background image

M

ICHAEL 

M

OORCOCK

 

 

 

 

K

RÓLOWA MIECZY

 

P

RZEŁOŻYLI

:

 

A

NNA I 

J

AN 

M

ICKIEWICZOWIE

 

 

 

 

background image

Tę księgę dedykuję Dianie Boardman 

background image

KSIĘGA PIERWSZA, 

 

w  której  Książę  Corum  spotyka  poetę,  wysłuchuje  zapowiedzi  przyszłych  zdarzeń  i 

rusza w podróż 

background image

Rozdział pierwszy 

TO, CO WYRZUCIŁ BÓG MORZA 

 

Bladoniebieskie,  letnie  niebo  górowało  nad  znacznie  ciemniejszym  błękitem  morza, 

nad  skrzącą  się  złotem  zielenią  puszczy,  nad  porośniętymi  trawą  skałami  Góry  Moidel  i 

białymi  kamieniami  wzniesionego  na  jej  szczycie  zamku.  Serce  Księcia  Coruma  w 

Szkarłatnym Płaszczu - ostatniego z ludu Vadhaghów - przepełniała miłość do mabdeńskiej 

kobiety, Margrabiny Rhaliny z Allomglylu. 

Corum Jhaelen Irsei - którego prawe oko zakrywała wysadzana ciemnymi klejnotami 

przepaska,  tak  iż  przypominało  oko  owada,  lewe  zaś,  naturalne,  miało  kształt  wielkiego 

migdału  z  żółtym  środkiem  i  purpurową  otoczką  -  był  bez  wątpienia  Vadhaghiem.  Miał 

wąską,  wydłużoną  czaszkę,  spiczasty  podbródek  i  małe,  wąskie  uszy  pozbawione  płatków, 

ściśle  przylegające  do  głowy.  Jego  włosy  były  niezwykle  jasne,  bielsze  niż  u  najbielszych 

dziewic  Mabdenu.  Miał  szerokie,  pełne  wargi  i  jasnoróżową  skórę  o  złotawym  odcieniu. 

Byłby przystojny, gdyby nie szpecący go brak prawego oka i dziwny, zawzięty grymas ust. 

Była też dziwaczna ręka, często spoczywająca na rękojeści miecza, widoczna kiedy odrzucał 

do tyłu szkarłatną szatę. 

Ta  lewa  ręka  miała  sześć  palców  i  zdawało  się,  że  okrywa  ją  przyozdobiona 

klejnotami rękawica  - choć w istocie  „klejnoty” stanowiły skórę dłoni. Ta złowieszcza ręka 

zgniotła  serce  Kawalera  Mieczy,  Ariocha,  Księcia  Chaosu,  umożliwiając  powrót  Arkyna, 

Władcy Ładu. 

Corum  zdawał  się  przytłoczony  uczuciem  zemsty  -  i  w  rzeczy  samej  poprzysiągł 

pomścić swą wymordowaną rodzinę przez zabicie Hrabiego Glandytha-a-Krae, sługi Lyra-a-

Brode,  Króla  Kalenwyru,  który  władał  południowo--wschodnią  częścią  ziem  niegdyś 

rządzonych  przez  Vad-haghów.  Przysiągł  również  stać  po  stronie  Sił  Ładu  przeciw  Siłom 

Chaosu - którym służyli Lyr i jego poddani. Świadomość złożonej obietnicy przydawała mu 

męstwa  i  powagi,  ale  także  przytłaczała  jego  duszę  ogromnym  ciężarem.  Ciągły  niepokój 

budziła w nim też myśl o potędze zaszczepionej w jego ciało - Mocy Ręki i Oka. 

Margrabina Rhalina  była piękna  i  bardzo kobieca. Jej delikatną twarz okalały gęste, 

czarne loki. Miała wielkie, ciemne oczy i pełne, namiętne usta. Ją także niepokoiły magiczne 

dary zmarłego czarnoksiężnika Shoola, ale starała się o nich nie myśleć, tak jak wcześniej nie 

pozwalała sobie na rozpacz po stracie męża, kiedy ten utonął w katastrofie statku, płynąc do 

Lywm-an-Eshu, kraju, któremu służył, a który stopniowo pochłaniało morze. 

background image

Śmiała  się  częściej  niż  Corum,  co  podnosiło  go  na  duchu,  gdyż  niegdyś  i  on  był 

niewinny i radosny, teraz zaś z tęsknotą wspominał swoją niewinność. Jednak te wspomnienia 

mieszały się z innymi - ze wspomnieniami jego pomordowanych najbliższych, okaleczonych i 

pohańbionych,  rozciągniętych  na  murawie  obok  płonącego  Zamku  Erom,  i  Glandytha 

wymachującego  mieczem  ociekającym  krwią  Vadhaghów.  Te  okrutne  obrazy  przesłaniały 

sceny z wcześniejszego, beztroskiego życia. Nieustannie kołatały mu się po głowie, czasem 

całkowicie  opanowując  jego  myśli,  kiedy  indziej  zaś  czając  się  w  mrocznych  zakamarkach 

pamięci, gotowe odżyć w sposobnej chwili. Kiedy tylko słabła w nim żądza zemsty, zawsze 

rozpalały  ją  na  nowo.  Ogień,  krew  i  strach;  rydwany  Denledhysów  -  spiż,  żelazo  i  czyste 

złoto; małe kudłate koniki i krzepcy, brodaci wojownicy w zbrojach zabranych Vadhaghom, 

otwierający  czerwone  usta,  by  wydać  dziki  ryk  tryumfu,  kiedy  stare  mury  Zamku  Erorn 

pękały i waliły się w gruzy pośród szalejących płomieni - chwila, gdy poznał, czym jest strach 

i nienawiść... 

Postać  Glandytha  wypełniała  jego  sny,  wypierając  nawet  obraz  martwych, 

okaleczonych  rodziców  i  sióstr,  tak  że  często  budził  się  z  krzykiem  w  środku  nocy, 

wzburzony i rozgorączkowany. 

W  takich  chwilach  tylko  Rhalina  mogła  go  uspokoić,  gładząc  jego  zbolałą  twarz  i 

tuląc do siebie drżące ciało. 

Jednak w tych pierwszych dniach  lata zdarzały  się też chwile  spokoju, kiedy  jechali 

razem przez las, wolni od strachu przed Konnymi Plemionami, które w noc ataku uciekły na 

widok  wysłanego  przez  Shoola  statku  -  upiornego  statku  z  głębin  morza,  którego  załogę 

stanowili umarli pod dowództwem męża Rhaliny, Margrabiego. 

Lasy  tętniły  życiem,  pełne  małych  zwierząt  i  różnokolorowych  kwiatów  o 

oszałamiającym  zapachu.  I  choć  nigdy  mu  się  to  w  pełni  nie  udało,  Corum  szukał  w  nich 

ukojenia  dla  swej  zbolałej  duszy.  Stanowiły  przeciwwagę  dla  wojen,  śmierci  i 

czarnoksięskich zaklęć, ukazując mu, że są na świecie rzeczy dobre, harmonijne i piękne, a 

Prawo  przynosi  więcej  niż  tylko  jałowy  porządek  -  pragnie  zaprowadzić  w  Piętnastu 

Wymiarach  ład,  w  którym  wszystkie  rzeczy  będą  mogły  istnieć  w  całym  bogactwie  swej 

różnorodności, a człowiek będzie miał warunki, aby rozwijać w sobie dobro. 

Jednakże Corum wiedział, że póki  istnieje Glandyth  i  wszystko, co on reprezentuje, 

Ład będzie nieustannie zagrożony, a upodlający Strach zabije wszelką cnotę. 

- Glandyth musi umrzeć! - oświadczył pewnego słonecznego dnia Corum, gdy wraz z 

Rhalina jechali przez puszczę. 

  

background image

Skinęła głową, lecz nie zapytała o nic więcej, gdyż słyszała już te słowa wiele razy w 

podobnych  okolicznościach.  Ściągnęła  cugle  kasztanki,  niemal  osadzając  ją  w  miejscu. 

Znajdowali się na polance porośniętej malwami i łubinem. Zsiadła z konia, podwinęła długą, 

wyszywaną brokatem suknię i zanurzyła się w wysoką po kolana trawę. Corum obserwował 

ją z wysokości swego gniadego rumaka, ciesząc się jej radością - co było właśnie jej celem. 

Nagrzaną  słońcem  polankę  ocieniały  przyjaźnie  dęby,  wiązy  i  jesiony,  w  których  znalazły 

schronienie ptaki i wiewiórki. 

- Ach, Corumie, gdybyśmy mogli zostać tu na zawsze! 

Postawilibyśmy chatkę, zasadzili ogród... 

-  Ale  nie  możemy.  -  Spróbował  się  uśmiechnąć.  -  Te  chwile  to  jedynie  krótkie 

wytchnienie. Shool  miał rację. Godząc  się  na  logikę  walki, wybrałem  swoje przeznaczenie. 

Nawet gdybym  zapomniał o zemście, którą poprzysiągłem, i przestał służyć Ładowi przeciw 

Chaosowi, Glandyth  i tak by  nas odszukał  i zmusił do obrony tego, co mamy.  A Glandyth, 

Rhalino, jest silniejszy od tej cichej, szumiącej puszczy. Mógłby ją zniszczyć w ciągu jednego 

dnia i myślę, że uczyniłby to z rozkoszą, gdyby wiedział, że ją kochamy. 

-  Czy  tak  musi  być?  -  Rhalina  uklękła,  rozkoszując  się  zapachem  kwiatów.  -  Czy 

nienawiść zawsze musi rodzić nienawiść, a miłość być zbyt słaba, aby wzrastać? 

-  Jeżeli  Lord  Arkyn  ma  słuszność,  to  nie  zawsze  tak  będzie.  Ale  ci,  którzy  pragną, 

żeby miłość się umacniała, muszą być gotowi umrzeć w jej obronie. 

Gwałtownie  poderwała  głowę,  szukając  go  wzrokiem,  a  w  jej  oczach  malował  się 

strach. 

- Niestety tak jest. - Wzruszył ramionami. 

Rhalina  podniosła  się  i  wróciła  do  konia.  Oparła  stopę o  strzemię  i  podciągnęła  się, 

siadając  bokiem  na swym damskim siodle. Corum,  nieporuszony, wpatrywał się w kwiaty  i 

trawę podnoszące się powoli w miejscach, gdzie stąpała po nich Rhalina. 

- Niestety tak jest - powtórzył. 

Westchnął i zawrócił konia w kierunku wybrzeża. 

- Lepiej już jedźmy - powiedział cicho. - Zanim morze zaleje groblę. 

Wkrótce wyjechali  z  lasu  i truchtem skierowali się wzdłuż  brzegu. Morze zagarnęło 

już  spory  obszar  białego  piasku.  W  oddali  ujrzeli  naturalną  groblę  prowadzącą  poprzez 

mielizny  w  kierunku  góry,  na  której  wznosił  się  Zamek  Moidel  -  najdalszy  i  całkowicie 

zapomniany bastion cywilizacji Lywm-an-Eshu. Niegdyś budowla wznosiła się pośród lasów 

kraju  Lywm-an-Esh,  ale  przez  lata  morze  pochłonęło  wielkie  obszary,  odcinając  zamek  od 

lądu stałego. 

background image

Ptaki morskie nawoływały się, krążąc po bezchmurnym niebie, niekiedy nurkując, by 

złowić rybę, a potem powrócić ze zdobyczą w dziobie do gniazd ukrytych pośród skał Góry 

Moidel. Kopyta koni wyrzucały w górę piasek albo rozpryskiwały płytką wodę, gdy zbliżali 

się do przesmyku, który miał niebawem zalać przypływ. 

Uwagę Coruma zwrócił jakiś dziwny ruch na morzu. Wychylił się z siodła, wpatrując 

się w dal. 

- Co to? - spytała Rhalina. 

- Nie jestem pewien. Może wielka fala. Ale o tej porze roku... Spójrz! - wskazał ręką. 

- Jakby mgła zawisła nad morzem parę kilometrów od brzegu. Trudno coś zobaczyć... 

To fala! - krzyknęła. 

Woda przy brzegu wzburzyła się nieco, gdyż fala się zbliżała. 

- Jakby jakiś wielki statek przepływał obok z ogromną szybkością - zauważył Corum. 

- To mi coś przypomina... 

Przyjrzał się dokładniej tajemniczej mgle. 

- Czy widzisz to coś... jakby cień... cień człowieka we mgle? 

- Tak, widzę. Jest gigantyczny. Może to tylko złudzenie, gra światła... 

-  Nie  -  odparł.  -  Już  kiedyś  widziałem  tę  postać.  To  olbrzym  -  wielki  rybak,  który 

sprawił, że mój statek rozbił się u wybrzeży Khoolekrahu! 

-  Bóg  Rybak  -  powiedziała.  -  Słyszałam  o  nim.  Czasem  nazywają  go  także 

Poławiaczem. Według legendy jego widok to zła wróżba. 

-  Ostatnim  razem  to  rzeczywiście  był  dla  mnie  zły  znak  -  stwierdził  Corum  z 

rozbawieniem.  Cofnęli  konie,  gdyż  plażę  zalewały  teraz  wysokie  fale.  -  Idzie  tu,  a  mgła 

posuwa się za nim. 

Istotnie, w miarę jak olbrzymi rybak podchodził do brzegu, wzmagały się fale, a mgła 

przybliżała  się  coraz  bardziej.  Teraz  już  wyraźnie  widzieli  zarys  jego  sylwetki.  Zgarbił  się 

nieco, ciągnąc po wodzie swą wielką sieć. 

- Co on łowi? - spytał szeptem Corum. - Wieloryby? Morskie potwory? 

-  Wszystko  -  odparła.  -  Wszystko,  co  żyje  w  głębinach  i  na  powierzchni  mórz.  - 

Wzdrygnęła się. 

Wody  sztucznego  przypływu  całkowicie  zalały  groblę  i  nie  było  sensu  posuwać  się 

naprzód. Zmuszeni byli cofnąć się pod drzewa, a potężne bałwany z hukiem rozbijały się o 

kamienistą plażę. 

Mieli wrażenie, że ogarnęła ich mgła. Zrobiło się zimno, mimo iż słońce wciąż jeszcze 

jasno  świeciło.  Corum  otulił  się  płaszczem.  Słychać  było  miarowy  odgłos  zbliżających  się 

background image

kroków  olbrzyma.  Corumowi  jawił  się  on  jako  ktoś  naznaczony  przez  los,  skazany,  by 

wiecznie ciągnąć swe sieci przez oceany świata, nigdy nie znajdując tego, czego szukał. 

- Powiadają, że próbuje złowić swoją duszę... - szepnęła Rhalina. 

Nagle postać wyprostowała się i wyciągnęła sieć. Rzucało się w niej wiele stworzeń - 

niektórych  nie  sposób  było  rozpoznać.  Bóg  Rybak obejrzał  uważnie  całą  zdobycz,  po  czym 

opróżnił sieć, wypuszczając wszystkie stworzenia z powrotem do wody. Powoli ruszył dalej, 

żeby znów próbować złowić to coś, czego nigdy chyba nie miał znaleźć. 

Kiedy  niewyraźna  sylwetka olbrzyma  oddaliła  się,  mgła  zaczęła  się  podnosić.  Woda 

stopniowo opadała, aż w końcu zupełnie się uspokoiła, a mgła zniknęła za horyzontem. 

 

Koń  Coruma  parskał  i  uderzał  kopytem  w  mokry  piasek.  Książę  w  Szkarłatnym 

Płaszczu spojrzał na Rhalinę. Zastygła, wpatrując się pustym wzrokiem w dal. 

- Niebezpieczeństwo minęło - powiedział usiłując ją pocieszyć. 

-  Nie  było  żadnego  niebezpieczeństwa  -  odparła.  -  Bóg  Rybak  jedynie  zwiastuje 

niebezpieczeństwo. 

- To tylko legenda. 

Spojrzała na niego i znów się ożywiła. 

- A czyż nie przekonaliśmy się sami, że warto wierzyć starym podaniom? 

Corum przytaknął skinieniem głowy. 

- Lepiej wracajmy do zamku, zanim grobla po raz drugi znajdzie się pod wodą. 

Konie  z  radosnym  rżeniem  ruszyły  ku  dającym  schronienie  murom  Zamku  Moidel. 

Morze  szybko  przybierało  po  obu  stronach  kamienistego  przesmyku  i  konie  same 

przyśpieszyły kroku, przechodząc w galop. 

Wreszcie dotarli do wielkich wrót zamku, a te otwarły  się szeroko na  ich przyjęcie. 

Rośli wojownicy Rhaliny powitali ich radośnie. Chcieli jak najszybciej potwierdzić to, czego 

byli świadkami. 

-  Pani,  czy  widziałaś  olbrzyma?  -  zawołał  Beldan,  jej  majordomus,  który  zbiegł  z 

zachodniej  wieży.  -  Już  myślałem,  że  to  kolejny  sojusznik  Glandytha.  -  Szczere  i  zwykle 

radosne oblicze młodego mężczyzny było zachmurzone. - Co go odpędziło? 

- Nic - wyjaśniła zsiadając z konia. - To był Bóg Rybak. Poszedł w swoją stronę. 

Na  twarzy  Beldana  odmalowała  się  ulga.  Jak  wszyscy  mieszkańcy  Zamku  Moidel, 

nieustannie  spodziewał  się  nowego  ataku,  co  zresztą  było  zupełnie  usprawiedliwione.  Nie 

ulegało wątpliwości, że wcześniej czy później Glandyth znów napadnie na zamek, prowadząc 

sprzymierzeńców  silniejszych  niż  strachliwi  i  przesądni  wojownicy  Konnych  Plemion. 

background image

Słyszeli, że po nieudanej próbie zdobycia Góry Moidel Glandyth powrócił wściekły na dwór 

w Kalenwyrze, by prosić Króla Lyra-a-Brode o armię. Następnym razem mógł przywieść ze 

sobą statki, które zaatakowałyby zamek z morza, podczas gdy on poprowadziłby natarcie od 

strony lądu. Taki szturm zapewne by się powiódł, gdyż załoga zamku nie była zbyt liczna. 

Kiedy  skierowali  się  ku  głównej  sali  zamku,  aby  spożyć  wieczorny  posiłek,  słońce 

właśnie zachodziło. We trójkę zasiedli do stołu. Corum znacznie częściej  sięgał swą  ludzką 

ręką po dzban z winem  niż po  jedzenie. Pogrążył  się w  niewesołych rozmyślaniach, a  jego 

głęboki smutek udzielił się pozostałym, tak że nawet nie próbowali podejmować rozmowy. 

W takim nastroju spędzili dwie godziny, a on wciąż dolewał sobie wina. 

Nagle  Beldan  uniósł  głowę,  nasłuchując.  Rhalina  także  coś  usłyszała  i  zmarszczyła 

brwi. Jedynie Corum zdawał się nic nie zauważać. 

Było to miarowe, uporczywe stukanie. Potem dały się słyszeć jakieś głosy i hałas na 

moment przycichł, lecz gdy głosy umilkły, wzmógł się ponownie. 

- Sprawdzę, co się dzieje... - Beldan podniósł się z miejsca. 

Rhalina zerknęła na Coruma. 

- Ja zostanę. 

Corum  siedział  z  pochyloną  głową,  wpatrzony  w  swój  kielich.  Od  czasu  do  czasu 

dotykał  przepaski  zakrywającej  jego  nienaturalne  oko  albo  unosił  Rękę  Kwilą,  zginał  i 

rozprostowywał sześć palców, wpatrując się w nie badawczo i rozważając wszelkie aspekty 

swojej sytuacji. 

Rhalina  nasłuchiwała.  Rozpoznała  głos  Beldana.  Pukanie  znowu  ustało.  Nastąpiła 

przytłumiona rozmowa, a potem zapadła cisza. 

Beldan wrócił do sali. 

- Mamy gościa przy bramie - poinformował ją. 

- Skąd przybywa? 

-  Twierdzi,  że  jest  wędrowcem,  który  przeszedł  ciężkie  koleje  losu  i  szuka 

schronienia. 

- Myślisz, że to podstęp? 

- Nie wiem. 

- Nieznajomy? - zainteresował się Corum. 

- Tak - odparł Beldan. - Pewnie jakiś szpieg Glandytha. 

- Pójdę do bramy. - Corum wstał niepewnie. 

- Czy jesteś pewien?... - Rhalina dotknęła jego ramienia. 

background image

- Oczywiście. - Otarł twarz dłonią i odetchnął głęboko. Ruszył w kierunku wyjścia z 

komnaty, a Rhalina i Bełdan podążyli za nim. 

Kiedy znalazł się przy wrotach, raz jeszcze rozległo się pukanie. 

- Kim jesteś? - zawołał Corum. - Czego chcesz od mieszkańców Zamku Moidel? 

- Jestem Jhary-a-Conel, wędrowiec. Nie zjawiłem się tu w żadnym konkretnym celu, 

ale byłbym wdzięczny za posiłek i dach nad głową. 

- Czy przybywasz z Lywm-an-Eshu? - spytała Rhalina. 

-  Przybywam  zewsząd  i znikąd. Jestem każdym  i  nikim.  Ale  z pewnością  nie  jestem 

waszym wrogiem. Przemokłem do nitki i cały drżę z zimna. 

- Jak dostałeś się do zamku, skoro grobla jest zalana? - zapytał Beldan, a zwracając się 

do Coruma wyjaśnił: - Już raz go o to pytałem, ale nie odpowiedział. 

Niewidoczny nieznajomy wymamrotał coś w odpowiedzi. 

- Co powiedziałeś? - spytał Corum. 

-  Do  licha,  wstyd  się  przyznać!  Stałem  się  częścią  połowu!  Przyniesiono  mnie  tu  w 

sieci i wyrzucono w morze, więc dopłynąłem do tego przeklętego zamku, wspiąłem się na te 

przeklęte  skały  i  zapukałem  do  tych  przeklętych  wrót,  a  teraz  rozmawiam  z  jakimiś 

przeklętymi durniami. Czy wy tu, w Moidel, nie znacie gościnności? 

Wszyscy troje poczuli  się zaskoczeni,  lecz zarazem zyskali pewność, że nieznajomy 

nie jest w zmowie z Glandythem. 

Rhalina  dała  znak,  by  otwarto  wrota.  Skrzypiąc  niemiłosiernie  uchyliły  się  nieco  i 

wsunął się przez nie szczupły, przemoczony mężczyzna. Na plecach dźwigał worek; ubrany 

był w nieznany strój. Na głowie miał kapelusz z szerokim rondem, które nasiąknąwszy wodą 

opadło  mu na czoło. Jego długie włosy  były równie  mokre  jak cała reszta. Był  stosunkowo 

młody,  dosyć  przystojny  i  pomimo  opłakanego  stanu,  w  jakim  się  znajdował,  w  jego 

inteligentnych oczach dało się dostrzec jakby cień drwiącego uśmieszku. Skłonił się Rhalinie. 

- Jhary-a-Conel do twoich usług, pani. 

-  Jak ci się udało  nie zgubić kapelusza, skoro musiałeś przepłynąć tak długi odcinek 

morza? - zainteresował się Beldan. - Ani torby...? 

Jhary-a-Conel mrugnął porozumiewawczo. 

- Nigdy nie gubię kapelusza i rzadko kiedy zdarza mi się stracić torbę. Wędrowiec taki 

jak  ja  musi pilnować  swego skromnego dobytku bez względu  na okoliczności, w  jakich  się 

znajdzie. 

- A więc jesteś po prostu wędrowcem? - spytał Corum. 

Jhary-a-Conel zniecierpliwił się nieco. 

background image

- Wasza gościnność przywodzi mi na myśl coś, czego doświadczyłem jakiś czas temu 

w miejscu zwanym Kalen-wyr... 

- Pochodzisz z Kalenwyru? 

-  Nie,  po  prostu  tam  byłem.  Ale  widzę,  że  nawet  to  porównanie  do  was  nie 

przemawia... 

-  Wybacz  -  rzekła  Rhalina.  -  Wejdź,  proszę.  Jedzenie  już  jest  na  stole.  Powiem 

lokajom, żeby przynieśli ci suche ubranie, ręczniki i wszystko, czego ci trzeba. 

Wrócili do komnaty. Jhary-a-Conel rozejrzał się dokoła. 

- Przytulnie tu - stwierdził. 

Usiedli i przyglądali się, jak niedbale zrzuca z siebie ubranie, aż w końcu stanął przed 

nimi zupełnie nagi. Podrapał się po nosie. Służący przyniósł ręczniki i Jhary zaczął się nimi 

starannie wycierać, ale odmówił przyjęcia ubrania na zmianę. Zamiast tego owinął się jednym 

z ręczników i zasiadł do stołu, częstując się jedzeniem i winem. 

-  Włożę  moją  własną  odzież,  gdy  wyschnie  -  oznajmił  lokajom.  -  Mam  głupie 

przyzwyczajenie,  że  nie  ubieram  się  w  rzeczy,  których  sam  nie  wybierałem.  Przy  suszeniu 

uważajcie na kapelusz. Rondo ma być tylko odrobinę wywinięte. 

Udzieliwszy tych wskazówek, z promiennym uśmiechem zwrócił się do Coruma. 

- Jakie jest imię, którego mam używać w tym czasie i miejscu, przyjacielu? 

- Nie rozumiem. - Corum zmarszczył brwi. 

-Pytałem o twoje imię. Ono zmienia się tak samo jak moje. Różnica polega na tym, że 

czasami  ty  o  tym  nie  wiesz,  a  ja  wiem,  a  czasem  bywa  odwrotnie.  A  niekiedy  jesteśmy  tą 

samą istotą albo raczej różnymi aspektami tej samej istoty. 

Corum potrząsnął głową. Mężczyzna wydawał się szalony. 

- Na przykład - ciągnął Jhary wcinając z apetytem dary morza, których stał przed nim 

pełen  talerz  -  mnie  nazywano  Timerasem  i  Shalenakiem.  Czasem  jestem  bohaterem,  ale 

częściej towarzyszem bohatera. 

-  Twoje  słowa,  panie,  nie  mają  wiele  sensu  -  przerwała  mu  łagodnie  Rhalina.  -  Nie 

wydaje mi się, by Książę Corum je rozumiał. My także ich nie pojmujemy. Jhary skrzywił się. 

-  Ach,  więc  to  jest  ten  przypadek,  gdy  bohater  zdaje  sobie  sprawę  tylko  z  jednego 

wcielenia.  Przypuszczam,  że  to  lepiej,  gdyż  często  nie  jest  miło  pamiętać  o  zbyt  wielu 

wcieleniach  -  zwłaszcza  wtedy,  gdy  one  istnieją  jednocześnie.  Rozpoznałem  w  Księciu 

Corumie  mojego  starego  przyjaciela,  choć  on  nie  poznaje  mnie.  To  zresztą  nieważne.  - 

Skończył jeść, rozluźnił ręcznik i wyciągnął się swobodnie. 

background image

-  A  zatem  zadałeś  nam  zagadkę,  ale  nie  masz  zamiaru  zdradzić  rozwiązania  - 

stwierdził Beldan. 

-  Wyjaśnię  to  -  odparł  Jhary  -  gdyż  nie  żartuję  z  was  celowo.  Nie  jestem  zwykłym 

wędrowcem.  Moim  przeznaczeniem  jest  chyba  poruszać  się  w  czasie  i  przestrzeni.  Nie 

pamiętam,  bym  się  urodził,  nie  spodziewam  się  także  umrzeć  -  przynajmniej  w  przyjętym 

znaczeniu tego słowa. Czasem nazywam się Timeras, i jeśli w ogóle skądkolwiek pochodzę, 

to, jak sądzę, z Tanelornu. 

- Ale przecież Tanelorn to kraina mityczna - zaoponował mąjordomus. 

-  Wszystkie  miejsca  wydają  się  legendarne  gdzieś  indziej,  Tanelorn  zaś  to  kraina 

znacznie bardziej realna niż inne. Można ją znaleźć z każdego miejsca multiświata, jeśli tylko 

się jej szuka. 

- Czy nie masz żadnego konkretnego zawodu? - spytał Corum. 

-  Hm,  swego  czasu  pisałem  wiersze  i  sztuki,  ale  przede  wszystkim  jestem 

przyjacielem  bohaterów, to  moje  główne  zajęcie.  Podróżowałem  -  oczywiście  pod  różnymi 

imionami i w rozmaitych przebraniach - z Czerwonym Łucznikiem Rakhirem do Xerlerenes, 

gdzie statki Przewoźnika żeglują po niebie, tak jak wasze po morzu; towarzyszyłem Elrikowi 

z  Melnibone  w  drodze  na  Dwór  Martwego  Boga;  byłem  u  boku  Asquiola  z  Pompei,  gdy 

udawał  się  do  najdalszych  krańców  multiświata,  gdzie  przestrzeń  mierzy  się  nie  w 

kilometrach, lecz w galaktykach; jechałem z Hawkmoonem z Kolonii do Londry, gdzie ludzie 

noszą  maski  przypominające  oblicza  zwierząt.  Widziałem  przyszłość  i  przeszłość. 

Zwiedziłem różne systemy planetarne i przekonałem się, że czas nie istnieje, a przestrzeń jest 

złudzeniem. 

- A bogowie? - spytał Corum z przejęciem. 

- Myślę, że sami ich stwarzamy, ale nie jestem pewien. Ludy pierwotne tworzą sobie 

prostych  bogów,  aby  wytłumaczyć  burzę  z  piorunami,  natomiast  cywilizacje  o  wyższym 

stopniu  rozwoju  wynajdują  bogów  bardziej  skomplikowanych,  chcąc  wyjaśnić  pojęcia 

abstrakcyjne,  które  nie  dają  im  spokoju.  Wielokrotnie  zauważono,  że  bogowie  nie  mogą 

istnieć bez ludzi, a ludzie bez bogów. 

- Jednakże bogowie mogą wpływać na nasze losy - wtrącił Corum. 

- A my na ich, czyż nie? 

- Twoje życie jest tego dowodem, Książę - szepnął Beldan. 

- A więc możesz wedle swej woli poruszać się po Piętnastu Wymiarach? - powiedział 

cicho Corum. - Jak niegdyś Vadhaghowie. 

background image

-  „Wedle  swej  woli”  nie  mogę  się  znaleźć  nigdzie  -  uśmiechnął  się  Jhary.  -  Albo 

przynajmniej w  bardzo niewielu  miejscach. Czasem,  jeśli chcę,  mogę wrócić do Tanelornu, 

ale  zazwyczaj  jestem  przerzucany  z  jednego  istnienia  w  inne,  bez  żadnego  ładu  i  składu. 

Zwykle  stwierdzam,  że tam, gdzie się pojawię,  mam  spełnić  swoją rolę  -  być towarzyszem 

zdobywców,  przyjacielem  bohaterów.  Dlatego  też  od  razu  wiedziałem,  kim  jesteś  - 

Wiecznym Bohaterem. Znałem go pod różnymi postaciami, ale on nie zawsze znał mnie.  A 

zresztą może ja też miewałem okresy amnezji, kiedy nie wiedziałem, kim jest. 

- A ty sam nigdy nie jesteś bohaterem? 

- Myślę, że dokonywałem czynów, które w opinii niektórych uchodzą za bohaterskie. 

Może nawet w pewnym sensie bywałem bohaterem. No, a czasem moim przeznaczeniem jest 

być jakąś cząstką konkretnego bohatera - cząstką pojedynczego człowieka albo grupy ludzi, 

którzy razem tworzą jednego bohatera. To, co składa się na naszą tożsamość, kapryśne wiatry 

roznoszą  po  całym  multiświecie.  Istnieje  nawet  teoria,  że  wszyscy  ludzie  są  różnymi 

aspektami tej samej kosmicznej istoty  - przy czym niektórzy wierzą, że także bogowie są jej 

częścią  -  a  wszystkie  wymiary  przestrzeni,  wszystkie  wieki  przeszłe  i  przyszłe,  wszelkie 

twory  kosmosu,  które  pojawiają  się  i  giną,  są  jedynie  ideami  w  tym  wszechogarniającym 

umyśle,  różnymi  fragmentami  tej  jednej  osobowości.  Takie  rozważania  mogą  prowadzić 

wszędzie i nigdzie zarazem, ale i tak nie rozwiązują naszych bieżących problemów. 

-  Zgadzam  się  z  tym  -  powiedział  Corum  ochoczo.  -  A  teraz,  czy  mógłbyś  nam 

wyjaśnić dokładniej, jak dostałeś się do Zamku Moidel? 

-  Wyjaśnię  to,  co  potrafię,  przyjacielu.  Znalazłem  się  w  ponurym  miejscu,  zwanym 

Kalenwyr. Jak tam trafiłem, nie bardzo pamiętam, ale jak już mówiłem, w moim przypadku to 

normalne. Ten  Kalenwyr  -  tak  mroczny  i tak ponury  -  niezbyt  mi się podobał. Już po kilku 

godzinach  mieszkańcy  zaczęli  odnosić  się  do  mnie  podejrzliwie,  ale  zdołałem  uciec 

przemykając  się  po  dachach,  kradnąc  rydwan  i  porywając  łódź  zacumowaną  na  pobliskiej 

rzece.  Dotarłem  do  morza.  Wolałem  nie  ryzykować  schodzenia  na  ląd,  więc  popłynąłem 

wzdłuż brzegu. Opadła mgła, morze było wzburzone jak w czasie sztormu i w pewnej chwili 

łódź  -  a  ja  w  niej  -  została  zagarnięta  w  środek  różnobarwnej  ławicy  ryb,  kłapiących 

paszczami potworów, ludzi i istot, których nie umiałbym nawet opisać. Ciągnięty z olbrzymią 

prędkością  w  gigantycznej  sieci,  która  uwięziła  nas  wszystkich,  zdołałem  uczepić  się  jej 

krawędzi. Nie wiem, jak udawało mi się od czasu do czasu zaczerpnąć powietrza. Wreszcie 

sieć się podniosła i wszyscy zostaliśmy uwolnieni. Moi towarzysze się rozproszyli i zostałem 

sam w wodzie. Dostrzegłem wyspę oraz wasz zamek i z pomocą dryfującego kawału drewna 

zdołałem tu dopłynąć... 

background image

-  Kalenwyr!  -  powtórzył  Beldan.  -  Czy  będąc  tam,  słyszałeś  o  człowieku  imieniem 

Glandyth-a-Krae? 

-  W  gospodzie  wymieniano  imię  jakiegoś  Hrabiego  Glandytha  -  odparł  Jhary  po 

chwili  namysłu  -  i  to  z  dużym  szacunkiem.  Wywnioskowałem,  że  to  wielki  wojownik. 

Odniosłem wrażenie, że całe miasto gotuje się do wojny, choć nie dowiedziałem się, co jest 

przedmiotem  konfliktu,  ani  kto  jest  wrogiem  jego  mieszkańców.  Zdaje  się,  że  niezbyt 

przyjaźnie  wyrażali  się  o  kraju  Lywm-an-Esh.  Aha,  oczekiwali  też  sprzymierzeńców  zza 

morza. 

- Sprzymierzeńców? Może z Wysp Nhadraghów? - dopytywał się Corum. 

- Nie. Mówili chyba o Bro-an-Mabden. 

-  Kontynent  na  zachodzie!  -  krzyknęła  Rhalina.  -  Nie  sądziłam,  że  mieszka  tam 

jeszcze wielu Mabdeńczyków. Ale co pcha ich do wojny przeciw Lywm-an-Eshowi? 

-  Może  ten  sam  duch,  który  sprawił,  że  zniszczyli  mój  lud  -  podsunął  Corum.  - 

Zazdrość  i  nienawiść  do  porządku.  Powiedziałaś  mi,  że  twój  lud  przejął  wiele  zwyczajów 

Vadhaghów. To wystarczy, by ściągnąć nań nienawiść Glandytha i jemu podobnych. 

-  To  prawda  -  przyznała  Rhalina.  -  A  więc  nie  tylko  my  jesteśmy  w 

niebezpieczeństwie. Kraj Lywm-an-Esh nie prowadził wojny od ponad stu lat. Jest całkowicie 

nie przygotowany na taki najazd. 

Służący  przyniósł  rzeczy  Jharego.  Były  czyste  i  suche.  Przyjaciel  bohaterów 

podziękował  mu  i  zaczai  je  wkładać  równie  swobodnie,  jak  je  zdejmował.  Jego  koszulę 

uszyto z jaskrawoniebieskiego jedwabiu, szerokie spodnie zaś dorównywały  intensywnością 

szkarłatu szacie Coruma. Jhary przewiązał się w pasie szeroką, żółtą szarfą i przypiął do niej 

spoczywający w pochwie miecz wraz z długim puginałem. Wsunął miękkie, sięgające kolan 

buty  i  zawiązał  na  szyi  chustę.  Obok  siebie  na  ławie  położył  ciemnoniebieski  płaszcz, 

kapelusz,  który  wpierw  starannie  wymodelował,  i  swój  tobołek.  Wreszcie  poczuł  się 

zadowolony. 

-  Lepiej  powiedzcie  mi  wszystko,  o  czym  waszym  zdaniem  powinienem  wiedzieć  - 

zaproponował.  –  Wtedy  być  może  zdołam  Warn  pomóc.  Podczas  moich  podróży  zebrałem 

mnóstwo informacji - co prawda w większości zupełnie nieprzydatnych... 

Corum opowiedział mu o Władcach Mieczy i Piętnastu Wymiarach, a także o walce 

pomiędzy  Ładem  a  Chaosem  i  próbach  ustabilizowania  Kosmicznej  Równowagi.  Jhary-a-

Conel  słuchał  wszystkiego  uważnie,  a  wiele  spraw,  o  których  mówił  Corum,  było  mu 

znajomych. 

background image

-  To  jasne  - odezwał się Jhary, kiedy  Corum skończył  -  że  w chwili obecnej  nie  ma 

szans,  aby  dotrzeć  do  Lorda  Arkyna  z  prośbą  o  pomoc.  W  tych  pięciu  wymiarach  wciąż 

dominuje  logika  Ariocha  i trzeba  najpierw całkowicie obalić stare porządki, zanim  Arkyn  i 

Ład  będą  mogły  naprawdę  zapanować.  Dolą  śmiertelnych  jest  uosabiać  zmagania  bogów  i 

niewątpliwie  wojna  między  Królem  Lyrem-a-Brode  a  Lywm-an-Eshem,  jeśli  wybuchnie, 

będzie odzwierciedleniem wojny Ładu z Chaosem, toczącej się w innych wymiarach. Jeżeli 

zwyciężą  słudzy  Chaosu  -  wojownicy  Króla  Lyra-a-Brode  -  to  Lord  Arkyn  może  stracić 

władzę  i  znowu  zatryumfuje  Chaos.  Arioch  nie  jest  najpotężniejszym  z  Władców  Mieczy  - 

Xiombarg  dysponuje  większą  mocą  w  wymiarach,  którymi  włada,  a  Mabelode  jest  jeszcze 

silniejszy.  Rzekłbym,  że  nie  zetknęliście  się  tutaj  z  tym,  do  czego  naprawdę  prowadzi 

panowanie Chaosu. 

- To niezbyt pocieszające - stwierdził Corum. 

- Lecz chyba lepiej zdawać sobie z tego sprawę - rzekła Rhalina. 

-  Czy  pozostali  Władcy  Mieczy  mogą  przysłać  pomoc  Królowi  Lyrowi?  -  spytał 

Corum. 

-  Nie  bezpośrednio.  Mogą  jednak  udzielić  mu  wsparcia  przez  swych  wysłanników. 

Czy chcielibyście wiedzieć coś więcej o planach Lyra? 

- Oczywiście - odparł Corum. - Ale to niemożliwe. 

-  Myślę,  iż  przekonasz  się,  że  dobrze  jest  mieć  przy  sobie  przyjaciela  bohaterów  - 

uśmiechnął się Jhary. - I to tak doświadczonego jak ja. - Wstał i sięgnął do torby. 

Wyjął z niej coś, co ku ich zadziwieniu okazało się żywym stworzeniem. Wydawało 

się nieporuszone faktem, że cały dzień spędziło w torbie. Otworzyło wielkie, przyjazne oczy i 

zamruczało cichutko. 

To  był  kot,  a  raczej  coś  w  rodzaju  kota,  gdyż  stworzonko  miało  na  grzbiecie  parę 

wspaniałych,  czarnych,  biało  zakończonych  skrzydeł.  Całe  zwierzątko  było  także  czarne,  z 

białymi łapami, białym pyszczkiem i krawatem, w czym nie różniło się od zwykłych kotów. 

Wyglądało na łagodne i oswojone. Gdy Jhary podał mu ze stołu jedzenie, kot złożył skrzydła i 

rzucił się na nie łapczywie. 

Rhalina  posłała  służącego  po  mleko.  Kot  wypił  je,  a  potem  usiadł  obok  Jharego  i 

zaczął się myć, najpierw pyszczek, potem łapy i tułów, a wreszcie skrzydła. 

- Nigdy w życiu nie widziałem takiego zwierzęcia! - szepnął Beldan. 

-  I  ja  w  czasie  moich  podróży  nigdy  nie  spotkałem  drugiego  takiego  samego  - 

przytaknął  Jhary.  - To przyjazne stworzenie  i  już wielokrotnie  mi pomogło. Niekiedy  nasze 

drogi  się  rozchodzą  i  na  jakiś  czas  ginie  mi  ono  z  oczu,  ale  zwykle  jesteśmy  razem  i  kot 

background image

zawsze  mnie  pamięta.  Nazwałem  go  Wąsacz.  Może  niezbyt  oryginalnie,  ale  chyba  lubi  to 

imię. Myślę, że może nam pomóc. 

- W jaki sposób? - Corum przyglądał się badawczo skrzydlatemu kotu. 

- Cóż, przyjaciele, może polecieć na dwór Lyra i zobaczyć, co się tam dzieje. A potem 

wrócić do nas z wieściami! 

- Czy on umie mówić? 

-  Potrafi  rozmawiać  tylko  ze  mną  -  a  i  to  nie  jest  taka  zwyczajna  rozmowa.  Czy 

chcecie, bym go tam wysłał? 

Zaskoczony Corum zdobył się na uśmiech. 

- Czemu nie? 

-  W  takim  razie,  jeśli  pozwolicie,  pójdę  z  Wąsaczem  na  mury  i  powiem  mu,  co  ma 

robić. 

Wszyscy troje obserwowali w milczeniu, jak Jhary z namaszczeniem włożył kapelusz, 

zabrał kota, i skłoniwszy się im, skierował się na schody wiodące na mury. 

- Wydaje mi się, że to sen - stwierdził Beldan po wyjściu Jharego. 

-  Bo tak jest  -  odparł Corum.  -  Właśnie zaczyna  się  nowy sen  i  miejmy  nadzieję, że 

uda nam się go przeżyć... 

background image

Rozdział drugi 

ZGROMADZENIE W KALENWYRZE

 

 

Mały  skrzydlaty  kot  leciał  szybko  na  wschód,  przecinając  nocne  niebo.  W  końcu 

dotarł do posępnego Kalenwyru. 

Ponad  miastem  unosił  się  dym  z  tysięcy  ociekających  tłuszczem  pochodni, 

przesłaniając  niemal  światło  księżyca.  Domy  i  pałace  zbudowano  z  kwadratowych  bloków 

ciemnego granitu, bez żadnych haków czy łagodnych zaokrągleń. Nad Kalenwyrem górował 

zamek Króla Lyra-a-Brode. Wokół jego czarnych murów błyskały dziwne światła i rozlegały 

się jakby grzmoty piorunów, choć na nocnym niebie nie było ani jednej chmury. 

Właśnie w stronę tej budowli skierował się teraz kot. Przysiadł na prostej, surowej w 

kształcie wieży i złożył skrzydła. Rozejrzał się na wszystkie strony wielkimi, żółtymi oczami, 

jakby rozważając, którędy dostać się do zaniku. 

Sierść  kota  zjeżyła  się,  a  jego  ogon  zesztywniał.  Kot  nastroszył  długie  wąsy,  od 

których  wziął  swoje  imię.  Poczuł  w  zamku  atmosferę  magii  i  obecność  istot 

nadprzyrodzonych, a szczególnie jednej konkretnej istoty, której nienawidził ponad wszystko. 

