background image
background image
background image

P

RZEDMOWA

Życie  samo  w  sobie  rzadko  jest  łatwe;  każdemu  z  nas  przynosi  ból,  cierpienie
psychiczne, które potrafi być nie do zniesienia. Jeśli szukamy sposobu, żeby sobie z nim
poradzić,  możemy  zwrócić  się  do  terapeuty.  Dobry  terapeuta  to  człowiek  mądry  –
mądrością wewnętrzną, która ma swoje źródło w doświadczeniu bólu i cierpienia, jakie
niesie życie. Takiej mądrości nie da się nabyć w żaden inny sposób. Załóżmy, że udało
się  nam  trafić  na  mądrego  terapeutę.  Jak  z  nim  pracować,  żeby  osiągnąć  cel:  znaleźć
ulgę  w  cierpieniu?  Przede  wszystkim  musimy  sobie  uświadomić,  dlaczego  cierpimy,
i zrozumieć, na czym polega powrót do zdrowia.

Otóż  chorobą,  na  którą  zapadliśmy,  są  kłamstwa.  Wierzymy  w  nie  i  pozwalamy,  by

rządziły  naszym  życiem,  bo  dzięki  temu  nie  odczuwamy  bólu.  Być  może  wmówiono
nam, że jesteśmy źli i zasłużyliśmy na wszystko, co nas spotkało, a my połknęliśmy to
kłamstwo, zamiast przyjąć do wiadomości, że zostaliśmy przez kogoś skrzywdzeni. Może
powtarzamy  sobie  łgarstwa  w  rodzaju:  „wszystko  się  ułoży”,  zamiast  zmierzyć  się  na
przykład  z  faktem,  że  nasze  małżeństwo  jest  w  rozsypce.  Aby  wrócić  do  zdrowia,
musimy  przyjąć  prawdę  dotyczącą  nas  samych  i  naszego  funkcjonowania  w  świecie.
Wierzymy w kłamstwa, żeby nie czuć bólu. To ludzka rzecz. Problem polega na tym, że
oszukujemy  samych  siebie  zbyt  umiejętnie.  Terapeuty  potrzebujemy  po  to  właśnie,  by
pomógł nam zmierzyć się z prawdą, przed którą na wszelkie sposoby usiłujemy uciec.

Książka  Kłamstwa,  którymi  żyjemy  powstała  po  to,  by  pomóc  w  dostrzeżeniu

kłamstw, przez które cierpimy, i pokazać, w jaki sposób możemy zmierzyć się z prawdą,
aby  odzyskać  wolność.  Przedstawimy  w  niej,  jak  przebiega  terapia,  która  prowadzi  do
zmiany. Terapia to coś więcej niż zwykłe pogaduszki, nie polega też na odfajkowywaniu
kolejnych  punktów  z  listy  ani  na  potraktowaniu  człowieka  jak  krzyżówki,  którą  się  po
prostu  rozwiązuje.  Terapia  to  relacja,  którą  nawiązujemy  z  drugim  człowiekiem,  gdy
wspólnie stawiamy sobie za cel zmierzenie się z głęboko ukrytą prawdą o naszym życiu,
by wrócić do zdrowia. Najpierw trzeba dokładnie poznać chorobotwórcze kłamstwa, by
móc przyjąć i zaakceptować uzdrawiającą prawdę.

Dzisiaj, w czasach zorganizowanej opieki zdrowotnej, łatwo jest stracić z oczu to, co

powinno  być  duszą  terapii.  Kim  jesteśmy?  Dlaczego  cierpimy?  Czego  szukamy?
Spróbujemy  odpowiedzieć  na  niniejsze  pytania  nie  za  pomocą  definicji,  ale  poprzez
przykłady  ukazujące,  że  gdy  zdecydujemy  się  zmierzyć  z  rzeczywistością,  której  dotąd
staraliśmy się zaprzeczyć, wejdziemy na drogę ku prawdziwej zmianie.

W  historiach,  które  opowiemy  w  tej  książce,  dane  osobowe  zostały  pominięte  bądź

zmienione,  ze  względu  na  ochronę  prywatności  bohaterów.  Chcemy  po  prostu  ukazać
prawdy,  przed  którymi  uciekamy,  oraz  najpowszechniejsze  sposoby  unikania,
zagłuszania  i  fałszowania  tych  prawd.  Można  powiedzieć,  że  historie  te  dotyczą  nas

background image

wszystkich – bo nikomu z nas nie jest łatwo zmierzyć się z prawdą.

Wiele  osób,  którym  udzielimy  głosu,  doświadczyło  tak  koszmarnego  cierpienia,  że

z  trudem  przyjdzie  nam  brnąć  przez  ich  relacje.  Zadanie  czytelnika  to  wczuć  się  w  ich
przeżycia,  podejść  z  empatią  do  ich  doświadczeń  i  poprzez  nie  zobaczyć  swój  własny
ból.  Przytoczone  historie  pokazują  też,  że  to,  co  wydaje  się  być  oczywistą  przyczyną
naszego cierpienia, rzadko kiedy rzeczywiście nią jest. Cierpimy, bo uciekamy od życia
i  od  śmierci,  odrzucając  naukę,  jaka  z  nich  płynie.  Zdrowiejemy,  kiedy  zaczynamy
akceptować samych siebie, ludzi, nasze życie. Człowiek jest tajemnicą. Czy można ją do
końca  poznać?  Nie.  Można  ją  jednak  przyjąć  i  zgodnie  z  nią  funkcjonować.  Książka  ta
pokaże czytelnikowi, jak przyjąć prawdę o sobie samym.

background image

W

STĘP

Do mojego gabinetu weszła kobieta. Usiadła, westchnęła.

– Nie wiem, co zrobić z moim małżeństwem. Mąż ustawicznie wdaje się w romanse.

Chodziliśmy na terapię dla par, ale to nic nie dało. Mąż czuje się winny, a przynajmniej
tak  twierdzi.  Za  każdym  razem  przyrzeka,  że  dochowa  mi  wierności,  a  potem  znowu
zaczyna  kręcić  z  jakąś  babką.  Powinnam  od  niego  odejść,  ale  łatwiej  jest  tkwić
w małżeństwie, niż zdecydować się na rozwód – powiedziała.

–  Mąż  przyrzeka,  że  będzie  pani  wierny,  a  potem  wdaje  się  w  romanse  z  innymi

kobietami? – spytałem.

– Tak właśnie jest. – Pokiwała głową.
–  Można  więc  powiedzieć,  że  chce  pani  zostać  z  mężczyzną,  który  składa  obietnice,

lecz równocześnie usiłuje pani zapomnieć o istnieniu mężczyzny, który panią zdradza?

– Ależ ja nie potrafię mu tego zapomnieć!
–  Pamięta  pani  fakty.  Ale  wygląda  na  to,  że  poślubiła  pani  nie  tyle  męża,  co  jego

obietnice.

– Aj. Ostro powiedziane.
–  Jeśli  panią  uraziłem,  przepraszam.  Czy  jednak  nie  czuje  się  pani  urażona  raczej

romansami męża, skoro pragnie pani wierności?

– Oczywiście, że czuję się nimi urażona!
– A jednak wierzy pani w to, co mąż mówi, zamiast wyciągać wnioski z tego, co robi.

Czy to właśnie nie ta postawa powoduje, że jest pani ciężko?

– Chyba rozumiem, do czego pan zmierza.
–  Czy  gdy  zauważę,  że  wyrządza  sobie  pani  krzywdę,  nie  dostrzegając  jakiegoś

zachowania,  które  jest  przyczyną  cierpienia,  będę  mógł  zwrócić  pani  uwagę,  byśmy
mogli temu cierpieniu zaradzić? Mam pani pozwolenie?

– Cóż, to brzmi rozsądnie. Ale, wie pan, my już ze sobą nie sypiamy.
– Rozumiem: nie sypia pani z mężem. Ale wciąż pani z nim jest. – Zawiesiłem głos. –

Czy istnieje możliwość, że żyje pani nie tyle z nim, co z jego kłamstwami?

Do jej oczu napłynęły łzy.
– Powinnam od niego odejść. Jak to zrobić?
–  Ależ  nie  musi  pani  tego  robić!  Wierny  mąż  już  dawno  odszedł,  prawda?  Czy

chciałaby pani, żebym jej pomógł przestać czekać na jego powrót?

Moja  rozmówczyni  liczyła  na  to,  że  jej  wiara  w  obietnice  męża  sprawi,  iż  ten

przestanie ją zdradzać. Mąż jednak wdawał się w kolejne romanse. Dlaczego więc wciąż
się okłamywała? Dlaczego wszyscy się okłamujemy? Bo nasze własne życzenia są dużo
łatwiejsze do zaakceptowania niż rzeczy, które dzieją się naprawdę.

Podczas  pierwszej  sesji  nie  udało  mi  się  dojść,  dlaczego  ta  kobieta  przyjmowała

background image

kłamstwa męża za dobrą monetę. Nie wiem, czy dojdę do tego podczas następnej sesji,
bo  odkrycie  prawdy  wymaga  czasu.  Zresztą,  drugi  człowiek  zawsze  pozostaje  dla  nas
zagadką, niezależnie od tego, ile się o nim dowiemy.

Jeśli  każdy  człowiek  jest  tajemnicą,  psychoterapia  to  sytuacja,  w  której  tajemnica

spotyka  tajemnicę.  Czego  oczekujemy  od  terapeuty?  W  czasach,  gdy  odchodzi  się  od
tradycyjnie  pojmowanej  religijności,  coraz  częściej  liczymy  na  pomoc  uzdrowicieli.
Chcemy,  by  ktoś  wreszcie  sprawił,  że  przestaniemy  cierpieć  i  odnajdziemy  sens  życia.
Dla  wielu  osób  gabinet  terapeuty  staje  się  czymś  w  rodzaju  świeckiego  konfesjonału.
Często  mamy  błędne  oczekiwania  wobec  terapii.  Chociaż  pragniemy  prawdziwej
wewnętrznej  zmiany,  zwracamy  się  do  terapeutów  z  prośbą,  żeby  pomogli  nam  takiej
zmiany  uniknąć.  Chcemy  usłyszeć,  że  w  sumie  wszystko  jest  w  porządku,  mamy
życzenie,  by  po  prostu  nas  naprawiono  albo  doradzono,  jak  zmienić  ludzi,  którzy  nas
otaczają.

Terapeuci,  posłuszni  powołaniu,  mogą  starać  się  wpłynąć  na  nasz  sposób  myślenia,

skorygować  punkt  widzenia.  Słuchają,  kiedy  mówimy  to,  co  przychodzi  nam  na  myśl,
pomagają  wyciągnąć  wnioski,  dzielą  się  spostrzeżeniami.  Każde  z  tych  działań  jest  dla
terapii istotne, ale żadne, samo w sobie, nie spełni zadania terapii. Terapia jest bowiem
relacją,  nie  może  polegać  tylko  na  stosowaniu  jakiejś  metody  czy  techniki,  nie  jest
działaniem,  któremu  wystarczy  się  poddać.  Aby  wrócić  do  zdrowia,  musimy  postawić
sobie  za  cel,  że  odkryjemy  wszystkie  te  prawdy,  których  dotąd  staraliśmy  się  nie
widzieć.  Prawdy  skrywane  dotąd  za  zasłoną  kłamstw,  w  które  sami  uwierzyliśmy  i  do
których  staraliśmy  się  przekonać  innych.  Porady  nie  są  nam  potrzebne.  Musimy  po
prostu przekopać się przez kłamstwa, a znajdziemy to, czego naprawdę szukamy.

Nie wymagamy też naprawy. Zdarza się nam myśleć, że gdyby ktoś nas naprawił, tak

raz  a  dobrze,  skończyłyby  się  problemy.  Najczęściej  jednak  okazuje  się,  że  nie  tyle
chcemy  naprawić  siebie,  co  raczej  posklejać  nasze  złudzenia,  które  prysły  jak  bańka
mydlana,  podreperować  zrujnowaną  samoocenę...  Kurczowo  trzymamy  się  wszystkich
naszych  pokręconych  myśli,  które  sprawiają,  że  cierpimy.  Fałsz  trzeba  po  prostu
odrzucić.  Dopiero  wtedy  doświadczymy  prawdziwego  życia.  Dopiero  wtedy  będziemy
mogli  zaakceptować  siebie  i  poczujemy,  jak  wracają  witalne  siły,  które  zdławił  ciężar
kłamstw.

Mądry  terapeuta  nie  skupia  się  wyłącznie  na  naszym  sposobie  rozumowania,  bo

terapia  nie  jest  relacją  czysto  intelektualną.  Mądry  terapeuta  nie  siedzi,  wpatrując  się
w  nas  z  nieprzeniknionym  wyrazem  twarzy,  kiedy  snujemy  przydługie  dywagacje,  nie
wdaje  się  z  nami  w  pogaduszki  ani  nie  opowiada,  co  mu  ślina  na  język  przyniesie.
Gdyby ludzkie bolączki dało się uleczyć za pomocą gadaniny, uzdrowienie ludzkości już
dawno  dokonałoby  się...  przy  barze.  Mądry  terapeuta  nie  opiera  się  wyłącznie  na
rozumowym oglądzie, bo ten nie wystarczy, żeby uleczyć ból ludzkiego serca.

Na  czym  polega  powrót  do  zdrowia?  Terapeuta  poprowadzi  nas  ku  doświadczeniu

prawdy  o  nas  samych.  Zobaczymy,  kim  jesteśmy,  kiedy  opadną  zasłony  wymówek,
wyjaśnień, usprawiedliwień, i wszystkie maski, które tworzymy ze słów. Zmierzymy się
z  naszym  wewnętrznym  życiem  (z  popędami,  myślami  i  uczuciami)  i  z  rzeczywistością
świata zewnętrznego – wcześniej nie mogliśmy tego zrobić, bo zaślepiały nas kłamstwa,
w  które  wierzyliśmy.  Mierząc  się  z  tym,  co  dotąd  pozostawało  ukryte,  rozpoczniemy
trudny  wewnętrzny  proces  zdrowienia.  Jeśli  wiedza  jest  pokarmem  dla  duszy,  jak

background image

twierdził Platon, to zdrowiejemy, kiedy przyjmujemy do wiadomości rzeczywistość, którą
wcześniej skutecznie negowaliśmy. W ten sposób pomnażamy naszą wiedzę. Żadne leki,
zastrzyki,  ani  nawet  elektrowstrząsy  nie  zastąpią  żywej  relacji,  jaką  może  stać  się
terapia.

W książce tej pokażemy, jak zmierzyć się z prawdą, której dotąd unikaliśmy, i dzięki

temu  wrócić  do  zdrowia.  Przykłady,  zaczerpnięte  z  praktyki  autora,  ukazują  ludzi
borykających  się  z  problemami,  które  miewamy  wszyscy,  i  uciekających  się  do
wymówek, które każdemu z nas mogłyby przyjść do głowy. Z pomocą terapeuty ludzie
ci znajdują siłę, żeby znieść prawdę, która dotąd wydawała się im nie do udźwignięcia,
i  zmierzyć  się  z  tym,  co  budziło  ich  lęk.  Będziemy  mieli  okazję  zobaczyć,  jak  pacjent
wraca do zdrowia dzięki osobistej szczerej relacji, którą nawiązuje z terapeutą. Owszem,
pacjenci  często  liczą  na  to,  że  dowiedzą  się,  co  robić  i  jak  żyć,  albo  powtarzają
komunały. Ale w głębi serca tęsknią do samych siebie, tych prawdziwych, uwięzionych
pod  pancerzem  cierpienia.  Jakiej  wiedzy  szukają?  Dlaczego  w  dzisiejszych  czasach,
kiedy  mało  kto  ma  jeszcze  chęć,  by  pytać,  cóż  to  jest  prawda,  ludzie  wciąż  szukają
prawdy w relacji, jaką jest psychoterapia?

background image

ROZDZIAŁ 1

 

C

OŚ JEST NIE TAK

Życie  potrafi  boleć  –  każdy  z  nas  tego  doświadczył.  Wszyscy  wiemy,  jak  to  jest,  kiedy
ten ból zalewa nas jak fala. Gdy prawda wydaje się zbyt trudna, by ją znieść, uciekamy
od niej w kłamstwa. Robimy to na tyle odruchowo, że nawet nie zdajemy sobie z tego
sprawy.  Kłamiemy,  choć  nie  mieliśmy  takiego  zamiaru.  Może  i  początkowo  kłamstwa
ratują  nam  życie,  ale  niestety,  z  czasem  okazują  się  szkodliwe.  Sprawiają,  że  cierpimy
coraz bardziej. Zaczynamy więc szukać pomocy, przekonani, że coś jest z nami nie tak.
Tymczasem  wszystkiemu  winne  są  kłamstwa.  Czasem  mamy  wrażenie,  że  coś  w  nas
pęka,  że  załamuje  się,  rozpada  na  kawałki.  A  to  pęka  pancerz  kłamstw,  uwalniając
uczucia.  Przeraża  nas  to,  więc  żeby  nasze  uczucia  zagłuszyć,  serwujemy  sobie  kolejną
porcję kłamstw. W efekcie czujemy się jeszcze gorzej.

A  może  wrażenie,  że  coś  jest  nie  tak,  to  dowód,  że  nie  do  końca  zdołaliśmy  się

okłamać?  Może  powinniśmy  wreszcie  przestać  uciekać,  zatrzymać  się  i  zawrócić,  by
zmierzyć  się  z  tym,  co  nas  przeraża?  Kiedy  staniemy  oko  w  oko  z  prawdą  o  naszym
życiu, zrozumiemy, dlaczego cierpimy. Więcej – przekonamy się, że mamy dość sił, żeby
sobie z tą prawdą poradzić.

W tym rozdziale zobaczymy, w jaki sposób terapeuta może nam pomóc rozpoznać, na

co  wskazują  symptomy,  które  odczuwamy.  Ból  jest  zbyt  silny,  by  stawić  mu  czoła
w  pojedynkę.  Ale  jeśli  zdecydujemy  się  unieść  ciężką  pokrywę  kłamstw,  odsłonić
prawdę i uwolnić nasze uczucia, odnajdziemy samych siebie. I wrócimy do prawdziwego
życia.

Terapia – podróż czy koniec tułaczki?

Kiedy  uciekamy  przed  prawdą,  zamiast  się  z  nią  zmierzyć,  cierpienie  staje  się  tak
nieznośne,  że  uznajemy,  iż  potrzebna  nam  jest  terapia.  Trud,  jaki  niesie  życie,
moglibyśmy  udźwignąć,  ale  psychiczne  cierpienie  bywa  nie  do  wytrzymania.  Przyczyny
mogą być różne – może prysły nasze marzenia, może straciliśmy kogoś kochanego, albo
wręcz nadzieję, że ktokolwiek mógłby nas pokochać. Zygmunt Freud w jednym z listów
do  Carla  Gustava  Junga  powiedział,  że  psychoterapia  jest  leczeniem  przez  miłość.  Nic
dziwnego,  że  stwierdzenie  to  doczekało  się  niezliczonych  interpretacji  –  jak  to  mówią,

background image

miłość niejedno ma imię. Ale ostatnio wysłuchałem wykładu, podczas którego prelegent
ani  słowa  nie  powiedział  o  miłości.  Psychoterapię  przedstawiał  jako  technikę,  którą
należy  umiejętnie  zastosować.  A  co  z  relacją  międzyludzką?  Czyżby  pacjent  stał  się
przedmiotem, który można dowolnie obrabiać?

Nawet  w  czasach,  kiedy  ludzkie  cierpienie  przekłada  się  na  język  wzorów

chemicznych,  sprowadza  do  chemii  mózgu,  tłumaczy  mylnymi  przekonaniami  albo
kiepskimi genami, serce wciąż dopomina się uwagi. Człowiek to nie kubeł, który można
wypełnić  pigułkami.  To  osoba,  pragnąca  zrozumieć  własne  życie  wewnętrzne,  więzi
łączące ją z innymi i świat wokół. Owszem, potrzebujemy pomocy. Ale nie poszukujemy
cudownego  leku,  który  sprawi,  że  zapomnimy  o  bożym  świecie.  Chcemy  raczej,  żeby
ktoś trzymał nas za rękę, kiedy stajemy oko w oko z prawdziwym życiem.

Aby wrócić do zdrowia, musimy nawiązać relację z drugim człowiekiem, który, tak jak

my, zmaga się z życiem, by razem stawić czoła rzeczywistości i temu, co w niej trudne –
poczuciu straty, śmierci, żałobie. Nikt z nas nie potrafi wyczarować odpowiedzi na każde
pytanie.  Zarówno  pacjent,  jak  i  terapeuta  przez  cały  czas  uczą  się,  jak  sobie  radzić
z problemami, które przynosi życie.

Kiedy ubiegałem się o przyjęcie na staż terapeutyczny, spytano mnie, czy sam byłem

kiedyś na terapii.

– Tak – potwierdziłem.
– Z jakiego powodu wziął pan udział w terapii?
– Byłem w rozsypce.
Nie potrzebowałem żadnej specjalnej techniki, ale kogoś, kto byłby przy mnie, wziął

za  rękę,  pomógł  zmierzyć  się  z  cierpieniem  w  moim  życiu.  Kiedy  byłem  dzieckiem,
zwaliło  się  na  mnie  zbyt  wiele  trudnych  doświadczeń,  bym  mógł  sam  udźwignąć  ich
ciężar.  Gdy  dorosłem,  wciąż  byłem  zagubiony.  Cierpiałem,  ale  nie  miałem  pojęcia,
dlaczego.  Potrzebowałem  przewodnika,  by  poprowadził  mnie  przez  ciemną,  nieznaną
krainę  i  był  ze  mną,  kiedy  pozostawałem  sam  ze  sobą.  Dopiero  wtedy  przestałem
trzymać  się  kurczowo  mechanizmów  obronnych,  które  tak  bardzo  mnie  męczyły.
Zacząłem dostrzegać w sobie tę mądrość, której szukałem u innych.

Rozpocząłem  nową  podróż,  zwaną  psychoterapią  –  tak  w  każdym  razie  wtedy

myślałem.  Jeśli  psychoterapia  jest  podróżą,  dokąd  się  udajemy?  Donikąd.  Cała  rzecz
polega na tym, że właśnie przestajemy pędzić przed siebie. Przestajemy uciekać. Można
spędzić  całe  życie,  uciekając  od  samego  siebie,  podążając  za  mrocznym  przedmiotem
pożądania  zwanym  uzdrowieniem,  oświeceniem  albo  odnową.  A  przecież  niczego  nie
musimy szukać, za niczym gonić, bo własne uczucia, gnębiący nas niepokój, kłamstwa,
w które chcemy wierzyć, a nawet prawdy, przed którymi usiłujemy uciec – wszystko to
nosimy w sobie.

Pewna  kobieta  miała  wielką  zgryzotę  –  jej  czterdziestoletni  syn  z  autyzmem  ciężko

zachorował  i  choć  na  stałe  mieszkał  w  specjalnym  ośrodku,  kilkutygodniową
rekonwalescencję musiał odbyć w domu rodzinnym.

–  Wściekłam  się  na  niego  –  wybuchnęła.  –  Wylazł  na  ulicę  tak  jak  stał,  w  ogóle  się

nie  rozejrzał.  Mało  brakowało,  a  wpadłby  pod  autobus!  Rozdarłam  się  na  niego.
Powinien się ogarnąć i zacząć zachowywać jak normalny człowiek!

– Chciałaby pani, żeby autystyczny syn zachowywał się jak osoba neuronormatywna?

– uściśliłem.

background image

– Tak – przyznała.
– A więc chciałaby pani, żeby syn nie był sobą?
– On musi się zmienić.
– Człowiek, który od czterdziestu lat ma autyzm i dotąd nie nastąpiła poprawa, nagle

ma się zmienić? – dopytywałem. – Czy naprawdę tego pani oczekuje?

– Nie. – Zastanowiła się. – Chyba nie.
–  Chcielibyśmy,  żeby  nasza  złość  miała  moc  zniszczenia  jego  autyzmu,  ale  niestety

tak się nie dzieje.

– Ano nie.
– Syn nadal cierpi na autyzm. Od czterdziestu lat czeka pani na to, by nagle pojawił

się syn zdrowy, zamiast tego z autyzmem. Rozumiem. Kto by o tym nie marzył na pani
miejscu?  Może  powinniśmy  pogrzebać  razem  tego  zdrowego  syna,  którego  pani  nigdy
nie miała i nigdy mieć nie będzie?

Nie odpowiedziała. Pochyliła głowę i usłyszałem jej cichy szloch.
Po  co  przypominałem  tej  kobiecie,  że  jej  syn  nigdy  nie  będzie  „normalny”?  Nie

zrobiłem  tego  z  okrucieństwa,  nie  po  to,  żeby  zadać  jej  ból.  Wręcz  przeciwnie  –
konfrontując ją z oczywistą prawdą, której dotąd nie chciała zaakceptować, pomogłem
jej  wyswobodzić  się  z  przygnębiającej  niewoli  iluzji,  w  której  tkwiła  przez  długie  lata.
Podczas  rozmowy  wspólnie  przyjrzeliśmy  się  obiektywnej  rzeczywistości  jej  życia.
Pokazałem  jej,  że  nie  musi  dłużej  uciekać  przed  prawdą,  bo  jest  w  stanie  się  z  nią
zmierzyć.  Kiedy  pozwoliła  swojemu  wymyślonemu  synowi  odejść  w  zapomnienie,
zaakceptowała tego prawdziwego, którego miała.

Prawda nie jest rzeczą, którą można komuś dać albo od kogoś dostać. Moja pacjentka

musiała  sama  nauczyć  się  widzieć  swoje  życie  takim,  jakie  jest.  Musiała  pozwolić
własnemu  synowi  na  to,  by  był  autystyczny.  Terapeuta  może  wskazać  prawdę,  ale  to
nie on ma dokonać wglądu, tylko pacjent, w szczerości swojego serca.

Dopiero kiedy matka zdała sobie sprawę z tego, że trzyma się nierealnego marzenia,

mogła dostrzec rzeczywistość. Syn był tym, kim był – a ona nagle odkryła, że potrafi po
prostu się z tym pogodzić. Kiedy pożegnała się z marzeniami, które nigdy nie miały się
ziścić, mogła wreszcie go po prostu zobaczyć. I nagle stwierdziła, że wie, jak z nim żyć.
Co  ciekawe,  kiedy  postanowiła  zaakceptować  prawdę  o  swoim  dziecku,  poczuła  ulgę.
Okazało  się,  że  tym,  co  najbardziej  ją  dręczyło,  było  kłamstwo,  którego  kurczowo  się
trzymała.

Nie znaczy to, że przestała mieć marzenia – nadal je miała, ale zdecydowała się żyć

na jawie. Nie mogłem sprawić, by te marzenia zniknęły, ale pomogłem jej dostrzec, że
jej  syn,  ten  prawdziwy,  którego  nie  chciała  zaakceptować,  mimo  wszystko  po  prostu
istnieje.  Pomogłem  jej  zdać  sobie  sprawę  z  faktu,  że  innego  syna  nigdy  nie  miała,
i uwolnić się od przywiązania do marzenia o idealnym dziecku. Z pewnością ta kobieta
jeszcze niejednokrotnie złapie się na tym, że wyobraża sobie, jak to by było, gdyby jej
syn nie miał autyzmu. Ale nie pozwoli się temu wyobrażeniu zaślepić, nie uchwyci się go
kurczowo. Będzie pamiętać o tym, że kocha syna takiego, jaki jest.

Bardzo  często  czekamy  na  coś,  czego  nie  ma,  zamiast  zająć  się  tym,  co  jest.  Kiedy

moja pacjentka przestała żyć marzeniem i dostrzegła swoje dziecko, wyrzuciła z siebie:

– O mój Boże! To ja powinnam się ogarnąć! To ja powinnam zacząć się zachowywać

jak  normalny  człowiek!  Muszę  zacząć  rozglądać  się  dookoła,  bo  inaczej  mogę  nie

background image

zauważyć autobusu zwanego rzeczywistością!

Zdrowiejemy, gdy skupiamy się na rzeczywistości, która nas otacza. Chorujemy, kiedy

trzymamy  się  kurczowo  własnych  fantazji.  Terapeuta  może  zrobić  tylko  jedno  –
powstrzymać  nas  przed  ucieczką  od  samych  siebie,  żebyśmy  nie  stracili  kontaktu
z rzeczywistością.

Jeśli  zdecydujemy  się  nie  uciekać  od  prawdziwego  życia,  zaczynamy  doświadczać

własnych uczuć. Na początku zawsze pojawia się niepokój. Nie powinniśmy się go bać.
To dziwne, ale niepokój jest niczym drogowskaz. Zamiast odeń uciekać, trzeba za nim
podążyć.  Zapuścić  się  w  rejony,  które  budzą  nasz  strach.  Spenetrować  je,  zgłębić
i poznać.

Terapeuci  zawsze  powtarzają:  „Jeśli  przed  czymś  uciekasz,  to  przy  tym  właśnie

powinieneś się zatrzymać. Trzeba zmierzyć się z tym, co budzi nasz lęk. Trzeba wreszcie
dostrzec  to,  czego  staramy  się  nie  widzieć”.  Wolimy  tego  nie  słuchać.  Wolimy  wieść
życie wiecznych uciekinierów, nie zdając sobie sprawy, że uciekamy od własnych uczuć
i tego, co je wzbudza. Nie wykorzystujemy okazji, żeby doświadczyć różnicy pomiędzy
tym, kim naprawdę jesteśmy, a tym, za kogo staramy się uchodzić. Jeśli mamy przestać
uciekać  przed  samymi  sobą,  potrzebujemy  kogoś,  kto  nam  pomoże  spokojnie  usiąść
i będzie przy nas, kiedy zwali się na nas ciężar naszych emocji. To, czego w pojedynkę
nie bylibyśmy w stanie znieść, okazuje się do wytrzymania, gdy nie jesteśmy sami.

Wspólne znoszenie ciężaru prawdy o życiu, o tym, co się dzieje wewnątrz i wokół nas,

to coś więcej niż technika. To miłość. Kiedy moja pacjentka zaakceptowała fakt, że jej
syn ma autyzm, zrozumiała, że po prostu go kocha, takiego, jaki jest. Nie wymagała już
od niego, żeby stał się kimś innym – idealnym, neuronormatywnym dzieckiem.

Jeśli  mamy  wrócić  do  zdrowia,  musimy  wspólnie  zmierzyć  się  z  tym,  co  wcześniej

wydawało  się  nie  do  udźwignięcia  –  z  rzeczywistością  i  uczuciami,  jakie  ona  w  nas
wzbudza.

Nie do udźwignięcia

– Jon! Jon! – krzyczała rozpaczliwie moja dwuipółletnia siostra, stojąc w szczebelkowym
łóżeczku  przy  oknie.  Półtoraroczny  braciszek  dusił  się,  zaplątany  w  sznur  od  zasłon,
który zaciskał się coraz mocniej na jego szyi. Zerwałem się z łóżka, dopadłem łóżeczka,
wspiąłem  się  i  dostałem  do  środka.  Braciszek  był  za  ciężki.  Razem  z  siostrą
próbowaliśmy  go  podtrzymać,  żeby  mógł  złapać  następny  oddech,  usiłowaliśmy
wyplątać jego szyję ze sznura. Ale on wrzeszczał i wierzgał, wymykał się nam z rąk. Nie
dawaliśmy  rady.  Pobiegłem  po  pomoc.  Opiekunka  stała  przy  kuchennym  zlewie.
Pamiętam, jak krzyczała przez okno do mamy, która była na podwórku.

– Florene!!!
Z  tego,  co  było  potem,  potrafię  odtworzyć  już  tylko  migawki.  Mama,  która

z  obłąkańczym  uporem  wdmuchuje  powietrze  w  usta  nieprzytomnego  braciszka.  Jego

background image

nieruchome  ciało,  leżące  na  brązowym  dywaniku  z  gałganków,  i  stojący  obok  zielony
aparat tlenowy. Sąsiadka, która bierze mnie za rękę i wyprowadza z domu. Zostałem u
niej aż do pogrzebu. Braciszka już nigdy nie zobaczyłem.

Życie. Śmierć. Poczucie winy z powodu śmierci brata. Miałem pięć lat, kiedy zwalił się

na mnie ciężar nie do udźwignięcia.

Na  szczęście  nie  jestem  sam.  Jeśli  przytłacza  nas  cierpienie,  którego  nie  jesteśmy

w  stanie  unieść  w  pojedynkę,  możemy  szukać  uleczenia.  Wielu  z  nas  go  potrzebuje.
Pewną kobietę matka chciała kiedyś utopić. Pewnego mężczyznę ojciec bił tak okrutnie,
że  jego  pośladki  i  plecy  zamieniały  się  w  makabryczną,  sino-czarną  mozaikę.  Inna
kobieta  miała  psychotyczną  matkę,  która  potrafiła  rozebrać  się  do  naga  na  środku
skrzyżowania, by w stroju Ewy wygłaszać kazanie do przejeżdżających samochodów. To
wszystko są nasi bracia i siostry w cierpieniu – ludzie, którzy przeżyli coś, czego nie są
w stanie sami udźwignąć.

Jeśli  potężne,  bolesne  emocje  nie  pozwalają  nam  dotrzeć  do  końca  podróży  i  osiąść

w spokoju, potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy kogoś, kto będzie nam towarzyszył, aż
dotrzemy do kresu naszej drogi.

Zdrowienie

Podczas  terapii  odkrywamy,  że  uleczenie  może  nastąpić  tylko  poprzez  relację.  To
logiczne  –  rany,  które  zadano  nam  w  relacji,  tylko  relacja  może  zagoić.  Musi  to  być
relacja,  w  której  terapeuta  nie  tyle  mówi  do  nas,  co  z  nami  rozmawia.  Taka,  dzięki
której  możemy  odkryć,  kim  naprawdę  jesteśmy  pod  pancerzem  słów,  przekonań
i złudzeń. Taka, która postawi w centrum nasze uczucia, a nie deklaracje. Nic nam nie
pomoże, jeśli usłyszymy, że mamy przestać marudzić i wziąć się w garść. Potrzebujemy
przestrzeni akceptacji, okoliczności, w których wreszcie będziemy mogli przyznać się do
własnych uczuć. Terapeuta ma nam pomóc przyjrzeć się temu, na co dotąd baliśmy się
choćby zerknąć. Ma nas wspierać, kiedy będziemy zmagać się z ciężarem, który dotąd
był dla nas nie do udźwignięcia.

Terapia  nie  jest  czasem  na  pogaduszki  o  wszystkim  i  o  niczym.  To  czas,  kiedy

z pomocą terapeuty mamy zajrzeć w nasz wewnętrzny świat, pozwolić dostrzec w sobie
skłonności  i  pragnienia,  których  się  wyparliśmy.  Terapeuta  pomoże  nam  zdać  sobie
sprawę  ze  strategii,  które  bezwiednie  stosujemy,  żeby  ukrywać  się  przed  światem
i przed samymi sobą. A potem zachęci nas, żebyśmy wyszli z ukrycia.

–  Nigdy  nie  spotkasz  człowieka,  który  byłby  dla  ciebie  ważniejszy,  niż  ty  sam  –

usłyszymy.  –  Dlaczego  nie  zadbasz  o  to,  żeby  być  z  samym  sobą  w  dobrych
stosunkach?

Jeśli mamy być w dobrych stosunkach ze sobą, musimy dowiedzieć się, kim naprawdę

jesteśmy pod maską słów, wymówek i usprawiedliwień, których używamy na co dzień.
Pewna  kobieta  przyszła  na  terapię  i  zamiast  skupić  się  na  swoim  problemie,  zaczęła

background image

opowiadać ze szczegółami o wizycie u fryzjera i u dermatologa.

–  Odłóżmy  na  bok  kwestię  dermatologa  –  zaproponowałem.  –  Z  jakim  problemem

pani do mnie przychodzi? W czym mógłbym pomóc?

– Mój poprzedni terapeuta uważał, że w dzieciństwie przeżyłam traumę.
– A co pani uważa? Nad czym pani chce pracować?
– Ach, jest tyle spraw... Ciężko wybrać jedną.
– Proszę spróbować. W jakim problemie, konkretnie, miałbym pani pomóc?
–  Może  zacznę  od  tego,  że  opowiem  panu  o  moim  dzieciństwie?  Żeby  wprowadzić

pana w temat...

–  Zanim  przejdziemy  do  historii  pani  życia,  chciałbym  jednak  usłyszeć,  jaki  problem

sprawił, że postanowiła pani przyjść na terapię. – Nie ustępowałem.

Moja rozmówczyni westchnęła.
– Trudno mi tak od razu przejść do rzeczy – wyznała. – Czuję się z tym nieswojo.
– Oczekuje pani mojej pomocy, ale czuje się pani nieswojo, gdy ma pani powiedzieć,

o co chodzi. Jak pani myśli, co się stanie, jeśli nie dojdziemy do tego, na czym polega
problem, z którym pani przychodzi?

– Nie będzie pan mógł mi pomóc – padła odpowiedź.
–  Może  właśnie  na  tym  polega  problem?  Chce  pani  pomocy,  ale  nie  dopuszcza  do

tego, żeby tej pomocy faktycznie pani udzielono. Czy ten schemat wydaje się znajomy?

Jej usta zadrżały, a w oczach zalśniły łzy.
Terapeuta nie może pozwolić na to, żeby pacjent prezentował mu sztuczne, starannie

wyreżyserowane  oblicze.  To  właśnie  jest  fasada,  za  którą  ukrywa  się  prawda  o  tym
człowieku  –  ta  prawda,  której  on  panicznie  się  boi.  Kiedy  jednak  terapeuta  odsłoni
schemat,  który  pacjent  bezwiednie  wykorzystuje,  ten  nie  może  dłużej  się  ukrywać.
Fasada  przestaje  istnieć,  pacjent  orientuje  się,  że  jest  nagi.  Nie  może  już  udawać,  że
wszystko jest w porządku.

Przed  terapeutą  nie  ma  sensu  czegokolwiek  udawać.  On  poradzi  sobie  z  naszą

szczerością; po to właśnie jest. Przyjmie nas razem z naszymi myślami i uczuciami, i z
niepokojem, który nas gnębi. W relacji z terapeutą doświadczymy tego, za czym w głębi
serca  tęsknimy,  choć  boimy  się  przyznać  –  miłości,  która  akceptuje  nas  takimi,  jacy
jesteśmy.  Tak  naprawdę  nikt  z  nas  nie  boi  się  miłości.  Boimy  się,  że  doświadczenie
miłości sprawi, iż wspomnienie czasu, kiedy byliśmy jej pozbawieni, okaże się trudne do
zniesienia.

Świat, jaki dla siebie stworzyliśmy – ten, w którym panuje strach, a my wstydzimy się

samych  siebie  –  znika,  kiedy  spotykamy  człowieka  gotowego  zaakceptować  nasze
uczucia. Kiedy poczujemy, że terapeuta nas nie odrzuca, my też będziemy mogli zdobyć
się na akceptację, i przestaniemy odrzucać prawdę o nas samych. Od czego zacząć? Od
tego, co najbardziej nas dręczy.

 
Moja  pacjentka  czuła  ogromny  opór  przed  tym,  by  zwierzyć  mi  się  ze  swojego

problemu.  Okazało  się  to  zbawienne,  bo  opór  stanowił  wyraźny  symptom  lęku  przed
zaufaniem. Bała się mi zaufać, bo już dawno zabroniła sobie wiary w to, że ktoś mógłby
ją  zaakceptować.  Depresja,  na  którą  cierpiała,  to  było  „nie”  powiedziane  życiu,  jakie
wiodła.  Owo  „nie”  pokazywało  drogę  do  „tak”.  Drogę,  którą  zagradzał  jej  lęk.
Zaakceptowałem jej opór – ten opór, co do którego tak bardzo się bała, że go potępię

background image

i odrzucę. Relacja oparta na akceptacji sprawia, że puszczają tamy żalu. Topnieją okowy
kłamstwa. Przestajemy wmawiać sobie, że nie zasługujemy na miłość.

Czy coś jest ze mną nie tak?

Często  myślimy:  „Coś  jest  ze  mną  nie  tak”.  Miałem  pacjentkę,  która  uważała,  że  ma
szczególne  powody,  by  powtarzać  sobie  to  zdanie.  Na  przykładzie  historii  jej  życia
spróbujemy pokazać, co kryje się za tym kłamstwem.

Była  wychodzącą  z  nałogu  narkomanką,  uzależnioną  od  kokainy.  Zadręczała  się

wydarzeniami z przeszłości, przed głosem wspomnień uciekała w narkotyki. Powiedziała
kiedyś:

– Nie wiem, co mi jest, ale czuję, że coś jest nie tak.
Czasem poczucie, że „coś jest nie tak” zaczyna nas dręczyć, gdy jakaś prawda usiłuje

się  przebić  do  naszej  świadomości.  Kobieta,  o  której  mowa,  całymi  latami  traktowała
samą  siebie  jak  najgorzej.  Wierzyła,  że  zasługuje  wyłącznie  na  cierpienie.  Dlaczego?
Przed  laty,  żeby  mieć  pieniądze  na  narkotyki,  zaczęła  się  prostytuować.  Nie  chciała,
żeby  jej  córki  to  widziały,  więc  zostawiła  je  z  ojcem  –  swoim  byłym  partnerem.  Kiedy
pracowała  na  ulicy,  dowiedziała  się,  że  ten  mężczyzna  wykorzystał  seksualnie  starszą
z  dziewczynek.  Oczywiście  natychmiast  zabrała  córki  do  siebie  i  złożyła  zawiadomienie
o  przestępstwie,  ale  zło  już  się  stało  –  bo  narkotyki  były  dla  niej  ważniejsze  niż
bezpieczeństwo dzieci. Od tamtej chwili żyła w piekle.

Terapeuta,  z  którym  wcześniej  pracowała,  usiłując  zaradzić  coś  na  gnębiące  ją

poczucie  winy,  starał  się  doprowadzić  do  tego,  żeby  sobie  wybaczyła.  Bała  się,  że  ja
także będę się przy tym upierał.

– Zrobiłam coś bardzo złego. I nikt nie będzie mi wciskał, że tak nie było.
– Ma pani rację; popełniła pani wielki błąd. Poczucie winy będzie z panią już zawsze,

aż  do  końca  życia.  Nikt  nie  jest  w  stanie  go  wymazać.  Ja  nie  będę  nawet  próbował
uwolnić  pani  od  niego,  bo  poczucie  winy  jest  tym,  co  w  pani  najzdrowsze.  Dlaczego
czuje  się  pani  winna?  Bo  kocha  pani  córki.  Poczucie  winy,  które  panią  gnębi,  jest
znakiem  tej  miłości.  Terapia  niczego  tu  nie  zmieni.  Możemy  natomiast  zająć  się  tym
koszmarnym samoudręczeniem, które od lat sobie pani funduje. Czy ta kara, którą sobie
pani ciągle wymierza, pomaga pani córkom?

Kobieta ta wierzyła w kłamstwo, które brzmiało: „Zasługuję już tylko na cierpienie”.
Była przekonana, że coś jest z nią nie tak, ale tak naprawdę właśnie to, co uważała

za chore, było symptomem zdrowia. Dlaczego wciąż dręczyło ją poczucie winy z powodu
krzywdy  dziecka,  do  jakiej  dopuściła?  Ponieważ  bardzo  kochała  swoje  dzieci...  Kiedy
wreszcie zaakceptowała to poczucie winy, kiedy nauczyła się je znosić, dostrzegła samą
siebie i swoją miłość do córek. Pozwoliła sobie na to, żeby zobaczyć i rozpoznać własne,
wewnętrzne  piękno.  Nie  musiała  już  wymierzać  sobie  kary,  więc  rzuciła  narkotyki.
I nigdy więcej nie parała się prostytucją. Kiedy w jej życiu prawda zastąpiła kłamstwo,

background image

mogła wreszcie zrobić coś konstruktywnego. Zaczęła pracować w świetlicach dla dzieci,
żeby  –  w  wymiarze  symbolicznym  –  naprawić  zło,  które  wyrządziła  własnym  córkom
w przeszłości.

Moja pacjentka była prostytutką. Nie sądzę, żeby stanowiła odosobniony przypadek.

Wielu z nas, być może, uprawia jakąś formę prostytucji. Czyż nie prostytuujemy się na
przykład,  kiedy  udajemy,  że  jesteśmy  zadowoleni  z  pracy  zawodowej,  której  w  głębi
serca  nie  znosimy?  Pewien  mężczyzna  przygotowywany  był  od  dziecka  do  przejęcia
rodzinnego biznesu. Podjął pracę, lata mijały, a on stawał się coraz bardziej zgorzkniały.

–  Coś  jest  ze  mną  nie  tak  –  mówił.  –  Przecież  nie  mam  żadnych  powodów  do

depresji.

Mylił się, a racja była po stronie depresji. Człowiek ten był utalentowanym malarzem.

Cierpiał  na  obniżenia  nastroju  dlatego,  że  kotłujące  się  w  nim  życie  usiłowało  znaleźć
ujście i trafić do niego z przekazem: „Rzuć biznes i zajmij się sztuką!”. Dopóki kurczowo
trzymał się kłamstwa, był w depresji, ale gdy zdecydował się z nim zerwać i postępować
zgodnie z prawdą własnego, wewnętrznego życia, wszystkie gnębiące go smutki minęły.
Porzucenie  kariery  nie  jest  obowiązkowe  dla  wszystkich,  ale  każdy  z  nas  powinien
wyrzec się kłamstwa.

–  Dlaczego  czuję  taki  niepokój?  –  zastanawiała  się  pewna  kobieta.  –  Przecież  moje

życie jest wspaniałe. Dzieci odchowane, wszystko gra... A ja jestem kłębkiem nerwów.
To  zupełnie  bez  sensu.  Niepokój  zawsze  wydaje  się  bez  sensu,  dopóki  nie  przyjrzymy
się faktom i nie poukładamy ich sobie.

Kobieta  ta  prowadziła  rodzinną  firmę  i  choć  w  praktyce  większość  obowiązków

spoczywała na jej barkach, na czele firmy stał mąż. To on podawał się za szefa. Kiedy
usiłowała  dyscyplinować  pracowników,  mąż  wtrącał  się  i  podważał  jej  decyzje.
Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co czuła, gdy mąż sabotował jej posunięcia.

– To żaden problem. Nie jestem na niego zła – powtarzała. Trwała w przekonaniu, że

jej złość to błahostka, o której nie warto mówić. A jednak była zła na męża. Dusiła to
w  sobie,  ale  coraz  częściej  traciła  cierpliwość  wobec  pracowników.  Czuła  niepokój  –
w ten sposób objawiał się ukryty, buzujący w niej gniew.

Jej niepokój był znakiem dojrzewania do tego, żeby zdobyć się na uczciwość – wobec

siebie,  wobec  męża  i  wreszcie  wobec  swojego  psychoterapeuty.  Niepokój  zawsze  jest
oznaką  czegoś,  co  pozostaje  utajone,  niewypowiedziane.  Niebawem  kobieta
zdecydowała się uwolnić od fasady, wyraziła oczekiwania wobec męża, wyszła z cienia
i  otwarcie  przyjęła  rolę  szefa  firmy,  nie  ukrywając  dłużej  swoich  kompetencji,  jak  to
robiła przez trzydzieści lat.

Jeśli czujemy, że „coś z nami jest nie tak”, oznacza to być może, że chcemy zacząć

nowe życie, w którym będzie miejsce na prawdę o nas samych.

Ze mną wszystko w porządku, ale z tobą jest coś
nie tak!

background image

Bywa, że mówimy: „Coś jest ze mną nie tak”. Czasem jednak jesteśmy innego zdania.
„To  z  tobą  coś  jest  nie  tak!”,  upieramy  się.  Każdemu  potrafimy  wytknąć  błąd:  „Moja
żona  nie  powinna  się  tak  guzdrać”,  „Mój  mąż  powinien  wiedzieć,  czego  mi  trzeba”.
Uważamy, że inni zawsze coś powinni. Jeśli nie spełniają dokładnie naszych oczekiwań,
twierdzimy  z  przekonaniem,  że  coś  z  nimi  nie  tak.  Warto  spojrzeć  na  taką  sytuację
z innej strony. Czy z tymi ludźmi wszystko jest w porządku, czy nie, to osobny problem.
Ale  dlaczego  ich  postępowanie  tak  bardzo  nam  przeszkadza?  Może  ludzie  ci,  niczym
sprawna  akuszerka,  wyciągają  nas  z  przytulnego  łona  naszych  własnych  iluzji?  Może
pomagają nam wreszcie stać się sobą?

Pewien  człowiek  dowiedział  się,  że  jego  żona  ma  romans.  Zraniony  do  żywego,

wyrzucił z siebie:

– Zdradziła mnie. Była z innym mężczyzną. Nie mogę uwierzyć, że zrobiła coś takiego.

To koszmar.

Owszem,  to  był  koszmar.  Ale  dzięki  niemu  człowiek  ten  miał  szansę  się  obudzić

i  zrozumieć,  że  wcześniej  śnił  piękny  sen  o  swoim  idealnym  małżeństwie.  Sen,  który,
niestety,  niewiele  miał  wspólnego  z  rzeczywistością.  Nie  znaczy  to,  że  powinien
pogodzić  się  z  niewiernością  żony.  Miał  prawo  być  wstrząśnięty,  ale  to  była  świetna
okazja,  żeby  przyjrzeć  się  własnemu  życiu.  Czy  jego  pęd  ku  karierze  nie  był  też
rodzajem  zdrady?  Pracy  poświęcał  się  bez  reszty,  żonę  zbywał  byle  czym.  Gdyby
przestał ślepo wierzyć w iluzję idealnego małżeństwa, dostrzegłby, jak bardzo ignorował
żonę, i zrozumiał, że jego postawa zabiła jej miłość. Doszedł do tego, ale nie od razu.
Na początku czuł tylko szok.

–  Zachęcałem  ją,  żeby  kupowała  sobie,  co  tylko  zechce  –  krzyczał.  –  Wpłaciłem

okrągły  milion  na  specjalne  konto  przeznaczone  na  dobroczynność,  żebyśmy  mogli
razem nim zarządzać. Czego mogła chcieć więcej? Jestem zajętym człowiekiem. Pracuję
na  Manhattanie  cztery  dni  w  tygodniu,  nie  mam  czasu  bawić  się  w  jakieś  obiadki
w domowych pieleszach. Specjalnie dla niej kupiłem posiadłość w Waszyngtonie. Żeby
miała czym się zająć.

Ten mężczyzna nie kochał swojej żony. Kochał, owszem, jej wizerunek, który stworzył

na własne potrzeby. Jej niewierność była dla niego ogromnym ciosem. Kiedy wszystko
wyszło na jaw, kipiał gniewem.

– Powiedziałem jej, że albo tamten facet natychmiast zniknie z jej życia, albo z nami

koniec.  A  ona  mi  na  to,  żebym  przestał  wrzeszczeć,  chociaż  ja  nawet  nie  podniosłem
głosu! Powiedziałem jej spokojnie, że nie dostanie ode mnie ani pensa, jeśli nie skończy
z tamtym dupkiem!

Dlaczego  tak  bardzo  się  denerwował?  Bo  utopijna  wizja,  w  którą  dotąd  wierzył,  nie

mogła przetrwać zderzenia z rzeczywistością. Musiał się zmierzyć z prawdą o kobiecie,
którą pojął za żonę. Ta kobieta nie zamierzała się podporządkować.

Małżonka,  którą  sobie  wymyślił,  zniknęła  jak  sen.  Zamiast  niej  pojawiła  się  kobieta

z krwi i kości, zupełnie niepasująca do jego fantazji. Wyobrażał sobie, że będzie mógł ją
kontrolować, i nie rozumiał ni w ząb, dlaczego ona wcale nie marzy o uległości. Powinna
przecież być mu posłuszna – uważał to za rzecz najzupełniej oczywistą. Nie pojmował,
dlaczego  żona,  zamiast  z  wdzięcznością  wieść  życie,  jakie  dla  niej  stworzył,  próbuje
uciec,  gdzie  pieprz  rośnie.  Miała  przecież  być  jego  panią,  specjalnie  dla  niej  zbudował
zamek!  I  nigdy  nie  zaświtała  mu  myśl,  że  ona  w  tym  zamku  czuje  się  jak  więźniarka,

background image

a  nie  jak  księżniczka.  Nie  potrafił  tego  dostrzec,  bo  dla  niego  istniała  tylko  jedna
rzeczywistość – ta widziana przez pryzmat własnych pomysłów i pragnień.

W  momencie  szoku,  jakim  jest  zderzenie  się  z  rzeczywistością,  można  zachować  się

dwojako: albo przyjąć prawdę, nawet tę najmniej dla nas pochlebną, albo oddzielić się
od  niej  murem  kłamstw.  Mężczyzna,  o  którym  mowa,  nie  potrafił  zdobyć  się  na  to
pierwsze.

– Co za wywłoka! Moja żona jest zwykłą, samolubną zołzą – powtarzał z wściekłym

uporem. – Nigdy mnie nie kochała, zawsze myślała tylko o sobie. Tyle razy próbowałem
jej  wytłumaczyć,  co  robi  źle  i  jak  powinna  postępować,  ale  ona  w  ogóle  mnie  nie
słuchała!

Człowiek ten swoje przekonania i wyobrażenia brał za głęboki wgląd w rzeczywistość.

Założył, że żona go nie kocha, i nie miał najmniejszej wątpliwości, że taka jest prawda.
Ta  postawa  go  zaślepiała;  nie  był  w  stanie  dostrzec  faktów.  Żona  potrzebowała  jego
miłości, ale on bardziej kochał historie, które sobie wymyślał.

Dlaczego był tak bardzo przekonany, że ma rację? Bo stosował mechanizm obronny,

zwany  projekcją.  Jego  wyobrażenia  miały  wszelkie  pozory  prawdopodobieństwa,
ponieważ  dotyczyły  rzeczywistych  uczuć  i  postaw.  Tych,  których  w  sobie  nie
akceptował,  więc  oskarżał  o  nie  innych.  Projekcja  polega  na  przypisywaniu  innym
własnych  zachowań  lub  cech.  Jeśli  mamy  złe  mniemanie  o  sobie,  wydaje  się  nam,  że
wszyscy nas krytykują, osądzają i potępiają. Jeśli się zaniedbujemy, mamy wrażenie, że
nikomu na nas nie zależy. Jeśli robimy sobie krzywdę, wmawiamy sobie, że inni źle nas
traktują. Tymczasem osoby, którym przypisujemy własne zachowania i cechy, mogą być
dla  nas  niczym  lustra.  Jeśli  odważymy  się  w  nie  spojrzeć,  będziemy  mogli  dostrzec
i nauczyć się akceptować te rzeczy, których w samych sobie widzieć nie chcemy.

Kiedy  patrzymy  na  świat  z  naszej  bezpiecznej  twierdzy,  widzimy  wyraźnie,  że

z  niektórymi  coś  jest  nie  tak.  Osądzamy  ich  i  potępiamy,  a  potem,  zbulwersowani,
twierdzimy, że nie możemy zrozumieć, jak tak można... Wszystko dlatego, że ludzie ci
nie  pasują  do  naszych  wyobrażeń  o  tym,  jacy  oni  powinni  być.  A  powinni,  oczywiście,
chcieć  tego,  czego  my  chcemy,  robić  to,  co  my  byśmy  zrobili,  i  myśleć  tak,  jak  my
myślimy.  Ludzie,  naszym  zdaniem,  powinni  być  doskonali.  Czytaj  –  powinni  być
dokładnymi klonami nas samych.

Mężczyzna,  o  którym  mowa  w  tym  przykładzie,  uznał,  że  jego  niewierna  żona  jest

skrajną  egoistką.  A  może  to  on  był  egoistą,  bo  poza  pracą  świata  nie  widział?  Czy  na
pewno ona była zołzą, a on cierpiącym, oddanym mężem? Przecież to on tak naprawdę
nigdy  jej  nie  kochał.  Kochał,  owszem,  ale  swoje  wyobrażenie  o  tym,  jaka  jego  żona
powinna  być.  Kochał  ramy,  w  które  chciał  na  siłę  wtłoczyć  żywą  i  niezależną  kobietę,
żeby nareszcie „zachowywała się właściwie”.

Gdy  mówimy:  „Coś  jest  z  tobą  nie  tak”,  w  rzeczywistości  znaczy  to:  „Boję  się  tej

prawdy, którą każesz mi dostrzec we mnie samym”. Któryś z moich kolegów powiedział,
nie  bez  racji:  „Prawda  cię  uleczy,  ale  najpierw  będzie  to  piekielnie  bolało”.  Nic
dziwnego, że nasze własne wady wolimy wytykać innym ludziom.

Mąż  nie  był  w  stanie  zmierzyć  się  z  prawdą  o  sobie  samym,  więc  obwiniał  żonę

o samolubstwo, niezdolność do miłości i zdradę. Tak było mu łatwiej. Kiedy przestajemy
oskarżać  innych,  narażamy  się  na  ból  –  musimy  spojrzeć  w  oczy  niewesołej  prawdzie
o nas samych.

background image

A gdybyśmy spróbowali spojrzeć na ludzi, z którymi naszym zdaniem coś jest nie tak,

w inny sposób? Zobaczmy, jak wyraźnie pokazują nam oni te strony naszej osobowości,
do  których  nie  mieliśmy  zamiaru  się  przyznawać.  Żona  zdradzała  męża  z  innym
mężczyzną, ale przecież on też ją zdradzał – z własną karierą. Nic dziwnego, że skupił
się na obwinianiu żony. Nie chciał zauważyć własnych błędów.

Nawet gdy przyznała, że zawiniła wobec niego, i prosiła o przebaczenie, nie odpuścił.

Nadal  osądzał  ją  i  potępiał.  Ona  wyciągała  rękę  do  zgody,  ale  on  na  jej  próby
pojednania  w  ogóle  nie  reagował,  jakby  ich  nie  widział.  Nie  chciał  spojrzeć  na  żonę,
wolał  ją  rozliczać.  Czyż  nie  pokazał  w  ten  sposób,  że  kocha  własne  opinie,  a  nie  tę
kobietę? Czy można się dziwić, że zaczęła szukać miłości gdzie indziej? Żona swój błąd
uznała i przeprosiła męża, ale on nadal wytykał jej słabość. Robił to, żeby nie musieć się
przyznać  do  własnej  słabości,  której  nie  znosił,  a  którą  obnażył  ich  małżeński  kryzys.
Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby każdy z nas potrafił powiedzieć: „Człowieku, czuję,
że wszystko robisz źle, błądzisz, słowem – że coś z tobą nie tak. Dziękuję ci, bo wiem,
że patrząc na ciebie, nareszcie dokładnie widzę samego siebie. Drażnią mnie w tobie te
cechy, których w samym sobie nie jestem w stanie znieść”. Niestety, mało kto tak robi.
Raczej  skupiamy  się  na  wytykaniu  innym  tych  wad,  które  nas  gnębią,  lecz  za  nic  nie
chcemy się do nich przyznać.

Kiedy  terapeuta  prowadzi  nas  ku  temu,  byśmy  odważyli  się  dostrzec,  że  obwiniamy

innych o własne wady, przeżywamy trudny czas. Musimy zmierzyć się z prawdą o nas
samych, a to potrafi być bardzo bolesne. Ale kiedy zdobędziemy się na to, żeby spojrzeć
na swoje odbicie w osobie, z którą „coś jest nie tak”, i zaakceptujemy to, co widzimy –
poczujemy  się  tak,  jakbyśmy  nareszcie  wracali  do  domu.  Uczucia  wzbudzane  w  nas
przez  ludzi,  z  którymi  „coś  jest  nie  tak”,  to  te  uczucia,  które  przypisywaliśmy  im
w naszych wyobrażeniach. Mamy dwa wyjścia – albo będziemy się upierać, że z innymi
„coś jest nie tak”, żeby tylko nie widzieć prawdy o nas samych, albo dzięki tym ludziom
przyjmiemy z powrotem samych siebie, takich, jacy naprawdę jesteśmy.

Jestem w rozsypce

Powrót  do  rzeczywistości  niczym  do  domu  –  ogólnie  brzmi  to  nieźle.  Trochę  gorzej,
kiedy  w  rzeczywistym  świecie  tracimy  pracę,  pokazują  nam  drzwi,  przyplątują  się
choroby,  przeżywamy  rozwód  albo  słyszymy  od  lekarza  beznadziejną  diagnozę.  Gdy
życie  porządnie  nam  dokopie,  często  twierdzimy,  że  jesteśmy  w  rozsypce.  Załamani.
Zniszczeni.  Ale,  tak  naprawdę,  co  się  rozsypuje?  Co  się  załamuje  i  ulega  zniszczeniu?
Złudzenia,  sny  i  nadzieje,  które  dotąd  hołubiliśmy.  Patrzymy  przez  okno  –  świat  nadal
wygląda tak samo. Ale kiedy spojrzymy w siebie, widzimy ruiny i zgliszcza.

Nasze  wyobrażenia,  mrzonki  i  fantazje  legły  w  gruzach?  Świetnie.  Prawda  ma

wreszcie  szansę,  żeby  ujrzeć  światło  dzienne...  Wierzymy,  że  zostaliśmy  złamani,
zdruzgotani  przez  życie.  A  jednak...  wciąż  tu  jesteśmy.  Czy  na  pewno  my  zostaliśmy

background image

zniszczeni, czy raczej obraz nas samych? Umieramy czy rozwiewają się nasze złudzenia?
Kiedy  kokon  iluzji,  w  którym  bezpiecznie  się  kryliśmy,  zostaje  rozerwany,  ciężko  to
przeżywamy.

Pewien  mężczyzna  przez  lata  nie  dopuszczał  do  siebie  prawdy  o  tym,  jak  bardzo

chora jest jego żona, która cierpiała na zaburzenia psychiczne. Łudził się, że pewnego
dnia  żona  będzie  zdrowa,  chociaż  żadna  z  dziesiątków  terapii,  którym  usiłował  ją
poddać,  nie  przynosiła  rezultatu.  Nawet  w  chwili,  gdy  złudzenie  zaczynało  się
rozwiewać, rozpaczliwie usiłował się go uchwycić.

–  Co  pan  sądzi  o  terapii  ruchem?  Może  to  by  jej  pomogło?  –  wypytywał,  do  końca

usiłując  zagłuszyć  głos  rozsądku  i  doświadczenia.  Wmawiał  sobie,  że  robi  to
powodowany  lojalnością  wobec  żony,  choć  tak  naprawdę  był  lojalny  tylko  wobec
swojego  marzenia.  Po  chwili  zaczął  płakać;  jego  łzy  były  dowodem  na  to,  że  w  głębi
duszy zaczynał godzić się z rzeczywistością.

Jeff  Foster  powiada,  że  „moment  załamania  zawsze  oznacza  przełom,  gdy  głęboko

ukryta prawda dociera do naszej świadomości. Tylko to, co w nas jest fałszem, może się
załamać.  Prawda  nie  jest  łamliwa.  Niektórzy  nazywają  tę  chwilę  rozpoznania  prawdy
»przebudzeniem«, inni »samouświadomieniem«”

[1]

.

Pewna  kobieta  cierpiała  na  halucynacje.  Wydawało  się  jej,  że  sypialnia  się  chwieje.

Nie mogła nic na to poradzić. Waliła głową w ścianę, płakała i krzyczała. Dłonie miała
całe zakrwawione od ran, które sobie zadawała, wbijając paznokcie w skórę. Wszystko
dlatego,  że  porzucił  ją  mąż,  którego  bardzo  kochała;  jego  odejście  zachwiało  jej
światem.  Nie  mogła  tego  powstrzymać.  Całą  furię,  która  się  w  niej  kłębiła,  cały  swój
gniew na męża przekierowała na siebie – na swoją głowę i swoje dłonie.

– Jestem zdruzgotana, zniszczona – powtarzała. – Nie mogę skończyć ze sobą, muszę

żyć, bo mam córkę, Lorę. Gdyby nie ona, odebrałabym sobie życie. Jestem w rozsypce.

Kobieta ta była przekonana, że to ona została zniszczona i jest w rozsypce, podczas

gdy w rzeczywistości zniszczone zostały jej złudzenia. Widziała, jak ściany pokoju falują.
Dlaczego? Bo życie nadal płynęło, przynosząc wciąż nowe sytuacje. A ona wypierała to,
wyobrażając  sobie,  że  może  sprawić,  by  się  zatrzymało.  Jej  upór  nie  wytrzymywał
jednak  zderzenia  z  rzeczywistością.  Iluzja,  którą  stworzyła,  zaczynała  chwiać  się
w posadach.

