background image

JONATHAN CARROLL

CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

(Black Cocktail; Uh-Oh City!; Alone Alarm)

Przełożyli

Tomasz Jabłoński; Arkadiusz Nakoniecznik; Dorota Malinowska

Czarny koktail

(Black Cocktail)

Wszelka  smakowitość  lub  ostrość,  jaką  można  znaleźć  w  tym  koktailu,  jest  w  dużej  mierze  wynikiem  intuicji  i 

doświadczenia mojej redaktorki Deborah Beale. Mon chapeau...

Dla Diane Wakoski

Jedną  z  cech, które  od razu mi się spodobały  u Michaela  Billi, była  jego umiejętność  opowiadania  anegdot. Są  na 

tym  świecie  ludzie  obdarzeni  wspaniałym  darem,  który  pozwala  im  z  drobnych  i  nieistotnych  wydarzeń  stworzyć 

opowiadania chwytające za serce lub przynajmniej wywołujące  salwę zdrowego śmiechu; śmiechu, który rozjaśnia  szarość 

naszych dni. 

- Miałem kiedyś numer  telefonu, który tylko jedną cyfrą różnił się od numeru miejskiego biura zatrudnienia. Ciągle 

wydzwaniali  do  mnie  jacyś  ludzie  i  prosili  pana  Posamentiego,  dyrektora  tej  instytucji.  Z  początku  uprzejmie 

informowałem, że to pomyłka. Jednak po pięćdziesiątym telefonie ogarnęła mnie taka wściekłość, że zrobiło mi się ciemno 

przed oczami. Poza  tym do szału doprowadzała  mnie głupota  niektórych rozmówców. Połowa  z  nich robiła  wrażenie, że 

nie  wie, do  czego  służy  telefon. A  kiedy  dowiadywali się, że  to  pomyłka,  robili  się  nagle  podejrzliwi  i  dochodzili  do 

wniosku, że  próbuję  ich  oszukać... Przecież  numer  się  zgadza, tylko  ja, łobuz  jeden, chcę  ich  zrobić  w  konia!  Pewnego 

ranka,  a  byłem  akurat  w  dosyć  paskudnym  nastroju,  znowu  rozległ  się  dzwonek.  Kiedy  facet  oświadczył,  że  chce 

rozmawiać  z panem Posamentim, zastanowiłem się  chwilę, spojrzałem na aparat i powiedziałem: "Tak, to ja". "Nazywam 

się Rickie  Otto", powiedział facet. "Chciałbym pracować  w magistracie". "A jakie  ma pan kwalifikacje?" -  spytałem. "Że 

niby  co?"  "Co  takiego  robił  pan  dotychczas,  że  mielibyśmy  dać  panu  pracę?"  "Byłem  na  wojnie  i  potrafię  prowadzić 

ciężarówkę. Wezmę  pracę  kierowcy". "Znakomicie, w takim razie  od razu ustalmy termin spotkania". "No". "Drogi panie 

Otto, chciałbym, żeby we  wtorek rano  zjawił  się  pan  w  budynku urzędu miejskiego,  pokój 32. I  proszę  się  przebrać  za 

sowę". "Za co? Co pan powiedział?" "Za sowę, panie Otto". 

Michael wspaniale  pali papierosy. Zaciąga się w teatralny sposób i to zawsze  w takiej chwili, że  kiedy wciąga dym 

w  płuca,  wypowiedziane  właśnie  słowa  zapadają  słuchaczowi  w  serce,  by  eksplodować  dokładnie  w  momencie,  gdy 

Michael znów podejmuje swoją opowieść. 

Uśmiechnął się, wzruszył ramionami i dmuchnął dymem pod sufit. 

- Otto nie odzywał się przez bardzo długą chwilę. A potem zwyczajnie odłożył słuchawkę. Klik. 

Spotkaliśmy się w okolicznościach romantycznych i tajemniczych. 

Glenn, chłopak, z którym mieszkałem, zginął w straszliwym trzęsieniu ziemi, które ostatnio narobiło takich szkód w 

Los Angeles. Bardzo się kochaliśmy i byliśmy sobie wierni. W tych czasach szalejącej zarazy AIDS, gdy tak wielu naszych 

homoseksualnych  przyjaciół  albo  już  zmarło  na  tę  chorobę, albo  bez  większej  nadziei  czekało  na  wyniki  badań  krwi, 

uważaliśmy  się  za  szczęściarzy.  Glenn  żartował  gorzko,  że  w  ciągu  jednego  pokolenia  z  pariasów  społeczeństwa 

zmieniliśmy się w pariasów natury. Jednak my obaj jakoś wyszliśmy z tego cało; kochaliśmy się, byliśmy zdrowi i każdy z 

nas miał pracę, której niejeden mógł nam pozazdrościć. 

A  potem,  pewnego  wieczoru,  gdy  Glenn  siedział  na  patio,  przyszło  trzęsienie  ziemi.  Siła  wstrząsu  dosłownie 

rozdarła nasz dom na pół, a spadające kawały gruzu przygniotły mojego przyjaciela. 

Wracałem właśnie  do domu ze  studia. Jakimś cudem nie  poczułem nic  więcej, tylko przesadne, komiksowe  wręcz 

drganie  i wybrzuszanie  się nawierzchni; scena była  jak z  koszmaru Myszki Miki. Pamiętam szaro-czarne, wijące  się niby 

węgorze  wstęgi  jezdni,  które  wyrzucały  w  górę  ciężarówki  i  samochody  osobowe,  jakby  to  były  zabawki.  Przez  te 

wszystkie godziny, które zabrała mi droga do domu, myślałem bez  przerwy o tym, jak bardzo Glenn obawiał się  trzęsienia 

ziemi  i  jak  często  mówił, że  powinniśmy  się  stąd  wynieść,  zanim  wydarzy  się  to  najgorsze.  "Jak  możesz  wyjechać  z 

Kalifornii, kiedy tak dobrze ci tu idzie?", pytałem go z uśmiechem. "A co trupowi po sukcesach", odpowiadał. 

Takie to myśli chodziły mi po głowie tamtego tragicznego wieczoru, gdy jechałem przez rozdarte i jęczące  miasto. 

Zimą, choć  w Los Angeles jest bardzo  pięknie, szybko przychodzi zmrok. Kiedy koło ósmej dotarłem do domu, było już 

ciemno.  Prawie  nigdzie  nie  było  widać  świateł,  porytymi  drogami  nie  jeździły  samochody,  słychać  było  tylko  syk  i 

trzaskanie ognia, zawodzenie syren i warkot helikopterów przelatujących co parę minut nisko nad ziemią. 

Gdy  zrozumiałem, że  stoję przed tym, co  jeszcze  rano było moim domem, rzuciłem  się  na  rumowisko  i zacząłem 

kopać. 

To cała historia, lecz nie ją chciałem tutaj opowiedzieć. Poza tym nie jestem tak dobrym gawędziarzem jak Michael, 

więc  mówiłbym tylko o łzach i prośbach  do umarłych i  żywych, by zrozumieli, że  nie  byłem w  stanie  ocalić  człowieka, 

którego kochałem. 

Glenn  żył  jeszcze, kiedy  go  znaleźliśmy. Tak, jednak  udało  mi  się  odnaleźć  go  wśród  gruzu  i  dymu. Z  pomocą 

sąsiada  wyciągnęliśmy to, co zostało z  mojego kochanka. I  to tylko po  to, bym zobaczył, jak Glenn puszcza  moją  dłoń, 

próbuje się uśmiechnąć i umiera. 

Kiedy  go  pochowałem  (pamiętacie  te  wszystkie  cmentarze,  które  jak  na  przykład  Forest  Lawn  wyrosły  wśród 

chaosu niczym grzyby po deszczu? Ceny nieruchomości w Kalifornii znów poszły  w górę, choć  tym razem chodziło  dla 

odmiany  o  miejsce  pod  ziemią),  napisałem  o  tym  wszystkim  do  Maris,  mojej  siostry.  List  sprawił,  że  zaszły  dwa 

nieoczekiwane  wydarzenia: przede  wszystkim szybko dostałem odpowiedź, co zważywszy na  sytuację  w Los Angeles po 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

1 / 41

background image

trzęsieniu ziemi było naprawdę wyjątkowe, a po drugie  siostra wspomniała w  swoim liście, bym zadzwonił do niejakiego 

Michaela  Billi.  Jej  mąż  zasugerował,  bym  skontaktował  się  z  Billą,  ponieważ  był  przekonany,  że  "będziemy  do  siebie 

pasowali". I nic więcej. 

Parę  razy spotkałem się  z  moim szwagrem i choć  raczej go  lubiłem,  poczułem się  dotknięty tak autorytatywnym 

stwierdzeniem. Jak mógł przypuszczać, że wie, kto może do mnie "pasować". 

Jednak samotność nie  zna  rozwiązań pośrednich: albo  zabija, albo  daje spokojnie  żyć. Mnie nieomal zabiła. Kiedy 

przesiałem przez  palce  to, co zostało z  mojego życia  po  trzęsieniu ziemi, zrozumiałem, że  niewiele  jest rzeczy  wartych 

wspomnienia. Ledwie parę drobiazgów, które chciałem odkurzyć, naprawić, zachować... 

Krótko  potem  przyszedł  okres,  gdy  zdarzało  mi  się  sterczeć  przed  wystawami  sklepów  z  bronią  i  układać  listy 

lekarzy, którzy byliby skłonni wystawić mi niekonwencjonalną receptę. 

Ten czas  minął, lecz pozostało uczucie  smutku  i nieznośnej lekkości. Śmierć  ma  w  swoim jadłospisie  jeszcze  inne 

dania oprócz zwykłego zatrzymania czynności mózgu lub stłumienia miarowego bicia serca. 

To właśnie  Michael powiedział, że  śmierć jest jak barman, który potrafi przyrządzać  tylko egzotyczne napoje, a  nie 

wie, co to piwo z wódką albo podwójna czysta. 

-  Pomyśl  tylko,  Ingram,  jak  różne  są  oblicza  śmierci.  Wychowałem  się  w  miasteczku  pełnym  kobiet,  które 

pochodziły  z  Sycylii. Wiele  z  nich  owdowiało  za  młodu  i  kiedy  przed  sześćdziesięciu  laty  założyły  na  siebie  czarne, 

żałobne suknie, to  fruuu... To, co  było  w  nich kobiece  i żywe, umarło razem z  ich mężami. I  pomyśl tylko, że  miały po 

osiemnaście  lat,  kiedy  owdowiały,  a  osiemdziesiąt,  kiedy  je  poznałem.  Na  uczelni  spotkałem  kiedyś  chłopaka,  który 

przedtem nie zdał do Yale... Kiedy się  dowiedział o wynikach egzaminu, coś w  nim zdechło. Do dzisiaj pewnie opowiada 

na prawo i lewo, jak go wtedy skrzywdziła komisja kwalifikacyjna. W życiu zawsze mu się znakomicie wiodło. To coś, co 

miał w sobie - ego nastolatka czy zwykłą pewność siebie - a więc  to coś w nim umarło i spoczywa w ciemnej mogiłce od 

dnia, kiedy przyszedł list z Yale. Są takie małe umierania. Małe  śmierci, na  które możemy sobie pozwolić, bo przecież jest 

w  nas jeszcze  tyle  życia. Analogia  z  alkoholem  tu  też  ma  swoje zastosowanie. Są  ludzie, którzy  siedzą  i piją, doskonale 

zdając sobie sprawę, że zaraz spadną pod stół. Jednak zwykle  jest tak, że ze  względu na  sytuację mogą sobie pozwolić, na 

"utratę" na  jakiś  czas  cząstki siebie  samych. Nie  muszę dzisiaj prowadzić? No  to  co  w  tym  złego, że  widzę  podwójnie? 

Jesteśmy wśród przyjaciół? No to mogę zrobić z siebie durnia. 

- Czy sądzisz, że paradowanie z abażurem na głowie to też taki rodzaj śmierci? 

- Oczywiście. To śmierć  dobrego smaku. Bardzo niebezpieczna  rzecz, jeśli dowiedzą  się  o niej niepowołane osoby. 

Sam przecież wiesz. Popatrz sobie na tych dziwaków, którzy występują w twoim programie. 

Prowadzę  audycję  radiową.  Od  pięciu  lat  jestem  gospodarzem  mocno  kontrowersyjnego  programu  Krzywe 

zwierciadło. Najbardziej pokręceni wariaci mogą u  mnie  wywalić, co  im w duszy gra. Audycja cieszy się powodzeniem, 

jest dziwaczna  i - znacznie  częściej, niż  mogłoby się  wydawać - zaskakująca. Ci, których zapraszam, to  osoby z  bogatą 

wyobraźnią  i  (przeważnie)  nienormalne.  Kiedy  prowadzę  program,  często  przypomina  mi  się,  że  Mark  Twain  napisał 

kiedyś,  iż  zamiast nieba  wolałby  piekło,  bo  tam  siedzą  wszyscy  ciekawi  ludzie. Cokolwiek  by  powiedzieć  o  Krzywym 

zwierciadle, na pewno nie jest to nudna audycja. 

Od  czasu do  czasu pojawia  się  ktoś wyjątkowy -  mistyk  z  prawdziwie  głęboką  wizją  tajemnic  życia albo wróżka, 

która rzuca na człowieka okiem i natychmiast mówi dwie, trzy rzeczy, których nikt nie miałby ochoty usłyszeć. Lecz takich 

ludzi  jest  niewielu  i  większość  moich  gości  po  prostu  opowiada  głodne  kawałki  i bajdurzy  o  jakichś  spiskach,  tajnych 

informacjach i sekretach z zaświatów. 

Audycja  ma powodzenie, ponieważ  naprawdę  lubię rozmawiać z  tymi ludźmi i lubię  słuchać  ich historii. Pewnego 

razu  zapytano  Ronalda  Reagana,  dlaczego  jego  zdaniem  jest  tak  popularny  wśród  Amerykanów.  Odparł,  że  ludzie 

wyczuwają, iż naprawdę ich lubi. Ja też lubię tych dziwaków, którzy przychodzą do studia. Lubię ich i chętnie słucham ich 

opowiadań. 

Po śmierci Glenna jedynie  program pomógł mi jakoś przetrwać. Niezależnie od tego, czy moi goście są szaleni, czy 

też nie, kiedy tylko przestąpią  próg studia, by sprzedawać hodowle żółwi na  Plutonie albo rozprawiać o ludzikach z ciasta, 

które  mieszkają  u nich w ogródku, od razu czuję, że emanuje z  nich pewna szczególna energia. Często powstała w  czasie 

programu myśl, że życie jest tak barwne i radosne, pozwalała mi dotrwać do następnego dnia. Życie czasami daje popalić, 

lecz  już  za  minutę  albo  godzinę  zmienia  się  i  bywa,  że  nawet  na  lepsze.  Wystarczyło  mi  tylko  spojrzeć  na  listę 

zaproszonych do  programu, a  już  wiedziałem, że  skoro  jest na  tym świecie  facet, który  mieszka  pod końskim brzuchem, 

albo kobieta, która święcie  wierzy, że  jej zegarek  to wcielenie Elvisa  Presleya, to i przede mną  otwierają  się nowe drogi, 

nowe  możliwości  i  że  istnieje  jakiś  mężczyzna,  który  powie  kiedyś:  "Chodź  tu,  musimy  sobie  pogadać". No  więc  nie 

kupiłem rewolweru i nie  załatwiłem sobie  tabletek, a pewnego wieczoru, gdy zrozumiałem, że już  zbyt długo przyglądam 

się swoim dłoniom, sięgnąłem po notes i zadzwoniłem do człowieka, o którym mój szwagier twierdził, że będzie do mnie 

pasował. 

Bo właściwie, do cholery, czemu nie? 

Michael był z początku pełen rezerwy, lecz w jego głosie  wyczułem ciekawość, która sugerowała, że  byłby skłonny 

uczynić  ostrożny  krok w moim kierunku, jeśli tylko nie  zrobię jakiegoś nazbyt  szybkiego  ruchu i nie  przestraszę  go  jak 

ptak, który znienacka zrywa się spod nóg. 

- Miałbyś może ochotę na lody z bakaliami? 

- Właśnie o czymś takim myślałem. 

- To spotkajmy się u C.C. Browna na Hollywood Boulevard. 

Krzywe  zwierciadło  nagrywam  dwa  razy w  tygodniu  wczesnym  popołudniem, więc  wieczory  mam  wolne.  Kiedy 

wchodziłem  do lodziarni, ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszałem z  ulicy, był  dobiegający  z  jakiegoś samochodu początek 

funkowego utworu Sensoria grupy Cabaret Voltaire. Ta muzyka to sygnał Krzywego zwierciadła. Nie byłem pewien, czy to 

zła, czy dobra wróżba. 

Samotnych  mężczyzn  było  w  łodziami  dwóch.  Jeden  skrył  się  do  połowy  za  gazetą,  a  drugi  patrzył  na  drzwi, 

przeciągając palcem między szyją a  kołnierzykiem. Ten z gazetą  był gruby, a ten z kołnierzykiem zbyt nerwowy. Żaden z 

nich nie wyglądał zachęcająco. 

- Ingram York! 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

2 / 41

background image

Głos dochodził z głębi sali. Brzmiał znajomo. Kiedy odwróciłem się, myśląc, że  zobaczę Michaela  Billę, ujrzałem 

Williama  Szekspira. Willy  był  stałym  gościem  moich  programów,  ściągałem  go  w  ostatniej  chwili  zawsze  wtedy,  gdy 

potrzeba  było  jakiegoś  "gaduły", który  ożywiłby  audycję.  Był  zabawny, potrafił  mówić  o  wszystkim  i  o  niczym,  no  i 

oczywiście  był tak samo  jak wszyscy  moi goście  stuknięty. W domu trzymał dwa  dusiciele o imionach  Laverne  i Surly, 

które  zawsze  zabierał do studia. Lubiłem Willy'ego w  małych dawkach, lecz  tego  wieczoru  nie był mi akurat do niczego 

potrzebny. Billa wiedział co prawda, czym się zajmuję, lecz nie chciałem, by w czasie naszego pierwszego spotkania plątał 

się wokół mnie lekko przerażający przedstawiciel tych ludzi, którymi dobrowolnie otaczam się dzień w dzień. 

- Zabrałbym węże, gdybym wiedział, że się spotkamy! 

- Cześć, Willy. To na razie. 

- A może loda, Ingram? Właśnie dostałem emeryturę i chętnie ci postawię. 

- Dziękuję ci, jestem umówiony. Ale mogę to chyba traktować jako otwartą propozycję? 

Spojrzał na mnie jak kaczor: z ukosa i bardzo uważnie. 

- Coś wisi w powietrzu. Masz randkę, co? 

- To po prostu znajomy. Uśmiechnął się. 

- A słyszałeś taką  anegdotę o Jacku Nicholsonie? Na  przyjęciu podeszła do niego piękna dziewczyna i spytała: "To 

co,  Jack,  zatańczymy?"  Nicholson  obejrzał  ją  sobie  dokładnie  i  powiedział:  "Nie  ten  czasownik,  kochana.  Nie  ten 

czasownik". 

Willy mówił bardzo głośno. Gdy skończył, ktoś za nami zaśmiał się z uznaniem. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, 

że  grubas  opuścił  gazetę  i  uśmiecha  się  szeroko. Ten  człowiek  właściwie  nie  był  nawet  gruby, lecz  po  prostu  wielki. 

Wyglądał  jak  ciężarowiec  albo  były  futbolista.  Spojrzał  na  mnie  i  zrobił  zapraszający  gest.  Willy  poklepał  mnie  po 

ramieniu i odszedł. 

Michael uniósł się lekko i wyciągnął na powitanie ogromną łapę. 

- Ale jesteś wielki. Sądząc po głosie, spodziewałem się, że jesteś o połowę mniejszy. 

-  Jak  już  o  tym  mówimy,  to  powiedz:  "Witam  serdecznie.  I  oto  znów  są  wśród  nas  ludzie  inni  niż  wszyscy". 

Zdziwiłem się 

- Słuchasz mojej audycji? 

-  Czasami.  Jak  na  mój  gust  trochę  w  niej  za  dużo  dobrego,  ale  podoba  mi  się  twój  styl. Traktujesz  tych  ludzi 

normalnie, a nie tak, jakby byli jakimiś rybkami z akwarium. 

Usiadłem. 

-  Niektórzy z  nich to naprawdę  ryby. Tylko że  czasami wyrastają  im nóżki, żeby mogli dojść  do studia. Kiedy tu 

wszedłem, nie wiedziałem, jak cię rozpoznać. 

Rozłożył ręce. 

-  Zawsze zapominam ludziom powiedzieć, żeby rozglądali się  za  wielkoludem. Wtedy  łatwo mnie  znaleźć. Muszę 

przyznać,  że  zapominam  o  swoich  rozmiarach.  Kiedy  byłem  mały,  mieliśmy  sukę,  złotego  retrievera,  która  ważyła 

przynajmniej osiemdziesiąt funtów. Strasznie  wielkie  bydlę. Z tym że  ona była  przekonana, że  jest drobna  i delikatna  jak 

ratlerek. Z ogromnym trudem wdrapywała się na najmniejsze krzesło w całym domu i leżała na nim, choć było jej strasznie 

niewygodnie i właściwie powinna była położyć się na kanapie. Ja też taki jestem. Kupuję buty, które mnie cisną, i nie mogę 

uwierzyć, że noszę garnitur rozmiar pięćdziesiąt sześć... w głębi serca czuję się malutki jak Edith Piaf. 

Podano lody. Opowiedziałem Michaelowi o moim programie i co bardziej interesujących postaciach. Jego ręce były 

w ciągłym ruchu. Lecz choć bawił się łyżeczką i cały czas przesuwał szklankę po stole, bez wątpienia słuchał uważnie. 

Kiedy  przyszła pora, by opowiedział coś o  sobie, Michael odprężył się  i zwolnił ruchy jak człowiek, który  zasiada 

do  spokojnej  pogawędki przy  kominku.  Miał  wiele  do  powiedzenia, wiedział,  że  jego  historie  będą  się  podobały  i  że 

rozmówca  będzie  czekał  na  więcej,  lecz  jednocześnie  wymagał,  by  dostosować  się  do  jego  tempa  i  nie  okazywać 

niecierpliwości. Z początku wziąłem to za  brzydki nawyk, bo miałem wrażenie, że nie może się doczekać, bym skończył, 

żeby  samemu  zacząć  mówić. Jednak  po  pewnym  czasie  zrozumiałem, że  Michael  nie  okazuje  niecierpliwości  tylko  w 

jednym przypadku  - kiedy  sam mówi. Nie miał żadnego  innego hobby. Opowiadanie  zastępowało mu chodzenie na  ryby, 

zbieranie  znaczków  i  długie,  wspaniałe  biesiady  w  drogich  restauracjach  w  gronie  przyjaciół.  Tylko  opowiadania 

pozwalały mu się odprężyć. 

Prowadził w centrum miasta sklep z odzieżą męską, który nazywał się Gabinet Doktora Caligari, i praca wypełniała 

mu większość  czasu. Miał mały  samochód, mieszkał w  ładnie  umeblowanym, choć  niedużym  domu w Larchmont,  a  w 

wolnych chwilach czytał książki. 

Wieczór  skończyliśmy  na  polu  golfowym  w  West  Hollywood.  Nie  miałem  do  czynienia  z  golfem  od  szkoły 

podstawowej. Lubię jednak kręgle  i wrotki i miło mi było wrócić  do czegoś aż tak bardzo odległego w czasie. To uczucie, 

jakby człowiek oglądał się przez ramię na pasażera siedzącego na tylnym siedzeniu. 

Po kilku piłkach Michael zdjął marynarkę. Był roślejszy, niż mi się początkowo wydawało. 

- Grałeś kiedyś w futbol? Pokręcił przecząco głową. 

-  Wielu  ludzi  mnie  o  to  pyta.  Nie, nie  grałem. Nigdy  nie  byłem dobrym sportowcem,  choć  lubię  czasem  trochę 

pobiegać. Jako  dzieciak  byłem  zwykłym  tłuściochem. Wiesz, takim,  co  to  ma  w  torbie  trzy  baloniki, a  kiedy  wraca  ze 

szkoły,  zjada  zaraz  wielki  kawałek  czekoladowego  ciasta.  Boże,  ale  byłem  spasiony. Bardzo  chciałem  być  kochany,  a 

jednocześnie  robiłem  wszystko,  żeby  to  utrudnić.  Obżerałem  się,  nie  myłem,  płakałem...  -  Zamachnął  się  i  piłeczka 

poszybowała w dal. - Na szczęście spotkałem Clintona. 

- Kto to taki? 

Spojrzał na mnie tak, jakbym zadał mu zbyt osobiste pytanie. Milczał przez chwilę, kołysząc kijem tuż nad ziemią. 

- To taki chłopak, który uratował mi życie. I to niejeden raz. 

Bar  w  hotelu  Westwood  Muse  to  miejsce, gdzie  często spotykają  się  radiowcy z  Los Angeles. Zaproponowałem, 

żebyśmy tam pojechali. Odparł z uśmiechem, że wprawdzie nie pije, ale lubi dobre knajpy. 

- Jak to możliwe, jeśli nie pijesz? 

Pomyślałem  o  jego  wewnętrznym  niepokoju  i  niemożności  usiedzenia  w  miejscu  choćby  przez  kilka  minut.  W 

knajpie  człowiek  zaczyna  czuć  się  dobrze  dopiero  po  godzinie.  Trzeba  się  odprężyć  i  pozwolić,  by  bar,  jak  dobry 

gospodarz, wziął cię za rękę i pokazał swoje najlepsze strony: gości, muzykę, atmosferę. 

- W barze jestem na tyle rozluźniony, żeby opowiadać ciekawe historie. Nawet gdyby trzeba było na to kilku godzin. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

3 / 41

background image

Michael popijał z wielkiej szklanki piwo imbirowe z syropem z granatów. 

Siedzieliśmy w  rogu sali  przy akwarium pełnym  niebiesko  ubarwionych  ryb  i patrzyliśmy na  wchodzącą  właśnie 

parę.  Mężczyzna  sprawiał  wrażenie  troskliwego  męża,  natomiast  jego  żona,  efektowny  rudzielec,  wyglądała  jak  furia. 

Powiedziałem o tym Michaelowi. Pokiwał głową. 

- Też tak pomyślałem. Wygląda tak, jakby właśnie jej powiedział, że ma  kochankę. Jedna z  najważniejszych kobiet 

w  moim  życiu  też  miała  rude  włosy. Eddie  Devon, pierwsza  dziewczyna,  o  której  marzyłem  w  samotności. W  wieku 

piętnastu lat miała  już takie ciało, że najbardziej świątobliwy mnich ściągnąłby dla  niej habit. Eddie Devon żuła gumę  w 

taki  sposób, że  człowiekowi  miękły kolana. Zwróciłeś kiedyś uwagę, jak nastolatki żują  gumę? Usta  mają  pełne  czegoś 

bardzo nieprzyzwoitego i różowego. Zupełnie  jak to. - Podniósł szklankę. - Cała szkoła  się  za nią  oglądała, a ona  świetnie 

sobie z tego zdawała sprawę. Młode kobiety mają w sobie dumę, która rozjaśnia im twarze; wiedzą, że są w centrum uwagi 

i że  świat im się  przygląda. Może  w głębi duszy rozumieją, że potrwa to tylko parę  lat, i dlatego, póki można, cieszą  się 

swym darem. Eddie Devon doprowadzała do szaleństwa  wszystkich, a więc również  grubasa  Michaela Billę. Wyobrażasz 

sobie, jakie  to  uczucie, kiedy ktoś nazywa cię "beką  smalcu" przy Eddie  Devon? Straszne. To  jedna  ze  śmiertelnych  ran, 

jakie zadano mi w dzieciństwie. Ale wtedy wszyscy byliśmy twardzi; wystarczyło, że czułem jej obecność, by móc znosić 

zniewagi  innych  dzieciaków. Czasami  zdarzało jej się  nawet powiedzieć  mi  coś  miłego  albo  uśmiechnąć  się, co zawsze 

łagodziło mój ból. Boże, ile to już czasu o niej nie myślałem. Wszystko pewnie przez to, że przypomniałeś mi Clintona. 

Michael pociągnął spory łyk ze szklanki i postawił ją ze stukiem na blacie. 

- A teraz muszę ci opowiedzieć historię Eddie i Clintona. Nazywał się Clinton Deix. - Michael wymówił to nazwisko 

jak "Dajks". - Mieszkał na tej samej ulicy, kawałek dalej, w Sierocińcu Świętej Debory. Żaden dzieciak stamtąd nie dawał 

sobie  dmuchać  w  kaszę, ale  Clintonowi  wystarczyło  pięć  minut,  żeby  porozstawiać  wszystkich  po  kątach  i  zostać  tam 

szefem. Wiesz, jak o sobie mówił? Książę Palców u Rąk i Nóg. Nie pytaj dlaczego. Przyjechał z Nowego Jorku, ale nigdy 

nie dowiedziałem się dokładnie, dlaczego wylądował w sierocińcu. Mówił tylko, że jego rodzice nie żyją. Był kompletnie 

szurnięty. Pewnie  miał  schizofrenię, no ale  my nie  znaliśmy  takich mądrych  słów, więc  przypuszczaliśmy po  prostu, że 

często  bywa  w  złym  humorze.  Clinton  należał  do  tego  gatunku  pomyleńców,  którzy,  gdy  wdadzą  się  w  bójkę,  łapią 

pierwszą lepszą rzecz, która nawinie im się pod rękę, i zaprawiają nią przeciwnika w łeb. Widziałem go w akcji. W okolicy 

nie  brakowało  zabijaków, ale  i oni wiedzieli, od  kogo trzeba  się  trzymać  z  daleka. Clinton  był zły jak osa  zamknięta  w 

butelce. 

- Ciekawe porównanie. Byliście przyjaciółmi? Myślałem, że zaliczałeś się wtedy do mięczaków. 

Michael pokiwał głową i przymknął oczy. 

- To prawda, ale dzieci przyjaźnią się  czasem bez  żadnego specjalnego  powodu. Można  powiedzieć, że zostaliśmy 

kumplami tego samego dnia, kiedy się poznaliśmy. Sierociniec był dziesięć minut drogi od mojego domu. Już pierwszego 

dnia wracaliśmy  razem ze szkoły, bo  okazało się, że  idziemy w tym samym kierunku. Kiedy znaleźliśmy się przed moim 

domem, poklepał mnie  po  ramieniu  i powiedział, że zobaczymy się  następnego  dnia. Rano czekał na mnie  przed  furtką, 

więc  poszliśmy  razem  do  szkoły,  no  i  tak  to  się  zaczęło.  W  czasie  przerwy  na  lunch  Anthony  Fanelli  nazwał  go 

hitlerowcem, więc  Clinton rozmazał  mu na  gębie  kanapkę. Z pastą  jajeczną.  Do  dziś pamiętam, jak  ta  żółto-biała  masa 

ściekała mu po policzku. - Billa pochylił się i splótł palce, wyraźnie podekscytowany. - Anthony nie był żadnym niedołęgą, 

ale Clinton zareagował tak szybko i gwałtownie, że Fanelli zrobił minę pod tytułem "a może jednak nie pchać palca między 

drzwi" i dał spokój. 

Billa opowiadał z takim upodobaniem i zacięciem, że bez trudu wyobraziłem sobie twarz Fanellego: szok po nagłym 

uderzeniu i wstyd, że trzeba się poddać na oczach wszystkich. 

- A co zrobił Fanelli? 

- Patrzył przed siebie i jadł drugą połowę kanapki. Potem przyszła Eddie Devon ze swoją świtą. Zatrzymała się obok 

i  powiedziała  wyjątkowo  wrednie:  "Anthony, zdaje  się,  że  masz  jajko  na  policzku".  Kątem oka  dojrzałem,  że  Clinton 

podnosi rękę  i pstryka  w jej kierunku. Wszyscy spojrzeliśmy na  niego, ponieważ było  jasne, że teraz  rzecz  rozgrywa  się 

między  królową  szkoły  i  księciem  palców.  Spojrzała  na  niego  i  wtedy  Clinton  zebrał  paluchem  sałatkę  z  twarzy 

Anthony'ego. Kiedy miał już sporą grudkę, wpakował ją sobie do ust i powiedział do Eddie: "Smakuje zupełnie jak ty". 

Zacząłem się  spotykać z Michaelem. Choć czasami za dużo gadał, jego obecność  sprawiała mi przyjemność. Miał 

dwie  wspaniałe  cechy:  naturalną  uprzejmość  i  optymizm. Obu  z  nich  się  bałem  i  obie  też  mnie  zawstydzały.  Nim  go 

spotkałem, zawsze  mi  się  wydawało, że  jestem  porządnym  facetem,  który  potrafi być  uczynny  i  nie  jest  zbyt  skory  do 

wydawania pochopnych sądów o innych ludziach. Jednak Michael patrzył na świat przez  okulary tak różowe, że  prawie w 

ogóle  nie  zdarzało  mu  się  "osądzać"  swoich  bliźnich.  Lubił dania, które  przygotowywało  mu  życie, więc  zjadał  je  bez 

szczególnych  utyskiwań,  z  apetytem  wygłodniałego  dziecka.  Był  jednym  z  niewielu  znanych  mi  dorosłych,  którzy 

autentycznie  cieszą  się  życiem,  nie  zważając  na  wzloty  i  upadki,  które  tydzień  w  tydzień  są  ich  udziałem.  Jego 

towarzystwo dodawało mi otuchy, a  czasami nawet stawało się pewną  inspiracją. Kiedy mu o tym powiedziałem, zgodził 

się ze mną. 

- To z pewnością dlatego, że miałem takie, a nie inne dzieciństwo. Mówiłem ci, że byłem typowym grubasem, który 

cały czas marzy, żeby  świat go pokochał. Rzecz  w tym, że  od  momentu gdy  pojawił  się  Clinton Deix, świat naprawdę 

zaczął  mnie  kochać.  Jeśli  nie  cały, to  przynajmniej  świat moich  rówieśników.  Wszystko  polegało  na  pewnym  związku 

przyczynowo -  skutkowym: ponieważ  lubił mnie  Clinton, inni  też  musieli mnie  lubić, bo inaczej dałby  im  po mordzie. I 

wtedy moją  osobę zaczęła spowijać pewna tajemnica. No i dzieciaki zaczęły myśleć  tak: coś w  tym Billi musi być, skoro 

sam Clinton  aż  tak  go lubi. To pewnie oznacza, że  Billa tak naprawdę jest fajny, tylko myśmy tego  nie wiedzieli, ale  od 

teraz już będziemy. Ingram, to było jedno z najpiękniejszych przedstawień w rodzaju "nowe szaty cesarza", jakie  zdarzyło 

mi się widzieć. We mnie nie  było naprawdę nic  fajnego. Byłem grubasem, który jedzie na trójach i cały czas marzy tylko o 

tym, żeby znaleźć  się  w  najlepszym  towarzystwie. Pamiętasz  tę  piosenkę  Dobie  Gray? Zawsze  mi się  wydawało, że  to 

najlepszy kawałek, jaki można sobie wyobrazić. No ale jak fujara może się dostać do najlepszego towarzystwa? Gdyby nie 

Clinton, miałbym zmarnowane dzieciństwo. A tak od dwunastego roku życia było mi jak w niebie. 

- Czyli Clinton był kimś w rodzaju twojego anioła stróża? 

- Z całą pewnością. 

- A co się z nim stało? Widujesz go jeszcze? 

- Od czasu do czasu. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

4 / 41

background image

Chodziliśmy do  meksykańskich  knajp, na plażę  i spieraliśmy się  leniwie  na temat filmów. Jakieś dwa  miesiące  od 

chwili, gdy go poznałem, spłynęło na  mnie objawienie i zrozumiałem, że nigdy nie pokocham Michaela, choć kocham już 

tyle rzeczy z nim związanych. 

Nie poszliśmy ze sobą do łóżka. W głębi duszy ciągle jeszcze należałem do Glenna i nie miałem ochoty wychodzić z 

tego zamknięcia, by szukać  kogoś na jego miejsce. Michael nie czynił żadnych kroków w tym kierunku, a ja wychodziłem 

z  założenia, że  albo działa  bardzo powoli, albo -  podobnie jak ja  - nie  chce, by  nasza  przyjaźń zmieniła  się  w tego typu 

związek. 

- Kiedy się zorientowałeś, że wolisz mężczyzn? Jedliśmy lunch w restauracji Gingham Garden w Larchmont. Słońce 

przeświecało  przez  markizę,  a  siedzący  wokół  ludzie  rozmawiali  o  wiele  za  głośno  o  swoich  kochankach,  kiepskich 

interesach w branży filmowej albo o chorobach. To najbardziej popularne tematy rozmów w stolicy światowego kina, choć 

czasami kolejność może być nieco inna. 

Pytanie zadałem dość cicho, lecz odpowiedź Michaela zabrzmiała jak triumfalna fanfara. 

- To było jakiś rok po tym, jak poznałem Clintona. Ukradł parę "Playboyów" w sklepiku na rogu i przeglądaliśmy je 

u mnie w pokoju. Spytał, czy podobają  mi się  te  zdjęcia. Wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że  tak. Wtedy  zapytał, 

czy miałbym ochotę przelecieć którąś z tych dziewczyn. "Pewnie", powiedziałem. "A ty nie?" "Nieee", odpowiedział. "Kto 

by tam chciał ładować się w takie historie". Nie wiedziałem, o jakie  "historie" mu chodziło, ale to, co powiedział, zrobiło 

na mnie  spore wrażenie, więc już się  nie odezwałem. Clinton wyciągnął zza  pazuchy kolejny magazyn i rzucił mi go tak, 

jakby  był  to  jakiś  dowód.  Pamiętasz  jeszcze  te  czasy,  kiedy  nawet  w  czasopismach  z  panienkami  nie  można  było 
pokazywać prawdziwej golizny? Nagusów można  było obejrzeć tylko w magazynach dla nudystów: �Sun and Fun" albo 
�Sun Worship". Kosztowały  trzy  dolary za  egzemplarz, czyli majątek  jak  na  owe  czasy,  i były  ponoć  adresowane  do 

"poważnie myślących naturystów". 

Ostatnie  słowa Michael  wypowiedział tak  głośno, że  parę  siedzących koło  nas kobiet przestało na  moment sączyć 

herbatę z lodem i posłało mu lodowate spojrzenia. Mój przyjaciel nie zwrócił na nie uwagi. 

- Clinton rzucił mi ten magazyn, a  potem otworzył go na  stronie, gdzie było zdjęcie  nagich  mężczyzn grających w 

siatkówkę. Wyglądali  po  prostu  wspaniale  -  napięte  mięśnie,  samo  zdrowie.  No  i  byli  ładniejsi  od  dziewczyn,  które 

wydawały się jakieś takie jakby zagubione, mimo że uśmiechały się  przyjaźnie, choć sztucznie  znad olbrzymich piersi. Po 

raz  pierwszy  widziałem  wtedy  rozkładówki  z  panienkami,  jednak  mężczyźni  wydali  mi  się  bardziej  intrygujący  i 

prowokujący. Kobiety były co  prawda tajemnicze  i robiły spore wrażenie, lecz  mężczyzn miało się ochotę dotknąć przez 

kartki magazynu. 

- Czy tamtego dnia zdarzyło się coś między wami? 

- Nie, wtedy nie. 

- A potem? 

Nie odpowiedział na moje pytanie, bo do stolika podszedł jakiś jego znajomy. 

Pewnego dnia zgromadziłem w studiu grupkę ludzi, którzy utrzymywali, że  są wcieleniami słynnych postaci histo- 

rycznych.  Był  Hitler,  Mozart  i  Jean  Jacques  Rousseau.  Ostatnie  piętnaście  minut  programu  przeznaczam  zawsze  na 

telefony od  słuchaczy. Najwięcej osób  zadzwoniło do  Hitlera  i jemu  też  najbardziej się  oberwało. Ktoś zapytał Mozarta, 

czy widział film Amadeusz i czy to prawda, że Salieri go zamordował. Nieszczęsnemu Rousseau (listonoszowi z Tempe  w 

stanie Arizona) nikt nie zadał żadnego pytania, aż wreszcie zadzwonił ostatni słuchacz wieczoru. 

Nie poznałem tego głosu. 

- Panie Rousseau, czy mógłby mi pan szczegółowo wyjaśnić, co miał pan na myśli, pisząc w szóstej księdze Wyznań 

następujące  słowa: "Na  ogół ludzie  wierzący  tworzą  sobie  Boga  na  swoje  podobieństwo, dobrzy  czynią  go  dobrym, źli 

złym; bigoci pełni nienawiści i żółci widzą jedynie piekło, bo chcieliby na nie skazać cały świat; dusze kochające i łagodne 

nie wierzą w nie wcale". 

Rousseau zastanawiał się przez moment, a potem przysunął się bliżej mikrofonu. 

- Bóg jest taki, jakim widzi go człowiek, który w niego wierzy. Ludzie  dobrzy widzą w  Bogu siłę pozytywną, a  dla 

złych jest uosobieniem grozy. Bardzo prosta sprawa. 

Realizator pokazał na zegar. Zostały tylko dwie minuty, a ja musiałem jeszcze zapowiedzieć jutrzejszych gości. 

Zanim jednak zdążyłem się odezwać, głos w telefonie zapytał: 

- Panie Rousseau, czy nie sądzi pan, że gdyby ludzie naprawdę chcieli dobra, to dawno by już je mieli? 

-  Bardzo  przepraszam,  ale  pan  Rousseau  nie  może  odpowiedzieć,  bo  nasz  czas  antenowy  już  minął.  Jutro  w 

programie  wywiad  z  członkami  grupy  rockowej  Orgazm  Grzechotnika,  którzy  grają  wyłącznie  na  kuchenkach 

mikrofalowych. Serdecznie wszystkich zapraszam. Tyle na dzisiaj. 

Następnego dnia pojechałem do Gabinetu Doktora Caligari, żeby kupić koszulę i zobaczyć się z Michaelem. 

Ledwie znalazłem się w środku, ruszył na mnie jak rozjuszony byk. 

- Przerwałeś mi! Ty draniu! Jak mogłeś? 

- Ja ci przerwałem? Kiedy? 

- Wczoraj w twojej audycji. To ja dzwoniłem do Rousseau. Chciałem, żebyś wiedział, że słucham. 

- To byłeś ty? Ten cytat o Bogu? Czemuś nie zadzwonił wcześniej? To przecież było jedyne  inteligentne pytanie  w 

całej audycji. Nie wiedziałem, że jesteś takim entuzjastą Rousseau. 

Mruknął z zadowoleniem. 

-  Chciałem  przygwoździć  faceta  cytatem  z  Haziitta.  Co  by  było,  gdyby  ludzie  rzeczywiście  pragnęli  dobra? 

Wszystko sobie zaplanowałem. 

- Przygwoździć? Prostego listonosza z Arizony. 

-  Ingram,  to  był  jakiś  oszust.  Ci  dwaj  inni  wariaci  wierzyli  w  to, co  mówią. A  on  nie.  Na  pewno  dopiero  co 

przeczytał Wyznania i postanowił wcisnąć się  do programu... Nie próbuj się  ze  mną spierać. Nie znoszę  oszustów. Nawet 

kiedy występują w twoim programie. 