Zaczął  ostrożnie  posuwać  się  w  dół  wieży.  Idąc  po  ścianie  dotarł  do  wąskiego  okna,  przez 

które  wsunął  się  do  środka.  Znalazł  się  w  mrocznym,  owalnym  pomieszczeniu.  Przez 

uchylone drzwi widać było kręte schody. Zaczął skradać się w dół. W Zamku Kalenwyr było 

mnóstwo mrocznych zakamarków, gdzie mógł się kryć, jako że było to dosyć ponure miejsce. 

W końcu kot dostrzegł przed sobą blask pochodni i zatrzymał się. Wyjrzał ostrożnie 

zza węgła i zobaczył długie, wąskie przejście. W oddali dał się słyszeć gwar wielu głosów, 

szczęk zbroi i kielichów. Kot rozpostarł skrzydła i wzbił się w górę, kryjąc się w mroku pod 

sklepieniem. Znalazł długą, sczerniałą belkę, po której dało się iść. Belka przechodziła przez 

ścianę, pozostawiając niewielką szczelinę, przez którą zdołał się prześlizgnąć. W dole ujrzał 

zgromadzony  tłum  Mabdeńczyków.  Posunął  się  jeszcze  kawałek,  po  czym  usadowił  się 

wygodnie, by śledzić przebieg obrad. 

 

W samym środku Sali Tronowej Zamku Kalenwyr znajdował się podest wyciosany z 

pojedynczego  bloku  nie  polerowanego  obsydianu,  na  nim  zaś  stał  granitowy  tron  zdobiony 

kwarcem.  W  kamieniu  nieudolnie  próbowano  wyrzeźbić  jakieś  potwory,  ale  pracy  nie 

dokończono, co nadawało płaskorzeźbom jeszcze upiorniejszy wygląd. 

background image

Tron zajmowały trzy osoby. Po obu stronach siedziały na oparciach nagie dziewczęta. 

Na  ich  ciałach  wytatuowano  sprośne  sceny.  Każda  z  nich  trzymała  dzbanek,  z  którego 

napełniała  kielich  mężczyzny  siedzącego  pośrodku  tronu.  Był  to  człowiek  potężnie 

zbudowany - miał ponad dwa metry wzrostu - a na jego zmierzwionych włosach spoczywała 

żelazna  korona.  Włosy  miał  długie,  splecione  nad  czołem  w  krótkie  warkoczyki.  Niegdyś 

żółtawe,  były  teraz  gdzieniegdzie  poznaczone  białymi  pasemkami,  które  próbowano 

ufarbować  na  pierwotny  kolor.  Jego  broda  również  była  żółta,  choć  z  widoczną  siwizną.  Z 

chudej, żylastej twarzy patrzyły głęboko osadzone, przekrwione oczy o wyblakłej niebieskiej 

barwie,  pełne  nienawiści,  chytre  i  podejrzliwe.  Cały  był  spowity  w  długie  szaty  -  niegdyś 

najwyraźniej  strój  Vadhaghów  -  ale  obecnie  brokat  i  aksamit  pokrywały  plamy  po  winie  i 

jedzeniu.  Na  wierzch  miał  mężczyzna  narzucony  brudny  płaszcz  z  brunatnej  wilczej  skóry, 

który  był  z  kolei  bez  wątpienia  wytworem  Mabdeńczyków  ze  wschodu,  jego  własnych 

poddanych. Dłonie ozdabiały mu kradzione pierścienie, zdarte zamordowanym Vadhaghom i 

Nhadraghom.  Jedną  rękę  wsparł  na  rękojeści  wielkiego,  wykutego  z  żelaza,  miecza,  drugą 

ściskał  wysadzany  diamentami  kielich  z  brązu,  po  którym  ściekało  mętne  wino.  Wokół 

podwyższenia,  tyłem  do  wodza,  stała  straż  złożona  z  wojowników  równie  wysokich  albo 

jeszcze wyższych od niego. Trwali  nieporuszenie, ramię  w ramię, z uniesionymi  mieczami, 

które  spoczywały  na  wielkich,  podłużnych  tarczach  ze  skóry  i  żelaza  krytego  mosiądzem. 

Mosiężne hełmy zakrywały większą część twarzy, odsłaniając jedynie brody i luźne kosmyki 

włosów.  W  niewzruszonych,  tępo  wpatrzonych  przed  siebie  oczach  czaiła  się  z  trudem 

skrywana  wściekłość.  Byli  to  Asperowie  -  Mroczna  Straż,  ślepo  posłuszna  mężczyźnie 

siedzącemu na tronie. 

Król Lyr-a-Brode poruszył głową i rozejrzał się po sali. 

Wypełniali ją wojownicy. 

Jedynymi  kobietami  były  nagie,  wytatuowane  dziewczęta  nalewające  wino.  Miały 

brudne włosy i posiniaczone ciała. Snuły się jak mary, opierając ciężkie dzbany z winem na 

biodrach  i  przeciskając  się  pomiędzy  szeregami  wielkich,  brutalnych  Mabdeńczyków  o 

włosach i brodach splecionych w warkoczyki. 

Kiedy  podnosili  do  ust  puchary  z  winem,  ich  barbarzyńskie  zbroje  chrzęściły  i 

skrzypiały. 

Niedawno  odbywała  się  tu  uczta,  ale  teraz  stoły  i  ławy  już  uprzątnięto  i  wszyscy 

wojownicy - z wyjątkiem kilku, którzy zwalili się na ziemię i musiano odciągnąć ich w kąt  - 

stali wpatrując się w swego króla i czekając, aż przemówi. 

background image

Światło  z  żelaznych  koksowników  podwieszonych  pod  sufitem  sprawiało,  że  na 

ciemnej  kamiennej  posadzce  kładły  się  ogromne  cienie,  a  oczy  wojowników  świeciły 

czerwono niby oczy dzikich bestii. 

Każdy  z  zebranych  wojowników  przewodził  grupie  ludzi.  Byli  tam  baronowie, 

książęta,  hrabiowie  i  dowódcy  oddziałów,  którzy  przybyli  ze  wszystkich  stron  królestwa 

Lyra, żeby wziąć udział w Zgromadzeniu. A niektórzy, ubrani nieco inaczej od pozostałych, 

przedkładający futra nad kradzione atłasy Vadhaghów i Nhadraghów, przybyli aż zza morza 

jako  wysłannicy  Bro-an-Mabdenu,  skalistej  krainy  na  północnym-zachodzie,  skąd  dawno 

temu wzięła początek rasa Mabdeńczyków. 

Król Lyr-a-Brode wsparł się na oparciu tronu i uniósł powoli. Natychmiast pięćset rąk 

wzniosło w toaście swe puchary. 

- Lyr to świat! 

-  A  świat  to  Lyr...  -  wymamrotał  Lyr-a-Brode  odruchowo.  Rozejrzał  się  wokoło  z 

niedowierzaniem. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w jedną z dziewcząt, jakby biorąc ją za 

kogoś innego. Zmarszczył brwi. 

Z tłumu dostojników wystąpił rosły mężczyzna i zajął miejsce naprzeciwko Mrocznej 

Straży.  Miał  szare  oczy  o  chorobliwym  spojrzeniu,  czerwoną,  świecącą  twarz  oraz  kręte, 

gęste  czarne  włosy  i  brodę,  splecione  w  warkoczyki.  Zacięte  usta  odsłaniały  żółte,  mocne 

zęby.  Mężczyzna  miał  na  głowie  wysoki  hełm  z  dwoma  metalowymi  skrzydełkami, 

wykonany  z  żelaza,  mosiądzu  i  złota,  a  na  jego  ramionach  spoczywał  ogromny  płaszcz  z 

niedźwiedziej  skóry.  Człowiek  ten  budził  respekt  samym  swym  wyglądem  i  pod  wieloma 

względami prezentował się dostojniej niż król, który spoglądał na niego z wysokości tronu. 

- Hrabia Glandyth-a-Krae? - przemówił król. 

-  Twój  lennik  i  wierny  poddany,  Glandyth,  Hrabia  Ziemi  Krae  -  potwierdził 

mężczyzna  ceremonialnie.  -  Dowódca  Denledhyssów,  którzy  uwolnili  twe  ziemie  spod 

panowania  przeklętych  Vadhaghów  i  ich  sprzymierzeńców,  i  którzy  pomogli  ci  podbić 

Wyspy Nhadraghów. Brat Psa, Syn Rogatego Niedźwiedzia, sługa Władców Chaosu. 

- Znam cię, Hrabio Glandyth - skinął głową król. - Jesteś wiernym wojownikiem. 

Glandyth skłonił się. 

Przez chwilę panowała cisza. 

- Mów - odezwał się wreszcie król. 

- Jest jeszcze jeden Stefanhow, który umknął twej sprawiedliwości, mój królu. Jeszcze 

jeden  Vadhagh  pozostał  przy  życiu.  -  Glandyth  szarpnięciem  rozwiązał  rzemyk  u  kurtki 

wyglądającej spod pancerza. Sięgnął pod nią i wyjął dwie rzeczy, które miał zawieszone na 

background image

szyi.  Pierwszą  z  nich  była  uschnięta,  zmumifikowana  dłoń.  Drugą  stanowił  mały,  skórzany 

woreczek.  Pokazał  je  królowi.  -  Oto  ręka,  którą  odciąłem  temu  Vadhaghowi,  a  tu,  w  tym 

woreczku,  mam  jego  oko.  On  sam  schronił  się  w  zamku  leżącym  daleko  na  zachodnich 

wybrzeżach  twojego  kraju  -  w  miejscu  zwanym  Moidel.  Zamek  należy  do  mabdeńskiej 

kobiety, Margrabiny Rhaliny-a-Allomglyl, która służy zdrajcom z kraju Lywm-an-Esh - tego 

kraju, który masz zamiar zdobyć, gdyż nie chce popierać naszej sprawy. 

- Już mi to wszystko mówiłeś - przerwał Król Lyr. - Opowiadałeś także o potężnych 

czarach, jakich użyto, by udaremnić twój atak na ten zamek. Mów dalej. 

-  Chcę  jeszcze  raz  wyruszyć  do  Zamku  Moidel,  gdyż  z  tego,  co  wiem,  Stefanhow 

Corum i ta zdrajczyni Halina wrócili tam mniemając, że zdołają uniknąć sprawiedliwości. 

-  Całe  nasze  wojsko  idzie  na  zachód  -  odparł  Lyr.  -  Zbieramy  wszystkie  siły,  aby 

zniszczyć Lywm-an-Esh. Zdobędziemy Zamek Moidel po drodze. 

- Panie mój, proszę o łaskę, bym to ja mógł być sprawcą jego upadku. 

-  Hrabio  Glandyth,  jesteś  jednym  z  naszych  najlepszych  dowódców  i  zamierzamy 

użyć ciebie i twoich Denledhyssów w najważniejszej bitwie. 

- Dopóki Corum żyje i dysponuje swą czarnoksięską mocą, stanowi dla nas śmiertelne 

niebezpieczeństwo. Mówię prawdę, o największy z królów. On jest potężnym wrogiem, może 

nawet potężniejszym niż cała kraina Lywm-an-Esh. Niełatwo będzie go pokonać. 

- Jednego okaleczonego Stefanhowa? Jak to możliwe? 

- On zawarł przymierze z Ładem. Mam na to dowód. Jeden z moich nhadraghańskich 

sług użył swego drugiego wzroku i wszystkiego się dowiedział. 

- Gdzie jest ten Nhadragh? 

-  Został  na  zewnątrz,  panie  mój.  Nie  ośmieliłbym  się  wprowadzić  tu  tej  nędznej 

kreatury bez twojej zgody. 

- Przyprowadź go. 

Wszyscy brodaci wojownicy spojrzeli w stronę drzwi, a w ich oczach niesmak mieszał 

się  z  ciekawością.  Jedynie  Mroczna  Straż  patrzyła  nadal  prosto  przed  siebie.  Król  Lyr 

ponownie usadowił się na tronie i gestem zażądał więcej wina. 

Otwarto drzwi i zamajaczyła w nich niewyraźna postać. Istota kształtem przypominała 

człowieka, ale nie był to człowiek. Wojownicy rozstąpili się, przepuszczając Nhad-ragha. 

Miał ciemną, płaską twarz, a włosy porastały mu całe czoło aż do brwi. Był ubrany w 

kaftan  i  spodnie  z  foczej  skóry.  Zdenerwowany,  przybrał  służalczą  pozę  i  kłaniał  się  co 

chwila, posuwając się w kierunku Glandytha. 

Król Lyr-a-Brode skrzywił się z obrzydzeniem. Skinął na Hrabiego. 

background image

- Niech mówi, a potem - wyprowadzić. 

-  A  teraz,  ścierwo  -  Glandyth  wyciągnął  rękę  i  chwycił  Nhadragha  za  skołtunione 

włosy  -  powiedz  mojemu  królowi,  co  widziałeś  dzięki  pomocy  swych  zwyrodniałych 

zmysłów! 

Nhadragh otworzył usta i zaczął się jąkać. 

- Mów! Szybko! 

- Ja... ja widziałem inne wymiary... 

- Widziałeś Yffarn, piekło? - wyszeptał Lyr z prze rażeniem. 

-  Inne  wymiary...  -  Nhadragh  rozejrzał  się  niepewnie  i  szybko  potwierdził.  -  Tak... 

Yffarn. Widziałem tam istotę, której nie potrafię opisać, ale rozmawiałem z nią przez chwilę. 

Ona... ona powiedziała mi, że Arioch, Książę Chaosu... 

- Ma na myśli Władcę Mieczy - wyjaśnił Glandyth. - Wielkiego Starego Boga, Araga. 

-  Powiedziała  mi,  że  Arioch...  Arag...  został  pokonany  przez  Vadhagha,  Coruma 

Jhaelena  Irsei,  i  że  Arkyn,  Władca  Ładu,  ponownie  odzyskał  władzę  nad  tymi  pięcioma 

wymiarami... - Głos Nhadragha załamał się. 

-  Opowiedz  mojemu  królowi  całą  resztę  –  przynaglił  go  Glandyth,  ponownie 

chwytając  nieszczęśnika  za  włosy.  -  Opowiedz  mu,  czego  dowiedziałeś  się  o  nas, 

Mabdeńczykach. 

-  Oznajmiono  mi,  że  teraz,  gdy  Lord  Arkyn  powrócił,  będzie  usiłował  odzyskać 

władzę,  jaką  niegdyś sprawował  nad całym  światem.  Ale do tego potrzebuje  śmiertelników 

jako  wykonawców swej  woli,  i Corum  jest najważniejszym  z  nich, choć także większość z 

tych,  którzy  zamieszkują  Lywm-an-Esh  będzie  służyć  Arkynowi,  gdyż  już  dawno  temu 

poznali... poznali obyczaje Stefanhowów... 

-  A  więc  nasze  podejrzenia  się  sprawdziły  –  stwierdził  Król  Lyr  tryumfalnie.  - 

Czynimy  słusznie,  sposobiąc  się  do  wojny  z  Lywm-an-Eshem.  Będziemy  walczyć  z  tym 

wynaturzeniem, które śmie się nazywać Ładem! 

-  A  więc  zgodzisz  się,  panie,  że  moim  obowiązkiem  jest  zniszczyć  tego  Coruma?  - 

spytał Glandyth. 

Król zmarszczył brwi. Potem uniósł głowę i spojrzał Glandythowi prosto w oczy. 

-  Tak  -  machnął  ręką.  -  A  teraz  zabierz  stąd  tego  cuchnącego  Stefanhowa.  Już  czas 

wezwać Psa i Niedźwiedzia! 

 

Siedzący wysoko w górze, na głównej belce dachu, kot poczuł, jak ze strachu jeży mu 

się  sierść  na  grzbiecie.  Najchętniej  od  razu  opuściłby  to  miejsce,  ale  zmusił  się,  aby  tam 

background image

pozostać. Był wierny swemu panu, a Jhary-a-Conel przykazał mu obserwować cały przebieg 

Zgromadzenia. 

Tymczasem  wojownicy  usadowili  się  pod  ścianami.  Kobiety  odesłano.  Lyr  także 

zszedł z podwyższenia i cały środek sali był teraz pusty. 

Zapadła cisza. 

Lyr na miejscu, gdzie stał - wciąż otoczony przez Mroczną Straż - zaklaskał w dłonie. 

Do  sali  wprowadzono  więźniów.  Byli  to  wieśniacy,  a  wśród  nich  kobiety  i  małe 

dzieci.  Pomimo  strachu  wszyscy  zachowywali  się  spokojnie.  Wtoczono  ich  do  środka  w 

wielkiej wiklinowej klatce.  Kilkoro dzieci zaczęło płakać, a dorośli  nie usiłowali  już  nawet 

ich uspokajać. Uczepili się wiklinowych prętów, bezradnie rozglądając się po sali. 

- Tak! - zawołał król Lyr. - Oto Strawa dla Psa i Niedźwiedzia. Soczysta i smaczna! - 

Rozkoszował  się  ich  niedolą.  Postąpił  do  przodu,  a  Mroczna  Straż  ruszyła  wraz  z  nim. 

Przyglądając  się  więźniom  oblizywał  wargi.  -  Niech  ugotują  strawę  -  zarządził  -  aby  jej 

zapach dotarł do Yffarn, pobudził apetyt bogów i przywiódł ich do nas. 

Jedna  z  kobiet  zaczęła  przeraźliwie  krzyczeć,  a  kilka  zemdlało.  Dwóch  płaczących 

młodych  mężczyzn  pochyliło  głowy.  Dzieci,  nic  nie  rozumiejąc,  wyglądały  z  klatki, 

przerażone raczej samym faktem uwięzienia niż losem, jaki miał je spotkać. 

Przez uchwyty na dachu klatki przeciągnięto liny, które przerzucono następnie przez 

belki pod stropem, unosząc całość w górę. 

Mały kot przesunął się nieco, ale nadal wszystko obserwował. 

Wtoczono ogromny koksownik i umieszczono go dokładnie pod klatką. Ta trzeszczała 

i  kołysała  się,  gdyż  więźniowie  zaczęli  się  szamotać.  Oczy  obserwujących  wojowników 

błyszczały  niecierpliwie.  Żelazny  kosz  wypełniały  rozgrzane  do  białości  węgle.  Słudzy 

przynieśli  dzbany  z  oliwą,  i  gdy  chlusnęli  nią  na  węgle,  w  górę  buchnęły  płomienie,  które 

poczęły lizać wiklinową klatkę. Podniósł się w niej przeraźliwy lament - budzący grozę hałas, 

który wypełnił całą komnatę. 

Król Lyr-a-Brode zaczął się śmiać. 

Glandyth-a-Krae śmiał się także. 

Baronowie,  książęta,  hrabiowie  i  królewscy  dowódcy  -  wszyscy  wybuchnęli 

śmiechem. 

Wkrótce  wrzaski  umilkły.  Zastąpił  je  trzask  płomieni  i  swąd  spalonego  ludzkiego 

mięsa. 

Wówczas śmiech zamarł i ponownie zapadła cisza, a wojownicy czekali w napięciu na 

to, co miało nastąpić. 

background image

Gdzieś spoza murów Zamku Kalenwyr, gdzieś spoza miasta, spoza ciemności nocy  - 

rozległo się wycie. 

Mały kot cofnął się jeszcze bardziej, przysuwając się do otworu w ścianie. 

Wycie wzmogło się i jakby zmroziło płomienie, które pogasły. 

Komnatę spowiła nieprzenikniona ciemność. 

Wycie rozlegało się wszędzie, narastając i cichnąc na zmianę  - niekiedy zdawało się 

zamierać, by w chwilę później zabrzmieć jeszcze potężniej. 

A potem zawtórował mu przedziwny ryk. 

Były to głosy Psa i Niedźwiedzia - mrocznych i straszliwych bogów Mabdenu. 

Cała sala zadrżała. Nad pustym tronem zaczęło się wyłaniać przedziwne światło. 

Potem na granitowym podeście, w aurze odrażających, trudnych do opisania kolorów 

pojawiła  się  ogromna,  cuchnąca  istota.  Pokręciła  pyskiem,  węsząc  ucztę.  Stała  na  tylnych 

łapach, niby karykatura tych, którzy ją z lękiem obserwowali. 

Pies  ponownie  pociągnął  nosem.  Z  jego  gardła  wydobywał  się  dziwny  charkot. 

Potrząsnął kudłatą głową. 

W  oddali  ciągle  rozbrzmiewał  drugi  dźwięk  -  ryk,  któremu  towarzyszyły  groźne 

pomruki. Wciąż narastał i Pies słysząc go przechylił głowę na bok i przestał węszyć. 

Po  drugiej  stronie  tronu  rozbłysło  ciemnoniebieskie  światło.  Zmaterializowało  się  w 

konkretny  kształt  i  stanął  tam  Niedźwiedź  -  wielki  czarny  niedźwiedź  z  długimi  rogami. 

Otworzył  pysk  i  skrzywił  się,  odsłaniając  ostre  kły.  Sięgnął  w  stronę  wiklinowej  klatki  i 

zerwał ją z uchwytów. 

Pies  i  Niedźwiedź  rzuciły  się  na  jej  zawartość.  Pomrukując  i  sapiąc,  pożerały 

łapczywie pieczone ludzkie mięso i chrupały kości, a po pyskach ściekał im krwawy sos. 

Kiedy  skończyły,  wyciągnęły  się  na  podwyższeniu,  obserwując  milczących, 

przerażonych ludzi. 

Prymitywni bogowie prymitywnego ludu. 

Król  Lyr-a-Brode  po  raz  pierwszy  opuścił  krąg  strażników  i  zbliżył  się  do  tronu. 

Uklęknął i uniósł błagalnie ręce w stronę Psa i Niedźwiedzia. 

-  O,  nasi  potężni  władcy,  wysłuchajcie  nas!  -  zawodził.  -  Dowiedzieliśmy  się,  że 

Stefanhow,  który  sprzymierzył  się  z  naszymi  wrogami  z  Lywm-an-Eshu,  Tonącego  Lądu, 

zabił  Lorda Araga. Nasza sprawa  znalazła  się w  niebezpieczeństwie, a tym samym  i wasza 

władza jest zagrożona. Czy pomożecie nam, nasi władcy? 

Pies warknął. Niedźwiedź mruknął gniewnie. 

- Czy pomożecie nam, nasi władcy? 

background image

Pies powiódł groźnym wzrokiem po sali - we wszystkich oczach zdawał się czaić ten 

sam dziki błysk. Był zadowolony. 

-  Wiemy  o  tym  niebezpieczeństwie  -  przemówił.  Jego  zduszony,  chrapliwy  głos  z 

trudem  wydobywał  się  z  psiego  gardła.  -  Jest  większe  niż  myślicie.  Musicie  spiesznie 

zgromadzić siły i jak najprędzej ruszyć na waszych wrogów, jeśli Ci, Którym Służymy, mają 

zachować władzę i was z kolei uczynić silniejszymi. 

- Nasi dowódcy, panie mój, Psie, już się zebrali, a ich armie połączą się z nimi tu, w 

Kalenwyrze. 

-  To  dobrze.  Wtedy  przyślemy  wam  pomoc,  jaką  tylko  będziemy  mogli.  -  Pies 

odwrócił wielką głowę i spojrzał na swego brata, Niedźwiedzia. 

-  Nasi  wrogowie  także  będą  szukać  pomocy,  ale  nie  przyjdzie  im  to  łatwo.  -  Głos 

Niedźwiedzia  był wysoki,  lecz  bardziej  zrozumiały  - gdyż  Arkyn,  Władca Ładu,  jest wciąż 

słaby.  Arioch,  którego  wy  nazywacie  Aragiem,  musi  odzyskać  należne  mu  miejsce  i  znów 

stać się panem tych Pięciu Wymiarów. Ale aby to się mogło dokonać, trzeba zdobyć dla niego 

nowe serce i nowe ciało. Jest tylko jedno takie serce i ciało  - jego prześladowcy, Coruma w 

Szkarłatnym Płaszczu. By go na to przygotować, będą nam potrzebne skomplikowane czary - 

ale najpierw musicie go pojmać. 

- Żywcem? - zawołał Glandyth rozczarowany. 

- Dlaczego mielibyśmy go oszczędzić? - spytał Pies. 

Na ten głos zadrżał nawet Glandyth. 

-  Teraz  odchodzimy  -  oznajmił  Niedźwiedź.  –  Nasza  pomoc  wkrótce  nadejdzie. 

Przyprowadzi  ją  wysłannik  Wielkich  Starych  Bogów  -  sługa  Xiombarg,  Królowej  Mieczy 

sąsiedniego świata. On powie wam więcej niż my. 

W  chwilę  potem  Psa  i  Niedźwiedzia  już  nie  było,  a  w  sali  unosił  się  jedynie  swąd 

spalonych ludzkich ciał. 

-  Przynieść  pochodnie!  Przynieść  pochodnie!  –  rozległ  się  w  ciemności  drżący  głos 

Króla Lyra. 

Otwarto drzwi i środek komnaty rozjaśniło mgliste, czerwonawe światło. Wydobyło z 

mroku  podwyższenie,  tron,  rozerwaną  klatkę,  kosz  z  wygasłymi  węglami  i  klęczącego, 

dygocącego króla. 

Toczył  dokoła  błędnym  wzrokiem,  a  dwóch  Mrocznych  Strażników  pomagało  mu 

wstać.  Odpowiedzialność,  jaką  złożyli  na  niego  bogowie,  przerażała  go.  Niemal  błagalnie 

spojrzał na Glandytha. 

background image

Glandyth  wyszczerzył  zęby  i  dyszał  jak  wilk,  który  ma  pożreć  świeżo  upolowaną 

zdobycz. 

Mały kot prześlizgnął się po belce, potem wąskim przejściem, i po schodach wydostał 

się na wieżę. W końcu z trudem poruszając zmęczonymi skrzydłami, poleciał z powrotem do 

Zamku Moidel. 

background image

Rozdział trzeci 

LYWM-AN-ESH

 

 

Było ciche, ciepłe popołudnie w środku lata i po niebie płynęło kilka białych obłoków. 

Jak  okiem  sięgnąć,  równina  tonęła  w  pięknych,  różnobarwnych  kwiatach,  aż  do 

miejsca,  gdzie  pas  żółtego  piasku  oddzielał  ląd  od  chłodnego,  spokojnego  oceanu.  Była  to 

dzika  roślinność,  ale  jej  obfitość  i  różnorodność  stwarzała  wrażenie,  że  kwiaty  zasadzono 

niegdyś jako część niezmierzonego ogrodu, o który przestano się troszczyć wiele lat temu. 

Do brzegu przybił właśnie mały, zgrabny stateczek, z którego zaczęła schodzić na ląd 

grupka ludzi. Po naprędce skleconych kładkach sprowadzili swe konie. Jedwab i stal lśniły w 

słońcu, gdy podróżni, opuściwszy statek, dosiedli wierzchowców i ruszyli w głąb lądu. 

Jadąca na czele czwórka jeźdźców osiągnęła skraj równiny i ich konie brodziły teraz 

po kolana w dzikich tulipanach, miękkich i lśniących jak aksamit. Ludzie głęboko wdychali 

przesycone cudownymi zapachami powietrze. 

Wszyscy, z wyjątkiem jednego, byli uzbrojeni. Pierwszy z nich, wysoki mężczyzna o 

nienaturalnym  wyglądzie,  nosił  na  oku  wysadzaną  klejnotami  przepaskę,  a  na  lewej  dłoni 

sześciopalcą, równie ozdobną rękawicę. Miał wysoki, stożkowaty hełm ze srebra z opadającą 

na kark misiurką plecioną z drobnych, srebrnych kółek. Jego kolczuga była także ze srebra, 

choć krytego mosiądzem, a kaftan, spodnie i buty z miękko wyprawionej skóry. U jego boku 

zwisał  długi  miecz  o  głowni  misternie  zdobionej  srebrem  oraz  czerwonym  i  czarnym 

onyksem.  W  pochwie  przy  siodle  spoczywał  topór  bojowy,  przyozdobiony  dokładnie  tak 

samo  jak  miecz.  Mężczyznę  okrywał  płaszcz  z  przedziwnej,  połyskliwej  tkaniny  o  barwie 

nasyconego  szkarłatu,  a  na  plecy  miał  ów  rycerz  zarzucony  łuk  i  kołczan.  Był  to  Książę 

Corum Jhaelen Irsei w Szkarłatnym Płaszczu, w pełnym rynsztunku bojowym. 

Jeździec  podążający  obok  Księcia  Coruma  także nosił  kolczugę,  ale  jego  wymyślny 

hełm i tarczę wykonano z muszli gigantycznego ślimaka morskiego. Włócznia i smukły miecz 

stanowiły  broń  jeźdźca,  którym  była  Margrabina  Rhalina  z  Allomglyl,  również  w  pełnym 

rynsztunku. 

Tuż  koło  niej  jechał  przystojny,  młody  mężczyzna,  którego  hełm  i  tarcza  były 

podobne do tych, jakie miała Margrabina. Był uzbrojony w długą włócznię, topór wojenny o 

krótkim  trzonku,  miecz  i  pałasz  o  szerokim  ostrzu.  Długa  opończa  z  pomarańczowego 

brokatu  harmonizowała  kolorem  z  okryciem  jego  czekoladowej  klaczy,  której  wysadzana 

background image

klejnotami uprząż  była zapewne cenniejsza od ubioru  jeźdźca. Był to Beldan z  Allomglyl,  i 

ten w pełnym rynsztunku bojowym. 

Czwarty jeździec miał na głowie fantazyjnie wywinięty kapelusz z szerokim rondem, 

za  który  zatknięto  długie  pióro.  Był  ubrany  w  lśniącą  koszulę  z  błękitnego  jedwabiu,  a 

szkarłat  jego  spodni  dorównywał  barwie  szaty  Coruma;  w  pasie  był  przewiązany  szeroką, 

żółtą szarfą, mocno zniszczony zaś, skórzany pas podtrzymywał miecz i puginał. Buty sięgały 

kolan, a ciemnogranatowy płaszcz był tak długi, że zakrywał cały grzbiet konia. Na ramieniu 

jeźdźca,  złożywszy  skrzydła,  usadowił  się  mały,  czarno-biały  kot,  który  mruczał  cicho 

wyraźnie zadowolony. Jeździec od czasu do czasu wyciągał rękę, aby go pogłaskać po łebku, 

przemawiając  przy  tym  łagodnie.  Był  to  ów  czasem  wędrowiec,  czasem  poeta,  a  niekiedy 

towarzysz  bohaterów,  Jhary-a-Conel,  którego  ubiór  trudno  byłoby  nazwać  pełnym 

rynsztunkiem bojowym. 

Za nimi zdążali zbrojni Rhaliny i ich kobiety. Wojownicy nosili barwy Allomglylu, a 

ich  hełmy,  tarcze  i  napierśniki  wykonano  z  pancerzy  gigantycznych  skorupiaków,  które 

niegdyś zamieszkiwały morza. 

Cały  oddział  prezentował  się  świetnie  na  tle  wspaniałego  krajobrazu  Księstwa 

Bedwilral-nan-Rywm, najbardziej na wschód wysuniętej prowincji krainy Lywm-an-Esh. 

Wszyscy oni opuścili Górę Moidel po daremnej próbie obudzenia wielkich nietoperzy, 

które  spały  w  jaskiniach  pod  zamkiem  („To  stwory  Chaosu,  stwierdził  Jhary-a-Conel.  - 

Trudno  będzie  zmusić  je,  by  nam  służyły”),  i  po tym,  jak  Lord  Arkyn,  najwyraźniej  zajęty 

bardziej  naglącymi  sprawami,  nie  odpowiedział  na  ich  wezwanie.  Kiedy  skrzydlaty  kot 

przyniósł  im  wieści,  stało  się  jasne,  że  nie  zdołają  się  już  dłużej  bronić  w  Zamku  Moidel. 

Postanowili więc udać się wszyscy razem do Halwyg-nan-Vake, stolicy Lywm-an-Eshu, by 

ostrzec króla o barbarzyńcach nadciągających z południa i ze wschodu. 

Rozglądając  się  wokół,  Corum  podziwiał  piękno  krajobrazu.  Nietrudno  zrozumieć, 

myślał,  iż  taka  ziemia  wyposażyła  Mabdeńczyków  w  wiele  cech,  które  normalnie 

przypisywałby Vadhaghom. 

To nie tchórzostwo kazało im opuścić Górę Moidel, lecz przezorność i świadomość, 

że  Glandyth  straci  wiele  dni,  a  może  nawet  tygodni,  na  przygotowanie  i  przeprowadzenie 

ataku na zamek, w którym nikogo już nie znajdzie. 

Głównym miastem księstwa było Llarak-an-Fol, oddalone o dobre dwa dni jazdy. Tam 

mieli  nadzieję  otrzymać  świeże  wierzchowce  i  dowiedzieć  się  czegoś  o  możliwościach 

obronnych  kraju.  Książę,  rezydujący  w  Llaraku,  znał  Rhalinę  jeszcze  jako  dziecko.  Była 

background image

pewna, że uwierzy ich słowom i okaże im wszelką możliwą pomoc. Halwyg-nan-Vake leżało 

o następny tydzień drogi od Llarak. 

Chociaż Corum sam obmyślił realizowany plan, to jednak teraz nie mógł się pozbyć 

uczucia, że ucieka od tego, którego nienawidzi. Jakaś jego cząstka pragnęła wrócić do Zamku 

Moidel  i  poczekać  na  Glandytha.  Zwalczał  tę  pokusę,  ale  wewnętrzny  konflikt  czynił  zeń 

posępnego i niezbyt miłego towarzysza podróży. 

Pozostali byli weseli, ciesząc się na myśl o tym, że pomogą ludziom z Lywm-an-Eshu 

przygotować  się  na  atak,  który  w  zamierzeniach  Króla  Lyra-a-Brode  miał  ich  zupełnie 

zaskoczyć. Dysponując znacznie lepszą bronią, mieli wszelkie szansę, aby odeprzeć inwazję. 

Jedynie  Jhary-a-Conel  przypominał  czasem  Rhalinie  i  Beldanowi,  że  Pies  i 

Niedźwiedź  obiecali  Królowi  Lyrowi  pomoc  i  nikt  nie  mógł  przewidzieć,  jaką  formę 

przybierze ani jak dalece okaże się potężna. 

Tej nocy obozowali na Równinie Kwiatów, a następnego dnia dotarli do pagórkowatej 

krainy  wydm.  Za  piaszczystymi  wzgórzami  leżało,  ukryte  przed  ich  wzrokiem,  Llarak--an-

Fol. 

Po  południu  napotkali  schludną  wioskę,  którą  przecinał  malowniczy  strumień. 

Zobaczyli,  że  centralny  plac  osady  jest  pełen  ludzi  otaczających  kołem  jakiegoś 

przemawiającego  do  nich  człowieka.  Odziany  w  ciemne  szaty  mężczyzna  stał  na  krawędzi 

koryta z wodą dla bydła i z trudem utrzymywał równowagę. 

Puścili się cwałem ze wzgórza, przypatrując się wszystkiemu uważnie, lecz z powodu 

dzielącej ich odległości nie mogąc wyłowić ani słowa z dochodzących ich hałasów. 

-  Zdają  się  być  mocno  poruszeni  -  zaniepokoił  się  Jhary-a-Conel.  -  Czy  sądzisz,  że 

przybywamy za późno? 

Corum dotknął przepaski na oku i chwilę przypatrywał się wiosce w milczeniu. 

-  Na  pewno  to  tylko  jakiś  miejscowy  problem,  Jhary.  Podjedźmy  tam  we  dwóch  i 

dowiedzmy się, o co chodzi. 

Jhary  skinął  głową  i  po  krótkiej  naradzie  z  pozostałymi  obaj  szybko  pomknęli  w 

stronę wioski. 

W  tej  samej  chwili  mężczyzna  w  ciemnej  szacie  zauważył  obu  jeźdźców  i  cały 

oddział, i krzycząc wskazywał w ich kierunku. Wśród wieśniaków zapanowało poruszenie. 

Gdy  wjechali  do  wioski  i  zbliżyli  się  do tłumu,  czarno  odziany  mężczyzna  o twarzy 

wykrzywionej szaleństwem zawołał głośno w ich kierunku: 

-  Kim  jesteście?  Po  której  stronie  walczycie?  Czy  przybywacie,  aby  nas  zniszczyć? 

Nie mamy nic, co byłoby cenne dla waszej armii. 

background image

- Trudno to nazwać armią - mruknął Jhary, a głośniej dodał: - Nie chcemy wam zrobić 

nic złego, przyjacielu. Zdążamy do Llaraku. 

-  Do  Llaraku.  A  więc  jesteście  po  stronie  księcia!  Ściągniecie  na  nas  wszystkich 

nieszczęście! 

- Jakimże sposobem? - zdziwił się Corum. 

-  Sprzymierzając  się  z  siłami  słabości  -  z  tymi  zniewieś-  ciałymi,  zdegenerowanymi 

ludźmi, którzy mówią o pokoju, a staną się przyczyną potwornej wojny. 

- To nadal niezbyt jasna odpowiedź - zauważył Jhary. - Kim jesteś, panie? 

-  Nazywam  się  Verenak  i  jestem  kapłanem  Urleha.  Troszczę  się  o  pomyślność  tej 

wioski - i całego kraju. 

- Urleh to lokalny bożek, jakby podległy Ariochowi - szeptem wyjaśnił towarzyszowi 

Corum. - Powinienem się domyślić, że jego moc zniknie wraz z wygnaniem Ariocha. 

- Może dlatego Verenak jest taki zły. - Jhary mrugnął porozumiewawczo. 

- Być może. 

Verenak świdrował Coruma wzrokiem. 

- Ty nie jesteś człowiekiem! 

-  Jestem  śmiertelny  -  wyjaśnił  Corum  spokojnie.  -  Ale  istotnie  nie  jestem 

Mabdeńczykiem. 

- Jesteś Vadhaghiem! 

- Tak. Ostatnim. 

Verenak uniósł drżącą rękę i ponownie zwrócił się do wieśniaków. 

- Wygnajcie ich stąd, jeśli nie chcecie doświadczyć zemsty Władców Chaosu! Chaos 

nadejdzie już wkrótce, i jeśli pragniecie zachować życie, musicie być wierni Urlehowi! 

-  Urleha  już  nie  ma  -  przerwał  Corum.  –  Został  wygnany  z  naszego  świata  wraz  ze 

swym panem, Ariochem. 

- To kłamstwo! - wrzasnął kapłan. - Urleh żyje! 

- Nie sądzę - stwierdził Jhary. 

-  Obecnie  Pięcioma  Wymiarami  rządzi  Arkyn,  Władca  Ładu  -  wyjaśnił  wieśniakom 

Corum. - Zapewni wam pokój i bezpieczeństwo, jakich jeszcze nigdy nie doświadczyliście. 

- Bzdury! - zawołał Verenak. - Arioch pokonał Arkyna wiele lat temu. 

-  A  teraz  Arioch  sam  został  pokonany  –  odparł  Corum.  -  Musimy  bronić  pokoju. 

Chaos  z  całą  swą  potęgą  przyniesie  terror  i  zniszczenie.  Krainie  Lywm-an-Esh  zagrażają 

najeźdźcy tej samej rasy, co wy, którzy służą Chaosowi i chcą was wszystkich wymordować! 

background image

-  Powtarzam,  że  to  kłamstwo!  Chcesz  nas  zwrócić  przeciw  Wielkiemu  Księciu 

Ariochowi i Lordowi Urlehowi. Ale my jesteśmy wierni Chaosowi! 

Wieśniacy nie wydawali się tego tak pewni jak Verenak. 

- A zatem ściągniecie na siebie zagładę - powtórzył 

Książę  w  Szkarłatnym  Płaszczu.  -  Wiem,  że  Arioch  został  wygnany,  bo  to  ja 

zniszczyłem jego serce i posłałem go do otchłani. 

-  To  bluźnierstwo  -  ryknął  kapłan.  -  Precz  stąd!  Nie  pozwolę  ci  zwodzić  tych 

niewinnych dusz. 

Chłopi  zerknęli  podejrzliwie  na  Coruma,  a  potem  obdarzyli  podobnym  spojrzeniem 

Verenaka. Jeden z nich wysunął się do przodu. 

-  Nie  interesuje  nas  ani  Ład,  ani  Chaos  -  powie  dział.  -  Chcemy  tylko  żyć  tak,  jak 

dotychczas.  Przedtem,  Verenaku,  nie  mieszałeś  się  do  naszych  spraw,  nie  licząc  drobnych 

porad magicznych, za które otrzymywałeś sowitą zapłatę. A teraz mówisz o potężnych siłach, 

walce i zniszczeniu. Twierdzisz, że powinniśmy chwycić za broń i wyruszyć przeciw księciu, 

naszemu  panu.  Z  kolei  ten  Vadhagh  mówi,  że  musimy  się  sprzymierzyć  z  siłami  Ładu  – 

również po to, by ocalić życie. Ale my nie dostrzegamy żadnego zagrożenia. Nie zapowiadają 

go żadne znaki, Verenaku... 

-  Były  znaki  -  wybuchnął  kapłan.  -  Pojawiały  się  w  moich  snach.  Musimy  zostać 

wojownikami Chaosu, zaatakować Llarak, dowieść Urlehowi, że jesteśmy mu wierni! 

- Nie wolno wam wiązać się z Chaosem. Jednak jeśli nie staniecie po żadnej stronie, to 

Chaos i tak was pochłonie. Nazywacie naszą grupę armią, co dowodzi, że nie macie pojęcia, 

jak  wygląda  prawdziwa  armia.  Jeśli  nie  przygotujemy  się  do  obrony,  to  pewnego  dnia  te 

ukwiecone  wzgórza  zaroją  się  od  jeźdźców,  którzy  stratują  was  z  taką  łatwością,  jak  się 

tratuje kwiaty. Doznałem od nich cierpień i wiem, że mają zwyczaj gwałcić i torturować swe 

ofiary,  nim  zadadzą  im  śmierć.  Jeśli  nie  udacie  się  z  nami  do  Llaraku  i  nie  nauczycie  się 

bronić tego pięknego kraju, to waszą wioskę spotka zagłada. 

-  Jak  doszło  do  tej  dysputy?  -  wtrącił  Jhary  zmieniając  taktykę.  -  Czemu  próbujesz 

zbuntować tych ludzi przeciwko księciu, szanowny Verenaku? 

Kapłan posłał mu groźne spojrzenie. 

- Bo książę oszalał. Nie dalej jak miesiąc temu wygnał z miasta wszystkich kapłanów 

Urleha, pozwalając jednak zostać kapłanom tego mdłego bożka Ilaha. W ten sposób stanął po 

stronie Ładu, a zwrócił  się przeciw sługom  Chaosu. To ściągnie  na  niego zemstę Urleha, a 

nawet  samego  Ariocha.  I  właśnie  dlatego  pragnę  ostrzec  tych  prostych,  biednych  ludzi  i 

zachęcić ich do działania. 

background image

- Ci ludzie wydają się mądrzejsi od ciebie, przyjacielu - zaśmiał się Jhary. 

-  O,  Urlehu,  zniszcz  tego  głupiego  szydercę!  -  Verenak  wyciągnął  ramiona  w  stronę 

nieba. 

Stracił równowagę  i  machnąwszy parę razy rękami upadł  na wznak, prosto w wodę. 

Chłopi wybuchnęli śmiechem. Ten, który mówił w ich imieniu, zbliżył się do Coruma. 

- Nie martw się, przyjacielu, nigdzie się stąd nie ruszymy - choćby dlatego, że mamy 

na głowie żniwa. 

-  Nie  będzie  żadnych  żniw,  jeśli  nadejdą  tu  Mabdeńczycy  ze  wschodu  -  ostrzegł  go 

Corum.  -  Ale  dość  już  gadania,  powiem  ci  tylko,  że  my,  Vadhaghowie,  też  nie  mogliśmy 

uwierzyć w okrucieństwo mabdeńskich najeźdźców i zignorowaliśmy wszelkie ostrzeżenia. I 

dlatego  ujrzałem,  jak  mordowano  mego  ojca  i  matkę  oraz  moje  siostry,  a  teraz  jestem 

ostatnim z mego ludu. 

