta? Wydaje 

im się, że wygrali.

- Wygrali! - parsknęła, odsuwając się od niego. - nienawidzę tej fałszywej gry! Mam 

kiedyś   powiedzieć   memu   dziecku,   że   było   pionkiem,   użytym   w   głupim   sporze   między 

rodzinami?

- Głupim sporze? Jak możesz mówić coś podobnego, gdy Brian zniknął i nienawidzi 

mnie pewnie z powodu Montgomerych?

Nie powiedziała mu, że spotkała Briana w Szkocji.

- Czy   nigdy   nie   pomyślałeś,   Rogerze,   że   to   z   twojego   powodu   Brian   odszedł? 

Chciałabym usłyszeć od ciebie, co zdarzyło się Mary Montgomery.

Odwrócił wzrok.

- Byłem pijany. To był straszliwy... wypadek. - Znów spojrzał na nią łagodnie. - Nie 

mogę wrócić życia tej kobiecie, a król już mnie ukarał. Brian odszedł, a ty wracasz od mojego 

wroga z jego dzieckiem w łonie. I zamiast miłości, którą zawsze dla mnie miałaś, zadajesz 

tylko pytania, nie ufasz mi. Jak jeszcze chcesz mnie ukarać?

- Wybacz, Rogerze... - powiedziała cicho. - Może rzeczywiście się zmieniłam. Nie 

wiem,   czy   Miles   mnie   kocha.   Nie   wiem,   czy   zechciałby   mnie   poślubić   i   dać   nazwisko 

dziecku. Wiem natomiast, że ja go kocham, i gdyby poprosił, poszłabym za nim na koniec 

świata.

background image

W oczach Rogera zobaczyła, jak wielki ból sprawiły mu te słowa.

- Jak to się stało, że odwróciłaś się ode mnie? Czy ten mężczyzna jest tak dobry w 

łóżku,   że   zapomniałaś,   jak   zawsze   cię   kochałem?   Pięć   miesięcy   z   nim   przekreśliło 

osiemnaście lat ze mną?

- Nie, Rogerze. Kocham cię. Zawsze cię będę kochała. Pragnę mieć was obu.

Uśmiechnął się.

- Jakże jesteś młoda, Elizabeth. Pragniesz mężczyzny, którego, o ile wiem, pragnie 

połowa kobiet w Anglii, który bierze cię do łóżka, czyni brzemienną i nigdy nie wspomina o 

małżeństwie. I co to by było za małżeństwo? Zajmowałabyś się wszystkimi jego bękartami, 

tak jak tym najstarszym synem?

- Co możesz wiedzieć o Kicie?

- Wiele wiem o swoich wrogach. Miles Montgomery lubi kobiety. Jesteś dla niego 

jedną z wielu i szanuję go choć za to, że nie okłamywał cię, że będziesz jego jedyną miłością.

Dotknął jej ramienia.

- Elizabeth, jeśli chcesz męża, znajdę ci kogoś. Znam kilku mężczyzn, którzy wzięliby 

cię z dzieckiem innego i dobrze by cię traktowali. Ten Montgomery doprowadziłby cię do 

rozpaczy w ciągu roku.

- Może...   -   powiedziała,   starając   się   myśleć   logicznie.   Może   pieszczoty   Milesa 

odebrały jej   rozum?  Był   dla  niej  dobry,  ale  tak  samo  zachowywał  się  wobec  służących. 

Gdyby zdradziła dla niego brata, zasłużyłaby na nienawiść Rogera. Co czułaby do Milesa za 

kilka lat? A gdyby ktoś dla żartu „podarował” mu ładną młodą kobietę? Czy wtedy też stwier-

dziłby, że do niego należy? Czy z uśmiechem przywiózłby ją Elizabeth do domu, oczekując, 

że żona zajmie się dziewczyną tak samo jak jego nieślubnymi dziećmi?

- Pozwól mi znaleźć kogoś dla ciebie. Sprowadzę wielu mężczyzn i wybierzesz, kogo 

zechcesz. Przynajmniej ich poznasz. Jeśli wolisz zostać niezamężna, nie mam nic przeciw 

temu.

Popatrzyła na niego z miłością. Wyśmiewano by się z Rogera, że pozwolił siostrze 

urodzić nieślubne dziecko. Niektórzy powiedzieliby, że Elizabeth zasługuje na śmierć, jeśli 

odmówi zamążpójścia. Roger wycierpiał wiele zniewag w ostatnich latach, gotów był jednak 

znieść jeszcze więcej dla jej dobra.

Odpowiedział słabym uśmiechem na jej czułe spojrzenie. Po raz pierwszy wyglądał, 

jakby jego życie nabrało jakiegoś sensu.

- Dobrze, obejrzę sobie tych mężczyzn - obiecała z głębi serca.

Całą   duszą   postara   się   zakochać   w   którymś   z   nich.   Będzie'   miała   dobrego, 

background image

kochającego męża, gromadkę dzieci i braci, bo przecież uda jej się jakoś pogodzić Rogera z 

Brianem.

Następne dni wiele ją nauczyły na temat miłości. Przed poznaniem Milesa nie miała 

pojęcia, czym jest to uczucie. Nigdy nawet nie sądziła, że pokocha mężczyznę, potem jednak 

pojawił się Montgomery i przewrócił wszystko do góry nogami. Pokochała go w ciągu tych 

pięciu   miesięcy,   kiedy   okazał   jej   szacunek,   cierpliwość,   nauczył   cieszyć   się   i   śmiać. 

Wiedziała, że zawsze będzie miała do niego słabość, lecz na świecie jest wielu dobrych i 

miłych mężczyzn. Wystarczy, że zakocha się w jednym z nich i problem zostanie rozwiązany.

Nie doceniała jednak siły swego uczucia do Milesa. Roger urządził prawdziwą paradę 

kandydatów:  wysokich,  niskich, szczupłych,  grubych,  brzydkich,  tak  przystojnych,  że nie 

można   było   oderwać   od   nich   oczu,   nadętych   fanfaronów   i   zuchwałych   awanturników. 

Niektórzy byli zabawni, a jeden nawet pięknie śpiewał. Defilada zdawała się nie mieć końca.

Na   początku   Elizabeth   pochlebiały   ich   zaloty,   lecz   już   po   kilku   dniach   zaczęły 

powracać dawne lęki. Podskakiwała cała i chwytała przy stole nóż, gdy jakiś mężczyzna 

dotknął jej ramienia. Po tygodniu wynajdywała już różne wymówki, żeby zostać w swojej 

komnacie. Poza tym przebywała tylko w towarzystwie Rogera.

Pewnego   dnia   brat   nagle   wyjechał.   Bez   słowa   wyjaśnienia   zabrał   ośmiu   ludzi   i 

galopem wypadli z zamku. Służąca powiedziała, że Roger otrzymał wiadomość od brudnego, 

szczerbatego włóczęgi i natychmiast wyruszył, wrzuciwszy list do kominka.

Elizabeth była bliska łez na myśl, że na dole znajduje się dwunastu gości, a ona jest 

przecież gospodynią. Nie mogła spokojnie rozmawiać z jednym mężczyzną, gdyż cały czas 

zastanawiała się obsesyjnie, gdzie są i co robią pozostali. Rezultat kilkumiesięcznych starań 

Milesa zaczynał znikać. Raz nawet rozbiła wazę na głowie człowieka, który ważył się wejść 

za nią na schody. Zakasawszy suknię pobiegła do swej komnaty i zamknęła się na rygiel.

Długo leżała na łóżku, a jedyna myśl, jaka jej przychodziła do głowy, to obraz Milesa. 

Gdy poznawała jakiegoś mężczyznę, natychmiast porównywała go z Milesem. Przedstawiono 

jej kilku naprawdę przystojnych rycerzy, lecz o każdym myślała na przykład, że za bardzo 

macha rękami albo coś równie absurdalnie nieistotnego. A pewnej nocy pozwoliła pocałować 

się w ogrodzie. Oprzytomniała dosłownie w momencie, gdy podniosła obcas nad jego stopą, 

nie opanowała się jednak do końca i wytarła usta wierzchem dłoni. Nieszczęsny wielbiciel był 

zdruzgotany.

Bardzo się starała, ale żaden z mężczyzn nie budził w niej nawet zainteresowania. 

Marzyła,   by  spotkać  się  z   Bronwyn i   poprosić   o  radę.  Obmyślała,  jak   przekazać  list   do 

Szkocji, kiedy świat zawalił jej się na głowę.

background image

Wynędzniały, z dziko pałającymi oczami, wrócił Roger. Przywiózł ze sobą okaleczone 

ciało Briana. Popatrzył na Elizabeth, jakby jej nie poznawał, ostrożnie wniósł ciało brata na 

górę i zamknął się z nim w - swojej komnacie. Wyszedł stamtąd dopiero po dwóch dniach, 

blady, z podkrążonymi oczami.

- Twoi Montgomery to zrobili - wycharczał, przechodząc obok Elizabeth i Alice.

Pochowali Briana tego samego popołudnia. Elizabeth, płacząc nad obydwoma braćmi, 

zasadziła na grobie róże. Alice nie dawała jej spokoju, jazgocząc, że rodzina Montgomerych 

musi   zapłacić   za   wszystkie   wyrządzone   im   krzywdy.   Była   maniakalnie   zafascynowana 

lampami oliwnymi i wciąż je przestawiała albo nosiła ze sobą, wpatrując się w cienie na 

murach. Obwieściła, że dziecko Elizabeth będzie naznaczone przez szatana i przeklęte na 

wieki.

Goście jeden po drugim opuścili okryty żałobą i tchnący szaleństwem dom. Elizabeth 

została sama ze swoją bratową.

Na   początku   marca   przyjechał   posłaniec   od   króla.   Było   to   nazajutrz   po   tym,   jak 

człowiek wysłany przez Elizabeth odnalazł Rogera w kamiennej chacie pasterskiej gdzieś na 

pustkowiu. Wyglądał jak cień, z brodą zasłaniającą zapadnięte policzki, długimi, brudnymi 

włosami i dzikim spojrzeniem.

W milczeniu przeczytał przy Elizabeth list, po czym wrzucił go do ognia na kominku.

- Odpowiedz królowi, że nie - powiedział spokojnie i wyszedł z komnaty.

Nie miała  pojęcia, jaka  była  treść listu.  Tak taktownie, jak tylko  umiała,  odesłała 

królewskiego posłańca i postanowiła czekać. Cokolwiek to było, dowie się wkrótce, gdy do 

króla dotrze odmowa Rogera. Położyła rękę na coraz większym brzuchu i rozmyślała, czy jej 

dziecko będzie musiało wzrastać z piętnem bękarta.

background image

14

Sześć   dni   po   wizycie   królewskiego   posłańca   Elizabeth   spacerowała   samotnie   po 

ogrodzie. Nie widziała Rogera ani nie miała od niego żadnych wieści od kilku dni, a Alice 

zachowywała   się   tak,   jakby   śmierć   Briana   odebrała   jej   resztki   zdrowych   zmysłów.   Nie 

dlatego, by Brian był jej bliski, lecz ponieważ został zabity przez jednego z Montgomerych. 

Elizabeth z nienawiścią myślała o Rainie.

Przez   ścieżkę   przemknął   jakiś   cień.   Westchnęła   mimowolnie,   po   czym   podniosła 

wzrok - i spojrzała w ciemne oczy Milesa. Obrzucił ją wzrokiem od góry do dołu, szacując 

piękną atłasową suknię w kolorze kości słoniowej, podwójny sznur pereł i szkarłatny rubin w 

broszce na piersi.

Poczuła, że nawet gdyby pochłonęła go teraz całego, nie miałaby dość. Pod oczami 

miał ciemne sińce i wyraźnie schudł. Pewnie nie wyzdrowiał jeszcze zupełnie.

- Chodź - powiedział matowym głosem.

Bez   wahania   poszła   za   nim   przez   ogród,   aż   do   parku   otaczającego   posiadłość 

Chatworthów. Jego obrzeża były strzeżone przez ludzi Rogera, Milesowi jednak udało się 

jakoś przedostać.

Nic nie mówił i nie patrzył na nią. Dopiero kiedy doszli do dwóch koni przywiązanych 

do drzewa, zdała sobie sprawę, co się stało: Miles ją znienawidził. Sztywne ciało i zimne oczy 

zdawały się o tym krzyczeć.

- Dokąd mnie zabierasz? - spytała.

- Król rozkazał, byśmy się pobrali. Twój brat odmówił wykonania polecenia. Jeśli nie 

posłuchamy, i twój brat, i ja zostaniemy ogłoszeni zdrajcami, a nasze ziemie będą skonfis-

kowane. - Zatrzymał wzrok na rubinie. - Nie masz się czego obawiać. Po ślubie oddam cię 

twemu kochanemu bratu. Nie będziesz musiała rezygnować z tego wszystkiego, co jest ci tak 

drogie.

Odwrócił   się.   Elizabeth   próbowała   wsiąść   na   konia,   lecz   przeszkadzała   jej   długa 

suknia, a drżącymi rękami nie mogła mocno uchwycić siodła. Miles zbliżył się i odsunięty 

sztywno na długość ramion podsadził ją na wierzchowca.

Była   tak   oszołomiona,   że   nie   umiała   nawet   zebrać   myśli,   gdy   szybko   ruszyli   na 

północ. Jedyne, co teraz do niej docierało, to widok falującej na wietrze grzywy konia.

Niecałą godzinę później zatrzymali  się na skraju niewielkiej osady, przed ładnym, 

zadbanym domkiem obok kościoła. Miles zsiadł z konia, nie zwracając uwagi, jak Elizabeth 

szarpie się, by wyplątać suknię z siodła.

background image

Ksiądz otworzył im drzwi.

- A więc to jest ta śliczna panna młoda, Miles - powiedział. - Wejdźcie, wiem, jak się 

niecierpliwicie.

Miles   zdecydowanie   wkroczył   do   środka   ignorując   Elizabeth.   Podbiegła   za   nim   i 

przytrzymała za ramię. Zmierzył ją tak lodowatym wzrokiem, że zabrakło jej tchu. Opuściła 

rękę i spytała szeptem:

- Czy kiedy to się skończy, będziemy mogli porozmawiać?

- Jeśli niezbyt długo... - odparł chłodno. - Brat na mnie czeka.

- Nie.   -   Elizabeth   starała   się  odzyskać   równowagę.   -  Nie   zajmę   ci   wiele   czasu.   - 

Uniosła kraj sukni i poszła przodem.

Ślub trwał kilka minut. Nie było świadków z żadnej z rodzin, jedynie kilka osób, które 

znał ksiądz, a uczestnicy ceremonii wypowiadali słowa ślubowania tonem, który pasowałby 

raczej do negocjacji w sprawie handlu ziarnem.

Gdy zostali ogłoszeni mężem i żoną, Miles odwrócił się do niej. Elizabeth wstrzymała 

oddech.

- Sądzę, że możemy porozmawiać w zakrystii - powiedział krótko.

Z wysoko podniesioną głową poszła we wskazanym kierunku.

Kiedy zostali sami, Miles oparł się niedbale o ścianę.

- Mów, co masz do powiedzenia.

W pierwszym odruchu chciała posłać go do diabła, lecz opanowała się.

- Nie wiedziałam o rozkazie króla na temat naszego małżeństwa. Gdybym wiedziała, 

nie odmówiłabym. Bardzo mi zależy na zakończeniu sporu między naszymi rodzinami.

- Do tego stopnia, że sypiałabyś z wrogiem? - spytał prowokująco.

Zacisnęła zęby.

- Roger bardzo przeżył śmierć Briana. - W jej oczach pojawił się na chwilę błysk.

Nozdrza Milesa drgały nerwowo.

- Może nie słyszałaś, że Raine przeżył jakoś po tym, jak twój brat podał mu truciznę.

- Truciznę! - Nie wierzyła własnym uszom. - O co znowu oskarżasz Rogera?

- Nie Rogera - powiedział spokojnie Miles. - Twój brat Brian próbował otruć Raine'a.

- No   cóż,   Brian   z   pewnością   zapłacił   za   ten   postępek!   Słyszałam,   że   Raine   jest 

potężnym mężczyzną. Dobrze się bawił znęcając się nad moim bratem? Zdążył połamać mu 

wszystkie kości?

Miles wbił w nią groźne spojrzenie.

- Widzę, że po raz kolejny wysłuchałaś tylko części prawdy. Czy Roger powiedział, że 

background image

to Raine zabił Briana?

- Nie mówił o tym zbyt wiele, ale... Miles odsunął się od ściany.

- Zapytaj   go   więc.   Niech   twój   doskonały   brat   powie   ci   prawdę   o   śmierci   Briana 

Chatwortha. A teraz, jeśli wyczerpałaś już listę oskarżeń wobec mnie, muszę jechać.

- Poczekaj! - zawołała. - Proszę, powiedz mi, jak miewają się wszyscy. Czy sir Guy...

Twarz Milesa pociemniała.

- A co cię to, do diabła, może obchodzić? Odkąd to zależy ci na kimkolwiek oprócz 

twego nikczemnego brata? Guy omal nie umarł od jego strzał. Roger powinien chyba więcej 

ćwiczyć. Trafił o cal od serca.

- A Kit? - szepnęła.

- Kit! - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Kit płakał przez trzy dni po twoim odjeździe, 

a teraz nie pozwala opiekunce Philipa przekroczyć progu swej komnaty. Opiekunka ma na 

imię Elizabeth.

- Nie chciałam... - zaczęła. - Kocham Kita.

- Nie, Elizabeth. Byliśmy dla ciebie niczym. Odpłaciłaś nam za swoje uwięzienie. W 

końcu należysz przecież z krwi i kości do Chatworthów.

Nagle jej złość wybuchła z całą siłą:

- Nie   zniosę   więcej   twoich   bzdurnych   oskarżeń!   Co   miałam   zrobić,   kiedy   Roger 

trzymał  ci  miecz  na  gardle?  Powinnam  była  z tobą zostać?  Zabiłby  cię na  miejscu!  Nie 

rozumiesz, że odjechałam z nim, żeby ratować ci życie?

- I mam uwierzyć? - powiedział cicho. - Stoisz tu przede mną obwieszona perłami, z 

rubinem, który wart jest więcej niż wszystko, co posiadam, i mówisz, że pojechałaś za bratem 

wyłącznie z troski o moje życie? Myślisz, że jestem głupi?

- Powiedz mi w takim razie, co powinnam była zrobić! - wypaliła.

Zmrużył oczy i wycedził:

- Jeśli jesteś tak przekonana o bezbrzeżnej miłości brata, trzeba było mu powiedzieć, 

że chcesz zostać ze mną.

Wyrzuciła ręce do góry.

- Och, tak, to z pewnością by go przekonało. Roger grzecznie schowałby miecz i sam 

pojechał do domu. Kiedy wpadnie w furię, prawie tak łatwo go ugłaskać jak ciebie! A poza 

tym powiedz mi, Montgomery, skąd mogłam wiedzieć, że chcesz, bym została?

Przez chwilę milczał.

- Moje pragnienia nigdy nie były tajemnicą. Słyszałem, że sypiasz ostatnio z wieloma 

mężczyznami. Jestem pewien, że status zamężnej kobiety nie przeszkodzi w tych praktykach, 

background image

mimo że moje dziecko jeszcze przez pewien czas będzie ci ciążyło.

Bardzo   spokojnie   i   powoli   Elizabeth   podeszła   bliżej   i   wymierzyła   mu   siarczysty 

policzek.

Zachwiał się, a kiedy znów na nią spojrzał, oczy mu płonęły. Gwałtownie chwycił 

obie ręce Elizabeth, wykręcił do tyłu i pchnął ją na ścianę. Przywarł mocno wargami do jej 

ust. Zareagowała z całym powstrzymywanym tak długo pożądaniem, poddała mu się całym 

ciałem. Miles przesunął gorące wargi na jej szyję.

- Kochasz mnie, prawda, Elizabeth?

- Tak - szepnęła.

- Jak bardzo? - spytał cicho, pieszcząc koniuszkiem języka jej ucho.

- Miles... - szeptała. - Proszę cię...

Ręce miała skrępowane za plecami, a tak rozpaczliwie pragnęła go objąć.

- Proszę... - powtórzyła.

Nagle odsunął się i puścił jej ręce.

- I jak to jest być zawiedzionym? - powiedział chłodno, lecz żyła na szyi pulsowała 

mu mocno. - Jak to jest pokochać kogoś i zostać odrzuconym?  Błagałem, żebyś  ze mną 

została,  ty   jednak   wybrałaś   brata.   Niech   on   się   teraz,   tobą   zajmie   Żegnaj,   Elizabeth... 

Montgomery.

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Przez długą chwilę Elizabeth nie mogła dojść do siebie. W końcu powlokła się do 

krzesła i usiadła. Tkwiła tak, gdy do zakrystii wszedł widocznie poruszony ksiądz.

- Lord Miles musiał odjechać, lecz przed kościołem czeka na ciebie eskorta, milady. 

Zostawił też to. - Elizabeth nie drgnęła, podniósł więc jej dłoń i zamknął ją na czymś zimnym 

i ciężkim. - Proszę się nie spieszyć, ludzie zaczekają.

Dopiero   po   kilku   minutach   Elizabeth   zebrała   siły,  by  wstać.   Metalowy  przedmiot 

wypadł jej z dłoni i z brzękiem potoczył się po kamiennej posadzce. Uklękła i podniosła 

ciężki   złoty   pierścień,   dopasowany   do   jej   drobnego   palca.   Na   dużym   szmaragdzie 

wygrawerowane były trzy lamparty Montgomerych.

W pierwszej chwili chciała rzucić pierścieniem o ścianę, ale z grymasem rezygnacji 

wsunęła go na palec lewej ręki i wyszła do czekających na zewnątrz jeźdźców.

Roger wyjechał jej naprzeciw pół mili od granicy ziem Chatworthów. U jego boku był 

uzbrojony rycerz. Obaj mieli w pogotowiu obnażone miecze.

- Śmierć wszystkim Montgomerym! - wrzasnął, kiedy się zbliżyła.

Elizabeth tak  mocno  szarpnęła wodze jego konia, że wierzchowiec stanął dęba pod 

background image

Rogerem.

- Skąd się tu wzięli ludzie Montgomerych? - krzyknął.

- Ja   też   jestem   Montgomery!   -   wyrzuciła   z   siebie   ze   złością.   Ta   odpowiedź 

powstrzymała nieco furię Rogera.

- Jak śmiałeś nie powiadomić mnie o rozkazie króla, żebym poślubiła Milesa?! - Teraz 

ona krzyczała. - Co jeszcze przede mną ukrywasz? I kto zabił Briana?

Twarz Rogera zrobiła się purpurowa ze złości. - Montgomery... - zaczął.

- Nie! Mów prawdę!

Popatrzył na towarzyszących jej rycerzy, jakby pragnął wymordować ich wszystkich.

- Tu i teraz powiesz mi prawdę albo wracam z nimi do Szkocji. Właśnie poślubiłam 

Montgomeryego i moje dziecko ma prawo zostać wychowane na jednego z nich.

Roger tak ciężko oddychał, że pierś rozsadzała mu kaftan.

- Ja zabiłem Briana! - krzyknął i dodał ciszej: - Zabiłem własnego brata. To chciałaś 

usłyszeć?

Nie spodziewała się innej odpowiedzi. Zrezygnowana powiedziała:

- Wracajmy do domu, tam porozmawiamy.

Gdy dotarli do zamku i zostali sami, Elizabeth zażądała, by opowiedział jej wszystko 

o konflikcie między Chatworthami i Montgomerymi. Niełatwo było jej słuchać tej historii, a 

jeszcze trudniej wyciągnąć z Rogera całą prawdę. Wiele faktów przedstawiał ze swojego 

subiektywnego punktu widzenia.