Kiedy  prawda  życia  zabija  nasze  marzenia,  niektórzy  z  nas  zaczynają  myśleć

o  samobójstwie,  które  przyniesie  kres  cierpieniu.  Suicydolog  Edwin  Shneidman  nazwał
ten  rodzaj  cierpienia  „bólem  psychicznym”

[2]

.  Gdy  „na  żywca”  doświadczamy  śmierci

naszego  marzenia,  w  fizycznej  śmierci  możemy  dostrzec  drogę  ucieczki  przed
cierpieniem, jakie przynosi żałoba. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że tak naprawdę
nie jest to ból agonii, tylko ból porodowy.

Kobieta,  o  której  tu  mowa,  była  przekonana,  że  ginie,  rozsypuje  się  na  kawałki.

A  przecież  tak  naprawdę  zniszczeniu  uległy  tylko  jej  złudzenia.  Dopiero  teraz  prawda
mogła ujrzeć światło dzienne. Nas nie da się złamać. Nie rozsypujemy się, choć tak się
nam  wydaje.  Rozsypują  się  nasze  złudzenia  i  choćbyśmy  z  całej  siły  temu  zaprzeczali
i upierali się, że wcale tak nie jest, nie zdołamy posklejać złudzeń i utrzymać iluzji. Nie
zdołamy też w nieskończoność wypierać prawdy. Wreszcie tama pęknie i poczujemy, jak
zalewa  nas  żal  i  wściekłość.  Będzie  się  nam  wydawało,  że  giniemy  w  odmętach
gwałtownych uczuć. Ale przeżyjemy – tylko nasze złudzenia przepadną.

background image

Bardzo  boimy  się  chwili,  gdy  zostaniemy  odarci  ze  złudzeń.  Żeby  utrzymać  iluzję,

chętnie  opowiadamy  o  tym,  co  złego  się  nam  przytrafiło  i  jak  nas  skrzywdzono.
Opowieści  te  wydają  się  prawdziwe,  bo  zachowują  wewnętrzną  spójność,  ale  są
fałszywe,  ponieważ  wykluczają  całą  otaczającą  rzeczywistość.  W  tym  szaleństwie  jest
metoda  –  jeśli  pominiemy  odpowiednią  ilość  informacji,  każdego  możemy  przedstawić
jako  jednowymiarową,  demoniczną  postać,  coś  jak  czarny  charakter  z  kreskówki.
Jednocześnie  całą  historię,  w  której  nasz  negatywny  bohater  odegrał  kluczową  rolę,
nadal przedstawiamy jako fakt.

Nigdy  nie  czujemy  większej  pokusy,  by  demonizować,  niż  w  sytuacji  rozwodu.

Mężczyzna,  który  tyranizował  żonę,  wpadł  we  wściekłość,  gdy  ta,  po  kilku  latach
małżeńskiej  terapii,  postanowiła  od  niego  odejść.  Żona  miała,  jak  każdy,  swoje  wady,
ale  była  też  cierpliwą,  kochającą  osobą,  bardzo  oddaną  mężowi.  Kiedy  jednak
zdecydowała  się  na  rozwód,  on  w  swoich  opowieściach  przemienił  ją  w  tchórzliwą,
zakłamaną  lafiryndę.  Każdemu,  kto  się  nawinął,  wypłakiwał  się  w  rękaw,  wyliczając
rozliczne  wady  i  grzechy  swojej  żony.  To  była  naprawdę  długa  litania.  W  jakiś
tajemniczy sposób jego żona nagle stała się wiedźmą, która nie miała ani jednej dobrej
cechy.

– W końcu wyszło szydło z worka – wzdychał. – Ta kobieta przez lata ukrywała swoją

prawdziwą  twarz.  Wszyscy  są  przekonani,  że  to  miła  i  dobra  osoba.  Akurat!  Ona  po
prostu  świetnie  się  maskowała.  Ja  miałem  to  nieszczęście,  że  przekonałem  się  na
własnej skórze, do czego jest zdolna.

Obdzwaniał znajomych. Każdemu otwierał oczy na to, jak złą kobietą jest jego żona.
–  Posłuchaj,  muszę  ci  coś  powiedzieć.  Chodzi  o  moją  żonę...  –  zaczynał,  a  potem

rozwijał  mrożącą  krew  w  żyłach  opowieść  o  jej  niegodziwości  i  występkach,  jakich  się
dopuściła.

Kiedy  z  lubością  odgrywamy  rolę  ofiary  i  straszymy  krewnych  oraz  znajomych,

a  nawet  naszego  terapeutę,  maszkaronem,  w  jakiego  przerobiliśmy  „oprawcę”,  nasi
słuchacze  mogą  zrobić  nam  przyjemność,  biorąc  udział  w  gorzkich  żalach,  jakie
odprawiamy,  w  recitalu  użalania  się  nad  sobą

[3]

,  podczas  którego  będziemy  śpiewać

żałosne  pieśni  o  tym,  jak  bardzo  zostaliśmy  skrzywdzeni,  bo  życie  nie  ułożyło  się  tak,
jak byśmy sobie tego życzyli.

Mężczyzna,  o  którym  tu  mowa,  obsadził  siebie  w  roli  ofiary.  To  kiepska  strategia  –

w ten sposób odbiera się inicjatywę jedynej osobie, na którą ma się autentyczny wpływ,
czyli  sobie  samemu.  Święcie  wierzymy,  że  jesteśmy  ofiarami  czyjejś  podłości.  Nie
zdajemy  sobie  sprawy,  że  to  my,  my  sami,  pastwimy  się  nad  sobą  i  robimy  z  siebie
ofiary.  Nie  chcemy  tego  dostrzec;  o  wiele  łatwiej  jest  opowiadać,  jak  to  inni  nas
skrzywdzili, niż zobaczyć, kto naprawdę jest winowajcą.

I  tak,  mężczyzna,  który  tyranizował  żonę,  upiera  się,  że  to  ona  jest  tchórzliwą,

zakłamaną wiedźmą. A przecież sam żyje w kłamstwie. Nie akceptuje żony takiej, jaka
jest naprawdę, chce ją zmusić, żeby stała się wierną kopią jego wyobrażeń. Nazywa ją
lafiryndą, a przecież sam zdradza ją z wyidealizowanym obrazem, który sobie stworzył.
I, wreszcie, jest tchórzem. Przemoc jest zawsze oznaką tchórzostwa. Tyran to człowiek,
który  tak  bardzo  boi  się  życia,  że  nie  może  pozwolić,  by  swobodnie  płynęło.  Musi  je
zadeptać.

Jeśli  terapeuta  ma  nam  pomóc,  musi  podać  w  wątpliwość  narrację,  w  której

background image

przedstawiamy siebie jako ofiary. Jeśli będziemy opowiadać mu historię, gdzie miejsce
innych  ludzi  zajęły  ich  karykatury,  zachęci  nas,  żebyśmy  dostrzegli  fakty,  które
pominęliśmy, układając naszą własną „pieśń ofiary”.

Kiedy przestaniemy kurczowo trzymać się fikcji i zaakceptujemy fakty, zrozumiemy, że

nasi bliscy mają wady i zalety, jak każdy. My sami nie stanowimy tu wyjątku. Na pewno
zdarzyło  się  nam  kogoś  skrzywdzić.  Inni  ludzie  zadali  nam  ból,  my  też  go  komuś
zadaliśmy. Och, bardzo przyjemnie jest odgrywać rolę niewinnej ofiary, ale przecież nikt
z nas nie jest doskonały i bezgrzeszny.

Nie jest łatwo przyjąć życie takim, jakie jest, ze wszystkim, co przynosi. Jeśli się na to

zdecydujemy,  będziemy  musieli  patrzeć,  jak  nasze  złudzenia  chwieją  się  w  posadach,
załamują, rozsypują w proch. A to boli. Potrzeba emocjonalnej odwagi, żeby znieść ten
ból, powstrzymać chęć ucieczki albo skrycia się za zasłoną wyjaśnień i usprawiedliwień.

Kiedy  chcemy  uchodzić  za  ofiary,  zabiegamy  o  to,  by  wszyscy  uwierzyli  w  historie,

które  opowiadamy.  Teraz  musimy  przestać  je  opowiadać.  Tylko  wtedy  będziemy
prawdziwi. Ale to znaczy, że trzeba nam zrezygnować z zasłony dymnej, za którą dotąd
się kryliśmy. Poczujemy się nadzy i bezbronni.

–  Wiem,  co  pan  robi.  Usiłuje  pan  mnie  odsłonić  –  zarzucił  mi  pewien  mężczyzna,

któremu chciałem pomóc w zaakceptowaniu prawdy, którą wykreślił z życia.

– Proszę się nie bać. – Uspokajałem go. – Nic panu nie zrobię. Nie mogę ujawnić, kim

pan  naprawdę  jest.  Tylko  pan  może  tego  dokonać.  Ja  ograniczę  się  do  zadawania
pytań,  a  pan  albo  zdecyduje  się  na  szczerość,  albo  nie.  Wybór  należy  do  pana  –  czy
chce pan poznać prawdę o sobie samym, przejrzeć na oczy, czy też woli pan iść przez
życie po omacku?

Mężczyzna postanowił, że zmierzy się z prawdą o sobie samym, akceptując ryzyko, że

zostanie obnażony. Odkrył wtedy, że każdy człowiek, choćby nie wiadomo jak próbował
się maskować, jest nagi wobec innych. Fasady, które wznosimy, żeby się za nimi ukryć,
istnieją  wyłącznie  w  naszej  wyobraźni.  I  niczego  nie  przesłaniają.  Robimy  wszystko,
żeby prawda nie wyszła na jaw, ale ludzie wokół i tak doskonale widzą, kim jesteśmy.
Żyjemy przecież w rzeczywistym świecie, choć czasem lubimy się łudzić, że tak nie jest,
i kryć się we mgle iluzji.

Kiedy maski opadają, zaczynamy dostrzegać, że nikt z nas nie radzi sobie z własnymi

uczuciami, każdy czasem ulega pokusie kłamstwa i zna ból tęsknoty.

A jeśli emocje to przejawy miłości?

Czego uczymy się podczas terapii? Uczymy się dostrzegać prawdę. Jak się tego uczymy?
Przyjmując  ją.  Kto  jest  nauczycielem?  Chwila,  którą  właśnie  przeżywamy.  Abyśmy
zauważyli prawdę, życie wysyła nam sygnały – niepokój, złość, smutek, depresję. Dobre
i złe relacje. Wszystko, co się z nami dzieje. Kiedy przyjęcie tego, co niesie życie, staje
się bardzo trudne, szukamy pomocy. Albo... gramy na zwłokę.

background image

Pewna  młoda  kobieta  czekała  i  czekała,  aż  jej  prawdziwe  życie  zamieni  się  w  takie,

jakiego pragnęła. Kiedy szef odmówił jej awansu, straciła cierpliwość.

– Czy tak musi być? – Chciała wiedzieć.
– Oczywiście, że nie. Życie po prostu czeka, aż będzie pani gotowa je zmienić.
– Nie czuję się jeszcze gotowa – stwierdziła.
– Jak długo zamierza pani to odwlekać?
Uznajemy czekanie za coś w rodzaju magicznej różdżki, która sprawi, że życie, samo

z  siebie,  dopasuje  się  do  naszych  wyobrażeń.  Nic  z  tego.  Nasze  wyobrażenia  muszą
dopasować się do rzeczywistości wokół nas.

Gdy  przestajemy  czekać,  aż  wreszcie  „będzie  lepiej”,  sami  zaczynamy  się  zmieniać.

Każdy  życiowy  kryzys  kruszy  mury,  jakimi  się  otoczyliśmy.  Nasze  uczucia  odzyskują
swobodę, a my dowiadujemy się o sobie rzeczy, o których dotąd nie mieliśmy pojęcia.
Jeśli  zdecydujemy  się  zmierzyć  z  tym,  co  w  nas  ukryte,  dojdziemy  do  głębszego
rozumienia  samych  siebie.  Odnajdziemy  mądrość,  której  tak  długo  szukaliśmy.  Potem
jeszcze będziemy musieli zdecydować, czy przyjmiemy ją, czy odrzucimy.

Nie  jest  to  sytuacja  wyjątkowa,  która  człowiekowi  zdarza  się  raz  w  życiu.  Takich

wyborów dokonujemy w każdym momencie. Pewnego razu, podczas sesji, zobaczyłem,
że mój pacjent ma łzy w oczach.

– Co pan w tej chwili czuje? – spytałem.
– Myślę o tym, co zdarzyło się... – zaczął.
– Chodzi mi o teraz – wpadłem mu w słowo. – Co pan teraz czuje?
– Rzecz w tym, że wczoraj...
– Niech pan powie, co pan teraz czuje – nalegałem.
Wtedy zaczął płakać.
–  Kiedy  mój  ojciec  leżał  umierający,  wszyscy  uznali,  że  nie  ma  już  z  nim  kontaktu,

więc nikt nawet nie próbował z nim rozmawiać. Byli pewni, że nic do niego nie dociera.
W  pewnym  momencie  usiadłem  obok  jego  łóżka  i  zacząłem  opowiadać  o  imprezie,
z której właśnie wróciłem. Kiedy mówiłem, wyciągnął rękę i poklepał mnie po ramieniu.

Mój  pacjent  w  tym  właśnie  momencie  zrozumiał,  że  ojciec,  do  którego  czuł  głęboką

urazę,  bardzo  go  kochał.  Ten  nagły  wgląd  przyszedł  z  jego  wnętrza.  Boimy  się  takich
uczuć,  które  nagle  docierają  na  powierzchnię  naszej  świadomości.  Boimy  się,  że
wciągną  nas  w  głąb.  I  mamy  rację  –  jeśli  pójdziemy  za  ich  głosem,  wejrzymy  do
wnętrza nas samych, tam, gdzie jest źródło wszelkiego poznania. Mężczyzna, o którym
mowa,  zaakceptował  uczucie  żałoby,  które  nagle  go  ogarnęło.  Dzięki  temu  przeżył
doświadczenie miłości ojca. I nie tylko. Zrozumiał też, że on sam kochał ojca. Zobaczył,
że ojciec był dla niego darem.

Kiedy  akceptujemy  własne  uczucia,  zamiast  je  tłumić,  stajemy  się  czymś  na  kształt

pryzmatu.  Rozszczepiamy  wiązkę  emocji  i  otrzymujemy  jasny  obraz,  całą  paletę  barw,
którą  nazywamy  wglądem

[4]

.  Wgląd  tego  mężczyzny,  dotyczący  jego  ojca,  nie  był

wyrozumowany. Pochodził prosto z głębi serca.

Kiedy wreszcie przestaniemy dławić emocje i zaprzeczać ich istnieniu, kiedy rozpadnie

się  mur  iluzji,  które  stworzyliśmy,  będziemy  mogli  poznać  samych  siebie.  Emocje  są
przejawem  miłości.  Zaproszeniem,  żeby  zmierzyć  się  z  rzeczywistością,  odrzucić  fałsz
i wreszcie naprawdę spotkać samego siebie.

background image

Cierpienie jako wskazówka

Czy  naprawdę  wszystkie  emocje  to  przejawy  miłości?  Co  z  tymi,  które  wynikają
z przeżytej traumy? Wyobraźmy sobie, że ogarnia nas lęk. Co takie uczucie może mieć
wspólnego z miłością?

Pewien  człowiek  został  schwytany  przez  terrorystów.  Torturowali  go,  a  jego  żonę

zgwałcili  i  zabili.  On  sam  w  jakiś  sposób  zdołał  uciec.  Opuścił  kraj,  wyjechał  daleko,
znalazł  schronienie  jako  uchodźca.  Ale  przeszłość  nie  przestawała  go  dręczyć,  więc
zwrócił  się  o  pomoc.  Lekarze  robili  wszystko,  co  w  ich  mocy,  ale  żadne  leki  nie
pomagały.  Trauma  była  zbyt  głęboka,  jej  skutki  wciąż  trwały.  Wreszcie  znalazł  się
terapeuta, który uczepił się niepokoju dręczącego pacjenta.

– Co leży u źródła tego strasznego, dręczącego pana niepokoju? – wypytywał.
Wreszcie,  nie  mogąc  dłużej  wytrzymać  kipiących  emocji,  mężczyzna  zdecydował  się

zdradzić sekret, który trawił go niczym rak.

Przeżył  horror,  jakim  była  bezradność  w  chwili,  gdy  brutalnie  gwałcono,  a  potem

mordowano  jego  żonę.  Potem  udało  się  mu  uciec.  Ale  nie  od  razu  opuścił  kraj;  miał
jeszcze  jedną  sprawę  do  załatwienia.  Poprzysiągł  zemstę.  Odnalazł  mordercę  żony,
obezwładnił go, związał i żywcem obdarł ze skóry.

Lęk prześladujący tego uchodźcę wynikał nie tylko z cierpienia, które przeżył, ale też

z  tego,  które  zadał.  Poddając  torturom  oprawcę,  stał  się  podobny  temu,  kogo  ze
wszystkich  sił  nienawidził.  Ceną  za  dokonaną  zemstę  był  prześladujący  go  niepokój
i poczucie winy. Ten człowiek sam siebie karał za to, czego się dopuścił.

Idea  zemsty  opiera  się  na  myśleniu  magicznym.  Mścimy  się,  bo  wierzymy,  że  nasze

cierpienie  po  prostu  zniknie,  jeśli  zadamy  podobny  ból  jego  sprawcy.  Mylimy  się.
Mężczyzna,  który  w  drastycznych  okolicznościach  stracił  żonę,  nie  przestał  z  tego
powodu  cierpieć  wówczas,  gdy  w  równie  drastyczny  sposób  zemścił  się  na  mordercy.
Nie tylko nie zaznał upragnionej ulgi, ale na domiar złego pozbawił się człowieczeństwa.
Odarł  się  z  niego,  gdy  odzierał  ze  skóry  swojego  oprawcę.  Zemsta  w  niczym  mu  nie
pomogła; przeciwnie, musiał żyć nie tylko z koszmarnym wspomnieniem okrucieństwa,
jakiego  dopuszczono  się  wobec  jego  żony,  jej  tragicznej  śmierci  i  swojej  własnej
bezradności,  ale  też  ze  świadomością,  że  on  stał  się  katem.  Kiedy  wyznał  terapeucie
tajemnicę  o  zbrodni,  którą  popełnił,  mógł  wreszcie  zaakceptować  fakt,  że  przytłaczają
go  wyrzuty  sumienia.  Torturował  i  zamordował  człowieka.  Dopiero  kiedy  to  wszystko
ujawnił, mógł naprawdę przeżyć żałobę po żonie – przedtem wierzył, że wystarczy mu
zemsta. Wreszcie, po długim czasie, poczuł, że odzyskuje swoje człowieczeństwo.

Mężczyzna  ten  wyobrażał  sobie,  że  kiedy  obedrze  ze  skóry  mordercę  swojej  żony,

pozbędzie  się  bólu,  wyrwie  go  z  serca.  Każdy  z  nas  może  wpaść  w  pułapkę  takiego
sposobu  myślenia  i  próbować  znaleźć  ulgę  w  cierpieniu,  zadając  ból  innym.  Ale  bólu,
jaki  niesie  życie,  nie  da  się  tak  po  prostu  uniknąć.  Nie  możemy  wykluczyć  bólu,  bo
wykluczylibyśmy samych siebie. Ból jest wskazówką, która pozwala odkryć prawdę. Tę
prawdę,  której  boimy  się  tak  bardzo,  że  pogrzebaliśmy  ją  głęboko  wewnątrz  nas
samych.

background image

[1]

 Jeff Foster, Falling in Love with Where You Are, Non-Duality Press, New York 2013.

[2]

  Edwin  Shneidman,  wybitny  badacz  zjawiska  samobójstwa  i  jego  przyczyn,  przedstawił  tezę,  iż

samobójstwo  jest  próbą  uzyskania  ulgi  od  nieznośnego  cierpienia  psychicznego,  które  nazywał
„psychobólem”. Zob. Edwin Shneidman, Suicide as Psychache, Jason Aronson, New York 1995.

[3]

  Jestem  wdzięczny  psychoanalitykowi  Edmundowi  Beglerowi  za  to  zdanie  z  jego  książki  The

Superego, Grune and Stratton, New York 1952.

[4]

 Zob. Wilfred R. Bion, Seven Servants, Jason Aronson, New York 1970.

background image

ROZDZIAŁ 2

 

O

 TYM, W JAKI SPOSÓB UNIKAMY

PRAWDY O NASZYM ŻYCIU

Dlaczego  wmawiamy  sobie  kłamstwa?  Bo  nie  chcemy  tych  uczuć,  które  niechybnie
pojawiłyby się, gdybyśmy przyjęli rzeczywistość taką, jaka jest, i zmierzyli się z prawdą
o  naszym  życiu.  Często  odsuwamy  od  siebie  prawdę,  czekając,  aż  nasze  fantazje  się
ziszczą,  zamiast  zmierzyć  się  z  rzeczywistością.  Wydaje  się  nam,  że  jeśli  zaczekamy,
rzeczywistość,  która  nas  otacza,  przestanie  być  rzeczywista  –  to  oczywiste  kłamstwo
o  nas  samych,  o  naszych  bliskich  i  o  naszym  życiu.  I  pozwalamy  się  temu  kłamstwu
zwodzić.  Cierpimy,  bo  usiłujemy  walczyć  z  rzeczywistością,  a  jest  to  walka,  której
wygrać się nie da.

Kłamstwa  mają  to  do  siebie,  że  pozostają  niewidzialne  dla  osoby,  której  życiem

zawładnęły. Dlatego potrzebujemy terapeuty, który pomoże nam dostrzec te kłamstwa
i  to,  jak  wiele  przez  nie  tracimy.  Dopiero  wtedy  będziemy  w  stanie  zmierzyć  się
z  prawdą,  której  dotąd  unikaliśmy.  Kiedy  uwolnimy  się  od  złudzeń  i  wyobrażeń,
dostrzeżemy  prawdziwe  życie.  Będziemy  mogli  przyjąć  nasze  prawdziwe  uczucia
i  otworzyć  się  na  rzeczywistość.  To  jedyny  sposób,  żeby  odkryć,  kim  jesteśmy,  wejść
w otaczający nas świat i dostrzec jego prawdę.

Cierpienie

Historia mężczyzny, którego torturowano, a żonę zgwałcono i zabito, oraz jego okrutnej
zemsty,  jest  wyjątkowo  drastyczna.  Ale  to  nie  znaczy,  że  inne  historie,  mniej
przerażające,  nie  mówią  o  wielkim  ludzkim  cierpieniu.  Każda  z  opowiedzianych  tu
historii  pokazuje,  w  jaki  sposób  terapia  uwalnia  nas  od  złudzeń,  które  sprawiają,  że
nasze  życie  zmierza  w  złym  kierunku,  i  otwiera  nas  na  rzeczywistość  –  jedynego
wiarygodnego przewodnika.

Choroba  pokazuje,  że  „szlachetne  zdrowie”  jest  darem,  który  łatwo  można  stracić.

Kiedy  śmierć  grozi,  że  „okradnie”  nas  z  życia,  zaczynamy  rozumieć,  jaki  jest  stan
naszego  posiadania  –  nie  mamy  nic.  Ciało  i  umysł,  życie,  bliscy  –  wydaje  nam  się,  że
„posiadamy” to wszystko. Do czasu, kiedy oddamy ostatnie tchnienie i okaże się, że cały

background image

ten nasz stan posiadania był tylko ułudą. Każda strata, jaką przeżywamy, odziera nas ze
złudzeń,  pokazuje,  że  wszystko  w  życiu  jest  darem,  ale  niczego  nie  dostaje  się  na
własność.

Strata nie jest ani dobra, ani zła. Życie po prostu jest, jakie jest, niezależnie od tego,

co o tym myślimy. Och, uważamy oczywiście, że postawimy warunki, a życie się do nich
dostosuje. Nic z tego – ono pojawia się na swoich warunkach. Kiedy przekonujemy się,
że  świat  nie  działa  według  naszego  projektu,  przeżywamy  szok.  Nie  godzimy  się  ze
śmiercią, bo jej istnienie burzy hołubioną przez nas fantazję o życiu, które nie niosłoby
ze  sobą  doświadczenia  straty.  Ale,  choć  walczymy  z  rzeczywistością  ze  wszystkich  sił,
ona zawsze ma ostatnie słowo

[1]

.

Czasami  tak  kurczowo  trzymamy  się  iluzji  na  temat  życia,  że  nawet  strata,  jaką

przynosi choroba lub śmierć, nie jest w stanie uwolnić nas spod jej wpływu. Upieramy
się,  że  nie  będziemy  widzieć  tego,  czego  widzieć  nie  chcemy.  Czekamy,  aż  nasze
złudzenia  się  ziszczą,  zastępując  rzeczywistość,  którą  odrzucamy.  Kiedy  tak  hołubimy
złudzenia,  czekając  na  coś,  co  nigdy  się  nie  wydarzy,  prawdziwe  życie,  to,  które  jest
nam dane przeżyć, powoli przecieka nam między palcami. W ten sposób do strat, które
przynosi życie, dorzucamy te, które sami generujemy.

Śmierć  jest  częścią  rzeczywistości.  Nie  raz  przychodzi  nam  się  z  nią  zmierzyć  –

umierają nasi bliscy, umierają przyjaźnie, związki, przepadają kariery, marzenia zostają
brutalnie rozwiane. Każde nasze pragnienie jest drogą na spotkanie śmierci. Pragniemy
czegoś,  co  nie  istnieje,  i  nasze  pragnienie  musi  umrzeć  w  zderzeniu  z  rzeczywistością.
Tęsknimy  za  stałością,  a  rzeczywistość  jest  zmienna.  Tęsknimy  za  nieskończonością,
a nasz świat ma swoje ograniczenia.

Poznałem  kiedyś  kobietę,  która  bardzo  pragnęła,  żeby  jej  własny  brat  otoczył  ją

miłością. Tęskniła za nim, mimo że ją odrzucił, zwyzywał i, na domiar złego, podstępnie
pozbawił  ją  należnej  części  rodzinnego  spadku.  Nie  potrafiła  sprawić,  by  brat  ją
pokochał, więc nawiązała bliską więź z jego córką. Często ją odwiedzała i zajmowała się
nią.  Aż  pewnego  dnia  brat  oświadczył,  że  nie  życzy  sobie,  by  widywała  dziewczynkę.
Tak  umarła  jej  ostatnia  nadzieja  na  opartą  na  miłości  relację  z  bratem.  Pękła  ostatnia
zapora  i  fala  żalu  zalała  kobietę,  unosząc  jej  złudzenia.  Czy  poczuła  się  lepiej,  gdy
opłakała  śmierć  swojego  marzenia  o  bliskiej  relacji  z  własnym  bratem?  (Oczywiście,
wciąż była z nim związana, ale nie w sposób, jakiego pragnęła).

–  Podczas  ostatniej  sesji  poryczałam  się  jak  głupia.  Chyba  jeszcze  nigdy  tak  nie

płakałam. To było straszne, ale teraz jest mi lżej – przyznała.

– Jak pani to tłumaczy? – spytałem.
– Kiedy się już wypłakałam, poczułam, że wreszcie dojrzałam do tego, żeby pogodzić

się  z  prawdą.  I  wtedy  dotarło  do  mnie,  jak  bardzo  jestem  zmęczona  udawaniem,  że
wszystko jest w porządku. Niby już wcześniej wiedziałam, że się oszukuję, ale dopiero
po  tej  sesji  postanowiłam,  że  przestanę  to  robić.  Nie  będę  się  już  do  tego  zmuszać.
Ulżyło mi.

Przywiązujemy się do własnych wyobrażeń o tym, jak ludzie powinni nas traktować.

Chcemy  być  kochani,  pożądani  i  szanowani  tak,  jak  sobie  to  wymarzyliśmy.  A  kiedy
rzeczywistość do tych wyobrażeń nie całkiem przystaje, cierpimy. Nie dlatego, że mamy
marzenia,  ale  z  powodu  naszego  przywiązania  do  nich.  Kobieta,  o  której  tu  mowa,
trzymała  się  uparcie  marzenia  o  życzliwym,  kochającym  bracie.  Niestety,  taki  ktoś  nie

background image

istniał.  Kiedy  przekonujemy  się,  że  nasze  życzenie  nie  zostanie  spełnione,  możemy
pożegnać je i opłakać, jak to zrobiła ta kobieta. Możemy też tupnąć nogą i powiedzieć,
że  życie  jest  do  niczego,  podczas  gdy  powinniśmy  raczej  podać  w  wątpliwość  nasz
własny obraz świata i samych siebie. Moja pacjentka doszła do wniosku że relacja, jaką
nawiązała z bratanicą, jest prawdziwie wartościowa, ale ukochaną siostrą swojego brata
była tylko w bajce, którą sama sobie opowiadała. Musiała opłakać podwójną stratę – tę
rzeczywistą  i  tę,  która  wynikała  z  faktu,  że  zbyt  długo  pozwalała,  by  złudzenia
przesłaniały jej prawdę, nie chcąc przyznać przed sobą, jakim człowiekiem jest jej brat.

Rzeczywistość  o  wiele  za  często  nas  rozczarowuje,  natomiast  nasze  fantazje  mają

uwodzicielską  moc.  Obiecują  nieskończone  szczęście  i  spełnienie.  Podczas  terapii
opłakujemy śmierć tych pięknych marzeń. To boli. Czy godzimy się z tym bólem, czy też
próbujemy  go  zagłuszyć  –  nie  ominą  nas  konsekwencje  ignorowania  prawdziwych
emocji w naszym życiu. Dzięki terapii możemy zmierzyć się z uczuciami, których dotąd
unikaliśmy. Dopiero wtedy przestaniemy żyć w świecie, który nie istnieje.

Po  co  podejmujemy  terapię?  Żeby  zyskać  siłę  do  zmierzenia  się  z  prawdą

o rzeczywistości i z uczuciami, które ona w nas wyzwala. Liczymy na to, że dzięki terapii
przestaniemy  cierpieć.  Owszem,  jest  to  możliwe.  Ale  gdy  iluzje,  w  które  dotąd  święcie
wierzyliśmy, na naszych oczach rozwalą się w gruzy, nie będzie to miłe doświadczenie.
Istnieje  niebezpieczeństwo,  że  w  tej  trudnej  chwili  wybierzemy  zakamuflowaną  formę
protestu – rezygnację.

Ja: No trudno, poddaję się. Nie będę z tobą walczyć. Ale nadal cię nienawidzę.
Rzeczywistość: Ależ proszę bardzo. Możesz mną gardzić, możesz się przy tym upierać

jak długo będziesz miał ochotę. Znam ludzi, którzy całe życie nic innego nie robili.

Ja: Jesteś niesprawiedliwa!
Rzeczywistość:  Niesprawiedliwa,  powiadasz?  Nic  dziwnego,  skoro  ty  za  sprawiedliwe

uważasz tylko swoje własne wyobrażenia. A potem się dziwisz, kiedy zamiast tego, co
sobie wymarzyłeś, pojawiam się ja. Wmawiasz sobie, że jeśli będziesz mnie nienawidził
z całych sił, zmienię się i wszystko ułoży się dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłeś. Ale
na to jest już za późno. Twoje złudzenia nie wytrzymały zderzenia ze mną. Już ich nie
ma. Kiedy będziesz gotów, możemy razem urządzić pogrzeb twemu pięknemu obrazowi
samego siebie, który leży w trumnie.

Jakże  trudny  to  dla  nas  pogrzeb!  Musimy  pożegnać  się  z  obrazem  nas  samych  –

kochanych przez każdego, we wszystkim odnoszących sukces, podziwianych, mających
zawsze  rację.  Ale  ten  obraz  to  tylko  fasada.  To  mentalna  zasłona,  za  którą  kryje  się
prawda  o  tym,  kim  jesteśmy.  Rozpaczamy,  gdy  życie  ją  zdziera.  Rozpaczamy  –  i  z
naszej własnej rozpaczy tworzymy kolejną fasadę, traktując ją jak problem, który trzeba
przepracować, jak dyskomfort, którego trzeba się pozbyć.

Żałoba

background image

Żal  nie  jest  problemem,  który  należy  zlikwidować.  To  ścieżka,  którą  trzeba  podążyć.
Żałoba polega na tym, że kapitulujemy wobec prawdy, która zmiata wszystkie sklecone
przez  nas  konstrukcje  kłamstw,  pozostawiając  czystą,  żywą  rzeczywistość.  Wszelkie
usiłowania, by wykorzenić i usunąć żałobę, są bezsensowne. Żałoba jest po to, żeby ją
przeżyć.  W  zgodzie  z  rzeczywistością.  Łzy  są  po  to,  żeby  zmyć  nasze  przywiązanie  do
iluzji, które trzymają nas w niewoli, oddzielając od prawdziwego życia.

Żałoba  ma  uzdrawiającą  moc.  Pewien  człowiek,  który  miał  potężną  skłonność  do

autodestrukcji  i  palił  za  sobą  wszystkie  mosty,  trafił  na  terapię,  kiedy  jego  świat  do
reszty się zawalił. Przez całe życie niszczył każdą dobrą rzecz, jaka mu się przytrafiała.
Wszystkie wartościowe relacje pozrywał, krzywdząc ludzi wokół siebie.

–  Przyszedłem  na  terapię,  bo  chciałbym  pozbyć  się  wstydu  i  poczucia  winy  –

oświadczył.

–  To  nie  jest  najlepszy  pomysł.  Wstyd  i  poczucie  winy  to  jedyne  ścieżki  ku

wyzdrowieniu. Bez nich się pan pogubi. Czuje pan wstyd, bo w głębi serca dobrze pan
wie, że nie jest pan tym człowiekiem, którym chciałby być.

– To prawda – powiedział żałośnie.
– Czuje się pan winny wobec ludzi, których pan zranił. To znaczy, że jest pan zdolny

do miłości. To, co w panu najszlachetniejsze, wzywa, by przestał pan błądzić i wrócił do
siebie.

–  Nigdy  nawet  nie  próbowałem  się  zmienić.  Nigdy  nie  starałem  się  żyć  tak,  jak

człowiek, którym chciałbym być – przyznał po zastanowieniu.

– Niech pan nie próbuje wyleczyć się ze wstydu i z poczucia winy. Niech pan raczej

spróbuje naprawdę przeżyć te uczucia. To są znaki ukazujące, kim jest człowiek, który
kryje się pod maską obojętności i niewrażliwości, jaką od tak dawna pan nosi.

Jeśli człowiek ten cierpiał, to nie przez wstyd i poczucie winy, ale z powodu kłamstw,

które  sobie  wmawiał.  Uczucia,  które  rodzą  się  w  głębi  naszego  prawdziwego  ja,  nigdy
nas  nie  ranią.  Ranimy  się  sami,  kiedy  usiłujemy  z  nimi  walczyć,  blokować  je  i  uciszać.
Gdy decydujemy się przyjąć życie takim, jakie jest, dopada nas ból, czasem tak okrutny,
że  wydaje  się  nam,  iż  go  nie  przeżyjemy.  Ale  to  tylko  nasze  złudzenia  umierają.
Zdzieramy z siebie kolejne warstwy kłamstw, które oddzielały nas od rzeczywistości. Aż
wreszcie przychodzi ukojenie, gdy godzimy się z prawdą o nas samych.

Podczas  kolejnych  sesji  mój  pacjent  z  żalem  odkrywał,  w  jaki  sposób  niszczył

wcześniejsze relacje. Zrozumiał, że był życiowym oszustem, kimś, kogo nie można było
naprawdę  kochać.  Opłakiwał  wszystko,  co  przez  to  utracił,  uczył  się  znosić  poczucie
winy z powodu kłamstw, którymi mamił siebie i innych.

–  Nie  wiem,  jak  mam  panu  dziękować.  Przywrócił  mi  pan  człowieczeństwo  –

usłyszałem od niego.

Jeśli  chodzi  o  ścisłość,  nie  mogłem  przywrócić  mu  człowieczeństwa,  bo  było  ono

w nim przez cały czas. Tyle że dławił je ciężar kłamstw.

Nałóg nasz powszechny

background image

Stopień  intensywności  cierpienia,  jakie  odczuwamy,  jest  równy  dystansowi,  jaki  dzieli
nas  od  rzeczywistości.  Niestety,  zamiast  szukać  uleczenia,  zwracając  się  czym  prędzej
ku prawdzie, uciekamy od niej coraz dalej – w obżarstwo, pracę, alkohol, narkotyki albo
seks. Mówimy, że jesteśmy od tych rzeczy uzależnieni. Mylimy się. To tylko symptomy,
a  prawdziwe  uzależnienie  jest  jedno  –  od  złudzenia,  że  jesteśmy  gdzie  indziej,
gdziekolwiek  indziej  niż  tu  i  teraz,  w  rzeczywistości  naszego  życia.  Nie  chcemy  czuć
tego,  co  czujemy.  Nie  chcemy  teraźniejszości,  tylko  wymyśloną  przeszłość  albo
przyszłość.

Człowiek,  którego  historię  przytoczyłem  wcześniej,  ten,  który  zamordował  mordercę

swojej żony, też nie chciał czuć tego, co czuł, i pamiętać tego, co pamiętał. A jednak...
jego  wspomnienia  i  uczucia  były  prawdziwe.  I  uciekanie  przed  nimi  nie  mogło  zmienić
tego, co się stało.

Jesteśmy  uzależnieni  od  złudnego  poczucia,  że  jesteśmy  kimś  innym,  w  innym

miejscu i innym czasie. Obżarstwo, narkotyki, internet, seks, sława, praca czy wódka to
tylko  mózgotrzepy,  narzędzia,  które  pozwalają  nam  uciec  od  prawdziwego  świata,
przenieść  się  do  wymyślonego  uniwersum,  gdzie  wszystko  jest  dokładnie  tak,  jak
naszym  zdaniem  powinno  być.  Tęsknimy  za  wyidealizowaną  przeszłością,  która  nigdy
nie  istniała,  albo  za  cukierkową  przyszłością,  która  nigdy  nie  nadejdzie.  Nie  chcemy
przeżywać dnia dzisiejszego. Czekamy, aż pojawi się dzień, który sobie wymarzyliśmy.

Wyobrażamy  sobie,  że  gdybyśmy  tylko  żyli  w  innym  miejscu  albo  w  innym  czasie,

odnaleźlibyśmy harmonię, spokój i zadowolenie. Bylibyśmy w domu. A przecież właśnie
nasze desperackie pragnienie, żeby być kimś innym, czyni nas bezdomnymi. Robimy, co
możemy, żeby uciec przed czasem teraźniejszym, choć to jedyny dom, jaki mamy.

Uciekamy  w  przyszłość,  zmieniamy  miejsce  zamieszkania  albo  sposób  bycia  –

w nadziei, że dzięki temu staniemy się w pełni sobą. Tyle że już teraz jesteśmy w pełni
sobą.  A  kiedy  pędzimy,  chcąc  wreszcie  dogonić  złudzenia,  gubimy  po  drodze  samych
siebie.  Żeby  uświadomić  sobie  w  pełni,  kim  naprawdę  jesteśmy,  musimy  otworzyć  się
na rzeczywistość, na to, co czujemy. Ale my nie chcemy tego, co jest tu i teraz. Chcemy
spełnienia  własnych  marzeń.  Zamiast  zatroszczyć  się  o  siebie,  wybieramy  pogoń  za
złudzeniami.  Wierzymy,  że  nasze  wymarzone  szczęście  jest  gdzieś  daleko,  tymczasem
wszystko, czego nam potrzeba, mamy na wyciągnięcie ręki.

A  my  wciąż  uciekamy.  Przed  jedną  rzeczą  szczególnie  –  przed  własnym  lękiem.

I  popełniamy  błąd,  bo  ten  lęk  to  jest  sygnał  naprowadzający.  Taka  boja  świetlna,
znakomicie  widoczna  z  daleka.  Wskazuje  miejsce,  które  powinniśmy  zgłębić.  Jest  to
dokładnie  to  miejsce,  które  usiłujemy  ukryć  –  przed  wszystkimi  i  przed  samymi  sobą.
Kiedy pokonamy własny opór i zmierzymy się z tym, co w nas samych budzi największy
lęk, nastąpi happy end – nasze zewnętrzne i wewnętrzne ja nareszcie się połączą.

Bardzo  często  nie  zdajemy  sobie  sprawy,  że  uciekamy  od  własnych  uczuć,  kiedy

odpychamy  ludzi,  którzy  je  wzbudzają.  Odpychamy,  na  przykład,  naszych  małżonków.
Nie chcemy słuchać tego, co mają nam do powiedzenia. Oczekujemy, że powiedzą to,
co my chcielibyśmy usłyszeć. Separujemy się od nich, gdy wobec nas są po prostu sobą,
i nie zdajemy sobie sprawy, że takie postępowanie może doprowadzić tylko do... bardzo
rzeczywistego  rozwodu.  Pewnego  dnia  do  mojego  gabinetu  wkroczył  mężczyzna
w średnim wieku. Miał na sobie czapkę z daszkiem, krótkie spodenki i sandały. Siląc się
na  obojętność,  oświadczył,  że  żona  domaga  się  rozwodu.  Po  latach  terapii,

background image

indywidualnej i małżeńskiej, ona miała dość. On wciąż chciał walczyć o ich związek.

– Nie mogę w to uwierzyć. Jak ona może chcieć rozwodu? – wybuchnął.
– Nie musi pan w nic wierzyć. Wystarczy, że żona najwyraźniej wierzy w to, co robi.
– Nie rozumiem, dlaczego ona to robi – upierał się. – W głowie mi się to nie mieści!
– To, że pan nie rozumie, niczego nie zmienia. Wystarczy, że żona jest zdecydowana

na rozwód.

– Niby racja. – Uśmiechnął się przelotnie. – Ale to wszystko nie ma sensu!
–  Z  pańskiego  punktu  widzenia.  Ale  pańskie  przyzwolenie  nie  jest  warunkiem

koniecznym, żeby żona widziała sens w tym, co robi.

– Nie poddam się. Chcę walczyć o nasze małżeństwo.
– W porządku. Czy możemy zgodzić się ze stwierdzeniem, że pan chce o nie walczyć,

a żona nie chce?

Przez twarz mojego rozmówcy przemknął cień smutku.
– Niedawno wybraliśmy się na wycieczkę z dziećmi. Było naprawdę miło... – urwał. –

Ale tylko pierwszego dnia. Potem okropnie się pokłóciliśmy. „Przyznaj, że jesteś na mnie
wściekły”,  rzuciła.  „Nie  pochlebiaj  sobie,  po  prostu  tobą  gardzę”,  wycedziłem
w odpowiedzi.

To wyznanie było pierwszą rysą, jaka powstała w murze jego zaprzeczenia.
– Pewnie myśli pan, że stosuję mechanizm zaprzeczenia – powiedział zaraz potem. –

Ale to nie tak. Ja po prostu nie zamierzam rezygnować z walki o nasz związek.

Gdybym powiedział mu w tym momencie, że owszem, myślę, że stosuje mechanizm

zaprzeczenia,  ponieważ  tak  właśnie  jest,  okopałby  się  tylko  na  pozycjach  i  nadal
obstawał przy swoim. Postanowiłem więc zagrać w jego grę; udawać, że podzielam jego
punkt widzenia. Liczyłem na to, że dostrzeże absurd własnej postawy, kiedy zobaczy jej
karykaturę w moim wykonaniu.

– Ależ dlaczego miałby pan rezygnować? – spytałem retorycznie, udając pełną zgodę.

–  Wprawdzie  w  tej  chwili  żona  jest  zdecydowana  na  rozwód,  ale  może  za  tydzień,  za
miesiąc albo za rok zmieni zdanie? Tak, z pewnością warto obstawać przy swoim.

Mężczyzna westchnął ciężko.
–  Chodzi  o  to,  że  mamy  dzieci.  Żona  nie  przemyślała  do  końca,  jak  to  wszystko

rozegrać.

–  No  właśnie  –  przytaknąłem  ochoczo.  –  Macie  dzieci,  ona  nie  przemyślała  sprawy,

tylko  zażądała,  żeby  wyprowadził  się  pan  w  listopadzie.  Zdecydowanie,  nie  powinien
pan dawać za wygraną.

Mój rozmówca wyraźnie posmutniał.
–  Wie  pan,  już  od  kilku  lat  nie  współżyjemy.  Żona  powiedziała,  że  zgadza  się,

żebyśmy razem mieszkali, ale o seksie mam zapomnieć. A nie ukrywam, że to dla mnie
ważna kwestia.

– Rozumiem, że żona od lat stroni od małżeńskiego łoża, a w dodatku chce rozwodu.

Ale dlaczego miałby pan się poddawać? Przecież chce pan ratować to małżeństwo.

– Kiedy się poznaliśmy, była taka słodka, czuła i kochająca...
–  Otóż  właśnie!  Nie  może  pan  pozwolić  odejść  tej  słodkiej  dziewczynie,  która  tak

bardzo  pana  kochała  –  podchwyciłem,  i  zobaczyłem,  że  jego  twarz  poczerwieniała.
Przez  chwilę  walczył  ze  łzami,  ale  przegrał.  Popłynęły.  Mur  zaprzeczenia,  którym  się
otoczył, robił się coraz mniej szczelny.

background image

Rozstanie z żoną musiało boleć, ale to mechanizm zaprzeczenia potęgował cierpienie

tego mężczyzny. Nie chciał przyjąć do wiadomości, że żona czuła to, co czuła, i w ten
sposób  niszczył  swoje  małżeństwo.  Dlaczego?  Bo  nie  słuchał  żony,  gdy  ta  chciała  mu
coś  przekazać.  Wolał  wsłuchiwać  się  we  własne  życzenia.  Nic  dziwnego,  że  zażądała
rozwodu; wszak on już dawno się z nią rozstał. Nie interesowało go, co czuje żona, ani
co chce mu powiedzieć, bo poślubił własne wyobrażenie o tym, jaka powinna być. Czy
odmówiła  współżycia  dlatego,  że  widziała,  jak  zdradza  ją  ze  swoim  marzeniem
o idealnej małżonce? Nawet gdy zażądała rozwodu, on wciąż czekał na pojawienie się
wyśnionej,  idealnej  żony.  Nie  dostrzegał,  że  w  ten  sposób  wyrzuca  ze  swojego  życia
prawdziwą kobietę z krwi i kości, która kiedyś go poślubiła. Karał ją za to, że nie była
tak  doskonała,  jak  w  jego  fantazjach.  Wpędzał  ją  w  poczucie  winy,  licząc  na  to,  że
w ten sposób zmusi ją, by wreszcie przeistoczyła się w jego wyśniony ideał. Postanowiła
odejść,  ale  nie  była  pierwsza.  On  już  wcześniej  ją  opuścił,  by  związać  się  ze  swoim
marzeniem.

Mógłbym  wykazywać  mu  błędy,  które  popełnił,  i  spierać  się  z  nim,  ale  wtedy

odniósłby mylne wrażenie, że konflikt przebiega między nami dwoma. Kiedy pokazałem
mu,  w  lustrzanym  odbiciu,  jego  własną  postawę  zaprzeczenia,  zobaczył,  że  konflikt
przebiega  między  tą  postawą  a  rzeczywistością.  Gdy  to  dostrzegł,  mur  zaczął  pękać
i prawdziwy ból wypłynął na powierzchnię. Żona chciała od niego odejść. Długo starał
się tego nie widzieć, ale bolesna prawda nie zniknęła, choć z uporem zamykał oczy.

Jedynym  sposobem,  w  jaki  mógłby  skłonić  żonę  do  zastanowienia  się  nad  zmianą

zdania,  byłaby  zmiana  jego  własnej  postawy.  Gdyby  znów  wziął  sobie  do  serca  jej
uczucia i słowa, gdyby przestał zachowywać się tak, jakby już dawno rozwiódł się z nią,
dlatego, że nie myślała i nie postępowała pod jego dyktando. Ale dlaczego żona miała
brać pod uwagę jego pragnienia i uczucia, skoro on nie dostrzegał jej, wpatrzony tylko
i  wyłącznie  w  swoje  zaprzeczenie?  Mógł  wyplątać  się  z  sytuacji,  która  sprawiała,  że
cierpiał – musiał tylko nawiązać relację z własną żoną, zamiast czekać, aż ta stanie się
kimś innym. Musiał przede wszystkim zdać sobie sprawę, że wpatrzony w idealny obraz
swojej małżonki, od lat żył w wyimaginowanym związku.

Mężczyzna  ten  postanowił  nie  dostrzegać  rzeczywistości,  bo  nie  chciał  znosić  uczuć,

które  w  nim  wzbudzała.  Zapłacił  za  to  wysoką  cenę.  Uparł  się,  że  będzie  ignorował
dążenie żony do rozwodu, ale to jej nie powstrzymało przed rozwodem.

Ucieczka – „lekarstwo geograficzne”

Rzadko  uciekamy  przed  problemami,  które  zagrażają  nam  od  zewnątrz.  Najczęściej  do
ucieczki skłaniają nas własne uczucia. Tyle że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Kiedy
się boimy, jesteśmy przekonani, że źródłem lęku jest jakiś zewnętrzny problem. Bywa,
że  sięgamy  po  „lekarstwo  geograficzne”,  ale  od  własnego  życia  uciec  nie  jesteśmy
w  stanie.  Gdziekolwiek  byśmy  pojechali,  uczucia  będą  nam  towarzyszyć  jak  cień.

background image

Uciekamy przed tym, co w nas samych woła o miłość. Łatwiej jest uciekać, niż wrzucić
na  luz,  zatrzymać  się,  spojrzeć  w  siebie  i  pozwolić  naszym  własnym  uczuciom,  by  nas
przemieniły.

Nazywamy  terapię  „leczeniem  rozmową”,  ale  często  używamy  słów,  żeby  zagłuszyć

uczucia, z którymi trzeba nam się zmierzyć

[2]

.

Kiedyś  na  terapię  przyszła  młoda  kobieta.  Mówiła  dużo  i  szybko,  jakby  chciała

zagadać to, co naprawdę czuła. Przerwałem jej. Spytałem, czy zdaje sobie sprawę, że
wyrzuca z siebie słowa jak serie z karabinu maszynowego.

– Zawsze mówię szybko – powiedziała.
–  Bo  nie  chce  pani  dopuścić  do  głosu  niepokoju  i  innych  uczuć,  które  pani  w  sobie

tłamsi.  Co  pani  czuje,  kiedy  przestanie  pani  skupiać  się  na  słowach  i  spojrzy  w  głąb
siebie?

– Ale ja mam naprawdę dużo rzeczy do powiedzenia.
– Rozumiem. Czy jednak moglibyśmy porozmawiać o tym, co pani czuje?
Posmutniała.
– Jestem zdenerwowana.
– Z jakiego powodu? Jakie głębsze uczucie powoduje, że jest pani zdenerwowana?
Nie odpowiedziała. Zaczęła cicho szlochać.
Kiedy przestajemy zagłuszać uczucia gadaniną, te wreszcie ukazują się z całą mocą,

byśmy  mogli  je  przyjąć  i  zaakceptować.  Może  się  nam  wydawać,  że  jesteśmy  bardzo
daleko  od  uleczenia,  ale  przecież  w  każdej  chwili  przeżywamy  dokładnie  to
doświadczenie,  które  jest  potrzebne,  żeby  wrócić  do  zdrowia  –  nasze  tu  i  teraz,  to,
którego nie chcemy. To, przed którym uciekamy.

Goniąc  za  spełnieniem,  zapominamy  o  własnych  uczuciach.  Popełniamy  błąd.  Czy

drzewa  pędzą  gdzieś,  żeby  urosnąć?  Czy  jeśli  zaczniemy  ciągnąć  za  pąk,  ten  szybciej
rozkwitnie?  Kwiat  nie  upiera  się,  że  wolałby  być  na  innym  etapie  rozwoju,  niż  właśnie
jest.  Spokojnie  poddaje  się  ciśnieniu,  które  rozpiera  go  od  środka  –  tak  działa
rozwijające się życie, płatki pęcznieją, rozsadzają pąk i kwiat się rozwija. Pewnie każdy
czytelnik  przyniósł  kiedyś  do  domu  i  postawił  w  wazonie  wyjątkowo  piękną  różę.  Czyż
nie zachwycała przez cały czas, od chwili, gdy była ciasno zwiniętym pąkiem, poprzez te
dni, gdy stała w pełnym rozkwicie, aż do momentu, gdy jej wonne płatki opadły na blat
stołu?

Jesteśmy  istotami  o  wiele  bardziej  złożonymi  niż  kwiaty.  Ale  podobnie  jak  one,

rozwijamy się. Uczucia ukazują, kim jesteśmy naprawdę. Wyrzekając się ich, odcinamy
się od swojej wewnętrznej głębi. I wtedy zaczyna nas dręczyć coś, czego nie potrafimy
nazwać  –  nie  zdajemy  sobie  sprawy,  że  jest  to  poczucie  straty.  Gdybyśmy,  zamiast
uciekać przed własnymi uczuciami, zagłuszać je i odcinać się od nich, usiedli spokojnie
i  zaakceptowali  ich  trudne  towarzystwo,  moglibyśmy  odkryć,  kim  jesteśmy  za  fasadą
słów,  tłumaczeń  i  wymówek.  Czy  jednak  będziemy  potrafili  znieść  niepewność?  Czy
wytrzymamy  sami  ze  sobą,  nie  wiedząc,  jak  będzie  wyglądał  kwiat,  w  który  się
rozwiniemy? Co się stanie, kiedy odważymy się otworzyć przed drugim człowiekiem? Nie
możemy  wiedzieć  z  góry,  jak  będzie  rozkwitać  nasza  relacja,  jak  się  rozwinie  historia
naszego  życia.  Czy  będziemy  potrafili  poradzić  sobie  z  tym,  że  nie  jesteśmy  w  stanie
przewidzieć zmian, jakie w nas zajdą?

Jeśli  mamy  odzyskać  zdrowie,  musimy  pogodzić  się  z  tym,  że  się  boimy.  Boimy  się

background image

odsłonić  przed  kimś,  kogo  nie  znamy.  Boimy  się  też  zmian,  które  zachodzą  w  nas
samych,  kiedy  się  rozwijamy.  I  dlatego  właśnie  idziemy  do  psychoterapeuty  –  żeby
dowiedzieć się, kto się kryje pod grubą warstwą treści, które nam wmówiono, w które
uwierzyliśmy  i  uznaliśmy  za  własne  myśli,  nawet  o  tym  nie  wiedząc.  Owszem,
zaczynając  terapię,  nie  wiemy,  czego  się  spodziewać.  Ale  nie  tylko  terapia  jest
niewiadomą.  My  nią  jesteśmy.  Każdy  z  nas  to  dziewiczy,  nieodkryty  ląd.  Każdy  z  nas
posiada niezgłębiony potencjał.

Czy mamy prawo potępiać osoby uzależnione? Wszyscy przecież nałogowo uciekamy

przed tym, co czujemy i kim jesteśmy. Nałogowo odurzamy się wydumanymi obrazami
siebie i innych, nierzeczywistymi stanami ducha i nastrojami – oto prawdziwe narkotyki.

Na całe szczęście dla nas i dla naszego rozwoju, życie nie daje za wygraną. Każdego

dnia od nowa, uparcie, dobija się do naszych drzwi, żebyśmy mogli dostrzec je i przyjąć.
Prowokuje  przypływ  uczuć,  których  nie  chcemy,  wywołuje  w  nas  bunt  przeciwko
rzeczywistości.  A  przecież  właśnie  rzeczywistość  może  być  przewodnikiem  –  tylko  idąc
za nią, wrócimy do życia w zewnętrznym świecie. To samo proponuje terapeuta.

– Czy chcesz zmierzyć się z prawdą o sobie samym i zaakceptować ją, żeby wrócić do

zdrowia?

– Nie chcę być sobą. Jestem uzależniony od obrazu człowieka, którym chciałbym być.
–  W  porządku.  Twoje  uzależnienie  nie  jest  przeszkodą,  ale  faktem,  który  trzeba

zaakceptować.  To  kolejny  krok  na  drodze  do  tego,  żebyś  mógł  stać  się  w  pełni  sobą.
A tej pełni właśnie gorączkowo poszukujesz.

– Miałem nadzieję, że będę mógł rzucić w diabły moje uzależnienie.
–  Nie,  miałeś  nadzieję,  że  będziesz  mógł  rzucić  w  diabły  wewnętrzne  życie

i zewnętrzny świat, ale to niemożliwe. Jesteś z nimi związany na dobre i na złe, aż do
śmierci.

Powszechne kłamstwa – w życiu i w terapii

Bardzo  chcemy  wywinąć  się  od  własnego  życia  –  wewnętrznego  i  tego,  które  nas
otacza.  Uciekamy  się  więc  do  kłamstw.  Są  to  kłamstwa  specyficzne  –  powszechne
i  niedostrzegalne  dla  nas  samych.  To  mechanizmy  obronne.  Psychoanalityk  Donald
Meltzer  powiada,  że  mechanizmy  obronne  to  kłamstwa,  którym  pozwalamy  sobą
zawładnąć, żeby uniknąć bólu

[3]

.

Pewna kobieta miała męża, który notorycznie ją zdradzał. Powtarzała: „On nie może

tego robić! Po prostu nie może!”. Nie miała pojęcia, że się okłamuje. Rzeczywistość po
prostu  jest,  nie  ma  sensu  twierdzić,  że  nie  może  istnieć.  Pewien  mężczyzna  miał  ojca,
który znęcał się nad nim w dzieciństwie. Przekonywał: „Mój ojciec był w porządku. Lał
mnie,  i  bardzo  dobrze  robił.  Należało  mi  się”.  Kłamał,  udając  sam  przed  sobą,  że
z ojcem łączy go jedynie miłość, a gniew za doznane krzywdy w ogóle nie istnieje. Inna
kobieta miała męża, który zostawił ją i odszedł w siną dal. Twierdziła uparcie, że mąż

background image

do  niej  wróci.  Kłamała,  przekonana,  że  jeśli  będzie  zaprzeczać  rzeczywistości,  ta
przestanie istnieć.

Wyobraźmy  sobie  kobietę,  która  trzymała  wszystkich  na  dystans.  W  efekcie  żyła

odizolowana od wszystkich, samotna i w depresji. Na moje pytanie, co czuje do swojego
męża, który wdał się w romans, odpowiedziała:

– Czuję pustkę. Mam wrażenie, że jestem pusta w środku.
Nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że  okłamuje  samą  siebie,  i  mnie  przy  okazji.  Czy

miałem próbować nawiązać relację z kobietą „pustą w środku”, czy też wytknąć jej, że
ukrywa  prawdę  o  sobie  pod  fasadą  pustki?  Jej  kłamstwo  było  bardzo  przekonujące.
Kiedy życie naprawdę boli, każdy z nas udaje, że jest pusty, podczas gdy tak naprawdę
przepełniają  go  bardzo  nieprzyjemne  uczucia.  Nie  mamy  więc  prawa  oceniać  ludzi,
którzy ukrywają to, co czują.

Kobieta, o której tu mowa, przekonywała, że czuje wyłącznie pustkę. Pozwalała tylko

na nawiązanie relacji pozbawionej treści z osobą pozbawioną głębi. Niezależnie od tego,
czy  przyjąłbym  postawę  przyjaciela,  czy  psychoterapeuty,  mogłem  postąpić  tylko
w jeden sposób – akceptując fakt, że ona kłamie. To niemożliwe, by ona nic nie czuła.
Ludzie  zawsze  coś  czują.  Ona  po  prostu  postanowiła  ukryć  przed  wszystkimi  swoje
uczucia. Dlaczego?

Jako  dzieci  uczymy  się  ukrywać  wewnętrzne  życie,  jeśli  jest  to  jedyny  sposób,  by

zapewnić  sobie  bliskość  rodzica,  który  nie  potrafi  zaakceptować  prawdy

[4]

.  Kiedy

mówimy  otwarcie  o  własnych  uczuciach,  dzielimy  się  prawdą  na  temat  tego,  czego
doświadczamy w danej chwili. Jeżeli któreś z rodziców denerwuje się albo niepokoi, gdy
dziecko  wyraża  swoje  uczucia,  ono  uczy  się,  że  należy  te  uczucia  ukrywać,  bo  tylko
wtedy  relacja  z  rodzicami  pozostaje  bliska,  serdeczna  i  spokojna.  Ta  kobieta  jeszcze
w dzieciństwie nauczyła się udawać, że jej uczucia po prostu znikają. Tak instynktownie,
jak dzieci uczą się ojczystej mowy, nauczyła się ukrywać swoje uczucia i mówić, że nie
istnieją. Problem w tym, że uczucia nie znikają tylko dlatego, że je skrywamy.

Moja pacjentka nauczyła się w przeszłości, że bliskie relacje przynoszą ból. Jej własna

matka  odepchnęła  ją,  więc  ona  nauczyła  się  odpychać  swoje  uczucia.  Mnie  także
usiłowała  odepchnąć.  Na  tym  właśnie  polegał  jej  problem  –  wszystkich  trzymała  na
dystans.  Ale  ten  problem  był  też  cenną  wskazówką.  Swoim  zachowaniem  pokazywała,
w  jaki  sposób  została  skrzywdzona  w  przeszłości.  Coś  przeszkadzało  jej  kochać  –  tym
czymś  były  zranienia,  które  wymagały  uleczenia.  Oczekiwała,  że  zgodzę  się  na  pustą
relację,  bo  sama  musiała  się  na  taką  zgodzić,  kiedy  była  dzieckiem.  Ja  jednak
odmówiłem.  Zamiast  relacji,  którą  usiłowała  mi  narzucić,  nie  zdając  sobie  sprawy,  jak
bardzo  jest  dla  niej  samej  krzywdząca,  zaproponowałem  jej  inną  –  taką,  która  mogła
doprowadzić ją do zdrowia.

Kiedy powiedziała, że czuje pustkę, odparłem:
– Jeśli faktycznie czuje pani pustkę, nasza relacja musiałaby być oparta na pustce. Ale

tak  nie  jest.  Ta  pustka,  o  której  pani  mówi,  to  tylko  mur,  którym  usiłuje  się  pani  ode
mnie odgrodzić. Muszę budzić w pani jakieś uczucia, które powodują, że wznosi pani ten
mur. Co to za uczucia?

– Nie jestem pewna, czy chcę z panem pracować.
Teraz groziła, że odejdzie, jeśli będę wobec niej szczery. Taką samą groźbę usłyszała

kiedyś od matki.

background image

–  Wygląda  na  to  –  powiedziałem  –  że  silnie  reaguje  pani  na  to,  co  mówię.  Co  pani

czuje, kiedy rozmawia pani ze mną?

Kiedy  ludzie  usiłują  nas  zastraszyć  tylko  dlatego,  że  jesteśmy  wobec  nich  szczerzy,

możemy udawać, że wierzymy w ich kłamstwa, żeby nie wchodzić w konflikt. Problem
w  tym,  że  kiedy  aprobujemy  czyjeś  kłamstwo,  wchodzimy  w  konflikt  z  prawdą.  Ludzie
kłamią,  żeby  uciec  przed  rzeczywistością.  Kiedy  dla  świętego  spokoju  udajemy,  że
wierzymy w ich kłamstwa, porzucamy tych ludzi, zostawiamy samym sobie, odmawiając
im pomocy.

Kiedy spytałem tę kobietę, co czuje, odpowiedziała:
– Nie sądzę, bym miała jakiekolwiek uczucia. Mogę powiedzieć, że czuję to czy tamto,

ale po co? Będą to rzeczy wyssane z palca.

–  Rozumiem.  Usiłuje  pani  mnie  skłonić,  żebym  próbował  nawiązać  kontakt  z  osobą,

która  nie  istnieje.  Nasza  relacja  będzie  wtedy  sprowadzona  do  absurdu.  Jakie  uczucia,
które w pani wzbudzam, powodują, że chce pani odgrodzić się ode mnie, udając kogoś,
kto nie jest rzeczywisty?

Podczas  terapii  przekonujemy  się,  jak  wielu  ludzi  usłyszało  w  dzieciństwie  przekaz:

„Kłam, a będę cię kochać. Powiedz prawdę, a odwrócę się od ciebie”. Oczywiście, nikt
nie  ujmuje  tego  w  słowa,  ale  czyny  są  nie  mniej  czytelne.  Dziecko,  które  odbiera  taki
przekaz,  jest  gotowe  poświęcić  swoją  szczerość,  uczciwość,  a  nawet  zdrowie
psychiczne,  byle  tylko  rodzic  nadal  je  kochał  i  akceptował.  Wielu  z  nas  latami,  nawet
w wieku dorosłym, żyje pod dyktando tego krzywdzącego przekazu.