- Zastanowię się nad tym, co powiedziałeś, przyjacielu.  - Mężczyzna podrapał się po 

głowie. 

- A co z nim? - Corum wskazał Verenaka, który usiłował wygramolić się z koryta. 

-  Już  nie  będzie  nas  niepokoił.  Musi  zanieść  swe  ponure  wieści  do  innych  wiosek. 

Wątpię, aby wielu ludzi zechciało go choćby wysłuchać, tak jak my. 

- To dobrze - Corum skinął głową. -  Ale pamiętaj, że te wszystkie rozmowy, drobne 

kłótnie,  te  pozornie  mało  znaczące  decyzje  jak  ta,  że  książę  wygnał  kapłanów  Urleha  -  to 

wszystko  zapowiada  znacznie  potężniejsze  starcie  między  Ładem  a  Chaosem.  Verenak  to 

wyczuwa, podobnie jak książę. Verenak próbuje zgromadzić siły wierne Chaosowi, podczas 

gdy  książę  opowiada  się  po  stronie  Ładu.  Żaden  z  nich  nie  wie  o  zbliżającym  się 

niebezpieczeństwie, ale obaj coś przeczuwają. A ja przynoszę krainie Lywm-an-Esh wieść, że 

walka zacznie się lada moment. Potraktuj poważnie tę przestrogę, przyjacielu. Pomyśl o tym 

wszystkim, niezależnie od tego, jak zdecydujesz się postąpić... 

Wieśniak cmoknął w zamyśleniu. 

- Pomyślę o tym - zgodził się w końcu. 

Pozostali  chłopi  zaczęli  się  rozchodzić  do  swoich  zajęć.  Posławszy  Corumowi 

złowrogie spojrzenie, Verenak podszedł do swego uwiązanego konia. 

- Czy przyjmiecie gościnę w naszej wiosce? - zapytał mężczyzna. 

-  Dziękuję  ci  -  Corum  potrząsnął  głową  -  ale  to,  czego  byłem  tu  świadkiem, 

potwierdza, że musimy śpieszyć z wieściami do Llaraku. Żegnaj! 

- Żegnaj, Vadhaghu. - Wieśniak nadal stał zamyślony. 

Jhary śmiał się, gdy wracali na szczyt wzgórza. 

background image

- Nigdy nie napisałem lepszej komedii - stwierdził. 

- Ale kryje się w niej tragedia - zauważył Corum. 

- Jak zawsze w dobrej komedii. 

 

Kłus zmienił  się teraz w galop  i  jeźdźcy gnali przez  Księstwo Bedwilral-nan-Rywm 

niemal tak, jakby już ścigali ich wojownicy Lyra-a-Brode. 

Wszędzie wyczuwało się napięcie. W każdej wiosce, przez którą przejeżdżali, toczyły 

się  z  pozoru  niewinne  dyskusje  między  ludźmi,  którzy  popierali  Urleha,  a  zwolennikami 

Ilaha. Lecz ani jedni, ani drudzy nie chcieli słuchać tego, co Corum miał im do powiedzenia - 

że  na  ich  kraj  napadną  wkrótce  słudzy  Chaosu,  i  jeśli  nie  przygotują  się  do  obrony  przed 

wojskami Króla Lyra, to wszyscy zginą. 

Kiedy w końcu dotarli do Llarak-an-Fol, na ulicach toczyły się walki. 

Niewiele  miast  w  krainie  Lywm-an-Esh  otaczały  mury  i  Llarak  nie  było  wyjątkiem. 

Wznosiły  się  tam  długie,  niskie  domy  z  kamienia  i  rzeźbionego  drewna,  pomalowane  na 

jaskrawe  kolory.  Rezydencja  Księcia  Bedwilralu  nie  wyróżniała  się  niczym  specjalnym  i 

dopiero  Rhalina  im  ją  wskazała.  Wokół  niej  toczyła  się  walka,  a  sąsiedni  budynek  stał  w 

płomieniach. 

Oddział ruszył w kierunku miasta, pozostawiając kobiety na wzgórzu. 

-  Wygląda  na  to,  że  niektórzy  z  kapłanów  Chaosu  mieli  większą  siłę  perswazji  niż 

Verenak - krzyknął Corum do Margrabiny, która sięgnęła po włócznię. 

Galopem  wpadli  na  przedmieścia.  Ulice  były  ciche  i  opustoszałe,  lecz  z  centrum 

dochodził zgiełk bitwy. 

- Lepiej ty nas poprowadź, Rhalino, bo rozpoznasz księcia i jego ludzi  - zadecydował 

Corum. 

Bez słowa przyśpieszyła, a cały oddział podążył za nią. 

Wokół  rezydencji  dostrzegli  ludzi  w  błękitnych  liberiach,  z  hełmami  i  tarczami 

podobnymi  do  tych,  jakie  nosili  zbrojni  Rhaliny.  Zmagali  się  oni  z  rzeszą  chłopów  i 

zawodowych żołnierzy. 

-  Ci  w  niebieskim  to  ludzie  księcia  –  krzyknęła  Rhalina  -  a  tamci,  odziani  w  brąz  i 

purpurę, to straż miejska. O ile pamiętam, zawsze ze sobą rywalizowali. 

Corum  nie  miał  ochoty  angażować  się  w  walkę;  bynajmniej  nie  z  powodu 

tchórzostwa, ale dlatego, że nie żywił niechęci do żadnej ze stron. 

background image

Szczególnie  chłopi  nie  bardzo  wiedzieli,  o  co  walczą,  a  straż  miejska  na  pewno  nie 

zdawała  sobie  sprawy,  że  stała  się  narzędziem  w  rękach  Chaosu,  który  zamierzał  wywołać 

konflikt. Zasiano w nich niepokój i uległszy namowom kapłanów Urleha chwycili za broń. 

Rhalina jednak położyła kres wątpliwościom Coruma, szarżując na czele swych ludzi. 

Z pochylonymi włóczniami jeźdźcy wpadli w tłum walczących, wycinając szeroką ścieżkę w 

ich szeregach. Większość przeciwników walczyła pieszo, a topór Coruma opadał raz po raz 

na  głowy  tych,  którzy  zupełnie  zaskoczeni  próbowali  go  powstrzymać.  Jego  koń  rżał 

donośnie i stając dęba walił kopytami. ^Sfim połączyli się z żołnierzami księcia i zawrócili do 

nowej szarży, na ziemi leżało kilkunastu zabitych chłopów i strażników. 

Ku  uldze  Coruma  wielu  wieśniaków  rzuciło  broń  i  zaczęło  uciekać.  Garstka 

strażników  kontynuowała  walkę  i  Corum  dostrzegł  pomiędzy  nimi  uzbrojonych  kapłanów. 

Jakiś  niski  mężczyzna,  niemal  karzeł,  dosiadający  potężnego,  jasnego  wierzchowca, 

wymachiwał masywnym pałaszem i wykrzykiwał w kierunku przybyszów słowa zachęty. Po 

jego ubiorze Corum ocenił, że musi to być sam książę. 

-  Rzućcie  broń!  -  wrzasnął  człowieczek  do  strażników.  -  A  obiecuję,  że  ocalicie 

głowy! 

Corum  zobaczył,  jak  któryś  ze  strażników  rozejrzał  się  dookoła  i  rzucił  miecz. 

Natychmiast zginął dźgnięty przez stojącego obok kapłana Chaosu. 

-  Walczcie  do  końca!  -  zawołał  kapłan.  -  Jeśli  zdradzicie  Chaos,  to  wasze  dusze 

zaznają cierpień straszniejszych, niż mogłyby spotkać wasze ciała. 

Ocaleli  strażnicy  najwyraźniej  jednak  stracili  chęć  do  walki.  Jeden  z  nich  z 

nienawiścią odwrócił się do kapłana, który zabił jego towarzysza, i ciął go mieczem. Kapłan 

zwalił się na ziemię, próbując powstrzymać krew, która trysnęła z jego przeciętej szyi. 

Corum  schował  topór.  Żałosna  bitwa  dobiegła  końca.  Ludzie  Rhaliny  i  żołnierze  w 

błękitnych mundurach rozbroili kilku ostatnich przeciwników. 

Człowieczek na wielkim koniu podjechał do Rhaliny stojącej obok Coruma i Jharego-

a-Conela.  Czarno-biały  kotek  wciąż  trzymał  się  ramienia  Jharego  i  wydawał  się  raczej 

zdziwiony niż przestraszony tym, czego był świadkiem. 

- Jestem Gwelhen, Książę Bedwilralu - oznajmił człowieczek. - Z serca wam dziękuję 

za okazaną  mi  pomoc. Ale wasze twarze  nie  są  mi znajome. Nie pochodzicie  z Nyvish ani 

Adwyn,  a  jeśli  przybywacie  z  dalszych  stron,  to  jak  zdołaliście  się  dowiedzieć  o  moich 

kłopotach i przybyć na czas, aby mnie ocalić?! 

Rhalina zdjęła hełm i przemówiła równie oficjalnie jak książę. 

- Czy nie poznajesz mnie, Książę Bedwilralu? 

background image

- Niestety, nie. Moja pamięć do twarzy...  

Rhalina roześmiała się. 

-  To  było  wiele  lat  temu.  Jestem  Rhalina  -  ta  sama,  która  poślubiła  syna  twego 

stryjecznego brata... 

- ...który był panem Hrabstwa Allomglyl. Ale o ile mi wiadomo, zginął w katastrofie 

okrętu. 

- To prawda - przyznała ze smutkiem. 

-  Sądziłem,  że  przez  te  lata  Zamek  Moidel  pochłonęło  morze.  Co  się  z  tobą  działo, 

moje dziecko? 

- Do niedawna władałam w Moidel, ale ostatnio barbarzyńcy ze wschodu zmusili nas 

do  opuszczenia  go.  Przybywamy,  aby  cię  ostrzec,  że  to,  co  stało  się  dzisiaj,  to  zaledwie 

namiastka tego, do czego doprowadzi Chaos, jeśli mu się nie przeciwstawimy. 

Książę  w  zamyśleniu  pogładził  brodę.  Na  moment  zajął  się  jeńcami  i  wydał  parę 

rozkazów. Potem z wolna się rozchmurzył. 

-  No, no. A kim  jest twój waleczny towarzysz z  przepaską na oku... i ten człowiek z 

pięknym kotem na ramieniu, i... 

- Wszystko wyjaśnię, książę - zaśmiała się - jeśli pozwolisz nam chwilę wypocząć w 

twym domu. 

- Będzie to dla mnie prawdziwa przyjemność! Chodźcie, zakończyliśmy już tę smutną 

sprawę. Teraz się posilimy. 

 

W  skromnie  urządzonej  sali  zjedli  posiłek  składający  się  z  serów  i  zimnych  mięs, 

popijanych miejscowym piwem. - Odwykliśmy od walki - stwierdził Gwelhen, gdy wszyscy 

zostali  już  przedstawieni  i  opowiedzieli,  jak  przybyli  do  Llaraku.  -  W  pewnym  sensie 

dzisiejsza potyczka była zbyt krwawa. Gdyby moi ludzie mieli więcej doświadczenia, szybko 

opanowaliby sytuację i wzięli większość buntowników do niewoli. Ale oni wpadli w panikę, i 

prawdopodobnie  byłbym  już  martwy,  gdybyście  się  nie  zjawili.  To,  co  mówicie  o  wojnie 

między Ładem a Chaosem, tłumaczy dziwne nastroje, jakim ostatnio ulegałem. Słyszeliście, 

że  zamknąłem  świątynię  Urleha?  Jego  wyznawcy  zwrócili  się  ku  dziwnym,  niepokojącym 

praktykom.  Miały  miejsce  morderstwa,  jakieś  inne  ciemne  sprawy...  Nie  potrafiłem  tego 

wyjaśnić.  Żyjemy  tu  szczęśliwie  i  spokojnie.  Nikt  nie  przymiera  głodem  ani  nie  cierpi 

niedostatku. Nie  było powodu do niepokojów. A zatem padliśmy ofiarą silniejszych od nas 

potęg. To mi się nie podoba, nieważne czy chodzi o Ład, czy też Chaos. Wolałbym zachować 

neutralność... 

background image

-  Tak  jak  każdy  myślący  człowiek  wplątany  w  ten  konflikt  -  rzekł  Jhary-a-Conel.  - 

Lecz przychodzi czas, gdy trzeba się opowiedzieć po którejś stronie, bo inaczej wszystko, co 

kochamy, ulegnie zniszczeniu. Nigdy nie znalazłem innego rozwiązania tego dylematu, choć 

dokonanie wyboru zawsze pozbawia nas cząstki człowieczeństwa. 

- Tak, moich uczuć - mruknął Gwelhen i skinął kuflem w stronę Jharego. 

- Naszych także - zgodziła się Rhalina. - Lecz jeśli nie przygotujemy się na atak Lyra, 

Lywm-an-Esh spotka brutalna zagłada. 

- Ten kraj umiera, każdego roku morze pochłania nowe tereny  - powiedział Gwelhen 

w zamyśleniu. - Ale powinien dopiero umrzeć, gdy nadejdzie jego czas. Musimy przekonać 

króla... 

- Kto obecnie panuje w Halwyg-nan-Vake? - spytała Rhalina. 

-  Twoje  hrabstwo  było  rzeczywiście  odległe!  -  Książę  spojrzał  na  nią  zaskoczony.  - 

Naszym  władcą  jest  Onald-an-Gyss.  To  bratanek  starego  Onalda,  jego  stryj  umarł 

bezpotomnie... 

- A jaką ma naturę, bo to się tu liczy - woli Ład czy Chaos? 

- Myślę, że Ład, ale nie mogę powiedzieć tego samego o jego dowódcach. Żołnierze 

są zawsze żołnierzami... 

- Być może już podjęli decyzję - wtrącił Jhary. -  Jeśli cały kraj ogarnął taki ferment, 

jak widzieliśmy, to jakiś  zagorzały poplecznik Chaosu  mógł usunąć króla z tronu, podobnie 

jak próbowano to uczynić z tobą, książę. 

- Natychmiast ruszamy do Halwygu - rzucił Corum. 

- Tak, natychmiast... - Książę pokiwał głową. -  Ale prowadzicie ze sobą wielu ludzi. 

Minie tydzień, nim wszyscy dotrzecie do stolicy. 

-  Ci  ludzie  będą  podążać  naszym  śladem  -  zdecydowała  Rhalina.  -  Beldanie,  czy 

obejmiesz nad nimi dowództwo i przyprowadzisz ich do Halwygu? 

- Tak, choć wolałbym pojechać z tobą - zmartwił się Beldan. 

- W takim razie jeszcze dziś wieczór wyruszamy we trójkę do Halwygu.  - Corum się 

podniósł. - Bylibyśmy ci wdzięczni, Książę Gwelhenie, za parę godzin wypoczynku. 

-  Szczerze go wam doradzam.  - Gwelhen spoważniał.  - Z tego, co wiemy, raczej  nie 

będziecie mieli okazji odpocząć w najbliższych dniach. 

background image

Rozdział czwarty 

GRANICA ŚWIATÓW

 

 

Jechali szybko przez kraj ogarnięty coraz większym niepokojem. W ludziach narastała 

irytacja, przy czym sami dokładnie nie wiedzieli, czemu popadli w taki nastrój, i nagle zaczęli 

myśleć kategoriami przemocy, podczas gdy jeszcze niedawno rozumowali tylko kategoriami 

miłości. 

A kapłani Chaosu, z których wielu uważało, że działa dla dobra ludzkości, podsycali 

jeszcze ten ferment. 

Kiedy jeźdźcy zatrzymywali się na krótki postój albo żeby zmienić konie, do ich uszu 

docierało  wiele  pogłosek,  ale  żadne  z  nich  nie  dorównywały  nawet  okrutnej  prawdzie. 

Wkrótce  też  zaprzestali  ostrzeżeń,  czekając  na  spotkanie  z  samym  królem,  który  wydając 

odpowiednie rozkazy miał szansę zapanować nad sytuacją. 

Lecz czy zdołają go przekonać? Jakie mieli dowody, że to, co mówią, jest prawdą? Te 

wątpliwości  towarzyszyły  im  w  drodze  do  Halwyg-nan-Vake,  gdy  przejeżdżali  przez 

przepiękną  okolicę,  mijając  łagodne  pagórki  i  spokojne  farmy,  które  wkrótce  mogły  zostać 

zniszczone. 

Halwyg-nan-Vake  było  starym  miastem  z  białego  kamienia,  z  górującymi  nad  nim 

strzelistymi wieżami.  Ze wszystkich  stron krainy zmierzały doń  białe,  brukowane gościńce. 

Po tych drogach podróżowali kupcy  i żołnierze, chłopi  i kapłani, a także aktorzy  i  muzycy, 

których w Lywm-an-Esh nie brakowało. Utrudzeni i pokryci kurzem Corum, Rhalina i Jhary 

zbliżali się szybko do stolicy Wielkim Gościńcem Wschodnim. 

Halwyg był otoczony murami, ale fortyfikacje, pokryte fantazyjnymi płaskorzeźbami 

przedstawiającymi mityczne potwory i sceny ze świetnej przeszłości miasta, spełniały raczej 

funkcje dekoracyjne niż obronne. Wszystkie bramy stały otworem i snuło się koło nich ledwie 

paru  ospałych  strażników,  którzy  nie  raczyli  nawet  się  odezwać,  gdy  jeźdźcy  ich  mijali. 

Wjechali  na  pełne  kwiatów  ulice  stolicy.  Każdy  dom  miał  ogród,  a  każde  okno  skrzynki  z 

roślinami. Powietrze wypełniał odurzający aromat, i przypominając sobie Równinę Kwiatów 

Corum  pomyślał,  że  chyba  głównym  zajęciem  tych  ludzi  była  hodowla  przepięknych, 

ozdobnych roślin. 

Kiedy  dotarli  do  pałacu  króla,  ujrzeli,  że  wszystkie  wieże  i  blanki  pokryte  są 

bluszczem  i  obsypane  kwieciem,  tak  iż  z  daleka  zamek  wydawał  się  zbudowany  z  samych 

kwiatów. Nawet Corum rozpromienił się na ten widok. 

background image

- Cudowne - rzekł w zachwycie. - Jak ktoś mógłby chcieć to zniszczyć? 

-  A  jednak  barbarzyńcy  to  właśnie  uczynią  -  odparł  Jhary,  spojrzawszy  na  pałac  w 

zadumie. 

Rhalina zbliżyła się do strażnika przy murze. 

-  Przywozimy  pilne  wieści  dla  Króla  Onalda  -  powiedziała.  -  Przybyliśmy  z  bardzo 

daleka. 

Strażnik  odziany  w  piękny,  ale  zupełnie  nie  nadający  się  do  walki  strój,  skłonił  się 

grzecznie. 

- Jeśli zechcecie tu zaczekać, dopilnuję, by powiadomiono o tym króla. 

 

W końcu zaprowadzono ich przed oblicze władcy. 

Siedział  w  zalanej  słońcem  komnacie,  z  której  rozpościerał  się  widok  na  całą 

południową część miasta. Na marmurowym stole leżały porozkładane mapy kraju, z których 

najwyraźniej  ostatnio  korzystano.  Król  był  młody  i  drobnej  budowy,  co  sprawiało,  iż 

wyglądał jak chłopiec. Kiedy weszli, uniósł się z uprzejmie, aby ich powitać. Miał na sobie 

prostą  szatę  z  jasnożółtego  aksamitu,  a  jedyną  oznakę  jego  godności  stanowił  diadem 

spoczywający na kasztanowatych włosach. 

-  Jesteście  utrudzeni  -  rzekł  na  ich  widok.  Skinął  na  lokaja.  -  Niech  przyniosą 

wygodne  krzesła  i  coś  do  jedzenia.  -  Stał,  dopóki  nie  wniesiono  krzeseł  dla  wszystkich. 

Usiedli w pobliżu okna, mając w zasięgu ręki stół z jedzeniem i winem. 

- Doniesiono mi, że macie pilne wieści. Czy przybyliście ze wschodniego wybrzeża? 

- Przybyliśmy z zachodu - wyjaśnił Corum. 

- Z zachodu? Czy tam też zaczynają się niepokoje? 

-  Wybacz,  Królu  Onaldzie  -  powiedziała  Rhalina,  zdejmując  hełm  i  rozsypując  swe 

długie włosy - ale nie mieliśmy pojęcia, że na wschodzie dzieje się coś niedobrego. 

-  To  piraci.  Barbarzyńscy  łupieżcy.  Niedawno  zdobyli  i  zrównali  z  ziemią  port 

Dowish-an-Wod,  wyrzynając  całą  ludność.  Przypuszczamy,  że  to  kilka  niezależnych  flotylli 

uderzających w różnych punktach  wybrzeża.  W  większości  wypadków  mieszkańcy  nie  byli 

przygotowani  do  obrony  i  nie  zdołali  nawet  podjąć  walki,  lecz  w  paru  małych  osadach 

garnizony  stawiły  skuteczny  opór  najeźdźcom,  a  raz  udało  im  się  nawet  wziąć  jeńców. 

Jednego z nich niedawno tu sprowadzono, ale jest zupełnie szalony. 

- Szalony? - zdziwił się Jhary. 

background image

-  Tak.  Uważa  się  za  kogoś  w  rodzaju  krzyżowca,  którego  przeznaczeniem  jest 

zniszczyć  całą  krainę  Lywm-an-Esh.  Mówi  o  nadprzyrodzonej  pomocy  i  jakiejś  olbrzymiej 

armii kierującej się przeciw nam... 

-  On  nie  jest  szaleńcem  -  przerwał  cicho  Corum.  -  Przynajmniej  nie  pod  tym 

względem. Właśnie dlatego tu jesteśmy - aby cię ostrzec przed wielką inwazją. Barbarzyńcy z 

Bro-an-Mabden  -  zapewne  to  oni  zaatakowali  twe  wybrzeża  -  i  barbarzyńcy  z  kraju,  który 

nazywasz Bro-an-Vadhagh, połączyli swe siły, wezwali na pomoc Chaos oraz istoty, które mu 

służą,  i  wyruszyli,  aby  zniszczyć  wszystkich,  którzy  świadomie  czy  nieświadomie  stoją  po 

stronie Władców Ładu. Niedawno bowiem Arioch, Lord Chaosu, stracił władzę nad Pięcioma 

Wymiarami  i  zdoła  powrócić  jedynie  wtedy,  gdy  zostaną  pokonani  wszyscy  zwolennicy 

Ładu.  Jego  siostra,  Królowa  Xiombarg,  nie  może  mu  pomóc  bezpośrednio,  ale  pchnęła 

wszystkie swe siły, aby wspierały barbarzyńców. 

- Sytuacja jest groźniejsza, niż przypuszczałem. - Onald w zadumie przyłożył palec do 

ust.  -  Wystarczająco  trudno  było  mi  znaleźć  skuteczne  sposoby  powstrzymania  ataków  na 

wybrzeże, ale teraz nie widzę już żadnej możliwości, aby oprzeć się takiej potędze. 

-  Musisz  ostrzec  swych  poddanych  o  niebezpieczeństwie  -  wtrąciła  Rhalina 

gwałtownie. 

- Oczywiście - odparł król. - Otworzymy arsenały i uzbroimy każdego, kto jest zdolny 

do noszenia miecza. Lecz nawet wówczas... 

- Zapomnieliście, jak się walczy? - podsunął Jhary. 

- Czytasz w moich myślach, panie - przytaknął król. 

-  Gdyby  tylko  Lord  Arkyn  umocnił  swą  władzę  nad  tym  światem!  -  rzekł  Corum.  - 

Wtedy mógłby nam pomóc, lecz teraz nie ma już czasu. Wojska Lyra maszerują ze wschodu, 

a jego sojusznicy płyną z północy... 

-  A  to  miasto  jest  ich  ostatecznym  celem  –  dodał  Onald.  -  Nie  zdołamy  się  oprzeć 

siłom, którymi, jak mówisz, rozporządzają. 

- Poza tym nie wiemy nic o ich nadprzyrodzonych sprzymierzeńcach  - przypomniała 

Rhalina.  -  Nie  mogliśmy  czekać  w  Zamku  Moidel,  aby  to  sprawdzić.  -  Wyjaśniła,  w  jaki 

sposób poznali zamiary Lyra, i Jhary leciutko się uśmiechnął. 

- Żałuję - rzekł - że mój kot nie potrafi latać nad wielkimi połaciami wody. Na samą 

myśl o tym zaczyna dygotać. 

- Może pomogą nam kapłani Ładu... - powiedział Onald z nadzieją. 

- Może - przytaknął Corum. - Ale obawiam się, że obecnie ich moc jest niewielka. 

background image

-  I  nie  mamy  żadnych  sprzymierzeńców,  którzy  mogliby  przyjść  nam  z  pomocą  - 

westchnął król. - Cóż, musimy się przygotować na śmierć. 

Wszyscy umilkli. 

 

Nieco  później  do  komnaty  wszedł  jeden  z  lokajów  i  szeptem  przekazał  jakąś 

wiadomość królowi, który zdziwiony odwrócił się do swych gości. 

-  Wszyscy  czworo  mamy  się  udać  do  świątyni  Ładu  -  oznajmił.  -  Potęga  kapłanów 

może być większa, niż myślimy, skoro wiedzą o waszej obecności w mieście. - Zwracając się 

do lokaja dodał: - Niech przygotują powóz, który nas tam zawiezie. 

Podczas gdy służący zajęli się wypełnianiem królewskiego rozkazu, podróżni obmyli 

się pośpiesznie i najlepiej jak mogli oczyścili swą odzież. Następnie cała grupa opuściła pałac 

i  prostym,  odkrytym  powozem  udała  się  do  niskiej,  ładnej  budowli  w  zachodniej  części 

stolicy. Przy wejściu czekał niespokojnie jakiś mężczyzna. Był odziany w długą białą szatę, 

na której wyszyto pojedynczą strzałę - symbol Ładu. Miał krótką, szarą brodę i długie włosy 

tego samego koloru. Jego skóra również była niemal szara. W takim sąsiedztwie duże, piwne 

oczy wydawały się należeć do kogoś innego. 

Skłonił się królowi. 

- Witani cię, mój królu. Witam, Margrabino Rhalino, 

Książę  Corumie  i  dostojny  Jhary-a-Conelu.  Wybaczcie  mi  to  nagłe  wezwanie,  ale... 

ale...  -  Wykonał  jakiś  nieokreślony  gest  i  poprowadził  ich  do  chłodnego,  niemal 

pozbawionego ozdób wnętrza świątyni. 

-  Jestem  Aleryon-a-Nyvish  -  przedstawił  się  kapłan.  -  Dziś  rano  obudził  mnie  pan... 

pan  mego  pana.  Powiedział  mi  wiele  rzeczy,  a  na  koniec  wymienił  imiona  waszej  trójki 

mówiąc, że wkrótce zjawicie się na dworze króla i że mam was tutaj sprowadzić... 

- Pan twego pana? - spytał Corum. 

- Sam Lord Arkyn. Nie kto inny, tylko Lord Arkyn, Książę Corumie. 

W tej samej chwili z półmroku panującego w świątyni wyłonił się wysoki mężczyzna. 

Był  przystojny  i  ubrany  podobnie  jak  dostojnicy  krainy  Lywm-an-Esh.  Na  jego  twarzy 

malował się łagodny uśmiech, ale oczy przepełniał smutek. 

Pomimo  innej  postaci  Corum  natychmiast  rozpoznał  w  mężczyźnie  Arkyna,  Lorda 

Ładu. 

- Panie mój, Arkynie - zaczai. 

- Szlachetny Corumie, jak ci się wiedzie? 

- Moja dusza jest pełna strachu - odparł Corum. - Gdyż nadciąga przeciw nam Chaos. 

background image

-  Wiem,  lecz upłynie wiele czasu,  nim zdołam całkowicie pozbyć się z  mego świata 

wpływów Ariocha. Jemu też zabrało dużo czasu pozbycie się moich wpływów. Na razie nie 

mogę  wam  udzielić  niemal  żadnego  konkretnego  wsparcia,  gdyż  wciąż  zbieram  siły.  Lecz 

mogę  pomóc  w  inny  sposób.  Chcę,  abyście  wiedzieli,  że  Lyr  połączył  się  już  ze  swymi 

straszliwymi sprzymierzeńcami z piekła i że wspomaga go jeszcze ktoś inny - czarnoksiężnik, 

który  nie  jest  człowiekiem,  i  został  wysłany  przez  Królową  Xiombarg.  Jest  on  władny 

przywołać  na  pomoc  jeszcze  potężniejsze  siły  z  jej  świata,  lecz  sama  królowa  nie  może 

osobiście pojawić się tutaj, jeśli nie chce zginąć. 

- Ale gdzie m y mamy szukać sprzymierzeńców, Lordzie Arkynie? - zapytał Jhary. 

-  Nie  wiesz  tego  ty,  który  nosisz  wiele  imion?  -  uśmiechnął  się  Arkyn:  poznał 

oczywiście, kim jest Jhary-a-Conel. 

- Wiem, że odpowiedź może być ujęta w formie paradoksu - odparł Jhary. - Tego się 

nauczyłem jako towarzysz bohaterów. 

- Samo istnienie jest paradoksem, przyjacielu. - Arkyn ponownie się uśmiechnął. - To, 

co jest Dobrem, jest zarazem Złem. Sądzę, że o tym wiesz. 

- Tak. I dlatego niczym się nie przejmuję. 

- I dlatego teraz tak się niepokoisz? 

- Tak. - Jhary się roześmiał. - Więc istnieje odpowiedź, Władco Ładu? 

- Jestem tu po to, aby oznajmić wam, że jeśli nie znajdziecie wsparcia, to Lywm-an-

Esh  zginie,  a  wraz  z  nią  Ład.  Wiecie,  iż  nie  macie  w  sobie  dość  siły,  waleczności  i 

doświadczenia, aby oprzeć się Lyrowi, Glandythowi i całej reszcie - zwłaszcza że mogą teraz 

wezwać  na  pomoc  Psa  i  Niedźwiedzia.  Znam  tylko  jeden  naród,  który  mógłby  się  z  wami 

sprzymierzyć. Lecz ludzie ci znajdują się w innym świecie, gdzie moja władza już nie sięga. 

Z  wyjątkiem  ciebie,  Corumie,  Arioch  zdołał  zniszczyć  wszystkich,  którzy  mogli  walczyć  z 

Chaosem. 

- Gdzie żyją ci ludzie? - spytał Corum. 

- W świecie Królowej Xiombarg. 

-  Ona  jest  naszym  najzagorzalszym  wrogiem!  -  krzyknęła  Rhalina.  -  Gdybyśmy 

pojawili się w jej świecie - choć nie wiem, jak byłoby to możliwe - natychmiast skorzystałaby 

z okazji, aby nas zabić! 

-  Na  pewno  -  przytaknął  Arkyn  -  jeśli  tylko  odkryłaby  waszą  obecność.  Lecz 

gdybyście  się  tam  znaleźli,  to  istnieje  szansa,  że  pochłonięta  rozgrywającymi  się  tu 

wydarzeniami, nie zorientuje się, iż wkroczyliście w jej świat. 

background image

-  Jaką  pomoc  moglibyśmy  tam  znaleźć!  –  rzucił  Jhary.  -  Z  pewnością  nie  ze  strony 

Ładu!  Xiombarg  jest  potężniejsza  od  swego  brata  Ariocha.  W  jej  świecie  Chaos  panuje 

zapewne niepodzielnie! 

-  Nie  całkiem  i  nie  w  takim  stopniu,  jak  w  świecie  jej  brata  Mabelode...  Istnieje 

miasto, które odparło wszystkie jej ataki. Nazywają je Miastem We Wnętrzu Piramidy, a jego 

mieszkańcy stworzyli wysoko rozwiniętą cywilizację. Jeśli zdołacie dotrzeć do tego miejsca, 

to być może znajdziecie sojuszników, których wam potrzeba. 

-  Lecz  jak  dostaniemy  się  do  świata  Xiombarg?  -  zainteresował  się  Corum.  -  Nie 

dysponujemy taką mocą. 

- Ja wam to umożliwię. 

- A jak, u licha, odszukamy to miasto? - wtrącił Jhary. 

-  Musicie  o  nie  pytać  -  odparł  spokojnie  Arkyn.  -  Pytajcie  o  Miasto  We  Wnętrzu 

Piramidy, miasto, które oparło się Królowej Xiombarg. Podejmiecie się tego zadania? Tylko 

to może was ocalić... 

- I ciebie wraz z nami - podkreślił Jhary z sarkazmem. - Znam dobrze was, bogów, i 

to,  jak  manipulujecie  zwykłymi  śmiertelnikami,  aby  zrealizować  cele,  których  sami  nie 

potraficie  osiągnąć.  Ludzie  zawsze  idą  tam,  gdzie  nie  mogą  pójść  bogowie.  Czy  za  twoją 

propozycją nie kryją się jakieś ukryte motywy, Lordzie Arkynie? 

-  Znasz  dobrze  ścieżki  bogów.  -  Arkyn  spojrzał  wesoło  na  Jharego.  -  Powiem  więc 

jedynie, że nie narażam was bardziej niż siebie. Ryzykuję to samo co wy. Jeśli wam się nie 

uda, to zginę wraz ze wszystkim, co dobre i piękne na tym świecie. Ale jeśli nie chcecie, nie 

musicie iść do świata Królowej... 

-  Jeśli  możemy  tam  pozyskać  sprzymierzeńców,  to  pójdziemy  -  rzekł  Corum 

stanowczo. 

- W takim razie otworzę granicę między światami - powiedział Arkyn cicho. 

Odwrócił się i odszedł w mrok. 

- Przygotujcie się - oznajmił. Był teraz niewidoczny. 

Corum usłyszał w głowie dziwny dźwięk  - bezdźwięczny, lecz wybijający się ponad 

wszystkie inne dźwięki. Spojrzał na pozostałych. Odczuwali to samo. Coś mignęło mu przed 

oczami - zamazany kontur nakładający się na wyraźny obraz jego towarzyszy i prostych ścian 

świątyni. Wszystko zawirowało. 

I wtedy to zobaczył. 

Pośrodku  świątyni  wyłonił  się  przedziwny,  przypominający  krzyż  kształt.  Zdumieni 

obchodzili go dookoła, lecz niezależnie od tego, pod jakim kątem patrzyli, widzieli zawsze to 

background image

samo. Lśnił srebrzyście w chłodnym mroku budowli, a przezeń, jak przez okno, oglądali obcy 

krajobraz. 

-  Oto  wejście  do  świata  Królowej  Xiombarg  -  dobiegł  ich  z  tyłu  głos  Arkyna.  Po 

fragmencie  nieba, który  było widać przez to niezwykłe okno, krążyły dziwne, czarne ptaki. 

Usłyszeli odległe krakanie. 

Corum zadrżał. Rhalina przysunęła się bliżej niego. 

- Jeśli tu zostaniecie, nie będę miał wam tego za złe... - odezwał się Król Onald. 

- Musimy tam iść - stwierdził Corum jak zahipnotyzowany. - Musimy. 

Lecz  to  Jhary  z  jakąś  wyzywającą  beztroską  przekroczył  granicę  jako  pierwszy. 

Stanąwszy w obcym świecie, spoglądał w górę na ptaki i głaskał zaniepokojonego kota. 

- Jak stamtąd wrócimy? - zapytał Corum. 

- Jeśli się wam powiedzie, to znajdziecie sposób, by wrócić - odparł Arkyn. Jego głos 

stawał się coraz słabszy. - Pośpieszcie się. Utrzymywanie przejścia kosztuje mnie wiele sił. 

Wziąwszy się za ręce, Rhalina i Corum zrobili krok naprzód i obejrzeli się za siebie. 

Błyszczący  metalicznie  kontur  krzyża  rozmywał  się.  Przez  moment  widzieli 

zatroskaną twarz Onalda, po czym wszystko zniknęło. 

- Więc tak wygląda świat Królowej Xiombarg - rzekł Jhary pociągając nosem. - Czuję, 

że coś złego wisi tu w powietrzu. 

Nad  ich głowami rozpościerało się  blade niebo, a z dwóch stron zamykały  horyzont 

czarne  góry.  Ohydne  ptaki,  wciąż  kracząc,  odleciały  w  ich  kierunku.  W  oddali  groźne  i 

ponure morze obmywało skalisty brzeg. 

background image

KSIĘGA DRUGA,

 

 

w której Książę Corum i jego towarzysze ściągają na siebie jeszcze większą nienawiść 

Chaosu i doświadczają nowej, przedziwnej formy czarów. 

background image

Rozdział pierwszy 

JEZIORO GŁOSÓW

 

 

Dokąd  idziemy?  -  Jhary  rozejrzał  się  wokół.  -  W  stronę  morza  czy  gór?  Nic  tu  nie 

wygląda zachęcająco... 

Corum  wziął  głęboki  oddech.  Upiorny  krajobraz  w  jednej  chwili  podziałał  na  niego 

przygnębiająco. Rhalina dotknęła ramienia Coruma i spojrzała nań ze współczuciem. 

Nie spuszczając z niego wzroku, odezwała się do Jharego, który właśnie zarzucił  na 

plecy swój nieśmiertelny worek: 

- Lepiej chodźmy w głąb lądu, skoro nie mamy łodzi. 

-  Ani koni  -  przypomniał Jhary.  -  To będzie długa  i nieprzyjemna droga, a któż nam 

zaręczy, że kiedy już się tam znajdziemy, zdołamy przebyć te góry? 

Corum posłał Rhalinie krótki, smutny, pełen wdzięczności uśmiech. Wyprostował się. 

-  Cóż, postanowiliśmy wkroczyć w ten świat, więc teraz musimy się zdecydować, w 

którą stronę pójść. - Z ręką na głowni miecza spoglądał w kierunku gór. - Kiedy zmierzałem 

na  dwór  Ariocha,  widziałem  potęgę  Chaosu,  ale  w  tym  świecie  sięga  ona  znacznie  dalej... 

Skierujemy się w stronę gór. Może napotkamy tam jakichś mieszkańców i dowiemy się, gdzie 

leży Miasto We Wnętrzu Piramidy, o którym wspominał Lord Arkyn. 

Wyruszyli w drogę, stąpając po skalistej, spękanej ziemi. 

Nieco później zdali sobie sprawę, że słońce tkwi nieruchomo na niebie. Panującą ciszę 

przerywał  tylko  przeraźliwy  skrzek  czarnych  ptaków  gnieżdżących  się  na  szczytach  gór. 

Zewsząd  tchnęło  rozpaczą  i  smutkiem.  Przez  pewien  czas  Jhary  usiłował  gwizdać  wesołą 

melodyjkę, ale dźwięk zamarł, jakby pochłonięty przez spustoszoną ziemię. 

-  Wyobrażałem  sobie,  że  Chaos  to  pasmo  hałaśliwych,  zupełnie  przypadkowych 

przemian - stwierdził Corum. - Lecz to coś znacznie gorszego. 

-  Właśnie  tak  wygląda  świat,  kiedy  wyczerpie  się  pomysłowość  Chaosu  -  odparł 

Jhary.  -  W  końcu  Chaos  doprowadza  do  stagnacji  przewyższającej  wszystko,  czego  tak 

nienawidzi  w  Ładzie.  Wciąż  szuka  nowych  i  nowych  wrażeń,  kolejnych  cudów,  aż  nie 

pozostanie mu już nic, i zapomina, na czym polega prawdziwa inwencja. 

W końcu opanowało ich zmęczenie i posnęli, ułożywszy się na nagiej skale. Kiedy się 

obudzili, zmieniło się tylko jedno... 

Wielkie, czarne ptaki były teraz bliżej. Krążyły wysoko nad ich głowami. 

background image

-  Czym one się żywią?  - zastanawiała się Rhalina.  -  Tu nie  ma żadnych zwierząt ani 

roślinności. Co jest ich pokarmem? 

Jhary rzucił Corumowi znaczące spojrzenie i książę zadrżał. 

-  Ruszajmy  -  powiedział.  -  Czas  może  być  względny,  ale  mam  przeczucie,  że  jeśli 

szybko nie wypełnimy naszej misji, to Lywm-an-Esh zostanie pokonane. 

Ptaki  krążyły  teraz  niżej,  tak  że  widzieli  ich  oślizgłe  ciała,  małe,  chciwe  oczka  i 

długie, zakrzywione dzioby. 

Kot  Jharego  wydał  z  siebie  krótki,  gniewny  pomruk  '  i  przypatrując  się  ptakom 

wyprężył grzbiet. 

Posuwali  się  mozolnie  naprzód,  aż  dotarli  do  podnóża  gór,  gdzie  teren  zaczynał  się 

wznosić bardziej stromo. 

Góry  sprawiały  wrażenie  śpiących  bestii,  które  lada  moment  przebudzą  się,  by  ich 

pożreć. Wolno pięli się po gładkich, śliskich skałach. 

Czarne  ptaki  krążyły  między  szczytami,  a  oni  byli  pewni,  że  gdyby  tylko  zasnęli, 

zostaliby przez nie zaatakowani. Jedynie ta świadomość kazała im wspinać się coraz wyżej i 

wyżej. 

Przeraźliwe  krakanie  przybierało  na  sile,  stawało  się  coraz  bardziej  natarczywe, 

niemal radosne. Słyszeli nad głową trzepot ohydnych skrzydeł, lecz nie patrzyli w górę, aby 

nie utracić choćby cząstki energii, jaka im jeszcze pozostała. 

Starali się znaleźć schronienie, rozpadlinę w skale, w której mogliby się bronić przed 

ptakami, kiedy ich w końcu zaatakują. 

Ich  świszczące  oddechy  i  chrzęst  butów  na  kamieniach  mieszały  się  z  łopotem 

skrzydeł i skrzeczeniem czarnych ptaków. 

Corum pozwolił sobie na jedno spojrzenie w kierunku Rhaliny. W jej oczach wyczytał 

paniczny  strach  i  spostrzegł,  że  płakała.  Zaczynał  podejrzewać,  że  Arkyn  go  oszukał  i 

cynicznie wysłał ich, aby zginęli na tym pustkowiu. 

W tej samej chwili tuż nad głową usłyszał łopot, poczuł powiew zimnego powietrza 

na twarzy, i potężne szpony musnęły jego hełm. Ze zduszonym okrzykiem sięgnął po miecz, 

usiłując  wyszarpnąć  go  z  pochwy,  W  panice  spojrzał  do  góry  i  zobaczył  kłębiącą  się  masę 

czarnych, kłapiących wściekle dziobami stworzeń o płonących ślepiach. Wydobył miecz i z 

wysiłkiem zamachnął się w stronę ptaków. Zarechotały szyderczo, gdy miecz trafił w próżnię. 

Nagle  jego  sześciopalca  dłoń  bezwiednie  sięgnęła  w  górę,  chwytając  najbliższego  ptaka  za 

gardło i zdusiła je tak, jak wcześniej dusiła gardła ludzi. Zdumiony ptak wydał z siebie krótki 

pisk  i  ucichł  na  zawsze.  Ręka  Kwilą  cisnęła  ścierwo  na  skały.  Zaskoczone  ptaki  odfrunęły 

background image

kawałek i obsiadły pobliskie szczyty, obserwując Coruma badawczo. Minęło już tyle czasu, 

od kiedy ręka po raz ostatni zachowała się w podobny sposób, że Corum niemal zapomniał, 

jaką ma moc. Był jej wdzięczny po raz pierwszy, odkąd zmiażdżyła serce Ariocha. Pokazał ją 

ptakom,  które  wydawały  niespokojne  dźwięki  i  przyglądały  się  swemu  martwemu 

towarzyszowi. 

Rhalina,  która  nigdy  wcześniej  nie  doświadczyła  potęgi  Ręki  Kwilą,  spojrzała  na 

Coruma z ulgą, ale  i z zaskoczeniem. Natomiast Jhary  jedynie zacisnął usta  i korzystając z 

chwili przerwy wydobył miecz. Wyciągnął się na skale, oparty na łokciach, a skrzydlaty kot 

wciąż siedział na jego ramieniu. 

I  tak  trwali  na  niegościnnych  zboczach  gór,  pod  ponurym  niebem,  mierząc  się 

wzrokiem - ptaki i ludzie. 

