background image

MARGIT SANDEMO

MAŁŻEŃSTWO NA NIBY

Z norweskiego przełożyła

IZABELA KREPSZTUL - ZAŁUSKA

POL - NORDICA

Otwock 1998

1

background image

ROZDZIAŁ I

Są tacy, którzy uważają, że wszystko, co im się przytrafia, jest z góry ustalone i nie do 
uniknięcia, że całe ich życie jest zależne od przeznaczenia. Zdaje się, że nazywa się ich 
fatalistami. A ja uważam, że byłoby ciekawsze, gdyby udało im się odwrócić los za 
pomocą własnego silnego przekonania. Moje życie jest tego niezbitym dowodem. Musi 
tak być, bo inaczej oznaczałoby to, że tajemnicze coś zwane przeznaczeniem musiało 
być nieźle wstawione w momencie ustalania mojego losu. Nikt, komu nie brakuje szóstej 
klepki, a nawet piątej czy czwartej, nie wymyśliłby czegoś tak strasznie zagmatwanego.

Nie, nie wierzę w żadne przeznaczenie. To, co przeżywamy, zależy od przypadku i 
szczęścia. Za wszystko, czego dokonamy, za wszystkie błędy możemy winić, w 
mniejszym lub większym stopniu, tylko samych siebie. Uznawanie przeznaczenia, Boga 
czy jakichś złych mocy za sprawców naszych nieszczęść jest niczym innym jak 
samooszukiwaniem się.

Ale może lepiej będzie, jeśli posłużę się przykładami z mojego szalonego dzieciństwa.

Tak naprawdę jestem przeciwniczką chwalenia się własnymi błędami. Owszem, 
przyznaję się do nich, płynie z nich przecież jakaś nauczka, ale nie lubię 
demonstracyjnego bicia się w piersi.

Fakty mówią same za siebie, nie trzeba im mojej pomocy. Teraz jednak muszę 
wspomnieć parę epizodów z przeszłości, bo bez tego nie da się zrozumieć 
niecodziennych kolei mych dalszych losów.

Moja niezwykła kariera rozpoczęła się wcześnie. Kiedy byłam dzieckiem, wszystkie matki 
zabraniały swoim małym aniołkom bawić się ze mną, chociaż same aniołki bezgranicznie 
mnie podziwiały. Jako trzylatka podpaliłam stóg siana i jak zaczarowana stałam 
wpatrzona we wspaniały ogień. Jako pięciolatka powybijałam wszystkie okna w szkole. 
Gdy miałam lat osiem, zebrałam naręcze „świerszczyków” ojca i rozdzieliłam je, 
zadowolona, pomiędzy przestraszonych sąsiadów, pokazawszy je uprzednio okolicznym 
dzieciom. Byłam świetną nauczycielką także na innych polach: uczyłam, jak wkładać dwa 
palce do ust i przeraźliwie gwizdać, nie mówiąc już o paleniu, przeklinaniu i innych 
rzeczach, których się robić nie powinno. Rodzice rozpaczali, lecz ich autorytet sromotnie 
przegrywał w konfrontacji z moim. Nikt przecież nie umiał pluć dalej niż ja! Chodziłam 
ubrana jak chłopak, w za dużych, spranych ciuchach. Śledziłam starszych, aby później 
móc szantażem wyciągać od nich papierosy i czekoladę. Gdy robili gorsze rzeczy, 
zdobywałam nawet i pieniądze!

Gdy skończyłam czternaście lat, zdarzyło się jednak coś, co wkrótce miało odmienić 
moje życie. Postanowiłam, że wyjdę za mąż za Arnego Møllera.

2

background image

Że nie okaże się to łatwe, rozumiałam już wtedy. Arne dopiero co się do nas 
przeprowadził. Był wysoki, jasnowłosy i niemal całkiem dorosły, a na dodatek podobny 
jak dwie krople wody do mojego ówczesnego idola filmowego. Skakał do wody z 
dziesięciometrowej wieży, miał prawo jazdy i zdobył więcej nagród w zawodach 
sportowych niż wszyscy inni moi znajomi razem wzięci. Po raz pierwszy spotkałam 
kogoś, komu nie mogłam dorównać! To sprawiło, że poczułam się dziwnie: po kobiecemu 
słaba, jednocześnie pałałam chęcią usadzenia go, pokonania w którejś z jego dziedzin.

Myślę, że najpierw spodobał mi się jego spokojny i jakby nonszalancki sposób 
chodzenia, który musiałam zacząć naśladować. Rezultat lepiej pominąć milczeniem... 
Nie powinnam była zapominać, że mimo wszystko istnieje pewna różnica pomiędzy 
dziewczynami a chłopakami.

Nie mnie jednej podobał się Arne Møller. Umawiał się po kolei z najładniejszymi 
dziewczynami w mieście. Szli do kina lub na tańce. Spędzał z każdą z nich jeden, dwa, 
góra trzy wieczory, ale nie miał jeszcze żadnej na stałe. Rokowało to dobrze dla mnie! 
Walczyłam zaciekle, aby mnie zauważył: wrzeszczałam do niego z czubka najwyższego 
drzewa, włóczyłam się koło jego domu, a gdy to nie wystarczyło, wzięłam się za szminkę 
i temu podobne... Nigdy później nie bywałam tak koszmarnie umalowana jak wtedy, 
nigdy też nie posyłałam równie magnetycznych, przyciągających spojrzeń... Wszystko na 
próżno, nic nie skutkowało! Wreszcie odrzuciłam wszelkie zasady i niemal zażądałam, by 
zaprosił mnie do kina.

Do końca życia nie zapomnę przepełnionego pogardą spojrzenia, jakie mi posłał.

- Ciebie? - spytał szyderczo. - Enfant terrible tego miasta?

Nie rozumiałam wprawdzie, co to znaczy, ale wyraz jego twarzy dał mi pewne o tym 
pojęcie.

Potwierdziło się, gdy wróciłam do domu i sprawdziłam w słowniku. „Dokuczliwy łobuziak” 
pasowało najlepiej. Albo może zacytuję słownik: okropne dziecko, osoba szokująca 
otoczenie swoim sposobem wyrażania się lub zachowania.

Ale tego dowiedziałam się później. W czasie rozmowy z Arnem moja wiedza opierała się 
jedynie na wyrazie jego twarzy.

No i na komentarzach.

A te były wystarczająco nieprzyjemne.

- Nawet jeszcze nie obcinasz sobie sama paznokci - ciągnął bezlitośnie. - I ja mam 
pokazywać się z tobą publicznie? Nie, wolę umówić się z robakami spod tego kamienia.

Wyłożył kawę na ławę, prawda?

3

background image

Mimo to właśnie wtedy podjęłam decyzję.

- Ha! - wykrzyknęłam, wzmacniając efekt dramatycznym gestem. - Poczekaj tylko, aż 
będę sławna na cały świat! Przypełzniesz wtedy na kolanach i będziesz błagał o moją 
rękę!

To miało go usadzić.

W rzeczy samej, odwrócił się i zrezygnowany odszedł niespiesznie, kręcąc głową.

A ja...?

Oczywiście, przepełniał mnie dotkliwy ból, ale jednocześnie poczułam się silna i 
zdecydowana.

Miałam przecież cel. Nie spocznę, dopóki nie zostanę piękną, powabną, sławną... żoną 
Arnego.

Po pewnym czasie wyjechał z miasta i zdarzało się niekiedy, że o nim zapominałam. Ale 
nigdy całkowicie. W chwilach samotności snułam marzenia o Arnem. Żądzę zemsty 
dawno już zastąpiła melancholijna tęsknota. Właściwie nigdy nie poznałam dobrze 
obiektu moich westchnień i dlatego mogłam wyposażyć go w te wszystkie cechy, które 
chciałam widzieć u swego mężczyzny. Którymi z nich odznaczał się naprawdę, nie 
wiedziałam. Było to zresztą nieważne - w marzeniach był moim ideałem!

Trochę oporniej szła mi praca nad sobą. Jako osiemnastolatka miałam na swoim koncie 
niezliczone próby ucieczek z domu. Ciało pedagogiczne mojej szkoły musiało odetchnąć 
z ulgą, gdy wreszcie zakończyłam naukę.

Ponieważ niewiele mnie już łączyło z rodzinnym miastem, z czystym sumieniem mogłam 
się spakować i wyruszyć w wielki świat...

Co w praktyce oznaczało miasto, w którym mieszkał Arne.

Związałam się wkrótce z bandą długowłosych osobników siadujących na podłodze, 
grywających smutne kawałki na gitarze i rozmawiających o Życiu (proszę zwrócić uwagę 
na wielką literę!). Używali skomplikowanych słów i wyrażeń typu: „czwarty wymiar”, 
„uzasadnienie bytu” czy „ból egzystencji”. To konieczne, gdy się chce zgłębić jakiś 
problem. Przynajmniej tak wierzyliśmy.

W takich oto okolicznościach po raz pierwszy spotkałam Scotta Hollingera. Nie miałam 
pojęcia, kim był, skąd się wziął ani dokąd potem zamierzał pójść. Jedno zrozumiałam od 
razu: z całą pewnością nie należał do tej zebranej w piwnicy grupy ludzi w dżinsach. 
Wydawał się zbyt inteligentny jak na to środowisko.

4

background image

Może też zbyt przystojny? Nawet ja, która czułam słabość do blondynów w typie Arnego, 
musiałam to przyznać. Scott Hollinger miał ciemne, falujące włosy, szare oczy o 
przenikliwym spojrzeniu i wrażliwe usta? Wyglądał na jakieś dwadzieścia pięć lat. Aż biła 
od niego pewność siebie, stanowczość i doświadczenie. Był dojrzałym człowiekiem, 
niebezpiecznym jako wróg i... pamiętam, że przez chwilę zastanawiałam się, jaki by był 
jako przyjaciel.

Tak się złożyło, że zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Moje pierwsze wrażenie potwierdziło 
się zaskakująco dokładnie. Okazał się niesamowicie inteligentny. Ja, która uwielbiałam 
popisywać się swoim wysokim ilorazem - tak, byłam wtedy aż tak dziecinna - nagle 
poczułam się jak niedouczone zero. Zażenowana, podkuliłam nogi w zniszczonych 
butach i śmiejąc się przepraszająco, starałam się zatrzeć złe wrażenie. Niezbyt mi się to 
udało, a rozmowa potoczyła się w takim tempie i zeszła na takie tory, że zupełnie jej nie 
kontrolowałam.

Mimo że czułam się przy Scotcie skrępowana, jakoś musiał mnie zauważyć, bo 
odprowadził mnie do domu. Podczas tego nocnego spaceru powiedział mi, że mógłby 
dostać wspaniałą pracę za granicą, gdyby tylko był żonaty. A nie był. I nie znał żadnej 
dziewczyny, z którą mógłby się tak nagle ożenić. Zresztą w ogóle nie chciał się żenić.

Scott uznał temat za zakończony, ja jednak uważałam inaczej.

- Jeżeli chcesz, ożeń się ze mną - rzuciłam lekkim tonem. - Od razu po ślubie możesz o 
mnie zapomnieć. Wiesz, nocuję kątem u różnych znajomych. Jako mężatka mogłabym 
wynająć mieszkanie, bo gospodarze nie lubią wolnych ptaków.

Scott Hollinger stanął jak wryty.

- To mogłoby się udać - zaczął z wahaniem. - Nic do siebie nie czujemy. Żadne z nas nie 
chce wiązać się małżeństwem, lecz tylko potrzebuje aktu ślubu... - Przygryzł dolną 
wargę. - Nie, nie mogę ci czegoś takiego zrobić - powiedział powoli.

- Ależ to tylko przygoda - zaprotestowałam. - Uwielbiam przygody!

Kontrakt spisaliśmy na ławce w parku. Ślub postanowiliśmy wziąć jak najszybciej. O 
żadnym pożyciu małżeńskim rzecz jasna nie było mowy. Scott zadzwonił w środku nocy 
do swego przyjaciela, adwokata, który obiecał zająć się stroną praktyczną tego 
przedsięwzięcia. Gdy już to będzie możliwe, przeprowadzi dyskretny rozwód. Całą winę 
weźmie na siebie Scott i... nie zobaczymy się więcej.

- Może chcesz coś za to? - spytał. - Jakieś pieniądze?

Niemal zasztyletowałam go spojrzeniem.

5

background image

- Pieniądze - prychnęłam wzgardliwie. - Nie obrażaj mnie. Szukam tylko mieszkania, nic 
więcej mnie nie interesuje. Czy wyglądam na łowcę posagów?

Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, a jego uśmiech trudno byłoby opisać.

- Nie - rzucił, a ja, nie wiedzieć czemu, poczułam się zawiedziona, jakby mnie jakoś 
obraził.

- A poza tym - dodałam - szukasz przecież pracy, więc pewnie sam nie masz pieniędzy 
na zbyciu.

Scott Hollinger jakby się zakrztusił i tylko coś mruknął pod nosem.

Wszystko zostało załatwione dokładnie według planu, a przede wszystkim - bez 
rozgłosu.

Żadnego z nas nie interesowało kontynuowanie znajomości. Spotykaliśmy się, gdy to 
było niezbędne do dopełnienia jakichś formalności. Pamiętam, jak obojętna i chłodna 
czułam się w dniu, który, jak mówią, jest najważniejszy w życiu kobiety. Oczywiście, 
zmieniłam mój zwykły strój na jakiś elegancki kostium. O dziwo, znalazłam takowy w 
mojej mało urozmaiconej garderobie. Widać mama wysłała mi go razem z innymi 
rzeczami po wyjeździe z domu.

Scott ujął mnie przepisowo pod ramię, gdy weszliśmy do sali, w której w sposób 
właściwy odpowiedzieliśmy na zadane pytania i podpisaliśmy właściwe dokumenty. Jako 
świadkowie wystąpiła para urzędników. I już było po wszystkim! Nawet nie zawracaliśmy 
sobie głowy tradycyjnym pocałunkiem.

Po wyjściu z ratusza zatrzymaliśmy się z wahaniem. Żadne z nas nie wiedziało, co dalej 
robić. Podszedł wtedy do Scotta mężczyzna wyglądający na szofera i poprosił o 
rozmowę. Przeprosili mnie i odeszli na bok.

Zostałam na miejscu, czując się ciut niezręcznie. Zwróciłam jednak uwagę na młodego 
człowieka na motocyklu, który wydawał się być niezwykle zainteresowany Scottem i jego 
rozmówcą. Udawał, że poprawia coś przy pojeździe, jednak uwagę koncentrował na obu 
mężczyznach.

Był niewysoki, ciemnowłosy i miał wysuniętą dolną szczękę. Gdy zauważył, że na niego 
patrzę, odwrócił się szybko.

Scott powrócił wyraźnie czymś zmartwiony.

- Muszę już iść, Synnøve - powiedział. - Pewnie się nie spotkamy, więc chciałbym się 
pożegnać i podziękować. Dostaniesz dokumenty rozwodowe od mojego przyjaciela, jak 

6

background image

tylko stanie się to możliwe. Jeśli mi się uda, zadzwonię do ciebie wieczorem. Może 
powinniśmy to jakoś uczcić, ale z drugiej strony... po co pogłębiać tę znajomość?

Zgodziłam się z nim, choć dopiero wtedy zauważyłam, jak przystojnego i interesującego 
męża miałam przez te dwie minuty. Wkrótce oddalił się razem z szoferem. Gdy wsiedli do 
samochodu i ruszyli, motocykl pojechał za nimi.

Zostałam tam, tak świeżo poślubiona, jak tylko możliwe, i... wcale nie czułam się 
zamężna.

Bukiet ślubny cisnęłam do pierwszego napotkanego kosza.

Epizod ze Scottem bardzo szybko wyrzuciłam z pamięci, bowiem kilka miesięcy później 
zaszło w moim życiu coś bardzo ważnego.

Pewnego wieczoru śpiewałam ballady w jednym z lepszych lokali. Włosy, ufarbowane na 
heban, opadały mi aż na oczy. Ubrana na czarno, grałam na ogromnej gitarze. Po 
występie wycofałam się do garderoby i starałam się opanować nerwy. Zapukano wtedy 
do mnie z wiadomością, że chciałby się ze mną widzieć jakiś mężczyzna.

Kontrakt, pomyślałam natychmiast, podniecona. Zostałam odkryta! Wreszcie będę mogła 
zdobyć Arnego!

Bo chyba już wspominałam, że nie udało mi się o nim zapomnieć. Był miłością mojego 
życia, a ja musiałam zostać naprawdę kimś, aby mieć nadzieję, że on spojrzy w moim 
kierunku.

Ale to nie był żaden kontrakt... O, nie, to było coś znacznie lepszego! Do garderoby 
wkroczył Arne Møller we własnej osobie.

Aby ukryć rumieniec wypełzający na policzki, pochyliłam się, udając, że stroję gitarę. 
Wreszcie podniosłam głowę i spytałam:

- Pan chciał ze mną rozmawiać?

Roześmiał się.

A ja mogłam tylko błagać serce, aby nadal biło. Był tysiąc razy bardziej pociągający, niż 
go zapamiętałam.

- Synnøve Berge - powiedział z uśmiechem. - Któż mógłby przypuszczać! Ta mała 
łobuziara! Tylko dlaczego ukrywasz takie ładne oczy pod czarną grzywą?

Ładne oczy? Tego jeszcze nigdy nie słyszałam! Owszem, ktoś utrzymywał, że błyszczały 
ciekawością życia... a ktoś inny mówił nawet, że są jak natchnione. Ale żeby ładne? 

7

background image

Zerknęłam szybko w lustro na ścianie. Nie mogłam uwierzyć, że sam Arne Møller mógłby 
uważać, że moje oczy są ładne.

- Przepraszam, ale...

Przerwał mi:

- Nie mów tylko, że mnie nie poznajesz - zaśmiał się. - Tak usilnie podrywany nie byłem 
ani wcześniej, ani potem. Przecież miałem pełzać na kolanach z błaganiem, żebyś za 
mnie wyszła, nie pamiętasz? A widzę, że rzeczywiście pracujesz nad osiągnięciem 
sukcesu i sławy. Poza tym znalazłem dla ciebie pracę.

- Tak?

- Mogłabyś być syreną przybrzeżną! Z tym głosem jak sygnał przeciwmgielny...

Tego już za wiele, pomyślałam.

- A, już wiem, kim jesteś - zaczęłam słodko. - Arne... Arne... nazwiska nie pamiętam. 
Wybacz, że cię od razu nie poznałam, ale... cóż, przytyłeś trochę i włosy ci się 
przerzedziły...

To nie była prawda, ale z zadowoleniem zauważyłam, że uśmiech zamarł mu na ustach. 
Przejechał szybko dłonią po włosach.

Jednocześnie poczułam silniej niż kiedykolwiek, że naprawdę go kocham. Z zachwytem 
graniczącym z bólem patrzyłam na niego, wysokiego i przystojnego, z tymi jego piwnymi 
oczami i jasnymi włosami - kombinacją wręcz nie do odparcia - i uśmiechem, od którego 
topniało mi serce. Jednak to nadal on miał przewagę. Chciałam zranić go naprawdę 
głęboko za te moje wszystkie samotne, przepełnione tęsknotą wieczory, za te wszystkie 
marzenia, którymi się nie przejmował... Ach, żeby tak się teraz we mnie zakochał... 
Mogłabym mu dać kosza!

Ale pewnie nigdy bym tego nie zrobiła, pomyślałam pokornie.

- Czym się teraz zajmujesz? - spytałam obojętnie.

- Teraz? Właśnie stoję tu i patrzę na ciebie...

- Niezbyt inteligentna odpowiedź - prychnęłam.

Raczej mu się to nie spodobało.

8

background image

- Mam własną firmę - wyjaśnił z lekką irytacją. - Ale, ale, Synnøve... Zainteresowałaś 
mnie. Patrzyłem na ciebie, gdy śpiewałaś. Jak na twoje możliwości ubierasz się 
paskudnie... Pozwól, że zajmę się tobą i zrobię z ciebie damę!

Zerknęłam na niego podejrzliwie.

- Czyżbyś cierpiał na kompleks Pigmaliona? - spytałam. - Czuję się całkiem dobrze w 
moich paskudnych ciuchach, wiesz?

Nie robiło to na nim żadnego wrażenia. Wcale mnie nie słuchał. Odgarnął moje włosy i 
przyglądał mi się z głową przechyloną na bok. Ze złością stwierdziłam, że podoba mi się 
jego dotyk.

- Synnøve - powiedział powoli - pozwól, że cię zaproszę jutro na obiad. Będziemy mogli 
porozmawiać.

Spowodował tylko mój wybuch. Krzyczałam, że może dać sobie spokój, bo i tak się nie 
podporządkuję jego ograniczonemu mieszczańskiemu smakowi!

Ale oczywiście poszłam na ten obiad.

Z początku sprzeciwiałam się wszystkiemu, co mówił Arne, protestowałam zarówno 
przeciw jego propozycjom, jak i rozkazom. Miał jednak takie szczególne, lekko 
pogardliwe spojrzenie, które mnie dobijało. A może to jego wyjątkowa oszczędność w 
prawieniu komplementów złamała mój opór? Umierałam z chęci usłyszenia jakiegoś 
słowa uznania, więc kiedy wreszcie po dniach wypełnionych sarkastycznymi uwagami 
powiedział: „dobrze, Synnøve!” albo „nieźle w tym wyglądasz”... Tak, poczułam, że 
mogłabym za niego umrzeć. Wysłał mnie do fryzjera, gdzie obcięto moje długie włosy i 
przywrócono ich naturalny odcień. Zmusił mnie do pożegnania się z dżinsami. Dawał mi 
rady dotyczące wszystkiego: od sposobu ubierania się do zachowania. No i, 
przynajmniej od strony zewnętrznej, udało mu się zrobić ze mnie damę.

W pewnym stopniu miał rację - to wspaniale być podziwianą i szanowaną, nie mówiąc 
już o tym, że ktoś się wreszcie mną zaopiekował. Tego jeszcze nigdy nie doświadczyłam. 
Byłam upojona okazywanym mi zainteresowaniem, chętna jak szczeniak do wprawiania 
go w dobry nastrój. Arne był silny - trzeba przyznać, że na pewno psychicznie. Nie wiem, 
czy o jego muskułach dałoby się powiedzieć to samo...

Spytałam raz, dlaczego on, tak pociągający mężczyzna, nie ma dziewczyny. 
Odpowiedział, że zerwał zaręczyny tuż przed spotkaniem mnie.

- Teraz jestem z tego zadowolony - dorzucił.

Po raz pierwszy dał do zrozumienia, że jego stosunek do mnie ma charakter inny niż 
ojcowski. Pamiętam, że ze wzruszenia długo nie mogłam wydusić słowa.

9

background image

W miarę upływu czasu zaczęłam się orientować, że Arne to nie byle kto. W 
zdumiewającym tempie zbudował własną firmę zaraz po tym, jak z rekordową 
szybkością wspiął się w górę w innej. Wiele podróżował i nigdy nie musiał jadać w 
barach mlecznych ani liczyć się z groszem.

Powoli zmieniał również moje poglądy i myśli. Krąg jego znajomych, ludzi bogatych i z 
towarzystwa, stawał się moim, jakkolwiek dziwne mogłoby się to wydawać. Nazywał 
mnie swoim brzydkim kaczątkiem, dając do zrozumienia, że kiedyś zmienię się w 
łabędzia. Zainteresowanie, jakie mi okazywał, stawało się coraz głębsze.

Jednak mimo to zaskoczył mnie, gdy pewnego dnia spojrzał na mnie z czułością, niemal 
nieśmiało, i powiedział, ujmując moją twarz w swoje dłonie:

- Nie jesteś sławna na cały świat, Synnøve, ale poddaję się. Wygrałaś. Padam na kolana 
i błagam, abyś za mnie wyszła.

Jakimś cudem udało mi się wydobyć niepewne „tak”.

Tak oto w zarysie przedstawia się moja przeszłość.

Teraz zacznie się właściwa akcja. I uważam, że albo w tym momencie wyżej 
wspomniane przeznaczenie wypiło o kilka kieliszków za dużo, gdy rysowało dalszą drogę 
mego życia, albo też wszystko, co mnie spotkało, było dziełem splotu bardzo 
nieprawdopodobnych przypadków.

10

background image

ROZDZIAŁ II

Wracaliśmy z obiadu rodzinnego. Arne został przedstawiony moim najbliższym, których 
akurat dzisiaj było zdumiewająco dużo. Zatrzymał samochód na czerwonym świetle i 
zaśmiał się z ulgą.

- Myślę, że spodobałem im się, Synnøve - powiedział z zadowoleniem.

- Spodobałeś się? Byli zachwyceni! Mówiłam przecież, że wszystko pójdzie jak z płatka i 
że nie masz powodu się przejmować. Wszystkim tak ulżyło, że rodzinne „enfant terrible” 
wreszcie się ustatkuje, że zaakceptowaliby każdego!

Uśmiech Arnego nieco zbladł i dlatego dodałam pospiesznie:

- No i sam pomyśl, jak bardzo musieli się ucieszyć, gdy zobaczyli ciebie. Dojrzały, 
solidny, robiący karierę, no i jakże przystojny...

- Dzięki, dzięki, już wystarczy - zaśmiał się, lecz zarówno głos, jak i mina zdradzały, że 
docenił komplementy.

Ruszyliśmy z miejsca.

- Słuchaj - rzucił - ten dywan, który wybrałaś... Najlepiej będzie, jeśli go wymienisz. Ma 
tak intensywne kolory, że psuje całość.

- Ale... - zaczęłam, lecz zaraz umilkłam, wiedząc, że to na nic się nie zda. A tak mi się 
podobał! Kupiłam go za własne pieniądze jako niespodziankę dla Arnego. Zebrałam 
resztki odwagi i powiedziałam mu o tym.

- Oczywiście, kochanie - uśmiechnął się przyjaźnie. - Sam dywan jest świetny, doceniłem 
twój prezent. On po prostu nie pasuje do tego mieszkania. Wybierzesz nowy sama, 
zgodnie z twoim smakiem, tylko nieco bardziej dyskretny. Może bardziej w tonie 
niebieskozielonym, będzie wtedy pasował do kanapy.

- Dobrze, Arne - odrzekłam potulnie.

Z pewnością znał się lepiej ode mnie na gustownych zestawieniach kolorystycznych. 
Znał się przecież na wszystkim, można było mu zaufać.

Dojechaliśmy już do miasta. Zamierzaliśmy udać się na plebanię i dać na zapowiedzi. 
Później miałam zobaczyć wreszcie to mieszkanie, które załatwił Arne. Wiedziałam tylko, 
że znajduje się w świetnie położonych blokach na przedmieściach miasta, że są tam 
zsypy i place zabaw, że ma mały balkon i wszystkie wygody.

11

background image

Nie wiem, skąd wzięło się we mnie nagle poczucie, że zostałam skrępowana kaftanem 
bezpieczeństwa. Może z powodu tego dywanu, jedynej rzeczy, którą sama wybrałam, a 
którą Arne polecił mi wymienić na bardziej dyskretną w kolorach? A może to była reakcja 
na obiad u moich rodziców, na spojrzenia wysyłane mi przez Arnego, gdy, jak za 
dawnych czasów, zrzuciłam pantofle i zwinęłam się w rogu kanapy?

Na plebanii musieliśmy zaczekać, gdyż urzędnik zniknął w sąsiednim pokoju. 
Siedzieliśmy z Arnem na twardej ławce, trzymając się za ręce. Oczy płonęły mi 
napięciem i oczekiwaniem. Czułam się jak dama w błękitnym letnim kostiumie kupionym 
mi przez Arnego na tę właśnie okazję.

Urzędnik wyszedł do nas z grubą księgą w dłoniach. Miał zakłopotany wyraz twarzy.

- Czy pani jest tą Synnøve Berge, która jest tutaj wymieniona? - pokazał palcem miejsce 
w księdze.

Przeczytałam.

- Tak, oczywiście, to ja - odpowiedziałam.

- W takim razie nie rozumiem... Jak może pani dawać w ogóle na zapowiedzi? Przecież 
jest pani mężatką!

- Co takiego? - wyjąkał Arne, zaskoczony.

Czułam, jak spływa na mnie lodowaty chłód... a zarazem płonie mi głowa.

- Nie, nie jestem - wyrzekłam powoli. - To jakaś pomyłka.

- Ale tutaj jest wyraźnie napisane, że wzięła pani ślub dwudziestego trzeciego kwietnia 
dwa lata temu... ze Scottem Hollingerem. Czyż nie tak?

- No tak... - przyznałam zmieszana - tak było, ale ślub został wkrótce unieważniony.

Urzędnik przerzucił kilka stron.

- Nic tu o tym nie wspomniano - stwierdził. - Czy może pani pokazać dowód 
unieważnienia małżeństwa?

- Nie... teraz nie mam, ale mogę się o niego postarać.

- Tak, tak będzie najlepiej. Potem może pani tutaj wrócić.

Nie pamiętam, w jaki sposób udało mi się dotrzeć do drzwi. Arne długo nic nie mówił. 
Dopiero na schodach odzyskał głos.

12

background image

- Nie chciałem tam zaczynać dyskusji - oświadczył. - Ale szczerze, Synnøve, co to 
wszystko ma znaczyć? Dlaczego zataiłaś, że jesteś mężatką?!

Wyczuwałam, że jest bardzo zdenerwowany.

- O, to nic takiego - odrzekłam swoim dawnym, lekkim tonem. - To nic nie znaczyło ani 
dla mnie, ani dla niego, więc nie widziałam powodów, aby ci o tym wspominać. Poza tym, 
zapomniałam o całej sprawie.

- Nie chciałaś o tym wspominać? - powtórzył Arne gorzko. - Chodź, pójdziemy na chwilę 
do parku, bo jeszcze ludzie pomyślą, że robimy sceny. No, mów wszystko!

- Ale ja już powiedziałam wszystko! - broniłam się. - To naprawdę nic nie znaczyło. 
Prawie go nie znałam. Spotkaliśmy się zupełnie przypadkiem. Okazało się, że tylko jako 
człowiek żonaty miał szansę dostać dobrą pracę, a ja musiałam być zamężna, aby móc 
wynająć to mieszkanie, którego tak nie lubisz. No i zawarliśmy małżeństwo na niby! 
Zostało rozwiązane wkrótce potem, tak się umówiliśmy.

Arne wyglądał, jakby miał za chwilę wybuchnąć, ale, jak zwykle, trzymał się w ryzach. 
Odznaczał się naprawdę niezwykłym opanowaniem.

- Nie powiedziałaś mi o tym - wydusił z wyrzutem. - Wiedziałaś przecież, jak bardzo 
chciałem mieć nieskalaną żonę, zasługującą na białą suknię ślubną. A tu nagle okazuje 
się, że jest ktoś, kto już pewnie wszystko zepsuł...

- Czekaj - przerwałam mu oburzona. - Jak możesz coś takiego mówić?! Przecież dałam 
ci słowo, że będziesz dla mnie pierwszy. Czy to nie wystarczy?

Zacisnął mocno usta; od razu wyglądał na dwadzieścia lat starszego.

- I chcesz, żebym nadal w to wierzył? Zostałaś przecież jego żoną!

Wreszcie wybuchnęłam:

- Pożegnaliśmy się ze Scottem przed ratuszem! Od tamtej pory nie widziałam nawet 
czubka jego nosa! Jego przyjaciel, adwokat, zaraz zaczął załatwiać rozwód.

Arne odetchnął głęboko.

- Mówiłaś, że masz papiery rozwodowe. Najlepiej będzie, jeżeli je szybko tu dostarczysz.

Czułam, że jest dotknięty do żywego. Zdawałam sobie sprawę, że nie będzie walczył, 
jeśli tylko coś z mojej szalonej przeszłości stanie na drodze naszego małżeństwa. Arne 
nie tolerował lekkomyślności.

13

background image

- Nigdy nie dostałam żadnego dokumentu - wyjaśniłam drżącym głosem - ale wiem, jak 
nazywa się jego adwokat. Właśnie do niego chciałam pójść, na pewno da mi ten akt 
rozwodu.

Arne westchnął.

- Synnøve - powiedział - to szczyt niefrasobliwości! Jak można być tak nierozsądnym? 
Zapomnieć, że się brało ślub? No i w taki sposób, bez sensu ani uczucia. Co to w ogóle 
był za typek?

- Taki jakiś... łowca przygód.

- No tak, tego się można było po tobie spodziewać - skomentował zgryźliwie. - 
Odprowadzę cię teraz do tego adwokata, żebyś jeszcze nie pogorszyła sprawy.

- Dobrze, Arne - szepnęłam pokornie.

14

background image

ROZDZIAŁ III

Pierwszy cios otrzymaliśmy zaraz po wkroczeniu do kancelarii adwokata. Sekretarka, 
młoda, piękna jak modelka kobieta o purpurowych włosach poinformowała nas 
mianowicie, że spotkanie z adwokatem Trygve Torem nie jest możliwe, jako że znajduje 
się on obecnie w Anglii.

- Czy ma pani pełnomocnictwo w przypadku spraw naglących?

- Zależy, czego dotyczą - brzmiała pełna rezerwy odpowiedź.

- Czy może pani sprawdzić, czy adwokat Tor pomagał w przeprowadzeniu rozwodu 
pomiędzy Scottem Hollingerem i Synnøve Berge w kwietniu lub maju dwa lata temu?

Chłodne spojrzenie jej zielonych oczu stało się lodowate.

- Obowiązuje nas tajemnica zawodowa - rzuciła krótko.

Arne poczerwieniał.

- Proszę wybaczyć, nieco się pospieszyłem - powiedział. - To jest Synnøve Berge.

Pozostało mi tylko wyjaśnić do końca tę nieszczęsną sprawę.

Sekretarka popatrzyła na nas z niedowierzaniem.

- To zastanawiające, że pytają państwo właśnie o Scotta Hollingera. Adwokat Tor 
wspominał przed wyjazdem, że już dawno nie miał od niego wiadomości...

- Tak? - przerwałam jej. - Od jak dawna?

- Tego nie wiem - odparła piękność - ale pamiętam dobrze, jak to było z tym rozwodem...

- Jak? - spytaliśmy chciwie.

- Scott Hollinger nigdy czegoś takiego nie załatwiał. Wiem, ponieważ adwokat Tor 
żartował często właśnie na ten temat... że Scott nadal jest uwięziony w tej klatce, 
ponieważ nigdy nie wystąpił o rozwód.

Patrzyłam na nią przez długą chwilę.

- Znaczy to, że wciąż jestem mężatką? - wykrztusiłam w końcu.

- Tak, na to wygląda.

15

background image

- Wnoszę więc o rozwód tu i teraz!

Zaśmiała się tylko.

- Nie mogę pani w tym pomóc - rzuciła. - Do tego potrzebny jest jednak adwokat... oraz 
Scott Hollinger.

- Czyż pani nie rozumie? - wykrzyknęłam zdesperowana. - Za miesiąc mam wyjść za 
mąż za...

Para oczu wpatrywała się we mnie chłodno.

- Przepraszam - powiedziałam cicho. - Czy jest możliwe uzyskanie adresu Scotta 
Hollingera? Oraz informacji o miejscu pobytu adwokata Tora w Anglii?

- Adwokat Tor miał jechać do Amesbury - wyjaśniła sekretarka, nie czyniąc mnie o wiele 
mądrzejszą. - To niedaleko Salisbury. Mieszkać miał w zajeździe „Niedźwiedź”, ale 
wspominał też o przeniesieniu się do „Odpoczynku Wędrowca”, który leży nieco poza 
miastem. A jeśli chodzi o Scotta Hollingera... Mam tu jego adres, ale obawiam się, że jest 
już nieaktualny.

Arne zagwizdał, gdy usłyszał nazwę ulicy.

- Wcale nieźle! Kim właściwie jest ten Scott Hollinger?

Sekretarka szybko wróciła do dawnego, chłodnego i zniechęcającego tonu.

- Scott Hollinger jest właścicielem koncernu „Kira”, który ma oddziały w wielu krajach 
Europy, między innymi w Norwegii. Siedziba zarządu znajduje się w Anglii.

- Czyżby Scott był Anglikiem? - przerwałam. - Właściwie zdziwiło mnie trochę jego 
nazwisko, ale mówił tak dobrze po norwesku, że...

Znów to chłodne spojrzenie. Na pewno uważała, że dla przyzwoitości powinnam była 
wiedzieć nieco więcej o człowieku, za którego wyszłam.

- Poniekąd tak - przyznała. - Jego matka była Angielką. To po jej ojcu odziedziczył 
koncern. Ale nie miał bynajmniej ochoty siedzieć na dyrektorskim fotelu. Przekazał 
wszystko bratu i zaczął szukać innej pracy.

- Wie pani, gdzie? - wpadłam jej w słowo.

- Nie, ale mogę sprawdzić. Hollinger był przecież nie tylko przyjacielem adwokata Tora, 
ale także klientem.

16

background image

Przerzuciła kilka dokumentów i zakomunikowała, że Scott otrzymał pracę w dużej firmie 
budowlanej w Ameryce Południowej.

Aż stęknęłam. Ameryka Południowa...

- Może się pani czegoś dowie bezpośrednio u nich - dodała i położyła karteczkę z 
adresem.

To nie było daleko. Obudziła się we mnie słaba nadzieja.

Nagle odezwał się Arne:

- Musiał więc chyba być bogaty? - spytał, a ja niemal nie poznałam jego głosu. Brzmiał 
tak... jakby pełen respektu...

Sekretarka uśmiechnęła się.

- Jeden z najbogatszych ludzi w Anglii - odrzekła. - Multimilioner!

- O Boże... - wyjąkałam.

Arne nic nie powiedział, jakby odjęło mu mowę. Ale nagle chwycił mnie za ramię.

- Dziękujemy pani bardzo za pomoc. Chodź, Synnøve - wychrypiał.

Na ulicy pomaszerował do samochodu długimi krokami, nie czekając na mnie.

- To się mogło przytrafić tylko jednemu jedynemu człowiekowi na całym świecie: tobie - 
niemal wysyczał w moim kierunku. - Żeby wyjść za multimilionera, nie wiedząc o tym! 
Mogłaś mieć już masę pieniędzy, gdybyś tylko chciała...

- Ale nie chciałam - ucięłam. - Nic mi nie jest winien, a na pieniądzach mi nie zależy.

- Ech - zirytował się Arne.

- A teraz - powiedziałam, kiedy usiedliśmy w samochodzie - zaczynamy szukać Scotta 
Hollingera.

Ponieważ wspomniana przez sekretarkę duża firma budowlana miała swoje biura 
całkiem niedaleko, zaczęliśmy właśnie tam. Arne pomógł mi przy wysiadaniu z 
samochodu. Łatwo dało się zauważyć, że był w bardzo złym humorze.

- Przez to musimy odłożyć ślub - rzucił zirytowany. - Czy wiesz, co to oznacza? Wszyscy 
goście, których zaprosiliśmy, zamówiony lokal, mieszkanie...

17

background image

Uważałam, że mógł jeszcze wspomnieć, iż będzie musiał o wiele dłużej czekać na mnie, 
ale i tak rozumiałam dobrze, że czuł się oszukany.

- Strasznie mi przykro - wyszeptałam tak pokornie, jak tylko mogłam. - Gdybym 
wiedziała, że spowoduję tyle zamieszania, nigdy bym nie zawierała tego nieszczęsnego 
małżeństwa.

- Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej - rzucił Arne kwaśno. - Teraz powinnaś jak 
najszybciej odnaleźć tego gangstera, bo jak inaczej nazwać takiego typa, i natychmiast 
wziąć rozwód. No, a tutaj musisz poradzić sobie sama. Czekam w samochodzie.

Gdy dostrzegł, że jestem niemal zdruzgotana, nieco dawnej czułości na powrót zjawiło 
się w jego spojrzeniu.

- Ty mały łobuzie - powiedział niemal pieszczotliwie. - I tak nie można ci się oprzeć. 
Czuję, że mógłbym ci wybaczyć chyba wszystko.

Czy muszę dodawać, że świat naokoło mnie znów nabrał barw? W każdym razie gdy 
Arne był niedaleko... Niestety, obowiązek wzywał. Onieśmielona, popatrzyłam na stalowo 
- szklany, błyszczący budynek i od razu nasunęło mi się porównanie z jakimś straszliwym 
potworem. A ja miałam tam pójść i upomnieć się o zaginionego człowieka... 
Przepraszam, o mojego zaginionego męża.

Szef działu personalnego był zdezorientowany.

- Dwa lata temu? Scott Hollinger... Proszę chwileczkę zaczekać, sprawdzę, choć wiem, 
że obecnie nie mamy nikogo w firmie o tym nazwisku ani tu, ani w Ameryce Południowej.

Czekałam długo, aż wreszcie usłyszałam „tak”.

- Tak, rzeczywiście - powiedział urzędnik - mamy tu coś. Scott Hollinger ubiegał się u nas 
o pracę kilka lat temu, zgadza się. Dostał tę pracę, gdy już się ożenił. Zatrudniamy tylko 
żonatych, rozumie pani, oni mają większe poczucie odpowiedzialności niż kawalerowie. 
Nasza praca nie należy bynajmniej do bezpiecznych. Ale wygląda na to, że ów Hollinger 
wycofał podanie, o, tu jest notatka. Dwudziestego trzeciego kwietnia zadzwonił do nas z 
informacją, że jednak niestety nie może przyjąć posady, gdyż coś mu stoi na 
przeszkodzie. Nic bliższego nie powiedział.

Zerknął na mnie.

- Niestety, bardziej nie mogę pani pomóc - rzekł przepraszająco.

Westchnęłam. Kolejna szansa została przekreślona. Wszystko jakby się sprzysięgło 
przeciwko mnie.

18

background image

Zebrałam się w sobie. Był jeszcze adres Scotta. Może tam coś się wyjaśni? Miałam 
nadzieję, że nie będę musiała go szukać przez Czerwony Krzyż...

Nie chcieliśmy jechać na miejsce, postanowiliśmy tylko zadzwonić. Po wstępnych 
wyjaśnieniach słuchawkę przejęła jakaś starsza pani.

- Scott Hollinger? Tak, pamiętam go - zabrzmiał miły głos - ale gdzie jest teraz, tego nie 
wiem.

- Nie pozostawił żadnego adresu?

- Nie, wszystko odbyło się bardzo szybko. Pewnego dnia wyszedł i już nie wrócił. Kilka 
dni później zjawił się jakiś mężczyzna i zabrał jego rzeczy.

Przycisnęłam słuchawkę mocniej do ucha.

- Kiedy dokładnie zniknął?

- O, dawno. Ale, ale... powinnam to mieć gdzieś zapisane... przecież prowadzę książki 
meldunkowe... chwileczkę...

Usłyszałam oddalające się kroki. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko stać i 
przestępować z nogi na nogę. Wreszcie kroki zbliżyły się.

- Halo? Tak, mam to. Wyszedł dwudziestego trzeciego kwietnia dwa lata temu bez słowa 
wyjaśnienia.

Mogłam się tego domyślić... Dzień naszego ślubu! Ten nieszczęsny dzień, o którym tak 
starałam się zapomnieć! Tak, to była kara za lekkomyślność. A teraz mogę stracić 
Arnego!

O, nie, tylko nie to! Bez niego stałabym się zupełnie bezradna. Jeśli jest się zakochanym 
przez osiem czy dziesięć lat najwcześniejszej młodości i nagle obiekt zakochania wpada 
w ręce, niemal podany na tacy, to myśl o jego utracie jest nie do zniesienia! Oczywiście, 
Arne jest surowy, lubi krytykować, ale właśnie takiego mężczyzny potrzebuję. A czasem 
potrafi być tak czuły i delikatny, że mnie wzrusza do łez. Nikt mnie dotychczas nie 
traktował z takim ciepłem i zainteresowaniem. Synnøve Berge była na pewno fajna, 
dobrze się z nią gadało i żartowało, ale nikt się w niej nie zakochiwał. Do tego wybierano 
inne dziewczyny, a nie taką upartą dziką kotkę. Nie, nie dałabym sobie rady bez 
Arnego...

Niechętnie wróciłam do samochodu.

- No? - mruknął Arne pytająco.

19

background image

Pokręciłam głową.

- Znów pudło. Dokąd teraz?

Pojechaliśmy do siedziby norweskiego oddziału koncernu „Kira”.

- Może ze mną wejdziesz? - poprosiłam.

- Wolę nie - odpowiedział Arne, znów odęty. - Sama musisz sobie poradzić w tej aferze 
ze Scottem Hollingerem.

Scott Hollinger! Jakże już nienawidziłam tego nazwiska! Wydawało mi się, że jest 
jakimś... węgorzem, który wciąż wymyka mi się z rąk!

Arne zatrzymał samochód.

- Niedaleko jest przyjemna restauracja. Zaczekam tam i zamówię dla nas obiad No, idź 
już. I postaraj się wrócić tym razem z jakąś dobrą wiadomością!

Miałam zaszczyt rozmawiać z samym szefem. Dyrektor Nilsen miał zimne spojrzenie i 
duży brzuch.

- Scott Hollinger? Nie, nie jest dyrektorem generalnym koncernu, nigdy zresztą nim nie 
był. Po śmierci dziadka przekazał wszystko swojemu przyrodniemu bratu.

Jedna rzecz mnie zastanowiła: Dlaczego mówił o nim tak nieprzyjaznym tonem? Nie lubił 
go?

- Widocznie źle zrozumiałam - powiedziałam. - Chciałabym wiedzieć, gdzie mogę go 
teraz znaleźć. To dla mnie bardzo ważne.

Dyrektor Nilsen wzruszył ramionami. Odezwał się w końcu, nadal z rezerwą w głosie:

- Nie chciał „zgnić w biurze”, jak to sam określał, więc ubiegał się o pracę w Ameryce 
Południowej, chyba w jakiejś firmie budowlanej.

- Kiedy?

- Kilka lat temu.

- Nie miał pan od niego od tego czasu wiadomości?

- Nie! I nie było to zresztą potrzebne.

20

background image

Znów mnie zaskoczył. Czułam, że pod jego pozornym opanowaniem wprost kipi 
wściekłość. Ale dlaczego? Co się za tym kryło?

- W takim razie nie będę dłużej zabierać panu czasu - powiedziałam, wstając. - Jeszcze 
tylko jedno pytanie: kiedy dokładnie wyjechał do Ameryki?

- Tego nie wiem. Pamiętam tylko, kiedy zakończył tutaj pracę. Jego dziadek zmarł dwa 
lata temu, w lutym. Był bardzo stary, ale pod wieloma względami wspaniały. Już na 
następnym zebraniu zarządu zaproponowano, aby ktoś inny niż Scott Hollinger objął 
stanowisko szefa. Wymieniano kilka nazwisk...

W tym także twoje, pomyślałam, wnioskując z jego spojrzenia.

- ...jednak matka Scotta ostro się temu sprzeciwiła - kontynuował. - Dla niej istniał tylko 
jeden przywódca: Scott. Jej wniosek został zresztą odrzucony i ustalono datę nowego 
zebrania. Pod koniec marca umarła na wylew do mózgu i wkrótce potem Scott 
dobrowolnie się wycofał. Postawił tylko jeden warunek: to stanowisko miał objąć jego 
przyrodni brat, Dag Hollinger.

- Chwileczkę - przerwałam. - Jeśli nazywa się Dag Hollinger, to jak może być synem 
córki starego dyrektora?

- On i Scott mieli tego samego ojca, nie matkę. Dag jest o dobre kilka lat starszy.

- Ale nie ma praw do dziedziczenia?

Dyrektor Nilsen zesztywniał.

- Nie, ale jest bardzo kompetentnym człowiekiem, który wiele lat przepracował w 
koncernie. Scott Hollinger sam go polecił.

- No tak. Ale to jednak Scott dziedziczy po dziadku i tak naprawdę on jest właścicielem 
koncernu?

- Tak!

Z tonu dyrektora Nilsena łatwo można było wywnioskować, jak bardzo jest z tego 
niezadowolony.

- Czyli - spytałam - kiedy ostatnio miał pan od niego wiadomość?

Dyrektor Nilsen zadzwonił do sekretarki i polecił przynieść jakieś notatki. Przejrzał je, 
popatrzył na mnie i obwieścił:

21

background image

- Scott Hollinger opuścił ten pokój w wielkiej złości po południu dwudziestego drugiego 
kwietnia dwa lata temu. Obiecywał wszem i wobec, że już nigdy nie będzie miał do 
czynienia ani z nami, ani z koncernem „Kira”. Od tamtej pory nie mieliśmy od niego 
wiadomości, oprócz...

Zawahał się.

We mnie zaś obudziła się nadzieja.

- Tak, dyrektorze? Powiedział pan „oprócz”...

Posłał mi mordercze spojrzenie, ale kontynuował:

- Rozumie pani, Scott Hollinger zdążył zrobić wiele złego dla koncernu. Mówił, że jest 
niewinny, a na jego usprawiedliwienie można powiedzieć, że starał się to później 
załagodzić za pośrednictwem swego adwokata.

- Czy to było po dwudziestym drugim kwietnia?

- Tak, adwokat skontaktował się z nami jakiś czas później w tym samym roku, ale nie 
mówił, gdzie jest Scott. Odnieśliśmy zresztą wrażenie, że to była inicjatywa tego właśnie 
adwokata, który zresztą sam nie miał wiadomości od Hollingera.

- Czy ten adwokat to Trygve Tor?

- Zgadza się. Był też najbliższym przyjacielem Hollingera, dlatego myślimy, że podjął 
działania na własną rękę, aby ratować jego honor.

- Dziękuję bardzo! Nie będę więcej zabierać panu czasu. Jestem wdzięczna za pomoc - 
powiedziałam i wstałam.

Opuszczając pokój miałam wrażenie, że całe pomieszczenie jest aż naładowane tym 
specyficznym rodzajem strachu, który sprawia, że psy atakują człowieka, który się boi. 
Może to głupie porównanie, ale wtedy przyszło mi do głowy. Ja na pewno nie miałam 
ochoty skakać do gardła temu Nilsenowi.

22

background image

ROZDZIAŁ IV

Do tej pory nie zbliżyłam się ani na milimetr do Scotta. Miałam co prawda niezły obraz 
jego przeszłości, ale to było wszystko.

Gdy schodziłam ze schodów, uderzyła mnie następna myśl: czy będę umiała go 
rozpoznać, jeśli się w końcu spotkamy?

O, tak! odpowiedziałam sobie. Takiej twarzy i tak niezwykłej osobowości się nie 
zapomina. Zresztą już chyba wspominałam, że gdybym raz na zawsze nie oddała 
mojego serca Arnemu, nie mogłabym wykluczyć możliwości zakochania się w Scotcie. 
Jednak obawiam się, że byłoby to trudne, jego charakter wydawał się zbyt podobny do 
mojego, abyśmy mogli wytrzymać razem przez dłuższy czas. Przystanęłam w drzwiach 
restauracji i obserwowałam Arnego. Ach, jak bardzo przypominał Steve McQueena, 
mojego ulubionego aktora... Próbowałam się przed tym bronić, mówiłam, że jestem za 
stara na takie zauroczenia gwiazdami kina, lecz jednocześnie miałam pewność, że Arne 
odznaczał się takimi samymi cechami jak McQueen w filmach: silny, pewny siebie, lecz 
także czuły i rozumiejący dusze kobiet.

Arne zamówił wspaniały obiad. Byłam już naprawdę głodna. Relacjonowałam mu 
wydarzenia, ale on słuchał z roztargnieniem.

- Arne - rzuciłam zniecierpliwiona - o czym myślisz?

Odpowiedział po dłuższej chwili.

- Synnøve... czy ten dyrektor... chyba Nilsen? Czy on nie wspominał, że to nie Scott 
kontaktował się z nimi poprzez adwokata, ale że to była inicjatywa samego Tora?

- Tak, coś takiego mówił - przyznałam.

- Czyli że nikt nie widział Scotta Hollingera po dwudziestym trzecim kwietnia dwa lata 
temu?

- O ile zrozumiałam, nie.

Arne przygryzł dolną wargę i zamyślił się.

- No? - przynagliłam.

Wziął mnie za rękę i długo patrzył w oczy.

- Synnøve, nie zrozum mnie źle, ale chyba będzie najlepiej, jeśli odłożymy ślub na jakiś 
czas...

23

background image

- Na ile? - spytałam szybko.

- Na jeden rok! Bo nie przypuszczam, abyśmy musieli czekać aż osiem.

- Osiem lat?! - wykrzyknęłam na całą restaurację. - Oszalałeś?

- Cicho - syknął, rozglądając się nerwowo. - Nie, powiedziałem przecież, że to raczej nie 
będzie konieczne. Tylko rok! Pojmujesz chyba, że nie warto szukać tego Scotta.

Wyrwałam mu swoją dłoń.

- Nie wiem, o co ci chodzi, Arne. Co to właściwie za głupstwa? Nie chcesz się już ze mną 
ożenić?

- Oczywiście, że chcę! Ale pomyśl sama przez chwilę. Przecież wszystko stanęło teraz w 
innym świetle!

- Nie rozumiem...

- Ale ja rozumiem. Zobacz, jeżeli zaczniemy szukać tego przeklętego faceta i go 
znajdziemy, dostaniesz rozwód.

- Tak, to jasne.

- Ale gdybyśmy go nie znaleźli... albo nie szukali, co by się wtedy stało?

- Będę jego żoną już na zawsze! I nigdy cię nie dostanę...

Westchnął zniecierpliwiony.

- Postaraj się pomyśleć bardziej praktycznie, Synnøve. Jesteś żoną zaginionego 
multimilionera... A co dzieje się po upływie kilku lat z zaginionymi osobami?

- No, przypuszczam, że się je uznaje za zmarłe.

- No właśnie - powiedział z ulgą Arne i oparł się wygodnie w fotelu. - Po dziesięciu latach, 
gdy znikają bez śladu. Tego faceta nikt nie widział od dwóch lat. Ale jest też klauzula, że 
jeśli są podstawy do przypuszczeń, iż z jego zniknięciem związane były jakieś 
niepokojące wydarzenia, może zostać uznany za zmarłego już po trzech latach. Czyli za 
rok...

Niby wszystko było jasne, ale wciąż nic nie rozumiałam.

- No tak, ale co to ma z nami wspólnego? - spytałam.

24

background image

- Ależ Synnøve, pomyśl tylko! Jeśli poczekamy, odziedziczysz majątek! Cały koncern!

Gdy milczałam, mówił dalej:

- Czy nie warto trochę poczekać?

- Nie chcę czekać! - wykrzyknęłam buntowniczo. - Chcę za ciebie wyjść teraz! Czekałam 
już osiem lat. Następnych ośmiu po prostu nie wytrzymam!

- Ależ to nie będzie osiem lat! - pospieszył Arne z odpowiedzią. - Możemy to skrócić do 
jednego roku, jeśli zeznasz, że został uprowadzony spod ratusza siłą.

Upierałam się jednak przy swoim i pokręciłam głową.

- Także jeden rok to za długo - stwierdziłam. - Ja nie chcę pieniędzy, chcę ciebie!

- Ależ Synnøve, bądź rozsądna - rzucił zniecierpliwiony. - Nie odpowiadaj od razu tak 
kategorycznie. Dam ci pięć minut na zastanowienie się; nic nie mów, tylko przemyśl 
sprawę tak gruntownie, jak tylko potrafisz.

Przez te pięć minut moje myśli przelatywały niby błyskawice, a ja próbowałam znaleźć 
wszystkie za i przeciw. Nie ukrywam, że wizja fortuny była kusząca. Pieniądze są 
przecież potrzebne, a wyrzutów sumienia z powodu Scotta Hollingera nie musiałam w 
końcu mieć.

- Pięć minut minęło! Nabrałam głęboko powietrza.

- Nie - oświadczyłam. - Nie i jeszcze raz nie. To ostateczne! Czułabym się jak oszust, 
gdybym przyjęła te pieniądze. Ty znaczysz dla mnie o wiele więcej niż jakieś nędzne 
miliony.

Arne przez chwilę wydawał się całkiem zrezygnowany. W końcu poddał się.

- Synnøve, Synnøve - zaśmiał się i ujął mnie za rękę przez stół. - Sprawiłaś, że poczułem 
się jak przestępca. Ale naprawdę, jesteś niesamowita. Zawsze uważałem, że jesteś 
nieodpowiedzialna, a teraz nagle okazuje się, że masz jakieś przedziwne zasady... Nie, 
długo jeszcze będę cię poznawał, misiaczku.

- E, nie jestem taka niezwykła - zachichotałam zakłopotana. „Misiaczku”... Nigdy mnie tak 
nie nazywał, a już na pewno nie publicznie. Przy ludziach w ogóle nie okazywał uczuć.

Wydało mi się, że oczekuje, bym jeszcze coś dodała.

- Mam tylko jedną zasadę, której staram się przestrzegać - rzekłam cicho. - „Rób, na co 
masz ochotę, byle nie zranić ani nie skrzywdzić nikogo”.

25

background image

- No, to wyznajemy taką samą zasadę! - wykrzyknął Arne podniecony. - Moja jest niemal 
dokładnie taka sama: „Bierz, ile się da, aby tylko nikt się nie dowiedział”. Widzisz? To to 
samo.

Aż mnie zatkało ze zdziwienia; „To to samo”, powiedział. Dla mnie różnica była 
niebotyczna. Spojrzenie Arnego wyraźnie odtajało.

- Żebyś wiedziała, jak bardzo cię kocham, Synnøve - wyrecytował powoli - Mam 
nadzieję, że mi wybaczysz tę głupią propozycję. Teraz widzę, jak nędzna musiała ci się 
wydawać. No i gdy sam się zastanowiłem... dla mnie rok oczekiwania też byłby za długi.

Mogłam tylko wysyłać niechętne myśli do ludzi nas otaczających. Ach, gdybyśmy byli 
sami!

Po długiej nabrzmiałej miłością ciszy odezwał się Arne:

- Co teraz robimy?

- No... Adwokat Tor przebywa w jakimś zajeździe w pobliżu Amesbury w Anglii i jest to 
nieco za daleko. A Scott...

- No właśnie, Scott - przerwał mi. - O ile rozumiem, to ty widziałaś go ostatnia. 
Dwudziestego trzeciego kwietnia dwa lata temu, przed ratuszem.

- Ten szofer musiał go widzieć później, to jasne.

- Aha, ten, który chciał z nim rozmawiać. Możesz go opisać?

- Nie, człowiek w mundurze jest dla mnie tylko mundurem, niczym innym. Tak jakby tracił 
osobowość. Chociaż... przypominał raczej prywatnego szofera.

- Ha, prywatny szofer - prychnął Arne, chcąc zapewne okazać pogardę. Wyglądało to 
jednak bardziej na zazdrość. - Słyszałaś, o czym rozmawiali?

- Ani słowa.

Wykrzywił się.

- No, to chyba już wszystko - westchnął.

- Czekaj! Że też o tym nie pomyślałam! Miał przecież samochód...

- Pamiętasz go?

- No tak! Był z tych luksusowych, no i... Arne!

26

background image

- Cicho, Synnøve. Uspokój się trochę. No, co tam?

- Numery rejestracyjne - wyszeptałam - były zagraniczne.

- Z jakiego kraju?

- Nie wiem. Widziałam tylko przód samochodu. Były srebrnobiałe na czarnym tle. 
Najpierw trzy litery, potem trzy cyfry.

Arne zastanowił się.

- Wygląda to na Anglię - rzekł. - Pamiętasz numery?

- Coś ty, to było dwa lata temu. Ale pamiętam, że patrzyłam na ten samochód, gdy 
rozmawiali. Miał śmieszną rejestrację, ale nie pamiętam, dlaczego...

- Spróbuj - poprosił Arne. - Zacznij od liter.

Myślałam, aż trzeszczało.

- Miał Y w środku, tak!

Jakoś przypomniałam sobie dwie pozostałe litery i Arne popędził do telefonu.

- Samochód jest z Salisbury - zakomunikował, gdy wrócił. - Nic bliższego nie udało mi się 
uzyskać.

Zagwizdałam cicho.

- Stamtąd, dokąd pojechał adwokat Tor... To już za dużo jak na zbieg okoliczności. To 
przesądza sprawę. Nie mógłbyś pojechać, Arne?

Pokręcił przecząco głową.

- To niestety niemożliwe. I tak już wziąłem na dziś wolne. Ale jeżeli ty chcesz jechać, nie 
przejmuj się pieniędzmi. Myślisz, że dasz sobie radę?

- Byłoby fajnie trochę pojeździć. Gdybym tylko wiedziała, gdzie szukać... No tak, adwokat 
Tor i te dwa zajazdy... jak się one nazywały?

- „Niedźwiedź” i „Odpoczynek Wędrowca”.

- Aha, zgadza się. Ale zaczekaj... Coś mi przyszło do głowy!

Teraz ja popędziłam do telefonu. Wkrótce słyszałam głos dyrektora Nilsena.

27

background image

- Przepraszam, że znowu przeszkadzam - powiedziałam - ale chciałabym jeszcze 
wiedzieć, czy Scott Hollinger miał jakieś powiązania z Salisbury w Anglii?

- Salisbury? Nic o tym mi nie wiadomo.

- A może z Amesbury? - nie poddawałam się.

- Amesbury... coś mi ta nazwa mówi... A, oczywiście, jego matka miała tam letni dom.

- Wie pan może, gdzie dokładnie?

- Nie znam, niestety, adresu. Pamiętam tylko, że wspominała kiedyś, iż jedzenie 
dostarczano jej z zajazdu zwanego chyba „Odpoczynek Wędrowca”.

- Dziękuję bardzo! - zawołałam radośnie i odłożyłam słuchawkę.

28

background image

ROZDZIAŁ V

Popołudniowe słońce stało nisko nad wrzosowiskiem, gdy opuściłam miły pokój wynajęty 
w „Odpoczynku Wędrowca”. Podróż minęła dobrze, samolotem leciało się świetnie, bez 
najmniejszych trudności odnalazłam Amesbury i zajazd. Zapytałam od razu o adwokata 
Tora, no i oczywiście odpowiedziano mi, że mają gościa o takim nazwisku, ale obecnie 
niestety jest nieobecny. Bardzo dyskretnie przepytałam się o letni domek pani Hollinger i 
właśnie byłam w drodze do niego.

Nie chciałam iść prostą drogą, za bardzo rzucałabym się w oczy. Nie, najpierw odbyłam 
uczciwy spacer po wrzosowisku. Po minięciu kolejnych wzniesień roztoczył się przede 
mną wspaniały widok. W oddali dostrzegłam nawet wieżę słynnej katedry w Salisbury. 
Zerknąwszy natomiast w lewo przeżyłam szok, gdy zobaczyłam ogromne, wspaniałe 
formacje kamienne. Wydawało mi się, że powinnam je znać, zwłaszcza że widziałam je 
na pocztówkach w zajeździe, jednak nie mogłam sobie nic przypomnieć. Postanowiłam 
obejrzeć je dokładniej w drodze powrotnej.

Napis „droga prywatna” nie powstrzymał mnie. Chciałam tylko przyjrzeć się z bliska temu 
domkowi letniemu, i już. Najprościej byłoby odnaleźć tu ukrywającego się z jakichś 
powodów Scotta. Ukrywającego się, ale właściwie przed czym? Tego nie wiedziałam, ale 
dyrektor Nilsen wyraźnie dał do zrozumienia, że młody człowiek nie był bynajmniej 
aniołem. Musiał mieć coś na sumieniu. „Zdołał zrobić wiele złego dla koncernu”, czyż nie 
tak się wyraził? Ale co takiego mógł zrobić?

Nagle usłyszałam energiczne kroki po drugiej stronie żywopłotu i zanim zdążyłam podjąć 
decyzję, czy mam się schować, czy nie, zatrzymał się przede mną mężczyzna, na oko 
czterdziestoletni. Był wysoki, szczupły, o jasnobrązowych oczach i lekko siwiejących 
włosach. Ubrany jak angielski gentleman i najwyraźniej zarówno dobrze wychowany, jak i 
wykształcony. Słychać to było wyraźnie w jego głosie, gdy spytał, pełen rezerwy:

- Czy pani czegoś szuka?

- Tak - odpowiedziałam, nie mając pomysłu na właściwą odpowiedź. - Chciałabym się 
zobaczyć ze Scottem Hollingerem.

- Ze Scottem? - zdziwił się mężczyzna. - Ale tu go nie ma. Jestem jego bratem. Dag 
Hollinger, Może mógłbym pani pomóc?

A więc to był ten przyrodni brat, który objął władzę nad całym koncernem „Kira”, ale nie 
dziedziczył niczego! Zdusiłam śmiech. Gdyby tylko wiedział, że jest moim szwagrem!

- Nazywam się Synnøve Berge - przedstawiłam się. - Muszę koniecznie skontaktować 
się ze Scottem. Nie mogę podać powodów, dotyczą bowiem spraw osobistych, mam 
jednak nadzieję, że pan mi pomoże. Czy wie pan, gdzie mogę go spotkać?

29

background image

- Właśnie mi się wydawało, że jest coś znajomego w pani akcencie - Dag Hollinger 
przeszedł na norweski. A ja tak byłam dumna ze swej angielskiej wymowy! - Jestem 
Norwegiem, nie ma potrzeby używania obcego języka. Naprawdę chciałbym pani pomóc, 
ale niestety nie wiem, gdzie jest teraz Scott. Proszę jednak do środka, możemy 
porozmawiać.

Z uśmiechem wskazał drogę do uroczego domku o dachu krytym słomą. Wnętrze było 
tak typowo angielskie, jak widzi się to tylko na filmach, pomyślałam. Czuć było w nim 
kobiecą dłoń, jakby właścicielka dopiero co wyszła. Zaczęłam się zastanawiać, jaka 
mogła być matka Scotta. Miałam niemal pewność, że bym ją polubiła.

- Ten domek należał do mojej macochy, Kiry Hollinger - wyjaśnił Dag. - Ja tu 
przyjechałem na krótko. Jest pani przyjaciółką Scotta?

Musiałam się szybko zastanowić. Jakiej mógł oczekiwać odpowiedzi? Wyglądał na tak 
pełnego nadziei, że nie wahałam się.

- Tak, jestem.

Uśmiechnął się.

- W takim razie, kiedy widziała go pani po raz ostatni?

- Dokładnie dwudziestego trzeciego kwietnia dwa lata temu.

Usiadł wygodnie w fotelu i w zamyśleniu przymknął oczy.

- Czyli przed jego wyjazdem do Ameryki Południowej...

- Nigdy tam nie pojechał - przerwałam mu.

- Co takiego? - Dag Hollinger wyprostował się gwałtownie. - A dokąd pojechał, jeśli 
można wiedzieć?

- No cóż - rzuciłam lekko - tego miałam nadzieję dowiedzieć się od pana.

Siedział z miną wyrażającą wielkie zdumienie. Zirytowało mnie to.

- Proszę mi powiedzieć - zaczęłam ostro - czy nikt z was nie podjął żadnej próby 
skontaktowania się z nim? Minęły przecież dwa lata... i o ile dobrze zrozumiałam, nie był 
on byle kim!

Pokręcił głową.

30

background image

- To raczej przykra historia - wyrzekł powoli. - I tak niepodobna do Scotta. Ale tego pani 
nie pojmie...

Pochyliłam się do przodu.

- O, nie, coś wiem - zaryzykowałam. - Wiem, że Scott najwyraźniej popełnił jakieś 
wykroczenie w stosunku do firmy, zwolnił się z niej i przekazał panu kierownictwo. O ile 
zrozumiałam, wszyscy cenią pana zdolności. Później Scott próbował naprawić część zła 
za pośrednictwem swego adwokata...

- Chwileczkę - przerwał mi Dag - adwokat Tor z własnej inicjatywy podjął próbę jego 
rehabilitacji. Od Scotta nikt nie miał wiadomości.

- No tak, może to i tak było.

Dag podjął temat.

- Ponieważ wie pani tak wiele i jest przyjaciółką Scotta, może pani usłyszeć resztę. Ja 
bardzo lubię Scotta i dobrze go znam. On nie ma ani zdolności, ani chęci do robienia 
interesów... Jest typem człowieka natury, nienawidził każdego dnia, który musiał spędzić 
za biurkiem.

Podniósł się i nalał dwa kieliszki sherry. Było wspaniałe, ale piłam ostrożnie. Zawsze tak 
robię, to jedna z moich zasad.

Dag zaczął mówić nieco gwałtowniej.

- Dlatego przeżyłem prawdziwy szok, gdy okazało się, że Scott zniszczył cały koncern.

- Zniszczył? - zdumiałam się. - Jak mógł to zrobić?

Mój świeżo odnaleziony szwagier znowu usiadł. Widziałam wyraźnie, że jest poruszony, 
ale jednocześnie jest mu bardzo przykro. Pokiwał głową.

- Tak, Scott miał wystarczająco dużo pieniędzy i nie musiał czegoś takiego robić - 
powiedział. - To było w marcu dwa lata temu, czyli miesiąc wcześniej, zanim zniknął. 
Każda wielka firma, taka jak nasza, musi mieć kapitał własny w formie akcji czy innych 
inwestycji, coś, co stanowi gwarancję stabilności w razie, gdy cała reszta zawiedzie. 
Koncern „Kira” miał specjalny system, nie mogę zdradzić szczegółów, ale powiem tylko, 
że pakiet zabezpieczający, złożony z kilku ważnych dokumentów, zamknięto w sejfie. 
Teraz rozumiem, jakie to było nierozsądne. W ciągu jednego tylko miesiąca po przejęciu 
wszystkiego przez Scotta zdołał on uwolnić cały kapitał własny w Anglii, Francji, 
Hiszpanii i Norwegii. Pozostałe filie zostały na szczęście uratowane w ostatniej chwili.

- Uwolnił kapitał? - spytałam zdezorientowana.

31

background image

- No, może użyłem zbyt fachowego określenia... On po prostu wziął te dokumenty. Efekt 
był taki, że cały koncern zadrżał w posadach. Wybuchła wręcz panika. Na szczęście ja 
oraz najbliżsi współpracownicy zdołaliśmy jakoś załagodzić sytuację, przynajmniej na 
zewnątrz. Wszystko, co przedstawiało jakąś wartość, zabrał ze sobą. Nam zostało 
jedynie konto w banku oraz majątek ruchomy.

Byłam zaszokowana.

- Ale dlaczego? - spytałam.

- Kto to wie! Nie miał żadnego powodu, aby coś takiego zrobić. Chyba że z czystej żądzy 
zemsty za to, że zarząd nie wybrał go na prezesa.

- Przecież sam tego nie chciał!

- No właśnie. Starał się oswobodzić, szukał innej pracy, aby zdobyć niezależność i nie 
wiązać się żadnymi układami. Respektowaliśmy to. Właśnie dlatego nie staraliśmy się z 
nim skontaktować. Tylko jego matka za wszelką cenę starała się umieścić go w fotelu 
prezesa. Biedna Kira, spalała się szybko jak świeca płonąca z obu końców, jak mówią. 
Bardzo szybko dostała wylewu do mózgu... Cały czas uwielbiała Scotta, a on zrobił coś 
takiego.

Podniosłam wzrok na obraz olejny wiszący nad kominkiem. Przedstawiał drobną kobietę 
w średnim wieku, która miała w oczach jakąś niecierpliwość i oczekiwanie. Kira Hollinger.

Jaka była? Jedyna córka magnata przemysłowego... Rozpieszczona czy samotna? 
Pewnie jedno i drugie. Dziwne, ale czułam się jakby z nią związana, żałowałam, że nie 
mogłam jej poznać...

Co za głupstwa! Na co by mi się to zdało? Przecież to za Arnego miałam wyjść za mąż. 
Teraz zależało mi na tym, aby jak najszybciej zakończyć nieszczęsną znajomość z 
synem tej Kiry...

Na półce z książkami stało zdjęcie Scotta. Podeszłam bliżej. Trudno było dostrzec jego 
oczy, widziałam tylko ciemne brwi i gęste włosy opadające na czoło. Mimo to patrzyłam 
na świetne zdjęcie, nastrojowe i tchnące melancholijnym zamyśleniem.

- Czy istnieje pewność, że to wszystko on zrobił? - spytałam.

- Sam się przyznał - odrzekł Dag szybko. - Prosiliśmy go, aby, na litość boską, wyjaśnił 
powody! Pokręcił tylko głową i powiedział, że nie może. Jeszcze nie teraz. „Ale pewnego 
dnia wrócę i wszystko wytłumaczę”, dodał. I zniknął. Jak mówiłem, myśleliśmy, że 
wyjechał do Ameryki Południowej. Jakiś czas później adwokat Tor przelał pokaźną sumę 
pieniędzy z prywatnego konta Scotta na rzecz koncernu, ale stanowiła ona niewielki 
ułamek wartości zaginionych dokumentów.

32

background image

- Czyli w rzeczywistości po koncernie „Kira” pozostała jedynie nazwa?

Pokiwał głową.

- Tak. Siedzimy jak na szpilkach ze strachu, że to ktoś odkryje...

Przez chwilę milczałam, starając się to wszystko przetrawić. Ciekawa byłam zdania 
Arnego w tej sprawie.

Wzruszyłam ramionami.

- Właściwie przyjechałam zobaczyć się z adwokatem Torem - rzuciłam lekko. - Mieszka w 
„Odpoczynku Wędrowca”, ale go tam nie zastałam.

- On jest tutaj? - Dag Hollinger był zaskoczony. - Nie wiedziałem. Cóż takiego mogło go 
tu ściągnąć?

- Mnie też to zastanawia. Miałam nadzieję, że pomoże mi skontaktować się ze Scottem.

- Zawsze może pani próbować - zabrzmiała pełna sceptycyzmu odpowiedź.

Odprowadził mnie do bramy i poprosił o zawiadomienie go, jeśli trafię na jakiś ślad.

- Dlaczego nie zgłosiliście panowie zniknięcia Scotta policji?

- Po pierwsze, to jego firma i jego pieniądze. Po drugie, ujawniłoby to słabą pozycję 
„Kiry”. Nie, jesteśmy zmuszeni do zachowania wszelkich pozorów. Ciągle nie mogę 
zrozumieć, po co mu były potrzebne te dokumenty? Jaki to ma sens?

- Chyba nieprędko go odnajdziemy. Dziękuję panu za pomoc. Dam znać, jeśli się czegoś 
dowiem.

Długo jeszcze stał w bramie i patrzył w moim kierunku.

33

background image

ROZDZIAŁ VI

Słońce już zaszło, nad wrzosowiskiem rozciągała się pomarańczowa łuna. Wracałam tą 
samą drogą, aby jeszcze raz spojrzeć na te wspaniałe formacje kamienne. Wkrótce 
wyłoniły się przede mną, rysując się imponująco i groźnie na tle nieba. Zatrzymałam się i 
patrzyłam na nie, usilnie starając się sobie przypomnieć, skąd je znam.

Nie usłyszałam nawet odgłosu zbliżających się kroków.

- Niezły widok, prawda? Pobudza wyobraźnię - odezwał się przyjaźnie męski głos.

Odwróciłam się szybko i ujrzałam mocno zbudowanego mężczyznę w swetrze o 
norweskim wzorze. Wymowa obcego także wydawała mi się znajoma, dlatego bez 
wahania spytałam, czy może jest adwokatem Trygve Torem.

- Tak, zgadza się - odpowiedział zdziwiony.

- To wspaniale - odrzekłam po norwesku. - Właśnie pana szukam! Nazywam się Synnøve 
Berge.

- Synnøve Berge... - zastanowił się - ta, która... - I nagle przeskoczył na serię pytań: - I 
co było dalej? Scott nigdy już nie wspominał nic o rozwodzie, czyżby się jednak wam 
poszczęściło?

- O, nie! W każdym razie nie ze sobą nawzajem - próbowałam ostudzić jego zapał. - 
Może zacznę od początku?

- Świetnie. Interesuje mnie to bardziej, niż można przypuszczać.

W drodze powrotnej do zajazdu opowiedziałam swoją część historii, o czekającym 
Arnem i o Scotcie, po którym ślad zaginął. Adwokat Tor słuchał z zainteresowaniem. 
Przed zajazdem zatrzymał się.

- To nie wygląda dobrze - stwierdził z powagą w głosie. - Najlepiej będzie, jeśli pozna 
pani także moją wersję. Wtedy zobaczymy, co się da zrobić. Jadalnia już jest zamknięta, 
więc może pozwoli pani, że ją zaproszę do pubu, pani Hollinger.

Wzdrygnęłam się. Po raz pierwszy ktoś zmusił mnie do uświadomienia sobie, że jestem 
panią Hollinger. Nie podobało mi się to. Chciałam przecież zostać panią Møller, i to 
szybko!

Ale za zaproszenie podziękowałam. Gdy ruszył, przypomniałam sobie coś:

- Ale zaraz! Te dziwne kamienie, na które patrzyliśmy... Co to właściwie jest?

34

background image

Tor spojrzał na mnie zdumiony.

- Ależ nie wie pani? To przecież Stonehenge!

Stonehenge! No oczywiście. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, a moja bujna 
fantazja od razu podsunęła mi przedziwne obrazy...

- Nie wiedziałam, że to jest właśnie tutaj!

- Tak, dla osób, które interesują się historią, to coś naprawdę imponującego - 
odpowiedział Tor.

Ogarnęły mnie osobliwe uczucia, gdy pomyślałam o tych ogromnych głazach tworzących 
magiczne kręgi w oddali za wzgórzem. Przypomniałam sobie te leżące poziomo na 
innych, ustawionych pionowo, i pozostałe, stojące samotnie i jakby wygrażające z 
wyrzutem niebu, że straciły swoje „pomosty”.

- Najbardziej pobudza wyobraźnię tajemnica ich pochodzenia - szepnęłam. - Gdy pierwsi 
wikingowie zeszli na ląd angielski w piątym wieku, one już tu stały. Nikt nie może 
powiedzieć, kto i kiedy je wzniósł, takie są stare...

- Stanowiły świątynię słońca - wyjaśnił adwokat. - Tyle wiadomo. Były już tutaj, gdy kilka 
tysięcy lat temu nadeszli Rzymianie. Przypuszcza się, że są pochodzenia celtyckiego, 
czyli że mają około czterech tysięcy lat.

Znów poczułam dreszcz.

- A czy jest tam ołtarz ofiarny?

Adwokat Tor zaśmiał się.

Zbliżyliśmy się do wejścia do pubu i posłałam ostatnią myśl w kierunku tych głazów, 
stojących tam, na wrzosowisku, czarnych i tajemniczych.

