background image

BRIAN McGILLOWAY 

NA GRANICY 

Przekład PRZEMYSŁAW BIELIŃSKI 

Tytuł oryginału Borderlands 

 

background image

Tanyi, Benowi i Tomowi 

oraz moim rodzicom 

background image

Angela Cashell 

background image

Rozdział 1 

Sobota, 21 grudnia 2002 

F

AKT

,

  ŻE  MIEJSCE  OSTATNIEGO  SPOCZYNKU 

A

NGELI 

C

ASHELL

  znajdowało  się  dokładnie  na 

granicy, nie był wbrew pozorom czymś niezwykłym. Przypuszczalnie ani ci, którzy porzucili 

tam  jej  ciało,  ani  tym  bardziej  ci,  którzy  w  1920  roku  wytyczyli  granicę  między  Irlandią 

Północną  a  Południową,  nie  pojęliby  czynników,  które  sprawiły,  że  jej  zwłoki  spoczywały 

połową w jednym kraju, połową w drugim, w miejscu zwanym pograniczem. 

Irlandzka granica słynie z osobliwości. Osiemdziesiąt lat temu wytyczyli ją przez pola, 

farmy i rzeki urzędnicy, którzy wiedzieli o tym terenie tylko tyle, ile dowiedzieli się z mapy. 

Mieszkańcy  ponoszą  tego  konsekwencje  do  dziś  –  żyjąc  w  domach,  gdzie  za  abonament 

telewizyjny płaci się na Północy, a za prąd potrzebny do jej oglądania – na Południu. 

Kiedy dochodzi do przestępstwa, które trudno wyraźnie przypisać którejś jurysdykcji, 

An Garda Síochána Republiki Irlandii  i  policja Irlandii Północnej współpracują ze  sobą,  nie 

szczędząc  sobie  wzajemnie  rad.  Prowadzącego  sprawę  detektywa  wybiera  się  albo  według 

miejsca położenia zwłok, albo narodowości ofiary. 

Dlatego właśnie ja i moi koledzy z An Garda staliśmy naprzeciw naszych północnych 

odpowiedników w śnieżycy gnanej wiatrem znad rzeki. Niebo nad nami, w gasnącym słońcu 

fioletowe i żółte jak siniak, nie zwiastowało poprawy pogody. 

Uścisnęliśmy  sobie  dłonie,  przywitaliśmy  się  i  podeszliśmy  do  ciała  dziewczyny, 

rozciągniętego na ziemi, z jedną ręką wzniesioną ku niebu. Lekarz policyjny John Mulrooney 

klęczał obok jej nagich zwłok i badał mięśnie, szukając oznak pośmiertnego stężenia. Głowa 

dziewczyny  spoczywała  na  jego  kolanach.  Włosy  miała  jasne  na  końcach,  ale  bardziej 

miodowe bliżej  skóry; cerę białą  i  czystą,  nie  licząc drobnych zadrapań na plecach  i  nogach 

od krzaków, przez które upadała. Policyjny technik nachylał się nad nią, oglądał wskazywane 

przez koronera skaleczenia i robił zdjęcia. 

Patrzyliśmy,  jak  trzech  czy  czterech  gardai  podchodzi,  żeby  pomóc  ją  odwrócić. 

Cofnąłem  się  trochę  i  spojrzałem  przez  rzekę  na  północny  brzeg,  gdzie  gałęzie  drzew  jak 

artretyczne  dłonie  wyciągały  się  do  chmur,  grzechocząc  czarnymi  konarami  na  zimowym 

background image

wietrze. 

– Rozpoznaje ją pan? – spytał jeden z północnych, a ja odwróciłem się do dziewczyny, 

której twarz była już widoczna. Nagły poryw wichru zmarszczył powierzchnię wody i zamglił 

mi wzrok. Kiedy to minęło, podszedłem bliżej i ukląkłem obok zwłok, powstrzymując chęć, 

by zdjąć kurtkę i przykryć dziewczynę, przynajmniej dopóki technicy nie skończą. 

– To córka Johnny’ego Cashella – powiedział garda w mundurze. – Z Clipton Place. 

Przytaknąłem. 

– Tak jest – potwierdziłem, odwracając się do inspektora z Północy, Jima Hendry’ego, 

w randze tej samej co moja, ale przewyższającego mnie doświadczeniem. – Jest nasza. 

Hendry pokiwał głową, nie patrząc na mnie. Przynajmniej o głowę ode mnie wyższy, 

mierzył  dobrze  ponad  metr  dziewięćdziesiąt,  był  chudy  i  miał  brudne,  jasne  włosy.  Nosił 

cienki, jasny wąs, który skubał, gdy był zdenerwowany – tak jak teraz. 

– Biedaczka – rzucił. 

Dziewczyna  była  ładna  i  młoda;  najwyżej  piętnaście,  szesnaście  lat.  Jej  makijaż 

przypominał mi moją córkę, Penny, kiedy bawiła się w dorosłą kosmetykami żony. Niebieski 

cień do powiek nałożyła za grubo, kontrastował teraz z czerwienią oczu tam, gdzie w chwili 

śmierci  popękały  naczynka.  Cała  twarz  przybrała  jasnoniebieski  odcień,  usta  rozchylone  w 

grymasie  bólu;  jasnoczerwona  szminka,  którą  się  tak  starannie  umalowała,  rozmazana  po 

policzkach. 

Na  małych  piersiach  dziewczyny  widać  było  fioletowe  siniaki  rozmiarów  i  kształtu 

męskich  dłoni.  Jeden  z  nich,  mniejszy  i  ciemniejszy,  przypominał  ślad  po  miłosnym 

ukąszeniu. Płatki śniegu osiadały na jej ciele delikatnie jak pocałunki i nie topniały. 

Korpus  i  uda  były  białe  jak  kość  słoniowa,  chociaż  ramiona  i  łydki  przyciemniła 

samoopalaczem – smugi i miejsca, gdzie nałożyła go za dużo, odcinały się teraz wyraźnie na 

tle  śmiertelnej  bladości.  Na  nogach  i  piersiach  zaczynały  się  pojawiać  różowawe  plamy. 

Miała na sobie zwykłe bawełniane majtki, włożone na lewą stronę. 

– No i co, doktorze? – zwróciłem się do koronera. – Co pan o tym sądzi? 

Doktor  wstał  i  ściągnął  gumowe  rękawiczki.  Odszedł  od  zwłok  i  wziął  papierosa, 

którym częstował go jeden z policjantów irlandzkich. 

–  Trudno  powiedzieć.  Zwłoki  są  sztywne,  ale  noc  była  zimna,  nie  mogę  podać 

dokładnie godziny zgonu. Więcej niż sześć godzin temu, ale nie więcej niż dwanaście. Będzie 

wiadomo  dokładniej  po  autopsji.  Również  nie  mogę  stwierdzić  przyczyny  śmierci,  ale 

uważam, że znaczące  jest tu zasinienie piersi.  Niebieskawa  barwa twarzy  jest spowodowana 

przyduszeniem  albo  zmiażdżeniem  klatki  piersiowej.  To  i  sińce  na  klatce  piersiowej 

background image

sugerowałyby  uduszenie,  ale  to  tylko  domysły.  Plamy  opadowe  wskazują,  że  po  śmierci  ją 

przenoszono,  chociaż  pewnie  nie  trzeba  wam  tego  mówić.  Nagie  kobiety  nie  pojawiają  się 

zwykle na środku pola. 

– Ślady walki? – spytał Hendry. 

–  Ślady  czegoś.  Paznokcie  ma  ogryzione  tak  krótko,  że  wątpię,  czy  cokolwiek  pod 

nimi znajdziecie. Przykro mi, nie mogę więcej pomóc. Mogę panu powiedzieć, że nie żyje  i 

ktoś ją zabił, i tu porzucił, a dalej sprawa należy do pana. Patolog przyjedzie tak szybko, jak 

się da. 

– Prawdopodobnie zabójstwo na tle seksualnym – stwierdziłem. 

–  Nie  wiem.  Patolog  pobierze  próbki.  Prywatnie  mogę  powiedzieć,  że  to  możliwe. 

Powodzenia, Ben. Niech się pan za bardzo nie przejmuje. 

Wrzucił  rękawiczki  do  torby,  podniósł  ją  i  wspiął  się  na  wysoki  brzeg  do  swojego 

samochodu, nie oglądając się na zwłoki. 

Znów  spojrzałem  na  dziewczynę.  Jej  dłonie  spoczywały  na  suchych  liściach; 

jaskrawoczerwony  lakier  wyglądał  absurdalnie  na  małych  paznokciach  ogryzionych  niemal 

do żywego. Za paznokciami było trochę brudu; policjant z ekipy technicznej owinął jej ręce 

foliowymi  woreczkami,  zawiązanymi  na  nadgarstkach.  Zauważyłem,  że  na  prawej  dłoni 

dziewczyna  ma  złoty  pierścionek  z  jakimś  kamieniem.  Wyglądał  zbyt  staroświecko  jak  na 

kogoś  w  jej  wieku;  może  to  rodzinna  pamiątka,  prezent  od  rodziców  albo  dziadków. 

Zielonkawy  kamień  przypominał  kamień  księżycowy.  Otaczały  go  brylanciki.  Poprosiłem 

fotografa,  żeby  zrobił  zdjęcie.  Kiedy  błysnął  flesz,  pokazał  się  wygrawerowany  na 

pierścionku napis. 

–  Chyba  coś  tam  jest  –  zauważył  fotograf.  Przykucnął,  w  jednym  ręku  trzymając 

aparat,  drugą  przekrzywiając  lekko  dłoń  dziewczyny.  Potem  zrobił  zbliżenie  pierścionka.  – 

To chyba „AC”, jej inicjały. 

Pokiwałem  głową,  sam  nie  wiem  dlaczego,  i  znów  odwróciłem  się  do  policjantów  z 

Północy. 

– Gówniana sprawa dostać coś takiego tydzień przed świętami, Devlin. Powodzenia – 

powiedział Hendry.  Odszczypnął żar z papierosa i schował niedopałek do kieszeni, żeby nie 

zaśmiecać  miejsca  przestępstwa.  Śmieszne.  Na  naszym  zadupiu  nie  ma  laboratoriów  FBI, 

zresztą  poza  jakimś  tuzinem  policjantów,  załogą  karetki  i  kłusownikami,  którzy  znaleźli 

zwłoki,  Bóg  jeden  wiedział  ilu  ludzi  przechodziło  obok  zwłok  tam  i  z  powrotem  drogą,  na 

której musieli się zatrzymać ci, którzy je tu wyrzucili. 

Zamierzaliśmy  poszukać  charakterystycznych  śladów  opon,  podeszew  butów  i  tak 

background image

dalej  i  zgromadzić  tyle  materiału,  ile  zdołamy,  ale  miejsce,  w  którym  zostawiono  zwłoki, 

choć odludne,  znajdowało się kilkaset  metrów od  lokalnego kina.  W weekendowe wieczory 

cała  ulica  była  zastawiona  samochodami,  zachowującymi  odpowiednie  odległości  jeden  od 

drugiego  w  myśl  niepisanej  zasady  prywatności,  której  sam  przestrzegałem,  kiedy  byłem 

młodszy  i  kiedy  w  końcu  ojciec  pozwolił  mi  brać  samochód  na  randki.  Od  tamtej  pory 

zmieniły się marki samochodów – a w chwilach rozgoryczenia powtarzam sobie (wiedząc, że 

to  raczej  nieprawda),  iż  zmieniły  się  także  czynności,  które  uprawiają  w  nich  pary.  Miejsce 

jednak  pozostało  takie  samo  –  równie  ciemne  i  niepewne,  jak  niezdarne  obłapianie  się  na 

tylnych  fotelach,  które  odbywa  się  tu  nocą.  Właściwie  całkiem  możliwe,  że  Angelę  Cashell 

śmierć spotkała w jednym z tych samochodów. 

–  Oni  mogli  być  od  was  –  powiedziałem  do  Hendry’ego,  wskazując  nasyp,  gdzie 

musieli stać ci, którzy ją tu zostawili. 

– Pewnie byli – przytaknął – ale ona jest od was. To wasze pierwsze morderstwo od... 

– Od 1883 roku – dokończył jeden z naszych. – Ale tamtego powiesili! 

– Właśnie – przytaknął któryś z północnych. 

–  No,  od  tamtej  pory  były  chyba  inne  –  powiedziałem.  –  Po  prostu  nie  znaleźliśmy 

jeszcze zwłok. 

Hendry się roześmiał. 

– Pomożemy, jeśli będziemy mogli, Devlin, ale sprawą kierujecie wy. – Po raz ostatni 

popatrzył na Angelę. – To była śliczna dziewczyna. Nie chciałbym rozmawiać z jej starymi. 

– Boże, nie mów – jęknąłem. – Nie znasz jej ojca, Johnny’ego Cashella. 

– Słyszałem o nim – odparł ponuro Hendry i mrugnął porozumiewawczo. – Brytyjski 

wywiad nie zszedł jeszcze całkiem na psy. 

Uścisnęliśmy sobie dłonie i Hendry poszedł na swoją stronę, popychany gwałtownymi 

podmuchami wiatru, niosącego zapach wody przez pogranicze. 

W

SZYSCY  GARDAI  

L

IFFORD

  mówili  do  Johnny’ego  Cashella  po  imieniu  –  spędził 

wystarczająco wiele nocy w areszcie małego komisariatu w centrum miasteczka.  Kiedy rada 

miejska niedawno upiększyła śródmieście, ustawiając nowe latarnie i kosze na śmieci wokół 

brukowanego rynku, i ławki przy głównych ulicach, tę pod komisariatem nazwaliśmy „ławką 

Sadie”,  ze względu  na czas,  jaki  spędzała  na  niej  żona Cashella,  czekając,  aż wypuszczą go 

rano z celi dla pijaków. 

Johnny Cashell był uparty i zawzięty, a także wrogo nastawiony do wszystkich lepiej 

od niego wykształconych. W  miejscowych  barach chełpił się  swoimi osiągnięciami,  chociaż 

background image

wyleciał  ze  szkoły  jako  czternastolatek.  W  rzeczywistości  był  zwykłym  złodziejaszkiem 

okradającym budki telefoniczne i skrzynki na datki i sikającym pod murem koszar, gdy pijany 

wracał do domu. 

Ale bez względu na to, jak nisko Johnny upadał, Sadie zawsze czekała na niego, nawet 

kiedy  ukradł  emeryturę  swojej  teściowej.  Gdy  jednak  wyszedł  po  dziewięciu  miesiącach 

odsiadki,  musieliśmy  zmienić  zdanie  o  lojalności  Sadie.  Trzy  miesiące  potem  urodziła 

dziewczynkę,  jedyną  w  rodzinie  Cashellów,  która  nie  miała  miedzianorudych  włosów  po 

Johnnym,  tylko  jasne,  prawie  białe.  Dali  jej  na  imię  Angela,  a  Johnny  kochał  ją  jak  swoje 

dziecko  i  ponoć  nigdy  nie  pytał,  kto  jest  jej  prawdziwym  ojcem.  Podejrzewaliśmy,  że  w 

skrytości  ducha  cierpiał  –  jasne  włosy  Angeli  tak  bardzo  kontrastowały  z  ognistorudymi 

włosami  jej  sióstr.  W  chwilach  słabości,  kiedy  Johnny  bluzgał  ze  swojej  celi  tak,  że  nie 

mogliśmy tego znieść, wytykaliśmy mu jasnowłosą córkę i kpiliśmy, że jest najładniejsza ze 

wszystkich.  Jedna  taka  uwaga  wystarczyła,  żeby  go  uciszyć  i  zapewnić  spokojną  noc 

każdemu, kto akurat miał dyżur. 

Śnieg przestał padać. Przyjechała pani patolog z czarną lekarską torbą. Pracowała, a ja 

stałem nad rzeką, zastanawiałem się, co powiedzieć Johnny’emu Cashellowi, i patrzyłem, jak 

słońce wybucha nisko nad horyzontem, zabarwiając żebra chmur najpierw na różowo, potem 

na fioletowo i pomarańczowo. 

C

ASHELL  BYŁ  ZWALISTYM  MĘŻCZYZNĄ

 o czerwonej twarzy  i gęstych,  kędzierzawych rudych 

włosach  związanych  w  kucyk.  Jego  ubrania  zawsze  wyglądały,  jakby  je  dostał  z  opieki 

społecznej, i miały wilgotny, zatęchły zapach. Więcej uwagi poświęcał swoim stopom; nigdy 

nie widziałem go dwa razy w tych samych adidasach, zawsze były nowe i zawsze  markowe. 

Kiedy  się  do  niego  mówiło,  patrzył  w  ziemię,  podwijając  palce  stóp  tak,  że  widać  to  było 

przez białą skórę butów. Kiedy sam mówił, patrzył trochę na lewo, jakby do kogoś stojącego 

za  tobą.  Wszystkie  jego  dzieci  nabrały  tego  samego  zwyczaju;  nawet  zajmująca  się  nimi 

pracownica opieki społecznej uznała to za brak grzeczności, póki lepiej ich nie poznała. 

Staliśmy w drzwiach, on patrzył na swoje buty, a ja powiedziałem mu o śmierci córki i 

poprosiłem,  żeby  zidentyfikował  ciało.  Spojrzał  gdzieś  za  mnie,  a  w  oczach  dostrzegłem 

rozpacz  albo  gniew.  Wypuścił  powietrze  z  płuc,  jakby  wstrzymywał  oddech,  odkąd 

przyszedłem, i wydało mi się, że przez dym papierosowy czuję alkohol. 

–  To  ona  –  powiedział.  –  Wiem,  że  to  ona.  Nie  było  jej  w  domu  od  dwóch  dni.  W 

czwartek pojechała do Strabane. 

Odchylił się lekko w tył, jakby opierał się o framugę. Słońce ozłociło mu rude, kręcone 

background image

włosy na grzbietach dłoni. 

Za  nim  pojawiła  się  Sadie  Cashell,  z  poszarzałą  twarzą,  jakby  podsłuchała  naszą 

rozmowę. Wycierała ręce w ścierkę do naczyń. 

– Co się stało, Johnny? – spytała podejrzliwie. 

– Znaleźli Angelę. Mówią, że nie żyje, mamuśku! – odparł. A potem usta mu zadrżały, 

a twarz żałośnie się skrzywiła. 

Raczej parskał, niż płakał, ślina i łzy ściekały mu po brodzie. Wilgotne oczy przestały 

lśnić,  kiedy  ostatnie  promienie  słońca  wymknęły  się  niebu  i  świat  niemal  niedostrzegalnie 

pociemniał. 

– Jak? – zapytała ostro Sadie; mięśnie jej szczęk drżały. 

– Na razie... na razie nie wiemy, Sadie – zawahałem się. – Uważamy, że ktoś ją zabił. 

– To pomyłka – stwierdziła,  histerycznie podnosząc głos.  Zaciskała dłoń  na ramieniu 

męża, aż pobielały jej kłykcie. – Pomyliliście się. 

– Przykro mi, Sadie – powiedziałem. – Zrobimy co w naszej mocy. Obiecuję. 

Popatrzyła  na  mnie,  jakby  czekała,  aż  powiem  coś  innego,  a  potem  odwróciła  się  i 

zniknęła w domu. 

Johnny Cashell pociągnął nosem, patrzył w stronę Strabane. Domyśliłem się, że Sadie 

powiedziała dzieciom, bo z głębi domu doszedł mnie płacz dziewczynek, narastający szybkim 

crescendo. 

– Musi pan pojechać do kostnicy,  panie Cashell.  Zidentyfikować  ją.  Jeśli  nie  ma pan 

nic przeciwko temu. 

– Nie powinna tam być. Przywieźcie ją do domu – odparł. 

– Panie Cashell, trzeba zrobić kilka rzeczy, żeby wiedzieć, co się jej stało. Możecie jej 

państwo nie dostać jeszcze przez dzień czy dwa. 

Wyjął  z  kieszeni  papierośnicę,  a  z  niej  skręconego  papierosa,  włożył  go  do  ust  i 

przypalił.  Wypluł  drobinę  tytoniu  i  znów  spojrzał  nie  na  mnie,  tylko  gdzieś  ponad  moim 

ramieniem. 

– Wiem, co się z nią stało. Poradzę sobie – zapewnił. 

– Co pan ma na myśli? Co się według pana stało, panie Cashell? 

– Nieważne – mruknął, wciąż na mnie nie patrząc. 

Jego żona wróciła do drzwi. 

– Gdzie moja dziewczynka, John? – spytała męża. Wskazał kciukiem na mnie. 

– Mówi, że nie możemy jej dostać. Jeszcze nie jest gotowa, żeby wrócić do domu. 

– Kto to zrobił? – zapytała. 

background image

– Jeszcze nie wiemy, pani Cashell – odparłem, zerkając na jej męża. – Pracujemy nad 

tym. 

– Do  łapania  niewinnych  na ulicach  czy  jak ktoś sobie wypił,  to jesteście pierwsi.  A 

teraz nagle wszystko powoli. Gdyby to była jakaś bogata dziewczyna, tobyście już wiedzieli, 

ot co. 

– Pani Cashell – powiedziałem. – Obiecuję, że załatwimy to tak szybko jak się da. Czy 

mogę porozmawiać z pozostałymi córkami? 

Sadie  popatrzyła  najpierw  na  mnie,  potem  na  męża,  który  wzruszył  ramionami  i 

odszedł od drzwi. Potem mnie wpuściła. 

T

RZY  SIOSTRY 

A

NGELI  SIEDZIAŁY  WOKÓŁ  STOŁU  W  KUCHNI

.  Były  do  siebie  zadziwiająco 

podobne.  Jedna  z  nich  tuliła  niemowlę  w  samej  pieluszce,  które  mięło  w  piąstce  jej  białą 

bluzkę. 

Usiadłem przy stole i wyjąłem papierosy. 

–  Nie  ma  palenia  przy  mojej  małej  –  oznajmiła  młoda  matka,  strzepując  popiół  ze 

swojego papierosa na linoleum. 

Nie  schowałem  papierosa  ani  go  nie  zapaliłem.  Najmłodsza  córka  Cashellów  wciąż 

płakała,  ale  pozostałe  patrzyły  na  mnie,  jedna  z  zaczerwienionymi  oczami,  jedna  trochę 

buńczuczna, jakby nie chciała się zdradzić ze swoimi uczuciami przed garda. 

 Potrzebuję waszej pomocy.  Chcę się dowiedzieć,  co się  stało Angeli – zacząłem.  – 

Powiecie mi, z kim się zadawała, z kim chodziła i tak dalej? 

Najmłodsza dziewczyna otworzyła usta, jakby chciała odpowiedzieć, ale przerwała jej 

ta z dzieckiem, która na imię miała, jeśli dobrze pamiętałem, Christine. 

–  Nic  nie  wiemy,  inspektorze.  –  Podkreśliła  każdą  sylabę  ostatniego  słowa  z  całą 

pogardą, na jaką było ją stać. Zwróciłem uwagę, że ze wszystkich sióstr tylko ona nie płakała, 

kiedy  usłyszała  o  śmierci  siostry.  Oczy  miała  jasne  i  czyste.  Świadoma  mojego  spojrzenia, 

opuściła wzrok na dziecko, lekko przechyliwszy głowę. 

Odwróciłem się do najmłodszej. 

– Chciałaś mi coś powiedzieć? – spytałem. – Pomóc mi? 

Dziewczynka zerknęła ukradkiem na siostrę, a potem spuściła głowę i wbiła wzrok w 

dłonie,  splecione  na  kolanach.  Wyglądała  na  niedożywioną,  kościste,  różowe  palce 

przypominały pisklęta w gnieździe. 

Christine odezwała się znowu: 

– Już panu powiedziałam, nic nie wiemy. 

background image

Wzięła  butelkę  dziecka  i  zaczęła  je  karmić,  trzymając  papierosa  w  ustach  i  mrużąc 

oczy od dymu. 

Spytałem Sadie, czy mogę zobaczyć pokój Angeli. W milczeniu zaprowadziła mnie po 

schodach na górę, otworzyła jedne z drzwi i zaczekała, aż wejdę. Byłem trochę zaskoczony, 

widząc w pokoju porządek; a jednocześnie zawstydziła mnie niegodziwość tej myśli. Prawie 

całą przeciwległą ścianę zajmowało okno, wychodzące na podwórze. 

Pokój wyglądał na niedawno malowany, ściany miały lawendowy odcień; wykładzina 

i  pościel  były  jasnozielone.  Do  ściany  za  łóżkiem  przypięto  starannie  pinezkami  plakat 

jakiegoś  Orlando  Blooma.  Szafa  była  pełna  ubrań,  starannie  poukładanych  i  powieszonych 

według  rodzajów  i  rozmiarów.  Na  podłodze  zauważyłem  róg  książki  w  miękkiej  oprawie, 

wystający  spod  zwisającej  z  łóżka  narzuty.  Znałem  autora  –  czytała  go  Debbie,  moja  żona. 

Odruchowo  przerzucając  strony  i  rozglądając  się  po  pokoju,  zauważyłem,  że  jako  zakładki 

Angela używała paska zdjęć z automatu. Widać było tylko połówki twarzy dwóch dziewczyn, 

uśmiechniętych  wesoło  z  białych  krawędzi  po  obu  stronach.  Jedną  z  nich  była  Angela.  Na 

ostatnim  zdjęciu  ich  twarze  lekko  się  stykały  i  Angela  już  się  nie  uśmiechała,  mimo  to 

wyglądała  na  jeszcze  bardziej  zadowoloną.  Zasmucił  mnie  ten  widok  –  tej  dziewczyny,  tak 

pełnej życia. Pokazałem zdjęcia Sadie i spytałem, kim jest druga dziewczyna, ale Sadie tylko 

wzruszyła ramionami i spytała, czy skończyłem. Odłożyłem zdjęcia na miejsce, pilnując, żeby 

nie zgubić strony, zanim dotarł do mnie bezsens tego gestu. 

W kącie pokoju stały stary odtwarzacz CD i plastikowy stojak z kilkunastoma płytami 

pod  lustrem.  Większości  zespołów  nie  znałem  albo  słyszałem  od  nich  tylko  od  Penny. 

Dziwne,  na  środku  zaważyłem  płytę  Divine  Comedy.  Byłem  na  ich  koncercie  w  Dublinie 

kilka  lat  temu.  Wydawała  się  trochę  nie  na  miejscu  wśród  tych  wszystkich  boysbandów. 

Zapytałem  o  nią  Sadie.  Znów  wzruszyła  ramionami  i  wyszła  no  korytarz,  dając  mi  do 

zrozumienia,  że  nie  życzy  sobie,  żebym  dłużej  zostawał  w  pokoju  jej  córki.  Kiedy 

schodziliśmy  na  dół,  podziękowałem  jej  i  jeszcze  raz  złożyłem  kondolencje,  a  potem 

wyszedłem na dwór umówić się z Johnnym Cashellem na identyfikację ciała. 

Wciąż stał przed domem, zrywał ostatnie uschnięte kwiaty z krzaka róży. Kwiaty były 

ciężkie i brązowe, nisko zwisały. Johnny zrywał je i miął w pięści suche płatki. 

–  Przykro  mi,  panie  Cashell  –  odezwałem  się,  ściskając  jego  wolną  dłoń.  –  Jeszcze 

jedno. Może mi pan powiedzieć, co Angela miała na sobie, kiedy widział ją pan ostatni raz? 

–  Pewnie  dżinsy.  Chyba  niebieską  bluzę  z  kapturem,  którą  matka  kupiła  jej  na 

urodziny.  To  było  ledwie  w  zeszłym  miesiącu.  Czemu  pan  pyta?  Nie  wiecie,  w  co  była 

ubrana? 

background image

Nie  potrafiłem  rozwiać  jego  przekonania,  że  córka  po  śmierci  zachowała  pozory 

godności. Sam jestem ojcem. Chciałem coś powiedzieć, ale powietrze między nami było ostre 

od zapachu gnijących liści i nie przyszło mi do głowy nic bardziej wymownego. 

K

IEDY  WRÓCIŁEM  NA  KOMISARIAT

,  Burgess,  nasz  sierżant  dyżurny,  powiedział  mi,  że 

natychmiast chce mnie widzieć nadinspektor. Costello – którego wszyscy (choć nie przy nim) 

nazywali Elvisem.  Costello  był w  Lifford  sławny, służył tu, w mundurze  i  bez  munduru, od 

prawie  trzydziestu  lat.  Podejrzewano,  że  zna  wiele  rodzinnych  sekretów,  które  większość 

ludzi  woli  zachować  dla  siebie.  Oznaczało  to,  że  choć  był  w  miasteczku  powszechnie 

podziwiany, nikt mu nie ufał. Nigdy jednak celowo nie wykorzystywał tych informacji, chyba 

że to było absolutnie konieczne, a wiele dawnych przestępstw puszczał płazem, wychodząc z 

założenia,  że  jeśli wtedy ci, co je popełnili, nie  zasłużyli  na odpowiednią karę,  tym  bardziej 

nie  będzie  ich  karał  dziś.  Teoretycznie  powinien  pracować  w  Letterkenny,  policyjnym 

centrum  hrabstwa  Donegal,  ale  ze  względu  na  mastektomię  jego  żony  Emily  kilka  lat  temu 

dostał pozwolenie, by działać z Lifford. 

Jego pseudonim wziął się nie tylko od jego nazwiska, ale też od imienia, Olly. Nie raz 

i  nie  dwa  gardai  wzywanych  do  zakłóceń  porządku  witał  pijacki  chór  śpiewający  Armię 

Oliviera,  chociaż  naprawdę  Costello  miał  na  imię  Alphonsus.  Nazwa  armii  Oliviera 

przylgnęła do  liffordzkiej policji tak samo,  jak  imię Elvis do samego Costella.  Nigdy o tym 

nie wspominał, ale moim zdaniem po cichu cieszył się ze swojego pseudonimu, biorąc go za 

dobroduszny wyraz sympatii i uznania jego pozycji jako swego rodzaju instytucji. 

–  Cashell  pochodzi  z  Cork  –  powiedział  teraz,  poprawiając  krawat  przed  lustrem 

zawieszonym  na  wewnętrznej  stronie  drzwi  jego  gabinetu.  Jego  stanowisko  oznaczało,  że 

jako jedyny w komisariacie miał własny gabinet, reszta używała wspólnych pokojów. Trzeba 

uczciwie powiedzieć, że Elvis nigdy nie podkreślał swojego uprzywilejowania; meble były tu 

proste i funkcjonalne. 

– Naprawdę? – spytałem, nie wiedząc, do czego zmierza. 

– Tak. Jego rodzina przyjechała tu, kiedy miał trzy lata. Podejrzewaliśmy wtedy, że to 

wędrowcy

1

,  ale  wynajęli  mieszkanie  przy  szosie  na  St.  Johnston.  Kiedy  Sadie  pierwszy  raz 

zaszła w ciążę, dostali dom na Clipton Place. Od początku nie bardzo tam pasował. 

                                                

1

  Wędrowcy  –  grupa  społeczna  charakterystyczna  dla  Wielkiej  Brytanii  i  Irlandii,  o  niejasnym  pochodzeniu 

etnicznym,  przypominająca  nieco  kontynentalnych  Cyganów,  posługująca  się  własnym  językiem  shelta. 
Wędrowcy  żyją  w  drodze  i  przemieszczają  się  zmotoryzowanymi  konwojami.  Słyną  z  hodowli  psów  i  handlu 
końmi. Są powszechnie traktowani z nieufnością (przyp. tłum.). 
 

background image

– Na to wygląda – westchnąłem. – Sąsiadów z jednej strony wygnał hałasem, sąsiadów 

z drugiej za pomocą młotka ciesielskiego. 

– Za co dostał ostrzeżenie. Mimo wszystko to okropna rzecz. Jak to przyjął? 

– Tak  jak można się spodziewać. Był zdruzgotany. Miałem wrażenie, że jedna z jego 

córek coś mi powie, ale reszta rodziny milczy jak grób. 

–  Lata  nieufności,  Benedikcie,  wyuczonej  przy  rodzinnym  stole.  –  Costello  jest  też 

jedyną  osobą,  która  zwraca  się  do  mnie  pełnym  imieniem,  jakby  jego  zdrabnianie  było 

nieuprzejme. – Daj im dzień czy dwa i spróbuj jeszcze raz. Może kiedy nie wszyscy będą w 

domu. 

– Tak, panie nadispektorze. 

–  Masz  marynarkę?  –  spytał,  ruchem  głowy  wskazując  moje  nieformalne  dżinsy  i 

kurtkę: jeden z niewielu przywilejów bycia detektywem. 

– Nie przy sobie. 

– Skocz do domu i się przebierz. O piątej masz konferencję prasową. Będą tam RTE i 

stacje z Północy, masz wyglądać elegancko. 

Wstałem. Kiedy już byłem przy drzwiach, dodał: 

–  Nie  znaleźli  jeszcze  jej  ubrań,  Benedikcie.  Poprosiłem  policję  rzeczną,  żeby  rano 

przeszukała dno rzeki. PSNI powiedzieli, że pomogą. Zaczynamy wcześnie. 

B

YŁA  TO  PIERWSZA  KONFERENCJA  PRASOWA

,  w  jakiej  brałem  udział  i  choć  przypuszczalnie 

wyglądała  dość  skromnie  w  porównaniu  z  innymi  takimi  wydarzeniami,  onieśmieliły  mnie 

rzędy  świateł,  kamer  i  mikrofonów.  Costello  odczytał  przygotowane  oświadczenie,  potem 

zaprosił  do  zadawania  pytań.  Jak  mi  powiedziano,  moja  rola  ograniczała  się  do  obecności, 

żeby  mógł  mnie  przedstawić  dziennikarzom.  W  ten  sposób  sprawiedliwość  nie  będzie 

anonimowa,  oznajmił  bez  śladu  ironii.  Miałem  też  odpowiadać  na  wszelkie  pytania 

operacyjne,  na  które  Costello  nie  znał  odpowiedzi,  ale  miałem  nie  wchodzić  w  szczegóły. 

Słyszeliśmy  nasze  głosy  wracające  do  nas  z  lekkim  opóźnieniem,  jakby  kpiły  z  faktu,  że 

mimo tego, co mówiliśmy, by uspokoić opinię publiczną, nie mamy pojęcia, kto zabił Angelę 

Cashell,  jak  została  zabita  ani,  co  gorsza,  po  co  ktoś  miałby  zabijać  piętnastoletnią 

dziewczynę i porzucać jej nagie zwłoki na brzegu rzeki. 

P

ENNY  I 

S

HANE  DOSTALI  MATCZYNĄ  DYSPENSĘ

  i  mogli  oglądać  telewizję  dłużej,  żeby 

zobaczyć  tatę.  Oboje  jednak  niemal  zasnęli  podczas  głównego  wydania  wiadomości; 

background image

najważniejszą  informacją  było  wysłanie  przez  prezydenta  Stanów  Zjednoczonych 

pięćdziesięciu  tysięcy  żołnierzy  jako  wsparcia  dla  sześćdziesięciu  tysięcy,  które  już 

stacjonowały na Bliskim Wschodzie. 

Kiedy w końcu puszczono krótki materiał o morderstwie Cashell, wciśnięto go między 

informację  o  rosnących  cenach  nieruchomości  a  historię  handlarza  narkotyków 

zamordowanego  w  Dublinie.  Prezenterzy  wyraźnie  bardziej  troszczyli  się  o  drożejące  domy 

niż o śmierć bezimiennego dilera. 

Kiedy  kładłem  Shane’a  do  łóżeczka,  usłyszałem  pukanie  do  drzwi,  a  chwilę  później 

głos  Debbie  zapraszającej  gościa  do  środka.  Wyjrzałem  przez  okno  sypialni  i  zobaczyłem 

pikapa  naszego  sąsiada,  Marka  Andersona,  zaparkowany  na  naszym  podjeździe.  Mark 

mieszkał prawie kilometr dalej, ale był właścicielem całej ziemi sąsiadującej z naszą działką, 

pól,  na których wypasał owce i krowy. Był nietowarzyskim dziwakiem i zaskoczyła mnie ta 

wizyta.  Do  tej  pory  odwiedził  nas  tylko  raz,  żeby  prosić  o  łagodne  potraktowanie  syna, 

Malachy’ego,  którego  aresztowałem  po  tym,  jak  został  przyłapany  na  podglądaniu  Sharon 

Kennedy  z  drzewa  rosnącego  pod  oknem  jej  sypialni.  Mąż  Sharon  ściął  je  jeszcze  tego 

samego wieczoru. 

Zszedłem  na dół.  Anderson siedział w salonie przycupnięty tak blisko skraju kanapy, 

że  wyglądał,  jakby  miał  z  niej  zaraz  spaść.  Wstał,  kiedy  wszedłem.  Uśmiechnąłem  się  i 

wyciągnąłem rękę. 

– Wesołych świąt, Mark – pozdrowiłem go. – Miło cię widzieć. 

Nie odwzajemnił uśmiechu ani przywitania. 

– Wasz pies czepia się moich owiec – powiedział. 

– Słucham? – spytałem, siadając obok Debbie. 

– Wasz pies czepia się moich owiec. Widziałem go. 

Nasz  pies  to  sześcioletni  basset  Frank,  którego  kupiłem  Debbie  na  piątą  rocznicę 

ślubu. Wydawało się wtedy, że nie możemy mieć dzieci. Cztery miesiące później odkryła, że 

jest  w  ciąży  z  Penny  i  w  ten  sposób  Frank  stał  się  moim  psem.  Teraz,  kiedy  Penny  była 

starsza,  również  go  polubiła.  Na  noc  zamykaliśmy  go  w  specjalnie  dla  niego  zbudowanej 

szopie i to właśnie powiedziałem Andersonowi. 

– Wiem, co widziałem – odparł. – Jeśli którejś z moich owiec coś się stanie, wpakuję 

kundlowi kulkę. Ostrzegam. 

Penny,  która  przestała  oglądać  telewizję  na  początku  rozmowy,  teraz  gapiła  się  na 

Andersona z przerażeniem i szeroko otwartą buzią. 

– Nie ma powodu do pogróżek, Mark. Frank to dobry pies i nie sądzę, żeby niepokoił 

background image

twoje owce. Jestem przekonany, że się mylisz, ale będziemy mieli na niego oko. 

Porozumiewawczo  mrugnąłem  do  Penny.  Spróbowała  się  uśmiechnąć,  ale  wyszło  jej 

to bez przekonania. 

– Nie mówcie tylko, że was nie ostrzegałem. Jak zobaczę psa na swoim polu, zabiję go 

– powtórzył Anderson, potem kiwnął głową,  jakbyśmy rozmawiali o pogodzie,  i życzył nam 

wesołych świąt. 

Gdy wyszedł, Penny podeszła do mnie ostrożnie i pociągnęła mnie za nogawkę spodni. 

– Czy on skrzywdzi Franka, tato? – Głos jej się łamał, a oczy poczerwieniały. 

– Nie, skarbie. – Debbie wzięła ją na ręce. – Tata dopilnuje, żeby Frank w nocy był w 

swoim domku, a wtedy nic mu się nie stanie. Prawda, tato? – spytała i spojrzała na mnie, tuląc 

Penny i kołysząc. 

– Oczywiście, kochanie – odparłem. – Frankowi nic się nie stanie. 

background image

Rozdział 2 

Niedziela, 22 grudnia 

N

ASTĘPNEGO  RANKA  ZABRAŁEM 

D

EBBIE  I  DZIECI  NA  PORANNĄ  MSZĘ

.  Penny  uparła  się, 

żebyśmy  zmówili  specjalną  modlitwę  za  Franka,  a  cała  kongregacja  pomodliła  się  za  duszę 

Angeli  Cashell  i  o  pociechę  dla  jej  rodziny  w  ich  tragedii.  Wczorajsze  śniegowe  chmury 

zniknęły,  niebo  było  czyste  jak  woda,  wiatr  ostry,  a  jasne  zimowe  słońce  wydawało  się 

zwodniczo  ciepłe,  kiedy  siedzieliśmy  w  kościele.  Co  dziwne,  róże  na  klombach  przed 

kościołem znów dostały pąków mimo późnej pory roku. Gdy po mszy przystanąłem, żeby na 

nie popatrzeć, podszedł do mnie Thomas Powell junior. 

Powella  znałem  z  czasów  młodości,  ze  szkoły  w  Deny.  Był  w  moim  wieku,  ale  ja 

jestem  przysadzisty  i  mam  w  pasie  o  parę  kilo  za  dużo,  Powell  zaś  szczupły,  opalony  i 

promieniuje aurą dobrego zdrowia osiągniętego i utrzymywanego dzięki zamożności. Ożenił 

się  z  dziewczyną,  którą  również  znałem  z  tamtych  czasów.  Był  jedynym  synem  jednego  z 

najbogatszych  ludzi  w  hrabstwie,  Thomasa  Powella  seniora.  Senior  w  swoim  czasie  był 

bardzo wpływowym politykiem  i chodziły pogłoski,  że syn  niebawem pójdzie w  jego ślady. 

To właśnie w sprawie ojca Thomas chciał się ze mną zobaczyć. 

–  Wiesz  coś  o  staruszku?  –  spytał,  ściskając  moją  dłoń  w  swoich  w  uderzająco 

nieszczerym geście. 

– O jakim staruszku? 

–  O  moim  ojcu,  oczywiście.  Pomyślałem,  że  będziesz  wiedział.  –  Uśmiechnął  się 

trochę zdumiony. 

– Przykro mi, Thomas. Coś się stało twojemu ojcu? 

Wydawał się poirytowany. 

– Myślałem, że ci powiedzą. Dzwoniłem rano na komisariat. Powiadomiłem o intruzie. 

– Nic nie słyszałem, Thomas. Gdzie to było? 

–  W  jego  pokoju  w  domu  opieki  w  Finnside.  Obudził  się  w  środku  nocy,  w  środę,  i 

przysięgał,  że  w  jego  pokoju  ktoś  był.  Wszystko  opowiedzieliśmy  facetowi,  który  odebrał 

telefon. Powiedział, że zajmiecie się tą sprawą. 

background image

–  Na  pewno  się  zajmiemy.  Na  razie  tkwimy  po  uszy  w  śmierci  małej  Cashell.  Czy 

twojemu ojcu coś się stało? 

– Nie. 

– Coś zginęło? 

– Nie. Ale nie o to chodzi. Ktoś był w jego pokoju. 

Widziałem,  że  coraz  bardziej  się  irytuje,  obiecałem  mu  więc,  że  zajmę  się  tą  sprawą 

przy pierwszej sposobności, przeprosiłem go i zostawiłem. 

Kątem  oka  zobaczyłem  jego  żonę  Miriam,  która  stała  w  wejściu  do  kościoła  i 

rozmawiała z ojcem Brennanem, ale patrzyła na nas, pozornie z roztargnieniem. Jej spojrzenie 

napotkało  moje;  poczułem,  że  coś  we  mnie  zadrżało  i  zaległo  nieprzyjemnie  w  żołądku. 

Miriam uśmiechnęła się lekko i odwróciła z powrotem do księdza. 

P

ONIEWAŻ  DO  ŚWIĄT  ZOSTAŁY  TYLKO  TRZY  DNI

,  obiecałem  Penny  wycieczkę  do  jaskini 

Mikołaja i chciałem wyruszyć do Derry możliwie jak najwcześniej. Wydarzenia poprzedniego 

dnia  sprawiły,  że  podjąłem  jeszcze  mocniejsze  postanowienie,  by  spędzać  czas  z  dziećmi. 