W  końcu  Corumowi  przyszło  do  głowy,  że  skoro  Ręka  Kwilą  wybawiła  ich  z 

bezpośredniego  niebezpieczeństwa,  to  Oko  Rhynna  mogło  okazać  się  jeszcze  bardziej 

pomocne. Lecz nie kwapił się, by unieść przepaskę i całą potęgą.oka spojrzeć w krainę cieni, 

skąd  mógł  przywołać  upiornych  pomocników  -  umarłych,  którzy  niegdyś  zginęli  z  jego 

rozkazu. Szczególnie nie chciał wzywać tych, którzy jako ostatni polegli z woli Ręki i Oka - 

zabitych przez przypadek poddanych Królowej Oorese, Vadhaghów jak on. Musiał jednak coś 

zrobić,  aby  opanować  tę  sytuację,  gdyż  nie  mieli  dość  sił,  aby  oprzeć  się  zmasowanemu 

atakowi ptaków, a nawet gdyby Ręka Kwilą zabiła jeszcze parę sztuk, to i tak nie zdołałoby to 

ocalić Rhaliny i Jharego-a-Conela. Z ociąganiem sięgnął więc do przepaski. 

Kiedy  ją  zsunął,  groźne,  przerażające,  podobne  do  brylantu  oko  martwego  boga 

Rhynna spojrzało na świat potworniejszy nawet od tego, w którym się znajdowali. 

Corum  ponownie  zobaczył  jaskinię,  po  której  błąkały  się  rozpaczliwie  niewyraźne 

cienie.  Najbliżej  byli  ci,  których  najmniej  pragnął  ujrzeć.  Wpatrywały  się  w  niego  martwe 

oczy,  a  na  twarzach  malował  się  przeraźliwy  smutek.  Ciała  pokrywały  rany,  które  nie 

krwawiły, gdyż zmarli należeli teraz do Otchłani  - na wpół żywi, na wpół umarli. Mieli też 

swoje  wierzchowce  -  potężne  stworzenia  o  łuskowatej  skórze,  rozcapierzonych  kopytach  i 

masywnych  pyskach  zwieńczonych  rogami.  Byli  to  ostatni  Vadhaghowie,  zaginiona  gałąź 

tego ludu, zamieszkujący niegdyś Krainę Płomieni, stworzoną dla zabawy przez Ariocha. Od 

stóp  do  głów  odziani  byli  w  czerwień,  w  obcisłe  szaty  z  kapturami.  W  dłoniach  trzymali 

długie, zakrzywione włócznie. 

Nie mogąc ścierpieć tego widoku, Corum uniósł dłoń, aby nasunąć przepaskę, lecz w 

tym  momencie  Ręka  Kwilą  wyprostowała  się  i  skinęła  w  stronę  martwych  Vadhaghów.  W 

background image

odpowiedzi  na  wezwanie  umarli  powoli  wysunęli  się  do  przodu.  Z  wolna  dosiedli  swych 

rogatych bestii i wyjechali z upiornej jaskini w świecie bez nazwy. Stanęli na zboczu góry. 

Ptaki,  złe  i  zdziwione,  zaskrzeczały,  lecz  z  jakiegoś  powodu  pozostały  na  ziemi. 

Przestępowały  z  nogi  na  nogę  i  kłapały  dziobami  w  stronę  zbliżających  się  do  nich 

szkarłatnych wojowników. 

Dopiero gdy Vadhaghowie byli już bardzo blisko, czarne ptaki zamachały skrzydłami 

i wzbiły się w powietrze. 

Rhalina z przerażeniem przyglądała się całej scenie. 

- Na Wielkich Starych Bogów, Corumie, cóż to za potworność? 

-  Ta potworność  ma  nam pomóc  - odparł Corum  ponuro, po czym głośno zawołał:  - 

Ruszajcie! 

Szkarłatne  ramiona  cisnęły  zakrzywione  włócznie,  które  dosięgły  czarnych  ptaków. 

Powietrze zawirowało, po czym wszystkie stworzenia spadły martwe na ziemię. 

Rhalina  obserwowała  szeroko  otwartymi  oczami,  jak  umarli  zsiadłszy  z 

wierzchowców szli podnieść swój łup. Corum wiedział, co działo się za każdym razem, gdy 

wzywał pomocy  z krainy cieni.  Mógł przywołać  swe wcześniejsze ofiary,  jeśli tylko dał  im 

możliwość  zabicia  nowych  -  wtedy  te  ostatnie  trupy  zastępowały  stare,  a  uwolnione  dusze 

pierwszych mogły wreszcie zaznać spokoju. Przynajmniej miał nadzieję, że tak właśnie jest. 

Dowódca Vadhaghów podniósł dwa ptaki i zarzucił je sobie na plecy. Odwrócił swą 

przeciętą na pół twarz i pustymi oczodołami spojrzał na Coruma. 

- Skończone, panie - powiedział bezbarwnie. 

- A więc możecie wracać - odparł Corum zdławionym głosem. 

- Nim odejdę, panie, muszę ci przekazać wiadomość. 

- Wiadomość? Od kogo? 

-  Od  Tego,  Który  Jest  Bliżej  Niż  Myślisz  -  odpowiedział  mechanicznie  umarły.  - 

Mówi,  że  musisz  dotrzeć  do  Jeziora  Głosów  i  jeśli  będziesz  miał  dość  odwagi,  by  je 

przepłynąć, to może znajdziesz pomoc w swych poszukiwaniach. 

- Jezioro Głosów? Gdzie to jest? O jakiej istocie mówisz?... 

- Jezioro Głosów leży za tymi górami. Teraz odchodzę, panie. Dziękujemy ci za naszą 

zdobycz. 

Corum nie  mógł  już dłużej znieść widoku Vadhagha. Odwróciwszy  się, z powrotem 

nasunął  przepaskę  na  oko.  Kiedy  spojrzał  ponownie  w  tym  kierunku  co  poprzednio, 

Vadhagha już nie było, podobnie jak ptaków, z wyjątkiem tego, którego zabiła Ręka Kwilą. 

background image

-  Ci twoi  „sprzymierzeńcy”, Corumie,  nie  są  lepsi od sług  Chaosu!  -  Twarz Rhaliny 

była trupio blada. - Korzystanie z ich pomocy nas upadla... 

- To Chaos nas upadla - wtrącił Jhary spokojnie. Podniósł się ze skały, gdzie leżał od 

chwili,  gdy  po  raz  pierwszy  zaatakowały  ich  ptaki.  -  Zmusza  nas  do  walki  i  wszystkim 

narzuca  brutalne  reguły  gry  -  nawet  tym,  którzy  mu  nie  służą.  Musisz  się  z  tym  pogodzić, 

Rhalino, bo taka jest prawda. 

-  Poszukajmy  tego  jeziora  -  powiedziała  Rhalina  spuszczając  wzrok.  -  Jak  ono  się 

nazywa? 

- Bardzo dziwnie. - Corum zerknął na martwego ptaka. - Jezioro Głosów. 

Mozolnie  pięli  się  pod  górę,  odpoczywając  częściej  teraz,  kiedy  niebezpieczeństwo 

minęło.  Zaczynali  jednak  dostrzegać  nową  groźbę  -  głodu  i  pragnienia,  gdyż  nie  wzięli  ze 

sobą żadnych zapasów. 

W końcu teren zaczął się obniżać. W dole ujrzeli zbocza rzadko porośnięte trawą, a 

dalej  błękitną  toń  jeziora.  Nie  mogli  uwierzyć,  że  w  świecie  rządzonym  przez  Chaos  może 

istnieć coś tak uroczego i tchnącego spokojem. 

- Jaki śliczny widok! - westchnęła Rhalina. - Może znajdziemy tam coś do jedzenia, a 

przynajmniej ugasimy pragnienie. 

- Tak... - powiedział Corum z ociąganiem. 

-  O ile pamiętam, twój  informator mówił, że trzeba odwagi, aby  je przebyć  - wtrącił 

Jhary. - Zastanawiam się, jakie kryje niebezpieczeństwo. 

 

Ledwo trzymali  się  na  nogach, kiedy opuściwszy niegościnne skały  dotarli wreszcie 

do  trawiastych  zboczy.  Tam  odpoczęli  i  znaleźli  strumień  wypływający  z  pobliskiego 

źródełka,  tak  iż  nie  musieli  czekać,  aż  dojdą  do  jeziora,  aby  zaspokoić  pragnienie.  Jhary 

szepnął coś do kota, który gwałtownie wzbił się w niebo i wkrótce zniknął im z oczu. 

- Dokąd go posłałeś? - spytał Corum. 

- Na polowanie. - Jhary mrugnął wesoło. 

I  rzeczywiście,  po  niedługim  czasie  kot  powrócił,  trzymając  w  łapkach  królika. 

Upolowane  zwierzę  niemal  dorównywało  mu  wielkością.  Położywszy  je  na  ziemi  odfrunął 

poszukać następnego. Jhary  zajął  się roznieceniem  małego ogniska  i wkrótce zjedli posiłek. 

Potem położyli się spać, kolejno trzymając wartę. 

Później ponownie wyruszyli w drogę. Kiedy byli kilkaset metrów od jeziora, Corum 

przystanął i nadstawił ucha. 

- Słyszycie je? - zapytał. 

background image

- Ja nic nie słyszę - stwierdziła Rhalina. 

Ale Jhary potwierdził skinieniem głowy. 

- Tak... głosy... jakby wielki tłum w oddali. Głosy... 

- Właśnie - przytaknął Corum. 

W  miarę  jak  szybko  stąpając  po  miękkiej  darni  zbliżali  się  w  stronę  jeziora,  chór 

głosów  przybierał  na  sile,  aż  w  końcu  wypełnił  ich  umysły.  Z  przerażeniem  zatkali  uszy, 

zrozumiawszy wreszcie dlaczego przepłynięcie Jeziora Głosów wymagało odwagi. 

Z  błękitnych  wód  spokojnego  na  pozór  jeziora  wydobywały  się  słowa  -  szepty, 

błagania, przekleństwa, krzyki, płacz, śmiech. 

To woda mówiła. 

Zupełnie jakby w jeziorze utopiło się milion ludzi, którzy wciąż przemawiali, choć ich 

ciała dawno uległy rozkładowi i rozpuściły się w wodzie. 

Wciąż przyciskając ręce do uszu, Corum z rozpaczą rozejrzał się wokół i stwierdził, iż 

nie  zdołają  obejść  Jeziora  Głosów,  jako  że  po obu  jego  stronach  rozciągają  się  nieprzebyte 

bagna. 

Proszę... 

Chciałbym... Chciałbym... Chciałbym... 

Nikt nie zdoła... 

Te męczarnie... 

Nie ma spokoju... 

Dlaczego?... 

To kłamstwo. Oszukano mnie... 

Mnie też oszukano. Nie mogę... 

Aaal Aaa! Aaa! 

Pomóż mi, błagam... 

Pomóż mi! 

Pomóż! 

To los nie do zniesienia, chyba że... 

Ha! 

Pomocy... 

Zlituj się... 

Ocal ją... Ocal ją... Ocal ją... 

Jakże cierpię... 

background image

Cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha. cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, cha, 

cha, cha, cha, cha, cha, cha... 

Było tak pięknie i wszędzie światła... 

Potwory, potwory, potwory, potwory, potwory... 

Dziecko... To było dziecko... 

Cały ranek płakało, aż wreszcie ogarnęła mnie ta słabość... 

Patrzaj! Tyś jest... 

Osamotniony w boleści napisałem tę pieśń... 

Spokoju... 

Corum zobaczył łódź czekającą na brzegu jeziora. 

Zastanawiał  się,  czy  będzie  jeszcze  przy  zdrowych  zmysłach,  gdy  znajdą  się  na 

drugim brzegu. 

background image

Rozdział drugi 

BIAŁA RZEKA

 

 

Corum i Jhary wiosłowali energicznie, podczas gdy Rhalina szlochała na dnie łodzi. Z 

każdym uderzeniem wioseł woda burzyła się coraz bardziej, lecz zamiast plusku odzywały się 

wciąż  nowe  głosy.  Instynktownie  wyczuwali,  iż  nie  pochodziły  z  dna  jeziora,  ale  że  ich 

źródłem była sama woda - tak jakby w każdej kropli zamknięto ludzką duszę, uskarżającą się 

na  swój  los.  Corum  zastanawiał  się,  czy  przypadkiem  wszystkie  istniejące  jeziora  nie  były 

takie  same,  tyle  że  jedynie  w  tym  można  było  usłyszeć  głosy.  Odpędził  od  siebie  tę 

przerażającą myśl. 

Żałuję, że... 

Chciałbym... 

Gdybym tylko... 

Mógłbym... 

Miłość... miłość... miłość... 

Smutny śpiew szukający stworzeń samotnych, subtelnych, dręczonych uczuciem... 

-  Przestańcie!  Przestańcie!  -  błagała  Rhalina,  ale  głosy  nie  milkły,  a  Corum  i  Jhary 

tylko mocniej naciskali na wiosła, zagryzając wargi aż do bólu. 

Chciałbym... chciałbym... chciałbym... chciałbym... 

Szyderstwo w czas swawoli potępieniem mojej... 

Kiedyś... kiedyś... kiedyś... 

Pomóżcie nam! 

Uwolnijcie nas! 

Połóżcie kres cierpieniom! 

Spokój, daruj, spokój, daruj... 

Droga bez wyjścia... 

Zimno... 

Zimno... 

Zimno... 

- Nie możemy wam pomóc! - jęczał Corum. - Nic nie możemy zrobić! 

Rhalina zaczęła histerycznie krzyczeć. 

Jedynie Jhary-a-Conel zacisnął usta i milczał. Utkwiwszy wzrok gdzieś w oddali, nie 

przestawał wiosłować kołysząc się przy tym miarowo. 

background image

 

Ach, ocalcie nas! 

Ocal mnie! 

Dziecko jest... dziecko... 

-  Zły,  szalony,  smutny,  zadowolony,  smutny,  szalony,  zły,  zadowolony,  zły,  smutny, 

szalony, zadowolony... 

- Uciszcie się! Nie możemy wam pomóc! 

- Corumie! Corumie! Powstrzymaj ich! Czy nie znasz czarów, które uciszą te głosy? 

- Nie. 

Aaaa! 

-  Oorum  kanish,  oorum  kanish,  oorum  kanish,  sashan  foroom  alann  alann,  oorum 

kanish, oorum kanish... 

Cha, cha, cha, cha, cha, cha... 

Nikt, nic, nigdzie, niepotrzebne cierpienie, czemu to śluzy, komu przynosi korzyść? 

Szept łagodny, szept cichy, szept, szept... 

Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie... 

Corum puścił jedno wiosło i uderzył się pięścią w głowę, jakby chciał w ten sposób 

odpędzić głosy. Rhalina, zupełnie załamana, leżała na dnie łodzi. Nie potrafił już odróżnić jej 

krzyków, błagań i żądań od pozostałych głosów. 

- Dosyć! 

Dosyć, dosyć, dosyć, dosyć... 

Dosyć... 

Dosyć... 

Dosyć... 

Po twarzy  Jharego spływały  łzy,  ale wiosłował dalej, ani  na  moment  nie zmieniając 

rytmu. Jedynie kot był zupełnie spokojny. Siedział pomiędzy Jharym a Corumem i lizał łapę. 

Dla niego ta woda niczym szczególnym się nie wyróżniała i jak każdej innej wody należało 

jej po prostu unikać. Kilka razy rozejrzał się niespokojnie wokół i na tym poprzestał. 

Ocalcie nas, ocalcie nas, ocalcie nas... 

Nagle spośród innych wybił się wyraźnie jakiś znacznie niższy głos. Brzmiał ciepło, 

miło i pogodnie. 

Dlaczego nie przyłączycie się do nich? Skończy się wasza udręka! Wystarczy, byście 

przestali wiosłować, opuścili lodź i zanurzyli się w wodę, a potem odprężyli się, jednocząc ze 

wszystkimi innymi. Czy jesteście na to zbyt dumni? 

background image

Nie! Nie słuchajcie go! Mnie wysłuchajcie! 

Słuchajcie nas! 

Mnie słuchajcie! 

-  Nie  słuchajcie  ich.  Są  naprawdę  szczęśliwi.  Jedynie  wasze  przybycie  zakłóciło  ich 

spokój. Chcą, byście się do nich przyłączyli... przyłączyli... przyłączyli... przyłączyli... 

Nie! Nie! Nie! 

-  Nie!  -  krzyknął  Corum.  Wyszarpnął  wiosło  z  dulek  i  zaczął  nim  okładać  wody 

jeziora. - Dosyć! Dosyć! Dosyć! 

- Corumie! - odezwał się po raz pierwszy Jhary. Chwycił się burty, gdyż łódź kołysała 

się mocno na boki. Rhalina spojrzała na nich z przerażeniem. - Corumie! - powtórzył Jhary. - 

Pogarszasz tylko sytuację. Jeśli wpadniemy do jeziora, zginiemy! 

- Dosyć! Dosyć! Dosyć! 

- Corumie, przestań! - Jedną ręką wciąż przytrzymując wiosło, Jhary chwycił Coruma 

za szkarłatną szatę. 

Corum usiadł raptownie i zmierzył towarzysza bohaterów takim wzrokiem, jakby ten 

był  jego  wrogiem.  Stopniowo  jego  twarz  złagodniała.  Umocował  wiosło  w  dulce  i  znów 

zaczął wiosłować. Do końca jeziora było już niedaleko. 

-  Musimy dopłynąć do brzegu  -  stwierdził Jhary.  -  To jedyny  sposób, żeby uciec od 

tych głosów. Musisz tylko jeszcze trochę wytrzymać. 

- Tak - rzekł Corum. - Tak... - Wiosłował, starając się nie patrzeć na udręczoną twarz 

Rhaliny. 

 

-  Pogrążone  we  śnie  węże,  stare  sowy  i  wygłodniałe  jastrzębie  zaludniają  me 

wspomnienia z Charatatu... 

-  Przyłączcie  się  do  nich,  a  wszystkie  te  cudowne  wspomnienia  staną  się  waszym 

udziałem.  Przyłączcie  się  do  nich,  Książę  Corumie,  Lady  Rhalino  i  ty,  dostojny  Jhary. 

Przyłączcie się do nich. Przyłączcie się. Przyłączcie. 

- Kim jesteś? - spytał Corum. - Czy ty im to wszystko uczyniłeś? 

Jestem Głosem Jeziora Głosów, niczym więcej. Jestem duchem tego jeziora. Pragnę 

wam  ofiarować  pokój  i  zjednoczenie  z  innymi  duszami.  Nie  słuchajcie  tej  garstki 

niezadowolonych.  Byliby  niezadowoleni  także  w  każdym  innym  miejscu.  Tacy  zawsze  się 

znajdą... 

Nie, nie, nie, nie... 

background image

Corum i Jhary jeszcze mocniej naciskali na wiosła, aż nagle łódź zaszorowała po dnie. 

Woda zakotłowała się gwałtownie  formując ogromny wir, z którego dochodziły  jęki, ryki  i 

wrzaski. 

-  NIE!  NIE  WYGRACIE  ZE  MNĄ!  NALEŻYCIE  DO  MNIE!  NIKT  NIE  ZDOŁA 

UCIEC Z JEZIORA GŁOSÓW! 

Wir  wodny  przybrał  konkretny  kształt  i  ujrzeli  dziką,  wykrzywioną  wściekłością 

twarz. Z wody uformowały się także ręce, które zaczęły się ku nim wyciągać. 

-  NALEŻYCIE  DO  MNIE!  BĘDZIECIE  ŚPIEWAĆ  RAZEM  Z  INNYMI!  STANIECIE 

SIĘ CZĘŚCIĄ MEGO CHÓRU! 

Wszyscy troje wygramolili się pośpiesznie z łodzi i rzucili w stronę brzegu. Za nimi 

wodny stwór rósł coraz bardziej, a jego ryk się wzmagał. 

NALEŻYCIE DO MNIE! DO MNIE! NIE PO ZWOLĘ WAM ODEJŚĆ! 

-  Uciekajcie...  uciekajcie  szybko...  nigdy  tu  nie  wracajcie...  uciekajcie...  uciekajcie... 

uciekajcie... - Szemrało tysiąc słabych głosików. 

ZDRAJCY! MILCZEĆ! 

Głosy umilkły i zapadła cisza, a potem wodny stwór zagrzmiał raz jeszcze. 

-  NIE! ZMUSILIŚCIE MNIE, BYM ROZPĘDZIŁ GŁOSY... MOJE GŁOSY... MOICH 

ULUBIEŃCÓW!  MUSZĘ  OD  NOWA  ZBIERAĆ  MÓJ  CHÓR!  ZMUSILIŚCIE  MNIE,  BYM 

ICH WYGNAŁ! WRACAJCIE! WRACAJCIE! 

Biegli coraz szybciej, a stwór stał się jeszcze większy i próbował ich dosięgnąć swymi 

wodnymi rękami. 

Naraz,  nie  mogąc  dłużej  utrzymać  swego  kształtu,  runął  z  krzykiem  do  jeziora. 

Widzieli jak upadł, wił się i wymachiwał ze złości, lecz w chwilę potem już go nie było i nic 

nie mąciło spokojnej, błękitnej tafli jeziora - dokładnie tak jak wtedy, gdy zobaczyli je po raz 

pierwszy. 

Jednak  tym  razem  nie  było  słychać  głosów.  Dusze  się  uspokoiły.  Przypadkiem 

sprawili, że stwór rozkazał swoim więźniom, by zamilkli, i najwyraźniej zdjął zaklęcie, które 

trzymało ich w jego mocy. 

Corum z westchnieniem usiadł na trawie. 

-  Skończyło  się  -  powiedział.  -  I  te  wszystkie  biedne  dusze  zaznały  wreszcie 

spokoju.... 

Dostrzegł  przerażonego  kota  i  uśmiechnął  się.  Pomyślał,  że  dla  niego  ich  ostatnia 

przygoda musiała być jeszcze straszniejsza. 

background image

Po krótkim odpoczynku wspięli się na pobliskie wzgórze i ujrzeli rozciągającą się w 

dole pustynię. 

Miała rdzawą barwę i przecinała ją rzeka - choć odnosiło się wrażenie, że to nie woda 

w niej płynie. Rzeka była biała jak mleko, szeroka i leniwie toczyła swe wody przez brunatny 

krajobraz. 

- Zdaje się nie mieć końca - zauważył Corum. 

- Patrzcie, jeździec! - pokazała ręką Rhalina. 

Wspinając się na grzbiet wzgórza, zbliżał się do nich mężczyzna na koniu. Skulił się 

w siodle i najwyraźniej ich nie widział, ale Corum na wszelki wypadek wyciągnął miecz, a 

pozostali zrobili to samo. Koń  stąpał powoli, powłócząc  nogami,  jakby od wielu dni  był w 

drodze. 

Dostrzegli, że jeździec drzemał w siodle. Miał na sobie połatane i mocno sfatygowane 

odzienie ze skóry. Z prawego nadgarstka zwisał mu uwiązany na rzemieniu pałasz, lewą zaś 

ręką  ściskał  cugle.  Miał  wychudzoną  twarz,  na  podstawie  której  trudno  było  określić  jego 

wiek, wielki zakrzywiony nos oraz długie, zmierzwione włosy i brodę. Wyglądał na biedaka, 

ale  u  siodła  miał  przytroczoną  koronę  -  mimo  iż  pokrywała  ją  gruba  warstwa  kurzu,  nie 

ulegało wątpliwości, że została wykonana ze złota i drogich kamieni. 

- Czy to jakiś złodziej? - zastanawiała się Rhalina. - Ukradł tę koronę, a teraz ucieka 

przed jej właścicielem? 

Kilka  kroków  od  nich  koń  zatrzymał  się  raptownie  i  spojrzał  w  górę  wielkimi, 

znużonymi oczyma. Potem schylił się i zaczął skubać trawę. 

Wtedy  jeździec  się poruszył. Przetarł oczy. On także popatrzył  na  nich,  lecz szybko 

przestał się nimi interesować. Zamruczał coś pod nosem. 

- Witaj, panie - odezwał się Corum. 

Wycieńczony  mężczyzna  zmrużył  oczy  i  ponownie  spojrzał  na  Coruma.  Sięgnął  do 

tyłu  po  butelkę  z  wodą  i  odkorkował  ją.  Odchylił  głowę  i  pociągnął  długi  łyk.  Potem 

niespiesznie zatkał butelkę i odłożył ją na miejsce. 

- Witaj - powtórzył Corum. 

- Witajcie - mężczyzna skinął głową. 

-  Skąd  jedziesz,  panie?  -  spytał  Jhary.  -  Jeśli  chodzi  o  nas,  to  zgubiliśmy  drogę  i 

bylibyśmy  wdzięczni,  gdybyś  powiedział  nam,  co  na  przykład  znajduje  się  za  tym 

pustkowiem...? 

Mężczyzna z westchnieniem obejrzał się na brunatną pustynię i wijącą się białą rzekę. 

background image

-  To  Dolina  Krwi  -  wyjaśnił.  -  Rzekę  zaś  nazywają  Białą  Rzeką,  a  czasem  mówią  o 

niej Mleczna Rzeka, choć nie płynie w niej mleko. 

- Dolina Krwi? - zdziwiła się Rhalina. 

-  Tak,  pani.  -  Mężczyzna  wyprostował  się  i  zmarszczył  brwi.  -  Bo  jest  to  dolina  i 

pokrywa  ją  krew  - o  ile  wiem,  krew  przelana  wiele  lat  temu  w  jakiejś  dawno  zapomnianej 

bitwie pomiędzy Ładem a Chaosem. 

- A co znajduje się za tą doliną? - spytał Corum. 

- Wiele rzeczy, ale nic przyjemnego. Nie ma już nic przyjemnego na tym świecie, od 

kiedy podbił go Chaos. 

- A więc nie jesteś po stronie Chaosu? 

- A powinienem? Chaos pozbawił mnie majątku i uczynił wygnańcem. Chaos pragnie 

mojej  śmierci,  ale  ja  cały  czas  jestem  w  drodze  i  jeszcze  mnie  nie  znalazł.  Może  pewnego 

dnia... 

Jhary przedstawił kolejno całą trójkę. 

-  Szukamy  miejsca  zwanego  Miastem  We  Wnętrzu  Piramidy  -  wyjaśnił 

zmizerowanemu jeźdźcowi. 

-  Ja  również  -  roześmiał  się  mężczyzna.  -  Ale  nie  bardzo  wierzę,  że  ono  w  ogóle 

istnieje!  Myślę,  że  Chaos  tworzy  jedynie  iluzję,  że  to  miejsce  stawia  mu  opór,  aby  dając 

swym wrogom złudną nadzieję, przysporzyć im jeszcze większych cierpień. Mnie nazywają 

Królem  Bez  Królestwa.  Niegdyś  nosiłem  imię  Noreg-Dan,  władałem  pięknym  krajem  i 

myślę, że rządziłem nim sprawiedliwie. Ale zjawił się Chaos i jego słudzy zgładzili mój lud, a 

mnie  pozostawili  przy  życiu,  abym  błąkał  się  po  świecie  w  poszukiwaniu  mitycznego 

miasta... 

- A zatem nie wierzysz w Miasto We Wnętrzu Piramidy? 

- Dotychczas go nie znalazłem. 

- Może leży za Doliną Krwi? - zapytał Corum. 

-  Możliwe,  ale  nie  jestem  na  tyle  głupi,  by  próbować  ją  przemierzyć,  bo  ta  dolina 

może nie mieć końca. Wy zaś, idąc pieszo, mielibyście jeszcze mniejsze szansę ode mnie. Nie 

brak mi odwagi - zaznaczył Noreg-Dan - ale zachowałem resztki zdrowego rozsądku. Gdyby 

gdzieś w okolicy udało się zdobyć trochę drewna, to można by zbudować łódź i spróbować 

przebyć pustynię, płynąc Białą Rzeką, ale tu nie ma żadnych drzew... 

- Za to jest łódź - oznajmił Jhary-a-Conel. 

-  Czy  powrót  do  Jeziora  Głosów  nie  będzie  niebezpieczny?  -  wtrąciła  Rhalina  z 

niepokojem. 

background image

- Jezioro Głosów! - Król Noreg-Dan potrząsnął głową. - Nie idźcie tam, głosy zwabią 

was w głębinę... 

Corum opowiedział o tym, co zaszło, a Król Bez Królestwa słuchał uważnie. Potem 

uśmiechnął się i był to uśmiech pełen podziwu. Zsiadł z konia i podszedł do Coruma. 

- Dziwnie wyglądasz, panie - powiedział - z tą ręką, przepaską na oku i w osobliwej 

zbroi,  ale  bez  wątpienia  jesteś  bohaterem  i  składam  ci  wyrazy  uznania.  A  także  wam 

wszystkim  -  dodał  zwracając  się  do  pozostałych.  -  Myślę,  że  warto  wybrać  się  na  plażę  po 

łódź starego Freenshaka. Mój koń może ją tu przyciągnąć! 

- Freenshaka? - zdziwił się Jhary. 

-  To  jedno  z  imion  tego  stwora,  którego  napotkaliście.  To  niezwykle  potężny  duch 

wodny, który zjawił się tu, gdy Xiombarg zdobyła władzę. To co, idziemy? 

- Idziemy - uśmiechnął się Corum szeroko. 

 

Z  pewnym  niepokojem  wrócili  nad  brzeg  jeziora,  ale  Freenshak  był  chyba  na  razie 

niegroźny. Bez trudu zaprzęgli  konia do  łodzi  i  przeciągnęli  ją przez wierzchołek wzgórza. 

Corum znalazł żagiel i zauważył, że do uchwytów wzdłuż jednej burty przymocowano krótki 

maszt. 

-  A  co  z  twoim  koniem?  -  spytał  Noreg-Dana,  gdy  przygotowali  stateczek.  -  Nie 

zmieści się w łodzi... 

-  Ciężko  mi  to  przyjdzie  -  westchnął  król  głęboko  -  ale  będę  go  musiał  zostawić. 

Sądzę, że sam będzie bezpieczniejszy niż ze mną, a poza tym zasłużył na odpoczynek, gdyż 

towarzyszył mi wiernie od czasu, kiedy musiałem uciekać z mojego kraju. 

Noreg-Dan  rozsiedlał  konia  i  złożył  uprząż  w  łodzi.  Następnie  przystąpili  do 

najtrudniejszej części zadania, jaką było ściągnięcie stateczku do stóp wzgórza i dalej, aż nad 

brzeg Białej Rzeki, przez brunatny, duszący pył, tym bardziej nieprzyjemny, że wiedzieli już, 

czym jest. Koń obserwował ich ze wzniesienia, a potem odwrócił się do nich tyłem. Noreg-

Dan w milczeniu opuścił głowę. 

Słońce wciąż stało nieruchomo na niebie, nie potrafili więc określić, ile czasu minęło. 

Ciecz w rzece była gęstsza niż woda i Noreg-Dan uprzedził ich, by jej nie dotykali. 

- Może spalić skórę - wyjaśnił. 

-  Ale  co  to  właściwie  jest?  -  spytała  Rhalina,  gdy  odbili  od  brzegu.  -  Skoro  jest  tak 

żrące, to czy nie uszkodzi statku? 

- Oczywiście - odparł Król Bez Królestwa. - Ale dopiero po pewnym czasie. Musimy 

ufać, że nim się to stanie, zdołamy przebyć pustynię. - Jeszcze raz spojrzał na miejsce, gdzie 

background image

zostawił konia, ale zwierzęcia już nie było. - Niektórzy twierdzą, że podobnie jak ten pył jest 

wyschniętą krwią śmiertelników, tak Biała Rzeka to przelana w bitwie krew Wielkich Starych 

Bogów, która nigdy nie wysycha. 

-  Ależ  to  niemożliwe.  -  Rhalina  wskazała  na  łańcuch  wzgórz,  z  którego  spływała 

rzeka. - Ona skądś płynie i dokądś zdąża... 

- Tylko na pozór - rzekł Noreg-Dan. 

- Na pozór? 

- Tym światem rządzi Chaos - przypomniał jej. 

Powiał  lekki  wiatr  i  wkrótce  wzgórza  zniknęły  im  z  oczu.  Jak  okiem  sięgnąć, 

rozciągała się wokół jedynie Dolina Krwi. 

Rhalina  zdrzemnęła  się  nieco,  a  potem  kolejno  uczynili  to  pozostali,  gdyż  nie  było 

wiele  do  zrobienia.  Kiedy  Rhalina  obudziła  się  po  raz trzeci,  nadal  nie  zobaczyła  nic  poza 

bezkresną Doliną Krwi. 

- Tyle przelanej krwi, tyle krwi... - wyszeptała. 

Gdy tak płynęli mlecznobiałą rzeką, Noreg-Dan opowiedział im o tym, co przyniosła 

jego światu władza Xiombarg. 

-  Wszystkie  istoty,  które  nie  podporządkowały  się  Chaosowi,  zostały  unicestwione 

albo -  jak w moim przypadku -  stary się przedmiotem okrutnych żartów - Władcy Mieczy z 

nich  słyną.  Chaos  wyzwolił  w  ludziach  wszelkie  najbardziej  zwyrodniałe  instynkty  i  na 

świecie zapanował strach. Moja żona i dzieci... - Urwał na moment. - Wszyscy cierpieliśmy. 

Ale nie mam pojęcia, czy to wszystko wydarzyło się rok czy sto lat temu, gdyż to kolejna ze 

sztuczek Xiombarg. Zatrzymała słońce, żebyśmy nie wiedzieli, ile czasu upłynęło. 

- Jeśli Xiombarg zdobyła władzę wtedy, kiedy Arioch - stwierdził Corum - to od tego 

czasu upłynęło już dużo więcej niż sto lat, Królu Noreg-Danie... 

-  Xiombarg  sprawiła,  że  w  tym  wymiarze  czas  przestał  istnieć  -  wtrącił  Jhary.  - 

Oczywiście w znaczeniu względnym. Czyli upłynęło tu tyle czasu, ile mamy ochotę uznać... 

-  Właśnie  -  przytaknął  Corum.  -  Ale  powiedz  nam,  królu,  co  wiesz  o  Mieście  We 

Wnętrzu Piramidy. - Wydaje mi się, że początkowo w ogóle nie leżało w tym wymiarze, choć 

znajdowało  się  w  jednym  z  Pięciu  Wymiarów  rządzonych  obecnie  przez  Xiombarg. 

Uciekając  przed  Chaosem,  przemieszczało  się  z  jednego  wymiaru  w  drugi,  ale  w  końcu 

nastąpił  kres  tej  ucieczki  i  miasto  musiało  poprzestać  na  obronie  przed  atakami  Królowej 

Xiombarg.  Jak  słyszałem,  straciła  w  tej  walce  wiele  energii.  Prawdopodobnie  dlatego  ja  i 

jeszcze kilku do mnie podobnych ciągle pozostaje przy życiu. Zresztą nie wiem. 

- A więc są i inni? 

background image

- Tak. Wędrowcy jak ja. Przynajmniej kiedyś byli. Może do tej pory Xiombarg już ich 

dopadła... 

- Albo znaleźli Miasto We Wnętrzu Piramidy. 

- I to możliwe. 

-  Xiombarg  skupiła  swą  uwagę  na  wydarzeniach  rozgrywających  się  w  sąsiednim 

świecie - powiedział Jary z przekonaniem. - Interesuje ją przede wszystkim rezultat toczących 

się tam zmagań pomiędzy sługami Chaosu a poddanymi Ładu. 

- Tym lepiej dla ciebie, Książę Corumie – zauważył Noreg-Dan. Bo gdyby wiedziała, 

że pogromca Ariocha znajduje się teraz w zasięgu jej ręki, mogłaby go zniszczyć... 

- Nie mówmy już o tym - przerwał Corum. 

Biała Rzeka wciąż płynęła naprzód i zaczęli się zastanawiać, że skoro w tym świecie 

nie  istnieje  Czas,  to  równie  dobrze  tak  rzeka,  jak  i  Dolina  Krwi,  mogą  naprawdę  nie  mieć 

końca. 

- Czy Miasto We Wnętrzu Piramidy ma jakąś nazwę? - zainteresował się Jhary. 

- Myślisz, że to twój Tanelorn? - spytała Rhalina. 

- Nie - uśmiechnął się Jhary i potrząsnął głową. - Znam Tanelorn i myślę, że ten opis 

do niego nie pasuje. 

- Niektórzy twierdzą, że jest zbudowane wewnątrz ogromnej przezroczystej piramidy - 

powiedział  Noreg-Dan.  -  Inni  utrzymują,  że  samo  ma  kształt  piramidy,  jak  wielki  siccurat. 

Obawiam się, że wokół tego miasta narosło wiele legend. 

- Nie pamiętam, bym napotkał takie miasto podczas moich podróży - stwierdził Jhary. 

-  Ten opis  -  wtrącił Corum  -  przypomina  mi wielkie Napowietrzne Miasto, takie  jak 

to,  które  rozbiło  się  na  Równinie  Broggfythus  w  czasie  ostatniej  wielkiej  bitwy  pomiędzy 

Vadhaghami  i  Nhadraghami.  Krążyły  o  nich  legendy,  ale  wiem,  że  przynajmniej  jedno 

istniało  naprawdę,  gdyż  jego  szczątki  leżały  w  pobliżu  Zamku  Erorn,  gdzie  się  urodziłem. 

Zarówno Vadhaghowie, jak i Nhadraghowie posiadali takie miasta i mogły one poruszać się 

między  wymiarami.  Ale  ten  etap  w  naszej  historii  się  skończył,  miasta  zniknęły,  a  my 

zamknęliśmy  się  w  wygodnych  zamkach...  -  Powstrzymał  się,  by  już  nic  więcej  nie 

powiedzieć, gdyż przyniosłoby to jedynie ból. - To może być jedno z takich miast - dorzucił 

bez przekonania. 

- Lepiej skierujmy łódź do brzegu - zawołał radośnie Jhary. 

- Dlaczego? - Corum siedział zwrócony twarzą do rufy. 

- Bo chyba dotarliśmy do kresu Białej Rzeki i Doliny Krwi. 

background image

Corum  odwrócił  się  i  w  jednej  chwili  poderwał  się  na  nogi.  Zmierzali  w  stronę 

przepaści. Dolina kończyła się niby ucięta gigantycznym nożem, a nurt Białej Rzeki spadał w 

otchłań. 

background image

Rozdział trzeci 

BESTIE Z OTCHŁANI

 

 

Biała Rzeka burzyła się i huczała, zbliżając się do krawędzi urwiska. Corum i Jhary 

wyswobodzili wiosła i pomagali sobie nimi, by skierować rozkołysaną łódź do brzegu. 

- Rhalino, przygotuj się do skoku! - krzyknął Corum. 

Wstała trzymając się masztu. Król Noreg-Dan uspokajał ją. 

Łódź  rzuciło  ponownie  na  środek  rzeki,  lecz  w  chwilę  później,  równie 

niespodziewanie,  inna  fala  pchnęła  ją  z  powrotem  do  brzegu.  Manipulując  wiosłem  Corum 

zachwiał się i niemal wypadł za burtę. Szum wody zagłuszał ich głosy. Przepaść była coraz 

bliżej i zaledwie chwile dzieliły ich od stoczenia się w otchłań. Przez chmurę wodnego pyłu 

książę dostrzegł majaczący w oddali próg skalny. Pozostawał im do niego jeszcze z kilometr. 

- Rhalino, teraz! - zawołał Corum, gdy łódź zaszorowała po dnie. 

Skoczyła, a zaraz za nią, wymachując rękami, Noreg-Dan. Upadła twarzą w krwawy 

pył. 

Po nich wyskoczył Jhary, ale ponieważ  łódź znowu zwróciła się ku  środkowi rzeki, 

wylądował na mieliźnie i z trudem brnął do brzegu, krzycząc na Coruma. 

Książę pamiętał to, co Noreg-Dan mówił o właściwościach białej cieczy, ale nie miał 

wyboru. Zacisnął usta i skoczył do rzeki. Walczył z całych sił, aby dopłynąć do brzegu, gdyż 

zbroja ściągała go w dół. 

Lecz jej ciężar pomógł mu zarazem pokonać siłę prądu i wreszcie jego stopy dotknęły 

dna. Drżąc z wyczerpania wspiął się na urwisty brzeg. Po całym ciele spływały mu kropelki 

białego płynu. 

Ciężko  dysząc  padł  na  ziemię  i  obserwował  stateczek,  który  dotarł  do  przepaści,  a 

potem zniknął mu z oczu. 

 

Posuwali  się wzdłuż krawędzi urwiska. Chwiejąc się  na  nogach  i  brnąc po kostki w 

rdzawym  pyle,  wciąż  oddalali  się  od  Białej  Rzeki.  Gdy  huk  wody  nieco  przycichł,  stanęli, 

żeby zastanowić się sytuacją. 

Otchłań  zdawała  się  bezkresna.  Idealnie  równa  krawędź  przepaści  ciągnęła  się  jak 

okiem sięgnąć, a urwisko opadało stromo w dół. Na pewno nie był to twór natury. Odnosiło 

się  wrażenie,  iż  ktoś  zaplanował  kilometrowej  głębokości  i  szerokości  kanał  pomiędzy 

dwiema skalnymi ścianami. 

background image

Zbliżyli się do skraju przepaści i spojrzeli w czeluść otchłani. Corumowi zakręciło się 

w  głowie  i  musiał  cofnąć  się  o  krok.  Ściany  urwiska  były  zbudowane  z  tego  samego 

ciemnego  obsydianu  co  góry,  które  wcześniej  przemierzali,  ale  w  przeciwieństwie  do  nich 

odznaczały  się  idealną  gładkością.  Daleko,  daleko  w  dole  unosiły  się  żółtawe  opary 

zasłaniając dno -  jeśli dno w ogóle istniało. Zapierająca dech w piersiach perspektywa, jaką 

mieli  przed  oczyma,  zupełnie  przytłoczyła  czwórkę  ludzi.  Obejrzeli  się  na  Dolinę  Krwi. 

Ciągnęła  się  monotonnie  aż  po  horyzont.  Starali  się  dojrzeć  jakieś  szczegóły  przeciwległej 

ściany skalnej, ale była za daleko. 

Lekka mgiełka przesłaniała słońce, które nadal stało w zenicie. 

Drobne na tle bezkresu sylwetki powoli ruszyły dalej wzdłuż urwiska, zostawiając za 

plecami Białą Rzekę. 

-  Królu  -  zwrócił  się  w  końcu  Corum  do  Noreg-Da-na  -  czy  słyszałeś  kiedyś  o  tym 

miejscu? 

-  Nigdy  nie  wiedziałem,  co  naprawdę  leży  za  Doliną  Krwi  -  potrząsnął  głową  -  ale 

czegoś takiego się nie spodziewałem. Może to coś nowego... 

- Nowego? - Rhalina spojrzała na niego ze zdziwieniem. - Co masz na myśli? 

- Chaos nieustannie zmienia krajobraz, stosuje nowe sztuczki, stroi sobie żarty. Może 

Królowa Xiombarg wie, że tu jesteśmy i bawi się z nami w kotka i myszkę... 

-  To  byłoby  w  stylu  Królowej  Chaosu.  -  Jhary  podrapał  kota  za  uszami.  - 

Podejrzewam jednak, że dla pogromcy swego brata przygotowałaby coś znacznie gorszego. 

-  Może to  dopiero  początek  -  podsunęła  Rhalina.  -  Może  Xiombarg  dopiero  szykuje 

się do prawdziwej zemsty... 

-  Nie  sądzę  -  upierał  się  Jhary.  -  Walczyłem  przeciwko  Chaosowi,  który  w  wielu 

światach  przybierał  bardzo  różne  formy,  ale  wiem,  że  zawsze  jest  porywczy  i  działa  bez 

zastanowienia. Myślę, że gdyby Xiombarg wiedziała, że jest tu Książę Corum, to do tej pory 

na  pewno  by  się  ujawniła.  Nie,  ona  ciągle  skupia  swoją  uwagę  na  wydarzeniach 

rozgrywających się w świecie, który opuściliśmy  - co zresztą wcale nie oznacza, że nic nam 

nie grozi - dodał z bladym uśmiechem. 

