background image

WIESŁAW WERNIC

Colorado

Ilustrował 

STANISŁAW ROZWADOWSKI

CZYTELNIK— WARSZAWA— 1974

background image

Tak się zaczęło

Przebudziłem się. W pokoju było ciemno. Na tle niewidocznej ściany 

polśniewały dwa wąziutkie pasemka szarości. To szpary w okiennicy 

przepuszczały pierwszy dzienny brzask.

Siennik zachrzęścił. Podniosłem się ostroŜnie, aby nie zbudzić 

towarzysza śpiącego po przeciwległej stronie izby. ZbliŜyłem się na 

palcach do okna, wolno, wolniutko odsunąłem Ŝelazny haczyk 

przytrzymujący szeroką, ledwie oheblowaną deskę i lekko ją pchnąłem. 

Zawiasy zaskrzypiały piskliwie, ktoś poruszył się i usłyszałem senny 

głos Karola:

— Co tam robisz, Janie?

— Oddycham świeŜym powietrzem. Śpij, jeszcze nie ranek.

Mruknął coś w odpowiedzi, słoma zachrzęściła i znowu zapadła cisza.

Oparłem się o poprzeczną belkę i wyjrzałem. Pode mną rozciągał się 

czarny pas ziemi ogrodzonej palisadą z bali, wysoką na półtora chyba 

człowieka, z bramą o dwu skrzydłach zamkniętą na głucho, podpartą 

długimi tykami. Za bramą w cieniu ustępującej nocy widać było 

niezmierzoną, pustą przestrzeń. Na jakichś odległych krańcach, gdzie 

przeczuwać naleŜało horyzont, czerniała nieregularna, zamazana linia — 

dalekie pasmo Gór Skalistych.

Spojrzałem w lewo. Tam toczyła swój płytki nurt niewidoczna rzeka. Za 

nią ciągnęła się taka sama płaszczyzna, ograniczona z jednej strony 

atramentową ścianą lasu.

Sięgnąłem po lornetkę. Przestrzeń rozrosła się w jej szkłach, góry stały 

się bliŜsze i jeszcze groźniejsze, las posępniej rysował się czarnym 

background image

konturem. Tylko wody nadal nie dojrzałem. Musiała płynąć w dolinie, 

bezgłośna w tej ciszy. Skierowałem szkła prosto przed siebie i wydało mi 

się, iŜ dostrzegam jakiś ruchomy punkt. Czy była to antylopa biegnąca do

wodopoju, czy jakiś drapieŜnik powracający z nocnych łowów — nie 

mogłem stwierdzić.

Szarzało coraz bardziej, tumany mgieł przewalały się równiną. Wówczas 

usłyszałem lekkie skrzypienie piasku w dole. Ktoś podniósł się z ziemi, z 

ciemnego kącika utworzonego przez dwie krzyŜujące się ściany 

ogrodzenia. Przetarłem zaspane oczy: Colorado! Oczywiście on. Dziwny 

człowiek.

— Ja mam spać pod dachem? O nie, dŜentelmeni! To ujdzie w zimie, jak 

ś

nieg zawali ziemię, ale nie teraz... 

Colorado! Dostrzegłem, jak wspiął się na półkę biegnącą w połowie 

wysokości palisady i wyjrzał za ogrodzenie. Stał nieruchomo przez 

chwilę, potem lekko zeskoczył i zniknął w mroku. Pewnie wrócił do 

swego legowiska.

Spotkaliśmy go przed dwoma dniami w pustej okolicy. Mieliśmy juŜ 

wówczas za sobą spory szmat przebytej drogi. Skrajem jałowcowego 

lasku, potem poprzez krzaki pachnącej szałwi jechaliśmy prosto, jak 

strzelił, aŜ nagle podniosła się kurtyna lasu, drzewa odbiegły w prawo i 

lewo odsłaniając nagi, obły wzgórek. Na jego szczycie stał samotny 

jeździec z kolbą rusznicy wspartą na łęku siodła, nieruchomy i wspaniały 

w swej nieruchomości. Wyglądał jak pomnik albo jak aktor na scenie 

uwolnionej z czarnozielonej zasłony. Mimo woli ściągnąłem cugle. 

Słońce migotało na lufie broni, a przejrzyste powietrze pozwalało 

dostrzec kaŜdy szczegół ubrania nieznajomego. Było bajecznie 

kolorowe.

— Jak w teatrze — szepnąłem do Karola. — Albo jak w cyrku... KtóŜ to 

jest, u licha?

background image

Pytanie było usprawiedliwione: jeździec mienił się barwami tęczy. Od 

błękitu kapelusza, poprzez krwawą czerwień okręcającego szyję szala 

(którego końce spadały sztywno i cięŜko, jakby zrobione z ołowiu), po-

przez cytrynową kurtę, aŜ do spodni zielonego koloru.

Staliśmy, dopóki posąg nie oŜył nagle. Podniósł broń i zjechał galopem z 

pagórka. Zatrzymał się tuŜ przed nami tak gwałtownie, Ŝe koń wyrzucił 

kopytami chmurkę kurzu i przysiadł na zadzie.

— Witam podróŜnych. — Głos miał nieco chropawy, ale przyjemny dla 

ucha. — Witam — powtórzył. — Dokąd to dobre czy złe bogi 

prowadzą?

Karol w milczeniu wykonał ruch ręką: za i przed siebie. Przez tę krótką 

chwilę przyjrzałem się nieznajomemu. Z bliska nie wydawał się juŜ tak 

bajecznie kolorowy: błękitny kapelusz jakby poszarzał, czerwień szala 

zbladła, cytrynowa kurta świeciła wyblakłymi plackami łysin, zielone 

spodnie, pełne łat i cer, przybrały barwę szarozgniłą. Jedynie buty 

wyglądały solidnie.

— Jestem Colorado — rzekł jeździec. 

Skinąłem głową.

Kiedyśmy przed trzema dniami opuszczali malutkie miasteczko o 

hiszpańskiej nazwie Santa Rosa — pamiątka z czasów konkwistadorów 

— gospodarz obskurnej tawerny powiedział:

— W tych okolicach łatwo zabłądzić. — Tu popatrzał na nasze aŜ zbyt 

schludnie wyglądające sylwetki (nowicjusze?) i dodał: — Przed wami 

wyjechał Colorado. Jak dobrze popędzicie koni, to go dognacie. On się 

nie spieszy.

— A kto to jest? — zagadnął Karol. — Nie byliśmy nigdy w tych 

stronach.

— Obrzucił nas pogardliwym spojrzeniem:

— Tak właśnie myślałem. Kto to jest? Zapytaj się pan lepiej, kto to nie 

background image

jest. ChociaŜ i na to pytanie nie odpowiem. Colorado jest wszystkim po 

trochu, a jednocześnie... niczym.

Po tym niezrozumiałym wyjaśnieniu zebrał puste kufle po piwie i 

odwrócił się do nas plecami.

A więc mieliśmy przed sobą Colorado. Nie trzeba było odgadywać, Ŝe 

jest to po prostu przezwisko. Kolorado — to imię wielkiej rzeki mającej 

swe źródła w Górach Skalistych, a ujście w Zatoce Kalifornijskiej.

Na terytorium Nowego Meksyku, na Dzikim Zachodzie — jak określano 

te ziemie — przedstawiał się, kto chciał, kiedy chciał i jak chciał, albo 

nie czynił tego wcale.

— Ach, Colorado... — powtórzyłem.

— Słyszeliście o mnie?

— W Santa Rosa powiedzieli nam, Ŝe jeśli pognamy konie, to dopędzimy 

Colorado, bo on się nie spieszy.

Uśmiechnął się.

— To prawda. śycia nie przegonisz. W Santa Rosa siedzi w gospodzie 

“El Paso" jakiś niby Hiszpan, niby Metys o strasznie długim nazwisku, 

ale wielki cymbał. Na pewno on was tak objaśnił. Zdzierus! Chętnie 

wskaŜę gospodę lepszą niŜ “El Paso" i znacznie tańszą, bo... bezpłatną.

Zawrócił konia.

— No, dŜentelmeni, jeŜeli to panom odpowiada, ruszajmy.

Nie wiedziałem, czy śmiechem, Ŝartem, czy teŜ w pełni powagi mamy 

przyjąć to niespodziewane zaproszenie.

Karol rozstrzygnął sprawę:

— Bezpłatna gospoda... rzecz nie do pogardzenia. W Santa Rosa zdarto z 

nas dziesiątą skórę. Więc jeśli droga wiedzie na południe...

— A wiedzie, wiedzie.

Ruszyliśmy strzemię w strzemię. Jałowy step stanowił najszerszy 

gościniec świata.

background image

Colorado okazał się niezwykle rozmowny, ale ile w jego słowach tkwiło 

prawdy, a ile fantazji — nie sposób odgadnąć.

— Tak, tak, koledzy — mówił — przyjemna jest konna jazda. 

Przedkładam ją ponad inne, chociaŜ i kolej to dobry wynalazek. 

Oczywiście, jak się komuś spieszy. Ale mnie się nie spieszy, wam chyba 

równieŜ? Pierwszy raz tutaj?

A na nasze potwierdzenie rzekł jakby od niechcenia:

— W wagonie pociągu jest znacznie bezpieczniej.

— Napady? — zagadnął Karol.

— Zdarza się. Apacze, Komańcze, Indianie Pueblo, no i oczywiście 

dobrana partia obiboków spod ciemnej gwiazdy, czyli... przybyłych ze 

wschodu. Musieliście taką drogę wybrać? Wyglądacie na nowicjuszy. 

Ubranka jak z igły...

— A pan dawno tutaj? — zapytałem.

— Ho, ho! Widziałem ja juŜ, jak wbijano srebrne ćwieki w Promptory 

Point...

IleŜ, u licha, mógł mieć lat? Kiedy w Promptory Point, pod Ogden, 

wbijano uroczyście srebrne haki w ostatni podkład torów pierwszej na 

ś

wiecie linii kolejowej łączącej Atlantyk z Pacyfikiem, był rok 1869. 

Przed piętnastu laty!

— Bawił pan tam z rodzicami? — zapytałem niewinnie.

Spojrzał na mnie przenikliwie. Jakiś skurcz przebiegł mu po twarzy.

Przez trzy lata pracowałem przy budowie tej linii i zaręczam, Ŝe nie była 

to robota na siły chłopca. Ale dajmy temu spokój. Lepiej popatrzcie, jak 

preria zielenieje. Jedyna to pora roku, podczas której nieco wilgoci 

zbiera się w tej ziemi. Przyjemnie oddychać. Potem robi się piekielnie 

gorąco, a wiatr podnosi tumany kurzu, Ŝe świata nie widać. Wy tego nie 

znacie.

— Byliśmy w zeszłym roku w Arizonie — wtrąciłem.

background image

Wstrzymał na sekundę konia i popatrzał na nas uwaŜnie. Wydało mi się, 

Ŝ

e mnie świdruje na wylot swym spojrzeniem. Nieprzyjemne uczucie.

— Nie wyglądacie na blagierów — stwierdził po chwili milczenia. — 

Arizona? Ho, ho! To jeszcze dziki kraj. Prawie jak ten.

— Czy to oznacza, Ŝe Nowy Meksyk jest właśnie dziki?

Znowu zerknął na mnie:

— W tych stronach nigdy nie było spokojnie. Pamiętam pierwsze 

powstanie Apaczów w 1857, potem... chyba od 1861, przez dziesięć lat 

stałe walki z napierającym od wschodu osadnictwem. Potem próby zgro-

madzenia Apaczów na jednym terytorium, w rezerwacie. Generałowi 

Crookowi udało się wprawdzie ściągnąć garstkę czerwonoskórych i 

osadzić na wyznaczonym obszarze, ale reszta wędruje sobie, dokąd chce 

i kiedy chce. Raz spacerują po Nowym Meksyku, raz po Arizonie, kiedy 

indziej odwiedzają nawet Meksyk, 

przekraczając Rio Grandę * albo posuwają się z biegiem Kolorado i... 

szukaj wiatru w polu. Co robią dzisiaj, co zrobią jutro... któŜ odgadnie? 

Na dodatek Ŝrą się między sobą: Apacze Mescalero, Apacze Tonto, Apa-

cze Lipan, Apacze Zachodni... kto ich tam zliczy? Tak, tak, moi panowie. 

Jeśli wybraliście się na krajoznawczą wycieczkę, trzeba było udać się w 

inne strony. Chyba Ŝe macie waŜne sprawy do załatwienia. Zresztą, nie 

moja rzecz.

Wszystko to powiedział jakimś nieprzyjemnym tonem, bez cienia 

uśmiechu. Wolałem więc nie pytać. A Karol? Karol milczał przez cały 

czas jak zaklęty w kamień.

Jechaliśmy w miarę prędko, w miarę wolno, preria z rzadka porosłą 

trawami. Czarny lasek pozostał daleko za nami, a teraz cała przestrzeń 

migotała w słońcu barwami kwiatów, których łodygi chwiały się w po-

background image

dmuchach ciepłego wiatru i z suchym szelestem biły po końskich 

nogach.

Te barwy cieszyły początkowo wzrok, ale wkrótce ogarnęło mnie 

znuŜenie. JakŜe jednostajny krajobraz! Z nudów począłem przyglądać się 

broni naszego nowego towarzysza. Popatrzyłem na długaśną rusznicę. 

Jak na człowieka nieco obeznanego z bronią wraŜenie było wstrząsające! 

Powiem krótko: to była zupełnie haniebna broń, nie przynosząca 

właścicielowi zaszczytu. Nie wierzyłem własnym oczom: lufa jakby 

nieco krzywa, a na dobitkę w dwu miejscach przytwierdzona do łoŜyska 

drutem! Kurek — jak w muszkietach z ubiegłego stulecia. Chyba to 

“coś" naleŜało nabijać od przodu. Jak z takiego muzealnego eksponatu 

moŜna strzelać? A kolba? Kolba barwy nieokreślonej, o nierównej 

powierzchni. Wyglądało na to, iŜ wielokrotnie musiała zastępować... 

młotek. O broni krótkiej niewiele mogłem rzec. Z bardzo głębokich i 

zniszczonych futerałów pasa sterczały tylko czarno lśniące uchwyty.

Przed samym południem zatrzymaliśmy się nad srebrzystym strumykiem, 

gdzie 

Rio Grandę del Norte — rzeka stanowiąca w swej dolnej części granicę państwową między 

USA a Meksykiem, zwana równieŜ Rio Bravo.

trawa rosła gęściej, a malutki jałowcowy zagajnik rzucał nieco cienia. 

Obaj z Karolem powiedliśmy konie nad strugę. Ale Colorado postąpił 

inaczej. Obszedł najpierw oba brzegi strumyka, z kilkanaście chyba 

jardów, potem zniknął wśród jałowców, by wreszcie wyłonić się z 

gąszczu, lekko pogwizdując.

— W porządku — oświadczył. — Stary Colorado wszystko dobrze 

przepatrzył. Na przyszłość radzę wam naśladować go, jeśli nie chcecie 

stracić pewnego dnia swego pięknego uwłosienia głów lub zwiększyć 

cięŜaru ciała o wagę jednej kuli.

Zajął się rozsiodłaniem konia.

background image

Ten monolog uznałem za próbę zastraszenia nowicjuszy. Za takich nas 

przecieŜ uwaŜał. Spojrzałem wymownie na Karola i wzruszyłem 

ramionami. Colorado musiał dostrzec ten ruch, bo nie przerywając swej 

czynności, dorzucił:

— MoŜecie w to wierzyć albo nie, nie trzeba jednak lekcewaŜyć 

człowieka, który zna Nowy Meksyk jak własną kieszeń.

— I nie trzeba się teŜ obraŜać — próbował go udobruchać Karol. — Mój 

przyjaciel na pewno nie ma takiego doświadczenia, ale przecieŜ coś 

niecoś świata oglądał.

— Pewnie chodzi o tę Arizonę. Oglądaną z okien dyliŜansu, eee... gdzie 

tam! Prędzej z okna kolejowego wagonu.

Odwróciłem się gwałtownie, aby odpowiedzieć na złośliwość. Mój 

towarzysz trącił mnie w ramię.

— Zbyt powierzchownie ocenia pan ludzi, Colorado — powiedział 

spokojnie. — Nasza podróŜ przez Arizonę w niczym nie przypominała 

jazdy koleją.

— MoŜe... ChociaŜ coś za bardzo, nie obraŜajcie się, wyglądacie na 

zasiedziałych mieszczuchów, którzy wybrali się na letnią wycieczkę. 

Wasz ubiór, wasza broń... Zresztą, co mi do tego? Lepiej rozpalmy 

ognisko. Nie znoszę zimnego jedzenia w najgorętsze nawet dni.

Roześmiał się, jak z dobrego Ŝartu, po czym z osmolonym, pogiętym 

garnkiem, który wydobył z juków, powędrował po wodę.

— Nieprzyjemny typ — mruknął Karol.

— Raczej dziwny — odparłem półgłosem i począłem ścinać jałowcowe 

gałązki. Kiedy zgromadziłem ich sporą naręcz, cisnąłem na miejsce, z 

którego Karol usunął myśliwskim noŜem trawę. Tak postępowaliśmy 

zawsze podczas obozowania na prerii. Karol był pod tym względem 

pedantem. Niegdyś Ŝartowałem z takiej ostroŜności, ale jeden widok 

poŜaru stepu zmienił mój pogląd.

background image

Colorado powrócił i z aprobatą pokiwał głową. Potem ukląkł, zgarnął 

nieco chrustu i wydobył z głębin przepastnej kieszeni najprawdziwsze 

krzesiwo. Z trudem powstrzymałem uśmiech. Z kolei Colorado wyjął 

blaszane pudełeczko z hubką. Szczęknął krzemień o metal, błysnęły 

iskierki, uniósł się szary słupek dymu, a w chwilę później buchnął 

płomień.

— Gotowe — stwierdził i postawił bokiem do ognia pogięte naczynie. 

Postąpiliśmy podobnie. Gdy woda poczęła bulgotać, wsypaliśmy 

zmielonej na pył kawy, a Colorado nie odmówił jej przyjęcia. 

Natychmiast odwzajemnił się wręczając kaŜdemu z nas po sporej garści 

pemikanu — suszonego, zmielonego mięsa, wspaniałej potrawy, 

przyrządzanej od wieków przez wszystkie chyba plemiona indiańskie 

Północnej Ameryki. DołoŜyliśmy do tego nieco sucharów zabranych na 

drogę jeszcze w Milwaukee i uczta wypadła znakomicie. Kiedy wreszcie 

nabiliśmy fajki tytoniem, zapytałem:

— Nie uŜywa pan zapałek?

— Nigdy. Łatwo nasiąkają wilgocią. MoŜna co prawda próbować dwoma 

kawałkami drewna...

— Raczej kołkiem i deseczką — wtrąciłem;

— O, znacie ten sposób? — zdziwił się.

— Znamy — stwierdził Karol. — Jest jednak zawodny. Kiedyś po 

ulewnym deszczu Ŝaden z wojowników Czarnych Stóp nie mógł 

wykrzesać ani iskierki.

— Właśnie, właśnie. Nie masz jak krzesiwko. SłuŜy mi od wielu lat i nie 

psuje się. Hm... ale gdzieŜ to oglądaliście Czarne Stopy? W cyrku?

— Colorado — odezwał się mój przyjaciel — lepiej rozstańmy się. Wolę 

stracić bezpłatną gospodę niŜ wysłuchiwać pańskich złośliwości.

Myślałem, Ŝe traper wybuchnie gniewem. Ale nie. Twarz mu się tylko 

skurczyła nieprzyjemnie.

background image

— Złośliwości? — powtórzył. — Tacy jesteście draŜliwi. Kto lubi 

złośliwości? Ale ja mam zwyczaj gadać, co chcę i kiedy chcę.

— Colorado! — krzyknąłem podraŜniony. — Rozstańmy się w spokoju. 

Ani ja, ani Wielki Bóbr nie przyjechaliśmy tu szukać zwady.

— Co? — spojrzał na nas uwaŜnie. — Wielki Bóbr? Niby: kto?

Wskazałem palcem na Karola:

— To jego przezwisko. Znane jest dobrze w Kanadzie, ale nie tylko 

tam...

Traper podniósł się wolno od ogniska. Wstaliśmy równieŜ.

— Ludzie — powiedział jakby wzruszonym głosem — czy to prawda?

— Ale uparty — mruknąłem.

— Jeśli to prawda — ciągnął pomijając milczeniem moją uwagę — to 

wy dwaj zlikwidowaliście przed rokiem jakąś bandę w Arizonie, tak? 

Słyszałem coś o tym.

Karol skinął głową, a ja dodałem:

— Było nas tam więcej..:

— Wielki Bóbr! Marzyłem, Ŝeby was spotkać. Prawdziwych westmanów 

coraz mniej na świecie. Przyjdzie czas, Ŝe po preriach uganiać się będą 

juŜ tylko hodowcy bydła. A pan — zwrócił się do mnie — musi być tym 

lekarzem, który pomagał Wielkiemu Bobrowi. Jeśli chociaŜ ćwierć 

prawdy jest w tym, co mi o was opowiadano, jesteście zuchy, co się 

zowie! Zmylił mnie wasz wygląd.

— Nasze nowe ubrania? — zapytałem złośliwie. — i nasza broń, która 

nie rozpada się w kawałki?

Spojrzał na mnie ostro, ale zaraz uśmiechnął się.

— To przytyk. Nie obraŜę się. Niektórzy twierdzą, Ŝe ubiór o niczym nie 

ś

wiadczy. To zaleŜy kiedy. Strój to cząstka człowieka, coś o nim mówi. 

A co się tyczy broni, hm, jeszcze zobaczymy, która celniej strzela.

Klepnął się po udach i znowu siadł. Uznaliśmy spór za zlikwidowany.

background image

— Co pan tam wywęszył w lasku i nad strumieniem? — zapytałem 

zajmując miejsce przy ogniu.

— Mogę ci na to odpowiedzieć — wtrącił się Karol. — Colorado 

odnalazł czyjeś tropy, ale mocno juŜ zatarte, dlatego teraz zachowuje się 

tak beztrosko.

— Rzeczywiście. Zatarte ślady. Ktoś tu obozował, jeśli się nie mylę. I 

odjechał, ot tam — wskazał ręką.

— Jak pan na to wpadł?

— Przypadkowo. Mam niezły wzrok. Ale uznałem, iŜ jedno sprawdzenie 

wystarczy. Dlatego dałem spokój poszukiwaniom.

Mruknął coś do siebie, a później poinformował:

— Trzech ich było tutaj.

— Czerwonoskórzy? — zapytałem.

— Nie. Konie podkute i buty z obcasami. Nocowali w lasku. Dwa razy 

słońce od tamtej pory zaszło, jeśli się nie mylę. A poza tym... jeden koń 

stąpał bardzo dziwnie. To rzadko się trafia. Musiał być kradziony, a 

złodziej nie poznał się w czas.

Zaskoczył mnie taki nieoczekiwany wniosek.

— Dlaczego?

— Wytłumaczę panu, doktorze. Pan pozwoli, Ŝe będę uŜywał tego tytułu.

— Proszę...

— Powiedziałem, Ŝe koń kradziony, bo nikt, kto wybiera się na prerię, 

takiego wierzchowca nie kupi. Chyba ślepy! Pan wie przecieŜ, jak koń 

chodzi: lewa noga przednia i prawa noga tylna, potem: prawa przednia i 

lewa tylna. Ale niekiedy trafia się takie zwierzę, które posuwa się 

bokami.

— Jak to?

— Tak, Ŝe najpierw stawia dwie lewe nogi, potem dwie prawe. Zupełnie 

jak wielbłąd. Powiadają wówczas, Ŝe chodzi kroczem albo skroczem, 

background image

albo Ŝe ma skrocza... Mniejsza z tym. Takie konie są bardzo szybkie.

— No więc!

— Ba, to nie są konie dla westmanów. Zostawiają tak inne ślady, Ŝe nie 

sposób nie zwrócić na nie uwagi. Jednego takiego konia bez trudu 

rozpoznać by moŜna w całym tabunie. Kto się zna na koniach, nie kupi 

takiego zwierzęcia na prerię.

Spojrzałem pytająco na Karola. Skinął głową.

— No właśnie. Wielki Bóbr wie, ale z pana, doktorze, to Ŝaden koniarz.

Przyznałem, Ŝe koniarzem Ŝadnym nie jestem, chociaŜ potrafię na oko 

odróŜnić chabetę od dobrego wierzchowca.

— Ba — podjął znów Colorado. — Są inne, jeszcze gorsze, ale poznać 

się na nich moŜna dopiero podczas jazdy. Takie zdradliwe bestie. Trzeba 

panu wiedzieć, Ŝe istnieją wierzchowce, które w galopie uderzają tylnymi

kopytami o przednie. Jeśli jeździec w porę się nie zorientuje i nie będzie 

mocno ściągał cugli, konik przekoziołkuje. Najczęściej nie podniesie się 

więcej.

Ani on, ani jeździec. O takich koniach mówią, Ŝe się “ścigają". To 

fachowe określenie. 

— Pan się chyba wychowywał z końmi, Colorado?

— Tylko przez pewien czas. Ale opowiedzcie lepiej, jak tam było w 

Arizonie.

JuŜ otwierałem usta, ale Karol wpadł mi w słowo:

— MoŜe później, to długa historia.

Colorado nie nalegał. Spojrzał w niebo, sięgnął do którejś z licznych 

kieszeni swego przyodziewku i wydobył z niej najprawdziwszy zegarek. 

To było dla mnie zaskoczenie. JakiŜ westman nosi zegarek? Ten 

delikatny przyrząd, tak mało odporny na wstrząsy i wilgoć. Traper czy 

westman regulują swój dzień według połoŜenia słońca, a noc według 

gwiazd i zaręczam wam, iŜ nawet ja nie odczuwałem braku ja-

background image

kiegokolwiek innego czasomierza!

Zegarek był solidny, wielki, metalowy, mocno porysowany i błyszczący 

od stałego zapewne wycierania. Colorado otworzył solidną kopertę i 

spojrzał na tarczę.

— JuŜ po pierwszej. Jeśli na wieczór mamy stanąć w zagrodzie Sama 

O'Brien, zbierajmy się. To mój imiennik — dodał — ja jestem równieŜ 

Samuel. No, szybko, szybko. Po nocy jechać nieprzyjemnie. MoŜna 

wpaść w jakąś dziurę albo wprost w ramiona Mescalerów, Lipanów, 

Tantów, czy jak tam jeszcze się wabią, innymi słowy: Apaczów. Mnie co 

prawda skalp nie grozi, ale wy obaj macie dość bujne czupryny.

Tak gadając zabrał się do siodłania konia. Ruszyliśmy za jego 

przykładem.

— Colorado, czyŜby pana juŜ raz oskalpowano? — zapytałem.

— Mnie? — wrzasnął dopinając popręgu. — To im się nie udało i nigdy 

nie uda! Spójrzcie!

Zerwał kapelusz z głowy — była naga jak kolano.

— W młodości przechodziłem jakąś paskudną chorobę — wyjaśnił — a 

po niej wszystkie włosy mi wypadły.

— Tyfus plamisty — stwierdziłem.

— MoŜe i tak. Doktor lepiej się na tym zna.

— Miał pan szczęście, Colorado — zauwaŜyłem. — Tanim kosztem się 

pan wykręcił. Najczęściej to się umiera.

— Nie będę zaprzeczał. No, jak tam? Gotowe? 

Uderzyliśmy wierzchowce cuglami i ruszyli kłusem, a potem galopem.

Colorado dobrze ocenił odległość, bo nim słoneczna tarcza dobiegła 

horyzontu, zgrzani, zakurzeni i szczęśliwi na widok ludzkiego 

domostwa, wjeŜdŜaliśmy

w bramę wysokiej palisady. Za nią, na obszernym podwórcu, wznosiła 

się budowla zbita z grubych bali, z wąskimi okienkami i dachem 

background image

spadzistym, pochylonym w jednym kierunku. Na nasz widok wybiegł 

podrostek ze strzelbą w garści.

— Jak się masz, George? — zawołał Colorado. — OdłóŜ tę pukawkę. 

Gdzie ojciec?

— Ach, to wy!

W tej chwili druga postać ukazała się na podwórzu. Był to starszy 

męŜczyzna, z odkrytą głową, z włosami lekko przyprószonymi siwizną, o 

ruchach energicznych i twarzy spalonej na brąz.

— Halo, Sam! — krzyknął znowu nasz przewodnik. — Sprowadziłem 

gości.

— Halo, Sam! Witaj! Zejdźcie z koni, panowie. Proszę w moje niskie 

progi. George, zawiadom matkę — a kiedy chłopak oddalił się, zaczął 

wypytywać Colorado: — Gdzieś się kręcił? Chyba rok ciebie nie oglą-

dałem.

— Ani ja ciebie, stary niedźwiedziu. Nie byłem pewien, czy ta buda stoi 

jeszcze na swoim miejscu.

— A dlaczegoŜ nie miałaby stać?

— Ba, duŜo jeszcze wody popłynie w Rio Grandę, zanim w tych stronach

domy rozpadać się będą tylko ze starości. Ale mnie juŜ wówczas tutaj nie 

znajdziesz.

— Pleciesz głupstwa, Sam. Pozwólcie, panowie — zwrócił się do nas.

Przez wąziutką sionkę wprowadził nas do nieco mrocznego wnętrza. 

Malutkie otwory okienne skąpo przepuszczały światło, a na dworze 

poczęło zmierzchać.

— Siadajcie!

Zdjęliśmy kapelusze, broń odstawili do kąta i opadli na cięŜkie, ledwo 

oheblowane ławy, z czterech stron otaczające równie prymitywny stół.

— Colorado od czasu do czasu lubi straszyć — uśmiechał się gospodarz 

— ale tu kraj spokojny i nie ma się czego obawiać.

background image

— Obawiać! A to dobre! Popatrz na nich, Sam, popatrz dobrze. Oni i 

obawa!

Palec Colorado wskazywał raz na Karola, raz na mnie. Nie mogliśmy 

pojąć, o co mu chodzi.

— Słyszałeś o tej hecy w Arizonie? Na pewno słyszałeś. śebyś wiedział, 

Ŝ

e to właśnie oni. Te dwa zuchy dały radę całej bandzie.

O'Brien spojrzał na nas pytająco. Kiwnąłem głową, ale dodałem:

— Przesada. Tam było nas dobrych kilka dziesiątek.

Farmer roześmiał się:

— Co za skromność! Słyszałem o was, pewnie, Ŝe słyszałem. Mówiono, 

Ŝ

e zrobiliście porządek w Arizonie. Sami czy nie sami... niewaŜne.

Rozmowę przerwał George, który wniósł trzy zapalone świece w 

prymitywnych lichtarzach, a po chwili gospodyni postawiła na stole 

zimne i gorące mięso i zajęła miejsce obok nas, uścisnąwszy kaŜdemu 

rękę. Tak oto miałem przed sobą typową rodzinę osadniczą, przed-

stawicieli wielkiej masy drobnych rolników, jacy od dziesiątków lat parli 

na zachód, szukając urodzajniejszych, a przede wszystkim 

obszerniejszych od dotychczas uprawianych terenów. Jeszcze w roku 

1861 niezmierzone ziemie rozciągające się między doliną Missisipi a 

Kalifornią stanowiły kraj prawie dziewiczy. śyło tu nie więcej niŜ pół 

miliona ludzi, a po pustych obszarach wędrowali swobodnie Indianie, 

których liczba sięgała trzystu tysięcy. Na północy Siuksowie (a raczej — 

prawidłowo — Dakoci), na zachodzie Czejenowie i Arapahowie, na 

południu Apacze, Komańcze i szereg mniejszych plemion. W trzy lata 

później, w roku 1864, co najmniej 150 tysięcy osób wywędrowało z 

terenów leŜących nad Missouri na Daleki Zachód. Jak obliczano, w 

jednym tylko roku przez Omaha przeszło 75 tysięcy ludzi z 75 tysiącami 

sztuk bydła, 30 tysiącami koni i mułów, 22 tysiącami ton bagaŜu załado-

wanego na wielkie wozy. Wielu z nich dąŜyło w góry szukać “skarbów", 

background image

wielu było włóczęgami, ale potęŜną grupę stanowili ludzie pragnący 

zaorać i obsiać niczyje dotąd i nie tknięte pługiem stepy. Teraz, w 1884 

roku, na dawnych pustkowiach rosła pszenica, ogromniały stada 

domowego bydła i wznosiły się błyszczące świeŜością ściany zagród. 

JednakŜe kraj był wielki, więc ciągle jeszcze w jego południowych i 

południowo—zachodnich partiach częściej spotykało się płową zwie-

rzynę czy indiańskiego wojownika niŜ farmera. W takim kraju 

znajdowaliśmy się obecnie: Karol i ja, a chociaŜ siedzieliśmy za stołem 

przy blasku luksusowych podówczas świec, wiedziałem dobrze, Ŝe o 

milę dalej, poza linią pól i pastwisk O’Briena, rozciąga się pierwotna 

głusza, nie zbadana jeszcze przestrzeń lasów i stepów, przecięta 

rzeczkami o nie ustalonych nazwach, poprzedzielana pasmami górskimi 

o szczytach, na które nikt jeszcze się nie wspinał. 'Takim był Nowy 

Meksyk, obszar nie posiadający praw stanowych, rzadko zaludniony i 

pełen niespodzianek witających podróŜnego.

Właśnie jedna z nich ukazała się teraz w półmroku nadciągającego świtu, 

gdy wychylony przez okno obserwowałem daleką przestrzeń, podwórze 

otoczone płotem i Sama—Colorado leŜącego tuŜ przy ogrodzeniu.

PrzyłoŜyłem znowu lornetkę do oczu. Za rzeką błysnęły róŜowo 

pierwsze zorze. W ich ł łagodnym blasku dostrzegłem trzech jeźdźców 

galopujących otwartą płaszczyzną. Dopadli doliny rzeki, zniknęli na 

chwilę, a potem ukazali się znowu na drugim brzegu.

Odjąłem szkła od oczu, wychyliłem się jeszcze bardziej przez otwór i 

powiedziałem półgłosem w kierunku śpiącej na dole postaci. Głos mój w 

porannej ciszy zabrzmiał czysto i wyraźnie:

— Colorado, wstawaj! Indianie…

background image

Tropy nad wodą

A teraz — nieco wyjaśnień. Od paru lat stało się moim zwyczajem w 

okresie wiosny opuszczać miasto, w którym spędzałem zimę. Nauczył 

mnie tego Karol Gordon, znakomity traper, noszący równieŜ przydomek 

Wielkiego Bobra, nadany mu przez plemię Czarnych Stóp zamieszkujące 

kanadyjską prerię.

Karol Gordon w wyniku nieszczęśliwego wypadku (spotkania z szarym 

niedźwiedziem) odniósł powaŜne rany. W efekcie — trafił na oddział 

chirurgiczny szpitala w Milwaukee nad jeziorem Michigan. To był rok 

1880, a ja pełniłem w tym właśnie szpitalu funkcję zastępcy naczelnego 

chirurga. Reszty łatwo się domyślić. Karol stał się moim nieodłącznym 

towarzyszem i on to właśnie wiosną 1881 roku namówił mnie na wypra-

wę w głąb kanadyjskiej prerii, by odwiedzić plemię Czarnych Stóp. Z tej 

wyprawy wróciłem dopiero jesienią, pełen energii i zachwytu nad 

wspaniałym pejzaŜem tamtego kraju. Wiosną następnego roku wy-

ruszyłem w te same strony. Wówczas to czarodziej Czarnych Stóp nadał 

mi imię Orlego Pióra. Jak byłem z tego dumny — nie sposób opisać.

ś

eby wreszcie zakończyć te wspominki, dodam, iŜ w roku ubiegłym (to 

znaczy 1883) bawiliśmy na terenie Arizony, dokąd Karol udał się ze 

specjalną misją

mającą na celu zaŜegnanie niepokojów, a nawet zbrojnych wystąpień 

największego z tamtejszych plemion czerwonoskórych, Nawajów. W 

wyniku tego przedsięwzięcia zawarliśmy znajomość z szeregiem 

interesujących osób, między innymi z don Pedro Gonzalesem, 

hacjenderem przybyłym wraz z córką z Meksyku. On to zobowiązał nas 

do odwiedzenia go przy najbliŜszej okazji. Okazja — oczywiście — nie 

background image

zdarzyła się i nic nie wskazywało na to, by kiedykolwiek mogła się zda-

rzyć. Bo jakiŜ interes do załatwienia mogłem mieć w tak odległej 

krainie? Postanowiliśmy więc z Karolem rzecz całą odwrócić: jechać do 

Gonzalesa, a po drodze zwiedzić Nowy Meksyk. Dlaczego właśnie No-

wy Meksyk?

Widzę — wbrew swym pragnieniom. — iŜ sprawy nie da się jednak 

streścić w paru zdaniach. Wybaczcie!

OtóŜ w roku ubiegłym poznaliśmy wodza Apaczów Mescalero, imieniem 

Pehnulte, co znaczy w języku tego narodu: Wielki Jeleń. Nie tylko 

poznaliśmy, ale — Karol i ja — wypaliliśmy z nim kalumet, czyli fajkę 

pokoju. Jakie to ma znaczenie we wzajemnych stosunkach między 

Indianami a białymi, nie potrzebuję chyba wyjaśniać. Ale na tym sprawa 

się nie zakończyła. Bo oto, znowu we dwójkę, zdołaliśmy Apacza 

wyciągnąć z samego środka paszczy śmierci. Stało się to równieŜ w 

Arizonie, w ponurej, na odludziu leŜącej jałowej dolinie. W niej 

dopadliśmy po długiej pogoni niebezpiecznego złoczyńcę, prowadzącego 

od lat podwójny Ŝywot: raz właściciela gospody w małym miasteczku, 

raz przywódcy bandy rabusiów. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi 

okoliczności, któremu nieco pomogliśmy, herszt bandy został 

zdemaskowany. Jako gospodarz saloonu Ŝył pod nazwiskiem Toma 

Lessera. Czy było ono prawdziwe, czy nie — to sprawa obojętna. Lesser 

w ostatniej chwili zdołał nam umknąć i teraz buja gdzieś po świecie. 

Najprawdopodobniej przedostał się do Meksyku, graniczącego z 

Arizoną. Wspominam o nim dlatego, Ŝe podczas pościgu Apacz o mało 

się nie zabił. Stało się to we wspomnianej juŜ przeze mnie dolinie, która 

nosi nazwę Doliny Śmierci. Lesser uciekał z niej jadąc konno wąziutką, 

skalistą percią, stopniowo wznoszącą się w górę po zboczu. Gnaliśmy za 

nim we trójkę: Pehnulte, Karol Gordon i ja. Lecz Apacz dosiadał 

najściglejszego konia, wyprzedził nas znacznie i byłby z wszelką 

background image

pewnością schwytał Lessera, gdyby nie obsunął się nagle spory kawał 

skały. Koń stoczył się na samo dno doliny. Jeździec potrafił uchwycić się 

występu stromego zbocza. W ostatniej chyba sekundzie zdołaliśmy 

rzucić lasso i wciągnąć wiszącego na ścieŜkę. Pamiętam słowa, z którymi 

wówczas Apacz do nas się zwrócił:

— Gdyby nie moi biali bracia, leŜałbym tam — wskazał na widniejącą 

pod nami na głębokości kilkudziesięciu jardów przepaść. — Pehnulte 

nigdy im tego nie zapomni.

I tak zyskaliśmy sobie wiernego sprzymierzeńca.

Teraz, wybrawszy się w drogę do siedziby don Pedro, postanowiliśmy 

najmniej nam znaną jej część przebyć konno. Wyjechałem pociągiem z 

Milwaukee wraz z Karolem Gordonem pewnego wczesnowiosennego 

dnia, wioząc ze sobą broń i uprząŜ. Wierzchowce mieliśmy nabyć 

później. I tak teŜ się stało. Obraliśmy marszrutę wiodącą poprzez tereny 

Arizony, którą zamierzaliśmy przeciąć po linii ukośnej, aby jak 

najkrótszą drogą dotrzeć do granicy Meksyku i Stanów.

Koleją przebyliśmy Illinois i Kansas, dąŜąc wprost na południowy 

zachód aŜ do miejsca, w którym tory skręcały w kierunku Los Angeles. 

Tam poŜegnaliśmy się z szynami i rozpoczęli wędrówkę przez obszar 

Nowego Meksyku. Teren olbrzymi, słabo jeszcze zaludniony i prawie 

pozbawiony dróg.

Dlaczego więc taką wybraliśmy trasę zamiast jechać dalej w wygodnym 

wagonie?

Dlatego, Ŝe pragnęliśmy odwiedzić Pehnulte. Wiedzieliśmy, iŜ Apacze 

Mescalero kręcą się gdzieś po Nowym Meksyku. Właśnie — gdzieś. To 

jest chyba najbliŜsze prawdy określenie. To znaczy: moŜemy ich spotkać 

wszędzie lub nigdzie. Indianie wędrowali tu i tam, pojawiali się w 

najmniej spodziewanym czasie i miejscu.

Po opuszczeniu pociągu na małej stacyjce minęliśmy domek z werandą, 

background image

przez nikogo nie zamieszkany, opatrzony (na wielkiej tablicy) napisem: 

“Blue Water": Poszliśmy szukać tej “niebieskiej wody". Odkryliśmy ją 

bez trudu w postaci małej rzeczki wesoło bulgocącej po dnie z 

Ŝ

ółciutkiego piasku. Nie była zresztą bardziej niebieska niŜ wszystkie 

inne rzeki Ameryki Północnej. Autor napisu musiał mieć sporo fantazji.

Widok wody bardzo mnie ucieszył — okazja do zmycia z siebie kurzu 

drogi. Jeszcze większą naszą radość spowodował widok znad brzegu: 

wznoszące się w pobliŜu zabudowania.

— Tego nam najbardziej potrzeba — zauwaŜył Karol. — Tego 

oczekiwałem, chociaŜ informatorzy często się mylą, a budynki w tych 

stronach potrafią szybciej ginąć, niŜ się je wznosi. Mamy przed sobą 

czyjeś gospodarstwo. A jak gospodarstwo, to i konie.

— Ciekaw jestem, co byś począł, gdyby okazało się, iŜ “Blue Water" to 

pustkowie?

— Nie wyznacza się przystanków kolejowych w szczerej pustyni. Bo i 

po co? Nikt nie wsiądzie, nikt nie wysiądzie. Towarzystwa kolejowe 

wiedzą, co czynią. Idziemy.

Pomaszerowaliśmy skrajem rzeczki, potem w bok, wydeptaną w rzadkiej 

trawie steczką. Zawiodła nas prosto przez otwartą na ścieŜaj bramę na 

podwórze, na które właśnie wytaczano wóz ze stojącej w głębi szopy. 

Dwu ludzi w rozpiętych koszulach i poplamionych spodniach ciągnęło za

dyszel, a trzeci, nieco schludniej odziany, prowadził konia wlokącego za 

sobą długą uzdę. Ujrzawszy nas zestawił zwierzę i podszedł. Nasz 

wygląd musiał natychmiast zorientować go w sytuacji: nieśliśmy na 

plecach siodła, derki i całą resztę uprzęŜy. Stanowiło to cięŜar niemały i 

chociaŜ na niebie zaledwie wstał ranek — raczej chłodny — byłem 

mokry od potu.

— Szukacie koni? — i nie czekając na odpowiedź dodał: — Chodźcie ze 

mną, coś wam pokaŜę.

background image

Ruszyliśmy bez słowa. Jakieś sto jardów w bok znajdował się corral. Tak 

w tych stronach — z hiszpańska — zwano zagrodę dla koni. Była to 

budowla bez dachu, ogrodzenie zbite z grubych belek, sięgające piersi 

człowieka. Tworzyło spory kwadrat, pośrodku którego pasło się pięć 

wierzchowców. Cisnąłem — z westchnieniem ulgi — swój ładunek na 

ziemię, przysięgając nie dźwigać go ani przez minutę dłuŜej. Karol 

uczynił podobnie. Zdaje się, Ŝe i jemu dopiekło.

— A teraz, dŜentelmeni, spójrzcie! KaŜde zwierzę innej maści. MoŜecie 

wybierać, jeśli tylko posiadacie gotówkę.

Istotnie, było w czym wybierać. Najbardziej przypadł mi do gustu koń 

czarny jak smoła, z białą plamką na czole. Głośno wyraziłem swój 

zachwyt, być moŜe zbyt Ŝarliwie, bo Karol trącił mnie łokciem w bok. 

Bał się, Ŝe w ten sposób podbiję cenę. Farmer popatrzał na mnie 

przeciągle i zapytał:

— A pan dobrze jeździ?

— No, nie najgorzej... chyba.

— Nie najgorzej? Nie radzę brać tego konia. Jest trochę narowisty, 

potrzebuje silnej ręki i bardzo dobrego jeźdźca. Przynajmniej przez 

pierwsze kilka tygodni. Później się przyzwyczai.

— AleŜ... — usiłowałem zaprotestować, boleśnie dotknięty w swej 

jeździeckiej dumie.

— Daj spokój, Janie — przerwał mi Karol — jeździsz zupełnie nieźle, 

ale ten koń wygląda nieco groźnie. To raczej nie dla ciebie.

— Jak uwaŜasz — mruknąłem uraŜony.

— Doskonale, Janie. Zdaj się na mnie.

Wzruszyłem ramionami. Karol wybrał dwa wierzchowce, ale nie było 

wśród nich karosza. Kiedy przyszło do ustalenia ceny, okazała się zbyt 

wygórowana, jak na nasze moŜliwości. Wówczas wybrał dwa inne, lecz i 

tym razem nie było wśród nich karego. Znowu farmer zaŜądał zbyt wiele.

background image

— Ha — westchnął mój towarzysz — nie będzie handlu. Idziemy, Janie, 

dalej...

Zmartwiałem. Perspektywa dalszego marszu z siodłem na karku była 

przeraŜająca. Ale cóŜ mogłem począć? Zarzuciłem na plecy ładunek, 

który wydał mi się jeszcze cięŜszy, i ruszyliśmy w kierunku bramy. 

Chwilkę trwała cisza, a potem: 

— Poczekajcie panowie! PrzecieŜ jakoś dojdziemy do ładu.

Stanęliśmy:

— Weźcie karego:

— Jak to! — krzyknąłem: — Sam pan odradzał..:

— Bo to nie koń dla kaŜdego, ale pański towarzysz da sobie z nim radę. 

Ja znam się na ludziach.

Teraz dopiero zaczął się targ. Kiedy dziś o nim wspominam, wygląda 

nawet zabawnie, ale wówczas nie było mi do śmiechu. Lękałem się, iŜ 

transakcja znowu nie dojdzie do skutku. Co prawda tym razem 

gospodarz aŜ trzykrotnie obniŜał cenę, ale ciągle pod warunkiem nabycia 

karosza. A Karol zgadzał się na kaŜdego innego konia, byle nie na tego. 

W końcu uległ i ze zniechęconą miną przystąpił do szczegółowych 

oględzin naszych nabytków: karego i przeznaczonego dla mnie 

gniadosza. Potem załoŜyliśmy uprząŜ i wskoczyli na siodła. Gniady 

zachowywał się spokojnie jak normalny, przyzwoity wierzchowiec. Ale 

koń Karola! Najpierw stanął dęba, potem rzucił się prosto na ogrodzenie 

corralu, wreszcie usiłował rozciągnąć się na ziemi. Miałem okazję 

podziwiać, jak doskonale dawał sobie radę mój przyjaciel. Zabawa trwała

przeszło godzinę. Czarny konik lśnił od potu, z pyska spadała płatami 

piana, a nogi mu drŜały. Dopiero wówczas Karol opuścił siodło, cięŜko 

oddychając.

— Coś mi się chyba... naleŜy za... ujeŜdŜenie... tego diabła — powiedział 

przerywanym głosem.

background image

Farmer roześmiał się:

— Zuch z pana. Zapraszam was obu na dobre jedzenie i dobre spanie. 

Chyba nie odjedziecie przed jutrem?

Gospodarz zapraszał tak gorąco, Ŝe ustąpiliśmy. Zaraz teŜ poznaliśmy 

czterech synów i małŜonkę pana Gilberta Freemana. Wymieniając swe 

nazwisko farmer

z humorem zauwaŜył, iŜ ono to właśnie doprowadziło go do celu: teraz 

istotnie czuje się wolnym człowiekiem *•

Z długiej rozmowy prowadzonej przy obficie zastawionym stole 

wynikło, iŜ Freeman przed paru laty był dzierŜawcą skromnego 

gospodarstwa w okolicach Nowego Jorku, Ŝe zebrał nieco pieniędzy i 

przy pierwszej nadarzającej się okazji powędrował na zachód szukać 

szczęścia. Od przedsiębiorstwa kolejowego nabył spory szmat ziemi tuŜ 

przy torach, w zamian za co wyznaczono tu przystanek, któremu on sam 

— jak się chwalił — nadał nazwę “Blue Water". Takie miano nosił 

strumień, nad którym mieszkał w stanie Nowy Jork. Stara nazwa 

przywędrowała wraz z osadnikiem na nowe miejsce.

Zapytałem, jak się czuje na tym gospodarstwie i czy nie był niepokojony 

przez Indian. W odpowiedzi usłyszałem chóralny śmiech. Gospodarz 

natychmiast wyjaśnił, iŜ odkąd tu przebywają, nie widzieli ani jednego 

czerwonoskórego. W przeciwieństwie do białych!

— To znaczy, iŜ w sąsiedztwie znajdują się jeszcze inne gospodarstwa 

— stwierdził Karol.

— AleŜ nie!

— No to skąd się biorą tutaj osadnicy?

— Nie ma osadników. Ci biali to po prostu pasaŜerowie pociągów 

zatrzymujących się w Blue Water. Nie wiem, dlaczego tu właśnie 

opuszczają wagony. Chciałbym, aby jechali jak najdalej, na wschód czy 

na zachód, to obojętne. Byle nie do Blue Water, bo z tego wynikają tylko 

background image

kłopoty.

— Kradną?

— OtóŜ to. Próbują kraść. KaŜdy gwizd parowozu czy turkot kół po 

szynach stawiają nas na nogi. To jest alarm, moi panowie. Najgorsza 

rzecz z tym, Ŝe jeden z pociągów zatrzymuje się na długo przed świtem. 

Gdyby nie mój czujny sen, nie mógłbym wam sprzedać ani jednego 

konia. Niedawno przepędziliśmy ich, jak to się mówi, w ostatniej chwili.

— Kogo?

— Trójkę. Było jeszcze dobrze ciemno i nie bardzo mogłem przyjrzeć się 

twarzom. Zresztą i czasu nie starczyło, uciekali dość szybko.

— Konno?

— Gdzie tam! Konie mieli zamiar znaleźć dopiero u mnie. Pewnie 

liczyli, iŜ trafią na samotnego farmera. Srodze się zawiedli. KaŜdy z 

moich synów umie 

Fr e e m a n (ang.) — dosłownie: wolny człowiek (free man).

trafić w podrzuconą dziesięciocentówkę.

— Była strzelanina? — zapytał Karol.

— W niebo, prosto w chmury. Dla postrachu. Poskutkowało, ale później 

przez trzy kolejne noce pilnie baczyliśmy na okolicę. Rozumiecie, 

panowie, wędrowali pieszo, nie mogli daleko odejść.

— Mieli broń?

— A jakŜe. Jednak nie ośmielili się jej uŜyć.

— Oczywiście sprawdziliście ślady — wtrącił się Karol.

— Ślady? A po co? Kto by je zresztą odnalazł? Wystarczy, Ŝe przez kilka 

godzin powieje wiatr. Wszystko się wygładzi równiutko.

— To wielka nieostroŜność. Farmer popatrzał na nas uwaŜnie:

— Nie Ŝartujecie? PrzecieŜ od tamtego wypadku minęło... zaraz... — 

background image

zastanowił się chwilę.

— Dziesięć dni — przypomniał jeden z synów.

— Właśnie, dziesięć dni. Musieli dawno odejść albo odjechać, albo... 

umrzeć z głodu, bo ze zwierzyną tu trudno. Zresztą nie słyszeliśmy 

Ŝ

adnych strzałów.

— Hm — mruknął Karol — z tego moŜe wynikać, Ŝe są teraz dość 

daleko od Blue Water, radzę jednak na przyszłość dokładniej śledzić, 

dokąd udają się tacy nieproszeni goście. Chyba... chyba, Ŝe zamierza pan 

z powrotem przenieść się pod Nowy Jork.

— O, nie! Pod Nowy Jork? Ja tu jestem wolny człowiek, a z 

koniokradami damy sobie radę.

Po skończonym posiłku oprowadzono nas po okolicy. Farmer chciał 

pochwalić się swą orną ziemią. Przechadzka nie była zbyt ciekawa. 

Krajobraz monotonny. Z ulgą więc udaliśmy się na zasłuŜony spoczynek 

na pachnącym sianie w stodole.

W gospodarstwie wstawano bardzo wcześnie, dzięki temu wskoczyliśmy 

na siodła, zanim zgasły ranne zorze. Głośno Ŝegnani, pognaliśmy konie.

Karosz mego przyjaciela znowu próbował brykać, ale Karol szybko dał 

sobie z nim radę. Była to ostatnia próba krnąbrności wierzchowca, bo 

później stał się łagodny jak baranek. JednakŜe tylko w stosunku do 

swego pana. Innym nie dawał się dosiąść. Mój gniadosz natomiast nie 

zdradzał Ŝadnych narowów.

Kiedy odjechaliśmy od farmy tak juŜ daleko, Ŝe nas nikt ani słyszeć, ani 

widzieć nie mógł, Karol klepnął mnie po ramieniu:

— Ale zrobiliśmy interes, Janie!

— Co za interes?

— Trzeba być ślepym, by nie dostrzec, Ŝe mój kary to najprawdziwszy 

indiański mustang.

— PrzecieŜ nie chciałeś go kupić?

background image

— Właśnie! Gdybym zdradził swe zamiary, farmer zaśpiewałby cenę nie 

na nasze kieszenie. A tak sytuacja się odwróciła. Kiedy usłyszałem, Ŝe 

koń jest narowisty, nabrałem podejrzenia, a ono zamieniło się w 

pewność. Indiańskie konie nie znoszą białych i farmer musiał mieć sporo 

z nim kłopotów. Nic dziwnego, ze wolał się go pozbyć za kaŜdą cenę.

— Ale skąd on takiego mustanga wytrzasnął?

— Musiał od kogoś kupić. Nie ma juŜ w tych stronach dzikich koni, więc 

nie schwytał. To jasne.

Jechaliśmy teraz wzdłuŜ tego samego strumienia, jaki napotkaliśmy przy 

kolejowym przystanku. Pewnie wypływał gdzieś z południowego 

zachodu, a więc jego bieg zgodny był z kierunkiem obranej przez nas 

jazdy. Posuwaliśmy się bez przerwy aŜ do chwili, w której słońce 

dosięgło szczytu nieba. Wówczas urządziliśmy krótki popas. Przestrzeń 

była otwarta ze wszystkich stron i tylko na zachodzie ograniczało ją 

pasmo zamglonych wzgórz. Nikt więc nie mógł nas tutaj zaskoczyć.

Rozkulbaczyliśmy wierzchowce, ściągnęli z siebie kurty, koszule i całą 

resztę odzieŜy, aby w płytkim strumieniu zanurzyć się i orzeźwić.

— Musimy korzystać z okazji — gadał Karol kładąc się raz na lewym, 

raz na prawym boku w płyciutkim nurcie. Ja szorowałem się czystym, 

Ŝ

ółtym piaskiem, uznając to za wspaniały sposób przywracający spraw-

ność mięśniom, a dobre samopoczucie sercu i głowie. Karol wydziwiał 

nad tym moim zwyczajem twierdząc, iŜ “prawdziwi" traperzy i westmani 

nie myją się miesiącami, a zawsze są rześcy, do późnych lat. Odparłem 

na to, iŜ widać nie jestem prawdziwym westmanem i tropicielem śladów, 

mimo Ŝe właśnie dostrzegam bardzo wyraźny odcisk buta na 

przeciwległym brzegu, tuŜ przy linii wody.

— Tego oczywiście nie zauwaŜyłeś — dodałem ze złośliwą satysfakcją. 

— Zapewne myjesz się zbyt często.

— Co tam? — zainteresował się.

background image

Wskazałem ręką i począłem spłukiwać z siebie piasek.

Karol, jak stał, wybiegł z wody i począł krąŜyć po brzegu z pochyloną 

głową. Na koniec wyprostował się.

— To jedyny znak, jaki się zachował. Tu jest gliniasty grunt. Dalej trawa 

zdąŜyła się juŜ wyprostować, chociaŜ ostatnio nie padał deszcz. MoŜemy 

głośno gwizdać na takie tropy. Człowiek, który je pozostawił, dawno 

stąd odszedł. Ale na wszelki wypadek, popatrzmy jeszcze.

Karol był zaiste znakomitym tropicielem, jakich juŜ coraz mniej na 

kurczących się preriach i w trzebionych puszczach tego kontynentu. Nie 

pamiętam, aby kiedykolwiek się pomylił. Przemaszerowaliśmy więc 

wzdłuŜ brzegu, on w jedną, ja w drugą stronę. Po chwili dostrzegłem 

czarną plamę wypalonej darni, a wokół niej trochę okruchów sucharów, 

ogryzek cygara i nieco kostek i piór jakiegoś ptaka. Ukląkłem nad samą 

wodą. Tu natrafiłem na kolejne ślady: odcisk obcasa, nieco dalej — 

zastygła w mule forma podeszwy, tuŜ obok — zagłębienie kształtu 

całego spodu buta. Nigdzie jednak nie doszukałem się najdrobniejszego 

nawet odcisku końskiego kopyta. Człowiek bez konia na takim 

odludziu? Rzecz przedstawiała się zagadkowo. A moŜe był tu ktoś z 

farmy?

Wyprostowałem się i pomachałem ręką.

— Ognisko! — krzyknąłem. 

Wzruszył ramionami:

— Jak będziemy szukać wszystkich starych śladów, nigdy nie dotrzemy 

do Meksyku.

Ale zaraz począł krąŜyć wokół wypalonej trawy, jak pies gończy 

wietrzący za tropem.

No — powiedział wreszcie — albo ja jestem ślepy, albo ci ludzie 

wędrowali pieszo.

— Ludzie?

background image

— Tak. To nie był samotny człowiek. 

— Gdzie masz na to dowody?

— Przypatrz się tym szczątkom — wskazał palcem na kupę rzuconych w 

jednym miejscu kosteczek.

— Dziki indyk — stwierdziłem. — Zaczęła się pora wędrówek ptactwa. 

Nic w tym dziwnego.

— Oczywiście, ale rzecz w tym, Ŝe największy nawet Ŝarłok nie zje 

czterech indyków podczas jednego posiłku.

— Skąd wiesz, Ŝe zjedzono cztery?

— Bo Ŝaden ptak, jak mi wiadomo, nie posiada czterech par nóg. Popatrz 

uwaŜnie.

— Do licha... — zawstydziłem się. 

Teraz widziałem wyraźnie osiem ptasich nóg, indyczych. Sam juŜ od-

nalazłem cztery głowy, co mnie we własnym mniemaniu nieco 

zrehabilitowało, bo Karol właśnie tych głów nie dostrzegł. Nie dałem 

jednak za wygraną.

— Nieznajomy — powiedziałem — mógł upiec cztery ptaki, ale mięso 

dwu lub trzech zabrał z sobą na drogę.

— Zbyt duŜo tu kości, ale przypuśćmy, Ŝe masz rację. Chodź, coś ci 

pokaŜę.

Powiódł mnie w bok, do miejsca, na którym widniały jeszcze dwa, nie 

zauwaŜone przeze mnie odciski stóp.

— Przyjrzyj się dokładnie, Janie.

Nie potrzebowałem się przyglądać. Wystarczył jeden rzut oka. Oba ślady 

stanowiły odbicie dwu róŜnych; butów, obu z prawej nogi. Jeden z nich 

posiadał ostro zakończony szpic, drugi — płasko ścięty.

— Jak widzisz, wędrowców było dwu. Moim zdaniem... nawet trzech. 

Ś

lad obcasa przez ciebie odkryty j nie pasuje jakoś do Ŝadnego z tych 

butów. No, ale dosyć z tym. Bierzmy się do jedzenia.

background image

Miał rację. CóŜ nas mogły obchodzić te tropy sprzed paru dni? 

ZauwaŜyłem więc tylko:

— Przypuszczam, Ŝe są to ci sami trzej ludzie, którzy usiłowali okraść 

Freemana.

— Na pewno, jeśli farmer nie blagował.

Po zakończeniu posiłku, umyciu naczyń i dokładnym zagaszeniu Ŝaru 

osiodłaliśmy konie i ruszyli w drogę. Po dwu dniach podróŜy 

zatrzymaliśmy się w Santa Rosa. Co dalej nas spotkało — juŜ wspomnia-

łem.

Dodam tylko, Ŝe gdybyśmy wiedzieli, czyje to tropy odkryliśmy nad 

strumieniem Blue Water, kierunek naszej jazdy uległby zmianie. Ale 

wtedy... nie miałbym o czym dalej pisać.

background image

Tropy po raz drugi

— Colorado, wstawaj! — powtórzyłem.

W przedrannym blasku dostrzegłem, jak spod palisady dźwignął się 

szary cień. Jednocześnie w głębi pokoju zachrzęściła słoma i ozwał się 

senny głos Karola:

— Co mówisz, Janie? Kogo tam diabli niosą? Aaach... ja się chyba nigdy 

nie wyśpię.

Bose stopy zatupotały po deskach. Karol wysunął rozczochraną głowę 

przez okno i przyłoŜył do oczu lornetkę.

Patrzał przez nią tak długo, Ŝe gołym okiem mogłem dostrzec sylwetki 

ludzi i koni.

— Ubieraj się, Janie. Wydaje się, Ŝe jest ich trzech, ale nigdy nic nie 

wiadomo. Jeśli to są właśnie Apacze... Patrz, gospodarz juŜ wyszedł na 

podwórko. Ten ma; czujny sen!

Odziałem się z pośpiechem, naciągnąłem buty, chwyciłem sztucer i 

skoczyłem do okna. O'Brien i Colorado stali na półce biegnącej wzdłuŜ 

palisady. Po chwili przyłączył się do nich syn gospodarza.

— Co o tym sądzicie? — zapytałem wychylając się przez okno. — Czy 

mamy zejść?

— Halo, doktorze! Zobaczymy, jak kij popłynie. Sam powiada, Ŝe nigdy 

go nie napastowali, więc pewnie chodzi im o coś innego. To wygląda na 

poselstwo,

Colorado. Ale na wszelki wypadek zostańcie lepiej na górze. Z pukawką 

pod ręką.

Odwrócił się i znowu zapadła cisza przerywana odgłosami krzątania się 

mego towarzysza. Na koniec Karol stanął obok mnie, akurat w chwili, 

background image

gdy trzej konni zatrzymali się przed zawartą bramą.

Dostrzegłem, jak Samuel O’Brien wytknął głowę ponad ogrodzenie. 

Czerwonoskórzy podnieśli prawice dobrze mi juŜ znanym gestem, 

oznaczającym pokojowe zamiary. Potem padły jakieś słowa, których nie 

zrozumiałem. Colorado podbiegł do bramy i uchylił nieco jedną jej 

połowę. Ujrzałem, jak Indianie zeskoczyli z koni i wiodąc zwierzęta za 

cugle wkroczyli w obręb ogrodzenia.

— Zejdźmy, Karolu.

— PrzecieŜ Colorado prosił, Ŝebyśmy zostali na górze.

— Chciałbym się przyjrzeć wojownikom...

— Nie. Nie ruszajmy się. Colorado wie lepiej.

— Mówisz, jakbyś nigdy nie bawił na prerii.

— Mówię, jakbym bawił... Nie moŜe decydować pięć osób jednocześnie. 

Jesteśmy w tym domu obcy, a ponadto nie znamy tych Indian. Nie 

wiemy, co ich łączy czy dzieli z O’Brienem. Dlatego właśnie trzeba się 

zastosować do poleceń Colorado.

— Czy to Apacze?

— Oczywiście.

— Okazja, Ŝeby się zapytać, gdzie przebywa Pehnulte.

— MoŜna to uczynić i z tego miejsca. 

Tkwiłem więc w oknie, a Karol zawołał:

— Colorado!

Głowy stojących na podwórzu obróciły się w naszą stronę.

— Colorado — powtórzył Karol — zapytaj, gdzie teraz znajduje się 

Pehnulte?

— Kto?

— Pehnulte, Wielki Jeleń..

Zanim Colorado zdołał powtórzyć pytanie, jeden z indiańskich 

wojowników, najwyŜszy wzrostem, z sępim piórem wpiętym w węzeł 

background image

czarnych, na czubku głowy skręconych włosów, zwrócił się do Karola:

— Kto ty jesteś?

— Czarne Stopy nadały mi imię Wielkiego Bobra. Jestem bratem * 

Wielkiego Jelenia.

— Dowiedź tego!

Mimo woli wzruszyłem ramionami: jak moŜna było dowieść tej 

oczywistej prawdy właśnie tutaj, wśród obcych ludzi?

— To jest Wielki Bóbr — odezwał się Colorado. — Ja go znam.

— Ile wiosen spędził Colorado z tym człowiekiem? 

Czerwonoskóry powiedział “Colorado", a więc nasz przypadkowy 

towarzysz nie był kimś nie znanym Indianom.

— Ja poznaję ludzi od pierwszego spojrzenia. 

Taka odpowiedź nie zadowoliła wojownika. Przestał spoglądać ku oknu i 

wdał się w rozmowę z O’Brienem. Nie mogłem zrozumieć, o co w niej 

szło, mimo Ŝe dyskusję prowadzono w indiańsko—angielskiej gwarze, 

uŜywanej powszechnie na zachodnim pograniczu i przystępnej nawet dla 

nowego w tych stronach przybysza. Dodam, iŜ Apacze posługują się 

dialektem podobnymi do języka Nawajów, który zdołałem poznać przed 

rokiem. Wszystko to na nic mi się teraz zdało, poniewaŜ rozmowa 

toczyła się półgłosem, a do moich uszu dobiegały tylko strzępki zdań. 

Wreszcie ujrzałem, jak Apacze wskakują na konie i znikają za bramą.

— Hej, dŜentelmeni, chodźcie tu do nas! — zabrzmiał głos Colorado.

W sekundę znaleźliśmy się na dole.

— To tylko pokojowa misja, nie ma strachu — wyjaśnił traper. — 

Sprawa handlowa.

— Handlowa!? — wrzasnął gospodarz. — To jest zwykła napaść. Chyba 

nie opuścicie mnie w potrzebie?

— Na pewno nie — odparł Karol — ale o co chodzi?

background image

W językach Indian słowo “brat" oznacza przyjaciela. Brata w naszym rozumieniu, określa się 

jako “syna mego ojca".

— Te czerwone skóry domagają się, abym im zapłacił za ziemię. 

Słyszeliście kiedy o czymś podobnym? To przecieŜ bezczelność! Ktoś 

ich musiał podmówić, bo pięć lat juŜ tu siedzę i nigdy tego ode mnie nie 

Ŝą

dano. Nie dam ani centa, ani jednego złamanego centa! Mało się tu 

napracowałem? I jeszcze mam płacić?

Wrzeszczał tak, aŜ poczerwieniał na twarzy.

— Samuelu, Samuelu — mitygował go traper. — Po co tyle krzyku? 

Trzeba całą rzecz rozwaŜyć w spokoju. Zastanów się chwilę...

— Nad czym się mam zastanawiać? Sprawa jasna jak słońce!

— Ale moŜe ją odłoŜymy na później? Twoi goście na pewno są głodni. 

Ja równieŜ.

O'Brien zapomniał na chwilę języka w ustach, po czym w widoczny 

sposób zawstydzony, wybąkał jakieś niezdarne usprawiedliwienie i 

opuścił nas. Zjawił się po kilku minutach, juŜ z uśmiechem na wargach, 

prosząc, abyśmy weszli do wnętrza domu. W izbie, której centralnym 

punktem był głęboki kominek zbudowany z potęŜnych głazów, przyjęła 

nas Ŝona farmera nie tyle wymyślnym, ile obfitym śniadaniem, w którym 

sery i mleko stanowiły główne danie. Podjedliśmy sobie nieźle, po czym 

O’Brien — nie wspominając juŜ ani słowem o rannym wydarzeniu — 

udał się do koni wraz ze swym synem.

Siadłem z Karolem na progu, by popatrzeć na grający tęczą barw wschód 

słońca (tak było jeszcze wcześnie) i rozwaŜyć konsekwencje indiańskiej 

wizyty.

Po chwili przysiadł się do nas Colorado i począł dokładnie opowiadać o 

przebiegu całego zdarzenia. Stwierdził, Ŝe O’Brien mówił prawdę: 

background image

czerwonoskórzy nigdy dotąd nie Ŝądali od niego zapłaty za ziemię. Co 

ich do tego skłoniło?

— To niewaŜne — odparł Karol. — Fakt jest faktem. Od kogo farmer 

nabył ten teren?

— Hm, jeśli się nie mylę... od nikogo.

— Powiedz pan uczciwie, Colorado, czyje to były ziemie?

— Na pewno Apaczów.

— No, to chyba sprawa jasna, prawda, Janie?

— Najjaśniejsza.

— Więc O’Brien powinien jakoś to załatwić. Inaczej długo tu nie 

usiedzi.

— Co prawda, to prawda — mruknął traper. — Przywołam Sama. Niech 

się wypowie.

Przesiedzieliśmy kilka minut w milczeniu, aŜ ściągnął farmera. Musiał 

mu juŜ coś szepnąć o naszej rozmowie, bo O'Brien, nie czekając na 

pytania, od razu wystąpił z Ŝalami:

— Zawędrowałem tu ze wschodu jak tysiące innych i dobrze się 

namordowałem, zanim zebrałem pierwsze plony. I teraz mam to 

wszystko zostawić? Dlatego, Ŝe im się tak podoba? Niedoczekanie ich!

— Uspokój się, Sam — wpadł mu w słowa Colorado.

— Łatwo ci gadać, bo to nie o twoją skórę chodzi.

— Posłuchaj, człowieku!

Zabawnie było patrzeć, kiedy się tak spierali.

— Nie będę słuchał głupstw. Pobędziecie u mnie i jak te czerwone diabły 

zjawią się tu, damy im nauczkę Odechce się im zaczepiać starego 

O’Briena!

NaleŜało natychmiast wyprowadzić farmera z błędu. Bój z Apaczami nie 

miał Ŝadnego sensu. Taki zupełnie idiotyczny przelew krwi w tej sytuacji 

musiałby zakończyć się naszą klęską. A poza tym... Indianie mieli rację. 

background image

Otwierałem juŜ usta, gdy uprzedził mnie Colorado. Zapytał bardzo 

spokojnie:

— A ile to lat, Sam, mamy u ciebie bawić? MoŜe do czasu, aŜ twoje nie 

urodzone wnuki nauczą się trzymać broń palną?

— Nie kpij!

— Ani mi to w głowie. Po prostu: pytam. Zupełnie powaŜnie, jak 

najmądrzejszy szeryf największego miasta. Jak długo mamy tu tkwić? Bo 

jeŜeli nawet zdołamy odeprzeć pierwszy napad, natychmiast po naszym 

odjeździe, za kilka dni, za tydzień czy miesiąc, nastąpi drugi. I nie 

obronisz się.

Dostrzegłem, jak farmer sposępniał.

— Taką mi radę dajesz, Sam? Nie spodziewałem się tego po tobie. Mam 

więc czekać bezczynnie, aŜ znowu się tu zjawią i wyrzucą z mojej 

własnej ziemi?

— Z ich ziemi — sprostował Karol.

— Z ich ziemi? — powtórzył gospodarz. — Jak to? — Te tereny zawsze 

naleŜały do Indian. Czy moŜna się dziwić, Ŝe chcą za nie zapłaty?

— Nigdy tego ode mnie nie Ŝądali! — wybuchnął gniewem O’Brien. — 

Dopiero teraz, jak się zagospodarowałem.

— Widać z nich lepsi kupcy, niŜ myślałeś — zaśmiał się Colorado.

— Więc co mam robić?

— Słyszałeś, czego Ŝądali od ciebie? 

— Siedem fuzji. Skąd mam je wytrzasnąć?

— Nie zadawaj niemądrych pytań. Pojedziesz do Santa Rosa. Tam 

nabędziesz, co zechcesz, a ja ci gwarantuję, Ŝe nie ruszę się stąd, dopóki 

sprawa nie zostanie załatwiona. Zgoda?

— Jaką mam pewność, Ŝe jak stąd odjedziesz, to znowu nie przyjdą 

czerwoni i jeszcze raz nie zaŜądają zapłaty?

— Nie znasz Indian, ty stary niedźwiedziu. Zawrzemy z nimi układ i 

background image

ziemia będzie twoją raz na zawsze. Czy nie mam racji, panowie?

Przytaknęliśmy.