Myśląc o Angeli,  mimowolnie widziałem  ich  buzie.  Chociaż  miałem dzień wolny, zabrałem 

ze  sobą  komórkę  i  kiedy  ruszyliśmy  z  kościelnego  parkingu,  przestraszyło  mnie  jej 

natarczywe dzwonienie. 

Dzwonił  Jim  Hendry.  Chciał  mi  powiedzieć,  że  policja  w  Strabane  zatrzymała 

Johnny’ego  Cashella  za  usiłowanie  zabójstwa.  Jadąc  przez  most  do  Strabane  w  pięknym 

grudniowym  słońcu,  spojrzałem  w  dół  i  zobaczyłem  płetwonurków  z  obu  stron  granicy,  na 

zmianę zanurzających się w mętnej wodzie w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby nam 

pomóc znaleźć mordercę jego córki. 

P

O  PÓŁNOCNEJ  STRONIE  GRANICY

  miejscowa  administracja,  zmęczona  obozowiskami 

wędrowców,  które  blokowały  parkingi  i  tereny  przemysłowe,  postanowiła  wydzielić  im 

własne  specjalne  kempingi.  Wybrała  miejsce  odległe  od  głównej  drogi  i  oddalone  o  kilka 

kilometrów  od  najbliższych  domostw,  a  potem,  wykazując  się  absolutnym  brakiem 

zrozumienia  określenia  „wędrowny”,  zbudowała  dla  wędrownych  rodzin  dwadzieścia 

domów.  Wędrowcy  parkowali  pod  domami  i  mieszkali  w  swoich  przyczepach,  jak  zawsze. 

Ktoś  jednak  systematycznie  oczyszczał  nowe  domy  ze  wszystkiego,  co  można  było 

spieniężyć,  tak  że  budynki  wyglądały  jak  baza  szkoleniowa  terrorystów.  Przez  kolejnych 

kilka miesięcy pozbawieni skrupułów miejscowi budowlańcy zarabiali ogromne i całkowicie 

background image

nielegalne pieniądze,  kupując za półdarmo rury  i  dachówki. Instalowali  je potem w  nowych 

domach. 

Jak  mówił  mi  inspektor Hendry podczas drogi do Strabane,  było czymś  niezwykłym, 

że policja musiała wejść do obozowiska – wędrowcy zwykle rozstrzygali spory po swojemu. 

Dziś najwyraźniej stało się inaczej. 

Z

  TEGO

,

  CO  UDAŁO  SIĘ  DOWIEDZIEĆ  OD  RÓŻNYCH  ŚWIADKÓW

,  Johnny  Cashell  i  jego  trzej 

bracia  poszli  z  jego  domu  na  stację  benzynową  Daly’ego  w  Lifford  o  dwudziestej  trzeciej 

poprzedniego wieczoru, akurat kiedy do pracy przyszła nocna zmiana. Każdy z nich napełnił 

benzyną  dziesięciolitrowy  kanister.  Cała  czwórka  siedziała  następnie  w  barze  McElroya  do 

wpół do trzeciej w nocy, pijąc guinnessa  i whisky.  Chociaż większość pozostałych klientów 

baru czuła opary benzyny, unoszące się znad czterech kanistrów stojących w kącie, nikt o nie 

nie  zapytał  ani  nie  zareagował  w  jakikolwiek  sposób  sugerujący,  że  to  coś  niezwykłego; 

nawet  kiedy  Brendan  Cashell  poszedł  do  baru  i  kupił  paczkę  papierosów  John  Pleyer  oraz 

cztery  jednorazowe  zapalniczki.  Wielu  stałych  bywalców  patrzyło  na  Johnny’ego  z 

mieszaniną  litości  i  podejrzliwości.  Nikt  nie  wspominał  o  Angeli,  chociaż  niektórzy, 

przechodząc, klepali go po ramieniu, a kilku, w tym sam właściciel, postawiło mu drinka. Inni 

byli bardziej dyskretni, może nie chcieli opowiadać się po żadnej stronie, na wypadek, gdyby 

się okazało, że to sam Johnny był zamieszany w morderstwo jasnowłosego dziecka. 

Bracia Cashell przeszli na piechotę kilometr z Lifford do Strabane, każdy z kanistrem 

benzyny.  Około  wpół  do  czwartej  widziano  ich  na  moście  w  miejscu,  gdzie  rzeki  Finn  i 

Mourne  zlewają  się  w  Foyle.  Co  robili  przez  następną  godzinę,  pozostawało  niejasne,  ale  o 

piątej  rano  weszli  do  obozowiska  wędrowców,  właśnie  wtedy,  gdy  na  niebo  wypełzały 

pierwsze macki szarości. 

Następnie  oblali  benzyną  tyle  domów  i  przyczep,  ile  zdołali,  wyjęli  zapalniczki  i 

zapalili  papierosy  oraz  domy  i  przyczepy  wokół  siebie.  Nie  uciekali;  usiedli  na  wielkich 

głazach,  ułożonych  przy  wjeździe  do  obozowiska,  żeby  zagrodzić  drogę.  Johnny  obojętnie 

słuchał krzyków, które zaczęły dobiegać zza blaszanych ścian płonących przyczep. 

Przejeżdżająca tamtędy taksówkarka wezwała policję i straż pożarną, a potem patrzyła, 

jak  Johnny  i  jego  bracia  wiwatują,  gdy  z  płonących  przyczep  wysypały  się  rodziny 

wędrowców,  z  krzykiem  i  płaczem.  Johnny  wypatrzył  jedną  konkretną  osobę  –  chudego 

chłopaka,  wyglądającego  najwyżej  na  dwanaście-trzynaście  lat,  o  włosach  tak  jasnych,  że 

prawie  białych.  Widziano,  jak  coś  do  niego  krzyczy.  Potem  razem  z  braćmi  pobiegł  za 

chłopcem, czmychającym jak królik przez krzaki rosnące za obozowiskiem i rozciągające się 

background image

dalej pola, błyskając w świetle księżyca gołymi plecami. 

Nie było jasne, kto pierwszy uświadomił sobie winę Cashellów, ale kiedy przyjechała 

policja,  bracia  Johnny’ego  byli  pobici  tak,  że  nie  dawało  się  ich  rozpoznać.  Najmłodszego, 

Darmuida,  odwieziono  do  szpitala  w  Altnagelvin.  Taksówkarka  opisała,  że  widziała,  jak 

dwóch  wędrowców,  bosych  i  gołych  od  pasa  w  górę,  a  mimo  to  niezważających  na  mróz 

zimowej  nocy  (czy  może  rozgrzanych  płomieniami  i  adrenaliną),  chwyta  Darmuida  za 

splątane włosy  i  ciska  nim o  ziemię. Darmuid skulił  się pod głazami  blokującymi  wjazd do 

obozu,  a  oni  na  zmianę  kopali  go  i  skakali  po  nim,  tak  mocno,  że  powybijali  mu  zęby  i 

złamali szczękę, która po chwili zwisła luźno jak u trupa. 

Frankie  Cashell  został  powalony  na  ziemię  za  kurtkę,  którą  kazała  mu  nosić  żona,  i 

chociaż przeklinał ją, bo wędrowcy mieli za co chwycić, kurtka wytłumiła jednak większość 

kopniaków,  które  otrzymał  w  korpus.  Miał  pękniętą  czaszkę,  ale  żebra  tylko  mocno 

posiniaczone. 

Trzeci z  braci Cashell, Brendan, został osaczony  przez grupę  kobiet, z których  jedna 

odgryzła  mu  ucho.  Policja  znalazła  je,  później  tego  samego  dnia,  wyplute  w  krzaki  za 

dymiącymi zgliszczami przyczepy. Nie dało się go już uratować. 

Sam  Johnny  mocno  krwawił,  leżąc  na  polu,  po  którym  wcześniej  gonił  młodego 

wędrówce. Chłopak stawił mu czoła, wyciągając nóż. Dopiero kiedy Johnny trafił do karetki, 

okazało  się,  że  ma  jedynie  powierzchowną  ranę.  Gdy  tylko  wypisano  go  ze  szpitala,  został 

aresztowany  i  przewieziony  do  Strabane.  Hendry  dowiedział  się  o  wszystkim  rano,  kiedy 

przyszedł do pracy. Rozpoznał nazwisko z naszej wcześniejszej rozmowy i skontaktował się 

ze mną. 

J

OHNNY  SIEDZIAŁ  NA  METALOWEJ  RAMIE

,  służącej  jednocześnie  za  ławkę  i  pryczę  w  celi. 

Palce  wetknął  pod  bandaż,  który  przyklejono  mu  na  brzuchu.  Kiedy  wszedłem,  podniósł 

wzrok,  ale  potem  wrócił  do  swojego  zajęcia  –  badania  rany  i  szukania  śladów  krwi  na 

opatrunku. 

– I jak tam, Johnny. Lepiej się czujesz? 

– Spieprzaj, Devlin. Nie wolno ci działać na Północy. Nie powinno cię tu być. 

– Ciebie też nie, Johnny. Jestem po służbie. To wizyta towarzyska. W co ty grałeś, jak 

się  brałeś  do  tych  wędrowców?  –  spytałem,  ale  Cashell  wciąż  był  skupiony  na  swoim 

opatrunku. Hendry kopnął go w stopę. 

– Nie mam nic do powiedzenie – wymamrotał Johnny. – Masz fajkę? 

– Jasne – powiedziałem, wyjmując z kieszeni paczkę papierosów. – Ale zapomniałem 

background image

zapalniczki. Może ty masz? 

– Cha, cha. W dupę se wsadź takie dowcipy, Devlin. 

– Hej! Pilnuj  się,  synu, nie  jesteś na Południu –  powiedział Hendry. – Devlin,  jakich 

wy tam chowacie kryminalistów? 

Przykucnąłem obok Cashella, mając nadzieję zwrócić na siebie jego uwagę. 

– Co to miało wspólnego z Angelą,  Johnny? – spytałem i zobaczyłem w jego oczach 

błysk  zrozumienia.  –  Bo  chodziło  o  Angelę,  prawda,  Johnny?  Właśnie  dlatego  inspektor 

Hendry  mnie  powiadomił,  z  powodu  tego,  co  się  stało  z  Angelą.  Ale  to  jej  nie  przywróci 

życia, Johnny. 

Wcale nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak protekcjonalnie, jak zabrzmiało. 

Cashell poderwał głowę i spojrzał na mnie z gniewem i dumą. 

–  A  wy  przywrócicie,  Devlin?  Wskrzesicie  ją,  kurwa?  O  to  ci  chodzi?  Nie  złapiesz 

nawet kataru, palancie. Pierdol się. 

Coraz bardziej się ożywiał, coraz bardziej wściekał, w końcu prawie pluł mi w twarz. 

– Wszyscy się pierdolcie! 

A potem zamilkł, wyrzucił z siebie cały jad i opadł z powrotem na metalową pryczę. 

Schował twarz w dłoniach, jak każdy opłakujący dziecko ojciec, który wyładował gniew i ból 

na  pierwszej  lepszej  osobie,  bo  nie  mógł  się  wyżyć  na  tych,  którzy  naprawdę  na  to 

zasługiwali. 

–  Chłopak,  którego  gonił,  to  Siwy  McKelvey.  Naprawdę  nazywa  się  Liam  czy  jakoś 

tak,  ale  wszyscy  mówią  na  niego  Siwy.  Paskudna  mała  menda  –  mówił  Hendry, 

odprowadzając  mnie  do  samochodu,  w  którym  czekała  Debbie  z  dziećmi.  –  Wygląda  na 

dziesięć  lat,  ale  bliżej  mu  do  osiemnastu.  Niedożywiony.  Paru  chłopaków  uważa,  że 

specjalnie  niedojada,  żeby  łatwiej  przeciskać  się  przez  okna  na  włamach.  Siwy  bywał  w 

różnych poprawczakach. Nie zrobił jeszcze nic, za co trafiłaby mu się porządna odsiadka, ale 

to  kwestia  czasu.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  był  zamieszany  w  śmierć  tej  dziewczyny. 

Chociaż woli noże. I nie wiem, czy miałby dość siły, żeby podnieść jej ciało. Jest żylasty, ale 

dość słaby. Rozumiesz, raczej wredny niż silny. 

– Znam go – powiedziałem. – Raz czy dwa pojawił się też u nas. Bardzo jasne włosy, 

uszy jak od pucharu? Dajcie nam znać, kiedy go zamkniecie. Cashell najwyraźniej uważa, że 

chłopak coś wie. 

Uścisnęliśmy sobie dłonie. 

–  Jasne  –  przytaknął  Hendry  –  chociaż  mam  nadzieję,  że  dorwiecie  go  pierwsi. 

Ostatnim razem, gdy zamknęliśmy Siwego, narobił niezłego bałaganu. 

background image

W

IECZOREM TEGO SAMEGO DNIA

 przyjechał do mnie do domu nadinspektor Costello. Robi to 

dość  często,  w ten  sposób  osobiście  sprawdza,  co  się  dzieje  w  okolicy.  Wcisnął  się  w  fotel 

najdalszy od telewizora, z filiżanką  herbaty ze spodkiem w ręku. Filiżankę – poinstruowana 

przez  Debbie  –  przyniosła  mu  Penny.  Stolik  z  talerzykiem  z  ciastkami  stał  poza  jego 

zasięgiem  i wysiłek potrzebny,  by odstawiać  i podnosić  filiżankę,  był  najwyraźniej za duży, 

żeby  zawracać  sobie  tym  głowę.  Filiżanka  w  dłoni  Costella  wydawała  się  maleńka,  a  on 

wyglądał, jakby czuł się z nią niezręcznie. 

–  Całkiem  niezła  reakcja  na  materiał  RTE  –  powiedział,  trzymając  herbatę  tuż  pod 

brodą,  z  serdecznym  i  małym  palcem  wyprostowanymi  –  nie  mieściły  się  w  małym  uszku 

filiżanki. – Dwadzieścia trzy telefony. Dwunastu czubków. 

Na  konferencji  prasowej  postanowiliśmy  nie  wspominać,  że  ciało  Angeli  zostało 

porzucone  tylko  w  bieliźnie,  ani  o  pierścionku  na  jej  palcu,  żeby  odsiać  świrów  od  ludzi 

posiadających autentyczne informacje. 

–  Za  to  kilka  obiecujących  tropów  –  ciągnął  Costello,  mieszając  herbatę,  żeby  zająć 

czymś  ręce.  –  Wspomniano  młodego  wędrówce,  przypuszczalnie  Siwego  McKelveya. 

Widziano  ich  razem  w  czwartek  wieczorem  na  dyskotece  w  Strabane.  Była  też  mowa  o 

narkotykach. 

Kiwnąłem głową niezaskoczony. 

– I to w odniesieniu do niej, nie do niego, Benedikcie. 

– Warto poprosić patolog o wyniki badań toksykologicznych – zaproponowałem, choć 

podejrzewałem, że Costello już to zrobił. 

–  Już  z  nią  rozmawiałem  –  odparł,  starając  się  jak  najdelikatniej  odłożyć  łyżeczkę  z 

powrotem na spodek. – Kierownik kina widział Angelę w piątek z siostrami. Kupiły bilety na 

seans dla dzieci, ale poszły na jakiś horror. Wyrzucono je około czwartej. 

Łyżeczka z  brzękiem  wypadła  z  filiżanki  i spadła na ziemię.  Penny podsunęła  się  na 

czworakach i z uśmiechem ją podniosła. 

– W piątek? – powtórzyłem. – Jest pan pewien? Cashell mówił, że z domu wyszła w 

czwartek. 

–  Najlepiej  sprawdzić  z  samego  rana  –  odparł  Costello.  –  Przyszły  też  wstępne 

ustalenia  od  patologa.  Czas  śmierci  ustalono  na  między  dwudziestą  trzecią  w  piątek  a 

pierwszą w nocy w sobotę. 

Mówiąc  to,  z  torby,  którą  przyniósł  ze  sobą,  wyjął  kremową  teczkę.  Podał  mi  ją  i 

spojrzał na Shane’a, siedzącego na swojej baraniej skórze i przyglądającego mu się z otwartą 

buzią.  Shane trzymał w rączce sucharka; cały  był  nim upaćkany.  Uśmiechnął  się,  pokazując 

background image

dwa zęby, i z zadowoleniem zagulgotał. 

Przejrzałem  techniczny  żargon.  W  skrócie  –  przed  śmiercią  Angela  uprawiała  seks, 

najprawdopodobniej  dobrowolnie  i  na  pewno  z  zabezpieczeniem;  środek  nawilżający 

znaleziony  w  pobranych  próbkach  sugerował  prezerwatywy  marki  Mates  i  wykluczał 

możliwość znalezienia śladów DNA, chyba że na jej ciele znalazłyby się jakieś włosy. 

Zawartość  żołądka  zdawała  się  potwierdzać,  że  Angela  faktycznie  w  dzień  śmierci 

była  w  kinie:  bez  wątpienia  jadła  popcorn,  czekoladę,  a  nieco  później  hamburgera  i  frytki. 

Patolog  opisała  też  częściowo  strawioną,  niezidentyfikowaną  tabletkę,  w  brązowe  i  żółte 

kropki. Wyniki badań toksykologicznych miały dokładnie oznaczyć jej skład. 

Poziom  kwasu  mlekowego  we  wszystkich  mięśniach  Angeli  w  chwili  jej  śmierci  był 

bardzo wysoki, co sugerowało, że były w aktywnym użyciu. Patolog informowała, że nie była 

to  aktywność  zwyczajna,  lecz  że  Angela  doznała  raczej  jakiegoś  ataku.  Umarła  wskutek 

uduszenia. Sińce na jej piersi i kolejne, odkryte wokół ust po zmyciu szminki, sugerowały, że 

ktoś stosunkowo drobny usiadł – czy raczej ukląkł – na jej klatce piersiowej i zakrył jej usta, 

być  może  kiedy  szarpała  się  pod  nim  w  spazmach.  Brak  tlenu  i  nadaktywność  elektryczna 

mózgu w końcu ją pokonały. 

– Ktoś na  niej klęczał? –  spytałem,  łamiąc  własną  zasadę,  by  nigdy  nie rozmawiać o 

takich rzeczach przy dzieciach. 

–  Ktoś  drobny  –  odparł  Costello  –  i  s-e-k-s-u-a-l-n-i-e  aktywny  –  dodał,  bezgłośnie 

literując to słowo i ruchem głowy wskazując dzieci, które udawały, że oglądają telewizję, ale 

w rzeczywistości podsłuchiwały naszą rozmowę. Postanowiłem nie mówić mu, że Penny jest 

najlepsza w klasie z literowania – choć miałem nadzieję, że nie przerabiali jeszcze tego typu 

słów wielosylabowych. 

–  Wyjdźcie,  dzieci  –  powiedziałem  i  zaczekałem,  aż  Penny  cicho  zamknie  za  sobą 

drzwi, z Shane’em na ręku. – Co pan sądzi o tabletce E? 

–  Możliwe.  Niedługo  się  dowiemy.  Sprawdź,  czy  w  jej  rodzinie  były  przypadki 

używania narkotyków. I epilepsji. Jeśli nigdy wcześniej nie miała ataku, to by przemawiało za 

efektami działania narkotyków. 

Kiwnąłem głową. 

– Wzmianka o kimś drobnym wskazywałaby na Siwego McKelveya – zauważyłem. 

– Na to wygląda, Benedikcie – zgodził się Costello. – Roześlę rysopis, zobaczymy, czy 

uda się  nam go zwinąć.  Jeśli  nie,  będziemy  mieli  nadzieję,  że zrobią to ci z Północy,  zanim 

kolejni dalsi krewni Cashellów znów pójdą po benzynę. 

background image

Rozdział 3 

Poniedziałek, 23 grudnia 

W

 PONIEDZIAŁEK RANO WCZEŚNIE PRZYJECHAŁEM NA KOMISARIAT

. Burgess, sierżant dyżurny, 

opowiedział mi o ojcu Tommy’ego Powella, który zgłosił, że widział intruza w swoim pokoju 

w  domu  opieki  w  Finnside.  Ani  Burgess,  ani  ja  nie  uważaliśmy,  żeby  zasługiwało  to  na 

dochodzenie: siedemdziesięciopięciolatek, umieszczony w domu starców z powodu demencji, 

twierdzi, że ktoś był w jego pokoju, w placówce, gdzie pielęgniarki co godzinę zaglądają do 

pacjentów, w dzień i w nocy. Uznaliśmy, że to głupota. Z drugiej strony Powell był nie tylko 

bogaty, ale też wpływowy, a jego wyszczekany synalek bez namysłu poszedłby do lokalnych 

gazet i opowiedział, jak to beztroska Garda pozostawiła jego ojca na łasce i niełasce intruzów 

w jego własnym pokoju. Powiedziałem Burgessowi, że zajmę się tym osobiście, kiedy tylko 

będę miał okazję, choćby po to, żeby uciszyć Powella juniora. 

Zadzwoniłem  do  kina,  żeby  mieć  pewność,  że  Martin,  kierownik,  będzie  w  pracy, 

potem  pojechałem  do  niego  i  spisałem  jego  zeznanie,  w  którym  potwierdził  wszystko,  co 

powiedział mi Costello. Martin znał córki Cashellów, poznał Angelę po jasnych włosach, i jej 

dwie  siostry –  jedną  starszą,  drugą  dużo młodszą.  Więcej  nawet,  mógł  mi  pokazać nagranie 

tamtego popołudnia z kamer ochrony. 

Usiedliśmy w biurze kina – budynek w środku dnia robił dziwne wrażenie bez zapachu 

popcornu.  Martin  przewinął  nagranie  do  czternastej  czterdzieści  pięć  i  zaczęliśmy  oglądać. 

Kilka  minut  później  na  ekranie  pojawiła  się  cała  grupka  wchodząca  do  kina.  Dziewczyna, 

która  miała  być  Angelą,  nie  nosiła  dżinsów  i  niebieskiej  bluzy  z  kapturem,  jak  to opisał  jej 

ojciec. Miała na sobie krótką spódniczkę i czerwoną kurtkę. Trudno było zidentyfikować ją na 

sto procent, bo nagranie było ziarniste, ale Martin się upierał. 

– To one – powiedział, wskazując grupkę. 

– Jest pan pewien? Mówiono nam, że była ubrana inaczej. 

Westchnął i spojrzał na mnie, jakbym go rozczarował. 

– To one.  Obsługiwałem  je osobiście,  pamiętam  Angelę  Cashell. Takie coś,  co miała 

na sobie, moja żona nazywa bobrową spódniczką. 

background image

– Dlaczego? 

– Bo ledwie zakrywa bobra. – Roześmiał się z własnego dowcipu. 

Przewinął  taśmę  dalej,  najwyraźniej  wiedząc,  gdzie  zatrzymać;  podejrzewałem,  że 

obejrzał  ją  już  sam  kilka  razy,  przygotowując  się  na  wizytę  Gardy.  O  czwartej  zero  trzy 

Angela  Cashell  wyszła  z  kina  ze  swoimi  siostrami.  Mimo  ziarnistości  obrazu  wydawało  mi 

się, że rozmawiając z nimi, się śmiała. Miałem taką nadzieję. 

–  Problemem  była  ta  młodsza  –  wyjaśnił  Martin.  –  Dlatego  właśnie  kazaliśmy  im 

wyjść. Dwie starsze mogły oglądać horror, ale nie ta młodsza. Miałaby potem koszmary. 

Przytaknąłem,  choć  w  duchu  pomyślałem,  że  śmierć  siostry  będzie  mieć  na 

dziewczynkę dużo gorszy wpływ niż obejrzenie filmu grozy. 

Zanim wróciłem do samochodu, przeszedłem kilkaset metrów z kina do miejsca, gdzie 

znaleziono  Angelę  Cashell.  Trawa  była  tu  już  mocno  wydeptana,  okoliczni  mieszkańcy 

zostawili bukiety kwiatów tuż obok miejsca, gdzie leżała dziewczyna. Czarno-biała policyjna 

taśma trzepotała na wietrze zaplątana się w gałęzie głogu, do którego ją przywiązano. 

Podszedłem  do  bukietów  pod  drzewem,  z  ponurą  ciekawością  odczytując 

przyczepione  kartki.  Kilka  z  nich  zostawiły  młode  panny  Cashell.  Sadie  położyła  starego, 

wymiętoszonego  misia  z  podpisem:  „Od  mamusi  i  tatusia,  kochamy  Cię”,  na  kartce 

wetkniętej za wstążkę na jego szyi. Wszystko to skojarzyło mi się z drzewnymi wróżkami, o 

których ludzie opowiadali w zachodnim Donegal. Przywiązywano tam do drzew talizmany, a 

wróżki  je  błogosławiły.  Pień  drzewa  pokryty  był  świątecznymi  kartkami  i  różańcami, 

kartkami  z  życzeniami  i  kwiatami.  Wśród  nich  zobaczyłem  zdjęcie,  najwyraźniej  zrobione 

kilkadziesiąt lat temu. Widniała na nim młoda kobieta siedząca na betonowych schodach. Za 

nią  widać  było  dzieci  bawiące  się  na  plaży.  Uznałem,  że  to  babka  Angeli,  i  odłożyłem 

fotografię  na  miejsce,  wciskając  ją  za  pnącze  bluszczu  oplatające  pień  głogu.  Przeczytałem 

kilka  innych  kartek,  odkładając  ostrożnie  każdą  z  nich  na  wilgotny  mech  rosnący  pod 

drzewem. 

Jeszcze wiele dni później czułem smutek na myśl o prostocie wiadomości od Sadie. Co 

innego oddałoby uczucie rodzicielskie, tak instynktowne, że niemal niewyrażalne? 

K

IEDY  PRZYJECHAŁEM DO  NIEJ  DO DOMU

, Sadie siedziała na drewnianym kuchennym krześle 

przed drzwiami, paląc papierosa, i rozmawiała z sąsiadem, opartym o żywopłot dzielący ich 

posesje. Sąsiad, Jim jakiś tam, wskazał mnie ruchem głowy, kiedy wysiadałem z samochodu. 

– Hej, Sadie, przywieźli wieprzowinę. 

Miałem chęć mu powiedzieć, żeby się pierdolił, ale tylko uprzejmie kiwnąłem głową i 

background image

się uśmiechnąłem. Sadie wstała i weszła do domu, zostawiając otwarte drzwi, co uznałem za 

maksimum gościnności, na jakie mogę liczyć. 

Dwie  młodsze  córki  siedziały  przy  kuchennym  stole,  niemal  dokładnie  tak,  jak 

widziałem  je  ostatnio  i,  jak  zauważyłem,  w  tych  samych  ubraniach.  Gdy  wchodziłem,  obie 

podniosły wzrok znad zabawy, a potem wróciły do swoich lalek. Sadie stała przy kuchence, 

wyjmując nowego papierosa z paczki leżącej na blacie kuchennym. 

– Jeszcze wam mało nękania? Czego pan chce? 

Nachyliła się nad kuchenką, zdjęła z gazu garnek i przypaliła papierosa od płomienia 

palnika. Musiała zaciągnąć się kilka razy, żeby złapał żar. Kłęby dymu mieszały się z parą z 

garnków, od której Sadie zaczerwieniła się i spociła. 

– Mam kilka pytań, Sadie. O Angelę. Jeśli czuje się pani na siłach. 

–  Gówno  was  obchodzi,  czy  jestem  na  siłach.  Ten  drań  znowu  dał  się  zamknąć.  Na 

dwa dni przed Gwiazdką. I co ja mam zrobić? No? 

Usiadła,  przyznając  tym  samym,  że  choćby  nie  wiedzieć  jak  bardzo  starała  się  mnie 

winić,  wiedziała,  że  to  nie  ja  jestem  sprawcą  jej  nieszczęść.  Usiadłem  naprzeciwko, 

obserwując jej twarz. 

Zawsze  była  dość  zwalistą  kobietą.  Kasztanowe  włosy  wiązała  w  kucyk,  żeby  nie 

spadały  jej  na  oczy.  Teraz  straciły  cały  połysk,  a  ciemny  brąz,  niegdyś  przypominający 

końską  grzywę,  teraz  poznaczyły  smugi  białej  i  brudnoszarej  siwizny.  Skórę  miała 

pomarszczoną  jak  stare  siodło,  obsypaną  popękanymi  naczynkami.  W  innym  życiu,  może  z 

innym  mężem,  mogłaby  być  na  swój  sposób  atrakcyjna,  ale  małżeństwo  z  Johnnym 

Cashellem  odcisnęło  na  niej  swoje  piętno.  Wyglądała  na  znacznie  więcej  niż  swoje 

czterdzieści siedem lat. Nigdy wcześniej nie widziałem jej tak przybitej. Otworzyłem portfel, 

wyjąłem  trzy  banknoty  po  pięćdziesiąt  euro,  które  wziąłem  rano  z  bankomatu,  żeby  kupić 

Debbie prezent pod choinkę. Sadie przyglądała mi się podejrzliwie. 

– Zrobiliśmy na komisariacie zrzutkę, po tym wszystkim, co was spotkało w ostatnim 

tygodniu. Niech pani to weźmie, wystarczy na święta. 

Jej pierwszym odruchem były oburzenie i złość, choć zapewniłem, że to nie jałmużna, 

tylko  zwykła  pomoc,  żeby  dała  sobie  radę  w  trudnym  czasie.  Powoli  i  bez  podziękowań 

wzięła pieniądze, złożyła banknoty na pół i schowała pod miskę z owocami. Potem wykonała 

jakiś  nieokreślony  gest  w  moim  kierunku,  co  wziąłem  za  wyrażenie  zgody  na  rozmowę. 

Spojrzałem na dziewczynki, nie chciałem mówić przy nich, ale Sadie machnięciem rozwiała 

dym papierosowy przed twarzą i powiedziała: 

– W porządku. I tak nie rozumieją. 

background image

– Sadie – zacząłem, wciąż ze skrępowaniem zerkając na dzieci – uważamy, że Angela 

miała jakiś atak... 

– To ją zabiło? Atak? 

– Nie wiemy.  Jesteśmy raczej pewni, że jakiś czas przed śmiercią dostała ataku. Była 

epileptyczką? Miewała napady? 

–  Nigdy.  Ale  jeśli  miała  atak,  nie  została  zamordowana.  Atak  to  nie  morderstwo, 

prawda? 

W  jej  oczach  zamigotały  iskierki  nadziei,  jakby  sposób,  w  jaki  zginęła  Angela,  miał 

jakiekolwiek znaczenie. 

– Nie wiemy, Sadie. Nigdy nie miała ataków? 

– Nigdy. 

– Brała jakieś leki? 

– Nie. Brała żelazo, parę miesięcy temu, ale teraz już nie. 

– Jak wyglądały te tabletki żelaza? Na wypadek, gdyby ostatnio jakieś brała, a pani o 

tym nie wiedziała? 

– A co? Jaka to różnica, czy brała tabletki żelaza? 

– Wyjaśniam tylko parę rzeczy. Mogę zobaczyć tabletki? 

–  Muire,  leć  na  górę  i  przynieś  te  tabletki  z  łazienki,  skarbie  –  powiedziała  Sadie  i 

młodsza  z  dwóch  dziewczynek,  ta,  która  ostatnim  razem  chciała  chyba  coś  powiedzieć, 

wbiegła na górę po schodach. Jej kroki załomotały o sufit nad nami. 

Czekając, aż wróci, obiecałem Sadie, że oddamy im Angelę najszybciej, jak to będzie 

możliwe. 

–  A  także  jej  rzeczy.  Na  pewno  chce  pani  odzyskać  ten  złoty  pierścionek  – 

powiedziałem, przypominając sobie pierścień na palcu Angeli. 

– Jaki złoty pierścionek? Nie miała żadnych złotych pierścionków. 

– Jest pani pewna? Miała na palcu złoty pierścionek z jakimś kamieniem. Wyglądał na 

drogi. 

Sadie zwlekała z odpowiedzią o ułamek sekundy za długo. 

– A, tak. Ten. Jasne. Zapomniałam o nim. Sama go sobie kupiła, wie pan. 

Ale  ja  wiedziałem,  że  kłamie.  Angela  nie  nosiła  złotego  pierścionka,  a  Sadie 

próbowała  zdobyć  coś,  co  nie  należało  do  niej.  Ważniejsze  jednak,  skąd  w  takim  razie  ten 

pierścionek.  Może  od  chłopaka  albo  kochanka?  Kochanka,  który  uprawiał  z  Angelą  seks, 

zanim umarła, i który był przypuszczalnie ostatnią osobą, jaka widziała ją żywą – a co za tym 

idzie, jej zabójcą? 

background image

Muire  wróciła  z  tabletkami.  Były  czerwono-zielone,  w  plastikowym  opakowaniu  i  w 

ogóle nie przypominały opisu tabletki znalezionej w żołądku Angeli. 

– Może pani poprosić dziewczynki, żeby wyszły? Mam jeszcze jedno czy dwa pytania 

– poprosiłem. 

– Idźcie się pobawić – powiedziała i obie dziewczynki wyszły, zabierając lalki. 

– Czy Angela miała chłopaka? – spytałem. 

– Pewnie tak. To była śliczna dziewczyna. 

– Nie zna pani żadnych nazwisk? 

– Nie. 

– A Siwy McKelvey? 

–  Żartuje  pan?  Jest  pan  taki  sam,  jak  ten  matoł,  za  którego  wyszłam.  Angela  nie 

splunęłaby na McKelveya,  nawet gdyby się palił. – Zamilkła na chwilę. Uświadomiła sobie, 

że niestosownie dobrała słowa. 

– To dlaczego Johnny chciał go złapać?  Widziano ją z Siwym.  Może spotykała  się z 

nim tak, że pani o tym nie wiedziała? 

–  Mówię  panu.  Nie  wiem,  po  co  się  spotykała  z  McKelveyem,  ale  to  nie  był  jej 

chłopak. 

–  Wie  pani,  gdzie  Angela  nocowała  z  czwartku  na  piątek?  Johnny  mówił,  że  nie 

widział  jej  od  czwartku,  a  my  wiemy,  że  w  piątek  była  z  siostrami  w  kinie.  Czegoś  tu  nie 

rozumiem, Sadie. 

Zawahała się i wyczułem, że chodziło o coś, czego nie chciała wyciągać. 

– Nocowała u koleżanki, nie wiem której. Potem spotkała się z dziewczynkami w kinie 

w piątek i tyle. 

– Gdzie poszła po kinie? 

– Pewnie do koleżanki. Nie powinniście sami się tego dowiedzieć? 

– Dlaczego w czwartek nie nocowała w domu? 

–  Dziewczyny  tak  robią.  Chciała  odwiedzić  koleżankę  i  zanocować  u  niej,  jak  w 

Ameryce. 

Wiedziała równie dobrze jak ja, że to słaby wykręt. 

–  Czemu  Johnny  powiedział,  że  nie  widział  jej  od  czwartku?  Nie  wiedział,  że 

dziewczynki spotkały się z nią w piątek? 

–  Pokłócili  się,  to  wszystko.  Jak  to  w  rodzinie.  Nie  musiał  wiedzieć,  że  zabrała 

dziewczynki do kina. Nie kłamał. Po prostu nie wiedział i nikt mu nie powiedział. 

– O co się pokłócili? 

background image

– Nie pana  interes. Rodzinne sprawy,  to nie  miało nic wspólnego z tym,  co się z  nią 

stało. 

– A narkotyki? Czy to możliwe, że brała narkotyki? Pokłócili się o narkotyki? 

– Wszyscy  jesteście tacy  sami.  Zawsze podejrzewacie  ludzi o najgorsze.  –  Ale  znów 

oburzała  się  bez przekonania.  – Dzieciaki to dzieciaki,  inspektorze.  Sam pan wie.  Czy pana 

dzieciaki nie srają tak jak nasze? 

K

IEDY  WYCHODZIŁEM

,

 

M

UIRE  BAWIŁA  SIĘ  SAMA  NA  PODWÓRKU

.  Zatrzymałem  się  i 

popatrzyłem na nią. Jeśli zauważyła moją obecność, nie okazała tego. 

– Jak się nazywa twoja lalka? – spytałem. 

– Angela – odparła, nie podnosząc wzroku. 

– Angela  była dla  ciebie  bardzo ważna,  prawda?  – Przysiadłem  na skraju krzesła,  na 

którym  siedziała  Sadie,  kiedy  przyjechałem.  Dziewczynka  pokiwała  głową,  ale  nadal  nie 

podnosiła wzroku. – Zabrała cię w piątek do kina? 

–  Na  jakiś  straszny  film.  Był  paskudny!  –  Skrzywiła  się,  ale  w  końcu  popatrzyła  na 

mnie. 

– Gdzie potem poszłyście? 

– Do domu. 

– Angela też? 

– Nie. Poszła chyba się z kimś spotkać. 

– Z Siwym? 

– Nie. 

– Z kim, Muire? Pomyśl. To bardzo ważne. 

– Nie wiem. Nie mówiła. 

– A mówiła, gdzie mieszka ten ktoś? 

Pokręciła głową. 

– W którą stronę poszła, kiedy wyszłyście z kina? 

Muire  przygryzła  wargę  i  zmarszczyła  w  skupieniu  czoło,  ale  nie  potrafiła  mi 

odpowiedzieć. 

– Na przystanek autobusu. Zostawiłyśmy ją na przystanku. 

–  Dziękuję,  Muire.  Bardzo  nam  to  pomoże  –  powiedziałem,  starając  się,  żeby  to 

zabrzmiało szczerze. – Jeszcze jedno, Muire, i idę sobie. Czy Angela dzień wcześniej z kimś 

się pokłóciła? W czwartek? Pokłóciła się z waszą mamą? 

Muire pokręciła głową, ale znowu nie chciała na mnie spojrzeć i zajęła się lalkami. 

background image

– A może z tatą? 

Znów zaprzeczenie głową, ale tym razem jak z pantomimy, jak to robi dziecko, kiedy 

za bardzo stara się wypaść przekonująco. Moja córka robiła tak wiele razy. 

– O co się pokłóciła z tatą? 

Nic. Przykucnąłem obok niej, udając, że bawię się jej lalką. 

– Co się stało, Muire? To bardzo ważne, jeśli mam złapać tego, kto skrzywdził Angelę. 

Spojrzała na mnie; w oczach pojawiły się łzy. 

– Angela mówiła, że tata ją podgląda. 

– Podgląda? 

Z powagą kiwnęła głową. 

– W domu. Podgląda, kiedy kładzie się spać. 

Łzy popłynęły, ale nie zrobiła nic, żeby je zatrzymać. 

– To właśnie chciałaś  mi powiedzieć ostatnio? – spytałem, a ona  nieśmiało pokiwała 

głową. Potem wyraz jej twarzy się zmienił, a spojrzenie padło gdzieś za mnie i powyżej. 

– Nie rozmawiaj z obcymi, Muire – powiedziała Sadie. Złapała dziewczynkę za rękę i 

szarpnięciem  postawiła  ją  na  nogi.  Potem  plasnęła  ją  mocno  w  górę  ud;  ubranie  wytłumiło 

cios. – Do domu, już. 

Sama  poszła  za  Muire  i  zostawiła  mnie  na  podwórku.  Rozejrzałem  się  i  zobaczyłem 

sąsiada, tego co wcześniej. Wciąż stał przy żywopłocie i uśmiechał się do mnie. 

– Mogę w czymś pomóc? – spytałem. Pokręcił głową, wciąż uśmiechnięty. 

– Nie. Mam tylko rozrywkę. 

– Może rozerwie się pan bardziej na komisariacie? 

– Wal się, fiucie – odburknął i poszedł do domu. 

K

IEDY WRÓCIŁEM NA POSTERUNEK

, dowiedziałem się, że Costello przydzielił mi do pomocy w 

śledztwie  dwoje  funkcjonariuszy  mundurowych,  z  możliwością  dokooptowania  innych  w 

razie  potrzeby.  Wyjaśnił  mi  to,  kiedy  tamta  dwójka  siedziała  pod  drzwiami  jego  gabinetu. 

Oboje znałem dość dobrze. 

Starsza  stopniem  była  sierżant  Caroline  Williams,  urodzona  w  Lifford.  Służyła  w 

Garda  od  ośmiu  lat  i  niedawno  została  awansowana.  Costello  zasugerował,  że  może  być 

przydatna,  jeśli  w  sprawie  pojawi  się  wątek  seksualny,  co  wyglądało  coraz  bardziej 

prawdopodobnie.  Lubiłem Caroline.  Zawsze  mówiła prosto z mostu i  miała dobre  podejście 

do  mieszkańców  miasta.  Na  szczęście  żaden  z  nich  nie  widział  jej,  tak  jak  ja,  jak  pałką 

zmusiła  do  uległości  dwumetrowego  harleyowca,  który  dopuścił  się  zakłócenia  spokoju, 

background image

usiłując wtargnąć do domu byłej dziewczyny. Oskarżyłby ją przypuszczalnie o pobicie, gdyby 

nie musiał przy tym przyznać się publicznie, że niewysoka kobieta zostawiła go płaczącego w 

drzwiach ze złamanym nosem. 

Choć  w  pracy  sierżant  Williams  wymierzała  kary  damskim  bokserom,  sama  przez 

wiele  lat  była  bita  przez  swojego  męża,  nijakiego  przedstawiciela  handlowego,  znudzonego 

swoim  życiem  i  wyładowującego  tę  frustrację  na  kobiecie,  która  urodziła  mu  syna  –  do 

którego też nie żywił ciepłych uczuć. Caroline Williams nikomu o tym nie mówiła, ale jeden 

z kolegów zauważył sińce na jej rękach i szyi i kilka dni później, siedząc w barze, dodaliśmy 

dwa do dwóch. Bezmyślnie, tego samego wieczoru, pełni odwagi, jakiej dodaje wypicie kilku 

piw, we czterech wpadliśmy do niej do domu i pokazaliśmy Williamsowi, że gardai dbają o 

siebie  nawzajem,  i  jak  to  jest  samemu  dostać  parę  klapsów.  Następnego  ranka,  kiedy 

gratulowaliśmy  sobie,  jacy  z  nas  świetni  kumple,  Caroline  Williams  makijażem  maskowała 

oczy podbite przez męża przekonanego, że to ona nas na niego napuściła. Od tamtej pory nie 

wtrącaliśmy się w sprawy rodziny Williamsów. 

A potem któregoś dnia Caroline i jej synek Peter zjawili się na posterunku i nocowali 

w  celi,  ukrywając  się  przed  napadem  szału  Simona.  Następnego  ranka  Costello  pojechał  do 

niego  i  choć  nikt  nie  wie,  co  między  nimi  zaszło,  w  najbliższy  weekend  Simon  Williams 

opuścił Lifford i przeniósł się do Galway. 

Drugim  moim pomocnikiem  był Jason Holmes.  Półtora  roku wcześniej przyjechał do 

Letterkenny  z  Dublina.  W  Dublinie  pracował  w  brygadzie  antynarkotykowej  i  zasłużył  się 

tam  bardzo,  pomagając  złapać  dilera,  którego  nazwisko  wiązano  ze  sprawą  morderstwa 

znanego  prawnika.  Holmes  wyniósł  się  z  Dublina  niedługo  potem,  częściowo  w  ochronie 

przed zemstą, a częściowo dlatego, że – jak mi kiedyś wyznał – zmęczyło go życie w wielkim 

mieście.  Dobry  powód  jak  każdy  inny.  Holmes  był  cichy,  a  z  Dublina  przywiózł  świetną 

reputację, choć okoliczności nie pozwoliły mu jeszcze jej potwierdzić. Costello przydzielił mi 

go nie bez powodu: po odkryciu tabletki w żołądku Angeli jego znajomość narkotyków mogła 

się przydać. 