- Cóż, ołtarz ofiarny - rzekł Tor, gdy wchodziliśmy do lokalu. - Co tak naprawdę wiemy o 
naszych przodkach z epoki kamiennej? Na jakiej podstawie przypuszczamy, że składali 
ofiary ze zwierząt albo ludzi? Na pewno dostatecznie zajmowała ich codzienna walka o 
ogień i pożywienie. Utrzymuje się, że celtyccy kapłani składali ofiary z ludzi, lecz któż 
może tego dowieść? Proszę spróbować wyobrazić sobie świat za cztery tysiące lat i 
kogoś, kto odkryje opactwo Westminster albo katedrę w Trondheim z ich wielkimi 
ołtarzami... Nie sądzi pani, że taki ktoś będzie mógł powiedzieć: „Na pewno składano tu 
ofiary z ludzi...”? A może po prostu wyrabiano tam chleb?

To się nazywa trzeźwy realizm!

35

background image

Jego słowa sprawiły, że mój zachwyt nad Stonehenge, przemieszany z lękiem, zniknął. 
Jednak mimo wszystko zdecydowałam się zachować resztki romantycznych wyobrażeń. 
Tego mi nikt nie zabroni.

Pub wypełniali głównie angielscy robotnicy, którzy przyszli na piwo i kilka rundek rzutek.

Usiedliśmy.

- Jeśli ma pani ochotę - zaczął Tor - możemy jutro przejść się do Stonehenge. 
Powinniśmy być tam wcześnie, aby zobaczyć, jak promienie słońca wpadają przez 
kamienną bramę prosto na tę dużą półkę pośrodku.

Pokiwałam głową, więc zaproponował godzinę szóstą.

- Przyjdę - obiecałam.

Gdy już dostaliśmy nasze kanapki i piwo, adwokat nagie spoważniał.

- Postaram się pani pomóc w odnalezieniu Scotta - powiedział - ale łatwe to nie będzie.

- Jestem tego w pełni świadoma - westchnęłam.

Wydawało mi się, że rozmawiałam już o Scotcie z setką ludzi i że każdy z nich miał coś o 
nim do powiedzenia, ale czy to mi choć trochę pomogło? Przyjechałam co prawda do 
Anglii, ale nie czułam się bliżej celu. Scotta nadal nie było, jakby zniknął z powierzchni 
ziemi. Trudno przypuszczać, że adwokat Tor powie mi coś nowego. Zaczynałam widzieć 
wszystko w czarnych barwach. Ani ślubu, ani Arnego! Ech...

- Pani słyszała już na pewno dużo dziwnych rzeczy o Scotcie - rozpoczął.

Wzdrygnęłam się. Czyżby czytał w myślach?

- Tak - przyznałam. - Ci, którzy go dobrze znali, lubili go, inni nie.

- Zgadza się. Ja go bardzo lubiłem.

- Jednak to, co zrobił firmie, stawia go w dziwnym świetle...

Tor zaśmiał się smutno.

- Tak... Jeżeli on to zrobił. A to nie on!

- Ale przecież się przyznał - powiedziałam zaskoczona.

- Bo musiał. I nietrudno się domyślić, dlaczego, pani Hollinger. To jasne.

36

background image

Starałam się, jak mogłam, ale bez skutku. Rozpraszało mnie to jego „pani Hollinger”...

- Po pierwszym zebraniu zarządu Kira Hollinger odniosła wrażenie, że Scott jednak nie 
zostanie wybrany szefem. Kochała go nad życie. Ponieważ była już niezbyt 
zrównoważona psychicznie, uroiła sobie, że zarząd na tym nie poprzestanie i że 
odbierze mu wszystko. Dlatego opróżniła sejfy! Niewielu miało do nich dostęp, proszę 
także pamiętać, że przecież cały koncern nazwany jest jej imieniem. Dziwne, że nikt 
dotychczas tego nie skojarzył... No i pod koniec marca umarła. Tego dnia Scott otrzymał 
list, w którym opisała, co zrobiła. Wszystko, oczywiście, dla jego dobra.

- Biedny Scott - wyrwało mi się.

- O, tak, na pewno. Scott jest porządnym człowiekiem, więc obarczenie winą zmarłej 
matki nawet przez myśl mu nie przeszło. Jej reputacja musiała pozostać nieskalana. W 
liście napisała, gdzie ukryła dokumenty, ale niestety posłużyła się zagadkami.

- Ojej - zmartwiłam się.

Adwokat pokiwał głową.

- Tak, to nie było szczególnie korzystne dla Scotta. Musiał zrezygnować z pracy w 
Ameryce Południowej, a naprawdę się z niej cieszył. Muszę też dodać, że był pani 
bardzo wdzięczny za pomoc. „Po raz pierwszy spotkałem tak rzeczową dziewczynę. W 
dodatku dało się z nią normalnie rozmawiać”, tak się o pani wyraził.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie byłam pewna, czy podoba mi się taki komplement.

Tor wydobył z wewnętrznej kieszeni marynarki kartkę papieru.

- Oto kopia listu jego matki. Proszę ją przestudiować, może pani uda się coś z tego 
zrozumieć. Wymieniła miejsca, w których ukryła dokumenty, jednak bez bliższego opisu.

Spojrzałam na kartkę.

- Amesbury... chodzi pewnie o dokumenty angielskiej filii.

Pokiwał głową.

- No właśnie! Wydawało się naturalne, że powinna je schować w letnim domku, ale nie 
znalazłem ich tam!

- Bergerac we Francji...

- Tak, a Santander leży na północnym wybrzeżu Hiszpanii. Do Syrakuz na Sycylii Scott 
już dotarł...

37

background image

Spojrzałam na niego.

- A więc miał pan z nim kontakt! - zawołałam.

Tor uciszył mnie.

- Tak, jeden raz - przyznał - Zadzwonił do mnie w kilka miesięcy po zniknięciu. Mówił, że 
był w tych wszystkich miejscach, ale nie wpadł na żaden ślad. Dodał jeszcze coś...

- Co takiego?

- Że jest śledzony przez jakichś mężczyzn. Prosił mnie też o przekazanie dużej sumy ze 
swojego konta na rzecz koncernu. Nie wolno mi było za żadne skarby zdradzić, gdzie 
jest. Od tej pory, pani Hollinger, nie miałem więcej wiadomości. Dlatego tu jestem, staram 
się wpaść na jakiś ślad. Bardzo się o niego martwię.

Ślad, ślad, myślałam gorączkowo. Nie, przecież ta rozmowa odbyła się półtora roku 
temu, to niemożliwe, żeby nadal był na Sycylii.

- A więc kogoś musiało obchodzić, dokąd pojechał - rzekłam w zadumie. - Proszę mi 
odpowiedzieć, choć to może brzydkie pytanie... Gdyby Scott umarł, kto wtedy po nim 
dziedziczy? Mnie proszę nie brać pod uwagę, ja chcę się tylko jak najszybciej rozwieść.

- Jeżeli umrze, to wszystko dziedziczy Dag Hollinger!

Zniżył głos i rozejrzał się trwożnie po lokalu.

- Jest jeszcze coś - wyszeptał. - Przebywam tu już od tygodnia... i mnie też ktoś śledzi!

Wydawało mi się, że zaczyna dramatyzować, i ledwo powstrzymałam się od uśmiechu.

- Pana? Kto?

- Człowiek, którego znam z Norwegii, łobuz najgorszego rodzaju. Miałem już z nim 
awantury i gdyby nie jego siostra, wsadziłbym go za kratki dawno temu.

Jego siostra...? Trudno mi było wyobrazić sobie jowialnego adwokata Tora 
poświęcającego się dla jakiejś dziewczyny, ale nie powiedziałam tego głośno.

- To mi się naprawdę nie podoba - mówił dalej. - Wiem, że za tym musi stać jeszcze ktoś, 
on nie jest od myślenia. Nie polepsza to bynajmniej sprawy. Musi być pani ostrożna, pani 
Hollinger. Ten mężczyzna oznacza niebezpieczeństwo.

- Niebezpieczeństwo? - powtórzyłam bezmyślnie. - Nie rozumiem...

38

background image

Ściszył głos tak, że z trudnością odróżniałam słowa.

- O ile się dobrze domyślam, wiem, kto stoi za zniknięciem Scotta.

Jego zachowanie rozbawiło mnie do tego stopnia, że nie byłam w stanie wziąć jego słów 
na serio. Konspiracyjnie pochyliłam się do przodu jak na najlepszych filmach 
szpiegowskich.

- Proszę powiedzieć - wyszeptałam.

W oczach adwokata zamigotał strach.

- Nie tu. Jutro rano.

Pokiwałam poważnie głową kilka razy. Powędrowałam wzrokiem za jego trwożnym 
spojrzeniem i zrozumiałam, że mężczyzna, który akurat przeszedł koło naszego stolika i 
zatrzymał się przy barze plecami do nas, musiał być właśnie tym „cieniem”.

Powiedzieliśmy sobie dobranoc i poszliśmy do naszych pokojów. Było już późno, ale 
zabrałam się za czytanie listu Kiry Hollinger.

Pisała go osoba o wyraźnie rozstrojonych nerwach. Żaden człowiek przy zdrowych 
zmysłach nie spłodziłby podobnego tekstu. „Nikt nie zrobi czegoś takiego mojemu synowi 
i ponieważ schowałam wszystkie dokumenty dla ciebie, będą mieli za swoje, ta cała 
zgraja”. Wymieniła potem wszystkie schowki. „Wiesz, gdzie to jest, znasz mnie przecież, 
zawsze byłam romantyczną marzycielką. Część włożyłam do czerwonej szkatułki, resztę 
ukryłam w bardzo wyszukanych miejscach, oznaczonych K.H. Dobrze się przy tym 
bawiłam i mam nadzieję, że ty też będziesz miał niezłą rozrywkę. Teraz pojadę po 
norweskie dokumenty, potem po szwedzkie... „ Tego już nie zdążyła zrobić. 
Przeszkodziła jej choroba i śmierć.

Amesbury, Bergerac, Santander, Syrakuzy...

Najwyraźniej Scott nie zdołał zrozumieć, gdzie matka ukryła dokumenty.

Usłyszałam głosy na zewnątrz i podeszłam do okna. Świecący szyld „Traveller’s Rest” 
kiwał się lekko na nocnym wietrze. Gospodarz właśnie wszedł do środka po pożegnaniu 
się z mężczyzną palącym papierosa pod latarnią.

Mężczyzna zrobił kilka kroków. Rozpoznałam go, to on miał rzekomo śledzić Tora.

Uśmiechnęłam się lekko i ostrożnie zgasiłam lampę. On zdeptał niedopałek, odwrócił się 
powoli i spojrzał prosto w moje okno.

39

background image

Zadrżałam. Po raz pierwszy zobaczyłam jego twarz i nagle zrozumiałam, że adwokat Tor 
bynajmniej nie dramatyzował.

Ciemne włosy, drobna budowa, wydatna dolna szczęka... To był człowiek, który siedział 
na motocyklu przed ratuszem i pojechał za Scottem dwa lata temu!

40

background image

ROZDZIAŁ VII

O, tak, Stonehenge zapewne wyglądałoby wspaniale w chłodnych promieniach 
wschodzącego słońca. Ten poranek był jednak pochmurny. Oczywiście zaspałam, 
obudziłam się piętnaście po szóstej. Mimo że bardzo się potem spieszyłam, nie mogłam 
zdążyć na umówioną godzinę. Miałam nadzieję, że adwokat Tor będzie czekał na mnie 
przed zajazdem, ale, no cóż... Widać poszedł przodem i czekał przy tym, co nazwał 
„świątynią słońca”. Pozostało mi tylko tam pospieszyć.

Nie tylko zresztą dlatego. Bardzo chciałam z nim porozmawiać. Wydawało mi się, że 
wpadłam na nowy trop.

W myślach wręcz wiwatowałam, gdy biegłam mokrym od rosy wrzosowiskiem. Odkryłam 
mianowicie wspólną cechę czterech miejsc wymienionych w liście. Co więcej, wydawało 
mi się, że wiem, gdzie matka Scotta ukryła dokumenty.

Amesbury, Bergerac, Santander, Syrakuzy...

Och, muszę o tym opowiedzieć adwokatowi. To przecież takie proste! Wystarczyło tylko 
pomyśleć logicznie - a raczej po kobiecemu romantycznie, jak Kira Hollinger - a 
rozwiązanie nasuwało się samo. Nic dziwnego, że Scott nie znalazł kryjówek. Był 
przecież mężczyzną, a oni zawsze myślą praktycznie i nie zwracają uwagi na drobne 
detale, które mogą być bardzo istotne. To było takie proste!

Amesbury leży niedaleko Stonehenge, najbardziej znanego zabytku prehistorycznego 
Anglii, a w pobliżu Santander znajdują się jaskinie Altamiry ze słynnymi malowidłami 
naskalnymi, jeszcze starszymi od Stonehenge. Wtedy zaczęłam wszystko łączyć...

Nad Bergerac trochę się namęczyłam, muszę przyznać. Z pomocą przyszedł mi atlas 
Europy, w który wyposażył mnie Arne. Zobaczyłam, że Bergerac leży nad rzeką 
Dordogne, i wtedy sobie przypomniałam... Cro - Magnon! Tam przecież znaleziono 
czaszkę człowieka nazwanego kromaniońskim. No i Syrakuzy... Jest to z pewnością 
miasto pełne wspaniałych miejsc historycznych, byłam tego pewna.

Doszłam do wzgórza. Nawet z takiej odległości Stonehenge sprawiało duże wrażenie. 
Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Trudno wyjaśnić czemu, ale to miejsce jakby 
mnie przeraziło.

Przez chwilę miałam ochotę zawrócić.

I co, wystawić do wiatru adwokata Tora? Nie, tego nie wolno mi było zrobić.

Pozostało więc tylko zebrać się w sobie i iść w kierunku tej ponurej grupy megalitów.

41

background image

Nieoczekiwanie musiałam przejść przez większą drogę. Zobaczyłam wtedy, że 
Stonehenge leży jakby w rogu dużego Y utworzonego przez dwie szosy. Jakiś samochód 
sportowy przemknął po dalszej z nich, poza tym panowała cisza. Czułam się coraz 
bardziej niepewnie... Może dlatego, że zawsze pociągał mnie okultyzm, a te potężne 
głazy działały na mnie z ogromną siłą. Bo cóż się musiało dziać pomiędzy nimi tysiące lat 
temu?

Zadrżałam, gdy znalazłam się w pierwszym kręgu. Od razu ogarnął mnie dziwny nastrój. 
Arne na pewno nie poczułby nic niezwykłego pośród tych kamieni, ale ja byłam 
podatna... o, jakże podatna!

Nigdzie nie dostrzegłam adwokata Tora, ruszyłam więc powoli w kierunku środka. 
Sądziłam, że skrzynka została zakopana przy najokazalszym z głazów.

Dziwne, w jaki sposób rzeczy nieożywione mogą wpływać na człowieka. Serce miałam w 
gardle, a to przecież nie jest jego miejsce? Próbowałam sobie wmawiać, że to tylko głazy 
rozrzucone przez przodków kilka tysięcy lat temu. Nie pomagało. Tu nic nie było 
przypadkowo porozrzucane, wszystko starannie zbudowano na siedzibę strachu i zła...

Podeszłam do ogromnej bramy z dwóch ustawionych pionowo głazów i trzeciego 
leżącego na nich poziomo. Zatrzymałam się, a raczej moje strachliwe ja nie pozwoliło mi 
iść dalej. Wreszcie zmusiłam się do zrobienia kroku naprzód.

Nie wiem, czego oczekiwałam, może przeniesienia w pogańskie czasy, ale na pewno nie 
tego, co tam ujrzałam... Najpierw myślałam, że znalazłam się w jakimś śnie, chciałam 
trzeć oczy, aby się obudzić i nie oglądać tego straszliwego widoku, ale nic nie pomagało. 
Koszmar nie chciał zniknąć.

Dziwne, że nie krzyczałam. Czułam za to, że jestem bliska omdlenia. Słyszałam wiatr 
świszczący pośród głazów i poddawałam się fali strachu przepływającej przez moje ciało, 
fali odbierającej mi siły.

Oparłam się ciężko o kamień z prawej strony.

Na głazie przypominającym ołtarz leżał wyciągnięty mężczyzna. Jego martwe oczy 
patrzyły prosto na deszczowe chmury ponad nim. A z piersi sterczała mu rękojeść noża.

To był adwokat Tor!

42

background image

ROZDZIAŁ VIII

Nie wiem, jak długo stałam i patrzyłam, kompletnie sparaliżowana. Wszystko wydawało 
się tak nierealne... W końcu jakoś udało mi się zebrać w sobie i podejść bliżej. Adwokat 
leżał na kamiennej półce, o której wczoraj mówiłam, że mogła służyć jako ołtarz ofiarny, 
gdyż znajdowała się w samym środku wewnętrznego kręgu. Nie miałam wątpliwości, że 
Tor nie żyje. Nie zastanawiając się długo, ściągnęłam go na ziemię. Nie obchodziło mnie, 
co powie na to policja. Chciałam tylko uczynić jakąś przysługę temu miłemu adwokatowi.

Jakże żałowałam teraz, że nie potraktowałam jego słów poważnie! Może i nie mogłabym 
nic szczególnego zrobić, ale przynajmniej nie powinnam się śmiać z jego ostrzeżeń. 
Chociaż pewnie nawet on nie przypuszczał, że niebezpieczeństwo może być aż tak 
wielkie!

Rozejrzałam się wokół. Ruchu na szosach nie było, nie widziałam ani samochodów, ani 
pieszych. Nie miałam czasu do stracenia. Zaczęłam gorączkowo szukać.

Wiem, że to może się wydawać makabryczne, ale musiałam odnaleźć skrzynkę! 
Wszystko wskazywało na to, że Kira ukryła ją właśnie koło półki, na której znalazłam 
Tora. O ile moje teorie zgadzały się z rzeczywistością...

Miałam rację!

Nie musiałam długo szukać, aby odnaleźć pierwszy ślad. Była to wąska tasiemka do 
znaczenia ubrań z inicjałami K.H., przyklejona nisko na półce i niewidoczna dla zwykłych 
turystów. Miałam ze sobą nóż przemycony z jadalni „Odpoczynku Wędrowca”. Z całych 
sił zaczęłam nim kopać ziemię. Czubek noża się odłamał, ale wierciłam dalej i w końcu 
znalazłam płaską, czerwoną szkatułkę. Wydostałam ją ostrożnie, wypełniłam miejsce po 
niej ziemią i odkleiłam tasiemkę.

Tylko kobieta jest w stanie przejrzeć zamysły innej romantycznej kobiety, pomyślałam z 
gorzką satysfakcją.

Opuściłam szybko Stonehenge, pozwalając następnemu turyście zameldować o 
znalezieniu zwłok. Przez chwilę gniotłam list Kiry w kieszeni, zastanawiając się, czy to o 
niego chodziło mordercy Tora. Jeśli tak, to... Nie, nie odważyłam się skończyć tej myśli.

Poszłam prosto do domku Hollingerów, napisałam na kartce: „Od Scotta Hollingera - 
pierwsza rata”, położyłam papier na dokumentach w szkatułce i przepchnęłam wszystko 
przez otwór na listy. Dag będzie miał miłą niespodziankę!

Przez chwilę wahałam się, czy nie dołączyć jeszcze listu od Kiry, aby oczyścić Scotta z 
wszelkich zarzutów. Pomyślałam jednak, że on by tego nie chciał.

43

background image

Pospieszyłam do zajazdu, spakowałam się i zawiadomiłam gospodarza, że wyjeżdżam. 
Mogło to wyglądać na ucieczkę, ale trudno. Nie miałam czasu, aby się dać zamieszać w 
jakąś aferę z zabójstwem. Tak, możliwe zresztą, że celem mordercy było rzucenie na 
mnie podejrzeń. Mógł słyszeć, jak wspominaliśmy wczoraj Stonehenge.

Nie, lepiej być poza zasięgiem policjantów, gdy znajdą zwłoki Tora.

Już od dzieciństwa przyzwyczajona byłam do traktowania policji jak wroga, czegoś, 
przed czym się ucieka za róg najbliższego domu. Teraz wręcz utrudniałam pracę tejże 
policji - usunęłam dowód czy jak to nazwać - ale czułam stanowczy wewnętrzny 
sprzeciw. Dziwne, pomyślałam. Chyba nagle stałam się lojalna wobec prawa! Wpływ 
Arnego był najwyraźniej silniejszy, niż przypuszczałam.

Ale iskierka zadowolenia z robienia rzeczy zabronionych, którą pamiętałam z 
dzieciństwa, nadal się we mnie tliła, mimo że starałam się ją stłumić. Dużo czasu zajmuje 
powrót do grona praworządnych obywateli, jeśli się jest tą najczarniejszą z owiec.

Za właściwy cel dalszej podróży uznałam Sycylię, jako że stamtąd Scott przesłał ostatnią 
wiadomość. Moim zamiarem nie było zdobycie dokumentów, ale rozwód ze Scottem, 
zanim Arne zmęczy się czekaniem.

Ale i poszukiwania w tajemniczych jaskiniach mogłyby okazać się całkiem ciekawe...

Spokojnie, Synnøve, pamiętaj, że jesteś już dorosła!

Z lotniska Heathrow pod Londynem zadzwoniłam do Arnego i opowiedziałam mu 
wszystko, mając w tle monotonne zapowiedzi przylotów i odlotów.

- Synnøve! - zawołał zdenerwowany. - Wracaj w tej chwili do domu! Zostaw tego 
Hollingera, Sycylię i to wszystko. To już nie jest zabawa.

- A czy kiedykolwiek była? - spytałam sucho, ale oczywiście jego troska mnie ucieszyła. 
Byle co nie zdołałoby wytrącić Arnego z równowagi. Zrozumiałam, że znaczyłam dla 
niego więcej, niż kiedykolwiek sądziłam. Miło w końcu to usłyszeć!

- Zostawmy tę sprawę policji - powiedział Arne, starając się uspokoić. - A ty wracaj do 
domu!

Nie trafił jednak na podatny grunt.

- Nie - zaprotestowałam. - Idę dalej. Zaciekawiło mnie to! Poza tym chyba tylko ja mogę 
odnaleźć zaginione dokumenty. No i chyba nie zapomniałeś, że chcę rozwodu, aby wyjść 
za ciebie! Dlatego muszę odszukać Scotta. Trzymaj z dala policję! Jeżeli zostanie 
wciągnięta w sprawy koncernu, może to oznaczać jego koniec.

44

background image

- Co przez to rozumiesz?

Starałam się wyjaśnić jak najszybciej. Interesy to jest coś, na czym Arne znał się dobrze. 
Zamilkł na chwilę.

- A więc koncern „Kira” to już tylko nazwa... - powtórzył moje słowa w zadumie. - To ci 
nowiny. Tak, chyba powinnaś rzeczywiście jechać. Nie, nikomu o tym nie powiem. Ale 
kochanie, obiecaj, że będziesz ostrożna...

- Tak, obiecuję - rzuciłam szybko. - Zapowiadają mój samolot. Och, Arne, jak ja 
uwielbiam latać! Zadzwonię do ciebie z Sycylii.

- Masz pieniądze?

- Całą masę. Pozdrów wszystkich!

Kwadrans później Londyn zniknął w chmurach pode mną. Byłam w drodze na południe.

45

background image

ROZDZIAŁ IX

Całe dwa dni włóczyłam się po Syrakuzach, zachwycając się tym wspaniałym miastem, 
nie natrafiłam jednak na żaden ślad Scotta. Wiedziałam tylko, że był tu półtora roku 
temu. To zbyt mało, aby go odnaleźć.

Rozmawiałam z Arnem przez telefon. Powiedział, że morderstwo w Stonehenge znalazło 
się na pierwszych stronach gazet, jednak nikt nie połączył z nim mojego nazwiska. 
Trochę mnie to zdziwiło, gdyż właściwie byłam pierwszą podejrzaną. Umówiłam się z 
Torem na miejscu zbrodni, a potem wyjechałam na łeb, na szyję. Chociaż... można to 
wytłumaczyć: rozmawiałam z nim przecież po norwesku. Tylko jeden człowiek mógł nas 
tam zrozumieć, ten drobny brunet o wysuniętej dolnej szczęce. Było oczywiste, że nic nie 
powiedział. Ani przez sekundę nie wątpiłam, że to on jest mordercą...

Tak, bez wątpienia mogłabym bardzo pomóc policji, ale nie miałam na to czasu. Może 
później, teraz musiałam odnaleźć Scotta.

Trzeciego dnia poddałam się i ruszyłam na komisariat policji Szefa nie zastałam, 
urzędował tam tylko całkiem przystojny policjant.

- Signor Hollinger? Si, si! - odpowiedział, gdy spytałam, czy go zna.

- Co?! - wykrzyknęłam zaskoczona. Była to ostatnia odpowiedź, jakiej oczekiwałam. - 
Gdzie on jest?

Mówiłam słabo po włosku, a jego angielski nie był lepszy, dlatego nasza rozmowa kulała. 
Zrozumiałam tylko tyle, że signor Hollinger to bardzo zły człowiek, który chciał oszukać 
świetną policję sycylijską. Ale dostali informację od sympatycznej osoby, no i gdy 
przejrzeli bagaż Hollingera, to... ho, ho!

Osobnik w mundurze aż kipiał z oburzenia, a ja czekałam na ostateczne wyjaśnienie. 
Najpierw zalał mnie falą słów, z których wyłapałam jedynie, że ktoś próbował coś ukryć, 
ale nie wiadomo, gdzie.

- Ale o co w tym wszystkim chodzi? - udało mi się w końcu wtrącić.

Spojrzał na mnie zdumiony, widać uważał, że już dawno mogłam się domyślić.

- Marihuana - oświadczył dobitnie i znów z jego ust posypały się słowa najgłębszego 
oburzenia.

- Ale gdzie on jest teraz?! - wrzasnęłam w końcu, uderzając w stół.

Policjant uspokoił się nieco.

46

background image

- Tu - rzucił. - W areszcie.

Ulga była tak wielka, że musiałam się oprzeć o stół, żeby nie upaść.

- Jak długo tu siedzi? - wyjąkałam.

Wzruszył ramionami.

- Będzie już wkrótce półtora roku. Ciągle czeka na rozprawę.

- Ale... nie zawiadomiliście jego rodziny? Konsulatu? Familia! Konsulata! - wrzeszczałam, 
jakby był głuchy.

Znów wzruszył ramionami.

- Mamy tutaj tylu szmuglerów narkotyków, że gdybyśmy mieli zawiadamiać wszystkich...

O Boże, westchnęłam w duchu. Zebrałam się w sobie.

- A więc - rzuciłam - ja jestem jego żoną i domagam się jego zwolnienia.

- Impossibile! Niemożliwe!

Uparciuch...

Zastanowiłam się, zacisnęłam zęby i położyłam przed nim kilka dużych banknotów. 
Popatrzył na nie przeciągle, ale pokręcił głową.

- Zobacz! Będziesz mógł za to kupić nowe odznaki...

- To niemożliwe, signora Hollinger.

Wyczułam jednak pęknięcie w murze i sięgnęłam po kolejne banknoty.

Zawahał się.

- Może... Ale nie, nie!

Zamachał rękami, jakby broniąc się przed pokusą.

Wyłożyłam resztę, zostawiając sobie tylko na zapłacenie rachunku w hotelu.

Wtedy mur runął.

Ze spojrzeniem błądzącym po suficie zmiótł pieniądze do szuflady biurka.

47

background image

- Tędy, signora - rzucił ochryple.

Pobrzękując władczo kluczami otwierał różne drzwi, aż weszliśmy do cuchnącego 
korytarza. Po drodze mijaliśmy więźniów, którzy rzucali na mój widok różne 
nieprzyzwoite słowa. Na tyle rozumiałam włoski, niestety...

Zatrzymał się przed jakimiś drzwiami i otworzył je.

- Przyjechała pańska żona, signor Hollinger - zakomunikował.

- Moja kto? - spytał z niedowierzaniem mężczyzna. Spojrzał na mnie. Długo nie mógł nic 
wykrztusić. - A więc to Synnøve Berge. Nie poznałem cię.

Było to całkiem zrozumiałe.

Ja też z trudnością go poznałam, musiałam wręcz pytać samą siebie, czy to naprawdę 
może być Scott Hollinger... Brudny, chudy, blady, z brodą... Oczy jednak miał takie same. 
No i włosy, mimo że o wiele dłuższe. Poczułam nagłe pragnienie zajęcia się nim. 
Naprawdę tego potrzebował.

- Możesz iść - powiedział policjant. - Odbierz ubrania i bagaże.

- Iść? Teraz? - spytał Scott, jakby nie mogąc uwierzyć własnym uszom.

- Wykupiłam cię - oświadczyłam sucho po norwesku - za cholernie dużo pieniędzy. Ta 
figura galeonowa na szczęście nie brzydzi się forsą.

- Zatem zmieniłaś się tylko z zewnątrz - uśmiechnął się Scott. - A ja muszę wyglądać 
okropnie. Ta szczurza nora...

- Próżność zachowaj sobie na inną okazję. Teraz się lepiej pospiesz... zanim pewna 
osoba zacznie żałować...

W świetle słońca Scott wyglądał, o ile to możliwe, jeszcze gorzej. Zatrzymał się na 
środku ulicy i wziął głęboki oddech, wciągał świeże powietrze z całych sił. Zza 
wybielonych domów można było dostrzec mieniące się błękitem Morze Śródziemne. 
Rozumiałam, jak mógł się teraz czuć.

Ruszyliśmy w stronę hotelu.

- Jakim cudem mnie odnalazłaś? - spytał, mrużąc oczy przed ostrym słońcem.

- To długa historia. Lepiej najpierw doprowadź się do normalnego wyglądu. Zaczniesz od 
porządnej kąpieli.

48

background image

Skinął głową i westchnął z ulgą.

- Gdybyś tylko wiedziała, jak wspaniale jest być znów na powietrzu - powiedział. - I móc z 
kimś porozmawiać...

Musieliśmy stanowić dziwną parę, idąc tak ulicą: ja elegancka, a on... w najlepszym 
przypadku mógłby uchodzić za włóczęgę.

Ale nie przejmowałam się tym. Szłam, wiwatując w duszy. Pokonałam największą 
przeszkodę w zdobyciu Arnego: odnalazłam Scotta Hollingera!!!

49

background image

ROZDZIAŁ X

Mały hotelik, w którym się zatrzymałam, był tani i czysty. Dobrze było wejść i poczuć 
chłodną kamienną podłogę pod stopami. Poprosiłam o jeszcze jeden pokój z łazienką i 
wepchnęłam tam Scotta, zanim portier zdążył zadać mu jakieś pytania.

Scott rozglądał się po pokoju, jakby trafił do raju po przebyciu czyśćca. Nie miałam serca 
sprowadzać go z powrotem na ziemię, ale czas naglił.

- Jeśli czegoś potrzebujesz, mogę po to skoczyć, gdy się będziesz kąpał - 
zaproponowałam.

Bardzo powoli odwrócił się, spojrzał na mnie błyszczącymi oczami i uśmiechnął się. 
Ogarnęła mnie przedziwna fala ciepła...

Teraz mnie trzeba było sprowadzić na ziemię. Wymienił różne przybory toaletowe, a ja 
pospiesznie ruszyłam po zakupy.

Czy muszę dodawać, że czułam się bardzo z siebie zadowolona? Arne powinien być ze 
mnie dumny. „Brawo, Synnøve”, powiedziałby na pewno. O, muszę koniecznie do niego 
zadzwonić z dobrą wiadomością. Będzie pewnie zły, że potrzebuję więcej pieniędzy na 
powrót do domu, no ale co mogłam zrobić innego... Musiałam wydostać Scotta z aresztu!

Wróciłam do hotelu. Scott przebrał się w ciemnoczerwoną koszulę i białe spodnie. Z 
podwiniętymi rękawami, rozpiętą pod szyją koszulą i z gęstwiną ciemnych włosów 
wyglądał dużo lepiej.

- Muszę się ogolić i obciąć włosy - rzucił.

- Masz pieniądze?

Potrząsnął głową.

- Ani grosza. Pewnie były w tej części bagażu, której nie mogłem odzyskać.

- Masz - dałam mu kilka banknotów. - Ale nie bądź rozrzutny. Nawet nie wiem, czy 
zdołam zapłacić rachunek za hotel... I nie obcinaj za krótko grzywki! - zawołałam za nim.

Odwrócił się i spojrzał na mnie pytająco.

- Jest ci w niej do twarzy - wytłumaczyłam i... zaczerwieniłam się. Nie wiem, co mi 
strzeliło do głowy. Najdziwniejsze, że to uczucie nie minęło nawet, gdy wyszedł. Nagle 
ogarnęła mnie nieprzeparta chęć przebrania się, zmienienia sztywnego kostiumu 
podróżnego na coś innego. Nie miałam szczególnie dużo ciuchów ze sobą, ale jedną 
lżejszą sukienkę na szczęście wzięłam. Była to mała sukienka bez rękawów, dająca się 

50

background image

zwinąć w kulkę, którą można wszędzie upchnąć. Ładny, perski wzór na tkaninie dobrze 
pasował do lekkiej opalenizny, którą uzyskałam po tych kilku dniach we Włoszech. 
Poprawiłam też fryzurę, rozluźniając ją nieco i wyciągając kilka pasemek na grzywkę. 
Arne nie cierpiał grzywek... Wreszcie umalowałam mocniej usta.

Gdy powrócił Scott, świeżo ogolony i ze zdecydowanie bardziej cywilizowaną fryzurą, 
obrzucił mnie szybkim spojrzeniem, ale nic nie powiedział.

- Chcesz coś zjeść? - spytałam.

- Mogę zaczekać. Najpierw pogadajmy.

Zgodziłam się.

Siedzieliśmy w jego pokoju. Słońce przeświecało przez żaluzje, z ulicy dochodził hałas.

- Przede wszystkim chcę ci podziękować - zaczął Scott. - Myślę, że rozumiesz, co to dla 
mnie znaczy.

- Domyślam się... Połóż się na łóżku, wyglądasz na zmęczonego. Ja usiądę przy oknie.

Posłuchał od razu.

- Ze wszystkich ludzi na świecie to musiałaś być właśnie ty - powiedział powoli. - 
Dziewczyna, którą ledwo znałem, wydostała mnie z aresztu... Dlaczego to zrobiłaś?

Wyglądał na zmęczonego. Wyjaśniłam trochę zbyt twardym tonem:

- Muszę mieć rozwód. Mam wyjść za mąż za kilka tygodni.

Usiadł gwałtownie, oczy zdawały się płonąć w jego twarzy.

- Mówisz, że... nie mamy rozwodu?

- Nie, wygląda na to, że zapomniałeś pójść do adwokata, więc uchodzę nadal za twoją 
żonę. Przykro mi.

- O rany! Zaraz zadzwonię do Trygve Tora.

- To nic nie pomoże - przerwałam mu. - Trygve Tor nie żyje. Został zamordowany w 
Stonehenge kilka dni temu.

Scott wpatrywał się we mnie. Widać było, że ta wiadomość zaszokowała go. Położył się 
z powrotem.

51

background image

- Najlepiej będzie, jeśli mi o wszystkim opowiesz - poprosił matowym głosem.

Zrelacjonowałam mu wszystko od początku do końca.

- Znalazłaś je?! - zawołał, gdy w swej opowieści doszłam do dokumentów w szkatułce. - 
No oczywiście! Że też o tym nie pomyślałem. Mama w młodości interesowała się 
przecież archeologią. To typowe dla niej, że wybrała takie skrytki.

- Tego nie wiedziałam. Za punkt wyjścia wzięłam to, co napisała o byciu „romantyczną”. I 
że dobrze się bawiła, chowając papiery. W ten sposób doszłam do rozwiązania.

- Te kobiety - westchnął Scott. - No, to teraz po resztę dokumentów!

- O, nie - zaprotestowałam ostro. - Ja ich nie potrzebuję. Grzecznie pojedziesz ze mną 
do Norwegii i zaczniemy załatwiać rozwód.

Zerknął na mnie spod oka.

- Bez tych dokumentów nigdzie się nie ruszę. Ważniejsze jest ratowanie koncernu.

- Właśnie, że nie. A może chcesz z powrotem do aresztu?

Nowe zerknięcie.

- Grozisz? Daleko z tym nie zajedziesz.

Powietrze wydało się nagle aż naładowane złością.

W końcu wygrałam. No, może trudno mówić o pełnej kapitulacji Scotta, ale nawet pół 
wygranej to już sukces.

- Tak w ogóle, to o wiele lepiej kiedyś wyglądałaś - rzucił Scott od niechcenia. - Byłaś 
sobą. Teraz wyraźnie ma na ciebie wpływ ktoś o złym smaku. No, może ta sukienka jest 
jeszcze niezła, ale wtedy, jak weszłaś do aresztu, to...

Rozzłościłam się.

- Arne wcale nie ma złego...

Zaśmiał się.

- Aha, a więc to Arne tak cię przebrał. Szczerze mówiąc, wydaje się, że jest nieco nudny.

Podziałało to na mnie jak czerwona płachta na byka.

- Arne jest wspaniały - zapewniłam szybko. - Bądź tak uprzejmy nie mieszać go do tego.

52

background image

Scott uniósł brwi.

- To przecież nie ja o nim pierwszy wspomniałem.

Zauważyłam, że zaczynam tracić pole, i zmieniłam szybko temat rozmowy.

- Czy musimy się kłócić? - spytałam. - Nie mamy poważniejszych spraw?

- No tak, przepraszam.

Starałam się stłumić gwałtowne emocje na tyle, na ile to było możliwe w obecności 
Scotta. Bardzo niechętnie muszę przyznać, że działał na mnie. Mieliśmy dużo wspólnego 
w sposobie myślenia i reagowania, więcej niż z Arnem. Aż za dużo, myślałam, muszę się 
mieć na baczności, aby moje dawne ja znów nie zwyciężyło. Gdyby tylko Arne mógł być 
tutaj! Jak bardzo chciałabym poczuć otaczające mnie jego ramiona... Na pewno zająłby 
się wszystkim i wydostał nas z kłopotu, w który wpakowało nas to moje małżeństwo na 
niby.

- Chyba najwyższy czas, abyś opowiedział swoje przejścia - zaproponowałam, aby 
zmienić tok myśli. - Adwokat Tor wspominał, że byłeś śledzony w Syrakuzach.

Scott zmarszczył brwi.

- Tak, już w Hiszpanii czułem, że ktoś depcze mi po piętach, a tutaj stało się to już bardzo 
wyraźne. Ale to im nie wystarczyło. Ktoś podłożył marihuanę do mojej walizki i doniósł na 
policję, aby wyeliminować mnie z gry.

Westchnął ciężko.

- A tak się zawsze starałem być uczciwym obywatelem! - mówił dalej gorzko. - Teraz 
jestem uznawany i za defraudanta, i za szmuglera narkotyków. Jak można się 
zrehabilitować po czymś takim, Synnøve? Nawet nie warto próbować... Kto raz ukradł, 
ten zawsze złodziej, wiesz...

Znowu poczułam tę głupią kulę w gardle. On musi przestać grać na moich instynktach 
opiekuńczych!