— Ale ja uczynię dla ciebie jeszcze więcej, po dawnej znajomości. Sam 

pojadę do Santa Rosa i kupię te pukawki. Dobrze wiesz, Ŝe ta ziemia jest 

warta więcej niŜ sto strzelb najlepszego gatunku.

To ostatnie stwierdzenie nieco udobruchało farmera, bo zauwaŜył tylko:

— Dawać czerwonoskórym palną broń to przecieŜ szaleństwo.

— O co ci chodzi? O te siedem pukawek? A wiesz, ile ich juŜ nabyli od 

wędrownych handlarzy?

— Niech i tak będzie — westchnął O’Brien. — Ale w razie czego na 

ciebie spadnie odpowiedzialność.

— No i patrzcie, dŜentelmeni — Colorado zwrócił się do Karola i do 

mnie — jak takiego przekonać? A wszystko przez to, Ŝe ma węŜa w 

kieszeni. śałuje setki dolarów na zakup strzelb, Ŝeby nimi zapłacić za 

ziemię wartą juŜ dziś sto razy tyle.

— Ile jej jest? — zainteresował się Karol. Okazało się, iŜ farmer nie zna 

dokładnie obszaru, na którym gospodarzył. Po długim namyśle 

oświadczył, iŜ będzie tego ze czterdzieści akrów *. Nie licząc pastwisk w 

stanie pierwotnym. UwaŜał bowiem, Ŝe tereny, gdzie pasie się jego 

bydło, stanowią równieŜ jego własność, podobnie rozumowali wszyscy 

inni osadnicy ruszający na zachód. Granice własności ziemskiej i spory o 

te granice narodziły się dopiero wówczas, gdy puste obszary poczęły się 

coraz gęściej zaludniać. W tym właśnie roku doszło do konfliktu o prawa 

graniczne między osadnikami a hodowcami bydła w Teksasie. Skwaterzy 

hodowali bydło juŜ od wielu lat i z wiosną gnali je poprzez “niczyje" 

prerie aŜ do Kanady, układając się lub walcząc z napotykanymi po 

drodze oddziałami Indian *. Teraz biali osadnicy sprzeciwili się prze-

pędowi przez swe orne pola i pastwiska — i walkę wygrali.

Poradziłem farmerowi, aby zatroszczył się nieco o oznaczenie granic 

background image

swych posiadłości celem uniknięcia najróŜniejszych potem kłopotów, a 

Karol zapytał, jaki to właściwie obszar chcą sprzedać Apacze? Okazało 

się, iŜ wysłannicy plemienia wymienili teren ograniczony z jednej strony 

doliną rzeki, a z pozostałych trzech — kępkami ledwie widocznych z 

okien domu drzew. Na oko wyglądało to na 300 do 400 akrów.

I za taki obszar Ŝądano siedmiu strzelb! Colorado miał rację. Z O’Briena 

musiał być nie lada kutwa!

Akr — 0,4 hektara. 

Mieliśmy szczery zamiar wyruszyć w dalszą drogę tego samego dnia, 

jednak zmianę decyzji wywołała propozycja Colorado, by następnego 

ranka o świcie wybrać się do lasu za rzekę, gdzie “zwierzyny w bród, 

moi panowie".

— Radzę się zaopatrzyć w mięso — dowodził. — Jedziecie na południe, 

a tam przecieŜ pustynia. Nawet o szczura trudno.

Przyznaliśmy rację, a Ŝe ranek był pogodny i rzeźwy, dosiedliśmy koni i 

ruszyli na krótką wycieczkę. Wiosenny step kwitnął tęczami kolorów, 

gdzieniegdzie błyszczał szmaragdem traw, gdzie indziej złocił się 

wysokimi łodygami uschłych chwastów. Kiedy tak wędrowaliśmy 

konno, przecięło nam drogę pokaźne stadko dzikich indyków. Ciekawe 

zwyczaje mają te ptaki: corocznie na wiosnę ciągną przez dalekie prze-

strzenie kraju aŜ ku północy, jesienią zaś wracają na południe. Nie to 

jednak jest dziwne, ale fakt, Ŝe swą wędrówkę odbywają piechotą i 

uŜywają skrzydeł tylko do przelotu nad wodami lub bagnami. A jeszcze 

dziwniejsze, Ŝe drogę przebywają z zwartych kolumnach: oddzielnie 

samce, oddzielnie samice. Napotkaliśmy dwie takie grupy, których wcale 

background image

nie spłoszył nasz widok.

— No! — krzyknął Colorado. — Marna to jeszcze pieczeń o tej porze 

roku, ale Ŝona O’Briena ucieszy się nawet z takiej zdobyczy. Upolujemy 

trzy sztuki. Wystarczy. Zaczynajcie.

Wstrzymaliśmy konie.

— PokaŜ, co potrafisz, Janie — odezwał się Karol. Skinąłem głową, 

chociaŜ takie polowanie to wcale niełatwa sprawa. Oczywiście, Ŝe trafić 

w indyka śrutem nawet greenhorn potrafi, ale ja nie miałem dubeltówki, 

jedynie sztucer na kule. JednakŜe bez słowa wyciągnąłem go z futerału 

przy siodle i złoŜyłem się. Mierzyłem do ptaka, który

 

1884 r. 4 tysiące cowboyów przegnało na północ prawie milion sztuk bydła.

się odłączył — na swą zgubę — od reszty gromady, aby trafienie nie 

wyglądało na przypadek. Nie chodziło mi tu o Karola, który w ubiegłych 

latach niejeden raz był świadkiem moich haniebnych pudeł, ale o 

Colorado. Pociągnąłem za cyngiel. Ptak zatrzepotał skrzydłami, uniósł 

się nieco i runął. O dziwo, nie wywołało to wcale popłochu w stadzie. 

Ptaki nie zmieniły kierunku swej drogi i tylko przyspieszyły kroku, co 

wyglądało nader zabawnie.

Teraz przyszła kolej na Karola.

— Pierwszy z lewej, ot, tamten — powiedział wskazując palcem.

Wyciągnął strzelbę, zniŜył lufę i nie przykładając broni do ramienia 

oddał strzał. Trafił bezbłędnie i — jak się po chwili okazało — prosto w 

głowę ptaka. To był zaiste mistrzowski wyczyn.

— Ho, ho — odezwał się Colorado — nie chciałbym z warni spotkać się 

po przeciwnych stronach. Ale i ja nie jestem od macochy.

To rzekłszy, zamiast chwycić za swą odrutowaną jednorurkę, wyszarpnął 

background image

zza pasa potęŜny rewolwer i dał ognia nie naciskając cyngla, lecz 

szarpiąc za kurek. Trzeci ptak został trafiony równie celnie jak dwa 

poprzednie. O mało nie krzyknąłem ze zdziwienia.

— Colorado, pan chyba od dziecka uczył się strzelać? — powiedziałem z 

uznaniem.

— Przesada, doktorze. Dziś nikt w to nie uwierzy, ale za młodych lat nie 

do kolby przywykała ta ręka. Stare to dzieje i do licha z nimi.

Mówił to tak samo swobodnie, jak zwykle, ale na twarzy nie dostrzegłem 

ani cienia uśmiechu. Wydało mi się, Ŝe sposępniał.

— No, panowie — zmienił temat — co byście powiedzieli, gdybym 

zaproponował małe pieczyste? Sprawdzimy, jak smakuje wiosenny 

indyk.

Nie czułem głodu, ale nie sprzeciwiłem się. Tylko Karol zauwaŜył, iŜ nie 

będzie czym rozniecić ognia.

— Pojedziemy jeszcze kawałek. Tu nie tylko opału brak, ale jeszcze 

czegoś...

Skręcił w prawo i pognał galopem. Jechaliśmy z pół godziny, lekko 

podnoszącym się terenem, aŜ przybyliśmy w obręb równiny porosłej tu i 

ówdzie kępkami krzewów. Niektóre z nich pokryte były listowiem, inne 

sterczały uschłymi patykami gałęzi.

— Mamy juŜ opał — stwierdził traper —— ale to nie wszystko. Jeszcze 

kawałek, a będziemy na miejscu. Zapowiedzianym miejscem okazała się 

kotlinka o dnie jałowym, gliniastym, otoczona obrączką traw i krzaków. 

Colorado zbadał najpierw otoczenie. Ja i Karol wydobyliśmy lornetki, 

ale jak daleko sięgał przez nie nasz wzrok, nie było widać Ŝadnych 

ś

ladów człowieka ani zwierzęcia. Rozkulbaczyliśmy konie i na długich 

lassach przywiązali do palików wbitych na naprędce w ziemię, aby 

mogły paść się poza obrębem czerwonego ugoru. Drewniany palik z 

zaostrzonym końcem jest podczas podróŜy przez bezdrzewne prerie tak 

background image

samo nieodzowną rzeczą, jak broń i Ŝywność.

Teraz nacięliśmy i nałamali suchych gałęzi, a Colorado przy pomocy 

swego niezawodnego krzesiwa i hubki rozpalił ogień. Potem okiem 

znawcy obejrzał ustrzelone ptaki i jednego wypatroszył. A dokonał tego 

z wprawą zawodowego kucharza. Z kolei natarł ptaka solą wyjętą z 

juków, a później wypchał go garścią liści.

— No, potrawa gotowa do upieczenia. — Z piórami? — zauwaŜyłem.

— O, pióra odejdą same. Dorzućcie więcej drewna. Muszę mieć sporo 

Ŝ

aru.

To mówiąc udał się na dno dolinki, gdzie wśród gliniastej ziemi 

błyszczało oko niewielkiego stawku, raczej kałuŜy, tyle Ŝe pełnej 

przejrzystej wody. Co ją utworzyło — nie miałem pojęcia, nie 

dostrzegłem Ŝadnego źródła. Dokoła widniały odciśnięte w mule i błocie 

kopyta antylop, a nawet pazury jakiegoś drapieŜnika.

Colorado nabrał sporo czerwonej gliny, po czym zaczął nią oblepiać 

ptaka, aŜ gruba warstwa pokryła dokładnie całe upierzenie.

— I to będziemy jeść? — zapytałem pełen wątpliwości.

— Jeszcze jak! A teraz, więcej drzewa!

Dorzuciliśmy nową wiązkę suszu. Płonął szybko, prawie nie dając dymu. 

W kilka minut utworzyła się na spodzie gruba warstwa Ŝaru, Colorado 

rozgrzebał ją patykiem, włoŜył w dołek spreparowanego ptaka i zasypał 

go popiołem.

Gotowe. Mamy pół godzinki czasu. Niech się kaŜdy zabawia, jak chce.

Strzepnął resztki ziemi z ubrania, umył ręce w stawku, usiadł przed 

wygasającym ogniskiem, wyciągnął kapciuch i począł nabijać fajeczkę 

równie starą i równie zniszczoną jak jego broń i odzieŜ.

— Noszę ją z sobą od dwudziestu lat — powiedział dostrzegłszy, jak 

przyglądam się krótkiemu cybuszkowi, prawie czarnemu. — Jest 

zrobiona z korzenia jałowca. Człowiek, który mi ją sporządził... ach, nie 

background image

Ŝ

yje juŜ dawno. Kiedy mi ją wręczył, powiedział, Ŝe to talizman. Dopóki 

ją noszę, dopóty nic mi grozić nie moŜe. MoŜe to i prawda? W róŜnych 

znajdowałem się tarapatach, a Ŝe mi nie ściągnięto skalpu, to nie tylko 

dlatego, Ŝe jestem łysy jak kolano, ale pewnie dzięki tej fajeczce.

Siedziałem milcząc i spoglądając na jego twarz: pociągłą, suchą, o 

wąskich wargach i wystającym podbródku, co mogło świadczyć o silnej 

woli, ale i o skłonności do okrucieństwa. Lecz kto by tak pomyślał, tego 

natychmiast z błędu musiały wyprowadzić oczy. Jasnoniebieskie, o 

łagodnym spojrzeniu, stanowiące kontrast z twarzą spaloną na 

ciemnoczerwony kolor. Ile mógł mieć lat?

Zmarszczek prawie nie było widać. Włosów... brakowało. ZauwaŜyłem 

jednak siwiejący zarost na skroniach i podbródku. Dostrzegł moje 

spojrzenie, bo — pykając z fajki — potarł dłonią policzki i powiedział:

— WoŜę z sobą brzytwę i golę się przy kaŜdej okazji, nawet bez mydła, 

ale przez ostatnie trzy dni jakoś okazja się nie nadarzyła.

A potem, zmieniając temat:

— Co to ja mówiłem o fajce? Aha, to właśnie dlatego mam zwyczaj 

dobrze oglądać okolicę, w której przebywam. Kiedyś tak nie 

postępowałem. Sporo lat temu, obozowałem z dwoma podobnymi jak ja 

włóczęgami, nad źródełkiem, w dolince. Nie w tych stronach. Bardziej 

na północ, na szlakach Komanczów. Mieliśmy kolejno czuwać podczas 

nocy. Obudziłem się przed świtem, gwiazdy jeszcze nie pogasły, a mnie 

juŜ odechciało się spać. Sięgnąłem do kieszeni bluzy. Do jednej, do 

drugiej, do trzeciej. Fajka przepadła jak kamień w wodzie. Wstałem, 

Ŝ

eby jej poszukać. Wzrok miałem lepszy niŜ dziś, a ognisko świeciło nie 

wygasłym Ŝarem. Spostrzegłem, Ŝe ten, który miał czuwać, śpi jak suseł. 

Postanowiłem go nie budzić. Starając się stąpać jak najciszej, począłem 

okrąŜać nasze obozowisko z okiem utkwionym w ziemię. Nigdzie nie za-

uwaŜyłem fajeczki. Oddaliłem się nieco i posuwając się krok za krokiem 

background image

trąciłem czubkiem buta jakiś przedmiot. Schyliłem się, to była moja 

zguba. Nie macie pojęcia, jak się ucieszyłem. I właśnie w tej samej 

chwili usłyszałem parsknięcie mojego konia. O, to był znakomity 

wierzchowiec, przeszedł indiańską tresurę. Potrafił wiele rzeczy, 

zupełnie jak mądry człowiek, ale przede wszystkim potrafił przestrzegać 

przed niebezpieczeństwem cichym rŜeniem albo parskaniem.

Nasze konie stały w krzakach. Podobnych do tych — wskazał ręką — ale 

gęściejszych. Pobiegłem w ich stronę, na palcach, jak kot. Mój karosz 

spostrzegł mnie i natychmiast się uspokoił. Wtedy rozległ się nagle 

przeraźliwy wrzask. Znacie go zapewne, a jeśli nie znacie, Ŝyczę wam, 

byście nigdy nie usłyszeli. To brzmi jak jakieś “wiii..." o bardzo 

wysokich tonach. Wiedziałem, co oznacza: napad czerwonoskórych. Ale 

w pobliŜu mnie nie było nikogo. Pomacałem rewolwery i juŜ, juŜ 

chciałem skoczyć ku ognisku, gdy nagle zapanowała cisza. Ujrzałem 

odblask płomieni zwiększający się z kaŜdą chwilą. Błyskawicznie 

zmieniłem plan. Dosiadłem konia i pognałem, na oślep, prosto przed 

siebie w ciemną prerię. Moja strzelba została wraz z siodłem. Nie 

zwaŜałem na to, tylko gnałem. Byle dalej, byle dalej. Czy postąpiłem jak 

tchórz?

Popatrzył badawczo na Karola i na mnie. Nie odpowiedzieliśmy.

— Hm, tak to i wyglądało. Na pozór. Ale czerwonoskórych była cała 

banda, a moich towarzyszy zaskoczono we śnie. Na pewno się nie 

bronili, nie słyszałem strzałów. Uznałem, iŜ jeśli zawrócę, dostanę się do 

niewoli i w niczym nie poprawię sytuacji. Pragnąłem ukryć się, doczekać 

ś

witu, a dopiero potem iść tropem czerwonoskórych. Nikt mnie nie 

ś

cigał. Nad ranem wróciłem na nasze obozowisko. Znalazłem ich trop 

wiodący ku północy, trop bardzo wyraźny, co najmniej dwudziestu koni.

Zamyślił się nad czymś.

— A pańscy towarzysze? — zapytałem.

background image

— Przenieśli się do krainy wiecznych łowów. Zabito obu. Na miejscu. 

Gdyby nie fajeczka, podzieliłbym ich los.

— Dziwne, Ŝe napastnicy nie zorientowali się, ilu was było — wtrącił 

Karol.

— Dla mnie równieŜ to było dziwne. Później dowiedziałem się, Ŝe 

napadła nas grupa Komanczów stanowiąca przednią straŜ większego 

oddziału. Wykopali topór wojenny przeciw Apaczom. Śpieszyli się 

bardzo, aby przed świtem zaatakować znienacka przeciwników. Pewnie 

dlatego nie brali jeńców. Tak, moi panowie. No, ale dość wspomnień, 

pieczyste czeka.

Podniósł się, rozrzucił warstwę popiołu i patykiem wypchnął sporą bryłę 

rudoczerwonej gliny. Rozłupał twardą skorupę. Odpadła razem z 

piórami. Wewnątrz ukazało się róŜowe mięso indycze. Jeszcze parujące. 

Jedliśmy je rozłoŜone na wielkich liściach jakiejś polnej rośliny. Nic mi 

dotąd w Ŝyciu bardziej nie smakowało!

Biesiadę niespodziewanie przerwał kwik koni. Byłem jeszcze pod 

wraŜeniem opowiadania Colorado, zerwałem się więc jak polany 

ukropem, z bronią gotową do strzału. Pierwszy dopadłem 

wierzchowców, ale nie dostrzegłem nikogo. Przyczyną alarmu okazał się 

gniadosz Colorado, który — dzięki długiej lince — zbliŜył się do 

wierzchowca Karola. Ten ostatni uznał to za objaw wrogości; 

wyszczerzywszy zęby wspiął się na tylnych nogach, przednimi usiłując 

uderzyć w pierś przeciwnika. Wierzchowiec trapera nie uląkł się ataku i 

równieŜ stanął dęba. Odciągnęliśmy konie na bezpieczną odległość.

— Diabeł wcielony — zauwaŜył Colorado. — Skąd pan go wytrzasnął?

Karol opowiedział historię kupna obu naszych koni.

— No, to nabył pan prawdziwy skarb na czterech nogach. Nie kaŜdy 

potrafi dosiąść takiego rumaka, czyli Ŝe... trudno go ukraść.

— Na początku nieco brykał — stwierdził mój przyjaciel.

background image

— Brykał! — krzyknąłem. — śeby pan widział, Colorado, co ten diabeł 

wyrabiał... — i tu opowiedziałem o pierwszej przejaŜdŜce Karola.

— Wierzę. Gdybym nawet wątpił, Ŝe jesteście tymi, za których się 

podajecie, widok tego konia musiałby mnie przekonać.

— Wyglądało na to, Ŝe pan wątpił, Colorado — zauwaŜyłem.

— Dajmy temu spokój. Nigdy nie moŜna być zbyt pewnym, róŜnych 

ludzi spotyka się w tych stronach. Niech mnie to wytłumaczy. Oho... — 

zawołał — przecieŜ ten koń nie jest podkuty! Warto by sprawdzić, czy 

zgubił podkowy, czy teŜ nigdy ich nie miał.

— OstroŜnie, Colorado — ostrzegł Karol.

— Wiem, wiem. Nie mam zamiaru sam oglądać kopyt, ale nich pan to 

zrobi dla zaspokojenia mojej ciekawości.

Karol uczynił zadość jego prośbie; na rogowych podeszwach nie widać 

było śladów po hacelach.

— To najprawdziwszy mustang. Powiadacie, Ŝeście go kupili w Blue 

Water? Ciekawe, skąd ten farmer wziął mustanga? Nie ma juŜ ich tutaj.

— MoŜe go kupił — zauwaŜyłem.

— Warto by sprawdzić, czy tresowany.

— Co pan chce uczynić? — zaciekawił się Karol.

— Nic groźnego. MoŜe ten koń przeszedł indiańską szkołę? Tylko w 

jakim języku doń zagadać? A moŜe to konik Komanczów? Nie tak 

daleko do nich. No, zrobimy egzamin.

ZbliŜył się do karosza i powiedział:

— Eta, eta...

Koń zastrzygł uszami, ale nie wykonał Ŝadnego ruchu.

— Co to znaczy? — zapytałem.

— Chodź, chodź. To właśnie w języku Komanczów, ale konik widać nie 

od nich. Spróbujemy z innej beczki.

— Chwileczkę — przerwał mu Karol. — MoŜe właśnie utrafię — 

background image

zawołał: — Isz hosz!

Wierzchowiec znowu zastrzygł uszami, spojrzał na Karola, po czym 

podkulił najpierw przednie, następnie tylne nogi i... legł w trawie. 

Osłupiałem. “Isz hosz" znaczy w dialekcie Apaczów “połóŜ się".

— Świetnie! — krzyknął Colorado. — Więc to Apacz. Tresowany koń, 

oko mnie nie zmyliło.

— Pan jest domyślny, Colorado — stwierdził z lekkim uśmieszkiem 

Karol. — Nie wpadłbym na taki koncept — a zwracając się znowu do 

konia: — Sziszi!

Zwierzę posłusznie wstało z ziemi.

— A teraz ja wam coś pokaŜę — poderwał się traper. — UwaŜajcie! Mój 

konik to co prawda Ŝaden tresowany mustang, ale nie sprzedałbym go za 

całą furę złota.

Gwizdnął cicho, tak cichutko, iŜ ledwie dosłyszałem. Koń natychmiast 

truchtem podbiegł do swego pana, ale tylko na długość lassa, którym był 

przywiązany do kółka. Colorado powtórzył gwizdnięcie. Koń szarpnął 

się raz i drugi, a kiedy to nie dało skutku, chwycił rzemień zębami. 

Upłynęła chyba minuta, gdy lasso zostało przegryzione, wierzchowiec 

podszedł do Colorado i oparł głowę na jego ramieniu. Mimo woli klasną-

łem w dłonie.

— Nadzwyczajne! Na oko ten koń niewart i dolara.

— Właśnie — przytaknął westman. — To dodatkowa zaleta, nikt się na 

niego nie skusi.

Istotnie, koń wyglądał bardzo niepozornie; maści nie gniadej ściśle, lecz 

jakiejś jasnorudej, z odstającymi łopatkami i Ŝebrami, które moŜna było 

policzyć.

— A nie zdarzyło się, aby bez pańskiego wezwania urwał się z linki?

— Nigdy. MoŜe gdyby step się palił. Ja go nie dlatego przywiązuję, Ŝeby 

nie uciekł, ale by wiedział, Ŝe nie wolno mu się oddalać. No, dosyć tych 

background image

końskich sztuczek. Trzeba wracać. Sam moŜe się niepokoi, tym bardziej 

Ŝ

e ma tych Indian w głowie. Będę musiał tu zostać z kilka dni. A wy?

— Ruszamy pojutrze — odparł Karol. — Mamy przed sobą dobry szmat 

drogi.

— A dokąd to ona prowadzi?

— Do Meksyku, nad Zatokę Kalifornijską.

— Ho, ho! Długa przejaŜdŜka. Odprowadziłbym was kawałek, do El 

Paso *, gdybyście poczekali na mnie.

Odrzuciliśmy tę propozycję. Towarzystwo Colorado na pewno było 

cenne, ale nie mogliśmy przerywać podróŜy na samym jej początku.

Do farmy O’Briena wracaliśmy teraz inną drogą, a raczej bezdroŜem, 

przez które Colorado wiódł nas bezbłędnie i bez wahania. Długie 

przebywanie na prerii wyrabia w ludziach jakiś specjalny zmysł 

orientacji.

Słońce juŜ dawno minęło szczyt nieba i chyliło się ku zachodowi, kiedy 

wśród pustej przestrzeni trafiliśmy na ślad ogniska, na odciski końskich 

kopyt i ludzkich butów. Sądziłem, Ŝe nie będziemy się zatrzymywać z 

tego powodu, bo nawet Karol przyhamował tylko wierzchowca i 

rozejrzał się dokoła raczej obojętnie. I tak by się stało, gdyby nie 

Colorado. Ten nie dał się odciągnąć, ba, natychmiast zeskoczył z siodła. 

Chcąc nie chcąc musieliśmy przystanąć. Traper obszedł wielkim kołem 

czarną plamę, raz po raz pochylając głowę. W swym kolorowym ubraniu 

robił wraŜenie jakiegoś egzotycznego ptaka, co kilka kroków 

uderzającego niewidzialnym dziobem w ziemię.

— Prędzej, Colorado — powiedziałem. — Ten trop nic nas nie obchodzi.

— Skąd taka pewność? Musicie jednak dotrzymać, chociaŜ przez 

chwilkę, towarzystwa staremu wiarusowi, co to nie z jednego ogniska 

pieczeń jadł. Powiadam wam, Ŝe kaŜdy trop wart jest chwili uwagi.

background image

El Paso — miasto graniczne pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, nad Rio 

Grandę del Norte.

Wzruszyłem tylko ramionami, ale Karol nie wytrzymał:

— Colorado, ma pan rację, ale wydaje mi się, Ŝe powinien pan zostać 

nauczycielem w szkółce dla greenhornów. Badaj tropy, ale nie nudź.

Nie obraził się, machnął tylko ręką i nadal krąŜył wokół starego 

obozowiska. Wreszcie zatrzymał się.

— A teraz wam powiem, Ŝe tu biwakowało trzech włóczykijów z trzema 

końmi. A jeden z tych koni posuwa się kroczem. Czy to nie dziwne, Ŝe 

nagle rozmnoŜyły się tego rodzaju konie?

background image

Dymy nad prerią

Trwała jeszcze noc, gdy nazajutrz opuszczaliśmy zagrodę O’Briena. 

Gwiazdy co prawda zdąŜyły juŜ zblednąć, ale do świtu brakowało paru 

godzin.

Colorado popędzał nas, jakby się za nim paliła preria.

— Musimy zdąŜyć nad rzekę, zanim zacznie szarzeć. Wtedy do 

wodopoju ciągną wszystkie zwierzęta lasu. Prędzej, panowie, prędzej.

Ruszyliśmy kłusem zaraz za palisadą farmy. Na galop było zbyt ciemno, 

zresztą od rzeki dzieliła nas niewielka odległość. Przebyliśmy ją szybko. 

Dostrzegłem, a raczej poczułem, iŜ płaszczyzna obniŜa się raptownie, 

wilgotny podmuch owiał mi twarz, a w chwilę później końskie kopyta 

zachlupotały w wodzie. Zatrzymaliśmy wierzchowce w czarnym jak 

smoła nurcie. Schyliwszy głowy piły powoli wodę.

— Słyszycie? — szepnął Colorado.

Z mrocznej dali, gdzieś z przeciwległego brzegu doleciał pokrzyk 

Ŝ

ałosny o wysokich tonach.

— Sowa poluje...

Ruszyliśmy w poprzek rzeki, a potem kopyta zadźwięczały po 

kamieniach. Przebrnęliśmy piaszczystą PlaŜę, za którą ciągnęła się 

preria. Ściana lasu widniała po lewej stronie, o kilkanaście jardów. 

Colorado skierował konia w tamtą stronę. Przy pierwszych zaroślach 

zeskoczyliśmy z siodeł.

— Konie zostaną tutaj — zarządził traper.

— Same? — mruknąłem.

— Nie odejdziemy daleko.

Zagwizdał cicho i jego wierzchowiec połoŜył się pod najbliŜszym 

background image

krzakiem.

— Isz hosz — szepnął Karol swemu karoszowi. Posłuchał natychmiast, 

ale ja cóŜ miałem uczynić? PróŜno szarpałem za uzdę. Zwierzę nie mogło 

pojąć, o co mi chodzi. Podprowadziłem je więc do najbliŜszego drzewa i 

przywiązałem na rozpuszczonych cuglach. Teraz wkroczyliśmy w gąszcz 

pierwotnego lasu, gdzie nie docierał najsłabszy nawet blask gwiazd. 

Traper torował nam drogę. Posuwaliśmy się bardzo wolno i ostroŜnie, a 

przecieŜ niejedna gałązka trzasnęła pod nogami i niejedna przejechała po 

mej twarzy, kłującymi igłami. Na koniec się trochę rozjaśniło. Między 

drzewami dostrzegłem lustro rzeki. Las dochodził tutaj do brzegu.

— Uwaga — szepnął traper. — Przed nami biegnie ścieŜka do samej 

wody. Zatrzymamy się na skraju.

Powiódł nas jeszcze kilka tylko kroków. Splątany gąszcz nagle się 

rozstąpił. Wąziutka steczka przecięła nam drogę.

— Doktorze, pan stanie tutaj, za tym krzaczkiem.. Wielki Bóbr nieco 

dalej, za tamtym zwalonym pniem, ja jeszcze dalej. Proszę się połoŜyć i 

dobrze wytrzeszczać oczy. Wiatr dmie od rzeki, a poza tym pełno tu 

szałwi. Miejsce wymarzone, nikt nas nie zwietrzy.! A teraz uwaga: 

strzelamy kolejno. Najpierw doktor, ale dopiero wówczas, gdy zwierzyna 

będzie u wodopoju. Jeśli doktor spudłuje, poprawi go Wielki Bóbr. Jeśli 

i on nie trafi, spróbuję ja.

Ległem na wskazanym miejscu, za młodym jałowcem. Po lewej ręce 

miałem rzekę, przed sobą — ścieŜkę, po prawej — gęstwę drzew, a 

wśród nich ukrytego Karola.

Szałwia pachniała mocno, aŜ w nosie wierciło, jakieś patyki uwierały 

mnie w pierś.

— Uff — odetchnąłem głośno.

— Doktorze — ozwał się przenikliwy szept Colorado — niech pan nie 

wzdycha. Słychać o milę.

background image

Nic nie odpowiedziałem. Wysunąłem przed siebie lufę sztucera, 

opierając kolbę na ramieniu, i czekałem. Pisać o tym wszystkim — 

bardzo łatwo, ale zmusić się do czekania w bezruchu — znacznie 

trudniej. Właśnie w takich wypadkach chce się nagle zakaszleć albo 

zmienić połoŜenie ciała, albo podrapać się po karku. LeŜysz, człowieku, 

jak kamień wśród mroku i sam nie wiesz, kiedy powieki zaczynają 

opadać na oczy, a głowa na leśne poszycie. Więc pocierasz twarz, szczy-

piesz się w policzki i w tym drobnym ruchu naciskasz łokciem gałązkę, 

która akurat znalazła się przy tobie. Gałązka — jak na złość — jest sucha 

i pęka z trzaskiem, który w tej ciszy brzmi jak grom. Nieruchomiejesz. 

Ale juŜ po sekundzie czujesz swędzenie w nosie. Trzesz go, Ŝeby nie 

kichnąć, i w tej samej chwili słyszysz wściekły, chociaŜ stłumiony szept 

sąsiada:

— Czy nie moŜesz przez chwilę poleŜeć spokojnie?

Przez chwilę! W takiej sytuacji kaŜda chwila wydaje się godziną. 

Wlepiłem wzrok w ścieŜkę, której istnienie bardziej przeczuwałem niŜ 

dostrzegałem, starając się myśleć o czymkolwiek, byle nie zapaść w pół-

senną drętwotę, przedsionek snu.

Stopniowo robiło się coraz chłodniej, ciemność ustępowała tak 

niedostrzegalnie, iŜ zdumiałem się stwierdziwszy nagle, Ŝe widzę 

dokładnie szarawą wstęgę droŜyny przecinającej czerń leśnych ścian. A 

potem wśród ciągle jeszcze trwającej ciszy usłyszałem lekki szelest. TuŜ 

przede mną przemknął jakiś niski, czworonoŜny stwór z długim ogonem. 

Widziałem, jak dobiegł do rzeki, zatrzymał się nad nią. Podnosił i opusz-

czał głowę. Pił. Kiedy odwrócił się do mnie bokiem, z głową zadartą ku 

niebu, jakby węszył — poznałem. Zrobiło mi się nagle zimno, a potem 

niesłychanie gorąco. Z wraŜenia. To skunks! Wielkości lisa, nosi piękne, 

czarne futerko z dwiema jasnymi pręgami wzdłuŜ grzbietu, ma 

wspaniały, puszysty ogon i wygląda wcale sympatycznie. Ale... 

background image

zwierzątko to posiada jeszcze drugą nazwę, świetnie ilustrującą jego 

zasadniczą cechę: śmierdziel amerykański. Skuns przestraszony lub za-

atakowany ustawia się tyłem do wroga, podnosi ogon i ze specjalnego 

gruczołu wyrzuca cieniutki strumień cieczy, cuchnącej w sposób 

przeraźliwy i powodującej u człowieka mdłości. OdzieŜ, na którą padła 

choć kropla tego płynu, nie nadaje się do noszenia. Nie pomaga pranie, 

moczenie w wodzie. Nieznośny odór nie ustaje. Jedyna rada — zakopać 

ubranie na kilka miesięcy w ziemi. Jeśli przez ten czas nie zbutwieje, 

moŜna jeszcze będzie w nim chodzić. Tylko jak tego dokonać ma traper 

wędrujący przez pustkowia z jedną koszulą i jedną kurtką na grzbiecie?

Teraz pojmiecie, dlaczego przeraził mnie widok skunksa. Na szczęście 

nie dostrzegł mnie. Otrząsnął łapy z wody i prawie bezszelestnie 

przemknął ścieŜką w głąb puszczy.

— Widziałeś? — szepnąłem w kierunku Karola.

— Doskonale. Mamy szczęście, Janie. Niewiele brakowało, a nasza 

wyprawa zakończyłaby się w tym właśnie miejscu.

Przewróciłem się na lewy bok, aŜ coś tam pode mną zachrzęściło, i 

czekałem. DroŜyna szarzała coraz bardziej. I oto nagle rozległ się lekki, 

delikatny tupot. Ucichł na chwilę, potem ozwał się znowu. W mlecznej 

pomroce przedświtu ujrzałem dwie antylopy. ZbliŜały się truchtem, co 

chwila przystając, jak gdyby niepewne, czy z gąszczu nie wyskoczy na 

nie czworonoŜny drapieŜnik. Przesunęły się tuŜ obok mnie jak cienie. 

Dopadły rzeki. Stały nad jej brzegiem, nieruchome posągi puszczy. 

Potem raptownie pochyliły głowy ku wodzie. Teraz powinienem był 

strzelić wprost pod lewą łopatkę. Dla myśliwego jest to podobno chwila 

niesłychanej emocji. Ja nic takiego nie odczuwałem. Miałem juŜ co 

prawda na rozkładzie — w ubiegłych latach — wielkiego orła, który 

mnie zaatakował w Górach Skalistych, a nawet szarego niedźwiedzia 

grizzli. W obu jednak przypadkach walczyłem we własnej obronie. To 

background image

były istotnie pełne wraŜeń momenty.

Automatycznym ruchem przycisnąłem kolbę do ramienia, powodując 

lekki szelest poszycia. Obie antylopy poderwały się do skoku. Muszka 

sztucera błyskawicznie powędrowała na obrany punkt, nacisnąłem 

cyngiel. Smuga blasku buchnęła z lufy. Jedna z antylop runęła jak raŜona 

gromem. Jej towarzyszka przemknęła tuŜ przede mną. W sekundę 

później ozwał się drugi strzał. Usłyszałem trzask łamiących się krzewów 

i okrzyk Colorado:

— Znakomicie! No, zabieramy się. Na dziś dosyć. Wynurzył się z zarośli 

i pochylony oglądał zdobycz.

— Doktor trafił wprost w komorę. Nie zrobiłbym tego dokładniej. Wielki 

Bóbr miał trudniejszą sprawę, strzelał z prawej strony. Świetnie. 

Chodźcie, panowie. Zaciągniemy nasze łupy do koni. O’Brien się 

ucieszy.

Zaproponowałem zrąbać jakiś większy chojak i obie antylopy przenieść 

zawieszone na drągu, ale nie mieliśmy z sobą nic ostrego poza noŜami 

myśliwskimi.

— Szkoda czasu na dłubaninę. Ciągnijcie za nogi, jakoś ten kawałek 

przejdziemy.

Ba, antylopy waŜyły sporo, a chociaŜ od koni dzieliła nas niewielka 

odległość, to przecieŜ droga była zarośnięta gąszczem, przez który z 

trudem mogliśmy się przecisnąć. Leśną ciszę przerwało nieoczekiwanie 

słabe, a przecieŜ wyraźne rŜenie konia. Colorado puścił natychmiast 

antylopią nogę, zerwał strzelbę z ramienia i prawie biegiem, jak na to 

pozwalały splątane gałęzie, począł przedzierać się ku skrajowi lasu.

— Idźcie za mną! Tam coś się stało.

Po sekundzie straciliśmy go z oczu. Antylopy stały się jeszcze cięŜsze, a 

w chwilę później gdzieś w pobliŜu rozległ się huk strzału. To musiała 

być flinta Colorado, współczesna broń nie czyni tyle hałasu. Cisnęliśmy 

background image

swe łupy i ruszyli szybko poprzez gąszcz. Karol torował drogę. Biły 

mnie po twarzy gałęzie, do nóg czepiały się rozplenione na poszyciu 

rośliny podobne do lian i tak mocne, iŜ parokrotnie o mało nie runąłem 

zaczepiwszy o nie stopą. Resztką sił przedarłem się za towarzyszem na 

skraj lasu, gdzie senna preria spoczywała jeszcze w szarości przedświtu, 

i oto, co ujrzałem:

Colorado, bez fuzji, z krótkim noŜem myśliwskim w dłoni, tkwił oparty o 

pień samotnego drzewa. Naprzeciw niego, wyprostowany, stał kudłaty 

stwór — czarny niedźwiedź. PrzyłoŜyłem sztucer do ramienia, ale 

zmęczenie nie pozwoliło mi utrzymać muszki w jednym miejscu. Karol 

strzelił pierwszy. Ja — w sekundę później. Huk obu strzałów zlał się w 

jedno przeciągłe echo. Po nim ozwał się krótki, urywany ryk. Kudłate 

cielsko zwaliło się na ziemię, łapy o straszliwych pazurach poczęły drzeć 

trawę, potem znieruchomiały. Nasza trójka stała w miejscu: Colorado z 

noŜem w ręku, Karol ze strzelbą wciąŜ jeszcze przyłoŜoną do ramienia, 

ja ze sztucerem w zaciśniętej dłoni.

Stary traper oprzytomniał pierwszy, skoczył, ale nie w stronę 

niedźwiedzia, tylko gdzieś w bok. Schylił się i wyciągnął z kępy 

krzaków swą rusznicę. Nabił ją i dopiero wówczas podszedł do 

nieruchomego cielska. Obszedł je dokoła, pochylił się i stwierdził:

— Wspaniały strzał. No, wracajmy po antylopy... 

To wszystko. Ani słowa podzięki!

Zawróciliśmy, przyciągnęliśmy antylopy i połoŜyli obok misia. Traper 

przyklęknął i w milczeniu zaczął nacinać skórę przy głowie i łapach 

zwierzęcia.

— A gdzie wasze konie? — wykrzyknąłem podchodząc do mego 

wierzchowca, który drŜał jeszcze na całym ciele.

— Widać uciekły — stwierdził filozoficznie Karol. — Dobrze, Ŝeś 

swego przywiązał. Ale jak to się stało, Colorado?

background image

— Gdyby nie wy... cięŜką miałbym przeprawę. NóŜ trochę przykrótki, a 

pazury niedźwiedzia ostre jak brzytwa. Niech to licho! Nigdy wam tego 

nie zapomnę...

Zapadło znów milczenie.

— Niedźwiedzie łapy — powiedział Colorado zabierając się z powrotem 

do pracy — to przysmak!

— Jadłem je nieraz. Nie taki przysmak, jak powiadają.

— Dla mnie łapy tego niedźwiedzia będą najlepszym przysmakiem w 

Ŝ

yciu. Rozpalmy ogień.

— A konie?

— Niech się przejaśni, wrócą same. A jeśli nie wrócą, poszukamy. Nie 

mogły odbiec daleko.

Nazbieraliśmy chrustu. Buchnął płomień. Colorado z wielką uwagą 

począł przypiekać na dwu ostruganych jałowcowych patykach 

niedźwiedzie łapy. Mięso pachniało przyjemnie, jałowcowy dym 

równieŜ. W cieple bijącym od ogniska ogarnęła mnie senność. 

Milczałem, mimo Ŝe nadal nie wiedziałem, jak to się stało, iŜ stary wyga 

tak haniebnie spudłował. Karol równieŜ się nie odzywał. Colorado nie 

powiedział ani słowa więcej.

Niedźwiedzie łapy rzeczywiście smakowały nadzwyczajnie. Kiedyśmy 

spoŜywali ten wczesny posiłek, zapłonęły pierwsze zorze: najpierw 

róŜowo, potem purpurowo, jak ogniste słupy wspierające niebo. 

Wreszcie wyjrzał rąbek słońca.

Colorado szybko uporał się z mięsem, wytarł ręce o spodnie, wydobył 

kapciuch i fajeczkę, nabił ją tytoniem i zapalił błyszczącym węgielkiem. 

Puścił parę kłębów dymu, spojrzał na nas, znowu wypuścił dym.

— Dawno czegoś podobnego nie przeŜyłem — powiedział wreszcie. — 

Takiego pudła, takiej... kuli w płot. Ale to nie wina ręki ani oka, tylko 

gałęzi.

background image

Znowu pyknął z fajeczki. Niesporo szło mu opowiadanie.

— Kiedy was zostawiłem przy antylopach, pognałem, jakby się las palił. 

To był głos mego konia, a mój koń nigdy nie daje znaku bez waŜnego 

powodu. Podejrzewałem nieproszoną wizytę ludzi. Niedźwiedź ani mi 

nie przyszedł do głowy. W tych stronach nigdy nie spotkałem misia. 

Więc gnam przed siebie. Las rzednie i juŜ widzę: dwa konie pędzą aŜ 

dudni, za nimi niedźwiedź. Ale konie okazały się szybsze. Miś 

przystanął. Na placu pozostał jeszcze jeden wierzchowiec, ten pański, 

doktorze. Widziałem, jak się wspinał i targał rzemień. Miś rzucił się ku 

niemu. PrzyłoŜyłem kolbę do ramienia jeszcze w biegu. Takie sztuczki 

udawały mi się niejeden raz. Pociągnąłem za cyngiel i w tej samej 

sekundzie przeklęta gałąź ostatniego drzewa podbiła lufę, a ja runąłem w 

pierwsze trawy. Zerwałem się jak oparzony, strzelba poleciała gdzieś w 

krzaki. Niedźwiedź zaniechał konia. Zmierzał teraz wprost ku mnie. 

Wyciągnąłem nóŜ... Co dalej, to juŜ wiecie. No, chodźmy teraz poszukać 

naszych dzielnych rumaków. Antylopy zabierzemy, ale misia nie. Chudy 

jak szczapa.

Odeszli obaj z Karolem, ale wrócili niespodziewanie szybko. Razem z 

końmi, które jak psy kroczyły za swymi panami. Okazało się, iŜ odbiegły 

niezbyt daleko.

Colorado zagasił resztki ogniska, rozłoŜył niedźwiedzie futro podszewką 

do góry i ciepłym jeszcze popiołem począł starannie nacierać kaŜdy cal 

skóry. Karol natychmiast zaofiarował swą pomoc. Wkrótce jeden i drugi 

mieli zasmolone twarze i czarne ręce. Nacieranie skóry drzewnym 

popiołem zapobiega jej twardnieniu i kurczeniu się. Jest to prymitywny 

sposób garbowania, stosowany od dawna przez Indian i westmanów.

Nie czekałem, aŜ mnie zaproszą do tej roboty. Poszedłem do swego 

konia, który najspokojniej szczypał trawę. Obejrzałem siodło, 

poprawiłem popręgi. śe nie odniósł Ŝadnych obraŜeń — to zasługa 

background image

Colorado. Obejrzawszy raz jeszcze zwierzę od pęcin po głowę, ruszyłem 

skrajem lasu. Tędy wiodły tropy zastrzelonego drapieŜnika. Czarny 

niedźwiedź, wbrew opinii niektórych, wcale nie jest jaroszem. Co 

prawda przepada za pewnymi gatunkami ziół, Ŝywi się leśnymi jagodami,

malinami, jeŜynami, ale nie stroni od mięsa. Ofiarą jego padają wszystkie 

prawie zwierzęta. Jedynie puma (lew amerykański) i bizon to 

równorzędni przeciwnicy.

Gdy zawróciłem do obozowiska, niedźwiedzia skóra została juŜ 

spreparowana, pięknie zwinięta i przytroczona do siodła Karolowego 

rumaka. Obaj moi towarzysze spłukiwali teraz w rzece resztki popiołu z 

rąk i twarzy. Wreszcie wpakowaliśmy antylopy na konie, dobrze 

zadeptali ognisko i ruszyli w powrotną drogę. Słońce wspięło się juŜ na 

pierwszą ćwiartkę nieba, ciemny las jałowcowy rozbrzmiewał gwarem 

ptaków, a nad miejscem, któreśmy dopiero opuścili, krąŜyły juŜ dwa 

skrzydlate drapieŜniki.

— Sępy — zauwaŜył Colorado. — Zrobią porządek z misiem.

Przebrnęliśmy rzekę. Woda rozpryskiwała się pod kopytami koni, jej 

kropelki migotały w słońcu barwami tęczy. Czułem się rześko w tym 

chłodnym jeszcze poranku. Cieszyłem się na myśl, Ŝe jutro ruszymy 

dalej, ku południowemu zachodowi, wprost do naszego celu: do 

Meksyku, do hacjendy don Pedro Gonzalesa.

A po drodze, kto wie, moŜe uda się nam napotkać Pehnulte, wodza 

Apaczów Mescalero?

Las pozostał za nami. Jeszcze chwila, a wśród płaskiej przestrzeni 

powinny się ukazać zarysy zabudowań. Rozglądałem się dokoła i nagle...

— Patrzcie! — zawołałem. — Dym! Widzę dym... na wprost!

Wstrzymali konie. Karol sięgnął po lornetkę. Uczyniłem podobnie. Teraz 

widziałem wyraźniej: szarobury stoŜek wystrzelający gdzieś z ziemi.

— To chyba nie preria? — powiedziałem.

background image

— Na pewno nie preria i nie ognisko — stwierdził Karol.

Podałem lornetkę Colorado. Spojrzał i natychmiast wykrzyknął.

— Do licha! Ten dym nie podoba mi się. Popędzajmy konie!

Wierzchowiec Karola od razu nas wyprzedził. Niósł na swym grzbiecie 

najmniejszy cięŜar — tylko skórę niedźwiedzia. Ja dowlokłem się na 

samym końcu do zagrody O’Briena, a raczej do tego, co z niej jeszcze 

pozostało.

Przetarłem oczy myśląc, Ŝe śnię. Osmolona, miejscami całkowicie 

zwęglona palisada, resztki sczerniałych bali — to było wszystko. Nie 

pozostało nic ani z zabudowań gospodarczych, ani ze sprzętów... Gdzie 

podzieli się mieszkańcy?

Widziałem, jak Karol kolbą swego sztucera roztrącał zwęglone szczątki, 

jak stąpał po zwałach popiołu wzbijając przy kaŜdym kroku chmurkę 

szarego pyłu. Jedyny zachowany naroŜnik budowli tlił się jeszcze słabym 

płomieniem. PoŜar nie mógł wybuchnąć wcześniej niŜ godzinę, dwie 

temu, a więc juŜ rankiem. Gdyby stało się to przed świtem, 

widzielibyśmy łunę na niebie. Ale kto spowodował ogień?

Colorado krąŜył dokoła palisady, z twarzą surową, z oczyma utkwionymi 

w ziemię. Skinął na mnie, a gdy się zbliŜyłem, wskazał zamazane tropy, 

widoczne jeszcze w miejscu, które było dawniej wjazdową bramą.

— Znowu koń, który stąpa kroczem — powiedział. — To nie przypadek. 

Co o tym sądzicie? O'Brien był zbyt ostroŜny, aby zaprószyć ogień. 

GdzieŜ zresztą sam się podział, gdzie jego Ŝona, gdzie syn?!

Pierwszy raz widziałem starego trapera w stanie tak silnego wzruszenia. 

Ostatnie słowa prawie wykrzyknął. Zniknięcie O’Briena naprawdę nim 

wstrząsnęło. Zniknięcie czy... śmierć? NaleŜało rzecz dokładnie zbadać. 

Przeszukać drobiazgowo całe otoczenie domostwa i ruiny zabudowań.

— Do środka nie sposób wejść — stwierdził. — Trzeba poczekać, aŜ 

nieco ostygnie. Teraz moŜemy tylko zająć się tamtym tropem. Głowę 

background image

dam, Ŝe tu bawili ci sami ludzie, których obozowisko znaleźliśmy na 

prerii. Konie stąpające kroczem nie chodzą stadami. To musiał być 

napad. Co pan znalazł? — zwrócił się do Karola.

— Nic. Nic, co stanowiłoby dowód obecności obcych ludzi. Pan znał 

rodzinę O’Brienów, Colorado. Czy mieli jakich wrogów w sąsiedztwie?

— W sąsiedztwie? Jakie tam sąsiedztwo? Dokoła pustka.

— A więc chyba... Apacze.

— Apacze?! — krzyknąłem zdziwiony. — śądali tylko zapłaty...

Nie dokończyłem zdania. Usłyszałem parsknięcie konia. Karol szarpnął 

mnie za ramię. Odwróciłem się błyskawicznie. Krąg czerwonych 

wojowników otaczał całą przestrzeń dawnych zabudowań i nas, 

uwięzionych wewnątrz tej przestrzeni. Apacze! To właśnie byli oni.

Karol wysunął się na czoło naszej trójki:

— Czego szukają nasi czerwoni bracia? Dom naszego brata spłonął. Czy 

wiecie, kto jest podpalaczem?

Nie otrzymaliśmy odpowiedzi. CzyŜby nie zrozumieli Karola? Kiedy 

zacząłem powątpiewać o umiejętnościach językowych przyjaciela i 

chciałem powtórzyć pytanie w języku angielskim, odezwał się wojownik, 

na głowie którego sterczało granatowoczarne pióro ptasie, wetknięte w 

równie czarny węzeł splecionych włosów.

— Iszarshiutuha wie, kto podpalił wigwam Ob-liena. Iszarshiutuha 

znaczy “mały jeleń". Co za dziwny zbieg okoliczności: przed rokiem 

zadzierzgnęliśmy przyjaźń z wodzem Apaczów Mescalero, który 

nazywał się Pehnulte “wielki jeleń". Uznałem to za pomyślną dla nas 

wróŜbę. Zupełnie bezpodstawnie. Oczywiście słowo “Ob—lien" było 

przekręceniem nazwiska O’Briena. Ale nie to mnie zdziwiło. Osłupiałem 

dopiero wówczas, gdy Mały Jeleń dokończył swe krótkie przemówienie.

— Wy jesteście podpalaczami!

Kiedy to rzekł, podniosły się ku nam lufy strzelb i strzały łuków. 

background image

Popełniliśmy straszne głupstwo odszedłszy daleko od swych koni i 

zostawiwszy przy siodłach długą broń. Teraz byliśmy bezbronni. CóŜ 

nam pozostało? Tylko zachować spokój. I tak teŜ postąpił Karol.

— Wojownicy Apaczów mylą się. Niech popatrzą na tropy wokół 

pogorzeliska. Zobaczą, Ŝe tu byli inni ludzie.

— Blada twarz nie będzie rozkazywać Małemu Jeleniowi. Oddacie broń 

i pojedziecie z nami.

— Dokąd? — zapytałem.

— Do obozu Apaczów.

— Dlaczego? — zapytałem powtórnie.

— Jesteście podpalacze i mordercy. Gdy długie noŜe * dowiedzą się o 

spaleniu wigwamu Ob—liena, ruszą przeciw nam, wówczas wydamy 

was długim noŜom. Howgh!

Odetchnąłem. Sprawa nie przedstawiała się tak źle. Jeśli nas przekaŜą 

Ŝ

ołnierzom, automatycznie staniemy się wolni. Najgłupszy przecieŜ 

dowódca nie uwierzy w to, Ŝe lekarz z Milwaukee czy słynny traper 

Karol Gordon stali się nagle podpalaczami lub mordercami!

A poza tym — Pehnulte! O tym samym musiał pomyśleć Karol, bo 

odezwał

się:

Długie noŜe — tak nazywali Indianie Ŝołnierzy regularnej armii, od szabel, które nosiła ongiś 

amerykańska kawaleria.

— Jesteśmy przyjaciółmi Wielkiego Jelenia. Prowadźcie nas do niego.

Mały Jeleń spojrzał nań ponuro:

— Blada twarz kłamie! Pehnulte odjechał na wiosenne łowy.

Wzruszyłem ramionami. Mały Jeleń musiał być wyjątkowym tępakiem. 

Nie chciał nas wysłuchać, nie chciał zbadać tropów odkrytych przez 

background image

Colorado. Jakim sposobem wybrano go na wodza?

— Wojownicy Apaczów nie potrzebują zabierać nam broni. Udamy się 

za nimi dobrowolnie.

To powiedziawszy mój przyjaciel uczynił krok w kierunku koni. Nie 

wiem, jak by postąpili Indianie wobec takiego oświadczenia i nigdy się 

nie dowiedziałem. Bo oto rozległ się lekki szelest, po nim — gwizd, 

tętent kopyt i piekielna wrzawa na zakończenie. Krąg ludzi rozerwał się. 

Ujrzałem Colorado, jak gnał na swym wierzchowcu. Początkowo nikt go 

nie ścigał. Apacze zostawili mustangi na uboczu i teraz kilku wo-

jowników pobiegło je dosiąść. Iszarshiutuha coś krzyknął, rzucono się na 

nas. Zostałem obalony i skrępowany. Napastnicy odstąpili. Kilka kroków 

dalej leŜał Karol, równie bezwładny jak ja. Znaleźliśmy się w niewoli 

Apaczów.

background image

W niewoli

We wnętrzu panował półmrok. Wysoko na kilka stóp pięły się drewniane 

tyki, na których trzymała się ścianka spleciona z łoziny i okryta płatami 

kory. W górze, gdzie tyki się łączyły, malutki otworek błyskał światłem 

pełnego dnia.

Spoczywałem na posłaniu z traw nakrytych bizonią skórą i gapiłem się w 

ten otwór ukazujący skrawek błękitnego nieba. CóŜ miałem innego 

czynić? Wigwam Apaczów zbyt jest ciasny, aby w jego wnętrzu moŜna 

odbywać spacery.

Dwa kroki ode mnie leŜał Karol. Prawdopodobnie patrzał w tę samą 

dziurę i rozmyślał. Byliśmy jeńcami Mescalerów i teraz odpoczywaliśmy 

po długiej i męczącej jeździe od zagrody O’Briena aŜ tutaj, do indiań-

skiej wsi. ZdąŜyłem juŜ zauwaŜyć, iŜ znajdowała się w dolinie otoczonej 

lasem, nad strumykiem wypływającym ze wzniesień piętrzących się 

dokoła na kształt schodów jakiegoś olbrzyma, porosłych starodrzewem. 

Po jednej stronie rzeczki ciągnęły się pastwiska, po drugiej — szeregi 

szałasów. Po przybyciu zdjęto z nas rzemienie i więcej juŜ nie 

krępowano, tyle Ŝe swoboda ruchów ograniczona została do wnętrza 

wigwamu. Przed jego wejściem siedzieli dwaj wojownicy.

Colorado uciekł! Spryciarz. Wiedzieliśmy, Ŝe pogoń wróciła z niczym. 

Ale ten fakt nie polepszał sytuacji, przeciwnie. Mały Jeleń uznał 

ucieczkę westmana za dowód naszej winy.

— Udało mu się — powiedziałem głośno. — I tyle go będziemy 

widzieli.

— Myślisz o Colorado? — zapytał Karol. — Chyba się mylisz. Jeśli 

Colorado jest uczciwym człowiekiem, nie opuści nas w biedzie.

background image

— Ostatecznie — westchnąłem — nic nam tu nie grozi. Pehnulte w 

końcu powróci.

— Ba, ale kiedy? Nie bardzo mi się uśmiecha spędzić całą wiosnę i całe 

lato w tym wigwamie. A poza tym... — urwał w połowie zdania.

— Co jeszcze?

— Tylko tyle, Ŝe Dziki Zachód ciągle jeszcze jest dziki. Wielu tu padło, i 

czerwonych, i białych. Gdyby tak Pehnulte nie wrócił?

— Nie przeraŜaj mnie, Karolu. Wydadzą nas najbliŜszemu posterunkowi 

wojskowemu. Tak mówił Mały Jeleń.

— Mówił, ale nie do niego naleŜeć będzie ostateczna decyzja, tylko do 

rady starszych plemienia.

Roześmiałem się:

— WróŜysz nam śmierć przy palu? Nie poznaję cię. Skąd taki 

pesymizm? Nie istnieją juŜ męczeńskie pale, stare to dzieje i 

przebrzmiałe.

— No, no. Co za pewność? Czuję się jak greenhorn wobec starego 

tropiciela lasów i pól. Ale nie podzielam twego spokoju *.

— Karolu — obruszyłem się — jeszcze jedno takie słowo...

— ...a opuścisz wigwam, śmiertelnie na mnie obraŜony. Obawiam się 

jednak, iŜ przeszkodzą ci w tym straŜnicy czuwający nad nami przy 

wejściu. A teraz mówię powaŜnie: jeśli Pehnulte nie wróci, Apacze naj-

prawdopodobniej odstawią nas do najbliŜszego fortu. Powiadam: 

najprawdopodobniej.

— No, właśnie. Dowódca posterunku nie uwierzy oczywiście...

— A nie przychodzi ci na myśl, Ŝe moŜe się trafić tak głupi podoficer czy 

oficer i tak leniwy, Ŝe nie będzie chciał sprawdzić, kim jest człowiek 

podający się za lekarza i kim jego towarzysz. To nie przelewki. Jeśli 

O'Brien zginął, a tak przypuszczam, oskarŜą nas o mord.

— Chyba kpisz?

background image

— Ani mi to w głowie. Na tych ziemiach powieszono juŜ sporo 

niewinnych i 

Karol Gordon nie mylił się. Spokój nie zapanował na tych ziemiach. W dwa lata później, w 

marcu 1886 r., Apacze wykopali topór wojenny.

naiwnych.

— A niech to... Musimy więc stąd uciekać.

— Cały czas nad tym się zastanawiam.

Dalszą rozmowę przerwało wejście indiańskiej sąuaw. Postawiła przed 

nami dzban wody i dwie miski pełne parującej zupy. Barwę ta potrawa 

miała nieosobliwą, szarobrązową, ale zapach! Dawno czegoś tak 

wspaniałego nie miałem w ustach. Do tego otrzymaliśmy po placku 

kukurydzianym. Squaw bez jednego słowa opuściła wigwam.

— A moŜe byś tak ją zagadnął?

— O co i po co? Nie odpowiedziałaby. 

Westchnąłem zabierając się do jedzenia. I tak minął pierwszy dzień 

naszej niewoli.

Następnego, samym rankiem, wyprowadzono nas na dwór. Sądziłem, iŜ 

Mały Jeleń pragnie z nami pomówić. JuŜ szykowałem argumenty, które 

miały go przekonać o naszej niewinności. Nadaremnie. Iszarshiutuha nie 

pokazał się. Przywiązano nas do dwu samotnych pinii. Ręce jednak 

pozostawiono wolne. Mało tego! Jeden z wojowników przyniósł nam 

kapciuchy z tytoniem i fajki. Kiedy się oddalił, mruknąłem do Karola:

— Odnoszą się do nas z szacunkiem...

— Po prostu traktują jako zakładników, baczą, abyśmy zbytnio nie 

cierpieli w niewoli. Ale nie wysnuwaj z tego Ŝadnych wniosków. Jak mi 

wiadomo, ze skazanymi równieŜ obchodzono się bardzo łagodnie.

— Dziękuję za pocieszenie. Wymyśl coś innego. Nikogo nie widzę w 

background image

pobliŜu, moŜe spróbować?

— Nic z tego, Janie. Za nami siedzi wartownik. Nie zdołalibyśmy zrobić 

nawet paru kroków, a tylko pogorszyli swą sytuację.

Po paru godzinach, gdy słońce dosięgło szczytu nieba, poczułem coś 

jakby wdzięczność dla Indian. W wigwamie musiało być teraz piekielnie 

gorąco i duszno, tu zaś cień pinii chronił głowy, a spadający od czasu do 

czasu z górskich wyŜyn wiaterek chłodził twarze. Troszczono się o nas 

niebywale. Jeśli na przykład podbiegał ku nam któryś z włóczących się 

po wsi indiańskich psów, siedzący za nami wartownik odpędzał go 

kamieniem.

Popołudniowy posiłek otrzymaliśmy na dworze, wieczorny — juŜ w 

wigwamie, gdzie zdjęto z nas pęta.

Opisałem dokładnie przebieg drugiego dnia niewoli. Następne niczym 

się nie róŜniły. Straszliwa monotonia poczynała nam ciąŜyć nieznośnie. 

O wydostaniu się niepostrzeŜenie z wigwamu nie było co marzyć. War-

townicy nigdy nie spali, a sforsować ściany szałasu nie dałoby się bez 

pomocy długiego i ostrego noŜa. Począłem złorzeczyć w myślach 

Colorado, który teraz buja sobie na wolności.

Karol — dostrzegłem — posępniał z dnia na dzień i na moje pytania 

odpowiadał tylko półsłówkami. Parokrotnie domagaliśmy się rozmowy z 

Małym Jeleniem. Bezskutecznie. Podejrzewam, Ŝe straŜnicy nie 

przekazali mu naszej prośby. Na pytania o Pehnulte zawsze 

otrzymywaliśmy tę samą odpowiedź, Ŝe pojechał do Alczeze—czi, co w 

języku Apaczów oznacza Mały Las, i jeszcze nie wrócił. Gdzie 

znajdował się ten Mały Las: dziesięć mil stąd czy sto — nie mogliśmy 

się dowiedzieć. StraŜnicy po prostu ogłuchli i oniemieli.

— Któregoś dnia — oświadczył mi Karol — zrobię taką awanturę, Ŝe 

będą musieli przywołać Małego Jelenia.

Monotonia przymusowego pobytu raz jeden przerwana została przez 

background image

wydarzenie, którego konsekwencje ujawniły się znacznie później. Oto 

szóstego czy siódmego dnia naszej niewoli — dokładnie nie pamiętam 

— w samo południe, gdy siedzieliśmy przywiązani do “swoich" pinii, w 

głębi doliny dostrzegłem dwie obce, nie pasujące do otoczenia sylwetki 

ludzkie. ZbliŜyły się powoli w naszą stronę.

— Karolu — powiedziałem półgłosem — popatrz.

— Widzę. Jacyś biali.

— To koniec naszej niewoli!

— Nie wyglądają na Ŝołnierzy.

— Kimkolwiek są, nie zostawią nas w takim połoŜeniu.

— Zobaczymy.

W pewnej od nas odległości obaj nieznajomi zatrzymali się. Ujrzałem, 

jak podszedł do nich Indianin, zapewne Mały Jeleń, ale przestrzeń ciągle 

jeszcze była zbyt wielka, abym mógł kogokolwiek rozpoznać. Stali w 

grupce przez kilka minut, a potem wolnym krokiem znowu skierowali się 

ku nam. Rozpoznawałem juŜ twarze. Nie, to nie byli Ŝołnierze. Niestety.

— Halo! — zawołałem niefrasobliwym głosem. — DŜentelmeni, 

wytłumaczcie wodzowi, Ŝe bierze nas za kogoś innego.

Oczekiwałem teraz okrzyku zdziwienia, pytań, a nawet przecięcia 

więzów. Nic takiego nie nastąpiło. Podeszli jeszcze bliŜej i bez słowa 

przyglądali się nam przez chwilę. Potem jeden z nich nachylił się w 

stronę Małego Jelenia i coś mu szepnął. Odwrócili się do nas plecami i 

poczęli się oddalać.

— Co to ma znaczyć? — wrzasnąłem.

Dopiero wtedy usłyszałem zaiste osłupiającą odpowiedź:

— Dowiecie się niedługo, podpalacze!

— Podpalacze! Czyście zwariowali? Nic mi juŜ nie odpowiedziano.

— Karolu, czemuś milczał? — zwróciłem się z kolei do Gordona.

— Te dwa typy nie podobały mi się od samego początku. MoŜe miałem 

background image

ich błagać o zdjęcie więzów? Myślę, Ŝe komuś bardzo zaleŜy, aby nas 

uznano za podpalaczy.

— To świństwo! — denerwowałem się. — Biali zostawiają rodaków w 

rękach czerwonoskórych!

— Właśnie. Zupełnie niezgodnie z fabułą wielu opowiadań o Dzikim 

Zachodzie. Tam zawsze szlachetni biali wyzwalają równie szlachetnych 

traperów z rąk krwioŜerczych Indian. Teraz zapoznałeś się z rzeczy-

wistością, Janie.

Nic na to nie rzekłem. Karol miał niekiedy nieco denerwujący sposób 

formułowania swych poglądów...

Tego samego dnia wieczorem niebo zaciągnęło się chmurami, uderzył 

wicher tak porywisty, Ŝe nasz wigwam trząsł się cały. Później nastała 

cisza, a po ciszy błyskawica rozświetliła wnętrze szałasu. W jaskrawym 

blasku ujrzałem przez otwór wejściowy przestrzeń wioskowego placu, 

którą biegiem przemierzało paru wojowników. W ciągu dwu sekund 

atramentowa ciemność zakryła wszystko. Usłyszałem, jak drobne krople 

deszczu poczynają monotonnie uderzać o poszycie naszego schronienia. 

Przetoczył się po niebie daleki grzmot. I znowu błyskawica. Tak się 

zaczęło.

Minęła godzina, po niej druga. Deszcz nie ustawał. Zamienił się w 

ulewę. Nieustanny plusk zagłuszał wszystko. Ze szczytowego otworu 

poczęła płynąć woda, tworząc na ziemi malutkie jeziorko. Przesunęliśmy 

się jak najbliŜej ścian. LeŜałem wsłuchany w monotonny szum, aŜ 

wreszcie zapadłem w półsen—półjawę. Z takiego stanu nieświadomości 

wyrwało mnie gwałtowne szarpnięcie. Usiadłem. Dokoła panowała 

nieprzenikniona ciemność. Nadal szumiała ulewa, ale poprzez jej głos 

dobiegł mych uszu szept:

— Doktorze, szybko. Niech pan mnie trzyma za rękę. Idziemy.

Zerwałem się. Pierzchnęła senność. Postaci nie dojrzałem, ale ten szept 

background image

natychmiast zdradził mi osobę. Colorado!

— Karolu!

— Jestem tutaj.

— Nie gadać! Trzymajcie się mnie.

Wyszliśmy przez otwór, który był równie czarny jak wnętrze wigwamu. 

Z niewidocznego nieba spadał prawdziwy wodospad. W parę sekund 

przemokłem od czubka głowy po pięty. Nogi ślizgały się w błotnistej 

mazi. Byłbym runął, gdyby Colorado nie ujął mnie pod ramię. Nie 

potrafię opisać drogi, jaką przebyłem. Wśród nieustannego chlupotu 

posuwaliśmy się dość gładką płaszczyzną, później trzeba było wspinać 

się po jakiejś stromiźnie. Od czasu do czasu zaczepiałem o gałęzie. 

Swobodną ręką zasłoniłem oczy. I tak nic nie było widać. Na koniec 

dobiegła kresu wspinaczka.

— Uwaga — ostrzegł Colorado — schodzimy...

To było jeszcze gorsze. Miejscami woda rwących potoków sięgała kolan. 

A do tego ciemność! Colorado musiał mieć sowie oczy!

Zmordowany do kresu sił zostałem na koniec wepchnięty w głąb 

jakiegoś pomieszczenia. Colorado puścił moje ramię. Usłyszałem lekki 

trzask, ujrzałem kilka złocistych iskierek, potem malutki płomyk, 

wreszcie ogień, który mi ukazał nierówne ściany jakiejś pieczary. 

Odetchnąłem.

— Siadajcie — wskazał na kupę chrustu. Natychmiast ściągnąłem buty, 

kurtę, koszulę, spodnie.

— MoŜemy tu przeczekać ulewę? — zapytał Karol.

— Tak. Myślę, Ŝe ruszymy przed świtem.

— W porządku.

Rzekłszy to, poszedł za moim przykładem. Siadł na chruście i wyciągnął 

bose nogi w kierunku ognia.

— Colorado, jak pan tego dokonał?

background image

— Prosty przypadek. Czekałem na okazję. Deszcz nieczęsto się trafia, ale 

przecieŜ się trafia. Jesteście pewno głodni — stwierdził kierując się w 

głąb jaskini. — Mam dwa kawałki pieczeni.

— I co ty na to, Karolu? Co za historia!

Nie otrzymałem odpowiedzi, bo traper znowu pojawił się przy ognisku 

niosąc mięso i suchary.

— Jedzcie. Wodą nie częstuję, pewnie macie jej dosyć.

— Na całe Ŝycie — mruknąłem. — Jak pan nas odnalazł?

— A jak zdobył konie? — dodał Karol.

— Konie? Nie widzę Ŝadnych koni. Skąd o tym wiecie?

— Wskazuje na to zdrowy rozsądek. Colorado nie mógł nas uwolnić, nie 

zapewniwszy nam wszystkim moŜliwości szybkiej ucieczki. Co prawda 

ulewa zatarła nasze ślady, ale ręczę ci, Janie, Ŝe juŜ jutro zostalibyśmy 

schwytani wędrując piechotą.

Traper uderzył się dłońmi po kolanach:

— Są konie. Trzy konie. I siodła, i broń.

— Wykradzione z wigwamu Małego Jelenia?

— Zgadza się.

— Colorado — zaniepokoił się mój przyjaciel — myślę, Ŝe obszedł się 

pan z nim łagodnie? Bardzo by to zagmatwało nasze połoŜenie w 

przeciwnym wypadku.

— Uśpiłem ich jak dzieci w kołysce.

— Ich?

— Dwu. Małego Jelenia i waszego straŜnika. Jeśli nawet przebudzą się 

wcześniej niŜ naleŜy, to skrępowani i z kneblami w ustach.

— A konie, a broń? — zapytałem. 

Traper roześmiał się półgłosem.

— W taką noc jak ta, doktorze, moŜna by wynieść na plecach cały obóz, 

nie tylko broń. Zresztą... posłuchajcie.

background image

Przy wtórze szumu ulewy opowiedział o swej wyprawie. Gdy wyrwał się 

z kręgu Indian otaczających zgliszcza chaty O’Briena, pognał prosto ku 

rzece.

— Myślałem, Ŝe wyduszę ostatni dech ze swej szkapy ….

Miał przewagę nad Apaczami. Zanim dopadli swych koni, znajdował się 

dobrą milę na przedzie.

— Strzelali — wtrąciłem.

— A jakŜe, ale w biegu.

Przebył rzekę. Pierwotnie miał zamiar przeskoczyć kawałek drogi samym 

nurtem, aby zatrzeć ślady.

— Ale widzieli mnie. Pognałem więc prosto, ciągle jeszcze z duszą na 

ramieniu. Musieli mieć jakieś wyjątkowo kiepskie chabety, bo 

odsądziłem się jeszcze dalej.

— Ilu ich było? — wtrącił Karol.

— Trzech — mogłem się z nimi inaczej załatwić. Po prostu przycupnąć 

za krzakiem i poczekać. Nie będę się chwalił, ale ja nie chybiam. Nie 

jestem jednak poŜeraczem czerwonoskórych. To po pierwsze. Po drugie: 

nie chcę zadzierać z Apaczami. Nie uczynili mi nic złego. A po trzecie: 

mogłoby to wam zaszkodzić. Na szczęście, o dwie mile dalej linia lasu 

wygina się ku wschodowi, a preria tworzy długi, zwęŜający się pół-

wysep. Skręciłem tam i ścigający musieli mnie stracić z oczu. Gnałem aŜ 

do samego cypla zarośniętego krzewami. Za nimi wznosi się 

wysokopienny las. Prowadząc konia za uzdę, przebrnąłem las aŜ do 

wody. Wtedy znów wskoczyłem na siodło, wjechałem w nurt i tą drogą 

dotarłem do miejsca, w którym poprzednio rzekę przebyłem. Uczyniłem 

w ten sposób koło. Wpędziłem konia w gąszcz leśny i kazałem mu się 

połoŜyć. W kilka minut później ujrzałem pogoń. Stanęli na skraju lasu, 

chwilkę się naradzali, później pociągnęli brzegiem wody na zachód. 

Nadal czekałem. Wrócili, zanim słońce zaszło, raz jeszcze przebyli rzekę 

background image

i oddalili się. Więcej ich nie widziałem. Wczesnym rankiem ruszyłem 

starym tropem do zagrody O’Briena, a potem krok w krok waszym 

ś

ladem, aŜ dotarłem tutaj. To wszystko.

— Na pewno nie wszystko — zaprotestowałem.

— Wszystko, jak na jeden dzień. Później ułoŜyłem sobie nowy plan.

