background image

SUZANNE RAND 

MOJA PRZYJACIÓŁKA 

On Her Own 

Tłumaczyła: Wojciech Pogroszewski 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Siedzieliśmy  przy  długich,  piknikowych  stołach.  Panowała  zadziwiająca  cisza. 

Zamknęłam na moment oczy, wydawało mi się, że jestem zupełnie sama. 

Wówczas  głębokim  basem  przemówił  Dirk  Mitchell.  Spojrzałam  ukradkiem  na 

siedzących  obok  mnie  nastolatków.  Większość  z  nich  przybrała  dość  sztuczne  pozy 

obojętnych  czy  zrelaksowanych.  Atmosfera  wyczekiwania  kryła  jednak  w  sobie  dreszczyk 

emocji. 

Dirk miał jasne włosy i  zmierzwioną brodę spłowiałą od słońca. Stał na środku sali. 

Nie  mówił  dłużej  niż  parę  minut,  a  już  wydał  mi  się  kimś  znajomym.  Aż  trudno  było 

uwierzyć, że nie minęła nawet godzina od chwili pożegnania z rodzicami. 

Mieli  przed  sobą  jeszcze  długą  podróż  -  wyruszyli  do  naszego  letniego  domku  nad 

jeziorem. 

Zawsze  spędzaliśmy  tam  lato  -  ja,  mama,  tata  i  moja  starsza  siostra,  Mary  Beth.  W 

tym roku stało się inaczej. Rodzice postanowili zostać sami przez cały tydzień. Mary miała 

dojechać  po  zdaniu  egzaminów  kończących  pierwszy  rok  szkoły  pielęgniarskiej.  Trzeci 

tydzień nad jeziorem chcieliśmy przeżyć razem, chcieliśmy, żeby należał do nas wszystkich. 

Potem pozostawał już tylko powrót do domu do Spring Valley w stanie Maryland. 

- Za  chwilę  -  mówił Dirk  -  odczytam przydział  miejsc. W każdej  grupie znajdzie się 

dziesięć  osób  oraz  dwóch  opiekunów,  jedna  chata  przypadnie  na  jedną  grupę.  Każda  grupa 

działać będzie niezależnie od pozostałych, co oznacza, że cały turnus spędzicie w zespołach 

dwunastoosobowych.  Prędzej  czy  później  będziecie  musieli  zawierzyć  tej  czy  innej  osobie. 

Każdy jest tu ogniwem w łańcuchu przetrwania. - Dirk przyjrzał się badawczo młodzieży. - 

Rozpoznaję wśród was tych, którzy odwiedzili Szkołę Przetrwania ubiegłego lata. Ci, którzy 

są  po  raz  pierwszy,  cieszą  się  myśląc  pewnie:  „Ach,  jak  wspaniale!  Będziemy  spali  w 

chatach!” 

Uśmiech  pojawił  się  na  mojej  twarzy,  gdy  usłyszałam  głośno  wypowiadane  własne 

myśli. Powinnam wiedzieć, że trzy tygodnie spędzone w łóżku pod dachem to marzenie zbyt 

piękne, by mogło być prawdziwe. 

- Nic  z  tego!  -  rozwiał  nadzieję  Mitchell.  -  Pozwolimy  wam  na  nieco  domowego 

komfortu przez pierwsze trzy dni szkolenia, lecz potem grupy opuszczą obóz i sami będziecie 

sobie  radzić  na  odludziu.  Przez  dziesięć  lat,  odkąd  funkcjonuje  Szkoła  Przetrwania, 

przekonaliśmy  się,  że  najlepsze  wyniki  osiąga  się  ucząc  w  obozie  jedynie  podstawowych 

background image

umiejętności. Resztę należy poznać bezpośrednio. Pod koniec drugiego tygodnia każdy z was 

będzie  wiedział,  jak  rozbić  namiot,  zbudować  szałas,  rozpalić  ognisko.  Jak  wspinać  się  na 

skały,  uzdatniać  wodę  do  picia,  przeprawić  się  przez  strumienie  i  znajdować  pożywienie. 

Planujemy dwudniową indywidualną wyprawę, w której każdy z was będzie zdany jedynie na 

własne siły, oraz główną wyprawę grupową. 

Obdarzył  nas  szerokim  uśmiechem.  Mimo  to  poczułam  się  niezbyt  pewnie.  Przez 

moment pomyślałam, że popełniłam błąd przyjeżdżając tutaj. Nie dla mnie był to obóz. Jak 

miałam sprostać tak ogromnym trudnościom? 

Zauważyłam,  że  inni  również  zaniepokoili  się.  Zaczęłam  więc  podejrzewać,  że  nie 

byłam jedyną osobą, którą ogarnęło zwątpienie. Obok, przy stole, szczupły chłopak pobladł 

tak, że jego twarz zlała się z kremowym kolorem koszulki. Bezwiednie wpatrywałam się w 

niego zastanawiając się, czy zemdleje. Niespodziewanie jednak jego policzki zarumieniły się. 

Z  pewnością  szeptał:  „Poradzę  sobie”.  Pomyślałam,  że  ja  również  jestem  w  stanie 

podołać  trudnościom  i  przezwyciężyć  słabości.  Do  Szkoły  Przetrwania  trafiłam,  gdyż  sama 

tego pragnęłam najbardziej w świecie.  Na ten dzień czekałam niecierpliwie od ponad roku. 

Ubiegłego lata byłam  zbyt młoda, żeby się zapisać -  warunkiem  było ukończenie szesnastu 

lat.  Gromadziłam  więc  pieniądze.  Pracowałam  na  farmie  i  opiekowałam  się  dziećmi. 

Pragnęłam sprawdzić siebie, swoje możliwości - wziąć wreszcie udział w szkoleniu. 

I  w  końcu  spełniło  się  moje  marzenie!  Wciąż  wydawało  mi  się,  że  śnię.  Byłam 

przekonana, że w pewnej chwili obudzę się i okaże się, że leżę w swoim łóżku w rodzinnym 

Maryland,  a  nie  na  ogromnej  polanie  u  podnóża  gór  Adirondacks.  Chwilami  traciłam 

poczucie rzeczywistości, ponieważ prawie w ogóle nie spałam  poprzedniej nocy. W pokoju 

motelowym, gdzieś w Pensylwanii, emocje pozwoliły mi jedynie na parę godzin drzemki, a 

potem znowu trzeba było wyruszyć w drogę. Ale nawet wtedy, gdy po raz pierwszy tęskniłam 

za domem, przy rozstaniu z mamą i tatą, nie dopuszczałam myśli o rezygnacji. 

Wiedząc, że jednym z zasadniczych założeń programu szkolenia był dobry początek, 

wsłuchiwałam  się  uważnie  w  to,  co  mówił  Mitchell.  Niebawem  czekało  mnie  spotkanie  z 

ludźmi, z którymi miałam spędzić następne trzy tygodnie. 

- Najpierw wyczytam opiekunów poszczególnych grup - kontynuował Dirk - a potem 

każdego  z  was  przydzielę  do  którejś  z  nich.  Bardzo  prosimy  o  uwagę,  o  powstanie  po 

usłyszeniu  swego  nazwiska  i  dołączenie  do  odpowiedniego  zespołu.  Po  skompletowaniu 

składów opiekunowie wskażą wam miejsce zakwaterowania. 

Przerwał na chwilę. Zapanowała oszałamiająca cisza. Atmosfera napięcia w pawilonie 

sięgała zenitu. 

background image

- Zanim rozpocznę wyczytywanie nazwisk - znów rozległ się głos Dirka  - chciałbym 

dodać coś jeszcze. Nigdy nie zapominajcie, że program Szkoły Przetrwania przeznaczony jest 

dla  każdego  z  was,  a  nie  dla  supermanów.  Wystarczy  przeciętna  sprawność  fizyczna  i 

odrobina  odwagi.  -  Uśmiechnął  się,  dodając  nam  otuchy.  -  Nikt  nie  będzie  żądał  od  was 

niczego,  co  przerastałoby  wasze  zdolności  czy  siły.  Nikt  nie  będzie  wyznaczał  zadań 

niemożliwych  do  zrealizowania.  Zmierzycie  się  z  własnymi  słabościami.  Oczywiście  nie 

zawsze okaże się to łatwe. Osobiście gwarantuję wam, że opuścicie to miejsce pełni wiary w 

przyszłość. Nabędziecie  więcej  zaufania do siebie, uwierzycie w swoje  możliwości.  A przy 

okazji wspaniale spędzicie czas. Gdyby Szkoła Przetrwania nie łączyła w sobie solidnej porcji 

zabawy z ciężką praca, czyż mielibyśmy tylu chętnych i tylu powracających do nas? 

Okrzyki  uznania  i  oklaski  wywołały  uśmiech  na  twarzy  Dirka.  Sięgnął  po  rejestr 

leżący na stole i rozpoczął wyczytywanie nazwisk. 

„Mam nadzieję, że ma rację” - pomyślałam, wycierając ukradkiem spocone dłonie w 

spodnie. Daleko mi do super - człowieka, jestem po prostu zwykłą Katie Carlisle. Nerwowo 

westchnęłam. 

Jedna z grup w zwartym szyku opuszczała już pawilon. 

Uczestnicy  dźwigali  wypchane  torby  sportowe,  plecaki.  Każdy  przywiózł  własne 

ubranie i buty do pieszych wypraw, nie zapominając o wygodniejszym obuwiu, jak mokasyny 

czy tenisówki. Całą resztę zapewniała szkoła. 

Parę miesięcy temu wszyscy otrzymali broszury proponujące zestaw różnych ćwiczeń 

przygotowawczych  i  teraz,  obserwując  tych  chyba  bardziej  sprawnych  niosących  wielkie 

bagaże  na  ramionach,  dziękowałam  sobie  w  duchu,  że  wykonywałam  w  maju  i  czerwcu 

wszystkie te przysiady. Uprawiałam też jogging. Może dzięki temu uda mi się nie zbłaźnić. Z 

drugiej jednak strony, gdy pomyślałam sobie, że moje wyobrażenia o wyprawach ograniczają 

się  jedynie  do  niespełna  kilometrowej  drogi  wiodącej  do  sklepu  warzywnego  w  rodzinnym 

Spring Valley... 

Formowano trzecią grupę. 

- Lisa Morison - głos Dirka brzmiał donośnie i czysto. Wysoka, szczupła dziewczyna 

o sylwetce tancerki i odpowiedniej fryzurze, zgrabnie sięgnęła po swą brezentową torbę. 

Uśmiechnęła  się  i  pozdrowiła  parę  osób,  torując  sobie  drogę  między  stołami. 

„Wygląda, jakby niczego się w życiu nie bała” - pomyślałam. Sądząc po liczbie znajomych 

jej osób, musiała już brać udział w zajęciach Szkoły Przetrwania, a dumny uśmiech wydawał 

się potwierdzać jej dobre wyniki. 

Jeżeli ja umiałabym emanować taką pewnością siebie pod koniec obozu, czułabym się 

background image

usatysfakcjonowana. 

Po chwili Dirk wyczytał moje nazwisko. Niezdarnie sięgnęłam po wypchaną torbę, by 

przejść na drugą stronę i zająć miejsce obok Lisy. Stała spokojna i opanowana, z rękami w 

kieszeniach swych bawełnianych szortów, i biodrem wysuniętym nieco do przodu. Wyglądała 

na  zupełnie  nieporuszoną  atmosferą  ogólnego  podniecenia,  tak  jakby  czekała  w  kolejce  do 

źródełka z pitną wodą. 

Nieznaczny  uśmiech  pojawił  się  na  jej  ustach,  gdy  zabrzmiało  nazwisko:  „Jake 

Summers”. Kierując wzrok na zbliżającego się do nas chłopaka, nie mogłam powstrzymać się 

od wrażenia, że potrafi  wywołać uśmiech na twarzy każdej  dziewczyny. Miał  przynajmniej 

metr  osiemdziesiąt  wzrostu,  czarne,  kędzierzawe  włosy  kłębiące  się  nad  opalonym  czołem. 

Głęboko osadzone niebieskie oczy kontrastowały z ciemnymi włosami. 

Nie  był  może  najprzystojniejszym  chłopakiem,  ale  za  to  wyróżniał  się  wyjątkową 

energią i dynamizmem. 

Nasza grupa była w komplecie. Opiekunowie skierowali nas do kwatery. Wlokłam się 

podziwiając  płynne  ruchy  Lisy,  która  niosła  zupełnie  swobodnie  torbę  równie  wielką  jak 

moja.  W  sumie  jednak  nie  przywiązywałam  do  tego  szczególnego  znaczenia.  W  tym 

momencie  czułam  się  po  prostu  szczęśliwa,  że  jestem  w  końcu  uczestnikiem  obozu 

organizowanego  przez  Szkołę  Przetrwania.  Właśnie  rozpoczynały  się  najważniejsze  trzy 

tygodnie mojego życia. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Eric  Lambert  posiadał  chyba  wszystkie  cechy,  jakie  powinny  charakteryzować 

opiekuna w Szkole Przetrwania. 

Potężny,  opalony,  o  zmierzwionym  brązowym  zaroście,  wyraźnych  brwiach  oraz 

iskrzących  się  piwnych  oczach.  Pod  bawełnianą  koszulką  z  krótkimi  rękawami  prężyły  się 

bicepsy,  a  potężne  łydki  świadczyły  o  sile  nóg.  Przypominał  trochę  przyjacielsko 

usposobionego niedźwiadka grizzly. 

Drugim opiekunem, całkiem odmiennym, była May Chin. 

Jej  gładko  przylizane  czarne  włosy  i  skośne  oczy  wskazywały  na  pochodzenie 

azjatyckie.  Delikatna,  o  drobnej  budowie  ciała,  przypominała  raczej  postać  z  chińskiego 

jedwabnego  wachlarza.  Patrząc  na  nią,  wstępowało  we  mnie  nieco  otuchy.  Jeżeli  ta  drobna 

kobieta pełni funkcję opiekuna w Szkole Przetrwania, realizowany program nie mógł być aż 

tak  ciężki,  jak  wynikało  to  z  broszur  informacyjnych.  Uznałam,  że  prawdopodobnie 

przesadzono, by zatrzymać w domach prawdziwych tchórzy. 

Eric  i  May  pokazali  nam  chaty  ze  sprzętem,  gdzie  mieliśmy  później  skompletować 

ekwipunek. Nasz domek, mówiąc delikatnie, wyglądał skromnie. Był to po prostu zadaszony 

kwadratowy  obszar  ziemi  otoczony  ścianami  z  nie  heblowanych  desek.  Okna  stanowiły 

otwory  zakrywane  w  przypadku  deszczu  wodoodpornym  płótnem.  Pomieszczenie  było 

przedzielone  płytą  na  część  męską  i  żeńską.  Z  prysznica  i  latryny  korzystaliśmy  razem  z 

mieszkańcami drugiego domku. 

Jakże odmienny wygląd miała leśna chatka naszej rodziny. No ale tu chodziło przecież 

o jak najbardziej surowe warunki. 

Pierwszym  zajęciem  było  rozpakowanie  i  złożenie  naszych  rzeczy  w  schowkach. 

Zastrzegłam  sobie  pryczę  przy  oknie,  aby  móc  rankiem  wyglądać  na  zewnątrz.  Lisa  zajęła 

łóżko po drugiej stronie, obok miejsca niewysokiej i pulchnej Fran Cronin o rudych włosach. 

Eric i chłopcy natychmiast udali się do swej części chaty i choć słyszałyśmy stłumione 

odgłosy i okrzyki zza ściany, nie wiedziałyśmy, co się dzieje. 

- Czy  byłaś  już  kiedyś  w  Szkole  Przetrwania?  -  zagadnęłam  Lisę,  rozpinając  torbę. 

Potrzebowałam  pretekstu  do  podjęcia  rozmowy.  Dwa  razy  spędzałam  wakacje  na  obozie 

letnim  i  tam  nauczyłam  się,  że  im  szybciej  nawiąże  się  przyjacielskie  kontakty,  tym  lepiej. 

Poza tym ta piękna, pewna siebie dziewczyna intrygowała mnie. 

Lisa  oderwała  wzrok  od  stosu  ubrań  uśmiechając  się,  jakby  także  zadowolona  z 

background image

możliwości porozmawiania. 

- Ale  nie  na  trzytygodniowym  obozie  letnim  -  wyjaśniła.  -  Brałam  udział  w 

tygodniowym  specjalnym  obozie  zimowym.  Brrr!  Mam  raz  na  zawsze  dość  tego  zimna!  - 

Podniosła  parę  grubych,  wełnianych  skarpet.  -  Odkryłam,  jak  bardzo  są  potrzebne. 

Przysięgam, że nigdy ich więcej nie włożę. 

Pokiwałam głową ze zrozumieniem. 

- Nie  nosi  się  raczej  wełnianych  rzeczy  w  lipcu,  nieprawdaż?  Ale  w  informatorze 

piszą, że należy nakładać grube skarpety na bawełniane, bo inaczej można się szybko nabawić 

strasznych pęcherzy. 

- Będziesz miała pęcherze tak czy siak - Lisa prychnęła - możesz mi wierzyć! 

Powątpiewającym spojrzeniem obrzuciła moje buty, połyskujące nowością. 

- Rozchodziłaś je trochę, mam nadzieję? W przeciwnym razie czeka cię katorga. 

- Naturalnie.  Chodziłam  w  nich  wszędzie  przez  ponad  tydzień  -  odpowiedziałam, 

starannie układając bieliznę w schowku. 

- Czeka  nas  wiele  pieszych  wędrówek.  Lecz  przynajmniej  nie  będziemy  musiały 

budować igloo. O rety, to jest dopiero ciężka praca! 

Zaciekawiona Fran, z widocznym niedowierzaniem podniosła wzrok. 

- Igloo? Chyba żartujesz! - zawołała. 

- Ależ  skąd.  Igloo  jest  jednym  z  najlepszych  schronień  w  zimie.  W  środku  jest 

naprawdę przytulnie. Jedyna trudność polega na jego wybudowaniu - odparła Lisa. 

- Ładne mi wakacje! - Fran z hukiem zatrzasnęła drzwiczki schowka. - Przyjechałam 

tutaj dzięki namowom mojego chłopaka, Burta. Sądziłam, że będziemy razem przez całe trzy 

tygodnie.  Trudno  uwierzyć,  iż  okazałam  się  na  tyle  głupia,  by  nie  przewidzieć  możliwości 

trafienia  do  różnych  grup.  Poinformowano  nas  wprawdzie,  że  nie  mamy  co  liczyć  na 

znalezienie się w tym samym zespole, ale stało się to już po złożeniu przez nas podań. 

- I on jest w innej grupie? - zapytałam. Fran potwierdziła ze smutkiem. 

- Sądzę  jednak,  że  nie  jest  to  takie  istotne  -  dodała.  -  Poza  tym,  w  obecnej  sytuacji 

zawsze mogę przechwalać się, jakże wspaniałą okazałam się traperką, a Burt nigdy nie dowie 

się, czy to prawda, czy nie. 

Cała  nasza  trójka  zachichotała.  Fran  z  pewnością  nie  należała  do  osób,  które  zbyt 

długo  zamartwiają  się  jakimś  problemem.  I  mimo  poczynionych  przez  nią  wcześniej  uwag, 

nie wyglądało na to, by  choć trochę przejmowała się programem  obozu. Pomyślałam  pełna 

nadziei, że być może odwaga Lisy i nonszalancja Fran udzielą się i mnie. 

May klasnęła w dłonie i zaprosiła nas do wyjścia na zewnątrz. Przez cienką przegrodę 

background image

dzielącą nas od części chaty zajmowanej przez chłopców, usłyszałyśmy grzmiący głos Erica. 

- W porządku chłopcy! Uspokójcie się - zawołał. 

Ustawiliśmy się za chatą na cudownej, małej polance otoczonej drzewami. Ułożone w 

krąg  kamienie  wytyczały  prowizoryczne  palenisko.  Kilka  drewnianych  kłód  rozrzuconych 

wokoło zachęcało, by usiąść i oprzeć się o nie wygodnie. 

- Nie mamy zbyt wiele czasu na przygotowania przed wyprawą do lasu - powiedziała 

May,  gdy  tylko  dołączyli  do  nas  chłopcy  -  więc  nie  zwlekając  ruszamy  z  nauką  paru 

podstawowych umiejętności. A najbardziej elementarną z nich jest rozpalanie ogniska. 

Kolejne dwie godziny minęły szybko. May i Eric na zmianę wyjaśniali zastosowanie 

miękkich i twardych gatunków drewna i uczyli, jak rozpoznawać materiał na ognisko. Potem 

każdy z nas indywidualnie wyruszył do lasu na poszukiwanie podpałki i drewna. 

Nikt nie oddalał się zbytnio od obozowiska. Żadne z nas nie miało ochoty zabłądzić w 

lesie  już  na  samym  początku.  Upłynęło  zaledwie  kilka  chwil  a  już  gaworzyliśmy  ze  sobą, 

jakbyśmy się znali od wieków. 

- Nie  dotykaj  tej  gałęzi!  To  wąż!  -  zażartował  przystojny  blondyn  o  imieniu  Ernie. 

Odskoczyłam na bok, zanim się zorientowałam, że splatał mi figla. 

- Koniec  z  moim  wychuchanym  manikiurem  -  powiedziała  Fran,  wzdychając 

dramatycznie, w chwili, gdy podeszłam do niej i zobaczyłam, jak zdziera łatwo odchodzącą 

korę ze starego drzewa. 

- Glorio, to jest świerk - tłumaczyła May jednej z dziewcząt, trzymając gałąź tak, aby 

wszyscy mogli widzieć. - Nie pali się dobrze. 

- Nieźle,  Jake  -  powiedział  Eric  do  chłopca,  którego  zauważyłam  wcześniej  w 

pawilonie. - Ten mech będzie się długo tlił. 

W napięciu czekałam na moją kolej. Jak się okazało, jedyny mój błąd polegał na tym, 

że przyniosłam zbyt dużą gałąź. Mnie wydawała się prawdziwym trofeum. 

- Musisz  uważać  na  powalone  drzewa,  Katie  -  ostrzegła  mnie  May.  -  Zwykle 

pochłaniają zbyt dużo wilgoci z gruntu. - Z wprawą eksperta zdrapała korę. - Czujesz, jakie to 

mokre? Z tego jest jedynie dużo dymu, a mało ognia. 

Potem rozdano nam kawałki lin, na których mieliśmy ćwiczyć wiązanie węzłów. Na 

szlaku, jak wyjaśnił Eric, naszym schronieniem będą namioty konstruowane z płótna i tego, 

co znajdziemy w gąszczu leśnym. Po mistrzowsku opanowałam węzeł stopujący do splatania 

liny, węzeł wyblinkowy oraz dwa rodzaje supłów zaciskowych. Niespodziewanie sprawność 

mych palców zawiodła mnie, gdy uczyliśmy się splatać liny w ósemkę. Czułam, jak rumienię 

się  z  zakłopotania,  wiążąc  sznur  w  bezsensowne  pętle.  Modliłam  się,  by  nikt,  a  zwłaszcza 

background image

Jake, nie spostrzegł, jak trudne przeżywam chwile. W żaden sposób nie mogłam się pogodzić 

z myślą, że mógłby mnie wziąć za niezdarną idiotkę. 

Na szczęście Lisa, siedząca obok, przyszła mi z pomocą. 

- W ten sposób, Katie - szepnęła, trącając mnie łokciem. - Luźny koniec biegnie w dół 

przez pierwszą pętlę, a nie do góry. 

W oka mgnieniu udało mi się zawiązać parę ósemek. 

- Dzięki, Lisa - zwróciłam się do niej po skończonych zajęciach, w drodze na lunch. - 

Nie rozumiem, dlaczego nie udało mi się to od razu. Chyba po prostu knocę wszystko, gdy się 

trochę zdenerwuję. 

- Zapomnijmy o tym - odrzekła, wykonując lekceważący gest ręką. - Początki zawsze 

są trudne. Możesz zwracać się do mnie, jeżeli będziesz potrzebowała pomocy. 

- Trzymam  cię  za  słowo  -  zapowiedziałam.  Miałam  jednak  nadzieję,  że  do  tego  nie 

dojdzie.  Pragnęłam  radzić  sobie  sama.  Jednak  przez  cały  lunch,  na  który  składały  się 

frankfurtery z fasolą, nie mogłam odpędzić od siebie myśli, jak głupio bym się czuła, gdyby 

ktoś  zauważył  moje  zmagania  z  tak  prostym  węzłem.  Może  Lisa  umiałaby  to  po  prostu 

zignorować, lecz ja czułam się tak, jakby uratowała mi życie. 

Lisa, Fran i ja zasiadłyśmy do stołu w pawilonie. 

Podeszła do nas niska dziewczyna o brązowych włosach. W przeciwieństwie do reszty 

uczestników wyglądała na zasępioną i nieszczęśliwą. Nie potrafiła nawet wykrzesać odrobiny 

uśmiechu,  pytając  Lisę,  jej  starą  znajomą,  czy  może  się  przysiąść.  Zastanawiało  mnie 

niezdecydowanie  Lisy.  Przedstawiła  nam  jednak  dziewczynę,  Sarę  Zerbe,  z  którą  była  w 

jednej grupie na obozie zimowym. 

Sara  wyglądała  na  zagubioną  w  swym  małym  wewnętrznym  świecie.  Z  trudem 

wymamrotała: „Cześć”. Potem nie odezwała się ani słowem, gdy reszta jadła i plotkowała o 

swych rodzinnych miastach. (Lisa przyjechała z Phoenix, Fran z Pittsburga). 

W spojrzeniu Lisy przebijało, co mnie zaskoczyło, raczej rozdrażnienie aniżeli troska. 

Najpierw sądziłam, że zignoruje nastrój Sary. Lecz przygnębienie dziewczyny udzieliło się i 

nam. Jak sądzę, Lisa uznała, że nie ma wyjścia i trzeba się odezwać. 

- Co się dzieje, Saro? - zapytała śmiało. Sara wpatrywała się bezmyślnie w swoje ręce. 

- Nie  wydaje  mi  się,  żebym  dała  radę...  Żadna  z  nas  nie  odezwała  się  ani  słowem. 

Naprawdę nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. 

- Tak wiele pomogłaś mi w zimie - kontynuowała Sara. - Nie mam pojęcia, jak uda mi 

się samotnie przetrwać nadchodzące trzy tygodnie. 

- Hej, nie będzie aż tak źle - stwierdziłam, starając się przy tym podnieść na duchu tak 

background image

Sarę, jak i samą siebie. 

- Ech - odparła Sara - nie przetrzymałabym nawet tygodnia bez pomocy Lisy. Robiła 

za mnie po prostu wszystko. Nie przyjechałabym tu, gdyby nie wyjazd rodziców do Europy. 

Nie chcieli mnie zabrać. Miałam do wyboru to  miejsce albo letnią szkołę. Może powinnam 

była  wybrać  to  drugie.  -  Spojrzała  z  wyczekiwaniem  na  Lisę.  -  A  może  udałoby  mi  się 

zamienić z kimś z twojej grupy? 

- To byłoby wspaniałe, Saro. Pragnęłabym, żeby ci się udało - Lisa pocieszała ją. - W 

każdym razie, musimy spotkać się z resztą naszej grupy, czyż nie tak, Katie? 

Wcale  tak  nie  było,  ale  Lisa  wyraźnie  szukała  wymówki,  by  uwolnić  się  od  tej 

dziewczyny. 

Sara odgadła w czym rzecz. Jej oczy wypełniły się łzami. 

- Nie cieszysz się za naszego spotkania? - zapytała ze smutkiem. 

- Oczywiście, że się cieszę - odparła Lisa. - Musimy już iść. 

- Mam na myśli to - nalegała Sara - że przyjaźniłyśmy się zimą, a teraz zachowujesz 

się, jakbyś nawet mnie nie znała. 

- Co  ty  wygadujesz?  -  Lisa  bawiła  się  papierową  serwetką  i  wyglądała  na  nieco 

zakłopotaną. 

