background image

Macomber

Debbie

Zapominalska

panna

młoda

background image

PROLOG

– Bez ślubu nie ma mowy.
Dziesięcioletni Martin Marshall klepnął się ze złością po biodrach.
– Mówiłem ci, że się na to nie zgodzi.
Caitlin  przyglądała  się,  jak  najlepszy  przyjaciel  jej  brata  wyciąga  z kieszeni 

drugą nalepkę z zawodnikiem baseballa. Jeśli Joseph Rockwell chce ją pocało-
wać, wszystko musi odbyć się jak Pan Bóg przykazał. Mimo iż miała zaledwie 
osiem lat,  wiedziała, jak należy zachować się w takiej sytuacji. Spoglądając na 
lalkę, którą tuliła w ramionach, pomyślała instynktownie, że Barbie z pewnością 
nie pochwalałaby całowania się z chłopcem przed ślubem.

Martin znów podszedł do niej.
– Joe powiedział, że dołoży jeszcze Dona Drysdale’a.
– Mówiłam już, że bez ślubu nie ma mowy. – Z wyniosłą miną wygładziła pla-

żową sukienkę.

– Dobrze  już,  dobrze,  ożenię  się  z nią  –  mruknął  Joe,  idąc  wolnym  krokiem 

przez podwórko.

– Jak masz zamiar to zrobić? – spytał Martin.
– Weź Biblię.
Jak na kogoś, kto tak bardzo chce ją pocałować, Joseph nie wyglądał na spe-

cjalnie zadowolonego. Caitlin postawiła wszystko na jedną kartę.

– Ślub ma się odbyć w forcie.
– W forcie? – wybuchnął Joe. – Wiesz doskonale, że dziewczęta nie mają tam 

wstępu.

– Nie wyjdę za chłopca, który odmawia mi wstępu do swego fortu.
– Wycofaj się – powiedział Martin. – Ona żąda zbyt wiele.
Nie musisz dawać mi drugiej nalepki – kusiła Caitlin. Myśl, że byłaby pierw-

szą dziewczynką dopuszczoną do ich królestwa, była niezwykle nęcąca. Dzięki 
temu  zostanie  prawdopodobnie  zaproszona  na  przyjęcie  urodzinowe  do  Betsy 
McDonald.

Chłopcy wymienili znaczące spojrzenia i zaczęli szeptać między sobą, do Ca-

itlin  dobiegały  tylko  strzępy  rozmowy.  Martin,  wyraźnie  niezbyt  zachwycony 
ustępstwami  przyjaciela,  kręcił  wciąż  głową,  jak  gdyby  nie  mógł  uwierzyć,  że 
Joseph poszedł na coś takiego. Caitlin zaś nie wiedziała, czy może zaufać Jose-
phowi. W całym sąsiedztwie znany był ze swej namiętności do płatania różnych 
figli.

background image

– Muszę  nakarmić  dziecko – powiedziała,  odwracając się i chcąc odejść.
– W porządku – Joseph zgodził się z widocznym ociąganiem. – Ślub odbędzie 

się w forcie. Udzieli go Martin, pod warunkiem iż nikomu nie zdradzisz, że by-
łaś w środku, rozumiesz?

– Jeśli to zrobisz, ciężko pożałujesz! – dodał Martin, rzucając siostrze groźne 

spojrzenie.

– Nikomu nie pisnę ani słowa – obiecała Caitlin. Właściwie nie przeszkadzało 

jej, że musi dochować tajemnicy. Okropnie lubiła sekrety.

– Jesteś gotowa? – spytał Joseph. Gdy już uzgodniono warunki, zaczął się na-

gle bardzo śpieszyć, co zirytowało Caitlin. Nie podobał się jej również mars na 
jego czole. Pan młody powinien przynajmniej wyglądać na szczęśliwego. Chcia-
ła mu to powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.

– Rzecz  jasna,  musisz  się  przebrać.  Garnitur,  który  miałeś  na  sobie  w czasie 

świąt Wielkanocy będzie całkiem odpowiedni.

– Co takiego? – wykrzyknął Joseph. – Nie mam zamiaru wkładać żadnego gar-

nituru! Posłuchaj, Caitlin, to już koniec moich ustępstw. Albo biorę ślub w tym,
w czym jestem,  albo  odwołujemy  wszystko! Westchnęła, wywracając wymow-
nie oczy.

– Och, niech ci będzie, ale muszę przedtem iść na chwilę do domu.
– Tylko się pośpiesz, dobrze?
Martin poszedł za nią, zatrzaskując z hukiem drzwi wejściowe. Wziął Biblię ze 

stolika w korytarzu i wybiegł na podwórko.

Caitlin popędziła do swego pokoju, przejechała szczotką po włosach, poprawi-

ła  różowe  kokardy  w warkoczach,  zgarnęła  swoje  ulubione  lalki  i wybiegła
z powrotem na podwórko.

Po chwili otworzyła uroczyście rozklekotane drzwi i powoli, jak to podpatrzy-

ła na ślubie starszej kuzynki, weszła do fortu chłopców zbudowanego z klatek po 
owocach i kartonów.

Przystanąwszy w wąskim przejściu, rozejrzała się ciekawie dookoła. I czym tu 

się przechwalać! Z opowieści Martina wynikało, że jest to pałac o marmurowych 
posadzkach i kryształowych żyrandolach. Poczuła się odarta z iluzji. Gdyby nie 
korciło jej tak bardzo, by zobaczyć fort, nalegałaby, by wszystko odbyło się jak 
należy, w kościele.

Jej  brat  stał  dumnie  wyprostowany  na  odwróconej  dnem  do  góry  klatce  po 

jabłkach, przyciskając Biblię do  piersi. Minę  miał  obowiązkowo poważną. Ca-
itlin uśmiechnęła się z aprobatą. Przynajmniej on traktował całą sprawę serio.

background image

– Nie możesz przynosić do fortu lalek – zawołał Joseph.
– Z całą pewnością mogę. Barbie, Ken, Paula i Jane są naszymi dziećmi.
– Naszymi dziećmi?
– Oczywiście nie urodziły się jeszcze, na razie są tylko aniołkami, ale pomyśla-

łam,  że  powinny  być  tutaj,  byś  mógł  je  zobaczyć.  –  Starannie  usadziła  lalki
w rządku  na  drugiej  klatce  po  jabłkach,  za  Martinem.  Joseph  ukrył  twarz
w dłoniach i przez chwilę zdawał się być bliski zmiany decyzji.

– Bierzemy ten ślub czy nie? – spytała.
– Dobrze już, dobrze. – Joseph westchnął ciężko i popchnął Caitlin do przodu, 

trochę zbyt szorstko, jak na jej gust.

Stanęli  we  dwoje  przed  Martinem,  który  otworzył  na  chybił  trafił  oprawną

w skórę  Biblię, a potem obrzucił wzrokiem  Caitlin i swego najlepszego przyja-
ciela.

– Czy  ty,  Josephie  Jamesie  Rockwell  chcesz  pojąć  Caitlin  Rosę  Marshall  za 

żonę?

– Za prawowitą małżonkę – poprawiła Cait. Pamiętała te słowa z widowiska te-

lewizyjnego.

– Prawowitą małżonkę – powtórzył Martin niechętnie.
– Tak. – Caitlin zauważyła, że w głosie Josepha nie było entuzjazmu. – Chyba 

jest tam coś o dostatku i biedzie, zdrowiu i chorobie – dodał, zerkając na dziew-
czynkę,  jak  gdyby  chciał  powiedzieć,  że  nie  jest  jedyną  osobą  znającą  słowa 
przysięgi.

Martin skinął głową i mówił dalej:
– Czy ty, Caitlin Rose Marshall, bierzesz za męża Josepha Jamesa Rockwella

i będziesz przy nim w zdrowiu i chorobie, w dostatku i biedzie?

– Poślubię wyłącznie mężczyznę, który jest zdrowy i bogaty.
– Nie  możesz  teraz  stawiać  warunków  –  oburzył  się  Joseph.  –  Wszystko  już 

uzgodniliśmy.

– Po prostu powiedz „tak” – ponaglił ją  Martin poirytowanym tonem. Caitlin 

podejrzewała, że tylko powaga sytuacji powstrzymała go od dodania: „ty zołzo”.

Nie była pewna, czy powinna na to przystać. W wieku ośmiu lat wiedziała już, 

że lubi ładne rzeczy i wyobrażała sobie, że po ślubie mąż zbuduje dla niej zamek 
na skraju lasu. Będzie ją ogromnie kochał i obsypywał prezentami – jedwabnymi 
wstążkami do włosów i flakonikami drogich perfum. Nakupi ich tyle, że zabrak-
nie dla nich miejsca na jej komódce.

– Caitlin – wycedził Martin przez zaciśnięte zęby.

background image

– Tak – wymówiła uroczyście.
– Oświadczam,  że  od  tej  chwili  jesteście  mężem  i żoną  –  powiedział  Martin, 

zatrzaskując Biblię. – Możesz pocałować pannę młodą.

Joseph odwrócił się przodem do Caitlin. Był od niej o kilkanaście centymetrów 

wyższy. Jego oczy miały ładny odcień błękitu, który przypominał poranne niebo 
po nocnej ulewie. Bardzo jej się podobały.

– Jesteś gotowa? – spytał.
Skinęła  głową  i zamknąwszy  oczy,  zacisnęła  mocno  wargi,  skłaniając  głowę 

na lewe ramię. W głębi duszy nie miała nic przeciwko temu, żeby Joseph ją po-
całował, choć nie przyznałaby się do tego za żadne skarby... cóż, damy nie poru-
szają takich tematów.

Minęło sporo czasu, zanim poczuła dotyk jego warg. A właściwie można by to 

nazwać pacnięciem. O Boże, pomyślała, tyle hałasu o nic.

– I co? – spytał Martin przyjaciela. Otworzywszy oczy, Caitlin spostrzegła nie-

zadowoloną minę Josepha.

– Wcale nie było tak, jak opowiadał Pete – burknął.
– To  na  pewno  wina  Caitlin.  –  Martin  popatrzył  na  siostrę  oskarżycielskim 

wzrokiem.

– A  właśnie  że  nie  moja,  tylko  Josepha!  –  Słowa  chłopców  zabrzmiały  tak, 

jakby celowo ich oszukała. Jeśli ktoś tu został oszukany, to właśnie Cait, ponie-
waż nie mogła powiedzieć Betsy McDonald, że była w ich forcie.

Przez  dłuższą  chwilę  Joseph  się  nie  odzywał.  Następnie  powoli  wyjął

z kieszeni  koszuli  nalepkę.  Spojrzał  na  nią  z czułością,  po  czym  podał  ją  nie-
chętnie Caitlin.

– Proszę – powiedział – jest twoja.
– Chyba nie masz zamiaru jej oddać? Zwłaszcza że Caitlin tak zawaliła spra-

wę! – wykrzyknął Martin. – Pocałunek nie był taki, jak mówił Pete. Mówiłem ci 
przecież, że to nie dziewczyna, tylko zołza.

– Umowa jest umową – powiedział smutno Joseph.
– Możesz zatrzymać swoją głupią nalepkę! – Dumnie podniósłszy głowę, Ca-

itlin pozbierała ze złością lalki i ruszyła w stronę wyjścia.

– Nie powiesz nikomu, że wpuściliśmy cię do naszego fortu, prawda? – krzyk-

nął za nią Martin.

– Nie. – I tej obietnicy z pewnością dotrzyma. Żaden z nich jednak nie wspo-

mniał ani słowem, by nie rozgłaszała w szkole, że ona i Joseph Rockwell zostali 
mężem i żoną.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Po raz trzeci tego popołudnia Cait starła ze złością kurz z blatu swego biurka. 

Jeśli ten rozgardiasz związany z modernizacją potrwa dłużej, drobinki kurzu do-
staną się do jej komputera i zniszczą tak ważne połączenie z nowojorską giełdą.

– Musimy to stąd wynieść – usłyszała za sobą niski męski głos.
– Przepraszam  pana.  –  Caitlin  zerwała  się  nagle  i rzuciła  pędem  w stronę 

drzwi. Dość tego! Wszyscy ci mężczyźni w kaskach ochronnych spacerujący po 
biurze,  przesuwający  sprzęty,  sprawiali  wystarczająco  dużo  kłopotów.  Ale  do-
tychczas mogła przynajmniej zamknąć drzwi i odizolować się od hałasu. A teraz 
nawet to będzie niemożliwe.

– Zamierzamy  przeprowadzić  tędy  przewody  elektryczne  –  wyjaśnił  ten  sam 

chropawy  głos.  Nie  widziała  warzy  mężczyzny,  ponieważ  stał  na  zewnątrz,
u wejścia do jej pokoju, ale zdawało jej się, że jest barczysty. – Wszystko wróci
do normy w ciągu tygodnia.

– Tygodnia! – Nie będzie mogła obsługiwać swoich klientów, jak ma pracować 

bez  biurka  i telefonu?  I gdzie  mają  zamiar  ją  upchnąć?  Z pewnością  nie
w korytarzu! Nigdy się na to nie zgodzi.

– Przykro mi z tego powodu, Caitlin – powiedział Paul Jamison, wślizgując się 

do jej pokoju obok brygadzisty.

Na  widok  jego  zabójczego  uśmiechu,  wywietrzały  jej  z głowy  wszystkie  ar-

gumenty.

– Nie  przejmuj  się  –  odrzekła.  Mogła  teraz  służyć za  przykład  łagodności

i tolerancji. – Takie rzeczy się zdarzają, gdy firma rozwija się tak dynamicznie 
jak nasza.

Spojrzawszy na siedzącą w pokoju po przeciwnej stronie korytarza swą najlep-

szą  przyjaciółkę,  wzruszyła  lekko  ramionami,  jak  gdyby  pytając:  „Czy  Paul 
wreszcie mnie kiedyś zauważy?” Lindy uśmiechnęła się do niej porozumiewaw-
czo i skinęła głową, by podtrzymać ją na duchu. Ale jakie to miało  znaczenie? 
Paul był świetnym menedżerem, powinna dziękować Bogu za możliwość współ-
pracy  z człowiekiem  tak  utalentowanym  i zarazem  pełnym  pomysłów.  Firma 
maklerska  Webster,  Rodale  &  Missen  jest  filią  najprężniejszej  firmy  w kraju. 
Została  otwarta niespełna  dwa  lata  temu, a już  zdążyła  pobić wszelkie  rekordy 
sprzedaży.  Zdaniem  Caitlin  stało  się  tak  dzięki  menedżerskim  umiejętnościom 
Paula.

Szczupły, ciemnowłosy i niezwykle przystojny Paul mógłby być przedmiotem 

marzeń  każdej kobiety.  A zwłaszcza  Cait. Wszystko jednak  wskazywało na  to, 

background image

że on nie widział jej w podobnie romantycznym świetle. Traktował ją jak waż-
nego członka zespołu. Jedną z pracownic. Co najwyżej przyjaciela.

Cait wiedziała, że zwykła przyjaźń często przeradza się w romans i miała na-

dzieję, że tak się stanie w ich przypadku. Ustępując bez słowa protestu stolarzom
i elektrykom, miała nadzieję zdobyć kilka punktów u szefa.

– Gdzie przez ten czas będzie stało moje biurko? – spytała, uśmiechając się do 

niego ciepło. Z przyzwyczajenia podniosła rękę, by odgarnąć zabłąkany lok, za-
pominając,  że  niedawno  obcięła  włosy.  Był  to  kolejny  daremny  wysiłek,  by 
przyciągnąć jeśli nie uczucia, to choćby uwagę Paula. Jej długie do ramion, kasz-
tanowe włosy zostały ostrzyżone, poddane trwałej i teraz okalały jej twarz aure-
olą miękkich loków.

Wszyscy w biurze orzekli, że Cait, która przedtem nosiła starannie upięty kok, 

wygląda szałowo. Wszyscy, z wyjątkiem Paula. Fryzjer powiedział jej, że fryzu-
ra  bardzo  zmieniła  jej  wygląd  –  chłodną  elegancję  zastąpił  pełen  ciepła  entu-
zjazm. A Cait bardzo chciała zasłużyć na taką właśnie opinię u Paula.

Niestety,  on  zdawał  się  nie  zauważać  żadnej  różnicy.  Przynajmniej  dopóki 

Lindy  nie skomentowała  jej głośno  w obecności roztargnionego szefa.  Dopiero 
wtedy raczył przyznać, że owszem, coś się w niej zmieniło,  ale nie był pewien 
co.

– Myślę, że moglibyśmy cię przenieść... – Paul zawahał się.
– Pański  gabinet  byłby  chyba  najodpowiedniejszym  miejscem  – powiedział 

brygadzista.

Cait  omal  nie  rzuciła  mu  się  na  szyję.  Był  wysoki mierzył  chyba  metr  dzie-

więćdziesiąt z okładem i masywny niczym Mount Rainier, majestatyczny szczyt, 
który  widziała  z okna  swego  pokoju.  Przyjrzała  mu  się  po  raz  pierwszy
i uderzyło ją w nim coś dziwnie znajomego. Przypuszczała, że jest brygadzistą, 
ale nie miała pewności. Kręcił się po biurze od rana, choć bez określonego roz-
kładu. Za każdym razem, gdy się pojawiał, praca zaczynała wrzeć jak w ulu.

– Ach...  sądzę,  że  Cait  rzeczywiście  może  przenieść  się  na  razie  do  mnie  –

zgodził  się  Paul.  W swych  marzeniach  na  jawie  Cait  powróci  jeszcze  do  tej 
chwili, tyle że w jej wersji Paul spojrzy na nią zdziwiony i zachwycony, zbliży 
wargi do jej warg i...

– Proszę pani?
Cait  otrząsnęła  się z zadumy i odwróciła się do  mężczyzny, który nieświado-

mie wyświadczył jej taką przysługę.

– Słucham?

background image

– Czy mogłaby pani pokazać nam dokładnie, dokąd mamy przenieść cały ten 

kram?

– Ależ oczywiście. – Ten jej romantyzm zawsze wpędza ją w kłopoty. Wystar-

czy, że spojrzy na Paula, a głowę ma od razu pełną nadziei, fantazji, traci poczu-
cie rzeczywistości...

Trzymając oburącz stertę segregatorów, podążyła za robotnikami, którzy usta-

wili  jej  biurko  w rogu  przestronnego  gabinetu  Paula.  Po  chwili  wniesiono  jej 
komputer oraz telefon i w piętnaście minut później była już pogrążona w pracy.

Prowadziła  właśnie  rozmowę  telefoniczną  z jednym  z najważniejszych  klien-

tów,  gdy  do  gabinetu  wszedł  bez  zapowiedzi  tamten  mężczyzna.  W pierwszej 
chwili Caitlin pomyślała, że szuka Paula. Brygadzista – czy ktokolwiek to był –
zawahał  się,  po  czym  podniósłszy  tabliczkę  z jej  nazwiskiem,  uśmiechnął  się 
szeroko, jak gdyby odkrył coś bardzo zabawnego. Spróbowała zignorować jego 
obecność, przerzucając bezcelowo strony segregatora.

On jednak podszedł bliżej i rzucił tabliczkę na blat jej biurka. Gdy spioruno-

wała go wzrokiem, mrugnął do niej bezczelnie.

Cait wcale to nie rozśmieszyło. Jak ten... ten... dureń śmie z nią flirtować?!
Zmierzyła go wściekłym spojrzeniem, mając nadzieję, że będzie na tyle dobrze 

wychowany i rozsądny, by wyjść. Ależ skąd! Najwyraźniej uparł się, by zostać
i działać jej na nerwy. Prowadziła więc dalej swą rozmowę i po zrobieniu kilku 
notatek, odłożyła słuchawkę.

– Życzy  pan  sobie  czegoś?  –  spytała,  patrząc  mu  w oczy.  I znów  dostrzegła

w nich wyraźne rozbawienie. To nie miało sensu.

– Nie  –  odpowiedział,  szczerząc  zęby  w uśmiechu.  –  Przepraszam,  że  pani 

przeszkodziłem.

Po raz drugi Cait uderzyło w nim coś znajomego. Odczekała kilka minut, po 

czym pobiegła do Lindy.

– Czy znasz przypadkiem jego nazwisko?
– Czyje nazwisko?
– Tego...  faceta,  który  zmusił  mnie  do  zwolnienia  mojego  pokoju,  nie  wiem, 

kim on jest. Myślałam, że brygadzistą, ale... – Zmarszczyła brwi, usiłując przy-
pomnieć sobie, czy ktoś wspominał jego nazwisko.

– Nie mam zielonego pojęcia, jak się nazywa. – Lindy odsunęła się z krzesłem 

do tyłu, obracając w palcach ołówek. – Niczego sobie, nie uważasz?

– Wiesz, że dla mnie istnieje tylko jeden mężczyzna  –uśmiechnęła  się  łagod-

nie Cait.

background image

– Czemu więc pytasz o jakiegoś budowlańca?
– Nie...  nie  wiem.  Z jakiegoś  powodu  wydaje  mi  się  znajomy,  poza  tym  bez 

przerwy uśmiecha się do mnie, jak gdyby wiedział o czymś, o czym ja nie wiem. 
Nienawidzę, gdy mężczyźni zachowują się w ten sposób.

– Zapytaj więc kogoś z jego ekipy. Z pewnością powiedzą ci, jak się nazywa.
– Nie mogę tego zrobić.
– Dlaczego?
– Mógłby pomyśleć, że się nim interesuję.
– A  obie  wiemy,  że  to  absolutnie  niemożliwe – powiedziała Lindy z lekkim 

przekąsem.

– Właśnie.  – Lindy  i prawdopodobnie wszyscy inni  koledzy biurowi  znali jej 

uczucia do Paula. Natomiast sam szef zdawał się być ich całkowicie nieświado-
my. Pozostało jej tylko czekać, aż Kupido ulituje się i trafi niedomyślnego męż-
czyznę strzałą prosto w serce.

– Chcesz pójść teraz na lunch? – spytała Lindy. Cait skinęła głową. Zbliżała się 

druga, a ona nie miała nic w ustach od śniadania. Dzień maklera giełdowego na 
West  Coast  zaczynał  się  bladym  świtem.  Cait  zwykle  była  w biurze  już  przed 
szóstą  i pracowała bez  wytchnienia  do  zamknięcia  giełdy,  czyli  do  pierwszej 
trzydzieści czasu Seattle. Dopiero wówczas robiła przerwę na lunch.

Mniej więcej w połowie swej kanapki z indykiem, doszła do wniosku, że po-

nosi ją wyobraźnia. Facet pewnie przyszedł spytać o Paula, a potem zmienił za-
miar. Przecież przeprosił, że przeszkadza jej w pracy.

Ale puścił do niej oko.

Nazajutrz pojawił się znowu. Z torbą na narzędzia i w kasku na głowie wyda-

wał rozkazy niczym sierżant podczas musztry. Cait przyłapała się na tym, że ga-
pi się na niego z niechętną fascynacją. Wiedziała już, że jest właścicielem firmy 
budowlanej, nie była więc zaskoczona.

Przyjrzawszy mu się, stwierdziła ponownie, że jest bardzo atrakcyjny. Wcale 

nie z powodu wyjątkowej męskiej urody, po prostu miał w sobie coś władczego, 
autorytet, prezencję, które zwracały uwagę, gdziekol- wiek się pojawił. Cait nie 
mogła zrozumieć, dlaczego wydawał jej się tak... znajomy?

Gdy  przyglądała  mu  się  następnego  dnia,  odwrócił  się  nagle,  śmiejąc  się

z czegoś, co powiedział jeden z jego podwładnych. Doszła wtedy do wniosku, że 
to  jego  uśmiech  intryguje ją  najbardziej. Kiedy  co  jakiś  czas  rzucał  spojrzenie

background image

w jej stronę, Cait za każdym razem zdawało się, że jest bardzo bliska odkrycia, 
kogo jej przypomina.

– To mnie doprowadza do szału – przyznała się swej przyjaciółce podczas lun-

chu.

– Co mianowicie?
– Nie mogę go zlokalizować.
– Kiedy już wreszcie ci się uda, poznaj nas, dobrze? Chętnie poderwałabym ta-

kiego seksownego faceta.

A więc Lindy też zauważyła jego męską zmysłowość. Nic dziwnego, zauważy-

łaby ją każda kobieta.

Po lunchu Cait wróciła do biura. Oczywiście znów się na niego natknęła, ale 

mimo  wysiłków  nie  zdołała  go  rozszyfrować.  Wreszcie,  gdy  się  najmniej  tego 
spodziewała, przeszedł obok niej i znów bezczelnie puścił do niej oko.

Zaczerwieniwszy się po uszy, Cait utkwiła wzrok w ekranie komputera.
– Ma  na  imię  Joe  –  oznajmiła  Lindy,  wchodząc  do  pokoju  w dziesięć  minut 

później. – Słyszałam, jak ktoś się do niego tak zwracał.

– Joe – powtórzyła w zamyśleniu Cait. Nie przypominała sobie, by znała kogoś

o tym imieniu.

– Coś ci to mówi?
– Nie – z żalem pokręciła głową. Gdyby kiedykolwiek przedtem spotkała tego 

mężczyznę, musiałaby zwrócić nań uwagę. Nie należał do facetów, których ko-
biety łatwo zapominają.

– Spytaj  go  –  molestowała  ją  Lindy.  –  To  śmieszne,  że  tego  do  tej  pory  nie 

zrobiłaś.  Jeszcze  trochę,  a dostaniesz  fioła  z tego  powodu.  A potem  –  dodała
z irytującą logiką – gdy już go rozgryziesz, będziesz mogła nas przy okazji po-
znać.

– Nie mogę po prostu podejść i zacząć go wypytywać – odparła Cait. Pomysł 

był kompletnie niedorzeczny. – Pomyśli, że chcę go poderwać.

– Zwariujesz, jeśli czegoś nie zrobisz.
– Masz rację – westchnęła Cait. – Nie zasnę dzisiaj, jeśli nie wyjaśnię tej spra-

wy.

Zostawiwszy  Lindy  siedzącą  jak  na  szpilkach  w pokoju,  podeszła  do  niego. 

Rozmawiał właśnie z jednym ze swoich pracowników. Skończywszy rozmowę, 
odwrócił się do niej ze swym leniwym uśmiechem.

– Dzień dobry – powiedziała lekko drżącym głosem. – Czy ja pana znam?
– Chcesz powiedzieć, że nie pamiętasz? – spytał ze zdumieniem i urazą.

background image

– Oczywiście. Choć przyznaję, że uderza mnie w panu coś znajomego.
– Mam nadzieję. Kilka lat temu zdarzyło się między nami coś bardzo szczegól-

nego.

– Naprawdę? – Nigdy dotąd Cait nie była tak zmieszana.
– Hej, Joe, mamy tutaj mały problem! – zawołał jeden z mężczyzn. – Mógłbyś 

na to spojrzeć?

– Zaraz  idę –  rzucił przez  ramię. –  Przepraszam,  będziemy  musieli porozma-

wiać później.

– Ale...
– Pozdrów ode mnie Martina – powiedział, wchodząc do jej dawnego pokoju.
Martin. Cait zupełnie nie przychodziło do głowy, co jej brat mógł mieć z tym 

wspólnego. Przebiegła w myśli listę przyjaciół z dzieciństwa – bez skutku.

I nagle ją olśniło. No jasne! Serce zaczęło jej walić jak oszalałe, w uszach sły-

szała łomot pulsu. Jak automat doszła do pokoju Lindy i osunąwszy się na krze-
sło obok biurka, zagapiła się przed siebie.

– No i co? – ponagliła ją Lindy. – Nie trzymaj mnie w niepewności.
– Hm, to trudno wyjaśnić.
– A więc przypomniałaś go sobie?
Cait pokiwała głową. Boże, jeszcze jak dokładnie!
– Co się stało, na miłość boską? Jesteś blada jak ściana!
Cait  gorączkowo  szukała  w myślach  wyjaśnienia,  które  nie  zabrzmiałoby... 

śmiesznie.

– No,  powiedzże  wreszcie  –  nalegała  Lindy.  –  Nie  siedź  tak  z idiotycznym 

uśmiechem, jakbyś miała za chwilę zemdleć.

– Trzeba się cofnąć o ładne kilka lat.
– No to się cofnij, do licha! Mów!
– Wiesz przecież z własnego doświadczenia, że dzieci lubią robić różne głupie 

rzeczy.

– Jeśli idzie o mnie, to się zgadzam – powiedziała spokojnie Lindy – ale ty je-

steś  bez  zarzutu.  Od  początku  naszej  przyjaźni  nie  widziałam,  byś  zrobiła  co-
kolwiek bez namysłu. Ani razu. Zanim przystąpisz do działania, zawsze wszyst-
ko dokładnie rozważasz. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłaś kiedykolwiek 
głupio postąpić.

– Raz mi się to zdarzyło  – wyznała Cait – ale  miałam wtedy  zaledwie osiem 

lat.

– Cóż takiego mogłaś zrobić w wieku ośmiu lat?

background image

– Ja... ja wyszłam za mąż.
– Za mąż? – Lindy aż uniosła się z krzesła. – Żartujesz sobie!
– Chciałabym, żeby to był żart.
– Założę  się  o tygodniową  pensję,  że  twój  mąż  miał  na  imię  Joe.  –  Lindy 

uśmiechała się teraz szeroko.

Cait skinęła głową, próbując odwzajemnić uśmiech.
– Czym ty się martwisz? Na miłość boską, dzieci zawsze się bawią w ten spo-

sób! Przecież to nie ma najmniejszego znaczenia.

– Ale ja byłam naprawdę nieznośna. Joe i mój brat Martin bardzo się ze sobą 

przyjaźnili. Joe chciał koniecznie wiedzieć, co się czuje całując dziewczynę, a ja 
się uparłam, że najpierw musi się ze mną ożenić. Jakby jeszcze tego było mało, 
zmusiłam ich, by ceremonia zaślubin odbyła się w forcie, do którego wstęp mieli 
wyłącznie chłopcy.

– Widzę,  że  było  z ciebie  niezłe  ziółko,  zresztą  to  normalne  u większości 

ośmioletnich dziewczynek w kontaktach z braćmi. Dostał to, czego chciał, praw-
da?

Cait odetchnęła głęboko i ponownie skinęła głową.
– I jak ci smakował pocałunek? – spytała Lindy dziwnie gardłowym głosem.
– Boże drogi, naprawdę nie pamiętam – odrzekła krótko Caitlin, następnie do-

dała po chwili namysłu: – A właściwie, o ile sobie przypominam, nie było najgo-
rzej, choć, rzecz jasna, oboje nie mieliśmy pojęcia, jak się to robi.

– Lindy, wciąż tu jesteś? – spytał Paul, wchodząc do pokoju. Skinął przelotnie 

głową  w stronę  Cait,  ale  odniosła  wrażenie,  że  ledwie  ją  zauważył.  W ciągu 
ostatnich kilku dni pojawiał się tu rzadko, jak gdyby celowo jej unikał. Było to 
jednak zbyt bolesne, by się nad tym głębiej zastanawiać.

– Właśnie kończę – powiedziała Lindy, spoglądając na Cait ze zmieszaną mi-

ną. – Obie kończymy.

– Dobrze,  dobrze,  nie  chciałem  wam  przeszkodzić.  Zobaczymy  się  rano.  –

I wyszedł.

Cait patrzyła za nim, nie umiejąc ukryć swych uczuć. Odczekała, aż znajdzie 

się poza zasięgiem jej głosu i westchnęła:

– Jest kompletnie ślepy. Co mam zrobić, walnąć go w głowę?
– Masz do tego wszystkiego złe podejście – ofuknęła ją Lindy. – Będziesz pra-

cować z nim w jednym pokoju jeszcze przez pięć dni. Postaraj się, żeby cię za-
uważył.

background image

– Naprawdę  się  starałam  –  szepnęła  Cait,  zniechęcona.  Wypróbowała  już 

wszystkie sztuczki znane kobietom, niestety bez powodzenia.

Lindy wyszła z pracy przed nią. Cait włożyła do skórzanej teczki kilka ceduł 

giełdowych, żeby zapoznać się z nimi wieczorem. Lindy miała rację, mówiąc, że 
jest metodyczna i skrupulatna. Mogła być z tych cech dumna – dobrze służyły jej 
klientom.

Ku przerażeniu Cait, Joe dogonił ją i zaczepił.
– A  więc  –  powiedział  z uśmiechem,  doskonale zdając  sobie  sprawę

z obecności innych ludzi stłoczonych przy windzie. – Z kim się całowałaś przez 
te wszystkie lata?

Zarumieniła się jak piwonia. Czy koniecznie musi poniżać ją publicznie?
– Przemawia przeze mnie zazdrość.
– Bądź  tak  uprzejmy  i przestań!  –  szepnęła  z wściekłością,  przeszywając  go 

wzrokiem. Ścisnęła tak mocno uchwyt teczki, że aż palce ją zabolały.

– Przypomniałaś sobie?
Potaknęła  niechętnie,  wpatrując  się  w cyferki  rozbłyskujące  nad  drzwiami 

windy i modląc się, by zjechała w rekordowym tempie, zamiast zatrzymywać się 
na każdym piętrze.

– Ogromnie się zmieniłaś na korzyść przez te lata.
– Dziękuję. – „Szybciej, szybciej!” – ponaglała w myślach windę.
– Nigdy  bym  nie  uwierzył,  że  mała  siostrzyczka  Martina  wyrośnie  na  taką 

piękność.

– Dziękuję – powtórzyła niechętnie.
– Jak się miewają nasze dzieci? Nie pamiętam ich imion. – Gdy nie odpowie-

działa od razu, dodał: – Tylko nie mów mi, że zapomniałaś.

– Barbie i Ken – wyszeptała.
– Rzeczywiście. Teraz sobie przypominam.
Jeśli do tej pory Joe nie zwrócił na nich uwagi jej kolegów z pracy, to zrobił to 

teraz. Cait mogłaby przysiąc, że nie było w windzie osoby, która nie odwróciła-
by się, by na nią popatrzeć.

– Jak długo zamierzasz mi dokuczać? – spytała ostro.
– To  zależy  –  odrzekł  Joe  z uśmieszkiem,  który  mogła  określić  jedynie  jako 

sadystyczny.  Zacisnęła  zęby.  Może  jego  ta  sytuacja  bawiła,  natomiast  jej  nie 

background image

sprawiała  żadnej  przyjemności  perspektywa  stania  się  pośmiewiskiem  całego 
biura.

Odetchnęła z ulgą, gdy winda się zatrzymała. Drzwi się rozsunęły i Cait szyb-

ko postąpiła w ich kierunku, zdecydowana uwolnić się od towarzystwa tego de-
nerwującego faceta.

On jednak podążył za nią, stanęła więc z nim twarzą w twarz, sztywna jakby 

połknęła kij.

– Naprawdę musisz to robić? – syknęła ze złością, czując na sobie ciekawskie 

spojrzenia ludzi oczekujących na windę.

– Chyba nie – wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Chciałem sprawdzić, czy zdo-

łam cię wyprowadzić z równowagi. Nigdy mi się to nie udawało w dzieciństwie. 
Zawsze byłaś taka opanowana.

– Posłuchaj, nie lubiłeś mnie wtedy i nie widzę powodu...
– Nie lubiłem cię? – zaprotestował tak głośno, że jego słowa usłyszeli wszyscy 

wokół. – Przecież ożeniłem się z tobą.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
Cait miała wrażenie, że serce przestało jej bić. Zdała sobie sprawę, że zarówno 

ludzie w windzie, jak i na zewnątrz gapią się na nią z nie ukrywaną ciekawością. 
Drzwi windy omal się nie zamknęły, postąpiła więc szybko krok naprzód, wy-
ciągając ręce, by je przytrzymać. Czuła się jak Samson pomiędzy dwiema mar-
murowymi kolumnami.

– To wcale nie jest tak – poczuła się w obowiązku wyjaśnić głośno. Rozejrzała 

się  błagalnie.  Wyglądało  na  to,  że  najlepszym  wyjściem  będzie  powiedzenie 
prawdy.

– Na wypadek, gdyby ktoś wyciągnął fałszywe wnioski, chcę wyjaśnić, że ten 

pan i ja nie jesteśmy małżeństwem! – wykrzyknęła. – Dobry Boże, miałam zale-
dwie osiem lat!

Żadnej  reakcji.  Jak  gdyby  stała  się  niewidzialna.  Pokonana,  opuściła  ręce

i cofnęła się do windy, uwalniając drzwi, które zamknęły się natychmiast.

Ignorując ludzi, którzy w dalszym ciągu starannie unikali jej wzroku, Cait za-

cisnęła pięści i spojrzała Joemu prosto w twarz. Rysy miała ściągnięte gniewem.

– To było świństwo z twojej strony – wymówiła ochrypłym szeptem.
– Czemu? Przecież to prawda.
– Ośmieszasz się, twierdząc, że się pobraliśmy.
– Przykro mi, że traktujesz małżeństwo tak lekko.
– Ja... to nie było legalne. Nawet rozmowa na ten temat jest niedorzecznością. 

Nie mogę ponosić odpowiedzialności za coś, co zdarzyło się tak dawno.

– Odgrzewanie tej zabawy teraz jest... jest infantylne i nie mam zamiaru brać

w tym udziału.

Gdy  winda  zatrzymała  się  wreszcie  na  parterze,  Cait  wystrzeliła  z niej  jak

z procy. Usiłując zachować resztki godności, przepchnęła się przez tłum w holu
w kierunku drzwi wyjściowych. Choć była dopiero czwarta po południu, zaczy-
nało się już ściemniać, wysokie budynki biurowców rzucały długie ciemne cie-
nie.