- Na pewno grozi nam głód - stwierdził Corum. - Nie mówiąc już o całej reszcie. To 

miejsce jest zupełny pustkowiem. Nigdzie nie da się tędy dojść, nie można stąd zejść, nie ma 

również drogi odwrotu... 

-  Musimy  iść  naprzód,  póki  gdzieś  nie  dojdziemy  albo  nie  napotkamy  ścieżki 

prowadzącej w dół - powiedziała Rhalina. - Przecież to urwisko musi się gdzieś kończyć. 

background image

- Może i tak. - Noreg-Dan pocierał wychudzoną twarz. - Ale przypominam ci jeszcze 

raz, że ten świat został całkowicie opanowany przez Chaos. Z tego, co mówiliście o świecie 

Ariocha,  wnoszę,  że  nigdy  nie  zyskał  takiej  władzy  jak  Xiombarg  -  był  najsłabszym  z 

Władców Mieczy. Podobno Mabelode, Król Mieczy, jest jeszcze potężniejszy od Xiombarg. 

Jego świat to będąca w nieustannym ruchu substancja, zdolna w mgnieniu oka przybrać nową 

formę... 

- W takim razie mam nadzieję, że nigdy nie będziemy musieli go odwiedzać - mruknął 

Jhary. - Ta sytuacja już dostatecznie mnie przeraża. Widziałem Absolutny Chaos i wcale mi 

się to nie podobało. 

Wciąż szli nie kończącym się brzegiem otchłani. 

Otumaniony zmęczeniem i monotonią krajobrazu Corum dopiero po chwili spostrzegł, 

że niebo pociemniało. Spojrzał w górę. Czyżby słońce się poruszyło? 

Ale słońce wciąż tkwiło w tym samym miejscu. Natomiast pojawiła się skądś czarna 

wirująca  chmura  ł  przecinając  niebo  zmierzała  w  kierunku  przeciwległej  ściany  przepaści. 

Nie  potrafił  ocenić,  czy  był  to  wynik  działania  magicznych  sił,  czy  też  zjawisko  naturalne. 

Zatrzymał się. Ochłodziło się nieco. Teraz i inni dostrzegli chmurę. 

W  oczach  Noreg-Dana  odmalowało  się  przerażenie.  Mocniej  otulił  się  swoim 

zniszczonym skórzanym płaszczem i oblizał nerwowo usta. 

Nagle  mały  kot  oderwał  się  od  ramienia  Jharego  i  poszybował  w  górę  na  swych 

czarnych, biało zakończonych skrzydłach. Jął zataczać koła nad czeluścią, niemal niknąc im z 

oczu. Jhary również się zaniepokoił, gdyż zachowanie zwierzątka nie było naturalne. 

Rhalina  przysunęła  się  do  Coruma  i  położyła  mu  rękę  na  ramieniu.  Przytulił  ją  do 

siebie i popatrzył w niebo, na czarne kłęby chmur pędzące znikąd donikąd. 

-  Czy  widziałeś  kiedyś  coś  podobnego,  Królu  Noreg-Danie?  -  zawołał  Corum  w 

panującym półmroku. - Czy sądzisz, że to coś oznacza? 

- Nie - Noreg-Dan potrząsnął głową - jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem, ale 

to na pewno nie jest przypadkowe. Obawiam się, że to zapowiedź jakiegoś niebezpieczeństwa 

grożącego nam ze strony Chaosu. Byłem świadkiem podobnych znaków. 

-  Lepiej  przygotujmy  się  na  to,  co  może  nadejść.  -  Książę  wyciągnął  długi  miecz 

Vadhaghów  i  odrzucił  w  tył  szkarłatny  płaszcz,  odsłaniając  srebrną  kolczugę.  Inni  także 

dobyli broni i stojąc na krawędzi czeluści czekali na to, co miało im zagrozić. 

Nagle znów pojawił  się  Wąsacz. Miauczał przeraźliwie, usiłując zwrócić  ich uwagę. 

Najwyraźniej dostrzegł coś w otchłani. Przysunęli się do krawędzi i spojrzeli w dół. 

background image

W żółtej mgle poruszał się czerwonawy cień. Stopniowo zaczął się z niej wyłaniać, aż 

w końcu przybrał konkretne kształty. 

Stwór  unosił  się  na  falujących,  purpurowych  skrzydłach,  a  jego  wykrzywiony  pysk 

przypominał  głowę  rekina.  Wyglądał  jak  istota, która  powinna  raczej  zamieszkiwać  morze, 

niż poruszać  się w powietrzu. Potwierdzał to  jeszcze sposób, w  jaki  leciał  - kołysał powoli 

skrzydłami, jakby poruszał się w wodzie. Czerwoną paszczę wypełniały dwa rzędy długich, 

ostrych kłów. Był wielkości dużego byka, a jego skrzydła rozpościerały się niemal na dziesięć 

metrów. 

Wyłonił  się  z  przerażającej  czeluści,  otwierając  i  zamykając  szczęki,  jakby  już 

gotował się do uczty. W błyszczących złotych ślepiach czaiły się głód i wściekłość. 

-  To  Ghanh  -oznajmił  z  rozpaczą  Noreg-Dan.  -  Ten  sam  Ghanh,  który  wiódł  Hordę 

Chaosu,  kiedy  napadła  na  mój  kraj.  To  jeden  z  ulubionych  stworów  Królowej  Xiombarg. 

Zabije nas, nim zdołamy zadać choćby jeden cios. 

-  A więc w tym  świecie  nazywacie go Ghanhem?  -  zainteresował się Jhary.  -  Już go 

kiedyś widziałem i, o ile pamiętam, został pokonany. 

-  Jak  zdołano  go  pokonać?  -  spytał  Corum.  Ghanh  ciągle  wznosił  się  na  skrzydłach, 

szybko zbliżając się w ich kierunku. 

- Tego akurat nie pamiętam. 

- Jeśli się rozdzielimy, będziemy mieli większe szansę  - rzucił Corum, odsuwając się 

od krawędzi przepaści. - Szybko. 

- Wybacz mi tę propozycję, przyjacielu - rzekł Jhary również się cofając - ale myślę, 

że twoi sprzymierzeńcy z krainy cieni bardzo by się teraz przydali. 

-  Tymi  sprzymierzeńcami  są obecnie czarne ptaki, z którymi walczyliśmy w górach. 

Czy zdołają pokonać Ghanha? 

- Radzę, żebyś się o tym przekonał. 

Książę  zsunął  z  oka  przepaskę  i  raz  jeszcze  spojrzał  w  krainę  cieni.  Ujrzał  grupę 

siedzących nieruchomo czarnych ptaków. Każdy z nich miał na piersi ślad po zakrzywionej 

włóczni  Vadhaghów.  Zauważyły  Coruma  i  rozpoznały  go.  Jeden  z  nich  otworzył  dziób  i 

zaskrzeczał tak żałośnie, że książę niemal poczuł dla niego litość. 

- Czy potraficie zrozumieć to, co mówię? - spytał. 

- Corumie! - usłyszał głos Rhaliny. - On już prawie tu jest! 

- Rozumiemy-cię-panie. Czy-masz-dla-nas-zdobycz? - przemówił jeden z ptaków. 

- Tak - Corum zadrżał. - Jeśli potraficie ją sobie wziąć. 

background image

Ręka  Kwilą  sięgnęła  w  głąb  mrocznej  jaskini  i  przywołała  ptaki.  Z  przeraźliwym 

szumem wzbiły się w niebo. 

Przefrunęły do świata, gdzie Corum i jego towarzysze czekali na atak Ghanha. 

- Tam - wskazał książę. - Oto wasz łup. 

Okaleczone, półmartwe, półżywe ptaki wzbiły się jeszcze wyżej i zaczęły krążyć nad 

Ghanhem. Potwór minął skalną krawędź i na widok czworga ludzi otworzył paszczę i wydał 

przeraźliwy krzyk. 

- Uciekajmy! - zawołał Corum. 

Biegli  zapadając  się  w  głębokim,  krwawym  pyle,  a  Ghanh  krzyknął  ponownie,  nie 

mogąc się zdecydować, z którym z nich ma się rozprawić na początek. 

Corum  zakrztusił  się,  gdy  doleciał  go  cuchnący  oddech  potwora.  Obejrzał  się  na 

moment.  Przypomniał  sobie,  jak  tchórzliwe  były  ptaki  i  jak  długo  wahały  się,  nim  ich 

zaatakowały. Czy się odważą - nawet jeśli to oznaczało uwolnienie z Otchłani - zaatakować 

Ghanha? 

 

Tym razem jednak ptaki z niebywałą prędkością rzuciły się w dół. Ghanh, nieświadom 

ich  obecności,  krzyknął  zdumiony,  gdy  zatopiły  dzioby  w  jego  miękkiej  głowie.  Kłapnął 

zębami, chwytając dwa z nich w paszczę. Jednak nawet do połowy pożarte przez potwora, nie 

przestawały go dziobać, gdyż jako martwych nie można ich było zabić po raz drugi. 

Trzepoczące nisko nad ziemią skrzydła Ghanha wzniecały ogromną chmurę rdzawego 

pyłu,  która  przesłaniała  Coru-mowi  i  jego  towarzyszom  przebieg  walki.  Ghanh  wił  się, 

uskakiwał, kłapał paszczą i ryczał głośno, ale dzioby czarnych ptaków bezlitośnie uderzały w 

jego czaszkę. Potwór cofnął się nieco i przewrócił na grzbiet. Owinął się skrzydłami, usiłując 

osłonić głowę, i tak przedziwnie skurczony toczył się coraz dalej i dalej. Ptaki wzbiły się w 

powietrze, potem znowu opadły i nie przestając kłapać dziobami usiłowały dopaść wijący się 

kokon. Ghanh cały ociekał zieloną krwią, do której lepił się brunatny pył. 

W  pewnej  chwili  niespodziewanie  przetoczył  się  nad  krawędzią  i  spadł  w  przepaść. 

Przyjaciele rzucili się naprzód, żeby zobaczyć, co się stanie. Kurz zatykał im płuca i piekł w 

oczy, dostrzegli jednak spadającego Ghanha. Rozpostarł skrzydła, by spowolnić upadek, ale 

na więcej nie miał już sił; nieuchronnie opadał na dno przepaści, a czarne ptaki dziobały jego 

odsłoniętą głowę. W końcu wszystko zniknęło w żółtej mgle. 

Corum czekał, ale nic się z niej nie wyłoniło. 

- Czy to znaczy, Corumie, że nie masz już sprzymierzeńców w krainie cieni? - spytał 

Jhary. - Ptaki nie zabrały przecież swojej zdobyczy... 

background image

- Obawiam się, że masz rację - przyznał książę. Ponownie uniósł przepaskę i ujrzał, że 

straszliwa, lodowata jaskinia jest pusta. - Tak, nikogo tam nie ma. 

- A więc jesteśmy w martwym punkcie. Ptaki nie zabiły Ghanha i same też nie zostały 

zniszczone  -  podsumował  Jhary-a-Conel.  -  No,  ale  przynajmniej  jedno  niebezpieczeństwo 

zostało oddalone... Ruszajmy dalej. 

Czarne  chmury  przestały  płynąć  po  niebie.  Zatrzymały  się  w  miejscu,  przesłaniając 

słońce. Oni zaś posuwali się naprzód pod tą czarną zasłoną. 

Corum spostrzegł, że od chwili, gdy ptaki odpędziły Ghanha, Jhary intensywnie nad 

czymś rozmyśla. 

- Co cię niepokoi? - spytał wreszcie. 

- Przyszło mi na myśl - rzekł towarzysz bohaterów, poprawiając szeroki kapelusz - że 

jeśli Ghanh nie zginął, tylko powrócił do swego legowiska, i skoro  - jak mówi Król Noreg-

Dan, jest on ulubieńcem Xiombarg, to niebawem królowa dowie się, że tu jesteśmy - a może 

już  wie.  Jeśli  tak  się  stanie,  to  niewątpliwie  postanowi  nas  ukarać  za  to,  co  zrobiliśmy  z 

Ghanhem... Corum  zdjął  hełm  i przygładził  włosy. Spojrzał  na Noreg-Dana, który z uwagą 

słuchał Jharego. 

-  To  prawda  -  westchnął  Król  Bez  Królestwa.  -  Musimy  być  gotowi  na  rychłe 

spotkanie  z  Królową  Xiombarg  -  albo  przynajmniej  z  jej  kolejnymi  sługami,  jeśli  ona  sama 

ciągle  jeszcze  nie  domyśla  się,  że  to  pogromca  jej  brata  zjawił  się  tutaj  i  bierze  nas  za 

zwykłych śmiertelników... 

Rhalina szła na przedzie, niezbyt zainteresowana toczącą się rozmową. 

- Patrzcie! - krzyknęła nagle, wskazując ręką przed siebie. 

Podbiegli do niej i ujrzeli, że w równej krawędzi skały widnieje kwadratowe wycięcie 

wysokością nieco przewyższające wzrost człowieka. Zgromadziwszy się wokół stwierdzili, że 

w dół urwiska prowadzą schody. Miały nie więcej niż pół metra szerokości i biegły pionowo 

w dół, równolegle do skalnej ściany, kilometr niżej ginąc w żółtej mgle. Straciwszy choć na 

chwilę równowagę, każdy schodzący niechybnie runąłby prosto w przepaść. 

Corum  przypatrywał  się  w  milczeniu  skalnym  stopniom.  Czy  istniały  naprawdę?  A 

może była to tylko sztuczka Xiombarg? Czy nie znikną nagle, gdy oni będą w pół drogi - jeśli 

w ogóle zdołają zajść tak daleko? 

Lecz  do  wyboru  mieli  jedynie  mozolnie  posuwać  się  wzdłuż  krawędzi,  by  w  końcu 

prawdopodobnie  z  powrotem  znaleźć  się  nad  Białą  Rzeką.  Książę  zaczynał  bowiem 

podejrzewać,  że  Dolina  Krwi  miała  kształt  kolisty,  w  jej  środku  znajdowało  się  Jezioro 

Głosów i góry, a dokoła otaczała ją Otchłań. 

background image

Westchnąwszy ciężko, Corum ostrożnie stanął na pierwszym stopniu i na chwiejnych 

nogach, plecami opierając się o gładką ścianę, zaczął schodzić w dół. 

 

Cztery małe postacie powoli posuwały się po śliskich schodach, aż wreszcie krawędź 

urwiska pogrążyła się w mroku, dno zaś ciągle jeszcze ginęło w żółtej mgle. Ich wędrówce 

towarzyszyła  przerażająca  cisza.  Bali  się  odezwać  czy  zrobić  zbędny  ruch,  który  mógłby 

rozproszyć ich uwagę; z trudem pokonywali stopień za stopniem. Kręciło im się w głowach, a 

otchłań zdawała się ściągać ich w dół. Przyciskając się do lodowatej skały, dygotali z zimna. 

Byli przekonani, że jeszcze parę kroków, a stracą równowagę i spadną prosto w żółtą mgłę. 

I  wtedy  usłyszeli  hałas.  Wydobywał  się  z  mgły.  Chrząka-nie,  sapanie,  prychanie  i 

rechotanie, które z każdym krokiem stawało się coraz głośniejsze. 

Corum  zatrzymał  się  i  obejrzał  na  towarzyszy,  którzy  oparci  o  skałę  także 

nasłuchiwali. Tuż za nim stała Rhalina, potem Jhary, a na końcu Król Bez Królestwa. 

- Znam ten odgłos - odezwał się Noreg-Dan. - Już go kiedyś słyszałem. 

- Co to takiego? - szepnęła Rhalina. 

- Taki hałas powodują tylko bestie Kiombarg. Mówiłem wam, że Ghanh stał na czele 

Hordy Chaosu. Cóż, te odgłosy to właśnie oni. Powinniśmy byli się domyślić, co kryje się za 

tą żółtą mgłą... 

Corum poczuł, jak ogarnia go lodowaty chłód. Spojrzał w dół, gdzie oczekiwały ich 

niewidoczne Bestie z Otchłani. 

background image

Rozdział czwarty 

RYDWANY CHAOSU

 

 

- Co teraz zrobimy? - szepnęła Rhalina. - Co możemy zrobić przeciwko nim? 

Corum  nie  odpowiedział.  Przytrzymując  się  sześciopalcą  ręką,  aby  zachować 

równowagę, wyciągnął miecz. 

Dopóki żył Ghanh, nie mogli liczyć na pomoc z krainy cieni. 

- Słyszycie? - zapytał Jhary. - To dziwne... skrzypienie...? 

Corum  skinął  głową.  Skrzypieniu  towarzyszyło  dudnienie,  a  wszystko  razem 

wydawało  się  jakby  znajome.  Zlewało  się  w  jedno  z  prychaniem,  sapaniem  i  groźnymi 

pomrukami, dochodzącymi z żółtej mgły. 

-  Nic  nie  możemy  na to poradzić  -  rzekł w końcu Corum.  -  Musimy  iść dalej,  mając 

nadzieję, że wkrótce osiągniemy dno Otchłani. Tam przynajmniej będziemy mniej odsłonięci 

i łatwiej przyjdzie nam walczyć z tym, co powoduje ten hałas... cokolwiek to jest... 

Zaczęli ostrożnie schodzić dalej, wypatrując pierwszych śladów Bestii. 

 

Stopa  Coruma  dotknęła  dna,  nim  zdążył  to  sobie  w  pełni  uświadomić.  Tak 

przyzwyczaił się do schodzenia, że niemal odruchowo przyciskał się do skały, szukając nogą 

kolejnego  stopnia.  Lecz  teraz  stopnie  się  skończyły.  Zobaczył  nierówny,  kamienisty  grunt, 

ginący w żółtej mgle, ale nie było ani śladu żywej istoty. 

Pozostali stanęli obok niego. Wciąż słyszeli chrząkanie i rechotanie i czuli obrzydliwy 

odór, lecz źródło tych dźwięków  i zapachów nadal pozostawało niewidoczne. Nie ustawało 

też skrzypienie i dudnienie. 

W końcu Corum zobaczył to, co było ich przyczyną. 

-  Na  Miecz  Elrika!  -  jęknął  Jhary.  -  To  Rydwany  Chaosu.  Powinienem  był  się 

domyślić! 

Z mgły z turkotem wyłoniły się wielkie rydwany, ciągnięte przez gadopodobne bestie. 

Wypełniały je najrozmaitsze, mniej lub bardziej zdeformowane istoty. Niektóre siedziały na 

grzbietach innych. Wszystkie miały coś z człowieka, były odziane w zbroje i dzierżyły broń. 

Przypominały wieprze, psy, krowy, żaby, konie; zwierzęta przekształcone w karykatury ludzi. 

- Czy to Chaos tak zmienił te zwierzęta? - spytał Corum zduszonym głosem. 

- Mylisz się, Corumie - rzekł Jhary. 

- Co masz na myśli? 

background image

- Te bestie - odezwał się Król Bez Królestwa - były niegdyś ludźmi. Wielu z nich to 

moi dawni poddani, którzy sprzymierzyli się z Chaosem, gdyż widzieli, że jest potężniejszy 

od Ładu... 

- I taką otrzymali zapłatę? - wtrąciła Rhalina, patrząc na potwory z obrzydzeniem. 

-  Myślę,  że  nie  są  świadomi  swej  przemiany  -  odparł  Jhary  cicho.  -  Zbyt  się 

zdegenerowali, by zachować wiele wspomnień z poprzedniego życia. 

Skrzypiąc  kołami  rydwany  -  wraz  ze  swymi  parskającymi,  ryczącymi  i  wyjącymi 

załogami - zbliżyły się jeszcze bardziej. 

Nie pozostało im nic innego, jak rzucić się do ucieczki. Biegli z mieczami w dłoniach 

po wyboistym gruncie, krztusząc się odorem bijącym od Hordy Chaosu i lepką żółtą mgłą. 

Stado zawyło radośnie, woźnice zacięli swe bestie i rydwany przyśpieszyły. Upiorne, 

zdeformowane stworzenia rozkoszowały się polowaniem. 

Osłabieni wcześniejszymi przeżyciami oraz brakiem wody i żywności wędrowcy nie 

mogli  szybko  biec  i  w  końcu  wyczerpani  przycupnęli  za  wielkim  głazem.  Rydwany  z 

diabelskimi, odczłowieczonymi istotami pędziły na nich z łoskotem, niosąc z sobą kakofonię 

dźwięków i przyprawiającą o mdłości woń. 

Corum  miał  nadzieję,  że  rydwany  ich  ominą,  ale  bestie  Chaosu  dobrze  widziały  we 

mgle, i już pierwszy pojazd skręcił w ich kierunku. Książę wspiął się na głaz, aby znaleźć się 

wyżej niż przeciwnicy. Uderzył pięścią świniopodobną istotę, która wdrapała się jego śladem. 

Trafił  ją w twarz, ale ona zamachnęła się  nabijaną  mosiężnymi  ćwiekami  maczugą. Corum 

pchnął  ją  mieczem  i  bestia padła w konwulsjach. Także  i  inni zostali zaatakowani.  Rhalina 

skutecznie  broniła  się  mieczem.  Cała  trójka  walczyła  zwrócona  plecami  w  stronę  głazu, 

podczas gdy stojący z drugiej strony Corum ubezpieczał ich od tyłu. Nagle skoczyło na niego 

jakieś  psopodobne  zwierzę.  Miało  hełm  i  pancerz.  Zatopiło  długie  kły  w  jego  ramieniu. 

Jednym potężnym uderzeniem miecza rozłupał bestii pysk. Zmienione w łapy ręce chwytały 

go za płaszcz, za buty, szarpały go pazurami. Miecze  i  maczugi wściekle uderzały tuż koło 

jego  stóp,  a  kłębiący  się  tłum  stworzeń  usiłował  wspiąć  się  za  nim  po  skale.  Corum  deptał 

bestie po palcach, odrąbywał kończyny, ciął mieczem po oczach, zatapiał ostrze w sercach, a 

strach, który przez cały czas ściskał mu gardło, tylko dodawał księciu sił. 

Hałas wzniecany przez Hordę Chaosu coraz mocniej dźwięczał mu w uszach. Z mgły 

wyłaniały się kolejne rydwany, aż wreszcie kilka ich setek otoczyło skałę. 

Stało  się  dla  niego  jasne,  że  stado  nie  zamierzało  na  razie  zabijać  przeciwników. 

Bestie,  gdyby  tylko  chciały,  dawno  zdołałyby  to  uczynić.  Zapewne  planowały  poddać  ich 

torturom albo zmienić w podobne do siebie istoty. 

background image

Corum  ze  zgrozą  przypomniał  sobie,  jak  torturowali  go  Mabdeńczycy,  i  walczył 

jeszcze usilniej, pragnąc sprowokować któregoś z członków stada, by go zabił. 

Z  wolna  szala  przechylała  się  na  korzyść  atakujących  bestii.  W  końcu  wokół  głazu 

spiętrzyło  się  tyle  trupów,  że  żadne  z  trójki  towarzyszy  Coruma  nie  było  w  stanie  choćby 

unieść ręki, i wszyscy znaleźli się w pułapce. Tylko książę walczył nadal, siekąc wszystkich, 

którzy usiłowali go pochwycić. Jednak w pewnej chwili jakieś stworzenie, wspiąwszy się na 

skałę,  chwyciło  go  od  tyłu  za  nogi  i  ściągnęło  w  dół,  gdzie  znajdowali  się  rozbrojeni  i 

skrępowani Rhalina, Jhary i Król Bez Królestwa. 

 

Przez szeregi Hordy Chaosu przecisnął się ktoś o wydłużonym końskim pysku. Wydął 

pogardliwie wargi, odsłaniając wielkie, pożółkłe  zęby,  i  zarżał radośnie. Poprawił  hełm, po 

czym buńczucznie wsparł dłonie na biodrach. 

-  Nie  wiem,  czy  mamy  się  wami  zająć  sami  -  odezwał  się  -  czy  też  zabrać  was  do 

naszej pani? Być może zainteresujecie Królową Xiombarg... 

- Czemu miałaby ją interesować czwórka zwykłych śmiertelników? - rzekł Corum. 

-  Może  jesteście  kimś  więcej?  -  Człowiek-koń  wyszczerzył  zęby.  -  Na  przykład 

wysłannikami Ładu? 

- Wiesz, że Ład już tu nie panuje! 

- Lecz Ład może chcieć znów tu panować, a wy mogliście przybyć z innego wymiaru. 

- Nie poznajesz mnie?! - zawołał Noreg-Dan. 

Człowiek-koń podrapał się w głowę i spojrzał tępo na Króla Bez Królestwa. 

- Skąd miałbym cię znać? 

- Ja ciebie znam. Dostrzegam ślady twych pierwotnych rysów... 

-  Milcz! Nie wiem, o czym  mówisz!  - Człowiek-koń wyciągnął do połowy  sztylet.  - 

Milcz! 

-  Nie  możesz  znieść  tej  myśli!  -  krzyknął  Noreg-Dan.  -  Nazywałeś  się  Polib-Bav  i 

byłeś Księciem Temu! 

Związałeś swój los z Chaosem, jeszcze zanim upadło moje królestwo... 

- Nie! - prychnął człowiek-koń potrząsając głową. 

W jego oczach pojawił się strach. 

- Jesteś Polib-Bav i byłeś zaręczony z moją córką, którą twoja Horda Chaosu... Nieee! 

Nie potrafię o tym myśleć! 

-  Pamięć  cię  zawodzi  -  przerwał  Polib-Bav  ochryple.  -  Jestem  jedynie  tym,  kim 

jestem. 

background image

- Więc jak się nazywasz? - rzucił Noreg-Dan. - Jak się nazywasz, jeśli nie Polib-Bav, 

Książę Ternu? 

Człowiek-koń uderzył go w twarz swoją niezgrabną dłonią. 

- Kim jestem? Jestem poddanym Królowej Xiombarg, a nie twoim. 

-  Nie pozwoliłbym ci  na  służbę u  mnie  -  odparł  król szyderczo. Z  jego górnej  wargi 

spływała krew. - Och, spójrz, czym się stałeś, Polib-Bavie. 

- Żyję. - Człowiek-koń odwrócił się. - Dowodzę tym wojskiem. 

- Żałosnym wojskiem potworów! - roześmiał się Jhary. 

Krowopodobna istota kopnęła go kopytem w żołądek i towarzysz bohaterów jęknął z 

bólu. Zdołał jednak unieść głowę i zaśmiać się ponownie. 

-  Wasza  degeneracja  dopiero  się  zaczyna.  Widziałem,  czym  stają  się  ludzie  służący 

Chaosowi - bezkształtnymi, bezwolnymi, cuchnącymi potworami! 

- I co z tego? - powiedział Polib-Bav łagodniej. - Decyzja została podjęta. Nie można 

jej odwrócić. Królowa Xiombarg przyrzekła nam wieczne życie. 

- I będzie wieczne - stwierdził Jhary. - Tyle że nie będzie to życie. W ciągu wieków 

podróżowałem po wielu krainach i widziałem, do czego prowadzi Chaos - do stagnacji. Tylko 

ta jest wieczna, chyba że Ład do niej nie dopuści. 

Człowiek-koń parsknął z obrzydzeniem. 

-  Zabierzcie  ich  do  rydwanu  -  mojego  rydwanu.  Zawieziemy  ich  do  Królowej 

Xiombarg. 

-  Niegdyś  byłeś  przystojny,  książę.  -  Noreg-Dan  jeszcze  raz  spróbował  podjąć 

rozmowę. - Moja córka cię kochała, a ty kochałeś ją. Wtedy byłeś mi wierny. 

- A teraz jestem wierny Królowej Xiombarg. - Polib-Bav odwrócił się. - Teraz to jest 

jej świat. Shalod, Lord Ładu, uciekł i nigdy już tu nie wróci. Jego wojsko i sprzymierzeńcy, 

jak  dobrze  wiesz,  zostali  rozgromieni  w  Dolinie  Krwi...  -  Polib-Bav  wskazał  w  górę.  Wziął 

cztery miecze, które podała mu żabopodobna istota, i wsunął je pod pachę. - Zabierzcie ich do 

rydwanu. Jedziemy do pałacu królowej. 

Gdy siłą umieszczono Coruma wraz z pozostałymi w rydwanie Polib-Bava, ogarnęła 

go  rozpacz.  Ręce  skrępowano  mu  z  tyłu  mocnymi  powrozami  i  nie  widział  żadnych  szans 

ucieczki. Kiedy postawią go przed obliczem Królowej Xiombarg, ta natychmiast go rozpozna. 

Zniszczy go, podobnie jak pozostałych, i przepadnie cała nadzieja na uratowanie Lywm-an-

Esh.  Po  zwycięstwie  Króla  Lyra  siły  Chaosu  umocnią  swą  potęgę.  Zostanie  przyzwany 

Władca  Mieczy  i  wszystkie  Piętnaście  Wymiarów  znajdzie  się  całkowicie  pod  kontrolą 

Lordów Entropii. 

background image

Leżał  wraz  z  towarzyszami  u  stóp  Polib-Bava,  a  Rydwany  Piekła  ruszyły  po  dnie 

otchłani.  Koła  skrzypiały  i  stukotały,  podskakując  na  kamieniach,  i  wkrótce  Corum  stracił 

przytomność. 

Obudził  się,  mrużąc  oczy  przed  intensywnym  światłem.  Mgły  już  nie  było.  Uniósł 

głowę  i  ujrzał  wznoszące  się  za  nimi  gigantyczne  urwisko.  Domyślił  się,  że  opuścili  już 

otchłań.  Poruszali  się  przez  rzadki  las  porośnięty  karłowatymi,  usychającymi  drzewkami. 

Odwrócił poobijaną głowę i spojrzał na Rhalinę. Widać było, że płakała, lecz teraz próbowała 

się uśmiechnąć. 

- Wyjechaliśmy z otchłani tunelem, jakieś kilka godzin temu - wyjaśniła. - Do pałacu 

królowej musi być daleko. Zastanawiam się, dlaczego nie użyją magicznych sposobów, aby 

się tam dostać szybciej? 

- Chaos jest kapryśny - odezwał się leżący obok niej Jhary-a-Conel. -  A poza tym w 

świecie bez czasu nie trzeba się śpieszyć. 

- Co się stało z twoim kotkiem? - spytał Corum. 

- Okazał się mądrzejszy ode mnie. Odleciał. Nie widziałem... 

-  Cisza!  -  wrzasnął  powożący  rydwanem  człowiek-koń.  -  Denerwuje  mnie  ta  wasza 

paplanina. 

-  A  może  cię  niepokoi?  -  zasugerował  Jhary.  -  Może  przypomina  ci,  że  kiedyś  też 

potrafiłeś logicznie myśleć i poprawnie się wypowiadać... 

Polib-Bav kopnął go w twarz i Jhary jęknął, a z nosa buchnęła mu krew. 

Corum  ryknął  i  szarpnął  więzy.  Ujrzał  w  górze  końską  twarz  Polib-Bava  i  usłyszał 

jego śmiech. 

-  Sam  wyglądasz  dość  groteskowo,  przyjacielu  -  z  tą  przeszczepioną  ręką  i 

dziwacznym okiem. Gdybym nie wiedział prawdy, rzekłbym, że służysz Chaosowi. 

- Może tak jest - powiedział Corum. - Nie pytałeś o to. Po prostu założyłeś, że służę 

Ładowi. 

Polib-Bav zmarszczył brwi, lecz zaraz potem jego tępa twarz się rozpogodziła. 

- Próbujesz mnie podejść. Nie zrobię nic, dopóki nie zobaczy cię Królowa Xiombarg... 

- Machnął lejcami i zaprzęg przyśpieszył. - W końcu to chyba ty i twoi przyjaciele zabiliście 

najsilniejszego członka naszego oddziału. Widzieliśmy, jak zaatakował, a potem znikł. 

- Masz na myśli Ghanha? - upewnił się Corum, czując jak wstępuje w niego otucha. - 

Ghanha! 

W tej samej chwili Ręka Kwilą raz  jeszcze poruszyła się z własnej woli  i rozerwała 

pęta krępujące nadgarstki Coruma. 

background image

-  Widzisz!  - wykrzyknął Polib-Bav tryumfalnie.  -  To ja cię podszedłem.  Wiedziałeś, 

że to Ghanh został zabity. A zatem to... Co?! Uwolniłeś się! - Ściągnął lejce. - Zatrzymać się! 

-  Wyciągnął  miecz,  lecz  Corum  przetoczył  się  po  podłodze  rydwanu  i  zeskoczył  na  ziemię. 

Zerwał przepaskę  i  natychmiast ujrzał  jaskinię w krainie cieni,  skąd poprzednio przybywali 

jego sprzymierzeńcy. Tam ze zmasakrowaną głową, w kałuży zakrzepłej krwi, leżał Ghanh. 

Podczas  gdy  wojownicy  Polib-Bava  rzucili  się  w  stronę  Coruma,  Ręka  Kwilą 

przekroczyła granicę krainy cieni i skinęła na Ghanha, który niechętnie uniósł martwy łeb. 

- Wypełnisz mój rozkaz - oznajmił Corum. - Potem będziesz wolny. Ale, żeby okupić 

uwolnienie, musisz zabić wiele ofiar. 

Ghanh nie odezwał się, lecz błysnąwszy kłami ryknął, jakby chcąc potwierdzić to, że 

zrozumiał. 

- Chodź! - zawołał Corum. - Chodź po swoją zdobycz. 

Purpurowe skrzydła Ghanha drgnęły i bestia powoli wyfrunęła z jaskini, opuszczając 

krainę cieni i raz jeszcze wkraczając w świat, z którego usunęły ją ptaki. 

- Ghanh wrócił! - krzyknął Polib-Bav radośnie. - O, najdroższy, wróciłeś do nas! 

Bestie  znów  pochwyciły  Coruma,  lecz  tym  razem  książę  się  uśmiechał.  Patrzył,  jak 

Ghanh  wydawszy  z  siebie  krzyk  udręki  przygniótł  potężnym  cielskiem  pobliski  rydwan, 

owinął go skrzydłami i metodycznie miażdżył wszystkich w środku. 

Stworzenia  trzymające  Coruma  były  tak  zaskoczone,  że  zdołał  się  wyswobodzić. 

Rzuciły  się  na  niego,  lecz  Ręka  Kwilą  pierwszemu  rozwaliła  łeb,  a  kolejnemu  strzaskała 

obojczyk.  Książę  podbiegł  do  rydwanu  Polib-Bava.  Przywódca  Hordy  Chaosu  zsiadłszy  z 

rydwanu stał obok i wpatrywał się swymi wielkimi końskimi oczami w to, co działo się z jego 

towarzyszami. Nim  zdążył  zauważyć  Coruma,  Książę w Szkarłatnym Płaszczu porwał swój 

miecz  złożony  wraz  z  innymi  na  podłodze  rydwanu  i  wymierzył  cios  w  jego  kierunku. 

Człowiek-koń  odskoczył  wyciągając  miecz,  lecz  oszołomiony  poruszał  się  ciężko  i 

niezdarnie. Sparował kolejne uderzenie, spróbował  sam trafić  Coruma, ale Vadhagh uchylił 

się  i  szybkim  pchnięciem  przebił  mu  gardło.  Charcząc  w  agonii,  Polib-Bav  zwalił  się  na 

ziemię. 

Corum  szybko  przeciął  więzy  krępujące  przyjaciół,  którzy  odzyskawszy  miecze 

stanęli  gotowi  do  walki  z  bestiami  Chaosu.  Lecz  Horda,  otrząsnąwszy  się  nieco  z 

zaskoczenia,  rzuciła  się  do  ucieczki.  Jej  rydwany  rozpierzchły  się  pomiędzy  wątłymi 

drzewkami,  a  Ghanh,  zostawiwszy  swe  pierwsze  ofiary,  wyruszył  w  poszukiwaniu 

następnych. Corum pochylił się nad ciałem Polib-Bava i zabrał mu manierkę oraz zatknięty za 

background image

pasem  woreczek  z  czarnym  chlebem.  Wkrótce  Horda  Chaosu  zniknęła  im  z  oczu,  i  zostali 

sami na leśnej drodze. 

Książę obejrzał rydwan. Gadopodobne bestie wydawały się w miarę spokojne. 

- Czy myślisz, Królu Noreg-Danie, że potrafilibyśmy tym kierować? - zapytał. 

- Nie jestem pewien. Może... - Król Bez Królestwa pokręcił głową z powątpiewaniem. 

-  Ja  mogę  tym  pokierować  -  zaofiarował  się  Jhary.  -  Miałem  trochę  do  czynienia  z 

podobnymi  rydwanami  i  ze  stworzeniami,  które  je  ciągną.  -  Wskoczył  na  rydwan  tak 

gwałtownie,  że  aż  zafalowało  mu  rondo  kapelusza  i  zabrzęczała  sakwa,  którą  miał  u  pasa. 

Chwyciwszy lejce odwrócił się do nich z szerokim uśmiechem na twarzy. - Dokąd jedziemy? 

Do pałacu królowej? 

- Myślę, że na razie nie - zaśmiał się Corum. - Sama pośle po nas, kiedy dowie się, co 

się stało z jej Hordą. Pojedziemy tam - wskazał przed siebie. Pomógł Rhalinie wdrapać się na 

rydwan. Zaczekał, aż uczyni to Noreg-Dan, po czym sam wsiadł jako ostatni. Jhary machnął 

lejcami,  odwrócił  rydwan  i  wkrótce,  podskakując  na  wybojach,  pomknęli  przez  karłowaty 

lasek, zjeżdżając ze wzgórza w dolinę pełną smukłych, ustawionych pionowo głazów. 

background image

Rozdział piąty 

SKAMIENIAŁA ARMIA

 

 

To nie były kamienie. 

To byli ludzie. 

Każdy głaz to był zamarły niczym posąg wojownik, dzierżący w rękach broń. 

- To Skamieniała Armia - powiedział Noreg-Dan cicho. - Ostatni, którzy chwycili za 

broń przeciw Chaosowi. 

- Czy tak ich ukarano? - zapytał Corum ze zgrozą. 

- Tak. 

-  Oni  żyją?  Prawda?  Wiedzą,  że  przejeżdżamy  pomiędzy  nimi?  -  spytał  Jhary 

ściągając lejce. 

-  Tak.  Słyszałem,  że  Królowa  Xiombarg  powiedziała,  iż  skoro  tak  gorąco  wspierali 

Ład, to powinni zakosztować tego, o co walczyli - ostatecznego celu Ładu, jakim jest wieczny 

spokój - wyjaśnił Noreg-Dan. 

- Czy naprawdę do tego właśnie prowadzi Ład? - Rhalina zadrżała. 

-  Chaos  chciałby,  abyśmy  tak  uważali  -  rzekł  Jhary.  -  Lecz  to  nie  ma  znaczenia,  bo 

Kosmiczna Równowaga wymaga złotego środka - cząstki Chaosu, cząstki Ładu - tak że jedno 

stabilizuje drugie. Różnica polega na tym, że Ład uznaje konieczność istnienia Równowagi, 

podczas  gdy  Chaos  jej  zaprzecza.  Ale  nawet  Chaos  nie  może  sobie  pozwolić  na  to,  by  ją 

kompletnie  odrzucić,  gdyż  jego  poplecznicy  wiedzą,  że  nieprzestrzeganie  pewnych  zasad 

prowadzi do samozagłady. Dlatego Królowa Xiombarg nie ośmiela się wkraczać osobiście w 

świat  innego  z  Wielkich  Starych  Bogów,  a  posługuje  się  jedynie  wysłannikami,  jak  to  ma 

miejsce  w  przypadku  waszego  wymiaru.  Podobnie  jak  pozostali  bogowie,  nie  może  też 

dowolnie  postępować  z  ludźmi,  nie  może  ich  zabijać  dla  własnego  widzimisię  -  istnieją 

określone zasady... 

- Lecz żadne zasady nie chronią tych biednych istot - wtrąciła Rhalina. 

- Pewne - tak. Wciąż żyją. Nie zabiła ich. 

Corum  przypomniał  sobie  wieżę,  w  której  znalazł  serce  Ariocha.  Tam  też  byli 

skamieniali ludzie. 

-  O  ile  nie  zostanie  bezpośrednio  zaatakowana  -  ciągnął  Jhary  -  Kiombarg  nie  może 

sama zabijać ludzi. Może jednak sprawić, że zabiją ich ci, którzy jej służą. Może również na 

nieokreślony czas zawiesić życie śmiertelników, tak jak to uczyniła z tymi wojownikami. 

background image

- A więc Królowa Xiombarg nam nie zagraża - zauważył Corum. 

-  Jeśli  tak  chcesz  to  ująć  -  Jhary  się  uśmiechnął.  -  Lecz  z  całą  pewnością  grozi  ci 

niebezpieczeństwo ze strony jej sług, a tych, jak widziałeś, ma bez liku. 

- Tak - potwierdził Król Bez Królestwa z przekonaniem. - Naprawdę bez liku. 

Trzymając jedną ręką lejce, Jhary otrzepał swój ubiór z kurzu. Wszystkie rzeczy były 

w strzępach, splamione krwią z ran, których Jhary doznał w starciu z Hordą Chaosu. 

-  Wiele  bym  dał  za  nowe  odzienie  -  mruknął.  -  Dobiłbym  targu  nawet  z  samą 

Xiombarg... 

- Zbyt często wymawiamy to imię - stwierdził Noreg-Dan nerwowo. - Ściągniemy ją 

sobie na głowę tym gadaniem. 

Nagle całe niebo zadrżało od śmiechu. 

Chmury  pokryły  się  punkcikami  złotego  światła.  W  oddali  narastała  błyszcząca 

pomarańczowa  poświata.  Skamieniali  wojownicy  rzucali  teraz  gigantyczne,  wydłużone 

cienie. 

Jhary gwałtownym szarpnięciem osadził rydwan na miejscu. Twarz mu pobladła. 

Z nieba spadł deszcz fioletowego światła. 

Śmiech nie ustawał. 

- Co to? - Dłoń Rhaliny powędrowała do rękojeści miecza. 

- To ona. Ostrzegałem was. To ona - wymamrotał Król Bez Królestwa. Ukrył twarz w 

dłoniach i skulił się cały. 

- Xiombarg? - Corum również sięgnął po miecz. - Czy to Xiombarg, Noreg-Danie? 

- Tak, to ona. 

Ziemia zatrzęsła się od śmiechu. Kilku wojowników zachwiało się i przewróciło jak 

kamienne posągi. Corum rozejrzał się, szukając źródła śmiechu. Czy dochodził z poświaty? A 

może ze złotego światła? Albo fioletowego deszczu? 

-  Królowo Xiombarg, gdzie  jesteś?!  -  Potrząsnął  wyzywająco mieczem. Jego ludzkie 

oko błyszczało groźnie. - Gdzie jesteś, diabelska istoto? 

-  JESTEM  WSZĘDZIE!  -  odparł  potężny,  melodyjny  głos.  -  JESTEM  TYM 

ŚWIATEM I TEN ŚWIAT JEST KIOMBARG! 

- Jesteśmy zgubieni - wyjąkał Król Bez Królestwa. 

-  Powiedziałeś,  że  ona  nie  może  nas  zaatakować  -  zwrócił  się  Corum  do  Jharego-a-

Conela. 

- Powiedziałem, że nie może zaatakować bezpośrednio. Ale spójrz... 

background image

Corum się odwrócił. Doliną zbliżały się skacząc dziwaczne istoty. Każda miała kilka 

nóg  i  z  dziesięć  macek  sterczących  z  tułowia.  Przewracały  ogromnymi  ślepiami  i  kłapały 

masywnymi szczękami. 

- Karmanale z Zertu - oznajmił Jhary lekko zaskoczony. Rzucił lejce i dobył miecza i 

puginału. - Już się z nimi kiedyś spotkałem. 

- Jak zdołałeś uciec? - spytała Rhalina. 

-  W  owym  czasie  towarzyszyłem  bohaterowi,  który  dysponował  mocą  zdolną  je 

pokonać. 

- Ja też mam moc - rzucił Corum złowieszczo, sięgając ręką do przepaski. Lecz Jhary 

przecząco pokręcił głową. 

- Obawiam się, że nie. Karmanale z Zertu są niezniszczalne. Zarówno Ład jak i Chaos 

w pewnym momencie próbowały się ich pozbyć - te niestałe istoty walczą raz po jednej, raz 

po  drugiej  strome,  bez  żadnego  określonego  powodu.  Nie  mają  duszy.  Właściwie  tak 

naprawdę nie istnieją. 