- Wiem,  co  mówię  -  rzekła  Sara,  wstając  od  stołu  -  ale  zaczynam  rozumieć,  jaka 

naprawdę jesteś. Sądziłam, że faktycznie zależy ci na mnie. Ach, jakże się myliłam. Okazało 

się, Liso Morison, że jesteś dziwną koleżanką. 

Zawiedziona dziewczyna wybiegła na zewnątrz. 

- Uff - odetchnęła Lisa. 

- Poniosły  ją  emocje  -  stwierdziła  Fran.  -  Na  pewno  nie  było  łatwo  mieć  ją  w  swej 

grupie. 

- Czy w zimie też tak się zachowywała? - zapytałam. 

- Nie. - Lisa potrząsnęła głową. - Wcale nie paliła się do ciężkiej pracy, ale nie była z 

niej taka beksa. Nie znałam jej od tej strony - dodała szybko. 

- Dziwne  -  zauważyła  Fran.  -  Najpierw  zachowuje  się,  jak  najlepsza  przyjaciółka  na 

świecie, a potem znika poirytowana. 

- Może  chciała  podkreślić,  że  bez  ciebie  ogarnia  ją  strach  -  powiedziałam.  -  Jeśli 

pomogłaś jej tak bardzo ostatnim razem, prawdopodobnie wpadła w panikę na myśl, że teraz 

zostanie sama. 

- No  cóż,  rzeczywiście  robiłam  z  nią  prawie  wszystko  -  odrzekła  Lisa.  -  W  lesie 

zupełnie nie da sobie rady. 

background image

- To ładnie z twojej strony -  odezwała się  Fran.  -  Ja prawdopodobnie próbowałabym 

się jej pozbyć. 

- Co by nie powiedzieć - skwitowała Lisa - temat Sary Zerbe jest zbyt przygnębiający. 

Szkoda słów. Zapomnijmy o niej. 

Tego  popołudnia  długo  myślałam  o  Sarze.  Zastanawiałam  się  też,  co  może  mnie 

spotkać, co może się zdarzyć. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Ledwo  zdążyłyśmy  z  Fran  i  Lisą  wejść  do  naszej  chaty,  a  już  energiczna  May 

wypędziła nas z powrotem na zewnątrz. 

- Wkrótce  mnóstwo  czasu  będziemy  spędzać  pod  gołym  niebem  -  wyjaśniła.  -  Im 

szybciej przywykniecie do tego, tym lepiej. 

Niektórzy z naszej grupy siedzieli już na polance. 

Zgromadzony  przez  nas  opał  leżał  opodal  i,  jak  wynikało  z  wyjaśnień  May,  miał 

stanowić materiał na ognisko. Usiadłam i oparłam się plecami o drzewo, słuchając opowieści 

Erica o wyprawie tratwą po spienionych wodach, w której wziął udział wiosną. 

Spięta  emocjami  i  onieśmielona  nie  miałam  odwagi  przyjrzeć  się  rano  wszystkim. 

Teraz jednak, wsłuchując się tylko częściowo w to, co mówił opiekun, studiowałam sylwetki 

ludzi, z którymi miałam przeżyć najbliższe trzy tygodnie. 

Były oczywiście Fran i Lisa. Pasowałyśmy do siebie. 

Gloria,  blondynka,  mistrzyni  szkoły  w  nurkowaniu,  o  czym  nam  wcześniej 

powiedziała,  trzymała  się  blisko  innej  dziewczyny  w  naszej  grupie,  Doris  -  poważnej  i 

spokojnej. Jak dotąd, nie odezwała się chyba ani razu. 

Ernie,  który  raz  już  mi  dokuczył,  był  traperską  wersją  klasowego  błazna.  Matt,  o 

wyglądzie intelektualisty, przeciwnie, okazał się wspaniałym, wszechstronnym sportowcem i 

kapitanem koszykarskiej drużyny juniorów w swej szkole. 

W Daveyu przypominającym przystojniaka o łagodnym usposobieniu, uderzyła mnie 

przewaga  tężyzny  fizycznej  nad  intelektem.  Phil  poinformował  nas  chłodno,  że  wstąpił  do 

Szkoły  Przetrwania,  żeby  zdobyć  kolejną  sprawność  harcerską.  Pragnął  udowodnić  całej 

reszcie, że posiadał już wszystkie umiejętności, których tu uczono. I Jake Summers... 

Przyglądałam  się  mu.  Uważnie  chwytał  każde  słowo  Erica.  Miałam  wrażenie,  że 

całkowicie oddawał się wszystkiemu, co się tutaj działo. Pomyślałam, że... byłoby cudownie, 

gdyby ktoś taki jak on zakochał się we mnie. 

Poczułam  rumieńce  na  twarzy.  Przeraziłam  się,  że  być  może  Jake  potrafi  czytać  w 

moich myślach! Szybko odwróciłam wzrok. Poza tym mógł mieć stałą sympatię gdzieś tam, 

skąd  pochodził.  Okazałabym  się  idiotką,  gdybym  naprawdę  straciła  głowę  dla  jakiegoś 

chłopaka i zlekceważyła szkolenie z tego powodu. 

Myśl  o  doskonaleniu  siebie  ściągnęła  mnie  z  powrotem  na  ziemię.  Eric 

entuzjastycznie  opisywał  spływ  tratwą  przez  szczególnie  niebezpieczne  odcinki  rwącego 

background image

potoku. 

- Byłem przekonany, że się wywrócimy - opowiadał podekscytowany. - Skotłowana i 

spieniona woda przewalała się nad naszymi głowami, a tratwa kręciła się w koło tak szybko, 

że nie było szans, by zatrzymać ją wiosłami. 

A ponadto otaczały nas granitowe skały, brzegi zbyt wysokie i gładkie, by móc się na 

nie wspiąć. - Roześmiał się. - Nie sądziłem, że wyjdę z tego żywy! 

Pozostali  również  się  roześmiali  i  mogłabym  przysiąc,  że  widziałam  zazdrość  w 

oczach  niektórych.  Na  pewno  nie  przesłyszałam  się,  gdy  Gloria  szepnęła  do  Doris:  „Wiem 

już, co robić w przyszłe wakacje. To brzmi niezwykle interesująco.” 

Przeświadczenie  o  mojej  nieuchronnej  porażce  natychmiast  powróciło  ze 

zwielokrotnioną siłą. Całe opowiadanie Erica przyprawiało o zawrót głowy. Gdy skończył, a 

May  podniosła  się,  aby  zabrać  głos,  z  trudem  przełknęłam  ślinę,  zastanawiając  się,  jak 

straszny test przygotowali dla nas. 

Usłyszeliśmy, że reszta popołudnia upłynie na kompletowaniu ekwipunku. Oznaczało 

to wędrówkę ze sprzętem od jednej chaty do drugiej, by pobrać plecaki, stelaże i całą resztę. 

Wszyscy  mieli  zostać  wyposażeni  w  brezentową  płachtę,  liny  do  namiotu  i  śpiwór. 

Każdy  miał  otrzymać  własny  zestaw  talerzy  kempingowych  i  sztućców,  latarkę 

sygnalizacyjną,  zapasowe  baterie,  matę  do  spania,  apteczkę,  toporek,  nóż,  kompas,  papier 

toaletowy,  rację  żywnościową,  gwizdek,  środek  przeciwko  insektom,  zapałki  i  tak  dalej. 

Każdy  musiał  też  zabrać  kilka  przyborów  kuchennych.  May  powiedziała,  że  bagaż  będzie 

ważył około dziesięciu kilogramów. 

- Eric  i  ja  dokonamy  podziału  wspólnego  wyposażenia  -  zarządziła.  -  Uczynimy 

wszystko, by przypilnować, aby to, co niesiecie, odpowiadało waszemu  wzrostowi i wadze. 

Proszę najpierw pobrać plecaki i stelaże. 

Pierwsza  dziesiątka  ruszyła  w  kierunku  chaty  ze  sprzętem.  Lisa  schowała  się  za 

plecami  Fran.  W  kolejce  stały  tylko  dwie  grupki  z  naszego  zespołu.  Nie  spotkałyśmy  się  z 

ekipą Sary. 

- Coś mi się wydaje, że niektórzy pobrali sprzęt rano - odezwała się Fran. - Nie widzę 

Sary, Liso, więc możesz skończyć już z tym ukrywaniem się. 

Lisa wyprostowała się i odetchnęła z ulgą. 

- Dzięki Bogu! Nie zniosłabym jej po raz drugi tego samego dnia... 

Przewiesiła  plecak  przez  ramię  i  podążyła  ścieżką  w  kierunku  chaty  ze  śpiworami  i 

pościelą.  Uznałam,  że  najlepiej  będzie  na  początku  wziąć  wyposażenie  z  chaty  najbardziej 

oddalonej, czyli tej z zapasami na końcu ścieżki. 

background image

Inni  najwyraźniej  także  wpadli  na  ten  sam  pomysł.  Zanim  dotarłam  na  miejsce,  w 

ogonku stało już przynajmniej tuzin osób. Ustawiłam się w końcu i przygotowałam na długie 

czekanie. Nie przeszkadzał mi fakt, że zostałam sama. Mimo dużej sympatii do Lisy i Fran, 

spędzenie  na  konwersacjach  całego  dnia  z  dwiema  dziewczynami,  które  poznałam  dopiero 

dzisiejszego ranka, stanowiło pewnego rodzaju próbę. 

W głównym obozie panował spokój. Wysokie drzewa rzucały nieco cienia, chroniąc 

przed prażącym, letnim słońcem. Słychać było łagodny, ptasi śpiew i monotonne brzęczenie 

owadów.  Nawet  ciężar  bagażu  na  plecach,  będący  nowym,  nieznanym  dotąd 

doświadczeniem,  dodawał  otuchy,  mimo  że  aluminiowy,  chłodny  stelaż  wciskał  się  między 

łopatki. 

Niezwykle  mocno  zapragnęłam  wreszcie  wyruszyć  na  podbój  przygody.  Zamiast  się 

bać,  chciałam  już  poznać  magię  przebywania  i  nocowania  w  głębokim  leśnym  gąszczu. 

Poczułam większą niż kiedykolwiek satysfakcję, że zdecydowałam się tu przyjechać. 

Lekkie stukanie w ramię wyrwało mnie z marzeń. 

- Nie chciałbym ciebie niepokoić, ale czy zauważyłaś, że powstała parometrowa luka 

w kolejce? 

Popatrzyłam  ze  zdziwieniem,  które  szybko  przeszło  w  zakłopotanie.  Błądziłam 

myślami  a  kolejka  znacznie  się  posunęła  do  przodu.  Za  mną  czekało  pięć  osób,  łącznie  z 

chłopcem, który dotknął mego ramienia. Był to... Jake Summers. 

- Och, przepraszam - wydusiłam z siebie. - To dlatego, że jest tu tak ładnie. Po prostu 

zapomniałam,  gdzie  jestem.  -  Moje  słowa  zabrzmiały  głupio.  -  Wiesz,  co  mam  na  myśli  - 

dodałam nieporadnie. 

Byłam  wdzięczna  Jake’owi,  że  nie  roześmiał  się  i  nie  zareagował  w  sposób 

świadczący, że palnęłam coś kretyńskiego. Przeciwnie, skinął poważnie głową. 

- Doskonale  cię  rozumiem.  To  jest  właśnie  najwspanialsze  w  Szkole  Przetrwania. 

Niewiele pozostało miejsc, gdzie można jeszcze znaleźć prawdziwy spokój i ciszę. 

- Brałeś już udział w szkoleniu, nieprawdaż? - zapytałam. 

- To  był  tylko  obóz  zimowy  -  wyjaśnił.  -  Mam  wrażenie,  że  ten  okaże  się  o  wiele 

lepszy. Więcej zajęć w lesie, no i w ogóle. Uważam, że powstaje świetna grupa. A propos, 

jestem Jake Summers. 

- Katie  Carlisle  -  powiedziałam  na  tyle  chłodno,  na  ile  potrafiłam  w  tym  momencie. 

Miałam  zarazem  nadzieję,  że  usta  nie  zadrżą  mi,  gdy  będę  próbowała  odwzajemnić  się 

przypadkowym, przyjacielskim uśmiechem. 

- Pierwszy raz bierzesz udział w czymś takim? 

background image

- Tak.  Jestem  podniecona  jak  małe  dziecko  -  przyznałam.  -  Do  dzisiaj  słowa  w 

broszurce  informacyjnej  były  jedynie  słowami.  Lecz  teraz  naprawdę  czuję,  jakby  następne 

trzy tygodnie miały zmienić moje życie. Czy to nie brzmi idiotycznie? 

- Wcale  - zaprzeczył stanowczo, szczerząc zęby  w szerokim uśmiechu.  -  W zasadzie 

tydzień spędzony tu przeze mnie zimą zmienił bardzo wiele. Czuję się w lesie jak w domu i 

wiem,  że  byłbym  w  stanie  poradzić  sobie  w  trudnych  chwilach,  gdyby  zaistniała  taka 

sytuacja. Ten tydzień zmienił zupełnie moje podejście do życia. Może to zabawne, ale czuję 

się  bardziej  dorosły.  I  przy  okazji  znacznie  lepiej  poznałem  siebie.  -  Spojrzał  w  kierunku 

chaty. - Oho! Już twoja kolej. 

Gotowa  byłam  stanąć  na  szarym  końcu  kolejki,  żeby  tylko  móc  z  nim  nieco  dłużej 

porozmawiać. 

- Miło  mi  się  z  tobą  rozmawiało  -  odpowiedziałam  i  odwróciłam  się,  spiesząc  do 

kontuaru,  gdzie  wydawano  sprzęt.  Z  zadowoleniem  spostrzegłam,  że  Jake  stał  dostatecznie 

daleko za mną, by nie zauważyć drżenia mych rąk, kiedy zdejmowałam plecak z ramion i gdy 

go otwierałam, by załadować ekwipunek. 

Reszta  dnia  minęła  na  wspaniałej  krzątaninie.  Krążyłam  od  miejsca  do  miejsca, 

wypełniając  plecak  i  wykreślając  ołówkiem  poszczególne  pozycje  z  listy,  ale  wciąż  przed 

oczami widziałam Jake’a. Wyobrażałam sobie jego postać, oczy niebieskie jak błękit nieba, 

lśniące, zmierzwione loki czarnych włosów i szczery, przyjazny uśmiech. 

Spotykałam  się  już  naturalnie  wcześniej  z  chłopcami,  od  połowy  ósmej  klasy.  Z 

jednym  chłopcem,  Chetem  Parksem,  chodziłam  oficjalnie  przez  dwa  miesiące  w  zeszłym 

roku. Z Chetem znałam się od dziecka. Jego pocałunek czy dotyk dłoni w żaden sposób nie 

dorównywał emocjom, jakie Jake wywoływał, na przykład uśmiechając się do mnie. 

Jake ujął mnie nie tylko swym wyglądem. Było coś jeszcze, coś szczególnie dla niego 

charakterystycznego, coś, co wyróżniało go z tłumu. Przede wszystkim nie był zarozumiały 

czy arogancki tak, jak to często bywa w szkole z niektórymi przystojniakami. Zdawał sobie 

sprawę z tego, co sobą reprezentuje, satysfakcjonowało go to, ale nie zadzierał nosa. 

Dotarłam  wreszcie  do  naszej  chaty,  Lisa  i  Fran  leżały  zmęczone  już  na  łóżkach  i 

przeglądały dopiero co pobrany sprzęt, plotkując o swych chłopakach. 

- Aż nie mogę uwierzyć, że znalazłam się na wspólnych wakacjach z Burtem i nawet 

nie będę mogła się z nim widywać. - Fran narzekała. 

Pomyślałam, że to na pokaz. W rzeczywistości już się dobrze bawiła. 

- Chodzimy ze sobą od siódmej klasy i nigdy nie rozstawaliśmy się na tak długo!! 

- Czy to jego pierścień? - zapytała Lisa. 

background image

- Tak.  Należał  nawet  do  jego  dziadka.  Czy  ty  nie  masz  pierścionka  od  swojego 

chłopaka? 

- Jeszcze nie. Z Kevinem zaczęłam chodzić na randki niedawno. 

- Mam nadzieję, że obie poznacie Burta przed wyjazdem do domu. Oszalejecie na jego 

punkcie. Jest taki cudowny! - Fran uśmiechnęła się. 

- A  co  z  tobą,  Katie?  Nie  masz  nikogo  na  stałe,  kto  odliczałby  dni  do  twojego 

powrotu? - zapytała Lisa. 

- Już  nigdy  więcej.  Chodziłam  z  kimś  w  ubiegłym  roku,  lecz  oboje  zdecydowaliśmy 

się na rozstanie. 

- Cóż,  może  spotkasz  tego  wymarzonego  właśnie  tu,  na  obozie  -  wtrąciła  Fran.  - 

Chociaż szanse są niewielkie. Ten Phil wygląda na prawdziwego snoba. - Ściszyła głos, tak 

żeby nie było nic słychać w drugiej połowie chaty, należącej do chłopców. - Ernie zaczyna mi 

działać na nerwy swoimi ciągłymi wygłupami. Co do Daveya i Matta, wydają się w porządku, 

ale tym, który naprawdę przyciąga moją uwagę, jest Jake. Och, czyż on nie jest idealny? 

- Jest fajny, z pewnością - wymamrotałam zastanawiając się, czy mam opowiedzieć o 

naszym spotkaniu. 

Lisa mówiła, a ja wciąż nie mogłam się zdecydować. 

Chwilę później jednak ucieszyłam się, że niczego nie wypaplałam. 

- Jake jest świetny. Wiem coś o tym - powiedziała Lisa z niewyraźnym  uśmieszkiem 

na  ustach.  -  Zakochaliśmy  się  w  sobie  bez  pamięci  ostatniej  zimy.  Z  niego  jest  prawdziwy 

pożeracz serc. 

Już  tylko  z  daleka  docierało  do  mnie,  jak  Fran  błagała  Lisę,  by  ta  jej  wszystko 

opowiedziała,  jak  Lisa  zachwycała  się  jego  pocałunkami.  Jakże  niewiele  brakowało,  a 

zrobiłabym z siebie straszną idiotkę. 

Bardzo pragnęłam zapytać, czy to wszystko między nimi było prawdą, ale nie mogłam 

wydobyć  z  siebie  głosu.  Szukając  swetra  w  schowku  pomyślałam  sobie,  że  to  nie  ma 

znaczenia. 

Z pewnością nie zamierzam rywalizować z taką dziewczyną jak Lisa Morison. 

Jake  po  prostu  starał  się  być  przyjacielski.  Skoro  pozwoliłam  sobie  na  romantyczne 

fantazjowanie po paru minutach zwykłej rozmowy, to już moja wina. Przysięgłam sobie więc 

rozwiązać ten problem jak najszybciej, traktując go na równi z innymi chłopcami w grupie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Nie  chciałabym  sprawiać  wrażenia,  że  rewelacje  Lisy  mną  wstrząsnęły.  Ponieważ 

miała  kogoś  na  stałe,  problem  wydawał  się  rozwiązany.  Nie  mogłam  się  jednak  pozbyć 

uczucia,  że  część  moich  nadziei  została  rozwiana.  Wyznania  Lisy  rzucały  nowe  światło  na 

sytuację.  Jake,  o  ile  wciąż  o  nią  zabiegał,  znalazł  się  poza  sferą  moich  zainteresowań.  Nie 

wiedziałam, co przyniosą najbliższe dni, ale postanowiłam, że nie poświęcę zbyt wiele czasu 

na rozmyślania o tym chłopcu. 

W każdym razie, byłam zbyt zajęta przez kilka kolejnych dni, by Jake mógł zaprzątać 

mi głowę swoją osobą. Zbyt pochłaniało mnie zdobywanie nowych umiejętności. Nasz krótki 

pobyt przypominał raczej piknik w porównaniu z tym, co czekało nas później w lasach - tak 

mnie wyczerpał, że wykorzystywałam każdą dłuższą przerwę na odpoczynek. Kładłam się na 

pryczę,  nie  mając  nawet  siły  przykryć  się  kocem.  Wieczorem  większość  z  nas  marzyła  o 

chwili, w której będziemy mogły przyłożyć głowy do poduszki. W pięć minut po znalezieniu 

się  w  łóżkach  zapadała  idealna  cisza.  Wiedząc,  że  następnego  ranka  już  o  wpół  do  szóstej 

trzeba wstać, nie traci się wieczorem czasu na pogaduszki. 

Zawsze marudziłam, gdy wybijała siódma trzydzieści i trzeba było wstawać do szkoły. 

Tutaj  jednak  bez  oporów  zaczynałam  dzień  od  porannej  toalety  w  lesie.  Okrzyk  May: 

„Wszyscy  wstawać!”  budził  nas,  kiedy  na  dworze  było  jeszcze  zupełnie  ciemno.  Zaspane, 

biadoląc  pod  nosem,  chwytałyśmy  ręczniki  i  ubrania,  a  następnie  wlokłyśmy  się  w 

mokasynach lub rozsznurowanych tenisówkach w kierunku pryszniców dla dziewcząt. 

Najcudowniejszą chwilą w ciągu dnia był dla mnie moment, kiedy opuszczałam chatę 

z  natryskami  czysta  i  odświeżona.  Wtedy  właśnie  świtało,  a  drzewa  i  krzaki,  oświetlone 

pierwszymi  promieniami,  sprawiały  wrażenie  obrazka  z  książki  z  baśniami.  Strącone  z 

wysokiej  trawy  krople  rosy  moczyły  stopy  i  łydki.  Lubiłam  przeżywać  te  chwile  w 

samotności. Zostawiałam ręcznik, piżamę i udawałam się do pawilonu, stając po śniadanie na 

końcu długiej już kolejki. 

Dwa  dni  przed  opuszczeniem  obozu,  Sara  Zerbe  nadal  zachowywała  się  z  rezerwą 

wobec  Lisy,  mimo  że  wszystkie  wspólnie  spożywałyśmy  posiłki.  Lisa  również  nie 

wspominała o niej. Czasem obserwowała Sarę siedzącą przy piknikowym stole. 

Wydawało  mi  się,  że  znalazła  sobie  przyjaciółkę,  a  kiedy  śmiała  się  i  rozmawiała  z 

innymi  dziewczynami,  jej  szczupła  twarz  nie  wyrażała  już  cierpienia.  Dwa  razy  chyba 

zdarzyło się, że spoglądała na Lisę z grymasem szyderstwa na ustach. 

background image

Była ucieleśnieniem prawdziwej nienawiści, jaką mogłam sobie tylko wyobrazić. 

Nie wspominałam o tym Lisie, ale ze względu na nią samą zadowolona byłam, że jest 

w naszej grupie. Stwierdziłam, że to po prostu zazdrość. Kto nie czułby zazdrości o Lisę z jej 

aksamitnymi włosami i pewnością siebie? 

Cieszyłam się, że stałam po stronie Lisy. Zawsze służyła mi pomocą. Zdecydowanie 

odrzucała  moje  podziękowania  za  czynione  przysługi,  jak  choćby  pomoc  w  obsłudze 

kompasu czy pokazanie, jak należy trzymać toporek. 

Dużo  czasu  w  ciągu  pierwszych  dni  poświęcaliśmy  na  opanowanie  rutynowych 

czynności, które miały nam pomóc w późniejszej wyprawie do lasu. Raz za razem Eric lub 

May kazali nam rozpakowywać sprzęt i rozwijać śpiwory tylko po to, by je po chwili znowu 

zapakować. Po dwóch dniach ćwiczeń nawet  ja  potrafiłam rozłożyć sprzęt  w zaledwie parę 

minut. 

Moja  wiara  w  siebie  wciąż  rosła,  choć  zdarzało  się  kilka  nieprzyjemnych  wpadek. 

Jedna z nich szczególnie wryła mi się w pamięć. Rozdzieliliśmy się na cztery grupy po trzy 

osoby,  wliczając  Erica  i  May.  Naszym  zadaniem  było  zbudowanie  prowizorycznego  mostu 

linowego  na  wysokości  półtora  metra  nad  ziemią.  Dwie  osoby  miały  zawinąć  końce  liny 

wokół dwóch drzew, wycinając najpierw toporkiem karby w pniu dla lepszego umocowania 

sznurów. Druga lina miała być przymocowana do tych samych drzew na takiej wysokości, by 

osoba znajdująca się na moście mogła się jej trzymać. Zadanie dwóch osób na ziemi polegało 

na utrzymaniu mostu nieruchomo. 

Trzecia osoba miała przejść, stąpając po jednej linie niczym  linoskoczek i trzymając 

się drugiej dla zachowania równowagi. Wszystko polegało na tym, że dolny sznur nie mógł 

być zbytnio napięty. 

- Może się zdarzyć, że będziecie musieli wykonać to przy złej pogodzie, na przykład 

w  czasie  porywistego  wiatru  -  wyjaśnił  Eric.  -  Chcemy  więc  dobrze  nauczyć  was  tego, 

żebyście dali sobie radę w najtrudniejszych warunkach. 

Lisa, Fran i ja znalazłyśmy się w tym samym zespole. Najpierw każda z nas ćwiczyła 

na ziemi, aby oswoić się z przesuwaniem obu rąk po linie z jednoczesnym marszem po linii. 

Następnie  próbowałyśmy  kolejno  wspinać  się  na  drzewo,  by  zamocować  sznur  we 

właściwym  miejscu.  Fran  pierwsza  zgłosiła  się  na  ochotnika.  Posuwała  się  centymetr  po 

centymetrze,  tracąc  raz  równowagę  i  zawisając  na  linie  w  walce  o  swe  drogie  życie.  Gdy 

miała już ciężką próbę za sobą, wybuchnęła niekontrolowanym chichotem radości i ulgi. 

- Ufff! - odsapnęła, wycierając ręką spocone czoło. - Z pewnością nie chciałabym tego 

robić nad wąwozem czy potokiem. To faktycznie zapiera dech. - Ze współczuciem spojrzała 

background image

na swe mocno zaczerwienione dłonie. - Nie chcę nawet wspominać, co dzieje się z rękami. 

Wyraźnie wiedziałam, że dla Fran była to zaledwie błahostka, natomiast ja, usiłując za 

wszelką  cenę  zachować  spokój,  czułam,  że  zaczyna  oblewać  mnie  zimny  pot.  Jeżeli  tak 

sprawna osoba jak Fran obawiała się próby, to co ja miałam powiedzieć? 

- Kolej na ciebie, Liso - powiedziałam sprytnie, mając nadzieję, że prawie drżący głos 

nie zdradzi mojego przerażenia. Lisa jednak nie dała się zwieść. 

- Przedłużenie męczarni, tak? - zapytała z uśmiechem, ale chętnie ruszyła do próby. - 

Powinnyście zasmakować tego zimą, gdy lód pokrywa linę - stwierdziła. - To jest tortura w 

czystej postaci. 

Naszą  uwagę  przyciągnęły  okrzyki  dobiegające  z  niedaleka.  Ujrzeliśmy  jak  Ernie, 

straciwszy  oparcie  dla  nóg,  wczepiony  w  górną  linę,  wisiał  machając  nogami  i  próbował 

podciągnąć się z powrotem. Budził powszechną wesołość, dyndając na linie niczym ryba na 

żyłce, by w końcu się poddać i runąć na ziemię. 

- Nie wiem, czy to właśnie Ernie nie ubawił się najbardziej - powiedziała Fran. - Jak 

go znam, ześlizgnął się celowo. 

Pomyślałam,  że  to  nie  miało  znaczenia  w  przypadku  kogoś  takiego  jak  Ernie, 

ponieważ cały czas i tak wygłupiał się niczym klown. Lecz gdyby wszyscy skierowali swoją 

uwagę na mnie, by obserwować, jak szarpię się na linie, umarłabym ze wstydu. 

- Jazda, mała - powiedziała Lisa, podsuwając koniec sznura. 

Patrząc  na  linę  zawieszoną  nad  głową,  zrobi  -  łam  głęboki  wdech.  Ach,  jakbym 

pragnęła  wykręcić  się  mówiąc,  że  czuję  się  źle,  tak  jak  to  czyniłam  w  dzieciństwie,  nie 

odrobiwszy  lekcji.  Ale  w  tym  tkwiła  idea  Szkoły  Przetrwania:  przełamać  się  i  przystąpić 

śmiało do dzieła, a poza tym zdawałam sobie sprawę, jak okropnie czułabym się, próbując się 

wycofać. 