Terapeuta, czy po prostu przyjaciel, powinien przekazywać rzecz zupełnie odwrotną:

„Zależy mi na tobie, więc będę szczery. Możesz próbować mnie zawstydzić, ale nie kupię
tego.  Możesz  oskarżać  mnie  o  to,  że  cię  krzywdzę,  ale  w  rzeczywistości  krzywdzą  cię
kłamstwa,  którymi  sam  siebie  zwodzisz.  Prawda  jest  pokarmem  dla  duszy,  więc  nie
może  wyrządzić  ci  żadnej  szkody.  Natomiast  fałsz,  który  cię  tłamsi  i  ogranicza,  jest
trucizną dla duszy

[5]

.

Wszyscy kłamiemy. Kiedy chcemy nawiązać z kimś bliską relację, niezawodnie pojawi

się  odwieczne  pytanie:  „Czy  mogę  ci  powiedzieć  rzeczy,  których  inni  nie  byli  w  stanie
znieść, czy też będę musiał ukryć to, co czuję?”. W przeszłości każdy z nas znalazł się
w  sytuacji,  kiedy  musiał  żyć  w  kłamstwie.  Terapeuta  zachęca,  żebyśmy  pożegnali  się
z kłamstwami i razem spróbowali, dla odmiany, żyć w prawdzie.

Uzależnienie 

od 

miłości 

czy 

od 

życia

w zaprzeczeniu?

Uciekamy od własnych uczuć, ale koniec końców i tak zawsze pozostajemy sobą. Przed
tym  nie  zdołamy  uciec.  Nie  możemy  też  uciec  przed  chwilą  obecną  i  wydarzeniami,
które  przynosi  (chyba  że  wycofamy  się  w  świat  wyobraźni).  Kiedy  jednak  musimy

background image

zmierzyć  się  z  tym,  że  ktoś,  kogo  kochaliśmy,  odszedł  od  nas,  możemy  ulec  pokusie
wymyślonej miłości.

Pewien mężczyzna zgłosił się na terapię, bo uważał, że ma obsesję na punkcie swojej

byłej dziewczyny.

– Nie mogę przestać o niej myśleć. Wiem, że szkodzę sobie w ten sposób, ale coś mi

każe  na  nią  czekać.  Co,  jeśli  zdecyduje  się  do  mnie  wrócić?  Jeśli  zrozumie,  że  wciąż
mnie pragnie? Nie mógłbym przekreślić takiej szansy... – Umilkł raptownie. – Myśli pan,
że mogę być od niej uzależniony? – dodał po chwili.

Oczywiście,  że  był  uzależniony.  Ale  nie  od  tej  dziewczyny,  a  od  swojego  własnego

zaprzeczenia. Zamiast przyjąć do wiadomości fakt, że odeszła, uczepił się mrzonki: „Ona
wróci”.  W  ten  sposób  bronił  się  przed  uczuciami,  które  wzbudziło  w  nim  rozstanie.
Odrzucił rzeczywistość i żył wpatrzony we własne marzenia. Prawdziwa dziewczyna, ta,
która  z  nim  zerwała,  nie  była  obiektem  jego  uzależnienia.  Ona  po  prostu  zniknęła,
przestała dla niego istnieć. Liczyła się ta, która żyła w jego fantazjach. Był uzależniony
od  swojej  wizji,  w  której  dziewczyna  żałowała  swojej  decyzji,  chciała  do  niego  wrócić,
padliby sobie w ramiona i żyli długo i szczęśliwie.

– Chcę, żeby znowu ze mną była – mówił.
–  Życzy  pan  sobie,  żeby  dziewczyna,  która  z  panem  zerwała,  wróciła  do  pana  –

rozwinąłem. – Któżby nie chciał mieć przy sobie osoby, która go odrzuciła? Faktycznie,
nie widzę powodu, żeby usiłował pan sobie to marzenie wyperswadować.

– Wiem, że nie ma sensu się przy tym upierać – przyznał.
Odegrałem  tę  scenę,  żeby  pokazać  brak  logiki  w  jego  myśleniu.  Dopóki  sam  sobie

powtarzał,  że  czeka  na  powrót  ukochanej,  nie  mógł  dostrzec,  że  to  nonsens.  Trzeba
było, żeby usłyszał wyraźnie:

– Jeśli będzie pan czekał odpowiednio długo, kobieta, która pana odrzuciła, zacznie za

panem tęsknić. To przecież jasne jak słońce, prawda?

– Nie, oczywiście, że nie. Nie chcę na nią czekać, ale... to silniejsze ode mnie. Nic na

to nie poradzę.

–  Nie  może  pan  nic  poradzić  na  to,  że  marzy  pan  o  tym,  by  wymyślona,  idealna

kobieta zajęła miejsce tej, która odeszła. Chce pan ją kochać, choć ona pana odrzuciła.
Czy możemy się zgodzić, że tak właśnie wygląda sytuacja?

–  Jeśli  istnieje  jakakolwiek  szansa,  że  ona  nadal  mnie  pragnie,  nie  chcę  jej

zaprzepaścić...

– Nie chce pan pożegnać się ze złudzeniem, że ta kobieta zmieni się w kogoś, kim nie

jest.

– Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Wspomnienia tamtych czasów są bolesne.
– Nie. Wspomnienia ukazują jasno, że czeka pan na kobietę, która odeszła. Czekanie

na coś, co minęło i już się nie powtórzy, sprawia panu ból.

Ona  odrzuciła  jego.  On  odrzucił  tę  prawdę  i  czekał,  aż  ich  historia  wróci  do  punktu

wyjścia. Można, oczywiście, czekać, aż świat dostosuje się do naszych życzeń, ale trzeba
nam  nastawić  się  na  długie  czekanie.  Może  gdybyśmy  mieli  do  dyspozycji  tysiąc  żyć,
miałoby  to  sens...  Mężczyzna,  o  którym  tu  mowa,  stał  na  poboczu  i  niestrudzenie
machał ręką, życie mijało, a on wciąż czekał, aż pojawi się scena, którą sobie wymyślił –
powrót  ukochanej.  Niestety,  czekał  na  próżno.  „Prawdziwe  życie  jest  bolesne,  życie
w  zaprzeczeniu  jest  niebezpieczne

[6]

.  Podczas  gdy  czekamy  na  życie,  o  którym

background image

marzymy, tracimy to jedyne, które jest nam dane przeżyć. Jeśli zdecydujemy się przyjąć
rzeczywistość  i  zmierzyć  ze  stratą,  jaka  nas  spotkała,  damy  sobie  szansę  na  przeżycie
żałoby.  Opłaczemy  to,  co  straciliśmy,  i  będziemy  mogli  otworzyć  się  na  to,  co  przed
nami.

Kiedy  dławi  nas  gwałtowny,  potężny  ból  tęsknoty  i  pragnienia,  jesteśmy  gotowi

uwierzyć, że można wpłynąć na fakty. Upieramy się, że rzeczywistość nie musi być taka,
jaka  jest  –  może  być  taka,  o  jakiej  marzymy.  Taka,  w  której  znaleźlibyśmy  ulgę.  Mój
pacjent  nie  był  uzależniony  od  swojej  miłości,  tylko  od  nieistniejącej  ukochanej,
wymyślonej dziewczyny, która wróci do niego i wszystko odwoła, sprawi, że cofnie się
czas,  a  oni  dwoje  na  zawsze  już  będą  razem.  Jego  narkotykiem  było  zaprzeczenie
rzeczywistości.

Ostateczna bezradność

Zaprzeczenie  to  jednak  kiepski  narkotyk.  Obojętnie,  ile  byśmy  go  zażyli,  życie  nadal
będzie się toczyć. Zaprzeczenie jest czymś, co pojawia się tylko w naszych myślach. Czy
myśl  może  zyskać  przewagę  nad  rzeczywistością?  Czy  za  pomocą  życzeń,  nawet
najżarliwszych,  możemy  sprawić,  że  odstanie  się  coś,  co  się  stało?  Czasem
rzeczywistość tak boli, że rozpaczliwie chwytamy się nadziei, iż jest to możliwe.

Pewna  kobieta  poczuła  się  bezradna  wobec  faktu,  że  jej  mąż  odmówił  udziału

w  kosztach  utrzymania  domu  i  przestał  nosić  obrączkę.  Powiedziała  mi,  że  chciała  po
raz tysięczny poruszyć w rozmowie z nim temat pieniędzy, ale nagle dotarło do niej, że
to sprawa beznadziejna.

– To brzmi rozsądnie. Czy zgodzi się pani, że poruszanie po raz kolejny tego tematu

naprawdę do niczego by nie doprowadziło?

– Nie mieści mi się w głowie, że mąż tak po prostu przestał przynosić pieniądze. Nie

pojmuję tego.

– W porządku. Nie musi pani tego pojmować, ale właśnie tak wygląda rzeczywistość.
– Nic z tego nie rozumiem.
– Bywa. Rzeczywistość często jest dla nas niezrozumiała.
– Wciąż mam nadzieję, że on się zmieni.
– Ma pani nadzieję, że pani rzeczywisty mąż zmieni się w kogoś innego.
– Ale przecież on powinien chcieć łożyć na utrzymanie własnych dzieci!
– Powinien być dokładnie taki, jak pani chce, żeby był.
– Och, to byłoby wspaniale.
–  Pewnie,  że  tak.  Możemy  sobie  tego  życzyć,  ale  niestety,  rzeczywistość  wygląda

inaczej. Możemy złościć się, zrzędzić i pomstować, że nie mamy tego, czego pragniemy,
albo  pójść  inną  drogą.  Jeśli  przestanie  pani  trzymać  się  marzenia  o  dobrym  mężu,  nie
będzie to znaczyło, że pani się poddaje, przestaje walczyć o siebie i żyć swoim życiem.
Nie. Po prostu pójdzie pani inną drogą.

background image

– Rozumiem. Muszę po prostu zmierzyć się z rzeczywistością.
Nadzieja,  że  to,  co  rzeczywiste,  stanie  się  nierzeczywiste,  nie  jest  nadzieją.  To

zaprzeczenie. Tymczasem nurt życia zmiata iluzje, które mozolnie tworzymy, i unaocznia
nam,  że  nie  warto  udawać,  iż  jest  inaczej  niż  w  rzeczywistości.  Kobieta,  o  której
opowiadam,  nie  była  bezradna.  Jej  złudzenia,  owszem,  były  bezradne  wobec
rzeczywistości.  Nie  chodzi  o  to,  że  mamy  dać  za  wygraną  i  przekreślić  drugiego
człowieka,  ale  trzeba  nam  zrezygnować  z  mrzonek,  które  nie  mają  żadnych  szans  na
realizację. To będzie prawdziwa ulga. Moja pacjentka musiała przestać czekać na to, że
jej  mąż  zamieni  się  w  pana  idealnego,  którego  sobie  wymarzyła.  Tylko  w  ten  sposób
mogła uwolnić się od cierpienia.

Gniewamy  się,  złościmy  i  tupiemy  nogami.  Łudzimy  się,  że  zdołamy  zmusić  życie,

żeby  dostosowało  się  do  naszych  życzeń.  Niestety,  jedyny  efekt  naszych  wysiłków  to
gardło zdarte od wrzasków. Życie płynie, jego nurt unosi i niszczy iluzje, które mozolnie
tworzyliśmy,  i  możemy  zobaczyć  wyraźnie,  jak  bezsensowny  był  nasz  upór,  by  nie
widzieć  faktów.  Kiedy  wreszcie  udaje  się  nam  zaakceptować  to,  że  nasze  życzenia  są
tylko  fantazją,  przychodzi  chwila  ulgi  –  możemy  odpocząć  w  doskonałej  bezradności.
Przyznajemy, że nie możemy nic zrobić, by rzeczywistość przestała być rzeczywista.

Kiedy przestajemy się łudzić, że cokolwiek zyskamy, czepiając się iluzji, otwieramy się

na  to,  co  przynosi  prawdziwe  życie.  Filozof  Ernst  Bloch  powiedział,  że  prawdziwa
nadzieja  polega  na  tym,  że  człowiek  wyciąga  ręce,  żeby  przyjąć  coś,  co  już  na  niego
czeka

[7]

.  Kiedy  otwieramy  się  na  rzeczywistość,  pojawia  się  nadzieja  –  dostrzegamy

różne,  prawdziwe  możliwości.  To  moment,  gdy  mamy  wrażenie,  że  się  rozwijamy
i  rośniemy  w  siłę.  A  przecież  nadzieja  nie  sprawia,  że  stajemy  się  więksi  albo  silniejsi.
Nie  musi.  Nadzieja  ukazuje  po  prostu  to,  jacy  jesteśmy  naprawdę.  Dawno  już  o  tym
zapomnieliśmy.  Zaślepieni  przez  iluzje,  które  sami  tworzyliśmy,  nie  dostrzegaliśmy
samych siebie.

Zadaniem  terapeuty  jest  pokazać  nam  kłamstwa,  które  przesłaniały  nasz  wzrok,  tak

że czuliśmy się bezradni. Teraz, gdy je widzimy, możemy je odrzucić i wreszcie dostrzec
rzeczywistość,  wyznaczyć  sobie  cel  i  odzyskać  nadzieję.  Kiedy  tylko  zawrócimy  z  drogi
zaprzeczenia,  otworzy  się  przed  nami  ścieżka  ku  temu,  co  naprawdę  możliwe.  Trzeba
nam  tylko  porzucić  fałszywą  nadzieję,  którą  pokładaliśmy  w  nierealnych  fantazjach,
a odzyskamy nadzieję prawdziwą, którą przynosi prawdziwe życie.

Tego nie zniosę!

Zamiast przyjąć to, co jest, i pozwolić, by rozwiały się stworzone przez nas iluzje, często
wolimy  grać  na  zwłokę.  To  życie  musi  poczekać,  aż  się  pozbieramy  i  poczujemy,  że
możemy się z nim uporać. Twierdzimy, że to nas przerasta, że nie czujemy się gotowi,
albo że coś, co się wydarzyło, nie powinno było mieć miejsca.

Biznesmen, którego żona wdała się w romans, nie posiadał się z oburzenia:

background image

–  O  nie,  tego  nie  zniosę.  To  niewybaczalne!  Wiedziała  przecież,  co  robi.  Zdawała

sobie sprawę, że postępuje źle!

A przecież on sam przez lata ignorował żonę, nie zwracał uwagi na jej prośby i skargi.

Wtedy ona wdała się w romans.

Zarzekamy  się,  że  czegoś  nie  zniesiemy,  ale  to  nieprawda.  Zniesiemy.  Chodzi  po

prostu o to, że tego nie chcemy. I nic dziwnego – kto by chciał...?

Mamy wrażenie, że życie jest przeciwko nam. Ale przecież my sami też należymy do

życia, nasze istnienie wpisuje się w jego nurt. Nie możemy stawiać się po drugiej stronie
barykady,  to  nonsens.  Życie  po  prostu  dość  obcesowo  obchodzi  się  z  naszym
przeświadczeniem, że rzeczywistość powinna dopasować się do naszych fantazji. Nasze
fantazje,  złudzenia  i  pobożne  życzenia  są  na  straconej  pozycji.  Życie  nie  spełnia
rozkazów,  nie  stosuje  się  do  poleceń.  Możemy  niekiedy  mieć  wrażenie,  że  sytuacje,
w jakich życie nas stawia, są za trudne, przerastają nas. Że to więcej, niż moglibyśmy
znieść.  Mylimy  się.  Prawda  jest  taka,  że  nasze  złudzenia  nie  są  w  stanie  wytrzymać
naporu życia, które podkopuje je, osłabia i niszczy każdego dnia. I bardzo dobrze. Kiedy
złudzenia rozsypują się w proch, panikujemy. Wydaje nam się, że zostaliśmy zniszczeni,
ale  tak  nie  jest.  Po  prostu  omyłkowo  braliśmy  wymyślone  przez  nas  fantazje  za
podstawę  naszego  istnienia.  Tymczasem  one  rozwiewają  się  i  znikają  jak  sen,  a  my
nadal trwamy.

Któż skuteczniej zniszczy nasze złudzenia niż dziecko, które nie spełnia nadziei, jakie

w  nim  pokładamy?  Była  sobie  rodzina.  Ojciec,  przemocowiec,  znęcał  się  nad  synem
i  molestował  go,  a  matka,  niestety,  nie  zdołała  zapewnić  chłopcu  ochrony.  Syn  dorósł
i  zaczął  szantażować  matkę,  wymagając,  by  płaciła  za  jego  utrzymanie.  Twierdził,  że
ona ponosi winę za wszystko, co w jego życiu poszło nie tak. Miotał oskarżenia dopóty,
dopóki biedna kobieta nie wysupłała kolejnej kwoty. Pokazałem jej, że to, co robi syn,
to najzwyklejszy szantaż, a ona daje się nabrać i usiłuje kupić jego przebaczenie. Była
przekonana, że jej pieniądze mogą kupić pokojową relację z synem, tymczasem, skoro
płaciła, on wytaczał wciąż nowe działa.

– To mnie wykończy – westchnęła.
– Nie. To wykończy złudzenia, w które pani wierzy.
Pokiwała głową, zacisnęła usta, ale po chwili wybuchnęła płaczem.
– Ale ja nie chcę zniszczyć naszej relacji! – wyszlochała.
– Jak mogłaby pani zniszczyć coś, co już nie istnieje?
Moja  pacjentka  była  przywiązana  do  wymarzonego  syna,  którego  bardzo  chciała

mieć, a nie do tego prawdziwego, którego miała. Marzyła o normalnej relacji z synem,
ale on jej nie dostrzegał, widział tylko swoje wyobrażenie na jej temat. Uważał matkę
za osobę z gruntu złą, która zasługiwała tylko na cierpienie i której psim obowiązkiem
było wynagradzanie krzywd, jakich doznał. Dopóki żyła, miała płacić. Matka ulegała mu
ze  strachu  –  bała  się,  że  jeśli  nie  spełni  oczekiwań  syna,  ich  dobra  relacja  będzie
zagrożona. Sęk w tym, że ta dobra relacja od dawna już nie istniała. Syn nie dostrzegał
matki,  widział  tylko  obraz,  jaki  sobie  stworzył.  Matka  nie  dostrzegała  syna,  wpatrzona
w wizję kochającego dziecka, za którym tak bardzo tęskniła.

Kiedy odrzucamy złudzenia, okazuje się, że jesteśmy w stanie zmierzyć się z prawdą,

której dotąd unikaliśmy, bo nas przerażała. Moja pacjentka postanowiła, że nie będzie
dłużej czekać na pojawienie się wymarzonego syna. Zrezygnowała z prób kupienia jego

background image

miłości za pieniądze. Pokochała tego syna, którego miała. I szantaż skończył się raz na
zawsze.

Zanim  zdecydujemy  się  pogrzebać  nasze  nieżyciowe,  martwe  nadzieje,  bywa,  że

urządzamy  jeszcze  jedną  scenę  protestu:  „Dlaczego?!  Dlaczego  to  się  stało?”.
W  tłumaczeniu  będzie  to  brzmiało  tak:  „Dlaczego  przytrafia  mi  się  życie?  Dlaczego
przytrafia mi się rzeczywistość?”. Cóż życie może na to odpowiedzieć? „A dlaczego nie?
Przytrafiam  się  wszystkim,  nie  tylko  tobie.  To  nic  osobistego,  naprawdę”.  Weźmy,  na
przykład,  moją  własną  historię.  Latami  twierdziłem,  że  jestem  okazem  zdrowia.  „Ja
nigdy nie choruję”, zwykłem mawiać. „Mnie się to po prostu nie zdarza”. Aż tu pewnego
dnia okazało się, że mam raka. To, co uznawałem dotąd za fakt, okazało się tylko czczą
fantazją,  której  miejsce  było  w  psychologicznym  koszu  na  śmieci.  Kiedy  usłyszałem
diagnozę, poczułem, że coś się wali, rozpada w proch. Ale to nie ja zostałem zniszczony,
tylko  moje  błędne  przekonanie  na  własny  temat.  Guz  nie  musiał  pasować  do  moich
wyobrażeń, żeby rozrosnąć się w moim ciele.

„Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje”, powtarzamy, i trudno nam się dziwić. Ale to,

co  właśnie  się  dzieje,  nie  potrzebuje  naszej  zgody  ani  naszego  zrozumienia,  żeby
zaistnieć. Rzeczy prostu się dzieją, niezależnie od tego, czy je pojmujemy, czy nie. A my
zaciskamy powieki, żeby nie widzieć faktów, i usiłujemy negocjować z wszechświatem,
w  nadziei,  że  życie  powie  nam:  „Nie  rozumiesz  tego,  co  się  dzieje?  Nie  ogarniasz?
W porządku, znikam. Pojawię się znowu, kiedy będziesz gotów zrozumieć”.

Jak odpychamy od siebie fakty? Na przykład upieramy się, że nie rozumiemy naszych

małżonków,  i  wymagamy  od  nich,  by  bez  końca,  ze  wszystkiego  się  przed  nami
tłumaczyli. Pewna kobieta suszyła głowę mężowi:

– Dlaczego ty ciągle siedzisz przed komputerem i grasz w szachy przez internet?
– Bo to uwielbiam – odpowiadał z rozbrajającą szczerością.
–  Bzdura  –  kwitowała.  –  Toż  to  czysta  strata  czasu.  Wziąłbyś  się  lepiej  za  coś

pożytecznego!

–  Posłuchaj,  wszystkie  moje  dzisiejsze  obowiązki  spełniłem.  Mam  trochę  wolnego

czasu, więc robię to, co lubię. Może po prostu dałabyś mi spokój?

– Najpierw musiałbyś mnie przekonać, że to, co robisz, nie jest kompletnie głupie –

naburmuszyła się.

Nie. Mąż nie miał obowiązku tłumaczyć się przed żoną i wyjaśniać jej, dlaczego lubi

coś,  co  jej  akurat  zupełnie  nie  interesuje.  Nawet  jeśli  atakowała  go,  sugerując,  że  nie
może pojąć, jak można tak bezsensownie tracić czas. Liczyła na to, że mąż powie:

– Nie rozumiesz tego, co robię? Więc oczywiście przestanę. Przestanę być sobą, aż do

chwili, gdy uznasz, że mam prawo czymkolwiek się od ciebie różnić.

Komunikat,  który  ta  kobieta  usiłowała  przekazać  mężowi,  był  jasny:  „Usiłuję

zmanipulować cię, żebyś chciał tylko tego, czego ja chcę. Aby dopiąć swego, próbuję cię
zdominować.  Jeśli  to  się  powiedzie,  będę  miała  problem  z  głowy”.  Niestety,  problem
nigdy nie zniknie. Strategia zastraszania i dominacji ma krótkie nogi, bo różnice między
ludźmi są i zawsze będą. Chcemy „przerobić” bliskich – tak, by nie zawierali elementów,
które  się  nam  nie  podobają.  Szkopuł  w  tym,  że  potrzeba  wszystkich  elementów,  żeby
dany człowiek istniał i był sobą.

Nawet gdybyśmy nie wiem jak sobie tego życzyli, nasi małżonkowie się nie skurczą,

żeby być dla nas w pełni zrozumiałymi, ani nie urosną, żeby dopasować się do naszych

background image

fantazji.  To  po  prostu  niemożliwe.  Rzeczywistość  jest  wszystkim,  co  istnieje,  fakt,  że
ulegamy pokusie fantazjowania, mieści się w jej ramach. Natomiast same fantazje służą
do  tego,  żeby  wyeliminować  rzeczywistość.  Zapatrzeni  w  iluzje,  które  tworzymy,
udajemy w najlepsze, że fakty nie istnieją. Przykładowo nie chcemy dostrzec faktu, że
mamy męża, który po prostu uwielbia grać w szachy.

Pewna kobieta miała męża sybarytę, który nie kwapił się, by podjąć pracę. Nawet nie

szukał  zatrudnienia.  Oczywiście,  miała  mu  to  za  złe  i  wypominała  przy  każdej  okazji.
Skrycie  rozkoszowała  się  własną  szlachetnością  –  oto  znosi  obecność  próżniaka,  mało
tego, radzi sobie. Utrzymuje rodzinę. Codziennie na nowo podejmuje walkę, robi to dla
swoich  córek...  Pięknie.  Ale  co  właściwie  osiągnęła?  Córki  patrzyły,  jak  matka  tkwi  u
boku człowieka, który ma ją gdzieś, wciąż licząc na to, że on się zmieni. Wysłuchiwały
jej  ciągłych  narzekań,  bo...  on  się  jednak  nie  zmieniał.  Miały  matkę,  która  świadomie
wybrała życie cierpiętnicy i napawała się własnym heroizmem.

Chcemy,  żeby  ludzie  się  zmienili.  Czekamy,  by  życie  się  odmieniło  i  dostosowało  do

naszych oczekiwań. Owszem, ludzie się zmieniają, a życie płynie. Tyle że nie dzieje się
to pod nasze dyktando. Gdy przekonujemy się o tym, możemy zrezygnować ze snucia
fantazji i pozwolić, żeby nasze złudzenia się rozwiały, albo rozpaczliwie się ich uczepić.
Chwila, gdy złudzenie pryska, obnażając rzeczywistość, zawsze jest bolesna.

Potrzeba  siły,  żeby  znieść  stratę  własnych  marzeń.  Potrzeba  siły,  żeby  nie  odwrócić

wzroku  i  nie  rzucić  się  do  ucieczki,  kiedy  ogień  prawdy  pożera  fałsz

[8]

.  Nadzieje,

wyobrażenia,  myśli,  koncepcje...  –  to  wszystko  są  ćmy,  które  muszą  spłonąć  w  ogniu
życia.

Chcemy  kontrolować  rzeczywistość.  Cóż,  równie  dobrze  pojedyncza  fala  mogłaby

wyobrażać sobie, że zmieni bieg rzeki, a rzeka wciąż płynie swoim korytem, na długo po
tym, jak fala rozbiła się o jej brzeg. Usiłujemy odrzucić rzeczywistość, ale ona nie daje
się  odepchnąć.  Nie  może  się  nas  wyrzec,  bo  w  niej  istniejemy.  Trzyma  nas  w  uścisku
i  nie  puszcza,  nawet  jeśli  wijemy  się  jak  piskorze,  usiłując  wymknąć  się  z  jej  objęć.
A  może  trzeba  spróbować  zmienić  sposób  postępowania  i  zamiast  wyrywać  się
rzeczywistości, odwzajemnić jej uścisk?

Opór oznacza cierpienie

Jeśli przyjmiemy życie takim, jakie jest, nie unikniemy bólu. Bo życie na pewno nam go
nie  oszczędzi.  Odbierze  nam  wszystko,  co  mamy,  i  każdego,  kogo  kochamy  –
w  momencie  śmierci  albo  wcześniej.  Ale  nie  musimy  tkwić  w  sytuacji,  która  tylko
potęguje  cierpienie.  Kiedy  dzieje  się  coś,  co  łamie  nam  serce,  uruchamiamy
mechanizmy  obronne.  Niestety,  są  to  kłamstwa,  którym  pozwalamy  sobą  zawładnąć,
żeby uśmierzyć ból, jaki zadało nam życie. Grzęźniemy w tych kłamstwach, nie zdając
sobie  sprawy,  że  stają  się  one  przyczyną  naszego  chronicznego  cierpienia.  Zatruci
kłamstwem, nie dostrzegamy rzeczywistości i ignorujemy uczucia, jakie przynosi życie:

background image

„Nie  jestem  wściekły,  tylko  rozczarowany”,  „Nie  ogarniam  tego”,  „To  jakieś
nieporozumienie”.  Niestety,  strategie,  które  stosujemy,  nie  są  niezniszczalne.  Życie
powoli toruje sobie drogę przez mur zaprzeczeń.

Pamiętacie  kobietę,  która  cierpiała  na  halucynacje?  Musiała  najpierw  przyjąć  do

wiadomości  fakt,  że  mąż  zadał  jej  ból,  zdradzając  ją  i  porzucając.  W  dalszej  części
terapii  przekonała  się,  że  ten  pierwszy  krok  był  łatwiutki  w  porównaniu  z  następnymi.
Uświadomiła sobie, że przez lata skarżyła się na to, w jaki sposób mąż ją traktuje, ale
nie robiła nic poza czekaniem, aż zmieni się on w kogoś innego.

To nie było już takie proste. Musiała przyjąć do wiadomości, że przez lata odpychała

go  i  obwiniała  za  to,  że  nie  był  człowiekiem,  którego  sobie  wymyśliła.  Tak  naprawdę
nigdy nie była jego żoną – poślubiła idealnego mężczyznę z własnych marzeń i czekała,
aż mąż się w niego zamieni. To ona pierwsza – już przed laty – odwróciła się od męża.
Tkwiła  jednak  u  jego  boku  przez  lata,  wciąż  czekając,  aż  on  stanie  się  kimś  innym.
Skazując  się  na  takie  życie,  sama  siebie  krzywdziła.  Uważała,  że  jest  lojalna.  Nie
dostrzegała,  że  upierając  się  przy  lojalności  wobec  czegoś  nierzeczywistego,  zdradza
samą siebie.

Rozpoczynając terapię, była przekonana, że mąż potraktował ją okrutnie. Po pewnym

czasie  zaczęła  dostrzegać,  jak  źle  ona  traktowała  jego,  a  także  samą  siebie.  Jej  praca
w ramach terapii polegała na przyjęciu do wiadomości faktów. Mąż odszedł od niej. Ona
odwróciła się od męża, od samej siebie i od własnych uczuć.

Nie jest łatwo wziąć odpowiedzialność za własne życie, to, które człowiek sam sobie

ułożył. O wiele łatwiej ustawić się w roli ofiary: „To oni! Oni ułożyli mi życie!”. Ta pieśń
ofiary  brzmi  w  naszych  uszach  jak  syreni  śpiew  –  czysto,  pięknie  i  słodko.  Słusznie
i  sprawiedliwie.  Jeśli  damy  się  nabrać  na  jej  zwodniczy  urok,  poprowadzi  nas  gdzieś
daleko  poza  nurt  prawdziwego  życia.  Znajdziemy  się  w  zaklętej  krainie,  w  której  my
jesteśmy dobrzy, inni są źli, wszystko jest jasne i proste. Zagubieni w świecie własnych
wymysłów, zapominamy, kim jesteśmy – a jesteśmy tym dokładnie miejscem, w którym
powstają złudzenia.

Gdy  ustawimy  się  w  roli  ofiary,  wszystko  wokół  staje  się  cudownie  przewidywalne.

Znikają  znaki  zapytania.  Dobrze  wiemy,  co  oni  nam  zrobili,  dlaczego  to  zrobili  i  co
powinni  byli  zrobić.  Cała  ta  „wiedza”,  z  pozoru  oczywista,  tak  naprawdę  jest  wyssana
z  palca.  „Fakty”,  które  głosimy,  istnieją  tylko  w  świecie  fantazji,  który  znajduje  się...
pomiędzy naszymi uszami. Prawda jest taka, że drugiego człowieka nigdy nie zdołamy
do końca zgłębić. Nigdy nie będziemy go w pełni rozumieć, więc jeśli myślimy, że wiemy
o nim wszystko, okłamujemy się.

Bardzo  dobrze  „wiemy”  też,  co  inni  powinni  robić  i  jacy  powinni  być.  Usiłujemy

dyktować  naszą  wolę  rzeczywistości.  Przykro  to  powiedzieć,  ale  raczej  nie  zostaniemy
wysłuchani. Możemy rozkazywać, ile chcemy, wszechświat nie zwróci na to najmniejszej
uwagi.  Życie  płynie  własnym  nurtem,  a  nie  wyznaczoną  przez  nas  drogą,  i  bez  trudu
zmywa  wszystkie  stworzone  przez  nas  iluzje.  Jeśli  oczekujemy,  że  zamiast  po  prostu
płynąć,  życie  zacznie  spełniać  nasze  życzenia,  nic  dziwnego,  że  niebawem  poczujemy
się  pokrzywdzeni.  Uznamy,  że  życie  traktuje  nas  niesprawiedliwie,  tymczasem  to  my
sami wpędzamy się w cierpienie.

Pewna  kobieta,  która  zmagała  się  z  depresją,  oświadczyła  bez  wstępów,  że  jest

wściekła na swojego męża – gruboskórnego, bezmyślnego okrutnika.

background image

Poprosiłem, żeby podała jakiś przykład złego traktowania, jakiego doznała od męża.

Wybuchnęła  płaczem,  a  potem,  przełamując  zawstydzenie,  opowiedziała,  że  kiedy  się
kochali,  on  wcisnął  pięść  w  jej  odbyt,  sprawiając  jej  tym  koszmarny  ból.  Byłem
wstrząśnięty.  Zacząłem  delikatnie  wypytywać,  jakie  były  okoliczności  tego  wydarzenia.
I  doznałem  kolejnego  szoku.  Otóż  podczas  miłosnych  uniesień  mąż  zapytał  żonę,  czy
zgadza się na fisting analny, a ona odpowiedziała, że tak.

– Wcisnął pięść w mój odbyt. To strasznie bolało – wyrzuciła z siebie.
– Wcisnął pięść w pani odbyt. To prawda?
– No przecież mówię, że tak było.
– Moglibyśmy spróbować spojrzeć na to, co się stało, z innej perspektywy?
– W porządku. Jak mianowicie?
– Mąż spytał panią, czy mógłby spróbować wprowadzić dłoń do pani odbytu. Prawda?
– Prawda.
– Mogła się pani nie zgodzić, ale powiedziała pani „tak”.
– Mąż nie lubi, kiedy się nie zgadzam. Chciał usłyszeć „tak”.
– Rozumiem. Wobec tego powiedziała pani „nie” samej sobie.
– Och...
– Zgodziła się pani na fisting. To tak, jakby pani sama wepchnęła sobie pięść męża

w  odbyt,  bo  przecież  pozwoliła  mu  pani  to  zrobić.  A  jednak,  po  fakcie,  ma  pani
pretensje do męża za swoją własną decyzję. Pani nie dała sobie prawa do odmowy, ale
to on jest winien.

– Nie myślałam o tym w ten sposób.
– Proszę spróbować. Jakie uczucie wzbudził w pani mąż, proponując fisting?
– Ten jego pomysł nie spodobał mi się ani trochę.
– Rozumiem. Ale co poczuła pani w stosunku do męża?
– Byłam na niego zła.
– Była pani zła na męża. I co pani zrobiła z tą złością? Skierowała ją pani przeciwko

sobie, zachęcając go, by zadał pani ból.

– Chyba zapomniałam, że jestem na niego zła.
–  Właśnie.  Zezłościła  się  pani  na  niego,  a  potem  zapomniała  pani  o  swojej  złości

i  skierowała  ją  przeciw  sobie,  zachęcając  męża,  żeby  zadał  pani  ból.  Wygląda  to  tak,
jakby chciała się pani ukarać za to, że była pani na niego zła.

–  Może  i  racja...  Później,  tego  samego  dnia,  przygotowałam  obiad  i  sama  nie  wiem

dlaczego,  zasugerowałam  mężowi,  że  mi  się  nie  udał.  A  on,  oczywiście,  skrytykował
wszystko, co miał na talerzu.

– A więc doprowadziła pani do tego, że mąż jeszcze raz ukarał ją za to, że zezłościła

się  pani  na  niego.  Czyż  nie  są  to  wystarczające  przesłanki,  by  zacząć  podejrzewać,  że
osobą, która jest wobec pani nieczuła i okrutna, jest... pani sama?

Moja pacjentka była przekonana, że to mąż jest okrutnikiem, że to on powinien być

dla  niej  bardziej  czuły  i  dostrzegać  jej  potrzeby.  A  przecież  ona  sama  stwarzała
sytuacje, które prowadziły do tego, że ją krzywdził. To ona była wobec siebie nieczuła
i okrutna, wierząc przy tym święcie, iż jest niewinną ofiarą męża-brutala. Chciała, żeby
mąż  ją  kochał,  ale  sama  traktowała  siebie  bezlitośnie.  Ta  strategia  była  zupełnie
bezsensowna – jego miłość nie mogła sprawić, by ona przestała siebie prześladować.

Kiedy  wymyślony  świat,  w  którym  jesteśmy  prześladowanymi  przez  innych,

background image

niewinnymi  ofiarami,  chwieje  się  i  rozpada,  zaczynamy  dostrzegać,  iż  sami  byliśmy
własnymi  katami.  Chwila,  gdy  poznajemy  prawdę,  zawsze  przynosi  ból.  Musimy
zrezygnować  ze  złudzeń,  którymi  żyliśmy,  a  to  niełatwe.  Często  popełniamy  błąd
i  zamiast  ze  złudzeń,  rezygnujemy  z  własnego,  prawdziwego  życia.  Pewna  kobieta,
która związała się z przemocowcem, spytała:

– Czy powinnam odejść od męża?
– O tym nie mogę przesądzać. Natomiast na pewno byłoby dobrze, gdyby zechciała

pani dać spokój samoudręczeniu i przestała się tak surowo karać.

– Powinnam się zmienić?
– Nie chodzi o to, co pani powinna, ale o to, czego pani chce.
Wmawianie sobie, że się coś powinno, to rodzaj skrywanej przemocy. Każemy sobie

robić  coś,  czego  robić  nie  chcemy,  czuć  coś,  czego  nie  czujemy,  czy  wreszcie  –  być
kimś,  kim  nie  jesteśmy.  A  może  najlepszą  rzeczą,  jaką  możemy  zrobić  w  danym
momencie,  to  zaakceptować  fakt,  że  rzeczywistość  chcemy  odrzucić  i  jeszcze  troszkę
pohołubić własne złudzenia?

Trzymamy  się  złudzeń,  kiedy  oczekujemy,  że  nasi  małżonkowie  zmienią  się

w  wymarzone,  chodzące  ideały.  Pewna  kobieta,  która  ponownie  wyszła  za  mąż,
narzekała  na  to,  że  małżonek  ma  zwyczaj  przesiadywać  przed  telewizorem,  kupować
płyty DVD i poświęcać czas na wolontariat. Przyznawała, że jest dobrym mężem, ale te
jego zainteresowania to coś okropnego. Robiła wszystko, żeby mu je wybić z głowy, ale
jedyne, co osiągnęła, to ciągłe, coraz gwałtowniejsze kłótnie. Wreszcie mąż zagroził, że
dłużej  tego  nie  wytrzyma  i  wniesie  o  rozwód  –  tego  też,  oczywiście,  nie  powinien  był
robić.

– Jak mam go przekonać, że marnuje czas w idiotyczny sposób? – chciała wiedzieć. –

Każdy weekend spędza przed telewizorem, oglądając piłkę nożną.

– Widocznie lubi oglądać mecze. Dlaczego nie miałby lubić tego, co lubi?
– A pan ogląda piłkę nożną?
–  Nie.  Ale  skoro  mąż  lubi  futbol,  można  chyba  zrozumieć,  że  chętnie  ogląda  mecze.

Dlaczego miałby tego nie robić?

– Toż to czysta strata czasu!
– Kto tak twierdzi?
– Ja!
–  W  porządku.  Skoro  dla  pani  oglądanie  meczów  to  strata  czasu,  nie  powinna  pani

tego robić. Ale dla męża to przyjemność, więc niech sobie ogląda.

–  Ale  ja  mam  tego  wyżej  uszu!  On  ciągle  tkwi  przed  telewizorem,  to  nie  do

wytrzymania.

– Może mąż ma rację. Jeśli nie może pani wytrzymać z mężem takim, jaki jest, może

powinna pani pozwolić mu odejść, żeby mógł znaleźć kobietę, która pokocha go takim,
jaki jest.

– No wie pan co?! Poddaję się!
– I bardzo słusznie. Może pani zrezygnować z marzenia o mężu, który zawsze będzie

chciał dokładnie tego, czego pani chce, albo trzeba będzie zrezygnować z męża, którego
pani  ma.  Rozwodu  pani  nie  uniknie  –  jeśli  nie  zdecyduje  się  pani  zrezygnować
z własnych wyobrażeń na temat tego, jak bardzo mąż powinien być do pani podobny,
prędzej  czy  później  on  wystąpi  o  rozwód.  Jestem  gotów  iść  o  zakład,  że  znajdzie  się

background image

kobieta, która pokocha go mimo tego, że lubi w weekend obejrzeć meczyk.

Ta pani chciała poddać męża ścisłej kontroli, by wreszcie zaczął pasować do obrazu

idealnego  mężczyzny,  który  sobie  stworzyła.  Tyle  tylko,  że  nikt  z  nas  nigdy  nie  zdoła
kontrolować  rzeczywistości,  a  ona  nigdy  nie  wygląda  tak,  jak  wizje,  które  tworzymy
w  wyobraźni.  Możemy  przepędzić  nasze  złudzenia  na  cztery  wiatry  i  zacząć  żyć
w  harmonii  z  tym,  co  rzeczywiście  istnieje.  Dopóki  się  na  to  nie  zdecydujemy,  będzie
towarzyszyć  nam  cierpienie.  Być  może  usłyszymy  jego  cichy  szept:  „Zgubiłeś  się
w świecie fantazji. Czas wrócić do domu”.

Taniec na stole

Przeważnie zamiast zmierzyć się z niewygodną prawdą, wolimy wypchnąć ją w niebyt.
Kilka  lat  temu,  w  czasie  kolacji  w  gronie  znajomych,  przyjaciółka  zadała  nam  pytanie:
„Gdybyście  mogli  spełnić  swoje  jedno  życzenie,  na  co  byście  się  zdecydowali?”.  Każdy
z  nas  próbował  odpowiedzieć.  Gdy  jednak  przyszła  jej  kolej,  oznajmiła:  „Po  terapii  nie
muszę już tańczyć na stole”. Zdumiałem się, słysząc tę odpowiedź, zanim zrozumiałem,
co  moja  znajoma  miała  na  myśli.  Wykręciła  się  z  udziału  w  grze,  którą  sama
sprowokowała.  Wszyscy  podzielili  się  swoimi  marzeniami,  ona  nie.  Z  zakłopotaniem
zdałem  sobie  sprawę  z  jej  motywów.  Uwierzyła  mianowicie  w  cudowne  przeobrażenie
swojej  osobowości  na  skutek  psychoanalizy,  w  oczyszczenie  z  neurozy.  My  mieliśmy
nasze pragnienia, ona święcie wierzyła, że zdołała się ich wyzbyć. Wkurzyłem się, że tak
sobie z nami pogrywa, ale zafrapowała mnie jej postawa. Uważała, że musi pozbyć się
swego dotychczasowego ja, by stać się kimś, kogo sobie wymarzyła. Zobaczyłem w niej
bratnią  duszę  –  ja  też  spodziewałem  się  czegoś  takiego  po  terapii!  Tymczasem  cel
terapii  jest  odwrotny.  Mamy  wyzbyć  się  wyidealizowanego  wyobrażenia,  kim
powinniśmy się stać, by w pełni być sobą, człowiekiem, którym jesteśmy naprawdę.

Chociaż niektórzy terapeuci uważają psychologię za rodzaj „technologii”, dziedzina ta

pierwotnie  oznaczała  zgłębianie  duszy.  W  którym  momencie  u  mojej  znajomej
wgłębianie  się  we  własną  duszę  przerodziło  się  w  odrazę  do  niej?  Nie  zdawała  sobie
sprawy,  że  leczenie  wymaga  akceptacji  wewnętrznego  chaosu,  nie  stanowi  zaś  próby
zaorania  go!  Jeśli  ktoś  wyzna  mi,  że  jest  złodziejaszkiem,  czy  mam  go  potępić,  czy
ujrzeć poza jego ułomnością istotę ludzką? Mogę pozwolić sobie, by nawiązana została
pogłębiona  więź  z  przestępcą?  Czy  mam  odszukać  również  w  sobie  przestępcze
instynkty? A jeśli ta konfrontacja obnaży rzeczy, których wolałbym o sobie nie wiedzieć?

Zdrowienie zaczyna się w chwili, gdy zaakceptujemy naszą osobowość niezależnie od

tego,  jak  bardzo  jest  zwichrowana  i  zepsuta.  Jest  taki  dowcip:  „–  Co  to  jest
psychoterapia?  –  Gdy  większy  psychol  spotyka  mniejszego”...  Wobec  życia  zawsze
będziemy  bezbronni,  to  jedna  z  cech  człowieczeństwa.  Nie  pomożemy  sobie,  jeśli
będziemy  próbować  stłamsić  człowieczeństwo  w  nas  samych.  Trzeba  nam  je  przyjąć,
a jest to możliwe tylko wtedy, gdy zaakceptujemy je też u innych.

background image

Jeśli  nie  chcę  widzieć  w  tobie  człowieczeństwa,  czyż  nie  potępiam  czegoś  w  samym

sobie?  Twoje  wady  są  lustrem,  w  którym  się  przeglądam.  Czy  gdy  wejrzę  głęboko
w  twoją  istotę,  będę  w  stanie  pogodzić  się  z  twymi  „wadami”,  czyli  tym,  czego  tak
naprawdę nie znoszę u siebie? Oboje spostrzeżemy wtedy, jak niewiele nas dzieli. Każda
odpowiedź  twierdząca  zbliża  nas  do  afirmacji  głębi  człowieczeństwa  w  bliźnim.
Człowieczeństwa, które przecież jest też naszym udziałem.

Zero nieprzychylności

Byłem kiedyś na konferencji, na której prelegent w następujący sposób określił cel, jaki
chciałby  wyznaczyć  wszystkim  małżeństwom:  osiągnąć  stan,  który  nazwał  „zero
nieprzychylności”,  a  więc  stworzyć  relację  pozbawioną  konfliktów.  Och,  ja  też  jestem
wielkim  fanem  science  fiction,  ale  zejdźmy  na  ziemię.  Konflikty  są  nieodłączną  częścią
naszego  życia.  Sami  przecież  czasem  nie  wiemy,  czego  chcemy,  miewamy  sprzeczne
emocje  i  pragnienia.  A  co  dopiero,  kiedy  musimy  dogadać  się  z  drugą  osobą!  Zawsze
będziemy  się  różnić.  Ja  nie  jestem  moją  żoną,  a  ona  nie  jest  mną,  i  całe  szczęście.
Różnice między nami nie są problemem, który trzeba rozwiązać. Tak po prostu jest – to
samo życie.

Szepnąłem do ucha koledze, że koncept „zero nieprzychylności” to fantazja człowieka,

który chciałby wrócić do łona matki, w jedyne miejsce, gdzie byliśmy w stu procentach
akceptowani  i  bezpieczni.  „Ależ  skąd”,  pokręcił  głową.  „Wiesz,  co  przeżywa  płód,  gdy
matka pije alkohol albo bierze narkotyki? Wiesz, co przeżywa matka, gdy jej organizm
usiłuje dostosować się do obecności wciąż rosnącego lokatora i potem, gdy musi wydać
go  na  świat?  Nawet  w  życiu  płodowym  człowiek  nie  doświadcza  idyllicznej,  w  pełni
harmonijnej bliskości, o której tak marzy”.

Czy  chciałbym,  żeby  wszyscy  się  ze  mną  zgadzali?  Tak,  oczywiście.  Czy  jest

jakakolwiek  szansa,  że  moje  życzenie  się  spełni?  Nie,  nie  ma  najmniejszej.  Czy  to
bardzo  źle?  Nie,  wręcz  przeciwnie  –  to  bardzo  pożyteczne  dla  mojego  rozwoju.  Muszę
wyjść poza własną sferę bezpieczeństwa, zobaczyć, kim inni są w rzeczywistości (a nie
w  moich  fantazjach  na  ich  temat),  i  nauczyć  się  akceptować  ich  takimi,  jacy  są.  To
pierwszy krok ku miłości.

Wszyscy tęsknimy za światem, gdzie wilki i owce żyłyby w pełnej zgodzie, cielę i lew

pasłyby  się  społem...  Jakże  piękny  byłby  to  widok!  Niestety,  życie  wygląda  nieco
inaczej. I to nas złości: „Dlaczego moje marzenie znów się nie spełniło? Dlaczego rzeczy
nie  układają  się  po  mojej  myśli?”.  Wyobrażamy  sobie  idealny  świat,  żeby  uciec  przed
tym  rzeczywistym.  W  naszych  marzeniach  małżonkowie  zgadzają  się  ze  sobą  zawsze
i we wszystkim, ludzie współpracują ze sobą bez zgrzytów, bliscy rozumieją się i nigdy
nie wchodzą ze sobą w konflikt. Zaklinamy każdego: „Nie bądź sobą. Bądź, kim ja chcę,
żebyś był!”. Porównujemy to, co rzeczywiście się dzieje, z zaprojektowanymi przez nas
scenariuszami. Usiłujemy się schronić w wymyślonym świecie, tam, gdzie panuje „zero

background image

nieprzychylności”.

Marzenie  o  bezpiecznym  miejscu  bez  konfliktów,  o  strefie  „zero  nieprzychylności”,

pokazuje, że gdzieś w głębi duszy sami mamy nieprzychylne nastawienie wobec świata.
Skoro nie chcemy konfliktów, to znaczy, że nie chcemy innych ludzi. Czy na pewno na
tym  świecie  jest  miejsce  dla  ciebie  i  dla  mnie?  Czy  jestem  w  stanie  przyjąć  prawdę
o  tobie?  Skoro  na  tym  świecie  istnieje  przychylność  i  nieprzychylność,  pozytyw
i negatyw, to może ja też mogę zaakceptować ich istnienie?

Kiedy  w  pięknych  okolicznościach  przyrody  idę  na  spacer,  podziwiam  blask  słońca

o  poranku  albo  srebrzyste  światło  księżyca  i  migoczące  na  nocnym  niebie  konstelacje
gwiazd.  Nagle...  spoglądam  w  dół  i  widzę,  że  mój  but  oblepia  psia  kupa,  w  którą
właśnie  wdepnąłem.  Na  terapię  idziemy,  żeby  rozejrzeć  się  po  naszym  wewnętrznym
świecie. Trzeba nastawić się na to, że będzie on zawierał równie ostre kontrasty.

Niedoskonałość jest częścią naszej natury, tacy przychodzimy na świat. Ale upieramy

się,  że  urządzimy  wszystko  po  swojemu,  lepiej.  Odrzucamy  te  aspekty  rzeczywistości,
które nie pasują do naszych wyobrażeń. Nie zdajemy sobie sprawy, że kiedy zaczynamy
rościć  sobie  prawo  do  decydowania,  co  jest  akceptowalne,  a  co  możemy  odrzucić,
skazujemy  część  nas  samych  na  zagładę.  Narzucamy  sobie  drastyczną  czystkę,  bo
chcemy upodobnić się do wyidealizowanych, odcieleśnionych wizji samych siebie, które
tworzymy. Kto tak robi, nie kocha życia, tylko je nienawidzi. Kiedy mamy się za lepszych
niż nasze własne życie, tym samym je odrzucamy.

Jeśli  chcielibyśmy  osiągnąć  „zero  nieprzychylności”,  musimy  najpierw  uporać  się

z nieprzychylnym nastawieniem do samych siebie. Kiedyś pewien ksiądz zwierzył mi się,
że czuje do siebie nienawiść.

– Religia katolicka naucza, że Bóg stworzył człowieka, a więc także księdza, na swój

obraz i podobieństwo, prawda? – spytałem.

Skinął głową.
– Czy wierzy ksiądz w to, że Bóg go kocha?
Ponownie skinął głową.
–  Skoro  więc  Bóg  stworzył  księdza  na  swój  obraz  i  obdarzył  miłością,  może  warto

przyłączyć się do Niego i pokochać samego siebie?

W jego oczach wezbrały łzy.

[1]

 Zob. Byron Katie, Loving What Is: Four Questions That Can Change Your Life, Three Rivers Press,

New York 2003. [Wydanie polskie: Byron Katie, Mitchell Stephen, Kochaj co masz! Cztery pytania, które
zmienią twoje życie, przeł. A. Broniszewska, Burda Publishing Polska, Warszawa 2010 – przyp. red.].

[2]

  Co  szczególnie  ciekawe,  chociaż  Freud  znany  jest  jako  autor  postulatu,  by  pacjent  „mówił,  co

przychodzi  mu  na  myśl”,  wielu  terapeutów  nie  ma  świadomości,  że  w  jednym  ze  swych  pism  w  1923
roku  wskazywał,  iż  nie  powinno  tak  być.  Pacjenci  bowiem  w  tym,  co  mówią,  krążą  wokół  meritum
problemów,  omijając  je.  To  spostrzeżenie  doprowadziło  go  do  zmiany  w  spektrum  jego  głównych
zainteresowań:  skoncentrował  się  na  mechanizmach  obronnych  –  kłamstwach,  którym  dajemy  się
omamić, by uniknąć cierpienia.

[3]

  Zob.  Donald  Meltzer,  Studies  in  Extended  Metapsychology:  Clinical  Applications  of  Bion’s  Ideas,

Karnac Press, London 2009.

[4]

 Zob. John Bowlby, Attachment and Loss, 3 tomy, Basic Books, New York 1976–1983. [O tej teorii

background image

można  przeczytać  w:  Jeremy  Holmes,  John  Bowlby.  Teoria  przywiązania,  przeł.  J.  Łaszcz,  Gdańskie
Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2008 – przyp. red.].

[5]

  Zdziwionym  użyciem  słowa  „dusza”  polecam  książkę  Freud  and  Man’s  Soul,  w  której  Bettelheim

opisuje, jak Freud stosował to pojęcie w odniesieniu do głębi ludzkiej osoby, do tego, kim jesteśmy pod
warstwą  werbalną,oraz  do  tego,  co  jest  zakryte,  a  powinno  zostać  poznane.  W  rzeczywistości  słowo
psychoanaliza  nie  istnieje  w  dorobku  Freuda.  Używał  pojęcia  Seeleanalyse  –  analiza  duszy.  [Wydanie
polskie: Bruno Bettelheim, Freud i dusza ludzka, przeł. D. Danek, PIW, Warszawa 1991 – przyp. red.].

[6]

 Osobista wiadomość od Cindy Leavitt.

[7]

 Zainteresowani pogłębieniem wiedzy o pojęciu nadziei powinni sięgnąć do The Principle  of  Hope

Ernsta Blocha (trzy tomy wydane w latach 1954–1959). Czyż nasza praca nie polega na pomaganiu, by
dostrzec  drogę  beznadziejną  i  odnaleźć  tę  pełną  nadziei?  Dodatkowo  zob.  epilog  Anatomy  of  Human
Destructiveness  Ericha  Fromma  z  jego  cudownym  dyskursem  na  temat  różnic  pomiędzy  optymizmem
jako  wyabstrahowaną  nadzieją  a  nadzieją  prawdziwą,  bazującą  na  trzeźwej  ocenie  rzeczywistości.
[Wydanie  polskie:  Erich  Fromm,  Anatomia  ludzkiej  destrukcyjności,  przeł.  J.  Karłowski,  Rebis,  Poznań
2002 – przyp. red.].

[8]

  Zob.  Dag  Hammarskjöld,  Markings,  Alfred  Knopf,  New  York  1964.  [Wydanie  polskie:  Dag

Hammarskjöld, Drogowskazy, przeł. J. Zieja, Znak, Kraków 1967 – przyp. red.].

background image

ROZDZIAŁ 3

 

O

 TYM, JAK WZBRANIAMY SIĘ PRZED

PRZYJĘCIEM PRAWDY

Wiemy  już,  co  skłania  nas  do  ulegania  złudzeniom  i  iluzjom.  Ale  dlaczego  tkwimy
w kłamstwie, zamiast je odrzucić i zmierzyć się z rzeczywistością, która się za nim kryje?
Dlaczego  wzbraniamy  się  przed  przyjęciem  prawdy  o  naszym  wewnętrznym  życiu
i otaczającym nas świecie? W tym rozdziale przyjrzymy się strategiom, które obieramy,
żeby zwodzić samych siebie i zniekształcać nasz ogląd rzeczywistości, tak by widzieć ją
niczym  w  krzywym  zwierciadle.  Są  takie  fragmenty  rzeczywistości,  których  za  żadne
skarby nie chcemy widzieć, ani nawet niczego o nich wiedzieć. Odpychamy je, usiłujemy
odsunąć  gdzieś  daleko  albo  przerobić  tak,  by  pasowały  do  naszej  wizji  świata.  Każde
kłamstwo  powoduje  cierpienie,  które  powoli  nas  niszczy,  narażając  na  jakąś  formę
ślepoty.

Terapeuta  nie  będzie  potakująco  kiwał  głową,  kiedy  zaczniemy  opowiadać  mu

historyjki,  ubierając  w  słowa  nasze  ulubione  mechanizmy  obronne.  Przeciwnie,  pokaże
nam, że to właśnie one są przyczyną naszego cierpienia. Będzie nam towarzyszył, gdy
zdecydujemy  się  zmierzyć  z  prawdą  o  nas  samych,  naszych  uczuciach,  myślach
i pragnieniach, oraz z prawdą o otaczającym nas świecie. To nie jest łatwe zadanie. Ale
podołamy mu, jeśli nie będziemy musieli robić tego sami, lecz w relacji z terapeutą.

„Nie przymuszaj mnie!”

Jeśli  czujemy  ogromny  opór  przed  akceptacją  rzeczywistości,  która  nas  otacza,
niewykluczone,  że  przede  wszystkim  nie  potrafimy  zaakceptować  tego,  co  się  dzieje
w  naszym  wnętrzu.  Być  może  odpychamy  innych,  bo  przekreśliliśmy  siebie.  Czyżby
konflikt  ze  światem  zewnętrznym  był  odbiciem  wojny,  jaka  toczy  się  w  nas  samych?
Ludzie  potrafią  wejść  z  kimś  w  konflikt  tylko  po  to,  żeby  nie  musieć  skupiać  się  na
wewnętrznym konflikcie, o wiele bardziej bolesnym.

Pewien  bezrobotny  mężczyzna  wszedł  do  mojego  gabinetu,  bez  słowa  rozsiadł  się

w fotelu, opierając łokcie na poręczach, i posłał mi naglące spojrzenie.

– Widzę, że patrzy pan na mnie wyczekująco – zagaiłem.

background image

– No chyba. W końcu to pan jest terapeutą – odparł tamten. – Niech mi pan powie,

co mam robić.

– A nad czym chciałby pan pracować? Czego pan potrzebuje?
–  Gdybym  znał  odpowiedź  na  te  pytania,  nie  byłoby  mnie  tutaj.  Nie  mam  pracy.

Szczerze mówiąc, nie bardzo jej szukałem. Żona dostaje szału, bo wciąż siedzę w domu
i gram na komputerze.

–  Rozumiem,  że  pańska  żona  nie  jest  zachwycona.  Ale  porozmawiajmy  o  panu.

W czym mógłbym panu pomóc?

– Pojęcia nie mam, sam już nie wiem, co myśleć. Chodziłem na różne terapie, żadna

nie przyniosła poprawy. Chyba powinienem po prostu robić to, co pan mi zaleci; inaczej
nigdy się z tego nie wykaraskam.

– Jeśli będzie pan robił to, co ja chcę, rozwinie pan tylko umiejętność poddawania się

woli innych ludzi. W efekcie będzie pan coraz bardziej nieszczęśliwy.

–  Pełna  zgoda!  –  Mężczyzna  wyraźnie  poweselał.  –  Sam  bym  lepiej  tego  nie  ujął.

Widzi pan, nie miałem ochoty na tę wizytę. Niepokoiłem się, co też pan każe mi robić.

–  Nie  mogę  panu  niczego  nakazać  ani  skłonić  do  zrobienia  czegokolwiek  bez  pana

zgody. Mogę tylko zadawać pytania, a pan na nie odpowie albo nie, wedle chęci. Chyba
nie sądzi pan, że można odbyć terapię na siłę, nie chcąc tego?

–  Cóż,  powinienem  się  zmusić.  Wiem,  że  tak  trzeba.  Jeśli  się  na  to  nie  zdecyduję,

powie pan, że nie robię postępów.

–  Nie  ufa  pan  swojej  niechęci  do  terapii  i  usiłuje  uniknąć  ciężaru  decydowania,

podporządkowując się mnie.

–  Nie  powiedziałbym.  Zaprasza  mnie  pan  do  udziału  w  terapii,  ale  ja  widzę  w  tym

działanie z pozycji siły. Ani się obejrzę, a zacznie pan odprawiać nade mną jakieś czary-
mary.

– Ależ nic nie zacznę. Nie mogę sprawić, że zacznie pan robić to, czego pan nie chce.

Tylko pan sam może zmusić się do czegoś, czego tak naprawdę robić pan nie chce. Czy
rozpoznaje pan ten schemat? Czy często zmusza się pan do tego, czego pan nie chce?

– W sumie tak – odparł po chwili zastanowienia. – Ciągle to robię.
– Trudno jest radzić sobie z tym sprzeciwem?
– Ja już w nic nie wierzę. Nie mam za grosz zaufania do tego, co sam myślę i mówię.
–  To  nieprawda.  Ufa  pan  przesłankom,  które  skłaniają  pana  do  podjęcia  terapii,  ale

nie  ma  pan  zaufania  do  siebie  i  swojego  sprzeciwu.  Krótko  mówiąc,  nie  ufa  pan  sobie
i stara się przerzucić ten brak zaufania na mnie.

– Owszem. To prawda.
–  Nie  chce  pan  słyszeć  swojego  własnego  sprzeciwu.  To  błąd,  bo  jeśli  chce  pan

powiedzieć mi „nie”, być może równocześnie chce pan powiedzieć „tak” sobie. Póki co,
mówi pan „tak” innym, a samemu sobie mówi pan „nie”.

– Tak właśnie jest.
– Skoro tak jest, terapia podjęta wbrew sobie sprawi, że udoskonali pan tylko swoją

zdolność poddawania się woli innych ludzi. Nie pomoże panu, a tylko zaszkodzi.

– Otóż to! Dlatego właśnie powiedziałem żonie, że nie chcę poddać się terapii.
–  I  słusznie,  nie  powinien  pan  tego  robić!  Jeśli  podda  się  pan  terapii,  to  będzie

niewola, a nie terapia.

–  Zabawne,  że  tak  pan  to  ujął.  W  ostatniej  pracy  czułem  się  jak  niewolnik

background image

i przysiągłem sobie, że nigdy więcej na coś takiego się nie zgodzę.

–  Rozumiem,  że  nie  chodziło  panu  o  to,  by  nigdy  więcej  nie  pracować,  ale  żeby

uniknąć bycia traktowanym jak niewolnik, a z tym kojarzyła się panu praca. Obawiał się
pan, że gdy tylko się pan w coś zaangażuje, stanie się pan niewolnikiem – obojętne, czy
chodziłoby o pracę zawodową, czy o terapię.

– Nie myślałem o tym w ten sposób.
– Czy zgodzi się pan, żebym mu pomógł zerwać z tendencją do poddawania się woli

innych ludzi i zgadzania się na to, czego pan nie chce?

Jeśli  nie  nauczymy  się  mówić  „nie”  innym  ludziom,  nigdy  nie  będziemy  mogli

powiedzieć „tak” samym sobie. Poddajemy się woli innych, a potem mamy do nich o to
pretensje,  chociaż  to  był  nasz  własny  wybór.  Nawet  nie  przychodzi  nam  do  głowy,  że
w  ten  sposób  odwracamy  się  od  samych  siebie.  Jeśli  chcemy  przyjąć  prawdę  o  sobie,
poznać  własne  pragnienia,  trzeba  nam  przede  wszystkim  usłyszeć  i  zaakceptować  to
„nie”,  które  mamy  ochotę  powiedzieć  innym,  nawet  jeśli  nie  rozumiemy  do  końca
własnych  pobudek.  Bo  za  tym  „nie”  kryje  się  „tak”,  które  chcemy  powiedzieć  samym
sobie.

Psychomelasa

Nie  tylko  pacjentom,  również  terapeutom  zdarza  się  uciekać  przed  prawdą.  Wiele  lat
temu w Waszyngtońskiej Szkole Psychiatrii mój znakomity kolega, Morris Parloff, zapadł
na  szczególny  rodzaj  alergii:  nie  na  pyłki,  lecz  na  źle  ulokowane  współodczuwanie.
Wyobraźmy sobie taki przypadek. Oto podczas terapii ktoś opowiada o swojej rozmowie
telefonicznej  z  żoną,  cytując,  jak  dokuczał  jej,  przedrzeźniał  i  wmawiał,  że  jest
„żałosna”, aż ta cisnęła słuchawką. Nasz rozmówca wyraża oburzenie.