- U mnie występuje wielu takich ludzi. Dlatego audycja nazywa się Krzywe zwierciadło

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

5 / 41

background image

Zniknął jego gniew, który niepokoił mnie jeszcze przed chwilą. Twarz złagodniała, a dwie odwrócone  litery "V", w 

które  zamieniły  się  jego  brwi,  znów  ułożyły  się  w  miękkie  łuki.  W ciągu  sekundy  odtworzyłem  sobie  historię  naszej 

znajomości i pojąłem, że nigdy nie widziałem, żeby się denerwował. Skąd więc to wzburzenie? 

- Michael, czy coś się stało? 

Nie odpowiedział, lecz pociągnął mnie za rękaw na zaplecze. 

Sklepowe biuro było małe, lecz funkcjonalnie  urządzone. Sprzęty z szarego metalu wyglądały na dość  niewygodne. 

Jedynym obrazem na ścianie był fotos z filmu Gabinet doktora Caligari, ten sam, który zdobił firmową papeterię. 

- Obejrzyj to sobie. 

Stojąc  za  biurkiem,  podał  mi  złożoną  kartkę.  Było  na  niej  kilkanaście  słów  nakreślonych  grubo  czerwonym 

atramentem. Okrągłe, dziecinne pismo. Kropki nad "i" były właściwie kółeczkami. 

Drogi Mike, 

dawno się nie widzieliśmy, prawda? Na pewno ucieszy

cię wiadomość, ze Twój stary przyjaciel Clinton

zamierza Cię niedługo odwiedzić. Przygotuj się na

powitanie. Pa, kotku. 

Chciałem oddać mu ten list, lecz go nie przyjął. Położyłem kartkę na brzegu biurka. Spojrzał na nią z ponurą miną. 

- Clinton przyjeżdża? No i co z tego? 

- Już tu jest. 

Odwrócił się, odgarnął zasłonę i pokazał mi gestem, żebym do niego podszedł. Gdy stanąłem koło okna, wskazał na 

drugą  stronę  ulicy. Jego ręka  nie  była spokojna. Nie  trzęsła się wprawdzie, ale  emanowała  jakąś wibrującą, nieprzyjemną 

energią. Tak, jakby przed chwilą trzepnął go prąd i teraz dochodził powoli do siebie. 

Ulica była pełna samochodów i ludzi; spaliny, hałas. 

Wskazał palcem. 

- Widzisz te światła na skrzyżowaniu? O słup opiera się chłopak. Ten w futbolowej koszulce. Numer 23. 

- W czerwonej? 

- Tak. To Clinton. 

Uśmiechnąłem się. 

- Przecież ten chłopak ma jakieś piętnaście lat. 

- Wiem. - Opuścił zasłonę. 

W ostatniej chwili "Clinton" spojrzał w naszą stronę. Tak jakby wiedział, co się dzieje i że to o nim rozmawiamy. 

Dłonie mówią prawdę. Sposób, w jaki podnoszą  się i opadają, nieświadome swego smutku lub gracji, może wyrazić 

ostateczną porażkę albo uczucie, które kryje się za obojętną twarzą i cynicznym uśmiechem. 

Siedzieliśmy przedzieleni biurkiem. Usiłował żartować, lecz jego dłonie unosiły się tylko do połowy wysokości, jak 

ptaki, którym brakuje sił do lotu. Nie było nam do śmiechu. 

-  Wiesz, Ingram, ilu ja  znam ludzi? Sama  litera  "Z" zabiera  mi w  notesie  trzy  strony. Naprawdę. Wiesz, co  sobie 

ostatnio  uświadomiłem? Że  zawsze  miałem niewłaściwych  wielbicieli. Zbyt  wielu  fałszywych  przyjaciół. Nie  mówię  o 

tobie, ale działam jak magnes na ludzi, którzy  z początku świetnie  się zapowiadają, ale  znajomość  z nimi zawsze kończy 

się katastrofą. Clinton jest tu świetnym przykładem. 

Nieświadomie podniosłem rękę jak uczeń, który chce zadać jakieś ważne pytanie. 

-  Poczekaj no  chwilę. Z  wszystkich twoich  opowieści  o  Clintonie  wynikało,  że  jest on  wspaniałym połączeniem 

przyjaciela i opiekuna... Powtarzałeś z dziesięć razy, że to właśnie on uratował twoje dzieciństwo. 

- To prawda. Uratował. Ale nie o to teraz mi chodzi. Nie mów mi, że znasz kogoś do końca, dopóki nie wyjawi ci, o 

co modli się każdego wieczoru do swojego boga czy diabła. 

Potrząsnąłem głową. O co mu właściwie chodzi? 

-  Racja, Clinton mnie bronił. Przez  wiele  lat. A potem zamienił się  w "małpią  łapkę". To taki talizman, który gdy 

wypowiesz ostatnie, trzecie życzenie, niszczy wszystko, co dobre. Wszystko, co kochałeś. 

Wyjaśnianie komuś jakiejś sprawy przypomina zamiatanie podłogi. Najpierw szerokie ruchy szczotką, by zgarnąć na 

kupkę  najgrubsze śmieci. Potem, jeśli chce  się  być  dokładnym, trzeba opaść na  kolana  i usunąć  drobiazgi z kątów i spod 

mebli. Zmieść to wszystko razem, no i proszę - pokój posprzątany. 

Zamiast  jednak  zadbać  o  czystość  i  zebrać  wszystkie  szczegóły  dotyczące  Clintona  Deixa  w  zgrabną  (a  więc 

zrozumiałą)  kupkę, Michael mówił chaotycznie  i czasami  przestawałem go  w  ogóle rozumieć. Jego  zamiatanie  wzbijało 

tylko kurz i brud, który teraz bardziej niż kiedykolwiek krążył po pokoju jego przeszłości. 

Pod koniec owego dnia, gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy chłopca stojącego po drugiej stronie ulicy, zrozumiałem 

tylko  jedno:  Clinton  Deix  wrócił  i  ciągle  ma  piętnaście  lat.  Michael  zawsze  znał  go  jako  piętnastolatka.  Od  przeszło 

dwudziestu lat. 

- Nie powiedziałem ci jeszcze, co stało się z Anthonym Fanellim. 

- Michael, proszę cię... 

- Nie, nie. Chcę ci tylko opowiedzieć kolejną historię. 

Ona też ma pewien związek z tym, co się teraz dzieje. Zanim coś powiesz, powinieneś poznać tło wydarzeń. Sprawa 

jest mocno zagmatwana. 

- I mnie to mówisz? 

Kilka  lat  wcześniej miałem w  Krzywym  zwierciadle  gościa, który  był  jednym ze  zbirów  w  argentyńskim rządzie 

generała  Galtieriego. Jego zadaniem było  torturowanie  więźniów. Choć  był  odrażającym i  paskudnym typem, zwłaszcza 

dlatego, że bardzo był z  tej swojej roboty dumny i jednocześnie zadowolony, że udało mu się  uciec  od odpowiedzialności, 

powiedział  coś,  co  mną  wstrząsnęło. Podobnie  jak  inni  ludzie,  i  on  miał  małą  kieszonkę,  z  której  czasami  wyjmował 

szczyptę życiowej mądrości. Można się było dość łatwo domyślić, co powie, no ale ile razy zdarza nam się usłyszeć coś na 

temat  zła  z  ust człowieka, który  sam jest wcielonym złem? Albo czuć  smród  z  gęby  potwora, który  opowiada  o  swoich 

sprawkach? 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

6 / 41

background image

Powiedział  coś  takiego:  "Sztuka  tortur,  podobnie  jak  sztuka  uwodzenia,  polega  na  indywidualnym  traktowaniu 

każdej ofiary. Zależy ci na tym, żeby kogoś przyszpilić? Nie spiesz  się, zachowaj zimną krew, powęsz  trochę, dowiedz się 

czegoś o jego zwyczajach i upodobaniach. Prędzej czy później trafisz na coś przydatnego: ta pani lubi wszystkie kwiaty, ale 

orchidee  po  prostu  uwielbia.  Zrywanie  paznokci  na  tego pana  jakoś  nie  działa, ale  wystarczy wspomnieć, że  coś złego 

może się stać jego dzieciom, i proszę - już go masz, będzie ci się czołgał u stóp. Torturowanie jest jak uwodzenie  - należy 

używać  tych  samych  środków,  aby  osiągnąć  cel".  Dreszcz  przeszedł  mi  po  plecach,  kiedy  stwierdził,  że  używał  tych 

samych metod, by zdobyć żonę i wyciągnąć informacje od setek nieszczęsnych więźniów. Gdy spytałem, czy kiedykolwiek 

miał wyrzuty sumienia, odparł: "Jeśli na Boga nie zwraca się uwagi, sam sobie pójdzie". 

Dwa  dni po tym, jak pierwszy raz ujrzałem Clintona, ktoś pociął mi opony w motocyklu. Mało to  zabawne, no ale 

takie  są  uroki  życia  w wielkim  mieście.  Na  szczęście  warsztat  jest parę  ulic  dalej. Zadzwoniłem do  mechanika  i już  po 

półtorej  godziny  motocykl  był  znowu  na  chodzie.  Mieszkanie  wynajmowałem  na  osiedlu,  gdzie  był  i  garaż,  ale 

korzystałem z niego zaledwie parę razy. Tego wieczoru wstawiłem tam jednak motocykl i przestałem o nim myśleć. 

Trzy dni później włamano mi się  do mieszkania. Nic  nie zginęło, ale  ten, kto to zrobił, w kilku miejscach  napisał 

gównem na ścianie Krzywe zwierciadło. Smród - a powiedzieć tu trzeba, że ludzkie odchody mają bardzo specyficzny odór 

-  oraz  dotkliwie  oczywisty  fakt, że  włamywacz  wiedział,  kto  tu  mieszka,  sprawiły,  że  strach  ścisnął  mi serce. W końcu 

wszyscy czytaliśmy Rok 1984 i pamiętamy klatkę  ze szczurami przytwierdzoną do głowy Winstona Smitha  w pokoju 101, 

no ale to tylko fikcja literacka. Można  odłożyć książkę i pójść  sobie  do kuchni po paczkę krakersów. Inaczej rzecz się ma, 

kiedy człowiek wraca do domu i widzi, że ktoś wypisał mu gównem na ścianach kuchni fragment życia. 

Policja  -  a  w  szczególności  mój  znajomy,  detektyw  Dominick  Scanion,  do  którego  dzwonię  zawsze,  kiedy 

potrzebuję jakiejś przysługi od policji w Los Angeles - nie uznała tego wydarzenia za nic szczególnego. 

-  Chryste  Panie, Ingram, a czego się spodziewałeś, skoro prowadzisz  taką  audycję? Masz  tam więcej pokręconych 

psychopatów, niż siedzi u nas w  pierdlu. A ty się dziwisz, że jeden z  nich nabazgrał ci coś palcem na  ścianie? Pamiętasz, 

jak w  Seattie zamordowano faceta, który prowadził podobną audycję? Od lat ci powtarzam, żebyś na siebie  uważał. A ty 

musiałeś stworzyć Fan Club Charlesa Mansona. Ta twoja audycja przypomina nagłówek z "National Enquirer": MARILYN 

MONROE  ŻYJE, MIESZKA  NA  LATAJĄCYM TALERZU  I  PRZYLECIAŁA WYDUPCZYĆ MOJEGO  CHOMIKA! 

Mój Boże, Ingram, ty się naprawdę czemuś dziwisz? Mnie  zdumiewa tylko to, że  tak długo trwało, zanim przydarzyła  ci 

się taka historia. 

- Zejdź wreszcie ze mnie. Lepiej mi powiedz, co mam z tym zrobić. 

-  Przeprowadź  się. Zmień numer  telefonu  i  go zastrzeż. No  ale  dopóki  prowadzisz  tę  audycję, jesteś jak na  tacy. 

przecież widzisz tych świrów tylko wtedy, kiedy siedzą u ciebie w studiu i pokazują się z najlepszej strony. Ja  mam z  nimi 

do  czynienia,  kiedy  poprzepalają  im  się  reaktory  i  wybuchają  jak  małe  bombki  atomowe.  Na  przykład  wtedy  gdy 

odstrzeliwują  łby  sobie  nawzajem  albo  przypadkowym  przechodniom.  Bardzo  cię  lubię,  stary,  ale  nie  możesz  się 

spodziewać, że będziesz czysty jak łza, jeśli masz do czynienia z tym całym radioaktywnym śmieciem. 

-  Słuchaj no,  Dominick, gliny  powinny  uspokajać  obywateli, tymczasem słuchając  ciebie, mam  uczucie, jakbym 

próbował się wytrzeć mokrym ręcznikiem. 

-  Przecież  na  początku  każdej  audycji  wołasz: "Marsjanie  wylądowali". No  to tym  razem  wylądowali u  ciebie  w 

domu. 

Na  dworze  gęsta  mżawka  unosiła  się  w  powietrzu  jak  dym.  Patrzyliśmy  z  Michaelem  przez  kuchenne  okno  na 

deszcz, popijając herbatę i jedząc ciasteczka domowego wypieku. Michael wziął jedno z nich do ręki i uniósł na wysokość 

mojej twarzy. 

-  Jak  myślisz, jak ma  na  imię  bóg miłych  drobiazgów? Bóg ciasteczek i  herbaty Earl Grey? Chciałbyś go  kiedyś 

spotkać? Boga  dobrych filmów, odlatujących według rozkładu  samolotów, szczeniaków, kobiet, które  przechodzą  obok i 

zostawiają za sobą zapach dobrych perfum... Bo ja  bardzo. To Clinton włamał ci się do domu. Opony od motocykla  to tez 

jego robota. Nie mówiłem ci jeszcze, co się stało z Anthonym Fanellim. 

- Michael, proszę cię. 

Anthony  Fanelli  znienawidził  Michaela  od  pierwszego  dnia.  Czemu  dzieje  się  tak,  że  ludziom  utalentowanym 

zawsze wchodzą w drogę jacyś nieudacznicy? Dlaczego pech naigrawa się z tych, którzy mogliby zadziwić świat? Michael 

Billa  był  małym  grubasem,  który,  jak  sam  twierdził,  już  w  wieku  dziesięciu  lat  miał skórę  jak  papier  ścierny.  Usłyszal 

kiedyś,  jak  wuj  mówi  do  jego  matki:  "Chłopak  musiałby  zostać  geniuszem,  żeby  dać  sobie  w  życiu  radę  z  takim 

wyglądem". 

-  Miałem  brzydką  cerę  i  wąskie  usta. Moje  hormony  zupełnie  powariowały. Wiesz,  jaką  znalazłem  na  to  radę? 

Postanowiłem być  śmieszny. To  nawet  nie  najgorszy  pomysł.  Na  tym  świecie  zawsze  znajdzie  się  miejsce  dla  dobrego 

błazna. A mi się na ogół udawało. Jeśli sam wyśmiewałem się ze swojej tuszy czy cery i robiłem to lepiej niż  inni, byłem 

górą. No ale  z Anthonym tak się nie  dało. Miał piękne, kruczoczarne włosy. Fryzurę  miał zawsze nieskazitelną  jak jakaś 

gejsza. Wiesz,  co  najbardziej  utkwiło  mi  w  pamięci? Nosił  w  kieszeniach  mnóstwo  wspaniałych  rzeczy.  Był pierwszą 

osobą, u której widziałem czerwony szwajcarski scyzoryk. I złotą zapalniczkę. Na pewno nie była z prawdziwego złota, ale 

na nas i tak robiła wrażenie. Pewnie wtedy chciałem, żeby mnie polubił, no ale on traktował mnie  jak szmatę. Miałem taką 

samą szansę, żeby wkraść się w jego łaski, jak pies na złapanie motyla. To niezłe porównanie: byłem jak ośliniony, żałosny 

psiak, a  Fanelli przypominał cudownego  tropikalnego  motyla. Tyle  że  ten motyl miał nóż. Fanelli był przystojny, ostry i 

miał charyzmę. Nawet takie dziewczyny jak Eddie Devon podziwiały go w skrytości ducha, a on doskonale o tym wiedział. 

Wielu  z  nas  wyrosło  wśród  takich  Fanellich  i  potem,  kiedy  oglądamy  się  za  siebie,  ci  ludzie  wydają  się  nam  mało 

zabawnymi  i nie  wartymi  wspomnienia  gratami na  półkach  pamięci. No  ale  wtedy  byli prawdziwi, wspaniali i  spowici 

czarem, którego wszyscy im zazdrościli. 

Cokolwiek bym zrobił, nie znajdowało u niego uznania. Czasami miałem wrażenie, że wścieka go sam fakt, że ktoś 

taki jak ja istnieje i przebywa w pobliżu. Kiedyś matka upiekła mi tort na urodziny. Ponieważ byłem durniem, zabrałem go 

do szkoły, żeby  poczęstować  moich "przyjaciół". W tamtych czasach w  telewizji nadawano serial "Niewykonalna  misja", 

który wszyscy oglądaliśmy z nabożną czcią. Kiedy więc wszedłem z tortem do stołówki, powiedziałem: "Trzeba to szybko 

zjeść, bo inaczej w ciągu piętnastu minut nastąpi samorozmrożenie". Anthony popatrzył tak, jakby miał ochotę na  tort, no 

ale  nie  mógł  niczego  ode  mnie  przyjać  Wstał  od  stolika  i  powiedział  "samorozmrożenie"  takim  tonem,  jakby  było  to 

najbardziej wulgarne  i  głupie  słowo  nod  słońcem.  No  i  wiesz,  co  się  stało? Kiedy  Fanelli wyszedł,  nikt  nie  wziął  ani 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

7 / 41

background image

kawałka. Wszyscy wstali i  poszli. Została  tylko  Beth Ann  Gunsberg,  a  to  dlatego,  że  była  tak  samo  tłusta  jak ja. No  i 

zostałem z tym wspaniałym czekoladowym tortem i mnóstwem nikomu niepotrzebnych widelczyków. A potem zjawił się 

Clinton. Pewnego  dnia  zobaczyłem  go,  jak  siedzi  na  angielskim  w  końcu  sali.  Kiedy  pani Sellars, nasza  nauczycielka, 

zadała  mu  jakieś  pytanie, wzruszył ramionami  i  pochylił  się  nad  pulpitem. Anthony, który  siedział dwa  miejsca  dalej, 

zaśmiał się  w  typowy  dla  siebie  sposób. To  wystarczyło.  Clinton, który  był  mniej  więcej  tej  samej postury  co  Fanelli, 

spojrzał tylko  na  niego, lecz  widać  już  było, że  kołki  wchodzą  właśnie  w  ziemię, a  płachta  namiotu  się  unosi. Właśnie 

wtedy. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

-  Chodzi  mi  o ich  stosunek  do  siebie. Anthony,  kiedy  się  zaśmiał,  wybrał  miejsce,  w  którym  ma  stanąć  namiot. 

Clinton  wziął młotek  i  wbił kołki. Tutaj  rozbijamy? No  dobra,  to ja  się  tym  zajmę. Potem  pani  Sellars  zadała  to  samo 

pytanie Anthony'emu, a  on odpowiedział, uśmiechając  się  i patrząc przeciągle  na Clintona. Deix siedział w kącie i patrzył 

tamtemu  w  oczy.  Kiedy  lekcja  się  skończyła,  wstał, podszedł  do Anthony'ego  i powiedział:  "Pieprzysz  nie  tę  dupę,  co 

trzeba, czarnulku". Anthony, który  stał w  otoczeniu swojej paczki, odparł: "Dupę? A  więc  uważasz się  za  dupę? Bardzo 

interesujące". No ale  nic nie zrobił. Myślę, że już  wtedy czuł przez  skórę, jak  niebezpieczny może  być ten nowy. Clinton 

podszedł bliżej i powiedział mu prosto w twarz: "Wypiję z ciebie krew. Będę ją pił jak koktajl. Pomyśl sobie o tym czasem, 

ślicznotko". Potem zdarzyła  się  ta historia  z  pastą  jajeczną  i już  wiedzieliśmy, że Fanelli zrobił spory błąd, wchodząc  na 

odcisk  temu akurat  facetowi. Jeszcze  trudniej było  mu pewnie  znieść  to, że  ja  i  Clinton byliśmy  w  dobrych stosunkach. 

Nagle  dwóch  chłopaków, których  serdecznie  nienawidził,  zaprzyjaźniło  się  ze  sobą,  a  to  rzecz  jasna  oznaczało,  że  nie 

będzie  mógł  mnie  tłuc,  bo  Clinton  by  się  o  tym  dowiedział. To  ciekawe, że  wciąż  doskonale  pamiętam  wyraz  twarzy 

Fanellego,  kiedy  widział  mnie  z  Clintonem. Wiesz, jak  wyglądał?  Jak  kobieta, która  wyszła  za  brutala  albo  pijaka, za 

takiego kogoś, kto ją bije. Miał w oczach smutek, bezradność i gorycz. 

Byłem  beznadziejnym  brzydalem,  ale  najbardziej  godną  pożałowania  dziewczyną  w  całej  szkole  była  Grace 

Elixhausen. Ta  dziewczyna wyglądała, jakby  dobry Pan Bóg stworzył ją za pomocą packi na  muchy. Była stuprocentowo 

brzydka, choć okazywała się bardzo miła, jeśli udało się człowiekowi przełamać barierę strachu i zakłopotania i zamienić z 

nią  parę  słów. Anthony  namówił  jakąś panienkę,  żeby przemyciła  aparat  fotograficzny  do szatni  dla  dziewcząt. Później 

dowiedziałem się, że jakaś jego "przyjaciółka" zrobiła Grace całą rolkę zdjęć. Biedna Grace. I tak miała ciężkie życie, a tu 

jeszcze  musiało  jej  się  przydarzyć  coś  takiego.  Zdjęcia  były  obrzydliwe:  Grace  nago  pod  prysznicem,  czarne  włosy 

przylepione do twarzy, smutny wyraz zagubienia w oczach. Boże święty, wszystko było jej na tych zdjęciach widać. Grace 

z  przodu, z  tyłu, Grace, która  się  nachyla... Wyobraźnia  nie  miała  tu już  nic  do  roboty. Przyszedłem w  poniedziałek  do 

szkoły  i  otworzyłem  szafkę,  żeby  wziąć  książki.  Jej  wnętrze  było  dosłownie  wytapetowane  tymi  zdjęciami. Byłem  tak 

zdziwiony  tym,  że  one  tam  są,  i  tym,  co  przedstawiają,  że  stałem  jak  słup  soli  z  rozdziawionymi  ustami.  W  końcu 

usłyszałem, jak ktoś mówi: "A fe! Podglądacz dziewczyn". Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, że to Fanelli stojący tuż za 

Grace. Dziewczyna  miała wyraz  twarzy, którego nie  sposób opisać. Wiedziała, że to nie mogła być  moja  sprawka. Jestem 

pewien,  że  zdawała  sobie  sprawę,  że  to  robota  Fanellego.  No  ale  pewnie  i  ona  skrycie  się  w  nim  podkochiwała,  co 

oczywiście  jeszcze  pogarszało  sprawę.  Ingram,  ta  dziewczyna  zachowała  się  po  prostu  wspaniale.  Rzadko  zdarza  się 

widzieć kogoś, kto w podobnej sytuacji jest  tak opanowany. Powiedziała  tylko:  "Michael pozdzieraj te  zdjęcia. I  wyrzuć 

je". A potem odwróciła się i odeszła. Nigdy mnie o nic nie zapytała. To się nazywa  godność! Nie mówiłem nic Clintonowi, 

ale  musiał się  od kogoś dowiedzieć, bo zadzwonił tego samego wieczoru i zapytał, czy to wszystko prawda. Próbowałem 

się jakoś wykręcić  od odpowiedzi, lecz  w głosie Clintona była wściekłość i zdecydowanie. Powiedział, że nie  ma  zamiaru 

dwa  razy  pytać. Więc  opowiedziałem  mu ze  szczegółami  całe  to  zajście, bo  bałem  się,  że  kto  inny  mógłby  tę  historię 

przeinaczyć. Chciałem, żeby przynajmniej wiedział, jak było naprawdę. 

- Co powiedział? 

Michael sięgnął po  kolejne ciasteczko i spojrzał przez  okno. Deszcz wyglądał jak  szaroniebieska  mgiełka. Clinton, 

Anthony, Grace, Michael... Co te  dzieciaki miały wspólnego z wysmarowanymi gównem ścianami mojego mieszkania  i z 

węzłem strachu, który coraz mocniej zaciskał mi się na żołądku? 

- Powiedział: "To nieładnie. Grace sobie na coś takiego nie zasłużyła". 

- I to wszystko? 

Michael wypił łyk herbaty i potrząsnął przecząco głową. 

- Nie, nie  wszystko. Oprócz tego, że  byłem gruby i miałem złą cerę, byłem także  słabym uczniem. Z jednym tylko 

wyjątkiem - z  angielskiego byłem naprawdę  dobry. Nie mogłem się po prostu doczekać  tej lekcji. Nauczycielka  była  miła, 

a  ja  uwielbiałem czytać  książki. Kiedy  przychodził  czas  klasówek  w  połowie  okresu, do  angielskiego  nie  musiałem  się 

przygotowywać. W dniu sprawdzianu siedzieliśmy przed  salą i czekaliśmy, aż  będzie  można  wejść. U nas w szkole  testy 

pisało się  w  stołówce. Dobrze  ją  pamiętam:  nie  kończące  się  rzędy stołów,  szczękanie  garnków  w  kuchni,  unosząca  się 

para,  zmywarki  do  naczyń,  ciche  rozmowy  kucharek. Mój  Boże,  pamiętam nawet zapach  ravioli,  które  nam  podawali. 

Pamiętasz jeszcze, jak pachnie puszkowy sos pomidorowy? Świeżo umyte plastikowe tacki... Szkolne obiady. Lecz na czas 

sprawdzianu ta  sala  się  zmieniała  i wchodziliśmy do  niej nie  głodni, lecz wystraszeni. Tamtego dnia, o  ósmej, siedzimy 

przed  stołówką  i czekamy, aż  pozwolą  nam  wejść. Rozmawiam z  Perrym Cochranem o  sprawdzianie  i myślę  o  swoich 

sprawach. Nagle czuję, jak z tyłu coś dotyka  mojego lewego policzka. Na  twarzy Perry'ego zobaczyłem pół uśmiech, pół 

ostrzeżenie. Sięgnąłem ręką i poczułem coś ostrego i zakrzywionego. Chciałem to odsunąć, lecz wtedy to coś zadrapało mi 

twarz. Kątem oka zobaczyłem wieszak do ubrań. Wyobrażasz sobie? Nie musiałem się nawet odwracać, żeby wiedzieć, kto 

to zrobił. Powiedziałem: "Daj spokój, Anthony". "O  co ci chodzi, grubasie?" "Daj mi po prostu spokój. To wcale  nie  jest 

zabawne". "A ja myślę, że jest, tłuściochu". 

Niewiarygodne, jak Michael potrafił oddać ton obu głosów - zestrachany chłopak, który próbuje pozbyć się natręta, i 

bezczelny Anthony Fanelli: "Żyć  ci się odechce, grubasie". Przypomniałem  sobie  zaraz  dreszcz, który przechodził mi po 

plecach, gdy sam bywałem kiedyś w takich sytuacjach. 

-  "Daj  mi  spokój, Anthony. Przecież  nigdy  ci  nic  nie  zrobiłem". "A zrobiłeś,  przez  sam  fakt, że  żyjesz. Ulży mi 

dopiero, gdy zdechniesz". Błyskawicznym ruchem chlasnął mnie wieszakiem po twarzy. Poczułem zimne i ostre cięcie. Nie 

mam pojęcia, dlaczego  to  zrobił. Myślę, że  nie  mógł  już  wytrzymać, jak  rekin, który dostaje  szału, kiedy poczuje  krew. 

Było mu nawet wszystko jedno, czy Clinton się dowie. 

- Chryste Panie, Michael, mam nadzieję, że oddałeś skurwysynowi. 

Uśmiechnął się triumfalnie i przytaknął. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

8 / 41

background image

-  Z  całej  siły,  prosto  w  szczękę.  Prawie  go  znokautowałem.  Myślę,  że  gdyby  cios  był  odrobinkę  mocniejszy, 

rzeczywiście  posłałbym go na  deski. A tak zachwiał się tylko i opuścił ręce. Wieszak upadł i tak jakoś dziwnie  brzęknął o 

posadzkę.  Świetnie  pamiętam  ten  dźwięk.  Wierzyć  mi  się  nie  chciało  w  to,  co  zrobiłem.  A  potem  jakaś  dziewczyna 

zapiszczała: "Nie daj się, Anthony!" No i Anthony ruszył na mnie jak rakieta. 

-  Broniłeś się? -  Zobaczyłem całą  tę scenę  i zrobiło mi się żal grubaska, który nie  miał żadnych szans; zdobył się 

właśnie  na  największy akt odwagi w  swoim  niedługim życiu  i teraz  miał  zostać  zmiażdżony.  Chciałem, żeby  oddał  jak 

najmocniej  i  żeby  pokazał  wszystkim  Fanellim  tego  świata,  że  wcale  nie  muszą  wygrywać  tylko  dlatego,  że  zawsze 

wygrywali, albo dlatego, że ich ofiary się ich boją. 

- Tak, broniłem się. Kiedy znalazł się koło mnie, znów się zamachnąłem i tym razem trafiłem go w podbródek. 

- Fantastycznie! - Nie mogłem usiedzieć na krześle. Chciałem zobaczyć, jak Fanelli przewraca się i przegrywa. I jak 

ze zdziwieniem stwierdza, że ten świat wcale do niego nie należy i już nigdy nie będzie należał. 

Michael westchnął. 

-  Niestety, tym razem nie  uderzyłem  go dość  mocno, bo  się  bałem. Przyłożył mi w  twarz  z  obu rąk i  upadłem  na 

podłogę. Fanelli poślizgnął  się  i sam prawie  się  przewrócił, kiedy próbował znów mnie  uderzyć. A potem stało  się  coś 

niesamowitego. Złapałem go i ścisnąłem mu szyję ramieniem. Zawsze miałem bardzo silne  ręce, no i teraz trzymałem pod 

pachą  zupełnie  bezbronnego  Fanellego. No  ale  co  dalej? Co  miałem  robić?  Gdybym go puścił,  podniósłby  się  i dał mi 

wycisk. Gdybym go mocniej złapał, to może by się poddał albo by zemdlał. No wiesz, tak jak to się zdarza u zawodowych 

zapaśników. No więc trzymałem go dalej. Idiotyczna sytuacja - drzwi od sali o pięć stóp od nas i nauczycielka mogła wyjść 

w  każdej  chwili,  ale  tą  walką  kierowało  jakieś przeznaczenie, które  nie  pozwalało  nam jej zakończyć, bez  względu  na 

okoliczności. 

- I co było dalej? 

- Przyłożył mi w jaja. Nawet sobie nie wyobrażasz jak mocno. W bójce różne rzeczy były dozwolone, ale takie ciosy 

akurat nie. Nie  wolno było tak  uderzać. Myślę, że Fanelli gonił już  resztką  sił i nic innego nie przyszło mu do  głowy. W 

życiu nic  mnie  tak  nie  bolało. Pewnie  nawet zemdlałem  na  parę  sekund,  bo następna  scena,  którą  pamiętam,  to Fanelli 

siedzący  na  mnie  i przygniatający  mi kolanami  ręce. A  potem  jego  pięść  spadła  na  mnie  jakby  w  zwolnionym tempie. 

Chyba nawet nie poczułem, jak uderzył mnie w usta. Pamiętam tylko, że krew trysnęła na jego białą koszulę. "Ty gnoju! Ty 

tłusty gnoju!" powtarzał raz za razem, kiedy mnie bił. Łup! Łup! Łup! W końcu ktoś go odciągnął i jakąś minutę albo dwie 

potem  wchodziliśmy  do  sali  na  klasówkę.  Wyobrażasz  to  sobie?  Trzymałem  przy  ustach  chusteczkę, żeby  krew  mnie 

całego  nie  zalała,  ale  nie  bardzo  mi  się  to  udawało.  Usiadłem  na  swoim  krześle  i  spojrzałem  na  kartkę  z  pytaniami. 

Pamiętasz jeszcze, jak nauczyciel mówi: 

"Kartkę  wolno  odwrócić  dopiero  na  dany  znak"?  Stare,  dobre  czasy.  Siedziałem  tak  i  patrzyłem,  jak  pierwsze 

czerwone  krople  spadają  na  papier. Kap.  Kap.  Kap. Zobaczyłem,  że  chusteczka  jest  prawie  całkiem  zakrwawiona.  Nie 

przyszło  mi  do  głowy  nic  innego, jak  tylko  odwrócić  ją  na  suchą  jeszcze  stronę  i  przytknąć  znów  do  warg. Wreszcie 

powiedziano  nam, że  możemy zaczynać. Przez  następne  parę  minut próbowałem  pozbierać  jakoś  myśli  i skoncentrować 

się. Wtedy przyszedł ból. I znów musiałem odwracać chusteczkę, żeby znaleźć na niej jakieś suche miejsce. Kap, kap, kap. 

Byłem tak zajęty sobą, że nawet nie zauważyłem, że ktoś usiadł na sąsiednim krześle. W ogóle nie zwróciłem na to uwagi. 

"Co się z tobą dzieje?" To był Clinton, który zdecydował, że na klasówkę można się spóźnić jakieś piętnaście minut. "Nic". 

Machnąłem  niedbale  ręką. Miałem  w niej jednak  chusteczkę, która  była  tak  nasiąknięta, że  kiedy  robiłem ten gest, kilka 

czerwonych kropel spadło na blat Clintona. Przyglądał im się przez  długą  chwilę. I wiesz co? Wtedy ogarnął mnie  strach. 

Wiedziałem,  że  Clinton  nigdy  w  życiu  nic  by  mi  nie  zrobił,  a  jednak  się  bałem.  Alan  Piko,  który  siedział  za  nami, 

powiedział: "Anthony pobił się  z  Billą i przyłożył mu w jaja". Clinton zapytał Pika, o co poszło, i usłyszał o wieszaku, o 

ściskaniu  za  szyję  i uderzeniu w  usta. Wszystko to  konspiracyjnym  szeptem. "W jaja? Przyłożył ci w  j a  j a?"  Ostatnie 

słowo Clinton wrzasnął tak donośnie, że wszyscy podnieśli głowy. A ja  opuściłem wzrok. Nie  chciałem się  w to wszystko 

mieszać. Nie powiedziałem ani słowa. "Fanelli, ty gnoju zasrany, uderzyłeś go w jaja?" Potem zauważyłem, że Clinton nie 

siedzi już na  swoim miejscu. Sekundę później uniósł krzesło nad głowę  i cisnął je  w kierunku Anthony'ego. Oberwał Tom 

Kates. Kates  wrzasnął, lecz  nikt nie  zwrócił  na  niego  uwagi,  bo  Clinton  biegł już  w  stronę  Fanellego.  Wyobraź  sobie 

pomieszczenie  w kształcie  podkowy. Siedzieliśmy w połowie jednego z jej ramion, a Anthony w drugim. Na  szczęście  dla 

Fanellego, Clinton musiał pokonać zakręt. Anthony zrobił zwód w lewo, potem w prawo i rzucił się do drzwi. Pani Sellars 

coś krzyczała, Clinton też... Kompletny chaos. Anthony dopadł drzwi kilka kroków  przed Clintonem. Obaj wyskoczyli ze 

stołówki jak dwa ferrari. Usłyszeliśmy jeszcze, jak Anthony woła: "Zostaw mnie, Clinton, ty skurwysynu. Odwal się". Darł 

się na całe gardło, lecz w jego głosie zabrzmiał przerażony falset, jakiego do tamtej chwili u niego nie słyszałem. Było mi 

prawie żal Anthony'ego. Kilku chłopaków wstało i ruszyło w stronę  drzwi, ale  nauczycielka kazała  im siadać i dalej pisać 

test. 

Michael wciągnął głęboko powietrze i pokręcił głową, jakby chwycił go skurcz szyi. 

- Złapał go? 

Kiedy zadałem to pytanie, Michael powtarzał właśnie ten dziwny ruch głową. Przerwał go jednak i spojrzał na mnie. 

- Owszem. Złapał i zabił. 

- Co?! Jak to "zabił"? 

- Strzelił mu w plecy. Kiedy wybiegli z budynku, Clinton wyciągnął rewolwer  i strzelił Anthony'emu cztery razy w 

plecy i w głowę. A potem uciekł i nikt go już nie widział. Oprócz mnie. No i ciebie. 

-  Znałam  kiedyś  kobietę,  która,  chociaż  była  zakochana,  nigdy  nie  zdejmowała  rękawiczek,  gdy  trzymała 

ukochanego za rękę. Znałam mężczyznę, który mówił, że uwielbia dzikie i niebezpieczne miejsca, lecz jeździł tam zawsze 

za  pośrednictwem  drogich  biur  podróży,  które  gwarantowały  mu  solidnego  dżipa  i  pokój  hotelowy  położony  na  tyle 

wysoko, że nie mógł poczuć na karku gorącego oddechu lwa. 

- Co pani mówiła? 

Pani Blackwell spojrzała na mnie z oburzeniem. Zadarła swój arystokratyczny nos i rzekła: 

- Gdyby dał mi pan skończyć, panie York, to zrozumiałby pan, co chcę powiedzieć. Duchom trzeba ufać, bo one nie 

mają  powodu  kłamać.  W  przypadku  żywych  istnieją  pewne  ukryte  motywy.  Zmarłych  nie  interesuje  awans  ani 

dziewięcioprocentowy zysk z inwestycji... 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

9 / 41

background image

-  Ingram.  -  Drzwi  uchyliły  się  i  zajrzał  mój  producent.  Robiłem  właśnie  wywiad  z  osobami,  które  mogłyby 

ewentualnie wystąpić w mojej audycji, i byłem szczęśliwy, że uwolnię się na chwilę od wywodów pani Blackwell. 

- Co jest, Arthur? 

- Jakiś szczeniak mówi, że musi się z tobą zobaczyć. - Wzruszył ramionami. 

- A jak wygląda? 

- Szesnaście lat, ciemne włosy, wysoki... Nic szczególnego. 

- W futbolowej koszulce? 

- Właśnie. 

Wstałem i podszedłem do drzwi. 

- Gdzie jest? 

- Czeka koło recepcji. 

- Zostawię panią na chwilę, pani Blackwell. 

Czego oczekiwałem? Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Kiedy szedłem korytarzem w kierunku recepcji 

byłem  jednocześnie  zaciekawiony  i  podenerwowany.  Wszystko  to,  co  Michael  opowiadał  mi  o  Clintonie  Deiksie, 

ucieleśniło się teraz w osobie chłopaka, który czekał przy wejściu. 

Siedział  z  rękami  na  kolanach  jak  pacjent  w  poczekalni.  Na  jego  twarzy  malowało  się  znudzenie. Ten  chłopak 

miałby mi wysmarować ściany gównem? Bardziej przypominał sprzedawcę  u McDonalda  albo  chłopca, który w  śnieżną 

zimę  puka  do  drzwi,  żeby  zapytać,  czy  nie  trzeba  uprzątnąć  chodnika.  Kiedy  mnie  zobaczył,  zerwał  się  z  miejsca  i 

wyciągnął rękę. Nagle na jego twarzy pojawił się wyraz szczerości i ciepła. 

- Pan York? 

Uścisnęliśmy dłonie. Przytrzymał moją o chwilę za długo. 

- Tak. A ty jesteś Clinton Deix? 

- Tak, proszę pana. 

- Co mogę dla ciebie zrobić?- Skrzyżowałem ręce na piersi. 

- Chciałbym, żebyśmy stąd wyszli na kilka godzin. 

- To niemożliwe. Właśnie pracuję. 

- Wiem, ale to bardzo ważne. 

- Dlaczego? 

- Bo wiem, że Michael Billa opowiadał panu kłamstwa na  mój temat, a  to może być niebezpieczne. Nie  opuściłem 

rąk. 

- On prawdopodobnie powiedziałby to samo o tobie. Wykrzywił usta w grymasie i rozejrzał się po recepcji. 

- Może przynajmniej moglibyśmy stąd wyjść? Proszę. 

Parking za budynkiem radia był rozgrzany słońcem. Stało tam tylko kilka samochodów i mój motocykl. Podszedłem 

do niego i usiadłem na siodełku. 

- To ty porżnąłeś mi opony? 

-  Nie. -  Potrząsnął głową. -  Nie. A  Michael  powiedział  panu,  że  to  ja? Naprawdę  nie. Dlatego  właśnie  musimy 

porozmawiać. 

- No to dalej. 

Nie miał na czym usiąść, przykucnął więc i objął rękoma kolana. 

- Niech pan słucha. Mam na imię Clinton i mam piętnaście lat. Pewnie panu to powiedział, ale cała historia wygląda 

inaczej, niż ją przedstawił. Bzdury panu opowiadał. Przysięgam. Przedtem też tak robił. Przysięgam! 

- Jakie bzdury? 

Kiedy  zredukowałem  bieg  i  położyłem  motocykl w zakręt, Clinton  objął  mnie  mocno  w  pasie. Jechaliśmy przez 

Beverly  Hilis,  szukając  domu  na  Walden  Drive.  To,  co  chłopak  powiedział  mi  na  parkingu,  było  wystarczająco 

przekonujące i straszne, żebym przerwał natychmiast swoje zajęcia, wsadził Deixa, żywą  pętlę czasu, na siodełko hondy i 

zaczął szukać kawałka mojej własnej przeszłości. 

Powiedział mi, że ta  kobieta mieszka  na Walden Drive, wyszła bogato za mąż i ma troje dzieci. Nazywała  się Blair 

Dowling  i  była  jedyną  dziewczyną,  jaką  kiedykolwiek  kochałem.  To  było  w  szkole  średniej,  w  ostatniej  klasie,  kiedy 

właśnie  zacząłem  odkrywać,  że  jestem  homoseksualistą.  Nasze  kontakty  rozluźniły  się  jeszcze  przed  końcowymi 

egzaminami, ale  byłem pewien, że  Blair, mądra  i rozsądna dziewczyna, da sobie  radę i będzie  prowadzić  ciekawe życie. 

Kilka lat później zupełnie  straciłem ją  z oczu. Ostatnią rzeczą, jaką  o niej słyszałem, było to, że jest prawniczką gdzieś w 

Nowym Jorku. 

Co Blair Dowling mogła mieć wspólnego z Clintonem Deixem i Michaelem Billą? 

- Nie mogę ci nic powiedzieć. Musisz sam się przekonać. Potem wyjaśnię ci dokładniej. Mieszka w Beverly Hilis. I 

wie, że przyjedziemy. 

Dom  był kamienny,  do połowy zasłonięty  winoroślą,  kwiatami  i kiczowatymi  rzeźbami, które  strzegły  podjazdu. 

Kiedy  widzę  taki budynek, zawsze  wydaje  mi się, że  jego  właściciel  wyrwał  stronę  z  magazynu  "House  and  Garden", 

poszedł do architekta i powiedział: "Tak ma to wyglądać. Koszty nie grają roli. Chcę mieć dom jak z obrazka". 

Bardzo chciałem zobaczyć  Blair po dwudziestu latach. Chciałem się  dowiedzieć, co łączy ją  z Clintonem Deixem. 

Kiedy  go spytałem, skąd  wie  o moim związku z  Blair, powiedział, że kiedy tylko zaprzyjaźniłem się  z  Michaelem Billą, 

zaczął  szukać  osób,  które  są  dla  mnie  ważne.  Powiedział,  że  przedtem  próbował  też  innych  sposobów,  ale  ten  jest 

najlepszy. 