- Ustaw  dobrze  stopę  i  nie  patrz  w  dół  -  zachęcała  Fran,  ale  spóźniła  się  z 

ostrzeżeniem. Zanim zrobiłam choć malutki krok, spojrzałam na środkowy odcinek liny. Jej 

kołysanie się na wietrze tam i z powrotem przyprawiało mnie o zawrót głowy i mdłości. 

„Chyba  zzieleniałam  na  twarzy”  -  pomyślałam.  Następnie  przesunęłam  stopę  do 

przodu  o  około  dziesięć  centymetrów.  Przez  jedną  trzecią  trasy  wszystko  szło  nieźle.  W 

pewnej  chwili  zastygłam.  Zawroty  głowy  spowodowały,  że  przed  oczami  zrobiło  mi  się 

ciemno - zaczęłam się modlić, by nie zemdleć. Rękami wczepiłam się w linę tak mocno, że 

czułam,  jak  paznokcie  boleśnie  wpijają  mi  się  w  dłonie,  a  włókna  sznura  zdzierają  skórę. 

Przesuwałam ręce nie ważąc się poluźnić uchwytu. Wiedziałam, że muszę iść dalej. W ciągu 

paru sekund wszyscy zorientowali się, że zamarłam ze strachu. 

background image

Chyba  wieki  minęły,  nim  zrobiłam  kolejny  krok  i  wtedy  niespodziewanie 

spostrzegłam,  że  coś  się  zmieniło.  Dolna  lina  naprężyła  się,  co  uczyniło  przejście  po  niej 

chyba  z  pięćdziesiąt  razy  łatwiejszym.  Popatrzyłam  na  Lisę  stojącą  przy  drzewie,  i 

zobaczyłam,  że  opasana  jest  w  połowie  liną.  Z  mojego  wyrazu  twarzy  musiała  wyczytać 

trwogę,  gdyż  uśmiechając  się,  mrugnęła  do  mnie  i  mocniej  napięła  sznur.  Ogarnęło  mnie 

uczucie wdzięczności, kiedy bliska sukcesu pokonywałam ostatni odcinek mostu. 

- Chyba  powinnam  być  z  siebie  dumna  -  powiedziałam  cicho,  kiedy  stanęłam  na 

ziemi. - Byłam przegrana, gdybyście nie naciągnęły liny w odpowiednim momencie. 

- No tak, ale co zrobisz, jeżeli w lesie zostaniesz zmuszona do przejścia po luźnej linie 

albo w czasie silnego wiatru? - zapytała z troską Fran. 

Nie wiedziałam, co powiedzieć, lecz z pomocą przyszła mi Lisa. 

- Nie  martw  się.  Nigdy  nie  będą  wymagać  od  nas  w  czasie  kursu  naprawdę 

niebezpiecznych rzeczy. Wiadomo przecież, że najbardziej zależy im na tym, by nikomu nic 

się nie stało. 

Tak  to  wyglądało.  Po  raz  kolejny  udało  mi  się  przebrnąć  następny  sprawdzian,  nie 

tracąc opanowania, na które się zdobyłam. A zawdzięczam wszystko Lisie. 

Codziennie biegaliśmy po szlaku otaczającym cały obóz, dla wyrobienia kondycji na 

wielokilometrowe  wyprawy,  jakie  nas  czekały.  Poznawaliśmy  dalsze  tajniki  wiązania 

węzłów,  uczyliśmy  się  także  zbierania  drewna,  rozbijania  namiotów,  wbijania  palików, 

rozpalania  ognia,  zacierania  własnych  śladów,  odczytywania  wskazań  kompasu, 

przewidywania  pogody  na  podstawie  chmur  i  kierunków  wiatru,  montowania  wędziska, 

wielu, wielu innych rzeczy. Odnosiłam wrażenie, że poznałam w ciągu tych paru dni więcej, 

niż byłam w stanie zapamiętać. 

Naturalnym  się  wydawało,  że  Jake  był  właśnie  tą  osobą,  na  którą  spoglądałam 

czujniejszym  niż  na  innych  okiem.  Widziałam,  jak  uważnie  przysłuchiwał  się,  gdy  ktoś 

mówił. Poświęcał przy tym jednakową uwagę wszystkim członkom grupy. Nawet nad wyraz 

chłodny Phil rozgrzewał się nieco w rozmowach z nim. Jake miał taki wpływ na ludzi. Jego 

nieskrępowany sposób bycia pozwalał odprężyć się. 

Ubiegłej  nocy analizowałam w myśli zachowanie Jake’a, jego stosunek  do innych,  i 

naszły  mnie  dwie  refleksje.  Pierwszą,  jak  się  obawiałam,  będącą  jedynie  moim  pobożnym 

życzeniem,  było  wrażenie,  że  Jake  częściej  rozmawiał  ze  mną  niż  z  innymi  dziewczynami, 

mimo że nigdy nie wymieniliśmy w sumie więcej niż parę zdań, zwykle dotyczących akurat 

wykonywanych  zajęć.  Nawet  jeżeli  odzywała  się  moja  wyobraźnia,  zamigotała  we  mnie 

malutka iskierka nadziei na to, że Jake zaczął darzyć mnie sympatią i odpowiadało mu moje 

background image

towarzystwo. 

Druga refleksja, wprawiająca mnie w zdumienie, nie była w tym przypadku, jak sądzę, 

postrzeganiem  rzeczy  nie  istniejących.  Jake  i  Lisa  zdawali  się  czynić  wszystko,  co  w  ich 

mocy, by spędzać ze sobą jak najmniej czasu. Nie potrafiłam przypomnieć sobie ani  jednej 

sytuacji,  w  której  odezwaliby  się  do  siebie  choć  jednym  słowem.  Na  dodatek  Lisa  nie 

wspominała już ani razu o ich ostatniej zimie, przynajmniej nie w mojej obecności. 

Zastanawiałam się, co mogło wydarzyć się między nimi. Czyżby sprawy potoczyły się 

aż tak źle, że nie mogli już patrzeć na siebie? A może unikali się nawzajem, ponieważ wciąż 

trwała  ich  szalona  i  gorąca  miłość?  Wówczas  chcieliby  zapewne  zataić  swe  namiętności. 

Kojące cykanie świerszczy, dobiegające z lasu przez okna osłonięte siatką, działało na mnie 

usypiająco.  Miałam  przeczucie,  że  cokolwiek  się  wydarzyło  między  nim  a  Lisa  poznam 

prawdę. Z tą myślą zapadłam w sen. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

- A teraz, proszę, obserwujcie mnie uważnie. Nie chciałbym, żeby ci w drugim rzędzie 

rozpoczynali przeprawę, zanim ja nie przejdę na drugą stronę. Davey, będziesz ostatni, więc 

nie zapominaj,  że to  właśnie ty musisz mieć przywiązany sznur do pasa. - Eric szarpnął  za 

koniec  grubej,  opasującej  go  liny  i  poprawiwszy  plecak,  rozpoczął  przeprawę  przez  rwący 

nurt potoku. 

Był  to  nasz  pierwszy  dzień  w  lesie.  Maszerowaliśmy  od  siódmej  rano  z  godzinną 

przerwą na lunch, na który składał się tuńczyk i chleb. 

Sięgnęłam  do  olbrzymiej  kieszeni  moich  szortów  i  wyjęłam  tubkę  z  kremem, 

chroniącym przed oparzeniami słonecznymi. 

Następnie, nie spuszczając oczu z Erica, któremu spieniona woda sięgała już po uda, 

posmarowałam  nos  odrobiną  kremu.  Czułam,  jak  gorące  promienie  przypiekają  mi  twarz. 

Spojrzałam  do  góry  na  słońce,  oceniając,  że  jest  mniej  więcej  trzecia.  Zerknęłam  też  na 

zegarek, minęła piętnasta trzydzieści. Jak na razie nieźle mi szło w określaniu czasu. 

- Mógłbym wziąć trochę, Katie? - odezwał się Jake, stojący za mną w kolejce. - Swój 

zostawiłem przy bagażach. 

- No  pewnie  -  wręczyłam  mu  krem,  a  następnie  zaczęłam  przypatrywać  się  Doris, 

która rozpoczęła przeprawę okrzykiem przerażenia w momencie, gdy lodowata woda oblała 

jej gołe nogi.  Mocno trzymała się liny  rozpiętej  między opiekunem - już na przeciwległym 

brzegu - a Daveyem, stojącym obok nas. 

- Niezła zabawa z tą przeprawą - skwitował Jake chichocząc i oddał mi krem. - Czuję 

się, jakbyśmy przywędrowali tu pieszo z Hongkongu. 

- Wiem,  wiem.  Bez  sensu  byłoby  teraz  odpaść.  Zdajesz  sobie  sprawę,  jak  bardzo  się 

żałuje,  gdy  jest  już  po  wszystkim,  a  ty  wcześniej  wycofałeś  się?  -  Poprawiłam  stelaż  na 

obolałych ramionach. Nie minęło więcej niż parę godzin od momentu, gdy rozpływałam się z 

podziwu nad tym, jak lekki był mój plecak i jak łatwo maszeruje się z całym ekwipunkiem. 

Teraz wydawało mi się, że dźwigam olbrzymi głaz. 

Nadeszła moja kolej na sforsowanie potoku. Raźno wskoczyłam do wody, trzymając 

się - tak jak nas uczono - cały czas liny i sprawdzając stopą każde miejsce, w którym miałam 

stanąć całym ciężarem ciała. 

Poczułam orzeźwiający chłód wody oblewający moje gołe łydki i nogawki spodenek. 

Miałam  ochotę  popływać,  lecz  zbyt  dużo  kamieni  i  głazów  leżało  w  wodzie.  May 

background image

wspominała  coś  o  miejscu  do  kąpieli,  do  którego  mieliśmy  dotrzeć  za  parę  dni  -  już  teraz 

myślałam o tym z przyjemnością. O ile byłoby przyjemniej nie mieć na sobie tych ciężkich, 

wodoodpornych  butów  traperskich.  Byłam  przekonana,  że  mam  już  pęcherz  na  pęcherzu. 

Stopy paliły mimo podwójnej warstwy bawełny i wełny. 

Pokonałam już połowę drogi i  czułam, że mogę zostać tam do zmierzchu. Potok nie 

był  niebezpieczny  latem,  a  tylko  wiosną,  jak  mówił  Eric,  kiedy  roztopy  wypełniły  koryto 

wodą po brzegi. Największe niebezpieczeństwo stanowiła utrata równowagi. Zabezpieczenie 

w postaci liny - zgodnie z tym, co nam powiedziano - wydawało się niezbędne. 

W chwilę później błogosławiłam  jej obecność.  Mój obcas natrafił na śliski  kamień i 

nagle znalazłam się w wodzie. Byłam przemoczona do suchej nitki. 

Silne ręce chwyciły mnie od tyłu w pasie. Ktoś pomógł mi wstać. 

- Czy wszystko w porządku, Katie? - zapytał Jake. 

- Nic się nie stało, tylko trochę mi wstyd - zapewniłam go. 

Cała drżałam, czułam ciepło płynące z jego rąk. Nie mogłam nawet odwrócić się, w 

obawie, że zauważy moje podniecenie. 

- Cóż, najgorsze jest za nami - powiedział. - Minęliśmy połowę trasy. 

Na drugim brzegu wszyscy pościągali buty, skarpety i moczyli nogi w wodzie. 

Słowa  nie  są  w  stanie  oddać  przyjemności,  jaką  niosło  zdjęcie  z  pleców  bagażu, 

klapnięcie na ziemię i pozbycie się ciężkich buciorów. 

Nieco  na  prawo  od  miejsca,  gdzie  zebrała  się  grupa,  wyrastała  płaska,  wąska  półka 

skalna.  Postanowiłam  tam  czmychnąć,  w  przekonaniu,  że  skała  jest  gładka  i  przyjemnie 

chłodna. 

- Mogę iść z tobą? - zapytał Jake. 

Miał na sobie luźne spodnie w kolorze khaki, z nogawkami podwiniętymi do kolan i 

buty  w  ręku.  Po  raz  pierwszy  od  czasu,  gdy  poznaliśmy  się,  wyglądał  na  skrępowanego  i 

zażenowanego. Nie miałby się co obrażać, gdybym dała mu teraz kosza! 

- Do licha, czyż to nie wspaniałe uczucie! - westchnął, gdy woda obmywała mu stopy. 

- Warto przejść katusze, by móc potem rozkoszować się taką chwilą. 

- Kiedy  jest  po  wszystkim,  zwykle  w  pierwszym  rzędzie  czuje  się  satysfakcję  - 

odparłam. 

Z politowaniem pokręcił głową. 

- Czułbym się lepiej, gdybym ubrał dziś szorty. A teraz mokre spodnie kleją mi się do 

nóg. 

- Szybko wyschną, słońce wciąż mocno grzeje. Poza tym  -  dodałam - zobaczysz, jak 

background image

wynagrodzona została moja przezorność nakazująca założyć szorty. - Wyjęłam nogę z wody. 

Cała sieć zadrapań od ostrych kolców jeżyn pokrywała zewnętrzną stronę łydki. 

- Okropne - skrzywił się. - Sądzę, że to kwestia wyboru mniejszego zła. Przemoczony 

czy podrapany!? 

Pochylił się i delikatnie dotknął jednej ranki. 

- Zdaje się, że boli? 

- Nawet nie poczułam, kiedy to się stało - odparłam. 

Po raz drugi dzisiaj moje ciało przeszył dreszcz. 

- Byłam zbyt zdenerwowana, by nie wyjść na idiotkę, stałam się niewrażliwa na ból. 

- Nie powinno cię to tak martwić - rzekł poważnie. - Rzecz w tym, że gdybyś potrafiła 

już wszystko, nie byłoby ciebie tutaj, prawda? 

- Wcale  nie,  wiesz  o  tym.  To  właśnie  ja  wpadłam  do  wody.  Nie  widziałam  jeszcze, 

żebyś się gdzieś wyłożył lub coś spartaczył. 

- O tak, ja nie, broń Boże! - Zaśmiał się. - Po prostu wykonuję wszystko idealnie. Weź 

na  przykład  założenie  przeze  mnie  długich  spodni,  w  rezultacie  czego  przemieniłem  się  w 

ludzką gąbkę. 

Oboje zachichotaliśmy i, mimo rozlicznych dolegliwości oraz zmęczenia, z pewnością 

czułam się cudownie. Mogłabym z nim zostać na tej skale na zawsze, do końca życia. 

Jednak Eric i May nie pozwolili nacieszyć się nam tą chwilą. 

- Uwaga, grupa! - krzyknęła May donośnie. - A teraz przystępujemy do prania skarpet. 

Weźcie około jednej czwartej łyżeczki proszku i wypierzcie obie pary. Jak wiecie, wszystkie 

środki z naszego wyposażenia nie szkodzą naturalnemu środowisku. 

Pokazała nam też jak rozłożyć skarpety z tyłu na plecaku, by szybko wyschły w czasie 

marszu. 

- Jakiego  marszu?  -  jęknął  Ernie  z  pucołowatą  twarzą  niezdrowo  zaróżowioną  od 

słońca. 

- Czyżbyś miała na myśli, że nie rozbijemy tu obozu? 

- To  właśnie  mam  na  myśli  -  potrząsnęła  głową  May,  lecz  uśmiech  skierowany  w 

stronę  Erniego  wyrażał  życzliwość  i  troskę.  -  Nie  martw  się.  Trasa  biegnie  po  rozległym, 

równym terenie, przypomina niemal chodnik. Ponadto nie zamierzamy dzisiaj pokonać więcej 

niż dwa kilometry. Musimy odpocząć przed jutrzejszym dniem. Szlak zacznie piąć się w górę. 

Westchnęliśmy ciężko, lecz nikt już więcej nie marudził. 

Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie było sensu zgrywać pokrzywdzonych. O 

ile chcieliśmy uniknąć całkowitego upokorzenia i powrotu do bazy, gdzie wezwani zostaliby 

background image

rodzice. 

Jake pomógł mi założyć plecak. 

- Wiesz, jeszcze dziś rano cieszyłam się, że mam taki lekki bagaż... - przyznałam się, 

dzieląc się z nim moją wcześniejszą refleksją. 

- Wiem,  o  co  ci  chodzi.  Ja  sam  mam  wrażenie,  że  dotarłem  tu  piechotą  z  samego 

Greenfields. 

Stanęłam jak wryta. 

- Czy Greenfields w stanie Maryland? 

- Zgadza się - odrzekł zdziwiony. - Znasz to miasto? 

- Czy znam? Przecież to moje strony. Pochodzę ze Spring Valley! - zawołałam. 

Uśmiechając się, z niedowierzaniem potrząsnął głową. 

- A to ci dopiero! Założę się, że chodzisz do ogólniaka w Spring Valley, tak? 

- A ty w Central - odparłam. - Świat jest taki mały! 

- Nie  żartujesz  chyba?  -  Wciąż  kręcił  z  niedowierzaniem  głową.  -  Nie  rozumiem, 

dlaczego  nie  spotkaliśmy  się  wcześniej  na  jakimś  meczu,  czy  czymś  w  tym  rodzaju.  W 

Central występuję w drużynie piłkarskiej. 

- Faktycznie, dziwne - przyznałam, nie mówiąc mu, że nigdy nie byłam zbyt wielkim 

sympatykiem  futbolu,  zaliczając  w  ubiegłym  roku  góra  dwa  mecze.  Po  co  wyciągać  teraz 

takie sprawy, skoro czułam już, że stanę się prawdziwym fanatykiem piłki nożnej. 

To,  co  powiedział  Jake,  podekscytowało  mnie  do  tego  stopnia,  że  zbliżając  się  do 

reszty  grupy,  prawie  nie  zauważyłam  wesołości  na  twarzy  Lisy.  Śmiała  się  i  szczebiotała. 

Dopiero  później  uświadomiłam  sobie,  na  czym  polegało  jej  rozbawienie.  Odwróciła  się,  by 

pomóc  Fran,  która  nie  potrafiła  ułożyć  na  plecaku  swych  grubych,  wełnianych  skarpet. 

Uznałam, że moja osoba nie miała nic wspólnego z zachowaniem Lisy. 

Potem,  gdy  wyruszaliśmy  szukać  chrustu  na  ognisko,  dowiedziałam  się,  że  to 

wszystko miało jednak związek ze mną. 

- O czym tak gaworzyliście, ty i Jake, dziś po południu - zapytała - zupełnie jak starzy 

przyjaciele? 

Możliwe,  że  nienaturalnie  obojętny  i  lekceważący  ton  jej  głosu  sprawił,  że  nie  za 

bardzo pragnęłam podzielić się z nią wrażeniami. 

- O tym i owym - odpowiedziałam również beznamiętnie. 

Dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Skupiłam całą uwagę na pierwszej lepszej gałęzi. W 

sumie przecież Jake i ja nie mieliśmy żadnego sekretu, czy czegoś w tym rodzaju. 

To, co miała teraz do powiedzenia, stanowiło dla mnie zagadkę. Do mych uszu dotarły 

background image

jednak słowa, których nigdy w życiu bym się nie spodziewała. 

- Wiesz - odezwała się cicho - nie uświadamiałam sobie dotychczas, jak bardzo zależy 

mi na Jake’u. Nasza wspólna obecność tutaj przekonała mnie, że wcale się między nami nic 

nie skończyło. 

- Nie? 

- Oczywiście, że nie - odezwała się po chwili. 

- Dlatego  też  chciałam  wiedzieć,  o  czym  rozmawialiście.  Zastanawiałam  się,  czy 

dopytywał się o mnie. 

- Nie - stwierdziłam uczciwie. - Twoje imię nie padło ani razu. 

Pomogła  mi  wywlec  próchniejący  kawał  drewna,  jak  się  wydawało,  dostatecznie 

suchy,  by  mógł  posłużyć  za  rozpałkę.  Z  niecierpliwością  oczekiwałam  powrotu  na  polanę, 

gdzie rozłożyliśmy nasz obóz. Nie chciałam, by  Lisa powiedziała jeszcze cokolwiek. Nagle 

ścisnęła mnie lekko za ramię, nie pozwalając odejść. 

- Tobie, jako jedynej, zamierzam coś wyznać, Katie - wyszeptała - ponieważ uważam 

ciebie tutaj za przyjaciółkę, bliższą niż Fran. Widzisz, wiem, że Jake wciąż się mną interesuje. 

Zauważyłam, jak często spogląda na mnie i jestem przekonana, że nadal mu na mnie zależy. 

- A co z Kevinem? - zapytałam. 

- Och,  nie  jest  nikim  szczególnym  -  Lisa  zapewniła  mnie.  -  Zresztą,  nie  można 

oczekiwać  ode  mnie,  żebym  zachowywała  się  jak  stara  służąca  tylko  dlatego,  że  Jake  i  ja 

mieliśmy głupią sprzeczkę i postanowiliśmy zerwać ze sobą. Czy nie mam racji? 

- Przecież  nawet  nie  widziałaś  go  od  zimy  -  wydukałam  pełna  determinacji,  żeby 

udowodnić, przynajmniej  sobie, że nic już ich nie łączy. - Skąd  ci  przyszedł  do głowy taki 

pomysł, Katie? - Lisa spojrzała zdumiona. - Po raz ostatni widziałam się z nim w kwietniu. 

Pracował w weekendy, by móc przylecieć do Phoenix i spędzić ze mną Wielkanoc. To musi 

być miłość, prawda? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Zagłębialiśmy  się  w  dzikie  ostępy  leśne.  Każdy  dzień  stawiał  przed  nami  większe 

wymagania, przynosił nowe doświadczenia. Nigdy nie uważałam siebie za mieszczucha, ale 

tu dopiero zaczęłam uzmysławiać sobie, ile straciłam, nie zauważając piękna przyrody. Rzecz 

w tym, że w domu w Spring Valley nigdy bym nie pomyślała, żeby wykrzykiwać do siostry, 

Mary Beth, lub mamy czy taty: „Hej, spójrzcie na ten różowy wawrzyn, tam na zboczu! Czyż 

nie jest zachwycający?” Natomiast tu w Szkole Przetrwania nawet Phil ożywiał się, widząc 

majestatycznego orła zataczającego kręgi nad naszymi głowami. 

Rosło uznanie dla zdolności pedagogicznych Erica i May. 

Niejeden z moich szkolnych nauczycieli wiele mógłby się od nich nauczyć. Podawali 

nam wiedzę małymi partiami, w sposób niezwykle naturalny. Na przykład May, chcąc nam 

wskazać  miejsce  na  kopanie  dołu  kloacznego,  nie  mówiła  po  prostu:  „Kopcie  przy  tamtym 

drzewie”,  lecz  zawsze  wymieniała  gatunek  drzewa,  określając  dokładnie  nazwę:  „przy 

tamtym  świerku”,  lub:  „tu  przy  tych  orzechach”.  Podświadomie  chłonęliśmy  wiedzę 

przekazywaną przez opiekunów, choć właściwie nigdy nie zamierzaliśmy poznać nazw drzew 

i roślin. Niebawem jednak większość występujących w okolicy gatunków stała się nam znana. 

Wciąż  miewałam  okresy  zwątpienia  i,  mimo  że  reagowałam  równie  entuzjastycznie 

jak  inni  na  każdą  nową  formę  zajęć,  skłamałabym  nie  przyznając,  że  przerażała  mnie 

zbliżająca  się  wyprawa  indywidualna.  Perspektywa  znalezienia  się  w  pojedynkę  w  leśnym 

gąszczu budziła lęk. Ukryty niepokój nie opuszczał mnie ani na chwilę. 

Tradycyjnie już z pomocą przyszła Lisa. Ilekroć jednak widziała, że Jake rozmawia ze 

mną,  jej  dłonie  zaczynały  drżeć.  Nie  zmieniła  swojego  sposobu  zachowania,  aby  mu  się 

przypodobać.  W  gruncie  rzeczy  wydawała  się  wciąż  unikać  go,  niezależnie  od  faktu,  że 

przyłapałam ją ze dwa razy na pełnym tęsknoty spojrzeniu w jego kierunku. 

Do  mnie  odnosiła  się  w  taki  sposób,  jakby  Jake  nigdy  nie  był  tematem  naszej 

rozmowy.  Może  wydawało  się  jej,  że  on  się  mną  nie  interesuje,  i  tak  długo  jak  ona  nie 

wspominała o nim, tak też i ja tego nie robiłam. Wolałam unikać trudnych dyskusji. 

Nie  udawało  mi  się  spędzać  z  nim  tyle  czasu,  ile  bym  sobie  życzyła.  Szkoła 

Przetrwania  preferowała  pracę  grupową.  Gdy  jakiekolwiek  ćwiczenia  wymagały  połączenia 

się  w  pary,  Lisa  z  góry  zakładała,  że  ja  będę  jej  partnerką  -  co  stawało  się  coraz  bardziej 

denerwujące. 

Chociaż z wdzięcznością przyjmowałam pomoc Lisy, zdawałam sobie sprawę, że nie 

background image

jest  to  droga  do  samodzielności.  Nigdy  nie  pozostawiała  mi  dość  czasu,  bym  zdążyła 

spróbować zrobić coś na własną rękę. 

Powoli uzmysłowiłam sobie, że uzależniam się od niej. 

Przewyższała  mnie  znacznie  umiejętnościami  oraz  pewnością  siebie.  Poświęcenie  w 

wykonywaniu  najtrudniejszych  zadań  zachęcało  do  skorzystania  z  jej  pomocy.  Wiedziałam, 

że moje lenistwo utrudniało i powstrzymywało mnie od uzyskania samodzielności, lecz działo 

się tak może dlatego, że w pełni odpowiadał mi taki stan rzeczy. 

Jake i ja znaleźliśmy się, raz czy dwa, w tej samej parze. 

Mieliśmy  wykonać  jakieś  drobne  zadanie:  kopanie  dołu  czy  rąbanie  drzewa. 

Zauważyłam wówczas jego absolutne zaangażowanie w wykonywaną pracę. Nie pomagał mi 

jak Lisa: po prostu zakładał, że sama dam sobie radę. 

Nie  chciałam  stwarzać  wrażenia,  jakoby  cała  moja  uwaga  i  czas  podzielony  został 

tylko  i  wyłącznie  między  Jake’a  i  Lisę.  Poznawałam  też  innych.  Miałam  bzika  na  punkcie 

Fran, która sama się określała jako „chroniczna zrzęda”, lecz zawsze była dobrą kumpelką i 

nigdy  nie  traciła  poczucia  humoru.  Nie  przepadałam  natomiast  za  Doris,  choć  ceniłam  jej 

pracowitość.  Gloria  rozkręcała  się  w  miarę  upływu  czasu  i  nie  trudno  było  zauważyć  jej 

zainteresowanie  Mattem.  Rumieniła  się,  ilekroć  popatrzył  w  jej  stronę.  Spędzała  większość 

czasu z Doris, zawsze jednak potrafiła niepostrzeżenie znaleźć się w miejscu, gdzie pracował 

Matt, a także zająć pozycję bezpośrednio za lub przed nim, gdy ustawialiśmy się w szeregu. 

Matt zachowywał spokój, nie wydawał się szczególnie skrępowany, spędzał mnóstwo czasu 

na rozmowach z Glorią. 

Wpadłam  na  pomysł,  że  tak  oto  będziemy  mieli  przynajmniej  jeden  romans  przed 

powrotem do bazy. 

Przynajmniej  jeden,  gdyż  niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  przejmowałam  się  Lisą, 

prawdą  było,  że  Jake  nie  rozwiał  moich  nadziei  do  końca.  Serdeczny  uśmiech  i  gorące 

spojrzenia zdawały się mieć szczególną wymowę. 

To  zabawne,  lecz  byłam  pochłonięta  wyobrażaniem  sobie,  co  mogły  one  oznaczać. 

Usiłowałam  nie  zdradzać  się  z  moim  zainteresowaniem  jego  osobą  w  obawie  przed 

ośmieszeniem. 