– Jak ona śmiała po prostu się rozłączyć?!
– O tak, to musiało bardzo pana zaboleć – wzdycha współczująco terapeuta.
Morris  nazywa  taką  reakcję  „psychomelasą”,  błędem  terapeuty  polegającym  na

niezrozumieniu,  gdzie  powinien  lokować  swoją  empatię.  Zadaniem  przyjaciół,  a  także
terapeutów jest empatia wobec danej osoby, a nie bezkrytyczna akceptacja zachowań,
przez  które  ten  ktoś  niszczy  swoje  życie.  Jeśli  rozumiejąco  potakujemy,  gdy  ktoś
opowiada,  jak  tłamsi  swą  żonę,  tak  naprawdę  głaszczemy  po  główce  nie  jego,  a  fakt
gnębienia  przez  niego  żony,  pomagamy  mu  tworzyć  mechanizmy  zaprzeczenia,  a  w
rezultacie  przykładamy  rękę  do  rozpadu  jego  małżeństwa.  Człowiek  ten  nie  będzie
w  stanie  dostrzec,  że  odpychając  żonę  i  gardząc  nią,  skłania  ją  do  agresywnych
zachowań.  Jeśli  potakujemy  ze  zrozumieniem,  podczas  gdy  pacjent  prezentuje
mechanizmy  samousprawiedliwienia,  tylko  je  wzmacniamy,  przez  co  przyczyniamy  się
do porażki tego człowieka – w tym przypadku destrukcji małżeństwa.

Pacjentowi  z  pewnością  bardzo  się  spodoba,  że  współczujemy  jego  doli  ofiary,  ale

w  niczym  mu  to  nie  pomoże.  Sprawimy  tylko,  że  coraz  bardziej  będzie  wikłał  się

background image

w cierpienie. Jeśli zależy nam na tym człowieku, musimy mówić mu prawdę, nawet jeśli
naraża  nas  to  na  gniewne  reakcje.  Szczerość  jest  jedynym  prawdziwym  wsparciem
pacjenta – a nie jego destrukcyjnej pobłażliwości wobec siebie. Jeśli utrzymamy twardy
– czyli uczciwy – kurs wobec pacjenta, możemy spotkać się ze słowami:

– Pan mnie nie słucha!
Możemy wtedy odpowiedzieć:
– Przeciwnie. Wsłuchuję się w pana, ale nie w pana kłamstwa. Okłamuje się pan, nie

dostrzegając, jak odpycha pan żonę i poniewiera nią. Jeśli skupię się na kłamstwach, nie
będę pana słuchał naprawdę, i wówczas to ja bym pana odrzucał. Wiem, że to przykre,
ale przecież jest pan gotów to usłyszeć.

Nie  wchodzimy  w  dyskusje  z  kłamstwem,  zwracamy  się  do  osoby,  która  się  nim

osłania.  Obnażenie  prawdy  wyzwoli  pacjenta  z  samozałgania.  Jeśli  zaś  damy  się
poprowadzić  jego  narracji,  utkniemy  w  niej  na  wieki.  Gdy  pokazałem  temu
biznesmenowi, jak rozwala swoje małżeństwo, zapienił się i zarzucił mi, że go oskarżam.

– Nie oskarżam pana – odpowiedziałem. – Opisuję tylko pana zachowania. Czy to ja

panu  zagrażam,  czy  może  obwinianie  oraz  poniżanie  żony  przez  pana  zagraża  i  panu,
i pańskiemu małżeństwu?

– Jeśli nie odczepi się pan ode mnie, wychodzę! – zagroził.
– Dobrze. Nie będę pana zatrzymywał, jeśli nie ma pan ochoty wysłuchać, co mam do

powiedzenia. Jeżeli uważa pan, że nie mam racji, wówczas powinien pan wyjść. Ale jeśli
jest  w  tym  prawda,  to  ta  prawda  nadal  będzie  pana  dotyczyć,  niezależnie  czy  pan  tu
jest,  czy  sobie  poszedł.  Mógłbym  pana  zwodzić,  tak  jak  zrobiliby  to  inni,  lecz  czy
naprawdę  tego  spodziewałby  się  pan  po  naszej  relacji?  Przecież  zależy  panu  na
ozdrowieniu.

Poszukiwanie  prawdy  jest  naszym  naturalnym  instynktem,  nawet  jeśli  z  pozoru

łakniemy  wygodnej  blagi.  Psychomelasa  owija  kłamstwa  w  fałszywą  empatię.
Psychoterapia  obnaża  to,  co  fałsz  stara  się  ukryć.  Już  Platon  mówił,  że  wiedza  jest
pokarmem duszy – kłamstwa są dla niej trucizną. Żadne łgarstwo nikogo nie uleczyło,
czy to w trakcie terapii, czy po prostu w związku międzyludzkim, choćby nie wiem jak
było  pokryte  słodyczą.  Warto  więc  usłyszeć  od  innych  prawdę,  która  przypomni  nam,
kim jesteśmy, kim przestaliśmy być i kogo chcemy w sobie odnaleźć.

Powrót odrzuconego ja

Jednym  ze  sposobów  unikania  prawdy  o  sobie  jest  przypisywanie  innym  ludziom
własnych uczuć i pragnień. Oczekujemy, że będą oni spełniać życzenia, do których nie
chcemy  się  przyznać,  działać  pod  dyktando  naszych  pragnień,  których  się  wypieramy.
Pewien mężczyzna przyszedł na sesję terapeutyczną i zaczął od słów:

– Nie wiem, nad czym mam pracować.
– Rozumiem – odpowiedziałem i umilkłem, czekając na jego inicjatywę.

background image

Zapadła cisza. Mężczyzna wiercił się w fotelu.
– Nad czym, pana zdaniem, powinienem pracować? – wypalił po dłuższej chwili.
– Tego nie wiem – rozłożyłem ręce.
– Na pewno ma pan jakąś koncepcję...
– Nie, nie mam.
– Jak to nie? – Uniósł brwi.
– To pan do mnie przyszedł, prawda? – podsunąłem.
– Fakt, przyszedłem.
– Bez powodu by pan nie przychodził.
– Owszem, racja. Ale pojęcia nie mam, nad czym tu pracować.
–  Człowiek,  który  nie  ma  żadnego  problemu  natury  psychologicznej,  przychodzi  do

gabinetu psychoterapeuty... – zacząłem.

Mężczyzna poruszył się niespokojnie, westchnął ciężko.
–  Jest  taka  jedna  sprawa  –  wyrzucił  z  siebie.  –  Moja  żona  domaga  się  rozwodu.

Oczywiście pomyśli pan sobie, że to jest problem, którym powinienem się zająć.

– Tylko pan może zdecydować, czy rozwód jest problemem, którym powinien się pan

zająć.

–  Cóż  –  westchnął  po  raz  kolejny.  –  Jeśli  tego  nie  zrobię,  żona  odejdzie.  Nie  chcę,

żeby odchodziła.

Zanim  nie  dostrzeżemy  pragnień  w  swoim  sercu  i  nie  przyznamy  się  do  nich,

przypisujemy je innym ludziom. Mężczyzna, o którym tu mowa, nie próbował nawiązać
relacji  ze  mną,  ale  z  własnym  życzeniem,  które  mi  przypisał.  Natomiast  wszelkie  moje
pomysły na temat tego, jak z nim pracować, konsekwentnie odrzucał.

Dopóty, dopóki odcinał się od własnych uczuć, życząc sobie, by były moje, a nie jego,

nie  był  w  stanie  dostrzec  ani  doświadczyć  prawdy  o  sobie,  nie  mógł  też  zmierzyć  się
z tym, co czuł. Skoro wmawiał sobie, że to ja chcę, by poddał się terapii, oczywiście nie
miał  pojęcia,  nad  czym  on  sam  mógłby  chcieć  pracować.  Nie  chciał  zmierzyć  się
z prawdą o pragnieniach, które w sobie nosił, wolał z bezpiecznego dystansu przyglądać
się tym, które – jak to sobie wyobrażał – dostrzega we mnie.

Początkowo  strategia  ta  wydaje  się  działać.  Mamy  wrażenie,  że  ludzie  wokół  nas

przejawiają  nasze  pragnienia  i  uczucia.  A  potem,  cóż,  pojawia  się  życie,  które  nasze
strategie  ma  za  nic.  Żona  odchodzi,  szef  wzywa  nas  na  dywanik,  dziecko  bezczelnie
pyskuje...  I  nagle  wszystkie  uczucia,  które  odrzuciliśmy,  wracają  i  rzucają  się  na  nas,
jakby gnało je pragnienie zemsty. Dlaczego tak się dzieje?

Wydawało  się  nam,  że  zepchnęliśmy  nasze  uczucia  na  innych  ludzi.  I  w  tym  sęk  –

wydawało  się  nam.  Tak  naprawdę  te  uczucia  tkwią  w  nas  cały  czas.  Bywa,  że
dokonujemy  projekcji  naszego  wewnętrznego  życia  na  inne  osoby  albo  nawet  na
przedmioty.  Pewien  człowiek  widział  oczy  patrzące  na  niego  z  krzaków.  Widział,  jak
drzewa  obserwują  go  z  góry,  gdziekolwiek  się  ruszył.  Zwidy  te  były  dla  niego  bardzo
ważne  –  ich  obecność  zaspokajała  jego  pragnienie,  by  dostrzegła  go  matka,  która  go
porzuciła, gdy był niemowlęciem. W gałęzie drzew wpisał cały ból swojego złamanego
serca i lata tęsknoty.

Kiedy nie akceptujemy jakiegoś uczucia, odpychamy je od siebie za pomocą projekcji.

Chcemy,  żeby  nosili  je  inni  ludzie.  Kiedy  życie  konfrontuje  nas  z  ludźmi,  na  których
dokonaliśmy  projekcji,  zaczynamy  doświadczać  uczuć,  jakie  im  przypisaliśmy.  Mamy

background image

wrażenie, że te uczucia nagle do nas wracają.

Mężczyzna, który powtarzał, że nie wie, nad czym ma pracować, był pełen niepokoju.

Zastanawiał się, czego będę od niego chciał, i w ogóle się nie orientował, że tę reakcję
wywołują  w  nim  jego  własne  uczucia,  które,  jak  sobie  wyobrażał,  ja  odczuwałem.
Tymczasem  wystarczyła  moja  obecność,  żeby  wyzwolić  w  nim  uczucia  i  pragnienia,
których się wyparł. Ja nie musiałem nic w tym celu robić. Brakujące elementy był w nim
samym,  uśpione,  i  budziły  się  teraz,  żeby  uzupełnić  puste  miejsca  i  uczynić  go  znów
w pełni sobą.

Tak naprawdę nikt nie może zwrócić nam naszych uczuć, bo przecież one nigdy nas

nie opuściły. Tylko się nam wydawało, że odczuwa je kto inny. Kiedy przestaniemy mieć
złudzenia  na  temat  uczuć  i  pragnień  innych  ludzi,  będziemy  mogli  zaakceptować  te
uczucia,  które  zawsze  nosiliśmy  w  sobie,  choć  byliśmy  przekonani,  że  istnieją  one  na
zewnątrz  nas.  Życie  wyzwala  w  nas  uczucia,  których  się  wyparliśmy.  Niepokój  to  ich
zwiastun.  Niepokój  jest  niczym  odgłos  pukania.  Nasze  uczucia  dobijają  się  do  drzwi
naszego  serca.  Kim  są?  Smutnym,  zapłakanym  dzieckiem,  zbuntowanym  wyrostkiem
czy kimś zrozpaczonym, kto stracił wszelką nadzieję? Kimkolwiek by były, pytają: „Mogę
wejść?  Pokochasz  mnie?”.  My  jednak  nie  chcemy  tych  uczuć.  Wysyłamy  je  do  kogoś
innego.  Do  męża  lub  żony,  do  własnego  dziecka,  przyjaciela  albo  szefa.  Musimy  po
prostu  znaleźć  kogoś,  kto  będzie  zły,  ograniczony,  samolubny  albo  przesadnie
krytyczny.  Takich  cech  nie  chcemy  widzieć  w  sobie.  Wypędzamy  więc  niechciane
uczucia,  przypisujemy  komuś  innemu,  a  potem  dystansujemy  się  od  tej  osoby,
rozkładamy  ją  na  czynniki  pierwsze,  osądzamy  ją,  a  czasem  nawet  wymierzamy  jej
karę.

W  jaki  sposób  rozpoznać  cechy,  których  się  wypieramy  i  które  przypisujemy  innym?

To  łatwe.  Jakie  wady  najczęściej  wytykamy  innym  ludziom?  Dlaczego  na  nich
narzekamy?  Co  w  nich  najbardziej  nas  denerwuje?  W  jakie  stereotypy  na  ich  temat
wierzymy?  Możemy  się  przejrzeć,  niczym  w  lustrze,  w  naszym  sposobie  postrzegania
innych  ludzi.  Cechy,  które  potępiamy  u  innych,  to  te,  których  nie  chcemy  w  sobie
widzieć. Narzekamy, że inni nas źle traktują, bo nie chcemy przyznać, jak bardzo sami
siebie krzywdzimy.

Można  nawet  wziąć  ślub  po  to,  żeby  móc  zrzucić  na  współmałżonka  winę  za  swoje

własne problemy. Kiedyś przyszedł do mnie pewien żonaty mężczyzna. Szybko okazało
się,  że  nie  sądzi,  by  sam  potrzebował  terapii;  chciał  raczej,  bym  poddał  telepatycznej
terapii jego żonę, której z nami nie było.

–  Moja  żona  ma  problem  z  intymnością  –  zwierzył  mi  się.  –  Bliskie  relacje  ją

przerażają.

–  Czy  zdaje  sobie  pan  sprawę,  że  przedstawia  mi  pan  problem  żony,  a  nie  swój

własny? – spytałem.

– Drogi panie, ona naprawdę sobie nie radzi...
–  Bardzo  możliwe.  Nie  wiem  tylko,  czy  pan  zauważył,  że  usiłuje  mnie  pan  nakłonić,

żebym zajął się problemami żony, a nie na pańskimi?

– A bo ja wiem? Może coś w tym jest.
– Opowiada mi pan o żonie, żebym skupił się na jej problemach, a panu dał święty

spokój.

– Ależ skąd, w ogóle nie miałem takiej intencji!

background image

–  Mimo  wszystko,  to  zachowanie  jest  znaczące.  Skoro  stara  się  pan  odwrócić  od

siebie  moją  uwagę,  wygląda  na  to,  że  będziemy  mieli  problem  z  bliską  relacją,  która
powinna nas połączyć w ramach terapii. Czyżby to pan miał problem z intymnością?

Kiedy przyjrzymy się z bliska sprawom, na które zazwyczaj narzekamy, mamy szansę

dostrzec, do kogo tak naprawdę powinniśmy kierować pretensje – a mianowicie do nas
samych. Zamiast zastanowić się nad sobą, przeanalizować własne żale i pretensje, żeby
odkryć,  z  jakimi  uczuciami  powinniśmy  się  zmierzyć,  usiłujemy  przerzucić  problem  na
innych  i  przestajemy  przyglądać  się  sobie.  O  wiele  bardziej  wolimy  poddać  krytycznej
analizie  ciekawe  przypadki,  jakie  stanowią  nasi  ułomni  bliźni.  Terapeuta  może  pomóc
uczuciom,  które  odepchnęliśmy,  w  powrocie  do  nas,  do  domu.  A  dokładniej,  może
pomóc nam zmierzyć się z uczuciami, które cały czas w nas były, ale nie chcieliśmy ich
dostrzec.  Uciekaliśmy  się  do  projekcji,  żeby  móc  powiedzieć:  „To  nie  ja”,  ale  przecież
chodziło o nasze własne uczucia, pragnienia, tęsknoty i potrzeby. A może niepotrzebnie
usiłowaliśmy skazać je na banicję? Może nie ma w nich nic złego? Uczucia pojawiają się,
żeby przekazać nam informacje, których potrzebujemy.

Jeśli nie akceptujemy własnych uczuć, to znaczy, że nie akceptujemy samych siebie.

Dokonując projekcji, przerzucamy te uczucia na innych. To oni są źli i rozdrażnieni, oni
są  samolubni,  oni  wciąż  krytykują.  Robimy  wszystko,  żeby  trzymać  się  od  tych  osób
z daleka, albo usiłujemy je kontrolować. Nie zdajemy sobie sprawy, że w rzeczywistości
staramy się kontrolować emocje, które, jak sobie wyobrażamy, są w tych osobach.

Niszczące  emocje  i  zachowania,  które  tak  wyraźnie  widzimy  w  innych,  są  tak

naprawdę  w  nas  samych.  Inni  ludzie  nie  potrzebują  naprawy.  Nie  powinniśmy  ich
reperować,  ale  kochać.  To  odniesie  o  wiele  lepszy  skutek,  bo  naprawimy  również
własne wnętrze.

Życie sprawia, że nasi małżonkowie, bliscy i wszyscy, którzy nas otaczają, wywołują

w  nas  uczucia,  których  nie  chcemy  w  sobie  widzieć.  Odpychamy  je,  przypisujemy
innym. Ale choćbyśmy się przy tym nie wiadomo jak upierali, one i tak do nas wracają.
Kiedy mówimy: „On sprawia, że czuję...” albo „On doprowadza mnie do...”, chcemy tak
naprawdę powiedzieć: „On przypomina mi o uczuciu, którego nie chcę i którego usiłuję
się pozbyć”.

Popatrzmy  przez  okno.  Widzimy  niebo  i  chmury,  gałęzie  drzew,  trawę.  Potrzeba

wszystkiego,  żeby  stworzyć  świat,  i  świat  te  wszystkie  elementy  akceptuje.  Podobnie
jest z nami – nic, co ludzkie, tak naprawdę nie jest nam obce, wszystko nosimy w sobie
–  myśli,  uczucia,  impulsy.  Używamy  wyobraźni,  żeby  „wysłać”  niechciane  uczucia  na
zewnątrz.  A  potem  przychodzi  tęsknota  za  tym,  czego  nie  chcieliśmy  zaakceptować.
Czujemy, że czegoś nam brakuje, bo wyparliśmy się części nas samych.

Spróbujmy otworzyć się na ludzi, których potraktowaliśmy jako abandonarium

[1]

, czyli

coś  w  rodzaju  lamusa  dla  naszych  niechcianych  uczuć.  Pozwólmy  tym  uczuciom  na
powrót  do  domu.  One  tak  naprawdę  nigdy  nas  nie  opuściły.  Kiedy  to  dostrzeżemy,
poczujemy,  jak  przestrzenne  jest  nasze  wnętrze,  ten  świat,  w  którym  toczy  się  nasze
wewnętrzne życie.

background image

Co mogę, gdy nic nie mogę?

Kogo  można  epatować  naszymi  emocjami,  jeśli  nie  najbliższych?  Komu  innemu
moglibyśmy stawiać niewykonalne żądania? Dlaczego mielibyśmy szukać awantur gdzie
indziej,  skoro  tak  łatwo  możemy  wywołać  je  w  domu?  Nierzadko  tak  zwane  konflikty
„rodzinne” to po prostu czyjaś walka z rzeczywistością.

Pewna  pani,  której  przypadek  już  był  tu  wspomniany,  popadła  w  konflikt  ze  swym

pięćdziesięcioletnim  synem.  Mężczyzna  ten  przeżył  w  dzieciństwie  dramat  –  był
molestowany  i  gwałcony  przez  własnego  ojca.  Gdy  tylko  matka  odkryła  prawdę,
zwróciła  się  do  terapeutów  o  pomoc  dla  syna.  Niestety,  terapia  nie  przyniosła
spodziewanych rezultatów. Przeciwnie – syn nabrał przekonania, że to matka zniszczyła
mu  życie  i  powinna  płacić  za  to,  łożąc  na  jego  utrzymanie.  Przez  trzydzieści  lat
terroryzował ją w ten sposób. „Cierpię przez ciebie, więc jeśli nie będziesz płacić, zabiję
się”. Ulegała temu – nie dość, że czuła się winna wobec syna, to brała także na siebie
wcześniejsze samobójstwo córki.

–  Grozi,  że  doniesie  na  mnie  do  izby  samorządu  zawodowego  i  stracę  licencję

prawnika – mówiła.

– To się nie zdarzy – odparłem. – Szantażuje panią, bo chce żyć na pani koszt.
– Zawiodłam go przecież. – Łkała.
–  Owszem.  Zawiodła  go  pani  raz,  gdy  był  dzieckiem.  Potem  robiła  pani,  co  tylko

mogła, żeby mu pomóc. Czyż nie?

Opowiedziała  mi,  jak  organizowała  terapię,  jak,  chcąc  odkupić  popełnione  błędy,

załatwiła mu specjalny tok nauczania, aż po studia, z których ostatecznie zrezygnował.

– Twierdzi, że przemoc doznana od ojca zniszczyła mu życie, ale ostatecznie obwinia

mnie.

–  Czyny,  jakich  dopuścił  się  pani  były  małżonek,  wywołały  w  synu  trwały  uraz.  Ale

obecne  problemy  biorą  się  także  z  tego,  w  jaki  sposób  usiłowaliście  z  synem  radzić
sobie  z  tą  przeszłością.  Owszem,  jest  pani  częściowo  odpowiedzialna  za  zło,  które  się
stało.  Ale  to  on  sam  przez  trzydzieści  lat  hołubił  swoją  niedolę,  zaprzepaszczał  każdą
szansę,  niszczył  swoją  karierę  zawodową  i  związki.  W  tym  mu  pani  nie  pomagała.
Przestała pani przyczyniać się do jego nieszczęścia, gdy miał dwadzieścia lat. Potem on
przejął to zadanie, i wypełnia je po dziś dzień.

–  Myślałam,  że  opłacanie  prywatnych  szkół  moim  wnukom  pomoże  im  w  życiu,  ale

syn pozwala im wagarować, obijać się i godzinami przesiadywać przed telewizorem.

–  Wydawało  się  pani,  że  kupi  im  pani  przyszłość,  ale  on  spuścił  tę  przyszłość  i  pani

pieniądze w toalecie.

– Czuję, że muszę jakoś odkupić swoją winę.
–  Nie.  Chce  pani  ochronić  swój  wizerunek.  Pokochała  pani  swój  obraz  jako  idealnej

matki  i  łożyła  pani  na  syna,  licząc,  że  wreszcie  stanie  na  nogi  i  może  się  nawet
odwdzięczy, ale to marzenie jest jak niewidzialny wampir, wysysający z pani życie. Jeśli
wyprze się pani tego wizerunku, nie będzie już o co walczyć. Zawiodła pani syna, gdy
był dzieckiem – to fakt. Ale to on powinien kierować swoim życiem, pani nie może robić
tego  za  niego.  Taka  jest  prawda.  Pani  dotychczasowa  postawa  nie  ułatwia  mu  tego

background image

zadania.

– Mówi mi, że chcę kupić od niego przebaczenie.
–  Kosztem  dwustu  tysięcy  dolarów  wydanych  w  ciągu  ostatnich  trzydziestu  lat

uzyskaliśmy  dowód,  że  istotnie  tak  jest.  Liczy  pani,  że  pieniądze  załatwią  pojednanie
z  synem.  Nie  załatwią.  On  dawno  pojął,  że  może  wiele  zyskać,  trzymając  panią  w  ten
sposób w szachu.

Pacjentka roześmiała się niewesoło.
– Chciałam uświadomić mu, że niszczy przyszłość swych dzieci, ale mnie nie słucha.

Albo  wydziera  się  na  mnie  przez  telefon,  albo  rzuca  słuchawką.  Wiem  za  to,  że  sam
zadzwoni, gdy będzie potrzebował forsy. Musi zmierzyć się z faktami.

–  Przeciwnie.  Nie  był  w  stanie  zmierzyć  się  z  nimi  przez  trzydzieści  lat.  Tracił  każdą

pracę,  rozwalił  każdy  swój  związek,  obijał  się  na  bezrobociu,  oczekując  od  pani
utrzymywania go na stopie, do której się przyzwyczaił. Tak więc chyba to pani zadaniem
będzie sprostać rzeczywistości.

– To prawda.
–  Wiem,  że  wolałaby  pani,  by  to  on  pierwszy  pojął,  jaka  jest  prawda,  ale  to  robi

z pani zakładniczkę jego zwichrowania.

–  Nie  mogę  już  czekać,  nie  stać  mnie  na  to.  Ale  co  będzie,  jeśli  się  na  mnie

wścieknie?

–  Nie  wścieknie  się  na  panią.  On  wścieka  się  na  własne  życie.  Kiedy  pani  pieniądze

przestaną  stać  mu  na  drodze  ku  prawdzie,  może  wściekać  się  na  rzeczywistość,  ale
będzie to jego pierwszy krok ku zaakceptowaniu jej.

Nasi bliscy potrafią dokonywać katastrofalnych wyborów życiowych, a my nie zawsze

możemy  ich  powstrzymać.  Zamiast  zaakceptować  smutek  płynący  z  bezradności,
próbujemy  ich  zmieniać,  co  ma  ulżyć  nam  samym.  Gdy  dajemy  im  dobre  rady,
spotykamy  się  z  gniewem  lub,  w  najlepszym  przypadku,  z  zażenowaniem.  Wydaje  się
nam, że gasimy cudze pożary, a tak naprawdę chcemy uporać się z własnymi pożarami
smutku, bólu, złości i poczucia straty. A tego ognia nie ugasimy, lejąc wodę na innych.
Najlepsze,  co  możemy  zrobić  dla  naszych  bliskich,  to  wyrzec  się  własnych  projekcji
i samemu stosować się do rad, których udzielamy.

Trudno  jest  znosić  obecność  własnych  uczuć,  dlatego  wolimy  przypisywać  je  innym.

Staramy  się  wtłoczyć  ich  w  wymyślone  przez  nas  ramy,  tłumacząc,  perswadując  lub
stawiając żądania. Ukryty przekaz pozostaje zawsze ten sam: „Mój punkt widzenia ma
być dla ciebie punktem odniesienia!”. Jeśli brzemię oczekiwań jest dostatecznie ciężkie,
ludzie  nagną  się  do  naszej  woli,  byle  tylko  nas  ukontentować.  Dopóki  się  opierają,
oskarżamy  ich,  wytykamy  im  błędy  i  bez  pytania  ustawiamy  się  na  pozycji
niezastąpionych  doradców.  I  jeszcze  jesteśmy  zdumieni,  widząc,  że  nasze  wysiłki  nie
zyskują u nich uznania.

Skąd te negatywne reakcje? Ludzie wpadają w gniew, gdy odrzucamy ich takich, jacy

naprawdę  są.  Traktujemy  ich  jak  projekt  adaptacji  mieszkania  podlegający  ciągłym
ulepszeniom.  Wysyłamy  im  sygnał:  „Jesteś  dla  mnie  już  prawie  idealny,  ale  jeszcze
musisz nad sobą popracować”.

Inni ludzie nie istnieją po to, żeby stać się naszymi pupilkami, gdy odrzucą siebie tak,

jak  my  odrzucamy  ich.  Naszym  zadaniem  jest  kochać  ich  takimi,  jacy  są,  akceptując
prawdę:  każdy  ma  być  sobą,  a  nie  wcieleniem  cudzych  wyobrażeń.  W  ramach  tego

background image

godzenia się z prawdą trzeba nam też pokochać samych siebie – nie tylko to, co w nas
miłe,  ale  i  te  rzeczy,  które  inni  odrzucają.  Dopiero  wtedy  będziemy  w  stanie  określić
zdrowe granice. Nie wymagamy już od innych zmiany postępowania, na które nie mamy
wpływu.  To  my  zmieniamy  nasze  zachowanie  tak,  by  nie  nagradzać  ich,  gdy  zawiodą
nas  w  związku  lub  zranią  nasze  uczucia.  Kochając  ich,  stawiajmy  czoła  rzeczywistości,
i nie wspierajmy ich działań o destrukcyjnym charakterze.

Łatwiej  to  rzecz  jasna  powiedzieć  niż  wcielić  w  życie,  zwłaszcza  gdy  nasze  nadzieje

spłonęły w ogniu, który nasi bliscy zaprószyli i podtrzymują, a na dodatek obwiniają nas
o wywołanie pożaru! Kobieta, o której pisałem powyżej, musiała pogodzić się z faktem,
iż  to  jej  syn  jest  podpalaczem  własnego  życia,  a  płomieni  nie  ugasi  ani  jej  miłość,  ani
pieniądze, dopóki on wciąż dorzuca do ognia.

Gdy osoby, które kochamy, zawiodą nas, ciężko nam porzucić ich idealny obraz, którą

stworzyliśmy, ciężko znieść poczucie straty i rozczarowania. Ciężko jest porzucić własną
wizję i otworzyć się na tajemnicę, jaką stanowi życie. Możemy też odciąć się od emocji,
uczepić się złudzeń, próbować za pomocą pieniędzy przebudować na nasz obraz relacje
z bliskimi i to wszystko nazwać „miłością”.

A  może  w  rozczarowaniu  matki  wobec  syna  należy  dostrzec  nie  tyle  wielki  problem,

co  nową  możliwość?  Jeśli  wciąż  czujemy  się  rozczarowani,  jest  to  informacja  o  nas
samych,  a  nie  o  innych  ludziach.  Świadczy  o  tym,  że  z  uporem  odrzucamy
rzeczywistość.  Jeśli  zawiedziesz  mnie  raz,  jest  to  informacja  o  tobie.  Jeśli  zawiedziesz
mnie  dziesięć  razy,  jest  to  informacja  o  mnie:  o  mojej  negacji  rzeczywistości.  Nie
będziemy wciąż zaskakiwani na niekorzyść, o ile uparcie nie zaprzeczamy temu, co jest
prawdą. Zawodząc nasze oczekiwania, ludzie pomagają nam dostrzec, co się naprawdę
dzieje.

Jeśli  przyjmiemy  uczucie  rozczarowania,  zamiast  usiłować  po  raz  kolejny  zmusić

rzeczywistość,  by  dopasowała  się  do  naszych  wyobrażeń,  owszem,  odczujemy  ból.
Rozstanie  z  rojeniami  o  szczęśliwym  odnowieniu  relacji  rodzinnych  na  pewno  będzie
bolesne.  Ale  tylko  tędy  prowadzi  droga  do  rzeczywistości,  z  którą  trzeba  nam  się
zmierzyć.  Najpierw  musimy  urządzić  pogrzeb  własnym  złudzeniom.  Kobieta,  której
przypadek  opisywałem,  nie  umarła  tego  dnia  w  moim  gabinecie.  Umarły  jej
beznadziejne nadzieje. Obraz kochającego syna spoczął w trumnie.

Matka  roiła  sobie,  że  pieniędzmi  kupi  miłość  syna  i  jego  zdrowie  psychiczne,  ale

przecież nie mogła kupić życia, które on odrzucał. Jego postępowanie wobec niej było
jednak  rodzajem  pokrętnego  listu  miłosnego:  „Daj  sobie  spokój.  Twoja  miłość  nie
powstrzyma  moich  skłonności  do  destrukcji!”.  Bezustanne  rozczarowanie  przybiło  jej
złudzenia do krzyża rzeczywistości.

– Nie zniosę tego – powiedziała załamana.
–  Znosi  to  pani  już  od  trzydziestu  lat!  –  odpowiedziałem.  –  Czegoś  innego  pani  już

dłużej  nie  zniesie  –  własnego  zaprzeczenia.  Właśnie  zaczyna  ono  pękać  pod  naporem
prawdy.

Wydaje  nam  się,  że  mamy  pełnię  kontroli  nad  biegiem  wydarzeń,  lecz  to  życie  nimi

kieruje, boleśnie ukazując nam, że nie my piszemy jego scenariusz. Mamy skłonność do
upiększania życia fantasmagoriami, ale ono zawsze wraca do swej szarej postaci. Życie
jest dla nas szkołą, a rodzina – jednym z nauczycieli. Czy pamiętacie historyjkę o trzech
świnkach, które zbudowały dla siebie domki: ze słomy, z patyków i z cegieł?

background image

Rzeczy, które dzieją się wokół nas, oddziałują na domek, który wznieśliśmy w swoim

umyśle.  Życie  dmie  na  niego,  a  my  czepiamy  się  pękających  ścian  zbudowanych
z  naszych  pragnień.  Rodzina,  stymulując  nasz  ciągły  rozwój,  ukorzenia  nas
w  rzeczywistości.  O  ile  tylko  przestaniemy  trzymać  się  fantazmatów,  możemy  w  pełni
zaakceptować  i  kochać  swoją  rodzinę  oraz  odkrywać  tajemnicę,  jaką  są  osoby  ją
współtworzące. I nawet jeśli nasza rodzina jest zepsuta lub zła, miłość oznacza, że nie
zaciemnimy  tej  prawdy,  a  złu  pozwolimy,  by  nauczyło  nas  tego,  czego  musimy  się
nauczyć.

Kiedy matka przestała kurczowo trzymać się swoich marzeń o idealnym synu, zaczęła

kochać  tego,  którego  rzeczywiście  miała.  Pozbawiony  w  ten  sposób  możliwości
szantażu, syn stanął wobec konieczności ułożenia lepszej relacji z matką. Dlaczego? Bo
już nie pozwalała, by ją prowadził w ich dawnym, destrukcyjnym tańcu.

Na siłę czy naprawdę?

Jak  reagujemy,  kiedy  przychodzi  śmierć  i  niszczy  nasze  marzenia?  Pewna  terapeutka
miała pracować z kobietą w ostatnim stadium raka. Wcześniej u chorej zdiagnozowano
nowotwór i została poddana operacji. Niestety, chirurg popełnił fatalny błąd i uszkodził
guz,  tak  że  komórki  rakowe  rozprzestrzeniły  się  po  całym  organizmie.  Nie  było  już
żadnej nadziei.

–  Chyba  nie  będę  jej  nakłaniać,  żeby  mówiła  o  swoich  uczuciach  –  zastanawiała  się

terapeutka. – To dla niej zbyt wiele.

– Ma pani rację – przyznał superwizor. – Takie rzeczy wyczuwa się intuicyjnie.
A  jednak  terapeutka  nie  była  do  końca  pewna,  czy  postępuje  słusznie,  spytała  więc

mnie o radę.

– Czy nie sądzisz, że zmierzenie się z uczuciami będzie dla tej kobiety za trudne? Mam

ją w to pchać na siłę?

–  Na  szczęście  nie  masz  możliwości,  by  ją  w  cokolwiek  na  siłę  pchać.  Śmiertelna

choroba  już  to  zrobiła,  nie  patyczkowała  się  z  nią.  Nowotwór  nigdy  nie  puka  do  drzwi
z pytaniem, czy może się pojawić, czy też to dla nas zbyt trudne. Życie po prostu płynie,
różne  rzeczy  się  dzieją,  niezależnie  od  tego,  czy  jesteśmy  na  nie  gotowi,  czy  nie.
Zresztą, na chorobę i śmierć zawsze jesteśmy gotowi; nasze marzenia oczywiście nie są.

– Skąd mam wiedzieć, czy ona to wytrzyma?
– Jakoś musiała już wytrzymać fakt, że jest śmiertelnie chora.
– W sumie, jeśli tak to ująć...
– To jej uczucia, a ona jeszcze nie odeszła. Na pewno nie są dla niej zbyt trudne. –

Zamilkłem na chwilę. – Ale czy nie będą zbyt trudne dla ciebie?

Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w podłogę.
–  Ta  kobieta  umiera,  a  ty  nie  możesz  jej  pomóc.  Czuje  ogromny  gniew  na  lekarza,

który  skazał  ją  na  śmierć,  partacząc  operację.  Traci  wszystkie  lata  życia,  które  miała

background image

nadzieję  przeżyć,  nigdy  się  nie  zestarzeje,  nie  zobaczy,  jak  dorastają  jej  dzieci.  Dasz
radę wziąć ją za rękę, stanąć wobec jej śmierci i razem z nią dźwigać ciężar jej uczuć?

– To potwornie trudne.
– Owszem, ale tak właśnie wygląda prawda.
– Rzucasz mi wyzwanie?
– Ja? Ależ skąd. Życie to robi. Zresztą, nie ciebie wystawia na próbę, ale twoją wizję

terapii.  Myślisz,  że  superwizor  zatwierdził  twoją  decyzję,  ale  on  podpisał  się  tylko  pod
pewną  wizją  terapii  i  życia  w  ogóle,  taką,  w  której  jest  miejsce  na  światło,  ale  na
ciemność  już  nie,  gdzie  niebo  jest  zawsze  bezchmurne,  a  my  cieszymy  się  różnymi
rzeczami i nigdy niczego nie tracimy.

–  Superwizor  naprawdę  sprawiał  wrażenie,  że  popiera  mój  punkt  widzenia.  Wykazał

zrozumienie.

– Rozumiał twoją przemożną chęć, żeby wziąć nogi za pas. To normalne, każdy woli

przed  śmiercią  uciekać,  niż  się  od  niej  uczyć.  Dobrze  o  tym  wiem,  bo  sam  mam  dużą
wprawę w uciekaniu. Ale ty tak naprawdę nie miałaś zamiaru zostawić tej kobiety samej
z  jej  cierpieniem  i  umieraniem.  Gdyby  tak  było,  poprzestałabyś  na  opinii  superwizora
i  do  głowy  by  ci  nie  przyszło,  żeby  o  cokolwiek  mnie  pytać.  Teraz,  kiedy  to  widzisz,
weźmiesz tę kobietę za rękę i będziesz przy niej, gdy najbardziej tego potrzebuje.

– To straszne – patrzeć jak umiera i nie móc jej w żaden sposób pomóc.
–  Nie  możesz  sprawić,  że  przestanie  cierpieć.  Nie  możesz  przedłużyć  jej  życia.  Ale

jeżeli  pozwolisz,  by  poruszył  cię  jej  dramat,  jeśli  przejmiesz  się  jej  cierpieniem,  stratą
i  umieraniem,  uczynisz  to  wszystko  łatwiejszym  do  zniesienia.  Nie  będzie  musiała
dźwigać sama tego ciężaru, skoro będziesz stać u jej boku i trzymać ją za rękę.

– Nie wiedziałam, że to należy do zakresu moich obowiązków zawodowych...
–  Psychoterapeuta  to  nie  jest  zawód  jak  inne.  To  powołanie.  Przez  swoją  chorobę,

cierpienie  i  umieranie  ta  kobieta  cię  wzywa.  Twoim  zadaniem  jest  odpowiedzieć  na  to
wezwanie,  pozwolić,  by  twoja  ręka  odnalazła  jej  dłoń,  i  być  przy  niej,  kiedy  będzie
zmagać się ze śmiercią.

– To takie straszne...
– Pewnie, że straszne. Cierpisz, bo choroba i perspektywa śmierci tej kobiety niszczy

także twoje marzenia dotyczące niej i waszej wspólnej pracy podczas psychoterapii. Nie
możesz  sprawić,  że  ona  wyzdrowieje.  Nadchodząca  śmierć  jest  jak  pożoga,  morze
płomieni,  które  pożerają  wszystko,  cośmy  dotąd  znali.  Ale  w  pewnym  momencie
płomienie  opadną,  ogień  zgaśnie  i  na  pogorzelisku  obydwie  odnajdziecie  coś,  czego
żadna z was się nie spodziewa, nie potrafi jeszcze opisać ani nazwać. Ona odkryje, kim
jest, kiedy słowa przestaną się liczyć, a wszelkie marzenia i wyobrażenia na temat życia
i jej samej stracą rację bytu. Ty też to odkryjesz.

Sądzimy, że życie i śmierć to dla nas za wiele. Z całej siły odpychamy je od siebie, ale

one  nie  dają  się  zbyć.  Przychodzą  i  po  prostu  biorą  nas  w  objęcia,  równając  z  ziemią
kłamstwa,  za  którymi  próbujemy  się  schronić.  Czy  jako  przyjaciele,  czy  też  jako
terapeuci, musimy umieć przyjąć także śmierć – śmierć nawiązanych przez nas relacji,
naszych nadziei i marzeń. Kiedy czuwamy przy kimś, kto umiera, zaczynamy rozumieć,
że  my  także  umieramy.  Jeśli  przyjmiemy  tę  prawdę,  będziemy  mieć  szansę,  żeby
dowiedzieć się, kim naprawdę jesteśmy – tam, w największej głębi, gdzie słowa się nie
liczą i gdzie panuje niezmącona cisza.

background image

Psychologiczne wybrzydzanie

Bardzo chętnie wybieramy z życia części pasujące do naszej wyimaginowanej układanki,
nie  chcemy  zaś  ogarnąć  jego  całości,  odrzucamy  niewygodne  fragmenty  i  wmawiamy
sobie,  że  damy  radę  żyć  poza  rzeczywistością.  Wydaje  nam  się,  że  uciekamy  przed
zewnętrznym  światem,  podczas  gdy  tylko  chowamy  się  przed  tym,  co  konfrontacja  ze
światem budzi: mianowicie wewnętrzny świat uczuć i lęków. I tak nigdy nie uda się nam
uciec od tego, kim jesteśmy.

Kierują  nami  uczucia,  których  sobie  nie  wybieramy.  Kiedy  przychodzi  ból  straty,

doświadczamy naszej miłości do bliskich, którzy odeszli. Jeśli inni ludzie naruszają nasze
granice, gniew pomaga nam się bronić. Strach sam w sobie nie jest zagrożeniem, lecz
sygnałem alarmowym ostrzegającym przed niebezpieczeństwami, tak zewnętrznymi, jak
i wewnętrznymi. Uczucia, nawet trudne, są dobre. Dzięki nim żyjemy. Czemu więc tak
wrogo odnosimy się do naszych uczuć? Odrzucamy je, myśląc: „Nie chcę czuć się w ten
sposób!”.  Jako  psychologicznie  wybredni  nazywamy  emocje,  których  chcemy,
„pozytywnymi”,  a  te,  których  sobie  nie  życzymy,  „negatywnymi”.  Próbujemy  podzielić
świat, by móc żyć w części, która nam odpowiada, i zapomnieć o tej drugiej. Łudzimy
się,  że  wtedy  osiągniemy  doskonałość  i  niezmącony  spokój,  lecz  w  rzeczywistości
pozostajemy po dawnemu podatni na wszystkie uczucia, jest w nas dobro i zło.

Jeśli nie możemy znieść bólu, jaki przynoszą uczucia, próbujemy wyprzeć się połowy

swojego  jestestwa.  Człowiek,  który  przez  lata  praktykował  medytację,  unikał  w  swym
życiu  gniewu,  wierząc,  iż  to  uczucie  zniweczyłoby  jego  duchowy  wzrost.  Twierdził,  że
złość jest „antyduchowa”: „Każda rzecz wzrasta wskutek poświęcania jej uwagi. Dlatego
nie  możesz  skupiać  się  na  gniewie”.  Stosował  więc  techniki  medytacji,  by  wyciszyć  się
i  oczyścić  z  emocji  antyduchowych.  Tłumienie  gniewu  rychło  przemieniło  go  jednak
w bierne popychadło, regularnie eksplodujące niekontrolowaną wściekłością.

Psycholog  John  Welwood  nazwał  unikanie  gniewu  stosowaniem  „duchowego

objazdu

[2]

.  Często  wykorzystujemy  duchowość,  żeby  unikać  niechcianych  uczuć,

konfliktów i... życia. Gdy poszukujemy stanu duchowej obojętności – błędnie określanej
mianem transcendencji – doprowadzamy tylko do duchowego rozwodu z samymi sobą.
Opisany  powyżej  człowiek  chciał  wznieść  się  ponad  życie  wewnętrzne,  wypierając  się
go.  Emocje  pogrzebał  głęboko,  nie  widząc,  że  właśnie  zasiewa  ziarno,  nad  którego
wzrostem nie będzie miał kontroli. Uczucia, których nie aprobował, traktował tak, jakby
nie  istniały.  Człowiek  nie  może  jednak  przestać  być  sobą,  tak  jak  woda  nie  może
przestać  być  mokra.  Myśli  i  odczucia  powstają  w  nas  bez  naszej  wiedzy  i  zgody.  Nie
uciekniemy  od  siebie  samych,  bo  nie  jesteśmy  miejscem,  które  można  opuścić,  ani
rzeczą,  którą  można  przerobić.  Tymczasem,  nie  chcąc  radzić  sobie  z  naszym  życiem
wewnętrznym,  wolimy  je  po  prostu  odciąć.  Ale  taki  zabieg  nie  jest  ani  terapią,  ani
duchowym  doskonaleniem,  to  po  prostu  amputacja.  Już  Simone  Weil  powiedziała,  że

background image

życie nie wymaga okaleczania, by było czyste

[3]

. A jednak ludzie wciąż się okaleczają, bo

niektórych  przejawów  swojego  człowieczeństwa  po  prostu  nienawidzą.  Mają  nadzieję,
że oczyszczą się, jeśli będą się ciąć.

Jeśli mamy obsesję czystości, bierzemy rozbrat z prawdziwym życiem, bo ono składa

się z rzeczy czystych i wręcz przeciwnie. Człowiek, o którym tu mowa, próbował poprzez
duchowe  oczyszczenie  odseparować  się  od  uczuć  i  życia,  by  egzystować
w alternatywnej rzeczywistości pozbawionej emocji, takich jak gniew. Jego wyobrażenie
na własny temat, idealny obraz samego siebie, stał w sprzeczności z prawdą o tym, kim
był.  Jakże  ciężko  pracujemy,  by  dostosować  się  do  wyidealizowanego  wzorca...  Na
próżno,  bo  nie  jesteśmy  idealni,  tylko  prawdziwi.  A  nasz  ideał  jest  jedynie  produktem
wyobraźni.

Czy  nasza  świadomość  zniesie  prawdę  o  nas  samych,  jeśli  przestaniemy  stosować

przemoc,  jaką  jest  samooczyszczanie?  A  czy  lustro  odrzuca  jakikolwiek  obiekt
znajdujący  się  przed  nim?  Życie  to  nie  supermarket,  w  którym  wrzucamy  do  koszyka
starannie  wyselekcjonowane  emocje,  a  wszystko,  co  nam  nie  pasuje,  odstawiamy  na
półkę. Nie ma sensu rozcinać życia i wyrzucać jego połowy. W trakcie terapii otwieramy
się na wszystko, co życie przynosi, aż w końcu nie musimy już próbować zaakceptować
siebie. Otwieramy się na człowieka, którym od zawsze byliśmy.

Zbieracze psich kup

Zamiast  po  prostu  przyjąć  życie  takim,  jakie  jest,  i  zaakceptować  samych  siebie,
zaczynamy  wybierać  i  przebierać,  albo...  robić  coś  zupełnie  odwrotnego.  Pewien
człowiek nie przestawał myśleć o najgorszych rzeczach, jakie przytrafiły mu się w życiu.
Rozważał  je,  rozpamiętywał,  rozkładał  na  czynniki  pierwsze,  i  tak  w  kółko,  aż  nabawił
się zwyczaju chronicznego zadręczania się. Zaślepiony swoją obsesją, nie dostrzegał, że
stworzył sobie fałszywy, niepełny obraz świata – takiego, w którym działo się tylko zło.
Cierpiał,  ale  nie  z  winy  prawdziwego  świata,  tylko  własnej  wizji,  która  mu  prawdziwy
świat  przesłaniała.  Hołubił  swój  nawyk  zadręczania  się,  bo  przez  pomyłkę  uznał  go  za
wyższą, bardziej wyrafinowaną formę myślenia. Nie mogłem się z nim zgodzić. Rzuciłem
uwagę,  że  zazwyczaj,  gdy  widzimy  psią  kupę  na  chodniku,  obchodzimy  ją  bokiem;
rzadko  kto  podnosi  ją,  dokładnie  się  przygląda  i  pieczołowicie  obwąchuje,  a  potem
chowa  do  kieszeni.  Zatkało  go.  Przez  chwilę  patrzył  na  mnie  zszokowany,  a  potem
zapytał:

– Chce pan przez to powiedzieć, że jestem takim zbieraczem psich kup?

background image

Znam siebie na wylot

Jeśli  nie  zbieramy  psich  kup,  możliwe,  że  pochłania  nas  poszukiwanie  prawdy.  Nie  tej
zwykłej,  która  po  prostu  jest  tu  i  teraz,  tylko  lepszej,  takiej,  po  którą  trzeba  wyprawić
się  na  krańce  świata.  Niestety,  nigdy  nie  zdołamy  naszym  umysłem  przeniknąć
wszechrzeczy,  ani  nawet  w  pełni  poznać  samych  siebie.  Są  w  nas  miejsca,  które
pozostają poza naszym polem widzenia, dlatego zawsze będziemy potrzebowali kogoś,
kto  pomoże  nam  zobaczyć  to,  czego  sami  nie  widzimy.  O  przykłady  nietrudno.  Raz
jeden kolega oświadczył, bardzo zadowolony:

– Nie uwierzysz, jak niesamowicie stałem się pokorny!
Terapia  nie  wyeliminuje  martwych  pól,  czyli  miejsc  w  nas  samych,  których  nie

widzimy. Przeciwnie – pomoże nam zaakceptować fakt, że zawsze będziemy częściowo
ślepi. Dzięki temu nauczymy się brać pod uwagę zdanie osób, które widzą to, czego my
nie  widzimy,  i  robić  użytek  z  ich  spostrzeżeń.  Niestety,  boimy  się  tego,  co  inni  mogą
o nas pomyśleć, i zatykamy uszy, gdy mówią to, co powinniśmy usłyszeć. Chwytamy się
mechanizmów obronnych i tworzymy iluzje, żeby tylko nie widzieć prawdziwego świata.

Ale  to  nam  nie  wystarcza.  Nie  chcemy  sami  pozostawać  w  ciemności,  uważamy,  że

inni też nie powinni widzieć. Robimy wszystko, żeby do nas dołączyli, i też oślepli na to,
czego  my  nie  widzimy.  Och,  jakże  dobrze  się  czujemy  w  towarzystwie  wzajemnej
ślepoty.  Wszyscy  zgadzamy  się,  żeby  nie  widzieć  tego,  czego  widzieć  nie  mamy  chęci.
Szkoda tylko, że fakty nie przestają istnieć tylko dlatego, że zaprzeczamy ich istnieniu.
Tkwiąc w postawie zaprzeczenia, cierpimy. I oczywiście nie dostrzegamy tego, że sami
sobie to cierpienie zadajemy.

Pewna kobieta oświadczyła z dumą, że wreszcie ustawiła swojego męża, bo otwarcie

nazwała go skończonym dupkiem.

– Nie powinna pani nazywać męża dupkiem.
– Dlaczego nie? Wreszcie zdobyłam się na uczciwość.
– To, co pani nazywa uczciwością, inni nazwaliby okrucieństwem. Jest taki wierszyk:

„Kije i kamienie powodują cierpienie, ale od żadnego słowa nie zaboli mnie głowa”. Zna
go pani? Cóż, uważam, że jest bzdurny. I nieprawdziwy. Słowa potrafią zranić i sądzę,
że zraniła pani męża, nazywając go dupkiem.

– Cóż, wreszcie musiał usłyszeć prawdę.
– Och, i z pewnością ją usłyszał. Bo prawda jest taka, że ubliżyła mu pani. Niewiele

panią  obchodziło,  jak  mąż  się  poczuje.  Jestem  pewien,  że  zapamięta  tę  prawdę  –  że
pani nie zależy.

Moja  rozmówczyni  wierzyła,  że  rozpracowała  męża.  Jeśli  zaś  chodzi  o  jej  własne

zachowanie,  była  zupełnie  ślepa.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  jaki  efekt  mogły  wywołać
jej  słowa  i  jak  bardzo  były  raniące.  Co  więcej,  wdała  się  ze  mną  w  dyskusję,  chcąc
przeciągnąć  mnie  na  swoją  stronę.  Miałem  stać  się  równie  ślepy  jak  ona  i  poprzeć  ją,
gdy zaprzeczała prawdzie. Kiedy zamiast tego zasugerowałem, że mąż mógł odebrać jej
słowa jako okrutne i uznać, że nie zależy jej na nim, obruszyła się.

– Nie miałam tego na myśli. To jego interpretacja, nie powinien brać wszystkiego do

siebie.

background image

Słów  nie  można  oddzielić  od  ich  znaczeń,  a  wypowiedzi  pozbawić  konsekwencji.  Ta

pani  przekonała  się,  że  to  niemożliwe.  Jej  pogardliwy  stosunek  do  męża  pociągnął  za
sobą bardzo smutne konsekwencje. Doszło do rozwodu.

Kiedy  zgłaszamy  się  na  terapię,  nie  wiemy,  jakie  jest  źródło  naszych  problemów.

Wchodzimy do gabinetu, siadamy w fotelu i mówimy: „Nic z tego nie rozumiem. Staram
się  robić  wszystko  tak,  jak  trzeba,  ale  to  nie  działa.  Nic  mi  nie  pomaga”.  Na  swoje
potrzeby  tworzymy  rozmaite  teorie,  które  mają  wyjaśnić,  dlaczego  jest  nam  tak  źle.
Niestety, teorie w rodzaju „mój mąż to skończony dupek” są po prostu jeszcze jednym
objawem  naszej  ślepoty.  A  ponieważ  bardzo  te  nasze  koncepcje  lubimy,  nakłaniamy
innych, żeby w nie uwierzyli: „Sami powiedzcie, jak można robić takie rzeczy? No czyż
to nie jest skończony dupek?”. Jeśli nasi przyjaciele (i nasz terapeuta) kochają nas, nie
mogą  kochać  kłamstwa,  które  nas  zaślepia.  Przeciwnie,  będą  się  starali  nam  pomóc
dostrzec  prawdę,  którą  te  kłamstwa  skrywają.  Jeśli  kochamy  naszych  przyjaciół,
zniesiemy prawdę, którą przed nami odsłaniają, i nauczymy się nią żyć. Jeżeli natomiast
kochamy własne kłamstwa, uznamy, że najlepszą obroną jest atak i będziemy próbować
zwalić  na  nich  nasze  cierpienie:  „To  bzdury!  Nie  kupuję  tego.  Spójrz  lepiej,  co  ty
wyprawiasz!”.  Nikt  z  nas  nie  zna  samego  siebie  na  wylot.  Są  w  nas  miejsca,  które
pozostają  poza  naszym  polem  widzenia,  i  zawsze  będziemy  potrzebowali  innych  ludzi,
żeby  je  nam  pokazali.  Kiedy  dzięki  nim  zobaczymy  to,  czego  wcześniej  nie  mogliśmy
dostrzec,  wreszcie  będziemy  mogli  przyjąć  rzeczywistość  taką,  jaka  jest,  i  wyciągnąć
ręce  po  dary,  jakie  przynosi.  Wcześniej  w  ogóle  ich  nie  widzieliśmy,  zaślepieni  przez
własne kłamstwa.

Jestem drugim tobą i kimś zupełnie innym

Skąd  się  bierze  nasza  psychologiczna  ślepota?  Otóż  sami  się  oślepiamy,  stosując
najróżniejsze  mechanizmy  obronne.  Prawda,  którą  jako  pierwszy  odkrył  przed  nami
rzymski  komediopisarz  Terencjusz,  jest  taka,  że  nic,  co  ludzkie,  nie  jest  nam  obce.
Natomiast każdy mechanizm obronny to sposób, w jaki przekonujemy samych siebie, że
jakieś uczucia, myśli albo pragnienia są nam nieznane. Wytykamy innym, że starają się
uniknąć  bólu,  bo  pozwalają,  by  zawładnęły  nimi  kłamstwa,  a  nie  widzimy,  że  robimy
dokładnie to samo. Udajemy, że po prostu nie miewamy niektórych emocji, potrzeb czy
problemów.  Tymczasem,  jak  to  ujął  Stack  Sullivan,  twórca  szkoły  interpersonalnej
w  psychiatrii,  jesteśmy  o  wiele  bardziej  ludzcy,  niż  myślimy.  Nikt  nie  jest  nieczuły  na
ból, jaki zadaje nam życie, każdy cierpi z powodu straty i śmierci, i każdy próbuje, jak
może, uciekać od rzeczywistości.

Są  takie  ludzkie  cechy,  których  bardzo  nie  lubimy  i  krytykujemy  za  nie  innych.  Tych

właśnie  cech  nie  chcemy  dostrzec  w  sobie:  „Szef  jest  arogancki”,  „Bogaci  ludzie  to
chciwcy  i  skąpiradła”,  „Biedni  ludzie  sami  są  sobie  winni,  bo  to  po  prostu  śmierdzące
lenie”. Każdy z nas bywa czasem arogancki, chciwy albo leniwy, ale czujemy się o wiele

background image

lepiej,  kiedy  przypiszemy  te  cechy  innym  ludziom,  by  móc  ich  krytykować.  Problem
w  tym,  że  taka  wizja  jest  kompletnie  nieprawdziwa.  Wszyscy  jesteśmy  braćmi
w upadkach, w kłamstwach i zaprzeczaniu rzeczywistości. Każdy popełnia błędy i zadaje
ból innym. Takie są fakty. Nie są one dla nas specjalnie miłe i pochlebne, więc trudno
nam je przyjąć. Wolimy wykluczyć się ze świata ułomnych istot, którymi są ludzie. Mocą
wyobraźni  wznosimy  się  ponad  ogół  śmiertelników,  a  potem  patrzymy  z  góry  na  tych
ludzi,  oceniamy  ich,  wytykamy  im  ich  ludzkie  wady.  Nawet  nie  przychodzi  nam  do
głowy, że gdy to robimy, odwracamy się z pogardą od naszego człowieczeństwa.

Każdy mechanizm obronny zabija coś w naszym wnętrzu albo w życiu zewnętrznym.

Za  każdym  razem,  kiedy  mówimy,  że  żal,  który  czujemy,  jest  bezsensowny,  że  nasze
pragnienia to śmieszne, głupie kaprysy, a złość jest po prostu obrzydliwa, dokonujemy
jakiegoś  zabójstwa.  Można  umrzeć  od  dwóch  precyzyjnych  nacięć  ostrzem,  kiedy
człowiek  otwiera  sobie  żyły.  Można  też  umrzeć  od  tysięcy  niewidocznych  ciosów
zadanych duszy. To jest psychologiczne samobójstwo.

Kiedy spotkamy drugiego człowieka, doświadczamy inności. Ten ktoś ma inne serce,

inny umysł i inną ścieżkę życia. To odkrycie burzy obraz świata, jaki stworzyliśmy sobie
w  wyobraźni.  Jak  na  nie  zareagujemy?  Wyślemy  nasze  wyobrażenia  do  lamusa
i pogodzimy się z życiem czy też odwrócimy się z pogardą od rzeczywistości, która śmie
zawierać w sobie możliwość istnienia kogoś innego? W najgorszym wypadku zderzenie
z  rzeczywistością  obudzi  w  nas  szczególnie  niebezpieczną  fantazję:  „Jeśli  zabiję  tego
człowieka,  wymażę  raz  na  zawsze  jego  sposób  myślenia”.  Przesadzam?  Raczej  nie.
W naszym świecie fanatycy raz po raz próbują skazać na niebyt jakąś myśl, pogląd czy
uczucie, zabijając ludzi.

Są  tacy,  którzy  zabijają  naprawdę,  inni  robią  to  symbolicznie.  Ktoś  bezlitośnie

wyśmiewa  rozmówcę  podczas  telewizyjnego  talk-show.  Żona  wyładowuje  swoją
wściekłość na mężu, wrzeszcząc na niego. Ojciec bije dziecko. W każdej z tych sytuacji
jedna osoba atakuje drugą, usiłując zniszczyć jej sposób myślenia, jej życie i ją samą.
Ale  robią  to  na  próżno.  Wobec  życia  i  jego  różnych  przejawów  jesteśmy  równie
bezradni, jak wobec nieuchronności śmierci i strat, któe ono przynosi. Życie płynie, nie
jesteśmy  w  stanie  zatrzymać  jego  nurtu.  Już  łaciński  teolog  Tertulian  przed  niemal
dwoma tysiącami lat notował ze smutkiem, że pierwszą reakcją, jaką wzbudza prawda,
jest nienawiść.

Nienawiść  atakuje  rzeczywistość  i  próbuje  ją  zniszczyć,  ale  te  wysiłki  na  nic  się  nie

zdają.  Ponosi  klęskę  za  klęską,  co  tylko  potęguje  jej  wściekłą  gwałtowność.  Nienawiść
kipi,  pęcznieje,  wypiętrza  się,  jakby  chciała  przerosnąć  życie,  zastraszyć  je  i  pokonać.
Fanatycy  i  wszelkiej  maści  przemocowcy  wierzą,  że  wystarczy  brutalna  siła,  żeby
wykorzenić  raz  na  zawsze  postawy,  których  nie  rozumieją  i  nie  akceptują.  Nigdy  nie
dopną  swego,  bo  każde  dziecko,  które  się  rodzi,  przynosi  ze  sobą  na  świat  zdolność
samodzielnego myślenia.

Niestety,  choć  lata  mijają  i  przychodzą  kolejne  pokolenia,  wciąż  zbyt  wiele  dzieci

wychowuje się w domach, gdzie żeby przetrwać, muszą siedzieć cicho. Pacjentka, która
w  dzieciństwie  doświadczyła  przemocy  psychicznej,  przynosi  na  terapię  ciężar  tych
wszystkich  lat,  gdy  była  dzieckiem  i  zabijano  w  niej  duszę

[4]

.  Przygląda  mi  się

podejrzliwie:  „Czy  ten  terapeuta  będzie  ode  mnie  wymagał,  żebym  wyparła  się  tego,
czego pragnę? Czy zechce odebrać mi to, co kocham? A może ja uprę się przy swoim

background image

i będę oczekiwać, że pójdzie na ustępstwa, rezygnując ze swojego zdania, żeby w ten
sposób  udowodnić  mi,  że  mu  na  mnie  zależy?  Co  będzie,  jak  zderzą  się  nasze  punkty
widzenia?  Czy  ich  współistnienie  w  ogóle  jest  możliwe?”.  Te  pytania  nie  są  błahe  ani
bezzasadne, konflikty tego rodzaju często pojawiają się bowiem podczas terapii.

Pewien  czterdziestoletni  mężczyzna  zgłosił  się  do  mnie  z  powodu  problemów,  jakie

wciąż pojawiały się w jego związkach. Bardzo szybko mogłem przekonać się na własnej
skórze, jak wyglądały te problemy, bo zaczął je stwarzać w moim gabinecie. Pokazałem
mu,  że  jego  zachowanie  wobec  mnie  –  zdystansowane,  wręcz  odpychające  –
odzwierciedla sposób, w jaki funkcjonuje w związkach z kobietami.

– To stek bzdur! – parsknął.
– Reaguje pan sarkazmem. Zauważył pan to?
– A jak mam reagować? Opowiada mi pan dyrdymały i myśli pan, że w nie uwierzę?
–  W  porządku,  rozumiem,  że  pan  się  ze  mną  nie  zgadza.  Nie  mam  nic  przeciwko

temu. Czy pan może zaakceptować fakt, że ja się z panem nie zgadzam?

– Jasne. – Wzruszył ramionami.
– Wyraźnie widać, że każdy z nas ma inny punkt widzenia. Pan ma swój, a ja swój.

To  normalne,  tak  właśnie  powinno  być.  Po  prostu  dwa  umysły  spotykają  się  w  jednej
przestrzeni. Rozumiem, że to panu nie przeszkadza?

– Jasne, że nie – skwitował.
– Po co więc wysilać się na sarkazm? To chyba niepotrzebny wydatek energii, skoro

nasza różnica zdań panu nie przeszkadza?