- Ja ci wierzę - mruknęłam pod nosem i odwróciłam się do okna. - Scott, ten człowiek, 
który przyjechał po ciebie pod ratusz... Szofer z samochodem z Salisbury... kim on jest?

- O, to żadna tajemnica - zaśmiał się, błyskając białymi zębami. - Samochód należał do 
mojej matki, i on w pewien sposób też... Przejąłem po prostu całość. Przyjechał, aby 
mnie zawiadomić, że wszystko zostało przygotowane do podróży do Anglii. Chciałem 
wyruszyć jak najszybciej, aby szukać zaginionych dokumentów. Załatwiłem mu później 
spokojną pracę w Salisbury.

53

background image

Pokiwałam głową, obserwując z roztargnieniem jego szczupłe ciało. Żebra rysowały się 
pod koszulą, kość biodrowa odznaczała się ostro pod spodniami. Musieli go głodzić!

- Tak, ale jest jeszcze jedna tajemnicza osoba - dorzuciłam żywo.

- Nie jedna - odrzekł Scott apatycznie. - Wiele!

- Wiem o tym. Tego, o którym myślę, widziałam przed ratuszem. Rozmawiałeś wtedy z 
szoferem.

Opowiedziałam mu o mężczyźnie z wydatną dolną szczęką siedzącym na motocyklu, o 
tym, że pojawił się w „Odpoczynku Wędrowca” i że podejrzewałam go o zamordowanie 
Tora.

- Wiem, o kim mówisz - powiedział Scott. - To dziwne! Mogę przysiąc, że ten sam facet 
śledził mnie w Hiszpanii. Widziałem go też tutaj... tuż przed historią z marihuaną. Poza 
tym miałem dwa inne „cienie”, ale jego widziałem tu na ulicy...

- A więc znałeś go wcześniej?

- Tak, z widzenia. Spotkałem go parę razy na schodach u adwokata Tora, czyli zgadza 
się, że miał z nim jakieś powiązania. Musiał być trudnym klientem.

- Czy przypuszczasz, że współpracował z tymi dwoma, którzy cię śledzili?

- Nie wiem. Może.

- Jak oni wyglądali?

- Byli Włochami. Jeden przywodził mi na myśl węża, a drugi był z typu tych, w których 
skandynawskie dziewczyny zakochują się na wakacjach.

- Ale dlaczego? - spytałam.

- Dlaczego się w takich zakochują?

- Nie bądź głupi. Dlaczego sądzisz, że to oni wpakowali cię do więzienia... i zamordowali 
Tora?

Potrząsnął głową, najwyraźniej nie rozumiejąc, o co mi chodzi.

- Myślisz, że szukają listu, w którym są wymienione miejsca ukrycia dokumentów? - 
próbowałam go naprowadzić.

54

background image

- To jest możliwe, ale... - usiadł nagle. - Nie moglibyśmy dać temu na chwilę spokój i 
pójść coś zjeść?

- Nie chcesz się najpierw przespać?

Prychnął tylko.

- Sen był w areszcie moją jedyną rozrywką. Nie, zmęczyłem się chodzeniem. Przez 
ostatnie półtora roku mało chodziłem, a ty potrafisz nadać tempo... Ale już odpocząłem. 
Chodźmy!

Znaleźliśmy wolny stolik w ogródku hotelowej restauracji. Uśmiechnięty kelner zaraz 
zjawił się przy nas. Scott zamówił bulion, a na drugie smażone krewetki z sałatą i 
pomidorami. Piliśmy do tego wspaniałe sycylijskie wino. Byłam zmęczona po 
dramatycznych wydarzeniach dnia i nie przyzwyczajona do wina, dlatego szybko 
poczułam je w głowie. Przy stoliku obok kilka starszych Amerykanek mówiło do siebie 
głośno. Przypominały mi krzyczące mewy.

Uspokoiłam się wreszcie.

- Możesz już rozmawiać? - spytałam cicho.

Skinął głową.

- Możliwe, że byłam dziś zbyt ostra - przyznałam ze skruchą. - Ale nie chcę, abyś jeździł 
po Francji i Hiszpanii, zamiast wrócić do Norwegii Skoro jednak już tu jesteśmy, możemy 
poszukać tych dokumentów.

- Dobrze, tylko gdzie? - spytał Scott.

- Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz?! - rzuciłam zniecierpliwiona. - Sam mógłbyś na to 
wpaść. Nie jestem chodzącym przewodnikiem po zabytkach z przeszłości. Są tu jakieś 
ważne miejsca?

Wzruszył ramionami.

- Mnie o to pytasz?

Zreflektowałam się. Rzeczywiście nie miał ostatnio zbyt dużo czasu na zwiedzanie...

Zmarszczył czoło.

- No, jest tu trochę tego - powiedział w końcu. - Zatopiona świątynia Diany koło 
Palermo...

55

background image

- Hm - zaczęłam sceptycznie - trochę trudno wyobrazić mi sobie twoją matkę jako nurka.

Roześmiał się. Był taki ładny, gdy się śmiał...

- Nie znałaś mojej matki. Miała najdziwaczniejsze pomysły. Zresztą Palermo leży po 
drugiej stronie Sycylii.

Coś przyszło mi do głowy.

- Twierdza obronna - rzuciłam. - Gdy łaziłam po mieście, ciągle ją widziałam, ale czy jest 
wystarczająco stara i znana?

Scott po włosku zawołał kelnera i rozpoczął rozmowę. Mówił w zabójczym tempie. W 
końcu podziękował i odwrócił się do mnie.

- Myślę, że się nadaje - uśmiechnął się. - Grecka, z czterechsetnego roku przed naszą 
erą. Bardzo znana.

- Wspaniale - odetchnęłam i odchyliłam się z uśmiechem na oparcie krzesła. Ciepło i 
wino mocno na mnie podziałały. Znalazłam się w stanie euforii, wszystko wydawało mi 
się cudowne. Czułam, jakbym nie miała już ciała, tylko samą duszę. Ale gdy spojrzałam 
na ramiona Scotta i powędrowałam wzrokiem do jego silnych dłoni spoczywających na 
stoliku, poczułam się nagle całkiem cielesna... i wcale mi się to nie podobało! Posłałam 
mu spojrzenie pełne niechęci. Jego oczy, które jeszcze przed chwilą błyszczały 
pogodnie, zmieniły wyraz, stały się zimne i surowe.

Miły nastrój prysnął jak bańka mydlana. Gdy jedliśmy podane na deser owoce i sery, 
zerkałam na Włocha siedzącego przy dalszym stoliku za Scottem i sprawnie 
pochłaniającego spaghetti. Nie był może przystojny, ale miał w sobie coś, co mnie 
zafascynowało. Niezbyt wysoki, ubrany w szary garnitur. Wydawał się blady przy tych 
ciemnych oczach... takich orientalnych, przyszło mi na myśl. No i ten lekko ironiczny 
wyraz twarzy....

Chyba zauważył moje spojrzenie, bo podniósł głowę i popatrzył na mnie. Nie za długo, 
ale wystarczająco, aby przeszył mnie dziwny, ale wcale nie niemiły dreszcz.

- Co tam widzisz? - spytał ostro Scott. Kierował się jakby szóstym zmysłem, kiedy 
chodziło o mnie.

- Nic... to znaczy, morze - odpowiedziałam zmieszana.

To sycylijskie wino naprawdę było niebezpieczne...

Po obiedzie przeszliśmy się po Syrakuzach. Scott chciał się pozbyć więziennej karnacji, 
jak to określał. Włóczyliśmy się bez specjalnego celu. Po jakimś czasie znaleźliśmy się 

56

background image

na wąskiej i brudnej uliczce, gdzie psy grzebały wśród śmieci i rozciągały wnętrzności 
zdechłej kury. Zemdliło mnie, ale żal mi też było tych wychudzonych psów. Scotta to nie 
poruszyło.

- Typowa Sycylia - rzucił sucho.

Nasze układy weszły w stadium szczególnego napięcia. Cóż, biorąc pod uwagę 
okoliczności, w jakich los nas zetknął... Obserwowaliśmy siebie nawzajem, utrzymując 
zawieszenie broni.

Domy, które teraz oglądaliśmy skąpane w słońcu, wydawały nam się ładne, mimo że były 
zniszczone... a może właśnie dlatego. Na białej ścianie budynku przed nami widniało 
słowo „BAR” namalowane niebieską farbą. W wejściu wisiały jako zasłona sznury 
jasnych koralików. Wyglądało to zachęcająco, a ponieważ Scotta zmęczyło chodzenie, 
weszliśmy w chłodny półmrok.

Młody chłopiec za kontuarem tak się zdziwił i zaciekawił naszym widokiem, że aż upuścił 
szklanki na podłogę. Zaśmiał się, wzruszył ramionami i pozbierał odłamki szkła.

Scott zamówił dla siebie whisky, a dla mnie, mimo moich protestów, lampkę moscato di 
Siracusa. Smakowało wspaniale, ale trochę się niepokoiłam. Wspomniałam już, że nie 
byłam przyzwyczajona do picia wina, a zdążyłam już zauważyć pewne skutki jego 
działania, dla mnie z pewnością niebezpieczne... Scott opowiadał mi, w jaki sposób 
wytwarzano to wino. Słuchałam go jednym uchem, a w drugie wpadała mi muzyka z 
szafy grającej, która stała w kącie Sali.

Dwaj chłopcy wrzucili kilka stulirówek i wybrali utwory, które mogłyby wydawać się 
banalne w innym kraju i innych okolicznościach, tu jednak brzmiały dramatycznie i 
podniecająco.

Po jakimś czasie zauważyłam, że repertuar zmienił charakter. Trini Lopez śpiewała 
swoim miękkim, prowokującym głosem o miłości pokonującej wszystkie przeszkody. 
Zerknęłam w stronę szafy grającej, aby zobaczyć, kto to wybrał. Mężczyzna w szarej 
marynarce stał do nas plecami, lecz odwrócił się powoli i posłał mi długie, prowokujące 
spojrzenie. Poznałam go - to był facet z restauracji. Mimo nieco odpychającego wyrazu 
twarzy i papierosa przyklejonego do wargi było w nim coś, co mnie pociągało. Może 
dlatego, że wydawał się pochodzić ze świata tak różnego od mojego.

Chyba nie jestem dużo lepsza od tych skandynawskich dziewczyn na wakacjach, o 
których wyrażano się z taką pogardą, pomyślałam.

Scott niczego nie zauważył. Whisky sprawiła, że stał się niezwykle rozmowny. Wciągnął 
do dyskusji kilku starszych panów siedzących przy stoliku obok, i, sądząc po gwałtownej 
gestykulacji, ta wymiana zdań stała się bardzo interesująca.

57

background image

Zanim wyszliśmy z baru, zerknęłam raz jeszcze w stronę mężczyzny stojącego przy 
szafie grającej. Tym razem odpowiedział mi spojrzeniem, w którym dostrzegłam podziw.

Poczułam się atrakcyjną kobietą! Było to niezwykłe uczucie. Po tylu krytycznych 
spojrzeniach i pouczeniach Arnego oraz przy kompletnym braku zainteresowania ze 
strony Scotta...

Dalej włóczyliśmy się po mieście. Zapadł już zmrok. Ciemność była ciepła i miękka, 
wydawało się, że otulała i ochraniała przed wszelkimi nieprzyjemnościami czającymi się 
za dnia. Minęliśmy kilka willi, przypominających teraz białe pałace otoczone ogrodami 
pełnymi tajemnic.

Wszystko wydawało się teraz takie czyste, zniknął kurz, brud i smród. Patrzyłam dokoła 
zachwycona, nawet przyszłość zaczęła mi się wydawać tak obiecująca, że odruchowo 
złapałam Scotta za rękę. Wzdrygnął się, jakbym go oparzyła, i spojrzał na mnie ze 
zdziwieniem.

- Zawróćmy lepiej, zanim zabłądzimy - powiedział cicho.

Ale już zabłądziliśmy i dopiero po serii pytań i niezbyt zrozumiałych wyjaśnień dotarliśmy 
do hotelu.

Z tarasu dochodziła muzyka. Mimo że oboje byliśmy zmęczeni, chcieliśmy jeszcze 
zerknąć na tańczących. Gdybym oczekiwała taranteli lub innych tańców ludowych, 
doznałabym zawodu. Ludzie poruszali się w takt współczesnej muzyki, którą można było 
usłyszeć wszędzie wokół Morza Śródziemnego.

- Chodź, usiądziemy - zaproponował Scott. W świetle kolorowych lampionów jego oczy 
miały ponury wyraz. Nie powinien był pić whisky po tak długim odosobnieniu, 
pomyślałam. Starałam się stłumić nerwowe napięcie, które czułam w jego obecności.

Usiedliśmy przy stoliku w ciemnym kącie tarasu, jednak zauważono nas. Po chwili jakiś 
mężczyzna stanął przy nas, ukłonił się lekko w stronę Scotta i spytał po angielsku z 
włoskim akcentem:

- Pozwoli pan?

Zanim zdążyłam zaprotestować, Scott skinął głową i pozostało mi tylko podnieść się i 
pozwolić otoczyć ramionami. Poruszał się lekko... Jak czający się drapieżnik, 
pomyślałam. Jednak sposób, w jaki mnie prowadził, sprawił, że czułam się zarówno 
elegancka, jak i podziwiana.

Nie odważyłam się na niego spojrzeć, patrzyłam prosto przed siebie. Zauważyłam szarą 
marynarkę - i nagle wiedziałam, z kim tańczę.

58

background image

Już trzeci raz był w pobliżu.

Cóż za wytrwały wielbiciel, pomyślałam naiwnie.

59

background image

ROZDZIAŁ XI

Powoli podniosłam głowę i spojrzałam mu w twarz. Musiał tego oczekiwać, bo od razu 
napotkałam spojrzenie ciemnych oczu... a doprawdy były to oczy, które potrafiły mówić... 
Miałam wrażenie, że mnie przyciągają, chcą, abym się w nich zatopiła. Instynktownie 
czułam, że powinnam uważać, jeśli chcę zachować godność i szacunek do siebie.

Cisza panująca między nami dodatkowo pogarszała sytuację, dlatego zaczęłam paplać o 
tym, jak pięknie jest na Sycylii. Zapytał, co było do przewidzenia, czy jesteśmy turystami. 
Zaprzeczyłam, mówiąc z dumą, że czeka nas tu ważne zadanie. Widać było, że mu to 
zaimponowało, więc mówiłam dalej. Wreszcie zapytałam o najkrótszą drogę do twierdzy. 
Wydało mi się wtedy, że drgnął, a jego ręce mocniej mnie przytrzymały. Ale zaraz 
wytłumaczył mi spokojnie, jak mamy iść.

Muzycy grali jeden z typowych włoskich utworów, pełnych gorzkiej melancholii. Solista 
śpiewał z zaangażowaniem. Wpływ wina i muzyki sprawił, że mój partner wydał mi się 
wręcz pociągający. No i miało to pewne skutki... Aż do momentu, gdy napotkałam 
spojrzenie Scotta. Sprowadziło mnie błyskawicznie na ziemię, a nawet więcej, poczułam 
rodzaj pogardy do siebie. Gdy taniec się zakończył, zostałam odprowadzona do stolika.

Scott był blady i milczący. Widziałam, że siedzi, zaciskając zęby.

- Zapłaciłem rachunek - rzucił, przejął bowiem resztę mojej kasy. Bez dania mi szansy na 
odpowiedź, wziął mnie za ramię i zaprowadził do hotelu aż pod nasze pokoje. - Można 
mieć słabość do takich kryminalnych typów, ale nie trzeba tego aż tak wyraźnie 
okazywać - syknął Scott, gdy już otworzyliśmy drzwi. Wyglądał na naprawdę 
rozzłoszczonego.

- Wcale mi się nie podobał. Był okropny - protestowałam - ale żeby zaraz kryminalny... to 
już za dużo. Był całkiem miły, powiedział mi zresztą, jak znaleźć drogę do twierdzy.

Scott zesztywniał i zbladł jak ściana.

- O czym ty mówisz? Jesteś pijana, czy ci całkiem odbiło? Powiedziałaś temu typowi, że 
mamy tam iść?! To jeden z tych, którzy mnie śledzili! Za późno się zorientowałem. Jak 
mogłaś być taka głupia?

Złapał mnie brutalnie za ramię i potrząsnął.

- Au! - zajęczałam. - Boli! Ale to ty zmusiłeś mnie do zatańczenia z nim, mimo że nie 
chciałam, jak i zresztą nie chciałam pić tego ostatniego kieliszka wina!

Zreflektował się.

60

background image

- Nie pijasz wina? - spytał.

- Prawie nigdy. Zawsze strasznie bałam się upić. A już kilka kieliszków wystarcza, abym 
poczuła jego działanie!

Patrzył na mnie zdziwiony. Masowałam bolące miejsca, rzucając mu pełne złości 
spojrzenia. Nie było już mowy o żadnej uprzejmości, czułam do niego wyłącznie niechęć.

Scott potarł czoło.

- Przepraszam, Synnøve - westchnął. - Powinienem być ostatnim, który namawiałby cię 
do picia wbrew twojej woli. Wiesz, matka przez ostatnie lata życia była właściwie 
alkoholiczką... Możesz mi wybaczyć? To się nigdy nie powtórzy, obiecuję. Rozzłościłem 
się, bo się wygadałaś, dokąd idziemy, a poza tym...

Przerwał gwałtownie, aż musiałam się zastanowić, co chciał dodać. Widok jego 
zakłopotanej twarzy poprawił mi nieco samopoczucie.

- Nie mogę już tego cofnąć, ale może da się coś naprawić? - spytałam ostrożnie.

- Nie - zaprzeczył spokojniejszym głosem - ale będziemy musieli wybrać się do twierdzy 
już dziś w nocy. Poczekamy, aż wszyscy pójdą spać. Możemy się przyłożyć na kilka 
godzin i wystartować około czwartej. Dobranoc.

- Dobranoc - odrzekłam pokornie.

Jednak już w kilka minut później pukałam do jego drzwi.

- Scott - powiedziałam niepewnie.

- Tak, wejdź.

Z policzkami płonącymi wstydem wśliznęłam się do środka. Przepraszającym tonem 
przedstawiłam mój problem.

- Trochę się za bardzo spieszyłam przy zdejmowaniu sukienki i suwak się zaciął. Czy 
mógłbyś... czy mógłbyś mi pomóc?

Scott uśmiechnął się krzywo.

- Po raz pierwszy słyszę, jak prosisz o pomoc - stwierdził. Był bez koszuli i gdy 
zobaczyłam jego ciało od szerokich ramion do wąskich bioder, przeszył mnie bolesny 
dreszcz.

Arne i tak jest ładniejszy, pomyślałam przekornie.

61

background image

No i zresztą nie tylko wygląd się liczy, dodałam niekonsekwentnie.

Scottowi trzęsły się dłonie, gdy próbował rozpiąć zamek, prawdopodobnie przez tę całą 
historię, którą zgotowałam. Sama też byłam tak zdenerwowana i zirytowana, że 
wydawało mi się, iż jego manipulacje trwają całą wieczność. Nagle pojawiła się myśl, że 
on przecież siedział w areszcie przez półtora roku, i sprawiła, że poczułam mrowienie w 
całym ciele, zupełnie jakby jego dłonie wysyłały impulsy elektryczne.

Nasunęło mi się całkiem zwariowane porównanie, że dotykanie Scotta było jakby 
wkładaniem palców w gniazdko elektryczne, a dotykanie Arnego - jakby w spodek 
letniego mleka...

- Czy skończysz wreszcie? - syknęłam i w tej samej chwili się zawstydziłam. - 
Przepraszam, chyba mi puszczają nerwy po dzisiejszym dniu.

- Nieważne - powiedział spokojnie. - No, już jesteś wolna.

- Dziękuję - rzuciłam i prawie uciekłam z jego pokoju. Nie mogłam tam zostać ani 
sekundy dłużej, bałam się własnych uczuć. Szczęściem pościel była cudownie chłodna i 
udało mi się szybko zasnąć.

Miałam niesamowite sny, z dżunglą, mięsożernymi kwiatami, szarymi garniturami i 
orientalnymi oczami. Dobrze, że przeszły w coś niezwykle ładnego, nie pamiętam, w co, 
ale gdy Scott przyszedł mnie obudzić w środku nocy, nadal byłam pod ich wrażeniem i 
wyciągnęłam do niego ramiona. Dopiero gdy spostrzegłam jego napiętą, zmieszaną 
twarz, obudziłam się naprawdę i opuściłam ręce.

- Czy już trzeba wstawać? - spytałam niewyraźnie.

- Tak - rzucił.

Ubrany był w spodnie i czarny golf. Gdy czekał na zewnątrz, założyłam cieplejszą 
sukienkę.

Obrzucił mnie obojętnym spojrzeniem.

- Nie masz spodni? - zapytał.

Pytanie tak mnie zaskoczyło, że odpowiedź wymknęła się sama z siebie.

- Nie, Arne nie pozwala...

Przerwał mi, zły:

62

background image

- Co, u diabła, się z tobą stało, Synnøve? Poznałem cię jako wolną i samodzielną osobę 
o własnym smaku i poglądach... A teraz pozwalasz traktować siebie w taki sposób?! 
Może dobrze jest próbować zmienić człowieka na lepsze, ale chcieć zrobić kogoś 
zupełnie innego, zmieniać według swojego, zresztą wątpliwego, gustu... o, nie!

Myślałam, że pęknę z oburzenia. Odpowiedź nasunęła mi się sama:

- Jestem zakochana w Arnem, od kiedy skończyłam czternaście lat, i to chyba się liczy!

Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym współczucia.

- Czy doprawdy uważasz, że to przemawia na twoją korzyść? Że zamykasz oczy na 
wszelkie argumenty i ślepo trzymasz się miłości z lat dziecinnych? Mnie wydaje się to 
raczej zastojem w rozwoju. To tak, jakbyś kochała się w aktorze filmowym!

Czułam, jak rumieniec wypływa mi na policzki. Lepiej będzie nie zdradzić się, że Arne 
właśnie stanowi wcielenie mojego idola.

- Kocham go - powtórzyłam z uporem.

- Dobrze, ale to i tak nie zmienia faktu, że nie masz długich spodni - skwitował Scott 
sucho. - Obawiam się, że ta sukienka okaże się niepraktyczna na dłuższą metę.

- Dlaczego?

- Czy ty uważasz, że jesteśmy na jakichś luksusowych wakacjach? - spytał gwałtownie. - 
Czy sądzisz, że Trygve Tor umarł całkiem przypadkowo? Nie, będziemy musieli walczyć 
zębami i pazurami, Synnøve.

- E, tam - zlekceważyłam jego słowa - jutro będziemy w drodze do Norwegii.

- Synnøve - zaczął Scott przez zaciśnięte zęby - zapłaciłem za hotel. Jak tylko 
odzyskamy dokumenty, musimy stąd uciekać. Nie zostało nam dużo pieniędzy.

- Ile?

- Prawie nic

Jednak ja, urodzona optymistka, nie przejęłam się tym.

- Jakoś to będzie!

- Tak sądzisz... - westchnął Scott zasępiony.

63

background image

Dotarliśmy do twierdzy bez żadnych przeszkód. Starożytna budowla zrobiła na mnie 
duże wrażenie. Scott natomiast bardzo się zdenerwował. Twierdza okazała się ogromna, 
a my nie mieliśmy żadnej wskazówki. Ryzykowaliśmy, że możemy szukać całymi 
godzinami bez rezultatu. Staliśmy w bramie. Kira pisała, że to było zabawne... Nie 
przypuszczała pewnie, że jej syn będzie szukał ukrytych dokumentów z narażeniem 
życia.

W końcu zaczęliśmy iść, przemykaliśmy się z pomieszczenia do pomieszczenia, 
wychodziliśmy poza obręb murów i znów wchodziliśmy przez kolejne bramy, a ja czułam, 
jak poczucie beznadziejności tego przedsięwzięcia niemal odbiera mi siły. Oddychałam z 
coraz większym trudem, aż wreszcie musiałam poszukać oparcia. Chciałam wziąć Scotta 
za rękę, ale cofnął ją natychmiast. To było jak uderzenie w twarz... Nagle jednak 
dostrzegłam, że stoi i świeci latarką na ścianę pomiędzy dwojgiem niskich żelaznych 
drzwi. Powędrowałam wzrokiem za światłem i zamarłam.

Zobaczyłam ledwo widoczne litery K.H., a pod spodem strzałkę wskazującą drzwi po 
lewej stronie.

Scott rzucił się do przodu i pociągnął za nie.

Wydawały się być zamknięte, ale gdy szarpnął ze wszystkich sił, otworzyły się z 
przeciągłym jękiem. Rdza posypała się na jego dłonie, nie zwrócił jednak na to uwagi.

- Ta część twierdzy jest zamknięta dla zwiedzających - wyszeptał.

Chciałam być pierwsza, więc przepchnęłam się przed niego i... ogromna pajęczyna 
osiadła mi na twarzy. Przerażona, wzdrygnęłam się. Gdyby Scott mnie nie przytrzymał, 
wpadłabym do ziejącej pode mną czeluści. Staliśmy tak przez chwilę, jego silne ramię 
otaczało mnie i czułam, że jego serce wali równie mocno jak moje. Tak blisko siebie 
jeszcze nie byliśmy, uwolniłam się więc szybko, zirytowana.

- Dzięki - bąknęłam - powinnam być ostrożniejsza.

Scott oświetlił niebezpiecznie strome schody. Zeszliśmy na dół i znaleźliśmy się w 
wąskim korytarzyku, gdzie było tak wilgotno i zimno, że zaczęłam szczękać zębami. 
Odniosłam wrażenie, że jesteśmy głęboko pod ziemią i że zaraz uduszę się w tej 
ciasnocie. Odetchnęłam z ulgą, gdy weszliśmy do jakiegoś dużego pomieszczenia.

Mogłoby się wydawać, że Kira Hollinger tu właśnie ukryła dokumenty, ale niestety. 
Zobaczyliśmy jedynie resztki łańcuchów przymocowane do ściany. To było więzienie!

Byliśmy kompletnie zdezorientowani. Nie widzieliśmy żadnego innego wyjścia. Scott 
posłał mi zdesperowane spojrzenie.

64

background image

- Miejmy nadzieję, że nikt nas nie śledził - powiedział. - Nie byłoby zbyt przyjemne zostać 
tu zamkniętym... nawet razem z tobą - dodał, widząc moją żałosną minę.

- Możesz sobie darować tanie komplementy - odcięłam się kwaśno. Za nic w świecie nie 
chciałam żadnej niepotrzebnie intymnej atmosfery pomiędzy nami.

Scott zaczął świecić latarką na mur. Nagle pochylił się i przesunął po nim ręką.

- Synnøve, chyba jesteśmy uratowani! - zawołał. - Jest tu jakaś klapa, całkiem przy 
ziemi. Musimy ją unieść.

Poszło łatwiej, niż przypuszczaliśmy.

Po podniesieniu klapy naszym oczom ukazał się wąski i ciemny korytarzyk. Dreszcz 
przeszedł mi po plecach. Widziałam po Scotcie, że też czuł się nieszczególnie.

- A więc i tu była moja matka. To niewiarygodne - rzekł zdumiony.

Przez chwilę staliśmy, zbierając odwagę. W końcu Scott pochylił się i wpełzł do środka 
zwinnie jak wąż. Przez moment kusiło mnie, aby zostać, jednak poszłam za nim. Nie 
chciałam czekać sama, a poza tym - co za przygoda! Ciekawość, co znajdowało się po 
drugiej stronie, okazała się silniejsza od strachu.

Gdy już dotarłam do końca korytarza, czułam się brudna jak kominiarz. Ogarnęła mnie 
dławiąca klaustrofobia i ucieszyłam się, gdy Scott pomógł mi stanąć na nogi. 
Pomieszczenie okazało się maleńkie i tak niskie, że Scott musiał pochylać głowę.

- Pewnie siedzieli tu co lepsi więźniowie - powiedział cicho.

Pierwsze, co wpadło mi w oko, to czaszka stojąca na małej półce w ścianie. Podeszłam 
bliżej. Podziwiałam pięknie sklepione czoło. Sądząc po zębach, czaszka musiała być 
pozostałością po bardzo młodym człowieku. Może po królewiczu zagradzającym drogę 
do tronu innemu pretendentowi?

Ostrożnie starłam z niej kurz i zajrzałam do oczodołów. Nagle zesztywniałam.

- Scott, możesz mi pomóc? Poświeć na tę czaszkę, szybko!

Aż mi nadepnął na stopę z pośpiechu, ale nawet nie odczułam bólu. W świetle latarki 
oboje zauważyliśmy przyklejoną tasiemkę z literami K.H.

- Dokumenty! - zawołał Scott i wsadził dłoń pomiędzy szczęki czaszki. Gdy wyciągnął 
rękę, trzymał coś w palcach. Zgnieciony papier, będący zapewne dokumentem.

65

background image

- Ech, mamo - wykrzyknął pomiędzy płaczem a śmiechem. - Cóż powiedzą teraz ci ważni 
panowie? Koncern „Kira” będzie zmuszony do kupienia żelazka. Naprawdę, 
zorganizowałaś nam ciekawą pogoń za skarbem...

- Może brakowało jej wrażeń - powiedziałam cicho.

Scotta ogarnęły wspomnienia, tak że na chwilę niemal zapomniał, gdzie i w jakim celu 
się znajduje.

- Tak, to na pewno. Matka była wspaniałą kobietą, zanim... zachorowała. Zresztą 
przypominała twoje dawne, żądne przygód „ja”. Zupełnie nie pasowała do świata 
finansjery. Pamiętam, jak kiedyś na jakimś większym przyjęciu zjechała po poręczy 
schodów. Goście doznali szoku.

Zaśmiał się, ale w jego śmiechu zabrakło radości.

- To musiała być jej ostatnia przygoda. A potem ten straszny upadek...

Zamilkł.

- Sądzisz, że to samo stanie się ze mną? - spytałam cicho. To przywróciło go do 
rzeczywistości. Uśmiechnął się do mnie serdecznie.

Trwało to tylko chwilę. Jego twarz znowu przybrała surowy wyraz i odwrócił się.

- Może. Jeżeli temu Arnemu uda się zdławić twoją osobowość, to na pewno pójdziesz tą 
samą drogą!

Chciałam zaprotestować, ale nie zdołałam.

Scott wygładził dokumenty i wsadził je do kieszeni. Mogliśmy ruszać z powrotem.

Mimo że cieszyłam się ze znaleziska, nie zdołałam opanować niechęci do przeciskania 
się tym ciasnym korytarzem. Poza tym cały czas myślałam, kogo możemy spotkać u jego 
wylotu...

Wreszcie poczułam dłoń Scotta na mojej. Pomógł mi wstać. Z radości zarzuciłam mu 
ręce na szyję i przytuliłam się. Zrobiłam to instynktownie, nie mogłam się powstrzymać. 
Obejmował mnie przez chwilę, jakby rozumiejąc mój nastrój.

W drodze powrotnej z twierdzy czekałam tylko, aż jakiś kamień spadnie z góry i trafi 
Scotta albo że zza rogu wyskoczy ktoś ze wzniesionym do ciosu sztyletem... Byłam 
sztywna ze strachu. Nic się jednak nie zdarzyło. W przypływie nagłej radości aż 
zatańczyłam kilka kroków.

66

background image

- Nie wyzywaj losu - powiedział Scott cicho, ale słyszałam wyraźnie, że i on się cieszy.

Zaczęło już świtać. Morze wyglądało wspaniale. Kusiło nas, aby pobiec ku brzegowi, 
rzucić się w niebieskie fale i zmyć z siebie cały kurz i brud. Niestety, jedyne, na co 
mieliśmy czas, to szybki prysznic w hotelu i przebranie się w coś lżejszego. Założyłam 
znów tę wzorzystą sukienkę i rozejrzałam się po pokoju. Na walizkach zauważyłam 
lornetkę Scotta. Wzięłam ją i podeszłam do okna, chciałam zobaczyć, czy nie ma 
jakiegoś statku.

Nastawiając lornetkę, trzymałam ją skierowaną w dół. Nagle wzdrygnęłam się, a serce 
skoczyło mi do gardła. Patrzyłam prosto w oczy mojego wielbiciela z poprzedniego 
wieczora. Siedział w samochodzie z dwoma jeszcze towarzyszami i patrzył dokładnie w 
moje okno.

67

background image

ROZDZIAŁ XII

W pierwszym odruchu chciałam poderwać się do panicznej ucieczki, ale zrozumiałam, że 
ten człowiek nie mógł mnie widzieć.

Siedział na przednim siedzeniu. Gdyby chodziło mu tylko o mnie, byłby pewnie sam, ale 
miał jeszcze dwóch towarzyszy. Gdy wreszcie zrozumiałam, co to oznacza, serce 
przestało mi bić ze strachu i nieomal zemdlałam. Najbardziej przeraził mnie mężczyzna 
za kierownicą. Był chudy, o bezczelnym spojrzeniu i cały czas zwilżał usta językiem, co 
nieodparcie przywodziło na myśl węża.

To musiał być ten mężczyzna, o którym opowiadał Scott. A mój kawaler to oczywiście ten 
w typie wszystkich skandynawskich dziewczyn... Rozumiałam je dobrze. Sądziłam, że 
potrafię trzeźwo oceniać sytuację, a jednak i ja uległam jego niemal zwierzęcemu 
magnetyzmowi. A co dopiero jakaś naiwna nastolatka marząca o romantycznej 
przygodzie na południu... Biedne dziewczynki...

Ale kim był ten trzeci? Nie mogłam mu się przyjrzeć, siedział ukryty.

Ostrożnie wycofałam się od okna. Wszedł Scott, jeszcze mokry, z koszulką przyklejoną 
do ciała.

- Co się stało, Synnøve? Jesteś zupełnie zielona!

Opowiedziałam o tym, co zobaczyłam. Scott wziął lornetkę i przyjrzał się samochodowi i 
jego pasażerom, pewien, że ich rozpozna.

- Tak, to ci dwaj - pokiwał głową. - Trzeciego nie mogłem dobrze zobaczyć. No, musimy 
wymknąć się tylnym wyjściem.

Byłam gotowa, więc wkrótce schodziliśmy po schodach z lekkim bagażem w rękach. 
Nocny portier spojrzał na nas zdziwiony, ale Scott zareagował szybko.

- Moja żona zyskała tutaj wiernego wielbiciela - rzucił. - Ten osobnik nie podda się, zanim 
nie osiągnie swego celu, nawet otoczył hotel. Musimy dyskretnie zniknąć.

To wyjaśnienie trafiło Włochowi do przekonania. Mrugnął do nas i uśmiechnął od ucha do 
ucha.

- Rozumiem - powiedział, machając ręką na pożegnanie. Wyszliśmy do ogrodu. 
Niechętnie pospieszyłam za Scottem. Było tu tak ładnie! Dlaczego nie mogliśmy jeszcze 
zostać? Dlaczego musieliśmy wymykać się jak najgorsi przestępcy?

68

background image

Bocznymi ulicami wydostaliśmy się na drogę wyjazdową na Katanię. Stał przy niej jakiś 
motel, weszliśmy więc i zamówiliśmy po kawie i małym kieliszku brandy dla 
wzmocnienia.

- Czy jeździ tędy dużo samochodów w kierunku Katanii i Messyny? - zagadnął Scott 
barmana.

Mężczyzna zaśmiał się.

- Dobrze trafiliście! Widzicie tamten samochód? - spytał i wskazał na dużą ciężarówkę 
stojącą przy dystrybutorze paliwa. - To Peppino. Jedzie do Villa San Giovanni na 
Półwysep. Porozmawiam z nim, na pewno was zabierze. Una bella straniera!

Spojrzał na mnie z zachwytem, przytknął palec wskazujący do policzka i pokręcił nim. Był 
to gest wyrażający uznanie, tego zdążyłam się dowiedzieć.

Gdybyśmy nawet mieli obawy co do uczciwości tego Peppina, zniknęłyby one po naszym 
przywitaniu się z nim. Miał twarz sycylijskiego chłopa, czy może raczej rybaka - szczerą i 
pogodną. Czarne kręcone włosy stanowiły oprawę dla szerokiego czoła, zmęczonych 
oczu o przyjacielskim wejrzeniu i ładnych, stanowczych ust. Spojrzenie, którym mnie 
obdarzył, gdy wspięłam się na przednie siedzenie i wcisnęłam pomiędzy niego i Scotta, 
ogrzało moje serce.

Samochód odpalił z wielkim hałasem. Było tak głośno, że chciałam zatkać uszy palcami. 
Ale w zasadzie nie miało to znaczenia, i tak nie pogadałabym z kierowcą.

By nie przeszkadzać przy zmianie biegów, przysunęłam się jak najbliżej Scotta. Ciepło 
jego nogi przenikało przez moją sukienkę i wkrótce oboje spływaliśmy potem.

Upajałam się wspaniałym krajobrazem: górami widniejącymi w oddali za wzgórzami i 
pustkowiem urozmaicanym kępami drzew oliwnych i pomarańczowych. Pobudzał 
wyobraźnię, ale jednocześnie sprawiał, że poczułam się osamotniona. Dlatego było miło 
znów zobaczyć tłumy ludzi, gdy dotarliśmy do Katanii. Rynek wypełniali czarno ubrani 
mężczyźni, którzy rozmawiali, gestykulując. Sądząc z ich podnieconych głosów, mówili o 
polityce. Zdziwiłam się, że nie ma wśród nich żadnej kobiety, ale pewnie żony, 
narzeczone i córki siedziały grzecznie w domach i szyły lub haftowały.

Na ścianie kina wisiał wielki plakat przedstawiający Anitę Ekberg z „La dolce vita”, 
wyblakły pod promieniami nielitościwego słońca, jednak wciąż przykuwający wzrok. Nie 
wiem, dlaczego aktorka przypomniała mi pewnego „wielbiciela” w szarym garniturze. 
Może dlatego, że oboje emanowali tym samym rodzajem fizycznego, wręcz zwierzęcego 
przyciągania? Myśl o tajemniczym Włochu obudziła we mnie na nowo strach. Miał 
inteligentne oczy... Jak zdołamy się wymknąć takiemu człowiekowi? Zna kraj na pewno 
sto razy lepiej niż Scott.

69

background image

Nieco za Katanią Peppino zatrzymał się na filiżankę kawy. Gdy wszedł do baru, znów 
ogarnął mnie lęk. Miałam wrażenie, że pełznie mi po nogach i zagnieżdża się w dole 
brzucha. Podróżowaliśmy w tak powolnym tempie, a gdzieś za nami byli oni...

- Muszę zadzwonić do Arnego! - wybuchnęłam.

- Za co? - spytał Scott rzeczowo. - Nie mamy nawet na znaczki.

- No tak... To źle. Ale on mógłby mi coś przysłać.

- Nie sądzisz, że mogę postarać się sam o pieniądze bez proszenia tego tam Arnego? - 
zaperzył się Scott. - Tylko że teraz jest to po prostu niemożliwe!

- Mamy za dużo bagaży - powiedziałam w zamyśleniu. - Moglibyśmy coś sprzedać. 
Trochę moich ubrań...

- I moją lornetkę! Kupiłabyś sobie spodnie.

- I zadzwoniła do Arnego!

- Idź do diabła! - wykrzyknął Scott, lecz zreflektował się szybko. - Przepraszam.