Dotarłszy do pierwszego skrzyżowania, odetchnęła z ulgą. Ani śladu  Josepha 

Rockwella. Zapaliło się czerwone światło, przystanęła więc, mimo iż inni prze-
chodnie przebiegali przez jezdnię, wykorzystując mały ruch. Cait zawsze prze-
strzegała przepisów.

– Jak  myślisz,  co  powie Paul, gdy  się o tym dowie?  – usłyszała  za  sobą głos 

Joego.

background image

Drgnęła,  zaskoczona,  i spojrzała  na  swego  dręczyciela.  Nie  zastanawiała  się 

dotąd nad reakcją Paula. W gardle jej zaschło, nie mogła wykrztusić ani słowa,
w przeciwnym  razie  obsztorcowałaby  Joego  i kazałaby  mu  się  wynieść  do 
wszystkich  diabłów.  Zadał  jednak  pytanie,  którego  nie  mogła  zlekceważyć.
A jeśli Paul usłyszał o jej dawnych stosunkach z Joem i pomyślał, że coś między 
nimi było?

– Jesteś w nim zakochana, prawda?
Skinęła  bez  słowa  głową.  Na  samo  wspomnienie  o Paulu  kolana  się  pod  nią 

uginały. Był jej ideałem mężczyzny. Szalała za nim od miesięcy, a teraz wszyst-
ko  to  miałoby  być  obrócone  wniwecz  przez  denerwującą,  bezsensowną  zjawę
z przeszłości.

– Kto ci o tym powiedział? – warknęła, Nie wierzyła, by Lindy mogła ją zdra-

dzić, ale przecież nie rozmawiała o tym z nikim poza nią.

– Nikt. Masz to wypisane na twarzy.
Cait wytrzeszczyła na niego oczy, zrobiło jej się słabo.
– Czy... czy sądzisz, że Paul o tym wie?
– Może – wzruszył ramionami Joe.
– Ale Lindy powiedziała...
Światło się zmieniło i Joe, ująwszy Cait pod ramię, przeprowadził ją przez uli-

cę.

– Co takiego powiedziała Lindy?
Spojrzała  nań,  omal  się  nie  wygadawszy,  gdy  nagle  uświadomiła  sobie,  że 

wdaje  się  w rozmowę  ze  swym  wrogiem.  To  właśnie  ten  facet  wprawił  ją
w zmieszanie i poniżył w obecności wszystkich pracowników biura.

– Nieważne.  A teraz,  wybacz...  –  odparła  i z pod-  niesioną  dumnie  głową  ru-

szyła w dalszą drogę. Uczyniła zaledwie parę kroków, gdy  dobiegł  ją  serdecz-
ny śmiech Joego.

– Nie zmieniłaś się przez te dwadzieścia lat, Caitlin Marshall. Ani trochę.
Zacisnąwszy zęby, poszła dalej nie oglądając się.

– Czy myślisz, że Paul słyszał o tym? – spytała nazajutrz swą przyjaciółkę przy 

pierwszej  nadarzającej się  okazji.  Nowojorska giełda  była  zamknięta  tego dnia
i Cait nie widziała Paula od rana. Wyglądało na to, że celowo jej unika.

– Skąd mam wiedzieć? – odrzekła Lindy, wprowadzając jakieś liczby do swe-

go  komputera. –  Ale plotka  o twoim dziecinnym małżeństwie szerzy  się lotem 

background image

błyskawicy. To dowcip dnia. Co wyście zrobili? Ogłosiliście je publicznie przed 
wyjściem z pracy?

Była tak bliska prawdy, że Cait spuściła oczy ze zmieszaną miną.
– Nie pisnęłam ani słowa – zajęła pozycję obronną. – To wina Joego.
– Oznajmił wszystkim, że wzięliście ślub? – Kącik ust Lindy drgał podejrzanie, 

jakby się miała za chwilę roześmiać.

– Niezupełnie. Zaczął mnie głośno wypytywać o nasze dzieci.
– To dzieci też były?
Cait  z trudem  opanowała  przemożne  pragnienie,  by  zamknąć  oczy  i policzyć 

do dziesięciu.

– Nie. Przyniosłam na tę uroczystość moje lalki. Posłuchaj, nie mam zamiaru 

wałkować  na  nowo  głupiego  incydentu,  który  miał  miejsce  tyle  lat  temu.  Bar-
dziej  się  obawiam,  że  Paul  usłyszy  o tym  i wyciągnie  fałszywe  wnioski.  Nic 
mnie  nie  łączy  z Josephem  Rockwellem.  Prawdopodobnie  Paul  nie  będzie  się 
nad tym zastanawiał, ale nie chcę żadnych niedomówień, rozumiesz?

– Jeśli spędza ci to sen z powiek, porozmawiaj z nim – doradziła Lindy, nie od-

rywając  wzroku  od  ekranu.  –  Najlepiej  stawiać  sprawy  uczciwie,  sama  o tym 
wiesz.

– Tak, ale to może być odrobinę żenujące, nie uważasz?
– Paul będzie cię szanował za to, że powiedziałaś mu prawdę, nim dotarły doń 

plotki. Szczerze mówiąc, Cait, wydaje mi się, że robisz z igły widły. Nie dopu-
ściłaś się przecież przestępstwa.

– Wiem o tym.
– Paula  z pewnością  to  ubawi  tak  samo,  jak  całą  resztę.  –  Spojrzała  na  Cait, 

jakby szykowała się do odparcia kolejnych argumentów.

Cait  jednak  nie  zaprotestowała.  Myślała  intensywnie  nad  radą  przyjaciółki, 

skubiąc dolną wargę.

– Myślę, że masz  rację.  Paul powinien  docenić, że sama mu wyjaśniłam całą 

sytuację,  zamiast  udawać,  że  nic  się  nie  stało.  –  Pomyślała,  że  wyznanie  mu 
prawdy może okazać się pomocne pod wieloma względami.

Jeśli Paul coś do niej czuje, o co się cały czas modliła, mógłby stać się odrobi-

nę zazdrosny o jej stosunki z Josephem Rockwellem. Ostatecznie Joe jest atrak-
cyjnym mężczyzną. Wysoki, muskularny i, cóż, trzeba przyznać, przystojny. Typ 
męskiej  urody,  który  podoba  się  kobietom  –  nie  Cait,  oczywiście,  lecz  innym 
kobietom. Czy nie wpadł natychmiast w oko Lindzie?

background image

Pomysł szczerej rozmowy z szefem coraz bardziej jej się podobał. Jak to było

w jej zwyczaju, idąc do gabinetu Paula, powtórzyła sobie w myśli, co chce mu 
powiedzieć, po czym spróbowała dodać sobie trochę animuszu.

– Nie  pamiętam,  byś  miała  zwyczaj  mówienia  do  siebie.  –  Podskoczyła

z przestrachu na dźwięk męskiego głosu. – Ale wiele mi umknęło przez te lata, 
prawda, Caitlin?

– Co ty tu robisz? – wykrzyknęła. – Czemu uparłeś się, by wszędzie za mną ła-

zić? Czy nie widzisz, że jestem zajęta? – Był ostatnią osobą, którą miała ochotę
w tej chwili widzieć.

– Nie gniewaj się. – Podniósł ręce w przepraszającym geście, któremu przeczył 

błysk w niebieskich oczach. – Co byś powiedziała na wspólny lunch?

Potrafił  zaleźć  człowiekowi  za  skórę.  Byłaby  idiotką,  gdyby  chciała  mieć

z nim cokolwiek do czynienia. Diabli wiedzą, na co by sobie pozwolił, gdyby go 
choć trochę ośmieliła. Prawdopodobnie zamówiłby reklamę lotniczą, by obwie-
ścić całemu miastu, że zawarli w dzieciństwie związek małżeński.

– Ustalenie terminu  lunchu  nie  powinno  ci chyba  sprawiać takiej  trudności  –

powiedział chłodno.

– Mówiłeś serio?
– Jasne że tak. Mamy do odrobienia wieloletnie zaległości.
– Jestem po  południu  z kimś umówiona...  –  Podała  pierwszą  wymówkę,  jaka 

jej  przyszła  do głowy.  Może i banalną, ale za  to  bliską prawdy. Planowała bo-
wiem zjedzenie lunchu z Lindy.

– No to wybierzmy się razem na kolację. Jestem ciekaw, co słychać u Martina.
– U Martina – powtórzyła, szukając w myśli innej wymówki. Nie miała dużego 

doświadczenia w takich sytuacjach. Owszem, umawiała się na randki, ale raczej 
rzadko.

– Słuchaj,  jasnooka,  nie  musisz  się  obawiać.  To  nie  jest  zaproszenie  na  stu-

dencką potańcówkę, lecz przyjacielskie spotkanie. Absolutnie platoniczne.

– I nie wspomnisz o... naszym ślubie kelnerowi lub komukolwiek innemu?
– Przyrzekam. – By udowodnić czystość swych intencji, polizał czubek wska-

zującego  palca  i uczynił  nim  krzyż  na  sercu. –  To  sekretna  przysięga  Martina
i moja. Jeśli któryś z nas ją złamał, drugi miał prawo wymyślić karę. Obaj zda-
waliśmy sobie sprawę, że będzie to gorsze niż śmierć.

– Niepotrzebna mi złamana przysięga, Josephie Rockwell, by poddać cię tortu-

rom. W ciągu dwóch dni udało ci się zamienić moje życie w... – przerwała w pół 

background image

słowa,  zauważyła  bowiem  przechodzącego  Paula.  Spojrzał  na  nią  i uśmiechnął 
się życzliwie.

– Cześć,  Paul!  –  zawołała,  unosząc  lekko  prawą  rękę.  Tego  ranka  wyglądał 

nadzwyczaj  przystojnie  w trzyczęściowym  ciemnoniebieskim  garniturze.  Kon-
trast  pomiędzy  nim  a Joem,  w zakurzonych  dżinsach,  ciężkich  butach
z cholewami i z torbą pełną narzędzi, był tak uderzający, że Cait nie mogła ode-
rwać wzroku od swego szefa. Gdyby to Paul zaprosił ją na kolację...

– Przepraszam  –  powiedziała  uprzejmie,  prześliz-  gując  się  obok  niego  i idąc 

za  Paulem,  który  wszedł  do  gabinetu.  Odczuwała  palącą  potrzebę  rozmowy
z nim. Układała sobie w głowie słowa wyjaśnień.

Joe  chwycił  ją  za  ramiona  i uniósł  lekko.  Cait  złapała  oddech  i wlepiła  weń 

przestraszone oczy.

– Kolacja – przypomniał jej.
Zamrugała, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.
– No  dobrze  –  mruknęła  z roztargnieniem  i podała  mu  swój  adres,  chcąc  jak 

najszybciej się go pozbyć.

– Świetnie. Przyjdę po ciebie o szóstej. – Puścił ją wreszcie i poszedł sobie.
Odczekała  jeszcze  chwilę,  by  się  pozbierać  wewnętrznie,  po  czym  stanęła

w drzwiach gabinetu.

– Dzień dobry, Paul – powiedziała. – Czy znajdziesz chwilę czasu na rozmowę 

ze mną?

Rzucił na nią spojrzenie sponad sterty segregatorów i uśmiechnął się ciepło.
– Oczywiście, Cait. Usiądź i czuj się swobodnie. Weszła do gabinetu, zamyka-

jąc za sobą drzwi.

– Masz jakiś problem? – spojrzał na nią.
– Niezupełnie. – Powoli usiadła w krześle naprzeciwko jego biurka. Teraz, gdy 

zechciał  jej  wysłuchać,  nie  wiedziała  od  czego  zacząć.  Wszystkie  wyjaśnienia
i dowcipne  powiedzonka,  które  sobie  przygotowała,  wyleciały  jej  z głowy.  –
Oprocentowanie  obligacji  samorządowych  jest  ostatnio  wyjątkowo  wysokie  –
powiedziała nerwowo.

– Utrzymuje się na takim poziomie już od kilku miesięcy – potwierdził Paul.
– Mhm, wiem. Dlatego tak świetnie idą.
– Nie  powiesz  mi,  że  zamknęłaś  drzwi  po  to,  by  rozmawiać  o obligacjach  –

powiedział łagodnie Paul. – Jakie masz zmartwienie, Cait?

Roześmiała się z przymusem, zastanawiając się, jak mężczyzna może być tak 

bystry  w jednych  sprawach,  a tak  ślepy  w innych.  Gdybyż  okazał  jej  odrobinę 

background image

uczucia! Ale on tylko siedział naprzeciwko i czekał. Był dość serdeczny, nawet 
miły, i nic poza tym. Słaba nadzieja, by kiedykolwiek zaczęła go obchodzić.

– Chodzi o Josepha Rockwella.
– Przedsiębiorcę budowlanego, który dokonuje modernizacji?
– Tak. Znałam go wiele lat temu, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. – Spojrzała na 

Paula.  Jego  twarz  nie  wyrażała  żadnych  uczuć.  –  Mieszkaliśmy  po  sąsiedzku. 
Joe i mój brat Martin bardzo się przyjaźnili. Joe przeprowadził się na przedmie-
ście,  gdy  byli  z Martinem  w szóstej  klasie  i więcej  o nim  nie  słyszałam,  aż  do 
dziś.

– Jaki ten świat jest mały, prawda? – zauważył Paul uprzejmie.
– Joe i Martin byli typowymi chłopakami, lubiącymi błaznować i płatać figle.
– Chłopcy zawsze pozostaną chłopcami – zauważył Paul bez entuzjazmu.
– Tak, wiem o tym. Pewnego razu – zmusiła się do uśmiechu – wciągnęli mnie

w swoje wygłupy.

– Do czego cię namówili? Do obrabowania banku?
– Niezupełnie. Joe, wtedy zawsze mówiłam do  niego „Joseph”, ponieważ do-

prowadzało go to do szewskiej pasji, oraz Martin mieli przyjaciela o imieniu Pe-
te, który był o rok starszy i część wakacji spędził u swej ciotki w Peorii, tak, o ile 
pamiętam była to Peoria... Tak czy owak po powrocie przechwalał się, że cało-
wał  się  z dziewczyną. Oczywiście Martin i Joe  strasznie mu zazdrościli,  posta-
nowili więc, że jeden z nich powinien wypróbować, czy całowanie dziewczyny 
rzeczywiście jest warte zachodu, tak jak opowiadał Pete.

– Założę się, że to właśnie ty miałaś być królikiem doświadczalnym.
– Zgadłeś!  –  Cait  ucieszyła  się,  że  Paul  nadąża  za  tym  pokrętnym  tłumacze-

niem. – Mając osiem lat uchodziłam za straszną... zołzę. – Umilkła w nadziei, że 
Paul wtrąci uwagę typu: „Ależ to absolutnie niemożliwe!”, ponieważ jednak tego 
nie zrobił, mówiła dalej, trochę rozczarowana jego powściągliwością. – Najwy-
raźniej zasługiwałam na to miano bardziej niż pamiętam. Uważałam, że całowa-
nie się z chłopcami

nie przystoi grzecznym dziewczynkom, jeśli nie jest uświęcone sakramentem 

małżeńskim.

– Pocałowałaś zatem Josepha Rockwella – powie- dział Paul z roztargnieniem.
– Tak, a co gorsza zmusiłam go, by się ze mną ożenił.
Paul uniósł wysoko brwi.
– Teraz,  po  blisko  dwudziestu  latach,  odgrywa  się  na  mnie,  rozpowiadając 

wszystkim dookoła, że jesteśmy małżeństwem. Doprawdy śmieszne!

background image

Po jej oświadczeniu zapanowała przez chwilę nienaturalna cisza.
– Nie bardzo wiem, co powiedzieć – mruknął wreszcie Paul.
– Och,  nie  oczekuję  wcale,  byś  coś  powiedział.  Uważałam  po  prostu,  że  po-

winnam wyjaśnić całą sprawę, to wszystko.

– Rozumiem.
– Robi  to  tylko  dlatego...  cóż,  po  prostu  taki  jest  Joe.  Nawet  gdy  byliśmy 

dziećmi,  uwielbiał  takie  zabawy.  Nikt  nie  miał  mu  tego  za  złe,  a zwłaszcza 
dziewczęta, ponieważ potrafił być bardzo miły... Sądziłam,  że powinieneś wie-
dzieć – dodała – gdyby przypadkiem dotarły do ciebie jakieś plotki. Nie chcia-
łam, żebyś pomyślał, że coś mnie łączy z Joem.

Paul zamrugał oczami. Przerywając niezręczne milczenie, Cait zaczęła paplać 

dalej.

– Joe  musiał  rozpoznać  moje  nazwisko  na  tabliczce,  gdy  przenosił

z pracownikami biurko do twojego gabinetu. Był zachwycony i rozbawiony tym, 
że  go  nie  poznałam  i narobił  zamieszania,  pytając  mnie  w obecności  mnóstwa 
osób o nasze dzieci.

– Dzieci?
– Moje lalki – wyjaśniła szybko Cait.
– Joe Rockwell jest świetnym facetem, Cait. Podziwiam twój gust.
– Ale  ja  nie  jestem  zaangażowana!  Mój  Boże,  nie  widziałam  go  od  prawie 

dwudziestu lat!

Rozumiem – powiedział wolno Paul. W jego głosie zabrzmiało... rozczarowa-

nie. To niemożliwe, musiała się przesłyszeć. Nie ma przecież najmniejszego po-
wodu,  by  czuł  się  rozczarowany.  Była  zbyt  zdetonowana,  by  zastanawiać  się
w tej  chwili  nad  fiaskiem  swego  planu.  Paul  okazywał  się  zawsze  kompletnie 
ślepy,  gdy  w grę  wchodziły  jej  uczucia.  Co  może  jeszcze  zrobić,  by  wreszcie 
zrozumiał?

– Po prostu chciałam cię zapewnić – zaczęła jeszcze raz z tej samej beczki – na 

wypadek, gdyby dotarły do ciebie jakieś plotki, że nic mnie nie łączy z Josephem 
Rockwellem.

– Rozumiem  –  powtórzył.  –  Nie  przejmuj  się,  Cait.  Twoje  stosunki

z Rockwellem nie będą miały wpływu na twoją pracę.

Wstała i skierowała się do wyjścia. Modliła się, by okazał choć cień zazdrości, 

cień zainteresowania. Nic. Spróbowała więc jeszcze raz.

– Zgodziłam się pójść z nim na kolację.
Paul zajął się z powrotem papierami, których czytanie mu przerwała.

background image

– Przez  wzgląd  na  dawne  czasy  –  dodała.  –  Nie  mam  zamiaru  spotykać  się

z nim na stałe.

– Baw się dobrze – uśmiechnął się Paul.
– Dziękuję. – Zamiast serca  miała młyński kamień.  Wyszła z gabinetu  Paula, 

nie zastanawiając się, dokąd pójdzie i z kim będzie rozmawiać. Przez chwilę za-
pomniała, że nie ma własnego pokoju. Tam,  gdzie  się kiedyś znajdował, pełno 
było zwojów kabla, drabin i mężczyzn. Na szczęście Joe musiał gdzieś wyjść.

Postanowiła  porozmawiać  z przyjaciółką.  Lindy  uniosła  głowę  i spojrzała  na 

nią.

– No i co? – spytała. – Rozmawiałaś z Paulem? 
Cait skinęła głową.
– Jak ci poszło?
– Chyba dobrze. – Przysiadła na brzegu biurka Lindy, kołysząc rytmicznie le-

wą nogą w takt uderzeń swego zranionego serca. Powinna była dawno przyzwy-
czaić  się  do  rozczarowań, jeśli  idzie  o Paula,  ale  każde  kolejne  niepowodzenie 
odciskało świeże piętno na jej sponiewieranym „ja”. – Miałam nadzieję, że Paul 
będzie zazdrosny.

– A nie był?
– Chyba nie.
– To  niepodobne  do  Paula,  żeby  był  zazdrosny  o małżeństwo  zawarte

w dzieciństwie dla kawału –stwierdziła rozsądnie Lindy.

– Wspomniałam  też,  że  wybieram  się  z Joem  na  kolację  –  powiedziała  Cait

z markotną miną.

– A wybierasz się? Kiedy? – ożywiła się Lindy.– Dokąd?
Gdyby to Paul przejawił tyle zainteresowania!
– Dziś wieczorem. Nie mam pojęcia, dokąd.
– Pójdziesz, prawda?
– Chyba  tak.  Nie bardzo  mam  się  jak  wywinąć.  Nie  da  mi  spokoju, póki  nie 

ustąpię.

– Posłuchaj, muszę jeszcze skończyć parę rzeczy- odrzekła 

Lindy

z roztargnionym uśmiechem. – Może poszłabyś do barku i zajęła dla nas stolik. 
Dołączę do ciebie za piętnaście minut.

– Oczywiście. Co zamówić dla ciebie?
– Na razie nie jestem jeszcze zdecydowana.
– W porządku, do zobaczenia za kilka minut. Często jadały w barku po prze-

ciwnej stronie ulicy.

background image

Jedzenie było smaczne, obsługa sprawna, a zwykle około trzeciej po południu 

Cait zaczynał doskwierać głód.

Była tak pogrążona w myślach, że nie zwróciła uwagi na przeszło półgodzinne 

spóźnienie przyjaciółki.

– Przepraszam – wysapała Lindy. Wyglądała na ogromnie wzburzoną i dziwnie 

wstrząśniętą. – Nie przypuszczałam, że te drobiazgi zajmą mi tyle czasu. Musisz 
umierać z głodu. Mam nadzieję, że już coś zamówiłaś. – Zdjęła płaszcz i osunęła 
się na krzesło z czerwonym obiciem.

– Jeszcze nie – westchnęła Cait. – Tylko herbatę.
Wciąż była w raczej minorowym nastroju. Nie miała już wątpliwości, że Paul 

nie  żywi  w stosunku do  niej  żadnych romantycznych  uczuć. Traciła  tylko czas
i energię.  Brakowało  jej  doświadczenia  w kontaktach  z płcią  przeciwną.  Od 
chwili  ukończenia college’u jej  sprawy sercowe  wyglądały  raczej  marnie. Jeśli 
tak  dalej  pójdzie,  trzydzieste  urodziny  powita  w stanie  wolnym  –  perspektywa 
zbyt  smutna,  by  się  nad  nią  zastanawiać.  Nie  rozmyślała  dotąd  specjalnie
o małżeństwie  i dzieciach,  zawsze  bowiem  zakładała,  że  staną  się  nieodłączną 
częścią jej życia. Teraz przestała być tego pewna. Nawet jako dziecko widziała 
siebie  w marzeniach  jako  kobietę  pracującą,  lecz  otoczoną  rodziną.  Mimo  ze-
wnętrznej otoczki kobiety robiącej karierę zawodową, wewnątrz pozostała trady-
cjonalistką, tęskniącą do założenia rodziny.

Musiała  liczyć się  z faktem,  że nigdy  nie wyjdzie za  mąż,  jeśli  wciąż będzie 

kochać  mężczyznę,  który  nie  odwzajemnia  jej  uczuć.  Jęknęła  żałośnie
i zobaczyła, że przyjaciółka przygląda jej się z zatroskaną miną.

– Pozwól, że coś zamówię – powiedziała szybko Lindy, sięgając po jadłospis. –

Jestem strasznie głodna.

– Myślę, że zrezygnuję dziś z lunchu – mruknęła. Upiła łyk herbaty i skrzywiła 

się.  –  Niedługo Joe zabierze  mnie  na  kolację. Szczerze mówiąc, nie  mam  spe-
cjalnego apetytu.

– To wszystko moja wina, prawda? – spytała Lindy.
– Oczywiście że nie. Po prostu jestem realistką. – Rzeczywiście była realistką, 

ale nie w przypadku Paula. – Ale ty zamów coś dla siebie.

– Jesteś pewna, że nie masz nic przeciwko temu?
– Nie wygłupiaj się.
– Wobec tego wezmę sobie kanapkę z indykiem.
– Ja poproszę tylko o herbatę.
– Lecisz do Minnesoty na święta, czy zmieniłaś plany?

background image

– Mmmhmm.  –  Cait  kupiła  bilet  lotniczy  kilka  miesięcy  temu.  Martin  wraz

z rodziną mieszkał niedaleko Minneapolis. Po śmierci ojca matka Cait przeniosła 
się  do  Minnesoty  i zamieszkała  w pobliżu  Martina,  jego  żony  i ich  czworga 
dzieci. Cait starała się odwiedzać ich przynajmniej raz w roku. Ostatnio zahaczy-
ła  o Minnesotę  w sierpniu,  wracając  z podróży  służbowej.  Zwykle  spędzała
u nich tydzień w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Na giełdzie nie było wtedy 
ruchu.  Skoro  już  podróżowała  przez  pół  Stanów,  chciała  spędzić  więcej  czasu
z rodziną.

– Którego lecisz? – spytała Lindy, choć Cait była pewna, że mówiła jej kilka-

krotnie.

– Dwudziestego trzeciego. – Przez ostatnie pięć lat wyjeżdżała w weekend po-

przedzający Gwiazdkę, w tym roku jednak Paul wydawał świąteczne przyjęcie, 
którego za skarby świata nie chciała opuścić.

Kelnerka  przyjęła  zamówienie  od  Lindy  i przyniosła  wrzątek  na  herbatę  dla 

Cait. Gdy tylko odeszła, Lindy wygłosiła długą tyradę na temat, jak nienawidzi 
przedświątecznych zakupów i jaki tłok panuje na ulicach o tej porze roku. Cait 
patrzyła  na  nią  zdezorientowana.  Taka  paplanina  zupełnie  nie  była  w stylu  jej 
przyjaciółki.

– Lindy – przerwała jej – czy coś się stało?
– A co się miało stać?
– Nie wiem. Trajkoczesz jak nakręcona od dziesięciu minut.
– Naprawdę?  –  Zapadło  nagłe  niezręczne  milczenie.  Cait  pomyślała,  że  teraz 

kolej na nią.

– Włożę chyba czerwoną aksamitną suknię – powiedziała.
– Na kolację z Joem?
– Nie – pokręciła głową. – Na przyjęcie świąteczne Paula.
Lindy westchnęła.
– A jak się ubierzesz dzisiaj?
Pytanie  zaskoczyło  Cait.  Nie  traktowała  spotkania  z Joem  jak  prawdziwej 

randki. Chciała po prostu pogadać o dawnych czasach. Nagle spojrzała na Lindy, 
marszcząc brwi, po czym zamknęła oczy.

– Martin jest pastorem Kościoła Metodystycznego – powiedziała cicho.
– Wiem – przypomniała jej Lindy. – Powiedziałaś mi o tym, gdy spotkałyśmy 

się po raz pierwszy. Kiedy to było? Trzy lata temu?

– W zeszłym miesiącu minęły cztery.
– Co ma do tego wszystkiego zajęcie Martina?

background image

– Joseph Rockwell może się dowiedzieć – powiedziała szeptem Cait.
– Nie  mam  zamiaru  go  o tym  informować  –  zapewniła  ją  również  szeptem 

Lindy.

– Muszę wymyślić memu bratu jakiś inny zawód...
– Może adwokat? – podsunęła Lindy. – Ale czemu nie możesz powiedzieć Jo-

emu o Martinie?

– Pomyśl tylko!
– Myślę, myślę i nic mi nie przychodzi do głowy. Wątpię, by Joemu robiło to 

jakąś różnicę.

Mógłby  to  wykorzystać.  Nie  znasz  go  tak  jak  ja.  Dokuczałby  mi  przez  cały 

wieczór,  mówiąc,  że  małżeństwo  jest  ważne,  ponieważ  Martin,  który  udzielił 
nam ślubu, naprawdę jest pastorem – i tego rodzaju bzdury.

– Nie pomyślałam o tym.
Lindy sprawiała wrażenie, jak gdyby myślami błądziła gdzieś daleko. Cait nie 

pamiętała jej tak roztargnionej.   Gdyby  nie  znała jej   tak  dobrze, pomyślałaby, 
że chodzi o mężczyznę.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Za dziesięć szósta Cait w pośpiechu suszyła niesforne loki, żałując, że w ogóle 

obcięła włosy. Perspektywa kolacji cieszyła ją mniej więcej tak samo, jak wizyta
u dentysty.  Jedyne,  czego  pragnęła,  to  mieć  ją  już  za  sobą,  wrócić  do  domu
i z twarzą ukrytą w poduszce obmyślać sposób zwrócenia na siebie uwagi Paula.

Zmiana  fryzury  nie  odniosła  żadnego  skutku.  Praca  w nadgodzinach  też  nie 

wywarła  na  nim  spodziewanego  wrażenia.  Cait  zaczynała  myśleć,  że  nie  do-
strzegłby jej, nawet gdyby stanęła naga na biurku.

Weszła do swego małego saloniku i wygładziła na szczupłych biodrach włócz-

kowy  sweter  robiony grubym ściegiem.  Nie  ubrała  się  specjalnie na  tę  okazję, 
choć sweter był nowy i drogi. Szare wełniane spodnie, niebieskoszary golf oraz 
srebrny naszyjnik w kształcie serca miały pasować do stylu Joego. Spodziewała 
się,  że  przyjdzie  po  nią  w kowbojskich  butach  i dżinsach,  jeśli  nie  w kasku
i z torbą na narzędzia.

O tak, Cait wyczuła go przy pierwszym spotkaniu. Joe Rockwell to typ twar-

dego faceta. Bez wątpienia prowadzi ciężarówkę o tak grubych oponach, że przy 
wsiadaniu  do  niej  musi  używać  składanej  drabinki.  Jest  szorstki,  gburowaty
i lubi, by jego kobiety były potulne i uległe. W tym przypadku, rzecz jasna, nie 
ma powodu do zmartwienia.

Przyjechał o czasie, co  zaskoczyło Cait. Punktualność nie pasowała do  wize-

runku Josepha Rockwella, prostego  budowlańca, jaki stworzyła  sobie  Cait.

Westchnęła i z wymuszonym uśmiechem podeszła wolno do drzwi.
Uśmiech  zamarł  jej  na  ustach.  Joe  stał  przed  nią,  wysoki  i czarujący,

w ciemnym garniturze w drobne prążki i szarym jedwabnym krawacie w różowe 
paski. Klasyczny przykład wyszukanej elegancji. Ten sam facet, który wcześniej 
nosił zakurzone ubranie robocze, zmienił się teraz nie do poznania. Oczywiście 
nie przypominał Paula, ale był niezwykle przystojnym mężczyzną o nieodpartym 
wdzięku. Rzadko widziała, by ktoś się uśmiechał w taki sposób. Oczy błyszczały 
mu figlarnie,  były pełne  ciepła  i życia.  Nietrudno  wyobrazić go  sobie z małym 
chłopcem o takich samych oczach. Cait nie miała pojęcia, skąd nagle przyszła jej 
do głowy taka myśl, odpędziła ją więc szybko, zanim zdążyła zapuścić korzenie.

– Cześć – powiedział, błyskając uśmiechem.
– Witaj. – Nie mogła przestać mu się przyglądać.
– Mogę wejść?
– Och... jasne. Przepraszam. – Cofnęła się pośpiesznie, potykając się. Dała się 

kompletnie zaskoczyć.

background image

– Miałam się właśnie przebrać – powiedziała szybko.
– Wyglądasz świetnie.
– W tych starych ciuchach? – Udała, że się śmieje.
– Wybacz, za chwilę będę gotowa. – Nalała mu filiżankę kawy, po czym ucie-

kła do sypialni, ściągając sweter przez głowę i zatrzaskując nogą drzwi. Jednym 
susem znalazła się przy szafie, zrzucając po drodze pantofle. Przesunąwszy za-
wieszone  w równym  rządku  spódnice  i żakiety,  wyjęła  je  i rzuciła  na  łóżko. 
Wszystkie pasowały bardziej do biura niż na randkę.

Jedyną sukienką na specjalne okazje była tamta z czerwonego aksamitu, którą 

kupiła na przyjęcie świąteczne wydawane przez Paula. Opanowała jednak poku-
sę, by ją włożyć, zostawiając ją dla szefa, który zresztą prawdopodobnie i tak jej 
nie zauważy.

Zdecydowała się na spódnicę i różową bluzkę. Stroju dopełniły pantofelki na 

średnim obcasie i aksamitna marynarka. Odetchnęła głęboko i wróciła do salonu 
po równo trzech minutach.

– To była rzeczywiście chwila – powiedział z uznaniem Joe, stojący przy ko-

minku z założonymi do  tyłu rękami i przyglądający się umieszczonej tam foto-
grafii w ramce.

– Czy to rodzina Martina?
– Martin... czemu... tak, to Martin, jego żona i dzieci. – Miała nadzieję, że nie 

zauważył lekkiego drżenia w jej głosie.

– Czworo dzieci.
– Tak, Martin i Rebecca postanowili, że chcą mieć dużą rodzinę. – Bicie serca 

powoli się uspokajało, choć Cait wciąż odczuwała lekki zawrót głowy. W głębi 
duszy podejrzewała, że podziałał tak na nią nieodparty męski wdzięk Josepha.

Uświadomiła sobie ze zdumieniem, że Joe nie zrobił ani też nie powiedział ni-

czego,  co  mogłoby  wprawić  ją  w zakłopotanie  lub  gniew.  Spodziewała  się,  że 
tuż po wejściu zaserwuje całą serię uwag mających na celu wyprowadzenie jej
z równowagi.

– Timmy ma dziesięć lat, Kurt osiem, Jenny sześć, a Clay cztery. – Wyliczyła 

dzieci kolejno na nie wskazując.

– Ładne dzieciaki.
– Prawda?
Cait wręcz rozpierała duma. Głównym powodem corocznych podróży do Min-

neapolis były dzieci Martina. Uwielbiały ją, a ona też miała bzika na ich punk-
cie. Cóż to byłaby za Gwiazdka bez Jenny i Claya, wtulonych w nią, gdy tym-

background image

czasem  jej  brat  czytał  im  historię  narodzenia  Chrystusa.  Bez  śpiewania  kolęd 
przy akompaniamencie gitary Martina, przed kominkiem, w którym wesoło trza-
skał ogień. Bez wieszania prażonej kukurydzy i żurawin na przeszło dwumetro-
wej  choince  zdobiącej  zawsze  salon.  Bez  pilnowania  całej  czwórki  w kuchni 
podczas  dekorowania  ciasta.  Caitlin  Marshall  mogła  być  oddanym  bez  reszty 
pracy maklerem giełdowym z imponującą klientelą, ale gdy przyjeżdżała do do-
mu Martina, była ciocią Cait.

– Nie umiem wyobrazić sobie Martina z dziećmi – powiedział Joe, odstawiając 

ostrożnie fotografię na miejsce.

– Spotkał Rebeccę na pierwszym roku college’u i oboje wpadli na amen.
– A ty? – spytał, odwracając się do niej nagle.
– Co ja?
– Dlaczego nie wyszłaś za mąż?
– Hm...  –  Cait  nie  bardzo  wiedziała,  co  mu  odpowiedzieć.  Dla  ciekawskich 

miała na podorędziu gładką  wymówkę,  intuicyjnie wiedziała jednak, że Joe jej 
nie zaakceptuje. – Nigdy tak naprawdę się nie zakochałam.

– A Paul?
– Zanim  poznałam  Paula  –  sprostowała,  sama  zaskoczona,  że  zapomniała

o silnych  uczuciach,  które  żywi  dla  swego  szefa.  Tak  bardzo  starała  się    być 
uczciwa,  że przeoczyła  rzecz  oczywistą.

– Jestem  bardzo  zakochana  w Paulu  –  dodała  wyzywająco,  żeby  uniknąć  ja-

kichkolwiek nieporozumień.

– Nie musisz mnie przekonywać, Caitlin.
– Wcale nie próbuję cię o niczym przekonać. Jestem w nim zakochana prawie 

od roku. Kiedy zrozumie, że również mnie kocha, pobierzemy się.

Joe skrzywił się i najwyraźniej miał zamiar posprzeczać się z nią na ten temat. 

Uprzedzając go, popatrzyła wymownie na zegarek.

– Czy nie powinniśmy już wyjść?
– Tak,  myślę,  że  powinniśmy  –  odrzekł  Joe  łagodnie  po  dłuższej  chwili  mil-

czenia.

Cait poszła po płaszcz do szafy w przedpokoju, świadoma, że Joe ją obserwu-

je. Odwróciła się doń z uśmiechem, który zniknął z jej twarzy, gdy spotkały się 
ich oczy. Jego spojrzenie było niepokojące – dziwnie pieszczotliwe i intymne.

Pomógł  jej  włożyć  płaszcz  i poszli  razem  na  parking,  gdzie  zostawił  samo-

chód.  I tu  czekała  ją  kolejna  niespodzianka.  Nie  jeździł  ciężarówką,  lecz  czar-
nym kabrioletem z końca lat sześćdziesiątych w doskonałym stanie.

background image

Restauracja  należała  do  najelegantszych  w Seattle.  Znana  była  z wybornych 

potraw ze skorupiaków i ryb morskich. Cait zamówiła łososia z rusztu, a Joe kre-
wetki.

– Czy  pamiętasz, jak postanowiliśmy  otworzyć  z Martinem  własny  interes? –

spytał Joe, gdy sączyli wino. Cait rzeczywiście pamiętała to lato.