– Nie wiem. – Zmarszczył brwi, zaskoczony. – Nigdy o tym nie myślałem.
W  następnej  chwili  mój  rozmówca  zupełnie  spontanicznie  opowiedział  mi  o  swoim

ojcu.  Był  to  alkoholik  i  przemocowiec,  który  tyranizował  rodzinę,  a  syna  wykpiwał,
obrzucał najgorszymi wyzwiskami i regularnie bił. Nic dziwnego, że syn, dorósłszy, sam
używał języka pełnego sarkazmu i pogardy. Na pierwszy rzut oka można było uznać to
za  mur,  którym  się  otaczał.  W  rzeczywistości  było  to  okno,  które  pozwalało  zobaczyć
cierpienie, jakie przeżył w przeszłości. Nie musiał używać wielu słów, żeby opowiedzieć
mi  swoją  historię.  Odegrał  ją  przede  mną,  zachowując  się  tak,  jak  się  zachował.
Chuligani  zastraszają  słabszych,  ojcowie-gwałtownicy  maltretują  dzieci,  fanatycy
zabijają...  Ale  rzeczywistości  nie  da  się  wyrwać  z  korzeniami,  nawet  przy  użyciu  tak
drastycznych  środków.  Owszem,  przemoc  doznawana  od  ojca  nie  pozostała  bez
skutków  –  w  dorosłym  życiu  syn  gardził  samym  sobą,  a  bliskich  odpychał  i  ranił,  bo
wciąż  się  bał,  że  zostanie  przez  kogoś  skrzywdzony.  Ból,  którego  doświadczył
w  dzieciństwie,  uczynił  z  niego  ofiarę,  która  potrafiła  tylko  jedno  –  stać  się  kolejnym
katem. A przecież, choć gardził sobą i usiłował mnie odstraszyć, żebym przypadkiem się
do  niego  nie  zbliżył,  ten  człowiek  wciąż  krył  w  sobie  swoje  prawdziwe,  wewnętrzne
życie,  przyczajone  za  zasiekami  pogardy  i  wrogości,  które  sam  wzniósł.  To  życie  było
jego i nie mogło go zdradzić, więc wciąż wysyłało do niego sygnały, które interpretował
jako  ciągły  niepokój.  Wreszcie,  nie  mogąc  ich  dłużej  ignorować,  zgłosił  się  na  terapię.
Jeśli spojrzymy na problem z tej perspektywy, można powiedzieć, że nikt nie przychodzi
na terapię. Każdy jest prowadzony, ba, może wręcz wleczony przez ten niepokój i inne
objawy, które stają się nie do zniesienia. I daje się tu przywlec w nadziei, że zostanie na
powrót  scalony  i  uleczony  przez  spojrzenie,  które  przyjmuje  i  akceptuje  całego
człowieka.

background image

Bardzo  chcemy  wysłać  do  wszystkich  diabłów  to  nasze  uprzykrzone  wewnętrzne

życie,  które  nie  daje  nam  spokoju  i  wysyła  sygnały,  że  potrzebuje  terapii.  A  jednak
trzeba  nam  zaakceptować  samych  siebie  i  to,  jacy  jesteśmy.  Jako  przedstawiciele
gatunku  homo  sapiens  –  ja  jestem  tobą,  a  ty  mną.  Wszyscy  dzielimy  to  samo
doświadczenie  człowieczeństwa,  które  sprawia,  że  potykamy  się  i  upadamy,
zaprzeczamy  rzeczywistości,  uciekamy  się  do  projekcji.  A  może  jedyny  ratunek  leży
w  tym,  żeby  przyjąć  i  zaakceptować  rzeczy,  które  odrzucamy  w  sobie,  a  widzimy
w innych? Kiedy mój pacjent przestał się bać, że go skrzywdzę, zdał sobie sprawę, że
przez lata sam krzywdził siebie i swoich bliskich. Rozpoczął proces żałoby nad tym, co
stracił,  i  zmierzył  się  z  gniewem,  jaki  czuł  wobec  ojca.  Kiedy  zdecydował  się
zaopiekować  swoim  wewnętrznym  życiem,  przestał  być  krzywdzicielem  i  wreszcie
odważył się kochać.

Nasze myśli, poglądy i przekonania nie są jedynymi pod słońcem – udowadniają nam

to ludzie, których spotykamy. Każdy po swojemu widzi świat, nasze wizje są rozbieżne
do  tego  stopnia,  że  nie  rozpoznalibyśmy  siebie  w  tym,  jak  nas  postrzegają  inni.
Przekonanie,  że  wszystko  wiemy  najlepiej  i  zawsze  mamy  rację,  zostaje  nieco
zachwiane,  kiedy  zaczynamy  rozumieć,  że  to,  co  sądzimy  o  innych,  więcej  mówi
o  naszych  poglądach,  niż  o  tym,  jacy  oni  są  naprawdę.  Żywego  człowieka  nie  da  się
zredukować  do  sztywnych  pojęć.  Mężczyzna,  który  twierdził  z  przekonaniem,  że
opowiadam dyrdymały, w ogóle nie usłyszał, co mówię, bo w uszach miał tylko własną
opinię na mój temat. Każdy, oczywiście, ma prawo do własnych opinii i reakcji, ale nie
należy otaczać się nimi jak drutem kolczastym. Dobrze jest pamiętać, że dowodzą one,
iż jesteśmy częścią czegoś większego niż my sami.

Jeśli  postrzegamy  innych  ludzi  jako  istoty  zupełnie  nam  obce  i  w  dodatku  tkwiące

w  błędzie  albo  po  prostu  złe,  trzeba  nam  zrozumieć,  że  ten  sztywny  podział  istnieje
tylko  w  naszych  głowach.  Gdy  to  zaakceptujemy,  wyjdziemy  z  izolacji,  w  której
zamknęła  nas  własna  wyobraźnia,  i  na  powrót  zaczniemy  żyć  wśród  ludzi  –  naszych
braci  w  człowieczeństwie.  Dopóki  tak  się  nie  stanie,  dopóki  będzie  istniał  w  naszych
głowach  sztywny  podział  na  „nas”  i  „ich”,  alienacja  i  samotność  będą  niszczyć  nasze
życie, przynosząc cierpienie.

Czy  mógłby  pan  mnie  okłamywać?  Dobrze
zapłacę

Jeśli mamy przyjąć i zaakceptować innych ludzi, musimy z ich kłamstwami zmierzyć się
tak  samo,  jak  z  naszymi.  Może  się  zdarzyć,  że  ktoś  niemal  otwarcie  poprosi  nas,
żebyśmy  kłamali.  Pewien  człowiek  twierdził,  że  terapia  nie  jest  mu  do  niczego
potrzebna.  Ale  ponieważ  przyjaciele  nie  dawali  mu  spokoju,  widząc,  że  ma  problem
z narkotykami, poprosił mnie, żebym przyjął od niego honorarium za terapię. Ja dostanę

background image

pieniądze, on będzie mógł rozgłaszać, że się leczy, i wszyscy będą zadowoleni.

–  Miałbym  w  zamian  za  honorarium  oferować  panu  fałszywą  czy  też  prawdziwą

terapię? – Chciałem się upewnić.

– Zależy mi na jednym. – Machnął ręką. – Chcę, żeby kumple odczepili się ode mnie.
–  Oni  się  do  pana  nie  przyczepili.  Prawda  się  przyczepiła.  Zacisnęła  szczęki  jak

amstaff,  i  nie  zamierza  puścić.  Przyjaciele  po  prostu  to  widzą  i  chcą,  żeby  pan  też
zauważył.

– Wystarczy, że się zamkną, to nie będę musiał o tym wszystkim myśleć.
–  Oczywiście.  Może  pan  unikać  myślenia  o  prawdzie,  ale  to  niczego  nie  zmieni.

Prawda,  żeby  istnieć,  nie  potrzebuje  tego,  by  pan  o  niej  pamiętał.  Może  pan  uciekać,
gdzie oczy poniosą, ale ona będzie siedzieć panu na karku.

–  Niech  pan  posłucha.  –  Mój  rozmówca  uderzył  w  ton  stanowczy.  –  Przychodzę  do

pana,  mam  zamiar  panu  zapłacić.  Wszystko  po  to,  żeby  móc  im  powiedzieć,  że
zgłosiłem się na terapię.

– Ale nie zamierza pan tej terapii podjąć, tylko udawać, że pan to robi.
– Co za różnica? Nikt nie musi o tym wiedzieć.
–  Cóż,  my  dwaj  będziemy  wiedzieć.  Liczy  pan  na  to,  że  płacąc  mi  za  bycie

nieuczciwym,  zakupi  pan  sobie  rzeczywistość  skrojoną  wedle  pana  życzeń.  Niestety,
rzeczywistość nie jest na sprzedaż.

–  Może  pan  być  spokojny,  wszystko  zostanie  między  nami.  Ostatecznie,  co  w  tym

złego, że trochę mi pan pomoże?

– Nie pomogę panu. Ułatwię panu tylko tkwienie w kłamstwie. Sprawię, że będzie je

pan przełykał gładko i nikt nie będzie panu w tym przeszkadzał. Jeśli zapłaci mi pan za
to,  żebym  zrezygnował  z  uczciwości  wobec  pana,  stanę  się  tylko  oszustem,
bezużytecznym kłamcą.

– Niech pan nie przesadza. Nie jest pan pierwszym terapeutą, do którego przychodzę,

byłem  też  na  leczeniu  odwykowym.  Jak  dotąd,  wszyscy  byli  zadowoleni,  że  płacę,
i chętnie brali pieniądze.

– Jeśli zrobię, o co pan prosi, i wezmę za to pieniądze, stanę się zwykłym oszustem,

niewartym pańskiego zaufania. Po co miałby pan ze mną w ogóle rozmawiać? Po czymś
takim nigdy już nie odzyskam pańskiego zaufania.

–  Do  czego  pan  zmierza?  Chce  mi  pan  powiedzieć,  że  powinienem  poszukać  innego

terapeuty?

– Na pewno znajdzie pan kogoś, kto pomoże panu kłamać. Ale opłacać kłamcę, żeby

pełnił funkcję terapeuty? Po co?

W gabinecie terapeuty, tak jak i w życiu, spotykamy kłamców. Musimy uczciwie sobie

powiedzieć,  że  ci  ludzie  kłamią.  Jeśli  wesprzemy  ich  postawę  i  będziemy  sprzyjać  ich
dążeniom,  zaczniemy  okłamywać  samych  siebie.  Zresztą  kłamcy  też  chcą  zostać
uleczeni.  Ale  panicznie  się  boją  jedynego  skutecznego  lekarstwa  –  prawdy.  Tego,  że
musieliby  powiedzieć  prawdę.  Odczuć  ją.  I  zmierzyć  się  z  nią.  Każdy  z  nas  kłamie;
usiłujemy skryć się za kłamstwami, żeby obronić się przed cierpieniem. Używamy ich jak
tarczy,  którą  kurczowo  trzymamy,  i  nie  zamierzamy  odrzucić  tylko  dlatego,  że  jakiś
terapeuta twierdzi, iż tak będzie lepiej. Rezygnujemy z kłamstwa dopiero wtedy, kiedy
terapeuta  pozostaje  wobec  nas  uczciwy,  nie  daje  się  wciągnąć  w  naszą  grę  i  nie
przytakuje  kłamstwom,  które  wygłaszamy,  ale  też  nie  bagatelizuje  mechanizmów

background image

obronnych, do których jesteśmy tak bardzo przywiązani. Jeśli relacja, jaką nawiązujemy
podczas terapii, ma być uzdrawiająca, obie strony muszą być uczciwe.

Jeśli udajemy, że wierzymy w czyjeś kłamstwa, i nie mówimy mu otwarcie, że mija się

z prawdą, sami stajemy się kłamcami. Dlaczego? Bo czujemy opór przed koniecznością
zmierzenia  się  z  faktem,  że  nasz  rozmówca  kłamie.  O  wiele  łatwiej  jest  udawać,  że
wszystko jest w porządku. Kłamca, ze swej strony, zachęca nas, żebyśmy i my kłamali.
W ten sposób poddaje nas próbie – jeśli się nie ugniemy, okażemy się godni zaufania.
Gdy nasz rozmówca kłamie, musimy dosłyszeć w jego głosie ostrzegawczy, naglący ton.
To  wewnętrzne  życie  tego  człowieka,  jego  potencjał,  który  powoli  tonie  w  powodzi
kłamstw,  woła  jeszcze  o  ratunek.  Za  chwilę  nieubłagany  ciężar  kłamstw  zdławi  go,
zdusi, na dobre odbierze głos.

Dewaluacja

Kolejne  kłamstwo,  którego  się  chwytamy:  dewaluacja.  Pewna  pani  oświadczyła,  że
jestem do niczego, a to, co mówię, jest tak głupie, że aż śmieszne. Terapia u mnie była
według niej czystą stratą czasu. Nie tylko mi się dostało. Zmieszała też z błotem swoich
przyjaciół i rodzinę. Sama nie wiedziała, jak srogo się w ten sposób karze – odpychając
wszystkich, skazywała się na życie w samotności.

Każdy  z  nas  spotka  się  z  dewaluacją.  To  najczęściej  nic  osobistego,  a  raczej  ogólna

zasada, według której działa ten mechanizm obronny. Czy to wina latarni, że pies na nią
sika? Czy to nasza wina, że spotykamy człowieka, który stosuje mechanizm dewaluacji?
Jeśli  ktoś  mówi,  że  nie  jesteśmy  nic  warci,  robi  to,  żeby  nie  musieć  brać  pod  uwagę
wartości,  jaką  reprezentujemy,  i  ani  przez  chwilę  nie  poczuć  się  od  niej  zależnym.
Dewaluacja  jest  mechanizmem  obronnym,  który  ma  zapewnić  całkowitą  niezależność.
Bywa  też,  że  ktoś  lekceważy  nasze  osiągnięcia,  bo  nam  po  prostu  zazdrości;  tworzy
więc w wyobraźni wizję własnego sukcesu – o wiele większego i wspanialszego niż ten,
który  udało  się  nam  osiągnąć.  Nie  mogąc  znieść  ciężaru  własnej  zazdrości,  ludzie
dewaluują to, co jest jej obiektem, a czego w sobie szukają na próżno

[5]

.

Wysłuchałem tyrady pacjentki.
– Czy zdaje sobie pani sprawę z tego, jak pani mnie dewaluuje?
– A co? Chce pan powiedzieć, że powinnam pana wysoko cenić?
– Nie. Może mnie pani dewaluować, to wolny kraj. Ale dopóki będzie pani stosować

ten  mechanizm,  odmawiając  mi  wszelkiej  wartości,  będzie  pani  zmuszona
współpracować z bezwartościowym terapeutą w ramach bezwartościowej terapii.

– Och, ta terapia jest bezwartościowa.
–  Cieszę  się,  że  doszliśmy  do  porozumienia.  Dopóki  mnie  pani  dewaluuje,  nasza

terapia będzie bezwartościowa.

– Ta cała terapia nic mi nie daje.
– Ma pani rację. Skoro uważa pani, że jestem kompletnie bezwartościowy, terapia ze

background image

mną  na  pewno  nic  pani  nie  da.  Może  pani  nadal  stosować  wobec  mnie  mechanizm
dewaluacji, jeśli pani to odpowiada, ale terapia skończy się fiaskiem.

– Dlaczego miałabym zmienić zdanie na pański temat?
– Cóż, jestem pani terapeutą, a nie koszem na śmieci.
– Tyle że to, co pan proponuje, nie jest warte funta kłaków.
–  Na  pewno?  A  może  to  mechanizm  dewaluacji  nie  jest  wart  funta  kłaków?  Wolno

pani  przy  nim  obstawać,  nie  będę  pani  powstrzymywał,  zresztą  nie  mam  jak  tego
zrobić.  Ale  wtedy  będzie  pani  miała  za  sobą  następną  nieudaną  terapię.  Pochowa  ją
pani  na  cmentarzu,  gdzie  leżą  wszystkie  dawniejsze  terapie,  które  również  okazały  się
nieudane. A potem czeka panią kolejny pogrzeb – życia, jakie mogłaby pani mieć, gdyby
nie  ten  cmentarz.  Po  co  sabotować  kolejną  terapię?  Przecież  w  ten  sposób  jest  pani
nadal uwikłana w cierpienie, od którego mogłaby się pani uwolnić.

Za  każdym  razem,  kiedy  zapraszamy  kogoś  do  osobistej  relacji,  nasza  inicjatywa

ożywi  w  tej  osobie  wspomnienia  relacji,  jakie  dane  jej  było  przeżyć.  W  przypadku  tej
kobiety  nie  były  to  dobre  wspomnienia  –  ludzie,  których  kochała,  skrzywdzili  ją.  Moja
propozycja  pomocy  obudziła  w  niej  sprzeczne  uczucia.  Bardzo  pragnęła,  by  ktoś
szczerze  się  o  nią  zatroszczył,  ale  wyobraźnia  natychmiast  podsuwała  jej  czarny
scenariusz – jeśli odważy się mi zaufać, potraktuję ją równie okrutnie i niegodziwie jak
ludzie, których tak dobrze pamiętała. Bała się dopuścić do sytuacji, w której ktoś znowu
potraktuje  ją  jak  śmiecia.  Zbyt  często  zdarzało  się  jej  to  w  przeszłości.  Żeby
zminimalizować ryzyko, zaczęła stosować mechanizm dewaluacji. To było tak, jakby za
każdym razem cofała się w przeszłość: „Wiem, że gdy tylko ci zaufam i przywiążę się do
ciebie, ty zaraz mną wzgardzisz, powiesz, że jestem dla ciebie nikim, i odwrócisz się ode
mnie. Nie dopuszczę więc do tego – zrobię to pierwsza”.

Kiedy ludzie dewaluują nas, czujemy złość – taką, jaką oni odczuwali, gdy doznawali

podobnego  traktowania.  Jeśli  nie  rozumiemy,  jak  działa  ten  mechanizm,  możemy
popełnić  błąd  i  tę  złość  skierować  na  nas  samych.  Usłyszawszy,  że  jako  terapeuta  nie
jestem  wart  funta  kłaków,  mogłem  popaść  we  frustrację:  „Może  faktycznie  ona  ma
słuszność?  Nie  jestem  dość  dobry.  Jestem  po  prostu  do  niczego!”.  W  tym  momencie
może pojawić się pokusa, żeby podporządkować się osobie, która nas dewaluuje. Moja
pacjentka miała takie doświadczenie w relacji z matką.

– Wpadała w furię, kiedy się odzywałam. Zaczęłam myśleć, że może mnie polubi, jeśli

będę siedzieć cichutko.

Zygmunt  Freud  proces  obejmujący  rozumienie  i  interpretację  ukrytych  dynamizmów

nazywał  „przepracowaniem”.  Zwolennicy  teorii  interpersonalnej,  którzy  uważają,  że
nasza  osobowość  kształtuje  się  i  przejawia  w  relacjach  z  innymi,  mówią  o  living
through

[6]

, a więc nie tyle o „przepracowaniu”, co o „przeżyciu” problemu. Relacje, które

nawiązujemy z innymi, sprawiają, że doświadczamy szczególnie silnych uczuć i emocji.
Przeżywając je, możemy wiele się nauczyć. Dewaluację też trzeba nam będzie przeżyć.
Może  potraktują  nas  w  ten  sposób  rodzice,  może  szef  albo  kolega  z  pracy,
niewykluczone, że zrobi to nasz mąż albo żona.

Kiedy spotykamy się z dewaluacją, często reagujemy milczeniem. Możemy omyłkowo

uznać,  że  jest  ono  przejawem  naszej  grzeczności  i  sympatycznego  usposobienia.
Nieprawda.  Akceptując  dewaluację,  okazujemy  masochistyczną  uległość.  Tomasz
z  Akwinu  twierdził  stanowczo,  że  nie  wolno  okazywać  takiej  uległości  drugiemu

background image

człowiekowi,  bo  w  ten  sposób  nakłaniamy  go  do  grzechu.  I  miał  rację.  Ten,  kto  nas
dewaluuje, sam sobie wyrządza krzywdę. Nie reagując na dewaluację, przyczyniamy się
do  tego,  że  krzywdzące  zachowanie  trwa.  Co  więcej,  my  sami  zaczynamy  odczuwać
gniew,  a  może  nawet  beznadzieję  i  rozpacz,  a  więc  też  zostajemy  skrzywdzeni.  Ani
agresja,  ani  uległość  nie  są  dobrymi  odpowiedziami  na  dewaluację.  Co  powinniśmy
zrobić? Powiedzieć prawdę.

Dewaluacja,  a  więc  odmówienie  komuś  wszelkiej  wartości,  nie  jest  wglądem,  tylko

usterką  myślenia.  Nie  my  jesteśmy  beznadziejni  i  do  niczego;  to  dewaluacja  jest
bezwartościowa.  Mało  tego.  Dewaluacja,  o  ironio,  ukazuje  naszą  wartość  –  osoba
stosująca ten mechanizm zazdrości nam czegoś i nie jest w stanie tego od nas przyjąć.
Dewaluacja wyniszcza wszelkie zdrowe relacje międzyludzkie. Bierze sobie za cel każde
dobro,  które  budzi  zazdrość.  Żeby  powstrzymać  zabijanie  relacji,  także  w  terapii,  na
nienawiść  trzeba  odpowiedzieć  mocą

[7]

.  Drugi  człowiek  może  nas  dewaluować,  jeśli

chce, ale jego postawa nie determinuje naszej. Nadal mamy wybór – nie musimy karmić
raka, który go wyniszcza. Nie musimy liczyć się z mechanizmem dewaluacji, poddawać
się  mu  ani  z  nim  dyskutować.  Jeśli  okażemy  niezależność,  ofiara  dewaluacji  zyska
przyjaciela.  W  przypadku,  który  tu  opisuję,  pacjentka  zyskała  terapeutę,  którego  nie
była w stanie zniszczyć, więc zrozumiała, że może na nim polegać.

Jeśli ktoś stosuje wobec nas dewaluację, stawiajmy mocne granice. Naszą wzajemną

relację  trzeba  ochronić,  nie  dopuścić  do  tego,  żeby  zamieniono  ją  w  latrynę

[8]

.  Jeśli

pozwolimy,  by  nas  dewaluowano,  staniemy  się  wspólnikami  osoby  stosującej  ten
mechanizm,  ba,  popchniemy  ją  do  zbrodni,  którą  jest  zabicie  relacji.  Nigdy  nie  wolno
nam  poddawać  się  dewaluacji,  choć  poddanie  się  jest  postawą,  która  występuje
zarówno  w  życiu,  jak  i  w  terapii.  Poddajemy  się  wyłącznie  prawdzie,  nigdy  kłamstwu.
A dewaluacja jest kłamstwem, które ktoś próbuje nam wcisnąć.

Śmierć  zabija  nas  raz,  brak  wiary  w  siebie  –
milion razy

Możemy czasem usłyszeć od kogoś, że reprezentujemy sobą mniej niż zero – osoba ta
zastosowała wobec nas dewaluację. Jednak nieporównanie częściej sami ją stosujemy,
obierając sobie za cel własną osobę. Od pewnej pani usłyszałem:

–  Zawsze  dopatruję  się  w  sobie  wad.  Zawsze  mam  sobie  coś  za  zarzucenia.

Zadręczam się tym od rana do nocy.

Czym  jest  brak  wiary  w  siebie?  To  nienawiść  do  własnej  osoby,  ustrojona  w  ciuszki

„głębokich przemyśleń”.

–  Chciałabym  wziąć  udział  w  tych  warsztatach,  ale  jestem  za  kiepska.  Nie  poradzę

sobie, tam trzeba zdolności, a ja... szkoda gadać.

– Czy nie uważa pani, że właśnie sama się pani pogrąża?

background image

– A jeśli mam rację? Nie dam rady, nie jestem dość dobra, nie potrafię...
– Czy nie sądzi pani, że brakuje pani wiary w siebie?
– Jakie to ma znaczenie? Nie uda mi się, na pewno mi się nie uda. Zaliczę klapę.
– Czy można przeżyć jutrzejszy dzień dzisiaj?
– Nie. Oczywiście, że nie.
– Proszę zauważyć, jak umiejętnie używa pani wizji przyszłości, która istnieje jedynie

w  pani  wyobraźni,  żeby  torturować  się  już  dzisiaj.  Owszem,  jutrzejszy  dzień  może
przynieść  ból,  ale  pani  nie  chce  czekać.  Woli  pani  zadać  sobie  cierpienie  teraz,  zaraz.
Zgodnie z hasłem „Po co czekać do jutra, skoro mogę cierpieć już dzisiaj?”.

– Zgadza się. – Zaśmiała się niewesoło. – To cała ja.
– Wyraźnie się pani nie docenia. Czy w ten sposób wymierza pani sobie karę za to, że

śmie marzyć o lepszym traktowaniu?

Spuściła wzrok i zaśmiała się znowu, kiwając głową.
Kiedy wątpimy w siebie, tak naprawdę nie chcemy siebie znać. Nie zamierzamy usiąść

i  przyjrzeć  się  własnym  uczuciom,  żeby  przekonać  się,  kogo  ukażą.  Martwiąc  się  na
zapas,  człowiek  wypełnia  przyszłość  lękiem,  żeby  nie  było  w  niej  miejsca  na  odkrycie,
kim jest ta tajemnicza, nieznana osoba – on sam.

To trochę tak, jakby iść przez życie, trzymając w ręku świecę, i wyobrażać sobie, że

krąg  bladego,  chybotliwego  światła  ogarnia  cały  świat,  podczas  gdy  tak  naprawdę
ukazuje on tylko znikomą jego część. Ta mała plama światła nie zamyka w sobie naszej
prawdziwej  wartości;  kryje  się  ona  w  bezkresnym,  nieprzeniknionym  mroku.  Nikt  nie
wie,  co  przyniesie  przyszłość.  Nie  ma  sensu  udawać,  że  wiemy,  iż  przyniesie  ona
porażkę. Trzeba nam przyjąć i zaakceptować niewiadomą, którą jesteśmy.

Kiedy  przestaniemy  święcie  wierzyć  we  własne  wątpliwości  i  odpuścimy  je  sobie,

zobaczymy,  jak  bardzo  nas  zaślepiały.  Nie  dostrzegaliśmy  własnego  potencjału.  Złe
mniemanie o sobie to kolejne kłamstwo, które nam szkodzi. Kiedy je odrzucimy, odżyją
w nas uczucia. Obudzimy się, żeby żyć prawdą, którą tłumił dotąd brak wiary w siebie.

Gaslighting

[9]

Inni  ludzie  przyprawiają  nas  o  ślepotę,  gdy  udaje  się  im  nakłonić  nas,  żebyśmy
potakiwali  ich  kłamstwom.  Często  też  sami  przesłaniamy  sobie  oczy  –  zaślepiają  nas
własne,  błędne  przekonania.  Zamiast  zaakceptować  fakt,  że  nigdy  do  końca  nie
poznamy  drugiego  człowieka,  bo  każdy  jest  niezgłębioną  tajemnicą,  twierdzimy,  że
naszych  bliźnich  znamy  jak  zły  szeląg.  Jesteśmy  tego  pewni  i  ta  pewność  jest  jeszcze
jedną  rzeczą,  która  przesłania  nam  pole  widzenia.  Jeśli  chcemy  kogoś  rzeczywiście
poznać,  musimy  powiedzieć  sobie  na  wstępie,  że  go  nie  znamy.  Gdybyśmy  wiedzieli
o  kimś  wszystko,  nie  moglibyśmy  dowiedzieć  się  niczego  nowego.  Brak  wiedzy  jest
warunkiem  koniecznym,  żeby  się  czegokolwiek  nauczyć,  nieznajomość  jest  punktem
wyjścia,  żeby  kogoś  poznać.  Świadomość,  że  jest  coś,  czego  nie  wiemy,  pozwala

background image

otworzyć się na tajemnicę. Także na tę, którą jest drugi człowiek. Bywa jednak tak, że
nie  zamierzamy  przyznać  się  do  jakiejkolwiek  niewiedzy  i  otworzyć  na  drugiego
człowieka. Co się wtedy dzieje?

Przyszedł  do  mnie  pewien  mężczyzna,  który  chciał  zasięgnąć  opinii  na  temat  swojej

wcześniejszej terapeutki.

– Twierdziła, że gdy nadmiernie mrugam powiekami, oznacza to, że narasta we mnie

mordercza furia. Miała rację?

–  Nie  –  odpowiedziałem.  –  Chyba  że  ta  pani  potrafi  czytać  w  pańskich  myślach.  Ale

psychoterapia nie na tym polega.

Nie umiemy czytać w myślach innych ludzi. Jeśli chcemy nawiązać z kimś prawdziwą

relację,  musimy  porzucić  złudzenia,  że  go  przejrzeliśmy,  i  zaakceptować  ryzyko,  które
niesie ze sobą fakt, że tak naprawdę nigdy go do końca nie poznamy.

Mężczyzna mówił dalej:
– Kiedy wypowiedziała się o mnie pejoratywnie, chciałem polemizować. Oświadczyła,

że  właśnie  udowodniłem,  iż  przejawiam  opór.  Była  zadowolona  dopiero  gdy
przyznawałem się do winy, nawet jeśli miałem wewnętrzne przekonanie, że oskarżenie
jest całkowicie chybione. Czułem się jak bohater Paragrafu 22.

– No cóż, nie dziwię się panu – odparłem.
Kiedy  ktoś  wyraża  własne  zdanie,  a  my  interpretujemy  to  jako  stawianie  oporu,  to

znaczy, że usiłujemy tę osobę zastraszyć i siłą zmusić do uległości. Jeśli nam się to uda,
jej  postawę  nazwiemy  „współpracą”.  Manipulant  potrafi  wykorzystać  każdy,
najdrobniejszy  fakt,  żeby  ukazać  fałszywy  obraz  rzeczywistości  i  przekonać  wszystkich
wokół,  że  jego  wymysły  to  najprawdziwsza  prawda.  Ten  mechanizm  nosi  nazwę
gaslighting, tak jak tytuł znanego filmu, opowiadającego o mężczyźnie, który umiejętnie
manipulował  faktami,  przeinaczał  je  i  wykorzystywał  do  swoich  celów,  doprowadzając
do tego, że jego żona uwierzyła, że traci zmysły, i zaczęła podejrzewać u siebie chorobę
psychiczną

[10]

.

Jeśli ktoś chce wykazać swoją przewagę nad drugim człowiekiem i kontrolować go, na

pewno nie pomoże mu w odnalezieniu własnych słów, własnego języka. Będzie udawał,
że  go  słucha,  jednocześnie  dając  popis  brzuchomówstwa,  tak  by  w  rezultacie  słyszeć
jedynie  to,  co  sam  mówi.  Zamiast  podjąć  razem  z  nim  próbę  zrozumienia  konfliktów,
które  przeżywa,  powie  mu  w  sposób  nieznoszący  sprzeciwu,  co  ma  robić.  Jeśli
manipulant  z  jakiegokolwiek  powodu  poczuje  się  niepewnie  czy  niekomfortowo,  nie
omieszka oskarżyć o to swojej ofiary: to jej wina; to ona doprowadziła do tego, że czuje
coś, czego nie chciał czuć.

–  Pacjent  zrzuca  na  mnie  swoją  konsternację!  –  poskarżyła  się  kiedyś  pewna

terapeutka swojemu superwizorowi.

– Nie sądzę. – Usłyszała w odpowiedzi. – Skoro czujesz konsternację, to znaczy, że ty

sama jesteś skonsternowana.

Oskarżamy  innych,  zamiast  przyjrzeć  się  sobie.  Jeśli  nie  przeanalizujemy  własnych

uczuć,  będziemy  przypisywać  je  innym  ludziom.  „Mruga  pan  oczami?  To  znaczy,  że
czuje pan morderczą furię”. Czy to jest próba wejścia w relację z drugim człowiekiem?
Nie.  Tak  mówi  ktoś  zapatrzony  w  siebie  i  swoje  teorie.  Zamiast  zmuszać  ludzi,  żeby
dopasowali  się  do  naszych  koncepcji,  otwórzmy  się  na  rzeczywistość.  Ona  już  zadba
o to, żeby nasze koncepcje dopasowały się do prawdziwego życia.

background image

– Co moja pacjentka teraz zrobi? – Chciała wiedzieć pewna studentka.
– Nie mam pojęcia – odpowiedziałem. – Terapeuta nie może układać sobie w głowie

gotowych  scenariuszy,  przewidywać,  że  jego  pacjent  zachowa  się  w  jakiś  określony
sposób. Nie mógłby wtedy dostrzec tego, co dla niego niespodziewane, a przecież nasze
zadanie  polega  na  tym,  żeby  zmierzyć  się  z  niewiadomą,  którą  jest  drugi  człowiek.
Musimy  być  otwarci  na  wszystko,  co  może  nas  zaskoczyć.  Jeśli  nie  jesteśmy  otwarci,
przewidujemy,  prognozujemy  –  a  przynajmniej  tak  określamy  to,  co  robimy,  żeby  nie
przyznać otwarcie, że my, terapeuci, stosujemy mechanizm projekcji.

Staramy  się  przewidzieć  i  zaplanować  przyszłość,  zamiast  pozwolić,  żeby  życie

wprowadziło nas w nią i pozwoliło odkryć tajemnicę, jaką jest drugi człowiek.

Był  sobie  mężczyzna,  który  pewnego  wieczora  spotkał  w  barze  piękną  kobietę.

Poprosił ją o numer telefonu, a ona zgodziła się mu go podać. Kiedy po pewnym czasie
do niej zadzwonił, odebrała nader chłodnym tonem. Zaprosił ją na randkę, ale ona nie
wykazała  najmniejszego  zainteresowania.  Spytałem  go,  jakie  uczucia  budzi  w  nim  ta
sytuacja.

–  Pragnę  jej  –  powiedział  żarliwie.  –  Jeszcze  nigdy  nie  czułem  tak  niesamowitego,

wszechogarniającego pożądania. Wiem, po prostu wiem, że ona mnie kocha.

Nie,  nie  wiedział  tego.  Po  prostu  łudził  się  nadzieją.  Zresztą,  pomimo  płomiennych

deklaracji,  on  także  nie  darzył  uczuciem  tej  kobiety.  Ekscytował  się  własnym  o  niej
wyobrażeniem, widział ją jako ucieleśnienie swoich fantazji. Zachowywał się tak, jakby
wierzył,  że  jego  pragnienie  jest  na  tyle  potężne,  by  zmienić  rzeczywistość.  Dzwonił  do
niej  i  dzwonił,  więc  zablokowała  jego  numer.  Nie  zamierzał  się  z  tym  pogodzić.  Wciąż
się łudził, że zdoła dopiąć swego – żeby tylko nie musieć przyznać, że został odrzucony
i zmierzyć się z własnym rozczarowaniem.

Kiedy w końcu odpuścił chęć kontrolowania tej kobiety i całego życia, kiedy przestał

upierać się przy tym, jaka ona powinna być i jak ma się zachowywać, mógł otworzyć się
na  prawdę  –  o  tej  kobiecie,  o  stracie,  którą  przeżył,  i  o  swoich  uczuciach.  Przyjął
i  zaakceptował  życie  takim,  jakie  było.  Wcześniej  łudził  się,  że  znajdzie  sposób,  by
odepchnąć  od  siebie  niewygodną  rzeczywistość  i  wywinąć  się  prawu  straty.  Teraz
pozwolił,  by  uczucia  żalu  i  gniewu  popłynęły  przez  niego,  niesione  nurtem  życia.
Zamiast  chwytać  się  nierealnego  marzenia,  wpatrywać  się  w  coś,  co  się  nie  działo
i nigdy nie miało wydarzyć, podjął wyzwanie, żeby zaakceptować to, co rzeczywiście się
działo.

Nie jest łatwo przyjąć prawdę o życiu. Nie chcemy, żeby życie było takie, jakie jest.

Walczymy  z  nim.  Pewna  terapeutka  nie  potrafiła  otworzyć  się  na  drugiego  człowieka,
nawet  gdy  był  to  siedzący  naprzeciwko  niej  pacjent.  Wmawiała  pacjentom,  że  są
„nieporadnymi,  żałosnymi  życiowymi  kalekami”,  albo  że  „mają  bardzo,  ale  to  bardzo
poważne  problemy,  których  nie  można  określić  inaczej,  jak  tylko  mianem
patologicznych”.  Była  przekonana,  że  dokonuje  interpretacji,  ale  w  rzeczywistości
stosowała  mechanizm  projekcji,  traktując  pacjentów  jak  wysypiska  toksycznych
odpadów.

Jeśli mam świadomość tego, że w życiu popełniłem wiele błędów i nie ustrzegłem się

destrukcyjnych  zachowań,  mogę  rozmawiać  z  drugim  człowiekiem  jak  z  bratem,  tak
samo jak ja omylnym, tak samo narażonym na potknięcia i upadki. Nie patrzę na niego
z góry, nie robię mu łaski, oświecając go w kwestii jego patologicznych cech. Wspólnie

background image

przyjmujemy prawdę o ludzkiej naturze, którą dzielimy. Często jednak wolimy przypisać
innym  nasze  problemy,  po  czym  poddać  ich  miażdżącej  krytyce,  bo  daje  nam  to
złudzenie  panowania  nad  swoimi  własnymi  kryzysami.  Nie  jest  łatwo  przyznać,  że
krytykujemy w innych to, czego nie akceptujemy w sobie.

Mężczyzna, który usiłował zdobyć kobietę pomimo jednoznacznego komunikatu z jej

strony,  że  nie  jest  zainteresowana,  uważał  po  prostu,  że  ona  powinna  kochać  jego
marzenie,  a  nie  swoje.  Miał  jej  za  złe,  że  go  odrzuca,  gdy  tymczasem  ona  odrzucała
tylko jego marzenie. Powtarzał, że nie dała mu szansy, ale prawda była taka, że to on
nie dał szansy jej. Widział tylko swoje wyobrażenie, ale jej samej – kobiety z krwi i kości
–  nie  chciał  dostrzec.  Pragnął  aktorki,  która  zagra  główną  rolę  w  scenariuszu,  który
ułożył dla siebie. Nie interesowało go, kim była naprawdę i jakie miała pragnienia.

Dopiero  gdy  przestaniemy  dopasowywać  innych  ludzi  do  naszej  układanki

i oczekiwać, że zrobią dokładnie to, co dla nich przewidzieliśmy, będziemy mogli wejść
z nimi w prawdziwe relacje i przestaniemy zwalczać rzeczywistość.

Gaslighting  jest  metodą  manipulacji,  w  której  staramy  się  przedstawić  rzeczywistość

inaczej,  niż  wygląda  naprawdę,  i  sprawić,  żeby  ludzie  w  to  uwierzyli  i  tkwili  z  nami
w  stworzonym  przez  nas  świecie,  nad  którym  mamy  pełną  kontrolę.  Prawdziwe  życie
polega  na  czymś  innym  –  przyjmujemy  ludzi  takich,  jacy  są,  zamiast  usiłować  zmusić
ich,  żeby  byli  tacy,  jakimi  chcielibyśmy  ich  widzieć.  Dopóki  się  tego  nie  nauczymy,
będziemy  wkładać  wiele  wysiłku  w  zwalczanie  życia,  przekonani,  że  to  ono  chce  nas
zniszczyć.

Czy żar mojej miłości stopi jego zbroję?

Akurat.  Gdybyśmy  żarem  miłości  mogli  stopić  każdą  zbroję,  nikt  nie  używałby  już
mechanizmów obronnych. Psychiatrzy od Brunona Bettelheima po Aarona Becka głosili,
że miłość nie wystarczy. Skąd więc żywotność mitu o roli miłości? Bo to strategia, którą
każdy  przyjmował  w  dzieciństwie:  „Jeśli  kocham  mamę  i  tatę,  oni  będą  kochać  mnie”.
Owszem,  miłość  jest  potężna,  ale  nawet  ona  nie  wyważy  drzwi  zamkniętych  przez
mechanizmy obronne. Dziecko zawsze siebie obwinia o brak miłości rodziców, jak gdyby
to jego działania zamknęły ich serce. Liczy, że jeśli stanie się lepsze, bardziej kochające,
znajdzie  znów  do  nich  drogę.  Lubimy  mamić  się  takim  obrazem:  jeśli  my  będziemy
dobrzy  dla  innych,  oni  odwzajemnią  się  nam  tym  samym.  Jeśli  obdarzymy  kogoś
miłością, i on nas pokocha. Ale czy miłość może przekreślić fakty?

Taki  sposób  myślenia  odnajdujemy  zresztą  nawet  w  psychoterapii.  Pewna

internetowa strona kusi potencjalnych pacjentów hasłami typu: „Jak wyglądałoby twoje
życie,  gdybyś  miał  ojca,  który  potrafił  cię  kochać  i  prowadził  przez  kolejne  etapy
dorastania?  Czy  spowodowałoby  to,  że  twoje  serce  otworzy  się  szerzej  na  miłość?
Ponowne zaznanie ojcowskiej opieki w dorosłości może być ożywczym doświadczeniem
dla osób niedoojcowanych...”. Śliczna bajeczka: terapeuta oferuje mi miłość, której nie

background image

dał  mi  tatko,  a  wszelkie  straty,  które  w  życiu  poniosłem,  bo  ojciec  nie  stanął  na
wysokości  zadania,  znikają  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki.  Któż  nie  marzy,
by  miłość  doświadczana  dzisiaj  mogła  wymazać  ból  z  przeszłości?  Chcemy,  by  czyniła
cuda, a terapeuci nie są tu wyjątkiem. Jeden z nich, lata temu, proponował pacjentom,
by  włożyli  pieluchy,  wdrapali  się  mu  na  kolana  i  przyssali  do  butelki  ze  smoczkiem...
W  ten  nowatorski  sposób  próbował  ofiarować  im  drugie,  lepsze  dzieciństwo,  wolne  od
bólu i błędów rodzicielskich.

Niestety,  co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  Powtórne  matkowanie,  ojcowanie,

rodzicowanie  –  to  nie  terapia,  ale  zabiegi  magiczne,  próba  wypełnienia  próżni
wytworzonej w przeszłości za pomocą urojeń tworzonych obecnie. Nie ożywimy jednak
tego,  co  już  umarło.  Nie  jesteśmy  w  stanie  przewinąć  do  początku  i  ponownie  nagrać
taśmy z naszym życiem. Możemy jedynie – bezsilni wobec przeszłości – tworzyć lepsze
teraz, przyjmując do wiadomości, że strata jest częścią życia.

Uleczenie  nastąpi  tylko  wówczas,  gdy  pogodzimy  się  z  ograniczeniami,  jakie  niesie

życie, ze stratą, a wreszcie i ze śmiercią, nie zaś wtedy, gdy uwierzymy, że miłość zdoła
wymazać  wszelkie  zło  z  naszego  CV.  Terapia  nie  odbuduje  tego,  co  straciliśmy  na
drodze życia, ale może pomóc uporać się z barierami, jakie wznieśliśmy, żeby nie czuć
bólu.  Wówczas  będziemy  mogli  opłakać  wszystkie  te  sytuacje,  gdy  w  przeszłości  coś
okazało się niemożliwe, by budować to, co jest możliwe teraz.

Nie stopimy mechanizmów obronnych samą miłością. Miłość nie jest wodą, a one nie

są  lodem.  Takie  próby  można  porównać  do  rozpalania  ognia,  podczas  gdy  bliska  nam
osoba stoi obok z włączonym wężem strażackim. Zaślepieni uczuciem, nie dostrzegamy
innej osoby w całości, a tylko tę część, której pragniemy. Na przykład, zamiast przyjąć
do  wiadomości,  że  ktoś  nas  odrzuca,  obdarzamy  uczuciem  te  jego  cechy,  które  sobie
wybraliśmy,  ignorując  całość  jego  osobowości.  Taka  postawa  nie  ma  nic  wspólnego
z  ofiarną,  heroiczną  miłością;  wręcz  przeciwnie,  to  czysta  nienawiść  wobec  innego.
Przeceniamy  własne  moce  sprawcze,  wmawiając  sobie  bzdury,  które  brzmią  mniej
więcej  tak:  „Zmuszę  cię  do  odwzajemniania  moich  uczuć,  choć  na  razie  nie  chcesz
nawet na mnie spojrzeć”.

Każda próba zmuszenia kogoś do kochania nas nie jest aktem miłości, lecz przemocy.

Chcemy  zabić  osobę  istniejącą  naprawdę,  a  kochać  tę,  którą  sobie  wymyśliliśmy.
W efekcie nie kochamy nikogo. Najwyżej złudzenie na czyjś temat, obraz, jakim miałby
się on stać.

Byłoby świetnie, gdybyśmy mogli leczyć miłością, ale tam, gdzie mechanizmy obronne

zatrzasnęły  wrota,  nawet  ona  nie  dotrze.  Jeśli  nasze  serca  są  zamknięte,  możemy  je
otworzyć. Lecz jeśli drugi człowiek zamknie przed nami drzwi, musimy poszukać innych
i otworzyć je, by miłość mogła wkroczyć tą nową drogą.

[1]

 Zob. Lucie Brock-Broido, Stay, Illusion: Poems, Knopf, New York 2013.

[2]

  Pierwszy  ukuł  ten  termin  John  Welwood,  by  opisać  nonsens  ćwiczeń  duchowych  jako  środka  do

uniknięcia problemów psychologicznych.

[3]

 Zob. Simone Weil, Gravity and Grace, Routledge, New York, 2002. [Wydanie polskie: Simone Weil,

Siła  ciążenia  i  łaska  (Fragmenty),  przeł.  A.  Olędzka-Frybesowa,  „Zeszyty  Literackie”  1994,  nr  45  –

background image

przyp. red.].

[4]

 Zob. Leonard Shengold, Soul Murder, The Effects of Childhood Abuse and Deprivation, Balllantine

Books,  New  York  1991.  W  dziele  tym  psychoanalityk  Leonard  Shengold  obrazuje  sposoby,  na  jakie
dusza dziecka jest zabijana poprzez fizyczną i emocjonalną przemoc.

[5]

 Zob. Melanie Klein, Envy and Gratitude and Other Works 1946–1963, Delacorte Press, New York

1973. [Wydanie polskie: Melanie Klein, Pisma, t.  3:  Zawiść  i  wdzięczność  oraz  inne  prace  z  lat  1946–
1963,  przeł.  A.  Czownicka,  H.  Grzegołowska-Klarkowska,  Gdańskie  Wydawnictwo  Psychologiczne,
Gdańsk 2007 – przyp. red.].

[6]

  Zob.  John  Fiscalini,  Coparticipant  Psychoanalysis:  Toward  a  New  Theory  of  Clinical  Inquiry,

Columbia University Press, New York 2012.

[7]

 Zob. Donald Winnicott, TheMaturational Processes and the Facilitating Environment: Studies in the

Theory of Emotional Development, Karnac Books, London 1966.

[8]

 Zob. Herbert Rosenfeld, Impasse and Interpretation: Therapeutic and Anti-therapeutic Factors in

the  Treatment  of  Psychotic,  Borderline,  and  Neurotic  Patients,  Routledge,  New  York  1987.  [Wydanie
polskie:  Herbert  Rosenfeld,  Impas  i  interpretacja.  Terapeutyczne  i  przeciwterapeutyczne  czynniki
w  psychoanalitycznej  terapii  pacjentów  nerwicowych,  psychotycznych  i  borderline,  przeł.  B.  Boryczko-
Pater, L.  Kalita,  Eneteia, Warszawa  2012  – przyp.  red.]. Rosenfeld  omawia  „klozetowe  przeniesienie”,
rodzaj relacji, w której pacjent umniejsza znaczenie terapeuty, by uniknąć zazdrości, że terapeuta może
dać coś pacjentowi, a pacjent nie może tego dać samemu sobie. Francuscy psychoanalitycy, jak André
Green, opisali ten sam mechanizm deprecjacji terapeuty jako „fekalizację”.

[9]

  Gaslighting  to  forma  przemocy  emocjonalnej.  Z  uwagi  na  etymologię,  termin  początkowo  był

stosowany  wyłącznie  w  kontekście  toksycznych  małżeństw  i  związków.  Określenie  pochodzi  z  tytułu
sztuki Gas Light Patricka Hamiltona (1938) opowiadającej o apodyktycznym mężczyźnie wmawiającym
żonie  chorobę  psychiczną  (na  skutek  manipulacji  kobieta  stawała  się  coraz  bardziej  zalękniona
i  niepewna),  ale  rozpowszechniło  się  dzięki  filmowi  Gaslight  [Gasnący  płomień]  z  roku  1944
z fenomenalną, nagrodzoną Oscarem rolą Ingrid Bergman – przyp. red.

[10]

 Zob. Theodore L. Dorpat, Gaslighting, the Double Whammy, Interrogation and Other Methods of

Covert Control in Psychotherapy and Analysis, Jason Aronson, New York 1966.

background image

ROZDZIAŁ 4

 

U

MRZEĆ PRZED ŚMIERCIĄ

My  wszyscy  –  śmiertelnicy  –  pewnego  dnia  spojrzymy  śmierci  w  oczy.  Ale  zanim
przyjdzie ta, która odbiera życie ciału, trzeba nam przeżyć spotkanie z inną śmiercią –
tą, która na naszych oczach zabija złudzenia, w jakie wierzyliśmy. Żeby żyć w prawdzie,
musimy „umrzeć przed śmiercią” – umrzeć, patrząc, jak rozwiewa się iluzja zaprzeczeń,
jak rozsypują się w proch nasze maski, które wszyscy wokół mieli podziwiać, utrzymując
nas w przekonaniu, że to nasz rzeczywisty obraz. Ta śmierć pokaże nam, kim naprawdę
jesteśmy, kim od początku byliśmy, pod grubą warstwą kłamstw.

Miłość i śmierć

Żeby  miłość  mogła  przyjść  i  nas  wypełnić,  musimy  skończyć  z  grą  pozorów,
z  tworzeniem  sztucznych  fasad,  za  którymi  się  kryjemy.  Zostaliśmy  stworzeni  do  życia
w  prawdzie,  jednak  żyjemy  w  niewoli  –  jesteśmy  niewolnikami  naszych  własnych
wizerunków. Jakim cudem ktoś mógłby nas pokochać, skoro dbamy o to, żeby nikt nie
dowiedział  się,  jacy  naprawdę  jesteśmy?  Każdy,  kto  chciałby  nas  poznać,  trafia  na
stworzoną przez nas sztuczną fasadę.

Tak zwane ja, to, co nazywamy tożsamością, to obraz nas samych, który ukazujemy

sobie  i  światu.  Obraz,  który  pieczołowicie  budujemy  i  chcemy,  by  inni  nam  w  tym
pomagali.  Przypominamy  nieco  narkomanów,  którzy  czują  się  dobrze  tylko  wtedy,  gdy
dają  sobie  w  żyłę  odpowiednio  dużą  dawkę  dobrego  mniemania  o  sobie.  Oczekujemy,
że  ludzie  wokół  dostarczą  nam  ulubionej  używki,  okazując  współczucie  albo  podziw.
Gdyby zobaczyli, jacy jesteśmy naprawdę... to byłaby prawdziwa katastrofa. Cała nasza
misternie skonstruowana tożsamość ległaby w gruzach.

Nie  jest  łatwo  rozstać  się  z  obrazem  samego  siebie,  który  hołubimy.  Pewna  pani

architekt  pojawiła  się  w  moim  gabinecie  po  tym,  jak  personel  pracowni  pozwał  ją  do
sądu  za  obraźliwe  zachowanie  i  rasistowskie  odzywki.  Była  oburzona.  Nie  miała
wątpliwości,  że  jej  podwładni  zmówili  się,  żeby  zatruć  jej  życie.  Czuła  się  nękana,  ba,
wręcz  prześladowana.  Mąż  próbował  ją  przyhamować,  przypominając,  że  faktycznie,
czasami  zwracała  się  do  swojego  personelu  w  sposób,  delikatnie  mówiąc,  mało
uprzejmy. Naskoczyła na niego.

background image

– Zauważyłem, że zareagowała pani gwałtownie na słowa męża – odezwałem się.
– A jak miałam zareagować? On też jest przeciwko mnie! – rzuciła w odpowiedzi.
– Jest pani tego pewna? – Chciałem wiedzieć. – Ma pani jakieś dowody na poparcie

tej tezy?

– Trzyma ich stronę.
–  Nie.  Sugeruje  tylko,  że  niektóre  pani  wypowiedzi  były  zbyt  obcesowe.  A  co  pani

o nich sądzi? Były obcesowe?

– Owszem, ale zasłużyli sobie na to!
– A więc były obcesowe. Jak pani myśli, co pani rzeczywiście szkodzi: krytyka męża

czy nawyk niestosownego zwracania się do pracowników?

– Hmmm...
–  Ma  pani  rację.  Ten  nawyk  działa  na  pani  niekorzyść.  Mąż  przecież  nie  towarzyszy

pani w biurze, więc trudno oskarżać go o zaistniałą sytuację. Przyczyną problemów jest
pani sposób bycia czy opinia męża?

– Chce mi pan powiedzieć, że jestem wściekłą cholerą?
–  Nie.  Zastanawia  mnie  to,  że  pani  własne  wypowiedzi  działają  na  pani  niekorzyść.

Jakby sabotowały pani chęć osiągnięcia sukcesu.

–  Możliwe,  że  ma  pan  rację.  Nie  wiem,  dlaczego  tak  jest,  ale  czuję  się  tak,  jakby

postawił mnie pan pod pręgierzem.

– Jakby ktoś zachęcał panią, żeby pokazała swoje prawdziwe oblicze tylko po to, żeby

móc wykorzystać przeciwko pani to, co pani powie, osądzić panią i potępić?

– Dokładnie tak.
–  Wyobraża  sobie  pani,  że  stoi  przed  sędzią,  a  przecież  nikogo  takiego  tu  nie  ma,

jestem  tylko  ja.  Nie  potrafi  pani  być  ze  mną  szczera,  bo  wyobraża  sobie,  że  na  moim
miejscu jest jakiś sędzia.

Kiedy  moja  rozmówczyni  wyraźnie  się  odprężyła  i  rozsiadła  wygodniej  w  fotelu,

podjąłem:

–  Ludzie,  którzy  boją  się,  że  będę  ich  oceniał,  najczęściej  cierpią  z  powodu

nadmiernego samokrytycyzmu. Ocenia pani siebie jako nadmiernie samokrytyczną?

– Chyba tak. Nienawidzę samej siebie. Odkąd dowiedziałam się o tym pozwie...
–  Mogę  pani  pomóc  wyplątać  się  ze  schematu  samokrytyki.  Pozwoli  to  pani  podejść

do istniejących problemów ze spokojem, bez lęku, który nieustannie panią prześladuje.

Moja 

pacjentka 

pragnęła 

podziwu, 

ale 

nieuświadomiony 

brak 

poczucia

bezpieczeństwa sprawiał, że wyżywała się na innych w sposób równie bezwzględny, jak
odnosiła się do samej siebie. Im zacieklej atakowała ludzi wokół, tym niżej spadały jej
notowania,  co  powodowało,  że  miała  do  siebie  coraz  większe  pretensje.  Koło  się
zamykało.  Pozew  sądowy  zadał  ostateczny  cios  jej  zadowoleniu  z  siebie.  Patrzyła,  jak
rozpada się wizerunek, który sama stworzyła, obraz kobiety idealnej. Musiała przyjąć do
wiadomości,  że  jej  zachowanie  było  nieakceptowalne,  i  stawić  czoła  konsekwencjom.
Nie chciała tego zrobić. Wolała pomstować na męża i swoich pracowników, wymawiając
im,  że  jej  nie  wspierają.  Oni  tymczasem  po  prostu  nie  wspierali  jej  kłamstw.  Nie
potakiwali, kiedy pozowała na kobietę idealną, bo nią nie była. Gdy stworzony przez nas
samych  własny  wizerunek  zaczyna  się  rozpadać,  panikujemy.  Czynimy  gorączkowe
wysiłki,  żeby  go  odbudować,  i  oczekujemy,  że  wszyscy  wokół  będą  nas  wspierać.
Pozwalamy,  by  kłamstwa  nami  władały,  i  chcemy,  żeby  inni  dołączyli  do  tego  chóru.

background image

Życie  jednak  ma  to  gdzieś  i  nawet  jeśli  sprzeciwiamy  się  mu,  wyrażamy  oburzenie
i podkreślamy, że mamy inne zdanie, i tak płynie naprzód.

Mąż usiłował uchronić żonę przed zawodowym samobójstwem – robił to z miłości do

niej.  Ona  jednak  tego  nie  dostrzegała.  Żeby  rozpoznać  jego  miłość  i  otworzyć  na  nią
serce,  musiała  najpierw  odpuścić,  porzucić  swój  fałszywy,  perfekcyjny  wizerunek.
Musiała  przestać  zaprzeczać  faktom  i  zobaczyć,  naprawdę  zobaczyć,  kim  jest.
W momencie, kiedy stajemy przed wyborem, czy zmierzyć się z prawdą, czy też od niej
uciec,  czujemy  silną  pokusę,  żeby  skryć  się  za  swoim  wizerunkiem,  tyleż  idealnym,  co
nieprawdziwym. Jeśli to zrobimy, odrzucimy naprawdę piękny prezent, który życie nam
ofiarowuje.

– Czy mam wziąć do siebie to, co pan mówi i co twierdzą moi pracownicy?
–  Niekoniecznie.  Może  pani  puścić  to  wszystko  mimo  uszu  i  sprawdzić,  jaki  będzie

efekt. Nie ma sensu uciekać przed rzeczywistością, ale nie trzeba też jej gonić, bo i tak
cały  czas  jesteśmy  w  niej  zanurzeni.  Jedyna  rzecz,  którą  powinna  pani  zrobić,  to
dostrzec fakty. Nie odrzucać ich, nie manipulować nimi, nie obsadzać ich w roli ilustracji
pani poglądów.

Pojednanie z prawdą zmienia człowieka. Kiedyś miał gotowe odpowiedzi na wszystko,

wiedział,  jak  dobrze  wypaść  przed  ludźmi.  Teraz  jest  bezradny.  Odpowiedzi  trafiły  do
lamusa,  zostały  tylko  pytania.  Trzeba  wyjść  poza  utarte  ścieżki  i  spojrzeć  w  oczy
rzeczywistości, której dotąd wszelkimi sposobami się unikało.

Kiedy pani architekt zdecydowała się wysłuchać męża, pracowników i wreszcie samej

siebie, zaakceptowała fakt, że niespecjalnie przypomina kobietę idealną, za jaką chciała
uchodzić.  Nie  było  jej  łatwo  przyznać  się  do  tego,  że  odnosiła  się  do  ludzi,  którzy  ją
otaczali, w sposób niesprawiedliwy i raniący. Kiedy jej oburzenie prysło, a zamiast niego
pojawiło  się  poczucie  winy,  popłakała  się.  To  był  ważny  moment  –  odnalazła  swoje
własne człowieczeństwo, skryte dotąd pod skorupą kłamstw.

– Myślałam, że jestem lepszym człowiekiem – wyrzuciła z siebie.
Kiedy  pozwalamy  sobie  wreszcie  na  to,  żeby  przeżyć  własny  ból,  doświadczamy

terapii  jako  swoistego  „odchudzania”.  Pozbywamy  się  tego,  co  dobrze  nam  znane  –
własnego  wizerunku.  Pozostaje  nieznane,  czyli  prawda,  którą  dotąd  przesłaniały
złudzenia.  Gdy  moja  pacjentka  zdecydowała  się  porzucić  maskę  chodzącego  ideału,
mogła  wreszcie  poznać  prawdziwą  siebie  –  normalną  istotę  ludzką,  ułomną  jak  my
wszyscy. Teraz, gdy nie przytłaczały jej zbędne kilogramy fałszu, była zdolna do miłości
i przebaczenia.

Często boimy się miłości, i nie bez powodu. Miłość żąda, żebyśmy zdjęli maski, a to

niełatwe. Co nas czeka, gdy odważymy się je zerwać, odsłaniając prawdę? Ból. Żałoba
po  straconych  złudzeniach.  Nie  ma  już  wizerunku,  którym  szczyciliśmy  się  przed
światem. Pozostają łzy, płacz bez słów.

„Boję się śmierci”

background image

Pewna terapeutka pracowała z pacjentem w ostatnim stadium choroby nowotworowej.

– Mój pacjent boi się śmierci – powiedziała mi. – Jak mam sobie z tym poradzić?
– Czy mogłabyś po prostu zaakceptować jego strach i pozwolić mu się bać, żeby mógł

się przekonać, co ten strach chce mu pokazać?

– Martwię się, bo nie wiem, ile czasu nam zostało.
– Fakt, na to pytanie nie znamy odpowiedzi.
– Nie daje mi to spokoju. Nie wiem, kiedy zakończyć terapię.
–  Nie  musisz  wiedzieć,  śmierć  sama  o  tym  zdecyduje.  Czy  może  pojawia  się  chęć,

żeby  zakończyć  terapię,  zanim  pacjent  umrze,  żebyś  nie  musiała  siedzieć  z  nim  do
końca?

– Czuję, że to byłoby właściwe. Boję się, że pacjent spyta, jak rozumieć śmierć.
– Czy mogłabyś przyjąć do wiadomości, że pacjenta nurtuje to pytanie, i towarzyszyć

mu, choć nie znasz na nie odpowiedzi?

– On ciągle pyta, czy śmierć jest karą Bożą.
– Śmierć nie jest karą. Może tak wyglądać, jeśli żyjemy w wymyślonym świecie, gdzie

wszystko trwa wiecznie.

Nie chcemy zmierzyć się z prawdą o życiu, więc spędzamy je, tkwiąc w zaprzeczeniu,

udając,  że  nie  istnieją  granice,  starając  się  uciec  przed  nieuchronnym  końcem,  choć
przecież doświadczenie uczy, że nikt jeszcze nie zdołał wywinąć się śmierci. Dopiero gdy
się  zbliża,  odpuszczamy  i  pozwalamy  naszym  zaprzeczeniom  umrzeć,  zanim  sami
umrzemy.  Już  nie  łudzimy  się,  że  siłą  wyobraźni  uda  nam  się  utrzymać  śmierć  na
dystans.  Marzymy  o  świecie  urządzonym  tak,  by  nie  trzeba  było  przeżywać  żadnej
straty.  To  marzenie  jest  źródłem  naszego  nieustającego  cierpienia.  Czekamy,  aż  świat
dopasuje się do naszych marzeń, ale na próżno – wokół nas wciąż trwa rzeczywistość.
Śmierć  dosięga  nas  każdego  dnia.  Coś  się  kończy,  przytrafiają  się  choroby,  tracimy
bliskich,  wreszcie  przychodzi  kolej  na  nas.  Wszystkie  te  doświadczenia  śmierci  niszczą
powoli  iluzoryczny  świat,  w  którym  chcemy  się  schronić,  aż  wreszcie  nasz  opór  przed
dostrzeżeniem prawdy wydaje ostatnie tchnienie i umiera.

Sprzeciw  wobec  śmierci  to  nie  tylko  sprawa  osobista,  ale  tendencja  obecna

w  kulturze.  Kultura  Zachodu  cierpi  na  tanatofobię,  czyli  paniczny  lęk  przed  śmiercią.
Uciekamy, jak możemy, przed kostuchą. Roimy sobie, że utrzymamy ją na dystans, jeśli
uwierzymy  w  hasła,  które  się  nam  wmawia:  „Just  do  it!”,  „Możesz  być,  kim  tylko
chcesz!”,  „Możesz  mieć  wszystko,  czego  zapragniesz!”.  To  czyste  fantazje,  które
sprzedaje  się  nam  jako  prawdę.  Niestety,  prędko  okazuje  się,  że  życie  i  śmierć  rządzą
się swoimi prawami i za nic mają nasze zaklinanie rzeczywistości. Życie się kończy; z tą
prawdą każdy z nas będzie musiał się zmierzyć.

Nieuchronność  końca  jest  przerażająca,  a  jednak  rzadko  odczuwamy  strach  przed

śmiercią.  Blokujemy  go,  jak  tylko  możemy.  Stosujemy  modne  diety,  poddajemy  się
operacjom  plastycznym,  farbujemy  włosy.  Prowadzimy  życie  homo  consumens,
miotamy  się  jak  szaleni,  żeby  więcej  zdziałać,  żeby  „bardziej  być”.  Tymczasem  nasza
cera pokrywa się zmarszczkami, a włosy siwieją. Coraz mniej możemy zdziałać i mimo
naszych  wysiłków,  nie  stajemy  się  coraz  młodsi.  Cokolwiek  byśmy  robili,  śmierci  nie
uciekniemy.

Mam  przyjaciela  dietetyka.  Lubi  on  mawiać:  „Odżywiaj  się  racjonalnie,  uprawiaj

sport....  umrzesz  zdrowszy”.  Jeśli  próbujemy  zwalczyć  śmierć,  jesteśmy  na  przegranej

background image

pozycji.  Niezależnie  od  tego,  jaką  dietę  byśmy  zastosowali,  jak  bardzo  inwazyjnym
operacjom  plastycznym  byśmy  się  poddali  –  i  tak  każdy  z  nas  skończy  jako  solidny
posiłek  dla  robaczków.  Kiedy  przestaniemy  wierzyć  w  złudzenia,  będziemy  mogli
zaakceptować  fakt,  że  życie  prowadzi  nas  ku  śmierci.  Ilustruje  to  następująca
opowiastka:  Pewnego  razu  ludzik  z  soli  wyszedł  nad  brzeg  morza.  „Kim  jesteście?”,
spytał  nadbiegających  fal.  „Jesteśmy  oceanem”,  odpowiedziały.  „Chodź  do  nas,
a wszystko zrozumiesz”. Ludzik z soli wszedł do wody i na chwilę przed tym, zanim się
rozpuścił, westchnął: „Nareszcie wiem, kim jestem!”