Będąc w Szkocji miał pewne szansę poślubić Bronwyn MacArran, która stanowiła dla 

niego   wspaniałą   partię.   Powiedział   jej   trochę   niezupełnie   prawdziwych   rzeczy,   żeby   się 

przypodobać - lecz jakie znaczenie ma kilka kłamstw, gdy zabiega się o czyjeś względy? 

Sprowokował nawet Stephena Montgomeryego, żeby bił się o Bronwyn, ale kiedy Stephen 

okazał się lepszy, Roger wpadł w furię i zaatakował go od tyłu. Zapłacił za to potwornym 

poniżeniem. Porwał Bronwyn i Mary tylko po to, by udowodnić Montgomerym, że nie wolno 

go lekceważyć. Nie miał zamiaru nikogo krzywdzić.

- Skrzywdziłeś jednak Mary? - spytała ze złością Elizabeth.

- Brian chciał się z nią ożenić! - bronił się Roger. - Po tym wszystkim, co od nich 

wycierpiałem, Brian chciał ożenić się z ich starą, brzydką i głupią siostrą! Nikt inny w Anglii 

by jej nie wziął. Wyobrażasz sobie, jak naśmiewaliby się z Chatworthów?

- Niedobrze mi się robi od twojej pychy. Zamiast się ożenić, Brian zginął. O to ci 

chodziło?

- Nie - szepnął.

background image

Elizabeth usiadła z westchnieniem.

- Rogerze,   musisz   mnie   teraz   uważnie   wysłuchać.   Koniec   z   nienawiścią   między 

Chatworthami i Montgomerymi. Nazywam się od dziś Montgomery i moje dziecko będzie 

jednym z nich. Wojna między rodzinami się skończyła.

- Jeśli on jeszcze raz spróbuje cię zabrać... - zaczął Roger.

- Zabrać mnie! - Wstała z takim impetem, że krzesło przewróciło się na podłogę. - 

Dziś rano błagałam Milesa, żeby mnie ze sobą wziął, lecz on odmówił. I nie winię go za to! 

Stracili przez ciebie kogoś, kogo kochali, a jednak cię nie zabili, co zapewne powinni byli 

zrobić!

- Brian...

- Ty zabiłeś Briana! - krzyknęła. - To wszystko przez ciebie i... Niech Bóg ma mnie w 

swojej   opiece,   jeśli   nie   wyzbędziesz   się   nienawiści   do   Montgomerych,   sama   wyciągnę 

przeciw tobie miecz.

Wyszła z sali, omal nie przewracając po drodze Alice, która jak zwykle podsłuchiwała 

pod drzwiami.

Minęły trzy dni, zanim Elizabeth opanowała rozsadzającą ją wściekłość.

Postanowiła spokojnie przemyśleć sytuację i coś postanowić. Nie pozwoli, żeby jej 

dziecko wychowywało się w takiej atmosferze, w jakiej ona sama dorastała. Prawdopodobnie 

nigdy nie będzie żyć z Milesem, rolę ojca wobec jej dziecka przejmie zatem Roger.

Zastała brata pogrążonego w myślach przed kominkiem.

Gdyby była mężczyzną, najchętniej wyciągnęłaby go za kaftan z tego fotela i dała 

porządnego kopniaka.

- Rogerze   -   odezwała   się   słodkim   tonem.   -   Nigdy   wcześniej   nie   zauważyłam,   że 

zaczynasz nabierać brzuszka...

Zaskoczony przyłożył rękę do płaskiego brzucha. Elizabeth uśmiechnęła się szerzej. 

Roger   był   bardzo   przystojnym   mężczyzną,   przyzwyczajonym   do   pochlebnych   spojrzeń 

kobiet.

- Może to naturalne, że w twoim wieku... - ciągnęła - mężczyzna tyje, a jego mięśnie 

słabną.

- Nie jestem taki stary... - powiedział, wstając i macając się podejrzliwie po brzuchu.

- To bardzo podobało mi się w Szkocji. Mężczyźni byli tak zgrabni i schludnie ubrani.

Popatrzył na nią zadziornie.

- O co ci chodzi, Elizabeth?

- Chodzi mi o to, żebyś przestał się nad sobą użalać. Brian nie żyje i nawet jeśli do 

background image

końca swoich dni co wieczór będziesz się zwalał pijany do łóżka, nie przywróci mu to życia. 

A teraz idź i zapędź do roboty tych swoich leniwych rycerzy.

W jego oczach pojawił się cień uśmiechu.

- Może rzeczywiście potrzebuję trochę ruchu - powiedział przed wyjściem.

Sześć tygodni później Elizabeth urodziła dużego, zdrowego chłopca, któremu nadała 

imiona Nicholas Roger. Od razu widać było, że dziecko odziedziczyło wystające kości policz-

kowe po stryju Gavinie Montgomerym. Roger przyjął dziecko jak swoje własne.

Gdy tylko  wstała  z połogu, Elizabeth zabrała się do urządzania domu dla małego 

Nicholasa. Pierwszą rzeczą, którą zrobiła, było postawienie stałej straży przy synku, gdyż 

Alice   mamrotała,   że   to   dziecko   Gavina   i   Judith,   a   Elizabeth   nie   darzyła   zaufaniem   tej 

obłąkanej kobiety.

Nicholas miał niespełna miesiąc, gdy nadszedł pierwszy list od Judith Montgomery. 

Pisała w dość oficjalnym tonie, pytając o dziecko. Wyraziła też żal, że nie miały okazji się 

poznać, i zapewniała, że Bronwyn opowiada o niej| w samych superlatywach.

Nie było ani słowa o Milesie.

Elizabeth natychmiast  odpisała, zachwycając się małym  Nickiem, opisując,  że jest 

podobny do Gavina, i prosząc o rady dla młodej matki.

Judith   odpowiedziała,   przysyłając   kufer   pięknych   dziecięcych   ubranek,   z   których 

wyrósł już jej dziesięciomiesięczny synek.

Elizabeth   z   przekorną   satysfakcją   pokazała   Rogerowi   wspaniały   prezent   i 

oświadczyła,   że   nawiązała   korespondencję   z   Judith   Montgomery.   Zlany   potem   po 

ćwiczeniach   brat   nic   nie   powiedział,   Alice   natomiast   nie   zamykały   się   usta,   czego   nikt 

oczywiście nie słuchał.

Dopiero w piątym liście Judith przelotnie wspomniała o Milesie. Pisała, że mieszka z 

Raine'em, obaj bez żon i obaj w rozpaczliwym stanie.

Ta   wiadomość   uszczęśliwiła   Elizabeth   na   cały   tydzień.   Śmiała   się   do   Nicka   i 

opowiadała mu o ojcu i przyrodnim bracie Kicie.

We   wrześniu   wysłała   Judith   sadzonki   do   ogrodu.   Do   podarku   dołączyła   skrojony 

według dorosłego męskiego fasonu kubrak, który uszyła dla Kita. Judith odpisała, że Kit jest 

nim zachwycony, ale że obaj z Milesem nie mogli wyjść z podziwu nad umiejętnościami 

Judith, z czego Gavin ogromnie się uśmiał, gdyż jego żona była zawsze zbyt zajęta, żeby 

zajmować się szyciem.

Tuż po Bożym Narodzeniu Judith napisała długi, poważny list. Raine pogodził się z 

żoną, a Miles odwiedził ich przed powrotem do swojego majątku. Judith była poruszona, jak 

background image

bardzo się zmienił. Zawsze był samotnikiem, lecz teraz prawie przestał się odzywać. I co 

najgorsze, zmienił się również jego stosunek do kobiet. Miał wciąż wielkie powodzenie, ale 

przyglądał im się podejrzliwie i bez zainteresowania. Judith próbowała z nim rozmawiać, na 

co odpowiedział tylko: „Zapomniałaś, że jestem żonaty? Mężowie i żony powinni dochować 

sobie   wierności”.   Roześmiał   się   i   odszedł.   Judith   prosiła,   by   Elizabeth   mu   wybaczyła,   i 

przestrzegała, że wszyscy Montgomery to straszni zazdrośnicy.

Elizabeth   odpowiedziała   długim   listem   pełnym   żalu   i   złości.   Miles   był   jedynym 

mężczyzną,   który   jej   dotknął;   błagała,   żeby   zabrał   ją   ze   sobą   po   ślubie,   lecz   odmówił. 

Napisała, że odeszła z Rogerem tylko ze względu na życie Milesa. Rozpisała się na kilka 

stron, jaka była szalona, wierząc tak ślepo bratu, ale to Miles, a nie ona, nie chce się pogodzić.

Zaraz po wysłaniu człowieka z listem pożałowała tego. Przecież nie zna nawet Judith. 

Jeśli choć część tego, co wygaduje o niej Alice, jest prawdą, żona Gavina to prawdziwy 

potwór. I może na zawsze skłócić Elizabeth z Milesem.

Przez   cały   miesiąc   oczekiwania   na   odpowiedź   Elizabeth   odchodziła   od   zmysłów. 

Roger wypytywał, co się stało, a Alice posunęła się jeszcze dalej - wślizgnęła się do komnaty 

Elizabeth, znalazła listy od Judith i po przeczytaniu zdała Rogerowi dokładną relację. Kiedy 

Chatworth   po   prostu   odwrócił   się   bez   słowa,   wpadła   w   taki   szał,   że   dopiero   po   kilku 

godzinach doprowadzono ją do porządku.

Odpowiedź Judith była krótka: Miles będzie obozował dwadzieścia mil od posiadłości 

Chatworthów   szesnastego   lutego,   niedaleko   miasteczka   Westermore.   Sir   Guy   pomoże 

Elizabeth, jak tylko będzie mógł.

Spała z tym listem, nosiła go wszędzie przy sobie, a potem ukryła za kamieniem przy 

kominku. Przez kilka dni chodziła jak nieprzytomna, lecz w końcu wytrzeźwiała. Na jakiej 

podstawie wyobraża sobie, że Miles jeszcze ją zechce? Co może zrobić, by go przekonać?

„Jesteś moja, Elizabeth - powiedział kiedy. Należysz do mnie”.

Zaczęła układać plan. Nie, nie może tego zrobić, myślała, chichocząc pod nosem. Nie, 

po prostu nie starczy jej na to odwagi. A gdyby po raz drugi „podarowała” się Milesowi?

Kiedy   w   ogrodzie   delektowała   się   cudownymi,   nieprzyzwoitymi   wizjami,   Alice 

przeszukiwała jej komnatę. Znalazła ostatni list od Judith i zaniosła Rogerowi. Tym razem jej 

nie zlekceważył.

Przez   kolejne   kilka   dni   w   domu   Chatworthów   troje   ludzi   snuło   plany   -   każdy 

zwrócony przeciw pozostałym.

background image

15

Nie zrobię nic takiego! - powiedział sir Guy, patrząc na Elizabeth z góry. Mówił dość 

cicho, jednak jej wydało się, że krzyczy.

- Ależ Judith napisała, że mi pomożesz. Guy wyprostował się w każdym calu swego 

olbrzymiego ciała. Blizna na jego twarzy poczerwieniała.

- Lady Judith - podkreślił dobitnie tytuł - nie miała pojęcia, że poprosisz mnie o coś 

tak niedorzecznego. Jak mogłaś pomyśleć nawet o czymś podobnym? - dokończył zgorszony.

Elizabeth odwróciła się i kopnęła brzeg kobierca rozłożonego na ziemi. To był taki 

świetny pomysł: sir Guy zaniósłby ją do Milesa, nagą, owiniętą w dywan. Może powtórzenie 

tej sceny wprawiłoby go w dobry humor i wybaczyłby jej wszystko? Lecz sir Guy odmówił 

pomocy.

- Więc co mam robić? - spytała załamana. - Wiem, że nie zgodzi się na spotkanie, jeśli 

poproszę wprost.

- Lady Alyx przysłała córeczkę do lorda Raine'a. Dziecko spełniło rolę emisariusza.

- Och, nie! Nie oddam Nicka w ręce Milesa. Wynająłby kolejną niańkę i włączył 

chłopca do swojej kolekcji. Nie zobaczyłabym więcej ani Milesa, ani Nicka.

Oparła   się   o   drzewo,   zbierając   rozpaczliwie   myśli.   Wątpiła,   by   Miles   zechciał   ją 

wysłuchać, nawet gdyby udało jej się zorganizować spotkanie. Jedyna szansa to sprawić, żeby 

oczy pociemniały mu z pożądania i stracił panowanie nad sobą. Kochaliby się i może potem 

mogłaby z nim porozmawiać.

W zamyśleniu bawiła się brzegiem obszytego norkami czarnego płaszcza z pięknego 

aksamitu, który okrywał ją od szyi do stóp. W jej oczach pojawił się nagle nowy błysk. 

Podniosła wzrok na sir Guya.

- Czy możesz tak to zorganizować, żebym spędziła trochę czasu sama z Milesem? Nie 

w jego namiocie, lecz w lesie. I zupełnie sama! Bez żadnych strażników w pobliżu.

- Nie podoba mi się ten pomysł - powiedział z uporem sir Guy. - A jeśli naprawdę 

znaleźlibyście się w niebezpieczeństwie?

- No, oczywiście - odezwała się ironicznie. - Mogłabym rzucić się na niego z nożem...

Sir Guy uniósł brwi i ostentacyjnie pomachał zranioną kiedyś przez Elizabeth stopą. 

Uśmiechnęła się lekko.

- Ależ Guy, nie zraniłam nikogo od dawna. Miles jest moim mężem, kocham go i 

pragnę jedynie, by i on znów mnie pokochał.

- Wydaje mi się, że lord Miles jest tobą bardziej opętany niż cię kocha... Uraziłaś jego 

background image

dumę. Nigdy nie miał kłopotów przez żadną kobietę.

- Nie będę przepraszać za to, że odjechałam z Rogerem ze Szkocji. Musiałam tak 

postąpić. Czy podarujesz mi chwilę samotności z mężem?

Po namyśle kiwnął głową.

- Z pewnością będę później tego żałował. Elizabeth uśmiechnęła się promiennie.

- Będziesz ojcem chrzestnym naszego następnego dziecka.

Sir Guy parsknął pod nosem i powiedział:

- Lord Miles zjawi się tu za godzinę. I daję ci kolejną godzinę na to spotkanie.

- W takim razie znajdziesz nas w żenującej sytuacji - stwierdziła z całą szczerością. - 

Mam zamiar uwieść mojego męża. Daj nam co najmniej trzy godziny.

- Nie jesteś damą, Elizabeth Chatworth - powiedział, powstrzymując uśmiech.

- Nie mam też dumy - zgodziła się. - A teraz idź, muszę się przygotować.

Kiedy odjechał, Elizabeth opuściła odwaga. To jedyna szansa, by odzyskać męża. Oby 

tylko wszystko dobrze poszło. Drżącymi rękami zaczęła rozpinać suknię. Miała nadzieję, że 

ma rację sądząc, iż Miles nie pozwoli przekonać się słowami. Czyż ulegnie jednak fizycznie?

Schowała ubranie pod liśćmi, a na nagie ciało zarzuciła tylko płaszcz. Gotowa na 

spotkanie, usiadła na zwalonym pniu i czekała.

Na   odgłos   zbliżających   się   kroków   zesztywniała,   rozpoznając   lekki,   szybki   chód 

Milesa.

W pierwszej chwili na jego twarzy odbiła się radość i pożądanie, ale sekundę później 

nachmurzył się i spojrzał na nią chłodnym wzrokiem.

- A gdzież to zgubiłaś brata? - spytał.

- Miles, postarałam się o to spotkanie, żeby spytać, czy nie możemy żyć razem jak 

mąż i żona.

- Wszyscy troje?

- Tak. - Uśmiechnęła się. - My dwoje i nasz syn Nicholas.

- Rozumiem. A co, na Boga, pocznie twój brat bez siostry, dla której zabił tyle ludzi?

Podeszła bliżej.

- Wiele czasu minęło, odkąd ostatni raz się widzieliśmy. Miałam nadzieję, że nie jesteś 

już tak zazdrosny.

- Nie jestem zazdrosny! - rzucił ze złością. - Musiałaś podjąć decyzję i zrobiłaś to. A 

teraz każę cię odwieźć do twego brata. Straż!

Na jego twarzy odmalowało się zdumienie, gdy nikt nie pojawił się na rozkaz, nie 

zdążył   jednak   nic   więcej   powiedzieć.   Elizabeth   odsłoniła   płaszcz,   ukazując   nagie   ciało. 

background image

Wpatrzony w nią, stał bez słowa.

Po chwili zaciągnęła poły, zostawiając nogę odkrytą od talii po stopę, tak jak wtedy, 

gdy pierwszy raz ją widział, opatuloną w futro. Hipnotyzując go wzrokiem jak wąż upatrzoną 

ofiarę, podeszła powoli i położyła mu dłoń na karku.

Bezwiednie wyciągnął rękę i dotknął aksamitnej skóry na jej biodrze.

- Czy mam błagać, Miles? - szepnęła, nie odrywając oczu od jego ust. - W tak wielu 

sprawach nie miałam racji. Kocham cię i chcę z tobą żyć. Chcę mieć więcej dzieci.

Miles powoli przysunął usta do jej warg. Wydawało się, że całą siłą woli próbuje jej 

się oprzeć.

- Elizabeth...   -   szepnął,   całując   ją   delikatnie.   Długo   skrywana   namiętność   nagle 

ogarnęła ich całkowicie.

Miles wsunął ręce pod płaszcz, uniósł ją nad ziemię i całował coraz namiętniej po 

całej twarzy.

- Tęskniłem za tobą. Och, Boże, chwilami myślałem, że oszaleję.

- Ja też - powiedziała, uśmiechając się przez łzy. - Nie wiedziałeś, że kocham tylko 

ciebie? Nie pozwoliłabym się dotknąć żadnemu innemu mężczyźnie.

Scałował łzy z jej policzków.

- Słyszałem, że John Bascum ma na głowie cztery szwy po tym, jak go potraktowałaś 

wazonem.

Zamknęła   mu   usta   pocałunkiem   i   niecierpliwie   zaczęła   rozwiązywać   mu   ubranie. 

Miles zachłannie przesuwał dłonie po jej nagim ciele i mieli już właśnie paść na ziemię, kiedy 

usłyszeli:

- Zabieraj od niej łapy!

Dłuższą   chwilę   nie   wiedzieli,   co   się   dzieje.   Roger   Chatworth   przyłożył   Milesowi 

miecz do gardła. Montgomery rzucił jej ponure spojrzenie i powiedział oschle do Rogera:

- Jest twoja.

- Niech cię piekło pochłonie, Roger! - wrzasnęła Elizabeth, chwyciła z ziemi kamień i 

rzuciła nim w brata. - Czy choć raz możesz nie wtrącać się do mojego życia? Schowaj ten 

miecz, zanim zrobisz komuś krzywdę!

- Użyję go przeciw Montgomery'emu, jeśli...

- Spróbuj - zadrwił Miles, sięgając po swoją broń.

- Nie! - krzyknęła Elizabeth i wskoczyła między nich.

- Roger, wyjaśnijmy to w końcu. Miles jest moim mężem i wrócę z nim do jego domu, 

jeśli oczywiście mnie zechce po tym, jak zrobiłeś z nas obojga kompletnych szaleńców.

background image

- To ci dopiero małżonek - szyderczo odezwał się Roger.

- Przez wiele miesięcy się tobą nie interesował,  nie widział nawet własnego syna. 

Takiego chcesz męża, Elizabeth? Opuścisz mój dom dla człowieka, któremu na tobie nie 

zależy? Ile kobiet chodzi przez ciebie z brzuchem od czasu Elizabeth, Montgomery?

- Więcej niż dałbyś radę obskoczyć przez całe życie - spokojnie odpowiedział Miles.

Elizabeth zasłoniła go, kiedy Roger pochylił się do przodu.

- Gdybym miała choć odrobinę rozumu, posłałabym was obu do diabła!

- Uwolnię   cię   od   niego   -   powiedział   Roger,   dotykając   czubkiem   miecza   poły   jej 

płaszcza. Nagle znieruchomiał.

- Czy ty nie masz wstydu? Przyszłaś na spotkanie całkiem... W tym stroju?

- Roger, do twojej zakutej głowy naprawdę niewiele dociera. Odwróciła się na pięcie, 

wspięła   na   palce   i   pocałowała   męża.   Miles   zaczynał   rozumieć,   że   tym   razem   Elizabeth 

wybiera   jego,  a  nie  brata.  Chwycił  ją  z  całej  siły  w  ramiona,   namiętnie  odwzajemniając 

pocałunek.

Roger, zamroczony prawie z wściekłości, nie usłyszał ani skradającego się za jego 

plecami mężczyzny, ani świstu powietrza, gdy maczuga ześlizgnęła się po jego głowie. Cicho 

osunął się na ziemię.

Miles i Elizabeth nie zwróciliby teraz pewnie uwagi na huk piorunu, lecz coś sprawiło, 

że Elizabeth zamrugała oczami. Maczuga spadała właśnie na głowę Milesa. Pchnęła go w 

lewo tak, że cios nie dosięgnął jego, lecz ją.

Miles nie od razu pojął, dlaczego zawisła mu tak nagle w ramionach. Odwrócił się, ale 

zbyt późno - oślepiający wybuch pod czaszką zwalił go z nóg.

Trzech brudnych, zarośniętych mężczyzn stało nad rozciągniętymi na ziemi ciałami.

- Który to Montgomery? - spytał jeden z nich.

- A skąd mam wiedzieć!

- To którego bierzemy?

- Obydwóch! - odezwał się trzeci.

- A dziewczyna? - Pierwszy kudłacz odsłonił maczugą kraj płaszcza Elizabeth.

- Wrzuć   ją   razem   z   nimi.  Kobieta   od  Chatworthów   mówiła,   że   może   być   z  nimi 

dziewczyna, i żeby jej też się pozbyć. Mam zamiar wyciągnąć złoto za każde ciało. A teraz 

rozbierzcie mężczyzn, a ja zajmę się dziewką.

Uciął długie pasmo jasnych włosów Elizabeth i wepchnął je do kieszeni.

- Szybciej! Chodźcie, wóz nie będzie czekał godzinami.

Kiedy Elizabeth odzyskała przytomność i uniosła się odrobinę, pulsujący, potworny 

background image

ból w głowie powalił ją z powrotem na jakieś drewniane podłoże. Wszystko wokół wirowało.

- Cicho, kochanie... - usłyszała za sobą głos Milesa. Odwróciła się i spojrzała mu w 

oczy. Miał na sobie tylko przepaskę na biodrach, ręce nienaturalnie wykręcone do tyłu i nogi 

związane w kostkach. Obok, również związany, chrapał Roger.

Kiedy przejaśniało jej odrobinę w głowie, zdała sobie sprawę, że ona też ma związane 

ręce i nogi.

- Gdzie my jesteśmy? - szepnęła, usiłując nie okazywać przerażenia.

Głos Milesa zabrzmiał uspokajająco:

- Jesteśmy pod pokładem statku i, jak sądzę, płyniemy do Francji.

- Ale kto to zrobił? Dlaczego?... - wyjąkała, nic nie rozumiejąc.

- Może twój brat nam to wyjaśni - sucho rzucił Miles.

- Teraz musimy uwolnić się z więzów. Przeturlam się do ciebie i przegryzę sznur na 

twoich rękach. Potem ty mnie rozwiążesz.

Elizabeth skinęła głową, nakazując sobie spokój. Pomyślała, że jeśliby Roger miał coś 

wspólnego z tym porwaniem, nie byłoby go tutaj. Westchnęła z ulgą, gdy Miles uwolnił jej 

ręce, ale zamiast zacząć go rozwiązywać, odchyliła płaszcz, przywarła do niego nagim ciałem 

i pocałowała.