Ale znów byliśmy nieprzyjaciółmi.

Dziwne, wszystko układało się dobrze, póki żadne z nas nie wymieniło imienia Arnego.

Och, jakże tęskniłam za jego spokojem! Tak różnił się od tego żaru, który niósł w sobie 
Scott i który odbierał mi pewność siebie.

Poczucie wspólnoty ze Scottem okazało się ułudą, przekonywałam samą siebie. Zrodziło 
się tylko dlatego, że byliśmy rodakami w obcym kraju, na dodatek ściganymi przez 
prześladowców. Spojrzałam spod oka, zła, na jego klasyczny profil.

Mijało nas wiele samochodów. W każdym z nich widziałam naszych wrogów i uważałam, 
że jadą podejrzanie powoli. Dlatego z radością powitałam Peppina wychodzącego z 
baru. Niósł mnóstwo wielkich pomarańczy. Owoce nie były ani trochę kwaśne jak te 
kupowane w Norwegii i spływały słodkim, wspaniałym sokiem. Myślę, że ani Scottowi, 
ani mnie nic jeszcze nigdy tak bardzo nie smakowało.

Gorąco sprawiło, że staliśmy się apatyczni. Siedzieliśmy tylko i gapiliśmy się przed 
siebie, nie odczuwając ani strachu, ani zdenerwowania. A może to ten niezwykły spokój 
Peppina zaczął się nam udzielać?

Niespiesznie minęliśmy słynne plantacje pomarańczy w Acireale i wkrótce znaleźliśmy 
się pod Taorminą. Przed sobą mieliśmy stromą, krętą drogę wiodącą do miasta. 

70

background image

Wszystko wydawało się podejrzanie idylliczne, bardziej przypominało podróż poślubną 
niż niebezpieczną przygodę. Minęliśmy długi rząd wózków zaprzężonych w osły. Pod 
każdym z nich, pomiędzy kołami, biegł przywiązany pies. W końcu nie mogłam się 
powstrzymać i jęknęłam ze współczuciem. Dłoń Scotta natychmiast przykryła moją. 
Rozumiał mnie! Ale wcale mi się to nie podobało, byłam przecież dziewczyną Arnego! I to 
już od wielu lat!

Zbliżaliśmy się do przeprawy w Messynie. Przez otwarte okno wpadał świeży wiatr od 
morza. Scott powiedział, abym położyła głowę na jego kolanach, gdyż mnie najłatwiej 
byłoby rozpoznać... gdyby pojawił się pewien ciemnozielony samochód. Sam wcisnął 
głęboko na oczy stary kapelusz od słońca, który Peppino miał w szoferce.

Na prom dostaliśmy się bez żadnych problemów. Villa San Giovanni po drugiej stronie 
wydawała się być blisko. Wiedziałam, że z ulgą powitam stały ląd, nie chciałam już dłużej 
być uwięziona na wyspie.

Leżąc tak z policzkiem na kolanie Scotta słyszałam łomotanie z maszynowni i chlupot fal 
o burty. Wydawały mi się cudowną muzyką. Niestety, leżałam tak skręcona, że w końcu 
złapał mnie skurcz... i nie puszczał, mimo że usiłowałam zmienić pozycję.

- Muszę wysiąść - wystękałam. - Skurcz mnie złapał...

- Przecież nie możesz - zaprotestował Scott. Próbował masować moją nogę, ale to nie 
pomagało.

Zacisnęłam zęby, aby nie krzyczeć z bólu.

- Pewnie jesteś przemęczona - stwierdził Scott. - Skurczów dostaje się z wyczerpania. 
Dobra, idź! Ale pamiętaj, tylko raz naokoło samochodu!

Zestawił mnie na pokład i pokuśtykałam wzdłuż ciężarówki, opierając się o nią. Czułam, 
jak skurcz powoli mija. Gdy byłam z tyłu samochodu, dotarła do mnie muzyka.

- O saraceno, o saraceno - śpiewał chrapliwy arabski głos. Zobaczyłam grupę młodzieży 
skupioną wokół tranzystora, po kociemu smukłe dziewczyny i mocniej zbudowanych 
chłopaków siedzących wprost na pokładzie. Gdy utwór się skończył, poszłam dalej. Było 
ciasno, gdyż koło naszej stała inna wielka ciężarówka. Z rosnącym uczuciem paniki 
wcisnęłam się między te dwa kolosy.

Nie wiem, co się stało potem. Usłyszałam słaby szelest, coś zakryło mi nos i usta, a 
duszący, słodki zapach odebrał mi oddech. Czułam, że zapadam się w przepaść.

Ogarnęła mnie ciemność...

71

background image

ROZDZIAŁ XIII

Z ciężkiej walki z koszmarami obudziło mnie klepanie po policzkach. Przez chwilę było 
mi z tym nawet dobrze, ale klepanie stawało się coraz mocniejsze, więc otworzyłam 
oczy.

Nadal znajdowałam się na pokładzie promu. Siedziałam oparta o zakurzone koło 
ciężarówki.

Peppino ze zmartwioną miną przykucnął przede mną, zalewając potokiem 
niezrozumiałych słów.

- Pobrudziłam sukienkę - wymamrotałam. - Co powie Arne?

Zaraz jednak dotarł do mnie bezsens tego stwierdzenia.

- Co się stało? Gdzie jest Scott? - pytałam, próbując jednocześnie odzyskać jasność 
umysłu.

Peppino gadał dalej. Strasznie chciało mi się pić i byłam raczej w kiepskiej formie. 
Ostrożnie poruszyłam głową i rozejrzałam się. Prom stał już w porcie.

- Scott? - spytałam. - Mon amigo?

Czułam, że mówię bardziej po hiszpańsku niż włosku, ale Peppino i tak odpowiedział mi 
długą przemową. Z oderwanych słówek i gwałtownych gestów zdołałam zrozumieć, że 
Scott postanowił mnie szukać i też przepadł. Gdy prom dopłynął do brzegu, Peppino 
zaczął się niepokoić... no i znalazł mnie. Scotta widział tylko przez chwilę. Wrzucono go 
do samochodu, który właśnie znika za rogiem.

- Och, Scott! - jęknęłam, ponieważ był to właśnie ten samochód, który czekał na nas pod 
hotelem. A więc płynęliśmy tym samym promem... - Dzięki, Peppino - rzuciłam, 
uściskałam go i pobiegłam.

- Bagaże! - zawołał za mną.

- Możesz je wziąć! - krzyknęłam. - No tempo!

Miało to oznaczać „nie mam czasu”, a pewnie znaczyło coś innego... Nie, nie miałam 
powodów do chwalenia się moim włoskim.

Na nabrzeżu stał skuter z kluczykiem w stacyjce. Bez chwili zastanowienia i wyrzutów 
sumienia uruchomiłam go i ruszyłam w pogoń.

Miałam szczęście, tył samochodu dostrzegłam daleko przed sobą na drodze.

72

background image

Muszę oddać ten skuter, myślałam w roztargnieniu. Nie będę złodziejem... nawet dla 
Scotta.

Nawet dla Scotta? Naprawdę muszę wziąć się w garść! On nic dla mnie nie znaczył, w 
każdym razie nie więcej niż jakikolwiek inny człowiek w niebezpieczeństwie.

Sukienka furkotała za mną w pędzie, ale nie miałam czasu przejmować się takimi 
drobiazgami. Ze wzrokiem wbitym w samochód gnałam naprzód, nie mając pojęcia, 
dokąd.

Nie wiem, jak długo tak jechaliśmy, lecz wreszcie w jakimś małym miasteczku samochód 
skręcił w przecznicę. Teraz prowadziłam skuter ostrożniej. Pragnienie niemal sklejało mi 
usta i przyprawiało o ból gardła i piersi, jednak nic nie mogłam na to poradzić. Nadal 
odczuwałam skutki działania środka oszałamiającego, głowa mi pękają, a za każdym 
razem, gdy podskakiwałam na nierówności, miałam ochotę rzucić gdzieś ten skuter i 
położyć się, choćby i przy drodze...

Samochód kluczył ciasnymi uliczkami, aż wreszcie zatrzymał się przed pobielonym 
domem z wysokimi, wąskimi oknami i niskimi drzwiami.

Cicho wtoczyłam skuter na chodnik i oparłam o ścianę. Stało tam dużo samochodów, 
miałam więc nadzieję, że prześladowcy mnie nie zauważą.

Scott został brutalnie wepchnięty do środka przez trzech mężczyzn. Zamknięto drzwi.

Poznałam już na tyle włoskie domy, że bez trudu znalazłam tylne wejście. Było otwarte, 
więc wśliznęłam się do wnętrza. Nie miałam żadnego planu, działałam spontanicznie.

Usłyszałam podniesione męskie głosy dochodzące z pokoju obok. Nie mogłam rozróżnić 
ani kto mówił, ani co. Przyłożyłam ucho do ściany.

Myśli kłębiły mi się w głowie... Miałam wpaść sama do tego pokoju, czy raczej poszukać 
pomocy? Już zaczynałam się przychylać do drugiej możliwości, gdy nagle drzwi się 
otworzyły i z pokoju wyszedł mężczyzna. Poczułam lodowaty chłód, dojrzawszy jego 
twarz, której miałam nadzieję nigdy już nie zobaczyć. Te nieco wyłupiaste oczy, wąskie 
usta stale zwilżane długim, obrzydliwym językiem...

Wydawał się być równie zszokowany jak ja. Najpierw sprawiał wrażenie zdziwionego i 
przestraszonego, jednak szybko zmienił wyraz twarzy. Jego wężowata głowa zaczęła się 
zbliżać do mojej, aż wreszcie złapał mnie brutalnie za ręce i przytrzymał.

Zaczęłam krzyczeć. Zatkał mi dłonią usta, czułam, że się duszę...

Ale nadszedł ratunek.

73

background image

- Guido - zabrzmiał rozkazujący głos i dłoń przykrywająca moje usta natychmiast się 
cofnęła. Guido jak szczur uciekł z powrotem do pokoju. Zobaczyłam swego 
wczorajszego „wielbiciela”. Miał na sobie błękitną koszulę i od razu przyznałam w duszy, 
że było mu w niej do twarzy! Podkreślała złocistobrązowy odcień jego skóry. Włosy 
wydawały się czarne z niebieskim połyskiem. Znów poczułam to dziwne przyciąganie!

Nie wiem, czy to moje oczy coś zdradziły, czy wyraz twarzy, ale mężczyzna nagle 
roześmiał się. Jego śmiech starł wszystko, co wydawało się prostackie czy brutalne w 
jego rysach. Sprawił, że ogarnęła mnie ochota, by go bliżej poznać. Poza tym tak mi 
ulżyło zniknięcie Guida! Zapomniałam, że mój wybawca może być jeszcze bardziej 
niebezpiecznym wrogiem.

Mężczyzna widać wyczuł, o czym myślę, gdyż spojrzał na mnie z błyskiem w oku.

- Guido, przynieś coś do jedzenia i picia dla dziewczyny! - zawołał.

Coś do picia!... Z przerażenia niemal zapomniałam o dręczącym mnie pragnieniu. 
Powróciło teraz z podwójną siłą i gdy dostałam szklankę czerwonego wina, chwyciłam ją 
drżącymi dłońmi i opróżniłam duszkiem. Dostałam też bułkę z serem i pochłonęłam ją 
niemal w tym samym tempie. „Wielbiciel” siedział na krześle. Patrzył na mnie cały czas, 
ale nie czułam się z tym źle. Myślę, że byłam nazbyt zszokowana, aby odczuwać strach.

- Mam na imię Giancarlo - odezwał się. - A ty?

Przełknęłam ostatni kęs.

- Synnøve - przedstawiłam się cicho.

- Chcesz papierosa?

Zapalił jednego i włożył mi go w usta. Nie zdążyłam odpowiedzieć, że nie palę, od kiedy 
jestem dorosła i już mi wolno.

Tytoń dodatkowo nasilił oszołomienie wywołane przez wino.

Gdy Giancarlo zobaczył moją reakcję, zabrał mi papierosa. Usiadł blisko i otoczył mnie 
ramieniem. Ogarnęło mnie dziwne uczucie... nieprzyjemne i miłe jednocześnie. Myślę, że 
wpadłam w rodzaj jakiegoś transu. W każdym razie siedziałam spokojnie, nie odsunęłam 
się nawet o centymetr.

- Spójrz na mnie - rozkazał mi swym niskim głosem. Za nic w świecie bym się na to nie 
odważyła, więc wbiłam wzrok w jego szyję tam, gdzie złoty krzyżyk błyszczał na tle 
brązowej skóry. Serce waliło mi mocno, czułam się oszołomiona. Zła byłam, że wypiłam 
to wino, ale wiedziałam przecież, że nie mogłam zrobić inaczej - tak chciało mi się pić!

74

background image

Ponieważ nie usłuchałam rozkazu, uniósł mój podbródek palcem wskazującym, aż nasze 
oczy się spotkały. Czułam się jak zahipnotyzowana.

- Pozwolę ci odejść - usłyszałam jego dobiegający jakby z oddali głos - jeśli obiecasz, że 
nic nikomu nie powiesz. Ten mężczyzna i tak nic dla ciebie nie znaczy. Mieliście osobne 
pokoje...

I tu Giancarlo zrobił błąd: przecenił swą siłę przyciągania. Nagle stanęła mi przed oczami 
twarz Scotta, jego szlachetne rysy, szczere spojrzenie...

W jednej chwili skoczyłam ku drzwiom do sąsiedniego pokoju. Giancarlo okazał się 
równie szybki i złapał mnie za sukienkę. Starałam się wyrwać, ale bałam się, że sukienka 
się podrze. Innej nie miałam...

Giancarlo złapał mnie wpół, twarz miał całkiem zmienioną złością i wysiłkiem. 
Przyciągnął mnie do siebie. Dziwne, nie czułam strachu ani bólu, tylko chłodno 
oceniałam szanse ucieczki.

- Co to za hałasy? - usłyszałam nowy głos. Zerknęłam w stronę, skąd dochodził, i 
zdążyłam jeszcze rozpoznać motocyklistę o wydatnej dolnej szczęce, zanim Scott rzucił 
się na niego i obalił go na ziemię. Wężowaty Guido musiał chyba akurat wyjść, bo Scott 
natychmiast zaatakował Giancarla.

Wtedy oczywiście musiałam włączyć się do bójki. Przydały się wszystkie chwyty 
zapamiętane z dzieciństwa. Po chwili obaj prześladowcy zostali związani i 
unieszkodliwieni. Oczy Giancarla przypominały teraz oczy rannego zwierzęcia. 
Wydawało mi się, że mówią: „Mimo wszystko nadal cię lubię. Żałuję tylko, że stoisz po 
niewłaściwej stronie”.

Z dziką satysfakcją słuchałam najgorszych przekleństw, które miotał po norwesku 
motocyklista.

- Świetnie, Synnøve - powiedział Scott i ucieszyło mnie to bardziej niż wszystkie 
pochwały Arnego.

Nie przeszkadzało mi nawet, że jego słowa dotyczyły czegoś tak wątpliwie pozytywnego 
jak umiejętność bicia się.

75

background image

ROZDZIAŁ XIV

Scott wyciągnął do mnie rękę.

- Pospieszmy się, Synnøve, zanim wróci ten trzeci.

Zdążyłam już się przyzwyczaić, że był ode mnie silniejszy, więc zaskoczyło mnie jego 
zmęczenie. Słaniał się niemal, twarz miał bladą i poobijaną. Musiałam mu pomóc wyjść 
na ulicę. Ożywił się, gdy odetchnął chłodnym powietrzem.

- Oj, to już wieczór - zdziwiłam się.

- Błogosławiony wieczór - dodał Scott i wziął mnie za rękę. - Łatwiej uciekniemy.

- Gdzie właściwie jesteśmy? - wyszeptałam.

- W Nicastro, w Kalabrii. Musimy się pospieszyć. Nie zapominaj, że mamy trzech 
wrogów. Jak mnie znalazłaś?

- Wyjaśnię ci innym razem - odpowiedziałam szybko. - Co oni ci zrobili?

- Nie używali jedwabnych rękawiczek, to pewne - próbował się uśmiechnąć. - Sądzę, że 
zamierzali mnie zabić. Nie, wolałbym o tym teraz nie mówić...

- Przepraszam.

Ścisnęłam jego dłoń. Była lodowata.

- Nie chcesz chwilę odpocząć? - spytałam zaniepokojona.

Zatrzymał się. Stał, kiwając się na boki, i wycierał pot z twarzy.

- Och, Scott! - zawołałam ze współczuciem. - Mogę ci jakoś pomóc?

- Nie, musimy iść dalej.

- Tędy - wskazałam drogę.

Kwiaty jaśminu pachniały oszałamiająco, ale jak zwykle nie mieliśmy czasu na zachwyty. 
Skuter stał nadal oparty o ścianę.

- Spójrz - rzekłam dumnie. - Prawdziwy kradziony towar, który oczywiście zwrócę na 
miejsce!

Scott podszedł do skutera i obejrzał go przy świetle latarki - naszego jedynego bagażu.

76

background image

- Wspaniały! - wykrzyknął. - Myślę, że jesteśmy uratowani!

Przetoczył pojazd o kilka przecznic, usiadł, a ja za nim. Nie miałam wątpliwości, że czeka 
nas ciężka jazda.

- Dasz radę prowadzić? - spytałam zaniepokojona.

- Powiem ci, kiedy wylądujemy w rowie - oświadczył spokojnie.

Wkrótce Nicastro pozostało już za nami. Jechaliśmy na północ. Reflektor oświetlał drogę 
i porastające pobocza krzaki. Objęłam Scotta w pasie i przytuliłam policzek do jego 
pleców. Dobrze było znów być razem z nim.

Od strony gór dobiegł nas niski pomruk. Staraliśmy się go zbagatelizować, ale wkrótce 
stało się oczywiste, że goni nas burza!

Scott zjechał na pobocze i zatrzymał się.

- Jeżeli nas zmoczy, będzie źle! - stwierdził. - Nie mamy innych ubrań. A dokumenty? Z 
papierowej masy nie będzie pożytku.

- Nie zabrali dokumentów? - zdziwiłam się.

- Nie. Pewnie uważali pułapkę za tak pewną, że się nie spieszyli.

- To możliwe - przytaknęłam. - Sądzę jednak, że będą bezpieczniejsze u mnie. Przecież 
oni myślą, że to ty je masz.

Usłyszałam jego śmiech.

- Nie myśl, że ci nie ufam, ale gdzie zamierzasz je schować?

Zmieszałam się. Rzeczywiście, nie pomyślałam o tym.

- Nie sądzę, aby najważniejsze dokumenty szacownego koncernu „Kira” czuły się 
najlepiej w twoim staniku - żartował Scott.

Uśmiechnęłam się, zażenowana.

Burza zbliżała się nieubłaganie. Chmury zagęściły się ponad naszymi głowami i nagle 
nad górami uderzył piorun. Tak wielkiej i rozgałęzionej błyskawicy jeszcze nie widziałam!

Jednocześnie jednak zauważyliśmy coś innego... Coś przerażającego, ale dającego nam 
nadzieję. Na tle nieba rysowały się ruiny.

77

background image

- Musimy tam dotrzeć! - zawołał Scott. - Nikt nie będzie nas tam szukał.

- Zwariowałeś? - Zimne dreszcze już zaczęły przebiegać mi po plecach.

Scott spojrzał na mnie.

- Czy przeżyłaś kiedyś śródziemnomorską burzę? - spytał.

Zaprzeczyłam.

- W takim razie bądź cicho i choć raz zrób, co mówię. Wyobrażaj sobie, że jestem 
Arnem.

- To niemożliwe.

Odwrócił się i spojrzał oczami błyszczącymi niechęcią.

- Dzięki! To najlepszy komplement, jakim mogłaś mnie obdarzyć - powiedział złośliwie.

Przegrałam!

Scott znalazł drogę prowadzącą w stronę ruin. Była niemal nieprzejezdna, biedny skuter 
jechał ostatkiem sił, aż wreszcie nastąpiło to, czego się od dawna obawiałam: skończyła 
się benzyna. Ponieważ i ja przekonałam się o konieczności zdobycia dachu nad głową, 
wspólnymi siłami pchaliśmy pojazd dalej i osiągnęliśmy cel, zanim rozszalała się ulewa.

Idąc tym, co kiedyś było główną ulicą, pilnie uważałam, aby nie oderwać wzroku od 
pleców Scotta. Nie odważyłabym się spojrzeć na bok, bałam się tego, co mogłabym 
zobaczyć.

Scott zajęty był pchaniem skutera, a zresztą na pewno nie wierzył w duchy.

Po chwili poszukiwań znaleźliśmy kościół z resztką dachu. Weszliśmy do środka, 
wepchnęliśmy też skuter. Scott znalazł zaciszny kącik. Nadal starał się sprawiać 
wrażenie silnego. Zanim jednak usiedliśmy, jego organizm zareagował na ostatnie trudne 
przeżycia. Prawdopodobnie podczas jazdy Scott był spięty do ostateczności, a gdy 
dotarliśmy w bezpieczne miejsce, nerwy mu puściły. Był na granicy omdlenia, nagle po 
prostu opadła mu głowa. Bardzo się przestraszyłam, objęłam go i oparłam o siebie.

- Źle się czujesz, Scott? - spytałam.

- Nie... trochę mi się kręci w głowie... i tak strasznie chce mi się pić i jeść - wyjąkał.

78

background image

Coś mi to przypomniało. Wcisnęłam dłoń do tylnej kieszeni jego spodni i już wiedziałam, 
dlaczego coś mnie uwierało w brzuch podczas jazdy. Miał tam wielką pomarańczę. 
Pewnie chciał ją zjeść później, ale nie było kiedy. A teraz zabrakło mu siły.

Błyskawicznie obrałam owoc, podzieliłam na cząstki i zaczęłam karmić Scotta. 
Momentami zasypiał, ale nie poddawałam się, dopóki nie zjadł wszystkiego.

- Jesteś taka miła - powiedział niewyraźnie i poklepał mnie jak wiernego psa. Wytarłam 
mu usta skrajem sukienki, a on zasnął. Ani grzmoty, ani błyskawice nie były go już w 
stanie obudzić.

Ja jednak zasnąć nie mogłam. Przytuliłam się ciasno do Scotta. Był ciepły i ciężki od snu, 
a właśnie ciepła potrzebowałam najbardziej. Leżałam na kamiennej posadzce i czułam, 
jak zimno powoli przenika mi przez ubranie. W końcu miałam na sobie tylko letnią 
sukienkę bez rękawów! Z szeroko otwartymi oczami liczyłam sekundy pomiędzy 
błyskawicą a grzmotem, podczas gdy myśli krążyły wokół tego, że ukryliśmy się w 
ruinach na szczycie wzgórza. Pewnie były bezpieczniejsze miejsca...

Deszcz padał przez pęknięcie w dachu i tworzył kałużę na kamiennej podłodze. Nasze 
miejsce było suche, od czasu do czasu padała na nas jakaś zabłąkana kropla. 
Poprawiłam rękę pod głową Scotta, a myśli pobiegły do Norwegii i czekającego tam na 
mnie Arnego. Na pewno zamartwiał się, gdzie jestem. Ostatni raz z nim rozmawiałam, 
jeszcze zanim odnalazłam Scotta. Nic nie wiedział o naszych przygodach ani grożącym 
niebezpieczeństwie.

Jednak jakoś nie mogłam skoncentrować się na wspominaniu Arnego. Starałam zebrać 
się w sobie, wręcz zmusić się do tego. Arne był zawsze taki miły, zajął się mną, tyle dla 
mnie zrobił. To nieprawda, że zabił moją osobowość! On chciał mi tylko pomóc stać się 
lepszym człowiekiem.

Ziewnęłam. Poczułam się nagle taka samotna. Żeby tak móc z kimś porozmawiać! 
Scott...

Bywał nieprzyjemny i irytujący, ale zawsze dobrze się z nim gadało. Nawet przez 
moment chciałam go obudzić.

Oczywiście nie zrobiłam tego. Leżałam tylko i czułam, jak ogarnia mnie coraz większe 
zdenerwowanie. Nie mogłam zasnąć. Arne był tak bardzo daleko, leżałam w okropnie 
niewygodnej pozycji, nie cierpiałam Scotta za to, że mnie tu wpakował... Ale ze mnie 
idiotka, jeszcze niedawno go żałowałam! Dlaczego to wszystko stało się aż tak trudne?

Rozżaliłam się nad sobą i zaczęłam pociągać nosem. Wkrótce łzy popłynęły na wyścigi z 
deszczem na dworze.

79

background image

Musiałam w ten sposób odreagować wyczerpanie, bo potem nic już nie pamiętałam. 
Widocznie po prostu zasnęłam, a gdy się obudziłam, był już ranek. Ukośne promienie 
słońca padały na podłogę, grzejąc mi stopy.

Ostrożnie wyśliznęłam się na zewnątrz.

Miasteczko w świetle dnia nie wyglądało wcale przerażająco. Stapiało się z naturą. 
Szczątki murów zarastały kwiaty i krzewy. Podeszłam bliżej i odkryłam mnóstwo wielkich, 
soczystych czarnych jagód! Zaczęłam je zbierać, używając sukienki jako koszyka. Nadal 
byłam zziębnięta, ale słońce grzało mocno, ogrzewając zarazem i humor. Gdy już nie 
miałam gdzie kłaść jagód, wróciłam do kościoła i obudziłam Scotta. Przypominał 
zmęczone dziecko, ale ucieszył się z niespodzianki. Brakowało śmietany i cukru, lecz 
mimo to posiłek okazał się udany.

- Można o tobie powiedzieć dużo różnych rzeczy, Synnøve, ale kilka dobrych cech masz 
na pewno - przyznał Scott z takim wyrazem twarzy, że mu uwierzyłam.

Po śniadaniu zafundowaliśmy sobie chwilę luksusu. Znaleźliśmy słoneczną polankę za 
kościołem i padliśmy na trawę, która już wyschła po deszczu. Zerknęłam na Scotta. 
Leżał na plecach z zamkniętymi oczami. Mimo brudu i zadrapań jego twarz nadal była 
ładna. Znów poczułam ogarniający mnie ten dziwny niepokój, jakbym... Nie, nie chcę 
takich myśli! Wstałam i patrzyłam na dziki górski krajobraz udekorowany wijącymi się, 
białymi drogami. Ten wspaniały widok przypomniał mi jednak, gdzie jesteśmy... Kalabria 
była znana ze swych bandytów jak Sycylia z mafii. A jeśli wylądowaliśmy w centrum 
rewiru jakiejś bandy?

Scott musiał pomyśleć to samo, bo podniósł się i założył koszulę.

- Chyba nigdy nie wyglądałaś ładniej - wymknęło mu się. - Ostatnie przygody nie 
zostawiły na tobie żadnych śladów.

Zamilkł, nieco zmieszany. Po raz pierwszy go takim widziałam. Zwykle okazywał tyle 
pewności siebie, że aż trudno było z nim wytrzymać. Ale jego słowa sprawiły mi 
przyjemność, większą niż cokolwiek innego.

- Słuchaj, Synnøve - powiedział szybko, wręcz za szybko, jakby chciał zmienić temat - 
jeśli będziemy się trzymać mniejszych dróg i dotrzemy do wybrzeża Adriatyku, myślę, że 
pozbędziemy się tej trójki. Jednak to może zająć dużo czasu, a nie mamy go zbyt wiele... 
Pieniędzy też, a bez jedzenia i picia... - Pokręcił głową. - Może jednak lepiej trzymać się 
tej strony? Na pewno jest to bardziej niebezpieczne, ale... - tu popatrzył na mnie 
znacząco - jeśli będziemy czujni i nie damy się nikomu oczarować, to myślę, że 
wydostaniemy się z Włoch z dokumentami.

80

background image

- Nie bądź głupcem - prychnęłam. - Jedyne, co może nam teraz przeszkodzić, to jakaś 
włoska piękność uwodząca ciebie!

- Nie sądzę, aby to wchodziło w grę - stwierdził i spojrzał na mnie wymownie. Pod jego 
wzrokiem zaczerwieniłam się aż po koniuszki uszu. Gdy Scott zauważył moją reakcję, 
wyglądał, jakby dostał kopniaka w brzuch. Napięcie między nami osiągnęło punkt 
krytyczny.

Odwróciłam oczy.

- Gdybym tylko mogła zadzwonić do Arnego - bąknęłam wbrew samej sobie.

- Właśnie - zgodził się chyba po raz pierwszy Scott.

Zerknęłam na niego i to wystarczyło, aby wszystko stało się jasne. Nagle zrozumiałam, 
że używaliśmy imienia Arnego jako deski ratunku, i nie mogłam powstrzymać śmiechu. 
Scott zrozumiał mnie i też zaczął się śmiać.

Czy to sprawiło poczucie ulgi, czy ten piękny poranek, nie wiem, ale nie mogliśmy 
przestać się śmiać. Było to wspaniałe i oczyszczające.

W końcu zdołaliśmy się opanować, jednak między nami zrodziło się coś nowego... coś 
czystego i ładnego!

81

background image

ROZDZIAŁ XV

Opuszczenie wzgórza samo w sobie było przeżyciem. Ponieważ droga biegła w dół, 
siedzieliśmy na skuterze i śmigaliśmy przez krainę spowitą lekką mgiełką. Wkrótce 
znaleźliśmy się na głównej drodze, wcale nie przypominającej autostrady. Cadillac 
pewnie by tu nie pasował, ale „nasz” skuter wydawał się wprost stworzony do takich 
warunków. Wierzyłam, że dałby radę każdemu zakrętowi, gdybyśmy tylko mieli benzynę.

Droga okazała się na tyle uprzejma, że biegła jeszcze kawałek w dół. Spadek stawał się 
jednak coraz słabszy, aż wreszcie skuter ledwo się toczył.

Dostrzegłam jednak szansę ratunku...

- Stacja benzynowa! - zawołałam. Nigdy przedtem brzydki szyld nie obudził we mnie 
takich emocji.

- No i co z tego? - rzucił Scott obojętnie. - Nie mamy pieniędzy na benzynę.

- A latarka? - spytałam.

Prychnął tylko. Mimo to zatrzymał się i z wahaniem wtoczył skuter na stację. Aby móc się 
chwilę zastanowić, weszliśmy do baru.

I to był nasz błąd. Jagody, choć wspaniałe, okazały się niezbyt sycące. W barze otoczył 
nas cudowny zapach kawy i świeżych bułeczek. Głód niemal mnie zamroczył.

- Och, Scott - jęknęłam błagalnie.

Westchnął.

- I jaki ze mnie milioner - powiedział gorzko - jeśli nie mogę zafundować nikomu nawet 
filiżanki kawy.

Stanęliśmy bezradni przy końcu baru. Nagle zrozumiałam dzieci z nadzieją przylepiające 
nosy do witryny z ciastkami...

Za oknem zobaczyłam kilka miejscowych kobiet z koszami na głowach.

Miały grube, niemal wulgarne rysy twarzy, ale mimo to wydały mi się interesujące, Scott 
podzielał widać moją opinię, bo także patrzył na nie z ciekawością. Pomyślałam, że 
przyjemnie byłoby podróżować z nim i poznawać Włochy w roli turystów. Przepraszam, 
oczywiście miałam na myśli podróżowanie z Arnem.

Moje spojrzenie powróciło do drożdżówek i brzuch niemal rozpłakał się z tęsknoty za 
nimi.

82

background image

Nie zauważyłam nawet, kiedy zyskaliśmy sąsiada przy barze. Zdziwiona popatrzyłam na 
wysoką, szczupłą i elegancką kobietę stojącą przy nas. Włoska dama z wyższych sfer, 
pewna siebie, obyta, ze spojrzeniem łowcy pierwszej kategorii. Ubrana była w spodnie, 
żółty jedwabny żakiet i biały golf, wspaniale kontrastujący z kruczoczarnymi włosami. 
Obrzuciła mnie szybkim, obojętnym spojrzeniem i skupiła zainteresowanie na Scotcie. 
Zagadała coś do niego po włosku tak szybko, że zrozumiałam ledwo połowę. Scott 
odpowiedział po angielsku, co było uprzejmym gestem w moją stronę. Wyczuł chyba, że 
potrzebuję wsparcia i pewności siebie w obliczu tego zjawiska!

Dama chciała wiedzieć, czy dotrzymamy jej towarzystwa przy filiżance kawy. Kopnęłam 
Scotta w kostkę, aby przypadkiem nie odmówił. Ale chętnie na to przystał i wkrótce 
siedzieliśmy we troje przy stoliku. Włoska piękność poczęstowała Scotta papierosem i 
zaczęli rozmawiać. Zauważyłam, że obserwuje mego towarzysza z niemal czułym 
wyrazem twarzy. Zrozumiałam, dlaczego, gdy spojrzałam na niego jej oczami. Choć 
nieco poturbowany, i tak wydawał się nad wyraz pociągający!

Co by dopiero zrobiła, gdyby zobaczyła Arnego, próbowałam przekonywać samą siebie, 
ale... nie miałam pewności co do rezultatu.

Jasne było jedno: czarnowłosa piękność najchętniej by się mnie pozbyła. Nie dziwiło 
mnie to specjalnie: moja sukienka była poplamiona i brudna, a kurz włoskich dróg 
pokrywał grubą warstwą moją skórę i włosy. Ponieważ jednak nie zwracałam niczyjej 
uwagi, poczęstowałam się jeszcze dwiema bułkami.

Już po kilku minutach dama przedstawiła się. Nazwisko okazało się za długie do 
zapamiętania, ale prosiła, aby mówić na nią Donna, tak jak jej wszyscy przyjaciele. 
Wyjechała właśnie z Taorminy i udawała się do domu, do Florencji. Gdybyśmy chcieli 
wstąpić do niej po drodze, z chęcią zajęłaby się nami i pokazała „serce Italii”. To, czego 
ona nie wiedziała o Florencji, nie było warte poznania, stwierdziła i posłała Scottowi 
najgorętsze spojrzenie, jakie można sobie wyobrazić.

Razem wyszliśmy z baru. Idąc obok dwojga tak urodziwych ludzi, czułam się jak piąte 
koło u wozu. Gdy Donna ujrzała skuter, skrzywiła się.

- Zostawcie ten wrak tutaj i jedźcie ze mną - zaproponowała. - Dotrzecie szybciej na 
miejsce.

Szerokim, pełnym gracji gestem wskazała jednocześnie na samochód zaparkowany przy 
drodze. Nie wierzyłam własnym oczom. To był maserati.

Usłyszałam westchnienie Scotta. Serce zaczęło mi bić mocniej. Gdyby Donna 
rzeczywiście nas podwiozła, nasi prześladowcy nigdy by nas nie dogonili.

Nagle radość zastąpił jednak strach. Mogła istnieć jeszcze inna możliwość...

83

background image

Napotkałam wzrok Scotta i odczytałam w nim to samo podejrzenie. Nasza nowa 
przyjaciółka mogła przecież być narzeczoną gangstera!

Zobaczyłam błysk w jego oku i zaciśnięte szczęki. Zrozumiałam, że postanowił podjąć 
ryzyko.

Znalazł kierowcę, który zgodził się dostarczyć skuter na nabrzeże w Villa San Giovanni. 
Odetchnęłam z ulgą, że nie będę już musiała czuć się jak złodziejka. Posłaliśmy 
skuterowi ostatnie pełne wdzięczności spojrzenie, gdy załadowywano go na ciężarówkę.

Donna chciała oczywiście, aby Scott siedział przy niej, z przodu. Ja musiałam się 
zadowolić tylnym siedzeniem.

Nasz anioł opatrzności należał do tych kierowców - ekwilibrystów, którzy mogą 
swobodnie rozmawiać, jadąc z prędkością znacznie przekraczającą dozwoloną. 
Siedziałam jak na szpilkach i miałam ochotę prosić Donnę albo o zamknięcie buzi, albo o 
zwolnienie tempa jazdy. Ona nie zwracała na mnie uwagi, tylko paplała ile sił, uwodziła 
Scotta i czuła się wspaniale. Kilka razy puściła nawet kierownicę, aby zademonstrować, 
jak dobrzy są kierowcy we Florencji.

Widziałam wyraźnie, że Scott siedział spięty. Za każdym razem, gdy Donna wykonywała 
któryś ze swoich ryzykownych manewrów, za co w Norwegii pozbawiono by ją prawa 
jazdy do końca życia, posyłał jej ostre spojrzenie. Także i na to nie zwracała uwagi. 
Przeciwnie, wydawało się, że bawi ją nasze zdenerwowanie.

Scott odwracał się często w moją stronę. Miałam wrażenie, że boi się tylko ze względu 
na mnie. Ta myśl dodawała mi otuchy, pomagała rozplątać supły, które czułam w moim 
biednym brzuchu.

Za którymś razem, gdy śmigaliśmy krawędzią wzgórza, mając pod sobą przepaść, 
wyciągnęłam rękę i wbiłam palce w ramię Scotta. Zrobiłam to nieświadomie, jednak gdy 
przykrył moją rękę swoją ciepłą, mocną dłonią i ścisnął, poczułam się niezwykle. Było to 
coś silniejszego od woli i zdrowego rozsądku. Marzyłam tylko o jednym: aby wziął mnie 
w ramiona i chronił przed wszystkimi przestępcami i szalonymi kierowcami.

Była to, jak na mnie, myśl niezwykła. Sprawiła, że mój świat, zdominowany dotychczas 
przez Arnego, zachwiał się w posadach.

Minęliśmy miasteczko jak z bajki, przypominające sznur różowych pereł rozciągnięty 
wzdłuż morza z szafirów i turkusów. Donna poinformowała, że to zjawisko nazywa się 
Salerno. Wkrótce znaleźliśmy się na zatłoczonej drodze łączącej miasto z Neapolem i 
wtedy naprawdę zaczęłam żałować, że spotkaliśmy tę Donnę z jej maseratim. Twarz 
miałam sztywną i bladą od ciągłego strachu wywoływanego jej szalonymi manewrami. 
Jedyną zaletą naszej zwariowanej jazdy było to, że żaden samochód nas nie 

84

background image

wyprzedził... Zostawialiśmy za sobą jednego obrażonego kierowcę za drugim. Gdybym 
miała pokusić się o ich sklasyfikowanie, wygraliby pyzaci neapolitańczycy jadący z 
kobietami, którym chcieli zaimponować. Oni byli najbardziej rozzłoszczeni, starali się nas 
gonić aż do momentu, gdy woda gotowała się im w chłodnicach.

Z wielką ulgą powitałam Neapol. Oszołomieni, na miękkich kolanach wygrzebaliśmy się z 
samochodu. Na Donnie podróż nie pozostawiła żadnego śladu. Starannie zamknęła 
samochód i poprowadziła nas przez ruchliwe miasto.

- Jeżeli macie coś w kieszeniach, to uważajcie - ostrzegła. - Możecie to stracić, zanim się 
spostrzeżecie. Tutaj dużo dzieci wychowuje się na kieszonkowców. To ich jedyne źródło 
utrzymania.

Scott szybko wsadził rękę do prawej kieszeni. Donna uśmiechnęła się domyślnie. Miałam 
wrażenie, że wiedziała, co on tam trzyma. Przeszedł mnie zimny dreszcz, mimo że tego 
wieczora termometry wskazywały dobrze ponad dwadzieścia stopni.