Podniósł się i poszedł w kierunku wyjścia.

— Leje wciąŜ jak z cebra — stwierdził. — Do świtu nie ustanie. A 

więc...

I rozpoczęła się opowieść obejmująca cały okres naszej niewoli. Przez 

ten czas Colorado zdołał przetrząsnąć okolicę indiańskiej wioski, odkryć 

jaskinię, w której znajdowaliśmy się obecnie, i zaopatrzyć ją w drzewo 

na opał i w trochę mięsa. Ale polować musiał daleko stąd. Huk strzału na 

pewno zwróciłby uwagę czerwonoskórych.

— Bardzo to dziwne — wtrącił się Karol. — Miałem lepsze wyobraŜenie 

o Apaczach i o ich czujności.

— I słusznie. Ale wiecie, ilu tu zostało wojowników? Nie więcej niŜ 

tuzin. Reszta pociągnęła z tym waszym Pehnulte.

— Do Małego Lasu?

— Nic nie słyszałem o Ŝadnym lesie. Dość, Ŝe odjechali, i to na długo 

przed waszym tu przybyciem.

— Wyprawa wojenna? — zapytałem.

— Mało prawdopodobne — stwierdził Karol. — Pehnulte nie wygląda 

na głupca, który wykopuje topór wojenny przeciw białym.

— Kto mówi o białych? To moŜe być porachunek z którymś z sąsiednich 

plemion. Nie macie pojęcia, jak się tu oni Ŝrą między sobą! Więc, jak juŜ 

mówiłem, zostało zaledwie dwunastu wojowników, kobiety i dzieci. 

Odszukałem wasze konie, sprawdziłem, gdzie schowano uprząŜ i broń,

— W wigwamie Małego Jelenia — stwierdził Karol.

— Oczywiście. Byłem tam przed kilku dniami, ale nie mogłem nic 

background image

ruszyć. Spostrzegliby natychmiast i poczęli szukać mojej cennej osoby. 

Musiałem więc czekać sposobności.

— To znaczy: czego? — zagadnąłem.

— Sprzyjającej pogody. No i doczekałem się. Roboty miałem sporo. 

Najpierw z końmi. Zwłaszcza z tym czarnym diabłem — zwrócił się do 

Karola. — Ale ja mam swoje sposoby. Sporządziłem dwie uździennice z 

rzemieni i jakoś poszło. Sprowadziłem rumaki aŜ tutaj. Obok jest druga 

jaskinia, tam stoją.

— I tak pan skromnie o tym mówi, Colorado? PrzecieŜ to była piekielnie 

trudna sprawa — pokiwał głową Karol.

— Trudna, ale nie dla takiego koniarza jak ja. Zresztą deszcz dopomógł. 

Deszcz i szałwia. Szałwia doskonale zabija zapach białego człowieka. 

Chodziło mi o to, aby mnie nie zwietrzyły indiańskie mustangi pasące się 

w pobliŜu waszych koni. Wytarzałem się w szałwii i ponapychałem jej 

we wszystkie kieszenie. Udało się. Potem złoŜyłem wizytę Małemu 

Jeleniowi. Dał się skrępować jak niemowlę. Chyba nawet nie wiedział, 

kto go wiąŜe. Tak zgłupiał. Zabrałem siodła, waszą broń i złoŜyłem w 

bezpiecznym miejscu. Na koniec powędrowałem do waszego wigwamu. 

StraŜnik był tylko jeden, prawie utopiony w tej ulewie. Ścisnąłem go 

lekko. Ani pisnął. A potem związałem. Co jeszcze chcecie wiedzieć?

— Coś o dwu białych — powiedziałem.

— Białych? Takich moje oczy nie oglądały. O kogo chodzi?

Karol opowiedział o wizycie nieznajomych. Colorado potrząsnął głową:

— Nie, nie widziałem ich. Ale wobec tego wygląda na to, Ŝe ktoś chce 

nas urządzić. Czy na pewno nie spotkaliście się przedtem z tymi ludźmi?

— Hm, nie przypominam sobie — stwierdził Karol.

— A mnie się zdaje — wtrąciłem niepewnie — Ŝe twarz jednego z nich 

jest jakaś znajoma.

— “Zdaje się" czy “na pewno"?

background image

— Nie, nie jestem pewien...

— A więc to niczego nie wyjaśnia. Zresztą przez ten czas zdąŜyłem 

nieco przetrząsnąć okolice farmy. Ślad jest jeszcze wyraźny. Gdyby nie 

Apacze, dognalibyśmy ich w parę godzin. Ba, ja sam mimo zwłoki potra-

fiłbym ich doścignąć. Ale nie mogłem was zostawić.

— Czy słusznie? — wyraziłem wątpliwość. — PrzecieŜ nam nie moŜe 

tutaj stać się nic złego, a tamtym...

— Do licha! — zaśmiał się. — Taka to wdzięczność, doktorze?

— Colorado — przerwał Karol. — Przyznaję, Ŝe nie docenialiśmy pana. 

Trzeba być nie lada zuchem, Ŝeby dokonać tego, czego pan dokonał. 

Jesteśmy pana dłuŜnikami...

Potwierdziłem Ŝarliwie tę deklarację.

— Jeśli mówiłem, Ŝe lepiej było gonić za O'Brienem...

— Dobrze, dobrze, doktorze. Wiem, co pan chce powiedzieć: Ŝe 

Pehnulte by powrócił i was uwolnił, a tropy zatrą się. Jestem jednak 

przekonany, Ŝe O’Brien wraz ze swą rodziną są cali i zdrowi i Ŝe im 

przez dłuŜszy czas nic grozić nie będzie.

— Skąd taka pewność?

— Nie znalazłem wokół zagrody nic, co stanowiłoby dowód jakiejś 

walki. O’Brien został porwany Ŝywcem. Widać jest komuś potrzebny 

cały i zdrowy. Ale po co i na co? Zabijcie, a nie odgadnę!

— A jeśli się... spalili?

— Dobrze się naszukałem w pogorzeliskach. Ani śladu. Nie, ich 

porwano.

Przyznaję, lŜej mi się zrobiło wysłuchawszy tej informacji.

— Więc co teraz mamy zrobić? — zapytałem.

— Przede wszystkim trzeba się stąd oddalić — zauwaŜył traper.

Podniósł się od ognia i zniknął u wejścia do jaskini.

— Nie moŜemy zostawić Colorado z całym tym kłopotem — oświadczył 

background image

półgłosem Karol.

Nie zdąŜyłem odpowiedzieć, bo traper zjawił się znowu.

— No, dŜentelmeni — powiedział wesoło — mam nadzieję, Ŝeście juŜ 

wyschli. Ulewa się skończyła, ledwie mŜy. Niebo się przeciera, niedługo 

ś

wit. Czas na nas. Czy wiecie, jak daleko znajdujemy się od Apaczów? 

W prostej linii nie będzie więcej niŜ pięćset jardów. Diabelnie blisko. 

Rozumiecie więc, iŜ nie wolno dłuŜej ryzykować.

Rozumieliśmy dobrze. Teraz kaŜda chwila zwłoki groziła powtórną 

niewolą. Ubraliśmy się pospiesznie, zarzuciliśmy na plecy siodła, do ręki 

wzięli broń i wyszli na dwór. Z widocznego juŜ nieba siąpił przenikliwy 

deszczyk.

— Tędy — wskazał drogę Colorado. Poprowadził nas ścieŜką wzdłuŜ 

podstawy zbocza.

Za tym właśnie zboczem leŜała indiańska wioska. Gdyby na skalnym 

grzbiecie rozstawiano posterunki, mieliby nas jak na dłoni. Ale nikt tam 

nie wartował. ChociaŜ takiej nieostroŜności nie usprawiedliwiała nawet 

paskudna pogoda. Mały Jeleń musiał być doprawdy bardzo małym... 

wodzem.

— Prędzej, panowie — poganiał nas Colorado. — Jeszcze kilka kroków.

Za skalnym występem znajdował się w chropowatej ścianie czarny otwór 

obszernej jak komnata groty. Tu ujrzeliśmy wszystkie trzy konie 

uwiązane na lassach do wbitych w ziemię kołków. ZałoŜyliśmy uprząŜ, 

zbadali zawartość juków. Niczego nie brakowało.

Wywiedliśmy wierzchowce na dwór i wolno, wolniutko ruszyli pochyłą 

płaszczyzną, porośniętą z rzadka trawą, wśród której leŜały dość gęsto 

kamienie najrozmaitszej wielkości. Nie sposób było jechać szybciej. 

Wlekliśmy się tak z pół godziny, aŜ mordercza droga skończyła się jak 

noŜem uciął. Teraz mieliśmy przed sobą step gładki jak powierzchnia 

stołu.

background image

— W konie! — krzyknął Colorado i wysunął się naprzód.

Ruszyliśmy kłusa, później galopem. Gdzieś na horyzoncie błysnął 

pierwszy promień zorzy. Przestało padać. Szara opona nieba rozdarła się 

przed nami. Na niebieskim tle ukazały się białe obłoki.

Po kilku godzinach takiej jazdy Colorado zwolnił tempo, wreszcie 

zatrzymał się.

— Krótki postój. Zwierzęta muszą wytchnąć — powiedział.

Zeskoczyłem z siodła. Teraz poczynałem odczuwać zmęczenie po 

nieprzespanej nocy i forsownej jeździe. A Colorado? Ten się przecieŜ 

najbardziej napracował. A nawet nie usiadł. Przechadzał się cały czas, 

spoglądając na wszystkie strony.

Po krótkim odpoczynku znów dosiedliśmy koni. Trawiasty step 

przeszedł wkrótce w płaszczyznę porosłą rzadkimi chwastami, ale i one 

rychło znikły. Dokoła rozciągała się pustynia rudego piachu.

— Szybciej. To najgorszy kawałek drogi. Nie ma gdzie się ukryć. Widać 

nas ze wszystkich stron, jak pieczeń na patelni.

Pędziliśmy teraz, na ile tylko stać było nasze konie, a za nami podnosił 

się czerwony tuman kurzu. W końcu drogę przecięła mała rzeczka 

płynąca między brzegami wypłukanymi w ceglastej glebie.

— Tego właśnie potrzeba — powiedział Colorado. ——Chwyćcie za 

szkła i popatrzcie za siebie. Ja nikogo nie dostrzegam.

Spełniliśmy jego Ŝyczenie. Pustka rozciągała się dokoła, ani człowieka, 

ani zwierzęcia. Stwierdziłem to głośno.

— Doskonale. Teraz hop, w strumień! Jedziemy jego korytem. Co 

prawda dno nieco piaszczyste, ale ślady zatrze prąd.

Ruszyliśmy, jeden za drugim, znacznie juŜ wolniej. Upał wzmagał się, 

ale od wody bił chłód, a drobne kropelki tryskające spod końskich kopyt 

przyjemnie rzeźwiły twarze. W ten sposób jechaliśmy z dobrą godzinę, 

aŜ Colorado zdecydował się wyprowadzić wierzchowce na brzeg.

background image

— Jeszcze kawałeczek — stwierdził — a odpoczniemy w zacisznym 

lasku i nad wodą lepszą od tej.

To powiedziawszy obrócił koniem w kierunku przebytej przed chwilą 

drogi.

— Wracamy? — zadziwiłem ssie.

— Niezupełnie. Będziemy posuwać się równolegle do naszego starego 

tropu, w odpowiedniej odległości.

— W ten sposób zbliŜamy się do wioski Apaczów.

— Ale dzięki temu — wtrącił się Karol — odległość między nami a 

przypuszczalnym pościgiem będzie jeszcze bardziej wzrastać. Apacze 

jadą w jedną stronę, my w drugą. Wręcz przeciwną. Zanim odszukają 

nasz trop ginący w rzece, zapadnie noc. Potem juŜ nas nie dopędzą.

— Wielki Bóbr się nie myli — przytaknął traper. — Odgadł mój plan.

Jeszcze około czterech godzin trwała nasza wędrówka, aŜ na horyzoncie 

ukazała się granatowoczarna ściana lasu. Bór był mieszany, liściasto—

iglasty z przewagą świerków, które nadawały mu nieco posępny wygląd. 

Za niskimi krzewami głęboki cień padał od obwisłych konarów na 

poszycie bujnie porosłe, pokryte mchem, gdzieniegdzie trawą lub 

zawalone uschłymi gałęźmi, poprzegradzane potęŜnymi pniami padłych 

olbrzymów. Jechać konno nie było juŜ moŜna. Ujęliśmy cugle i 

prowadząc na nich wierzchowce przedzierali się powoli, jeden za 

drugim, jakąś wydeptaną przez zwierzęta steczką. Tak dotarliśmy nad 

małe jezioro, o toni granatowej i lustrze wody błyszczącym w słońcu. 

Drzewa podchodziły do samego brzegu, który uginał się pod stopami. 

Dalej — juŜ w wodzie — wyrastało pasmo sitowia. Colorado kazał nam 

stanąć.

— Muszę wykonać swój plan — powiedział. — Na wypadek, gdyby 

Indianie przywędrowali za nami aŜ tutaj. Jeśli jesteście ciekawi, 

przyglądajcie się. Jeśli nie, idźcie dokoła jeziora, tylko nie za blisko 

background image

brzegu. Obóz rozbijemy po drugiej stronie.

Oczywiście — zostaliśmy. Colorado pociągnął swego wierzchowca za 

uzdę. Zwierzę chrapnęło ostrzegawczo i stuliło uszy, ale nie stawiało 

oporu. Stąpało powoli i ostroŜnie, aŜ w ciemnych zagłębieniach od kopyt 

poczęła ukazywać się bagienna wilgoć. Jeszcze chwila, a koń zapadnie 

się w rozkisłym błocie. Wtedy Colorado zatrzymał się, wykonał ruch 

ręką i na ten znak koń począł się cofać. Ale jak! Jeśli obserwowaliście 

zachowanie się koni, wiecie, jak niechętnie, z oporem, waląc tylnymi ko-

pytami w ziemię lub nawet wspinając się, stąpają te zwierzęta do tyłu. 

Dlatego zdumiałem się widząc, jak taki manewr wykonuje wierzchowiec 

Colorado. I to nawet bez dalszej zachęty ze strony swego pana. Stąpał 

lekko, delikatnie, od czasu do czasu odwracając łeb.

Przebył w ten sposób chyba trzy jardy do miejsca, w którym 

zatrzymaliśmy się. Dopiero wówczas stanął.

— No — powiedział traper — skończone. Idźcie, ja pozacieram zbędne 

ś

lady.

— Po co to wszystko? — zapytałem.

— Jeśli Apacze nadciągną, zobaczą ślady dwu koni ginące w wodzie. Do 

głowy im nie przyjdzie porównywać odciski, aby stwierdzić, Ŝe było tu 

tylko jedno zwierzę, ale raz szło naprzód, raz do tyłu. Poczną się 

zastanawiać, w jakim celu dwu szaleńców wjechało w bagnistą wodę. 

Nic mądrego nie wymyślą, a jeśli zechcą posuwać się tym tropem, 

natychmiast ugrzęzną. ChociaŜ tacy głupi chyba nie będą. Nie odkrywszy 

tajemnicy, poczną się naradzać. Ile to im w sumie zajmie? Ponad 

godzinę. A teraz zauwaŜcie, w którym miejscu wpędziłem konia w 

wodę? Tu właśnie jest prześwit. Z przeciwległego brzegu moŜemy 

wszystko dokładnie obserwować. Starczy czasu, aby w porę zniknąć. No 

ruszajcie, ja tu jeszcze trochę pomarudzę.

Ruszyliśmy półkolem wzdłuŜ zdradzieckiego brzegu, w bezpiecznej 

background image

jednak odległości. Zatrzymaliśmy się na przeciwległym krańcu jeziora. 

Colorado przyszedł, gdy poczynało juŜ zmierzchać.

— Mamy całą noc przed sobą — stwierdził — bo dzisiaj juŜ nie 

przybędą, jeśli w ogóle się tu zjawią. Trzeba to wykorzystać. Musimy 

napoić konie.

Normalnie zwierzęta prowadzi się do wodopoju. Tu tego nie moŜna było 

uczynić. Wędrowaliśmy więc na niebezpieczny brzeg z worami i 

przynosili wodę, która pachniała zgnilizną. Konie nie bardzo chciały pić, 

ale jakoś skłoniliśmy je do tego.

Kiedy na niebie ukazały się pierwsze gwiazdy, powiódł nas Colorado w 

głąb lasu na niewielką polankę, gdzie zasiedliśmy przy skromnym 

ognisku. Po raz

pierwszy tego dnia miałem okazję napić się kawy. Przyrządzona na 

bagiennej wodzie, smakowała nieosobliwie, ale za to była gorąca. Garść 

pemikanu uzupełniła ten skromny posiłek.

Z siodłem pod głową, nakryty derką, prawie natychmiast zapadłem w 

sen.

background image

Ognisko w lesie

Nie wiem, czy dlatego, Ŝe poszycie leśne było twarde, czy teŜ dała mi się 

we znaki całodzienna jazda — dość, Ŝe rankiem zwlokłem się ze swego 

legowiska z bólem wszystkich mięśni. Colorado natychmiast to 

zauwaŜył:

— Coś doktora połamało — stwierdził. — Pewnie wilgoć. Nie kaŜdy ją 

dobrze znosi. Złe tu miejsce na nocleg, ale szybko stąd ruszymy dalej. 

Spenetrowałem tamten brzeg. Czerwonoskórych ani słychu, ani dychu, 

co nie znaczy, Ŝe wolno nam mitręŜyć. Ruszamy!

— Zaraz, zaraz, trzeba by teraz wspólnie się zastanowić. Dokąd mamy 

ruszać? — zapytał Karol.

— Jak to, dokąd? Oczywiście, do El Paso. Tam mieliście jechać. 

Podprowadzę was kawałek, dalej traficie sami. Ja muszę wracać.

Spojrzałem na Karola porozumiewawczo. Colorado wytłumaczył to 

opacznie, bo dodał:

— Ja muszę przecieŜ wyjaśnić całą tę sprawę.

— Nie jedziemy do Meksyku — odparł Karol. — W kaŜdym razie nie 

teraz.

— A dokąd?

— Posłuchaj, Colorado. Myślę, Ŝe w pojedynkę trudno będzie uwolnić 

rodzinę O’Brienów.

— O, jeśli tylko o to chodzi...

— Nie przerywaj. My równieŜ korzystaliśmy z gościny farmera, a poza 

tym zostaliśmy wplątani w jakąś tajemniczą historię. Tak to uwaŜam. Nie 

moŜemy stąd odjechać, nie moŜemy zostawić ciebie samego. Nie znasz 

Pehnulte, my go znamy i liczę na to, iŜ krąŜąc w tych okolicach wreszcie 

background image

się na niego natkniemy. To bardzo nam pomoŜe.

— Znaczy, Ŝe decydujecie się towarzyszyć mi?

— Oczywiście. Zostajemy razem, Colorado, tak długo, aŜ odkryjemy 

ludzi, którzy napadli na farmera.

— Do licha! Coraz mniej teraz na prerii takich jak wy! Zgoda. Dziękuję. 

I wobec tego nie marudźmy!

W pół godziny potem, prowadząc konie, brnęliśmy przez las. Tym razem 

droga nie trwała długo. Błysnęło światło poranka, urwały się rzędy 

drzew, ukazała się rozległa przestrzeń prerii.

Wskoczyliśmy na siodła. Ruszyliśmy poprzez rzadkie trawy, spłachcie 

piasku, omijając samotne kępy drzew. Nigdy nie wiadomo, co w ich 

cieniu moŜe się kryć. Na koniec dotarliśmy nad strumień toczący swe 

wody wśród szpaleru krzaków. Tu rozsiodłaliśmy konie. NaleŜał się im 

odpoczynek, zwłaszcza memu wierzchowcowi. Umyliśmy się od stóp do 

głów w przezroczystym nurcie, naznosili chrustu i rozpalili ogień. 

Przestrzeń była otwarta na wszystkie strony. Nikt nie mógł nas 

zaskoczyć. Wymarzone miejsce odpoczynku. Kiedy zaspokoiliśmy jako 

tako głód i zapalili fajeczki, odezwałem się:

— Colorado, jedziemy, jak ślepcy. Dokąd nas prowadzisz?

— Słusznie. Wybaczcie. Mój plan jest taki: wracamy do punktu wyjścia, 

tylko nieco okólną drogą.

— Do chaty O’Briena?

— To tego, co było chatą. Tropy na pewno juŜ się zatarły, ale moŜe 

będziecie mieli więcej szczęścia i dogrzebiecie się czego w pogorzelisku. 

Według mnie napastników było trzech albo najwyŜej czterech. To jest 

najdziwniejsze. Bo przecieŜ trzy osoby zniknęły bez śladu, a trzeba wam 

wiedzieć, iŜ Ŝona Samuela włada bronią nie gorzej od niejednego 

westmana. Syn równieŜ. Dlatego zadałem sobie pytanie, jak to moŜliwe, 

Ŝ

e trzy uzbrojone osoby znajdujące się w solidnym budynku, i do tego 

background image

otoczonym palisadą, uległy w tak krótkim czasie trzem czy co najwyŜej 

czterem napastnikom?

— Jaki z tego wniosek? — zagadnął Karol.

— śaden. Nie znalazłem wyjaśnienia. Ruszcie teraz głowami. MoŜe 

zagadkę rozwiąŜecie.

— Zdaje się, iŜ juŜ ją rozwiązałem — odparł mój przyjaciel. — Któryś z 

przybyszów musiał być znajomym O’Briena.

— Trudno o znajomych na tym pustkowiu. Ile razy wpadałem do 

Samuela, tyle razy zastawałem go tylko z rodziną.

— A jak często odwiedzałeś go, Colorado?

— Hm, róŜnie bywało. Trafiały się okresy, Ŝe co miesiąc, były i takie, Ŝe 

i przez pół roku nie gościłem w tamtych stronach.

— No, właśnie.

— Ale przecieŜ Samuel zawsze mi opowiadał, co się u niego wydarzyło 

podczas mojej nieobecności.

— Mógł zapomnieć albo... nie chciał powiedzieć. Co o nim wiesz?

— I duŜo, i mało jednocześnie. Tyle tylko, co mi sam opowiedział. Z 

tego nic nie wynika. Przypuśćmy jednak, Ŝe to jakiś znajomek tak go 

urządził. Ale dlaczego? Z jakiego powodu? Nic nie rozumiem. I po co 

podpalono chałupę? śeby zasygnalizować dymem swą obecność? Jeśli 

wśród napastników był znajomy

O’Briena, farmer na pewno pochwalił mu się, Ŝe ma gości, którzy lada 

chwila wrócą.

— Tak myślałem — powiedział Karol. — I to właśnie sporo tłumaczy.

— Co?

— PoŜar.

— Tego to juŜ zupełnie nie pojmuję.

— Przypuszczam, Ŝe napastnicy nie podpalili zabudowań.

— Tylko kto?

background image

— Nikt. MoŜe się przecieŜ zdarzyć, iŜ ogień rozpalony na prymitywnym 

palenisku spowoduje poŜar. Napastnicy najpewniej bardzo się spieszyli. 

Nie zgasili ognia. PoŜar wybuchł juŜ po ich odjeździe. A teraz pytanie: 

czy O’Brien nie miał Ŝadnego majątku poza swą farmą? Myślę na 

przykład o pieniądzach.

— O niczym podobnym nie wspominał.

— Był skąpy?

— Oho, z pewnością!

— Tacy ludzie nie chwalą się swym dorobkiem:

— Prawda, ale to wszystko tylko domysły. Brak dowodów.

— Mówisz jak prawnik, Colorado. Nie jak westman. Trochę wyobraźni 

nigdy nie zaszkodzi.

Pochwyciłem baczne spojrzenie, jakim Colorado szybko obrzucił Karola, 

i na tym rozmowa została przerwana. Colorado uznał, Ŝe odpoczęliśmy 

juŜ wystarczająco, a poza tym, Ŝe powinniśmy zaopatrzyć się w nieco 

Ŝ

ywności na dalszą drogę. Czyli po prostu: zapolować.

Wzięli strzelby i ruszyli na prerię. Ja zostałem przy koniach. Od czasu do 

czasu przykładałem do oczu lornetkę lustrując cały horyzont. Przez długi 

czas obserwowałem sylwetki towarzyszy, później zakryły ich dalekie 

wzniesienia gruntu. Wierzchowce pasły się spokojnie. Wiedziałem, Ŝe 

potrafią mnie ostrzec o kaŜdym niebezpieczeństwie. Począłem znów 

zastanawiać się nad dziwną historią napadu na O’Briena. Nad nie-

spodziewaną wizytą dwu białych w wiosce Apaczów i nad zbiegiem 

okoliczności, które tak pokrzyŜowały nasze pierwotne plany. Czy 

pojedziemy do Meksyku? Czy spotkamy Pehnulte? Czy próba 

schwytania sprawców napadu nie stanie się przysłowiowym szukaniem 

igły w stogu siana? Opowiadano mi co prawda o tropicielu, który 

odnalazł uczestników napadu na dyliŜans po dwu latach, ale przecieŜ nie 

rozporządzaliśmy tak długim czasem. Przed nastaniem zimy musiałem 

background image

wracać do Milwaukee, do swych zajęć, a Karol chyba nie zamierzał 

dłuŜej przebywać w tych niegościnnych stronach.

Moje smętne rozwaŜania przerwał powrót towarzyszy. Zmęczeni długą 

wędrówką wrócili z kwaśnymi minami. Całe trofeum stanowiły trzy 

indyki. Bardzo chude i Ŝylaste. Po takim kiepskim posiłku Colorado 

przeprosił nas, zabrał koc i siodło i ruszył ku kępie drzew. Oznajmił, iŜ 

musi teraz odespać tamtą deszczową noc, jeŜeli “ma być do czegoś".

Gwarzyliśmy półgłosem, zerkając od czasu do czasu na okolicę. Była 

nadal pusta i cicha, zalana słońcem, pachnąca trawą i kwiatami.

— Długo będziemy sterczeć w Nowym Meksyku? Jak sądzisz, Karolu?

— Dopóki nie schwytamy bandytów albo nie stracimy ostatecznie ich 

ś

ladów.

— Przewiduję trzecią moŜliwość — odparłem. — Będziemy gnać po 

tropach kilka miesięcy, a uciekających nie schwytamy. Co wówczas?

— Powrócisz do Milwaukee sam. Zostanę tu tak długo, jak długo będą 

istnieć jakiekolwiek szansę zakończenia sprawy.

— Zostanę z tobą.

— NiemoŜliwe. Nie przywykłeś do zimy na preriach. A to nie Ŝarty.

Wzruszyłem ramionami i na znak całkowitego braku zainteresowania 

połoŜyłem się pod pobliskim krzakiem, ale nie mogłem zasnąć. Za to 

Colorado spał od wieczornego posiłku, a potem jeszcze przez całą noc, z 

przerwą na kolejną wartę. Twierdził, iŜ taki sen znakomicie regeneruje 

jego siły, Ŝe praktykował ten system w roku 1868 podczas budowy linii 

Union Pacific.

Dopiero rankiem opuściliśmy zaciszną kępę. Równa jak stół płaszczyzna 

poczęła teraz dźwigać się ku horyzontowi. Ukazało się pasmo wzniesień, 

aŜ w końcu wjechaliśmy w skalisty wąwóz porosły na zboczach 

krzewami dzikich malin. Wąwóz piął się łagodnie i doprowadził nas do 

płaskowzgórza pokrytego rzadkim lasem.

background image

— To nieco trudniejsza droga — powiedział Colorado — ale krótsza, 

szybciej nas doprowadzi do farmy O’Briena.

Posuwaliśmy się teraz znacznie wolniej, a po przebyciu jakiejś pół mili 

zatrzymali konie. Na moją prośbę. Bo wydało mi się nagle, iŜ słyszę głos 

ludzki. Niewyraźny i bardzo daleki.

Staliśmy chwilę w milczeniu. Cisza. JuŜ chciałem przyznać, Ŝe się 

przesłyszałem, gdy nagle rozległ się ten sam daleki dźwięk.

— To tam — stwierdził Colorado. — Ruszamy. Przez kilka następnych 

minut nic nie było słychać poza suchym szelestem igliwia pod nogami 

koni. A później — znowu głos, jakieś słowo, którego nie mogłem 

rozróŜnić, coś jakby “stój!" ; — Zejdźmy z koni — szepnął Colorado.

OstroŜnie, zatrzymując się co parę kroków i nasłuchując, podchodziliśmy 

do niewidocznego celu.

— Stój! Ty diable wcielony!

O, teraz brzmiało juŜ zupełnie wyraźnie. A po krótkiej przerwie, znowu:

— Stój! Bodaj cię grom strzelił!

Z bronią gotową do strzału wyszliśmy na malutką polankę, gdzie rosło 

potęŜne drzewo. Przy jego pniu stał koń, na koniu siedział jeździec. To 

on tak wrzeszczał, bo poza nim nie było tu nikogo. Spostrzegł nas.

— Ludzie, ktokolwiek jesteście, ratujcie niewinną duszę! Stój, ty bestio!

Ostatnie słowa — jak spostrzegłem — zwrócone były do... konia. Nie 

mogłem pojąć, o co mu chodzi. Dopiero podszedłszy bliŜej stwierdziłem, 

iŜ człowiek miał ręce skrępowane z tyłu, a szyję oplatał mu rzemień, 

którego drugi koniec został przyczepiony do potęŜnego konaru, wysoko 

w górze. W tej chwili opadał luźno. Wystarczyło jednak, aby 

wierzchowiec uczynił dwa kroki w którąkolwiek stronę, a rzemienna 

pętla zacisnęłaby się na szyi nieszczęśnika. Karol w jednej chwili 

wydobył nóŜ i dwoma cięciami oswobodził niedoszłego wisielca, który 

zeskoczył z konia i odetchnął głęboko.

background image

— Panie, kimkolwiek jesteś, i wy, dŜentelmeni — zwrócił się do nas — 

ocaliliście niewinnego od straszliwej śmierci.

— CóŜ to się przytrafiło? — zapytał Colorado. — Chyba nie wplątaliście 

się sami w taką pułapkę?

— śli ludzie — odparł nieznajomy. — śli ludzie wszystkiemu winni.

— Zawsze wszystkiemu są winni źli ludzie. Hm, wzięli was za 

koniokrada? Jak mi wiadomo, to w ten sposób karze się amatorów 

cudzych wierzchowców.

— Nie kradłem koni! Bodajbym znowu wisiał, jeśli kłamię.

— Nie konie? To co?

— Nic, zupełnie nic. Chciałem po prostu zamienić swego konia na 

innego. Czeka mnie daleka droga, a zwierzę mi ustawało.

— GdzieŜ się to przydarzyło?

— Tam — wskazał jakiś nieokreślony kierunek. — Trafiłem zupełnie 

przypadkowo. Koń mi juŜ padał.

Colorado krytycznym okiem ogarnął wierzchowca:

— Ale jakoś nie pada — stwierdził. — Wygląda wcale nieźle.

— To teraz. Odpoczął.

— Więc jak to było z tą zamianą?

— Najpierw zgodzili się, a później dopadli mnie w tym lesie.

Spojrzałem na ziemię. Była dobrze zdeptana. Kandydat na wisielca nie 

we wszystkim kłamał.

— Wybaczcie, panowie — mówił dalej — ale czas mi w drogę.

— Nie zatrzymujemy — odparł KaroL — A dokąd to droga prowadzi?

— Do Santa Fe.

— Spory kawałek — zauwaŜył Colorado.

— Jeszcze raz dziękuję. Bywajcie zdrowi. Wskoczył na siodło, cmoknął i 

ruszył truchtem.

Wkrótce zakryły go pnie drzew, a po kilku minutach ucichł i tętent 

background image

kopyt.

— Koniokrad — stwierdził Karol. — Poszkodowani nie byliby nam 

wdzięczni.

— Więc co? — zapytałem. — Mieliśmy go tak zostawić?

— Tego nie twierdzę. Zastanawia mnie jednak, dlaczego kradł mając 

własnego, dobrego konia? Bo w Ŝadną zamianę nie wierzę.

— Dlaczego kradł? — powtórzył Karol uwaŜnie przyglądając się śladom 

odciśniętych kopyt aŜ do miejsca, w którym ginęły w lesie. — 

Słuchajcie! On naprawdę chciał zamienić konia. Spójrzcie na ten trop. 

Colorado odwrócił się i cicho gwizdnął.

— Rzeczywiście — powiedział przeciągle. — To chyba nasz stary 

znajomy. Ten koń ma skrocza, a jego jeździec brał udział w napadzie na 

O’Briena. Dalej za nim!

— Chwileczkę — powstrzymał go Karol.

— Ucieknie.

— Nie ucieknie. Do wieczora sporo jeszcze godzin.

— AleŜ o co chodzi?

— Radzę nieco poczekać. Nie wyszłoby nam na dobre, gdyby spostrzegł, 

Ŝ

e go ścigamy. Na pewno uwaŜnie spogląda za siebie. I druga sprawa: 

nie powinniśmy go schwytać. Jeśli brał udział w napadzie, doprowadzi 

nas prościutko do swych wspólników.

Postaliśmy chwilkę.

Ś

lady wiodły przez las, przez ten sam wąwóz, którym jechaliśmy 

niedawno, przez prerię. Ale później poczęły coraz bardziej skręcać, aŜ 

wreszcie zatoczyły wielkie półkole, całkowicie zmieniając kierunek.

Po dwu godzinach drogę przecięła rzeczka, a za rzeczką trop urwał się 

nagle. Zupełnie jakby ścigany pofrunął do nieba.

— Patrzcie, jaki spryciarz — zauwaŜył Karol. — Podejrzewa, Ŝe za nim 

jedziemy.

background image

— MoŜe tak, moŜe nie — odparł Colorado. — Sądzę, iŜ raczej 

zabezpiecza się na wszelki wypadek. Teraz musimy się rozdzielić. Jeden 

pojedzie w górę, dwu w dół rzeki.

— Stracimy mnóstwo czasu — stwierdził Karol.

— Nie widzę innego sposobu...

— A ja widzę. Pan się najlepiej w tych stronach orientuje. Dokąd płynie 

rzeczka?.

— Do większej rzeki, tej samej, nad którą polowaliśmy bawiąc u 

O’Briena.

— A skąd wypływa?

— Z gór. Cztery do pięciu mil stąd. Bawiłem tam kiedyś. Zupełne 

pustkowie.

— Wobec tego powinniśmy posuwać się z prądem.

— A to czemu? Sądzi pan, iŜ jegomość zdąŜa w okolice farmy? 

Nieprawdopodobne. Raczej właśnie w góry, Ŝeby się połączyć z ludźmi, 

którzy porwali Samuela i jego rodzinę. PrzecieŜ z jeńcami musieli się 

skierować w najbardziej bezludne strony.

— W okolicach spalonej farmy, jak pamiętam, równieŜ nie ma nikogo. 

Zresztą, jeśli się mylę, nie zmarnujemy więcej czasu niŜ rodzielając się i 

czekając jedni na drugich.

— Karol ma na pewno rację — poparłem gorąco towarzysza.

Colorado zastanowił się chwilę, a potem oświadczył z uśmiechem.

— Co dwie... przepraszam: trzy głowy, to nie jedna. A ja 

przyzwyczaiłem się zawsze samotnie podejmować decyzję.

Ruszyliśmy wolno, bacznie obserwując oba brzegi w poszukiwaniu 

miejsca, w którym ścigany przez nas człowiek wyjechał z nurtu. Przede 

wszystkim trzeba było uwaŜać na brzeg kamienisty i na zarośla — 

najwygodniejsze okazje, by nie zostawić śladów.

Niestety, nigdzie nie mogliśmy trafić nawet na Ŝwir. Wszędzie ciągnęły 

background image

się piaszczyste plaŜe, gładkie, jak gdyby je kto przed chwilą szczotką 

zamiótł. Poczynałem juŜ wątpić, czy słusznie postąpiliśmy wybierając 

ten kierunek jazdy, gdy Colorado zatrzymał konia w miejscu, gdzie na 

granicy lądu i wody rosła rzadka trawa. Zeskoczył z siodła i schyliwszy 

się, coś bacznie obserwował. Potem przeszedł kilka kroków ukląkł. W 

końcu wyprostował się.

— Jedziemy — oświadczył — tylko niech mnie nikt nie wyprzedza. To 

jest chytrus pierwszej klasy: zacierał ślady, prostował trawę, ale mnie w 

pole nie wyprowadzi. Sądzę, Ŝe po kilku jardach wszystko stanie się 

bardziej jasne.

Przewidywał słusznie. Kawałek dalej trawa była lekko zdeptana, jeszcze 

dalej — wyraźny juŜ ślad, prowadzący ciągle wzdłuŜ rzeki, zgodnie z jej 

biegiem. Tak więc tropiony przez nas człowiek zmierzał albo ku 

szczątkom zagrody O'Briena, albo w ich pobliŜe. Karol uwaŜał, Ŝe 

wyprzedza nas o godzinę dobrej jazdy, a Colorado potwierdził ten 

pogląd. JednakŜe nawet lornetki nie ukazały nam na horyzoncie ani cie-

nia jeźdźca.

ZbliŜał się wieczór. Widoczność pogarszała się z kaŜdą chwilą. NaleŜało 

przerwać pościg i rozbić obozowisko w jakimś odkrytym miejscu. 

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności ujrzeliśmy w niewielkiej dali czarną 

linię lasu. Wieczorne zorze gasły juŜ na niebie, gdy przekroczyliśmy 

granicę drzew. Colorado zeskoczył z konia i spenetrował najbliŜszy 

teren. Wrócił zadowolony.

— Jesteśmy bezpieczni — stwierdził. — Przynajmniej na tę noc. O ogniu 

jednak nie ma mowy.

W wyniku takiej decyzji jadłem najgorszy od wielu dni posiłek: pemikan 

i suchary.

— Teraz trzeba się przespać — stwierdził Colorado. — Na noc 

zaplanowałem małą wycieczkę. Pieszo. Nasz uciekinier takŜe gdzieś 

background image

nocuje, myślę, Ŝe niezbyt daleko. Pójdziemy we dwóch — zwrócił się do 

Karola — doktor zostanie przy koniach. Niech więc nas teraz popilnuje.

To rzekłszy wziął siodło, derkę i powlókł się najbliŜsze drzewo.

Przyznam, trochę mnie dotknęło takie postępowanie. NaleŜało chyba 

zapytać, co o tym sądzę. Karol okazał się zdrajcą. Na moje wymowne 

spojrzenie pokiwał głową, uśmiechnął się i owinąwszy w koc mruknął:

— No, to czuwaj nad nami, Janie.

Kiedy juŜ obaj chrapali w najlepsze, siadłem ze strzelbą w ręku na 

samym skraju lasu. Widoczność stawała się coraz gorsza. Szara zasłona 

opadała z nieba na ziemię i nim zabłysły pierwsze gwiazdy, uczyniło się 

bardzo ciemno i bardzo cicho. Na koniec księŜyc wypłynął zza chmury i 

rozproszył mrok. Nagle wszystko pobielało. Pusta preria osnuła się 

srebrzystą mgiełką, później ukazał się na niej zamazany cień ptaka. 

Przeniknął bezszelestnie nad moją głową. Począłem ziewać, zerknąłem 

na towarzyszy. Spali. Wstałem, przeciągnąłem się i... ruszyłem wzdłuŜ 

linii drzew, w kierunku niewidzialnej rzeczki. Postanowiłem, iŜ przejdę 

tylko kawałek, aby odpędzić sen, i zaraz zawrócę. Ale za kaŜdym razem, 

kiedy mówiłem sobie, Ŝe odszedłem juŜ zbyt daleko, coś mnie korciło, 

aby przejść nieco dalej. W ten sposób ujrzałem wreszcie ciemniejszy pas 

przecinający płaszczyznę prerii. To musiała być rzeczka. Zawróciłem, 

zerknąłem w głąb leśnej głuszy i natychmiast padłem plackiem. Dostrze-

głem złotawy ognik migocący daleko między pniami. LeŜałem długo, 

wpatrzony w światło.

Powinienem był teraz zawrócić. Ostrzec towarzyszy. Jakiś duch przekory 

skłonił mnie do pozostania na miejscu. W sekundę później powziąłem 

decyzję dokładniejszego zbadania źródła blasku. Pochyliwszy się i 

bacząc na kaŜdy krok, wkroczyłem w leśną gęstwę. Mimo ostroŜności 

niejeden raz nastąpiłem na suchy patyk, którego trzask brzmiał w moich 

uszach jak huk gromu. Przystawałem, cały zamieniony w słuch, ale jakoś 

background image

nic się nie działo. Płomyk nadal migotał w głębi ciemności. 

Rozpoczynałem więc dalszą wędrówkę, padłem na kolana, na ręce i 

zacząłem się czołgać. Strzelba teraz zawadzała mi przy kaŜdym ruchu, 

musiałem ponadto uwaŜać, aby nie zapchać wylotu lufy mchem lub 

ziemią. Spociłem się setnie, a chociaŜ ogień był coraz wyraźniejszy, 

ciągle jeszcze nie potrafiłem dojrzeć, kto przy nim siedział. Wreszcie 

podpełznąłem tak blisko, Ŝe blask ognistego kręgu padał tuŜ, tuŜ przed 

moją głową. Płomień wystrzelał ze środka malutkiej polanki, dokoła 

niego tkwiły nieruchomo trzy sylwetki ludzkie. Na drewnianym roŜnie, 

osadzonym na dwu rozwidlonych gałęziach, piekł się spory kawałek 

mięsa. LeŜałem przez kilka minut w zupełnej ciszy. Wreszcie usłyszałem 

głos:

— Co z Tomem? — zapytał nieoczekiwanie człowiek zwrócony do mnie 

plecami. — Dlaczego nie wraca? A chociaŜ dla ciebie to lepiej. Miałbyś 

się z pyszna, gdyby zastał tylko nas dwu.

— Gadasz głupstwa, Fred

To powiedział drugi z siedzących, zwrócony do mnie bokiem. Płomień 

strzelił mocniej i oświetlił twarze. Poznałem go natychmiast. Koniokrad! 

Uratowany przez nas koniokrad!

— Tom nie uwaŜałby tego za głupstwo.

— Gdyby nie moja wyprawa, nic byśmy o nich nie wiedzieli.

Nastawiłem uszu. O kim to mowa?

— Gdyby nie oni, wisiałbyś na rzemiennym postronku. Co cię napadło z 

tym koniem?

— OstroŜność. Gdziekolwiek się ruszę, zostawiam po sobie adres. 

Takiego konia nikt poza mną nie ma w tych stronach. To pewne.

— Bo tylko głupiec mógł wybrać taką chabetę.

— Sam jesteś głupiec!

— Uspokójcie się.

background image

Teraz odezwał się trzeci głos. Chropawy i gruby. Wydało mi się, Ŝe juŜ 

kiedyś go słyszałem. 

— Nie ja zacząłem.

— Ty zrobiłeś coś znacznie gorszego. Całe szczęście, Ŝe cię złapali w 

porę. W przeciwnym wypadku dotarliby do nas.

— O czym mówisz?

— O tej drugiej idiotycznej kradzieŜy.

— Nie zawsze się udaje. Nawet tobie...

— Dosyć juŜ tej gadaniny. Lepiej zastanówmy się, co robić z tą trójką?

— Nie ma co zawracać sobie głowy. Tak pozacierałem ślady, Ŝe tu nie 

trafią.

To mówił koniokrad.

— Nic nie rozumiesz. Jeśli oni są na wolności, to Pehnulte musiał 

wrócić. Wiesz, co to znaczy?

— Wiem. Zabierajmy się stąd.

— Znowu gadasz głupstwa. PrzecieŜ musimy tu czekać na Toma.

— A jak Tom nie przyjdzie?

— Zwariowałeś?

— Przypomnij sobie, jak to było przed rokiem. Uciekł nie oglądając się 

na nas.

— Nie mógł inaczej postąpić, za bardzo go znano. Ech, do licha. Warto 

by się nieco przespać. O świcie trzeba przeszukać okolicę. Diabeł nie śpi.

— Tom się wścieknie, jak się dowie, Ŝe są znowu na wolności. Ale co 

my ich obchodzimy?

To znowu koniokrad.

— Ty kapuściana głowo! PrzecieŜ mieszkali u O’Briena! No, gaście 

ogień.

Począłem się wycofywać. Kiedy dotarłem do naszego obozowiska, obaj 

moi towarzysze nadal spali. Zbudziłem ich bezceremonialnie i 

background image

opowiedziałem o swym odkryciu. Natychmiast osiodłaliśmy konie i 

prowadząc je za uzdy cofnęli się od linii lasu dobre pół mili. Wówczas 

Colorado wrócił, aby zatrzeć ślady. Kiedy tego wreszcie dokonał, 

rozbiliśmy obozowisko na otwartej przestrzeni, gdzie widoczność była 

doskonała, a niespodziewany napad wręcz niemoŜliwy. Otwartego 

starcia nie obawialiśmy się. Przewaga na pewno była po naszej stronie: 

Colorado i Karol starczyliby co najmniej za trzech, nie mówiąc o mojej 

skromnej osobie.

background image

Pościg

Noc minęła spokojnie. Od wczesnego świtu, ukryci w trawie, 

obserwowaliśmy skraj lasu. Roślinność była tutaj tak bujna i wysoka, iŜ 

sięgała łbów końskich, co zresztą dla wierzchowców Karola i Colorado 

nie przedstawiało Ŝadnej praktycznej wartości — kładły się na kaŜdy 

rozkaz swych panów. Mój kłusak nie miał takich zwyczajów, ale teraz 

wysokie łodygi zieleni skryły go całkowicie.

Początkowo w zasięgu naszego wzroku nic się nie działo. JednakŜe 

wkrótce ujrzałem, jak z czarnej ściany drzew wynurzyły się dwie 

postacie. Przystanęły na chwilę, potem ruszyły wolno skrajem puszczy, 

jedna w prawo, druga w lewo. Obserwowaliśmy je z duŜym 

zainteresowaniem i lekkim niepokojem, bo chociaŜ odkrycie naszej 

obecności nie było specjalnie groźne, to jednak zdemaskowanie nas 

przez przeciwników bardzo by utrudniło śledzenie odkrytej przeze mnie 

trójki.

Obawy okazały się płonne. Colorado musiał znakomicie zatrzeć ślady 

naszego pobytu, bo obserwowani przez nas ludzie zawrócili i zniknęli w 

głębi lasu. Uczynili to bez pośpiechu, co — moim zdaniem — świad-

czyło o bezowocności ich poszukiwań.

Resztę tego dnia nudziliśmy się setnie, na przemian śpiąc, na przemian 

czuwając.

Pod wieczór Colorado wyruszył w stronę lasu “przyjrzeć się", jak 

powiedział, naszym sąsiadom. Z jego nieobecności skorzystał 

natychmiast Karol wygłaszając szereg uwag na temat niebezpieczeństw 

czyhających na śmiałka zapuszczającego się nocą w nieznane bezdroŜa 

leśne.

background image

— Nie rozumiem, co ci strzeliło do głowy? Ty, taki ostroŜny, Janie, 

nagle postępujesz jak szaleniec!

— Przesadzasz — mruknąłem, nie bardzo potrafiąc uzasadnić motywy, 

jakie mną kierowały.

— Nie przesadzam. PrzecieŜ mogli cię schwytać i przez ciebie 

znajdowaliśmy się o krok od wpadnięcia w łapy tych opryszków. I kto by 

wówczas nas oswobodził? Nie opanowałeś jeszcze wystarczająco sztuki 

podchodzenia..:

— Jestem tylko twoim pojętnym uczniem — rzekłem złośliwie, bo mnie 

począł irytować.

Spojrzał na mnie ostro i... wybuchnął śmiechem.

— Niech będzie i tak. Ale proszę cię na przyszłość: poniechaj samotnych 

wypraw, nie uprzedzając nas przed tym. To moŜe się źle skończyć.

— Oczywiście — odparłem. — Ale tym razem skończyłoby się bardzo 

ź

le, gdybym nie poszedł do lasu.

— To racja. Tak to się złoŜyło tym razem. Colorado musiał się tym 

przejąć. Pewnie dlatego ani słowem nie wspomniał o twej eskapadzie. 

Weź teraz lornetkę i popatrz w stronę lasu. śeby nas znowu “coś" nie za-

skoczyło. Ja zlustruję prerię.

Przykucnąłem w trawie. Ściemniało się coraz bardziej, pole widzenia 

kurczyło się, wkrótce księŜyc oświetlił step i czarniejszy od nocy las. 

Colorado nie wracał.

Zaproponowałem Karolowi wyprawę w kierunku obozowiska bandy. Nie 

zgodził się.

— Po pierwsze — rzekł — nie wierzę, by Colorado dał się zaskoczyć.

— Mogli go schwytać — przerwałem.

— Oni? Takiego starego wygi nie złapie byle kto. Po drugie: moŜemy się 

zminąć w drodze. Tu na prerii jest dość widno, ale w lesie? Nie, Janie. 

Czekajmy cierpliwie, chociaŜby do świtu.

background image

Tak teŜ uczyniliśmy, na przemian wartując.

Gdy na niebie ukazały się pierwsze poranne zorze, Karol skapitulował. 

Zwinęliśmy obozowisko, powiedli konie za uzdy i podeszli jak najbliŜej 

lasu. Tam przywiązaliśmy zwierzęta do wbitych w ziemię palików. Karol 

chciał się wybrać na poszukiwanie sam. Zaprotestowałem.

— JeŜeli “wpadł" Colorado — mówiłem — jaka gwarancja, Ŝe z tobą nie 

stanie się to samo? I co wówczas pocznę aŜ z trzema końmi? 

UniemoŜliwią mi jakąkolwiek próbę niesienia wam ratunku.

— Nie moŜna koni zostawić samych.

— Lepiej, Ŝeby zginęły konie niŜ my. Machnął ręką z rezygnacją.

Poprzez wysokie trawy, na pół schyleni, dotarliśmy do pierwszych 

zarośli. Nad prerią róŜowiało niebo, tu panował jeszcze mrok i cisza 

przerywana pierwszymi głosami ptaków, Starałem się odtworzyć w myśli 

kierunek mej nocnej wędrówki. Nie bardzo mi się to udało, bo wówczas 

nie w tym miejscu zagłębiłem się w las. Ale Karol szczęśliwie odnalazł 

tropy ludzi, którzy nas szukali. Zawikłane to były ślady. Wiodły raz tu, 

raz tam. Na koniec jednak doprowadziły nas do miejsca, w którym 

między pniami prześwitywać poczynała otwarta przestrzeń. Ostatni 

kawałek drogi przebyliśmy czołgając się wśród mchów, opadłych gałęzi, 

splątanych traw i zarośli. Wreszcie legliśmy na skraju polanki. Tej samej, 

na której poprzedniej nocy ujrzałem trzech ludzi. Teraz świeciła pustką. 

Wśród zieleni skąpej trawy dojrzałem czarny krąg wypalony ogniem, a 

na nim nieco zwęglonych kłód i okrągłe, blaszane, błyszczące pudło.

GdzieŜ podzieli się obozujący? Co stało się z Colorado?

PrzyłoŜyłem do oczu lornetkę, przeszukując przy jej pomocy 

przeciwległy kraniec polanki. Najpierw nic nie dostrzegłem, dopiero po 

paru minutach obserwacji ujrzałem sylwetkę człowieka. Stał tuŜ przy 

pniu potęŜnego drzewa, na skraju wolnej przestrzeni. Zobaczyłem, Ŝe 

Karol w napięciu patrzy przez szkła w tym samym kierunku. Nieruchomą 

background image

sylwetkę zasłaniały od dołu krzewy, a twarz zakryły liście wielkiego 

konaru zwieszającego się z sąsiedniego drzewa. Obaj obserwowaliśmy tę 

postać, aŜ nagły poryw wiatru rozchylił gałązki krzewów.

— To chyba Colorado — szepnąłem zdumiony, nie ufając własnym 

oczom.

Chciałem wstać, gdy Karol połoŜył mi dłoń na ramieniu.

— Obejdziemy polankę dookoła — powiedział. — Być moŜe, Ŝe nikogo 

tu więcej nie ma, ale lepiej nie wychodzić na otwartą przestrzeń.

Wolno i ostroŜnie obeszliśmy nie zarośnięty krąg. Tak, to był Colorado. 

Dokładnie przykrępowany do pnia. Natychmiast nas spostrzegł.

— Witajcie, dŜentelmeni — powiedział zgoła beztroskim głosem. — 

Byłem pewien, Ŝe mnie odwiedzicie, więc nie szarpałem więzów, 

chociaŜ zostały dość kiepsko załoŜone. Oni pojechali do Santa Fe. Tu 

wszyscy jeŜdŜą do Santa Fe, jakby w Nowym Meksyku nie istniały Ŝadne 

inne miasta.

Wyjąłem nóŜ i począłem przecinać rzemienie. Kiedy opadł ostatni, stary 

traper odetchnął głęboko, rozprostował się i powiedział:

— No, udało się, jak nigdy jeszcze dotąd.

— Co się udało? — wykrzyknąłem. — Dać się złapać jak ryba w sieci! 

Gdzie broń?

— Została w jukach mego konia — odparł spokojnie.

— Colorado, chyba nie przyszedł pan tu bezbronny?

— O nie. Wziąłem ze sobą najmniejszą z pukawek, ale z niej tylko ja 

potrafię strzelać. Więc nie zabrali. Strzelby nie ryzykowałbym.

— Pięknie — wtrącił się Karol. — Słynny Colorado daje się związać 

trzem włóczęgom.

— Nie trzem, tylko dwóm.

— Jeszcze lepiej!

— Nawet bardzo dobrze. Opłaciło się stokrotnie. Jestem po prostu 

background image

wypełniony informacjami, które bardzo się nam przydadzą. Wracajmy, tu 

nie ma co robić.

Weszliśmy z powrotem w las.

— Myślicie, Ŝe się dałem złapać jak pierwszy lepszy greenhorn? O nie, 

moi panowie. Nic z tych rzeczy. Ale zacznę od początku. Musicie 

najpierw wiedzieć, Ŝe jak dobrnąłem do tego ogniska, ujrzałem tylko 

dwu drabów. Tego trzeciego, o którym mówił doktor, nie było. W 

jednym od razu poznałem naszego koniokrada. Narobiłem szumu i 

szelestu, więc od razu porwali się od ognia, chwycili za pukawki. Jak 

wyszedłem na polankę, wymierzyli do mnie obie rury.

— Jak się macie, chłopcy? — powiadam. — O, widzę tu znajomka.

Gęby roztworzyli na takie słowa. Stoją, jakby w ziemię wrośli.

— No, co z wami? — mówię. — Coście tak zaniemówili? Tak się 

przyjmuje strudzonego wędrowca?

Wtedy trochę oprzytomnieli. Poczęli się rozglądać na wszystkie strony. 

Sądzili, Ŝe nie jestem sam. Obeszli krzaki, ciągle z bronią w ręku. 

Przybrałem powaŜną minę i mówię do tego koniokrada:

— Jedziecie do Santa Fe?

— A jakŜe — odpowiada.

— No, to dobrze się składa, bo i ja się tam kieruję. W towarzystwie 

będzie raźniej. Dajcie co pojeść.

— A gdzieŜ to tamtych zgubiłeś? — pyta koniokrad.

— Wybrali inną drogę.

— To jesteś tu sam?

— Jak mnie widzisz.

Nie wiedziałem, czy mi uwierzyli, czy nie, ale broń schowali i wydobyli 

kawał pieczeni. Przerwał, bo właśnie wyszliśmy na prerię.

— MoŜemy teraz rozpalić ogień. Tamte draby juŜ nie wrócą, a głodny 

jestem jak szczupak. Doktorze, pan zna drogę, proszę przynieść wody ze 

background image

strumyka albo... Nie, sami przenieśmy się nad strumień.

Uczyniliśmy to bez zwłoki. Nad brzegiem rozpaliliśmy ognisko i 

wydobyli resztki zapasów.

— Więc — opowiadał dalej traper — nakarmili mnie. Próbowałem ich 

jakoś pociągnąć za język.

— Prędko ruszacie? — pytam.

Na to mi ten koniokrad odpowiada, Ŝe czekają na towarzyszy. Jego 

wspólnik, gdy to usłyszał, zrobił minę, jakby kij połknął.

— Mielesz jęzorem, John, to nic naszego gościa nie obchodzi. Lepiej 

zapytaj go, skąd się tu wziął tak nagle i bez konia?

Dobrze powiedział. Ale ja miałem obmyśloną odpowiedź.

— Zaraz przyprowadzę — zerwałem się, ale natychmiast siadłem z 

powrotem. Spojrzałem na tego Johna — koniokrada i mówię:

— Wiem, Ŝe niektórych interesują cudze konie. MoŜe lepiej, jak swojego 

przyprowadzę trochę później.

Zrozumieli, o co mi chodzi, bo jeden się zmieszał, a drugi zaśmiał. I 

więcej mnie o wierzchowca nie pytali.

— Kiedy ruszacie? — zagadnąłem.

— Jutro.

— Dlaczego dopiero jutro?

— Mamy tu interesy do załatwienia.

— W lesie?

— A w lesie. Nie bądź taki ciekawy.

— Lubię interesy — powiadam. — A chwilowo nie mam nic do roboty.

Popatrzeli po sobie i milczą.

— Siedzę tu od wielu lat — dodaję — i znam te tereny jak własną 

kieszeń. Byłem przewodnikiem, traperem, wszystkim po trochu.

— Te tereny mniej nas obchodzą — odezwał się John—koniokrad.

— A jakie więcej?

background image

— Arizona.

— Znam i Arizonę.

Znowu popatrzyli na siebie, wreszcie ten drugi tak się odzywa:

— MoŜe wybralibyście się z nami? Wyglądacie na takiego, co trzem daje 

radę.

— Nawet czterem.

— Tym lepiej.

— Weźmy go — wtrącił się John. — śeby nie on, dyndałbym na gałęzi.

Nie zaprzeczyłem, chociaŜ to niepełna prawda.

— Gadamy, gadamy — mówię, ale ciągle nie wiem, o co chodzi.

Chłopaki okazały się naiwne, aŜ trudno uwierzyć. Myślałem, Ŝe zaczną 

kręcić, ale gdzie tam!

— O skarb — mówią. — O skarb chodzi. 

Roześmiałem się:

— Przestańcie kpić ze mnie.

Wtedy poczęli zaklinać się, Ŝe to prawda. 

— I gdzieŜ ten skarb? — pytam. 

— My nie wiemy. 

Znowu się roześmiałem:

— Ja równieŜ nie wiem — powiadam. — MoŜemy tak szukać skarbu do 

końca świata. 

Nie w smak im to poszło, bo nastroszyli się.

— Nie masz z czego się śmiać — mówi John. — Nas jest więcej i są 

tacy, którzy znają drogę do skarbu. 

Powiedziałem, Ŝe wcale w to nie wierzę. Wtedy rozgadali się na dobre. 

Mówili, Ŝe jakiś farmer przypadkowo zawędrował do Doliny Śmierci. 

Nie mógł znaleźć wody...

— Dolina Śmierci! — krzyknął Karol. — Do licha... Słyszysz, Janie?

Kiwnąłem głową, udając spokój, bo przecieŜ ta wiadomość mogła mnie 

background image

łatwo wyprowadzić z równowagi. Chciałem jednak, aby Colorado jak 

najszybciej dokończył swej opowieści.

— Mów pan, Colorado — rzekłem. — Czekamy niecierpliwie końca.

— To po co mi przerywacie? OtóŜ powiedzieli mi, Ŝe ten jakiś farmer 

zabłądził w Dolinie Śmierci i znalazł skarb. Część zabrał z sobą. 

Wygadał się o tym

w gospodzie w Santa Rosa.

— Pięknie — zauwaŜyłem — a moŜe wiecie, skąd znalazł się skarb w tej 

waszej dolinie?

Dostrzegłem, Ŝe porozumieli się wzrokiem. 

— Ktoś zakopał i tyle — odpowiedział John—koniokrad.

— Dobrze — mówię. — Jadę z wami, ale co z tego będę miał?

— Jak nas odprowadzisz w bezpieczne strony, dostaniesz szóstą część.

— A duŜo tego jest?

— Starczy na kaŜdego, nie martw się.

Tak sobie pogadaliśmy (opowiadam wam to w wielkim skrócie), aŜ 

poczęło się zmierzchać. Potem tamci dołoŜyli szczap do ognia i z juków 

wyciągnęli flachę wódki. Poczęli do mnie przepijać i częstować. Udałem, 

Ŝ

e niby piję, by ich nie zrazić, ale tak naprawdę to łyknąłem chyba tylko 

kropelkę.

Ognista woda poszła im prosto do głowy i rozgadali się jeszcze bardziej. 

O tym skarbie. śe naprawdę to oni w piątkę zgromadzili ten skarb, a 

potem ktoś odkrył schowek i wszystkie kosztowności wyniósł i zakopał 

w innym miejscu. Na szczęście ten właśnie farmer...

— Tak, tak — przerwałem — szczęśliwy to farmer dla was, bo nie dla 

siebie. Dzięki niemu odzyskacie pewnie wszystko, a i ja coś na tym 

zarobię. Ale jak tam traficie?

— Farmer nas doprowadzi.

— A gdzie on jest?

background image

— Szef wie.

— Szef? Jaki szef?

— Tom Gordon, morowy chłop.

— Musieliście pewnie nieźle zarabiać, jak taki skarb uskładaliście?

— Handlowaliśmy.

— Czym?

— Bydłem, końmi, wódką.

Pomyślałem, iŜ w tym oświadczeniu moŜe tkwi ziarno prawdy: 

handlowali kradzionymi końmi i bydłem, a wodą ognistą rozpijali 

czerwonoskórych.

— Ale po co pieniądze zakopywaliście w ziemi? Nie lepiej było złoŜyć 

w jakimś banczku? I procent byłby, i bezpieczeństwo.

— Ba — odezwał się John—koniokrad — pieniędzy to tam prawdę 

mówiąc niewiele. Za to sporo róŜnych złotych przedmiotów.

— Pierwszy raz słyszę, Ŝeby za konie płacono wyrobami ze złota.

— Nie za konie. Woziliśmy wódkę do Meksyku. To tam dawali nam za 

nią róŜne takie stare świecidełka.

— Dobra — mówię, bo juŜ wiedziałem to, com chciał. — Pojadę z wami.

Ucieszyli się i zaraz upiekli kawał antylopy. Kiedy skończyliśmy jeść 

ostatnie kęski, usłyszałem głuchy tupot dochodzący gdzieś z głębi boru. 

Natychmiast chwycili za broń i poczęli na mnie spoglądać podejrzliwie. 

Wzruszyłem tylko ramionami.

Po paru minutach z krzaków wyszło trzech ludzi prowadząc konie za 

uzdy. Powitano ich okrzykiem radości. Jegomość, który szedł na czele 

trójki, z brodą, od razu skierował się do mnie.

— Kto to? — zapytał ochrypłym głosem. — Kto to jest?

Wtedy zaczęli opowiadać jeden przez drugiego, Ŝe zwerbowali 

pomocnika. A brodacz ciągle gapił się, jakby chciał mnie wzrokiem 

przewiercić, aŜ wreszcie wyrwał rewolwer zza pasa i wymierzył we 

background image

mnie.

— Podnieś ręce — powiedział — i nie ruszaj się, bo strzelę. ZwiąŜcie 

go.

Rzucili się. Nie stawiałem oporu. Po co? Kiedy skończyli swą robotę, 

brodacz począł wrzeszczeć:

— Ach, wy durnie! Wiecie, kto to jest? Popatrzcie tylko na jego ubranie! 

Nikt inny tutaj tak się nie nosi.

Rozdziawili gęby.

— Nie wiecie? To Colorado. Ten sławetny traper.

— No to świetnie, szefie — ozwał się koniokrad. — On chce do nas 

przystać.

— Głupcy! — huknął.

— Szefie — zwrócił mu uwagę jeden z podkomendnych. — Słychać was 

po całym lesie.

Zmitygował się i odsapnął.

— O czym Ŝeście z nim gadali?

— A... o niczym takim...

— To dlaczego on chce przystać do nas? Dla towarzystwa?

— No... nie... myśmy tylko tak ogólnie...

— Bzdury! — wrzasnął. — Nie wiedzieliśmy, Ŝe się włóczy z tamtymi 

dwoma?

— Widziałem ich razem — powiedział koniokrad — ale się z nimi 

rozstał.

— Co takiego? Kiedy ich widziałeś? Tylko nie kłam! Koniokrad 

opowiedział całą historyjkę naszego z nim spotkania. Brodacz, jak tego 

wysłuchał, wpadł w szał. Zaczął wymyślać od durniów i osłów. Na ko-

niec dodał, iŜ wystarczyło kilku dni nieobecności, aby mu popsuto cały 

plan. Wreszcie kazał zgasić ognisko, siodłać konie i ruszać w drogę.

— Po nocy? — któryś zaprotestował nieśmiało.

background image

— Milcz!

— A moŜe lepiej tamtych poszukać, szefie?

— Byli w niewoli u Apaczów, dlaczego są na wolności? Wiesz?

Zapytany tylko wzruszył ramionami.

— Jak nie wiesz, niedołęgo, to nie zabieraj głosu. Sądzę, Ŝe ich 

wypuszczono i pewnie nas teraz tropią do spółki z czerwonymi skórami.

— A oo z nim poczniemy?. — koniokrad wskazał na mnie palcem.

Brodacz zastanowił się chwilę:

— On tu przyszedł na przeszpiegi. Daliście się podejść, jak dzieci. 

ś

ebym ja wiedział, coście mu nagadali?

— AleŜ nic... nic takiego... — zapewniał towarzysz koniokrada.

— Milcz! Wlec go z sobą nie moŜemy, a trupów nie lubię... JuŜ raczej 

was powywieszałbym. Za głupotę. Postawcie go pod tamtym drzewem i 

mocno ściągnijcie krzemienie. Gdzie jego koń?

— Nie wiemy. Powiadał, Ŝe zostawił w lesie.

— I nie sprawdziliście? Bałwany!

— Jak rozkaŜesz, pójdziemy szukać.

— Nie ma na to czasu. Gdzie jego broń?

— Miał tylko tę pukawkę. Obejrzał mój rewolwer.

— Wsadźcie mu z powrotem za pas ten gruchot. Ruszamy.

Chwycili konie za uzdy i poczęli zagłębiać się w leśny gąszcz. Brodacz, 

kiedy mnie mijał, warknął jak pies:

— Jak masz sprytnych przyjaciół, to cię uwolnią. Teraz ci uszło na 

sucho, ale za drugim razem... Pamiętaj!

Potem zaklął obrzydliwie i odszedł. To wszystko — zakończył 

opowiadanie Colorado.

— Oj — westchnąłem — jakoś nam się nie plecie... Wiadomości nie były

pomyślne. Ba, nawet niebezpieczne, o czym traper jeszcze nie wiedział.

— Janie — odezwał się Karol — co sądzisz o tym Tomie Gordonie?

background image

— Trudno uwierzyć, ale to przecieŜ musi być Lesser z Rainy Valley. Co 

za bezczelność! Przybrał sobie twoje nazwisko, Karolu.

— I szuka swego skarbu. Tak, tak...

Teraz czas wyjaśnić, czego dotyczyła podsłuchana przez Colorado 

rozmowa i dlaczego lekkie ciarki przebiegły mi po krzyŜu.

Przed rokiem — jak juŜ wspominałem poprzednio — na terenie Arizony 

zdołaliśmy rozgromić bandę rabusiów, która nosiła pompatyczną nazwę: 

Słońce Arizony. Jej ośrodkiem działania było małe miasteczko Rainy 

Valley, a szefem właśnie Lesser. Część uczestników bandy poległa, 

część dostała się w nasze ręce. Ale Tom Lesser zdołał uciec, 

pozostawiając w pewnej dolinie (zwanej Doliną Śmierci) ukrytą część 

swych łupów. Trafiliśmy tam, wydobyli i zakopali na nowo. Oczywiście 

nie w tym samym miejscu. Teraz stało się jasne, iŜ przywódca Słońca 

Arizony powrócił. Ani na sekundę nie wątpiłem, Ŝe rzekomy Tom 

Gordon jest Tomem Lesserem, który zdołał bądź zebrać niedobitki swej 

bandy, bądź zwerbować nowych ochotników, aby odzyskać łupy. 

Najgorsze w tym było to, iŜ wiedział o naszej tu obecności.

— Myślę, Karolu — zacząłem — Ŝe Lesser powróciwszy, chyba z 

Meksyku, udał się do doliny, gdzie stwierdził, iŜ skarb znikł. 

Prawdopodobnie przypuszczał, Ŝe zabraliśmy wszystko. DłuŜej nie miał 

po co kręcić się po Arizonie, to było dla niego niebezpieczne. Przeniósł 

się więc na teren Nowego Meksyku, najprawdopodobniej nie mając 

jeszcze Ŝadnego planu dalszego działania. Jakiś przypadek mu 

dopomógł.

— Zgadzam się z tobą. Ale w tej sprawie istnieje wiele znaków 

zapytania. MoŜna by przypuszczać, Ŝe na przykład O’Brien zawędrował 

do Doliny Śmierci, odkrył skarb, a później chwalił się swym odkryciem. 

Co na to powiesz, Colorado?

— Nie bardzo pojmuję, o co tu chodzi? Co za skarb? Skąd się wziął? Nic 

background image

o tym dotąd nie słyszałem.

— To zrozumiałe — odparł Karol. — Zaledwie kilka osób zostało 

wtajemniczonych. I dlatego proszę, Colorado, zachowaj tę informację dla 

siebie.

I obaj opowiedzieliśmy całą historię Słońca Arizony. Traper słuchał z 

uwagą, ale zdziwił się mniej, niŜ tego oczekiwałem. ZauwaŜył tylko, iŜ 

“bardzo róŜne rzeczy" wydarzają się w tych stronach.

— Teraz rozumiem, dlaczego O’Brien powinien być cały i Ŝywy — 

stwierdził. — Tak długo będzie Ŝył, jak długo nie opisze dokładnie albo 

nie doprowadzi ich do miejsca, w którym znalazł złoto. Sądzę, iŜ 

wygadał się tylko o znalezisku, ale nie powiedział, gdzie tego dokonał. 

Jego szczęście. Jeśli nadal będzie sprytny, zdoła przewlec sprawę. Tylko 

na jak długo? Lękam się o Samuela...

— Bardzo ryzykują — zauwaŜyłem. — Wlec jeńca taki szmat drogi. 

Niechby tak natknęli się na kogokolwiek!

— Nieprawdopodobne, doktorze. Na tych pustkowiach?

— Przypuśćmy. Czy jednak z farmerem znajduje się jego Ŝona i syn?

— Nie sądzę — odparł Colorado. — Pewnie trzymają ich gdzieś na 

uboczu, jako zakładników. Na wypadek, gdyby O'Brien próbował uciec.

— A ci dwaj z obozowiska Apaczów? Po co tam się zjawili? A moŜe to 

nie byli ludzie Lessera? W głowie mi się przewraca z tego wszystkiego 

— stwierdziłem samokrytycznie.

— Teraz znowu mój domysł, Janie — odparł Karol. — Przypuszczam, iŜ 

Lesser wysłał swych ludzi, aby potwierdzili podejrzenia Małego Jelenia i 

aby nas jak najdłuŜej zatrzymano. Sam tam nie poszedł, nie chciał, 

abyśmy go poznali. Bo Ŝe Pehnulte odjechał, o tym musiał wiedzieć. Ale 

z tego wniosek dość pocieszający.

— Nie widzę w tym nic pocieszającego.

— Lesser lęka się nas. Nie chce dopuścić do otwartej walki. Nic 

background image

dziwnego, Ŝe się tak wściekł usłyszawszy, Ŝe znowu bujamy na wolności.

— Ciągle nie pojmuję. PrzecieŜ Lesser nie mógł wiedzieć, Ŝe nas 

schwytano i oskarŜono o podpalenie!

— Nie tylko mógł, ale nawet musiał. Stawiam dolary przeciw orzechom, 

Ŝ

e kiedy Mały Jeleń zdybał nas przy zgliszczach farmy, ktoś z członków 

bandy, (a moŜe sam Lesser?) znajdował się w pobliŜu.

Westchnąłem głęboko:

— Widać to tutejszy klimat tak na mnie działa, ale jeszcze nie wszystko 

pojąłem. Gdybym całą sprawę opisał w jakimś modnym westernie, nie 

uwierzyłby w nią chyba Ŝaden z czytelników!

— Ech, doktorze — wtrącił się Colorado — samo Ŝycie stwarza sytuacje, 

w prawdę których trudno uwierzyć. Wiem coś o tym.

— Czego jeszcze nie pojąłeś, Janie?

— W jakim celu człowiek Lessera, lub sam Lesser, czekał pod farmą?

— śeby sprawdzić, jak się zachowamy. Lesser musiał wiedzieć, Ŝe 

gościmy u O’Briena. W godzinach, w których najspokojniej polowaliśmy 

sobie nad rzeką, “ktoś" odwiedził Irlandczyka, i to ktoś mu znajomy. 