– Kiosk z lemoniadą. Mogliście wykazać większą pomysłowość.
– Może...  ale  wiodło  nam  się  całkiem  nieźle,  dopóki  nieznośna  ośmioletnia 

dziewczynka nie popsuła wszystkiego.

Cait nie miała zamiaru pozostawić tego stwierdzenia bez komentarza.
– Używaliście spleśniałych cytryn, a dla zabicia smaku dodawaliście zbyt dużo 

cukru.  Poza  tym  kilkakrotne  używanie  papierowych  kubeczków  jest  niehigie-
niczne.

Joe roześmiał się na głos.
– Powinienem był wtedy wiedzieć, że będą z tobą same kłopoty.
– A  ja  uważam,  że  sami  byliście  winni  wszystkim  kłopotom.  Nie  chcieliście 

mnie słuchać. Musiałam coś zrobić, zanim kogoś struliście tymi cytrynami.

– I dlatego wywiesiłaś ogłoszenie: „Porozmawiajcie ze mną, zanim kupicie tę 

lemoniadę”? Przyznasz, że to było małe świństwo.

– Nawet jeśli tak, to tylko napędziło wam klientów – powiedziała sucho Cait, 

wspominając,  jak  jej  plan  spalił  na  panewce.  –  Wszyscy  chłopcy  z sąsiedztwa 
chcieli spróbować, jak smakuje skażona lemoniada.

– Byłaś cholernie nieznośna, Cait, przyznaj z ręką na sercu. — Uśmiechnął się 

szelmowsko.

– Właśnie że nie! To raczej wyście byli...
– „Obrzydliwi” – tak zwykłaś z upodobaniem nazywać mnie i Martina.
– Robiliście wszystko, co w waszej mocy, by  zasłużyć na ten epitet – powie-

działa,  próbując  powstrzymać  uśmiech.  Sięgnęła  po  kromkę  chleba  i zatopiła
w niej zęby, by ukryć rozbawienie. Zawsze sprawiało jej przyjemność droczenie 
się  z Martinem  i Joem,  choć  nigdy  by  się  do  tego  nie  przyznała,  zwłaszcza
w wieku ośmiu lat.

– Pikietowanie kiosku z lemoniadą nie było twoim najpaskudniejszym podstę-

pem – zauważył złośliwie Joe.

Cait omal się nie udławiła. Powinna być na to przygotowana. Skoro pamiętał 

całą historię z lemoniadą, to tym bardziej nie mógł zapomnieć, co się stało, gdy 
Betsy McDonald dowiedziała się o incydencie z pocałunkiem.

– To nie był podstęp – zaprotestowała.

background image

– Niemniej  opowiedziałaś  wszystkim  w szkole,  że  cię  pocałowałem,  choć 

obiecałaś dyskrecję.

– Cała sprawa wyglądała nieco inaczej. Przypomnij sobie dobrze, kazaliście mi 

przyrzec, że nie opowiem nikomu o bytności w waszym forcie. Nie wspominali 
cie nic o pocałunku.

Joe zmarszczył brwi, jakby chciał pobudzić swą pamięć.
– Jak możesz pamiętać takie szczegóły? Przecież to się zdarzyło tyle lat temu.
– Pamiętam wszystko – powiedziała uroczyście, co było grubą przesadą, zwa-

żywszy, że nie poznała Joego. Ale w tym przypadku miała absolutną pewność.

– Chodziło  wam  przede  wszystkim,  żebym  nie  zdradziła  tajemnicy  fortu.

O pocałunku nie było mowy.

– Ale czemu musiałaś powiedzieć właśnie Betsy? Robiła do mnie słodkie oczy 

od  wielu  tygodni.  Gdy  się  dowiedziała,  że  pocałowałem  ciebie  zamiast  niej, 
wpadła w furię.

– Betsy cieszyła się ogromną popularnością w całej szkole. Zwierzyłam się jej, 

bo chciałam się z nią zaprzyjaźnić.

– I sprzedałaś mnie.
– Czy wobec tego przyjmiesz moje przeprosiny?
Pewna,  że znów się z nią przekomarza,  Cait uśmiechnęła się doń czarująco.
– Chyba  tak  –  odwzajemnił  uśmiech  Joe,  a błękit  jego  oczu  nabrał  jeszcze 

większej głębi. Cait z trudem oderwała od nich spojrzenie.

– Jeśli Betsy tak cię lubiła – spytała, wygładzając serwetkę na kolanach – cze-

mu nie pocałowałeś właśnie jej? Pewnie by ci pozwoliła. Nie musiałbyś jej prze-
kupywać nalepkami z gumy do żucia.

– Żartujesz  sobie!  Gdybym  pocałował  Betsy  McDonald,  to  równie  dobrze 

mógłbym podpisać cyrograf na moją duszę – odparł kpiącym tonem Joe.

– Mężczyźni nawet jako mali chłopcy boją się zobowiązań.
Joe udał, że nie słyszy jej komentarza.
– Wcale nie masz takiej dobrej pamięci, jak myślisz- czuła  się  w  obowiązku  

uświadomić  mu.  Nie podejrzewała, że może tak dobrze się bawić.

I tym razem Joe nie zwrócił uwagi na jej słowa.
– Pamiętam, jak Martin się uskarżał, że sadzasz swoje lalki w szeregu i bawisz 

się  w szkołę.  Raz nawet zmusiłaś go, by  wystąpił gościnnie  w charakterze wy-
kładowcy. Jakim cudem ci się to udało?

background image

– Znalazłam  parę  brudnych  dżinsów  wepchniętych  pod  kanapę  z czymś  zde-

chłym w kieszeni. Mama sprałaby  go na kwaśne  jabłko, gdyby je  znalazła, tak 
więc Martin stał się moim dłużnikiem.

– Poczciwy stary Martin – pokiwał głową Joe. – Był równie przejęty tą uroczy-

stością, jak ty. Udzielenie nam ślubu stało się punktem zwrotnym w jego życiu. 
Od  tej  chwili  nosił  wciąż  ze  sobą  Biblię,  tak  jak  inne  dzieciaki  procę.  Byłem 
niemal pewny, że zostanie misjonarzem.

– Martin? – zaśmiała się nerwowo. – Nigdy w życiu. Za bardzo lubi wygody. 

Nie jeździł nawet pod namiot.

Joe przyglądał jej się równie badawczo, jak ona jemu.
– Zaskakujesz mnie – oznajmił nagle.
– Czemu? Czy cię rozczarowałam?
– Ależ  nie.  Po  prostu  zawsze  myślałem,  że  gdy  dorośniesz,  będziesz  miała 

gromadkę  dzieci.  Ciągałaś  wszędzie  ze  sobą  swoje  lalki.  Uciszałaś  mnie
i Martina, żebyśmy nie zakłócili ich snu. Nie mogliśmy się bawić na podwórku, 
ponieważ właśnie wydawałaś dla nich herbatkę. To było aż nadto, by doprowa-
dzić  dziesięcioletnich  chłopców  do  szaleństwa.  Ale  gdy  tylko  ośmieliliśmy  się 
poskarżyć, spoglądałaś na nas pogodnie i z najsłodszym uśmiechem mówiłaś, że 
powinniśmy być cierpliwi, ponieważ to wszystko dla dobra dzieci.

– Okropnie się przejmowałam sprawami macierzyństwa, prawda? – Słowa Jo-

ego poruszyły przykre wspomnienia. Naprawdę bardzo kochała dzieci. Sama nie 
wiedziała, jak to się stało, że minęły lata i puściła w niepamięć marzenia. Teraz 
nie lubiła za dużo myśleć o mężu i rodzinie – o życiu, które ją ominęło.

– Powinnam była  się domyślić, że skończysz  w budownictwie – powiedziała, 

zmieniając temat.

– Dlaczego?
– Czy to nie ty zbudowałeś Fort?
– Martin mi pomagał.
– Jasne,  schodząc  ci  z drogi  –  uśmiechnęła  się.  –  Znam  mojego  brata.  Jest 

ósmym  cudem  świata,  jeśli  idzie  o stosunki  z ludźmi,  za  to  nie  można  mu  dać 
młotka do ręki.

Kolacja była  po  prostu pyszna,  ale trzeba przyznać,  że dotąd Cait  bawiła się 

tak świetnie, że smakowałby jej nawet talerz suchych grzanek. Potem zamówili 
dwie filiżanki kawy capuccino i siedzieli rozmawiając i śmiejąc się, a czas mijał 
niepostrzeżenie. Cait nie pamiętała, kiedy ostatnio śmiała się tak serdecznie.

background image

Gdy wreszcie zerknęła przypadkiem na zegarek, stwierdziła ze zdumieniem, że 

jest już dobrze po dziesiątej.

– Nie miałam pojęcia, że jest tak późno! – wykrzyknęła. –  Powinnam dawno 

być w domu. – Wstawała zwykle przed piątą.

Joe  zajął  się  rachunkiem  i podał  jej  płaszcz.  Grudniowa  noc  była  pogodna

i mroźna, na niebie mrugały jasne gwiazdy.

– Zimno ci? – spytał, gdy czekali na podstawienie samochodu.
– Nie, ani trochę. – Mimo to otoczył ją ramieniem, przyciągając do siebie bli-

żej.

Cait  nie  zaprotestowała.  Bliskość  tego  mężczyzny  odczuwała  jako  rzecz  zu-

pełnie naturalną.

Wsiedli do samochodu i dojechali w milczeniu pod dom Cait. Gdy zatrzymali 

się na parkingu, przemknęła jej przez głowę myśl, by go zaprosić na kawę, zre-
zygnowała jednak. Wypili już dzisiaj mnóstwo kawy, poza tym oboje szli rano 
do  pracy.  Szalę  przeważyła obawa,  by  Joe  nie  wyciągnął  z zaproszenia  fałszy-
wych wniosków. Był starym przyjacielem i nie poza tym. I chciała, by tak pozo-
stało.

Odwróciła się do niego z miłym uśmiechem.
– Świetnie się bawiłam. Dziękuję ci bardzo.
– Cieszę się, Cait. Musimy to powtórzyć.
Cait za zdumieniem uświadomiła sobie, że bardzo ją nęci perspektywa spędze-

nia następnego wieczora z Josephem Rockwellem. Nie doceniła go.

– Jest  jeszcze  coś,  co  chciałbym  ponownie  wypróbować  –  powiedział

z szatańskim błyskiem w oczach.

– Ponownie wypróbować?
Objął ją i przez chwilę spoglądali na siebie z zapartym tchem.
– Nie wiem, co prawda, czy mam szansę bez przekupienia cię nalepkami.
– Chcesz mnie pocałować? – przełknęła ślinę Cait. 
Skinął głową, oczy mu nagle pociemniały.
– Przez wzgląd na dawne czasy. – Pogładził pieszczotliwie jej kark, przesuwa-

jąc delikatnie kciuk ku zagłębieniu szyi.

– No dobrze. Przez wzgląd na dawne czasy. – Nie spodziewała się takiej reak-

cji serca na myśl... o pocałunku z Joem.

Jego usta były coraz bliżej, czuła ciepły oddech muskający jej skórę.
– Tylko pamiętaj – szepnęła, gdy niemal już dotykał wargami jej warg. Schwy-

ciła go za klapy marynarki. – Dawne czasy...

background image

– Będę pamiętał – powiedział, zamykając jej usta pocałunkiem.
Westchnąwszy,  powoli  oplotła  ramionami  szyję  Joego.  Pocałunek  był  długi

i namiętny. Gdy się skończył, Cait wciąż trzymała się kurczowo jego marynarki.

Joe zanurzył palce w jej krótkich miękkich lokach, powodując żywsze krążenie 

krwi  w żyłach.  Czuła,  jak  ogarnia  ją  gwałtowne  podniecenie,  eksplozja  ciepła, 
niepodobna do żadnego ze znajomych doznań.

Pocałował ją drugi raz...
– Tylko pamiętaj... – powtórzyła, gdy oderwał usta od jej warg i sunął nimi po 

łagodnym łuku jej szyi.

Joe  kilkakrotnie  wciągnął  głęboko  powietrze,  próbując  uspokoić  oddech,  za-

nim spytał ją rwącym się głosem:

– O czym mam pamiętać?
– Och, proszę, pamiętaj...
Uniósł głowę, wspierając lekko dłonie na ramionach Cait, z twarzą tuż przy jej 

twarzy.

– Co jest tak ważnego, że nie wolno mi o tym zapomnieć?
To nie o Joego chodziło, lecz o samą Cait. Nie zdawała sobie sprawy, że wy-

powiedziała  te  słowa  na  głos.  Zmieszana,  zamrugała  oczami,  wlepiając  wzrok 
we własne dłonie, byle tylko nie spojrzeć na niego.

– Och... że jestem zakochana w Paulu. 
Zapadło kłopotliwe milczenie.
– W porządku – odezwał się po chwili Joe. – Jesteś zakochana w Paulu. – Wy-

puścił ją z objęć.

Cait zawahała się, speszona.
– Jeszcze  raz  dziękuję  za  wspaniałą  kolację.  –  Ujęła  klamkę,  pragnąc  uciec, 

gdzie pieprz rośnie.

– W  każdej  chwili  do  usług  –  powiedział  nonszalancko,  zaciskając  dłonie  na 

kierownicy.

– Do zobaczenia wkrótce.
– Wkrótce – powtórzył. Wyskoczyła z samochodu,  pozbawiając Joego szansy 

otwarcia drzwi po jej stronie. Wiedziała, że czeka w samochodzie, aż ona wej-
dzie  na klatkę schodową. Wbiegła na podest i otworzywszy drzwi od  mieszka-
nia, zapaliła światło, dając mu znak że dotarła bezpiecznie do domu.

Następnie powoli zdjęła płaszcz i schowała go starannie do szafy. Gdy wyjrza-

ła przez okno, Joego już nie było.

background image

Lindy pracowała już przy swym biurku, gdy Cait zjawiła się w pracy nazajutrz 

rano. Uśmiechnęła się do niej, przechodząc, ale nie zatrzymała się na ploteczki.

Czuła na plecach wzrok Lindy i wiedziała, że przyjaciółka jest ogromnie roz-

czarowana. Na razie jednak nie była gotowa do rozmowy o kolacji z Josephem 
Rockwellem, obawiała się bowiem, że nie zdoła uniknąć wzmianki o pocałunku.
A chciała jej uniknąć za wszelką cenę. Oczywiście, nie uda jej się zwodzić przy-
jaciółki w nieskończoność, ale wolała odłożyć rozmowę przynajmniej do końca 
dnia.

Była kompletną  idiotką, pozwalając Joemu na  pocałunek! Wtedy  jednak wy-

dawało się to całkiem naturalnym zakończeniem czarującego wieczoru.

Fakt, że pozwoliła mu na to bez cienia protestu, wprawiał ją w zakłopotanie. 

Gdyby  Paul  się  o tym  dowiedział,  mógłby  pomyśleć,  że  naprawdę  Joe  coś  dla 
niej znaczy. A to przecież oczywista bzdura.

Rankiem w biurze panowała istna gorączka. Kątem oka Cait zanotowała poja-

wienie się Joego. Rozmawiając z ważnym klientem, obserwowała równocześnie, 
jak Joe podchodzi do potężnego brygadzisty, wyjmuje projekt z długiej wąskiej 
tuby,  rozwija  go  i pochylają  się  nad  nim  wraz  z dwoma  innymi  mężczyznami. 
Nad  czymś  chwilę  dyskutowali,  następnie  brygadzista  skinął  głową  i Joe  wy-
szedł, nie spoglądając nawet w stronę Cait.

Poczuła się dotknięta. Mógł przynajmniej jej pomachać na przywitanie. Skoro 

jednak chce ją ignorować, to proszę bardzo. Odpłaci mu pięknym za nadobne.

Gdy wreszcie giełdę zamknięto i gorączka opadła, Lindy natychmiast odszuka-

ła Cait.

– Jak tam twoja wczorajsza randka?
– Bawiłam się wspaniale.
– Dokąd cię zabrał? Do baru z grillem, tak jak myślałaś?
– Szczerze  mówiąc,  nie.  –  Odchrząknęła,  by  pokryć  zmieszanie,  wywołane 

myślą, że mogła w ogóle coś takiego sugerować. – Zabrał mnie do „Henry’s”. –
Wymówiła  te  słowa  trochę  zbyt  głośno,  zauważyła  bowiem,  że  do  gabinetu 
wchodzi  Paul.  Niestety,  więcej  uwagi  poświęciłby  zapewne  świeżej  farbie  na 
ścianach.

– Do  „Henry’s”?  –  zawtórowała  jej  Lindy.  –  Naprawdę?  To  jedna

z najlepszych restauracji w mieście! Musiało go to kosztować fortunę.

– Nie mam pojęcia. W mojej karcie nie były podane ceny.
– Żartujesz. Nikt mnie dotąd nie zaprosił do tak eleganckiej restauracji. Co za-

mówiłaś?

background image

– Łososia z rusztu. – Przyglądała się wciąż Paulowi, wypatrując jakiejś oznaki 

świadczącej o tym, że słucha ich rozmowy. Siedział przy swoim biurku, czytając 
artykuł, który Cait poleciła mu wcześniej.

– I był świetny? – pytała dalej Lindy.
Minęło parę chwil, zanim Cait zorientowała się, że Lindy chodzi o łososia.
– Wyborny! Od lat nie jadłam tak pysznej ryby.
– Co robiliście potem?
Cait spojrzała na przyjaciółkę.
– Skąd przypuszczenie, że cokolwiek robiliśmy? Jedliśmy kolację, rozmawiali-

śmy, a potem odwiózł mnie do domu. Nic się więcej nie zdarzyło. Rozumiesz? 
Nic.

– Skoro tak twierdzisz – powiedziała Lindy, przyglądając jej się podejrzliwie. –

Czemu więc przyjmujesz pozycję obronną?

– Po prostu chcę, by wreszcie do ciebie dotarło, że Joe Rockwell to po prostu 

mój stary przyjaciel i nic poza tym.

Paul  podniósł  wzrok  sponad  artykułu  i przeniósł  go  najpierw  na  Lindy,

a dopiero po dłuższej chwili na Cait.

– Cześć,  Paul  –  pozdrowiła  go  wesoło  Cait.  –  Czy  ci  przypadkiem  nie  prze-

szkadzamy? Może wyjdziemy na korytarz?

– Ależ  nie,  skądże.  Plotkujcie  sobie.  –  Spojrzał  nad  ich  głowami  w stronę 

drzwi i wstał. – Cześć, Rockwell.

– Czy przerwałem wam zebranie? – spytał Joe, wchodząc do środka. Był ubra-

ny  w swój  nieodłączny  kask  i przybrudzone  dżinsy,  torba  z narzędziami  też 
znajdowała się na miejscu. Mimo to Cait bez trudu rozpoznała w nim towarzysza 
wczorajszej wytwornej kolacji.

– Nie, nie – odrzekł Paul – po prostu sobie gawędzimy. Wejdź, proszę. Jakieś 

problemy?

– Nic ważnego. Chciałbym tylko, byś rzucił na coś okiem w drugim pokoju.
– Zaraz tam przyjdę.
Joe uśmiechnął się chłodno do Cait.
– Witaj.
– Cześć, Joe.  – Serce waliło jej jak młotem.  Śmieszne, to na pewno ze zmie-

szania, przekonywała samą siebie. Joe jest przyjacielem z dawnych lat, chłopcem
z sąsiedztwa.  To,  że dała  mu się  pocałować,  wcale  nie  oznacza, że  zaczęło się 
pomiędzy nimi coś romantycznego. Im wcześniej to zrozumie, tym lepiej.

background image

– Joe i Cait byli wczoraj na kolacji – powiedziała znacząco Lindy do Paula. –

Zabrał ją do „Henry’s”.

– To miło – skomentował Paul, wyraźnie bardziej zainteresowany wykryciem 

usterek wspólnie z Joem niż omawianiem historii randek Cait.

– Bawiliśmy się świetnie, prawda? – mrugnął Joe do Cait.
– Owszem, bardzo dobrze – odrzekła sztywno. 
Joe  odczekał,  aż  Paul  wyjdzie  z pokoju,  po  czym cofnął    się  i   pocałował  ją 

w policzek.    Następnie  powiedział    na    tyle    głośno,    by    usłyszeli    wszyscy
w pobliżu: 

– Byłaś wczoraj niesamowita!

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
– Mówiłaś  podobno,  że  nic  się  nie  zdarzyło  –  powiedziała  Lindy,  patrząc

z natężeniem na czerwoną jak burak Cait.

– Bo n i c się nie zdarzyło. – Cait była tak wściekła na Josepha Rockwella, że

z przyjemnością  kopnęłaby  go  w goleń.  Jak  on  śmiał  powiedzieć  coś  tak...  tak 
żenującego przy Lindy! Paul z pewnością też to usłyszał!

– Dlaczego miałby mówić coś takiego?
– Skąd mam wiedzieć? – burknęła Cait. – Jeden niewinny pocałunek, a on robi

z tego...

– Pocałował cię? – spytała ostro Lindy, oczy jej się zwęziły. – A ty przez cały 

czas mi wmawiasz, że nic między wami nie zaszło!

– Na  miłość  boską,  przecież  ten  pocałunek  nie  ma  najmniejszego  znaczenia! 

Był absolutnie platoniczny – przez pamięć dawnych czasów. – W porządku, tro-
chę przesadziła, ale dla dobra sprawy.

Pozbierała swoje rzeczy i włożyła je do torebki. Zatrzasnęła ją i sięgnąwszy po 

płaszcz, zaczęła szarpać się nerwowo z rękawami.

– Miłego  weekendu  –  rzuciła  sucho,  nie  rozumiejąc,  dlaczego  tak  ją  irytuje 

Lindy. – Do zobaczenia w poniedziałek. – Wymaszerowała z pokoju, zatrzymu-
jąc się na moment przed Joem.

– Życzysz sobie czegoś, kochanie? – spytał przymilnym tonem.
– Jesteś okropny!
Joe wyglądał na ogromnie rozczarowanego.
– A nie podły i odrażający?
– To też.
Uśmiechnął się od ucha do ucha w dobrze jej znany sposób.
– Miło mi to słyszeć.
Cait miała na końcu języka ciętą ripostę, ale się powstrzymała. Nie ma zamiaru 

wdawać się w utarczki  słowne z Josephem Rockwellem. On zawsze musi mieć 
ostatnie  słowo.  Kipiąc gniewem,  podeszła do  windy  i niecierpliwie przycisnęła 
guzik.

– Zobaczymy się wieczorem, kochanie! – zawołał Joe, gdy drzwi się zamykały, 

odbierając jej tym samym możliwość zaprotestowania.

Żartował.  Musiał  żartować!  Żaden  mężczyzna  będący  przy  zdrowych  zmy-

słach nie mógłby się spodziewać, że zaprosi go do domu po kawale, jaki jej wy-
ciął. Nawet taki impertynent, jak Joe Rockwell.

background image

Po powrocie do domu Cait wzięła długi relaksujący prysznic, wysuszyła włosy

i przebrała się w dżinsy i sweter. Piątkowe wieczory upływały jej zwykle bardzo 
spokojnie. Chrupiąc precelki, badała właśnie niezbyt zachęcającą zawartość lo-
dówki, gdy usłyszała pukanie do drzwi.

To nie może być Joe, powiedziała sama do siebie.
Ale  to  był  Joe,  z ogromną  pizzą  w jednej  ręce  i butelką  czerwonego  wina

w drugiej.

Cait wlepiła w niego wzrok, niezdolna wykrztusić słowa.
– Przybywam z darami – powiedział z ceremonialnym ukłonem.
– Posłuchaj, ty... ty idioto, trzeba czegoś znacznie więcej niż pizza, by wyna-

grodzić świństwo, które zrobiłeś mi po południu.

– Daj spokój, Cait, potraktuj to lekko.
– Lekko?! Ty... ty...
– Myślę, że słowo, którego ci zabrakło brzmi: „durniu”.
– Masz tupet. – Podparła się pod boki, wiedząc, że powinna rozkwasić mu nos 

drzwiami.  I zapewne  by  to  zrobiła,  ale  pizza  pachniała  tak  smakowicie,  że  jej 
oburzenie nie wytrzymało tej próby.

– Dobrze, przyznaję się. – Błękitne oczy Joego wyrażały autentyczną skruchę. 

–  Poniosło  mnie.  Masz  rację,  jestem  idiotą.  Pozostało  mi  tylko  błagać  cię
o przebaczenie. – Uniósł pokrywkę pudła i Cait zobaczyła istne arcydzieło – naj-
grubszą i najsmakowiciej wyglądającą pizzę, jaką kiedykolwiek widziała. Palce 
lizać!  Nadzienie  składało  się  co  najmniej  z dziesięciu  kuszących  składników,
a wszystko to pokrywała gruba warstwa gorącego roztopionego sera.

– Czy przyjmiesz moje pokorne przeprosiny? – nie ustępował Joe wymachując 

pizzą przed jej nosem.

– Czy są w niej fileciki anchois?
– Na połowie.
– Wybaczam ci. – Ujęła go za łokieć i wciągnęła do mieszkania.
Przeszli do kuchni. Cait wyjmowała z szafki kuchennej talerze, noże, widelce, 

serwetki, przeliczając w myśli jego przestępstwa.

– Nie  mogę  uwierzyć,  że  naprawdę  to  powiedziałeś  –  wymamrotała,  kręcąc 

głową.  Ustawiła  wszystko  starannie  na  stole,  odsuwając  na  bok  leżące  na  nim 
papiery. –  Wytłumacz mi  przynajmniej, czemu koniecznie  musiałeś się tak  za-
chować przy Paulu. Lindy już zaczęła wymuszać na  mnie zeznania. Czy jesteś

background image

w stanie wyobrazić sobie, co oni o mnie pomyśleli? – Sięgnęła do szafki po kie-
liszki do wina i ustawiła je obok talerzy. – Nigdy w życiu nie byłam bardziej za-
kłopotana.

– Nigdy? – spytał, otwierając i zamykając szuflady w poszukiwaniu korkocią-

gu.

– Nigdy  –  powtórzyła  z przekonaniem.  –  I nie  myśl,  że  pizza  jest  gwarancją 

trwałego pokoju.

– Nie śmiałbym o tym marzyć.
– To na początek, ale jeszcze długo będziesz moim dłużnikiem za ten wybryk, 

Josephie Rockwellu.

– Będę grzeczny – obiecał z błyskiem w oku. Zręcznie wyciągnął korek, spró-

bował wina, po czym napełnił oba kieliszki.

Cait usiadła w wiklinowym fotelu.
– Czy Paul powiedział coś, gdy wyszłam?
– Na jaki temat? – Joe wysunął krzesło i usiadł obok niej.
Cait nałożyła na talerze po grubym kawałku pizzy, odcinając nożem ciągnące 

się pasemka stopionego sera.

– Na mój, oczywiście – mruknęła.
– Właściwie nie. – Joe podał jej kieliszek wina.
– Co to znaczy „właściwie nie”?
– Tylko tyle, że był raczej powściągliwy.
Joe droczył się z nią, wydzielając jej informacje po troszeczku i czekając na jej 

reakcję. Była jednak tak ciekawa, że schowała dumę do kieszeni.

– Powiedz mi wszystko – zażądała. – Słowo po słowie.
Joe miał usta pełne jedzenia, Cait musiała więc poczekać, aż przełknie.
– Napomknął chyba, że mu opowiadałaś, iż znamy się od dziecka.
– Czy go to obeszło? Był zazdrosny? – Cait nie potrafiła udać obojętności.
– Paul? Nie, raczej znudzony.
– Znudzony – powtórzyła Cait. Przygarbiła się, zawiedziona. – Przysięgam, że 

ten  facet  nie  zauważyłby  mnie  nawet, gdybym  przedefilowała nago  przez  jego 
gabinet.

– Świetny  pomysł  i chyba  jedyna  rzecz,  która mogłaby  zadziałać.  Proponuję, 

byś  zrobiła  próbę  generalną  w domu.  Chętnie  ci  pomogę,  jeśli  myślisz  o tym 
poważnie. – Zabrzmiało to tak niedbale, jakby oferował abonament telewizji ka-
blowej. – Po to ma się przyjaciół. Może pomóc ci się rozebrać?

background image

Cait  upiła  łyk  wina,  by  ukryć  uśmiech.  Joe  nie  zmienił  się  ani  trochę  przez 

dwadzieścia lat. Pozostał kawalarzem, uwielbiającym wygłupy i dokuczanie.

– Bardzo śmieszne.
– Hej, wcale nie żartuję. Udaję, że jestem Paulem i...
– Obiecałeś, że będziesz grzeczny. Podniósł znacząco brwi.
– I będę. Poczekaj trochę.
Cait czuła, jak krew napływa do jej policzków. Wbiła oczy w talerz.
– Joe, przestań. Robisz to specjalnie, żebym się zaczerwieniła, a ja nienawidzę 

się czerwienić. Moja twarz wygląda jak dojrzały pomidor. – Nałożyła sobie jesz-
cze jeden kawałek pizzy i odgryzła spory kęs, przeżuwając go w zamyśleniu. –
Nie rozumiem cię. Za każdym razem, gdy myślę,  że cię już rozgryzłam, wyci-
nasz jakiś numer, który mnie całkiem zaskakuje.

– Na przykład?
– Na  przykład  wczoraj.  Zaprosiłeś  mnie  na  kolację,  ale  w najśmielszych  ma-

rzeniach nie  spodziewałabym się, że zabierzesz mnie do  „Henry’s”.  Przez cały 
wieczór zachowywałeś się jak dżentelmen w każdym calu, a dziś byłeś taki...

– Podły i odrażający.
– Właśnie.  Raz  jesteś  chodzącym  wdziękiem  i kulturą,  a zaraz  potem  zadrę-

czasz mnie swoimi wygłupami.

– Sama powiedziałaś, że jestem dokuczliwym facetem.
– Ale ja nie mogę się z tobą spotykać, skoro nie wiem czego po tobie oczeki-

wać.

– To właśnie stanowi mój wdzięk. – Sięgnął po drugi kawałek pizzy. – Podob-

no kobiety uwielbiają w mężczyznach właśnie to, że nie wiedzą, czego mogą po 
nich oczekiwać.

– Ja  nie  należę  do  tego  rodzaju  kobiet  –  poinformowała  go  natychmiast.  –

I muszę wiedzieć, na czym stoimy.

– Na podłodze.
Joe, uspokój się, ja wcale nie  żartuję.  Nie  mogę  dopuścić, byś mi robił  takie 

afery, jak dzisiaj. Żyłam sobie spokojnie i miło przez dwadzieścia osiem lat. Po-
jawiłeś się dwa dni temu i zdążyłeś zaszargać mi reputację w miejscu pracy. Nie 
mogę chodzić dłużej z podniesioną głową. Słyszę ludzkie szepty i wiem, że to na 
mój temat.

– Na nasz temat – sprostował.
– Jeszcze gorzej. Skoro mają już łączyć moje imię z jakimś mężczyzną, to wo-

lałabym, żeby to był Paul. Jak długo jeszcze potrwa ta modernizacja?

background image

– Całkiem niedługo.
– Jeśli dalej będziesz pracować w takim tempie, firma Webster, Rodale & Mis-

sen zdąży otworzyć filie na Księżycu.

– Obiecuję, że zapniemy wszystko na ostatni guzik przed końcem roku.
– Nie wiem, na ile można polegać na twoich obietnicach.
– Jestem przecież grzeczny, prawda?
– Przypuśćmy. – Odsunęła stertę papierów z zasięgu ręki Joego, który już za-

czął w nich grzebać.

– Co to jest? – spytał, łapiąc w locie niedużą kartkę.
– Lista zakupów świątecznych. Mam zamiar załatwić je jutro.
– Powinienem był  się domyślić,  że i w tej  dziedzinie jesteś  zorganizowana. –

W jego ustach zabrzmiało to trochę obraźliwie.

– Byłam zorganizowana przez całe życie i raczej się już nie zmienię.
– Dlatego  chciałem,  żebyś  się  rozluźniła.  –  W dalszym  ciągu  studiował  listę 

zakupów. – O której się wybierasz?

– Sklepy otwierają o ósmej.
– Pewnie zapisałaś wszystko, co zamierzasz kupić i o niczym nie zapomnisz.
– Oczywiście.
– Bardzo  rozsądnie.  –  Jego  uwaga  zdziwiła  Cait.  Skończył  czytać

i z okrzykiem: „Hej, nie ma mnie na tej liście!”, dopisał do niej swoje nazwisko. 
– Czy mam ci podpowiedzieć, co chciałbym dostać?

– Wiem już, co ci kupię. 
Uniósł ze zdziwieniem brwi.
– Naprawdę? Tylko proszę, nie powiedz przypadkiem „nic”.
– Nie, ale będzie to coś odpowiedniego, na przykład kaganiec.
– Och,  Caitlin,  kochanie,  ranisz  moje  serce!  –  Obdarzył  ją  jednym  ze  swych 

szelmowskich uśmiechów. Cait poczuła, że mięknie. A tego właśnie nie chciała! 
Miała  prawo  być  na  niego  wściekła.  Gdyby  nie  przyniósł  pizzy,  zatrzasnęłaby 
mu drzwi przed nosem. Zawsze miała słabość do włoskiej kuchni. Jej drugą sła-
bością był Paul. Kochała go. Nikt nie zdawał się w to wierzyć, ale wiedziała, od 
chwili  gdy  go  zobaczyła  po  raz  pierwszy,  że  jej  przeznaczeniem  jest  spędzić 
resztę życia, kochając Paula Jamisona.  Tyle że wolałaby spędzić ją raczej jako 
jego żona niż pracownica!

– A ty już zrobiłeś zakupy? – spytała leniwie.
– Jeszcze nie zacząłem. Co roku mam dobre chęci, obiecuję sobie, że starannie 

wybiorę wspaniałe prezenty dla moich siostrzenic i siostrzeńców, ale jakoś nigdy 

background image

mi nie wychodzi. Zwykle wpadam w panikę w Wigilię, biegam po sklepach jak 
szalony  i kupuję co popadnie.  W zeszłym roku  zapomniałem  o papierze do  pa-
kowania. Moja matka uratowała sytuację.

– Nie sądzę, byś posłuchał mojej rady i zaczął wszystko planować?
– Nie mam czasu.
– A co robisz teraz? Sporządź swoją listę i zaplanuj czas kupienia prezentów.
– Kochana Cait, czyżby to było zaproszenie do wspólnego wypadu jutro?
– Och...  –  Nie  myślała  o tym,  ale  pomysł nie  był  zły, pod  warunkiem że  Joe 

będzie się przyzwoicie zachowywał. – Bardzo chętnie, ale musisz przyjąć moje 
warunki.

– Jakie?
– Bez głupich żartów, bez kawałów w stylu dzisiejszego, bez dokuczania. Jeśli 

oznajmisz choć jednej osobie, że jesteśmy małżeństwem, zostawiam cię na środ-
ku ulicy.

– Przyjmuję! – Podniósł rękę, po czym uczynił na sercu znak krzyża.
– Obliż  najpierw  palce  –  zażądała  Cait.  Natychmiast  po  wypowiedzeniu  tych 

słów,  zdała  sobie  sprawę,  jak  śmiesznie  zabrzmiały.  Nie  miała  już  przecież 
ośmiu lat.

Podniósł się z krzesła i wstawił swój talerz do zlewu. Oczy mu błyszczały.
– To okropne, że jesteś taka zakochana w Paulu – powiedział. – Jeśli nie będę 

ostrożny, sam wpadnę po uszy. – Po czym pocałował ją w policzek i wyszedł.

Przyciskając  palce  do  policzka,  Cait  wzięła  głęboki  oddech  i zatrzymała  po-

wietrze  w płucach,  póki  nie  usłyszała,  że  drzwi  się  zatrzaskują.  Dopiero  wów-
czas wypuściła je ze świstem.

– Och,  Joe  –  szepnęła.  Naprawdę  za  skarby  świata  nie  chciała,  by  się  w niej 

zakochał. Owszem, jest przystojny, miły i uroczy, ale przecież to nie mężczyzna 
dla niej. Ich osobowości różnią się krańcowo. Za- chowanie Joego trudno prze-
widzieć, zawsze wyskoczy z jakimś nieoczekiwanym pomysłem, natomiast życie 
Cait toczy się jak w zegarku.

Lubiła go. Wolałaby, żeby tak nie było, ale nic nie mogła na to poradzić. Choć 

przez  jego  ciągłe  wybryki  wyląduje  niedługo  w najbliższym  szpitalu  dla  psy-
chicznie chorych.

Cait zamknęła pudło z resztką pizzy i wstawiła je na najwyższą półkę lodówki. 

Wkładała właśnie brudne naczynia do zmywarki, gdy zadzwonił telefon. Szybko 
umyła ręce i podniosła słuchawkę.

– Halo!

background image

– Cześć, mówi Paul.
Cait była tak wstrząśnięta, że słuchawka wyślizgnęła jej się z dłoni. Próbując 

ją złapać, potknęła się o otwarte drzwiczki zmywarki, uderzając golenią o ostrą 
krawędź. Jęknęła i tłumiąc głośny okrzyk bólu szarpnęła ku sobie zwisający ka-
bel.

– Przepraszam,  przepraszam –  wyjąkała,  gdy  udało  jej  się  wreszcie  odzyskać 

słuchawkę. – Paul, jesteś tam jeszcze?

– Tak, jestem. Czy zadzwoniłem nie w porę? Może nakręcę do ciebie później. 

Jesteś sama? Nie chciałbym ci przerywać przyjęcia lub czegoś w tym rodzaju.