Gdyby okazało się, że jego serce wciąż należy do Lisy... 

Jakoś nigdy nie dotarło do mnie, że mógłby uznać, iż nie darzę go zbytnią sympatią. 

Sytuacja zapewne nie zmieniłaby się do końca pobytu tutaj, gdyby Jake nie odważył 

się przejść do ofensywy. 

Byliśmy  na  szlaku  prawie  od  tygodnia  i  tego  ranka,  jak  zwykle,  wstaliśmy  o  świcie. 

background image

Chcieliśmy  coś  przekąsić,  zanim  słońce  znajdzie  się  wysoko  na  niebie  i  zacznie  dokuczać 

upał.  Poprzedniego  wieczoru  Eric  i  May  poinformowali,  że  czeka  nas  prawie 

dwudziestokilometrowa  wędrówka  pod  górę,  szczególnie  uciążliwą  trasą,  i  że  odcinek  ten 

pokonać mamy samodzielnie, bez ich pomocy. Utworzone miały zostać dwie grupy, w skład 

których  wchodzili  opiekunowie  pełniący  rolę  eskorty.  Każda  z  ekip  dokonać  miała 

przemarszu inną drogą do miejsca spotkania oddalonego o ponad dziesięć kilometrów. 

Liderzy  grup  zostali  wyłonieni  w  tajnym  głosowaniu.  Nikogo  nie  zdziwił  fakt,  że 

wybrano Jake’e i Matta. Podejrzewałam, że Lisa też może mieć szanse na zwycięstwo, gdyż 

również była ekspertem w sztuce traperskiej. Po wyczytaniu nazwisk nie wyglądała jednak na 

rozczarowaną. Tak czy owak, oddałam swój głos na Jake’a. 

Z samego rana Jake i Matt rozpoczęli tworzenie swych zespołów i dla rozstrzygnięcia, 

kto  zacznie,  rzucili  monetę.  Wypadło  na  Jake’a,  i  ku  memu  zdziwieniu  nazwisko  „Katie 

Carlisle” padło z jego ust jako pierwsze. Tuż obok usłyszałam westchnienie Lisy. 

„Czy  była  zła,  ponieważ  Jake  wybrał  mnie?  -  zastanawiałam  się.  -  A  może 

przeczuwała, że nie znajdziemy się w jednej grupie?” 

Cokolwiek  stanowiło  przyczynę  jej  rozdrażnienia,  nic  już  nie  mogła  na  to  poradzić. 

Wybrana została przez Matta trzecia z kolei. Rzucając monetę po raz drugi wyłonili naszego 

przewodnika. Los uśmiechnął się do Erica. Rozpoczęliśmy przygotowania. 

Oczekiwałam ostrej reakcji ze strony Lisy z powodu tego, że znalazłam się w zespole 

Jake’a. Wydawała się jednak lekko poruszona. 

- Wszystko  będzie  w  porządku,  Katie,  prawda?  -  zapytała  w  końcu,  spoglądając  na 

mnie. 

- Jasne, dlaczego by nie? - odpowiedziałam pytaniem. 

Wzruszyła ramionami. 

- No  nie  wiem,  to  trudny  teren  i  w  ogóle.  Martwię  się,  że  możesz  potrzebować 

pomocnej ręki. 

- Wszystko będzie w porządku - zapewniłam ją. - Ale szkoda, że nie jesteśmy razem. 

Dobrze, że chociaż Fran znalazła się z tobą w grupie. 

- Uważaj  jednak.  Trzymaj  się  Phila.  Cóż,  to  tylko  niecałe  dwadzieścia  kilometrów.  - 

Uśmiechnęła  się,  ale  mówiąc  prawdę,  jej  słowa  wstrząsnęły  mną.  Przywykłam  bowiem  do 

korzystania  z  jej  pomocy.  Wiedziałam,  że  Jake  oczekiwać  będzie  od  każdego  takiej 

samodzielności, jaką on sam przejawiał. 

Nie miałam co liczyć na jego wsparcie, chyba że sama bym go o to poprosiła. I niech 

mnie licho weźmie, gdybym się na to zdecydowała! 

background image

Gniew Lisy mógł wyniknąć z faktu, że Jake wybrał mnie do swojej ekipy, a to właśnie 

ona przez cały czas opiekowała się mną. Wykazując nieustanną troskę, mogła być więc nieco 

zazdrosna, co z kolei budziło we mnie przeświadczenie o niewdzięczności. 

Poczucie  winy  pogłębiała  perspektywa  spędzenia  z  Jake’em  całego  dnia.  Byłam 

rozdarta  między  dwoma  skrajnymi  uczuciami:  moje  mocno  bijące  serce  zdecydowanie 

przytłumiło wyrzuty sumienia. 

Oprócz  Erica,  Phila,  Jake’a  i  mnie  w  grupie  znaleźli  się  Doris  i  Ernie,  co  czyniło 

zespół bardzo urozmaiconym. 

Już na wstępie Doris przylgnęła do mnie. Nie miałam nic przeciwko temu. Od dawna 

wiedziałam,  sądząc  po  tym,  jak  peszyła  się  w  rozmowach  z  chłopcami,  że  nie  potrafi  się 

przełamać.  Miałam  jednak  nadzieję,  że  da  mi  odetchnąć  w  miarę  upływu  czasu. 

Wyruszyliśmy na trasę, która pięła się stopniowo w górę. Była tak wąska, że musieliśmy iść 

gęsiego. Znalazłam się między Doris a Philem. Jak na razie nie przeszkadzało mi to, chociaż z 

pewnością nie marzyłam o tym, by spędzić cały dzień w ten sposób. 

Oczywiście na czele naszej małej kolumny szedł Jake, niosąc jasnoczerwony plecak. 

Eric podążał tuż za nim na wypadek, gdyby zaistniała konieczność udzielania pomocy. 

Przez  półtorej  godziny  pięliśmy  się  nieustannie  w  górę,  zatrzymując  się  tylko  na 

rozwidleniu szlaków. Jake analizował mapę. Jednym pstryknięciem palców otwierał skórzany 

futerał z kompasem i odczytywał kierunek. 

Zatrzymaliśmy  się  po  raz  drugi.  Jake  i  Eric  pochylili  głowy  nad  mapą.  Reszta 

rozlokowała się na ziemi, wyciągnęła manierki, by zaspokoić pragnienie. Woda zaczerpnięta 

wcześniej ze strumyka o łagodnym, ale dość głębokim nurcie, była już letnia i miała delikatny 

posmak  tabletek  oczyszczających,  zawsze  stosowanych  przez  nas  do  uzdatniania  wody. 

Jednak po paru godzinach wydawała się błogosławieństwem. 

Jake zamknął pudełko z kompasem, a następnie złożył mapę i wetknął ją z powrotem 

do kieszeni. Odwrócił się do nas. 

- Jeszcze około godziny, a potem zatrzymamy się, żeby coś przekąsić - oznajmił. 

- Przekąsić?  -  zaskomlał  Ernie.  -  Przecież  jeszcze  nie  ma  nawet  dziesiątej.  Co  to  ma 

być, śniadanio - lunch? 

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. 

- Wiem, że to nietypowa pora na posiłek - zgodził się Jake - ale jeżeli na mapie nie ma 

żadnego błędu, ani też ja się nie pomyliłem, szlak przed nami powinien obfitować w owoce 

leśne i tym samym stworzyć warunki do poszukiwania pokarmu we własnym zakresie. 

- O  nie,  znowu  zielsko!  -  jęknął  Ernie,  a  zbiorowe  zawodzenie  uzupełniło  jego 

background image

komentarz. 

Szukanie  leśnego  pokarmu  było  z  pewnością  najmniej  ulubioną  formą  ćwiczeń.  Nie 

trafiały  nam  do  przekonania  żadne  argumenty  wychwalające  zalety  dziko  rosnących 

korzonków  i  liści,  i  nadal  uważaliśmy,  że  bardziej  nadają  się  do  sklepu  zielarskiego  niż  na 

talerz. 

- No to w drogę! - po raz pierwszy tego dnia odezwał się Eric. - Przecież nie jest winą 

Jake’a,  jak  wiecie,  że  musimy  szukać  pożywienia  w  lesie.  Trzeba  zachować  podstawowe 

zapasy żywności, nie muszę wam chyba tego tłumaczyć. A może wolicie zostać z niczym w 

czasie indywidualnej wyprawy? 

To  zamknęło  nam  usta.  Zadrżałam  na  samą  myśl  o  solówce.  Ustalenie  przez  Jake’a 

kierunku według kompasu przypominało mi o kolejnej dziedzinie, w której czułam się bardzo 

niepewnie. Lisa brylowała w pracy z mapą i kompasem, jak również w określaniu odległości 

między dwoma stałymi punktami jedynie za pomocą słońca. Teraz jasno rysowała się przede 

mną  konieczność  nadrobienia  zaległości  w  wyznaczaniu  kierunku,  zanim  znajdę  się  w 

sytuacji, gdzie zdana będę tylko na siebie. 

Jak  to  zwykle  bywa,  nie  szukaliśmy  zbyt  intensywnie  pokarmu  w  lesie,  ani  też  nie 

musieliśmy jeść nic szczególnie obrzydliwego. 

W  pobliżu  polany,  na  której  zatrzymaliśmy  się,  znajdował  się  zagajnik  pełen 

dojrzałych  i  soczystych  poziomek.  Umieliśmy  już  wszyscy  rozpoznawać  dziką  cykorię,  tak 

typową dla bardziej nizinnych terenów. Eric znalazł trochę jadalnych grzybów rosnących przy 

niektórych  drzewach,  ale  zaraz  ostrzegł  nas,  byśmy  w  trakcie  indywidualnej  wyprawy  nie 

próbowali  na  własną  rękę  odróżniać  trujących  od  jadalnych,  gdyż  wszystkie  wyglądają  w 

sumie niewinnie. Rozpoznawanie ich wymagało lat praktyki. 

Dodając  raczej  skromną  ilość  suszonej  wołowiny,  którą  zabraliśmy  ze  sobą, 

przyrządziliśmy  całkiem  niezłą  sałatkę  wzbogaconą  o  sok  cytrynowy  w  proszku  oraz 

niewielką  ilość  oliwy  z  naszych  cennych  zapasów.  Kolejna  porcja  proszku  cytrynowego  z 

odrobiną cukru zmieniła się, po dodaniu wody, w gotową do picia cytronadę. 

Jedliśmy,  siedząc  w  kręgu  i  nie  miałam  żadnej  szansy,  nawet  najmniejszej,  by 

porozmawiać  z  Jake’em,  choćby  przez  chwilę,  na  osobności.  Nie  potrafiłam  sobie 

odpowiedzieć  na  pytanie,  czy  wybór  przez  niego  mojej  osoby  ma  jakieś  znaczenie,  czy  też 

nie. Może zrobił to celowo, aby wzbudzić zazdrość Lisy. Ale, jak sama sobie tłumaczyłam, 

Jake nie był zdolny do tego. Nigdy nie podejrzewałabym go o fałsz, ani o to, że mógłby się 

bawić w coś podobnego. 

Wciąż  liczyłam  na  okazję  spędzenia  z  nim  choćby  paru  chwil.  Nagle  wydało  się  to 

background image

bardziej prawdopodobne, ponieważ, ku memu zdziwieniu, Phil i Doris zapomnieli o bożym 

świecie  pochłonięci  rozmową.  Wyjaśniali  sobie,  że  ich  dziwne  zachowania  wynikały  z 

nieśmiałości. 

Niestety,  ostatni  kawałek  jedzenia  zniknął  z  naszych  talerzy,  Eric  szepnął  coś  do 

Jake’a, a ten poprosił nas o uwagę. 

- Resztkami  wody  z  manierki  możecie  przepłukać  naczynia  -  ogłosił.  -  Potem 

spakujcie  się  i  ruszamy  w  drogę.  -  Podniósł  rękę,  by  uciszyć  jakikolwiek  głos  sprzeciwu.  - 

Nie obawiajcie się, nie idziemy daleko,  a Eric prosił,  bym  wam  przyrzekł,  iż teren, którym 

wiedzie nasza trasa, wart jest zwiedzenia. 

Nie  mając  zatem  cienia  szansy  na  odezwanie  się  do  Jake’a  choćby  słowem,  znowu 

znalazłam się na szlaku, z plecakiem na grzbiecie. Posuwałam się mozolnie, lecz wytrwale. 

Ścieżkę  tak  zarastały  krzaki  i  pokrzywy,  że  ponownie  zmuszeni  zostaliśmy  do  marszu 

gęsiego. Doris zręcznie wysunęła się na przód, dzięki czemu szła za Philem, a mnie przypadło 

w udziale zamykanie kolumny. 

Z  czasem  zaczął  doskwierać  mi  upał  i  zmęczenie.  Z  wściekłością  kopnęłam  gałąź 

leżącą  na  ścieżce.  Zrobiłam  to  jednak  z  taką  siłą,  że  podskoczyła  do  góry  i  trafiła  w 

nieosłonięte nogi Doris. 

- Przepraszam - wymamrotałam uświadamiając sobie, iż jedyną osobą, której było mi 

żal, jestem ja sama. Pomyślałam,  że Jake mógł celowo wybrać mnie do grupy, by potem w 

okrutny sposób zignorować. Wydawało się to jednak bezsensowne. 

Ścieżka  rozszerzała  się  w  pewnym  momencie,  co  obwieszczone  zostało  radosnym 

okrzykiem tych na przodzie. Przyśpieszyłam, by zorientować się w sytuacji. 

Moim oczom ukazał się widok zapierający dech w piersi. 

W małym wąwozie przed nami drzewa przerzedzały się nieco. 

Środkiem  płynął  szaroniebieski strumień. Wpadał  do niewielkiego jeziorka ginącego 

za zakrętem. Wystające skały uformowały szeroką ścianę, a spiętrzona woda wydostawała się 

w postaci delikatnego płaszcza, tworząc wodospad rozpryskujący się w strumieniu. 

Mój  zły  nastrój  minął  natychmiast.  Teraz  myślałam  jedynie  o  wygrzebaniu  stroju 

kąpielowego i poszukaniu odosobnionego miejsca, gdzie mogłabym się przebrać. 

Całkowicie  olśniona  widokiem  szemrzącego  potoku,  nie  zauważyłam,  że  Jake 

odłączył się od grupy i stanął przy mnie. 

- Tak, to jest niespodzianka, na którą warto było poczekać, prawda? - zapytał. 

- Bez wątpienia! Czy wiedziałeś wcześniej, czy też Eric ci powiedział? To miejsce jest 

zaznaczone na mapie? 

background image

- Poczciwy Eric wybrał to miejsce. Z mapy wynikało jedynie, że jest tu woda, ale nie 

miałem pojęcia o istnieniu tak cudownego basenu. 

- Hej! Przebierzmy się! - zawołał Ernie, zdejmując plecak z ramion. Wszyscy poszli w 

jego ślady. Jake ścisnął mnie za przegub. 

- Zaraz wrócę - wyszeptał. 

Przebiegł  kawałek,  stając  na  wprost  przed  rozgorączkowanymi,  śpieszącymi  się 

piechurami. 

- Jeszcze jedna sprawa, zanim się rozejdziecie - powiedział. 

Spostrzegłam,  że  wszyscy  zatrzymali  się  nagle,  spodziewając  się  zakazu  kąpieli  lub 

czegoś jeszcze gorszego. 

- Chodzi  o przestrogę udzieloną mi przez Erica.  Miejscami woda jest  dość  głęboka - 

mówił  Jake  -  i  uważajcie  na  zdradliwe  prądy  podwodne  spowodowane  nachyleniem  dna. 

Dobierzcie się najlepiej w pary i w wodzie trzymajcie się blisko swego partnera. - Szybciej 

niż bym się spodziewała, odwrócił się do mnie i mrugnął okiem. - Moją parą będzie Katie. 

Macie pół godziny czasu dla siebie, więc bawcie się dobrze. 

Pędziłam  do  lasu,  gdzie  można  się  było  przebrać.  Ciężkie  traperskie  buty,  które 

jeszcze tak niedawno ważyły chyba tonę, teraz sprawiały wrażenie skrzydeł doczepionych do 

nóg. 

Jake ogłosił, że najbliższe pół godziny spędzę z nim sam na sam. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Woda była czysta jak kryształ. Jake stał już na brzegu jeziora, kiedy wyszłam z lasu w 

stroju kąpielowym. Bladobłękitny kolor kostiumu idealnie pasował do mojej karnacji. 

- Proszę, tylko nie proponuj ścigać się na drugą stronę jeziorka - poprosiłam łagodnie. 

-  Po  całym  dzisiejszym  przedpołudniu,  nie  starczy  mi  sił  na  nic  więcej,  niż  na  relaksowe 

pływanie  pieskiem.  -  Nie  dodawałam  już,  że  nawet  w  najbardziej  sprzyjających  warunkach 

nie zaliczam się do pływaków światowej klasy. 

- Nic podobnego. Sam jestem wykończony. Ja z kolei powiedziałbym, że styl, na który 

mnie teraz stać, to „na topielca”. - Jego białe zęby błysnęły na moment w uśmiechu. 

Przebiegł parę metrów po płyciźnie, rzucił się do przodu i dał nura, jak na zawodach 

pływackich. W chwilę później wynurzył się. 

- To  cię  ochłodzi  -  zapewnił.  -  Chodź  Katie,  tu  jest  dostatecznie  płytko,  można 

dosięgnąć dna. 

Już  miałam  pójść  za  jego  namową,  gdy  nagle  usłyszałam  krzyk.  Gloria,  w  białym, 

dwuczęściowym, plisowanym kostiumie, zacierała ręce z zimna, stojąc po kolana w wodzie. 

- Za zimno! - wrzasnęła po raz drugi do Daveya i Erniego, którzy się już zanurzyli. - 

Chyba skostnieliście z zimna. 

„Głupia  dziewucha”  -  pomyślałam  i  zrobiłam  parę  kroków  do  przodu...  „Zimna”,  to 

nie było właściwe określenie. 

- Czy  nie  trzeba  przypadkiem  wstąpić  najpierw  do  Klubu  Morsów,  by  móc  tu 

popływać? - zapytałam i śmiejąc się zaczęłam wycofywać się na brzeg. 

- Nic  podobnego!  -  odkrzyknął  Jake.  -  Musisz  się  zamoczyć  od  razu,  cała.  Jeśli 

będziesz  to  robić  stopniowo,  tak  jak  Gloria,  przeżyjesz  szok.  No  jazda!  Złapię  cię. 

Przysięgam, że nie pozwolę ci utonąć. 

Nie wiem, co mnie do tego skłoniło: pragnienie wpadnięcia w jego ramiona czy strach 

przed kompromitacją. W każdym razie, w ciągu sekundy znalazłam się w wodzie. Oczywiście 

przez cały czas wiedziałam, że Jake ma rację. Najgorsze są pierwsze chwile i najlepiej mieć je 

za sobą jak najszybciej. 

Objął mnie delikatnie. 

- Możesz  sięgnąć  dna  -  zapewnił.  -  Ostrożnie  stawiaj  stopy,  pełno  tu  kamieni, 

odłamków skał. 

- Ach,  jak  wspaniale!  -  westchnęłam  z  zachwytu,  uświadamiając  sobie,  że  tylko  ja 

background image

wiem,  iż  chodzi  przede  wszystkim  o  jego  ramiona.  Uwolnił  mnie  ze  swoich  objęć,  gdy 

stanęłam na dnie. Czułam, jak kostnieję z zimna. 

- Musisz się bez przerwy ruszać, aż się przyzwyczaisz. Popłyńmy tam, do wodospadu. 

Nie chodzi wcale o wyścig. 

Ruszyłam za nim, trzymając głową nad wodą. Widziałam jak z niebywałą sprawnością 

przecinał  wodę  płynąc  klasycznym  kraulem.  W  odległości  około  pięciu  metrów  od 

wodospadu  jezioro  zwężało  się  tworząc  strumień,  a  woda  stawała  się  coraz  płytsza.  Cały 

chłód, który jeszcze odczuwałam, ustąpił, kiedy Jake wziął mnie za rękę. 

- Teraz  musisz  już  iść  -  powiedział.  -  Sprawdzimy  czy  można  wślizgnąć  się  za 

wodospad. 

Moje ciało przeszywały dreszcze. 

- Tak,  jak  myślałem  -  stwierdził  Jake,  spoglądając  przez  zasłonę  spadającej  wody.  - 

Wygląda jak przejście, coś w rodzaju korytarza. 

Przeszliśmy po szerokim, kamiennym progu bokiem, niczym kraby, aż znaleźliśmy się 

za kurtyną wodospadu. 

Na  krótką  chwilę  zapomniałam  nawet  o  obecności  Jake’a.  Za  srebrnym  parawanem 

wody  było  tak  cudownie.  Powstająca  mgiełka  osiadła  na  twarzy  i  ramionach,  tworząc 

malutkie kropelki spływające w dół. Szum spadającej wody oszałamiał nas. Trafiliśmy jakby 

do  innego  świata,  zaczarowanego  królestwa,  w  którym  nie  było  widać  ani  słychać  naszej 

grupy. Miałam wrażenie, że znajdujemy się tysiące kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji. 

Czułam ciepło jego dłoni. Wiedziałam, co się wydarzy. 

Bardzo  wolno  odwróciłam  się.  Objął  mnie  i  poczułam  jego  usta  na  swoich.  Był  to 

najsłodszy  pocałunek  na  świecie.  Towarzyszyły  mu  miliony  drobnych  kropelek  chłodnej 

wody pieszczącej nasze ciała. 

- Katie, jesteś wprost fantastyczna - wyszeptał mi prosto do ucha, tak że słyszałam go 

mimo  łoskotu  wody.  -  Mam  nadzieję,  że  będziemy  częściej  się  spotykać  po  powrocie  do 

domu. 

- Ja też mam taką nadzieję - wyszeptałam. - Jeżeli... 

Miałam  zamiar  powiedzieć:  jeżeli  wszystko  między  tobą  a  Lisą  będzie  naprawdę 

skończone. Ale wówczas zajrzałam w jego niebieskie oczy błyszczące od atłasowego blasku 

wody i wolałam niczego nie mówić. Nie chciałam psuć nastroju. 

Znowu  pocałowaliśmy  się,  tym  razem  bardziej  delikatnie,  wyrażając  jakby 

niewypowiedzianą obietnicę nowych pocałunków w przyszłości. 

Okrzyki dochodzące z „kąpieliska” przebijały się przez ścianę wodospadu. Czar prysł. 

background image

Jake delikatnie odgarnął moje mokre włosy z czoła i odezwał się już wyraźniejszym, mniej 

rozmarzonym głosem. 

- Lepiej  wracajmy  do  reszty  grupy  -  wyszeptał  -  bo  gotowi  są  wysłać  za  nami  ekipę 

poszukiwawczą. 

W  rzeczywistości  nikt  chyba  nie  zauważył  naszej  nieobecności.  W  pierwszej  chwili 

zaskoczyło mnie to, gdyż wydawało mi się, że zniknęliśmy na wieki. Nagle dotarło do mnie, 

że spędziliśmy razem nie więcej niż trzy lub cztery minuty. Wydawało mi się, że znalazłam 

się w raju. Gdy przebraliśmy się i wyruszyliśmy ponownie na szlak, spostrzegłam zmianę w 

zachowaniu Jake’a. Nie podchodził do wszystkich tak rzeczowo i oficjalnie, stał się bardziej 

subtelny i romantyczny. Często nasze oczy spotykały się i za każdym razem jakby delikatny 

prąd przebiegał między nami przekazując wiadomość: „Lubię cię, i to bardzo”. 

Szczęście nie oszołomiło mnie aż tak, aby w czasie wędrówki znów nie odezwały się 

we mnie wyrzuty sumienia z powodu Lisy. Tak naprawdę to nie wierzyłam, że wciąż kocha 

Jake’a.  Oczywiście  sama  twierdziła,  że  tak,  ale  jakoś  nie  mogłam  dostrzec  przejawów  jej 

uczucia. Nie za bardzo także przejmowała się faktem, że nie rozmawiali ze sobą zbyt często. 

A poza tym miała chłopca. Bez względu na to, co mówiła, nie sprawiała wrażenia zakochanej 

do  szaleństwa.  W  dodatku  sama  wspomniała  Fran  i  mnie  o  jej  spotkaniach  z  Kevinem  w 

kwietniu - akurat w tym samym czasie, kiedy Jake poleciał do Phoenix zobaczyć się z nią. 

Żałowałam,  że  nie  wypytałam  wcześniej  Lisy,  co  naprawdę  łączy  ją  z  Jake’em. 

Zdawałam  sobie  sprawę,  że  teraz  już  nie  mogę  nalegać.  Byłoby  to  nieuczciwe,  gdyż  w 

obecnej  sytuacji  miałabym  w  tym  ukryty  cel.  Cokolwiek  łączyło  Lisę  Morison  i  Jake’a 

Summersa, należało już do przeszłości. 

Docierając  do  szczytu  wzgórza,  skąd  roztaczał  się  widok  na  dolinę,  pomyślałam,  że 

nie powinniśmy afiszować się z uczuciami, jakimi darzyliśmy się nawzajem. 

Nie widziałam powodu, dla którego Lisa miałaby o czymkolwiek wiedzieć. 

Oczywiście powinnam podejrzewać, że stanie się inaczej. Nigdy nie potrafiłam tłumić 

swych emocji. Nie sądzę, żeby teraz mi się to udało. 

Docierając do miejsca w dolinie, gdzie mieliśmy spędzić noc, pierwszą rzeczą, którą 

każdy z nas zauważył, było stałe palenisko wybudowane z cegieł. 

- A, to co - zażartował Ernie - komforcik domowy? 

Eric  wyjaśnił  obecność  paleniska,  w  chwili,  gdy  druga  grupa  dołączyła  do  nas. 

Siedziałam na ziemi między Jake’em, a Doris. Łatwo przyszło mi zignorować nadejście Lisy 

oraz fakt, że nie było przy mnie wolnego miejsca dla niej. Z uwagą słuchałam Erica. 

- Ponieważ było to jedno z najlepszych stanowisk w okolicy na kamping - mówił Eric 

background image

-  i  ponieważ  tak  bardzo  oddalone  jest  od  zalesionych  zboczy,  postanowiono  zbudować  tu 

palenisko. 

- Jeżeli potrzebujesz czegoś na rozpałkę, weź te buty - zażartował Ernie. - Z radością 

ujrzałbym je w płomieniach za to, co uczyniły moim biednym stopom. 

- Obawiam się, że będę cię musiał rozczarować, kolego - odrzekł Eric. - Oboje z May 

mamy w bagażach kilka puszek sterno, specjalnego paliwa. 

- No cóż, butki - zamruczał Ernie, spoglądając na nie - ale nikt nie może zarzucić mi 

braku dobrej woli. 

- Czy to oznacza, że nie musimy wyruszać do lasu? - rozpoznałam pełen nadziei głos 

Fran. 

- Zgadza się - wtrąciła May. - Wraz z Ericem mamy dla was kolejną niespodziankę w 

naszych plecakach. Dziś w menu naleśniki i kiełbaski! 

Zapowiedź May spotkała się z okrzykami aplauzu i wiwatami, które echem rozniosły 

się po lesie. Ucieszyłam się bardzo. Naleśniki i kiełbaski zdarzały się nam naturalnie w domu 

raz  czy  dwa  razy  w  miesiącu  w  niedzielę  na  śniadanie,  ale  po  niemal  tygodniu  jedzenia 

wyłącznie  tego,  co  było  dostępne  na  szlaku,  to  znaczy  odwodnionej  żywności  w  proszku, 

różnego  rodzaju  roślin  oraz  ryb,  które  udało  się  nam  niekiedy  złowić,  wszystko,  co 

przypominało normalny posiłek, stanowiło dla nas wielkie wydarzenie. Ponadto fakt, że nie 

musieliśmy  iść  na  poszukiwanie  drewna  na  ognisko,  oznaczał,  iż  nie  zostanę  sama  z  Lisą. 

Szczególnie teraz nie miałam zbyt wielkiej ochoty na rozmowę z nią. 