O’Brien zapewne pochwalił się, jakich to gości ma w domu. MoŜesz 

sobie wyobrazić, jak taka wiadomość zaskoczyła Lessera i przeraziła 

jednocześnie. Ale nie w tym stopniu, by zrezygnował ze swego 

zamierzenia. Ani go odłoŜył na później. Być moŜe, Ŝe i tutaj nie czuje się 

zbyt bezpiecznie i nie chce przedłuŜać swego pobytu. Postanowił więc 

działać błyskawicznie, uprzedzając nasz powrót z polowania. Gdy 

porwano irlandzką rodzinę, czekał z kolei na nas. To było sprytne 

posunięcie, ani słowa. Pewnie chciał z kolei i nas porwać.

— Albo zastrzelić — dodałem.

— Nie sądzę — włączył się do rozmowy Colorado. — Gdyby kto znalazł 

nasze trupy, sprawa stałaby się zbyt głośna.

— Przypuśćmy. ChociaŜ moim zdaniem podpalenie domu to równieŜ 

background image

“głośna" sprawa.

— Dom mógł spłonąć przypadkowo. Gospodarze się wynieśli. Nie 

istnieje nawet ślad przestępstwa. Mniejsza zresztą z tym. Faktem jest, iŜ 

Mały Jeleń nieświadomie bardzo dopomógł Lesserowi, biorąc nas do 

niewoli. I Lesser, albo ktoś z jego ludzi, był tego świadkiem.

— Mogło tak być — odparłem. — Ale co teraz? Czy mamy go ścigać aŜ 

do Arizony? To bardzo komplikuje nasze plany...

— Będziemy ścigać — odparł powaŜnie Karol. — AŜ do skutku.

— I znowu zastępować szeryfów — powiedziałem zgryźliwie. — Jakby 

ich tu brakowało...

— Są, są. Ale nie przemierzają tego kraju na koniach, tylko siedzą po 

miasteczkach. Nie moŜesz temu się dziwić, Janie. Ostatecznie, pilnują 

swoich podwórek.

— Chyba — zwrócił uwagę Colorado — nie jest dla nas najwaŜniejsze, 

co robią szeryfowie, a czego nie robią. Trzeba ścigać Lessera i schwytać 

go, zanim znowu nie wyniesie się do jakiegoś Meksyku. Od tego 

przecieŜ zaleŜy uwolnienie O'Briena. Nie wiem, jak wy, ale ja Samuela 

nie zostawię w takim nieszczęściu.

— Ani my — stwierdził energicznie Karol.

— No właśnie. Musimy capnąć Lessera najpóźniej w Dolinie Śmierci, 

kiedy będzie ładował swe skarby. W przeciwnym wypadku Ŝycie 

O'Briena niewarte i złamanego centa! Pamiętacie drogę do tej doliny?

Przytaknęliśmy, a ja dodałem:

— śeby tylko nasz koniokrad i ten jego kumpel nie wygadali się przed 

Lesserem, z czym to panu się zwierzyli. To by diabelnie zagmatwało 

sprawę.

— Dam sobie zdjąć skalp — oświadczył traper — jeśli to kto potrafi, Ŝe 

na ten temat nie pisnęli nawet słówka. Ze strachu przed swym szefem. 

Nie, nie. Myślę nawet, Ŝe mnie po cichu nadal uwaŜają za 

background image

nieszkodliwego dla nich człowieka. No, ale dość tych rozwaŜań. Udamy 

się prościutko śladami Lessera. śeby nie wiem jak kręcił, nie umknie. 

Ruszajmy!

— Jeszcze chwilkę — powiedziałem. — Czy nie wspominałeś, 

Colorado, Ŝe na farmę napadło trzech ludzi?...

— Być moŜe nawet czterech. Ale to nie ja wspominałem, to powiedziały 

tropy, trochę zamazane.

— Zgoda. Gdzie byli inni z tej bandy?

— Nie jestem jasnowidzem, doktorze. Proszę tego ode mnie nie 

wymagać. MoŜe o tym dowiemy się później.

Wzięliśmy konie za uzdy i wkroczyliśmy w las. Tropy były wyraźne i 

odczytać je bezbłędnie, potrafiłby nawet greenhorn.

— To właśnie mi się nie podoba — stwierdził stary traper, gdy 

wyraziłem zadowolenie z tego faktu. — Są zbyt dokładne. Bardzo 

proszę, uwaŜajcie na boki. Patrzcie pilnie na prawo i na lewo. Zwracajcie 

uwagę na najdrobniejsze znaki. Jestem przekonany, Ŝe ten wyraźny trop 

wyprowadzi nas na bezdroŜa.

Posuwaliśmy się przez coraz większy gąszcz krzewów i małych drzewek. 

Jeden czy dwu uciekinierów mogło w takim miejscu wygodnie skręcić w 

bok i anibyśmy zauwaŜyli. Wytrzeszczaliśmy więc oczy, jak tego Ŝądał 

Colorado. Wreszcie wydostaliśmy się z zarośli, drzewa poczęły rzednąć. 

Wskoczyliśmy na siodła i jechali stępa, a miejscami nawet kłusa. Dobrze 

po południu daliśmy odpocząć zwierzętom. Na małej, szmaragdową 

trawą pokrytej polance roznieciliśmy skromny ogieniek, a Colorado — 

wierny swemu zwyczajowi — zanim usiadł, obszedł dokoła las.

Posiłek wypadł skromnie: resztki suszonego mięsa i suchary. Nie 

mogliśmy przecieŜ przewidzieć, Ŝe [wplatamy się w tragiczną przygodę 

O’Briena, Ŝe w konsekwencji wielodniowego pościgu nie starczy nam 

czasu na polowanie. Gdyby nie przymusowy pobyt wśród Apaczów, 

background image

którzy nas tak dobrze karmili, juŜ dawno wyczerpałyby się nam resztki 

zapasów.

— A gdyby jednak zapolować? — zaproponowałem gryząc bez apetytu 

twarde jak kamień kawałki mięsa.

— Ba — odparł Karol — nie wolno nam ryzykować ani jednego strzału. 

Ś

cigani usłyszą huk. Nieodpowiednia to pora.

Nie nalegałem więc. W kwaśnym humorze docisnąłem popręgów swego 

konia. On przynajmniej nie mógł narzekać. Na kaŜdym postoju miał 

ś

wieŜej trawy w bród.

Za polanką drzewa rosły coraz rzadziej, znikło wilgotne poszycie, spod 

którego wyjrzała zbita, twarda ziemia, wydająca pod kopytami głuchy 

odgłos. Trop, po którym dąŜyliśmy, nie był juŜ tak wyraźny jak dawniej, 

miejscami zanikał. I tylko doświadczone oczy pozwalały na jazdę bez 

przystanków. Tak posuwając się minęliśmy ostatnie samotne świerki. 

Teraz przed nami ciągnęła się bezkresna płaszczyzna jałowej gleby: 

jakieś zrudziałe piaski, obłe pagórki, porosłe kolczastymi krzewami. 

Gdzieniegdzie sterczał kaktus o dziwacznych kształtach, rozwidlający się 

na kształt postawionego sztorcem widelca. Cała ta przestrzeń nawet w 

blasku słońca sprawiała posępne wraŜenie. Wstrzymaliśmy konie i 

patrzeli na daleki horyzont. Nigdzie najdrobniejszego śladu człowieka 

ani zwierzęcia, nigdzie zielonej plamy. Wszystko namalowaną zostało 

przez przyrodę jednostajnym, szarobrązowym kolorem. Mimo woli 

wzdrygnąłem się. Colorado milczał i rozglądał się dokoła ze skupioną 

powagą.

— Niebezpieczne strony — odezwał się po chwili. — Prawie jak 

pustynia. Zabłądzić łatwo, zginąć z pragnienia równieŜ. A poza tym: 

skorpiony, jadowite pająki i Ŝmije. Innej zwierzyny tu nie uświadczysz. 

Nie to mnie jednak najbardziej martwi, ale brak wody w naszych worach, 

a po drodze jej nie znajdziemy. I to długo. Niegdyś towarzyszyłem 

background image

karawanie osadników jadących przez te bezdroŜa. Tędy wiodła naj-

krótsza trasa, a przecieŜ wlekliśmy się trzy dni. I przez trzy dni nie 

widziałeś ani drzewka, ani najmniejszej trawki, ani przyzwoitego 

zwierzęcia. Tylko sępy na niebie. Tfu! Diabelski to kraj, w sam raz 

pasuje do Lessera i jego bandy. Pewnie dlatego wybrał sobie taką trasę.

— Zatrzymali się — przerwał mu Karol odejmując od oczu lornetkę.

— Widzisz ich? — zapytałem.

— Widzę ślady. Ziemia stratowana, jakby urządzali koński turniej. 

Jedźmy.

Ruszyliśmy cwałem, aby po paru minutach takiej jazdy stwierdzić, iŜ 

Karol nie mylił się. Siady były wyraźne, konie musiały tu stać dłuŜej, bo 

piach został skopany dokoła, i to na duŜej przestrzeni.

— Rozdzielili się — stwierdził Colorado — spójrzcie.

Zeskoczyliśmy z siodeł, aby przyjrzeć się odciskom kopyt. Trop 

rozwidlał się prawie pod kątem prostym.

— Tu stali i naradzali się — zwrócił nam uwagę Karol. — Następnie 

dwa konie odjechały w bok, reszta ruszyła prosto. Zagadka.

— Zagadkę rozwiąŜemy — stwierdził traper — ale rozdzielać się nie 

będziemy. Wystarczy wybrać kierunek. Gdyby tak moŜna odczytać trop 

konia Lessera...

— Gdyby tak moŜna — powtórzył Karol i zamyślił się chwilę. — 

Colorado, wspominał pan, Ŝe nie ma tu ani odrobiny wody.

— W najbliŜszej okolicy na pewno nie. A dalej? Nie badałem tej pustyni. 

Zaraz... poczekajcie, coś mi świta... Tak, słyszałem. Opowiadał mi 

przewodnik karawany. Czy to bajka, czy nie bajka... nie wiem, ale gdzieś 

w tych stronach ma stać jakiś dom... Gdzie?

— Podobno w samym środku tych bezdroŜy.

— Jak dom to i ludzie — powiedziałem.

— O ludziach nic nie wiem.

background image

— Więc kto go i po co zbudował?

— Powiadano mi, Ŝe jakiś wariat ubzdurał sobie, Ŝe załoŜy tu farmę. 

Twierdził, Ŝe te piachy są niesłychanie Ŝyzne, byle im dostarczyć 

wilgoci. Zabrał się do kopania studni, sprowadził ludzi i materiały, 

wzniósł budynki. Kosztowało go to sporo.

— I wody nie znalazł — wtrąciłem.

— Właśnie, Ŝe znalazł. Dokopał się, sprowadził pompę. Ale na budowę 

kanałów irygacyjnych nie starczyło mu juŜ pieniędzy. Któregoś dnia 

zwolnił swoich pomocników, wsiadł na konia i odjechał. Podobno 

budynki stoją po dziś dzień, suchy klimat świetnie je konserwuje. A 

studnia z pompą jakoby nadal dostarcza wody. Paru śmiałków usiłowało 

dotrzeć do zagrody, ale nie trafili. Tyle wiem. I jeszcze jedno: podobno 

do tej opuszczonej chałupy jedzie się trzy, cztery dni. Ale co nam z tego? 

Tak długo bez wody nie wytrzymamy. W głębi pustyni jest dwa razy 

goręcej niŜ tu. Człowiek wypaca z siebie wszelką wilgoć, robi się suchy 

jak szczapa i pada. Myślę, Ŝe to prawda. Gdy piasek się nagrzeje, pali jak 

wielki piec pełen węgla. Nie mamy wody, nie mamy jedzenia. CzyŜby 

Lesser mógł się nam wymknąć? Musi być pewny swego, dlatego śladów 

nie zacierał.

— Najpierw wybierzmy kierunek — zaproponował Karol. — Nie 

moŜemy przez pustynię, skręćmy w prawo, za tym bocznym tropem. Tak 

czy siak, zawsze znajdziemy się na śladach bandy.

— Zgoda. Skręcajmy.

Z miejsca ruszyliśmy galopem. Bure obłoczki kurzu wzbiły się w 

powietrze. Po kilku minutach czułem, jak pył pokrywa mi twarz, jak 

piasek trzeszczy w zębach i drapie za koszulą. Słońce poczęło palić nie-

znośnie, więc z utęsknieniem spoglądałem na czarną linię lasu, ciągnącą 

się równolegle do kierunku naszej jazdy, w odległości dobrej mili. Ten 

galop nie trwał jednak długo, bo oto Colorado raptownie wstrzymał 

background image

wierzchowca:

— Patrzcie! Zatarli, wszystko zatarli, spryciarze! 

Nie mylił się. Zdeptana ścieŜynka zginęła nagle wśród piasku i twardych, 

wielkich grud gliny.

— Obwiązali koniom kopyta — stwierdził Karol.

— I pięknie za sobą zamietli — dorzucił Colorado. — Spodziewali się 

nas.

Zeskoczyliśmy z siodeł. Nastąpiła najŜmudniejsza część wyprawy. 

Maszerowaliśmy zygzakiem, raz w prawo, raz w lewo, jak psy węszące 

za zwierzyną. Trwało to długo, bardzo długo i... bezskutecznie. Zupełnie 

jakby uciekający nagle zapadli się w ziemię lub frunęli w powietrze. 

NuŜyło mnie to szukanie, ale milczałem. Na szczęście Colorado widać 

równieŜ się zniechęcił.

— Dosyć — powiedział przystając. — W ten sposób nic nie osiągniemy. 

Trafiliśmy na sprytniejszych. Proponuję coś innego: wsiadajmy na konie 

i jedźmy równolegle do linii lasu. Jeśli się nie mylę, w ten właśnie 

sposób szybciej trafimy na urwany trop.

— Skąd taka pewność? — zapytał Karol. — Mogli skręcić z miejsca 

wprost na pustynię.

— To nieprawdopodobne. Zastanówmy się chwilę: w jakim celu 

rozdzielili się? Dlaczego tylko dwu ludzi zmieniło kierunek, a reszta 

pojechała prosto? Czy po to, aby nas zmylić? Dlaczego pierwszy ślad nie 

został zatarty, tylko ten boczny? No? Pomyślcie.

— Wygląda na to, iŜ uciekającym zaleŜy, abyśmy gnali za nimi wprost 

na pustynię — powiedziałem.

— Albo po prostu wiedzą, iŜ tym tropem i tak nie ruszymy — sprostował 

Colorado.

— AleŜ dlaczego?

— Dlatego, doktorze, Ŝe nie wolno zapuszczać się w te bezdroŜa bez 

background image

zapasu wody. Więc według ich kalkulacji jeśli nawet za nimi ruszymy, 

wkrótce będziemy zmuszeni zaniechać pościgu. Właśnie z braku wody.

— Pięknie — odparłem — moŜe i tak być, ale to wszystko nie tłumaczy 

powodu odłączenia się od całej grupy dwu jeźdźców.

— Pojechali po wodę dla oddziału — mruknął Karol. — To oczywiste.

— GdzieŜ tu woda?! — wykrzyknąłem.

— A jednak musi być — stwierdził stary traper — albo ja nie umiem 

myśleć prawidłowo. A jeśli tu jest źródło wody, to tylko w pobliŜu 

jakiejś kępy zieleni. Nie widzę w okolicy nic zielonego poza lasem. Z te-

go wniosek, iŜ źródełko czy jeziorko musi znajdować się albo na skraju 

pustyni, albo nawet wśród pierwszych juŜ drzew. Dlatego właśnie 

proponuję jechać równolegle do lasu. Jestem pewien, Ŝe po pewnym 

czasie na nowo ujrzymy zagubione tropy, jakem Co lorado!

Wskoczyliśmy na konie. Przed nami ciągnęła się ciągle ta sama pustynia, 

zupełnie jałowa. Minęła godzina.

— Colorado — odezwałem się — wracajmy. To błędny trop.

— Wręcz przeciwnie, doktorze.

Zatrzymał raptem wierzchowca, zeskoczył z siodła, pochylił się i 

podniósł z piachu jakiś drobiazg, który podał mi na otwartej dłoni. Był to 

kawałeczek gałązki iglastego drzewa. Zielonej gałązki.

— Jak pan myśli, doktorze, skąd to się tutaj wzięło? Nie wyrosło 

przecieŜ, ani wiatr nie przyniósł z lasu. Zbyt daleko. Ot, po prostu ten 

kawałeczek zieleniny oderwał się od miotły, którą zacierali ślad. 

Naprzód, dŜentelmeni!

Znaleziona gałązka była wystarczającym argumentem, aby popędzić 

konie. Jeszcze kilkanaście minut jazdy i oto — porzucona gałąź, a za nią 

wyraźny ślad kopyt.

— Wspaniale, Colorado! — zawołałem.

— Sza, doktorze. Nie tak głośno, jesteśmy zapewne niedaleko celu.

background image

Od tego miejsca linia tropów wiodła nas coraz bliŜej lasu, aŜ wreszcie 

przeciął nam drogę zielony cypel. Tu puszcza werŜnęła się w morze 

piasków. Gdy podjechaliśmy, ujrzałem niewielkie jeziorko okolone 

pasem liściastych krzaków. Woda była zimna i kryształowo czysta. Jakiś 

podziemny nurt musiał zasilać ten zbiornik, bo odnalazłem tylko jego 

ujście — małą rzeczułkę zwęŜającą się coraz bardziej, na koniec ginącą 

nikłymi struŜkami wilgoci w czerwonym piachu.

Ziemia dokoła została zdeptana: odciski butów i kopyt znaczyły kraniec 

jeziorka, a potem ciągnęły się wzdłuŜ tej dziwnej rzeczki i dalej, hen w 

głąb pustyni.

background image

Samotny jeździec

Od chwili opuszczenia jeziorka minęły juŜ dwa dni monotonnej jazdy. 

Wiodły nas tropy. Raz wyraźne, innym razem ginące i mozolnie 

odszukiwane. Dokoła ciągnęła się ta sama pustynia o ceglastobrudnej 

barwie, gdzie nawet kaktus naleŜał do rzadkości. Zapasy wody zebrane w 

worki i manierki zmniejszyły się w sposób niepokojący. Pod koniec 

drugiego dnia musieliśmy ograniczyć porcje. Chodziło tu przede wszyst-

kim o konie. Jeśli one padną z pragnienia, nigdy nie wydostaniemy się z 

tych przeklętych bezdroŜy! Na szczęście wieźliśmy jeszcze sporo świeŜej 

trawy i zielonych liści. Za przykładem Colorado narwaliśmy tego, ile się 

dało, i poupychali, gdzie się dało. Zieleninę wiozłem nawet w 

kieszeniach swej myśliwskiej kurty, nie mówiąc juŜ o jukach. Na jak 

długo tego starczy? Z Ŝywnością dla nas sprawa przedstawiała się gorzej. 

Nie mieliśmy juŜ ani kawałka mięsa, nawet suszonego, a jedynie 

pemikan, suchary i kawę.

W smętnym nastroju kładłem się spać przy skąpym ogieńku roznieconym 

z kilku zeschniętych drzazg kaktusa. A Ŝe Karol dowodził, iŜ w tych 

stronach nocne ognisko to rzecz zbyteczna — nie ma tu drapieŜników — 

nocny chłód, jaki następował po dziennej spiekocie, dobrze mi się dawał 

we znaki. Kuliłem się pod pledem, marząc o trzaskających złotym 

płomieniem polanach. W wyniku — ledwo drzemałem, budząc się co 

chwila zmarznięty na kość, i nocną wartę uznałem tym razem za 

przyjemną rozrywkę.

Do białego ranka nie przytrafiło się nic godnego uwagi. Kiedy niebo 

poczęło róŜowieć, zrobiło się jeszcze zimniej. Szczękając zębami 

rzuciłem na prawie wystygły popiół resztki kaktusowych wiórów, roznie-

background image

ciłem szybko ogień i — niepomny na nakazy oszczędnościowe — 

nastawiłem wodę na kawę aŜ w trzech pełnych po brzegi naczyniach. 

Moi towarzysze jeszcze spali. Kiedy woda zaczęła wrzeć, dość 

bezceremonialnie ich zbudziłem. Byli tak zaspani i tak przemarznięci, iŜ 

bez słowa protestu przyjęli z moich rąk wielkie kubki pachnącego 

napoju. Ze słowami nagany spotkałem się dopiero podczas pojenia koni. 

Wtedy mój postępek określił Karol jako szaleństwo, a Colorado 

stwierdził zgryźliwie, Ŝe on sam jest bardzo wytrzymały na pragnienie, 

jeśli jednak “ktoś inny" — tu zerknął na mnie — pocznie narzekać, niech 

sobie przypomni własny nierozwaŜny postępek. Na dalsze uwagi tego 

rodzaju nie starczyło mu czasu, bo trzeba było jechać jak najszybciej.

Konie biegły rączo w rannym chłodzie i zanim słońce wspięło się na 

szczyt nieba, przebyliśmy dobrych kilka mil. Taka szybka jazda była 

moŜliwa dzięki zadziwiającej intuicji Colorado. Gdy tropy zacierały się, 

a nawet raptownie nikły, nie zwalniał biegu, jakby instynktownie 

przeczuwając ich kierunek, i po paru minutach znowu na nie trafiał. W 

południe uczyniło się tak gorąco, Ŝe nie sposób było dalej wędrować. 

Zatrzymaliśmy się w samym sercu bezkresnej płaszczyzny, rozglądając 

się dokoła w poszukiwaniu chociaŜ skrawka cienia. Ale nigdzie ani 

marnego drzewa, ani skały. Siedliśmy na piachu, rozpinając

nad sobą prymitywny namiot z derek podpartych strzelbami.

W ustach mi zaschło, język stwardniał na kołek, ale pomny na ranną 

rozrzutność ani słowem nie wspomniałem o wodzie. Moi towarzysze 

zapadli w głębokie milczenie.

Siedzieliśmy ponurzy i nieruchomi jak trzy posągi. Przez otwór 

improwizowanego namiotu widziałem nasze biedne konie sterczące z 

opuszczonymi łbami. Krople potu ściekały po ich karkach. Spoglądałem 

na nie wzrokiem pełnym apatii, cięŜko oddychając rozgrzanym 

powietrzem. I właśnie wówczas zauwaŜyłem, jak kościsty wierzchowiec 

background image

Colorado uniósł głowę. Wstrząsnął grzywą i cicho parsknął. Jego pan 

równieŜ to zauwaŜył, bo natychmiast się zerwał z ziemi i wybiegł 

trącając jedną ze strzelb—podpórek. Namiot zawalił się. Ledwo 

wygrzebałem się spośród zwojów sukna. I oto, co ujrzałem: na 

pierwszym planie — Colorado z rewolwerem w dłoni, na drugim — 

konie strzygące uszami, z rozdętymi chrapami i głowami wyciągniętymi 

w kierunku wiatru, który nie przynosił ochłody, na trzecim planie, w dali 

jaskrawo błyszczącej w słońcu — jakiś cień sunący w naszym kierunku. 

Zmęczenie znikło. Chwyciłem za lornetkę:

— Jeździec — powiedziałem ochrypłym głosem.

— Tak to wygląda — przytaknął Colorado. — AleŜ się wlecze...

— MoŜe pada z pragnienia?

Podbiegłem do konia i wskoczyłem na siodło. Myśl, Ŝe zabłąkany 

wędrowiec tuŜ prawie obok nas ginie z pragnienia, przywróciła mi siły. 

Spiąłem wierzchowca do galopu i ruszyłem nie oglądając się. 

Usłyszałem jeszcze głos Colorado:

— OstroŜnie, doktorze! To moŜe być zasadzka..? Potem ogarnęła mnie 

cisza martwej przestrzeni mącona tylko głuchymi uderzeniami kopyt. 

Odległość szybko malała, aŜ to, co było dotąd sylwetką, cieniem, stało 

się wyraźnym kształtem. ZbliŜał się ku mnie koń. Bez jeźdźca. Z 

opuszczonym łbem i cuglami, które wlokły się po ziemi. Zatrzymałem 

się tuŜ przy nim. Sierść zwierzęcia znaczyły białe płaty piany, oczy miał 

zamglone, niewidzące, a zad znaczyła czerwona, podłuŜna plama 

zakrzepłej krwi.

Na pierwszy rzut oka łatwo było dostrzec, iŜ koń jest u kresu sił. 

Poznałem to po drŜeniu nóg i po całkowitej obojętności, jaką okazał, gdy 

go zatrzymałem. Wiedziałem, iŜ nie ruszy się teraz z miejsca, a jeśli go 

do tego zmuszę — padnie. Obejrzałem się. Moi towarzysze wciąŜ jeszcze

byli dość daleko. Zeskoczyłem z siodła, wyciągnąłem z juków płaski 

background image

garnczek, napełniłem go wodą zaczerpniętą z płóciennego bukłaka. 

Niełatwo mi to poszło, bo mój własny wierzchowiec, poczuwszy wilgoć, 

począł się kręcić w miejscu. Krzyknąłem, Ŝeby się uspokoił, i 

podsunąłem naczynie pod nozdrza nieszczęsnego wędrowca. Wciągnął 

głęboko powietrze i zanurzył pysk w garnku. OpróŜnił go szybko, potem 

parsknął. To był dobry znak. Moi towarzysze nadjeŜdŜali. Dosiadłem 

konia i ruszyłem dalej, nękany wyrzutami sumienia, Ŝe dla konia 

zapomniałem o jeźdźcu.

Ś

lad był wyraźny. Biegł równolegle do tropów ściganych przez nas ludzi. 

Ujechawszy z pół mili ujrzałem człowieka leŜącego bezwładnie pod 

samotnym kaktusem, w pyle pustyni. Kapelusz o szerokim rondzie 

zsunął mu się z czoła i odsłonił głowę pokrytą gęstym, siwiejącym 

włosem.

Ukląkłem przy nim, chwyciłem za przegub ręki. Nie wyczułem tętna. 

Rozpiąłem kurtę — rozchylona koszula była mocno skrwawiona. Ten 

człowiek wcale nie zginął z pragnienia. Padł od kuli!

JednakŜe nic tu nie wskazywało na walkę, nie dostrzegłem na piachu 

nawet śladów pogoni. Więcej nawet — stwierdziłem, iŜ wierzchowiec 

zabitego od dawna juŜ posuwał się stępa. Prawdopodobnie bardzo długo 

niósł na grzbiecie nieprzytomnego człowieka, który wreszcie — 

osłabiony upływem krwi i Ŝarem lejącym się z nieba — spadł z siodła.

Colorado nadjeŜdŜał cwałem. Zdumiałem się widząc, jak pobladł mimo 

opalenizny.

— Roger Drake! — krzyknął ściągając cugle koniowi, a potem stając 

obok mnie, powtórzył:

— Roger Drake. KtóŜ by się spodziewał...

— Pan go znał? — zapytałem i w tej samej chwili zdałem sobie sprawę z 

bezsensowności tych słów.

— To stare dzieje, doktorze. Co z nim? 

background image

RozłoŜyłem bezradnie ręce:

— śaden lekarz nie pomoŜe...

— Na to mu przyszło — szepnął, a później, zwracając się do mnie i do 

Karola: — Szukałem go przez dwadzieścia lat...

Ukląkł przy leŜącym i dodał tonem usprawiedliwienia:

— Muszę przeszukać ubranie. To waŜne.

Staliśmy nieruchomi, gdy Colorado drobiazgowo badał kieszenie 

skórzanej kurtki.

— Nie ma nic — stwierdził. — Woreczek z tytoniem i fajka. Szkoda.

Nie potrafiłem odgadnąć, czego poszukiwał stary traper i czego to mu 

było “szkoda".

Straciliśmy sporo czasu na wykopanie grobu, bo chociaŜ ziemia była 

piaszczysta i miękka, nie mieliśmy łopaty. Musiały ją zastąpić nasze 

dłonie.

Kiedy wreszcie przy samotnym kaktusie wyrósł malutki pagórek, 

siedliśmy wokół, śmiertelnie zmęczeni. Bezlitosne słońce praŜyło 

ogniem. Dyszałem jak

ryba wyjęta z wody. Wierzchowce stały nieruchomo i tylko słychać było 

cichy szelest ziarenek piasku przesypującego się w lekkich podmuchach 

skwarnego wiatru.

— To byłoby zabawne — odezwał się nagle Colorado. — Byłoby 

zabawne, gdybyśmy właśnie przez niego — wskazał palcem na kopczyk 

— musieli tu zginąć. Widział pan jego twarz, doktorze?

Skinąłem głową.

— I co pan o niej moŜe powiedzieć? ,

Przypomina wizerunki rzymskich patrycjuszów, tyle w niej jakiejś 

godności — odparłem zapominając, iŜ traper mógł nigdy nie słyszeć o 

Rzymianach, a tym bardziej o patrycjuszach.

Ale on skinął tylko głową i dodał ku memu zdumieniu.

background image

— Właśnie, wygląda jak podobizna Juliusza Cezara odbita na starej 

monecie.

— Ktoś bliski?... 

Machnął przecząco ręką:

— O, nie! Nie uwierzycie, Ŝe ten człowiek o tak dostojnym obliczu 

wciągnął do piekła więcej ludzi, niŜ miał włosów na głowie. Wszystko w 

nim było kłamliwe i oszukańcze. A twarz najbardziej. Sam się o tym 

przekonałem, szkoda, Ŝe tak... późno.

Ostatnie słowa wypowiedział juŜ szeptem. Nie pytałem więcej, a Karol 

krótko zagadnął:

— Ruszamy?

— Natychmiast. Wody coraz mniej, a amatorów na nią przyrosło. Pan 

napoił tego konia, doktorze — stwierdził. — Piękne zwierzę, kiedy 

indziej bardzo bym się z takiego nabytku ucieszył. Sprawdźmy juki. 

MoŜe zdradzą nam, dlaczego strzelano do tego człowieka.

Począł nerwowo odpinać paski. Zawartość juków okazała się 

zdumiewająca: jeden z nich został wypchany po brzegi monetami. Były 

to meksykańskie pieniądze, niektóre juŜ dawno wyszłe z obiegu, z po-

dobizną głowy cesarza Maksymiliana lub jeszcze starsze, opatrzone 

dziwacznymi hieroglifami. Zupełnie jakby pochodziły z okresu 

pierwszych konkwistadorów. I wszystkie złote. Zagłębiłem rękę po 

łokieć i z głębi wyciągnąłem kilka francuskich ludwików.

— Sprawa się wyjaśniła — powiedziałem. — Dlatego go zabito.

— Ale czemu nie ścigano? — zagadnął Karol.

— On chyba obrabował muzeum — powiedział Colorado.

Ogarnęło mnie niedobre przeczucie. Spojrzałem na Karola. Oglądał w 

skupieniu błyszczący krąŜek.

— Zajrzyjmy do drugiego z juków.

Odpiąłem szybko paski. Odchyliłem skórzaną klapę, sięgnąłem ręką w 

background image

głąb i wyciągnąłem półokrągłą zausznicę, złotą, wysadzaną błękitnymi 

kamieniami. Nie znam się na tych rzeczach, ale sądząc po wykonaniu, 

przedmiot musiał być bardzo stary.

— Obawiam się, Karolu, Ŝe ktoś jeszcze poza O’Brienem odkrył skarb 

Lessera.

— Być moŜe, Janie.

— MoŜe? — krzyknąłem. — PrzecieŜ w Dolinie Śmierci oglądaliśmy 

podobne klejnoty.

— Podobne nie znaczy te same. Trudno coś twierdzić przed 

sprawdzeniem.

— A więc powinniśmy jechać do Doliny Śmierci. Najpierw O’Brien, a 

teraz jeszcze to! Wydaje mi się, Ŝe w ten sposób nigdy nie dotrzemy do 

granic Meksyku.

— Patrzcie — Colorado wydobył na światło słoneczne lśniącą broszę.

— Roger Drake miał nosa. Wiedział, co zabierać. Co chcecie z tym 

uczynić? — zwrócił się do nas. — Nie będziecie chyba odwozić 

wszystkiego do Doliny Śmierci. Nie pora teraz na to. I czy to na pewno 

jest skarb “waszego" Lessera?

Wyjaśniłem, iŜ przedmioty te bardzo przypominają to, co znaleźliśmy w 

dolinie. I Ŝe moim zdaniem...

— Ot, fantaści — przerwał mi. — Nie mogliście od razu wszystkiego 

stamtąd zabrać? Nie byłoby teraz wątpliwości, a biedny Samuel nie 

wplątałby się w taką kabałę.

Więc znowu opowiedziałem, Ŝe gdy znaleźliśmy skarb, postanowiliśmy 

nic nie zabierać, a wielkie bogactwo przeznaczyć na jakiś wspólny cel.

Colorado wzruszył ramionami:

— Strzeliliście głupstwo. Niejeden sądzi, Ŝe jak coś zakopie, to juŜ tego 

sam diabeł nie odkryje. A wiadomo: jak człowiek schował, człowiek 

odnajdzie. Martwcie się teraz sami. Ja tylko pytam: co chcecie z tym 

background image

robić? Jeśli macie zamiar wieźć z sobą, umywam od wszystkiego ręce.

— AleŜ Colorado! — zawołałem. — Co pan ma na myśli?

— Myślę, Ŝe ścigamy bandytów i Ŝe jeszcze moŜemy się znaleźć w nie 

lada tarapatach, a to — wskazał na rozwarte juki — przysporzy nam 

kłopotów. Zrabowane diabelskie złoto! Nie, nie! Ja z tym nie pojadę. Na 

dobrą sprawę konia naleŜałoby równieŜ tu zostawić, ale mi Ŝal 

zwierzęcia. Wierzcie mi, mam dobre doświadczenie. Musimy to zakopać, 

natychmiast. Właśnie tu, przy tej mogile. Czekam na waszą decyzję.

Spojrzałem na Karola, Karol spojrzał na mnie:

— W tym, co mówi Colorado, jest sporo słuszności. Zakopmy — 

powiedział.

— A jeśli to jest część skarbu Lessera? — zaprotestowałem.

— To wrócimy tu później. 

Nie sprzeciwiałem się dłuŜej.

W chwilę później musiałem wziąć udział w mozolnym grzebaniu 

nowego dołka. Kiedy uznaliśmy go za odpowiednio głęboki, cisnęliśmy 

weń oba juki i dokładnie zasypali. Pomyślałem wówczas, Ŝe dopóki 

widnieją nasze i tych, których ściągamy, tropy, trafić do tego miejsca nie 

będzie trudno. Kiedy jednak wiatr zawieje ślady i wyrówna grobowy 

kopczyk, nikt nie odnajdzie zakopanych kosztowności.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Zająłem miejsce na końcu naszej małej 

kawalkady, wiodąc na długiej uździe konia Rogera Drake. Kim on był? 

— myślałem. — Co go łączyło z Colorado? Ale przede wszystkim: w 

jaki sposób wszedł w posiadanie złotych monet i drogocennych 

wyrobów? I czy to część skarbów Lessera?

Nad wieczorem, gdy słońce poczęło sięgać horyzontu, dostrzegliśmy w 

dali szare, zamazane zarysy jakiejś budowli czy teŜ wzniesienia. Z takiej 

odległości nie sposób było stwierdzić.

Zatrzymaliśmy; się na chwilę, aby napoić konie odrobiną wody. Wtedy 

background image

Colorado, który miał z nas wszystkich najlepszy wzrok, poprosił mnie o 

lornetką i długo przyglądał się zagadkowym kształtom.

— To jest dom — stwierdził. — I to nie jeden, lecz parę zabudowań. Nic 

innego, jak tylko zagroda tego zwariowanego rolnika. A skoro 

zabudowania, to i woda. W tych stronach nie istnieje Ŝadna inna chałupa. 

Z tego wniosek: dalej jechać nie moŜemy. Być moŜe Lesser z 

towarzyszami odpoczywają teraz na farmie. Szybko by nas dostrzegł.

Zeskoczył z siodła, wyjął z juków zaostrzony palik, wbił go obcasem 

buta w ziemię, zarzucił swemu koniowi koniec lassa na szyję, a drugi 

przywiązał do kółka.

Postąpiliśmy podobnie.

— Colorado — zapytałem w pewnej chwili, gdy siedząc na kopczyku 

piachu zapaliliśmy fajki — skąd pan wie o Juliuszu Cezarze? Na prerii 

tego nie uczą.

Zaśmiał się cicho, pyknął kłębem dymu:

— Myśli pan, doktorze, Ŝe ja zawsze wędrowałem prerią?.

background image

Dom na pustkowiu

W miarę jak niebo ciemniało, robiło się coraz chłodniej. Pozbawiona 

roślinności naga płaszczyzna bardzo szybko traciła ciepło. Nim pierwsze 

gwiazdy ukazały się na niebie, począłem szczękać zębami. Rozwinąłem 

koc i otuliłem się nim dokładnie. Skulony, oparłem głowę na podgiętych 

kolanach i w tak niewygodnej pozycji zapadłem w jakąś półdrzemkę. 

Kiedy mnie zbudzono, rozprostowałem zdrętwiały kark i ujrzałem nad 

sobą niebo czarne jak atrament, usiane srebrnymi punkcikami. A Ŝe 

właśnie wypadł nów, noc była dość ciemna, sprzyjająca naszym 

zamierzeniom.

Wsiedliśmy na konie i ruszyli, juŜ nie zwaŜając na ślady, wprost na 

dalekie budynki rzekomej farmy. Tam przecieŜ — jak twierdził Colorado 

— znajdowało się jedyne w tych stronach źródło.

Jechaliśmy powoli, jeden obok drugiego, aby nie pogubić się w 

ciemnościach. Skorzystałem z tej okazji i zapytałem półgłosem:

— Kto do niego strzelał?

Stary traper natychmiast pojął, o kogo pytam.

— Mógł go zabić kaŜdy, na dobrą sprawę. Tylu ludzi oszukał, łatwiej mu 

było o wroga niŜ komukolwiek na świecie. Myślę jednak, Ŝe wdał się w 

zwadę

z kimś z grupy Lessera. KogóŜ innego, u licha, spotkałby na tym 

pustkowiu?

— Dlaczego go nie ścigali? Takie bogactwo!

— Nic o tym nie wiedzieli — wtrącił się Karol. — Nie wyobraŜam sobie, 

aby Lesser ujrzawszy, co znajduje się w jukach, wypuścił z rąk zdobycz.

— A powód strzelaniny?

background image

— Nie miał prawdopodobnie Ŝadnego związku z tym, co wiózł Drake. 

Tylko w ten sposób moŜna wszystko wytłumaczyć.

— Wielki Bóbr ma rację — mruknął Colorado. — Od samego początku 

tak myślałem, ale dajmy spokój tym rozwaŜaniom, lepiej popatrzcie 

przed siebie.

Z dalekich ciemności mrugał teraz ku nam złotawy punkcik.

— Światełko — powiedział Karol. — Tam ktoś jest.

— Zejdźmy z koni — zarządził Colorado. — Kawałek drogi piechotką 

dobrze nam zrobi.

Teraz wędrowaliśmy jeden za drugim. Na koniec doszliśmy tak blisko, iŜ 

złotawy punkcik urósł do rozmiarów sporego kwadracika.

— Tu zostawimy konie — odezwał się Colorado. — Pod pana opieką, 

doktorze. Jeśli pan usłyszy strzelaninę, proszę wskoczyć na siodło i 

dobrze wytrzeszczać oczy. Kto wie, moŜe zajdzie konieczność szybkiego 

wycofania się z tego miejsca. Gdyby przypadkiem wylazł na pana jakiś 

obcy człowiek, proszę natychmiast uciekać.

— Z trzema końmi luzem? Jak pan sobie to wyobraŜa, Colorado?

— Zostawi pan nasze wierzchowce i tego znalezionego. Przydadzą się 

nam później. Jeśli wpadniemy, oczywiście. Pana w tym głowa, aby 

ruszyć, jak tylko będzie moŜliwe, naszym tropem i pomóc w odpowied-

niej chwili.

Westchnąłem głęboko, a Karol roześmiał się półgłosem:

— Colorado snuje ponure przypuszczenia. Nie przejmuj się tym, Janie. 

Nie widzę powodów, dla których mielibyśmy wpaść w łapy zbirów. No, 

idziemy!

Przez krótki czas dostrzegałem ich czarne sylwetki, później zakryła je 

noc. Siadłem na piasku z oczami zwróconymi na dalekie źródło światła, 

nastawiając dobrze uszu. Ale noc była cicha, a szelest kroków moich 

towarzyszy umilkł po kilku sekundach.

background image

DłuŜyło mi się nieznośnie. Czułem się jak samotny patyk na pustyni lub 

jak kołek w płocie, któremu powyrywano wszystkich sąsiadów. Niewiele 

brakowałoby, a zapadłbym w drzemkę. śeby temu zapobiec, podniosłem 

się i począłem wolno krąŜyć dokoła gromadki koni. Tak minęła godzina i 

nic się nowego nie wydarzyło. Na koniec jednak wydało ma się, iŜ słyszę 

daleki, przytłumiony tętent. Padłem plackiem i przyłoŜyłem ucho do 

ziemi. Odgłos umilkł. Podniosłem do oczu lornetkę. W niczym mi to nie 

pomogło, tylko daleki blask padający z okna stał się wyraźniejszy. Gdy 

tak cisza trwała nadal, doszedłem do wniosku, iŜ padłem ofiarą złudzenia 

słuchowego. JakŜeŜ mi się dłuŜyła ta noc! Zapaliłem fajkę, co było duŜą 

nieostroŜnością, bo zapach dymu na otwartej przestrzeni, zwłaszcza w 

porze nocnej, niesie się bardzo daleko. Fajka pozwoliła mi czuwać z 

napiętą uwagą aŜ do chwili, w której ujrzałem przed sobą cień 

czarniejszy od nocy, zbliŜający się wolno w moim kierunku. Stanąłem za 

swoim koniem, gotów do skoku na siodło. Czekałem natęŜając oczy. Po 

chwili cień stał się wyraźną sylwetką człowieka. Jeszcze chwila, a 

rozpoznałem Karola. Nie będę ukrywał, iŜ westchnienie ulgi wyrwało mi 

się z piersi.

— Idziemy, Janie.

Wzięliśmy konie za uzdy, ale z mustangiem Colorado wydarzyła się 

rzecz kłopotliwa. Nie chciał ruszyć z miejsca. Próbowaliśmy na róŜne 

sposoby zmusić do tego uparte zwierzę. Nic nie wychodziło. Wreszcie 

Karol znalazł sposób: zagwizdał parokrotnie, za kaŜdym razem 

zmieniając wysokość tonu, aŜ wreszcie trafił na właściwy, bliźniaczo 

podobny do gwizdu Colorado. Poskutkowało.

— No i jak tam? — zapytałem, kiedy wlekliśmy się przez piachy.

— Znakomicie. Domyślasz się zapewne, iŜ Lessera juŜ nie zastaliśmy. 

Ale za to spotkaliśmy dwu drabów spod ciemnej gwiazdy. Oczywiście 

udawali niewiniątka, zabłąkanych podróŜnych, ale gdy odkryliśmy... no, 

background image

zgadnij?

— Nie zgadnę, mów dalej.

— Dobrze. OtóŜ we wnętrzu stodoły, bo tam jest stodoła, znaleźliśmy 

Ŝ

onę O'Briena z synem. Całych i zdrowych, chociaŜ wymęczonych i 

wymizerowanych. Dziwny człowiek z tego Lessera. Więźniami opieko-

wano się dość troskliwie, sami to przyznali.

— Rzeczywiście — mruknąłem. — Ale nie przekonasz mnie, Ŝe Lesser 

to dŜentelmen. Co to, to nie! Po prostu pragnie mieć zakładników całych 

i zdrowych. Tym trzyma w szachu O’Briena.

— Zgadzam się. UwaŜaj teraz, Janie. Ten zwariowany farmer pokopał tu 

jakieś doły.

Zwolniliśmy jeszcze bardziej kroku, nie tyle z obawy o siebie, ile o 

konie. Wreszcie wkroczyliśmy w smugę światła. Widziałem juŜ wyraźnie 

zarys okna i ścianę budynku. Usłyszałem, jak skrzypnęły drzwi i nowa 

ś

cieŜka blasku padła nam pod nogi. Ujrzałem na niej Colorado.

— Jesteście?

— A jakŜe — odparł Karol. — Razem z całą stadniną.

Teraz druga osoba wyszła przed budynek.

— To ty, George? PomóŜ wprowadzić zwierzęta. Poszliśmy kawałek 

dalej, omijając jasny kwadrat drzwi. Przed bramą następnego budynku 

George zabrał mi konia.

— Tędy, tędy — usłyszałem głos Karola.

Chwycił mnie za rękę i powiódł wprost do wejścia. Przekroczyłem próg. 

Wnętrze przedstawiało się nieco ponuro. Niska izba prawie pusta. Jedyne 

umeblowanie stanowiły dwie ławy i wąski stół między nimi. Na stole 

sterczała wielka, staroświecka lampa naftowa, rzucająca dokoła mdły 

blask. Ale światła dodawały potęŜne polana buchające złotym 

płomieniem we wnętrzu obszernego, z kamienia spojonego kominka. 

Nad ogniem, na haku wbitym z boku, wisiał Ŝelazny, mocno okopcony 

background image

sagan, we wnętrzu którego coś bulgotało. W takich garach duszono ongiś 

potrawki z wiewiórek, ulubiony przysmak osadników Nowej Anglii.*

Pociągnąłem nosem. Pachniało wcale przyjemnie. Poczułem nagle głód, 

ale przede wszystkim zapragnąłem napić się wody. Dostrzegłem wiadro i 

począłem rozglądać się za jakimś kubkiem.

— Dobry wieczór, doktorze. Odwróciłem się.

— Kubek stoi na oknie, proszę wziąć.

Nowa Anglia — Taką nazwę nosiły pierwsze kolonie załoŜone na wybrzeŜu Atlantyku. W 

skład ich wchodził m. in. obecny stan Massachusetts.

Woda była zimna, o lekko metalicznym smaku. Wyglądało na to, iŜ 

niedoszły rolnik dokopał się mineralnego źródła.

— Dziękuję — powiedziałem odetchnąwszy głęboko. — Jak się pani 

czuje?

Chyba nie potrzebuję wyjaśniać, kim była jedyna w tym pustym domu 

kobieta. Niewiele z nią rozmawiałem podczas krótkiego pobytu w 

zagrodzie O'Briena. Stała teraz przede mną w złotawym blasku płomieni, 

wysoka i szczuplejsza, niŜ mi się dotąd wydawało.

— Jakoś dałam sobie radę — odpowiedziała. — Oni nie byli źli.

— JednakŜe... taka długa jazda.. 

Roześmiała się:

— Od dziecka jeŜdŜę konno. To był drobiazg. Martwię się tylko o Sama, 

ale go przecieŜ uwolnicie?

— Po to tu jesteśmy — wpadł jej w słowo Colorado wchodząc do izby.

Westchnęła:

— Co się dzieje w naszym gospodarstwie? Wszystko zmarnieje, jeśli to 

potrwa dłuŜej.

Zerknąłem na Colorado. Pani O'Brien nie wiedziała, Ŝe jej dom padł 

background image

ofiarą ognia. A więc rację miał Karol przypuszczając, iŜ poŜar wybuchł 

juŜ po porwaniu gospodarzy.

Colorado głośno odetchnął, spojrzał kobiecie prosto w oczy i rzekł:

— Nie ma tu co ukrywać, chałupa spłonęła.

— Co?! Spalili ją? Łotry! A zawsze powtarzałam Samuelowi, Ŝeby nie 

jeździł do Santa Rosa. Całe zło z tego poszło...

Oczekiwałem, Ŝe teraz pocznie lamentować. Nie byłoby w tym nic 

dziwnego. Strata takiego dorobku była przecieŜ wystarczającym 

powodem. Omyliłem się jednak. Nieoczekiwanie zapytała:

— Pewnie jesteście głodni? — i nie czekając odpowiedzi dodała: — 

Siadajcie, zaraz podam.

Spełniliśmy jej Ŝyczenie, a po chwili przyłączyli się do nas Karol i 

George. Dopiero teraz Colorado wyjaśnił prawdopodobną przyczynę 

poŜaru. Zareagowała na tę wiadomość w sposób dla mnie nieco zaska-

kujący:

— A więc jednak nie są oni tacy źli. Przyjemnie o kimś pomyśleć, Ŝe jest 

lepszy, niŜ się wydawał.

Pani O'Brien widać nie bardzo wzięła do serca stratę dobytku. Być moŜe 

Samuel był — zgodnie z opinią Colorado — nie byle jakim kutwą i miał 

odłoŜoną sporą sumkę. Być moŜe, iŜ jego Ŝona zaliczała się do osób 

niełatwo dających wyprowadzić się z równowagi. Kobieta, która zniosła 

ogromny trud pionierskiego okresu gospodarki osadniczej, w niczym nie 

mogła przypominać mieszkanek “ucywilizowanego" wschodu Ameryki. 

Nie kaŜda przecieŜ potrafiła zdecydować się na rozpoczęcie nowego 

Ŝ

ycia na tych pustych przestrzeniach i wytrwać. Ale skoro wytrwała — 

niełatwo było ją złamać.

Podała nam na blaszanych talerzach mięso pokrajane w drobne kawałki, 

podlane gęstym sosem.

— Potrawka, doktorze — zauwaŜył Colorado. — Prawdziwa antylopa. 

background image

Odkryłem tu spiŜarnię doskonale zaopatrzoną. Dom musiał być od 

dawna kryjówką bandy.

— A my siedzimy sobie spokojnie jak w centrum Nowego Jorku — 

wtrąciłem.

— Bez obawy, doktorze. Dobrze wszystko spenetrowałem. Oni odjechali 

jeszcze o zmierzchu. I nie wrócą aŜ za kilka tygodni. Jeśli ich wcześniej 

nie capniemy.

— Skąd taka pewność?

— Z wypowiedzi tych dwu drabów. Są mrukliwi, lecz coś niecoś 

zdołałem od nich wyciągnąć.

— Jakich drabów?

— JuŜ ci mówiłem o tym, Janie — wtrącił Karol. — Chodzi o tych 

straŜników, którzy pilnowali panią O'Brien i jej syna.

— A jakŜeście ich znaleźli?

— Niech powie Colorado — odparł Karol. — Nie będę odbierał mu tej 

przyjemności.

Uśmiechnął się, ale Colorado zachował powagę na twarzy.

— Oczywiście, Ŝe opowiem — odparł. — Tylko trochę się pokrzepię. 

Nareszcie jakieś prawdziwe jedzenie.

Pokrzepiał się dość długo, wreszcie odstawił na bok parokrotnie 

napełnianą miseczkę. Po czym zwrócił się do George'a:

— Weź, chłopcze, jaką pukawkę i zobacz, jak się czują nasi jeńcy. Przy 

okazji nakarm konie. W stajni leŜy kilka worów kukurydzy. I obejdź 

dokoła budynki. Nie szkodzi popatrzeć. No, idź, mój chłopcze.

Dopiero teraz dowiedziałem się, jaki był przebieg nocnej wyprawy 

Karola i Colorado. Pod same zabudowania dotarli bardzo szybko i bez 

przeszkód. Psów tu nie było. Potem zajrzeli przez okienko, właśnie to 

oświetlone, i dostrzegli wewnątrz izby dwu męŜczyzn. Jeden z nich był 

zajęty krajaniem mięsa, drugi rozpalał ogień w kominku. Okno było 

background image

szczelnie zawarte i Ŝaden odgłos rozmowy nie docierał na zewnątrz.

Karol i Colorado wartowali pod tym oknem przez jakiś czas. Nie byli 

pewni, czy ci dwaj męŜczyźni są jedynymi mieszkańcami farmy. 

JednakŜe nikt więcej nie wszedł do wnętrza domu. Zdecydowali się 

obejść wszystkie zabudowania. W tej wędrówce posuwali się wzdłuŜ 

ś

cian. W mieszkalnym domu było zapewne więcej pokojów, bo natrafili 

jeszcze na dwa otwory okienne, pozabijane deskami. Do domu prawie Ŝe 

przytykał drugi budynek. PrzyłoŜyli uszy do ściany i usłyszeli lekki tupot 

i parskanie. Colorado chciał uchylić wielkie, podwójne wrota, nie mógł 

jednak tego dokonać bez odsunięcia potęŜnego, Ŝelaznego rygla. 

Obawiając się więc hałasu, zaniechał swego zamiaru. Poszli dalej. Za 

stajnią wznosił się nieco niŜszy budynek, równieŜ bez okien, z drzwiami 

zaopatrzonymi w zamek. Karol próbował je otworzyć, bez rezultatu. 

Obeszli więc dokoła całe zabudowania, posuwając się ostroŜnie, 

przystając co kilka kroków i nasłuchując. Gdy przebyli większą część 

powrotnej drogi, usłyszeli lekkie skrzypienie, jakby źle naoliwionych, 

zardzewiałych zawiasów. Przystanęli. Smuga blasku przecięła im drogę. 

Usłyszeli obcy głos:

— Przyniosę wody...

Czyjeś kroki zaszurały po piasku. Przylgnęli do ściany. W blasku 

padającym przez uchylone drzwi ujrzeli człowieka, jak z wiadrem w ręku 

zmierzał wprost przed siebie i po chwili zniknął w ciemnościach. 

Colorado odczekał chwilę i ruszył za nieznajomym, aby — jak się 

wyraził — “uspokoić go". Poszło mu to bez trudu: podszedł z tyłu i 

uderzeniem pięści ogłuszył. Ręce związał mu jego własnym pasem, a 

nogi — chustką zerwaną z szyi nieprzytomnego. Po czym wrócił do 

Karola. Drzwi domu były nadal otwarte. Postanowili nie czekać dłuŜej. 

Jeniec mógł w kaŜdej chwili odzyskać przytomność i uwolnić się z 

prymitywnych więzów. Karol stanął tuŜ za drzwiami i popchnął je lekko. 

background image

Zaskrzypiały przeraźliwie.

— To ty, Ralf? — ozwał się głos z wnętrza izby. — Co tam robisz?

Brak odpowiedzi jakoś nie zaniepokoił pytającego. Więc po paru 

sekundach Karol powtórzył swój manewr. I tym razem bez rezultatu.

— Wówczas — opowiadał Colorado — poradziłem Wielkiemu Bobrowi, 

aby zastukał. Poskutkowało. Z głębi budynku wyskoczył jegomość z 

pukawką w ręku. Dosłownie osłupiał, jak zobaczył pańskiego 

przyjaciela, doktorze. Oniemiał na kilka sekund, wreszcie wrzasnął:

— Czego?!

— Tam leŜy jakiś człowiek — powiedział mu Wielki Bóbr.

— Człowiek? — powtórzył i uczynił kilka kroków przed siebie. W ten 

sposób znalazłem się akurat za jego plecami. Chwyciłem go za szyją. 

Niezbyt mocno. Tyle, ile potrzeba. Nawet nie krzyknął.

Z dalszej opowieści wynikło, Ŝe moi towarzysze obu jeńców przenieśli 

do izby, skrępowali starannie lassami i dokładnie ich przeszukali. Nie 

znaleźli nic poza  jedynym kluczem. Do których drzwi mógł pasować?

— Natychmiast przypomniałem sobie o wejściu do budynku 

przylegającego do stajni — mówił Colorado. — I co powiecie? To był 

właśnie odpowiedni klucz. A kto był za drzwiami? Lucy i George. No, to 

wszystko.

— A gdzie jeńcy? — zapytałem.

— W sąsiednim pokoju. Wrócili do przytomności i są łagodni jak 

baranki. Przenieśliśmy ich tam, Ŝeby nam nie przeszkadzali. Nawet 

rozmawiałem z nimi. Najpierw twierdzili, Ŝe nie znają Ŝadnego Lessera. 

Kiedy ich zapytałem, czy ten Lesser nie ma przypadkiem drugiego 

nazwiska, nabrali wody w usta. Wówczas pouczyłem obu łagodnym 

tonem, iŜ w ten sposób szykują sobie postronek na szyje. Dopiero 

wówczas puścili nieco pary. Zapytali, co im zarzucam. Odparłem, iŜ 

napad i porwanie, co w tych stronach równa się dwóm stryczkom. 

background image

Przerazili się. Poczęli przysięgać, Ŝe są biednymi traperami, Ŝe sobie w 

tym opuszczonym domku obrali chwilową siedzibę, Ŝe — na koniec — 

przed paru dniami przyjechała tu grupa jeźdźców ścigająca jakichś 

bandytów. Ci ludzie powierzyli ich pieczy dwu jeńców: Ŝonę i syna 

herszta bandy. Kazali ich pilnować jak oka w głowie, póki tu nie 

powrócą... Znudziło mi się wysłuchiwanie tych bajeczek. Jutro będzie 

okazja porozmawiać z nimi dłuŜej.

— A co z Samuelem? — zapytałem. — Dlaczego go porwano? Czy pani 

coś o tym wie?

Okazało się, iŜ Ŝona farmera była bardzo dokładnie zorientowana w całej 

sprawie. Oto, czego dowiedzieliśmy się od niej:

Samuel O’Brien udał się pod koniec zimy z Nowego Meksyku do 

Arizony, aby nabyć od Nawajów kilka sztuk owiec. UwaŜał, iŜ tylko ten 

gatunek najbardziej nadawać się będzie do hodowli w podobnych dla 

obu terytoriów warunkach klimatycznych. śona proponowała, aby zabrał 

kogoś do pomocy. Nie chciał, powiedział, Ŝe to tylko niepotrzebny 

wydatek. W czasie swej samotnej wędrówki, będąc juŜ u celu, zabłądził. 

W jakiejś bezludnej dolinie zaskoczyła go — rzecz niezwykle rzadka w 

tamtych stronach — gwałtowna burza połączona z ulewnym deszczem. 

Schronił się wraz z koniem w odkrytej przypadkowo, obszernej grocie. 

Lało bez przerwy tak, jak gdyby wodospad Niagary nagle zawisł nad 

Arizoną. Kiedy wreszcie ustał ten potop, farmer musiał kilka godzin 

przeczekać, aŜ spłyną rwące potoki, jakie utworzyły się na dnie doliny. 

Tak zastała go noc. Dopiero o świcie opuścił grotę. Posuwając się 

wzdłuŜ krawędzi stromego grzbietu doliny, zauwaŜył nagle w głębokiej 

zapadlinie wymytej przez wodę wierzch drewnianej beczki. Zeskoczył z 

konia, oderwał pokrywę i zamarł z wraŜenia spojrzawszy do wnętrza. 

Było wypełnione złotymi monetami. Napakował ich, ile mógł, do juków 

siodła i kieszeni swego ubrania. Z kupna owiec natychmiast zrezygnował 

background image

bojąc się podróŜować z takim bogactwem. Zasypawszy znalezisko, jak 

mógł najlepiej, i porobiwszy znaki na sąsiedniej ścianie skalnej, ruszył w 

powrotną drogę. Szczęście mu sprzyjało, bo gdy opuścił dolinę i nie 

bardzo wiedział, w jakim kierunku powinien jechać, napotkał 

wędrownego eksplorera. Ten udzielił mu dokładnych informacji, a nawet 

kawałek drogi podprowadził.

O'Brien wrócił na farmę pełen dumy z dokonanego odkrycia. Wraz z 

Ŝ

oną i synem dokonali przeglądu przywiezionych monet. Rozczarowali 

się nieco, poniewaŜ Ŝadna z nich nie znajdowała się juŜ w obiegu. 

NaleŜało je sprzedać. Ale komu i gdzie? W niedalekim miasteczku Santa 

Rosa znajdował się mały kantor bankierski. JednakŜe O'Brien obawiał 

się, iŜ tego rodzaju transakcja obudzi niebezpieczne zainteresowanie jego 

osobą. Tymczasem więc przywieziony skarb zakopał w ziemi, w pobliŜu 

domu. Cała rodzina O’Brienów przysięgła sobie nie wspomnieć nikomu 

o zdarzeniu. Nawet Colorado! Tego ostatniego miano wtajemniczyć 

dopiero po spienięŜeniu zdobyczy. Farmer zamierzał później odbyć 

drugą wyprawę do doliny i miał nadzieję, Ŝe namówi na nią starego tra-

pera. Jadąc we dwójkę, mogliby zabrać kilka koni jucznych.

Być moŜe cały ten plan zostałby wykonany, gdyby nie zbytni pośpiech. 

Zdecydowano, Ŝe po zakończeniu prac gospodarskich O’Brien wyruszy 

aŜ do Santa Fe, miasta wielokrotnie większego od Santa Rosa, by wy-

mienić złote krąŜki na dolary. Ale farmerowi zabrakło cierpliwości. 

Chciał jak najprędzej wiedzieć, jaką wartość przedstawia znaleziony 

skarb. W tajemnicy przed Ŝoną wydobył ze schowka garść monet i pod 

pozorem kupna nabojów do strzelby wybrał się do Santa Rosa. W 

kantorku bankierskim wzbudził duŜe zainteresowanie swym 

numizmatycznym zbiorkiem. Nawet się tego przeląkł i w efekcie 

sprzedał tylko część monet. Po czym — zamiast natychmiast wracać do 

domu — poszedł do gospody.

background image

— Diabeł go skusił — komentowała ten wypadek pani Lucy.

Rzeczywiście, diabelska to musiała być sprawka, Ŝe Samuel O’Brien — 

kutwa—dusigrosz — zdobył się nagle na gest. Postawił wszystkim 

obecnym w salonie kolejkę whisky. Potem nastąpił rewanŜ ze strony za-

proszonych. Dobrze musieli sobie popić, bo ogarnięci pijacką czułością 

całą gromadką odprowadzili O’Briena — w nocy — pod samą zagrodę.

Farmer, kiedy wytrzeźwiał, opowiedział o wszystkim Ŝonie. To znaczy: 

tyle opowiedział, ile pamiętał. W sumie: niezbyt wiele.

Tego właśnie ranka, kiedy Karol, Colorado i ja wybraliśmy się na 

polowanie, w parę godzin po naszym odjeździe przybyło do farmy trzech 

jeźdźców. Powitali Samuela jak starego znajomego, mimo Ŝe farmer nie 

bardzo ich sobie przypominał. Mówili, Ŝe jadą do Santa Fe i wpadli na 

chwilkę, Ŝeby się zrewanŜować. Rzeczywiście, przywieźli kilka butelek 

whisky.

— Bardzo mi się to nie podobało — opowiadała pani Lucy. — 

Odciągnęłam męŜa na stronę; “Będziesz pił od rana, Samuelu, czyś ty 

zgłupiał? Poczekaj chociaŜ, jak wrócą z polowania nasi goście". Przyznał 

mi rację.

Przybysze nie chcieli jednak czekać na nasz powrót. Pani O’Brien 

przyrządziła naprędce skromne śniadanie, odbito butelki i całe 

towarzystwo zasiadło za stołem. Nie na długo zresztą. Szybko uporano 

się i z jedzeniem, i piciem. Poczęto się Ŝegnać. Przed samym odjazdem 

nieproszeni goście zapytali, czy nie mogliby — za odpowiednią dopłatą 

— zamienić swych koni na wierzchowce farmera. O’Brien, jak zwykle 

łasy na pieniądze, chętnie się zgodził. Dwu spośród przybyłych udało się 

wraz z gospodarzem do stajni, trzeci pozostał z gospodynią i jej synem. 

Usiłował zabawiać ich rozmową. Nie bardzo mu to wychodziło. Jak 

zauwaŜyła pani Lucy, był bardzo niespokojny. Co chwila spoglądał ku 

bramie, raz nawet wyszedł poza ogrodzenie mówiąc, Ŝe słyszy tętent. 

background image

Gospodyni ucieszyła się sądząc, Ŝe to wraca nasza trójka.

— Miałam złe przeczucie — mówiła. — ChociaŜ ci znajomi Samuela 

byli bardzo grzeczni, jakoś mi się nie podobali.

Oględziny koni się przedłuŜały. Wreszcie przyszedł jeden z nabywców 

mówiąc, iŜ Samuel prosi, aby Ŝona udała się do stajni. Uczyniła to 

natychmiast, ale ledwo przekroczyła próg, zarzucono jej płachtę na 

głowę, przewrócono i skrępowano. A gdy po kilku minutach zdjęto jej z 

głowy zasłonę, stwierdziła, iŜ leŜy obok męŜa i syna. Całych i zdrowych, 

ale tak samo związanych jak ona.

Zapytała wówczas, siląc się na spokój:

— Czego od nas chcecie?.

— Niech się pani nie denerwuje — odparł jeden z drabów. — Nic wam 

nie grozi, a o co nam chodzi, pogadamy później.

Wsadzono całą rodzinę na konie, uprzedzając, iŜ w razie próby ucieczki 

będą strzelać.

— Mnie tym nie zastraszyli — opowiada pani Lucy — ale Samuel 

zupełnie stracił ducha. Przykrępowali go do konia i tak ustawili w 

szeregu jadących, Ŝe nie mogłam z nim zamienić ani jednego słowa. Po-

czątkowo miałam nadzieję, Ŝe wrócicie szybko i zdołacie nas doścignąć.

Jechali cztery dni i cztery noce, ciągle nie wiedząc, dokąd ich wiozą i 

dlaczego. Piątego dnia przybyli na tę opuszczoną farmę. Tu czekało 

czterech ludzi, a wśród nich widać przywódca bandy, bo tytułowano go 

“szefem".

— Przepraszam — wtrącił się Karol — czy nie dowiedziała się pani jego 

nazwiska?

Zaprzeczyła.

— Nazywano go “szefem" — powtórzył George.

— Proszę, niech pani mówi dalej. To wszystko jest bardzo interesujące i 

bardzo dla nas cenne — stwierdził mój przyjaciel.

background image

Jak wynikało z dalszej relacji, szef rozmawiał z całą pojmaną trójką. 

ZaŜądał od O’Briena wskazania kryjówki, w której znalazł skarb. Pytał, 

czy farmer odkrył go sam, czy teŜ z kimś innym.

— Zachowywał się zresztą bardzo grzecznie — stwierdziła pani Lucy. —

Opowiadał, Ŝe ten skarb naleŜał do niego, Ŝe go obrabowano.

— Samuel milczał, jakby zapomniał języka w gębie — mówiła. — Ale ja 

uwaŜałam, Ŝe takie postępowanie do niczego dobrego nie prowadzi. 

Więc powiedziałam szefowi, Ŝe jeśli to jest jego złoto, trzeba wezwać 

szeryfa. Wtedy złoŜymy zeznanie, a Samuel poprowadzi ich do doliny. 

Zapytałam, skąd wie o odkryciu Samuela. Roześmiał się:

— PrzecieŜ pani mąŜ sam mi to powiedział przed kilku dniami w “El 

Paso".

MoŜecie sobie wyobrazić, jak się zezłościłam. Wszystko przez wódkę 

wypitą w tej obskurnej gospodzie! Ale nie dałam nic poznać po sobie.

— Jeśli mój mąŜ o tym powiedział — odparłam — naleŜało natychmiast 

iść do szeryfa. PrzecieŜ w Santa Rosa jest szeryf! Dziwny to sposób 

dochodzenia swej własności przez napadanie na spokojnych farmerów.

Szef wcale się tym nie stropił. Powiedział, Ŝe byłoby mu bardzo nie na 

rękę wciągać do sprawy szeryfa. Wtedy zrozumiałam, Ŝe to wszystko 

kręcenie i kłamstwo.

Z dalszego opowiadania pani Lucy wynikało, iŜ szef domagał się od jej 

męŜa, aby udał się z nimi do doliny. Po raz pierwszy wówczas padła 

nazwa Doliny Śmierci. Farmer odmówił. Szef odparł, Ŝe daje mu trzy dni 

do namysłu, a pani Lucy radził, aby wpłynęła na męŜa. Na tym rozmowa 

została zakończona. Trójkę więźniów przeprowadzono do budyneczku, 

który prawdopodobnie był składem narzędzi rolniczych. LeŜały tam 

jakieś pordzewiałe pługi i brony, z podartych worków sypały się resztki 

ziarna pszenicy i kukurydzy.

Przy uwięzionych siadywał niekiedy straŜnik, niekiedy zostawiano ich 

background image

samych — skrępowanych i za zamkniętymi drzwiami. Ponury i 

obrośnięty drab, który im dostarczał jedzenia i wody, przestrzegał, Ŝe 

ucieczka nie ma Ŝadnego sensu, bo dokoła — jak sami przecieŜ widzieli 

— rozciąga się jałowa pustynia, na której zabłądzi i zginie z pragnienia 

kaŜdy, kto nie zna drogi.

Mimo tego ostrzeŜenia pani Lucy liczyła na przysłowiowy łut szczęścia, 

gdyby udało się jej wydostać z magazynu. Niestety, nie trafiła się ku 

temu okazja. Nawet wówczas, gdy więźniów wyprowadzano na dwór dla 

zaŜycia powietrza i ruchu.

Podczas przeraźliwie długich godzin dni i nocy, które spędzali w mroku 

budynku, O’Brien zwierzył się Ŝonie, iŜ według jego mniemania 

schowek ze skarbami przy domu nie został naruszony, a tylko zabrano 

mu kilka monet, jakie nosił w kieszeni. Rozmawiali często o Colorado 

licząc, Ŝe juŜ ruszył za nimi w pościg. Czy jednak zdoła trafić do tego 

domu na pustyni?

Rozmyślając nad tym pani Lucy doszła do wniosku, iŜ tylko jakimś 

pozornym ustępstwem będzie moŜna polepszyć ich połoŜenie i 

zwiększyć szansę odzyskania wolności.

— Powiedziałam Samuelowi, Ŝe powinien przystać na Ŝądania ich szefa. 

Opuścilibyśmy wreszcie te przeklęte strony, a w drodze mogłaby się 

nadarzyć jakaś okazja ucieczki.

Uparty a jednocześnie chciwy farmer nie chciał się zgodzić na tę 

propozycję. Nadal uwaŜał znaleziony skarb za swą wyłączną własność. 

JednakŜe pod łącznym atakiem Ŝony i syna — ustąpił. Kiedy na koniec 

zjawił się przed nimi szef, oświadczył mu, Ŝe za cenę wolności całej 

trójki zgadza się na podróŜ do Doliny Śmierci. Szef pogratulował mu 

rozsądku, ale natychmiast wyprowadził z błędu. śona i syn zostaną tu ja-

ko zakładnicy. Farmer pojedzie z nim i dopiero gdy schowek zostanie 

odnaleziony, odzyskają wolność.

background image

— Pani Lucy — mówił dalej szef — będzie traktowana z całym 

naleŜnym jej szacunkiem: ani jej, ani synowi włos z głowy nie spadnie, 

chyba... chyba Ŝeby O’Brien zrobił jakieś głupstwo, na przykład 

próbował uciec.

Tak więc cały chytry plan nie udał się. Mimo tego farmer nie oponował 

przeciw wyjazdowi.

— Zabrali go przed dwoma dniami — kończyła swą opowieść pani 

O’Brien. — Zostałam z synem nadal w tej samej szopie. Pełna byłam 

najgorszych przeczuć. Ale teraz myślę, Ŝe wszystko dobrze się skończy, 

skoro ty tu jesteś, Samuelu — zwróciła się do Colorado — i ci dwaj 

panowie. Tobie się kaŜda rzecz udaje.

— Gdyby to było prawdą, nie siedziałbym teraz w tej obskurnej izbie — 

mruknął stary traper.

— Jak to? Nie przyszedłbyś nam z pomocą?

— Wcale bym was nie znał. Nie najlepiej los mną pokierował i nie 

wszystko mi się udało.

— Czy po odjeździe Lessera nikogo tu nie było? — zapytałem widząc, 

Ŝ

e Colorado dziwnie się zasępił. — Czy nic pani nie zauwaŜyła?

— Owszem. Dzisiaj rano usłyszałam tupot kopyt. Z początku myślałam, 

Ŝ

e to ktoś z bandy. Potem ucieszyłam się: strzelano. Byłam pewna, Ŝe to 

wy... Poczęliśmy wołać, by zwrócić waszą uwagę. Ale nikt się nie zjawił. 

Kopyta jeszcze raz zatętniły i wszystko ucichło. Kiedy nam przyniesiono 

jedzenie, pytałam, co się stało. Ale nic mi nie wyjaśniono. Więc 

poczęłam się martwić, Ŝe znowu nasze wyzwolenie odwleka się nie 

wiadomo na jak długo.

— Spotkaliśmy tego człowieka — odezwał się Colorado. — Na pewno 

nie wiedział o waszym istnieniu, a gdyby nawet wiedział, w niczym by 

nie pomógł.

— Czy mówił, dlaczego strzelał?

background image

— Nie mówił. I nic juŜ więcej nie powie. Ranili go śmiertelnie. Ale o co 

poszło, nikt z nas tego nie wie.

background image

Nocna wędrówka

Zrobiło się późno. Dokładne przesłuchanie więźniów odłoŜyliśmy do 

najbliŜszego ranka. Co mieliśmy z nimi począć? Było rzeczą oczywistą, 

iŜ nie moŜemy ich zabrać ze sobą.