- Myślałeś o mnie? - spytała.

- Bez przerwy... - Pochylił się, żeby znów ją pocałować. Odepchnęła go ze śmiechem.

- Powinnam cię chyba rozwiązać.

- Te części ciała, które muszą być wolne, są nimi w pełni - szepnął, zbliżając znów 

wargi do jej ust. Elizabeth wbiła palce w jego ramiona i pochłonęła jego wargi swoimi.

Przerwał im donośny jęk Rogera.

- Jeśli   nie   znienawidziłem   dotąd   twego   brata,   stało   się   to   teraz   -   powiedział   z 

przekonaniem Miles, kiedy Elizabeth wstała i pochyliła się nad jego związanymi rękami.

- Co się stało? - zapytał półprzytomnie Roger. Podniósł głowę, znowu upadł i w końcu 

usiadł. - Co znowu uknułeś, Montgomery?

Miles   nie   odpowiedział   na   zaczepkę.   Rozcierał   sobie   dłonie,   kiedy   Elizabeth 

rozplątywała więzy na swoich stopach. Kiedy Miles pozbył się więzów, Roger wybuchnął:

- Chcecie uciec we dwoje i mnie tu zostawić. Elizabeth, jak możesz...

- Bądź cicho, Rogerze - przerwała. - Wyrządziłeś już dość zła. Wiesz, dokąd płynie 

ten statek?

- Spytaj swojego kochasia. Jestem pewien, że to jego sprawka. Miles zignorował go i 

zwrócił się do Elizabeth:

background image

- Muszę wiedzieć, czy mogę teraz liczyć na twoją lojalność. Kiedy ktoś pokaże się w 

luku, skoczę na niego, a ty go spętasz sznurem. Mogę na ciebie liczyć?

- Wierz albo nie, ale zawsze byłam wobec ciebie lojalna - odpowiedziała chłodno.

- Próbowałeś targować się o nasze uwolnienie? - spytał Roger. - Obiecaj im pieniądze.

- Wyciągniesz je zaraz z kieszeni? - Miles popatrzył drwiąco na strzępki bielizny, 

które miał na sobie Roger. Nagle luk otworzył się i na drabinie zobaczyli czyjąś nogę.

- Na ziemię! - rozkazał Miles. Przywarli do podłogi, udając nieprzytomnych, a Miles 

podkradł się cicho w kąt koło drabiny.

Marynarz zajrzał pod pokład i zadowolony, że dwoje więźniów śpi, zszedł jeszcze 

krok w dół. W tym momencie zauważył brak trzeciego, lecz Miles chwycił go już za obie 

stopy i zrzucił z drabiny. Rozległ się głuchy łomot, stłumiony skrzypieniem statku.

Roger uniósł za włosy głowę marynarza.

- Przez pewien czas się nie ocknie. Miles zaczął ściągać z niego ubranie.

- Sądzisz, że spokojnie będę patrzył, jak zabierasz mu ubranie i uciekasz? - ze złością 

spytał Roger. - Nie zostanę na łasce Montgomery'ego!

- A właśnie, że tak! - syknęła Elizabeth. - Roger, dość mam twojej podejrzliwości. To 

ty przede wszystkim jesteś odpowiedzialny za nienawiść między naszymi rodzinami, a teraz, 

jeśli mamy się stąd wydostać, musisz zaufać Milesowi. Co mamy robić, Montgomery?

Miles przyglądał jej się, wciskając na siebie za małe ubranie marynarza. Do pracy na 

statkach   często   wybierano   drobnych   mężczyzn,   którzy   łatwiej   poruszali   się   w   ciasnych 

pomieszczeniach pod pokładem.

- Wrócę, jak tylko się rozejrzę. - Wspiął się na drabinę i zniknął na górze.

Elizabeth i Roger związali i zakneblowali nieprzytomnego marynarza, a potem ułożyli 

go w kącie.

- Zawsze będziesz trzymać jego stronę? - odezwał się posępnym tonem Roger.

Oparła się o ścianę statku. Pękała jej głowa, a pusty żołądek kurczył się co chwila 

boleśnie pod wpływem kołysania statku.

- Wiele muszę wynagrodzić memu mężowi. Może Miles miał rację, że mogłam coś 

zrobić tego dnia, gdy znalazłeś nas w chacie. Nigdy nie docierały do ciebie rozsądne słowa, 

ale powinnam była chociaż spróbować przemówić ci do rozumu.

- Obrażasz mnie! Zawsze byłem dla ciebie dobry.

- Nie! Zawsze wykorzystywałeś moją wdzięczność. A teraz posłuchaj. Ktokolwiek jest 

winien   wpakowania   nas   w   tę   kabałę,   musimy   jakoś   sobie   poradzić.   A   ty   musisz   zaufać 

Milesowi.

background image

- Zaufać Montgomery'emu?

- Dwojgu Montgomerych!  - podkreśliła ze złością.  Roger dłuższy czas milczał.  W 

końcu mruknął:

- To Alice... Przyniosła mi list od żony Gavina. Wiedziała, gdzie masz się spotkać z...

- Z   mężem   -   dokończyła.   -   Och,   Rogerze!...   -   Na   jej   twarzy   odmalowało   się 

przerażenie. - Nicholas! Został sam z Alice. Musimy wracać do mojego syna.

Położył jej dłoń na ramieniu.

- Dziecko jest strzeżone i rozkazałem, by nie dopuszczać do niego Alice.

- Ale co się z nim stanie, jeśli nie wrócimy?

- Bez wątpienia rodzina Montgomerych się nim zaopiekuje. Spojrzeli sobie w oczy i 

Roger w tym momencie zrozumiał, co właśnie powiedział. Był bliski przyznania, że, być 

może, nie miał racji w swoich oskarżeniach wobec Montgomerych. Słowa Elizabeth zaczęły 

powoli do niego docierać.

Wstrzymali oddech, kiedy luk się otworzył, i westchnęli oboje z ulgą na widok Milesa.

Elizabeth podbiegła i rzuciła mu się na szyję, niemal wytrącając mu z rąk tobołek, 

który przyniósł.

- Sądzimy, że to Alice uknuła porwanie. Och, Miles, nic ci nie jest?

Przyjrzał jej się podejrzliwie.

- Szybko   zmieniasz   nastrój   od   oziębłości   do   euforii.   Nie,   nie   miałem   żadnych 

kłopotów. Przyniosłem jedzenie i ubrania.

Rzucił Rogerowi bochenek czarnego chleba, a Elizabeth podał zawiniątko z ubraniem. 

Zerknął   na   związanego   i   zakneblowanego   marynarza,   który   przyglądał   im   się   szeroko 

otwartymi oczami, i usiadł.

Oprócz chleba zdobył trochę suszonego mięsa i dzban grogu.

- Co widziałeś? - zapytał Roger.

Miles wiedział, ile kosztowało Chatwortha zadanie mu tego pytania.

- To stara łajba, ledwie trzyma się kupy, a prawie cała załoga jest pijana albo półżywa. 

Nawet jeśli wiedzą o porwaniu, niewiele ich to obchodzi.

- To pasuje do znajomych Alice... - powiedziała z przekąsem Elizabeth. - Płyniemy do 

Francji, tak jak podejrzewałeś?

- Tak. Rozpoznałem wybrzeże. Wymkniemy się, kiedy się ściemni, spuścimy na wodę 

łódź i popłyniemy do brzegu. Nie będziemy czekać na radosny koniec rejsu.

Popatrzył na Rogera, a ten skinął głową.

- A jak wrócimy do Anglii? - spytała Elizabeth przeżuwając twardy chleb.

background image

- Mam krewnych jakieś cztery dni drogi od miejsca, gdzie wylądujemy. Jeśli do nich 

dotrzemy, wszystko powinno być w porządku.

- Przecież nie mamy koni ani jedzenia na podróż - skonstatował ponuro Roger i napił 

się ohydnego trunku.

- Może damy sobie radę - powiedział spokojnie Miles i wziął od niego dzbanek.

- Tak, może... - po raz pierwszy zgodnie odezwał się Roger. Dokończyli jedzenie, a 

potem   Elizabeth   i   Roger   włożyli   zdobyte   przez   Milesa   ubrania.   Podarty   marynarski 

podkoszulek opinał piersi Elizabeth i z satysfakcją zauważyła, że Miles ukradkiem na nią 

zerka. Upewniła się już, że nawet jeśli ma do niej żal, nadal jej pragnie, poza tym powiedział 

przecież, że myślał o niej bez przerwy.

Kiedy w dusznej ładowni zapadł jeszcze gęstszy mrok, Miles znowu wyślizgnął się na 

pokład, lecz tym razem nie było go strasznie długo. Wrócił z pustymi rękami.

- Wyładowałem łódź całą żywnością, jaką udało mi się znaleźć. - Spojrzał na Rogera. - 

Muszę ci zaufać, Chatworth. Elizabeth pójdzie w środku, a ty z tyłu.

Roger, podobnie jak Miles, był zbyt wysoki, żeby wyprostować się w ładowni. Miles 

mógł   uchodzić   za   marynarza   w   obszarpanym   żeglarskim   stroju,   z   ciemnym   zarostem   i 

płonącymi dziko oczami, ale Roger nie. Szwy za małej bluzy rozeszły się na jego potężnym 

ciele,   a   arystokratyczna   jasna   karnacja   w   niczym   nie   przypominała   spalonego   słońcem   i 

wysmaganego   wiatrem   oblicza   żeglarza.   A   Elizabeth   wyglądała   wręcz   beznadziejnie   w 

obcisłym przebraniu. Była zbyt delikatnej budowy, żeby udawać mężczyznę.

Pod   bacznym   spojrzeniem   marynarza   skulonego   w   kącie   wyszli   na   pokład.   Miles 

skradał się kilka kroków z przodu z małym sztyletem w dłoni. Była to jedyna broń, z którą 

wrócił.  Nie wyjaśnił,  jak ją zdobył.  Świeże  nocne powietrze  uświadomiło  Elizabeth,  jaki 

smród panował w ładowni. Z rozkoszą odetchnęła, czując na twarzy powiew wiatru. Miles 

chwycił ją za ramię i popchnął lekko, żeby wzięła się w garść.

Na pokładzie było trzech ludzi - jeden przy sterze i dwóch przechadzających się przy 

burtach.

Miles kucnął przy wielkim zwoju lin, a Elizabeth i Roger poszli w jego ślady. Prawie 

na klęczkach, powoli przesuwali się wzdłuż burty statku.

Kiedy Miles zatrzymał się i machnął ręką, Roger od razu zrozumiał. Prześlizgnął się 

przez burtę i Elizabeth wstrzymała oddech, czekając na plusk wody, nic jednak nie usłyszała. 

Po chwili Miles machnął też na nią. Niewiele myśląc, przełożyła nogę przez burtę, a potem 

przeciągnęła resztę ciała. Wpadła w ręce Rogera, który cicho posadził ją w łodzi.

Z bijącym  sercem patrzyła,  jak Roger, wspomagany z góry przez Milesa, zaczyna 

background image

powoli opuszczać łódkę. Napiął mięśnie do granicy wytrzymałości, żeby łódź nie narobiła 

hałasu uderzając o wodę. Wstała, żeby mu pomóc, ale  niecierpliwym  gestem nakazał jej 

zostać na miejscu. Kiedy wróciła do ławki, zawadziła o coś nogą. Z trudem zdusiła krzyk - 

zobaczyła rękę martwego marynarza.

Nagle łódka niebezpiecznie przechyliła się na bok. Usłyszała, jak Roger ciężko dyszy, 

walcząc z linami. Miles z jakiegoś powodu puścił je na górze. Rogerowi udało się położyć 

łódź na wodzie, po czym niecierpliwie zadarł głowę, wypatrując Montgomery'ego.

Zniknął bez śladu. Elizabeth poczuła, że ogarnia ją panika. Do czego może posunąć 

się jej brat w swojej nienawiści? Czy ona da mu radę, jeśli Roger postanowi zostawić Milesa?

Roger jednak najwyraźniej niespokojnie wypatrywał Montgomery' ego.

Kiedy bliska już była łez z przerażenia, Miles wyjrzał przez burtę, sprawdził, gdzie 

jest Roger, i za chwilę zrzucił mu w ramiona następne ciało. Chatworth, jakby tylko na to 

czekał, nie zachwiał się nawet, kiedy uderzył go ciężar zwłok. Miles błyskawicznie spuścił się 

po linie, a gdy dosięgnął nogami łódki, Roger odpychał ją już od burty statku i chwytał 

wiosło. Miles cisnął drugie ciało obok pierwszego zabitego i też zaczął wiosłować.

Elizabeth bez słowa obserwowała, jak obaj wspólnie pracują, a łódka znika w mroku 

nocy.

background image

16

Trzeba się ich pozbyć - padły pierwsze słowa po godzinie milczenia.

Miles zgodnie skinął głową i dalej wiosłował, kiedy Chatworth wyrzucał ciała do 

wody.

Roger wrócił do wioseł.

- Musimy   zdobyć   inne   ubrania.   Coś   zwykłego,   co   nie   będzie   wzbudzać   żadnych 

podejrzeń.

- Jakich podejrzeń? - spytała Elizabeth. - Myślisz, że marynarze będą nas szukać?

Roger i Miles wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- Jeśli ktoś nas rozpozna, natychmiast zostaniemy ujęci dla okupu - wyjaśnił cierpliwie 

Roger. - Ponieważ podróżujemy bez straży, musimy pozostać incognito.

- Może jako wędrowni muzykanci - dorzuciła Elizabeth. - Szkoda, że nie ma z nami 

Alyx.

Imię nowej bratowej Milesa przypomniało Rogerowi, że Alyx uratowała mu życie. 

Skończył opowiadać o świcie, gdy w końcu dotarli do brzegu.

- Zawiń dobrze płaszcz i trzymaj się blisko mnie - rozkazał Miles. - Niedługo zaczną 

ustawiać stragany na targu, może zdobędziemy tam jakieś ubrania.

Mimo że słońce jeszcze nie wstało, plac w miasteczku roił się od ludzi znoszących 

towary. Porwane ubranie i arogancka postawa Rogera przyciągały wiele spojrzeń, podobnie 

jak kosztowny płaszcz Elizabeth. Lecz najwięcej oczu spoczywało na Milesie - kobiecych 

oczu.

Ładna młoda kobieta otoczona młodzieńcami podniosła wzrok znad swoich towarów i 

spojrzała w ciemne oczy Montgomery' ego.

Elizabeth postąpiła krok do przodu z zaciśniętymi pięściami. Miles parsknął śmiechem 

pod nosem i złapał ją za ramię.

- Opanuj się i bądź posłuszna - powiedział i podszedł do kobiety, która wbiła w niego 

gorące spojrzenie.

- Czym mogę służyć? - spytała kokieteryjnie po francusku z wiejskim akcentem.

- Czy uda mi się namówić cię, żebyś zdjęła te szmatki? - szepnął zalotnie nienaganną 

francuszczyzną Miles i pieszczotliwym gestem położył rękę na dużej kapuście.

Kobieta nie zwracała najmniejszej uwagi na Elizabeth.

- Może   ci   się   uda...   -   odpowiedziała   również   szeptem,   przykrywając   dłoń   Milesa 

swoją. - A co dostanę w zamian?

background image

Miles odsunął się od niej odrobinę i z tym półuśmieszkiem, który Elizabeth dobrze 

znała, i błyskiem w oku powiedział:

- Wymienimy płaszcz obszyty futrem na odzienie dla trzech osób i zapas żywności.

Kobieta zmierzyła Elizabeth niechętnym spojrzeniem.

- Jej płaszcz?

Do grupki zbliżyło  się dwóch mężczyzn.  Sądząc po ich wyglądzie,  byli  to bracia 

handlarki. Elizabeth, zła na Milesa za flirtowanie, nawet jeśli robił to w słusznej sprawie, 

popatrzyła na mężczyzn spod opuszczonych rzęs.

- Spotkał nas nieszczęśliwy wypadek - odezwała się po francusku, nie tak płynnie jak 

Miles,  lecz  poprawnie.   -  Chcieliśmy  zamienić  ten  niewiele  wart   płaszcz   na  kilka   innych 

ubrań, ale strój waszej siostry może okazać się trochę za ciasny.

Opuściła   poły   płaszcza   do   bioder,   demonstrując   swoją   obcisłą   koszulkę   i   jeszcze 

bardziej oblepiające uda spodnie. Miles energicznie naciągnął jej płaszcz na ramiona, młodzi 

mężczyźni zdążyli już jednak zauważyć jej ponętne kształty.

- Dobijemy targu? - wydusił przez zaciśnięte zęby Miles, nie patrząc na Elizabeth.

Bracia chętnie się zgodzili i popchnęli siostrę w stronę jednego z domów przy placu.

Kilka minut później Elizabeth poszła za nią do sieni i przebrała się pod płaszczem. 

Suknia była ze zgrzebnej tkaniny, luźna i wygodna.

Roger i Miles również włożyli swoje wiejskie odzienie. Spakowali jedzenie i ruszyli 

na południe.

Miles odezwał się do Elizabeth dopiero, gdy byli już daleko za miasteczkiem:

- Nauczyłaś się tej sztuczki w domu brata? Szybko wyleczyłaś się ze swoich lęków 

wobec mężczyzn.

- A co miałam robić? Stać i przyglądać się, jak ta ulicznica wdzięczy się do ciebie? Na 

pewno wziąłbyś ją pod jakąś ścianą, gdyby zażądała takiej ceny.

- Może... - mruknął i umilkł.

- Dlaczego ciągle oskarżasz mnie o wszystko, co najgorsze? Nigdy nie zawiodłam 

twojego zaufania. Zostałam z tobą w Szkocji i...

- Uciekłaś i omal nie zabiłaś MacGregora. A potem odjechałaś z bratem - powiedział 

oschle.

- Ależ musiałam to zrobić! - upierała się. Roger szedł po drugiej stronie Elizabeth i do 

tej pory milczał.

- Zabiłbym cię wtedy, Montgomery, gdyby ze mną nie odjechała. I nie słuchałbym 

żadnych jej wyjaśnień.

background image

- Dlaczego mi to mówisz? - spytał po chwili Miles.

- Ponieważ Elizabeth długo suszyła mi głowę, że... popełniłem wiele błędów. Może 

było trochę prawdy w jej słowach.

Przez pewien czas szli w milczeniu, każdy zajęty swymi myślami.

Kiedy słońce wzeszło wyżej, zatrzymali się i posilili, popijając wodą ze strumienia 

przy drodze. Elizabeth uchwyciła kilka razy badawcze spojrzenie Milesa. Ciekawa była, o 

czym myśli.

Mijali wielu podróżnych na drodze, bogatych kupców na osłach w uprzężach ze złota, 

wielu włóczęgów, muzykantów, kowali, a raz jakiegoś szlachcica z eskortą dwudziestu uzbro-

jonych   rycerzy.   Przez   następną   godzinę   Roger  i   Miles   omawiali.  ze   szczegółami   orszak, 

poczynając od barw, które nosili rycerze, a kończąc na krytykowaniu przestarzałych zbroi.

Gdy słońce pochyliło się ku zachodowi, mężczyźni zaczęli szukać miejsca na nocleg. 

Mimo że mogli zostać złapani jako kłusownicy, Roger i Miles postanowili zatrzymać się w 

królewskim lesie, z dala od koczujących przy drodze wędrowców.

Przy jedzeniu mężczyźni rozmawiali o fechtunku, wymienili kilku ludzi, których obaj 

znali, i w ogóle zachowywali się jak starzy przyjaciele. Nawet nie zauważyli, kiedy Elizabeth 

odeszła na bok. Kilka minut później ze łzami w oczach oparta o drzewo słuchała odgłosów 

nocy.

Drgnęła, gdy Miles dotknął jej ramienia.

- Co się stało? - spytał.

- Co się stało! - syknęła, czując, że łzy spływają jej po policzkach. - Zupełnie nic się 

nie stało! Więziłeś mnie miesiącami, rozkochałeś w sobie, a gdy poświęciłam wszystko, żeby 

ratować twoje nędzne życie, znienawidziłeś mnie. Urodziłam twoje dziecko, spiskowałam z 

twoimi   ludźmi,   aby   cię   odzyskać,   a   wszystko,   co   masz   mi   do   zaofiarowania,   to   chłód. 

Odpowiedziałeś   na   mój   pocałunek,   lecz   nadal   jesteś   obojętny.   Co   mam   zrobić,   żebyś 

zrozumiał, że cię nie zdradziłam? Że nie wybrałam brata zamiast ciebie! Słyszałeś słowa 

Rogera: zabiłby cię, gdybym z nim nie odjechała.

Łzy nie pozwoliły jej dalej mówić.

Miles oparł się o drzewo obok. Światło księżyca lśniło na jego włosach i w oczach.

- Sądziłem, że tylko moi bracia są niewolnikami demona dumy. Miałem Raine'a za 

szaleńca, kiedy nie chciał wybaczyć żonie, że pojechała do króla prosić o łaskę dla niego. 

Wybaczyłbym ci wizytę u króla, ale ty wolałaś innego mężczyznę ode mnie, wybrałaś jego 

dom,  a  nie   mój.   A  kiedy  usłyszałem   opowieści  o  tych  mężczyznach,  z  którymi  sypiasz, 

czułem, że zabiłbym cię gołymi rękami. - Podniósł dłoń, gdy zaczęła protestować. - Może tak 

background image

się   stało,   gdyż   miałem   do   czynienia   z   wieloma   niewiernymi   żonami;   kobietami,   które 

wychodziły z mojego łóżka, by wdziać ślubną suknię. Może to spaczyło mój stosunek do 

kobiet. Rzeczywiście, byłaś moim więźniem, ale w końcu uległaś.

- Broniłam się przed tobą! - powiedziała urażona. Miles uśmiechnął się lekko.

- Raine twierdził, że jestem zazdrosny, i, o ironio, okazało się, że jesteśmy zazdrośni o 

tego samego mężczyznę. Raine był przekonany, że Alyx darzy Rogera Chatwortha wielkim 

uczuciem.

- Jestem pewna, że Roger nie miał o tym pojęcia.

- Też to zrozumiałem,  kiedy opowiedział nam, jak Alyx  uratowała mu życie. Ona 

zrobiła to, by ratować Raine'a. Mój brat to uparty człowiek, który nigdy nie słucha rozumnych 

argumentów.

- Raine! - parsknęła Elizabeth. - Czy też wpada w taką furię, że rozrywa sobie szwy na 

ranach? Czy trzeba poić go wywarami z ziół, żeby zasnął?

Miles uśmiechnął się błyskając zębami.

- Raine rzuca kopiami, kiedy jest wściekły. Ja mam swoje sposoby.

Chwilę milczał.

- Jak się miewa nasz syn? - spytał cicho.

- Ma wystające  kości policzkowe  jak twój brat  Gavin. Nie ma wątpliwości co do 

rodzinnego podobieństwa.

- Nigdy naprawdę w to nie wątpiłem. Elizabeth...

- Tak... - szepnęła.

- Dlaczego   ode   mnie   odeszłaś?   Dlaczego   nie   wróciłaś   po   tygodniu   czy   dwóch? 

Czekałem każdego dnia, modliłem się o twój powrót. Kit płakał co wieczór. Tak wiele matek 

go opuściło.

Po twarzy Elizabeth spływały łzy.

- Bałam się o Rogera. Nie był przy zdrowych zmysłach. Brian przysiągł go zabić i 

bałam się, że jeżeli mnie zabraknie, Roger wyda wojnę wszystkim Montgomerym. Miałam 

nadzieję, że uda mi się go przekonać, i sama chciałam poznać prawdę o powodach nienawiści 

między naszymi rodzinami.