- W takim razie chyba nie mogą nam zrobić nic złego! 

Śmiech się wzmógł. 

-  Zgadzam  się,  że,  logicznie  rzecz  biorąc,  nie  powinny  nam  wyrządzić  krzywdy  - 

odparł Jhary ze stoickim spokojem. - Ale obawiam się, że może być inaczej. 

Do  rydwanu  zbliżało  się  około  dziesięciu  skaczących  stworzeń.  Kluczyły  między 

skamieniałymi wojownikami - i śpiewały. 

- Karmanale z Zertu zawsze śpiewają przed ucztą - wyjaśnił Jhary. - Zawsze. 

Corum  zastanawiał  się,  czy  Jhary  oszalał.  Potwory  były  tuż-tuż,  a  towarzysz 

bohaterów gawędził sobie, jakby nieświadom niebezpieczeństwa. 

Śpiew  był  melodyjny  i  sprawiał,  że  stwory  budziły  jeszcze  większą  grozę.  Śmiech 

Xiombarg, wypełniając całe niebo, brzmiał jak kontrapunkt. 

Kiedy skaczące istoty były już niemal przy nich, Jhary rozłożył ramiona, trzymając w 

jednej ręce miecz, a w drugiej sztylet i zawołał: 

- Królowo Xiombarg! Królowo Xiombarg! Jak myślisz, kogo zabijesz? 

Karmanale  z  Zertu  zatrzymały  się  gwałtownie,  zamarłe  nagle  jak  armia,  która  je 

otaczała. 

-  Zabiję  paru  śmiertelników,  którzy  powstali  przeciw  mnie  i  przywiedli  do  śmierci 

tych, których kochałam - rozległ się głos tuż za ich plecami. 

Corum odwrócił się i ujrzał najpiękniejszą kobietę, jaka kiedykolwiek istniała. Miała 

ciemnozłote włosy z pasemkami brązu i czerni, doskonale harmonijne rysy twarzy, a jej oczy 

background image

i usta zwiastowały rozkosz tysiąc razy większą, niż jakakolwiek kobieta dała mężczyźnie w 

ciągu  wszystkich  wieków  historii.  Jej  smukłe  ciało  o  idealnych  kształtach  było  odziane  w 

zwiewne szaty w kolorach złotym, pomarańczowym i fioletowym. Uśmiechnęła się zalotnie. 

- Czy takich właśnie ludzi zabiję? - spytała. - A jeśli nie, to kogo, Mistrzu Timerasie? 

-  Obecnie  nazywam  się  Jhary-a-Conel  -  sprostował  uprzejmie.  -  Czy  mogę  ci 

przedstawić... 

Corum skoczył do przodu. 

- Zdradziłeś nas, Jhary? Jesteś po stronie Chaosu? 

-  Nie  jest  niestety  po  stronie  Chaosu  -  westchnęła  Królowa.  -  Natomiast  wiem,  że 

często towarzyszy tym, którzy służą Ładowi. - Spojrzała na niego czule. - W gruncie rzeczy 

wcale  się  nie  zmieniasz,  Timerasie.  Myślę,  że  najbardziej  podobasz  mi  się  w  postaci 

mężczyzny. 

- A ty mnie w postaci kobiety, Xiombarg. 

-  Muszę rządzić tym  światem w postaci kobiety... Znam cię  jako sługusa  bohaterów, 

Jhary-Timerasie,  więc  przypuszczam,  że  ten  przystojny  Vadhagh  z  dziwną  ręką  i  okiem  też 

jest kimś w rodzaju bohatera... 

Nagle przyjrzała się bliżej Corumowi. 

- JUŻ WIEM! 

Jej  postać  zaczęła  się  zmieniać  i  powiększać  gwałtownie.  Twarz  przeobrażała  się 

kolejno w oblicze szkieletu, ptaka, mężczyzny, aby w końcu ponownie stać się twarzą pięknej 

kobiety. Lecz teraz nie było w niej już nic z zalotności, a Xiombarg miała pięćdziesiąt metrów 

wysokości. 

- JUŻ WIEM! 

-  Czy  teraz  mogę  ci  wreszcie  przedstawić  Księcia  Coruma  Jhaelena  Irsei  w 

Szkarłatnym Płaszczu? 

-  JAK  ŚMIESZ  WDZIERAĆ  SIĘ  DO  MOJEGO  ŚWIATA  -  TY,  KTÓRY 

ZNISZCZYŁEŚ  MEGO  BRATA?  WŁAŚNIE  W  TEJ  CHWILI  CI,  KTÓRZY  NADAL 

POZOSTAJĄ  MI  WIERNI  W  JEGO  ŚWIECIE,  SZUKAJĄ  CIĘ,  ŻEBY  CIĘ  ZABIĆ. 

JESTEŚ  GŁUPCEM,  ŚMIERTELNIKU!  CO  ZA  HAŃBA!  MYŚLAŁAM,  ŻE  MEGO 

BRATA  POKONAŁ  WALECZNY  BOHATER,  LECZ  TERAZ  WIEM,  ŻE  TO 

SKOŃCZONY DUREŃ! KARMANALE - PRECZ! - Skaczące istoty zniknęły. - ZGOTUJĘ 

CI  STRASZLIWSZĄ  ZEMSTĘ,  CORUMIE  JHAELENIE  IRSEI  -  I  WSZYSTKIM, 

KTÓRZY CI TOWARZYSZĄ! 

background image

Złote światło zgasło, znikła pomarańczowa poświata i ustał fioletowy deszcz, lecz na 

niebie wciąż wyraźnie odcinał się olbrzymi cień Xiombarg. 

-  PRZYSIĘGAM  NA  KOSMICZNĄ  RÓWNOWAGĘ  -  WRÓCĘ  TU,  GDY 

OBMYŚLĘ  ODPOWIEDNIĄ  FORMĘ  ZEMSTY.  ZNAJDĘ  CIĘ  WSZĘDZIE,  DOKĄD 

SPRÓBUJESZ UCIEC. SPRAWIĘ, IŻ POŻAŁUJESZ, ŻE KIEDYKOLWIEK SPOTKAŁEŚ 

KSIĘCIA  CHAOSU,  ARIOCHA,  I  NARAZIŁEŚ  SIĘ  NA  GNIEW  JEGO  SIOSTRY, 

XIOMBARG! 

Xiombarg znikła i znów zapadła cisza. 

-  Dlaczego  jej  powiedziałeś?  -  Corum  był  mocno  wstrząśnięty.  -  Teraz  już  nie 

uciekniemy! Przyrzekła ścigać nas wszędzie, dokąd się udamy  - sam  słyszałeś. Dlaczego to 

zrobiłeś? 

- Przypuszczałem, że i tak się zorientuje  - wyjaśnił Jhary spokojnie. -  A poza tym to 

był jedyny sposób, aby nas ocalić. 

- Ocalić nas?! 

- Tak. Karmanale z Zertu już nam nie zagrażają. Zapewniam cię, że gdybym nie zajął 

Królowej  Xiombarg  rozmową,  to  już  dawno  znaleźlibyśmy  się  w  ich  trzewiach. 

Przypuszczam,  że  ona  nie  wiedziała,  jak  wyglądasz  -  my  wszyscy  wydajemy  się  bogom 

bardzo podobni -  lecz poznałaby nas po tym, jak walczymy. Corumie, tylko tak można było 

powstrzymać Karmanale. 

- Lecz to nam nic nie dało. Teraz i tak ześle na nas wszelkie potworności, jakie tylko 

przyjdą jej do głowy. Niedługo wróci i wtedy spotka nas jeszcze gorszy los. 

-  Muszę  nadmienić  -  rzekł  Jhary  - że  miałem  na  względzie  jeszcze coś  innego. Otóż 

zyskaliśmy czas, aby przyjrzeć się temu, co się do nas zbliża. 

Spojrzeli we wskazanym kierunku. 

To coś unosiło się w powietrzu, błyskając światłami i bucząc jednostajnie. 

- Co to? - zapytał Corum. 

- To jest, jak sądzę, statek powietrzny - odparł Jhary. - Mam nadzieję, że przybył, aby 

nas uratować. 

- Albo żeby nas zaatakować - zauważył Corum. - Nadal sądzę, że nie powinieneś był 

ujawniać, kim jestem, Jhary... 

- Najlepiej jest zawsze wszystko wyjaśnić - odparł Jhary wesoło. 

background image

Rozdział szósty 

MIASTO WE WNĘTRZU PIRAMIDY

 

 

Statek  powietrzny  miał  kadłub  z  błękitnego  metalu,  zdobiony  barwnymi, 

emaliowanymi  płytkami  ceramicznymi,  które  układały  się  w  różne  skomplikowane  wzory. 

Jego buczenie przypominało dźwięki wydawane przez człowieka. Kiedy zaczął się opuszczać, 

doleciał ich delikatny zapach migdałów. 

Corum rozróżniał teraz  mosiężną  balustradę, żelazne, srebrne  i platynowe przyrządy 

oraz bogato zdobioną  sterówkę. Poczuł, że ten widok  jest  mu znajomy  -  jakby  jakiś dawno 

zapomniany  obraz  z  dzieciństwa.  Przyglądał  się  ciekawie,  podczas  gdy  pojazd  zaczął 

lądować. Oderwał się od niego jakiś niewielki obiekt i szybko zbliżał się w ich kierunku. 

Był to kot Jharego. 

Corum  spojrzał  na  towarzysza  bohaterów  i  nagle  wybuchnął  śmiechem.  Kot  usiadł 

Jharemu na ramieniu i polizał go w ucho. 

- Wysłałeś swojego kota na poszukiwanie pomocy, kiedy napadła nas Horda Chaosu! - 

zawołała Rhalina, nim Corum zdołał się odezwać. - To dlatego powiedziałeś Xiombarg, kim 

jest  Corum.  Wiedziałeś,  że  pomoc  jest  w  drodze,  i  nie  chciałeś,  aby  w  ostatniej  chwili 

pokrzyżowano ci plany. 

-  Nie  wiedziałem,  czy  kot  sprowadzi  pomoc  -  odparł  Jhary  wzruszając  ramionami.  - 

Ale miałem taką nadzieję. 

- Skąd przybył ten dziwny latający pojazd? - zapytał Król Bez Królestwa. 

-  A  skądby  indziej,  jeśli  nie  z  Miasta  We  Wnętrzu  Piramidy?  Kazałem  kotu  go 

poszukać i wnoszę, że je znalazł. 

- Jak zdołał porozumieć się z jego mieszkańcami? - zapytał Corum, gdy zbliżyli się do 

błękitnego statku. - Jak dobrze wiecie, w nagłych wypadkach kot bez problemu porozumiewa 

się  ze  mną.  Jeśli  potrzeba  jest  bardzo  pilna,  to  zużywając  więcej  energii  może  się  porozu 

mieć, z kim tylko zechce. 

Wąsacz  zamruczał  i  różowym  języczkiem  polizał  Jharego  po  twarzy.  Towarzysz 

bohaterów szepnął coś do niego i uśmiechnął się. Potem zwrócił się do Coruma. 

- Lepiej się pośpieszmy. Lordowie Chaosu są porywczy i niezbyt skorzy do myślenia, 

lecz Xiombarg może się w końcu zacząć zastanawiać, dlaczego zdradziłem jej twoje imię. 

background image

Pojazd  mierzył  dobre  piętnaście  metrów.  Wzdłuż  każdej  burty  biegł  rząd  siedzeń. 

Statek  wydawał  się  pusty,  lecz  po  chwili  ze  sterówki  wynurzył  się  przystojny  mężczyzna. 

Podszedł do nich i widząc zaskoczenie malujące się w oczach Coruma uśmiechnął się. 

Sternik  powietrznego  statku  należał  bowiem  do  tej  samej  rasy  co  Corum.  Był 

Vadhaghiem. Miał wydłużoną głowę, purpurowo-złote, skośne oczy i małe, wąskie uszy. Jego 

ciało było smukłe i delikatne, lecz drzemała w nim niespożyta energia. 

-  Witaj,  Corumie w Szkarłatnym Płaszczu  -  powiedział.  -  Przybyłem, aby  zabrać cię 

do Gwlas-cor-Gwrys, ostatniego na tym świecie bastionu oporu przeciw istocie, którą właśnie 

spotkałeś. 

Corum  Jhaelen  Irsei  wszedł  oszołomiony  na  pokład  statku  powietrznego,  a  sternik 

wciąż się uśmiechał. 

Zajęli  miejsca  na  rufie,  obok  sterówki,  a  wysoki  Vadhagh  powoli  uniósł  statek  w 

powietrze  i  skierował  go  w  stronę,  z  której  przybył.  Rhalina  obejrzała  się  za  siebie  na  las 

zamarłych wojowników. 

- Czy nic nie możemy zrobić dla tych biedaków? - zapytała Jharego. 

-  Możemy  jedynie umacniać Ład we własnym  świecie, tak iż pewnego dnia zdoła tu 

skierować  pomoc,  podobnie  jak  teraz  Chaos  wysyła  pomoc  do  naszego  świata  -  odparł 

towarzysz bohaterów. 

Wkrótce  znaleźli  się  nad  obszarem  grząskiej  mazi,  która  wyrzucała  w  górę  macki, 

próbując wessać ich w siebie. Niekiedy dostrzegali twarze albo unoszące się jakby błagalnie 

ręce. 

- To Morze Chaosu - wyjaśnił Król Noreg-Dan. - W tym świecie jest teraz kilka takich 

miejsc.  Niektórzy  powiadają,  że  ludzie  służący  Chaosowi  ulegają  w  końcu  takiemu 

rozkładowi. 

- Widziałem już coś podobnego - potwierdził Jhary. 

Pod  nimi  przemykały  osobliwe  lasy  i  doliny,  w  których  płonął  wieczny  ogień. 

Widzieli rzeki ciekłego metalu i przepiękne zamki, całe z drogocennych kamieni. Niekiedy w 

powietrze  wzbijały  się  ohydne  skrzydlate  stwory,  lecz  zawracały  natychmiast,  gdy  tylko 

rozpoznały statek, choć pozornie nie miał on żadnej obrony. 

- Ci ludzie muszą używać potężnych czarów, aby unieść w górę swe statki - szepnęła 

Rhalina.  Corum  zrazu  nie  odpowiedział.  Trwał  zatopiony  w  myślach,  usiłując  przy  wołać 

więcej wspomnień z dzieciństwa. 

- To nie czary - odezwał się w końcu. - Potrzeba jedynie paru zaklęć, a istota rzeczy 

sprowadza  się  do  mechaniki.  Pewne  siły  wprawiają  w  ruch  maszyny  -  niekiedy  tak 

background image

precyzyjne,  że  wy,  Mabdeńczycy,  nie  możecie  sobie  nawet  tego  wyobrazić  -  one  zaś 

napędzają  statki  powietrzne  i  robią  wiele  innych  rzeczy.  Niektóre  z  tych  maszyn  potrafiły 

niegdyś  rozciągać  materię  tworzącą  Granicę  Światów,  co  pozwalało  łatwo  przechodzić  z 

jednego  wymiaru  w  dmgi.  Słyszałem,  że  moi  przodkowie  zbudowali  je,  ale  większość 

zdecydowała  z  nich  nie  korzystać,  gdyż  woleli  robić  w  życiu  co  innego.  Jak  przez  mgłę 

pamiętam  legendę  o  jakimś  Napowietrznym  Mieście  -  tak  nazywano  te  latające  pojazdy  - 

które na zawsze opuściło nasz świat, aby badać inne wymiary. Prawdopodobnie było więcej 

takich miast. Wiem na pewno, że jedno uległo zniszczeniu w czasie bitwy pod Broggfythus, 

rozbijając się w pobliżu Zamku Erorn - już ci o tym opowiadałem. Być może inne nazwano 

Gwlas-cor-Gwrys, a obecnie jest znane jako Miasto We Wnętrzu Piramidy. 

Corum mówił z podnieceniem, uśmiechając się przy tym radośnie. Położył swą ludzką 

rękę na ramieniu Rhaliny. 

-  Och,  Rhalino,  czy  potrafisz  zrozumieć,  co  czuję  wiedząc,  że  Glandyth  nie  zdołał 

wytępić całego mojego ludu? 

- Sądzę, że tak, Corumie. - Odwzajemniła uśmiech. 

Powietrze wokół nich zawirowało i statek zadrżał. 

- Nie obawiajcie się - zawołał sternik. - Wchodzimy w inny wymiar. 

- Czy to znaczy, że uciekniemy Xiombarg? - spytał z nadzieją Król Bez Królestwa. 

-  Nie  -  odparł  Jhary.  -  Świat  Xiombarg  rozciąga  się  na  pięć  wymiarów,  a  my  tylko 

przechodzimy z jednego w inny. Tak mi się przynajmniej wydaje. 

Światło na zewnątrz się zmieniło  i  wychylili się  za  burtę, by to zobaczyć. Pod nimi 

kłębił się wielobarwny gaz. 

-  To  surowa  substancja  Chaosu  -  wyjaśnił  Jhary.  -  Królowa  Xiombarg  jeszcze  nie 

zrobiła z niej żadnego użytku. 

Minęli chmurę gazu i przelecieli nad pasmem wzgórz, z których każde było idealnym 

sześcianem wysokości trzystu metrów. Za wzgórzami rozciągała się mroczna dżungla, a dalej 

krystaliczna pustynia. Kryształy nieustannie drgały, co wywoływało nieprzyjemne, wibrujące 

dźwięki. Po pustyni poruszały się olbrzymie brunatne bestie o prymitywnym wyglądzie, które 

żywiły się kryształami. 

Potem  krystaliczna  pustynia  ustąpiła  miejsca  czarnej  równinie  i  w  oddali  ujrzeli 

Miasto We Wnętrzu Piramidy. 

Miasto rzeczywiście  miało  kształt  wielopiętrowego  sic-curatu.  Na  każdym  poziomie 

znajdowały się liczne domy. Rosły tam kwiaty, krzewy i drzewa, a na ulicach roiły się tłumy 

ludzi.  Ponad  miastem  znajdowało  się  pulsujące  źródło  zielonkawego  światła.  Promienie 

background image

układały  się  w  kształt  piramidy  otaczającej  sikkurat.  Kiedy  podlecieli  bliżej,  w  świetlnej 

piramidzie pojawił się owal ciemniejszej zieleni, przez który pojazd przedostał się do środka. 

Okrążył  stojącą  na  samym  szczycie  budowlę  -  zbudowany  wyłącznie  z  metalu  zamek  o 

licznych  wieżach  -  i  podszedł  do  lądowania.  Osiadł  na  ustawionej  na  blankach  platformie. 

Corum krzyknął z radości widząc tłum, który zgromadził się, aby go powitać. 

- To moi rodacy! - zawołał do towarzyszy. - To wszystko moi rodacy! 

Sternik wyszedł z kabiny i położył dłoń na ramieniu Coruma. Skinął ludziom w dole i 

w  jednej  chwili,  zamiast  na  statku,  znaleźli  się  wśród  nich.  Spojrzawszy  w  górę,  Corum 

zobaczył  zdumione  twarze  Rhaliny,  Jharego  i  Króla  Bez  Królestwa  wyglądających  zza 

balustrady pojazdu. 

Corum  był  równie  zdziwiony,  gdy  w  chwilę  później  cała  trójka  nagle  zniknęła,  by 

pojawić  się  tuż  obok  niego.  Z  witającej  ich  grupy  wystąpił  szczupły  mężczyzna.  Mimo 

podeszłego  wieku  trzymał  się  prosto.  Miał  na  sobie  szatę  z  grubego  materiału,  a  w  ręku 

trzymał długą laskę. 

- Witajcie w ostatnim bastionie Ładu - powiedział. 

Później  zasiedli  wokół  przepięknie  zdobionego  stołu  z  rubinowego  metalu.  Starszy 

mężczyzna  przedstawił  się  jako  Książę  Yurette  Hasdum  Nury,  dowódca  Gwlas-cor-Gwrys, 

Miasta  We  Wnętrzu  Piramidy  i  potwierdził,  że  przypuszczenia  Coruma  były  zasadniczo 

słuszne. 

Gdy  skończyli  posiłek,  opowiedział,  jak  to  po  bitwie  pod  Broggfythus  przodkowie 

Coruma  zdecydowali  pozostać  w  swych  zamkach  i  oddać  się  pogłębianiu  wiedzy,  a  ci,  do 

których należał on sam, postanowili polecieć Napowietrznym Miastem poza Pięć Wymiarów, 

przekraczając Granicę Światów. Powiodło im się, ale nie mogli wrócić w związku z dużymi 

stratami  energii,  których  nie  byli  w  stanie  wyrównać.  Od  tego  czasu  udało  im  się  jedynie 

zbadać  Pięć  Wymiarów  nowego  świata,  a  kiedy  rozpoczęła  się  walka  między  Ładem  a 

Chaosem, zachowali neutralność. 

-  Postąpiliśmy  jak  głupcy.  Uważaliśmy,  że  jesteśmy  ponad  takie  spory.  Aż  w  końcu 

Ład  poniósł  klęskę,  a  tryumfujący  Chaos  wyłonił  się  w  całej  pełni,  by  bezkarnie  tworzyć 

obrzydliwe karykatury piękna. I choć uderzyliśmy wtedy na potwory Xiombarg, było już za 

późno. Chaos obrósł w potęgę i nie byliśmy w stanie go pokonać. Xiombarg wysyłała i nadal 

wysyła przeciw nam wojska. Zdołaliśmy się im oprzeć, choć z dużym trudem, a teraz sytuacja 

jest patowa. Za jakiś czas Xiombarg skieruje przeciw nam kolejną ze swych przerażających 

armii i będziemy musieli z nią walczyć. Lecz nie możemy uczynić nic ponadto. Obawiam się, 

że nasze miasto to wszystko, co pozostało z Sił Ładu, nie licząc was oczywiście. 

background image

-  Prawo  odzyskało  panowanie  w  naszych  Pięciu  Wy  miarach  -  oznajmił  Corum. 

Opowiedział  o  swoich  przy  godach  i  walce  z  Ariochem,  w  wyniku  której  Lord  Arkyn 

odzyskał władzę nad ich światem. - Lecz teraz to wszystko jest zagrożone, podobnie jak tu, 

gdyż Ład nie zdążył się jeszcze umocnić, a wszystkie siły Chaosu sprzymierzyły się, aby go 

pokonać. 

-  A  więc  Ład  nie  stracił  całkowicie  swej  mocy!  -  zawołał  Książę  Yurette.  -  Nie 

mieliśmy  o  tym  pojęcia.  Dowiedzieliśmy  się,  że  Władcy  Mieczy  opanowali  wszystkie  trzy 

światy.  Gdybyśmy  tylko  mogli  wrócić  -  przekroczyć  naszym  miastem  Granicę  Światów  -  i 

udzielić wam pomocy! Ale to niemożliwe. Próbowaliśmy już wiele razy. W tym świecie nie 

ma odpowiednich surowców, aby wytworzyć potężną energię, jakiej potrzebujemy. 

-  A  gdybyście  mieli  te  surowce  -  zapytał  Corum  -  to  ile  czasu  zajęłyby  wam 

przygotowania do powrotu? 

-  Niezbyt  wiele.  Lecz  z  każdym  dniem  stajemy  się  słabsi.  Jeszcze  kilka  ataków  ze 

strony Xiombarg - a może wystarczy jeden potężny - i spotka nas zagłada. 

Corum utkwił wzrok w blacie stołu. Czy tylko po to odnalazł pozostałych przy życiu 

Vadhaghów, żeby zobaczyć, jak umierają z ręki Sił Chaosu - tak jak cała jego rodzina? 

- Mieliśmy nadzieję, że polecicie z nami i ocalicie Lywm-an-Esh - stwierdził gorzko. - 

A  teraz  dowiadujemy  się,  że  to  niemożliwe,  i  na  dodatek  wygląda  na  to,  że  my  sami  nie 

zdołamy się stąd wydostać, aby pośpieszyć na pomoc przyjaciołom. 

-  Gdybyśmy  tylko  mieli  te  rzadkie  minerały...  -  Książę  Yurette  urwał  na  moment.  - 

Wy moglibyście je dla nas zdobyć. 

-  Nie  możemy  wrócić  -  zauważył  Jhary-a-Conel.  -  Nie  zdołamy  przedostać  się  z 

powrotem do naszego świata. Gdyby to się udało, to oczywiście znaleźlibyśmy te surowce, 

których potrzebujecie - a przynajmniej spróbowalibyśmy je zdobyć  - lecz nawet gdyby nam 

się powiodło, to i tak nie ma gwarancji, że bylibyśmy w stanie tu wrócić. 

Książę zmarszczył brwi. 

- Moglibyśmy wysłać jeden statek przez Granicę Światów. Mamy wystarczającą ilość 

energii, aby tego dokonać, chociaż takie przedsięwzięcie niebezpiecznie osłabiłoby nasze siły 

tutaj. Sądzę jednak, że warto zaryzykować. 

-  Tak,  książę  -  ożywił  się  Corum.  -  Warto  podjąć  każde  ryzyko,  jeśli  chcemy  ocalić 

Ład. 

 

Podczas  gdy  książę  naradzał  się  z  naukowcami,  czwórka  wędrowców  podziwiała 

uroki Gwlas-cor-Gwrys. Miasto wykonano w całości z różnych gatunków metalu. Lecz był to 

background image

metal  tak  cudowny,  o  tak  przedziwnej  strukturze  i  bogatych  kolorach,  że  nawet  Corum  nie 

wiedział, jak go wytworzono. Metalowe były wieże, kopuły, łuki, okna, ulice, a także rampy i 

schody  pomiędzy  kolejnymi  tarasami.  Miasto  funkcjonowało  całkowicie  niezależnie  od 

otaczającego  je  świata.  Nawet  powietrze  było  wytwarzane  w  obrębie  lśniącej  piramidy 

zielonego światła, której blask otaczał Gwlas-cor-Gwrys ze wszystkich stron. 

Mieszkańcy  Miasta  We  Wnętrzu  Piramidy  byli  pochłonięci  swoimi  codziennymi 

sprawami. Niektórzy zajmowali się pielęgnacją ogrodów, inni pilnowali rozdziału żywności; 

było  też  wielu  artystów,  którzy  grali  skomponowane  przez  siebie  melodie,  albo  wystawiali 

namalowane  na  jedwabiu  lub  szkle  obrazy.  Te  ostatnie  techniką  wykonania  przypominały 

dzieła przodków Coruma, lecz często różniły się od nich stylem i tematyką, co nie zawsze się 

księciu podobało - może dlatego, że wyglądało dlań obco. 

Pokazano  im  ogromne,  wspaniałe  maszyny  utrzymujące  miasto  przy  życiu,  a  także 

broń  chroniącą  je  przed  atakami  Chaosu.  Zaprowadzono  ich  również  do  pomieszczeń,  w 

których stały statki powietrzne. Obejrzeli szkoły, restauracje, muzea i galerie sztuki. Corum 

odnalazł  to  wszystko,  co  jak  sądził,  zniszczyli  bezpowrotnie  Glandyth-a-Krae  i  jego 

barbarzyńcy. Lecz teraz temu wszystkiemu również groziła zagłada, której sprawcą miała być 

ta sama siła - Chaos. 

Zjedli  posiłek  i  położyli  się  spać,  a  w  tym  czasie  ich  sfatygowane  ubrania  i  części 

uzbrojenia  zostały  dokładnie  skopiowane  przez  krawców  i  snycerzy  z  Gwlas-cor-Gwrys. 

Kiedy  się  obudzili,  znaleźli  nowiutkie  ubiory  identyczne  z  tymi,  które  zdążyły  się  już 

zniszczyć od chwili gdy wyruszyli w drogę. 

Jhary-a-Conel był szczególnie ujęty tym dowodem gościnności mieszkańców miasta, i 

kiedy w końcu wezwano ich do Księcia Yurette, wylewnie wyraził swą wdzięczność. 

- Statek powietrzny jest gotów - oznajmił książę z powagą. - Musicie się pośpieszyć, 

bo doniesiono mi, że Królowa Xiombarg szykuje przeciw nam potężny atak. 

- Czy osłabieni utratą energii zdołacie go odeprzeć? - zapytał Jhary. 

- Ufam, że tak. 

-  Wybacz,  książę  -  Król  Bez  Królestwa  wysunął  się  do  przodu  -  lecz  wolałbym 

pozostać tu,  z tobą.  Skoro  w  moim  własnym  świecie  Ład  ma  stoczyć  bitwę  z  Chaosem,  to 

chcę w niej wziąć udział. 

- Będzie, jak sobie życzysz - skinął głową Yurette. - A teraz szybko, Książę Corumie. 

Statek  powietrzny  czeka  na  dachu.  Stańcie  na  tej  okrągłej  mozaice,  a  zostaniecie  tam 

przeniesieni. Żegnajcie! 

background image

Ustawili  się  na  podłodze  we  wskazanym  miejscu  i  w  mgnieniu  oka  znaleźli  się 

ponownie na pokładzie latającego pojazdu. 

Zastali tam tego samego sternika, który powitał ich za pierwszym razem. 

- Jestem Bwydyth-a-Horn - przedstawił się. - Usiądźcie, proszę, tam gdzie przedtem, i 

mocno trzymajcie się poręczy. 

-  Spójrzcie!  -  Corum  wskazał  na  czarną  równinę  rozciągającą  się  poza  obrębem 

zielonej  piramidy.  Ponownie  pojawił  się  na  niej  ogromny  cień  Królowej  Xiombarg.  Na  jej 

twarzy  malowała  się  wściekłość.  Za  królową  postępowała  nieprzeliczona  armia 

demonicznych wojowników. 

Statek  powietrzny  wzbił  się  w  górę  i  przez  ciemnozielony  otwór  wydostali  się  na 

zewnątrz, w świat rozbrzmiewający diabolicznym jazgotem. 

Lecz ponad wszystko wybijał się mściwy, budzący grozę śmiech Xiombarg, Królowej 

Chaosu. 

PRZEDTEM  TYLKO  SIĘ  Z  NIMI  BAWIŁAM  DLA  WŁASNEJ 

PRZYJEMNOŚCI!  LECZ  TERAZ,  GDY  UDZIELILI  SCHRONIENIA  ZABÓJCY  MEGO 

BRATA, SKONAJĄ W MĘCZARNIACH! 

Powietrze zawirowało, a pojazd otoczyła kula zielonego światła. Miasto We Wnętrzu 

Piramidy, armia rodem z piekła,  Królowa Xiombarg  - wszystko zniknęło. Statkiem zaczęło 

wściekle rzucać na wszystkie strony. Buczenie stawało się coraz wyższe, aż w końcu przeszło 

w żałosne zawodzenie. 

W tym momencie opuścili świat Xiombarg i powrócili do świata Arkyna, Lorda Ładu. 

Lecieli  nad krajem  Lywm-an-Esh  -  niewiele różnił się od świata, który  przed chwilą 

opuścili. Tu również Chaos był w pełnym natarciu. 

background image

KSIĘGA TRZECIA,

 

 

w  której  Książę  Corum  i  jego  towarzysze  prowadzą  wojnę,  odnoszą  zwycięstwo  i 

rozmyślają nad dziwnymi sposobami, jakimi posługuje się Ład 

background image

Rozdział pierwszy 

HORDA Z PIEKŁA

 

 

Nad  płonącymi  wioskami  i  miasteczkami  unosiły  się  gęste  kłęby  dymu.  Znajdowali 

się na południowy-wschód od rzeki Ogyn, w księstwie Kernow-a-Laun, i było jasne, że jedna 

z armii Króla Lyra-a-Brode wylądowała na wybrzeżu, na południe od Góry Moidel. 

-  Zastanawiam  się,  czy  Glandyth  już  odkrył  naszą  ucieczkę  -  odezwał  się  Corum.  Z 

pokładu statku powietrznego patrzył ze smutkiem na płonący kraj. Zbiory uległy zniszczeniu, 

w  letnim  słońcu rozkładały  się trupy, wyrżnięto nawet zwierzęta. Rhalina odwróciła wzrok, 

nie mogąc dłużej patrzeć na to, co zrobiono z jej ojczyzną. 

- Na pewno - powiedziała cicho. - Ich armie już od jakiegoś czasu są w tym kraju. 

Od czasu do czasu widzieli grupki barbarzyńców dosiadających niedużych, kudłatych 

koników albo jadących na rydwanach. Plądrowali oni to, co jeszcze zostało, choć w osadach 

nie było już nikogo, kogo mogliby zabić czy poddać torturom. Niekiedy dostrzegali również 

uciekinierów zdążających na południe, w stronę gór, gdzie zapewne spodziewali się znaleźć 

schronienie. 

Gdy wreszcie dotarli do rzeki Ogyn, okazało się, że jej nurt zatamowały ciała. Gniły 

tam  trupy  całych  rodzin,  a  także  martwe  bydło,  psy  i  konie.  Barbarzyńcy  posuwali  się  za 

główną armią szeroką lawą pilnując, by nie pozostała przy życiu żadna istota. Twarze Coruma 

i Jharego przybrały surowy wyraz, a Rhalina nie kryła już dłużej łez. Odór śmierci stał się nie 

do  zniesienia.  Denerwowało  ich,  że  statek  powietrzny  nie  może  płynąć  prędzej,  choć  i  tak 

poruszał się szybciej niż najszybszy koń. 

W pewnej chwili zobaczyli samotną zagrodę. 

Ojciec  zapędzał  do  domu  gromadkę  dzieci,  trzymając  w  ręce  stary,  zardzewiały 

pałasz. Matka wznosiła naprędce prowizoryczną barykadę. 

Corum  dostrzegł,  co  było  źródłem  ich  strachu.  Kilkunastu  barbarzyńców  pędziło 

doliną  w  stronę  zabudowań.  Wrzeszczeli  przeraźliwie  i  gwałtownie  wymachiwali 

pochodniami. 

Książę w Szkarłatnym Płaszczu widział już takich Mab-deńczyków, to oni schwytali 

go i torturowali. Ci nie różnili się niczym od Dendledhyssów Glandytha-a-Krae, z wyjątkiem 

tego, że jechali konno, a nie na rydwanach. Mieli na sobie brudne skóry zwierzęce i cali byli 

obwieszeni zdobycznymi bransoletami i naszyjnikami. Włosy mieli przewiązane przepaskami 

obszytymi drogocennymi klejnotami. 

background image

Corum pobiegł do sterówki. 

-  Musimy  wylądować  -  powiedział  chrapliwie  do  Bwydytha-a-Horna.  -  Tam  jest 

rodzina... zaraz ją napadną... 

- Ależ, Książę Corumie - Bwydyth spojrzał na niego ze smutkiem - nie mamy czasu. - 

Poklepał się po kieszeni kurtki. - Jeśli chcemy ocalić nasze miasto, a tym samym Lywm-an-

Esh,  musimy  jak  najszybciej  dostarczyć  wykaz  potrzebnych  substancji  do  Halwygu-nan-

Vake... 

- Ląduj - rozkazał Corum. 

-  Jak  sobie  życzysz,  Książę  -  rzekł  cicho  Bwydyth.  Pomanipulował  przyrządami 

sterowniczymi, spoglądając w dół przez wizjer, który pozwalał mu obserwować to, co działo 

się w dole. - Czy to ta chałupa? 

- Tak. 

Statek powietrzny zaczął się zniżać. Corum wybiegł na pokład, aby wszystko widzieć. 

Barbarzyńcy dostrzegli pojazd, ściągnęli cugle  i  wpatrywali  się weń osłupiali. Statek zaczął 

kołować, szukając miejsca do lądowania w ciasno zabudowanej zagrodzie. Kury rozpierzchły 

się  z  głośnym  gdakaniem,  gdy  padł  na  nie  jego  cień.  Jakiś  prosiak  w  popłochu  uciekł  do 

chlewu. 

W miarę jak zbliżali się do ziemi, odgłos silników stawał się coraz niższy. 

- Miej miecz w pogotowiu, Mistrzu Jhary - rzucił Corum. 

Ale towarzysz bohaterów już trzymał broń w ręce. 

- Jest ich z dziesięciu, albo i więcej - ostrzegł. - A nas tylko dwóch. Czy użyjesz swej 

magicznej mocy? 

-  Mam  nadzieję,  że  to  nie  będzie  potrzebne.  Czuję  wstręt  do  wszystkiego,  co  jest 

związane z Chaosem. 

- Jednak dwóch przeciwko dziesięciu... 

- Jest jeszcze sternik i wieśniak. 

Jhary  zacisnął  usta  i  nie  odezwał  się  więcej.  Statek  uderzył  o  ziemię.  Ze  sterówki 

wyłonił się ściskając w rękach długi berdysz Bwydyth-a-Horn. 

- Kim jesteście? - usłyszeli przerażony głos z niskiego, drewnianego domu. 

- Przyjaciółmi - zawołał Corum, a zwracając się do sternika dodał: - Zabierz kobietę i 

dzieci na pokład. Spróbujemy ich przez ten czas zatrzymać. 

Przeskoczył  przez  barierkę.  Jhary  podążył  jego  śladem  i  stanął  niepewnie  na  ziemi, 

jako że odwykł od podłoża, które się pod nim nie kołysało. 

background image

Barbarzyńcy zbliżali się ostrożnie,  lecz  ich przywódca zaśmiał się zobaczywszy,  jak 

niewielu mają przeciwników, wydał krwiożerczy okrzyk, odrzucił pochodnię i wyciągnął zza 

pasa olbrzymią maczugę. Spiął konia ostrogami i bez trudu przeskoczył wiklinową barykadę 

wzniesioną  przez  wieśniaków.  Corum  uskoczył  przed  ciosem  i  maczuga  świsnęła  tuż  koło 

jego hełmu. Ciął mieczem trafiając mężczyznę w kolano. Mabdeńczyk zawył z wściekłości. J 

hary przeskoczył zaporę i pobiegł po porzuconą pochodnię, a pozostali barbarzyńcy rzucili się 

w jego kierunku. Zdołał jednak uciec z powrotem na podwórko i podpalił wiklinę. W chwili 

gdy  następny  jeździec  przeskakiwał  nad  barykadą,  zaczynały  ją  ogarniać  płomienie.  Jhary 

cisnął  sztylet  i  trafił  barbarzyńcę  prosto  w  oko.  Mabdeńczyk  jęknął  i  zwalił  się  z  konia. 

Towarzysz  bohaterów  chwycił  lejce  i  dosiadł  krnąbrnego  wierzchowca.  Koń  rzucił  się 

gwałtownie, gdy Jhary spróbował go zawrócić. W tym czasie barykada paliła się już na dobre. 

Corum  ponownie  uchylił  się  przed  nabijaną  kłami  zwierząt  maczugą.  Dostrzegłszy  lukę 

pchnął dowódcę barbarzyńców mieczem i przebił mu bok. Mężczyzna chwycił się za ranę i 

osunął bezwładnie w siodle, a koń uniósł go poza podwórko. Książę w Szkarłatnym Płaszczu 

zobaczył, jak inni próbują zmusić swe wierzchowce, by pokonały buchającą dymem zaporę. 

Tymczasem  Bwydyth  pomagał  młodej  żonie  gospodarza  przenieść  na  statek 

powietrzny  dziecinne  łóżeczko.  Towarzyszyli  im  dwaj  mali  chłopcy  i  nieco  starsza 

dziewczynka.  Sam  gospodarz,  ciągle  nieco  ogłuszony  tym,  co  się  działo,  zamykał  pochód 

ściskając oburącz zardzewiały pałasz. 

Nagle trzech jeźdźców zdołało przeskoczyć barykadę i rzuciło się na całą grupę. 

Jhary  był  jednak na  miejscu. Odzyskawszy  swój sztylet, rzucił  nim ponownie, znów 

trafiając najbliższego napastnika w oko. Barbarzyńca zwalił się do tyłu, a jego stopy gładko 

wysunęły  się  ze  skórzanych  pętli,  które  zastępowały  mu  strzemiona.  Corum  podbiegł  i 

wskoczył  na konia. Sparował  mieczem cios ciężkiego topora wojennego. Przesunął ostrzem 

po trzonku topora, tak że napastnik musiał skrócić uchwyt i miał kłopoty z cofnięciem broni. 

Kiedy  barbarzyńca  siłował  się  z  toporem,  Jhary  zaskoczył  go  od  tyłu  i  dźgnął  mieczem  w 

plecy  tak  potężnie,  że  ostrze  wyszło  z  drugiej  strony.  Pojawili  się  kolejni  Mabdeńczycy. 

Wieśniak podciął konia pod jednym z wojowników, i zanim barbarzyńca zdołał się wyplątać 

z siodła, rozrąbał go na pół, posługując się mieczem jak drwal siekierą. 

Kobieta  i  dzieci  były  już  na  statku.  Książę  rozpłatał  gardło  kolejnemu 

Mabdeńczykowi  i  schylił  się,  próbując  odciągnąć  wieśniaka,  który  w  zapamiętaniu 

masakrował trupa swej ofiary. Wskazał na statek. Z początku chłop jakby nie zrozumiał, ale 

potem  cisnął  zakrwawiony  pałasz  i  pobiegł  w  kierunku  pojazdu.  Corum  rozprawił  się  z 

ostatnim przeciwnikiem. Jhary zsiadł z konia,  by wyciągnąć swój  sztylet, a książę zawrócił 

background image

wierzchowca i podał mu rękę. Jhary schował broń do pochwy i przy pomocy Coruma wspiął 

się  na  konia.  Razem  pogalopowali  do  statku  powietrznego.  Wspięli  się  na  pokład,  a  statek 

natychmiast uniósł się w górę, przebijając się przez pełne dymu powietrze. Na ziemi pozostali 

dwaj  jeźdźcy,  gapiąc  się  ze  zdumieniem  na  znikający  pojazd.  Miny  mieli  niewesołe,  gdyż 

oczekiwali łatwego łupu, a tymczasem stracili większość towarzyszy, zdobycz zaś wymykała 

im się z rąk. 

- Mój inwentarz - zmartwił się gospodarz, spoglądając w dół. 

- Ciesz się, że żyjecie - rzucił Jhary. 

Rhalina pocieszała szlochającą kobietę. Margrabina również wyjęła miecz, gotowa w 

razie potrzeby przyłączyć się do mężczyzn, ale teraz broń spoczywała bezczynnie obok niej, 

ona sama zaś trzymała na rękach najmłodszego chłopca i głaskała go po główce. 

Kot  Jharego  wyjrzał  ostrożnie  z  kryjówki  pod  siedzeniem,  upewnił  się,  że 

niebezpieczeństwo  już  minęło  i  zatrzepotawszy  skrzydłami  usadowił  się  ponownie  na 

ramieniu swego pana. 

- Czy wiesz coś o ich głównej armii? - spytał wieśniaka Corum. Książę w Szkarłatnym 

Płaszczu opatrywał niewielką ranę, jaką otrzymał w swą ludzką rękę. 

- Słyszałem... różne rzeczy. Słyszałem, że ta armia nie składa się wcale z ludzi. 

-  To  możliwe  -  przytaknął  Corum.  -  Ale  czy  nie  wiesz  przypadkiem,  gdzie  się  teraz 

znajduje? 

- Zbliża się do Halwygu... a może już tam jest. Za przeproszeniem, panie, dokąd nas 

zabieracie? 

- Obawiam się, że właśnie do Halwygu - odparł Corum. 

 

Statek  powietrzny  dalej  leciał  nad  spustoszonym  krajem.  Zauważyli,  że  grupy 

najeźdźców  byty  teraz  większe  i  niewątpliwie  stanowiły  część  głównych  sił.  Wielu 

barbarzyńców dostrzegało lecący nad nimi pojazd; niektórzy usiłowali trafić go włócznią lub 

wypuszczali  w  jego  kierunku  parę  strzał.  Rychło  jednak  wracali  do  podpalania,  grabienia  i 

mordowania. 

Corum  nie  tego  jednak  najbardziej  się  obawiał,  ale  magicznych  mocy,  którymi 

dysponował Lyr-a-Brode. 

- Czy wszędzie jest tak samo? - spytał wieśniak, ponuro spoglądając na ziemię. 