Costello  wezwał  oboje  do  swojego  gabinetu  i  poprosił  mnie,  żebym  opowiedział, 

czego  dowiedzieliśmy  się  do  tej  pory.  Dobrze  było  zastanowić  się  jeszcze  raz  nad  tym,  co 

mieliśmy,  kiedy  zapisywałem  kluczowe  wydarzenia  na  małej  tablicy  do  pisania,  którą 

Costello postawił w kącie pokoju. 

– Angelę widziano w towarzystwie Siwego McKelveya, znanego drobnego przestępcy. 

W  czwartek  pokłóciła  się  z  ojcem,  oskarżając  go,  prawdopodobnie,  o  podglądanie  przy 

rozbieraniu.  Wychodzi  z  domu  i  nocuje  gdzieś,  gdzie  zmienia  ubranie.  Zarówno to  ubranie, 

background image

jak i to, które nosiła w czwartek, nie zostało znalezione. 

Williams pokiwała głową. 

– W piątek po południu – ciągnąłem –  Angela zabiera siostry do kina.  Wychodzi tuż 

po  czwartej.  O  czwartej  piętnaście  jest  prawdopodobnie  na  przystanku  autobusowym,  gdzie 

ma się z kimś spotkać, być może z chłopakiem. W którymś momencie tego samego wieczoru 

dostaje  ataku  i  umiera  –  być  może  po  wzięciu  narkotyków.  Jej  ciało  zostaje  wyrzucone  za 

kinem tej samej nocy i odkryte następnego ranka. Angela ma na sobie tylko bieliznę, włożoną 

na  lewą  stronę,  i  złoty  pierścionek,  o  którego  istnieniu  jej  rodzina,  jak  podejrzewam,  nie 

wiedziała. Co prawda widziano ją z McKelveyem, ale nie sądzę, żeby był mordercą. Za jego 

udziałem w zbrodni, że tak powiem, przemawiają wątek narkotykowy i postura, w tym sensie, 

że  byłby  wystarczająco  drobny,  żeby  uklęknąć  jej  na  piersi.  Z  drugiej  strony,  jeśli  to  była 

zbrodnia na tle seksualnym – a na to wygląda – wiemy, że ojciec Angeli, już wcześniej częsty 

gość na naszym dołku, mógł żywić do niej coś więcej niż zwykłą ojcowską miłość. 

–  Zwłaszcza  że  nie  była  jego  córką  –  dodał  Costello,  mądrze  kiwając  głową, 

zadowolony, że dorzucił coś od siebie.  – Choć  nigdy  nie uznałbym  Johnny’ego Cashella za 

pedofila. 

– Jeszcze parę miesięcy  i zasadniczo by nim nie był, prawda? – powiedział Holmes  i 

uśmiechnął się pod nosem. 

Zobaczyłem,  że  w  oczach  Caroline  Williams  coś  błysnęło,  ale  po  chwili  jej  twarz 

złagodniała i stała się nieprzenikniona. 

– To jego córka. Biologiczna czy nie. 

–  Czyli  –  podsumowałem  –  pytania  brzmią  tak:  gdzie  spędziła  noc  z  czwartku  na 

piątek? Z kim była w piątek wieczorem? Kto dał jej ubranie na zmianę? Gdzie te ubrania są 

teraz?  Kto  dał  jej  pierścionek?  Nie  sądzę,  żeby  go  kupiła,  wyglądał  na  kosztowny,  jak 

rodzinna pamiątka. 

Sierżant Williams odezwała się pierwsza. 

– Warto może popytać w lombardach, u miejscowych jubilerów i tak dalej, sprawdzić, 

czy ktoś z nich go nie sprzedał. 

–  Sprawdźmy  też  listy  skradzionych  rzeczy  –  odparłem.  –  To  mogła  być  część 

czyjegoś łupu.  Ktoś go ukradł i dał jej. Myślę, że można bezpiecznie założyć, że chłopak go 

dla niej nie kupił, kimkolwiek był. 

– Cały ten pierścionek wydaje mi się mało ważny, inspektorze – zasugerował Costello. 

– Najlepiej byłoby chyba przyjrzeć się sprawie od strony narkotyków. 

–  A  kluby?  –  spytał  Holmes.  –  Jeśli  miało  to  jakiś  związek  z  narkotykami,  gdzieś  je 

background image

dostała.  W  czwartek  wieczorem  widziano  ją  na  mieście,  możliwe  że  w  piątek  też  poszła 

balować. Może dowiemy się, z kim była. 

–  Dobrze  –  powiedziałem.  –  Niech  tak  będzie.  Niech  każde  z  was  zajmie  się  swoją 

propozycją. Caroline, poproś Burgessa, żeby dał ci listy skradzionych rzeczy z ostatniego pół 

roku, powiedzmy. Jason, zacznij od klubów w Strabane i przejdź do Letterkenny. Spotykamy 

się codziennie o dziewiątej trzydzieści i szesnastej trzydzieści, żeby sprawdzić, co mamy.  W 

porządku? 

Costello zza biurka życzył nam powodzenia, potem odesłał nas do nowego biura. Był 

to  w  rzeczywistości  składzik,  którego  zawartość  –  głównie  środki  czystości  –  wyniesiono. 

Ustawiono  naprzeciw  siebie  dwa  biurka,  każde  wyposażone  w  telefon  i  plastikowe  krzesło. 

Za jednym z nich na ścianie wisiała korkowa tablica.  Właśnie przypinałem do niej zdjęcia z 

miejsca  zbrodni  i  chronologię  sprawy,  kiedy  zadzwonił  Burgess  –  chociaż  dzieliło  nas 

piętnaście metrów. 

–  Detektywie  Devlin  –  powiedział  oficjalnym  tonem,  chcąc  zrobić  wrażenie  na 

gościach. – Jakaś pani do pana. 

Wyjrzałem z biura i zobaczyłem obok biurka Burgessa Miriam Powell, żonę Thomasa 

Powella  juniora. Wcześniej  mówiłem, że znałem  go z czasów młodości, ale to nie  była cała 

prawda. Znałem Powella, bo kiedy mieliśmy po osiemnaście lat, zaczął się spotykać z Miriam 

O’Kane, o czym nie wiedziałem, choć byłem wtedy jej chłopakiem. Spotykali się przez cztery 

miesiące, zanim mi o wszystkim powiedziała. 

Zaparkowaliśmy  wtedy  samochód  przy  drodze  do  Strabane.  Leżeliśmy  na  tylnym 

siedzeniu  auta  mojego  ojca.  Miriam  wróciła  właśnie  z  wakacji  i  była  opalona.  Jej  skóra 

promieniała  żarem  i  światłem  nawet  w  ciemności  samochodu,  a  ja  czułem  zapach  i  smak 

kokosa  na  jej  ramionach  i  szyi,  kiedy  je  całowałem,  ściągając  bluzkę  i  mocując  się  z 

zapięciem  stanika,  aż  sięgnęła  za  siebie  i  sama  go  odpięła.  Rozpięła  też  moją  koszulę  i 

przesunęła  mi  dłonią  po  piersi.  Jej  oddech  trzepotał  mi  w  uchu  i  łaskotał  miękką  skórę  na 

karku, co działało na mnie tak, że nie umiałem tego opisać. 

Niecałe dziesięć minut później znów jechaliśmy główną drogą. Miriam nie patrzyła na 

mnie,  kiedy  przepraszałem  ją  za  brak  samokontroli.  Nie  patrzyła  też  na  mnie,  kiedy  paliła 

papierosa,  którego  jej  dałem,  i  mówiła,  że  nie  chce  się  już  ze  mną  spotykać  i  żebym  ją 

odwiózł do domu. Patrząc, jak idzie po podjeździe swojego domu, nie mogłem się opędzić od 

myśli,  że oddała  mi się z  litości  i  że  był to ostatni akt  łaski znaczący dla  niej tyle samo, co 

niedopałek papierosa, który rzuciła na ziemię. 

Wieczorem trzy dni później, na dyskotece, na którą zaciągnęli mnie bracia, patrzyłem, 

background image

jak  tańczy  z  Thomasem  Powellem  ze  swobodą,  jaką  daje  tylko  wzajemna  bliskość. 

Przywierała  do  niego  brzuchem,  kołysali  się  pod  błyskającymi  światłami.  Widziałem,  jak 

wsunęła mu rękę do kieszeni, a on złapał ją za pośladek. Miriam szepnęła coś Powellowi, a on 

spojrzał  na  mnie  i  zobaczył,  że  na  nich  patrzę.  A  potem  oboje  roześmiali  się  ze  wspólnej 

tajemnicy,  na  pewno  dotyczącej  mnie  i  incydentu  na  tylnym  fotelu  samochodu.  Od  tamtej 

pory za każdym razem,  kiedy  spotykam Powella, widzę tamtą jego uśmiechniętą twarz. Tak 

samo  jest  z  jego  żoną  –  zawsze  wraca  do  mnie  wspomnienie  jej  szybkiego  oddechu, 

parzącego mnie w szyję, i zapachu kokosa na wypieszczonej słońcem skórze. 

Burgess  wskazał  mnie,  patrzyłem,  jak  Miriam  idzie  w  stronę  naszego  gabinetu  w 

składziku zwinnym, rozkołysanym krokiem, omijając narożniki biurek i szafek zagracających 

główną salę posterunku.  Miała  na sobie  lniany garnitur, podkreślający opaleniznę,  widoczną 

mimo że za dwa dni była Gwiazdka. Brązowe włosy były krótko obcięte i lekko nastroszone. 

Pod pachą trzymała małą torebkę. Wyciągnęła do mnie idealnie wymanikiurowaną dłoń. Nie 

wiedząc, czy ją pocałować, czy uścisnąć, wybrałem to drugie i zaprosiłem Miriam, by usiadła. 

Zrobiła to i założyła leniwie nogę na nogę, poprawiając nogawkę spodni, żeby równo ułożył 

się kant. Na stopach miała sandałki, choć na dworze było zimno. Zauważyłem, że na małym 

palcu nosi złotą obrączkę. 

– Jak miło cię widzieć, Benedikcie. Co u... żony? 

Miriam studiowała razem z Debbie i mieszkały razem przez rok, właśnie wtedy, kiedy 

zaczynałem chodzić z moją przyszłą żoną. Choć wciąż co jakiś czas zapraszała nas na drinka, 

kiedy  wpadaliśmy  na  siebie,  wychodząc  z  kościoła  po  niedzielnej  mszy,  i  szczerze 

obiecywała, że wkrótce spotkamy się na obiedzie, wszyscy wiedzieliśmy, że te zaproszenia są 

tylko formalnymi uprzejmościami, i każda strona ma nadzieję, że ta druga nie będzie nalegać 

na ich realizację. 

–  U  Debbie  wszystko  świetnie,  Miriam.  Ciebie  też  miło  widzieć.  W  czym  mogę 

pomóc? 

Starałem się nie patrzyć na nią, ale Miriam chyba wyczuła moje skrępowanie. 

– Thomas mówił mi, że spotkaliście się wczoraj po mszy. Zachował się wobec ciebie 

bardzo  nieuprzejmie,  Benedikcie,  chciałabym  za  niego  przeprosić.  Bardzo  zdenerwował  się 

ojcem. Czasami Thomas nie potrafi odróżnić swoich przyjaciół od... – Przerwała w pół zdania 

i otworzyła torebkę, jakby w środku mogła znaleźć słowa, których szukała. 

– Od wrogów? 

Roześmiała się wesoło, zaprzeczając niemal niedostrzegalnym machnięciem ręki. 

–  Wszyscy  okropnie  się  martwimy  o  Tommy’ego  seniora,  Benedikcie.  Zwłaszcza  po 

background image

tym, jak się wystraszył, widząc kogoś w swoim pokoju. 

– Czego ode mnie oczekujesz, Miriam? 

–  Thomas  obawia  się,  że  po  tym  wczorajszym  incydencie  mogła  powstać  jakaś... 

niechęć  między  wami,  która  mogłaby  wpłynąć  na  twoją  wolę  zbadania  tego,  co  się  stało  z 

jego  ojcem.  To  wszystko.  –  Przerwała,  ale  kiedy  stało  się  jasne,  że  nie  zamierzam  się 

odezwać,  podjęła:  –  Tommy  senior  zrobił  dla  hrabstwa  bardzo  dużo.  W  swoim  czasie  był 

świetnym  przedstawicielem  naszych  okolic.  Thomas  chce  mieć  pewność,  że  jego  ojciec 

będzie traktowany najlepiej, jak to możliwe. Przez wszystkich. 

Tommy Powell senior był faktycznie członkiem Dail, irlandzkiego parlamentu, akurat 

w najgorszym okresie. Pozostał niezależny, wiążąc się to z partią Fianna Fail, to z Fine Gael, 

zależnie od tego, którzy z nich obiecywali zrobić więcej dla Donegal. Sprowadził do hrabstwa 

kilka  dużych  zakładów  tekstylnych,  co  dało  kilkaset  miejsc  pracy  i  mocny  bodziec  dla 

gospodarki. Złą rzeczą było jednak to, że większość tych zakładów usadowiła się nad rzekami 

i  pompowała  do  nich  ścieki,  co  doprowadziło  do  gwałtownych  protestów  w  obronie 

niszczonego  środowiska.  Za  każdym  razem  Tommy  Powell  senior  pojawiał  się  w 

miejscowych mediach i beształ liberałów, którzy woleli ryby od ludzi i wodorosty od jedzenia 

na stole. Jego prosta, rzeczowa retoryka zdobyła mu ogromną popularność i nawet ci, którzy 

go  nie  lubili  –  a  było  ich  wielu  –  reagowali  na  jego  charyzmę.  Po  wylewie  dwa  lata  temu 

przeszedł  na  emeryturę.  Chodziły  plotki,  że  w  następnych  wyborach  Thomas  Powell  junior 

pójdzie  w  ślady  ojca  i  wejdzie  do  świata  polityki.  Z  pewnością  był  dość  bogaty  i  łasy 

rozgłosu,  by  podjąć  się  tego  dla  samej  przyjemności,  niezależnie  od  szczerości  swoich 

zamiarów czy prawdopodobieństwa sukcesu. 

– Zobaczę, co się da zrobić, Miriam – powiedziałem i uśmiechnąłem się, z nadzieją, że 

szczerze.  Miriam  bawiła  się  górnym  guzikiem  lnianej  garsonki,  być  może  nieumyślnie 

przyciągając mój wzrok do koronkowego obszycia białego, satynowego gorsetu, który nosiła 

pod spodem. Być  może.  Spojrzała  na gorset, a potem  szybko na  mnie,  podążając wzrokiem 

linią mojego spojrzenia, z uśmiechem błąkającym się na ustach. 

– Będziemy wdzięczni za wszystko, co zrobisz, Benedikcie,  masz przecież na głowie 

tę  okropną  sprawę.  A  może  wpadlibyście  z  Debbie  na  drinka  po  świętach?  Moglibyśmy 

powspominać stare czasy, naszą szaloną młodość. 

Mówiąc  to,  na  chwilę  szeroko  otworzyła  oczy  w  kpiącej  obietnicy  i  lekko  się 

uśmiechnęła. 

Odwzajemniłem uśmiech. 

– Może nam się uda, Miriam, ale z małym dzieckiem ciężko się wyrwać. 

background image

Wstała. 

–  W  takim  razie  wesołych  świąt  –  powiedziała  i  nachyliła  się  do  mnie.  Położyła  mi 

lekko  dłoń  na  ramieniu  i  nadstawiła  policzek,  który  niezdarnie  cmoknąłem,  czując  się  tym 

bardziej  niezręcznie,  że  ona  pocałowała  powietrze  obok  mojego  policzka.  Poczułem  zapach 

kokosa; miał pozostać mi w pamięci prawie tak samo długo, jak uczucie dotyku jej policzka 

na moim, jej oddechu trzepoczącego na mojej skórze. 

Patrzyłem,  jak  odchodzi  przez  główną  salę  i  mija  Burgessa.  Zauważyłem,  że  paru 

innych mężczyzn robi to samo. 

Przede mną pojawiła się Caroline Williams. 

–  Żona  na  linii.  Mam  powiedzieć,  że  jesteś  zajęty?  –  spytała,  i  odeszła,  zanim 

zdążyłem odpowiedzieć. 

background image

Rozdział 4 

Poniedziałek, 23 grudnia 

S

TRABANE I 

L

IFFORD PRZECINAJĄ DWIE RZEKI

, Finn i Mourne, wpadające do Foyle w połowie 

drogi między miastem na Północy a naszym miasteczkiem na Południu, oddalonymi od siebie 

o  niecały  kilometr.  Foyle  płynie  potem  kilometrami  przez  Derry  do  Lough  Foyle,  gdzie 

wpada  do  Atlantyku.  Most  spina  brzegi  w  miejscu,  w  którym  trzy  rzeki  się  spotykają,  i 

tradycyjnie  znajduje  się  na  terytorium  niczyim,  kilkaset  metrów  od  miejsca,  gdzie  niegdyś 

znajdował  się  posterunek  brytyjskiego  wojska,  i  kilkaset  metrów  od  irlandzkiego  przejścia 

granicznego. Właśnie w tym rejonie pogranicza znaleziono  Angelę Cashell.  Tuż  przy  budce 

celników za ostrym zakrętem w lewo znajduje się szpital gminny w Lifford, a za nim, bardzo 

blisko, ale oddzielnie, dom opieki w Finnside. 

Siedziałem w  samochodzie  i paliłem papierosa. Patrząc w stronę rzeki, widziałem  na 

zakolu  rzeki  kawałek  dalej  policyjną  taśmę  trzepoczącą  na  wietrze.  Rozmyślałem  o  śmierci 

małej Cashell i zastanawiałem się, po co, skoro śledztwo w jej sprawie wymagało tyle pracy, 

tracę  czas  na  majaki  niedołężnego  starca.  Wmawiałem  sobie,  że  to  z  szacunku  dla  dokonań 

Powella  w  hrabstwie  Donegal.  I  wmawiałem  to  sobie  po  to,  żeby  powstrzymać  narzekania 

ludzi na obojętność Garda, a wcale nie dlatego, że przez to wracam w krąg Miriam Powell. 

Dom  starców  był  nawet  niebrzydki  –  przynajmniej  o  tyle,  o  ile  to  możliwe.  Ściany 

pomalowano  na  neutralne  kolory,  z  przewagą  białego  i  magnoliowego.  Wykładziny  były 

ciemnoczerwone.  Świece  zapachowe  i  oliwne  lampki  rozstawione  w  recepcji  nie  były  w 

stanie  zamaskować  charakterystycznego  zapachu  środków  odkażających  i  słabego  odoru 

moczu. Właścicielka domu, pani MacGowan, pomachała do mnie ze swojego biura i wskazała 

komórkę, przez którą rozmawiała. Podszedłem do niej i zaczekałem, aż skończy rozmowę. 

–  Niech  pan  wejdzie,  Ben  –  powiedziała,  gdy  się  rozłączyła.  –  Przepraszam,  moja 

córka  gotuje  dla  teściów  i  chce  wiedzieć,  jak  się  przyrządza  wołowinę.  Mówię  panu,  nie 

wiem, gdzie popełniłam błąd! 

Zaśmiała  się cichym, dźwięcznym śmiechem,  zarezerwowanym  pewnie dla dzieci  jej 

podopiecznych, jakby niedołężność tych podopiecznych była czymś zupełnie błahym. 

background image

– Przyjechałem do Tommy’ego Powella, pani MacGowan. Podobno ktoś go nachodził. 

–  Tak  mówi  –  odparła  z  miną  świadczącą,  że  Powell  nie  jest  chyba  jej  ulubionym 

podopiecznym.  – Oczywiście,  że ktoś był w pokoju. Ktoś z personelu zagląda tam co dwie, 

trzy godziny. To należy do naszych obowiązków. Oczywiście może się pan z nim zobaczyć, 

ale  to  strata  czasu.  W  przyszłym  tygodniu  ktoś  będzie  próbował  zatruć  mu  obiad.  Zobaczy 

pan. 

D

RZWI  DO  POKOJU  BYŁY  OTWARTE  NA  OŚCIEŻ

.  Tommy  Powell  siedział  na  łóżku  i  dawał  się 

karmić  ryżową  papką  przez  młodą  pielęgniarkę  w  różowym  mundurku.  Patrzyłem  ze 

zdumieniem,  jak  go  karmi,  zbierając  mu  z  brody  to,  co  skapnęło,  i  opowiada  mu  o  swoich 

wieczornych wyjściach, planach na przyszłość, o czymkolwiek,  byle wypełnić czymś ciszę  i 

nie  musieć  słuchać  wysilonego,  charczącego  oddechu  ani  cichego  stękania  przy  połykaniu. 

Włosy miała schowane pod czepkiem, ale dostrzegłem, że były ciemne. Jej szyja była smukła, 

a skóra delikatna i biała jak pąki lilii. 

Zastukałem  lekko do drzwi,  a kiedy  zdała  sobie  sprawę z  mojej obecności,  lekko się 

zarumieniła.  Było  w  niej  coś  bardzo  znajomego,  chociaż  jej  nie  rozpoznawałem.  Chyba 

pomyślała to samo, bo stanęła przede mną, jakby chciała coś powiedzieć. 

– Przyszedłem do pana Powella – wyjaśniłem, wskazując łóżko. 

– W porządku – odparła, uśmiechając się nieznacznie, a potem zniknęła za drzwiami, 

zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej. 

Tommy  Powell  obserwował  mnie,  poruszając  tylko  oczami.  Głowę  opierał  na 

poduszce, usta miał rozchylone. Połowa jego twarzy była nieruchoma, jakby właśnie wyszedł 

od dentysty, zauważyłem resztki jedzenia wyciekające mu z lewego kącika ust. Pomyślałem o 

utracie  godności  i  przed  oczami  stanął  mi  mimo  woli  obraz  Angeli  Cashell  leżącej  nago  w 

polu, z poduszką z gnijących liści pod głową i krwią stygnącą w żyłach. 

– Panie Powell,  jestem inspektor Devlin. Przyszedłem w sprawie intruza, który był w 

pańskim pokoju w zeszłą środę. 

– Deblin – powtórzył. – Jaki Deblin? Kim ojciec? 

– Joe Devlin, proszę pana. 

– Ten od mebli? 

–  Zgadza  się.  –  Mój  ojciec  wciąż  jest  znany  jako  renowator  mebli,  chociaż  nie  robi 

tego od lat. Powell może miał kłopoty z wysławianiem się, ale z pamięcią na pewno nie. 

–  Czego...  chcesz?  –  spytał,  z  wyraźnym  wysiłkiem  formułując  nawet  tak  krótkie 

zdanie.  Nieciekawa rozmowa,  pomyślałem,  chyba że  ją  skrócę.  Skarciłem  się w  myślach za 

background image

małostkowość, ale mimo wszystko postanowiłem się streszczać. 

– Przyszedłem w sprawie intruza ze środowej nocy. Pamięta pan? 

– Nie głupi, synu... chory. 

– Oczywiście. Pana syn opowiedział mi, co się stało. Ciekaw jestem, czy może pan coś 

dodać. Pamięta pan coś jeszcze? 

– Mogła... być kobieta... chłopiec. 

– Słucham? 

Zacharczał,  oddychając  z  trudem  przez  patrycjuszowski  nos.  Desperacko  zacisnął 

zęby, usiłując się wyprostować. Górę piżamy miał rozpiętą, widać było jego pierś porośniętą 

rzadkimi,  siwymi  włosami,  skurczoną  i  zapadniętą.  Widziałem  puls,  wibrujący  w  fałdach 

skóry zwisających po obu stronach gardła. 

– Mogła... być... dziew... dziewczyna – powiedział. – Albo chłopiec. Drobny. 

Opadł z powrotem na poduszkę i odwrócił się do ściany, nie patrząc na mnie. Zacisnął 

przelotnie  szczęki  ze  złości  albo  urazy,  że  widzę  go  w  takim  stanie.  Zacząłem  zadawać 

kolejne  pytania  tylko  po to,  żeby  go  ożywić,  ale  machnął  na  mnie  ręką  tak  pomarszczoną  i 

kościstą, że równie dobrze mogłaby należeć do kobiety. 

Wychodząc,  nie  spotkałem  już  pielęgniarki,  która  karmiła  Powella,  nie  mogłem  też 

sobie przypomnieć, gdzie ją wcześniej widziałem. Wstąpiłem do pani MacGowan i spytałem, 

jak się nazywa. 

– Ma kłopoty? 

– Nie, nie – odparłem. – Skądś znam jej twarz. 

– Jest na miesięcznym okresie próbnym, zanim zatrudnię ją na stałe. Jeśli ma kłopoty z 

prawem,  inspektorze,  wylatuje  natychmiast.  Musimy  całkowicie  ufać  naszemu  personelowi, 

osobiste rzeczy i pieniądze starszych ludzi leżą wszędzie na wierzchu. 

–  Nie,  nie  ma  żadnych  kłopotów.  To  nic  ważnego,  po  prostu  nie  mogę  skojarzyć  jej 

twarzy. Widziałem ją niedawno. To coś jak déjà vu – skłamałem. 

– Yvonne Coyle. Jest ze Strabane, chyba z Glennside. 

– No właśnie. Może widziałem ją gdzieś w mieście. W końcu sobie przypomnę. 

Miałem ochotę pojechać do domu Powella i powiedzieć Miriam, że rozmawiałem z jej 

teściem,  chociaż  wiedziałem,  że  razem  z  mężem  znów  zrobią  sobie  ze  mnie  przedmiot 

jakiegoś  ich  prywatnego  żartu.  W  końcu  nawet  tam  pojechałem  –  pod  wielką  wiktoriańską 

posiadłość,  którą  Powell  senior  kupił  od  Kościoła  anglikańskiego,  kiedy  pastor  na  początku 

lat  sześćdziesiątych  wyprowadził  się  z  Lifford  do  Raphoe.  Wokół  rosły  dęby  i  sykomory,  z 

pniami  grubo  oplecionymi  pnączami  i  bluszczem.  Mur  otaczający  blisko  hektarową 

background image

posiadłość został dodany jakieś czterdzieści lat temu; zbudowano go, jak mi opowiadał ojciec, 

z  cegieł  pozostałych  ze  starego  więzienia,  zburzonego  w  1907  roku.  Teraz  były 

nierozpoznawalne pod grubą, mokrą warstwą mchu, która pokrywała kamienne zwieńczenie i 

pokruszyła wierzchnie warstwy muru, osypujące się na chodnik. 

Zatrzymałem  się  przed  bramą  wjazdową.  Za  nią  zobaczyłem  bmw  Miriam, 

zaparkowane  obok  land-rovera,  którym  jeździł  jej  mąż,  jak  przystało  na  właściciela 

ziemskiego.  Powell  junior  żył  z  czynszów  zbieranych  z  licznych  nieruchomości  ojca  – 

mówiono, że sam tego majątku raczej nie powiększył. Więzienne cegły były czymś typowym 

dla  starszego  Powella:  ekstrawagancją,  na  którą  nikt  nie  zwróciłby  uwagi.  Dzięki  takim 

posunięciom  mógł  uchodzić  za  zwykłego  człowieka,  jednocześnie  plotki  o  jego  zamożności 

dodawały  mu  tajemniczości.  Land-rover  zaś  pasował  raczej  do  jego  syna;  ostentacyjnie 

podkreślał wizerunek, który ten sobie stworzył. 

Zastanawiałem się, czy wejść, czy nie. W końcu postanowiłem nie wchodzić, po części 

dlatego, że w domu był Powell junior. Wrzucając bieg,  nie mogłem się pozbyć wrażenia, że 

ktoś mnie obserwuje. 

W

IECZOREM  ZMYWAŁEM  NACZYNIA

,  a  Debbie  sprzątała  ze  stołu.  Dzieci  były  w  salonie, 

oglądały  po  raz  kolejny  Toy  Story.  Debbie  wrzuciła  do  zlewu  dwa  noże  i  zaczęła  wycierać 

blat. 

– Nie zapomnij, że Penny śpiewa jutro na mszy – powiedziała. 

– Nie zapomnę – obiecałem. 

– Oby. Nigdy by ci tego nie wybaczyła. 

– Nie zapomnę – powtórzyłem, a Debbie kiwnęła głową. 

– Czy to ciebie widziałam dzisiaj u Miriam O’Kane? – spytała, nie podnosząc wzroku 

znad swojego zajęcia, jakby to była zwyczajna rozmowa. 

– U kogo? Miriam... pani Pow... Miriam Powell. Tak, miałem do niej wpaść pogadać z 

jej mężem. W niedzielę prosił mnie, żebym zajął się intruzem w pokoju jego ojca. Pamiętasz, 

po mszy? 

– Aha. To o tym rozmawialiście? Myślałam, że może to Miriam cię prosiła. 

– Nie. Nie widziałem jej od... nie wiem jak dawna. 

–  Od  dziś  rana.  Tak  powiedziała  twoja  sierżant.  Caroline,  prawda?  Miriam  była  u 

ciebie, kiedy dzwoniłam. 

– Tak. Wpadła się dowiedzieć, czy zrobiłem jakieś postępy. 

– Oczywiście. Przez telefon nic nie wspomniałeś. 

background image

– Nie, po prostu nie uznałem, że to coś ważnego. 

– Uhm – mruknęła Debbie. – A zrobiłeś jakieś? 

– Jakieś co? 

–  Postępy  –  powiedziała,  a  potem  poszła  do  dzieci.  Dokończyłem  zmywanie  w 

milczeniu. 

background image

Terry Boyle 

background image

Rozdział 5 

Wtorek, 24 grudnia 

O

DEBRAŁEM  TELEFON  PO  DRUGIM  DZWONKU

 o trzeciej  trzydzieści  nad  ranem  –  nie  mogłem 

zasnąć.  Debbie  leżała  obok  mnie,  odsunięta,  nawet  przez  sen  było  jasne,  że  obraziła  się  za 

ponowne  wejście  Miriam  Powell  w  nasze  życie.  Poruszyła  się,  kiedy  zadzwonił  telefon,  ale 

odebrałem,  zanim  dzwonienie  obudziło  dzieci.  Costello.  Miejscowy  rolnik,  Petey  Cuthins, 

znalazł w spalonym samochodzie na Gallows Lane czyjeś zwłoki. 

Gallows  Lane  –  aleja  Szubieniczna  –  nosiła  taką  nazwę,  bo  kilkaset  lat  temu,  zanim 

zbudowano gmach  sądu, wieszano tu złapanych  przestępców i zostawiano  ich wiszących  na 

gałęziach  trzech  wielkich  orzechów  rosnących  na  drodze  wjazdowej  do  miasta,  jako 

ostrzeżenie  dla  wszystkich  przyjezdnych.  W  ładny  dzień  rozciągał  się  stąd  panoramiczny 

widok na hrabstwa Donegal, Derry i Tyrone. 

Kiedy  przyjechałem,  ogień  już  zgasł.  Na  czarnej  karoserii  syczała  cicho  zamarzająca 

mgła.  Costello  był  na  miejscu  z  dwójką  mundurowych,  których  znałem  z  widzenia.  Byli 

bladzi,  mieli  zaspane  czerwone  oczy  i  pracowali  w  milczeniu.  Petey  Cuthins  opierał  się  o 

swoją bramę, kilka metrów od wraku, i pilnował, żeby nie zgasła mu fajka. Kiedy wysiadłem 

z  samochodu,  kiwnął  głową  i  mruknął:  „Wesołych  świąt”  przez  zęby  zaciśnięte  na  ustniku. 

Jego  twarz  niknęła  pod  kapturem.  Skinąłem  Costellowi,  który  pokazywał  mundurowym, 

gdzie  założyć  policyjną  taśmę.  Zerknąłem  do  samochodu,  ale  postanowiłem  nie  przyglądać 

się dokładniej i wróciłem do Peteya, czekając, aż uspokoi mi się żołądek. 

–  Usłyszałem  huk,  to  musiał  być  bak.  Krowy  prawie  powariowały.  –  Nieznacznym 

ruchem  głowy  wskazał  wypalony  wrak.  –  Nic  nie  mogłem  zrobić,  Ben.  W  wiadrze  z  domu 

wiele  bym  nie  przyniósł.  Kiedy  tu  przyleciałem,  nie  było  już  po  co  dzwonić  po  strażaków, 

ogień prawie zgasł. Temu w środku i tak bym wiele nie pomógł. 

Tablica  rejestracyjna,  choć  uszkodzona,  nie  została  zniszczona,  wypukłe  cyfry 

zdradzały,  że  samochód  był  nowy  –  nissan  primera, o  ile  mogłem  stwierdzić.  Kierowca  był 

sam; z rozmiarów ciała wnioskowałem, że to mężczyzna, ale zwęglił się tak bardzo, że trudno 

było stwierdzić to na pewno. 

background image

Costello  wyznaczył  zadania  mundurowym  i  podszedł  do  nas.  Funkcjonariuszka 

uśmiechnęła  się  smutno,  mijając  nas  z  rolką  niebiesko-białej  taśmy,  którą  przywiązała  do 

żywopłotu za nami i zaczęła rozwijać. 

–  Myślicie,  że  się  rozbił?  –  spytał  Cuthins,  nie  chcąc  podchodzić  do  samochodu.  Na 

prawo  od  drzwi  kierowcy  zobaczyłem  na  trawie  kałużę  wymiocin;  Petey  najwyraźniej 

zobaczył i tak za dużo. 

– Nie sądzę – odparł Costello, klepiąc mnie na powitanie w plecy. Pomyślałem, że ma 

rację:  na  karoserii  nie  było  żadnych  wgnieceń,  wokół  miejsca  zatrzymania  samochodu  – 

żadnych  śladów  kolizji.  Zerknąłem  na  ciało  kierowcy;  smród  palonego  mięsa  puchł  mi  w 

ustach i w nosie. 

– Ręczny jest zaciągnięty – zauważył Costello. – A zapłon wyłączony. 

Co  oznaczało,  że  samochód  stał  zaparkowany,  kiedy  wydarzyło  się  to,  co  się  stało. 

Costello wolno pokręcił głową. 

– Okropna sprawa, chłopcy. Okropna. 

Odsunąłem się od samochodu i wyplułem ohydny smak z ust. Costello wyjął telefon i 

zadzwonił  do  Burgessa  –  który  dojechał  już  na  posterunek  –  a  potem  podał  mu  numery 

rejestracyjne do sprawdzenia. 

–  Najlepiej  ściągnij  tu  lekarza.  I  kilka  dodatkowych  par  rąk  do  pomocy.  To  będzie 

długa noc. 

P

OLICYJNI TECHNICY MUSIELI POJECHAĆ DO 

S

TRABANE

, pożyczyć lampę łukową i generator od 

PSNI.  Mgłę  przeszywały  od  czasu  do  czasu  igły  deszczu  ze  śniegiem,  chwytane  we 

fluorescencyjny  blask  reflektora.  Nad  horyzontem  pojawiła  się  pierwsza  smuga  czerwieni. 

Burgess oddzwonił  – sprawdził  numery w centralnym  biurze komunikacji  Gardy.  Zwęglone 

szczątki,  wciąż  tkwiące  w  samochodzie,  miały  teraz  być  może  nazwisko  –  Terry  Boyle, 

student rachunkowości z Dublina, którego rodzice mieszkali w Letterkenny. Costello kazał mi 

przekazać wiadomość rodzinie  i  wysłał  ze  mną  mundurową Jane  Long.  Kiedy  mieliśmy  już 

ruszać,  zobaczyłem  Johna  Mulrooneya,  brnącego  przez  Gallows  Lane  w  naszą  stronę,  żeby 

wykonać swoje absurdalne zadanie – jako biegły miał stwierdzić zgon kogoś, z kogo zostały 

tylko szkielet i trochę miazgi. 

–  Jezu,  Ben,  jest  Wigilia  –  powiedział,  zatrzymując  się  obok  nas.  Zgasił  papierosa, 

którego  trzymał  w  ustach  i  włożył  na  buty  plastikowe  kalosze.  Zauważyłem,  że  pod 

sztruksowymi spodniami wciąż miał piżamę – wzorzysty materiał wystawał z nogawek. – Co 

tu mamy? – spytał, wskazując samochód. 

background image

– Spontaniczny samozapłon? – podsunąłem. 

Mulrooney wziął się w garść i podszedł do samochodu, wstrzymując oddech, żeby nie 

czuć  smrodu.  Patrzyłem,  jak  z  kieszeni  wyjmuje  długopis  i  naciska  nim  czaszkę, 

przekrzywiając ją lekko, żeby lepiej widzieć. 

Potem  odsunął  się  i  splunął,  tak  samo  jak  ja  wcześniej.  W  takich  chwilach  człowiek 

woli nie wiedzieć, że wszystkie zapachy składają się z cząsteczek. 

– Wygląda mi to na zwyczajne zastrzelenie – stwierdził i dopiero po chwili dotarło do 

mnie, że nie żartuje. 

– Co takiego? 

–  Popatrz.  –  Wskazał  długopisem.  –  Tu  rana  wlotowa,  wylotowa  przypuszczalnie  po 

drugiej  stronie.  Dwa  morderstwa  w  jednym  tygodniu.  Po  czymś  takim  Lifford  może  zostać 

stolicą zabójców Irlandii. 

– Bardzo śmieszne. 

–  Powie  nam  pan,  kiedy  to  się  mogło  stać?  –  spytał  Costello,  podchodząc  bliżej 

samochodu. 

– Nie. Ale żeby nie było niejasności i tak dalej, on nie żyje. 

M

ATKA 

T

ERR

EGO 

B

OYLE

A

,

 

K

ATHLEEN

,  ściskała  w  dłoni  zużytą  chusteczkę  higieniczną. 

Twarz  miała  czerwoną,  oczy  spuchnięte.  Jane  Long  nie  wyglądała  lepiej.  Przysunęła  się  do 

starszej  kobiety  i  objęła  ją  ramieniem.  Ja  kucałem  przed  panią  Boyle,  choć  wydawała  się 

patrzeć przeze mnie na wylot. 

–  Bardzo  mi  przykro,  pani  Boyle  –  powiedziałem,  nie  po  raz  pierwszy  czując 

świadomość  daremności  tego  zwrotu.  Wziąłem  ją  za  rękę  i  zamilkłem,  czekając,  aż  się 

wypłacze. 

– Pan Boyle? 

Pokręciła głową. 

– Mieszka w Glasgow. 

– Lepiej wyślijcie kogoś, żeby do niego zajrzał – powiedziałem do Long, dając jej do 

zrozumienia, że ma przekazać wiadomość, a jednocześnie sprawdzić jego miejsce pobytu. 

– Zaparzyć  herbaty? – spytała,  sięgnęła po radio i wyszła z pokoju wdzięczna,  że  na 

kilka minut może uciec od żałoby. 

– Jezu – powtarzała raz za razem Kathleen Boyle rozdygotana. 

A ja zarazem zaczynałem wątpić w jego istnienie i modliłem się gorąco, żeby pokonał 

czas i przestrzeń i pocieszył tę kobietę oraz jej syna, który z pewnością nie zasługiwał na taką 

background image

śmierć. 

–  Domyśla  się  pani,  kto  mógł  być  wrogiem  pani  syna,  pani  Boyle?  Może  z  kimś  się 

pokłócił? 

Pokręciła głową, z chustką przyciśniętą do twarzy. 

– Dopiero co wrócił do domu – wychlipała. – Z uczelni. Poszedł na jakąś dyskotekę. 

– Czy miał dziewczynę? 

Kiwnęła głową, ale nie chciała – albo nie mogła – nic powiedzieć. 

– Był z nią wczoraj wieczorem? 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 

– Ona mieszka w Dublinie. Powiedział, że wychodzi tylko na drinka. Z nikim się nie 

spotykał. Jesteście pewni, że to on? – Słowa padały jedno za drugim. 

– Raczej tak, pani Boyle. 

–  Czy  muszę  go  zidentyfikować?  Mogę  go  zobaczyć?  –  spytała,  a  jej  twarz  nieco 

pojaśniała, jakby widok syna mógł w jakiś sposób przywrócić go do życia. Chciała zapomnieć 

o okropnej nocy jak o sennym koszmarze. 

– Nie, pani Boyle. Sami go zidentyfikujemy – powiedziałem, nie chcąc tłumaczyć, że 

jej syn jest nie do rozpoznania. Przed wyjściem z domu musiałem znaleźć coś, z czego można 

by pobrać próbkę DNA, jeśli dane dentystyczne czy lekarskie okażą się niewystarczające. 

Kathleen Boyle płakała, a ja i sierżant Long siedzieliśmy w pokoju, piliśmy herbatę i 

milczeliśmy. Nie mogliśmy jej zostawić samej – ani jako policjanci, ani jako ludzie. 

Jej siostra przyjechała około ósmej i namówiła ją, żeby się trochę przespała. Long i ja 

w  końcu  wróciliśmy  na  komisariat,  poprosiwszy  uprzednio  panią  Boyle,  żeby  się  z  nami 

skontaktowała,  jeśli  tylko  przyjdzie  jej  do  głowy  cokolwiek  użytecznego  –  w  dzień  czy  w 

nocy.  Siedziałem  w  samochodzie,  paliłem  papierosa  i  mogłem  myśleć  tylko  o  swoim 

zmęczeniu i o zimnie, które przejmowało mnie do szpiku kości. 

Z

ESPÓŁ ŚLEDCZY SPOTKAŁ SIĘ WE WTOREK RANO

 o dziewiątej trzydzieści, żeby zameldować o 

postępach  w  sprawie  Cashell,  choć  wszyscy  spędziliśmy  noc,  pracując  nad  wypadkiem  na 

Gallows Lane. Costello, wszedłszy, wziął mnie na bok. 

– Jak leci? – spytał. – To znaczy w domu. 

–  W  porządku  –  odparłem,  zaskoczony  trochę  nagłą  dobrodusznością.  –  Czemu 

pytasz? 

– Rano dzwonił Mark Anderson. 

– Aha. 

background image

– Powiedział, że twój pies nęka jego owce, a ty się tym nie przejmujesz. 

– Jedyne,  co  może  nękać  jego owce, to jego zboczony syn.  Czy  jemu  się wydaje,  że 

nie mamy tu dość roboty? Musi jeszcze zawracać nam głowę cholernym psem? 

– Ale tak powiedział. 

– Panu? 

– Tak. Zajął tym od razu samą górę. Po co gadać z małpą, skoro można z katarynką? – 

Zaśmiał się bez humoru  i wszedł do pokoju, w którym się spotykaliśmy. Poszedłem za nim, 

przeklinając Marka Andersona i jego owce. 

Zanim  omówiliśmy  postępy  w  sprawie  morderstwa  Angeli  Cashell,  Costello  streścił 

śmierć  Terry’ego  Boyle’a.  Okręgowy  patolog  przeprowadził  właśnie  sekcję,  mieliśmy 

nadzieję,  że  po  południu  dostaniemy  raport.  Zespół  techników  pracował  przy  samochodzie, 

ale fakt, że go podpalono, oznaczał, że niełatwo w nim znaleźć cokolwiek znaczącego. 

– Po co go podpalał? – spytał Holmes. – Skoro zastrzeliłeś już biednego drania, po co 

podpalałeś samochód? To jak „pieprzę was”, prawda? 

– Może w samochodzie coś było? – podsunęła sierżant Williams. 

–  Może  w  samochodzie  ktoś  był  –  powiedziałem.  –  To  by  tłumaczyło,  dlaczego  stał 

zaparkowany w środku nocy. Może morderca był z tym kimś w samochodzie i podpalił wóz, 

żeby zatrzeć ślady. 

Costello wrócił do sprawy Cashell. 