- A co takiego Billa zrobił "przedtem", że się tak niepokoisz? 

Spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek. 

- Chce, żebyś mnie zabił. Ciągle próbuje znaleźć kogoś, kto by to zrobił, ponieważ sam nie może. Jest za słaby. 

- Dlaczego. 

- Bo on potrafi mnie tylko zamrozić. Na więcej go nie stać. 

Zadzwoniłem  do  drzwi.  Nikt  nie  otworzył.  Już  chciałem  odejść,  lecz  Clinton  jeszcze  raz  przycisnął  guzik  i 

powiedział, że ona na pewno jest w domu. W chwilę później wielkie drzwi uchyliły się i stanęła w nich Blair Dowling. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

10 / 41

background image

Przytyła  jakieś dziesięć  funtów, lecz  była  dzięki  temu  jeszcze  ładniejsza. Włosy miała  krótko obcięte  jak  stojąca 

obiema nogami na ziemi, wysportowana kobieta, która często grywa w tenisa i wozi na tylnym siedzeniu samochodu dzieci 

i wielkiego psa. W pierwszej chwili wyglądała na zdumioną, lecz chyba ucieszyła się, że mnie widzi. Jednak nie do końca, 

jak można było wyczytać z wyrazu, który zaraz pojawił się na jej twarzy. 

Wszyscy  chcielibyśmy  się  dowiedzieć,  jak  potoczyło  się  życie  osób,  które  kiedyś  były  bliskie  naszym  sercom. 

Niebezpieczeństwo polega  na  tym, że  rzadko  zdarza  się, by poszli taką drogą, na  jakiej spodziewaliśmy się ich zobaczyć 

czy  jaką  oni  sami  pragnęli  pójść.  Nie  można  nawet  Powiedzieć,  że  im  się  nie  powiodło,  lecz  wystarczy  kilka  chwil 

rozmowy  o  przeszłości  i  wymiany  spojrzeń, by pojąć,  że  nie  osiągnęli  tego,  co  chcieli  -  ani w  swoich, ani  w  naszych 

oczach. Nie ma znaczenia, czy zasypywano ich nagrodami, czy przetrwonili majątek. Rzecz w tym, że to, czego oczekiwali 

od  świata,  czy  co  sami  sobie  obiecywali,  po  prostu  nie  nadeszło  lub,  gorzej  jeszcze,  że  nie  potrafili  tego  osiągnąć. 

Wystarczy  spotkać  kogoś, kogo nie  widziało  się  pół życia, a  te  oznaki skarlałych  oczekiwań  lub klęski  zobaczyć  można 

wypisane na jego twarzy jak smugi, które samoloty zostawiają na bezchmurnym niebie. Życie Blair ułożyło się dobrze, lecz 

nie wystarczały jej pieniądze, dzieci ani miłość sympatycznego i wpływowego mężczyzny. A szczególnie  nie wystarczały 

one  owej  duszy  dziecka, która  -  jak  zdałem  sobie  sprawę  owego  dnia  -  tak  często  jest  zawiedziona  i  niesprawiedliwie 

zagniewana, że nie udało się  nam spełnić marzeń, które zrodziły się w niej przed wielu laty. O tak, dusza  piętnastolatka to 

surowy  sędzia. Pomyśleć  tylko o  wszystkich  tych  czynach, których mogliśmy  według  niej dokonać, kiedy to ona  była  u 

władzy. O  wszystkich  przeszkodach,  które  z  pewnością  mogliśmy pokonać.  Słowa  "bezpieczeństwo"  czy "banał"  miały 

pozostać nie znane nam. Byliśmy przecież tak silni i tak wyjątkowi. Młoda  dusza chciała  ssać życie mocno i do końca  jak 

odkurzacz. 

I  choć  nauczyliśmy się  z  upływem  lat  uśmiechać  (lub  marszczyć  brwi), patrząc  na  tę  cząstkę  naszej  jaźni, która 

ciągle  zachwyca się rozszerzonymi u dołu nogawkami dżinsów i sądzi, że świat to wielkie lody na  patyku, to jednak część 

owej młodej duszy jest nadal żywa i rozgląda się wokół jak dziecko, które musi się wstydzić swoich rodziców. Problem w 

tym, że jesteśmy jednocześnie dzieckiem i jego rodzicami. Niczego nie można zostawić za sobą. Każda z tych postaci trwa 

w nas i osądza inne. 

Z Blair spędziliśmy godzinę. Po trzydziestu minutach miałem ochotę wyjść. Zrobiła się z  niej bardzo ciepła, bardzo 

rozsądna i bardzo nudna kobieta. Gdybyśmy spotkali się  jako dwoje  nieznajomych na jakimś przyjęciu, mielibyśmy sobie 

niewiele do powiedzenia. A tak, kiedy zeszliśmy już raz w dolinę wspólnych wspomnień, nie mogliśmy wspiąć się znów po 

zboczu i zacząć od początku. Ta wyszła za mąż, ten rozkręcił interes... No to co? Wszyscy ci ludzie byli ważni kiedyś, lecz 

teraz nie mieli już żadnego znaczenia. 

Sądzę, że  Blair wzięła  Clintona  za  jakiegoś mojego krewniaka, bo  choć  była  uprzejma, nie  odzywała  się do  niego 

prawie w ogóle  przez  cały  czas naszej wizyty. Później zdałem sobie sprawę, że  sprawił to raczej sam  Clinton, który gdy 

tylko miał  ochotę,  potrafił  stać  się  prawie  niezauważalny. Często  bywałem zbity  z  tropu, kiedy  wchodziliśmy  razem do 

sklepu, a sprzedawca zwracał się tylko do mnie. 

Mimo  pewnego  rozczarowania  nie  żałowałem  wizyty  u  Blair.  Jednak  gdy  wychodziliśmy,  rzuciłem  Clintonowi 

spojrzenie, pytając bez słów, dlaczego spotkanie z tą kobietą miało być tak ważne. 

Kiedy  stojąc  już  przy  drzwiach, musnęliśmy  się  na  pożegnanie  policzkami, Blair  położyła  mi  rękę  na  ramieniu  i 

powiedziała: 

-  Ingram, bardzo  mi przykro  z  powodu  śmierci twojego  przyjaciela, ale  muszę  ci powiedzieć, że  mimo  wszystko 

wyglądasz wspaniale. Trudno mi to wytłumaczyć, ale  od chwili, gdy tu wszedłeś, nie  mogę  się nadziwić, jak wiele  jest w 

tobie energii. Ja nie mam w sobie tyle siły. Jestem zadowolona i ze swojej rodziny, i ze swojego życia, ale ty... wyglądasz, 

jakbyś  kochał cały świat. Rozumiesz, co  chcę  przez  to powiedzieć? To  tak, jakbyś właśnie  przeżywał cudowną  miłość  i 

promieniował entuzjazmem. I nadzieją. Zazdroszczę ci. Wielki z ciebie szczęściarz. Tak niewielu moich znajomych jest do 

ciebie  podobnych. Większość  po prostu wegetuje  i  czeka, co  przyniesie  następny  dzień. A ty wyglądasz  tak, jakbyś  nie 

mógł nacieszyć się życiem. 

Podjechałem do  najbliższej restauracji  i posadziłem  Clintona  Deixa  naprzeciw  siebie  przy  stoliku. Nim  zdążyłem 

otworzyć  usta,  by  poddać  go drobiazgowemu  przesłuchaniu, zapalił  papierosa, uśmiechnął  się  szeroko,  jakby  wszystko 

nareszcie się wyjaśniło. 

- O co tu właściwie chodziło? 

Pochylił się w moją stronę. 

-  Słyszałeś chyba, co powiedziała  na temat twojego  wyglądu? Tak, jak mówiłem. Billa odnalazł cię  w najlepszym 

dla ciebie okresie. Teraz  masz  swoje pięć  minut. Mnie się to przytrafiło, kiedy  byłem w szkole. Ten skurwiel dobrze wie, 

kiedy to na człowieka przychodzi. 

- Jeszcze raz, Clinton. Nie mógłbyś tego wszystkiego ująć prościej? 

Wyraźnie  czułem, że  ogarnęło go zniecierpliwienie. Jak  mogłem nie  zrozumieć, skoro to  takie proste? Moje  ciało 

było naładowane elektrycznością, od której ciarki przechodziły mi po skórze. To, co Clinton miał teraz powiedzieć, mogło 

zmienić  całe  moje życie. Włożył rękę  do kieszeni i wyciągnął morską muszelkę wielkości monety. Przypomniałem sobie, 

jak Michael opowiadał, że Fanelli zawsze nosił po kieszeniach różne intrygujące przedmioty. 

- Poznajesz to? - Podał mi muszelkę. 

Wziąłem ją od niego, obróciłem w palcach i oddałem. 

- Nie. 

- Jeszcze nie. Pewnego dnia, już niedługo, włożysz rękę do kieszeni i znajdziesz tam taką muszelkę. Może już  jutro, 

a  w  każdym  razie  niedługo.  Pomyślisz  sobie:  "A  skąd  to  się  tu  wzięło?"  To  tylko  mała  muszelka,  więc  włożysz  ją  z 

powrotem  do  kieszeni  i  zapomnisz  o  całej  sprawie.  Tak  to  się  zaczyna.  W dniu,  w  którym  znajdziesz  ją  w  kieszeni, 

wszystko się zacznie. 

- Co się zacznie? Co ta muszelka ma wspólnego z Michaelem i wizytą u Blair? 

Zamówił mrożoną  herbatę i nim odpowiedział, pociągnął długi łyk, jakby był bardzo  spragniony. Policzki wessały 

mu się, kiedy pił przez słomkę. Nie odrywał ode mnie wzroku. 

- Michael nazywa to "najważniejszym okresem w życiu". Kiedy byliśmy mali, nie używał żadnych określeń, no ale 

teraz jest "dorosły", więc znalazł sobie odpowiednią nazwę. Każdy ma taki okres, kiedy jest najbardziej sobą. Na przykład 

Hitler mógł go przeżywać, kiedy miał piętnaście lat. Nie wtedy, kiedy dorósł i został przywódcą Niemiec. Może to właśnie 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

11 / 41

background image

wtedy spojrzał na jakiegoś Żyda i pomyślał, że go nienawidzi. Że nienawidzi ich wszystkich. Z tego, co zrozumiałem, ów 

"najważniejszy okres w życiu" przychodzi wtedy, gdy jesteś bardziej sobą niż przedtem czy później. Tak jak chłopak, który 

zbiera w szkole najlepsze oceny, jest kapitanem drużyny i ma najładniejszą dziewczynę. Wszystko, co zdarzy się potem, to 

już  tylko równia  pochyła. Kończy  szkołę  jako  nadzieja  ludzkości, a  potem  okazuje  się,  że  przez  resztę  życia  sprzedaje 

reflektory  samochodowe  albo piłki do  koszykówki. Przez  rok  albo miesiąc, zresztą  wszystko jedno, taki facet... Michael 

mówił, że  to tak, jakby patrzeć przez  lornetkę, kiedy próbujesz wyostrzyć obraz. Raz w życiu zdarza ci się widzieć ostro i 

wyraźnie. Różnym ludziom przytrafia się to w różnym czasie, ale ta chwila zawsze przychodzi. Prędzej czy później każdy 

znajdzie w kieszeni taką  muszelkę. Nawet gdyby mieszkał na Saharze. I nikt nie potrafi przewidzieć, jak długo ten okres 

potrwa. Michael twierdzi, że u jednych ciągnie się latami, a u innych trwa krótko, zaledwie kilka dni. 

Najbardziej niepokoiło mnie  to, że wywód Clintona  pasuje mi doskonale  do tego, co sam pomyślałem pół godziny 

temu, kiedy byliśmy u  Blair. Sama  idea  "najważniejszego okresu w  życiu" nie  była niczym nowym. Wszyscy  wiemy, że 

jest taki czas, kiedy jaśniejemy blaskiem intensywniejszym niż zwykle. 

Lecz on nie  to chciał mi powiedzieć. W każdym przykładzie, jaki dawał, podkreślał wyraźnie, że kiedy przychodzi 

na nas ten czas, nie jesteśmy jednak do końca... prawdziwi. Najczęściej ów "najważniejszy okres" pojawia się i mija, a my 

nawet  nie  zdajemy  sobie  z  tego  sprawy. Dlatego  tak  wielu  Jest  ludzi  zagubionych  i  nieszczęśliwych.  Nie  mają  nawet 

pojęcia, kiedy w ich życiu tak naprawdę przychodzą chwile triumfu czy klęski. Nie żyją świadomie. 

A jednak, jak dzieci, dostajemy małe muszelki, które mówią nam: "To teraz". Korzystaj z  życia, jeśli potrafisz. Zrób 

właściwy ruch, a  życie  od  tej chwili gruntownie się  zmieni. To, co Clinton mi powiedział, mogłem przyrównać  tylko do 

owej chwili zaraz  po  orgazmie, kiedy  stoimy jakby na  zewnątrz  swoich  ciał, zdając sobie  dokładnie  sprawę  z  tego, kim 

jesteśmy i dlaczego znaleźliśmy się w tym właśnie miejscu. 

- I Michael potrafi rozpoznać takich ludzi? 

-  Nie tylko to. Potrafi ich też  "zamrozić". Niezgorsza  przysługa, co? Zatrzyma  cię  w  takim "najlepszym okresie  w 

życiu" i tkwisz w nim tak przez jakiś tysiąc lat. 

- "Zamrozić"? W jaki sposób? 

- A co myślisz, że zamraża  cię jak w jakiejś lodówce? Nie! Robi z  tobą  coś takiego, że po prostu się  zatrzymujesz. 

Żyjesz  niby  normalnie, ale  z  twoim ciałem nic  się  nie  dzieje. Nie  rośniesz. Nie  starzejesz  się. Ja  mam piętnaście  lat, to 

znaczy wyglądam na piętnaście lat od chwili, kiedy załatwiłem Fanellego. Mogę  jeszcze  jedną  herbatę? Zastrzeliłem tego 

gnoja,  a  potem  uciekłem.  Przez  całe  życie  uciekałem  przed  moim  starym,  więc  to  nie  było  dla  mnie  nic  nowego. 

Pojechałem do Nowego Jorku. Tam można  zarobić, jeśli człowiek pozwala ze sobą wyprawiać różne  rzeczy. Kiedy robiło 

się zimno, jechałem autostopem na  Florydę. I  tak w  kółko: Floryda  i Nowy Jork. A potem okazało się, że nie  rosnę. Nie 

zmienił mi się numer buta, nie wyrastałem z ubrań i w końcu nawet najwięksi durnie zaczęli pojmować, że coś jest ze mną 

nie w  porządku. Zawsze  byłem większy od rówieśników, aż nagle przestałem rosnąć. Nawet twarz  została  taka sama. Nie 

musiałem się golić. 

Kelner przyniósł Clintonowi drugą  herbatę, a mnie  kanapkę z  serem. Byłem głodny, lecz jedzenie leżało  nietknięte 

na talerzu. Clinton opróżnił szklankę wielkimi łykami i otarł usta wierzchem dłoni. 

-  Będę  się  streszczał. Na  dworcu autobusowym  w  Nowym  Jorku  spotkałem  faceta  imieniem Larry. Wyglądał  na 

starszego ode mnie. Zaczęliśmy rozmawiać. To było jakieś dwa  lata po tej historii z Fanellim. Miałem wtedy siedemnaście 

lat. 

- A nie bałeś się, że policja będzie cię szukać? Przecież zabiłeś człowieka. - Wziąłem kanapkę do ręki, popatrzyłem 

na nią i odłożyłem na talerz. 

- Właśnie  do tego zmierzam. Z początku bałem się, ale  nic  się nie działo, nie pojawiali się żadni policjanci, nikt mi 

nie  zawracał  głowy  i  powoli,  choć  może  trudno  w  to  uwierzyć,  zapomniałem  o  całej  sprawie. A  wiesz,  dlaczego  nie 

przyszli po mnie. To była robota Michaela. Cały czas wiedział, gdzie  jestem i co robię. Kiedy człowieka zamrozi, zaczyna 

go też ochraniać. Tak to właśnie nazywam: "zamrożenie". Może cię kiedyś jeszcze potrzebować, więc nie chce, żeby coś ci 

się przytrafiło. Będziesz jadł tę kanapkę? 

Przesunąłem talerz w jego stronę. 

- Dlaczego miałbym ci wierzyć? 

-  Jeszcze  właściwie  niczego  ci  nie  powiedziałem. Wierzyć? Nie  musisz  w  nic  wierzyć, jeśli nie  chcesz. Opowiadam to 

tylko dla twojego dobra. 

- Tak ci na mnie zależy? 

Na jego twarzy pojawił się wredny uśmieszek. 

- Nie. Zależy mi na  własnym bezpieczeństwie. Pozwól mi skończyć. Spotkałem Larry'ego i zaczęliśmy rozmawiać. Nagle 

wyciągnął z kieszeni muszelkę i spytał, czy też mam taką. Było to dosyć dziwaczne pytanie, ale natychmiast powiedziałem, 

że tak, już dosyć długo. I wtedy zapytał mnie, czy znam Michaela Billę! Wyobrażasz sobie, jak się wtedy poczułem? 

- To był jeden z jego obiektów? 

- Właśnie. To był jeden z tych ludzi i podszedł, żeby mi o tym powiedzieć. Powiedział, że  rozpoznał mnie od razu. Wcale 

nie kłamał; kiedy Michael kogoś zamrozi, a ty dowiesz się, na czym to wszystko polega, zaczynasz rozpoznawać innych. 

Tym razem ja uśmiechnąłem się ironicznie. 

- Dlaczego więc ja nie rozpoznałem ciebie? 

Nagle  jego twarz  ściągnął gniew. Wyraz wściekłości pojawił się  tak niespodziewanie, że  przeraziłem się tą  nagłą  zmianą. 

Oparł się oburącz o blat stolika, jakby zamierzał wstać. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

12 / 41

background image

- Słuchaj, durniu. Nie musisz mi wierzyć. Ale zapamiętaj sobie jedno: kiedy Billa cię zamrozi, jesteś skończony. Wiesz, co 

się z tobą  stanie? To samo, co ze mną i z  Larrym. Wiesz, co z  nim zrobiłem? Zabiłem go. Zabiłem, bo musiałem. A wiesz 

dlaczego? Michael  mi  kazał.  Nie  było  go  tam  nawet, ale  potrafił  mnie  do  tego  zmusić. To  dlatego  z  tobą  rozmawiam. 

Gówno  mnie  obchodzi,  co  się  z  tobą  stanie. Ale  ja  nie  chcę  umierać. Wiem,  że  kiedy  cię  zamrozi,  to  koniec  ze  mną. 

Michael nie potrzebuje naraz więcej niż jednego obiektu. Kiedy skończy z tobą, tak jak skończył z Larrym, naśle na ciebie 

następnego i po krzyku. 

- A ty do czego byłeś mu potrzebny? 

Clinton pokręcił z niedowierzaniem głową, jakby rozmawiał z największym durniem pod słońcem. 

- Ponieważ jako dziecko był beznadziejną fujarą. Potrzebny był mu starszy brat, anioł stróż, goryl i diabli wiedzą  co 

jeszcze. A ja przypadkowo poznałem go w bardzo niewłaściwym momencie. 

- Kim był wobec tego Larry? 

- Chronił Michaela, kiedy mieszkali w innym mieście. Wiesz kim był? Jego nauczycielem w trzeciej klasie. 

- Dlaczego go zabiłeś? 

Nim odpowiedział, pomyślałem, że przypomina mi zduszony przed sekundą w popielniczce niedopałek, który ciągle 

jeszcze się tli, lecz zgaśnie za minutę lub dwie. 

- Nie miałem wyjścia. Michael mnie zmusił. 

Kiedy tylko otworzyłem frontowe drzwi, od razu zrozumiałem, że  coś jest nie  w porządku. Zapachy  mieszkania  są 

niezmienne  i można  je  natychmiast  rozpoznać. Zmieniają  się  nieco  w  zależności od  tego, co się  ostatnio  gotowało, czy 

kiedy było ostatnie sprzątanie, lecz ani cebula, ani nowa pasta  do podłóg nie są w stanie przytłumić  aromatu codzienności, 

koloru, na jaki zabarwiliśmy powietrze w naszym domu. 

Najpierw  miałem  ochotę  się  cofnąć;  kiedy  ostatnim  razem  zmienił  się  zapach  mieszkania,  miało  to  związek  z 

gównem,  którym  wysmarowane  były  ściany.  Lecz  gdy  ten  pierwszy  odruch  minął,  zacząłem  myśleć  logicznie  i 

rozpoznałem aromat rozgrzanej oliwy, oregano i czosnku. Zapach włoskiej restauracji: bogaty, ciepły, jakby zmysłowy. 

Odkąd znów mieszkałem samotnie, trzymałem w  wazonie koło  drzwi nóż  myśliwski. Na  niewiele  by mi się  zdał, 

gdybym musiał bronić  się  przed jakimś bandziorem, ale  miło  było  pomyśleć, że  tam jest. Wyjąłem go z  wazonu, starając 

się nie narobić hałasu, i poszedłem w kierunku kuchni. 

W kuchni paliło się światło; stół był nakryty dla  jednej osoby: czarna podkładka, biała serwetka, kieliszek do wina, 

butelka  chianti. Obok  ceramiczna  miska, w  której  zobaczyłem  jedną  z  moich  ulubionych  potraw  -  sałatkę  z  muszelek. 

Makaron w kształcie muszelek, taki sam, jaki gotowała moja matka, kiedy byliśmy mali. 

To  nie  wszystko.  Sunąc  powoli  i  ostrożnie  przez  mieszkanie,  zapalając  światła  i  zaglądając  w  kąty,  wszędzie 

odkrywałem muszelki. Trzy średniej wielkości na toaletce  w  sypialni. Olbrzymia muszla, z rodzaju  tych, jakie  przykłada 

się do ucha, żeby usłyszeć szum morza, leżała na środku łóżka. O ścianę oparty był szyld Shell Oil. 

Mieszkanie wyglądało jak muzeum muszli prowadzone  przez oszalałego kustosza. Muszle prawdziwe i plastikowe i 

gadżety, w których dopiero po chwili można było odszukać motyw muszli. 

Długo  w  noc  szukałem  muszli  ukrytych  niby  wielkanocne  jajka  w  dziwnych  i  najbardziej  niespodziewanych 

miejscach:  między  zapasowymi  rolkami  papieru  toaletowego,  pod  poduszką  i  na  1084  stronie  słownika,  gdzie  można 

znaleźć słowo "muszla" i jego definicje. 

Na  poły  nieświadomie  doszedłem  w  tych  poszukiwaniach  do  takiej  perfekcji,  że  niczym  dobry  gracz  w  szachy 

zastanawiałem się  przez krótką  chwilę, jaki mógł być kolejny ruch mojego przeciwnika. Jak mogę go przechytrzyć? I jeśli 

udało mi się  wymyślić  jakiś nieprawdopodobny schowek, w którym akurat nic nie było, czułem satysfakcję. Jakże  szybko 

można dać się usidlić obsesji innego człowieka. 

Ktokolwiek to był, musiał spędzić w moim mieszkaniu całe popołudnie. 

Dwa  dni później, kiedy jechałem do pracy, utknąłem w zupełnie beznadziejnym korku. Jedną z zalet motocykla jest 

to, że w takiej sytuacji można  lawirować między samochodami albo jechać ostrożnie po ich prawej stronie i wydostać  się 

na wolność. Jednak tym razem udało mi się wyminąć ledwie kilka samochodów, a potem musiałem stanąć i czekać jak inni. 

Rozejrzałem się  wokół, czy gdzieś nie widać  policji, i zrobiłem rzecz surowo zabronioną: wjechałem na  chodnik i 

jechałem nim tak długo, aż dotarłem do przecznicy, która doprowadziła mnie do równoległej arterii. 

Bardzo z siebie zadowolony pojechałem Detroit Street i zatrzymałem się przed znakiem "stop" jak każdy szanujący 

przepisy obywatel. 

Nagle  zdałem  sobie  sprawę, że  w  samochodzie, który właśnie  mnie  minął, na miejscu obok kierowcy siedzi Blair 

Dowling i że to ten sam wóz widziałem kilka  dni temu przed jej domem. Prowadził mężczyzna, który, jak uznałem, musiał 

być  jej mężem.  Był krótko  ostrzyżony, a  na  nosie  miał ciemne  okulary.  Nic  więcej nie  udało  mi się  dostrzec, chociaż 

bardzo  się  starałem. Chciałem zobaczyć człowieka, którego Blair wybrała  na  towarzysza życia. Człowieka, który  zdobył 

majątek, lecz nie zdołał uszczęśliwić mojej dawnej przyjaciółki. 

Żadne z nich nie zauważyło mnie, kiedy stalowoniebieski mercedes przejechał dostojnie obok motocykla. Na tylnym 

zderzaku widniała nalepka Andover Academy. 

Stałem  na  skrzyżowaniu,  dopóki  mercedes  nie  zniknął  mi  z  oczu.  W  tym  momencie  życie  Blair,  mimo 

niezadowolenia, z  którym się  nie  kryła, wydało  mi  się  bezpieczne  i ustabilizowane. Między moją  a  jej egzystencją  była 

taka  różnica jak między mercedesem a motocyklem. Pierwszy był efektowny i godny zaufania, choć może  nieco nudny, a 

drugi wyglądał na dziką i buntowniczą maszynę, lecz był niewygodny i nie chronił kierowcy przed wiatrem i deszczem. 

Kiedy dotarłem wreszcie do budynku radia, mój producent podszedł do mnie i od razu zastrzelił mnie sensacją. 

- Pamiętasz  tego chłopaka, który cię szukał parę dni temu? Wczoraj wieczorem widziałem go u Lawry'ego, jak jadł 

kolację  z Michaelem Billą. Kto to jest, ten szczeniak? To porządna restauracja, a on siedział tam w tej samej ko- szulce, w 

której był tutaj. Czy on nie ma innych ciuchów? 

- Byli razem? Widziałeś ich tam razem? Jak rozmawiali? 

- Razem? Ci goście zamówili największy kawał wołowiny, jaki świat widział. A kiedy nie jedli, cały czas się śmiali. 

Wyglądali na starych znajomych. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

13 / 41

background image

Dumny jestem z tego, że zwykle mam zrozumienie dla bliźnich. Kiedy robi się taką audycję jak Krzywe zwierciadło 

można się szybko nauczyć, że ludzie widzą świat inaczej niż ja. I że życie układa się tak, jak samo chce. Z dnia na dzień. A 

może tylko z godziny na godzinę. 

Kiedy  czytamy o ludziach, którzy obcinają dzieciom głowy czy  giną  tysiącami, gdy w  Bangladeszu zatonie statek, 

potrząsamy tylko głowami nad szaleństwem ludzkości i niedorzecznością życia. 

Spójrzmy jednak prawdzie w oczy -  w  głębi duszy wiemy  przecież, że  nasze  życie to  tylko  seria  uderzeń serca, z 

których każde  może  być  ostatnim. Nie  istnieje ani sprawiedliwość, ani logiczny  i zrozumiały plan. Jest tylko odroczenie 

wyroku o kolejny dzień. 

Prędzej  czy później  każdy  z  nas  uderzy  w  mur  albo  przeoczy  czerwone  światło  i  wjedzie  pod  ciężarówkę, którą 

przecież było tak dobrze widać. Na burcie ciężarówki napiszmy "Rak", "Ból" albo "Strata". I módlmy się, by udało się nam 

przeżyć  taki  wypadek.  Do  tego  w  końcu  sprowadzają  się  wszystkie  modlitwy:  Boże,  chroń  mnie  przed  tym,  co 

nieuniknione. 

Kiedy przyszło trzęsienie  ziemi i kiedy wyciągałem Glenna  z gruzów domu, jeden z głosów mojej duszy był nadal 

zupełnie spokojny. Powiedział: "No i co takiego się stało? Nadszedł twój czas. To się musiało zdarzyć". Lecz kiedy zdałem 

sobie sprawę, że Billa i Clinton Deix knują przeciwko mnie jakiś makabryczny spisek, było mi ciężej niż wtedy, gdy zginął 

Glenn. Od śmierci nie można uciec, od bólu i okrucieństwa tak. 

Czego  ode  mnie  chcą? Cóż  takiego  zrobiłem,  że  poświęcili  tyle  przewrotnej  energii, by  zrealizować  swój plan? 

Scanlon, ten gliniarz, powiedział, że nie dziwi się wysmarowanym gównem ścianom, bo taką przecież mam robotę. A może 

to coś, co powiedziałem w którejś z audycji, tak ich rozwścieczyło? 

Na  czym  polegał  ich  związek? Bracia? Kochankowie? Może  coś  jeszcze  dziwniejszego? Co takiego zrobiłem, że 

uderzyli we mnie tak nagle i tak mocno? 

Moja  siostra  i  szwagier  mieszkają  w Wiedniu. To dziewięć  godzin różnicy, o której całkiem  zapomniałem.  Kiedy 

wykręciłem ich numer, usłyszałem w słuchawce zaspany głos: 

- Słucham? 

- Cześć, Walker. Mówi Ingram. 

- A, Ingram. Jak  tam u ciebie? Wszystko  w porządku? W tle  usłyszałem głos mojej siostry, pytającej, kto dzwoni. 

Zapłakało ich nowo narodzone dziecko. 

-  Muszę  cię  o  coś  spytać,  Walker.  To  naprawdę  ważna  sprawa.  Pamiętasz,  jak  powiedziałeś  mi,  że  mam  się 

skontaktować z Michaelem Billą? Pamiętasz, jak powiedziałeś, że się polubimy? 

- Michael Billa? A tak, teraz sobie przypominam. 

- Walker, skąd go znasz? Gdzie go poznałeś? 

W słuchawce zapadła cisza; słychać było tylko szum na łączach i szept dziewięciu tysięcy mil, które nas dzieliły. 

- To dość długa historia, Ingram. Ja... 

Nie wiem już, co powiedział, bo jego słowa zagłuszył głośny trzask dochodzący z mojej sypialni. 

- O do cholery! 

Nie zastanawiając się nad tym, co robię, odłożyłem słuchawkę i powoli podniosłem się z krzesła. 

Kolejny trzask! 

Do  mieszkania, które  wynajmowałem kiedyś  w Los Angeles, włamywano  się  trzy razy. Mniejsza  o to, co zabrali. 

Chodziło o to, że ktoś był u mnie w domu, grzebał w moich rzeczach, dotykał mojego życia i oddychał moim powietrzem. 

Kiedy już było po wszystkim, wytarłem starannie każdy przedmiot i otworzyłem każde okno. 

Podszedłem jak  najciszej  do  drzwi i po  raz  drugi  w  tym  tygodniu  wyjąłem  nóż  z  wazonu. Drzwi otworzyły  się 

wyjątkowo głośno. 

-  Billa, Clinton!  Wypierdalać  z  mojego domu! Ale  już!  Musieli wejść  przez okno. Mieszkanie  było na  pierwszym 

piętrze. Łatwo się wspiąć, a potem wystarczy przejść  przez balustradę  balkonu. Może kiedy przekonają się, że  tu jestem... 

Może kiedy będę krzyczał... 

Nacisnąłem  klamkę  drzwi wiodących  do  sypialni. Natychmiast  dało  się  słyszeć  jakieś dźwięki,  szuranie, coś  się 

przewróciło. Uciekają? A jeśli tym razem mają  ze  sobą broń? Jeśli tym razem mają  gorsze zamiary niż  tylko wymazanie 

ścian gównem? 

- Wynoście się! 

Śmiech,  ktoś  jakby  się  potknął.  Wciągnąłem  głęboko  powietrze  w  płuca  i  błyskawicznym  ruchem  otworzyłem 

drzwi. 

Wszystkie światła  były zapalone. W pokoju nie było nikogo. Potem zauważyłem ciemnoczerwone plamy na białym 

tle. Na  łóżku  była  krew. Krew i jeszcze  coś... kawałki czegoś... Duże  i małe. Mięso! Ktoś  porozrzucał po  mojej pościeli 

kawały surowego mięsa, a cieknąca z nich krew poplamiła bawełnę. 

- Chryste Panie! 

Połyskujące i gładkie kawałki cielęcej wątroby. Krwawe, niebiesko-czerwone serca byków, miękkie, białawe mózgi 

o konsystencji budyniu. Nerki... 

Ile tam tego było? Ze czterdzieści kawałków? Przykryły całe łóżko. Na środku leżała lśniąca i mokra sterta. 

Jakieś  drzwiczki  zatrzasnęły  mi  się  w  głowie  i  nagle  przestałem  się  bać.  Dość  już.  Skończyło  się.  Teraz  ich 

zatrzymam. 

Podszedłem do okna  i spojrzałem w  dół. Wielki, ciemny kształt zsuwał  się  szybko  po przytwierdzonej do bocznej 

ściany budynku rynnie. Nie widziałem twarzy, ale po sa- mej tuszy mogłem być pewien, że to on. 

- Widzę cię, Billa! Widzę cię, ty gnoju! 
Zaśmiał się, lecz nie był to zwykły, głęboki śmiech Michaela. Usłyszałem dziecięce �hi, hi, hi". Ze  względu na to 

wszystko, co się do tej pory stało, ten śmiech zabrzmiał złowróżbnie i niepokojąco. 

Nie było powodu do śmiechu. Tym bardziej mnie to rozzłościło. 

Pobiegłem za nim. Zjechałem po rynnie  tak szybko, że gdyby ktoś mi się przyglądał, mógłby pomyśleć, że zsuwam 

się po zboczu góry asekurowany linami i karabińczykami. Kiedy znalazłem się  na dole, upadłem, lecz  zaraz zerwałem się 

na nogi i pobiegłem dalej. 

Aż trudno uwierzyć, jak szybko gnał. Znalazł się na  dole ledwie kilka sekund przede mną, a teraz pędził już  ulicą u 

wylotu następnej przecznicy, ciągle zanosząc się tym makabrycznym śmiechem. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

14 / 41

background image

- Ty draniu! 

- Hi, hi, hi. 

Był zbyt daleko, żebym mógł go dostrzec  w mroku. Znienacka odwrócił się  ku mnie  i złapał się  za  krocze  w tym 

geście, który oznacza "pierdol się". Nagle upadł. Zatrzymałem się  i próbowałem zmusić  do śmiechu. Jeśli nie mogłem go 

złapać (przecież nikt nie potrafi aż tak szybko biegać), to powinienem się chociaż roześmiać, marnie naśladując jego głupi 

chichot. Mogłem mieć nadzieję, że to przynajmniej go urazi i że z twarzy zniknie mu na chwilę ów wyraz triumfu. 

Lecz on zerwał się już na nogi! I znów pobiegł przed siebie, śmiejąc się wciąż tak samo. 

Wściekłość dodawała mi energii i nie zamierzałem rezygnować z pościgu, dopóki nie padnę bez sił na ziemię. 

Biegliśmy wzdłuż domów, których okna jaśniały ciepłym blaskiem, mijaliśmy wysiadających z samochodów ludzi i 

krzewy, które roztaczały wokół siebie wieczorne zapachy magnolii i kapryfolium. 

Billa biegł jakimiś pozbawionymi sensu zygzakami i nie oglądał się, nawet kiedy przecinał jezdnię. Nie wiedziałem, 

czy chce dokądś dotrzeć, czy po prostu uciec. Bez  wątpienia jednak mógłby mnie  zgubić, gdyby tylko chciał, ale  ani razu 

nie  przyspieszał na  tyle, bym stracił go  z oczu. Ciągle  spodziewałem się, że  w końcu przyspieszy  i zniknie  w oddali jak 

Struś Pędziwiatr. 

Wreszcie  uszła  ze mnie  cała para  i musiałem się  zatrzymać. Oparłem ręce na  kolanach, moje  płuca  pracowały  jak 

kowalskie miechy. I wtedy zobaczyłem, że Billa stoi dwie  przecznice dalej i czeka. Zdaje się, że zagwizdał. A może  to był 

ktoś inny? 

Chciałem coś krzyknąć, ale z ledwością łapałem oddech. 

Dlaczego czekał na mnie ukryty w głębokim cieniu? Jego śmiech zagłuszył świst wydobywający się z moich płuc. 

Tuż za sobą usłyszałem warkot silnika. Nie odwróciłem się, by nie tracić z oczu mego prześladowcy. 

Samochód  zatrzymał  się  tuż  obok.  Kiedy  się  odwróciłem,  spostrzegłem  jasny  promień  (latarka?),  który  przeciął 

mrok, kierując się w stronę Billi. 

Światło padało mu prosto na twarz. 

To nie był Billa. Nigdy dotąd nie widziałem tego człowieka. 

- Wsiadaj, Ingram. Szybko! 

Oślepiony blaskiem potrzebowałem chwili, by dostrzec, kto woła mnie z samochodu. 

Za kierownicą zobaczyłem Michaela Billę. Siedzący obok Clinton oświetlał nieznajomego latarką. 

- Pospiesz się, bo inaczej nigdy go nie złapiemy. 

Spojrzałem na drugą stronę ulicy. Mężczyzna zniknął. 

- No wsiadaj! 

- Kto to jest? Co tu jest grane? 

- Mniejsza o to. Już zwiał - powiedział Michael. 

- Cholera. Wsiadasz wreszcie? Wszystko zepsułeś. Właź do środka i przestań przeszkadzać. 

Clinton  otworzył  gwałtownie  drzwi,  uderzając  mnie  boleśnie  w  nogę.  Złapałem  go  i  przyciągnąłem  do  siebie,  a 

potem uderzyłem jego głową o dach. Krzyknął, próbując się wyrwać. 

- Najpierw muszę się dowiedzieć, o co tu właściwie chodzi. 

Michael złapał mnie  z tyłu. Teraz przydały się lekcje  karate, które kiedyś brałem. Nie puszczając Deixa, uderzyłem 

Michaela piętą w stopę. Billa wrzasnął i upadł ciężko na chodnik. 

Znów rzuciłem Clintona na samochód; właściwie bez specjalnego powodu, po prostu miło było przyładować komuś 

po tym, co właśnie przeszedłem. Nie miało znaczenia, czy to była ich robota, czy tego faceta od mięsa. Wyglądało na to, że 

jestem ostatnią osobą, która jeszcze nie wie, co tu się właściwie dzieje. Teraz nadszedł czas, by skończyć z tą maskaradą. 

Deix uderzył mnie kolanem między nogi. 

Zatkało mnie. Pochyliłem się, żeby nie zemdleć z bólu. 

- Nikomu nie pozwolę się bić. 

- Clinton, zostaw go! - usłyszałem głos Billi. 

- Zabiję gnoja! Nikomu na coś takiego nie pozwolę. 

Jakiś  twardy  przedmiot  wbił  się  w  moją  szyję.  Mimo  bólu  zorientowałem  się  od  razu,  że  to  lufa  rewolweru. 

Szczęknął kurek. 

- Przypomnij sobie Fanellego! - krzyknął Billa. - Clinton, przypomnij sobie Fanellego! 

- Cholera. - Kurek rewolweru wrócił na swoje miejsce. 

Clinton znów mnie kopnął, tym razem w udo. 

Znów  potworny  ból. Kiedy  udało  mi  się  otworzyć  oczy,  zobaczyłem, że  Billa  klęczy  przede  mną,  opierając  się 

dłońmi o ziemię. W tej pozycji wydawał się strasznie tłusty. 

Kilka razy wciągnąłem głęboko powietrze. 

- O co w tym wszystkim chodzi, Michael? - udało mi się w końcu spytać. - Kim ty właściwie jesteś? Opuścił głowę i 

potrząsnął nią bezradnie. 

- Tobą, idioto - odezwał się zamiast niego Clinton. - Sobą samym i mną jednocześnie. My jesteśmy tobą. A ty jesteś 

nami. 

Nie chciałem wracać do siebie, więc pojechaliśmy do Michaela. Z tylnego siedzenia samochodu wpatrywałem się w 

ich karki. Nikt się nie odzywał. 

Kiedy  znaleźliśmy się  na miejscu, Billa  dał nam po butelce  piwa, przyniósł album ze  szkoły średniej i usiadł obok 

mnie na kanapie. 

- To jest Clinton. To ja. A to Anthony Fanelli. 

Zwykłe  zdjęcia. Typowe  twarze  uczniów  amerykańskiej  szkoły  z  lat  sześćdziesiątych.  Z  tą  drobną  różnicą,  że 

Clinton Deix wyglądał wtedy tak samo jak teraz. 

-  Nie  chcę  oglądać  fotografii  Anthony'ego.  Chcę  się  dowiedzieć,  o  co  tutaj  chodzi.  Dlaczego  się  ze  sobą 

zaprzyjaźniliście? Michael, przecież mówiłeś, że Clinton zjawił się po to, żeby mnie załatwić. - Spojrzałem na Deixa. - A ty 
powiedziałeś, że Michael cię �zamroził" i chce, żebym ciebie zabił! 

Spojrzeli po sobie. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

15 / 41

background image

-  Michael sądził, że  mówi prawdę  -  odezwał  się  w  kontu  Clinton.  -  Ja  rzeczywiście  kłamałem,  bo  nie  mogłem 

powiedzieć ci prawdy, dopóki ktoś inny z nas jej nie pozna. 

- O jakiej prawdzie mówisz? 

- Popatrz na swoją dłoń. 

Wyciągnąłem  przed  siebie  rękę  i odwróciłem  dłoń. W czasie  audycji  tyle  już  razy wróżono mi z  ręki, że  znałem 

każdą linię, każde zagięcie, a także znaczenie, które się im przypisuje. Nic się tam nie zmieniło od ostatniego razu. 

- No i co? 

Michael i Clinton podeszli do mnie i przystawili swoje dłonie do mojej. Wszystkie trzy były identyczne. 

- Niemożliwe! 

- Możesz popatrzeć przez lupę i przekonasz się, że nie ma żadnej różnicy. Michael tak zrobił, kiedy mu o wszystkim 

powiedziałem. 

Spojrzałem na Clintona. 

- Co to znaczy? 

-  Sam się  niedawno  dowiedziałem - rzekł Billa. -  Przez  cały  ten  długi czas  sądziłem, że  Clinton  zatrzymał się  w 

wieku piętnastu lat. Nie pytaj mnie, jak to możliwe. Życie ma  swoje sekrety. Jednak od chwili, gdy cię  poznałem, zaczęło 

mnie  ogarniać  bardzo  dziwne  uczucie.  A  potem  znów  pojawił  się  Clinton.  Byłem  pod  prysznicem,  kiedy  nagle 

zrozumiałem, o co w  tym wszystkim chodzi. Ot, tak. - Pstryknął palcami. -  Trzymałem właśnie kawałek żółtego mydła i 

spojrzałem przypadkiem na rękę, a potem na palce u nóg i mimowolnie zastanowiłem się, dlaczego mamy po pięć palców u 

każdej  ręki i  stopy, a  nie  mniej czy  więcej. Naukowcy  mają  na  ten  temat  bardzo  wiele  przekonujących teorii,  z  tym że 

wszyscy  się  mylą. A  wiesz  dlaczego? Bo  oto  Bóg  daje  nam  najważniejszą  ze  wszystkich  wskazówek!  Całą  tę  prawdę 

zrozumiałem wtedy, pod prysznicem. A kiedy to się stało, wytarłem się i poszedłem szukać Clintona, żeby mi powiedział, 

czy mam rację. Dlaczego ludzie czują się tak samotni i zagubieni, nawet gdy wiodą zamożne i wygodne życie? Filozofowie 

od  zarania  dziejów  szukają  rozwiązania  zagadki  ludzkiej  egzystencji.  Chcesz  znać  odpowiedź,  Ingram?  Chcesz  znać 

odpowiedź  na jedną z zagadek wszechświata? - Uśmiechnął się trochę smutno, wyciągnął rękę i pokazał palcem na dłoń. - 

Mamy  pięć  palców u  każdej  ręki, ponieważ  w  ten  sposób Bóg  objawia  nam, że  każda całość  składa  się  z  pięciu części, 

nawet  dusza. Dlaczego  większość  ludzi  czuje,  że  ich  życie  jest  niepełne? Ponieważ  oni  sami są  ledwie  cząstką,  a  nie 

całością. I  nie  chodzi tu o  to, co  twierdził  Platon. Wszystkie  te  jego  historie  o  częściach  duszy to  bzdura. Sprawa  jest o 

wiele prostsza. Wyobraź sobie, że ludzie mają  przyporządkowane sobie liczby - jedynki, dwójki i tak dalej. Jednak błędem 

byłoby twierdzić, że istnieje tylko jedna  jedynka czy jeden numer dziewięćset sześćdziesiąt dwa. Większość  społeczeństw 

uczy ludzi, że  są  jednostkami, przynajmniej  z  punktu widzenia  biologii. Tak  czy inaczej, powiedzą  ci, nie  ma  na  Ziemi 

nikogo takiego samego jak ty. 