Nasza dobrodziejka nalegała, abyśmy zjedli z nią kolację. Z oczywistych powodów nie 
mogliśmy odmówić. Znalazła wspaniałą restauracyjkę w bocznej uliczce. Widać było, że 
mamy do czynienia z osobą znającą swoją Italię. Oczywiście, usiadła blisko Scotta, ale 
byłam taka głodna, że nawet nie mrugnęłam.

Z pomocą szefa kuchni zamówiła fantastyczny posiłek składający się ze specjałów 
kuchni neapolitańskiej, a potem przeprosiła nas na chwilę i wyszła z sali.

- A co będzie, jeśli jednak jest wrogiem i właśnie dzwoni do pomocników? - wyszeptałam. 
- Mamy uciekać?

- Nie wiem - odpowiedział Scott. - Ale intuicja podpowiada mi, że zainteresowanie, które 
okazuje mojej skromnej osobie, nie jest spowodowane żadnymi zaginionymi 
dokumentami.

Obdarzyłam go cukierkowym uśmiechem. Zanim jednak zdołałam coś odpowiedzieć, 
Donna zjawiła się przy stole otoczona intensywnym zapachem perfum. Ten zapach, 
świeżo uszminkowane usta i przyczernione brwi rozwiały moje wątpliwości. Nie mogła 
jednocześnie dzwonić i poprawiać makijaż.

Zjadłam całą kolację bez słowa, Donna natomiast mówiła bardzo dużo. Starała się także 
co jakiś czas kłaść dłoń na ręce Scotta. Najpierw czułam nieuzasadnione ukłucie w 
sercu, jednak gdy spostrzegłam, że czuł się coraz bardziej niepewnie w obliczu jej 
gorących ataków, sytuacja zaczęła mnie nawet bawić. Scott spostrzegł to i posyłał mi 
coraz bardziej mordercze spojrzenia. Z trudem powstrzymywałam wybuch śmiechu.

85

background image

Pod koniec deseru Donna powiedziała coś, co sprawiło, że niemal się udławił. Odwrócił 
się do mnie, blady jak ściana.

- Pyta, czy może nam zafundować pokój w hotelu - zakomunikował po norwesku.

Uśmiechnęłam się.

- Byłoby miło - odrzekłam niewinnie. - Nic złego się chyba nie stanie.

- Tak sądzisz? - syknął. - Siedzi i cały czas pieści mnie stopami. Nie mam ochoty zostać 
uwiedziony!

- Naprawdę to robi?! - wybuchnęłam i poczułam, jak policzki mi płoną z obrazy. Jak 
mogła czynić przy mnie jakieś awanse mojemu mężowi!

Scott jakby czytał moje myśli.

- Spokojnie, Synnøve. Ona nie wie, że jesteśmy małżeństwem - wyjaśnił szybko.

Jego słowa sprawiły, że poczerwieniałam jeszcze bardziej. Nagle zaczęłam się 
zastanawiać, jakby to było być naprawdę jego żoną. Zerknęłam na niego ukradkiem. 
Siedział swobodnie, głowę odchylił lekko do tyłu, nareszcie dobrze widziałam jego 
chłopięcy profil. Ciemne włosy spadały jak zawsze na czoło, dodatkowo podkreślając 
jego zawadiacki wygląd. Gdy pomyślałam o małżeństwie z nim - o takim istniejącym nie 
tylko na papierze - znów poczułam to niezrozumiałe mrowienie wzdłuż pleców. Wyjście 
za niego za mąż na pewno nie oznaczałoby ustatkowania się, to oczywiste.

Potrząsnęłam głową. Nie wolno mi było tak myśleć, powinnam raczej zająć się innymi, 
ważnymi sprawami.

- Tak, ale pomyśl, Scott - szepnęłam proszącym tonem - to będzie hotel! Czysta pościel, 
kąpiel i... pewnie uda nam się zadzwonić do Norwegii! To nas może uratować. A ty 
zdołasz chyba jakoś obronić się przed słabą kobietą, nawet gdyby wyszła dziś w nocy na 
polowanie?

- Chyba nie znasz Włoszek jej klasy - odrzekł Scott posępnie. Nagle rozjaśnił się. - Mam 
pomysł! - rzucił ożywiony. - Będziesz miała ten pokój, nie martw się. Ale pamiętaj, sama 
tego chciałaś...

Ostrzegał mnie! Ale nie rozumiałam, dlaczego, dopóki nie weszliśmy do hotelu, 
luksusowego zresztą, gdzie Scott pociągnął mnie do recepcji. Tam Donna poprosiła o 
dwa pokoje: jeden dla siebie i drugi dla państwa Hollinger.

Zatkało mnie z przerażenia. A więc tak to obmyślił! Jednak na protesty było już za późno.

86

background image

Kolana zaczęły mi drżeć...

87

background image

ROZDZIAŁ XVI

Powiedzieliśmy sobie dobranoc w korytarzu. Donna potrząsnęła zachęcająco swoim 
kluczem w stronę Scotta. Zrobiło mi się za nią wstyd. Nie współczułam jej jednak, gdyż 
było oczywiste, że zwykle otrzymywała to, czego chciała.

Scott zmarszczył brwi i powiedział po włosku coś, co i ja zrozumiałam.

- Nie, Donna, nie przyjdę do ciebie. Rozumiesz, ja kocham moją żonę.

Okazał się naprawdę zdolnym aktorem...

Gdy już znaleźliśmy się w pokoju, Scott usiadł na podwójnym łożu.

- No więc - zaczął agresywnie - masz to, czego chciałaś. Pokój hotelowy.

Byłam zmęczona i otumaniona szarpiącą nerwy podróżą, dlatego nie chciało mi się nic 
mówić. Padłam na fotel.

- Nie widzę w tym nic niemoralnego - kontynuował Scott. - W końcu jesteśmy 
małżeństwem.

Na to już musiałam zareagować.

- Czuję się bardziej żoną mego narzeczonego niż twoją - syknęłam.

- No coś ty - żachnął się - przecież nie będę wykorzystywał sytuacji!

Od razu pożałowałam moich słów.

- Przepraszam cię - powiedziałam tak ciepło, jak umiałam. - Wiem, że tego nie zrobisz. 
No i w ogóle byłeś wspaniały. Jestem tylko taka zmęczona i... rozumiesz, Arne tak długo 
się starał, aby mnie zmienić, a ty żądasz, żebym nagle zachowywała się tak jak dawniej. 
Gdybyś tylko wiedział, jak często chciałam być taka jak zwykle, cieszyć się życiem, 
zapominając o konwenansach! Sprzeciwiałam się, naprawdę! A teraz... jeśli chcesz 
wiedzieć, to ta cała wyprawa strasznie mi się podoba.

Gdy zobaczył mój smutny uśmiech, wyciągnął do mnie ramiona.

- Chodź - szepnął miękko. - Widzę, że potrzebujesz małego wsparcia. Nie bój się, 
zachowam neutralność. Mimo że nie cierpię tego całego Arnego, szanuję twoją lojalność.

Bez sprzeciwu przeniosłam się na łóżko. Położył moją głowę przy swojej szyi i ostrożnie 
pogładził po plecach. Westchnęłam głęboko, zadowolona.

88

background image

- Ach, jak za tym tęskniłam w czasie tej szalonej jazdy! Jakże chciałam znaleźć się w 
twoich ramionach! Czy nie jestem przypadkiem nielojalna wobec Arnego? - zakończyłam 
przestraszona.

Scott zaśmiał się czule.

- Nie sądzę, abyś mogła być nielojalna wobec kogokolwiek, Synnøve - oświadczył z 
powagą. - Jesteś najbardziej uczciwą osobą, jaką znam.

Przysunęłam się do niego jeszcze trochę.

- Scott - szepnęłam. - Mamy z Arnem swoje dewizy życiowe. On uważa, że się niczym 
nie różnią, ale ja tak nie myślę. Możesz to rozsądzić?

- Chętnie.

- Moja brzmi tak: „Rób, na co masz ochotę, byle nie zranić ani nie skrzywdzić nikogo”. A 
jego tak: „Bierz, ile się da, aby tylko nikt się nie dowiedział”.

Poczułam, jak napinają się jego mięśnie.

- I to on usiłuje zrobić z ciebie lepszego człowieka! - stwierdził szyderczo.

Westchnęłam.

- Och, Scott, dlaczego to wszystko musi być takie trudne...

Długo nie odpowiadał.

- Dla tego, kto próbuje działać, nie raniąc nikogo, życie zawsze będzie trudne - 
usłyszałam w końcu.

Nie za bardzo rozumiałam, co miał na myśli, ale jego słowa mnie uspokoiły. Zamknęłam 
oczy, potarłam nosem jego szyję, chcąc znaleźć najprzyjemniejsze w niej zagłębienie, i 
wdychałam ciepły, męski zapach skóry Scotta, Czułam, jak jego dłonie gładzą moje 
plecy, i było mi bardzo dobrze. Ogarnął mnie błogostan.

Ale jak długo może coś takiego trwać?

- Zanim zaśniesz... Miałaś zadzwonić do Arnego? - spytał nagle.

- No tak, oczywiście! - Zerwałam się na równe nogi, pełna poczucia winy.

Donna na pewno nie zbiednieje, jeśli będzie musiała zapłacić za rozmowę z Norwegią...

89

background image

Gdy czekałam na połączenie, Scott poszedł do łazienki. Wreszcie, po kilku „halo?”, 
usłyszałam głos Arnego.

- Synnøve?! Gdzież ty się podziewasz?!

- O, Arne! - wykrzyknęłam niemal histerycznie. - Arne, kocham cię!

Przez kilka sekund w słuchawce panowała cisza.

- Synnøve, co się stało? - spytał wreszcie podejrzliwie.

- Potrzebuję cię, Arne. Muszę mieć kogoś pewnego, solidnego, taką opokę, rozumiesz? 
Tak się boję. To jakaś przepaść...

- Synnøve - przerwał ostro - jesteś pijana czy chora, co się stało?!

- Przepraszam - odpowiedziałam apatycznie. - To wszystko przez to straszne zmęczenie, 
Arne. Jestem w Neapolu, odnalazłam Scotta, śledzą nas i nie mamy pieniędzy.

- Czekaj, to trochę za dużo na raz. Jak to możliwe, że nie macie pieniędzy? Typek jest 
milionerem, a ty też zabrałaś ze sobą niemało!

Arne zawsze zwracał uwagę na sprawy najistotniejsze... dla niego.

- Ech, długo by trzeba tłumaczyć - zniecierpliwiłam się. - Proszę cię, Arne. Czy mógłbyś 
zorganizować trochę pieniędzy do odebrania w Rzymie?

- Spokojnie - rzucił szybko. - Wydawało mi się, że jesteście w Neapolu. Zostańcie tam. 
Podaj mi adres, to przyjadę jak najszybciej.

- Nie mogę, jesteśmy w potrzasku. A Scott musi dotrzeć do Rzymu, bo tam odda 
dokumenty i zorganizuje pieniądze dla siebie.

- Ale jak się tam dostaniecie?

- Jakoś to będzie. Musimy tylko wiedzieć, że otrzymamy tam pomoc...

- Gdzie teraz mieszkacie? Skąd dzwonisz? Mówiłaś przecież, że nie macie pieniędzy?

Westchnęłam. Doprawdy bywał irytujący. Ale może mu jednak powiedzieć? Nie podda 
się tak łatwo.

- Pomaga nam pewna bardzo bogata i miła dama - wyjaśniłam. - Mieszkamy w 
luksusowym hotelu, a ona zapłaciła i za pokój, i...

90

background image

Okrzyk Arnego sprawił, że słuchawka zadrżała.

- Za pokój!

Odetchnęłam głęboko. Po co mu to mówiłam?..

- Spokojnie, Arne - tłumaczyłam. - Wszystko jest w porządku. To żaden skandal. Mimo 
wszystko on jest moim mężem...

Czułam, jak stara się opanować kolejny wybuch.

- Synnøve, mówiłaś coś o przepaści?

- Tak... miałam na myśli, że nas śledzą.

- Trzy minuty - odezwał się metaliczny głos w słuchawce.

Błyskawicznie umówiliśmy się na spotkanie w Rzymie i pożegnaliśmy się nerwowo.

Scott wynurzył się z łazienki z ręcznikiem przewieszonym przez nagie ramię. Uśmiechnął 
się pytająco. Gdy zobaczyłam, jaki jest zrelaksowany i beztroski, rzuciłam zirytowana:

- Idź sobie! Właśnie skończyłam rozmawiać z Arnem i chcę się jeszcze chwilę tym 
nacieszyć!

Wycofał się bez słowa.

- Scott, nie chciałam tego tak powiedzieć! - zawołałam za nim. - Chodź, proszę cię!

Wrócił. Spytałam lekkim tonem:

- Ty nie będziesz dzwonił?

- Do kogo? Możliwe, że niepotrzebnie za każdym krzakiem widzę czającego się wilka, 
ale mam wrażenie, że muszę być ostrożny. Nie mogę zatelefonować do banku, bo 
uważają mnie tam za oszusta. Do biura w Rzymie powinienem pójść osobiście. Sądzę, 
że nie chcieliby ze mną gadać, gdybym zadzwonił i powiedział: „Cześć, to ja, Scott. 
Możecie mi dać trochę pieniędzy?”

- A biuro Trygve Tora?

Wyglądał, jakby poczuł w ustach coś naprawdę obrzydliwego.

- I co, rozmawiać z jego sekretarką, piękną Ritą? - niemal wypluł to imię. - Nie, dziękuję. 
Poznałaś Donnę... Przy Ricie to istna zakonnica!

91

background image

Stanęła mi przed oczami posągowa piękność o purpurowych włosach.

- Czyżby chciała cię zdobyć? - spytałam na pozór obojętnie.

- A zgadnij! - odpowiedział, kładąc koszulę na krześle. - Gdy dałem jej do zrozumienia, 
najłagodniej jak tylko potrafiłem, że traci czas, znienawidziła mnie. No, ale teraz może 
dla przyzwoitości poszłabyś do łazienki? Chciałbym się położyć...

Zawstydzona zniknęłam w łazience.

Miałam tam sporo roboty. Moje zakurzone ubranie plus koszula Scotta zostały starannie 
uprane i powieszone. Jego niegdyś białe, a obecnie czarnoszare spodnie zostawiłam, jak 
były.

Zresztą hotelowe mydełko nigdy by się z nimi nie uporało.

Wreszcie mogłam owinąć się ręcznikiem i wrócić do pokoju. Scott zgasił światło po 
swojej stronie łóżka i leżał odwrócony plecami. Wśliznęłam się pomiędzy cudownie 
czyste prześcieradła i zgasiłam moją lampkę. No i już wiedziałam, jak to jest zasypiać w 
tym samym pokoju z mężczyzną.

Intensywnie czułam jego bliskość.

Wreszcie usłyszałam ciche pytanie:

- Co mówił Arne?

Powtórzyłam.

- Rozumiem. Dobranoc, Synnøve.

- Dobranoc, Scott.

Przerwał milczenie po minucie:

- Dlaczego powiedziałaś, że nie możemy na niego zaczekać? Że jesteśmy w potrzasku?

Odwróciłam się na plecy, aby mógł mnie lepiej słyszeć.

- Bo wpadł mi w oko pewien ciemnozielony samochód tu w Neapolu - wyjaśniłam. - Nic 
nie mówiłam, bo nie chciałam cię martwić.

- Ależ Synnøve! - Scott był wzruszony i oburzony jednocześnie. - Czy nie powinniśmy się 
dzielić naszymi niepokojami?

92

background image

- Tak, ale masz ich tyle. I jeszcze mnie na karku.

- O, nie - rzekł z uśmiechem. - To ci się nie uda. Dobranoc.

- Dobranoc! Zresztą nic nie miało mi się udawać.

Zaśmiał się przekornie.

Oczywiście nadal nie mogłam zasnąć. Za dużo myśli przelatywało mi przez głowę.

- Spisz? - wyszeptałam po chwili.

- Nie.

- Dlaczego nie poszedłeś na policję tu we Włoszech?

Odwrócił się do mnie i oparł na łokciu.

- Przecież właśnie stamtąd wracam! Półtora roku znajomości wystarczy mi aż nadto. 
Poza tym, co mógłbym im powiedzieć? Jak miałbym im to wytłumaczyć? Miałbym 
narazić cały koncern, odsłaniając tajemnicę?

- A czy nie moglibyśmy udawać turystów napastowanych przez kilku nieprzyjemnych 
typów?

Zaśmiał się drwiąco.

- Zapominasz, że istnieje coś takiego, jak dokumenty. Co powiedzieliby na fakt, że 
siedziałem za przemyt marihuany?

- Masz rację - westchnęłam.

- Synnøve - zaczął i zaraz przerwał.

- Tak?

- Nie, nic.

- No powiedz!

- Nie spodobałoby ci się to - mruknął i położył się na plecach.

Nic więcej nie uzyskałam. Rozzłościłam się, gdyż jego ton był tak ciepły i zapowiadał 
nowe, niezwykle kuszące rzeczy.

- Scott, jaki jest twój brat? - spytałam po chwili.

93

background image

- Myślisz, że to on? Nie, Synnøve, nie sądzę, aby to on za tym stał. Zawsze był dobrym 
starszym bratem, zajmował się mną i pomagał. Nie, to nie Dag.

- Tak, ja też go polubiłam. A dyrektor Nilsen?

- Kto? A, ten wazeliniarz?

- Jak go nazwałeś?

- Przepraszam za wyrażenie. Niech będzie: taki, który chce się piąć do góry za wszelką 
cenę. Ale zawiódł się. Chciałem, żeby to Dag został szefem, i tak się stało.

- Gdy rozmawiałam z Nilsenem, wydawał się sztywny ze strachu.

Scott zaśmiał się.

- Nie dziwi mnie to. Boi się mojego powrotu. Wie, że go nie cierpię. Uważają mnie za 
humorzastego, więc obawia się, że od razu go wyleję. Ale czy nie powinniśmy trochę 
pospać?

- Dobry pomysł. Ale nie będę ci życzyła więcej dobrej nocy, bo będzie już zbyt dobra...

- Wątpię.

Nie mam pojęcia, co chciał przez to powiedzieć.

94

background image

ROZDZIAŁ XVII

Bladym świtem staliśmy na drodze wylotowej z miasta.

Scott zostawił w hotelu list do Donny, w którym podziękował za pomoc i wytłumaczył, że 
musieliśmy jak najszybciej ruszyć w drogę. Ona chciała zostać w Neapolu jeszcze jeden 
dzień.

Ludzie uważali pewnie, że jesteśmy parą autostopowiczów, a nie ofiarami bezlitosnych 
przestępców. Nikomu zapewne nie przyszło na myśl, że w każdej chwili mogliśmy zostać 
zabici, a nasze ciała mogły być odnalezione dopiero po kilku tygodniach albo 
miesiącach.

- Jesteś pewna, że widziałaś ich samochód? - spytał Scott.

- Nie, wcale nie jestem pewna - przyznałam. - Był do niego podobny.

- Może to nie oni - zastanawiał się. - Chociaż nigdy nie wiadomo. Mogli nas minąć, gdy 
spaliśmy w ruinach.

- Mogli też nas wyprzedzić dziś w nocy. Scott, oni mogą czaić się wszędzie! Nigdy nie 
będziemy bezpieczni...

Zastanawiał się, stojąc ze spuszczoną głową. Był zasępiony.

- Synnøve - zaczął, patrząc na mnie z powagą.

- Co takiego? - spytałam z lękiem.

- Miałem zły sen...

- E, tam - przerwałam mu. - Sny nic nie znaczą.

- Chciałbym się mylić - westchnął. - Ale jeśli coś miałoby się wydarzyć... gdybyśmy się 
rozdzielili... może ustalimy jakieś miejsce w Rzymie, gdzie moglibyśmy się spotkać?

- No dobrze - odparłam, zaniepokojona jego tonem.

- Niech to będzie dworzec Termini. Jest tam informacja czy coś w tym rodzaju. Spytasz, 
czy nie mają dla ciebie wiadomości. Jeżeli nie, zostaw jakąś o sobie, gdzie cię można 
odnaleźć i tak dalej.

Popatrzyłam na niego przeciągle.

- Mam nadzieję, że nie będę musiała - odpowiedziałam.

95

background image

Nad górną wargą wystąpiły mu kropelki potu. Widziałam, że coś go wzburzyło. Usta mu 
zadrżały i nieoczekiwanie posłał mi spojrzenie pełne... nienawiści!

- Co cię to tak naprawdę obchodzi?! - spytał niechętnie. - Myślisz jedynie o tym 
sadystycznym bałwanie Arnem!

Złapał mnie za ramiona i potrząsnął. Jego palce wbiły mi się w ciało. W oczach miał 
rozpacz, gdy krzyczał na mnie ze wściekłością:

- Musisz się wreszcie ocknąć, Synnøve! Czy nie widzisz, że on cię złamie... zniszczy 
twoją osobowość?! Niemal przestałaś się śmiać, bo się nie możesz odważyć! Cokolwiek 
robisz, oglądasz się przez ramię, czy ktoś cię nie ocenia. Musisz zebrać się w sobie, 
zanim nie będzie za późno! Nie pozwalaj mu sobą dyrygować!

Patrzyłam na niego, przerażona.

- Scott! Zwariowałeś? - wyjąkałam.

Puścił mnie tak gwałtownie, że się zachwiałam. Opadłam na kolana i zakryłam twarz 
dłońmi. Chciałam płakać, ale nie byłam w stanie. Jego nagły wybuch był niezrozumiały i 
niesprawiedliwy. Ogarnęła mnie złość. Wciąż bolało mnie ciało w miejscach, w których je 
ściskał. Chciałam się podnieść, aby... nawet nie wiem, po co, było mi wszystko jedno... 
ale nogi mnie nie słuchały. Nagle Scott padł przede mną na kolana, objął mnie i przytulił 
gwałtownie.

- Synnøve, Synnøve, wybacz mi. Sam nie wiem, co robię - szepnął i łzy pojawiły się w 
jego oczach.

Serce waliło mi dziko. Nic nie rozumiałam poza tym, że było mu trudno i że chciałam mu 
pomóc. Pogładziłam go po włosach, gęstych jak sierść szczeniaka. Takie lekkie 
dotknięcie, ale pomogło. Scott odprężył się, uśmiechnął się swoim ciepłym, czułym 
uśmiechem i ostrożnie pomógł mi wstać.

Daliśmy to niewątpliwie dziwne przedstawienie na stacji benzynowej przy wyjeździe z 
Neapolu. Gdy ochłonęliśmy nieco, zobaczyliśmy wgapiony w nas personel stacji. Jeden z 
klientów, któremu właśnie sprawdzano samochód, podszedł bliżej i spojrzał wyzywająco 
na Scotta.

- Bije pan kobietę? - zapytał groźnie.

- To moja żona. Zachowała się głupio i potrzebowała upomnienia - odpowiedział Scott 
pospiesznie.

Postarałam się o uległy wyraz twarzy.

96

background image

Mężczyzna zaśmiał się i złagodniał. Był w średnim wieku, miał typowy wygląd byłego 
boksera: złamany nos, kalafiorowate uszy... Nikt by go nie mógł uznać za ładnego.

- Jedziecie samochodem? - spytał zaciekawiony.

- Nie, autostopem - odparł szybko Scott.

- Dokąd?

- Do Rzymu.

- Mogę was podrzucić - zaproponował łaskawie. - Ale nie mam ochoty na jazdę 
autostradą, wolę Via Appia. Jest ładniejsza.

Scott zerknął na mnie. Kiwnęłam głową. Chętnie zobaczę tę słynną drogę, skoro jest 
okazja.

Dziesięć minut później sunęliśmy miękko mercedesem eks - boksera. Samochód 
mruczał jak kot pod jego wprawnymi rękami. Udało się nam zająć tylne siedzenie. 
Żadnemu z nas nie podobały się spojrzenia posyłane mi przez naszego kierowcę.

Siedzieliśmy jednak spokojnie i rozglądaliśmy się, świadomi wzajemnej bliskości. Coś 
nowego pojawiło się między nami, przypominało radość połączoną z bólem, stanowiło 
rodzaj oszołomienia. Brak doświadczenia nie pozwolił mi tego nazwać. Nie była to 
miłość, co do tego miałam pewność. Wiem, co to jest miłość, kocham przecież tego 
samego mężczyznę już dziewięć lat! To raczej szczególny rodzaj przyjaźni i zażyłości.

Myśli o tym pochłaniały mnie całkowicie. No, prawie. Zmieszane były ze strachem, 
dławiącym przeczuciem niebezpieczeństwa.

- Zaraz skręcamy na Via Appia - poinformował bokser.

Sekundę później zostałam nagle zepchnięta na podłogę. Scott pochylał się nade mną, 
przytrzymując delikatnie.

- Samochód - wyszeptał mi w ucho.

Ostrożnie uniosłam się i spojrzałam przez tylną szybę. Nieco za nami stał ciemnozielony 
samochód. Był już za daleko, aby rozpoznać twarze pasażerów, ale widziałam, że 
obserwowali każdy mijający ich pojazd.

Z wysiłkiem przełknęłam ślinę i poprawiłam się na siedzeniu.

- Myślisz, że nas widzieli?

97

background image

- Nie, nie sądzę. Dobrze, że zaraz zjedziemy z autostrady.

- Co się stało? - chciał wiedzieć bokser.

- Nic takiego, moja żona upuściła paszport na podłogę - odpowiedział Scott.

Bokser zachichotał.

- Ma pan dziś problemy z żoną, prawda?

- O, tak, zdecydowanie...

Na prastarej Via Appia poczuliśmy się bezpiecznie. Napawając się widokami, słuchaliśmy 
historii życia naszego kierowcy. Mówił dobrze po angielsku, ponieważ spędził dużo czasu 
na walkach wyjazdowych w Europie, był nawet w Skandynawii. Wycofał się i teraz żyje z 
pieniędzy zarobionych w czasach świetności Przewidująco zainwestował w działalność 
hotelową. Staraliśmy się dać wyraz podziwowi, chociaż człowiek ów nie wzbudził naszej 
sympatii Na pewno potrafił nieustępliwie walczyć o swoje sprawy.

Signor Nicoletti, bo tak się nazywał, jechał spokojnie, zapewne w takim tempie, abyśmy 
mogli skorzystać jak najwięcej z wyprawy. Ale panował upał i wkrótce siedzieliśmy 
spoceni i zirytowani. Nie pomogło nawet zimne campari w ładnym miasteczku Velletri. 
Ciągła obawa przed pościgiem nie dawała nam spokoju. Mimo że nie widzieliśmy 
naszych prześladowców od chwili, gdy zjechaliśmy z autostrady, nie mogliśmy 
powstrzymać się przed posyłaniem do tyłu ukradkowych spojrzeń.

Wjechaliśmy w góry na południe od Rzymu. Nicoletti zapytał, czy nie bylibyśmy 
zainteresowani małą wycieczką do Castel Gandolfo, letniej rezydencji papieża. Szczerze 
mówiąc, nie byłam, ale wzięłam pod uwagę korzyści płynące z podróżowania bocznymi 
drogami i kiwnęłam głową. To samo zrobił Scott. Ucieszyło mnie to. Świadomość, że 
zgadzamy się w wielu sprawach, napełniła mnie uczuciem szczęścia. To wspaniale nie 
widzieć tych pogardliwych spojrzeń, jakimi raczył mnie Arne za każdym razem, gdy 
powiedziałam coś, co uznał za głupie.

Na szczęście pan Nicoletti zgrzał się i zmęczył tak samo jak my, więc zwiedzanie nie 
zajęło nam dużo czasu. Z wysoko położonego Castel Gandolfo zobaczyliśmy za to 
jezioro Albano, błyszczące niczym błękitne oko pod zalesionymi zboczami. Powinnam 
być zachwycona, jednak dręczył mnie niepokój. Wyczuwałam w tym miejscu coś niemal 
złowrogiego. Dziwne, przecież przyjeżdżali tu często na pikniki mieszkańcy Rzymu.

- Nie podoba mi się - wyszeptałam do Scotta.

Twarz rozjaśniła mu się radosnym zdziwieniem.

98

background image

- To wspaniale. Mnie też nie - powiedział ciepło. - Bałem się, że powiesz coś o ślicznym 
widoku. Zawiódłbym się wtedy.

W Marino, małej osadzie w pobliżu jeziora, Nicoletti zaprosił nas na lunch. Posiłek okazał 
się smaczny i obfity, ale nie czułam się specjalnie głodna. Nasyciłam się już po spaghetti. 
Może wpływał na to fakt, że nasz gospodarz nie spuszczał ze mnie spojrzenia i cały czas 
próbował flirtować. Jako mieszkanka Północy, nigdy nie przyzwyczaiłabym się do tego, 
że dla Włocha flirt jest czymś tak naturalnym jak oddychanie.

Słońce paliło bezlitośnie nasz taras. Scott rozpiął koszulę aż do pasa. Czoło oblepiały mu 
ciemne włosy. Czułam, że się zaraz rozpuszczę.

Nicoletti spojrzał na nas, zadowolony i spytał kusząco:

- Przydałaby się teraz kąpiel, co?

Popatrzyliśmy na błękitną wodę. Scott skinął głową w moją stronę. Po raz pierwszy 
mieliśmy czas na taki luksus. Jechaliśmy kilometrami wzdłuż turkusowego morza, 
mijaliśmy najwspanialsze plaże, nie mogąc zamoczyć nawet palca, a teraz mielibyśmy 
pływać w takim małym, ponurym jeziorku? Sama myśl wywołała w nas uśmiech.

Gdy jednak Nicoletti zaczął opowiadać pokrzepiającą historię o znalezionej tu kobiecie z 
obciętą głową, pomagając sobie gestykulacją, odechciało mi się śmiać. Od razu 
pomyślałam, jak łatwo zniknąć tu we Włoszech, zwłaszcza cudzoziemcowi.

Mieliśmy właśnie wsiadać do samochodu, gdy zauważyłam gondole na linie zjeżdżające 
w dół nad jeziorem. Strasznie zachciało mi się nimi przejechać. Bokser zaśmiał się i 
podwiózł nas na stację kolejki.

- Synnøve - rzucił Scott - nie chcę, żeby on wiedział, jak mało mamy pieniędzy. Weź tę 
monetę, to nasza ostatnia. Mam nadzieję, że starczy na bilet.

- Och, ale byłam głupia. Nie, nie pojadę.

- Nie, jedź - zaśmiał się. - Na nic innego by i tak nie starczyło.

Wsadziłam monetę do otworu w automacie i pospieszyłam w kierunku gondoli sunącej w 
dół. Scott i Nicoletti mieli jechać samochodem, zamierzaliśmy sprawdzić, kto pierwszy 
znajdzie się na dole. Zapięłam pas i ruszyłam. Odwróciłam się triumfalnie i pomachałam 
do mężczyzn przy samochodzie.

Gondola bujała się trochę, ale nie było to nieprzyjemne. Byłam najwyraźniej jedyną 
osobą na tej kolejce. W przeciwnym kierunku jechały puste gondole. Pode mną 
rozciągało się zbocze porośnięte wysuszonymi ostami i trawą. Ścisnęło mnie w brzuchu 

99

background image

od patrzenia w dół. Jeszcze raz odwróciłam się, aby spojrzeć, gdzie jest Scott i nasz 
życzliwy kierowca.

I zostałam w tej pozycji jak zamurowana. Zobaczyłam mianowicie inny samochód, który 
do nich podjechał, szeroki, ciemnozielony, znany aż za dobrze...

Moje biedne serce, tak ciężko ostatnio doświadczane, biło jak szalone. Cóż ja zrobiłam? 
Ale ze mnie idiotka! Zostawiłam Scotta sam na sam z człowiekiem, który mógł być 
naszym wrogiem! Tak, jestem idiotką! Przecież stacja benzynowa przy drodze wylotowej 
z Neapolu to idealne miejsce, żeby nas znaleźć.

Wszystko stało się teraz jasne... Nicoletti specjalnie nas tu przywiózł. Samochód na 
autostradzie tylko czekał na jego sygnał. A mój pomysł podróży kolejką linową musiał 
spaść mu jak z nieba. Bandyci na pewno byli umówieni, świadczyło o tym zaproszenie 
na lunch. A więc było ich teraz czterech...

Chyba krzyczałam. Ostatnie, co zobaczyłam, zanim zniknęłam za wzgórzem, to 
rozpaczliwe wysiłki Scotta starającego się uwolnić.

I zostałam sama, wysoko ponad błyszczącym, groźnym jeziorem.

100

background image

ROZDZIAŁ XVIII

Kolejka linowa jechała tak wolno... Niemal podskakiwałam z niecierpliwości, siedząc w 
gondoli. Próbowałam dosięgnąć którejś z jadących do góry, lecz na próżno. Strażnik na 
dole dał mi wyraźnie do zrozumienia, że nikt nie wjedzie bez zapłaty. Nie pozostało mi 
nic innego, jak wysiąść i biec z powrotem. Droga była stroma, wkrótce nieźle się 
zasapałam. Musiałam zwolnić. Jak na złość pękł mi rzemyk przy prawym sandale, co 
tylko pogorszyło całą sprawę.

Na górze, jak zresztą przypuszczałam, nie było już żadnego samochodu. Zaczęłam 
rozglądać się za jakimiś śladami

- Scott, Scott - jęczałam.

Nadal odczuwałam skutki biegu pod górę. W połączeniu z nagłym strachem sprawiły, że 
zrobiło mi się niedobrze. Co miałam robić? Pójść na policję? Bez wątpienia dobry 
pomysł, ale bezużyteczny tutaj, gdzie nikt by mnie nie zrozumiał ani uwierzył. Nie, 
najlepiej dotrzeć jak najszybciej do Rzymu i sprawdzić, czy nie ma dla mnie wiadomości 
na dworcu. Jeśli nie będzie, wtedy pójdę na policję. Tam powinni mnie zrozumieć i 
pomóc.

Znów zaczęłam biec, teraz nieco wolniej i w przeciwnym kierunku. Z trudem 
powstrzymywałam się od szlochu. Raz stawała mi przed oczami twarz Scotta z jego 
ciepłym, zawadiackim uśmiechem, innym razem pozbawione głowy zwłoki młodej 
Włoszki.

Popatrzyłam za siebie na to nieszczęsne jezioro. Słońce właśnie zaszło i jak zwykle ten 
fakt napełnił mnie smutkiem. Zawsze tak czuję, nic na to nie poradzę, a tego wieczoru 
było gorzej niż kiedykolwiek. Odnosiłam wrażenie, że jezioro mruga do mnie szyderczo 
spomiędzy drzew. Przyspieszyłam.

Jak to zdarza się we Włoszech, nawet nie musiałam dawać znaku, że potrzebuję 
podwiezienia. Samochody zatrzymywały się same. W pierwszym siedziało dwóch panów 
pod pięćdziesiątkę i gwizdało do mnie zachęcająco. Energicznie pokręciłam głową.

Następny samochód nadjechał zaraz potem. Był to stary składak nieokreślonej marki. Za 
kierownicą siedziała, co mnie zaskoczyło, dziewczyna. Była niska i, muszę użyć tego 
słowa, tłusta. Włosy z rozjaśnionymi pasemkami spadały jej na oczy. Spoglądała na mnie 
badawczo, ale niebyt bystro. Oceniłam, że nie może być niebezpieczna, i wsiadłam.

Nie mogę powiedzieć, żebyśmy mknęły naprzód. Nawet zatęskniłam za maseratim! 
Przydałby się teraz... Ale przynajmniej nic mi nie groziło.

101

background image

Z ulgą przyjęłam fakt, że jest Niemką. Nie miałyśmy problemów z porozumiewaniem się. 
Rozmowa pomagała mi odsunąć przykre myśli. Dziewczyna zaraz zaczęła opowiadać mi 
o sobie. Przede wszystkim oznajmiła, że samochód dostała od przyjaciela.

- O - wyraziłam uznanie, bo chyba tego oczekiwała.

- Tak, bo wiesz, zagram tu w filmie - mówiła dalej. - Samochód i mieszkanie w Rzymie 
należą do człowieka, który mi w tym pomoże.

Brzmiało to tak naiwnie, że aż pokręciłam głową. Jedyne, co w niej kojarzyło mi się z 
filmem, to jej przesadne gesty w sam raz do komedii.

Podczas gdy moja towarzyszka rozprawiała o swych podbojach wśród męskiej części 
rzymian, ja obejrzałam się ostrożnie za siebie. Z przyzwyczajenia, bo oczywiście nikt nas 
nie śledził. Mieli przecież Scotta, ja nie byłam im potrzebna.

Trudno opisać strach i wyrzuty sumienia, które czułam, jadąc w trzęsącym się gruchocie 
do Rzymu. Najbardziej dokuczała mi myśl, że zrobiłam coś dokładnie odwrotnego do 
tego, co powinnam była zrobić. Może należało zaczekać tam przy jeziorze na Scotta, a 
nie uciekać na łeb, na szyję? Albo może, mimo trudności językowych, skontaktować się z 
lokalnym posterunkiem policji? Ale, pomyślałam, zajęłoby to tyle samo czasu, co dotarcie 
do Rzymu.

Z roztargnieniem słuchałam życiorysu Niemki. Monotonnym głosem opowiadała, że 
pochodzi z okręgu Ruhry. Została odkryta przez przystojnego Włocha w średnim wieku, 
który jest łowcą talentów dla wielkiej wytwórni filmowej. Jak tylko nauczy się lepiej 
włoskiego, zabierze ją do Cinecitta.

- A o czym będzie film? - spytałam uprzejmie.

- O, to jeszcze nie jest ustalone - odpowiedziała wymijająco, a w jej rozbieganych oczach 
wyczytałam niepewność. Zrobiło mi się jej trochę żal.

Ta podróż przypominała mi wyścig ze śmiercią. Wiele razy miałam ochotę przesiąść się 
do innego, szybszego samochodu, ale jakoś zdołałam się opanować. Tu w każdym razie 
nic mi nie groziło.

Skręcało mnie z niepewności. Musiałam odnaleźć Scotta, znów go zobaczyć. On nie 
może umrzeć!

Myślami wybiegłam w przyszłość. Przypomniałam sobie, że miałam spotkać się z Arnem 
w Rzymie, i nawet się ucieszyłam. Scott wróci do siebie, do swojego życia... pewnie 
ożeni się kiedyś „porządnie” z jakąś dziewczyną...

Aż coś mnie zakłuło!

102

background image

Ale i tak jeszcze go nie odnalazłam, więc po co o tym myśleć?

Wjechałyśmy wreszcie do Rzymu. Dziewczyna powiedziała chyba coś niepochlebnego o 
swym przyjacielu, bo potem nagle rzuciła:

- Zabawimy się dziś wieczorem! Pójdziemy razem w miasto! Zobaczy, że dobrze się 
bawię i bez niego!

Nie mogła zaproponować mi czegoś mniej nęcącego.

- Ja... nie wiem, czy dam radę - odrzekłam z wahaniem. - Muszę się wyspać... Ale dzięki 
za propozycję.

- Bzdury! Na pewno dasz radę. I tak miałam dziś ochotę na zabawę, ale jeżeli pójdziemy 
we dwie, będzie jeszcze lepiej. Zobacz! Widzisz tych dwóch? Przystojniacy! Wyglądają 
na zamożnych. Chodź, damy się zaprosić do restauracji.