– Zaczekamy,  aż dostaniemy raporty.  Caroline,  chciałbym, żebyście z  Jasonem  zajęli 

się  sprawą  Boyle’a.  Składajcie  codziennie  meldunki  inspektorowi  Devlinowi.  Inspektorze  – 

zwrócił  się  do  mnie,  stopniem,  a  nie  po  nazwisku,  czyli  oficjalnie  –  chciałbym,  żeby 

prowadził  pan  dalej  sprawę  Cashell  do  chwili  znalezienia  McKelveya.  Postarajmy  się 

zamknąć chociaż jeden temat. 

Holmes  i  Williams  pokiwali  głowami.  Holmes  wyglądał  na  wyczerpanego,  także 

dlatego  że  odwiedził  wiele  miejscowych  barów  i  klubów,  szukając  kogoś,  kto  rozpoznałby 

Angelę  Cashell  ze  zdjęcia,  które  dostał  od  Sadie.  Czuł  się  zobowiązany  wypić  kilka 

obowiązkowych  bożonarodzeniowych  drinków  w  każdym  pubie  i  dotarł  do  komisariatu  w 

środku  nocy,  mocno  zmaltretowany.  Sadie  powiedziała  mu,  że  Johnny’emu  odmówiono 

przepustki  na święta w obawie przed ucieczką  i że stanie przed sędzią w Strabane w piątek, 

dwudziestego siódmego. 

Oprócz  rozmów  z  miejscowymi  właścicielami  lokali  Holmes  odwiedził  też  klub  w 

Strabane, gdzie rzekomo Angela była w czwartek wieczorem z kimś, czyj rysopis pasował do 

opisu  Siwego  McKelveya.  Właściciel  klubu  jej  nie  pamiętał,  ale  udostępnił  taśmę  z 

background image

nagraniem kamery ochrony z tamtej nocy, którą Holmes położył teraz na biurku Costella. 

Sierżant  Williams  skontaktowała  się  z  większością  miejscowych  jubilerów  i 

lombardów,  w  Strabane  i  w  Lifford,  ale  nikt  nie  pamiętał,  żeby  pokazywano  mu  lub 

oferowano  pierścionek.  Powiedziała,  że  dzisiaj  zamierza  zająć  się  sklepami  w  Derry. 

Poprosiła  dwie  sekretarki  z  posterunku  o  przejrzenie  list  skradzionych  przedmiotów, 

wydrukowane dla niej poprzedniego dnia przez Burgessa. Lista liczyła sto dwanaście stron  i 

obejmowała ostatnich sześć miesięcy. 

Costello  przedstawił  nam  następnie  pełny  raport  patologa,  w  tym  ustalenia 

toksykologii. I nareszcie dowiedzieliśmy się, jak zginęła Angela Cashell. 

W

  KTÓRYMŚ  MOMENCIE

,  prawdopodobnie  po  siódmej  wieczorem  w  piątek,  Angela  Cashell 

zjadła cheeseburgera z frytkami i popiła go dietetyczną colą. Przez resztę wieczoru wypaliła 

kilka skrętów i piła wódkę – prawdopodobnie także z colą. W pewnej chwili połknęła coś, co 

być  może  uważała  za  tabletkę  ecstasy,  wielkości  jednocentowej  monety,  pokrytą  żółtymi  i 

brązowymi plamkami. Tabletka była bardzo zanieczyszczona i sporządzona,  między innymi, 

z talku, trutki na szczury, DDT, gałki muszkatołowej i strychniny. 

Niedługo po jej połknięciu, a może nawet w konsekwencji tego, Angela uprawiała seks 

z  kimś,  kto  założył  prezerwatywę,  jak  wiedzieliśmy  już  wcześniej.  Być  może  podczas 

stosunku przyjęte przez  nią  substancje  sprawiły,  że w  jej  mózgu doszło do spięcia.  Synapsy 

zaiskrzyły  od  prądów,  które  w  efekcie  doprowadziły  do  ataku  epilepsji.  To  strychnina  była 

przypuszczalnie  odpowiedzialna  za  spazmy,  które  oderwały  mięśnie  jej  nóg  od  ścięgien. 

Płuca  zaczęły  zwalniać  i  doznały  paraliżu,  choć  ten,  kto  był  z  Angelą,  mógł  o  tym  nie 

wiedzieć,  bo  ukląkł  na  jej  piersi  i  zakrył  usta  bawełnianą  szmatką,  aż  dziewczyna  przestała 

oddychać. Być może zdawał sobie sprawę, że narkotyk ją zabije, ale chciał przyspieszyć ten 

proces. A może po prostu skrócić jej cierpienia. 

Kiedy  Angela  umarła,  jej  zwłoki  umyto,  i  włożono  jej  z  powrotem  majtki,  na  lewą 

stronę.  Potem dwie osoby – byłaby za ciężka dla jednej,  na tyle drobnej,  by uklęknąć  jej  na 

piersi,  musiały  wsadzić  ją  do  samochodu.  Zawiozły  ją  za  liffordzkie  kino  kilka  godzin  po 

śmierci i zrzuciły ciało tam, gdzie je znaleźliśmy. 

Zaczekaliśmy,  aż  wszyscy  skończą  czytać.  Sierżant  Williams  czytała  raport  wolniej 

niż reszta z nas. 

–  I  tak  –  powiedział  w  końcu  Costello  –  potwierdza  się  to,  co  już  wiedzieliśmy,  ale 

dochodzi kilka nowych szczegółów. Zwłaszcza ten narkotyk. 

– Tak – przyznał Holmes. – Łatwo trafić na niskiej jakości prochy, zwłaszcza tabletki 

background image

E.  Chociaż  muszę  przyznać,  że  nie  słyszałem,  żeby  wcześniej  znaleziono  w  nich  te 

substancje. 

– A  ja tak – oznajmił Costello  i  zobaczyłem,  że sierżant Williams kiwa  lekko głową, 

jakby przytakując. – Przeczytajcie to i powiedzcie, co się wam przypomina. 

Podał każdemu z nas kopię listu z datą z września 1996 roku. Papier był wciąż ciepły 

od kopiarki. List brzmiał: 

”Drodzy Uczniowie 

Jak  wiecie,  An  Garda  współpracuje  ściśle  z  waszą  szkołą  w  tworzeniu  programów 

uświadamiających niebezpieczeństwa stosowania narkotyków, chcąc zadbać, by żadne z was 

nie wpadło w krąg przestępczej działalności, do której narkotyki mogą doprowadzić. 

Zdajemy  sobie  jednak  sprawę  z  tego,  że  niektórzy  z  was  zażywają  narkotyki  albo 

bardzo kusi ich, by z nimi eksperymentować. Dlatego bardzo proszę, żebyście w najbliższych 

tygodniach zachowali szczególną ostrożność. 

Dowiedzieliśmy się,  że  na  irlandzkim rynku  narkotykowym pojawiła  się pewna  ilość 

bardzo niebezpiecznych tabletek ecstasy, choć jak dotąd żadna nie dotarła do Donegal. 

Postanowiono,  by  wszyscy  uczniowie  wszystkich  szkół  w  tym  rejonie  zostali 

ostrzeżeni.  Tabletki  są  okrągłe  i  mają  około  centymetra  średnicy.  Są  nakrapiane  żólto-

brązowo i mogą być lekko gorzkawe w smaku. Biuro Celne w Dublinie poinformowało nas, 

że  tabletki  te,  pochodzące  z  Holandii,  nie  mają  działania  ecstasy,  lecz  zawierają  liczne 

zabójcze  substancje  i  trucizny,  w  tym  trutkę  na  szczury  i  pchły.  Mogą  wywoływać  wiele 

objawów,  w  tym  kłopoty  z  oddychaniem,  konwulsje,  uszkodzenia  mózgu,  mogą  także 

powodować śmierć. 

Jeśli ktoś częstuje cię taką tabletką – albo jeśli masz podejrzenia co do czegoś, co ci się 

oferuje – nie bierz tego. 

Możesz  się  skontaktować  z  posterunkiem  Gardy  w  Letterkenny  pod  poufnym 

numerem  074  55584,  ze  swoim  lokalnym  posterunkiem  Gardy  lub  poinformować  kogoś  z 

personelu szkoły. Nie będziesz mieć żadnych kłopotów, a możesz uratować komuś życie”. 

List  był  podpisany  przez  Costella  i  zakończony  przypomnieniem,  by  w  ogóle  unikać 

narkotyków jako takich. Niejasno przypomniałem sobie, że listy te kolportowano w szkołach, 

chociaż pracowałem wtedy nad sprawą gangu włamywaczy okradających tamtejsze hotele. 

– Wygląda na to samo – powiedział Holmes, odkładając list na stół. 

–  Jestem  zaskoczona,  że  nie  znasz  tych  tabletek  –  zdziwiła  się  Williams  –  skoro 

background image

pracowałeś w brygadzie antynarkotykowej w Dublinie. 

– To nie moje czasy – odparł Holmes, a potem uśmiechnął się wesoło. – Ciągle młody 

ze mnie byczek. 

–  Niech  nas  Bóg  ma  w  swojej  opiece  –  stwierdziła  Williams  i  ukryła  twarz  za 

trzymaną kartką A4. 

– Przypuszczalnie to to samo – zauważyłem. – Musimy zatem znaleźć tego, kto jej to 

dał. Czy to ta sama osoba, z którą się przespała? 

–  I  czy  zamierzali  ją  zabić  tabletką,  czy  też  jej  śmierć  była  wypadkiem?  –  dodał 

Costello. 

–  Właśnie.  Jason,  zacznij  ścigać  miejscowych  dilerów.  Popytaj,  jeszcze  raz  przejedź 

się  po  klubach  i  barach,  w  Strabane  i  Letterkenny.  Zobacz,  czy  ktoś  sprzedaje  to  świństwo. 

Jak już tam będziesz, pokaż fotkę Terry’ego Boyle’a, może się dowiesz, gdzie był wczoraj w 

nocy. 

– Ale to nie są powiązane sprawy, prawda? – spytał Holmes. 

– Nic mi o tym nie wiadomo – odparłem – ale jeśli możemy upiec dwie pieczenie na 

jednym ogniu... 

–  Po  prostu  nie  ma  nikogo  więcej,  Jasonie  –  wyjaśnił  Costello.  –  Poprosiłem  o 

dodatkową pomoc z Letterkenny, ale ty znasz wszystkie puby i tak dalej. Pójdzie ci lepiej niż 

komukolwiek innemu. 

–  Zadzwonię  do  Hendry’ego,  żeby  nie  pojawiły  się  jakieś  bzdurne  problemy  z 

jurysdykcją  za  granicą  –  powiedziałem.  –  Caroline,  pracuj  dalej  nad  złotym  pierścionkiem. 

Zobaczę, czy uda mi się pogadać z Johnnym Cashellem, chociaż to mało prawdopodobne, nie 

wygląda  na  kogoś,  kto  byłby  zdolny  zgwałcić  i  nafaszerować  prochami  własną  córkę.  Poza 

tym – dodałem – nie sądzę, żeby to była napaść na tle seksualnym. 

– Raport patologa sugeruje stosunek dobrowolny,  inspektorze,  co nie  musi oznaczać, 

że taki faktycznie był – zauważyła Williams. 

– To prawda. Ale mimo to. Opis,  narkotyki, świadkowie naoczni: wszystko wskazuje 

na Siwego McKelveya. 

– Żeby tylko gnojek pokazał twarz – dodała sierżant Williams. 

–  A  może  pokazał?  –  odparł  Holmes,  stukając  palcem  w  leżącą  przed  nami  kasetę 

wideo. 

Podłączyliśmy magnetowid do telewizora w sali konferencyjnej na tyłach posterunku i 

puściliśmy  nagranie  od  początku.  Zaczynało  się  o osiemnastej  w  czwartek,  dziewiętnastego 

grudnia  –  godzinę  i  datę  wskazywały  białe  cyfry  na  dole  ekranu.  Obraz  przeskakiwał  z 

background image

jednego ujęcia na drugie co dwadzieścia sekund. 

Williams nachyliła się i przewinęła taśmę do chwili, kiedy zaczęli się pojawiać klienci 

–  mniej  więcej  dwadzieścia  po  siódmej.  Przy  każdym  nowo  przybyłym  zatrzymywaliśmy 

nagranie,  wypatrując  Angeli  i  osoby,  która  jej  towarzyszyła  –  i  którą  według  nas  był  Siwy 

McKelvey. 

O  dziewiątej  trzydzieści  bar  się  zapełniał,  a  oni  wciąż  się  nie  pojawili,  chociaż 

zauważyliśmy młodego mężczyznę z wygoloną głową, który o ósmej pięćdziesiąt wszedł do 

męskiej  toalety  i  do  tej  pory  nie  wyszedł.  Holmes  uznał,  że  to  albo  handlarz  narkotykami, 

albo homoseksualista. 

– Tak czy inaczej, przymkniemy go, jeśli się pojawi po naszej stronie granicy – dodał. 

W  miarę  postępu  nagrania  światło  w  barze  przygasało.  Potem  obraz  przeskoczył  na 

drzwi i mignęła mi przechodząca pod kamerą dziewczyna o jasnych włosach. Była ubrana w 

dżinsy i niebieską bluzę, tak samo, jak Cashell opisał strój Angeli z tamtego wieczoru. Tuż za 

nią,  znów  na  wpół  poza  polem  widzenia  kamery,  szedł  ktoś  chudy  o  krótkich,  jasnych  jak 

tlenione  włosach,  w  dżinsach  i  białej  bluzce.  Postać  nie  patrzyła  w  kamerę,  zobaczyliśmy 

tylko  czubek  głowy  i  jasne  włosy.  Holmes  zatrzymał  obraz  i  wszyscy  nachyliliśmy  się  do 

telewizora. 

– To on? – spytała sierżant Williams, marszcząc czoło. 

– Chyba tak – odparłem. 

Holmes postukał w ekran kłykciami. 

– Panie i panowie, Siwy McKelvey, jak sądzę. 

Nie  było  to  ujęcie  tak  wyraźne,  jak  byśmy  sobie  życzyli,  ale  wniosek  Holmesa 

wydawał  się  uzasadniony.  Obejrzeliśmy  jeszcze  godzinę  nagrania  i  zobaczyliśmy  Angelę 

kilka razy: w kolejce do baru, tańczącą, rozmawiającą z grupką dziewczyn przy toaletach. To 

ujęcie  prawie  się  skończyło,  kiedy  zobaczyłem  znajomą  twarz  i  wszystkie  fragmenty 

układanki  wskoczyły  na  swoje  miejsce.  Ubranie  było  inne,  oczywiście,  różowy  mundurek 

zastąpił  obcisły,  satynowy,  szary  top,  podkreślający  wszystkie  krągłości.  Dziewczyna  miała 

nałożony  makijaż  i  wyglądała  na  starszą,  ale  poznałem  ją  –  to  była  Yvonne  Coyle, 

pielęgniarka,  która  karmiła  Tommy’ego  Powella  w  jego  pokoju  dzień  wcześniej. 

Jednocześnie przypomniałem sobie, gdzie poprzednio ją widziałem – przytuloną policzek do 

policzka  z  Angelą  Cashell  na  pasku  zdjęć  z  automatu  wsuniętych  starannie  między  kartki 

niedokończonej powieści, leżącej pod łóżkiem zmarłej dziewczyny. 

background image

P

RAWIE NATYCHMIAST ZADZWONIŁEM DO 

F

INNSIDE

, a Holmes i Williams zajęli się zadaniami, 

które  ustaliliśmy  wcześniej.  Pani  MacGowan  powiedziała  mi  nieco  zirytowana,  że  Coyle 

dzień wcześniej zwolniła się przed czasem, a dzisiaj wzięła wolne z powodu choroby. 

– Jest pan pewien, że mogę ją zatrzymać? – spytała. – Wie pan, wolałabym, żeby mój 

personel nie miał kontaktów z gardai. 

– Nie wiem nic o tym, pani MacGowan, żeby Yvonne Coyle zrobiła coś złego. Chcę z 

nią porozmawiać o czymś zupełnie niewinnym – skłamałem. – Była świadkiem wypadku. 

– Jeśli jutro się pokaże, każę jej się z panem skontaktować. 

– Dziękuję, pani MacGowan. 

– Ale jeśli się nie pokaże, to może już nie przychodzić... 

Odłożyłem  pospiesznie  słuchawkę,  żeby  nie  słuchać  dalszego  ciągu.  Potem  znów  ją 

podniosłem,  zadzwoniłem  na  posterunek  PSNI  w  Strabane  i  poprosiłem  o  połączenie  z 

inspektorem Hendrym. 

Tak  jak  się spodziewałem,  Hendry’emu  nie przeszkadzało, że  nasi  ludzie przechodzą 

przez  granicę  i  wypytują  właścicieli  barów,  chociaż  zasadniczo  było  to  niedozwolone. 

Niektórzy  policjanci  po  obu  stronach  mogliby  się  do  tego  przyczepić,  ale  wszyscy 

wiedzieliśmy,  że  ścigamy  tych  samych  ludzi.  Dawne  złe  czasy,  kiedy  podejrzenia  i  spiski 

uniemożliwiały  wszelkie  kontakty,  odchodziły  w  niepamięć,  o  ile  już  całkiem  nie  minęły. 

Hendry  zgodził  się  także  na  bardziej  niezwykłą  prośbę  –  żebym  przesłuchał  Cashella  w 

areszcie  PSNI,  pod  warunkiem  że  będę  milczał,  pojawię  się  zasadniczo  po  służbie  i  że  to 

Hendry  będzie  zadawał pytania w  moim  imieniu.  W końcu  spytałem go,  czy znaleziono  już 

Siwego  McKelveya,  choć  wiedziałem,  że  gdyby  tak  się  stało,  Hendry  zadzwoniłby  do  nas, 

żeby  przechwalać  się  skutecznością  północnoirlandzkiej  policji  w  porównaniu  z  jej 

ślamazarnym południowym odpowiednikiem. 

– U nas ani śladu – powiedział – chociaż doszły mnie plotki, że jest u was. Jacyś jego 

krewni rozbili obóz pod Ballybofey 

– Nic o tym nie słyszałem – odparłem, trochę zły, że sam nie miałem o tym informacji. 

– To dlatego że dopiero teraz ci powiedziałem. Mówię ci: brytyjski wywiad najlepszy 

na świecie! – roześmiał się. 

– Do zobaczenia za godzinę – rzuciłem  i się rozłączyłem.  Zaraz potem zadzwoniłem 

na  posterunek  w  Ballybofey.  Połączono  mnie  z  sierżantem  Moore’em,  który  obiecał,  że 

sprawdzi  pogłoski  o  obecności  Siwego  McKelveya  na  swoim  terenie.  Dałem  mu  rysopis 

chłopaka  i  jego krótką historię.  Uprzedziłem, żeby działali  bez rozgłosu;  nie chciałem,  żeby 

McKelvey znów prysnął. 

background image

Postanowiłem nie prosić Hendry’ego o adres Yvonne Coyle. Wysłuchiwanie kolejnych 

peanów na cześć brytyjskiego wywiadu było zbyt wysoką ceną. Zamiast tego zadziałałem jak 

prawdziwy  detektyw  i  zajrzałem  do  książki  telefonicznej,  którą  ktoś  „pożyczył”  z  budki 

telefonicznej  tuż  za  granicą  kilka  lat  temu.  W  Glennside  nie  było  żadnych  Coyle’ów. 

Zadzwoniłem jeszcze raz do pani MacGowan, przeprosiłem za urwaną poprzednio rozmowę, 

a  ona  od  razu  podała  mi  adres,  równie  szybko  się  rozłączając.  Postanowiłem  odwiedzić 

Yvonne  przed  wizytą  u  Johnny’ego  Cashella,  na  wypadek  –  dość  mało  prawdopodobny  – 

gdyby Angela wspominała przyjaciółce o swoim ojcu. 

M

USIAŁEM  ZADZWONIĆ  DO  DRZWI  TRZY  RAZY

,  zanim  usłyszałem  czyjeś  kroki  na  schodach  i 

szczęk  zasuwki.  W  drzwiach  stanęła  Yvonne  Coyle,  w  różowej  podomce,  stosownej  raczej 

dla dziecka, z wyhaftowanym na piersi misiem. Włosy miała krótkie, na mokro wydawały się 

ciemne.  Jej  skóra  wciąż  połyskiwała  wilgocią  i  pachniała  charakterystycznie  szamponem  i 

mydłem. 

–  O...  ja...  W  czym  mogę  pomóc?  –  spytała,  garścią  ściągając  poły  podomki,  drugą 

trzymając klamkę drzwi. 

Przedstawiłem się. 

–  Chciałbym  z  panią  porozmawiać,  panno  Coyle  –  dodałem  z  uśmiechem,  żeby 

zabrzmiało to mniej groźnie – jeśli nie ma pani nic przeciwko temu. 

– O panu Powellu? – spytała, przybierając znudzoną minę. 

– Myślę, że wie pani, o czym – odparłem. 

– No cóż, nie mogę panu pomóc. Ta suka mnie zwolniła, to już nie mój problem. 

– Pani MacGowan panią zwolniła? Dlaczego? 

–  Chyba  przez  pana.  Właśnie  dzwoniła.  Powiedziała,  że  przynoszę  niepotrzebny 

rozgłos jej placówce. 

Powiedziała  to,  kpiąco  naśladując  głos  niedawnej  szefowej.  Wyszło  jej  to  całkiem 

udatnie, na tyle że oboje się zaśmialiśmy. 

–  Przykro  mi,  panno  Coyle.  Mówiłem  jej,  że  nie  zrobiła  pani  nic  złego.  Niech  pani 

posłucha, czy mogę wejść na kilka minut? Mam kilka pytań na temat Angeli Cashell. 

Usłyszawszy  nazwisko  Angeli,  Coyle  usiłowała  odegrać  zaskoczenie,  ale  nie  wyszło 

jej to, dała więc sobie spokój i otworzyła szeroko drzwi. 

–  Dziesięć  minut.  Niech  mi  pan  da  szansę  się  przebrać.  Dopiero  co  wyszłam  spod 

prysznica  –  powiedziała,  wskazując  włosy  ociekające  wodą.  –  Chociaż  pewnie  sam  pan  się 

już domyślił, jako policjant i w ogóle. Niech pan wchodzi i siada, za chwilkę wracam. 

background image

Poszedłem  do  salonu.  Był  mały,  stały  w  nim  brązowa  kanapa  i  dwa  fotele  nie  od 

kompletu,  ustawione  przy  telewizorze  i  elektrycznym  kominku.  Obok  jednego  z  nich 

zobaczyłem  odtwarzacz  CD  i  stos  płyt.  Zerknąłem  na  grzbiety  pudełek  i  zauważyłem  kilka 

albumów  Divine  Comedy,  co  przypomniało  mi  o  płycie,  którą  widziałem  w  pokoju  Angeli. 

Podejrzewałem  już,  że  wiem,  skąd  ją  miała.  Na  poręczy  kanapy  stała  popielniczka  pełna 

niedopałków, usiadłem obok niej i wyjąłem swoje papierosy. 

– Mogę zapalić? – zawołałem w górę schodów. 

– Jeśli tylko mnie pan poczęstuje,  skończyły  mi  się – odparła panna Coyle,  schodząc 

na dół – a nie chce mi się iść do sklepu. 

Weszła do salonu i usiadła na jednym z foteli. Nie zdjęła podomki, zawiązała tylko na 

głowie turban z ręcznika.  Podomka odrobinę  się  rozchyliła,  tak że widać było zarumienioną 

skórę  u  nasady  szyi  i  dekolt.  Yvonne  nachyliła  się  i  wzięła  papierosa,  którym  ją 

poczęstowałem;  w  rozchyleniu  szlafroka  zobaczyłem  piersi.  Odwróciłem  wzrok,  ale  ona 

zauważyła już moje spojrzenie i uśmiechnęła się lekko, poprawiając poły. Zacząłem żałować, 

że nie wziąłem ze sobą Caroline Williams. 

– Skończyły mi się też zapałki – powiedziała i znów się nachyliła. Zmusiłem się, żeby 

patrzeć  jej  w  oczy,  i  przypaliłem  jej  papierosa  swoją  zapalniczką.  Zauważyłem,  że  miała 

tęczówki  w  różnych  kolorach,  jedną  zieloną,  a  jedną  prawie  szarą.  Uświadomiłem  sobie,  że 

bez makijażu nie jest już tak młoda, na jaką wyglądała w Finnside. Moim zdaniem miała pod 

trzydziestkę.  Skóra  była  gładka,  cera  ładna,  ale  wokół  oczu  pojawiały  się  pierwsze 

zmarszczki. 

– Wzięła pani chorobowe – zacząłem. – Mam nadzieję, że to nic poważnego. 

– Zwykły kac. Nie jestem już chora, tylko bezrobotna. 

– Przykro mi. Ja... 

– Niech się pan nie przejmuje. To i tak była gówniana robota karmić starych pryków 

takich  jak  Tommy  Powell  musem  jabłkowym,  kiedy  jego  synalek  fiut  próbuje  mi  zaglądać 

pod spódnicę. Krzyżyk na drogę. 

–  Thomas  Powell?  Jego  syn  próbował...  –  Machnąłem  ręką  w  ogólnym  kierunku  jej 

nóg. 

–  No  pewnie.  Bez  przerwy.  Wydaje  mu  się,  że  jest  niezły.  Tyle  że  jak  na  mój  gust 

trochę za stary. 

– Ma tyle samo lat co ja – odparłem, udając oburzenie. 

–  Och  –  westchnęła  Coyle  i  uśmiechnęła  się  do  mnie.  Wiedziałem,  że  będę 

interpretował ten uśmiech przez całą drogę powrotną. Pora ruszać dalej, pomyślałem. 

background image

– No dobrze, co może mi pani powiedzieć o Angeli Cashell, panno Coyle? – spytałem. 

– Proszę mi mówić Yvonne. Co pan chce wiedzieć o Angeli? – odparła. 

Nie szło mi za dobrze. 

– Kiedy widziała ją pani ostatni raz? – zapytałem pewien, że znam odpowiedź. 

– W piątek rano. W czwartek u mnie nocowała. Wyszła razem ze mną. Szłam do pracy 

na drugą zmianę. Podwiozłam ją do Lifford. Była umówiona z siostrami w kinie. 

– Jak była ubrana? 

Yvonne przez chwilę się zastanawiała. 

–  W  czerwoną  bluzkę  i  spódnicę,  które  ode  mnie  pożyczyła.  Nie  miała  ubrania  na 

zmianę, no to wzięła moje. 

– A co się stało z ubraniami, które nosiła wcześniej? 

–  Są  na  górze.  Zamierzałam  je  zatrzymać,  wie  pan,  na  pamiątkę.  Pewnie  to  głupio 

brzmi... Chce je pan zabrać? Ale ja je wyprałam, wie pan, jeśli pan szuka jakichś śladów czy 

czegoś takiego. Przepraszam – powiedziała, krzywiąc się przesadnie. 

– Nie ma za co – odparłem. Ubranie nic by nam nie dało, skoro Angela nie miała go na 

sobie w chwili śmierci. – Czy mówiła, dokąd się wybiera po kinie? 

Yvonne na chwilę zamilkła. 

– Chyba do domu. 

– Jest pani pewna? 

– Chyba tak. 

Postanowiłem spróbować z innej strony. 

– Dlaczego nocowała u pani w czwartek? 

– Jestem... byłam jej przyjaciółką. Czemu nie mogłaby u mnie nocować? 

– Ale dlaczego w czwartek? Czemu nie nocowała w domu? 

– Była w klubie w Strabane, wygodniej jej było zostać tutaj. 

– Poszła z panią do klubu? Czy tam się spotkałyście? 

– Spotkałyśmy się. 

– Z kim przyszła? 

Znów chwila milczenia. 

– Nie wiem. 

– Na pewno? 

– Miała dużo znajomych. Angela nie była nieśmiała. 

– Kto to był? 

– Nie wiem na pewno – odparła. – Może któryś z wędrowców, ale nie wiem. Do mnie 

background image

się nie zbliża. Angela nie powiedziałaby mi, gdyby się z nim spotkała. 

– Dlaczego? 

– Bo wie, że go nie lubię. 

– Dlaczego? 

– Bo ją wykorzystywał. 

– W jaki sposób? 

Cisza. 

– W jaki sposób, Yvonne? 

– Nie powiem. To nie fair w stosunku do niej. 

–  Yvonne,  Angela  została  zamordowana.  Jeśli  mam  odkryć,  kto  to  zrobił,  muszę 

dowiedzieć się o niej wszystkiego, dobrego i złego. 

Zastanowiła  się,  szybko  zaciągnęła  dwa  razy  papierosem,  a  potem  rozgniotła  go  w 

popielniczce. Wyprostowała się w fotelu, podciągnęła pod siebie gołe nogi i objęła ramionami 

kolana. 

– Pozwalała mu, żeby robił różne dziwne rzeczy. Z nią. Seks i tak dalej. 

– Dlaczego? 

– Dla pieniędzy. Żeby mogła sobie kupować różne rzeczy. 

– Jakie? 

– Narkotyki. Zaczęła niedawno, po tym, jak poznała McKelveya. Poznali się w klubie 

w Strabane.  Dał  jej coś za darmo, dostarczał prochy,  póki  miała pieniądze; kiedy  nie  miała, 

płaciła  mu w  inny  sposób. – Yvonne  lekko się zaczerwieniła.  –  Nigdy  przy  mnie o nim  nie 

mówiła. 

– Jakie narkotyki? 

–  Głównie  E,  McKelvey  jej  dawał  albo  dawał  jej  pieniądze,  żeby  sobie  kupiła  od 

kogoś innego. 

– Czy w piątek wieczorem była z McKelveyem? 

– Nie wiem. Może. Mówiła, że ma randkę. Chciała włożyć coś ładnego. Wzięła moją 

czerwoną bluzkę. Miałam ją na sobie tylko raz. Ale ona lepiej w niej wyglądała. 

– Czy w piątek mogła się spotkać z kimś innym? 

– Być może. McKelvey nie był jedyny. Miała wielu znajomych, już mówiłam. 

– Czy widziała ją pani z McKelveyem w czwartek? 

– Wydawało mi się, że tak, ale nie mam pewności. 

Rozmowa  toczyła  się  w  miarę  gładko,  postanowiłem  więc  wrócić  do  Johnny’ego 

Cashella. 

background image

–  Czy  mówiła  pani,  o  co  pokłóciła  się  w  czwartek  z  ojcem?  Wtedy,  kiedy  u  pani 

nocowała? 

Cisza – Yvonne rozważała swoje możliwości. W końcu zdecydowała się na szczerość. 

– O to, co zwykle. Podglądał ją przy ubieraniu. Robił to bez przerwy. Mówiła, że raz 

brała prysznic, a kiedy wyszła, on był w łazience, mył zęby czy coś takiego. Zachowywał się, 

jakby nie było w tym nic złego. Mówiła, że się go boi. Ale gdyby pan mnie pytał, McKelvey 

wcale nie jest lepszy. 

–  Czy  ojciec  Angeli  kiedykolwiek  coś  jej  zrobił?  Coś,  czego  nie  powinien  robić?  – 

spytałem, starając się nie być wulgarny. – Dotykał jej czy coś takiego? 

– Nie sądzę. Chyba tylko lubił na nią patrzeć. 

– Dlaczego nie powiedziała nam pani nic, kiedy Angela zginęła? Dlaczego zachowała 

to pani dla siebie? Przecież mogło nam to pomóc. 

–  Chyba  nie  chciałam  być  w  to  zamieszana.  Poza  tym  John  Cashell  jest  być  może 

lubieżnym staruchem, ale nie wierzę, żeby był mordercą. Liam McKelvey to co innego. 

– Czy Angela mówiła pani, skąd ma pierścionek? 

– Jaki pierścionek? 

– Pierścionek, który nosiła na palcu. Złoty pierścionek z kamieniami i jej inicjałami. 

Yvonne wyglądała na zmieszaną. 

–  Angela  nie  nosiła  złotego  pierścionka.  Tylko  srebro.  Poczęstuje  mnie  pan  jeszcze 

papierosem? 

Nachyliła się znów do przodu i wzięła papierosa. Wyciągnąłem do niej zapalniczkę, a 

ona,  chociaż  moja  dłoń  się  nie  trzęsła,  przytrzymała  ją  delikatnie  w  swoich.  Ręce  miała 

szorstkie od pracy, ale ciepłe. Dotyk jej skóry sprawił, że żołądek ścisnął mi się,  jakby mnie 

ktoś uderzył.  Yvonne przytrzymała  moją rękę trochę dłużej,  niż to było konieczne,  a potem 

bardzo  powoli  ją  puściła;  opuszki  palców  przesunęły  się  delikatnie  po  grzbietach  moich, 

zahaczając o ślubną obrączkę. 

J

OHNNY 

C

ASHELL  SIEDZIAŁ  W  POKOJU  PRZESŁUCHAŃ

  numer  1  na  posterunku  policji  w 

Strabane.  Pomieszczenie  wyglądało  tak  samo,  jak  wszystkie  inne  sale  przesłuchań,  które 

dotąd  widziałem:  drewniany  stół  pod  ścianą,  z  blatem  pooranym  inicjałami,  poprzypalanym 

papierosami  i  poznaczonym  krążkami  w  miejscach,  gdzie  gorące  kubki  herbaty  pobieliły 

drewno.  Ściany  pomalowane  na  biurową  zieleń  pokryte  były  gryzmołami,  obok  stołu  ktoś 

zostawił  ślady  płomienia  zapalniczki.  Cuchnęło  potem  i  dymem  –  jedno  i  drugie  buchało 

obficie  od  Johnny’ego,  który  bezustannie  wiercił  się  na  prostym  drewnianym  krześle  – 

background image

nieświadom  faktu,  że  pomieszczenia  takie  jak  to  projektuje  się  z  myślą  o  maksymalnej 

niewygodzie.  Chodziły  nawet  plotki,  że  dawniej  podpiłowywano  na  parę  centymetrów 

przednie  nogi tych krzeseł,  żeby przesłuchiwani cały czas zsuwali się do przodu i  nie  mogli 

wygodnie się usadowić. 

Cashell drapał się po brzuchu, zgrubienie jego koszulki w pasie wskazywało, że wciąż 

nosił opatrunki na ranie od noża. Wyglądał na zapuszczonego, brudnosiwy zarost odcinał się 

na  tle  rudych  włosów.  Koszulka  chyba  go  drażniła.  Obciągał  ją  i  szarpał  przez  całe 

przesłuchanie. 

Kiedy  czekaliśmy,  aż  przyprowadzą  Cashella,  dałem  Hendry’emu  listę  pytań,  które 

chciałem  zadać,  i  streściłem  mu  ostatnie  wydarzenia.  Teraz  już  mogłem  siedzieć  i  słuchać. 

Zdecydowaliśmy się na styl nieformalny. 

– Johnny, powiedział pan inspektorowi Devlinowi, że swoją córkę widział pan ostatnio 

w zeszły czwartek, dziewiętnastego grudnia. Czy to prawda? – spytał Hendry. 

– Co? Tak. Zgadza się. W czwartek. 

– Był jakiś powód, dla którego nie wróciła wtedy do domu? 

– Pewnie została u znajomych. 

– Czy był jakiś powód, że została u znajomych? 

–  Jezu  Chryste,  czy  trzeba  mieć  powód,  żeby  zostać  u  znajomych?  Może  była  z 

chłopakiem i nie chciała, żebyśmy się dowiedzieli. O co wam, kurwa, chodzi? 

– Czy w czwartek pokłócił się pan z Angelą, panie Cashell? 

Johnny podniósł wzrok i przyjrzał  się Hendry’emu  uważniej,  zaalarmowany użyciem 

nazwiska. Wyczuwał zmianę tonu i zmianę kierunku. 

– Może i tak, nie pamiętam. 

– Pokłócił się pan? Tak czy nie? 

– No, skoro pytacie, to wiecie, że tak. Do rzeczy. 

– O co się pokłóciliście? 

– O sprawy rodzinne. 

Hendry się zaśmiał. 

–  Oczywiście,  że  rodzinne.  –  A  potem,  tak  cicho,  że  sam  nie  wiedziałem,  czy 

faktycznie to powiedział, mruknął: – Pali pan skręty własnej roboty, Johnny. Lubi pan własną 

produkcję, co? 

– Co? 

– Czy córka oskarżała pana o podglądanie przy ubieraniu? 

Cashell wybuchnął, zerwał się na nogi. 

background image

– Ty jebany...! Devlin? Co tu się, kurwa, dzieje? 

Policjant,  który  stał  przy  drzwiach  za  Cashellem  –  jeszcze  jeden  element  mający 

wywoływać  dyskomfort  –  podszedł  bliżej  i  położył  mu  rękę  na  ramieniu,  zmuszając,  by 

znowu usiadł. 

– Oskarżyła pana o podglądanie przy ubieraniu? – powtórzył z naciskiem Hendry. 

Cashell nie odpowiedział od razu; popatrzył na mnie wilkiem, a jego pierś unosiła się 

ciężko i opadała, oddychał z trudem i przez nos. W końcu powoli wypuścił powietrze. 

– Ja... przypadkowo na nią wpadłem. 

–  Słyszeliśmy  zupełnie  co  innego.  To  nie  był  pierwszy  raz,  prawda,  panie  Cashell? 

Dowiedzieliśmy  się,  że  któregoś  dnia  podglądał  ją  pan  też  pod  prysznicem.  Pociągała  pana 

własna córka, panie Cashell? 

– Ty gnoju! – Johnny  splunął,  a potem odwrócił  się do mnie,  jakbym w  jakiś sposób 

reprezentował  ostatnią  ostoję  rozsądku.  –  Devlin!  Co  tu  się,  kurwa,  dzieje?  Nie  myślicie 

chyba poważnie, że ja... 

–  Kręciła  pana  córka,  Johnny?  Nie  ma  się  czego  wstydzić.  Ładna  była  z  niej 

dziewczyna. A zresztą to by przecież nawet nie było kazirodztwo, co, Johnny? Nie była pana 

córką. Zgadza się? 

Ta  ostatnia  uwaga  i  efekt,  jaki  wywarła  na  Cashellu,  zdawały  się  sprawiać 

Hendry’emu przyjemność. 

Johnny  usiłował  odpowiedzieć,  otwierał  i  zamykał  usta  jak  ryba  wyjęta  z  wody,  ale 

jego  mózg  nie  chciał  zadziałać.  W  oczach  wezbrały  mu  łzy;  patrzył  jak  w  transie  gdzieś  za 

mnie, poza ściany pomieszczenia, do miejsca, w którym trzymał swoje wspomnienia o córce. 

Znów  zobaczyłem  ją  leżącą  nago  na  polu,  odartą  z  godności.  Nikt  się  nie  odezwał,  kiedy  z 

kącika oka Cashella wypłynęła pojedyncza łza. Szybko wytarł twarz dłońmi, wziął papierosa i 

zapalił. Rozdziawił usta jak ziewające zwierzę, usiłując przełknąć łzy. 

–  Zabił  ją  pan,  Johnny?  –  spytał  Hendry  tonem  serdecznym  i  ciepłym,  ale  Cashell 

tylko pokręcił głową. 

– Uprawiał pan z nią seks? Albo próbował uprawiać z nią seks? 

Znów  pokręcił  głową,  milcząc,  jakby  się  bał  słów,  których  mógłby  użyć,  i  tego,  co 

mogłyby o nim powiedzieć. 

– A chciał pan? – spytał Hendry. 

Cashell znów na niego spojrzał, w jego zaczerwienionych oczach zapłonął bunt. 

– Nie zabiłem swojej córki. 

–  W  takim  razie  po  co  gonił  pan  Siwego  McKelveya?  Z  zazdrości?  Uprawiał  seks  z 

background image

pana dziewczynką. 

– Nie. Ja... on... W kieszeni jej spodni znalazłem narkotyki. Chyba tabletki E. Jedna z 

moich  córek  powiedziała,  że  Angela  spędza  z  nim  dużo  czasu.  Dodałem  dwa  do  dwóch. 

Pomyślałem,  że  może  wciska  jej  prochy  czy  coś.  Gwałci  ją.  Nie  przespałaby  się  z  takim 

gównem z własnej woli. 

–  Dlaczego  on?  Przecież  to  mógł  być  ktokolwiek  –  spytałem,  skinieniem  ręki 

przepraszając Hendry’ego za to, że się odzywam. 

–  Muire  mi  powiedziała,  że  Angela  zabrała  ją  w  piątek  do  kina,  a  potem  miała  się 

spotkać  z  chłopakiem.  To  był  jedyny  chłopak,  o  którym  wiedziałem.  Ludzie  w  mieście 

gadają. Słyszałem, że była z nim w czwartek wieczorem. Po prostu... po prostu myślałem, że 

w piątek też byli razem. 

– Dał jej pan pierścionek? – spytałem. 

– Jaki pierścionek? 

–  Angela  miała  na  palcu  pierścionek  z  inicjałami  AC,  z  kamieniem  księżycowym  i 

brylantami dookoła. Złoty. Miała go od McKelveya? 

Johnny Cashell zbladł i zamlaskał językiem, jakby był spragniony. Znów zapatrzył się 

w jakiś nieokreślony punkt za mną. 

– Pierścionek? – zapytał jakby sam siebie. 

– Tak. Coś to panu mówi? McKelvey mógł jej go kupić? 

–  Nic  nie  wiem  o  żadnym  pierścionku.  –  Powiedział  to  zdecydowanym  tonem,  ale 

wydawał się rozkojarzony. Widziałem, że o czymś myśli,  choć nie wiedziałem, o co jeszcze 

go zapytać. 

Kilka  minut  później  Hendry  zakończył  przesłuchanie.  Cashell,  odprowadzany  do 

drzwi, popatrzył na mnie i powiedział: 

– Hej, Devlin? Zrzutka, akurat. Od kiedy to gardai robią zrzutki dla takich jak ja? 

Potem wyszedł z pokoju,  szurając  nogami, zgarbiony, a  ja  nie umiałem  zdecydować, 

czy jego słowa były wyrazem wdzięczności, czy pogardy. Hendry spojrzał na mnie pytająco, 

ale nic nie powiedział. 

P

O PRZESŁUCHANIU WRÓCIŁEM DO SIEBIE NA POSTERUNEK

 i zadzwoniłem do Ballybofey, tylko 

po  to,  żeby  się  dowiedzieć,  że  Moore’a  nie  ma.  Zostawiłem  mu  wiadomość,  żeby 

skontaktował się ze mną, kiedy tylko wróci. 

Jason  Holmes  był  w  pokoju  przesłuchań  z  jednym  z  naszych  podopiecznych, 

trzydziestoczterolatkiem o nazwisku Lorcan Hutton, który spędził kilka lat w poprawczakach 

background image

i więzieniach za  narkotyki. Nadal sprzedawał  je  w  mieście.  Był antytezą tego,  czego można 

się spodziewać po dilerze.  Jego rodzice,  lekarze  z Północy,  byli  bardzo bogaci. Hutton  miał 

jasne,  kędzierzawe  włosy  i  atletyczną  budowę.  Mimo  odsiadek  w  więzieniach  i  ośrodkach 

resocjalizacyjnych  pozostał  stałym  bywalcem  ciemnych  kątów  barów  i  klubów,  gdzie 

gromadziły  się  nastolatki  –  jego  wielbiciele  –  liczące  na  darmową  działkę,  której  nigdy  nie 

dostawały. 