[1]

.

Smutek,  który  przeżywamy,  nie  jest  czymś  zbędnym  i  szkodliwym,  czymś,  co  trzeba

stłumić, wyciszyć albo przynajmniej usprawiedliwić. Trzeba go po prostu przeżyć – tylko
wtedy  nasze  złudzenia  się  rozwieją  i  będziemy  mogli  dostrzec  prawdziwe  życie.  Kiedy
opłakujemy  stracone  złudzenia,  wtapiamy  się  w  rzeczywistość.  Wobec  perspektywy
śmierci  nasze  zaprzeczenia  bledną  i  znikają.  Zamiast  żyć  iluzjami,  zaczynamy  szukać
prawdy.

Nie  decydujemy  o  śmierci  –  ani  swojej,  ani  cudzej.  Możemy  jednak  zdecydować,  że

zmierzymy  się  z  uczuciami,  które  śmierć  w  nas  wzbudza.  Możemy  być  przy  naszych
bliskich, trzymać ich za rękę – kolegów, przyjaciół, ludzi, których kochamy – gdy stają u
wrót cienistej doliny. Pewnego dnia my także podążymy tą drogą.

Tajemnica śmierci, gdy w nią wkraczamy, wymaga, żebyśmy wyrzekli się iluzji, które

dotąd  tak  chętnie  hołubiliśmy.  Wszystkie  fasady,  za  którymi  się  kryjemy,  wszystkie
zaprzeczenia,  których  kurczowo  się  chwytamy,  okazują  się  wobec  niej  bezradne.
Smutek ogarnia nas jak fala i roztapia fałsz. Zaprzeczenia umierają, zanim my umrzemy.
Kiedy  pozwalamy  śmierci  przejść  przez  nas,  żyjemy  nawet  w  chwili,  gdy  umieramy.
Śmierci doświadczamy nieustannie – każda przeżyta przez nas chwila umiera, by po niej
mogła przyjść następna.

Perspektywa śmierci jest zaproszeniem, żeby darować sobie zaprzeczenia i otworzyć

się na rzeczywistość. Życie każdego z nas jest „zmierzaniem ku śmierci”. Kiedy dzielimy
to  doświadczenie  z  umierającym  przyjacielem,  dajemy  mu  coś,  co  naprawdę  będzie
mógł zabrać ze sobą do grobu – miłość. Móc dzielić się miłością z człowiekiem stojącym
na  progu  śmierci  to  prawdziwe  błogosławieństwo.  Sytuacja,  która  jak  żadna  inna  uczy
nas  życia  tu  i  teraz,  otwarcia  na  prawdę,  jaką  niesie  ze  sobą  każda  mijająca  chwila.
A  kiedy  przychodzi  koniec,  pogrążamy  się  w  smutku,  którego  głębia  nas  samych
zaskakuje.  Tak  doświadczamy  własnego  człowieczeństwa.  Kiedy  czuwamy  przy
umierającym  z  miłością,  trzymamy  go  za  rękę  i  wiemy,  że  czuje  się  kochany,
rozumiemy,  co  miał  na  myśli  poeta  Joseph  von  Eichendorff,  kiedy  pisał:  „Bezkresny,
cichy spokój / W głębi wieczornych zórz / Tak jakby kres nadchodził / Wędrówki naszej
już

[2]

.

Chcę umrzeć!

background image

Ludzie  przeważnie  umierają  wskutek  starości  lub  chorób.  Są  jednak  tacy,  którzy
wybierają  śmierć,  bo  jawi  im  się  ona  jako  ucieczka  przed  bólem.  Gdy  umrze  miłość,
jesteśmy  skłonni  myśleć  jak  człowiek  cierpiący  na  depresję:  „Chcę  umrzeć,  dłużej  nie
dam  rady”.  W  jaki  sposób  terapeuta  może  przewalczyć  pragnienie  śmierci  u  pacjenta?
Nie  może.  Akceptuje  to  pragnienie  i  próbuje  je  zgłębić.  Otwiera  się  na  ów  odruch
ludzkiego  serca,  nie  traktuje  pacjenta  jak  obiektu  do  naprawy,  lecz  jak  osobę,  która
zasługuje, by obdarzyć ją miłością. Wyciąga do niego rękę – bez pigułki w dłoni. Próby
odwodzenia  od  samobójstwa  bez  głębokiego  zrozumienia  dla  bólu  ludzkiego  serca
byłyby  równoznaczne  z  odrzuceniem  człowieka.  Nakazywać  mu,  by  żył,  w  momencie
gdy chce umrzeć, to tyle, co nie słuchać go wcale.

Spytałem raz pacjenta pogrążonego w depresji:
– Kiedy pojawiły się u pana myśli samobójcze?
– Byłem zaręczony z moją dziewczyną. Mieliśmy już wyznaczoną datę ślubu – zaczął

opowiadać. – Kiedyś, podczas imprezy, wypiliśmy trochę za dużo. W pewnym momencie
zorientowałem się, że nie ma jej koło mnie. Zacząłem się rozglądać, ale nie mogłem jej
dostrzec  w  rozbawionym  tłumie.  Ruszyłem  więc  na  poszukiwania  i  wreszcie  ją
znalazłem.  W  sypialni.  Miała  towarzystwo  i  była  bardzo  zajęta  –  uprawiała  dziki  seks
z gospodarzem imprezy. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Wyszedłem, wsiadłem do
samochodu  i  pojechałem  do  domu.  Następnego  dnia  zadzwoniła.  Prosiła  mnie
o  przebaczenie,  ale  wyznała  też,  że  zakochała  się  w  tamtym  gościu.  Powiedziała,  że
chce odwołać nasz ślub. Zacząłem sobie wmawiać, że to chwilowe i że jej przejdzie.

– Co pan do niej czuje po tym, jak pana zdradziła?
– Jestem załamany.
– Ale co czuje pan wobec niej?
– Kocham ją, ale siebie nienawidzę. Chciałbym, żeby do mnie wróciła.
Jego pragnienie śmierci brało się z dwóch źródeł. Po pierwsze, gniew na narzeczoną,

którego nie mógł znieść, obrócił przeciw sobie samemu: chciał uśmiercić siebie, nie ją.
Ale z drugiej strony jego samobójcze myśli były dowodem na to, że chce żyć naprawdę:

–  Nie  chcę  tak  żyć.  Nie  ścierpię  dłużej  tej  maskarady,  nie  będę  udawać,  że  nasza

miłość jest piękna i czysta. Życie w kłamstwie jest nie do zniesienia!

Wolał  raczej  umrzeć,  niż  opłakiwać  śmierć  swoich  marzeń.  Mrzonki  o  jej  powrocie

były  grobem,  przy  którym  tkwił,  czekając,  aż  ich  martwy  związek  ożyje.  Nie  chciał
przekonać się, że to tylko złudzenia. Wybierał śmierć.

W  trakcie  terapii  pożegnaliśmy,  pogrzebaliśmy  i  opłakaliśmy  ten  związek,  który  już

umarł.  Dopiero  wówczas  mój  pacjent  mógł  spojrzeć  na  byłą  narzeczoną  jak  na
rzeczywistego człowieka, przestać wpatrywać się w jej wymyślony obraz. Nie warto żyć,
jeśli żyje się tylko martwymi marzeniami. Dopiero pogrzebawszy złudzenia, człowiek ten
mógł odnaleźć drogę do życia w rzeczywistości.

Nie  przyjmiemy  prawdy,  gdy  będziemy  trzymać  się  od  niej  na  dystans.  Trzeba  nam

zatracić  się  w  niej,  tak  jak  sól  rozpuszcza  się  w  morzu.  Gdy  iluzja  szczęśliwego
narzeczeństwa  roztopiła  się  w  jego  bólu,  człowiek  ten  mógł  wreszcie  uwolnić  się  od
idealizowania  narzeczonej  i  zaakceptować  prawdę  o  niej.  Zamiast  popełnić
samobójstwo,  ożenił  się  z  inną  dziewczyną.  Taką,  która  otworzyła  dla  niego  swoje
ramiona i serce.

Mój  pacjent  miał  rację:  nie  warto  żyć  życiem,  które  już  umarło.  Gdyby  się  zabił,

background image

skończyłby  z  bólem,  jakim  było  tkwienie  w  martwym  związku,  ale  także  przekreśliłby
szanse  na  uwolnienie  się  od  własnych  fantazji  i  nawiązanie  nowej  relacji.  Terapeuta
pomógł  mu  wyprosić  ze  swojego  życia  narzeczoną,  która  wcześniej  bezceremonialnie
wyrzuciła jego. Oto, co znaczy, że ktoś jest przywiązany do jakiejś idei. Mężczyzna ten
sam się przykuł do wyobrażenia o kobiecie, która go potrzebowała; ta prawdziwa miała
go w nosie. Nie chciał tego dostrzec, bo widział tylko swoje wyobrażenie – coś, co tak
naprawdę nie istniało.

Są  też  ludzie,  którzy  przywiązują  się  do  samej  idei  samobójstwa.  Zetknąłem  się  raz

z przypadkiem kobiety, która miała myśli samobójcze, pomimo terapii trwającej już od
dwudziestu  lat.  Gdy  powiedziałem  jej,  że  doprowadziła  do  śmierci  własnych  uczuć,
odpowiedziała:

– Może właśnie śmierci mi trzeba.
–  Proszę  bardzo,  to  na  szczęście  żaden  problem.  Składniki  znajdzie  pani  w  każdej

aptece. Ani ja, ani pani psychoterapeuta nie zdołamy pani powstrzymać, jeśli naprawdę
chce  pani  ze  sobą  skończyć.  Ludzie  popełniają  samobójstwa  nawet  w  szpitalach.  Jeśli
pragnie  pani  śmierci,  droga  wolna.  Zawsze  ma  pani  ten  wybór  przed  sobą,  ale  czemu
tak uzdolniona osoba chciałaby wieść nudną egzystencję lokatora trumny? Dlaczego?

Na  jej  twarzy  odmalował  się  ból  i  wybuchnęła  płaczem.  Po  naszej  rozmowie  po  raz

pierwszy poczuła, że nie dręczą jej samobójcze skłonności. Jej pragnienie śmierci było
przejawem  tęsknoty  za  życiem.  Czyż  myśl  o  samobójstwie  nie  jest  czasem  pierwszym
krokiem w podróży ku życiu? Chęć zerwania z martwym życiem wypływa z pragnienia,
by wieść życie pełne i prawdziwe.

Pacjentka mówiła, że chce śmierci, lecz tak naprawdę pragnęła wyjść z grobu, który

sama  sobie  wykopała.  Ból,  którego  doświadczała,  przychodził,  żeby  jej  powiedzieć:
„Życie,  które  prowadzisz,  to  śmierć  w  przebraniu”.  Latami  mówiła  o  samobójstwie,  ale
nie była w stanie zdecydować się na ten krok. Dlaczego? Bo w głębi siebie była już od
dawna  martwa.  Miała  wszelkie  prawo  do  rozpaczy  –  życie  w  kłamstwie  jest
beznadziejne.

Jeśli rozmawiasz z osobą, która mówi, że pragnie śmierci, wybadaj, dlaczego tak jest.

Czasem  śmierć  jest  naprawdę  konieczna.  Nie  śmierć  człowieka,  ale  koniec  martwego
życia.

Jak mówi do nas śmierć

Niektórzy szukają śmierci, choć mogliby jej uniknąć. Inni robią wszystko, żeby przed nią
uciec,  gdy  jest  nieunikniona.  W  jaki  sposób  terapeuta  ma  rozmawiać  z  człowiekiem,
który umiera?

Pewna początkująca terapeutka stanęła wobec wyzwania, jakim była praca z kobietą

umierającą na raka. Spytała mnie:

– Jak mam z nią rozmawiać?

background image

Umówiliśmy się, że odegramy scenkę, w której ja wcielę się w rolę terapeuty, a ona –

umierającej pacjentki.

– Myślę, że nie zostało mi już zbyt wiele czasu... – zaczęła.
– Tak, to możliwe. Czy potrafi pani to zaakceptować? – podjąłem.
– Jest jeszcze tyle do zrobienia.
– I tak mało czasu.
– Nie wiem, ile czasu mi jeszcze zostało.
– Rozumiem. Nikt tego nie wie.
– Znikam, blaknę. Za każdym razem, kiedy patrzę do lustra, widzę tylko cień osoby,

którą dawniej byłam.

– Tak. Ja też widzę, że pani umiera.
– Jestem przerażona. Nie wiem, ile razy jeszcze będę mogła tu przyjść.
– Ja też tego nie wiem. Może to jest ostatni raz...
–  Na  pewno  nie.  Planuję  pojechać  jeszcze  raz  do  Paryża.  W  przyszłym  tygodniu  na

pewno przyjdę na naszą sesję.

– Hmmm...
–  Mogłabym  umrzeć  nagle.  Najgorsza  jest  myśl,  że  będę  wegetować  jak  warzywo,

podłączona do kroplówek...

– Może się tak zdarzyć.
– Z tym nie mogłabym się pogodzić.
– Rzeczywistość bywa nieakceptowalna. Czy może pani pogodzić się z faktem, że nie

akceptuje pani życia takiego, jakie jest?

– Nie mogę zaakceptować tego, że od wielu lat nie żyję tak, jakbym chciała.
– Nie może pani zaakceptować własnej przeszłości, ale ona po prostu się wydarzyła,

jest taka a nie inna, i nie potrzebuje do tego pani zgody.

Zamilkła na chwilę.
– Przyszło mi do głowy, że ja chyba po prostu się boję.
– Czy może pani pogodzić się z tym, że czuje pani lęk?
– To trudne.
– Czy może pani zaakceptować fakt, że trudno jest jej pogodzić się z tym, co czuje?
– A cóż innego mogłabym zrobić?
–  Rzeczywistość  istnieje,  czy  tego  chcemy,  czy  nie.  Co  pani  czuje  teraz,  kiedy

rozmawiamy o śmierci i pani lęku?

– Czuję... pustkę.
– To zrozumiałe. Wolałaby pani pustkę niż doświadczenie choroby, umierania i lęku.

Podczas  naszych  spotkań  mógłbym  pani  pomóc.  Czy  chciałaby  pani  mojej  pomocy,
zanim pani umrze? Może pani ukrywać się za uczuciem pustki, to nic złego.

– Czuję, jak coś ściska mi żołądek.
– Perspektywa śmierci, pożegnania z tym światem, budzi niepokój i lęk.
– Tak, teraz widzę to wyraźnie. Bardzo trudno mi dopuścić do siebie myśl o tym, że

umieram, i pogodzić się z tym, co się dzieje.

–  Czy  może  pani  zaakceptować  fakt,  że  trudno  jest  pani  pogodzić  się  z  tym,  co  się

dzieje?

–  Znałam  diagnozę,  wiedziałam,  jakie  są  rokowania.  Ale  dopiero  teraz  czuję,  jak

bardzo blisko już jestem...

background image

–  Jest  pani  umierająca.  I  pełno  w  pani  uczuć.  Ale  mamy  jeszcze  dzisiejszy  dzień

i liczmy, że kilka następnych, żeby pobyć razem i zmierzyć się z tymi uczuciami – jeśli
chce  pani  spróbować  zburzyć  tę  ścianę,  którą  się  pani  otoczyła.  Nawet  jeśli  nie  może
pani pogodzić się z przeszłością, mogę pani pomóc pogodzić się z chwilą obecną, żeby
mogła  pani  umrzeć  w  pokoju.  Jeśli  jednak  woli  pani  skryć  się  w  pustce,  w  swojej
niezgodzie  na  to,  co  się  dzieje,  uszanuję  pani  wybór.  Gdy  pani  odejdzie,  zachowam
dobre wspomnienie o pani.

–  Och,  wcale  nie  czuję  pustki.  Jest  we  mnie  tak  wiele  uczuć.  tak  strasznie  mało

czasu... boję się tej myśli.

– Ma pani tę chwilę. Po co dłużej czekać? Całe życie pani na coś czekała i dlatego dziś

żałuje  pani  tych  lat.  Chyba  nie  ma  sensu  w  tym  tkwić,  dawać  sobie  nowe  powody  do
żałowania. Czy nie chciałaby pani wyjść z więzienia samotności, dopóki jest to jeszcze
możliwe?

Zaczęła płakać.
– Po co to wszystko? Jaki to ma sens?
–  Rozumiem,  że  trzeba  nam  zaakceptować  pani  chęć  zdystansowania  się  ode  mnie.

Nie życzy sobie pani nawiązania relacji ze mną, woli, żebym zostawił ją w spokoju. Czy
mamy  pogodzić  się  z  tym,  że  chce  pani  umrzeć  w  samotności?  To  musi  być  dla  pani
ważne – ukryć się, nie pozwolić, żeby ktoś się do pani zbliżył, poznał panią.

–  Nie.  Chciałabym  choć  raz  poczuć  czyjąś  bliskość  i  bezwarunkową  akceptację.  Tak

bardzo się boję, że to już koniec... To wszystko nie ma sensu!

–  Chciałaby  pani  być  blisko  ze  śmiercią?  Bo  ona  jest  z  panią  blisko.  Zamieszkała

w pani wnętrznościach, rozgościła się w wątrobie.

– Nie wytrzymam. Nie zniosę tego dłużej!
– Może pani zaakceptować śmierć?
– Wygląda na to, że nie mam wyboru.
– To prawda, bo śmierć już panią zaakceptowała. Pozwólmy jej być z nami. Co pani

czuje teraz, kiedy zrobiliśmy śmierci miejsce dla śmierci?

– Troszkę mniej się boję.
–  Co  pani  czuje,  kiedy  zrobiliśmy  miejsce  dla  śmierci  i  zgadzamy  się  na  to,  by  była

w pani, i też we mnie?

– Zaczynam czuć, że to moja śmierć.
– Pani śmierć. Zaczyna pani akceptować własną śmierć. Jakie uczucia to budzi?
– To dziwne. Czuję... pokój.
– Nie trzeba donikąd się spieszyć, udawać kogoś innego, nic robić. Jesteśmy tylko my

dwoje, i śmierć.

– Mam wrażenie, jakby ona od zawsze ze mną była.
– Bo zawsze z panią była, ale dopiero dziś pani to widzi. Co pani czuje, wiedząc, że

śmierć zawsze była z panią?

– Spokój. I ulgę. Pomyślałam nawet, że może jestem gotowa, żeby się pożegnać. Jest

tyle  osób,  z  którymi  chciałabym  się  pożegnać.  Mam  też  niedokończone  skrypty,
chciałabym je dokończyć...

–  Zawsze  jesteśmy  i  zawsze  będziemy  niedokończeni.  Powiedziała  pani,  że  chce

pożegnać się z przyjaciółmi. To ważne, w ten sposób okazuje im pani swoją miłość i to,
jak wiele dla pani znaczą.

background image

– Czuję to mocniej niż kiedykolwiek.
–  Miłość  do  tych  ludzi  miała  dla  pani  znaczenie,  byli  dla  pani  ważni.  Miłość  nie  traci

znaczenia.

Na jej twarzy odmalował się ból.
– Ciężko to znieść – powiedziała.
– Ten ból jest jak łono, z którego wydostaje się pani na świat. Rodzi się pani.
– To strasznie trudne.
– Owszem.
–  Chciałam  powiedzieć,  że  wszystko  jest  już  w  porządku  –  stwierdziła  wreszcie.

Zakończyliśmy scenkę.

Rolą  terapeuty  nie  jest  narzucanie  nam  swoich  wglądów,  ale  ułatwianie  nam

doświadczenia  prawdy,  żeby  wgląd  mógł  pochodzić  wprost  z  naszego  wnętrza.
Terapeuta nie poucza nas, mówiąc nam rzeczy, o których nie wiedzieliśmy. Mówi nam
o rzeczach, które czuliśmy w sobie, ale nie chcieliśmy zmierzyć się z nimi w samotności.
Przedstawia rzeczywistość tak, żebyśmy najpierw mogli ją przyjąć, a potem wspólnie ją
przeżyć.

[1]

 Opowieść o ludziku z soli, znana w tradycji buddyjskiej i hinduistycznej, była wykorzystana m.in.

przez Ramanę Maharshiego.

[2]

 Z wiersza O zmierzchu Josepha von Eichendorffa, użytego w Czterech ostatnich pieśniach Richarda

Straussa.

background image

ROZDZIAŁ 5

 

B

YĆ BRAMĄ DLA PRAWDY

Odrzucając  kłamstwa,  bardziej  otwieramy  się  na  prawdę,  stajemy  się  dla  niej
zapraszającą, otwartą bramą. Zmienia się nasz sposób widzenia, słyszenia i odczuwania.
Kruszy się mur, którym oddzieliliśmy się od rzeczywistości.

Uważność jako otwartość

Kiedy  przestajemy  zwracać  uwagę  na  innych  i  troszczyć  się  o  nich,  a  skupiamy  się
wyłącznie  na  sobie  i  roztrząsamy  w  nieskończoność  wszystkie  nieszczęścia,  które  się
nam przytrafiły, tracimy umiejętność dialogu i zupełnie już nie rozumiemy, co miała na
myśli  Simone  Weil,  kiedy  mówiła,  że  uważność,  całkowite  i  niepodzielne  skupienie  na
rzeczywistości jest modlitwą.

Po co uważność? Jaka jest jej rola w terapii? Goethe ujął to tak: „Człowiek zna siebie

tylko  w  takim  stopniu,  w  jakim  zna  świat,  jest  świadom  siebie  tylko  poprzez  poznanie
świata,  a  świat  poznaje  tylko  dzięki  znajomości  siebie.  Każdy  nowy  obiekt,  jeśli
dostrzeżemy  go  wyraźnie,  tworzy  w  nas  nowy  organ  percepcji

[1]

.  Za  każdym  razem,

kiedy  odrzucamy  kłamstwo,  przybliżamy  się  do  tego,  co  istnieje  naprawdę.  Zadaniem
terapeuty  jest  przełamanie  mechanizmów  obronnych  –  nawyków  myślowych,
odruchowych  odzywek,  powtarzanych  stereotypów,  wszystkich  barier,  które  wznosimy,
żeby  odgrodzić  się  od  naszych  bliskich.  Dopiero  wtedy  będziemy  mogli  dostrzec  ich
i  usłyszeć.  Przestaniemy  brać  za  pewnik  nasze  własne  przekonania  na  ich  temat
i  otworzymy  się  na  to,  jacy  są  naprawdę.  Błędem  jest  uważanie  samego  siebie  za  byt
całkowicie  uformowany.  „Wzrastamy,  zmieniamy  się.  Jesteśmy  czymś,  co  nie  zostało
jeszcze  do  końca  określone”

[2]

.  Nie  ma  sensu  określać  się  przez  kontrast  wobec  ludzi,

których odpychamy. Prawdę o tym, kim jesteśmy, odnajdziemy, otwierając się na ludzi,
których wcześniej odrzucaliśmy.

background image

Zmień mnie!

Zamiast otworzyć się, przyjąć życie i pozwolić, żeby ono nas zmieniło, oczekujemy, że to
życie  się  zmieni,  żeby  dostosować  się  do  nas.  Matka  wrzeszczy  do  dzieci:  „Nie  róbcie
tego, nie róbcie tamtego!”. Pewien student, gdy profesor oblał go, bo nie oddał żadnej
pracy  w  terminie,  zagroził:  „Pozwę  pana  do  sądu!”.  Ale  życie  nie  zmienia  się  tylko
dlatego,  że  mu  rozkazujemy.  Zdarza  się,  że  wtedy  szukamy  kogoś,  komu  moglibyśmy
rozkazać,  żeby  zmienił  nas.  „Nie  chcę  już  dłużej  się  tak  czuć!  Niech  pan  zrobi  swoje
czary-mary”, rzuciła pani prezes firmy swojemu terapeucie. Czasem chcielibyśmy, żeby
terapeuci mieli czarodziejską moc, samym terapeutom też zdarza się o tym marzyć. Któż
z nas nie chciałby jednym machnięciem magicznej różdżki móc zmieniać ludzi, sprawiać,
że ich cierpienie zniknie?

Magia nie buduje relacji między ludźmi. Kiedy magik robi swoje czary-mary, pozostaje

nieporuszony, pomiędzy nim a obiektem jego czarów nie pojawia się więź, nie dochodzi
do wymiany doświadczeń, która przemieniłaby obie strony. Dzieli ich pustka. Magia jest
przeciwieństwem  miłości.  Miłość  niesie  ryzyko,  bo  otwiera  nas  na  innych,  obnaża,
zdzierając  maski  i  rozpraszając  iluzje.  Miłość  budzi  nasz  prawdziwy  potencjał.  Musimy
jednak mieć odwagę, by dopuścić do siebie rzeczywistość. Pozwolić, by nas zalała, nie
broniąc  się  przed  uczuciami,  jakie  niesie.  A  często  wolimy  tego  uniknąć.  Jeśli
oczekujemy  od  kogoś,  że  użyje  czarodziejskiej  różdżki  i  bezboleśnie  nas  zmieni,  to
znaczy,  że  boimy  się  prawdziwej  zmiany,  tej,  która  już  zaczyna  w  nas  zachodzić.
Dążymy  do  perfekcjonizmu,  jak  ktoś,  kto  nigdy  nie  jest  zadowolony  ze  swojego
mieszkania i ciągle zaczyna kolejną renowację, żeby było jeszcze piękniej. Nie mamy na
myśli rzeczywistej zmiany, kiedy powtarzamy: „Nie cierpię siebie, chciałbym być inny”,
albo kiedy mówimy bliskim: „Zmień się, zrób to dla mnie”. Co się stanie, jeśli pozwolimy
samym  sobie  i  naszym  bliskim  zsiąść  wreszcie  z  upiornej  karuzeli  tak  zwanego
samodoskonalenia?

Żądanie  pani  prezes,  by  terapeuta  zrobił  swoje  czary-mary,  pozwoliło  dostrzec  jej

problem.  Oczekiwała,  że  zostanie  zmanipulowana,  bo  sama  w  ten  sposób  traktowała
innych  i  swoje  własne  życie.  „Potraktuj  mnie  jak  przedmiot,  nie  próbuj  nawiązywać  ze
mną ludzkiej więzi. Naucz mnie, jak kontrolować ludzi, żebym nie musiała wdawać się
i wikłać w te wszystkie związki i relacje, bo to dla mnie zbyt ryzykowne”. Inni ludzie to
nie pionki, które można wedle kaprysu przestawiać po planszy, nie są naszą własnością,
którą  możemy  zarządzać  i  wykorzystywać,  jak  nam  wygodnie.  Inni  ludzie  są  niczym
źródła, które mogą ugasić nasze pragnienie, najcenniejszy dar, najgłębsza tajemnica.

Nie jesteśmy idealni, jesteśmy realni

background image

Decydując  się  na  terapię,  liczymy  na  ogół,  że  pomoże  nam  ona  uśmierzyć  ból  lub
chcemy poznać lepiej samych siebie. Czasem jednak łudzimy się myślą, że jeśli zdamy
się na pomoc psychologii, medycyny lub medytacji, nie będziemy musieli dłużej znosić
ciężaru naszych doświadczeń; po prostu pojawią się nowe, lepsze doświadczenia. Bywa
nawet, że wmawiamy sobie, iż terapia uleczy nas, przemieniając w kogoś innego. Jest
to postawa przemocowa wobec samego siebie.

Pewien biznesmen doświadczył w młodości wiele cierpienia ze strony roszczeniowego,

krytycznie  nastawionego  ojca.  W  oczach  ojca  nigdy  nie  był  wystarczająco  dobry,
zmyślny ani skuteczny. Ojciec zawsze dopatrywał się w nim wad, a sukcesów nigdy nie
dostrzegał.

–  Nie  zawiodłem  się  na  tej  terapii  –  oświadczył  ten  mężczyzna  pod  koniec  cyklu

naszych spotkań.

– Mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie – odparłem.
– No tak, to prawda – roześmiał się.
– W jaki sposób pana rozczarowałem?
–  Cóż,  nie  wiem.  Myślałem,  że  zaznamy  wspólnie  głębokich  emocjonalnie

doświadczeń,  jakie  widuje  się  w  telewizji  lub  w  filmach,  i  wreszcie  dokopię  się  do
wspomnień z dzieciństwa, dzięki którym doznam olśnienia i zrozumiem siebie.

–  Tak,  też  oglądałem  takie  filmy.  Ale  trudno  oczekiwać  czegoś  takiego,  prawda?

Pojawiły się głęboko skrywane uczucia, ale przecież nie nowe wspomnienia.

– Może spodziewałem się po terapii zbyt wiele.
– Liczył pan na niezwykły efekt, a sesje były zupełnie zwyczajne – podsunąłem. Nie

zamierzałem unaoczniać mu, że spodziewał się superterapeuty, tak samo jak jego ojciec
oczekiwał, że on stanie się superosobą.

Parsknął śmiechem.
– Jakie są pana wrażenia ze spotkania z tak zwyczajnym terapeutą?
Mój pacjent roześmiał się znowu.
– Chyba zbyt wiele oczekuję od ludzi, stąd moje rozczarowania.
– Och, mogę zagwarantować, że tutaj spotka pana rozczarowanie.
–  To  dobre  –  przyznał,  wciąż  się  śmiejąc.  –  Pozwoli  pan,  że  pożyczę  to

sformułowanie? Od dzisiaj będę je powtarzać wszystkim rozczarowanym moją osobą...

–  Jest  pan  widocznie  stworzony,  by  rozczarowywać  i  być  rozczarowanym,  to  duży

talent – zażartowałem.

– To chyba nieuniknione?
– Skoro pragnienia nie mają granic, rozczarowanie jest nie do uniknięcia.
– A ja robiłem wszystko, żeby go uniknąć.
– Chciał pan stać się wszystkim dla wszystkich, umordował się pan, nabrał urazy do

innych i wreszcie zdecydował się na strajk.

Człowiek  ten  usiłował  uniknąć  konfliktów,  dopasowując  się  do  oczekiwań  innych.

Prezentował  wszystkim  fałszywy  obraz  samego  siebie.  Ten  obraz  mógł  się  nawet
podobać, ale nikt nie mógł pokochać mężczyzny, który się za nim krył – bo nikt go tak
naprawdę nie spotkał.

Mój  pacjent  miał  nadzieję,  że  ojciec  pokocha  go  takiego,  jaki  jest,  lecz  tamten

obdarzał  uczuciem  jedynie  wyimaginowany  ideał  syna,  który  sobie  stworzył.  Nasz
biznesmen  uwierzył,  że  musi  stać  się  bardziej  idealny  niż  realny,  by  upodobnić  się  do

background image

wizji  ojca.  Był  przekonany,  że  jest  ułomny,  bo  nie  dorasta  do  ideału  wyznaczonego
przez ojca, podczas gdy tak naprawdę ułomnością była postawa ojca.

A może twoje wady to wszystko, co istnieje? Nie masz być idealny, masz być realny.

W  porównaniu  z  czyjąś  idealną  wizją  zawsze  wypadniemy  blado.  Nie  uciekniemy  od
tego, kim jesteśmy. Mój pacjent wzrastał w przekonaniu, że powinien zniknąć i powrócić
jako  ktoś  inny,  kogo  ojciec  mógłby  pokochać.  Rozpoczynając  terapię,  postanowił  być
idealnym pacjentem, po to by zadowolić mnie, terapeutę. Musiałem pomóc mu zacząć
być sobą, a nie ucieleśnieniem czyjegoś wyobrażenia.

Nie  zjawiliśmy  się  na  świecie  po  to,  by  być  satelitami  krążącymi  wokół  innych  ludzi,

nawet  jeśli  oni  sobie  tego  życzą.  Możemy  orbitować  wokół  czyjegoś  ego,  udając,  że
jesteśmy jego wyobrażeniem, ale nie możemy nim być. Ojciec mojego pacjenta darzył
uczuciem  obraz  idealnego  syna,  osoby  bez  skazy,  kogoś,  kto  tak  naprawdę  nie  istniał.
Wyobrażenia  na  temat  tego,  jakie  powinno  być  życie,  to  bajki,  które  istnieją  tylko
w naszych głowach. Życie ma je za nic; po prostu podąża swoją drogą.

Mój pacjent musiał zmierzyć się z doświadczeniem siebie samego jako realnej osoby,

a nie pseudoideału. Terapia pomogła mu zrozumieć, że jest zaledwie człowiekiem i nie
wytrzyma konkurencji z obrazem stworzonym przez czyjeś fantazje. Na człowieczeństwo
nie ma lekarstwa. Dopóki kochał ideał, w który wierzył ojciec, dopóty nienawidził siebie.
Nie mógł przemienić się w ideał, nikt z nas tego nie potrafi. Kiedy jednak postanowimy
pokochać siebie, otwieramy się na naszą ludzką niedoskonałość. Cóż może być bardziej
niedoskonałego,  niż  człowieczeństwo  widziane  przez  okulary  perfekcjonizmu?  Dopiero
gdy  je  zdejmiemy,  możemy  przyjąć  siebie  samych,  innych  ludzi  i  wszystko,  co
„niedoskonałe”.

Być tu i teraz podczas terapii

Mówi  się,  że  jeśli  chcemy  być  naprawdę  obecni,  mamy  pozostać  w  danym  momencie,
być  tu  i  teraz.  Ciekawe,  gdzie  indziej  moglibyśmy  być?  Nawet  jeśli  śnimy  na  jawie,
robimy to tu i teraz. Po prostu wpatrujemy się w nasze wymysły, zamiast stawić czoła
rzeczywistości.  Wilfred  Bion  powiedział,  że  terapia  jest  aktem  wiary  w  to,  iż  możemy
przejść przemianę, jednocząc się z emocjonalną prawdą, którą niesie obecna chwila

[3]

.

Szukamy  więc  samych  siebie,  tego,  jacy  teraz  jesteśmy.  Nie  musimy  robić  niczego
nadzwyczajnego,  żeby  być  obecni  tu  i  teraz.  Każde  uczucie,  lęk,  każdy  mechanizm
obronny  i  akt  ucieczki  to  sposób,  w  jaki  jesteśmy.  Nie  musimy  robić  czegoś  innego.
Wystarczy, że zostaniemy ze sobą, popatrzymy na siebie.

Dla  pewnego  mężczyzny  doświadczenie  tu  i  teraz  okazało  się  doświadczeniem

śmierci. Pewnego dnia zszedł do piwnicy ze swoim pięcioletnim synkiem i zobaczył żonę.
Wisiała  na  sznurze  uwiązanym  do  belki  stropowej.  Niedługo  później  w  rozmowie
z  terapeutą  powiedział,  że  chce  już  tylko  umrzeć.  Terapeuta  poprosił  mnie  o  pomoc.
Przećwiczyliśmy tę sytuację, on w roli pacjenta, a ja w roli terapeuty.

background image

– Z czym pan do mnie dzisiaj przychodzi? W czym mógłbym pomóc?
– Nie mogę się odnaleźć – odpowiedział.
–  A  ja  myślę,  że  właśnie  pan  siebie  odnalazł.  Odnalazł  pan  siebie  pełnego  smutku

i  żalu,  przeżywającego  dramat  straty,  wciąż  mającego  przed  oczami  żonę,  która
powiesiła  się  w  piwnicy.  Odnalazł  pan  siebie  i  bardzo  chciałby  pan  siebie  –  takiego
siebie – gdzieś zgubić. To zrozumiałe, któż bowiem chciałby znaleźć śmierć.

– Nie mogę uwierzyć, że to zrobiła.
– Nie może pan uwierzyć, że zadała sobie śmierć.
–  Ciągle  o  niej  myślę.  Piętnaście  lat  małżeństwa...  byliśmy  tacy  szczęśliwi.  A  teraz

przychodzą chwile, kiedy jestem na nią wściekły.

–  To  naturalne.  Czuje  pan  gniew,  bo  odeszła,  zostawiając  pana  i  synka.  A  niełatwo

gniewać się na kobietę, którą pan kocha.

– Nie wiem, jak długo jeszcze to pociągnę. Nie widzę sensu w życiu.
–  Och,  pana  życie  ma  wielki  sens,  ale  teraz  czuje  pan  jeszcze  większy  ból.  Chciałby

pan umrzeć, żeby wreszcie przestało boleć.

Każde  słowo  pacjenta  jest  drogowskazem.  Każda  kolejna  chwila  przynosi  nam

wszystko,  czego  potrzebujemy.  Niepokój  tego  człowieka  wskazywał  wyraźnie,  z  jakimi
uczuciami będziemy się musieli zmierzyć, żeby rozpocząć jego proces zdrowienia.

Kto  chciałby  być  w  sytuacji,  gdy  trzeba  pogodzić  się  ze  śmiercią?  Kto  chciałby  czuć

gniew na żonę, która popełniła samobójstwo? Kto chciałby żyć, pochowawszy ukochaną
osobę?  A  życie  wciąż  szepcze:  „Czy  przyjmiesz  to  doświadczenie?  Jest  twoje,  i  tylko
twoje...”.

Kiedy żona odebrała sobie życie, umarła także stworzona przez męża, wyidealizowana

wizja  jej,  jego  i  ich  wspólnej  przyszłości.  To  oczywiste,  że  zaczął  myśleć  o  fizycznej
śmierci – tylko w ten sposób mógł uciec przed doświadczeniem śmierci psychologicznej.
Ta ostatnia mogła go doprowadzić do odrodzenia, ale wielkim kosztem. W piwnicy jego
domu, z belki stropowej zwisało wciąż nie tylko wspomnienie martwego ciała żony, ale
też jego własne, umarłe marzenie.

Wolność od czy wolność do?

Przyjęcie  i  akceptacja  własnych  uczuć,  myśli  i  marzeń  to  trudne  zadanie.  Jest  nam
raźniej,  kiedy  mamy  wsparcie  terapeuty.  Jeśli  mamy  naprawdę  otworzyć  się  na  nasze
wewnętrzne życie, nie wystarczy skupić się na tym, co łatwe i przyjemne. Miłość, radość
i  szczęście  to  nie  wszystko,  są  w  nas  też  trudniejsze  uczucia,  aż  po  opór  i  odmowę
współdziałania.

Pewien  mężczyzna  wszedł  do  mojego  gabinetu,  usiadł  w  fotelu,  zwiesił  głowę

i wyrecytował, po co przyszedł na terapię. Kiedy spytałem, czy czuje potrzebę, by nad
tymi tematami pracować, spojrzał w sufit i jęknął.

– Cóż, nie jestem pewien. Nie wiem, czy mogę się w to zaangażować. Nie mam zbyt

background image

wiele czasu, i naprawdę dużo spraw na głowie.

Przyjąłem do wiadomości jego obiekcje.
– Rozumiem, że nie wie pan, na ile chce się zaangażować w terapię.
– Właśnie. – Pokiwał głową.
–  Dobrze,  że  jest  pan  ze  mną  szczery.  Proszę  czuć  się  swobodnie,  może  pan  się

zaangażować lub nie, wedle życzenia.

–  Chciałbym  najpierw  coś  ustalić.  W  moim  życiu  wydarzyły  się  rzeczy,  które,  jak

sądzę,  można  by  roztrząsać  na  terapii  przez  całe  lata.  Nie  jestem  gotów  poświęcić  aż
tyle czasu na terapię, ale chciałbym jednak osiągnąć zauważalną poprawę.

Człowiek ten był mylnie przekonany, że najważniejszą kwestią jest to, czy zaangażuje

się w terapię.

– Ponieważ mamy połączyć siły, musimy najpierw się przekonać, z jak daleko idącym

zaangażowaniem traktuje pan samego siebie.

Mój rozmówca znowu popatrzył w sufit, uśmiechnął się zdawkowo.
– Z jakim zaangażowaniem traktuję samego siebie? Cóż, to ciekawe pytanie.
– Jest pan wart własnego wysiłku?
Prychnął śmiechem, nie przestając wpatrywać się w sufit. Zamilkł na chwilę.
– Oczywiście, że jestem tego wart – oświadczył wreszcie.
– Co pan poczuł, kiedy pan to powiedział?
– Poczułem się, jakbym grał w reklamie.
–  Co  jeszcze?  Co  pan  czuje,  mówiąc:  „Jestem  tego  wart”?  Jakie  uczucia  się  w  panu

budzą?

– Jakaś część mnie chce od razu powiedzieć, że tak, jestem tego wart.
– Mówi pan to. I co dalej?
– Mam mieszane uczucia. Nie wiem, czy chcę zainwestować aż tyle czasu i pieniędzy

w coś takiego.

Nadal  popełniał  błąd,  uważając,  że  kluczową  kwestią  jest  jego  decyzja,  czy

zaangażować się w terapię, czy nie.

– Pytanie brzmi – wyjaśniłem – z jakim zaangażowaniem jest pan gotów potraktować

siebie. Najwyraźniej nie jest pan tego pewien.

– Owszem, można tak powiedzieć – zgodził się.
– Zastanawia się pan, czy to gra warta świeczki. Nie wie pan, co robić.
Odwrócił wzrok.
–  Nie  wiem,  czy  to  ma  jakiś  związek,  ale  ostatnio  bardzo  często  łapię  się  na

autocenzurze.

Często  usiłujemy  nadać  naszym  myślom  i  wypowiedziom  odpowiednią  formę,  taką,

która,  naszym  zdaniem,  zyskałaby  aprobatę  innych.  Sądzimy,  że  wiemy,  jak  sprawić
wrażenie na innych. Wierzymy, że udało nam się rozszyfrować, jakimi inni chcieliby nas
widzieć i co od nas usłyszeć. Niestety, kiedy dokonujemy autocenzury, żeby dopasować
się  do  naszych  wyobrażeń  na  temat  tego,  jak  inni  chcą  nas  widzieć,  przestajemy
dostrzegać i słyszeć samych siebie.

– Czy jest pan wart tego, by zostać wysłuchany?
– Chyba tak. To zabawne, ale nigdy nie myślałem w ten sposób. Podejrzewam, że to

przez  brak  pewności  siebie,  gdy  idzie  o  wyrażanie  własnych  opinii  i  robienie  tego,  co
naprawdę bym chciał.

background image

– Nie jest pan pewien, czy chce pan potraktować samego siebie z zaangażowaniem.

Czy  woli  pan  sprawiać  wrażenie  na  innych,  czy  też  słuchać  samego  siebie,  i  czy  może
pan robić to, co pan by chciał.

– No, tak.
Widząc, że wciąż nie zdecydował, czy chce stanąć po swojej stronie, spytałem:
– Jak długo będzie pan tłamsił siebie?
– Nie jestem samotną wyspą – zaczął, a ja zobaczyłem, jak jego oczy wypełniają się

łzami.  –  Nie  mogę  ot  tak,  po  prostu,  wywalić  wszystkiego,  co  bym  chciał.  Potrzebuję
chyba znaleźć odpowiedź na pytanie, jak być uczciwym wobec innych, nie niszcząc przy
tym tego, co naprawdę istotne.

–  Uczciwość  jest  dla  pana  sprawą  podstawową,  lecz  jednocześnie  boi  się  pan,  jaki

może mieć wpływ na innych. To ważne. Tu, w tym gabinecie, musimy być wobec siebie
tak  uczciwi,  jak  tylko  potrafimy,  więc  jeśli  obawia  się  pan,  że  będąc  wobec  mnie
uczciwy, może mnie pan zranić, musimy zwrócić uwagę na ten problem.

–  Nie,  to  nie  tak.  Jeśli  mam  być  uczciwy  –  zamyślił  się  na  chwilę  –  chciałbym  po

prostu być bardziej pewny siebie. Dlaczego muszę przejmować się tym, co inni pomyślą
albo co poczują?

– Chciałby pan mieć więcej wiary w siebie?
– Jasne, że tak – westchnął, odwracając wzrok.
– Ale prześladują pana ciągłe wątpliwości?
– Tak.
– Przyszedł tu pan z własnej woli, mam rację? Czy ktoś pana przywlókł na siłę?
– Nie, skąd. Sam przyszedłem.
–  Przyszedł  pan  sam,  z  własnej  woli.  A  jednak,  kiedy  tylko  powiedział  pan,  że  chce

potraktować  siebie  samego  z  zaangażowaniem  i  dojść  do  sedna  trapiących  pana
problemów, zaczął pan się wahać. Już nie był pan pewien, czy naprawdę pan tego chce.

– Chyba tak.
–  Walczy  pan  sam  ze  sobą.  Nie  wie  pan,  czy  słuchać  siebie,  czy  wątpliwości,  które

natychmiast się pojawiają, gdy usiłuje pan podjąć decyzję.

– Chyba raczej nie potrafię określić, na czym polega mój problem. Nie wiem, na jakiej

podstawie  stwierdzić,  czy  impuls,  który  się  we  mnie  pojawia,  jest  czymś  rzeczywiście
istotnym.

Był  kompletnie  zagubiony.  Mogłem  mu  pomóc,  pokazując,  jak  odróżnić  jego

wewnętrzny głos od chóru wątpliwości, które usiłowały go zagłuszyć.

–  Wątpi  pan  w  siebie  od  tak  dawna,  że  nie  wie  pan  już,  która  myśl  pochodzi

naprawdę od pana, która jest głosem wątpliwości, a która tych wątpliwości celem.

– To dość niepokojące.
– Co pan czuje?
Zaśmiał się cicho, pokręcił głową.
– Nie mam pojęcia.
– Proszę dać sobie czas do namysłu. To wszystko na pewno wzbudza wiele emocji.
– Wie pan, to dziwne. Rozmawiałem z ludźmi, którzy są świadomi siebie i empatyczni,

wiem,  że  mam  takie,  a  nie  inne  problemy.  Nie  jestem  specjalnie  zszokowany  tym,  co
pan mówi. Ale jaka jest moja prawdziwa tożsamość? Czego naprawdę chcę?

–  Cóż,  przede  wszystkim,  jeśli  nie  chce  pan  terapii,  nie  zamierzam  pana  do  niej

background image

nakłaniać.

– Nie, nie mam wątpliwości, że terapia może być pożyteczna.
– Ale wciąż walczy pan sam ze sobą. Chce pan wziąć się za siebie, ale się pan waha.

Przychodzą  wątpliwości,  że  może  nie  warto.  A  przecież  musimy  zdecydować,  czy
będziemy pracować razem, czy obaj zaangażujemy się w pańską sprawę.

– Ma pan rację. – Uśmiechnął się. – Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to że zanosi

się na okropnie długą terapię...

– Jeśli ma pan wątpliwości, czy warto angażować się w tę pracę nad sobą, albo jeśli

będzie  pan  ukrywał  swoje  zaangażowanie,  sprawi  pan,  że  terapia  potrwa  dowolnie
długo.  Może  pan  ciągnąć  ją  dwadzieścia,  trzydzieści,  albo  nawet,  dlaczego  nie,
czterdzieści lat, jeśli dobrze pójdzie.

Zaśmiał się.
–  Jeśli  pańska  postawa  będzie  w  jakikolwiek  sposób  przyczyniać  się  do

niepotrzebnego  wydłużania  terapii  –  ciągnąłem  –  naszym  obowiązkiem  jest  temu
przeciwdziałać.

Terapeuta towarzyszy nam, nie wymagając, żebyśmy się zmienili – inaczej nie może,

jeśli ma zadbać o to, żeby między nim a pacjentem powstała relacja miłości i zaufania.
Terapeuta  opisuje  mechanizmy  obronne,  które  stosujemy,  i  mówi,  jaka  jest  ich
szkodliwość,  ale  nie  może  sprawić,  że  one  po  prostu  znikną.  Możemy  budować  mury
wokół  siebie  i  hołubić  mechanizmy  obronne  tak  długo,  jak  tylko  zechcemy.  Dlatego
niektórzy ludzie chodzą na terapię latami i nie przynosi to żadnej zmiany.

Terapeuta  przyjmuje  do  wiadomości,  że  otaczamy  się  murami  i  stosujemy

mechanizmy  obronne,  bo  jeśli  chce  działać  skutecznie,  musi  brać  pod  uwagę  fakty.
Kiedy  doświadczamy  całkowitej  akceptacji  naszego  oporu,  zaczynamy  podawać
w  wątpliwość  własną  postawę  samoodrzucenia.  Nawet  gdy  odpychamy  terapeutę,  on
nadal jest nas ciekaw; akceptuje fakt, że został odepchnięty, nie żądając wcale, byśmy
zmienili  nastawienie.  Dzięki  temu  może  pojawić  się  w  nas  chęć,  żeby  opuścić  gardę
i wyjść poza mury obronne, które wznieśliśmy.

Mężczyzna, o którym tu mówię, nie chciał zaangażować się w terapię ani we własny

rozwój.  Był  przekonany,  że  postępuje  rozsądnie,  usiłując  uniknąć  pułapki,  jaką  jest
przewlekła  terapia.  Ale  w  rzeczywistości  właśnie  pakował  się  w  pułapkę  zwątpienia
w siebie; szukał wolności od własnych uczuć, podając je w wątpliwość. Wyznaczył sobie
cel niemożliwy do osiągnięcia, bo nikt nie jest w stanie uciec od tego, kim jest.

Aż  do  końca  życia  będziemy  doświadczać  niepokoju,  lęku,  smutku,  złości  wstydu,

radości  i  miłości.  Nasze  niebo  będzie  zasnuwać  się  chmurami.  Wolność  nie  polega  na
odrzuceniu  wewnętrznego  życia.  Nie  staniemy  się  wolni,  jeśli  będziemy  udawać,  że
nasze  uczucia  nie  istnieją.  Prawdziwa  wolność  polega  na  akceptacji  wszystkich  uczuć,
jakie niesie nurt życia.

Kiedy godzimy się z tym, że nasze emocje są zmienne, przestajemy patrzeć na siebie

wyłącznie  przez  ich  pryzmat.  Odkrywamy,  że  jesteśmy  też  pustką,  w  której  pojawiają
się uczucia, ciszą, którą wypełnia gwar naszych myśli, i niebem, przez które przepływają
chmury.

Jeśli  szukamy  wolności  od  własnych  uczuć,  chowając  się  za  mechanizmami

obronnymi,  prowadzimy  życie  wiecznych  uciekinierów.  O  tym  wiedział  już  Fromm,
pisząc  swoją  Ucieczkę  od  wolności.  Pragniemy  wolności  niemożliwej  –  wolności  od

background image

konfliktów,  od  uczuć,  od  życia  i  od  śmierci.  Szukamy  jej  tam,  gdzie  jej  nie  ma  –  we
własnych  złudzeniach,  wyobrażeniach  i  fantazjach.  Człowiek,  o  którym  tu  mówię,
znalazł  się  w  potrzasku  zwątpienia  w  siebie.  Dopóki  w  nim  tkwił,  był  skazany  na  los
samotnego obserwatora życia, które przepływało obok niego. Nigdy nie miał rzucić się
w fale, by wypłynąć na głębię.

Wolność, którą realnie posiadamy, pozwala nam kochać i przyjmować to, co jest. Gdy

przestajemy  uciekać  od  rzeczywistości  i  otwieramy  się  na  nią,  okazuje  się,  że  właśnie
odnaleźliśmy wolność, której szukaliśmy.

Ryzyko słuchania

Może  nam  się  wydawać,  że  słuchanie  jest  łatwe,  w  rzeczywistości  jednak  należy  do
trudnych  zadań:  gdy  otwieramy  się  na  inny  punkt  widzenia,  ryzykujemy,  że  zmieni  się
nasz  sposób  postrzegania  samych  siebie,  drugiego  człowieka  lub  nawet  świata.  Aby
uniknąć  tego  niebezpieczeństwa,  stosujemy  taktykę  pseudosłuchania  –  wdajemy  się
w  dyskusje,  chcąc  uzyskać  wpływ  na  naszych  rozmówców.  Co  się  stanie,  gdy
pozwolimy, by prawdziwe słuchanie wpłynęło na nas? Martin Heidegger sugerował, że
cierpimy, gdyż zagubiliśmy zdolność słuchania innych i siebie. Zatraciliśmy naszą istotę,
bo zapomnieliśmy, jak słuchać.

Pewna  kobieta  nie  potrafiła  usłyszeć  samej  siebie.  Mówiła  coraz  szybciej,  gubiła

wątek, jej stopa zaczynała nerwowo podrygiwać.

– Mówi pani bardzo szybko – powiedziałem. – Czy pani też to zauważyła?
– Nie, nie zauważyłam. Tak w ogóle to chcę mówić o czymś innym.
–  Szybka  mowa  jest  oznaką  niepokoju.  Czy  jest  pani  świadoma  tego,  że  pani  ciało

odczuwa w tej chwili niepokój?

– Tak, ale chcę powiedzieć panu coś innego.
– Z pewnością. Proszę jednak zauważyć, że ignoruje pani swój niepokój i chce, żebym

ja też go ignorował.

Jej oczy wypełniły się łzami.
– Co pani czuje głębiej, pod poziomem słów? – spytałem.
Wówczas  się  rozszlochała.  Wsłuchiwała  się  w  potoki  mowy  w  swojej  głowie,  a  nie

w niepokój w ciele, ignorując w ten sposób siebie i własne uczucia. Chciała też, zupełnie
nieświadomie,  zasłonić  się  paplaniną,  tak  bym  nie  mógł  dostrzec,  kim  była
w rzeczywistości.

Niezbyt chętnie słuchamy innych lub nawet siebie. Pewna pacjentka opisała mi swój

konflikt z mężem. Narzekał on, że zawsze zamyka mu usta.

– Dlaczego miałabym go słuchać? I tak z góry wiem, co powie.
Tak  naprawdę,  nie  wiedziała,  co  mąż  ma  do  powiedzenia.  Wiedziała,  co  myślała,  że

mógłby  powiedzieć.  Przecież  ja  sam  nie  wiem,  co  za  chwilę  powiem.  To,  co  mówimy,
powstaje w trakcie wypowiedzi. Dlatego należy też słuchać. Nawet jeśli mamy wrażenie,

background image

że  bliscy  mówią  w  kółko  to  samo,  to  w  pewnym  momencie  możemy  nie  usłyszeć
czegoś, czego już nie powtórzą: ich mowy pogrzebowej, w której żegnają swoją wiarę
w to, że kiedykolwiek zechcemy ich wysłuchać.

Kobieta ta wsłuchiwała się tylko we własne przekonania i nie dawała mężowi dojść do

słowa. Tymczasem miał on pełne prawo powiedzieć: „Nie słuchasz mnie!”. Myślała, że
słyszy, co do niej mówi, ale docierały do niej tylko te wypowiedzi, które wcześniej mu
przypisała.  Powtarzała  wciąż:  „Rozumiesz?”  w  przekonaniu,  że  jego  umysł  jest
zamknięty. Naprawdę zaś zamknęła swój, odnosząc się do własnych wyobrażeń, nie zaś
do żywego człowieka. Bywa, że jesteśmy pewni, iż nasze przekonania to głęboki wgląd,
podczas gdy są one tamą, całkowicie blokującą możliwość wglądu.

Pewna  terapeutka  chciała  skonsultować  ze  mną  przypadek  człowieka,  który  według

niej  był  dogłębnie  niezrównoważony.  Nie  znajdywałem  jednak  uzasadnienia  takiej
diagnozy.  Terapeutka,  przekonana  do  swoich  racji,  trzymała  się  obranego  sposobu
postępowania. Skupiona jak drapieżnik, wyszukiwała w gąszczu faktów najdrobniejszych
poszlak  na  poparcie  swoich  tez.  Dyskutowała  ze  swym  pacjentem,  starała  się  go
zdominować  i  sprawić,  by  poddał  się  jej  projekcji:  „No  widzisz?  Tak  właśnie
wyglądasz!”.  Jego  słowa  były  obiektami  do  ustrzelenia,  a  słuchanie  stało  się  dla  niej
formą ćwiczeń strzeleckich.

Aby  słuchać,  musimy  postrzegać  daną  osobę  jako  kogoś,  kto  zasługuje  na

wysłuchanie,  nie  lekceważyć  jej,  nie  polemizować  za  wszelką  cenę  i  nie  chcieć
zdominować. Następnie musimy pogodzić się z faktem, że inni ludzie mają swój punkt
widzenia. Zbyt często bowiem wydaje nam się, że ogarniamy cały obraz rzeczywistości,
podczas gdy widzimy tylko wycinek z naszej perspektywy.

Dobrą  ilustracją  jest  tu  ogródek  stworzony  przez  mistrza  zen.  Ogródek  Ryoan-ji

widziany z werandy ujawnia tylko czternaście z piętnastu swych kamieni, niezależnie od
tego,  pod  jakim  kątem  patrzymy.  Żeby  zobaczyć  piętnasty  kamień,  musimy  się
przemieścić,  wówczas  jednak  tracimy  z  oczu  jeden  z  wcześniej  widzianych.  Wreszcie,
dzięki  temu  doświadczeniu,  dowiadujemy  się,  że  całości  nie  da  się  dostrzec  z  żadnego
punktu.

Kiedy przyjmiemy perspektywę patrzenia drugiej osoby, co umożliwia dialog, pojawia

się  ryzyko  popełnienia  kolejnego  błędu.  Zaczynamy  słuchać,  by  „poznać”  tę  osobę,
przejrzeć ją na wylot. Tyle, że to nieosiągalne. W gruncie rzeczy nie znamy całkowicie
nawet  siebie.  Gdy  ktoś  nam  mówi:  „Doskonale  wiem,  o  czym  myślisz”,  ma  w  głowie
wyłącznie swoją projekcję. Pozostajemy dla niego niepoznawalni.

Gdy  zaakceptujemy  fakt,  że  dysponujemy  tylko  ograniczonymi  możliwościami

poznania  kogoś  i  dostrzeżenia  prawdy,  słuchanie  staje  się  rodzajem  poddania.
Przestajemy pochlebiać sobie, że kiedykolwiek do końca poznaliśmy lub poznamy jakąś
osobę.  Nasze  wyobrażenia  dotyczące  innych  okazują  się  wytworami  umysłu,  starannie
pielęgnowaną  fikcją,  przyjemną,  lecz  zwodniczą  podróbką  rzeczywistości.  Dopiero  gdy
zdamy  sobie  sprawę,  że  projekcje  naszego  umysłu  są  mirażami,  możemy  naprawdę
otworzyć się na innych.

Kiedy podróżujemy latem rozgrzaną drogą, powietrze faluje i mieni się na horyzoncie

przed nami. Wygląda zupełnie jak woda, do której nigdy nie dotrzemy, zawsze tak samo
odległa.  Tę  drogę  można  porównać  do  miłości,  którą  obdarzamy  drugiego  człowieka:
w miarę, jak rozwiewają się iluzje, doświadczamy „uciekającego horyzontu” i zaczynamy

background image

rozumieć  –  jak  trafnie  ujął  to  Karl  Rahner  –  że  nigdy  nie  dotrzemy  do  poznania  głębi
osoby, którą kochamy

[4]

. Tak jak patrzenie produkuje iluzje optyczne, tak umysł tworzy

iluzje  emocjonalne.  W  psychologicznym  ujęciu  nie  postrzegamy  ludzi,  lecz  z  góry
przyjęte  osądy  na  ich  temat.  A  taki  osąd  to  nic  innego  jak  zakamuflowana  forma
mechanizmu obronnego.

Mechanizmy  obronne  to  sposób,  w  jaki  zniekształcamy,  filtrujemy,  blokujemy

i  interpretujemy  docierające  do  nas  sygnały  rzeczywistości,  tworząc  schematy,  które
zwiemy  „prawdą”.  Są  one  normą,  gdy  występują  w  dzieciństwie  jako  reakcja
adaptacyjna,  ale  kiedy  stosujemy  je  w  innych  relacjach,  stają  się  źródłem  cierpienia.
Jeśli  na  przykład  szukam  usprawiedliwień  z  powodu  oblania  testu  na  studiach
i  zaczynam  wierzyć,  że  moje  wymówki  odpowiadają  stanowi  faktycznemu,  nie
dostrzegam już prawdy – tego, że po prostu nie uczyłem się tyle, ile trzeba było. Jeśli
jestem  grubiański  wobec  żony,  a  ona  ma  o  to  pretensje,  mogę  ulec  złudzeniu,  iż  jest
„przeczulona”. Skupię się na swoich przekonaniach i przeoczę własne chamstwo.

Chociaż staramy się ignorować rzeczywistość, ona wciąż tu jest. Gdy jej nie widzimy,

potykamy  się  o  nią.  „Dlaczego  oblałem  egzamin?”,  „Czemu  moja  żona  znów  się
wścieka?  Ależ  jest  drażliwa!”  Mechanizmy  obronne  odwracają  naszą  uwagę  od
prawdziwego  świata,  dostrzegamy  tylko  nierzeczywistość:  wytwory  naszego  umysłu.
Należy porzucić tę błędną percepcję, by zacząć widzieć to, co realne.

Nie  życzymy  sobie  konfrontacji  z  rzeczywistością.  Wolimy  nakłaniać  innych,  by

podzielali  nasz  fałszywy  punkt  widzenia.  W  ten  sposób  możemy  przymknąć  oczy  na
fakty  stojące  w  sprzeczności  z  naszymi  przekonaniami.  Jakbyśmy  myśleli:  „Jeśli  wielu
ludzi podziela moje zdanie, to znaczy, że mam rację”. Walczymy o ostatnie słowo, ale to
daremny  trud.  Dopiero  wydając  ostatnie  tchnienie,  zdamy  sobie  sprawę,  że  ostatnie
słowo zawsze należy do rzeczywistości.

Wolimy polemizować z kimś, kto się z nami nie zgadza, zamiast go posłuchać.
– Nie zawracaj mi głowy faktami, właśnie tworzę teorie!
Wydaje nam się, że słuchamy, tak naprawdę jednak z góry projektujemy, co możemy

usłyszeć, i na tej podstawie osądzamy i oceniamy innych. Dopiero gdy wyzbędziemy się
tych postaw, zaczniemy naprawdę słuchać.

Zdolność negatywna

Idziemy  przez  życie,  nie  znając  odpowiedzi  na  wiele  pytań:  „Kim  się  staniemy?”,  „Co
myślą  i  czują  inni  ludzie?”.  Każda  niewiadoma  budzi  lęk.  Próbujemy  wypełnić  pustkę,
tworząc założenia, które, siłą rzeczy, muszą okazać się fałszywe. Ten rodzaj „wiedzy” to
po prostu projekcje.

Angielski  poeta  John  Keats  nazwał  zdolnością  negatywną

[5]

  umiejętność

zaakceptowania  własnej  niewiedzy  i  znoszenia  jej  aż  do  chwili,  kiedy  doświadczenie
przyniesie  odpowiedzi,  objawiając  to,  czego  wcześniej  nie  mogliśmy  wiedzieć.  Stan

background image

niewiedzy jest studnią, z której czerpie się wszelką wiedzę. Szczególnie wyraźnie widać
to w małżeństwie.

Pewien  mężczyzna  podczas  sesji  terapeutycznej  opowiadał  same  pogardliwe

i deprecjonujące rzeczy na temat swojej żony.

– Może powymyślamy sobie o niej jakieś straszne historie? – podsunąłem.
Spojrzał na mnie zdumiony, a potem, kiedy przyszło zrozumienie, roześmiał się.
– Często to robię – przyznał.
Przypisywał  żonie  tyle  cech,  myśli  i  uczuć,  że  już  dawno  przestał  ją  dostrzegać  –

widział tylko swoje projekcje.

Inni ludzie, jak sama nazwa wskazuje, są inni, a więc nam nieznani. Możemy się tylko

domyślać,  jacy  są  i  co  czują.  I  często  to  robimy.  Podobnie  jak  dawni  kartografowie
pokrywali  kontury  nieznanych  lądów  rysunkami  fantastycznych  pasm  górskich,  rzek,
jezior i puszcz, tak i my tworzymy zupełnie fikcyjne mapy wewnętrznego świata naszych
bliskich,  przypisując  im  wymyślone  motywacje.  Bardzo  trudno  jest  powiedzieć  „nie
wiem”,  przyznając,  że  nie  rozumie  się  drugiego  człowieka,  nawet  najbliższego.  Dużo
łatwiej  jest  uciec  od  tej  świadomości,  wypełniając  pustkę  niewiedzy  wymysłami.
Ponieważ  są  to  nasze  własne  wymysły,  odbieramy  je  jako  prawdę.  „Czuję,  że  tak
właśnie jest”, mówimy sobie. A przecież każdy nasz dzień jest krokiem w nieznane. Ba,
my  sami  jesteśmy  niezbadanym  lądem,  nieznanym  jak  przyszłość  czy  giełda  papierów
wartościowych.  Już  sama  nieprzewidywalność  giełdy  jest  dla  nas  tak  trudna  do
zniesienia,  że  chętnie  dajemy  wiarę  najprzeróżniejszym  strategom,  niepoprawnie
optymistycznym  albo  irracjonalnie  pesymistycznym.  „Byki”  i  „niedźwiedzie”  sprzedają
nam scenariusze, w których główną rolę gra chciwość i strach. Nasza podatność na to,
by kupować przekonująco brzmiącą fikcję, to tylko przykład, który ukazuje, jak bardzo
źle  znosimy  niewiedzę.  Nie  inaczej  jest  w  relacjach  międzyludzkich.  Nie  możemy
pogodzić  się  z  faktem,  że  drugi  człowiek  pozostaje  dla  nas  tajemnicą,  więc  robimy
założenia, przypisując mu własne uczucia, myśli i postawy.