– Ależ  nie,  pora  jest  absolutnie  odpowiednia.  Nie  wiedziałam,  że  masz  mój 

domowy numer... ale, oczywiście, nic w tym dziwnego. Pracujemy przecież ra-
zem prawie od roku. Dokładnie jedenaście miesięcy i cztery dni. Poza tym mój 
numer z pewnością jest w kartotece z danymi osobowymi.

Zawahał  się.  Cait  schyliła  się,  masując  uderzone  miejsce.  Na  pewno  będzie 

miała paskudnego siniaka, ale co tam siniak! Paul do niej zadzwonił!

– Dzwonię, żeby...
– Tak, Paul – powiedziała szybko, gdy cisza w słuchawce przeciągała się zbyt 

długo.

– Chciałem  ci  tylko  podziękować  za  to,  że  mi  podrzuciłaś  ten  artykuł

o spółkach. To bardzo ładnie z twojej strony.

– Zawsze  możesz  na  mnie  liczyć.  Czytam  wiele  opracowań  z tej  dziedziny, 

wiesz o tym. Ostatnio było parę ciekawych artykułów na ten temat. Jeśli cię to 
interesuje, mogę je przynieść w przyszłym tygodniu.

– Chętnie. Będę ci zobowiązany. Jeszcze raz dziękuję, Cait. Do widzenia.
Rozłączył się, zanim Cait zdążyła coś odpowiedzieć. Powoli uśmiech rozjaśnił 

jej twarz, z cichym okrzykiem triumfu podrzuciła słuchawkę do góry, złapała ją
w powietrzu i odłożyła na widełki.

Nazajutrz, wczesnym rankiem, ubrała się i czekała na Joego.
– Joe! – wykrzyknęła, otwierając z rozmachem drzwi. – Mogłabym cię ucało-

wać.

Miał na sobie wypłowiałe dżinsy i brązową skórzaną kurtkę do bioder.
– Hej, nie mam nic przeciwko temu – powiedział, otwierając szeroko ramiona.

background image

– Paul dzwonił do mnie wczoraj wieczorem – wysapała, ignorując zaproszenie. 

Nie próbowała nawet zapanować nad podnieceniem. Miała ochotę skakać do gó-
ry z radości i głośno podśpiewywać.

– Naprawdę? – Joe wyglądał na zdziwionego.
– Tak. Zaraz po twoim wyjściu. Podziękował mi za interesujący artykuł, który 

znalazłam w jednym z czasopism o tematyce zarządzania i – słuchaj uważnie! –
spytał, czy jestem sama... jakby to naprawdę miało dla niego znaczenie.

– Czy jesteś sama? – powtórzył Joe, marszcząc brwi. – Co to ma do rzeczy?
– Nie rozumiesz? – Przy całej swej inteligencji, Joe bywał czasem dosyć tępy. 

– Chciał wiedzieć, czy ty jesteś u mnie. To ma sens, trudno zaprzeczyć. Paul jest 
zazdrosny, tylko sobie tego nie uświadamia.  Och, Joe, chyba nigdy nie czułam 
się taka szczęśliwa!

– I to z powodu telefonu od Paula Jamisona?
– Nie  bądź  taki  sceptyczny.  To  przełom,  chwila,  na  którą  czekałam  od  tylu 

miesięcy. Paul wreszcie mnie zauważył i to dzięki tobie.

– Przynajmniej raz mnie doceniłaś. – Wciąż nie wyglądał jednak na szczegól-

nie wstrząśniętego.

– Tak mi trudno w to uwierzyć – mówiła dalej Cait. – Nie spałam prawie przez 

całą  noc.  W jego  głosie  brzmiała  jakaś  nuta,  której  przedtem  nie  było.  Taka... 
głęboka i osobista. Nie umiem tego wyjaśnić. Po raz pierwszy od roku Paul za-
uważył, że żyję!

– Idziemy  po  te  zakupy  czy  nie?  –  przerwał  jej  szorstko  Joe.  –  Do  cholery

z tym  wszystkim,  Cait,  naprawdę  nie  spodziewałem  się,  że  się  tak  rozpłyniesz
z powodu głupiej rozmowy telefonicznej.

– To  nie  była  jakaś  tam  rozmowa  –  przypomniała  mu.  Sięgnęła  po  torebkę

i płaszcz jednym zamaszystym ruchem. – To rozmowa z Paulem.

– Zachowujesz się jak egzaltowana nastolatka – skrzywił się Joe, ale Cait nie 

zamierzała pozwolić, by jego fochy popsuły jej humor. Paul zadzwonił do  niej 
do  domu  i była  pewna,  że to  początek  prawdziwej  zażyłości. Niedługo  pewnie 
zaprosi ją na lunch, a potem...

Uśmiechając  się  przez  cały  czas,  wyszła  z mieszkania  i ruszyła  w kierunku 

drzwi wyjściowych. Na zewnątrz stała duża ciężarówka na gigantycznych opo-
nach.  Dokładnie  taka,  jaką  sobie  wyobrażała,  zastanawiając  się  nad  ewentual-
nym wehikułem Joego.

– To twoja ciężarówka? – spytała. Nie była w stanie powstrzymać się od śmie-

chu.

background image

– Coś z nią nie w porządku?
– Ależ nie, nie, po prostu tak łatwo przewidzieć twoje zachowanie.
Wczoraj mówiłaś coś wręcz przeciwnego.
Joe  otworzył  drzwi,  opuścił  rozkładany  stopień  i pomógł  jej  wdrapać  się  do 

kabiny.  Siedzenie  było  zawalone  rozmaitymi  rupieciami,  ale  bardzo  szerokie. 
Odsunąwszy wszystko  na bok,  zapięła pas. Tego ranka była  tak szczęśliwa, że 
cały świat wydawał jej się zachwycający.

– Może  przestaniesz  się  uśmiechać,  zanim  ktoś  dojdzie  do  wniosku,  że 

przedawkowałaś witaminy – burknął Joe.

– Ojej, coś jesteśmy od rana w kwaśnym humorze.
– Dokąd jedziemy? – spytał, zapuszczając silnik.
– Do któregokolwiek z pasaży handlowych. Zdecyduj sam. Sporządziłeś swoją 

listę zakupów?

Joe poklepał się po piersi.
– Mam ją w kieszeni koszuli.
– Świetnie. Wiesz, co masz kupić dla kogo?
– Niezupełnie – uśmiechnął się z miną winowajcy.
– Pomyślałem sobie, że będę chodził za tobą i kradł twoje pomysły. Wiesz, co 

kupić dla matki? Mam zawsze kłopot z wybraniem czegoś dla mojej. W zeszłym 
roku skończyło się na pokarmie dla kotów. Ma pięć własnych, a dokarmia jesz-
cze Bóg wie ile przybłęd.

– Przynajmniej był to praktyczny pomysł.
– Owszem,  a poza tym w czasie, gdy  wreszcie  wziąłem się za  świąteczne za-

kupy, jedynym otwartym sklepem był supersam.

– O Boże, Joe! – roześmiała się Cait.
– Nie  śmiej  się,  byłem  doprowadzony  do  rozpaczy,  a zanim  wyłuszczysz  mi 

wszystkie  swoje  racje,  powiem  ci,  że  mama  uważała  pokarm  dla  kotów  i dwa 
rostbefy za wspaniałe podarunki.

– Jestem  tego  pewna  –  powiedziała  Cait  z uśmiechem.  Odkryła,  że  często  to 

robi, będąc w towarzystwie Joego. Wyobraziła go sobie kupującego rostbef dla 
matki na Gwiazdkę!

– Podrzuć mi jakiś pomysł. Moja mama to ciężki przypadek.
– Prawdę mówiąc, nie grzeszę zbytnią fantazją. Co roku kupuję dla mojej ma-

my to samo.

– Co mianowicie?

background image

– Kupony na rozmowy międzymiastowe. Może w ten sposób dzwonić do sio-

stry  w Dubuque  i przyjaciółki  z lat  szkolnych  w Olathe,  w Kansas.  Oczywiście 
do mnie też dzwoni co jakiś czas.

– Dobra, to załatwia sprawę mamy. A jaki prezent przewidziałaś dla Martina?
– Orła z brązu. – Zdecydowała się na ten podarunek w czasie pobytu u rodziny 

latem, gdy uczestniczyła w mszy celebrowanej przez Martina. We wstępnej czę-
ści kazania posłużył się orłami dla zilustrowania sensu wiary.

– Orła? – powtórzył Joe. – Masz jakiś specjalny powód?
– T-tak – odrzekła, nie kwapiąc się do jakichkolwiek wyjaśnień, – To długa hi-

storia, ale tak się składa, że mam słabość do orłów.

– Może masz dla mnie jakieś inne wskazówki?
– Kup  papier  do  pakowania  na  poświątecznej  wyprzedaży.  Zapłacisz  połowę 

ceny, a przechowasz go bez trudu pod łóżkiem.

– Świetny pomysł. Muszę o tym pamiętać w przyszłym roku.
Joe wybrał Northgate, pasaż handlowy znajdujący się najbliżej mieszkania Ca-

it. Choć było zaledwie kilka minut po ósmej, parking zaczynał się zapełniać.

Joemu udało się zaparkować tuż przy wejściu. Wyskoczył, by pomóc Cait wy-

siąść z ciężarówki.

Tym  razem nie  zawracał  sobie  głowy  opuszczaniem stopnia,  lecz  chwycił  ją

w pasie i podniósł do góry.

– Co miałaś na myśli, mówiąc, że łatwo przewidzieć moje zachowanie? – spy-

tał, rzucając jej pełne wyrzutu spojrzenie.

Z rękami na jego ramionach i nogami majtającymi w powietrzu, czuła się mała

i bezradna.

– Nic. Po prostu założyłam, że prowadzisz jedną z tych ciężarówek na grubych 

oponach i wyszło na moje.

– Czy masz coś przeciwko mojej ciężarówce? – Rzucił jej gniewne spojrzenie.
– Ależ skąd! Co się z tobą dzisiaj dzieje, Joe? Jesteś okropnie drażliwy.
– Wcale nie – warknął.
– Doskonale. Czy mógłbyś mnie postawić na ziemi?
– Jego duże dłonie ściskały ją w pasie niemal do bólu, choć Joe raczej nie zda-

wał sobie z tego sprawy. Nie miała pojęcia, co też mogło go tak rozzłościć. Chy-
ba nie telefon od Paula? Nie, to bez sensu. Może, jak większość mężczyzn, po 
prostu nienawidzi robienia sprawunków.

Powoli postawił ją na asfalcie i niechętnie wypuścił z objęć.
– Zróbmy małą przerwę na kawę – zaproponował z ponurą miną.

background image

– Przecież dopiero przyjechaliśmy. 
Joe gwałtownie wypuścił powietrze.
– Nieważne. Muszę jakoś uspokoić nerwy. 
Skoro  odczuwał  brak  kofeiny  tak  wcześnie  rano,  to jak  wytrzyma  przez  na-

stępne  kilka  godzin?  Sklepy  są  zatłoczone  o tej  porze  roku,  a zwłaszcza
w sobotę. Około dziesiątej trudno się będzie gdziekolwiek dopchać.

Nim  minęła  dwunasta,  wiedziała z całą  pewnością: Joe  organicznie nie  znosi 

zakupów świątecznych.

– Mam dość – jęknął Joe, odniósłszy po raz trzeci ich łupy do ciężarówki.
– Ja również – zgodziła się ze śmiechem Cait. – To miejsce zaczyna przypomi-

nać dom wariatów.

– Co powiesz na lunch? Gdzieś bardzo daleko stąd. Na przykład w Tybecie.
Cait znów się roześmiała i ujęła go pod ramię.
– To naprawdę doskonały pomysł.
Na zewnątrz kilka samochodów krążyło wokół parkingu w poszukiwaniu wol-

nego miejsca. Widząc, że Joe odjeżdża, trzy z nich ruszyły pędem, omal nie po-
wodując kolizji. Z jednego wyskoczył zdenerwowany kierowca i zaczął wygra-
żać pięścią drugiemu.

– Niech żyje pokój i życzliwość – skomentował  Joe. – Przysięgam, że święta 

Bożego Narodzenia wyzwalają w ludziach najgorsze instynkty.

– I najlepsze – przypomniała mu Cait.
– Szczerze mówiąc, nie wiem, co zatłoczone ciągi handlowe, przepychanie się 

przez tłum i cały ten merkantylizm mają wspólnego z Gwiazdką – burknął. Sa-
mochód jadący przed nimi gwałtownie zahamował i Joe nacisnął ze złością klak-
son.

– Bardzo  wiele, jeśli  się nad  tym zastanowisz –  powiedziała łagodnie  Cait. –

Wyobraź sobie ulice Betlejem, tłumy, hałas... – W ubiegłym roku Cait, wróciw-
szy  świeżo  z przedświątecznych  zakupów,  zadała  sobie  to  samo  pytanie.  Tłok 
był  wtedy  wręcz  nie  do  zniesienia.  Najpierw  w Northgate,  gdzie  zrobiła  więk-
szość zakupów, a potem na lotnisku. Sea-Tac przypominało mrowisko, wszyscy 
gdzieś  się  spieszyli,  panował  nieopisany  hałas.  Egoizm  i grubiaństwo  zdawały 
się  wypierać  spokój  i otuchę.  Ale  później  w noc  wigilijną,  w ciszy  kościoła, 
wszystko  nabrało  innej  perspektywy.  Pomyślała,  że  podczas  pierwszych  świąt 
Bożego Narodzenia też były tłumy, panoszyło się grubiaństwo. Ale pośród tego 
całego  zamieszania,nadeszła  radość,  spokój  i miłość.  I dla  większości  ludzi 
wciąż jest tak samo. Gwiazdkowe podarunki, dekoracje, przyjęcia, są wyrazem 

background image

miłości  odczuwanej  wobec  rodziny,  przyjaciół.  I jeśli  nawet  te  przygotowania 
stają się czasem trochę chaotyczne – cóż, przestało jej to przeszkadzać.

– Gdzie chcesz zjeść lunch? – spytał Joe, przerywając jej rozmyślania. Ledwie 

się posuwali, tak duży panował ruch na ulicach.

Spojrzała na niego z pogodnym uśmiechem.
– Naprawdę  wszystko  mi  jedno.  W pobliżu  jest  kilka  świetnych  restauracji. 

Wybierz, ale tym razem to ja cię zapraszam.

– O tym, kto płaci, będziemy rozmawiali później. Na razie chciałbym się wy-

dostać z tego korka, zanim upłynie całe moje życie.

– Nie sądzę, by zajęło to aż tyle czasu. – Uśmiech nie schodził z ust Cait.
– Ja również. – Joe odwzajemnił uśmiech i spojrzał jej głęboko w oczy. Patrzył 

tak przez chwilę, która zdawała się być wiecznością, póki ktoś za nimi nie zaczął 
trąbić  nerwowo.  Joe  spojrzał  przed  siebie  i dodał  gazu,  widząc,  że  samochody 
nagle ruszyły.

Cait  nie  rozumiała,  co  też  Joe  znalazł  w niej  tak  fascynującego.  Może  to  jej 

niesforne włosy?  Nie czesała ich od wyjścia z domu – pewnie miała na głowie 
plątaninę  gęstych  potarganych  loków.  Tak  była  pochłonięta  szukaniem  odpo-
wiednich  prezentów  dla  dzieciaków  Martina,  że  nie  wyciągała  grzebienia
z torebki.

– Coś nie w porządku?
– Czemu uważasz, że coś jest nie w porządku?
– Patrzyłeś na mnie jakoś dziwnie kilka minut temu.
– Ach, o to ci chodzi – powiedział, skręcając na parking przy restauracji. – My-

ślę,  że  dotąd  nie  doceniłem  w pełni,  jaka  jesteś  śliczna  –  dodał  chłodnym  rze-
czowym tonem.

Cait spłonęła rumieńcem i odwróciła wzrok.
– Jestem pewna, że się mylisz. Wcale nie jestem taka ładna. Czasem przycho-

dzi mi na myśl, że może Paul zauważyłby mnie wcześniej, gdybym była atrak-
cyjniejsza.

– Zaufaj mi,  jasnooka – powiedział, wyłączając silnik. – Jesteś wystarczająco 

ładna.

– Wystarczająco do czego?
– A do tego. – Przechylił się przez siedzenie i przylgnął wargami do jej ust.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
– Lepiej,  żebyś  tego  nie  robił  –  szepnęła  Cait,  powoli  otwierając  oczy

i próbując wrócić do rzeczywistości.

Jeśli idzie o pocałunki, to Joe był dobry. Nawet bardzo dobry. Całował bez po-

równania lepiej od wszystkich mężczyzn, z którymi miała do czynienia ale to nie 
zmieniało faktu, że była zakochana w Paulu.

– Masz  rację  –  mruknął,  otwierając  drzwi  i wyskakując  z ciężarówki.  –  Nie 

powinienem był tego robić. – Obszedł samochód i szarpnął drzwi od jej strony
z większą siłą, niż to było potrzebne.

Cait  zmarszczyła  brwi,  zastanawiając  się  nad  zmiennością  jego  nastroju.

W jednej chwili tulił ją w ramionach, całując czule, a w następnej był popędliwy
i drażliwy.

– Jestem głodny – burknął, stawiając ją na chodniku.
– A gdy burczy mi w brzuchu, zachowuję się czasem niemądrze.
– Rozumiem. – Następnym razem, zanim się gdzieś wybierze z Josephem Roc-

kwellem, upewni się, czy zjadł obfity posiłek.

W restauracji było tłoczno i Joe podał recepcjoniście ich nazwiska, by je dopi-

sał do wydłużającej się listy oczekujących. Siedząc na ostatnim wolnym krześle, 
Cait postawiła na kolanach dużą czarną torbę i zaczęła w niej grzebać.

– Czego szukasz? Skarbów? – spytał złośliwie Joe, obserwujący ją przez cały 

czas.

– Krakersów – odpowiedziała, przesuwając wypchaną torebkę i wręczając mu 

do potrzymania jakieś drobiazgi, podczas gdy sama kontynuowała poszukiwania.

– Krakersów? Po co?
Popatrzyła na niego przeciągle, jak gdyby poddając w wątpliwość jego inteli-

gencję.

– Z oczywistych powodów. Skoro zachowujesz się niemądrze, gdy jesteś głod-

ny, mógłbyś zrobić coś głupiego. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty, byś wpra-
wiał  mnie  w zakłopotanie.  Łatwo  mi  wyobrazić  sobie,  jak  stoisz  na  stoliku
i stepujesz.

– To jedyny sposób, by zwrócić uwagę kelnera. Dziękuję za pomysł.
– O! – Ze zwycięską miną, Cait wyciągnęła wreszcie z samego dna torby dwa 

miniaturowe ciasteczka  w celofanie. – Jedz – nakazała mu – zanim wpadnie ci 
do głowy jakiś szalony pomysł.

– Chciałaś powiedzieć, zanim cię znów pocałuję – powiedział niskim głosem, 

pochylając ku niej głowę.

background image

– Właśnie – odchyliła się  szybko. – Albo  zaczniesz tańczyć walca z kelnerką 

czy zrobisz coś równie mądrego.

– Musisz przyznać, że byłem bardzo grzeczny przez cały ranek.
– Z jednym małym potknięciem – przypomniała, wciskając mu krakersy do rę-

ki. – No, jedz.

Nim jednak Joe zdążył otworzyć paczuszkę, nadeszła hostessa z dwoma jadło-

spisami pod pachą.

– Pan i pani Rockwell. Stolik dla państwa jest już przygotowany.
– Pan  i pani  Rockwell  –  syknęła  Cait,  wbijając  gniewny  wzrok  w Joego.  Po-

winna była wiedzieć, że nie może mu ufać.

– Przepraszam  panią  –  powiedziała, wstając gwałtownie i podnosząc wskazu-

jący palec. – Ten pan nazywa się Rockwell, a ja Marshall – wyjaśniła cierpliwie. 
Nie miała zamiaru pozwolić, by Joe przeciągał swoje wygłupy. – Jesteśmy tylko 
przyjaciółmi,  którzy  przyszli  razem  na  lunch.  –  Zwężonymi  ze  złości  oczyma 
spojrzała na Joego, który wyglądał jak uosobienie niewinności. Wzruszył ramio-
nami, jak gdyby chciał powiedzieć, że to nieporozumienie zaszło nie z jego wi-
ny.

– Rozumiem – odrzekła hostessa. – Przepraszam za nieporozumienie.
– Głupstwo.  –  Cait  nie  chciała  robić  z tego  sprawy,  lecz z drugiej  strony  nie 

mogła dopuścić, by Joe pomyślał, że mu się upiekło.

Kobieta zaprowadziła ich do stolika nakrytego lnianym obrusem, stojącego po-

środku  sali. Joe odsunął krzesło dla Cait, po  czym szepnął  coś hostessie, która 
natychmiast obrzuciła ją współczującym spojrzeniem.

– Dobrze, teraz przyznaj się, co jej powiedziałeś – spytała półgłosem Cait, gdy 

Joe usiadł naprzeciwko niej.

Przez kilka minut zdawał się być całkowicie pochłonięty czytaniem jadłospisu.
– Czemu myślisz, że w ogóle jej coś powiedziałem?
Słyszałam  twój  szept  i widziałam  jej  rzewne  spojrzenie,  jak  gdyby  chciała 

przytulić mnie do piersi i zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

– No więc, powiedziałem...
– Joe, przestań się ze mną bawić w kotka i myszkę.
– Dobrze,  już  dobrze,  skoro  koniecznie  musisz  wiedzieć,  wyjaśniłem  jej,  że 

cierpisz na amnezję z powodu urazu głowy.

– Amnezję! – powtórzyła na tyle głośno, że przyciągnęła uwagę ludzi siedzą-

cych przy  sąsiednim  stoliku.  Zgrzytnąwszy zębami, chwyciła swoje menu, ści-
skając je tak mocno, że aż zwinęły się brzegi. Nie było sensu spierać się z Joem. 

background image

Ten facet jest niemożliwy. Za każdym razem, gdy próbowała dojść z nim do po-
rozumienia, wycinał jej taki numer, że zaczynała tego żałować.

– W jaki inny sposób miałem jej wytłumaczyć fakt, że zapomniałaś, iż zawarli-

śmy związek małżeński? – spytał rozsądnie.

– Nie  zapomniałam,  bo  nie  miałam  o czym  zapomnieć  –  poinformowała  go 

przez zaciśnięte zęby, przeglądając menu. – Na miłość boską, przecież to nie by-
ło nawet legalne!

Uświadomiła sobie, że przy ich stoliku stoi kelnerka z bloczkiem i długopisem

w ręku. Popatrzyła na Cait, potem na Joego i zawodowy uśmiech zniknął powoli
z jej twarzy. Usta zacisnęły się w wąską kreskę, jak gdyby rzeczywiście podej-
rzewała, że zaplątali się w jakąś nielegalną historię.

– Och... – jęknęła Cait, czując się po prostu idiotycznie. Odczuwała nieprzepar-

tą chęć, by wszystko wyjaśnić, ale za każdym razem, gdy to robiła, pogarszała 
tylko sprawę. – Poproszę o kanapkę klubową – zamówiła, rzucając Joemu mor-
dercze spojrzenie.

– Brzmi nieźle. Dla mnie to samo – powiedział, zamykając kartę.
Kelnerka przyjęła zamówienie i odeszła szybko, rzucając im przez ramię tak-

sujące spojrzenie, jak gdyby chciała dobrze zapamiętać ich twarze na wypadek, 
gdyby poszukiwała ich policja.

– Zobacz, co narobiłeś! – szepnęła ze wściekłością Cait, gdy kelnerka oddaliła 

się już na tyle, że nie mogła jej słyszeć.

– Ja?
Może była niemądra, ale to Joe zaczął tę bzdurną historię pierwszy. Nikt nigdy 

nie wyprowadzał jej z równowagi tak jak on. Nikt nie potrafił tak skutecznie jej 
zaszokować. A co gorsze, pozwoliła mu na to.

Wyprawa po zakupy była tego najlepszym przykładem. A wszystko przez piz-

zę! Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie wpuściłaby Joego do mieszkania 
po  tym,  co  powiedział  w obecności  Lindy.  A ona  nie  dość,  że  go  zaprosiła  do 
domu, to jeszcze umówiła się na wspólne kupowanie prezentów. Powinna iść na 
badanie głowy!

– Co  się  stało? – spytał Joe, rozdzierając  paczuszkę z krakersami. Raczej bez 

sensu, zdaniem Cait, skoro za chwilę miano im podać lunch.

– Co  się  stało?  –  wykrzyknęła, oburzona,  że  w ogóle  śmie  pytać.  –  A co  po-

wiesz na wmawianie hostessie, że doznałam urazu głowy lub na pozostawianie 
kelnerki  w przekonaniu,  że  jesteśmy  handlarzami  narkotyków  albo  osobnikami 
równie podejrzanego autoramentu.

background image

– Proszę. – Podał jej miniaturowego krakersa. – Zjedz to, a poczujesz się lepiej.
Cait szczerze w to wątpiła, wzięła jednak ciasteczko, mrucząc coś pod nosem.
– Odpręż się – powiedział.
– Odpręż się – przedrzeźniła go. – Jak to możliwe, skoro mówisz i robisz tak 

żenujące dla mnie rzeczy?

– Przepraszam, Cait. Naprawdę mi przykro. – Rzeczywiście wyglądał na skru-

szonego. – Ale tak łatwo cię zdenerwować, że nie potrafię się powstrzymać.

Kelnerka  przyniosła  kanapki  z grubymi  plastrami  indyka,  szynki

i najróżniejszymi rodzajami sera. Cait musiała niechętnie przyznać, że po jedze-
niu poczuła się o wiele lepiej. Joemu też się wyraźnie poprawił humor.

– A więc – spytał, splatając ręce na brzuchu – co zaplanowałaś na resztę popo-

łudnia?

Cait jeszcze się nad tym nie zastanawiała.
– Myślę,  że  powinnam  popakować  prezenty,  które  kupiłam  dzisiaj.  –  Ale  ta 

myśl specjalnie jej nie podniecała. Po przygodach z Joem było to takie zwyczaj-
ne.

– Co byś powiedziała na kino? – spytał ni stąd, ni zowąd. – Odnoszę wrażenie, 

że nie wypuszczasz się zbyt często.

– Kino? – Cait zlekceważyła uwagę o jej życiu towarzyskim, zwłaszcza że miał 

absolutną rację. Rzadko miała czas na rozrywki.

– Oboje jesteśmy zmęczeni walką z tłumem – dodał Joe. – W pobliżu restaura-

cji jest chyba sześć kin. Pozwalam ci wybrać film.

– Zapewne nie zechcesz pójść na żadną love story?
– Czemu nie, skoro masz ochotę, tylko...
– Tylko co?
– Tylko obiecaj  mi,  że nie  będziesz oczekiwać po  mężczyźnie,  by  plótł  takie 

bzdury, jak ci faceci na ekranie.

– Co takiego?
– Dobrze  słyszałaś.  Kobiety  napatrzą  się  na  aktorów  plotących  jakieś  idioty-

zmy, a potem są okropnie rozczarowane, że prawdziwi mężczyźni tego nie robią.

– Mówiąc o prawdziwych mężczyznach masz na myśli siebie?
– Oczywiście. – Wyglądał na zadowolonego, potem nagle zmarszczył brwi. –

Czy Paul lubi romanse?

Cait  nie  miała  zielonego  pojęcia,  nigdy  bowiem  nie  była  z nim  na  randce,

a w biurze nie rozmawiali na takie tematy.

background image

– Przypuszczam, że tak – powiedziała, ocierając usta serwetką. – To nie w jego 

stylu wstydzić się własnych uczuć.

– Ohoho! Mała siostra Martina pokazuje pazurki.
– Nie pokazuję pazurków, mam po prostu zdecydowane poglądy na pewne te-

maty. – Sięgnęła po torebkę i wyciągnęła z niej portfel.

– Co ty robisz? – spytał Joe.
– Płacę  za  lunch.  –  Wyciągnęła  dwudziestodolarowy  banknot.  –  Teraz  moja 

kolej i nie ma mowy... – Zawahała się, widząc, że mars na czole Joego wyraźnie 
się pogłębia. – Czy prawdziwy mężczyzna nie może pozwolić, by jego przyjaciel 
płci żeńskiej postawił mu lunch?

– Jasne, idziemy – rzucił nonszalancko.
Cait z trudem udało się ukryć uśmiech. Przypuszczała, że Joe odbierze jej gest 

jako kompromitujący jego męską dumę.

Najwyraźniej miała rację. Gdy zbliżali się do kasjerki, Joe wyprzedził ją, wy-

rwał  rachunek  i rzucił  jakieś  pieniądze na  kontuar.  Spojrzał  na  nią,  jakby  spo-
dziewał się kłótni w miejscu publicznym. Po zamieszaniu w restauracji, które już 
dziś wywołali, Cait nie miała zamiaru dać się sprowokować.

– Joe – spytała gniewnie, gdy tylko wyszli z restauracji – po co to wszystko?
– Dobrze, wygrałaś. Możesz mi powiedzieć, że mam przestarzałe poglądy, ale 

gdy jestem z kobietą, ja płacę rachunki, niezależnie od tego, jak jest wyemancy-
powana.

– Ale przecież to nie randka. Jesteśmy tylko przyjaciółmi i nawet...
– Gwiżdżę na to. Przyjmij to jako przeprosiny za kłopotliwą sytuację, w którą 

cię wpędziłem.

– Jesteś szowinistą, Joe.
– Wcale nie. Po prostu uznaję pewne... normy.
– Ach,  rozumiem.  –  Jego  postawa  nie  powinna  być  dla  niej  niespodzianką. 

Stwierdziła już przecież  wcześniej,  że łatwo przewidzieć, co zrobi  i jak  się  za-
chowa.

Trzymając  Cait  pod  ramię,  Joe  poprowadził  ją  przez  zatłoczony  parking

w stronę kina.

Gdy  czekali  w kolejce  po  bilety,  Cait  przyłapała  spojrzenie  Joego,  utkwione

w plakat  reklamujący jeden    z   sensacyjnych    filmów  –  kolejna    historia
o praworządnym policjancie schodzącym na złą drogę.

– Zdaje się, że masz większą ochotę na kryminał niż na romans.

background image

– Obiecałem ci już, że to ty wybierasz film i dotrzymam słowa. Oczywiście, je-

śli zdecydujesz się na inny film... – Schował ręce do kieszeni i uśmiechnął się do 
niej błagalnie – nie będę miał nic przeciwko temu.

– Jestem skłonna pójść na inny film, ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Ja płacę za bilety.
– Widzę, że znów pokazujesz pazurki. 
Podniosła  ręce i  rozcapierzyła palce w  geście rozzłoszczonej kotki.
– Decyzja należy do ciebie.
– A co z prażoną kukurydzą?
– Możesz kupić, jeśli koniecznie chcesz.
– No dobrze, ubiłaś niezły interes. 
Doszedłszy do okienka, Cait kupiła dwa bilety na kreskówkę Disneya.
– Disney? – zdumiał się Joe, gdy Cait wręczyła mu bilet.
– To chyba niezły kompromis?
W  pierwszym  momencie  miał  minę,  jakby chciał się  z nią  spierać,  po  chwili 

jednak uśmiechnął się szeroko.

– Disney  –  powtórzył.  –  Masz  rację,  to  może  być  niezła  zabawa.  Mam tylko 

nadzieję, że nie będziemy jedynymi widzami w wieku powyżej dziesięciu lat.

Zajęli miejsca w tylnej części sali, chrupiąc prażoną kukurydzę z dużej torebki. 

Sala była pełna, dzieci kręciły się w tę i z powrotem po przejściach. Joe martwił 
się niepotrzebnie – dorosłych było sporo, choć oczywiście większość z nich to-
warzyszyła swym pociechom.

Światła  przygasły  i Cait  usadowiła  się  wygodnie  w fotelu,  sięgając  po  garść 

kukurydzy. Na ekranie pojawiły się reklamówki, ale hałas na sali prawie się nie 
zmniejszył.

– Czy dzieciaki ci przeszkadzają? – chciał wiedzieć Joe.
– O Boże, nie! Uwielbiam dzieci.
– Naprawdę?
Jego zdziwienie uraziło Cait, popatrzyła nań z wyrzutem.
– Rozmawialiśmy już na ten temat – odparła, zlizując sól z palców.
– Czyżby? Kiedy?
– Już zapomniałeś? Zebrało ci się na wspominki, jak to strasznie lubiłam bawić 

się lalkami i byłeś pewien, że szybko wyjdę za mąż i będę miała dom pełen dzie-
ci. – Jego słowa sprawiły jej wówczas przykrość, ponieważ „dom pełen dzieci”

background image

był  właśnie  tym,  czego  najbardziej  pragnęła,  a nie  wyglądało  na  to,  by  miała 
szybko zrealizować swe marzenie.

– Ach  tak,  teraz  sobie  przypominam.  –  Zaczerpnął  pełną  garść  kukurydzy.  –

Byłabyś fantastyczną matką, wiesz o tym.

Łzy napłynęły nagle do oczu Cait. Zamrugała szybko powiekami, zaskoczona, 

że wzruszyła się z tak głupiego powodu.

Zaczął się film, widzowie poprawili się w fotelach. Cait skoncentrowała uwagę 

na ekranie, sięgając co jakiś czas po omacku do torebki z prażoną kukurydzą. Ich 
ręce  zetknęły  się  kilkakrotnie  i niemal  bez  udziału  jej  świadomości,  ich  palce 
splotły się. Ten rodzaj kontaktu z Joem budził poczucie spokoju. Był czymś na-
turalnym, ale w tej chwili nie chciała się nad tym zastanawiać. Joe naprawdę się 
nie zmienił, wciąż był sympatyczny i zabawny. Jeśli o to idzie, ona też się nie-
wiele zmieniła...

Gdy projekcja się skończyła, puścił dłoń Cait.
Włożyła  szybko  płaszcz  i przewiesiła  torbę  przez  ramię.  Gdy  wychodzili

z hałaśliwej,  zatłoczonej  sali,  znów  wydało  się  rzeczą  zupełnie  naturalną,  iż 
wzięli się za ręce.

Joe  otworzył  kabinę  ciężarówki,  opuścił  składany  stopień  i pomógł  Cait 

wsiąść. O tej porze roku zaczynało się wcześnie zmierzchać i na ulicy paliły się 
już jasne, wesołe światła latarń. Wolny placyk po drugiej stronie był teraz pełen 
choinek.

– Kupiłaś już choinkę? – spytał Joe, wskazując ruchem głowy placyk, gdy już 

wsiadł do kabiny i zapuścił silnik.

– Zwykle  nie  ubieram  choinki  u siebie  w domu,  ponieważ  świąteczny  urlop 

spędzam z Martinem i jego  rodziną... A ty? Może jest coś, co zostawiasz sobie 
na  Wigilię Bożego Narodzenia? – zażartowała. Było jej przyjemnie wyobrażać 
sobie, jak Joe czeka do późna w nocy, by udekorować choinkę dla swoich brata-
nic i bratanków.

– Wystarczająco dużo kłopotu sprawia mi znalezienie czasu na zakupy.
– Twoje projekty budowlane są tak absorbujące? – Nie zastanawiała się dotąd 

nad pracą Joego. Słyszała tylko od Paula, że Joe odnosi duże sukcesy. Nie miała 
żadnych logicznych podstaw, by odczuwać dumę z powodu jego dokonań, nie-
mniej ją odczuwała.

– Prowadzenie własnego interesu to nie praca  od dziewiątej do  piątej. Jestem

na zawołanie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale muszę powiedzieć, 
że to mi odpowiada, ponieważ kocham moją pracę.

background image

– Bardzo się z tego cieszę, Joe, naprawdę.
– Czy na tyle, by pomóc mi ubrać moją choinkę?
– Kiedy?
– W następny weekend.
– Bardzo bym chciała – odrzekła, poruszona tym zaproszeniem – ale właśnie 

wtedy odlatuję do Minnesoty.

– W porządku – uśmiechnął się Joe. – Może następnym razem.
Odwróciła się, marszcząc brwi, by ukryć rumieniec.
Jechali  w milczeniu,  bowiem  Joe  skoncentrował  się  całkowicie na  manewro-

waniu ciężarówką w dużym ruchu ulicznym.

– Podobał  mi  się  film  –  powiedziała  Cait  po  dłuższej  chwili,  walcząc

z przemożną chęcią, by oprzeć głowę na jego ramieniu. Usiłowała wmówić so-
bie, że ten impuls spowodowany jest wyłącznie ogromnym zmęczeniem. Niczym 
ponadto!

– Mnie również – odrzekł czule. – Tylko następnym razem ja płacę za bilety. 

Zrozumiałaś?

Następnym razem. Znów to samo. Podejrzewała, że Joe zaczyna traktować ich 

znajomość zbyt poważnie. Sugerował już, że niedługo znów się zobaczą, mówił
o przyszłych randkach, jakby byli związani ze sobą od dawna. Niemal jakby byli 
małżeństwem...

Rozmyślała wciąż nad tym, gdy Joe wjechał na parking przed jej domem. Wy-

skoczył  i zaczął  zbierać  jej  pakunki,  trzymając  je  przed  sobą  w ramionach  ni-
czym dziecko. Cait wygramoliła się sama z kabiny, weszła na klatkę schodową
i otworzyła drzwi do mieszkania.

Stojąc w przejściu, odwróciła się, by odebrać kilka większych paczek z ramion 

Joego.