Nie  powstrzymał  go  nawet  wyrok  wydany  przez  IRA,  z  czego  wyszedł  z  nogami 

połamanymi  w  kostkach  i  dziurami  na  rękach  i  nogach  po  kiju  bejsbolowym  nabijanym 

gwoździami.  Tyle  tylko  że  wywiózł  swoją  rodzinę  ze  Strabane  do  Lifford,  wychodząc  z 

błędnego przekonania, że IRA nie dosięgnie go za granicą. 

Holmes  oznajmił  –  dla  celów  nagrania  –  że  wszedłem  do  pomieszczenia,  i 

zaproponował  przerwę.  Hutton  wzruszył  ramionami,  a  jego  adwokat,  Brown,  prawnik  ze 

Strabane, zaczął go z przejęciem wypytywać, czy był źle traktowany i o co go pytano. 

Holmes i ja wyszliśmy z pokoju. 

– Jak idzie? – spytałem. 

Holmes pokręcił głową. 

– Kiepsko. Nic nie wie o tabletkach E. Nigdy nie widział żadnej na oczy. Niewinny jak 

dziewi... – Przerwał w pół słowa, kiedy podeszła do nas sierżant Williams. 

–  Czyżby  ominęło  mnie  właśnie  słynne  Holmesowskie  porównanie?  –  spytała  z 

uśmiechem. 

– O mało co. W samą porę. 

– Co słychać? – zapytała, wymachując trzymaną w lewej ręce kartką papieru. 

– Nic. Lorcan Hutton wpadł do nas na pogawędkę. Przyprowadził prawnika. 

– Co? 

–  Tak  jest.  Zaprosiłem  go  na  posterunek;  a  on  chaps,  za  komórkę  i  dzwoni.  Ten 

pieprzony prawnik był tu przed nami. 

– O Boże. – Sierżant Williams odczekała chwilę z szacunkiem, zanim opowiedziała o 

swoim sukcesie. – Nie zgadniecie. Znaleźliśmy pierścionek. I to dwa razy. 

– Świetnie. Jak? 

–  Wydzwaniałam  po  jubilerach  i  rano  trafiłam  na  kobietę  w  Stranorlar,  która 

rozpoznała go z opisu. 

– Podała jakieś nazwiska? – spytałem ze zniecierpliwieniem. 

Sierżant Williams spojrzała na mnie lekko urażona, że nie doceniam jej narracyjnych 

zdolności, i ciągnęła: 

background image

– Nie mogłam znaleźć żadnego z was, zaczęłam więc drążyć dalej sama. Okazało się, 

że jakiś miesiąc temu młody wędrowiec próbował sprzedać jej pewną liczbę przedmiotów, w 

tym  pierścionek.  Zapamiętała  go,  bo  sama  ma  pierścionek  z  kamieniem  księżycowym. 

Powiedziała, że był niezwykły. Zaproponowała chłopakowi dwadzieścia euro, myślała, że nie 

pozna się na jego prawdziwej wartości. Kazał jej spierdalać i wyszedł. Pomyślała, że próbuje 

w ten sposób podbić cenę i że wróci, ale nigdy więcej go nie widziała. 

– Jest pewna, że to był wędrowiec? 

–  O  tak.  Ostentacyjnie  pokazała  mi  puszkę  odświeżacza  powietrza,  którego  musiała 

użyć po jego wyjściu. Blondyn. Prawie białe włosy, wielkie uszy. 

– Siwy McKelvey. 

– Dobra robota, Caroline – pochwaliłł Holmes. 

–  Dziękuję.  –  Uśmiechnęła  się  ciepło.  –  Ale  teraz  będzie  najciekawsze.  Powiedziała 

mi, że mówiła to wszystko innemu garda, który o to pytał. 

– Jakiemu innemu garda? – spytałem. 

– Powiedziała, że któregoś dnia ni z tego, ni z owego wpadł do jej sklepu jakiś garda, 

wypytując o pierścionek. Miał ze sobą jego szkic. Kobieta wszystko mu powiedziała i podała 

rysopis chłopaka. Młody garda. 

– Kto to był? 

–  Nie  wiem.  Skontaktowałam  się  z  Letterkenny,  mają  do  mnie  oddzwonić  – 

powiedziała  sierżant  Williams.  –  Ale  uznałam,  że  to  oznacza,  że  pierścionek  musiał  być 

kradziony, nie kupiony. I wiecie co? 

– Co? – rzuciłem. 

– Był. To znaczy ukradziony. W Letterkenny, kilka tygodni wcześniej. 

– Logiczne – stwierdził Holmes. 

– Co jest logiczne? 

– McKelvey ukradł go w Letterkenny,  spróbował opchnąć,  nie dostał ceny,  jakiej się 

spodziewał,  i  dał  go  swojej  dziewczynie  w  zamian  za...  –  Spojrzał  na  sierżant  Williams.  – 

Wiecie, za co. 

– Być może – zgodziłem się z wahaniem. – Kto zgłosił kradzież? 

– Ktoś o nazwisku Anthony Donaghey. Powiedział, że to pamiątka rodzinna, należała 

do jego matki. 

– Anthony Donaghey? Ten Anthony Donaghey? – spytałem z rozbawieniem. 

– Nie wiem. Jakiś Anthony Donaghey – odparła sierżant Williams rozdrażniona moim 

tonem. – A czemu? Kto to jest Anthony Donaghey? 

background image

– Szczur Donaghey – oznajmiłem, patrząc wymownie na Holmesa. 

– Jasne, zgadza się. Ten diler. Jasne. 

– Więcej niż diler. Kawał gnoja. Jeśli ten pierścionek należał do jego matki, to ja... to 

ja  nie  wiem.  Ale  nie  należał.  Jego  matka  dożyła  swoich  dni,  sprzątając  w  miejscowej 

podstawówce, nie kupowała sobie złotych pierścionków z brylantami. 

– Może dorabiała na boku, tak jak syn – odparł Holmes ze śmiechem. 

– A może powinniśmy porozmawiać z panem Donagheyem – zaproponowała sierżant 

Williams, ostentacyjnie ignorując jego uwagę. 

– Ciężko będzie – odezwał się głos za nami. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy oleistą 

twarz pana Gerarda Browna, adwokata Lorcana Huttona, o którym zupełnie zapomnieliśmy. 

– Czemu? – rzucił Holmes. 

– W zeszłym miesiącu znaleziono go martwego w Bundoran. 

– Też był pana klientem? – spytała Caroline, uśmiechając się pod nosem. 

–  Bywał  –  odparł  Brown  bez  cienia  ironii.  –  Rozumiem,  że  mój  obecny  klient  jest 

wolny. 

Skinąłem głową do Holmesa. 

–  Spróbuj  z  nim  ostatni  raz.  Daj  jasno  do  zrozumienia  –  powiedziałem,  tyleż  do 

Holmesa,  co  do  Browna  –  że  puścimy  mimo  uszu  wszelkie  przyznania  się  do  wiedzy  o 

narkotykach  w  tej  okolicy,  jeśli  pan  Hutton  przy  okazji  poda  nam  informacje  istotne  dla 

śledztwa w sprawie morderstwa. 

– Jestem pewien, że mój klient zrobi co w jego mocy, żeby pomóc gardai – zapewnił 

Brown. Potem wraz z Holmesem wszedł z powrotem do pokoju przesłuchań. 

–  I  co  pan  o  tym  sądzi,  gubernatorze?  –  spytała  sierżant  Williams,  kładąc  nacisk  na 

ostatnie słowo. 

– Moim zdaniem Holmes ma rację. – Mina nieco jej zrzedła. – To była cholernie dobra 

robota, Caroline. 

Zarumieniła się. 

– A co z Donagheyem? – spytała. 

– Dowiedz się, gdzie umarł. Skontaktuj się z odpowiednim posterunkiem i sprawdź, co 

mają do powiedzenia o jego śmierci. 

– Myśli pan, że istnieje jakiś związek? 

–  Nie  widzę,  jaki  by  to  mógł  być  związek,  ale  lepiej  sprawdzić,  nie?  Zaczekamy  i 

zobaczymy, czy McKelvey pojawi się w Ballybofey. 

– Czemu w Ballybofey? – zdziwiła się sierżant Williams, a ja streściłem jej wszystko, 

background image

czego dowiedziałem  się rano.  Potem wróciła za swoje  biurko, a  ja  zacząłem  przedzierać  się 

przez  kartki  z  wiadomościami,  które  nagromadziły  się  na  moim  biurku  po  śmierci  Angeli 

Cashell. 

Pierwszy  stos  dotyczył  Terry’ego  Boyle’a.  W  wieczór  jego  śmierci  widziano  go 

najwyraźniej  w  trzech  różnych  pubach,  chociaż  nikt  nie  pamiętał,  żeby  z  kimś  z  nich 

wychodził. Wczoraj wieczorem ktoś sprawdził go standardowo w kartotece i zameldował, że 

na  pierwszym  roku  studiów  w  Dublinie  Terry  był  oskarżony  o  posiadanie  marihuany. 

Wykręcił  się grzywną  i pracami  publicznymi.  Media zaczęły dopiero przekazywać prośbę o 

informacje  –  spodziewałem  się,  że  do  jutra  ten  stos  wiadomości  znacznie  urośnie. 

Przeczytałem  i  od  razu  wyrzuciłem  notatkę  od  Williams,  informującej  mnie,  że  być  może 

trafiła na coś w sklepie z używaną biżuterią w Stranorlar  i że nie może się doczekać mojego 

powrotu. Dodała, że Holmes pojechał zwinąć Lorcana Huttona. 

Burgess  zostawił  rano  dwie  wiadomości,  donosząc,  że  Thomas  Powell  dzwonił  z 

pytaniem o postępy śledztwa w sprawie intruza w pokoju jego ojca. 

W  sobotę  wieczorem  na  Coneyburrow  Road  widziany  tam  pijany  mężczyzna  utrącił 

boczne  lusterka  w  pięciu  samochodach.  Następnego  dnia  wszyscy  właściciele  wozów 

zadzwonili  z  informacją,  że  sprawca,  miejscowy  nauczyciel  świętujący  bożonarodzeniowe 

ferie, odwiedził ich rankiem i zaoferował pokrycie szkód. 

Tej  samej  nocy  z  kantorka  sklepu  monopolowego  na  tyłach  miejscowego  pubu 

ukradziono cztery  butelki dżinu.  Złodziej usiłował uciec przez okno w  łazience,  tłukąc przy 

tym trzy butelki. 

W  niedzielę  rano  jakiś  człowiek  z  Derry  zgłosił  przez  telefon,  że  w  nocy,  wracając 

taksówką  z  wesela,  widział  przy  głównej  ulicy  Lifford  jakiegoś  dzikiego  kota.  Nie  potrafił 

opisać jego koloru ani rozmiarów, twierdził tylko, że zwierzę było większe i ciemniejsze niż 

normalny kot. 

W końcu na moje biurko trafił od Burgessa raport pani patolog. Tożsamość Terry’ego 

Boyle’a została potwierdzona za pomocą szpitalnej karty, w której wymieniono dwa złamania 

kości udowej w wyniku wypadków w dzieciństwie. Za przyczynę śmierci uznano pojedynczą 

ranę postrzałową głowy powstałą w wyniku postrzału z bezpośredniej odległości z pistoletu. 

Terry z całą pewnością nie żył,  kiedy podpalono samochód.  Zawartość żołądka ujawniła,  że 

wypił  więcej,  niż  wynosi  dopuszczalny  limit  dla  kierowcy.  Przyszło  mi  do  głowy,  że 

zatrzymał  się  w  zatoczce,  w  której  zginął,  żeby  się  przespać  i  wytrzeźwieć.  Nie  znaleziono 

śladów narkotyku,  który  był w  żołądku  Angeli Cashell,  co tym  bardziej utwierdziło  mnie w 

przekonaniu, że oba te morderstwa łączy co najwyżej miejsce. 

background image

Godzinę i trzy kawy później zauważyłem, że ktoś przede mną stoi. Podniosłem wzrok i 

zobaczyłem 

funkcjonariusza 

Gardy 

Johna 

Harveya, 

młodego 

mundurowego 

jasnobrązowych włosach i w okularach, trzymającego w ręku czapkę. 

– Chciał mnie pan widzieć? – spytał. 

– Chciałem? 

– Tak. Sierżant Williams powiedziała, że mam z panem porozmawiać o ukradzionym 

pierścionku. To ja dzwoniłem w tej sprawie do jubilerów. 

P

OPROSIŁEM 

H

ARVEYA

,

  ŻEBY  USIADŁ

,  a on  zrobił  to  ostrożnie,  jakby  przyszedł  na  rozmowę 

kwalifikacyjną. Służył na pół etatu, ale wyraźnie uwielbiał swoją pracę, ograniczony intelekt 

nadrabiając drobiazgowością oraz szacunkiem dla wszystkich pełnoetatowych policjantów na 

posterunku, zwłaszcza detektywów. 

– Przyniosłem swoje notatki, proszę pana. I kopię raportu, który napisałem. 

Z  uśmiechem  podał  mi  dwie  spisane  na  maszynie  kartki  A4  oraz  zeszyt,  w  którym 

zanotował  rozmowę.  Jego  notatki  potwierdzały  dokładnie  to,  co  powiedziała  nam  sierżant 

Williams,  wraz  z  przybliżonym  rysopisem  chłopaka,  podanym  przez  właścicielkę  sklepu  w 

Stranorlar. 

– Czy to mógł być ten Siwy McKelvey, proszę pana? – spytał z przejęciem. 

– Być może. Dlaczego w ogóle dzwonił pan do jubilerów? 

–  Sierżant  Fallon  powiedział  nam,  półetatowym,  żebyśmy  co  jakiś  czas  zaglądali  do 

second-handów  z  listami  skradzionych  rzeczy.  Tamtego  dnia  nie  miałem  nic  do  roboty  i 

zgłosiłem się na ochotnika. Ale nie wiem, czy sierżant coś z tym dalej zrobił. 

Pomyślałem,  że  raczej  nic  nie  zrobił.  Kradzione  pierścionki  miały  niski  priorytet. 

Wysyłając  kogoś  pokroju  Harveya,  żeby  to  sprawdził,  Fallon  zabezpieczył  się  na 

ewentualność, gdyby ktoś zaczął robić szum, że jego strata nie jest traktowana poważnie.  W 

rzeczywistości  wszyscy  godziliśmy  się  z  faktem,  że  ukradzione  rzeczy  generalnie 

pozostawały stracone. Potrafiłem także zrozumieć, czemu Fallon wybierał do tej roboty ludzi 

takich  jak Harvey. Młody policjant podszedł do sprawy tak samo poważnie,  jak podszedłby 

do śledztwa w sprawie morderstwa. Postanowiłem pójść za przykładem sierżanta. 

– John, może mógłby mi pan pomóc w czymś jeszcze. Tommy Powell z domu opieki 

w Finnside twierdzi, że w zeszłym tygodniu ktoś był w jego pokoju. Obiecałem, że wyślemy 

tam kogoś, żeby to sprawdził. Przejechałby się pan przy okazji? 

Harvey ochoczo pokiwał głową. 

– Z przyjemnością – powiedział. 

background image

–  Dzięki  –  odparłem,  schylając  się  ponownie  nad  papierami,  w  nadziei,  że  zrozumie 

aluzję i wyjdzie. Nie wyszedł. 

–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie,  proszę  pana.  Jeśli  tylko  mógłbym  panu  jakoś 

pomóc w sprawie Cashell... Wie pan,  mógłbym...  – Nie dokończył,  bo Burgess krzyknął,  że 

chce mnie widzieć Costello. 

Kiedy  wszedłem  do  jego  gabinetu,  nadinspektor  rozmawiał  z  kimś  przez  telefon.  Na 

biurku przed sobą miał egzemplarz „Belfast Telegraph”. Odwrócił gazetę do mnie, zgadzając 

się  jednocześnie z czymś,  co  mówił człowiek  na  drugim końcu  linii.  Potem  wskazał  artykuł 

na pierwszej stronie – tekst dotyczył niedawnej debaty ONZ dotyczącej skuteczności Komisji 

Inspekcyjnej Hansa Bliksa oraz nieuniknionego wybuchu wojny w Iraku. Nie dostrzegłem w 

tym artykule nic istotnego i ze zdumieniem wzruszyłem ramionami. Costello zmarszczył brwi 

i  dźgnął  palcem  sam  dół  strony,  nie  przerywając  rozmowy.  Usiadłem;  zobaczyłem  krótki 

artykuł zatytułowany Puma na wolności w Donegal? 

Utrzymany w sensacyjnym tonie tekst opowiadał, że nocami owce w okolicach Lifford 

terroryzuje  niezidentyfikowane  zwierzę.  Cytował  także  naocznego  świadka,  owego 

mieszkańca  Derry,  który  widział  dziwnego  kota,  wracając  z  wesela,  i  opisał  o  wiele 

dokładniej niż w rozmowie z naszym sierżantem dyżurnym w zeszły weekend. Skontaktował 

się z lokalnymi gardai i mówił, ale miał wrażenie, że jego skargi nie potraktowano poważnie. 

Teraz biedne zwierzęta cierpiały wskutek niekompetencji czy  nieudolności policji.  W ramce 

obok  artykułu  zamieszczono  kilka  faktów  dotyczących  pum  oraz  porady,  co  zrobić  w  razie 

spotkania z nimi, w tym sugestię, że najlepiej nie wpadać w panikę, tylko udawać, że zwierzę 

nie istnieje. 

Kiedy  skończyłem  czytać  i  odłożyłem  gazetę,  Costello  zakrył  dłonią  mikrofon 

słuchawki. 

–  Coś  ci  o  tym  wiadomo?  –  spytał.  Podniósł  gazetę,  jakby  chciał  sprawdzić,  czy 

artykuł wciąż tam jest, a potem rzucił ją z powrotem na biurko. Przejechała po blacie i spadła 

na podłogę. Podniosłem ją. 

–  Coś  tam  wiadomo.  Ten  z  Derry  zostawił  wiadomość.  Dostałem  ją  dopiero  dzisiaj. 

Uznałem, że mamy ważniejsze sprawy. 

– To mogłoby tłumaczyć skargi Andersona w sprawie owiec. 

– Całkiem możliwe – zgodziłem się. 

– Tyle że wyjdziemy na palantów, jeśli nic z tym nie zrobimy. Dzwonili z RTE. Drugi 

raz. 

– Drugi raz w tym tygodniu. Jesteśmy sławni. 

background image

– Trzeci raz w tym tygodniu – poprawił mnie Costello. – Rozumiem, że dostałeś raport 

od patologa? – Kiwnąłem głową. – I co o tym sądzisz? 

Streściłem  swoje  przemyślenia  na  temat  raportu,  w  tym  pogląd,  że  być  może  Terry 

Boyle  zaparkował  na  Gallows  Lane,  żeby  odespać  skutki  przepicia.  Costello  pozwolił  mi 

dokończyć, a potem wręczył plik zadrukowanych kartek. 

– Raport „techników” – powiedział. – Cholernie szczegółowy. Mam tu na linii jednego 

z  ich  fachmanów,  ale przełączył  mnie  na oczekiwanie.  Kiedy  chłopak zginął, samochód był 

zaparkowany i miał wyłączony silnik. 

W  tym  momencie  obaj  usłyszeliśmy  cienki  trzeszczący  głos  w  słuchawce.  Costello 

słuchał  przez  kilka  sekund,  a  potem  oznajmił,  że  przełączy  rozmowę  na  zestaw 

głośnomówiący  co  trwało  trochę  dłużej,  niż  powinno.  W  końcu  przedstawiono  mnie 

sierżantowi Michaelowi Doherty’emu, który napisał raport. 

– Dowiedzieliśmy się z tego samochodu całkiem sporo, inspektorze – zaczął Doherty. 

– Ofiara została najprawdopodobniej zastrzelona przez kogoś stojącego obok auta. Od strony 

kierowcy, Wyjęliśmy kulę z karoserii za siedzeniem pasażera. W tej chwili przeprowadzamy 

testy balistyczne. Powiem tyle: ten, kto siedział obok, musiał się nieźle wystraszyć. 

– Był jakiś pasażer? 

– Prawie na pewno. Widzi pan, inspektorze, rozbryzgi krwi to jak matematyka. Kiedy 

wasza ofiara została postrzelona,  jego krew  powinna ochlapać całe wnętrze samochodu.  Ale 

wokół  fotela  pasażera  jest  jej  o  wiele  mniej,  niż  powinno  być.  Moim  zdaniem  ktoś  tam 

siedział – ktoś,  kto  wysiadając z samochodu, był  ochlapany krwią.  Fotele  były odsunięte do 

końca,  a  chociaż  ubranie  waszej  ofiary  było  spalone,  odkryliśmy,  że  w  chwili  śmierci  miał 

rozpięte spodnie, powiedziałbym, że się szykował na małe bara-bara. – Doherty zaśmiał się z 

pewnym  skrępowaniem.  –  Najważniejsze  jest  to,  że  okno  ofiary  było  otwarte.  Oczywiście 

szyba potrzaskała w pożarze, ale mechanizm znajdował się na samym dole drzwi. 

– Miał otwarte okno? – przerwał Costello. – I co z tego? 

– Pogoda tamtej  nocy  nie  była  najlepsza.  Nie wiem  jak pan,  ale  ja,  gdybym  miał  się 

rozebrać  do  małej  akcji  na  tylnym  siedzeniu,  i  to  w  środku  zimy,  nie  otwierałbym  okna. 

Przewiałoby  trochę  dolne  rejony,  nie?  –  Z  głośnika  znów  zagrzechotał  jego  śmiech.  –  Nie, 

moim zdaniem... 

– Otworzył okno zabójcy – powiedziałem. 

– Otóż to – zgodził się Doherty. 

– Czemu nie zastrzelili go po prostu przez szybę? – spytałem, głośno myśląc. 

– Może ten, kto to  zrobił, chciał się upewnić,  że dopadł właściwego człowieka.  Albo 

background image

chciał zobaczyć jego twarz. Albo chciał mieć pewność, że nie trafi tego, kto siedział obok w 

samochodzie. 

– Być może – przytaknąłem. 

Doherty  rzucił  jeszcze  kilka  uwag  i  się  rozłączył.  Costello  z  ponurą  miną  słuchał 

rozmowy, nie odzywając się. Siedział naprzeciw mnie ze splecionymi dłońmi. 

– No i tak – powiedział w końcu. – Co o tym myślisz? 

–  Wygląda  na  to,  że  technicy  odwalili  całe  myślenie  za  nas:  poderwał  kogoś,  albo 

został  poderwany,  zaparkował  w  zatoczce  na  szybki  seks,  ktoś  stuka  do  drzwi,  on  otwiera 

okno i bum. 

– A ten ktoś w samochodzie z nim? Wspólnik? 

–  Chyba  tak.  Skąd  morderca  wiedział,  gdzie  znaleźć  Terry’ego,  jeśli  go  nie  śledził? 

Dlaczego  nie  zabił  pasażera?  I  po  co  spalił  samochód?  Chyba  po  prostu  obawiał  się,  iż 

pasażer zostawił jakieś ślady. Albo to, albo to była jakaś pechowa biedaczka, która chciała się 

zabawić, a teraz lata po Lifford w szoku obryzgana krwią. 

– Ben, trzeba szybko coś z tym zrobić. Dwa morderstwa w tygodniu. Wychodzimy na 

ostatnie ofermy. 

K

IEDY  WYSZEDŁEM  Z  GABINETU 

C

OSTELLA

,  Harvey  wciąż  siedział  przed  moim  biurkiem. 

Wstał, gdy podszedłem, z czapką w ręku. 

– Wszystko w porządku, proszę pana? – upewnił się. 

Kiwnąłem głową. 

– Mogę panu jeszcze w czymś pomóc? – spytałem, podnosząc jakieś papiery z biurka. 

–  Sierżant  Burgess  kazał  mi  powiedzieć,  że  dzwonił  funkcjonariusz  Moore  z 

Ballybofey – odparł Harvey. – Mówił, że to ważne. 

Dziesięć minut później jechaliśmy zwinąć Siwego McKelveya. 

background image

Rozdział 6 

Wtorek, 24 grudnia 

B

YŁO  PÓŹNE  POPOŁUDNIE

,  niebo  przybrało  ciemnopopielatą  barwę.  Zza  gęstego  frontu 

zwiastujących śnieżycę chmur zaczynał prześwitywać księżyc, powietrze było zimne i suche. 

Trzy  samochody  wyjechały  z  posterunku  w  Lifford  do  Castlefinn,  gdzie,  jak 

poinformował  mnie  Moore,  McKelvey  mieszkał  u  krewnych  obozujących  na  polu 

kempingowym.  Znałem  miejsce,  o  którym  mówił.  Pamiętając  o  problemach  Strabane,  rada 

hrabstwa Donegal postawiła we wjazdach na wszystkie postoje publiczne – parkingi, zatoczki 

i  tak  dalej  –  zapory  ograniczające  wysokość  wjeżdżających  pojazdów,  żeby  nie  pozwolić 

korzystać  z  tych  miejsc  wędrowcom.  Grupa,  która  opanowała  kemping  pod  Castlefinn, 

przyjechała  tu  w  środku  nocy  na  początku  sierpnia  i  spędziła  kilka  godzin  na 

rozmontowywaniu  zapór.  Potem  wszyscy  wjechali  na  teren  i  założyli  zapory  z  powrotem, 

materializując się na kempingu niczym statek w butelce. 

Teren nie  sprzyjał  aresztowaniu McKelveya.  Chociaż  były tu tylko dwa wjazdy, plac 

przylegał do lasu i pól. Gdyby McKelvey uciekł  w tamtą stronę, niełatwo byłoby go złapać. 

Postanowiliśmy,  że  Holmes,  Williams,  Harvey  i  ja  podejdziemy  do  obozowiska  od  tyłu  i 

zaczekamy wśród drzew na wypadek, gdyby McKelvey pojawił się z tej strony. Sam Costello, 

który znał tę wędrowną rodzinę,  miał zapukać do drzwi przyczepy  i poprosić McKelveya w 

nadziei,  że  może  chłopak  wyjdzie  po  dobroci.  Towarzyszyło  mu  kilku  mundurowych,  dwa 

samochody blokowały wyjazdy. 

Zatrzymaliśmy się jakieś czterysta metrów przed obozowiskiem. Moja grupa wysiadła 

z  samochodów  i  zaczęła  się  przedzierać  przez  gęsty  żywopłot,  odgradzający  szosę  od 

leżącego obok pola. Idąc wzdłuż jego skraju, w końcu mieliśmy się znaleźć za obozem. Pole 

było  rozmokłe  po  jesiennych  deszczach,  a  teraz  zamarzło  w  grube,  brązowe  bruzdy 

przypominające  fale.  Potykaliśmy  się  raz  po  raz.  Źle  oceniliśmy  czas  potrzebny  na  zajęcie 

pozycji  i  zniecierpliwiony Costello kilka razy wzywał  nas  przez radio.  Kiedy dotarliśmy  do 

linii  drzew  tuż  za  obozowiskiem,  zaczął  padać  śnieg.  Najpierw  wielkie,  grube  płatki, 

osiadające lekko wokół nas niczym puch, potem coraz szybciej i mocniej. Śnieg gromadził się 

background image

na gałęziach drzew, na naszych plecach i ramionach. Holmes zaczął tupać i dmuchać w dłonie 

dla  rozgrzewki.  Williams  mimo  woli  dygotała;  Harvey  zaproponował  jej  swoją  kurtkę.  W 

pierwszej  chwili  zrobiła  obrażoną  minę;  potem  uśmiechnęła  się  i  przyjęła  okrycie.  Nie 

wiedziałem, czy Harvey zaczerwienił się na widok jej uśmiechu czy z zimna, ale zacząłem się 

zastanawiać, jak często sierżant Williams musiała odrzucać swoje feministyczne przekonania. 

Rozległ się trzask w radiu, Costello oznajmił,  że  wchodzi do obozu.  Wyjąłem  pałkę; 

zobaczyłem,  że  pozostali  robią  to  samo.  Holmes  otworzył  zapinkę  futerału  z  gazem 

pieprzowym.  Zdziwiłem  się:  czego  się  spodziewał  po  siedemnastoletnim  wędrowcu?  Śnieg 

padał coraz mocniej, fale białych płatków niemal hipnotyzowały. Zdałem sobie sprawę, że nie 

zwracam  uwagi  na  to,  co  się  dzieje.  Usłyszałem  łomot  –  to  Costello  dobijał  się  do  drzwi. 

Potem  głosy.  Niemal  natychmiast  ktoś  odsunął  zasłony  tylnego  okna  przyczepy,  a  potem 

otworzył okno.  Zaczęła przez  nie wyłazić drobna postać; najpierw  jedna chuda  noga,  potem 

druga,  w  końcu  uciekinier  cicho  zeskoczył  na  ziemię  i  zbliżył  się  do  drzew,  gdzieś  między 

Holmesem  a  Harveyem.  Kiedy  wszedł  w  zarośla,  Harvey  włączył  latarkę,  oświetlając  na 

ułamek  chwili  przestraszoną  twarz  i  burzę  czarnych  włosów.  Potem  chłopak  rzucił  się  do 

ucieczki, a Harvey i Holmes ruszyli w pościg. Usłyszałem krzyk sierżant Williams i uznałem, 

że ona też pobiegła za zbiegiem. 

Miałem  już  zawołać,  że  to  nie  ten  człowiek,  kiedy  zobaczyłem  drugą  sylwetkę,  jak 

wyłazi z okna i dobiega do drzew. Tym razem nie było mowy o pomyłce. Nawet w ciemności 

poświata bijąca od gromadzącego się na ziemi śniegu wystarczyła, by widać było prawie białe 

włosy  i  bladą  cerę.  Siwy pełzł wzdłuż krzaków  na brzuchu,  nie zważając  na  badyle  i śnieg. 

Kiedy uznał, że jest bezpieczny, wstał i zaczął biec. 

Był  jakieś pięć  metrów ode mnie,  cicho zmierzał  w stronę pól.  Myślę,  że nie  słyszał, 

jak  się do niego zbliżam od tyłu, przez krzyki  i  hałasy  Williams  i  Harveya oraz narastający 

chór  głosów,  dobiegających  z  obozowiska,  gdzie,  jak  się  domyślałem,  Costello  słuchał 

właśnie wykładu o nękaniu spokojnych ludzi przez policję. 

W  końcu  wybiegłem  zza  drzew  i  trzymając  się  skraju  pola,  dogoniłem  Siwego  w 

chwili,  kiedy  pojawił  się  w  świetle  księżyca.  Złapałem  go  mocno  za  ramię,  drugą  ręką 

ściskając pałkę, i zacząłem mówić. 

Pamiętam dokładnie, co się stało potem, widzę to wszystko jak w zwolnionym tempie. 

Siwy odwrócił głowę, w jego oczach zobaczyłem mieszaninę strachu i agresji zapędzonego w 

pułapkę  zwierzęcia.  Potem  chwycił  moją  dłoń  i  wbił  w  nią  zęby.  Poczułem,  jak  przebijają 

skórę  i  boleśnie  zaciskają  się  na  kościach.  W  ustach  poczułem  smak  krwi.  Siwy  potrząsnął 

głową jak terier szarpiący zabawkę, a potem puścił. Wrzasnąłem. Coś we mnie pękło, niemal 

background image

ze słyszalnym trzaskiem, i poczułem przypływ adrenaliny. Bez namysłu z zamachu zdzieliłem 

McKelveya  prawą  pięścią  w  twarz.  Poczułem,  jak  chrupnęła  chrząstka  nosa;  poczułem  i 

usłyszałem  trzask,  z  jakim  moje  kłykcie  zetknęły  się  z  jego  kością  policzkową  i  zębami; 

zobaczyłem, jak jego głowa leci w tył, a z ust tryska krew ze śliną. 

Padł na ziemię z rozrzuconymi nogami, a ja uniosłem stopę i opuściłem piętę na jego 

krocze.  McKelvey  zgiął  się  wpół,  z  twarzą  wykrzywioną  nienawiścią  i  wstydem;  po 

spodniach rozlała się plama z opróżnionego pęcherza. Siwy popatrzył na nią, dotknął wilgoci 

czubkami palców, jakby nie wierzył własnym oczom, a potem wyciągnął je w moją stroną. 

– Zajebię, kurwa – wycharczał, gramoląc się na nogi, rękami ściskając genitalia. 

Niewiele  brakowało,  a  znów  bym  się  na  niego  rzucił,  ale  poczułem  czyjąś  dłoń  na 

ramieniu. Odwróciłem się z uniesioną do ciosu pięścią i zobaczyłem sierżant Williams. Po jej 

twarzy przemknął strach, a może coś głębszego. Opuściłem ze wstydem pięść, bąkając jakieś 

przeprosiny. Patrzyłem, jak moi koledzy pędzą przez krzaki w pościgu za chłopcem. 

Potem  ból  w  dłoni  się  zaostrzył  –  adrenalina  przestała  działać.  Zgiąłem  się  wpół  z 

szoku i bólu i zwymiotowałem na śnieg żółcią zmieszaną z krwią, czarną jak ropa w świetle 

księżyca.  Poczułem  chwilową  ulgę,  a  potem  moje  wnętrzności  skręcił  przeszywający  ból  i 

znów  zwymiotowałem,  szarpany  spazmami.  Williams  znowu  położyła  mi  dłoń  na  ramieniu. 

Wyplułem  ohydny  smak  z  ust,  wycierając  lepkie  nici  śliny  czystym  śniegiem.  Sierżant 

Williams owijała mi dłoń szalikiem i wzywała pomoc. W oddali zobaczyłem popychanego w 

moją  stronę  Siwego  McKelveya;  za  nim  górował  Jason  Holmes,  jedną  ręką  trzymając  go 

mocno za kark, drugą ściskając ręce skute za plecami. McKelvey potykał się i ślizgał w błocie 

i  śniegu,  a  Holmes  po  prostu  ciągnął  za  kajdanki,  szarpiąc  ramiona  chłopaka,  który  musiał 

szybko znajdować oparcie dla stóp, żeby uniknąć wyrwania rąk z barków. 

Kiedy  znaleźli  się  przede  mną,  Holmes  rzucił  McKelveya  na  ziemię  i  postawił  mu 

stopę na karku, wpychając mu twarz w śnieg i błoto. 

– W porządku? – spytał. 

Przed oczami zamigotały mi czerwone plamki i wszystko spowiła ciemność. 

Ocknąłem  się  chwilę  później  i  przez  sekundę  nie  mogłem  sobie  przypomnieć,  gdzie 

jestem  ani  dlaczego  ci  ludzie  gapią  się  na  mnie  przez  śnieg.  Mój  umysł  zaczął  powoli 

pracować, spróbowałem wstać. Williams pomogła mi, a Holmes postawił na nogi McKelveya 

i  zaczął  go  popychać  w  stronę  samochodów.  Po  lewej  zobaczyłem  Harveya,  prowadzącego 

czarnowłosego  chłopca,  także  w  kajdankach.  Chłopak  na  policzku  miał  rozcięcie,  a  pod 

okiem zaczynał mu wykwitać fioletowy siniak. 

– Co mu się stało? – spytałem, wskazując ruchem głowy Harveya i jego więźnia. 

background image

–  Zderzył  się  z  pałką  –  odparła  Williams.  –  Na  szczęście  zostałam  tu  z  panem.  Co 

mężczyźni by zrobili bez kobiet? 

Objęła  mnie  ramieniem  i  przycisnęła  głowę  do  mojej  głowy.  W  tej  krótkiej,  ciepłej 

chwili mogłem tylko zadawać sobie to samo pytanie. 

– Przepraszam, że... no... podniosłem na ciebie rękę – udało mi się wykrztusić, kiedy 

prowadziła mnie do niebieskich świateł, błyskających zza otaczających nas drzew. Poklepała 

mnie lekko po ramieniu, co wziąłem za znak wybaczenia. – Jego też niepotrzebnie walnąłem 

– dodałem. 

– Nikt nie musi o tym wiedzieć – powiedziała. – Zdarza się, prawda? 

Kiwnąłem  głową,  zadowolony  ze  sposobności,  by  zapomnieć,  że  wstydowi,  jaki 

czułem po uderzeniu chłopaka, dorównywała satysfakcja, jaką mi to sprawiło. 

T

RZEJ  MUNDUROWI

  trzymali  grupę  rozgniewanych  wędrowców  na  dystans.  Obu  chłopaków 

wsadzono  do  osobnych  samochodów  i  odwieziono  do  Lifford.  Chciałem  jechać  z 

McKelveyem,  ale  Costello  się  nie  zgodził;  powiedział,  że  przede  wszystkim  muszę  iść  do 

lekarza.  Holmes  i  Williams  zabrali  Siwego,  ale  obiecali  nie  zaczynać  przesłuchania  beze 

mnie. 

Śnieg padał tak gęsto, że wycieraczki samochodu nie dawały sobie z nim rady.  Leżał 

na masce suchą warstwą niczym cukier puder i teraz pęd powietrza sypał nim w szybę. 

Lekarz dał  mi zastrzyk przeciwtężcowy, a potem  zszył  i zabandażował rękę.  Pokazał 

mi  miejsce,  gdzie  rozchylając  skórę  i  ścięgna  można  było  zobaczyć  żółtobiałą  kość.  Znów 

żółć podeszła mi do gardła i musiałem ją przełknąć, żeby nie zwymiotować. Doktor wręczył 

mi buteleczkę środka przeciwbólowego i poruszył temat, o którym nie chciałem myśleć. 

–  Pobrałem  próbkę  krwi  do  badań,  wie  pan  –  powiedział,  patrząc  mi  w  oczy. 

Kiwnąłem  głową,  ale  nic  nie  powiedziałem.  –  HIV,  wirusowe  zapalenie  wątroby,  tego typu 

rzeczy; dostarczę wyniki najszybciej jak można. Ale HIV ma trzymiesięczny okres inkubacji, 

zalecam  powtórzenie  badań  na  wiosnę.  To  mało  prawdopodobne,  inspektorze,  ale  mimo 

wszystko bezpieczniej dmuchać na zimne, prawda? 

– Bezpieczniej... – powtórzyłem, niezdolny ująć w słowa myśli, które kłębiły mi się w 

głowie. 

T

ERAZ  SIEDZIAŁEM  W  RADIOWOZIE

,  jadącym  powoli  zaśnieżonymi  uliczkami  Lifford. 

Zatrzymaliśmy się pod posterunkiem;  nudności wciąż skręcały mi żołądek, a ja próbowałem 

background image

dodawać sobie otuchy  myślą,  że McKelvey  jest za  młody  na choroby,  o których wspominał 

lekarz – zarazem zaś miałem bolesną świadomość, że właśnie w jego wieku były tym bardziej 

prawdopodobne. 

Kiedy  wszedłem do środka,  kilka osób, które  ledwie znałem  z widzenia,  spytało,  jak 

się czuję; niektórzy klepali mnie po plecach i ściskali zdrową dłoń. Lekarz założył mi na rękę 

temblak – dla wygody, powiedział, ale opatrunek przyciągał uwagę. 

Szedłem  właśnie  do  pokoju  przesłuchań,  kiedy  pojawił  się  Costello  z  dwoma 

parującymi kubkami kawy. Poczęstował mnie jednym. 

– Jak ręka? – spytał, własnym wskazując moją dłoń. 

–  W  porządku.  Jestem  na  przeciwbólowym  haju.  Już  wiem,  co  ludzi  pociąga  w 

narkotykach. 

Costello zaśmiał się, myśląc, że żartuję. 

– Masz ochotę porozmawiać z naszym gościem? Zaczekaliśmy specjalnie na ciebie. 

M

C

K

ELVEY  SIEDZIAŁ  NA  SKRAJU  LEKKIEJ

,

  METALOWEJ  PRYCZY

,  zawieszonej  na  grubych 

drutach w celi  naszego aresztu. Miał  na sobie czarne  bardzo obcisłe dżinsy  i sportowe nike. 

Poza  tym  był  ubrany  tylko  w  białą  koszulkę  –  nie  miał  na  sobie  nic  więcej,  kiedy  go 

zgarnialiśmy. Teraz ktoś dał mu koc, którym się owinął. Jego włosy wyglądały jak tlenione, 

na końcach prawie białe,  jak u albinosa, a mimo ich długości uszy Siwego sterczały na boki 

niemal pod kątem prostym do głowy. Płatek  jednego ucha  był  nadszarpnięty,  drugi przebity 

trzema  złotymi  kolczykami.  Miał  pociągłą  i  chudą  twarz,  oczy  duże  i  niebieskie,  wysokie 

kości  policzkowe  –  wszystko  to  razem,  w  połączeniu  z  obcisłymi  spodniami  nadawało  mu 

kobiecy  wygląd.  Jedno oko było  mocno podbite,  tak spuchnięte,  że prawie zamknięte;  baty, 

które zebrał, zrobiły coś z nosem, przez co mówił chrapliwym, zduszonym głosem. 

Harvey  założył  mu  kajdanki  i  przeprowadził  go  do  pokoju  przesłuchań,  gdzie 

ustawiliśmy  stół  i  krzesła  dla  niego  i  dla  zespołu  śledczego.  Kiedy  Siwego  wprowadzono  i 

posadzono,  odruchowo  rozwalił  się  na  krześle  i  sięgnął  po  papierosa  z  paczki,  którą 

położyłem przed sobą. Zabrałem ją i schowałem do kieszeni, sam wyjąłem jednego. Gdyby to 

było konieczne, mogliśmy poczęstować go później, w zamian za informacje. 

Costello  przedstawił  wszystkich  obecnych  do  nagrania  –  na  stole  pracowały  dwa 

dyktafony.  Potem  spytał  McKelveya,  po  raz  drugi,  czy  na  pewno  rezygnuje  z  prawa  do 

adwokata.  McKelvey  zaśmiał  się  i  wymamrotał  coś  niezrozumiałego,  co  wzięliśmy  za 

potwierdzenie. 

–  Czy  wiesz,  dlaczego  tu  jesteś,  Liam?  –  spytał  Costello,  łagodnie  zaczynając 

background image

rozmowę. 

– Tak. CSA. Nie da się ściągnąć gaci z gołej dupy, wiecie, jak to jest. 

Popatrzyliśmy na siebie, usiłując zrozumieć to, co powiedział. 

–  Co?  –  spytała  w  końcu  sierżant  Williams.  –  Czy  mógłbyś...  czy  mógłbyś  nam  to 

wyjaśnić, Liam? 

–  CSA.  Ale  powinniście  mi  podziękować.  Te  wszystkie  suki  to  były  zwykłe  szmaty, 

zanim ich nie zaciążyłem. Nie wiedzą o tym, ale to ściery i nikt ich nie szanuje, nie? A ja je 

zaciążam.  I  mają  szacun,  ze  swoimi  bachorami.  I  wszystkie  biorą  zasiłki.  Załatwiam  tym 

szmatom  szacun.  I  niezłą  opiekę  –  dodał,  mrugając  do  sierżant  Williams  –  wiecie,  o  co  mi 

chodzi, nie? 

–  O  Boże  –  prychnęła  z  odrazą  Caroline.  –  Potrzebujesz  chyba  czegoś  więcej  niż 

narkotyki, synu. 

Costello rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. 

– Czy znałeś Angelę Cashell? – spytał. 

–  No  kurwa,  pewnie.  Przecież  mówię.  To  była  szmata,  nikt  z  nią  nie  gadał.  A  ja  jej 

załatwiłem szacun. 

– Załatwiłeś  jej szacun – przerwał  z  niedowierzaniem Holmes. –  A  jak konkretnie to 

zrobiłeś? 

– Z tobą nie gadam – warknął McKelvey, spluwając. 

Costello zarządził przerwę i poprosił nas na zewnątrz, zostawiając w sali z chłopakiem 

Harveya. 

– O co mu chodzi? – spytał, kiedy wyszliśmy. 