— Pozostaje nam tylko jedno — stwierdził Colorado — powierzyć straŜ 

nad więźniami tobie, Lucy, i George'owi. Nie widzę innego wyjścia.

— Chyba pan Ŝartuje, Colorado? — wyrwałem się. — Jeśli Lesser ze 

swymi ludźmi...

— Nasza sprawa, Ŝeby nie wrócił. Zresztą, wymyślcie coś lepszego. Nas 

trzech to i tak niewielkie siły. Czeka nas cięŜka przeprawa. MoŜna by 

więźniów wypuścić, ale wówczas ruszą za nami albo zawiadomią o 

wszystkim Lessera.

— Zabierzemy im konie — wtrącił się Karol.

— I to nie daje pewności, Ŝe stąd nie uciekną.

— Colorado ma rację — powiedziała pani Lucy. — Zostanę z synem do 

waszego powrotu. Są tu dwa konie, wcale niezłe. W razie czego 

czmychniemy.

— Dokąd? — zapytał Karol.

— A chociaŜby do Santa Rosa...

— Za daleko.

— Nie ma co snuć tak ponurych przypuszczeń —= zauwaŜył Colorado. 

— PrzecieŜ banda nie wróci tu przed znalezieniem skarbu. To po 

pierwsze. A po drugie: będziemy jej deptać po piętach i obserwować cały 

czas. Po trzecie: moim zdaniem oni nigdy do tej doliny nie dojadą. 

Wyswobodzimy Samuela wcześniej. Nie ma więc się czego lękać. Lucy 

moŜe tu zostać do naszego powrotu. Chyba was przekonałem?

background image

— Nie widzę innego wyjścia z sytuacji — stwierdził Karol.

I na tym stanęło. Wyznaczyliśmy kolejność nocnych wart. Na mnie 

przypadła pierwsza, najwygodniejsza, bo później aŜ do rana ma się 

spokój, a nic mnie bardziej nie męczy, jak w połowie przerwany sen.

Wziąłem sztucer i podczas gdy reszta zajęła się moszczeniem legowisk 

przy pomocy słomy przyniesionej ze stajni, począłem zapoznawać się z 

terenem otaczającym budynki. Nie była to wcale łatwa sprawa. Długą 

chwilę stałem w miejscu czekając, aŜ wzrok przyzwyczai się do 

ciemności. Potem przeszedłem wzdłuŜ zabudowań i wróciłem pod 

oświetlone okno. Naftowa lampka została nieco przyćmiona. Jej słaby 

blask nadal jednak wybiegał poza szybę. Czy nie było nieostroŜnością 

pozostawienie światła na całą noc? Chciałem wejść do izby, ale jeden 

rzut oka przez okno przekonał mnie, iŜ wszyscy juŜ leŜą na warstwie 

słomy i zapewne śpią. Postanowiłem nie wchodzić i nie budzić. Jeśli 

uwaŜali, Ŝe blask w oknie nie ściągnie tu Ŝadnych nieproszonych gości, 

nie będę się upierał.

Nocna warta, jak kaŜda zresztą, po pewnym czasie nuŜy. Zwłaszcza 

wówczas, gdy dokoła nic się nie dzieje. Czujność tępieje, słuch i wzrok 

tracą na ostrości. Znałem taki stan bardzo dobrze. Postanowiłem go w 

jakiś sposób zwalczyć. Od mej czujności zaleŜało przecieŜ 

bezpieczeństwo czterech osób. A jeńcy? Nie

wyglądało to prawdopodobnie, ale mogli wyswobodzić się z pęt. Co 

pewien czas zbliŜałem się do okna i zaglądałem do wnętrza izby. Tam, 

pod ścianą, jak najdalej od drzwi, umieszczono naszych więźniów. Co-

lorado słusznie tak postanowił, nie chcąc pozostawiać schwytanych w 

przyległej pustej izbie. Za kaŜdym razem kierowałem wzrok w tamtą 

właśnie stronę, ale nie zauwaŜyłem nic podejrzanego. Uspokojony 

wracałem na przeciwległy kraniec zabudowań.

Jak długo trwała moja wahadłowa wędrówka od stajni do okna i z 

background image

powrotem — trudno mi określić. W końcu doszedłem do wniosku, Ŝe 

warto zaznajomić się z nieco dalszą okolicą. Na przykład ze źródłem 

wody. GdzieŜ tu jest studnia? Począłem rozglądać się dokoła. Potem 

ruszyłem kawałek zupełnie na ślepo, ale kierunek widać wybrałem 

właściwy. Kilka kroków dalej dostrzegłem jakieś zamazane kształty i 

podszedłszy bliŜej, ujrzałem pompę. Dotknąłem wielkiego Ŝelaznego 

koła, opatrzonego w korbę, połączonego z przekładnią ginącą we 

wnętrzu metalowego cylindra. Niedoszły rolnik musiał stracić sporo 

dolarów na takie urządzenie. Nic dziwnego, Ŝe nie starczyło mu na 

budowę systemu irygacyjnego. A moŜe ziemia była tu aŜ tak jałowa, Ŝe 

nawet dostarczenie jej odpowiedniej ilości wilgoci na nic się nie zdało?

OkrąŜyłem pompę, pokręciłem kilka razy kołem, aŜ chlupnęła struŜka 

wody, i pomaszerowałem wprost w ciemność. Co pewien czas 

spoglądałem za siebie. śółty prostokącik dalekiego okna dodawał mi 

otuchy. Droga nie była równa. Raz po raz wyrastały przede mną wydmy, 

które okrąŜałem to w prawo, to w lewo. Tak klucząc musiałem zejść z 

linii światełka mrugającego za moimi plecami, bo kiedy odwróciłem się 

— otaczała mnie ciemność nocy. Oddalałem się coraz bardziej od farmy, 

czujnie rozglądając się dookoła. Przemierzywszy w ten sposób 

kilkanaście jardów skręciłem w bok, pod kątem, zamierzając w ten 

sposób obejść dokoła teren całej farmy. Światełka nadal nie 

dostrzegałem. ZauwaŜyłem natomiast w dali przed sobą róŜowy blask. 

Delikatny i zaledwie odbijający się od mrocznego tła. Przystanąłem. Czy 

było to odbicie światła gwiazd na jakichś błyszczących głazach, na 

odłamkach miki? A moŜe w tamtej stronie znajdował się zbiornik wody 

dającej kolorowy refleks?

PrzyłoŜyłem do oczu lornetkę. Nic mi nie wyjaśniła. Ruszyłem w stronę 

zagadkowego blasku.

W miarę przybliŜania się do tajemniczego celu róŜowy refleks nabierał 

background image

intensywności, coraz mocniej kontrastował z otoczeniem, aŜ wreszcie 

poznałem źródło światła. To była po prostu łuna! Odbicie na niebie 

jeszcze niewidocznych dla mnie płomieni. Zatrzymałem się.

Gdyby otaczała mnie preria albo las, mógłbym przypuszczać, iŜ płonie 

skrawek poszycia. Ale przecieŜ dokoła ciągnęła się jałowa pustynia. 

CzyŜby płomień był dziełem rąk ludzkich? Wahałem się przez chwilę: 

iść dalej czy zawrócić? JednakŜe zdecydowałem się zbadać dokładnie 

przyczynę ognia.

Początkowo szedłem wyprostowany, później pochyliłem się. W ten 

sposób dotarłem na odległość, z której mogłem stwierdzić, iŜ źródłem 

łuny musiało być ognisko, chociaŜ płomienia wciąŜ jeszcze nie mogłem 

dostrzec. Widocznie znajdowało się w jakimś zagłębieniu gruntu. Z tej 

odległości przypominało jakby krater czynnego wulkanu, z wnętrza 

którego buchała smuga czerwieni. Od czasu do czasu dostrzegałem sno-

py iskier lecące ku niebu. KtóŜ mógł być tak niesłychanie lekkomyślnym 

w tych niebezpiecznych stronach? Na pewno nie Indianie, ale i nie 

traperzy.

Rozpocząłem najmozolniejszą część wędrówki. Czołgałem się powoli, aŜ 

po pół godzinie znalazłem się na skraju płaszczyzny spadającej łagodnie 

ku zagłębieniu przypominającemu swym kształtem jakąś gigantyczną 

miskę. Tu przejście zagrodził mi półkolisty pas niskich krzewów, 

całkowicie pozbawionych liści, wyschniętych. Prawdopodobnie 

zapadlina była niegdyś zbiornikiem wody zasilanym z podziemnego źró-

dła lub rzeczką, którą zasypały piaski. Pozostał po tym jedynie pas 

martwych badyli, tak blisko obok siebie rosnących, iŜ kaŜda próba ich 

sforsowania nieuchronnie wywołać musiała hałas. JednakŜe poprzez 

odstępy między nagimi łodygami mogłem dostrzec dostatecznie wiele. 

Wokół trzaskającego ogniska siedziało czterech ludzi. Nieco z boku 

piętrzył się stos narąbanego chrustu, a za nim w cieniach nocy i blaskach 

background image

ognia — dostrzegłem konie i piątego męŜczyznę z karabinem w ręku. 

Czuwał nad bezpieczeństwem towarzyszy. Ten ogień, ta warta z daleka 

widoczna, stanowiły dowód skrajnej zaiste nieroztropności. Jeden dobry 

strzelec leŜący na moim miejscu i posiadający wielostrzałową broń mógł 

w ciągu minuty unieszkodliwić całą piątkę.

Zgromadzeni w kotlinie ludzie nosili mundury kawalerii federalnej. 

Serce zabiło mi z radości. Los Lessera i jego bandy został przesądzony! 

Przy takiej pomocy moŜna by pokonać nawet znacznie liczniejszą grupę 

przeciwników. Nie wątpiłem ani przez chwilę, iŜ Ŝołnierze zechcą nam 

towarzyszyć. I chociaŜ sami niezbyt widać byli otrzaskani z warunkami 

Ŝ

ycia na prerii, pod kierunkiem Colorado czy Karola oddać nam mogli 

olbrzymie usługi. Ewentualna pomoc Pehnulte — gdybyśmy nawet 

przypadkiem na niego trafili — stawała się zbyteczną. Tak więc teraz 

powinienem był pokazać się wojskowemu patrolowi i zaprosić jego 

dowódcę do farmy na pustyni. JuŜ chciałem się zerwać z ziemi i głośno 

oznajmić swoją obecność, gdy nagle ogarnęły mnie zbawienne 

wątpliwości i nakazały błyskawicznie zmienić decyzję. Pomyślałem, iŜ 

moje nagłe ukazanie się moŜe spowodować nieoczekiwane skutki. To 

przecieŜ nie byli doświadczeni traperzy. Mogło się więc zdarzyć, iŜ na 

mój widok oddadzą do mnie salwę. Trzeba było jakoś przygotować to 

nieoczekiwane spotkanie. Wolno, wolniutko wycofałem się poza obręb 

ś

wiatła. Dopiero wówczas podniosłem się, przerzuciłem sztucer przez 

ramię i swobodnym krokiem począłem zmierzać w stronę obozowiska. 

W tej nocnej ciszy musieli mnie usłyszeć. Kiedy dotarłem do granicy 

uschłych krzewów, ostry, przenikliwy głos kazał mi stanąć. Ujrzałem 

wartownika z karabinem w dłoni, tkwiącego na skraju blasku i 

ciemności.

— Kim jesteście? — zapytał.

— Szukam pomocy.

background image

— Jesteście sami?

— Moi towarzysze znajdują się niedaleko.

— O co chodzi?

— Pragnę mówić z dowódcą — odparłem. PrzybliŜył się i obejrzał mnie 

dokładnie.

— Idźcie naprzód.

Ruszyłem depcząc z głuchym trzaskiem uschłe patyki krzewów. 

Ognisko, jak stwierdziłem, zostało nieco przygaszone. Przy samym ogniu 

nie było nikogo. Stanąłem rozglądając się dokoła. Dopiero wówczas z 

ciemności wyłoniła się nowa postać.

— SierŜancie — powiedział mój konwojent — ten człowiek Ŝąda 

pomocy.

— Dobrze. Wracajcie na posterunek. Thompson, chodź tutaj. Walker i 

Haig, pilnujcie tamtej strony. Diabli wiedzą co... — przerwał w połowie 

zdania i zwrócił się do mnie:

— Siadajcie... — wskazał ręką tobołek leŜący obok.

Jakiś Ŝołnierz, prawdopodobnie wezwany przez sierŜanta Thompson, 

stanął tuŜ obok mnie i spojrzał mi w twarz.

— To nie on — powiedział.

— Oczywiście, Ŝe nie on — przytaknął sierŜant. — O co chodzi? — 

zwrócił się znowu do mnie. — Komu potrzebna nasza pomoc? A przede 

wszystkim skąd znaleźliście się na tym pustkowiu?

— Jestem lekarzem — odparłem. 

Zrobił minę, jakby się chciał roześmiać.

— Lekarz? Czy szuka pan pomocy dla rannego?

— Nie, nie o to chodzi. Niedaleko stąd, w opuszczonej farmie, 

przebywają moi przyjaciele: kobieta, dwu męŜczyzn i chłopak. Czy nie 

moŜe pan rozkazać swym ludziom, aby udali się ze mną? W pół godziny 

będziemy na miejscu.

background image

— Szukaliśmy tego budynku. Czy między wami nie znajduje się 

człowiek o nazwisku Drake?

— Roger Drake?! — zawołałem zdumiony.

— Niech pan nie krzyczy. Czy moje pytanie jest takie dziwne? To 

przestępca. Ścigamy go od dwu tygodni.

— Nie ma go wśród nas — odparłem. — Ale na farmie znajduje się ktoś, 

kto wie bardzo duŜo o Rogerze Drake. Chodźmy tam.

— Chwileczkę. Jak się nazywa ten znajomy Drake'a?

— Colorado.

— Colorado! — sierŜant klepnął się dłonią po kolanie.

— Tego nam było potrzeba. Teraz złapiemy Drake'a, to pewne.

Wzruszyłem ramionami.

— Nigdy go nie schwytacie.

— Dlaczego?

— Dlatego — odparłem nieco głośniej niŜ chciałem — Ŝe wasz Drake 

nie Ŝyje.

— Mam w to uwierzyć? 

Spojrzał na mnie podejrzliwie.

— Zapytajcie się Colorado.

— Gdzie on?

— JuŜ mówiłem. Bierzcie konie za uzdy, zaprowadzę was. Ja muszę 

wracać. Będą się niepokoić o mnie.

To stwierdzenie nie wywołało Ŝadnego efektu, zupełnie jakbym 

przemawiał do skały.

— To wyście zabili Drake'a?

— Nie, nie zabiliśmy. OdłóŜcie sierŜancie śledztwo do stosowniejszej 

chwili. Colorado powie wam wszystko.

— Poczekamy do rana.

SierŜant chyba podejrzewał podstęp, ale na bezczynne siedzenie do świtu 

background image

nie mogłem się zgodzić.

— To czekajcie — odparłem. — Ja wracam. Zrobiłem ruch, jakbym 

chciał się podnieść.

— Nie wiem, kim pan jest: lekarzem czy włóczęgą, ale nie wolno panu 

stąd się ruszyć bez mej zgody.

Roześmiałem się głośno:

— A to czemu?

— Wyglądacie na wspólnika bandyty.

— Bzdura! Drake'a widziałem raz jeden tylko. Martwego. Szkoda czasu, 

sierŜancie, na takie pogaduszki. Drake nie Ŝyje, a my ścigamy 

niebezpieczną bandę. O świcie musimy ruszyć w dalszą drogę.

— A to coś nowego! Jakaś banda? Pierwszy raz słyszę. Oddajcie broń, 

człowieku, Ŝeby się wam co złego nie stało.

Westchnąłem. SierŜant widać nie grzeszył wielkim rozumem, a jego 

ostroŜność wyglądała na postępowanie tępego słuŜbisty, wychowanego 

na przepisach regulaminu, którego nie potrafił dostosować do 

okoliczności i potrzeb. Dlatego chyba zaświtał mu w głowie pomysł 

aresztowania. Nic gorszego nie mogło mnie w tej sytuacji spotkać. 

Gdyby tak Lesser dla jakichś powodów zawrócił? Schwytałby 

wszystkich.

Wolnym ruchem zsunąłem z ramienia sztucer, wyciągnąłem zza pasa 

rewolwery.

— Proszę — powiedziałem. — Nie mam zamiaru uciekać. A banda, o 

której mówiłem, to nie wymysł. Nie wiem, czy słyszeliście kiedykolwiek 

o Słońcu Arizony...

— Słyszałem — przerwał mi. — CóŜ się z nią stało?

— Część zginęła, część rozproszyła się, część dostała się do niewoli. Ale 

przywódca zdołał uciec...

— To mnie nie obchodzi. Powiedzcie, co stało się z jeńcami.

background image

— Zostali doprowadzeni do fortu Huachuca.

— Kto ich przywiódł?

Nie mogłem pojąć, o co sierŜantowi chodzi, ale odparłem:

— Pewien meksykański hacjender.

— Jak się nazywa?

— Don Pedro Gonzales.

— Zgadza się — mruknął — ale mogliście o tym słyszeć od innych. To 

była głośna historia.

— O co panu chodzi, sierŜancie?

— NaleŜę do garnizonu Huachuca. Bawiłem wówczas w forcie i 

wszystko widziałem.

— Na pewno?

— Mam oczy.

— Podejrzewam, Ŝe wówczas pan oślepł albo teraz..

— Ho, ho! Mocno powiedziane. I czemuŜ to miałbym zaniewidzieć?

— Oprócz Gonzalesa były jeszcze inne osoby. Na przykład szeryf z 

Rainy Valley, traper o przezwisku Wielki Bóbr...

— Prawda. Pamiętam, Ŝe znajdował się wśród nich jakiś poszukiwacz 

złota, bardzo zabawny jegomość, i...

Przerwał, począł mi się przyglądać z uwagą.

— I kto? — zapytałem zniecierpliwiony.

— I... pewien lekarz — odpowiedział przeciągając słowa. — Czy to... nie 

pan był tym lekarzem? W biały dzień od razu bym poznał. Niech mi pan 

wybaczy, doktorze. Doprawdy nie wiem, jak to naprawić. Czemu mi pan 

tego od razu nie powiedział?

— PrzecieŜ mówiłem, Ŝe jestem lekarzem.

— Ach, jakoś tego nie skojarzyłem z Huachuca. Pan mnie równieŜ nie 

poznał. Wszystko przez to...

— Niestety, nie przypominam sobie pańskiej twarzy. Tam było tylu 

background image

Ŝ

ołnierzy.

— Dajmy temu spokój. Pan wspominał, doktorze, o jakiejś bandzie. W 

czym mogę pomóc?

— Chodźmy natychmiast do farmy.

— A droga bezpieczna?

— Co najwyŜej moŜna sobie zwichnąć nogę na jakimś dołku. Szkoda 

kaŜdej chwili. Ruszajmy!

Na to kolejne ponaglenie nic mi nie odpowiedział. Zwrócił się tylko do 

swych podkomendnych i wydał im rozkazy. Obóz zwinięto migiem. Po 

paru minutach konie uszykowano do drogi, a ognisko zasypano, mimo iŜ 

nie groziło tu niebezpieczeństwo poŜaru. Opuściliśmy wreszcie dolinkę. 

Ja otwierałem pochód krocząc ramię w ramię z podoficerem, dalej szli 

Ŝ

ołnierze prowadząc wierzchowce za uzdy.

Muszę się pochwalić: mimo iŜ moja nocna wędrówka nie odbywała się 

wcale po linii prostej, jej powrotny kierunek wybrałem bezbłędnie. Po 

przejściu kilkunastu jardów ujrzałem Ŝółty punkcik — światełko w 

oknie. Kiedy podeszliśmy tak blisko, Ŝe juŜ rozpoznać moŜna było dach 

domostwa, rzekłem do sierŜanta:

— Niech pan rozkaŜe zatrzymać się, dalej pójdę sam.

Jeśli moi przyjaciele ujrzą grupę ludzi, mogą nas wziąć za bandę. Muszę 

ich uprzedzić.

— Dobrze — zgodził się. — Pójdziemy we dwójkę. Nie bardzo mi 

jeszcze ufał!

— Niech pan idzie za mną.

Przystał na taką propozycję. Teraz pomaszerowaliśmy szybciej. Wreszcie 

ujrzałem sylwetkę wysuwającą się zza węgła domu.

— Czy to ty, Karolu?

— GdzieŜ się pan podziewał, doktorze? — usłyszałem mocno 

podenerwowany głos Colorado.

background image

— Przyprowadziłem gości — odparłem.

— Kogo?

— Dzielnych Ŝołnierzy z pewnym sierŜantem na czele.

Ale juŜ sam sierŜant wysunął się zza moich pleców.

— Colorado! — zawołał. — Nie poznajesz mnie?

— A to kto znowu?

ZbliŜył się szybko, zatrzymał tuŜ przed nami.

— Na pierwszego niedźwiedzia, jakiego w Ŝyciu zastrzeliłem! ToŜ to 

Francis Dawson!

— Ten sam — potwierdził podoficer.

— Jak się masz, chłopcze?!

Padli sobie w objęcia, a ja odetchnąłem. Spodziewałem się bowiem 

gorzkich wymówek za zejście z posterunku i wędrówkę po pustyni.

— Jesteś sam? — pytał sierŜanta Colorado.

— Z czterema ludźmi.

— Z nieba nam spadłeś! Byliśmy w nie lada kłopocie.

— Coś mi o tym wspominał doktor.

— Wołaj tych swoich chłopaków i idziemy. Trzeba wszystko obgadać. 

Rankiem stąd ruszamy. Co za spotkanie! Nie masz pojęcia, jak się cieszę. 

— SierŜant krzyknął na Ŝołnierzy, Ŝeby podeszli, a potem zwrócił się 

znowu do trapera:

— Wiesz, skąd się tu wziąłem?

— Na pewno nie. Ale to jest bez znaczenia. WaŜne, Ŝeśmy się znowu 

spotkali. W samą porę.

— To ma znaczenie, Colorado. Ścigam Rogera Drake.

— Uff! Aleś mnie zaskoczył. Co za zrządzenie losu: Spotykamy się 

akurat w dniu, a raczej w nocy, przed którą zginął.

— Więc to jednak prawda... — sierŜant powiedział te słowa głosem 

bardzo smętnym. — Wspominał mi juŜ o tym doktor, ale nie myślałem... 

background image

to znaczy sądziłem, Ŝe nie jest aŜ tak źle...

Powstrzymałem się od śmiechu, ale nie mogłem się powstrzymać od 

uwagi:

— SierŜant po prostu mi nie wierzył.

— Niech mu pan wybaczy, doktorze. Francis od urodzenia miał 

podejrzliwą naturę, ale poza tym wart jest tyle złota, ile waŜy. Chodźmy.

Pobudziliśmy wszystkich i wyglądało na to, Ŝe o dalszym spaniu nie ma 

co marzyć. SierŜant rozstawił swych ludzi wokół zabudowań, a my 

zasiedliśmy w izbie dokoła stołu. Słusznie Colorado nazwał dowódcę 

człowiekiem podejrzliwym. SierŜant raz jeszcze wrócił do sprawy 

Rogera Drake. Przede wszystkim zagadnął, czy nie pomyliliśmy się co 

do osoby.

— Francis — odparł na to stary traper. — Wiesz dobrze, Ŝe znałem go 

nie od wczoraj. JakŜe mógłbym się pomylić?

Tu opisał, jak i kiedy natrafiliśmy na zwłoki. 

— Kto go mógł zastrzelić? — zastanawiał się sierŜant.

— Wiem tyle, co i ty. Posądzam któregoś z tych drabów, jakich chcemy 

powierzyć twej opiece.

Tu Colorado musiał opowiedzieć o napadzie na zagrodę O’Briena i o 

konsekwencjach tego napadu, a na zakończenie dodał:

— Oto właśnie pani Lucy O'Brien z synem. Zrozumiałeś?

— Zrozumiałem. Ale kto to jest Tom Gordon? PrzecieŜ mister Gordon 

siedzi przede mną. Pamiętam pana z Huachuca.

— Ten łobuz przybrał sobie moje nazwisko — odparł Karol. — Przed 

rokiem nazywał się po prostu Tom Lesser.

— Coś mi świta! To ten przywódca bandy arizońskiej?

— Ten sam — mruknąłem zniecierpliwiony przedłuŜającą się rozmową. 

— Chodzi o to, aby pan pomógł nam go schwytać.

— Musisz to zrobić, Francis — poparł mnie Colorado. 

background image

SierŜant poskrobał się za uchem, westchnął cięŜko i wreszcie rzekł:

— Obejrzyj nasze konie. Nie damy rady. Gnamy od dwu tygodni za 

tamtym i tak nam przeleciał przez palce... — znowu westchnął. — 

Bardzo mi przykro, Colorado. Nie mogę ci towarzyszyć.

— CóŜ on takiego zmajstrował, Ŝe armia federalna musiała mu deptać po 

piętach? — zapytałem. — Raczej nie ścigacie pospolitych bandytów.*

— Prawda — powiedział sierŜant. — Ale tym razem Drake nieco 

przeholował. Okradł ekspedycję naukową.

— Zawsze zdolny był do wszystkiego — zauwaŜył zgryźliwie Colorado. 

— Na pomysłach mu nie zbywało. CóŜ to za ekspedycja?

— Wziął udział w wyprawie kilku naszych naukowców w głąb Meksyku.

— Jako naukowiec? — zapytał Colorado.

— Nie, tak bezczelny nie był. Zabrali go jako ochronę!

— To świetnie — mruknął traper.

— Ekspedycja poszukiwała jakichś starych grobów. Podobno natrafili na 

skarby ukryte jeszcze przez Hiszpanów. Drake miał im zabrać część tych 

znalezisk, gdy wracali. Zrobiła się z tego wrzawa niemała. Nadeszło 

polecenie z Waszyngtonu, Ŝebyśmy się zajęli odszukaniem dowcipnisia. 

Nieco mnie to zdziwiło — tu 

Nad bezpieczeństwem wewnętrznym czuwają szeryfowie, policja i milicja stanowa lub 

policja federalna. W opisywanym okresie na zachodzie wojska tylko w wyjątkowych wypad-

kach uŜywano do tępienia rozbójniczych band.

zniŜył głos — myślałem, Ŝeś juŜ go capnął, Colorado?

— Miałem pecha. Ale mów dalej.

— Niewiele juŜ do powiedzenia. Od dwu miesięcy wojsko przetrząsało 

Arizonę i Nowy Meksyk. Ale tylko ja trafiłem na ślad. Przed dwoma 

tygodniami. No i... nic z tego.

— Nie narzekaj, Francis. Będziesz mógł się pochwalić odnalezieniem 

skradzionych kosztowności. Sporo tego jest. Konia równieŜ zabierzesz. 

background image

Nie chcę nic, co naleŜało do Drake'a.

SierŜant aŜ podskoczył na ławie. 

— Gdzie ten skarb?

— Zakopaliśmy na pustyni. W jukach.

— Poprowadzisz mnie tam, Colorado, prawda? Spojrzałem 

porozumiewawczo na Karola. Pochylił się ku mnie i szepnął:

— Wygląda na to, Ŝe Drake nie miał nic wspólnego ze skarbem Lessera.

Skinąłem głową.

— Słuchaj, Francis — odparł traper. — JuŜ ci mówiłem, Ŝe nie mamy 

chwilki czasu do stracenia. Prosimy cię o pomoc, a ty nie tylko 

odmawiasz, ale jeszcze chcesz mnie odwieść od pogoni. Nie, nie pojadę 

z tobą. Ale opiszę miejsce, trafisz na ślepo.

W odpowiedzi sierŜant raz jeszcze potwierdził swą decyzję. Wraca do 

Huachuca. Konie ma tak zdroŜone, Ŝe lada dzień mogą paść.

Sądziłem, Ŝe teraz wybuchnie kłótnia, bo nie w smak to poszło traperowi. 

Widziałem po jego minie. Ale nie: Musieli się znać od dawna i 

pozostawać w zaŜyłych stosunkach. Colorado najpierw machnął ręką, a 

potem nieoczekiwanie roześmiał się. Po sekundzie zawtórował mu 

Dawson.

— Do licha! — powiedział. — Nie będziemy się spierać z powodu 

takiego człowieka!

— Do licha, Francis! Pomyślałem tak samo. Teraz juŜ szybko doszli do 

porozumienia. SierŜant miał zabrać ze sobą panią O'Brien z synem i obu 

naszych jeńców. Jeden kłopot spadł nam z karku. SierŜant nieco się 

krzywił, Ŝe będzie musiał wlec ze sobą dwu ludzi wcale nie związanych 

ze sprawą Drake'a.

— Co mam z nimi począć? O co ich oskarŜacie i gdzie są dowody?

— Dostarczysz ich do fortu. To członkowie tej samej bandy Lessera. A 

poza tym, oni musieli zabić Drake'a. Nikt inny. A więc to twoja sprawa.

background image

Nie zabierałem juŜ głosu, Colorado słusznie przypuszczał. Z tego, co 

nam opowiadała pani Lucy, przecieŜ wynikało, iŜ przed naszym 

przybyciem wybuchła na farmie strzelanina. Prawdopodobnie Drake 

chciał się tu schronić przed pościgiem. Zobaczywszy, Ŝe farma jest 

zamieszkała, zdecydował się uciekać dalej. A moŜe postanowił zamienić 

sobie konia? Czy chciał kupić nowego, czy teŜ po prostu ukraść, o tym 

mogli wiedzieć tylko nasi jeńcy. W wyniku strzelaniny został ranny. Nikt 

go nie gonił. Ludzie Lessera mieli obowiązek pilnowania pani O’Brien.

Wreszcie ułoŜyliśmy się do snu. Ale bez Colorado. Ten spędził noc na 

rozmowie z sierŜantem.

background image

Samotny trop

Jeszcze szary przedświt okrywał ziemię, gdy Colorado bezceremonialnie 

ś

ciągnął nas z legowisk. W godzinę później dwa oddziałki opuszczały 

farmę udając się w dwu przeciwnych kierunkach. SierŜant Dawsan, 

posuwając się po naszych wczorajszych tropach, najpierw miał dotrzeć 

do grobu Drake'a i wydobyć zakopane przy nim juki z kosztownościami, 

a później odprowadzić O’Brienów do Santa Rosa. Co się tyczy naszych 

jeńców, Colorado rzekł mu przed samym rozstaniem:

— Rób sobie z nimi, co chcesz. MoŜesz ich nawet puścić wolno, ale nie 

wcześniej, niŜ za tydzień. Pamiętaj jednak, Ŝe to najpewniej oni 

zastrzelili Drake'a!

Po tej zwięzłej deklaracji sierŜant i Colorado raz jeszcze uściskali się 

serdecznie.

— Kiedy się zobaczymy?

— KtóŜ to odgadnie, Francis?

— Odwiedź mnie w Huachuca. Będę czekał.

— Obiecuję.

Przysłuchując się tej rozmowie nie przypuszczałem, Ŝe do tego spotkania 

nigdy juŜ nie dojdzie...

Kopyta wzbiły obłoczki brązowoceglastego pyłu. Znowu jechaliśmy 

przez pustkowie. Wiódł nas Colorado, dziwnie jakoś milczący, prawie 

ponury. CzyŜby nań tak oddziałała nocna rozmowa z sierŜantem?

Po godzinie jazdy traper zatrzymał konia czekając, aŜ się przybliŜymy.

— A to co? — krzyknąłem spojrzawszy na ziemię.

— Ano... drugi trop. Jak wam się podoba?

W miejscu, w którym stanęliśmy, świeŜe odciski kopyt dołączały do 

background image

szerokiego pasa zdeptanej ziemi. Bez wielkiego wysiłku moŜna było 

stwierdzić, iŜ nowy

podróŜny zmierzał w tym samym kierunku, co ścigana przez nas grupa.

— Jakoś zbyt często spotykamy samotnych jeźdźców w tych stronach — 

stwierdził Karol.

Colorado nawet się nie uśmiechnął. ZauwaŜyłem, Ŝe ile razy zahaczano 

w rozmowie o Rogera Drake, tyle razy markotniał.

— Ruszajmy — powiedziałem. — Im prędzej pojedziemy, tym szybciej 

odkryjemy prawdę. Kto wie, moŜe to jakiś uczciwy człowiek 

nieświadomie zmierza prosto w łapy opryszków?

Stary traper przecząco potrząsnął głową.

— O co chodzi?

— O trochę cierpliwości, doktorze. Mnie równieŜ pilno widzieć Samuela 

na wolności, ale niekiedy nadmierny pośpiech opóźnia rozwiązanie 

sprawy. Dlatego proponuję, abyście obaj jechali tropem Lessera, tylko 

nieco wolniej. śebym was mógł dogonić. 

— Co pan zamierza, Colorado? — zapytał Karol. 

— Sprawdzić, skąd biegnie ten nowy ślad.

— Takie badanie moŜe potrwać bardzo długo — zauwaŜyłem.

— O, nie, nie. Tak daleko nie pojadę. Przekonam się tylko, czy tropy nie 

wiodą z opuszczonej farmy.

— To niemoŜliwe! — zawołałem.

— Wszystko jest moŜliwe, doktorze. No, w drogę.

To rzekłszy zawrócił z miejsca i pognał galopem.

— Co mu strzeliło do głowy? — powiedziałem półgłosem.

— Coś podejrzewa, ale co, jeszcze nie wiem. A w ogóle... to jakiś zbyt 

dla mnie zagadkowy człowiek. Nie podoba mi się...

— Co ci się nie podoba? — zapytałem zaskoczony takim stwierdzeniem.

— Widzisz... Wjechaliśmy na niebezpieczną ścieŜkę. Lubię w takich 

background image

wypadkach coś niecoś wiedzieć o towarzyszach broni. Ciągle miałem 

nadzieję, Ŝe wreszcie się rozgada, a tu nic. Kto to moŜe być u licha?

— PrzecieŜ nie zbrodniarz, nie oszust ani niebieski ptak — spróbowałem 

w Ŝart obrócić całą sprawę.

Ale Karol zareagował na to z zupełnie ponurą powagą:

— Jakbyś zgadł! Pewnego dnia przez chwilę zastanawiałem się nad tym.

— Cooo?! Skąd takie przypuszczenie?

— Odrzuciłem je. Raczej to jakiś “nawrócony" przestępca i stąd 

znajomość z tamtym sierŜantem.

— Jeśli “nawrócony", wszystko w porządku — rzekłem swobodnym 

tonem. 

— Nic więcej cię nie gnębi?

Pominął moje pytanie.

— To nie jest typowy traper. Ja to czuję.

— Nie wiem, co u ciebie znaczy słowo: typowy. Dla mnie Colorado 

stanowi co prawda równieŜ zagadkę, ale nie taką, jaką masz na myśli.

Mruknął coś i przez chwilę staliśmy w milczeniu. Ale Ŝe Karol poruszył 

bardzo interesujący mnie temat, nie wytrzymałem długo.

— ZauwaŜyłeś, jak się zachował przy tym Drake'u?

— Właśnie! To pewnie dawny kumpel. O coś się poŜarli.

— O nie, nie tak! — zaprzeczyłem energicznie. 

— Błądzisz po mylnych tropach! Z zachowania się Colorado wysnułem 

inne wnioski. Prędzej Drakę był kiedyś uczciwym człowiekiem, niŜ ten 

“nietypowy" traper przestępcą.

— Jasnowidzenie? — zapytał ironicznym tonem.

— Nazwij to, jak chcesz, Karolu. Twoja podejrzliwość nie opiera się na 

Ŝ

adnych faktach.

— A twoja wiara wynika chyba z naiwności! Niewiele brakowało, a 

pokłócilibyśmy się na dobre.

background image

Spostrzegłem się w czas i nieco spuściłem z tonu.

— Nie poznaję cię, Karolu. Co zarzucasz Colorado? Brak odwagi? 

Nieuczciwość? Nieznajomość terenu? Jako traper sprawuje się 

znakomicie, a jako człowiek... Jego decyzja w sprawie O'Briena najlepiej 

o nim świadczy. A to, Ŝe nas oswobodził?

— Gdyby było inaczej, Janie, nie zdecydowałbym się jechać z nim razem 

na tak niebezpieczne przedsięwzięcie. Jednak lubię dokładnie wiedzieć, z

kim mam do czynienia. Zwłaszcza w takich sytuacjach. Coś w tym 

wszystkim się kryje i to mi nie daje spokoju.

Klepnął wierzchowca po szyi i ruszyliśmy stępa.

— To świeŜy trop — zauwaŜyłem zmieniając temat. Brak mi było 

argumentów na przekonanie Karola, Ŝe się myli.

— Pochodzi sprzed paru godzin zaledwie. Jegomość gnał galopem. 

Spójrz. Wierzchnie warstwy piasku zostały poodrzucane, wgłębienia 

kontrastują z otoczeniem ciemną barwą, jeszcze z nich wilgoć nie wypa-

rowała. Colorado przypuszcza, Ŝe ten jeździec jechał z farmy. Ale ani 

słówka nie powiedział, na czym opiera swoją teorię. Tego właśnie nie 

lubię. A poza tym, czy to moŜliwe, abyśmy przeoczyli tamtej nocy obec-

ność jeszcze trzeciego człowieka?

— Który zamiast natychmiast zmykać ukrywał się aŜ do świtu — 

dodałem. — Nie. Colorado na pewno się myli. Tam nikogo więcej...

W tym miejscu umilkłem. Przypomniałem sobie nagle tętent, jaki 

usłyszałem czekając na powrót Colorado i Karola. Wówczas sądziłem, Ŝe 

padłem ofiarą złudzenia. A moŜe to nie było złudzenie?

— Masz niekiedy dziwny zwyczaj przerywania zdań w połowie — 

zauwaŜył mój towarzysz. — Co cię tak zatkało?

— Widzisz, ostatniej nocy... — i tu zwierzyłem się ze swych 

wątpliwości.

— Czy odgłos tętentu się oddalał? Przypomnij sobie, to waŜne.

background image

— Jakoś na to nie wyglądało. Słyszałem go nagle i nagle ucichł.

— MoŜe nie słuchałeś uwaŜnie? Odgłos mógł narastać stopniowo, 

zwróciłeś nań uwagę wówczas, gdy był najsilniejszy.

— Prawdopodobnie tak właśnie było. Ale potem znowu nastała cisza, 

więc sądziłem, Ŝe musiałem się przesłyszeć. Dlatego nikomu o tym nie 

wspominałem.

— Hm, jeśli to są tropy nocnego przybysza...

— To co?

— To nie był na pewno nasz przyjaciel.

— Dlaczego?

— Prosta sprawa: zabłąkany podróŜny szukałby schronienia na farmie, a 

nie trzymał się od niej z dala.

— JeŜeli ten trop istotnie biegnie tu z farmy..

— To się okaŜe.

Kiwnąłem głową. Od tej chwili jechaliśmy w milczeniu. Robiło się coraz 

cieplej, aŜ oczy poczęły mi się kleić. Nic w tym dziwnego, przecieŜ 

prawie nie spałem od dwudziestu czterech godzin! Sam nie wiem kiedy 

wpadłem w jakąś półdrzemkę, z której wyrwało mnie nagłe zatrzymanie 

się wierzchowca. Przede mną koń Karola szczypał jakiś szary badyl 

wyrastający z piachu, a jego pan, z ręką przyłoŜoną do czoła, spoglądał 

za siebie.

— Colorado wraca — oznajmił.

— JuŜ? — zdziwiłem się.

— Dopiero — sprostował mój towarzysz. — Spałeś przez kilka godzin.

Zabrzmiało to jak wyrzut, więc tylko mruknąłem:

— Mogłeś mnie obudzić.

— Nie było potrzeby. No i jak tam, Colorado? — zapytał, kiedy w 

tumanie kurzu traper zatrzymał przed nami konia. I wierzchowiec, i 

jeździec pokryci byli od głów do pięty jednolitym w kolorze czerwonym 

background image

pyłem.

— Tfu, do diiabła! Piasek mi zgrzyta w zębach, piasek mam za 

kołnierzem, nawet w butach. Nigdy jeszcze nie pędziłem tak szybko po 

tak paskudnym terenie.

— Po cóŜ było tak gnać?

— Trochę się obawiałem, iŜ was nie ujrzę.

— Co się stało? — zaniepokoił się Karol.

— Ten trop wiedzie do farmy! Ale to jeszcze nie wszystko. Znalazłem 

miejsce, w którym tajemniczy jeździec oddzielił się od grupy Lessera.

— Dziwna historia — bąknął.

— Nie tak bardzo, doktorze. Po prostu Lesser czegoś zapomniał, a moŜe 

coś chciał jeszcze przekazać swoim ludziom pozostawionym na farmie i 

juŜ z drogi wysłał umyślnego gońca. Jestem pewien, Ŝe ten goniec 

spostrzegł nas, dlatego się w farmie nie pokazał. Musiał widzieć i 

Ŝ

ołnierzy. Chyba tylko temu wypadkowi zawdzięczamy fakt, iŜ Lesser — 

zawiadomiony o wszystkim — nie zawrócił, aby oswobodzić swych 

ludzi i na nowo uwięzić panią Lucy i jej syna, a przy okazji nas.

— To prawdopodobne — zauwaŜyłem.

— To pewne. Jak równieŜ i to, Ŝe Lesser obecnie wie, iŜ gnamy jego 

tropem i Ŝe nie towarzyszą nam indiańscy wojownicy. To mu doda 

ś

miałości. Lękałem się, Ŝe wpadniecie w zasadzkę.

— Lesser jest przekonany, Ŝe towarzyszą nam Ŝołnierze — wtrąciłem — 

nie będzie ryzykował nierównej walki.

— Pod warunkiem, Ŝe jego wysłannik nie czekał do świtu pod farmą i 

nie był świadkiem naszego rozstania się z sierŜantem.

— To brzmi nieprawdopodobnie — odparł Karol. — On nie mógł czekać 

do rana, zbyt waŜną uzyskał informację. A poza tym okolica jest otwarta 

na wszystkie strony świata. W świetle dziennym łatwo dostrzec z daleka 

nawet samotnego jeźdźca. A przecieŜ nikogo nie zauwaŜyliśmy.

background image

— Prawda. Tylko Ŝe wysłannik Lessera jechał zupełnie inną drogą niŜ 

my, a więc musiał się liczyć z naszym pościgiem. To oczywiście moje 

przypuszczenia. Zobaczymy, jak kij popłynie. Trzeba mieć teraz oczy na 

wierzchu głowy, a uszy wyciągnąć jak najdalej. Inaczej nie wyplączemy 

się cało z tej kabały. No, ruszamy!

I pojechaliśmy. Męcząca to była jazda dzięki swej monotonii. Ciągle ten 

sam czerwonobrązowy piach; jakieś zapadliny, na dnie których rosły 

niekiedy zakurzone kaktusy o grubych kolcach i potęŜnych od-

gałęzieniach, przypominających fantastyczne drogowskazy; samotne 

pagórki o obłych kształtach, na koniec — długie pasma gruntu zawalone 

tu i ówdzie bryłami wyschłej i twardej jak kamień gliny. Ponad tym 

wszystkim dzwoniąca w uszach cisza, mącona jedynie głuchymi 

uderzeniami końskich kopyt.

Na szczęście, juŜ w drugiej połowie dnia poczęły się coraz częściej 

ukazywać drobne pasemka trawy o spłowiałej barwie, piasek znikał, aŜ 

nagle — dziwny kaprys natury: ukazała się murawa ciesząca oczy świeŜą 

zielenią. Od razu poczułem się raźniej, a konie przyśpieszyły biegu.

Słońce dotykało swym rąbkiem linii horyzontu, gdy ujrzeliśmy dalekie 

zarysy jakichś zabudowań.

— Tego nam właśnie brakowało — stwierdził Colorado. — Nareszcie 

będę mógł się obmyć z piachu.

Po pół godzinie usłyszeliśmy szczekanie psów, a w chwilę później 

dostrzegli juŜ zupełnie wyraźnie dom o spadzistym dachu i wąską 

smuŜkę dymu bijącą z komina ku błękitnemu niebu. Nieco z boku 

zauwaŜyłem ogrodzenie sporządzone z grubych bali, tak zwany w tych 

stronach corral dla bydła, którego spore stado właśnie nadciągało ku nam 

gdzieś z głębi prerii. Przybiegły dwa potęŜne psy i warcząc krąŜyły do-

koła. Wreszcie ujrzeliśmy ganek domu wsparty na ozdobnych 

kolumienkach. Na ganku stal męŜczyzna ze strzelbą w ręku i bacznie się 

background image

nam przyglądał. Colorado ściągnął cugle.

— Dobry wieczór — powiedział. — Czy moŜemy u was skorzystać z 

noclegu? Nie jesteśmy wymagający, starczy wiązka siana dla kaŜdego.

JuŜ chciałem zeskoczyć z siodła. W tych bezludnych okolicach 

gościnność jest przecieŜ nie tylko grzecznością, ale i obowiązkiem. Nie 

wolno odmówić schronienia, gdy dokoła ciągnie się pustka. Zresztą, dla 

osadnika kaŜde odwiedziny to jedyna w tych stronach rozrywka, jedyna 

moŜliwość posłuchania wieści z dalekiego świata. Dlatego 

znieruchomiałem ze zdumienia, gdy usłyszałem słowa gospodarza:

— Obawiam się, Ŝe w naszym domu nie będzie dla was miejsca.

— Och — Colorado wcale się nie stropił tą oschłą odpowiedzią — 

moŜemy spać pod gołym niebem.

— MoŜecie spać, gdzie chcecie, byle nie tu i... jak najdalej stąd.

To juŜ było coś więcej niŜ odmowa. Obraza. Ale stary traper nie dał się 

wyprowadzić z równowagi. Chęć obmycia się z kurzu musiała być silna.

— AleŜ oczywiście — odparł. — Skoro jesteśmy tak niemile widziani, 

nie pozostaniemy dłuŜej, a w drodze ostrzeŜemy innych, aby was nie 

niepokoili. Czy moŜemy napoić konie?

W trakcie tych słów dostrzegłem, jak w głębi werandki uchyliły się 

drzwi. Drugi męŜczyzna, równieŜ ze strzelbą w ręku, stanął obok 

pierwszego.

— O co chodzi? — zapytał grubym głosem.

— To właśnie oni — odparł nasz rozmówca.

— Aha, oczekiwaliśmy was. Nie macie tu co robić. Nikt z nas nie gra w 

karty.

— Co takiego? — Colorado podniósł głos o jeden ton wyŜej.

Czułem, Ŝe zanosi się na awanturę. Karol równieŜ musiał to zauwaŜyć, 

bo natychmiast wtrącił się do rozmowy: 

— DŜentelmeni — powiedział — to jakieś nieporozumienie. O jakie 

background image

karty wam chodzi?

— O jakie? Wiadomo, do gry.

— Wybaczcie, ale nadal niczego nie pojmuję. CzyŜbyśmy wyglądali na 

szulerów?

— Wyglądacie czy nie wyglądacie, na jedno wychodzi. Fakt, Ŝe gracie 

niezbyt uczciwie.

— Przepraszam — wtrąciłem się z kolei. — To jakiś kiepski dowcip. Ci 

panowie — wskazałem na werandkę — szukają pozorów, by nas nie 

przyjąć. Nie będziemy ich prosić. Jedźmy!

Ostatnie słowo powiedziałem głośno i gniewnie.

— Poczekaj, Janie — zmitygował mnie Karol. — Nie zostaniemy tu, ale 

chyba warto sprawę wyjaśnić. — A zwracając się do nieznajomych 

zapytał: — Powiedzcie nam, panowie, od kogo uzyskaliście taką 

informację?

— PrzestrzeŜono nas. A kto... co to was obchodzi?

— Wszystko rozumiem — odezwał się znowu Colorado. — Gościło tu 

przed nami kilku ludzi. To oni was tak okłamali. Nie jesteśmy szulerami 

ani rabusiami. To my ścigamy rabusiów.

— Kogo tam ścigacie, to wasza sprawa — odezwał się starszy 

męŜczyzna — ale nie radzę gonić tych, którzy bawili tu przed wami.

— I czemuŜ to?

Obaj nieznajomi roześmieli się głośno,

— Dlaczego? Dlatego, Ŝe tamtym ludziom przewodzi pewien słynny 

traper, Karol Gordon, o przezwisku Wielki Bóbr. Słyszeliście o nim?

— To świetne — stwierdził Karol rozbawionym tonem. — Wielki Bóbr 

się rozdwoił, jak z tego wynika. Jednego macie przed sobą, a drugi w tej 

chwili ucieka, aŜ się za nim kurzy. Rzecz byłaby zabawna, gdyby nie 

zagraŜała mieniu, a moŜe i Ŝyciu spokojnych osadników — a zwracając 

się do nas: — Nie powinniśmy stąd odjeŜdŜać, dopóki nie 

background image

wytłumaczymy tym panom, Ŝe się mylą.

— Obejdzie się bez tłumaczeń. No, jazda, albo was poszczuję psami.

— Daj spokój, Karolu — szepnąłem. — Nie przekonamy ich.

— Fred — odezwał się starszy męŜczyzna — sprowadź ludzi, za długo to

trwa!

Colorado skinął ku nam ręką:

— Poszukamy szczęścia gdzie indziej.

Powiedziawszy to uderzył konia po zadzie i z miejsca ruszył cwałem. 

Karol nie upierał się dłuŜej. Minęliśmy dom mieszkalny, zabudowania 

gospodarcze i zagrodę dla koni. Tu traper przyhamował wierzchowca, a 

gdy zrównaliśmy się z nim, powiedział:

— Nie zajedziemy daleko, juŜ się ściemnia. Skręćmy byle gdzie, moŜe 

znajdziemy wodę. Ale ten Lesser! Tak nas urządzić!

Skierowaliśmy się w prawo, wprost na czerwoną tarczę zachodzącego 

słońca. Nieprzewidziana przeszkoda wstrzymała dalszą jazdę. Z głębi 

prerii zganiano — prawdopodobnie do wieczornego wodopoju — bydło. 

Stado krów, porykując, zbijając się w grupy lub rozpraszając, otoczyło 

nas niespodziewanie i poczęło spychać na pobliskie ogrodzenie. Zaraz 

jednak pojawiło się trzech konnych pastuchów. Krzycząc i trzaskając z 

długich rzemiennych batów zdołali zmusić stado na pół zdziczałego 

bydła do szybkiego biegu. Całe szczęście, bo mój wierzchowiec począł 

juŜ chrapać i drŜeć, przyparty do grubej belki ogrodzenia. Odetchnąłem, 

gdy ostatnia rogata sztuka minęła nas w niezdarnym kłusie. Kawalkadę 

zamykał jeszcze jeden pastuch. Być moŜe nadzorca, bo ubranie nosił 

znacznie schludniejsze niŜ jego towarzysze. PrzejeŜdŜając obrzucił nas 

uwaŜnym spojrzeniem i... raptownie zatrzymał konia.

— Czy mnie wzrok nie myli? — zawołał. — PrzecieŜ to Colorado! Sam 

Colorado — powtórzył. — Dokąd to dobre bogi prowadzą?

Stary traper przymruŜył oczy, a potem powiedział, przeciągając sylaby:

background image

— Davy Paterson... Coś podobnego. Nie przypuszczałem, Ŝe się jeszcze 

spotkamy, chłopcze. Myślę, Ŝe juŜ nie polujesz na łosie? Przyznaj się. 

IleŜ to lat?

— Będzie z dziesięć — odparł zagadnięty. — Chodźcie ze mną, przecieŜ 

nie moŜemy się tak minąć jak obcy. — A widząc nasze stropione miny 

dodał: — Chyba się nie spieszycie. JuŜ prawie noc. Nocna jazda licha 

warta.

Colorado krótko wyjaśnił, co nas tu spotkało. Davy roześmiał się:

— Nic o tym nie wiedziałem. Od świtu uganiam się za bydłem. 

Wszystko zaraz załatwię. No, jedziemy.

Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo i zawróciliśmy konie.

— Zdumiewające — odezwał się Colorado do cowboya. — Czy wiesz, 

Ŝ

e jesteś trzecim znajomkiem, którego spotykam w ciągu dwu ostatnich 

dni? To chyba musi coś znaczyć. Co, doktorze? — zwrócił się do mnie.

Wzruszyłem ramionami:

— Doprawdy nie wiem, o czym pan myśli.

— To chyba jakaś dobra... albo zła... wróŜba.

— Ach, o to chodzi! Nic a nic nie rozumiem się na wróŜbach. MoŜe panu 

wyjaśni jaki indiański czarownik, ja nie potrafię.

— Nigdy nie miał pan Ŝadnych przeczuć?

— Nigdy. Nawet gdy straciłem pracę w szpitalu, co było dla mnie 

wówczas dotkliwą klęską.

— Przepraszam — odparł i znowu zwrócił się do cowboya: — Davy, 

Davy, jakŜe się cieszę, Ŝe cię widzę. Wyrosłeś na kawał chłopa!

— To pana zasługa, Colorado.

— Jaka tam zasługa? Ot, prosty przypadek. 

Właśnie podjeŜdŜaliśmy do małego placyku. Davy Paterson wysunął się 

nieco naprzód. Musiał się cieszyć duŜym zaufaniem właściciela farmy. 

Teraz rzecz poszła jak z płatka. Przeproszono nas i wprowadzono do 

background image

wnętrza z honorami, jakich mógłby oczekiwać gubernator stanu, gdyby 

taki tu istniał *.

Zdziwiłem się ujrzawszy przy stole samych męŜczyzn. W trakcie 

rozmowy 

okazało się, iŜ gospodarz miał tylko jednego syna, ale spodziewano się 

właśnie następnego potomka. śona wraz ze swą matką pojechały aŜ do 

St. Louis nad Missouri. Szmat drogi! Dobrze musiało się powodzić 

farmerowi, jeśli się zdecydował na poniesienie takich kosztów podróŜy, a 

następnie i szpitala, w którym na świat miało przyjść drugie dziecko.

Tak więc tylko męŜczyźni czynili honory domu. Tym większe, iŜ 

poczuwali się do winy. Obaj, ojciec i syn, starali się zatrzeć niemiłe 

wraŜenie pierwszego przyjęcia. Oczywiście wyjaśnili powody swego 

postępowania.

Rankiem tego samego dnia przybyło do farmy sześciu jeźdźców. Jeden z 

nich, wyglądający na przywódcę, oświadczył, Ŝe nazywa się Gordon, Ŝe 

jest westmanem i Ŝe ze swymi ludźmi ściga bandę opryszków 

grasujących w zachodniej części Nowego Meksyku.

Nowy Meksyk nie miał gubernatora, prawa stanowe uzyskał dopiero w 1912 r.

— Przyjęliśmy niespodziewanych gości, jak moŜna najlepiej — 

opowiadał farmer. — Chcieliśmy ich zatrzymać na dłuŜej, ale bardzo się 

spieszyli i po paru godzinach postoju ruszyli dalej.

— AŜ po paru godzinach? — zagadnął Colorado. — Czy czekali na 

kogo?

— Nie, tylko konie mieli bardzo pomęczone. Trzy z nich zgodziłem się 

zamienić.

— Dobrze przynajmniej, Ŝe nie sześć — powiedział Colorado. — Ale i 

tak będą teraz szybsi.

background image

— Doprawdy nie moja to wina — tłumaczył się gospodarz. — 

Wzięliśmy za dobrą monetę wszystko, co mówili... śeby rzec prawdę, 

chciałem wymienić wszystkie sześć, ale nie miałem pod ręką lepszych 

wierzchowców. 

Wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.

— To był Tom Lesser — wyjaśnił Colorado. — Przed rokiem uciekł z 

Arizony po likwidacji bandy. MoŜe pan słyszał o tym?

— Coś mi się obiło o uszy. 

— A przed odjazdem ostrzegł was przed nami, tak? — wtrąciłem.

— A jakŜe. Powiedział, Ŝe w tych stronach krąŜy trójka oszustów 

wyłudzających od osadników pieniądze pod róŜnymi pozorami, przede 

wszystkim grą w karty, no i... po trochu... kradnących. Doprawdy, bardzo 

mi...

— Nie ma o czym mówić? — wtrącił się Karol. — Widział pan 

dokładnie całą szóstkę?.

— Jak was w tej chwili.

— Czy nie zaskoczyło pana zachowanie się któregoś?

— Zachowanie?

— Chodzi mi o to, czy któryś z tej gromadki róŜnił się od innych w 

sposób zwracający uwagę?

— Hm, trudno mi na to odpowiedzieć. Fred — zapytał syna — nie 

zauwaŜyłeś czegoś takiego?

— Nie ojcze. Wszyscy byli bardzo gadatliwi, bardzo hałaśliwi. Ot, takie 

wesołe chłopaki. Wszyscy z wyjątkiem tego chorego.

— Chorego? — wpadł mu w słowo Colorado. — Wyglądał na chorego? 

Po czym pan to poznał?

— Prawie nie odzywał się. Jeden z towarzyszy wyjaśnił mi, Ŝe cierpi na 

gardło.

— To Samuel —— stwierdził traper. — Na pewno on.

background image

— Czemu nie wezwał pomocy? — krzyknąłem.

— Ba, łatwo to panu powiedzieć. Samuel zgłupiał widać do reszty. W 

tym wypadku trudno jednak mu się dziwić. Nic nie wie o tym, Ŝe Ŝona i 

syn znajdują się juŜ na wolności. Zastraszono biedaka. Nie śmiał słówka 

pisnąć. Pewnie mu zagrozili śmiercią najbliŜszych.

— Lesser nic by na tym nie zyskał — wtrąciłem.

— Na pewno. Nawet nie wierzę, Ŝe zdecydowałby się na taki krok. Ale 

Samuel wierzy. Dlatego milczał. Czy moŜecie powiedzieć, jak wyglądał 

ten chory? — zwrócił się do gospodarza.

Obaj zastanowili się chwilę, na koniec, uzupełniając się wzajemnie, z 

grubsza opisali interesującą nas postać. To był O'Brien.

Reszta wieczoru upłynęła na mało ciekawej pogawędce. Colorado prawie 

nie brał juŜ udziału w rozmowie. Nad czymś rozmyślał. Potem przysiadł 

się do Patersona i długo z nim gawędził. Gwiazdy juŜ dawno pokryły 

niebo, gdy farmer przeprosił nas, tłumacząc się późną porą.

Tej nocy spałem na materacu staroświeckiego łoŜa, pod dachem i bez 

obowiązku odprawiania warty. Nazajutrz, obficie zaopatrzeni w 

Ŝ

ywność, ruszyliśmy w dalszą drogę. Paterson odprowadził nas kawałek, 

a później długo jeszcze Ŝegnał się z Colorado.

background image

Pułapka

Jechaliśmy prerią lekko falistą i z rzadka porosłą trawą. Horyzont 

zamykało szarosiwe pasmo gór. W słońcu poranka wydawało się, iŜ 

paruje lekką mgiełką. Od chwili opuszczenia farmy minęły juŜ dwie noce 

i dwa dni. Trop był wyraźny: szeroki pas śladów nie przecięty Ŝadną 

ś

cieŜką ani dróŜką wśród tych bezdroŜy. Po nielicznych wędrowcach, 

jacy tędy kiedyś przejeŜdŜali, wiatr dawno zamazał wszelkie znaki.

Gdzieś koło południa dostrzegliśmy pierwsze wzniesienia. Ukazały się 

przed nami pagórki porosłe jałowcem i kępkami pinii, a dalej drzewa. 

Dokoła pachniało szałwią. Po jakimś czasie ujrzeliśmy potęŜne bloki 

piaskowca o dziwacznych kształtach i kolorach, wysokie niby wieŜe 

ś

redniowiecznych zamków. Nad wieczorem mieliśmy przed sobą, tuŜ, 

tuŜ, spadziste zbocza, gęsto porosłe białą i niebieską jodłą lub meksy-

kańską sosną. W zapadającym mroku nie sposób było jechać dalej. 

Rozbiliśmy obóz nad brzegiem maleńkiego ruczaju, wypływającego z 

gardła wąskiej doliny, wrzynającej się w głąb czarnych borów. 

Jałowcowe gałęzie płonęły z delikatnym trzaskiem, napełniając 

powietrze zapachem Ŝywicy. Zaopatrzeni obficie na farmie, nie mieliśmy 

teraz kłopotu z Ŝywnością. Colorado, spenetrowawszy jak zwykle 

najbliŜszą okolicę i stwierdziwszy, iŜ nie ma tu nikogo poza nami, 

zakrzątnął się koło wieczerzy. Przyrządził, z wprawą zawodowego 

kucharza, znakomity posiłek, tak potrzebny po całodziennej jeździe.

— Tego Patersona, cośmy go spotkali na farmie — odezwał się 

nieoczekiwanie — poznałem przed laty w podobnych stronach, w jakimś 

odgałęzieniu Gór Skalistych. Tak samo rósł tam las i ciurkał strumyczek. 

Ba, nawet okoliczności były podobne. Ścigałem pewnego jegomościa, 

background image

deptałem mu po piętach, aŜ mi się w końcu wymknął.

— Kiepska to dla nas przepowiednia — wtrąciłem.

— Ech, co jeden, to nie piątka — odparł. — Samotnemu łatwiej zaszyć 

się w leśnej głuszy.

— Nie byłbym taki pewien — powiedział Karol. — ZauwaŜcie tylko: oni 

wszystko o nas wiedzą. Ostatni wypadek przedstawia się dość 

tajemniczo.

— Co masz na myśli, Karolu?

— Uprzedzili o naszym przybyciu farmera. Skąd Lesser dowiedział się, 

Ŝ

e będziemy go ścigać tylko w trójkę? A nie na przykład z oddziałem 

wojska?

— To rzeczywiście dziwne — odparłem. — PrzecieŜ uwaŜamy, iŜ 

wysłannik Lessera opuścił farmę przed naszym rozstaniem się z 

sierŜantem.

— Z tego wniosek — stwierdził Colorado — Ŝe goniec Lessera wyjechał 

z farmy znacznie później, niŜ przypuszczaliśmy.

— Nic teraz nie wymyślimy, lepiej dokończ swego opowiadania — 

zwrócił się Karol do Colorado.

— A więc... Patersona spotkałem w zupełnie dzikiej okolicy i gdyby nie 

to spotkanie, pewnie biedak nie chodziłby juŜ po ziemi. Wyobraźcie 

sobie piękny, słoneczny dzień, góry porosłe ciemnym lasem i dolinę 

pokrytą wiosenną trawą. Na tej trawie widniały tropy wyraźne jak jajko 

na patelni. Gnałem wówczas tymi tropami, ale coraz ostroŜniej. Odciski 

kopyt stawały się tak świeŜutkie, jak mleko prosto od krowy. Więc nieco 

wstrzymałem bieg konia. Gdybym tego nie uczynił, prawdopodobnie nie 

zauwaŜyłbym Patersona i nie byłoby o czym mówić. Ale stało się 

inaczej. Rozglądałem się na wszystkie boki i na ziemię przed sobą. 

Dostrzegłem, iŜ półokrągłe odciski podków są teraz zupełnie czarne. 

Dolinka okazała się podmokłym bagienkiem. To był sygnał 

background image

ostrzegawczy. Zlazłem z konia, cugle zarzuciłem mu na kark, a moja 

szkapa ruszyła za mną jak wierny pies.

Krok za krokiem posuwałem się dalej, aŜ zbocza tworzące dolinkę 

rozbiegły się, a przed sobą w odległości kilku jardów dostrzegłem 

falujący łan wysokich trzcin. Trop, za którym postępowałem, wił się jak 

wąŜ, później skręcił w lewo, pod samo lesiste zbocze. Właśnie wówczas 

usłyszałem strzał. MoŜecie sobie wyobrazić, co to za wraŜenie! Rzuciłem 

się w bok i biegłem nie zwaŜając na to, iŜ murawa ugina się pod moimi 

butami. Nie wiedziałem, kto strzelił i do kogo. A moŜe właśnie do mnie? 

Ale nie słyszałem świstu kuli. Tym bardziej naleŜało się przekonać. I 

nagle ujrzałem. Nie człowieka, nie! Rosochaty zwierz, wielki jak dobrej 

wagi cielę, z trzaskiem łamał trzciny i parł w stronę lasu. Był do mnie 

zwrócony bokiem, a więc nie ja go wystraszyłem. Pobiegłem za nim 

ś

ciskając strzelbę w garści. Ale okazał się szybszy. Przebrnął juŜ trzciny 

i gnał kłusem w kierunku zbocza. Po raz drugi zahuczało i wówczas 

ujrzałem sprawcę hałasu. Uciekał, jak to się mówi, na złamanie karku, a 

za nim galopował łoś. Bo to był właśnie łoś! Wiecie, jak wygląda, gdy 

się go rozwścieczy?

Karol skinął potakująco głową.

— Stado pędzących bizonów to jeszcze nic w porównaniu z nim. Przed 

stadem moŜna uskoczyć w bok, minie cię, ale przed podraŜnionym 

łosiem nie umkniesz. Dogna cię, uderzy rogami i koniec. Tak, tak, 

dŜentelmeni.

Więc nie miałem co się namyślać, jeśli nieznany strzelec miał wyjść cało 

z opresji. Zatrzymałem się, flintę przyłoŜyłem do ramienia, pociągnąłem 

za cyngiel. Zwierz podskoczył i runął między drzewa lasu. Odczekałem 

chwilkę, nabiłem broń i podszedłem bliŜej. Łosie mają twarde Ŝycie, ale 

ten był juŜ nieruchomy jak kamień.

— Panie strzelec! — zawołałem. — PokaŜ no się!

background image

Wyjrzał zza jakiegoś krzaka, a wyglądał jak kolczatka. Zgubił kapelusz, 

włosy mu sterczały jak u straszydła, a odzieŜ miał naszpikowaną 

gałązkami i igłami jodły. Roześmiałem się na jego widok. To był 

młodziutki chłopiec. Blady jak księŜyc, dychał jak miech kowalski. 

Kiedy mnie ujrzał, wytrzeszczył oczy. Zerknął na leŜącego łosia i począł 

mi dziękować.

— Strzelba mi drgnęła — powiedział — i Ŝeby nie pan... — tu pobladł 

jeszcze bardziej, więc krzyknąłem, Ŝeby poszukał swej broni. Dopiero 

wówczas zapomniał o przeraŜeniu. Strzelbę szybko odnalazł. Wyglądała 

niczego, zupełnie jakby ją przed chwilą wyniesiono ze sklepu. Na mój 

gust była zbyt nowa i na pewno jeszcze nie przestrzelana.

— Dwa razy ci ta pukawka drgnęła, chłopcze — powiadam. — Więcej 

na łosie nie poluj, chyba Ŝe się nauczysz strzelać.

Pokazałem mu łeb zwierzęcia:

— Trafiłeś tylko raz, i to bardzo niefortunnie. Kula nie przebiła kości 

czołowej, ześliznęła się powodując płytką ranę. To właśnie 

rozwścieczyło zwierzę.

Bardzo się stropił. Szukał jeszcze śladu drugiej kuli, ale nie znalazł.

— Tak, tak — powtórzyłem — dopóki się nie nauczysz dobrze trafiać, 

unikaj jak ognia łosi, niedźwiedzi i pum. MoŜesz sobie pozwolić tylko na 

antylopy i na jakiś mniejszy drobiazg. Ale powiedz mi, co tu robisz i 

dokąd zmierzasz?

I wyobraźcie sobie, Ŝe on... donikąd nie zmierzał! Opowiedział, iŜ 

przywędrował ze wschodu, Ŝeby zostać łowcą skórek. Myślałem, Ŝe 

sobie kpi ze mnie, ale nie, mówił zupełnie powaŜnie. Wyjąłem z kieszeni 

półdolarówkę, wetknąłem w pień drzewa i kazałem mu strzelać. Z 

odległości dwudziestu kroków trafił dopiero za trzecim razem.

— Mój chłopcze — powiedziałem — wracaj na wschód. Boję się, Ŝe w 

przeciwnym wypadku zginiesz najbliŜszego dnia pod pazurami 

background image

niedźwiedzia lub łosiowymi racicami! KtóŜ ci poradził wybrać taki nie-

bezpieczny zawód?

Okazało się, Ŝe nikt mu nie radził. Nasłuchał się bajęd o Dzikim 

Zachodzie, nie będę powtarzał, czego. MoŜecie się domyślić. Chłopiec 

ma zamoŜnego wujaszka. Dostał w prezencie broń, ekwipunek, konia. 

Chłopak głupi, bo młody, ale Ŝe tacy głupi byli wujaszek i rodzice, temu 

się nadziwić nie mogę. Kazałem smarkaczowi natychmiast wracać do 

taty i mamy. Uparł się, Ŝe nie. Ambitny. Nie dałem za wygraną. 

Spędziliśmy z sobą prawie dwa miesiące. Ja polowałem, on — nadal psuł 

proch i kule. Wreszcie przekonał się, Ŝe z tych futerek nic nie wyjdzie. 

Ale wracać nie chciał. Ano, poszliśmy na wzajemne ustępstwa. 

Znalazłem mu pracę w małym gospodarstwie hodowlanym. Został 

cowboyem. Polować nie potrzebował, ale mógł nosić broń, co mu bardzo 

odpowiadało. Jak się później dowiedziałem, zmieniał trzykrotnie miejsce 

pracy, w miarę jak doskonalił się w swym fachu. Teraz jest nadzorcą 

pastuchów. Powiedział mi, Ŝe zebrał sporo pieniędzy, Ŝe rodzicom część 

posyła, a jak dobrze pójdzie, za dwa -trzy lata sam farmę załoŜy i Ŝony 

sobie poszuka. Wyrobił się chłopak.

— Ciekawa historyjka — stwierdziłem, gdy skończył mówić. — A co się 

stało z człowiekiem, którego pan ścigał, Colorado?

— Nie mogłem dwu srok za ogon łapać. Zostawić niedoświadczonego 

chłopca samego... nie sposób. Brać go z sobą... tylko by mi przeszkadzał 

w pościgu. Więc chwyciłem za ogon tylko jedną srokę...

— I wykierował pan chłopca na dzielnego człowieka.

— O, bez takich wielkich słów, doktorze. Po prostu naprowadziłem 

Davida Patersona na właściwą ścieŜkę.

— A tamten uciekł?

— Uciekł. Liczyłem na to, Ŝe się jeszcze spotkamy.

— I spotkaliście się?

background image

— Tak. Ścigany przeze mnie człowiek to był Roger Drake.

Umilkł i począł czyścić fajeczkę. Poszedłem do koni pasących się w 

pobliŜu, wziąłem derkę i siodło, cisnąłem to wszystko w sąsiedztwie 

ognia i połoŜyłem się spać.

— Jak nadejdzie moja kolej, zbudźcie mnie — powiedziałem otulając się 

szczelnie i marząc skrycie, Ŝe zapomną.

Ale nie zapomnieli. Colorado zbudził mnie, gdy poczynały gasnąć 

pierwsze gwiazdy, a z gór spadał ku nizinom wiatr tak zimny, Ŝe nie 

odwaŜyłem się odrzucić pledu. Zawiązałem go pod szyją, jak płaszcz. W 

ten sposób przynajmniej plecy miałem chronione. Równocześnie 

cisnąłem gałęzi do ogniskowego Ŝaru, aŜ buchnął mały płomień. 

Colorado przyglądał się temu

w milczeniu, po czym ziewnął, owinął się kocem i połoŜył przy ognisku. 

Na pewno natychmiast zasnął.

Obszedłem dokoła nasze skromne obozowisko. Konie stały jeden 

niedaleko drugiego, milczące i nieruchome. A więc — w pobliŜu nie 

mógł znajdować się nikt obcy: ani człowiek, ani zwierzę. Powędrowałem 

nad strumyk, siadłem na głazie, skąd mogłem obserwować ognisko, 

ś

piących towarzyszy i wierzchowce.

Niebo bladło, znikały ostatnie punkciki gwiazd i zrobiło się jeszcze 

ciszej. Potem nad czarną linią lasów pnących się ku szczytom począł 

podnosić się rąbek czerwieni. Wąski pas światła rozszerzał się z kaŜdą 

sekundą, aŜ objął pół nieba jaskrawą purpurą. Zupełnie jakby gdzieś w 

dali płonęła puszcza.

Usłyszałem głos pierwszego ptaka, a w chwilę później gniewnie 

skrzecząc ukazała się ruda wiewiórka. Zatrzymała się nad samym 

strumieniem w głębi dolinki, ale w chwilę później we wspaniałym skoku 

ponad wodą zniknęła mi z oczu. Coś ją spłoszyło. Jakiś bury cień 

wychynął z mroku puszczy. Ścisnąłem mocniej sztucer, ale nie ruszyłem 

background image

się z miejsca. Odległość była spora, nieznany zwierz nie mógł mnie do-

strzec ani zwietrzyć. Przytknąłem do oczu lornetkę. Ujrzałem 

niedźwiedzia, jak przykucnąwszy zabawnie nad potokiem, jeszcze 

zabawniej uderzał łapą w wodę. Na pewno szukał ryb. Niedźwiedzie 

przepadają za rybami. Łowią je przy pomocy własnych pazurów. Jedno 

uderzenie łapy wyrzuca rybę z wody. Nie miałem wątpliwości, Ŝe misio 

szykuje sobie pierwsze śniadanie. Trwało to chyba z pół godziny, aŜ 

wreszcie kudłaty władca gór oddalił się powoli.