Nie wiem, czy z powodu zahartowania wielodniową już wyprawą, czy też na wieść o 

specjalnej  uczcie,  wstąpiły  w  nas  nowe  siły.  Na  propozycję  rozegrania  meczu  siatkówki 

wszyscy ochoczo poderwali się na równe nogi nie grymasząc ani nie narzekając. 

- Co  powiecie  na  pozostanie  w  takich  składach,  w  jakich  dzisiaj  maszerowaliście?  - 

zawołał Davey. 

Nie byłam jedyną, która wlepiła wzrok w Phila. Chodziło o to, że prawie nigdy się nie 

odzywał, a tym bardziej nie występował na forum grupy z żadnymi propozycjami. Zdołałam 

też  spostrzec  przelotny,  pełen  zadowolenia  uśmiech  Doris  i  prawie  zachichotałam.  Nieraz 

zastanawiałam  się,  jak  bardzo  Jake  i  ja  pragnęliśmy  być  razem,  a  tu  się  nagle  okazuje,  że 

ponad połowa całej ekipy połączyła się w nieoficjalne pary. 

Z wyjątkiem Lisy. Natrętna myśl przypomniała mi o niej. 

Bez  wątpienia,  na  równi  z  Doris,  zachwycona  byłam  pomysłem  Phila.  Z  lekkich 

aluminiowych stelaży plecaków skonstruowaliśmy słupki podtrzymujące siatkę, którą z kolei 

wykonaliśmy, wiążąc dwie moskitiery, używane w czasie noclegów pod pałatkami. 

background image

Rozegraliśmy dobry mecz. Niestety przegraliśmy z drużyną przeciwną - nawet Jake w 

swej wspaniałej formie nie mógł się równać z Daveyem. Udało mi się jakoś na pewien czas 

przestać myśleć o Jake’u. Lisa natomiast wydawała się prawie w ogóle nie zwracać na mnie 

uwagi. Według mojej oceny, wszystko szło wręcz znakomicie. 

Jak sądzę, obracałam się w czymś, co moja mama zwykła określać „rajem głupców”. 

Prawda wyglądała tak, że stosunek Lisy do mnie bardzo się ochłodził, lecz bujałam wysoko w 

obłokach i nie potrafiłam tego wychwycić. 

- Jak się udała wyprawa waszej grupy? - zagadnęłam wesoło, sadowiąc się obok niej 

na ziemi. Trzymałam talerz z gorącymi plackami w syropie na kolanach. 

- Och, świetnie - odparła beztrosko. 

- Pływaliśmy w tym cudownym jeziorku - kontynuowałam, niezupełnie orientując się 

jeszcze,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  -  Wydawało  mi  się  to  niesprawiedliwe,  do  momentu 

kiedy Eric zapewnił nas, że wasza grupa także natrafi na miejsce do kąpieli. Jak było? 

- Cudownie. 

- Czy woda była lodowato zimna? Nasza tak. 

- W sam raz. - Wzruszyła ramionami. Obserwowałam, jak Jake napełnił swój talerz i 

skierował się do miejsca, w którym Matt siedział z Glorią i Daveyem. 

Tym razem nie czułam się urażona. Już zdawałam sobie sprawę, że bez względu na to, 

co zdarzyło się między nim a Lisą, oboje pragnęli zachować dystans między sobą. 

- Pyszne jedzenie, hm? - nadziałam kolejny kawałek soczystej kiełbasy. 

- Niezłe - odparła Lisa. 

Sądzę,  że  to  doskonale  ilustruje  całą  sytuację.  Tak  było  przez  dobre  pięć  minut  -  ja 

zadawałam jej błahe pytanie, a ona odpowiadała. Jej chłód odebrał mi apetyt. 

Wiedziałam,  że  zachowuję  się  w  taki  sposób  z  powodu  Jake’a.  Domyśliła  się,  jak 

sądzę,  że  interesuje  się  mną.  Na  wojnie  i  w  miłości  wszystko  jest  dozwolone...  Nietrudno 

wmówić  sobie  coś  takiego,  ale  o  wiele  trudniej  rzeczywiście  tak  czuć.  Nie  mogłam  dłużej 

tego tolerować i już chciałam ją zapytać w czym rzecz. Zaczęła jednak sama. 

- Wiesz, Katie - mówiła jednostajnie - to naprawdę nie moja sprawa, jak postępujesz, 

ale muszę ci zwrócić uwagę, że w żenujący sposób robisz z siebie idiotkę przy Jake’u. 

- Co masz na myśli? - zapytałam autentycznie zdumiona. 

- Ależ  Katie!  -  Wyglądała  na  zdegustowaną.  -  Przecież  wszyscy  widzą,  jak  mu  się 

narzucasz. 

- Wcale nie! - odparłam wzburzona. 

Lisa patrzyła teraz na mnie z politowaniem, potrząsając głową w sposób szczególnie 

background image

irytujący. 

- Och, Katie, tak przykro było na ciebie patrzeć. Wszędzie podążałaś za nim jak kukła 

i plotłaś bzdury. A sposób w jaki na niego patrzysz... - Ponownie potrząsnęła głową. 

- A jak się to ma do ciebie? - odpowiedziałam ostro, zbyt mocno dotknięta jej słowami 

i  prawdą,  którą  mogły  zawierać.  Nie  potrafiłam  zapanować  nad  tym,  co  mówię.  -  Nie 

uważam,  żebyś  choć  trochę  przejmowała  się  tym,  czy  wyglądam  śmiesznie,  czy  też  nie. 

Sądzę, że po prostu jesteś zazdrosna. 

- Jesteś niesprawiedliwa! -  zaprotestowała.  -  Właśnie, że zależy mi na tym.  Nie chcę 

żebyś robiła z siebie idiotkę, Katie. Bądź co bądź, jesteś moją najbliższą przyjaciółką w tym 

zespole. A co do zazdrości - wycedziła - nie wiem, czy w ogóle potrafiłabym być zazdrosna. 

Jeżeli naprawdę uważałabym, że Jake cię lubi, wtedy może. Wszyscy jednak widzą, że on się 

dostraja do ciebie. Na tym polega jego wrażliwość. Z pewnością wie o twoim szaleństwie na 

jego punkcie i nie chce zrobić niczego, co by cię uraziło. 

Gdybym  to  ja  myślała  w  ten  sposób,  trzymałabym  język  za  zębami  i  pozwoliła,  by 

sprawa  ucichła  w  naturalny  sposób,  lecz  nie  mogłam  w  ogóle  zebrać  myśli.  Nie  potrafiłam 

zapanować nad sobą w chwili, gdy Lisa demonstracyjnie stwierdziła, że budzę litość. 

- Liso  Morison,  niczego  nie  rozumiesz  -  powiedziałam  wstając.  -  Jake  lubi  mnie  tak 

bardzo, jak ja jego. Wcale nie ma w tym przesady. Wyraził swe uczucia wystarczająco jasno 

dziś po południu! 

Następnie,  nie  czekając  na  jej  reakcję,  ani  nie  dając  jej  szansy  na  powiedzenie 

chociażby  jednego  słowa,  odwróciłam  się  na  pięcie  i  odmaszerowałam  w  kierunku  balii  do 

mycia naczyń. Powinnam cieszyć się z sukcesu. Postawiłam bowiem sprawę jasno i otwarcie. 

Chciało mi się jednak płakać. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Tego  wieczora  nawet  nie  spojrzałam  na  Lisę,  nie  wspominając  już  o  jakiejkolwiek 

rozmowie z nią. Byłam zbyt wściekła, by wdawać się w przyjacielskie pogaduszki, i zła na 

siebie za to, że dałam się ponieść nerwom. 

Eric  i  May  wyjęli  następnych  parę  puszek  ciekłego  paliwa.  Powstał  płomień 

wystarczająco duży tak, że wszyscy mogli ulokować się wokół ogniska. Czyniliśmy podobnie 

co wieczór na szlaku. Nieraz podśpiewywaliśmy sobie przy akompaniamencie harmonijki, na 

której grał Eric. Innym razem omawialiśmy to, co przydarzyło się nam w ciągu dnia. 

Nie  miałam  jednak  ochoty  na  rozmowy  z  kimkolwiek.  Nie  umiałam  się  pozbierać. 

Nawet nie wiedziałam, gdzie usiąść, kiedy wszyscy zaczęli się gromadzić. Nie potrafiłam się 

przemóc, by usiąść koło Jake’a. Zdawałam sobie sprawę, że stojąc w miejscu i Przestępując z 

nogi na nogę, prędzej czy później przyciągnę czyjąś uwagę. W końcu przycupnęłam między 

Ernim a Glorią. Pomyślałam, że może jego poczucie humoru mogłoby wpłynąć na poprawę 

nastroju. W dodatku Ernie zawsze ściągał na siebie całą uwagę. 

Z  powodu  ogólnego  zmęczenia  po  długim  dniu,  wszystkich  zadawalały  proste  gry 

słowne nie wymagające zbytniej koncentracji. 

Fran siedziała między Glorią a Lisą. Pochyliła się i przesłała mi pytające spojrzenie. 

Wiedziałam,  że  zastanawia  się,  dlaczego  nie  siedzę,  jak  zwykle,  obok  Lisy.  W  obecności 

Glorii  nie  śmiała  jednak  zapytać.  Bez  wątpienia  Lisa  nie  powiedziała  jej  o  naszej  kłótni  z 

powodu  Jake’a,  więc  Fran  musiała  pomyśleć,  że  jestem  jakaś  dziwna.  Zebrałam  się  na 

beztroski uśmiech, odwracając się w jej stronę. 

Jedyną  inną  osobą  wprawioną  w  zdumienie  był  Jake.  Nie  wynikało  to  zapewne  z 

faktu, że nie usiadłam obok niego, lecz z przekonania, że jak zwykle trzymać się będę blisko 

Lisy  i  Fran.  Przebijając  wzrokiem  oddzielający  nas  słup  ognia,  dostrzegłam,  że  Jake 

pogrążony głęboko w myślach wpatruje się we mnie, a jego twarz wyraża powagę i zadumę. 

Uznałam,  że  nikt  nas  nie  obserwuje,  posłałam  mu  przeciągły,  szczery  uśmiech.  „A 

niech  diabli  wezmą  Lisę  i  jej  zjadliwe  komentarze!  -  pomyślałam.  -  Nie  dopuszczę  do 

paranoicznej sytuacji, w której patrząc na niego, udawałabym, że on nie istnieje, zadając mu 

w ten sposób ból.” W chwili, gdy dojrzał mój uśmiech, twarz rozjaśniła się mu raptownie, a 

sympatyczny wyraz radości wyparł powagę. 

Wiedziałam już na pewno, że szaleję za nim. Dlaczego jednak moja słabość do Jake’a 

miała  oznaczać  koniec  przyjaźni  z  Lisą?  Przez  pozostałą  część  wieczoru  mój  uśmiech  był 

background image

maską, pod którą krył się zupełnie inny stan ducha - cierpienie i zażenowanie. 

Ponieważ  ukształtowanie  terenu  uniemożliwiało  postawienie  dużego,  zbiorowego 

namiotu, każdy z nas miał spędzić tę noc w swoim własnym. Nie była to może wiadomość, z 

której  należałoby  się  szczególnie  cieszyć,  ale  mimo  wszystko  zadawalała  mnie.  Nie 

mogłabym spędzić całej nocy pod jednym dachem z Lisą. 

Zastanawiałam się, czy naprawdę była zazdrosna, czy też, zgodnie z tym co mówiła, 

uważała  moje  zachowanie  za  rzeczywiście  upokarzające?  Nieszczęśliwa  i  pełna  napięcia, 

przeciągając się już w śpiworze, wciąż zadawałam sobie to pytanie. Zanim zdołałam znaleźć 

na nie jakąś odpowiedź, zapadłam w sen. 

Obudziłam  się  wcześnie  rano.  Na  dworze,  tak  jak  w  moim  sercu,  było  ciemno  i 

ponuro. Teraz, kiedy opuściła mnie Lisa, wiedziałam, że dalszy pobyt w Szkole Przetrwania 

stanie  się  o  wiele  trudniejszy.  Przyjaźń  i  zgodność  całej  grupy  mogła  lec  w  gruzach  -  i  to 

wszystko z mojego powodu. 

Wymknęłam  się  z  namiotu.  W  głębokim  półmroku  budzącego  się  dopiero  dnia 

mogłam dojrzeć skupisko wielkich głazów po prawej stronie, w odległości około dwudziestu 

pięciu metrów. Po cichu, by nikogo nie obudzić, skierowałam się w tamtą stronę. Chciałam 

przemyśleć wszystko. 

Posuwałam się pogrążona w tak głębokiej zadumie, iż nawet nie usłyszałam, że ktoś 

idzie za mną. Niemal krzyknęłam,  gdy  poczułam  rękę na ramieniu.  Zatrzymałam się nagle. 

Nerwy napięte miałam do granic wytrzymałości. Odwróciłam się i zobaczyłam... Lisę. 

- Przykro  mi,  Katie  -  powiedziała  niskim  głosem.  -  Nie  chciałam  cię  przestraszyć. 

Uwierz mi. 

- Dlaczego więc idziesz za mną?! - zapytałam chłodno. - Żeby znowu powiedzieć mi, 

jaka jestem głupia? 

- Nie. Przyszłam, bo chcę przeprosić ciebie. 

Niepotrzebnie nagadałam wczoraj tyle głupstw. 

- Głos Lisy stał się miękki, ale stanowczy. - Nie winię ciebie za to, że byłaś na mnie 

taka wściekła, Katie - kontynuowała - lecz nie chcę niszczyć naszej przyjaźni! 

- A Jake? - zapytałam. 

Zmusiła się do uśmiechu i wzruszyła ramionami. 

- Jeżeli  faktycznie  lubi  ciebie,  z  pewnością  nie  mogę  prosić,  żebyś  się  z  nim  już  nie 

spotykała, prawda? To byłoby nie w porządku. 

- Czy uważasz, że ty i ja nadal możemy być przyjaciółkami mimo tego, że będę się z 

nim  widywała?  -  zapytałam,  nie  mogąc  uwierzyć  słowom  Lisy.  Jeżeli  właśnie  to  miała  na 

background image

myśli, wszystko ułożyłoby się wręcz fantastycznie! 

- Zgadza się - zapewniła. - Słuchaj, Katie, usiądź, a spróbuję ci wszystko wyjaśnić. 

Siadłyśmy obie na kamieniach. Lisa zaczęła się zwierzać. 

- Wiesz, wciąż zależy mi na Jake’u - powiedziała. - Sądzę, że zawsze zależało mi na 

nim. Z Kevinem zaczęłam się spotykać po tym, jak Jake zerwał ze mną. Stwierdził po prostu, 

że  składanie  sobie  jakichkolwiek  obietnic  nie  ma  sensu,  dzielą  nas  bowiem  tysiące 

kilometrów.  Rozgniewał  mnie  oczywiście  sposób,  w  jaki  do  tego  podchodził,  więc 

postanowiłam utrzeć mu nosa. - Zaśmiała się smutno i pokręciła głową. - Czy możesz sobie 

wyobrazić, jak się czułam, kiedy dowiedziałam się, że Jake przyjechał ponownie do Szkoły 

Przetrwania, i co więcej, jest w tej samej grupie co ja?! Wręcz niesamowite! - Wzięła głęboki 

oddech. - Uważam, że oszukiwałam samą siebie wierząc, iż Jake kręci się koło ciebie po to, 

by wzbudzić we mnie zazdrość. Wciąż nie mam pojęcia, co właściwie łączy was oboje, i nie 

chcę  wiedzieć.  Jedno  jest  pewne:  sytuacja  ta  fatalnie  wpływa  na  moje  samopoczucie.  Nie 

oznacza to jednak, że chcę zrezygnować z przyjaźni, Katie. 

Głos jej załamał się, odwróciła się. Zdawało mi się, że uroniła kilka łez, ale była zbyt 

dumna, by się z tym zdradzić. Chciałam coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co. Chyba byłam 

górą,  lecz  czy  na  pewno?  Nie  poprawiło  to  mojego  samopoczucia,  wiedziałam  bowiem,  że 

Lisa  naprawdę  cierpi.  Świadomość,  że  moje  szczęście  sprawia  jej  ból,  wcale  mnie  nie 

radowała. 

- Może już na samym początku powinnaś była poprosić o przeniesienie do innej grupy 

- powiedziałam wolno, jakby bardziej do siebie niż do Lisy. Bez wątpienia musiała czuć się 

podle.  Zdawałam  sobie  sprawę,  że  w  przypadku,  gdyby  Jake  zerwał  ze  mną  i  byłabym 

zmuszona obserwować go z inną dziewczyną, nie przeżyłabym tego. 

- O  tak,  teraz  wiem  o  tym  -  stwierdziła  drżącym  głosem  -  lecz  na  początku  nie 

podejrzewałam, że sprawy przyjmą taki obrót. Naprawdę wierzyłam, że Jake wciąż mnie lubi, 

że to tylko kwestia czasu, że wyzna swe uczucia i wróci do mnie. Nigdy nawet nie przyszło 

mi do głowy, że mogę być mu obojętna. - Głośno odetchnęła. - Tak więc widzisz, jeżeli ktoś 

tu jest idiotką, to właśnie ja. 

- No dobrze, ale co zamierzasz zrobić? - zapytałam. 

- Nie wiem - wyszeptała Lisa. - Pragnę tylko, żeby między nami wszystko dobrze się 

układało. 

- Pochyliła się, a jej śliczne oczy posmutniały. Nawet nie wyobrażasz sobie, Katie, jak 

podle i nikczemnie czułam się po wczorajszym spięciu między nami. Bez względu na to, jak 

mocno kocham Jake’a, nie powinno się to w żaden sposób odbijać na tobie. Ja po prostu nie 

background image

jestem w stanie znieść waszego widoku razem, co dzień, we dwójkę! Rani mnie to do głębi. 

Nie wiem, co zrobić. 

- Gwałtownie  wstrząsnęła  głową.  -  Może  udam,  że  jestem  chora  i  wyjadę  do  domu. 

Może nie skończę nawet szkolenia. 

- Liso,  nie  możesz  tego  zrobić!  -  Ogarnęła  mnie  panika.  Nigdy  bym  sobie  nie 

wybaczyła, gdyby Lisa teraz wyjechała. Poczucie winy nie dałoby mi spokoju do końca życia. 

Muszę  przyznać,  że  pragnienie,  by  Lisa  nie  odjeżdżała,  nie  było  tak  zupełnie 

bezinteresowne. Wkrótce czekała nas wyprawa indywidualna, a zaraz potem grupowa. Wciąż 

czułam się jak żółtodziób; przerażała mnie myśl, że Lisa miałaby mi nie pomóc. Nie mogłam 

pozwolić, aby Jake zorientował się, jak nieporadna byłam bez wsparcia. 

- Cóż  więcej  mogę  zrobić?  -  wpatrywała  się  we  mnie,  a  jej  blady  wyraz  twarzy 

wyrażał  cierpienie.  -  Nie  chcę  wyjeżdżać,  Katie,  ale  to  straszne  budzić  się  rano  ze 

świadomością, że znów zobaczę was razem. Sama myśl o tym wyciska mi łzy z oczu. 

- Czy czułabyś się lepiej, gdybym nie spotykała się już z nim więcej? - zapytałam. 

W ułamku sekundy jej twarz rozjaśniała. 

- Ależ naturalnie, że tak! - Nagle spoważniała. - Ale jak ja mogę ciebie o to prosić? To 

byłoby podłe z mojej strony. - Zrobiła pauzę. - Oczywiście... 

- Oczywiście co? - wolno zapytałam, nie pragnąc wcale usłyszeć jej odpowiedzi. 

- Cóż,  ty  i  Jake  mieszkacie  stosunkowo  blisko  siebie  w  Maryland,  zgadza  się?  - 

kontynuowała Lisa. - Rzecz w tym, że to jest dość mały stan. 

- Jak się okazało, nie mieszkamy zbyt daleko od siebie - przyznałam. 

- A czy nie mogłabyś po prostu na razie nie spotykać się z nim? - zapytała z nadzieją. - 

Przecież wrócę do Arizony, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, przynajmniej nie tak 

bardzo. Jak sądzisz, mogłabyś to zrobić dla mnie? Zostało już mniej niż dwa tygodnie... - Jej 

głos ucichł, lecz błagalne spojrzenie, pełne oczekiwania, pozostało. 

„Biedna Lisa” - pomyślałam. - „Jak bardzo musi kochać Jake’a!” Zawsze silna, teraz 

okazała się całkowicie bezbronna. 

Odseparować  się  od  Jake’a?  Tęskniłam  za  każdą  chwilą  spędzoną  z  nim.  Z  drugiej 

strony,  miałam  pewność,  że  coś  nas  łączy,  że  coś  się  zaczyna  budzić  między  nim  a  mną. 

Gdyby  rzeczywiście  tak  było,  moglibyśmy  poczekać.  Wcale  zresztą  nie  miałam  ochoty 

przeżywać mojej wielkiej miłości na oczach dziesięciu osób. Niestety, po zakończeniu kursu 

zamierzałam wyjechać nad jezioro, a nie bezpośrednio do Spring Valley. Zaledwie na jeden 

tydzień. A potem, po powrocie do domu, będę mogła poświęcić czas, Jake’owi Summersowi. 

Lisa wpatrywała się we mnie, czekała na moją odpowiedź. 

background image

- Sądzę, że trochę rezerwy w stosunku do Jake’a nie zaszkodzi. 

Lisa objęła mnie i mocno przytuliła. 

- Och,  Katie,  kocham  cię  za  to!  Jesteś  najlepszą  przyjaciółką,  jaką  można  sobie 

wymarzyć. Nigdy ci tego nie zapomnę, obiecuję.... Ale jest coś jeszcze - dodała, opuszczając 

ręce i przybierając posępny wyraz twarzy. 

- O co chodzi? 

- Hm, właściwie to głupia sprawa. - Spuściła wzrok zażenowana. 

- Głupia? - zapytałam uśmiechając się. Po raz pierwszy czułam, że sytuacja odwróciła 

się. Tym razem Lisa przyszła prosić mnie o pomoc. Naprawdę nie chciałam jej skrzywdzić. 

Wyprostowała  się  i  spojrzała  na  niebo.  Zdawałam  sobie  sprawę,  że  trudno  jej  jest 

wyrazić myśli. 

- Wierzę, że nie uznasz tego za głupie, jeśli spróbujesz postawić się w mojej sytuacji. 

Teraz kiedy wiem, że Jake bardziej interesuje się tobą niż mną, bardzo bym nie chciała, żeby 

się dowiedział, jak mi wciąż na nim zależy. Rozumiesz? 

- Oczywiście - odparłam szczerze. Pamiętałam przecież, jak bałam się, żeby Jake nie 

spostrzegł mojego zaangażowania. 

- Mówiąc całkiem otwarcie, umarłabym, gdyby się dowiedział, że o nim myślę - Lisa 

mówiła dalej. - Więc gdybyś mogła zachować w tajemnicy... 

- Ależ  Liso,  jak mogłabym  tak postąpić?  -  Zaskoczyła mnie jej prośba. -  Jak możesz 

oczekiwać, że zerwę z nim na jakiś czas nie wyjaśniając dlaczego? 

- Och, to nie powinno być takie trudne, Katie - stwierdziła z przekonaniem. - Spróbuj 

zasugerować, że całą uwagę chcesz skupić na realizacji programu szkolenia. To nie wyda się 

dziwne, prawda? Bądź co bądź, wydałaś kupę forsy, by tu przyjechać, więc oczywiste jest, że 

chcesz skorzystać jak najwięcej. 

- To prawda - zgodziłam się niechętnie. - Ale... 

- Jake przyjmie to, zwłaszcza jeśli dasz mu do zrozumienia, że potem nie będzie ci na 

niczym  bardziej  zależeć,  niż  na  jak  najczęstszym  widywaniu  się  z  nim  już  po  powrocie  do 

Maryland. 

Lisa  przedstawiła  to  w  tak  rzeczowy  sposób,  że  gdybym  nie  przystała  na  jej  plan, 

chyba  uznałaby  mnie  za  potwora.  Nie  mogłam  jej  za  to  winić.  Sama  nie  chciałam,  żeby 

chłopak porzucił mnie widząc, jak mi na nim zależy. 

- Dobrze - odezwałam się. - Umowa stoi. 

- Obiecujesz? 

- Obiecuję. 

background image

Na  znak  porozumienia  po  raz  kolejny  padłyśmy  sobie  w  ramiona,  po  czym 

skierowałyśmy się do obozowiska. Słońce wschodziło, kropelki rosy na każdym źdźble trawy 

migotały  jak  diamenty  i  choć  wszyscy  byli  jeszcze  w  namiotach,  słyszałyśmy  stłumione 

głosy, co oznaczało, że pozostali członkowie grupy zaczęli budzić się ze snu. 

Lekkim  krokiem  sunęłam  obok  Lisy.  Całe  zmęczenie  odeszło.  Zawsze  czułam  się 

fatalnie,  kłócąc  się  z  kimś  i  spierając,  dlatego  też  teraz,  po  pojednaniu  z  Lisą  i  ponownym 

nawiązaniu przyjacielskich stosunków, wydawało mi się, że zdjęto z moich ramion potężny 

ciężar - najcięższy plecak na świecie. 

Dzięki Bogu wszystko było znów w porządku. Życie codzienne wróciło do normy, i 

gdy  zastanawiałam  się  nad  tym,  czego  pragnęła  ode  mnie  Lisa,  uznałam  to  za  całkiem 

sensowne.  Już  nic  złego  nie  mogło  się  wydarzyć.  O  tym  jednak  miałam  się  dopiero 

przekonać. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Zdarzyło się to w dwa dni po mojej rozmowie z Lisą. Wszyscy rozproszyli się wzdłuż 

szerokiego strumienia w nadziei na złapanie pstrągów. Całkowicie pochłonięta zarzucaniem 

wędki, nie usłyszałam kroków Jake’a. 

Zaskoczona, wypuściłam wędzisko. Szybko jednak nachyliłam się, by pochwycić je, 

zanim zostanie porwane przez prąd rzeki. 

- O co chodzi, Katie? Czyżby dotknęła mnie zaraza lub coś w tym rodzaju? 

- Naturalnie,  że  nie,  Jake  -  odpowiedziałam,  a  serce  waliło  mi  jak  młotem.  -  Tyle 

mieliśmy ostatnio zajęć. 

- Słuchaj,  Katie,  proszę  cię,  powiedz  mi,  jeżeli  źle  to  rozumiem,  zgoda?  Byłem  pod 

wrażeniem tego, że coś się między nami zawiązuje. A potem, zupełnie znienacka jakbyś się 

wycofała. Czy zrobiłem coś, z czego nie zdaję sobie sprawy? 

- O nie Jake o nic takiego nie chodzi! - poważnym i błagalnym głosem nalegałam, by 

uwierzył mi. - Uważam, że jesteś kapitalny. Wiesz przecież o tym. 

- Czyżby? - Jego spojrzenie wyrażało  wątpliwość. - Czy chcesz przez to powiedzieć, 

że  fajny  jestem  jako  kolega  i  na  tym  się  kończy  nasza  znajomość?  -  Patrzył  na  mnie  ze 

smutkiem. 

Sądzę, że Jake źle odczytał moje milczenie. Wzruszył ramionami. 

- Cóż, nie będę cię zatem więcej niepokoił - powiedział. 

Odszedłby, gdybym nie chwyciła go za ramię. 

- Nie,  zaczekaj,  Jake!  -  wyszeptałam  błagalnie.  -  Naprawdę  lubię  ciebie,  Jake.  Nie 

jesteś  tylko  moim  przyjacielem.  Lubię  cię  w  sposób,  w  jaki  dziewczyna  może  darzyć 

sympatią  chłopaka.  -  Zarumieniłam  się.  Nigdy  nie  wyznałam  niczego  podobnego  żadnemu 

chłopcu. 

Jake spojrzał na mnie ze zdziwieniem. 

- Więc,  o  co  chodzi,  Katie?  -  zapytał.  -  Dlaczego  mnie  unikasz?  Tylko  proszę,  nie 

próbuj mi wmówić, że jest inaczej. Wszystko jest zbyt oczywiste. 