– On myśli, że zgarnęliśmy go za niepłacenie alimentów – wyjaśniła Williams. – CSA 

to agencja rządowa z Północy. 

– Wydaje mu się też chyba, że zapładniając dziewczyny, robi im przysługę, zdejmuje z 

nich piętno „dziwek”,  zamieniając  je  na zaszczyt bycia samotnymi  matkami  małych Siwych 

McKelveyów – dodałem. 

– I chyba myśli, że Angela Cashell też była w ciąży. 

– A była? – spytał z troską Holmes. – Wiecie, to by było podwójne morderstwo. 

– Nie. Gdyby była w ciąży, autopsja by to wykazała. Pytanie, dlaczego uważa, że była 

w ciąży? 

– Może tak mu powiedziała – stwierdził Costello. – Ale po co chciała, żeby taki gnojek 

myślał, że jest ojcem jej dziecka? Tym bardziej że nie było żadnego dziecka? 

– Może chciała go przy sobie zatrzymać – zasugerowała Williams. – Może myślała, że 

background image

chce  ją  rzucić,  powiedziała  więc,  że  jest  w  ciąży,  w  nadziei,  że  przy  niej  zostanie.  A  może 

naprawdę myślała, że jest. W tym wieku ciężko polegać na cyklu. Wystarczy tydzień czy dwa 

spóźnienia i człowiek już sobie wmawia, że wpadł. 

– Naprawdę? – spytałem z uśmiechem. 

– O tak – odparła Williams. – I to wcale nie mija z wiekiem. 

– Może chciała pieniędzy. Powiedziała mu, że jest w ciąży i potrzebuje pieniędzy dla 

dziecka – zaproponowałem. 

– Albo na aborcję – wtrąciła Caroline. 

– Może McKelvey uważał, że zaszła w ciążę, i zabił ją, żeby nic nie płacić – podsunął 

Holmes. 

– Nie – odparła Williams. – Słyszałeś. W dupie ma swoje dzieci i tak nie zamierza na 

nie płacić. Jedno więcej, co za różnica? 

– Cholera – zakląłem, bo coś zaczęło do mnie docierać. – To obala nam jedną teorię. 

– Jaką? – spytał Holmes. 

– Wiemy, że McKelvey uciekał, kiedy zobaczył Johnny’ego Cashella, szukającego go 

po śmierci Angeli. Założyliśmy, że to dowód jego winy. A może wcale nie? 

– Chodzi panu o to, że Johnny chciał go dopaść za wpędzenie w kłopoty córki? 

– Otóż to. 

Costello skinął głową Holmesowi i Williams. 

–  Słuchajcie,  chciałbym,  żebyście  poczekali  na  zewnątrz  –  powiedział,  a  potem 

zwrócił  się  do  mnie.  –  Najpierw  spróbujemy  my,  ty  będziesz  prowadził.  Jeśli  nic  nie 

wskóramy, zamienimy się. W porządku? 

Oboje byli źli, że nie mogą brać udziału w przesłuchaniu. Kiedy poszli do sąsiedniego 

pokoju, z którego mogli patrzeć i słuchać przez weneckie lustro, spytałem Costella, dlaczego 

wyłączył Williams. Bardzo dobrze sobie radziła. 

–  Nie  chcę,  żeby  kobieta  musiała  słuchać  takich  rozmów.  To  nie  miejsce  dla 

dziewczyny  takiej  jak  Caroline  –  odparł  poważnym  tonem.  Zastanawiałem  się,  czy  mu 

powiedzieć,  że  takie  komentarze  mogą  go  zaprowadzić  przed  komisją  dyscyplinarną  za 

seksistowskie  zachowania.  Ostatecznie  nic  nie  powiedziałem,  tylko  wszedłem  za  nim  do 

pokoju.  Po  drodze  skinąłem  głową  do  weneckiego  lustra,  zza  którego  obserwowali  nas 

Williams i Holmes. 

Usiedliśmy.  Wyjąłem  i  zapaliłem  papierosa.  Widziałem  spojrzenie  Siwego  śledzące 

smugę dymu. Oblizał się i poruszył na krześle. 

– Czyli znałeś Angelę Cashell? – spytałem, a on potwierdził. – A jej ojca? 

background image

– Cholerny wariat. 

– Czemu? 

– To czub, próbował mi puścić z dymem chatę. To takich powinniście zamykać, a nie 

mnie. 

– Dlaczego cię gonił, Liam? Jak myślisz, dlaczego próbował... 

– Bo ją zaciążyłem – oznajmił Siwy, krzyżując chude ręce na piersi. 

– Bo zaszła z tobą w ciążę? 

– Jasne, a bo co? 

– A nie dlatego, że ją zabiłeś? – spytałem najbardziej swobodnie, jak potrafiłem. 

– Jasne. – Zaśmiał się. – Ja ją zabiłem. A po co miałbym ją zabijać? Przecież dawała 

mi dupy. 

–  Urodzony  z  ciebie  romantyk,  Liam  –  powiedziałem,  zarabiając  karcące  spojrzenie 

Costella. 

– A narkotyki? – spytał nadinspektor. 

– Co narkotyki? – odparł Siwy, szczerząc się głupio. – Bardzo chętnie – zaśmiał się, 

wodząc  wzrokiem  ode  mnie  do  Costella  i  z  powrotem,  żeby  zobaczyć,  czy  tak  samo 

doceniamy  jego  poczucie  humoru.  Milczeliśmy.  –  O,  przepraszam,  proszę  pana, 

zapomniałem. Narkotyków w życiu bym nie dotknął. 

Znów się zaśmiał; na wargach pojawiły mu się bąbelki śliny. 

– Czyli żadnych narkotyków, Liam? Nie lubisz ich? 

– Nie biorę. Powaga, nie potrzebuję. 

– Nie potrzebujesz niczego, żeby wprawić się w dobry nastrój, może razem z Angelą? 

Zanim... Wiecie? 

Siwy dziwnie zachichotał. 

– Ja nie potrzebuję. W pana wieku może coś potrzeba, ale mnie nie. 

– A Angela? Brała narkotyki? 

– Nie wiem. Ją zapytajcie. Dajcie fajkę. 

Costello rąbnął w stół z taką siłą, że sam podskoczyłem. 

– Nie możemy jej zapytać, bo nie żyje. Dlatego uważaj, co mówisz, synu. 

Przez  chwilę  McKelvey  wyglądał  na  zaskoczonego,  ale  szybko  odzyskał  rezon. 

Zachowywał się, jakby cała ta sytuacja była jednym wielkim kawałem, żartem trójki kumpli. 

– Dobre. A co, może zwinęliście mnie za morderstwo? Akurat. 

– Żebyś wiedział, Liam. Dlatego na twoim miejscu zacząłbym odpowiadać na pytania, 

synu, poczynając od tego, gdzie byłeś w piątek wieczorem. 

background image

Costello nachylił się nad stołem. Jego ogromna postać zdawała się wypełniać sobą całe 

pomieszczenie. 

McKelvey przez chwilę milczał z przerażoną miną. 

–  Walcie  się!  –  wrzasnął  w  końcu.  –  W  nic  mnie  nie  wrobicie.  Chcę  prawnika.  – 

Odwrócił się do lustra za nami. – Ej, wy tam. Dajcie mi prawnika. Chcę prawnika. 

– Posłuchaj, Liam. To bardzo proste, synu – powiedziałem. – Mamy kilka pytań, które 

chcielibyśmy  ci  zadać.  Jeśli  nam  pomożesz  i  odpowiesz  na  nie  szczerze  i  wyczerpująco, 

jeszcze  dziś  wieczorem  wrócisz  do  domu.  Jeśli  nie,  będziesz  tu  siedział  całe  święta,  aż  do 

otwarcia sądu dwudziestego siódmego. Pomóż nam, to my ci pomożemy. 

McKelvey  milczał.  Ponuro  skrzyżował  ręce  na  piersi  i  jeszcze  bardziej  oklapł  na 

krześle, wpatrzony w jakiś nieokreślony punkt na podrapanym blacie stołu. Miałem nadzieję, 

że odwróciliśmy jego uwagę od żądania prawnika – to by tylko skomplikowało sprawę. 

– Gdzie byłeś w zeszły piątek wieczorem? – spytałem, biorąc jego milczenie za oznakę 

niechętnej zgody. 

– Nie pamiętam – odparł, nie podnosząc wzroku. 

– To spróbuj sobie przypomnieć! – warknął Costello. 

– Byłem w Letterkenny. Z kuzynami. 

– Gdzie? 

– Tu i tam. 

– Gdzie tu i tam? – spytałem. 

– Wszędzie! Nie wiem, no! Byłem już wtedy po paru – wyrzucił z siebie. 

– Kiedy po raz ostatni widziałeś Angelę Cashell? 

– Chyba w zeszły wtorek. 

– Na pewno? 

– Jasne, że na pewno. 

–  Czyli  pamiętasz,  co  robiłeś  w  zeszły  wtorek,  ale  w  piątek  już  nie?  –  dociekał 

Costello. 

– Bo się przecież naprałem, nie? Pewnie, że pamiętam. 

– Czyli nie widziałeś jej, powiedzmy, w czwartek wieczorem? 

– Głusi jesteście? – Siwy nachylił się do dyktafonów i dla komicznego efektu podniósł 

głos. – Nie widziałem jej od wtorku. Zrozumieliście? 

Ostatnie  słowo  powiedział  jak  ktoś  głuchy.  Potem  roześmiał  się  na  siłę.  Prawdziwa 

brawura dawno go opuściła. 

–  A  gdybym  ci  powiedział,  że  mamy  nagranie  wideo,  gdzie  widać  ciebie  z  Angelą 

background image

Cashell, z czwartku wieczór ze Strabane, to uznałbyś, że kłamię? 

– Tak. Nie widziałem jej w czwartek, jasne? 

– Dobrze,  dobrze,  Liam,  jak  sobie chcesz.  – Spojrzałem  na Costella,  sygnalizując,  że 

na razie skończyłem. 

– Powiedz mi, Liam, muszę cię o to spytać. Angela Cashell była ładną dziewczyną. Co 

ją w tobie pociągało? 

– Zwierzęcy, kurwa, magnetyzm, a co? – odparł Siwy natychmiast, szczerząc zęby w 

uśmiechu. 

–  Pytam  poważnie  –  powiedział  Costello,  też  bez  zastanowienia.  –  Co  ją  do  ciebie 

przyciągnęło? Narkotyki? Pieniądze? Co? 

–  Dawałem  jej  to,  czego  nie  dostałaby  od  nikogo  innego  –  odparł  McKelvey  prawie 

obrażony, że jego osobiste przymioty nie zostały od razu zauważone. 

–  Niby  co?  Parchy?  –  spytałem  i  wydawało  mi  się,  że  usłyszałem  parsknięcie  zza 

lustra,  skąd  obserwowali  nas  wciąż  Williams  i  Holmes.  Natychmiast  pożałowałem  swojej 

uwagi, ale Siwy odpowiedział, zanim zdążyłem przeprosić. 

–  No  właśnie,  bachora  –  powiedział,  chociaż  nie  wiedziałem,  czy  rzeczywiście  źle 

mnie usłyszał, czy umyślnie zignorował to, co powiedziałem. 

– Musiało być coś jeszcze – nie ustępował Costello. – Płaciłeś jej? 

– Nie! – zaprotestował McKelvey, czerwieniejąc. – Czasami potrzebowała forsy. Taka 

już jest. Dawałem jej, jak była goła. Mówiła, że jej stary to cholerny sknera. 

– Prosiła cię o pieniądze, kiedy powiedziała, że jest w ciąży, Liam? – spytał Costello z 

pojednawczą serdecznością. 

– Aha. Mówiła, że potrzebuje dwie setki, żeby się szybko pozbyć sprawy, wiecie, o co 

chodzi. Nie mogła poprosić starego. 

– Co jej powiedziałeś? 

– Że to nie mój problem. 

Zapadła  cisza.  Costello  wydawał  się  nad  czymś  zastanawiać,  przygryzając  wnętrze 

policzka. W końcu zapytał: 

– Zaopiekowałbyś się nią i dzieckiem? 

Nie umiałem dostrzec, jaki to ma związek ze sprawą. 

– Nie  mój problem.  Wydymałem  ją, czego  jeszcze chce? – Siwy  skrzyżował ręce  na 

piersi  i  arogancko  kiwnął  głową,  jakby  dla  podkreślenia  swoich  słów.  –  Wiecie,  o  co  mi 

chodzi? 

Costello  ze  smutkiem  pokręcił  głową,  a  ja  zrozumiałem,  że  to  pytanie  osobiste: 

background image

daremna  próba  przekonania  się,  czy  w  Siwym  McKelveyu  pozostał  choć  strzęp 

przyzwoitości. 

–  Liam  –  rzuciłem,  zmieniając  tor  przesłuchania.  –  Chciałbym  porozmawiać  o  paru 

sprawach,  bo uważam, że  nie byłeś z nami całkowicie szczery. Dlatego zapytam cię  jeszcze 

raz. Czy dawałeś Angeli Cashell narkotyki? 

– Już mówiłem, że nie. 

– Czy kupowałeś jej narkotyki albo dawałeś pieniądze na narkotyki? 

– Dawałem jej pieniądze na różne rzeczy. Nie wiem, na co je wydawała. 

– A pierścionek? Dałeś jej pierścionek? 

– Jaki pierścionek? 

– Złoty, z zielononiebieskim kamieniem na środku i brylantami dookoła. Wiesz który. 

Miesiąc  temu  ukradłeś  go  w  Letterkenny.  Próbowałeś  go  sprzedać  w  Stranorlar.  Wraca  ci 

pamięć? 

– A, ten. Sprzedałem go – powiedział Siwy, unikając mojego wzroku. Patrzył w lustro 

za moimi plecami. – Jakaś dziwka kupiła go ode mnie na dyskotece. 

– Kto? 

– Nie wiem. 

– Gdzie? 

– Nie wiem – odparł z uśmiechem. 

Costello nagle wstał. 

–  Przesłuchanie  zakończyło  się  o  godzinie  osiemnastej  trzydzieści  pięć  we  wtorek, 

dwudziestego czwartego grudnia.  – Potem wyłączył dyktafony  i wcisnął guzik  interkomu.  – 

Czy  ktoś  mógłby  tu  przyjść  i  zabrać  tego  gnojka  do  celi?  A  potem  spłuczcie  pokój 

szlauchem...  – dodał cicho  i ze smutkiem.  W końcu odwrócił  się do McKelveya.  – Brzydzę 

się tobą,  ty...  pierdolony  bydlaku – rzucił,  jakby  nie przychodziło  mu do głowy  nic  bardziej 

obraźliwego. Zgarbił się, jak gdyby dotarło do niego, że ze wszystkich ludzi to właśnie Siwy 

McKelvey sprowokował go do ujawnienia tej strony jego charakteru, z którą wolałby się nie 

afiszować. I wyszedł. 

– To był strzał w stopę, kolego. 

McKelvey  nie  odpowiedział,  pokazał  mi  tylko  środkowy  palec.  Kiedy  Harvey 

przyszedł zabrać go do celi, ja też wyszedłem z pokoju i dołączyłem do Costella, Williams  i 

Holmesa w pomieszczeniu obok. 

– No i? – spytałem. 

–  Niewiele  powiedział,  prawda?  –  powiedziała  Williams.  Potem  się  uśmiechnęła.  – 

background image

Ale to o parchach mi się podobało. 

– To była niska zagrywka – odparłem. 

– To on – stwierdził Holmes. – Skończony kłamca.  Wiemy,  że  był z  nią w  czwartek 

wieczorem,  mamy  to  na  kasecie.  Jeśli  kłamie  na  ten  temat,  to  kłamie  o  całej  reszcie.  – 

Prychnął z pogardą. – Ja bym mu od razu postawił zarzuty. 

– Nie – powiedział Costello. – Mamy siedemdziesiąt dwie godziny. Przetrzymamy go 

przez  święta.  Spróbujemy  jeszcze  raz  w  drugi  dzień  świąt.  Jeśli  będzie  trzeba,  wtedy  go 

oskarżymy. Niech się gnojek pokisi parę dni bez indyka i szyneczki. Zgoda? 

Wzruszyliśmy ramionami. 

– Jedyny problem, to kto z nim dzisiaj zostanie? 

W każdą noc,  nie tylko w Wigilię,  trudno o ochotników na  nocny dyżur  w  mieścinie 

takiej  jak  nasza.  Zazwyczaj  ktoś  bierze  komórkę,  a  posterunek  jest  na  noc  zamknięty. 

McKelvey pokrzyżował nam plany. Ktoś musiał być na miejscu, póki Siwy siedzi w celi. 

– Ja posiedzę do północy – zadeklarowałem się. – Debbie się ze mną rozwiedzie, jeśli 

zostanę na całą noc. Zresztą na Pasterce Penny śpiewa solo i nie mogę tego przegapić, bo ona 

też się ze mną rozwiedzie. 

– Ja odpadam – powiedziała Williams. – Sama muszę odegrać rolę Mikołaja. 

– To ja zostanę – odezwał się Holmes. – Nikt na mnie nie czeka, nie ma problemu. Wy 

macie do kogo wracać. 

–  Nie  jedziesz  do  domu  na  święta?  –  spytała  sierżant  Williams,  a  ja  uświadomiłem 

sobie, że nie wiem nawet, gdzie dla Holmesa jest „dom”. 

– Nie. Matka umarła wiele lat temu. Ojciec jest w domu opieki, ale ma taką demencję, 

że  mógłbym  stać  obok  niego,  a  on  by  nawet  nie  wiedział.  Czyli  zostaję  ja,  mała  sierotka 

Jason. 

Jego szczerość poruszyła sierżant Williams. 

– Wpadnij do nas jutro na obiad. Będziemy tylko ja i Peter... i kot. 

Rzuciła tę propozycję chyba bez zastanowienia i natychmiast się zaczerwieniła. 

– Dzięki, Caroline – odparł Holmes. – Może wpadnę. 

Oboje  przez  chwilę  patrzyli  na  siebie,  a  potem  odwrócili  się  do  mnie  i  Costella, 

przerywając chwilę niezręczną dla wszystkich. 

–  W  porządku,  Jason.  Jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  to  świetnie  –  ucieszył  się 

Costello. – Każemy Harveyowi utrzymać fort do... ósmej? 

Kiwnąłem  głową  –  jeśli  będę  siedział  od  ósmej  do  jedenastej  trzydzieści,  zdążę  na 

mszę. 

background image

–  Benedict,  ty  weźmiesz  komórkę,  na  wszelki  wypadek.  –  Costello  odwrócił  się  ku 

wyjściu. – I wszystkim wesołych świąt! – rzucił przez ramię. 

Odwracając się,  zobaczyłem, że  Williams  bezgłośnie  mówi  „Benedict?” do Holmesa, 

który wzruszył ramionami. 

– Tylko dla Elvisa – powiedziałem i mrugnąłem do nich. Najwyraźniej nie wiedzieli, 

jak brzmi moje pełne imię. 

– Słyszałem! – zawołał Costello z gabinetu. 

K

IEDY  WRÓCIŁEM  DO  DOMU

,  dochodziła  siódma.  Debbie  przebierała  Penny  w  świąteczne 

ubranie,  które  mała  dostała  w  tym  roku  wcześniej  jako  nagrodę  za  to,  że  śpiewa  na  mszy. 

Patrzyłem,  jak poprawiają sobie nawzajem włosy i chichoczą jak dwie dziewczynki. Shane  i 

ja  jak  prawdziwi  mężczyźni  siedzieliśmy  przed  telewizorem  w  milczeniu.  No,  co  prawda 

Shane miał dopiero dziesięć miesięcy. 

Za pięć ósma zacząłem się szykować do wyjazdu na posterunek. Wyszedłem z domu z 

ciągle dźwięczącym w uszach ostrzeżeniem Debbie: 

–  Jak  się  spóźnisz  na  występ  Penny,  drzwi  będą  zamknięte  na  klucz,  kiedy  wrócisz. 

Spisz z Frankiem. 

D

OJECHAŁEM  NA  POSTERUNEK  W  JAKIEŚ  PIĘĆ  MINUT

  –  ruch  był  mały.  Harvey  otworzył  mi 

drzwi, ziewając. 

– Co słychać? – spytałem. 

– Nic, proszę pana – odparł. – Cicho tu jak w kościele. Jakąś godzinę temu dałem mu 

herbatę i kanapkę. 

– Bardzo dobrze, John. Niech pan już jedzie do domu. 

– Jadę do siostry, proszę pana. Gwiazdkowe prezenty i tak dalej. 

– Miłego wieczoru. Szczęśliwych świąt, John. Bardzo dziękuję za pomoc. 

–  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie,  proszę  pana  –  odparł,  wkładając  policyjną 

kurtkę. – Wesołych świąt. 

K

ILKA  MINUT  PÓŹNIEJ  ZAJRZAŁEM  DO 

M

C

K

ELVEYA

:  spał  na  boku,  miał  lekko  świszczący 

oddech,  przypuszczalnie  od  ciosów,  które  zarobił  podczas  aresztowania.  Zabrałem  pusty 

kubek i talerz. Wymamrotał coś przez sen i przekręcił się na plecy. 

Byłem  na  posterunku  do  jedenastej  trzydzieści,  czytając  gazety  sprzed  trzech  dni. 

background image

Kiedy przyjechał Holmes, pojechałem na mszę, nie zaglądając już do McKelveya. Spał lepiej 

niż wielu z nas. 

Siedziałem w kościele i słuchałem, jak moja córka śpiewa Cichą noc głosem łamiącym 

się trochę przy najwyższych dźwiękach. Spojrzałem na Debbie; zobaczyłem łzy w jej oczach, 

gdy  patrzyła  na  naszą  dziewczynkę  stojącą  na  podwyższeniu  i  skupiającą  na  sobie  uwagę 

obecnych. Cały czas pamiętałem o tym, co powiedział doktor, o zapaleniu wątroby i o HIV. 

Musiałem  dopilnować,  żebym  w  żaden  sposób  nie  zagroził  swojej  rodzinie.  Debbie  goliła 

czasem  nogi  moją  maszynką.  A  gdybym  się  zaciął,  a  ona  jej  użyła?  A  gdyby  Penny  albo 

Shane wzięli moje sztućce? Albo pocałowałbym któreś z nich na dobranoc? Głos mojej córki 

wzbijał  się  ponad  chór  w  ostatnim  refrenie,  a  ja  poczułem,  że  coś  mi  puchnie  w  piersi  i 

zapragnąłem sam znów być dzieckiem, poczuć objęcia  matki  i usłyszeć, że wszystko będzie 

dobrze. 

Jakby  instynktownie  wyczuwając  tę  potrzebę,  Debbie  wzięła  mnie  za  rękę  i  czule  ją 

ścisnęła.  Kciukiem  przesunęła  po  wierzchu  dłoni,  pieszcząc  palce,  i  poczułem,  że 

zesztywniała, gdy dotknęła bandaża w miejscu, gdzie ugryzł mnie McKelvey. Odruchowo, w 

obawie,  że  przez  opatrunek  przesączyła  się  krew,  której  moja  żona  mogłaby  teraz  dotknąć, 

cofnąłem  rękę.  Debbie  spojrzała  w  dół,  na  moją  ranę,  a  potem  w  moje  oczy.  Z  nieco 

zdumionym  uśmiechem  znów  ujęła  moją  dłoń  w  swoje.  Ta  otwartość  i  wielkoduszność 

sprawiły,  że  po  raz  kolejny  poczułem  wdzięczność  za  to,  że  za  mnie  wyszła.  Myśl  ta  miała 

powrócić  i dręczyć  mnie później tej  samej  nocy, gdy  niewiele  brakowało,  a odrzuciłbym  jej 

cenny dar. 

background image

Rozdział 7 

Środa, 25 grudnia 

G

DY  JECHALIŚMY  DO  DOMU

,

  PADAŁ  DESZCZ

  –  miarowa,  drobna  mżawka,  tworząca  aureole 

brudnego  światła  wokół  ulicznych  lamp  i  rozmazująca  się  na  szybie  przy  każdym  ruchu 

wycieraczek.  Podróż  upłynęła  nam  w  milczeniu;  Penny  spała  wyciągnięta  na  tylnym 

siedzeniu. 

Skręciłem  na  podjazd,  światło  reflektorów  omiotło  srebrne  bmw,  stojące  przed 

naszymi drzwiami. Poczułem, że coś ściska mnie w żołądku. 

– Ciekawe, kto to może być – powiedziała Debbie i wysiadła. 

Kiedy byliśmy na mszy, z Shane’em zostali moi rodzice. Drzwi otworzyła matka. 

– Macie gościa. Do tego trochę wstawionego – dodała, wznosząc oczy do góry. 

Weszliśmy do salonu. Na starym skórzanym fotelu na wprost drzwi siedziała Miriam 

Powell, usiłując roztaczać atmosferę elegancji i pewności siebie mimo unoszącego się wokół 

niej  zapachu  dżinu.  Oczy  miała  przekrwione;  widać  było,  że  ma  trudności  ze 

skoncentrowaniem  wzroku.  Rodzice  wyszli,  a  Debbie  zaniosła  Penny  na  górę  do  łóżka. 

Miriam  przyglądała  się  nieruchomym,  nieszczerym  spojrzeniem,  jak  całuję  córkę  w  czoło  i 

mówię, że ją kocham. 

–  Zawsze  wiedziałam,  że  będzie  z  ciebie  dobry  ojciec,  Benedikcie  –  zauważyła.  – 

Zawsze to mówiłam. 

– To żadna sztuka, Miriam. Kiedy ma się tak grzeczne dzieci jak moja dwójka, nie ma 

rady, po prostu jest się dobrym ojcem. 

– Nie mam dzieci – oznajmiła. 

–  Wiem.  –  Czułem,  że  powinienem  dorzucić  jakieś  pocieszenie,  ale  zawsze 

podejrzewałem, że bezdzietność Powellów była skutkiem ich wyboru. 

– Nie zaproponujesz damie drinka? – spytała niewyraźnie, usiłując żartować. 

– Dżin. Prawda? 

–  Mógłbyś  być  barmanem,  wiesz,  Benedikcie?  –  odparła  i  zaśmiała  się  ostrym, 

pustym, zbyt głośnym śmiechem. 

background image

W  kuchni  zrobiłem  jej  dżin  z  tonikiem,  tyle  że  bez  dżinu,  bo  prowadziła.  Kiedy 

wróciłem, stała przy kominku, oglądając rodzinne zdjęcia. 

–  Dziękuję,  Benedikcie.  Zawsze  polegałam  na  uprzejmości...  cóż,  nie  powiem,  że 

nieznajomych, ale... 

– W tej roli nigdy nie byłaś dobra, Miriam – stwierdziła Debbie, stając w drzwiach. – 

Nawet na studiach nie byłaś wystarczająco słaba jak na Blankę. 

–  Deborah!  Wesołych  świąt,  moja  droga!  –  zawołała  Miriam,  odwracając  się  nagle  i 

ruszając,  by  ją  ucałować.  W  pośpiechu  zaczepiła  mankietem  wełnianego  żakietu  o  zdjęcie 

Penny z pierwszego dnia szkoły. Zdjęcie spadło na podłogę, szkło się roztrzaskało. 

– O kurwa! Ja to zrobiłam? 

– Nie przejmuj się,  Miriam  – powiedziałem  i  schyliłem  się,  żeby pozbierać odłamki. 

Miriam  zrobiła  to  samo,  zachwiała  się  niepewnie  i  poleciała  na  mnie.  Żeby  złapać 

równowagę,  chwyciła  mnie  za  rękę,  rozlewając  przy  tym  drinka  na  moją  koszulę  i  zdjęcie 

leżące  na  podłodze.  Potem  zaczęła  chichotać.  Pomogłem  jej  usiąść.  Wyciągnęła  szklankę, 

przypuszczalnie prosząc o dolewkę, a ja zauważyłem, że Debbie ukradkowo kręci głową. 

– Co możemy dla ciebie zrobić, Miriam? – spytała, wciąż stojąc w drzwiach. 

–  Przyjechałam  zobaczyć  się  z  twoim  mężem.  I  z  tobą  oczywiście  też,  Deborah.  – 

Miriam uśmiechnęła się i znów wyciągnęła szklankę, którą od niej wziąłem i odstawiłem na 

stół. 

–  Tommy  senior  twierdzi,  że  u  niego  byłeś,  Benedikcie.  Jesteśmy  ci  wdzięczni  – 

oznajmiła  bełkotliwie.  Mimo  swojego  stanu,  a  może  właśnie  przez  to,  siedziała  idealnie 

prosto, z głową dumnie odrzuconą do tyłu, ale oczy miała szkliste, a na policzki wystąpił jej 

rumieniec.  Była  atrakcyjną  kobietą,  dziś  bardziej  niż  zwykle.  Jej  skóra  wciąż  była  ciemna  i 

jędrna,  figura  szczupła  i proporcjonalna.  Debbie  powiedziała kiedyś,  że każda kobieta  może 

tak  wyglądać,  jeśli  nie  ma  dwójki  dzieci,  ale  widać  było,  że  Miriam  pracuje  nad  swoją 

sylwetką.  Jakby  wyczuwając  moje  pełne  podziwu  spojrzenie,  wyprostowała  się  jeszcze 

bardziej, tak że piersi naparły na żakiet, rozciągając guziki zapięcia. 

Debbie chrząknęła. 

– Ben zawsze robi to, co obiecał, Miriam. Mówił mi o ojcu twojego męża. Przykro mi 

o tym słyszeć. 

–  Mamy  się  czym  martwić?  –  spytała  mnie  Miriam,  jakby  Debbie  w  ogóle  się  nie 

odezwała. 

Zapewniłem  ją,  że  jej  teściowi  nic  nie  grozi,  o  ile  nam  wiadomo,  i  że  przydzieliłem 

funkcjonariusza  do  dalszego  zbadania  sprawy.  Czułem  się  jak  idiota,  przemawiając 

background image

policyjnym  żargonem  we  własnym  salonie  po  północy  w  Boże  Narodzenie,  zwłaszcza  że 

Powellowie mogli zadzwonić na posterunek, żeby się tego wszystkiego dowiedzieć. 

–  A  gdzie  twój  mąż?  –  spytała  Debbie,  siadając  na  kanapie.  Najwyraźniej  Miriam 

wyjdzie dopiero wtedy, kiedy sama tak postanowi. 

–  Och,  gdzieś  się  włóczy.  Odgrywa  Mikołaja,  dostarcza  swoje  małe  prezenciki. 

Opróżnia swój worek! 

W  niezręcznej  ciszy,  która  zapadła,  żadne  z  nas  nie  wiedziało,  jak  zareagować  na  te 

słowa. 

– Mam wrażenie, że popsułam wam wieczór – powiedziała Miriam, próbując wstać z 

godnością.  Prawie  się  jej  udało.  –  Nie  będę  się  wam  dłużej  narzucać.  Dobranoc  i  wesołych 

świąt.  Deborah... Benedict...  – I  zderzyła się ze  stolikiem.  Znów wyciągnąłem rękę,  żeby  ją 

podtrzymać,  a  ona  ścisnęła  mi  zabandażowaną  dłoń.  Skrzywiłem  się.  –  Nic  mi  nie  jest  – 

zaprzeczyła z emfazą, szukając w torebce kluczyków do samochodu. 

– Miriam,  nie  możesz  jechać w takim  stanie do domu – rzuciłem, a Debbie wzniosła 

oczy do góry. – Zamówię ci taksówkę. 

Zadzwoniłem  pod  cztery  różne  numery,  w  Lifford  i  Strabane,  ale  nigdzie  nikt  nie 

odbierał.  W końcu zrozumieliśmy, że to jedno z  nas  będzie  musiało odwieźć  ją do domu,  a 

Debbie jeszcze jaśniej dała do zrozumienia, że nie będzie to ona. 

P

O DRODZE ROZMOWA SIĘ NIE KLEIŁA

. Dojechaliśmy na podjazd domu Miriam. 

–  To  ciebie  widziałam  parę  dni  temu  u  nas  pod  domem?  –  spytała  z  kokieteryjnym 

uśmiechem. – Bałeś się wejść? 

– Nie... ktoś zadzwonił na komórkę i musiałem się zatrzymać. 

Pokiwała mi przed nosem palcem i zatrąbiła z naganą. W ciasnym wnętrzu samochodu 

czułem w jej gorącym oddechu alkohol i papierosy. 

– Nie wiedziałeś, czy wejść, Benedikcie. Kobieta zawsze wie takie rzeczy. 

Nie wiedziałem, co powiedzieć, nie powiedziałem więc nic. 

– To było miłe – ciągnęła. – Prawie jak powtórka z pierwszej randki. Zdenerwowany 

chłopak siedzi w swoim samochodzie? – Pytająco uniosła brwi. 

–  Dobranoc,  Miriam  –  starałem  się,  żeby  zabrzmiało  to  jak  najbardziej  stanowczo.  – 

Muszę przygotować dzieciom prezenty na rano. Wesołych świąt dla ciebie i Thomasa. 

–  Debbie  to  szczęściara  –  oznajmiła  Miriam.  –  Ja  też  kiedyś  tak  miałam.  – 

Uśmiechnęła  się  i  znów  pogroziła  mi  palcem.  –  Ach,  pamiętam.  Raz  nie  mogłeś  przy  mnie 

zapanować nad sobą. 

background image

Znów  się  nieśmiało  uśmiechnęła,  ale  w  ciemności  zrobiło  to  całkiem  przeciwne 

wrażenie. 

– Dawne dzieje – odparłem. – Dobranoc. 

– Dobranoc, Benedikcie. Wesołych świąt. 

Nachyliła  się,  żeby  pocałować  mnie  w  policzek,  więc  i  ja  nachyliłem  się  do  niej.  W 

ostatniej  chwili  przekrzywiła  lekko  głowę,  kąciki  naszych  ust  się  zetknęły  z  prawie 

elektrycznym łaskotaniem. Usta Miriam były wilgotne od szminki, poczułem, jak lekko kleją 

się  do  moich.  Delikatna  pieszczota  jej  warg,  ciepły  zapach  alkoholu,  wypełniający  mi  nos  i 

usta,  nutka  kokosa,  która  emanowała  z  jej  skóry  –  wszystko  to  cofnęło  mnie  w  czasie  o 

piętnaście lat. Przekręciłem się lekko w fotelu i przywarłem ustami do jej ust. Usłyszałem, jak 

jęknęła niskim głosem, poczułem chłodną wilgoć jej warg. Nasze zęby stuknęły o siebie, jak u 

całujących  się  nastolatków.  Język  Miriam  wkradł  się  do  moich  ust;  dotknąłem  go 

koniuszkiem  swojego.  Położyłem  jej  dłoń  na  policzku,  skórę  miała  ciepłą  i  miękką.  Drugą 

dłonią,  grubą od  bandaża, dotknąłem  przelotnie  jej szyi, potem  niżej,  w końcu wsunąłem  ją 

pod żakiet. Miriam jęknęła i przywarła do mnie,  gładząc  moją pierś. Przycisnęła sobie moją 

twarz do szyi  i wyszeptała coś ochrypłym, naglącym głosem –  nie zrozumiałem co. Czułem 

materiał  jej  bielizny,  chłodny  i  gładki  pod  moimi  palcami.  W  głowie  pojawiły  mi  się 

nieproszone obrazy mojej żony, a wraz z nimi nagłe wspomnienie groźby zakażenia,  jaką w 

sobie nosiłem. Mgła się uniosła i pospiesznie odsunąłem się od Miriam. 

Otworzyła oczy  i uśmiechnęła się do  mnie,  siląc  się  na  skromność, ale z widocznym 

zadowoleniem.  Potem  bez  słowa  wysiadła  z  samochodu,  i  potykając  się,  ruszyła  do  domu. 

Pomachała  mi,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Odprowadzając  ją  wzrokiem,  zauważyłem  jakiś 

ruch  w  oknie.  Spojrzałem  w  górę  i  zobaczyłem  Thomasa  Powella,  obserwującego  mnie  z 

salonu.  Chociaż  siedziałem  w  cieniu,  przez  kilka  sekund  patrzył  mi  prosto  w  oczy.  Potem 

zasunął  zasłony.  Zostałem  sam  w  ciemności,  która  wydawała  się  narastać  i  gęstnieć  wokół 

mnie, gdy wycierałem z ust szminkę jego żony. 

Kiedy  wróciłem  do  domu,  Debbie  rozkładała  na  fotelach  ostatnie  prezenty.  Nie 

odezwała  się,  kiedy  wszedłem  ani  kiedy  zacząłem  składać  wózek,  który  kupiliśmy  dla 

Shane’a. Kiedy skończyła, powiedziała po prostu: 

– Nie wytarłeś się do końca. – Wskazała na kącik moich ust. Odruchowo je potarłem, a 

ona  popatrzyła  na  mnie,  jakby  po  dziesięciu  latach  małżeństwa  nagle  przestała  mnie 

poznawać. – Ty... ty... draniu – wysyczała, niezdolna znaleźć bardziej jadowitego słowa, które 

oddawałoby to, co do mnie czuła. Potem poszła na górę, do naszej sypialni, a ja usiadłem na 

podłodze w salonie, ze śrubokrętem zwisającym bezużytecznie z dłoni i słuchałem, jak cicho 

background image

łka w nasze poduszki. 

Położyłem  się  na  kanapie,  przykryłem  kocem  Shane’a  i  zacząłem  użalać  nad  sobą. 

Rana  na  ręku  pulsowała  bólem  pod  bandażem  do  wtóru  z  poczuciem  winy  i  żalu, 

łomoczącymi w głębi głowy. 

Za  piętnaście  trzecia  rano  siedziałem  na  schodach  przed  tylnymi  drzwiami,  paląc 

piątego  papierosa.  Próbowałem  wypatrzyć  Gwiazdę  Betlejemską,  jakby  mogła  dać  mi  jakąś 

nadzieję, ale deszcz rozpadał się na dobre, zimny i ostry jak igły. Krople odbijały się od ziemi 

i łomotały entuzjastycznie o blaszany dach szopy Franka. 

O  trzeciej  piętnaście  zacząłem  przysypiać.  Kilka  razy  ocknąłem  się  już,  kiedy  żar 

papierosa przypalił mi palce. Poczułem coś dziwnego w kroczu. Przez kilka chwil usiłowałem 

dociec, co to takiego, a potem zrozumiałem, że to komórka, którą przełączyłem na wibracje, 

żeby nie zadzwoniła podczas mszy. Była trzecia czterdzieści pięć, kiedy się dowiedziałem, że 

Siwy McKelvey umarł w swojej celi. 

background image

Rozdział 8 

Środa, 25 grudnia 

P

OD  POSTERUNKIEM

,  w  strugach  deszczu,  stało  już  kilka  samochodów  zaparkowanych  w 

wyraźnym pośpiechu i byle jak. 

John  Mulrooney,  ponownie  wezwany  jako  biegły,  badał  ręce  McKelveya,  szukając 

oznak zesztywnienia.  Siwy  leżał poskręcany  na podłodze,  częściowo pod łóżkiem. Nie  miał 

butów;  jedna  brudna  skarpeta  zsunęła  mu  się  ze  stopy.  Jego  oczy  były  otwarte,  a  twarz 

wykrzywiona  z  bólu,  jakby  nawet  śmierć  go od niego  nie  wybawiła.  Podbródek  wciąż  miał 

mokry  od  śliny,  a  na  policzku  kropelki  plwociny.  Ich  biel  odcinała  się  wyraźnie  na  tle 

świeżego,  fioletowego  siniaka.  Jedno  oko  McKelveya  było  otoczone  czarną  obwódką, 

nozdrza  pokrywała  zaschnięta  krew.  Obok  niego  na  podłodze  leżało  kilka  tabletek, 

pasujących do opisu tej, którą znaleziono w żołądku Angeli Cashell. 

Ktoś robił zdjęcia. Jason Holmes siedział pod celą, pocieszany przez innego policjanta, 

jakby byli rodziną.  Ktoś inny przyniósł mu kubek herbaty, choć pewnie z dodatkiem czegoś 

mocniejszego. 

Ze swojego gabinetu wyjrzał Costello. 

– Devlin! – zawołał, a potem schował się z powrotem. 

Poszedłem do niego i usiadłem przed biurkiem. 

– Co się, kurwa, stało? – zaczął. 

– Nie wiem, proszę pana. Dopiero przyjechałem. 

–  To  ja  ci  powiem,  co  się  stało.  Ktoś,  jakoś,  nie  przeszukał  dokładnie  tego  gnojka, 

kiedy go przywieźliśmy. Wychodzi na to, że poczęstował się własnym lekarstwem. – Costello 

trochę ochłonął. – Jezu Chryste, tak go poskręcało, że będą mu chyba musieli połamać nogi, 

żeby się zmieścił do trumny. 

Przeżegnał się, pocałował kciuk i wyciągnął go ku niebu. 

Mulrooney zapukał do drzwi i wszedł. 

– Ben. – Skinął mi głową. – Wesołych świąt. 

–  Wszystkie  specjały  trafiają  się  panu,  co,  doktorze?  –  spytał  Costello,  a  Mulrooney 

background image

skrzywił się, potwierdzając. 

– Taka fucha. Rzecz jest prosta, kochani. Wygląda na to, że wziął kilka tych tabletek, 

co leżą obok niego,  jeśli to, co mówiliście o małej Cashellównie to prawda.  – Najwyraźniej 

poinformowano  go  o  koktajlu,  jaki  spożyła  Angela.  –  Martwy  od  niecałej  godziny,  moim 

zdaniem. 

– Tylko tyle? Prosta, czysta sprawa? – spytał Costello z wyraźną nadzieją. 

Mulrooney znów się skrzywił. 

–  Nie  jestem  pewny  na  sto  procent.  Twarz  ma  posiniaczoną  po  aresztowaniu,  tak  mi 

powiedziano.  Jeden  palec  też  jest  siny,  być  może  złamany.  Mogło  się  to  stać,  kiedy  go 

zwijaliście. Wygląda to, jakby ktoś przyłożył mu solidnie po twarzy – powiedział, zerkając na 

mnie.  –  Paskudny  siniak.  Mam  nadzieję,  że  na  niego  zasłużył,  ale  to  może  skomplikować 

sprawę. 

Costello zbladł. 

– Jest pan pewien? – wykrztusił. 

– Raczej tak. Jeśli będę potrzebny do czegoś jeszcze, odezwijcie się po świętach. 

Doktor uśmiechnął się smutno, pomachał nam na do widzenia i wyszedł. 

Costello wszedł za biurko i ciężko opadł na swój fotel, stękając przy tym. 

– Co się stało, Benedikcie? – spytał tonem przyjaznym i znużonym zarazem. Ale ja nie 

odpowiedziałem. 

Patrzył na mnie przez chwilę i czekał. Chciałem opowiedzieć mu o wszystkim, co się 

wydarzyło, wyrzucić to z siebie, ale nie mogłem wydobyć z siebie głosu. 

– Co się stało, inspektorze? – zapytał jeszcze raz, już zupełnie innym tonem. 

– Nie wiem, panie inspektorze. Kiedy wychodziłem, wszystko było w porządku. Leżał 

i chyba spał. 

– Chyba! – powtórzył Costello. – A ten siniak na jego twarzy? 

– Zarobił go podczas aresztowania? – podsunąłem. 