- Ani nie było - wtrącił się Clinton, kiwając głową. 

- Ani nie było. Tymczasem prawda  jest inna, Ingram. I dlatego nasze dłonie są takie same. Te liczby są  ograniczone. 

Dla  wygody przyjmijmy, że jest ich tysiąc. Ludzie różnią  się od  siebie, to jasne, ale każdy  ma  swój numer. Od początku 

istnienia  ludzkości  te  liczby  były  takie  same;  od  jednego  do  tysiąca.  Lecz  zawsze  jest  sporo  jedynek,  sporo  dwójek... 

Dusza, która jest całością, na przykład pełna liczba siedemnaście, została przez stwórcę podzielona na pięć części. Każda  z 

nich spełnia ważne zadanie, jak palce u dłoni. Jednak dłoń, której brakuje jakiegoś palca, nie jest w pełni sprawna i to samo 

dotyczy duszy. Jesteśmy czasami tak zagubieni, bo idziemy przez życie jako ledwie jedna  piąta duszy. Jedynym sposobem 

na  osiągnięcie  wewnętrznego spokoju jest odnalezienie pozostałych  czterech części, pozostałych czterech  siedemnastek i 

połączenie  się  w  całość.  Oto, dlaczego  Bóg  obdarzył nas  taką,  a  nie  inną, liczbą  palców.  Chciał, żebyśmy  po  sto  razy 

dziennie mieli przed oczyma to przesłanie. 

Michael oparł się wygodnie i dopuścił Clintona do głosu. 

-  Kilka dni temu zrozumieliśmy z  Michaelem, dlaczego zostałem "zamrożony". Stało  się tak dlatego, że  człowiek 

zatrzymuje się w momencie, gdy zrozumie tę prawdę o całości składającej się z pięciu części. Byłem właśnie na Florydzie, 

kiedy przyszło mi to do głowy, ale z początku sądziłem, że to jakaś bzdura, jak z powieści fantastycznonaukowej, i w ogóle 

się nad tym nie zastanawiałem. No ale to była prawda. Zostajesz "zamrożony" w momencie, kiedy zrozumiesz  tę  prawdę, i 

"rozmrożony"  dopiero  wtedy,  gdy  połączysz  się  z  pozostałymi czterema  osobami. Tak  samo  jest z  tobą,  Ingram.  Obaj 

pozostaniecie  tacy  sami  do  chwili,  gdy  połączymy  się  z  pozostałymi  dwoma.  Mnie  się  to  przytrafiło,  kiedy  miałem 

piętnaście lat. Wy przynajmniej zdążyliście dorosnąć. 

- Ale przecież ja dowiaduję się tego od was. Wszystko pojąłem, ale nie wpadłem na to sam. 

Michael pokiwał głową. 

- Zgadza  się. Ale kiedy spłynęło na  mnie  to olśnienie, zrozumiałem też, że wolno mi zdradzić ten sekret jednemu z 

"naszych". Ale tylko jednemu. Po rozmowie z Clintonem zdecydowaliśmy się na ciebie. 

- A jaki mamy numer? Sześćset sześćdziesiąt sześć? 

Sarkazm nie jest moją mocną stroną, ale tym razem zabrzmiał chyba dość wyraźnie. 

-  Nie  możemy  ci  powiedzieć. Sam będziesz  musiał  na  to  wpaść. Już  niedługo. Będziesz  potrafił  też  inne  rzeczy. 

Wiele się zmieni w twoim życiu po tej rozmowie, prawda, Clinton? 

Chłopak prychnął i dmucnnął w butelkę po piwie. 

- Tuuuut. 

Spojrzałem na nich i zwilżyłem językiem wargi. 

-  Dusza  składa  się  z  pięciu części. Każdemu człowiekowi przypisana jest liczba  albo kształt czy  kolor, czy co tam 

jeszcze, lecz  niewielu z nas zdaje  sobie z  tego sprawę. Ci, którzy znają  prawdę, szukają  swoich odpowiedników, by się  z 

nimi połączyć. Dobrze zrozumiałem? 

Pokiwali głowami. 

- Lecz jeśli człowiek nie rozumie tej zasady, idzie przez życie samotny i zagubiony. 

-  Tak  właśnie  jest,  Ingram.  Przysięgam,  że  tak  jest.  Kiedy  dwóch  pierwszych  dowie  się  prawdy,  wolno  im 

powiedzieć trzeciemu. Tym trzecim jesteś ty. Teraz musimy znaleźć dwóch pozostałych. 

- Zawsze mi się wydawało, że na Clintonie ciąży jakaś klątwa i że ma wobec mnie jakieś złe zamiary. 

-  A ja  z  kolei  sądziłem,  że  to  Michael  rzucił  na  mnie  klątwę  i że  chce  się  mnie  pozbyć.  I  że  dlatego  się  z  tobą 

zaprzyjaźnił. A wiesz, co uświadomiliśmy sobie parę  dni temu? Jedliśmy właśnie kolację, kiedy Mike wpadł na to, kim był 

Fanelli! 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

16 / 41

background image

- Jednym z waszych? Siedemnastką? 

- Tak. To dlatego zawsze  czepiał się Michaela i to dlatego w końcu go zabiłem. Każdy z nas widział w pozostałych 

coś, co doprowadzało go do szaleństwa. 

- Rzecz w tym, że Fanelli był ostatnim z nas, którego Clinton spotkał. Aż do teraz. 

- Masz na myśli mnie? 

Michael potrząsnął głową. 

- Przez niemal dwadzieścia lat nie spotkał nikogo. A teraz mamy aż troje, wliczając w to ciebie. 

- Kim są ci inni? - Nim któryś z nich zdążył się  odezwać, błysnęła mi myśl ostra  jak pisk opon na ułamek sekundy 

przed wypadkiem. - Ten od mięsa! 

- Tak. 

- Znakomicie. 

- A trzeci? 

- Blair Dowling. 

- Nie wierzę. 

- Spodziewaliśmy się, że nie uwierzysz. Dlatego powinieneś coś zobaczyć. 

- Co? 

- Lodziarnię. 

Wspominałem już, że Michael mieszkał w Larchmont, znaczy w dzielnicy Los Angeles, którą zawsze lubiłem. 

Jest  taka  właściwie  tylko  jedna,  za  to  bardzo  szeroka  ulica,  przy  której  usadowiły  się  sklepy  jakby  żywcem 

przeniesione  tu  z  czasów  naszego  dzieciństwa:  fryzjer  z  prawdziwą  miską  pod  szyldem,  mała  księgarnia,  gdzie  miłe 

staruszki sprzedają  też pocztówki, sklep zoologiczny pełen pisku szczeniąt i świergotu ptaków. Często jadaliśmy lunch w 

tej  okolicy,  a  potem  szliśmy  do  taniego  sklepiku  wysłać  listy  albo  po  prostu  na  spacer,  by  nasycić  się  atmosferą  lat 

pięćdziesiątych. 

W  centrum  Larchmont  jest  też  mała,  lecz  dobra  lodziarnia.  O  wpół  do  jedenastej  w  nocy  Michael  zatrzymał 

samochód przed jej drzwiami. Żaden z nas nie ruszył się z miejsca. 

- I co mam zobaczyć? 

- Po prostu wejdź do środka, Ingram. Przekonasz się, jak tylko wejdziesz. 

Spojrzałem na  nich. Na  twarzach mieli wypisane  to samo: "Za chwilę będziesz wiedział to, co my, i przekonasz się, 

jakie to zdumiewające". 

Wysiadłem z samochodu, zrobiłem kilka kroków, zatrzymałem się i spojrzałem za siebie. Po chwili Clinton wystawił 

głowę przez okno i powiedział: 

- Wystarczą ci dwie sekundy, a wszystko zrozumiesz. 

- A jeśli nie? 

- To dam ci milion dolarów. 

Otworzyłem  drzwi  lodziarni.  Przywitało  mnie  brzęknięcie  dzwonka.  Jedna  ze  stojących  za  ladą  dziewcząt 

uśmiechnęła się do mnie. 

- Dobry wieczór. 

Już chciałem odpowiedzieć, kiedy zobaczyłem wokół niej poświatę. Był to moment ekstazy, który można  porównać 

z  magicznym  uczuciem,  jakiego  doznaje  dziecko,  gdy  po  raz  pierwszy  złapie  równowagę  na  dwukołowym  rowerze. 

Zrozumiałem,  czym  jest  spowijający  tę  dziewczynę  blask  i  niepotrzebne  już  były  żadne  wyjaśnienia.  Światło  miało 

niebieskawy odcień  i drgało lekko  jak  powietrze  nad  rozgrzanym asfaltem. Delikatny, metaliczny  odcień  był miękki  jak 

aksamit. 

Dziewczyna  pochyliła  głowę  i uśmiechnęła  się  lekko,  jakby  z  uznaniem. W  chwilę  później  dwie  inne,  podobne 

młode kobiety wyszły z zaplecza. Dwie identyczne poświaty, aureole, nie wiedziałem, jak je nazwać. 

Stałem i patrzyłem  na  nie  jak  na  egipskie  księżniczki, jak  na  egzotyczne  ptaki, jak  na  spełnione  nagle  marzenie. 

pierwsza spytała mnie, czego sobie życzę. Gdy nie odpowiedziałem, spojrzały po sobie i roześmiały się. 

- A więc to prawda? 

- Tak - odparła krótko pierwsza. 

- A gdzie są dwie pozostałe? 

- W kinie. Mają dzisiaj wolne. 

- Ale dlaczego jesteście akurat tutaj. Przecież jest tyle innych... 

- Postanowiłyśmy, że  jak długo tu jesteśmy, będziemy dawały ludziom szczęście. A w lodziarni niczego innego się 

przecież nie sprzedaje. 

Do środka weszła jakaś rodzina; podekscytowane dzieci biegły już do lady, pokazując sobie różnokolorowe lody. 

- Na pewno niczego nie chcesz? 

- Nieee... 

Dziewczyny odwróciły się ode mnie, żeby sprzedawać szczęście. Wyszedłem z lodziarni z rozpaloną głową i dłońmi 

(u każdej pięć palców) zimnymi jak lód. 

- Co teraz? 

Michael prowadził zdecydowanie za szybko. Clinton zapalał kolejnego papierosa. 

- Jedziemy do Blair. 

- Przecież mówiliście, że ona o niczym nie wie. 

- Nie  wie, ale Clinton ma  pewien pomysł, który chciałbym wypróbować. Sądzi, że jeśli pojawimy się u niej razem, 

to nasza obecność pomoże jej zrozumieć prawdę. Można popróbować przez kilka dni. 

- A jak się domyśliliście, że to właśnie Blair? Clinton odwrócił się i dmuchnął mi dymem w twarz. 

-  Och,  przepraszam.  Kiedy  się  zorientowałem,  że  spotykasz  się  z  Michaelem,  zacząłem  za  tobą  chodzić,  żeby 

dowiedzieć się, kim jesteś. Zadzwoniłem do radia, powiedziałem, że chcę założyć klub sympatyków Krzywego zwierciadła 

i zbieram informacje  na  twój temat. Powiedzieli mi, do  jakiej szkoły chodziłeś, więc  poprosiłem tam o album, znalazłem 

zdjęcie z balu, na którym byłeś z Blair, i tak dalej, i tak dalej. Proste! 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

17 / 41

background image

- To dlatego mnie do niej zawiozłeś? Miałeś nadzieję, że się rozpoznamy? 

- Tak. 

- Jaki jest jej mąż? 

- Bardzo podobny do ciebie, tyle że hetero. Zrobił niezłe pieniądze. 

- Ale on nie jest... jednym z nas? 

- Nie. Jeśli Blair ma numer siedemnaście, to on ma osiemnastkę. Blisko, ale to nie to samo. 

- A ten od mięsa? 

Za każdym razem, kiedy używałem tego określenia, wybuchali śmiechem. 

-  To  wariat.  Kłopot  polega  na  tym,  że  jest  jednym  z  nas.  Musimy  znaleźć  jakiś  sposób,  żeby  go  uspokoić  i 

przyciągnąć. 

- A może poszukać innego... numeru siedemnaście? 

-  To jest tak, jak  mówił Michael: dowiedziałem się  o wszystkim mniej więcej  dwadzieścia  lat temu, ale  przez  ten 

czas  spotkałem tylko was  troje. Może  być  bardzo wiele  numerów  siedemnaście, ale  świat jest wielki. Może  wielu  z  nas 

mieszka  na  przykład  w  Zanzibarze, tylko  kto  ich  tam będzie  szukał? My już  mamy  naszą  piątkę. Musimy się  połączyć. 

Obudzić  ich. Dlatego  powiedzieliśmy  ci o  wszystkim. Z  Blair  powinno  nam pójść  łatwo. Bardziej  martwi  mnie  ten  od 

mięsa. 

- Walden Drive, zgadza się, Clinton? 

- Walden Drive. 

- Nie mogę zapomnieć tej poświaty. Tego niebieskawego blasku. My też tak będziemy wyglądali? 

- Mniej więcej. Komplety widziałem tylko kilka razy. Kiedyś w Talladega... 

Nagle  tuż  przed  maską  pojawiła  się  jakaś  wielka,  przygarbiona  postać.  Stanęła  na  chwilę  w  świetle  reflektorów, 

patrząc  w naszą  stronę. Najbardziej zdumiewające  było to, że  w owej postaci rozpoznałem kobietę. Co najmniej dwieście 

funtów żywej wagi, rozdęta twarz, nienaturalnie  rude włosy. Choć nie było obawy, że ją potrącimy, Michael skręcił ostro i 

zatrzymał gwałtownie samochód. Kobieta uskoczyła szybko w bok. Zbyt szybko. 

- Michael, widziałeś te rude włosy? Pamiętasz? Cholera jasna! - krzyknął Clinton i wyskoczył z samochodu. 

- Eddie? Ten potwór to Eddie? 

-  Pewnie, że  Eddie. Nie  ma  wątpliwości.  Przecież  sam mi  mówiłeś, że  zwariowała  w  dwunastej klasie. Byliśmy 

wszyscy w jednej szkole i nic  nie  wiedzieliśmy!  Fanelli, ty, ja, Eddie. Cztery osoby. Aż  cztery!  Cholera  jasna, i nic  nie 

wiedzieliśmy. - Clinton z wściekłością uderzył w maskę samochodu i pobiegł za tą groteskową postacią. 

Opuściłem szybę. O czym oni mówią? O kim? W powietrzu unosił się duszący zapach dymu. Michael patrzył chwilę 

za Clintonem, a potem odwrócił się i ruszył w stronę samochodu. 

- Co tu się dzieje, Michael? Kto to był? 

-  Ten od  mięsa. Tyle  że  to  kobieta. Chodziliśmy  do  jednej klasy. Wracała  właśnie  od  Blair, co  oznacza, że  twoja 

przyjaciółka może mieć spore kłopoty. 

- Dlaczego? Dlaczego miałaby coś zrobić Blair? 

Zmełł w ustach jakiś przekleństwo, a potem szybko powiedział: 

-  Pamiętasz  muszelkę? To  też  nie  jest  wymysł.  Kiedy  dowiadujesz  się  prawdy, nagle  pojawia  ci się  w  kieszeni 

muszelka. Ale  może  jest  tak,  że  ta  piąta,  złowroga  postać  jej  nienawidzi. A  szczególnie  w  naszym  przypadku.  Może 

nienawidzi  myśli,  że  jest  tylko  jedną  piątą  całości.  Nie  pomyśleliśmy  o  tym,  że  ktoś  może  poznać  prawdę  i  jej  nie 

zaakceptować.  Ona  nienawidzi  czterech  pozostałych  za  to,  że  jest  tak  niepełna.  Eddie  Devon!  Eddie  Devon  chce  się 

zemścić na nas wszystkich. 

Zanim jeszcze dojechaliśmy do Walden Drive, zobaczyliśmy słup dymu. Dom Blair był morzem złotego ognia. Ktoś 

krzyczał. Potem usłyszeliśmy wybuch, trzask i syk w ruinach. 

Wczoraj wieczorem wybrałem się z  nudów do umarłych, żeby połaskotać  ojca. Był bardzo niezadowolony. Zwłoki 

leżały w tej samej uroczystej pozycji, w jakiej widziałem je w dniu pogrzebu. Oczy były przymknięte tak, jakby miały się 

za chwilę otworzyć, usta proste, jakby wyrysowane przy linijce, a na policzkach widać jeszcze było ślad rumieńców. 

Całe  życie  miał łaskotki. Wystarczyło go dotknąć, żeby  zaczął chichotać. Ale  gdy  dźgnęło się  go  palcem  między 

żebra, dostawał szału. Nawet po śmierci podskoczył i złapał mnie zimnymi rękoma. Nawet po śmierci. 

Można robić takie rzeczy, kiedy jest się już z pozostałą czwórką. Kiedy jest się częścią całości, można wiele zrobić i 

wiele  zobaczyć.  Oczywiście  łaskotanie  umarłych  to  tylko  igraszka,  ale  kiedy  dowiedziałem  się,  że  to  możliwe, 

postanowiłem spróbować. Pozostali się zgodzili. Bardzo nam się  podobało zdumienie  ojca. Zawsze nas cieszy zdziwienie 

innych ludzi. 

W życiu jest tak niewiele okazji do radości. Kto powiedział, że prawda  potrafi uczynić  nas wolnymi? Eddie Devon 

dwadzieścia  lat  temu  dowiedziała  się  prawdy  o  swojej  kazirodczej  rodzinie  i postradała  zmysły. Trafiła  do  zakładu  dla 

umysłowo  chorych,  potwornie  utyła  i  stała  się  osobą,  która  bazgrze  innym  gównem  po  ścianach. Kiedy  Clinton  Deix 

znalazł w kieszeni muszelkę i pojął, że jest jedną piątą całości, nie zaczął szukać Boga ani pozostałych czterech, lecz został 

męską  dziwką. Twierdzi,  że  sam  nie  wie  dlaczego.  Eddie  nie  mówi  nic. Dyskutowaliśmy  na  ten  temat i doszliśmy  do 

wniosku, że ta dwójka  czuła  coś, co nie stało się udziałem pozostałych trojga. To coś sprawiło, że  nie  powiedzieli nikomu 

prawdy.  Szczególnie  Eddie. Ze  wszystkich  sił starała  się  trzymać  od nas z  daleka  i nie  doprowadzić  do  połączenia. Jej 

gniew i niechęć do poznania prawdy  nie  miały sobie równych. Teraz  mogę tylko żałować, że nie dały rezultatów. Broniła 

się zażarcie, lecz  w końcu ją osaczyliśmy i wnieśliśmy do naszego obozu jak dziką bestię przywiązaną do drąga. Nawet po 

tym, jak siłą zaciągnęliśmy ją do lodziarni, by zobaczyła pięć otoczonych niebieskawą poświatą dziewcząt, krzyczała, pluła 
i robiła wszystko, by nie doszło do spełnienia. A jednak �wygraliśmy". 

Pamiętam  ów  moment  na  chwilę  przed  połączeniem  i  wyraz  triumfu  na  twarzach  Billi,  Blair,  Clintona  i  mojej. 

Pomyślałem  wtedy:  mój  Boże, przecież  już  wyglądamy  tak  samo,  a  co  będzie,  kiedy  się  połączymy? Czy  otoczy  nas 

niebieskawa  poświata, czy  może  stanie  się  coś zupełnie  innego?  Każdy  kolor  jest na  swój sposób  piękny. Podziwiałem 

błękit tych pięciu dziewczyn i zazdrościłem im go, lecz  może  nam przytrafi się  jeszcze  cudowniejsza barwa. Kolor, który 

ulatuje  poza  spektrum, poza biel, poza  wszelkie  wyobrażenie. Czekaliśmy  dwa  lata. Czekaliśmy, aż  zagoją  się  oparzenia 
Blair i zrozumie prawdę. Potem szukaliśmy sposobu, by zwabić w pułapkę �tego od mięsa". Tak minęły dwa lata, a samo 

połączenie trwało tylko sekundę. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

18 / 41

background image

Pamiętam  nasz  krzyk.  I  płacz,  kiedy  zrozumieliśmy, jak  potworna  jest  nasza  prawda  i  jak  ohydny  przypadł  nam 

kolor.  Wszyscy  chcą  zaznać  raju  i  świecić  niebiańskim  blaskiem.  Jednak  prawda  może  być  też  niesprawiedliwa  i 

bezwzględna. A wielu z tych, którzy mają już swoją barwę, nie znajduje w niej ukojenia, lecz tylko gorycz wygnania. 

Przełożył Tomasz Jabłoński 

"Ale karuzela!"

(Uh-Oh City!)

Starcy winni stawać się odkrywcami

Tu i teraz nic nie znaczą

Nieruchomi, podążać musimy

Ku odmiennym nasyceniom...

Koniec jest moim początkiem. 

T. S. Elliot, East Coker 

Nie da się ukryć, że gdyby miała na imię Codruta, Glenyus albo Heulwen, dużo łatwiej przyszłoby mi pogodzić się z 

tym  wszystkim.  Jakieś  egzotyczne  imię  zza  Uralu  albo  z  krainy  druidów,  w  każdym  razie  skądś,  gdzie  niezwykłe 

wydarzenia są na porządku dziennym. Ona jednak miała na  imię  Beenie, Beenie  Rushforth. Czy nie  kojarzy wam się  to z 

pięćdziesięcioletnią  "dziewczyną"  z  jakiegoś  prowincjonalnego  klubu  golfowego?  Bo  mnie  tak.  Kobieta  mówiąca  zbyt 

donośnym głosem, przesadnie  opalona, ze zbyt dużą  szklaneczką  bourbona  w ręku o  jedenastej przed południem: Beenie 

Rushforth, absolwentka szkoły średniej w Wellesley z roku 1965. 

Zjawiła się  u nas całkiem zwyczajnie. Nasza ostatnia sprzątaczka postanowiła wyjść  za  mąż i przeprowadzić się do 

Chicago. Żadna strata. Na pewno nie należała do najlepszych w tym zawodzie. Była jedną z  tych, które zamiatają  dokoła 

dywanu, ale nie pod nim. Moja żona, Roberta, podejrzewała ją  także o to, że podpija nam alkohol, ale tym akurat zupełnie 

się nie przejmowałem. Irytowało mnie natomiast, że płacę spore pieniądze za utrzymanie  domu w czystości, w zamian zaś 

otrzymuję kąty pełne kurzu i brudne okna w gościnnym pokoju. 

Roberta wywiesiła ogłoszenie na tablicy przed wejściem do supermarketu obok mnóstwa innych, w rodzaju "Strzygę 

trawniki",  "Uczę  niemieckiego",  "Sprzedam  mało  używaną  maszynę  do  pisania"  -  wiecie, takich,  które  ludzie  czytają 

wtedy, kiedy znajdą się w potrzebie albo kiedy akurat nie mają nic ciekawszego do roboty. 

Sami doskonale  dalibyśmy sobie  radę  ze sprzątaniem, ale  od  czasu, gdy  dzieciaki wyprowadziły się  z  domu, a  ja 

dostałem  katedrę  na  uniwersytecie, mamy więcej pieniędzy  niż  kiedykolwiek  do  tej pory. Postanowiłem wykorzystać  je 

tak, żeby uczynić nasze życie przyjemniejszym. Roberta w pełni na to zasługuje. 

Przez  całe  dorosłe  życie  wykazywałem  niezwykły  talent do  zjawiania  się  w  niewłaściwym  miejscu  o  najbardziej 

nieodpowiedniej porze. Najpierw  zdecydowałem  się  na  rozpoczęcie  studiów  doktoranckich  na  Uniwersytecie  Michigan, 

aby móc prowadzić  badania pod kierunkiem Eliroya, największego znawcy prozy Hermana Melville'a. Eliroy umarł równe 

sześć tygodni po rozpoczęciu semestru. Roberta była wówczas w ciąży z naszą pierwszą córką, Norah, i przeżywała ciężkie 

chwile, ale  mimo  to  zachowała  się  naprawdę  wspaniale.  Powiedziała  mi,  że  dostałem  się  na  znakomitą  uczelnię  i  że 

doktorat uzyskany  właśnie  tutaj, wszystko  jedno,  z  Eliroyem czy  bez  niego, będzie  miał  swoją  wymowę, więc  żebym 

natychmiast przestał marudzić  i wziął  się  ostro  do pracy. Tak też  zrobiłem. Po  trzech  bardzo chudych  latach miałem już 

doktorat  i  dwoje  małych  dzieci.  Przez  następne  dziesięć  lat  prowadziliśmy  typowy,  cygański  żywot  młodych 

intelektualistów  -  co  jakiś  czas  załadowywaliśmy  po  sam  dach  naszego  małego  volkswagena  busa,  by  wyruszyć  w 

poszukiwaniu pracy na  drugi  koniec  kraju. Studenci  lubili  mnie, koledzy  natomiast zazdrościli mi, gdyż  pisałem  wtedy 

dużo  i dobrze; miałem już za sobą  monografię na  temat gnostycyzmu Melville'a, która skłoniła wielu ludzi do ponownej, 

uważnej lektury Moby  Dicka. Potem  opublikowałem pracę zatytułowaną  Szaleni marynarze  - analiza twórczości Alberta 

Pinkhama Rydera i Hermana Melville'a, która powinna była uczynić mnie sławnym, ale tego nie  zrobiła. Nie miałem o to 

do  nikogo  pretensji. Wiedziałem,  że  jest naprawdę  dobra,  a  poza  tym oboje  byliśmy  młodzi, kochaliśmy  się,  mieliśmy 

dwoje zdrowych dzieci i perspektywy... Czego więcej można potrzebować, kiedy ma  się  tyle lat? W Minnesocie kupiliśmy 

pierwszy dom i pierwszego psa. Zaczęła  się  druga, burzliwa  połowa lat sześćdziesiątych, więc  oczywiście po raz  kolejny 

wybrałem niewłaściwe miejsce w niewłaściwym czasie. W Nowym Meksyku Norah poszła do przedszkola. Podobało nam 

się tam. Suche  zimy i piękna  panorama gór czyniły nas szczęśliwymi. Co prawda college był obrzydliwie konserwatywny, 

ale mieliśmy sporo przyjaciół i żyło nam się całkiem wygodnie. 

W latach sześćdziesiątych wszyscy byli ogromnie zaangażowani, wszyscy też mieli coś ważnego do powiedzenia  na 

temat otaczającego ich świata. Ja także, ma się rozumieć. Należałem do tych idiotów, którzy zapuścili długie włosy i głośno 

protestowali przeciwko wojnie. Wszystko byłoby w porządku, gdybyśmy mieszkali w  Nowej Anglii albo Kalifornii, gdzie 

takie  zachowanie należało do  dobrego  tonu, ale  na Południowym Zachodzie  roiło się  od zaślepionych patriotów  i fabryk 

broni.  Poza  tym  uniwersytet  był  finansowany  przez  państwo,  a  tym  samym  całkowicie  uzależniony  od  rządu.  Krótko 

mówiąc, kiedy  zgłosiłem  się  do  rektoratu, aby  podpisać  kontrakt na  kolejny rok  akademicki, okazało  się,  że  o żadnym 

kontrakcie nie ma mowy. 

Ogarnięty paniką zacząłem szukać innej pracy, lecz znalazłem ją dopiero w rolniczym college'u w Hale w Teksasie. 

Niech was Bóg broni, gdyby kiedykolwiek przyszła wam ochota postawić tam nogę! Spędziliśmy tam cztery najgorsze lata 

życia. Pensja  była nędzna, studenci nieznośni, a  wykładowcy  -  zarówno  pod względem umiejętności  zawodowych, jak i 

zalet towarzyskich - przypominali ludzi z Cro-Magnon. O mało nie oszalałem. Stałem się tak bardzo nieznośny, że niewiele 

brakowało, a bez  niczyjej pomocy zniszczyłbym nasze małżeństwo. Któregoś okropnego wieczoru, po kolejnej awanturze, 

kiedy w jadalni wpatrywaliby się w siebie bez słowa, Roberta powiedziała: 

- Nigdy nie przypuszczałam, że dojdzie do tego. 

- Tak to jest, kiedy wychodzi się za mąż za nieudacznika z niewyparzoną gębą - odparłem. 

- Zawsze  wiedziałam, że masz  niewyparzoną  gębę, ale  nie przypuszczałam, że  jesteś nieudacznikiem. Przynajmniej 

do tej pory. W dodatku obrzydliwym. 

Niestety, na  tym  się  nie  skończyło. Przetrwaliśmy  jakoś  wyłącznie  dzięki  cierpliwości  i  dobrej woli  mojej  żony. 

Byłem już wtedy zupełnie roztrzęsiony, a dzieci tak bardzo bały się moich napadów złego humoru, że obawiały się do mnie 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

19 / 41

background image

podejść; robiły to tylko wtedy, gdy im kazałem. Życie, które kiedyś było interesujące i bogate jak dobra powieść, zamieniło 

się w kolejowy rozkład jazdy. 

Zupełnie  niespodziewanie  otrzymałem propozycję przyjazdu tutaj. Dziekan wydziału był moim dobrym znajomym 

jeszcze  z  Michigan;  przez  wszystkie  te  lata  utrzymywałem z  nim dość  ożywione  kontakty,  ponieważ  zajmowaliśmy  się 

zbliżonymi  problemami.  Nigdy  nie  zapomnę,  jak  po  skończonej  rozmowie  odłożyłem  słuchawkę,  odwróciłem  się  do 

Roberty i powiedziałem: 

- Pakuj manatki, Dzwoneczku. Jedziemy na północ. 

Przeprowadzka nie obyła się bez problemów. Norah zdążyła już przyzwyczaić się do swojej szkoły, życie w nowym 

mieście  okazało się znacznie  kosztowniejsze  niż w  Hale  (może dlatego, że w Teksasie prawie  nie ruszaliśmy się  z  domu, 

głównie  z  tego  powodu,  że  nie  było  dokąd  pójść),  a  na  uczelni  miałem  dużo  więcej  pracy,  lecz  mimo  to  po  sześciu 

miesiącach czułem się jak nowo narodzony. Znowu znaleźliśmy się w głównym wyścigu. 

Spośród następnych dwudziestu lat zdecydowana większość była interesująca, o kilku chciałoby się  jak najszybciej 

zapomnieć, ogólnie jednak te dwie dekady dały nam zadowolenie, które nie  zawsze  łatwo osiągnąć. Rzadko  kiedy słyszy 
się  ludzi mówiących: �Jestem  zadowolony z  życia". Zupełnie  jakby  byli zażenowani swoim szczęściem i wstydzili  się 

tego, że  Bóg pozwolił im podróżować  prostymi drogami. Ja  taki nie jestem. Pięć  lat temu uświadomiłem sobie, jak wiele 

mam  powodów  do  zadowolenia, i doszedłem  do wniosku, iż  nadszedł czas, aby  zacząć  chodzić  do  kościoła. Wybrałem 

najskromniejszy,  jaki  mogłem  znaleźć:  taki,  w  którym  można  spokojnie  za  wszystko  podziękować,  nie  czując  się 

przytłoczonym bogato zdobionymi szatami i nadętym ceremoniałem, nie  mającym nic  wspólnego z sednem sprawy. Mam 

pięćdziesiąt pięć lat i wierzę  w to, że  Bóg  chętnie  nas słucha, pod warunkiem że mówimy jasno  i na temat. Udziela  nam 

także odpowiedzi -  co prawda nie w postaci natychmiastowych, łatwo dostrzegalnych działań, tylko małych, rozrzuconych 

wokół  nas  punkcików, które  należy  mądrze  połączyć.  Teraz  jestem o tym  przekonany  jeszcze  silniej z  powodu  Beenie. 

Pomimo Beenie. Niech ją Bóg błogosławi. Niech będzie przeklęta. 

Kiedy zadzwoniła po raz  pierwszy, ja odebrałem telefon. Głosy niektórych ludzi pasują  do ich wyglądu - wiecie, o 

czym myślę: basowy głos, wielki mężczyzna  i tak dalej. Moje pierwsze wrażenie dotyczące  pani Rushforth mówiło mi, że 

jest osobą  w średnim wieku, dziarską, o pogodnym usposobieniu. Powiedziała, że  zauważyła nasze  ogłoszenie  na  tablicy 

przed supermarketem i być może  byłaby  zainteresowana  tą  posadą. Uśmiechnąłem się. Od kiedy sprzątanie  domów stało 

się  "posadą"? Żyjemy  jednak  w  czasach, kiedy śmieciarze  nazywają  się  "inżynierami  sanitarnymi", skoro więc  chciała, 

żeby była  to  posada, to proszę  bardzo. Potem  powiedziała  mi  o  sobie  więcej,  niż  chciałem usłyszeć:  ma  dorosłe  dzieci, 

straciła  męża, nie  potrzebuje  pieniędzy, ale  me  lubi bezczynności. Miałem pewne  wątpliwości  co  do  prawdziwości  tego 

stwierdzenia. Czy sprzątanie  domów  stanowi najlepszy sposób na  utrzymanie  sprawności fizycznej? Czy nie lepiej zacząć 

chodzić  na  siłownię  i  wzmacniać  mięśnie  na  specjalnie  przystosowanych  do  tego  przyrządach?  Zaproponowałem  jej 

jednak, żeby wpadła  do nas nazajutrz, a ona skwapliwie  przyjęła zaproszenie. Na podstawie brzmienia jej głosu  dodałem 

jeszcze  jedną  cechę  do sporządzonego ad hoc  portretu: samotność. Bardzo zależało jej na tym spotkaniu. Podała mi swój 

numer na  wypadek, gdyby coś się wydarzyło i musiałbym odwołać spotkanie. Zaraz po odłożeniu słuchawki sięgnąłem po 

książkę telefoniczną  i poszukałem nazwiska  Rushforth. Zawsze  robię  takie  rzeczy:  sprawdzam  adresy ludzi w  książkach 

telefonicznych,  czytam  informacje  podane  drobnym  drukiem  na  kuponach  konkursowych  i  pudełkach  z  płatkami 

owsianymi. Wynika  to  w równej mierze z  ciekawości, wścibstwa  i przyzwyczajeń naukowca. Staram się zebrać na każdy 

temat  możliwie  dużo  informacji,  żeby  potem  na  tej  podstawie  wyrobić  sobie  własne  zdanie.  Tym  razem  zajrzałem  do 

książki  telefonicznej  nie  dlatego,  żebym  miał  jakieś  podejrzenia  wobec  pani  Rushforth.  Powodowała  mną  wyłącznie 

ciekawość. 

Ku  memu  wielkiemu  zdumieniu  jedyna  B.  Rushforth  mieszkała  na  Śliwkowym  Wzgórzu,  w  uroczym,  bardzo 

dystyngowanym  osiedlu  położonym  w  pobliżu  jeziora.  Sprzątaczka,  tam...?  Byłem  tym  niezmiernie  zaintrygowany, 

podobnie jak Roberta, kiedy poinformowałem ją o rozmowie telefonicznej i rezultatach mojego małego śledztwa. 

- Scott, a może ona  jest kimś w  rodzaju cioci Mame? Bogata i ekscentryczna. Nasz dom będzie  sprzątała Rosalind 

Russell! 

Nazajutrz  z  samego  rana  zadzwonił do  mnie  kolega,  który  natychmiast  potrzebował  mojej pomocy, w  związku  z 

czym musiałem wyjść z domu i ominęło mnie spotkanie z zagadkową Beenie. 

Kiedy wróciłem na lunch, Roberta poinformowała mnie o szczegółach. 

- Jak wygląda? 

-  W  średnim  wieku,  średniego  wzrostu,  trochę  zaokrąglona,  krótko  ostrzyżone  siwiejące  włosy.  Przypomina 

masażystkę. 

- Tak właśnie myślałem. A jak była ubrana? 

-  W  potwornie  jaskrawy  dres  i  trampki  o  bardzo  skomplikowanym  wiązaniu.  Jest  bardzo  miła,  ale  zarazem 

apodyktyczna. Jeszcze  zanim zaproponowałam jej  pracę, zapytała, czy  może  rozejrzeć  się  po domu, żeby sprawdzić, jak 

wielkie czekają ją obowiązki. 

- A zaproponowałaś jej? 

- Tak. Jest sympatyczna  i wzbudza zaufanie. Poza tym każdy, kto mieszka na Śliwkowym Wzgórzu i chce sprzątać 

cudze domy, żeby się  czymś zająć, musi być  co najmniej interesujący, nie uważasz? Jeżeli jeszcze okaże się, że  zna się  na 

tej pracy, będziemy podwójnie wygrani. 

- To prawda. A więc, niech będzie Beenie. 

- Zaczyna od jutra. 

Seminarium  na  temat  Hawthorne'a  zajęło  mi  większość  następnego  ranka.  W grupie  mam  sporo  inteligentnych 

studentów, autentycznie  zainteresowanych tematem. Zazwyczaj wychodzę  z tych zajęć  pełen energii, zadowolony z tego, 

że  jestem nauczycielem. Tego dnia  rozgorzała  zażarta  dyskusja  na  temat opisów w  opowiadaniu  Young Goodman Brown

W pewnej chwili jeden młody człowiek zapytał drugiego: 

- Czy powiedziałbyś to wszystko, co teraz mówisz, gdybyś wiedział, że w tej sali siedzi sam Hawthorne? Czy byłbyś 

taki pewien siebie, wiedząc, że człowiek, który napisał to opowiadanie, słyszy każde twoje słowo? 

To  dobre  pytanie, które  często  słyszę, zadawane  na  wiele  różnych sposobów. Zastanawiałem  się  jeszcze  nad  nim, 

kiedy otworzyłem frontowe drzwi i do moich uszu dotarł odgłos włączonego odkurzacza. 

- Jest ktoś w domu? 

Odpowiedział mi tylko wytężony ryk odkurzacza. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

20 / 41

background image

- Halo, jest tu ktoś?! 

Nic. A potem z salonu dobiegł znajomy śmiech. Wszedłem tam i zobaczyłem Robertę zwijającą się na kanapie. Mało 

kto  potrafi  śmiać  się  tak  jak  moja  żona  -  jej  najczęstszą  reakcją  na  dobry  żart  jest  walnięcie  pięścią  w  kolano  i  nie 

kontrolowane  kołysanie  się  w  przód  i  w  tył. Łatwo  ją  rozbawić,  a  jej spontaniczna  reakcja  sprawia  dużą  przyjemność 

osobie  opowiadającej  dowcip.  Wydaje  mi  się, iż  jedną  z  przyczyn, dla  których  zakochałem  się  w  niej,  jest to,  że  była 

pierwszą  kobietą, która  szczerze  śmiała  się  z  moich  żartów.  Seks  to  wspaniała  sprawa,  ale  czasem  znacznie  większą 

satysfakcję można osiągnąć, rozśmieszając kobietę do łez. 

- Ty na pewno jesteś Scott. Roberta powiedziała mi już co nieco o tobie. 

Była  cała  siwo-szara.  Siwe  włosy,  szara  bluza, szare  trampki.  Oparła  ręce  na  biodrach  i  przyglądała  mi  się  tak, 

jakbym był używanym samochodem. Włączony odkurzacz przez cały czas szumiał przy jej boku. 

- Beenie? 

- Właściwie Bernice, ale jeśli będziecie tak do mnie mówić, natychmiast odejdę. Jak się masz? 

- Dziękuję, świetnie. Wygląda na to, że wy dwie już się dogadałyście. 

- Opowiadałam Robercie o moim synu. 

Moja żona machnęła dłonią, jakby oganiała się od natarczywej muchy. 

- Scott, koniecznie musisz tego posłuchać! Beenie, opowiedz mu tę historyjkę z królikiem! 

Beenie sprawiała wrażenie zadowolonej i jednocześnie trochę zażenowanej. 

-  Ojejku, może  innym razem. Teraz  muszę  dokończyć  odkurzania. Chciałabym jeszcze  dzisiaj  obskoczyć  okna,  a 

jestem dopiero w połowie roboty. 

Wyciągnęła  wtyczkę  z  kontaktu  i  przeszła  z  odkurzaczem  do  holu.  Chwilę  później  odkurzacz  znowu  zaczął 

pracować, tym razem w jadalni. 

Zerknąłem przez ramię, żeby sprawdzić, czy na pewno nie ma jej gdzieś w pobliżu. 

- Jak sobie radzi? - zapytałem. 

-  Wspaniale!  Ma  tyle  energii  co  mała  elektrownia  atomowa.  Widziałeś  kuchnię?  Jeśli  nie,  to  zaraz  tam  zajrzyj. 

Wygląda  jak  te  kuchnie  w  reklamach  telewizyjnych: po  prostu  lśni. Chyba  przydadzą  ci  się  okulary  przeciwsłoneczne. 

Wydaje mi się, że mieliśmy szczęście, trafiając właśnie na nią. 

- To znakomicie. Z czego tak się śmiałaś? 

- Ona jest po prostu przezabawna! Te historyjki, które opowiada... Koniecznie musisz je usłyszeć. 

- Byłbym w zupełności usatysfakcjonowany, gdyby umiała dobrze sprzątać. 

- Właśnie to jest takie wspaniałe: ona potrafi i jedno, i drugie! 

Tego  dnia  w  naszym  domu  rozbrzmiały  zupełnie  nowe  odgłosy.  Strzepywanie  poduszek;  syk  odkurzacza 

zaglądającego w kąty, w których jeszcze nigdy go nie było. Beenie znalazła w piwnicy okno, przez które światło słoneczne 

nie  przedostało  się  ani razu  od  trzydziestu  lat,  czyli  od  wybudowania  domu.  Psie  miski  błyszczały  jak  nowe, zasłony 

zostały  wyprane, a  największy  podziw  Roberty  wzbudziło  to,  że  szafka  pod umywalką  w  prawie  nie  używanej,  drugiej 

łazience  nie  tylko  była  idealnie  czysta,  ale  nawet  wspaniale  pachniała  jakimś  nowym,  nie  znanym  środkiem 

dezynfekującym. Co na to Beenie? 

- Jeśli chodzi o środki czystości, to przynoszę własne. 