- A ci mężczyźni? - spytał Miles. - Pagnell opowiadał wszystkim, jak mi cię podrzucił, 

a galanci, którzy jeździli do ciebie w konkury, dbali, żeby dotarły do moich uszu szczegóły na 

temat tych wizyt.

- Posłuchaj. Byłeś nie tylko moim pierwszym mężczyzną, ale też pierwszym, który 

rozmawiał ze mną nie śliniąc się obleśnie, pierwszym, który nauczył mnie śmiać się, i pierw-

background image

szym,  który był dla mnie  naprawdę dobry.  Sam kiedyś powiedziałeś,  że nic nie wiem o 

mężczyznach.

- Trochę już się dowiedziałaś... - stwierdził z goryczą.

- Tak, w pewnej mierze. Kiedy starałam się myśleć spokojnie o tej sytuacji, doszłam 

do   wniosku,   że   lepiej   będzie,   jeśli   pokocham   kogokolwiek,   byle   nie   Montgomeryego. 

Myślałam, że może wtedy Roger zapomni o swojej nienawiści i o tym, że urodzę dziecko 

Montgomeryego.   Postanowiłam   więc   poznać   kilku   mężczyzn   i   zastanowić   się,   czy   nie 

pokochałam cię tylko dlatego, że byłeś pierwszy.

Miles w milczeniu wpatrywał się w nią płonącymi oczami.

- Niektórzy   z   nich   rozśmieszali   mnie,   inni   byli   uprzejmi,   niektórzy   sprawiali,   że 

czułam się piękna, ale żaden nie miał wszystkich zalet. Z biegiem tygodni wspomnienie o 

tobie, zamiast blednąc, stawało się coraz bardziej wyraziste. Pamiętałam twój każdy gest i 

porównywałam wszystkich innych mężczyzn z tobą.

- Nawet rozmiar...

- Niech cię diabli! - przerwała mu ostro. - Nie spałam z żadnym z nich i wydaje mi się, 

że doskonale o tym wiesz. Chcesz tylko, żebym przyznała to głośno.

- Dlaczego nie poszłaś z żadnym do łóżka? Kilku z tych konkurentów ma ogromne 

powodzenie u kobiet.

- Tak jak ty? - warknęła. - Ode mnie wymagasz celibatu, a ty? Czy jeśli wyznam, że 

nie było nikogo poza tobą, wpuścisz mnie do swego nieskalanego łoża? Dziś rano musiałam 

siłą odciągać cię od jakiejś kobiety. Jak myślisz, jak się czułam przytulając twego syna i 

wiedząc, że w tej chwili może bierzesz do łóżka jedną albo dwie... albo więcej kobiet?

- Więcej? - zakpił, a potem zniżył głos. - Nie było żadnej kobiety po tobie.

Elizabeth nie wierzyła własnym uszom.

- Nie?... - Szeroko otworzyła oczy.

- Pojechałem   z   Raine'em   do   jednej   z   jego   kryjówek   i   w   napadzie   wściekłości 

wyrzuciliśmy   stamtąd   wszystkie   kobiety,   nawet   praczki.   Całymi   dniami   ćwiczyliśmy,   a 

nocami piliśmy na umór, przeklinając niewieście plemię. Raine pierwszy oprzytomniał, gdy 

żona przysłała mu córeczkę. Mała Catherine sprawiła, że zatęskniłem za własnymi dziećmi, 

wróciłem więc na Boże Narodzenie  do domu Gavina, a Judith...  - przeciągnął  dłonią po 

włosach.

- Zawsze sądziłem, że Gavin jest zbyt szorstki dla swej łagodnej, delikatnej żony, lecz 

nie wiedziałem, z jaką żelazną konsekwencją ta kobieta potrafi dążyć do swego celu. Nie 

mogłem się od niej uwolnić. Była bezlitosna. Bez przerwy mówiła o naszym synu, wzdychała 

background image

z żalem, że jej synek nie pozna nigdy swego kuzyna, i wynajęła nawet człowieka, by na 

wewnętrznej   stronie   mojej   tarczy   namalował   anioła   o   długich   złotych   włosach   z   małym 

chłopczykiem w ramionach. Na mojej tarczy, wyobraź sobie! Powiedziałem Gavinowi, że 

skręcę jego żonie kark, jeśli czegoś z nią nie zrobi, ale on dostał takiego ataku śmiechu, że 

więcej   o   tym   nie   wspomniałem.   Kiedy   Judith   dostała   list,   w   którym   pisałaś,   jak   bardzo 

pragniesz mi wybaczyć, rzuciła się na mnie z jeszcze większą determinacją. Miles przymknął 

na chwilę oczy.

- Zwerbowała  do  pomocy   Alyx,   która  przyjechała  do  zamku   z  całym  repertuarem 

pieśni o nieszczęśliwych kochankach rozdzielonych przez głupiego, złego człowieka, którego 

wygląd   idealnie   akurat   pasował   do   mojej   osoby.   Pewnego   wieczoru   przy   kolacji   Alyx 

urządziła takie przedstawienie z dwudziestoma paroma muzykantami, że wszyscy turlali się 

ze śmiechu, a dwóch rycerzy krztusząc się z uciechy spadło z krzeseł. Alyx dała prawdziwy 

popis.

Elizabeth słuchała w osłupieniu tej historii.

- I co zrobiłeś?

- Bardzo spokojnie przeskoczyłem przez stół i złapałem Alyx za gardło.

- Nie!... Ona jest taka drobna, taka...

- Raine   i   Gavin   wyciągnęli   natychmiast   miecze   i   stojąc   tak   nad   tą   przyduszoną 

biedaczką, z mieczami braci na gardle, zdałem sobie sprawę, że nie jestem sobą. Następnego 

dnia Judith zaplanowała nasze spotkanie. - Mrugnął oczami. - Spotkanie, na które chciałaś 

przybyć zawinięta w dywan.

Odwróciła od niego wzrok Myślała, że sir Guy jest po jej stronie, on jednak donosił o 

wszystkim Milesowi - pewnie świetnie bawili się jej kosztem. Musieli pękać ze śmiechu, że 

Elizabeth   pragnie   uwieść   własnego   męża.   Co   stało   się   z   tą   nieugiętą   dziewczyną,   która 

przysięgła kiedyś nad urwiskiem, że nie podda się żadnemu mężczyźnie?

- Wybacz mi... - szepnęła i wyminęła go, chcąc wrócić do Rogera.

Miles   chwycił   ją   za   ramiona   i   przyciągnął.   Kiedy   zobaczyła   na   jego   twarzy   ten 

zadowolony samczy uśmieszek, wbiła mu mocno łokieć w żebra. Jęknął żałośnie.

- Nienawidzę cię, Montgomery! - wrzasnęła. - Zmusiłeś mnie do błagania i do łez, 

pozbawiłeś mnie godności! Chciała uderzyć go jeszcze raz, ale przytrzymał ją mocno za ręce.

- Nie, pani Montgomery - powiedział, przysuwając usta do jej warg. - Kochasz mnie. 

Tak bardzo, że byłaś gotowa żebrać o moją miłość. A łzy wywołuje twoja dzika namiętność i 

miłość do mnie.

- Poniżyłeś mnie.

background image

- Tak jak i ty mnie. - Nie pozwolił się jej wyszarpnąć.

- Wszystkie  kobiety chętnie mi  się oddawały, tylko  ty zmusiłaś  mnie  do wysiłku. 

Tylko ty wzbudziłaś we mnie złość, zazdrość, obsesję. Należysz do mnie, Elizabeth, i nigdy 

więcej nie pozwolę ci o tym zapomnieć.

- Nigdy nie... - zaczęła, lecz zamknął jej usta pocałunkiem. Poczuła się bezsilna. Teraz 

już nie ucieknie. Objęła go za szyję i przyciągnęła bliżej.

- Nigdy, nigdy o tym nie zapominaj, pani Montgomery - szepnął jej do ucha. - Zawsze 

będziesz moja, za sto i za dwieście lat. Zawsze!

Ledwie   docierały   do   niej   te   słowa.   Nie   wiedziała,   jak   strasznie   fizycznie   za   nim 

tęskniła przez cały okres rozłąki. Był jedynym mężczyzną na świecie, przy którym czuła się 

tak   bezpiecznie,   jedynym,   którego   się   nie   obawiała.   Wszystkie   lata   powstrzymywanych 

namiętności dawały teraz znać o sobie. Wsunęła palce w jego miękkie włosy i przytuliła 

jeszcze mocniej jego głowę.

Z gardła Milesa wydarł się ochrypły śmiech.

- Mówisz,   że   przy   drzewie?   Mam   wziąć   cię   przy   drzewie?   Wiedział,   czego   chce 

Elizabeth - nie słodkiej, delikatnej gry miłosnej, ale furii, która ją teraz rozsadzała. Zaczął 

szarpać   jej   bieliznę,   jednocześnie   drugą   ręką   rozpinając   spodnie.   Elizabeth   całowała   go 

zachłannie, lizała po twarzy, wpijała się w jego wargi.

Kiedy plecami uderzyła o drzewo, przymknęła oczy i wbiła zęby w jego ramię. Miles 

uniósł ją, owijając się jej nogami w pasie. Nie pomyśleli nawet o zdjęciu ubrania. Trzymając 

za pośladki, podniósł jeszcze wyżej jej biodra i wbił się w nią gwałtownie.

Schowała twarz na jego ramieniu, kiedy silne ręce unosiły ją w górę i w dół. Odrzuciła 

głowę, kiedy poczuła w sobie narastający krzyk. Słone krople potu Milesa ściekały na nią i 

mieszały się z jej potem, sklejały włosy.

Przebił   ją   ostatnim   dzikim  pchnięciem,   które   przyprawiło   Elizabeth   o  ekstatyczny 

dreszcz, i przywarł do niej całym wstrząsanym skurczami ciałem.

Poczuła falę konwulsyjnej rozkoszy i łzy popłynęły jej po policzkach. Powoli wracała 

na ziemię, prawie bez czucia w nogach i ramionach.

Miles odchylił się do tyłu. Spojrzał na nią głaszcząc po mokrych włosach i pocałował 

w skroń.

- Kocham cię - powiedział czule i dodał z chytrym uśmiechem:

- Poza tym jesteś najlepsza...

- Rozumiem. - Roześmiała się. - Puścisz mnie teraz czy mam wyzionąć ducha na tym 

drzewie?

background image

Z kolejnym pocałunkiem postawił ją delikatnie na ziemi i roześmiał się z satysfakcją, 

kiedy nogi się pod nią ugięły.

- Bezczelny!   -   syknęła,   chwytając   jego   podtrzymujące   ramię.   -   Naprawdę   jestem 

najlepsza? - zapytała obojętnym tonem. - Wciąż ci się podobam, nawet po urodzeniu dziecka?

- Może   odrobinę   -   odparł   poważnym   tonem.   Roześmiała   się,   poprawiła   suknię   i 

usiłując odzyskać równowagę ruszyła do miejsca, gdzie czekał na nich Roger.

background image

17

Wędrowali   przez   następne   dwa   dni.   Elizabeth   promieniała   szczęściem.   Noce 

wypełnione były namiętnością, a dni czułością. Miles był cudowny. Trzymali się za ręce, 

rozmawiali cicho albo zaśmiewali się z najgłupszych drobiazgów. Kochali się nad brzegiem 

strumienia, a potem pływali w jego lodowatej wodzie.

Roger przyglądał im się z rezerwą i Elizabeth chwilami czuła się winna. Wiedziała, że 

sprawia   mu   ból.   Kilka   razy   skomentował,   według   niego   niegodne   rycerza,   swawolne 

zachowanie Milesa, lecz ten powiedział tylko, że dopóki nie dotrą do jego krewnych, będzie 

zwykłym beztroskim wieśniakiem.

Posuwali się powoli, gdyż odległość odpowiadająca czterodniowej podróży konno na 

piechotę wymagała dodatkowych kilku dni marszu.

Czwartego dnia cała trójka zeszła koło południa z drogi, żeby odpocząć i odświeżyć 

się trochę.

Roger zerknął lekceważąco na siostrę i Milesa i odszedł w stronę lasu. Gdy dowiedział 

się o porwaniu Elizabeth, strasznie cierpiał - lecz teraz widział, że bardziej się od niego 

oddaliła niż gdyby gdzieś ją więziono.

Rozmyślając   nad   swoimi   sprawami,   przeszedł   obok   skopanej   ziemi   na   krawędzi 

płytkiego wąwozu, nie zwracając na to zupełnie uwagi. Był już kawałek dalej, kiedy dotarło 

do niego, że są to z pewnością ślady walki. Odwrócił się i przyjrzał się dokładniej.

Ruszył   wzdłuż   stromej,   kamienistej   krawędzi,   opadającej   do   brzegu   rwącego 

strumienia i w pewnym miejscu dostrzegł wyraźny ślad. Musiało tu spaść jakieś ciało. Często 

po bitwie Roger musiał szukać swoich ludzi, rannych  i gdzieś porzuconych, a teraz jego 

instynkt   obudził   się   tak   gwałtownie,   że   włosy  stanęły   mu   dęba   na   karku.   Ześlizgnął   się 

zwinnie po zboczu.

Nie spodziewał się tego, co znalazł na dole. Na zwalonym pniu, z nogą uwięzioną pod 

stertą   dość   dużych   odłamków   skał,   siedziała   ładna   młoda   kobieta,   ubrana   w   kosztowne 

wiśniowe   aksamity.   Jej   suknia   obszyta   była   pod   szyją   dużymi,   oprawnymi   w   złoto 

ametystami.   Ciemne   oczy,   jakby   za   duże   do   drobnej   twarzy,   podniosły   się   radośnie   na 

Rogera.

- Wiedziałam,   że   przyjdziesz   -   powiedziała   po   angielsku   z   zabawnym,   miękkim 

akcentem.

Roger mrugnął ze zdumienia oczami, ale zignorował jej słowa.

- Spadłaś? Nic ci nie jest?

background image

Uśmiechnęła się uroczo. Wyglądała bardzo młodo, prawie jak dziecko, ubrane w zbyt 

poważną suknię. Ciemne włosy wymykały się spod wyszywanego perłami kaptura. Na szyi 

też miała sznur pereł.

- Nie mogę wyciągnąć stopy.

Kobiety! - pomyślał Roger i podszedł bliżej, żeby obejrzeć zwalone kamienie.

- Musiałaś mnie słyszeć na górze. Dlaczego nie zawołałaś?

- Ponieważ   wiedziałam,   że   przyjdziesz   po   mnie.   Wariatka   -   pomyślał.   -   Biednej 

dziewczynie odebrało rozum.

- Podniosę   ten   kamień,   a   ty   spróbujesz   wyjąć   stopę,   dobrze?   Rozumiesz   mnie?   - 

powiedział jak do półgłówka.

Uśmiechnęła się lekko i kiedy podniósł kamień, wyciągnęła nogę.

Prawa  stopa była  też uwięziona i Roger stwierdził,  że jeśli uniesie jeden  kamień, 

spadną następne i mogą złamać kostkę. Dziewczyna była drobna i Roger podejrzewał, że jej 

delikatne kości tego nie wytrzymają.

- Możesz mi powiedzieć - szepnęła. - Jestem przyzwyczajona do znoszenia bólu.

Spojrzał   na   nią.   W   wielkich   oczach   było   tak   ogromne   zaufanie...   Zaufanie,   które 

przerażało go, a jednocześnie dodawało sił.

- Jak się nazywasz? - spytał, oglądając uważnie kamienie wokół jej małej stopy.

- Christiana, milordzie.

Roger gwałtownie podniósł głowę. Brudne, wiejskie ubranie jej nie zmyliło, może 

więc nie jest taka głupia.

- To znaczy Chris. - Uśmiechnął się. - Mogę wziąć twój nóż? Podłożę coś pod te 

kamienie, a potem spróbuję podnieść te obok.

Bez wahania podała mu nóż. Roger zagryzł wargi, by nie powiedzieć, że nie należy 

tak chętnie oddawać noża nieznajomemu. Klejnoty na jej sukni były warte fortunę, a takiego 

pięknego naszyjnika z pereł jeszcze nigdy nie widział.

Odszedł parę kroków, by uciąć trochę gałęzi. Zdjął kaftan, potem koszulę i odciął 

kilka pasów, które miały posłużyć konstrukcji podtrzymującej kamienie.

- Dlaczego nikt cię nie szuka? - spytał, zajęty wiązaniem gałęzi.

- Może szukają, nie wiem. Śniłeś mi się ostatniej nocy.

Rzucił jej ostre spojrzenie, ale nic nie powiedział. Dziewczęta w każdym  zakątku 

świata snują romantyczne marzenia o tajemniczym wybawcy. Mężczyznom nie ułatwia to 

życia.

- Śnił mi się - ciągnęła - ten las i to miejsce. Widziałam cię w moim śnie, dlatego 

background image

wiedziałam, że przyjdziesz.

- Może mężczyzna z twego snu był po prostu do mnie podobny - odezwał się jak do 

dziecka Roger.

- Widziałam wiele rzeczy. Bliznę koło twego oka... Zranił cię brat, gdy byłeś małym 

chłopcem.

Roger odruchowo sięgnął do blizny przy lewej skroni. Omal nie stracił oka tamtego 

dnia i bardzo niewiele osób,  które wiedziały, skąd pochodzi  blizna, jeszcze  żyło.  Wątpił 

nawet, czy Elizabeth o tym wie.

Christiana uśmiechnęła się na widok jego zdumienia.

- Całe życie na ciebie czekałam. Roger potrząsnął głową.

- Sprytnie zgadłaś - powiedział. - Mam na myśli bliznę. A teraz nie ruszaj się, kiedy 

spróbuję podnieść te kamienie.

Nie musiał tego mówić, gdyż dziewczyna i tak nie była w stanie się poruszyć.

Skały nie były małe i Roger napocił się, zanim jedna z nich drgnęła. Kiedy odrzucił ją 

na   bok,   inne   zaczęły   spadać   z   góry   na   prowizoryczną   konstrukcję,   którą   zbudował. 

Natychmiast skoczył na Christianę, pociągnął ją na bok i przygniótł do ziemi, żeby zasłonić 

przed spadającymi odłamkami. Jęknęła cicho, kiedy kilka drobnych odłamków zadrapało jej 

skórę. Gdy stukot toczących się kamieni ustał, Roger odsunął się i chciał wstać, ale Chris 

ujęła jego głowę w obie dłonie i dotknęła ustami jego warg.

Przez długi czas Roger zajmował się jedynie walką o powrót siostry i brata do domu, 

nie miał czasu na kobiety. Nie miał pojęcia, jak nagle może owładnąć nim pożądanie. Kiedyś, 

wiele   lat   temu,   umiał   być   beztroski,   żartował   z   ładnymi   dziewczętami   i   umawiał   się   na 

potajemne spotkania, lecz nienawiść do Montgomerych wszystko zmieniła.

Gdy dziewczyna dotknęła jego ust, jedno słowo przemknęło Rogerowi przez myśl: 

dojrzała. Może ona wygląda niemal jak dziecko, ale jest kobietą i ma jakiś dojrzały zamiar. 

Pocałowała go tak mocno, że odskoczył.

- Kocham cię i zawsze na ciebie czekałam.

Wciąż na niej leżąc, popatrzył głęboko w jej ciemne oczy, oczy, które chciały wyrwać 

mu duszę z ciała. Przestraszyło go to spojrzenie. Wstał.

- Lepiej będzie, jeśli odwieziemy cię do rodziców.

- Nie mam rodziców - powiedziała siadając. Roger odwrócił wzrok od jej oczu, które, 

jak mu się wydało, oskarżały go teraz, że chce ją opuścić. Jedna część jego duszy pragnęła 

uciec od tej dziwnej kobiety, a druga oddałaby życie, by ją zatrzymać.

- Obejrzę twoją kostkę - powiedział w końcu. Posłusznie podsunęła stopę. Zmarszczył 

background image

czoło, gdyż była cała podrapana, a jedna z głębszych ran dość mocno krwawiła.

- Dlaczego od razu mi tego nie pokazałaś? - zbeształ ją.

- Proszę - oddał jej nóż. - Odetnij kawałek halki. Już prawie nic nie zostało z mojej 

koszuli, a innej w tej chwili nie mam.

Uśmiechnęła się i zaczęła ciąć delikatny batyst.

- Skąd wziąłeś się we Francji w tych łachmanach? Gdzie są twoi ludzie?

- Ty mi powiedz - rzucił ostro, biorąc od niej paski materiału. - Może dziś przyśni ci 

się reszta mojego życia.

Podszedł   do   strumienia   i   natychmiast   pożałował   swych   słów,   ale,   do   diabła!   Ta 

dziewczyna przyprawiała go o zimny dreszcz. Wciąż czuł jej pocałunek - dziwne połączenie 

kobiety, która chce wskoczyć mu do łóżka, i czarownicy dybiącej na męską duszę.

Uśmiechnął się na tę myśl. Ponosi go fantazja. To młoda dziewczyna, która po prostu 

potrzebuje jego pomocy, i nic poza tym.  Jedyne,  co może zrobić, to opatrzyć jej nogę i 

odprowadzić do opiekunów.

Kiedy   wrócił   z   wilgotnym   kompresem,   na   jej   rzęsach   spostrzegł   łzy.   Poczuł   się 

strasznie.

- Przepraszam, Chris - powiedział, jakby znał ją od lat.

- Do   diabła!   Daj   mi   kostkę.   Uśmiechnęła   się   słabo   przez   łzy   i   Roger   bezwiednie 

odwzajemnił uśmiech. Jej twarz cała się rozjaśniła, gdy ujął jej stopę.

- Podaj   mi   raz   jeszcze   nóż,   odetnę   pończochę   -   powiedział,   zdjąwszy   haftowany 

pantofelek.

Christiana powoli, bez słowa, podciągnęła suknię z jednej strony do uda i odwiązała 

pończochę. Nie odrywając oczu od Rogera, który wpatrywał się w jej szczupłą, kształtną 

nogę, zsunęła pończochę do zakrwawionej kostki.

- Możesz teraz zdjąć do końca.

Roger   poczuł   nagle,   że   na   całym   ciele   występuje   mu   pot.   Przeszył   go   tak 

niespodziewanie   silny,   wewnętrzny   dreszcz   pożądania,   jakby  krew   zagotowała   mu   się   w 

żyłach. Drżącymi rękami zdjął pończochę, jedną dłonią trzymając trykot, a drugą obejmując 

jej nagie kolano.

Widok krwi na kostce przywrócił go do przytomności.

- Igrasz ze sprawami, których nie rozumiesz - powiedział cicho, zwilżając stopę, by 

zdjąć podartą pończochę.

- To nie jest igraszka - odpowiedziała łagodnie.

Roger starał się skupić na swoim zadaniu, kiedy dokładnie mył, a potem bandażował 

background image

nogę.

- Teraz musisz wracać - odezwał się, jakby był ojcem, ale lewa ręka wciąż spoczywała 

na jej kolanie i Roger zaczął delikatnie przesuwać ją do góry. Schował nóż do pochwy u jej 

boku.

Wpatrywała się w niego. Nie odsuwała się, raczej go zapraszała.

Nagle otrząsnął się. Bez względu na to, jak ponętna byłaby ta dziewczyna, nie jest 

warta   jego   życia.   Ktoś   mógłby   ją   tu   znaleźć   i   gdyby   przyłapał   Rogera,   w   tym   stroju 

wieśniaka, na zalotach wobec wysoko urodzonej damy, nie pytałby o nic, tylko poderżnąłby 

mu gardło. Poza tym nie był pewien, czy pragnie zbliżenia z tą dziwną młodą kobietą. A jeśli 

jest wiedźmą i chce odebrać mu duszę?