Pewna pani w średnim wieku czuła się wykorzystywana przez bliskich i otoczenie.
– Muszę coś panu powiedzieć – oświadczyła. – Sposób, w jaki pan ze mną rozmawia,

sprawia  mi  przykrość.  Mam  wrażenie,  że  jest  pan  na  mnie  zły.  Pozuje  pan  na  osobę
otwartą i empatyczną, ale tak naprawdę jest pan taki jak inni.

Co  zrobiłem,  żeby  zasłużyć  na  ten  osąd?  Ośmieliłem  się  być  innego  zdania  niż  ona.

Zaczęła  się  zastanawiać,  dlaczego  jej  nie  przytakuję,  i  doszła  do  wniosku,  że  robię  to
specjalnie,  żeby  sprawić  jej  przykrość.  Wszystkie  relacje,  jakie  nawiązywała,  rozwijały
się  zgodnie  z  tym  scenariuszem.  Sobie  przypisywała  rolę  pozytywnego  bohatera,
a wszyscy wokół byli źli. Schemat, według którego działała, miał być jej ochroną przed
pozostawaniem  w  nieświadomości.  Skoro  nie  znała  motywacji  innych  ludzi,  zakładała,
że  są  one  nieżyczliwe.  Nie  wiedziała,  dlaczego  mam  inne  zdanie  niż  ona,  więc  nie
zwlekając,  zrobiła  następny  krok  –  wypełniła  próżnię  swojej  niewiedzy  konkretnymi
podejrzeniami.  Postanowiła  obsadzić  mnie  w  roli  czarnego  charakteru  i  nie  mogłem
w  żaden  sposób  sprawić,  żeby  dostrzegła,  kim  jestem  naprawdę.  Widziała  tylko  swoje
wyobrażenia.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  otacza  się  murem,  który  uniemożliwia  jej
nabycie  jakiejkolwiek  prawdziwej  wiedzy.  Zamiast  przyjmować  życie  takim,  jakie  jest,
wraz  z  doświadczeniami,  które  przynosi,  i  czerpać  z  niego  wiedzę,  wolała
zabarykadować  się  w  twierdzy  pseudomyślenia

[6]

.  Jej  problemy  miały  swoje  źródło

background image

w  tym,  że  „dobrze  wiedziała”,  jakie  kto  ma  nastawienie.  Żeby  się  czegokolwiek
dowiedzieć,  musiałaby  przyznać,  że  nie  wie.  Musiałaby  odrzucić  swoje  wyobrażenia  –
nieprawdziwe wizje swoich bliskich i mnie, w które desperacko usiłowała tchnąć życie.
Miała wybór: albo powiedzieć sobie, że po prostu nie wie, dlaczego wyrażam taki, a nie
inny pogląd, albo upchnąć mnie w świecie swoich fantazji, obsadzając w konkretnej roli.
Upierała się przy tej drugiej postawie, zamykając się w świecie jak z komiksu, gdzie była
sama, otoczona przez niegodziwców i dobrze wiedziała, że czekają ją nieprzyjemności,
szykany i prześladowania.

Dokonujemy  projekcji,  żeby  uciec  przed  uczuciami.  Jeśli  przypisujemy  je  terapeucie,

może on zgodzić się na udział w tej grze, żeby nasz problem został przeanalizowany na
jego przykładzie. Powinien wtedy wykazać się zdolnością negatywną, czyli umiejętnością
zmierzenia się z nieznanym, bez forsowania odpowiedzi.

Pewnego dnia przyszedł do mojego gabinetu schizofrenik.
– Jon, długo myślałem, ale w końcu udało mi się postawić ci diagnozę.
– Serio? – Zainteresowałem się. – Jak ona brzmi?
– Satyryzm. – Padła odpowiedź. – Niekontrolowany apetyt na spódniczki. Bo z pana

taki gość, któremu nigdy dość – zachichotał.

–  O  mój  Boże,  jak  pan  na  to  wpadł?  Nawet  mój  psychoanalityk  niczego  się  nie

domyślił!

– Przecież to oczywiste. – Tamten nie przestawał się śmiać.
–  Ojej,  zawstydził  mnie  pan.  Myślałem,  że  dobrze  się  maskuję.  Czy  jest  jakakolwiek

nadzieja, że mój przypadek jest wyleczalny?

– Owszem, ale będzie to wymagało długotrwałej terapii.
Gładko  wszedłem  w  rolę  pacjenta,  zachęcając  go,  żeby  poczuł  się  terapeutą

usiłującym pomóc w rozwiązaniu mojego „problemu”.

– Jak pan myśli, co mogło być przyczyną pojawienia się tej skłonności?
– Prawdopodobnie w niemowlęctwie był pan zbyt krótko karmiony piersią.
– I dlatego dzisiaj mam obsesję na punkcie kobiecych biustów?
– Dokładnie tak. – Znów zaczął się śmiać. Przez kolejne dwadzieścia minut analizował

mój  „problem”.  –  Ale  dość  już  o  panu  –  oświadczył  wreszcie.  –  Chciałbym  teraz
porozmawiać o czymś innym.

– No dobrze, skoro pan nalega. O czym chce pan rozmawiać?
– Widzi pan, mam problem z kobietami...
Dlaczego  chciał  widzieć  we  mnie  człowieka  trapionego  przez  satyryzm?  Bo  czuł  się

bezpieczniej,  analizując  swój  własny  problem  na  moim  przykładzie.  Musiałem  ufać,  że
uda mu się wreszcie przenieść uwagę na swoje wewnętrzne życie, odnaleźć w sobie to,
co  przypisywał  mnie.  Podobnie  musimy  ufać,  że  uda  nam  się  zrozumieć  ludzi,  kiedy
jeszcze ich nie rozumiemy, kiedy stajemy wobec tajemnicy, wobec nieznanego. Bo czyż
nie jest tak, że – parafrazując Simone Weil – grzech pierworodny to nasza skłonność do
wypełniania  pustki,  jaką  jest  nasza  niewiedza  o  drugim  człowieku?  Drugi  człowiek  jest
niepoznawalny.  Jeśli  nie  podejdziemy  do  jego  tajemnicy  z  otwartością  i  zaufaniem,
wpadniemy w pułapkę przypuszczeń, wyobrażeń na jego temat, projekcji.

–  Nie  rozumiem,  dlaczego  mój  mąż  nie  chce,  żebyśmy  kupili  nowy  dom  –  żaliła  się

pewna kobieta. – To bojący dudek, przeraża go myśl o zadłużeniu. Nie potrafi podejść
racjonalnie do kwestii finansowych...

background image

Przez chwilę akceptowała niewiadomą, przyznając, że nie rozumie postawy męża. Ale

zaraz  zwyciężał  lęk  przed  pustką  i  przestrzeń  swojej  niewiedzy  wypełniała
przypuszczeniami.  Czym  grozi  taka  postawa?  Można  tak  się  zaabsorbować  własnymi
domysłami, że przestanie się w ogóle dostrzegać drugiego człowieka. Kobieta, o której
tu  mowa,  była  przekonana,  że  niewiadoma,  wobec  której  stanęła  –  fakt,  że  mąż  nie
chciał tego, czego chciała ona – jest problemem wymagającym rozwiązania. Usiłowała
więc przezwyciężyć ten problem, bombardując go fałszywymi odpowiedziami. Tylko czy
na pewno pytania, nawet te bez odpowiedzi, stanowią problem?

Żyć z pytaniami

Nie  musimy  odpowiadać  na  pytania.  Te,  które  przynosi  życie,  wystarczy  przyjąć,
doświadczyć i przeżyć. „Co będzie dalej?”, „Kim jest ten człowiek?”, „Czego pragnę?”...
Jeśli  zbytnio  pospieszymy  się  z  odpowiedzią,  nie  przeżyjemy  doświadczenia,  które
przyniosłoby  nam  prawdziwą  wiedzę.  Poznajemy  prawdę,  przyjmując  życie  i  uczucia,
jakie  w  nas  budzi.  Jeśli  nie  potrafimy  zaakceptować  życia  i  uczuć,  zaczynamy  wierzyć
w kłamstwa, które wymyślamy.

Pewien mężczyzna opowiedział mi, że na Dzień Ojca dostał od córki okolicznościową

kartkę, na której napisała: „Mam wieeelkie szczęście, że jestem twoją córką!”.

– Ależ mi słodzi – prychnął. – A tak naprawdę chodzi jej tylko o to, żebym zabrał ją

na wakacje do Francji, bo jej obiecałem. Guzik jej na mnie zależy, po prostu chce mnie
urobić.

–  Proszę  zauważyć,  co  pan  robi.  Córka  chce  przekazać,  że  pana  kocha,  a  pan  widzi

w tym wiadro pomyj, które na pana wylewa. Skazuje się pan na samotność.

– Kocha mnie? – Skrzywił się. – Akurat. Bez przerwy się na mnie złości.
– Skoro odrzuca pan jej miłość, nic dziwnego, że jest wściekła.
–  Spytałem  ją,  dlaczego  to  napisała.  Chciałem,  żeby  przyznała,  o  co  jej  naprawdę

chodzi. A ona strasznie się zezłościła.

–  Oskarża  pan  córkę,  że  pana  nie  kocha.  A  potem  oczekuje  pan,  że  dziewczyna

będzie  udowadniać,  iż  jest  wprost  przeciwnie.  Kiedy  córka  reaguje  gniewem,  uważa
pan,  że  dowodzi  to  słuszności  pańskich  oskarżeń.  Tymczasem  pokazuje  to  tylko,  że
oskarżenia te naprawdę ją denerwują.

– Ale przecież mam chyba prawo wiedzieć...
– Dokonuje pan projekcji. Kto powinien się z tym zmierzyć, ona czy pan?
Mój rozmówca zwiesił głowę.
– Zniszczyłem jej życie – wydusił z siebie.
– Co pan czuje?
– Czuję się podle.
– Co to za uczucie?
– Poczucie winy. Najgorsze jest to, że już niczego nie da się zrobić.

background image

– Przeszłości nie można zmienić. Ale to nieprawda, że niczego nie da się zrobić. Może

pan szczerze porozmawiać z córką, przeprosić ją i spróbować naprawić krzywdy.

Słysząc to, ukrył twarz w dłoniach. Zobaczyłem, jak jego ramiona dygocą. Płakał.
Tak  bardzo  był  skupiony  na  swoich  podejrzeniach,  że  nie  dostrzegał  miłości  córki.

Tkwił w więzieniu własnego zgorzknienia, w świecie, który sobie wymyślił. Dopiero łzy
sprawiły, że przejrzał na oczy. Wcześniej wypełniał pustkę swojej niewiedzy domysłami
i usiłował zmusić córkę, żeby tłumaczyła się z motywacji, których w rzeczywistości nigdy
nie  miała,  i  z  rzeczy,  których  nie  zrobiła.  Mogła  protestować,  ile  chciała,  i  tak  była  na
przegranej  pozycji,  bo  on  widział  tylko  własne  przekonania.  A  w  naszych  projekcjach
nigdy nie ma miejsca na to, czego nie chcemy dostrzec.

Córka mojego pacjenta, jak każdy człowiek, była istotą złożoną. Ojciec nigdy nie miał

poznać  jej  na  wylot,  wysondować  głębi  jej  serca.  Mógł  się  z  tym  pogodzić  i  po  prostu
żyć  z  niewiadomą,  jaką  pozostawała  w  jego  oczach.  Tyle  że  on  tego  nie  chciał.  Wolał
sobie  wymyślić,  jaka  jest  jego  córka  i  co  czuje.  Zapatrzony  w  swoje  wyobrażenia,
przestał  ją  dostrzegać.  Krzyczała,  ale  jej  nie  słyszał.  Nie  musiał  słuchać  –  był  wszak
przekonany, że zna odpowiedzi na wszystkie pytania. To przekonanie kochał bardziej niż
własną  córkę.  Wolał  wyobrażenia,  które  mógł  w  pełni  kontrolować,  od  żywego
człowieka,  który  pozostawał  niezgłębioną  tajemnicą.  Dlaczego?  Bo  prawda  budziła
w nim lęk.

Nienawidzimy  nie  wiedzieć.  Kiedy  więc  życie  przynosi  nowe  pytania,  sięgamy  do

lamusa  po  stare  odpowiedzi.  Ojciec  musiał  odrzucić  stare  odpowiedzi,  za  pomocą
których  usiłował  wyjaśnić  i  uporządkować  świat.  Był  najwyższy  czas,  żeby  zaczął
otwierać się na nowe pytanie – kim jest moja córka? Żeby się tego dowiedzieć, musiał
po prostu zaakceptować ją i zacząć jej słuchać, zamiast snuć domysły. Córka stanowiła
tajemnicę,  ojciec  nie  wiedział,  kim  ona  jest  –  ale  przecież  nie  był  to  problem,  tylko
początek  drogi.  Kiedy  decydujemy  się  wejść  na  drogę  ku  nieznanemu,  nie  wiedząc,
dokąd ona nas zaprowadzi, czujemy niepokój. Tak przemawia do nas życie, zachęcając
nas, żebyśmy pokochali drugiego człowieka.

Ojciec,  którego  historię  tu  opisuję,  był  przekonany,  że  każda  niewiadoma  wymaga

natychmiastowego  wyjaśnienia.  Tymczasem  najważniejsze  było  to,  by  przestał  opierać
się  na  fałszywych  odpowiedziach.  Potem  jeszcze  musiał  przyjąć  i  pokochać  w  swojej
córce  także  to,  czego  nie  rozumiał.  Kiedy  otwieramy  się  na  innych  ludzi,  przestajemy
wymyślać  sobie  różne  rzeczy  na  ich  temat  i  akceptujemy  doświadczenie  własnej
niewiedzy, dajemy sobie szansę, żeby naprawdę ich poznać.

Jak  my  wszyscy,  mężczyzna  ten  musiał  zaakceptować  to,  co  budziło  jego  lęk  –

niewiadomą kryjącą się w drugim człowieku. Żeby móc pokochać córkę, musiał najpierw
zrozumieć,  że  jest  ona  odrębną,  samodzielną  osobą,  a  nie  kukłą  ulepioną  z  jego
domysłów  i  projekcji,  więc  zawsze  w  jakimś  stopniu  pozostanie  dla  niego  tajemnicą.
Kiedy  ojciec  zaakceptował  córkę  wraz  z  tym,  co  w  niej  było  dla  niego  niewidoczne,
niepoznawalne i nienazwane, nauczył się kochać ją, a nie swoje o niej wyobrażenia.

Kiedy odrzucamy fałszywe odpowiedzi, zaczynamy iść drogą pytań, które stawia nam

życie,  i  pozwalamy,  żeby  doświadczenie  przyniosło  nam  prawdziwą  wiedzę.  Obojętne,
czy pytania te dotyczą przyszłości, innych ludzi, czy nas samych, nie można zamykać ich
w klatce własnych przeświadczeń, uprzedzeń i wyobrażeń. Trzeba pozwolić im żyć, i żyć
z nimi – tylko wtedy odsłoni się przed nami prawda. To tak, jakbyśmy trzymali małego

background image

ptaka, zamkniętego w dłoni: „Kiedy ściśniemy za mocno, umrze

[7]

.

Po drugiej stronie wiedzy – poprzednie wcielenia

Pewna  niewiasta  w  średnim  wieku,  cierpiąca  na  zaburzenia  psychiczne,  zjawiała  się  u
mnie  podekscytowana,  by  donieść  o  kolejnych  iluminacjach.  Raz  odkryła,  że  była
w  poprzednim  wcieleniu  Kleopatrą.  Następnym  razem  okazało  się,  że  jednak  Anną
Frank.  Tydzień  po  tygodniu  opisywała  swoje  poprzednie  życia.  Iluzoryczna  sława  była
balsamem  dla  jej  duszy  poranionej  straconą  karierą,  odejściem  przyjaciół  i  rozpadem
małżeństwa oraz latami coraz głębszego osuwania się w psychozę.

Pewnego dnia weszła do gabinetu i rozsiadła się w fotelu.
–  W  poprzednim  wcieleniu  byłam  Marią  Magdaleną  –  oznajmiła  z  szerokim

uśmiechem.

– Och, zawsze to wiedziałem – odparłem.
– Jak? Skąd...?
– Świetnie pamiętam to miłe uczucie, gdy myła mi pani nogi.
Najpierw szeroko otworzyła oczy ze zdumienia, a potem wybuchnęła śmiechem.
Przesłonięcie rzeczywistości fantazją, w której mogła czuć się dobrze, wzięło się u tej

kobiety  z  nadmiaru  bólu  i  braku  sił,  by  go  znosić.  Poprzez  ten  żart  wstąpiłem  w  jej
urojony  świat,  by  przez  chwilę  czuła  się  mniej  samotna  wobec  kogoś,  kto  rozumiał
funkcję jej miraży. Był to jej sposób na radzenie sobie ze stratą, której świadomie nie
potrafiła  udźwignąć.  Nie  musieliśmy  tego  głośno  mówić,  ale  oboje  zgadzaliśmy  się
z Freudem, który dostrzegł, że urojenia pojawiają się, kiedy próbujemy odzyskać coś, co
zostało bezpowrotnie utracone.

Jakiś czas potem rozmawiałem z nią, kiedy leżała w hospicjum, śmiertelnie chora na

raka.

– Widzi pan, miałam rację: naziści w końcu mnie dopadli. Wiedzieli, że mam urodzić

Mesjasza, więc pokonali mnie, wszczepiając mi nowotwór.

Uśmiechnąłem  się  przez  łzy,  odłożyłem  na  bok  ideały  i  ambicje  terapeuty,  by

przytakiwać  jej  złudzeniom,  ważniejszym  dla  niej  w  obliczu  nieuchronnego  końca  niż
prawdziwe  życie,  które  jej  pozostało.  Fantazje  te  były  jedną  z  dwóch  rzeczy,  których
mogła się jeszcze uczepić – drugą były nasze relacje.

Po pogrzebie jej dzieci dziękowały mi za to, że się nią opiekowałem.
– Musi być panu ciężko. Wiemy, ile dla pana znaczyła.
Pomyślałem  wtedy,  że  na  zasadzie  projekcji  przenoszą  na  mnie  swój  ból.

W  rzeczywistości  to  ja  przeniosłem  mój  żal  na  nie.  Tak,  to  było  dla  mnie  trudne:  ona
miała  swoje  urojenia,  ja  –  moje  projekcje.  Wszyscy  zmagamy  się  z  poczuciem  straty
w  życiu.  Czasami  te  wszystkie  śmierci,  które  musimy  przyjąć,  to  dla  nas  zbyt  wielki
ciężar.  Umysł  ludzki,  przygnieciony  takim  brzemieniem,  zaczyna  szwankować.  Gdy
towarzyszymy  komuś,  kto  ginie  pod  takim  właśnie  wielkim  ciężarem,  rozpadają  się

background image

nasze własne iluzje, umierają przyjęte pozy i narzucone tożsamości. Do głosu dochodzi
to, kim w głębi siebie jesteśmy. Poznajemy siebie od nowa.

Odpuścić

Życie  przynosi  ból,  który  jest  naprawdę  ciężki  do  zniesienia.  Możemy  wtedy  próbować
pocieszać się złudzeniami. Ale jeśli zdecydujemy się zmierzyć z prawdą, nie chronić się
przed  bólem  straty,  tylko  go  przeżyć,  doświadczymy  uczucia  podobnego  do  ulgi.  Nie
silimy  się  już  na  kłamstwa,  nie  odpychamy  rzeczywistości,  odpuszczamy.  Nie  chodzi
o jakieś postanowienie, które mielibyśmy realizować wysiłkiem woli, ale o stan, który po
prostu się pojawia i nas ogarnia.

Przyszła raz do mnie zrozpaczona kobieta.
– U mojej mamy zdiagnozowano nowotwór, lekarze nie wiedzą, ile jeszcze zostało jej

życia – płakała. – Może kilka miesięcy, a może tylko kilka dni. Czy powinnam pilnować,
żeby  dobrze  jadła?  Lekarze  mówią,  że  to  nie  ma  już  większego  znaczenia...  Co  mogę
zrobić,  żeby  była  ze  mną  choć  trochę  dłużej?  Pielęgniarki  mówią,  że  powinnam
odpuścić. Co to znaczy? Ma mi przestać na niej zależeć?

Zrobilibyśmy  wszystko,  żeby  utrzymać  przy  życiu  ludzi,  których  kochamy.  A  śmierć

i tak po nich przychodzi, gdy nadejdzie czas. Zupełnie nie wiemy wtedy, co począć. Nie
potrafimy  powstrzymać  śmierci.  Co  to  znaczy,  że  mamy  odpuścić?  Nie  chodzi  o  to,
żebyśmy  przestali  kochać  naszych  bliskich  i  przejmować  się  ich  sytuacją.  Mamy  po
prostu przyjąć to, co się dzieje. Przyjmując prawdę o śmierci, odpuszczamy. Dzieje się
to w sposób naturalny, trochę tak, jak z nadejściem zimy – drzewa nie bronią się przed
nią, tylko pozwalają, żeby je ogarnęła i pozbawiła liści.

Nasi bliscy odchodzą, czy się z tym godzimy, czy nie. Kiedy trzymamy po raz ostatni

ich  stygnącą  dłoń,  coś  się  w  nas  porusza,  coś  się  budzi.  Staje  nam  przed  oczami  ich
życie, dławi nas tęsknota za tym, co mogło być, a nigdy się nie wydarzyło. Wszystkie te
myśli zdają się przepływać przez nasze złączone dłonie. Och, nie umiemy odpuścić... Ale
ich  zimne  palce  mówią  nam  wyraźnie,  że  oni  już  odpuścili  i  że  nie  warto  kurczowo
chwytać  się  czegoś,  co  już  przeminęło.  Nasi  bliscy  poszli  za  śmiercią.  Czy  potrafimy
przyjąć przesłanie ich stygnących rąk?

Jeśli  coś  dotąd  się  nie  stało,  na  pewno  już  się  nie  wydarzy.  Dopóki  nasi  bliscy  żyli,

mogliśmy  myśleć  z  nadzieją  o  wspólnej  przyszłości.  Teraz,  kiedy  nie  żyją,  ta  nadzieja
również  umarła.  Co  to  znaczy,  że  mamy  odpuścić?  Czy  mamy  o  nich  zapomnieć?  Nie.
Oni  spoczęli  na  zawsze  w  naszych  sercach.  Nasze  łzy  są  dowodem  na  to,  że  nadal
potrafimy  kochać.  Nasza  zdolność  do  miłości  nie  zanika,  chociaż  właśnie  umarł  ktoś,
kogo kochaliśmy.

Czym  jest  poddanie  się  rzeczywistości?  To  po  prostu  akceptacja  faktów.  Nasze

zaprzeczenie  przegrało  starcie  z  tym,  co  się  wydarzyło.  Nic  już  nie  można  zrobić,  nie
trzeba  się  starać,  żeby  dobrze  wypaść,  bo  nie  ma  jednego  właściwego  sposobu

background image

zachowania.  Żałoba  przemienia  nas  w  wezbrane  strumienie  smutku,  które  po  prostu
płyną  przed  siebie  i  nie  wiadomo,  jaką  obiorą  drogę.  Płyną  i  płyną,  aż  cały  żal  utonie
w  oceanie  akceptacji.  Nie  można  przyspieszyć  tego  procesu  –  strumień  płynie  tak
szybko,  jak  może.  Jesteśmy  spienioną  wodą,  która  musi  pędzić,  aż  wreszcie  odnajdzie
się  w  głębokiej  ciszy  oceanu.  I  wtedy  zrozumiemy,  że  ostatnim  prezentem,  jakim
obdarzył  nas  umierający  najbliższy,  jest  odkrycie  spokoju,  który  niesie  pogodzenie  się
z rzeczywistością.

[1]

 Johann Wolfgang von Goethe, Scientific Studies, ed. and trans. by D. Miller, Suhrkamp Publishers,

New York 1988.

[2]

 Johann Wolfgang von Goethe. Cytowane w: Iain MacGilchrist, The Master and his Emissary: The

Divided Brain and the Making of the Western World, Yale University Press, New Haven 2012.

[3]

  Wilfred  Bion,  znany  jako  praktyk  psychoanalizy  mistycznej  w  tradycji  Kleinowskiej,  głosił,  że  nie

tylko podlegamy sile napędowej agresji i miłości, lecz również posiadamy instynkt ku poznaniu prawdy:
epistemofilię.

[4]

  Dla  Rahnera,  uznanego  dwudziestowiecznego  teologa,  wiedza  o  osobie  jest  jednocześnie  wiedzą

o  istocie  świata.  I  jakąkolwiek  wiedzą  konceptualną  dysponujemy,  poza  horyzontem  przez  nią
wyznaczonym rozciąga się obszar niekonceptualnej przedwiedzy, podstawy wszelkiego poznania.

[5]

  Ang.  negative  capability.  Keats  pisał  o  tym  w  jednym  z  listów.  Zob.  John  Keats,  The  Complete

Poetical  Works  and  Letters  of  John  Keats.  Cambridge  Edition,  Houghton,  Mifflin  and  Company,  New
York 1899.

[6]

 Por. John Fiscalini, Co-participant Psychoanalysis.

[7]

 Zob. Jean Klein, Transmission of the Flame, Third Millennium Books, London 1994.

background image

ROZDZIAŁ 6

 

P

RZYJĄĆ RZECZYWISTOŚĆ

Z OTWARTYMI RAMIONAMI

Jeśli mamy wrócić do zdrowia, musimy zmierzyć się z prawdą i z uczuciami, jakie w nas
budzi.  Prawda  ta  może  dotyczyć  poziomu  intrapsychicznego  (uczuć,  lęku,  jaki  rodzą,
i  mechanizmów  obronnych,  które  pozwalały  nam  dotąd  unikać  tego  wszystkiego),
a  także  poziomu  interpersonalnego,  czyli  otaczającej  nas  rzeczywistości.  Kiedy
otwieramy ramiona, żeby przyjąć to, co dotąd odpychaliśmy, możemy wreszcie odkryć,
kim jesteśmy. Kim zawsze byliśmy pod skorupą kłamstw.

Kogo poślubiłem?

Któż  by  nie  chciał  się  zakochać?  To  wspaniała  przygoda.  Ale  wystarczy,  że  minie  kilka
lat,  a  zaczyna  się  dziać  coś  dziwnego.  Osoba,  którą  poślubiliśmy  w  przypływie
romantycznych uczuć, nagle wydaje się inna. Jesteśmy rozczarowani. Co się dzieje?

Mogę  opowiedzieć,  jak  to  było  w  moim  przypadku.  Zakochałem  się  we  własnej

fantazji i dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że mam do czynienia z kobietą
z krwi i kości. W ten sposób poznałem moją żonę. Ach, co to był za kryzys! Przeżyłem
głębokie  rozczarowanie,  bo  żona  w  niczym  nie  przypominała  mojej  idealnej  wizji.
Uważałem,  że  powinna  być  dokładnie  taka,  jaką  ją  sobie  wymyśliłem.  Niestety,  nie
znalazł się nikt, kto by spytał: „Jon, kto ci powiedział, że jesteś Bogiem?”. Cierpiałem,
zupełnie niepotrzebnie. I moja żona także cierpiała.

W  końcu  uznałem,  że  skoro  nie  mogę  kochać  jej  takiej,  jaka  jest,  powinienem

pozwolić jej odejść, żeby mogła spotkać kogoś, kto pokocha ją naprawdę. Przecież nie
mogłem  jej  zmusić,  żeby  grała  rolę  wyśnionego  przeze  mnie  ideału.  Po  zastanowieniu
przyznałem,  że  sam  też  nie  byłbym  w  stanie  sprostać  własnym  wymaganiom.  Wtedy
podjąłem  decyzję  o  rozwodzie.  Przeprowadziłem  go  przed  moim  własnym,
wewnętrznym  trybunałem.  Rozwiodłem  się  z  moimi  wyobrażeniami  na  temat  żony,
która  idealnie  pasowałaby  do  moich  oczekiwań.  Nie  był  to  łatwy  rozwód:  rozprawy
ciągnęły się latami, ale wreszcie byłem wolny i mogłem poślubić... moją żonę. Dopiero
kiedy  wyrzekłem  się  miłości,  którą  przez  lata  darzyłem  własne  złudzenia,  zacząłem

background image

dostrzegać,  kim  jest  kobieta  żyjąca  obok  mnie.  Dotąd  widziałem  w  zasadzie  tylko  jej
„wady”,  bo  nie  była  taka,  jak  chciałem.  Teraz  mogłem  przyznać,  że  to  bardzo  dobrze.
Była sobą, a ja zaczynałem dostrzegać jej piękno.

Tytuły na okładkach pism obiecują, że czytelnik dowie się, „Kim jest partner idealny”,

pozna  „Trzydzieści  cztery  sposoby  na  rozbudzenie  seksualne  małżonki”  oraz  „Prostą
drogę  do  odnowy  małżeństwa”.  W  żadnym  artykule  nie  przeczytamy  jednak,  że  każda
relacja  umiera,  jeśli  usiłujemy  manipulować  sobą  nawzajem,  bo  chcemy  przemienić
męża w idealnego partnera albo żonę w nadludzko wytrzymałą akrobatkę, uprawiającą
seks na poziomie olimpijskim. Nikt nie pisze, że małżeństwo skazane jest na klęskę, jeśli
kochamy  własne  wyobrażenia  bardziej  niż  męża  czy  żonę.  Jeśli  kochamy  bajkę,  którą
opowiadamy  sobie  o  własnym  małżeństwie,  staramy  się  obsadzić  współmałżonka
w  wyznaczonej  przez  nas  roli  i  zmusić,  żeby  ściśle  trzymał  się  scenariusza.  „Znowu
oglądasz telewizję? Co ty w ogóle widzisz w tym pudle?”, „Jak można się tak guzdrać?!”,
„Ja  ci  powiem,  jak  powinnaś  się  ubierać”,  „Jak  zwykle  przesadzasz”.  Chętnie
podpowiadamy im, jak mają się zachowywać, żeby nie wypaść z roli. Doskonale wiemy,
jakie  błędy  popełniają  i  dlaczego  to  robią.  Jesteśmy  gotowi  udzielać  im  dobrych  rad
i  czujemy  się  niemile  zaskoczeni,  gdy  kończy  się  to  kłótnią.  Nasi  ukochani  najbliżsi,
z jakiegoś tajemniczego powodu, okazują niezadowolenie, jeśli nie złość.

Kiedy  mówimy:  „Czułabyś  się  o  wiele  lepiej,  gdybyś  wcześniej  wstawała”,  tak

naprawdę  chcemy  powiedzieć:  „Ja  czułbym  się  o  wiele  lepiej,  gdybyś  nie  była  sobą,
tylko zamieniła się w ucieleśnienie moich życzeń”. Niestety, współmałżonek nie zmienia
się  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki.  Zaczynamy  więc  narzekać,  biadolić
i  zrzędzić.  Rozglądamy  się  za  poradnikami  i  artykułami,  z  których  dowiemy  się,  jak
przeforsować swoje racje w małżeństwie. Zbroimy się do walki z rzeczywistością, łudząc
się  nadzieją,  że  prawdziwy  współmałżonek  zniknie,  a  zastąpi  go  istota  idealna,  wprost
z naszych snów.

Konflikty  tego  typu  pojawiające  się  w  małżeństwie  pokazują,  że  wzięliśmy  rozwód

z  rzeczywistością.  Nie  kłócimy  się  z  prawdziwą  osobą,  ale  z  tym,  co  ona  lub  on
reprezentuje.  Pewna  kobieta  robiła  mężowi  piekło,  bo  podczas  urlopu  nie  umiał
zrezygnować ze śmieciowego jedzenia. Dla niego wakacje były okazją, żeby zajadać się
ulubionymi chipsami i ciasteczkami oreo, ona uważała, że to wstyd i hańba. Mianowała
się więc żywnościową policją i regularnie patrolowała teren, udzielając mężowi pouczeń,
kiedy tylko przyłapała go na popełnianiu wykroczenia, jakim było łasowanie. Patrzyła na
niego z wyższością. On był paskudnym obżartuchem, ona potrafiła panować nad sobą.
„Nie rób tego, nie myśl tak, nie bądź taki”, upominała go przy każdej okazji. Wyraźnie
nie była zainteresowana mężczyzną, którego miała za męża. Chciała, żeby zamienił się
w  supermena,  którego  sobie  wymarzyła:  „Przestań  być  tym  zwykłym  facetem,  za
którego  wyszłam.  Bądź  ideałem  z  moich  snów”.  Nie  potrafiła  kochać  mężczyzny,
z  którym  żyła;  kochała  własne  marzenia  o  mężczyźnie,  który  nie  istniał,  i  przez  to
unieszczęśliwiała  siebie  i  męża.  Pewnego  dnia  on  wziął  sprawy  w  swoje  ręce.  Stracił
nadzieję,  że  kobieta,  którą  poślubił,  zostanie  kiedykolwiek...  jego  żoną.  Jej  związek
z  własnym  wyobrażeniem  o  idealnym  mężczyźnie  miał  się  zbyt  dobrze.  Nie  chciał
przeszkadzać, więc po prostu odszedł.

Czym jest małżeństwo? To nasz pakt z rzeczywistością. Obietnica, że rozstaniemy się

z  wyobrażeniami  i  zaakceptujemy  współmałżonka  –  żywego  człowieka,  ze  wszystkimi

background image

jego  niedoskonałościami.  Przysięgamy  miłość,  wierność  i  uczciwość  małżeńską  komuś,
kto nigdy nie dopasuje się idealnie do naszych marzeń.

Czy miłość to projekcja?

Czym  jest  miłość?  Niektórzy  sprowadzają  ją  do  popędu  seksualnego,  egoistycznego
poszukiwania własnej przyjemności albo chwili emocjonalnego uniesienia.

Jednak  jeśli  stwierdzimy,  że  tylko  popęd  seksualny  jest  prawdziwy,  miłość  będziemy

musieli  uznać  za  nierzeczywistą.  Skoro  miłość  nie  istnieje,  całe  piękno  i  dobro,  jakie
widzimy w ukochanych, to tylko projekcja. Czy tak jest? Czy ukochanych wybiera się jak
produkty  w  supermarkecie?  Gdyby  tak  było,  rozglądalibyśmy  się  za  najlepszą  okazją,
najkorzystniejszą  relacją  jakości  do  ceny,  najbardziej  interesującym  zestawem  cech,
a potem po prostu sięgalibyśmy na półkę po upatrzony towar. Kupowanie przedmiotu to
jednak zupełnie co innego niż kochanie człowieka. Spotykamy kogoś i nagle pociąga nas
w nim coś nienazwanego, coś, czego nie umiemy nawet opisać, choć doświadczenie jest
niezwykle potężne. Fascynuje nas i zachwyca fakt, że drugi człowiek jest inny, odrębny,
nieznany... I wtedy właśnie orientujemy się, że jesteśmy zakochani.

Miłość  własna  nie  posiada  transcendentalnego  wymiaru,  który  jest  istotą  miłości  do

drugiego  człowieka  –  zdolności  dostrzeżenia  prawdziwej  wartości  i  zachwytu  nad
wewnętrznym  pięknem  ukochanej  osoby.  Przykładowo  kobieta  o  osobowości
narcystycznej  łudzi  się,  że  kocha  męża,  podczas  gdy  tak  naprawdę  kocha  tylko  samą
siebie.  Owszem,  oburza  się,  gdy  ktoś  źle  traktuje  męża,  ale  nie  dlatego,  że  chciałaby
uchronić go przed cierpieniem; po prostu uważa, że jeśli ktoś obraża męża, godzi w ten
sposób w nią, bo mąż jest tylko dodatkiem do jej osoby. Kobieta, która naprawdę kocha
męża, w analogicznej sytuacji nie skupia się na sobie. Nie chodzi przecież o nią, więc po
prostu  współczuje  mężowi  przykrości,  jaka  go  spotkała.  Widzi  go  tak  wyraźnie,  że  nie
musi dokonywać żadnych projekcji. Nie musi też powtarzać sobie, że mężowi winna jest
miłość. Po prostu go kocha. Nie potrafi inaczej.

Czy  jej  miłość  jest  uczuciem?  Uczucia  pojawiają  się,  wywołane  przez  określony

bodziec, i znikają, gdy bodźca zabraknie. Uczucia to stany ducha, nastroje – zmienność
leży  w  ich  naturze.  Miłość  natomiast  jest  stała.  Owszem,  czujemy  jej  poruszenia,
czasem w nas wzbiera, czasem przygasa, ale to nie jest tak, że pojawia się i znika, jak
chmury  na  niebie.  Ma  raczej  swoje  przypływy  i  odpływy.  Są  one  zauważalne,  ale  nie
mogą  się  równać  z  niezmiennym  ogromem  oceanu.  Miłość  to  nie  błogostan,  jakiego
doświadczamy w ciepłej kąpieli. Nikt jakoś nie ma ochoty żenić się z wanną. Oczywiście,
można mówić, że miłość to tyle, co żądza, potrzeba bliskości, libido. Prawda jest jednak
taka,  że  te  doświadczenia  dają  złudzenie  miłości,  ale  opierają  się  na  naszym  własnym
pragnieniu, a nie na odkryciu piękna w drugim człowieku. Jeśli drugi człowiek jest nam
potrzebny,  żebyśmy  mogli  zaspokoić  własne  pragnienie,  traktujemy  go  jak  przedmiot,
którego można użyć, a nie jak osobę, którą kochamy. Gdy zaspokoimy potrzebę, nasze

background image

zainteresowanie  przedmiotem,  który  do  tego  posłużył,  maleje.  Kiedy  jesteśmy
spragnieni,  marzymy  o  wodzie,  ale  kiedy  się  napijemy,  nie  mamy  już  na  nią  ochoty.
Z  miłością  jest  odwrotnie.  Ukochana  osoba  wzbudza  w  nas  coraz  większy  zachwyt,
coraz  silniejszą  tęsknotę.  Własny  apetyt  szybko  można  nasycić,  ale  zgłębiania
tajemnicy, jaką jest człowiek, którego kochamy, nigdy nie będziemy mieli dość.

Kiedy ktoś cię pyta, dlaczego kochasz swojego męża albo swoją żonę, nagle czujesz,

że  brakuje  ci  słów.  Co  powiedzieć?  Określenia  takie  jak  „uroczy”  czy  „słodka”  nie  są
w  stanie  przybliżyć  tego,  jak  postrzegamy  ukochanego  człowieka.  Owszem,  opisują
detale,  ale  nie  oddają  obrazu  całości.  Miłości  nie  da  się  wytłumaczyć  ani
zaprogramować.  Miłość  nie  jest  czynnością,  którą  praktykujemy  na  osobie,  którą
kochamy.  Miłość  to  wspólnota.  To  nurt,  który  porywa  cię,  kiedy  przestajesz  traktować
drugiego  człowieka  jak  przedmiot,  rzecz  służącą  określonemu  celowi,  zadanie  do
odhaczenia  albo  przypadek  do  zaszufladkowania.  On  jest  taki,  jaki  jest,  osobny,
niezależny od twoich wyobrażeń i fantazji. Kochasz go, a nie własne marzenie na temat
tego, jaki on powinien być. On kocha ciebie, prawdziwą ciebie, a nie twój podrasowany
obraz,  który  pokazujesz  światu.  Oto  spotyka  się  dwoje  ludzi,  dwie  niezgłębione
tajemnice. Ten, kto jest ślepy na miłość, nigdy nie będzie miał okazji spojrzeć w głębię
tajemnicy, jaką jest człowiek żyjący u jego boku. Zbyt będzie zajęty wpatrywaniem się
w nierzeczywistą wizję, którą sam stworzył.

Pewien zamożny mężczyzna zgłosił się na terapię, bo chciał udowodnić żonie, że stara

się pracować nad sobą i pokonać skłonność do wdawania się w romanse. Tyle tylko, że
okłamywał żonę, przyrzekając, iż raz na zawsze skończy z pozamałżeńskimi przygodami.
Okłamywał też swoją aktualną kochankę, obiecując, że rozwiedzie się z żoną i będą żyli
razem  długo  i  szczęśliwie.  Okazało  się,  że  tak  naprawdę  w  terapii  interesuje  go  tylko
jedno – chciał wiedzieć, jak sprawić, żeby nie rozsierdzić kochanki, bo wtedy mogłaby
opowiedzieć  żonie  o  ich  związku.  Dla  niego  kobiety  nie  były  niczym  więcej,  niż  tylko
rzeczami, które kupował i używał, żeby potem wyrzucić. Każda miała swoją cenę, żadna
nie była niezastąpiona.

Człowiek  ten  miał  poważną  wadę  wzroku  –  widział  świat  dwuwymiarowo.

Interesowały  go  tylko  środki  prowadzące  do  celu.  Nie  był  w  stanie  zrozumieć  sensu
takich  pojęć  jak  spotkanie,  tajemnica,  oddanie  czy  poświęcenie.  Zamiast  żyć
w prawdziwym świecie, błądził w labiryncie własnych fantazji. Dawno już wziął rozbrat
z rzeczywistością. Żona i kochanka były dla niego pionkami na szachownicy, które mógł
dowolnie przestawiać. W żadnej z nich nie widział istoty ludzkiej, którą mógłby kochać,
szanować  i  czcić.  Jako  wytrawny  gracz,  nie  pozwalał  żonie  ani  kochance,  żeby  były
sobą. Musiały odgrywać role, jakie im przypisał. Żona miała wziąć za dobrą monetę jego
zapewnienia, że dochowa jej wierności, i nie zadawać zbędnych pytań. Kochanka miała
uwierzyć w obietnice, że rozwiedzie się z żoną, a ją poślubi. Chciał, żeby obydwie brały
na poważnie to, co mówi, a nie dostrzegały tego, co robi.

Nie znał tych kobiet, nie mógł spotkać ich jako osób, bo dla niego były rzeczami. Nie

zdawał sobie sprawy z faktu, że gdy sprowadzamy ludzi do roli przedmiotów, zamykamy
się  w  świecie,  gdzie  jedynymi  towarzyszami  są  nasze  własne  fantazje.  Musimy  się  ich
wyrzec,  żeby  dostrzec  ludzi  takimi,  jacy  są  naprawdę.  Dopiero  wtedy  będziemy  mogli
zakosztować miłości.

Miłość  znajduje  upodobanie  w  ukrytym  pięknie  drugiego  człowieka.  To  piękno,

background image

którego  głębi  nie  potrafimy  nawet  ująć  w  słowa,  przyzywa  nas,  domaga  się  naszej
odpowiedzi. Gdy odpowiadamy miłością, wewnętrzne piękno ukochanej osoby staje się
dla nas coraz bardziej widoczne. Filozof i teolog katolicki Dietrich von Hildebrand pisał,
że  wartość,  która  ukazuje  się  nam  w  drugiej  osobie,  niejako  przeszywa  nasze  serce
i  wzbudza  w  nim  miłość

[1]

.  Kiedy  postrzegamy  ukochaną  osobę  jak  coś  najdroższego

w  świecie,  ktoś  może  twierdzić,  że  miłość  nas  zaślepia,  a  wartość,  którą  przypisujemy
ukochanej,  jest  tylko  iluzją.  Ale  miłość  nie  tworzy  iluzji  wartości.  Przeciwnie,  to
dewaluacja  sprawia,  że  nie  widzimy  wartości  w  innych,  a  tę  iluzję  braku  wartości
uważamy  za  rzeczywistość.  Co  ciekawe,  dewaluacja  jest  spaczoną  formą  miłości  –
miłości do stworzonego przez siebie obrazu. Człowiek stosujący mechanizm dewaluacji
chce  odebrać  innym  wartość;  zależy  mu  na  takim  zeszpeconym  obrazie,  skrycie
przywiązuje się do niego tak bardzo, że nie jest już w stanie dostrzec rzeczywistości ani
piękna  ukrytego  w  innych  ludziach.  Jego  wypaczona  miłość  doprowadza  go  do
duchowej ślepoty.

Prawdziwa miłość do drugiego człowieka nie polega na przywiązaniu do wymyślonej

wizji, która istnieje tylko w naszej wyobraźni. Nie zabiegamy też o to, żeby przedstawić
drugiemu człowiekowi swój idealny obraz, który mógłby pokochać, ani nie oczekujemy,
że  będziemy  za  naszą  miłość  podziwiani.  Dialogują  nasze  wnętrza,  a  nie  sztucznie
stworzone fasady.

Kiedy kochamy, nie stajemy w centrum uwagi. „W kim się kocha bez lilak, że przesyca

swą wonią powietrze? W kim kocha się grusza, że daje słodki urodzaj, albo skowronek,
że  świergocze?”,  pyta  Robert  Wolfe

[2]

.  Nie  jestem  „dawcą”  miłości  zwracającym  się  ku

komuś, kto będzie jej „biorcą”. Gdyby tak było, moglibyśmy żądać: „Chcę, żebyś mnie
kochał”.  W  rzeczywistości  oznaczałoby  to  jednak:  „Traktuję  cię  jak  przedmiot,  który
służy  do  zaspokajania  moich  pragnień”.  Jeśli  innych  ludzi  postrzegamy  jak  obiekty
w przestrzeni, po które można sięgać i które można zdobywać, kieruje nami nie miłość,
a złudzenia.

Miłość nie skupia się na przeciwstawianiu sobie obrazów – własnego i drugiej osoby,

ale na obecności. Odrębne obrazy rozmywają się, gdy przychodzi miłość, podobnie jak
kostki  cukru  rozpuszczają  się  w  wodzie.  Nie  ma  kochającego  i  ukochanego.  To,  czym
jesteśmy,  wykracza  poza  sens  zawierający  się  w  pojęciach  „ja”  i  „ty”.  Miłość  nie  jest
czymś osobnym, poza nami. Można postrzegać ją w ten sposób, ale nie jest to prawda,
tylko  sztuczny  wytwór  naszej  myśli.  Czy  miłość  jest  projekcją?  Nie.  A  dewaluacja?
Owszem.

Dlaczego wrzeszczymy, gdy jesteśmy wściekli?

Pewien  hinduski  mędrzec  udał  się  nad  rzekę  Ganges,  żeby  odbyć  świętą  kąpiel.  Na
brzegu natknął się na grupę krewnych, którzy okropnie na siebie wrzeszczeli.

– Dlaczego ludzie krzyczą na siebie, kiedy są wściekli? – spytał uczniów, uśmiechając

background image

się łagodnie.

Zastanawiali się długo.
–  Kiedy  tracimy  spokój,  nie  możemy  się  wyciszyć,  więc  zaczynamy  krzyczeć  –

odpowiedział wreszcie jeden z nich.

– Po co krzyczeć, skoro osoba, do której się zwracasz, stoi tuż obok ciebie? Równie

dobrze można by mówić cichym głosem – zauważył mędrzec.

Uczniowie  dawali  różne  odpowiedzi,  ale  żadna  nie  satysfakcjonowała  mistrza.

Wreszcie sam zabrał głos.

– Kiedy ludzi ogarnia złość, ich serca oddalają się od siebie. Muszą krzyczeć, żeby się

wzajemnie  usłyszeć.  Im  bardziej  są  wściekli,  tym  głośniej  muszą  krzyczeć,  bo  dzieląca
ich  odległość  się  zwiększa.  A  co  się  dzieje,  kiedy  dwoje  ludzi  zakochuje  się  w  sobie?
Szepczą.  Nie  muszą  mówić  głośniej,  bo  ich  serca  lgną  do  siebie  nawzajem.  Kiedy  ich
miłość nabiera mocy, w ogóle nie muszą już mówić. Słowa są niepotrzebne, wystarczy,
że  patrzą  sobie  w  oczy  –  mówił  dalej  mędrzec.  –  Kiedy  więc  kłócisz  się  z  kimś,  nie
używaj słów, które odepchną go jeszcze bardziej, bo przyjdzie dzień, kiedy nie będziesz
już  w  stanie  krzyczeć  tak  głośno,  żeby  zostać  usłyszanym,  i  nie  znajdziesz  powrotnej
drogi

[3]

.

Nie wrzeszczymy na drugiego człowieka, ale na jego obraz, który sobie stworzyliśmy

i który nam tego człowieka przesłania. Może być to obraz typa, który ignoruje nas i nie
chce  słuchać.  Tak  naprawdę,  z  jego  uszami  wszystko  jest  w  porządku,  ale  jeśli
założymy,  że  on  nas  słuchać  nie  chce,  będziemy  się  drzeć  na  naszą  własną  projekcję.
Krzyczymy,  bo  jesteśmy  przekonani,  że  dany  osobnik  nie  zamierza  nas  słuchać.  Hmm,
a czy my jesteśmy gotowi wysłuchać jego? Chyba nie, skoro na niego wrzeszczymy.

Więź źródłem poznania

Podczas  sesji  terapeutycznej  pewien  mężczyzna  powiedział,  że  gdy  uprawia  seks  ze
swoją  dziewczyną,  fantazjuje  o  innej.  Kiedy  zaczęliśmy  zastanawiać  się  nad  tym
problemem, powiedział:

– Kto wie, może one dwie kiedyś, gdzieś się spotkały? To przecież możliwe.
–  Snuje  pan  domysły  na  ich  temat,  chciałby  pan,  żebyśmy  skupili  się  na

fantazjowaniu.  Ba,  chciałby  pan,  żebyśmy  spółkowali  z  pana  wyobrażeniami,  jednak
tutaj, podczas naszej rozmowy, jest pan nieobecny duchem.

– Czyli zachowuję się tak samo, jak wobec mojej dziewczyny. – Zrozumiał. Zamykał

się w świecie własnych fantazji, zamiast skupić się na relacji z żywym człowiekiem, czy
to była jego dziewczyna, czy terapeuta.

Fantazje  o  seksie  z  nieznajomą  sprawiały,  że  zamykał  się  na  miłość  swojej

dziewczyny.  Zamiast  pozwolić,  żeby  akt  miłosny  burzył  wszelkie  bariery  między  nimi
i prowadził do coraz większej bliskości, mężczyzna ten izolował się w świecie wyobraźni
nawet  wtedy,  kiedy  leżał  w  jej  ramionach.  W  swoim  życiu  uprawiał  seks  z  wieloma

background image

kobietami, ale z żadną się nie kochał. Był seksualnym turystą, wiecznym tułaczem, który
żadnego serca nie odważył się nazwać swoim domem.

Drugiego  człowieka  możemy  traktować  jak  przedmiot,  który  będziemy  obserwować

i oceniać pod kątem przydatności. Ale możemy też otworzyć się na tajemnicę, którą ta
osoba jest, i zrezygnować z bezpiecznego dystansu, akceptując fakt, że nigdy do końca
tej  tajemnicy  nie  pojmiemy.  Człowiek  to  istota  zbyt  złożona,  byśmy  mogli  ogarnąć  jej
głębię myślą.

Z przedmiotami idzie nam łatwo – są po prostu tym, czym są, i raz wyprodukowane,

nie  zmieniają  się.  Ale  człowiek  żyje,  ewoluuje,  zmienia  się.  Kiedy  kogoś  kochamy,
przyjmujemy  go  takiego,  jakiego  znamy  go  dzisiaj,  jaki  będzie  jutro...  Akceptujemy
także to, że są rzeczy, których nigdy w nim nie zrozumiemy.

Drugi człowiek nie jest kawałkiem gliny, który urabiamy na własne podobieństwo, ale

osobą, z którą możemy przeżyć niezwykłe doświadczenie jedności.

Jeśli  odcinamy  się  od  drugiego  człowieka,  rezygnując  z  prawdziwej  relacji,

ograniczamy się do własnych przekonań i wyobrażeń na jego temat. Chwytamy się ich,
uznajemy to za jedyną prawdę i ogłaszamy: „Taki właśnie jesteś!”. Nie chcemy spotkać
żywej osoby, tylko hołubimy naszą opinię na jej temat.

Wierzyć, że można „uchwycić” istotę drugiego człowieka za pomocą własnych opinii,

to tak, jakby chcieć złapać wiatr siatką na motyle. Miłość jest siłą, która kruszy sztywne
koncepcje,  w  jakie  usiłowaliśmy  wtłoczyć  drugą  osobę.  Pozwala  spojrzeć  głębiej,
dostrzec  prawdę  o  drugim  człowieku,  którą  dotąd  przesłaniały  nasze  osądy
i przekonania. Kiedy nawiązujemy coraz bliższą, intymną więź z osobą, którą kochamy,
uczymy się akceptować i szanować tajemnicę, jaką jest. Tajemnicę, która zawsze będzie
nas przerastać.

Młody  człowiek,  który  opowiedział  mi  o  fantazjowaniu  na  temat  innych  kobiet  przy

uprawianiu  seksu  ze  swoją  partnerką,  podczas  sesji  nagle  zaczął  płakać,  poruszony
chwilą emocjonalnej bliskości, której doświadczyliśmy.

–  Nic  z  tego  nie  rozumiem  –  wykrztusił.  –  Nie  znajduję  w  sobie  żadnych  słów.  Nie

mam pojęcia, skąd się wzięły te łzy.

– Ta cisza bez słów to właśnie pan.
– Nigdy czegoś takiego nie czułem.
– To właśnie jest dom. Może pan już przestać się błąkać.
– Przychodzi mi do głowy, że to może być tylko złudzenie.
– Nasz umysł wątpi w rzeczywistość, ale pan jest rzeczywisty. W ciszy, głębiej niż cały

gwar myśli, zawsze jest pan sobą.

Nawet jeśli uważamy kłamstwa za prawdziwą wiedzę, pod warstwą fałszu trwa cisza

bez  słów  –  i  my  jesteśmy  tą  ciszą.  Siedzieliśmy  razem,  towarzysząc  łzom  mojego
pacjenta, aż wreszcie znów się odezwał:

– Nic nie mówię...
– Pańskie oczy mówią nam to, czego nie potrafią powiedzieć usta.
Łzy  pokazywały  mu,  kim  był  naprawdę,  gdy  nie  zagłuszał  go  gwar  słów,  nie

przesłaniały wzroku fałszywe przekonania i etykietki. W tej chwili całkowitego otwarcia
się  na  swoje  wnętrze  zrozumiał,  że  nie  jest  żadnym  ze  swoich  poglądów,  ale
świadomością, w której się pojawiały. Dzięki terapii odkrył w sobie przestrzeń wolności,
której wcześniej nie dostrzegał.

background image

Jakie  to  smutne,  gdy  rozpacz  zaślepia  nas  tak,  że  nie  widzimy  potencjału,  z  którym

każdy  człowiek  przychodzi  na  świat.  Jeśli  nie  potrafimy  otworzyć  się  na  relację
z  niewiadomą  w  człowieku,  nigdy  nie  odkryjemy  bogactwa  możliwości,  zdolności
i dobra, jakie się w nas kryje. Zaślepia nas brak nadziei.

Pewna stażystka czuła się bezradna.
– Na studiach i w klinice słyszę, że terapia nie przyniesie efektów, jeśli pacjent jest za

stary,  zbyt  nierozgarnięty,  zbyt  poważnie  chory,  za  ciężko  zaburzony  albo  uzależniony
od  alkoholu  czy  narkotyków.  Jeśli  starszy  człowiek  zwróci  się  do  mnie  o  pomoc,  mam
mu powiedzieć, że terapia będzie w jego przypadku bezużyteczna?

Rozumiałem  jej  zagubienie.  Czuła  się  tak,  jak  gdyby  dano  jej  do  ręki  broń  i  kazano

pociągnąć  za  spust,  żeby  zabić  czyjąś  nadzieję.  Terapeuta  nigdy  nie  wie  z  góry,  czy
terapia  pomoże  danej  osobie  poprawić  jakość  życia.  Dobry  klinicysta  nie  podejmie
decyzji  pod  wpływem  własnych  projekcji,  ale  na  podstawie  badań;  będzie  rozmawiał
z pacjentami, żeby pomóc im odkryć to, czego sami w sobie nie mogą zobaczyć.

Emily Dickinson tak pisze o delikatnej naturze nadziei: „Nadzieja jest tym upierzonym

/  Stworzeniem  na  gałązce  /  Duszy

[4]

.  To  maleńkie  coś,  co  utrzymuje  ludzi  przy  życiu,

trzeba zawsze chronić. Podczas psychoterapii nie oceniamy szans pacjenta na podstawie
tego,  co  on  sam  o  sobie  już  wie;  pomagamy  mu  zaakceptować  i  zmierzyć  się  z  całą
prawdą o sobie, też tą, której jeszcze nie widzi. Polegamy na nadziei. Zaciągamy kredyt
w tej walucie...

Alkoholik,  schizofrenik,  borderline,  opóźniony  umysłowo  –  to  kategorie  i  diagnozy.

Kim  jednak  są  ludzie,  którzy  się  za  nimi  kryją?  Terapia  nie  dotyczy  przede  wszystkim
diagnozy, tylko ludzkiego serca; terapeuta nie spotyka kolejnych przypadków, tylko ludzi
o poranionych wnętrzach. Raz do gabinetu mojej koleżanki wpadł młody lekarz na stażu
podyplomowym.  Był  przerażony.  Zaczął  błagać  psychoterapeutkę,  żeby  pomogła  mu
nakłonić  jedną  z  pacjentek  do  powrotu  do  szpitala.  Pacjentka  była  hipochondryczką;
przekonywała  stażystę,  że  koniecznie  trzeba,  by  przeprowadzał  gruntowne  badania  jej
stanu zdrowia, regularnie trzy razy w tygodniu. Ten, w odpowiedzi, kazał jej położyć się
na  leżance  i  oświadczył,  że  sprawdzi,  czy  pacjentka  nie  ma  zawału  serca.  Kobieta
z płaczem wybiegła ze szpitala. Koleżanka zaprosiła pacjentkę na konsultację w swoim
przyszpitalnym  gabinecie.  Zaczęła  z  nią  rozmawiać  i  zauważyła  w  jej  karcie  ważną
informację  –  otóż  kobieta  ta  straciła  syna,  który  zginął  zamordowany  zaledwie  rok
wcześniej.

– Doktor, który panią leczył, pomylił się – powiedziała. – Nie ma pani zawału serca.

Ma pani zranione serce.

Pacjentka  podjęła  terapię  i  zaczęła  robić  szybkie  postępy.  Skąd  wzięła  się  jej

hipochondria? Kiedy zabrakło syna, nie miała dla kogo żyć, na kim skupić całej swojej
miłości. Zgłosiła się do szpitala jako wolontariuszka, roznosiła książki, czytała pacjentom
i rozmawiała z nimi. Z czasem została stałą rezydentką szpitala i jej hipochondria dała
o  sobie  znać.  Pacjenci  zastąpili  jej  syna,  szpital  zastąpił  jej  dom.  Aż  do  dnia,  kiedy
terapeutka pomogła jej wyleczyć poranione serce.

Od terapeuty, który wzmacniałby w nas chore przeświadczenie, że jesteśmy bezradni,

powinniśmy  trzymać  się  z  daleka.  Potrzebujemy  pilota,  który  poprowadziłby  nas  ku
realnej nadziei. Dobry terapeuta nie będzie też nas czarował, obiecując, że spełni nasze
wszelkie marzenia, ale pomoże nam osiągnąć nasz własny, największy potencjał.

background image

Jeśli  straciliśmy  wszelką  nadzieję,  na  nic  już  w  życiu  nie  liczymy  i  uważamy,  że

jesteśmy  skończeni,  to  znaczy,  że  zaślepiły  nas  kłamstwa.  Przesłoniły  nam  wzrok  tak
skutecznie,  że  w  ogóle  ich  nie  widzimy  i  nie  umiemy  się  ich  pozbyć.  Rozpacz  –  nawet
jeśli  wydaje  się  nam  jedyną  możliwą  postawą,  bo  uważamy,  że  nic  innego  nam  nie
pozostaje,  nawet  jeśli  jesteśmy  przekonani,  że  mamy  ku  niej  aż  zbyt  wiele  powodów
i  potrafimy  znakomicie  ją  zracjonalizować  –  zawsze  będzie  tylko  mechanizmem
obronnym.  Rozpacz  to  odrzucenie  potencjału,  który  zawsze  istnieje,  ukryty  pod
brzemieniem  choroby  czy  zaburzenia.  Odnalezienie  ukrytej  siły,  dotarcie  do  rdzenia
tego, co czyni nas człowiekiem, jest sztuką, która opiera się na zdolności słuchania. Jeśli
przestaniemy wierzyć w potencjał ukryty w człowieku, nadzieja umiera.

Terapeuta  jest  tym,  kto  pomoże  nam  odnaleźć  ścieżkę  prowadzącą  ku  nowym

możliwościom. Nieważne, jak bardzo ograniczamy samych siebie, on pokaże nam, w jaki
sposób możemy te ograniczenia przekroczyć. Rozpacz, którą w danej chwili odczuwamy,
nie jest obiektywną, całościową wizją, a tylko wycinkiem obrazu nas samych. Reszty nie
dostrzegamy;  zbyt  dobrze  jest  ukryta  za  murem  mechanizmów  obronnych.  Jeśli
terapeuta  wierzy  w  nas,  mimo  naszej  rozpaczy,  to  znaczy,  że  widzi  to,  czego  my  nie
potrafimy dostrzec, zaślepieni przez kłamstwa.

Wgląd czy spojrzenie z zewnątrz?

[5]

Poznanie  oparte  na  więzi  jest  czymś  innym  niż  myślenie  kognitywne.  Dlatego  pojawia
się  pytanie  o  wartość  poznawczego  wglądu.  Gdyby  tego  rodzaju  wgląd  mógł
rzeczywiście być skuteczną pomocą, poradniki już dawno uleczyłyby ludzkość.

Kiedy  mamy  poznawczy  wgląd  w  drugiego  człowieka,  traktujemy  go  jak  obiekt.  Nie

ma  to  nic  wspólnego  z  psychoterapią,  to  niszczące,  rozstrajające  doświadczenie,  które
być  może  spowoduje  konieczność  odbycia  prawdziwej  terapii.  Co  zrobić,  kiedy  ludzie
sami dążą do tego, żeby nawiązać z terapeutą taką właśnie zdystansowaną relację?

Zauważyłem kiedyś, że mężczyzna, który miał za sobą przeszłość płatnego kochanka,

skupiał się na utrzymywaniu jak największego dystansu w rozmowie ze mną. Spytałem,
co takiego wobec mnie czuje, że ma potrzebę ukrywania się za murem.

– Nie wiem – odpowiedział.
–  Właśnie  mówiąc  „nie  wiem”,  ukrywa  się  pan  przede  mną.  Nie  pozwala  pan  na  to,

żebyśmy naprawdę się spotkali. Jakie uczucia w panu wzbudzam, że chce pan trzymać
mnie na dystans?

–  Nie  mam  pojęcia.  To  znaczy,  może  mógłbym  znaleźć  jakieś  wyjaśnienie,  które  by

pana zadowoliło...

–  W  ten  sposób  wszedłby  pan  w  rolę  psychologicznego  żigolaka:  „To  by  się  pewnie

Jonowi spodobało, tamto chciałby usłyszeć, to kupi, w tamto uwierzy. Poczuje, że łączy
nas więź”. A potem wejdziemy w destrukcyjną relację, podobną do tej, jaką nawiązywał
pan z kobietami. Jakie uczucia powodują, że chce pan odgrywać wobec mnie taką rolę?

background image

– Och, zapewne mogą to być najróżniejsze uczucia...
– Proszę zauważyć, że ustawia się pan w pozycji obserwatora. Nie angażuje się pan,

tylko przygląda z dystansu scenie, jaka rozgrywa się między mną a człowiekiem, który
nosi pańskie imię. Pozostaje pan poza nawiasem terapii, obserwuje ją pan tylko. Zawsze
coś pana zmuszało do przyjęcia takiej postawy. Był pan życiowym turystą, kimś, kto jest
zawsze obcy, zawsze patrzy z zewnątrz na ludzi, którzy są u siebie.