Spojrzałem ku niebu. Gasły juŜ ranne zorze, wstawał dzień. Zerwałem 

się z głazu, podszedłem do ogniska, dorzuciłem wiązkę chrustu, a potem 

bezceremonialnie pościągałem derki ze śpiących towarzyszy.

— Ruszajcie się!

Podnieśli się niechętnie. Ale potem juŜ wszystko odbyło się szybko. Nie 

minęła godzina, a wędrowaliśmy w głąb podgórskiej doliny. Strumyk 

nadal wił się po jej dnie, a obok strumyka pas stratowanych traw znaczył 

drogę uciekinierów.

Gdy słońce minęło szczyt nieba, wjechaliśmy między wyniosłe grzbiety 

górskie. Tu dolinka zwęziła się. Porośnięte starodrzewem stoki 

podchodziły prawie do brzegów strumyka nadal wiernie nam 

towarzyszącego. Z jednej strony biegła wąziutka steczka, dobrze 

zdeptana — nieomylny znak, iŜ tędy ciągnęła banda Lessera. GdzieŜ 

jednak mogli nocować?

Pod wieczór dotarliśmy do miejsca, w którym strumyk kończył się małą 

sadzawką, gęsto obrosłą wodnymi roślinami. Tu zauwaŜyliśmy dwa 

okrągłe, czarne placki wypalonej ziemi. Dokoła — liczne odciski kopyt.

Colorado kazał nam stanąć i nie pozwolił zejść z koni, póki nie zbadał 

najbliŜszego otoczenia.

— Niech licho porwie! To nie są najświeŜsze ślady — stwierdził. — Oni 

nas wyprzedzają co najmniej o dzień drogi. Muszą mieć znakomite 

background image

konie.

W tej samej chwili wierzchowiec Karola cicho parsknął i natychmiast 

zawtórował mu gniadosz Colorado.

— A to co znowu?

Gwizdnął cicho i zwierzę natychmiast połoŜyło się w wysokiej trawie.

— Isz hosz — szepnął mój przyjaciel — połóŜ się — Niestety, na mego 

wierzchowca nie było sposobu.

Sterczał nieruchomo jak drąg wetknięty w ziemię. Legliśmy na skraju 

lasu, z bronią w pogotowiu.

— To pewnie jakieś zwierzę — szepnąłem.

— A jeśli to ludzie? — zapytał Colorado. — Czekajcie tu na mnie. Pójdę 

brzegiem lasu i sprawdzę, dokąd wiodą tropy uciekinierów.

Zniknął bezszelestnie.

— Prawdopodobnie niedźwiedź — snułem dalsze przypuszczenia. — 

Widziałem go wczoraj. Pewnie wędruje przed lub za nami.

Z lornetką w dłoni zbadałem wzrokiem jard po jardzie cały teren, jaki się 

przed nami rozciągał. Nie było go wiele. Widoczność ograniczała 

puszcza przeciwległego stoku doliny. Na lewo dolinka pięła się 

prawdopodobnie w kierunku którejś z górskich przełęczy. Nic nie 

dostrzegłem. Wreszcie wrócił Colorado.

— Wygląda na to — powiedział — Ŝe zwinąwszy obóz pojechali prosto 

w góry. Ślady są wyraźne. Mimo to radzę zabierać się stąd. Mój koń 

nigdy się nie myli. Popatrzcie, jak strzyŜe uszami. Jeszcze jest dość 

widno.

— Więc to nie niedźwiedź?

— Jaki tam niedźwiedź, doktorze. Nie znalazłem Ŝadnych innych śladów 

poza odciskami kopyt i butów.

— Ruszajmy — ponaglił Karol — coś mi się tu nie podoba...

Pierwszy podniosłem się z ziemi. Nie zdołałem jednak zrobić jednego 

background image

kroku i padłem między drzewa. Colorado uczynił to samo.

Przyczyna naszego postępowania była w tym samym stopniu zrozumiała, 

co nieoczekiwana: grzmot strzału, który ozwał się raz jeszcze gromkim 

echem. Mimo woli przetarłem oczy. Ujrzałem, jak mój wierzchowiec, 

spokojnie dotąd stojący, poderwał się, a potem runął bezwładnie w trawę 

i spoczął nieruchomy, podobny do pnia zwalonego drzewa. Poczułem 

dłoń na ramieniu.

— Nie ruszaj się — ostrzegł mnie Karol.

— Słyszeliście świst kuli? — szepnął Colorado. — Strzelec jest za nami, 

gdzieś wyŜej.

OstroŜnie zmieniliśmy pozycję i wpatrzyli w głąb mrocznego lasu. 

Powoli mijały długie minuty ciszy. A potem raz jeszcze huk, któremu 

towarzyszył błysk, jaki zapalił się na mgnienie oka w głębi leśnego gąsz-

czu. Otworzyliśmy ogień z trzech luf jednocześnie, na ślepo, w kierunku 

ukrytego napastnika. Ale jak długo moŜna było tak strzelać? Szkoda 

amunicji. Znowu cisza.

Colorado kiwnął ku nam ręką i powolutku, odsuwając się nieco w bok, 

począł się czołgać ku górze. W tym momencie padł trzeci strzał. Nie było 

to przyjemne. Do licha! Czułem się jak bezbronny zając wystawiony na 

kule myśliwych. śeby się pokrzepić na duchu, szepnąłem Karolowi:

— To jakiś kiepski strzelec. Nie trafił ani razu nawet w pień.

— Tak sądzisz? A ja myślę, Ŝe to strzelec znakomity. Właśnie dlatego, Ŝe 

nie trafia w pnie, tylko w twego konia.

— Co to ma do rzeczy?

— To, Ŝe ten diabeł wcale nie do nas celuje, tylko do zwierząt. Strzela 

nad nami, w sam środek dolinki. Na szczęście dwa konie są ukryte w 

trawie.

— No tak, chce nas pozbawić moŜliwości pościgu. To przecieŜ ktoś z 

bandy Lessera. Ale równie dobrze mógłby strzelać do nas.

background image

— Zapewne. Lesser jednak, jak juŜ kiedyś zauwaŜyłem, nas oszczędza 

dopóty, dopóki nie zagraŜamy mu bezpośrednio. Boi się rozlewu krwi i 

ma nadzieję, Ŝe uda mu się odzyskać swój skarb bez walki. Jak dotąd 

wszystko mu sprzyja. Rozporządzamy juŜ tylko dwoma wierzchowcami i 

nasze szansę wyglądają zupełnie kiepsko.

Kiedy kończył mówić, z gęstwiny wysunął się Colorado.

— Ktoś tam był w górze — odezwał się nie czekając na pytania. — Czy 

jeszcze krąŜy, czy juŜ uciekł na dobre, nie mogłem sprawdzić. 

Wycofałem się. Mógł mnie obserwować ukryty za krzakiem. Dostać 

kulką... Ŝadna przyjemność.

— Nie było się czego obawiać — wtrąciłem. Spojrzał na mnie pytająco, 

więc powtórzyłem słowa Karola.

— Jeśli Wielki Bóbr jest taki pewien, Ŝe strzelano nie do nas, lecz do 

zwierząt, to... chodźmy do źródełka i rozpalmy ognisko. Chętnie bym coś 

przegryzł.

— O, nie, nie — zaprotestował Karol. — Tak daleko moja pewność nie 

sięga.

Stary traper roześmiał się cicho:

— I ja tak myślałem.

Rozmowę prowadziliśmy szeptem, a przez cały ten czas lufy naszych 

strzelb wymierzone były w głąb lasu, oczy zaś utkwione w mroczniejącej 

głuszy.

— Co teraz poczniemy? — zagadnąłem.

— Czeka nas niespokojna noc — odparł Karol. — Wyjścia na otwartą 

przestrzeń lepiej nie ryzykować, a chociaŜ nadal sądzę, iŜ strzelano do 

koni, lepiej pozostać tutaj.

— A jeśli przywędruje jaki drapieŜnik? I dobierze się, Karolu, do twego 

karosza?

— Mamy dobrą widoczność na dolinkę. Zresztą...

background image

— Nic innego nie wymyślimy — dokończył Colorado.

Zaiste, była to niezapomniana dla mnie noc! Wzeszedł księŜyc i 

srebrnym światłem zalał drzewa i trawy. śaden strzał nie przerwał ciszy. 

Niewidoczny napastnik albo czekał lepszej sposobności, albo odszedł. 

Ale tego nie sposób było stwierdzić. LeŜeliśmy więc, nie waŜąc się 

nawet na najkrótszą drzemkę. Och, to nie było przyjemne! Ściółka leśna, 

zbyt cienka, nie chroniła przed twardym podłoŜem, pełnym wystających 

korzeni. Po paru godzinach bolały mnie wszystkie mięśnie. Na dobitkę 

zrobiło się bardzo chłodno. Co pewien czas trącaliśmy się łokciami, aby 

sprawdzić, czy sąsiad nie zasnął. Nie wiem, jak czuli się moi towarzysze, 

gdy blady świt począł przedzierać się poprzez gałęzie. Ja byłem tak 

zziębnięty, Ŝe zęby mi szczękały, nie potrafiłbym normalnie mówić. Na 

szczęście nie zaszła tego potrzeba.

Colorado raz jeszcze powędrował w las i zjawił się dopiero wówczas, 

gdy gasły poranne zorze, a bór rozbrzmiewał juŜ głosami ptaków. Wrócił 

zresztą z przeciwnej strony: nie z lasu, lecz z głębi dolinki.

— MoŜemy rozpalić ognisko — powiedział. — Jestem głodny jak wilk, a

zimny jak bryła lodu.

Opuściliśmy swe stanowiska. Czułem ból całego ciała, zupełnie jakby 

mnie wymłócono kijami. Zabrałem się natychmiast do gromadzenia 

opału. Gdy wreszcie zgrabiałymi dłońmi podpaliłem niewielki stosik, 

podmuchy ognia wróciły mi zdolność mówienia.

— Kto to był?' — zapytałem.

— Tylko jeden człowiek. Siedział na zboczu, kilkanaście kroków nad 

nami. Potem wrócił tam, skąd przyszedł. Jeszcze w nocy.

— A skąd przyszedł?

— Stamtąd — traper wskazał za siebie. — Miał konia. Zrobiliśmy 

wielkie głupstwo nie zbadawszy dalszej okolicy. Ale przepadło.

— Oczywiście to był jeden z ludzi Lessera — wtrącił Karol. — A 

background image

chodziło nie o nas, lecz o konie.

— MoŜe Wielki Bóbr ma rację, moŜe nie. Teraz we trzech nie 

dościgniemy bandy. Trzeba by wsadzić dwu ludzi na jednego 

wierzchowca. Temu nie podoła najsilniejsze zwierzę, jeśli będziemy się 

spieszyć. A musimy!

Po tym stwierdzeniu zapadliśmy w głęboką i ponurą zadumę. Nawet 

czarna jak smoła i gorąca jak ogień kawa nie przywróciła dobrego 

nastroju.

— Nie ma innego sposobu — odezwał się powtórnie Colorado — tylko 

podzielić się na dwie grupy albo... zrezygnować z pogoni. Ja 

oczywiście... nie zrezygnuję.

— Nikt z nas nie ma tego zamiaru — odparł Karol. — Więc co pan 

myśli, Colorado?

— Pojadę sam. Wy dwaj będziecie posuwać się po moich śladach, 

oczywiście znacznie wolniej. Musicie oszczędzać konia. Być moŜe po 

drodze znajdziecie drugiego wierzchowca. Będę wracał tą samą drogą. 

Jeśli nawet mnie nie dościgniecie i tak się spotkamy.

— A O’Brien?

— Jeśli będę wracał, to tylko z nim.

— OstroŜnie, Colorado — powiedział Karol. — Jeden przeciw pięciu? 

Kiepska zabawa.

— Bawiłem się juŜ w większym towarzystwie, i, jak widzicie, chodzę 

jeszcze po tym świecie.

— Dajmy spokój Ŝartom — burknąłem. — PrzecieŜ to czyste szaleństwo.

— Oj, doktorze, doktorze. Nie zaprzeczam pańskim umiejętnościom. 

Nawet strzela pan wcale nieźle, ale sposoby i sposobiki uwalniania 

więźniów ja znam lepiej. Zresztą... zgoda! Nie pojadę sam, ale pod wa-

runkiem, Ŝe tu, w tym lesie, natychmiast wyczarujecie trzeciego konia 

albo wymyślicie niezawodny sposób uwolnienia O'Briena bez naszego 

background image

udziału.

— Nie jestem czarodziejem — odparłem. — Ale... co O'Brienowi 

przyjdzie z tego, jak i pan dostanie się w ich łapy?

Roześmiał się.

— Zawsze będzie Samuelowi raźniej we dwójkę. Nie przewiduję jednak 

tak smutnego zakończenia wyprawy.

— Colorado musi jechać — przyznał Karol. — Nie przypuszczam, co 

prawda, aby O’Brienowi cokolwiek mogło grozić, bo Lesserowi chodzi 

tylko o skarb, ale licho nie śpi. Albo tu jeszcze, albo w Arizonie zdobę-

dziemy konia i dopędzimy Colorado. Moja rada — tu zwrócił się do 

trapera — nie ryzykować zbytnio i lepiej poczekać na nasze przybycie. 

To nie moŜe potrwać długo.

Zgasiliśmy ognisko i oporządzili wierzchowce.

— No — rzekł Colorado — czas mi w drogę. Będę im deptał po piętach. 

Do zobaczenia. Oby rychło.

Podszedł do swego konia. Zdawało mi się, Ŝe chce wskoczyć na siodło. 

Nagle rzucił się plackiem. Błyskawicznie uczyniłem to samo.

— Co... — urwałem i głos mi zamarł w gardle. Przed nami, w głębi 

doliny, ujrzałem strzelby: dwie, trzy, cztery lufy.

— Indianie — mruknął traper — wpadliśmy z kretesem.

background image

Pehnulte

— OdłóŜmy broń — powiedział Karol. — Obrona w tych warunkach nie 

miałaby sensu. Otoczyli nas, tylko na co jeszcze czekają?

Wyprostował się i podnosząc otwartą dłoń ku górze — znak pokojowych 

zamiarów — powiedział głośno:

— Witam czerwonych braci!

W odpowiedzi padło pytanie:

— Ti-arku? Kto tam?

— Apacze — szepnął Colorado.

— Wojownicy Czarnych Stóp nadali mi imię Wielkiego Bobra.

Nastała chwila ciszy. Potem przed nami zaszeleściły gałęzie i na otwartą 

płaszczyznę dolinki wystąpił jeden tylko człowiek. Wysoki, z włosami 

zebranymi na czubku głowy w lśniący, czarny węzeł, w którym tkwiło 

białe pióro. Pierś zakrywała mu bluza opadająca na legginy, których 

szwy obszyto ciemnymi frędzlami. W lewym ręku trzymał długą 

rusznicę, prawą podniósł na znak powitania.

Tę sylwetkę dobrze miałem zachowaną w pamięci. Gdybym się mylił, 

wystarczyło jedno spojrzenie na oblicze przybysza. Spalona wiatrem 

prerii twarz o wyniosłym czole, lekko wystające kości policzkowe, 

kształtny, o nieco rozszerzonych nozdrzach nos, wąskie usta, a pod nimi 

ostro zarysowany podbródek. Czarne oczy spoglądały teraz na nas 

badawczo.

Oglądałem tę twarz w godzinach walki i w godzinach pokoju, w 

chwilach radości i smutku. Jej wyraz nigdy nie ulegał zmianie. Trzeba 

było dobrego obserwatora, by dostrzec cień uśmiechu czy zmarszczki na 

czole, znamionującej gniew.

background image

To był Pehnulte, wódz Apaczów Mescalero.

— Witam moich białych braci!

ZbliŜył się i podaliśmy sobie dłonie. Wówczas Apacz, zwracając się do 

starego trapera:

— A to Colorado. KtóŜ by go nie poznał? Pehnulte nieraz słyszał o 

sławnym myśliwym, który umie trafić w ziarnko piasku.

Jak zwykle — indiańska przesada. Colorado lekko się uśmiechnął.

— Oto spotkały się ścieŜki nasze, jak spotykają się strumienie spadające 

z gór w ojcu wód naszych. Dokąd podąŜacie?

Usiedliśmy przy wygaszonym ognisku. Po chwili rozbłysło nowym 

płomieniem. Dwu wojowników nałoŜyło gałęzi, dwu innych rozpaliło 

drugi ogień w pewnej odległości od nas. Przyprowadzono dwa czy trzy 

konie. Na więcej nie starczało tu miejsca. Nie wiedziałem więc, ilu ludzi 

prowadzi z sobą Pehnulte. I skąd się tu nagle znalazł? Czy wracał z Ma-

łego Lasu, jak nam mówiono, gdy byliśmy jeńcami Iszarshiutuhy?

Nie wypadało jednak tak od razu pytać. NaleŜało zacząć od wypalenia 

kalumetu, który dla nas dwu, Karola i mnie, był tylko symbolicznym 

odnowieniem przyjaźni, ale dla Colorado ten obrzęd mógł mieć pra-

ktyczne znaczenie na przyszłość.

Z namaszczeniem i w skupieniu podawaliśmy sobie fajkę z rąk do rąk, 

zaciągali się dymem i wypuszczali go w cztery strony świata, aŜ wróciła 

do rąk wodza, została oczyszczona i z powrotem zawieszona na piersiach 

na ozdobnym rzemyku, tuŜ obok naszyjnika sporządzonego z kłów i 

pazurów szarego niedźwiedzia, tuŜ obok haftowanego woreczka z 

lekami.

— Co sprowadziło tu moich braci? — zapytał wówczas Pehnulte.

Obaj z Colorado spojrzeliśmy na Karola.

— Mów — szepnąłem.

Pehnulte wysłuchał opowieści, nie przerywając ani słowem, a i później, 

background image

gdy słychać juŜ było tylko szum lasu i trzaskanie palących się gałązek, 

nadal zachował milczenie wpatrując się w ogień. Bo indiański wojownik 

nie zabiera głosu nie zastanowiwszy się najpierw — niekiedy dość długo 

— nad tym, co pragnie powiedzieć.

— Mały Jeleń postąpił jak dziecko, nie jak wojownik — powiedział 

wreszcie Apacz odrywając wzrok od ognia. — Pehnulte naprawi jego 

błąd i wyruszy razem z białymi braćmi. Howgh!

Tu — mała uwaga. Wśród ludzi o jasnej barwie skóry niekiedy mówi się, 

iŜ dorosły postąpił jak dziecko. Nie jest to na pewno powód do dumy dla 

męŜczyzny, nie dyskwalifikuje go jednak. U Indian rzecz się przedstawia 

inaczej: nazwanie wojownika dzieckiem — to cięŜka obraza, surowy 

osąd, przekreślenie wartości. To pociąga za sobą konsekwencje: przede 

wszystkim utratę powagi u współplemieńców. Odzyskać ją moŜna 

dopiero po dokonaniu czynu wymagającego hartu ducha i sprawności 

fizycznej. Słowa Pehnulte były ostre, ale i sprawiedliwe. Gdyby nie 

głupota Małego Jelenia, O'Brien juŜ dawno znajdowałby się na wolności, 

a Lesser... w więzieniu. Pehnulte najprawdopodobniej zdawał sobie z 

tego sprawę, dlatego pragnął nam pomóc. Jakie to miało dla nas 

znaczenie, nie trzeba chyba tłumaczyć. Spotkanie Apaczów było 

najszczęśliwszym wydarzeniem w naszej dotychczasowej wędrówce.

CóŜ jednak doprowadziło do tego spotkania? Dwa razy chciałem zapytać 

i dwa razy ugryzłem się w język. Na koniec doczekałem się.

Pehnulte opowiedział, iŜ przed kilku tygodniami rada plemienna 

Mescalerów postanowiła połoŜyć kres bratobójczym walkom, jakie od 

czasu do czasu wybuchały między poszczególnymi grupami narodu Apa-

czów *.

Wodzowie Mescalerów wraz z licznymi wojownikami rozjechali się w 

cztery 

background image

Gdy w 1871 r. Rząd Federalny usiłował skupić rozproszone grupy Apaczów (Jicarilla, Lipan, 

Mescalero, Apacze Zachodni, Tonto, Cibecue, San Carlos, Chiricahusa, Coyótero) na jednym 

terytorium, przedsięwzięcie nie powiodło się, poniewaŜ poszczególne odłamy nie chciały Ŝyć 

razem, wykazując wzajemną wrogość.

strony świata. Małego Jelenia pozostawiono, poniewaŜ — zdaniem 

innych — nie nadawał się do tak delikatnej misji.

Jak to przedsięwzięcie wszystkim się udało, Pehnulte jeszcze nie 

wiedział. On sam — mówił o tym bardzo ostroŜnie — nie uzyskał 

oczekiwanego sukcesu, chociaŜ — jak sądził — rozsądek na pewno w 

końcu zwycięŜy i połoŜy kres krwawym zatargom. Ale na to potrzeba 

było czasu i nieustannych wysiłków. Pehnulte nie spotkał się z dobrym 

przyjęciem wśród Apaczów Lipan. Przypuszczał, iŜ od bardziej wrogich 

wystąpień przeciw niemu uchronił go niedostatek Ŝywności. Apacze 

Lipan nie natrafili jeszcze na ślad wiosennych wędrówek nielicznych juŜ 

stad bizonich, a polowanie na inną zwierzynę nie przyniosło spo-

dziewanych rezultatów. Bez zapasów Ŝywności nie sposób prowadzić 

wojny. W sumie jednak sytuacja wyglądała kiepsko. Tym bardziej cenić 

nam naleŜało pomoc Pehnulte. Tylko wielkoduszności wodza 

zawdzięczaliśmy, iŜ przełoŜył ściganie bandy Lessera nad powrót do 

rodzinnej wioski.

Pehnulte prowadził z sobą pięćdziesięciu wojowników. Oczywiście, taka 

liczba sprzymierzeńców nie była nam potrzebna. Raczej stanowiłaby 

przeszkodę. Nie moŜna bowiem było przewidzieć, czy nasza droga nie 

poprowadzi przez któreś z małych miasteczek lub osiedli. Wjazd taką 

gromadą zbrojnych mógł sprowokować awanturę. Wiadomo, jak na ogół 

odnosili się do Indian osadnicy.

Pehnulte musiał sobie z tego zdawać sprawę, bo czterdziestu pięciu 

wojowników odesłał w powrotną drogę. Zabawne, iŜ dopiero wówczas 

ujrzeliśmy ich wszystkich, jak powoli wyjeŜdŜali lub wychodzili spo-

background image

między drzew i krzewów, z głębi lasu i z głębi dolinki. Gdy zniknął 

ostatni, dosiedliśmy wierzchowców i ruszyli w przeciwnym kierunku. 

Dodam, iŜ otrzymałem dość łagodnego mustanga. Nie sprawiał mi kło-

potu. Droga wciąŜ pięła się ku szczytom, aŜ zatrzymaliśmy się na 

przełęczy, jak gdyby w leśnym dukcie obramowanym puszczą. Słońce 

ś

wieciło na błękitnym niebie, lekki wiatr owiewał twarze. Z najwyŜszego 

wzniesienia przełęczy trawą zarosła przerywka spadała łagodnie, ginąc w 

niebieskozielonej mgle dalekich borów, porastających wielką dolinę, 

jaka rozciągała się na prawo i na lewo u naszych stóp. A po przeciwległej

stronie, dziesiątek mil przed nami, ponad czarną linią borów dźwigały się 

nagie skały, bodące niebo poszarpanymi szczytami, błyszczącymi, jak 

gdyby je wykuto z brył srebra. W dole leŜał pod nami kraj cichy, 

niezmierzony, kryjący w swych puszczańskich głębiach tajemnice 

pierwotnej przyrody. Nie mogłem oczu oderwać od tej wspaniałej 

panoramy. Z niemej kontemplacji wyrwał mnie głos Karola:

— Weź lornetkę, Janie. MoŜe dostrzeŜesz coś więcej niŜ ja.

PrzyłoŜyłem szkła do oczu. Lasy stały się wyraźniejsze, skalne Ŝleby i 

upłazy bardziej ostre w konturach. Ale co mogło się dziać za kurtyną 

zieloności boru — tego nie mogło ukazać najlepsze nawet powiększenie. 

Wodziłem lornetką po linii duktu i w pewnej chwili wydało mi się, iŜ 

dostrzegam wiszący nad nią obłoczek kurzu. Powiedziałem o tym. Ale 

Karol tylko pokręcił głową, Colorado skrzywił się zabawnie, a twarz 

Pehnulte pozostała nieruchoma jak maska z brązu.

Poczęliśmy powoli zjeŜdŜać. Kawalkadę otwierał Colorado, za nim 

posuwał się Pehnulte, dalej — Karol i ja. Pięciu wojowników zamykało 

pochód. Kopyta tępo biły w ziemię, szumiał las, a z tego poszumu od 

czasu do czasu wyrywał się głos niewidocznego ptaka. Ściana drzew, 

ciemnych gąszczów, towarzyszyła nam bez przerwy. Trop był nadal 

wyraźny, ale teraz i bez tego tropu trudno było zmylić kierunek. Droga 

background image

stanowiła wystarczającą wskazówkę. Tutaj Lesser nie mógł nigdzie 

skręcić. Nie przedarłby się przez te lasy, nie przeprowadził koni. Po 

godzinie (na znak dany przez Colorado) puściliśmy wierzchowce 

galopem. Leśna przerywka to rozszerzała się, to zwęŜała, czasem nawet 

zarastała krzewami.

Nad wieczorem dotarliśmy do krańca doliny, gdzie drogę zamykało 

jałowe i strome wzniesienie. W tym miejscu trop skręcał i wiódł skrajem 

lasu, ograniczony z jednej strony drzewami, z drugiej — skałą. To był 

najtrudniejszy odcinek. Po pół godzinie dotarliśmy w pobliŜe 

wodospadu. Nieznana rzeczka z hukiem i szumem rwała z wysoczyzny. 

Zachodzące słońce rzucało na nią czerwone refleksy.

— Wygląda jak rzeka krwi — mruknął Colorado. Wzdrygnąłem się. 

Porównanie było trafne. Zsiedliśmy z koni w miejscu, gdzie czuć było 

jeszcze

chłód bijący od wody, ale do którego nie dolatywała wilgotna mgiełka 

drobniutkich kropelek. U naszych stóp wodospad zamieniał się w 

rzeczkę płynącą wartko skrajem lasu, który tu odsuwał się daleko od 

skał, ustępując łące porosłej bujną trawą i kolorowymi kwiatami. Na tej 

łące postanowiliśmy spędzić noc.

Colorado, mimo iŜ czerwoni wojownicy zbadali teren, zaczął swój 

cowieczorny obrzęd. Towarzyszyłem mu, gdy wskazywał na trop ginący 

nagle w wódzie i nie ukazujący się na przeciwległym brzegu.

— Niech pan spojrzy, doktorze. Myślałby kto, Ŝe się zapadli pod ziemię 

albo utonęli. Pojechali korytem. Bezsensowna ostroŜność, tylko 

greenhorna mogłaby zwieść. Nie ma tu przecieŜ innej drogi. Nikt nie 

potrafi wspiąć się koniem na skały ani wedrzeć w bór. Lessera widać 

opuszcza zdrowy rozsądek, traci facet cierpliwość.

Rozpalono dwa ogniska. Rozsiodłane konie pasły się juŜ na łące pod 

bacznym okiem indiańskiego wojownika. Nie miałem tu co robić. 

background image

Powałęsałem się i znęcony fantastyczną grą świateł w tumanach 

wodnych, skierowałem swe kroki w górę strumienia. Naturalna ścieŜka 

zawiodła mnie w samo pobliŜe potęŜnych głazów, między którymi rwał 

falujący nurt. Postanowiłem dotrzeć wyŜej,— ponad wodospad. 

Zaciekawiło mnie, skąd wypływa strumień. Ale za głazami droga, raczej 

bezdroŜe, stała się bardziej stroma:

Kolorowe skałki wyzierały coraz gęściej spod płytkiej warstwy gleby, 

tworzyły jednak miejscami coś w rodzaju kamiennych stopni. Posuwałem

się powoli i ostroŜnie, badając przy kaŜdym stąpnięciu grunt. Nade mną 

piętrzyły się niebotyczne szczyty, ale przecieŜ strumień nie mógł stamtąd 

wypływać. MoŜe na zboczu znajdowała się jaskinia, w której biło pod-

ziemne źródło? Postanowiłem rzecz sprawdzić. Wędrowałem brzegiem 

rzeczki, aŜ nagle ominąwszy występ, zupełnie nieoczekiwanie ujrzałem 

zieloną równinę. Zbocze urywało się raptownie, zaczynała się hala 

górska, na milę chyba szeroka, ograniczona masywem skalnym 

sięgającym nieba. Z naszej doliny hala nie była widoczna. Wydawało się, 

iŜ obie partie wysoczyzny, dolna i górna, stanowią jednolitą ścianę. Stąd 

wynikło moje zdziwienie. Zwiększył je obraz jeszcze bardziej 

nieoczekiwany. Rzeczka tworząca wodospad płynęła tu spokojnie wśród 

traw. Dwu ludzi leŜało nad wodą, zaledwie kilka kroków ode mnie.

Natychmiast padłem na ziemię, zdjąłem kapelusz. ChociaŜ słońce kryło 

się za poszarpane szczyty, było tu znacznie widniej niŜ na dole. 

Widziałem ich dokładnie. Jeden w wyświechtanym ubraniu cowbojskim, 

zwrócony do mnie plecami, drugi — to było największe zaskoczenie — 

Indianin. Pomyślałem, iŜ moŜe to któryś z ludzi Pehnulte. Ale 

zastanowiła mnie sylwetka pierwszej postaci. LeŜałem więc zerkając jed-

nym okiem w lukę między dwoma głazami. Nie dostrzegli mnie, nie 

usłyszeli. Monotonny szum spadającej wody zagłuszył moje kroki. A 

poza tym — zbyt byli pogrąŜeni w rozmowie. Na pewno interesującej. O 

background image

czym mówili?

Głos wodospadu, który dotąd tak bardzo mi sprzyjał, teraz przeszkadzał. 

A gdyby tak zaryzykować? Podsunąć się bliŜej chociaŜ kilka cali! śeby 

tego dokonać, musiałbym się prześliznąć ponad głazami. Nie, to 

niemoŜliwe. Natychmiast by mnie dojrzeli.

Spojrzałem w prawo. Nic, zupełnie nic. Rumowisko kanciastych 

piargów, nie tworzące Ŝadnej zasłony.

Spojrzałem w lewo. Tam rwała ciemnosrebrna smuga wody. 

Wyciągnąwszy rękę mógłbym dotknąć jej falującej powierzchni. Gdyby 

nie pewna przeszkoda: między krawędzią rzeczki a łąką wznosiło się coś 

w rodzaju kamiennego grzebienia, a Ŝe poziom wody był tu znacznie 

niŜszy, u podnóŜa tego występu dostrzegłem nieco miejsca. W sam raz 

dla szczupłego męŜczyzny. A ja właśnie jestem szczupły. Powziąłem 

decyzję.

Ruchem ślimaka począłem się przesuwać, aŜ na koniec dobrnąłem do 

celu. Bardzo niewygodna była ta wąska rynienka. JakŜeŜ łatwo 

ześlizgnąć się w spieniony nurt! ChociaŜ niegłęboki, poniósłby kaŜdego i 

zwalił w sam środek wodospadu. UwaŜnie, bardzo uwaŜnie czołgałem 

się równolegle do kamiennego grzbietu. Tak długo, aŜ usłyszałem 

wyraźnie poprzez szum strumienia ludzkie głosy. Rozbrzmiewały dia-

lektem pograniczników, mieszaniną anglo—indiańskich słów. Ta gwara 

dobrze mi była znana.

— ...wojownicy nadejdą, dwa razy po dziesięć i jeszcze raz dziesięć.

To mówił czerwonoskóry. Poznałem po akcencie.

— PomoŜemy wam, za to wydacie białych. Jest ich trzech.

Chwila ciszy, a potem odpowiedź:

— Wojownicy Lipan nie potrzebują pomocy. Blade twarze mogą odejść. 

Potrzebujemy Pehnulte. Howgh!

— Więc co zrobicie z tamtymi?

background image

— Jeśli nie będą się bronić, puścimy. 

Przytłumiony śmiech.

— Będą się bronić, ja ich znam.

— Wojownicy Lipan są chytrzy jak węŜe. Idę. Usłyszałem lekki szelest, 

a potem głos białego:

— Zanim słońce wzejdzie dwa razy, w dolinie pod grzmiącą wodą.

I jeszcze odpowiedź:

— Niech blade twarze czekają. Powtórzę Bawolemu Sercu...

Wstrzymałem oddech w piersiach i począłem wycofywać się z 

niebezpiecznego sąsiedztwa. Mokry od potu dotarłem do swej 

poprzedniej pozycji. Tu znowu zajrzałem w szparę między głazami. 

Indianina juŜ nie było, ale ten drugi siedział nieruchomo. Odetchnąłem. 

To pozwalało spokojnie zejść. Pewnie bym do tego natychmiast 

przystąpił, gdyby nie szmer, na głos którego raz jeszcze przyłoŜyłem oko 

do szpary. I natychmiast rozpłaszczyłem się jak Ŝaba. Dostrzegłem 

bowiem, jak nieznajomy podniósł się raptownie, ale zamiast iść w głąb 

hali, ruszył ku skalnej krawędzi, za którą leŜałem. Ba, wprost na mnie! 

Nie sposób było się wycofać. Lepiej leŜeć. MoŜe nie zbliŜy się. jeśli wie, 

Ŝ

e obozujemy w dolinie. Zostałby zauwaŜony.

JednakŜe odgłos kroków stawał się coraz wyraźniejszy. Nagle ucichł. 

Odgadłem po lekkim szmerze: ten człowiek teraz się czołga. A jeśli się 

czołga, to znaczy, Ŝe pragnie dotrzeć do samej krawędzi hali i spojrzeć w 

dół. Musi mnie dojrzeć. Bierna obrona nie mogła mnie ocalić. Uniosłem 

nieco głowę, wyprostowałem prawą rękę, później lewą. Wówczas 

ujrzałem obok głazu czarne włosy brody, nad nią ogorzałą twarz i oczy 

wpatrzone we mnie, jak w upiora. Decydowała kaŜda sekunda. Brodacz 

poruszył się, ale ja okazałem się szybszy. Obu rękami chwyciłem go za 

szyję i cięŜarem całego ciała pociągnąłem w dół. Nie doceniłem swej 

siły, a moŜe i momentu zaskoczenia. Bowiem przeciwnik przeleciał 

background image

poprzez krawędź zbocza, głową naprzód, nogami w górze, i to tak, iŜ 

wielkie buciska śmignęły obok mojej twarzy. Przekoziołkował i pacnął

cięŜko o skaliste zbocze. Musiałem go puścić. Jeszcze chwila, a sam bym 

runął. Bezwładne ciało poczęło się staczać. Stromizna nie była tu 

wprawdzie znaczna, ale zupełnie wystarczająca, by zjechać — i to szyb-

ko — na dno doliny. W ten sposób moŜna się było dobrze potłuc, 

poranić, a nawet zabić. Na szczęście zatrzymał się na jakimś występie i 

leŜał nieruchomy z rozkrzyŜowanymi rękami, z rozrzuconymi nogami, z 

bezwładnie opadającą głową, jak człowiek martwy. Tam go wreszcie 

dopadłem. Ale i z dołu musiano zauwaŜyć wypadek. Ktoś wspinał się 

wielkimi susami. Nie patrzałem kto, zajęty — w arcyniewygodnej po-

zycji — badaniem leŜącego. Wyczułem puls, serce biło.

— A to kto?

Colorado spoglądał nad moim ramieniem.

— Nie wiem. Przede wszystkim musimy go przetransportować. Reszta 

później.

Nie po raz pierwszy stwierdziłem, iŜ stary traper odznaczał się niezwykłą 

siłą. Na pół stojąc, na pół leŜąc zdołał przerzucić przez plecy bezwładne 

ciało i zejść. Tak doniósł — z moją pomocą — zemdlonego do rzeczki. 

Chlusnąłem mu w twarz pełne dłonie wody. Otworzył oczy i stęknął.

— KaŜ pilnować tego człowieka — zwróciłem się do Pehnulte. — On 

nie moŜe uciec. Zbadamy go później, teraz chodźcie...

Odeszliśmy do ogniska, a tam jednym tchem opowiedziałem o swej 

przygodzie. Pehnulte bez słowa odwrócił się, odszedł kilka kroków i 

przywołał najbliŜszego ze swych wojowników. Co mu powiedział, nie 

dosłyszałem. Indianin natychmiast skierował się do koni i po paru 

minutach przejechał koryto rzeczki, a później pełnym galopem zniknął w 

głębi droŜyny.

Pehnulte powrócił. Spojrzeliśmy nań pytająco.

background image

— Kazałem zawrócić wojowników. Doścignie ich nad ranem, będzie 

jechał całą noc, droga jest dobra. Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo. 

Howgh!

— I ja tak myślę — zauwaŜył Colorado. — Szykuje się jakaś grubsza 

awantura. Ale chyba nie zaraz. Jeśli nasz doktor dobrze słyszał, za dwa 

dni mamy wpaść w pułapkę, nie wcześniej. Czy tak, doktorze?

Potwierdziłem dodając:

— Nie znam całej rozmowy, tylko jej końcowy fragment. Apacze Lipan 

przygotowują na nas napad. Komu zaleŜy na naszych osobach poza... 

Lesserem?

— Nikomu — odpowiedział Colorado. — To jego sprawka. Nie dałbym i 

pięciu centów, Ŝe nas właśnie gdzieś z góry w tej chwili podgląda.

Zaprzeczyłem.

— Zbyt juŜ ciemno. Mam wraŜenie, iŜ człowiek, którego schwytałem, 

był sam. Nie licząc Indianina.

— Wysłałem wojownika do źródeł wody — odezwał się Pehnulte. — 

Sprawdzi.

— Nie mogę pojąć, jak oni się zwąchali? — mruknął Colorado.

— Dojdziemy i do tego. W tej chwili trzeba porozmawiać z jeńcem. 

Najpilniejsza sprawa — zauwaŜył Karol.

— Pozwólcie, Ŝe się tym zajmę. Colorado ma wprawę — zaśmiał się 

cicho.

Jeniec leŜał mocno skrępowany, pod straŜą wojownika, który siedział 

przy nim nieruchomy jak wyciosana w drzewie figurka. Gdy zbliŜyliśmy 

się, podniósł się bez słowa i odszedł. Stanęliśmy nad głową leŜącego, 

aby obejrzeć go dokładnie. Twarz miał spaloną na mahoń, zarośniętą 

gęsto czarnym włosem. Pierś zakrywała mu straszliwie sfatygowana 

koszula, a na niej bluza nieokreślonego koloru, zakończona skórzanym 

pasem. Ten pas był teraz zdjęty i rzucony obok ogniska. Nie o pas tu 

background image

zresztą chodziło, ale o palną broń tkwiącą w futerałach. Z mieszanym 

uczuciem obrzydzenia i litości przyglądałem się spodniom pełnym łat i 

cer, opadającym na buty z wysokimi obcasami — meksykańska moda — 

i z ostrogami w kształcie potęŜnych kółek. W sumie — mieszanina 

brudu, ubóstwa i abnegacji Ŝyciowej. Przez ręce tego człowieka pewnie 

niejeden raz przesuwały się srebrne monety dolarowe i szeleszczące 

papierki o większej wartości, aby trafić bezpośrednio do kasy jakiegoś 

karczmarza, do rąk karcianego oszusta lub sprzedawcy ognistej wody. 

Na zaspokajanie innych potrzeb juŜ ich nie starczało. Typowy dla 

Dzikiego Zachodu obraz człowieka Ŝyjącego z dnia na dzień, bez myśli o 

jutrze. Dostrzegłem przy skroni zakrzepłą plamę krwi. Musiał uderzyć 

głową o głaz, gdy spadał. Kazałem przynieść wody, obmyłem ranę, 

obmacałem Ŝebra, ręce i nogi. Przez ten czas leŜał nieruchomo, nie 

odzywając się, tylko oczy miał niespokojne, rozbiegane, obserwujące 

pochylone nad nim postacie.

— MoŜecie oddychać? — zapytałem.

— Mogę.

— Nie boli?

— Nie.

— Atu?

— Nie boli.

— Jak głowa?

— Trochę szumi, moŜna wytrzymać. Uśmiechnąłem się mimo woli.

— Przejdzie. Wygląda na to, Ŝe nic mu nie jest — powiedziałem 

podnosząc się z klęczek.

— Doskonale — stwierdził Colorado. — Będziemy mogli teraz pogadać 

jak starzy znajomi.

Jeniec usiłował powstać.

— LeŜ, leŜ, bratku. Odpocznij sobie.

background image

— Kto to jest? — wtrącił Karol.

— Jeden z mojej leśnej trójki. To on przywiązał mnie do drzewa. Gdzie 

Lesser?

Milczał przez chwilę, pewnie się namyślał.

— Czego ode mnie chcecie? Nie znam Ŝadnego Lessera, nie zrobiłem 

wam nic złego...

— Nie znasz Lessera, to znasz Gordona. Tak się przecieŜ przezwał. Ja ci 

równieŜ nic złego nie zrobię. Przed odjazdem przywiąŜę do drzewa. Jak 

ty mnie. Chyba, Ŝe zaczniesz odpowiadać.

— Colorado — szepnął — przecieŜ nie zostawi mnie pan tutaj?

Dostrzegłem, jak pobladł pod maską opalenizny.

— A, więc poznałeś mnie. Cieszę się. MoŜe teraz powiesz, z kim to 

prowadziłeś rozmowę tam na górce? No?

— To Indianin.

— Dobrze o tym wiemy i nie o to pytam. Kto to był?

— Ostra Strzała — zawahał się chwilę, a później dodał szybko, zbyt 

szybko: — Oni mają na was napaść...

— Jacy: oni?

— Apacze Lipan. Chciałem was o tym uprzedzić i właśnie próbowałem 

zejść...

— Kłamiesz. Bardzo nieudolnie. Gdzie Lesser——Gordon?

— Chciałem was zawiadomić — powtórzył poprzednie słowa tak, jakby 

nie padło Ŝadne nowe pytanie. — My biali powinniśmy trzymać się 

razem.

— Colorado — odezwał się Karol — szkoda czasu na wysłuchiwanie 

tych głupstw. Jeśli do świtu nie zdecyduje się na powiedzenie prawdy, 

postąpimy z nim tak, jak powiedziałeś. Odchodzę.

Ruszył w kierunku ogniska, które juŜ tylko Ŝarzyło się czerwonymi 

węgielkami. Powodowani ostroŜnością, przygasiliśmy płomienie. 

background image

Poszedłem za nim, a po chwili przyłączył się do nas Pehnulte. Colorado 

został przy więźniu. Czy z niego co wyciągnie? Usiedliśmy.

— Co to moŜe być “grzmiąca woda"? — odezwał się mój przyjaciel. — 

Czy nie przesłyszałeś się, Janie?

Pokręciłem przecząco głową:

— Zanim słońce wzejdzie dwa razy, nad grzmiącą wodą — 

powiedziałem. — Powtórzyłem słowo w słowo to, co wówczas 

usłyszałem. Grzmiąca woda to oczywiście wodospad.

— Tego nie trzeba tłumaczyć. Ale który wodospad? Ten? — wskazał 

ręką za siebie, gdzie w narastającej ciemności wieczoru huczały 

spienione nurty. — PrzecieŜ nie mogą spotkać się tutaj.

— Chyba mogą...

— Nie — zaprzeczył energicznie. — Sam powiedziałeś, Ŝe za dwa dni. 

Wówczas nas tu juŜ nie będzie.

— Właśnie! Tu się spotkają i ruszą za nami.

— Moi bracia niepotrzebnie się spierają — odezwał się Pehnulte. — Ja 

znam tamto miejsce. Nargoleteh-tsil.

W języku Apaczów i w pokrewnych dialektach słowo “tsil" oznacza 

górę. Nargoleteh-tsil — to po prostu Deszczowa Góra. Co miał na myśli 

wódz Mescalerów? Spojrzałem nań pytająco.

— Tam się znajduje inna grzmiąca woda, potęŜniejsza od tej, a obok 

wąwóz o bardzo stromych ścianach, pozbawiony roślinności. 

Niebezpieczne miejsce.

I wytłumaczył nam, na czym to niebezpieczeństwo polega. Dno wąwozu 

jest zupełnie równe, nikt nie moŜe się ukryć — ani śladu drzewka, 

krzaczka czy nawet trawy. Wejście jest tylko jedno. Jeśli obsadzić dobry-

mi strzelcami krawędzie tej zapadliny i pilnować wąziutkiego do niej 

wjazdu, ludzie znajdujący się wewnątrz nie mają Ŝadnej szansy ratunku. 

Zostaną wybici, nawet nie widząc napastników.

background image

Deszczowa Góra wznosi się nad wąwozem. Z niej spływa rzeczka. To 

właśnie grzmiąca woda. Rzeczka stwarza jeszcze jedno 

niebezpieczeństwo dla ludzi koczujących w wąwozie. Deszczową Górę 

— zgodnie z jej nazwą — co pewien czas zlewają krótkotrwałe co 

prawda, ale bardzo gwałtowne deszcze. Wówczas woda w strumieniu 

raptownie przybiera i nie mogąc przecisnąć się przez wąskie wyjście, 

zalewa wąwóz.

— Dlaczego Apacze Lipan chcą napaść na naszego brata? — zapytałem.

— Nie bądź naiwny, Janie — odpowiedział Karol. — Porwać Pehnulte 

to nie byle jaki triumf. Myślę, Ŝe tą drogą moŜna sporo osiągnąć u 

Mescalerów. Zwiadowcy Lipan musieli iść za tobą — zwrócił się do 

wodza. — Stwierdzili, Ŝe odesłałeś swych wojowników. I tak zapewne 

narodził się pomysł napadu.

Spojrzałem na Indianina. Skinął głową.

— Spotkali się z Lesserem chyba przypadkowo — zauwaŜyłem.

— Sądzę, Ŝe tak. To było spotkanie bardzo nie na rękę czerwonoskórym. 

WyobraŜam sobie, jak się przerazili. Początkowo pewnie przypuszczali, 

Ŝ

e banda Lessera stanie w obronie naszej trójki, a więc i w obronie 

Pehnulte. Widać jednak się dogadali. I chociaŜ wojownikom Lipan wcale 

nie chodzi o nas trzech, dla świętego spokoju gotowi są nas wydać 

tamtym.

— MoŜe masz rację. Jak powinniśmy teraz postąpić? Nasz czerwony brat 

zna Deszczową Górę, czy moŜna ukryć się w jej pobliŜu?

Wódz nie zdąŜył odpowiedzieć, bo z ciemności nocy wyszedł Colorado.

background image

Deszczowa Góra

O świcie ruszyliśmy zbadać dokładniej halę. Poprzedniego wieczoru 

niewiele mógł wskórać wojownik wysłany przez Pehnulte. Teraz więc za 

tropem naszego jeńca powędrowaliśmy obaj z Colorado, śladami 

Indianina — Karol i Pehnulte. Poprowadziłem całą trójkę znaną mi juŜ 

drogą ponad wodospad, aŜ do miejsca, w którym dostrzegłem 

nieoczekiwanych przybyszów. Rosnąca nad strumieniem trawa jeszcze 

się nie podniosła, była nadal mocno przygnieciona. Czy Indianin czekał 

na cowboya, czy odwrotnie — tego oczywiście nie wiedzieliśmy i nie 

mogliśmy odczytać ze śladów. Faktem było, Ŝe musieli w tym miejscu 

spoczywać bardzo długo. Wyglądało to na zastanowiąjącą beztroskę. 

Chyba moŜna było wytłumaczyć tylko tym, Ŝe ściana skalna wydawała 

się absolutnie niedostępna.

Nie zatrzymywaliśmy się nad tym wyraźnym tropem. Ruszyliśmy wzdłuŜ 

odcisków nóg, które do niego wiodły, ale wkrótce musieliśmy się 

rozdzielić. Ślady grubych podeszew i wysokich obcasów ciągnęły się 

wzdłuŜ koryta strumienia, za to szerokie, płaskie znaki mokasynów 

skręcały w prawo. Karol pomachał mi ręką posuwając się szybko, krok w 

krok za Pehnulte.

Spoglądałem za nimi widać zbyt długo, bo traper pociągnął mnie za 

rękaw.

— Nie mamy wiele czasu, doktorze — powiedział tonem nagany. — 

Czeka nas daleki spacerek i mało bezpieczny. Niech pan dobrze 

wytrzeszcza oczy, nagłe spotkanie bardzo prawdopodobne. I wszystko 

zaleŜy od tego, kto kogo wcześniej zauwaŜy.

Po krótkiej wędrówce dotarliśmy do punktu, w którym odciski butów 

background image

były jeszcze wyraźmiejsze. Widniały na granicy wody i ziemi, po czym 

nikły.

— Przeszedł — zauwaŜył traper. Uczynimy to samo.

W tym miejscu rzeczka rozlewała się szeroko, ale dlatego właśnie była 

bardzo płytka. Przekroczyliśmy ją nie zdejmując obuwia. Siady nadal 

wyraźne, później nieco zamazane, ciągnęły się dalej w poprzek łąki, 

nieco na ukos.

— Bardzo niedobrze — mruknął Colorado. — Sądziłem, Ŝe jegomość 

ruszy w pobliŜe skałek, tam łatwiej się ukryć. Nie podoba mi się 

przestrzeń.

— Za godzinkę wzejdzie słońce i będziemy widoczni jak ryby na patelni.

— Zostawmy trop — zadecydował. — Nie moŜe nigdzie skręcić. 

Chodźmy pod skały. Korzyść z tego podwójna: łatwiej się skryć, a nasze 

ś

lady nie będą tak wyraźne.

Natychmiast opuściliśmy wijącą się wśród traw ścieŜkę. Jak juŜ 

wspominałem, halę ograniczała z jednej strony skalista ściana, bardzo 

stroma i naga, nie do sforsowania. Ku niej skierowaliśmy swe kroki. JuŜ 

na kilka stóp od podnóŜa skał ciągnął się jednolity pas piargów. Nie była 

to wygodna droga, ale za to nasze obuwie nie pozostawiało odcisków.

Ostatniej nocy Pehnulte, znający okolicę, stwierdził, iŜ wędrując halą 

moŜna równieŜ dotrzeć do Deszczowej Góry, Ŝe ta droga jest nawet 

krótsza. Dla nas jednak nie miało to znaczenia, jako Ŝe nie moŜna było 

wprowadzić na nią koni. Natomiast bardzo łatwo mogli opanować łąkę 

wojownicy, Lipan, przybywszy z zupełnie innej strony, pozostawić na 

miejscu wierzchowce i zaatakować nas pieszo. Ale z tego, co pod-

słuchałem, wynikało, iŜ napad nie tu jest zaplanowany.

Tak sobie rozmyślałem depcząc po piętach Colorado. Minęła dobra 

godzina, nim zauwaŜyliśmy, Ŝe płaszczyzna łąki pochyla się w kierunku 

naszej wędrówki, ukazując bardzo dalekie, siwociemne pasmo lasu. Gdy 

background image

czerwony rąbek słońca wyjrzał zza skalistej grani, Colorado pociągnął 

mnie za rękę w głąb dziwnego tworu natury, jaki wyrósł przed nami. 

Prawdopodobnie kiedyś, zapewne w wyniku kataklizmu, olbrzymi złom 

skalny oderwał się od szczytu i runął na łąkę. Tu zarył się w ziemię u 

samego podnóŜa góry i pękł, tworząc trzy oddzielne części. Osiadły one 

w miękkim gruncie jako wysoka ściana o półkolistym kształcie. 

Pęknięcia spowodowały powstanie dwu szczelin, bardzo wąskich, ale 

stanowiących doskonałe miejsca obserwacji dla kaŜdego, kto by ukrył się 

we wnętrzu tej kamienej barykady. Odkryło ją bystre oko Colorado.

— Wszystkiemu winna konna jazda — powiedział, gdy znaleźliśmy się 

w środku kamiennej komnaty. — Człowiek odwykł od chodzenia, nogi 

mnie rozbolały na tych głazach i muszę kapinkę odpocząć.

To powiedziawszy rozciągnął się na trawie, z głową tuŜ przy szparze 

biegnącej od szczytu do podstawy głazu. Ja zająłem miejsce kilka 

kroków dalej, przy drugim bliźniaczym pęknięciu.

Odpoczywając rozwaŜałem wczorajszą relację Colorado z rozmowy 

przeprowadzonej z jeńcem. Jaką sztuczką zdołał coś wyciągnąć z 

milczącego jak głaz człowieka — nie wiedziałem. Zagadnięty o to traper 

niechętnie przyznał, iŜ obiecał mu “dobre traktowanie". Zdziwiło mnie 

bardzo, iŜ na taką przynętę dał się schwytać nasz więzień. Do dziś 

podejrzewam, Ŝe było to coś więcej. MoŜe obietnica uwolnienia?

Z relacji Colorado wynikało, iŜ wywiadowcy śledzący Pehnulte spotkali 

się z bandą Lessera przypadkowo. Do walki nie doszło. Obu stronom 

jednakowo zaleŜało na uniknięciu strzelaniny, której echa mogły nas 

zaalarmować. Zawarli więc porozumienie. Lesser i Bawole Serce — 

według informacji naszego jeńca — uznali zgodność swych interesów. I 

jednemu, i drugiemu zaleŜało na rozbiciu naszej grupy. JednakŜe Bawole 

Serce — prawdopodobnie jakiś pomniejszy wódz Indian, bo Pehnulte nie 

znał takiego — nie mógł podjąć decyzji. Musiał porozumieć się z kimś 

background image

waŜniejszym ze swego plemienia. To wymagało czasu. Rozmówiwszy 

się z Lesserem albo sam ruszył, albo teŜ wysłał któregoś ze swych 

zwiadowców, by doniósł pobratymcom, Ŝe Pehnulte spotkał się z nami, 

Ŝ

e odesłał swych ludzi i Ŝe Lesser proponuje wspólną akcję. Tyle 

opowiedział Colorado.

Z fragmentu podsłuchanej przeze mnie rozmowy wynikało jednak, iŜ 

Apacze Lipan niezbyt chętnie zgadzali się na współpracę. 

Najprawdopodobniej orientowali się w sprawkach Lessera. Z drugiej 

znów strony mogli się obawiać, iŜ w razie odmowy Lesser w jakiś tam 

sposób pokrzyŜuje ich plany. Prawdopodobnie pierwsza narada obu stron 

odbyć się musiała przed kilku dniami i wówczas ustalono miejsce po-

wtórnego spotkania. Lesser juŜ nie przyszedł na nie — moŜe bał się 

zasadzki? — tylko wysłał zaufanego człowieka. Czemu jednak do tej 

pory nie zatroszczył się o jego los? MoŜe sądził, iŜ jego wysłannik 

powędrował gdzieś dalej, do obozowiska Lipan?

Colorado jednak przypuszczał, Ŝe Lesser wcale nie czekał na tego 

człowieka. Wyruszył albo jeszcze w nocy, albo wczesnym świtem.

— To zrozumiałe. Wie, Ŝe mu depczemy po piętach.

— Ale gdzie go ten wysłannik miał szukać?

— Musieli z góry ustalić nowe miejsce spotkania. Niestety, nie zdołałem 

wyciągnąć od naszego jeńca Ŝadnych na ten temat informacji. Sami 

powinniśmy dojść do sedna rzeczy. No, i po to przecieŜ ta cała nasza 

wędrówka...

Nieźle sobie odpocząwszy opuściliśmy kamienne schronisko. Osiem juŜ 

godzin minęło od wyruszenia z obozu, gdy wreszcie trawiasta hala 

doprowadziła nas łagodnie opadającym stokiem w pobliŜe rosnącej w 

dole puszczy. Skrajem boru toczył swe wody strumień. 

Najprawdopodobniej ten sam, nad którym rozbiliśmy wczoraj biwak.

Przekroczyliśmy płytkie koryto i szli dalej coraz ostroŜniej wśród pni 

background image

pierwszych drzew, co chwila przystając i nasłuchując. Poza łagodnym 

szumem gałęzi, lekkim pluskiem wody i rzadkimi głosami ptaków 

ukrytych w gęstwinie Ŝaden inny dźwięk nie dobiegał jednak naszych 

uszu. Tak wędrując wkrótce odnaleźliśmy wydeptany kopytami szlak, a 

nieco później czarne koło wypalonej trawy. Colorado natychmiast zajął 

się badaniem śladów.

KrąŜył tam i z powrotem, na koniec zniknął wśród drzew nakazując mi 

surowym głosem ukryć się za którymś z pni i cierpliwie czekać.

Czekałem. I to dość długo.

Wreszcie Colorado wychynął z gąszczów. Ale nie sam. Prowadził za 

uzdę osiodłanego konia.

Zaniemówiłem.

— A to co? — wykrztusiłem po chwili. 

— Koń. Zwykły koń, doktorze.

— To widzę. Ale skąd się tu znalazł? Nie powie pan, Ŝe o nim 

zapomnieli.

— Nie powiem. Bo to po prostu wierzchowiec naszego jeńca. Czekał w 

ukryciu na powrót właściciela. Co jest najlepszym dowodem, Ŝe 

posuwamy się po właściwym tropie.

— A moŜe...

— Chce pan powiedzieć, iŜ moŜe posiadaczem tego zwierzęcia jest ktoś 

inny? Nie, nie. Dobrze wszystko przeszukałem. W okolicy nie ma 

nikogo. Człowiek, którego schwytaliśmy, część drogi odbył pieszo. Dla 

ostroŜności, a rumaka tu właśnie ukrył. Na hali trudno to było uczynić.

— Zwierzę stać musiało całą noc. Dziwne, iŜ nie zaatakował go Ŝaden z 

drapieŜników.

— Ot, po prostu zbieg okoliczności. Mam nadzieję, Ŝe Lesser nie zdąŜy 

juŜ nikogo wysłać na poszukiwanie. Bardzo by się zdziwił 

dowiedziawszy się o zniknięciu i jeźdźca, i wierzchowca.

background image

— Nasze ślady powiedziałyby mu wszystko.

— Nie będzie Ŝadnych śladów, doktorze. W tym miejscu ziemia została 

dobrze zdeptana, na łące szliśmy po skałkach, a co się tyczy 

znalezionego konia, zabierzemy go z sobą, aby nie zostawić tropów. Po-

wędrujemy nurtem rzeczki. Doprowadzi nas do celu moŜe nieco dłuŜszą, 

ale za to bezpieczniejszą drogą. No, doktorze, ruszamy. Posuwać się 

dalej byłoby zbyt wielkim ryzykiem. Zresztą i tak przed nocą nie wró-

cimy do swoich. Teraz juŜ jestem pewien, Ŝe Lesser nic nie wie o 

schwytaniu swego wysłannika i nic jeszcze nie przedsięwziął, aby go 

odszukać.

Wskoczył na siodło i wskazał mi miejsce za sobą. Po czym skierował 

wierzchowca do wody. Dno strumienia usiane było kamieniami i szybka 

jazda groziła upadkiem. Wlekliśmy się więc w tempie ładownego wozu.

Zgodnie z przewidywaniami Colorado dopiero nocą dotarliśmy do celu. 

Nasz obóz wyglądał tak samo, jak rano. Ledwie Ŝarzące się ognisko i 

stłumiony tupot spętanych koni. Ludzi nie dostrzegłem. Pomyślałem, Ŝe 

wojownicy Apaczów jeszcze nie nadciągnęli, a nasi towarzysze z godną 

nagany niedbałością zlekcewaŜyli obowiązek wystawienia wart. 

Wjechaliśmy, nie zatrzymywani, w sam środek obozu.

— Co to znaczy? — mruknąłem do siebie. — Pospali się?

Zeskoczyłem pierwszy. Traper uczynił to w sekundę po mnie, cicho jak 

kot. W tej samej chwili poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłem 

się, wyciągając zza pasa rewolwer.

— Spokojnie, Janie. Bądź łaskaw nie strzelać. Ręka mi opadła.

— Karolu — powiedziałem z wyrzutem w głosie. — CóŜ to za Ŝarty?

— Czułem pismo nosem — odezwał się Colorado. — Nie jechałbym tak 

beztrosko. Co wam do głowy strzeliło?

—Chcieliśmy sprawdzić, czy moŜna tu ukryć ponad pół setki ludzi tak, 

aby ich nie dostrzegło najbystrzejsze oko i nie dosłyszało najczulsze 

background image

ucho. Colorado mówił, iŜ czuł pismo nosem, ale przecieŜ nic nie zauwa-

Ŝ

ył!

— To znaczy, Ŝe wojownicy Pehnulte juŜ przybyli?

— Właśnie tak. Zaraz ich ujrzycie.

Ktoś dorzucił gałęzi do Ŝaru, bo ogień buchnął wysoko, oświetlając kilka 

zaledwie postaci Indian. Rozejrzałem się dokoła.

— GdzieŜ oni?

— Niech wódz da znak — odezwał się Karol.

Pehnulte wymówił jedno krótkie słowo. Nawet nie podnosząc głosu. I 

nagle oŜyły otaczające nas ciemności. W blasku migocących płomieni 

ujrzałem wyrastające jak spod ziemi sylwetki zbrojnych.

— Uff — Colorado głośno odsapnął. — Takiej sztuczki, jak Ŝyję, nie 

widziałem.

— To jeszcze nie wszystko — odparł Karol. — Wiedzieliśmy, Ŝe 

nadjeŜdŜacie. Zwiadowcy czatowali wzdłuŜ rzeczki.

— Wspaniale!

— Chodźmy do ogniska — zaproponowałem. — Jestem głodny i 

wszystkie kości mnie bolą po tej jeździe we dwójkę.

— Skąd ten koń? — zapytał mój przyjaciel.

— Niech Colorado opowie — odparłem lokując się jak najwygodniej 

przy ogniu. — Czuję się jak po tuzinie wykonanych operacji.

— Współczuję ci, Janie. Obawiam się jednak, Ŝe czeka cię jeszcze sporo 

takich operacji, i to w okresie najbliŜszych dwu dni.

Byłem zbyt zmęczony, Ŝeby cisnąć w Karola patykiem leŜącym u mych 

stóp. Nie zwaŜałem na to, co opowiadał Colorado, wpatrzywszy się tępo 

w płomienie. Ocknąłem się dopiero wówczas, gdy wetknięto mi do ręki 

plaster pieczeni i podsunięto pod nos kubek z parującą kawą. Pijąc i 

jedząc nastawiłem uszu na słowa Karola. Teraz dowiedziałem się o 

rezultatach wędrówki Pehnulte i mego przyjaciela. Obaj po rozstaniu się 

background image

z nami szli wyraźnym tropem, wędrując — podobnie jak my — wzdłuŜ 

skalnego podnóŜa. W ten sposób dotarli do miejsca, w którym górski 

łańcuch skręcał raptownie, odsłaniając daleką przestrzeń zielonej prerii. 

Widoczność ograniczały tylko gdzieniegdzie kępy liściastych drzew i 

krzewów — świetne miejsca dla ukrycia się przed wrogiem, ale równieŜ 

znakomita okazja dla zasadzek. Ryzyko pieszej wędrówki było więc 

niemałe. JednakŜe bez dalszych niespodzianek dotarli do opuszczonego 

obozowiska czerwonoskórych. Tu musiał przez pewien czas przebywać 

Bawole Serce ze swymi towarzyszami. Stąd pewnie wyruszył na 

spotkanie większego oddziału

Apaczów Lipan. Od tego miejsca trop stał się jeszcze wyraźniejszy. W 

drugiej połowie dnia Karol przy pomocy lornetki ujrzał w sporej 

odległości jakiś ruchomy punkt. Natychmiast ukryli się w gąszczu 

najbliŜszej kępy drzew. Ruchomy punkt zbliŜał się coraz bardziej, aŜ 

wreszcie moŜna było dostrzec, iŜ składa się on z jeźdźców podzielonych 

na dwie grupy. W pierwszej znajdowało się zaledwie kilku indiańskich 

wojowników. W drugiej — znacznie powaŜniejsza liczba. — Oba 

oddziały dzieliła przestrzeń kilkunastu jardów: wyglądało to na ucieczkę 

i pościg. Tak sądził przez chwilę Karol, ale Pehnulte wyprowadził go z 

błędu, stwierdzając, iŜ widzi tylko wojowników Lipan. Dlaczego jechali 

dwoma oddziałami — za chwilę się wyjaśniło — Oto pierwsza grupa 

skręciła nagle w prawo i po chwili znikła z oczu. Druga — zatrzymała 

się mniej więcej w odległości pół mili od kępy. Na tej otwartej 

przestrzeni nie sposób było ich podejść. Powstało powaŜne 

niebezpieczeństwo, Ŝe wojownicy Lipan będą posuwać się dalej w tym 

samym kierunku i zauwaŜą wówczas ślady Karola i Pehnulte. Nasi to-

warzysze postanowili więc wycofać się, przebiegając od kępy do kępy. 

Podczas wykonywania tego planu usłyszeli strzały, a drogę przecięły im 

dwie antylopy. Zaledwie zdąŜyli uskoczyć poza kępę krzaków, gdy uka-

background image

zał się oddział indiańskich wojowników. Obie antylopy padły, ale 

jeźdźcy zamiast zabrać trofea i odjechać, zbliŜyli się jeszcze bardziej do 

przypadkowego schronienia śmiałków.

— Zimno mi się zrobiło — opowiadał Karol — kiedy zauwaŜyłem ich 

manewr. Dostrzegałem juŜ twarze pomalowane jaskrawymi farbami 

(oznaka, iŜ plemię znajdowało się na wojennej ścieŜce) i mogłem wszyst-

kich dokładnie policzyć. Była ich równa dziesiątka.

Wojownicy zatrzymali się, zsiedli z koni. Kilku z nich zajęło się 

oprawianiem antylop, kilku poczęło zbierać chrust, o parę zaledwie 

kroków od naszych towarzyszy. Indianie widać jednak tak byli pewni 

swego bezpieczeństwa, Ŝe nawet nie zwrócili uwagi na niezbyt wyraźny, 

ale przecieŜ dostrzegalny ślad stóp wśród trawy.

Rozpalili ognisko, a kiedy zakończono ściąganie skór z upolowanej 

zwierzyny, pokrojone na długie płaty mięso, zatknięte na patyki, poddane 

zostało procesowi przypiekania. Przez cały ten czas Ŝaden z ludzi sie-

dzących wokół ognia nie odezwał się ani słowem. P° jakichś trzech 

godzinach (“Zdrętwiałem cały od tego leŜenia w bezruchu — mówił 

Karol — a ruszyć się nie moŜna było") — kilku wojowników poderwało 

się gwałtownie. Rozległ się tętent kopyt i nowy przybysz pojawił się w 

kręgu ognia. Widzieli go obaj dokładnie, jak zsiadał z konia. W 

kruczoczarnych włosach nosił ptasie pióro. Pewnie był wodzem, ale 

pomniejszego znaczenia, bowiem Pehnulte podczas swych niedawnych 

odwiedzin Apaczów Lipan nie zauwaŜył go w kręgu członków 

plemiennej rady.

Koło siedzących natychmiast się rozsunęło robiąc wolne miejsce.

— Jeszcze nigdy tak nie nasłuchiwałem, jak wówczas — stwierdził 

Karol. — Miałem nadzieję, Ŝe na koniec dowiemy się czegoś 

interesującego. Ale okazało się natychmiast, iŜ muszę się jeszcze uzbroić 

w cierpliwość.

background image

Przybysz milczał, siedzący wokół niego milczeli równieŜ. Zadawanie 

niecierpliwych pytań zaliczane jest wśród Indian do bardzo złego tonu. 

Po prostu świadczy o braku wychowania, i to tym bardziej, im wyŜszą 

rangę społeczną lub wiek posiada zapytywany. A ten przecieŜ był 

wodzem!

Na szczęście wszystko ma swój kres, więc i milczenie zostało wreszcie 

przerwane.

— Niech wojownicy Lipan słuchają — odezwał się przybysz głosem 

przypominającym skrzypienie zawiasów starych drzwi.

Było coś tak zaskakującego w kontraście, jaki zachodził między młodym 

wyglądem Indianina a jego starczym głosem, Ŝe Karol z trudem 

powstrzymał się od śmiechu.

Niech wojownicy Lipan słuchają — powtórzył. — Przynoszę im słowa 

Ostrego NoŜa. Moje usta są jego ustami.

— Nie potrafię dokładnie odtworzyć tego, co mówił — opowiadał dalej 

Karol. — Ale sens zapamiętałem. Jeśli się pomylę, niech mnie mój 

czerwony brat poprawi — tu zwrócił się do Pehnulte, a na potakujące 

skinienie głową począł streszczać podsłuchaną rozmowę. Niezwykle dla 

nas waŜną.

Wynikało z niej bowiem, Ŝe wojownicy Lipan juŜ nazajutrz mieli ruszyć 

za nami. JednakŜe nie z miejsca, w którym znajdowaliśmy się obecnie. 

Próg skalny — jak wspominałem — uniemoŜliwiał sprowadzenie koni z 

hali w dolinę. Indianie mieli najpierw dotrzeć do podnóŜa hali, tam gdzie 

łączyła się ona z lasem.

— Z relacji Colorado wynika, Ŝe właśnie tam dotarliście dzisiaj — dodał 

Karol.

Przytaknęliśmy.

— Świetnie. Tam mają się ukryć Indianie Lipan i czekać na nasze 

przybycie, po czym deptać nam po piętach.

background image

— Trzeba będzie dobrze zacierać ślady — wtrącił się stary traper. — Jak 

zauwaŜą, ilu nas jest, gotowi zawrócić.

— A niech zawracają — powiedziałem. — Tym lepiej.

— Niezupełnie — odparł Karol. — Lipan zasługują na nauczkę, Ŝeby 

więcej nie próbowali takich sztuczek.

— Słusznie — mruknął Colorado. — NaleŜy się im dobra nauczka.

— Oczywiście — zacząłem — ale..

— Daj mi skończyć, Janie.

Umilkłem, chociaŜ perspektywa walki z Indianami wydawała mi się 

posunięciem zupełnie bezsensownym. Zdziwiło mnie stanowisko Karola 

w tej sprawie, i to tym bardziej, iŜ znałem go od lat jako zagorzałego 

przeciwnika bratobójczych wojen plemiennych, wyniszczających 

czerwonoskórych co najmniej w tym samym stopniu, co walki z białymi. 

Nie było jednak czasu na medytację, interesowała nas obecnie inna 

sprawa.

OtóŜ Ostry NóŜ miał iść za nami wiodąc trzydziestu wojowników i 

zaatakować nas dopiero wówczas, gdy znajdziemy się u stóp Deszczowej 

Góry, w wąwozie opisanym przez Pehnulte.

— A jaką rolę w tym wszystkim ma odegrać Lesser i jego ludzie? — 

zapytałem.

— Dowiedzieliśmy się i tego — stwierdził Karol — Zadanie Lessera ma 

polegać na wejściu w głąb wąwozu i natychmiastowym wycofaniu się 

stamtąd. Chodzi po prostu o ślady, jakie nam mają zasugerować rzekomą 

obecność bandy wewnątrz wąwozu.

— Chyba musiałby mieć skrzydła — zauwaŜyłem zgryźliwie — i unieść 

się w powietrze wraz z końmi. Pozostawiliby przecieŜ tropy biegnące w 

odwrotnym kierunku.

— Mój biały brat nie zna wąwozu — odezwał się Pehnulte. — Tamtędy 

płynie rzeczka. WjeŜdŜając do wąwozu moŜna zostawić ślady na jej 

background image

brzegach, ale wyjeŜdŜając środkiem wodnego nurtu, oszuka się nawet 

najlepszego tropiciela. Howgh!

Karol kiwnął potwierdzająco głową.

— Rozumiem — odparłem. — Coś jak pułapka na myszy. Myszy to 

właśnie my, a przynęta to tropy oddziału Lessera. Pięknie sobie 

obmyślili. A co my na to?

— Za jednym posunięciem złapiemy i Lessera, i wojowników Lipan — 

odezwał się niespodziewanie Colorado. — Dostaną się we własne sidła. 

Rzecz polega tylko na tym, aby skłonić Indian do wkroczenia w głąb 

wąwozu nie po nas, ale zamiast nas. Czy nie mam racji?

— Na to trzeba by chyba cudu — zauwaŜyłem.