- Dlaczego przestałeś, milordzie? - spytała szeptem. Obciągnął jej suknię.

- Ponieważ jesteś dzieckiem, a ja... Czy często ofiarowujesz się nieznajomym?

Nie odpowiedziała, odpowiedź była w jej spojrzeniu.

- Zawsze cię kochałam i zawsze będę kochać. Należę do ciebie całkowicie...

Rogera zaczęła ogarniać złość.

- Posłuchaj, młoda damo! Nie wiem, za kogo mnie bierzesz, ani kim jesteś, ale sądzę, 

że najlepiej będzie, jeśli ty wrócisz do swoich ludzi, a ja do swoich. I mam nadzieję, że 

pomodlisz się, jeśli wierzysz w Boga, o wybaczenie swojego postępowania.

Schylił się, przerzucił jej drobne ciało przez ramię i zaczął wspinać się na strome 

kamieniste zbocze.

Gdy dotarł na szczyt, nie czuł już ani złości, ani pożądania. Jest za stary i za mądry, by 

pozwolić jakiejś romantycznej dzierlatce zawrócić sobie w głowie.

Postawił ją przed sobą, przytrzymał dla równowagi za ramiona i uśmiechnął się.

- Dokąd mam cię zaprowadzić? Pamiętasz, z której strony przyszłaś?

Przez chwilę zdawała się nie rozumieć.

- Oczywiście, że pamiętam. Dlaczego mnie odsyłasz? Pocałujesz mnie jeszcze raz? 

Tak jakbyś też mnie kochał?

Roger trzymał ją na odległość wyciągniętego ramienia.

- Nie, nie pocałuję cię. Powiedz, dokąd cię odprowadzić.

- Moje miejsce jest przy tobie, ale... - Umilkła na dźwięk rogu. Jej oczy zrobiły się 

dzikie, przerażone. - Muszę iść. To mój mąż. Nie może cię znaleźć. Zaczekaj!

Zanim   cokolwiek   powiedział,   chwyciła   swój   mały   nóż   i   zamaszyście   wycięła 

największy ametyst z obramowania sukni. W kosztownym aksamicie została wielka dziura.

- Weź to - powiedziała pospiesznie. Roger zesztywniał.

background image

- Nie przyjmuję podarków od kobiet.

Znowu zabrzmiał głos rogu. Christiana jeszcze bardziej zbladła.

- Muszę iść! - Stanęła na palcach i szybko pocałowała jego zaciśnięte usta. - Mam 

piękne ciało - powiedziała.

- I cudne, miękkie włosy. Pokażę ci kiedyś. Kiedy głos rogu zabrzmiał trzeci raz, 

uniosła spódnicę i zaczęła niezdarnie biec, utykając na zranioną nogę. Nie odbiegła jeszcze 

daleko, gdy odwróciła się i rzuciła mu ametyst. Roger nie drgnął.

- Podaruj go kobiecie, która z tobą podróżuje. To twoja siostra czy matka?

Ostatnie słowa krzyknęła przez ramię znikając mu z oczu.

Roger stał długo jak skamieniały, wpatrując się w miejsce, gdzie zniknęła. Dziwnie się 

czuł, tak lekko, jakby spotkało go coś nierzeczywistego. Czy dziewczyna była tu naprawdę, 

czy tylko mu się przyśniła?

- Roger! - Za sobą usłyszał głos Elizabeth. - Szukamy cię od godziny. Możemy iść 

dalej? Mamy tylko kilka godzin do zapadnięcia nocy.

Powoli odwrócił się do siostry.

- Rogerze, dobrze się czujesz? Miles odszedł nieco od żony i uważnie rozglądał się 

wokół.

Czasem ranieni ludzie wyglądali tak jak Roger - dopóki po chwili nie padli na ziemię. 

Miles - dostrzegł ametyst na trawie, nie zdążył jednak podejść bliżej, kiedy Roger pochwycił 

go i zacisnął mocno palce.

- Tak, możemy iść - odpowiedział krótko. Spojrzał jeszcze na las, ściskając ametyst w 

dłoni. - Jej mąż! - mruknął zły.

- Wielka mi miłość. Miał ochotę wyrzucić klejnot, lecz nie mógł się na to zdobyć.

Miles złapał w sidła królika - co było zabronione i kiedy piekli go później na rożnie, 

sami  grzejąc  się przy ognisku,  Montgomery  wyraźnie  czuł,  że  Roger  jest  tej   nocy jakoś 

dziwnie nieobecny duchem. Nie chciał martwić Elizabeth ciągłą podejrzliwością - zresztą 

życie francuskich wieśniaków wydawało się prawdziwą idyllą w porównaniu z atmosferą w 

domu   jej   brata   -   jednak   Miles   nigdy   nie   wyzbywał   się   czujności,   zawsze   myślał   o 

potencjalnym niebezpieczeństwie. Miał lekki sen i nabrał szacunku do Rogera, gdy przekonał 

się, że brat Elizabeth jest równie czujny.

Elizabeth spała z głową na piersi męża, a Roger usiadł trochę na uboczu i obracał coś 

długo w palcach. Miles nie miał zwyczaju pytać wprost o sprawy, które bezpośrednio go nie 

dotyczą, lecz Roger wyczuł jego zainteresowanie.

- Kobiety!... - parsknął w końcu z niesmakiem i schował ametyst do kieszeni.

background image

Kiedy wyciągnął się w końcu na chłodnej leśnej ściółce, sięgnął znów po kamień i 

ściskał   go   w   dłoni   całą   noc.   Poranek   był   jasny,   a   Elizabeth   jak   zwykle   ostatnio   - 

uszczęśliwiona   od   przebudzenia.   Jeszcze   dzień   drogi   i   będą   w   domu   francuskich 

Montgomerych. Potem wrócą do Anglii i ich syna, a potem, jak w bajce, będą żyć długo i 

szczęśliwie.

- Wyglądasz na wyjątkowo szczęśliwą - powiedział z uśmiechem maszerujący obok 

Miles. - Chyba podoba ci się to wiejskie życie.

- Przez pewien czas... - Pokręciła głową. - Ale nie myśl sobie, że zawsze będę nosić 

łachy. Jestem kosztowną kobietą.

Filuternie przewróciła oczami.

- Będziesz musiała zasłużyć na swoje utrzymanie - powiedział nonszalancko, mierząc 

ją wzrokiem od góry do dołu.

- Jestem w tym dość dobra. Umiem... Zamilkła, gdy rozległ się stukot końskich kopyt, 

a straże zmusiły ich do ustąpienia z drogi. Był to bez wątpienia bogaty orszak, konie w 

jedwabiach, rycerze w barwnych, dobrze utrzymanych zbrojach. Kawalkada składała się z 

około stu ludzi i wozów z bagażami, a w środku jechała młoda dziewczyna ze związanymi z 

tyłu rękami. Miała posiniaczoną twarz, lecz głowę trzymała wysoko.

Elizabeth zadrżała na wspomnienie porwania, ta dziewczyna jednak oprócz tego, że 

miała związane ręce, wyglądała na pobitą.

- Chris... - szepnął sparaliżowany tym widokiem Roger. Miles uważnie obserwował go 

z boku i kiedy Roger zrobił ruch do przodu, chwycił go za ramię.

- Nie teraz - powiedział cicho. Elizabeth odwróciła się od mijającej ich procesji. Tak 

wielu mężczyzn dla jednej drobnej dziewczyny - pomyślała\ ze smutkiem. Nagle spojrzała na 

Milesa.

- Nie! Nie możesz myśleć o uwolnieniu tej dziewczyny. Miles popatrzył na rycerzy i 

nic nie odpowiedział. Gdy otworzyła znów usta, tak ją przeszył wzrokiem, że natychmiast 

umilkła.

Stali pewien czas przy drodze czekając, aż orszak ich minie. Elizabeth dudniło w 

głowie: nie, nie, nie! Miles nie może ryzykować życia dla kobiety, której nawet nie zna.

Kiedy znowu ruszyli, Elizabeth zaczęła tak spokojnie i rozsądnie, jak tylko mogła:

- Wkrótce dotrzemy do twoich krewnych, powiedzą nam, kim jest dziewczyna, kto ją 

więzi i dlaczego. Może zabiła setkę ludzi? Może zasłużyła na karę?

Roger i Miles patrzyli prosto przed siebie. Elizabeth chwyciła męża za rękę.

- Ja też byłam kiedyś więziona i nie skończyło się tak źle. Może...

background image

- Bądź cicho, Elizabeth! - rozkazał Miles. - Nie mogę się skupić.

Poczuła, że zaczyna drżeć. Jak on może bez broni rzucać się na ratunek dziewczynie 

strzeżonej przez stu uzbrojonych rycerzy?

Miles zwrócił się do Rogera:

- Może   zaoferujemy   swoje   usługi   przy   zbieraniu   drewna   na   opał?   W   ten   sposób 

przynajmniej dostaniemy się do ich obozu.

Roger spojrzał na niego, rozważając ten pomysł.

- To nie twoja sprawa, Montgomery. Dziewczynę  pobito z mojego powodu i ja ją 

stamtąd wyciągnę.

Miles tak się w niego wpatrywał płonącymi oczami, że Roger skinął w końcu głową, 

odwrócił wzrok i powiedział:

- Nie wiem o niej nic, oprócz tego, że ma na imię Christiana. Dała mi klejnot odcięty 

od sukni i pewnie dlatego została pobita. Ma męża, który napawa ją przerażeniem.

- Męża! - krzyknęła  prawie Elizabeth. - Roger, proszę, wróćcie  obaj do zdrowych 

zmysłów. Nie możecie ryzykować życia dla zamężnej kobiety. Jak długo ją znasz? Kim jest 

dla ciebie?

- Widziałem ją raz, wczoraj - szepnął Roger. - Nikim dla mnie nie jest, a może jednak 

kimś. Ale nie pozwolę, żeby ją bito z mego powodu.

Elizabeth pojęła, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Nigdy nie widziała jeszcze Rogera 

w   takim   stanie,   a   o   Milesie   wiedziała,   że   zaryzykowałby   życie   dla   służącej.   Odetchnęła 

głęboko i powiedziała:

- Kiedyś jakaś wieśniaczka ofiarowała mi na drodze kwiaty i strażnicy puścili ją do 

mnie.

- Ty zostaniesz w bezpiecznym miejscu - powiedział stanowczo Miles.

Zacisnęła tylko zęby. Szanse są przecież większe, jeśli trzy osoby atakują stu ludzi. A 

nie dwie.

background image

18

Szli   za  orszakiem   prawie  do  zachodu   słońca.  Kiedy  rozbito  obóz,   Miles  i  Roger, 

udając   przygarbionych   wieśniaków,   z   bronią   ukrytą   w   naręczach   drewna   dość   łatwo 

wślizgnęli   się   między   rycerzy.   Elizabeth   obserwowała   ich   ukryta   w   cieniu   drzew.   Jej 

propozycja pomocy spotkała się z kategoryczną odmową.

Przyglądając się tym wszystkim mężczyznom, czuła się jak w domu zmarłego brata. 

Nawet w tej kryjówce zerkała raz po raz do tyłu, by upewnić się, czy nikt nie czai się za jej 

plecami.

Miles i Roger wydali  dokładne rozkazy. W szczególności  nie wolno jej  było  pod 

żadnym pozorem opuścić kryjówki. Stwierdzili, że i tak mają dość na głowie, by martwić się 

jeszcze o nią. Roger dał jej ametyst dziewczyny, a Miles wytłumaczył, jak dostać się do jego 

krewnych - gdyby któremuś z nich coś się stało.

Poczuła lekki strach, gdy padły te słowa, ale opanowała się. Brat i mąż chcieli, żeby 

czekała gdzieś dalej, ale uparła się, że musi ich widzieć. Nie wyjaśnili jej swego planu i 

Elizabeth   zaczęła   podejrzewać,   że   w   ogóle   go   nie   mają.   Bez   wątpienia   Miles   zamierzał 

trzymać tę zgraję na ostrzu miecza, podczas gdy Roger ulotni się z dziewczyną.

Nagle   dostrzegła   powłóczącego   nogami,   niezdarnego   staruszka,   w   którym   ze 

zdumieniem   rozpoznała   swego   dawnego   brata.   Powoli   zbliżał   się   do   miejsca,   gdzie 

prywiązana   była   dziewczyna.   Siedziała   przy   drzewie,   z   opuszczoną   głową   i   związanymi 

rękami i nogami.

Kiedy Roger niezdarnie upuścił u stóp dziewczyny całe naręcze drewien, Elizabeth 

wstrzymała oddech. Nie wiedziała, jak dobrze Roger ją zna, a wyglądała na zbyt młodą, żeby 

mieć dużo sprytu. Czy nie zdradzi go nieopatrznie?

Przez twarz dziewczyny przebiegł krótki skurcz - lecz to mogło być wywołane bólem 

- a potem zupełnie się uspokoiła. Elizabeth prawie się uśmiechnęła. Ta dziewczyna nie jest 

taka głupia. Obojętnie patrzyła, jak Roger zaczyna zbierać porozrzucane drwa. Jakiś rycerz, 

przeklinając niezdarę, kopnął go w nogę, a kiedy Roger upadł, kopnął go jeszcze raz w żebra. 

Gdy przewracał się pod ciosami, Elizabeth zauważyła między balami drewna błysk noża, 

którym rozcinał więzy na stopach dziewczyny.

Ale   zauważyła   też   coś,   czego   Roger   nie   mógł   widzieć:   za   jego   plecami   stary, 

obwieszony klejnotami i odziany w tkane złotą nicią szaty mężczyzna nie spuszczał wzroku z 

dziewczyny.  A mimo  że  słońce już  zachodziło,  nóż Rogera w  pewnej  chwili  rozbłysł  w 

zapadającym mroku.

background image

Na   drugim   krańcu   obozowiska   Miles   kopniakiem   wyrzucił   z   ogniska   płonący   bal 

drewna i obok zajęła się trawa. Umknął, zanim dosięgła go kara za niezręczność, a kilku 

rycerzy zaczęło gasić pożar.

To jednak nie wystarczyło.  Strażnik przy dziewczynie  nawet nie spojrzał w tamtą 

stronę, a stary mężczyzna nadal nie spuszczał z niej nienawistnego wzroku.

Ciemność szybko zapadła. Wtedy Elizabeth dostrzegła, że Miles wyciąga zza pleców 

miecz.

Ma   zamiar   walczyć!   Chce   wprowadzić   zamieszanie,   by   Roger   mógł   zabrać 

dziewczynę. Pożar nie zrobił wrażenia, więc zdecydował się narobić hałasu stalą.

Elizabeth   wstała,   odmówiła   krótką   modlitwę   za   swoje   grzechy   i   zaczęła   rozpinać 

wełnianą sukienkę aż do talii. Może jej uda się przyciągnąć uwagę mężczyzn - a szczególnie 

starego.

Wejście było szybkie i dramatyczne.  Wbiegła na polanę, ostatnie kilka kroków w 

takich podskokach, że omal nie wpadła w ognisko. Z rękami na biodrach, na szeroko roz-

stawionych  nogach, pochyliła  się do przodu, demonstrując rozpięty stanik sukni i niemal 

dotykając   piersiami   głowy   starego   mężczyzny.   Powoli,   z   uwodzicielską   miną,   zaczęła 

poruszać ramionami,  do tyłu  i do przodu, w lewo i w prawo, do góry, w dół, cały czas 

odchylając się wolno do tyłu, aż zawisła nad ogniskiem. Jedną ręką zdarła bawełniany czepek 

z   głowy   i   włosy   kaskadami   spadły   jej   do   kolan.   Powiewały   nad   ogniem,   nabierając 

czerwonych błysków, jakby tworzyły jedność z płomieniami.

Kiedy   wyprostowała   się,   z   rękami   swobodnie   opartymi   na   biodrach,   wybuchnęła 

śmiechem   -   głośnym,   aroganckim,   prowokującym   -   i   wszyscy   już   na   nią   patrzyli.   Stary 

mężczyzna   też   przyglądał   jej   się   z   zainteresowaniem,   a   przynajmniej   na   chwilę   oderwał 

wzrok od dziewczyny, siedzącej tuż obok pod drzewem.

Elizabeth nigdy wcześniej nie tańczyła, ale widziała dość orgii w domu brata, żeby 

wiedzieć, co robić. Jeden z rycerzy zaczął grać na lutni, a inny na bębenku, zaczęła więc 

poruszać się płynnie w takt, falując nie tylko biodrami, ale całym ciałem aż po końce palców. 

Używała   też   wspaniałych   włosów   dla   podkreślenia   efektu   -   kręciła   się   i   smagała   nimi 

mężczyzn po twarzach. Gdy jeden z rycerzy podszedł zbyt blisko, kucnęła szybko, chwyciła 

kamień i cisnęła go w brzuch rozochoconego mężczyzny.

Wszyscy  wokół  gruchnęli   śmiechem   na  widok  ściągniętej  bólem  twarzy  rycerza   i 

odtąd było to raczej polowanie niż taniec, a dla Elizabeth prawdziwy koszmar. Jakby wróciła 

do domu Edmunda, a jego przyjaciele znowu ją prześladowali. Odezwał się w niej instynkt 

przetrwania, z którym żyła tyle lat.

background image

Zakręciła się wokół jednego z rycerzy na czubkach palców i wyjęła mu z pochwy 

miecz. Powiewając suknią i włosami wirowała po polanie, mierząc mieczem w tych, którzy 

śmieli się zbliżyć. Nikomu nie zrobiła krzywdy, jednak krew pojawiła się na ubraniach kilku 

mężczyzn, którzy próbowali ją złapać. Zmuszając się do śmiechu i nie przerywając szalonego 

rytmu   tańca,   wskoczyła   na   stół   zastawiony   jedzeniem.   Roztrącała   talerze   i   kielichy   na 

wszystkie   strony.   Gdy   któryś   z   rycerzy   dotknął   jej   kostek,   odskakiwała,   „przypadkowo” 

następując mu piętą na palce. Odsuwał się natychmiast z grymasem bólu.

Jej nerwy były na granicy wytrzymałości, gdy mężczyźni zaczęli rytmicznie klaskać. 

Pochylała się i rzucała włosami, wzbudzając w nich coraz dzikszy entuzjazm. Miała nadzieję, 

że Miles i Roger zdążyli uwolnić dziewczynę.

W   pewnej   chwili   podrzuciła   wysoko   spódnicę.   Mężczyźni   zawyli   z   zachwytu   na 

widok   nagich   nóg,   a   ona   zeskoczyła   na   wprost   obwieszonego   złotem   starucha.   Okryta 

płaszczem włosów skłoniła się przed nim nisko i dysząc zamarła w miejscu.

Mężczyzna ceremonialnie wstał, ujął Elizabeth kościstą dłonią pod brodę i uniósł jej 

twarz. Kątem oka spostrzegła, że dziewczyny nie ma już pod drzewem i za moment ktoś to 

zauważy.

Wyprostowała się, błagając Opatrzność o więcej czasu i starając się omamić starucha, 

potrząsnęła ramionami tak, że góra sukienki opadła do talii.

Tłumek   wokół   zafalował  z   wrażenia.   Staruch   wpatrywał   się  łakomie   w   jej   pełne, 

jędrne piersi. A potem z uśmiechem odsłaniającym czarne zęby zdjął własny ciężki płaszcz i 

okrył ramiona Elizabeth. Nie wypuszczając z rąk troków płaszcza, zaczął ciągnąć ją w stronę 

mrocznego lasu.

Nagle odwrócił się i spostrzegł, że dziewczyna zniknęła, lecz zanim zdążył wydobyć z 

siebie   głos,   Elizabeth   przywarła   do   niego,   chwyciła   go   zębami   za   ucho   i   szepnęła, 

przykładając mu do żeber wykradziony jednemu z rycerzy sztylet:

- Idź dalej!...

Zniknęli już w ciemnościach, kiedy rozległ się krzyk, że dziewczyna uciekła.

- Szybciej! - rozkazała staruchowi popychając go nożem. Odwrócił się gwałtownie i z 

rozmachem uderzył Elizabeth w twarz. Nie zrobił już jednak nic więcej, gdyż z drzewa spadł 

jak kamień Roger i zacisnął ręce na jego gardle. Może było to efektem podniecenia dziką 

atmosferą,   jaką   wprowadził   taniec   Elizabeth,   ale   ledwie   Roger   go   dotknął,   gdy   ohydny 

staruch padł martwy u ich stóp.

Chatworth błyskawicznie złapał siostrę za rękę i podciągnął za sobą na drzewo.

Rycerze biegali pod nimi przeszukując las. W świetle księżyca  połyskiwały ostrza 

background image

obnażonych mieczy. Roger objął Elizabeth i trzymał mocno przy sobie. Trzęsła się cała, z 

głową ukrytą na jego piersi i nawet teraz, w bezpiecznych ramionach brata, wydawało się jej, 

że czuje na ciele natarczywe ręce tamtych mężczyzn.

- Miles... - szepnęła do Rogera.

- Bezpieczny - odszepnął i przyciągnął ją mocniej. Czekali, aż ucichła wrzawa wokół 

odnalezionego ciała.

W końcu dwóch rycerzy zaniosło zwłoki do obozu i wyglądało na to, że zaniechano 

poszukiwań dziewczyny, gdyż ludzie zaczęli siodłać konie i odjeżdżać.

Roger nie puszczał Elizabeth, dopóki w lesie nie zapanowała cisza.

- Chodź - powiedział po pewnym czasie. - Montgomery na nas czeka.

Zszedł   pierwszy  z   drzewa   i   wyciągnął   ramiona   do   siostry.   Wciąż   miała   na   sobie 

płaszcz starego mężczyzny i aksamitne poły powiewały wokół jej nóg, kiedy pędem biegła za 

bratem przez zimny, wilgotny las.

Dopiero gdy ujrzała Milesa, zdała sobie sprawę, jak strasznie cały czas się o niego 

bała. Wynurzył się z zarośniętego zielskiem stawu, z dziewczyną u boku. Oboje byli zupełnie 

mokrzy i oblepieni szlamem, a Christiana szczękała zębami.

Elizabeth spojrzała z ulgą na Milesa i okryła ją płaszczem.

- To jego płaszcz! - Christiana cofnęła się, jakby zobaczyła diabła.

Roger odrzucił go Elizabeth i otulił dziewczynę swoim kaftanem. Przytuliła się do 

niego, jakby chciała przylgnąć do jego skóry.

- Musimy iść - odezwał się Miles, biorąc Elizabeth za rękę. - Niedługo po nią wrócą.

Długo szli w ciemnościach. Elizabeth była zupełnie wyczerpana, lecz zmuszała się do 

marszu, zerkając od czasu do czasu na dziewczynę, która spowodowała to wszystko. W za 

dużym   kaftanie   wyglądała   jeszcze   młodziej   i   delikatniej.   Trzymała   się   tuż   obok   Rogera, 

mimo że gałęzie uderzały ją czasem w twarz. A Roger sprawiał wrażenie, jakby nie zamierzał 

się już z nią rozstawać.

Elizabeth bała się patrzeć na Milesa. Oczy płonęły mu straszliwie i kilka razy tak 

mocno   ścisnął   dłoń   żony,   że   omal   nie   zmiażdżył   jej   kości.   Raz   odważyła   się   odezwać, 

usprawiedliwiając,   dlaczego   nie   posłuchała   ich   rozkazu   i   postanowiła   pomóc,   lecz   Miles 

zgromił ją czarnym z wściekłości spojrzeniem i Elizabeth, bez słowa więcej, skurczyła się z 

przerażenia w fałdach płaszcza.