Moje biurko zostało  odkurzone, papiery poukładane, a  książki ustawione  alfabetycznie. Nie  lubię, gdy ktokolwiek 

dotyka mojego biurka  - w naszej rodzinie było to jedno z najważniejszych tabu - ale  dokładność Beenie wywarła na mnie 

tak wielkie  wrażenie, że nie powiedziałem ani słowa. Żadne  z nas nie miało pewności, czy ta siwowłosa trąba  powietrzna 

zrobiła sobie przerwę na lunch. Żadne z nas nie zauważyło, żeby usiadła choć na chwilę. W ciągu ośmiu godzin zrobiła tak 

dużo, że  kiedy  wreszcie  sobie  poszła, chodziliśmy  we  dwójkę  po  nieskazitelnie  czystym domu, informując  się  głośno  o 

kolejnych odkryciach. 

- Mój Boże, nawet wykąpała psa! 

- Nie, tylko odkurzyła go i wyszczotkowała. Widziałeś nasze buty? Świecą się jak lustro. 

- A moja bielizna? Zdaje się, że wszystko wyprasowała. 

Jak długo żyję, nikt nigdy nie prasował mi gatek! 

- Czy chcesz mi przez to dać coś do zrozumienia, drogi mężu? 

Czuliśmy  się  jak  dzieci  szukające  migdału  w  misce  klusek  z  makiem.  Komu  mogłoby  przyjść  do  głowy,  żeby 

czyścić żarówki w stołowych lampach albo wierzch solniczki? O tym ostatnim przekonałem się  dopiero kilka dni później, 

przy  śniadaniu.  Do  tej  pory  ograniczałem  się  do  leniwych  rozmyślań,  że  warto  by  było  kiedyś  zetrzeć  osad  białych 

kryształków i poprzetykać zatkane dziurki. Teraz wreszcie zostało to zrobione, podobnie jak mnóstwo innych rzeczy. 

Bóg świadkiem, że Roberta  i ja  mamy wiele  wspólnych  tematów: dzieci, nasze małżeńskie  życie, życie  każdego  z 

nas z osobna, książki lub cokolwiek innego. Mimo to przez  następnych kilka dni wszystkie rozmowy dotyczyły wyłącznie 

Beenie Rushforth. Mogło chodzić o to, co zrobiła albo jak to zrobiła, ale prędzej czy później rozmowa schodziła właśnie na 

jej temat. Po pierwszym wstrząsie przekonaliśmy się, że nie tylko wyczyściła, uprasowała, oskrobała  i wypolerowała cały 

dom, ale  także  wprowadziła  mnóstwo  drobnych  udogodnień,  które  miały  za  zadanie  ułatwić  nam życie, takich  jak  na 

przykład  alfabetyczne  ustawienie  książek  na  moim  biurku. W kuchni  zaprowadziła  porządek  wśród  puszek  i  wydobyła 

przyprawy z różnych zakamarków, po czym zgromadziła je w jednym, łatwo dostępnym miejscu. Buteleczka z atramentem 

stojąca na biurku Roberty została wytarta z kurzu, a leżące obok koperty posegregowane według kolorów. 

- Nie, tego już za wiele! 

- O co chodzi? 

- Spójrz! Tubka z pastą została wyciśnięta od samego spodu, dzięki czemu cała pasta znalazła się w górnej części. Ty 

chyba tego nie zrobiłaś, prawda? 

- Ja? Przecież od trzydziestu lat ciosasz mi kołki na głowie, żebym wyciskała tubkę od spodu. 

- Tak właśnie mi się wydawało. Roberta... Dlaczego wciąż się tak zachwycamy naszą sprzątającą damą? 

-  Ponieważ  jest niesamowita. A  w  dodatku  płacimy  jej  tyle  samo  co  poprzedniej, która  nie  raczyła  nawet tknąć 

niczego palcem. 

- Co jeszcze powiedziała ci o sobie? Co robi, że może sobie pozwolić na rezydencję na Śliwkowym Wzgórzu? 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

21 / 41

background image

- Ona  nie  ma  żadnej rezydencji. Posiadłość należy do kogoś innego, a Beenie wynajmuje mały domek dozorcy przy 

bramie. Mieszka  tam od  lat  i płaci  bardzo  niewiele.  Jej  mąż  umarł  dziesięć  lat  temu. Był  jednym  z  dyrektorów  firmy 

ubezpieczeniowej z Kansas City. 

- Teraz rozumiem, dlaczego twierdzi, że nie chodzi jej o pieniądze. Kiedy facet z firmy ubezpieczeniowej wyciągnie 

nogi, jego rodzina dostaje sporą sumkę, bo miał najlepszą polisę. 

- Powiedziała, że niczego jej nie brakuje. 

- Jestem tego pewien. Ma syna? 

- Tak, i córkę. Zdaje się, że niezły z niego numer. Poproś ją kiedyś, żeby opowiedziała ci historię z papierosami. 

- Dobrze. Wiesz, o czym teraz myślę? Może to zabrzmi trochę dziwnie, ale zastanawiam się, co ona będzie sprzątać, 

kiedy przyjdzie za tydzień? Czy tu w ogóle zostało cokolwiek do sprzątania? 

Piwnica. 

- Beenie, naprawdę nie trzeba. To tylko pralnia i skład rupieci. Nigdy tam nie schodzimy. 

-  A ja  zajrzałam  tam  w  ubiegłym tygodniu  i wydaje  mi  się, że  moglibyście  wykorzystać  to  miejsce  na  mnóstwo 

ciekawych sposobów. Za kilka godzin wszystko będzie gotowe. 

Kiedy  wróciłem do domu na  lunch, Roberta  powiedziała  mi, że  przez  resztę  przedpołudnia do  jej uszu  dochodziły 

bardzo niepokojące  odgłosy z  otchłani - tak chyba  najlepiej można  określić naszą  piwnicę. Czarna otchłań otwierająca  się 

pod schodami, w którą  zagłębiasz się  raz w tygodniu z  koszem brudnej bielizny  pod pachą, choć  akurat wtedy wolałbyś 

robić co najmniej dziesięć innych rzeczy. 

W  naszym  domu  są  dwa  miejsca  stworzone  wyłącznie  do  przechowywania  różnych  przedmiotów.  To  strych  i 

piwnica, zawsze  w tej właśnie kolejności. Jeśli wydaje ci się, że powinieneś coś zatrzymać, ale nie  masz specjalnej ochoty 

oglądać  tego przez  jakiś czas, wrzucasz  to  na  strych. Jeżeli  nie chcesz  tego  już  nigdy  widzieć na  oczy, ale  nie  potrafisz 

zdobyć  się  na  ostateczną  decyzję  i  wyrzucić  to  do  śmieci, wpychasz  to  do piwnicy. Piwnica  stanowi krainę  wilgotnych 

cieni i martwych walizek. Gdyby  istniała  taka  możliwość, oddzieliłbym ją  od reszty domu, tak  jak oddziela się  pierwszy 

człon rakiety, kiedy osiągnie ona odpowiednią wysokość. Oprócz tego, że stała tam dziesięcioletnia pralka, piwnica służyła 

tylko od czasu  do  czasu  za  miejsce  zabaw  naszych  dzieci. Teraz  dzieci już  dorosły i założyły  własne  rodziny, a  kiedy 

czasem przyjeżdżały w odwiedziny, ich dzieci były jeszcze za małe na takie zabawy. 

W miarę  jak się starzejesz, twój dom kurczy się  wokół ciebie. Ponieważ potrzebujesz  mniejszej przestrzeni, niegdyś 

wypełnione życiem pomieszczenia oskarżają cię nieruchomymi spojrzeniami zamkniętych drzwi: kiedyś dałeś nam życie, a 

teraz nam je zabierasz. Gdzie  podziały się  dzieci, co się stało z  przyjęciami, ruchem i całym tym zamieszaniem? Nikt nie 

spogląda na swoje odbicie  w lustrze, w  nie  używanej jadalni nie  unosi się  już  zapach dziewczęcych perfum ani apetyczna 

woń gorącego posiłku. Nie masz nam już nic do zaofiarowania? W takim razie przeklinamy cię naszą ciszą, nieruchomymi 

przedmiotami i wszystkimi tymi rzeczami, które zbyt długo pozostają czyste. 

Nazywam to  syndromem muzealnym;  wszystko, co  posiadamy,  z  biegiem lat  zaczyna  przypominać  eksponaty  w 

muzeum, nie wyłączając nas samych. 

- Ale karuzela! 

Zapomniałem powiedzieć, że podłoga na parterze naszego domu nie  jest zbyt gruba. Kiedy pierwszy raz  usłyszałem 

z dołu ten donośny, tajemniczy okrzyk, spojrzałem pytająco na żonę. Jedliśmy właśnie lunch, a przypadek sprawił, że oboje 

wkładaliśmy do ust frytki. 

- Co to znaczy "Ale karuzela!"? 

- To chyba jej wojenny okrzyk, który wydaje, kiedy znajdzie coś interesującego. 

-  Czy w  takim razie  mam się spodziewać, że  wkrótce  ją  zobaczę? Pasta  jajeczna  jest dzisiaj wyjątkowo smaczna. 

Dodałaś do niej coś nowego? 

- Odrobinę chrzanu. Beenie dała mi przepis. Prawda, że to dobre? 

- Scott, już wróciłeś! Powiedz mi, co to jest? 

- Jak się masz, Beenie. To stare egzemplarze "New Yor- kera", jak sama widzisz. 

-  Jasne,  że  widzę.  Chcesz  je  zatrzymać?  Leżały  w  piwnicy, ale  połowa  jest już  tak  przegniła,  że  nic  nie  można 

odczytać. 

Miała rację, lecz  jej gderliwy ton przypomniał mi pannę  Kastburg, okropną nauczycielkę  z pierwszej klasy. To nie 

było przyjemne wspomnienie. 

- Beenie, jesteś tu po to, żeby sprzątać dom, nie żeby go zupełnie uprzątnąć. Zostaw je w spokoju, dobrze? 

- Nawet te przegniłe? Mogłabym je przejrzeć i... 

- Nawet te przegniłe. Lubię przegniłe gazety. Pamiętam wtedy o tym, żeby ostrożnie odwracać strony. 

- Dziwak z ciebie, Scott. 

- Dziękuję ci, Beenie. Pamiętaj tylko, żeby ich nie wyrzucać. 

Pojawiła się  jeszcze  kilka  razy, trzymając  w  wyciągniętej ręce  różne  dziwne  lub  dawno zapomniane  przedmioty i 

pytając, czy może je wyrzucić. Roberta i ja nieodmiennie godziliśmy się na to z entuzjazmem. 

W  pewnej  chwili  ponownie  usłyszeliśmy  na  schodach  jej  kroki.  Wydały  nam  się  jakby  trochę  cięższe,  i  nic 

dziwnego. Kiedy  Beenie  weszła  do pokoju, na  głowie miała  wielki  telewizor i wyglądała  jak  afrykańska  kobieta  idąca  z 

dzbanem do studni. 

- Mój Boże, Beenie! 

- Beenie, co ty robisz? 

-  Odkopuję  skarby!  Czy  zdajecie  sobie  sprawę  z  tego, co  to  jest? Autentyczny  brooker!  Okaz  dla  kolekcjonera. 

Niektórzy twierdzą, że brooker był najlepszym telewizorem, jaki kiedykolwiek produkowano w Ameryce. Wytrzymały jak 

ford T. 

Wymieniliśmy z żoną krzywe uśmiechy. 

- To pierwszy telewizor, jaki kupiliśmy, i od samego początku mieliśmy z nim mnóstwo kłopotów. Ile razy się psuł? 

Roberta spojrzała na Beenie i wzruszyła ramionami, jakby to ona była odpowiedzialna za wszystkie awarie. 

- Co najmniej pięć. Pamiętasz tego obrzydliwego grubasa, który go naprawiał? 

Wspomnienie  tłustej twarzy, okolonej brodą  godną  jednej z  postaci z obrazów van Dycka, podziałało na  mnie  jak 

obłok spalin wystrzelony z rury wydechowej obskurnej ciężarówki. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

22 / 41

background image

-  Craig  Tenney!  Miał  niebieski  kombinezon  i  swoje  nazwisko  wypisane  na  nim  żółtymi  literami.  Najgorszy  z 

możliwych!  Jedyny nadęty specjalista od telewizorów na  świecie! Nie wspominając już o tym, że oszust... Beenie, postaw 

to na podłodze. Jeszcze sobie coś zrobisz. 

-  Nic  podobnego. Kark  wytrzyma  każde  obciążenie. Najgorzej podnieść  nad  głowę... No  więc, co chcecie  z  tym 

zrobić? Tylko nie zostawiajcie go na dole. Mówię wam, działa czy nie, dla zbieracza to prawdziwa gratka. 

- W takim razie weź go sobie, jeśli masz ochotę. 

Spojrzała na mnie z zastanowieniem. 

- W takim razie po co go trzymałeś, skoro ci na nim nie zależy? 

- Przypuszczalnie dlatego, że  nie chciało mi się pójść z nim do śmietnika. Naprawdę możesz go sobie zabrać, jeżeli 

sprawi ci to przyjemność. 

- W porządku. Znam kogoś, kto chyba będzie nim zainteresowany. 

Nie  widziałem  tego telewizora  od  wielu  lat. Tak długo  już  stał  w piwnicy, że  nie  zauważyłbym go  nawet  wtedy, 

gdybym  na  niego  spojrzał, gdyż  stał się  niewidzialny. Dzieje  się  tak  ze  wszystkimi  przedmiotami,  które  są  zepsute  lub 

przestają  pełnić  w  naszym  życiu  jakąkolwiek  rolę.  Mimo  to  kiedy  teraz  nagle  ujrzałem  go  przed  sobą  w  świetle  dnia, 

znowu w salonie, w którym niegdyś przykuwał uwagę całej rodziny, powróciły związane z nim wspomnienia - jak choćby 

to  o  okropnym  techniku,  który  wygłaszał  różne  brednie  o  stanie  świata,  jednocześnie  nieudolnie  naprawiając  zepsuty 

odbiornik. 

Były  także  przyjemne  wspomnienia. Po kolacji siadaliśmy  całą  gromadą  przed  ekranem i  objadając  się  lodami  z 

polewą  czekoladową, oglądaliśmy  Laugh-In albo Star Trek  W przeciwieństwie  do wielu osób nigdy  nie  miałem żadnych 

zasadniczych zastrzeżeń wobec telewizji, może z wyjątkiem tego, że z samego założenia musi być głupia. W czasach mojej 

młodości wszyscy w  nabożnym skupieniu słuchaliśmy idiotycznych  programów rozrywkowych nadawanych przez  radio, 

więc  gdzie  tu właściwie jest różnica? Nasze  dzieci zawsze  dobrze  się  uczyły i uwielbiały  czytać książki. Nie miałem nic 

przeciwko  temu,  jeśli  po  szkole  lub  sobotnim  meczu  chciały  spędzić  godzinę  lub  dwie  przed  telewizorem.  Często 

przyłączałem się do nich, w  równej mierze  zwabiony  samym programem, jak możliwością  pobycia  w ich towarzystwie. 

Dopiero  teraz  uświadomiłem  sobie,  że  pierwsze  pytanie  dotyczące  seksu,  jakie  zadały  mi  moje  dzieci,  zostało 

sprowokowane  właśnie przez telewizję. Pewnego wieczoru, w trakcie Dick Van  Dyke Show, Norah poinformowała  nas, iż 

dowiedziała  się  od  koleżanki, że  dzieci  powstają  wtedy, kiedy mężczyzna  i kobieta  idą  razem do  szpitala, kładą  się  na 

sąsiednich łóżkach, a lekarze łączą ich genitalia długim gumowym wężem i tak dalej, i tak dalej. Czy to prawda, tatusiu? 

Tak  więc,  jak  widać,  ten  wrzód  na  tyłku,  którego  właśnie  udało  nam  się  ostatecznie  pozbyć,  był  świadkiem 

niezmiernie ważnych wydarzeń. Niewiele brakowało, a poprosiłbym Beenie, żeby przyniosła go z powrotem. 

Roberta  miała  podobne  odczucia. Tego wieczoru podczas kolacji powiedziała  mi, że  ona  także  myślała  o naszym 

starym telewizorze. 

-  Pamiętasz,  jak  kiedyś  włączyliśmy  go  dokładnie  w  chwili, kiedy  Ruby  zastrzelił  Oswalda?  Ja  pamiętam,  i  to 

bardzo dobrze. Cały świat był pogrążony w żałobie. Wszyscy byliśmy jak nieprzytomni. Nikt nie  przypuszczał, że jeszcze 

coś może się  wydarzyć, a  tymczasem na  naszych oczach dokonano pierwszego morderstwa  sfilmowanego na żywo przez 

telewizję! 

- Jesteś pewna, że to był właśnie brooker? 

- Tak. 

- Niech mnie licho. 

-  Mój syn Dean mieszka ze  swoją żoną  Gaby  na wsi. Mają  jamnika, który  wabi się  Suwak. To  miły zwierzak, ale 

kłopot polegał na  tym, że  ich sąsiad trzymał w  domu królika, którego Suwak koniecznie  chciał zjeść  na śniadanie. Królik 

biegał po  ogródku,  co  doprowadzało psa  do  szału. Za  każdym razem, kiedy  go  zobaczył, szczekał  jak  wariat, zaczynał 

kopać  dziurę  w  ziemi  albo  rzucał  się  na dzielące  ich  ogrodzenie. W związku  z  tym stosunki sąsiedzkie  nie  układały  się 

najlepiej, ale co można na to poradzić? 

Pewnego wieczoru po kolacji Dean i Gaby siedzieli w domu i popijali kawę, kiedy nagle kto zjawia się cały utytłany 

w  ziemi, z  martwym królikiem w  pysku, dumny niczym  generał  MacArthur? Oczywiście  Suwak. Mały gnojek  wreszcie 

zdołał jakoś  przekopać  się  pod płotem  i zagryzł biedaka. Chyba  wyobrażacie  sobie, co było  potem. Gaby dostała  ataku 

histerii i wyrwała królika  psu z  paszczy. Na  szczęście Suwak nie zdążył się  w niego wgryźć. Doszli do wniosku, że  zabił 

go,  potrząsając  głową  i  łamiąc  mu  kark. Ale  co  mieli  teraz  zrobić?  Oboje  mogli  sobie  doskonale  wyobrazić  reakcję 

sąsiadów, gdyby zapukali do nich następnego dnia rano i powiedzieli, co się stało. 

Długo rozważali wszystkie możliwe wyjścia z sytuacji, aż wreszcie wpadli na naprawdę  niezwykły pomysł. Bardzo 

sprytny,  ale  jednocześnie  ryzykowny.  Gaby  wzięła  martwego  królika,  uprała  go  porządnie  w  szamponie,  a  potem, 

wyobraźcie  sobie,  wysuszyła  go  suszarką  do włosów  i wyczesała  tak, że  wyglądał  jak  żywy!  Kiedy  się  z  tym  uporali, 

minęła już dziesiąta wieczorem, i trzeba było zrealizować drugą część planu. 

Dean wetknął sobie  pod pachę martwego królika, zakradł się na  podwórko sąsiadów, wsadził go do klatki, w której 

zwierzak mieszkał, po czym wrócił na palcach do domu. Położyli się z Gaby spać, ściskając mocno kciuki. Mieli nadzieję, 

że  kiedy  sąsiedzi  znajdą  rano  martwego  królika,  pomyślą, że  umarł  w  nocy  na  atak  serca  albo  coś  w  tym  rodzaju.  W 

każdym razie z przyczyn naturalnych. Jednak kiedy nazajutrz z samego rana usłyszeli przeraźliwy, dziki wrzask, pomyśleli, 

że  wszystko  się  wydało. Chwilę  później  do  ich  drzwi  zaczęła  się  dobijać  sąsiadka,  nawiasem  mówiąc  kobieta  bardzo 

religijna. Wyglądała tak, jakby właśnie uciekła sprzed telewizora, w którym pokazywali jakiś okropny dreszczowiec: blada 

jak  ściana,  powtarzała  w  kółko  tylko  kilka  słów.  "Cud,  jak  Boga  kocham,  prawdziwy  cud!"  Okazało  się,  że  biedny 

króliczek zdechł poprzedniego dnia  rano. Zrozpaczona kobiecina wygrzebała  razem z  mężem dołek w ziemi i pochowała 

zwierzaka, a  kiedy  dziś rano wyszła  na podwórko, żeby rozwiesić  bieliznę  do suszenia, zastała  go z  powrotem w  klatce, 

czyściutkiego  i pachnącego, jakby wcale  nie  spędził nocy pod  półmetrową  warstwą  ziemi.  Zmartwychwstały królik!  Co 

prawda nie ożył, ale przecież nie można wymagać od razu wszystkiego, prawda? 

Siedzieliśmy  we  trójkę  na  werandzie.  Beenie  uporała  się  ze  strychem,  a  Roberta  zdołała  ją  namówić,  żeby 

opowiedziała  nam jakąś historyjkę. Miałem wrażenie, że chętnie skorzystała  z  pretekstu, by spędzić  z nami jeszcze  kilka 

Minut i  nie  wracać  do  pustego  domu.  Wiedzieliśmy już  wzystko  o jej dzieciach, zmarłym  mężu,  a  także  o  życiu,  jakie 

prowadziła  do tej pory. Nie  było to może  jakieś  nadzwyczajne  życie, ale  na  pewno dobre. Beenie  z  dumą  opowiadała  o 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

23 / 41

background image

dzieciach,  cieszyła  się  niezłym  zdrowiem,  miała  wystarczająco  dużo  pieniędzy  oraz  poczucie  humoru,  które 

podtrzymywało ją na duchu i, jeśli tylko chciała, czyniło ją duszą każdego towarzystwa. 

- No, muszę  już lecieć, ale ostrzegam was: w przyszłym tygodniu biorę się za garaż. Zajmie  mi to cały dzień, więc 

nie będę miała czasu na resztę domu, ale jak już z tym skończę, zostanie nam tylko normalne cotygodniowe sprzątanie. 

Informowanie jej o tym, że do garażu wchodzimy jeszcze rzadziej niż do piwnicy, to znaczy wyłącznie w zimie, a i 

to tylko po to, by zaparkować samochód, całkowicie mijało się z celem. W głębi duszy nawet cieszyłem się na myśl o tym, 

że  już  za  tydzień nasz  mały świat będzie  znajdował się w  idealnym stanie. Zresztą, świadomość przemian, jakich Beenie 

dokonała  na  strychu i  w  piwnicy, zdusiła  w  zarodku  nasze  protesty. Nagle  okazało  się, że  jest tam mnóstwo  miejsca  do 

wykorzystania  oraz  wiele  interesujących przedmiotów, które  -  jak na  przykład  telewizor  -  wywołują  bardzo  przyjemne, 

odległe  wspomnienia. Czerwone  sanki,  na  których  woziliśmy  dzieciaki  w  Minnesocie  i  Nowym Meksyku, lalka, która 

kiedyś stanowiła najdroższy skarb dwóch małych dziewczynek, a nawet, ku memu zdumieniu i zachwytowi, paperbackowa 

seria  "Pierre  & Redburn", którą  zaczytywałem  się  w  szkole  średniej. Byłem święcie  przekonany, że  te  książki już  wieki 

temu przepadły bez śladu podczas jednej z przeprowadzek. Beenie co chwila podtykała nam jakieś rzeczy. 

"A  co  z  tym?"  -  pytała  ze  zniecierpliwieniem,  co  miało  oznaczać,  że  chce  wiedzieć,  co  mamy  zamiar  zrobić  z 

przedmiotem, który akurat trzyma  w ręku. Po pewnym czasie pytanie uległo skróceniu do lakonicznego "A to?"; Roberta i 

ja  czekaliśmy  cierpliwie,  jaka  część  przeszłości  pojawi  się  jako  następna,  niczym  peryskop,  który  przebija  się  przez 

powierzchnię  czasu,  aby  umożliwić  rozejrzenie  się  dokoła. Trudno  było  nam  podjąć  decyzję  o  rozstaniu  z  niektórymi 

przedmiotami, mimo że  nie istniał żaden racjonalny powód, dla  którego mielibyśmy je  zatrzymać. Poobijane, zepsute lub 

niemodne, należały  jednak do naszej przeszłości. Wszystkie  stanowiły fragmenciki wspólnego życia, które zasadziliśmy i 

pielęgnowaliśmy, aby wreszcie znaleźć dla niego stałe miejsce. 

Kilka dni później pojechałem na zakupy do supermarketu. Bardzo lubię  to robić, ponieważ obfitość zgromadzonych 

tam towarów podnosi mnie na duchu. Byłem czwartym z pięciorga dzieci w rodzinie i choć nie mogę powiedzieć, żebyśmy 

nie  mieli  co  jeść,  to  jednak  pieniędzy  starczało  wyłącznie  na  zaspokojenie  naszych  podstawowych  potrzeb. Do  dzisiaj 

odczuwam wielką przyjemność, przechadzając się po sklepie  ze  świadomością, że  mogę kupić właściwie co tylko zechcę. 

Przeżywaliśmy z Roberta chude  lata, ale  ponieważ  wychowywaliśmy się w podobnych warunkach, nigdy nie  skąpiliśmy 

pieniędzy na  jedzenie. Samochód  mógł być  stary i  przerdzewiały, dach  domu dziurawy, ale posiłki zawsze  były obfite, a 

jeżeli któreś z dzieci chciało przyprowadzić na obiad kolegę, to nigdy nie mieliśmy nic przeciwko temu. 

Oboje lubimy gotować, w związku z czym na zmianę dyżurujemy w kuchni, ale zakupy należą wyłącznie do mnie, a 

ja bardzo się z tego cieszę. 

Ku  mojemu zdziwieniu  podczas  seminarium na  temat Hawthorne'a  na  nowo  rozgorzała  dyskusja  o tym, co autor 

naprawdę  miał  na  myśli. Studenci  podzielili się  na  dwie  równe  grupy: jedna  z  nich  uważała, że  liczy się  jedynie  zdanie 

artysty na temat jego dzieła, druga  zaś była zdania, że  każdy ma  prawo do swobodnej interpretacji, pod warunkiem że jest 

ona  sensowna  i opiera  się  na  konkretnych przesłankach. Nie  opowiedziałem  się  po żadnej ze  stron, ale  pilnie  śledziłem 

dyskusję aż do chwili, kiedy jedna z dziewcząt chwyciła za rogi zdecydowanie zbyt potężnego byka, mówiąc: 

- Weźmy na  przykład Boga, oczywiście zakładając, że  Bóg  w ogóle  istnieje. Co On miał na myśli, tworząc świat? 

Można  uznać, że  wszystkie  religie  pełnią  rolę  krytyków  literackich, ponieważ  każda  z  nich jest przekonana  o  słuszności 

swojej interpretacji. Czy jednak tak jest naprawdę? A może tylko Bóg zna odpowiedź na wszystkie pytania? 

-  Może, tyle  tylko, że  ten  "autor"  nie  żyje  albo  milczy  i  nigdy  nam nie  powie, o  co  mu  rzeczywiście  chodziło  - 

parsknęła inna. - Wychodzi więc na to, że sami musimy poszukać wyjaśnienia, zgadza się? 

Teologia  mądrali. Małe  ludziki wydymające  pogardliwie  wargi nad cudami. Nic  nie  powiedziałem, ale  trochę  się 

rozzłościłem,  słysząc, jak  dwudziestopięciolatki  z  klapkami  na  oczach  wymądrzają  się  na  równie  oczywiste  jak  ważne 

tematy. 

Wciąż jeszcze mając myśli zajęte dyskusją, zerkałem na listę zakupów i zdejmowałem kolejne opakowania z półek, 

kiedy  nagle  podniosłem  wzrok  i  w  odległości  sześciu  metrów  ujrzałem  Beenie  Rushfbrth.  Chciałem  od  razu  do  niej 

podejść, ale powstrzymałem się, widząc, jak bardzo jest pochłonięta tym, co właśnie teraz robi. 

Wyjęła  ciasteczko z  otwartej  torebki  i podniosła  je  do  ust. W sumie  nic  nadzwyczajnego,  gdyby nie  to, że  na  jej 

twarzy malował się  wyraz najwyższej rozkoszy. Ugryzła  mały kęs, zamknęła  oczy, a  ja niemal usłyszałem jęk zachwytu. 

Przełknęła,  otworzyła  oczy,  spojrzała  na  ciasteczko  tak,  jakby  właśnie  powiedziało  jej  coś  bardzo  miłego,  ugryzła 

ponownie,  i tak  w  kółko. Albo były  to najlepsze  ciasteczka  na  świecie, albo chodziło  o coś zupełnie  innego.  Kiedy  tak 

stałem i gapiłem się na nią, nagle uświadomiłem sobie ze zdumieniem, że wcale nie jestem lepszy od moich studentów. Nie 

byłem w stanie wyobrazić sobie, że ktoś może po prostu rozkoszować się jakąś chwilą życia. Od razu zakładałem, że osoba 

okazująca tak wielkie zadowolenie musi być trochę dziwna albo wręcz postrzelona. Dlaczego dobre rzeczy budzą w nas tak 

wiele podejrzeń? 

- Cześć, Beenie. 

Uśmiechnęła się, ale poznała mnie dopiero po kilku sekundach. 

- Witaj, Scott! Jak się masz? 

- Świetnie. To chyba jakieś znakomite ciasteczka. Wyglądasz na bardzo zadowoloną. 

- Owszem, są dobre, ale nie uśmiecham się do nich, tylko do moich wspomnień z dzieciństwa. Nie powodziło nam 

się  zbyt  dobrze,  a  ja  zazwyczaj przez  cały dzień  byłam  głodna. Nawet zaraz  po  posiłku. W miasteczku  mieliśmy  kilka 

sklepów, a  ponieważ  robienie  zakupów  należało  do  moich  obowiązków, za  każdym  razem  chodziłam do  innego,  gdyż 

miałam w zanadrzu pewną sztuczkę. Ładowałam do wózka wszystko, co miałam kupić, po czym brałam z półki torebkę  z 

ciasteczkami - obojętnie z jakimi, bo wszystkie ogromnie mi smakowały - i zaszywałam się w ciemnym kącie, który można 

znaleźć  prawie  w  każdym  sklepie.  A  więc,  brałam  ciasteczka,  uciekałam  do  kąta,  a  tam  bardzo  powoli  i  ostrożnie 

otwierałam torebkę wzdłuż sklejenia. Można  to zrobić, jeśli bardzo się uważa, a ja byłam w  tym prawdziwym ekspertem! 

Po otwarciu torebki wyjmowałam z niej dwa ciasteczka - zawsze tylko dwa!  - i pakowałam je do ust. Potem, przeżuwając 

tak, żeby nikt tego nie  zauważył, jakby nigdy  nic  odstawiałam torebkę  na  półkę, ale  z  tyłu, żeby  nie znaleziono jej zbyt 

szybko. Nigdy nie zostałam przyłapana i byłam z tego bardzo dumna. 

- Ale teraz, kiedy już możesz sobie pozwolić na kupienie całej torebki, przyjemność nie jest chyba aż tak wielka? 

- Powiem ci coś, Scott. Pięć tygodni temu lekarz  powiedział mi, że  jestem chora. Od tej pory wszystko zaczęło mi 

smakować jak nigdy przedtem. 

Powiedziała to zupełnie zwyczajnie, bez użalania się nad sobą. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

24 / 41

background image

- Beenie, ogromnie mi przykro... Czy możemy coś dla ciebie zrobić? Może jakaś kuracja albo... 

- Już za późno. Od dawna czułam się paskudnie i powtarzałam sobie, że powinnam pójść na badania, ale sam wiesz, 

jak  to jest: jesteś zbyt leniwy albo w  głębi  duszy boisz  się  i nie  chcesz  poznać  prawdy... W każdym razie  boisz  się tym 

bardziej, im gorzej się czujesz. Idziesz na badanie dopiero wtedy, kiedy ból staje się nie do wytrzymania, a wtedy masz już 

pewność,  że  doczekałeś  się  poważnych  kłopotów...  -  Zacisnęła  usta  i  potrząsnęła  głową.  -  Pamiętasz  słowo 

"niemożebność"?  Jesteś  nauczycielem  angielskiego.  Dlaczego  już  nikt  nie  używa  tego  słowa?  Tak  czy  inaczej, 

postanowiłam  brać  leki,  które  mi  przepisali,  i  chodzić  na  zabiegi,  ale  tylko  tak  długo,  jak  długo  nie  będzie  mi  to 

przeszkadzać w normalnym życiu. Widzisz te ciasteczka? Zjadłam aż trzy, a teraz  odstawię torebkę na  półkę i nie zapłacę 

za nie, zupełnie jak w dawnych czasach. Czym skorupka za młodu nasiąknie... Ale teraz nie są już tak dobre jak kiedyś. 

- Napiłabyś się ze mną kawy? 

- Nie, muszę wziąć  się  za  sprzątanie domu. To jedyna rzecz, którą naprawdę  lubię  robić. Idziesz do czyjegoś domu, 

pracujesz ciężko przez cały dzień, a potem oddajesz go właścicielom, żeby mieszkali w nim przez następny tydzień. 

- Z nikogo nie byliśmy tak zadowoleni jak z ciebie. 

- Dziękuję, Scott. Miło mi, że to powiedziałeś. 

Roberta  była  wstrząśnięta,  kiedy  opowiedziałem  jej  o  spotkaniu. Zadawała  te  same  pytania  i  siedziała  z  takim 

samym wyrazem twarzy jak  ja  podczas powrotnej drogi ze sklepu. Mój ojciec  nazywał taki stan "dotknięciem brzytwy"  - 

kiedy dowiadujesz się, że ktoś, kogo znasz, umarł albo jest ciężko chory, w pierwszym odruchu cofasz się, jakbyś dotknął 

ostrza brzytwy. 

- Możemy coś dla niej zrobić? 

- Owszem: pozwolić jej sprzątać nasz dom. Powiedziała mi, że to właśnie lubi robić najbardziej. 

- Chce zostawić po sobie porządek?... 

- Chyba tak. Mówiła o tym zupełnie normalnie. "Jestem chora i już za późno na cokolwiek". Nie wiem dlaczego, ale 

zaraz potem przyszła mi na myśl jej historia o martwym króliku. 

Miałem już wejść do sali, kiedy nagle usłyszałem jej głos. 

- Scott? 

Odwróciłem się i ujrzałem Beenie z nieśmiałym uśmiechem na ustach, ściskającą w dłoniach małą, lśniąco czerwoną 

torebkę. 

- Beenie! Masz tu jakieś zajęcia? 

- Nie, ale  chciałam zapytać, czy nie mogłabym chodzić na twoje. Zadzwoniłam do was dziś rano, ale  ciebie  już  nie 

było, a Roberta powiedziała mi, żebym przyszła prosto tutaj. Pomyślałam sobie: czemu nie? Najwyżej się nie zgodzi. 

- Dlaczego miałbym się nie zgodzić? Właśnie omawiamy opowiadania Nathaniela Hawthorne'a. Znasz je? 

- Nie, ale to nic nie szkodzi. Po prostu usiądę sobie i będę się przysłuchiwać. Temat nie jest ważny. 

- W takim razie zapraszam panią do środka. 

Kiedy  weszliśmy  razem  do  sali,  studenci  spojrzeli  na  Beenie  z  zaciekawieniem.  Przedstawiłem  ją  jako  doktor 

Rushfbrth  i  powiedziałem,  że  będzie  obserwować  przebieg  dzisiejszego  seminarium.  Do  tej  pory  nigdy  nie 

przyprowadzałem nikogo na zajęcia, więc dzieciaki były podwójnie zaintrygowane. 

Tego  dnia  po  raz  pierwszy  zobaczyłem  ją  w  czymś  innym  niż  w  dresie.  Miała  na  sobie  brązową  spódniczkę, 

utrzymaną  w zbliżonej  tonacji wełnianą  kamizelkę  oraz białą bluzkę  z  dużym kołnierzykiem. Nie  wiem dlaczego, ale  w 

tym stroju wydawała  się  jakby mniejsza. W dresie  stanowiła siwowłosy ładunek energii, teraz zaś wyglądała  tak, jakby na 

siłę starała się upodobnić do gromady ponurych nudziarzy. 

Przez całe zajęcia obserwowałem ją kątem oka. Z jej twarzy ani na chwilę nie zniknął uśmiech z rodzaju tych, jakie 

przywołujemy, kiedy ktoś mówi do nas w niezrozumiałym języku, a my nie chcemy sprawić mu przykrości. Zastanawiałem 

się, po co tu właściwie przyszła. 

Kiedy zajęcia dobiegły końca, Beenie pozostała na miejscu. Podszedłem do niej. 

- Oni chyba cię lubią, prawda? Twoi studenci. 

- Bardzo się z tego cieszę, choć czasem wolałbym, żeby tak nie było. Staraliby się wtedy ze mną współzawodniczyć, 

co zmuszałoby ich do bardziej wytężonej pracy. Dlaczego tu przyszłaś, Beenie? 

- Żeby zobaczyć cię w akcji. Żeby się przekonać, jak wyglądasz poza domem. Widuję cię tylko jedzącego lunch albo 

rozmawiającego  z  Roberta.  Jesteś  dobrym  nauczycielem,  Scott,  widać  to  po  sposobie,  w  jaki  podchodzisz  do  pracy. 

Niewiele wiem o Nathanielu Hawthornie, ale udało ci się  zainteresować mnie nim. A przy okazji dowiedziałam się, co to 

znaczy "żałosny sofizmat". 

Poklepała mnie po ręce i podniosła  się  z krzesła. Nagle  zamarła w  pół ruchu i skrzywiła  się. Coś musiało ją  bardzo 

zaboleć. Zauważyła, że nie umknęło to mojej uwagi. 

-  To mój  stały gość  -  powiedziała  z uśmiechem. -  Nieźle  pan sobie  radzi, profesorze  Silver. Naprawdę  nieźle. Do 

zobaczenia pojutrze. 

Roberta  poszła  na  aerobik, a  ja  siedziałem w  gabinecie, pracując  nad artykułem. Dokładnie  w połowie  wspaniałej 

myśli rozległo się donośne pukanie do drzwi. 

- Tak? 

- Scott, znalazłam coś ciekawego. Możesz przyjść i rzucić okiem? 

Lubiłem Beenie i podziwiałem jej odwagę, ale czy naprawdę musiała przeszkadzać mi w pracy, aby dowiedzieć się, 

czy potrzebuję jeszcze starej rakiety tenisowej? Nastroszyłem się groźnie i podszedłem do drzwi. 

- O co chodzi, Beenie? 

Trzymała  przed  sobą  kartonowe  pudełko  koloru  owsianki. Na  wierzchu  znajdował się  napis wykonany  wielkimi, 

drukowanymi literami: KRÓL JUTRA. Nie  widziałem tego pudełka od dwudziestu lat, ale nie  musiałem go otwierać, aby 

dowiedzieć się, co jest w środku. 

Zaraz po ukończeniu studiów, kiedy zabrałem się do pisania doktoratu, uczyłem także  przedmiotu noszącego nazwę 

podstawy kompozycji literackiej. Temat interesował mnie, a  ponieważ byłem młodym, pełnym energii idealistą, myślę, że 

dobrze dawałem sobie z nim radę. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

25 / 41

background image

Wśród studentów miałem także pewną młodą, poważną kobietę nazwiskiem Annette Taugwalder. Była inteligentna i 

utalentowana  i ponad  wszystko  na świecie  pragnęła  zostać  pisarką. Żyła  literaturą  do tego  stopnia, że  często dwukrotnie 

czytała  zadane  lektury. Lubiłem ją, ale  trochę niepokoiła  mnie jej żarliwość. Ja  także  lubiłem książki, lecz  wydawało mi 

się, że ona nie tyle czyta je, ile wręcz pożera. Oprócz tego charakteryzowała ją pewna arogancja. Annette dawała wyraźnie 

wszystkim do zrozumienia, że nie uważa ich za równych sobie, więc lepiej, żeby zostawili ją w spokoju. 

Mniej więcej w połowie semestru podeszła do mnie po zajęciach i zapytała, czy zechciałbym przeczytać maszynopis 

jej  powieści. Zgodziłem  się,  ale  uprzedziłem  ją  uczciwie,  że  będę  całkowicie  szczery,  nawet  jeśli  mi  się  nie  spodoba. 

Odparła, że wie o tym i że właśnie dlatego zwróciła się z tą prośbą do mnie, a nie do jakiegoś innego wykładowcy. 

Niestety, powieść okazała się do niczego. Kolejny Bildungsroman autorstwa  dwudziestolatki - znalazłoby  się  kilka 

dobrych  fragmentów, ale  ogólnie  były  to  stare,  dobrze  znane  rzeczy  udające  nowe.  Mimo  to  poświęciłem  niemal  cały 

weekend na uważną lekturę i nawet poczyniłem sporo notatek, aby Annette wiedziała, że podszedłem do sprawy poważnie. 

W poniedziałek  po  wykładzie  usiedliśmy  razem  i  powiedziałem  jej, najbardziej  delikatnie  i  dyplomatycznie,  jak 

tylko potrafiłem, czego dotyczą moje zastrzeżenia wobec książki. Było tam parę mocnych rzeczy, które  jednak wymagały 

wyostrzenia, lepszej charakterystyki postaci i pełniejszej perspektywy. Zapytała mnie, czy uważam, że  powieść  nadaje  się 

do  druku,  a  ja  odparłem, że  nie,  że  moim  zdaniem powinna  zostać  napisana  jeszcze  raz, od  samego początku. Annette 

stwierdziła wówczas, że pokazała ją już wydawcy, który przysłał bardzo zachęcający list. Odparłem na to, że serdecznie jej 

gratuluję  i  wcale  nie  twierdzę,  że  muszę  mieć  rację.  Na  zmianę  błagała  mnie  i zasypywała  aroganckimi  uwagami,  aż 

wreszcie  zorientowałem  się, że  dalsza  rozmowa  nie  ma  żadnego  sensu  i  po  dwóch  godzinach  -  po  dwóch godzinach!  - 

powiedziałem jej, że  wyraziłem już  swoje  zdanie na temat książki i że ostateczna  decyzja  należy wyłącznie  do  niej. Ani 

przez  chwilę nie  traktowałem jej protekcjonalnie  ani pobłażliwie. Jestem tego pewien. Żeby nie rozwodzić  się nadmiernie 

nad  tą  okropną  historią,  powiem  tylko  tyle,  że  Annette  wyszła  z  sali,  zostawiając  na  stole  pudełko  z  maszynopisem. 

Uznałem  to  za  tani teatralny gest i postanowiłem zwrócić  jej  powieść  po  następnych zajęciach. Nigdy  więcej już  jej nie 

zobaczyłem. Tydzień później popełniła samobójstwo. 

Możecie mi powiedzieć, że byliście w jakiś sposób zamieszani w czyjeś samobójstwo i nie  macie żadnego poczucia 

winy,  ale  ja  wam nie  uwierzę. Na  początku trzymacie  się  całkiem nieźle, lecz  już  wkrótce  wyrzuty  sumienia  zaczynają 

drążyć  w  waszej  duszy  głębokie  tunele.  Kiedy  osiągnięcie  mój  wiek,  tunele  będą  już  tak  długie,  że  zaczną  zagrażać 

stabilności budowli. Nigdy nie udało mi się przejść nad tym do porządku dziennego. Nie wiem, jaki wpływ na jej decyzję 

miało  nasze  ostatnie  spotkanie  -  i  czy  w  ogóle  jakiś  miało  -  ale  jaka  to  różnica?  W  głębi  serca  czuję  się  winny. 