Stojąc  tak,  wyglądał  wspaniale  i  uroczo.  Pragnęłam  powiedzieć  mu  prawdę.  Nie 

mogłam  się  jednak  przyznać  do  rozmowy  z  Lisą,  zwłaszcza,  że  obiecałam  jej  dochować 

tajemnicy. 

- Chodzi po prostu o to, że chcę maksymalnie skorzystać z tej wyprawy - wyjaśniłam. 

- Wiesz przecież, że większy ze mnie domator niż traper, i że po wydaniu niemal wszystkich 

background image

moich  oszczędności  na  Szkołę  Przetrwania,  nie  chciałabym  wrócić  do  domu  z 

przeświadczeniem, że mogłam osiągnąć więcej, gdybym bardziej przyłożyła się do ćwiczeń. 

- To  znaczy,  że  nie  jesteś  w  stanie  jednocześnie  widywać  się  ze  mną  i  skupić  nad 

zajęciami?  -  W  pytaniu  brzmiała  niepewność.  -  Czy  rzeczywiście  uważasz,  że  jedynym 

sposobem osiągnięcia tutaj czegoś jest ignorowanie mnie? 

- Nie  miałam  tego  na  myśli,  Jake  -  usilnie  starałam  się  wyjaśnić.  -  Mówię  uczciwie, 

uwierz mi. Ale...  - zawahałam się. Tak naprawdę marzyłam, by resztę obozu spędzić u jego 

boku. - Mieszkamy tak blisko siebie, że będziemy mogli po zakończeniu kursu spotykać się 

do woli, jeżeli zechcesz, nawet każdego dnia. 

- Czy będziesz w Spring Valley przez cały sierpień? 

- Po wyjeździe stąd, spędzę tydzień w naszym letnim domku, ale to wszystko. 

–  I rzeczywiście zechcesz widywać się ze mną po powrocie do domu? Nie mówisz tego 

tylko po to, żeby się mnie pozbyć? 

- Ależ  nie,  Jake!  -  zapewniłam  go,  tym  razem  zupełnie  szczerze.  -  Ogromnie  tego 

pragnę. 

Czekałam  z  zapartym  tchem  na  to,  co  odpowie.  Pozwoliłam  całemu  mojemu  ciału 

odprężyć się. Czułam zawroty głowy, kiedy Jake wreszcie uśmiechnął się. 

- Brzmi  to  wszystko  bardzo  dziwacznie  -  odezwał  się.  -  Ale  jeżeli  chcesz  tego  i 

mówisz szczerze o nas, razem, po powrocie do domu... 

- Ależ tak! - zapewniłam. - jak najbardziej szczerze! 

- Nie ma zatem  co się zadręczać. Skoro mówisz, że lepiej  wykorzystasz czas tutaj  w 

taki sposób, o którym mówiłaś, nie pozostaje mi nic innego, jak zaakceptować to. 

- Jesteś  wspaniały,  Jake  -  powiedziałam  miękko.  -  Absolutnie  i  nieskończenie 

wspaniały. 

- Ty również, Katie - wyszeptał. 

Sądzę, że pocałowałby mnie wtedy, gdyby Lisa nie zawołała mnie. 

- Katie, chodź, zobacz, jakiego pstrąga złapałam! - wrzeszczała rozentuzjazmowana. 

Obróciłam się tak, żeby nie widziała, i pocałowałam Jake’a w policzek. 

- Przeprowadzimy jeszcze szczerą rozmowę, zanim przyjedzie do mnie siostra, zgoda? 

- Zgoda - przystał na moją propozycję. 

Nie wyglądał na zbytnio uradowanego. Patrzył w kierunku Lisy. Chciałam już odejść. 

- Hej, Katie, uważaj na nią. - Usłyszałam. 

- Na kogo? - zapytałam zaskoczona. - Na moją siostrę? 

- Nie, ależ skąd. Na Lisę. Wiesz, ona jest... 

background image

- Słuchaj,  muszę  lecieć  -  przerwałam  i  poczłapałam  w  kierunku  Lisy.  Nie  chciałam 

słyszeć niczego, co Jake miałby do powiedzenia o niej, tym  bardziej, że wiedziałam  jak go 

kocha. W momencie, gdy zaczniemy spotykać się, ona będzie już daleko w Phoenix, gdzie za 

sprawą Kevina, który uczyni ją szczęśliwą, zapomni o Jake’u. 

- Patrz jakie rozkoszne maleństwo! - szczebiotała, podnosząc siatkę, w której trzepotał 

mały pstrąg. Przykryła górę ręką, aby przez przypadek ryba nie wyskoczyła. 

- Wspaniały. - Pomachałam wędką. - Nie miałam nawet ani jednego brania. - Potem, 

widząc, jak zżera ją ciekawość, wyjaśniłam: 

- Właśnie oznajmiłam mu, że zbytnio pochłonięta jestem kursem i nie mam czasu dla 

niego. 

- Będziemy przyjaciółkami do końca życia Lisa przysięgała z wypiekami na twarzy. - 

Fajna z ciebie kumpelka, Katie. Naprawdę tak uważam. 

- Ty  też  jesteś  świetna  -  odwzajemniłam  się.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  dni  Lisa 

uczyniła  dla  mnie  wszystko,  co  w  jej  mocy,  wykonując  nawet  moją  część  pracy,  gdy  nie 

obserwowali nas Eric i May, jak również tuszowała błędy, które popełniałam. 

Za dwa dni miały rozpocząć się wyprawy indywidualne, a zaraz po ich zakończeniu - 

niezwykle  trudna  ekspedycja  grupowa.  Miała  być  dokładnie  zaplanowana  po 

przedyskutowaniu wyników solówki. Posługując się mapą terenu, mieliśmy wyznaczyć, przez 

bezdroża,  trasę  powrotną  do  bazy,  wybierając  już  oczywiście  inną  drogę.  Eric  i  May  mieli 

przejrzeć wytyczne marszruty, a potem zostawić nam wolną rękę, podążając jednak za nami, 

w takiej odległości, by w razie zagrożenia przyjść z pomocą. 

Każdy z nas został już przygotowany do pobytu w lesie w pojedynkę. Obawiałam się 

jednak tych dwóch dni samotności. Czułam się tak, jakby Lisa i Jake nie spuszczali mnie z 

oczu. Lisa, jak sądzę, obserwowała mnie, by upewnić się, czy dotrzymuję danego jej słowa. 

Co do Jake’a, wydawało mi się, że starał się mnie rozszyfrować. 

Wytłumaczenie  mojego  zachowania  nie  odniosło  w  pełni  zamierzonego  skutku.  Od 

czasu rozmowy w strumieniu aż do wyprawy indywidualnej, Jake nie uczynił żadnego kroku, 

by zostać ze mną sam na sam; traktował mnie niemal na równi z innymi. Wyjątek stanowiła 

jedynie Lisa, gdyż wciąż zachowywał dystans w stosunku do niej. Zdawałam sobie sprawę z 

tego,  że  obserwuje  mnie  przez  cały  czas,  tak  jakby  miało  mu  to  pomóc  w  rozwiązaniu 

zagadki. 

Szczególną  uwagę  zwracał  na  moje  kontakty  z  Lisą,  albo  może  tak  mi  się  tylko 

wydawało. 

Nadszedł poranek zwiastujący naszą wyprawę indywidualną. Nikt nie miał problemów 

background image

z  rozbudzeniem  się,  wszyscy  oczekiwali  zbliżających  się  wydarzeń.  Namioty  i  posłania 

zostały zwinięte jeszcze przed śniadaniem. Sama czułam się co najmniej dziwnie, gdy Fran, 

która prawie nie ruszyła jedzenia na talerzu, podeszła do mnie rozgorączkowana. 

- Nie  podejrzewałam,  że  tak  mocno  udzieli  mi  się  ta  atmosfera.  Jestem  trochę 

podenerwowana. Tu w okolicy nie ma niedźwiedzi, prawda? Zapytała szeptem. 

- Nie  sądzę  -  miałam  nadzieję,  że  zabrzmiało  to  dostatecznie  przekonywująco.  -  Nie 

zapomnij  również,  że  zawsze  ktoś  będzie  blisko  ciebie.  Sama  poczułabym  się  pewniej, 

gdybym wiedziała, że mogę liczyć na czyjąś pomoc. - Uspokajałam ją, sama nie wierząc w to, 

co mówię. 

Wyprawa indywidualna wymagała od każdego uczestnika samodzielnego odnalezienia 

drogi, za pomocą mapy i kompasu. Eric i May wyznaczali szlak. Trasy nasze nie mogły się 

przecinać ani zbiegać ze sobą w żadnym punkcie. 

Oczywiście, tysiące osób przeszło już przez coś takiego i nadal żyją, ale to wcale nie 

ułatwiało  nam  zadania.  Po  pierwsze,  istniał  cały  szereg  wyimaginowanych  obaw,  które 

należało przezwyciężyć. Strach Fran przed niedźwiedziem był zaledwie jedną z nich. Co by 

się działo na przykład, gdyby osa lub szerszeń ukąsił mnie i okazało się, że jestem uczulona? 

A  co  z  kolei,  gdybym  wpadła  do  jakiegoś  wąwozu  i  złamała  nogę?  Albo  gdyby  jakiś 

psychopata uciekł ze szpitala i krążył po okolicy żądny krwi? 

Poza  tym,  to  nie  było  wszystko,  czego  mogliśmy  się  obawiać.  A  co,  jeżeli  zacznie 

padać? Co się ze mną stanie, jeżeli przez te dwa dni nie zdołam znaleźć w lesie niczego do 

jedzenia?  Co  będzie,  jeżeli  zabłądzę  i  nie  znajdę  drogi  do  miejsca  spotkania?  Co  sobie 

wszyscy  pomyślą,  jeśli  okaże  się,  że  nie  wytrzymałam  psychicznie  i  powiesiłam  czerwony 

balonik, wzywając Erica i May na pomoc? 

Przydzielono  nam  po  dwa  opakowania  baloników  i  specjalnych  wstążek 

sygnalizacyjnych. 

Można ich było użyć w nagłym wypadku. Wyposażeni zostaliśmy oprócz tego w trzy 

flary, na wypadek konieczności wezwania pomocy nocą lub w sytuacji, gdyby nie można było 

posłużyć  się  balonikami  i  wstążkami.  Na  przykład,  mogłabym  wpaść  do  wąwozu:  nie 

umiałabym wspiąć się na drzewo, by przekazać wiadomość, więc istniała jeszcze możliwość 

odpalenia flary. Ponadto nauczono nas, jak przekazywać sygnały SOS za pomocą lusterka. 

Oprócz czerwonego, każdy z nas posiadał pakiet sygnalizacyjny innego koloru. Ernie 

miał jasno - turkusowy, Gloria ciemnoniebieski, Lisa żółty, Jake pomarańczowy, a ja biały. 

Obowiązkowo mieliśmy cały czas oznaczać trasę, tak by May i Eric zawsze wiedzieli, gdzie 

jesteśmy, i mogli nas odnaleźć. Najważniejsze, że był to system absolutnie pewny. 

background image

Ani  May,  ani  Eric  nie  pokazywali  nam  swoich  map,  które,  według  Erniego,  były  po 

mistrzowsku  wykonanymi  planami,  z  grubsza  wyznaczającymi  trasy  przemarszu  każdego  z 

nas. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy. Moja przypadła May. 

W zespole Erica, który wyruszył pierwszy, znalazła się Lisa i Jake. Z zapartym tchem 

przypatrywałam  się,  jak  dwoje  ludzi  najbardziej  mnie  obchodzących  z  całej  grupy  znika  w 

oddali. Miałam przeczucie, bezpodstawne zresztą, że nie zobaczę ich już więcej. 

Następnie nasza ekipa - Fran, Davey, Doris, Matt i ja - wyruszyła za May, skręcając z 

trasy naszych poprzedników o sto osiemdziesiąt trzy stopnie. Po około dwudziestu minutach 

marszu May zatrzymała się. 

- W porządku, Fran - powiedziała wesoło. - Tutaj się rozstajemy. 

Stojąca obok mnie Fran, spojrzała wokoło na otaczający nas bezkresny gąszcz leśny. 

Głęboko  odetchnęła  i  oplotła  się  ramionami,  jakby  ją  przejął  dreszczem  niespodziewany 

chłód. 

- Nie martw się - wymamrotałam. - Będzie świetnie. 

- Prawdopodobnie  Drakula  mówił  to  samo  swoim  wieczornym  gościom  -  wydusiła 

przez zaciśnięte zęby. - W każdym razie dzięki. Miło, że myślisz o mnie. 

Gdy  odchodziliśmy,  obejrzałam  się  za  Fran  -  wciąż  stała  tak,  jak  ją  zostawiliśmy. 

Wiedziałam,  że  niebawem  znajdę  się  w  podobnej  sytuacji.  Cieszyło  mnie  jednak  to,  że  nie 

mnie zostawiono pierwszą. 

Jedno  za  drugim  pozostawaliśmy  wśród  dzikich  ostępów.  Ponieważ  kiepsko 

określałam kierunki i odległości, nie miałam pewności, jak daleko byliśmy od siebie oddaleni. 

Zostałam z May do końca, co uznałam za bardzo korzystne dla mnie. 

W  końcu  dotarłyśmy  do  wąwozu  pojawiającego  się  w  moich  koszmarach.  Ale  tak 

naprawdę nie był to wąwóz, lecz podmokły teren. Przez drzewa prześwitywały skaliste góry. 

Na samą myśl, że będę sama musiała się wspiąć, przeszył mnie zimny dreszcz. 

Tak, jak miało to miejsce w przypadku innych, May wyjęła mapę, którą mi wręczyła. 

Na pierwszej stronie zauważyłam moje nazwisko. 

- Zobaczymy  się  za  dwa  dni,  Katie  -  stwierdziła,  uśmiechając  się  tak  radośnie,  że  aż 

miałam ochotę jej przyłożyć. 

Potem  uczyniła  coś,  co  mnie  zdziwiło.  Chociaż  z  nikim  nie  żegnała  się  dłużej,  tym 

razem spojrzała mi prosto w oczy. 

- Nie  przejmuj  się,  mała.  Nie  jest  to  takie  trudne,  jak  się  wydaje.  Łatwe  też  nie,  ale 

wierzę, że jesteś w stanie poradzić sobie. Będę w pobliżu. 

Odwróciła się, zostawiając mnie samą. 

background image

Przysiadłam na pniu starego, zwalonego drzewa, by przemyśleć znaczenie jej słów. Na 

początku  uznałam,  że  jest  kochana,  przejmując  się  mną  i  zostawiając  mnie  przy  sobie  do 

samego końca. Miała się znajdować przez cały czas najbliżej mnie, co dodawało mi otuchy. 

Wówczas  dotarło  do  mnie  prawdziwe  znaczenie  jej  słów  i,  mimo  iż  zostałam  sama, 

zakryłam twarz rękami nie chcąc, by nawet drzewa czy ptaki dostrzegły moje przerażenie. 

May wiedziała, że Lisa pomagała mi przez cały czas! 

Musiała wiedzieć, bo w przeciwnym razie nie zapewniałaby mnie, że mogę wykonać 

zadanie bez niczyjej pomocy. Czułam się słaba, bezbronna i bezradna. 

Ale  w  głosie  May  nie  zabrzmiała  ironia.  Wyczuwało  się  raczej  nutkę  współczucia  i 

litości, jakby faktycznie życzyła mi powodzenia. Cóż, musi mi się udać, przysięgłam sobie, 

wciąż nieprzytomna ze  wstydu po odkryciu, że  May zdawała sobie ze  wszystkiego sprawę. 

Może byłoby mi łatwiej, gdybym mogła liczyć na pomoc Lisy, ale nie oznaczało to wcale, że 

nie zamierzam uwierzyć w siebie. 

Od  tej  chwili  więc,  nieważne  jak  ciężka,  niebezpieczna,  czy  męcząca  okazałaby  się 

dalsza  część  szkolenia,  Katie  Carlisle  wszystkie  zadania  wykonywać  będzie  samodzielnie: 

samodzielnie troszczyć będzie się o pożywienie i samodzielnie odnajdzie drogę. 

Przypomniałam sobie dzień nad jeziorem i rozmowę z Jake’em. Staliśmy koło siebie. 

Lisa złapała drugiego pstrąga i nalegała, bym go wzięła. 

- Nie  bądź  głupia,  Katie  -  powiedziała,  widząc  moje  niezdecydowanie.  -  Nie  chcesz 

pochwalić się wszystkim rybą? 

Ostatecznie przyjęłam ją, ale miałam moralnego kaca. 

Zdawałam sobie sprawę, że za namową Lisy postępuję niewłaściwie, chwaląc się jej 

zdobyczą. Czułam się jak kryminalistka, gdy Matt potrząsnął moją ręką. 

- Gratuluję, Katie - mówił. - Jak na pierwszy raz, wyśmienicie. 

Jakże mogłam tak kłamać? 

Rozłożyłam  mapę  w  nadziei  ustalenia  obecnej  pozycji  i  miejsca  docelowego. 

Najistotniejsze  było  uświadomienie  sobie  wreszcie,  że  postępowałam  źle  i  czas  od  zaraz 

wszystko zmienić. 

Bez względu na zapewnienia Lisy o jej bezinteresownej pomocy, byłam przekonana, 

że nasze stosunki poprawią się bardziej niż kiedykolwiek w momencie, gdy przestanę liczyć 

na jej wsparcie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Zdjęłam plecak i wyszukałam baloniki i wstążki. Po dwa z każdego koloru. Dwie flary 

zamknęłam  bezpiecznie  na  guzik  w  kieszeniach  szortów.  Chciałam  zabezpieczyć  się  przed 

ewentualnością,  gdybym  musiała  w  razie  potrzeby  dostać  się  do  plecaka.  Poszukałam 

odpowiedniego do wspinaczki drzewa. 

Wybór padł na masywny dąb o ogromnej koronie. Dolne gałęzie były zbyt grube, by 

uchwycić  je  dłońmi.  Dlatego  też  zaplotłam  ręce  i  nogi  wokół  konaru,  niczym  leniwiec. 

Dotarłam  do  pnia.  Pomyślałam,  że  Lisa  wybrałaby  najsolidniejszą,  a  zarazem  najbardziej 

wymagającą gałąź. Tym razem jednak nie poczułam się jak idiotka. Przypomniałam sobie, iż 

nie  jestem  Lisą  i  nie  mam  zbyt  dużego  doświadczenia  traperskiego.  Lepiej  mierzyć  siły  na 

zamiary. 

Wolno i ostrożnie posuwałam się w górę. Na początku byłam zdeprymowana faktem, 

iż na dole nie ma nikogo, kto śledziłby moje poczynania. Dotarłszy na tyle wysoko, na ile się 

odważyłam, ostrożnie rozpięłam jedną kieszeń, przywarłam do drzewa w obawie o swe cenne 

życie.  Wyjęłam  biały  balonik  z  odpowiednią  wstążką.  Nadmuchałam  i  zawiązałam  go  na 

dole, ale zawsze groziło niebezpieczeństwo przebicia w czasie wspinaczki. 

Gdy balonik zawisł już na swoim miejscu, zaczęłam powoli schodzić na dół. W końcu 

dotarłam na ziemię i odszukałam mapę. 

Z  początku  w  ogóle  nie  mogłam  się  w  niej  połapać.  Z  wyjątkiem  miejsca  pobytu, 

punktu  przeznaczenia  oraz  pewnych  naturalnych  form  przydatnych  w  wytyczeniu  trasy, 

potoków, strumieni, terenów zarzuconych skałkami, drzew, wąwozów i tym podobnych - nic 

wyraźnie nie zostało zaznaczone. W górnym prawym rogu mapy przedstawione były kierunki 

geograficzne. Wynikało z nich, że muszę pójść mniej więcej na południowy wschód. 

Usiadłam  na  pniu  i  ołówkiem  wykreśliłam  trasę.  Wyglądało  na  to,  że  będę  musiała 

pokonać wąwóz, co mogło okazać się kłopotliwe. Ale według prowizorycznego planu, który, 

jak miałam nadzieję i modliłam się, odczytałam poprawnie, w przybliżeniu w połowie drogi 

między  moim  obecnym  miejscem  a  punktem  docelowym  wąwóz  przechodził  w  szeroką, 

płytką nieckę. Gdybym teraz wyruszyła tą trasą, jutro mogłabym przebyć wąwóz, a pojutrze 

dotrzeć na miejsce zbiórki. 

Złożyłam  mapę  i  wetknęłam  ją  do  kieszeni  wraz  z  kompasem.  Założyłam  plecak, 

zaczerpnęłam kilka łyków z manierki i  wyruszyłam  w drogę. Starając się wydostać z nisko 

leżących  mokradeł  na  trasę,  kierowałam  się  w  stronę  wzgórz  niewyraźnie  przezierających 

background image

przez  drzewa.  Dopiero  po  dotarciu  tam  chciałam  za  pomocą  kompasu  ustalić  południowo  - 

wschodni kierunek marszu. 

Przedzierając się przez krzaki, szybko zorientowałam się, że May pozostawiła mnie w 

jednym  z  bardziej  suchych  miejsc.  Słychać  było  chlupot  i  plaskanie  spod  moich  ciężkich 

butów  rozdeptujących  błoto,  mech  i  grubą  warstwę  butwiejących  liści.  Zwracałam  baczną 

uwagę,  czy  nie  ma  żmij,  gdyż  podmokłe  miejsca,  jak  wiedziałam,  stanowią  wyborną 

kryjówkę  dla  węży.  Zapewniono  nas,  że  jadowite  węże  nie  stwarzają  aż  tak  wielkiego 

zagrożenia,  jeżeli  się  uważa.  „Rzadko  atakują  bez  powodu  -  pamiętałam  słowa  Erica  -  i  z 

ziemi  nie  są  w  stanie  uderzyć  powyżej  cholewek  wysokich  butów”.  Mając  w  perspektywie 

noc w lesie, było to niewystarczająco pocieszające, jak sobie uświadomiłam. Nasłuchałam się 

aż  nadto  historii  -  może  prawdziwych,  a  może  zmyślonych  -  o  wężach,  nieproszonych 

lokatorach  śpiworów  niczego  nie  podejrzewających  obozowiczów.  Nigdy  nie  poświęcałam 

gadom zbyt wiele uwagi, przebywając zwykle w towarzystwie ludzi. Dopiero teraz, będąc w 

pojedynkę, przejęłam się. 

Las stawał się bardziej gęsty, niż sądziłam. Przyspieszyłam kroku. Nie bardzo miałam 

ochotę  utknąć  na  noc  w  podmokłym,  ciemnym  lesie.  Teraz  było  to  miejsce  zapewniające 

chłód i wytchnienie, ale z nadejściem nocy przemieniłoby się bez wątpienia w krainę grozy. 

Po około godzinie przystanęłam na krótką przerwę i sprawdziłam kierunek, używając 

kompasu,  ponieważ  nie  dowierzałam  już  własnym  oczom  i  nie  mogłam  w  poszukiwaniu 

słońca  przebić  się  wzrokiem  przez  zielony  baldachim  liści  nad  moją  głową.  Bardziej  niż 

kiedykolwiek  żałowałam  mego  lekceważenia  zajęć  z  określania  stron  świata,  ale  nareszcie 

wydawało mi się, że idę we właściwym kierunku. 

Pierwszą  część  dnia  mogłam  uważać  w  sumie  za  udaną.  Po  spędzeniu  tak  długiego 

okresu wśród ludzi, samotność okazała się całkiem miła, a okolica, choć nasączona wilgocią 

niczym  gąbka,  nie  stwarzała  większych  problemów.  Posuwałam  się  naprzód,  wolno  ale 

nieustannie, zatrzymując się jedynie w celu zamocowania sygnałów. W końcu około drugiej 

po południu osiągnęłam skraj gęstego lasu. Z mapy wynikało, że jeżeli przetnę mały zagajnik 

niskich,  rozłożystych  drzew,  idąc  w  kierunku  wyżej  położonego  terenu,  droga  będzie 

prowadzić wzdłuż strumienia. Stwarzało to okazję do napełnienia manierki. 

W tym względzie nie mogłam jednak zbytnio ryzykować. „Szkoła Przetrwania nie jest 

wylęgarnią  bohaterów  -  mówił  Eric  już  na  samym  początku  obozu  -  masz  obawy,  nie  rób 

niczego. Oto nasza dewiza”. 

Dzień był ciepły i bezchmurny, ale wciąż drżałam z chłodu, który mnie przeniknął w 

czasie przedzierania się przez błotnisty las. Wyszukałam więc nie zacienione miejsce porosłe 

background image

trawą,  gdzie  mogłam  usiąść  i  zjeść  lunch.  Sięgnęłam  po  parę  sucharów  i  plasterki  suszonej 

wołowiny, uzupełniając danie kubkiem lemoniady, na którą poszła prawie cała racja wody. Po 

posiłku postanowiłam trochę odpocząć, delektując się cudownym krajobrazem. 

Małe,  brązowe  ptaszki  skakały  po  krzakach  z  gałązki  na  gałązkę  w  poszukiwaniu 

nasion. Na łące całe zastępy białych motyli unosiły się nad koniczyną i jaskrami. Zerwałam 

trzy lub cztery koniczynki i wyssałam słodki nektar z każdego purpurowego kwiatu. 

Myśli moje skupiły się na Jake’u. Zastanowiłam się, co robił w tej chwili. Mógł brnąć 

przez  strumień,  zanurzony  po  kolana  w  kryształowej  wodzie,  lub  ostrożnie  wspinać  się  po 

skalnej  ścianie,  torować  sobie  toporkiem  albo  nożem  drogę  przez  gęste  zarośla,  czy  też 

wspinać się na drzewo. Zrywając w zamyśleniu koniczynę, spostrzegłam nagle, że trafiła mi 

się jedna czterolistna. 

Przymknęłam  natychmiast  oczy  i  wypowiedziałam  życzenie:  „Cokolwiek  robi  teraz 

Jake, niech pomyśli o mnie, przynajmniej przez chwilę!” W magiczny sposób poczułam się 

blisko niego, a po ostrożnym włożeniu  czterolistnej koniczynki między dwie strony małego 

notesu,  który  nosiłam  w  plecaku,  pozbierałam  rzeczy  i  udałam  się  w  kierunku  zagajnika  w 

poszukiwaniu strumienia i świeżej wody. 

Dopiero około piątej po południu zaczęłam odczuwać samotność. Znalazłam strumień, 

w  którym  przemyłam  twarz  czystą,  orzeźwiającą  wodą,  a  następnie  napełniłam  manierkę. 

Odkryłam płytkie miejsce o szerokim nurcie, idealne wprost na sforsowanie potoku. Większe 

kamienie pozwoliły mi przedostać się na drugi brzeg suchą stopą. Rozpoczęła się wspinaczka 

pod  górę.  Z  jednej  strony  wyrastały  groźne  skały,  z  drugiej  teren  obniżał  się  łagodnie  na 

odcinku  dwunastu  lub  piętnastu  metrów.  Poniżej  dostrzegłam  wąwóz.  Co  pewien  czas,  gdy 

ścieżka prowadziła nieco w dół, ku zboczu, migał mi widok urwiska po przeciwległej stronie. 

Na  szczęście  ani  razu  nie  musiałam  zbytnio  zbliżać  się  do  krawędzi.  Gdyby  zaistniała  taka 

konieczność,  wolałabym  chyba  wspinać  się  na  skały.  Głębokość  wąwozu  budziła  respekt  i 

nakazywała trzymać się z daleka. 

Trzeba  przyznać,  że  widok  był  zdumiewający.  Popołudniowe  promienie  słońca 

uwypuklały obraz postrzępionych skał, a otchłań przepaści wypełniały szybujące lub pikujące 

ptaszyska,  jastrzębie  albo  duże  kruki,  połyskujące  w  świetle.  Piękny  widok  zyskał  na 

szczególnych barwach, czy nawet uległ przejaskrawieniu, za przyczyną mojej samotności. 