Gdy świtało Miles powiedział:

- Dołączymy do wędrowców na drodze, a dla niej trzeba zdobyć jakieś ubranie.

Christiana   nadal  miała  na  sobie  wyszywaną  klejnotami   suknię  i  perły na  szyi,   co 

background image

podkreślało jeszcze bardziej jej dramatyczną sytuację, lecz pokryta zesztywniałym szlamem 

suknia była rozdarta, włosy potargane, a na policzku widniał ogromny siniec.

W końcu zatrzymali się obok drogi, niedaleko innej grupy odpoczywających ludzi. 

Kiedy Elizabeth bez sił zwaliła się z nóg, Miles gwałtownie przyciągnął ją do siebie.

- Jeśli kiedykolwiek  jeszcze zrobisz coś takiego, żono... - Nie dokończył  i prawie 

zmiażdżył jej usta pocałunkiem.

Po jej twarzy popłynęły łzy szczęścia, że Miles jest cały i zdrowy. Gdy dostrzegła go 

wczoraj z wyciągniętym mieczem, była pewna, że więcej nie zobaczy go żywego.

- Dla ciebie zrobiłabym wszystko - szepnęła i zasnęła w jego ramionach.

Wydało jej się, że minęła tylko chwila, gdy znów otworzyła oczy i ruszyli w drogę. 

Christiana miała teraz na sobie zwykłą wełnianą sukienkę z dużym kapturem.

W   południe   zatrzymali   się   i   kobiety   zostały   same,   kiedy   Miles   i   Roger   poszli 

wymienić znienawidzony płaszcz na chleb i ser.

Elizabeth   oparła   się   o   drzewo,   próbując   odpocząć,   lecz   obecność   dziewczyny   nie 

pozwalała jej się rozluźnić. Nie mogła przestać myśleć o tym, że Christiana omal nie do-

prowadziła ich do zguby.

- Czy długo będziesz mnie nienawidzić, Elizabeth? - odezwała się cicho dziewczyna.

Elizabeth rzuciła jej zdumione spojrzenie, po czym odwróciła się.

- Nie... nienawidzę cię.

- Nie umiesz kłamać - powiedziała Christiana. Elizabeth odwróciła się do niej.

- Mój mąż mógł zginąć ratując ciebie! - wypaliła ze złością. - Tak samo jak mój brat! 

Co zrobiłaś Rogerowi? Rzuciłaś na niego urok?

Christiana siedziała nieporuszona, tylko jej wielkie oczy błyszczały intensywnie.

- Zawsze marzyłam o takim mężczyźnie jak Roger. Zawsze wiedziałam, że po mnie 

przyjdzie.   W   zeszłym   roku   wuj   oddał   mnie   za   żonę   okrutnemu   człowiekowi,   lecz   nadal 

wierzyłam, że Roger się pojawi. Trzy dni temu widziałam we śnie jego twarz. Podróżował w 

wieśniaczym odzieniu z blisko spokrewnioną kobietą. Wiedziałam, że doczekam się w końcu.

Elizabeth patrzyła na dziewczynę, jakby była czarownicą.

Chris ciągnęła:

- Obwiniasz mnie, że naraziłam na niebezpieczeństwo mężczyzn,  których  kochasz, 

lecz   czy   nie   zaryzykowałabyś   wiele,   by   być   ze   swoim   ukochanym?   Może   gdybym   była 

odważniejsza,   poszłabym   na   tortury   i   śmierć,   którą   przeznaczył   mi   mój   mąż,   ja   jednak 

siedziałam tam związana i modliłam się z całej duszy, żeby Roger się zjawił.

Popatrzyła na drogę, którą zbliżali się Miles i Roger. W jej oczach pojawiło się jakieś 

background image

wewnętrzne światło.

- Bóg dał mi Rogera, by wynagrodzić to, co przeżyłam wcześniej. Dzisiejszej nocy 

położę się z Rogerem, a potem mogę wyrzec się życia, jeśli będzie trzeba. Naraziłam jego 

życie,   twoje   i   twojego   dobrego   męża   dla   tej   jednej   jedynej   nocy  z   moim   ukochanym.   - 

Spojrzała błagalnie na Elizabeth. - Wybacz mi, jeśli zażądałam od was wszystkich zbyt wiele.

Elizabeth ogarnęła złość. Chwyciła dziewczynę za rękę.

- Nie mów o śmierci. Roger może bardziej potrzebuje miłości niż ty. Zostań z nim.

Po raz pierwszy Chris słabo się uśmiechnęła, a w jej lewym policzku pojawił się mały 

dołeczek.

- Tylko siłą będzie mnie można od niego oderwać. Elizabeth podniosła wzrok. Nad 

nimi stał Roger. Pomyślała, że jest tym wszystkim zupełnie oszołomiony. Tak samo jak ona i 

Miles.

Odpoczęli tylko parę minut, pospiesznie zjedli i ruszyli w drogę.

Tej   nocy,   przytulona   do   Milesa,   Elizabeth   miała   pierwszy   raz   okazję   z   nim 

porozmawiać.

- Co myślisz o tej młodej kobiecie, dla której ryzykowałeś życie? - spytała.

- Wiem, że  jest  niebezpieczna  - odpowiedział. - Była  żoną księcia  Lorillard. Jako 

dziecko słyszałem o jego okrucieństwie. Był żonaty z siedmioma czy ośmioma bogatymi, 

wysoko   urodzonymi   młodymi   kobietami.   Podobno   wszystkie   zmarły   po   kilku   latach 

małżeństwa.

- Czy Chris jest arystokratką? Miles parsknął.

- Pochodzi z królewskiej rodziny.

- Skąd to wszystko wiesz?

- Od   moich   francuskich   krewnych.   Zetknęli   się   kilkakrotnie   z   rodziną   Lorillard. 

Elizabeth... - powiedział poważnie. - Weź to. - Zacisnął jej dłoń na sznurze pereł, które nosiła 

poprzedniego dnia Christiana. - Jutro powinniśmy dotrzeć do domu moich krewnych, lecz 

jeśli coś by się zdarzyło... Nie! - Przyłożył jej palec do ust. - Powiem ci prawdę, żebyś była 

przygotowana  na najgorsze.  Rodzina Lorillard jest bardzo potężna, a my jednemu z nich 

odebraliśmy   życie   i   mamy   w   swoich   rękach   Christianę.   Przetrząsną   cały   kraj,   żeby   nas 

znaleźć. Gdyby cokolwiek się stało, weź perły i jedź do moich braci w Anglii. Zaopiekują się 

tobą.

- A krewni we Francji? Nie mogłabym do nich pojechać?

- Kiedyś opowiem ci tę historię,/ale na razie musisz tylko wiedzieć, że Lorillardowie 

mnie znają. Jeśli zostanę pojmany, droga do moich krewnych zostanie zamknięta. Jedź do 

background image

Anglii. Przyrzekasz? Żadnych prób ratowania mnie, jedź do domu.

Milczała zawzięcie.

- Elizabeth!

- Przyrzekam, że pojadę do domu, do twoich braci. Westchnęła.

- Czekam!...

- Nic więcej nie przyrzeknę! - syknęła i podniosła twarz, żeby ją pocałował.

Kochali się powoli, rozkoszując się każdą chwilą jakby jutro nigdy nie miało nadejść. 

Ostrzeżenie   Milsa   przestraszyło   ją.   Czuła,   że   mają   jeszcze   zaledwie   kilka   godzin.   Łzy 

napływały   jej   do   oczu   na   myśl,   że   byli   już   tak   blisko   bezpiecznego   schronienia,   gdy 

pożądanie tej kobiety spowodowało nowe nieszczęścia.

Miles scałował jej łzy i szepnął, żeby nie myślała teraz o niczym innym, tylko o tym, 

że są razem.

Zasnęła wtulona w męża, a w nocy położyła się na nim. Miles obudził się, uśmiechnął, 

pocałował ją w czubek głowy i obejmując mocniej znów zasnął.

Roger zbudził ich przed świtem. Jedno spojrzenie wystarczyło, by stwierdzić, że w 

ogóle   nie   spał   tej   nocy.  Spośród   drzew   wyłoniła   się   Christiana,   z   błyszczącymi   oczami, 

zaczerwienionymi wargami i zadrapaniami od zarostu Rogera na szyi i twarzy.

Gdy ruszyli w drogę, Elizabeth zauważyła, że Roger nie odrywa zachwyconych oczu 

od   Chris.   Koło   południa   objął   dziewczynę   ramieniem   i   szli   dalej   przytuleni.   A   raz   ku 

zdumieniu  Elizabeth chwycił  Christianę w  ramiona i namiętnie  pocałował. Roger zawsze 

zachowywał   się   powściągliwie,   dbał   bardzo   o   rycerskie   maniery   i   nigdy   nie   okazywał 

publicznie uczuć. Była zupełnie oszołomiona tą zmianą.

Na godzinę przed zachodem słońca zza drzew wypadli uzbrojeni ludzie i skierowali 

ostrza mieczy na gardła czterech podróżnych.

Starszy mężczyzna o odpychającej twarzy wystąpił przed swoich rycerzy.

- No cóż, Montgomery, znów się spotykamy. Brać ich!

background image

19

Elizabeth znieruchomiała w siodle, gdy przez łzy zobaczyła przed sobą starą twierdzę 

Montgomerych. Tak wiele zmieniło się w ciągu ostatnich tygodni, że nie była już nawet 

pewna, czy po powrocie do Anglii zastanie zamek na swoim miejscu.

Koń jednego z trzech potężnych mężczyzn jadących za nią zaczął niecierpliwie bić 

kopytami o ziemię. Wyrwało ją to z zamyślenia. Z dzikim okrzykiem popędziła konia. Mimo 

że nigdy nie była w posiadłości Montgomerych, dobrze znała zamek. W Szkocji Miles dużo 

opowiadał jej o domu, a kiedyś nawet naszkicował kilka rysunków.

Skierowała się do bacznie strzeżonej tylnej bramy, której używali członkowie rodziny. 

Gdy zbliżyła się do murów otaczających wąski przejazd, wstrzymała nieco konia.

Strażnicy natychmiast wycelowali w nią łuki gotowe do strzału.

- Żona lorda Milesa Montgomery! - wrzasnął do góry jeden z ludzi za nią.

Sześć strzał wylądowało  na ziemi przed koniem Elizabeth i przestraszone zwierzę 

stanęło dęba, łamiąc kopytem dwie strzały. Elizabeth z trudem opanowała wierzchowca.

Między nią i zamkniętą bramą pojawiło się trzech uzbrojonych rycerzy.

- Jestem Elizabeth Montgomery, a ci ludzie są ze mną - powiedziała niecierpliwie, lecz 

z pewnym respektem. Niewiele miejsc było tak dobrze strzeżonych jak ta twierdza.

Rycerze stali nieruchomo jak posągi, dopóki więcej ludzi nie zeszło z murów i nie 

wymierzyło mieczy w towarzyszy Elizabeth.

Gdy dwudziestu rycerzy Montgomerych było już na dole, jeden z nich odezwał się do 

Elizabeth:

- Tylko ty możesz wjechać. Ludzie zostaną.

- Tak, oczywiście. Zaprowadź mnie do Gavina. On mnie rozpozna.

Rycerz ujął jej konia za uzdę i poprowadził na czysty,  obszerny dziedziniec przed 

dużym budynkiem mieszkalnym. Pozostałe budynki wtopione były w wysokie mury obronne.

Jeden ze strażników wszedł do domu i w chwilę później w drzwiach ukazała się ładna 

kobieta z twarzą umazaną mąką i ziarnami sezamowymi we włosach.

- Zaprowadź mnie do swego pana - poleciła kobiecie.

- Mam ważne wiadomości.

- Czy jesteś Elizabeth? - spytała. - Masz wieści od Milesa? Myśleliśmy, że oboje nie 

żyjecie. Henry! Pomóż jej zejść z konia, wpuść tych ludzi i dajcie im strawy.

W tym momencie pojawiła się Bronwyn, a za nią śpiewaczka, którą Elizabeth kiedyś 

spotkała, Alyx.

background image

- Elizabeth! - krzyknęła Bronwyn, biegnąc jej na spotkanie. Padły sobie w ramiona.

- Tak się cieszę, że cię widzę! To była strasznie długa podróż. Gdzie jest Stephen? 

Musimy wracać po Milesa i Rogera. Uwięził ich francuski książę, musimy ich wykupić albo 

odbić, albo...

- Uspokój się - powiedziała Bronwyn. - Wejdź, musisz coś zjeść i porozmawiamy.

- Henry! - zawołała drobna kobieta. - Idź po mego ojczyma i sir Guya. Przyślij ich do 

mnie i przygotuj siedem koni do podróży. Wyślij natychmiast kogoś przodem, żeby statek 

czekał w porcie. Szybko! Wszystko jasne?

Elizabeth zatrzymała się wpatrzona w kobietę, którą wzięła początkowo za służącą.

- Mogę przedstawić lady Judith? - odezwała się Bronwyn lekko rozbawiona.

Judith   przygładziła   sterczący   kosmyk   i   z   jej   włosów   posypały   się   złote   ziarenka 

sezamowe.

- Wiesz, gdzie trzymają Milesa?

- Tak. Właśnie stamtąd wracam.

- Nie zsiadałaś z konia, sądząc po tym, jak wyglądasz - powiedziała Bronwyn.

- Witaj, Alyx. - Elizabeth wyciągnęła rękę do młodej kobiety stojącej obok Bronwyn.

Alyx skinęła głową na powitanie i uśmiechnęła się nieśmiało. Nigdy nie czuła się tak 

zażenowana wobec rodziny męża jak teraz, otoczona swoimi wspaniałymi szwagierkami.

W tym momencie nadbiegł sir Guy. Olbrzym wyglądał na szczuplejszego. Za nim 

pędził Tam. Ziemia trzęsła się pod jego potężną postacią.

- Masz wieści od lorda Milesa? - wołał z daleka sir Guy.

- Powiadomiono nas, że nie żyjecie.

- Kto wam to powiedział? - spytała Elizabeth, podnosząc głos. - Nikt nas nie szukał?

- Wejdźmy do środka - odezwała się Judith i wzięła Elizabeth pod ramię. - Opowiedz, 

co się stało.

Kilka   minut   później   siedziały   przy   dużym   stole   i   Elizabeth   mówiła,   jednocześnie 

łapczywie   pochłaniając   postawione   przed   nią   jedzenie.   Oprócz   trzech   szwagierek   był   tu 

mężczyzna, którego nie znała - John Bassett, ojczym Judith - sir Guy i Tam.

Z pełnymi ustami pospiesznie opowiedziała, jak wrzucono ich troje do ładowni statku, 

jak uciekli i wędrowali na południe Francji, dopóki Roger nie postanowił narazić życia ich 

wszystkich dla dziewczyny, która okazała się czyjąś żoną.

Bronwyn przerwała wybuchem nienawiści do Rogera Chatwortha, lecz Tam kazał jej 

milczeć. Co zaskakujące, Bronwyn posłusznie umilkła.

Elizabeth   opisała   pokrótce   uwolnienie   Christiany.   Judith   zadawała   wiele   pytań   na 

background image

temat udziału Elizabeth w uwolnieniu i na temat Christiany.

- Wiem coś o niej - powiedziała. - Słyszałam też o jej mężu i jego rodzinie. Młodszy 

brat, nie książę, nienawidzi Milesa.

- Dlaczego? - wybełkotała Elizabeth. - Jakaś młoda kobieta...

Elizabeth uniosła dłoń.

- Nie musisz mówić nic więcej. Wydaje mi się, że to on więzi Milesa i Rogera. Książę 

zginął z rąk Rogera.

- Jak on lubi zabijać! - parsknęła Bronwyn. Elizabeth nie traciła czasu na obronę brata, 

opowiadała   dalej   o   nagłej   śmierci   księcia   i   przestała   jeść,   gdy   doszła   do   momentu   ich 

uwięzienia   przez   jego   brata.   Miles   został   raniony,   kiedy   ściągnął   jednego   rycerza   z 

wierzchowca, wrzucił Elizabeth na siodło i wystraszył konia potężnym uderzeniem w zad. 

Pędziła zarośniętą chwastami, wyboistą drogą, starając się złapać zwisające z przodu wodze. 

Kiedy   opanowała   konia,   ujrzała   za   sobą   pogoń.   Następne   kilka   godzin   szaleńczej   jazdy 

uwolniło ją w końcu od pościgu.

W   skrócie   opowiedziała   następne   dziesięć   dni   swojej   eskapady.   Dzięki   perłom 

Christiany opłaciła podróż do Anglii. Modlitwa nie uratowałaby jej przed śmiercią, wynajęła 

więc dla ochrony trzech mężczyzn spotkanych na drodze. Byli to dawni żołnierze. Zwolniono 

ich ze służby, gdy dowódca zmarł, a jego następca wolał młodszych.

Jechali dniem i nocą, często zmieniając konie i sypiając najwyżej po kilka godzin.

Gdy dotarli do wybrzeża, dała na statku dziesięć pereł za przewóz ich czworga do 

Anglii i spała przez cały czas rejsu.

Wylądowali   na   południu   Anglii,   kupili   konie,   trochę   żywności   i   ruszyli   w   dalszą 

drogę, nie zatrzymując się, aż dotarli do ziemi Montgomerych.

- Tak   więc   -   podsumowała   -   przyjechałam   po   braci   Milesa.   Musimy   natychmiast 

jechać do Francji.

Do sali wszedł rycerz, szepnął coś do ucha Judith i zniknął.

- Lady Elizabeth - powiedziała Judith. - Są sprawy, o których nie wiesz. Niedługo po 

tym, jak zostaliście porwani na statek, Alice Chatworth - miała trudność z wymówieniem tego 

imienia   -   nie   mogła   pozbawić   się   przyjemności   opowiedzenia   wszystkim,   co   zdziałała. 

Przysłała nam list, w którym wszystko opisała.

Po raz pierwszy odezwała się Alyx. Jej głos brzmiał łagodnie, ale bardzo wyraźnie:

- Raine, Stephen i Gavin natychmiast wyjechali do Francji, a my... - skinęła głową na 

Judith i Bronwyn - wróciłyśmy tutaj, by czekać na wiadomości.

- Więc są już we Francji? - Elizabeth wstała z krzesła.

background image

- Muszę jechać! Jeśli dostanę kilku ludzi, znajdę ich i zaprowadzę do miejsca, gdzie 

jest Miles i Roger.

- Znasz zamek księcia Lorillard? Wiesz, gdzie mieszka jego brat? - pytała pochylając 

się do przodu Judith. - Nie, ale z pewnością... - zaczęła Elizabeth.

- Nie możemy podejmować takiego ryzyka. Książę był „przyjacielem” mego ojca - 

powiedziała sarkastycznie Judith.

- Wiem, gdzie są wszystkie cztery posiadłości Lorillardów i nie sądzę, by ktokolwiek 

inny z Montgomerych znał te miejsca. Może Raine, walczył przecież na wojnach we Francji, 

ale jeśli bracia się rozdzielili... Tak, tylko ja mogłabym... Podjęłam decyzję - stwierdziła i 

wstała.

- Do diabła, nie podjęłaś żadnej decyzji! - wrzasnął mężczyzna siedzący obok niej i 

podniósł potężne ciało, jakby chciał ją przygnieść.

Judith lekko mrugnęła oczami, ale zachowała spokój.

- Konie czekają, niedługo wyruszamy. Bronwyn, masz dość tych twoich kraciastych 

spódnic? Będą wygodne w długiej podróży.

John wbił rękę w jej ramię.

- Nie będziesz znowu narażać życia - powiedział. - O mało nie zabiłaś nas wszystkich, 

kiedy pojechałaś za Gavinem. Tym razem, młoda damo, zostaniesz tu i pozwolisz załatwić tę 

sprawę mężczyznom.

Oczy Judith rozbłysły jak rozgrzane złoto.

- I gdzie będziesz szukać mego męża? - zakipiała gniewem.

- Byłeś   kiedykolwiek   we   Francji?   A   jeśli   znajdziesz   go   przez   przypadek,   jak 

wytłumaczysz,   gdzie   jest   Miles?   Rusz   głową,   John!   Pozostałe   kobiety   zostaną,   ale   ja   i 

Elizabeth musimy jechać z tobą.

Alyx popatrzyła na Bronwyn, po czym wydała z siebie wrzask: „NIE!”, który sprawił, 

że z sufitu posypał się kurz. Alyx zaczerwieniła się i spuściła wzrok na dłonie.

- Chciałam powiedzieć, że ja i Bronwyn wolimy z wami jechać. Może okażemy się 

pomocne - wyszeptała.

- Bronwyn... Tam zaczął mówić do Bronwyn, a sir Guy patrzył na Elizabeth takim 

wzrokiem, jakby chciał wbić ją w ziemię. Nagle rozgorzała wielka kłótnia. Alyx, nad którą 

nie sterczał żaden z mężczyzn, wymknęła się niepostrzeżenie, pobiegła na górę do komnaty 

Bronwyn i Stephena i wyciągnęła ze skrzyni kilka pledów. Nawet tam słyszała podniesione 

głosy z dołu. Wybiegając  złapała kobzę ze ściany. Z kraciastymi  pledami  na ramionach, 

zadęła w kobzę schodząc po schodach. Gdy dotarła na dół, wszyscy wpatrywali się w nią 

background image

osłupiali - a w wielkiej sali panowała zupełna cisza. Wypuściła kobzę z ust.

- Jeśli wy, mężczyźni, odjedziecie bez nas, ruszymy w drogę same, godzinę później. 

Chcecie jechać przed nami czy z nami?

Mężczyźni milczeli z zaciśniętymi zębami.

- Tracimy tu czas - ciągnęła Alyx - a Miles siedzi w jakimś lochu albo nawet jest 

torturowany w tym momencie. Proponuję, byśmy ruszali zaraz!

Judith podeszła do niej, ujęła twarz szwagierki w dłonie i ucałowała ją w oba policzki.

- Jedziemy! - oświadczyła, odbierając pledy od Alyx. Jeden rzuciła Elizabeth. - John, 

zajmij   się   zapasem   żywności.   Guy,   idź   do   zarządcy.   Będzie   nam   potrzebne   złoto   w   tej 

podróży. Tam, sprawdź, czy mamy dość strzał i czy łuki są dobrze naciągnięte. Bronwyn, 

wybierz najlepsze konie. Alyx, zabierz coś, na czym można grać. Może nam się przydać.

Elizabeth uśmiechnęła się.

- A ja? - spytała, kiedy wszyscy rozbiegli się wykonać rozkazy Judith.

- Chodź ze mną - powiedziała i weszła na schody. W połowie drogi zatrzymała się i 

spojrzała Elizabeth w oczy.

- Alice Chatworth zaraziła się ospą i mimo że przeżyła, zostały ślady na nie naruszonej 

do tej pory części jej twarzy. Odebrała sobie życie, rzucając się z muru w jednym ze swoich 

majątków. - Judith odwróciła  się i dodała ciszej: - Tego samego muru, z którego spadła 

biedna Ela.

Elizabeth nie zrozumiała ostatniego zdania, ale idąc za Judith zdała sobie sprawę, że 

cieszy się, iż Alice nie żyje. Teraz przynajmniej może być spokojna o bezpieczeństwo syna.

Elizabeth słyszała, że Judith jest bardzo energiczną kobietą, ale wkrótce stwierdziła, że 

to prawdziwy demon. Nie pozwalała nikomu na żadne słabości - ani na chwilę wytchnienia.

Dotarli na południe Anglii zaledwie w dwa dni, często zmieniając konie. Nikt nic nie 

mówił, jechali tak szybko, jak to możliwe. W wielu miejscach drogi praktycznie nie istniały, 

przedzierali   się   więc   przez   świeżo   zaorane   pola   przy   wtórze   złorzeczeń   wymachujących 

pięściami   wieśniaków.   Dwa   razy   Guy   i   Tam   zeskoczyli   z   koni   i   rozrąbali   toporami 

ogrodzenia, za którymi pasły się owce.