- Z tego, co wiemy, to tak. Na Halwyg idą dwie armie  - jedna ze wschodu, a druga z 

zachodu.  Nie  podejrzewam,  by  barbarzyńcy  z  Bro-an-Mabden  byli  bardziej  litościwi  od 

swych towarzyszy. - Corum odwrócił się od barierki. 

background image

-  Zastanawiam  się,  co  stało  się  z  miastem  Llarak-an-Fol  -  powiedziała  Rhalina 

kołysząc śpiące dziecko. - Czy Beldan tam został, czy też zdołał dotrzeć z naszymi ludźmi do 

Halwygu? I co się dzieje z księciem? 

-  Ufam,  że  wkrótce  się  tego  dowiemy.  -  Jhary  pozwolił  małemu,  ciemnowłosemu 

chłopczykowi pogłaskać kota, który zniósł tę pieszczotę ze stoickim spokojem. 

Corum nerwowo chodził po pokładzie, wypatrując kwiecistych wież stolicy. 

- Spójrz tam - odezwał się nagle Jhary. - Oto twoja Horda z Piekła. 

Corum wyjrzał za burtę i zobaczył płynącą w dole rzekę ciał i stali. Pieszo, konno i na 

rydwanach ciągnęły tysiące Mabdeńczyków. A także ci, którzy nie pochodzili z Mab-denu - 

przywołani  czarami,  wezwani  z  innych  światów  rządzonych  przez  Chaos.  Była  tam  Armia 

Psa  -  potężne,  biegnące  susami  bestie  wielkości  koni,  bardziej  przypominające  lisy  niż  psy. 

Nadciągała również  Armia Niedźwiedzia  -  każdy ogromny  niedźwiedź szedł  wyprostowany 

niosąc tarczę i pałkę. Wraz z nimi posuwała się Armia Chaosu  - zdeformowani wojownicy, 

podobni  do  tych,  których  napotkali  w  żółtej  otchłani.  Prowadził  ich  wysoki  jeździec,  cały 

zakuty w błyszczącą zbroję - niewątpliwie wysłannik Królowej Xiombarg, o którym słyszeli 

już wcześniej. 

Na wprost maszerującej czeredy znajdowały się mury Halwygu-nan-Vake, które z tej 

odległości układały się w skomplikowany kwiatowy ornament. 

Z szeregów upiornej hordy dochodziło bicie bębnów, a przeraźliwy odgłos piszczałek 

wzywał do mordu. W niebo wzbijał się docierający aż do statku powietrznego, mrożący krew 

w żyłach rechot, a z gardła psów wydobywało  się wycie  -  szydercze wycie w oczekiwaniu 

łatwego zwycięstwa. 

Corum splunął w dół, znów czując w nozdrzach odór Chaosu. Ogarnął go gniew i jego 

ludzkie  oko  stało  się  niemal  czarne,  ze  złoto  połyskującą  tęczówką.  Jeszcze  raz  splunął  na 

ciągnącą  dołem  odrażającą  armię.  W  sercu  księcia  odżyła  nienawiść  do  Mabdeńczyków, 

którzy wymordowali  jego rodzinę, a  jego samego okaleczyli. Z gardła wyrwał  mu  się dziki 

okrzyk,  a  ręka  odruchowo  powędrowała  do  rękojeści  miecza.  Zobaczył  chorągiew  Lyra-a-

Brode  -  prosty,  zniszczony  kawałek  materii  ze  znakami  Psa  i  Niedźwiedzia.  W  szeregach 

barbarzyńców  zawzięcie  wypatrywał  swego  największego  wroga,  Hrabiego  Glandytha-a-

Krae. 

- Corumie  - odezwała  się Rhalina  -  nie trać niepotrzebnie  sił. Spróbuj  się uspokoić  i 

zachowaj energię na walkę, która nas niechybnie czeka! 

background image

Opadł na siedzenie, a jego ludzkie oko powoli odzyskiwało swą zwykłą barwę. Dyszał 

ciężko  jak  jeden  z  psów  maszerujących  pod  nimi,  klejnoty  zaś  pokrywające  jego  osłonięte, 

nienaturalne oko pulsowały swoim własnym gniewem... 

Widząc  go  takim,  Rhalina  zadrżała.  Niemal  nie  przypominał  śmiertelnika,  wyglądał 

jak opętany półbóg z naj-mroczniejszych mabdeńskich legend, i jej miłość ku niemu ustąpiła 

miejsca przerażeniu. 

Corum szlochając ukrył zmienioną twarz w dłoniach. Trwał tak, póki nie opuścił go 

ten  nastrój  i  nie  mógł  znów  normalnie  spojrzeć  na  Rhalinę.  Gniew  i  walka,  by  go  stłumić, 

wyczerpały księcia. Blady i bez sił wyciągnął się na siedzeniu, przytrzymując się jedną ręką 

mosiężnej poręczy statku powietrznego, który właśnie zaczął kołować nad Halwygiem. 

-  Jeszcze  niewiele  ponad  kilometr  -  powiedział  Jhary  półgłosem.  -  Jeśli  nic  ich  nie 

powstrzyma, do rana otoczą miasto. 

-  Żadna  z  naszych  armii  nie  zdoła  ich  powstrzymać  -  rzekła  z  rozpaczą  Rhalina.  - 

Obawiam się, że panowanie Lorda Arkyna nie potrwa długo. 

Bębny  grzmiały  tryumfalnie,  a  piszczałki  wciąż  obwieszczały  zwycięstwo.  Wycie 

Armii  Psa,  ryki  Armii  Niedźwiedzia,  chichot  i  wrzask  Armii  Chaosu,  drżenie  ziemi  pod 

kopytami końskich kopyt, chrzęst uprzęży, szczęk oręża, turkot obitych żelaznymi obręczami 

kół  rydwanów  i  potężny  śmiech  barbarzyńców  -  wszystko  to  narastało  z  każdą  chwilą,  w 

miarę jak piekielna armia nieuchronnie zbliżała się ku Miastu Kwiatów. 

background image

Rozdział drugi 

OBLĘŻENIE

 

 

Słońce  chyliło  się  już  ku  zachodowi,  a  statek  powietrzny  krążył  coraz  niżej  nad 

zamarłym w ciszy  miastem, którego wieże gromkim echem odbijały  hałas wzniecany przez 

maszerującą nieubłaganie w jego kierunku szatańską hordę. 

Na  ulicach  i  w  parkach  Halwygu  obozowali  znużeni  żołnierze  o  przekrwionych 

oczach,  zajmując  każdy  skrawek  wolnego  miejsca,  jaki  tylko  zdołali  znaleźć.  Podeptano 

kwiaty,  a  krzewy  ogołocono  z  jadalnych  owoców,  aby  nakarmić  wojowników,  których  siły 

barbarzyńców  zmusiły  do  odwrotu  do  miasta.  Żołnierze  byli  tak  zmęczeni,  że  tylko  paru  z 

nich uniosło głowy, gdy  statek powietrzny  przelatywał  nad  nimi w drodze do pałacu  Króla 

Onalda. Wylądował na opustoszałych blankach, ale niemal natychmiast pojawili się strażnicy 

- w hełmach z rozkolca  i pancerzach z  masy perłowej, trzymający okrągłe tarcze z wielkich 

muszli,  charakterystyczne  dla  Lywm-an-Eshu,  uzbrojeni  w  miecze  i  włócznie  -  i  rzucili  się, 

by  pojmać  pasażerów  pojazdu,  najwyraźniej  biorąc  ich  za  nieprzyjaciół.  Jednak  ujrzawszy 

Rhalinę  i  Coruma,  z  ulgą  opuścili  broń.  Kilku  z  nich  odniosło  rany  w  dotychczasowych 

walkach z wojskami barbarzyńców, a wszystkim przydałby się dłuższy wypoczynek. 

- Książę Corumie - odezwał się dowódca - zawiadomię króla, że jesteś. 

- Dziękuję. Mam nadzieję, że w tym czasie twoi żołnierze zaopiekują się tymi ludźmi, 

których niedawno ocaliliśmy z rąk bandy Lyra. 

- Uczynimy to, choć jedzenia jest bardzo niewiele. 

-  Dla  zdobycia  żywności  możecie  użyć  statku  powietrznego  -  oznajmił  Corum  po 

krótkim namyśle. - Choć pod żadnym pozorem nie wolno go narażać na niebezpieczeństwo. 

Może uda się znaleźć w okolicy coś do jedzenia. 

-  Książę,  oto  spis  niezwykle  rzadkich  minerałów  -  zwrócił  się  do  Coruma  sternik, 

wręczając mu zwitek wyjęty z kieszeni kurtki - które są potrzebne naszemu miastu, jeżeli ma 

podjąć próbę ponownego przedarcia się przez Granicę Światów. 

- Jeśli uda się wezwać Arkyna - odparł Corum - jemu przekażę tę listę, gdyż jako bóg 

wie więcej o tych sprawach, niż ktokolwiek z nas. 

 

W tej samej  co poprzednio, prostej komnacie wciąż  zawalonej  mapami  kraju zastali 

zasępionego Króla Onalda. 

- Jak sobie radzi twoje państwo, królu? - spytał Jhary-a-Conel na powitanie. 

background image

- Trudno to już nazwać państwem. Spychano nas coraz dalej i dalej, aż wreszcie nasze 

niedobitki  zgromadziły  się  tu,  w  Halwygu...  -  Wskazał  na  wielką  mapę  Lywm-an-Eshu  - 

hrabstwo  Arluth-a-Kal  -  zdobyte  od  strony  morza  przez  najeźdźców  z  Bro-an-Mabden, 

hrabstwo  Pengarde  z  jego  starożytną  stolicą  Enyn-an-Aldarn  -  spalone  do  gołej  ziemi,  a 

płomienie  doszły  aż  do  Jeziora  Calenyk.  Słyszałem,  że  w  księstwie  Oryn-nan-Calywn 

stawiają jeszcze opór w górach na południu, podobnie jak w księstwie Haun-a-Gwyragh - ale 

Bedwilral-nan-Rywn  oraz  hrabstwo  Gal-a-Gorow  zostały  całkowicie  zajęte.  O  księstwie 

Palantyrn-an-Kenak nie mam żadnych wieści... 

- Padło - powiedział Corum. 

- Ach tak, padło... 

-  Okrążają  nas  ze  wszystkich  stron  -  stwierdził  Jhary,  uważnie  studiując  mapę.  - 

Wysadzili  wojska  na  każdym  wybrzeżu,  potem  systematycznie  zacieśniali  pętlę.  Wszystkie 

oddziały  zdążają  w  jednym  kierunku,  do  Halwygu-nan-  Vake.  Nie  podejrzewałbym 

barbarzyńców o umiejętność zaplanowania tak wyszukanej strategii... ani o to, że zdołają się 

jej potem trzymać... 

-  Zapominasz o wysłanniku Xiombarg  -  zauważył  Książę w Szkarłatnym Płaszczu.  - 

Na pewno opracował ten plan, a potem pomógł im w jego realizacji. 

-  Czy  mówisz  o  tej  istocie  w  lśniącej  zbroi,  jadącej  na  czele  swej  zdeformowanej 

armii? - spytał Król Onald. 

- Tak. Czy wiesz coś więcej na jego temat? 

-  Nic,  co  mogłoby  nam  pomóc.  Według  relacji  tych,  którzy  się  z  nim  zetknęli,  jest 

niepodatny  na zranienia  i,  jak  sam powiedziałeś,  w dużej  mierze przyczynił  się do tego, że 

barbarzyńska armia działa w sposób tak zorganizowany. 

Często można go zobaczyć u boku Króla Lyra. Podobno nazywa się Gaynor, Książę 

Gaynor Przeklęty... 

-  Często pojawia się przy tego rodzaju konfliktach  -  przytaknął  Jhary.  -  Jest skazany 

na  to,  by  służyć  Chaosowi  przez  całą  wieczność.  A  wiec  teraz  jest  pachołkiem  Królowej 

Xiombarg?  To  lepsza  pozycja  niż  te,  które  zdarzało  mu  się  zajmować  w  przeszłości...  czy 

przyszłości... sam nie wiem... 

-  Nawet  bez  pomocy  Chaosu  -  Król  posłał  Jharemu  przeciągłe  spojrzenie  - 

dziesięciokrotnie przewyższaliby nas liczbą. Jednak jako że mamy lepszą broń i doskonalszą 

taktykę, moglibyśmy stawiać im opór latami, zdołali byśmy powstrzymać ich na wybrzeżach 

- ale ten Książę Gaynor doradza im na każdym kroku. I jego rady są dobre. 

- Ma duże doświadczenie - wtrącił Jhary, pocierając podbródek. 

background image

- Jak długo zdołacie wytrzymać oblężenie? - spytała Rhalina. 

-  Nie wiem  -  odparł Onald.  Wzruszył ramionami  i wyjrzał przez okno na zatłoczone 

miasto.  -  Żołnierze  są  wyczerpani,  mury  nie  są  zbyt  wysokie,  a  po  stronie  Lyra  walczy 

Chaos... 

- Lepiej czym prędzej udajmy się do Świątyni Ładu - stwierdził Corum - i spróbujmy 

przywołać Lorda Arkyna. 

 

Jadąc zatłoczonymi ulicami widzieli wokół siebie zrozpaczone twarze. Szerokie aleje 

były zatarasowane przez wozy, a na trawnikach płonęły ogniska. Połowa żołnierzy odniosła 

mniej lub bardziej poważne rany, wielu nie miało dostatecznego uzbrojenia. Nie wyglądało na 

to,  by  Halwyg  miał  szansę  odeprzeć  choćby  pierwszy  atak  Lyra.  „Oblężenie  nie  potrwa 

długo”, pomyślał Corum, torując sobie drogę przez tłum. 

Wreszcie dotarli do celu. Tereny świątynne były usłane rannymi. Kapłan Aleryon-a-

Nyvish czekał przy wejściu, jakby spodziewał się ich przybycia. 

- Czy znaleźliście pomoc? - spytał niecierpliwie. 

-  Być  może  -  odparł  Corum.  -  Ale  musimy  porozmawiać  z  Lordem  Arkynem.  Czy 

możesz go przywołać? 

- Już na was czeka. Przybył jakiś czas temu. 

Pośpiesznie  zagłębili  się  w  chłodny  mrok  budynku.  Wnętrze  wypełniały  ułożone 

materace - czekały na rannych i umierających. 

-  Jak  się  wam  powiodło  w  świecie  Xiombarg?  -  Z  cienia  wyłonił  się  przystojny 

mężczyzna, którego postać przybrał Lord Arkyn. 

Książę opowiedział mu o wszystkim, co się wydarzyło. Arkyna wyraźnie zaniepokoiło 

to, co usłyszał. 

-  Daj  mi  tę  listę  -  rzekł  wyciągając  rękę.  -  Poszukam  substancji  potrzebnych  Miastu 

We Wnętrzu Piramidy. Ale nawet ja będę potrzebował na to trochę czasu. 

-  A  na  razie  przyszłość  dwóch  oblężonych  miast  stoi  pod  znakiem  zapytania  - 

stwierdziła  Rhalina.  - Gwlas-cor-Gwrys w świecie Xiombarg  i Halwyg-nan-Vake tutaj. Los 

jednego zależy od losu drugiego. 

- W walce Ładu z Chaosem takie korelacje zdarzają się dosyć często - mruknął Jhary. 

- Tak, to prawda  - zgodził  się Arkyn.  - Musicie utrzymać się w Halwygu do mojego 

powrotu,  choć  i  to  nie  daje  pewności,  że  Gwlas-cor-Gwrys  również  się  ostoi.  Sprzyja  nam 

jedynie to, że Królowa Xiombarg  musi  skupiać  uwagę  na dwóch  bitwach  -  jednej  w  moim 

świecie, a drugiej w jej własnym. 

background image

- Jednak Książę Gaynor Przeklęty godnie ją tu zastępuje - zauważył Corum. 

-  Gdyby  udało  się  pokonać  Gaynora  -  rzekł  Arkyn  -  barbarzyńcy  straciliby  dużo  ze 

swej przewagi. Nie mają zmysłu taktycznego i bez księcia zapanowałby zamęt. 

-  Ale  już  sama  ich  liczba  zapewnia  im  dużą  przewagę  -  przypomniał  Jhary.  -  A 

przecież jest jeszcze Armia Psa i Armia Niedźwiedzia... 

-  Zgoda,  Mistrzu  Jhary.  Nadal  jednak  twierdzę,  że  najgroźniejszym  wrogiem  jest 

Gaynor Przeklęty. 

- No, ale on jest niezniszczalny. 

-  Może  go  pokonać  tylko  ktoś  równie  potężny  i  naznaczony  przez  los  jak  on  sam.  - 

Arkyn spojrzał znacząco na Coruma. - To jednak wymagałoby wielkiej odwagi i mogłoby się 

skończyć śmiercią ich obu... 

- Przemyślę twoje słowa, Lordzie Arkynie. - Corum pochylił głowę. 

- A teraz już czas na mnie. 

Przystojny mężczyzna zniknął i zostali w świątyni sami. 

Corum  spojrzał  na  Rhalinę,  a  potem  na  Jharego.  Obydwoje  unikali  jego  wzroku. 

Zdawali sobie sprawę z tego, co prosił go Lord Arkyn i jaką odpowiedzialność złożył na jego 

barki. 

Książę  się  zasępił.  Dotknął  pokrytej  klejnotami  przepaski  zacisnął  nienaturalną, 

sześciopalcą dłoń. 

-  Z  Okiem  Rhynna  i  Ręką  Kwilą  -  powiedział  -  odrażającymi  darami  Shoola, 

zaszczepionymi  zarówno  w  mą  duszę,  jak  i  ciało,  spróbuję  uwolnić  ten  świat  od  Księcia 

Gaynora Przeklętego. 

background image

Rozdział trzeci 

KSIĄŻĘ GAYNOR PRZEKLĘTY

 

 

Niegdyś  był  bohaterem  -  odezwał  się  Jhary,  gdy  tego  samego  wieczora  stali  na 

murach, spoglądając na tysiące ognisk rozpalonych przez otaczające miasto wojska Chaosu - 

ten  Książę  Gaynor.  On  także  walczył  po  stronie  Ładu.  Ale  potem  rozpalony  gwałtowną 

namiętnością  -  może  do  jakiejś  kobiety  -  zdradził  i  związał  swój  los  z  Chaosem.  Został 

ukarany  -  niektórzy  mówią,  że  przez  Kosmiczną  Równowagę  -  i  teraz  już  nigdy  nie  może 

stanąć po stronie Ładu ani zaznać  jego dobrodziejstw. Musi  na wieki  służyć Chaosowi, tak 

jak ty przez całą wieczność służysz Ładowi... 

- Przez całą wieczność? - spytał Corum zaniepokojony. 

- Nie powiem już na ten temat ani słowa  - odparł Jhary. - Ty niekiedy doświadczasz 

spokoju.  Księciu Gaynorowi pozostaje  jedynie pamięć tego, czym  jest spokój, ale  nigdy go 

już nie odzyska. 

- Nawet po śmierci? 

- Został skazany na to, by nigdy nie umrzeć, gdyż w śmierci można znaleźć ukojenie, 

nawet jeśli trwa ona tylko chwilę przed powtórnym narodzeniem. 

- A zatem nie mogę go zabić? 

- Nie. Podobnie jak nie możesz zabić żadnego z Wielkich Starych Bogów. Ale możesz 

go usunąć z tego świata. Jednakże musisz wiedzieć, jak to uczynić... 

- A ty to wiesz? 

-  Myślę,  że  tak.  -  Szli  wolno  wzdłuż  murów.  Jhary  w  zamyśleniu  pochylił  głowę.  - 

Pamiętam  opowieści,  że  Gaynora  może  zwyciężyć  tylko  ktoś  służący  Ładowi,  jeśli  odsłoni 

jego  przyłbicę  i  spojrzy  mu  w  twarz.  Ale  aby  otworzyć  tę  przyłbicę,  potrzebna  jest  moc 

większa  niż  ma  jakikolwiek  śmiertelnik.  To  jest  wyznaczony  przez  los  magiczny  warunek 

pokonania Przeklętego Księcia. Nic więcej nie wiem. 

- Dobre i to - stwierdził Corum bez entuzjazmu. 

- Tak. 

- To musi się stać jeszcze dzisiaj. Nie spodziewają się ataku z naszej strony, zwłaszcza 

w  pierwszą  noc  oblężenia.  Musimy  wyprawić  się  przeciwko  Armii  Chaosu,  błyskawicznie 

uderzyć i spróbować zabić - czy też usunąć z tego świata Księcia Gaynora Przeklętego. To on 

ma władzę nad tymi zdeformowanymi istotami i gdy go zabraknie, wszystkie powrócą tam, 

skąd przybyły... 

background image

-  Jaki  prosty  plan  -  zauważył  sarkastycznie  towarzysz  bohaterów.  -  Kto  z  nami 

pojedzie? Widziałem w pobliżu Beldana. 

-  Nie  będę  narażał  życia  żadnego  z  obrońców.  Będą  potrzebni,  jeśli  plan  zawiedzie. 

Pojedziemy sami - zadecydował Corum. 

Jhary westchnął i wzruszył ramionami. 

- Lepiej tu zostań, mały przyjacielu - powiedział do kota. 

 

Skradali  się  w  ciemnościach,  prowadząc  wierzchowce.  Owinęli  im  kopyta  grubymi 

szmatami,  by  stłumić  hałas.  Zmierzali  w  stronę  obozu  Armii  Chaosu,  gdzie  świętujący 

Mabdeńczycy trzymali słabe straże. 

Sam  zapach  wystarczył,  aby  rozpoznać  miejsce  postoju  piekielnej  bandy  Księcia 

Gaynora.  Półludzie  krążyli  dokoła  w  dziwacznych,  rytualnych  pląsach  przypominających 

bardziej ruchy parzących się zwierząt niż taniec. Mieli tępe, zwierzęce twarze, obwisłe wargi 

i mętne spojrzenia. Wszyscy pili mnóstwo cierpkiego wina, żeby zapomnieć o tym, kim byli, 

zanim oddali się zepsuciu Chaosu. 

Książę Gaynor siedział przy ognisku w samym środku obozowiska. Od stóp do głów 

był  zakuty  w  błyszczącą  zbroję,  która  w  blasku  płomieni  mieniła  się  na  zmianę  srebrem  i 

złotem,  czasem  przybierając  także  barwę  stalowoniebieską.  Z  hełmu  zwisał  ciemnożółty 

pióropusz,  a  na  pancerzu  wyryto  herb  Chaosu  -  rozchodzące  się  promieniście  osiem  strzał, 

które, jak utrzymywał  Chaos, wyobrażały  bogactwo możliwości tkwiących  w  jego  filozofii. 

Książę nie uczestniczył w zabawie. Nie jadł ani nie pił. Prawie nie zwracał uwagi na swoich 

wojowników.  Zakute  w  stal  ręce  spoczywały  na  rękojeści  wielkiego  miecza,  który  także 

przybierał  na  przemian  barwę  srebrną,  złotą  i  stalowoniebieską.  Cały  był  jakby  wykuty  z 

jednego kawałka metalu - Książę Gaynor Przeklęty. 

Miejsce  postoju  Armii  Chaosu  -  podobnie  jak  zlokalizowane  po  drugiej  stronie 

obozowiska  Armii  Psa  i  Niedźwiedzia  -  znajdowało  się  w  pewnej  odległości  od  głównego 

obozu  barbarzyńców.  Nim  tam  dotarli,  musieli  prześlizgnąć  się  obok  kilku  chrapiących 

strażników. W pewnej  chwili  minęła  ich grupka  zataczających  się  ludzi Lyra, ale ponieważ 

Corum  i  Jhary  mieli  na  sobie  płaszcze  z  kapturami,  barbarzyńcy  poświęcili  im  zaledwie 

przelotne spojrzenie. Żaden z nich  nie przypuszczał, aby obrońcy Halwygu ośmielili się we 

dwójkę zakraść do ich obozu. 

Gdy dotarli  do granicy  światła  i znaleźli  się  już  blisko kotłującej  się tłuszczy  ludzi-

zwierząt,  dosiedli  koni,  po  czym  przez  dłuższą  chwilę  wpatrywali  się  w  tajemniczą  postać 

Księcia Przeklętego. 

background image

Przez  cały  czas  Gaynor  ani  razu  się  nie  poruszył.  Siedział  na  wysokim  ozdobnym 

siodle  w  kolorach  czerni  i  bieli,  z  ręką  na  głowni  szerokiego  pałasza,  i  bez  cienia 

zainteresowania obserwował hulankę swej świty. 

W  końcu  wolno  wjechali  w  krąg  światła  rzucanego  przez  ognisko  i  Książę  Corum 

Jhalen Irsei, Sługa Ładu, znalazł się twarzą w twarz z Księciem Gaynorem Przeklętym, Sługą 

Chaosu. 

Corum  miał  na  sobie  kompletny  ubiór  bojowy  Vadhag-hów  -  misterną  srebrną 

kolczugę, stożkowaty  hełm  i szkarłatną szatę. W prawej dłoni dzierżył długą włócznię, a w 

lewej - wielką okrągłą tarczę. 

Książę Gaynor podniósł się z miejsca i ręką dał znak do zakończenia zabawy. Upiorne 

istoty odwróciły się, by spojrzeć na Coruma, a rozpoznawszy go zaczęły warczeć i wydawać 

gniewne pomruki. 

-  Milczeć!  -  rozkazał  Książę  Przeklęty,  występując  naprzód  i  wyciągając  miecz.  - 

Niech  któryś  osiodła  mojego  rumaka,  bo  podejrzewam,  że  Książę  Corum  i  jego  przyjaciel 

przybyli, by ze mną walczyć. - Jego głos był wibrujący i jakby lekko rozbawiony, ale gdzieś 

na dnie czaił się tragiczny smutek. 

- Czy staniesz, aby walczyć ze mną sam na sam, Książę Gaynorze? - zapytał Corum. 

-  Niby  czemu  miałbym  to  robić?  -  zaśmiał  się  Książę  Chaosu.  -  Już  od  dawna  nie 

przestrzegani  twych  rycerskich  zasad,  Książę  Corumie.  Poza  tym  ślubowałem  mojej  pani, 

Królowej Xiombarg, że użyję wszelkich sposobów, aby cię zniszczyć. Nigdy nie widziałem, 

żeby  kogoś  naprawdę  nienawidziła,  ale  ciebie,  Vadhaghu,  nienawidzi.  O,  jakże  cię 

nienawidzi! 

- Może dlatego, że się mnie boi - stwierdził Książę w Szkarłatnym Płaszczu. 

- Tak, to możliwe. 

- A zatem rzucisz przeciw nam całą swą bandę? 

- A dlaczegóż by nie? Skoro byliście na tyle głupi, aby tu przychodzić... 

- Nie masz dumy? 

- Nie, myślę, że nie. 

- Ani honoru? 

- Nie. 

- Ani odwagi? 

- Obawiam się, że w ogóle nie posiadam żadnych określonych cech... Obawiam się... 

właśnie, może jedynie strach. 

- Przynajmniej jesteś uczciwy. 

background image

- Jeśli chcesz tak uważać... - Spoza zamkniętej przyłbicy rozległ się głośny śmiech.  - 

Po co przybyłeś do mego obozu, Książę Corumie? 

- Dobrze wiesz po co. 

-  Masz  nadzieję  mnie  zabić,  gdyż  jestem  mózgiem  kierującym  mięśniami 

barbarzyńców?  Świetny  pomysł.  Ale  mnie  nie  można  zabić.  Gdyby  to  było  możliwe... 

Wielokrotnie modliłem się o śmierć... Łudzisz się, że jeśli mnie pokonasz, zdobędziesz czas 

potrzebny na wzmocnienie obrony miasta. Może by się tak stało, ale z przykrością będę cię 

musiał  zabić,  pozbawiając  w  ten  sposób  Halwyg-nan-Vake  głównego  źródła  wiedzy  i 

zaradności. 

- Skoro nie można cię zabić, to dlaczego nie chcesz ze mną walczyć osobiście? 

- Nie będę tracił czasu. Wszyscy do mnie! 

Zdeformowani ludzie-zwierzęta ustawili się za swym panem. Ten zaś dosiadł białego 

wierzchowca, na którym umieszczono wysokie,  lśniące czernią  i  bielą  siodło. Gaynor wziął 

podaną mu włócznię i uniósł tarczę. 

Corum zsunął z oka pokrytą klejnotami przepaskę i spojrzał poza Księcia Gaynora  i 

jego  wojowników,  w  jaskinię  w  krainie  cieni,  gdzie  przebywały  jego  ostatnie  ofiary. 

Znajdowała  się  tam  Horda  Chaosu,  jeszcze  mniej  przypominająca  ludzi  po  zetknięciu  się  z 

potężnymi skrzydłami Ghanha, a wraz z nią jej przywódca o twarzy konia, Polib-Bav. Ręka 

Kwilą sięgnęła do krainy cieni i przyzwała stado na pomoc Corumowi. 

-  A  teraz  Chaos  raz  jeszcze  zmierzy  się  z  Chaosem!  -  zawołał  Corum.  -  Weź  swą 

zdobycz, Polib-Bavie, a uwolnisz się z Otchłani! 

Horda Chaosu uderzyła na obóz Gaynora i zaatakowała bratnie bestie, i podłość starła 

się z podłością, a plugastwo z plugastwem. Istoty psopodobne walczyły z krowopo-dobnymi, 

a  koniopodobne  z  żabopodobnymi.  Gęsto  padały  ciosy  pałek,  noży  i  toporów.  Z  masy 

walczących  stworzeń  dochodziły  wrzaski,  pomruki,  wycia,  jęki,  przekleństwa,  piski  i 

przerażający  chichot.  Widząc  to  wszystko  Książę  Gaynor  Przeklęty  odwrócił  konia  i  stanął 

naprzeciw Coruma. 

-  Gratuluję  ci,  Książę  w  Szkarłatnym  Płaszczu.  Widzę,  że  nie  liczyłeś  na  moją 

rycerskość. Cóż, czy obaj będziecie ze mną walczyć? 

-  Nie  -  odparł  Corum  szykując  włócznię  i  unosząc  się  w  siodle,  tak  że  opierał  się 

jedynie  o  jego  górną  część  i  niemal  stał  w  strzemionach.  -  Mój  przyjaciel  jest  tu  po to,  by 

zanieść wiadomość o wyniku naszego starcia, gdybym ja zginął. Będzie walczył jedynie we 

własnej obronie. 

background image

- Uczciwy pojedynek, co? - zaśmiał się ponownie Książę Gaynor.  - A więc dobrze! - 

On także poprawił się w siodle, przyjmując pozycję do walki. 

Potem zaatakował. 

Corum  spiął  konia  ostrogami  i  skierował  go  na  wroga.  Uniósł  włócznię,  a  tarczą 

osłonił twarz, gdyż w przeciwieństwie do Gaynora nie miał przyłbicy. 

Kiedy pędził naprzód, blask zbroi Gaynora niemal go oślepił. Zamachnął się i z całej 

siły  cisnął  włócznią  w  głowę  przeciwnika.  Trafiła  w  sam  środek  hełmu,  ale  nie  zdołała  go 

przebić ani choćby zarysować. Jednak Gaynor zachwiał się w siodle i przez chwilę nie był w 

stanie  zadać  ciosu.  Corum  miał  więc  czas,  by  wyciągnąć  rękę  i  pochwycić  drzewce  swej 

odskakującej  włóczni.  Gaynor  roześmiał  się  na  ten  widok  i  wymierzył  pchnięcie  w  twarz 

swego wroga, ale Książę w Szkarłatnym Płaszczu zasłonił się tarczą. 

Wokół  nich w dalszym ciągu toczyła się zażarta walka pomiędzy dwiema watahami 

ludzi-bestii.  Horda  Chaosu  była  mniej  liczna  od  sił  Gaynora,  ale  miała  tę  przewagę,  że  jej 

członków, raz już zabitych, nie można było uśmiercić ponownie. 

Tymczasem  oba  konie  zawróciły,  potykając  się  i  niemal  zrzucając  jeźdźców. 

Przytrzymując  się  uzdy,  Corum  po  raz  drugi  rzucił  włócznią.  Znowu  udało  mu  się  trafić 

Księcia  Przeklętego,  który  zwalił  się  na  błotnistą  murawę,  nie  puszczając  jednak  włóczni. 

Błyskawicznie  poderwał  się  i  rzucił  nią  w  Vadhagha.  Broń  wbiła  się  w  tarczę,  a  ostrze 

zatrzymało się o milimetry od zakrytego przepaską oka Coruma. Z włócznią tkwiącą w tarczy 

Książę  w  Szkarłatnym  Płaszczu  dobył  miecza  i  natarł  na  przeciwnika.  Gaynor  z  dzikim 

okrzykiem  sięgnął  po  pałasz,  unosząc  jednocześnie  tarczę,  by  zasłonić  się  przed  ciosem 

Vadhagha. Sam zaś wymierzył cios w nogi konia. Podcięte zwierzę upadło, zrzucając Coruma 

na ziemię. 

Książę  Przeklęty  uniósł  miecz  i  mimo  ciężkiej,  stalowej  zbroi  szybko  podbiegł  do 

usiłującego się podnieść przeciwnika. Miecz Gaynora ze świstem opadł w dół, lecz napotkał 

tarczę  Vadhagha.  Ostrze  przebiło  warstwy  skóry,  metalu  i  drewna,  ale  zatrzymało  się  na 

żelaznym grocie włóczni, wciąż jeszcze tkwiącym w tarczy. Corum zadał cios w nogi swego 

wroga,  ale  Książę  Przeklęty  podskoczył,  unikając  uderzenia.  W  tym  czasie  Książę  w 

Szkarłatnym Płaszczu przetoczył się do tyłu i wreszcie zdołał wstać. Jego skruszona tarcza do 

niczego się już nie nadawała. 

Śmiech  Gaynora  nie  ustawał,  odbijając  się  głuchym  echem  w  wiecznie  zamkniętym 

hełmie. 

- Dobrze walczysz, Corumie, ale jesteś śmiertelny, a ja już nie! 

background image

Odgłosy  bitwy  postawiły  na  nogi  resztę  obozowiska,  ale  barbarzyńcy  nie  bardzo 

wiedzieli,  co  się  dzieje.  Przywykli  do  tego,  by  słuchać  Lyra,  który  z  kolei  polegał  na 

rozkazach Księcia Przeklętego. Teraz zaś Gaynor nie miał czasu, by powiedzieć Lyrowi, co 

ma robić. 

Obaj  przeciwnicy  okrążali  się  nawzajem,  podczas  gdy  obok  nich  stworzeni  przez 

Chaos ludzie-bestie wciąż toczyli śmiertelną walkę. 

Z mroku wyzierały przestraszone twarze Mabdeńczyków, którzy obserwowali starcie, 

nie bardzo rozumiejąc, jak do niego doszło. 

Corum  odrzucił  tarczę  i  sześciopalcą  Ręką  Kwilą  sięgnął  do  tyłu  po  topór  bojowy. 

Zwiększył  dystans  do  przeciwnika  i  mocniej  zacisnął  palce  na  broni.  Topór  był  doskonale 

wyważony  i świetnie  nadawał  się do rzucania; używała go piechota Vadhaghów w czasach 

wojen z Nhadraghami. Corum miał nadzieję, że Gaynor nie zorientuje się w jego zamiarach. 

Błyskawicznie uniósł ramię i cisnął topór, który ze świstem przeciął powietrze - i trafił 

w nadstawioną tarczę. 

Jednak siła uderzenia zachwiała Gaynorem, a tarcza pękła na pół. Odrzucił jej resztki i 

oburącz chwycił pałasz, zbliżając się do swego wroga. 

Corum  sparował  pierwszy  cios,  potem  drugi  i  trzeci,  ale  gwałtowny  atak  Gaynora 

spychał go do tyłu. Książę w Szkarłatnym Płaszczu uskoczył w bok i wymierzył pchnięcie w 

spoiwo zbroi przeciwnika. Książę Przeklęty błyskawicznie przerzucił miecz do prawej ręki i 

odbił uderzenie. Cofnął się dwa kroki i dyszał ciężko. Corum słyszał dochodzący z wnętrza 

hełmu świszczący oddech. 

- Może i jesteś nieśmiertelny, książę, ale męczysz się jak inni ludzie. 

- Nie możesz mnie zabić! Czy myślisz, że nie pragnę śmierci? 

-  A  więc  poddaj  się.  -  Corum  także  z  trudem  łapał  powietrze.  Serce  waliło  mu  jak 

młotem,  a  w  piersiach  czuł  przygniatający  ciężar.  -  Poddaj  się,  a  przekonasz  się,  czy  nie 

zdołam cię zabić! 

- Poddając się, złamałbym przysięgę złożoną Królowej Xiombarg. 

- A więc jednak wiesz, co to honor? 

-  Honor?  -  zaśmiał  się  Gaynor.  -  Nie  honor,  ale  strach  -  już  ci  mówiłem.  Jeśli  ją 

zdradzę, Xiombarg mnie ukarze. Nie sądzę, byś potrafił zrozumieć, co to oznacza, Książę w 

Szkarłatnym Płaszczu. - Wymachując pałaszem ponownie natarł na Coruma. 

Vadhagh schylił się przed ciosem i uderzył przeciwnika w nogi tak potężnie, że jedno 

z kolan wygięło się na moment. Książę Przeklęty uskoczył w tył i rzucił szybkie spojrzenie na 

swych podwładnych. 

background image

Horda  Chaosu  właśnie  kończyła  się  z  nimi  rozprawiać.  Istoty  przywołane  przez 

Coruma z krainy cieni kolejno zabierały swój łup i znikały tam, skąd przyszły. 

Z  dzikim  okrzykiem  Gaynor  jeszcze  raz  rzucił  się  na  przeciwnika.  Zebrawszy 

wszystkie  siły,  Książę  w  Szkarłatnym  Płaszczu  odbił  cios  i  sam  zaatakował.  Lecz  Gaynor 

doskoczył  i  chwycił  go  za  rękę  trzymającą  miecz.  Uniósł  pałasz,  by  uderzyć  Coruma  w 

głowę.  Vadhagh  zdołał  się  jednak  wyswobodzić.  Ostrze  trafiło  go  w  bark,  przecinając 

pierwszą warstwę kolczugi, lecz zatrzymując się na drugiej. 

Teraz  był  jednak  zupełnie  bezbronny.  Gaynor  chwycił  jego  miecz  i  trzymał  go 

zwycięsko w lewej ręce. 

- Poddaj się, Książę Corumie. Poddaj się, a daruję ci życie. 

- Aby móc zawieźć mnie swej pani, Xiombarg. 

- Nie mam wyboru. 

- A zatem nie poddam się! 

-  Więc  będę  musiał cię  zabić  - westchnął Gaynor. Rzucił  miecz  Coruma  na ziemię  i 

zacisnął obie dłonie na rękojeści pałasza. Ruszył naprzód, by skończyć ze swym wrogiem. 

background image

Rozdział czwarty 

ATAK BARBARZYŃCÓW

 

 

Corum instynktownie uniósł ramiona, aby zasłonić się przed ciosem Gaynora, i w tym 

momencie coś stało się z Ręką Kwilą. 

Niejeden  raz  Ręka  ocaliła  mu  życie  -  często  wyprzedzając  atak  -  i  obecnie  znów 

samorzutnie  sięgnęła  w  górę  i  chwyciła  za  ostrze  broni  Gaynora.  Wyrwała  pałasz  z  ręki 

Księcia Przeklętego i z potworną siłą kilkakrotnie uderzyła go po głowie rękojeścią. 

Książę Gaynor zachwiał się i z jękiem osunął na kolana. 

Corum skoczył naprzód i chwycił go od tyłu za szyję. 

- Poddajesz się, książę? 

- Nie mogę się poddać - wydusił Gaynor. - Nie mam jak się poddać. 

Lecz  poniechał  oporu,  a  złowieszcza  Ręka  Kwilą  pociągnęła  gwałtownie  za  jego 

przyłbicę. 

- NIE! - krzyknął pojąwszy zamiar Coruma. - Nie rób tego. Żaden człowiek nie może 

ujrzeć mojej twarzy! - Zaczął się wić i rzucać, lecz Corum trzymał go mocno, a Ręka Kwilą 

ponownie szarpnęła za przyłbicę. 

- PROSZĘ! 

Przyłbica uniosła się odrobinę. 

- BŁAGAM CIĘ, KSIĄŻĘ W SZKARŁATNYM PŁASZCZU! PUŚĆ MNIE, A NIE 

BĘDĘ JUŻ Z TOBĄ WALCZYŁ! 

- Nie masz prawa do takiej przysięgi  - przypomniał mu Corum gniewnie. - Należysz 

do Xiombarg i nie masz własnej woli ani honoru. 

- Miej litość, Książę Corumie - powtórzył Gaynor błagalnie. 

- A ja nie mam prawa do litości nad tobą, bo służę Arkynowi - powiedział Corum. 

Ręka Kwilą po raz trzeci pociągnęła przyłbicę, i ta odskoczyła. 

Corum  ujrzał  młodą  twarz,  w  której  kłębiło  się  mrowie  białych  robaków.  Z  twarzy 

wyzierały  czerwone,  martwe  oczy.  Wszystkie  potworności,  których  kiedykolwiek  był 

świadkiem, nie mogły się równać z tym jednym przerażającym widokiem. Jego krzyk zlał się 

z  krzykiem  Księcia  Gaynora  Przeklętego.  Twarz  księcia  zaczęła  gnić  i  rozpadać  się, 

przyjmując  upiorny  trupi  kolor  i  wydzielając  fetor,  przy  którym  niczym  był  odór  Hordy 

Chaosu.  Corum  obserwował,  jak  twarz  zmienia  rysy.  Czasem  stawała  się  obliczem 

mężczyzny w średnim wieku, kiedy indziej kobiety albo chłopca - a raz przelotnie rozpoznał 

background image

w  niej  siebie  samego.  Ile  różnych  masek  nosił  Gaynor  przez  wszystkie  wieki  swego 

potępienia?  Corum  widział  miliony  lat  rozpaczy  przebiegające  przez  oblicze  księcia,  a  ono 

wciąż kłębiło się robactwem, czerwone oczy płonęły strachem i cierpieniem, a kolejne twarze 

zmieniały się bez końca... 

To trwało więcej niż miliony lat - eony bólu i cierpienia. Taka była cena za nieznaną 

zbrodnię Gaynora, za zdradę przysięgi, którą złożył Ładowi. Przy czym ten los stał się jego 

udziałem nie z ręki Ładu, ale mocą wyroku Kosmicznej Równowagi. Jakaż to była zbrodnia, 

jeśli zachowująca neutralność Równowaga zdecydowała się na działanie? Pewne wskazówki 

co do tego pojawiały się i znikały na różnych obliczach migających w hełmie. Corum zwolnił 

uścisk  na  szyi  Gaynora,  a  zamiast  tego  objął  rękami  jego  udręczoną  głowę  i  zapłakał  nad 

Księciem  Przeklętym,  który  wciąż  na  nowo  ponosił  karę,  jaka  nigdy  nie  powinna  stać  się 

udziałem żadnej istoty. 

Szlochając  pomyślał,  że  tak  wyglądała  ostateczna  sprawiedliwość  -  lub 

niesprawiedliwość, co w owej chwili wydawało mu się tym samym. 

Jednak  nawet  w  tej  chwili  Książę  Gaynor  nie  umierał,  lecz  jedynie  przechodził  z 

jednej formy egzystencji w inną. Wkrótce w jakimś obcym świecie, nieskończenie odległym 

od  Piętnastu  Wymiarów  i  światów  rządzonych  przez  Władców  Mieczy,  znów  podejmie 

naznaczoną mu przez los służbę Chaosowi. 

W końcu twarz zniknęła. Lśniąca zbroja była pusta. Książę Gaynor Przeklęty odszedł. 

 

Corum oszołomiony podniósł głowę. Jak przez mgłę usłyszał głos Jharego-a-Conela. 

- Szybko, Corumie, weź konia Gaynora! Barbarzyńcy zdołali się otrząsnąć, a my nie 

mamy tu już czego szukać. 

Towarzysz  bohaterów  potrząsnął  go  za  ramię.  Książę  wstał  i  odnalazł  swój  miecz, 

który leżał tam, gdzie cisnął go Gaynor. Z pomocą Jharego wspiął się na błyszczące siodło w 

kolorach czerni i bieli. 