— Nie trzeba cudu — odparł Karol. — Posiadamy olbrzymią przewagę i 

nawet nie mam na myśli liczby osób, ale po prostu fakt, iŜ Lesser nie 

został zawiadomiony o planie Ostrego NoŜa. To oczywiście twoja 

zasługa, Janie. Jestem gotów się załoŜyć, iŜ obierze wąwóz za miejsce 

chwilowego postoju, Ŝe tam właśnie będzie oczekiwać powrotu swego 

wysłannika. Gdy wojownicy Lipan nadciągną, uznają tropy jego oddziału 

za nasze. PrzecieŜ Ostry NóŜ nic nie wie, Ŝe siły nam tak wzrosły.

— Bardzo to skomplikowane — wyraziłem swą wątpliwość. — A poza 

tym zbyt liczymy na nieostroŜność i naiwność przeciwników. A moŜe to 

właśnie my jesteśmy naiwni? Czy Lesser będzie czekał przez cały dzień 

na powrót wysłanego do Lipan człowieka? Na pewno nie. Zacznie go 

szukać albo po prostu zostawi swemu losowi i podejrzewając, iŜ wpadł w 

nasze ręce, czym prędzej ruszy dalej.

— Słusznie rozumujesz. Dlatego musimy uprzedzić Lessera.

— W jaki sposób?

— Wyruszając do Deszczowej Góry jeszcze tej nocy.

— Czy zdąŜymy przed świtem?

— Na pewno. Tak twierdzi Pehnulte.

background image

Wódz skinął głową. Nie zabierałem więc juŜ głosu, całkowicie 

zgnębiony perspektywą nocnej jazdy. Nie odpocząłem jeszcze po 

przebytej drodze. Jak pech, to pech!

— Jedno mnie zastanawia — mruknął Colorado. — Dlaczego Ostry NóŜ 

pragnie nas wpędzić w wąwóz? Mając taką przewagę, jak sądzi, mógłby 

napaść w kaŜdej innej, dogodnej dlań chwili.

— A tę uwaŜa za najdogodniejszą — powiedział Karol. — 

Przypuszczam, Ŝe pragnie zapobiec strzelaninie. Chce Pehnulte wziąć 

Ŝ

ywcem i uwaŜa, iŜ dokona tego bez walki, zamykając nas w wąwozie. 

No.. ale teraz pozwólcie, Ŝe dokończę opowiadania, chociaŜ nic 

interesującego juŜ nie mam do powiedzenia. OtóŜ wojownicy Lipan 

upiekli mięso, wskoczyli na konie i odjechali. A myśmy skorzystali 

natychmiast z okazji i pod ochronę zapadającego zmroku wrócili do 

naszego obozowiska.

Wyczerpawszy swe informacje Karol pierwszy podniósł się od ognia.

— Nie mamy zbyt wiele czasu — stwierdził. — Ruszajmy.

Nie minęło i pół godziny, a ognisko zostało zgaszone, nasz jeniec 

przytroczony do końskiego siodła i wzięty pod opiekę przez dwu aŜ 

wojowników, a ja znalazłem się na grzbiecie swego wierzchowca, w dłu-

giej kolejce jeźdźców.

Rozpoczynaliśmy nocną wędrówkę podzieleni na dwa oddziały. Pięciu 

wojowników, Pehnulte oraz nasza trójka ruszyliśmy brzegiem 

strumienia. Pozostali musieli posuwać się środkiem rzeczki. Bardzo im 

współczułem, ale nie istniał inny sposób zatarcia śladów tak licznej 

grupy. Co prawda Ostry NóŜ miał oczekiwać znacznie dalej, ale chodziło 

o to, aby na wszelki wypadek tropy na jak najdłuŜszej przestrzeni 

ś

wiadczyły, iŜ nadal stanowimy zaledwie garstkę wędrowców.

Długo będę wspominał tę noc. Najpierw było ciemno jak w dziupli i 

zaledwie rozróŜniałem plecy jadącego przede mną Karola. Później 

background image

księŜyc zajrzał w głąb doliny oŜywiając fantastyczne cienie wśród drzew 

i krzewów. Po pewnym czasie te cienie poczęły mi się dwoić i troić w 

oczach. Poczułem przemoŜną senność. Walczyłem z nią, jak mogłem, i 

chyba zwycięsko, bo jeszcze widziałem dokładnie miejsce ostatniego 

obozowiska Lessera, znane mi juŜ z rannej wędrówki. Ale później 

straciłem świadomość czasu i przestrzeni, zapadłem w drzemkę.

Kiedy otworzyłem oczy, nie dojrzałem juŜ księŜycowego blasku, a mimo 

to nie było tak ciemno, jak na początku naszej drogi.

Staliśmy na samym skraju lasu. Gdzieś z prawej strony, w odległości 

kilku chyba jardów, cicho pluskała rzeczka. Ze zdziwieniem 

zauwaŜyłem, iŜ wpada do niej drugi strumień, a połączony nurt skręca 

raptownie i ginie w głębi puszczy.

— Co tam? — szepnąłem w kierunku pleców Karola.

Odwrócił się i połoŜył palec na ustach:

— Jesteśmy w pobliŜu wąwozu. Pehnulte wysłał zwiadowców. Spójrz — 

wyciągnął rękę przed siebie.

Przetarłem oczy. W mrocznej dali wznosiła się niewyraźnym zarysem 

potęŜna ściana skalna, której szczyt tonął w oparach mgieł.

— Deszczowa Góra — szepnął Karol;

Nagle zrobiło mi się zimno. Trochę z wraŜenia, trochę z przedrannego 

chłodu.

— Co to za druga rzeczka? — zapytałem.

— To strumień wypływający z wąwozu. A teraz.. sza! Nie gadaj!

Siedziałem więc w milczeniu rozglądając się dokoła, ale niewiele 

mogłem dostrzec. ZauwaŜyłem tylko, Ŝe oddział czerwonoskórych, który 

posuwał się korytem rzeczki, zniknął teraz bez śladu, jakby się w ziemię 

zapadł.

Chyba jeszcze z pół godziny sterczeliśmy na siodłach, aŜ wreszcie Karol 

— nie wiem na czyj sygnał, moŜe Colorado, a moŜe Pehnulte, bo oni 

background image

obaj znajdowali się gdzieś na przedzie — zeskoczył z konia i skinął na 

mnie.

— Chodź — powiedział półgłosem.

Zsunąłem się z siodła i omal nie przewróciłem, tak miałem zdrętwiałe 

nogi. Ale jakoś mi przeszło. Ująłem wierzchowca za cugle i krok po 

kroku ruszyłem za przyjacielem. Z początku wiódł mnie skrajem lasu, 

potem skręcił gwałtownie między drzewa. Poszedłem w jego ślady, 

przeklinając po cichu kostropate gałęzie szarpiące mnie za ubranie i 

uderzające po twarzy. Tu panowała jeszcze noc.

Odetchnąłem, gdy wreszcie wyszliśmy na jakąś trawiastą polankę. 

Dostrzegłem kilku Apaczów siedzących z filozoficznym spokojem pod 

drzewami lub wspartych na strzelbach o niezmiernie długich lufach: 

Opowiadano mi niegdyś, iŜ tego rodzaju broń rozpoczęto produkować na 

Ŝą

danie “łowców skórek", traperów zajmujących się polowaniem na 

zwierzęta futerkowe i handlarzy skupujących skóry. OtóŜ za broń palną, 

bardzo chętnie nabywaną przez wszystkie plemiona Indian 

północnoamerykańskich, Ŝądano tyle skórek futrzanych, ile zmieści się w 

stosie równym postawionej kolbą na ziemi strzelby. Im dłuŜsza lufa — 

tym większy stos skór!

— Zostaw tu konia i weź sztucer — zarządził Karol. — I nie śpij juŜ.

— Dałbyś spokój — burknąłem. — Wleczesz mnie przeklętym 

bezdroŜem i jeszcze wmawiasz sen!

— PrzecieŜ drzemałeś na koniu.

— MoŜliwe... Co mam dalej robić? Gdzie Pehnulte i Colorado? Kiedy mi 

wreszcie wytłumaczysz...

— Nie tak głośno. Chodź. Zaraz wszystko zrozumiesz.

Znowu musiałem przedzierać się przez gęstwinę: Gdy wydostaliśmy się z 

lasu, Karol poprowadził mnie spory kawałek drogi. Na koniec kazał się 

połoŜyć wśród krzaków i zanim zdąŜyłem to uczynić, pierwszy dał nurka 

background image

w zarośla. Czołgałem się za nim, starając się unikać najmniejszego 

szmeru. Spocony z wysiłku znalazłem się wreszcie tuŜ obok Karola. 

Przed moim nosem rosły dwa małe krzaczki, ale na prawo i na lewo 

czerniała cała gęstwina.

— Wysuń głowę, tylko ostroŜnie.

Przygiąłem gałązkę, która mi zasłaniała widoczność, posunąłem się ze 

dwa cale i natychmiast przywarłem piersiami do ziemi. To było 

zaskoczenie.

Przede mną raptownie urywała się zielona płaszczyzna. Naga 

ciemnobrązowa ściana spadała stromo ku równie brązowemu podłoŜu. 

Wąwóz! Dostrzegałem jego przeciwległe zbocze, tak samo nagie i tak 

samo porosłe na szczycie krzewami i wysoką trawą. Zdumiewający 

wybryk natury, która przy pomocy wody stworzyła w tym miejscu 

miniaturowy kanion. Jego gładkich ścian nie potrafiłby sforsować nawet 

najbardziej doświadczony w wysokogórskiej wspinaczce człowiek.

W wąwozie—przepaści kłębił się jeszcze nocny mrok i na jego dnie nie 

byłem w stanie nic zauwaŜyć. Usłyszałem tylko monotonny szum. 

Gdzieś w głębi waliła ze stoków Deszczowej Góry woda. Właśnie ta 

“grzmiąca woda", o której po raz pierwszy dowiedziałem się z 

podsłuchanej rozmowy.

Pode mną toczył swe wody niewidoczny strumień wypływający gdzieś 

dalej jedynym wyjściem wąwozu. Ale gdzie znajdowało się to wyjście — 

na próŜno starałem się dojrzeć. Cofnąłem się.

— Karolu — szepnąłem. 

Uniósł głowę.

— Gdzie Lesser?

— W środku. Dolina jest przez nas otoczona. Nie wymknie się. A teraz 

moŜesz sobie pospać. Mamy czas.

Nie odpowiedziałem. Posępne godziny kończącej się nocy działały na 

background image

mnie dziwnie niepokojąco Miałem nerwy napięte do granic 

wytrzymałości i nawet najwygodniejsze łoŜe nie skłoniłoby mnie teraz 

do snu.

Co się stanie za godzinę, za dwie... Gdy z przedrannych oparów wynurzą 

się zamazane zarysy Deszczowej Góry, a wnętrze wąwozu rozbłyśnie 

ś

wiatłem dnia?

background image

Przed walką

LeŜałem pełen niepokoju, stwierdzając, Ŝe najtrudniejszą na świecie 

rzeczą jest oczekiwanie. Tymczasem nadal nic się nie działo. Było 

ciemno i coraz chłodniej. Cisza lasu i daleki szum wodospadu. 

Podziwiałem wojowników Mescalerów, którzy zachowywali tak dosko-

nałą ostroŜność, Ŝe do uszu moich nie dobiegł ani dźwięk trąconej broni, 

ani szelest rozchylanych gałęzi, ani przytłumiony tupot kroków.

Ktoś mnie trącił w ramię i znajomy głos zaszeptał nad uchem:

— Mamy ich, doktorze.

Odetchnąłem głęboko. Colorado! Od niego na pewno czegoś się dowiem.

— O'Brien? — powiedziałem pytająco.

— Jest, jest. Zdrowiutki jak ryba, jeśli się nie mylę. A dokoła niego cała 

banda. Śpią jak susły.

— Na co czekamy?

— AŜ się obudzą.

— Kpisz, Colorado?

— Ani mi w głowie. Czekamy na Apaczów Lipan. To będzie piękny 

dzień.

— Właśnie — mruknąłem myśląc o nieuniknionej walce. Gdy nadciągną 

wojownicy Lipan, przemówią strzelby i rewolwery. Nigdy nie lubiłem 

słuchać takiej “gadaniny". A teraz przyrzekłem sobie, Ŝe dziś nie oddam 

ani jednego strzału. Mieliśmy tak ogromną przewagę, Ŝe moje 

postanowienie w niczym nie zmniejszało naszych szans.

— Colorado — powiedziałem — jeśli oni śpią, trafia się świetna okazja 

uwolnienia O’Briena.

— Zrobiłbym to juŜ ze sto razy, gdyby właśnie nie Samuel.

background image

— Nie rozumiem.

— Z niego Ŝaden traper. Jeśli się go wyrwie ze snu, gotów narobić 

hałasu. Rozbudzi wszystkich i zacznie się walka. Przedwczesna. I 

zupełnie zbędna.

— Na niej przecieŜ sprawa się zakończy. 

Roześmiał się cicho:

— Nie będzie Ŝadnej walki, doktorze. Chyba, Ŝe ci Lipan mają w 

głowach sieczkę zamiast mózgu.

— To dla mnie jakaś zagadka.

— Taki jest plan Pehnulte. Otoczyliśmy wąwóz, Ŝe mysz się nie 

wymknie. Nie ruszamy Lessera, ma być przynętą dla Lipan. Gdy 

nadciągną, zaraz wpakują się do wąwozu. Wezmą ludzi Lessera za naszą 

gromadkę. Wówczas ich zamkniemy. Byliby szaleńcami przyjmując 

walkę w takich warunkach, i to tym bardziej, Ŝe Pehnulte zamierza ich 

puścić wolno. Dziwny z niego Indianin. Jeszcze takiego nie spotkałem.

— Więc po co ta cała zasadzka? Wystarczy, abyśmy się pokazali 

wojownikom Ostrego NoŜa. Wobec tak nierównych sił zrezygnują z 

walki.

— Ba, pewnie. Ale Pehnulte zaŜąda nie tylko wydania nam ludzi 

Lessera, ale i całej palnej broni. Powinni przecieŜ ponieść jakąś karę. 

Według mnie łagodna to kara.

— Musicie tyle gadać? — ozwał się z boku groźny szept Karola. — 

Umarłego moŜna by zbudzić.

Umilkliśmy, ale nie na długo. Paliła mnie ciekawość. Więc tylko 

przysunąłem się bliŜej trapera.

— UwaŜam — powiedziałem — Ŝe Ostry NóŜ byłby durniem, gdyby 

przed napadem nie zapragnął raz jeszcze porozumieć się z Lesserem. 

Wyśle zwiadowców i odkryje naszą obecność.

— Ostry NóŜ będzie się spieszył. Jest przekonany, iŜ z nami da sobie 

background image

radę nawet bez pomocy bandy. PrzecieŜ bardzo niechętnie tę pomoc 

przyjął. Tak wynikło z pańskiego opowiadania, doktorze.

Potwierdziłem ten wniosek.

— A kiedy naleŜy się ich spodziewać? — zapytałem mając na myśli 

wojowników Lipan.

— Trudno określić. JednakŜe na pewno nim skończy się dzień.

Zrobiło mi się nagle bardzo wesoło.

— Colorado — powiedziałem — niech pan natychmiast posypie tych 

bandytów jakimś proszkiem nasennym albo napoi ich odwarem z peyotlu 

*, Ŝeby spali jak najdłuŜej. W przeciwnym bowiem wypadku gotowi 

obudzić się przed przybyciem Ostrego NoŜa i cały nasz plan weźmie w 

łeb!

— Pozostawiam to panu, jako lekarzowi — odciął się. — Jeśli przebudzą 

się przed czasem, nic w tym dla nas groźnego. Sprawa nieco się 

pogmatwa, kiedy będą chcieli stąd wyjść. Musimy ich zatrzymać.

— Z odpowiednim hałasem i strzelaniną — dodałem — co uprzedzi 

Ostrego NoŜa.

— Uprzedzi albo nie... Czekajmy cierpliwie, a zobaczymy, jak kij 

popłynie...

AleŜ on miał nerwy! Ja mało ze skóry nie wyskakiwałem z 

niecierpliwości. Po raz wtóry przysunąłem się bliŜej krawędzi wąwozu. 

Wydało mi się, iŜ obecnie dostrzegam juŜ w dole rzeczkę, a nieco w 

głębi czerwone węgielki gasnącego ogniska.

— Gdzie Pehnulte? — szepnąłem.

— Po tamtej stronie wąwozu, da nam znać wystrzałem albo przyśle 

wojownika.

Piekielnie dłuŜył mi się czas. Co kilkanaście minut zerkałem w głąb 

doliny, nic się w niej nie działo. AŜ wreszcie z oparów ustępującego 

mroku — tam w dole — wyłoniła się postać człowieka. Widziałem, jak 

background image

ś

ciągał z pleców koszulę, a potem, schylony, opryskiwał się wodą 

strumienia. Na koniec odszedł, lekko 

Peyotl (Lophopnora Williamsii) — mały kaktus barwy niebiesko—zielonej. Jego sok jest 

silnym środkiem odurzającym. Indiańscy czarownicy od wieków stosowali go często podczas 

rytualnych obrzędów. Peyotl, popularny na terenie Meksyku, znany był w Ameryce 

Północnej aŜ po krainę Wielkich Jezior. Obecnie zakazany w handlu jako narkotyk.

pogwizdując. Bardzo bezpiecznie musiał się tu czuć Lesser i jego ludzie.

Minęło z pół godziny, gdy róŜowa, maleńka łuna podniosła się nad 

rozpadliną. Pewnie się rozbudzili i rozpalili ognisko. Z kolei usłyszałem 

tępy stukot kopyt uderzających o stwardniały grunt. Z głębi wąwozu 

wynurzył się człowiek na koniu. Jechał stępa, kierując się w stronę 

wyjścia. CzyŜby Lesser wysyłał go dla zbadania okolicy i odszukania 

zaginionego od wczoraj gońca? Na to wyglądało. Koń i jeździec znikli 

mi z oczu za skalnym załomem.

— Jeśli napotka teraz Lipan... — szepnąłem do Colorado.

— Niech się Pehnulte tym martwi. Droga jest obstawiona i nie powinien 

daleko ujechać.

Poczułem blask światła na twarzy. Uniosłem głowę. Nad zboczem 

Deszczowej Góry ukazał się czerwony rąbek słonecznej tarczy. Las 

rozbrzmiał nagle głosami

ptaków, a liście krzewów, wśród których spoczywałem, zaszeleściły w 

porannym wietrze. Oczekiwałem lada chwila całego oddziału Lessera 

opuszczającego wąwóz. Ale nic podobnego się nie zdarzyło. 

Prawdopodobnie szef sądził, iŜ my równieŜ jeszcze nie wyruszyliśmy w 

drogę, a moŜe nawet przypuszczał, Ŝe nas w nocy napadnięto i pojmano.

Zerknąłem w kierunku Karola. LeŜał w tym samym miejscu. Usłyszał 

spowodowany przeze mnie szelest gałęzi i zgromił mnie wzrokiem, a 

potem połoŜył palec na ustach.

background image

Słońce dźwigało się coraz wyŜej, promienie jego sięgały juŜ połowy 

wysokości ścian wąwozu. Począłem marzyć o swym rodzinnym 

Milwaukee i o wygodnym łóŜku. Nerwowe podraŜnienie juŜ minęło i 

teraz czułem się straszliwie senny. Powoli zapadłem w jakąś drętwotę, z 

której wyrwało mnie gwałtowne szarpnięcie za rękaw. To Colorado.

— Czy pan śpi, doktorze?

Mruknąłem coś niewyraźnego, byle się odczepił, podłoŜyłem łokieć pod 

głowę, zmruŜyłem oczy. I prawie w tej samej chwili poderwałem się jak 

dźgnięty szpilką. Przeraźliwy dźwięk ozwał się w dole, chyba w okolicy 

wejścia do wąwozu. Jakieś: ii-ii-ii-ii! — w górnych, przenikliwych 

tonach.

— LeŜ spokojnie, Janie — odezwał się Karol. — To bojowe zawołanie 

Apaczów, pewnie Lipan nadciągnęli i wzięli ludzi Lessera za naszą 

gromadkę.

Spojrzałem w dół. Dwa szeregi Indian biegły po obu stronach strumienia, 

wrzeszcząc ogłuszająco. Odpowiedziały im jakieś inne głosy. Tumult 

trwał chyba jeszcze ze dwie minuty, po czym raptownie ucichł. Wówczas 

zagrzmiał huk strzału z rusznicy. Jeden raz tylko.

— Colorado! Janie! Biegnijmy!

Karol wyskoczył z zarośli wielkim susem i począł gnać wzdłuŜ krawędzi 

wąwozu tak szybko, Ŝe ledwie mogłem dotrzymać mu kroku. Za mną 

tupotały cięŜkie buciory trapera. Oczekiwałem, Ŝe lada chwila potknę się 

o któryś z wystających korzeni i runę w gąszcz. Na szczęście, po 

przebiegnięciu kilku jardów, zarośla ustąpiły wysokiej trawie 

porastającej opadającą łagodnie równinę. Prawie bez tchu dotarłem do 

dna jakiejś kotlinki, przegrodzonej połyskującym korytem wody. Mała 

rzeczka płynęła pieniąc się i bulgocząc. Tu mój przyjaciel zatrzymał się. 

Stanąłem obok niego, mocno robiąc piersiami.

Kotlinka, szeroko otwarta z trzech stron, z czwartej ograniczona była 

background image

pionową ścianą, pękniętą od szczytu do podstawy. Szpara pęknięcia — 

jak stwierdziłem pobieŜnie — pozwalała jednak na swobodne przejście 

człowieka z koniem. Ze szczeliny wypływał strumień, nie wypełniający 

całej jej szerokości. Po obu stronach dwa wąziutkie spłachcie piasku 

poznaczone były odciskami kopyt i stóp ludzkich. ZdąŜyłem to zauwaŜyć 

przez jedno mgnienie oka, bo Karol natychmiast odciągnął mnie w bok. 

Przy samej rozpadlinie, z wysuniętymi strzelbami, spoczywało kilku 

wojowników Mescalerów. Dalej, oparty o zrąb skalny, stał Pehnulte.

— Moi bracia przybyli w samą porę — odezwał się beznamiętnym 

głosem. — Ostry NóŜ znajduje się w wąwozie. Będzie chciał się 

wydostać. Nie dopuścimy do tego. Howgh!

— Pułapka się zamknęła — mruknął Colorado. — Czy oni są z końmi?

— Nie — odparł wódz. — Konie zostały tam — wskazał ręką poza 

siebie. — StraŜników schwytaliśmy.

— Co teraz nasz czerwony brat zamierza? — zapytał Karol.

— Nie chcę przelewu krwi. Jeśli zapragną sforsować przejście, damy 

salwę w górę. Howgh!

Karol przytaknął skinieniem głowy.

— Oby tylko strzały na postrach wystarczyły —— dodał niepewnie.

— Tym przejściem mogą się przecisnąć najwyŜej dwie osoby 

jednocześnie. Biorę na siebie jednego.

— Ja drugiego — dodał Colorado. — A pięści mam nieliche. Zdaje się, 

Ŝ

e nadchodzą.

Usłyszeliśmy jakieś pomieszane głosy, tupot nóg, aŜ wreszcie w głębi 

węzizny ujrzałem grupę zbrojnych. Na czele posuwał się Indianin 

olbrzymiego wzrostu, z piórami wpiętymi we włosy, za nim biegli w 

długim szeregu wojownicy z łukami i strzelbami w dłoniach. 

Zorientowali się w pomyłce i teraz spieszyli opuścić wąwóz. 

ZauwaŜyłem człowieka, który towarzyszył Indianinowi. Poznałem 

background image

natychmiast, mimo iŜ zmienił się bardzo od chwili, w której ostatni raz 

go oglądałem. To nie był juŜ ten pozornie ocięŜały, o bladej, wygolonej 

twarzy, nieco pochylony właściciel gospody “Arizonac" w Rainy Valley. 

Pod rondem wygniecionego kapelusza zdąŜyłem dostrzec twarz ogorzałą 

od wichrów i słońca, czarny zarost, opadającą na pierś, w szpic przyciętą 

brodę.

— Lesser — powiedziałem do Karola.

Nie wiem, czy równieŜ poznał, odpowiedzi nie dosłyszałem lub w ogóle 

nie nastąpiła. Zamiast Karola przemówiła długa rusznica Pehnulte, 

głosem podobnym do gromu. Nacisnąłem dwukrotnie cyngiel sztucera. 

Broń ozwała się trzaskiem przypominającym dźwięk, jaki wydaje łamana 

sucha gałąź. Ale ten dźwięk prawie zginął w potęŜnej palbie. To 

wojownicy Mescalerów, ukryci w gąszczu porastającym krawędzie 

wąwozu, dali znać o swej obecności. Na naszych przeciwnikach 

wywrzeć to musiało wraŜenie, jak to się mówi, piorunujące.

Jednym okiem (za kaŜdym razem, gdy stawałem tuŜ przed szczeliną, 

Karol gwałtownie odciągał mnie w bok!) dostrzegłem, Ŝe biegnąca grupa 

zatrzymała się, a potem szybko rozproszyła. Wyobraziłem sobie, jaki 

popłoch spowodować musiała nieoczekiwana strzelanina, jak w 

pierwszej chwili rozglądać się poczęli za rannymi i zabitymi. Biedacy! W 

tym nagim wąwozie stanowili cel równie otwarty, jak tarcza na strzel-

nicy.

Gdy tylko zamilkło trzecie, najsłabsze echo, ozwał się donośnym głosem 

Pehnulte:

— Niech mnie słuchają wojownicy Lipan!

Przerwał na sekundę dla wywołania większego efektu. Ani jeden dźwięk 

nie zamącił ciszy tej przerwy. Wydało mi się, Ŝe zamilkły nawet leśne 

ptaki.

— Wojownicy Lipan! Mówi do was wódz Apaczów Mescalero. Niewiele 

background image

słońc minęło, gdy przebywałem w waszych wigwamach. Przyniosłem 

czerwonym braciom zieloną gałązkę pokoju. Mówiłem, Ŝe nadszedł czas 

zjednoczenia wszystkich plemion Apaczów rozsianych jak ziarnka 

piasku na pustyni. Krew przelana we wzajemnych walkach mogłaby 

wypełnić koryta wszystkich rzek płynących tym krajem, a groby po-

ległych wojowników wyznaczyć drogę od jednej wielkiej wody do 

drugiej! Co mi odpowiedziano? Ostry NóŜ słuchał w milczeniu moich 

słów, ale kiedy mnie Ŝegnał, jego język stał się jak kolec skorpiona: ostry 

i trujący. ChociaŜ byłem jego gościem, a topór wojenny nie został 

między nami wykopany.

Znowu przerwał. Z głębi wąwozu nie ozwał się ani jeden głos protestu 

czy nienawiści.

Wojownicy Lipan na dobre odpowiedzieli złem. Wyruszyli, aby mnie 

napaść. Sprzymierzyli się z pięcioma bladymi twarzami, których ręce 

czerwone są od krwi Indian. Takich przyjaciół znalazł sobie Ostry NóŜ! 

Słuchajcie mnie! Jesteście otoczeni, nie moŜecie się obronić. Wzywam 

Ostrego NoŜa, aby przyszedł do mnie. Dowie się, na jakich warunkach 

wypuszczę go i wszystkich wojowników. Niech się pospieszy. Gdy na 

wąwóz padnie cień Deszczowej Góry, zamiast mnie przemówią strzelby 

Mescalerów. Howgh! 

Odwrócił się i skinął na nas.

— Niech moi bracia mają się na baczności. Będą znowu próbowali 

przedrzeć się.

— Jeśli tak, to nie obejdzie się bez pukaniny — odparł Colorado. — Nie 

widzę innego sposobu pochwycenia tej bandy.

— Colorado się myli. Jest sposób.

Spojrzałem pytająco na wodza, na Karola, na trapera. Co miał na myśli 

Pehnulte? Odpowiedź otrzymałem bardzo szybko. Najpierw dostrzegłem 

kilku Indian wbiegających do kotlinki, w której staliśmy, z olbrzymimi 

background image

naręczami gałęzi i chrustu. Rzucili je na dwa stosy tuŜ przy wylocie 

wąwozu, po obu stronach rzeczki. Sądziłem, iŜ budują w ten sposób coś 

w rodzaju zasłony dla nas, a jednocześnie barykady tarasującej przejście. 

JakŜeŜ licha to była zapora! JednakŜe pomyliłem się. Nie o to chodziło. 

W chwilę później skrzesano ogień i płomień objął oba stosy, strzelił 

wysoko ku górze, tworząc jakby świetlisty most nad wodą.

— Niech spróbują skakać! — krzyknął Colorado. 

DołoŜono jeszcze więcej drewien, a temperatura tak wzrosła, iŜ 

musieliśmy się cofnąć kilka kroków. Szaleniec, który próbowałby 

sforsować tę ścianę ognia, nawet gdyby się mu to udało, wyszedłby z 

takiej próby cięŜko, jeśli nie śmiertelnie poparzony. A jednak Ostry NóŜ 

próbował — co prawda jeden tylko raz — wyrwać się na zewnątrz. 

Przewidująco i roztropnie połoŜyliśmy się nieco z boku wejścia. 

Wówczas poprzez buzujące płomienie grzmotnęła w naszym kierunku 

salwa co najmniej kilku fuzji. Z ognia strzeliły snopy iskier, a parę 

płonących głowni z suchym szelestem wyleciało ze środka ogniska i 

padło gdzieś za nami. Teraz cały stos począł drgać, jakby go usiłowano 

zepchnąć w rzeczkę, na koniec buchnął z niego kłąb pary i dymu. 

Musiano chlusnąć wodą.

Dwukrotnie nacisnęliśmy cyngle, celując i tym razem nie w głąb 

rozpadliny, ale wysoko ponad płoŜenie. Równocześnie dorzucono nową 

porcję suchych

gałęzi. Przygaszone drewno buchnęło silniejszym płomieniem. 

Okolicznością jeszcze pomyślniejszą stała się zmiana kierunku wiatru. 

Począł dąć nam w plecy, kierując płomienie w gardziel wąwozu i daleko 

poza nią, uniemoŜliwiając naszym przeciwnikom podejście do ognia.

Jak długo jednak mieliśmy czekać na ostateczny wynik akcji?

Termin wyznaczony przez Pehnulte był odległy. Gdy słoneczna tarcza w 

całości wyjrzała zza szczytu Deszczowej Góry, zorientowałem się, iŜ 

background image

cień, o którym mówił wódz Mescalerów, paść moŜe dopiero w drugiej 

połowie dnia. Ten wniosek — przez dziwne skojarzenie — przypomniał 

mi, iŜ od rana nic jeszcze nie miałem w ustach. Natychmiast poczułem 

głód. I to jaki! Powiedziałem o tym Karolowi.

— Wytrzymaj jeszcze trochę, Pehnulte na pewno o tym pomyślał.

Cicho westchnąłem. Ostatecznie jednak moje dolegliwości fizyczne 

warte były ceny bezkrwawego zwycięstwa. Więc nic nie 

odpowiedziałem. Ale oto — co mnie bardzo podniosło na duchu — 

poprzez zaporę płomieni przedarł się ku nam donośny głos:

— Ostry NóŜ chce mówić z Pehnulte!

— Niech wyjdzie z wąwozu — odparł Wielki Jeleń.

— Czy Pehnulte przyrzeka Ostremu NoŜowi, Ŝe będzie mógł odejść nie 

zatrzymywany?

— Przyrzekam, jeśli zjawi się przede mną bez broni w pokojowych 

zamiarach.

— Czy ma przyjść sam?

— Wojownicy Lipan są gadatliwi jak stare sąuaw! Czy Ostry NóŜ lęka 

się Mescalerów? Powiedziałem, Ŝe go nie zatrzymamy. Howgh!

Nie padło juŜ Ŝadne dalsze pytanie. Po tamtej stronie musiano zapewne 

naradzać się, bo znowu zaległa cisza. W końcu po wielu, wielu minutach 

oczekiwania ten sam głos zawołał:

— Odsuńcie ogień! Ostry NóŜ chce przejść: 

— Uwaga — szepnął Karol.

— Niech moi biali bracia przesuną się na jedną stronę. JeŜeli Ostry NóŜ 

będzie próbował się przebić, moglibyśmy się nawzajem pozabijać.

Zastosowaliśmy się natychmiast do tego polecenia. Pehnulte był 

przewidujący.

Teraz dwu Mescalerów długimi gałęźmi zmoczonymi w potoku poczęło 

rozwalać jedną z ogniowych barykad, tę, która płonęła na lewym brzegu. 

background image

Część Ŝarzących się głowni odsunięto pod ścianę, część zepchnięto w 

nurt. Uniosła się chmura pary i dymu. Gdy opadła — ujrzałem po raz 

drugi tego ranka wyniosłą postać Ostrego NoŜa.

Szedł teraz ku nam nie spiesząc się. Za jego plecami dojrzałem grupę 

trzech czy czterech Indian, ale ani jednego białego. Pehnulte ostrzegł:

— Niech Ostry NóŜ natychmiast odprawi swych wojowników. Będę 

rozmawiał tylko z nim.

Poskutkowało. Widziałem, jak wielkolud odwrócił się na chwilę, a 

grupka postępująca za nim zaraz się cofnęła. Usiedli półkolem, ale w 

odległości kilku jardów od cieśniny. Chyba zrozumieli, Ŝe Ŝadne sztuczki 

nie poprawią ich sytuacji.

Pehnulte — dotąd stojący — teraz usiadł mając za plecami stok kotlinki. 

Nasza “biała" trójka zajęła miejsca nieco z boku, aby móc swobodnie 

obserwować wylot wąwozu. Trzej wojownicy Mescalerów nadal 

spoczywali w trawie z bronią wymierzoną w rozpadlinę.

Ostry NóŜ wysunął się wreszcie przed skalne wrota. zatrzymaj się i 

rozejrzał dokoła. Siadając naprzeciwko Pehnulte, musiał odwrócić się 

tyłem do wąwozu.

Czekałem, co dalej nastąpi. Indianie nie spieszą się z rozpoczęciem 

rozmowy. Długotrwałe milczenie symbolizuje wielką mądrość, dodaje 

powagi wojownikowi. Teraz więc, gdy Ostry NóŜ zajął przeznaczone 

dlań miejsce, milczeli obaj. Wielki Jeleń udawał, Ŝe w ogóle nie 

dostrzega swego przeciwnika: bawił się woreczkiem od leków 

zawieszonym na szyi i od czasu do czasu spoglądał w niebo, jak gdyby 

właśnie stamtąd oczekiwał przybycia wysłannika.

Obserwowałem twarz Ostrego NoŜa. Początkowo nie zdradzała Ŝadnych 

uczuć. Jednak po paru minutach poczęła chmurnieć. Wodza ogarniało 

zdenerwowanie pomieszane z gniewem, którego nie potrafił juŜ ukryć. 

Na koniec wybuchnął:

background image

— Czego Pehnulte szuka na niebie?! Przyszedłem na rozmowę o 

ludziach, nie o ptakach!

Dostrzegłem nikły cień uśmiechu na twarzy Wielkiego Jelenia. Dopiero 

teraz spojrzał przed siebie.

— Witam Ostrego NoŜa — powiedział spokojnie. ——Gdyby jego 

słowa były inne, gdy bawiłem u wojowników Lipan, nie siedziałby teraz 

przede mną jako wróg. Ale ja nie pragnę przelewu krwi. Howgh!

Umilkł. Widziałem, jak pierś Ostrego NoŜa podniosła się w głębokim 

oddechu. Po raz drugi w tak krótkim odstępie czasu wódz Mescalerów 

zapewniał go, iŜ nie chce walki.

— Czy Pehnulte wypali ze mną fajkę pokoju?

Jak na mój rozum było to bezczelne pytanie. Tak samo musiał je ocenić 

Pehnulte, bo odparł ostro:

— Wojownicy Lipan oddadzą wszystką broń, zanim zostaną 

wypuszczeni. Koni nie odzyskają. Ostry NóŜ rozbroi trzech białych i 

przywiedzie do mnie człowieka, który jest ich jeńcem. O niego 

najbardziej nam chodzi. Kiedy to wszystko zostanie dokonane, zasta-

nowię się, czy mam wypalić fajkę pokoju. Howgh!

Ostry NóŜ widać nie spodziewał się tak cięŜkich warunków. Zbyt wiele 

wiązał nadziei z niechęcią wodza Mescalerów do rozlewu krwi. Teraz 

dowiedział się prawdy i to go rozzłościło. Zerwał się z ziemi i ochrypłym 

głosem krzyknął:

— Nigdy!

Na twarzy Pehnulte nie drgnął ani jeden muskuł, nawet nie poruszył się. 

Obojętnym głosem, jak gdyby kończąc przerwaną pogawędkę, dodał:

— Wojownicy Mescalerów czekać będą do zachodu słońca. Teraz Ostry 

NóŜ moŜe odejść.

Powiedziawszy to podniósł się powoli i nie patrząc na swego 

przeciwnika odwrócił się do niego plecami. Tamten stał przez chwilę 

background image

nieco pochylony, gotując się do skoku. Widziałem, jak dłonie jego 

zacisnęły się niby drapieŜne szpony, a oddech stał się szybki. Ale to 

trwało krótko. Wyprostował się i nie obdarzywszy nas ani jednym 

spojrzeniem, ruszył w kierunku szczeliny. Kiedy ją minął i zniknął nam z 

oczu, stos płonących drew znowu zatarasował przejście.

— Gniew mu rozum odebrał — odezwał się pierwszy Colorado i tak 

głośno, aŜ drgnęliśmy. — To szaleniec!

— Wieczorny cień przywróci mu rozsądek — odparł Pehnulte i zaraz 

dodał, jak gdyby dla zaakcentowania, iŜ szaleństwa Ostrego NoŜa nie 

traktuje powaŜnie: — Na moich białych braci czeka juŜ pieczeń z 

antylopy. Wojownicy rozpalili ogień pod lasem. A trzech z nich naleŜy tu 

przysłać. Do wieczora będzie spokój, ale przezorność jest równa 

mądrości. Idźcie.

Z kotlinki znajoma juŜ droga doprowadziła nas nie do jednego, ale do 

kilku ognisk, przy których Indianie piekli mięso. Wreszcie mogłem 

zaspokoić głód. Ale zaraz potem uczułem wracającą falę ocięŜałości i 

snu. Karol na pewno musiał być równie zmęczony, lecz stary nawyk 

traperski nie pozwolił mu kłaść się pod najbliŜszym drzewem. Widząc, iŜ 

zamierzam tak właśnie postąpić, zapewnił mnie, iŜ najwygodniej będzie 

spocząć obok własnych koni. Odprowadziliśmy więc trzy wierzchowce 

na sam skraj lasu i tu rozsiodłali. Karol natychmiast otulił się pledem i 

podsunął siodło pod głowę.

— Radzę wam postąpić tak samo — mruknął. — Nie wiadomo, co nas 

czeka w nocy.

Odwrócił się plecami i — załoŜę się — po minucie spał. Począłem sobie 

mościć legowisko. Nareszcie odeśpię zaległości. Jednak nie dane mi było 

tego dokonać. Colorado skończył czyścić konia, ale nie połoŜył się. 

Widziałem, jak krąŜył tu i tam, bez jakiegoś widocznego celu. Coś go 

niepokoiło. Na koniec przystanął, rozejrzał się dokoła i zerkając na 

background image

ś

piącego Karola, podszedł do mnie.

— Nie mogę spać, doktorze — rzekł jakby usprawiedliwiającym tonem.

— Co pana gnębi? — zapytałem nieco sennie. — Indianie?

— Nie, nie w tym rzecz. Dziwne myśli przychodzą mi do głowy i nie 

mogę się ich pozbyć. Ot, wspomnienia przeszłości... Czuję, Ŝe muszę się 

wygadać, doktorze, moŜe odzyskam spokój.

W pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi na dziwny ton słów ani na samą 

propozycję i odparłem machinalnie:

— Dobrze, pogadamy, jak się wyśpię. Ziewnąłem rozciągając na 

murawie pled. Traper

połoŜył mi dłoń na ramieniu.

— Później moŜe nie starczyć czasu.

Przetarłem dłonią oczy.

— Co? Co pan powiedział, Colorado? MoŜe z Karolem, jeśli to coś 

waŜnego... ale on juŜ śpi — westchnąłem.

— Nie trzeba budzić — zaprotestował. — Ja mam sprawę do pana, 

doktorze, ot, taką prywatną... Chodźmy gdzieś na boczek.

Ujął mnie pod ramię i odprowadził poprzez gęstwinę krzewów aŜ na 

trawiasty wygon, gdzie rosło samotne drzewo.

— Siadajmy, doktorze. Tu nam nikt nie przeszkodzi, a i my nikomu.

Byłem zmęczony, ale zaniepokoił mnie wygląd Colorado. Twarz miał 

powaŜną, a oczy spoglądały prawie surowo. Usiadłem na trawie, plecami 

oparłem się o kostropaty pień.

— Czy pan wie, doktorze, kim ja jestem? — zaczął dość nieoczekiwanie.

Uśmiechnąłem się:

— Znakomitym strzelcem i doświadczonym traperem.

— Ach tak, ale to jeszcze nie wszystko, to prawie nic. Ale pan się dowie.

Zupełnie mnie to zdezorientowało. Czego chciał ode mnie Colorado?

— Dobrze — zgodziłem się ustępliwie — ale dlaczego...

background image

— Niech pan nie przerywa. Muszę to powiedzieć. Właśnie panu. Jest pan 

jedynym tutaj człowiekiem, który potrafi zrozumieć.

— Przesada, Colorado.

Nie. Jest pan człowiekiem z dalekich miast wschodu, skąd i ja pochodzę.

— Domyślałem się tego.

— Lecz na pewno nie domyślił się pan, dlaczego i w jakim charakterze w 

te strony przybyłem. Po co przyjechałem na Dziki Zachód, a był on 

wówczas na pewno dzikszy niŜ obecnie. Odległe to lata.

Odetchnął głęboko. Jeszcze nigdy nie widziałem Colorado w takim 

nastroju.

— Ja tu, doktorze, przyjechałem jako.. prawnik. Stwierdzenie to stało się 

dla mnie czymś tak nieoczekiwanym, Ŝe głośno krzyknąłem: — Co?!

— Jako prawnik, z dyplomem uniwersyteckim w kieszeni — powtórzył. 

— Niech pan posłucha...

background image

Tajemnica starego trapera

Wyrzuciło go wnętrze zakurzonej karocy—dyliŜansu, który dwa razy na 

dobę przebiegał ten ostatni odcinek przetartego szlaku. Dalej na zachód 

nie istniało juŜ nic poza dziką przyrodą, poza rozproszonymi plemionami 

Indian, poza górami, które wznosiły swe posrebrzone śniegiem szczyty 

hen, daleko na horyzoncie. Wypchnęła go z wnętrza dusznego pojazdu 

niecierpliwość, która nie zezwoliła czekać, aŜ umilkną ostatnie uderzenia 

końskich kopyt, a woźnica triumfalnie strzeli z bata za pomyślnie 

skończoną podróŜ.

Wyskoczył, gdy tylko ujrzał pierwsze zabudowania, a dyliŜans z 

gwałtownego pędu przeszedł w leniwy trucht. Szybciej nie sposób było 

tu się posuwać, przeszkadzała wąskość uliczki i dziwna jej 

nieregularność. Domki, szopy, budy i stragany stały tu zupełnie do-

wolnie: raz cofały się, raz posuwały, tworząc nieoczekiwane placyki lub 

węziny, przez które z trudem przecisnąć się mogła szeroka kolasa. 

Wyskoczył na jednym z takich placyków przed piętrowym, nieforemnym 

domem.

Słońce zachodziło i deska wisząca nad wejściem do gospody “Pod 

Dzielnym Psem" przybrała czerwoną barwę. Popatrzał na napis, na 

brudne, małe okienka,

na ściany nieokreślonej barwy, szare jakieś i zgniłe, na śmiecie walające 

się przed obejściem, na cały ten obraz zaniedbania, chociaŜ Ŝaden 

budynek nie mógł tu być stary. Ale widać czas upływał w tych stronach 

szybciej.

Pomyślał, Ŝe tej gospodzie pasowałaby raczej nazwa “Pod Zdechłym 

Psem", lecz cóŜ było robić? Pchnął drzwi i wkroczył do środka. Znalazł 

background image

się w długiej izbie, mrocznej, wypełnionej krwawym refleksem wie-

czornej zorzy błyskającej na szybach. Pod wpływem pierwszego 

wraŜenia aŜ się cofnął, lecz zaraz się zreflektował: nie zna przecieŜ 

nikogo w tym miasteczku, a inne gospody przedstawiają się na pewno 

podobnie albo gorzej.

Podszedł do szynkwasu, który w odległym kącie dziwnie złowieszczo 

połyskiwał metalowymi okuciami, podobny do wielkiej barykady 

tarasującej przejście w głąb domostwa. Spodziewał się, Ŝe ujrzy za 

blachą obitą ladą oberŜystę z obliczem zbrodniarza, co pasowałoby do 

tego ponurego wnętrza. Zapomniał więc języka w ustach, gdy zagadnął 

go głos o brzmieniu nieoczekiwanie delikatnym, o wysokiej tonacji:

— Słucham pana...

Spojrzał na młodą dziewczynę i zająknął się:

— Czy tu ktoś obsługuje?...

— Właśnie ja. Zaraz przyniosą światło — i odwróciwszy głowę 

powiedziała głośno i wyraźnie: — Francis! Przynieś lampy. — I znowu 

powtórzyła: Słucham pana...

— Chcę wynająć pokój na kilka dni. Czy jest jaki wolny?

— Tak, proszę pana...

— Zastałem gospodarza?

— Nie, proszę pana. Ojciec wyszedł na chwilę.

— Mam z panią załatwić?

— Tak, proszę pana.

— Chciałbym obejrzeć pokój.

— Tak, proszę pana. Chłopiec zaprowadzi....

“Tak, proszę pana. Nie, proszę pana..." — uśmiechnął się.

— Pusto tu — zauwaŜył.

— Tak — potwierdziła — PrzewaŜnie schodzą się wieczorem, a dzisiaj 

jest piątek.

background image

Nie zrozumiał, co ma wspólnego piątek z pustą salą, ale nie zapytał, 

tylko stwierdził pół Ŝartem, pół serio:

— Nie jest pani rozmowna.

Nie odpowiedziała od razu, dopiero gdy zabłysły jak małe słońca dwie 

metalowe lampy naftowe wniesione przez chłopca, rzekła:

— Zawieś, Francis — a zwracając się do przybysza, z nutką niecierpli-

wości w głosie: — Tu często lepiej mówić mniej, zwłaszcza kiedy się 

stoi za ladą. — I podnosząc ton o pół nuty wyŜej: — Pan myśli, Ŝe to 

przyjemne?

Przerwała nagle i po sekundzie dodała juŜ zupełnie beznamiętnym 

akcentem: 

— Francis, zaprowadź pana na górę, weź klucze z tablicy, siódemkę.

Po czym odwróciła się do półek zastawionych butelkami i szkłem.

“Patrzcie ją! — pomyślał podróŜny. — Jaka harda! Nawet na mnie nie 

spojrzała."

JednakŜe mylił się. Nie zdając sobie z tego sprawy, zwracał na siebie 

uwagę ubiorem. Nikt tak się tu nie odziewał. W czarny, miejski garnitur, 

w kołnierzyk z krawatem, w kapelusz z małym, lekko podwiniętym 

rondem. Walizeczka, którą trzymał w ręku, była na pewno równie 

elegancka, co mało pakowna. Takich tu nikt nie uŜywał.

Dziewczyna zza lady dobrze to wszystko zauwaŜyła, ale wnioski 

zachowała dla siebie. W półdzikim kraju nieoględne słowo było równie 

niebezpieczne, jak ukąszenie Ŝmii. Więc juŜ lepiej: “tak, proszę pana... 

nie, proszę pana..."

PodróŜny nie bawił długo na piętrze. Zszedł do sali, zamówił kolację i 

skończył ją wtedy, gdy przy oświetlonym juŜ bufecie gromadzić się 

poczęli stali i przypadkowi bywalcy “Dzielnego Psa". Ludzie róŜnych 

zawodów i bez zawodu, rozmaitego pochodzenia, wieku, umiejętności. 

Przybysze ze wszystkich stron świata szukający szczęścia na ziemiach 

background image

dziewiczych. Pionierowie przyszłej cywilizacji tych obszarów, ale 

jednocześnie — jakŜe często! — lenie, obiboki i zwykłe rzezimieszki 

szukające łatwego chleba.

To były czasy wielkich wędrówek, lata, w których przystępowano do 

budowy pierwszej linii kolejowe] mającej połączyć wschód z zachodem 

wielkiego kontynentu *. To były lata, w których Oklahoma naleŜała 

jeszcze do czerwonoskórych *, a odkryte świeŜo bogactwa mineralne 

nowych ziem w jednym tylko roku ściągnęły na Dziki Zachód prawie sto 

pięćdziesiąt tysięcy ludzi do pracy w górnictwie.

JednakŜe przybysza nie interesowały tego wieczoru postaci coraz gęściej 

tłoczące się przy szynkwasie. Prawdopodobnie był zmęczony 

całodzienną podróŜą. Skończywszy posiłek udał się do swego pokoju i 

natychmiast zasnął. W jego wieku zasypia się natychmiast, a czarno 

ubrany podróŜny nie liczył sobie więcej niŜ dwadzieścia kilka lat.

Nazajutrz wstał wcześnie i opuścił gospodę. W tym samym ciemnym 

ubraniu, ale bez walizeczki Przed wyjściem powiedział do gospodarza 

zastępującego córkę za kontuarem:

— Nazywam się Lytton, Samuel Lytton. Mieszkam tu od wczoraj.

— Wiem. Gabriela mi mówiła. Czy o pana będzie kto pytał?

— Bardzo wątpię — odparł Ŝartobliwie. — Byłoby to wydarzenie 

nieprawdopodobne.

Gospodarz odwzajemnił się uśmiechem:

— Tu wszystko jest prawdopodobne. Pan pierwszy raz?

— Tak. Nie znam nikogo w tych stronach.

Uczynił krok w kierunku drzwi, ale jeszcze zatrzymał się na chwilę:

— Gdzie mieszka szeryf?

Gospodarz, potęŜnej budowy blondyn o siwiejących włosach i 

czerwonym obliczu, przerwał ustawianie kufli na półce.

— Ma pan jakieś kłopoty? — zagadnął poufnym tonem, ale zaraz dodał: 

background image

— Nie wtrącam się w cudze sprawy. Tu jest tylko jedna ulica. Pójdzie 

pan na prawo, gdzie stacja dyliŜansu. Jeszcze nikt tu nie zabłądził.

Roześmiał się krótko i zabrał się do wycierania lady, mimo Ŝe nie było 

na niej ani kropelki wilgoci, ani pyłku kurzu.

Mowa o linii kolejowej “Union Pacific", której budowę rozpoczęto w 1863—64 r.

Oklahoma — dziś jeden ze stanów Ameryki Północnej. Drugi po Arizonie, stan z największą 

liczbą ludności indiańskiej. Mowa tu o roku 1864.

Nieznajomy poŜegnał go skinieniem głowy. W chwilę później wędrował 

piaszczystą drogą—ulicą, po której z rzadka przemykał lekkim truchtem 

samotny jeździec lub przechodzień brząkający wielkimi ostrogami. Biuro 

szeryfa odnalazł przy niewielkim placu, na którym tkwiła teraz 

zakurzona buda dyliŜansu, a czwórkę koni przy dźwięku łańcuchów, 

potupywaniu zwierząt i okrzykach woźniców zaprzęgano właśnie do 

wehikułu. Grupka osób stała z boku, odziana w róŜnobarwne opończe. 

PodróŜni: trzech męŜczyźni i dwie kobiety. ZauwaŜył to jednym 

spojrzeniem i poszedł dalej. Niedaleko. DyliŜans stał przed szeroką, 

ocienioną spadzistym daszkiem werandą, a zaraz pod daszkiem wisiał 

kolorowy szyld. Pod słowem “Colorado" * namalowano falistą linią 

niebieski poziomy pas, symbolizujący zapewne słynny kanion, przez któ-

ry przepływa rzeka o tej samej nazwie.

Obok wznosił się domek, węŜszy i niŜszy, z jednym oknem 

zaopatrzonym w mocną kratę. Komu ta krata nie zdradziła tajemnicy 

wnętrza, tego informował ostatecznie napis umieszczony na wąskich 

drzwiach osadzonych w ścianie o dwa kroki od okna: “Szeryf w Little 

Price".

Uśmiechnął się. Ta nazwa bawiła go od pierwszej chwili, gdy o niej 

usłyszał *.

Zastukał do drzwi. Wesoły głos zawołał z wnętrza:

background image

— Wejść!

Nacisnął klamkę, pchnął. Zawiasy nawet nie skrzypnęły. Ujrzał pustą 

przestrzeń izby ograniczoną nagą ścianą. AŜ zdziwił się, Ŝe tyle miejsca 

znajduje się we wnętrzu tak niewielkiego budynku.

Po prawej stronie stały dwa biurka, jedno niedaleko drugiego, 

zagradzające drogę do następnych drzwi na głucho zawartych. Za 

jednym z tych biurek sterczało puste krzesło, za drugim siedział człowiek 

o twarzy suchej, pociągłej, 

Kolorado — jedna z najdłuŜszych rzek A.P. (2.900 km), słynna z malowniczego kanionu.

krzaczastych brwiach, z kosmykiem czarnych włosów spadającym na 

czoło i zarysowującą się na czubku głowy łysiną.

— Czy moŜna? — zapytał gość.

Został zmierzony bacznym spojrzeniem szaroniebieskich oczu:

— Pan nietutejszy. Miejscowi nie mają takiego zwyczaju.

— Jakiego? — zapytał nieco zdziwiony.

— Nie pytają, czy moŜna. Weź pan tamten stołek i siadaj. Nie lubię 

rozmawiać, gdy kto przede mną stoi. No więc, o co chodzi?

— Nazywam się Samuel Lytton. Do Little Price przybyłem wczoraj. 

Szukam pracy.

— Tu nie kantor pośrednictwa, młodzieńcze — ocenił natychmiast jego 

wiek. — Ale dam radę: trzy mile stąd są roboty ziemne przy budowie 

kolei. Niech się Pan tam zwróci. InŜynier? — zakończył pytaniem swą 

informację.

— Nie.

— Technik?

Przeczące potrząśnięcie głową.

background image

— Hm, to na nic. Do roboty z łopatą chyba się pan nie nadaje. Proszę 

pokazać dłonie. Nigdy pan nie pracował fizycznie. Czego pan tu szuka? 

A moŜe jakieś grzeszki na sumieniu? Radzę natychmiast wracać. Rolnik, 

górnik, inŜynier, kupiec, traper... tylko tacy mają tu jakąś szansę i 

przyszłość. Pan nie jest Ŝadnym z nich. Moje stare oczy od razu to 

zauwaŜyły. Wracaj, młodzieńcze, wracaj. DyliŜans, zdaje się, jeszcze nie 

odjechał.

Jakby na zaprzeczenie tych słów, gdzieś zza okna dobiegł przytłumiony 

turkot kół.

— Do licha! Właśnie odjechał. Ale jutro będzie drugi.

— Nie mam zamiaru stąd wyjeŜdŜać*.

Little Price — dosłownie: mała cena.

— Nie? Dlaczego? A moŜe... Ma pan broń?

— Nie.

— Umie pan strzelać?

— Nigdy nie strzelałem:

Szeryf wybuchnął gromkim śmiechem:

— Przez sekundę podejrzewałem, Ŝe mam do czynienia z którymś z 

takich obiboków, co to nie sieją ani orzą... Ale nie. Przykro mi, Ŝe nie 

mogę w niczym pomóc. MoŜe w którejś z gospod? Słyszałem, Ŝe po-

trzebują do obsługi... Co pan właściwie potrafi?

— Jestem prawnikiem. Skończyłem uniwersytet harwardzki *.

— Ho, ho! Rzadko się tu trafia ktoś taki. Powiem, Ŝe raczej się nie trafia. 

Wybralibyśmy pana na sędziego. Za jakie... dwa, trzy lata. W tej chwili 

pański zawód nikomu tu na nic się nie przyda. Ach, gdyby pan był 

chociaŜ lekarzem! Ale prawnik...

— Nie przyszedłem tu bez celu, szeryfie, a do właściwego miejsca pracy.

background image

— Co pan ma na myśli? Tu pracować? U mnie?

— Właśnie tak — stwierdził z lekkim uśmiechem. — PrzecieŜ szeryf... 

to prawo.

— Pięknie powiedziane. Jednak w naszych specyficznych — przymruŜył 

oko — warunkach wystarczy znajomość kilku przepisów i umiejętność 

władania bronią. Tak, tak, młody człowieku. Resztę pozostaw sędziemu. 

Jak się masz, Roger?

Ostatnie słowa zostały skierowane do nieoczekiwanego gościa, którego 

wejścia Lytton nawet nie zauwaŜył.

— Co słychać?

— MoŜe przeszkadzam?

— Nigdy nie przeszkadzasz — stwierdził szeryf. — Patrz, to kandydat 

na 

Słynny uniwersytet załoŜony w 1636 r. w Bostonie. 

wiceszeryfa. Co ty na to? Przyjrzyj mu się.

Lytton odwrócił głowę. Nieco z boku, oparty o puste biurko, stał 

męŜczyzna o tak charakterystycznej twarzy, Ŝe nie mógł od niej oczu 

oderwać. Profil, czoło, łuki brwi, zarys nosa i podbródka tworzyły za-

skakujący wizerunek. Tak musiał wyglądać Juliusz Cezar w 

młodzieńczym wieku. Rzymianin w Little Price!

Przybysz zauwaŜył badawcze spojrzenie, ale nie zmieszał się ani 

zadziwił.

— Przepraszam — odezwał się Lytton. — Pańska twarz przypomina mi 

oblicza staroŜytnych posągów.

A dostrzegłszy zdziwione spojrzenia obu, dodał: — Pan wygląda jak 

Juliusz Cezar... .

— Czy to jakiś prawnik? — mruknął szeryf marszcząc krzaczaste brwi.

background image

— Nie znam Ŝadnego Cezara — stwierdził nieznajomy.

Lytton stłumił śmiech.

— Ja go równieŜ nie znałem — odparł — ale czytałem o nim wiele. To 

był wielki wódz w dawnych czasach.

— Jeśli tak, bardzo pasuje do Rogera. On z pewnością kiedyś będzie 

wodzem — powiedział półŜartem szeryf. — Mógłby zrobić karierę 

pracując ze mną, ale nie chce.

— Pomagam, jak mogę. Chyba pan nie zaprzeczy? Kto zdemaskował 

szulera w oberŜy Patricka? Albo zaprowadził do więzienia Czarnego 

Billa?

— Nie zaprzeczam, ale to była twoja ochotnicza akcja. A ja ciągle myślę 

o tobie jako o swoim zastępcy.

— Nie, Pool, tego się nie doczekasz.

Lytton wreszcie dowiedział się nazwiska szeryfa.

— Futerka bardziej mi się opłacają — mówił dalej Roger. — Nie znam 

się nic a nic na prawie. Masz zresztą kandydata.

— Kandydat chce, ale ja go nie chcę. Wiesz, czym on jest?

— Dla mnie wygląda w sam raz na zastępcę szeryfa — tu skłonił się 

Lyttonowi.

— Nie Ŝartuj, Roger. On jest, nie zgadniesz: prawnikiem!

— Świetnie! Jakby z nieba spadł. Nie ma się nad czym zastanawiać.

— Nie umie strzelać.

— Tym lepiej.

Tu Lytton wtrącił się gwałtownie:

— Czy pan wie, dlaczego tu przybyłem? Bo uwaŜam, Ŝe trochę prawa i 

praworządności przydałoby się w codziennym Ŝyciu mieszkańców 

Zachodu. Rozmowa z panem potwierdziła jeszcze ten pogląd. Wymiar 

sprawiedliwości to wcale nie pewne oko i pewna ręka z palcem na 

cynglu.

background image

— Brawo! — wykrzyknął Roger. — Wreszcie ktoś powiedział prawdę.

— UwaŜam — mówił dalej Lytton mile zaskoczony nieoczekiwanym 

poparciem — Ŝe na tych ziemiach zbyt wiele jest strzelaniny. W końcu 

czasami nie wiadomo, co róŜni szeryfa od... — zaciął się.

— Od zwykłego bandyty — wpadł mu w słowo Roger.

Szeryf poczerwieniał.

— Czy to do mnie pite? Jak na kandydata na mego pomocnika wysuwa 

pan zadziwiające argumenty. Tobie równieŜ się dziwię, Roger. No — 

podniósł się z krzesła — skończmy rozmowę.

— Nie przesadzaj, Pool. Nasz gość przecieŜ nie ciebie miał na myśli. Ani 

ja. Jesteś najlepszym szeryfem, jakiego poznałem od lat. Właśnie 

dlatego, Ŝe umiesz wysłuchiwać innych. Weź go.

Było coś tak przekonywającego w głosie, iŜ Pool z powrotem osunął się 

na krzesło.

— Obiecuję swoją pomoc — dodał Roger. — Jeśli się nie zgodzisz... 

umywam ręce od wszystkiego.

— To się nazywa szantaŜ, jeśli się nie mylę.

— Nie będziemy się spierać o nazwę.

— Ale dlaczego ci tak zaleŜy?

— Nie znajdziesz nikogo lepszego. Nie znajdziesz w ogóle nikogo. Brak 

tu amatorów na tak kiepską płacę i na tak odpowiedzialną robotę.

— Zapomniałeś chyba, Ŝe nasi ludzie to nie baranki. Jak sobie 

wyobraŜasz doprowadzenie do aresztu jakiegokolwiek awanturnika przez 

nie uzbrojoną osobę?

— Uzbroisz go. Kto tam będzie wiedział, Ŝe nie umie strzelać? Zresztą 

zapoznam go z bronią.

— I zginie w pierwszej bójce — upierał się szeryf.

— Powiedziałem juŜ, Ŝe nauczę go strzelać.

— Dobrze, ustępuję. Będziesz go miał na sumieniu.

background image

Odsunął z hałasem szufladę, pogrzebał w jej wnętrzu, zatrzasnął i cisnął 

na blat lśniącą, sześcioramienną gwiazdę. Brzękła metalicznie i 

potoczyła się wprost w kierunku ręki Lyttona.

— Trzymaj pan aŜ do chwili — tu spojrzał surowo — w której zaŜądam 

jej zwrotu. Co, jak sądzę, wkrótce nastąpi. Nazywam się Pool, Gerald 

Pool, a ten — wskazał palcem — to Roger Drake. Jemu pan zawdzięcza 

nową posadę. Radzę podziękować, i to zaraz. Po paru dniach odejdzie 

juŜ panu ochota. Little Price to nie Waszyngton ani Boston. A teraz... 

idźcie sobie obaj! PokaŜ mu, Roger, miasto. To przecieŜ twoja sprawka. 

Jutro, panie Lytton, oczekuję tutaj. Rankiem. No, to na razie wszystko.

Wyszli zostawiając szeryfa w bardzo złym humorze.

— Dziękuję — Lytton odezwał się pierwszy. — Nie sądziłem, Ŝe natrafię 

aŜ na takie trudności, gdyby nie pan..

— Głupstwo. Pool zawsze marzył, Ŝeby mieć “kogoś", a chętnych brak.

— Szeryf darzy pana wielkim zaufaniem.

— To prawda. Niezły z niego chłop. Ale robota kiepska i zapłata 

kiepska. Nawet dziwię się panu. — ZniŜył głos: — Co pana tu 

przygnało?

Lytton roześmiał się:

— Nic na mnie nie ciąŜy. Nie mam ukrytych celów. Po prostu będę tu 

miał szersze pole działania niŜ na wschodzie. Siedzenie w murach 

kancelarii adwokackiej, papierkowa robota..: to mi nie wystarcza. Po 

trzech latach doszedłem do wniosku, Ŝe powinienem mieć więcej do 

czynienia z ludźmi niŜ z dokumentami. Słowem i czynem pomagać 

prawu, a nie... pisaniną.

— Ach, tak...

Wydało się Lyttonowi, iŜ w głosie jego towarzysza zabrzmiał cień 

rozczarowania.

— Pan jest sam?

background image

— Jak palec. Drake kiwnął głową:

— Chodźmy. Gdzie pan mieszka?

— W gospodzie “Pod Dzielnym Psem".

— Dobrze wybrane. Na zewnątrz buda wygląda kiepsko, ale karmią 

ś

wietnie, a w pokojach czysto. Poznał pan Greiga? Solidny gość, chociaŜ 

trochę mruk. Za to córeczka... oho! — przerwał i zerknął na Lyttona. — 

Widział ją pan?

Ten fragment rozmowy odczuł Lytton — sam nie wiedział dlaczego — 

jako niemiły zgrzyt. Odpowiedział więc bez krzty wesołości:

— Z niej jeszcze większy mruk.

— Nie z kaŜdym rozmawia. Przekonam ją do pana. I to przyrzeczenie nie 

spodobało się Lyttonowi, ale szybko o nim zapomniał. Roger Drake 

okazał się bowiem wspaniałym gawędziarzem oraz kopalnią wiadomości 

o Little Price i dalszej okolicy. Dlatego przechadzka po miasteczku — 

mimo iŜ miało ono jedną tylko ulicę — trwała nadspodziewanie długo. Z 

tej wędrówki zachował Lytton w swej głowie nie byle jaki mętlik: imion, 

nazwisk, przezwisk spotykanych ludzi, nazw saloonów, składów 

towarowych i małych sklepików. Kiedy wreszcie rozstali się “Pod 

Dzielnym Psem", Lytton z przyjemnością siadł na twardym, niewygod-

nym stołku, stwierdzając, iŜ trzyletnia praktyka w adwokackim biurze 

odzwyczaiła go od chodzenia. Wędrówki, jakie odbywał podczas dni 

następnych — juŜ w towarzystwie szeryfa i ze srebrną gwiazdą przypiętą 

na wysokości serca — były mniej męczące fizycznie. Pozostawiały 

jednak po sobie dokuczliwe ślady jakiegoś zmęczenia psychicznego. 

Jego organizm źle znosił nadmiar nieoczekiwanych wraŜeń obcego dlań 

ś

wiata. Wprawiały one Lyttona w trwający od świtu do zmroku stan 

nerwowego napięcia, przechodzącego wieczorami w apatię. Ledwie był 

w stanie cokolwiek przełknąć i walił się bez czucia na łóŜko w swym 

skromnym pokoiku na piętrze. Co rano zastanawiał się, czy nie postąpił 

background image

zbyt pochopnie? Czy nie powinien był najpierw zaaklimatyzować się w 

Little Price, jako skromny, nikomu nie znany przybysz? Poznać stosunki 

i atmosferę. Przywyknąć do nowego stylu Ŝycia.

Od drugiego dnia swego pobytu wyrósł na postać o nie byle jakim 

znaczeniu. Stał się przedmiotem obserwacji, dziesiątków rozmów z 

nieznanymi ludźmi, setek podchwytliwych pytań i lekkich docinków. 

Mimo Ŝe utrzymywanych w Ŝartobliwo rubasznym tonie, przecieŜ 

nieprzyjemnych. Jego samopoczucie jeszcze się pogorszyło, gdy szeryf 

począł go wyciągać na nocne wędrówki, wprowadzać do wnętrz 

saloonów, gdzie przy słabym świetle naftowych lamp kłębił się tłum na 

pół pijanych gości, a opary dymu zmieszane z kwaśnym zapachem piwa i 

wódki aŜ wierciły w nosie. Na szczęście w tym pierwszym okresie 

szeryfoskiej słuŜby nie doszło do Ŝadnej awantury, w której konieczna 

byłaby interwencja przedstawicieli prawa. Ale i bez tego Samuelowi 

Lyttonowi nie brakło mocnych wraŜeń.

Po kilku takich nocnych wędrówkach stwierdził, iŜ szeryf nie stroni od 

kieliszka. Ten fakt sprzyjał co prawda rozładowaniu niejednej scysji 

(szeryf “stawiał" obu powaśnionym stronom, po czym strony “stawiały" 

szeryfowi i rozchodziły się w rozczulającej, pijackiej zgodzie), ale nie 

podobał się Lyttonowi, zwłaszcza iŜ Pool nie potrafił zachować umiaru.

Drugie stwierdzenie dotyczyło osoby Rogera Drake. Roger lubił grać w 

karty, i to o wysokie stawki. W trakcie nocnych wędrówek spotykali go 

często ,,przy stoliku", od którego trudno go było oderwać. Kiedy jednak 

kończył grę, stawał się znowu znakomitym kompanem i towarzyszył im 

w dalszym obchodzie Little Price, podkreślając za kaŜdym razem, iŜ 

czyni to “ochotniczo" i z czystej sympatii dla obu przedstawicieli 

porządku. Zdarzało się jednak, iŜ szeryf wychylał szklaneczkę za 

szklaneczką, a Roger Drake tkwił — obojętny na wszystko — przy 

karcianym stole aŜ do szarego świtu. Wówczas Samuel Lytton odczuwał 

background image

boleśnie swą samotność w tłumie obcych twarzy. JednakŜe cierpliwie 

znosił bezceremonialne poklepywanie po plecach, mniej cierpliwie — 

zapraszanie na “kolejkę". Nie zawsze mógł odmówić. Nieco alkoholu 

przywracało mu wewnętrzną równowagę i pewność siebie, ale kiedy 

zanosiło się na dłuŜsze “kolejki" — wymykał się z tłumu i wędrował 

ciemną i pustą ulicą, rozwaŜając w myślach, jak powinien postąpić na 

przykład w wypadku dostrzeŜenia złodzieja włamującego się do czyjegoś 

mieszkania albo na widok napadu z bronią w ręku?

Rewolwer juŜ miał. Wręczył mu go szeryf z nieco ironicznym 

uśmieszkiem, a w kilka dni później Roger — w podmiejskim lasku — 

udzielił mu pierwszej poglądowej lekcji strzelania. Tłumaczył, iŜ celne 

oko to jeszcze nie wszystko. Decyduje szybkość wyciągnięcia broni z 

futerału wiszącego przy pasie. Lytton oświadczył, iŜ nie będzie uŜywał 

takiego pasa, bo sam jego widok prowokuje do strzelaniny. Rewolwer 

równie dobrze moŜe spoczywać — niewidoczny dla innych — w 

wewnętrznej kieszeni kurtki.

Nieco później wypadek pozornie drobny stał się dla młodego prawnika 

początkiem powrotu wiary we własne siły. Podczas jednego z nocnych 

spacerów, gdy Pool znajdował się juŜ na granicy pijackiego bezwładu, a 

Roger Drake zapomniał o świecie przy talii zatłuszczonych kart, Lytton 

zawędrował do saloonu “Pod Dzielnym Psem". Kiedy pchnął drzwi, 

owionął go dobrze znany zapach alkoholu i tytoniowego dymu. Stał 

chwilę na progu, wsłuchany w gwar zmieszanych głosów, gdy nagle 

ponad te monotonne dźwięki wzbił się ochrypły wrzask. Słów nie mógł 

zrozumieć, starczyło to, co zobaczył. Dwu tęgich brodaczy trzymało za 

ramiona trzeciego, który wyciągał ręce w kierunku butelek stojących na 

bufecie. Jakiś czwarty typ, z głową nakrytą dziwacznym szczątkiem 

kapelusza bez ronda, gramolił się niezdarnie na blat bufetu — w 

przeciwległym jego krańcu. Na koniec piąty, wpół leŜąc na szynkwasie, 

background image

trzymał Greiga za obie ręce, nie pozwalając mu ruszyć się z miejsca. 

Lytton zdołał jeszcze zauwaŜyć, iŜ nikt z siedzących przy stołach nie 

zwracał uwagi na to, co się działo przy bufecie. Gwar rozmów, 

przerywany głośnymi wybuchami śmiechu, nie ucichł ani na chwilę, 

mimo iŜ jeden pijak wrzeszczał, a drugi wyrywał się współtowarzyszom 

bełkocąc coś podniesionym głosem.

Lytton zatrzymał się na dwa kroki przed szynkwasem. W głowie miał 

pustkę, nie mógł się zdobyć na Ŝadną decyzję. Stał jak bezwolny 

manekin, wydawało mu się, Ŝe bardzo długo. Nagle i niespodziewanie 

dla siebie samego ogarnęła go fala gniewu. Na to, Ŝe przybył do Little 

Price z niedorzecznym pragnieniem wpojenia w tych dzikich ludzi 

poczucia społecznego ładu i szacunku dla prawa, na samo miasteczko, 

które wydało mu się teraz zbiorowiskiem jutrzejszych przestępców, 

wreszcie — na tych zgromadzonych w sali, dla których jedyną rozrywką 

było oszałamianie się alkoholem.

— Ja tu nie pasuję — powiedział do siebie, a równocześnie podszedł do 

szynkwasu. Jednym chwytem ręki ściągnął gramolącego się na ladę 

osobnika, który runął na podłogę jak wór piachu. Teraz Lytton poskoczył 

do drugiego, szamocącego się z gospodarzem. Szarpnął go za rękaw, a 

gdy to nie poskutkowało, trzasnął pięścią w miejsce między uchem a 

szczęką. Zaatakowany zamilkł, odwrócił się bokiem i wolno osunął na 

deski.