–  Cios  w  twarz?  –  warknął  nadinspektor  dość  głośno,  jak  mi  się  wydawało,  by 

wszyscy  za  drzwiami  jego  gabinetu  przystanęli  i  zaczęli  udawać,  że  wcale  nie  podsłuchują 

naszej  rozmowy.  –  Proszę  jechać  do  domu,  inspektorze  –  syknął.  –  I  dopracować  swoją 

historyjkę.  Bo  rano  będę  musiał  zarządzić  wewnętrzne  dochodzenie,  żeby  zaspokoić  prasę, 

rodzinę  McKelveya  i  każdego  gnojka,  który  chciałby  pognębić  ten  komisariat.  Ktoś  będzie 

musiał za to odpowiedzieć, inspektorze, i to nie będę ja. 

Wyszedłem  od  niego  w  milczeniu,  nie  w  pełni  rozumiejąc  to,  co  powiedział.  Ludzie 

pod drzwiami nie udawali już nawet, że nie słyszeli. Zobaczyłem sierżant Williams i jej syna, 

background image

owiniętego  w  koc  i  śpiącego  na  trzech  krzesłach  w  poczekalni.  Stała  z  ręką  na  ramieniu 

Holmesa, a on siedział ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w podłogę. Caroline musiała 

mu coś powiedzieć, bo spojrzał na mnie, a potem strząsnął jej rękę i podszedł. 

– Co się stało, Jason? – spytałem. 

– Nie wiem, proszę pana. On... ciągle mi dogryzał. Zachowywał się, jakby mu odbiło. 

Trochę  mu  może  przyłożyłem.  Ale  nic  poważnego,  nic  takiego,  co  by  spowodowało...  to  – 

powiedział, ruchem głowy wskazując zalaną światłem celę. 

–  Nic  poważnego!  Kurwa,  on  nie  żyje,  Jason!  –  syknąłem,  rozpaczliwie  starając  się 

zachować tę rozmowę między nami. 

– No nie ja jeden mu przyłożyłem, prawda? – mówiąc to, Holmes zerknął na sierżant 

Williams,  która  przez  chwilę  wytrzymała  moje  spojrzenie,  a  potem  odwróciła  niezręcznie 

wzrok.  –  Niech  się  pan  nie  martwi  –  dodał.  –  Nic  nie  powiemy.  Pana  sekret  jest  u  nas 

bezpieczny. 

Położył mi rękę na ramieniu, tak samo jak sierżant Williams jemu, i lekko rozmasował 

mi mięśnie. Spojrzałem na niego; w głowie huczało mi od myśli, a mięśnie szczęk wydawały 

się poza wszelką kontrolą. 

Stanąłem 

na 

zewnątrz, 

jasnym 

świetle 

lamp. 

Pierwsze 

promienie 

bożonarodzeniowego brzasku zaróżowiły  skraje góry za  miastem, deszcz zelżał. Przyjemnie 

chłodził  moją twarz po zaduchu posterunku.  Miałem chęć pójść wzdłuż rzeki do  miejsca,  w 

którym tydzień wcześniej porzucono zwłoki Angeli, ale uświadomiłem sobie, że już świta i że 

niedługo dzieci wstaną po swoje prezenty. 

W

JEŻDŻAJĄC  NA  PODJAZD

,

  ZAUWAŻYŁEM

,  że  światło  w  naszym  salonie  się  pali,  i 

zrozumiałem, że przegapiłem pierwszy świąteczny poranek swojego syna i minę Penny, kiedy 

otwierała swoje niespodzianki. 

Wbiegłem do domu,  ledwie zamykając za sobą drzwi.  Debbie stała w  salonie,  Penny 

zerkała na dół ze szczytu schodów. 

– Co się dzieje? – spytałem. 

– Powiedziałam dzieciom, że najpierw muszę zobaczyć, czy Mikołaj już był. Był, więc 

możemy je zawołać. 

Na jej twarzy malowało się rozczarowanie. Próbowałem jej podziękować, ale udało mi 

się jedynie coś nieskładnie wybełkotać. 

– Dzieciaki zajmą się zabawkami, a my porozmawiamy – zarządziła moja żona. – To 

ich dzień, nie zepsuj im go. 

background image

I tak na godzinę zapomniałem o swoim egocentryzmie, bawiłem się z żoną i dziećmi i 

wspominałem  wszystkie  święta Bożego Narodzenia  z własnego dzieciństwa,  tęskniąc za  ich 

czarem. 

Potem, przy śniadaniu, kiedy dzieci się bawiły, opowiedziałem Debbie o wszystkim: o 

aresztowaniu,  ugryzieniu  i  pobiciu  przeze  mnie  McKelveya,  o  tym,  jak  prawie  uderzyłem 

sierżant  Williams,  o  incydencie  z  Miriam  w  samochodzie,  o  śmierci  Siwego  i  o  tym,  jak 

Costello wysłał  mnie do domu. Mówiąc to, poczułem znajome katharsis  spowiedzi  i zrobiło 

mi  się  trochę  lepiej  –  chociaż  zdawałem  sobie  sprawę,  że  rozgrzeszenie  wymaga  pokuty  i 

zadośćuczynienia, a nie tylko zwykłego przyznania się do winy. 

Debbie słuchała, nie przerywając. Odsunęła się od stołu, kiedy relacjonowałem zajście 

z Miriam Powell, ale nie wtedy, gdy opowiedziałem jej o starciu z McKelveyem, nawet gdy 

wyjawiłem,  jak  wielką  atawistyczną  przyjemność  mi  to  sprawiło.  Kiedy  skończyłem,  przez 

kilka sekund patrzyła na swoje dłonie, potem wstała i poszła nastawić wodę. 

–  Zrobię  jeszcze  herbaty  –  rzuciła,  a  ja  obróciłem  się  na  krześle,  żeby  widzieć  ją 

krzątającą się po kuchni. 

–  I  co  myślisz?  –  spytałem,  potrzebując  jakiejś  reakcji,  a  zarazem  bojąc  się 

odpowiedzi. 

–  Głupi  z  ciebie  drań,  to  na  pewno.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  pocałowałeś  Miriam 

Powell. Każdego, ale nie tę... zdzirę! – Podniosła czajnik, a potem postawiła go z powrotem i 

odwróciła się do mnie, opierając się o kuchenkę.  – Nie spodziewałeś się tego? Ślepy  jesteś? 

Wszyscy  faceci  tak  mają?  Chryste  Panie,  Ben,  przecież  nie  mogła  dawać  wyraźniejszych 

sygnałów. 

–  Przykro  mi,  Deb  –  pokajałem  się,  powstrzymując  chęć  wymówienia  się  tym,  że  to 

Miriam zaczęła. 

– Wiem, że ci przykro, Ben. Ale to jeszcze nie znaczy, że nic się nie stało. 

– Wiem. 

–  Boże,  jaka  ja  jestem  na  ciebie  wściekła.  Cholerna  Miriam  Powell.  Ostrzegam  cię, 

Ben, trzymaj tę babę z dala ode mnie, bo będziesz miał na głowie jeszcze jedno morderstwo, 

przysięgam. 

Nic  nie  powiedziałem.  W  końcu  usiadła  obok  mnie  i  nalała  nam  obojgu  herbaty  do 

kubków. 

–  Będziesz  musiał  porozmawiać  z  Costellem.  Powiedzieć  mu  prawdę.  – 

Potrzebowałem  chwili,  żeby  zrozumieć,  że  nie  mówimy  już  o  Miriam  Powell.  –  Może 

niepotrzebnie go kopnąłeś, ale jesteś tylko człowiekiem; byłabym zaskoczona, gdybyś nic nie 

background image

zrobił.  Musisz  to  jednak  powiedzieć  Costellowi,  na  wypadek,  gdyby  myślał,  że  jesteś  w  to 

zamieszany jakoś poważniej. Holmes mu powie. Wiesz o tym. 

– Może nie – zaprotestowałem bez przekonania. 

– Daj spokój. Mundurowy na dorobku? Ma kryć inspektora? Wyda cię przy pierwszej 

okazji, jeśli będzie mógł uratować własną skórę. 

– To jeszcze nie znaczy, że ja mam go wydać – powiedziałem. 

–  Tego  nie  mówiłam.  Powiedziałam,  że  masz  powiedzieć  Costellowi,  co  zrobiłeś. 

Niech Holmes sam zajmie się swoimi sprawami. Costello zawsze był dla ciebie sprawiedliwy. 

Bądź z nim szczery. 

– A jeśli mnie wyrzuci? 

–  No  to  cię  wyrzuci!  Damy  sobie  radę.  Zatajenie  przed  nim  prawdy  tylko  pogarsza 

sytuację.  Wypij  herbatę,  zapal  sobie,  a  potem  jedź  do  niego,  zanim  cała  ta  sprawa  jeszcze 

bardziej wymknie się spod kontroli. 

C

OSTELLO  MIESZKAŁ  PRZY  DRODZE  NA 

S

J

OHNSTON

,  w  domu,  który  kiedyś  idealnie 

odpowiadał  potrzebom  jego  samego,  jego  żony  i  czwórki  dzieci,  ale  dziś  stawał  się  coraz 

bardziej  pusty,  w  miarę,  jak  jedno  po  drugim  dzieci  wyjeżdżały  na  studia  albo  się  żeniły. 

Najmłodsze  z  nich,  córka  Kate,  we  wrześniu  poszła  na  uniwersytet.  Costello  i  jego  żona 

Emily  dzielili  teraz  pięciopokojowy  dom  i  ciszę  przerywaną  tylko  z  rzadka  skrzypieniem 

podłóg. Dom został niedawno pobielony, a ogród był wspaniale zadbany – róże przycięte na 

zimę, żywopłoty równo przystrzyżone. 

Costello  nie  wyglądał  na  zaskoczonego  moim  widokiem.  Odwrócił  się  i  poszedł  z 

powrotem  w  głąb  domu,  zostawiając  drzwi  otwarte.  Wszedłem  powoli  i  zamknąłem  je  za 

sobą. Emily stała w drzwiach do kuchni, ze ścierką do naczyń w rękach. Za nią siedziała przy 

stole  w  piżamie  i  jadła  płatki  ich  najmłodsza  córka  Kate,  która  przypuszczalnie  wróciła  do 

domu na święta. 

– Cześć, Ben! – zawołała, unosząc łyżkę w pozdrowieniu. 

– Cześć, Kate – odparłem, a Emily podeszła do mnie i ujęła moją dłoń w obie ręce. 

– Wesołych świąt, Benedikcie. Co u Debbie i dzieci? – spytała łagodnie. 

–  Wszystko  w  porządku,  Emily.  Nawzajem  wesołych  świąt  –  odparłem,  patrząc,  jak 

Costello wtacza się do pokoju, który nazywał swoim gabinetem. 

–  Pozdrów  ich  ode  mnie  –  powiedziała  Emily,  a  potem  popchnęła  mnie  w  kierunku 

tego  pomieszczenia  z  uprzejmym  uśmiechem,  choć  nie  do  końca  wiedziałem,  czy  na  to 

zasługuję. 

background image

Zapukałem  w  dębowe  drzwi  i  wszedłem.  Costello  siedział  przy  sekretarzyku,  który 

kupił  na  aukcji  w  Omagh  i  który  pomagałem  mu  wnieść  do  tego  pokoju.  Miał  na  nosie 

okulary i czytał rachunek za prąd. 

–  Czego  chcesz,  Benedikcie?  –  spytał  ze  znużeniem,  zerkając  na  mnie  ponad 

oprawkami okularów i wracając do studiowania rachunku. 

– Muszę panu opowiedzieć,  co się  stało; o  moim  udziale.  Powinienem to powiedzieć 

już wczoraj wieczorem, przepraszam. 

I  po  raz  drugi  tego  ranka  zrelacjonowałem  ciąg  wydarzeń,  które  nastąpiły  ostatniej 

nocy. Costello kilka razy przerywał mi, chcąc mieć pełną jasność. 

– Czyli uderzyłeś go, kiedy cię ugryzł? – chciał się upewnić, gdy skończyłem. 

– Tak. 

– I był cały i zdrowy, kiedy Harvey wychodził? 

Kiwnąłem głową. 

– I nie zajrzałeś do niego, zanim wyszedłeś? 

Pokręciłem  głową.  To  nie  miało  znaczenia  –  tak  czy  inaczej,  umarł  na  zmianie 

Holmesa. 

– Widziałeś, czy Holmes przeszukał McKelveya, kiedy go aresztował? 

Znów pokręciłem głową. 

–  Nie  patrzyłem,  co  się  dzieje,  po  tym  ugryzieniu  i  w  ogóle.  Kiedy  go  przywieźli, 

założyłem, że go przeszukał. 

– Wiesz, czy Holmes zrobił coś chłopakowi, kiedy ten przebywał w areszcie? 

Żaden z nas przez chwilę się nie odzywał. 

– Tak myślałem. Masz papierosy? – spytał. 

– Nie wiedziałem, że pan pali. – Przez pięć lat, odkąd go znam, nie widziałem, żeby to 

robił. 

–  Czasami  cygaro,  wieczorem.  Ale  jest  za  wcześnie  na  cygaro.  Weź  to  zamiast 

popielniczki  –  powiedział,  wysypując  spinacze  do  papieru  z  ceramicznej  miseczki  do 

maczania palców stojącej na blacie. Zapalił, wyglądając przez okno; wypuszczał kłęby dymu, 

jakby papieros był cygarem, a ja paliłem nerwowo obok niego. 

– McKelvey był zwierzęciem, Benedikcie. Moim zdaniem zasłużył na wszystko, co go 

spotkało.  Cała ta śmierć w  areszcie  nie podoba  mi  się dlatego,  że wychodzimy  na durniów. 

Przy aresztowaniu trzeba go było dokładnie przeszukać. Holmes powinien mieć na niego oko 

i trzymać ręce przy sobie. W nocy na posterunku powinien być więcej niż jeden policjant, na 

Boga, Wigilia czy nie. Twoje starcie z nim powinno zostać zgłoszone... Krok po kroku same 

background image

wpadki. 

Zgasił papierosa, zaginając filtr na żar, żeby mieć pewność, że go zdusił. 

– Ale – podjął – McKelvey zabił tę dziewczynę swoimi  narkotykami. Mam  nadzieję, 

że gnojek pocierpiał, zanim zdechł, bo to cała sprawiedliwość, jaką dostanie Angela Cashell. 

Byłoby  lepiej  dla  nas  wszystkich,  gdyby  Johnny’emu  udało  się  spalić  drania  żywcem  w 

zeszłym tygodniu. Dlatego pytanie brzmi: co dalej? 

– Wydział Spraw Wewnętrznych? 

–  Prawdopodobnie.  Niech  zadecyduje  Dublin.  Na  razie,  czy  to  słuszne,  czy  nie, 

zwalamy wszystko na McKelveya. To ma być nasze oficjalne stanowisko. – Zaczął odliczać 

na palcach: – Był widziany z dziewczyną, wiemy, że kłamał, mówiąc, że nie widział się z nią 

w  czwartek  wieczorem,  wiemy  od  Coyle,  że  dostarczał  jej  narkotyki,  wiemy,  że  uprawiali 

seks.  Po  jego  śmierci  znaleźliśmy  przy  nim  narkotyki,  które  zabiły  Angelę  Cashell,  jego 

sylwetka  odpowiada  rozmiarom  mordercy.  Wszystko  się  zgadza,  o  ile  autopsja  wykaże,  że 

przyczyną śmierci była ta trutka na szczury w tabletkach. 

– A siniaki? 

–  Skłaniałbym  się  do  stawiania  oporu  przy  aresztowaniu.  To  Holmes  go  aresztował, 

prawda?  Będzie  musiał  wziąć  trochę  tego  na  siebie,  czy  mu  się  to  podoba,  czy  nie.  Będzie 

dużo  lepiej,  jeśli  oberwie  za  nadmierny  zapał  przy  aresztowaniu  niż  za  przestępcze 

zaniedbanie. 

– Będzie z tego dobry PR – powiedziałem. 

–  Cóż,  tak to  już  jest.  Zawiesimy  Holmesa  na  tydzień.  Z  pensją.  Może  pracować  po 

cichu  nad  morderstwem  Boyle’a,  byle  nie  pokazywał  się  na  posterunku.  A  McKelvey  jako 

martwy zabójca, a nie martwa ofiara, tylko nam pomoże. Dlatego, Benedikcie, oto co zrobisz 

– powiedział, nachylając się do mnie i stukając mnie w kolano. – Jedź na posterunek i zbierz 

swoje akta. Potem zamknij sprawę. Zwal wszystko, co mamy, na McKelveya i nie zostawiaj 

żadnych  luźnych  wątków.  Jeśli  uda  się  nam  to  zakończyć,  będziemy  się  mogli  skupić  na 

młodym Boyle’u. Jeszcze dzisiaj. 

K

IEDY  PRZYJECHAŁEM

,

  NA  POSTERUNKU  BYŁO  GWARNO

  jak  w  ulu;  udało  mi  się  dostać  do 

pokoju  morderstw  i  zabrać  niebieski  segregator  z  aktami  McKelveya  tak,  że  nikt  mnie  nie 

zauważył. 

Ciało Siwego zabrano, cela była pusta. Na podłodze zostały kredowe obrysy miejsc, w 

których znaleziono zwłoki i tabletki. Wyszedłem tylnym wyjściem przeciwpożarowym, żeby 

nie musieć z nikim rozmawiać, i pojechałem do domu. 

background image

Debbie  szykowała  obiad,  a  dzieci  bawiły  się  w  salonie,  usiadłem  więc  w  kuchni  i 

opowiedziałem o wszystkim, co zaszło u Costella. Żona słuchała mnie, obierając ziemniaki  i 

zaglądając  do  indyka  w  piekarniku;  nakłuwała  go  i  sprawdzała,  czy  za  bardzo  nie  wysechł. 

Potem  zabrałem  się  do  pracy:  zebrałem  wszystkie  wątki  razem  i  spróbowałem  umieścić 

McKelveya  na  samym  środku.  Kłopot  polegał  na  tym,  że  nie  mieliśmy  żadnych  twardych 

dowodów  –  nie  było  dymiącego  pistoletu,  nie  było  podpisanego  przyznania  do  winy.  Z 

drugiej  strony,  praca  detektywa  opiera  się  w  większości  na  poszlakach  –  odciski  palców  i 

badania  DNA  przydają  się  dopiero  wtedy,  gdy  podejrzany  jest  już  w  areszcie.  Zrobiłem  co 

mogłem  z  tym,  co  mieliśmy,  i  starałem  się  zapomnieć  o  moralnych  aspektach  tego,  co 

robiłem.  Wiedziałem,  że  McKelvey  prawdopodobnie  zabił  albo  przyczynił  się  do  śmierci 

Angeli Cashell, ale w obecnym stanie rzeczy nigdy nie wiedziałbym tego na pewno, dlatego 

zawsze  miałbym  jakieś  wątpliwości.  Nie  dawał  mi  spokoju  fakt,  że  nie  mogłem  znaleźć 

żadnego  logicznego  motywu.  Jak  powiedział  sam  Siwy,  Angela  dawała  mu  dupy  –  po  co 

miałby ją zabijać? 

Z  przerwami  na  obiad  i  życie  rodzinne  skończyłem  raport  o  ósmej  trzydzieści 

wieczorem. Położyliśmy dzieci spać i poprosiłem Debbie, żeby go przejrzała i zobaczyła, czy 

wszystko  trzyma  się  kupy.  Przeczytała  go  dwa  razy,  za  pierwszym  i  za  drugim  tak  samo 

zdziwiona; przerzucała kartki tam i z powrotem, sprawdzając jakieś informacje. 

Po jej minie widziałem, że znalazła coś, co nie gra. 

– O co chodzi, Deb? – spytałem. A kiedy odpowiedziała, uświadomiłem sobie, co nie 

dawało mi spokoju, odkąd Costello rano przedstawił wszystkie fakty. 

–  Po  co  zakładał  prezerwatywę?  –  spytała.  –  McKelvey.  Po  co  mu  prezerwatywa? 

Według  tego,  co  tu  napisałeś,  nie  przejmował  się,  że  jego  dziewczyny  zachodziły  w  ciążę. 

Właściwie nawet wydawał się z tego dumny. Zwłaszcza skoro sądził, że Angela jest w ciąży. 

Zakładanie  prezerwatywy  do  stosunku  z  kimś,  kto  według  ciebie  już  jest  z  tobą  w  ciąży, 

wydaje mi się bez sensu. 

Coś  zimnego  przebiegło  mi  po  kręgosłupie  i  utkwiło  głęboko  wewnątrz  mnie. 

Mimowolnie zadrżałem. 

–  Chyba  że  chodziło  o  AIDS.  Wiesz,  o  jakąś  chorobę  weneryczną  albo  coś  – 

zasugerowała Debbie, ale ja wiedziałem, że nie w tym rzecz. 

– Nie – odparłem.  – Sam się  nad tym zastanawiałem. Jeśli uważał, że Cashell  jest w 

ciąży,  to znaczy,  że  już uprawiali seks  bez zabezpieczenia.  Dlaczego nagle tej  nocy  mieliby 

się zacząć martwić chorobami wenerycznymi? 

– Może nie chciał zostawiać śladów, no wiesz, DNA. 

background image

Zastanowiłem się nad tym, a potem z rezygnacją pokręciłem głową. 

– Być może. Ale to by oznaczało, że zamierzał ją zabić, że układał plany na przyszłość 

i wiedział, że będzie musiał założyć prezerwatywę, żeby nie dać się złapać. To po prostu nie 

pasuje. Założyliśmy, że to był wypadek, narkotykowy trip, który źle się skończył. McKelvey 

nie miał motywu, żeby ją zabić. Tego nie ma w raporcie. Nie miał motywu. 

– Myślał, że Angela jest w ciąży. Może się bał, że komuś powie – podsunęła Debbie. 

–  On  sam  by  chciał,  żeby  komuś  powiedziała.  Miałby  następną  na  swojej  liście.  – 

Poczułem,  że  po  plecach  spływa  mi  pot,  i  zbladłem.  –  McKelvey  nie  pasuje.  Od  samego 

początku szliśmy złym tropem. Coś przeoczyłem. 

Nie umiałem ubrać w słowa tego,  że przez to wszystko w świąteczny poranek,  kiedy 

deszcz spłukiwał ulice na zewnątrz, umarł niewinny osiemnastoletni chłopak. 

Z

ADZWONIŁEM NAJPIERW DO 

C

OSTELLA

 i powiedziałem mu, do czego doszedłem.  Wysłuchał 

mnie, zaklął, a potem kazał zaczekać do rana, żeby mógł się z tym przespać. Umówiliśmy się 

na  posterunku  o  ósmej  rano.  Spytałem  o  Holmesa  i  dowiedziałem  się,  że  tak  jak 

rozmawialiśmy, został zawieszony z prawem do pensji do chwili przesłuchania. Costello nie 

powiedział mu o pobiciu, Holmes też nic o tym nie wspomniał. 

Potem  zadzwoniłem  do  sierżant  Williams  i  zacząłem  tłumaczyć  wszystko  jej.  W  tle 

słyszałem  grającą  muzykę,  jakiś  obiadowy  jazz.  Caroline  wydawała  się  lekko  wstawiona; 

słyszałem  pocieranie  jej  dłoni  o  słuchawkę,  jakby  ją  zakrywała,  żeby  coś  do  kogoś 

powiedzieć. 

– Przepraszam, Caroline – powiedziałem. – Masz towarzystwo? 

– Tak jakby – odparła i zachichotała w sposób, którego jeszcze nie słyszałem. 

– Ktoś, kogo znam? 

– Być może, detektywie. 

– Jest u ciebie Holmes? – spytałem, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia w głosie. 

– Aha – powiedziała i się zaśmiała. 

– Jak przyjął zawieszenie? 

–  Jest  trochę  wkurzony.  Musi  dalej  robić  swoje,  ale  nikt  nie  może  się  o  tym 

dowiedzieć. Każdy by się wkurzył. Ale mu przejdzie. 

– Posłuchaj, Caroline, to ważne. Nie mów Holmesowi tego, co ci teraz powiem:  jeśli 

się okaże, że McKelvey był niewinny, bardzo go to zaboli. Może za to polecieć. 

Mimo  wcześniejszej  wesołości  Caroline  szybko  spoważniała  i  wysłuchała  mnie,  nie 

przerywając. Poprosiłem, żeby spotkała się ze mną rano na posterunku. 

background image

Przed pójściem spać poszedłem dać Frankowi psich sucharków i świeżej wody na noc. 

Ale kiedy otworzyłem drzwi szopy, w której trzymaliśmy go w złą pogodę, nie było go tam. 

Wróciłem do ogrodu i zawołałem go kilka razy, ale bez skutku. Krzyknąłem do Debbie, żeby 

przyniosła  latarkę  i  zaczęliśmy  przeszukiwać  zarośla  i  rowy  w  pobliżu  domu.  Poświeciłem 

krótko  w  stronę  pola,  na  którym  pasły  się  owce  Andersona,  i  z  ulgą  zobaczyłem,  że 

przynajmniej tam nie ma mojego psa. 

Po  powrocie  do  ogrodu  usłyszałem  znajome  posapywanie  z  szopy.  Frank  leżał 

pośrodku, ze spuszczonym łbem, i bez przekonania merdał ogonem, chcąc się przekonać, jak 

zareaguję  na  jego  nieobecność.  Futro  miał  mokre  od  rosy  i  deszczu  na  wysokiej  trawie  pól 

graniczących  z  naszą  działką,  jedno  ucho  upaprane  śniegiem.  Zacząłem  szukać  miejsca, 

którędy  wydostał  się  z  szopy,  świeciłem  latarką  w  kąty  i  za  graty,  leżące  w  stosach  pod 

ścianą, ale nie zobaczyłem nic. Zmierzwiłem mu futro na łbie i wyszedłem, zamykając szopę 

na klucz. 

P

ÓŹNIEJ

,

  W  SYPIALNI

,

  MUSIAŁEM  WYJAŚNIĆ 

D

EBBIE

,  dlaczego  odsunąłem  swoją  szczotkę  do 

zębów od pozostałych i dlaczego rozkładam sobie osobny materac. Płakałem, opowiadając jej 

o swoim  lęku przed AIDS  i wszystkim  innym, co mógł roznosić McKelvey. Debbie uklękła 

przy mnie na podłodze i ujęła w dłonie moją twarz. Pocałowała mnie delikatnie i obiecała, że 

wszystko będzie w porządku, a ja prawie jej uwierzyłem. 

O  wpół  do  trzeciej  w  nocy  obudził  nas  krzyk  Penny.  Przechodząc  przez  korytarz  w 

drodze do łazienki, przypadkiem spojrzała na dół, na drzwi frontowe do naszego domu. Ktoś 

tam stał i na nią patrzył. Powiedziała, że widziała, jak rusza się klamka. Ten ktoś wyglądał na 

bardzo złego, mówiła. 

Powiedzieliśmy,  że  się  jej  to  przyśniło,  że  musiała  być  na  wpół  śpiąca.  Potem 

wyszedłem przed dom się rozejrzeć, a Debbie zabrała Penny do naszego łóżka. Napełniałem 

czajnik  wodą  trzy  razy,  żeby  zmyć  błotniste  ślady  stóp  sprzed  naszych  drzwi  i  żeby  nie 

zobaczyła ich rano Penny. 

background image

Rozdział 9 

Czwartek, 26 grudnia 

D

RUGI  DZIEŃ  ŚWIĄT

 powitał  nas wspaniałym,  błękitnym  niebem  i  eksplozją wschodu słońca 

nad wzgórzami za domem. Znów nie spałem – całą noc trzymałem straż, aż niebo poszarzało, 

a  kałuże  pozostałe  po  wczorajszym  wieczornym  deszczu  zamarzły  i  zalśniły  w  pierwszych 

promieniach  wstającego  słońca.  Nie  było  wiatru,  tylko  ostry  mróz,  trawa,  sztywna  aż  do 

popołudnia,  chrzęściła  nam  pod  stopami.  Powiedziałem  sobie,  że  nastał  nowy  dzień,  i 

próbowałem wypchnąć z myśli nocnego gościa. 

O siódmej piętnaście chlusnąłem ciepłą wodą na szyby samochodu, żeby je rozmrozić, 

a  potem  zostawiłem  silnik  na  chodzie  i  poszedłem  zbierać  notatki  na  spotkanie  z  sierżant 

Williams  i  Costellem.  Kiedy  znowu  wyszedłem,  woda  na  szybie  zdążyła  z  powrotem 

zamarznąć. W środku mój oddech skraplał się i zamarzał na oknach od wewnątrz. Siedziałem 

w samochodzie, czekałem, aż silnik się nagrzeje, i paliłem papierosa. Szczegóły sprawy całą 

noc kipiały mi w głowie. Wczoraj zebrałem wszystkie dostępne dowody, że Siwy McKelvey 

zabił Angelę Cashell, a teraz musiałem zacząć udowadniać, że wcale tego nie zrobił. 

Na posterunek dojechałem dwadzieścia minut przed czasem, ale Costello już tam był, 

a  sierżant  Williams  dojechała  niedługo  po  mnie.  Tuż  przed  ósmą  na  ulicy  zatrzymała  się 

niebieska  furgonetka.  Kilka  minut  później  zza  zakrętu  wyjechała  mniejsza,  biała,  z  anteną 

radiową na dachu i zatrzymała się przed betonowymi słupkami pod wejściem na komisariat. 

Przez  śliski  chodnik  do  recepcji  weszła  młoda  kobieta,  owinięta  w  krótki  kożuszek, 

rękawiczki  i  wełniany  szalik.  Usłyszeliśmy,  jak  przedstawia  się  jako  reporterka  kanału  108 

FM,  miejscowej  niezależnej  stacji.  Słyszałem  ją  poprzednio  raz  czy  dwa  w  wiadomościach, 

choć była o wiele młodsza, niż sugerował głos. Ciekawiło ją, czy chcielibyśmy skomentować 

śmierć Williama McKelveya w więzieniu albo atak „dzikiego kota z Lifford” na owce zeszłej 

nocy. 

Poszedłem  do  biura  dyżurnego  i  zacząłem  słuchać.  Mark  Anderson  skontaktował  się 

rano  z  radiem  i  doniósł,  że  jedna  z  jego  owiec  została  poprzedniej  nocy  zmasakrowana  i 

wypatroszona. Recepcjonistce w 108 FM powiedział, że już dwa razy prosił gardai o pomoc, 

background image

ale nikt nic nie zrobił. 

Miałem  nadzieję  usłyszeć  więcej  szczegółów,  ale  Costello  uciął  dyskusję,  mówiąc 

młodej kobiecie, że później zostanie wydane oświadczenie, a tymczasem żadnych komentarzy 

nie będzie. 

Nasze  spotkanie  było  krótkie.  Najpierw  Costello  poinformował  nas,  że  w  badaniu 

balistycznym  zlokalizowano  broń  użytą  do  zamordowania  Terry’ego  Boyle’a.  Była  użyta 

podczas napadu na stację benzynową w Bundoran jakiś rok temu. 

Następnie zajął się Angelą Cashell i skutkami śmierci McKelveya. Postanowiliśmy, że 

na razie Siwy będzie naszym mordercą, a my w tym czasie jeszcze raz sprawdzimy wszystkie 

szczegóły.  Jeśli  na  radarze  pojawi  się  nam  jakaś  nowa  figura,  jak  powiedział,  zajmiemy  się 

McKelveyem w miarę potrzeby. Jeżeli nasze śledztwo nic nie wykaże, zamkniemy sprawę po 

cichu i Siwy pozostanie dla wszystkich mordercą Angeli Cashell. 

Spytałem go o pierścionek, który McKelvey podobno sprzedał. 

– Zapomnij o tym cholernym pierścionku, Benedikcie. Chcę mieć szybko wyniki. Nie 

ignorujcie rzeczy oczywistych tylko dlatego, że są oczywiste! 

Williams  i  ja  wróciliśmy  do  pokoju  z  aktami.  Pracowaliśmy  cały  ranek,  badając 

anomalie i niewyjaśnione wątki, które wyszły nam w pierwszym śledztwie. Nabierałem coraz 

mocniejszego przekonania, że pierścionek, który miała na palcu Angela Cashell, był w jakiś 

sposób w całej tej sprawie kluczowy. 

– Dlaczego? 

–  Była  rozebrana  do  naga;  jej  ubranie  ktoś  zatrzymał  albo  zniszczył;  ktoś  ją  umył; 

użyli  prezerwatywy.  Wszystko  to  zrobiono,  żeby  ograniczyć  możliwość  pozostawienia 

jakichkolwiek  śladów.  Zabrano  wszystko  oprócz  majtek  i  tego  pierścionka.  Dlaczego 

zostawili jej majtki? 

– No,  majtki  sugerowałyby  jakiś szacunek.  Jakieś  minimum uczucia czy  sympatii do 

tej dziewczyny. Ktoś chciał, żeby zachowała nieco godności. 

– Ojciec? 

–  Być  może.  Na  pewno  warto  mu  się  jeszcze  raz  przyjrzeć.  Albo  kobieta  – 

zasugerowała Caroline. 

– Dlaczego? 

– Nie wiem. Po prostu wydaje mi się, że kobieta mogłaby coś takiego zrobić. Włożenie 

jej majtek było decyzją świadomą. Mężczyzna by tego chyba nie zrobił. Właściwie można by 

nawet  pomyśleć,  że  skoro  doszło  już  do  seksu,  wolałby  coś  tak  osobistego  zatrzymać  dla 

siebie, wie pan, jako trofeum? 

background image

Brzmiało to logicznie. 

–  A  pierścionek?  Ma  jakieś  znaczenie.  Nikt  z  jej  rodziny  ani  przyjaciół  o  nim  nie 

wiedział. 

– Siwy McKelvey wiedział. Może to on jej go dał. 

– To bardziej prawdopodobne niż że sprzedał go komuś, kto potem wrócił i ją zabił – 

powiedziałem. 

– Czyli tak, ukradł go Szczurowi Donagheyowi, dał Angeli Cashell, a ona ginie z nim 

na palcu? 

– Uważasz, że warto zabić dla tego pierścionka? 

– Nie wiem. Może powinniśmy dać go do wyceny. 

– Ale gdyby był coś wart, ten, kto zabił Angelę, zabrałby go – zauważyłem. 

– To prawda. Czyli to musi być jakaś wiadomość. 

– Dla kogo? 

– Nie wiem. Ale ma pan rację. Sprawdzimy to. 

Spytałem sierżant Williams, czy udało się jej skontaktować z garda w Bundoran, który 

zajmował się śmiercią Donagheya. 

– Jeszcze nie. Powiedzieli mi, że jutro wraca z urlopu. Muszę z nim też porozmawiać o 

broni,  z  której  zabito  Terry’ego  Boyle’a.  Jak  pan  sądzi,  co  łączy  Donagheya  z  Cashell? 

Narkotyki? 

– Być może – odparłem. – Ale on był z innego pokolenia. Wiekiem odpowiadał raczej 

Johnny’emu  niż  Angeli.  Sprawdź  mimo  to.  I  wyciągnij  jeszcze  raz  to  nagranie  z  baru. 

McKelvey  zaprzeczał,  że  był  tamtej  nocy  z  Angelą.  Obejrzyjmy  to  jeszcze  raz  i  zobaczmy, 

czy kłamał. Ja tymczasem idę na czuwanie. 

– Czyje? 

– Angeli Cashell. W Wigilię jej zwłoki wróciły do domu. Jutro ma być pogrzeb. Chcę 

się przedtem zobaczyć z Sadie Cashell. 

– Nie za wcześnie? Dopiero po dziesiątej? 

–  Ranek  to  dla  nas  najlepsza  pora;  mniejsza  szansa,  że  się  zdążyli  pobić.  –  Wziąłem 

kluczyki. – Jedziesz ze mną? 

– Żartuje pan? – odparła i chwyciła kurtkę. 

C

ZUWANIE  TO  W 

I

RLANDII  STARA  TRADYCJA

.  Ciało  wystawia  się  na  dwie  noce  przed 

pogrzebem.  Zbierają  się  sąsiedzi  i  przyjaciele  –  teoretycznie,  żeby  złożyć  kondolencje,  ale 

czasami  czuwanie  przekształca  się  w  zabawę.  Żałobnicy  komentują,  jak  dobrze  zmarły 

background image

wygląda, jakby wcale nie był martwy. Papierosy roznosi się na tacach jak kanapki. W końcu 

ktoś  otwiera  butelkę  whisky  i  częstuje  pozostałych,  ktoś  wyciąga  gwizdek  albo  skrzypce  i 

zaczyna się normalne ceilidh. Ludzie skaczą i wirują wokół trumny, a puste szklanki stawiają 

na białej, satynowej wyściółce. 

Następnego  ranka  dom  śmierdzi  jak  niewietrzony  pub.  Kubki  z  osadem  po  herbacie 

zbiera się  i  myje; robi  się kanapki  na kolejny wieczór, który zapowiada się  jeszcze  huczniej 

niż poprzedni. 

Kiedy weszliśmy do domu, Sadie Cashell siedziała przy trumnie córki. Mimo wczesnej 

godziny  były  z  nią  trzy  sąsiadki.  Dałem  jej  kartkę  żałobną,  podpisaną  przez  ojca  Brennana, 

złożyłem  kondolencje,  a  potem  stanąłem  obok  trumny  i  zmówiłem  trzy  zdrowaśki  za 

odkupienie duszy Angeli Cashell. Sadie nachyliła się nad trumną, odgarnęła Angeli z twarzy 

kosmyk jasnych włosów i poprawiła marszczenie całunu pod szyją. Dokończyłem modlitwę i 

położyłem delikatnie dłoń na dłoniach dziewczyny, złączonych na jej piersiach i splecionych 

różańcem. Jej skóra była zimna i twarda, prawie jak wosk. Na twarzy miała wyraz błogości: 

anielskiej  błogości.  Z  pewnością  wyglądała  lepiej,  niż  kiedy  widziałem  ją  po  raz  ostatni, 

leżącą  na  liściach  i  mokrym  mchu,  z  pustym,  zimowym  niebem  odbitym  w  niewidzących 

oczach. 

Usiadłem  obok  Sadie  na  jednym  z  twardych,  drewnianych  krzeseł,  które  musiała 

pożyczyć od sąsiada, i podałem jej małego bushmillsa, którego kupiłem w barze McElroya po 

godzinach. 

Przytrzymała  moją  dłoń  w  swoich,  lekko  drżących  i  potarła  kciukiem  wierzch  mojej 

dłoni. Powiedziała mi, że Johnny’ego nie wypuszczono na czuwanie, ale miał nadzieję wrócić 

na pogrzeb. Opowiedziała, jak to wszystko zniosły jej pozostałe córki. Muire dzień wcześniej 

uciekła  z  domu,  ale  została  znaleziona  przez  sąsiada,  kiedy  szła  na  piechotę  do  Strabane. 

Potem Sadie spytała, czy wiemy, kto zabił jej córkę, a ja odparłem, że chyba wiemy i że jeśli 

wierzy w Boga, ten ktoś doświadczył już sprawiedliwości. Uśmiechnęła się i mocniej ścisnęła 

moją dłoń. 

– Sadie – powiedziałem. – Chcę panią prosić o przysługę. Ten pierścionek, który miała 

Angela. Ma go pani? 

– Bo co? 

– Proszę posłuchać, wiem, że nie należał do niej, ale to mnie nie obchodzi. Niech go 

pani zatrzyma,  jeśli chce.  Chciałbym go tylko pożyczyć na dzień czy dwa.  Może mieć  jakiś 

związek z tym, co się z nią stało. 

Niechętna  z  początku  Sadie  w  końcu  się  zgodziła  i  ociągając  się,  odeszła  od trumny 

background image

córki.  Usłyszałem,  jak  wchodzi  na  górę  po  schodach  i  kręci  się  na  piętrze  nad  nami.  Pół 

minuty  później  wróciła  z  pierścionkiem,  zamkniętym  w  foliowej  torebce  na  materiał 

dowodowy,  w  którym  umieściła  go  pani  patolog.  Wręczyła  mi  go  bez  słowa  i  usiadła  z 

powrotem przy córce. 

– Dotykała go pani, Sadie? –  spytałem. –  Kiedy  go pani dostała.  Muszę to wiedzieć, 

chodzi o odciski palców. 

Spojrzała na mnie i pokręciła głową. 

– Przepraszam – powtórzyłem. – Musiałem o to spytać. 

Powiedziałem, że musimy już iść, a ona wstała, żeby odprowadzić nas do drzwi. 

–  Johnny  był  na  mnie  zły,  wie  pan.  Za  to,  że  wzięłam  te  pieniądze  –  powiedziała.  – 

Mówił, że nie potrzeba nam jałmużny od psów. 

–  Wszyscy  czasami  potrzebujemy  pomocy.  Johnny  jest  zły  przez  Angelę.  To 

zrozumiałe. 

– Była jego ulubienicą. Dziwne, ale ją kochał najbardziej. Traktował ją tak, jakby była 

jego córką. 

Wziąłem ją za rękę i spojrzałem jej w oczy. 

– Była jego córką, Sadie, i nie pozwolę, żeby ktokolwiek twierdził inaczej. 

Szybko  przyciągnęła  mnie  do  siebie,  ścisnęła  za  ramiona  i  wymamrotała  mi  coś  w 

kark. Poczułem na skórze wilgoć jej łez. 

K

IEDY  WRÓCILIŚMY  NA  POSTERUNEK

,  po  drugiej  stronie  drogi,  naprzeciw  biura 

informacyjnego zebrała się grupa dziennikarzy. Ktoś do nich przemawiał – ktoś zbyt szczupły 

jak  na  Costella.  Nie  wiedzieć  czemu,  nie  byłem  zaskoczony,  kiedy  uświadomiłem  sobie,  że 

postacią  w  ciemnym  garniturze,  pomstującą  na  niekompetencję  garda  był  Thomas  Powell, 

usiłujący wejść w buty swojego ojca. Być może przypadkiem na wykład o zbrodni i karze w 

Lifford  wybrał  ulicę  przed  starym  gmachem  sądu,  z  którego  dachu  na  oczach  tysięcy  ludzi 

wieszano osiemnastowiecznych recydywistów. 

– W ciągu ostatnich tygodni zginęły trzy młode osoby, jedna z nich w areszcie garda, 

a mimo to wygląda na to, że nic w ich sprawie nie zrobiono. Jakieś dzikie zwierzę szlachtuje 

stada i z tym też nic nie zrobiono. 

Mówiąc to, rozglądał się po zebranych, starając się nawiązać kontakt wzrokowy z jak 

największą  liczbą  z  nich,  być  może  usiłując  zapamiętywać  twarze  z  myślą  o  przyszłych 

konferencjach prasowych. Potem zobaczył mnie i przysięgam, że się uśmiechnął. 

– Zamiast tego funkcjonariusze zajmują się sprawami osobistymi, a my musimy znosić 

background image

efekty ich nieudolności. – Wskazał w moim kierunku. – Być może inspektor Devlin rozwinie 

temat. Cogardai robią, żeby posprzątać ten bałagan? 

Odwrócił  się  do  kamer,  dyktafonów  i  mikrofonów,  najwyraźniej  wychodząc  z 

założenia, że zastosuję się do wydanego przez Costella zakazu komentowania. 

–  Mój  ojciec  niestrudzenie  walczył  z  niekompetencją  gardai.  Przykro  mi,  że  ja  będę 

musiał robić to samo i reprezentować obywateli Donegal jako bezstronny głos. 

– Postawmy mu się trochę, co? – powiedziałem do sierżant Williams i podszedłem do 

Powella, stając obok niego przed reporterami. Poczułem, że Caroline ciągnie mnie za kurtkę, 

zobaczyłem na jej twarzy panikę. Potem usunęła się na bok, z dala od blasku fleszy. 

Moją  obecność  uświadomiła  Powellowi  reporterka  radiowa,  którą  widziałem 

poprzednio. 