– Znakomicie się bawiłam – powiedziała wesoło.
– Ja też. – Idąc tuż za Cait, wepchnął ją do salonu, po czym zbliżywszy się do 

kanapy, rzucił na nią resztę pakunków. Zdawał się wypełniać sobą cały pokój.

Żadne z nich nie odezwało się przez kilka minut, ale Cait wyczuwała instynk-

townie, że Joe pragnie, by go zaprosiła na kawę. Myśl była kusząca, lecz niebez-
pieczna. Nie może dopuścić do tego, by robił sobie jakieś nadzieje. Przecież ona 
jest zakochana w Paulu. Po raz pierwszy od blisko roku Paul zaczął ją dostrze-
gać.  Nie  wolno  jej  zaprzepaścić  wszystkiego,  angażując  się  w jakąś  historię
z Joem.

background image

– Dziękuję ci za... dzisiejszy dzień – powiedziała, zawracając do drzwi, by go 

wypuścić. Joe jednak schwycił ją za przegub i przyciągnął do siebie. Nim zdąży-
ła zaprotestować, znalazła się w jego ramionach.

– Mam zamiar cię pocałować – powiedział niskim, osobliwie czułym głosem.
– Naprawdę? – Nigdy jeszcze nie działała tak na nią bliskość mężczyzny, jego 

muskularne ciało, świeży zapach wody kolońskiej. Jej własne ciało zareagowało 
falą  mieszanych  doznań.  Przede  wszystkim  było  jej  dobrze  w jego  ramionach. 
Nie była pewna, dlaczego tak jest, lecz obawiała się analizować swoje uczucia.

Powoli,  leniwie  pochylił  głowę.  Gdy  zetknęły  się  ich  wargi,  Cait  wydała  ci-

chutki jęk.

Na  chwilę  zapomniała,  że  zamierzała  się  uwolnić,  nim  pocałunek  stanie  się 

zbyt namiętny. Nim sprawy zajdą zbyt daleko...

Joe  wyczuł  chyba  jej  determinację,  przesunął  bowiem  dłońmi  po  jej  plecach

w delikatnej  pieszczocie,  przyciągając  ją  jeszcze  bliżej.  Jego  usta  rozpoczęły 
zmysłową wędrówkę po jej policzku, wzdłuż szczęki, potem w dół szyi...

– Joe! – wymówiła z jękiem jego imię, niepewna, co chce powiedzieć.
– Hmmm?
– Czy  jesteś znów głodny? – Zastanawiała się  gorączkowo, czy nie  ma przy-

padkiem więcej krakersów w torbie. Może to by go powstrzymało.

– Bardzo  głodny – odpowiedział z całą powagą niskim zduszonym głosem.  –

Nigdy nie byłem bardziej głodny.

– Zjadłeś przecież lunch i mnóstwo prażonej kukurydzy.
Zawahał się, po czym powoli uniósł głowę.
– Cait, jesteś pewna, że mówimy o tym samym? Och, do diabła, cóż to ma za 

znaczenie? Tylko to ma znaczenie. – Zamknął pocałunkiem jej rozchylone war-
gi.

Cait poczuła, jak kolana się pod nią uginają, zawisła na nim, chwytając się kur-

czowo  jego  marynarki,  jakby  się  spodziewała,  że  za  chwilę  upadnie.  Co  było 
wielce prawdopodobne, jeśli nie przestanie jej całować...

– Joe, proszę cię, dosyć. – Ale to właśnie ona lgnęła do niego. Musi coś zrobić,

i to szybko, zanim straci całkowicie zdolność rozsądnego myślenia.

Wciągnął spazmatycznie powietrze i wymruczał coś, czego nie zdołała rozszy-

frować, ponieważ jego wargi muskały delikatnie jej policzek.

– Musimy... porozmawiać – oświadczyła, zaciskając mocno powieki. Jeśli nie 

spojrzy na Joego, będzie w stanie zrobić to, co powinna.

– Dobrze – zgodził się.

background image

– Zaparzę nam kawy.
Joe wypuścił ją nagle z objęć z ciężkim westchnieniem i pozbawiona podpory 

Cait niemal upadła na oparcie kanapy. Musiała się pozbierać, by jakoś dojść do 
kuchni. Bezwiednie przesunęła palcami po wargach, jakby nawet teraz nie była 
całkiem pewna, czy Joe nie trzyma jej wciąż w ramionach i nie całuje.

Tym razem nie żartował i nie pajacował. Jego pocałunki były jak najbardziej 

serio. Tak całuje mężczyzna kobietę, która go bardzo pociąga. Kobietę, z którą 
chce nawiązać bliższe stosunki. Cait poczuła, że cała dygocze, nie jest w stanie 
się poruszyć.

– Czy chcesz, żebym to ja zaparzył kawę?

Skinęła  głową  i osunęła  się  na  kanapę. Nie  byłaby  w stanie utrzymać  się  na 

nogach.

Joe  wrócił  po  kilku  minutach  z dwoma  parującymi  kubkami.  Jeden  podał 

ostrożnie Cait, ze swoim zaś usiadł w drugim końcu niebieskiej welurowej kana-
py.

– Chciałaś porozmawiać?
– Tak – wykrztusiła Cait. Ze zdenerwowania w gardle ją dławiło i nie czuła się 

na  siłach  logicznie  myśleć  i formułować  zdania.  Machnęła  tylko  z rezygnacją 
wolną ręką, co najwyraźniej nie wystarczyło Joemu.

– Cait – spytał – co ci jest?
– Paul. – Z jej ust wydobył się dziwny pisk.
– Co z nim?
– Dzwonił do mnie.
– Tak, wiem. Mówiłaś mi już o tym.
– Czy ty nic nie rozumiesz? – wykrzyknęła, jej głos zabrzmiał nadspodziewa-

nie  czysto.  –  Paul  wreszcie  okazał  mi  trochę  zainteresowania,  a teraz  ty  mnie 
całujesz,  rozpowiadasz  wszystkim  naokoło,  że  jesteśmy  małżeństwem  i robisz 
głupie  rzeczy  w stylu...  –  Zamilkła,  łapiąc  głęboki  oddech.  –  Joe,  och  proszę, 
Joe, nie zakochaj się we mnie!

– Zakochać  się  w tobie? –  powtórzył  z niedowierzaniem.  –  Caitlin,  chyba nie 

mówisz serio. Nie obawiaj się, to w ogóle nie wchodzi w rachubę. Nie ma mo-
wy.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
– Nie ma mowy? – Cait była pewna, że się przesłyszała. Zamrugała kilkakrot-

nie, jak gdyby to mogło poprawić jej słuch. Albo Joe nisko ocenia jej inteligen-
cję, albo jest większym... draniem, niż myślała.

– Nie musisz się martwić. – Sączył kawę, jego spojrzenie było spokojne, bez 

śladu emocji. – Nie zakocham się w tobie.

– Innymi  słowy,  masz  zwyczaj  całowania  niczego  nie  podejrzewających  ko-

biet.

– To nie jest zwyczaj – odparł po namyśle. – Raczej rozrywka.
– Wygląda  na  to,  że  w moim  przypadku  zaczyna  ci  to  jednak  wchodzić

w nawyk. – Wzbierał w niej coraz większy gniew i zupełnie nie rozumiała, cze-
mu  czuje  się  urażona.  Powiedział  jej  dokładnie  to,  co  pragnęła  usłyszeć.  Nie 
spodziewała się, że jej miłość własna dozna takiego uszczerbku. Przecież powi-
nien  ucieszyć  ją  fakt,  iż  Joe  nie  ma  najmniejszego  zamiaru  zaangażować  się 
uczuciowo.

Ale jej nie cieszył.
To znaczy, że pocałunki były dla niego przyjemnym interludium.  Czas upły-

wał mu szybciej i dzięki nim nie nudził się w jej towarzystwie.

– Może cię to zaszokuje – mówił Joe obojętnie – ale mężczyzna nie musi ko-

chać kobiety, żeby ją całować.

– Wiem o tym – powiedziała ostro Cait, usiłując się opanować i nie dopuścić 

do wybuchu wściekłości.

– A ty przestań traktować to tak lekko. Gdybym nie była związana z Paulem, 

mogłabym sobie Bóg wie co pomyśleć.

– Nie  wiedziałem,  że  jesteś  związana  z Paulem – odparł  nieco  złośliwie.  Po-

chyliwszy się do przodu, oparł łokcie na kolanach, w irytująco swobodnej pozie. 
– Gdyby to była prawda, nigdy nie umawiałbym się z tobą na randkę. Z mojego 
punktu widzenia ten „związek” jest raczej jednostronny. Czy nie mam racji?

– Masz – przyznała niechętnie.
– A  więc  –  mówił  dalej,  odchylając  się  z powrotem  na  oparcie  kanapy

i zakładając nogę na nogę – czy pocałunki sprawiły ci przyjemność?  Nabrałem 
chyba wprawy od tamtego pierwszego razu?

– Czy naprawdę chcesz, żebym wystawiła ocenę? –

spytała niecierpliwie.

– To  jasne,  że  jestem  znacznie  lepszy,  niż  wówczas,  gdy  byłem  dzieckiem,

w przeciwnym razie nie byłabyś taka zmartwiona. – Upił łyk kawy, uśmiechając 
się sympatycznie przez cały czas.

background image

– Możesz mi wierzyć, że nie jestem zmartwiona.
– Czyżby? – Uniósł wysoko brwi.
– Bez wątpienia spodziewasz się, że padnę ci do stóp, pokonana twoim męskim 

wdziękiem. Cóż, jeśli o to właśnie ci chodzi, to twoje niedoczekanie!

Skrzywił  usta  w uśmiechu,  jak  gdyby  wyobraził  ją  sobie  leżącą  na  podłodze

u jego stóp i widok ten sprawił mu przyjemność.

– Myślę, że mamy tu do czynienia z odwrotnym problemem – może to ty zako-

chałaś się we mnie i po prostu o tym nie wiesz.

– Ja miałabym się w tobie zakochać? – parsknęła z niedowierzaniem. – Kom-

pletnie ci odbiło. Prawdopodobieństwo jest równe zeru.

– Dlaczego? Wiele kobiet mówiło mi, że przystojny za mnie skurczybyk. I że 

mam dużo męskiego wdzięku. Mój Boże, jestem dość zamożny i raczej...

– Kto ci o tym mówił? Twoja matka? – postarała się, by słowa te zabrzmiały 

sarkastycznie.

– Może cię to zdziwi, ale mam sporo wielbicielek. 
Jego słowa dolały tylko oliwy do ognia. Sama nie wiedząc czemu była na nie-

go tak wściekła, że ledwie mogła usiedzieć w miejscu.

– Nie wątpię, ale jeśli ja się zakocham w mężczyźnie, to na pewno nie z tego 

powodu, że jest „przystojnym skurczybykiem” – zacytowała ironicznie. – Spójrz 
na Paula – to typ mężczyzny, który mnie pociąga. Dla mnie większe znaczenie 
ma wnętrze człowieka, a nie aparycja.

Dlaczego więc tak się obawiasz zakochać we mnie?
– Wcale  się  nie  obawiam!  Cały  czas  wykręcasz  kota  ogonem.  Zaczęłam

w ogóle ten temat, ponieważ sądziłam, że to ty zaczynasz myśleć o nas zbyt po-
ważnie.

– Wyjaśniłem ci już, że problem nie istnieje.
– Słyszałam! – Cait odstawiła kawę. Joe wyprowadził ją z równowagi do tego 

stopnia, że ręce jej się trzęsły.

– No  dobrze  –  powiedział  cicho,  spoglądając  na  nią  –  nie  odpowiedziałaś  na 

moje pytanie.

– Które?
– Czy zrobiłem postępy w całowaniu?
– Chyba nie mówiłeś serio!
– Przeciwnie. – Również odstawił kawę i uniósłszy się lekko z kanapy, chwycił 

ją w pasie i pociągnął ku sobie.

background image

Straciwszy równowagę, Cait upadła mu na kolana, zbyt zdziwiona, by stawiać 

opór.

– Spróbujmy jeszcze raz – szepnął.
– Ach...  –  Cait  była  przerażona  podnieceniem,  które  nią  owładnęło.  Rozum 

podpowiadał  jej,  by  uciekała,  gdzie  pieprz  rośnie,  natomiast  inne  uczu-
cie,silniejsze od rozsądku czy ostrożności, żądało czegoś wręcz przeciwnego.

Joe  pochylił  się  ku  niej  i stłumił  słowa  protestu  pocałunkiem.  Powinna  być 

sztywna  jak kołek  w jego ramionach,  dać  mu nauczkę, na  jaką zasługiwał. Jak 
śmiał uważać, że natychmiast się w nim zakocha?! Jak śmiał insynuować, że jest 
kimś  w rodzaju...  greckiego  herosa  uwielbianego  przez  kobiety?!  Ale  w chwili 
gdy  spotkały  się  ich  usta,  Cait  zadrżała,  doznając  jednocześnie  wstrząsu
i głębokiej przyjemności.

Wszystko  w niej  krzyczało,  że  to  nie  fair.  Nie  powinno  jej  być  tak  dobrze

z Joem. Są wyłącznie przyjaciółmi. Takiej reakcji mogłaby się spodziewać pod-
czas pocałunku z Paulem. Jeśli ją kiedykolwiek pocałuje.

Chciała  go  odepchnąć,  zamiast tego  jednak  jęknęła  cicho. To  było  takie  nie-

wiarygodnie cudowne. I dziwnie na miejscu. W tej chwili wszystkie obawy zda-
wały się odpływać w siną dal.

Nagle Joe przestał ją całować. Podświadome niezadowolenie z tego faktu ka-

zało  jej  otworzyć  oczy.  Napotkała  wzrok  Joego,  jego  oczy  miały  w tej  chwili 
kolor akwamaryny.

– I jaki stopień mi wystawisz? – spytał ochrypłym szeptem, jak gdyby mówie-

nie sprawiało mu trudność.

– Dobry. – Zdobyła się zaledwie na krótką odpowiedź, choć była wściekła, że

o to pyta.

– Tylko dobry? Pokiwała kilkakrotnie głową.
– Myślałem, że jesteśmy lepsi.
– My?

– Oczywiście jestem tylko tak dobry, jak moja partnerka.
– W-więc jak mnie oceniasz? – Musiała o to zapytać. Jak idiotka sama wręczy-

ła mu topór i położyła głowę na pieńku. Joe z pewnością wykorzysta okazję, by 
podeptać jej  miłość własną i obrócić wszystko w żart. Nie zniosłaby tego w tej 
chwili. Spuściła wzrok w oczekiwaniu na egzekucję.

– Zrobiłaś duże postępy.
Uniosła ze zdziwieniem jedną brew. Nie wiedziała, co na to powiedzieć.

background image

Siedzieli oboje w milczeniu.
– Sama wiesz, Cait – powiedział wreszcie czule Joe, że jesteśmy w tym coraz 

lepsi. O wiele, wiele lepsi.

Przytulił głowę do jej czoła. 
– Jeśli nie będziemy ostrożni, jeszcze się we mnie zakochasz.

– Gdzie byłaś przez całą sobotę? – spytała Lindy w poniedziałek rano. Odna-

wianie zostało zakończone w piątek późnym popołudniem i pierwszą rzeczą, ja-
ką Cait zrobiła dzisiejszego ranka, było przeniesienie rzeczy z powrotem do wła-
snego pokoju. – Dzwoniłam do ciebie co najmniej z dziesięć razy.

– Mówiłam ci przecież,  że wybieram się na  przed- świąteczne zakupy. Kupi-

łam też trochę okolicznościowych ozdóbek do mojego pokoju.

– Zajęło  ci  to  cały  dzień?  –  Mrużąc  podejrzliwie  oczy,  postawiła  teczkę

i oparła się o biurko Cait.

– Nie spotkałaś się chyba z Josephem Rockwellem? 
Cait  czuła,  jak  zdradziecki  rumieniec  wypełza  na jej  szyję.  Spuściła  wzrok, 

udając, że sprawdza coś w wykazie giełdowego kursu akcji Dow Jonesa, by zy-
skać na czasie i jakoś się pozbierać. Nie mogła się przyznać, jak było naprawdę.

– Byłam po  prostu  na  zakupach  –  powiedziała.  Żeby zmienić  temat,  sięgnęła 

po  grubą  teczkę  z nazwiskiem  Paula  wypisanym  u góry  i spytała:  –  Nie  wiesz 
przypadkiem, jakie plany na dzisiaj ma Paul?

– N-nie, nie widziałam go jeszcze. Czemu pytasz? 
Cait uśmiechnęła się promiennie do przyjaciółki.
– Zadzwonił do mnie w piątek wieczorem. Och, Lindy, byłam taka podniecona, 

że o mało nie wyskoczyłam ze skóry.  – Zniżyła  głos i rozejrzała się dla upew-
nienia, że nikt poza Lindy jej nie słyszy. – Naprawdę myślę, że chce się ze mną 
umówić na randkę.

– Czy ci to powiedział?
– Niezupełnie. – Cait zmarszczyła brwi. Spodziewała się, że Lindy okaże tro-

chę entuzjazmu.

– Po co więc dzwonił?
Cait odsunęła się z krzesłem i znów się rozejrzała.
– Był chyba zazdrosny – szepnęła cicho.
– Naprawdę? – Lindy otworzyła szeroko oczy.
– Czemu tak cię to dziwi?

background image

– Z czego wnioskujesz, że Paul mógł być zazdrosny?
– Może  wyolbrzymiam  fakty,  ponieważ bardzo  chcę  w nie  uwierzyć.  Ale  za-

dzwonił...

– I  co  powiedział?  –  naciskała Lindy,  coraz  bardziej  ciekawa.  – Musiał  mieć 

chyba jakiś powód.

– Och, tak. Wspomniał, że jest mi wdzięczny za artykuł, który mu podsunęłam, 

oboje jednak wiedzieliśmy, że to  wymówka. Myśl o tym, że  być może jest za-
zdrosny, nasunęło mi jego pytanie, czy jestem sama.

– Mógł spytać cię o to z wielu innych powodów, nie uważasz?
– Tak,  wiem,  ale  to  ma  sens,  że  chciał  wiedzieć,  czy  Joe  jest  ze  mną

w mieszkaniu.

– A był?
– Oczywiście,  że  nie  –  odrzekła  Cait  zgodnie  z prawdą.  Nie  czuła  się  winna

z powodu  ukrywania  faktu,  że  był  u niej  wcześniej  i że  spędzili  razem  niemal 
całą sobotę. – Jestem pewna, że to idiotyczna uwaga Joego w piątek była przy-
czyną telefonu Paula. Byłam potwornie wściekła na Joego, ale widzę, że mogę 
być mu raczej wdzięczna.

Co to jest? – spytała nagle Lindy, wskazując na grubą teczkę leżącą przed Cait. 

Usta  miała lekko zaciśnięte, jak gdyby była zakłopotana lub zirytowana – Cait 
nie miała pojęcia, na co lub na kogo.

– To, kochanie, jest klucz do mojej przyszłości z naszym wspaniałym szefem.
Lindy nie odezwała się od razu i wyglądała na jeszcze bardziej zmieszaną niż 

przedtem.

– Co masz na myśli?
Cait nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie w porządku z jej najlepszą 

przyjaciółką.  Najwyraźniej  coś  przed  nią  ukrywała.  Cait  wiedziała  jednak,  że 
Lindy  powie  jej  o wszystkim,  gdy  będzie  gotowa.  Nie  znosiła,  by  ją  ponaglać
i naciskać.

– Teczka – podsunęła jej Lindy, gdy Cait wciąż nie odpowiadała.
– Ach tak. Spędziłam calutką niedzielę, przekopując się przez stare czasopisma

z dziedziny  zarządzania  w poszukiwaniu  artykułów,  które  mogłyby  zaintereso-
wać  Paula.  Musiałam  się  cofnąć  o pięć  lat.  Zrobiłam  odbitki  artykułów,  które 
uważam za najbardziej wartościowe i dołączyłam krótką analizę własną. Chcia-
łabym dać mu to dzisiaj. Dlatego pytałam, czy znasz już jego rozkład dnia.

– Niestety nie – mruknęła Lindy. Wyprostowała się, sięgnęła po swoją teczkę

i udawała, że sprawdza zegarek. Następnie uśmiechnęła się uspokajająco do Ca-

background image

it. – Lepiej wezmę się do pracy. Wpadnę później i pomogę ci udekorować pokój, 
dobrze?

– Dzięki. Życz mi powodzenia z Paulem.
– Wiesz dobrze, że ci życzę – powiedziała cicho Lindy.
Gdy  została  sama  Cait  złapała  się  na  tym,  że  spogląda  co  chwila  w stronę 

drzwi, czekając, aż stanie w nich Joe. Jego pracownicy byli na miejscu od wcze-
snego ranka, ale mimo dość późnej pory Joe wciąż się nie zjawiał. Dopiero po 
pewnym czasie uświadomiła sobie, że to Paula powinna wyglądać, nie Joego. To 
Paul był obiektem jej zainteresowania i złościło ją, że Joe zajmuje tyle miejsca
w jej myślach. Właśnie zamykano nowojorską giełdę, gdy na korytarzu mignęła 
jej  sylwetka  Paula.  Chwyciwszy  pośpiesznie  teczkę,  bez  wahania  popędziła
w kierunku jego gabinetu. Okazja spadła jej z nieba i Cait miała zamiar ją wyko-
rzystać.

– Dzień dobry, Paul – powiedziała serdecznie, stając w drzwiach. – Czy masz 

chwilę czasu, czy też wolisz, żebym wpadła później?

Wyglądał na zmęczonego, jakby ten dzień wyczerpał wszystkie jego siły. Ser-

ce jej wezbrało świeżą falą miłości. To prawda, że przez krótką chwilę nękały ją 
wątpliwości.  Miałaby  je  każda  kobieta,  którą  choć  przez  moment  trzymał
w objęciach Joe. Mógł być arogancki, robić głupie kawały, ale miał wdzięk. Te-
raz jednak, będąc z Paulem, Cait przypomniała sobie, kogo naprawdę kocha.

– Nie chciałabym sprawiać kłopotu – dodała cicho.
– Wejdź,  proszę,  Cait.  –  Uśmiechnął  się  apatycznie.  –  Mam  chwilę  czasu.  –

Wskazał jej gestem krzesło.

Weszła do gabinetu niemal w radosnych podskokach. Wiedząc, że spędzi kilka 

minut sam na sam z Paulem, poświęciła więcej czasu porannej toalecie. Obrzucił 
ją spojrzeniem i uśmiechnął się, tym razem jednak Cait pomyślała, że dostrzega
w jego oczach błysk uznania.

– Czym mogę ci służyć? Mam nadzieję, że jesteś zadowolona ze swego poko-

ju. – Ściągnął lekko brwi.

Przez moment zapomniała, po co do niego przyszła i wpatrywała się weń bez-

myślnie, póki jego wzrok nie spoczął na trzymanej przez nią teczce.

– Pokój wygląda fantastycznie – powiedziała czym prędzej. – Hm, przyszłam 

do ciebie, bo... – Zająknęła się,  po czym zaczerpnąwszy tchu,  mówiła dalej:

–  Przejrzałam  w domu  trochę  czasopism  z dziedziny  zarządzania  i znalazłam 

kilka artykułów, które mogą cię zainteresować. – Podała mu uroczyście teczkę. 
Wziął ją od niej i otworzył ostrożnie.

background image

– O Boże – powiedział, przerzucając strony i przebiegając wzrokiem jej notatki 

– musiałaś spędzić nad tym wiele godzin.

– To... drobiazg. – Chętnie zrobiłaby znacznie więcej, by zyskać jego uznanie,

a w końcu może i miłość.

– Nie uda mi się tego przejrzeć w ciągu najbliższych kilku dni.
– Och,  przecież nie  ma  pośpiechu.  Wspomniałeś,  że  poprzedni artykuł  był  ci 

bardzo pomocny, pomyślałam więc, że powinieneś zapoznać się dla porównania
z innymi, które dotyczą obecnego stanu rynku.

– Dziękuję, to naprawdę bardzo ładnie z twojej strony.
– Jestem szczęśliwa, że mogłam to dla ciebie zrobić. Bardzo szczęśliwa – do-

dała  z olśniewającym  uśmiechem.  Ponieważ  Paul  się  nie  odzywał,  Cait  wstała
z ociąganiem. – Musisz być kompletnie wypompowany po tylu spotkaniach, nie 
będę ci dłużej zawracała głowy.

Była już prawie przy drzwiach, gdy Paul nagle przemówił.
– Właściwie wpadłem do pracy tylko po to, żeby zabrać parę rzeczy. Idę dziś 

wieczorem na ważną randkę.

Cait miała uczucie, że podłoga zapada się pod jej stopami.
– Randkę? – powtórzyła, nim zdążyła  ugryźć  się w język. Z najwyższym tru-

dem udało jej się zapanować nad wyrazem twarzy.

Paul uśmiechnął się z chłopięcym wdziękiem.
– Tak, zaprosiłem ją na kolację.
– Wobec tego baw się dobrze.
– Dziękuję, na pewno będę. – Oczy błyszczały mu podnieceniem. – Och, przy 

okazji – dodał, wskazując na efekt jej cało niedzielnej pracy – dziękuję ci za wy-
siłek, który włożyłaś w przygotowanie tego materiału.

– Proszę bardzo.
Wróciwszy  do  swego  pokoju,  Cait  siedziała  w zupełnym  odrętwieniu.  Paul 

umówił się na randkę. Nie oczekiwała, by wiódł życie pustelnika, ale nigdy do-
tąd  nie  wspominał,  że  się  z kimś  spotyka.  Mogłaby  podejrzewać,  że  rzucił  tę 
uwagę po to, by wzbudzić jej zazdrość, gdyby nie jego autentyczna radość z tego 
powodu. Poza tym Paul nie jest człowiekiem, który potrafiłby udawać.

– Cait, na Boga – powiedziała Lindy, wchodząc w chwilę później do jej pokoju 

– co się stało? Wyglądasz okropnie.

Cait przełknęła z trudem ślinę i spróbowała się uśmiechnąć.
– Rozmawiałam z Paulem i dałam mu zebrane przeze mnie materiały.

background image

– Nie  docenił  twojej  pracy?  –  Lindy  wzięła  girlandę  leżącą  na  biurku  Cait

i przypięła ją do drzwi.

– Jestem pewna, że tak – odpowiedziała Cait. – To na mnie nie zwraca uwagi. 

Traktuje mnie jak powietrze. – Odgarnęła włosy z czoła i oparła łokcie na biur-
ku,  straszliwie  przygnębiona.  Jeśli  nie  zadziała  błyskawicznie,  straci  Paula  dla 
jakiejś kobiety bez twarzy i nazwiska.

– Przedtem też cię tak traktował. O co więc chodzi tym razem? – Zawiesiła na 

oknie  srebrny  dzwoneczek,  unikając  wzroku  Cait,  która  bezmyślnie  obracała
w palcach ceramiczne figurki trzech mędrców ze Wschodu.

– Paul umówił się na randkę i z jego słów wynika, że nie jest to jakaś przypad-

kowa kobieta. Musi być dla niego ważna. Wyglądał jak mały chłopiec, któremu 
dano klucz do sklepu ze słodyczami.

Wiadomość  ta  najwyraźniej  zaskoczyła  Lindy  nie  mniej  niż  Cait.  Po  chwili 

milczenia spytała cicho:

– I co masz zamiar z tym zrobić?
– O Boże, naprawdę nie wiem! – wykrzyknęła Cait, kryjąc twarz w dłoniach.
Lindy wymówiła się czymś i wyszła. Gdy Cait podniosła oczy, przyjaciółki już 

nie było. Westchnęła ze znużeniem. Przyszła rano do pracy w radosnym nastro-
ju, pełna nadziei, a teraz wszystko spaliło na panewce. Nigdy jeszcze nie znaj-
dowała się w stanie takiej depresji. Wiedziała, że najlepszym antidotum byłaby 
aktywność fizyczna. Cokolwiek. Najgorsze, co mogła zrobić, to pójść do domu
i poddać się chandrze. Może powinna kupić sobie choinkę i trochę ozdób. To by 
jej  zapewne  poprawiło  nastrój,  a przynajmniej  musiałaby  wyjść  z domu.  Poza 
tym, gdyby zadzwonił Joe, nie musiałaby odbierać telefonu.

Ledwie  zdążyła  o tym  pomyśleć,  gdy  potężna  sylwetka  przesłoniła  światło 

drzwi.

Joe.
Jaskrawo-pomarańczowy kask miał zsunięty do tyłu na kowbojską modłę. Ob-

razu  dopełniały  zakurzone  buty  i torba  z narzędziami,  zwisająca  nisko  na  bio-
drze. Nawet pozycja, w jakiej stał, z kciukami założonymi za pas, sugerowała, że 
szykuje się do ostatecznej rozgrywki.

– Cześć, ślicznotko – wycedził, uśmiechając się do niej leniwie. Cait mogłaby 

przysiąc,  że  zrobił  to  specjalnie,  by  zagrać  jej  na  nerwach. Ale  w jej  obecnym 
nastroju ten numer nie wypalił.

– Może znalazłbyś sobie inną ofiarę do swoich wygłupów?

background image

– Coś  takiego!  –  Joe  pokręcił głową  z udawaną  rozpaczą.  Nie przejmując  się 

wcale  brakiem  zaproszenia  z jej  strony,  wszedł  i rozwalił  się  na  krześle  przy 
biurku.

– Posłuchaj, Joe, sam widzisz, że jestem dziś  marnym kompanem. Idź poflir-

tować z recepcjonistką, jeśli chcesz kogoś unieszczęśliwić.

– Widzę,  że  pazurki  są  dziś  wyjątkowo  ostre.  –  Pomacał  dłońmi  klatkę  pier-

siową, jak gdyby sprawdzał obrażenia. – Co się stało? – Złośliwe błyski w jego 
oczach zniknęły, gdy dobrze się jej przyjrzał.

Gdyby  wzrok  mógł zabijać,  Joe  powinien dawno  już  paść  trupem,  uodpornił 

się jednak na jej spojrzenia.

– Skąd  wiesz,  że  nie  przyszedłem  zainwestować  pięćdziesięciu  tysięcy  dola-

rów? – spytał, czując się tu jak w domu. Wziął z jej biurka długopis i zaczął się 
nim bawić.

Cait nie miała najmniejszej ochoty na żarty.
– A przyszedłeś?
– Niezupełnie. Chciałem cię prosić...
– No to wynoś się stąd. – Chwyciła stertę papierów i prasnęła nią o biurko. Ale 

nieuprzejmość, nawet wobec Joego, nie leżała w jej naturze. Walczyła ze łzami
i coraz  silniejszą  potrzebą wyjaśnienia swego  zachowania, przeproszenia go  za 
nie. Joe podniósł się powoli i smyrgnął niedbale długopis.

– Niech ci będzie. Skoro chęć poproszenia cię, byś mi pomogła wybrać choin-

kę, jest czymś tak karygodnym...

– Idziesz kupować choinkę?
– To właśnie powiedziałem – rzucił przez ramię, idąc w stronę drzwi.
Cały  świat  zwalił  się  nagle  na  jej  barki.  Zachowała  się  jak  ostatnia,  jędza. 

Przyszedł,  by  ją  włączyć  do  swych  przedświątecznych  przygotowań,  a ona  go 
przepędziła swym ciętym jęzorem i wyniosłą postawą.

Cait nie była osobą skorą do łez, teraz jednak z trudem mogła nad nimi zapa-

nować. Dolna warga zaczęła jej drżeć. Czuła się, jakby znów miała osiem lat –
zupełnie jak tego dnia, gdy się okazało, że Betsy McDonald nie zaprosiła jej na 
urodzinowe przyjęcie. Tyle że teraz została odrzucona przez Paula.

Zebrawszy  swoje  rzeczy,  Cait  wrzuciła  papiery  do  teczki  z nietypowym  dla 

niej lekceważeniem. Włożyła płaszcz, zapięła go szybko i zacisnęła szalik wokół 
szyi, jakby to był katowski stryczek.

Joe rozmawiał z brygadzistą, który prowadził przez cały dzień swoje prace, nie 

przeszkadzając  innym.  Zawahał  się  na  widok  Cait,  przerywając  rozmowę.  Ich 

background image

oczy  się  spotkały  i choć  próbowała  ukryć  poczucie  winy,  raczej  jej  się  to  nie 
udało.  Postąpił  krok  w jej  kierunku,  ona  jednak  zadarła  głowę  do  góry,  zbyt 
dumna, by przyznać się do swoich uczuć.

Przeszła obok niego, starając się patrzeć wszędzie, byle tylko nie na niego.
Krępy brygadzista wyraźnie chciał wrócić do przerwanej rozmowy, ale Joe nie 

zwracał  na  niego  uwagi,  wpatrując  się  w Cait  przymrużonymi  oczyma.  Czuła 
jego badawczy wzrok tak wyraźnie, jak gdyby jej dotykał. Nie mogąc znieść te-
go dłużej, odwróciła ku niemu twarz. Broda jej się trzęsła, mimo iż usiłowała się 
opanować.

– Cait! – zawołał.
Szła szybkim krokiem w stronę  windy, obawiając się, że nie zdoła zachować 

resztek godności i wybuchnie płaczem. Nie odezwała się, pewna, że mówiąc co-
kolwiek, zrobi z siebie jeszcze większą idiotkę niż zwykle. Nie miała pojęcia, co 
ją  popchnęło  do  powiedzenia  Joemu  wszystkich  tych  okropnych  rzeczy.  To 
przecież nie on sprawił jej przykrość, ona zaś odegrała się na nim za swe niepo-
wodzenia.

Powinna była  się  spodziewać,  że ucieczka jest niemożliwa.  Niemal  biegnąc  

korytarzem,  minęła recepcję i zatrzymała się przed windą.

– Nie masz zamiaru odezwać się do mnie? – spytał Joe, który następował jej na 

pięty niczym pies gończy.

– Nie.  –  Wpatrywała  się  z napięciem  w cyferki  rozbłyskujące  nad  drzwiami 

windy,  która  poruszała  się  z denerwującą  powolnością.  Jeszcze  trzy  piętra
i droga ucieczki stanie otworem.

– Co  było  obraźliwego  w zaproszeniu  cię  do  pomocy  w zakupie  choinki?  –

spytał.

Niemal płacząc, machnęła ręką w nadziei, że zrozumie, iż w tej chwili nie jest 

zdolna do jakichkolwiek wyjaśnień. Gardło miała ściśnięte, oddychała z trudem. 
Łzy gromadziły się jej pod powiekami, wszystko zaczęło się zamazywać przed 
oczyma.

– No, powiedz – nie dawał jej spokoju. Spróbowała przełknąć ślinę.
– I tak nie zrozumiesz. – Czemu, och, czemu ta winda jedzie tak wolno?
– A może jednak?
– Miała dwa wyjścia: poddać się i wszystko wyjaśnić lub stać tak i kłócić się. 

Pierwsze  było  łatwiejsze,  gdyż  szczerze  mówiąc  Cait  nie  miała  siły  walczyć
z nim. Westchnęła głęboko i powiedziała:

– Zaczęło się od tego, że przygotowałam dla Paula analizę artykułów...

background image

– Mogłem się domyślić, że Paul ma z tym coś  wspólnego  – mruknął Joe pod 

nosem.

– Siedziałam nad tym mnóstwo godzin, włożyłam tyle  serca i... i... nie wiem, 

czego się spodziewałam, ale...

– Co się stało? Jak się zachował Paul? Cait otarła oczy wierzchem dłoni.
– Jeśli masz zamiar bez przerwy mi przerywać, nie widzę sensu mówienia cze-

gokolwiek.

– Szefie?  –  zawołał  ze  zniecierpliwieniem  brygadzista.  Właśnie  wtedy  otwo-

rzyły  się  drzwi  windy,  odsłaniając  gromadkę  ludzi.  Gapili  się  na  Cait  i Joego, 
który chwycił ją za łokieć, nie pozwalając wejść do środka.

– Josephie! – syknęła. – Puść mnie natychmiast! – Uznając, że ma przewagę, 

zawołała:  –  Ten  mężczyzna  stosuje  przemoc!  –  Jeśli  miała  nadzieję,  że  rycerz
w błyszczącej  zbroi  pośpieszy  jej  na  ratunek,  przeżyła  bolesne  rozczarowanie. 
Mogłoby się zdawać, że nikt nie słyszał jej słów.

– Proszę  się  nie  przejmować,  jesteśmy  małżeństwem.–Joe  uśmiechnął  się  do 

wszystkich ze zniewalającym wdziękiem.

– Szefie? – powtórzył głośno brygadzista.
– Macie wolne na resztę dnia! – odkrzyknął Joe.
– Powiedz chłopcom, że mogą pójść po gwiazdkowe prezenty.
– Niech się upewnię – na dzisiejszy dzień koniec roboty? Myślałem, że mamy 

cholernie napięty plan?

– Tak jest – powiedział głośno Joe, gdy drzwi windy się zamknęły.
Cait  chyba  nigdy  w życiu  nie  była  w takim  centrum  zainteresowania.  Oczy 

wszystkich  były  utkwione  w nich  obojgu  i jedyne,  co  jej  pozostało,  to  stać
z wysoko podniesioną głową.

Gdy napięcie  stało się nie  do  zniesienia, Cait  odwróciła  się  twarzą  do  reszty 

pasażerów.