Rozmawiałem  o tym  z  psychoanalitykiem, rozmawiałem z  Roberta,  próbowałem  nawet rozmawiać  z  Bogiem... Nic  nie 

pomogło. 

- Gdzie to znalazłaś? 

- Na górnej półce w garażu. Co chcesz z tym zrobić? 

Wiedziony  odruchem  chciałem  już  powiedzieć, żeby  to  wyrzuciła,  ostatecznie  jednak  poprosiłem, żeby  dała  mi 

pudełko. Znacznie większym niepokojem niż jego widok napełniała mnie pewność, że tego dnia, kiedy dowiedziałem się o 

śmierci dziewczyny, zaniosłem je na posterunek policji i tam zostawiłem. Wszedłem do komisariatu, gdzie nagle znalazłem 

się wśród ludzi, z którymi nigdy do tej pory nie  miałem żadnego kontaktu - co najwyżej widziałem, jak wsuwają  mandaty 

za  wycieraczki nieprawidłowo zaparkowanych  samochodów. Teraz  dwaj mężczyźni w  granatowych mundurach zadawali 

mi pytania. Mieli poważne  twarze  i przyglądali mi się  podejrzliwie. Jeden  z  nich  otworzył pudełko i  zajrzał do  środka, 

mimo że  powiedziałem już, co się tam znajduje. Czego oczekiwał? Powiedziałem im wszystko, co wiedziałem, a następnie 

wróciłem  do  domu.  Otwarte  pudełko  na  dużym  dębowym  biurku  sprawiało  wrażenie  dziwnie  nagiego.  Opuściłem 

posterunek z pustymi rękoma. 

Teraz Beenie  wręczyła  mi to samo pudełko i bez  słowa wyszła z pokoju. Do mojej krwi dostał się potężny zastrzyk 

adrenaliny. Łapałem powietrze szybkimi, płytkimi łykami. Zapomniałem o tym, co robiłem do tej pory, położyłem powieść 

Annette na biurku i spędziłem pozostałą część dnia na lekturze. 

O czwartej, kiedy Beenie przyszła się pożegnać, Roberty jeszcze nie było w domu. 

- No, skończyłam. Garaż błyszczy się jak nowy... Scott, nic ci nie jest? Jesteś blady jak ściana. Myślę, że powinieneś 

odłożyć te papierzyska i pójść na spacer. 

Miałem  już  za  sobą  dwie  trzecie  książki. Była  naprawdę  marna,  nawet  jeszcze  gorsza, niż  mi  się  za  pierwszym 

razem wydawało. 

- Wiesz, co to jest, Beenie? Masz chwilę? 

Odparła, że  oczywiście, więc  zaprosiłem ją  do środka. siadłem za  biurkiem, a  ona  zajęła  miejsce  w  rozłożystym 

fotelu stojącym przy oknie. Biorąc pod uwagę, jak okropne było to przeżycie, opowiedzenie  o nim zajęło mi zaskakująco 

mało  czasu. Rozmyślałem o  tym latami,  ale  teraz, kiedy  mówiłem  o wszystkim  na  głos, wystarczyło mi  nie  więcej  niż 

dziesięć minut. Gdy skończyłem, Beenie opuściła wzrok na swoje dłonie. 

-  Za  młodych  lat  lubiliśmy z  moim  mężem spędzać  sylwestra  w różnych interesujących  miejscach. Jednego  razu 

było to w pociągu jadącym przez Kanadę, innego w remizie strażackiej w Moscow w stanie Idaho. Potem przyszły dzieci... 

- Machnęła ręką, jakby rzucała w górę garść konfetti. - Dzieci ukrócają wszelkie szaleństwa, prawda? Po przyjściu na świat 

Deana  zazwyczaj zostawaliśmy  na  sylwestra  w  domu, co najwyżej z  butelką szampana. Co jakiś czas zapraszano  nas  na 

przyjęcia, ale nie mieliśmy specjalnej ochoty na paradowanie w zabawnych kapelusikach. 

Spojrzałem na  nią, nieco zaskoczony, że  moja  opowieść  skojarzyła  jej się z  zabawnymi kapelusikami. Przez  jakiś 

czas siedzieliśmy w milczeniu, myśląc o śmierci i o 31 grudnia. 

- Nigdy nie  udało mi się  zdecydować, co sprawia mi większą przyjemność: sylwester  na grzbiecie wielbłąda  czy w 

naszym domu, z dziećmi, przy sztucznych ogniach i dzikich podskokach. Oba były jednakowo dobre. Jaki to ma związek z 

tobą? Który z was wie  więcej, Scott? Ty sprzed śmierci tej dziewczyny czy drugi ty, po niej? Blizny szpecą  nasze  twarze, 

ale  jednocześnie  nadają  im  jakiś  wyraz.  Jeżeli  chodzi  o  moje  zdanie,  to  postąpiłabym  dokładnie  tak  samo  jak  ty. Tej 

dziewczynie nie zależało na twojej opinii; ona chciała tylko usłyszeć, że jest wspaniała. Cóż, nie była, i prędzej czy później 

na pewno by się o tym przekonała. 

- Może gdyby to nastąpiło później, byłaby lepiej przygotowana... 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

26 / 41

background image

-  Bzdura.  Ona  nie  żyje,  Scott.  Słabe  ogniwa  pękają  najwcześniej.  Natomiast  co  się  tyczy  ciebie,  to  muszę  ci 

powiedzieć  coś,  w  co  święcie  wierzę:  poczucie  winy  to  dziwka. Idzie  z  każdym, ale  w  łóżku  jest  do  niczego. Ty  nie 

umierasz, lecz sprawa  tej dziewczyny stawia  cię  w sytuacji bardzo podobnej do mojej. Oboje  moglibyśmy spędzić  resztę 

naszych dni, odczuwając wyrzuty sumienia z powodu rzeczy, których nie zrobiliśmy w życiu, ale po co iść do łóżka z kimś, 

kto nie potrafi ci dać żadnej przyjemności? 

- Chyba za bardzo upraszczasz sprawę, Beenie. 

- Wcale nie! To najtrudniejsza rzecz na świecie: zapomnieć o poczuciu winy i żyć dalej. Dokładnie tak, jak ja muszę 

teraz  postąpić.  Przykro  mi,  że  mamy  w  tej  sprawie  różne  poglądy.  Widzisz,  ja  zgadzam  się  z  zasadą  powtórnego 

wykorzystania surowców: należy zbierać stare gazety, puszki po coli i butelki, ale nie poczucie winy. Jeśli o mnie  chodzi, 

to uważam, że stare poczucie winy bardzo szybko się psuje i nie nadaje do powtórnego wykorzystania. 

Pożegnaliśmy  się  i  Beenie  wyszła.  Byłem  bardzo  rozczarowany.  Zdawałem  sobie  sprawę,  że  nie  jest Albertem 

Einsteinem, ale wydawało mi się, że  ktoś, kto wie o tym, że ma wkrótce umrzeć, będzie... po prostu będzie wiedział trochę 

więcej. Jednak  wszystko,  co  mówiła, brzmiało  jak  cytaty  z  tanich  poradników  psychologicznych,  które  można  kupić  w 

każdym kiosku. Westchnąłem, ponownie włożyłem okulary i wróciłem do ostatnich stron powieści Annette Taugwalder. 

Nowy  Rok  przyszedł i  minął, a  ja  myślałem  o  sylwestrowych  wieczorach, jakie  Beenie  spędzała  z  rodziną.  Czy 

pojechała  w  odwiedziny  do  Deana  i jego  żony? A może  do córki? Dlaczego tak  dużo  mówiła  o synu, a  prawie  wcale  o 

córce? Roberta powinna wiedzieć. 

-  Ponieważ  nie  utrzymują  żadnych  kontaktów.  Dziewczyna  wyszła  za  jakiegoś typka, którego  Beenie  nie  mogła 

zaakceptować. 

- Nie pogodziły się, kiedy zachorowała? 

- Nie. 

Nie mogłem się zdobyć na wyrzucenie maszynopisu, ale moja mądra żona, jak zwykle, znalazła rozwiązanie. Idąc za 

jej  radą,  znalazłem  w  archiwach  uniwersytetu  stary  adres Annette  i  wysłałem tam  powieść, z  adnotacją,  żeby  w  razie 

potrzeby przekazać  ją  pod  aktualny adres. Przypuszczalnie  rodzice dziewczyny mieli własny egzemplarz, ale  jeśli nie, to 

czekała ich nie lada niespodzianka. 

O drugiej w nocy obudziłem Robertę, aby przeczytać jej ten oto fragment z Rousseau: 

"Nie opuszczała łóżka od dwóch dni, ale przez cały czas rozmawiała ze wszystkimi przyciszonym głosem. Kiedy już 

nie mogła mówić i kiedy zaczęła  się  agonia, wypuściła głośno gazy. - Znakomicie! - powiedziała, odwracając się na bok. - 

Kobieta, która pierdzi, nie może być martwa. Były to jej ostatnie słowa". 

-  Powiedz  sama, czy  to  nie  wykapana  Beenie  Rushforth? Wyobrażam  sobie, że  ona  odejdzie  w  ten sam sposób: 

pierdząc, tupiąc i wygrażając miotłą wszystkim bogom! 

Roberta  sięgnęła  po okulary leżące  na  nocnej szafce, co oznaczało, że  ma  coś  ważnego  do  powiedzenia. Podczas 

zwykłej rozmowy  okulary  nie  były jej do  niczego potrzebne, ale  kiedy chodziło o  jakąś poważną  sprawę, musiała  mieć 

pełną jasność widzenia. 

-  Wydaje  mi się, Scott, że  niewłaściwie  ją  oceniłeś. Chwilami  bywa  dość  obcesowa,  ale  jednocześnie  jest  bardzo 

wrażliwa. Z jakim smutkiem opowiada o córce! Ta kobieta bardzo cierpi. Przypuszczam, że rozłąka z dzieckiem sprawia jej 

większy ból niż  choroba. Wiesz, kiedy tak patrzę  na  nią  i rozmawiam z  nią, za  każdym razem myślę  sobie:  "Scott i  ja 

mieliśmy szczęście, całe mnóstwo szczęścia". 

Właśnie  zgarniałem śnieg z chodnika przed domem, kiedy przy krawężniku zatrzymała się toyota  Beenie. Wysiadła 

z samochodu ubrana w wielką, zieloną wojskową kurtkę, którą dostała od syna po tym, jak zakończył służbę. 

- Musimy porozmawiać, Scott. 

- O co chodzi, Beenie? 

- O tę książkę. Nie powinieneś był posyłać jej rodzicom. 

- Skąd wiesz, że to zrobiłem? Od Roberty? 

-  Po  prostu  wiem. Takie  rzeczy  albo  się  wyrzuca, albo  zachowuje, ale  nigdy  nie  przekazuje  innym. To są  twoje 

wspomnienia, nie ich. 

- O czym ty mówisz? 

- Ja kiedyś zrobiłam to samo i napytałam sobie biedy. Zrobisz, co zechcesz, ale ja mówię ci, żebyś wiedział: możesz 

mieć  problemy. Wyrzuć  albo  zachowaj, to  jedyny  wybór,  jaki  ci  pozostał. -  Musnęła  moje  ramię, po  czym  wróciła  do 

samochodu i wyjęła butelkę jakiegoś środka do czyszczenia. - Wiem, że to trudne, bo wydaje  ci się, że nic  do niczego nie 

pasuje, ale to nieprawda. Zobaczymy się później. 

Odprowadziłem ją  wzrokiem do drzwi domu. Co miało być trudne? Skąd wiedziała, co zrobiłem z maszynopisem? 

Wyrzuć albo zachowaj? Czy ona oszalała? 

Wbiłem  łopatę  w  najbliższą  pryzmę  śniegu  i  pomaszerowałem  energicznym  krokiem  w  kierunku  kuchennego 

wejścia,  przygotowując  się  do  zasadniczej  rozmowy  z  Roberta  na  temat  Beenie  lub  z  Beenie  na  temat tego, co  tu  się 

właściwie dzieje, do diabła. Zerknąłem przez okno i zobaczyłem je siedzące przy stole. Beenie wpatrywała się prosto przed 

siebie i płakała. Powiedziała coś, po czym potrząsnęła głową i opuściła ją w geście całkowitej rezygnacji. Stałem i gapiłem 

się, nie bardzo wiedząc, co począć. Wreszcie Roberta przypadkiem spojrzała  w moją  stronę; wskazałem na siebie, a potem 

na drzwi. Mogę wejść? Jej oczy rozszerzyły się, a usta wypowiedziały wielkie, bezgłośnie NIE! Wróciłem do odgarniania 

śniegu. 

Kiedy  wreszcie  uporałem  się  z  chodnikiem  i  ciągnącą  się  chyba  bez  końca  ścieżką  łączącą  go  z  frontowymi 

drzwiami, zacząłem się zastanawiać, czy  mogę już  bezpiecznie wrócić  do domu. Działo  się  mnóstwo dziwnych rzeczy, a 

wszystkie miały związek z naszą sprzątaczką. 

- Scott? 

- Tak! Okropnie tu zimno! Czy wolno mi wejść do własnego domu? A może właśnie pokonujemy kolejny małżeński 

kryzys? 

- Wchodź. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

27 / 41

background image

Pomimo  nie  najlepszego  nastroju  wystawiłem  czujnie  wszystkie  anteny,  ale  sygnały,  jakie  odebrałem,  nie  były 

zachęcające. Roberta  czekała  na  mnie  ze  skrzyżowanymi  rękoma.  Zły  znak.  Jej  twarz  przypominała  kamienną  maskę. 

Drugi zły znak. Moja żona jest pogodną, życzliwą  osobą - wpada we wściekłość nie częściej niż raz  na dwa  miesiące, ale 

kiedy już się to zdarzy, można być pewnym, że jej gniew jest całkowicie uzasadniony. 

- Co się stało, kochanie? 

- To się stało, że pójdziemy razem na lunch, żebyś mógł mi to wyjaśnić. 

Przez  cztery  lata  mieszkaliśmy  w  Hale  w  Teksasie.  Jedno  z  nielicznych  miłych  wspomnień,  jakie  stamtąd 

zachowałem, dotyczy baru Pod Samotną Gwiazdą, gdzie piłem piwo z Glendą Revelle, chyba najładniejszą studentką, jaką 

kiedykolwiek miałem. Każdy uczciwy nauczyciel przyzna, że przynajmniej raz w swojej karierze natrafił na młodą osóbkę, 

która  byłaby w  stanie  przewrócić jego świat do góry nogami. Niektórzy  decydują  się  na to, większość nie. Problem tych 

drugich polega  na  tym, że  przez  pół roku  oglądają  niemal codziennie  tę  oszałamiającą dziewczynę, której sama  fizyczna 

obecność  stanowi  nieliche  erotyczne  wyzwanie.  Jakże  wspaniale  byłoby  zamieszkać  w  krainie  nie  mającej  wiele 

wspólnego z  rozumem, gdzie zmysły są wszystkim, upokorzenie jest bardzo prawdopodobne, a zaraz za progiem zaczyna 

się  pustka!  Glenda  i  ja  nie  przeżyliśmy  żadnej  przygody,  mimo  że  dała  mi  jasno  do  zrozumienia,  iż  nie  miałaby  nic 

przeciwko  temu.  Dwa  razy  niewiele  brakowało  i  muszę  przyznać,  że  pokusa  była  bardzo  silna.  Czułem  jej  oddech  i 

dotknięcie nagiej skóry ręki... Ale nic się nie stało. 

Była  jednak uparta i przysłała mi kilka listów. Zostały wykaligrafowane srebrnym atramentem na czarnym papierze. 

Wiedziony  głupotą  zachowałem  dwa  z  nich -  i Roberta  je  znalazła. Doprowadziło  to do  gorącej wieczornej kłótni przy 

kuchennym  stole, podczas  której nazwała  mnie  żałosnym nieudacznikiem, ale  ostatecznie  uwierzyła, że  nie  byłem z  tą 

dziewczyną, i zawarliśmy kruchy rozejm. W takiej sytuacji trudno liczyć na coś więcej. 

Teraz Roberta  stała przed kominkiem, trzymając dwie czarne koperty w taki sposób, jakby zawierały jakieś groźne 

wirusy. 

- Ro... 

- Dlaczego je zatrzymałeś? 

- Nie zatrzymałem ich. Widziałaś, co z nimi zrobiłem. Skąd je masz? 

- Beenie je znalazła. 

- Beenie, tak? A gdzie ona jest? Chciałbym jej zadać kilka pytań. 

- Pojechała do domu. Była  zbyt przygnębiona, żeby pracować. Ale  to jeszcze  niczego nie wyjaśnia. Dlaczego mnie 

okłamałeś? Pisywałeś do niej? 

Podszedłem do żony, wyjąłem listy z jej ręki i wrzuciłem je do ognia. 

- Nic takiego nie zrobiłem! Wyrzuciłem je dokładnie tak jak teraz, dawno temu, a ty widziałaś to na własne oczy! Od 

tego  czasu  byłem dobrym mężem, Roberto. Pracowałem bardzo ciężko, żeby  zadośćuczynić  tobie  i dzieciom za  chwile, 

kiedy  źle  was  traktowałem, i mam nadzieję, że  mi się to  udało. Jeśli nie  ufasz mi do  tego  stopnia, aby przypuszczać, ze 

przez  dwadzieścia  lat  trzymałbym  w  szufladzie  idiotyczne  listy  miłosne  od  jakiejś  postrzelonej  studentki...  Gdzie  Jest 

Beenie? Chcę z nią porozmawiać! 

- Powiedziałam ci już, że pojechała do domu. Dlaczego zachowałeś te listy? 

- NIE ZROBIŁEM TEGO! 

- W takim razie, w jaki sposób je znalazła? 

- NIE WIEM! 

- Na pewno wiesz! 

- NIE WIEM! WIDZIAŁAŚ, ŻE WYRZUCIŁEM JE DO KOMINKA W HALE! 

- Wygląda na to, że nie wszystkie. 

- Na litość boską, Roberto, ja nie kłamię! 

- Skoro tak, to skąd się tu wzięły? 

- Nie mam pojęcia! Skąd Beenie wiedziała o tym, że wysłałem rodzicom Annette maszynopis jej powieści? A przede 

wszystkim, skąd go wzięła? Przecież zostawiłem go na posterunku policji. Właśnie dlatego chcę z nią porozmawiać! 

Dysząc wściekle, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do drzwi. 

- Dokąd idziesz? Natychmiast wracaj tutaj i zacznij mówić prawdę! 

Odwróciłem się do niej ponownie i spojrzałem jej prosto w twarz. 

- Kobieto, co jest dla ciebie najświętsze? 

- Wnuki. 

- W takim razie przysięgam ci na ich głowy, że wtedy w Hale  spaliłem wszystkie listy Glendy Revelle. Wystarczy? 

Muszę  mówić  coś  jeszcze? A  może  mam  poderżnąć  sobie  gardło, żebyś  mi  uwierzyła?  Czy  nie  zasługuję  na  odrobinę 

zaufania? 

Przez  długą,  okropną  chwilę  spoglądaliśmy  na  siebie  z  dwóch  końców  pokoju,  który  nagle  stał  się 

nieprawdopodobnie  długi. Zapadło  milczenie. W moich uszach  zabrzmiało  jak  odpowiedź  odmowna. Nie, według mojej 

żony  nie  zasługiwałem na  zaufanie. Po  tych  wszystkich  latach  stanowiło  to  dla  mnie  prawdziwy wstrząs.  Umarłbym  w 

przeświadczeniu, że kiedyś byłem paskudnym facetem, ale  potem, krok po kroku, odzyskałem serce  żony. Nieprawda. To 

jedno, jedyne  prawie  z Glendą Revelle skaziło teren wokół nas na  wiele  tysięcy lat, zupełnie  jak któryś z  tych okropnych 

wypadków w elektrowniach jądrowych. 

- Scott! 

- Słucham? Jadę do Beenie. Porozmawiam z nią i dowiem się, co ona właściwie robi, do cholery. Potem wrócę tutaj, 

żeby przekonać się, jakie jeszcze trucizny masz w sobie. 

Nie lubię prowadzić  samochodu zimą, ponieważ zdaję sobie sprawę, że na  oblodzonej drodze nie sprawuję nad nim 

pełnej kontroli. Tego dnia jednak pojechałem, i to jak! Stanowczo za  szybko, bo na kilku zakrętach nieźle  mnie  zarzuciło. 

Beenie nigdy nie wracała wcześniej do domu, tym bardziej zaledwie w dziesięć minut po przyjeździe, ale jej kłopoty mało 

mnie  dzisiaj  obchodziły. Miałem  zamiar  zostawić  ją  w  spokoju,  jak  tylko  powie  mi  o  maszynopisie  powieści  zmarłej 

dziewczyny oraz o tym, gdzie znalazła listy, które spaliłem wiele lat temu. 

Może  to zabrzmi dziwnie, ale  nawet nie  przyszło mi do głowy, że okoliczności tych wydarzeń są osobliwe, a może 

nawet  wręcz  graniczą  z  niemożliwym. Wiedziałem, że  oddałem książkę Annette  glinom i  że  wrzuciłem  czarne  listy  do 

ognia,  a  one  jakby  nigdy  nic  pojawiły  się  znowu, aby  oskarżać  i  siać  zamęt. Mimo  to  nie  byłem przestraszony, tylko 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

28 / 41

background image

wściekły. Kim jest ta kobieta, żeby grzebać w mojej przeszłości i wyciągać z  niej akurat te sprawy, o których chciałbym na 

zawsze  zapomnieć?  Nie  uważałem  się  za  złego  człowieka,  ale  te  dwa  wspomnienia  świadczyły  o  tym, że  jednak  nim 

jestem. Nieczuły egoista, pedantyczny rozpustnik, którego większość ludzi nic nie obchodzi, nieliczni zaś znacznie bardziej 

niż należy, z opłakanymi skutkami dla pozostałych. 

Mamy przyjaciół, którzy mieszkają  na Śliwkowym Wzgórzu. Stoją  tam stare, wielkie domy, a  przed większością  z 

nich  rozciągają  się  rozległe  trawniki,  sięgające  aż  do  brzegu  Jeziora.  Groucho  Marx,  który  spędził  tam  kiedyś  lato, 

powiedział podobno, że byłoby  to bardzo miłe  miejsce, gdyby  tylko  nie  było takie piękne. Za  każdym razem, kiedy tam 

Podjeżdżałem,  zachwycałem  się  domami,  które,  niczym  wiekowi  mężowie  stanu,  rozsiadły  się  na  wzgórzu  i  swoim 

wygladem wywierały wielkie wrażenie, nawet jeśli nie było wiadomo, do kogo należą. Od czasu do czasu rozmawialiśmy z 

Roberta  o tym, jak by to było, gdybyśmy zamieszkali na  Śliwkowym Wzgórzu, ale  w głębi serca doskonale  wiedzieliśmy, 

że  to nie  jest odpowiednie  miejsce  dla  nas. Co mielibyśmy  robić w sąsiedztwie  Petera  Dawsona, właściciela  największej 

gazety w całym stanie? Albo Dextera  Lewisa, króla  finansistów? W sobotę widywało się ich w miasteczku w nienagannie 

uprasowanych spodniach w kolorze khaki i dżinsowych koszulach, jak siedzieli u fryzjera albo kupowali młotek w sklepie 

żelaznym. Stojąc w kolejce do kasy, wymieniałeś z  nimi kilka niezobowiązujących słów, ale po wyjściu ze sklepu "śliwki" 

odjeżdżały nowymi mercedesami, podczas gdy ty grzebałeś w kieszeniach w  poszukiwaniu kluczyków  do nie  mytego od 

kilku tygodni chevroleta. Co  prawda  świadomość istnienia  gigantycznej różnicy  nie rozdziera  ci serca, ale czasem stoisz 

przy drzwiach samochodu trochę dłużej niż trzeba i pozwalasz sobie na ciche westchnienie. 

Stanąłem na stacji benzynowej, by poszukać w książce  telefonicznej jej adresu. "B. Rushforth - Śliwkowe Wzgórze 

67a". Domyśliłem się, że  małe  "a"  oznacza  stojący  przy  bramie  domek  dozorcy.  Rano  niebo  było  jeszcze  błękitne, ale 

potem zaciągnęło  się  szarymi chmurami, by w  chwili, kiedy  wjechałem  na teren Śliwkowego Wzgórza, przybrać  niemal 

brunatną  barwę.  Z  jednego  z  podjazdów  wypadł  duży  czarny  labrador  i  ujadając  donośnie,  biegł  przez  jakiś  czas  za 

samochodem,  lecz  kilka  posesji  dalej  stracił  zainteresowanie  i  machając  ogonem,  wrócił  do  domu.  63...  65...  67.  Na 

skrzynce  na listy widniało nazwisko Samuela Morgana, jedynego właściciela Morgan Computer Company. Wiecie, o kim 

mówię -  każda jego maszyna kosztuje  grube  miliony dolarów i jest oczkiem w głowie Departamentu Obrony USA. Zdaje 

się,  że  chłopak  ma  zaledwie  trzydzieści  parę  lat,  ale  cieszy  się  opinią  wręcz  niesamowicie  bogatego.  Czyżby  Beenie 

wynajmowała domek właśnie od niego? 

Droga dojazdowa  była  kręta  i długa. Najpierw  zobaczyłem domek dozorcy, choć  szczerze  mówiąc, w  pobliżu  nie 

było nic, czego można by dozorować. Ani przy małym budynku, ani, o ile  mogłem dostrzec, przy głównym nie  stał żaden 

samochód. Czułem się jak złodziej. Nie jestem ani złodziejem, ani podglądaczem, lecz mimo to postanowiłem skorzystać  z 

okazji i  porządnie  się  rozejrzeć.  Miałem  zamiar  robić  to otwarcie, nie  kryjąc  się, żeby  każdy mógł  mnie  zauważyć, ale 

jednocześnie chciałem zapuścić żurawia przez każde dostępne okno, by uzyskać jak najwięcej wskazówek. 

Zaczął padać drobny, tańczący wesoło w powietrzu śnieg. Świadomość  tego, co mam zamiar zrobić, zdecydowanie 

poprawiła mi nastrój. Zaglądanie w okna obcych ludzi stało w całkowitej sprzeczności z  moim charakterem. Wbrew sobie 

uśmiechnąłem się, choć nadal byłem nieźle rozzłoszczony. 

Płatki śniegu zaczęły się  topić  na moich okularach. Przed rozpoczęciem szpiegowania  musiałem zdjąć  je i wytrzeć. 

Z okularami w dłoni rozejrzałem się dokoła i nagle uświadomiłem sobie, jak piękny otacza mnie widok. Rozległy trawnik, 

na jego skraju nieruchome, ciemne drzewa, zielonobrązowy spokój jeziora za zasłoną padającego śniegu... 

Domek Beenie nie  był niczym nadzwyczajnym - taki sam jak dziesiątki letniskowych budowli na przylądku Cod, ze 

ścianami w kolorze omszałej kory. Wyglądał na przytulne miejsce zamieszkania  dla  jednej, maksimum dwóch osób. Już ze 

sporej  odległości  dostrzegłem  w  środku  kanapę  nakrytą  narzutą  w  wielkie,  kolorowe  kwiaty.  Umieściwszy  okulary  z 

powrotem na  nosie, podszedłem do  okna  i  zajrzałem do  salonu. Typowe  wyposażenie: tradycyjne  meble, dywany, mdłe 

obrazki  na  ścianach.  Bez  specjalnego  powodu  zerknąłem  na  zegarek  i  natychmiast  zachichotałem.  Za  dużo  telewizji. 

Nieświadomie  naśladowałem  zachowanie  filmowych  postaci:  spojrzenie  na  zegarek,  spojrzenie  za  ramię,  Przejście  do 

następnego okna, kolejne  spojrzenie  na zegarek. Nie  miałem pojęcia, jak długo będę mógł kręcić  się  dokoła domu, zanim 

ktoś mnie zauważy i wezwie policję. 

Przesuwając się ostrożnie  wzdłuż ściany, minąłem kuchnie z  resztkami śniadania na  stole: nóż  oparty o talerz pełen 

okruszków,  filiżanka  po  kawie,  spodeczek.  Coś  uderzyło  mnie  w  tym  widoku,  ale  dopiero  po  kilku  minutach 

zorientowałem się, co  to  było. Małe  okno  łazienki. Wspiąwszy  się  na  palce, dostrzegłem  żółtą  zasłonkę  prysznicową  i 

zmięty ręcznik przewieszony przez umywalkę. 

Zrobiłem krok w stronę następnego okna, kiedy wreszcie do mnie dotarło. 

Bałagan! 

W domu panował bałagan. Beenie Rushforth, Zabójca Kurzu, Wielka Władczyni Ścierki i Szczotki do Zamiatania, 

mieszkała w  domu, w  którym walały się  brudne  ręczniki, a na obrusie  pyszniły się  plamy po dżemie truskawkowym!  To 

było nie tylko niewiarygodne, ale wręcz niemożliwe. Wiem, wiem - ludzie stanowią gigantyczną mieszaninę sprzeczności i 

nie powinniśmy w życiu niczemu się dziwić, ale gdybyście widzieli, jak ta  kobieta pracuje, z pewnością zrozumielibyście, 

dlaczego nie mogłem uwierzyć własnym oczom. 

Wciąż  jeszcze  lekko  oszołomiony  podszedłem  do  ostatniego  okna  i  zobaczyłem  nieżywą  Annette  Taugwalder 

siedzącą na łóżku Beenie Rushforth i czytającą gazetę. 

To  tylko jakaś sztuczka. Byłem pijany albo nienormalny. Przecież  ona  nie żyła. Nie  mogło jej tu być. Ale  jednak 

była, co do tego nie mogło być żadnych wątpliwości. Martwa od dwudziestu lat Annette przerzucała kartki jakiegoś pisma. 

Nie  zdając  sobie  sprawy z  tego, co robię, przycisnąłem twarz  do szyby, ponieważ  nagle  okazało  się, że  żyję  w  zupełnie 

innym świecie, niż mi się do tej pory wydawało. 

- Annette? 

Dotknąłem szyby także ręką. Była zimna. Czułem to. Spojrzała  na mnie i uśmiechnęła się. Miałem pięćdziesiąt pięć 

lat i pomyślałem... Nieważne, co pomyślałem. Myliłem się. 

Wstała, po czym wyszła  z pokoju. Stałem z czołem przyciśniętym do szyby, wpatrując się w wymięte prześcieradło, 

na którym siedziała. Jeszcze nigdy w  życiu nie  byłem tak blisko odpowiedzi, ale  ogromnie się  bałem. Wszystko we  mnie 

wyło, wrzeszczało i szarpało pręty klatek. Wypuść nas. Pozwól nam uciec. Jeśli tego nie zrobisz, zginiemy w płomieniach. 

- Profesor Silver? 

Odwróciłem się i ujrzałem Annette. 

- Boję się ciebie. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

29 / 41

background image

Skinęła głową. Powiedziała, że mnie rozumie. 

- Nie wiem, co robić. Czy można rozmawiać ze śmiercią? 

- Tak, profesorze. Musimy porozmawiać. 

- To przez Beenie? 

Ponownie  skinęła  głową,  a  następnie  dała  znak,  żebym  podążył  za  nią.  Przeszliśmy  przez  rozległy  trawnik  i 

usiedliśmy na sosnowej ławce w pobliżu hangaru na łodzie nad brzegiem jeziora. 

-  Doszła  do  wniosku, że  ja  powinnam  pojawić  się  pierwsza,  ponieważ  mam  z  panem  najwięcej  do  omówienia. 

Reszta nie jest tak poważna. 

- Czasem śni mi się, że rozmawiam ze zmarłymi. Niekiedy te sny są bardzo realistyczne. 

Zmarszczyła brwi. 

-  To  nie  sen.  Ja  naprawdę  jestem  tutaj  i  naprawdę  musimy  porozmawiać, więc  proszę  się  nie  szczypać  ani  nie 

podskakiwać, żeby się obudzić. Wszystko dzieje się naprawdę. Ja też jestem prawdziwa. Nie żyję, ale teraz tu jestem. 

- Dlaczego? 

- Ponieważ pana  nienawidzę, a pan na pewno o tym wie. To była wyłącznie pańska wina, albo przynajmniej prawie 

wyłącznie. Był pan kroplą, która przepełniła czarę. Powiedział pan, że moja książka jest do niczego, i to zadecydowało. 

- Annette, ja nigdy... 

- Właśnie, że tak! Nie byłam głupia. Zrozumiałam, co chce mi pan powiedzieć. 

- Powinienem był skłaniać? Przecież chciałaś usłyszeć prawdę. 

-  Owszem, ale  nie  taką, która  mnie  zabije. Pańska prawda  była  jak  nóż, który  wbił mi pan w  sam środek mózgu! 

Byłam pewna, że książka jest dobra. Byłam pewna, że pan powie: "Annette, to wspaniałe! Już dawno nic mi się tak bardzo 

nie podobało!" - Przysunęła się bliżej, mierząc  we  mnie  oskarżycielsko palcem. - A pamięta  pan, co pan powiedział? No? 

Bo ja  pamiętam. Powiedział pan: "Wydaje mi się, że w wielu miejscach zbytnio zawierzyłaś swojej miłości do ulubionych 

pisarzy.  Parę  razy  wykorzystałaś  ciepło  bijące  z  ich  utworów  dla  podgrzania  tego,  co  sama  masz  do  przekazania".  Ty 

zarozumiały, wygadany sukinsynu! Niczego nie wykorzystywałam! Ciepło, które czułeś, pochodziło tylko ode mnie... 

- Annette, wystarczy! 

Donośny głos  Beenie  rozległ się  za  moimi plecami, ale zanim zdążyłem się  odwrócić, zobaczyłem, że  wściekłość 

niknie  z  twarzy  dziewczyny  jak  zaciśnięta  pięść  chowana  do  kieszeni. Nadal  mnie  nienawidziła, lecz  znacznie  bardziej 

obawiała się tego, co się stanie, jeżeli nie zastosuje się do polecenia. 

Poczułem na ramieniu ciężar ręki. 

-  Jak  się  masz, Scott. Nie  spodziewałam  się  ciebie  tak  szybko.  Wracaj  do  domu, Annette. Porozmawiasz  z  nim 

później. 

Jak  przystało  na  nadwrażliwą  dziewczynę,  jaką  była  -  wszystko  jedno:  kiedyś  czy  teraz  -  Annette  podniosła  się 

natychmiast  z  ławki,  wydęła  pogardliwie  wargi,  po  czym,  nie  zaszczyciwszy  mnie  nawet  jednym  spojrzeniem, 

odmaszerowała  w kierunku domu. Mimowolnie opuściłem wzrok  na jej buty, tylko po  to, aby się  przekonać, że  są to  te 

same kozaki, które były modne wtedy, kiedy ją poznałem. 

- Beenie, czuję się tak, jakbym za chwilę miał dostać ataku serca. 

- Nie obawiaj się, masz serce jak koń. Powinieneś natomiast zwrócić uwagę na kwas moczowy. Jeśli wolno mi coś ci 

radzić, to lepiej trochę ogranicz pomidory. Wziąłem głęboki oddech i spojrzałem na nią. 

- Kim jesteś? 

- Bogiem. 

- Och... 

Uśmiechnęła się, po czym wzięła mnie za rękę. 

- Ale karuzela! 

Czy  zrobiło  się  chłodniej,  czy  może  od  siedzenia  na  ławce  moja  dusza  oziębiła  się  o  dziesięć  stopni?  Beenie 

trzymała w  dłoni sporą  gałąź i co jakiś czas odłamywała z  niej drobne  fragmenty. Był to jedyny odgłos, jaki docierał do 

naszych uszu, nie licząc szumu samochodów przejeżdżających od czasu do czasu główną ulicą Śliwkowego Wzgórza. 

- Nie chcesz mnie o nic zapytać? 

Starałem  się  zachować  spokój.  Zamknąłem  oczy,  ale  ona  trąciła  mnie  i  podała  odłamany  kawałek  gałązki. 

Spojrzałem  na  niego.  Była  to  doskonała  rzeźba  mojej  głowy  wysokości  około  ośmiu  centymetrów,  o  znakomicie 

uchwyconej kolorystyce: siwe włosy, błękitne oczy. Wypuściłem ją, po czym odruchowo wytarłem ręce w spodnie. 

-  Daj  spokój,  chłopcze:  rozchmurz  się!  Przecież  to  śmieszne.  Zacznij  zadawać  pytania,  a  dalej  już  samo  jakoś 

pójdzie. 

Tym razem ja zmrużyłem oczy. 

- Jak to możliwe, że jesteś Bogiem, a mimo to masz raka? 

- Dobry strzał, profesorze. Od razu przeszliśmy do rzeczy! Chyba będzie najlepiej, jeśli zacznę od samego początku, 

co? - Miała zamiar mówić dalej, kiedy nagle zobaczyła  coś za  moimi plecami, przyłożyła do ust dłonie złożone w trąbkę i 

krzyknęła co sił w płucach: - Natychmiast wracaj do domu, Annette! Ja nie żartuję, i nie powtórzę tego więcej! 

Nie  obejrzałem  się, ponieważ  wcale  nie  zależało mi  na  tym, aby w  najbliższym  czasie  ponownie  ujrzeć Annette 

Taugwalder. 

- Przeklęta dziewczyna! Mówiłam jej, wiesz? Mówiłam jej, że będzie mogła powiedzieć, co tylko zechce, ale potem 

musi sobie pójść, żebym miała czas wszystko ci wyjaśnić. Jest jednak okropnie uparta i przyzwyczajona do tego, że zawsze 

udawało jej się postawić na swoim... Dobrze się czujesz, Scott? 

- Nie. 

-  Przykro mi. Na  czym skończyłam? Aha, na  początku. Dobra. Urodziłam się  w  McPherson w stanie  Kansas. Mój 

ojciec  prowadził sklep przemysłowy, w którym pracowała  cała rodzina. Pewnego dnia, kiedy stałam za  ladą, wszedł jakiś 

mężczyzna,  którego  widziałam  po  raz  pierwszy  w  życiu,  i  poprosił  o  kombinerki.  Zaczęliśmy  rozmawiać,  a  potem 

przedstawił mi się. Nazywał się Gilbert, Nolan Gilbert. Miałam wtedy piętnaście lat. Słyszałeś coś o mistycznych Żydach? 

- Masz na myśli żydowskich mistyków? 

- Tak, właśnie ich. 

- No, co nieco czytałem... 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

30 / 41

background image

- Oni najbardziej zbliżyli się do prawdy. Obiło ci się o uszy nazwisko Lameda Wufniksa? 

- Beenie, o czym ty mówisz? 

-  Ci  mistycy  wierzą  w  Lameda  Wufniksa.  Trzydziestu  sześciu  prawych  ludzi,  których  zadanie  polega  na 

usprawiedliwianiu  świata  przed  Bogiem,  albo,  ujmując  rzecz  w  nieco  inny  sposób,  na  wyjaśnianiu  Bogu,  dlaczego 

człowiek ma  prawo żyć  na tym świecie. Jeśli któryś z  tych trzydziestu  sześciu  odkrywa, kim naprawdę  jest, natychmiast 

umiera, a wtedy ktoś inny zajmuje jego miejsce. Dzieje się tak dlatego, że chociaż oni o tym nie wiedzą, stanowią filary, na 

których opiera się wszechświat. Są zbawicielami. Gdyby nie oni, Bóg już dawno pozbyłby się ludzkości. 

- Wup... 

- Wufniks. Lamed Wufniks. Jest w tym trochę racji, ale największa różnica polega na tym, że my nikogo przed nikim 

nie usprawiedliwiamy, ponieważ jesteśmy Bogiem. 

- I ty jesteś takim Wufnikiem? 

- Nie, jestem Bogiem. A raczej jedną trzydziestą szóstą częścią Boga. Liczba się zgadza. 

Jakiś ptak poleciał nad wodę, by zaraz  zawrócić  w  stronę lądu. Spojrzałem na  Beenie, potem na  ziemię, potem na 

Beenie, potem znowu na ziemię. Co mogłem powiedzieć? 

-  Nie  wierzysz  mi.  A  co  z  Annette?  Potrzebujesz  więcej  cudów?  Mogę  ci  je  zademonstrować,  jeśli  to  ma  w 

czymkolwiek pomóc, ale  wydaje mi się, że ona  jedna  wystarczy. Jest pan trudną  publicznością, profesorze  Silver. Proszę 

bardzo. 

Lewą  ręką  wyciągnęła  mi  zza  kołnierza  srebrną  dolarówkę,  a  w  jej  prawej  dłoni  pojawiła  się  jedna  z  tych 

plastikowych, przezroczystych kuł; jeśli się nimi potrząśnie, coś w rodzaju śniegu zaczyna padać na domy Paryża albo pola 

lodowe  na  biegunie  północnym.  Różnica  polegała  na  tym,  że  w  tej  kuli  siedziało  na  ławce  dwoje  małych,  żywych 

ludzików;  dopiero  po  dłuższej  chwili  zorientowałem  się,  że  to  my,  wykonujący  dokładnie  te  same  ruchy  jak  w 

rzeczywistości. 

- Na litość boską, przestań! 

- W porządku. 

Zacisnęła rękę i kula zniknęła. Spróbowałem podnieść się z ławki. 

- Czego ode mnie chcesz? Dlaczego to robisz? 

Ściągnęła mnie z powrotem. 

- Siadaj i wysłuchaj mnie do końca. Miałam piętnaście lat, kiedy spotkałam Nolana Gilberta. On miał wtedy około 

siedemdziesiątki. Najpierw powiedział mi, a potem pokazał, kim jest - dokładnie tak, jak teraz  ja  tobie. Potem powiedział, 

że  umiera i że ja  mam go  zastąpić. Widzisz, to  działa  właśnie  w ten sposób. Przez  cały czas prowadzisz normalne życie. 

Zupełnie  normalne, Scott. Dokładnie takie  samo jak wszyscy. Prędzej czy  później przychodzi czas, kiedy musisz umrzeć. 

Zazwyczaj jest to sześćdziesiąt albo siedemdziesiąt lat. Różnica polega tylko na tym, że kiedy zbliża się ta chwila, każdy z 

nas musi znaleźć następcę. Niektórzy mają sporo szczęścia, bo wiedzą już wiele lat przed śmiercią, kto nim będzie. Tak jak 

ja wiedziałam o tobie. 

- Znałaś mnie wcześniej? 

- Jasne. Przez wiele lat sprzątałam twój gabinet na uniwersytecie, ale nigdy mnie nie  widziałeś, bo pracowałam na 

nocną zmianę. Czasem tylko mijaliśmy się w korytarzu, kiedy pracowałeś do późnego wieczora. 

- Chcesz mi powiedzieć, że Bóg jest człowiekiem? 

- Skądże znowu!  Nic z  tych rzeczy. Człowiek ma  w sobie  Boga, ale Nim nie jest. Najprościej można to wyrazić  w 

ten sposób: ludzie są zwykłymi ludźmi, ale trzydziestu sześciu spośród nich, razem, jest Bogiem. Właśnie dlatego normalni 

ludzie czują się tak Mu bliscy. Nolan opowiedział mi o Grekach. Ty dobrze o tym wiesz. Grecy wierzyli w istnienie  wielu 

bogów, co  jest  w  pewien  sposób  słuszne,  oraz  w  to,  że  ci  bogowie  bardzo  przypominają  ludzi.  Interesował  ich  seks, 

wściekali się i robili różne świństwa. Grecy też dotarli bardzo blisko prawdy, tyle tylko, że według nich bogowie mieszkali 

na  szczytach  wysokich  gór,  z  dala  od  reszty  świata.  Nie  mieli  racji.  Jesteśmy  tutaj,  dokładnie  wszędzie,  i  wcale  nie 

wyglądamy tak, jak się spodziewają inni. Na przykład ja: chyba nie prezentuję się zbyt imponująco, hę? Ale stanowię tylko 

jedną  trzydziestą  szóstą  wielkiej  układanki.  Dopasuj  mnie  do  pozostałych  fragmentów,  a  otrzymasz  CAŁEGO, 

WIELKIEGO BOGA! 