- Właściciel pozwie Judith do sądu - powiedziała Elizabeth, przekonana, że tak wielkie 

stada owiec muszą należeć do kogoś bardzo bogatego.

- Ta ziemia należy do Judith - zawołała przez ramię Bronwyn, popędzając konia.

Alyx i Elizabeth wymieniły znaczące spojrzenia, po czym również ruszyły galopem.

Trzeciego dnia o świcie na południowym wybrzeżu Anglii czekał mały statek, którym 

mieli dopłynąć na wyspę, gdzie mieszkali potomkowie innej gałęzi rodu Montgomerych.

background image

- Mój klan jest mały w porównaniu z tą rodziną - powiedziała zmęczonym głosem 

Bronwyn, usiadła na wilgotnych deskach, zakryła głowę pledem i usnęła.

Obudzono ich po godzinie. Jak lunatycy wsiedli na nowe konie i ruszyli do majątku 

Montgomerych.   Mimo  że  Elizabeth   ledwie  widziała   na  oczy  ze  zmęczenia,  zachwycił   ją 

majestat starej twierdzy, zbudowanej dwieście lat wcześniej przez rycerza zwanego Czarnym 

Lwem.

Gdy przekroczyli bramy, Judith dotknęła ramienia Elizabeth i wskazała głową dziecko 

wyglądające   zza   drzwi.   Dziewczynka   miała   około   półtora   roku,   brudne   włosy,   podarte 

ubranie i dzikie spojrzenie głodnego psa.

- Jedno z dzieci Milesa - powiedziała Judith, przyglądając się jej twarzy.

Elizabeth ogarnęła złość.

- Będzie moja, kiedy wrócę. Spojrzała jeszcze raz na dziecko, po czym wraz z innymi 

weszła do budynku mieszkalnego.

Zostali w starym zamku tylko na czas posiłku, a potem wsiedli na czekający już statek. 

Wszyscy siedmioro ułożyli się natychmiast na pokładzie i zasnęli.

Wiele godzin później wypoczęte kobiety zaczęły omawiać swój plan.

- Będziemy musiały dostać się jakoś do zamku - powiedziała Judith. - Muzyka Alyx 

otworzy przed nami wszystkie drzwi. Czy któraś z was umie grać na instrumentach albo 

śpiewać?

Bronwyn  stwierdziła z przykrością,  że ma głos ryczącego  niedźwiedzia, natomiast 

Judith   pozbawiona   była   zupełnie   słuchu   muzycznego.   Elizabeth   szepnęła   ze   ściśniętym 

gardłem:

- Ja umiem tańczyć...

- Świetnie! - ucieszyła się Judith. - Kiedy wejdziemy do środka...

- Nigdzie nie wejdziecie - powiedział za nią John Bassett.

- Wskażecie nam siedzibę księcia, a my odnajdziemy waszych mężów i zawieziemy 

na miejsce, żeby uwolnili Milesa.

- Odwrócił się na pięcie i zostawił je same.

Judith uśmiechnęła się przepraszająco do szwagierek:

- Wiele lat temu miałam małe kłopoty, kiedy starałam się ratować Gavina. John nigdy 

mi tego nie wybaczył i odkąd jest mężem mojej matki, czuje się za mnie odpowiedzialny.

- Pochyliła się do przodu. - Musimy być dyskretniejsze przy opracowywaniu planu.

Elizabeth oparła się plecami o burtę statku i zdusiła śmiech. Judith siedziała sobie 

tutaj, taka śliczna, taka drobniutka, z rękami złożonymi na kolanach i wyglądała jak skromna, 

background image

bezradna młoda dama. Trudno było uwierzyć w siłę jej charakteru. Bronwyn stała obok, a 

promienie słońca odbite w falach podkreślały jej wyrazistą urodę. Elizabeth wiedziała, jaka 

jest oddana, dzielna i lojalna. Alyx, cicha i nieśmiała, jakby bała się ich wszystkich,  ale 

oprócz swego pięknego głosu potrafiła też zadziwiająco skutecznie używać sprytu.

A   Elizabeth?   Czy   pasuje   do   tych   kobiet?   Zastanawiała   się,   czy   wytrzyma   próbę 

żelaznej ręki Judith.

Zaraz   po   zejściu   na   ląd   we   Francji   kupili   konie   i   Judith   poprowadziła   ich   na 

południowy zachód. Był to ostatni dzień, kiedy Judith zgadzała się ze wszystkim, co mówili 

mężczyźni. Bronwyn szturchnęła Elizabeth w pewnym momencie, żeby popatrzyła, jak John 

Bassett wypina pierś, robiąc Judith wykład na jakiś temat. Tam również wydał Bronwyn kilka 

poleceń, a sir Guy odezwał się do Elizabeth tylko raz.

Spoglądając na niego skromnie spod opuszczonych rzęs, spytała, czy nie daje mu się 

we znaki ból w stopie. Blizna na twarzy olbrzyma zbielała, odwrócił się i odszedł. Bronwyn 

trzymała  się ze śmiechu za boki, a kiedy opowiedziała szwagierce historię o połamanych 

palcach sir Guya, Judith popatrzyła na Elizabeth z podziwem.

John   Bassett   wynajął   pokoje   w   zajeździe   niedaleko   jednej   z   posiadłości   księcia. 

Okoliczni mieszkańcy twierdzili, że pan tutaj właśnie obecnie rezyduje. Mężczyźni musieli 

zostawić kobiety same, gdy wyjeżdżali na poszukiwanie ich mężów. John wyglądał, jakby się 

miał   rozpłakać, kiedy na  jego  żądanie,  by  Judith  przysięgła  na  Boga,  że  zaczeka  na ich 

powrót, zapadła złowroga cisza.

- Czy mam zostawić cię pod strażą? - spytał zrezygnowanym tonem.

Judith unikała jego wzroku.

- Zabrałbym  cię ze sobą, ale będziemy musieli się rozdzielić, a do przypilnowania 

takiej diablicy jak ty nie wystarczy zwykły mężczyzna. Powinien być specjalny święty od 

czuwania nad takimi mężami jak Gavin.

- Tracisz czas, John - stwierdziła cierpliwie Judith.

- Ona ma rację - odezwał się Guy, nie patrząc na kobiety. John przyciągnął Judith do 

siebie i pocałował ją w czoło.

- Niech Bóg będzie z tobą. I wszyscy trzej wyszli z zajazdu. Judith oparła się o drzwi i 

głęboko westchnęła.

- On chce jak najlepiej. A teraz bierzmy się do roboty.

Elizabeth  wkrótce  się przekonała, jakim  Judith  jest  wspaniałym  strategiem  - i jak 

dobrze   umie   posługiwać   się   złotem.   Zapłaciła   w   sumie   dwudziestu   pięciu   osobom,   by 

rozgłaszali   po   okolicy   przyjazd   najwspanialszej   śpiewaczki   na   świecie   i   cudownej 

background image

egzotycznej tancerki. Zależało jej na dużym rozgłosie, zanim Alyx i Elizabeth się pojawią, 

gdyż  chciała   ściągnąć   na  występ   jak  najwięcej  ciekawskich.  One  tymczasem   z  Bronwyn 

wyślizgną się nie zauważone.

Wczesnym popołudniem, ubrana w łachmany, z przednim zębem przyczernionym za 

pomocą sadzy,  Judith  zaniosła  do zamku świeżo upieczony chleb.  Wróciła z cudownymi 

wieściami.

- Miles żyje - powiedziała, zrzucając z siebie brudne łachy. - Podobno książę zawsze 

ma jakichś więźniów i trzyma ich na szczycie wieży. Jaki to ma ohydny smak! - Zaczęła 

zdrapywać sadzę z zęba. - Wygląda na to, że cała rodzina Lorillardów to mistrzowie tortur, a 

teraz zajęli się dziewczyną. Przepraszam, Elizabeth - dodała szybko. - Tak opowiadają ludzie, 

nie wiem, czy ona jeszcze żyje czy nie, ale obaj mężczyźni tak.

- A rana Milesa? - spytała Elizabeth. Judith podniosła ręce do góry.

- Nie mogłam pytać wprost. Wszystko, czego się dowiedziałam, to to, że więźniowie 

są zawsze przetrzymywani w wieży.

- To będzie łatwe - powiedziała Bronwyn. - Po prostu przypniemy koniom skrzydła i 

podfruniemy na szczyt.

- Są też schody - stwierdziła Judith.

- Nie strzeżone? - spytała Bronwyn.

- Drzwi do pomieszczeń, gdzie przebywają więźniowie, są strzeżone, ale inne schody 

prowadzą na dach. W celach są okna i jeśli udałoby się nam ześlizgnąć z dachu...

Tylko   Bronwyn   wiedziała,   co   oznaczają   teraz   zaciśnięte   usta   Judith.   Bywała 

nieustraszona, ale miała straszliwy lęk wysokości. Bronwyn dotknęła jej ramienia.

- Zostaniesz i będziesz tańczyć do muzyki Alyx. Ja z Elizabeth opuszczę się...

- Tak samo nadaję się do tańca, jak konie do latania. Nie byłabym w stanie utrzymać 

rytmu i pewnie, żeby się czymś zająć, zamiast tańczyć, swoim zwyczajem zaczęłabym wyda-

wać polecenia służbie.

Wszystkie   trzy   zachichotały   ze   straceńczej   miny   Judith,   która   jednak   zaraz 

spoważniała i dodała:

- Jestem silna i nieduża. Bez trudu opuszczę się na linie i wślizgnę przez okno.

Żadne   argumenty   nie   mogły   jej   przekonać,   by   zrezygnowała.   W   końcu   zamilkły, 

każda zamyślona nad niebezpieczeństwami czekającej je wyprawy. Elizabeth nie powiedziała, 

jak   panicznie   reaguje   na   dotyk   obcych   mężczyzn.   O   lęku   wysokości   Judith   też   już   nie 

wspominały.

Kiedy zapadł zmierzch, Judith uklękła i zaczęła się modlić. Po chwili wszystkie trzy 

background image

do niej dołączyły.

background image

20

Najbardziej zaskoczyła je Alyx. Przez ostatnie dni najmniej się odzywała i słuchała we 

wszystkim   swych   mądrych,   pięknych   szwagierek.  Lecz   gdy miała  w  rękach   instrument  i 

zaczynała występ, biła je na głowę ognistym temperamentem.

Judith i Bronwyn, ubrane w brudne szmaty, wmieszały się w procesję posuwającą się 

za Elizabeth i Alyx. Elizabeth, stąpając dumnie i już przyciągając uwagę powabnymi kształ-

tami, miała na sobie pospolity strój w jaskrawych, dziwacznych barwach, które same w sobie 

miały przyciągać uwagę widzów.

Gdy tylko Alyx weszła do wielkiej sali zamku i zaśpiewała pierwsze nuty, wszyscy 

umilkli.  Bronwyn i Judith  nigdy nie  słyszały całej  skali  jej  głosu i zatrzymały  się  pełne 

podziwu.

- Podam ci rytm - szepnęła Alyx do Elizabeth. Wszyscy wpatrywali się w śpiewaczkę 

i piękną kobietę obok niej. Alyx gwałtownie zniżyła ton, a ludzie klaszcząc i śmiejąc się 

zaczęli znów poruszać się po sali.

- Teraz! - syknęła do Bronwyn Judith i obie zniknęły w ciemnej dziurze w ścianie.

Zarzuciły   ciężkie   spódnice   na  ramiona   i   pięły  się   w   górę   po   starych   kamiennych 

schodach, czmychając po kilka stopni i nasłuchując. Na szczycie  dobiegł je jakiś odgłos. 

Przywarły   plecami   do   ściany,   póki   strażnik   nie   przeszedł   dalej.   Potem   bezszelestnie 

podkradły się wyżej. Zapiszczał tylko kopnięty przez Judith i zrzucony ze schodów szczur. U 

szczytu były otwierane do góry drzwi. Zamknięte.

- Do diabła! - szepnęła Judith. - Musimy zdobyć klucz. Bronwyn jednak już jej nie 

słuchała. Podeszła do wąskich drzwi zapadowych i zaczęła obmacywać krawędzie. W pewnej 

chwili odwróciła się z triumfującym uśmiechem, jej oczy i białe zęby zabłysły w mroku. 

Przesunęła żelazny rygiel i drzwi lekko się podniosły. Głośne skrzypnięcie sprawiło w pewnej 

chwili, że zamarły w miejscu, lecz na schodach nie rozległy się żadne kroki. Prześlizgnęły się 

na dach.

Gdy   odetchnęły   głęboko   świeżym   powietrzem,   Bronwyn   zauważyła,   że   Judith   z 

przerażeniem spogląda na mury.

- Ja pójdę - powiedziała Bronwyn.

- Nie. - Judith potrząsnęła głową. - Jeśli z jakiegoś powodu trzeba by cię podciągnąć 

do góry, ja nie dam rady. A ty mnie podciągniesz.

Bronwyn skinęła głową, gdyż Judith miała rację. Po cichu zdjęły spódnice i zaczęły 

odpruwać  ciężkie  liny przyczepione  po ich wewnętrznej  stronie.  Judith zapłaciła  czterem 

background image

kobietom, by całe popołudnie szyły te spódnice. Teraz światło księżyca padało na kraciaste 

spódniczki, które miały pod spodem: granatowo - zieloną Bronwyn i złoto - brązową Judith.

Gdy Bronwyn zwinęła już swoją linę, obeszła dach okrągłej wieży, wyglądając przez 

zakończony blankami mur.

- Są cztery okna - powiedziała. - Gdzie Miles?

- Muszę się zastanowić... - Judith kończyła zwijać linę na przedramieniu. - To okno 

jest nad schodami, przeciwne na wprost schodów, więc musi to być któraś z tych dwóch cel.

Pokazała w prawo i lewo.

Nie musiały głośno mówić, że jeśli Judith pojawi się w niewłaściwym oknie, może to 

dla niej oznaczać śmierć.

- Chodź - powiedziała Judith, jakby szła na własną egzekucję.

Bronwyn przez całe życie posługiwała się linami i sprawnie związała coś w rodzaju 

siodełka. Judith podciągnęła fałdzistą spódnicę między nogami i zapięła szerokim skórzanym 

pasem. Z bijącym sercem wsunęła się w konstrukcję Bronwyn - zapętlone liny obejmowały ją 

częściowo w pasie, a częściowo przechodziły między nogami. Kiedy stanęła na krawędzi 

muru, Bronwyn uśmiechnęła się do niej.

- Skup się na tym, co robisz, a nie gdzie jesteś.

Judith miała gardło ściśnięte ze strachu, skinęła więc tylko głową.

Bronwyn okręciła linę na występie muru i powoli zaczęła ją opuszczać.

Judith recytowała w myślach psalmy, szukając stopami zaczepienia. Trzy razy kawałki 

muru obsunęły jej się pod palcami i spadły w dół. Serce za każdym razem czuła w gardle, 

wyobrażając sobie, że za chwilę strażnik przetnie linę, na której wisi jej życie.

W   końcu   zbliżyła   się   do   okna   i   kiedy   stopą   dotknęła   kamiennego   parapetu,   ktoś 

chwycił ją za kostkę.

- Cicho! - usłyszała, kiedy zachłysnęła się z przerażenia. Mocne ręce chwyciły ją za 

łydki, potem za biodra i wciągnęły do środka. Judith, szczęśliwa, że znów czuje pod nogami 

stały grunt, tak mocno chwyciła się parapetu, że zbielały jej palce.

- Podobno boisz się tak strasznie wysokości?

Judith odwróciła się i spojrzała w spokojną twarz Rogera Chatwortha. Resztki podartej 

koszuli zwisały na jego silnym ciele.

- Gdzie Miles? - zachrypiała z szeroko otwartymi oczami. Za drzwiami celi rozległ się 

hałas, a Roger chwycił ją w obronnym geście.

- Gadasz do siebie, Chatworth? - zawołał strażnik, ale nawet nie zajrzał do środka.

- Nie widzę tu nikogo lepszego - odkrzyknął, obejmując drżące ciało Judith.

background image

- Kto jest na górze? - spytał szeptem. - Bronwyn. Roger zaklął półgłosem. Pociągnął 

wciąż przywiązaną do liny Judith do kąta tego niewielkiego pomieszczenia.

- Miles siedzi w celi naprzeciwko - szepnął. - Był ranny i nie jestem pewien, czy 

będzie miał siłę podciągnąć się na linie. Strażnik niedługo zaśnie i wydostaniemy się stąd. 

Wdrapię się pierwszy, a potem wciągnę ciebie. Ale nie możesz zostać tu sama. Usiądziesz na 

parapecie i jeśli strażnik zajrzy, skoczysz i zawiśniesz na linie. Rozumiesz? Podciągnę cię, jak 

tylko wejdę na dach - powtórzył.

Judith słuchała uważnie. To wróg jej rodziny, spowodował śmierć Mary. Może chce 

zabić Bronwyn i odciąć linę?

- Nie... - zaczęła.

- Musisz mi zaufać! Bronwyn nie da rady cię podciągnąć, a ty nie wdrapiesz się sama 

na górę. Przeklęte kobiety! Dlaczego nie przysłałyście jakichś mężczyzn?

Miała dosyć. Oczy jej zapłonęły.

- Ty niewdzięczny... Położył jej dłoń na ustach.

- Dzielna dziewczyna! Mimo że nie lubię Montgomerych, podobają mi się ich kobiety. 

A teraz nie traćmy czasu.

Poprowadził,   a   właściwie   popchnął   Judith   do   okna,   podniósł   ją   i   posadził   na 

parapecie.

- Chwyć się tutaj. - Pokazał krawędź parapetu. - I mocno się trzymaj. Kiedy zacznę cię 

podciągać, odbijaj się rękami i nogami od ściany. - Potrząsnął nią lekko, widząc śmiertelny 

strach w oczach kobiety, wbitych w przestrzeń na dole. - Pomyśl, jaki wściekły będzie twój 

mąż, gdy się dowie, że najpierw uratowałaś Chatwortha, a potem dopiero jego brata.

Judith prawie się uśmiechnęła - prawie. Spuściła głowę i wyobraziła sobie Gavina... I 

jego bezpieczne ramiona. Przysięgła sobie, że nigdy więcej nie zrobi już nic tak głupiego, jak 

ratowanie jakiegoś mężczyzny. Oczywiście z wyjątkiem Gavina. I jego braci. I szwagierek. I 

chyba też matki. I przede wszystkim dzieci. I...

Szarpnięcie liny, którą Roger chwycił nad jej głową, omal nie wyrzuciło jej za okno.

- Pamiętaj, co ci mówiłem! Uchyliła się, żeby nie potrącił jej nogami, gdy zakołysał 

się i zaczai podciągać na rękach.

Bronwyn  przywitała  go na górze sztyletem  wymierzonym  w gardło i trzymała  po 

zewnętrznej stronie muru, zawieszonego całym ciężarem na rękach.

- Co zrobiłeś z Judith? - warknęła.

- Czeka, aż ją wciągnę na górę, i” w każdej chwili twoje ociąganie może kosztować ją 

życie.

background image

W   tym  momencie   zdarzyło  się  kilka  rzeczy.  Po  pierwsze,  Judith,   ze  strachu   albo 

konieczności, zawisła na krawędzi parapetu. Tak szarpnęła, że Roger o mało nie wypuścił 

liny.

- Straż! - rozległ się krzyk na dole.

- Drzwi! - wydusił Roger, próbując utrzymać się na ścianie. - Zamknij drzwi!

Bronwyn od razu zareagowała, ale kiedy dopadła drzwi, strażnik już w nich stał. Bez 

wahania wpakowała mu sztylet między żebra. Upadł i musiała go odciągnąć, żeby zasunąć 

rygiel.

Pobiegła z powrotem do Rogera, który podciągał już do góry Judith. Przechyliła się 

przez mur, żeby pomóc.

- Co się stało? - spytała, zanim jeszcze Judith stanęła na dachu.

- Alyx i Elizabeth wrzucono do celi Milesa. Podsłuchiwałam tak długo, jak mogłam, 

ale kiedy strażnik zajrzał do Chatwortha, zaczął krzyczeć. Co się z nim stało?

Bronwyn skinęła głową w stronę drzwi. - Tam leży.

- Kto słyszał jego krzyk? - spytał Roger.

- Chyba nikt - odpowiedziała Judith. - Szybciej, musimy ich stamtąd wydostać.

- Nie ma czasu. Gdzie są wasi mężowie?

- Gdzieś   tu,   we   Francji,   ale...   -   Judith   urwała,   gdy   Roger   chwycił   drugą   linę 

pozostawioną na dachu i zaczął przywiązywać ją do blankowania.

- Nie ma czasu - powiedział. - Ten stary będzie za chwilę na górze. Musimy spuścić 

się na dół i sprowadzić pomoc.

- Ty tchórzu! - zasyczała Bronwyn. - Uciekasz! Judith i ja uratujemy naszą rodzinę.

Roger szarpnął ją za ramię.

- Zamknij się, wariatko! Zapomniałaś, że Elizabeth jest moją siostrą? Nie mam czasu 

na dyskusje, ale jeśli nas tu wszystkich złapią, nikt nie sprowadzi pomocy. Spuścisz się sama 

po linie?

- Tak, ale... - bąknęła Bronwyn.

- No to już! - Przerzucił ją prawie przez mur, trzymając  jednak mocno za ręce. - 

Schodź, Bronwyn! - rozkazał i uśmiechnął się przelotnie. - Pokaż nam swoją szkocką krew.

Kiedy zniknęła za krawędzią, Roger chwycił Judith pod pachy i uniósł.

- Dobrze! Nie ważysz więcej niż moja zbroja. - Niemal parsknął śmiechem. - Uwieś 

mi się na plecach. Judith tylko kiwnęła głową i posłuchała. Zamknęła oczy i schowała głowę 

na jego ramieniu. Nie patrzyła, kiedy zaczął się opuszczać. Pot spływał mu po szyi i czuła, 

jaki jest napięty.

background image

- Dasz się pokonać Anglikowi? - rzucił cicho w pustkę pod nimi, do Bronwyn.

Judith otworzyła jedno oko i z podziwem popatrzyła na szwagierkę. Bronwyn miała 

linę owiniętą wokół kostki, drugą stopę opartą na pętli, a rękami stopniowo spuszczała się w 

dół. Na słowa Rogera przyspieszyła.

Judith   nie   miała   najmniejszego   zamiaru   wypuścić   z   rąk   bezpiecznych,   szerokich 

pleców   Rogera   tylko   dlatego,   że   stanęli   na   ziemi.   Jakby   robił   to   codziennie,   obojętnie   i 

sprawnie odczepił od siebie jej ręce, a potem nogi.

Drżąc   cała  patrzyła,  jak   Chatworth  podbiega  do  liny  Bronwyn.   Wciąż  była  spory 

kawałek ponad ziemią.

- Skacz, Szkotko! - zawołał cicho.

Bronwyn   posłuchała   po   sekundzie   wahania,   puściła   linę   i   ciężko   wylądowała   w 

otwartych ramionach Chatwortha.

- Ważysz chyba tyle, co mój koń - mruknął, stawiając ją na ziemi. - Czy to byłby cud, 

gdybyście przypadkowo gdzieś tu ukryły konie?

- Chodź, wrogu. - Bronwyn machnęła na niego ręką. Złapał za ramię Judith, która 

wpatrywała się z przerażeniem w miejsce na górze, skąd przybyła.

- Szybko! - Klepnął ją mocno w plecy. - Musimy wyciągnąć stąd moją siostrę i Chris!