W  chwilę  później  gnali  w  kierunku  murów  Halwygu-nan-Vake,  ścigani  przez 

wyjących Mabdeńczyków. 

Otwarto bramę, aby ich wpuścić, po czym natychmiast ją zamknięto. Zsiadając z koni 

słyszeli, jak barbarzyńcy bezskutecznie tłuką pięściami w okute żelazem belki. Król Onald i 

Rhalina czekali na nich z niecierpliwością. 

- Co z Księciem Gaynorem? - zawołał Onald. - Żyje? 

- Tak - odparł Corum bezbarwnie. - Wciąż żyje. 

- A więc przegrałeś! 

background image

- Nie. - Corum oddalił się, prowadząc konia swego wroga. Nie chciał teraz rozmawiać 

z nikim, nawet z Rhalina. 

Król ruszył za nim, ale przystanął i spojrzał pytająco na Jharego-a-Conela. 

- Corum nie przegrał? - zapytał. 

- Książe Gaynor już nam nie zagraża - wyjaśnił Jhary zmęczonym głosem. - Corum go 

pokonał. Barbarzyńcy stracili mózg, który nimi kierował - pozostała im tylko ich liczba i siła 

mięśni, a także Psy i Niedźwiedzie. - Zaśmiał się bez cienia wesołości w głosie. - Tylko tyle, 

Królu Onaldzie. 

Spojrzeli na Coruma, który szedł przygarbiony, ledwo powłócząc nogami. 

- Dopilnuję przygotowań do obrony - rzekł Onald. - Myślę, że rano zaatakują. 

-  Ja  też tak  sądzę  -  powiedziała  Rhalina.  Kierowana  nagłym  impulsem  miała  ochotę 

podejść do Coruma, ale się od tego powstrzymała. 

 

O świcie  wojska  Króla Lyra-a-Brode połączyły  się  z wojskami  z  Bro-an-Mabdenu  i 

wraz z Armiami Psa i Niedźwiedzia zaczęły podchodzić pod Halwyg-nan-Vake. 

Na niskich wałach Halwygu tłoczyli się wojownicy. Barbarzyńcy, pokładając ufność 

w taktyce Księcia Gaynora i jego Zastępów Chaosu, które pomogły im zdobyć wszystkie inne 

miasta,  nie  prowadzili  ze  sobą  machin  oblęż-niczych.  Było  ich  jednak  bardzo  wielu  -  tak 

wielu,  że  ich  szeregi  rozciągały  się  aż  po  horyzont.  Jechali  konno  i  na  rydwanach  lub 

maszerowali pieszo. 

Corum odpoczywał parę godzin, choć nie mógł zasnąć. Wciąż stała mu przed oczami 

twarz Księcia Gaynora. Starał się wskrzesić w sobie nienawiść do Glandytha-a-Krae i szukał 

hrabiego wśród hordy  barbarzyńców, ale  nigdzie  go nie  było. Może  nadal tropił  Coruma  w 

okolicach Góry Moidel. 

Król  Lyr  dosiadał  potężnego  wierzchowca,  a  w  dłoniach  ściskał  prymitywny 

proporzec  wojenny.  Obok  niego  jechał  Kronekyn-a-Drok,  wódz  szczepów  Bro-an-Mabden, 

garbus i półidiota, którego dość trafnie przezywano Ropuchą. 

Barbarzyńcy  nadciągali  w  nieładzie,  bez  żadnego  planu.  Cronekyn  rozglądał  się 

nerwowo, jakby niepewny, czy bez Księcia Gaynora zdoła zapanować nad tak wielką siłą. 

Król Lyr-a-Brode uniósł masywny miecz i w tej samej chwili z tyłu posypał się grad 

płonących strzał, które z gwizdem opadły na Halwyg, podpalając zeschnięte, nie podlewane 

od wielu dni krzaki. Lecz Król Onald był na to przygotowany. Już od wielu dni mieszkańcy 

gromadzili  urynę,  aby  nią  gasić  ogień.  Onald  znał  los  innych  obleganych  miast  w  swoim 

królestwie i zarządził to, co było konieczne. 

background image

Kilku obrońców zachwiało się, trafionych ognistymi strzałami. Jeden z nich z twarzą 

w płomieniach przebiegł obok Coruma, ale książę nie zwrócił na niego większej uwagi. 

Z dzikim wrzaskiem barbarzyńcy rzucili się w kierunku wałów i zaczęli wdzierać się 

na nie po drabinach oblęż-niczych. 

Atak na Halwyg zaczął się na dobre. 

Corum szukał wzrokiem  Armii Psa  i Niedźwiedzia, zastanawiając się, kiedy zostaną 

przeciw  nim  użyte,  lecz  napastnicy  zdawali  się  trzymać  je  w  rezerwie,  choć  trudno  było 

zgadnąć dlaczego. 

Jego  uwaga  na  powrót  zwróciła  się  ku  bardziej  bezpośredniemu  zagrożeniu.  Jakiś 

barbarzyńca z pochodnią w dłoni i sztyletem w zębach z trudem wspiął się na mur. Krzyknął 

zaskoczony, gdy Corum ciął go mieczem. Lecz za nim wdzierali się następni. 

Przez cały dzień Corum walczył jak automat i czynił to bardzo skutecznie. W innych 

miejscach  fortyfikacji Rhalina, Jhary  i Beldan kierowali oddziałami obrońców. Padło tysiąc 

barbarzyńców, lecz zastąpił  ich tysiąc  innych, gdyż Lyr  miał  na tyle rozsądku, by pozwolić 

swym  ludziom  wypocząć,  i  rzucał  ich  do  walki  falami.  Obrońcy  miasta  nie  mogli  sobie 

pozwolić na podobną strategię. Każdy, kto zdołał unieść miecz, potrzebny był w walce. 

Corumowi huczało w głowie od wrzasków i zgiełku bitwy. Zabił chyba ze dwudziestu 

ludzi,  ale  ledwie  był  tego  świadom.  Miał  rozdartą  w  wielu  miejscach  kolczugę,  a  z  kilku 

pomniejszych ran płynęła mu krew, ale tego też nie zauważał. 

Spadły  kolejne  płonące  strzały;  kobiety  i  dzieci  rzuciły  się  z  wiadrami,  aby  gasić 

ogień. 

Za  plecami  obrońców  unosiły  się  kłęby  dymu,  przed  nimi  tłoczyli  się  cuchnący 

barbarzyńcy. Wszystkich ogarnął szał bitwy. Mury były zbryzgane krwią i powalane ludzkimi 

wnętrznościami, a ziemia usłana porzuconą bronią. Trupy spiętrzono w stosy, bezskutecznie 

próbując podwyższyć blanki i powstrzymać atak. 

Poniżej  Mabdeńczycy  usiłowali  rozwalić  bramę  taranami  z  pni  drzew,  lecz 

wzmacniane żelazem grube drewno wciąż jeszcze wytrzymywało uderzenia. 

Choć odgłosy bitwy dochodziły do niego jak przez mgłę, Corurn zdawał sobie sprawę, 

że jego walka z Księciem Przeklętym nie poszła na marne. Nie ulegało wątpliwości, że pod 

wodzą Gaynora i przy wsparciu jego stworów z piekła rodem barbarzyńcy dawno zdobyliby 

miasto. 

Ale  ile  czasu  im  jeszcze  zostało?  Kiedy  wróci  Arkyn  z  substancjami,  których 

potrzebował Książę Yurette? Czy Miasto We Wnętrzu Piramidy jeszcze się broniło? 

background image

Corum  uśmiechnął  się  ponuro.  Xiombarg  na  pewno  już  wie,  że  pokonał  jej 

wysłannika.  Jej  gniew  będzie  jeszcze  większy,  podobnie  jak  poczucie  bezsilności.  Może  to 

osłabi impet uderzenia na Gwlas-cor-Gwrys? 

A może jeszcze je wzmocni? „ 

Spróbował  odpędzić  od  siebie  te  myśli.  Nie  mogły  w  niczym  pomóc.  Podniósł 

włócznię  rzuconą  przez  jakiegoś  barbarzyńcę  i  cisnął  ją  z  powrotem.  Utkwiła  w  brzuchu 

wojownika mabdeńskiego, który zachwiał się, chwycił oburącz za drzewce, a w chwilę potem 

zwalił się głową w dół, tam gdzie spoczywały już inne trupy. 

Zaraz po południu barbarzyńcy zaczęli się wycofywać, zabierając ze sobą poległych. 

Corum  widział,  jak  Lyr  i  Cronekyn  naradzają  się.  Być  może  zastanawiali  się,  czy 

rzucić do walki Armie Psa i Niedźwiedzia. Albo rozważali nową strategię, która pozwoliłaby 

im uniknąć tak wielkich strat? A może straty nie miały dla nich znaczenia? 

Podbiegł do niego jakiś chłopiec. 

- Książę Corumie, mam wiadomość. Aleryon cię oczekuje. 

Corum chwiejnie zszedł z muru i wsiadł do rydwanu. Powoli ruszył w stronę świątyni. 

Świątynia i jej dziedziniec były teraz w całości wypełnione rannymi. Aleryon czekał 

przy wejściu. 

- Czy Arkyn wrócił? 

- Tak, książę. 

Corum wkroczył do środka i rozejrzał się pytająco po leżących na posadzce ludziach. 

- Oni umierają - rzekł Aleryon cicho. - Prawie nic do nich nie dociera. Nie musimy się 

obawiać o dyskrecję przy tych biedakach. 

Arkyn raz jeszcze wyłonił się z cienia. Mimo iż był bogiem i postać, którą przybrał, 

nie stanowiła jego prawdziwej postaci, wyglądał na zmęczonego. 

-  Proszę  -  powiedział,  wręczając  Corumowi  małe  pudełeczko  ze  zwykłego 

bezbarwnego  metalu.  -  Nie otwieraj go, bo jest wypełnione  substancją o wielkiej  mocy  i  jej 

promieniowanie  mogłoby cię zabić. Daj to wysłannikowi Gwlas-cor-Gwrysu  i powiedz  mu, 

żeby znów prze kroczył Granicę Światów swoim powietrznym statkiem. 

- Ale on nie ma energii na powrót - przypomniał 

Corum. 

-  Otworzę  dla  niego  przejście.  Mam  nadzieję,  że  mi  się  uda,  choć  jestem  bliski 

wyczerpania. Xiombarg na różne sposoby usiłuje mnie osłabić. Nie wiem, czy zdołam znaleźć 

przesmyk  blisko  Gwlas-cor-Gwrysu,  ale  spróbuję.  Jeśli  znajdzie  się  daleko  od  miasta,  to 

dotarcie tam może okazać się niebezpieczne. Zrobię, co w mojej mocy. 

background image

Corum skinął głową i zabrał kasetkę. 

- Módlmy się, aby Gwlas-cor-Gwrys jeszcze istniało. 

- Tylko nie módl się do mnie. -  Arkyn posłał mu sarkastyczny uśmiech.  -  Wiem tyle 

co ty. 

Corum  wybiegł  ze  świątyni,  ściskając  pudełeczko.  Było  ciężkie  i  całe  pulsowało. 

Wdrapał się na rydwan, zaciął konie i pognał opustoszałymi ulicami do pałacu Króla Onalda. 

Pędem wbiegł schodami na dach, gdzie czekał statek powietrzny. Przekazał sternikowi słowa 

Lorda  Ar-kyna  i  podał  mu  kasetkę.  Bwydyth  popatrzył  na  nią  niepewnie,  ale  schował  ją 

pieczołowicie w sterówce. 

-  Żegnaj,  Bwydythu-a-Horn  -  powiedział  Corum  z  powagą.  -  Obyś  odnalazł  swe 

Miasto We Wnętrzu Piramidy i sprowadził je do nas na czas. 

Bwydyth  pomachał  mu,  unosząc  pojazd  w  powietrze.  Nagle  na  niebie  ukazała  się 

nieregularna szczelina.  Z trudem utrzymywała swój kształt, cała iskrzyła się i drgała. Za nią 

widać  było  oślepiające  złotym  blaskiem  niebo,  gdzieniegdzie  znaczone  pomarańczowym  i 

fioletowym światłem. Z nieba dochodził krzyk. 

Statek powietrzny przeleciał przez  szczelinę, która zamknęła  się za  nim,  i po chwili 

nie było już po niej śladu. 

Książę przez moment stał wpatrując się w niebo, kiedy usłyszał wrzask dochodzący z 

wałów. 

„Zapewne zaczął się nowy atak”, pomyślał. 

Zbiegł na dół, przemknął przez pałac i wydostał się na ulicę. Tam zobaczył klęczące i 

zawodzące kobiety. Czterech rosłych wojowników niosło na ramionach mary. Spoczywało na 

nich ciało okryte płaszczem. 

- Co się stało? - zapytał Corum jednego z wojowników. - Kto umarł? 

-  Zabili  naszego  Króla  Onalda  -  odparł  mężczyzna  zbolałym  głosem.  -  I  wysłali 

przeciw nam Armie Psa i Niedźwiedzia. Dla Halwygu nastał czas zagłady, Książę Corumie. 

Teraz już nic jej nie powstrzyma! 

background image

Rozdział piąty 

GNIEW KRÓLOWEJ XIOMBARG

 

 

Corum  ostro  zaciął  konie  i  popędził  z  powrotem  ku  murom.  W  Halwygu-nan-Vake 

panowała martwa cisza i odnosiło się wrażenie, że mieszkańcy biernie czekają na śmierć z rąk 

zwycięskich  barbarzyńców.  Jadąc  ulicami  miasta,  książę  ujrzał  dwie  kobiety,  które 

zdecydowały od razu odebrać sobie życie  i rzuciły się z dachów swych domostw. Pomyślał, 

że być może miały rację. 

Zeskoczył z rydwanu i wbiegł po stopniach na mury, gdzie czekali Rhalina i Jhary-a-

Conel.  Nie  musieli  mu  nic  wyjaśniać,  gdyż  sam  mógł  dostrzec  zbliżające  się 

niebezpieczeństwo. 

W  stronę  miasta pędziły z wywieszonymi  językami wielkie psy. Ich oczy  jarzyły  się 

dzikim blaskiem. Bestie górowały wielkością nad biegnącymi obok barbarzyńcami. Za psami, 

stąpając  ciężko  na  tylnych  łapach,  nadciągały  ogromne  niedźwiedzie  z  czarnymi 

zakrzywionymi rogami, trzymające pałki i tarcze. 

Corum zdał  sobie sprawę, że psy zdołają przeskoczyć wały,  a  niedźwiedzie rozwalą 

pałkami bramy, i podjął nagłą decyzję. 

-  Do  pałacu!  -  krzyknął.  -  Wszyscy  wojownicy  do  pałacu,  a  reszta  niech  chroni  się, 

gdzie może! 

-  Zostawiasz  mieszkańców na pastwę  losu?  -  zawołała  Rhalina  i zadrżała widząc, że 

jego ludzkie oko płonęło czernią i złotem. 

-  Zrobiłem  dla  nich  wszystko,  co  mogłem.  Mam  nadzieję,  że  odwrót  da  nam  trochę 

czasu. W pałacu będziemy się mogli lepiej bronić. Szybciej! - krzyknął. - Szybciej! 

Niektórzy wojownicy z ulgą szybko spełnili rozkaz, ale inni się ociągali. 

Stojąc  na  blankach  Corum  obserwował,  jak  żołnierze,  niosąc  rannych,  z  wysiłkiem 

posuwają się w stronę odległego pałacu. Wraz z nimi uciekały tłumy mieszkańców. 

Wkrótce na murach pozostał już tylko on, Rhalina i Jhary. W milczeniu obserwowali 

podchodzące coraz bliżej psy i niedźwiedzie. 

Potem  zeszli  z  murów  i  pobiegli  zniszczonymi,  opustoszałymi  alejami.  Po  drodze 

mijali spalone krzewy, połamane kwiaty  i  ciała  zabitych.  W końcu dotarli do pałacu, gdzie 

zajęli się barykadowaniem drzwi i okien. 

Z  oddali  dochodziło  wycie  psów  i  niedźwiedzi,  a  także  tryumfalne  okrzyki 

barbarzyńców. 

background image

Trójka  przyjaciół  wspięła  się  na  dach,  skąd  śledziła  rozwój  wypadków.  Ogarnął  ich 

dziwny spokój. 

- Ile mamy czasu, Corumie? - szepnęła Rhalina. - Ile mamy czasu, nim tu przyjdą? 

- Bestie? Za kilka minut dotrą do murów. 

- A potem? 

- Minie trochę czasu, nim upewnią się, że to nie pułapka. 

- A potem? 

-  Upłynie  jeszcze parę  minut, nim zaatakują pałac. A dalej... nie wiem. Nie zdołamy 

zbyt długo opierać się tak potężnym wrogom. 

- Czy nie możesz czegoś wymyślić, Corumie? 

- Mam pewien plan. Ale przeciwko takiej potędze... - urwał. - Sam nie wiem, czy moc 

okaże się wystarczająca... 

Wycia i pomruki najpierw stały się głośniejsze, a potem umilkły. 

- Podeszli pod wały - stwierdził Jhary. 

Książę poprawił swą podartą szkarłatną szatę. Ucałował Rhalinę. 

- Żegnaj, moja pani - powiedział. 

- Żegnaj? Co masz na myśli...? 

-  Żegnaj,  Jhary,  towarzyszu  bohaterów.  Myślę,  że  będziesz  sobie  musiał  znaleźć 

nowego przyjaciela. 

Jhary zdobył się na uśmiech. 

- Czy chcesz, żebym z tobą poszedł? 

- Nie. 

Z daleka widzieli, jak pierwszy wielki pies przeskoczył mur i stanął na ulicy, dysząc 

ciężko i węsząc podejrzliwie. 

Corum  zostawił  towarzyszy  i  zbiegł  po  stopniach  pałacu.  Przecisnął  się  przez 

barykadę  przy  wejściu  i  szerokim  dziedzińcem  wydostał  się  na  zewnątrz,  na  główną  aleję 

prowadzącą ku murom. 

Wokół paliły się krzewy. Wszędzie leżeli martwi i umierający. Mały, skrzydlaty kot 

zatoczył koło nad głową księcia, po czym odleciał w stronę wałów. 

Tymczasem więcej psów przeskoczyło przez  mur. Z głowami przy ziemi rozglądały 

się uważnie i głośno sapały. Ruszyły powoli aleją, na której końcu przyczaiła się mała postać 

Coruma. 

background image

Z tyłu za  nimi główna  brama  miasta trzasnęła z  łoskotem  i rozwarła się gwałtownie. 

Posypały  się  z  niej  drzazgi.  Kołysząc  się  wpadł  przez  nią  rogaty  niedźwiedź  o  rozdętych 

nozdrzach z pałką gotową do walki. 

Z  dachu  pałacu  Rhalina  i  Jhary  widzieli,  jak  Corum  uniósł  rękę  do  swego 

nienaturalnego  oka.  Pobladł  nieco  i  zachwiał  się,  wyciągając  przed  siebie  magiczną  Rękę 

Kwilą, która natychmiast zniknęła i pozostał tylko kikut. 

Nagle  wokół  księcia  pojawiły  się  przerażające  istoty.  Upiorne,  zdeformowane 

stworzenia,  które  niegdyś  stanowiły  orszak  Księcia  Gaynora  Przeklętego,  a  obecnie  były 

posłuszne Corumowi tylko dlatego, że obiecał  im wolność w zamian za  nowe ofiary, które 

sprowadzą do Otchłani. 

Corum skinął Ręką Kwilą, która znów stała się widoczna. 

Rhalina  z  przerażeniem  spojrzała  na  Jharego-a-Conela,  lecz  towarzysz  bohaterów 

obserwował rozwój sytuacji ze stoickim spokojem. 

-  W  jaki  sposób  tak...  tak  okaleczone  istoty  mogą  pokonać  te  wszystkie  psy, 

niedźwiedzie i idące za nimi tysiące barbarzyńców? 

- Nie wiem - odparł Jhary. - Myślę, że Corum chce się przekonać, jaką mają siłę. Jeśli 

zostaną pokonane, będzie to oznaczało, że Ręka Kwilą i Oko Rhynna nie mogą mu w niczym 

pomóc i nie zdołają nas ocalić w czasie ucieczki. 

- A więc to na tym polega plan, o którym nie chciał mówić - pokiwała głową Rhalina. 

Jej piękne włosy lśniły w słońcu. 

Stwory Chaosu puściły się pędem w stronę wielkich psów  i  niedźwiedzi. Zdziwione 

zwierzęta  mruczały  cicho,  nie  bardzo  wiedząc,  czy  mają  do  czynienia  z  przyjaciółmi,  czy 

wrogami.  Nadbiegające  istoty  były  potwornie  okaleczone.  Miały  głębokie,  otwarte  rany, 

część z nich była pozbawiona głów, wielu brakowało którejś kończyny. Niektóre w ogóle nie 

miały nóg, czepiały się więc towarzyszy, albo  - jeśli tylko mogły - posuwały się za pomocą 

rąk.  Ten  żałosny  tłum  miał  jednak  zasadniczą  przewagę  -  wszystkie  stworzenia  były  już 

martwe. 

Istoty zbliżały się szybko długą, opustoszałą aleją i psy zaczęły groźnie szczekać, a ich 

głosy odbijały się echem od zrujnowanych domów Halwygu. 

Jednak  półmartwe,  półżywe  stwory  Chaosu  parły  niepowstrzymanie  naprzód.  Nie 

mogły  się  zatrzymać.  Pokonanie  Armii  Psa  i  Armii  Niedźwiedzia  oznaczało  uwolnienie  z 

Otchłani i całkowitą śmierć dla ich dusz - a tylko tego w tym momencie pragnęły. 

Stojący nieruchomo na końcu alei Corum nie bardzo wierzył, by te okaleczone istoty 

zdołały zabić dzikie, zwinne bestie. Widział, że wszystkie niedźwiedzie weszły już do miasta, 

background image

a przez bramę cisnęli się teraz Mabdeńczycy pod wodzą Lyra i Cronekyna. W duchu liczył na 

to,  że  nawet  jeśli  Stwory  Chaosu  nie  poradzą  sobie  z  napastnikami,  to  przynajmniej  trochę 

opóźnią ich atak na pałac. 

Obejrzał się do tyłu, gdzie zza pałacu wyłaniał się dach Świątyni Ładu. Czy był tam 

Arkyn? Czy czekał na rozwój wypadków? 

Pierwsze stwory Chaosu dopadły psów, które usiłowały się od nich opędzić, kłapiąc 

zębami.  Jedna  z  olbrzymich  bestii  chwyciła  pyskiem  wyrywające  się,  pozbawione  rąk 

stworzenie i machnęła głową, odrzucając je daleko w bok. Jednak istota natychmiast zaczęła 

się  czołgać  z  powrotem  w  stronę  psa,  który  na  ten  widok  położył  uszy  po  sobie  i  podkulił 

ogon. 

Corum pomyślał, że mimo iż tak wielkie i dzikie, wciąż są to tylko psy. I na to między 

innymi liczył. 

Do walki przyłączyły  się  niedźwiedzie.  W  ich czerwonych paszczach  błyskały  białe 

kły.  Uniosły  tarcze  i  waliły  dookoła  pałkami,  ciskając  stwory  Chaosu  we  wszystkich 

kierunkach. Ale te nie umierały, podnosiły się z ziemi i atakowały na nowo. 

Zdeformowane  stworzenia czepiały się  sierści psów i  niedźwiedzi.  Wreszcie  jedna  z 

bestii przewróciła się na grzbiet, a przywołane przez Coruma istoty rzuciły się jej do gardła. 

Książę uśmiechnął się z ponurą satysfakcją. 

Za moment spostrzegł jednak, że nastąpiło to, czego się obawiał. Lyr-a-Brode i jego 

jeźdźcy okrążali walczące bestie. Posuwając się ostrożnie, dotarli już niemal do długiej alei. 

Corum odwrócił się i pobiegł z powrotem do pałacu. 

 

Zanim dotarł na dach, barbarzyńcy walili już tłumnie prowadzącą do pałacu aleją. Za 

nimi  Armia  Psa  i  Armia  Niedźwiedzia  wciąż  zmagały  się  z  półżywymi,  półmartwymi 

stworami Chaosu. 

Z okien pałacu strzelano z haków i Corum zauważył, że Król Cronekyn zwalił się jako 

jeden  z  pierwszych,  trafiony  dwiema  strzałami  w  oczy.  Lyr-a-Brode  miał  lepszą  zbroję  od 

swego  sojusznika  i  strzały  odbijały  się  od  jego  hełmu  i  pancerza,  nie  czyniąc  mu  żadnej 

szkody.  Szyderczo  pomachał  łucznikom  mieczem  i  rzucił  do  ataku  swych  wojowników, 

którzy natychmiast zaczęli rozwalać barykadę. 

- Nie zdołamy już zbyt długo utrzymać dolnych pięter, Książę Corumie - zameldował 

dowódca Gwardii Królewskiej, który przybiegł na dach. 

-  Cofajcie  się  jak  najwolniej  -  skinął  głową  Corum.  -  Wkrótce  się  do  was 

przyłączymy. 

background image

- O czym myślałeś wtedy, gdy się z nami żegnałeś? - spytała Rhalina. 

- Mam wrażenie, że odkąd pokonałem Księcia Gaynora, nacisk Xiombarg na ten świat 

się wzmógł. Obawiałem się, że mogłaby zwrócić te istoty przeciwko mnie. 

-  Ale  przecież  nie  może  przybyć  tu  osobiście  -  zauważyła  Rhalina.  -  Oboje  to 

słyszeliśmy. Byłoby to wykroczeniem przeciwko Prawu Równowagi, a nawet Wielcy Starzy 

Bogowie nie ośmielają się tak otwarcie przeciwstawiać Kosmicznej Równowadze. 

- Może masz rację - odparł Corum. - Ale zaczynam podejrzewać, że gniew Xiombarg 

jest tak wielki, iż może spróbować wedrzeć się do tego świata. 

-  A  to  oznaczałoby  niewątpliwie  nasz  koniec...  -  szepnęła.  -  Co  w  takim  razie  robi 

Arkyn? 

- To, co może. Nie wolno mu pomagać nam bezpośrednio... Podejrzewam zresztą, że 

on  także  szykuje  się  na  spotkanie  z  Xiombarg.  Chodź,  Rhalino,  najlepiej  zrobimy 

przyłączając się do obrońców. 

Zbiegli  dwa  piętra  i  zobaczyli  wycofujących  się  wojowników,  którzy  bezskutecznie 

próbowali  powstrzymać  wyjących  barbarzyńców.  Nie  licząc  się  ze  śmiercią,  Mabdeńczycy 

ślepo parli naprzód. 

-  W  pałacu  znajdują  się  jeszcze  inne  oddziały,  ale  obawiam  się,  że  są  w  tak  samo 

trudnym położeniu. - Dowódca Gwardii Królewskiej, który wcześniej rozmawiał z Corumem, 

bezradnie rozłożył ręce. 

Corum  obrzucił  szybkim  spojrzeniem  schody.  Tłum  napastników  napierał  na  cienką 

linię gwardzistów, która chwiała się niebezpiecznie. 

-  W  tej  sytuacji  musimy  wycofać  się  na  dach  -  zadecydował.  -  Tam  przynajmniej 

zdołamy się bronić trochę dłużej. Nie wolno nam trwonić sił. 

- Ale przegraliśmy, prawda, Książę Corumie? - spytał cicho dowódca. 

- Obawiam się, że tak. 

Nagle usłyszeli dochodzący nie wiadomo skąd wrzask. Nie był to krzyk człowieka, ale 

nie mieli wątpliwości, że wyrażał niepohamowany gniew. 

-  Xiombarg?  -  szepnęła  Rhalina  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  -  Corumie,  to  głos 

Xiombarg. 

Książę nie odpowiedział. Zupełnie zaschło mu w gardle. Oblizał wargi. 

Wrzask rozległ się ponownie. Jednak tym razem towarzyszył mu jeszcze inny dźwięk 

- narastające coraz wyżej buczenie, od którego w końcu zaczęły ich boleć uszy. 

- Na dach! - krzyknął Corum. - Szybko! 

background image

Dysząc ciężko dotarli na dach i natychmiast zasłonili rękami oczy przed oślepiającym 

blaskiem tańczących na niebie świateł, które przesłoniły słońce. 

Corum  zobaczył  ją  jako  pierwszy.  Wykrzywiona  szaleńczą  furią  twarz  Xiombarg 

górowała na horyzoncie, a jej kasztanowate włosy falowały na niebie niczym chmury. W ręku 

trzymała potężny miecz, zdolny rozrąbać na pół cały świat. 

-  To  ona  -  jęknęła  Rhalina  z  przerażeniem.  -  Królowa  Mieczy.  Sprzeciwiła  się 

Kosmicznej Równowadze i przybyła, żeby nas zniszczyć. 

- Spójrzcie! - zawołał Jhary-a-Conel. - To dlatego tu jest. Uciekli jej i ścigała ich aż do 

naszego  świata!  Załamały  się  jej  wszystkie  plany,  a  wściekłość  i  bezsilność  pchnęły  ją  do 

przeciwstawienia się Kosmicznej Równowadze! 

Na niebie ponad zniszczonym Halwygiem-nan-Vake unosiło się Miasto We Wnętrzu 

Piramidy. Jego zielone  światło bladło,  jakby  miało zgasnąć, a potem rozjaśniało się  jeszcze 

mocniej. Właśnie z Gwlas-cor-Gwrys dochodziło buczenie, które słyszeli wcześniej. 

Od  miasta  oderwał  się  jakiś  pojazd,  kierując  się  w  stronę  pałacu.  Corum  odwrócił 

wzrok  od  wymachującej  mieczem  groźnej  postaci  Xiombarg  i  obserwował  lądujący  statek 

powietrzny. Na jego pokładzie stał, trzymając coś w rękach, Król Bez Królestwa. 

- To prezent, Corumie - powiedział z uśmiechem Noreg-Dan, kiedy statek powietrzny 

osiadł na dachu. - Za pomoc, jakiej udzieliłeś Gwlas-cor-Gwrys... 

- Bardzo dziękuję - odparł książę. - Ale to nie czas na... 

- Ten prezent to potężna broń. Weź ją. 

Corum przyjął podarunek. Był to podłużny, pokryty przedziwnymi wzorami cylinder, 

zwężający się z jednej strony, a z drugiej zakończony szerokim uchwytem. 

- To broń - powtórzył Noreg-Dan. - Zabije tych, w których ją wycelujesz. 

Corum  spojrzał  na  Xiombarg.  Zobaczył,  jak  podnosi  miecz,  i  znowu  usłyszał  jej 

krzyk... Skierował na nią broń. 

- Nie - powstrzymał go Król Bez Królestwa. - To nie dotyczy Xiombarg, gdyż ona jest 

Władczynią  Mieczy  i  jednym  z  Wielkich Starych Bogów. Miałem  na  myśli tych, którzy  są 

śmiertelni. 

Corum  pobiegł  schodami  w  dół.  Barbarzyńcy  prowadzeni  przez  Króla  Lyra  właśnie 

wdarli się na ostatnie piętro. 

- Wyceluj i pociągnij za uchwyt - zawołał Noreg-Dan. 

Corum  wymierzył  broń  w  Lyra-a-Brode.  Król  z  rozwianą  brodą  wspinał  się 

tryumfalnie po schodach, a za nim podążała cała Mroczna Straż. 

background image

- Czy chcesz się poddać, ostatni z Vadhaghów?  - zaśmiał się szyderczo zobaczywszy 

Coruma. 

-  Nie  jestem  ostatnim  z  Vadhaghów,  Królu  Lyrze-a-Brode  -  zaśmiał  się  Corum  w 

odpowiedzi.  -  A oto dowód.  -  Pociągnął  za uchwyt  i w tej samej  chwili król chwycił  się za 

pierś i charcząc przewrócił się do tyłu, prosto w ramiona swej straży. Siwe włosy zakryły mu 

oczy. 

- Nie żyje! - wrzasnął dowódca Mrocznej Straży. - Nasz król! Pomsty! 

Wymachując mieczem rzucił się w kierunku Księcia w Szkarłatnym Płaszczu, ale ten 

ponownie  nacisnął  uchwyt  i  wojownik  zginął  podobnie  jak  jego  król.  Corum  jeszcze 

parokrotnie  celował  z  broni  i  za  każdym  razem  któryś  z  Mrocznych  Strażników  padał 

martwy, aż w końcu ani jeden z nich nie pozostał przy życiu. 

Obejrzał się na Króla Bez Królestwa. 

- Użyliśmy takiej broni przeciwko pachołkom Xiombarg. - Noreg-Dan uśmiechał się. - 

Między  innymi  dlatego  jest  taka  wściekła.  Minie  sporo  czasu,  nim  zdoła  stworzyć  nowe 

potwory, które by jej służyły. 

- Ale skoro sprzeciwiła się Kosmicznej Równowadze w jednej kwestii - rzekł Corum - 

może to uczynić i w innej. 

Piękna,  choć  wykrzywiona  wściekłością,  monstrualna  twarz  Królowej  Mieczy 

wznosiła  się  coraz  wyżej  ponad  horyzont  i  stopniowo  ukazały  się  także  ramiona,  piersi  i 

biodra. 

-  ACH,  CORUMIE!  OKRUTNY  MORDERCO  WSZYSTKICH,  KTÓRYCH 

KOCHAŁAM! 

Okrzyk był tak głośny, że Księcia zabolały uszy. Cofnął się chwiejnie i oparł o mur. 

Znieruchomiały  obserwował  gigantyczny  miecz  wypełniający  niebo  i  oczy  Xiombarg, 

świecące  jak  dwa  potężne  słońca.  Cały  świat  wydawał  się  przy  niej  niczym.  Miecz  zaczął 

opadać  i  Corum  przygotował  się  na  śmierć.  Rhalina  podbiegła  do  niego  i  mocno  się 

przytuliła. 

-  ZADRWIŁAŚ  SOBIE  Z  POSTANOWIENIA  KOSMICZNEJ  RÓWNOWAGI, 

SIOSTRO XIOMBARG! 

Na  drugim  krańcu  nieba  pojawił  się  w  całej  swej  boskiej  świetności  Lord  Arkyn, 

równie ogromny jak Królowa Mieczy. Trzymał w dłoni miecz tak samo wielki jak ten, który 

miała Xiombarg. Miasto wydawało się przy nich tak znikome, jak maleńkie mrowisko i jego 

mieszkańcy wobec dwojga ludzi walczących na łące. 

- ZADRWIŁAŚ Z KOSMICZNEJ RÓWNOWAGI, KRÓLOWO MIECZY. 

background image

- NIE JA PIERWSZA! 

-  ALE  PRZEŻYŁ  TO  TYLKO  TEN,  KTÓRY  JEST  BEZIMIENNĄ  SIŁĄ! 

WYRZEKŁAŚ SIĘ PRAWA DO RZĄDZENIA SWOIM ŚWIATEM! 

- NIE! KOSMICZNA RÓWNOWAGA NIE MA ŻADNEJ WŁADZY NADE MNĄ! 

- A JEDNAK MA... 

Na niebie pojawiła się Kosmiczna Równowaga, którą Corum ujrzał tylko raz w wizji, 

jaką  miał  po  zwycięstwie  nad  Ariochem,  Lordem  Chaosu.  Przyjęła  postać  wielkiej  wagi, 

której szale zawisły nad Lordem Arkynem i Królową Xiombarg. Była tak ogromna, że oboje 

wydawali się przy niej karzełkami. 

 

- MA. 

 

Powiedział głos, który nie należał ani do Xiombarg, ani do Arkyna. 

 

- MA. 

  

Królowa  Xiombarg  krzyknęła  ze  strachu,  a  jej  okrzyk  wstrząsnął  całym  światem, 

niemal spychając go z jego orbity wokół słońca. 

 

- MA. 

 

Miecz będący symbolem władzy wypadł jej bezwładnie z dłoni i na moment pojawił 

się na szali, która opadła na stronę Lorda Arkyna. 

-  NIE!  -  zawołała  błagalnie  Królowa  Xiombarg.  -  TO  BYŁ  PODSTĘP...  ARKYN 

WSZYSTKO ZAPLANOWAŁ. ZWABIŁ MNIE TUTAJ. ON WIEDZIAŁ... - Jej głos słabł z 

każdą chwilą. - W i e d z i a ł ... W i e d z i a ł ... 

Postać  Xiombarg  zaczęła  się  rozpływać,  ulatując  na  wszystkie  strony  niby 

rozwiewany dym, aż wreszcie całkiem zniknęła. 

Pozostał jedynie promieniejący oślepiającą bielą Lord Arkyn z mieczem w dłoni. 

- DOKONAŁO SIĘ! - Wydawało się, jakby wraz z jego głosem na świat spłynęła fala 

ciepła. 

- DOKONAŁO SIĘ! 

-  Lordzie  Arkynie!  -  zawołał  Corum.  -  Czy  wiedziałeś,  że  wściekłość  Xiombarg 

będzie tak wielka, iż zaryzykuje ona Gniew Kosmicznej Równowagi i wkroczy w ten świat? 

background image

- MIAŁEM TAKĄ NADZIEJĘ. JEDYNIE MIAŁEM TAKĄ NADZIEJĘ. 

- A zatem większość z tego, o co mnie prosiłeś, była podporządkowana temu celowi? 

- TAK. 

Corum pomyślał o wszystkich cierpieniach i trudach, jakich doświadczył. Mignęło mu 

przed oczami tysiąc twarzy Księcia Gaynora... 

- Zaczynam nienawidzić wszystkich bogów - powiedział. 

-  MASZ  DO  TEGO  PRAWO.  MUSIMY  POSŁUGIWAĆ  SIĘ  LUDŹMI,  ABY 

ZREALIZOWAĆ CELE, KTÓRYCH SAMI NIE POTRAFIMY OSIĄGNĄĆ. 

Lord Arkyn również zniknął i na niebie pozostały jedynie statki powietrzne z Gwlas-

cor-Gwrysu.  Krążyły  nad  miastem,  zsyłając  niewidzialną  śmierć  wrzeszczącym  ze  strachu 

barbarzyńcom,  którzy  szukając  schronienia  rozbiegli  się  po  ulicach,  trawnikach  i  parkach 

Halwygu-nan-Vake. 

Niektórzy uciekli poza obręb  murów, ale  latające pojazdy  wytropiły  ich wszystkich, 

co do jednego. 

Corum zauważył, że zniknęły Armie Psa i Niedźwiedzia, a także stwory Chaosu, które 

przywołał na pomoc. Czy obie armie zostały odwołane przez swych panów - Psa i Rogatego 

Niedźwiedzia  -  czy  też  przebywały  teraz  w  Otchłani?  Dotknął  wysadzanej  klejnotami 

przepaski,  ale  natychmiast  z  powrotem  opuścił  rękę.  Pomyślał,  że  przez  dłuższy  czas  nie 

będzie mógł znieść widoku krainy cieni. 

- Widzisz, jak pomocny okazał się nasz prezent, Książę Corumie? - rzekł podchodząc 

bliżej Król Bez Królestwa. 

- Tak. 

- Teraz, kiedy Kiombarg została wygnana, pozostał tylko jeden świat rządzony przez 

Władcę Mieczy. Mabelode drży teraz ze strachu. 

- Myślę, że na pewno - odparł Corum bez cienia radości. 

- A ja już nie jestem Królem Bez Królestwa. Gdy tylko powrócę do swego wymiaru, 

zacznę natychmiast odbudowywać mój kraj. 

- To dobrze - powiedział Corum głucho. 

Podszedł do murów i spojrzał na usłane trupami miasto. 

Z  domów  zaczęli  się  wyłaniać  nieliczni  mieszkańcy.  Potęga  mabdeńskich 

barbarzyńców została raz na zawsze unicestwiona. Pokój, jaki zapanował w świecie Arkyna, z 

pewnością zawita także do świata, którym miał teraz rządzić jego brat, Lord Ładu. 

-  Czy  wrócimy  do  Zamku  Moidel?  -  spytała  cicho  Rhalina,  gładząc  księcia  po 

wymizerowanej twarzy. 

background image

-  Wątpię,  czy  jeszcze  istnieje  -  odparł  wzruszając  ramionami.  -  Glandyth  na  pewno 

zrównał go z ziemią. 

-  Właśnie, a co się dzieje z  Hrabią Glandythem?  - wtrącił  Jhary-a-Conel. Głaskał po 

pyszczku  swego  skrzydlatego  kota,  który  znów  siedział  mu  na  ramieniu  i  mruczał  cicho.  - 

Gdzie on jest? Co się z nim stało? 

- Nie sądzę, by zginął - stwierdził Książę w Szkarłatnym Płaszczu. - Myślę, że jeszcze 

się  spotkamy.  Służyłem  Ładowi  i  dokonałem  wszystkiego,  o  co  prosił  mnie  Arkyn.  Ale 

została mi jeszcze zemsta. 

Zbliżył  się  do  nich  statek  powietrzny.  Na  jego  dziobie  stał  niemłody,  ale  wciąż 

przystojny Vadhagh. 

-  Corumie,  czy  zechcesz  zostać  naszym  gościem  w  Gwlas-cor-Gwrys?  -  zapytał  z 

uśmiechem  Książę  Yurette,  gdy  pojazd  wylądował  na  dachu.  -  Chciałbym  omówić  z  tobą 

sprawy związane z odbudową zamków i ponownym zagospodarowaniem ziem Vadhaghów, 

tak  aby  twój  kraj  mógł  się  znów  nazywać  Bro-an-Vadhagh.  Mabdeńczyków,  którzy  jeszcze 

tam pozostali, odeślemy do królestwa, z którego przybyli, Bro-an-Mabden, a wspaniałe lasy i 

pola rozkwitną na nowo. 

Ponura twarz Coruma w końcu złagodniała i pojawił się na niej uśmiech. 

- Dziękuję ci, książę. Z przyjemnością przyjmiemy waszą gościnę. 

- Myślę, że teraz, gdy wreszcie powróciliśmy do naszego świata, powinniśmy na jakiś 

czas położyć kres dalekim wyprawom - rzekł Yurette. 

- Mam nadzieję - dodał Corum ze wzruszeniem - że  ja również będę mógł zaniechać 

moich podróży. Nieco spokoju dobrze by mi zrobiło. 

 

Daleko,  niemal  na  drugim  końcu  świata,  Miasto  We  Wnętrzu  Piramidy  zaczęło 

opuszczać się ku Ziemi. 

background image

EPILOG 

 

Glandyth-a-Krae był zmęczony, podobnie jak jego ludzie, którzy tłoczyli się za nim na 

rydwanach.  Ukryty  za  wzgórzem,  widział  starcie  między  Królową  Xiombarg  a  Lordem 

Arkynem  i  to,  jak  jego  pobratymców  spotkała  zagłada  z  rąk  Vadhaghów  z  magicznego 

pojazdu latającego. 

Przez  wiele  miesięcy  tropił  Coruma  Jhaelena  Irsei  i  jego  nieodłączną  towarzyszkę, 

Rhalinę z  Allomglylu.  W końcu przerwał poszukiwania,  by połączyć się z główną armią w 

ataku  na  Halwyg-nan-Yake.  Jednakże  stał  się  tylko  świadkiem  nieoczekiwanej  klęski 

Mabdeńczyków i ich sprzymierzeńców. 

Hrabia Glandyth ogarnął wszystko chmurnym spojrzeniem. Teraz on był banitą - miał 

odtąd  ukrywać  się,  kluczyć  i  poznać,  co  to  strach  -  gdyż  Vadhaghowie  powrócili  i  całym 

światem rządził Ład. 

W końcu, gdy zapadła noc, a ziemię spowiła przerażająca zielona poświata bijąca od 

magicznego  miasta,  Glandyth  nakazał  swym  ludziom  odwrót.  Mieli  wracać  tą  samą  drogą, 

którą przybyli - ku morzu, a potem w mroczne lasy północnego wschodu. Hrabia poprzysiągł 

jednak, że znajdzie jeszcze sprzymierzeńca tak potężnego, iż zniszczy Coruma i wszystko, co 

on kocha. Wiedział, do kogo się zwrócić. 

 

Tu kończy się Druga Księga o Corumie