– Nie jesteśmy małżeństwem – oznajmiła.
– Owszem, jesteśmy – nie dał się zbić z tropu Joe.– Po prostu o tym zapomnia-

ła.

– Nieprawda i jeśli ośmielisz się pleść znów duby smalone o amnezji...
– Ależ, kochanie...
– Przestań natychmiast, Josephie Rockwell! Nikt ci nie wierzy. Wystarczy jed-

no spojrzenie na nas, by wiedzieć, kto tu mówi prawdę.

background image

Winda zatrzymała się wreszcie na parterze i Cait odetchnęła z ulgą. Drzwi się 

rozsunęły.  Pierwsze  wyszły  z windy  dwie  kobiety.  Zatrzymały  się  na  moment
i obrzuciły Joego pełnym zrozumienia wzrokiem.

– Czy ona często to robi? – spytał jakiś mężczyzna z wyraźnym rozbawieniem.
– Niestety tak – odpowiedział Joe, biorąc Cait  pod  rękę i prowadząc ją  przez 

hol.  Spróbowała się wyswobodzić, trzymał ją  jednak  mocno. –  Widzi pan,  po-
ślubiłem zapominalską pannę młodą.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Cait  nerwowo  wygładziła  na  biodrach  czerwoną  aksamitną  suknię.  Z sercem 

bijącym jak szalone, czekała na przyjazd Joego. Spędziła całe godziny na przy-
gotowaniach  do  świątecznego  przyjęcia  w domu  Paula.  Ściskało ją  w dołku  ze 
zdenerwowania.

Ona, tajemnicza kobieta, z którą Paul umówił się na randkę, z pewnością tam 

będzie.  Cait  miałaby  pierwszą  okazję,  by  otaksować  rywalkę.  Przejrzała  się
w lustrze  niezliczoną  ilość  razy,  próbując  obiektywnie  ocenić  swoje  szanse
u Paula,  jeśli  idzie  o wygląd.  Suknia  była  szałowa.  Włosy  bez  skazy.  Reszta 
względnie doskonała.

Zadźwięczał  dzwonek  u drzwi  i Cait  dosłownie  pofrunęła  przez  pokój,  by  je 

otworzyć.

– Wiesz jaki jesteś, Josephie Rockwell?
– Spóźniony? – podsunął jej.
– Dokuczliwy  –  udała,  że  nie  słyszy.  –  Dokuczliwy  tyran.  Żałuję,  że  się

w ogóle zgodziłam, byś zabrał mnie na przyjęcie Paula. Nie wiem, co mi przy-
szło do głowy.

– Bez  wątpienia  miałaś  nadzieję  zapędzić  mnie  pod  jemiołę  –  powiedział

z mrugnięciem, które miało sugerować, że da się łatwo namówić.

– Najpierw porywasz mnie i zmuszasz, bym kupowała z tobą choinkę – rozzło-

ściła się. – Potem...

– Spokojnie, Cait, przyznaj, że się dobrze bawiłaś. – Rozwalił się na kanapie, 

tymczasem Cait wyjęła z szafy płaszcz i torebkę.

– Kto by uwierzył, że facet, który kupuje swojej matce rostbef i pokarm dla ko-

tów na Gwiazdkę, będzie taki wybredny przy wyborze choinki!

– Zabrałem cię przecież potem na kolację!
Cait  skinęła  głową.  Musiała  przyznać,  że  Joe  wychodził  ze  skóry,  by  zapo-

mniała o swoich troskach. Mówiła o wyprawie po choinkę jak o ciężkiej pańsz-
czyźnie, a to właśnie Joe sprawił, że wieczór był bardzo przyjemny i pozostanie 
na długo w jej pamięci.

Jego  dobry  humor  był  zaraźliwy  i bardzo  szybko  zapomniała  o Paulu  i jego 

randce z inną kobietą.

– Rozmyśliłam się – zdecydowała nagle Cait, przyciskając dłonią zbuntowany 

żołądek. – Wcale nie mam ochoty iść na to przyjęcie. – Wieczór był z góry stra-
cony. Nie mogłaby się dobrze bawić obserwując, jak mężczyzna, którego kocha, 
nadskakuje kobiecie, którą kocha. Po co miała się tak katować?

background image

– Nie chcesz iść na przyjęcie? – zdumiał się Joe. – Myślałem, że ze względu na 

nie specjalnie zmieniłaś dzień wylotu do Minneapolis?

– Owszem, ale to było dawno. – Cait rozprostowała ramiona i podniosła wyso-

ko głowę, chcąc przekonać Joego, że mówi poważnie. Mógł ją zmusić, by poszła
z nim kupować choinkę, ale przyjęcie to całkiem inna sprawa.

– Ona tam będzie – dodała w charakterze wyjaśnienia.
– Ona?  –  powtórzył  Joe,  chowając  ręce  do  kieszeni.  Był  diablo  przystojny

w ciemnoniebieskim garniturze i najwyraźniej o tym wiedział. W świetnie skro-
jonych spodniach czuł się równie swobodnie jak w dżinsach.

– Sądziłem, że chcesz ją poznać – prowokował.– To okazja, by wyrobić sobie 

zdanie na jej temat.

– Nie chcę nawet wiedzieć, jak wygląda – odparła Cait ostro. Nie potrzebowa-

ła. Miała już swoje zdanie o dziewczynie Paula. – Jest piękna.

– Ty również.
Cait  roześmiała  się  drwiąco.  Nie  miała  zamiaru pomniejszać  walorów  swej 

urody. Była dość atrakcyjna, a tego wieczora wyglądała wyjątkowo korzystnie. 
Zerkając na swe odbicie w lustrze, stwierdziła z przyjemnością, że jej włosy wy-
glądają bardzo ładnie i otaczają głowę puszystą aureolą. Ale nie będzie się oszu-
kiwać. Nawet przy dużej dozie wyobraźni, trudno nazwać ją nadzwyczajną pięk-
nością. Jej oczy mają ładny ciepły odcień brązu, to prawda, a nosek miły kształt. 
Zadzierżysty, jak go nazywa Lindy. Ale co to ma za znaczenie? Jak mogłaby się 
mierzyć  z niewątpliwie  szałową tajemniczą  wybranką  Paula.  To  tak,  jakby  po-
równywać grube bawełniane skarpety z jedwabnymi pończochami.

– Nigdy bym nie przypuszczał, że jesteś tchórzem – powiedział Joe obojętnym 

tonem i zawrócił ku drzwiom.

Najwyraźniej  nie  zamierzał  się  z nią  spierać.  Cait  niemal  pragnęła,  żeby  tak 

było,  mogłaby  wtedy  zademonstrować  swą  silną  wolę.  Żadne  argumenty  nie 
przekonałyby jej do pójścia na przyjęcie. Poza tym bolały ją nogi. Włożyła no-
we,  jeszcze  nie  rozchodzone,  pantofelki  na  wysokich  obcasach  i gdyby  jednak 
zdecydowała  się  pójść  na  to  nieszczęsne  przyjęcie,  prawdopodobnie  utykałaby 
potem przez kilka dni.

– Nie jestem tchórzem – powiedziała z mocą, przybierając obojętny wyraz twa-

rzy. – Po prostu kieruję się zdrowym rozsądkiem. Czemu mam zepsuć sobie cały 
urlop? Będę widziała Paula ostatni raz przed świętami. Jutro rano lecę do Minne-
soty.

background image

– Wiem. – Joe zmarszczył brwi i zawahał się przez chwilę, sięgając do klamki. 

– Jesteś całkiem pewna?

– Absolutnie. – Była nieco zdziwiona, że Joe nie robi z tego historii. Spodzie-

wała się potyczki słownej.

– Wybór, rzecz jasna, należy do ciebie – powiedział, wzruszając ramionami. –

Ale wiem, że gdybym był  na twoim miejscu, spędziłbym cały wieczór, żałując 
swej decyzji.  – Przyjrzał jej  się z chytrym uśmiechem. Jęknęła w duchu. Jedna 
rzecz doprowadzała ją do szału – sposób formułowania przez Joego najbardziej 
zaskakujących  wypowiedzi.  Od  czasu  do  czasu  mówił  coś  tak  rozsądnego,  że 
zmuszał  ją  do  zwątpienia  w słuszność  własnych  wniosków  i przekonań.  I tym 
razem  tak  było.  Miał  rację  –  jeśli  nie  pójdzie  do  Paula,  będzie  tego  żałować.
A ponieważ jutro rano  leci do  Minnesoty, nie  będzie mogła spytać nikogo,  jak 
się udało przyjęcie.

– Idziesz czy nie? – spytał.
Mrucząc coś pod nosem, Cait pozwoliła, by podał jej płaszcz.
– Idę, ale wcale mi się to nie podoba. Ani trochę.
– Wszystko będzie dobrze.
– Prawdopodobnie to samo powiedziano Joannie d’Arc.

Cait  ściskała  w dłoniach  szklaneczkę  z ponczem,  jak  gdyby  się  obawiała,  że 

ktoś ją jej odbierze. Od chwili przyjazdu stała nieruchomo przy udekorowanym 
girlandami kominku, w którym trzaskał wesoły ogień.

– Czy ona już tu  jest? – szepnęła do Lindy, przechodzącej z tacą pełną kana-

pek.

– Kto?
– Przyjaciółka Paula – powiedziała znacząco Cait. Zarówno Joe, jak Lindy za-

czynali ją drażnić. – Od pół godziny sterczę tutaj i wypatruję jej.

Lindy odwróciła głowę.
– Ja... ja nie mam pojęcia, czy ona tu jest.
– Zostań ze mną, na miłość boską – poprosiła Cait, drżąc jak osika. Joe zosta-

wił  ją  natychmiast  po  przyjeździe.  Owszem,  przyniósł  jej  szklaneczkę  ponczu, 
ale po chwili zostawił ją samej sobie. I to był ten sam mężczyzna, który nama-
wiał ją, by przyszła na przyjęcie, obiecując, że będzie u jej boku przez cały czas, 
gdyby go potrzebowała.

background image

– Pomagam  Paulowi  szykować  przystawki  –  wyjaśniła  Lindy  –  inaczej

z przyjemnością pogadałabym z tobą.

– Znajdź Joego i powiedz, żeby tu przyszedł, dobrze? – Zrobiłaby to sama, ale 

noga dokuczała jej piekielnie.

– Oczywiście.
Gdy Lindy odeszła, Cait przebiegła wzrokiem salon pełen ludzi. Wśród gości 

było wielu współpracowników i klientów Paula, no  i oczywiście wszyscy kole-
dzy biurowi.

– Chciałaś mnie widzieć? – spytał Joe, podchodząc do niej.
– Dziękuję ci bardzo – syknęła ze sztucznym uśmiechem na twarzy, siląc się na 

ironiczny ton.

– Ależ proszę. – Oparł się łokciem o obramowanie kominka i obdarzył ją chło-

pięcym uśmiechem. – Mogę wiedzieć, za co mi dziękujesz?

– Przestań się bawić moim kosztem, Joe. Nie teraz, proszę. – Przeniosła ciężar 

ciała z jednej nogi na drugą, co ściągnęło uwagę Joego na jej pantofelki.

– Bolą cię nogi?
– Stąpanie  po  rozżarzonych  węglach  byłoby  mniej  bolesne  od  chodzenia

w tych głupich szpilkach.

– Po co więc je włożyłaś?
– Ponieważ pasują do sukienki. Posłuchaj, czy masz coś przeciwko temu, by-

śmy  zeszli  z tematu  mojego  obuwia  i porozmawiali  o bardziej  interesującej 
sprawie.

– To znaczy?
– Która to?
Ale Joe był równie tępy jak Lindy. Z pewnością robił to celowo, by wyprowa-

dzić ją po raz n-ty z równowagi. I jak zwykle mu się udało.

– Czy ją widziałeś? – spytała z przesadną cierpliwością.
– Na razie nie – szepnął, jak gdyby dzielił się z nią tajemnicą najwyższej wagi. 

– Chyba jeszcze nie przyjechała.

– Rozmawiałeś z Paulem?
– Nie. A ty?
– Właściwie nie. – Paul powitał ich w drzwiach, ale w chwilę później wmieszał 

się w tłum gości. W pracy też nie było lepiej. Pojawił się i zaraz zniknął, poma-
chawszy jej przyjaźnie dłonią. Ponieważ nie zamienili ani słowa, nie wiedziała, 
jak udała mu się randka.

– Pomogę Lindy robić kanapki – powiedziała Cait. – Czy coś ci przynieść?

background image

– Nie, dziękuję. – Patrzył z uśmiechem, jak odchodzi. Nie miała pojęcia, co go 

tak rozbawiło.

Pokuśtykała do kuchni i pchnęła drewniane drzwi. Zatrzymała się w progu, za-

skoczywszy Paula i Lindy w samym środku gorącej dyskusji.

– Och, przepraszam – powiedziała automatycznie.
– Nie szkodzi – odrzekł Paul. – Właśnie wychodziłem. – Przemaszerował obok 

niej sztywnym krokiem i szarpnął ze złością drzwi.

– O co chodzi? – spytała Cait.
– O nic. – Lindy nie przerwała układania kanapek na tacy.
– Wyglądało na to, że się kłócicie.
Lindy  wyprostowała  się  i zagryzła  wargi.  Unikała  wzroku  Cait, koncentrując 

się na swoim zajęciu, jakby od estetycznego ułożenia kanapek na tacy zależało 
jej życie.

– Kłóciliście się, prawda?
– Tak.
Współpraca Paula i Lindy układała się zawsze doskonale, toteż fakt, że wyni-

kła pomiędzy nimi różnica zdań, zaskoczył Cait.

– O co?
– Dziś po południu złożyłam wymówienie.
Cait była tak wstrząśnięta, że wyciągnęła kuchenne krzesło i opadła na nie bez-

silnie.

– Ale  dlaczego?  Na  miłość  boską,  Lindy,  nigdy  nie  pisnęłaś  nikomu  słówka. 

Nawet  mnie.  Trzeba  było  najpierw  porozmawiać  ze  mną.  –  Nic  dziwnego,  że 
Paul był wściekły. Jeśli Lindy odejdzie, będzie to oznaczało wprowadzanie ko-
goś  nowego  w okresie,  gdy  w biurze  są  puchy.  Cait  wyjeżdża  na  urlop,  sporo 
innych pracowników również. Istny dom wariatów!

– Czy dostałaś propozycję nie do odrzucenia? – Cait nie widziała powodu, dla 

którego przyjaciółka mogłaby być niezadowolona z pracy w Webster, Rodale & 
Missen.

– Trudno to nazwać propozycją w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale coś w tym 

rodzaju – powiedziała niejasno Lindy. Uśmiechnęła się do Cait i wziąwszy tacę, 
weszła z nią do salonu.

Cait  zauważyła,  że  od  kilku  tygodni  coś  gryzie  jej  przyjaciółkę.  Nie  bardzo 

wiedziała,  na  czym  to  polega.  Po  prostu  Lindy  nie  była  tak  pełna  wigoru,  jak 
zwykle. Cait miała zamiar spytać ją, co się dzieje, ale była tak pochłonięta wła-
snymi problemami, że nigdy nie poruszyła tego tematu.

background image

Siedziała, rozcierając wciąż stopy, gdy do kuchni wszedł powolnym krokiem 

Joe, gryząc kanapkę z serem.

– Wiedziałem, że cię tu znajdę. – Usiadł na krześle naprzeciwko Cait.
– Czy ona wreszcie przyszła.
– Oczywiście.
– Dlaczego, do licha, nie powiedziałaś mi wcześniej? – spytała ostro. Wstała, 

wygładziła  na  biodrach  sukienkę  i spazmatycznie  wciągnęła  powietrze.  –  Jak 
wyglądam?

– Jakby cię nogi bolały.
Posłała mu mordercze spojrzenie.
– Dziękuję bardzo. – Dokuśtykała do drzwi, uchyliła je i wyjrzała, w nadziei, 

że dostrzeże gdzieś tajemniczą kobietę. Nie zauważyła jednak żadnego nowego 
gościa.

– Jak ona wygląda? – spytała Cait i odwróciwszy się szybko, niemal wpadła na 

Joego, który stał tuż za nią. Wydała lekki okrzyk przestrachu. Joe przytrzymał ją, 
by  uchronić  przed  potknięciem.  Wypytując  go  o dziewczynę  Paula,  nie  miała 
czasu  zastanawiać  się  nad  przyczynami  przyspieszonego  bicia  serca,
w momencie gdy jego dłonie dotknęły jej nagiej skóry.

– No, jak ona wygląda? – powtórzyła ze zniecierpliwieniem.
– Nie wiem – odparł niedbale.
– Jak to? Przecież powiedziałeś mi przed chwilą, że już przyszła.
– Niestety, nie ma na czole tatuażu głoszącego, że jest ukochaną Paula.
– To skąd wiesz, że ona tu jest? – Jeśli Joe robi sobie z niej zabawę, gorzko te-

go pożałuje. Jej miłość to nie temat do żartów.

– Mam wyraźne przeczucie.
– Znowu robisz ze mnie idiotkę! – Ledwie się powstrzymała, by nie wymierzyć

mu  policzka.  –  Koniec  z naszą  przyjaźnią,  Josephie  Rockwell!  Absolutny  ko-
niec! – Kulejąc, przeszła z kuchni do salonu.

Zupełnie nie przejmując się jej uwagą, Joe podążył za nią. Wziął z tacy kilka 

kanapek  i zdawał  się  być  całkowicie  pochłonięty  jedzeniem.  Cait  starała  się 
ignorować jego obecność.

Ponieważ waza z ponczem stała tuż obok, nalała sobie drugą szklaneczkę. Na-

pój był słodki i zimny, zakręciło jej się po nim w głowie. Mocne drinki na pusty 
żołądek  działają  piorunująco,  toteż  Cait  sięgnęła  po  garść  mieszanych  orzesz-
ków.

background image

– Pamiętam  czasy,  gdy  wybierałaś  wszystkie  orzeszki ziemne  i jadłaś  je

w pierwszej kolejności – powiedział stojący za nią Joe. – Następnie szły orzechy 
laskowe, a potem...

– Migdały. Nie robiłam tego, odkąd skończyłam...
– Dwadzieścia lat – podpowiedział.
– Dwadzieścia pięć – sprostowała.
Joe  roześmiał  się  serdecznie,  a Cait  zawtórowała  mu  mimo  obolałych  stóp

i przeświadczenia, że nie powinna była przychodzić na to przyjęcie.

Napełniwszy  ponownie  szklaneczkę,  wypiła  ją  duszkiem.  I tym  razem  napój 

był chłodny i odświeżający.

– Cait – ostrzegł Joe – ile ponczu już wypiłaś?
– Za mało. – Po raz trzeci napełniła kryształową szklaneczkę. A może  już po 

raz  czwarty?  Wyprostowała  się  i wychyliła  go  do  dna.  Otarła  usta  wierzchem 
dłoni i uśmiechnęła się wyzywająco.

– Czy celowo starasz się upić? ~ spytał.
– Nie. – Zaczerpnęła następną garść orzeszków. – To dla kurażu.
– Dla kurażu?
– Tak – odrzekła z westchnieniem. – Postanowiłam sobie... – Zawahała się, ro-

ześmiała trzpiotowato, po czym okręciła w kółko. – Jest tu chyba jakaś jemioła, 
co?

– Myślę, że tak. A czemu pytasz?
– Zamierzam pocałować Paula – oświadczyła dumnie. – Poczekam, aż będzie 

przechodził, schwycę go za rękę, zaciągnę pod jemiołę i złożę mu życzenia świą-
teczne, całując tak, że długo tego nie zapomni.

– Co chcesz udowodnić, całując się z Paulem? 
Wróciła do rzeczywistości.
– Dla  ciebie też  mam  zadanie bojowe.  Chcę,  byś bacznie obserwował twarze 

innych kobiet. Jeśli zauważysz na którejś z nich oznaki zazdrości, będziemy zna-
li dziewczynę Paula.

– Nie jestem pewien, czy twój plan zadziała.
– To lepsze niż zdawać się na twoje przeczucia. 
Wypatrzyła  jemiołę  wiszącą  w przejściu  pomiędzy jadalnią  a salonem.  Sta-

nąwszy w niedbałej pozie pod ścianą, z założonymi do tyłu rękami, Cait czekała 
cierpliwie na Paula.

W dziesięć, a może piętnaście minut później, trudno powiedzieć, Cait ziewnę-

ła, osłaniając dłonią usta.

background image

– Myślę, że powinniśmy już iść – zaproponował Joe, przechodząc obok niej. –

Ledwie się trzymasz na nogach.

– Jeszcze nie pocałowałam Paula – przypomniała mu.
– Zdaje się, że nieprędko skończy rozmowę, którą teraz prowadzi.
– Nie śpieszy mi się. – Dziwnie jej zaschło w gardle. Wolałaby napić się cze-

goś bezalkoholowego, ale w pobliżu stała tylko waza z ponczem.

– Cait – ostrzegł ją ponownie Joe, widząc, że nalewa sobie kolejną szklanecz-

kę.

– Nie martw się. Wiem, co robię.
– Kapitan „Titanica” też wiedział.
– Nie staraj  się być dowcipny,  Josephie Rockwell. Nie  mam nastroju  do  roz-

mów z zabawnymi ludźmi. – Uważając, że powiedziała coś ogromnie wesołego, 
wybuchnęła tłumionym chichotem.

– Och, nie – jęknął Joe – tego się obawiałem!
– Mianowicie czego?
– Jesteś pijana! 
Spojrzała nań krzywo.
– To  śmieszne.  Wypiłam  zaledwie  cztery  malutkie  szklaneczki  ponczu.  –  By 

udowodnić, że dokładnie zdaje sobie sprawę z tego, co robi, podniosła do góry 
trzy palce, zauważyła pomyłkę i natychmiast się poprawiła. A przynajmniej usi-
łowała  się poprawić, ale odliczenie czterech palców  u jednej ręki było nadspo-
dziewanie  czasochłonne.  Wreszcie  ułatwiła  sobie  zadanie,  podnosząc  po  dwa 
palce u obu rąk.

Odetchnąwszy głęboko, oparła się o ścianę i przymknęła oczy. I to był jej dru-

gi błąd. Świat zawirował, podłoga zdawała się uciekać spod jej stóp. Pośpiesznie 
otworzyła oczy i spojrzała na Joego, jakby był kotwicą, ostatnią deską ratunku. 
Musiał wyczytać panikę na jej twarzy, bowiem podszedł do niej blisko i pokręcił 
głową.

– Tak to się kończy, moja mała. Zabieram cię stąd.
– Ale przecież nie byłam jeszcze pod jemiołą.
– Jeśli koniecznie musisz kogoś pocałować, służę swoją osobą.
Propozycja była niewątpliwie kusząca, ale Cait miała przecież pocałować swe-

go opornego szefa.

– Wolę z tobą zatańczyć.
– Czy słyszysz jakąś muzykę?

background image

– Potrzebujesz  do  tańca  muzyki?  –  Zabrzmiało  to  tak  straszliwie  smutno,  że 

dolna warga zaczęła jej drżeć. – O Boże, Joe – szepnęła, obejmując głowę ręka-
mi – chyba masz rację. Rzeczywiście za dużo wypiłam...

– Jest aż tak źle?
– Och, okropnie... Cały pokój to wznosi się, to opada. Nie ma chyba trzęsienia 

ziemi, co?

– Nie. – Ujął ją mocno pod ramię, prowadząc ku drzwiom frontowym.
– Chwileczkę – powiedziała dramatycznym tonem, podnosząc palec wskazują-

cy. – Przyszłam w płaszczu.

Wiem. Zaczekaj tu, zaraz ci go przyniosę. – Był wyraźnie zmartwiony, że musi 

ją  na  chwilę  zostawić.  Cait  uśmiechnęła  się  uspokajająco,  jakby  chcąc  go  za-
pewnić,  że  wszystko  jest  w najlepszym  porządku,  ale  z trudem udawało  jej  się 
utrzymać równowagę. Oparł ją o ścianę, odstąpił parę kroków, jak gdyby spraw-
dzając, czy nie osuwa się na podłogę, po czym pobiegł szybko po płaszcz.

– Co się stało? – spytał po powrocie.
– A czemu uważasz, że coś się musiało stać?
– Po prostu łzy ci lecą z oczu.
– Bolą mnie nogi.
– Czemu więc włożyłaś te głupie szpilki?
– Już ci mówiłam – powiedziała płaczliwym tonem. – Nie złość się na mnie. –

Wyciągnęła do niego ramiona, spragniona jego bliskości. – Zaniesiesz mnie do 
samochodu?

Joe zawahał się.
– Chcesz, żebym cię zaniósł? – powtórzył, jakby to było zadanie na miarę Her-

kulesa.

– Nie  mogę  chodzić.  –  Zrzuciła  pantofelki  i nie  było  takiej  siły,  która  by  ją 

zmusiła do włożenia ich z powrotem. A jak miała wyjść na dwór w samych tylko 
pończochach?

– Jeśli mam cię nieść, znajdźmy lepiej inne wyjście z tego domu.
– Dobrze. – Zgodziła się bez dyskusji Wziął ją za rękę i zaprowadził do kuch-

ni.

– Nie sądzisz, że powinniśmy się pożegnać ze wszystkimi? – spytała. Zdawało 

jej się, że grzeczność nakazuje tak właśnie postąpić.

– Nie  –  odpowiedział  ostro.  –  Masz  taki  nastrój,  że  gotowa  jesteś  rzucić  się 

Paulowi w ramiona i zażądać, by natychmiast się z tobą namiętnie kochał.

– To śmieszne. – Cait zaczerwieniła się jak piwonia. 

background image

Joe mruknął pod nosem coś, czego nie dosłyszała i zaczął wkładać jej płaszcz. 

Gdy  skończył ją ubierać,  Cait  wgramoliła  się na krzesło  kuchenne, wyciągając 
do  niego  ramiona.  Joe  wytrzeszczył  na  nią  oczy,  jakby  nagle  zamieniła  się
w wilkołaka.

– Co ty robisz? – spytał poirytowany.
– Masz mnie zamiar zanieść do samochodu, prawda?
– Zastanawiam się nad tym.
– Chcę,  żebyś  mnie  wziął  na  barana.  Kiedyś  przewiozłeś  na  barana  Betsy 

McDonald, a mnie nigdy.

– Cait! – jęknął Joe. Przeczesał palcami włosy i podał jej rękę, by pomóc zejść. 

– Złaź, zanim spadniesz. Dobry Boże, nawet święty by nie wytrzymał.

– Chcę,  żebyś mnie wziął na barana – kaprysiła Cait. – Och, proszę cię,  Joe. 

Noga boli mnie tak bardzo.

Znów wymamrotał coś pod nosem. Nie wszystko zrozumiała, ale to, co do niej 

dotarło,  wystarczyło,  by  zjeżyć  jej  włosy  na  głowie.  Z wyraźnym  ociąganiem 
podszedł  do  krzesła  i Cait,  westchnąwszy  z ulgą  i rozkoszą,  otoczyła  mu  szyję 
ramionami i objęła nogami jego wąskie biodra.

Nie przestając utyskiwać, Joe ruszył ku tylnemu wyjściu.
Właśnie w tym momencie drzwi do kuchni otworzyły się i weszli do niej Paul

i Lindy. Lindy wydała okrzyk zdumienia, a Paul gapił się na nich w osłupieniu.

– Wszystko w porządku – szybko zapewniła Cait.
– Naprawdę. Czekałam pod jemiołą, a ty...
– Opróżniła  cztery  szklaneczki  ponczu  jedną  po  drugiej  –  wtrącił  Joe,  zanim 

Cait zdążyła przyznać się, że czekała tam na Paula.

– Może ci pomóc? – spytał Paul.
– Nie, dziękuję – odparł Joe. – Nie ma powodu do zmartwienia.
– Ale... – Lindy wyglądała na przejętą.
– Ona nie jest ciężka – powiedział złośliwie Joe.– To moja żona.

Zadzwonił telefon, wyrywając Cait z głębokiego snu. Przenikliwy dźwięk do-

słownie  rozsadzał  jej  głowę,  znalazła  po  omacku  słuchawkę  i przyłożyła  ją  do 
ucha.

– Halo – burknęła.
– Jak się czujesz? – spytał Joe.

background image

– Mniej więcej tak, jak myślisz – wyszeptała z zamkniętymi oczyma, masując 

delikatnie skronie. Miała uczucie, że w jej głowie zagnieździły się malutkie lu-
dziki, które tupią zapamiętale, chcąc zwrócić jej uwagę.

– O której odlatuje twój samolot?
– Wszystko w porządku. Mam bilet na popołudniowy rejs.
– Jest właśnie popołudnie.
– Co takiego? – otworzyła szeroko oczy.
– Czy w dalszym ciągu chcesz, bym cię zawiózł na lotnisko?
– Tak... proszę. – Odrzuciła pościel i sięgnęła po zegarek, zdumiona, że Joe ma 

rację.  –  Jestem  już  spakowana.  Będę  gotowa,  zanim  przyjedziesz.  Och,  Bogu 
dzięki, że zadzwoniłeś.

Cait  nie  miała  czasu  słuchać  ludzików,  rozrabiających  w jej  głowie.  Wzięła 

prysznic  i ubrała  się  w rekordowym  czasie,  przełknęła  filiżankę  kawy  i dwie 
aspiryny. Wkładała właśnie płaszcz, gdy Joe zadzwonił do drzwi.

Wpuściła  go  do  środka,  nie  zważając  na  podejrzanie  szeroki  uśmiech,  który 

gościł na jego twarzy.

– Co cię tak bawi?
– A czemu uważasz, że jestem rozbawiony?
– Joe,  nie  mamy  czasu  na  gry  słowne.  Nie  chcę  się  spóźnić  na  mój  samolot. 

Możesz mi powiedzieć, o co chodzi?

– O nic. – Spacerował wciąż po pokoju z idiotycznym uśmiechem. – Nie sądzę, 

byś zdawała sobie sprawę z tego, że alkohol działa na ciebie w szczególny spo-
sób.

Cait zesztywniała.
– To  znaczy? – Pamiętała większą część przyjęcia  z całkowitą jasnością. Do-

brze, że Joe zabrał ją w porę do domu.

– Rozwiązuje ci język.
– Tak?  –  Wzięła  dwie  plastykowe  torby  wypełnione  po  brzegi  prezentami

w kolorowych opakowaniach, pozostawiając Joemu tylko walizkę. – Czy powie-
działam coś interesującego?

– Owszem, owszem.
– Joe – jęknęła, spoglądając na zegarek. Jeśli się nie pośpieszą, samolot odleci 

bez  niej. –  Zapomnij  o tym, co  powiedziałam  –  jestem pewna,  że  wcale nie to 
miałam na myśli. Jeśli cię obraziłam – bardzo przepraszam. Jeśli zdradziłam ja-
kieś sekrety rodzinne – bądź uprzejmy o nich nie pamiętać.

Podszedł do niej i podniósł palcem jej brodę.

background image

– Owszem, to była tajemnica.
– Jesteś pewien, że mówiłam prawdę?
– Raczej tak.
– Powiedz  wreszcie,  co  zrobiłam.  Wyznałam  ci  miłość  aż  po  grób?  Bo  jeśli 

tak...

– Nie, nic w tym rodzaju.
– Jak długo jeszcze zamierzasz torturować mnie w ten sposób?
– Ani  chwili  dłużej.  –  Wyglądał  na  bardzo  zadowolonego  z siebie.  –  A więc 

Martin jest pastorem? Śmieszne, że nigdy dotąd o tym nie wspomniałaś.

– Ach... – Cait odstawiła torby i opadła na kanapę. A więc dowiedział się! Co 

gorsze, sama mu o tym powiedziała.

– To  może  mieć  bardzo  interesujące  implikacje,  moja  droga.  Czy  choć  na 

chwilę przestałaś o nich myśleć?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
– Właśnie dlatego nie mówiłam ci nic o Martinie – powiedziała Cait do Joego, 

który  ładował  walizkę  na  tylne  siedzenie  samochodu.  Spojrzała  na  zegarek
i wydała  lekki  okrzyk  przestrachu.  Mieli  zaledwie  półtorej  godziny  do  odlotu. 
Cait nigdy się nie spóźniała. A przynajmniej nie z własnej winy.

– Wygląda na to – mówił Joe z kamienną twarzą – że nasze małżeństwo może 

mieć pewne podstawy prawne.

Powiedział to specjalnie, by ją wytrącić z równowagi i, niestety, mu się to uda-

ło.

– Nigdy w życiu nie słyszałam czegoś równie idiotycznego.
– Przemyśl  to,  Cait  –  zaproponował,  puszczając  mimo  uszu  jej  słowa.  –  Na 

wiosnę będziemy obchodzili rocznicę. Ile to lat nam stuknie? Osiemnaście? Bo-
że, jak ten czas leci.

– Posłuchaj, Joe, nie uważam tego za dowcip najwyższego lotu. – Znów spoj-

rzała na zegarek. Czemu musiała zaspać? Nigdy więcej nie weźmie do ust pon-
czu. Zastanawiała się przez moment,  co też jeszcze mogła nagadać Joemu, po-
myślała jednak, że lepiej nie wiedzieć.

– Słyszałem  przez  radio  o karambolu  na  autostradzie,  musimy  więc  pojechać 

bocznymi drogami.

– Tylko pośpiesz się, błagam! – ponagliła go Cait niespokojnie.
– Zrobię, co w mojej mocy – powiedział Joe – ale nerwy nic tu nie pomogą.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie. Nic nie była w stanie na to poradzić. To nie 

on planował tę podróż od miesięcy. Jeśli nie zdąży na samolot, jej bratankowie
i bratanice nie dostaną gwiazdkowych prezentów od cioci Cait. Po prostu musi 
zdążyć na lotnisko!

Najwyraźniej mnóstwo osób słyszało o wypadku na autostradzie, boczne drogi 

były  bowiem potwornie  zatłoczone. Cait  wpadała  w coraz większą  panikę. Nie 
wolno jej się spóźnić na ten lot. Zdawało jej się, że prędzej dotarłaby na lotnisko, 
gdyby wyskoczyła z samochodu i pobiegła na przełaj.

Joe zatrzymał się na kolejnych czerwonych światłach, ale gdy zapaliły się zie-

lone, wciąż nie mógł ruszyć – ciężarówka dostawcza zatarasowała im drogę. Ca-
it, pieniąc się z wściekłości, odkręciła szybę i wystawiwszy głowę na zewnątrz, 
wrzasnęła ile sił w płucach:

– Zjeżdżaj stąd ze swoją landarą!
Łomot  w głowie  wciąż  się  nie  zmniejszał,  modliła  się,  by  aspiryna  wreszcie 

zaczęła działać.

background image

– Iście świąteczny nastrój – mruknął Joe pod nosem.
– Nic na to nie poradzę. Muszę złapać ten samolot.
– Już niedługo się w nim znajdziesz.
– W tym tempie nie dotrzemy na lotnisko Sea-Tac przed Wielkanocą.
– Zrelaksuj  się  trochę  –  zaproponował  łagodnie.  Włączył  radio  i samochód 

wypełniły  dźwięki  kolęd.  Zwykle  muzyka  działała  na  Cait  uspokajająco,  dziś 
jednak dokuczały jej równocześnie kac, depresja oraz ostry lęk. Ze zdenerwowa-
nia zaczęła ogryzać paznokcie.

Nagle wyprostowała się jak świeca.
– Psiakość! Zapomniałam dać ci prezent gwiazdkowy! Zostawiłam go w domu.
– Nie przejmuj się.
– To nie żaden kawał. – Rzeczywiście, była zadowolona z książki, którą udało 

jej się zdobyć dla niego – było to wielkie albumowe wydanie historii baseballa.

Czekała, by Joe napomknął o prezencie dla niej. Na pewno coś jej kupił. Przy-

najmniej miała taką gorącą nadzieję, w przeciwnym razie czułaby się jak idiotka. 
Choć trzeba przyznać, że przyzwyczaiła się do tego uczucia przez ostatnich kilka 
tygodni.

– Myślę, że uda nam się wydostać na autostradę – oznajmił Joe, skręcając ostro

w lewo. Wjechali na wiadukt i z tego dogodnego punktu obserwacyjnego mogli 
zorientować się, że autostrada jest odblokowana i ruch przebiega bez zakłóceń.

Niedługo potem Joe zatrzymał się przed terminalem jej linii lotniczych i oddał 

walizkę bagażowemu, tymczasem Cait szperała w torebce w poszukiwaniu bile-
tu.

– Czas się pożegnać – powiedział z czułym uśmiechem, który przyśpieszył bi-

cie jej serca.

– Wracam za niespełna dwa tygodnie – przypomniała mu, starając się mówić 

lekkim, niedbałym tonem.

– Zadzwonisz po przylocie?
Skinęła głową.  Mimo wcześniejszego panicznego pośpiechu, teraz nie  mogła 

się  zdecydować  na  rozstanie  z Joem.  Powinna biec  do  swojego  stanowiska od-
praw, zwlekała jednak, z sercem przepełnionym uczuciami, których nie potrafiła 
zdefiniować.

– Życzę ci bezpiecznej podróży – powiedział cicho.
– Dziękuję ci bardzo... za wszystko.

background image

– Bardzo  proszę.  –  Spoważniał,  w jego oczach brakowało  zwykłej  wesołości. 

Cait  nie  była  pewna,  kto  zrobił  pierwszy  krok.  Wiedziała  tylko,  że  Joe  tuli  ją
w ramionach, głaszcząc kciukiem jej gładki policzek.