Powiem  ci  coś  jeszcze:  w  świecie  jest  mnóstwo  fragmentów  układanek.  Czasem  czujesz  się  bardzo  samotny  i 

nieszczęśliwy, prawda? To dlatego, że nie udało ci się  odpowiednio dopasować. Ludzie, którym uda się poznać ten sekret, 

spędzają  resztę  życia  na  próbach  odnalezienia  pasujących  części... Ale  ja  nie  o  tym  chcę  z  tobą  rozmawiać.  Nie  mamy 

czasu. Jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które muszę ci powiedzieć. 

Jak już wspomniałem wcześniej, jeszcze przed tym niesamowitym popołudniem z Beenie  Rushforth zacząłem coraz 

bardziej wierzyć w Boga, ale raczej tego, o którym Emily Dickinson powiedziała, że to "delikatny, dostojny kochanek". W 

takiego, który wie o nas wszystko w każdej minucie  naszego życia, ale kocha nas i szanuje na tyle, żeby nie ingerować  w 

nasz los. Kiedy umrzemy i znajdziemy się na drugim brzegu, cokolwiek tam na nas czeka, On usiądzie obok nas i razem z 

nami przejrzy strona po stronie wszystkie nasze uczynki, jakby to było szkolne wypracowanie, w którym należy odnaleźć i 

poprawić  wszystkie  błędy.  Kiedy  wstaniemy  od  Jego  biurka,  będziemy  doskonale  wiedzieli,  na  czym  polegała 

niewłaściwość naszego postępowania. Czy wierzyłem w reinkarnację? Nie. Dlaczego mielibyśmy powtarzać trzecią klasę, 

jeśli w pełni uświadomiliśmy sobie wszystkie popełnione pomyłki? Wierzyłem natomiast w życie pozagrobowe, ale nie  na 

ziemi. Nie miałem pojęcia, dokąd idziemy po śmierci, i wcale nie chciałem się tego dowiedzieć. 

Kiedy  jednak, wiele  godzin później, stanąłem ponownie  przed  drzwiami  swojego  domu,  moje  rozumienie  świata, 

życia, śmierci i Boga  było o kilka kwintylionów  mil odległe  od tego, co myślałem przedtem. Ta  gadatliwa, sympatyczna, 

umierająca  kobieta  udowodniła  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  mówi  mi  prawdę.  Istotnie,  byłem  bardzo  wymagającą 

publicznością i chciałem więcej dowodów. Takich, które  dowiodą mi tego, czego w  żaden sposób nie da  się dowieść. Nie 

zdradzę  wam, co zrobiła, ale  powiem tyle, że  zabrała  mnie  tam, gdzie chciałem się  znaleźć, i pokazała  mi wszystko, co 

niemożliwe. 

Chciałem zobaczyć żywych Melville'a i Hawthorne'a, chciałem usłyszeć ich głosy i słowa, jakimi posługiwali się  na 

co dzień. Chciałem zobaczyć Alberta  Pinkhama  Rydera w  święta Bożego Narodzenia, przygotowującego jedyne w swoim 

rodzaju  perfumy, rozlewającego  je  do małych  flakoników  i  wręczającego  dzieciom.  Chciałem  znaleźć  się  w  roku 1591, 

odwiedzić  Montaigne'a  w  jego  wieży i  zajrzeć  mu  przez  ramię  w chwili, kiedy pisze: "Próżno wszelako wspinać  się  na 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

31 / 41

background image

szczudła; i na szczudłach trzeba nam chodzić swoimi nogami; na najwyższym tronie świata i tak siedzimy jeno na własnym 

zadku"*. To byli moi bohaterowie - ludzie, o których rozmyślałem przez całe dorosłe  życie. Jeżeli Beenie była Bogiem, a 

przecież czas należy właśnie do Boga, w takim razie wystarczyło, żeby klasnęła w dłonie, a oni wszyscy powinni zjawić się 

przede  mną. Zrobiła to. Zabrała mnie wszędzie, gdzie chciałem dotrzeć, i uprzejmie  pozwoliła zostać tak długo, jak tylko 

chciałem. Najzabawniejsze było to, że wcale  nie  chciałem zostać  zbyt długo. Wystarczyło mi kilka  minut, żeby odetchnąć 

ich powietrzem i zobaczyć, w jaki sposób trzymali pióro albo wymawiali słowa. Tylko tego potrzebowałem, a  ona dała mi 

to wszystko. 

Potem, kiedy  już  byłem  pewien,  zadawałem  pytania, ale  odpowiedzi, jakich  udzielała,  nie  zawsze  były  w  pełni 

satysfakcjonujące. 

- Dlaczego właśnie ja? 

- Scott, naprawdę powiedziałabym ci, gdybym wiedziała, ale nie wiem, słowo honoru. To się po prostu zdarza, i już. 

Pewnego dnia zobaczysz tego, kto będzie twoim następcą, i natychmiast go rozpoznasz. Przypuszczam, że to coś w rodzaju 

miłości od pierwszego wejrzenia. 

- Beenie, przecież ty jesteś B o g i e m, a Bóg wie wszystko! Dla Niego nie istnieją żadne tajemnice. 

-  Może  wtedy, kiedy  jesteśmy  wszyscy razem. To jednak  nigdy się  nie  zdarza, więc  musimy w  pojedynkę  dawać 

sobie radę z tym, co wiemy. Trafiło akurat na ciebie, mój panie. Właśnie ty zajmiesz moje miejsce. 

- Dokąd idziemy po śmierci? 

- Dokądkolwiek chcesz. Niektórzy kręcą się jeszcze tutaj, inni znikają. 

- Gdzie? 

- Już ci powiedziałam: gdziekolwiek chcą. 

- Nie udzielasz zbyt jasnych odpowiedzi! 

- Bo zadajesz niejasne pytania. Pamiętasz, co ci powtarzano w  szkole? "Konkrety, Silver!" Aha, przy okazji: wiesz 

może, skąd wzięło się  to nazwisko? Twoja  rodzina  naprawdę nazywała  się  Flink, ale  kiedy twój pradziadek przybył tu  z 

Kraju Saary, uznał, że nie brzmi to dość po amerykańsku i zmienił nazwisko na Silver. Zamiast Udo Flinka pojawił się Jack 

Silver. 

- Udo Flink? Chyba w życiu nie słyszałem równie głupiego nazwiska! 

- Zdaje się, że twój pradziadek też tak myślał. Wolisz  pastę jajeczną czy pieczeń na zimno? - Sięgnęła jednocześnie 

do prawej i lewej kieszeni i wydobyła z nich dwie kanapki zawinięte w folię. - Roberta powiedziała, że smakowała ci moja 

pasta. 

-  Rzeczywiście. Dziękuję. To bardzo miło z  twojej strony. - Podała  mi kanapkę, a  ja  przez  chwilę  trzymałem ją  w 

wyciągniętej ręce. - Kanapka z pastą jajeczną od Boga. 

- Przynajmniej masz pewność, że jest świeża. 

- Beenie, co ja mam teraz zrobić? Czuję się niesamowicie zaszczycony, że wybrałaś akurat mnie, ale... Jak trzeba się 

zachowywać, kiedy jest się... 

-  No, jeszcze  nie  jesteś, żuczku, więc  nie  martw  się  na  zapas.  Najpierw  musisz  zdać  egzamin. Minąłeś  dopiero 

pierwszą  przeszkodę,  to  znaczy  zostałeś wybrany, ale  teraz  czekają  cię  egzaminy. Takie  są  reguły, których  trzeba  ściśle 

przestrzegać. 

- Jakie egzaminy? Jakie reguły? 

- Chcesz wiedzieć już teraz? A może najpierw skończyłbyś kanapkę? 

- Teraz. 

-  Proszę  bardzo. -  Otarła  usta  serwetką  z  nadrukiem  "Dairy Queen". - Pierwszą  rzeczą, jaką  musisz  zrobić  -  jeśli 

chcesz, możesz  uznać  to  za  pierwszy egzamin  -  to  jakoś  załatwić  sprawę  z  Annette. Martwa  osoba  nie  powinna  się  na 

nikogo złościć. Tam, po drugiej stronie, oni mają mnóstwo do roboty, ale nie mogą się skoncentrować, dopóki żywią urazę 

do kogoś z żyjących. Chyba wiesz, co mam na myśli? 

- Dlaczego nie zrobisz czegoś, żeby przestała się na mnie gniewać? 

- Po pierwsze: nie wiedziałabym, jak to zrobić. Pamiętaj, że stanowię tylko część całości i nie dysponuję tak wielką 

siłą, jak  myślisz. Po drugie: musicie  to  załatwić  między  sobą, tylko  we  dwójkę. Gdybym machnęła  jakąś  czarodziejską 

różdżką  i zrobiła to, co zaproponowałeś, nie rozwiązałabym jej problemów. Przyniosłoby to tylko chwilową ulgę. Prędzej 

czy później dziecko musi nauczyć się samodzielnie wiązać sznurowadła. 

- Co mam zrobić, żeby jej pomóc? 

- Właśnie na  tym polega twój egzamin. Musisz  sam znaleźć jakiś sposób. Powiem ci tylko tyle, żebyś nie oczekiwał 

od  niej  chętnej  współpracy.  Ma  pan  do  czynienia  z  wrogo  nastawionym  świadkiem,  mecenasie.  Ona  nienawidzi  cię  z 

całego serca. 

-  Domyśliłem się  tego. Czy  ona  wie  o  mnie? Na  pewno  wie  o  tobie, bo  przecież  to  właśnie  ty  sprowadziłaś  ją  z 

powrotem. 

- Owszem, wie o mnie, ale nie o tobie. Uważa, że sprowadziłam ją, żebyście mogli zawrzeć pokój. Nie domyśla się, 

że to część twojego egzaminu. 

- W jaki sposób można załagodzić gniew kogoś nieżywego? 

Beenie poklepała mnie po ramieniu. 

- Dobre pytanie. Wiesz, na czym między innymi polegał mój egzamin? 

-  Beenie,  przecież  to  są  najbardziej  ostateczne  tajemnice!  Nawet  nie  hermetyczne  -  po  prostu  niemożliwe  do 

zgłębienia! W jaki sposób, według ciebie, mam... 

- Co to znaczy "hermetyczne"? 

- Trudne do zrozumienia. 

-  Człowieku,  przestań  narzekać.  Oczywiście,  że  są  trudne  do  zrozumienia!  Ale  ty  przecież  jesteś  uczonym, 

myślicielem, a ja tylko głupią kobieciną z  Kansas, obarczoną  dzieciakami, które jej nie  kochają, a mimo to zdałam swoje 

egzaminy. Pewnie, były zupełnie inne niż twoje, ale to wcale nie znaczy, że łatwiejsze. 

- Jak to możliwe, żeby Bóg miał kłopoty ze swoimi dziećmi? 

- Przyjacielu, czyżbyś nie czytał Biblii? Mnóstwo Jego dzieci dało Mu nieźle w kość! Z tego, co słyszałam, Mojżesz 

siedział na  jakiejś górze  i kłócił się  z  Nim przez  czterdzieści dni. A Chrystus? "Boże  mój, Boże, czemuś mnie  opuścił?" 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

32 / 41

background image

Ładna  wdzięczność, co? Albo  na  przykład Hiob:  zażyczył  sobie  jakiegoś  dowodu  przeznaczonego specjalnie  dla  niego. 

Chciał, żebyśmy wszystko rzucili i przyszli do niego na specjalny pokaz, jakby chodziło o nowy model odkurzacza! 

- Chyba wspominałaś, że wy właściwie nigdy się nie spotykacie? 

- Już  nie. Kiedyś, owszem, ale  nie teraz. Po prostu nie było takiej potrzeby. Nie rozumiesz, Scott? Właśnie  dlatego 

ludzie pragną nieśmiertelności. Nie po to, żeby żyć milion lat, ale dlatego, że głęboko w duszy wiedzą o tym, że Bóg musi 

trwać przez wszystkie pokolenia - Bóg, który stanowi cząstkę każdego człowieka, ponieważ sam składa się właśnie z ludzi. 

Z trzydziestu sześciu, dokładnie rzecz biorąc. Pochodzą z różnych kręgów kulturowych, mają różne zawody, są wśród nich 

mężczyźni, kobiety i dzieci... Oblicza Boga bez przerwy się zmieniają, bo zmieniają się Jego poszczególne składniki, ale w 

ostatecznym rozrachunku jest tylko On: nieśmiertelny tak długo, jak długo będą chcieli tego ludzie. Fakt, że mam kłopoty z 

córką albo że  umieram na raka, nie ma żadnego znaczenia. To znaczy: dla mnie jest to ważne, ale  w ogólnym rozrachunku 

zupełnie  się  nie  liczy. Na  tym  właśnie  polegała  część  moich  egzaminów: miałam pogodzić  się  z  dziećmi  i nauczyć  się 

umierać. Chrystus też musiał nauczyć się umierać. 

Pogroziłem niebu pięścią. 

- To zbyt zwyczajne! Powinno w tym być więcej majestatu! 

Beenie zaczekała cierpliwie, aż rozładuję wściekłość i opuszczę bezsilnie ramiona, po czym powiedziała: 

- Dokończ kanapkę, Scott. Myślę, że bardzo mi się udała. 

Kiedy  ruszyliśmy w stronę  domu, ponownie zaczął padać śnieg. Szczerze  mówiąc, wolałbym zostać  na  zewnątrz i 

przyglądać się wirującym płatkom, niż wejść do środka i rozmawiać z Annette. 

- Co mam jej powiedzieć? 

- Rozegraj to na wyczucie. Obserwuj jej reakcje. 

Beenie  otworzyła  drzwi  i  zaprosiła  mnie  gestem do  wnętrza.  W domu  unosił się  przyjemny  zapach,  stanowiący 

mieszaninę woni dymu z kominka i aromatu mydła. 

- Annette! - zawołała Beenie, energicznie strzepując śnieg z włosów. 

Żadnej odpowiedzi. 

- Annette, chodź tutaj! 

Kiedy i tym razem odpowiedziała jej cisza, podrapała się po nosie i wyruszyła na poszukiwania. Ani śladu Annette. 

- Nigdzie jej nie ma. A to mała diablica! Gdzie ona mogła się podziać? 

-  Może  po  prostu  nie  chciała  się  ze  mną  widzieć  -  powiedziałem,  mając  nadzieję, że  moja  ulga  nie  jest  zanadto 

widoczna. 

-  Chyba  rzeczywiście. Cóż, to  już  nie  twój  problem.  Znajdę  ją  i  przyślę  do ciebie.  Zjesz  coś na  ciepło? A może 

jeszcze jedną kanapkę? 

- Nie, bardzo dziękuję. Muszę przez chwilę pobyć zupełnie sam. Mam sporo spraw do przemyślenia. 

- Wierzę ci. - Ponownie otworzyła drzwi i odprowadziła mnie do samochodu. - Hej, a  co tam jest w środku? Czy to 

Annette? 

- Nie wiem. 

Rzeczywiście, na  siedzeniu pasażera  dostrzegłem zarys czegoś dużego. W pierwszej chwili ja także pomyślałem, że 

to dziewczyna, ale kiedy podszedłem bliżej... 

- Nisco! Dobrzy Boże, to Nisco! 

-  Co  takiego? -  Beenie  nachyliła  się  i  zajrzała  przez  przednią  szybę. -  Co  to  jest  Nisco?  Dla  mnie  wygląda  na 

wypchanego zwierzaka. Rety, jaki wielki! Założę się, że wydałeś na niego masę pieniędzy. Kupiłeś go dla wnucząt? Hej, co 

się z tobą dzieje? 

- To Nisco!  Naprawdę, nie  mogę uwierzyć... Nigdy  nie  myślałem, że... - Nie byłem w  stanie dokończyć zdania; co 

prawda poruszałem szczęką, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk. 

- Co się stało? Co to właściwie jest? 

Spojrzałem na Beenie niezbyt przytomnym wzrokiem. 

- Nisco. 

- Wciąż to powtarzasz. Dla mnie wygląda jak wypchany zwierzak. 

-  Bo  nim  jest.  Kiedy  byłem  chłopcem,  jedyne  koszmary,  jakie  mnie  nawiedzały,  dotyczyły  właśnie  tego  wilka. 

Widzisz te  krzyżyki w miejscach, gdzie powinny być  oczy? Kiedyś zobaczyłem w kinie  kreskówkę z  jego udziałem. Grał 

rolę  czarnego  charakteru:  kapelusz  na  bakier, wielka  paszcza,  kły. Gonił Trzy  Małe  Prosiaczki. Tej  nocy, i przez  kilka 

następnych miesięcy, śniło mi się, że  mnie goni. Trzymał nóż  i widelec, ślinił się  i chciał mnie pożreć. Potwornie się  go 

bałem. Budziłem się z krzykiem, a rodzice biegli do mojego pokoju, bo wydawało im się, że ktoś mnie morduje... 

- Dlaczego nazwałeś go Nisco? 

-  Nie  wiem.  Zawsze  się  tak  nazywał. Nie  żaden  Wielki  Zły  Wilk,  tylko  po  prostu  Nisco.  Jedyna  rzecz,  której 

naprawdę bałem się w dzieciństwie. To na pewno sprawka Annette, prawda? Oprócz mnie nikt o nim nie wiedział. 

-  Chyba  masz  rację. Dlatego nigdzie  jej nie  ma. Zostawiła  wizytówkę, ale  nie  mam pojęcia, co chciała  ci przez  to 

powiedzieć. Co z nim zrobisz? 

Pomyślałem o  małym, przerażonym chłopcu, budzącym się  w  środku  nocy  z  mocno  bijącym  sercem. Za  każdym 

razem udawało mu się uciec, ale naprawdę w ostatniej chwili. 

Pamiętałem  odgłos  zbliżającej  się  pogoni,  zgrzyt  pocieranych  o  siebie  noża  i  widelca,  jego  wrzask:  "Zaraz  cię 

pożrę!", wreszcie  ten głupi, mrożący krew  w  żyłach  śmiech  postaci z  filmu  rysunkowego. Żaden diabeł  nie  jest równie 

straszny  jak  dziecięce  koszmary. W dzieciństwie  znacznie  łatwiej  jest  nas  zranić, gdyż  mamy  dużo  więcej wrażliwych 

miejsc, a za to żadnego pancerza. 

- No więc? Zatrzymasz go? 

- Nie! Mogę go tu wyrzucić? 

- Nie  trzeba. - Dotknęła ręką  przedniej szyby po stronie  pasażera i Nisco natychmiast zaczął blednąc, a  w ostatniej 

chwili  przed  zupełnym  zniknięciem, kiedy  był już  niewiele  bardziej  wyraźny  od  cienia,  rozległo  się  donośne  BLUP!  i 

szyba została od środka zbryzgana krwią. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

33 / 41

background image

Przez  trzy  dni  nie  miałem  wiadomości od  żadnej  z  nich. W miarę  możliwości starałem  się  prowadzić  normalne 

życie, ale byłem bez szans. Bóg, Śmierć i Szaleństwo weszli jednocześnie do mojego domu i zasiedli przy stole. Chcieli ze 

mną rozmawiać, a każde z nich przygotowało dla mnie własny plan. Czy miałem udawać, że nie wiem, kim są, i wysłuchać 

ich tak, jakby przedstawili mi jedynie zwykłe propozycje dotyczące interesów? 

Jak powinienem postępować  z Annette? Jakie jeszcze  egzaminy mnie czekają, jeśli uda  mi się załagodzić konflikt z 

dziewczyną? Co się  ze  mną stanie, kiedy je  wszystkie zdam? Czy pojawią się  aniołowie, aby zabrać  mnie  na przejażdżkę 

po niebie? A czy aniołowie w ogóle istnieją? Właśnie, muszę zapytać o to Beenie. 

Czy umiecie wyobrazić sobie kogoś, kto potrafiłby udzielić na to pytanie rozstrzygającej odpowiedzi? 

Przez  cały  czas  byłem zdenerwowany  i napięty. Jako  nauczyciel wspinałem się  na  wyżyny umiejętności:  podczas 

zajęć pytania i odpowiedzi płynęły z moich ust wartkim strumieniem, a studenci musieli dobrze się natrudzić, żeby za mną 

nadążyć.  Jedna  z  dziewcząt  zatrzymała  mnie  w  korytarzu  i  zapytała,  dlaczego  jestem  w  takim  dobrym  nastroju. 

Roześmiałem się jak hiena. W dobrym nastroju? Mój Boże, gdybyś tylko wiedziała!... 

Pewnego wieczoru zadzwoniła Norah z  wiadomością, że zerwała z  rysownikiem komiksów i obecnie spotyka się  z 

pilotem. Uczuciowa  niestałość mojej córki już  od ładnych paru  lat bardzo mnie  niepokoiła i wielokrotnie dawałem jej to 

odczuć,  co  prowadziło  do  częstych  kłótni,  których  głównym  tematem  był  jej  styl  życia.  Jednak  tym  razem 

porozmawialiśmy sobie szczerze  i otwarcie  o powodach, które  skłoniły  ją do  podjęcia  tej decyzji; na koniec, po krótkim 

milczeniu, Norah powiedziała: 

- Dziękuję, tato. 

- Za co? 

- Za to, że potraktowałeś mnie poważnie. 

- Kochanie, traktowałem cię poważnie już wtedy, kiedy byłaś małą dziewczynką. 

- Wcale nie. Najczęściej traktowałeś mnie jak studentkę, która  znakomicie się zapowiadała, a potem zawiodła twoje 

oczekiwania. 

- Norah! 

- To prawda, tato, ale wysłuchaj mnie do końca: ta rozmowa była zupełnie inna. Po raz pierwszy od nie wiadomo jak 

dawna czułam, że jesteś naprawdę zainteresowany tym, co mam ci do powiedzenia. Nie musisz aprobować tego, co robię. 

Nie wymagam tego od ciebie. Pragnę tylko, żebyś mnie kochał i od czasu do czasu chciał dowiedzieć  się czegoś o moim 

życiu. 

Odłożyłem słuchawkę i poszedłem do Roberty, która przysłuchiwała się rozmowie z innego aparatu. 

- Czy to prawda? Czy rzeczywiście przez te wszystkie lata był ze mnie taki okropny ojciec? 

-  Na  pewno nie  okropny, Scott, ale  często surowy i  mało wyrozumiały. Bardzo dużo wymagałeś od dziewczynek. 

Kiedyś  już o tym rozmawialiśmy. Gerald  urodził się, kiedy  Norah miała  już  dwanaście  lat. Jestem  pewna, że  właśnie  to 

miała na myśli. 

Troje naszych dzieci: Norah, Freya i Gerald. Norah ilustruje podręczniki medycyny i mieszka w Los Angeles, Freya 

ma  męża,  dwoje  dzieci  i  mieszka  w  Chicago,  Gerald  zaś  jest  poważnie  upośledzony  umysłowo  i  mieszka  w  zakładzie 

opiekuńczym. Przez  wiele lat staraliśmy się  pozostawić go w domu, ale ci z was, którzy mają  jakiekolwiek pojęcie o tym 

problemie, zdają sobie doskonale sprawę, że  życie z  tak poważnie upośledzonymi ludźmi nie  może mieć  nic wspólnego z 

normalnością. Są jak czarne dziury potrzebujące pomocy i miłości. Bez względu na to, jak dużo im dajecie, zawsze okazuje 

się, że  jest tego za  mało i robicie  to nie  tak, jak należy. Nie możecie  też żądać niczego w zamian, ponieważ  oni nie  mogą 

wam nic dać. Pozostaje tylko modlić się, aby w  ich oczach pojawił się  błysk zrozumienia  lub żeby normalnie  zareagowali 

na  jakiś  bodziec.  Choć  jeden,  jedyny  raz. Marzycie  o  pewnym  cudownym  dniu,  kiedy  zamiast  przeraźliwie  krzyczeć, 

odpowiedzą  uśmiechem na wasz  pocałunek albo  wezmą łyżkę do  ręki i zanurzą  ją  w zupie, zamiast wsadzać  ją sobie  do 

oka.  Niepostrzeżenie  odbierają  wam  wszystko,  co  macie,  a  kiedy  jesteście  wyczerpani  i  przygnębieni,  poczucie  winy 

poklepuje  was  po  ramieniu  i  każe  ruszać  dalej.  To  okropna  lekcja  i  straszliwy  ciężar.  Nie  życzyłbym  tego  nawet 

najgorszemu wrogowi. 

Kiedy  Gerald miał siedem lat, pewnego ranka Freya wyszła na  chwilę  z kuchni, żeby  odebrać telefon, a  on w tym 

czasie  położył  rękę  na  włączonym palniku. W szpitalu  nawet  Roberta  przyznała, że  nie  jesteśmy  w  stanie  zapewnić  mu 

właściwej opieki, mimo że  do tej pory  to ona  najbardziej obstawała  przy tym, aby  pozostawić  go  w  domu. Znaleźliśmy 

bardzo dobry zakład i zawieźliśmy  go tam zaraz po tym, jak zagoiły się  rany  po oparzeniach. Gerald jest dla  nas  dwojga 

swoistym mieczem Damoklesa, a  jednocześnie  przypomina  nam,  jak  wspaniałe  może  być  życie, jeżeli ma  się  odrobinę 

szczęścia. 

- Każde z  nas reagowało w odmienny sposób, Scott. Ja zbyt mocno starałam się uczynić  go normalnym i dawałam 

mu  za  dużo  miłości, którą  powinnam  była  skierować  do  dziewcząt. Ty  robiłeś, co mogłeś,  ale  zżerała  cię  świadomość 

całkowitej klęski. Kiedy obciążenie stało się zbyt duże, odszedłeś od nas i ukryłeś się za swoją pracą. To wszystko ma sens. 

Te reakcje doskonale pasują do naszych osobowości. Ja staram się uczynić wszystkich szczęśliwymi, ty z kolei chcesz, aby 

każdy był w jakiś sposób wyjątkowy. W tym wypadku oboje ponieśliśmy porażkę, w związku z czym zaczęliśmy popełniać 

poważne  błędy. Wiesz  co? Chyba  jednak  nie  było  aż  tak  źle,  bo  przecież  obie  dziewczynki  nas  kochają.  Widać  to  we 

wszystkim, co robią. 

Odbyliśmy  już  kiedyś  taką  dyskusję,  ale  jej  powtórka,  zaraz  po  rozmowie  z  Norah,  podziałała  na  mnie  jak 

nokautujący cios w  serce. Czyżbym naprawdę  był taki zły  i nieczuły? Czyżbym, co gorsza, wiedział o tym od dawna, a 

mimo to starał się ukryć przed sobą ten smutny fakt? Naturalnie, doskonale zdawałem sobie sprawę, że nasze życie w coraz 

większym stopniu  zaczyna przypominać  zabawę  w chowanego z  samym  sobą, ale  czy rzeczywiście potrafi  nam umknąć 

coś tak monstrualnie wielkiego? 

A jeśli tak właśnie  przedstawia  się  prawda, to w jaki sposób zostałem uznany za godnego tego, by zastąpić Beenie 

Rushforth jako jeden z trzydziestu sześciu? Człowiek, który do własnej rodziny odnosił się  z taką arogancją i całkowitym 

brakiem szacunku? Co  prawda Beenie  powiedziała  mi  w ten swój  niemożliwy do  podrobienia  sposób, że  trzeba  do  tego 

"diabelnie różnych ludzi", ale czy jednym z nich ma być taki okropny egoista jak ja? 

Tak wiele zdarzyło się niemal w jednej chwili. Moje życie podskoczyło, zakołysało się, a potem uniosło w powietrze 

jak jeden z tych astronautów w kosmosie. Nagle stało się  niemal nieważkie, ponieważ zniknęła oddziałująca na  nie  do tej 

pory  siła  grawitacji. Kilkanaście  razy próbowałem dodzwonić  się  do  Beenie, ale  nikt  nie  podnosił słuchawki. Wreszcie 

zrozumiałem, że robi to specjalnie, aby dać mi czas na przemyślenie pewnych spraw, i że odpowie na moje pytania dopiero 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

34 / 41

background image

wtedy, kiedy  ponownie  zjawi  się  w  naszym  domu, aby robić  porządki. Cóż  za  ironia, a  jednocześnie  jakże  słusznie, że 

wybrała sobie właśnie ten zawód. Ostateczne sprzątanie. Ostateczne porządki. 

Nie  muszę  chyba  mówić, że  czekając  na  jej wizytę,  doznawałem mnóstwa  zmiennych, niezwykle  intensywnych 

uczuć. Odwołałem seminarium oraz skłoniłem Robertę do wyjścia  z domu, przekupując ją  biletami do kina  i perspektywą 

lunchu  w  towarzystwie  najlepszej  przyjaciółki.  Jednak  już  dziesięć  minut po  jej  wyjściu  pusty  dom  tak  bardzo  zaczął 

działać mi na nerwy, że wyciągnąłem ze schowka odkurzacz i zabrałem się do sprzątania podłogi w kuchni. Wkrótce potem 

zadzwonił dzwonek. 

Otworzyłem drzwi i ujrzałem Annette Taugwalder. 

- Beenie nie mogła przyjść, więc poprosiła mnie, żebym ją zastąpiła. Mam posprzątać pański dom. - Przecisnęła się 

obok mnie, po czym rzuciła  przez ramię: - Do licha, nigdy nie  przypuszczałam, że  się tu znajdę. Widzę, że  odkurzacz  już 

na mnie czeka? W porządku. 

Zamknąłem drzwi i spojrzałem na nią. 

- Dlaczego Beenie nie przyszła? 

-  Bo  kazała  mnie  to  zrobić.  Jestem  dobrą  Putzfrau.  Nie  pamięta  pan  tego  fragmentu  mojej  książki,  w  którym 

dziewczyna zatrudniła się  latem jako sprzątaczka, żeby trochę zarobić? Proszę się nie obawiać, profesorze. Kiedy skończę, 

w tym domu będzie naprawdę przyjemnie. 

Zdjęła płaszcz, rzuciła go na krzesło, po czym włączyła odkurzacz i od razu zabrała  się  do pracy. Stałem, czując się 

jak głupiec, ale ona nie zaszczyciła mnie nawet jednym spojrzeniem. 

Co tu się właściwie dzieje? Nie  pozostało mi nic  innego, jak tylko wycofać  się  do gabinetu i jeszcze raz  spróbować 

dodzwonić się do Beenie. Bez rezultatu. Zapewne robiła to w jakimś celu, ale w jakim? Z pewnością zdawała sobie sprawę, 

że  będę  miał do niej  milion  pytań. Dlaczego nie  chciała  mi  na  nie  odpowiedzieć? Dlaczego  wepchnęła  mi w  objęcia  tę 

dziewczynę i znikła bez śladu? A poza tym, to gdzie ona właściwie jest, do diabła? 

Na  szczęście miałem w  gabinecie mały telewizor. Włączyłem go, aby wypełnić myślową pustkę, która  wytworzyła 

się  wokół mnie. Co  robi  tutaj  Annette?  Pomysł,  żeby  sprzątaniem  domu  zajmowała  się  martwa  kobieta, wydał  mi  się 

jednocześnie przerażający i zabawny. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Przez głowę przemknęła mi niepokojąca  myśl: 

Annette  jest już  drugą  martwą  osobą  w  tym  domu. Nasz  nieszczęśliwy  syn, na  dobrą  sprawę  równie  nieżywy  jak  ona, 

spędził w nim siedem lat. 

Jakiś  człowiek  w  telewizorze  mówił  o  serze  gorgonzola.  Kiedyś  żyłem  w  tym  samym  wszechświecie  co  ser 

gorgonzola, ale teraz przeniosłem się do innego, w którym martwe studenki przychodzą robić porządki w domu, a Bóg nie 

odpowiada na telefony. 

Siedziałem  za  biurkiem, przekładając  z  miejsca  na  miejsce  papiery  i  ołówki,  zaglądając  nie  wiadomo  po  co  do 

notesu  i  usiłując  na  próżno  zrozumieć  treść  zawiadomienia  z  banku, gdyż  nawet  po  kilkakrotnej lekturze  zawarte  tam 

liczby nie miały dla mnie żadnego znaczenia. 

Wreszcie  podkradłem  się  na  palcach  do  drzwi  i  przyłożyłem  do  nich  ucho.  Z  zewnątrz  dobiegał  jedynie  szum 

odkurzacza. Czyżby  naprawdę  przyszła  jedynie  po  to,  by  posprzątać? Zarówno  wyraz  jej  twarzy,  jak  i  ton  głosu  były 

wyniosłe i pogardliwe. Doskonale  zdawała  sobie sprawę, że  ma w ręku najlepsze  karty, a  ja  mogę  jedynie  czekać, kiedy 

zdecyduje się rozpocząć grę. Wszystko z powodu marnie napisanej, naiwnej, nudnej i nijakiej... 

Nagle  rozległo  się  pukanie  do  drzwi. Niewiele  brakowało, żebym rzucił się  do  nich pędem. Z  trudem nakazałem 

sobie spokój, policzyłem do pięciu, podniosłem się z fotela, podszedłem do drzwi, nacisnąłem klamkę. 

- Słucham? 

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale nie wiedziałam, co mam z tym zrobić. 

Rozpoczęła  się  ta  sama  działalność  wykopaliskowa,  jaką  za  każdym  razem  prowadziła  Beenie.  Czy  poleciła 

dziewczynie, żeby  zastosowała  podobną  taktykę? Annette  trzymała  w  ręku  sfatygowany  zielony  zeszyt  z  wypisanym  na 

okładce wielkimi, czarnymi literami słowem RAPTUSY. Tak nazywała  się drużyna  piłkarska  miejscowej szkoły średniej. 

Przypuszczalnie zeszyt stanowił własność jednej z naszych córek. 

- Zatrzymam go. Dziękuję. 

- Nie ma za co. 

Wręczyła mi zeszyt i odwróciła się, żeby odejść. 

- Annette... Po co tu przyszłaś? 

Obdarzyła mnie niewinnym spojrzeniem. 

- Żeby posprzątać dom. Już panu powiedziałam, że Beenie poprosiła mnie, żebym ją zastąpiła. 

- Sprzątanie nie ma żadnego znaczenia. Czy nie wolałabyś raczej porozmawiać o... 

- Nie. Kazała mi tylko przynosić panu różne rzeczy i pytać, co chce pan z nimi zrobić. 

Nie  wiedziałem, co począć. Pójść  za  nią, złapać  ją  za  ramię, posadzić  w fotelu i  powiedzieć:  "Słuchaj, umarlaku, 

musimy wyjaśnić sobie parę rzeczy. Musimy porozmawiać o twojej książce"? Nie, to do niczego. 

Wróciłem za biurko ze szkolnym zeszytem w dłoni i nie mając nic lepszego do roboty, otworzyłem go. 

- Co jest, jeża rodzisz?! 

Odwróciłem raptownie głowę, aby zobaczyć, kto to powiedział, ale w  tej samej chwili czyjaś ręka zatkała  mi usta. 

Przerażony,  spojrzałem  na  jej  właściciela.  Nie  znałem  tego  chłopca.  Byliśmy  bardzo  blisko  siebie, właściwie  twarzą  w 

twarz. Czułem go. Czułem go głęboko w sobie, tam, w dole. 

- Ciii!... Zaraz sobie pójdzie. 

Przyjrzałem  mu  się.  Kto  to  jest?  Na  brodzie  miał  trzy  małe  pryszcze.  O  czym  on  mówi?  Co  ja  tu  robię? 

Znajdowaliśmy się w toalecie. On siedział ze spuszczonymi spodniami na sedesie, a ja okrakiem na nim. 

- Chłopie, pośpiesz się z nią trochę, dobra? 

Mój  kochanek  uśmiechnął  się, słysząc  ponaglenia  kolegi  czekającego  po  drugiej  stronie  drzwi,  po  czym  zaczął 

poruszać biodrami w szybszym tempie, starając  się skończyć jak najprędzej, żeby jeszcze  wrócić  na lekcję, z której oboje 

uciekliśmy. 

Byłem moją córką  Freyą. Cichą, spokojną  Freyą, która oklejała  ściany swego pokoju zdjęciami kotów i czytywała 

opasłe  książki  o  tytułach  takich  jak  na  przykład Płomienie  milości  i szaleństwa. Ze  szkoły  przynosiła  raczej  przeciętne 

oceny  i  starała  się  pozostawić  siostrze  udział  we  wszystkich  sprzeczkach  oraz  dyskusjach.  Lubiła  też  opiekować  się 

Geraldem. Piekła mu ciasteczka, a potem karmiła go, podając mu małe kawałeczki. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

35 / 41

background image

Pieprzyła  się  w  szkolnej  toalecie  z  chłopcem,  który  starał  się  skończyć  jak  najszybciej,  żeby  wślizgnąć  się  z 

powrotem do klasy wraz z czekającym przed kabiną kolegą. 

Byłem nią. Czułem  w sobie  tego chłopca,  czułem zapach  jego  potu  i  taniej  wody kolońskiej. Suwak jego spodni 

wrzynał mi się w pośladki. 

- Już! Już!... Już... 

Szczytując, odchylił głowę do tyłu i rąbnął nią w ścianę. 

- Cholera! Kurczę, całkiem nieźle... Ale boli! Dzięki, Dajko. To było naprawdę niezłe. 

Rozcierając sobie guza jedną ręką, drugą delikatnie zepchnął mnie z siebie. Stanęłam nad nim na ugiętych, drżących 

nogach. Chciałam, żeby powiedział coś jeszcze. Przecież przyszłam tu z nim, mimo że akurat zaczynała się moja ulubiona 

lekcja. Chciałam, żeby  powiedział coś  miłego, co  zostanie  ze  mną,  kiedy  on  już  sobie  pójdzie,  ale  on  był  zbyt  zajęty 

doprowadzaniem się do porządku. 

- Szybciej, palancie! Zostało jeszcze tylko pięć minut! 

- Dobra! - Zapiął rozporek i sięgnął za mnie, by otworzyć drzwi. - Na razie, Dajko. I dzięki. 

Jego kolega wsadził głowę do boksu, zmierzył mnie szybkim spojrzeniem, po czym zapiszczał cienkim, donośnym 

głosem: 

- Daaaaaaajka! 

Obaj chłopcy zachichotali i zniknęli. Zdawałam sobie sprawę, że ja też powinnam wrócić na lekcję, ale właściwie po 

co,  skoro  do  końca  zostało  tylko  pięć  minut?  Wytrę  nogi  papierowym  ręcznikiem,  poprawię  makijaż  i  znowu  będę 

wyglądać okay, zanim zadzwoni dzwonek na przerwę i z sal wybiegną uczniowie, którzy mogliby zobaczyć, jak wychodzę 

z męskiej toalety. 

- Zrobiłam to raz, w szkole średniej, ale chłopak nie skończył. Oboje byliśmy za bardzo przerażeni. 

Miałem zamknięte oczy, więc tylko usłyszałem głos Annette i poczułem, że wyjmuje mi zeszyt z ręki. 

- Dont worry, be happy! To już wszystko. Może pan otworzyć oczy; jest pan z powrotem w domu. 

Przykucnęła tuż przede mną. Miała poważną twarz, ale od razu zorientowałem się, że jest zadowolona. 

- Czy to naprawdę była Freya? Naprawdę robiła takie rzeczy? 

-  I  to  często. Wystarczy, że  znowu  dotknie  pan zeszytu,  a  sam  się  pan  o  tym przekona. W ogólniaku  miała  dwa 

przezwiska: "Dajka", bo chętnie dawała, i "Tunel". Znalazłam coś jeszcze, profesorze... 

- Nie chcę! Zostaw mnie! 

-  Musi  pan, profesorze. Takie  są  reguły. Pan  powiedział  mi  prawdę, a  teraz  ja  powiem  ją  panu.  Jak  pan  myśli, 

dlaczego  ona  sprowadziła  mnie  z  powrotem?  Jestem  pańską  Meduzą!  Powiem  panu  prawdę  i  tylko  prawdę  o  całym 

pańskim życiu! Pamięta pan, jak Beenie zaczęła znajdywać różne rzeczy? Ja znalazłam ich jeszcze więcej. 

- Beenie nie miała złych intencji! 

-  Kiedy to  wcale nie  jest zło, tylko fakty. Pokazuję  panu pańską  prawdę: to, co inni myśleli o panu, co  się  działo, 

kiedy patrzył pan w inną stronę... Pan lubi mówić takie  rzeczy innym ludziom, więc teraz niech sam pan tego zasmakuje. 

Proszę pamiętać, co powiedziała Norah: "Nie musisz aprobować tego, co robię". 

- Nie znasz Norah! 

- Rzeczywiście, ale za to znam prawdę. Oto skarb numer dwa, tatusiu. Pamiętasz? On je wprost uwielbiał. 

Wyciągnęła coś w moim kierunku, ale byłem tak zdezorientowany, że w pierwszej chwili nie poznałem, co to jest. 

- Obwarzanki! Nie  pamiętasz, jak bardzo lubił je Geraid? Jak chodził po domu z  kawałkiem obwarzanka  w ustach? 

Naturalnie, w starych dobrych czasach, jeszcze zanim przezornie odesłałeś go do wariatkowa. 

Rzuciła mi je, aleja ich nie chciałem. Wydały mi się bardzo ciężkie. Kawałki twardego ciasta. 

Kiedy  tylko  ich  dotknąłem,  natychmiast  zobaczyłem  świat  widziany  jego  oczami.  Oczami  Geralda/dziecka/czło- 

wieka/szaleńca/zwierzęcia. Barwy ryczały i szeptały. Przemawiały głosami. Wszystko przemawiało głosami. Krzesła nagle 

przestały być krzesłami, ponieważ  przestałem  rozumieć, do czego służą. Zapachy... Najsłabszy zapach  przeistaczał się  w 

eksplozję  sto razy większą od tego, co znałem do tej pory, czasem dobrą, a czasem złą. Środki chemiczne, kwiaty, robaki 

ryjące w ziemi, brudne naczynia wstawione do zlewozmywaka. Rzeczy. Czułem je wszystkie. 

Moje usta. Coś było w moich ustach, coś dobrego. Obracałem to. Przyjemnie dotykało zębów. Miękkie. 

Chodziłem wszędzie, gdzie  mogłem. Czasem spotykałem  ludzi. Oni  także  przyjemnie  pachnieli. Czasem dotykali 

mnie,  mówili  coś  do  mnie  albo  popychali  tam,  gdzie  miałem  akurat  być.  Jeśli  mi  się  tam  nie  podobało,  zaczynałem 

krzyczeć. W porządku, mówili wtedy. W porządku, w porządku, w porządku. 

Wszystko  było  w porządku i dobrze  smakowało, a  ja wąchałem świat i słuchałem ludzi robiących różne hałasy, aż 

nagle  rozległ się HUK i o n wszedł, a  ja upadłem na  podłogę i zacząłem krzyczeć, ponieważ  o n tu był. Sprawia  mi ból. 