Wjechała na krawężnik. W naszą stronę ruszyło dwóch mężczyzn w średnim wieku, 
gwiżdżących za wszystkimi dziewczynami, jakie spotykali.

- Niestety - wykrzyknęłam i w panice wyskoczyłam z samochodu - nie mogę! Źle się 
czuję!

W ekspresowym tempie podziękowałam jej, życzyłam sukcesów w branży filmowej i 
uciekłam za najbliższy róg. Bezpiecznie poczułam się dopiero po przebiegnięciu kilku 
przecznic.

Przystanęłam, aby zorientować się, gdzie jestem. Zobaczyłam napis „Piazza di San 
Giovanni”, ale mi to nie pomogło. Zaczęłam iść dalej. Nie byłam w stanie zapytać nikogo 
o drogę, gdyż ogarnął mnie dziwny lęk i byłam przekonana, że wszyscy oglądają się za 
mną. To musiała być reakcja po przeżyciach dnia.

Znalazłam postrzępioną mapkę turystyczną Rzymu. Dworzec Termini nie był na niej 
zaznaczony, ale wyrysowany fragment linii kolejowej pomógł mi zorientować się w 
kierunku marszu.

Rzemyki sandałów od dawna mnie uwierały. Nie mogłam już w nich wytrzymać, więc 
wyrzuciłam je i szłam dalej boso.

Nie wiem, jak długo błądziłam po ciemnych ulicach. Nagle ujrzałam przed sobą wielkie, 
jasno oświetlone Colosseum. Spacerowało tam wiele zakochanych par. Zobaczyłam 
ciemnowłosego chłopaka obejmującego ciasno blondynkę. Śmiali się i całowali. Widok 
ten ugodził mnie w serce niczym nożem.

103

background image

Oszołomiona zmęczeniem wędrowałam dalej, aż zaszłam w ruiny Forum Traianum. Cały 
czas bałam się, że ktoś mnie może śledzić. Nawet nie tamci, ale po prostu mężczyźni, 
którzy wybrali się na nocne łowy. Gdy usłyszałam zbliżające się głosy trzech 
młodzieńców, bez wahania wskoczyłam pomiędzy ruiny i padłam na ziemię.

Kiedy czekałam, aż mnie miną, poczułam nagle coś miękkiego i ciepłego, dotykającego 
mojego policzka. Wzdrygnęłam się, ale dostrzegłam, że to tylko biały kotek. Nie bał się, 
ocierał się o mnie i mruczał. Usiadłam na trawie, oparłam się plecami o kamień i wzięłam 
go na kolana. Tak to cudownie poczuć znów coś żywego blisko siebie!

Moje myśli zaraz powędrowały ku Scottowi. Stanęła mi przed oczami jego stanowcza 
twarz, piękne usta i silne ręce. Przypomniałam sobie, jak upadł przede mną na kolana 
tam w Neapolu i jak drżał, gdy mnie wtedy przytulił.

Dopiero teraz zrozumiałam, co oznaczały jego słowa i zachowanie, i dzika radość 
napełniła mi serce. Zaraz jednak zmieniła się w bezgraniczny smutek. Wtuliłam twarz w 
kocie futerko, które szybko zmoczyłam łzami.

Myślę, że czułam się samotna tym bardziej, że ostatnie dwie noce spędziłam blisko 
Scotta. Wtedy w kościele spał tak ufnie w moich ramionach... W hotelu też leżałam, 
słuchając jego równego oddechu. A teraz nie miałam nic...

- Scott - wyszeptałam z płaczem. Kociak zastanawiał się pewnie, czy to nie jest 
przypadkiem jego nowe imię...

O dziwo, zasnęłam i obudziłam się o świcie. Leżałam koło kamiennego bloku z rękami 
skrzyżowanymi na piersi, jakbym nadal trzymała tego kotka. Oczywiście już sobie 
poszedł.

Wstałam, lekko zmarznięta i obolała, ale czułam, że sen dobrze mi zrobił. Rozejrzałam 
się wokół. Wśród traw zarastających resztki kamiennych budowli kilka pręgowanych 
kotów robiło poranną toaletę. Wydawało się to tak pełne życia i bliskie natury, że niemal 
rozumiałam ludzi, którzy kochają ruiny.

Był to piękny poranek. Napawałabym się nim jeszcze długo, gdyby nie myśl o Scotcie. 
To, że byłam głodna, spragniona, bosa i brudna, nie znaczyło zbyt wiele. Takie niedogod-
ności nie robiły już na mnie ostatnio wielkiego wrażenia.

Pozostało mi tylko dotrzeć do dworca Termini.

Wyszłam na ulicę i rozejrzałam się za kimś, kogo mogłabym zapytać o drogę. 
Wczorajsze wieczorne lęki już mnie opuściły. Ciekawe, że wszystko wydaje się o wiele 
prostsze w świetle dnia.

104

background image

Nikogo jednak nie zobaczyłam. Rozczesałam włosy palcami, strzepnęłam trawę z 
sukienki i zaczęłam iść. W Oslo zostałabym zapewne zaaresztowana za włóczęgostwo, 
ale widać tutaj brud i bieda nie zwracały niczyjej uwagi.

Minęłam kilku mężczyzn, zerkających na mnie z zaciekawieniem. Nic dziwnego, 
musiałam sprawiać dosyć dziwne wrażenie. Nie odważyłam się ich zaczepić. Miałam 
jednak szczęście, bo wpadłam na kobietę, wyglądającą na miłą i inteligentną. 
Powiedziała, że jeśli pójdę Via Cavour, za jakiś czas dojdę na stację. Odprowadziła mnie 
do tej właśnie ulicy i życzyła powodzenia. Poczułam się o wiele lepiej. Przecież to i tak 
było przeżycie: znaleźć się w Rzymie i oglądać, jak budzi się do życia. Nie mogłam się 
powstrzymać przed rzucaniem okiem na wystawy. Jeśli odnajdę Scotta, na pewno 
ruszymy razem w miasto! Czyżbym pomyślała „Scott”? Odkryłam, że od dłuższego czasu 
nie poświęciłam Arnemu ani jednej myśli!

Poczułam na nowo wyrzuty sumienia.

No, ale to przecież nic dziwnego, że koncentrowałam się na Scotcie: w końcu to jego 
życie było w niebezpieczeństwie! A to nie miało nic wspólnego z moją miłością do 
Arnego! Czułam jednak, że oszukuję samą siebie...

Myśl o Scotcie sprawiła, że przyspieszyłam. Serce waliło mi mocno. Czasami mignęło mi 
w oknie odbicie mojej twarzy: bladej, wymizerowanej i ze śladami po łzach, po-
zostawionymi w warstwie kurzu. Właściwie mi to odpowiadało, czułam się trochę jak w 
przebraniu.

Zaniepokoiło mnie co innego: płyty chodnika stawały się coraz cieplejsze od słońca. Nie 
byłam przyzwyczajona do chodzenia boso, na pewno porobią mi się pęcherze. Jakże 
chciałam mieć trochę pieniędzy, żeby kupić choć plastry! W tej chwili niczego bardziej nie 
pragnęłam... Pierwszy raz byłam bez grosza w obcym kraju, i to całkiem sama. Nie 
powiem, żebym czuła się zbyt pewnie...

Wydawało mi się, że Via Cavour ciągnie się w nieskończoność. Gdy dotarłam do 
kościoła Santa Maria Maggiore, zobaczyłam, że jest dopiero szósta. Przysiadłam na 
schodach, aby chwilę odpocząć. Starałam się nie myśleć o pragnieniu, które sklejało mi 
usta. W brzuchu mi burczało.

Posiedziałam zaledwie chwilkę, gdy podeszło do mnie dwóch mężczyzn. Nie szczędzili 
komplementów, muszę przyznać. O ile zrozumiałam, mówili, że jestem ładna i miła, i 
spytali, czy nie mam ochoty z nimi pójść. Odpowiedziałam, żeby poszli do diabła, a 
wtedy całkiem zmienili nastawienie. Okazało się, że jestem brzydka i głupia, a gdy i to 
nie pomogło, niemal udławili się ze złości. Śmiałam się w duchu z ich dziecinnego 
zachowania.

105

background image

Poszłam dalej. Podeszwy stóp swędziały mnie i bolały, ale rosnące zdenerwowanie nie 
pozwalało mi tego zauważać. Zbliżałam się przecież do dworca Termini!

Dostrzegłam wreszcie jego wielki, nowoczesny budynek. Podbiegłam i weszłam do 
środka. Oczyma odszukałam napis „ L’ufficio turistico”.

Czułam walenie tętna w skroniach, nogi niemal odmawiały mi posłuszeństwa. Gdy 
zobaczyłam długą kolejkę wijącą się przed okienkiem, byłam bliska załamania. Zwykle 
nie rozpycham się łokciami w życiu, ale teraz bez skrupułów prześliznęłam się bliżej. I 
tak musiałam odczekać chyba dziesięć minut, zanim na trzęsących się nogach stanęłam 
przed urzędnikiem i po angielsku wyjaśniłam moją sprawę. Naokoło panował duży hałas i 
musiałam powtórzyć pytanie drugi i trzeci raz. Nie ma żadnej wiadomości, przelatywało 
mi przez głowę. Nie ma go, zginął... Ratunku, pomóżcie mi! Co robić?!

Gdy powtórzyłam pytanie po raz czwarty, mężczyzna popatrzył na mnie i zniknął na 
zapleczu. Bliska omdlenia, kurczowo trzymałam się lady obiema rękami. W końcu 
urzędnik wrócił.

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy położył przede mną kopertę. Gapiłam się 
bezmyślnie na moje własne nazwisko napisane zdecydowanym charakterem pisma. 
Nawet nie wyszłam z kolejki, rozerwałam kopertę, popychana przez ludzi stojących za 
mną.

Opanowałam się jednak. Musiałam być sama z listem od Scotta. Wyplątałam się z tłumu 
i znalazłam spokojne miejsce za kioskiem. Wyprostowałam nerwowo kartkę. Litery 
skakały mi przed oczami, jednak udało mi się skupić.

Synnøve, mam nadzieję, że dobre moce pozwolą Ci przeczytać ten list. Boję się myśleć, 
co mogło Ci się tam stać. Ja miałem ogromne szczęście. Widziałaś, co zaszło, bo 
usłyszałem Twój krzyk. Udało mi się jednak wyrwać i akurat przejeżdżał samochód. 
Kierowca załapał, o co chodzi, i w połowie drogi do Rzymu udało nam się ich zgubić. 
Wróciliśmy tam, aby Cię szukać, ale już Cię nie było. Nie opiszę, co wtedy czułem. 
Jedyne, co mogłem zrobić, to przyjechać z nim do Rzymu. Teraz idę do siedziby „Kiry”. 
Znalazłem dyskretny hotelik na Zatybrzu. Przyjdź jak najszybciej. Czekam na Ciebie. 
Jestem tak zdenerwowany, że cały drżę. Synnøve, nie przestanę, dopóki znów nie 
będziesz blisko mnie.

Muszę pędzić,

Twój Scott.

Musiałam oprzeć się o ścianę. Serce z radości i podniecenia biło mi tak mocno, że 
nieomal sprawiało mi ból. Znów zobaczę Scotta! Znów poczuję jego silne dłonie 
zapewniające mi poczucie bezpieczeństwa!

106

background image

ROZDZIAŁ XIX

Bardzo długo i dokładnie oglądałam mapę, ustalając drogę na Zatybrze... moją własną 
via dolorosa. O stanie moich stóp lepiej nie wspominać, a przecież miałam 
przewędrować niemal pół Rzymu. Dlatego określenie „droga krzyżowa” pasuje tu jak 
najbardziej. Mimo to szłam lekko i nie czułam bólu. Przecież czekał na mnie Scott! Oby 
tylko nic mu się nie stało! A co będzie, jeśli...?

Nie, Synnøve, nie martw się na zapas, masz wystarczająco dużo problemów i teraz!

Brudna, bosa, budziłam zainteresowanie przechodniów, lecz nic nie mogłam na to 
poradzić. Znów posuwałam się Via Cavour, ale teraz w przeciwnym kierunku. Minęłam 
ledwie parę przecznic, gdy przy krawężniku zatrzymał się sportowy, nisko zawieszony 
samochód. Za kierownicą siedział chłopak o szlachetnych rysach twarzy. Spojrzał na 
mnie z uśmiechem i spytał, czy pozwolę zawieźć się tam, dokąd idę. Gdybym była przy 
zdrowych zmysłach, zgodziłabym się, ale szumiało mi w głowie i czułam się jak ścigane 
zwierzę, więc potrząsnęłam głową. Odjechał. Pożałowałam, ale za późno.

Najbardziej dokuczało mi pragnienie. Za każdym razem, gdy mijałam jakiś bar albo 
restaurację i widziałam ludzi chłodzących się napojami czy lodami, język zwijał mi się w 
ustach. Czułam się jakby wypalona, a głowa mi płonęła.

Szłam cały czas prawym chodnikiem. W pewnym momencie z przecznicy Via Cavour 
wyszedł dostojnie kondukt pogrzebowy. Przykrytą kwiatami trumnę umieszczono na 
staroświeckim wozie ciągniętym przez konie. Za nim posuwała się grupa ubranych na 
czarno osób, pewnie najbliższa rodzina. Dalej ciągnął się sznur ciemnych limuzyn 
jadących w ślimaczym tempie. Samochody na Via Cavour musiały się zatrzymać, co 
rozzłościło większość kierowców. Rzuciłam mściwe spojrzenie na najbliższy pojazd. Był 
duży, zielony, a kierowca miał szarą marynarkę i śnieżnobiałą koszulę...

Czy muszę więcej dodawać?

Moje spojrzenie przesuwało się wyżej... aż napotkało jego, i nasze oczy rozszerzyły się 
jednocześnie. Stałam i patrzyłam jak sparaliżowana na Giancarla!

Ci bandyci są wszędzie, pomyślałam zrozpaczona. Ponieważ Scott im uciekł, 
najwyraźniej przeczesywali Rzym.

Z piskiem rzuciłam się przed siebie, przecisnęłam przez kondukt i znalazłam się na 
przeciwległym chodniku. Jacyś chłopcy gwizdali za mną, kierowcy piorunowali mnie 
wzrokiem. Rozumiałam ich, mnie samej to się nie podobało.

Jednak ta szybka akcja dała mi kilka minut przewagi. Giancarlo siedział uwięziony w 
samochodzie, nie mógł go przecież zostawić na środku ulicy.

107

background image

Mimo że byłam nieprzytomna ze strachu, instynkt nie pozwolił mi doprowadzić 
prześladowców do Scotta. Zwalczyłam też chęć wskoczenia do pierwszej lepszej bramy. 
Weszłam dopiero do trzeciej. Przemknęłam przez podwórko i wpadłam do następnej. 
Wbiegłam na schody. Moją jedyną szansą było przeczekanie.

Czułam, że nogi mam jak z waty; nie wiem, jak udało mi się wejść aż na poddasze. 
Opadłam na stopień. Z trudem łapałam oddech. Oparłam się ciężko o ścianę, 
półprzytomna z przerażenia.

Może to zabrzmi niewiarygodnie: nie bałam się o siebie, ale o Scotta. Za nic w świecie 
nie powinni go teraz odnaleźć. Na pewno są wściekli, że wywinął im się już drugi raz.

Trudno nie stracić poczucia czasu, gdy się tak siedzi w napięciu. Z jednej strony nie 
powinnam za szybko stąd wyjść, a z drugiej było mi trudno dalej czekać... Bałam się, że 
nie odczekam wystarczająco długo i że bandyci będą jeszcze gdzieś na ulicy.

Wreszcie zebrałam resztki odwagi i wyszłam. Nie rozglądałam się, lecz ruszyłam 
zdecydowanym krokiem. Oczekiwałam jednak w każdej chwili twardego uścisku ręki 
Giancarla na moim ramieniu.

Początkowo nie zauważałam bólu stóp, lecz z każdą chwilą rósł i stawał się nie do 
zniesienia. W tłumie mignął mi mundur policjanta, co mnie jednocześnie uspokoiło i 
zaniepokoiło. W tej sytuacji Giancarlo nie odważyłby się na atak, ale z drugiej strony 
moja obecność na jednej z lepszych ulic Rzymu nie byłaby specjalnie mile widziana 
przez policję.

Przemknęłam się ostrożnie, zasłonięta przez przechodniów.

Cały czas miałam uczucie, że zielony samochód jedzie gdzieś z tyłu i bandyci tylko 
czekają, abym doprowadziła ich do kryjówki Scotta. W końcu nie mogłam się oprzeć i 
obejrzałam się, jednak w powodzi aut nie byłam w stanie nic rozróżnić.

Po długiej, mozolnej wędrówce znalazłam się wreszcie nad Tybrem. Zapatrzyłam się na 
szaroniebieską wodę. Z mostu Palatino, co odczytałam z tabliczki, zobaczyłam resztki 
innego mostu, a za nimi wyspę na środku rzeki. Musiała to być Isola Tiberina, jak 
pamiętałam z mapy z dworca, czyli byłam na właściwej drodze.

Na moście jednak przyszło mi na myśl, że jestem doskonale widoczna i że gdyby 
nadjechał teraz Giancarlo, znalazłabym się w pułapce. W panice zaczęłam biec, ból 
przeszywał mi stopy, kolana się uginały. Gdy dotarłam na drugą stronę, nie byłam w 
stanie zrobić kroku.

108

background image

Dziwne, ale na Zatybrzu poczułam się bezpieczniej. Mijałam zatłoczone, hałaśliwe 
skwery i targowiska i chwilami czułam się jak w Paryżu, gdzie byłam na szkolnej 
wycieczce.

Już byłam w stanie pytać o drogę. Ostatnie przecznice minęłam niby we mgle. Ludzie 
patrzyli na mnie ze zdziwieniem, gdy zataczałam się jak pijana. To się nie liczyło. 
Najważniejsze, że każdy krok przybliżał mnie do bezpiecznej przystani.

Wreszcie zobaczyłam tabliczkę z właściwą nazwą ulicy, odliczyłam domy i znalazłam się 
w mrocznym wnętrzu hotelu. Wyjąkałam swoje pytanie podejrzliwemu recepcjoniście, 
trzymając się kurczowo lady, żeby nie upaść. O dziwo, położył przede mną księgę gości, 
abym się wpisała.

Linie skakały mi przed oczami, ale zdołałam drżącą dłonią napisać „Synnøve”. 
Zawahałam się potem przez chwilę i podjęłam decyzję. Westchnęłam głęboko, pisząc 
„Hollinger”.

Synnøve Hollinger. Nagle wydało to się tak proste i oczywiste. Zupełnie jakbym wygrała 
jakąś walkę.

Recepcjonista zrozumiał, że nie jestem w najlepszej formie, bo wziął mnie pod ramię i 
zaprowadził po schodach pod drzwi pokoju z numerem siedem. Zapamiętałam tę 
siódemkę...

W drzwiach pochwyciła mnie para silnych ramion. Drzwi zamknęły się.

- Scott, Scott - wyszeptałam i łzy polały mi się z oczu.

- Synnøve, kochana - usłyszałam jego wzruszony głos. - Tak się bałem, tak bałem... 
Mogłem tylko czekać i mieć nadzieję... och, Synnøve, Synnøve - szeptał mi z ustami tuż 
przy moim policzku.

Pamiętam tylko, że ogarnęła mnie jakby gorączka, odwróciłam głowę, aby przyjąć 
pocałunek, lecz nagle pociemniało mi w oczach. Usłyszałam tylko rozpaczliwy krzyk 
Scotta i poczułam, że mnie podtrzymuje, abym nie upadła.

109

background image

ROZDZIAŁ XX

Na głowie i stopach miałam coś cudownie chłodnego. Leżałam na czymś tak miękkim i 
przyjemnym, że zacisnęłam mocniej powieki, aby śnić dalej. Jednak gdy dobiegło mnie 
brzęknięcie talerzy i sztućców, zachwycony żołądek zasygnalizował: „jedzenie!” i 
natychmiast otworzyłam oczy.

Musiałam długo spać, bo za oknem zapadał niebieskawy zmierzch.

- Scott - wykrztusiłam.

No i ujrzałam jego wytęsknioną twarz. Dostrzegłam też, że miał nowe, czyste ubranie!

- Scott - jęknęłam. - To niesprawiedliwe... Nie mam się w co przebrać. Wyglądasz tak 
ładnie, a ja okropnie.

Przysiadł na krawędzi łóżka, a oczy błyszczały mu niepokojem i czułością. Pogłaskał 
mnie po policzku.

- Jak się czujesz, Synnøve?

Zastanowiłam się. Leżałam na łóżku, w tej samej brudnej sukience, z chłodnymi 
okładami na stopach. Było wspaniale. Na czole miałam wilgotną chustkę. Zdjęłam ją 
szybko, bo na pewno nie była twarzowa, a chciałam wyglądać jak najładniej.

- Możesz mi dać lusterko? - spytałam drżącym głosem.

- No, będzie żyć! - zaśmiał się.

Zerknęłam szybko i aż jęknęłam.

- Nie patrz na mnie, Scott - poprosiłam.

Spoważniał.

- Dla mnie jesteś piękniejsza niż wszystko na ziemi - powiedział spokojnie.

Zmieszałam się, szukałam rozpaczliwie jakiejś dowcipnej riposty.

- Nie można ci wierzyć, przez półtora roku nie oglądałeś przecież ludzi - rzuciłam 
wreszcie.

Dostrzegłam, że go to zraniło, i pożałowałam moich słów.

- Ale dziękuję, Scott. Potrzebuję teraz pocieszenia.

110

background image

Pomogło.

- Żebyś wiedziała, jakie to było okropne, Synnøve - westchnął. - Mogłem tylko siedzieć i 
mieć nadzieję, że przyjdziesz. Bałem się, że jak pójdę cię szukać, to się miniemy.

- Trzeba było wynająć helikopter - doradziłam - i krążyć nad miastem z odpowiednim 
tekstem przyczepionym do ogona.

Oczy mu pociemniały.

- Synnøve - zaczął surowo - od kiedy się obudziłaś, nie powiedziałaś nic sensownego. 
Możesz spoważnieć?

- Nie! - wykrzyknęłam z desperacją. - Nie i jeszcze raz nie! Nie rozumiesz, że nie mam 
na to odwagi? Sam widziałeś: gdybym nie zemdlała, pocałowalibyśmy się!

Zerwał się i stanął odwrócony twarzą do okna.

- To byłoby takie straszne? - spytał powoli. - Jesteś przecież moją żoną...

Westchnęłam.

- Spróbuj zrozumieć, Scott. Nie chcę nikogo oszukiwać. Arne mi wierzy i chcę, żeby 
nadal mógł mi ufać.

Wzruszył ramionami.

- Mówiłem przecież, że nie musisz się mnie obawiać - rzekł spokojnie.

- Tak, ale nie to miałam na myśli - rzuciłam niecierpliwie. - Wiem, że mogę ci wierzyć. 
Boję się tylko, że w końcu ziemia ucieknie mi spod nóg, rozumiesz?

Skinął głową.

- Słyszałem twoje słowa w czasie rozmowy z Arnem. To było coś o przepaści...

- No właśnie - szepnęłam.

Nadal stał zwrócony do mnie plecami, zatopiony w myślach. Nagle ocknął się.

- Wybacz mi, Synnøve. Zapomniałem o twoim jedzeniu!

- O, chętnie - uśmiechnęłam się z wdzięcznością. - Mogłabym zjeść własne buty... 
gdybym je miała.

Pachniało wspaniale. Usiadłam. Koło łóżka wylądowała taca pełna wspaniałości.

111

background image

- Pomyślałem, że potrzebujesz się wzmocnić - zaśmiał się Scott. - Biedna dziewczyno, 
jak ty wyglądałaś, gdy słaniając się weszłaś do pokoju. A gdy zobaczyłem twoje stopy... 
Jak dałaś radę, Synnøve?

- Frunęłam na skrzydłach tęsknoty - rzuciłam beztrosko. - Nie, może to za bardzo nie 
pasuje. Cofam!

Scott pominął to milczeniem. Gdy jadłam, opowiedział mi o swoich przeżyciach.

- ...a dzisiaj - zakończył, gdy odsunęłam tacę - dokonałem kilku rzeczy.

- Tak?

- Zdobyłem pieniądze na jeszcze kilka tygodni. Gdybyś zobaczyła ich miny, gdy 
pojawiłem się w siedzibie koncernu... Musiałem tłumaczyć w nieskończoność, ale 
uwierzyli mi. Chciałem kupić ci trochę ubrania, ale pomyślałem, że tym razem sama 
sobie wybierzesz. Możesz to zrobić dla mnie? Wybierz sobie, co tylko chcesz, i nie 
przejmuj się ceną.

Nie patrzył na mnie, gdy to mówił, tak jakby te słowa sprawiały mu trudność. Nie 
rozmawialiśmy za często o pieniądzach. Pomyślałam, że byłoby przesadą odmówić, więc 
wsunęłam w jego dłoń swoją na znak podziękowania.

- Kupiłem tylko parę sandałów. Odrysowałem twoją stopę i pokazałem to w sklepie.

Zaśmiałam się i uścisnęłam jego rękę. Aż zakłuło mnie w sercu, gdy zobaczyłam wyraz 
jego twarzy. Nigdy czegoś takiego nie czułam, to było tak, jakby gwałtowna gorączka 
przyspieszyła bieg mojej krwi...

- Poza tym poszedłem na policję.

Dobrze, że zaczął mówić o czymś innym!

- Naprawdę? - zdziwiłam się.

- Tak, już się nie bałem. Też oczywiście musiałem się długo tłumaczyć. Okazało się, że i 
Giancarlo, i Guido są starymi znajomymi policji, przestępcami do wynajęcia. Właśnie 
otrzymałem telefon, że ich zaaresztowano. Nicoletti był tylko znajomym Giancarla. Nie 
miał pojęcia, o co w tym wszystkim chodziło, więc puścili go.

- A tamci powiedzieli coś?

- Ani słowa. O ile ich zdążyłem poznać, nic nie powiedzą.

- A ten czwarty? Norweg?

112

background image

- Na pewno jest już daleko. Może składa właśnie raport w kraju.

Zamilkliśmy, myśląc to samo: kto za tym stał? No i kim był ten, który się wszędzie 
pojawiał?

- On jest tylko narzędziem w czyimś ręku, nie sądzisz? - myślałam na głos.

- Jestem tego pewien!

Zacisnął usta. Czekałam z niepokojem na to, co powie teraz. I rzeczywiście... Poruszył 
temat, którego chciałam unikać.

- Synnøve - zaczął i spojrzał na mnie płonącymi oczami. - Wszystko się zmieniło, 
prawda? Mimo że nie chcesz oszukiwać Arnego, nie czujesz już do niego tego, co 
kiedyś. Nie możesz czuć!

Spostrzegłam, że drżę.

- Scott - poprosiłam. - Daj mi trochę czasu. Jutro przyjedzie Arne. Pozwól, że najpierw się 
z nim zobaczę, zbadam moje uczucia. Rozumiesz, jestem typem kobiety jednego 
mężczyzny, nie umiem przechodzić lekko od jednego do drugiego.

- Tak, wiem - rzucił gorzko. - Osiem lat bezsensownego zakochania w jakimś nicponiu.

- Dziewięć - poprawiłam automatycznie. - Ale jak możesz tak mówić o kimś, kogo nie 
poznałeś? - protestowałam słabo. - On wiele dla mnie znaczy.

Scott nie dał się przekonać.

- Marzenie - stwierdził. - Wydumany ideał mężczyzny. Nie widzisz, że rzeczywistość nie 
przystaje do ideału?

Przetarłam oczy, zmęczona.

- Nie rozmawiajmy o tym teraz, Scott. Pozwól mi wybrać. Nie chcę, żeby coś wpływało 
na moją decyzję.

- Przepraszam - powiedział, wstając. - Wiem, ale muszę jeszcze coś dodać. Wiedz, że 
znaczysz dla mnie bardzo dużo, Synnøve. Ale pewnie już to zrozumiałaś.

Zaczęłam drżeć na całym ciele i zerwałam się na równe nogi. Chciałam znaleźć się jak 
najdalej od niego.

- Nie możesz przestać?! - krzyknęłam zrozpaczona. - Ja tu walczę i walczę, aby 
zachować się lojalnie w stosunku do Arnego, a ty mi w tym cały czas przeszkadzasz!

113

background image

Zapadła śmiertelna cisza. Stałam, trzymając się oparcia krzesła, aby Scott nie 
spostrzegł, że drżę. On trwał bez ruchu z zamkniętymi oczami, tak jakby musiał użyć 
wszystkich sił, aby uspokoić kłębiące się w nim uczucia.

- Wybacz mi, Synnøve - poprosił w końcu ochrypłym głosem.

Już dawno przestałam być zła.

Nasze spojrzenia spotkały się i nagle się roześmieliśmy. Doprawdy, co za zmienność 
nastrojów...

Scott opanował się pierwszy.

- Zobacz, kupiłem norweską gazetę - zagadnął z podziwu godnym spokojem. - 
Pomyślałem, że chętnie przeczytasz nowości z kraju.

Z wdzięcznością przyjęłam gazetę i poszłam do łazienki. Ależ bolały mnie stopy!

Leżąc w wannie, czytałam, aż papier całkiem zamókł. Ale dostrzegłam małą notatkę...

Czułam się, jakbym dostała obuchem po głowie. Błyskawicznie owinęłam się hotelowym 
ręcznikiem i wpadłam do pokoju.

- Scott, zobacz! - zawołałam, padając na łóżko obok niego. Leżał i czytał coś, nadal w 
ubraniu.

- Zobacz! Firma Arnego jest bliska bankructwa!

Scott doczytał notatkę do końca.

- No, na to wygląda.

- Muszę być z nim. On mnie potrzebuje!

Popatrzył na mnie długo, tak długo, aż zakręciło mi się w głowie.

- Ja też cię potrzebuję, Synnøve - powiedział cicho. - I jesteś moją żoną.

Potrząsnęłam głową. Nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. Myślałam o tych 
wszystkich relacjach i uczuciach, jakie się między nami wytworzyły: obojętność, przyjaźń, 
podejrzliwość, zazdrość, nienawiść, irytacja, pożądanie i czułość. Nic jednak nie mogło 
porównać się z tym poczuciem wspólnoty, które teraz przepływało między nami jak 
gorący strumień.

114

background image

W tym samym momencie, patrząc w jego gorejące oczy, przypomniałam sobie tę 
niezwykłą scenę, gdy padł przede mną na kolana przy drodze. Pamiętałam jego łzy, ból 
malujący się na twarzy... Poczułam mrowienie w ciele. Bezwiednie zmięłam gazetę.

- Pomóż mi, Scott - wyszeptałam bezradna. - Pomóż. Czuję się jak porwana na strzępy. 
Nie wiem, z kim chcę być. Pragnę dochować wierności, ale już nie wiem, komu.

- Sobie samej - odszepnął ochryple.

- A kim jestem? Jakoś już nie wiem...

Jego twarz była blada i napięta.

- Mam przenieść się do innego pokoju? - spytał.

- Nie! - zawołałam rozpaczliwie. - Nie, Scott! Zostań!

Myśl, że mógłby stąd odejść, sprawiła, że straciłam opanowanie. Wyciągnęłam rękę, 
złapałam go za koszulę... i to wystarczyło. To była iskra, która rozpaliła potężny płomień 
namiętności Wina leżała po mojej stronie, nie Scotta.

Próbował powstrzymać własne dłonie, ale na próżno. Gdy zobaczył moje bezradne 
spojrzenie, poczuł, że garnę się do niego, wyszeptał bez tchu:

- Nie rób tego, Synnøve, nie rób!

Było już za późno.

- Chcę zostać z tobą, Scott - jęknęłam żałośnie.

No i wtedy gwałtownie porwał mnie w ramiona, przyciągnął do siebie i wtulił twarz w moją 
szyję.

- Och, Scott - westchnęłam zachwycona.

Cudownie było znaleźć się w jego objęciach. Na krótką chwilę jakiś cień przesłonił moje 
myśli, ale szybko go odgoniłam.

Poczułam usta Scotta na swoich, głodne i ciepłe. Przytuliłam się do niego jakby w 
oszołomieniu. Nawet mi się nie śniło, że można coś takiego czuć. Zupełnie jakbyśmy 
wpadli w jakiś kręcący się bęben, który nie mógł się zatrzymać. Jego ręce, drżące i 
palące mi skórę, gorące słowa szeptane do ucha...

Na sekundę ujął moją twarz w dłonie i spojrzał mi głęboko w oczy. Potem, jakby 
znalazłszy odpowiedź, której szukał, opuścił powoli głowę i otarł się o mnie policzkiem.

115

background image

- Moja cudowna żona - wyszeptał.

116

background image

ROZDZIAŁ XXI

Scott odsłonił okno. Poranne słońce oświetliło łóżko i obudziło mnie.

- Cześć - uśmiechnęłam się do niego, zmęczona i nieco zawstydzona. - Już wstałeś?

- Już? - zaśmiał się. Wyglądał wprost nieprzyzwoicie rześko. - Jak się masz?

Przeciągnęłam się.

- Och, Scott, jak to wspaniale być małżeństwem.

- Zgadzam się! Oto twoje rzeczy. Gdy będziesz gotowa, opatrzę ci nogi.

Wzięłam prysznic i ubrałam się. Scott posmarował mi maścią stopy i zakleił plastrami 
rany.

- Pospieszmy się, musimy kupić ci nowe ubrania, zanim przyjedzie Arne.

Arne! Zupełnie jakby ogromny głaz wyrzutów sumienia spadł mi na głowę. Zakryłam 
dłonią usta.

- Scott, co ja narobiłam - wyszeptałam zrozpaczona.

Zerknął na mnie i zmarszczył brwi.

- Nie zrobiłaś nic złego. Jesteśmy mężem i żoną, wszystko jest legalne.

- Ale obiecałam...

Zbladł.

- Jeżeli coś na tobie wymusiłem, pierwszy przeproszę, ale wydawało mi się...

Złapałam go za rękę.

- Nic takiego nie zrobiłeś - zaprotestowałam. - Ja niczego nie żałuję. To było coś 
najpiękniejszego i najwspanialszego, co kiedykolwiek przeżyłam. Tylko że nie było to w 
porządku wobec Arnego.

- Boże mój, czy ten facet jest normalny? Czy sądzi, że znajdzie dziś dwudziestotrzylatkę 
tak niewinną jak ty? - Scott potrząsnął głową i spojrzał na mnie z czułością. - Synnøve, 
nie chcę wywierać na ciebie żadnego wpływu. Masz sama wybrać. Chciałbym wiedzieć 
tylko jedno: dlaczego tak kurczowo trzymasz się tego Arnego?

117

background image

Zamknęliśmy za sobą drzwi i zaczęliśmy schodzić po schodach. Nie sprawiało mi to dziś 
zbytniej trudności, tylko lekko kulałam.

- Arne jest jakby moim ratownikiem - tłumaczyłam apatycznie. - Nigdy nie byłam 
najlepszym dzieckiem bożym... A pomyśl o sobie: nieokiełznany Scott i równie dzika 
Synnøve. Jak by to z nami było? Potrzebujesz kogoś poważnego, odpowiedzialnego... i 
ja zresztą też.

Wyszliśmy na zalaną słońcem ulicę.

- Założyłaś sobie coś takiego, Synnøve - przekonywał mnie. - Możliwe, że w dzieciństwie 
byłaś dzikuską. Wtedy, kiedy cię spotkałem, przypominałaś czarujące dziecko ulicy. Arne 
cię z tego wyciągnął. Tak, przyznam nawet, że na wyższy poziom, przynajmniej na 
zewnątrz. Wewnątrz pozostało ci czyste serce, ale to na pewno nie jest zasługą Arnego. 
Właściwie to on chciał cię skrzywdzić i wciągnąć w błoto.

Zawstydzona, wpatrywałam się w chodnik.

- Nie mógłbyś dać mi nieco więcej czasu? - westchnęłam. - Przynajmniej chciałabym 
spróbować, czy nadal do siebie pasujemy. Zapewniał mi poczucie stabilności i 
bezpieczeństwa, a teraz potrzebuje mojego wsparcia... Jakbyś ty się czuł, gdyby 
dziewczyna, która kochała cię przez dziewięć lat, odwróciła się plecami, gdy stałeś się 
biedny?

- Bezpieczeństwo - prychnął Scott. - Mówisz, że daje ci poczucie bezpieczeństwa. Czy to 
tyle dla ciebie znaczy? A co z miłością?!

Oczywiście osłabiło to moje argumenty, przytuliłam się do niego i potarłam czołem o jego 
policzek.

- Wiesz, że nie mam zmysłu praktycznego, Scott, a próbuję właśnie myśleć spokojnie i 
praktycznie. Po jednej stronie jest wszystko, co czułam do Arnego przez te dziewięć lat. 
Po drugiej... Scott, my się przecież znamy ledwo tydzień! Przeżyliśmy razem 
niebezpieczne przygody, byliśmy blisko siebie, samotni wśród obcych, niemal jak 
przestępcy. W takiej sytuacji łatwo rodzą się gorące, romantyczne uczucia, może nawet i 
miłość, ale czy to przetrwa? Pozwól mi wrócić do mojego zwykłego życia i wtedy 
zdecydować, które uczucie jest bardziej czyste i prawdziwe. Daj też sobie szansę 
wyboru. To także ciebie dotyczy.

Nadjechała taksówka. Wsiedliśmy, a Scott rzucił nazwę jakiegoś hotelu. Popatrzyłam na 
niego pytająco.

- Mój brat przyjechał rano. Chciałby z tobą porozmawiać.

- Och - westchnęłam bezradnie.

118

background image

No i znów powróciliśmy do starego tematu.

- Synnøve - nie poddawał się Scott - ja wiem, że teoretycznie masz rację. Jednak 
niezależnie od tego, co mówisz, jesteś moja! Spałaś dziś w nocy tak spokojnie w moich 
ramionach. Miałaś jeszcze ślady łez na policzkach... Zrozumiałem wtedy, że nie zniosę, 
gdybym miał cię stracić raz jeszcze. Będę walczył, aby cię odzyskać, Synnøve. Jeżeli 
chcesz rozwodu, dam ci go, nie jestem żadnym potworem, ale zawsze będę na ciebie 
czekał.

Nabrałam powietrza, świadoma powagi chwili. Odpowiedziałam drżącym głosem, że nie 
zechcę rozwodu, dopóki nie zdobędę absolutnej pewności, że pragnę być z Arnem.

- W tej chwili nic do niego nie czuję, ale muszę mieć szansę zorientowania się co do 
swoich uczuć w bardziej swojskim otoczeniu.

- Przyjmuję to, Synnøve. Nie będę cię już więcej niepokoił.

Zanim weszliśmy do hotelu, Scott wręczył mi zwitek banknotów i wskazał drogę do 
dużego domu towarowego. Dom okazał się bardzo elegancki, dlatego początkowo 
czułam się jak dachowiec na wystawie kotów rasowych. Jednak gdy już zaczęłam 
kupować, zniknęły moje kompleksy. To była po prostu wspaniała zabawa!