Jego oczy zaszkliły się od łez.
– Jakie uczucia powodują, że ukrywa się pan pod maską obojętnego obserwatora?
–  Chyba  bardzo  często  tak  robię.  Nie  angażuję  się,  patrzę  z  odległości.  Obserwuję,

osądzam...

Mężczyzna  ten  trzymał  na  dystans  wszystkich  ludzi,  którzy  go  otaczali,  a  także

samego  siebie.  Nie  chciał  przeżywać  własnych  uczuć,  wolał  obserwować  je  z  daleka
i  wmawiać  sobie,  że  nie  mają  dla  niego  znaczenia.  Kiedy  pytałem  go,  co  czuje,
powtarzał to, co usłyszał od innych. Oczywiście, w niczym mu to nie pomagało, bo nie
był to prawdziwy wgląd, tylko spojrzenie z zewnątrz.

Przychodzimy na terapię z pamięcią pełną „wglądów”, jakie usłyszeliśmy od rodziców,

nauczycieli,  przyjaciół.  Ten  zgiełk  może  z  łatwością  zagłuszyć  nasz  wewnętrzny  głos.
„Wglądy”  te,  w  dodatku,  nie  wynikają  z  naszego  własnego  zrozumienia  swojego
wnętrza.  To  opinie  osób,  które  widzą  nas  tylko  z  zewnątrz.  Kiedy  ludzie  stawiają  na
pierwszym  miejscu  swoje  opinie,  a  nie  nasze  uczucia,  nie  słuchają  nas  naprawdę
i  formułują  nietrafione  sądy.  A  kiedy  my  zaczynamy  słuchać  tego,  co  mówią,
głuchniemy i nie słyszymy już naszego wewnętrznego głosu.

Jak  słuchać  siebie,  żeby  możliwy  był  rzeczywisty  wgląd?  Nie  wystarczy  słuchać

uszami,  to  zbyt  mało  precyzyjny  narząd.  Trzeba  słuchać  całym  sobą.  Wewnętrznej
prawdy nie domyślimy się, nie odgadniemy jej. Jeśli otworzymy się na nią i zechcemy ją
zaakceptować,  po  prostu  zaczniemy  nią  żyć  –  przyjmować  uczucia  i  znosić  je,  nie
musząc  koniecznie  od  razu  krępować  ich  słowami,  pętać  przedwczesnymi  ocenami,
ukrywać pod warstwą nowych słów.

Jeśli zaczniemy naprawdę wsłuchiwać się we własne uczucia, czy będziemy w stanie

unieść  ciężar  ich  przesłania?  Tak  właśnie  przemawia  nasza  głębia,  to,  kim  naprawdę
jesteśmy.

Zadanie,  jakie  mamy  przed  sobą,  może  wydawać  się  proste,  ale  takie  nie  jest.

W  skrócie  można  sformułować  je  tak:  Słuchaj  tego,  co  kryje  się  pod  poziomem  myśli,
a usłyszysz to, czego ci, którzy „wiedzą wszystko”, nie usłyszą nigdy.

Czym jest relacja w terapii?

Żeby pojąć istotę terapii, musimy zadać sobie pytanie: co jest punktem odniesienia dla
terapeuty? Lista objawów, diagnoza, zaburzenia osobowości u pacjenta? Nie, terapeuta
odnosi się do osoby, która kryje się za tymi symptomami, zrodzonymi stąd, że odcięła

background image

się  od  swojego  życia  wewnętrznego.  Terapeuta  zachęca  nas,  by  połączyć  to,  co
rozdzieliliśmy,  i  zaakceptować  własne  uczucia.  Gdy  przez  lata  stosujemy  mechanizmy
obronne, zapominamy, że mamy pragnienia, że posiadamy pasje. Taka jest cena, jaką
płacimy za spychanie samych siebie na margines.

Pracowałem  kiedyś  z  pacjentką,  która  w  rozmowie  napomknęła  o  konflikcie

z partnerem, a potem skwitowała:

– Nie chcę się w to wgłębiać.
– Ma pani prawdziwe zmartwienie, ale nie chce się pani w nie wgłębiać. Czy nie jest

to lekceważenie siebie?

– Nie wydaje mi się to ważne. To tylko błahostka.
– Traktuje pani siebie jak nieistotną błahostkę. Odrzuca pani nie tylko swój problem,

ale i samą siebie.

– Być może. – W jej oczach pojawił się cień smutku.
–  Czy  zauważyła  pani,  że  usiłuje  skłonić  mnie,  bym  także  zaczął  panią  lekceważyć?

Jeżeli w rozmowie ze mną zbywa pani swoje problemy, zaprasza mnie pani, bym i ja to
robił:  „Nie  jestem  ważna,  proszę  nie  zwracać  na  mnie  uwagi”.  Dlaczego  pani  tak
postępuje?

–  Przywykłam  do  tego.  Tak  jest  w  każdym  moim  związku  –  wyrzuciła  z  siebie.

W oczach miała łzy.

W  dobrej  wierze  trenujemy  pogardę  dla  samych  siebie.  Taką  niewzruszoną  postawę

nazywamy  siłą,  podczas  gdy  jest  to  przejaw  nienawiści  do  własnej  osoby.  Moja
pacjentka  podświadomie  zachęcała  mnie,  żebym  potraktował  ją  lekceważąco,  bo  do
takiego  rodzaju  relacji  z  mężczyznami  była  niestety  przyzwyczajona.  Usiłowała
zapomnieć  o  sobie  i  chciała,  bym  pomógł  jej  utrwalić  tę  postawę.  Kiedy  odmówiłem
powielania krzywdzącego schematu, który zbyt dobrze znała, odważyła się nie spychać
dłużej w niebyt własnych uczuć, i w końcu przemówiła zupełnie innym głosem – swoim
własnym.

Terapeuta nie ogranicza się do słuchania naszych słów. Obserwuje też, w jaki sposób

traktujemy własne uczucia – czy umiemy wsłuchać się w nie, zanim coś powiemy. Czy
gdy mówimy, naprawdę wyrażamy nasze wnętrze? Gdy moja pacjentka zdecydowała się
zmierzyć  z  bólem,  jaki  sama  sobie  zadawała,  lekceważąc  siebie,  przyszło  zrozumienie:
„Wobec mężczyzn zawsze tak robię”.

Kiedy  sami  sobie  robimy  to,  co  kiedyś  nam
zrobiono

Przychodzimy na terapię z bagażem, jakim jest cała historia naszego cierpienia. Czasami
potrafimy  ująć  ją  w  słowa,  a  czasami  tylko  sposób,  w  jaki  odnosimy  się  do  siebie,
świadczy o tym, jak wiele przeżyliśmy.

background image

Jeśli  ktoś  skrzywdził  nas  w  przeszłości,  bardzo  możliwe,  że  dziś  sami  siebie

krzywdzimy.  Robimy  to  w  ukryciu,  nie  wiedząc  dlaczego.  Zadajemy  sobie  ból,  żeby
wciąż  czuć  swoje  własne,  dawne  cierpienie.  Jeśli  terapeuta  zauważy,  że  mamy
tendencję do robienia sobie krzywdy, nie wybierze się na „połów informacji”, poddając
nas  szeroko  zakrojonemu  przesłuchaniu  dotyczącemu  naszej  przeszłości.  Zamiast  tego
zwróci naszą uwagę na to, że dzisiaj zadajemy sobie ból.

Podczas  pierwszej  rozmowy  pewna  pacjentka  wyznała,  że  poruszyło  ją  to,  co

powiedziałem.

– Jakie uczucia dostrzega pani w sobie teraz, kiedy wyszła pani z ukrycia i pozwoliła

sobie pomóc? – spytałem.

–  O  mało  nie  zaczęłam  płakać  –  westchnęła.  –  Bałam  się,  że  nie  dam  rady

powstrzymać łez.

– Nawet jeśli zaczęłaby pani płakać, co w tym złego? Chyba lepiej jest płakać, niż się

bać?

–  Może  i  tak...  W  każdym  razie  poczułam  wielkie  wzruszenie.  Pomyślałam  sobie,  że

jeszcze nigdy nie spotkałam mężczyzny, który wysłuchałby mnie naprawdę, tak jak pan.

– Ale nie chce pani, bym słyszał, jak pani płacze – podsunąłem.
– Nie będę już płakać – ucięła.
Kiedy  terapeuta  widzi,  że  odrzucamy  własne  uczucia,  zwraca  nam  uwagę  na

okrucieństwo,  o  które  nie  przyszłoby  nam  do  głowy  się  podejrzewać  –  samych  siebie
traktujemy okrutnie. Nie da swojego przyzwolenia na taką postawę, nie będzie udawał,
że jej nie zauważa albo że ją aprobuje, ale też w żaden sposób nie będzie nas oceniał.
Delikatnie i ze współczuciem pokaże nam, w jaki sposób krzywdzimy samych siebie.

–  Dlaczego  traktuje  pani  tak  obcesowo  własne  łzy?  Przecież  one  też  zasługują  na

miłość. Kiedy wreszcie przestanie je pani przepędzać i pozwoli wrócić do domu? Muszą
być  bardzo  samotne  w  tym  zimnie,  z  dala  od  pani.  Jak  długo  jeszcze  będzie  je  pani
skazywać  na  cierpienie,  wypierając  się  ich?  Proszę  się  nie  obawiać,  że  zacznę  panią
gardzić, albo panią odrzucę. Jeśli powinniśmy się czymś martwić to faktem, że odrzuca
pani samą siebie i swoje łzy.

–  Powiedziałam  sobie,  że  przyszłam  tu  nie  po  to,  żeby  się  mazać,  tylko  żeby

rozmawiać o istotnych sprawach.

– A zatem uznała pani, że łzy są niewarte uwagi, należy więc zagłuszyć je gadaniną?

Przecież nie przyszła tu pani po to, żeby udawać, że w pani życiu nie ma cierpienia.

Nagły przypływ smutku sprawił, że zamknęła oczy i skrzywiła usta.
– Niech pani uwolni swój ból.
– Boję się, że jeśli zacznę płakać, to już nigdy nie przestanę.
–  Jeśli  jeszcze  nigdy  nie  pozwoliła  sobie  pani  na  płacz,  nic  dziwnego,  że  ten  płacz

jeszcze nigdy nie został ukojony. Właśnie dlatego powinna pani pozwolić łzom popłynąć
– żeby wreszcie ustały. Wtedy poczuje pani ulgę w cierpieniu.

– Nawet jeśli zacznę płakać, zrobię wszystko, żeby powstrzymać łzy. Uciąć to.
– Zrobi pani wszystko, żeby odciąć się od własnych uczuć. Od siebie samej. Czy to nie

smutne,  że  odrzuca  je  pani?  Po  co  udawać,  że  całe  to  cierpienie  nie  istnieje?  Kiedy
wreszcie  przytuli  pani  tę  zrozpaczoną  dziewczynkę,  która  płacze  i  płacze?  Proszę  to
zrobić. Proszę pozwolić jej się wypłakać.

Zaczęła szlochać. Mijały minuty, a ona nie przestawała płakać.

background image

– Jak ja się zachowuję! Siedzę i płaczę – wykrztusiła wreszcie.
– I znowu zadaje sobie pani ból. Dlaczego potępia pani swoje zachowanie? Za co się

pani  tak  karze?  Proszę  uwolnić  ten  ból,  nie  powstrzymywać  go  dłużej.  Ma  pani
możliwość  uleczenia  swojego  serca.  O,  tak.  Niech  pani  uwolni  cały  swój  ból,  całe
cierpienie. Tyle go jest... Proszę wreszcie zrzucić z siebie ten ciężar. Przecież po to pani
tu przyszła.

– Tak bardzo mi wstyd. Powinnam się wstydzić.
– Jakie to smutne... W chwili, gdy tak bardzo pani cierpi, jeszcze dodatkowo krzywdzi

się pani słowami. Proszę tego nie robić! Dość już pani wycierpiała, po co nadal zadawać
sobie  ból?  To  naprawdę  nie  jest  odpowiedni  moment,  żeby  samą  siebie  zawstydzać,
przyszedł  czas,  żeby  zacząć  traktować  siebie  ze  współczuciem.  Dość  już  cierpienia.  To
naprawdę smutne, że czuła pani przymus, żeby ukarać się za to, że przyznała się pani
do własnego cierpienia i smutku. Proszę już więcej się tak nie tłamsić.

– Dla mnie to normalne, przyzwyczaiłam się.
– Zawsze wymierza sobie pani karę za to, że odsłoniła się pani przed kimś?
– Zawsze słyszałam, że wszystko robię nie tak, przesadzam, histeryzuję. Zmyślam.
– Karano panią za to, że nie ukrywała pani swojego bólu.
– Właściwie to karano mnie za wszystko. Nawet okazywanie radości nie było dobrze

widziane.

– Karano panią za to, że jest pani żywą istotą, mającą emocje.
– Coś w tym rodzaju.
–  Proszę  się  teraz  wypłakać.  Emocje  nie  są  niczym  złym.  Kto  wmawiał  pani,  że

odczuwanie emocji to wstyd?

– Matka... i ojciec. Oboje.
– Przekonali panią, że za bycie żywą, czującą istotą należy się kara?
– Mniej więcej. Od tego wszystko się zaczęło.
Nie  musiała  opowiadać  mi  na  dzień  dobry  swojej  historii,  nie  musiała  zwierzać  się

z  tego,  że  jako  dziecko  była  emocjonalnie  zaniedbywana.  Wystarczyło,  że  mi  to
pokazała,  bardzo  wyraźnie,  kiedy  usiłowała  stłumić  łzy,  żeby  tylko  nie  dać  po  sobie
poznać, jak mocno jest wzruszona. Tłamsiła swoje uczucia, wstydziła się ich. Najpierw
trzeba było pomóc jej dostrzec, że ma taki nawyk, i zachęcić, żeby się go pozbyła. Jeśli
miała  wrócić  do  zdrowia,  musiała  dopuścić  do  siebie  własny  smutek  i  ból,  przeżyć  je,
zamiast  odpychać.  Potem  mogliśmy  razem  zmierzyć  się  z  uczuciami,  jakie  wzbudzali
w  niej  rodzice,  zwłaszcza  ze  złością  i  gniewem,  które  nauczyła  się  kierować  przeciwko
sobie. Przez lata chroniła idealny obraz rodziców, jaki sobie stworzyła. Oni byli dobrzy,
a  ona  –  zła.  To  okrutne  traktowanie  samej  siebie  ukazywało  jej  miłość  do  rodziców.
Kochała ich, choć płaciła za to utratą dobrego samopoczucia i komfortu psychicznego.

Kiedy zmierzyła się z prawdą o tych uczuciach, wejrzała w ich głębię, po raz pierwszy

poczuła, jak ustępuje ciężar depresji. Gdy powoli uczyła się, jak nie zaniedbywać samej
siebie,  wzrastała  jej  zdolność  do  współczucia  –  nie  tylko  wobec  siebie,  ale  też  wobec
ludzi  wokół  niej.  Inaczej  spojrzała  na  rodziców,  i,  przede  wszystkim,  zaczęła  inaczej
traktować swojego syna.

Przestała tłumić uczucia, pozwoliła, by popłynęły z jej wnętrza z całą mocą. Ich fala

uniosła i zmyła wszystkie upokorzenia, jakich doznała w przeszłości, osądy, do których
przywykła i myśli, które biegły utartym torem. Zrozumiała, że błędne, ciasne spojrzenie

background image

rodziców nie definiuje jej, bo jest od niego większa. Teraz mogła zaakceptować fakt, że
rodzice  mieli  swoje  problemy  i  z  ich  powodu  zachowywali  się  tak,  a  nie  inaczej.  Ich
problemy nie były już jej więzieniem.

Kłamstwa, które prowadzą nas do porażki

–  Terapia  to  bzdura  –  oświadczył  pewien  mężczyzna,  gdy  tylko  wszedł  do  mojego
gabinetu. Na terapię chodził już trzydziesty rok, ale wciąż nie doczekał się efektów. Jego
psychoterapeuta,  bezradny  wobec  tego  maratonu  porażek,  skierował  go  do  mnie  na
konsultację. Pacjent wzruszył ramionami:

– Wątpię, czy jest pan w stanie coś tu poradzić.
Zaczęliśmy  zastanawiać  się  wspólnie,  dlaczego  wcześniejsza  terapia  nie  przyniosła

efektów.  Wyznał,  że  w  pewnym  momencie  po  prostu  się  poddawał...
w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach.

–  Skoro  tak  się  sprawy  mają,  dlaczego  w  ogóle  się  pan  do  mnie  pofatygował?  –

Chciałem wiedzieć.

– Nadzieja umiera ostatnia – skwitował.
Poprosiłem, by opisał doświadczenie tej wciąż żywej nadziei.
– Nie doświadczam jej w żaden sposób – odparł. Jego zdaniem terapia była bzdurą;

nie miał też lepszego zdania o terapeutach.

–  Tkwię  w  więziennej  celi,  czekając  już  tylko  na  śmierć  –  powiedział  w  pewnym

momencie.

Jego sprzeczne stwierdzenia zaczęły składać się w pewną całość, z której wyłonił się

obraz człowieka przyjmującego bierną postawę i oczekującego, że przyjaciele, partnerki
i  terapeuci  pospieszą  mu  na  ratunek.  Chciał  pozostawać  obojętny  i  bierny,  lecz
jednocześnie  pragnął,  by  ludzie  wokół  okazywali  troskę  o  niego,  wyrażali  życzenia
powrotu  do  zdrowia  i  nadzieję,  że  tak  się  stanie.  Oczekiwał,  że  inni  ludzie  wezmą
odpowiedzialność  za  jego  życie.  Kiedy,  powodowani  życzliwością  i  troską,  próbowali
podjąć  się  tej  roli,  stawał  okoniem.  Protestował,  wykłócał  się  z  nimi,  wreszcie
zdecydowanie  odrzucał  wszelką  pomoc.  Nie  zamierzałem  dać  się  wciągnąć  w  tę  grę,
pochylić się nad nim z troską i przekonywać go, że wszystko będzie dobrze. Musiałem
pokazać mu wyraźnie jego własną postawę – brak nadziei i skrajny pesymizm. Chodziło
o to, żeby powiedzieć mu prawdę w sposób, który będzie potrafił przyjąć.

Człowiek ten uznał za stosowne, żeby na dzień dobry okazać mi pogardę. Byłem tylko

kolejnym „bzdurnym terapeutą”, który, pomimo wszelkich starań, oczywiście nie będzie
w  stanie  mu  pomóc.  A  przecież,  tak  naprawdę,  potrzebował  pomocy.  Dlaczego  nie
potrafił  jej  przyjąć?  Za  bardzo  się  bał,  że  kiedy  mi  zaufa,  ja  wykorzystam  sytuację
i  okażę  mu  lekceważenie  –  wolał  więc  okazać  je  pierwszy.  Mnie,  a  także,  na  wszelki
wypadek – sobie. Przedstawił się więc jako przypadek beznadziejny, człowiek bezsilny,
bezwartościowy i wstrętny.

background image

– Czy nie uważa pan, że ten samokrytycyzm jest formą autoagresji? – spytałem.
Jego oczy zaszkliły się od łez.
– Nigdy o tym nie pomyślałem.
Przez całe życie atakował się i poniżał, ale na myśl mu nie przyszło, że stosuje wobec

siebie przemoc. Był wielce zaskoczony, gdy zdał sobie z tego sprawę. Gdy przyznał, że
istotnie,  był  wobec  siebie  okrutny,  przez  ułamek  sekundy  poczuł  autentyczne
współczucie dla własnej osoby.

–  Okazuje  mi  pan  pogardę,  ale  rozumiem,  że  to  nic  osobistego  –  ciągnąłem.  –  To

tylko sposób, by pokazać, jak bardzo gardzi pan sobą.

Rozpłakał  się.  Jednak,  po  krótkiej  chwili,  gdy  pozwolił  sobie  na  przeżycie

autentycznego smutku z powodu przemocy, jakiej od siebie samego doznawał, wznowił
atak  z  jeszcze  większą  zajadłością.  Jeśli  miotał  oskarżenia,  miał  ku  temu  powody,
natomiast wszelkie moje uwagi były bzdurne i bezwartościowe.

– Mam dość, kończmy z tym – rzucił wreszcie.
– Jeśli pasuje panu ten obraz swojej osoby, beznadziejny i wstrętny, jeśli wierzy pan

w to, co pan mówi, rzeczywiście powinniśmy dać sobie spokój. – Pokiwałem głową.

– Mówiłem już, że terapia mi nie pomoże, ale wciąż jest we mnie jakaś nić nadziei –

powiedział tonem niemal obojętnym.

– Nie wygląda pan ani nie brzmi jak ktoś, kto ma nadzieję.
– Zawsze pozostaje mi nadzieja na nadzieję. – Nie ustępował.
–  Ale  przecież  jest  pan  przekonany  do  swoich  racji.  Chyba  więc  najlepiej  pan  zrobi,

jeśli porzuci nadzieję i będzie czekał końca?

– Hmm, być może. Ale psychoterapia to jedyna rozrywka, jakiej mogę się oddawać.

Co mam do stracenia, oprócz paru groszy?

–  Zmusza  się  pan  do  robienia  czegoś,  w  czego  sens  pan  nie  wierzy.  Po  co  tracić

pieniądze?

– Może mój terapeuta jest do bani.
– Zawsze może pan rozejrzeć się za innym.
– To bez sensu, każdy będzie taki sam.
– To czemu pan do mnie przyszedł?
– Bo zawsze pozostaje okruch nadziei.
– Nie wygląda pan ani nie brzmi jak ktoś, kto ma nadzieję na cokolwiek.
– Tak? Nie wiedziałem. Czuję, że wciąż mam troszkę nadziei... na nadzieję.
– Ale wątpi pan w powodzenie terapii, zanim jeszcze pan ją zacznie.
– Tak, może tak być.
– I nic w tym złego. Sam wiem, że nie każdemu potrafię pomóc.
– Czy pomogłoby mi, gdybym poczytał coś z pana książek?
– Po co miałby pan to robić? Przecież już pan się poddał.
– Nie poddałem się do końca – powiedział beznamiętnie. – I niech mnie pan nie pyta,

co w związku z tym czuję, bo nie mam pojęcia.

– Naprawdę nie poddał się pan? Jest pan tego pewien?
–  Na  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent  się  poddałem;  niczego  poza  tym  nie  jestem

pewien.

– W porządku, rozumiem. Musiał pan mieć po temu wystarczające powody. Nie mam

prawa dyskutować z pańską przemyślaną decyzją. Ludzie, którzy przeżyli pewne rzeczy,

background image

sami  najlepiej  wiedzą,  że  nie  pozostaje  im  nic  innego,  jak  tylko  pogodzić  się  z  losem.
Być może w pana życiu nie ma już miejsca na nadzieję. Jej czas mógł już minąć.

–  Nie  wiem,  do  czego  pan  zmierza.  Czy  chce  pan  powiedzieć,  że  nie  ma  dla  mnie

nadziei, powinienem się poddać i darować sobie dalszą terapię? Czy może coś innego?

– Skoro na dziewięćdziesiąt dziewięć procent już pan się poddał...
– Czy usiłuje pan grać rolę adwokata diabła? – wpadł mi w słowo.
– Nie. Ja tylko opisuję rzeczywistość. Jeśli w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach

jest  pan  zniechęcony  do  psychoterapii,  po  co  wciąż  oczekiwać,  że  terapeuci  wezmą
odpowiedzialność za pańskie ozdrowienie? Po prostu marnuje pan swój czas.

Mój  rozmówca  spojrzał  na  mnie  podejrzliwie,  wietrząc  podstęp.  Tego,  że  od

trzydziestu lat sam wpuszcza się w maliny, w ogóle nie dostrzegał.

– Może i marnuję swój czas – powiedział ponuro. – Może robiłem to przez trzydzieści

lat.

– Owszem, robił to pan przez trzydzieści lat. Próbował pan różnych rzeczy, ale nic nie

pomagało. 

Nie 

zaszła 

żadna 

zmiana. 

Można 

więc 

przyjąć 

wysokim

prawdopodobieństwem, że tak będzie w dalszym ciągu. Potrzebuje pan czegoś innego.
Jeśli na dziewięćdziesiąt dziewięć procent poddał się pan, a od terapeuty oczekuje pan
wzięcia odpowiedzialności za poprawę, na pewno nic z tego nie będzie.

Westchnął.
–  A  więc  mówi  pan,  że  jeśli  na  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent  chcę  dać  sobie

spokój, to nie ma powodu, bym ciągnął terapię.

– Tak jest.
– Może to prawda, powinienem zrezygnować, raz na zawsze. Żebym poczuł się lepiej,

wystarczą mi prochy. Chyba liczyłem na to, że będzie mnie pan namawiał...

Mój  rozmówca  liczył,  że  podejmę  dyskusję  z  jego  kłamstwami.  Wówczas  rozgrywka

toczyłaby się między nim a mną. Gdy mówiłem prawdę, konflikt rozgrywał się pomiędzy
jego kłamstwami a rzeczywistością.

– Rozmaici terapeuci usiłowali przekonać pana przez trzydzieści lat. Skoro jest pan na

dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent  zdecydowany,  żeby  rzucić  terapię,  najwyraźniej  ma
pan swoje powody. A jeśli tak, terapia nic nie da. To tak nie działa. Niech pan się nie
łudzi,  że  jakiś  terapeuta  sprawi,  iż  poczuje  pan,  że  warto  próbować.  Nic  z  tego  nie
będzie.

– A tak teoretycznie, czy mógłbym mieć nadzieję?
–  Tylko  pan  to  wie.  Musiała  być  taka  chwila  w  pańskim  życiu,  kiedy  wciąż  jeszcze

w  coś  pan  wierzył,  na  coś  liczył...  a  potem  poddał  się  pan.  Musiał  pan  przeżyć  jakieś
doświadczenie, które było tak miażdżące, że zbuntował się pan przeciw nadziei.

– To działo się stopniowo.
–  Bardzo  możliwe,  tak  się  zdarza.  –  Zobaczyłem,  że  mój  rozmówca  prostuje  się

w fotelu. – Chcę po prostu dać panu jak najuczciwszą informację zwrotną; przecież nie
chce  pan  zmarnować  kolejnych  dziesięciu  lat,  angażując  się  w  coś,  co  jest  bez  sensu.
Wie pan, terapia nie wszystkim pomaga.

– Co robić, jeśli terapia nie pomaga?
–  Cóż,  to  jest  pytanie,  z  którym  musi  się  pan  zmierzyć.  Może  leki...?  Mógłby  pan

sprawdzić, czy pomogłoby panu odpowiednie leczenie.

– Jeśli wyleczę kontuzję kolana i będę mógł regularnie ćwiczyć, być może wytworzę

background image

dość endorfin, żeby z tego wyjść.

– O, tak, ćwiczenia są bardzo dobre dla zdrowia.
– Mogę jeszcze robić dobrą minę do złej gry...
– Owszem, wielu ludzi tak robi.
– Podobno należy robić to, co się lubi, ale ja chyba niczego nie lubię robić. Więc mówi

pan, że terapia mi nie pomoże?

Mężczyzna  ten  mylił  się,  sądząc,  że  terapia  nie  może  mu  pomóc.  Tym,  co

uniemożliwiało  zmianę  na  lepsze,  była  jego  własna  bierna  postawa,  odmowa
współpracy  i  skłonność  do  poddawania  się.  Kłamstwa,  które  nim  zawładnęły,
zdecydowanie mu nie służyły.

–  Przez  trzydzieści  lat  dawał  pan  za  wygraną.  Mamy  na  to  dowód  –  trzydzieści  lat

terapii  i  żadnych  efektów.  Sposób,  w  jaki  podchodzi  pan  do  terapii,  jest  zupełnie
nieskuteczny.  Jeśli  chce  pan  uzyskać  jakiś  efekt,  musi  pan  coś  zmienić  w  swoim
podejściu.  Tylko  pan  wie,  czy  to  możliwe,  czy  też  nie.  Niewykluczone,  że  niczego
zmienić się nie da. Pan musi o tym zdecydować.

–  Ciągle  przerzuca  pan  piłeczkę.  Co  mam  robić?  Wobec  takiej  postawy  jestem

bezradny.

–  Skoro  ma  się  pan  za  bezradnego,  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak  tylko  to

zaakceptować. Widocznie nie może pan nic dla siebie zrobić. Niektórzy ludzie po prostu
są  kalekami,  w  sensie  fizycznym  albo  psychicznym.  Jeśli  taki  jest  pański  przypadek,
trzeba będzie pogodzić się z tym, że będzie pan wiódł życie kaleki.

– Widzę, że uczciwie stawia pan sprawę.
–  Staram  się.  Kalectwo  istnieje  naprawdę.  Jeśli  rzeczywiście  ma  pan  jakąś

niepełnosprawność,  będzie  pan  musiał  się  pogodzić  z  faktem,  że  pańskie  życie  będzie
życiem  kaleki.  Ale  nie  mnie  o  tym  decydować.  Tylko  pan  wie,  czy  może  pan  w  swoim
życiu coś zmienić, czy też nie jest pan w stanie tego zrobić.

– Przychodzi mi do głowy tylko jedna rzecz. Mógłbym poszukać nowego terapeuty.
Mój  rozmówca  uchwycił  się  myśli,  że  wystarczy,  jeśli  zmieni  terapeutę.

W  rzeczywistości  musiał  zmienić  swoje  podejście  do  terapii.  Wahał  się,  czy  terapii  nie
zakończyć,  podczas  gdy  jeszcze  jej  tak  naprawdę  nie  rozpoczął.  Przez  trzydzieści  lat
usiłował dokonać autodestrukcji i nazywał to „psychoterapią”.

–  Zmieni  pan  terapeutę  i  co  dalej?  Oczekuje  pan,  że  znajdzie  się  taki,  który  będzie

w  stanie  dokonać  cudu?  Nie  ma  sensu  czekać  na  terapeutę,  który  pojawi  się  niczym
supermen  i  wyratuje  pana  z  opresji.  Dawał  pan  im  szansę  przez  długie  trzydzieści  lat.
Nie  rozumiem,  jakiego  dowodu  pan  jeszcze  potrzebuje,  żeby  zrozumieć,  że  nie  tędy
droga.

– A więc nie bawi się pan w adwokata diabła?
–  Ograniczam  się  do  stwierdzenia  faktów.  Próbował  pan  strategii  polegającej  na

bezradności.  I  owszem,  przyniosło  to  efekt  –  jest  pan  coraz  bardziej  bezradny.  Po  co
płacić za coś, co sprawia, że ma się pan coraz gorzej? Sam pan wie, jak być bezradnym,
po co płacić terapeucie, żeby dojść do tych samych wniosków?

– Sugeruje pan, że mam dać sobie spokój.
– Pańskie życie przyniosło panu wiele bólu. Decyzja o rezygnacji z terapii też będzie

bolesna. Nienawidzi pan samego siebie, a to rodzi smutek i ból. Równocześnie chce pan
się poddać, pozwolić, żeby ktoś inny wziął na siebie całą odpowiedzialność za to, co się

background image

z  panem  dzieje.  Nie  chcę  pana  martwić,  ale  w  ten  sposób  wyda  pan  dużo  pieniędzy
tylko po to, żeby poczuć się gorzej.

– Może powinienem postawić sobie za cel, żeby poczuć się lepiej.
– Zawsze może pan to zrobić.
– Może gdybym naprawdę tego chciał, poczułbym się lepiej.
Wciąż  nie  zamierzał  na  serio  zaangażować  się  w  terapię.  Był  przekonany,  że

wystarczy, jeśli będzie sprawiał wrażenie, że chce poprawy.

– Jeśli będzie pan naprawdę tego chciał, poprawa jest możliwa. Jeśli okaże pan jeden

procent determinacji, uzyska pan jeden procent efektu.

– Co trzeba zrobić, żeby naprawdę chcieć poprawy?
– Rozumiem, że nie satysfakcjonuje pana ten jeden procent. Rozumie pan, że to tylko

zawracanie  głowy,  a  tego  pan  nie  lubi.  Co  może  pan  ofiarować  sobie  na  resztę  życia?
Terapia  to  tylko  pięćdziesiąt  minut  tygodniowo.  Wszystko,  co  poza  tym,  zależy
wyłącznie  od  pana.  Podczas  terapii  najważniejszy  jest  pacjent,  wpływ  terapeuty  tylko
w niewielkim procencie przyczynia się do sukcesu.

– Domyślam się, że chce mi pan powiedzieć, iż marnuję czas.
– Owszem, i dobrze pan o tym wie. Marnuje pan czas i pieniądze. Podchodzi pan do

terapii  w  sposób,  który  gwarantuje,  że  nie  będzie  pozytywnych  efektów.  Wyrzucił  pan
już masę pieniędzy w błoto.

–  Świetnie.  Czy  mogę  przekazać  mojemu  terapeucie,  że  pana  zdaniem  terapia

w moim przypadku jest stratą czasu?

Mój rozmówca po raz kolejny się mylił. Uważał, że terapia jest stratą czasu, podczas

gdy to jego własne, autodestrukcyjne zachowanie niszczyło mu życie.

–  Oczywiście.  Niech  pan  mu  powie,  że  w  pana  przypadku  terapia  jest  stratą  czasu,

jeśli  podchodzi  pan  do  niej  jako  człowiek  w  dziewięćdziesięciu  dziewięciu  procentach
bezradny, który biernie czeka, by ktoś przyszedł mu z pomocą. To do niczego dobrego
nie  doprowadzi.  Powtarza  pan,  że  to  bez  sensu.  Marnuje  pan  pieniądze.  Dlaczego?
Z  drugiej  strony,  chce  pan  poczuć  się  lepiej.  Wciąż  jest  w  panu  coś,  co  pragnie
wydostać  się  na  wolność,  choć  pozostała  część  pańskiej  osoby  jest  zupełnie
zadowolona,  pozostając  w  więzieniu.  Mógłby  pan  tkwić  w  nim  aż  do  śmierci,
usprawiedliwiając tym samym istnienie tego więzienia. Dopóki będzie się panu podobać
za kratami, nie wyjdzie pan zza nich.

– Co mam zrobić, żeby wydostać się z tego więzienia? Jak zmienić to, czego chcę?
– Dlaczego miałby pan zmieniać to, czego pan chce?
– Bo nie chcę być taki, jaki jestem.
– Jest pan pewien, że to właściwy moment, żeby porywać się na taką zmianę? Chyba

nie  bez  powodu  prowadził  pan  dotąd  takie,  a  nie  inne  życie.  Widocznie  pasuje  ono
panu. Dlaczego nagle chce pan chcieć czegoś, czego pan nie chce?

– Bo nie chcę chcieć tego, czego chcę.
Mówił prawdę, ale prawdą było też, że ten mężczyzna przez trzydzieści lat sabotował

własną  terapię.  Trzeba  było  mu  pomóc  dostrzec,  że  chce,  aby  terapia  zadziałała,  ale
jednocześnie chce być bezradny. Obie te postawy były prawdziwe.

– Jeśli mamy zaakceptować w stu procentach tę osobę, którą jest pan dzisiaj, musimy

przyjąć, że pan się poddał i nie sądzi, że może być jeszcze jakaś nadzieja. W porządku,
taki jest człowiek, którego dzisiaj spotykam. Czy możemy zaakceptować rzeczywistość?

background image

– Może i jestem uziemiony na wózku inwalidzkim, ale przecież nie wiadomo, czy nie

znajdzie  się  jakieś  lekarstwo  na  moją  chorobę.  Może  już  zawsze  będę  musiał  być  na
wózku, ale jeśli istnieje jakakolwiek szansa, że z niego wstanę, to nie chcę jej stracić.

– Musimy zaakceptować, że jest pan podzielony, ale większa część pana chce nadal

tkwić na wózku.

– Tak, jasne.
– Proszę to w sobie zobaczyć, proszę się z tym pogodzić. Proszę sobie na to pozwolić.

Niech pan sobie powie, że nie musi pan niczego zmieniać, niczego tłumaczyć. Proszę nie
próbować zmienić się na siłę.

– Na pewno spotkał się pan już z beznadziejnymi przypadkami...
– Owszem.
– Jak często się zdarzają?
– Rzadko.
– I co, po prostu rozkłada pan ręce i patrzy, jak wychodzą z gabinetu? Nieźle.
–  A  co  mam  zrobić?  Muszę  zaakceptować  fakty.  Jeśli  uważa  pan  swój  przypadek  za

beznadziejny,  muszę  przyjąć  do  wiadomości  pańską  ocenę  własnej  sytuacji.  Pańska
osobowość jest podzielona – z jednej strony bardzo chce pan zmiany, z drugiej strony
uważa  pan,  że  jest  niemożliwa,  bo  nie  ma  już  dla  pana  żadnej  nadziei.  Te  dwie
tendencje ścierają się w panu, ale zwycięża przekonanie, że sytuacja jest beznadziejna.
Trzeba nam zaakceptować to, że czuje się pan zniechęcony i bezradny. Takie są fakty.

– Ale ja nie chcę! Nie chcę zaakceptować takich faktów. Nie mogę spokojnie słuchać

tego, co pan mówi, czuję, że muszę protestować.

– W jaki sposób chciałby pan protestować? Czego pan doświadcza?
– Nie jestem pewien. Czuję, że mam własne zdanie, mogę podejmować samodzielne

decyzje.  Mam  jednak  jakąś  kontrolę  nad  moim  życiem,  a  pan  mówi,  że  jestem
bezradny.  Nie  wierzę  w  to.  Owszem,  miałem  bardzo  trudne  życie,  było  w  nim  wiele
bólu,  ale  nie  poddałem  się.  Gdybym  naprawdę  nie  miał  krzty  nadziei,  po  prostu
położyłbym się i umarł. Nie zgadzam się z panem. Nie jestem bezradny i na pewno nie
jestem gotów się poddać.

– Jest pan gotów na coś innego.
–  Jestem  gotów  przyznać,  że  mam  wobec  siebie  zachowania  przemocowe,

i  uświadamiać  sobie  to  za  każdym  razem,  gdy  tak  postępuję.  Nie  chcę  być  taki,  jaki
teraz  jestem.  Chcę  zacząć  czegoś  chcieć.  Nie,  nie  uważam,  że  w  dziewięćdziesięciu
dziewięciu  procentach  mam  poczucie  beznadziejności.  –  Wyprostował  się.  –  Może
jeszcze jest dla mnie szansa. To przecież możliwe.

– To możliwe – powtórzyłem.
– Muszę tylko skrzesać ogień, podłożyć go, żeby rozpalić w piecu.
–  Ogień  musi  zapłonąć  w  panu.  Zbyt  długo  szukał  go  pan  w  innych  ludziach.  To

potężny,  głęboki  wgląd,  i  nieczęsto  się  słyszy,  by  ktoś  tak  pięknie  ujął  go  w  słowa.
Spodziewał się pan, że ktoś inny będzie piecem, w którym huczy ogień, a teraz odkrywa
pan, że sam nim jest. Trzeba tylko podłożyć rozpałkę, wykrzesać iskrę...

– Myślę, że to da się zrobić. Nie wydaje mi się, żeby ten piec już na zawsze wygasł.
–  Oczywiście,  że  nie.  Można  w  nim  rozpalić.  Natomiast  jeśli  nie  będzie  się  w  nim

paliło, zniszczeje do reszty. Chce pan rozpalić w sobie ogień?

– Tak, chcę.

background image

– To nie wystarczy.
– Od tego trzeba zacząć. Od pierwszej iskry.
– Owszem, ale to, że pan chce, tutaj nie wystarczy – drążyłem.
–  Może  ten  piec  nigdy  nie  będzie  pracował  na  pełnych  obrotach,  bo  jest  stary

i zniszczony... ale zawsze jeszcze może działać na pół gwizdka.

– Nawet starym piecem można ogrzać dom.
– To dziwne, ale ponury obraz, który pan odmalował, sprawia, że zupełnie nie mam

ochoty  się  poddawać.  Muszę  stanąć  po  swojej  stronie  i  walczyć.  Nie  ma  pan  racji!  –
wyrzucił  z  siebie  i  zaczął  szlochać.  –  Potrafię  się  zmobilizować,  przynajmniej  do
pewnego stopnia – podjął, uspokoiwszy się nieco. – Nie mogę, po prostu nie mogę dalej
iść przez życie ze spuszczoną głową, siedząc w więzieniu na własne życzenie. Dziękuję,
że zdecydował się pan odegrać rolę adwokata diabła.

– Po prostu mówiłem prawdę; a prawda o tym, jak pan dotąd żył, jest ponura.
–  Ciężko  być  optymistą,  kiedy  przez  całe  życie  człowiek  ulegał  czarnym  myślom  –

wykrztusił przez łzy.

–  Ma  pan  rację,  nie  jest  to  łatwe.  Obaj  widzimy,  jak  ciężko  panu  przychodzi

konstruktywne  myślenie  o  sobie  samym.  Zbyt  długo  wątpił  pan  w  siebie,  widział  pan
swoje życie w czarnych barwach. Takie myślenie to powolne samobójstwo. Odbierał pan
sobie życie, kawałek po kawałku. Teraz dowiadujemy się, że chce pan czegoś więcej.

– Tak, myślę, że z łatwością mógłbym zmienić nastawienie.
–  Z  pewnością.  Zawsze  ma  pan  wybór.  Zawsze  może  pan  pozwolić,  żeby

poprowadziła pana nienawiść do samego siebie.

–  Zawsze  mam  wybór.  –  Zawiesił  głos.  –  Mogę  wybrać  życie  albo  śmierć...  Taka

gadka nic nie kosztuje.

– Owszem, ma pan rację.
–  Teraz  myśli  pan  sobie,  że  powinienem  przyjąć  i  zaakceptować  własne  uczucia,

a wtedy poczuję się wolny.

Zamiast  skupić  się  na  tym,  co  czuł  we  własnym  sercu,  usiłował  zgadnąć,  o  czym  ja

myślę. To był jego sposób na to, żeby zagłuszyć swoją głęboką tęsknotę.

– W czyjej głowie pojawiła się ta myśl?
– W mojej.
– Chciałby pan zapoznać się bliżej z własnymi uczuciami?
– Oczywiście, że tak.
– Czy czuje się pan choć trochę bardziej wolny?
– Tak. Sam fakt, że chciałbym zacząć podejmować decyzje...
– To bardzo ważne. Chce pan zmierzyć się z uczuciami, jakie żywi pan wobec samego

siebie.  Z  drugiej  strony,  obawia  się  pan  przyznać  do  nadziei,  że  w  pana  życiu  zajdą
jakieś  zmiany  na  lepsze.  Widzi  pan  w  tym  ryzyko,  dlatego  woli  pan  przypisać  to
pozytywne  myślenie  komuś  innemu  –  w  tym  wypadku  mnie.  Boi  się  pan  powiedzieć
głośno, że pragnie pan się uwolnić od tego, co pana dotąd więziło. Owszem, przeraża
pana brzydota, jaką widzi pan w sobie, ale jeszcze bardziej boi się pan dostrzec to, co
w  panu  piękne,  własne  marzenie  o  tym,  by  odzyskać  zdrowie,  i  całe  dobro,  jakie  leży
w pana charakterze. Usiłuje pan przypisać te cechy mnie. W ten sposób nadal może pan
uważać się za złego, paskudnego, przegranego. Musimy sprawić, by zaakceptował pan
własne dobre motywacje i dążenia. Dopiero wtedy będzie pan w pełni sobą.

background image

– Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób – powiedział po chwili milczenia.
–  Jakie  uczucia  dostrzega  pan  w  sobie,  kiedy  przyznaje  pan,  że  te  wszystkie

pozytywne myśli należą do pana?

–  Przychodzi  mi  do  głowy  piosenka  Raya  Stevensa  Everything  is  Beautiful.  Takie

słodkie trele-morele.

Stroił głos na lekki ton, ale nie mógł powstrzymać łez, które wezbrały w jego oczach.
– Jest pan bardzo poruszony.
–  To  prawda.  Czuję  się  wyczerpany  i  boli  mnie  żołądek,  ale  wiem,  że  otwiera  się

przede mną nowa perspektywa.

–  Może  pan  rozpalić  w  piecu.  Wybrać  życie,  zamiast  po  prostu  przewrócić  się  na

grzbiet i udawać umarlaka.

–  Myślę,  że  moja  dziewczyna  w  ogóle  nie  umie  kłamać.  Wszystko  po  niej  widać  –

powiedział nagle, zmieniając temat.

– To bardzo możliwe – zgodziłem się. – Ale do rzeczy. Pan jest dużo lepszym kłamcą

niż  ona,  mam  rację?  Kłamstwa,  którym  pozwolił  pan  sobą  zawładnąć,  są  o  wiele
bardziej  niebezpieczne  i  brzemienne  w  skutki,  niż  jakakolwiek  bajeczka,  którą  ona
mogłaby panu opowiedzieć.

–  Nie  wyglądam  odpychająco.  Twierdzić,  że  tak  jest,  to  gruba  przesada.  Jeśli  ktoś

mówi, że nad niczym już nie panuję, po prostu kłamie. Jeśli ktoś mi wmawia, że jedyne,
co mogę zrobić, to położyć się i umrzeć, bezczelnie łże. Słyszałem, że nikomu na mnie
nie zależy. To też jest kłamstwo. Są ludzie, którym zależy.

– Tak? Kto ostatnio okazał, że mu na panu zależy?
Mój rozmówca zbladł, usiłował coś powiedzieć, ale nie mógł. Był wyraźnie zmieszany.

Wtedy wycelowałem w niego palec.

– No tak, ja sam. Nie przyszłoby mi to do głowy.
– Bo wcześniej raczej zaniedbywał pan siebie. W jaki sposób?
–  Wycofywałem  się,  kryłem  w  cieniu.  Poddawałem  się.  Myślałem  o  sobie  jak

najgorzej.  I,  przede  wszystkim,  rzucałem  sobie  kłody  pod  nogi:  „Jesteś  beznadziejny,
jesteś  zerem,  jesteś  do  niczego”.  To  są  kłamstwa,  które  mną  rządziły.  Pan  określił  to
dosadniej  –  to  była  przemoc,  jaką  stosowałem  wobec  siebie.  Teraz  czuję,  że  mogę  to
zmienić. Myślałem, że jestem do niczego, ale przecież wiele rzeczy potrafię zrobić.

– Co pan teraz czuje, kiedy zbliżamy się do końca naszego spotkania?
– Czuję się o wiele lepiej. Naprawdę, o wiele lepiej. Wie pan, kiedy mi się poprawiło?

Po  tym,  jak  pan  powiedział:  „Spójrzmy  prawdzie  w  oczy,  jest  pan  życiowym  kaleką”.
Wtedy poczułem, że rodzi się we mnie bunt.

Zaczął płakać. Minęła chwila, zanim się uspokoił.
–  Coś  się  we  mnie  przełamało.  Chyba  uwolnił  pan  moje  emocje,  cały  żal  i  smutek,

który  narastał  we  mnie  od  tak  dawna.  Kiedy  powiedział  pan,  że  jestem  przypadkiem
beznadziejnym i że już zawsze będę musiał wieść życie emocjonalnego kaleki, poczułem
wolę walki.

– Poczuł pan, że ma siłę walczyć o siebie, o swoje życie.
– Dokładnie. Nie wiem, co w moim życiu poszło nie tak.
– Wyrządził pan sobie wiele zła, ale wszystko jest jeszcze do naprawienia. Nie wiem,

od czego cała historia się zaczęła, kto pana skrzywdził i w jaki sposób. Wiem tylko, że
zbyt długo traktował pan siebie samego bardzo źle i że tylko pan może to zmienić.

background image

–  Będę  o  tym  pamiętał.  Zawsze  będę  pamiętał  o  tym,  w  jaki  kanał  się  wpuściłem.

Dzięki, Jon.

Tak  właśnie  wyglądał  przełom;  szczery  smutek  i  poczucie  winy  wzięły  górę,  już  nie

sabotował siebie i swoich uczuć, jak robił to do tej pory. Zaczął się uczyć, jak zwalczać
mechanizmy obronne, które w rzeczywistości niszczyły jego życie. Zdał sobie sprawę, że
walczył  dotąd  z  prawdziwym  życiem,  a  nie  z  terapeutą.  Żadna  terapia  nie  mogła  się
udać, dopóki sabotował sam siebie, swoje życie i rozwój.

Kiedy  zobaczył,  jak  bardzo  był  dotąd  nieszczęśliwy,  musiał  jeszcze  dostrzec,  co  było

tego przyczyną. Myślał, że inni spisali go na straty, podczas gdy to on sam się poddał,
uznając,  że  nie  warto  o  siebie  walczyć.  Uważał,  że  ludzie,  którzy  go  otaczają,  są
kłamcami,  ale  to  on  sam  siebie  okłamywał.  Aż  wreszcie  nadszedł  moment,  kiedy
zrozumiał, że jest czymś więcej niż te wszystkie kłamstwa.

Zawsze  będziesz  większy  niż  teorie  na  twój
temat

Prawda jest oceanem, nasze teorie i koncepcje – to małe wiaderka. Nie zdajemy sobie
sprawy  z  tego,  jak  głęboką  tajemnicą  jest  najbliższy  nam  człowiek,  nawet  po  latach
wspólnego  życia.  Jeśli  kogoś  kochamy,  wciąż  lepiej  go  poznajemy,  ale  nigdy  nie
poznamy  do  końca.  Jeśli  tworzymy  sobie  teorie  na  czyjś  temat,  tylko  przesłaniają  one
prawdę  o  nim.  Człowieka  nie  da  się  przejrzeć,  przeniknąć  myślą,  opisać  za  pomocą
teorii. Można natomiast go przyjąć, „odczuć”, doświadczyć głębi jego tajemnicy. Każdy
człowiek jest większy niż nasze teorie na jego temat.

Rozumienie drugiego człowieka – jak to ujmował już kiedyś Martin Heidegger

[6]

 – nie

polega na patrzeniu na niego z góry, obejmowaniu go umysłem, tylko raczej na coraz
głębszym  wczuwaniu  się  w  rzeczywistość,  która  jest  od  nas  większa.  Może  nawet  nie
chodzi o to, że coraz głębiej wnikamy w rzeczywistość drugiego człowieka, a raczej o to,
że poprawia się nam ostrość wzroku i pole widzenia; zaczynamy dostrzegać więcej, niż
tylko  samych  siebie;  nasz  wzrok  sięga  coraz  dalej  od  tego  miejsca  w  nas,  gdzie
powstaje wiedza.

Co znaczy spotkać kogoś? To postawić się na jego miejscu, rozpoznać w nim samego

siebie – bo żadne ludzkie doświadczenie nie jest nam całkowicie obce. Zarazem trzeba
zobaczyć  w  nim  kogoś  od  nas  zupełnie  innego,  bo  każda  istota  ludzka  jest
niepowtarzalna.  Każdy  człowiek  stanowi  centrum  wszechświata.  My  też.  Centrów  jest
wiele...

[7]

Kiedy  wchodzimy  w  relację,  zwracamy  się  ku  wnętrzu  drugiego  człowieka,  ku  samej

jego istocie, która kryje się pod nabytymi uwarunkowaniami. Otwieramy się na drugiego
człowieka, staramy się go dosięgnąć, a on stara się dosięgnąć nas. Chyba że życzymy
sobie,  by  ten  człowiek  dopasował  się  do  projektu,  który  dla  niego  stworzyliśmy,  do

background image

naszych  z  góry  przyjętych  założeń.  Takie  podejście  daleko  nas  nie  zaprowadzi,  bo  jak
uczy  doświadczenie,  inni  ludzie  pojawili  się  na  tym  świecie  nie  po  to,  żeby  być
chodzącymi  dowodami  na  słuszność  naszych  teorii,  a  wręcz  przeciwnie  –  żeby
unaoczniać  nam,  że  się  mylimy.  Wciąż  próbujemy  wcisnąć  innych  w  ciasne  ramy
naszych przekonań, a to powoduje, że nigdy nie odkryjemy, kim naprawdę są; ich istoty
nawet nie dostrzeżemy. Dopóki żywimy miłosne przywiązanie do wizji, jakie tworzymy,
i do własnych poglądów na temat innych ludzi, nigdy nie będzie nam dane rozkoszować
się niespodzianką, jaką jest prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem.

Wciąż  zamykamy  ludzi  w  więzieniach  ich  historii  i  naszych  oczekiwań.  To,  jacy  są

naprawdę  –  ich  jestestwo  –  staje  się  wtedy  dłonią,  która  głaszcze  nas  po  głowie,
w  nadziei,  że  obudzimy  się  ze  śpiączki,  w  którą  sami  się  wprowadziliśmy.  Jeśli
uśmiechnie  się  do  nas  szczęście,  zderzenie  z  innością  drugiego  człowieka  będzie
wstrząsem,  który  nas  obudzi.  Otworzymy  oczy  i  powoli,  powolutku,  zaczniemy
dostrzegać zarysy ludzkich postaci, z czasem będziemy widzieć coraz więcej szczegółów,
poznawać  innych  ludzi  coraz  lepiej,  ale  nigdy  nie  poznamy  ich  zupełnie.  Jak  mówił
Heraklit,  nawet  gdybyśmy  przewędrowali  wszystkie  ścieżki,  nie  odkryjemy  granic
ludzkiej  duszy  –  tak  głęboki  jest  jej  logos.  Człowiek  –  każdy  człowiek  –  jest
niepoznawalny.

Każdy z nas jest tajemniczą świadomością, której nie da się zdefiniować, umieszczając

w konkretnej przestrzeni, przypisując takie a nie inne wspomnienia, tęsknoty i aspiracje.
Jesteśmy  milczącą  otwartością.  Teorie,  nawet  najpiękniejsze,  nie  mogą  nas  opisać;  są
najwyżej drogowskazem, który ku nam prowadzi.

Mamy  wybór  –  czy  otworzyć  się  na  drugiego  człowieka  i  go  zaakceptować,  czy  też

trzymać  się  własnych  przesądów,  opinii  i  przekonań.  Zawsze  trzeba  wybrać  człowieka,
nawet jeśli wydaje się nam niepojęty. Spokojnie, nasz aparat pojęciowy jest elastyczny
i poszerzy się, kiedy napotka nowe wyzwanie. Czy jesteśmy poznawalni? Nie, ale można
nas takimi przyjąć. O tyle żyjemy, o ile przyjmujemy innych, a oni nas.

[1]

  Muszę  przyznać,  że  wiele  idei  zawartych  w  tej  książce  zostało  zapożyczonych  od  Dietricha  von

Hildebranda.

[2]

 Robert Wolfe, Living Nonduality: Enlightenment Teachings of Self-Realization, Karina Library, Ojai,

California 2014.

[3]

 Na podstawie hinduskiej przypowieści, którą można znaleźć na wielu stronach internetowych, na

przykład: www.awakin.org/read/view.php?tid=958.

[4]

 Emily Dickinson, Wiersz 254 w przekładzie Stanisława Barańczaka (Emily Dickinson, 100  wierszy,

pod red. S. Barańczaka, Arka, Kraków 1990).

[5]

 Kilka z wątków rozwijanych w tym rozdziale pochodzi z pracy Petera Wilberga, The Therapist as

Listener. Martin Heidegger and the Missing Dimension of Counseling and Psychotherapy Training, New
Gnosis Publications, Eastbourne 2004.

[6]

 M.in. w wydanej w 1927 r. książce Bycie i czas.

[7]

  Pisał  o  tym  m.in.  Mikołaj  Bierdiajew  w  Niewoli  i  wolności  człowieka.  [Wydanie  polskie:  Mikołaj

Bierdiajew,  Niewola  i  wolność  człowieka.  Zarys  filozofii  personalistycznej,  przeł.  H.  Paprocki,  Antyk
Marek Derewiecki, Kęty 2003 – przyp. red.].

background image

E

PILOG

Wciąż  mam  przed  oczami  pogodny  poranek,  wietrzyk  wpadający  przez  otwarte  okno,
delikatnie falujące firanki. Wiszą sznury od zasłon, na parapecie widnieje ślad maleńkich
ząbków...  Wciąż  słyszę  głosy  i  krzyki,  które  wybrzmiały  tamtego  tragicznego  dnia,
w przeszłości. Okno, które było scenerią śmierci, stało się też portalem prowadzącym ku
życiu. Każdy z nas jest oknem, przez które wpada wiatr prawdy, z każdym podmuchem
przynoszący  kolejną  śmierć.  Kiedy  się  otwieramy,  kiedy  afirmujemy  rzeczywistość,
mówimy „tak”, składamy broń przed tym, co przynosi życie. Czy wierzę w świadomość,
która pozwala mi przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest? Może tego dnia, kiedy mój mały
braciszek  zmarł,  posłyszałem  pieśń  wiatru  w  moim  oknie.  Świadomości  nie  określają
nasze działania. Doświadczenie nauczyło mnie, że świadomość pomaga nam rozpoznać,
kim  jesteśmy.  Każdy  z  nas  jest  oknem,  pustą  przestrzenią,  w  której  może  objawić  się
prawda.  Nasze  życie  jest  tajemnicą  i  drogą  do  jądra  tajemnicy.  Jesteśmy  istotami
zdolnymi przyjąć inność – jeśli tylko otworzymy się na nią i zechcemy ją zaakceptować.

background image

P

ODZIĘKOWANIA

Pragnę  podziękować  tym,  którzy  zechcieli  krytycznie  przejrzeć  przygotowany  do  tej
książki  materiał.  Są  to:  Zahra  Akbarzadeh,  Jeremy  Bartz,  Isabella  Bates,  Steve  Bates,
Diane  Byster,  Linda  Campbell,  Tim  Campbell,  Terry  DiNuzzo,  Allan  Gold,  Kathleen
Golding,  Maury  Joseph,  Binnie  Krystal-Anderson,  John  Lagerquist,  Cindy  Leavitt,  Judy
Maris,  Tobias  Nordqvist,  Peter  Reder,  Maggie  Silberstein,  Joseph  Sokal,  Alvin  Stenzel
oraz,  szczególnie,  Linda  Gilbert,  bez  której  ta  książka  nie  stałaby  się  tym,  czym  jest.
Tony Rousmaniere zasługuje na specjalną wdzięczność za sugestię, iż powinienem taką
rzecz  napisać.  Podziękowania  należą  się  Mary  Holmes  za  udostępnienie  cudownego
miejsca  do  pracy.  Chciałbym  podziękować  także  Peterowi  Fennerowi  za  nasze
niekończące  się  rozmowy.  Za  wszelkie  błędy  i  niedociągnięcia  niniejszej  pracy
odpowiedzialny  jestem  już  tylko  ja.  Wyrazy  wdzięczności  kieruję  również  ku  moim
dawnym  terapeutom,  superwizorom,  pacjentom  i  nauczycielom,  których  postacie  są
wciąż obecną inspiracją w mojej pracy i w życiu.

Na  końcu,  największą  wdzięczność  chciałbym  wyrazić  osobie,  dzięki  której  pojąłem

najpełniej, czym jest otwartość i akceptacja – mojej żonie Kath.

background image

O

 AUTORZE

Od szóstego roku życia Jon Frederickson wychowywał się i pracował w kuźni należącej
do ojca, w miejscowości Clear Lake w stanie Iowa. Pomagał mu, pracując przy kowadle
i  spawarce,  naprawiając  narzędzia  rolnicze  i  wyrabiając  ogrodzenia  z  kutego  żelaza.
Rodzice  mieli  nadzieję,  że  młody  Jon  przejmie  po  nich  interes,  ale  nauczyciel  muzyki
odkrył w chłopcu talent i skłonił ich, by wysłali go na studia, dzięki którym będzie mógł
pogłębić  swoją  pasję.  Jon  ukończył  college  i  został  zawodowym  muzykiem.  Grał  na
waltorni.  Pewnego  dnia  jednak  zwrócił  się  o  pomoc  do  terapeuty,  a  otrzymawszy  ją,
postanowił  podjąć  kolejne  studia,  by  w  przyszłości  zajmować  się  psychoterapią.
Wieczorami  grywał  przed  publicznością,  a  za  dnia  studiował.  Po  dyplomie  został
pracownikiem 

opieki 

społecznej 

psychoterapeutą. 

Pracował 

szpitalu

psychiatrycznym, w specjalistycznej przychodni, wreszcie otworzył własną praktykę.

Zdobywanie 

wiedzy 

zamierzał 

kontynuować 

instytucie 

psychoanalizy

i  psychoterapii.  Powiedziano  mu  tam,  że  ciężka  trauma,  jakiej  doznał  w  dzieciństwie,
prawdopodobnie  dyskwalifikuje  go,  uniemożliwiając  poddanie  psychoanalizie.  Zdumiało
go to. Nie mógł pojąć, dlaczego został oceniony przez pryzmat wydarzeń, które spotkały
go  w  przeszłości,  a  nie  wzięto  pod  uwagę  tego,  co  ze  swoją  przeszłością  zrobił.
Zrozumiał wówczas, jak ważne jest, by żadnego człowieka nie wtłaczać w bezosobowe
ramy, traktując jako punkt odniesienia suche fakty z jego życia. Przeciwnie, jeśli mamy
być  oceniani,  to  tylko  jako  osoby,  które  poradziły  sobie  lepiej  lub  gorzej,  usiłując  coś
ugrać  kartami,  jakie  rozdało  nam  życie.  Odkrył  na  nowo  znaczenie  aktów  woli,  za
pomocą  których  tworzymy  siebie  i  nadajemy  sens  naszemu  życiu.  Osobiste
doświadczenia  pozwoliły  mu  także  docenić  ogromną  wartość  nadziei  i  jej  roli  zarówno
w życiu, jak i w terapii.

Jako członek kadry naukowej Waszyngtońskiej Szkoły Psychiatrii (Washington School

of Psychiatry) uczył psychiatrów, psychologów i pracowników opieki społecznej. Obecnie
naucza  specjalistów  od  zdrowia  psychicznego  na  całym  świecie,  posługując  się
nagraniami  wideo  ze  swojej  praktyki.  Jego  życiową  ambicją  jest,  by  uczyć  terapii  tak
dobrze, jak ojciec uczył go kowalstwa, a nauczyciele muzyki – gry na waltorni.

Pracę  niniejszą  poprzedziły  w  dorobku  autora  dwie  publikacje  książkowe  i  przeszło

trzydzieści  artykułów  dotyczących  psychoterapii.  Poprzednia  jego  książka,  Co-Creating
Change:  Effective  Dynamic  Therapy  Techniques,  to  nagrodzony  podręcznik  dla
terapeutów.

Jon  Frederickson  liczy  na  odzew  czytelników.  Chciałby  wiedzieć,  czy  jego  wgląd

i  osobiste  historie  okazały  się  pomocne.  Jeśli  czytelnik  ma  podobne  doświadczenia,
autor pragnąłby dowiedzieć się, co z nich wyniósł, by dzielić się tą wiedzą z innymi.

background image

Kłamstwa którymi żyjemy

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa

P

RZEDMOWA

W

STĘP

ROZDZIAŁ 1

C

OŚ JEST NIE TAK

ROZDZIAŁ 2

O

 TYM, W JAKI SPOSÓB UNIKAMY PRAWDY O NASZYM ŻYCIU

ROZDZIAŁ 3

O

 TYM, JAK WZBRANIAMY SIĘ PRZED PRZYJĘCIEM PRAWDY

ROZDZIAŁ 4

U

MRZEĆ PRZED ŚMIERCIĄ

ROZDZIAŁ 5

B

YĆ BRAMĄ DLA PRAWDY

ROZDZIAŁ 6

P

RZYJĄĆ RZECZYWISTOŚĆ Z OTWARTYMI RAMIONAMI

E

PILOG

P

ODZIĘKOWANIA

O

 AUTORZE

Karta redakcyjna

background image

Tytuł oryginału

The Lies We Tell Ourselves. How to Face the Truth, Accept Yourself, and Create a Better Life

ISBN oryginału 978-0-9883788-8-9

© Copyright 2017 by Jon Frederickson

Seven Leaves Press

4550 Belleview

Kansas City, MO 64111

www.sevenleavespress.com

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2018

Redaktor prowadzący

Lidia Kozłowska

Redakcja

Agnieszka Czapczyk

Korekta

Paulina Jeske-Choińska, Agnieszka Czapczyk

Projekt okładki i stron tytułowych

Radosław Krawczyk

Redakcja techniczny

Justyna Nowaczyk

Fotografia na okładce

Fotolía.com

ISBN 978-83-7906-204-1

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów

W drodze sp. z o.o.

Wydanie I, 2018

ul. Koścíuszki 99, 61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62, faks 61 850 17 82

sprzedaz@wdrodze.pl www.wdrodze.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl

background image

Kłamstwa którymi żyjemy


Document Outline