Powoli  nachylił  się  i pocałował  ją.  Gdy  ich  usta  się  spotkały,  Cait  zamknęła 

oczy.

Pocałunek  Joego  był  tak  czuły,  że  serce  nieomal  przestało  jej  bić.  Panujący 

dookoła hałas i zamęt zdawały się gdzieś odpływać. Cait czuła, że się roztapia.

Jęknęła  i przywarła do  niego  mocniej,  nie  chcąc  opuścić  bezpiecznego  azylu 

jego ramion. Joe zadrżał i objął ją ciasno, jakby chcąc zatrzymać na zawsze.

– Wesołych świąt, kochanie – szepnął, wypuszczając ją niechętnie z objęć.
– Wesołych świąt – zawtórowała, nie ruszając się z miejsca.
– Pośpiesz się lepiej, Cait – popchnął ją leciutko.
– Och,  dobrze.  –  Na  chwilę  zapomniała,  po  co  przyjechała  na  lotnisko.  Cof-

nąwszy  się  o parę  kroków,  sięgnęła  po  torby  z prezentami.  –  Zadzwonię,  gdy 
będę już na miejscu.

– Koniecznie. Będę czekał na wiadomość od ciebie.
Wsadził ręce do kieszeni, a Cait odniosła nieodparte wrażenie, że zrobił to ce-

lowo, by  się powstrzymać  od  pochwycenia jej  znów w ramiona.  Myśl była  ro-
mantyczna, a pewność płynęła z głębi serca.

Jej  serce...  Jej  serce  było  pełne  uczuć  do  Joego,  bardziej,  niż  sobie  zdawała

z tego sprawę. Zdominował jej życie przez ostatnich kilka tygodni – zapraszając 
ją na kolację, przekupując pizzą, wybierając się z nią po zakupy czy na przyjęcie 
do Paula. Stał się jej całym światem. Joe, nie Paul, a właśnie Joe.

Wywołano jej lot. Cait odwróciła się i szybko pobiegła do sali odlotów.
Do  odprawienia  pozostała  zaledwie  niewielka  grupka  pasażerów.  Niektórzy

z nich żegnali się jeszcze z najbliższymi.

Cait  podeszła  ze  swoim  biletem.  Przed  nią  był  tylko  młody  żołnierz

w marynarskim mundurze.

– Nie  rozumie  mnie  pani  –  tłumaczył  stewardesie. – Zarezerwowałem  bilet 

przeszło miesiąc temu. Muszę polecieć tym samolotem!

– Jest mi naprawdę ogromnie przykro – przepraszała młoda kobieta ze współ-

czuciem. – Takie rzeczy czasem się zdarzają, zwłaszcza w okolicach świąt, ale 
jest pan na liście oczekujących. Chciałabym coś dla pana zrobić, ale nie mamy 
ani jednego wolnego miejsca.

background image

– Ale ja nie widziałem mojej rodziny od przeszło roku. Wujek Harvey przyjeż-

dża specjalnie z Duluth. Też służył w marynarce. Moja mama przygotowuje wy-
pieki od trzech tygodni. Nie rozumie pani? Nie mogę ich teraz zawieść!

Cait obserwowała, jak stewardesa jeszcze raz sprawdza coś w komputerze.
– Gdybym mogła wyczarować miejsce dla pana, z pewnością bym to  zrobiła. 

Naprawdę nie mam ani jednego.

– W porządku – powiedział, wypuszczając ze świstem powietrze. – Na kiedy 

najwcześniej  ma  pani  wolne  miejsce  w jakimkolwiek  samolocie  lądującym
w porcie lotniczym w obrębie stu mil od Minneapolis? Przejdę resztę drogi pie-
chotą, jeśli będzie trzeba.

Stewardesa ponownie sprawdziła dane w swoim komputerze.
– Na dwudziestego szóstego wieczorem.
– Dwudziestego szóstego! – wykrzyknął młody  mężczyzna. – Ale przecież to 

już po świętach, poza tym stracę wówczas większą część urlopu. Będę w domu 
niecały tydzień.

– Poproszę  o pani  bilet  –  powiedziała  stewardesa  do  Cait.  Miała  prawie  tak 

samo  nieszczęśliwą  minę  jak  marynarz,  nie  mogła  jednak  w żaden  sposób  mu 
pomóc.

Cait podała jej swój bilet. Żołnierz popatrzył na niego tęsknym wzrokiem, po 

czym odsunął  się,  zrezygnowany,  od  kontuaru  i usiadł na giętym plastykowym 
krześle.

Cait  zawahała  się,  przypomniawszy  sobie,  jak  wychyliła  głowę  przez  okno 

samochodu,  krzycząc  ze  zniecierpliwieniem  na  kierowcę  ciężarówki,  który  za-
tamował ruch.  Prześladowało ją  wspomnienie wcześniejszej rozmowy z Joem, 
gdy  to  dowodziła mu, że święta Bożego Narodzenia  wyzwalają w ludziach ich 
najlepsze instynkty. Joe sprzeczał się z nią, że czasem bywa wręcz odwrotnie.

– Wszystko w porządku, proszę się udać do wyjścia. 
Cait  pochwyciła  bilet w obie  dłonie,  pchnięta impulsem,  by  działać  szybko. 

Wahała się jeszcze.

– Przepraszam – powiedziała, oddychając głęboko i podejmując decyzję. Pode-

szła do żołnierza. Z bliska wyglądał jak duże dziecko. Liczył zapewne osiemna-
ście,  najwyżej  dziewiętnaście  lat.  Prawdopodobnie  podjął  służbę  wojskową  od 
razu  po  ukończeniu  szkoły.  Włosy  miał  ostrzyżone  krótko  przy  skórze,  a buty 
tak błyszczące, że można się było w nich przejrzeć.

– Słyszałam, że potrzebny jest panu bilet na ten samolot?
– Mam bilet, proszę pani. Ale jestem na liście oczekujących.

background image

– Proszę – powiedziała, podając mu bilet – niech pan weźmie mój.
Jego rozjaśniona radością twarz była dla Cait rekompensatą za jej poświęcenie, 

za spędzenie świąt z dala od Martina i dzieciaków. Od matki...

– Mam również rodzinę w Minneapolis, ale odwiedziłam ich w lecie.
– Nie mogę tego zrobić, proszę pani.
– Niech mi pan nie psuje przyjemności.
Ogłoszono  zamknięcie  odprawy  pasażerów.  Marynarz  wciąż  stał  z oczyma 

rozszerzonymi niedowierzaniem.

– Proszę  się  pośpieszyć  –  ponagliła  go  Cait,  czując  dławienie  w gardle.  –I

wziąć to. – Wręczyła mu dwie torby pełne prezentów. – Na lotnisku będzie ktoś 
na mnie czekał. Wysoki pastor w koloratce. Proszę mu to dać. Zadzwonię, żeby 
wiedział, że ma pana szukać.

– Ale proszę pani...
– Spóźni się pan. No, już...
– Dziękuję  bardzo...  Nie  mogę  w to  uwierzyć.  –  Wyjął  z kieszeni  swój  bilet

i podał jej. – Proszę. Dostanie pani przynajmniej zwrot pieniędzy.

Cait skinęła z uśmiechem głową. Marynarz uściskał ją, przewiesił przez ramię 

swój worek, schwycił obie torby z prezentami i pobiegł ku wyjściu.

Cait  odczekała  parę  minut,  po  czym  otarła  spływające  z oczu  łzy.  Nie  była 

pewna, czemu płacze. Przecież nigdy w życiu nie czuła się lepiej.

Obudziła  się  koło  szóstej.  Mieszkanie  było  ciche  i ciemne.  Wzdychając,  się-

gnęła po aparat telefoniczny, postawiła go na łóżku i wybrała numer Joego.

Podniósł słuchawkę po pierwszym sygnale, jakby czekał na jej telefon.
– Jak tam lot? – spytał natychmiast.
– Nie mam pojęcia. Nie było mnie na pokładzie samolotu.
– Spóźniłaś  się  na  samolot!  –  wykrzyknął  z niedowierzaniem.  –  Miałaś  prze-

cież jeszcze mnóstwo czasu.

– Wiem.  To  długa  historia,  ale  w dużym  uproszczeniu  oddałam  bilet  komuś, 

komu był potrzebny bardziej niż mnie. – Uśmiechnęła się z rozrzewnieniem na 
wspomnienie rozradowanej twarzy młodego marynarza. – Opowiem ci później.

– Gdzie jesteś w tej chwili?
– W domu.
– Będę za piętnaście minut.
Przyjechał po dwunastu. Cait wyjaśniła mu co się stało najlepiej, jak umiała.

background image

– Linie  lotnicze  odeślą  mój  bagaż  z powrotem  do  Seattle  najbliższym  możli-

wym lotem, nie ma się więc czym przejmować – powiedziała. – Rozmawiałam
z Martinem,  który  natychmiast  mnie  pocieszył,  że  pan  Bóg  wynagrodzi  moją 
wspaniałomyślność.

– Czy masz wobec tego zamiar polecieć późniejszym rejsem? – spytał Joe. Na-

lał sobie filiżankę kawy i usiadł na krześle naprzeciwko Cait.

– Wszystkie  miejsca  są  zarezerwowane  –  odpowiedziała.  Odchyliła  się  na 

oparcie krzesła i przesłoniła dłonią usta, by ukryć ziewnięcie. Nie mogła pojąć, 
czemu jest tak zmęczona. Przespała przecież niemal całe popołudnie. – Poza tym 
mamy w biurze kłopoty kadrowe. Lindy złożyła wymówienie, przychodzi prak-
tykant, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Przydam się.

– Rezygnujesz z urlopu, żeby zrobić wrażenie na Paulu – skrzywił się Joe.
Słowa  wyjaśnień  cisnęły  jej  się  na  usta.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  Joe  nie 

chciał jej obrazić, po prostu stwierdził fakt. Nie mógł przecież wiedzieć, że Cait 
przez cały dzień ani razu nie pomyślała o Paulu. Jej rezygnacja z lotu nie miała
z nim nic wspólnego.

Jeśli już o kimś myślała, to właśnie o Joem. W głębi duszy musiała przyznać, 

że  jej  postępek  nie  był  taki  czysto  bezinteresowny.  Prawda  była  taka,  że  nie 
chciała się z nim rozstać. Tak jakby naprawdę do niego należała...

To uczucie towarzyszyło jej od chwili gdy się pożegnali na lotnisku. Nie opu-

ściło  jej  też,  gdy  wracała  taksówką  do  domu.  Joe  był  ostatnią  osobą,  o której 
pomyślała przed zaśnięciem, z myślą o nim się obudziła.

To doprawdy zdumiewające!
– Co będziesz robiła w czasie świąt? – spytał wciąż nachmurzony Joe sponad 

swojej  filiżanki.  Jak  na  kogoś,  kto  zdawał  się  być  ogromnie  zmartwiony
z powodu jej wyjazdu na drugi koniec Stanów, nie wyglądał teraz na specjalnie 
uszczęśliwionego jej towarzystwem.

– Ja...  nie  zdecydowałam  się  jeszcze.  Spędzę  chyba  spokojny  dzień

w samotności. – Pomyślała, że pośpi dłużej, zrobi sobie pachnącą kąpiel... Potem 
pomaluje paznokcie u nóg i usadowi się wygodnie, by poczytać dobrą książkę.

– Z całą pewnością nie będzie to spokojny dzień – rzucił Joe.
– Jak to?
– Ponieważ spędzisz go ze mną i moją rodziną.

background image

– Joe po raz pierwszy zaprosił do nas dziewczynę na święta – powiedziała Vir-

ginia  Rockwell,  stawiając  tacę  pełną  świeżo  upieczonych  cynamonowych  roż-
ków pośrodku ogromnego kuchennego stołu. Wytarła ręce o fartuch obwiązany 
wokół pełnej talii.

Cait czuła się w obowiązku wyjaśnić sytuację. Była skrępowana, przyjeżdżając 

tu z Joem bez zapowiedzi.

– Joe i ja jesteśmy po prostu przyjaciółmi.
Pani Rockwell pokręciła głową, aż zatrzęsły się jej srebrne loki.
– Widziałam oczy mojego syna, gdy wchodził z tobą do domu. – Uśmiechnęła 

się  chytrze.  –  Pamiętam  cię  z dawnych  lat  w wykrochmalonych  sukienkach
i różowych kokardach. Byłaś ładną dziewuszką, a teraz jesteś jeszcze ładniejsza.

– Rzeczywiście lubiłam wykrochmalone sukienki – potwierdziła Cait.
Matka Joego znów się roześmiała. 
– Pamiętam,  jaką  wywołałaś  sensację,  opowiadając,  że  Joe  cię  pocałował.  –

Oczy błyszczały jej figlarnie. – Jego ojciec i ja mieliśmy niezłą zabawę. Jeszcze 
teraz  pamiętam  wściekłość  Joego,  gdy  się  dowiedział,  że  tajemnica  wyszła  na 
jaw.

– Powiedziałam tylko jednej osobie – zaprotestowała Cait. – To Betsy McDo-

nald rozpaplała wszystkim, a wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy.

– Tak się cieszę, że cię znów widzę, Caitlin. Gdy będziemy miały chwilę cza-

su, usiądziemy, sobie i opowiesz mi o swojej mamie. Tak dawno się nie widzia-
łyśmy.

Cait postawiła na stole talerz z jajecznicą. Brakowało jej rodziny, ale przeby-

wanie z matką Joego było dla niej wyraźną rekompensatą.

Zerknęła do pokoju, gdzie Joe siedział ze swym bratem i jego żoną. Nie wie-

działa  zupełnie,  co  począć  z nowo  odkrytym  uczuciem.  Powiedziała  pani  Roc-
kwell prawdę, Joe jest jej przyjacielem. Najlepszym wśród przyjaciół, jakich do-
tąd miała. Była wdzięczna za wszystko, co dla niej uczynił, odkąd spotkali się po 
latach kilka tygodni temu. Ale ich przyjaźń przeradzała się w znacznie silniejsze 
uczucie. Gdyby tylko nie odbiło jej tak na punkcie Paula. Gdyby nie czuła się tak 
głupio!

Joe zaczął śmiać się z czegoś, co powiedział jeden z jego bratanków i Cait nie 

mogła powstrzymać uśmiechu. Uwielbiała ten dźwięk – pełen życia, wigoru, siły 
– tak jak sam Joe.

Podczas śniadania Joe siedział obok Cait i brał ją co chwila za rękę. Czuła się 

dobrze  wśród jego rodziny. Rozmowa  była  przyjemna  i odprężająca, ale dzieci 

background image

myślały tylko o tym, by otworzyć prezenty. Zastawa została sprzątnięta ze stołu
i pozmywana w rekordowym tempie.

Cait  usiadła  obok  Joego  z filiżanką  kawy,  a najstarszy  wnuczek  rozdawał 

wszystkim  prezenty.  Przy  dźwiękach  kolęd  dzieci  niecierpliwie  rozrywały  pa-
pier. Najmłodszą dwuletnią dziewuszkę bardziej interesowało kolorowe pudełko 
niż jego zawartość.

Joe, wziąwszy do ręki prostokątną paczkę od Cait, potrząsnął nią entuzjastycz-

nie. Ostrożnie rozplatał sznurek i powoli odwinął prezent. Cait patrzyła na niego 
wyczekująco.

– Książka o baseballu?
Cait skinęła głową z uśmiechem.
– O ile sobie przypominam, zbierałeś nalepki z graczami baseballa.
– Skończyłem z tym, gdy przehandlowałem najlepsze dwie, jakie miałem.
– Jestem pewna, że cel był zbożny.
– Oczywiście.
Oczy ich się spotkały i zatonęły w sobie. Trwali tak, póki nie zorientowali się, 

że cała rodzina im się przygląda. Joe odchrząknął.

– To wspaniały prezent, Cait. Dziękuję ci bardzo.
Pochylił się i pocałował ją, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. 

Cait żałowała, że muszą poprzestać na jednym pocałunku.

– Na pewno masz coś dla Cait – ponagliła Virginia Rockwell swego syna.
– Jasne, że tak – powiedział, wyjmując z kieszeni koszuli niewielką paczuszkę. 

– No, otwórz to.

Cait drżały ręce, gdy rozpakowywała prezent. Zsunęła wstążeczkę i rozwinęła 

złoty papier. W środku znajdowało się białe pudełeczko z nazwą drogiego sklepu 
jubilerskiego, a w nim jeszcze jedno – małe, z czarnego aksamitu. Otworzyła je 
bardzo powoli i aż jęknęła z zachwytu na widok prześlicznej broszki z kameą.

– Och, Joe – szepnęła. Od lat marzyła o kamei i zastanawiała się, jakim cudem 

mógł się o tym dowiedzieć.

– Czy pocałujesz wujka Joego? – spytał bratanek. – Bo jeśli masz taki zamiar, 

to zamknę oczy.

– Jasne,  że  mnie  pocałuje  –  odpowiedział  za  nią  Joe.  –  Ale  zrobi  to  później, 

kiedy już nie będzie pod obserwacją tylu ciekawskich oczu.

Dzień minął szybko. Gdy rozpakowano do końca prezenty – a trzeba nadmie-

nić,  że dzięki pomocy  Cait przy  zakupach wszyscy po  kolei  wydawali okrzyki 
pełne zdumionego zachwytu na widok podarunków od Joego – cała rodzina ze-

background image

brała  się  wokół  fortepianu.  Przy  akompaniamencie  pani  Rockwell  wszyscy 
śpiewali kolędy, głośno i radośnie.

Joe odwiózł Cait do domu dopiero późnym wieczorem. Pani Rockwell uparła 

się, by dziewczyna zabrała do domu ogromny talerz najrozmaitszych słodyczy –
Cait śmiała się, że wystarczyłoby tego na całą wieczność. W tej chwili czuła się 
senna i rozleniwiona. Rozparła się wygodnie na siedzeniu, przymykając oczy.

– Jesteśmy na miejscu – szepnął Joe, przysuwając usta do jej ucha.
Cait niechętnie otworzyła oczy i westchnęła.
– To  był  taki  wspaniały  dzień.  Dziękuję  ci,  Joe. – Nie  mogła  powstrzymać 

ziewnięcia.  Ujęła  klamkę,  myśląc  tylko  o tym,  by  jak  najprędzej  znaleźć  się
w łóżku.

– A więc to tak? – W jego głosie brzmiało rozczarowanie.
– O co ci chodzi?
– Przypomniałem sobie pewną obietnicę, którą złożyłaś dzisiaj rano.
– Kiedy? – zmarszczyła brwi zdziwiona.
– Podczas odpakowywania prezentów.
– Och – powiedziała, prostując się – wtedy gdy zobaczyłam kameę?
– Właśnie – potwierdził Joe z przesadnym naciskiem. – Teraz już pamiętasz?
– Oczywiście.  –  Pocałunek.  Zamierzał  go  wyegzekwować.  Musnęła  szybko 

wargami jego wargi i uśmiechnęła się. – Proszę.

– Jeśli to wszystko, na co cię stać, powinnaś była pocałować mnie przy Char-

liem.

– Kwestionujesz moje umiejętności?
– Pies Charliego robi to lepiej od ciebie. 
Cait poczuła się co najmniej lekko obrażona.
– Czy to wyzwanie, Josephie Rockwell?
– Pewnie – odrzekł z łobuzerskim uśmiechem. – Masz cholerną rację.
– W  porządku,  masz,  co  chciałeś.  –  Odstawiła  na  bok  talerz  ze  słodyczami, 

przesunęła się na szerokim siedzeniu i otoczyła ramionami szyję Joego, zanurza-
jąc palce w jego gęstych włosach.

– To mi się już bardziej podoba – wymruczał Joe z zadowoleniem.
Ich oczy spotkały się, uciekła z nich nagle figlarność i wesołość. Joe wciągnął 

powoli powietrze i zaczął muskać wargami jej policzek. Objął ją mocno w talii
i przyciągnął do  siebie. Jego wargi znaczyły wilgotny ślad na jej  szyi. Było jej 
tak dobrze, że zamknęła oczy i poddała się nie znanemu dotąd uczuciu komplet-
nej nieważkości...

background image

– Och, Cait... – oderwał się od niej, oddychając z trudem. Instynktownie wie-

działa, że chciał coś jeszcze powiedzieć, zrezygnował jednak i ukrył twarz w jej 
włosach, próbując zapanować nad oddechem.

– No i jak wypadłam? – spytała szeptem, gdy już była w stanie coś wykrztusić.
– Po prostu świetnie.
– Czy jesteś zatem gotów odwołać swoje słowa?
– Nie wiem. – Zawahał się. – Przekonaj mnie jeszcze raz.
Spełniła jego prośbę. Przylgnęła wilgotnymi wargami do jego ust, serce waliło 

jej jak młotem.

Joe skinął głową, jakby nie ufając własnym strunom głosowym.
– Doskonale.
– To był wspaniały dzień – szepnęła. – Nie wiem, jak  ci dziękować za to, że 

mnie ze sobą zabrałeś.

Joe  pokręcił  głową.  Chciał  jej  powiedzieć  jeszcze  wiele  rzeczy,  ale  nie  był

w stanie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Pogrążona  w głębokim  zamyśleniu  Cait  wpatrywała  się  od  kilku  minut

w ekran komputera, jednak widoczne na nim dane nie docierały do jej  świado-
mości. Z piersi wyrwało jej się przeciągłe westchnienie.

Paul był  bardzo zadowolony,  że zjawiła się  tego ranka w pracy. Tydzień po-

między  Bożym  Narodzeniem  a Nowym  Rokiem  zapowiadał  się  koszmarnie. 
Lindy, wyraźnie zdziwiona, szybko wycofała się do swego pokoju, przywitaw-
szy się zdawkowo. Zachowanie przyjaciółki wprawiało Cait w zakłopotanie nie 
była  jednak  w stanie  skoncentrować  się  teraz  ani  na  problemach Lindy,  ani  na 
własnej pracy.

Popadła w taką zadumę, że ledwie usłyszała pukanie do drzwi. Z miną wino-

wajcy  podniosła  wzrok  na  Paula,  który  stał  w progu  z rękami  w kieszeniach. 
Miał bardzo zmęczone oczy.

– Paul! – Cait czekała, aż serce zacznie jej bić dwa razy szybciej, jak zwykle, 

gdy szef znajdował się w pobliżu. Nic takiego się nie stało. Sprawiło jej to ulgę, 
ale nie było już niespodzianką.

– Cześć, Cait! – uśmiechnął się z przymusem, twarz miał ściągniętą. Czuł się 

chyba nieswojo i ze wszelkich sił chciał to ukryć. – Masz chwilę czasu?

– Oczywiście. Wejdź, proszę. – Wstała i podsunęła mu krzesło. – Czym mogę 

ci służyć?

– Och,  drobiazg.  Po  prostu  chciałem ci  powiedzieć,  jak  bardzo  się  cieszę,  że 

przyszłaś dziś do pracy. Przykro mi, że zrezygnowałaś z urlopu, ale twoja obec-
ność bardzo się tu dziś przyda. Zwłaszcza że Lindy odchodzi. – Zacisnął wargi.

Nikt  poza  Joem  i Martinem  nie  znał  prawdziwego  powodu  rezygnacji  Cait

z wyjazdu do Minnesoty. Nie sugerowała też Paulowi, że zmieniła plany po to, 
by mu pomóc w trudnej sytuacji. Widocznie sam wyciąg- nął wnioski.

– A więc Lindy nie zmieniła zdania?
– Nic  do  niej  nie trafia  –  nachmurzył się  Paul.  – Ta  kobieta jest  uparta  jak... 

jak... – Paul wzruszył ramionami, nie znajdując odpowiedniego słowa.

– Modernizacja  jest  już  prawie  zakończona.  –  Cait  zmieniła  temat  rozmowy, 

nie  chcąc  mówić  nic  złego  o swej  przyjaciółce.  Wstała  i zaczęła  spacerować
w roztargnieniu  po  pokoju,  zatrzymując  się,  by  poprawić  girlandę  zawieszoną 
nad  drzwiami  przez  Lindy.  Bo  winna  się  cieszyć,  że  Paul  przyszedł  do  niej,
a było jej to dziwnie obojętne.

background image

– Tak, jestem bardzo zadowolony – powiedział Paul. – Joe Rockwell odwalił 

kawał  świetnej  roboty.  Ma  doskonałą  opinię  i myślę,  że  nie  minie  kilka  lat,
a stanie się jednym z największych przedsiębiorców budowlanych.

Cait kiwała od niechcenia głową, mając nadzieję, że udało jej się ukryć dreszcz 

podniecenia, który ją przebiegł na samą wzmiankę o Joem. I bez Paula wiedzia-
ła, że Joe ma przed sobą świetlaną przyszłość. W czasie świąt pani Rockwell na-
pomknęła o sukcesach syna. Joe zawarł ostatnio kontrakt na duży projekt rządo-
wy i była z niego bardzo dumna.

– No cóż – powiedział Paul, wciągając głęboko powietrze – nie będę ci zabie-

rał  czasu. –  Wstał, wciąż  nachmurzony i skierował się ku  drzwiom. Po  chwili, 
odwrócił się znów do niej. – Pewnie jesteś zajęta dziś wieczorem? Chciałem cię 
zaprosić na kolację.

– Kolację  –  powtórzyła  Cait,  jak  gdyby  usłyszała to  słowo  po  raz  pierwszy

w życiu. Paul zapraszał ją na kolację? Po tylu miesiącach? Teraz, gdy najmniej 
tego oczekiwała? Kiedy nie miało to już znaczenia? Tak wiele razy modliła się
z głębi serca o odrobinę zainteresowania z jego strony, a on w końcu umawia się
z nią na randkę. Teraz?

– Oczywiście, jeśli jesteś wolna.
– Hm... tak, z pewnością... bardzo mi miło.
– Świetnie. O której po ciebie przyjechać? Czy
– O wpół do szóstej to nie za wcześnie?
– Nie, będę gotowa.
– Wobec tego do zobaczenia.
– Do zobaczenia, Paul. – Cait czuła się dziwnie odrętwiała. Jej marzenia zaczę-

ły  się w końcu spełniać... Za późno. Paul, w którym się kochała tyle czasu, za-
prosił ją na kolację. Powinna skakać z radości albo przynajmniej odczuwać coś 
poza  tępym  ściskaniem  w dołku.  Skoro  było  to  tak  wyczekiwane,  ważne
i podniecające wydarzenie, czemu nie sprawiło jej spodziewanej radości?

Pozbierawszy nieco myśli, Cait zdecydowała się pójść do Lindy. Zastała przy-

jaciółkę  rozmawiającą  przez  telefon.  Lindy  spojrzała  na  nią,  uśmiechnęła  się 
zdawkowo  i natychmiast  odwróciła  wzrok,  jak  gdyby  rozmowa  wymagała  od 
niej pełnego zaangażowania.

Cait odczekała kilka minut, wreszcie postanowiła wrócić, gdy Lindy nie będzie 

już tak bardzo zajęta. Musiała porozmawiać z przyjaciółką, potrzebowała jej ra-
dy. Lindy zawsze podtrzymywała Cait na duchu. Tak, rozmowa jest absolutnie 
konieczna. Spróbuje przekonać Lindy, by również jej się zwierzyła. Cait bardzo 

background image

ceniła sobie jej przyjaźń. Wprawdzie było jej przykro, że osoba, którą uważała 
na  najlepszą  przyjaciółkę,  złożyła  wymówienie nic  jej  o tym  nie  wspominając, 
ale widocznie miała swoje powody.

I może również potrzebowała duchowego wsparcia.
Słysząc,  że  dzwoni  telefon  w jej  pokoju,  szybko  tam  pobiegła.  Była  zajęta 

przez resztę dnia. Pozostało już niewiele minut do zamknięcia nowojorskiej gieł-
dy, gdy zjawił się Joe.

– Hej – powitała go Cait z radosnym, zapraszającym uśmiechem. Ich oczy się 

spotkały  i Joe  również  się  uśmiechnął.  Ze  szczęścia  serce  omal  jej  z piersi  nie 
wyskoczyło.

– Cześć, mała. – Wszedł do pokoju i opadł na to samo krzesło, które niedawno 

zajmował  Paul.  Wyciągnął  przed  siebie  długie  nogi  i splótł  ręce  na  brzuchu. –
Jak się dziś miewa świat finansów?

– Mniej więcej tak samo dobrze jak zwykle. 
Jego uśmiech był ogromnie zaraźliwy. Jak zawsze zresztą – tyle że początko-

wo Cait nie chciała mu się poddać. Ale to dawno już minęło i dziś odpowiedziała 
mu ochoczo serdecznym uśmiechem.

– Skończyłaś na dzisiaj?
– Prawie. – Musiała jeszcze uprzątnąć parę rzeczy z biurka, ale to nic pilnego. 

– Czemu pytasz?

– Czemu? – zmarszczył brwi udając zdziwienie. – Co powiesz na wspólną ko-

lację? – Poderwał się z krzesła i zaczął tańczyć walca wokół jej pokoju, udając, 
że gra na skrzypcach. – Tylko ty i ja. Księżyc, wino i muzyka – mrugnął do niej 
znacząco. – Pracujesz zbyt intensywnie. Chciałbym, żebyś bardziej cieszyła się 
życiem. Obojgu nam się to przyda.

Joe nie musiał jej namawiać na wspólną eskapadę. Jej serce uderzało radośnie 

na samą myśl o tym. Czuła się z nim świetnie, śmiała się, bawiła, chciała wziąć
w ramiona  cały  świat.  Oczywiście,  potrafił  też  doprowadzić  ją  do  szału,  ale 
odrobina szaleństwa dobrze wpływa na szare komórki.

– Tylko obiecaj mi, że nie włożysz szpilek – pogroził jej palcem. – Od przyję-

cia świątecznego u Paula cierpię na dokuczliwe bóle krzyża.

Imię Paula zabrzmiało nagłym dysonansem w ich rozmowie.
– Paul – powtórzyła, odchylając się bezsilnie na oparcie krzesła. – O Boże!
– Wiem,  że  uważasz  go  za  Boga  –  dogryzł  jej.  –  Co  tym  razem  zrobił  twój 

dzielny szef?

background image

– Zaprosił mnie na kolację – przyznała się Cait z niezbyt zachwyconą miną. –

Wpadł ni stąd, ni zowąd rano do mojego pokoju i umówił się ze mną, jakby to 
stanowiło chleb powszedni. Byłam tak oszołomiona, że nie mogłam zebrać my-
śli.

– I co mu powiedziałaś? – Joe zdawał się traktować tę całą sprawę jako niezły 

dowcip.  –  Zaczekaj  –  podniósł  rękę  –  niech  sam  się  domyśle.  Podskoczyłaś
z radości.

– Niezupełnie – odparła, nieco urażona jego zachowaniem. Mógłby przynajm-

niej  okazać,  że go  to obchodzi. Spędziła z nim Boże  Narodzenie, według  słów 
jego matki  była pierwszą kobietą,  którą zaprosił na  święta do  domu,  ale  mimo 
rozpowiadania wszem i wobec, że są małżeństwem, wyraźnie nie miał nic prze-
ciwko jej randce z innym mężczyzną.

– Założę  się,  że  doznałaś  szoku.  –  Uśmiech  drżał  w kącikach  jego  warg,  jak 

gdyby wyobrażał sobie jej reakcję na propozycję Paula i ogromnie go to bawiło.

– Nie doznałam żadnego szoku – broniła się z gniewem. – Po prostu mnie za-

skoczył.

– Baw się dobrze – powiedział, idąc w stronę drzwi. – Zobaczymy się później. 

– I wyszedł.

Cait wprost nie mogła w to uwierzyć. Zaczęła przechadzać się z wściekłością 

po pokoju, zaciskając i rozwierając pięści. Minęła dobra chwila, zanim przyszła 
do siebie i pobiegła za nim.

Joe  rozmawiał  ze  swoim  brygadzistą,  tym  samym  krępym  mężczyzną,  który 

kiedyś był świadkiem ich przepychanki przy windzie.

– Przepraszam  –  powiedziała  przerywając  im  rozmowę  –  ale  chciałabym  za-

mienić  z tobą  parę  słów,  gdy  będziesz  wolny.  –  Stała,  zaciskając  wciąż  pięści, 
jak gdyby szykowała się do walki.

Joe rzucił okiem na zegarek.
– To może trochę potrwać.
– Wobec tego, czy mogłabym ci zabrać teraz chwilę czasu?
Brygadzista cofnął się o krok.
– Chciałaś coś ode mnie? – spytał Joe, gdy zostali sami.
Pytanie! Jasne, że chciała.
– Czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia?
– Na jaki temat?
– Mojej  kolacji  z Paulem.  Spodziewałam  się,  że  będziesz...  sama  nie  wiem... 

zdenerwowany czy coś w tym rodzaju.*

background image

– Czym  miałbym  się  denerwować?  Uważasz,  że  będzie  czegoś  próbował? 

Szczerze w to wątpię, ale jeśli masz jakieś obawy, weź mnie ze sobą. Będę bar-
dziej  niż  szczęśliwy  mogąc  bronić  twego  honoru.  –  Spoważniał  nagle.  –  Na-
prawdę myślałaś, że będę zazdrosny?

– No, może nie zazdrosny – sprostowała, choć nie było to dalekie od prawdy. –

Zaniepokojony.

– Nie jestem. Paul to porządny facet.
– Wiem, ale...
– Byłaś w nim zakochana od miesięcy...
– Myślę, że to raczej zaślepienie.
– To prawda. Ale umówił się z tobą wreszcie, a ty przyjęłaś zaproszenie.
– Tak, ale...
– Znamy się dobrze, Cait. Zapomniałaś, że jesteśmy małżeństwem?
– Raczej byłoby mi trudno. – Zwłaszcza że Joe dokładał wszelkich starań, by 

przypominać  jej  o tym przy  każdej  sposobności.  –  Czy  nie  powinno  to  mieć... 
jakiegoś  znaczenia?  –  Cait  nie  mogła  uwierzyć,  że  te  słowa  przeszły  jej  przez 
gardło.  Od  tygodni  czuła  się  okropnie  upokorzona  za  każdym  razem,  gdy  Joe 
wspominał o ich wyczynie z okresu dzieciństwa, a teraz sama wykorzystała ten 
argument dla własnych celów. Joe ujął ją za ramiona.

– Prawdę powiedziawszy, nasze małżeństwo to niezła transakcja.
Warto było usłyszeć te słowa!
– Chcę tylko jak najlepiej dla ciebie. Będę szczęśliwy, jeśli wszystko pomiędzy 

tobą a Paulem dobrze się ułoży. A teraz przepraszam cię bardzo, muszę wracać 
do pracy.

Gdy wróciła do pokoju, owładnęło nią znów uczucie odrętwienia. Nie wiedzia-

ła,  co  myśleć.  Wierzyła...  miała  nadzieję,  że  pomiędzy  nimi  zaczęło  się  coś 
szczególnego. Widocznie ich spotkania miały dla niej całkiem inne znaczenie niż 
dla  Joego.  W przeciwnym  razie  nie  potraktowałby  tak  obojętnie  jej  randki
z Paulem. A już z pewnością nie odczuwałby zadowolenia!

To  właśnie  ubodło  Cait  najbardziej.  Minęło  kilka  minut,  zanim  udało  jej  się 

zdefiniować własne uczucia – tak, po prostu została zraniona.

Właściwie przypadkowo zawędrowała do pokoju Lindy. Jej przyjaciółka wkła-

dała właśnie płaszcz, gotowa do wyjścia z pracy.

– Paul zaprosił mnie na kolację – wygadała się Cait.
– Naprawdę? – Oczy Lindy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Ale nie obróciła 

tego w żart, tak jak Joe.

background image

– Tak  –  odrzekła  Cait.  –  Wszedł  i umówił  się  ze  mną,  jakby  to  był  jego  co-

dzienny zwyczaj.

– Czy jesteś szczęśliwa?
– Nie wiem – odpowiedziała szczerze Cait. – Chyba powinnam być zadowolo-

na. Modliłam się przecież o to od miesięcy.

– O co więc chodzi? – spytała Lindy.
– Wydaje mi się, że Joe się tym nie przejął. Powiedział mi, że ma nadzieję, iż

wszystko pójdzie po mojej myśli.

– Czyli?
Cait zastanawiała się przez chwilę, w gardle ją dławiło.
– Przysięgam, Lindy, nic już nie wiem.

– Słyszałem,  że  podają  tu  wyśmienitego  łososia  –  mówił  Paul,  przeglądając 

kartę. Jedli kolację w bardzo znanej restauracji „Boathouse”.

Cait przebiegła wzrokiem pozycje menu, decydując się na łososia z rusztu – to 

samo danie, które zamówiła pamiętnego wieczora z Joem. Ale dziś było jej wła-
ściwie wszystko jedno, co ma na talerzu.

– Zdaje się, że ostatnio często widywałaś się z Joem Rockwellem – zauważył 

Paul.

To, że Paul wspomniał w tej chwili imię Joego, było ironią losu. Cait nie mo-

gła przestać myśleć o nim od popołudniowej rozmowy w pracy. Naprawdę wie-
rzyła,  że  ich  znajomość  przeradza  się  w coś  szczególnego.  Joe  jednak  postarał 
się, by wyprowadzić ją z błędu.

– Tak – odpowiedziała niepewnie. – Wiesz przecież, że znamy się jeszcze od 

dzieciństwa. Joe i mój brat byli w wielkiej przyjaźni. Potem rodzina Joego prze-
prowadziła się na przedmieście i straciliśmy kontakt.