Tego  rodzaju  samotności  nie  doświadczyłam  wcześniej.  Nigdy  przedtem  nie  byłam 

tak  całkowicie  i  zupełnie  sama.  Czułam  się  jak  pierwszy  człowiek  na  ziemi.  Krajobraz 

wyglądał tu jak przed milionami lat, zanim człowiek zbudował autostrady i miasta. 

Zgodnie z tym, co mówili Eric i May, jedno z nich zawsze miało znajdować się o kilka 

background image

kilometrów  od  miejsca  mojego  pobytu,  lecz  fakt  ten  nie  umniejszył  poczucia  samotności. 

Czułam  się  jak  malutka  mrówka  jedyna  na  całej  kuli  ziemskiej.  Dopiero  teraz,  w  wieku 

szesnastu lat, po raz pierwszy zrozumiałam, dlaczego ludzie poświęcają tak dużo energii, by 

nie mieć do czynienia z tak wszechogarniającą pustką. Nasze pogawędki, chwile wesołości, 

spotkania z innymi ludźmi są ucieczką właśnie przed nią. 

Poczułam się lepiej, gdy szlak zaczął biec w dół. Bujna roślinność sprawiła, iż częściej 

słychać  było  odgłosy  zwierząt  i  ptaków.  Od  ścieżki  odbiła  się  wiewiórka  i  jednym  susem 

znalazła  się  na  pniu  drzewa,  szczebiocąc  po  swojemu.  W  gąszczu  uschłych  krzaków 

zaszeleścił  szop,  wychylając  się  do  połowy.  Obdarzył  mnie  spojrzeniem  swych  szeroko 

rozstawionych oczu z ciemnymi obwódkami i dał nura z powrotem w gęstwinę. 

W  miarę,  jak  słońce  obniżało  się  coraz  bardziej,  przyłapałam  się  na  przyśpieszeniu 

tempa  marszu.  Zatrzymywałam  się  wyłącznie  by  oznaczyć  trasę  białymi  balonikami  i 

wstążkami.  Nie  chciałam  spędzić  nocy  na  wyżynach.  Teren  niżej  położony  wydawał  się 

bezpieczniejszy,  co  było  niezbyt  mądre,  gdyż  wąwóz  znajdował  się  na  tyle  daleko,  że  nie 

mogłam do niego wpaść nawet lunatykując w nocy. 

Zapadał zmierzch, kiedy w końcu zdecydowałam się zatrzymać. Byłam wycieńczona, 

bolały mnie ramiona i łydki. Nie ufałam swoim zdolnościom traperskim na tyle, by pozwolić 

sobie na rozkładanie po ciemku obozowiska. 

Wybrałam mały obszar płaskiego, porośniętego trawą terenu około trzydziestu metrów 

od wąwozu, który na tym odcinku bardziej już przypominał duży rów, nie głębszy niż cztery 

metry  i  nie  szerszy  od  trzypasmowej  autostrady.  Oceniłam,  że  jutro  bez  trudu  znajdę 

bezpieczne miejsce, by go pokonać. 

Zasadniczy problem, przed którym właśnie stanęłam, stanowiła nadchodząca noc. 

Nazbierałam  drewna  na  ognisko  oraz  sporą  ilość  czarnych  jagód  do  jedzenia, 

rosnących  w  mocno  przerzedzonym  lasku  z  tyłu  mojego  „prywatnego  kempingu”.  Było 

jeszcze wciąż widno, zegarek wskazywał dopiero za dwadzieścia ósmą. Dobrze się składało, 

ponieważ musiałam przecież rozbić namiot. Do jego budowy użyłam rurek stelaża plecaka - 

ponieważ nie znalazłam w okolicy niczego odpowiedniego. 

Nigdy sama nie rozpalałam ogniska. Teraz desperacko usiłowałam przypomnieć sobie, 

jak  zabrać  się  do  tego.  Najsuchsze  i  najbardziej  delikatne  kawałki  drewna  szły  na  wierzch. 

Wszystkie  liście,  na  które  się  natknęłam,  były  mokre.  Nie  dawały  się  podpalić.  Z  każdą 

nieudaną próbą, oznaczającą utratę kolejnej bezcennej zapałki, rosła moja panika. Zachodzące 

słońce mobilizowało do walki. Nie mogłam spędzić w ciemnościach całej nocy. 

W przypływie natchnienia wygarnęłam wszystkie nadpalone, mokre liście. Za pomocą 

background image

noża wyjęłam jeden z najsuchszych kawałków drewna, który udało mi się znaleźć, i zaczęłam 

go  szybko  zestrugiwać,  przygotowując  w  ten  sposób  hubkę  własnej  roboty.  Mając  już 

pokaźną  ilość  strużyn,  obsypałam  nimi  drewno  na  rozpałkę.  Następnie  pełna  nadziei 

zapaliłam kolejną zapałkę. 

Chciało mi się krzyczeć z radości na widok tlących się strużyn, które płonęły na tyle 

długo, by ogień mógł przenieść się na resztę drewna. Ukucnęłam na piętach i wpatrywałam 

się  w  dzieło  moich  rąk. Byłam  z  siebie  dumna. Ognisko  dobrze  się  paliło.  Powinno  płonąć 

przez całą noc. A co najważniejsze dokonałam tego sama! 

Godziny  mijały  wolno,  a  ja  popadałam  na  przemian  w  dobry  albo  beznadziejny 

nastrój.  Wierząc,  że  strumień,  który  jutro  przekroczę,  roić  się  będzie  od  szczupaków, 

sięgnęłam  po  porcję  rosołu  wołowego  w  proszku.  Rondelek  z  rosołem  zawiesiłam  nad 

ogniskiem  na  gałęzi,  której  koniec  uprzednio  dokładnie  nasączyłam  wodą.  Tu,  w  samym 

sercu  bezludzia,  żywność  była  zbyt  cenna,  by  pozwolić  sobie  na  jej  marnotrawstwo. 

Nadpalona gałąź mogła spowodować, że cały posiłek runie do ogniska. 

Spałaszowałam  cały  obiad  nie  tyle  z  głodu,  co  dla  zabicia  czasu  i  uniknięcia 

rozmyślań  nad  swoją  samotnością.  Na  deser  miałam  lemoniadę  i  czarne  jagody.  Starannie 

wytarłam  rondelek,  wykorzystując  i  tak  bezużyteczne  liście.  Nie  mogłam  stracić  skromnej 

rezerwy  wody na mycie garów. Musiałam poczekać na dostęp do bieżącej  wody. Manierka 

wypełniona  była  zaledwie  w  jednej  czwartej,  więc  nie  mogłam  nawet  przemyć  twarzy, 

czarnej  jak  smoła  od  dymu  ogniska  i  potu.  Dalsza  wędrówka  bez  odrobiny  wody  byłaby 

niemożliwa.  Dla  zabicia  czasu  wyjęłam  notes,  żeby  napisać  list  do  domu.  Chociaż  ognisko 

dawało  dostatecznie  dużo  światła,  by  odstraszyć  ciekawskie  zwierzęta,  które  mogłyby  tu 

zawędrować, jego blask nie wystarczył na pisanie. Notes trafił z powrotem na swoje miejsce. 

Następnie  spróbowałam  policzyć  gwiazdy  i  rozpoznać  konstelacje.  Odnalazłam 

Wielką i Małą Niedźwiedzicę oraz Gwiazdę Polarną. Doliczyłam jedynie do czterdziestu, bo 

znudziło  mnie  to.  Niebo  było  tak  czyste  i  wyraźne  -  z  księżycem  nad  moją  głową,  że 

mogłabym prawdopodobnie doliczyć do tryliona, gdybym tylko zechciała. 

- Dam  sobie  spokój  z  tymi  gwiazdami  -  wymamrotałam  na  głos  w  przypływie 

rozdrażnienia  i  irytacji.  Solówka  to  nic  wielkiego.  Nie  czułam  niczego  poza  zmęczeniem, 

samotnością  i  przygnębieniem.  Gdyby  na  ścieżce  pojawił  się  mój  najgorszy  wróg, 

przyjęłabym  go  z  wielką  radością.  Pragnęłam  otworzyć  do  kogoś  usta  i  było  mi  zupełnie 

obojętne do kogo. 

Zaczęłam  śpiewać.  Głośno.  Prawie  wszystkie  piosenki,  jakie  znałam.  Najpierw 

skautowskie,  potem  rockowe,  a  następnie  melodie  z  przedstawień  na  Broadwayu.  Szybko 

background image

przeleciałam  cały  swój  repertuar  i  nadal  w  ogóle  nie  chciało  mi  się  spać,  chociaż  czułam 

zmęczenie. 

Zaczynałam się niemal bać. Rzecz w tym, że przebywanie w zupełnej samotności jest 

dziwnym uczuciem. 

Uważałam,  że  prowadzę  z  kimś  rozmowę  po  to  tylko,  żeby  usłyszeć  własny  głos. 

Nagle  umilkłam  w  pół  słowa.  Co  by  pomyślała  sobie  May,  gdyby  zakradła  się  tutaj,  by 

sprawdzić co ze mną, i usłyszała, jak bełkocę sama do siebie? Uznałaby, że zbzikowałam. 

Zastanawiałam się, co robią inni. Czy doznają podobnych wrażeń? A może  czują się 

zupełnie swobodnie porzuceni gdzieś w lesie? 

W pobliżu trzasnęła gałązka. 

- May? - zawołałam, najpierw niepewnie, a potem zdecydowanie głośno. 

Nie  otrzymałam  odpowiedzi.  Usiadłam  i  wsłuchiwałam  się  w  odgłosy  lasu.  Jak 

mogłam  wcześniej  nie  usłyszeć  wszystkich  tych  hałasów?  Było  ich  tak  wiele,  drobnych, 

pojedynczych odgłosów ptaków i małych zwierząt. 

Dorzuciłam  do  ognia,  a  następnie  wykonałam  kilka  ćwiczeń.  W  skłonie  dotknęłam 

dwadzieścia razy palców nóg, wykonałam kilka podskoków, zrobiłam przebieżkę w miejscu. 

Nie zdołałam jednak oszukać czasu. Gdy skończyłam, minęła dopiero dziewiąta trzydzieści. 

W efekcie, zbyt wykończona, by zająć się jeszcze czymkolwiek, po prostu usiadłam i, 

pogrążając  się  w  myślach,  wlepiłam  wzrok  w  ogień.  Powoli  zaczynałam  się  uspokajać. 

Migocące płomienie przynosiły ukojenie. Czułam się niemal zahipnotyzowana. Strzępy myśli 

krążyły mi po głowie. Wspominałam swych bliskich, Mary Beth. Ciekawiło mnie, czy dobrze 

spędzają czas. Zastanawiałam się nad przyszłym rokiem szkolnym i nauczycielami, z którymi 

chciałam mieć zajęcia. Pomyślałam o Jake’u, starając się wyobrazić sobie, jak wygląda jego 

dom i rodzina, jego pokój, ojciec i mama oraz malutka siostra. Pomyślałam o Lisie i rancho 

pod  Phoenix,  będącym  własnością  jej  rodziców.  Wspomniałam  May  oraz  Erica  i  zaraz 

nasunęło się pytanie: co skłoniło ich do zostania instruktorami w Szkole Przetrwania, skoro 

oboje mieli swoich ukochanych. 

W  sumie  rozmyślałam  o  wszystkim,  co  przyszło  mi  do  głowy,  nie  skupiając  się  za 

bardzo na niczym. Po prostu dumałam w ten sam leniwy sposób, w jaki obserwowałam błyski 

i  migotanie  w  ognisku  pomarańczowych,  niebieskich  i  żółtych  płomieni.  I  wiecie  co?  Po 

upływie  niezbyt  długiego  czasu  nie  przeszkadzała  mi  już  samotność.  Nawet  ją  polubiłam. 

Hałasy docierające do moich uszu brzmiały swojsko. Zwarta ściana ciemności nie wydawała 

się  złowrogą  siłą.  Zdaje  się,  że  zaczynałam  rozumieć,  gdzie  tkwił  sens  tej  indywidualnej 

wyprawy. 

background image

O  dziesiątej  piętnaście  zrzuciłam  mokasyny  z  nóg  i  ustawiłam  je  obok  butów 

traperskich.  Wcisnęłam  się  do  śpiwora  i  położyłam  na  brzuchu,  by  móc  obserwować  żar 

ogniska. Pogrążyłam się we śnie. Przespałam smacznie i spokojnie całą noc. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Ku memu zdziwieniu wyprawa indywidualna, zgodnie z tym, co słyszałam wcześniej, 

okazała  się  szczególnym  wydarzeniem.  Następnego  ranka  wyszukałam  dogodne  miejsce  na 

przeprawienie się przez wąwóz. Cały dzień minął bez większych niespodzianek. 

„Większych”,  ponieważ  uniknęłabym  ich,  gdybym  była  lepiej  przygotowana. 

Wszelkie  niepowodzenia  muszę  złożyć  na  karb  tego,  że  Lisa  wyręczała  mnie  w  różnych 

czynnościach. 

Na  przykład:  natrafiłam  na  potok,  gdzie  urządziłam  sobie  wspaniałą  kąpiel,  ale  już 

znacznie  gorzej  było  z  łapaniem  ryb.  O  Boże!  Gdyby  wszyscy  ci,  którzy  wierzyli,  że 

schwytałam  tego  śliskiego  pstrąga,  ujrzeli  mnie,  jak  młócę  wodę  w  pogoni  za  tłustym, 

leniwym szczupakiem! 

Na pewno od tego czasu przestaliby polegać tylko na słowach. W tych okolicach, jak 

twierdził  Eric,  „prawie  same  wskakują  na  patelnię”.  Gdy  całą  grupą  łowiliśmy  szczupaki, 

zdołałam  złapać  tylko  jednego,  małego  i  wymizerowanego  -  musiało  mu  brakować  płetwy, 

czy czegoś podobnego - gdyż prawie sam nadział się na haczyk. 

Dziękowałam opatrzności, że przebrałam się w strój kąpielowy przed podjęciem próby 

połowów na własną rękę. 

Łapanie ryby pochłonęło o wiele więcej czasu, niż przypuszczałam, co zmuszało mnie 

do pokonania po południu dwa razy dłużej trasy. Nagle szczupak wyleciał nad powierzchnię 

wody i z pewnością zerwałby się, gdyby nie wylądował szczęśliwym trafem na brzegu. 

Moja  wrażliwość  nie  pozwoliła  mi  obserwować  jego  śmierci,  więc  zostawiłam  go 

trzepoczącego  się  w  trawie,  przebierając  się  w  tym  czasie.  Wił  się  nadal,  gdy  szłam  do 

strumienia,  aby  wyprać  brudne  skarpety.  Po  chwili  słabnące  ruchy  szczupaka  utwierdziły 

mnie w przekonaniu, że nie potrwa to długo. Bez przeszkód mogłabym się za niego zabrać. W 

końcu śnięta ryba jest jedynie przedmiotem. Całą trudność jednak stanowiło patroszenie. 

Z powodu upału zdecydowałam się nie przetrzymywać „Moby Dicka” do obiadu, lecz 

upiec  go  od  razu.  Rozpaliłam  niewielkie  ognisko.  Następnie  uplotłam  mały  grill  z  gałązek 

pozbawionych  kory,  podobnie  jak  to  czyniliśmy  na  szlaku,  przygotowując  pożywienie  dla 

całej  grupy.  Na  tym  kończył  się  łatwy  etap  przygotowań.  Przedtem  nie  kto  inny  tylko  Lisa 

patroszyła  rybę.  Przystąpiłam  do  dzieła,  ale  jedno  spojrzenie  na  moją  pobladłą  twarz  i 

niewprawne ruchy wystarczyłoby, aby przekonać się, że nie miałam pojęcia, jak się do niego 

zabrać. Z pewnością też nie przepadałam za tą czynnością. 

background image

Ręce  Lisy  poruszały  się  ze  zręcznością  chirurga,  gdy  patroszyła  rybę  jednym 

zdecydowanym cięciem. Wszystko co robiła, wydawało się bardzo proste. 

Teraz  siedziałam,  trzymając  w  jednej  ręce  nóż,  w  drugiej  „Moby  Dicka”,  i 

zastanawiałam  się,  co  dalej.  Czy  przypadkiem  nie  zemdli  mnie,  czy  będę  mogła  jeść  po 

grzebaniu się we wnętrznościach? 

- Teraz  albo  nigdy  -  powiedziałam  do  szklistego  oka  wpatrującego  się  we  mnie.  - 

Przepraszam cię, Moby Dicku, stary przyjacielu, ale umieram z głodu. 

Łuski wcale nie odchodziły łatwo. Na dodatek, co chwila musiałam wyciągać je spod 

paznokci. 

Z  półprzymkniętymi  oczami  rozpłatałam  rybie  brzuch.  Następnie,  nie  patrząc  na 

rozlaną krew, szybko ruszyłam do strumienia, by wypłukać ręce w potoku. 

W końcu usmażyłam mięso. Straciłam tyle czasu, że nie chciałam już marnować ani 

minuty  więcej  na  grzebanie  w  plecaku  w  poszukiwaniu  dodatkowej  porcji  jedzenia.  Lunch 

trwał  tak  długo,  gdyż  nie  bardzo  wiedziałam,  jak  pozbyć  się  ości  z  tego  piekielnego  dania. 

Wyjadałam  więc  białe,  słodkie  mięso  po  jednej  stronie,  a  potem  po  drugiej,  przeżuwając 

ostrożnie małe kawałki  w obawie, że drobniutkie, sprężyste igły mogą utknąć mi w  gardle. 

Gdy  została  już  jedynie  głowa,  ogon  i  szkielet,  wrzuciłam  te  nieszkodliwe  dla  środowiska 

resztki w krzaki. 

W trakcie mojej dalszej wędrówki uświadomiłam sobie nagle, że w pełni dopisuje mi 

humor. Ha, nawet sobie nuciłam. 

Radosny  nastrój  nie  opuszczał  mnie  przez  cały  dzień  i  nic  nie  było  w  stanie 

wyprowadzić  mnie  z  równowagi.  Pozbawiona  pomocy  Lisy  musiałam  sama  dochodzić  do 

wszystkiego. Zrozumiałam, że moja nerwowość z pewnością w niczym nie pomaga. Okazało 

się,  że  mogę  poradzić  sobie  ze  wszystkim.  Taka  właśnie  idea  przyświecała  Szkole 

Przetrwania. 

Cieszyłam się, że wreszcie to do mnie - choć z trudem - dotarło. Nie przeżywałam już 

tak mocno słów May. Zrozumiałam, że jej rozczarowanie dotyczyło nie tyle mojej osoby, co 

rezultatów  przeze  mnie  osiąganych.  Sama,  z  własnej  winy,  straciłam  tak  wiele,  nie 

przykładając  się  do  ćwiczeń  lub  pozwalając  na  wykonanie  ich  przez  innych.  Trwałam 

jednocześnie  w  przeświadczeniu,  że  to  moje  dzieło.  „Ale  wszystko  od  dzisiaj  się  zmieni”  - 

pomyślałam. 

Nie raz traciłam orientację i ostatnim wysiłkiem woli udawało mi się dławić panikę w 

zarodku. Uspokajałam się wtedy wyrównując oddech, po czym sięgałam po mapę i kompas. 

Wiedziałam,  że  prędzej  czy  później  minę  naturalne  znaki  terenowe  naniesione  na  papier  i  z 

background image

powrotem znajdę się na właściwym szlaku. 

Ostatniego wieczoru, na pół drzemiąc, wsłuchując się w pohukiwanie sowy gdzieś w 

oddali,  pomyślałam  także  o  May.  Zastanawiałam  się,  czy  zgodnie  z  tym,  co  mówiła, 

rzeczywiście nas kontroluje. Gdyby tak było, dyskrecja, z jaką to robiła, sięgała mistrzostwa. 

Nie  miało  to  już  dla  mnie  znaczenia,  gdyż  tak  czy  inaczej,  zawarłam  z  przyrodą  niepisany 

układ. Uświadomienie sobie tego faktu pozwoliło mi uznać ją za przyjaciela. 

Drugiego dnia odczuwałam niemal smutek, że wyprawa indywidualna dobiega końca. 

Przemierzając  ostatnie  kilometry,  rozmyślałam  nad  wzięciem  udziału  w  kursie  Szkoły 

Przetrwania  dla  zaawansowanych  w  przyszłym  roku.  Trwać  miał  prawie  sześć  tygodni  i 

odbywać się w górach Colorado Rockies. Z broszury, która wpadła mi w ręce, wynikało, że 

kurs ten przypomina raczej piknik. Zadaniem uczestników było pokonywanie wysokich gór, 

pływanie  na  tratwie  i  canoe,  a  nawet  eksploracja  jaskiń.  Żadna  z  tych  rzeczy  już  mnie  nie 

przerażała. 

W  miarę  zbliżania  się  do  miejsca  zbiórki,  żal  z  powodu  zakończenia  wyprawy 

indywidualnej  zastąpiony  został  przez  chęć  skonfrontowania  swych  doświadczeń  z 

doświadczeniami innych. Pragnęłam spotkać się z przyjaciółmi. Ponadto nadchodził moment, 

jak nas zapewniano, najbardziej wymagającej części szkolenia, to znaczy powrotnej wyprawy 

do  obozu  wyjściowego  bez  pomocy  May  i  Erica.  Z  niecierpliwością  oczekiwałam  nowego 

wyzwania. 

May,  Ernie,  Matt,  Gloria  i  Davey  leżeli  akurat  rozciągnięci  na  łące  pełnej  dzikich 

kwiatów. 

Przywitali mnie z aplauzem, a ja, zamiast zakłopotania, czułam się dumna. Tym razem 

zasłużyłam sobie na to. 

- Jak było? - zapytał Matt, jak zwykle raźnie i bezpośrednio. 

- Doskonale  -  odpowiedziałam.  -  Naprawdę  świetnie.  Wprost  nie  da  się  opisać.  I  nie 

pożarłam nawet całego zapasu żywności - dodałam ze śmiechem, kierując te słowa na pozór 

do całej grupy, ale tak naprawdę głównie do May. 

Musiała o tym wiedzieć, przesłała mi pogodny uśmiech zadowolenia. 

- Zuch dziewczyna! 

- Ale  proszę  się  przyznać,  podpatrywała  pani?  -  zapytałam  śmiejąc  się.  -  Nigdy  nie 

byłam pewna, czy jest pani w pobliżu. Musiała się pani poruszać jak kot. 

Wyglądała na autentycznie zadowoloną, choć nieco speszoną tym, co powiedziałam. 

Zastanowiłam się, dlaczego wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że opiekunowie na równi 

z nami łasi są na pochwały. 

background image

- No  tak,  byłam  tam  przynajmniej  cztery  razy.  Podsłuchiwałam  nawet,  jak 

przemawiałaś do starego Moby Dicka. - Mrugnęła okiem. 

Zamiast wić się ze wstydu, wybuchnęłam śmiechem. 

- Stary, dobry Moby Dick! 

- Moby?  -  Ernie  otworzył  szeroko  oczy.  -  Co  ci  się  przytrafiło?  Spotkałaś  kogoś  na 

szlaku? Ja miałem szczęście napotkać jedynie parę pszczół, które na powitanie użądliły mnie 

w  ramię!  -  Na  dowód  podwinął  jeden  z  luźnych  rękawów,  odsłaniając  dwa  opuchnięte, 

czerwone miejsca. 

- Nie  martw  się.  Moby  stanowił  jedynie  mój  lunch.  Jak  widzisz  -  pokazałam 

okaleczoną rękę - ja także odniosłam parę ran. 

- To zadrapanie wygląda paskudnie, Katie. - May złapała mnie za rękę. - Czy dobrze 

przemyłaś ranę? 

- Obmyłam ją od razu wodą z manierki, a następnie dokładnie wyszorowałam zaraz po 

dotarciu do strumienia. Nie jest tak źle. Może będzie to dla mnie przestroga na przyszłość. 

- Mimo wszystko przydałoby ci się trochę wody utlenionej. A także maść i bandaż. 

Usiadłam pozwalając May na przemycie rany i zabandażowanie ręki. Nie sądziłam, że 

zadrapanie wymaga aż takiej troski, ale May z pewnością lepiej  wiedziała, co robić, a poza 

tym, wcale nie miałam ochoty, by wdało się zakażenie. 

Bandaż  był  pierwszą  rzeczą,  którą  po  przybyciu  zauważyła  Lisa.  Wyglądała  tak 

świeżo, jakby właśnie przebudziła się po dwunastogodzinnym śnie. 

- Och,  Katie,  skaleczyłaś  się!  -  Padła  na  kolana  przede  mną.  Biedactwo  ty  moje!  To 

okropne. Czy musiałaś wystawić czerwony balonik na pomoc? 

Roześmiałam się, widząc wyraz nadzwyczajnej troski na jej zwykle ślicznej, a w tej 

chwili wykrzywionej buzi. 

- Nie,  to  nic  takiego,  po  prostu  poślizgnęłam  się.  Liso,  posłuchaj  lepiej.  Wszystko 

zdołałam  zrobić sama, nawet  złowić rybę i  wypatroszyć ją.  Nigdy  nie będziesz już musiała 

robić czegokolwiek za mnie. 

Jej wyraz twarzy zmienił się, lecz zamiast, jak się spodziewałam, uśmiechu od ucha do 

ucha, na ustach zawitał niewyraźny uśmieszek. 

- Och, to świetnie. Wiesz, lepiej pójdę zameldować się u May. 

W pierwszej chwili zdumiało mnie, że Lisa tak szybko podniosła się i oddaliła. 

„Musi być bardziej zmęczona, niż po niej widać - pomyślałam. - I naturalnie przeraziła 

się  na  widok  mego  skaleczenia.  Jej  szczególne  zachowanie  wynika  prawdopodobnie  z 

przemęczenia. To wyjaśnia sprawę.” 

background image

Nie  mogłam  natomiast  wytłumaczyć  sobie  radości,  z  jaką  Lisa  powitała  Fran,  jakby 

była  szczęśliwsza  widząc  ją  niż  mnie.  Po  krótkiej  rozmowie  z  May  wróciła  i  usiadła  przy 

mnie, tylko pozornie zadowolona z mojego sąsiedztwa. Czułam, że coś jest nie w porządku. 

Wypytywała innych o wrażenia z solówki, jakby moje w ogóle ją nie interesowały. 

To była dla mnie pierwsza niespodzianka. Na drugą nie musiałam długo czekać. 

Spostrzegłam  Jake’a.  Towarzyszył  mu  Eric,  który  dołączył  do  niego  na  szlaku  tuż 

przed  obozem.  Obaj  byli  pochłonięci  rozmową.  Gdy  zbliżyli  się,  zaczęliśmy  klaskać  i 

wiwatować, a moje serce waliło jak szalone na widok jego śniadej twarzy. 

„Teraz odwróci się i powie mi cześć” - pomyślałam. Zanim zdążył zrobić cokolwiek, 

usłyszałam głos Lisy. 

- Jake, jak wypadła solówka? - zadała to pytanie cedząc słowa. - Czy dobrze minął ci 

czas w całkowitej samotności? 

Zaskoczona byłam słysząc, w jaki sposób Lisa mówi do Jake’a. Ton jej głosu, pełen 

insynuacji,  zadziwił  mnie  jeszcze  bardziej.  Zupełnym  zaskoczeniem  okazała  się  reakcja 

Jake’a, gdyż jego twarz spłonęła rumieńcem. 

- W porządku - wyjąkał, spoglądając na stopy. Wstrzymałam oddech aż do chwili, gdy 

podniósł wzrok i dostrzegł mnie. 

- Cześć,  Katie,  jak  leci?  -  powiedział,  siląc  się  na  uśmiech.  Nagle  niespodziewanie 

spoważniał, odwrócił się na pięcie i szybko ruszył w kierunku May. 

Nie miałam zielonego pojęcia, co wpłynęło na takie zachowanie Jake’a. Spojrzałam na 

Lisę,  chcąc  odgadnąć  z  wyrazu  jej  twarzy,  o  co  chodzi.  Uśmiechała  się  bez  cienia 

zakłopotania, w sposób sugerujący, że zna pewien sekret. 