Miles stał na środku celi, jakby na nie czekał, kiedy drzwi się otworzyły i strażnik 

wepchnął do środka Elizabeth i Alyx.

- Masz towarzystwo, Montgomery! - Strażnik roześmiał się. - Zabaw się dzisiejszej 

nocy, bo to pewnie twoja ostatnia.

Miles chwycił Elizabeth, zanim upadła, i pomógł wstać Alyx.

Bez słowa usiadł na ziemi i objął obie kobiety ramionami. Uszczęśliwiona Elizabeth 

zaczęła całować go po twarzy.

- Myśleli, że nie żyjesz powiedziała między pocałunkami. - Och, Miles, bałam się, czy 

cię jeszcze zobaczę.

Uśmiechnął się lekko i pocałował każdą w czoło.

- Teraz już mogę spokojnie umrzeć.

- Jak możesz żartować?... - zaczęła Elizabeth, ale uspokoiła się, kiedy ją pocałował.

Wszyscy troje zesztywnieli na odgłos krzyku strażnika, a potem tupotu jego kroków 

na schodach na dach. Po chwili rozległ się głuchy łomot.

Gdy zapadła cisza, Miles podniósł oczy na sufit i spytał:

- Bronwyn?

Obie skinęły głowami.

background image

Wziął głęboki oddech, westchnął i poprosił:

- Powiedzcie,   co   wymyśliłyście.   Elizabeth   opowiedziała,   jak   obmyśliły   plan 

uwolnienia  i że Judith miała  spuścić się po linie i dostać do jego celi przez okno. Alyx 

patrzyła na Milesa, oparta na jego silnym ramieniu, i widziała, jak pociemniały mu oczy. 

Pomyślała, że Raine skręciłby jej kark, gdyby opowiedziała mu o tym zamiarze, i gorące łzy 

napłynęły jej do oczu.

- Alyx...? - Miles spojrzał na nią, przerywając opowieść Elizabeth. - Wydostaniemy 

się stąd. Moi bracia...

Wytarła łzy wierzchem dłoni.

- Wiem. Pomyślałam tylko, że Raine obedrze mnie ze skóry za to, co zrobiłyśmy.

Miles mrugnął oczami.

- Och, tak, na pewno to zrobi.

- Jesteś ranny! - wykrzyknęła nagle Elizabeth. Dotknęła brudnego bandaża na jego 

żebrach, a potem włożyła rękę pod resztki koszuli. Odchyliła się, żeby lepiej widzieć, i w 

świetle księżyca wpadającym przez okno zobaczyła wszystkie blizny. Przesunęła palcami po 

jednej i powiedziała:

- Nie miałeś blizn, kiedy się poznaliśmy, i wszystkie je masz przeze mnie.

Pocałował jej dłoń.

- Ty też będziesz miała kilka blizn przeze mnie. Kiedy urodzisz mi dwadzieścioro 

dzieci. A teraz obydwie musicie odpocząć. Podejrzewam, że ranek przyniesie nowe... wy-

darzenia.

Jedynym marzeniem Elizabeth było zobaczyć Milesa żywego i teraz, kiedy przytuliła 

się do niego, poczuła się szczęśliwa. Zamknęła zmęczone oczy i natychmiast zasnęła.

Alyx nie podróżowała ostatnio tak wiele i nie była tak bardzo wyczerpana. Zamknęła 

oczy i leżała cicho, ale w jej głowie kłębiły się myśli.

Po godzinie, gdy do celi zajrzał świt, Miles delikatnie odsunął od siebie kobiety i 

podszedł do okna. Alyx przyglądała mu się spod przymkniętych powiek.

- Podejdź   tu,   Alyx   -   szepnął.   Zaskoczona,   że   wiedział,   iż   nie   śpi,   przeszła   nad 

Elizabeth i zbliżyła się do okna. Miles przytulił ją plecami do siebie i powiedział:

- Wiele ryzykowałaś, żeby mnie ratować. Dziękuję ci, Alyx. Uśmiechnęła się i otarła 

policzkiem o jego rękę.

- To przeze mnie nas  złapano. Książę widział  mnie  gdzieś w Anglii i zapamiętał. 

Zapamiętał   też,   że   słyszał   o   moim   ślubie   z   Montgomerym.   Jak   myślisz,   co   powiedziała 

Bronwyn, widząc na dachu Rogera zamiast ciebie? - Odwróciła się do niego przodem. - 

background image

Sądzisz, że udało im się uciec? Na dole nie było żadnych strażników, prawda? Raine po nas 

przyjedzie?

Z uśmiechem znów odwrócił ją przodem do okna.

- Wiem, że im się uda. Popatrz tam, daleko na zachód.

- Nic nie widzę.

- Te iskierki we mgle, widzisz?

- Tak... Co to jest?

- Może się mylę,  ale wydaje  mi się, że to ludzie w zbrojach.  A tam, na północy, 

jeszcze więcej.

- Więcej... Och, Miles! - Odwróciła się i mocno objęła go w pasie, ale natychmiast 

odskoczyła. - Nie powiedziałeś Elizabeth, że to poważna rana - stwierdziła oskarżycielskim 

tonem.

Próbował się uśmiechnąć, ale w jego oczach widać było ból.

- Żeby   bardziej   się   martwiła?   Była   taka   dzielna   tańcząc   przed   tymi   obcymi 

mężczyznami, prawda? - W jego głosie zabrzmiała duma.

- Tak - odpowiedziała i znowu odwróciła  się do okna. Stali tak razem, gdy dzień 

wstawał, i patrzyli na zbliżające się coraz bardziej iskrzące punkciki.

- Kto to jest? - spytała Alyx. Wiem, że we Francji też żyją Montgomerowie, ale tych 

rycerz musza być setki. Kim oni są?

- Ród Montgomerych żyje w całej Francji i w Hiszpanii, i w Italii. Kiedy jako chłopak 

zdobyłem rycerskie ostrogi, przeszkadzało mi, że gdziekolwiek się zjawiłem, miałem jakichś 

wujów i kuzynów na karku, ale teraz cieszy mnie widok każdego kuzyna.

- Muszę się z tobą zgodzić.

- Patrz! - Pokazał ręką. - Widziałaś?

- Nie, nic nie widzę... Twarz rozjaśnił mu szczęśliwy uśmiech.

- Tego wypatrywałem. O, znowu! Alyx na chwilę zobaczyła krótki błysk.

- To chorągiew mego stryja  Etienne'a. Zawsze żartowaliśmy z jego chorągwi, jest 

prawie tak wielka jak dom, ale Etienne mówi, że sam widok tych trzech złotych lampartów 

sprawia, iż większość wrogów bierze nogi za pas. Demonstrując ją, chce im dać czas do 

ucieczki.

- Widziałam! - Alyx wpatrywała się w horyzont, gdzie pojawiły się trzy złote błyski, 

jeden nad drugim. - Lamparty... - szepnęła. - Jak myślisz, kto...

- Raine przyprowadzi stryja Etienne'a. Stephen nadjeżdża z ludźmi z północy, a Gavin 

z południa.

background image

- Skąd to wiesz?

- Znam moich braci. - Uśmiechnął się. - Gavin zaczeka kilka mil stąd na swoich braci i 

wszystkie trzy armie uderzą jednocześnie.

- Uderzą? - spytała przerażona.

- Nie   bój   się.   -   Pogłaskał   ją   po   skroni.   -   Nie   sądzę,   żeby   nawet   książę   Lorillard 

próbował zmierzyć się z połączonymi siłami Montgomerych. Dadzą mu szansę, by uwolnił 

nas bez walki. Poza tym jemu chodzi o Christianę, a nie o wojnę z Montgomerymi.

- Tę dziewczynę, którą uwolnił Roger Chatworth? Co się z nią stało?

- Nie wiem, ale się dowiem.

Alyx   nie   zadawała   więcej   pytań.   Wiedziała,   że   z   Montgomerymi   nie   ma   co 

dyskutować, jeśli coś sobie postanowili.

Patrzyli na zbliżające się armie, a kiedy Elizabeth się obudziła i podeszła, Miles objął 

ją   drugim   ramieniem.   Chcąc   je   rozśmieszyć,   zrobił   jakąś   rubaszną   uwagę   na   temat 

„egzotycznego” stroju Elizabeth.

- Jeśli Judith i Bronwyn uwolniły Rogera Chatwortha i we troje chcieli sprowadzić 

pomoc, jak myślicie, do którego z braci najprędzej dotarli? - spytała Alyx.

Żadne z nich nie umiało odpowiedzieć.

- Modlę się, żeby to nie był Raine - szepnęła. - Pewnie najpierw by uderzył, a potem 

wysłuchał.

W milczeniu patrzyli na zbliżających się wybawców.

background image

21

Obok Raine'a i Etienne'a Montgomerych jechał Roger Chatworth. Miał zaciśnięte usta, 

a prawe ramię - to, które dźwiga miecz - mocno obwiązane bandażem, lecz wciąż krwawiące. 

Obok niego jechała Bronwyn z dumnie uniesioną twarzą, na której widniał potężny siniec 

wokół oka.

Roger odniósł ranę na ramieniu, gdy tylko Raine zobaczył swego wroga, a Bronwyn 

zdobyła podbite oko, kiedy wskoczyła między nich. Judith już miała wmieszać się do bitwy, 

ale John Bassett zeskoczył z konia, podstawił jej nogę i kiedy padła jak długa, przytrzymał 

stopą przy ziemi, aż wszystko się uspokoiło.

Czterech   mężczyzn   musiało   powstrzymać   Raine'a,   żeby   nie   rozerwał   Rogera   na 

kawałki, lecz w końcu się uspokoił i pozwolił Judith, która zabrała się do opatrywania oka 

Bronwyn, opowiedzieć, co zaszło. Gdy wspomniała o tym, że Alyx wrzucono do celi Milesa, 

Raine znowu rzucił się na Rogera, a ten zatrzymał go mieczem wymierzonym w gardło - 

mieczem   trzymanym   w   lewej   ręce.   Kilku   krewnych   Raine'a   uspokajało   ich   przez   dobrą 

chwilę.

Teraz zupełnie spokojni zbliżali się do zamku Lorillardów.

Gavin   siedział   na   koniu   na   czele   trzystu   uzbrojonych   ludzi   i   przyglądał   się 

zbliżającym Montgomerym. Obok tkwił równie milczący sir Guy. Z niechęcią wspominał 

chwilę, gdy Gavin wybuchł na wieść, że Judith przyjechała z mężczyznami do Francji.

- Ona   nie   ma   o   tych   sprawach   pojęcia!   -   wrzeszczał   Gavin.   -   Wydaje   jej   się,   że 

prowadzenie wojny to jak czyszczenie stawu rybnego. Och, Boże!... - modlił się żarliwie. - 

Jeśli będzie jeszcze żywa, kiedy ją znajdę, zabiję ją. Ruszamy!

Stephen kazał swoim ludziom otoczyć wschodnie mury zamku, a sam wraz z Tamem 

pojechał na spotkanie Gavina na południu.

- Gdzie kobiety? - krzyknął z daleka do brata.

- Nie   ma   tu   żadnej!   -   wrzasnął   tak   głośno   Gavin,   że   jego   koń   zarył   przednimi 

kopytami w ziemię.

W   tumanie   kurzu   Stephen   z   Tamem   skręcili   na   zachód,   w   stronę   Raine'a.   Kiedy 

Stephen zobaczył  Bronwyn, prawie rozpłakał się ze szczęścia, a potem zmarszczył  czoło, 

patrząc na jej podbite oko.

- Co się stało? - krzyknął we wrzawie rżenia i tupotu setek koni, pożerając ją po prostu 

wzrokiem.

- Raine... - zdążyła tylko powiedzieć i Stephen ryknął śmiechem.

background image

Po chwili zerknął czule na brata sztywno trzymającego się w siodle.

Bronwyn, nie patrząc więcej na męża, podjechała bliżej Tama.

- Stephenie! - zawołała Judith. - Czy jest z nimi Gavin? - Kiwnęła głową na południe.

Kiedy Stephen przytaknął, pomknęła jak strzała - a za nią John - do południowego 

zgrupowania Montgomerych.

Nie było walki.

Nowy książę Lorillard, który najwidoczniej właśnie wstał z łóżka, z zaczerwienionymi 

oczami i zieloną cerą po nocnych hulankach, nie dożył swych sędziwych pięćdziesięciu ośmiu 

lat po to, by teraz przeciwstawiać się prawie tysiącowi wściekłych mężczyzn, otaczających 

jego zamek. Okazując zaufanie nazwisku Montgomery wyszedł  do uzbrojonych  rycerzy i 

powiedział Gavinowi, że jeśli darują mu wolność, mogą zabierać z jego zamku co chcą i kogo 

chcą, bez żadnej walki.

Raine nie chciał zgodzić się na te warunki, ponieważ książę poddał nie tylko swoje 

ziemie, ale również dwóch swoich synów, a według niego człowiek, który dopuścił się czegoś 

takiego, powinien umrzeć.

Bronwyn i Judith błagały tylko o jak najmniej krwawe uwolnienie więźniów z wieży.

W   końcu   Gavin,   jako   najstarszy,   podjął   decyzję.   Księciu   pozwolono   odjechać   z 

pięcioma rycerzami po otwarciu wszystkich bram zamku.

Mimo protestów kobietom nakazano zostać z tyłu, gdy trzej bracia, Roger i dwunastu 

kuzynów wjechało do książęcej twierdzy.

Mieszkańcy albo nie wiedzieli o ataku, albo było im wszystko jedno, albo po prostu, 

jak twierdził Stephen, należało to do obyczaju  - nie obudzili się nawet z pijackiego snu. 

Wszędzie leżeli pochrapujący i półprzytomni z opilstwa mężczyźni i kobiety.

Montgomerowie   z   obnażonymi   mieczami   ostrożnie   torowali   sobie   drogę   między 

ciałami, szukając schodów, które opisały Bronwyn i Judith.

Na szczycie schodów trzej bracia wyważyli drzwi prowadzące do kilku cel.

- Mam! - Roger chwycił klucz ze ściany i otworzył ciężkie drzwi celi Milesa.

Młody Montgomery wyglądał na bardzo zadowolonego z dwiema kobietami u boku.

Alyx rzuciła się w ramiona Raine'a, który ze łzami w oczach przytulił ją do siebie..

- Zawsze, kiedy zbliżasz się do swojej szwagierki, robisz coś takiego - zaczął. - Od 

dzisiaj...

Alyx roześmiała się i zamknęła mu usta pocałunkiem. Elizabeth podeszła do Rogera, 

pogłaskała go po policzku i dotknęła rany na ramieniu.

- Dziękuję ci - szepnęła.

background image

Odwróciła się do Gavina i skinęła sztywno głową. Nie mogła zapomnieć obelg, jakimi 

ją obrzucił.

Gavin z uśmiechem, który łagodził jego ostre rysy, otworzył ramiona.

- Czy   możemy   zacząć   od   nowa,   Elizabeth?   -   spytał   cicho.   Elizabeth   podeszła   i 

uściskała   go,   a   po   przyjeździe   Bronwyn   i   Judith   nastąpiło   jeszcze   wiele   pocałunków   i 

uścisków. Słowa Milesa przerwały szczęśliwe spotkanie. Popatrzył Rogerowi w oczy i spytał:

- Idziemy?

Chatworth skinął tylko głową, a Miles wziął miecz od jednego z kuzynów.

- Nie czas teraz  na .pojedynki  - odezwał się Stephen, ale uspokoiło go spojrzenie 

Milesa.

- Chatworth mi pomógł. Teraz ja idę z nim.

. - Z nim? - wybuchnął Raine. - Zapomniałeś, że zabił Mary? Miles bez słowa wyszedł 

za Rogerem.

- Raine - powiedziała łagodnie Alyx. - Miles jest ranny, Roger też, a jestem pewna, że 

idą szukać tej kobiety Chatwortha.

- Christiana! - krzyknęła Elizabeth, przytomniejąc. Wcześniej nie domyśliła się, dokąd 

idą. Spojrzała na szwagierki i wszystkie cztery kobiety bez wahania ruszyły do drzwi.

Również   bez  wahania  mężczyźni   jednocześnie   chwycili   wpół   swoje   żony  -  Raine 

złapał dwie, Alyx i Elizabeth - wepchnęli je do celi i zamknęli na klucz. Przez chwilę z 

zainteresowaniem słuchali urozmaiconego repertuaru przekleństw dochodzących zza drzwi. 

Judith   inspirowała   się   motywami   biblijnymi,   Bronwyn   klęła   po   celtycku,   Elizabeth 

złorzeczyła w żargonie żołnierzy, a Alyx używała swego silnego głosu tak skutecznie, że 

drżały kamienie w murach.

Mężczyźni  wymienili zadowolone uśmiechy,  skinęli na kuzynów,  by szli z nimi, i 

opuścili wieżę.

- Nigdy nie sądziłem,  że dożyję  dnia, w którym  pomogę Chatworthowi - mruczał 

groźnie Raine, ale zatrzymał się słysząc szczęk stali.

W komnacie, gdzie trzymano Christianę, zaatakowało Milesa i Rogera sześciu dobrze 

wyszkolonych strażników. Rana Milesa natychmiast się otworzyła, gdy powalił jednego z 

nich, przeszedł nad ciałem i zaatakował dwóch następnych. Roger pozwolił sobie wytrącić 

miecz z lewej ręki, potknął się o ciało na ziemi i upadł. Chwycił jednak leżący obok miecz w 

prawą rękę i zadał śmiertelny cios kolejnemu napastnikowi. Rana na jego ramieniu też się 

otworzyła.   Uniósł   bezradnie   rękę,   kiedy   zaatakował   go   inny   strażnik.   Miecz   sięgał   już 

brzucha Rogera, gdy napastnik zwalił się martwy. Roger zauważył, jak Raine wyciąga ostrze 

background image

z pleców trupa.

Trzej bracia wspólnie osłonili Rogera, a Miles zabił pozostałych strażników.

Raine wyciągnął rękę do leżącego Rogera, a ten popatrzył, jakby była to propozycja 

przyjaźni ze strony jadowitej żmii. Uważnie obserwując Montgomery'ego Roger ujął jednak 

wyciągniętą dłoń i pozwolił Raine'owi postawić się na nogi. Przez sekundę patrzyli sobie w 

oczy, po czym Roger odwrócił się, podszedł do łóżka i odsłonił kotary.

Na środku leżała zwinięta w kłębek Christiana, ubrana tylko w cienką lnianą koszulę, 

z ciałem pokrytym siniakami. Miała podkrążone oczy i spękane usta.

Roger powoli ukląkł przy łóżku i dotknął jej skroni.

- Roger? - szepnęła i spróbowała się uśmiechnąć, co sprawiło, że dolna warga zaczęła 

krwawić.

Z furią w oczach Roger wziął ją na ręce. Raine dotknął jego ramienia.

- Weźmiemy   ją   na   południe   do   rodziny.   Roger   kiwnął   głową   i   wyniósł   Chris   z 

komnaty. Gavin stał tuż obok Milesa.

- Gdzie kobiety? - spytał Miles. Bracia podejrzanie nie odpowiadali i wydawało się, że 

oblatuje ich lekki strach.

- No... my... - bąkał Stephen. Gavin podniósł nagle głowę.

- Chyba pojadę przodem. Masz. - Rzucił Milesowi klucz. - Ty najlepiej dajesz sobie 

radę z kobietami.

- Tak - przytaknęli skwapliwie Stephen i Raine przepychając się do drzwi.

Miles popatrzył na klucz w ręku i zdał sobie sprawę, że jest to klucz od celi, w której 

był zamknięty.

- No, nie!... - wrzasnął, ale bracia już zniknęli. Stał przez chwilę bezradnie, po czym 

zaczął się tak śmiać jak jeszcze nigdy w życiu. Kilka lat temu on i jego bracia wiedli samotny 

żywot w swoim bezpiecznym świecie zwykłych bitew i wojen. A potem jeden po drugim 

pożenili się z pięknymi, uroczymi kobietami - i dopiero poznali, czym jest wojna.

Zdobyli właśnie zamek, zabili kilku ludzi i nie zastanawiali się ani przez chwilę nad 

niebezpieczeństwem. Lecz na myśl o czterech rozwścieczonych kobietach zamkniętych w celi 

uciekali jak ostatni tchórze.

Miles ruszył do drzwi. Dzięki Bogu nie był zamieszany w to uwięzienie! Ogarnęła go 

litość nad braćmi, gdy pomyślał, przez co przejdą, gdy dopadną ich kochane małżonki.

A właściwie zupełnie nie ma dla nich litości - pomyślał. Przypomniało mu się, jak 

traktowali go jako „małego braciszka”. Teraz zapłacą za wszystkie złośliwe sztuczki, które 

musiał wycierpieć.

background image

Podrzucił klucz, złapał go w powietrzu i z uśmiechem podszedł do drzwi celi pełnej 

pięknych kobiet. A może by tak zamknąć się tam z nimi na kilka dni?

background image

DALSZE LOSY BOHATERÓW

Christiana zupełnie wyzdrowiała, wyszła za Rogera Chatwortha i dziesięć lat później, 

gdy   stracili   już   prawie   nadzieję,   urodziła   im   się   córka,   która,   ku   zmartwieniu   Rogera, 

poślubiła  jednego  z Montgomerych  z południa  Anglii. Ród Chatworthów  wygasł,  oprócz 

tego, że od czasu do czasu jakieś dziecko otrzymywało imię Chatworth Montgomery.

Miles i Elizabeth mieli w sumie dwadzieścioro troje dzieci, swoich i adoptowanych, a 

jeden z ich synów, Philip, był wielkim faworytem Henryka VIII. Później dwóch wnuków 

Milesa wyjechało do nowego kraju Ameryki - i tam pozostali.

Raine ćwiczył na dworze Henryka VIII młodych rycerzy, a Alyx została damą dworu 

królowej Katarzyny. Król uważnie słuchał i wprowadzał w życie niektóre z proponowanych 

przez Raine'a reform. Raine i Alyx mieli trzy córki. Średnia odziedziczyła po matce talent 

muzyczny.  Istnieje legenda, że niektórzy znakomici współcześni pieśniarze są potomkami 

Alyx Montgomery.

Bronwyn   i   Stephen   mieli   sześcioro   dzieci,   pięciu   chłopców   i   dziewczynkę.   Imię 

Bronwyn stało się legendarne w klanie i do dziś MacArranowie wspominają jej zalety. Córka 

Bronwyn wyszła za syna MacGregora, a on przybrał nazwisko MacArran i został dziedzicem.

Lachlan MacGregor ożenił się z jedną z córek Tama i był nią tak oczarowany, że 

oddał sprawy klanu w ręce swoich ludzi. David MacArran walczył o władzę, wygrał tę walkę 

i został dziedzicem domu MacGregorów. Lecz córka Lachlana, a żona Davida, nie była wcale 

taka słodka i łagodna, jak wszyscy myśleli, i to ona właściwie została głową klanu.

Judith i Gavin gospodarowali tak świetnie majątkiem Montgomerych, że do dziś jest 

to jedna z największych i najbogatszych prywatnych posiadłości na świecie. Zarządza nią 

obecnie jedna ze spadkobierczyń Judith. Jest drobną, ładną kobietą o dziwnym kolorze oczu. 

Nie wyszła dotąd za mąż, gdyż nigdy nie spotkała mężczyzny, który dokonałby w swoim 

życiu choćby połowy tego co ona. Ma podobno niedługo poznać pewnego trzydziestoletniego 

Amerykanina, milionera, który sobie samemu zawdzięcza majątek i który twierdzi, że jest 

potomkiem rycerza Milesa Montgomery'ego.

Może im się poszczęści?


Document Outline