Podeszła kelnerka i Paul zamówił butelkę białego wina. Gawędzili przyjaźnie 

przez kilka minut na tematy związane z ich wspólną pracą w firmie.

Cait słuchała z zainteresowaniem, kiwając od czasu do czasu głową lub wtrą-

cając  jakąś uwagę. Zastanawiała  się, co też  nadzwyczajnego widziała  w Paulu. 
Owszem, był atrakcyjny, ale ani w połowie tak dynamiczny czy podniecający jak 
Joe. Wprawdzie miał pewien wdzięk, lecz z Joem przegrywał na całej linii. Cait 
nie  potrafiła  wyobrazić  sobie  swego  szefa,  niosącego  ją  na  barana
i wymykającego się tylnym wyjściem. Nie mówiąc już o tym, że z pewnością nie 
umiałby się tak z nią przekomarzać.

background image

Kelnerka przyniosła butelkę wina, otworzyła i napełniła im kieliszki. Wkrótce 

potem  podała  zamówione  potrawy.  Po  dwóch  kęsach  wybornego  łososia,  Cait 
zauważyła, że Paul nawet nie tknął jedzenia. Był wyraźnie zdenerwowany.

Obracał w palcach kieliszek, przyglądając się, jak mieni się w nim wino.
– Co myślisz o odejściu Lindy z naszej firmy? – przemówił nagle.
Cait zaskoczył żar w jego głosie, gdy wspomniał imię Lindy.
– Szczerze mówiąc, byłam zupełnie zaszokowana – przyznała.
– Więc wymówienie Lindy jest dla ciebie zaskoczeniem?
– Tak,  kompletnie  nic  o tym  nie  wiedziałam.  Lindy  nie  napomknęła  nawet 

słowem o innej propozycji pracy. Zawsze myślałam, że jesteśmy dobrymi przy-
jaciółkami.

– Lindy jest twoją przyjaciółką – powiedział z niezachwianym przekonaniem. 

– Nie uwierzyłabyś, jak dobrą.

– Wiem o tym. – Jednakże przyjaciele niekiedy miewają w zanadrzu różne nie-

spodzianki. Lindy oraz Joe byli świetnym tego przykładem.

– Uważam Lindy za absolutnie wyjątkową osobę – powiedział Paul, obrzucając 

Cait badawczym spojrzeniem.

– Jest chyba jednym z najlepszych maklerów giełdowych – przyznała Cait, są-

cząc wino.

– Mój podziw znacznie wykracza poza ramy zawodowe. Sądzę, że Lindy mo-

głaby być skarbem dla mężczyzny na całe życie – mówił dalej Paul.

– Całkowicie  się  z tobą  zgadzam.  –  Gdyby  tak  Joe  zdał  sobie  sprawę,  jakim 

ona jest skarbem. Już raz wziął z nią ślub – no, przynajmniej coś w rodzaju ślubu 
–  i z pewnością  myśl  o wspólnym  spędzeniu  życia  niejednokrotnie  w ciągu 
ostatnich tygodni przyszła mu do głowy.

Paul zawahał się, wyraźnie zakłopotany.
– Przypuszczam, że ani trochę się nie domyślasz, jaki jest powód wymówienia 

Lindy?

Naprawdę nie miała pojęcia. Jej myśli i serce były do tego stopnia zdomino-

wane  przez  Joego,  że  nie  zastanawiała  się  dotąd  głębiej  nad  postępowaniem 
przyjaciółki.

– Pewnie dostała ciekawszą propozycję. – Nie zdziwiłoby jej to wcale – Lindy 

stanowiłaby cenny nabytek dla każdej firmy.

I właśnie w tej chwili Cait zrozumiała. Paul nie zaprosił jej na kolację, by na-

wiązać z nią romans. Chciał za jej pośrednictwem dowiedzieć się, co popchnęło 
Lindy do odejścia z pracy. Poczuła nagłą ulgę, jak gdyby ktoś zdjął z jej ramion 

background image

ogromny ciężar. Paul wcale nie był nią zainteresowany. Nie był i nie będzie. Ja-
kiś  czas  temu  przyjęłaby  to  jako  druzgocącą  porażkę,  natomiast  w tej  chwili 
przepełniała ją wdzięczność.

– Jestem pewna, że zmieni zdanie, jeśli z nią porozmawiasz.
– Próbowałem, wierz mi. Ale jest pewien problem... – zawahał się. – Cait, do 

licha, przecież to z twojego powodu!

Popatrzyła na niego, zaintrygowana.
– O co ci chodzi, Paul?
– Nie  masz  pojęcia,  prawda?  Przysięgam,  że  jesteś najbardziej  niedomyślną 

kobietą pod słońcem! – Od- sunął swój talerz i zamknąwszy oczy, pokręcił gło-
wą.  –  Jestem  zakochany  w Lindy  od  tygodni...  miesięcy.  Za  żadne  skarby  nie 
mogłem jednak sprawić, by mnie zauważyła. Gotów byłem robić wszystko, na-
wet fikać koziołki pośrodku jej pokoju. W końcu olśniło mnie, czemu Lindy nie 
odwzajemnia moich uczuć.

– Z mojego powodu? – spytała Cait drżącym piskliwym głosikiem.
– Właśnie. Nie chciała zdradzić swej przyjaciółki. Pewnego popołudnia – chy-

ba  wtedy  gdy  spotkałaś  po  latach  Joego  –  byliśmy  z Lindy  w moim  gabinecie 
sami. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, ale szukając czegoś dla mnie, potknę-
ła się o jeden z przewodów pozostawionych przez robotników. Na szczęście uda-
ło mi się uchronić ją przed upadkiem. Nie była to jej wina, ale rozzłościłem się
z obawy, że mogła zrobić sobie krzywdę. Lindy z kolei rozgniewała się na mnie
z powodu mojej gwałtownej reakcji i pomyślałem, że jedynym sposobem, by ją 
uciszyć, jest pocałunek. Tak się to zaczęło, przysięgam ci, że wszystko mieliśmy 
wypisane na twarzach.

Cait przełknęła ślinę, zafascynowana jego opowieścią.
– Próbowałem ją wielokrotnie namówić na spotkanie. Wciąż mi odmawiała, aż 

wreszcie spytałem ją o powód.

– Powiedziała ci... co do ciebie czułam? – Myśl o tym była upokarzająca.
– Oczywiście, że nie. Lindy jest zbyt dobrą przyjaciółką, by zawieść twoje za-

ufanie.  Poza tym  nie  musiała  mi  nic  mówić.  Domyślałem  się  od  początku.  Na 
miłość  boską,  Cait,  co  miałem  zrobić,  żeby  cię  zniechęcić?  Napisać  kredą  na 
kominie?

– Nie sądzę, żebyś musiał podejmować tak drastyczne kroki – powiedziała ci-

cho, upokorzona do szpiku kości.

background image

– Powtarzałem jej bez końca, że nie jestem w tobie zakochany, ale nie chciała 

słuchać.  Wreszcie  powiedziała  mi,  że  jeśli  z tobą  porozmawiam  i wyjaśnię  ci 
wszystko, zgodzi się wypuścić gdzieś ze mną.

– Rozmowa telefoniczna – powiedziała Cait w nagłym przypływie natchnienia. 

–  To  dlatego  do  mnie  zadzwoniłeś,  prawda?  Chciałeś  porozmawiać  o Lindy,
a nie o jakimś artykule.

– Tak. – Wyraźnie był wdzięczny za jej domyślność, choć przyszła tak późno.
– Czemu więc, do licha, tego nie zrobiłeś?
– Wielokrotnie  się  zbierałem,  ale  w ostatniej  chwili  zawsze  rezygnowałem. 

Sam  chciałbym  wiedzieć,  dlaczego.  Poza  tym  trudno  prowadzić  taką  szczerą 
rozmowę przez telefon. Obiecywałem sobie codziennie, że ci powiem. Bóg wie 
ile razy robiłem różne aluzje, ale nic do ciebie nie docierało.

– Ale czemu Lindy odchodzi?
– Czy to nie jest oczywiste? – spytał Paul. – Coraz trudniej było nam pracować 

razem. Nie chciała zdradzić swojej najlepszej przyjaciółki, a jednocześnie...

– Jednocześnie oboje zakochaliście się w sobie.
– Nic dodać, nic ująć. Nie mogę jej stracić, Cait. Nie chciałbym zranić twoich 

uczuć,  naprawdę  uważam  cię  za  godną  zaufania  pracownicę  i sympatyczną 
dziewczynę – po prostu mnie nie pociągasz. –

Chyba nie jego jednego. Joe też traktuje ich związek wyłącznie jak dobry żart, 

nigdy nie wspomniał o żadnych romantycznych uczuciach.

– Muszę coś zrobić, zanim stracę Lindy.
– Całkowicie się z tobą zgadzam.
– Nie jesteś na nią zła, prawda?
– Na Boga, nie! – wykrzyknęła Cait, uśmiechając się do niego dzielnie.
– Sądziliśmy oboje, że coś się kluje pomiędzy tobą i Joem Rockwellem. Spo-

tykaliście się często, a potem na przyjęciu świątecznym...

– Nie przypominaj mi – jęknęła Cait.
Twarz Paula rozjaśniła się w spontanicznym uśmiechu.
– Ten Joe jest nie w ciemię bity, prawda? 
Cait pokiwała głową, zrezygnowana. Wyjaśniwszy wreszcie sytuację, Paul na-

brał  nagle apetytu.  Przysunął  sobie  z powrotem  talerz  i zaczął  jeść.  Natomiast 
Cait  straciła  zupełnie  ochotę  na  swego łososia. Wpatrywała się  w talerz,  zasta-
nawiając się, jak zdoła wytrwać do końca wieczora.

Udało jej się to całkiem nieźle. Paul zdawał się nie zauważać, że coś jest nie 

tak.  Cait  nie  była  wcale zmartwiona jego  wyznaniem,  wręcz  przeciwnie, czuła 

background image

ulgę  z powodu  takiego  obrotu  sprawy  i cieszyła  się,  że  Lindy  jest  zakochana. 
Paul najwyraźniej miał bzika na jej punkcie, nigdy nie widziała go tak ożywio-
nego,  jak  wówczas  gdy  mówił  o Lindy.  Jak  mogła  nie  zorientować  się
w prawdziwych uczuciach swej przyjaciółki! Nie wspominając o Paulu...

Paul zawiózł ją pod sam dom i odprowadził do drzwi frontowych.
– Nie  wiem,  jak  ci  dziękować  –  powiedział  ciepło.  Uścisnął  ją  impulsywnie

i wsiadł do swego sportowego samochodu.

Mieszkanie Cait było ciemne i puste. Tak puste, że cisza zdawała się odbijać 

echem od ścian. Powiesiwszy płaszcz, zapaliła światło i zaparzyła sobie filiżankę 
herbaty.  Usiadła  na  kanapie  z podwiniętymi  nogami  i wpatrzyła  się  w ściany 
niewidzącym wzrokiem, ważąc swoje szanse. Wydały jej się znikome.

Paul  był  zakochany  w Lindy.  A Joe...  Cait  nie  miała  pojęcia,  jak  wyglądają 

sprawy pomiędzy nimi.

Rozmyślania przerwał jej dzwonek telefonu. Podniosła słuchawkę po  drugim 

sygnale.

– Cait?  –  usłyszała  głos  Joego.  Był  zdziwiony,  że  zastał  ją  tak  wcześnie

w domu. – Kiedy wróciłaś?

– Kilka minut temu.
– Twój głos brzmi jakoś dziwnie. Czy coś się stało?
– Mój Boże – powiedziała, wybuchając płaczem – a co miałoby się stać?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Nie miała zamiaru płakać, taka myśl w ogóle nie postała jej w głowie. Chciała 

tylko  przetrawić ostatnie  rewelacje,  a skończyło się na  tym, że  szlochała histe-
rycznie do słuchawki.

– Och, to wszystko twoja wina!
– Co się stało?
– Nic. Nie... nie mogę teraz z tobą rozmawiać. Idę spać. – Z tymi słowy odło-

żyła słuchawkę. Miała cichą nadzieję, że Joe zadzwoni jeszcze raz, telefon jed-
nak milczał jak zaklęty. Hipnotyzowała go wzrokiem przez kilka minut, ale wi-
docznie Joemu nie zależało na rozmowie z nią.

Łzy płynęły jej strumieniem. Było to dla Cait coś absolutnie niezrozumiałego. 

Nie należała do osób skłonnych do płaczu, teraz jednak wydawało jej się, że nig-
dy nie przestanie.

Pociągając nosem, wstrząsana łkaniem, usiadła na brzegu łóżka i wciągnęła do 

płuc potężny haust powietrza. Rozpływanie się we łzach nie ma najmniejszego 
sensu.

Paul był zakochany w Lindy. Kiedyś ta wiadomość doprowadziłaby ją do ru-

iny  psychicznej,  teraz  jednak  Cait  odczuwała  głęboką  radość,  że  jej  najlepsza 
przyjaciółka  znalazła  mężczyznę  swego  życia.  A zaślepienie,  któremu  uległa
w stosunku do Paula, nie mogło się nawet równać z potęgą jej miłości do Joego.

Wreszcie przyznała się sama przed sobą. Kochała Joego. Faceta, który wma-

wiał pracownikom restauracji, że Cait cierpi na amnezję. Który pchał się za nią 
do  windy  i obwieszczał  pozostałym  pasażerom,  że  są  mężem  i żoną,
a jednocześnie nie zdradził, że choć trochę go obchodzi jej randka z Paulem.

Joe był również tym mężczyzną, który trzymał ją czule za rękę na kreskówce 

Disneya,  doprowadzał  pocałunkami  niemal  do  utraty  przytomności,
a w świąteczny wieczór trzymał w ramionach, jakby nigdy nie zamierzał jej wy-
puścić.

Zabrzęczał  dzwonek u drzwi.  Bez  podglądania  przez  dziurkę  od  klucza  wie-

działa,  że to  Joe. Nagle  wpadła w popłoch. Była zbyt zmieszana i zraniona,  by 
go teraz widzieć.

Podeszła powoli do drzwi i uchyliła je.
– Co się tu, u diabła, dzieje? – spytał Joe i wszedł do środka, nie czekając na 

zaproszenie.

Cait wytarła oczy rękawem i zatrzasnęła drzwi.
– Nic.

background image

– Czy Paul próbował czegoś?
– Oczywiście, że nie.
– No to czemu płaczesz? – Stał pośrodku salonu z zaciśniętymi pięściami, jak 

gdyby był gotów do znokautowania jej szefa.

Gdyby Cait wiedziała, dlaczego wciąż nie może powstrzymać łez, z pewnością 

udzieliłaby  mu  odpowiedzi.  Otworzyła  usta,  w nadziei,  że  uda  jej  się  znaleźć
i wykrztusić  jakiś  inteligentny  powód,  ale  wydała  z siebie  jedynie  cienki  pisk. 
Joe gapił się na nią z zakłopotaniem.

– Ja... Paul jest zakochany.
– W tobie? – spytał z niedowierzaniem.
– W twoich ustach zabrzmiało to jak coś absolutnie niemożliwego – odparła ze 

złością. – Przecież jestem atrakcyjna, może nie? – Jeśli oczekiwała, że Joe wy-
mieni natychmiast niezliczone mnóstwo jej wdzięków, rozczarowała się. Pogłę-
biła się tylko pionowa zmarszczka pomiędzy jego brwiami.

– Cóż więc zakochanie Paula ma z tym wszystkim wspólnego?
– Absolutnie nic. Życzyłam jemu i Lindy wszystkiego najlepszego.
– A  więc  to  jednak  Lindy  –  mruknął  pod  nosem  Joe,  jakby  wiedział  o tym 

przez cały czas.

– Przyznaj się, ani przez chwilę nie pomyślałeś, że się mną interesuje.
– Do licha, skąd miałem wiedzieć? Sądziłem, że kocha się w Lindy, ale to cie-

bie zaprosił na kolację. Szczerze mówiąc, to wszystko było dla mnie bez sensu.

– Chodzi o coś innego – powiedziała gniewnie Cait. Stała tak blisko niego, że 

ich twarze były oddalone zaledwie o kilka centymetrów. Przypominali parę re-
wolwerowców szykujących się do walki. – Chcę wiedzieć jedno. Rozpowiadasz 
ciągle wszem i wobec, że jesteśmy małżeństwem. Ale skoro to ma dla ciebie ja-
kieś znaczenie...

– A kiedy to miało znaczenie?
Cait zignorowała pytanie, uważając, że odpowiedź jest oczywista.
– Oddałeś  mnie  tak  obojętnie  Paulowi,  jakbyś  chciał  się  mnie  pozbyć.  Już 

mniej nie mogło cię to obchodzić!

– Właśnie że obchodziło! – krzyknął.
– Jeśli tak rzeczywiście było, to nie zadałeś sobie trudu, by to okazać!
– Co  miałem  zrobić,  wyzwać  go  na  pojedynek?  Myślałem,  że  marzyłaś

o randce z Paulem – poskarżył się. – O niczym innym nie potrafiłaś mówić! Paul 
to, Paul tamto! Wystarczyło, że przeszedł obok ciebie, a niemal mdlałaś.

background image

– Nie  ma  w tym  nawet  źdźbła  prawdy.  –  Może  kiedyś  tak,  ale  od  tygodni

z pewnością się to zmieniło. – Gdybyś mnie spytał, dowiedziałbyś się prawdy.

– Chcesz przez to powiedzieć, że nie kochasz Paula?
– Bingo!
– Nie pasuje do ciebie ta ironia!
– A do ciebie takie... okropne zachowanie. 
Potrzebował chwili, by to przemyśleć.
– Jeśli zamierzamy się wzajemnie oskarżać, to może przyjrzałabyś się sobie?
– Co  przez  to  rozumiesz?  –  Jak  zwykle  Joe  potrafił doprowadzić ją  do  stanu 

wrzenia. – Mniejsza o to-

powiedziała, idąc w stronę drzwi. – Ta rozmowa za-

prowadzi nas donikąd. Umiemy tylko ranić się nawzajem.

– Nie zgadzam się – odrzekł spokojnie Joe. – Myślę, że czas już wszystko so-

bie wyjaśnić.

Odetchnęła głęboko, czując się jak balonik, z którego wypuszczono powietrze.
– Joe, to musi poczekać. Nie jestem w stanie myśleć rozsądnie i nie chcę, by-

śmy  powiedzieli  sobie  rzeczy,  których  będziemy  potem  żałować. –  Otworzyła 
przed nim drzwi. – Proszę cię.

Zamierzał  się  chyba  z nią  spierać,  ale  tylko  westchnął  i musnął  jej  wargi

w przelotnym pocałunku. Patrzyła za nim szeroko rozwartymi oczyma.

Nazajutrz rano Lindy czekała na Cait z dwiema filiżankami świeżo zaparzonej 

kawy. Patrzyły na siebie przez chwilę w milczeniu.

– Jesteś na mnie zła? – wyszeptała Lindy. Podała Cait filiżankę kawy niczym 

gałązkę oliwną.

– Ależ  oczywiście,  że  nie  –  odpowiedziała  cicho  Cait.  Odstawiła  filiżankę 

ostrożnie na  biurko i serdecznie uściskała przyjaciółkę. Następnie usiadły obie, 
by wreszcie szczerze porozmawiać.

– Czemu mi nie powiedziałaś? – wybuchnęła Cait.
– Naprawdę chciałam – powiedziała żarliwie Lindy. – Ze sto razy zrezygnowa-

łam w ostatniej chwili. Najgorsze było to, że czułam się winna – wiedziałam, że 
jesteś zakochana w Paulu, a sama go kochałam.

Cait nie była pewna, jak zareagowałaby, gdyby Lindy powiedziała jej prawdę. 

Wolała  myśleć,  że  podeszłaby  do  tego  z pełnym  zrozumieniem  i życzyła  jej 
szczęścia.

background image

– Nie  zdawałam  sobie  sprawy  ze  swoich  uczuć – mówiła  dalej  Lindy  –  póki 

pewnego  popołudnia  nie  potknęłam  się  o głupi  przewód  i nie  wpadłam
w ramiona Paula. Od tej chwili wszystko potoczyło się jak lawina.

– Wiem, Paul mi powiedział. Uważam, że to niesamowicie romantyczna histo-

ria.

– Nie  masz  nic  przeciwko  temu?  –  Lindy  obserwowała bacznie  przyjaciółkę, 

jakby nawet teraz obawiała się jej reakcji.

– Myślę, że to cudowne.
Uśmiech Lindy był pełen ciepła i podniecenia.
– Nie wiedziałam dotąd, że miłość to takie wspaniałe uczucie, a jednocześnie 

może przynieść tyle cierpienia.

– Amen! – zawołała z emfazą Cait.
– Czy to Joe Rockwell? – spytała cicho Lindy.
– Tak – potwierdziła Cait, po czym dodała, kręcąc głową: – Nie masz pojęcia, 

jak  się  przez  niego  czuję. – Wydała  dziwny  dźwięk,  przypominający  ni  to 
śmiech, ni to szloch. – Ten człowiek doprowadza mnie do takiej wściekłości, że 
mam ochotę wrzeszczeć. Albo płakać.

– Chyba nie zawsze?
– Czasami kocham go tak bardzo, że zniosłabym wszystko. Uwielbiam nawet 

jego zbzikowane kawały.

– Co więc z wami będzie? – spytała Lindy. Gdy podnosiła filiżankę do ust, Ca-

it zauważyła błysk brylantu.

– Lindy? – aż podskoczyła na krześle. – Co ty masz na palcu?
– Zauważyłaś? – Uśmiech Lindy niemal ją oślepił.
– To  od  Paula.  Po  kolacji  z tobą  wpadł  jeszcze  do mnie.  Odbyliśmy  bardzo 

długą  rozmowę,  a potem  poprosił  mnie  o rękę.  Z początku  nie  wiedziałam,  co 
odpowiedzieć, ledwie się przecież znamy.

– Boże drogi, pracujecie przecież razem od wielu miesięcy.
– Wiem – powiedziała Lindy z nieśmiałym uśmiechem. – Paul użył tego same-

go argumentu. Nie musiał mnie długo przekonywać. Gdy mi go wsunął na palec, 
przeżyłam najromantyczniejszą chwilę w moim życiu. Zanim zdołałam się opa-
nować, łzy popłynęły mi po  twarzy. Wciąż nie rozumiem, czemu się rozpłaka-
łam i myślę, że Paul był równie zdziwiony. Ale zboczyłyśmy z tematu – powie-
działa Lindy z marzycielskim uśmiechem. – Opowiadałaś mi o sobie i o Joem...

– Nie ma o czym mówić. Jeśli będzie – dowiesz się pierwsza. Owszem, widy-

waliśmy się ostatnio dosyć często, ale nie sądzę, żeby miało to dla niego większe 

background image

znaczenie.  Gdy  dowiedział  się,  że  Paul  zaprosił  mnie  na  kolację,  wydawał  się 
naprawdę zadowolony.

– Myślę, że to tylko gra.
Cait chciałaby w to wierzyć. Och, jak bardzo.
– Kochasz  go?  –  spytała  z wahaniem  Lindy.  Skinąwszy  głową,  Cait  spuściła 

oczy. Myśl o Joem była bardzo bolesna. Lindy przynajmniej w jednym wypadku 
miała rację – wszystko było dla niego grą, jednym wielkim żartem. A miłość jest 
rzeczywiście  najcudowniejszą  rzeczą  na  świecie.  I równocześnie  przynoszącą 
najwięcej cierpienia.

  

Nowojorska  giełda  została  już  zamknięta  i Cait  wprowadzała  właśnie  jakieś 

dane do swego komputera, gdy do pokoju wszedł Joe i zamknął drzwi.

– Nie krępuj się, wejdź – mruknęła, nie odrywając się od pracy. Serce waliło 

jej jak młotem, ale ukryła przed nim, jak działa na nią jego obecność.

– Czuję się tu jak w domu, dziękuję – odpowiedział wesoło, udając, że nie za-

uważa jej ironii. Rozparł się na krześle, zakładając wysoko nogę na nogę, roz-
luźniony, jakby siedział w kinie, czekając na rozpoczęcie filmu.

– Jeśli przyszedłeś tu w interesie, mogę ci polecić całkiem pewne akcje. – Cait 

nie odrywała wzroku od klawiatury, starając się nie zwracać uwagi na Joego

– Owszem,  przyszedłem  w interesie,  ale  nie  ma  on  nic  wspólnego  z rynkiem 

giełdowym.

– Jakie możemy mieć wspólne interesy?
– Chciałbym kontynuować wczorajszą rozmowę.
– Możesz sobie chcieć, niestety to było wczoraj, a dziś mamy już nowy dzień. 

–  Jej  głos  brzmiał  pewnie  i Cait  była  bardzo  z siebie  zadowolona.  –  Mogę  się 
domyślić, że zamierzasz wyliczyć moje bez wątpienia liczne wady.

– Chcę porozmawiać o naszym małżeństwie.
– Naszym  małżeństwie?  –  Mógłby  już  wreszcie  przestać  mówić  o tym,  jak 

gdyby miało to rzeczywiście dla niego znaczenie, a nie było tylko żartem.

Na przekór wszystkiemu, serce omal jej nie wyskoczyło z piersi. Sięgnęła po 

stertę  papierów  i przełożyła  je  z jednego  kosza  do  drugiego.  Prawdopodobnie 
cały  jej  system  ewidencyjny  znalazł  się  w niebezpieczeństwie,  ale  musiała  coś 
zrobić z rękami, żeby nie wstać i nie wyciągnąć ich do Joego. W końcu wstała, 

background image

ale tylko po to, by zdjąć duży srebrny dzwonek zawieszony na czerwonej aksa-
mitnej wstążce w oknie pokoju.

– Paul i Lindy mają zamiar się pobrać – powiedział Joe.
– Tak, wiem. Odbyłyśmy rano z Lindy długą rozmowę. – Podeszła z kolei do 

drzwi i zdjęła girlandę.

– Rozumiem, że jesteście z powrotem przyjaciółkami.
– Nigdy  nie  przestałyśmy  nimi  być  –  odparła  sucho  Cait,  chowając  girlandę, 

dzwonek  i ceramiczne  figurki  trzech  mędrców  ze  Wschodu  do  dolnej  szuflady 
szafki biurowej. Choć była na siebie za to wściekła, czuła, jak jej opór słabnie.

– Lindy chce, żebym była jej główną druhną. Zgodziłam się.
– Czy zrewanżujesz się tym samym? 
Znaczenie jego pytania dotarło do niej dopiero po chwili, lecz nawet wtedy nie 

była  pewna,  czy  właściwie  odczytuje  jego  intencje.  Pochyliła  się  do  przodu
i oparła ręce na biurku.

– Pisane  mi  zostać  starą  panną  –  powiedziała  lekko,  chociaż  zaświtała  jej 

iskierka nadziei.

– Nigdy nią nie będziesz. Przecież jesteśmy małżeństwem, nie musisz się więc 

martwić, że zostaniesz starą panną.

– Przestań, Joe – westchnęła ze zniecierpliwieniem. – Ten kawał ma już zbyt 

długą brodę.

– Pamiętam, że niedawno obchodziliśmy naszą osiemnastą rocznicę ślubu.
– Dość mam twoich wygłupów! – powiedziała, prostując się nagle. Skoro tak 

uwielbia żarty, to będzie miał za swoje. – W porządku! Skoro jesteśmy małżeń-
stwem, chcę mieć dzieci.

– Hej,  kochanie  –  zawołał,  otwierając  ramiona – twoje  słowa  są  muzyką  dla 

moich uszu! Nie mam nic przeciwko temu!

Cait pozbierała rzeczy, szykując się do wyjścia z pokoju.
– Byłam tego dziwnie pewna.
– Dwoje lub troje – wtrącił, a potem dodał, chichocząc: – Myślę, że pierwsza 

dwójka powinna nosić imiona Barbie i Ken.

Cait spiorunowała go spojrzeniem, co miało taki skutek, że wybuchnął jeszcze 

głośniejszym śmiechem.

– Jeśli wolisz, sprawę imion pozostawimy otwartą – powiedział.
– Trzeba być naprawdę bezczelnym... – burknęła Cait podchodząc do okna.
– Jeśli chcesz mieć córki, nie zgłaszam sprzeciwu, ale z tego, co wiem, nie za-

leży to od nas.

background image

Cait odwróciła się do niego, krzyżując ramiona na piersi.
– Bądź  uprzejmy  sprostować,  jeśli  się  mylę  –  powiedziała  zimno,  pewna,  że 

będzie  zachwycony,  mogąc  to  uczynić  –  ale  zdaje  się,  że  właśnie  poprosiłeś 
mnie o rękę. Czy mógłbyś to potwierdzić?

– O niczym innym nie marzę, tylko o zalegalizowaniu tego, co już się stało.
Cait  zmarszczyła  brwi.  Wygłupia  się  czy  traktuje  to  serio?  Mówi

o małżeństwie, o ich wspólnym życiu, jak gdyby składał ofertę budowlaną.

– Gdy Paul prosił Lindy o rękę, ofiarował jej pierścionek z brylantem.
– Miałem zamiar kupić ci pierścionek – powiedział z naciskiem. – I dalej mam. 

Po  prostu  myślałem,  że  wolisz  go  wybrać  sama.  Skoro  podoba  ci  się  brylant, 
czemu mi nie powiedziałaś?  Wykupię cały sklep jubilerski, jeśli  cię to uszczę-
śliwi.

– Dziękuję, jeden pierścionek w zupełności wystarczy.
– Wybierz dwa lub trzy. Zdaje się, że brylanty są niezłą lokatą kapitału.
– Nie tak szybko – zmitygowała go Cait, marszcząc brwi. Musiała bezwzględ-

nie  utrzymać dystans  pomiędzy  nimi. Jeśli Joe  zacznie ją  całować  albo  mówić
o dzieciach, nigdy nie uda jej się wszystkiego do końca wyjaśnić.

– Nie tak szybko? – powtórzył z niedowierzaniem. – Kochanie, czekałem na to 

osiemnaście lat! Nie masz zamiaru znowu wszystkiego popsuć, prawda?

Zrobił kilka kroków w jej kierunku.
– Nie zgadzam się na nic, dopóki się nie wytłumaczysz.
– Z czego? – Joe skrzywił się.
– Z Paula.
Zamknął powoli oczy, po czym znów je otworzył.
– Nie  rozumiem,  czemu  imię  tego  mężczyzny  zawsze  musi  się  pojawiać

w każdej naszej rozmowie.

Cait pomyślała, że lepiej będzie, jeśli zignoruje tę uwagę.
– Nie powiedziałeś mi nawet, że mnie kochasz.
– Kocham  cię.  –  W jego  głosie  pobrzmiewała  irytacja,  jak  gdyby  kazała  mu

w kółko powtarzać rzeczy oczywiste.

– Mógłbyś włożyć w te słowa trochę więcej uczucia.
– Jeśli chodzi ci o uczucie, to podejdź tu bliżej i pocałuj mnie.
– Nie.
– Dlaczego?  –  Zrobili  już  pełną  rundę  wokół  jej  biurka.  –  Mówimy

o poważnych sprawach. Wierz mi, kochanie, mężczyzna nie proponuje małżeń-

background image

stwa i nie rozmawia o dzieciach z pierwszą lepszą kobietą. Kocham cię. Kocham 
cię od lat, tylko nie zdawałem sobie z tego sprawy.

– To dlaczego pozwoliłeś, bym poszła z Paulem na kolację?
– Chcesz przez to powiedzieć, że mogłem cię powstrzymać?
– Oczywiście!  Wcale  nie  chciałam  z nim  iść!  Było  mi  tak  okropnie  przykro, 

gdy musiałam odrzucić twoją propozycję, a ty się wcale nie przejąłeś, że umówi-
łam się z innym mężczyzną. A przecież był twoim największym rywalem.

– Rzeczywiście się nie przejąłem.
– Ale później odniosłam zupełnie inne wrażenie.
– Dobrze,  już  dobrze.  – Joe  przegarnął  włosy  palcami.  –  Nie  sądziłem,  żeby 

Paul interesował się tobą. Widziałem ich kiedyś razem w biurze. Prąd elektrycz-
ny, który się pomiędzy nimi wytwarzał, wystarczyłby do oświetlenia całego Se-
attle.

– Wiedziałeś o Paulu i Lindy?
– To za dużo powiedziane. Raczej podejrzewałem. Gdy jednak zaczęłaś mówić

o Paulu, jakbyś była w nim zakochana, zmartwiłem się bardzo.

– I powinieneś był!
Jakimś cudem Joe wykonał taki manewr, że dzieliło ich zaledwie kilka centy-

metrów.

– Może wreszcie mnie pocałujesz?
Cait zgodziła się potulnie i wtuliła w jego ramiona niczym dziecko. To było jej 

miejsce na ziemi. W ramionach Joego. Nigdy więcej nie zwątpi w jego miłość.

Z westchnieniem, które wyrwało mu się z głębi piersi, Joe przytulił ją mocno.

Z zapartym tchem spoglądali sobie przez chwilę w oczy. Miał ją właśnie poca-
łować, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

Do pokoju wszedł, nie czekając na zaproszenie, brygadzista Henry.
– Pewnie nie widziała pani  Joego...  – przerwał w pół  zdania. – Och, przepra-

szam – powiedział zmieszany.

– Nic nie szkodzi – zapewniła go Cait. – Jesteśmy małżeństwem już od tylu lat.
Joe  pochylił  się  ze  śmiechem  i dotknął  wargami  jej  ust  w pocałunku,  który 

starł wszelkie wątpliwości i obawy, zastępując je obietnicami i wzruszeniami.

background image

EPILOG
Potężne  dźwięki  muzyki  organowej  wypełniały  kościół  w Seattle,  gdy  Cait 

kroczyła główną  nawą,  starając  się  stawiać  kroki  w takt  weselnego  marsza.  Po 
jednej stronie ołtarza stała Lindy jako główna druhna, natomiast po drugiej cze-
kał Joe wraz ze swym bratem, będącym drużbą.

Brat Cait, Martin, stał dokładnie na wprost niej. Uśmiechnął się, gdy zbliżyła 

się do niego z sercem przepełnionym szczęściem.

Cait i Joe zaplanowali ten dzień wiele miesięcy temu. Jeśli miała jakiekolwiek 

wątpliwości co do tego, czy Joe rzeczywiście ją kocha, to rozwiały się bez śladu. 
Nie  należał  do  mężczyzn,  którzy  manifestują  swą  miłość  za  pomocą  kwiatów
i prezentów.  O tym  wiedziała  jednak  od  początku.  Uparł  się,  że  ich  dom  musi 
być gotowy przed ślubem, spędzali więc niezliczone godziny nad planami. Cait 
pomagała  mu  w prowadzeniu  ksiąg  rachunkowych  i postanowili,  że  gdy  tylko 
powiększy im się rodzina, zajmie się tym na dobre. A stanie się to niedługo, Cait 
obliczyła, że na przyszłe święta Bożego Narodzenia będzie już w ciąży.

Zanim jednak  rozpoczną  razem prawdziwe  życie,  wyjadą  w podróż poślubną 

do  Nowej Zelandii.  Joe  chciał zrobić  Cait niespodziankę,,  ale musiała wyrobić 
sobie  paszport.  Spędzą  tam  dwa  tygodnie,  tyle  bowiem  czasu  udało  się  wygo-
spodarować Joemu, który miał już kilka ofert na duże projekty.

Gdy organy skończyły grać marsza weselnego, Cait wręczyła swój bukiet Lin-

dy i podała obie ręce Joemu.

Uśmiechnął się do niej, jak gdyby chciał powiedzieć, że nigdy w życiu nie wi-

dział piękniejszej panny młodej.

– Moi drodzy – powiedział Martin, czyniąc krok do przodu – zebraliśmy się tu 

dzisiaj  w obliczu  Boga  i ludzi,  by  pobłogosławić  związek  pomiędzy  Josephem 
Jamesem Rockwellem i Caitlin Rosę Marshall.

Spojrzeli sobie głęboko w oczy. Serce Cait wezbrało ogromną miłością. Po ty-

lu miesiącach czekania na tę chwilę, obawiała się, że ze zdenerwowania głos ją 
zawiedzie. Nic takiego się nie stało. Nigdy nie czuła się niczego bardziej pewna 
niż ich wzajemnych uczuć. Jej głos zabrzmiał czysto i stanowczo.

Gdy wymieniali obrączki, Cait usłyszała cichutkie łkanie obu matek. Ale były 

to łzy radości. Pani Rockwell i jej matka odnowiły dawną przyjaźń i cieszyły się 
perspektywą nowych wnuków.

Cait  czekała  niecierpliwie  na  chwilę,  gdy  Martin  pozwoli  Joemu  pocałować 

pannę młodą. Zamiast tego jej brat zamknął Biblię, odłożył ją z szacunkiem na 
bok i spytał:

background image

– Josephie Jamesie Rockwell, czy masz przy sobie nalepki z graczami basebal-

la?

– Mam!
Cait  przyglądała  im  się,  jak  gdyby  obaj  stracili  rozum.  Joe  sięgnął  do  we-

wnętrznej kieszeni smokinga i wyjął z niej dwie błyszczące nalepki.

– Możesz dać je pannie młodej.
Joe podał nalepki Cait teatralnym gestem, ona zaś uśmiechnęła się szeroko.
– Teraz możesz pocałować pannę młodą – oznajmił Martin.
Joe skorzystał z przyzwolenia z najwyższą radością.