Skierowałam wzrok na jej ręce. Natychmiast zrozumiałam, dlaczego Jake oddalił się 

tak błyskawicznie. 

Trzymała kawałek tasiemki, który od niechcenia przeplatała między palcami. Wstążka 

ta wcale nie należała do niej. Była koloru jasno - pomarańczowego. Mogła pochodzić jedynie 

z dwóch miejsc: z kieszeni Jake’a lub z jego plecaka. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Nie  muszę  chyba  mówić,  że  gubiłam  się  w  domysłach.  Najboleśniejsza  była 

świadomość,  że  zostałam  oszukana,  ale  nie  wiedziałam  przez  kogo  -  czy  przez  Jake’a,  czy 

przez Lisę, czy też przez nich oboje. A może bez powodu podejrzewałam najgorsze? 

Przymknęłam oczy na sekundę. Po chwili zauważyłam, że ręce Lisy są puste. Można 

było pomyśleć, że nigdy nie trzymała pomarańczowej wstążki. Lisa od niechcenia wyginała 

na wszystkie strony delikatną gałązkę z liśćmi. 

Zanim zdążyłam się odezwać wstała, przeciągając się jak kot. 

- Chodźmy, Fran - stwierdziła ochoczo - posłuchamy o wielkich przygodach Jake’a na 

pustkowiu. Idziesz z nami, Katie? 

- O nie, raczej nie. Posiedzę sobie tutaj - odpowiedziałam cicho. 

- Biedactwo,  założę  się,  że  ręka  doskwiera  ci  bardziej,  niż  twierdzisz.  Lepiej  nie 

zdejmuj jeszcze bandażu. 

- Tak  zrobię  -  wydukałam.  Potem  z  lekkością,  jakby  jej  buty  traperskie  ważyły  nie 

więcej  od  pantofelków  baletnicy,  pomknęła  w  kierunku  grupki  zgromadzonej  wokół  May  i 

Jake’a. 

Lisa  zachowywała  się  w  ten  sam  sposób,  jak  zawsze,  jakby  nic  złego  się  nie 

wydarzyło.  Ale  nie  chodziło  tu  o  wytwór  mojej  wyobraźni.  Miała  w  ręku  pomarańczową 

wstążkę. Zupełnie nie wiedziałam, co o tym sądzić. 

Jake odłączył się od grupy i ruszył w moją stronę. Pomyślałam, że nie mam ochoty na 

rozmowę z nim. Nie teraz. Jak mogłabym go słuchać udając, że nic się nie stało, jeżeli byłam 

prawie  pewna,  że  on  i  Lisa  spotkali  się  w  trakcie  wyprawy  indywidualnej?  Nie  miałam 

zamiaru  udawać,  że  nie  dostrzegam  faktów  -  spłoszonego  wyrazu  twarzy  Jake’a  oraz 

obwiniającego  dowodu  w  ręku  Lisy.  Daleka  byłam  jednak  od  urządzenia  sceny  przed  całą 

grupą. 

Zerwałam się na równe nogi i pospieszyłam w kierunku grupy, nie zważając na Jake’a. 

Gdy już prawie mijaliśmy się, na jego twarzy zawitał uśmiech, lecz ja twardo maszerowałam 

przed siebie. 

- Hej,  co  się  dzieje?  -  Złapał  mnie  lekko  za  łokieć.  -  Właśnie  szedłem,  żeby  z  tobą 

porozmawiać. 

- Wiem, że musimy sobie wiele wyjaśnić - powiedziałam z ożywieniem - ale nie chcę 

przegapić tego, co mówi teraz May. Może innym razem. - Szybko oddaliłam się. 

background image

Siedziałam  w  kręgu,  opierając  podbródek  na  rękach,  ze  sztucznym  uśmiechem 

przylepionym  do  twarzy,  i  udawałam,  że  przysłuchuję  się,  jak  wszyscy  porównują  swoje 

notatki  z  wyprawy.  Prawdę  mówiąc,  odrętwiała  z  bólu  i  upokorzenia,  odbierałam  zaledwie 

jedną trzecią tego, co się działo. Domyśliłam się jednak, kiedy podszedł Jake i stanął za mną. 

Lisa spoglądała w moją stronę. 

„Wracam do domu - szalone myśli kołatały mi się po głowie. - Sytuacja sprzyja temu. 

Powiem May, że wdaje się zakażenie i nie czuję się wystarczająco dobrze, by uczestniczyć w 

wyczerpującej wyprawie grupowej.” 

Zdecydowałam zrobić wszystko, żeby znaleźć się jak najdalej od Jake’a i Lisy. 

W tym momencie May wstała. 

- Więc  zostajemy  tu  na  noc.  -  Dotarły  do  mnie  jej  słowa.  -  Macie  prawo  do 

wypoczynku.  Ale  lepiej  gdybyście  teraz  nazbierali  drewna  na  opał,  żeby  później  móc  się 

rozłożyć na trawie i odpocząć. 

Oczekiwałam,  że  Lisa  pełna  wesołości  pozostanie  przy  Fran,  lecz  ku  mojemu 

zdziwieniu podbiegła do mnie. 

- Chodźmy w kierunku tamtych wzgórz! - odezwała się ochoczo. - Cała masa chrustu 

czeka tam na nas. 

Byłam  tak  zdziwiona,  aż  odebrało  mi  mowę,  i  prawdopodobnie  poszłabym  z  nią, 

całkowicie zaskoczona, gdyby nie wkroczył Jake. 

Wkroczył dosłownie, rozdzielając nas. 

- Katie idzie ze mną - oznajmił. 

Zdołałam dojrzeć czerwoną twarz Lisy, pełną furii. 

- Może  Katie  nie  chce  iść  z  tobą  -  powiedziała  słodko.  Wyraźnie  zaznaczył  się 

szyderczy  uśmiech  na  jej  ustach.  -  Możliwe,  że  sama  wie,  w  kim  upatrywać  prawdziwych 

przyjaciół - dodała. 

Jake odwrócił się do mnie, a wyraz jego twarzy roztopił lód w mym sercu. Wyglądał 

jakby miał za sobą szereg nieprzespanych nocy. Z bliska można było zauważyć duże, czarne 

obwódki pod oczami. 

- Byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś poszła ze mną, Katie. Muszę wyjaśnić ci parę 

spraw - szepnął błagalnie. 

„Chce  się  przyznać  do  tego,  że  kocha  Lisę”  -  pomyślałam.  Wówczas  natychmiast 

uświadomiłam sobie, że gdyby to była prawda, Lisa nie próbowałaby odwieść go ode mnie. 

Westchnęłam głośno, ze smutkiem. 

- Pójdę z tobą, Jake - powiedziałam miękko. Lisa nawet nie drgnęła, gdy ją mijaliśmy. 

background image

Stała jak słup, z zaciśniętymi ustami, w oczach miała łzy. 

- Nie wierz w ani jedno jego słowo, Katie - wyszeptała, gdy przechodziłam koło niej. - 

Zawsze był kłamcą. 

Dotarliśmy do lasu i zniknęliśmy grupie z oczu. Ani Jake, ani ja nie odzywaliśmy się. 

- Lepiej  usiądź  -  powiedział  w  końcu  dość  oficjalnie,  kierując  się  do  miejsca 

porośniętego wysoką, suchą trawą. - To może trochę potrwać. 

- O co chodzi, Jake? - zapytałam drżącym głosem. - Czy ja już zwariowałam, czy też 

nadal jest coś między tobą a Lisą? 

- Mną a Lisą? - żachnął się. - Katie, w życiu Lisy jest miejsce tylko na jedną, wielką 

miłość, miłość do samej siebie. - Palcami przeczesywał ciemne kręcone włosy. - Może zacznę 

od  początku,  dobrze?  Kiedy  spotkałem  Lisę  w  czasie  zimowego  kursu  Szkoły  Przetrwania, 

oczarowała mnie swoim wdziękiem i muszę przyznać, że ta dziewczyna potrafi być czarująca. 

Uległem  jej  urokowi.  Nigdy  nie  przyszło  mi  do  głowy,  że  był  to  rezultat  intrygi.  Podobnie 

stało  się  z  biedną  Sarą  Zerbe,  doprowadzoną  do  stanu,  w  którym  bała  się  nawet  sama 

zawiązać buty bez pomocy Lisy. 

- Sara Zerbe? - wykrzyknęłam. - Spotkałam ją! Jest tutaj w jednej z grup. 

- Wiem  -  Jake  przytaknął.  -  Spotkałem  ją  pierwszego  dnia  w  pawilonie.  Teraz  już 

także biedna Sara rozszyfrowała Lisę. Nie tylko ja byłem na tyle głupi, żeby nie połapać się 

wcześniej we wszystkim. 

- Nie połapać się w czym? 

- Jaki  z  Lisy  samolub  -  powiedział  cicho  i  bez  wyrazu.  -  Możesz  oczekiwać  od  niej 

czegoś tylko wtedy, gdy ona otrzyma coś w zamian. Zawsze tak bardzo pragnie znajdować się 

w centrum uwagi, że nie jest w stanie myśleć o nikim innym, jak tylko o sobie. 

- Czy  z  tego  powodu  wtedy  z  nią  zerwałeś?  -  zapytałam  jeszcze  niezbyt  pewna,  jak 

mam rozumieć jego słowa. 

- Zerwałem z nią? - Tym razem śmiech Jake’a zabrzmiał szorstko. - Posłuchaj, Katie, 

Lisa po prostu mnie oszukała. Nie chcę tu powiedzieć, jakobym uwierzył, że nasz związek to 

wielka  amerykańska  love  story,  czy  coś  w  tym  stylu.  Znałem  ją  przecież  zaledwie  od 

tygodnia, ale do czasu przyjazdu tutaj sądziłem, że oszalała na moim punkcie. 

Nie przerażało mnie zadawanie się z dziewczyną mieszkającą na drugim końcu kraju, 

a w dodatku Lisa wciąż pisała listy po naszym rozstaniu. Opisywała jak zżera ją tęsknota za 

mną,  zapewniała,  że  nigdy  nie  spotkała  takiego  chłopca  jak  ja  i  tak  dalej,  i  tak  dalej.  Nie 

pozostało  mi  nic  innego,  jak  uwierzyć  w  to.  Gdy  poprosiła,  bym  przyjechał  do  Phoenix  na 

Wielkanoc,  stwierdziłem,  że  faktycznie  zależy  jej  na  mnie.  Wiedziała,  że  moja  rodzina  nie 

background image

jest tak zamożna jak jej, więc nie śmiałem podejrzewać, że chciałaby narazić mnie na koszty 

podróży pochłaniające tak ciężko zarobione pieniądze. 

- Pojechałeś? - zapytałam z niecierpliwością. 

- Tak,  pojechałem.  Pojechałem,  aby  upewnić  się,  czy  warto.  Nie  byłem  całkowicie 

pewien  swych  uczuć,  ale  postanowiłem  zrobić  to  dla  niej.  Sądziłem,  że  jest  zakochana  we 

mnie, nie chciałem jej urazić. Wówczas właśnie spotkałem Kevina... 

- Chłopaka, z którym obecnie chodzi? - Aż zapiszczałam ze zdziwienia. 

- O,  chodzi  z  nim  jeszcze  do  dzisiaj?  Nie  wiedziałem  o  tym!  -  W  głosie  Jake’a 

wyczuwało się niemal rozbawienie. - Nie sądzę, by sposób, w jaki Lisa rozumie chodzenie z 

kimś,  pokrywał  się  z  twoim  lub  moim  wyobrażeniem.  Spędziłem  w  Phoenix  pięć  dni. 

Posłuchaj  tylko,  spotkałem  Kevina,  a  potem  Roya,  Boba  i  Lenny’ego.  Następnie  zjawił  się 

Eddi i Ralph,  a nawet  Tax! Przez cały ten czas Lisa starała się być dla mnie jak najmilsza. 

Byłem  jej  kolejnym  trofeum  paradującym  po  Phoenix  i  prezentującym  wszystkim,  jak 

niezwykła  jest  jej  popularność.  Kiedy  wreszcie  oświadczyłem,  że  przejrzałem  jej  grę,  w 

bardzo  chłodny  sposób  odrzekła,  że  uważa  mnie  za  zbyt  niedojrzałego  dla  niej.  Dodała,  że 

najlepiej  gdybyśmy  już  nie  pisali  do  siebie  ani  więcej  się  nie  spotykali.  Och,  uwierz  mi, 

czułem się zupełnie jak kretyn. 

Nie  odzywałam  się.  Nadal  nie  mogłam  uwierzyć,  że  Jake  mówił  o  Lisie,  mojej 

przyjaciółce. 

- Ale ona wydaje się taka... taka sympatyczna - odezwałam się cichutko. 

- Nie musisz mi tego mówić. I wiedz, że nie sądzę, by sama Lisa potrafiła sobie z tym 

poradzić. Chciałaby mieć przyjaciół, ale nie wie jak. Nie zdaje sobie sprawy, na czym polega 

prawdziwa przyjaźń. Ludzie nie przyjaźnią się dla jakichś korzyści. 

- Przecież  -  zaczęłam  nieco  zakłopotana  -  tyle  mi  pomagała  w  czasie  kursu,  a  ja 

niczym się jej nie odwdzięczyłam. 

- Ależ  tak,  dałaś  jej  to,  czego  pragnęła.  Prawie  całą  swą  uwagę  skupiłaś  na  niej  i 

potrzebowałaś jej tak bardzo, że niemal wyrzekłaś się mnie, kiedy cię o to poprosiła. 

Wpatrywałam się w swoje stopy. 

- Tak przecież było, nie możesz zaprzeczyć - stwierdził łagodnie Jake. 

- Nadal, jednak sądzę, że Lisa jest dla mnie dobra. Nie wiem, co zrobiłabym bez niej 

w lesie. 

- O tak - odezwał się Jake z sarkazmem - ty i Sara Zerbe. Byłem świadkiem tego, co 

uczyniła  Sarze.  Dopiero  później  uświadomiłem  sobie,  w  czym  rzecz.  Lisa  zrobiła  z  Sary, 

powiedzmy, kalekę niezdolną do działania. A ty stałaś się następną kandydatką do tego typu 

background image

przyjaźni. Znając Lisę oraz sposób jej postępowania, dobrze wiedziałem, że na jakiekolwiek 

komentarze z mojej strony odpowiedziałaby zarzutem oczerniania jej przeze mnie z powodu 

naszego rozstania. 

- Ale, ale... - nie dokończyłam. 

- Nie  oszukuj  się,  Katie,  nie  gdy  chodzi  o  Lisę.  Zrozum,  że  zanim  przyszła  ci  z 

pomocą, wykonując to i owo za biedną Katie, która nie może sobie poradzić, dobrze upewniła 

się,  czy  wszyscy  będą  świadkami  tego  gestu.  Chciała,  by  uważano  ją  za  najsłodszą  istotę 

wybawiającą  ciebie  z  tarapatów.  Stara  się  stworzyć  pozory  zachowania  tajemnicy,  lecz  w 

rzeczywistości przez cały czas czuwa nad tym, by przynajmniej parę osób wszystko widziało. 

Zagryzałam wargi w miarę, jak straszliwa prawda docierała do mnie. 

- Podobnie było z pstrągiem, którego niby złapałaś, pamiętasz? - Jake kontynuował. - 

Tak,  widziałem,  jak  tobie  go  wręcza.  Również  Ernie  i  Gloria  to  widzieli,  a  także  Phil.  Z 

wyjątkiem Matta. On nie pogratulowałby ci czegoś, o czym wiedziałby, że nie jest efektem 

twojej pracy. Prawdę mówiąc, tego dnia zamierzałem ostrzec ciebie, lecz ty odeszłaś, zanim 

zdążyłem to zrobić. 

- Słowem, wiedziałeś, że Lisa wykonuje za mnie całą robotę, a mimo to lubiłeś mnie? 

- Zapytałam zdumiona. 

Po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia rozmowy Jake uśmiechnął  się. Wyciągnął 

rękę i poczochrał moje włosy. 

- Oczywiście,  głuptasie!  Nie myśl,  że ja  również swego czasu  nie byłem  przerażony, 

tak  jak  ty,  rozpoczynając  Szkołę  Przetrwania.  Ponadto,  jak  mogłem  oczekiwać,  że  zdołasz 

przejrzeć  dziewczynę  tak  koleżeńską,  uczuciową  i  gotową  do  niesienia  pomocy!  Kiedy 

powiedziałaś mi, że chcesz jak najwięcej skorzystać z kursu, i że moja osoba może ci w tym 

przeszkodzić, z miejsca pomyślałem o Lisie. Nie sądziłem jednak, że mi uwierzysz. Jedyne co 

mogłem zrobić, to mieć nadzieję na wyjaśnienie wszystkiego po powrocie do Maryland. 

- Dlaczego ona to robi, Jake? Nie wygląda na podłą osobę. 

- Zrozum,  Lisa  po  prostu  pragnie  być  lubiana.  Nie  różni  się  w  tym  od  nikogo  z  nas. 

Lecz  nie  zdobywa  sobie  przyjaciół,  tak  jak  my  to  czynimy.  Chce  sprawować  nad  kimś 

kontrolę. To naprawdę wyjątkowo smutne. W efekcie krzywdzi osoby, z którymi się zadaje. 

Nie zniósłbym, gdyby to przytrafiło się tobie, Katie - oznajmił z przekonaniem. 

- Dlaczego  Lisa  miała  dzisiaj  w  rękach  pomarańczową  wstążkę?  -  zapytałam  bez 

ogródek. - Czy spotkałeś się z nią w trakcie solówki? 

- Raczej  należałoby  stwierdzić,  że  ona  spotkała  się  ze  mną.  Po  kryjomu  musiała 

podążać za mną, ponieważ w momencie kiedy Eric zniknął z pola widzenia, wyszła z lasu. 

background image

Wtedy z pewnością dobrała się do wstążki. 

- Ale dlaczego szła za tobą?  -  dopytywałam się.  -  Czyżby tak mocno pragnęła ciebie 

odzyskać? 

- W gruncie rzeczy wcale nie chodzi jej o mnie - odrzekł Jake. - Ona nie ma szans na 

romans  w  trakcie  tej  wyprawy,  więc  zazdrości  go  nam.  To  odsunęłoby  ją  na  bok  i  nie 

stanowiłaby  już  centrum  zainteresowania.  Poza  tym,  przebywając  ze  mną,  mogłaś 

zorientować się, że stać cię na wykonywanie prac samodzielnie, a to oznaczałoby koniec jej 

pomocy.  Lisa  nigdy  nie  ocenia  spraw  pod  kątem  drugiej  osoby.  Starając  się  nauczyć 

samodzielności w lesie, czy też natrafiając na chłopca, którego możesz polubić, stwarzasz dla 

niej zagrożenie. Stąd jej reakcja. Uwierz mi, proszę, że niepotrzebna ci taka przyjaciółka. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

W zdumieniu słuchałam dalszych wyjaśnień Jake’a. Lisa, będąc z nim sam na sam w 

lesie,  dała  mu  do  zrozumienia,  że  mam  w  rodzinnym  mieście  przyjaciela  i  wcale  nie 

zamierzam spotkać się z Jake’em po skończeniu Szkoły Przetrwania. 

- Roześmiała  się  na  stwierdzenie,  że  nie  wierzę  w  ani  jedno  jej  słowo  -  opowiadał 

Jake. - Dopiero na kategoryczne oświadczenie, że mam tego dość, i jeżeli ona nie oddali się 

natychmiast,  zawiadomię  Erica,  odeszła.  Zanim  to  uczyniła,  nie  omieszkała  przyrzec,  że 

dołoży wszelkich starań, by uświadomić ci, jaki ze mnie łotr. Jak sądzę, właśnie w tym celu 

ukradła  wstążkę  -  stwierdził  na  koniec.  -  Zamierzała  doprowadzić  cię  do  ostateczności  i  w 

efekcie  poróżnić  nas.  Nie  podejrzewała,  że  potrafiłabyś  ją  opuścić.  Bądź  co  bądź, 

potrzebowałaś jej. 

- Nie,  wcale!  Nic  dziwnego,  że  wyglądała  na  nieszczęśliwą,  gdy  opowiedziałam  jej, 

jak pomyślny przebieg miała dla mnie wyprawa indywidualna i stwierdziłam, że jej pomoc w 

zasadzie nie jest już konieczna. - Teraz wiązało  się to  wszystko  w sensowną całość. -  Ależ 

Jake, jak mogę przebywać z nią choć minutę dłużej po tym, co zrobiła? Nie chcę jej już nigdy 

więcej widzieć! 

- Nie  musisz  tego  tak  odbierać,  Katie.  Przewyższasz  ją  we  wszystkim.  Nie  sądzę 

zresztą, by przysparzała dodatkowych kłopotów. Mogłaby jedynie podjąć próbę przekonania 

Fran, że ty i ja spiskujemy przeciwko niej, nie martw się jednak. 

- Ale tak nie jest! - jęknęłam. - Traktowałam ją jak najlepszego przyjaciela! 

- Cały swój wysiłek skupiła w tym celu, Katie. I udało się jej. 

- A  dlaczego  mnie  to  dotknęło?  Czyżby  rzucał  się  w  oczy  mój  brak  charakteru  i 

łatwość ulegania czyimś wpływom? 

- Nie  sądzę.  Uważam  to  za  zbieg  okoliczności.  Jednego  jestem  pewien:  mianowicie 

tego,  że  od  samego  początku  byłaś  dla  niej  swego  rodzaju  rywalką.  Bądź  co  bądź,  jesteś 

jedyną dziewczyną w  grupie tak ładną, jak ona - dodał,  wywołując u mnie rumieńce.  - Nie 

miała innego wyjścia, jak upewnić się czy sprawuje nad tobą kontrolę. Ty i Lisa, oraz Fran, 

stałyście się przyjaciółkami już od samego początku - mówił dalej. 

- To dlatego, że nasze prycze w obozie wyjściowym sąsiadowały ze sobą - odparłam. 

- Lisa  zorientowała  się  w  sytuacji  od  razu.  Widząc,  jak  lekceważącą  postawę 

przejawia Fran w stosunku do szkolenia, obojętne w sumie stały się jej wzloty lub upadki. 

- A u mnie dojrzała niewiarygodne zaangażowanie - dokończyłam. - Myślisz, że była 

background image

świadoma możliwości przejęcia kontroli nade mną? 

- Oczywiście.  Zobacz  jednak  co  straciła,  Katie,  szansę  na  posiadanie  dwóch 

serdecznych przyjaciółek. 

- Przedstawiasz to w taki sposób, że aż mi jej żal - przyznałam. 

- Może  to  przesada  z  mojej  strony,  lecz  uważam,  że  ktoś  taki,  jak  ona  nigdy  nie 

osiągnie szczęścia. Zawsze będzie się zamartwiać, czy aby ktoś przypadkiem nie jest lepszy 

od niej, bardziej nie cieszy się życiem lub czy nie jest bardziej od niej lubiany. Stale widzieć 

będzie  ludzi  pod  kątem  kontroli,  jaką  może  nad  nimi  sprawować,  a  nie  pod  kątem  ich 

człowieczeństwa.  Nigdy  nie  pozyska  sobie  wiernych  przyjaciół,  więc  w  większym  stopniu 

skazana jest na samotność niż ktokolwiek z nas. 

Wzdrygnęłam się na wspomnienie, jaka smutna i przerażona czułam się na początku 

wyprawy.  Nie  wyobrażam  sobie  całego  życia  w  takim  nastroju.  I  pomyśleć,  że  zaraz  po 

spotkaniu z Lisą w zasadzie zapragnęłam stać się taka jak ona! 

- Żal mi jej - wymamrotałam. - Począwszy od dzisiaj, uwolnię ją od mojej osoby. 

- Należy  jej  unikać  -  zgodził  się  Jake.  -  Lisa  naraża  każdego  na  kłopoty,  nawet  nie 

uświadamiając sobie tego. 

- Jestem  bardzo  zadowolona,  że  zdecydowałam  się  wysłuchać  twoich  wyjaśnień  - 

oświadczyłam stanowczo. - Choć, jak się zdaje, po solówce nie uległabym Lisie już tak łatwo. 

Dobrze przynajmniej, że nie dałam jej szansy na wmówienie sobie steku kłamstw. No a poza 

tym - dodałam innym tonem - cieszę się, że jestem tutaj z tobą. 

- Gdybym  miał  manierkę  pod  ręką,  zaproponowałbym  toast  z  tej  okazji  -  wyszeptał 

Jake, nachylając się nisko. -  Lecz niestety nie mam...  więc wobec tego zmuszony jestem  w 

zamian pocałować ciebie. 

Po  paru  minutach  wróciliśmy  do  miejsca  obozowania  z  naręczem  pospiesznie 

zgromadzonego  drewna.  Lisa  spojrzała  na  nas  w  sposób  chłodny  i  wyrachowany.  Z 

pewnością rozważała szanse ponownego podporządkowania mnie sobie. Jake i ja złożyliśmy 

drewno na ziemi i następnie chwyciliśmy się za ręce. Zauważyłam, jak wzruszyła ramionami. 

Pragnęłam  uwierzyć,  że  chociaż  trochę  odczuła  utratę  mojej  przyjaźni,  lecz 

najprawdopodobniej  było  jej  to  absolutnie  obojętne.  Podejrzewam,  że  pozbyła  się  wielu 

przyjaciół w swoim życiu. 

Od tej pory czyniłam wzmożone wysiłki, by trzymać się z dala od niej. W momentach 

zwątpienia  przypominałam  sobie  pełne  nienawiści  spojrzenie  Sary  Zerbe  i  uświadamiałam 

sobie,  jak  łatwo  mogłam  znaleźć  się  w  takiej  jak  ona  sytuacji.  To  dopingowało  mnie  do 

utrzymywania dystansu. 

background image

Dostrzegając teraz prawdziwy wizerunek Lisy, odkryłam również, że pozostałe osoby 

w  zespole  także  nie  przepadają  za  nią.  Czy  zawsze  się  zachowywali  w  ten  sposób,  czy  też 

może  podobnie  jak  ja  -  starali  się  rozgryźć,  jaka  naprawdę  była?  Nigdy  nie  udało  mi  się 

znaleźć odpowiedzi na to pytanie. 

Wyprawa  zbiorowa,  zapowiadana  jako  niezwykle  trudna,  okazała  się  pasjonującą 

eskapadą. A co najważniejsze, Jake nie musiał mi w niczym pomagać! Nie raz łapałam się na 

obserwowaniu  Lisy,  zdając  sobie  sprawę,  że  nadal  nie  byłam  w  stanie  dorównać  jej 

zręcznością, z jaką wykonywała większość czynności. 

Ostatniego ranka, już po bezpiecznym powrocie do bazy, rozpoczęłam przygotowania 

do wyjazdu. Lisa popatrzyła w moim kierunku znad rzeczy układanych na posłaniu. 

- Jak sądzę, ty i Jake jesteście  naprawdę zakochani,  czy nie tak?  - zapytała wprost,  a 

gdy odwróciłam się do niej, zauważyłam łagodny i smutny wyraz jej twarzy. Pomyślałam, że 

teraz nie może mnie już skrzywdzić. Nie ma w tym nic złego, jeżeli z nią porozmawiam. 

- Za wcześnie, by to stwierdzić - odpowiedziałam równie bezpośrednio.  - Nie znamy 

się dostatecznie długo. 

- Ale będziecie się widywać po powrocie do domu, tak? - dopytywała się. 

- Tak, będziemy się widywać. 

Lekko potrząsnęła głową, a ja mogłabym przysiąc, że dostrzegłam łzy w kącikach jej 

oczu. 

- To  musi  być  miłe  uczucie  -  wyszeptała  -  troszczyć  się  o  kogoś  i  wiedzieć,  że  ktoś 

myśli o tobie. 

- Może pewnego dnia i ty tego doświadczysz, Liso - powiedziałam łagodnie. - Sądzę, 

że mogłabyś uznać to za kolejną umiejętność, którą musisz posiąść. 

Sięgnęłam po torbę i  ruszyłam  w kierunku drzwi. Wiedziałam,  że Jake siedzi  już za 

jednym ze stołów w pawilonie, i nie chciałam, by czekał na mnie zbyt długo.