Energia Lyttona na tym się wyczerpała.

“Co będzie, to będzie" — pomyślał ze wściekłą determinacją. Schylił się, 

schwycił leŜącego za kołnierz kurty i pociągnął po podłodze poprzez 

niski próg, aŜ w mroczną przestrzeń nocy.

Stał teraz na dworze, oddychając głośno i dziwiąc się, iŜ wszystko tak 

gładko poszło. Najbardziej jednak zdumiała go własna siła. Nigdy dotąd 

nie miał okazji jej wypróbować. Dlatego to, czego dokonał przed chwilą, 

background image

wydało mu się bajką? Natychmiast jednak zjawiła się refleksja: co dalej?

Spodziewał się, iŜ za chwilę przez drzwi wypadnie gromada towarzyszy 

pijaka, a im nie da juŜ rady.

— Do diabła z Little Price — powiedział półgłosem. — Jutro 

wyjeŜdŜam, jeŜeli będę... Ŝył.

Ujrzał w ciemności błysk światła. Drzwi otworzono, ale zamiast 

rozjuszonego tłumu ujrzał chłopca i usłyszał jego głos pełen 

niekłamanego zachwytu:

— Ale im pan dogodził, szeryfie!

— To ty, Francis? Nie jestem szeryfem.

— Ale prawie...

— Co się tam dzieje?

— Ano nic. Gospodarz mnie przysłał do pana.

— Francis, przynieś wiadro wody, ten gość chyba zemdlał.

Chłopak zniknął w mroku, ale nie na długo. Ciekawość przygnała go 

bardzo szybko. Lytton złapał za kubeł, chlusnął raz i drugi. 

Poskutkowało. LeŜący dźwignął się cięŜko, siadł i trwał w takiej pozycji 

przez dobrą minutę. Wreszcie stanął, spojrzał na Lyttona. Samuel 

oczekiwał wybuchu wściekłości. Pomylił się.

— Brrr — odezwał się pijak — ma pan twardą rękę, szeryfie. To pan 

mnie tak oblał? — I nie czekając na odpowiedź dodał: — Nazywam się 

Carter. Jestem kowalem. Gdyby pan chciał kiedy podkuć konia albo 

naprawić wóz, proszę do mnie. Kapinkę za duŜo dziś wypiłem.

Uścisnął oniemiałemu ze zdziwienia rękę i poczłapał w ciemność.

Nazajutrz rano Roger Drake powiedział:

— Wyrabiasz się, Lytton. Będą z ciebie ludzie. A szeryf niewyspany i z 

bolącą głową:

— Słyszałem o wszystkim. Nie chcę cię chwalić, mój chłopcze, ale na 

twoim miejscu nie postąpiłbym inaczej.

background image

Tak więc jedna noc stała się punktem zwrotnym w małomiasteczkowym 

Ŝ

yciu Lyttona. Zmienił się jego stosunek do otoczenia, zmienił się 

stosunek otoczenia do niego. JuŜ go nie obserwowano, ale witano! Co 

zresztą na początku napełniło goryczą serce Lyttona. Jedno uderzenie 

pięścią sprawiło to, czego nie zdołał osiągnąć głosząc szacunek dla 

prawa: dało mu autorytet. Gorycz rozpłynęła się jednak w uczuciu 

samozadowolenia, a myśl o wyjeździe została ostatecznie zapomniana.

Przez następne kilka dni nie wydarzyło się w Little Price nic godnego 

uwagi, ale wiedza Lyttona wzbogaciła się o dwie nowe informacje.

Pierwsza — Ŝe w odległości trzech mil od miasteczka buduje się odcinek 

linii kolejowej. Poinformował go o tym Pool.

— To nieustanna przyczyna moich kłopotów — stwierdził.

— Napady Indian? — wyraził przypuszczenie prawnik.

— Gdzie tam! Sami Indianie świetnie bronią robotników przed innymi... 

Indianami *. Ale kto nas obroni przed białymi?

— Nie rozumiem — stwierdził skromnie Lytton.

— Roger panu nie wspomniał? Widzi pan, tam jest zatrudniony bardzo, 

jakby to powiedzieć... rozmaity element. Nawet z pańskiego punktu 

widzenia.

— Co to znaczy, szeryfie?

— No, z prawnego punktu widzenia. Przedsiębiorstwo przecieŜ nie 

sprawdza przeszłości swych ludzi. Podejrzewam, Ŝe sporo wśród nich 

najzwyklejszych zbójów poszukiwanych przez policję wschodnich sta-

nów.

— Skąd takie przypuszczenie?

— Widzi pan, od roku trafiają się w okolicy napady na karetki pocztowe. 

A tak się składa, iŜ od roku mamy za sąsiadów budowniczych kolei.

— A przedtem nie zdarzały się napady?

— Owszem, ale nigdy w pobliŜu Little Price. Dlatego tak sobie 

background image

powiązałem jedno z drugim. Co na to pańska prawnicza wiedza?

— MoŜe to tylko zbieg okoliczności, a moŜe trafił pan w sedno rzeczy, 

szeryfie. Czy były próby pochwycenia napastników?

— Nie z mojej strony. Ja tu od trzech lat jestem sam.

Autentyczne. Plemię Pawanczów (zwane równieŜ Pini) podczas budowy linii kolejowej 

“Union Pacific" broniło zatrudnionych robotników przed napadami innych plemion 

czerwonoskórych.

— A Drake? To dzielny człowiek.

— Na pewno. Najdzielniejszy z całego miasteczka, tylko Ŝe nigdy nie 

chciał mi towarzyszyć. Przepraszam, czy pan jeździ konno?

Lytton z pewnym zakłopotaniem oświadczył, iŜ nigdy jeszcze nie miał 

okazji.

— Masz tobie — jęknął Pool. — Tego tylko brakowało. Gdzieś się pan 

uchował? Ach, prawda, w Bostonie. Ale tak dłuŜej być nie moŜe. Daję 

panu dwa miesiące na naukę jazdy albo się rozstaniemy.

— Nie mam konia — zauwaŜył skromnie prawnik.

— Zwróć się pan do Rogera. On wszystkim handluje i ma szczęśliwą 

rękę.

background image

Tajemnicy ciąg dalszy

Lytton ciągle nie mógł zrozumieć, co stanowi źródło dochodów Rogera 

Drake. On sam — zapytany — oświadczył, iŜ jest łowcą skórek, Ŝe 

polowania na skunksy, szare lisy oraz zastawianie wnyków na bobry i 

szczury piŜmowe pozwala mu nie tylko dostatnio Ŝyć, ale nawet sporo 

odkładać.

Wszystko wskazywało na to, Ŝe mówi prawdę, bo chociaŜ nie wyglądał 

na rozrzutnego, potrafił w przystępie dobrego humoru postawić kolejkę 

przypadkowym gościom obecnym w saloonie.

Szeryf Pool zagadnięty w tej sprawie stwierdził, iŜ Roger jest nie tylko 

ś

wietnym myśliwym, ale równie dobrym handlarzem koni, na których 

zna się jak nikt inny w całej okolicy. Lytton za radą szeryfa zwrócił się 

więc do Rogera. I nie zawiódł się. Drake, po kolejnym wyjeździe i 

powrocie, sprezentował prawnikowi konika zgrabnego, siwej maści, z 

kompletną uprzęŜą. Nie najnowszą, ale w bardzo dobrym jeszcze stanie.

— Masz — powiedział. — To twój rumak. Naucz się dbać o niego.

Lytton zakłopotał się. Dobry koń był tutaj w cenie, a sakiewka prawnika 

— mimo oszczędnego Ŝycia — nie wyglądała zbyt okazale.

Uspokoił go, a jednocześnie... zaniepokoił sam Roger.

— WypoŜyczam tego konia — oświadczył. — Na moje własne ryzyko. 

Jak się spodoba, pogadamy o sprzedaŜy.

— AleŜ... — zaprotestował Lytton.

— Nie mówmy o tym więcej.

ś

e sprawa rozegrała się tuŜ przed gospodą Greiga, weszli do wnętrza i za 

pomyślny nabytek wypili po szklaneczce whisky. Od tej chwili poczęli 

sobie mówić po imieniu.

background image

Następnym odkryciem, jakiego dokonał prawnik, było stwierdzenie, iŜ 

Gabriela nie ogranicza się juŜ do lakonicznych, urywanych odpowiedzi. 

Zaczęła rozmawiać. Uznał to za swój osobisty sukces, na pewno zwią-

zany z objęciem stanowiska zastępcy szeryfa. Dziewczyna podobała mu 

się coraz bardziej. Opowiedziała mu o śmierci swej matki, która zmarła 

po trudach dalekiej drogi na zachód, i kłopotach związanych z osie-

dleniem się w Little Price. Od niej dowiedział się o przygarnięciu sieroty, 

Francisa Dawsona. Jego rodzice zginęli podczas potwornej rzezi, której 

ofiarą padło stu czterdziestu osadników zdąŜających przez Utah na za-

chodnie wybrzeŜe. Ocalało wówczas tylko siedemnaścioro dzieci. 

Napastnikami byli Indianie i sprzymierzeni z nimi biali — Mormoni *.

— Nie dalibyśmy rady, gdyby nie jego pomoc! CóŜ to za człowiek!

Lytton uśmiechnął się słysząc ten okrzyk entuzjazmu.

— O kim właściwie pani mówi, Gabrielo.?,

— Ach, przepraszam. PrzecieŜ i pan mu to zawdzięcza — wskazała 

palcem na gwiazdę.

— Więc to Pool wam pomógł? 

Potrząsnęła głową:

— Myślałam o Rogerze. 

Lytton nagle spowaŜniał:

— To on pani powiedział, Ŝe ta gwiazda... — urwał w połowie zdania.

Jeśli Roger Drake był nawet samochwałem, nie wypadało mu tego 

wytykać publicznie.

— Nie — odparła dziewczyna — on tego nie powiedział, ale ja tak 

zrozumiałam. To przecieŜ prawda?

— Oczywiście — mruknął.

Wydarzenie autentyczne z 1857 r. Mormoni — sekta religijna załoŜona w 1830 r. — skłóceni 

z resztą społeczeństwa amerykańskiego wyemigrowali ze wschodnich stanów na teren Utah, 

uznany w 1850 r. przez Rząd Federalny za oddzielne terytorium, potem za samodzielne 

background image

państwo do 1910 r. Mormoni razem z Indianami napadali na białych osadników.

— Roger jest wspaniały — stwierdziła półgłosem. — ChociaŜ ojciec go 

nie lubi...

Lytton stracił ochotę do dalszej rozmowy, natomiast poczuł sympatię do 

właściciela gospody.

Po paru dniach zapomniał o tym wszystkim. Inne wydarzenia zajęły jego 

uwagę.

Pewnego pochmurnego ranka Pool powitał go równie chmurnym 

obliczem.

— Pan nic jeszcze nie wie, a mnie głowa pęka, Lytton. MoŜe od 

wczorajszej whisky, a moŜe od dzisiejszej wiadomości. Myślę, Ŝe od 

jednego i od drugiego.

— Co się stało, szeryfie?

— Napad. Napad na dyliŜans. Pierwszy od chwili pańskiego tu 

przybycia. A taki byłem przekonany, Ŝe pan mi szczęście przyniósł. 

Diabła tam! Znowu się zaczęło!

Z dalszych wyrzekań szeryfa wynikało, iŜ napadu dokonano o świcie, 

dziesięć mil na wschód od Little Price, w lesie, przez który przebiega 

droga. PodróŜnych ogołocono doszczętnie z pieniędzy. Poza tym nikomu 

z pasaŜerów nic się nie stało.

— Ilu było napastników? — rzeczowo zapytał Lytton.

— Trzech albo czterech. Zresztą moŜe... więcej? KaŜdy ze świadków 

mówi co innego. Wszyscy byli śpiący albo na pół śpiący. A strach ma 

wielkie oczy, rozumie pan. Ot, po prostu zatrzymano pojazd, kazano 

wysiąść i pod groźbą rewolwerów dokonano rewizji kieszeni i torebek. 

BagaŜy nie ruszali. Pewnie im się bardzo spieszyło.

— A co na to obsługa? Woźnica i jego pomocnik? Nie mieli broni?

— Mieli, gałgany. Zawsze mają. Głęboko schowaną, Ŝeby im nie 

background image

zabrano!

— Co?! Pan chyba kpi, szeryfie?

— To bandyci kpią sobie z nas. Znajdź pan taką obsługę dyliŜansu, która 

w obronie podróŜnych uŜyje broni! Myślę, Ŝe sami pasaŜerowie 

protestowaliby w takim wypadku. Lepiej stracić trochę grosza niŜ Ŝycie. 

Karetki nie są zbudowane z pancernych blach, a przy takiej strzelaninie... 

Rozumie pan?

— Doskonale. Tylko, Ŝe w ten sposób nie zapobiegnie się rabunkom.

— I to pan tak twierdzi! — wykrzyknął Pool. — Jeszcze nie tak dawno 

słyszałem, Ŝe umiejętność strzelania nie jest potrzebna szeryfowi, czy coś 

w tym rodzaju...

— Coś w tym rodzaju mówiłem — potwierdził Lytton. — Ale tu chodzi 

nie o szeryfa, ale o eskortę dyliŜansu. Czemu jej pan do tej pory nie 

zaŜądał?

— A to świetnie! Czy ja jestem właścicielem przedsiębiorstwa 

utrzymującego komunikację w tych przeklętych stronach? To przecieŜ 

on, czy oni, powinien zwrócić się do władz z takiej sprawie. A poza tym 

niby od kogo to miałem Ŝądać eskorty?

— Od wojska.

— Człowieku, najbliŜszy fort leŜy osiemdziesiąt mil stąd. Komendant nie

ma zamiaru wypoŜyczać Ŝołnierzy, a tylko to miałoby jakiś sens.

— Więc co pan zamierza, szeryfie?

— Nic, zupełnie nic. Ścigać bandytów nie mam z kim...

— Rozumiem — Lyttona ogarnął gniew. — Całe to biadolenie nie 

prowadzi do niczego. Co z pana za szeryf? Chyba się zwrócę w tej 

sprawie do Rogera.

— Ba, to samo chciałem uczynić. Drake wyjechał po swoje futerka. 

Trzeba czekać.

Lytton zdołał juŜ przywyknąć do zwyczajów szeryfa. Ale jego spokój w 

background image

tej sprawie wydał mu się równoznaczny z tchórzostwem. Nic jednak nie 

powiedział. Kiedy w parę dni później Ŝalił się z tego powodu przed 

Rogerem Drake, zawiódł się srodze.

— Ciągle jeszcze nie moŜesz, Samuelu, zrozumieć sytuacji Poola. Wierz 

mi, a znam go dość dobrze, Ŝe uczyni wszystko, aby utrzymać spokój w 

Little Price. Mieszka tu sporo rozsądnych ludzi, na których moŜe liczyć, i 

dlatego mało awantur, a od lat Ŝadnych zbrodni. Pool potrafi się dogadać 

z kaŜdym. Ale zupełnie inaczej rzecz się przedstawia, gdy chodzi o 

napady poza miastem. Chętnych do ścigania bandy nie znajdziesz. Pool 

w pojedynkę nie wskóra nic. Z tobą... wybacz, równieŜ nic! Jak zresztą 

wyobraŜasz sobie schwytanie napastników? Będziecie ich szukać na tych 

pustkowiach? A moŜe zamieszkacie na stałe w dyliŜansie w oczekiwaniu 

na kolejny napad?

— Więc cóŜ radzisz? Liczyłem na ciebie.

— I nie zawiedziesz się. KrąŜę dość często po okolicy, moŜe trafię na 

jakiś ślad, wskazówkę. Wówczas obmyślimy plan działania, ale teraz daj 

sobie z tym spokój. Ostatecznie ci napastnicy nie uczynili nikomu 

krzywdy, a Ŝe przetrząśnięto nieco mieszków... — klepnął Lyttona po 

plecach. — Chodź, Samuelu, na piwo.

Lytton nie mógł pogodzić się z taką niefrasobliwością, ale nie 

protestował. Nie umiał znaleźć argumentów, by przekonać Rogera.

W tydzień później trafiła się jedna z “piekielnych sobót", jak ją Pool 

nazwał. Zwaliło się tego dnia do Little Price ze stu robotników 

kolejowych. PoniewaŜ od poniedziałku przechodzili na dalszy odcinek 

budowy, dobre dziesięć mil od miasteczka, postanowili na poŜegnanie 

odpowiednio się zabawić. Pool stanął tym razem na wysokości zadania. 

A przecieŜ były i rewolwerowe salwy, bez skutku — na szczęście, i 

bójki, i niesamowite wrzaski, które postawiły w środku nocy całe Little 

Price na nogi. śe jednak nie doszło do zdemolowania wszystkich 

background image

saloonów przez pijaną bandę, do walki na noŜe i podpalenia całego 

miasteczka — była to zasługa szeryfa wspieranego silnie (niekiedy w 

dosłownym znaczeniu!) przez Rogera Drake i Lyttona. Cała trójka na-

pracowała się niemało, korzystając zresztą z pomocy co stateczniejszych 

obywateli miasta. Nad ranem szeryfoski areszt był pełen. Skoro 

aresztanci wytrzeźwieli, Pool wypuścił ich uwaŜając, iŜ nie ma potrzeby 

zawracać głowy sędziemu, i to tym bardziej, Ŝe mieszkał aŜ w Ogden, 

szmat drogi.

Samuel Lytton jeszcze raz się przekonał, Ŝe bez wielkiego wysiłku 

potrafi zwalić z nóg najtęŜszego siłacza. Ten fakt nie sprawił mu jednak 

specjalnej przyjemności. Począł marzyć o stanowisku sędziego jako o 

funkcji bliŜszej jego umiejętnościom prawniczym niŜ zastępstwo szeryfa. 

JednakŜe nie wspominał o tym nikomu.

Następne tygodnie minęły bez jakichkolwiek incydentów. Lytton doszedł 

do wniosku, Ŝe obraz tak zwanego Dzikiego Zachodu został przez 

mieszkańców wschodnich stanów namalowany zbyt jaskrawymi barwami 

albo Ŝe Little Price stanowiło wyjątkową oazę spokoju. Rozmawiał na 

ten temat z Greigiem. Gospodarz nie zgadzał się jednak z takim 

poglądem, powołując się na przykład tragicznej śmierci rodziców 

Dawsona. Sam chłopak nie chciał mówić na ten temat. Wiadomo było 

tylko, Ŝe do Little Price przywiózł go Roger Drake, który przypadkowo 

znalazł się wówczas w pobliŜu miejsca rzezi.

— Z tego wynika, Ŝe Roger Drake to prawdziwy anioł opatrzności — 

zauwaŜył Ŝartobliwie prawnik.

Słuchały go trzy osoby, ale tylko Gabriela Greig wybuchnęła szczerym 

ś

miechem. Lytton bardzo lubił, jak się śmiała. Ale tym razem zwrócił 

uwagę na lekkie skrzywienie twarzy starego oberŜysty i na ponure spoj-

rzenie niebieskich oczu Francisa Dawsona.

“Coś w tym jest — pomyślał później. — Ale co?" 

background image

I z kolei sam się zasępił. Jeśli Greig nie lubił Rogera, to moŜe dlatego, Ŝe 

zbyt go lubi Gabriela? Ale Francis Dawson? Zazdrosny o młodą 

gosposię?

Postanowił zbadać tę sprawę. Pewnego niedzielnego ranka, gdy gospoda 

“Pod Dzielnym Psem" świeciła pustką, pod pozorem czyszczenia konia 

wyciągnął chłopaka do stajni. Gdy skrobali zgrzebłami siwka, Lytton 

zagadnął:

— Umiesz jeździć konno?

— Trochę.

— A ja prawie wcale.

— Nauczy się pan szybko.

— Skąd taka pewność?

— Znam się na ludziach — stwierdził z powagą chłopak.

Lytton uśmiechnął się:

— No, proszę. Nie przypuszczałem..:

— Bo wie pan, ludzie od razu rodzą się do czegoś.

— Jak to rozumiesz?

— RóŜnie się zdarza. Jeden będzie się uczył pływać przez całe Ŝycie i 

pozostanie kiepskim pływakiem. Drugi skoczy raz do wody i lepiej się 

rusza od ryby. Jak pan pierwszy raz wlazł na siodło, od razu wiedziałem, 

Ŝ

e się pan do konia urodził. I do takiego pięknego konia.

— To juŜ zasługa Rogera Drake — odparł Lytton, i dodał: — Ten 

człowiek da się lubić...

Nie otrzymał odpowiedzi. Szczotkowali dalej wierzchowca w milczeniu, 

aŜ do chwili, w której prawnik uznał, iŜ sierść zwierzęcia błyszczy 

wystarczająco. OdłoŜył zgrzebło.

— Słuchaj, Francis — zapytał — dlaczego ty go nie lubisz?

— Pan jest jego przyjacielem.

— Prawda, ale daję ci słowo, iŜ nie powtórzę nic nikomu z tego, co mi 

background image

powiesz.

Chłopak zamyślił się, spojrzał raz i drugi na Lyttona, wreszcie mruknął:

— Gospodarz tak samo go nie lubi.

— ZauwaŜyłem to. Ale nie o Greiga mi chodzi.

— Nie powie pan nikomu?

— Przyrzekam.

ZauwaŜył, iŜ Francis odetchnął głęboko.

— To dobrze — odparł. — Od dawna chciałem o tym komuś 

powiedzieć. Myślę, Ŝe pan się bardzo zdziwi. Ale powiem. Ja 

podejrzewam — obejrzał się dokoła i zniŜył głos do szeptu: — Ŝe on 

mnie uratował, ale przedtem brał udział w tamtej rzezi...

— Co? To niedobry Ŝart, mój chłopcze.

— Nie Ŝartuję. Ile razy pomyślę o tamtym dniu, tyle razy widzę twarz 

Rogera wśród białych myśliwych, którzy zabili moich rodziców.

— Oszalałeś, Francis! Zastanów się. Po cóŜ morderca ratowałby 

przypuszczalnego świadka zbrodni?

— To dziwny człowiek, proszę pana. MoŜe mu nagle serce zmiękło?

— Byłeś wtedy małym chłopcem, nie moŜesz przecieŜ dokładnie 

pamiętać.

— Ach, Ŝebym to ja miał pewność!

— To co wówczas?

— Poszedłbym do szeryfa.

— I sądzisz, Ŝe szeryf uwierzyłby? Nikomu tego nie powtórzę, ale twoja 

opowieść jakoś nie pasuje do Rogera.

Na tym rozmowa została zakończona. Wieczorem jednak, gdy Lytton 

sobie o niej przypomniał, opadły go wątpliwości.

— A gdyby to było prawdą? — powiedział sam do siebie. — Nie, nie. 

CóŜ za idiotyczny pomysł?

Ale “idiotyczny pomysł" zasiał w jego umyśle ziarno podejrzenia. Czy 

background image

Greig mógł coś wiedzieć o tej sprawie?

Pewnego dnia zagadnął gospodarza o minione dzieje Dawsona, ale nie 

dowiedział się nic nowego. A Roger Drake? Tak, przywiózł chłopca na 

pół Ŝywego z przeraŜenia. Tak, chłopiec tu pozostał, Gabriela się nim 

opiekowała. To porządny chłopak. Nie lubi Rogera Drake? Nie wiem, to 

jego sprawa.

Znacznie rozmowniejsza od ojca okazała się jego córka, ale o Rogerze 

mówiła wciąŜ z nieukrywanym zachwytem.

Szeryfa Lytton juŜ nie nagabywał w tej sprawie. Minęło kilka 

monotonnych tygodni, podczas których jedyną rozrywkę stanowiła nauka 

konnej jazdy. Francis nie mylił się. Pod bacznym okiem Rogera młody 

prawnik czynił zdumiewające postępy. Potem wydarzyła się kłopotliwa 

dla szeryfa historia schwytania na gorącym uczynku pewnego Metysa, 

który uznał, iŜ jednorazowa, ale większa kradzieŜ pozwoli mu 

zrezygnować z pracy przy budowie linii kolejowej. Przywędrował do 

Little Price wieczorem, a w cztery godziny później został schwytany 

przez właściciela sklepu w chwili, gdy dobierał się przy pomocy noŜa i 

kawałka Ŝelaza do szuflady, w której spoczywał całodzienny utarg. 

Najprawdopodobniej Metys dopiąłby swego, gdyby nie przekorny los, 

który kazał handlowcowi przegrać w karty wszystkie posiadane przy 

sobie pieniądze. Kupiec postanowił odegrać się. Opuścił lokal udając się 

najkrótszą drogą do sklepu. Trafił na odpowiedni moment i za-

skoczonego złodzieja — łagodnego jak baranek — doprowadził wprost 

do szeryfa. Tak oto, ku zmartwieniu Poola, w pustym zazwyczaj areszcie 

znalazł się uciąŜliwy lokator, którego naleŜało pilnować i karmić. Wy-

nikiem tej sytuacji była rozmowa szeryfa z Lyttonem.

— Musisz pan jechać do Ogden i sprowadzić sędziego. Niech skaŜe tego 

draba i czym prędzej go zabierze.

— Do Ogden? Nigdy tam nie byłem. Czy nie mógłby Roger...

background image

— Nic z tego. Znowu wyjechał.

— Obawiam się, iŜ moja umiejętność jazdy konnej...

— A kto kaŜe wędrować konno? DyliŜans dowiezie pana prosto do celu.

I oto rankiem następnego dnia Lytton wyruszył w drogę ulokowany w 

ciemnej głębi obszernego, ale mało wygodnego pudła, razem z kilkoma 

innymi pasaŜerami. Do Ogden dotarł wieczorem. Sędzia przyjął nie-

oczekiwanego gościa radośnie i zatrzymał na noc. Dogadali się bardzo 

szybko, a wzmianka o harwardzkim uniwersytecie wywołała u 

gospodarza wybuch entuzjazmu. Okazało się, iŜ sędzia równieŜ kończył 

bostońską uczelnię, tylko parę lat wcześniej. Takie spotkanie dwu 

posiadaczy dyplomów jednego z najstarszych uniwersytetów Ameryki 

wśród na pół cywilizowanej ludności Zachodu uznane zostało za 

nadzwyczajne zrządzenie losu, godne specjalnego uczczenia. Lyttona 

przedstawiono pani domu, sprezentowano mu troje dzieci. Po sutym 

posiłku, gdy reszta domowników udała się na spoczynek, młody prawnik 

i sędzia spędzili dobre pół nocy w gabinecie gospodarza, gawędząc o 

znajomych profesorach i popijając co mocniejsze trunki. Skutek był taki, 

iŜ kiedy rankiem Lytton wraz z sędzią wpakowali się do wnętrza 

dyliŜansu, młody prawnik natychmiast zasnął.

Nie wyrwał go z drzemki ani tętent kopyt, ani turkot kół, ani 

podskakiwanie pojazdu na wybojach nierównej drogi. Przebudziła go 

dopiero cisza i bezruch. Wewnątrz dyliŜansu pozostał tylko sędzia. 

Reszta pasaŜerów stała na drodze rozmawiając z woźnicą, który 

majstrował coś, pochylony nad tylnym kołem pojazdu. Wszystko to 

zauwaŜył Lytton poprzez otwarte drzwiczki.

— MoŜe pan spać spokojnie dalej — powiedział sędzia. — Mamy 

mnóstwo czasu.

— Co się stało?

— Koło. Pękła obręcz na jakimś kamieniu tej piekielnej drogi. Pomocnik 

background image

woźnicy pojechał po kowala, a pasaŜerowie złoszczą się. Chce pan się 

przejść?

Wysiedli tuŜ przy grupie podróŜnych, którzy zamilkli na ich widok, ale 

mieli bardzo ponure miny. Perspektywa długiego czekania na pustkowiu 

nie mogła nikogo radować. Krajobraz równieŜ nie nastrajał wesoło: 

jałowy, prawie płaski step, ograniczony na zachodzie pasmem gór, 

zamknięty na północy czarną ścianą ledwie widocznego lasu.

— Tam — palec sędziego powędrował ku północy — przecinają się 

drogi, tuŜ przed lasem. Dwie godziny jazdy stąd. Na rozstaju wznosi się 

karczma. Tam właśnie mieszka kowal. A więc, moi panowie — zwrócił 

się teraz do wszystkich — nie ma powodu do rozpaczy. Za cztery, 

najdalej pięć godzin znajdziemy się znów w drodze do Little Price.

— Straszne opóźnienie — zauwaŜył jeden ze słuchaczy.

— Czy będzie pan w Little Price wieczorem, czy nocą, na jedno 

wychodzi — zauwaŜył Lytton. — Trzeba nocować w miasteczku, w 

dalszą podróŜ dyliŜans wyrusza dopiero rankiem.

— I słusznie — dodał sędzia. — Drogi w tym kraju nie są bezpieczne.

— Drogi, jak drogi — odezwał się woźnica — jeszcze by uszły. Gorsi są 

ludzie. Zdarzają się napady.

— Był pan świadkiem? — zainteresował się Lytton.

— Nie, ale opowiadali koledzy.

— I cóŜ mówili?

— Zawsze to samo. Dwu albo trzech konnych. Z zakrytymi twarzami. 

Zatrzymują wóz albo wczesnym rankiem, albo późnym wieczorem. 

Nigdy w innej porze.

— Widać w tym kraju bandyci zastępują zegarki — wtrącił jeden z 

podróŜnych.

Roześmieli się.

— Od razu poznać, Ŝe pan nie z tych stron — odparł uraŜony woźnica. 

background image

— Drogi są tu puste, ale najbardziej puste o świcie i w nocy. Wówczas 

nikt im nie moŜe przeszkodzić. Oni wiedzą, co robią.

PodróŜni popatrzyli jeden na drugiego i jakoś odeszła im ochota do 

ś

miechu. Sędzia ujął Lyttona pod ramię i odprowadził kilkadziesiąt 

kroków w bok.

— Napady, szeryfie, to prawdziwa plaga tych stron — powiedział 

ś

ciszając głos.

— Na pewno — przytaknął prawnik — ale sądząc z reakcji mieszkańców 

przydarzać się muszą raczej rzadko.

— W ciągu dwu lat mej sędziowskiej kadencji słyszałem o dwunastu czy 

trzynastu. Nie przypuszczam, aby to były wszystkie. Mniej odwaŜni boją 

się wnosić skargę. No i oczywiście, mniej poszkodowani. Ale przed 

rokiem, coś pod jesień, dokonano napadu na karetkę wiozącą pieniądze 

na wypłatę robotnikom zatrudnionym przy budowie linii kolejowej. Nie 

ma pan pojęcia, jakiej to narobiło wrzawy.

— Z jakim skutkiem?

— Z dobrym. Sprowadzono wojsko, zgłosili się nawet ochotnicy.

— Nawet?

— Spokojni farmerzy nie lubią ryzyka, a drapichrusty nie występują w 

obronie prawa. Ale wówczas znalazło się kilku śmiałych. Jak stwierdzili 

podróŜni, napastników było pięciu. Trzech schwytaliśmy następnego 

dnia.

— To znaczy, Ŝe brał pan w tym udział.

— Właśnie tak. Był tam i pański szef.

— Pool? — zdziwił się Lytton.

— Oczywiście. Szeryf jest co prawda ostroŜny, ale wcale nie tchórz. 

Mam dla niego sporo uznania. Little Price stało się jednym z 

najspokojniejszych miasteczek, jakie znam w tych stronach. Czy to nie 

ś

wiadczy dobrze o szeryfie?

background image

— Tak, tak — pospieszył zapewnić Lytton, chociaŜ niezupełnie zgadzał 

się z taką oceną.

— Pool był nam wielką pomocą w schwytaniu tej trójki. Ich szczęście, Ŝe 

nie mieli na sumieniu Ŝadnej ofiary.

— Pieniądze się znalazły?

— Niestety! Schwytani twierdzili, Ŝe całą zrabowaną sumę mieli przy 

sobie ich dwaj towarzysze. Zresztą i ich odnaleźliśmy. W kilka dni 

później. Zabitych.

— Co?!

— Ano tak, byli martwi jak kamienie.

— Kto ich zabił?

— Nie wiem, nikt nie wie. Przypuszczano, iŜ pozabijali się wzajemnie 

podczas kłótni o łup. Mówiąc szczerze, nigdy w to nie uwierzyłem. 

GdzieŜ bowiem znikły pieniądze? Podejrzewam, Ŝe do sprawy wmieszał 

się ktoś trzeci i uprzedził nas. Chciałbym kiedyś spotkać się oko w oko z 

tym człowiekiem i zapytać, co począł z łupem.

— DuŜo tego było?

— Ponad osiem tysięcy dolarów. Wszystko przepadło. Wielce to 

tajemnicza historia.

— A co działo się później?;

— Później nastąpiła paromiesięczna przerwa. Napady rozpoczęły się na 

nowo, gdy roboty ziemne przeniesiono bliŜej Little Price. Muszę się 

panu przyznać, iŜ marzę o chwili, w której pierwszy pociąg przyjedzie do 

Ogden.

Skończą się dyliŜanse i mam nadzieję, napady: Brr, robi się chłodno. 

Wracajmy do karety, szeryfie.

Kiedy nadeszli, towarzysze podróŜy nawet nie zwrócili na nich uwagi, 

pochłonięci grą w karty. Sędzia przez kilka minut obserwował grających, 

później usadowił się w samym kącie pojazdu, wyciągnął nogi, owinął się 

background image

płaszczem, nacisnął na oczy kapelusz i zapadł w drzemkę. Lytton 

postąpił podobnie. Obudził go tupot koni oraz gromki głos woźnicy 

nawołujący pasaŜerów do opuszczenia na chwilę dyliŜansu. Zmiana koła 

trwała bardzo krótko i pojazd potoczył się z miejsca w ostrym kłusie 

ciągnących go korni. JednakŜe w sumie oczekiwanie na przybycie 

kowala tak się przeciągnęło, Ŝe kiedy osiągnięto karczmę na 

skrzyŜowaniu dróg, poczęło zmierzchać. O dłuŜszym postoju nikt nie 

chciał słyszeć. Zatrzymano się więc tylko dla zapalenia latarń i ruszono 

dalej tak szybko, jak na to pozwala wyboista droga. Po paru minutach 

wjechano w las. Mrok gęstniał, a odgłos kopyt stał się bardziej głuchy.

Jak długo tak jechano, Lytton nie zdawał sobie sprawy. Ciągle znajdował 

się w stanie półdrzemki, z której wyrwał go czyjś okrzyk, a zaraz po nim 

gromki głos strzału. Karoca gwałtownie się zatrzymała. Potem nastąpiła 

chwila ciszy, wreszcie nieznana ręka energicznie otworzyła drzwiczki.

— Wszyscy wychodzą!

— Co się stało?

Lytton nie wiedział, z czyich ust padło to pytanie.

— Natychmiast wychodzić — powtórzyła postać stojąca na zewnątrz. — 

Nie mam zbyt wiele czasu.

Lyttonowi serce zabiło mocniej.

— Znowu spadło koło? — zapytał sąsiad młodego prawnika.

— Szybciej!

Niezdarnie gramolili się z wnętrza, przeklinając taką jazdę, i natychmiast 

milkli. Lytton wyszedł ostatni. Kiedy wyskoczył na piasek leśnej drogi, 

resztka snu pierzchła. Zobaczył, Ŝe woźnica i jego pomocnik oraz 

wszyscy pasaŜerowie stali długim, śmiesznym szeregiem wzdłuŜ 

dyliŜansu, z rękami nieco uniesionymi, z głowami prawie Ŝe 

przylepionymi do ściany pojazdu.

I naraz poczuł na plecach ucisk twardego przedmiotu.

background image

— Stań obok, podnieś ręce.

Gdy to uczynił, inny głos, o jakimś nieobcym dla prawnika brzmieniu, 

dodał:

— Nie poruszać się, nie odwracać, nie rozmawiać. We własnym 

interesie, dŜentelmeni. Nie lubię rozlewu krwi.

Ta ostatnia uwaga musiała być ostrzeŜeniem dla odwaŜniejszych, ale 

Lytton pomyślał, Ŝe nikt ze stojących obok niego i bez tego ostrzeŜenia 

nie zaryzykowałby samotnej próby oporu. Na to, aby wszyscy jednocześ-

nie rzucili się na napastników — co stwarzało jakąś moŜliwość sukcesu 

— nie moŜna było liczyć. Stanął więc spokojnie, rozwaŜając jednak plan 

wydobycia broni. Miał ją przecieŜ tuŜ pod ręką, w górnej, wewnętrznej 

kieszeni marynarki. Uznał jednak ten pomysł za szaleńczy i czekał, co 

dalej nastąpi.

A dalej sprawy przebiegały w zupełnej ciszy, przerywanej jedynie 

parskaniem koni i skrzypieniem piasku pod podeszwami trzech — tyle 

ich zdąŜył naliczyć Lytton — bandytów. Mieli twarze przewiązane 

chustkami. Chyba niezbyt mocno — rozwaŜał zastępca szeryfa. 

Wystarczy silniej pociągnął za zwisający luźno koniec. Bandyci muszą 

być znani w okolicy, inaczej nie zakładaliby tych prowizorycznych 

masek. Wystarczy pociągnąć, ale ten, kto pociągnie, ryzykuje Ŝyciem.

“Nie będę próbował" — takie było ostateczne zakończenie rozwaŜań 

Lyttona. Pomyślał jeszcze tylko ze złośliwym zadowoleniem, Ŝe niewiele 

się na nim obłowią.

“A broń? — zaniepokoił się nagle. — Do licha! Wstyd będzie się 

przyznać, jeśli ją zabiorą. W tych stronach ludzie mają cięte języki."

Sterczał na końcu szeregu podróŜnych, zaraz za sędzią. Kiedy juŜ — jak 

zauwaŜył kątem oka — przetrząśnięto kieszenie poprzedników 

(dokonywało tego z wielką wprawą dwu ludzi, podczas gdy trzeci stał z 

tyłu, z dwoma coltami w zaciśniętych dłoniach) usłyszał głos:

background image

— Tych dwu zostawcie. Oni nie mają nic, a my nie mamy czasu.

A po sekundzie przerwy:

— DŜentelmeni! Dziękuję za zastosowanie się do naszych poleceń. 

OdjeŜdŜamy. Nie radzę nikomu odwracać się przez następną minutę. 

Strzelam świetnie, nawet z duŜej odległości. Raz jeszcze dziękuję.

Ostatnie zdanie zabrzmiało jak szyderstwo. Ale nie na to zwrócił uwagę 

Lytton, tylko na brzmienie głosu. Po raz drugi wydało mu się, Ŝe jest mu 

dziwnie znajome.

— To musi być ktoś z Little Price — stwierdził i odwrócił się 

natychmiast, jak tylko zatętniły kopyta. Nie strzelano do niego. Dwu 

jeźdźców pochłonął juŜ zapadający mrok nocy, trzeci podrywał konia do 

skoku. I wówczas zdarzyła się rzecz nieoczekiwana: spadla mu chustka z 

głowy. Lytton przez mgnienie oka dostrzegł profil oblicza i w tej samej 

chwili... jeździec znikł w tumanie kurzu.

Lytton przetarł oczy, podbiegł, podniósł chustkę.

— Panowie! — zawołał. — Czy widzieliście twarz tego człowieka?

Odpowiedział mu tylko jeden głos sędziego:

— Przez chwilę.

— Poznałby go pan?

— Nie wiem. Nie jestem pewien, było dość ciemno.

— Ja równieŜ nie jestem pewien, ale nie dlatego, Ŝe źle widziałem.

Sędzia mruknął coś niezrozumiale, ale kiedy wreszcie pojazd gwałtownie 

szarpnął, pochylił się ku Lyttonowi i w rozgwarze oŜywionej wymiany 

zdań podróŜnych, zapytał półgłosem:

— Dlaczego nie jest pan pewien?

— Dlatego — odparł z wahaniem młody prawnik — Ŝe przestałem 

wierzyć swym oczom, a takŜe uszom. Myślę, Ŝe to skutki zmęczenia..

Późną nocą przybyli wreszcie do Little Price. Pierwszą osobą, która 

powitała Lyttona na dyliŜansowej stacji był Roger Drake.

background image

Opowieść o napadzie zdobyła sobie — oczywiście — szeroki rozgłos. 

Gadano o nim w Little Price przez kilka tygodni, ale nie uczyniono nic, 

aby schwytać sprawców.

W nocy nikt nie chciał wyruszyć w pościg, mimo gorących namów 

sędziego, szeryfa, Lyttona i Rogera Drake. NajodwaŜniejsi — 

przynajmniej z pozoru — oświadczyli, iŜ pojadą rankiem. JednakŜe 

nazajutrz nikt się nie zgłosił, a nagabywani ochotnicy powiedzieli z 

kolei, iŜ po tylu godzinach na nic się zda nawet najszybszy pościg. Co 

nie było pozbawione słuszności. Lytton nie nalegał więcej. Ba, nawet na 

propozycję Rogera wyruszenia samotrzeć (wraz z szeryfem) odparł, iŜ 

przeciwnicy pogoni mają rację. Po prostu — szkoda czasu.

Po odstawieniu pechowego Metysa do Ogden (eskortował go wraz z 

sędzią szeryf Pool) przez tygodnie nic nie mąciło spokoju Little Price. 

Roger Drake pojawiał się i znikał, szeryf odwiedzał nocą saloony, a 

Lytton w wolnych chwilach odbywał konne przejaŜdŜki po okolicy. 

Jeździł coraz lepiej, a pod nieobecność Rogera Drake, za zgodą Greiga, 

zabierał ze sobą Francisa Dawsona. Polubił chłopca i wiedział, iŜ 

chłopak darzy go sympatią. Wieczorami udawał się na conocny obchód 

miasteczka, aby przydybać w którejś z gospod szeryfa i zameldować mu, 

iŜ “wszystko jest w najlepszym porządku". Przy takiej okazji przytrafiła 

się Lyttonowi rzecz, która przesądziła o jego dalszej karierze na sta-

nowisku zastępcy szeryfa. Trzeba trafu, iŜ stało się to w lokalu “Pod 

Dzielnym Psem", gdzie Lytton od początku mieszkał. Po którejś z 

nocnych wędrówek tam dopiero odnalazł Poola, co uznał za dobry omen, 

poniewaŜ dzięki temu nie potrzebował juŜ nigdzie dalej iść. Dobry omen 

został nieco przyćmiony stwierdzeniem, iŜ szeryf przebrał miarkę. Widać 

tym razem Pool nie Ŝałował sobie (a moŜe nie Ŝałowano jemu!), bo 

ledwie trzymał się na nogach. Lytton westchnął na myśl, iŜ będzie musiał 

odprowadzić swego szefa do domu. śeby odegnać od siebie tę przykrą 

background image

ś

wiadomość, obszedł dokoła salę gawędząc to z tym, to z owym, aŜ na 

koniec dotarł do stolika otoczonego grupą widzów. Grano w karty. 

Lytton tylko dlatego przerwał w tym miejscu swą wędrówkę, iŜ wśród 

grających dostrzegł Rogera Drake.

Tekturowe kartoniki z suchym szelestem padały na blat stołu, brzęczały 

metalicznie pieniądze. Czy Roger go dostrzegł? Prawdopodobnie nie. 

Lytton przyglądał się grze obojętnym wzrokiem, wreszcie zdecydował 

się zniknąć z pola widzenia szeryfa, po prostu — iść spać. Postanowił o 

tym poinformować Greiga. Gdyby wybuchła jaka awantura — w co 

zresztą nie wierzył — niech go obudzą.

Nieprzewidziana przeszkoda obróciła wniwecz cały zamiar. Kiedy 

odchodził od stolika, zatrzymał go jakiś nieznajomy w kapeluszu 

zawadiacko zsuniętym na tył głowy. Dmuchając w twarz Lyttona 

mieszaniną zapachów piwa, whisky i tytoniu, zagadnął:

— Pan mnie sobie przypomina, szeryfie?

Lytton bacznie przyjrzał się zaczerwienionej, spoconej twarzy i 

sumiastym wąsom zakrywającym wargi.

— Nie — odparł krótko.

— PrzecieŜ jechaliśmy tym samym dyliŜansem!

— Do Ogden?

— Wprost przeciwnie. Wówczas, gdy zdarzył się napad.

— Aha — mruknął Lytton. — Rzeczywiście, moŜliwe... — kiwnął głową 

i zamierzał odejść, ale nieznajomy połoŜył mu rękę na ramieniu.

— Mam coś do pana — powiedział szeptem.

— O co chodzi? — zapytał siląc się na najgrzeczniejszy ton głosu.

— Ja jestem z Ogden. Drugi dopiero raz tu przyjeŜdŜam. Ma się róŜne 

interesy... Dowiedziałem się, Ŝe jest pan zastępcą szeryfa... więc tego... 

co to chciałem powiedzieć? JuŜ wiem — nachylił się nad uchem praw-

nika i szepnął: — Ja wtedy widziałem twarz... Rozumie pan?

background image

— Czyją twarz?

— Tego bandyty, który zgubił chustkę.

— Tak? — Lytton udał zainteresowanie. W rzeczywistości nie 

przykładał wielkiej wagi do bajędy człowieka, któremu dobrze kurzyło 

się z czupryny. JuŜ tylko dla formy zapytał: — Czemu pan o tym od razu 

mi nie powiedział? PrzecieŜ pytałem wszystkich.

— Nie byłem pewien... nie byłem pewien. Dopiero teraz go poznałem...

Przerwał i wyciągnął rękę w kierunku grających.

— Człowieku, co pan wygaduje? Kogo pan poznał?

— No, właśnie mówię, tego herszta. Siedzi tu obok i gra w karty.

Lytton odetchnął głęboko. Zrobiło mu się nagle bardzo zimno.

— Który to? — zapytał opanowując drŜenie głosu. Wskazujący palec 

ręki informatora zatrzymał się na postaci Rogera Drake.

“Stało się — pomyślał Lytton. — To nie było złudzenie." 

Ale głośno powiedział: — Pan się myli. Człowiek, na którego pan 

wskazał, był pierwszym witającym nas po przyjeździe do Litle Price...

— Taak? MoŜna jednak sprawdzić, czy nie przybył tuŜ przed nami. Na 

koniu zawsze jedzie się szybciej. No, szeryfie, niech go pan aresztuje. 

Nie ma co czekać.

— Zaraz, nie tak prędko. Jeśli mi pan jutro po trzeźwemu powtórzy to 

samo, a jeszcze lepiej: zezna przed szeryfem Poolem, rozpatrzymy 

sprawę.

— Co takiego?! — przybysz z Ogden podniósł głos o ton wyŜej.

— Proszę nie krzyczeć. Słuchają nas.

— Niech słuchają! To tak? Mówiono mi, Ŝe jest pan przyjacielem 

bandyty. Nie chciałem wierzyć, ale teraz rozumiem...

— Co pan rozumie?

— śe pan go kryje!

Zapewne wbrew woli obu rozmowa stała się tak głośna, iŜ widzowie 

background image

otaczający stolik poodwracali głowy:

— Słuchajcie! — począł wrzeszczeć pijak. — Gracie z bandytą. 

UwaŜajcie, Ŝeby was nie obrabował tak, jak mnie w dyliŜansie!

— Dosyć tego! — Lytton stracił cierpliwość i chwycił pijaka za rękę.

— Proszę się uspokoić, inaczej... powędrujemy do aresztu — powiedział 

wolno i wyraźnie.

Ale to odniosło wręcz przeciwny skutek.

— Mnie do aresztu?! Słyszeliście, dŜentelmeni? A bandyta jest na 

wolności i gra w karty! Ale ja mu pokaŜę!

Z nieoczekiwaną siłą szarpnął się, skoczył w stronę Rogera, ale nim 

zdąŜył go dosięgnąć, Drake zerwał się z zydla, zamierzył się dłonią 

ś

ciśniętą w kułak i wówczas, nieoczekiwanie dla wszystkich, zupełnie 

jak w sztuczce prestidigitatorskiej, trzy karty sfrunęły gdzieś z góry i 

padły z szelestem na blat stołu. Pijany przybysz z Ogden zamilkł i z 

otwartymi ustami wpatrzył się w kolorowe tekturki. Lytton dostrzegł, jak 

Drake pobladł pod maską opalenizny. Ręka opadła mu gwałtownie:

— Czego ten pijak chce? — wybełkotał: Nikt mu nie odpowiedział.

Lytton oblizał językiem zaschłe wargi:

— Rozstąpcie się — rozkazał. — Roger, chodź ze mną, a wy — zwrócił 

się do pozostałych graczy — zabierzcie swoje pieniądze. Ciszej, ludzie! 

— zawołał, bo dopiero teraz buchnął gwar dziesiątków podnieconych 

głosów.

— Co to znaczy, Samuelu?

— To znaczy, iŜ muszę cię aresztować, Drake. Za oszustwo w kartach, a 

poza tym jesteś posądzony o udział w napadzie na dyliŜans. Ta sprawa 

wymaga wyjaśnienia. Chodź.

— Zwariowałeś!

— Drake — odezwał się któryś z widzów — nie zaprzesz się! Wszyscy 

widzieli! Z rękawa wypadły trzy asy. Idź z szeryfem albo ci... 

background image

pomoŜemy!

Drake sięgnął obu rękami do pasa.

— Radzę nie ruszać się — rzekł ochrypłym głosem. — Cofnij się, 

Lytton.

Dwie lufy rewolwerowe zatoczyły półkole, a krąg widzów rozsunął się 

błyskawicznie. Tylko Lytton ani drgnął.

— Drake — powiedział spokojnie — jeśli pragniesz stryczka, to strzelaj.

— Odsuń się, Lytton.

— Strzelaj — powtórzył prawnik — albo... rzuć broń!

— Nie doczekasz się tego! — wrzasnął.

Skoczył w bok, przedarł się przez krąg zaskoczonych widzów. Ruszyli za 

nim hurmem, przeszkadzając sobie wzajemnie. Przewrócono z łomotem 

dwa stoły i kilka ław, aŜ kurz uniósł się z podłogowych desek i przysło-

nił światło lamp. Na drugim końcu sali zauwaŜono juŜ tumult. Ludzie 

biegli, głośno zapytując, co się stało. W ogólnym zgiełku nie sposób było 

usłyszeć, co mówi najbliŜszy sąsiad.

Lytton zdołał utorować sobie drogę przy pomocy łokci i pięści. Kiedy 

wyskoczył na dwór w srebrny półmrok nocy, ujrzał jeźdźca na 

wspinającym się koniu. Napiętą uzdę trzymał obu rękami Greig. Skąd się 

tu nagle znalazł gospodarz saloonu! Lytton nie wiedział i nie miał czasu 

się zastanawiać. Skoczył ku cuglom.

— Odsuń się, Lytton, puszczaj, Greig! — wrzasnął Drake.

Koń poderwał się raz jeszcze do skoku, ale powstrzymały go cugle. 

Teraz zastępca szeryfa ujrzał w rękach Rogera rewolwer wymierzony 

prosto w pierś oberŜysty. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyszarpnął broń.

— Złaź z konia albo strzelam!

Miał zamiar trafić jeźdźca w dłoń lub ramię. W rozgorączkowaniu 

zapomniał, jakim kiepskim był strzelcem, jak niepewne było światło 

księŜyca. W ciągu ułamka sekundy sytuacja skomplikowała się jeszcze 

background image

bardziej. Lytton uniósł uzbrojoną dłoń i w tej samej chwili między niego, 

Greiga i konia wdarła się czwarta postać.

— Uciekaj, Roger! — krzyknęła przejmującym głosem.

Prawnik ujrzał błysk ognia na lufie broni Drake'a: Nacisnął cyngiel. Huk 

obu strzałów złączył się w jeden przeciągły łoskot. Wierzchowiec wspiął 

się po raz ostatni, wykręcił i skoczył w mroczną dal. Kilku ludzi — 

bezsensownie — pognało za nim z wielkim krzykiem, kilku innych 

rzuciło się szukać wierzchowców, ale większość zebranych otoczyła 

zwartym kołem trójkę aktorów ostatniego wydarzenia.

Greig dźwignął się z ziemi.

— Nic mi nie jest — powiedział. — Chybił o cal, ale chybił... Gabrielo!

Gabriela Greig leŜała nieruchomo dwa kroki od osłupiałego Lyttona. 

Podniesiono ją, bezwładną i milczącą. Dwu ludzi wniosło dziewczynę do 

wnętrza gospody.

— Czy jest tu lekarz? Sprowadźcie lekarza...

Dalszych słów Lytton juŜ nie dosłyszał. Gwar buchnął z nową siłą. 

Odwrócił się, aby wejść do budynku. Drogę zastąpił mu chwiejący się na 

nogach szeryf.

— Coś ty narobił? — wykrzyknął. — Aresztuję cię, Lytton...

— Szeryfie, bez głupstw! — krzyknął głos z ciemności.

— Co pan wyrabia? — wrzasnął ktoś inny. — Trzeba wysłać pogoń! 

Czego pan się czepia Lyttona? Czy to on pierwszy strzelił?

— Aresztuję cię, Lytton, pod zarzutem usiłowania zabójstwa. Ludzie, 

rozstąpcie się! — powtórzył z pijackim uporem Pool.

background image

Ostatni strzał

— Nie wiem, doktorze, jak to wszystko się stało. MoŜna mój ówczesny 

stan nazwać jakimś paraliŜem umysłu i ciała. Nie potrafiłem pojąć, co mi 

zarzuca szeryf i dlaczego mnie aresztuje. Pamiętałem tylko o jednym: Ŝe 

kula mej broni trafiła nie tę osobę, dla której została przeznaczona. 

Przeklęta broń i przeklęta ręka, która nią kierowała.

Pool powiódł mnie do swego biura i zamknął za mną kratę maleńkiej 

klitki aresztu. Ludzie byli wzburzeni, świadkowie zdarzenia otoczyli 

Poola Ŝądając, aby mnie natychmiast puścił. Doszłoby i do bójki, gdyby 

nie moja interwencja. Poprosiłem, aby sprawę odłoŜyli do rana. Zgodzili 

się, chociaŜ niechętnie. I tak oto zostałem więźniem.

Siadłem na drewnianej pryczy i bezmyślnie patrzałem, jak szeryf mościł 

sobie posłanie na dwu złączonych stołach. Postanowił bowiem osobiście 

mnie pilnować. Po kilku minutach dobiegło mych uszu głośne chrapanie. 

Ile czasu od tego momentu upłynęło, nie pamiętam. Z odrętwienia 

wyrwał mnie cichy szelest. Mam bardzo wyostrzony słuch, doktorze. 

Ujrzałem, jak drzwi od ulicy lekko się uchyliły (Pool zapomniał za-

mknąć!). W jasnej szparze zauwaŜyłem szczupłą postać. OstroŜnie 

przekroczyła próg. Zatrzymała się chwilę,

a później podeszła do śpiącego. Blask księŜyca oświetlił jej twarz. 

Poznałem. To był Francis. Czego tu chciał? MoŜe schwytano Rogera 

Drake i chłopiec przybiegł z wiadomością? Ale natychmiast odrzuciłem 

tę myśl jako niedorzeczną. Gdyby złapano zbiega, zwaliłby się tu tłum 

ciekawskich.

Postanowiłem nie odzywać się, lecz czekać, co dalej nastąpi.

Chłopak zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Nachylił się nad Poolem.

background image

Ze zdumieniem zauwaŜyłem, Ŝe przeszukuje kieszenie śpiącego. Ale 

trwało to bardzo krótko. Wyprostował się i podszedł do kraty. Cicho 

szczęknął masywny zamek.

— Francis — szepnąłem — co robisz?

— Niech pan nic nie mówi, szeryfie, tylko szybko wychodzi.

— Nigdzie się nie ruszę.

— Mnie tu przysłał gospodarz.

— Greig?

— Tak.

Serce podeszło mi do gardła.

— Co z Gabrielą? — zapytałem. 

Zastanowił się chwilę.

— Jak pan wyjdzie, to powiem.

— Nie wyjdę. Nic mi tu nie grozi.

— Ale Drake ucieknie. Pool nie będzie go ścigał, czy pan do tego 

dopuści? Greig pana prosi. Niech pan nie odmawia.

— Trzeba to załatwić zgodnie z prawem. Pool trochę zwariował, ale jak 

wytrzeźwieje, to mnie puści.

— Będzie juŜ za późno na jakąkolwiek pogoń. Proszę iść ze mną, zawsze 

jeszcze moŜe pan zawrócić.

To mnie przekonało, ale przede wszystkim pragnąłem dowiedzieć się, jak 

przedstawia się stan zdrowia Gabrieli. Bez przeszkód dotarliśmy przed 

gospodę “Pod Dzielnym Psem". Było ciemno, cicho i pusto. Budynek 

wyglądał jak wymarły, ale kiedy wstępowałem po stopniach werandy, 

skrzypnęły drzwi.

— To ty, Francis? — zapytał znajomy głos.

— Przyprowadziłem go — odparł chłopak. — Pójdę do koni.

— Idź, juŜ czas — a kiedy Dawson zniknął w mroku, zwrócił się do 

mnie: — Siądźmy na chwilę, szeryfie...

background image

A gdy to uczyniłem, zwiesiwszy nogi pod deski werandy, powiedział do 

mnie smutnym, zmęczonym głosem:

— Nigdy nie zapomnę tej nocy. Pan chyba równieŜ.

Skinąłem głową.

— Jak... jak się czuje Gabriela?

Nastała chwila ciszy, w miarę jej trwania poczęło mnie ogarniać 

przeraŜenie.

— Francis nie mówił? To lepiej, Ŝe pan się ode mnie dowie. To nie pana 

wina... — znowu umilkł.

— Greig — rzekłem ściśniętym gardłem — co się stało?...

— Gabriela nie Ŝyje...

Nie sposób mi powiedzieć, co wówczas czułem. To zbyt trudne. Czy 

Gabriela wiedziała o sprawkach Rogera, czy teŜ wierzyła w jego 

niewinność — nigdy się o tym nie przekonałem. Wtedy, tamtej 

przeraŜającej nocy postanowiłem wrócić do aresztu. Uznałem, iŜ 

ucieczka moŜe tylko potwierdzić opinię Poola o mej winie. Ale przecieŜ 

nie to było najwaŜniejsze, lecz świadomość, iŜ stałem się mordercą. Ja, 

prawnik!

JednakŜe nie wróciłem. Czy postąpiłem źle, czy dobrze — nie ma dziś 

sensu rozwaŜać. Greig przekonał mnie, iŜ pierwszym moim obowiązkiem 

jest pogoń za bandytą. Nie mogłem odmówić prośbie ojca dziewczyny.

Wyruszyliśmy na długo przed świtem: ja i Francis. Greig miał dopędzić 

nas po dwu dniach w umówionym miejscu. I tak teŜ się stało. Nikt nas 

nie ścigał, my natomiast wpadliśmy na trop uciekiniera. Najpierw na 

ś

lady jednego tylko wierzchowca, później — trzech. Dognaliśmy tę 

trójkę. To był Roger Drake z dwoma towarzyszami, mieszkańcami Little 

Price. Doszło do strzelaniny. Przewaga była po ich stronie. Ja nie bardzo 

umiałem uŜywać broni, a Francis niewiele lepiej ode mnie. A przecieŜ 

odnieśliśmy zwycięstwo. JakŜe jednak opłakane. Co prawda obaj 

background image

wspólnicy Drake'a padli, ale Greig został cięŜko ranny. Ledwie zdołaliś-

my dowieźć go do najbliŜszej osady. Tam umarł. Przyrzekłem sobie 

wówczas, iŜ nie spocznę, dopóki nie oddam Drake'a w ręce 

sprawiedliwości. Zrezygnowałem z powrotu na wschód, zrezygnowałem 

z wykonywania swego zawodu. Wszystko, co mnie z nim łączyło, stało 

się nienawistne, nawet czarny strój, tak charakterystyczny dla sędziów i 

adwokatów. Przy najbliŜszej okazji nabyłem ubranie najbardziej 

kolorowe ze wszystkich i broń, której wybór doradził mi spotkany przy-

padkowo traper. I dobrze mi doradził. Zmieniwszy strój, zmieniłem takŜe 

nazwisko.

Pozostaliśmy we dwóch: Francis i ja, a wiodło nam się bardzo róŜnie. 

Roger Drake jakby pod ziemię się zapadł. Moje oszczędności pienięŜne 

stopniały. Trzeba było przerwać pogoń i poszukać zarobku. RóŜnych 

wówczas robót się imałem. Pracowałem przy budowie ostatniego 

odcinka linii Union Pacific, byłem przewodnikiem osadniczych karawan, 

które wiodłem przez bezdroŜa, aŜ na koniec zachorowałem. Gdyby nie 

Francis, prawdopodobnie umarłbym nie tyle z choroby, ile z głodu. To 

właśnie wówczas wyłysiałem. JuŜ nikt nie poznałby we mnie zastępcy 

szeryfa z Little Price.

Kiedy wróciły mi siły, zdecydowałem, Ŝe dłuŜej nie powinienem 

korzystać z pomocy chłopca, Ŝe naleŜy go skierować na jakąś inną drogę 

Ŝ

yciową. Dalsze uganianie się po prerii nie stwarzało mu perspektyw 

lepszej przyszłości. Przypadek przyszedł mi z pomocą. W pogoni za 

mylnym, jak się okazało, tropem dotarliśmy aŜ do fortu Huachuca w 

Arizonie. Komendant — nie pamiętam jego nazwiska — zainteresował 

się nami. Przypuszczam, Ŝe z nudów. Skorzystałem jednak z tego, aby 

mu opowiedzieć o historii Drake'a i podać dokładny rysopis bandyty. 

Jego ciekawość jeszcze wzrosła. Wykorzystałem ją w interesie Francisa. 

I dopiąłem swego. Chłopak został przyjęty do wojska. Odtąd 

background image

odwiedzałem go co pewien czas, informując o swych nadal bezsku-

tecznych poszukiwaniach. Jak się one zakończyły, juŜ pan wie, doktorze.

CóŜ jeszcze dodać? Stałem się znakomitym strzelcem, dobrym jeźdźcem 

i chyba nie pozostało we mnie nic z prawnika poza wspomnieniami.

— A szeryf Pooł? — zagadnąłem.

— Nie wiem, nigdy go więcej nie spotkałem.

— PrzeraŜająca historia — szepnąłem. — Ale... co pana skłoniło, 

Colorado, do opowiedzenia tego wszystkiego?

— Hm, tylko proszę się nie śmiać..

— SkądŜe.

Zaiste, nie do śmiechu mi było.

— Widzi pan, doktorze, po prostu... zgubiłem mój talizman, fajkę.

— Colorado — obruszyłem się — chyba nie mówi pan powaŜnie?

Nie zdąŜył odpowiedzieć, gdy zaszeleściły krzaki i na polankę wyszedł 

Karol.

— Co tu robicie? Szukam was wszędzie. Chodźcie. Pehnulte nas wzywa, 

juŜ czas.

Dopiero teraz spostrzegłem, iŜ zieleń drzew i krzewów pociemniała. 

Spojrzałem w niebo. Szarzało. A więc zbliŜał się termin wyznaczony 

przez wodza Apaczów.

Wróciliśmy do wąwozu, ale nie do miejsca, w którym znajdowała się 

skalista brama, lecz na górę, gdzie wzdłuŜ krawędzi rozpadliny, wśród 

gęstwy roślin wojownicy Mescalerów długim szeregiem otaczali wąwóz. 

Pehnulte skinął nam głową:

— Czy moi przyjaciele są gotowi? 

Karol przytaknął.

— To dobrze. Czas upłynął. Teraz Pehnulte przemówi do Ostrego NoŜa.

Podszedł do skraju urwiska, ja stanąłem tuŜ za nim, Colorado z lewej, 

obok Karola. Byliśmy widoczni dla tych, którzy znajdowali się w dole, 

background image

ale cóŜ nam mogli uczynić? Wszelka próba ataku mogła tylko przynieść 

im klęskę ostateczną.

Dostrzegłem, jak na nasz widok zebrała się grupka Indian dokoła ledwie 

Ŝ

arzącego się ogniska. Nieco dalej ujrzałem mną grupkę — to musiał być 

Lesser ze swymi towarzyszami i z jeńcem.

Pehnulte spoglądał przez chwilę w tym samym kierunku, na koniec 

zawołał donośnym głosem:

— Wzywam Ostrego NoŜa! Niech jego uszy otworzą się na dźwięk 

moich słów! Wzywam po raz ostatni wojowników Lipan, aby złoŜyli 

broń i wydali w nasze ręce blade twarze, które się wśród nich znajdują. 

Jeśli to uczynią, puszczę ich wolno. Jeśli tego nie uczynią, zginą! 

Howgh!

Przestał mówić i wsparł się na lufie swej długiej rusznicy. Czekaliśmy na 

odpowiedź.

Ujrzałem jak z grupy wojowników wystąpił Ostry NóŜ i podniósł rękę na 

znak, iŜ chce przemówić. Nie przemówił jednak, bo w tej samej 

sekundzie grzmot strzału zakłócił ciszę. Zanim przebrzmiał, dostrzegłem, 

jak Pehnulte błyskawicznie przyłoŜył rusznicę do ramienia i nacisnął 

cyngiel. 

Nie wiedziałem, kto do nas strzelił, nie zauwaŜyłem, do kogo celował i 

kogo trafił Wielki Jeleń. Karol szarpnął mnie za rękę.

Odwróciłem się gwałtownie. Spostrzegłem, iŜ Colorado słania się na 

nogach. Natychmiast znalazłem się przy nim. Osunął się na kolana, 

podtrzymałem go.

— Co się stało?! — krzyknąłem.

— To Lesser — powiedział Karol starając się przekrzyczeć wrzawę, jaka 

buchnęła z głębi wąwozu. — To Lesser. Ta kula była przeznaczona dla 

mnie. Colorado...

— PołóŜmy go ostroŜnie — zakomenderowałem. — Karolu, pobiegnij 

background image

po moją apteczkę.

Gorączkowo rozpinałem kolorową kurtę trapera.

— LeŜ, Colorado, spokojnie — powtarzałem opanowując wzburzenie. — 

Zobaczę, gdzie cię draśnięto.

Uśmiechnął się z wysiłkiem:

— To juŜ koniec, doktorze. To nie draśnięcie... czuję...". Rozerwałem 

kurtę. Na czerwonej koszuli zwiększała się z kaŜdą sekundą czerwieńsza 

jeszcze plama. Nagle głowa starego trapera bezwładnie opadła w bok. 

Schwyciłem go za przegub ręki. Nie wyczułem juŜ tętna.

— Colorado! — krzyknąłem. — Colorado...

Jakaś postać uklękła obok mnie i odezwała się stłumionym głosem:

— On juŜ jest w krainie wiecznych łowów. Ale morderca poniósł karę.

— Nic nie przywróci Ŝycia Colorado... — rzekłem przez zaciśnięte 

gardło, bardziej do siebie niŜ do Pehnulte.

— To był wielki wojownik.

— Był... — powtórzyłem machinalnie.

CóŜ jeszcze mam dodać, aby opowieść o Samuelu Lyttonie, zwanym 

Colorado, została zakończona?

Chyba tylko to, iŜ pochowaliśmy trapera pod samotnym drzewem, na 

skraju zielonej polany. U nóg złoŜyliśmy broń, która mu słuŜyła tak 

wiernie, oraz wszystkie drobiazgi wydobyte z juków jego siodła. Kiedy 

je opróŜniałem, coś wypadło i stuknęło o kamień. To była fajka—

talizman, którą stary traper uznał za zgubioną.

Następnego dnia o świcie opuścili nas wojownicy Lipan z Ostrym 

NoŜem na czele. Pehnulte dotrzymał słowa. Zanim odeszli, Ostry NóŜ 

oddał w nasze ręce wspólników Lessera. Sam Lesser nie Ŝył, trafiony 

ś

miertelnie z rusznicy Pehnulte. Co natomiast stało się z człowiekiem 

wysłanym przez Lessera z wąwozu na zwiady — nigdy się nie 

dowiedziałem. Przypuszczam, iŜ zorientował się w sytuacji i zbiegł.

background image

Opuściwszy okolicę wąwozu udaliśmy się w długą i kłopotliwą 

wędrówkę z jeńcami i uwolnionym O'Brienem. Jego radość z odzyskania 

swobody mocno została przytłumiona wiadomością o śmierci przyjaciela.

Po kilku dniach zahaczyliśmy o miasteczko (nazwy jego nie pamiętam), 

w którym urzędował nie tylko szeryf, ale szczęśliwym zbiegiem 

okoliczności i sędzia. We trzech (Karol, O'Brien i ja) złoŜyliśmy wizytę 

sędziemu. Nasze zeznania jak najformalniej spisano, a rabusie zostali 

czasowo osadzeni w miejscowym areszcie do chwili sądowej rozprawy. 

Cała ta operacja zajęła nam zaledwie parę godzin, podczas których 

Pehnulte ze swymi wojownikami czekał na nas w odległości kilku mil od 

miasteczka.

Z kolei udaliśmy się do Doliny Śmierci, ale juŜ tylko we czwórkę (Karol, 

Pehnulte, O'Brien i ja). Pehnulte odprawił swych wojowników. Samuel 

O'Brien był w widoczny sposób zgnębiony. Śmierć Colorado musiała 

stać się dlań głębokim wstrząsem. I moŜe dlatego bez chwili wahania 

wskazał miejsce, w którym na nowo zakopał zgromadzone przez Lessera 

kosztowności.

Jazdy do doliny nie opisuję. Była uciąŜliwa, ale i nudna. Złoto wydobyto 

i znów zakopano w innym miejscu.

Na ten czas Samuel O’Brien musiał opuścić dolinę i biwakować poza jej 

granicami. Dla ostroŜności... towarzyszyłem mu przez kilka godzin. Nie 

mogliśmy przecieŜ obdarzać farmera pełnym zaufaniem. Liczę na to, Ŝe 

łupieski skarb nigdy juŜ nie zostanie wydobyty. Zbyt wiele zła 

spowodował.

Na tym nasze wędrówki jeszcze się nie zakończyły. Z kolei udaliśmy się 

z O’Brienem do Santa Rosa. Stary farmer podczas spotkania z Ŝoną i 

synem okazał znacznie mniej radości, niŜ tego moŜna było się 

spodziewać. Z Santa Rosa — juŜ z całą rodziną O’Brienów — wyru-

szyliśmy na pogorzelisko farmy. Przypuszczałem, iŜ jej właściciel będzie 

background image

rozpaczał na widok zmarnowanego dorobku paroletniej pracy. JednakŜe 

pomyliłem się. Wykazał duŜo hartu ducha. Widocznie pod wraŜeniem 

ś

mierci przyjaciela szkodę materialną uznał w tych okolicznościach za 

rzecz małej wagi.

Tego samego dnia poŜegnaliśmy się z rodziną 0'Brienów. Dodam, Ŝe za 

zgodą Karola i Pehnulte koń, którego dosiadał Colorado, został 

przekazany Samuelowi O'Brien.

Spory szmat drogi towarzyszył nam Pehnulte, namawiając do odwiedzin 

jego obozowiska. Przypuszczam, iŜ pragnął, abyśmy byli świadkami 

nagany, jakiej zamierzał udzielić Małemu Jeleniowi. I właśnie dlatego — 

odmówiliśmy! Nie chcąc naszą obecnością do reszty pognębić 

człowieka, który działał chyba w dobrej wierze, chociaŜ w złej sprawie. 

Zresztą po niebie gnały juŜ jesienne chmury, a zimny wiatr dotkliwie 

dawał się we znaki. ZbliŜała się najprzykrzejsza w tych stronach pora 

roku.

Rozstaliśmy się więc z wodzem Apaczów Mescalero, obiecując którejś 

wiosny zawitać tu znowu i razem ruszyć do Meksyku, do hacjendy don 

Gonzalesa. Bo i z tej podróŜy musieliśmy obecnie zrezygnować. Tyle 

czasu zajął nam pościg za niedobitkami bandy Lessera.

A teraz...

CóŜ? Fajkę Colorado mam u siebie, w Milwaukee. Wisi na rzemyku na 

ś

cianie w moim lekarskim gabinecie. Spoglądam na nią często i nie 

Ŝ

ałuję, Ŝe ją zabrałem. Pozwala mi myśleć o starym traperze jako o kimś 

kto nadal Ŝyje, tylko odjechał daleko, daleko. Dalej niŜ sięgają zielone 

prerie Nowego Meksyku.

background image

Spis treści

Tak się zaczęło ...................... 2

Tropy nad wodą.................... 17

Tropy po raz drugi.................29

Dymy nad prerią.................... 46

W niewoli.............................. 58

Ognisko w lesie..................... 74

Pościg.................................... 87

Samotny jeździec................. 108

Dom na pustkowiu............... 116

Nocna wędrówka................. 131

Samotny trop........................ 145

Pułapka ................................ 158

Pehnulte................................ 170

Deszczowa Góra................... 184

Przed walką........................... 199

Tajemnica starego trapera......213

Tajemnicy ciąg dalszy.......... 230

Ostatni strzał......................... 251