Ale zaszalałam! Najpierw wybierałam ostrożnie i nieśmiało, bo nie wiedziałam, czy mnie 
stać na to wszystko, potem coraz odważniej. Nie kupiłam dużo rzeczy, tyle tylko, żeby 
skompletować podróżną garderobę. Nauki Arnego poszły w kąt, wybierałam całkowicie 
według swego smaku. Myślałam zarazem: to się na pewno spodoba Scottowi.

I miałam rację!

Czekał w restauracji. Gdy podeszłam, oczy mu rozbłysły. Pokazałam mu z dumą nowe 
ubrania i wszystko mu się podobało. Jak cudownie być akceptowaną!

Zawahałam się przed założeniem obcisłych spodni i batikowej bluzki, choć była 
prawdziwym dziełem sztuki. Mówi się przecież, że zmiana nie może być zbyt 
gwałtowna... Wybrałam białą sukienkę z haftowanym w drobne wzory przodem, gdyż 
według mnie pasowała do sandałów. Miałam świeżo umyte włosy, na szczęście z ledwo 
już widoczną trwałą. Rozpuszczone, sięgały mi do ramion.

Scott nic nie powiedział, ale jego oczy rozbłysły miłością i zachwytem. Poczułam się 
wspaniale. Poszliśmy do hotelu.

- Scott - zawołał Dag Hollinger, wychodząc nam spotkanie - co to wszystko znaczy? 
Myśleliśmy, że jesteś w Ameryce Południowej i żyjesz tam, wolny od wszystkiego i 
wszystkich.

119

background image

- Nie, nie było tak - odpowiedział Scott.

Przyjrzałam się dwóm braciom. Mimo braku podobieństwa, jeśli nie brać pod uwagę 
oczu, wyczuwało się łączącą ich swego rodzaju więź. Dag był opiekuńczy, jakby 
przyzwyczajony do nieustannego czuwania nad niesfornym bratem, z kolei fakt, że Scott 
szanował starszego brata, nie mógł budzić niczyich wątpliwości

Dag odwrócił się w moją stronę.

- Słyszałem, że to pani go odnalazła.

- Dag, zapomniałem ci przedstawić moją żonę - wtrącił Scott. - Oto Synnøve Hollinger.

- Co? - spytał zaskoczony starszy brat. - Kiedy to się stało? Dziś?

- Nie, dwa lata temu - zaśmiałam się. - To trochę skomplikowane...

Zmarszczył brwi.

- Chyba tak. Nie wiedziałem, że Scott się ożenił. Ale cieszę się. Witam w rodzinie! 
Zawsze liczyłem na to, że on się kiedyś ustatkuje. Potrzebuje kogoś, kto potrafiłby o 
niego zadbać.

Wymieniliśmy ze Scottem znaczące spojrzenia.

- Dziękuję za dokumenty - zwrócił się do mnie Dag. - Tak przypuszczałem, że to ty 
włożyłaś je do skrzynki na listy. Postąpiłaś trochę lekkomyślnie, ale wszystko trafiło we 
właściwe ręce.

- Czy wiadomo coś nowego o śmierci Trygve Tora? - zapytał Scott. - Nie, nie dawaj 
Synnøve żadnego alkoholu, staje się wtedy niemożliwa!

Dag uśmiechnął się do mnie, a potem odpowiedział na pytanie brata.

- Nie, nic nie wiadomo o morderstwie w Stonehenge. Policja utrzymuje, że wie, kto go 
zabił. Norweg, drobnej budowy, kręcący się koło „Odpoczynku Wędrowca” przez kilka 
dni, zniknął zaraz po zbrodni. Nikt od tamtej pory go nie widział. O ile zrozumiałem, 
poszukują go i tutaj?

- Tak.

- Scott - zaczął Dag, w zamyśleniu oglądając pod światło wino w kieliszku. - To Kira, 
prawda?

Scott wzdrygnął się i powoli pochylił głowę.

120

background image

- Tak - wyszeptał w końcu. - To matka wzięła dokumenty. Nie chciałem, żeby ktokolwiek 
się o tym dowiedział. Próbowałem je odnaleźć, lecz nie miałem szczęścia. No a potem 
wsadzono mnie do aresztu.

Roztrząsali rozmaite teorie, próbując wyjaśnić, dlaczego śledzono Scotta, ale nie potrafili 
nic wymyślić. Cieszyłam się, że Scott nie wspomniał o moim narzeczonym... Byłoby to 
zbyt dużo jak na jeden raz.

Rozstaliśmy się wreszcie, umówiwszy się na spotkanie w Oslo. Złapaliśmy taksówkę i 
pojechaliśmy na lotnisko. Po drodze zaczął mnie oblewać zimny pot. Nie czułam nawet 
cienia radości, że oto zaraz zobaczę mojego przyszłego męża...

- Może będzie lepiej, jeśli przywitam go sama? - zaproponowałam tchórzliwie.

- O, nie - zaprotestował Scott zdecydowanie. - Chcę zobaczyć człowieka, który rzucił na 
ciebie urok na te wszystkie lata.

Jęknęłam cicho.

Ujrzeliśmy Arne Møllera od razu, jak weszliśmy do hali przylotów. Rozmawiał z celnikami 
i nie zauważył nas.

- Czy to on? - spytał Scott, widząc rumieniec palący mi policzki.

Pokiwałam głową. Usta miałam wysuszone.

Scott zmarszczył czoło.

- Jest podobny do jakiegoś gwiazdora, ale...

Podpowiedziałam mu nazwisko.

- Oczywiście, że tak! No nie, Synnøve, doprawdy... Dobra, nie będę cię męczyć, już i tak 
źle wyglądasz, ale posłuchaj. Nic nie mam przeciwko temu McQuinnowi. Jest wspaniały 
na ekranie, na pewno w twoim guście. Ale ten tam Arne Møller - potrząsnął głową. - Cóż 
on ma wspólnego z McQuinnem prócz wyglądu? Nic! Spójrz na tę bruzdę wzdłuż ust... 
Wskazuje na brak skrupułów! A przymrużone oczy? Za kilka lat będzie bezwzględnym 
tyranem domowym! Nie, wiesz co, takiej konkurencji nie muszę się bać.

- Scott - rzuciłam przez zaciśnięte zęby - to nie fair. Obiecałeś, że nie będziesz już na 
mnie wpływał, pamiętasz? A jednak starasz się, żebym spojrzała na niego twoimi oczami. 
Pozwól, że użyję własnych!

121

background image

Arne dostrzegł nas i podszedł szybkimi krokami. Opanowany jak zawsze, nie pozwolił 
sobie na żadne uściski, przecież byliśmy w miejscu publicznym. Ujął mnie za rękę i 
czekał, abym ich sobie przedstawiła.

- Arne Møller... Scott Hollinger - wybąkałam. Nie mogłam przecież precyzować: „mój 
narzeczony” i „mój mąż”... Zęby mi zresztą szczękały.

Miło ze strony Arnego, że przyjechał tu, żeby mi pomóc Przez chwilę aż byłam na siebie 
zła, że na jego widok nie czuję nic poza wyrzutami sumienia. Jego twarz, lekki, zgrabny 
chód, pewność siebie, autorytet... Wszystko, co tak długo podziwiałam, nagle zniknęło, 
stało się martwe! Za to Scott... Fala ciepła przepłynęła przeze mnie, gdy dostrzegłam 
jego pobladłą twarz, cierpienie w spojrzeniu... Ech, ta sytuacja mnie przerasta, nie 
mogłam sobie z nią poradzić!

- Masz nowe ubranie? - zapytał Arne, dając wyraz swemu niezawodnemu wyczuciu 
szczegółów.

- Tak - wyjąkałam. - Tamte mi ukradli... to znaczy, zgubiłam je.

Ledwo zdołałam ukryć uśmiech, gdy pomyślałam, że te grzeczne podróżne ubrania 
mogły się teraz znajdować u zachwyconych krewnych Peppina na Sycylii.

- Te mam od Scotta - dodałam.

- Dziękuję - powiedział sucho Arne, zwracając się do Scotta. - Zwykle sam dbam o 
garderobę mojej narzeczonej.

Już otworzyłam usta, aby zaprotestować, ale zdołałam się powstrzymać. Scott także 
wyglądał, jakby z całych sił powstrzymywał się przed wybuchem.

Ledwie opanowałam atak histerii, tak było to nieprzyjemne. Jednak nie mogłam nie 
dostrzec śmieszności całej sytuacji. Staliśmy, przestępując z nogi na nogę, i nikt nie mógł 
wymyślić tematu na przedłużenie rozmowy. Utknęliśmy na mieliźnie.

Milczenie przerwał Scott.

- No tak, przekazałem już panu Synnøve i niestety muszę iść - stwierdził. - Mój brat 
czeka. Prawdopodobnie jutro polecimy do Oslo. Kiedy państwo zamierzają wracać?

- Zostaniemy jeszcze tydzień - odpowiedział Arne, zanim nawet zauważyłam pytanie 
Scotta. - Załatwię parę interesów, skoro już tu jestem. Poza tym chciałbym pokazać 
Synnøve wieczne miasto.

Twarz Scotta przypominała nieruchomą maskę.

122

background image

- Mam nadzieję, że spotkamy się w Oslo?

Arne spojrzał na niego niemal z pogardą.

- Synnøve jak najszybciej zacznie załatwiać rozwód, więc nie uniknie kontaktów z 
panem. Poza tym nie widzę powodów, aby się z panem spotykać. A teraz proszę mi 
wybaczyć, muszę zadzwonić do hotelu. Czekają tam dla nas pokoje, Synnøve.

Odszedł. Nerwy miałam zwinięte w supły.

- Ależ, Synnøve - uśmiechnął się Scott z ogromną czułością i otarł łzy z moich oczu. - Nie 
możesz płakać. Arne nie znosi takich wybuchów uczuć.

- Będzie tak pusto i zimno wokół mnie, gdy cię zabraknie - wyszeptałam smutno.

- Zawsze możesz wrócić, wiesz przecież - przypomniał łagodnie.

- Dziękuję, Scott. Zapamiętam to. Bądź ostrożny, dobrze? Nie lubię, gdy jesteś sam. Nie 
wszyscy nasi wrogowie siedzą za kratkami...

- Tak, wiem. Arne idzie. Pójdę już, nie chcę z nim więcej rozmawiać. Masz mój numer 
telefonu w Oslo?

Kiwnęłam głową, a on odwrócił się i szybko odszedł. Stałam, patrząc za nim, i naprawdę 
się bałam. Może nie powinnam pozwolić Scottowi zostać sam na sam z przyrodnim 
bratem? Czy można ufać Dagowi Hollingerowi, człowiekowi, któremu naprawdę opłaca 
się zniknięcie Scotta na zawsze?

123

background image

ROZDZIAŁ XXII

Zwiedzanie Rzymu z Arnem w niczym nie przypominało wędrówek ze Scottem. Był to 
wyjątkowo smutny tydzień. Arne często załatwiał sprawy służbowe. Wyraźnie starał się 
zdobyć pieniądze na uratowanie firmy. Któregoś razu chciałam porozmawiać z nim o 
grożącym mu bankructwie, ale zbył mnie słowami pełnymi takiej pogardy, że niczego 
podobnego wcześniej nie słyszałam.

- Ech, to tylko chwilowe. Jacyś idioci uwzięli się na mnie. Tak to jest, gdy się człowiek 
zwiąże z jakimiś niekompetentnymi tchórzami. Zaczekaj, postawię firmę na nogi, zanim 
się obejrzysz. Nikt nie wepchnie Arne Møllera do rynsztoka, możesz to sobie 
zapamiętać.

Kilka razy, gdy znalazł trochę wolnego czasu dla mnie i chciał „pokazać mi miasto”, 
oglądaliśmy miejsca wymieniane w pierwszym lepszym przewodniku. Byliśmy w 
modnych nocnych klubach, wrzuciliśmy monetę do fontanny di Trevi, zwiedziliśmy 
Colosseum i Forum Traianum. Arne zasypywał mnie wiadomościami, które posiadłam już 
w szkole podstawowej... Przeszliśmy obok kamiennego bloku, gdzie spałam z kotem w 
objęciach, ale Arnemu nawet o tym nie wspomniałam. Przypomniałam sobie tę noc, gdy 
moje serce pękało z niepokoju o Scotta, i gdy Arne nie widział, pogłaskałam mój kamień.

Nie można powiedzieć, żeby Arne okazał się żarliwym i oddanym wielbicielem. Traktował 
mnie z rodzajem opiekuńczej pobłażliwości. Najbliższy miłosnym uniesieniom był wtedy, 
gdy życzył mi dobrej nocy, całując przelotnie. Było mi smutniej niż kiedykolwiek. Bez żalu 
pożegnałam się z Rzymem, wsiadając do samolotu do Oslo.

W czasie podróży zadałam mu pytanie, które nie dawało mi już od dawna spokoju.

- Arne, co ty naprawdę we mnie widzisz? To znaczy... czy mnie potrzebujesz?

Wlepił we mnie oczy.

- Co ci, u diabła, przyszło do głowy?

- No... - zawahałam się - gdybym nagle zechciała się rozstać, zrobiłoby ci to różnicę, czy 
nie?

Nie spodziewałam się takiej reakcji. Arnemu zbielały usta.

- Nie... nie mówisz chyba tego poważnie, Synnøve - wyjąkał. - Jesteś moja, nie 
zapominaj. Ja... przecież cię kocham.

Westchnęłam.

124

background image

- Chciałam właśnie to usłyszeć, Arne. Czasami zaczynam w to wątpić...

Spojrzał mi poważnie w oczy.

- Nigdy nie możesz w to wątpić, Synnøve. Myślałem, że powiedziałem ci to raz na 
zawsze wtedy, gdy poprosiłem cię o rękę.

Pokiwałam głową, pokonana.

- Oczywiście. Przepraszam. Chciałam cię tylko sprowokować.

Odwróciłam się szybko do okna, aby nie zobaczył, jak drżą mi usta.

Choć Arne mnie nie poganiał, wiedziałam, że czeka, abym zaczęła załatwiać rozwód. 
Odsuwałam to, jak mogłam. Moje uczucia nie zmieniały się, nic nie wskazywało, żeby ta 
gwałtowna namiętność, która wybuchła między Scottem i mną we Włoszech, była 
przemijająca. Wiedziałam, że on czeka na znak ode mnie, ale chciałam mieć absolutną 
pewność, zanim wybiorę.

Najgorsze było to bankructwo. Arne nigdy już o tym nie wspominał, ale widziałam, jak 
jego twarz staje się coraz bardziej napięta, a nerwy coraz słabsze. Denerwowały go 
nawet drobiazgi. Wzruszało mnie to. Zawsze był taki silny! Może mnie teraz 
potrzebował?

Pojechaliśmy zobaczyć wreszcie mieszkanie w bloku, gdyż skończył już je urządzać.

Podczas jazdy windą padło pytanie, którego się obawiałam:

- Kiedy dostaniesz rozwód?

Patrzyłam na mijane piętra.

- W każdej chwili. Ale Arne, czy możesz sobie teraz pozwolić na to mieszkanie? Czy nie 
lepiej...

Twarz mu stężała.

- Potrzebujemy tego mieszkania! Nie zadowolę się byle czym, wiesz przecież. I proszę 
cię po raz ostatni: nie mieszaj się w moje sprawy. Wszystko, co dotyczy spraw 
finansowych, ja załatwię najlepiej.

Zaczęłam się zastanawiać, jaką rolę przeznaczył dla mnie w tym małżeństwie. Czy chciał 
tylko zaspokoić swoją próżność, „ulepszając” żonę dokładnie według swego gustu?

Zacisnęłam oczy i otworzyłam je dopiero, gdy winda stanęła.

125

background image

- Proszę! - zawołał Arne z dumą po otwarciu drzwi do mieszkania. - Wszystko gotowe na 
przyjęcie pani tego domu.

Obeszłam powoli mieszkanie. Było to mieszkanie Arnego; ani moje, ani nasze... 
Reprezentacyjne, umeblowane jakby na zamówienie. W gardle rosła mi dławiąca kula.

- Arne - wykrztusiłam, czując, jak zimny pot zrasza mi czoło - możesz dać mi wody? 
Chyba jeszcze jestem zmęczona po podróży.

- Bzdury. Wróciliśmy przecież dwa tygodnie temu... Ależ kochanie, jesteś taka blada!

A więc w tym koszmarnym mieszkaniu miałam spędzić swoją przyszłość?! Ta zimna, 
obca karykatura mieszkania, gdzie nie spodobało mi się nic, nawet najmniejszy detal. 
Opadłam na nadmiernie kwiecisty fotel.

- Woda nie jest jeszcze podłączona - wyjaśnił zaniepokojony. - Zejdę po coś do picia. Na 
dole jest sklepik, to bardzo praktyczne.

Praktyczne, praktyczne... brzęczało mi w głowie, gdy już poszedł. Nagle poczułam, że 
chce mi się krzyczeć. Opanowałam się, ale było mi tak źle w tym obcym mieszkaniu, 
którego nigdy nie mogłabym nazwać domem, że aż mnie roznosiło.

I nagle zrozumiałam, co powinnam zrobić.

Oby tylko telefon był podłączony...

Na szczęście był. Drżącymi palcami wybrałam numer Scotta.

A jeśli nie zastanę go w domu? Gdy się wreszcie zdecydowałam, strasznie chciałam 
porozmawiać z nim od razu.

Ach, jak ja za nim tęskniłam. Te niekończące się tygodnie bez niego, gdy próbowałam 
odsuwać wszelkie o nim myśli, wypychać je ze świadomości, czując jednocześnie 
tęsknotę. Gdy wreszcie usłyszałam niski, ciepły głos, zamknęłam oczy i odetchnęłam.

- Scott... - zaczęłam.

Jego głos podziałał na mnie jak zastrzyk witamin.

- Synnøve - zawołał z radością - czy to naprawdę ty? Gdzie jesteś?

- W najokropniejszym mieszkaniu, jakie sobie można wyobrazić - odpowiedziałam. - 
Prawdziwe straszydło. Aż się źle poczułam.

- Synnøve... o czym właściwie mówisz? - spytał nieco ostrożniej.

126

background image

- Jestem w mieszkaniu, które miałoby być moim przyszłym domem. Scott... czy nie 
zmieniłeś zdania... że będziesz na mnie czekał?

Usłyszałam w słuchawce długie, drżące westchnienie.

- Nie, Synnøve, wiesz przecież. Wybrałaś?

- To nie takie trudne. Te tygodnie były jak koszmar. Scott, kocham cię.

- A ja ciebie. Ponad wszystko. Przyjadę do ciebie za godzinę, będziesz w domu?

- Dla ciebie zawsze.

- Czy rozmawiałaś z Arnem?

- Zaraz to zrobię. Czekam na ciebie, Scott.

Odłożyłam słuchawkę. Ogarnął mnie cudowny spokój.

Niestety, był zdradliwy. Zapomnieliśmy o grożących nam niebezpieczeństwach, o tym, że 
ręce przestępców wciąż wyciągały się w stronę Scotta, gotowe chwycić, gdy się nadarzy 
okazja.

A właśnie się nadarzyła...

127

background image

ROZDZIAŁ XXIII

Gdy Arne wrócił, zakomunikowałam mu o swojej decyzji, spokojnie i bez cienia strachu.

Oczywiście wściekł się, ale nie przeraził mnie tym. Postanowienie było ostateczne.

- Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem - grzmiał - ile w ciebie zainwestowałem, na co 
miałem nadzieję... Stworzyłem cię z niczego, nauczyłem dobrych manier, a ty? Ledwo 
znalazłaś się poza moim zasięgiem, zakochałaś się w innym i wróciłaś do dawnych 
grzechów. Ależ ty wyglądałaś tam w Rzymie! W sandałach, bez pończoch, rozczochrane 
włosy...

Wszystko, co mówił, wypadało mi szybko z ucha. Byłam wolna, wolna! Należałam teraz 
do Scotta - wspaniałego Scotta, równie szalonego jak ja. Jakie fantastyczne życie nas 
czekało!

Arne powiedział w końcu to, na co czekałam:

- Aha, rozumiem, co się za tym kryje! Boisz się, że będę biedny, więc wolisz bogatszego. 
Po prostu lecisz na pieniądze, ot co!

- To nieprawda - odparłam spokojnie. - Właśnie dlatego, że dowiedziałam się o twoich 
kłopotach, chciałam zostać z tobą. W przeciwnym razie usłyszałbyś to wszystko już w 
Rzymie. Ale ty mnie wcale nie potrzebujesz, nawet nie wolno mi cię wspierać!

- Piękne słówka - rzucił szyderczo. - Spróbuj tylko do mnie wrócić, gdy już stanę na nogi! 
Wtedy drzwi będą zamknięte, zobaczysz!

Jak ja kiedykolwiek mogłam podziwiać takiego człowieka? Jak dalece byłam zaślepiona? 
Tylko dlatego, że był jedynym, który się mną zainteresował, dodałam mu wiele zalet, 
których wcale nie miał! Nawet gdy dostrzegałam jego wady, nie widziałam powodów, aby 
zareagować. Usprawiedliwiałam go sama przed sobą i próbowałam kochać mimo 
wszystko. Teraz przyprawiał mnie o mdłości.

- Chętnie bym sobie pogadał z tym pozbawionym skrupułów Hollingerem. Kiedy masz się 
z nim spotkać?

Słuchałam go jednym uchem, marząc o czekającej mnie wspaniałej przyszłości, więc 
odrzekłam automatycznie:

- Przyjedzie do mnie za godzinę.

- To ja też! Powiem mu coś do słuchu...

- Jak sobie chcesz - odparłam obojętnie. - Ale żadnych awantur!

128

background image

Spojrzał na mnie, obrażony.

- Czy kiedykolwiek robiłem awantury?

- No... nie - przyznałam.

Aż dziwne, że mogłam być tak nim zauroczona. Scott miał rację, to było tylko 
młodzieńcze marzenie. A ponieważ z natury jestem wierna, trzymałam się tego marzenia.

Wreszcie wydoroślałam.

W gorączkowym pośpiechu uporządkowałam mieszkanie, przygotowałam moje 
popisowe danie i zasiadłam przed lustrem. Chciałam mu się spodobać. Nie widziałam 
Scotta trzy tygodnie, i były to tygodnie bardzo długie!

Jednak dał na siebie czekać. Godzina przeciągnęła się do półtorej, danie wyschło w 
piekarniku... Chodziłam tam i z powrotem pomiędzy oknami w kuchni i pokoju. O 
myślach, które przeleciały mi wtedy przez głowę, najchętniej bym zapomniała. Żadna z 
nich nie była przyjemna!

Gdy wreszcie ktoś zadzwonił do drzwi, serce skoczyło mi do gardła. Jeśli to Arne, 
zatrzasnę mu drzwi przed nosem.

Ale to był Scott.

Przemoczony od stóp do głów, z włosami pasmami oklejającymi czoło... i nadal 
wspaniały.

Serce znów mi załomotało, tym razem z miłości i niepokoju.

- Wejdź - powiedziałam przestraszona. - Musiałeś tu płynąć?

- Prawie.

Pomogłam zdjąć mu kurtkę i buty.

- A ja tak się dla ciebie wystroiłem - próbował się uśmiechnąć.

- Co się stało? - nie mogłam zapanować nad drżeniem głosu.

Wyżął koszulę i skarpetki nad zlewem. Boso, w ociekających wodą spodniach, i tak 
wydawał mi się nieziemsko piękny. Nie mogłam się napatrzeć, a gdy przypomniałam 
sobie, że kiedyś trzymał mnie w ramionach mrowie przeszło mi po ciele.

Sprowadził mnie na ziemię, mówiąc:

129

background image

- Znasz ten mostek po drodze tutaj?

- Tak - zastanowiłam się. - Jechałeś na skróty?

Pokiwał głową.

- Chciałem zaoszczędzić kilka minut - urwał, ale zrozumiałam, co miał na myśli. Tak 
dobrze, że się zarumieniłam. - Nagle z lasu wyskoczył samochód i wjechał za mną na 
most. Wkrótce był już przy mnie i przycisnął do barierki. Nie mogłem nic zrobić, wpadłem 
do wody. Szczęściem udało mi się wydostać z samochodu i dopłynąć do brzegu. Tamten 
uciekł w zawrotnym tempie, ale dostrzegłem, kto prowadził.

- Och, Scott! - krzyknęłam, zakrywając dłonią usta. - To okropne! Mogłeś zginąć!

- Na pewno o to mu chodziło. To był nasz stary przyjaciel sprzed ratusza, ze Stonehenge 
i Włoch.

- Ten, którego nazwiska nie znamy? Tak myślałam. Sądzisz, że to on jest szefem?

- Nie - zaprzeczył Scott po chwili zastanowienia. - Myślę, że są od niego ważniejsi. On 
jest zbyt młody i niedoświadczony, zresztą nie na tyle inteligentny, żeby coś takiego 
zaplanować.

Kiwnęłam głową.

- Też tak sądzę. Czy coś takiego przydarzyło ci się tu po raz pierwszy?

- Skąd! Gdybyś widziała pierwszy tydzień... gdy jeszcze byłaś we Włoszech. Musiałem 
strasznie na siebie uważać. Ciągle przytrafiały mi się jakieś dziwne wypadki. Wreszcie 
załatwiono mi ochronę, i to pomogło.

- Scott, to okropne! - Czułam, że blednę. - To się musi wreszcie skończyć! Chcę, żeby 
mój mąż miał spokój!

Uśmiech, który mi posłał, był pełen miłości.

- Podobało mi się to „mój mąż”...

Przez chwilę staliśmy w uroczystym milczeniu. Scott pieszczotliwie pogładził mnie po 
twarzy. Nadal jednak był zbyt mokry, więc się nie przytuliliśmy. Mieliśmy czas.

- Widziałeś na moście jakichś ludzi? - spytałam, starając się zejść na ziemię.

- Nie, o dziwo było całkiem pusto. Trochę mi zabrało czasu otworzenie drzwi pod wodą, 
ale nikt się nie zjawił.

130

background image

- Tak, rzadko ktoś jeździ tamtędy - przyznałam, wycierając mu plecy. - Och, zapomniałam 
o piecyku!

Przestraszona, wyciągnęłam brytfankę.

- Wygląda wspaniale - powiedział Scott z uznaniem.

Ja nie zdążyłam nic dostrzec. Nagle cała kuchnia zawirowała mi przed oczami.

- Ależ Synnøve - zawołał Scott poruszony - strasznie zbladłaś! Co ci jest?

Objął mnie i posadził na krześle. Otarłam czoło. Było całkiem mokre od potu.

- Nic nie rozumiem, Scott. Coś podobnego przytrafiło mi się u Arnego. Wczoraj rano też...

Scott wpatrywał się we mnie bez słowa.

- Co się stało? Dlaczego tak na mnie patrzysz?

I nagle sama zrozumiałam.

- Scott! Och, Scott! - wybuchnęłam niemal histerycznym śmiechem. - O ile się nie mylę, 
będziesz musiał dbać nie tylko o żonę, ale o całą rodzinę!

Nigdy nie zapomnę wyrazu jego oczu. Ze śmiechem szczęścia porwał mnie z krzesła i 
mocno uścisnął.

- Synnøve... ile mi jeszcze dasz? Chęć do życia, do pracy... a teraz jeszcze to! Wreszcie 
czuję, że warto jest żyć!

Zgadzałam się z nim w stu procentach.

Ale właśnie wtedy ktoś oczywiście musiał zadzwonić do drzwi.

- O, to Arne - szepnęłam. - Chciał z tobą porozmawiać.

- O czym? - mruknął Scott - Idź i otwórz... ja zaraz przyjdę.

- Ale moja sukienka! Mam przecież mokrą plamę po twoich spodniach...

- Trzymaj! Załóż fartuszek, będziesz taka śliczna, że go zamuruje.

- O, jego nie - odpowiedziałam sceptycznie.

Dzwonek zabrzmiał tym razem energiczniej. Poszłam otworzyć.

131

background image

To był rzeczywiście Arne. Ale jak wyglądał...

Równie przemoczony jak Scott, w teatralnej pozie opierał się o framugę i ciężko 
oddychał. Wciągnęłam go do środka. Opadł bezsilnie na krzesło. Zauważyłam, że drzwi 
od kuchni są uchylone, ale nie dobiegał stamtąd żaden dźwięk

Gdy drugi mężczyzna wszedł tak samo przemoczony jak pierwszy, sytuacja wydała mi 
się na tyle komiczna, że z trudem powstrzymałam się od śmiechu.

- Arne, co się stało?

Podniósł się i schwycił mnie za ręce.

- Synnøve, musisz być teraz silna - zaczął poważnie.

- Ja jestem silna - zapewniłam. - O co chodzi?

Spojrzał mi głęboko w oczy.

- Scott Hollinger nie żyje.

- Co ty mówisz?! - zawołałam zaskoczona.

- Jadąc tutaj zobaczyłem, że samochód przede mną dziwnie się zachowuje. Zjeżdżał z 
jednej strony na drugą. Gdy się zbliżyłem, dostrzegłem, że prowadzi go Hollinger. Nagle 
skręcił gwałtownie, rozbił barierkę i spadł z mostu. Zatrzymałem się, oczywiście, i 
wskoczyłem do wody w miejscu, gdzie zniknął jego wóz.

Gapiłam się na Arnego bez słowa. Uznał, że jestem w szoku, co zresztą było prawdą.

- Synnøve, spokojnie. To musi być dla ciebie ciężki cios, ale pamiętaj, że jestem przy 
tobie.

Jego głos był samym ciepłem i współczuciem.

- Nie znalazłem go, Synnøve. Drzwi były otwarte. Musiał wypaść i pewnie prąd go 
porwał. Synnøve... Puszczę w niepamięć te wszystkie głupstwa, których mi dziś 
nagadałaś. Zaczniemy od nowa. Zaraz weźmiemy ślub... bo przecież jesteś teraz wolna, 
i wkrótce zapomnisz przy mnie o tej okropnej historii. Może to i dobrze, że tak się stało. 
Twoje zainteresowanie Hollingerem to tylko przelotna namiętność, przyznasz sama.

Oszołomiona, zakryłam dłońmi twarz. Wreszcie zebrałam się w sobie; gwałtowny gniew 
przywrócił mi zdolność działania.

132

background image

- Dziękuję, Arne, jesteś bardzo miły - wykrztusiłam. - Idź teraz do łazienki, przebierz się, 
żebyś się nie przeziębił. Wisi tam szlafrok, weź go.

Gdy to mówiłam, wyjęłam niepostrzeżenie klucz tkwiący od wewnętrznej strony drzwi. 
Arne nic nie zauważył i wszedł do środka, a wtedy błyskawicznie przekręciłam klucz.

Scott był już obok i obejmował mnie. Staliśmy tak przez chwilę, drżałam na całym ciele. 
Wreszcie podeszłam do telefonu.

- Proszę z wydziałem zabójstw - powiedziałam po wybraniu numeru policji.

Od strony łazienki dobiegło nas łomotanie w drzwi.

133

background image

ROZDZIAŁ XXIV

Niedługo później policjanci wypuścili z łazienki nadal mokrego i niezwykle 
zdenerwowanego Arne Møllera.

- To jest skandal! - brzmiały jego pierwsze słowa. - Nic nie powiem, zanim nie 
porozumiem się z moim adwokatem.

- Nie sądzę, żeby panu mógł coś pomóc - odparł na to spokojnie jeden z policjantów. - 
Obawiam się, że trudno będzie panu wytłumaczyć tę nagłą kąpiel. Według Scotta 
Hollingera na moście nie było ani ludzi, ani samochodów. Poza tym... czy nie był pan 
kiedyś zaręczony z Ritą Svendsen, sekretarką adwokata Tora?

Zaprzeczył ruchem głowy.

- Nigdy o niej nie słyszałem.

- Pańscy sąsiedzi są odmiennego zdania. Według nich ta młoda dama odwiedza pana 
nadal kilka razy w tygodniu.

Podwójna gra Arnego nawet mnie nie zdołała rozzłościć, tak mało już dla mnie znaczył.

- Czy nie było tak - kontynuował inspektor - że pańska narzeczona, Rita Svendsen, 
opowiedziała panu o bogatym kliencie adwokata Tora? - Tu skinął głową w kierunku 
Scotta. - O ile wiemy, pańskiej firmie nie wiodło się najlepiej. Mieliśmy na pana oko. Otóż 
jedną z niewielu osób, która wiedziała o bezowocnych poszukiwaniach dokumentów 
przez pana Hollingera, była sekretarka w kancelarii adwokata Tora. Przedziwnym 
zbiegiem okoliczności dawny narzeczony tejże sekretarki zapałał nagłą chęcią ożenku z 
Synnøve Berge, żoną Scotta Hollingera, który pochopnie zawarł z nią małżeństwo.

- To nie była wcale pochopna decyzja - mruknął Scott. - To najmądrzejsza rzecz, jaką 
kiedykolwiek zrobiłem.

Pięknie wyglądał, stojąc tak z nagim torsem i w opiętych mokrych spodniach. Arne nawet 
nie zdjął płaszcza. Szykowało mu się niezłe przeziębienie... I dobrze mu tak. Ciekawe, co 
sądziła policja o tych dwóch przemoczonych rywalach.

Nikt nie przewidział następnego ruchu Arnego. Wydawał się tak opanowany, że policjanci 
nie mieli powodów do zachowania szczególnej uwagi. Nie wzbudził ich podejrzeń, gdy 
podszedł do stołu. Wyjął przedtem papierosa i sądzili, że sięgnie po zapałki, ale złapał za 
coś zupełnie innego. Zanim ktokolwiek się zorientował, trzymał mnie przed sobą jak 
tarczę, a do pleców przyciskał mi nóż do rozcinania kartek.

134

background image

- Nie ruszać się, bo ją zabiję - wysyczał zdesperowany. - Dacie mi pięć minut. Jeżeli 
pójdziecie za mną wcześniej, możecie uważać ją za martwą.

Jego ramię ściskało mi szyję, ostrze kłuło mnie w plecy... nic nie mogłam zrobić. 
Policjanci stali bezradni, a Scott był blady jak ściana i zaciskał zęby.

- Møller - powiedział po chwili z tłumioną wściekłością - jeśli zrobisz krzywdę Synnøve 
albo dziecku, będę cię prześladował aż do śmierci. Życie i tak straciłoby dla mnie sens. 
Przysięgam, że cię zabiję.

Arne zareagował bynajmniej nie na groźby.

- Dziecko?! - wrzasnął falsetem. - A więc jednak oszukałaś mnie! Ty dziwko! A ja 
miałem...

Wściekłość odebrała mu panowanie nad sobą. Złapał mnie za ramię i na chwilę ostrze 
noża zmieniło kierunek. To wystarczyło, aby czterech mężczyzn zdołało go obezwładnić.

Scott objął mnie mocno. Pomogło mi to puścić mimo uszu nienawistne słowa, posyłane 
nam przez wyprowadzanego pod policyjną eskortą Arnego.

Arne Møller przyznał się w końcu do wszystkiego. Utrzymanie Rity wiele go kosztowało, 
firma kulała, on chciał wydawać się lepiej sytuowany, niż był w istocie. Pilnie potrzebował 
pieniędzy. Zawsze piął się w górę, nie zważając na innych, więc bez zbędnych skrupułów 
ułożył perfidny plan. Gdy Rita powiedziała mu, że Scott Hollinger szuka żony pro forma, 
postanowili, że to właśnie ona go zdobędzie. Celem był, oczywiście, rozwód w 
hollywoodzkim stylu, zapewniający dostatnie życie jej i Arnemu. Jednak Scott nie 
zainteresował się Ritą, wybrał natomiast mnie... i zapomniał o rozwodzie w całym 
zamieszaniu z zaginionymi dokumentami koncernu. Dlatego ułożyli kolejny plan, dużo 
trudniejszy w realizacji, mimo że okoliczności im sprzyjały. Na przykład moja osoba. Że 
też to właśnie ja wyszłam za Scotta, dziewczyna, która kiedyś uganiała się za Arnem... 
Stanowiłam łatwy łup i zdecydowanie zwiększałam szanse Arnego na przejęcie koncernu 
„Kira”. Scott przecież zaginął i gdyby zadbali, żeby się nie odnalazł jeszcze przez jakiś 
czas, to wkrótce zostałabym uznana za wdowę... za bardzo, bardzo bogatą wdowę!

Wszystko to omawialiśmy ze Scottem u mnie pewnego późnego jesiennego wieczoru. 
Wróciliśmy ze wsi, gdzie oglądaliśmy dom na sprzedaż. Oboje zdecydowaliśmy, że 
miasto i ruch uliczny to nic dobrego dla dzieci, i postanowiliśmy się przeprowadzić. Scott 
był wspaniały jako mąż. Czuły i opiekuńczy, szalony i impulsywny... Każdy dzień 
przynosił coś nowego. Minął dopiero tydzień od czasu aresztowania Arnego, więc 
jeszcze zajmowaliśmy dawne mieszkania, nocując u siebie nawzajem.

- Jak mógł tak łatwo cię śledzić? - spytałam.

135

background image

Uśmiechnął się.

- Trygve Tor wiedział, dokąd jadę. Nie był specjalnie gadatliwy, ale jego sekretarka miała 
wiele okazji, aby pogrzebać w papierach.

Pokiwałam głową.

- Głupia byłam, że nie zrozumiałam, kim był ten tajemniczy mężczyzna spod ratusza - 
przyznałam. - Trygve Tor prawie mi to powiedział w Anglii: „Gdyby nie jego siostra, już 
dawno bym go zamknął”. To był brat Rity!

- No właśnie. Nic dziwnego, że widziałem go często na schodach wiodących do 
kancelarii. Myślałem, że jest klientem Tora, a on pewnie szedł rozmawiać z siostrunią.

- I otrzymywać rozkazy - dodałam. - Oboje mieliśmy szczęście...

Ramiona Scotta natychmiast mnie otoczyły. Poczułam się tak bezpieczna, każdą 
komórką ciała czułam, że należę do niego. To było wspaniałe!

- Co się teraz z nimi stanie? - wyszeptałam.

Scott pocałował mnie.

- Czeka ich więzienie, oczywiście. Rita wywinie się szybciej, lecz jej brata i Arnego 
pewnie długo nie zobaczymy. Oskarżeni są w końcu o morderstwo i o usiłowanie 
morderstwa...

Teraz ja go pocałowałam. Właściwie dlaczego siedzieliśmy tak i układaliśmy protokół 
przestępstwa? Są przecież przyjemniejsze zajęcia. Scott najwyraźniej podzielał moje 
zdanie.

- Jednej rzeczy mi szkoda - mruknął.

- Jakiej?

- Że nie pojedziesz ze mną do Francji i Hiszpanii, aby szukać dokumentów.

- Przecież mogę!

- Nie ma mowy! - zaprotestował stanowczo i przytulił mnie mocno, jakby w obawie, że 
coś mi się stanie. - Nic ci się teraz nie może przydarzyć, Synnøve.

Objęłam go za szyję.

136

background image

- A ja myślałam, że bezpiecznie będę się czuła tylko z Arnem! Ty jesteś tysiąc razy 
bardziej opiekuńczy od niego. I w o wiele ciekawszy sposób.

Scott zaśmiał się.

- A to dopiero początek! - powiedział obiecująco. - Zobaczysz jeszcze! Wreszcie mam na 
kogo wydawać pieniądze. Pomyśleć tylko: mam rodzinę! Dziękuję ci, Synnøve.

- Cała przyjemność po mojej stronie - szepnęłam nieśmiało.

137