Wrzeszczy na  mnie. Łapie  mnie  za ramię, popycha i krzyczy. Nienawidzę go. Nienawidzę go. Biję go. Biję i biję. Ta duża 

rzecz  sprawi  mu  ból.  Podniosę  ją  i  uderzę  go, a  on  się  przewróci.  Jest  zły. Czasem  robi  się  miękki  i  obejmuje  mnie 

ramieniem, ale jest zły. Inni mówią coś do niego, ale oni też się go  boją. On na nich krzyczy. Wychodzi z po- koju i robi 

HUK  drzwiami.  Jak  już  sobie  poszedł,  ludzie  zaczynają  znowu  rozmawiać  i  są  mili.  On  jest  zły.  Nienawidzę.  Zły 

Nienawidzę. Zły HUK. 

- Przestań! 

Nie rozumiem. 

- Przestań, Annette! Natychmiast zostaw go w spokoju! Krzyczą. Nic nie rozumiem. Ten biały podchodzi do mnie i 

zabiera mi to, co mam w ustach. 

Ocknąłem się w swoim gabinecie i natychmiast wszystko zrozumiałem. Przez kilka ostatnich minut oglądałem świat 

w potwornie zniekształcającym, roztrzaskanym na drobne fragmenty zwierciadle zmysłów mojego syna. Jego świat składał 

się  z  kawałeczków  piękna,  przerażenia  i  tajemniczości,  wymieszanych  bez  ładu  i  składu,  niepokojących  bardziej  niż 

wszystko,  co  można  sobie  wyobrazić.  Prawdziwe  piekło  na  ziemi.  Zrozumiałem  z  tego  tylko  jedno:  mój  syn  mnie 

nienawidzi.  Spośród  wszystkich  zniekształconych  fragmencików,  dziwnych  urywków,  które  był  w  stanie  pojąć, 

wykrystalizowało  się  tylko  jedno  świadome  uczucie:  nienawiść  do  mnie.  Była  to  jego  jedyna  prawda  i  ostateczne 

objawienie. Byłem zły. Chciał, żebym umarł. 

- Wynoś się stąd. Wracaj do domu i zaczekaj na mnie. 

- Przecież kazałaś mi posprzątać mu dom... 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

36 / 41

background image

- Annette, idź stąd! 

Siedziałem na  podłodze, mrugając  szybko  powiekami, niczym  ktoś,  kogo ocalono  przed  jego  własnym  życiem, i 

obserwowałem, jak wrzeszczą na siebie dwie kobiety: siwowłosa i młodsza, która mogłaby być jej córką. 

- Dlaczego nie pozwolisz mi skończyć? Daj mi go! Zasłużył sobie na to! 

- Wynoś się, Annette. Nie będę już tego powtarzać! 

Mój syn. Jego umysł przypominał kamień albo raczej powietrze  pełne obłoków, przez  które każdy musiałby spaść i 

roztrzaskać  się  na  ziemi, a  mimo  to wiedział, jak  mnie  nienawidzić. Pragnął  mojej śmierci. Czyżbym naprawdę  był taki 

zły? Czy naprawdę byłem takim potworem? 

- Dla niego, owszem, ale on ma kłopoty ze zrozumieniem większości rzeczy. Pozwól, że ci pomogę. 

Zupełnie opuściła mnie energia. Wcale mi nie przeszkadzało, że siedzę na podłodze. Musiałem spaść z fotela. Mimo 

to nie mogłem pozwolić, żeby dźwigała mnie jak worek kartofli. 

- Dupki! - wrzasnęła Annette, po czym wybiegła z pokoju. 

Miała rację: naprawdę byłem dupkiem. W dodatku jednym z tych najbardziej parszywych. 

- On mnie nienawidzi. Jest do tego zdolny. To zdumiewające. Wydawało nam się, że to przekracza jego możliwości. 

Mimo to mnie nienawidzi. 

- Znam to uczucie, chłopcze. Kiedy powiedziałam mojej córce, że mam raka, pierwszą rzeczą, o jaką zapytała, było 

to, czy sporządziłam testament. 

Beenie  wyszła  z  pokoju,  a  po  chwili  wróciła  z  dwiema  szklankami  soku  grejpfrutowego.  Wręczyła  mi  jedną  i 

poleciła, żebym  najpierw  się  napił,  a  porozmawiamy  później.  Byłem  taki  pusty  i wypalony  w  środku, że  z  pewnością 

zjadłbym szklankę, gdyby mi kazała. Pociągnąłem niewielki łyk; zimny, kwaskowy płyn opłukał moje wyschnięte gardło. 

- Nie pamiętasz? - zapytała, unosząc brwi. 

- Co mam pamiętać? Beenie, czy ja naprawdę byłem taki okropny, taki zupełnie do niczego? 

- Nie mówię o tym. Nie pamiętasz tej szklanki? 

Podążyłem wzrokiem za jej spojrzeniem, ale zobaczyłem tylko zwykłą szklankę. I co z tego? 

- I co z tego? 

- Naprawdę z niczym ci się nie kojarzy? 

Spojrzałem ponownie. 

- Nie. 

- Boże Narodzenie 1975 roku. Norah chciała, żeby wszystko odbyło się  bardzo uroczyście, i wpadła na pomysł, że 

przed kolacją napijecie się po drinku, więc kazałeś jej nalać każdemu po szklance soku grejpfrutowego. 

- A potem rzuciliśmy szklanki do kominka, ja  pierwszy. Nawet Gerald. Obserwował nas i zrobił to samo, co my. To 

były bardzo drogie szklanki. Roberta okropnie się rozzłościła, ale w końcu rzuciła też swoją. Czuliśmy się jak Rosjanie. 

-  W twoim  życiu  było  wiele  przyjemnych  momentów.  Nie,  wcale  nie  jesteś  takim  złym  człowiekiem.  Bywałeś 

niedobry, ale teraz już nie  jesteś. Annette wybrała  najgorsze chwile. Łatwo to zrobić, kiedy w grę wchodzi pięćdziesiąt lat 

różnych chwil. To ona jest zła. Bardzo zagniewana, a w dodatku niepewna swego. 

- Co mam teraz zrobić, Beenie? Jak mogę z nią wygrać? 

- Nie możesz. Na tym właśnie polega cały problem. Myślałam, że... 

Drzwi  gabinetu  otworzyły  się  z  trzaskiem  i  stanęła  w  nich  Annette,  mierząc  we  mnie  ręką  wyciągniętą  w 

oskarżycielskim geście. 

- Nie obchodzi mnie, co powiesz. Czekałam na to całe lata. 

Ruszyła  w  moją  stronę.  Nie  zdążyłem  nawet  zastanowić  się,  co  może  się  zdarzyć,  cóż  dopiero  mówić  o 

jakiejkolwiek  ucieczce, ponieważ  tuż  za  nią  tłoczyły  się  rzeczy.  Nie  żadne  potwory  ani  zjawy, tylko rzeczy. Mogłem  je 

rozpoznać  jedynie  dlatego,  że  przyprowadziła  z  sobą  całe  moje  życie,  tyle  że  pojawiły  się  w  postaci  oparów,  barw, 

zapachów, dźwięków, świateł, cieni, kształtów, aluzji... Za jej plecami kotłowało się  moje życie, gotowe do skoku, gotowe 

zabić  mnie  swoją  porażającą  prawdą. Życie  widziane  oczami Geralda, moja  córka  w  szkolnej toalecie, mnóstwo  innych 

rzeczy,  o których  wiedziałem  wcześniej  i których  nienawidziłem albo  nie  chciałem przyjąć  do wiadomości. Także  te, o 

których nie  wiedziałem,  a  o  których  wiedzieli ludzie. Kłamstwa, w  które  inni  wierzyli, prawdy, w  które  nikt nie  chciał 

uwierzyć. Moje  pragnienia, o których wiedziałem, że nigdy się  nie spełnią. Kłamstwa, którymi zasypywałem sam siebie, 

bolesne  prawdy,  chwile  całkowitego  zrozumienia,  ostre  i  świeże  niczym  mroźne  powietrze  nad  zamarznięta  rzeką. 

Wszystko  naraz, z  całą swoją  energią i siłą. Łudzimy się, że  te  rzeczy pozostają  w przeszłości i rozpływają  się  jak mgła, 

kiedy słońce mocniej zaświeci, ale  tak  nie jest. Widziałem je, żywe  i pełne siły, i mogę  wam powiedzieć, że  nie  znikają. 

Prawda  o naszym życiu  pozostaje  już  na  zawsze, jak  każdy dźwięk, który opuścił  nasze  usta. Bez  względu  na  sztuczki, 

jakie próbuje wyczyniać nasza pamięć. 

Z pewnością umarłbym, gdybym musiał oglądać to dłużej. W ciągu kilku sekund zobaczyłem jednak wystarczająco 

dużo, żeby zapamiętać  to do końca  życia. Jeśli się nie mylę, wśród mnóstwa  innych faktów i oczywistości znajdowała  się 

tam także informacja, jak długo ma jeszcze potrwać to życie. 

- Annette! - Beenie machnęła raptownie ręką, jakby rzucała piłeczkę baseballową. Dziewczyna, a także to, co kłębiło 

się za nią, zniknęło w  okamgnieniu. Beenie zacisnęła  pięści, podniosła  je w górę i pogroziła  sufitowi. - Znowu! Dlaczego 

to się znowu stało? Co się tu dzieje? 

Nie  bardzo  wypadało  mi zacząć  w  tym momencie  zadawać  pytania, więc  siedziałem cicho, wstrząśnięty do głębi. 

Beenie jeszcze przez jakiś czas potrząsała pięściami, po czym opuściła je powoli. 

- Przepraszam cię, Scott. 

- Ty mnie przepraszasz? Przecież ocaliłaś mi życie! 

- Wcale nie. Wykorzystałam cię. - Podeszła i usiadła  obok mnie  na  podłodze. -  Dlaczego to się dzieje, do licha? - 

szepnęła, ponownie zacisnąwszy pięść, a następnie zwróciła się bezpośrednio do mnie: - Pamiętasz, jak opowiedziałam ci o 

tych  trzydziestu  sześciu ludziach  tworzących  Boga? To  prawda. Prawdą  jest również  to, że  ja, choć  taka  głupia, jestem 

jednym z nich. Kłamstwo zaczyna się  w chwili, kiedy pojawiacie się ty i Annette. Powiedziałam ci też, że obserwowałam 

cię od lat. To również jest prawda, tyle tylko, że kierowały mną nieco inne powody niż te, które ci podałam. Wiele lat temu, 

kiedy Annette kończyła  college, zobaczyłam ją i natychmiast zrozumiałam, że to ona  ma zająć  moje  miejsce. Wybacz  mi, 

że  nagadałam ci co innego. Skłamałam. - Uścisnęła lekko moją rękę, po czym cofnęła dłoń. - To nie byłeś ty, lecz Annette. 

Wiedziałam o tym od pierwszej chwili i podążałam za nią  krok w  krok. Dokładnie  tak samo jak Nolan za mną. Wreszcie 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

37 / 41

background image

powiedziałam  jej o  wszystkim i na  pierwszy  rzut oka  wydawało się, że, o dziwo, od razu  mnie  zrozumiała. Początkowe 

egzaminy zdała  bez najmniejszych kłopotów. Potem poszła na uczelnię, zaczęła uczęszczać na twoje  seminarium, napisała 

powieść, dała ci ją do przeczytania... Sam dobrze wiesz, co było później. 

- Popełniła samobójstwo. -  Potrzebowałem kilku sekund, aby  znaczenie tych słów  utorowało  sobie  drogę  do mojej 

świadomości. -  Popełniła  samobójstwo? Jedna  z  trzydziestu sześciu odebrała  sobie  życie? Jak to  możliwe? Przecież Bóg 

nie... 

-  Rzeczywiście, On  tego  nie  robi, i na  tym polega  nasz  problem. My  także  tego nie  rozumiemy. Co gorsza, takie 

rzeczy zdarzają się częściej, niż myślisz. W przeszłości od czasu do czasu także popełniano błędy, ale przytrafiało się to tak 

rzadko, że  nie  zwracaliśmy na  to większej uwagi. Teraz  jednak zaczęło się dziać  coś niedobrego. Musimy się dowiedzieć, 

co  jest  tego  powodem. Dlatego  właśnie  ja  oraz  paru innych otrzymaliśmy  polecenie, żeby  sprowadzić  z  powrotem  tych 

ludzi  i  albo  wyjaśnić, dlaczego  tak  postąpili,  albo  przynajmniej  zlikwidować  przyczynę,  która  skłoniła  ich  do  podjęcia 

takiego kroku. Może wtedy uda nam się zrozumieć... - Skrzywiła się i westchnęła. - Widzisz, chodzi o to, że jeśli to zrobią, 

nie można ich już nikim zastąpić... 

- Ludzie wybrani na Boga, którzy to zrozumieli i zaakceptowali, odbierają sobie życie? 

- Aha. 

- "Aha"? Po prostu "Aha", i już? Co to właściwie  znaczy? Jaki to może  mieć wpływ  na naszą przyszłość? Przecież 

musi być ktoś, kto mógłby zastąpić Annette! 

-  Nie, bo  ona  nikogo  takiego  nie  znalazła. Ba, nawet  sama  nie  zdała  wszystkich  egzaminów. Właśnie  dlatego  tu 

jestem. Dlatego sprowadziłam ją do ciebie. Nic nie wiemy. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? Do licha, przecież wy wiecie wszystko! Jesteście NIM! A jeśli Bóg się zmniejsza, 

bo jest was coraz mniej, to znaczy, że zmniejsza się także dobro! 

- Masz rację. To powód, dla którego świat ogarnia coraz większy chaos i jest na nim coraz gorzej. 

- Beenie, co ja mam teraz  zrobić? Nie należę do wybranych - w porządku, nie mam pretensji, bo na pewno sobie  na 

to nie zasłużyłem - ale co mam począć z całą tą wiedzą? Jak mam się zachowywać, wiedząc to wszystko, co wiem? Proszę, 

zabierz to ode mnie. Machnij jeszcze raz ręką i zabierz to z mojej głowy. Proszę, zrób to dla mnie! 

- Ty przecież  wcale tego nie  chcesz, Scott. Twoje przeżycia  należą wyłącznie  do ciebie. Teraz, kiedy znasz prawdę, 

postaraj  się  wykorzystać  ją  do  tego,  aby  stać  się  lepszym.  To  najrozsądniejsze,  co  możesz  zrobić.  Jasne,  mogłabym 

machnąć  ręką  i zrobić  małą  abrakadabrę, ale  teraz, kiedy  już  wiesz  o  sobie  wszystko, masz  szansę  wykorzystać  wielki 

potencjał dobra, jaki w tobie drzemie. 

- A więc nasz los nie jest z góry przesądzony? Przecież zobaczyłem, kiedy mam umrzeć! 

- To tylko jakiś  dzień  i godzina  na  ludzkim zegarze. Ile  czasu zajmuje napisanie książki? Niektórym mało, innym 

więcej. Ile czasu trzeba na ubranie  tej prawdy w słowa? Nie mogę pokazać  ci książki, którą napiszesz, ale mogę  ci pomóc 

przy poszukiwaniu i weryfikacji materiałów. 

Pomimo niedawnych przeżyć nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu. 

- Weryfikacji? 

- Starałam się rozszerzyć słownictwo, żeby dotrzymać ci kroku. 

- A więc ty... i twoi ludzie nie zdecydowaliście jeszcze, jaka będzie przyszłość? 

Pokręciła głową. Bóg pokręcił głową. Po prostu. 

Przełożył Arkadiusz Nakoniecznik 

Alarm

(Alone Alarm)

I żyli długo i szczęśliwie. Do  cholery, przecież tak właśnie  miało  być!  Spotkali się, rozmawiali ze sobą, pokochali 

się, on poprosił, żeby wyszła za niego, a ona zgodziła się... właśnie tak, jak to się miało zdarzyć. 

Ale  choć  mamy  nadzieję,  że  istnieją  jakieś  reguły,  w  rzeczywistości  wcale  ich  nie  ma.  Gorzej,  bo  staramy  się 

postępować zgodnie  z tym, co nie  istnieje, i kończymy jak on: siedząc w  pustym mieszkaniu, zastanawiając się, gdzie  ona 

może  być, co  robi  w  tej właśnie  chwili, pewni, że  to, co  robi, jest  wspaniałe  i  seksowne, po  prostu nieporównywalne  z 

niczym, co robiła wspólnie z nim. 

Widział tego drugiego mężczyznę. O to właśnie  chodzi. W publicznym miejscu trzymała  za rękę  faceta z  brodą a  la 

van  Dyck  i  w  dodatku  wytatuowanego!  Wyglądał  na  rowerzystę  albo  kierowcę  ciężarówki,  z  tych, co  noszą  czapki  z 

otworkami dla wentylacji. 

A przecież zawsze nienawidziła tatuaży! Przynajmniej tak mówiła. Pamiętał nawet, jak się wyraziła: "Tatuaż jest jak 

trąd". No a teraz szła za rękę z Panem Trędowatym, podczas gdy jej mąż siedział w pustym pokoju, gapiąc się w podłogę. 

Na  dodatek tęsknił  za  wszystkim, co się  z  nią  wiązało, nawet  za  tym, czego  szczerze  nienawidził. Za  jej długimi 

czarnymi  włosami  przyczepionymi  do  białej  emalii  umywalki  na  kształt  dziwnie  wykaligrafowanych  wzorów. 

Porozrzucanymi nieporządnie  kosmetykami zajmującymi  trzy  czwarte  szafki. Uporem. I  tym  słodziutkim  głosem, kiedy 

przemawiała do kota. Po prostu tęsknił. 

Próbował wszystkiego, żeby  o niej  zapomnieć: Bali, drogiej wódki, randek  z  agencji towarzyskiej, historii Hioba. 

Problem jednak w tym, że nie chciał o niej zapomnieć. Nie chciał przestać myśleć  o jej uśmiechu, o jej długich palcach, o 

tym, jak pogwizdywała, krzątając się w kuchni. Jeszcze z nią nie skończył. 

A  dzisiaj  była  ich  rocznica.  Cztery  lata  małżeńskiego  szczęścia.  Zabrałby  ją  na  kolację  i  prawił  komplementy. 

Kupiłby jej  prezent - coś ekstrawaganckiego jak  na  ich możliwości, bo  ostatecznie  miłość  jest ważniejsza niż  stan  konta 

bankowego.  Może  nawet  wziąłby  ją  w  jakąś  podróż.  Położyłby  dwa  bilety  na  ich  małym  stole  i  powiedział:  "Jutro 

będziemy w Londynie". 

Kiedy  tak siedział i myślał o tym, wydawało mu się, że  mieszkanie rośnie  i rośnie wokół niego i wreszcie  czuł się 

jak pośrodku wielkiej stacji kolejowej. W drodze donikąd! 

Westchnął,  podniósł  się  i  postanowił  pójść  się  napić.  Usiądzie  sobie  w  barze  i  poogląda  mecz  w  telewizji. 

Cokolwiek, byle  tylko  oderwać  myśli od niej. Może jego umysł pracujący  na pełnych  obrotach ustali, co  do cholery  ma 

zrobić z resztą życia. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

38 / 41

background image

Na  dworze  było  bardzo zimno i samochód nie  chciał zapalić. Trrr... trrr... trrr... gasł raz  po razie. Uchwycił mocno 

kierownicę  przez  wspaniałe  skórzane  rękawiczki, które podarowała  mu na  ostatnie urodziny. "No  dalej, skurczybyku, nie 

rób mi tego! Nie dzisiaj". Trrr... trrr... znowu nic. 

Zawsze kiedy silnik nie chciał zapalić, mówiła: "Może go zalałeś". Bo na temat samochodów wiedziała tylko to, że 

jeśli zbytnio pompujesz  pedałem gazu, zalewasz motor. Więc za każdym razem, gdy był jakiś kłopot, według niej musiało 

to być  zalanie. Stroił sobie  żarty z  tej jej wiedzy, aż  wreszcie  szczypała  go w  ramię, żeby  przestał. Raz zacięło się okno. 

Bardzo poważnie zapytał ją, czy nie myśli, że się zalało... 

Oparł głowę na kierownicy. Czuł się tak, jakby przyłożył czoło nie do kawałka plastiku, ale lodu. Bez cienia nadziei 

przekręcił kluczyk jeszcze raz i wtedy nagle silnik zaskoczył. Dzięki Bogu! 

W chwili gdy wyjeżdżał z parkingu, zobaczył niesympatycznego sąsiada, nazywała go "Niedobry Pan Musztarda". 

Czy ona  naprawdę  będzie  mu tak towarzyszyć  przez  cały wieczór? "Może jest zalany", przezwiska, jakie nadawała 

ludziom, jej głos, kiedy przejeżdżał koło miejsc, gdzie zwykle robiła zakupy. Czy to wszystko będzie go torturować? 

Nie.  Bar,  który  wybrał,  był  bardzo  przytulny.  Przez  kilka  następnych  godzin  czuł  się  tak,  jakby  wylądował  z 

powrotem na Ziemi. Przysiadła  się do  niego duża blondyna  o imieniu  Cora, jej chłopak dbał, żeby nie  zabrakło im picia. 

Zaśmiewali się, nawiązując  nocną  przyjaźń. Tak właśnie  powinno być. Mili dla  siebie  ludzie, opowiadający  historyjki i 

dowcipy tak śmieszne, że chichoczesz aż do bólu brzucha. Cory nie tknąłby za nic w świecie, ale był jej wdzięczny, bo trzy 

razy powtórzyła, że jest w jej typie. 

Kiedy  przycisnęło  go, by pójść  do  toalety, i  właśnie  miał się  podnieść, usłyszał za  sobą  głos:  "Cześć, Cora". Coś 

szelmowskiego w tonie, jakaś sugestia  intymności podpowiedziały  mu, że  ten ktoś musiał spędzić z Corą  pewien czas w 

łóżku. Odwrócił się i ku swemu przerażeniu ujrzał Pana Tatuowanego van Dycka. 

- Cześć! Gdzie się podziewałeś? Co żeś ostatnio nabroił? - powitała go najwyraźniej zachwycona Córa. 

Nawet kiedy już zostali sobie przedstawieni, Złodziej Żon nie patrzył na niego, tylko w dekolt Cory. 

- Cześć, jak leci? 

W jego głosie słychać było kompletny brak zainteresowania tym, jak leci drugiemu mężczyźnie. 

W porządku, to  był właściwy moment!  Odpowiednia  chwila, żeby  stanąć  przeciwko  tej świni, przeciwko własnej 

słabej  naturze,  przeciwko  wszystkiemu,  czym  kiedykolwiek  był  i  czego  nie  zrobił.  Wstań.  Złap  chujka  za  koszulę, 

wyciągnij go na środek sali, przyłóż mu. Zrób coś! 

Akurat. Nie było w  nim nic  z Dżyngis-chana, ani jednego  chromosomu. Ani Dżyngisa, ani Johna  Wayne'a, ani jaj, 

ani  grandezzy,  ani  niczego.  Niczego  dobrego. Złego  zresztą  też  nie  -  sama  bezbarwność  i  bezużyteczność.  Można  to 

kupować na tony i nawozić tym pole. Siedząc obok mężczyzny, który ukradł mu żonę, był tylko sobą, potrafiącym jedynie 

wstrzymywać oddech i z zaczerwienionymi policzkami zaciskać pięści. 

Nawet gdyby wyszedł od razu i tak przebywałby tam za  długo. Cały  alkohol, który wlał w  siebie tej nocy, gdzieś 

wyparował i jego błogosławione efekty zniknęły, zanim jeszcze wyszedł z budynku. Wsiądzie do samochodu i pojedzie. To 

właśnie zamierzał zrobić. Jechać  przed siebie, by zabić  ból i upokorzenie, mijając  drogowskazy i stacje  benzynowe, jadąc 

donikąd. Tego właśnie potrzebował w taką noc. 

Miał swoją  wielką szansę, ale jedyne, co potrafił, to zaperzyć  się. Więc  teraz pojedzie. A jeśli będzie chciał jechać 

przez  całą  noc, sam w samochodzie, który nie chce  zapalić i przypomina mu o żonie, niech tam. Będzie jechał całą  noc i 

zobaczy przez szybę samochodu, jak wstaje świt. A nowy dzień zawsze przynosi nową nadzieję. 

Chociaż  zrobiło  się  już  wpół do drugiej, parking przed barem był  pełen. Zazdrościł  tym wszystkim  szczęśliwym 

pijakom siedzącym jeszcze w środku. Z goryczą stwierdził, że zazdrości właściwie każdemu, kto nie jest nim. 

Zanim  zdążył  zanurzyć  się  w  pełnię  smutku  wywołanego  tą  myślą, usłyszał, jak  z  tyłu  ktoś do  niego  podchodzi. 

Zaczął się odwracać i wtedy poczuł uderzenie w tył głowy. Upadł. 

Nie  miał  żadnych  snów.  Przeszedł  prosto  od  rejestracji  ostrego  bólu  do  pełnej  świadomości.  "Gdzie  u  diabła 

jestem?" Ale nie mógł wymówić tych słów, bo usta miał zakneblowane, a ręce związane na plecach. 

Panowała  kompletna ciemność, ale  wiedział, że  jest w czymś, co się porusza. To był hałas, jaki robi samochód. Był 

w samochodzie. Po kilku sekundach uświadomił sobie, że leży w bagażniku. Po tym, jak ktoś go uderzył, został związany i 

wpakowany do bagażnika! 

Ogarnęła go panika. Zaczął się szarpać i usiłował krzyczeć, mimo że taśma zaklejała mu usta. Nigdy w całym swoim 

życiu  nie  czuł  się  równie  żywy.  Nic  nie  liczyło  się  nigdy  tak  bardzo  jak  to,  by  się  teraz  uwolnić  od  taśmy,  więzów  i 

bagażnika. Jeśli nie wydostanie się w tej chwili, oszaleje. I wreszcie coś robił, nie leżał jak owca wieziona na rzeź. Kopał i 

krzyczał, ile sił. 

Nic  się  nie  stało.  Rzucał  się,  a  samochód  jechał  dalej  i  choćby  nie  wiem  czego  próbował,  nic  nie  mogło  tego 

zmienić. Szczęśliwie pierwsza fala paniki przeszła, przynajmniej na jakiś czas. 

Zastanawiał się, kto u licha chciałby go porywać. Nie  miał niczego, nic  nie  wiedział, nie dysponował żadną władzą. 

Jakież  Czerwone  Brygady, Bractwo Ariańskie, Świetlisty  Szlak  i wszyscy  mordercy  wiedzieli, że  w  ogóle  istnieje? Czy 

powinno mu to pochlebiać? 

Może to jacyś rozwścieczeni Arabowie, którym wystarczyłby jakikolwiek Amerykanin. Albo sadyści. Zabiorą go do 

lasu wraz  z walizką  pełną... no, rzeczy, a kiedy jego ciało zostanie odnalezione, nawet ci, którzy na niego trafią, odwrócą 

się chorzy z obrzydzenia. Znowu zaczął się szarpać. 

Na  dobre  lub  złe,  w  chwilę  po  tym,  jak  dopadła  go  druga  fala  strachu,  samochód  gwałtownie  się  zatrzymał. 

Trzasnęło  dwoje  drzwi. Nikt się  nie  odezwał, za  to  usłyszał  kroki. Gdzieś bardzo blisko  w  zamku  obrócił się  kluczyk i 

klapa nad nim skoczyła w górę. Oślepiło go światło. 

- Wysiadaj! 

- Nie może, jest związany. 

- No taaa. 

Oba głosy należały do Amerykanów. I były znajome. Po chwili ktoś go przekręcił na kolana, a potem, złapawszy go 

pod ramiona, wyciągnął z samochodu. Ponieważ świecili mu cały czas prosto w twarz, nie mógł zobaczyć, kto to. 

Położyli go  na  ziemi. Czuł się  jak  sparaliżowany  oczekiwaniem  na  to,  co  zaraz  nastąpi. Ktoś  kopnął go  w  bok. 

Mocne kopnięcie, ale nie mordercze. 

- Przestań. 

- Dlaczego? Widziałeś, jak on uderzył? 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

39 / 41

background image

Znowu  te  znajome  głosy. Bardziej  niż  bólem i strachem jego  umysł  zajęty był szukaniem odpowiedzi na  pytanie, 

skąd zna te głosy. 

Światło zgasło. Zamrugał, starając się  odzyskać zdolność  widzenia. Najpierw zobaczył dwie, potem trzy pary nóg. 

Jedne były w trampkach. Takich samych, jak te, które nosił jako nastolatek, wysokich, w czamo-białe paski. 

- Zdejmij taśmę. Pozwól mu mówić. Teraz już nie ma znaczenia, czy go usłyszą. 

Ktoś zaśmiał się złośliwie. 

Trampki zbliżyły się i czyjaś dłoń jednym brutalnym pociągnięciem zerwała taśmę z jego ust. 

Mężczyzna krzyknął, ale nie z bólu, tylko dlatego, że tym, który mu zerwał taśmę, był on sam. 

W wieku lat siedemnastu. On  jako  siedemnastolatek, w  trampkach, w  wymęczonych  dżinsach, na  których  matka 

naszyła mnóstwo łat, i w krzykliwej koszulce polo, którą dostał na ostatnie urodziny od swojej dziewczyny. 

- Niespodzianka, dupku. Witaj w domu. 

Siedemnastolatek podniósł się i oparł dłonie na wąskich biodrach. 

Od  tamtego  czasu  nabrał  sporo  wagi.  Pamiętał, jak  kiedyś  kupował  spodnie  rozmiar  32  zarówno  w  pasie,  jak  i 

długości. To były czasy. 

- Spójrz na mnie - odezwał się głębszy głos i nagle zrozumiał, że i ten należy do niego. Zawsze jesteśmy zdziwieni, 

słysząc  samych  siebie  z  taśmy  magnetofonowej. W ciągu  trzydziestu  sekund  usłyszał  siebie  dwa  razy  -  z  przeszłości  i 

teraźniejszości. 

Przestraszony podniósł wzrok i zobaczył siebie wgapionego w siebie. To ja, zrozumiał natychmiast. I ten szkaradny 

czerwony sweter. Jego żona upierała się, że świetnie w nim wygląda. 

- Czy wiesz, kim jesteśmy? 

Mimo  że  był oszołomiony, pytanie  wydało  mu się  bezdennie  głupie. Ale  nie  chciał się  narażać, więc  tylko skinął 

głową. Ten drugi odpowiedział mu podobnym skinieniem. 

- To dobrze, ponieważ ja nie wiedziałem. Zabrało mi sporo czasu, zanim to zrozumiałem. 

- Ja skumałem od razu - oznajmił z dumą siedemnastolatek. 

- Zamknij się, dobra? Jeśli jesteś taki sprytny, to jak tutaj trafiłeś? 

Podniósł wzrok na  swoje dwie wcześniejsze  wersje  spoglądające  na siebie z  wściekłością. Ich wzajemna nienawiść 

była oczywista. 

- A ty, kurwa, na co tak się gapisz? - warknął siedemnastolatek. 

Ale leżący na ziemi mężczyzna wiedział, że  to blef. Pamiętał, jak mając siedemnaście  lat, bardzo starał się udawać 

twardziela. Trzymał  z  grupą  łobuziaków  najeżonych  niczym  kaktusy  i  niebezpiecznych  jak  ręczne  granaty.  Wcale  nie 

odznaczał się odwagą, ale był sprytny i potrafił oszukać innych, by uwierzyli, że jest jednym z nich, a to wystarczyło. 

Zawsze  był  sprytny,  ale  teraz,  siedząc  na  ziemi,  w  tej  niewyobrażalnej  sytuacji,  uświadomił  sobie  coś  po  raz 

pierwszy - jesteś sprytny i wydaje ci się, że  to wystarczy, ale  tak nie jest. Do czego doprowadziły go wszystkie te świetne 

plany,  kłamstwa  i  udawania,  pośród  których  żył  przez  lata?  Opuściła  go  żona,  praca,  którą  wykonywał,  okazała  się 

znacznie mniej  interesująca, niż  się  zapowiadała, mieszkał  wciąż na  walizkach. Pewna  kobieta, z  którą  kiedyś pracował, 

powiedziała: "Spieprzyłam  życie  do  poziomu absolutnej  średniej". Kiedy pierwszy  raz to  usłyszał, uznał powiedzenie  za 

zabawne. Teraz  zrozumiał, że  było  też  prawdziwe. Użył całego swego sprytu, by jego życie  również  stało się  średnie, i 

takie już miało pozostać. Na zawsze. 

- Alleluja! Nasz chłopczyk ujrzał światło! - wykrzyknął siedemnastolatek. 

Starszy mężczyzna pochylił się, by pomóc mu stanąć na nogi. Głośno zaskrzypiały stawy w kolanach. 

- Witaj w klubie. 

Teraz już widział normalnie, a to, co zobaczył wokół siebie, przejęło go dreszczem. 

Było  ich  tak  wielu, ubrani w  tenisówki i podkoszulki, w  garnitury, w  bermudy  i sandały. Włosy  obcięte  na  wiele 

różnych sposobów, twarze od bardzo chudych do wręcz pucołowatych. 

Ale wszyscy byli nim. 

Oniemiały  wpatrywał  się  w  te  różne  odmiany  samego  siebie.  To  było  jak  oglądanie  albumu.  Oto  on  w  wieku 

siedmiu, dwunastu, siedemnastu,  dziewiętnastu  lat.  Z  długimi  paznokciami  z  czasu, kiedy  poważnie  myślał,  że  będzie 

zawodowo  grał  na gitarze. Ze świeżą  raną, po tym jak spadł  z roweru, ile  wtedy miał? Jedenaście? Wszyscy oni stali  na 

wąskiej polnej drodze o drugiej nad ranem, wszystkie jego wersje, spoglądające na  niego lub rozmawiające  cicho  między 

sobą. Nie słyszał tego, co mówili, ale wiedział, że rozmawiają o nim. Ich twarze wyrażały całą gamę uczuć, od rozbawienia 

po obrzydzenie. 

Zbierając resztę sił, jaka mu pozostała, wyszeptał z nadzieją, że ktoś mu odpowie: 

- Co to jest? Dlaczego się tutaj znalazłem? 

-  Ponieważ  jesteś  skończony. Twój czas się  wyczerpał. A teraz  się  tego dowiedziałeś. -  Siedemnastolatek parsknął 

śmiechem. - Ponieważ jesteś teraz taki sam jak my. Zużyty i wyrzucony niby niedopałek. 

Starszy mężczyzna położył opiekuńczo dłoń na jego ramieniu. 

- Prawda. Wszyscy jesteśmy jedną  osobą, ale ta  osoba dorasta albo starzeje się, czy jak chcesz  to nazwać. Każdy z 

nas był jakimś etapem, a kiedy ten się skończył... 

Siedemnastolatek odsunął go na bok i stanął nos w nos ze skonfundowanym mężczyzną. 

- Ja ci to wytłumaczę. Życie jest czymś na  kształt paczki papierosów, można powiedzieć. To proste. W paczce masz 

dwadzieścia sztuk, zgadza się? Wypalasz jednego, zostaje dziewiętnaście. Co robisz z niedopałkiem? Rzucasz go na ziemię 

i zapominasz o nim, ponieważ się  wypalił. Tyle  że  my się  nie  wypalamy. Ale nikt o tym nie  wie, póki nie  trafia tutaj. Tak 

jak ty teraz. To wielki sekret życia. 

-  My wszyscy... -  chłopak, na  którego twarzy  malował  się  gniew, zatoczył ręką  wielki łuk, obejmując  zebranych  - 

tworzymy jedną paczkę. Jedno życie. Jednego człowieka. Ale dowiadujemy się o tym dopiero wtedy, gdy zostajemy zużyci 

i odrzuceni. Kiedy jest już za późno. 

- Czyja nie żyję? To znaczy, czy on nie żyje? 

- Oczywiście, że nie. Nie bądź takim egoistą. On po prostu wyciągnął z paczki kolejnego papierosa. 

Zarówno chłopak, jak i cała reszta byli zachwyceni tym porównaniem. Gruchnęli śmiechem. 

Nie miał się do kogo zwrócić oprócz mężczyzny, który wcześniej łagodnie dotknął jego ramienia. Jednak i on tylko 

smutno pokiwał głową, potwierdzając, że wersja chłopca jest prawdziwa. 

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

40 / 41

background image

Spojrzał  na  tłum,  na  siebie  samego  przez  wszystkie  minione  lata  i  zrozumiał,  że  to  prawda.  Nie  było  innego 

wytłumaczenia. 

- Co się ze mną stanie, to znaczy, chodzi mi, z n i m? Z cienia doszedł go rozdrażniony głos: 

- Kto to wie? Od nas oczekuje się tylko, byśmy siedzieli i czekali, aż on dołączy do nas. Stabilizacja. 

Stabilizacja!  Wszechmocny  Boże,  kiedy  ostatni  raz  użył  tego  głupiego  słowa? W latach  siedemdziesiątych?  Być 

ustabilizowanym. Ustabilizowana miłość. 

Na pomoc! 

Pierwsza noc  reszty jego życia  przeszła  nie najgorzej. Chłopak w  skautowskim mundurku, on, rozpalił ogień, inny 

przyniósł  hot dogi  i bułki w pudłach. Siedemnastolatek użył swego noża,  żeby je  otworzyć. Mężczyźni obsiedli ogień i 

jedząc, rozmawiali. Niektórzy drzemali, głównie ci młodsi. Któryś próbował zaintonować jakąś starą pieśń, ale inny kazał 

mu  się  zamknąć,  twierdząc, że  nie  wszyscy  ją  znają. Świetną  stroną  tej  nocy  było  to,  że  przypominała  najwspanialsze 

klasowe spotkanie po latach. Mężczyźni znali jego życie w najdrobniejszych szczegółach, więc przez kilka godzin zadawał 

im  niezliczone  pytania,  ponieważ  sam  zapomniał  tak  wiele.  Przypominało  to  odnajdywanie  skarbów,  które  stracił  po 

drodze. 

Umieli odpowiedzieć  na  każde  z  jego pytań. Po  jakimś  czasie  miał w  zebranym towarzystwie  swoich  faworytów. 

Ale to było oczywiste. Kto lubi samego siebie przez cały czas? Zawsze bał się śmierci, ale jeśli tak miał wyglądać koniec, 

nie było to takie złe. Zaprowiantowanie zagwarantowane, a wspominki w męskim towarzystwie... 

Nie!  Te  było okropne, przerażające!  Jak czekanie  na Godota, tyle  tylko, że  nie było żadnego Godota  ani  Boga, na 

którego można by czekać, jedynie inne wersje jego samego, a jaką dawkę siebie samego daje się wytrzymać? 

I  wtedy  wyskoczyli  z  ostatnią  niespodzianką.  Kiedy  pierwsze  promienie  słońca  przebiły  się  przez  gęsty  las, 

powiedzieli mu, żeby wsiadł do samochodu. Był tak wykończony, wypluty, że zrobiłby wszystko, co by mu kazali. 

Do miasta wzięli go nie ci sami, którzy go stamtąd przywieźli. Siedemnastolatek już kilka godzin wcześniej zniknął 

w lesie, a starszy mężczyzna siedział z uśpionym dzieckiem na kolanach. 

W milczeniu  jechali w  stronę  znajomego  miasta. Siedząc  obok kierowcy, patrzył tępo na  to, co do  ostatniej  nocy 

było jego światem. Minęli budynek, w którym mieszkał, a potem miejsce pracy i to, gdzie grał w kręgle, kościół, w którym 

brał ślub. 

Nie odezwał się aż do chwili, gdy zatrzymali się przed domem, w którym jego żona mieszkała z wytatuowanym van 

Dyckiem. 

- Nie, naprawdę, ja nie chcę... 

- Ciii. Po prostu patrz - powiedział jeden z nich. 

Kilka minut później pod dom podjechała błękitna toyota  corolla i wysiadł z niej van Dyck. Najwyraźniej był pijany, 

a  uśmiech  na  jego  twarzy  wskazywał  wyraźnie,  jakim  niegrzecznym  chłopcem  okazał  się  tej  nocy. Czy  spędził  ją  ze 

spotkaną w barze Corą? Jaka to zresztą różnica? 

Mimo wszystkich rewelacji ostatniej nocy mężczyzna siedzący obok kierowcy rzucił się w przód, krzycząc: 

- Ty pieprzony skurwysynu. 

I wtedy stało się coś dziwnego: van Dyck zatrzymał się  i położył dłoń na karku. A potem powoli odwrócił się w ich 

stronę. 

Kiedy  mężczyzna  zobaczył  twarz  van  Dycka,  złapał ciężko  oddech. Ponieważ  to  też  był  on, byli  tą  samą  osobą. 

Różniła  ich  jedynie  broda,  tatuaż  i  aura.  Gdzieś  po  drodze  zmienił  się, stał  się  człowiekiem  poza  prawem  czy  jakimś 

dupkiem,  a  może  kimś  pośrednim.  Jak  to  się  stało?  Mężczyzna  w  samochodzie  nie  mógł  tego  zrozumieć. Ale  dowód 

znajdował się o trzydzieści kroków od niego, trzymał dłoń na karku, z wyrazem niedowierzania w pijanych oczach. 

I  wtedy  zrozumiał  nagle,  że  żona  wcale  go  nie  opuściła.  Po  prostu  kochała  go  nadal  jako  Pana  Złego.  Czy 

zwariowała? Wszystko w tym facecie krzyczało o kiepskim standardzie, kowbojskich butach, tanim piwie i braku kontroli. 

Co gorsza, prawdopodobnie właśnie spędził noc, zdradzając jedyną kobietę, którą kiedykolwiek kochał. Jak często  się  to 

zdarzało? Jak mógł jej to robić? 

Zacisnął pięści i niewiele myśląc, zabrał się do wysiadania z samochodu. Kierowca złapał go i przytrzymał. 

- Nie możesz tego zrobić. To jest zakazane. Przywieźliśmy cię tutaj, byś zobaczył, że ona wcale cię nie zostawiła. 

- Ale dlaczego nie wiedziałem tego wcześniej, w barze? Dlaczego wtedy go nie rozpoznałem? 

- Nie możesz, póki nie znajdziesz się wśród nas i nie dowiesz się o wszystkim. 

Czuł gniew, miał złamane serce, ale też był dziwnie uspokojony. To była prawda, ona wcale go nie zostawiła. 

Patrzył na tego szczęśliwego kundla po drugiej stronie ulicy, nienawidząc go bardziej niż kogokolwiek kiedykolwiek 

na świecie. Nienawidził go, nawet jeśli to był on sam. 

A potem nagle coś zrozumiał i jego twarz rozpogodziła się. Zwrócił się do kierowcy: 

- Wcześniej czy później on także się zużyje, co? - Pokazał na van Dycka, który właśnie się odwrócił i szedł w stronę 

domu. 

Kierowca uśmiechnął się porozumiewawczo, tym sprytnym uśmieszkiem, który towarzyszył mu przez całe życie. 

- Zgadza się, i jeśli będziesz chciał, to przyjedziesz po skurwiela, kiedy nadejdzie jego czas. 

-  Już  wkrótce!  -  krzyknął ten  z  tylnego  siedzenia, unosząc  zaciśniętą  pięść  w  znajomym  geście  Czarnych Panter. 

Siedzący z przodu mężczyźni zawstydzeni umknęli spojrzeniem. 

Przełożyła Dorota Malinowska

JONATHAN CARROLL - CZARNY KOKTAIL I INNE OPOWIADANIA

41 / 41