– Panie inspektorze, jakiś komentarz do tych zarzutów? 

Podniosłem  rękę  i  zaczekałem,  aż  ucichnie  gwar.  Mówiłem  wolno  i  wyraźnie,  nie 

patrząc na Powella, który stał obok mnie z założonymi rękami. 

– Właśnie wróciłem z wizyty w  jednym  z trzech  domów po obu stronach granicy,  w 

których rodzina  spędziła święta,  opłakując stratę dziecka.  Wydaje  mi  się,  że powinniśmy to 

raczej  uszanować,  niż  nad  ich  trumnami  prowadzić  kampanię  wyborczą,  nie  sądzicie 

państwo? 

Uśmiechnąłem się uprzejmie, odwróciłem i poszedłem na posterunek. Costello patrzył 

na  mnie  wilkiem  z  drzwi  swojego  gabinetu  –  widział  całe  zajście  przez  szpary  w 

zapuszczonych żaluzjach. 

P

OPROSIŁEM  SIERŻANT 

W

ILLIAMS

,  żeby  zadzwoniła  do  Patsy’ego  McLaughlina,  jednego  z 

naszych  najstarszych  biegłych,  znanego  ze  swojej  dbałości  w  zbieraniu  materiału 

dowodowego.  Kiedy  sprawdzał  odciski  palców  na  pierścionku,  zadzwoniłem  do  ojca, 

człowieka,  którego  Powell  senior  nazwał  „tym  od  mebli”.  Ojciec  całe  życie  zajmował  się 

antykami i co za tym idzie, zna większość starszych i doświadczonych handlarzy antykami w 

okolicy.  Nie  wiedziałem,  czy  pierścionek  był  antykiem,  ale  wyglądał  na  tyle  staro,  że 

przynajmniej warto było to sprawdzić.  Chciałem  też mieć  jakieś pojęcie o jego wartości, bo 

jego posiadanie przez  Angelę Cashell  było tak samo  mało wiarygodne,  jak to,  że należał do 

dilera narkotyków, takiego jak Szczur Donaghey. 

Ojciec  powiedział,  że  oddzwoni  za  pięć  minut.  Pół  godziny  później  zadzwonił  i 

powiedział,  że  znalazł  człowieka  w  Derry,  Ciarana  O’Donnella,  który  zgodził  się  rzucić 

okiem  na  pierścionek.  Umówiłem  się  z  nimi  w  pracowni  O’Donnella  przy  Spencer  Road  o 

background image

piątej  –  miałem  nadzieję,  że  do  tego  czasu  Patsy  McLaughlin  skończy  robić  swoje.  Jak  się 

okazało,  skończył  dużo  wcześniej,  bo  godzinę  później  razem  z  sierżant  Williams  wszedł  do 

pokoju  z  wiadomością,  że  nie  znalazł  nic,  co  by  tłumaczyło,  dlaczego oboje  są  tacy  weseli. 

McLaughlin wyjaśnił: 

–  Śmiałem  się,  kiedy  mi  go  przyniosła.  Wie  pan,  ile  zestawów  odcisków  palców 

zdejmuje się z takiego pierścionka? Ale tu nie było nic. Wie pan, co to znaczy? 

–  Najwyraźniej  nie,  skoro  nie  szczerzę  się  tak  jak  wy  dwoje.  Oświećcie  mnie  – 

powiedziałem. 

– Niech się pan zastanowi, detektywie. Pana śladów tam nie ma, prawda? 

– Oczywiście, że nie. Nie dotykałem go... – odparłem ze zniecierpliwieniem. 

– A pani patolog? Jej odcisków palców też tam nie ma. 

– Bo do pracy wkłada rękawiczki – wyjaśniłem, a moje podniecenie nagle wzrosło, bo 

doszedłem do oczywistego wniosku. 

–  Otóż  to.  I  tak  samo  miał  je  ten,  kto  włożył  pierścionek  dziewczynie  na  palec,  bo 

najwyraźniej sama tego nie zrobiła. Ktoś jej go włożył bardzo ostrożnie. 

O

  PIĄTEJ  SPOTKALIŚMY  SIĘ  Z 

C

LARANEM 

O’D

ONNELLEM

  i  moim  ojcem  pod  jego  pracownią, 

starym  domkiem  zbudowanym  na  pochyłości  niedaleko  Spencer  Road  w  Derry.  Pochyłość 

zbiega do rzeki Foyle, która dzieli miasto na pół. Zakład zamknięto na święta i teraz było w 

nim  nieprzyjemnie  zimno.  Palce  mi  posiniały  i  zesztywniały  tak,  że  schowałem  dłonie  w 

rękawy i zacisnąłem je w pięści. Pod słodkim zapachem środków do polerowania mebli czuć 

był wilgoć i stęchliznę. 

O’Donnell  był  starym  człowiekiem,  lekko  przygarbionym.  Po  obu  stronach  łysiny 

rosły mu symetryczne kępki siwych włosów. Nosił okulary z grubymi szkłami, które zdjął do 

oględzin pierścionka, zastępując je jubilerską łupą włożoną w prawe oko. Usiadł przy starym, 

drewnianym  biurku,  włączył  maleńką  lampkę  i  przez  kilka  minut  oglądał  najdrobniejsze 

detale  pierścionka,  obracając  go  na  wszystkie  strony  i  pocierając  narzędziem 

przypominającym miniaturową szczotkę do zębów. Potem odłożył go i z regału w kącie wyjął 

zieloną księgę. Zaniósł ją do biurka, znów włożył lupę w oko i obejrzał pierścionek z lewym 

okiem  zamkniętym,  zaglądając  do  księgi  z  zamkniętym  prawym.  W  końcu  zadowolony 

odłożył wszystko na blat przed sobą i nas zawołał. 

–  Interesujący  okaz  –  powiedział.  –  Pierścionek  to  osiemnastokaratowe  złoto  z 

kamieniem  księżycowym  otoczonym  przez  dwanaście  brylantów  w  szlifie  rozetowym. 

Interesujące  w  nim  jest  to...  no,  właściwie  interesujące  są  w  nim  dwie  rzeczy...  że  jeden  z 

background image

brylantów został wymieniony. To bardzo porządna robota,  ale pochodzi z  innego źródła  niż 

pozostałe;  w  świetle  ma  delikatne  różowawe  zabarwienie.  Druga  rzecz,  dużo  mniej 

interesująca, że to nie jest antyk. Daję mu najwyżej trzydzieści lat. 

– Potrafi pan powiedzieć, skąd on pochodzi? – spytała sierżant Williams. 

–  Cóż,  tu  mamy  dobre  wieści  –  odparł.  –  Wykonano  go  w  Donegal.  Konkretnie: 

Hendershot  i  Synowie.  Byli  bardzo  ekskluzywnymi  jubilerami  w  latach  siedemdziesiątych  i 

osiemdziesiątych, chociaż ostatnio jakoś przycichli, że tak powiem. 

– Skąd pan to wie? – spytałem, a mój ojciec uśmiechnął się i pokiwał głową. 

– To bardzo proste, doprawdy. Nabili na pierścionku swoją puncę obok próby złota. 

– A grawerunek, to „AC”? – spytałem. 

–  Nie  mam  pojęcia.  Moim  zdaniem  został  wykonany  przy  składaniu  pierścionka, 

wewnętrzna  powierzchnia  grawerunku  jest  tak  samo  zmatowiała  jak  reszta.  Gdyby  był 

świeższy, odrobinę bardziej by się świeciła. 

– Co by pan nam radził zrobić teraz? – spytałem, zerkając na sierżant Williams. 

–  Cóż,  to  państwo  jesteście  policjantami,  funkcjonariuszami  policji,  nie  będę  wam 

mówił, co macie robić. Ale ja bym się skontaktował z Hendershotem i Synami i zobaczył, co 

mogą wam powiedzieć. 

– Chyba pan mówił, że ostatnio przycichli – zauważyła Williams. 

–  Tak  –  odparł.  –  Jeśli  chodzi  o  udziały  w  rynku  i  tak  dalej,  przycichli.  Ale  wciąż 

działają.  Kiedy  byłem  u  nich  ostatnio,  mieścili  się  w  bocznej  uliczce,  ale  to  było  kilka 

dobrych lat temu i mogli się przenieść. Sprawdźcie państwo w książce telefonicznej. 

Podziękowaliśmy O’Donnellowi za pomoc, a ja obiecałem ojcu, że niedługo odwiedzę 

jego i matkę. 

– Wpadnij – powiedział. – I uściskaj ode mnie dzieciaki. 

Obiecałem, że to zrobię. Potem razem z sierżant Williams ruszyliśmy z powrotem. 

–  I  jak  tam,  jedziemy  do  Donegal?  –  spytała,  kiedy  minęliśmy  Prehen  Park  i 

skręciliśmy w Strabane Road. 

– Czemu nie? Zwłaszcza jeśli firma płaci. 

–  Moglibyśmy  upiec  dwie  pieczenie  na  jednym  ogniu  i  podjechać  przy  okazji  do 

Bundoran  zapytać  o  tego  policjanta,  który  zajmował  się  zabójstwem  Szczura  Donagheya  – 

powiedziała Williams z uśmiechem. 

Z

ANIM  PODPISAŁEM  WYJŚCIE  Z  POSTERUNKU

  wieczorem,  zadzwonił  lekarz,  który  opatrywał 

mnie w Wigilię. Jak się dowiedziałem, nazywał się Ian Fleming. 

background image

–  Mój  ojciec  był  wielbicielem  Bonda  –  wytłumaczył,  chociaż  nic  nie  powiedziałem. 

Kiwnąłem głową do słuchawki. Potem dotarło do mnie, że przecież tego nie widzi, i udało mi 

się chrząknąć mimo suchości w gardle. – Dobre wieści, inspektorze – powiedział. – Jak dotąd 

wszystko w porządku. Taki spóźniony prezent na Gwiazdkę. 

Dziękując mu, prawie łkałem. 

– Proszę nie zapomnieć i zbadać się jeszcze raz za kilka miesięcy. Nie zdradzając zbyt 

wiele, rozmawiałem dziś po południu z lekarzem rodzinnym chłopaka. Opowiedziałem mu o 

ugryzieniu.  Sprawdził  to  dla  mnie.  Wychodzi  na  to,  że  chłopak  też  był  czysty.  No  więc 

miejmy nadzieję... 

D

EBBIE URONIŁA ŁEZKĘ CZY DWIE

, kiedy jej o tym opowiedziałem, a potem zaparzyła herbatę, 

co wydawało się jedyną możliwą rzeczą do zrobienia. Zaprosiłem ją, żeby pojechała jutro ze 

mną  i  sierżant  Williams  na  wypadek,  gdyby  miała  chęć  na  zakupy  w  Donegal,  ale  ona 

obiecała już matce, że zabierze ją do Derry. Zjedliśmy kolację w przyjaznym milczeniu, choć 

podejrzewałem, że mój pocałunek z Miriam Powell nadal nie dawał jej spokoju. 

Mniej więcej za piętnaście dziewiąta usłyszeliśmy wołanie Penny. Dwadzieścia minut 

wcześniej  poszła do  łóżka; podobnie  jak  jej  matka,  z reguły  zasypiała,  kiedy tylko dotknęła 

głową poduszki. 

Jej pokój ma okno od frontu. Znaleźliśmy ją klęczącą na łóżku, z głową i połową ciała 

schowaną  za  zasłoną.  Przyglądała  się  czemuś  na  zewnątrz.  Kiedy  nas  usłyszała,  podniosła 

zasłonę nad głowę i zaprosiła nas pod tę prowizoryczną markizę. Wtedy zobaczyliśmy, co ją 

obudziło. 

Na ulicy pod domem zbierali się miejscowi rolnicy ze strzelbami i latarkami. Pośrodku 

tej  grupy  stał  Mark  Anderson,  niczym  namiastka  generała,  wydając  polecenia  i  wskazując 

najpierw na kawałek papieru, który trzymał w ręku, a potem na różne punkty pól otaczających 

nasz dom. Ktoś robił zdjęcia i w świetle flesza Anderson najwyraźniej zobaczył nasze twarze 

przyglądające  mu  się  z  okna,  bo  pokazał  nas  fotografowi,  powiedział  coś  i  się  roześmiał. 

Patrzyliśmy, jak odrzuca w tył głowę, rozdziawia szeroko bezzębne usta, a potem krztusi się, 

kaszle i spluwa na ziemię. 

Zszedłem  na  dół,  włożyłem  kurtkę  i  wyszedłem  zobaczyć,  co  się  dzieje.  Fotograf 

zapisywał nazwiska w reporterskim notesie i wyglądał, jakby już się zbierał. Zawołałem go. 

– Co się dzieje? 

– Szukają dzikiego kota, który zabijał owce pana Andersona. – Reporter miał zaledwie 

dwadzieścia  parę  lat.  Na  jego  policzkach  i  wokół  ust  wciąż  widać  było  świeże  ślady  po 

background image

pryszczach. 

– Ostatnim razem nazywano go panem Andersonem w sądzie, synku – powiedziałem – 

nie ma sensu strzępić sobie języka teraz. Gdzie oni idą z tymi strzelbami? 

–  Nie  słyszał  pan,  proszę  pana?  –  odparł  dziennikarz,  zjeżony  za  nazwanie  go 

„synkiem”.  –  Thomas  Powell  zaoferował  tysiąc  euro  nagrody  za  schwytanie  kota,  żywego 

albo  martwego.  Mówi,  że  Garda  nic  nie  robi.  Jakiś  komentarz,  inspektorze?  –  dodał  z 

uśmiechem, zadowolony ze swojego sprytu. 

– Tak, stoisz na moim podjeździe. Zjeżdżaj stąd. 

W

RÓCIŁEM  DO  DOMU

,

  WŁOŻYŁEM  SWETER

,  kurtkę  przeciwdeszczową  i  gumowce.  Potem 

zamknąłem Franka na kłódkę w szopie, na wszelki wypadek. 

Znalazłem  Andersona,  jakieś  trzysta  metrów  dalej,  stojącego  przy  bramie  wjazdowej 

prowadzącej  na  jego pole,  ciągnące  się w  jedną stronę do naszego, w drugą  – około półtora 

kilometra  do  jego  domu.  Księżyc  stał  wysoko  i  niebo  było  czyste;  w  srebrzystym  świetle 

widać było wyraźnie popękane od wielu lat picia naczynka na policzkach i nosie Andersona. 

Kiedy mówił, bezzębne dziąsła wydawały się fioletowe i złowrogie. 

– Ostrzegałem, że wezmę sprawy w swoje ręce – powiedział, gdy podszedłem. – Teraz 

już trochę za późno. 

– Dziki kot to nie to samo co mój pies. Jesteś pewien, że to, co atakuje twoje owce, to 

zwierzę? A przy okazji, co u Malachy’ego? 

– Po co tu przylazłeś? – prychnął, wolał nie słyszeć mojego pytania. 

–  Pomyślałem,  że  będę  miał  na  was  oko.  Nie  chcemy,  żeby  ktoś  cię  przypadkiem 

postrzelił, prawda, Mark? 

W

YBRAŁEM  NIEWIELKIE  WZNIESIENIE  POLA

  i  dołączyłem  do  dwóch  leżących  tam  mężczyzn. 

W  jednym  rozpoznałem  wielbiciela  strzelania  do  rzutek  z  Raphoe,  chociaż  nie  wiedziałem, 

jak się nazywa. Ziemia pod nami zamarzła na kość; zimno przesączało się przez ubranie, bez 

przerwy musiałem się poruszać, żeby nie zamarznąć.  Leżeliśmy tak na mrozie i czekaliśmy, 

wypatrując  w  ciemności  sylwetek  krążących  wokół  owiec,  których  wełna  lśniła  w  świetle 

księżyca.  Żywopłot  z  ostrokrzewu,  otaczający  pole,  był  gęsty  i  ciężki  od  wielkich, 

czerwonych  jak  krew  jagód.  Przemykały  przez  niego  małe  zwierzątka.  Bezpośrednio  nad 

nami zwieszały się gałęzie brzozy, tak ciężkie, że ciągnęły się po ziemi. 

Około  wpół  do  jedenastej  ktoś  krzyknął;  z  rogu  pola  dobiegł  trzask  strzelb, 

background image

poprzedzony  o  sekundę  jasnymi  błyskami  wystrzałów.  Kilku  leżących  mężczyzn  podniosło 

się z trudem na nogi i pobiegło do miejsca, w którym coś było, podczas gdy dwaj inni kłócili 

się, który strzelił pierwszy. 

–  Wygląda  na  to,  że  ktoś  zarobił  tysiaka  –  stwierdził  facet  z  Raphoe,  wstając. 

Poszedłem  w  jego  ślady.  Nogi  ugięły  się  pode  mną,  zesztywniałe  od  długiego  leżenia  na 

lodowatej  ziemi.  Pokuśtykałem  za  pozostałymi  do  miejsca,  gdzie  się  zebrali,  ale  zanim 

jeszcze  tam  dotarłem,  widziałem  z  kręcenia  głowami  z  niesmakiem,  że  ofiarą  nie  był  dziki 

kot, na co mieli nadzieję. Pośrodku kręgu mężczyzn leżał lis, z bokiem rozerwanym śrutem ze 

strzelby  i  czarną  jak  smoła  krwią  sączącą  się  na  polukrowaną  mrozem  trawę.  Wystawiał  i 

chował  język,  oddychał  ciężko  i  chrapliwie.  Z  każdym  tchnieniem  z  jego  boku  tryskała 

świeża krew.  Mój towarzysz z Raphoe załadował  nabój do strzelby, przystawił  ją do głowy 

lisa i wystrzelił z tak bliskiej odległości, że krew i tkanka obryzgały mu buty i lufę broni. W 

powietrzu rozszedł się smród kordytu i spalonego futra. 

– Czyli wracamy do domu? – spytał ktoś z rozczarowaniem w głosie. 

–  To  nie  lis  atakował  moje  owce  –  powiedział  Anderson,  plując  na  truchło.  – 

Zostawcie go tutaj, może przyciągnie tamto coś. 

Bez przekonania kopnął  lisa,  który przetoczył  się po trawie,  a potem wytarł  but o tył 

nogawki. 

– Wracamy na miejsca – rozkazał, poprawił czapkę i podreptał z powrotem do swojej 

kryjówki. 

Wróciłem za górkę. Położyłem się tym razem w innej pozycji i zapaliłem papierosa. 

– Lepiej tego nie robić – zauważył drugi mężczyzna, który nazywał się Tony jakiśtam. 

– Koty wyczuwają dym z paru kilometrów. Może się spłoszyć. 

–  Jeśli  ten  kot  potrafi  wyczuć  zapach  jednego  papierosa,  a  nie  wyczuwa  smrodu 

trzydziestu  chłopów  leżących  na  polu  pełnym  owczego  gówna,  to  rzeczywiście  zasługuje, 

żeby  go  rozwalić  –  odparłem  i  dla  podkreślenia  tych  słów  głęboko  się  zaciągnąłem,  choć 

powietrze  było  tak  zimne,  że  paliło  płuca.  Facet  z  Raphoe  roześmiał  się  i  wyjął  puszkę  z 

tytoniem, żeby skręcić papierosa. Poczęstowałem go swoim z kieszeni. 

– Poluje pan? – spytał. Byłem jedynym nieuzbrojonym człowiekiem na polu. 

– Nie. Pilnuję tylko, żeby nikt nikogo nie postrzelił – odparłem. – Ani mojego psa. 

– Co? 

–  Anderson  uważa,  że  to  mój  pies  atakuje  jego  owce.  Chyba  powinienem  być 

wdzięczny, że pojawił się ten kot. 

– Chyba tak, panie władzo – stwierdził tamten i znów zaśmiał się razem ze mną. 

background image

– Skądś znam pana twarz, ale nie wiem skąd. 

–  Parę  lat temu  wlepił  mi  pan  mandat  za  przekroczenie  szybkości.  Był  pan  wtedy  w 

mundurze. 

– Cholera – powiedziałem. – Przepraszam. 

–  Niepotrzebnie.  Leciałem  sto  sześćdziesiąt  pięć  po  Letterkenny  Road.  Miałem 

szczęście, że nie zginąłem. Wygląda na to, że tanio się wykręciłem. 

Przypomniałem sobie tamto wydarzenie i jego twarz, chociaż wtedy nosił wąsy. Chyba 

uważał, że pamiętam jego nazwisko, nie chciałem więc go o nie pytać. 

– To była czerwona celica? 

– Blisko. Czerwone capri. 

– Ma je pan jeszcze? – spytałem. – Piękny wóz, nawet jako rozmazana smuga. 

–  Nie.  Kiedy  żona  urodziła  dzieciaka,  pozbyłem  się  go.  Teraz  jeżdżę  rodzinnym 

autem. 

–  Wspaniale  –  odezwał  się  Tony.  –  Przepraszam,  że  wam  przeszkadzam,  ale  czy 

moglibyście się zamknąć? 

S

IEDZIELIŚMY  W  MILCZENIU

  jeszcze  przez  jakąś  godzinę,  co  jakiś  czas  zapalając  papierosa. 

Powietrze było tak nieruchome, że dym zawisał srebrną chmurą nad naszymi głowami. Około 

wpół  do  pierwszej  wstałem,  żeby  rozprostować  zesztywniałe  nogi,  a  kiedy  to  robiłem, 

zobaczyłem, jak coś czarnego prześlizguje się ze szczytu wzniesienia w dół. To coś podpełzło 

powoli do grupy owiec, które spały. Napastnik miał brzuch tak blisko ziemi, że futro musiał 

mu  oprószyć  szron.  Nie  potrafiłem  określić,  co  to  takiego.  Zwierzę  przemykało  się  wzdłuż 

głębokich bruzd pozostawionych przez opony traktorów. 

– Wstawać – syknąłem do dwóch pozostałych, a oni zrobili to, prostując się i masując 

nogi. Facet z Raphoe zobaczył przemykający kształt i załadował pocisk do lufy, Tony też. 

Obaj  jednocześnie  przyłożyli  strzelby  do  ramienia.  Ten  z  Raphoe  poprawił  postawę, 

rozsuwając  nogi  tak,  żeby  lepiej  trzymać  równowagę.  Zauważyłem,  że  kiedy  celował, 

zniknęła  mgiełka  jego  oddechu,  i  zrozumiałem,  że  sam  instynktownie  wstrzymuję  oddech. 

Zwierzę zatrzymało się, jakby też nagle zdało sobie sprawę z wydarzeń, które muszą nastąpić. 

Zapamiętałem,  że  gość  z  Raphoe  w  ostatnich  sekundach  przed  wystrzałem  zmienił 

minimalnie cel, choć nie mam co do tego pewności. 

Powoli ściągnął spust, jednym płynnym ruchem; strzelba szarpnęła mu się w rękach, a 

po polu rozszedł się echem huk, od którego zadzwoniło mi w uszach. Tony wystrzelił chwilę 

później,  z  kolejnym  ostrym  trzaskiem  łamanego  kija.  Potem  wszyscy  trzej  rzuciliśmy  się 

background image

biegiem, potykając się o bruzdy i ślizgając na owczym łajnie. Rozpędzaliśmy zaspane owce, 

które  patrzyły  na  nas  wielkimi,  przerażonymi  oczami.  W  biegu  zobaczyliśmy,  jak  czarna 

sylwetka zygzakiem pędzi tam, skąd nadeszła. Dotarliśmy do miejsca, gdzie zwierzę zostało 

trafione. Na białej trawie widać było rozbryzgi czarnej krwi. Poszliśmy jego tropem – trawa 

była bardziej zielona tam, gdzie ją poruszyło – i zobaczyliśmy kolejne plamy krwi na ziemi. 

Potem trop ginął w gęstwinie i go zgubiliśmy. 

–  A  to  pech  –  powiedziałem  do  faceta  z  Raphoe,  który  uśmiechnął  się  zaciśniętymi 

ustami. 

–  Chyba  pora  do  domu,  koledzy  –  odparł,  zarzucając  strzelbę  na  ramię.  Ostrożnie 

ruszył w dół. Imiu biegli już zobaczyć, co się stało. 

J

AKIEŚ  PÓŁ  GODZINY  PÓŹNIEJ  WRÓCIŁEM  DO  DOMU

  i poszedłem  na podwórze sprawdzić,  czy 

szopa jest zamknięta. Szarpnąłem za kłódkę i już miałem iść spać, kiedy usłyszałem ze środka 

ciche skomlenie. Otworzyłem drzwi i wszedłem. 

Frank  leżał  w  kącie,  zwinięty  w  kłębek.  Krew  gęstniała  na  klepisku  szopy  pod  nim. 

Podniósł odrobinę łeb i spojrzał na mnie, ale jego zazwyczaj przekrwione ślepia były blade i 

puste.  Bezskutecznie  lizał  bok,  gdzie  otarła  go  kula,  zauważyłem  też,  że  prawe  ucho, 

przedtem zwisające niemal do ziemi, było poszarpane i ciemne od krwi. Biała jak śnieg pierś 

była  różowa  i  czerwona,  chociaż  nie  potrafiłem  powiedzieć,  czy  krwawił,  czy  ubrudził  się 

krwią z ucha. 

Zaskomlał  słabo,  kiedy  go  podniosłem  i  zaniosłem  do  samochodu.  Położyłem  go  na 

tylnym  fotelu  na  kocu  piknikowym;  spieszyłem  się,  żeby  farmerzy  kręcący  się  po  polu, 

rozczarowani  nocnym  polowaniem,  nie  zobaczyli  go  i  nie  zrozumieli,  co  się  stało.  Szybko 

pobiegłem na górę do Debbie. Czytała w łóżku jakieś pismo. Słyszała wcześniej strzały i była 

ciekawa,  co się  stało.  Kazałem  jej zadzwonić  na  dyżur  weterynaryjny w Strabane,  bo bałem 

się  zabierać  Franka  do  weterynarza  w  Donegal  –  Anderson  wkrótce  o  wszystkim  by  się 

dowiedział. 

Musiałem  czekać  dwadzieścia  minut  pod  lecznicą,  aż  przyjechała  pani  weterynarz  i 

pomogła mi wnieść Franka do środka, na stalowy stół operacyjny. Tam dała mu zastrzyk, po 

którym  w  kilka  sekund  stracił  przytomność,  i  obmyła  mu  rany.  Opowiedziałem  jej  połowę 

historii – że strzelałem do lisa, a pies wbiegł mi na linię strzału. 

–  Oczywiście  –  odparła.  –  Myślałam,  że  to  może  ma  coś  wspólnego  z  waszym 

polowaniem na wielkiego kota. 

Odgarnęła  grzywkę  z  twarzy  ręką  w  zakrwawionej  rękawiczce  i  uśmiechnęła  się  do 

background image

mnie, zanim wróciła do opatrywania ran. 

Kula drasnęła Franka w łapę, ale nie miał żadnych poważniejszych obrażeń. Ucho było 

paskudnie  poszarpane.  Została  go  połowa,  co  oznaczało,  że  druga  część,  strzęp 

zakrwawionego  aksamitu,  leży  gdzieś  na  polu  Andersona.  Lekarka  zabandażowała  ucho, 

przywiązała je za głową i założyła opatrunek na gęstą, białą maść na łapie. Potem poszła do 

składziku i przyniosła buteleczkę pastylek – przeciwzapalny antybiotyk. 

W końcu obejrzała Frankowi oczy i zęby i pomogła mi go zanieść do samochodu. 

–  Mam  nadzieję,  że  pana  też  przypadkowo  nie  postrzelono  –  powiedziała,  ruchem 

głowy wskazując opatrunek na mojej dłoni, kiedy kładłem Franka na fotelu. 

– Nie, zostałem ugryziony. 

– Przez niego? – spytała z zatroskaną miną. 

– O nie – odparłem. – Przez człowieka. 

Zamknąłem  tylne  drzwi  samochodu,  a  ona  patrzyła  na  mnie,  bardziej  zmartwiona 

moim zdrowiem psychicznym niż fizycznym. 

– Jasne. – W końcu wzruszyła ramionami i wzięła pieniądze, które jej dałem. 

background image

Rozdział 10 

Piątek, 27 grudnia 

R

ANO  WYSZEDŁEM  Z  DOMU  O  SIÓDMEJ  TRZYDZIEŚCI

  i  pojechałem  do  sierżant  Williams,  do 

dwupokojowego bungalowu w Ballindrait. Przed jej domem  minęła  mnie  niebieska sierra, z 

szybami zaparowanymi i zamarzniętymi, ale byłem prawie pewien, że mężczyzna zgarbiony 

za kierownicą, wyglądający, jakby został wypędzony z łóżka, to Jason Holmes. 

Nie  zapytałem  o  to  sierżant  Williams,  póki  nie  minęliśmy  Ballybofey  dwadzieścia 

minut później. 

–  To  Holmesa  widziałem  rano,  jak  wychodził  od  ciebie?  –  spytałem  najbardziej 

niewinnym tonem, na jaki umiałem się zdobyć. 

– Tak, tato – odparła, wyglądając za szybę. – Spał na kanapie – dodała, odwracając się 

do mnie. 

– O nic nie pytam. To nie moja sprawa – powiedziałem, odrywając rękę od kierownicy 

i podnosząc ją kpiąco w pojednawczym geście. 

– Wiem – odparła. – I niech tak zostanie, chyba że chce pan skończyć jak pański pies. 

– W porządku. Jestem tylko ciekaw, co u niego, po tej aferze z McKelveyem. 

–  Chyba  w  porządku.  Mało  mówi.  Przy  okazji,  wydaje  mu  się,  że  trafił  na  coś  w 

sprawie  Terry’ego  Boyle’a.  Pewien  barman  pamięta,  że  w  noc  jego  śmierci  wdział  go 

wychodzącego z klubu w Raphoe z dziewczyną. Drobna, ciemne włosy. Jedzie tam dzisiaj po 

rysopis, może spróbuje zrobić elektroniczny portret pamięciowy. 

Opuściła szybę i wypluła za okno przeżutą gumę. 

– Nie śmieć – zaprotestowałem. 

–  Jak  już  mówiłam  –  ciągnęła,  ignorując  tę  uwagę  –  chyba  wszystko  z  nim  w 

porządku. Dopóki jest przekonany, że McKelvey był winny. 

– Powiedziałaś mu, dokąd jedziemy? 

–  Tak,  ale  dodałam,  że  sprawdzamy  trop  dotyczący  McKelveya,  porządkujemy 

sprawę, chcemy popytać o pierścionek. Chciał wiedzieć, co go omija. 

– To zrozumiałe. 

background image

M

NIEJ  WIĘCEJ  GODZINĘ  PÓŹNIEJ

 byliśmy na przedmieściach Donegal. Najpierw pojechaliśmy 

do pracowni jubilerskiej Hendershot i Synowie, która faktycznie mieściła się obok restauracji 

Atlantic. Z zewnątrz wyglądała na podupadłą – drewno wokół drzwi i szyld nad witryną były 

spłowiałe, obłaziła z nich farba. Szyby pokrywał kurz, a w środku wydawało się tak ciemno, 

że w pierwszej chwili pomyśleliśmy, iż sklep jest zamknięty. Wnętrze urządzono staromodnie 

–  mahoniowe  gabloty  pełne  złota  i  brylantów,  migoczących  w  świetle  zamontowanych  w 

suficie punktowych lamp. Sklep pachniał odświeżaczem powietrza użytym pewnie po to, by 

zamaskować zapach tytoniu. 

Kierownikiem  był  młody  mężczyzna  o  falistych,  brązowych  włosach  i  kosztownym 

uzębieniu,  lśniącym tak,  jak klejnot w  jego spince do krawata.  Wytłumaczyliśmy cel  naszej 

wizyty i pokazaliśmy mu pierścionek. Obejrzał go i zaproponował, żebyśmy zostawili go na 

godzinę,  a  on  skontaktuje  się  z  ojcem,  który  wykonał  większość  biżuterii,  sprzedanej  przez 

ich firmę w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. 

Pojechaliśmy  więc  do  Bundoran,  czterdzieści  minut  drogi  w  stronę  wybrzeża.  Przez 

wiele  lat  miasteczko  uchodziło  za  nadmorski  kurort  z  lat  pięćdziesiątych:  bielone  domki, 

podupadające sklepiki z pozwijanymi, żółknącymi zasłonami w witrynach, Atlantyk bijący o 

brzeg nawet w spokojne dni. W ostatnim czasie Bundoran się zmieniło – pojawiły się salony z 

automatami do gier, sklepy dla surferów, migoczące neony, restauracje z frontonami rodem z 

Dzikiego  Zachodu  i  bary  pełne  irlandzkich  staroci.  Wczesnym  rankiem  ulice  zasłane  są 

potłuczonymi butelkami po piwie i wymiocinami. W porze obiadu miasteczko znów ukazuje 

swoje familijne oblicze. 

Zaparkowaliśmy  pod  posterunkiem  Garda  i  weszliśmy  do  środka  spotkać  się  z 

sierżantem Billem Dalym. Okienko w recepcji było tak niskie, że musiałem się pochylić, żeby 

porozmawiać z dyżurnym. Przypominało to biuro taksówek.  Sierżant  Williams przedstawiła 

nas oboje i zapytała o Daly’ego. 

Po  chwili  wpuszczono  nas  do  środka.  Przywitał  nas  mężczyzna  w  średnim  wieku,  z 

czarnymi, siwiejącymi na skroniach włosami. Cerę miał opaloną i wysuszoną jak stare siodło, 

z głębokimi zmarszczkami wokół oczu. Mrużył je lekko w blasku jarzeniówek. Zaprosił nas 

do sali przesłuchań. 

Potem przeprosił nas, wyszedł i wrócił po chwili z małym kartonowym pudełkiem, na 

którym niósł trzy kawy i cienką zieloną teczkę. Postawił pudełko na stole, usiadł naprzeciwko 

nas, podmuchał na kawę i zmrużonymi oczami spojrzał na sierżant Williams. 

–  A  zatem  przyjechaliście  w  sprawie  Szczura.  No,  no,  pytajcie,  o  co  chcecie  – 

powiedział, wskazując zieloną teczkę. 

background image

Sierżant Williams otworzyła ją i położyła między nami na stole. Notatki były krótkie i 

zwięzłe. 

Szczur  Donaghey  został  znaleziony  w  swoim  mieszkaniu,  wychodzącym  na  plac 

zabaw i basen, piątego listopada, przywiązany do krzesła i zakneblowany. Ręce miał pokryte 

śladami  przypaleń  papierosami.  Morderca  rozciął  mu  nadgarstki  i  zostawił,  by  patrzył,  jak 

krew ścieka mu po dłoniach i kapie z palców na podłogę. Wskaźniki reakcji życiowych wokół 

ran  sugerowały,  że  Donaghey  żył  jeszcze  przez  dwadzieścia  pięć  do  trzydziestu  minut, 

patrząc, jak wycieka z niego życie, i szarpał się w więzach tak gwałtownie, że pękły mu trzy 

żebra. 

– Jakieś ślady? – spytała sierżant Williams, kiedy skończyliśmy czytać. 

–  Żadnych  –  odparł  Daly.  Wypił  już  kawę  i  zaczął  zawijać  do  środka  krawędź 

tekturowego kubka. 

– Nic? – spytałem. 

– Nic. Ani śladu. Szczur Donaghey został zamordowany, ale nie wiemy przez kogo i, 

prawdę mówiąc, mamy to w dupie. 

Nie  zaskoczyło  mnie  to.  Donaghey  był  zawodowym  przestępcą,  który  całymi  latami 

zarabiał  na  życie,  sprzedając  narkotyki.  Żaden  policjant  nie  będzie  tracił  czasu  na  kogoś 

takiego, kiedy wzrasta wskaźnik przestępczości, a liczba chętnych do pracy w policji spada. 

– Opowiem wam coś o Szczurze Donagheyu. Kupił tę swoją norę piętnaście lat temu, 

miał  też  inną  w  Letterkenny  i  jeszcze  dwie,  w  Sligo  i  Cork.  Rozdawał  darmowe  próbki 

narkotyków  dwunastolatkom,  a  potem  kazał  im  kraść  dla  siebie  samochody.  On  wyjmował 

radia, oni mieli darmowe przejażdżki. Potem je porzucali, a Szczur wtykał w fotel kierowcy 

strzykawki  używane  przez  narkomanów  zarażonych  AIDS.  Jakiś  biedny  facet  w  mundurze 

znajduje  kradziony  wóz,  wsiada,  żeby  go  sprawdzić  i  odprowadzić  na  posterunek,  dostaje 

brudną igłę w dupę i ma AIDS za darmo. Taki był właśnie Szczur Donaghey. 

AIDS.  Dlaczego  wszyscy  bez  przerwy  mówili  o  AIDS?  Nigdy  wcześniej  nie 

zwróciłem na to uwagi, według lekarza jestem czysty, ale wewnętrzny głosik przypomniał mi, 

że pewność uzyskam dopiero za miesiąc. 

–  Zbrodnia  jest  zbrodnią  –  podsumowała  sierżant  Williams,  choć  bez  przekonania. 

Potrzebowałem chwili, żeby zrozumieć, o czym mówi. 

– Jedyna zbrodnia, o jakiej można tu mówić, to marnowanie pieniędzy podatników na 

szukanie kogoś, kto oddal nam przysługę. A skoro tak go pani broni, może zainteresuje panią 

ten  przypadek  użycia  broni,  o  który  pani  pytała  –  nigdy  nikogo  za  to  nie  wsadziliśmy,  ale 

Szczur  Donaghey  był  naszym  głównym  podejrzanym.  Napadł  sześćdziesięciolatka 

background image

zamykającego  stację  benzynową  i  wystrzelił  mu  nad  głową  dla  ostrzeżenia,  bo  tamten  nie 

chciał  oddać  pieniędzy.  Facet  dostał  ataku  serca.  Przeżył,  inaczej  mielibyśmy  sprawę  o 

morderstwo. Szczur Donaghey był zwykłym gnojkiem i krzyżyk mu na drogę. 

– Będą następni – powiedziałem. 

– Już są. Ale dopóki kasują się nawzajem, oszczędzają nam kłopotu. 

– Uważa pan, że tak właśnie było? – spytałem. 

– Prawdopodobnie – odparł. – To mógł być niezadowolony klient, nowa konkurencja, 

kara Provosów. Naprawdę mam to gdzieś. Pod warunkiem że Szczur dobrze pocierpiał, zanim 

zdechł. 

– Znaleźliście niedopałki papierosów albo inne dowody rzeczowe? – spytałem. 

– Nie. Wszystko było umyte, wyczyszczone i posprzątane. Żadnych odcisków palców, 

włókien, nic. Ten, kto to zrobił, był zawodowcem. 

– Być może. 

– A jak to się wiąże z waszą sprawą? – spytał Daly, odchylając się w tył na krześle. 

– Może wcale. Na liście rzeczy ukradzionych z mieszkania Donagheya w Letterkenny 

znalazł się pierścionek. Jest związany ze sprawą, którą prowadzimy. 

– Poważnie? Cholera, spokojnie tam u was w tym Lifford. 

–  Tak  –  odparła  sierżant  Williams  z  uśmiechem.  –  Ten  pistolet  był  użyty  kilka  dni 

temu do morderstwa. Chociaż raczej nie przez Szczura. 

–  Może  go  sprzedał.  Może  ukradziono  mu  go  razem  z  tym  pierścionkiem,  o  którym 

mówicie. 

– Może – zgodziłem się. – Jest jakaś szansa na zobaczenie mieszkania Donagheya? 

–  Zerowa.  Dzień  po  jego  śmierci  miasto  je  zdezynfekowało.  W  zeszły  poniedziałek 

zameldowano  tam  rodzinę  Rumunów.  Nikt  im  nie  opowiedział,  co  tam  się  wydarzyło. 

Wszyscy mieli nadzieję, że nie zobaczą plam krwi na podłodze. Cały jego majątek, który nie 

został zlicytowany przez władze, znajduje się w tym pudełku. 

Otworzyłem  pudełko  i  przejrzałem  jego  zawartość:  paczkę  papierosów,  komplet 

kluczy,  pęk  listów,  zdjęcia.  Przerzucając  je  w  zamyśleniu,  zobaczyłem  jedno,  które  znałem. 

Potrzebowałem chwili, żeby sobie przypomnieć, gdzie czy raczej kiedy ostatnio je widziałem. 

Kobieta siedząca na stopniach schodów na plaży. To była ta sama fotografia, którą widziałem 

wetkniętą za pnącze bluszczu na drzewie, pod którym zginęła Angela Cashell. 

– Kto to? – spytałem Daly’ego, podnosząc zdjęcie. 

– Jego matka? – strzelił sierżant. – O ile jakąś miał. 

– Zatrzymam je sobie, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu – powiedziałem, nie mogąc 

background image

się doczekać powrotu do Lifford, na miejsce śmierci Angeli, żeby porównać obie fotografie. 

–  Nie  przychodzi  panu  do  głowy  nic  dziwnego?  Nic,  co  by  odróżniało  tę  śmierć  od 

normalnych morderstw w półświatku? – pytała sierżant Williams, podejrzewając już, że nasza 

wyprawa to tylko strata czasu. 

– Nic.  Nie  licząc tortur z przypalaniem papierosami.  Mam tylko nadzieję,  że ten,  kto 

załatwił Szczura, zrobił z tego film. Chętnie bym zapłacił, żeby to sobie obejrzeć. 

Wracając,  zatrzymaliśmy  się  na  obiad  w  przydrożnym  barze,  a  ja  powiedziałem 

Williams o zdjęciu. Zaproponowała, że zadzwoni do Holmesa i poprosi go, żeby zabrał je dla 

nas  i zabezpieczył.  Potem wróciliśmy do Donegal,  do  jubilerów,  zatrzymując się po drodze, 

żebym  kupił  ciasto  czekoladowe  dla  Debbie.  Miałem  nadzieję,  że  pierścionek  da  nam  jakąś 

odpowiedź. Zamiast tego pojawiły się kolejne pytania. 

W

RÓCILIŚMY DO JUBILERA OKOŁO WPÓŁ DO CZWARTEJ

 i zostaliśmy przedstawieni Charlesowi 

Hendershotowi,  starcowi  o  siwych  włosach  i  gęstych  wąsach.  Był  niski  i  przygarbiony, 

poruszał  się  powoli  i  z  namysłem.  Palce  miał  szczupłe  i  kobiece,  skórę  kruchą  jak  stary 

papier.  Siedział  za  główną  ladą  na  starym  fotelu,  obitym  czerwonym  aksamitem,  z  nogami 

skrzyżowanymi  w  kostkach.  Przed  nim  leżały  pierścionek  i  oprawna  w  czerwoną  skórę 

księga. Kiedy mówił, lekko trzęsła mu się głowa. 

– Pamiętam ten pierścionek – powiedział cicho, gdy usiedliśmy z  nim  na zapleczu.  – 

Pamiętam każdą rzecz, jaką zrobiłem. Każda jest inna. Każda to dzieło sztuki. 

Podniósł  smukły  palec,  mówiąc  głównie  do  sierżant  Williams,  która  siedziała 

odwrócona do niego, z ręką na poręczy jego fotela. 

–  Wie  pani,  robiłem  krzyż  dla  papieża  w  1979  roku,  kiedy  przyjechał  do  Droghedy. 

Sam prezydent mnie o to prosił. 

– Naprawdę? – odparła sierżant Williams, a on przesłał jej niemal chłopięcy uśmiech. 

– Ten pierścionek zrobiłem w 1978 roku. W czerwcu. Znalazłem go tu w księdze. Co 

roku zmieniałem style. W tamtym roku robiłem szlify rozetowe. To stary szlif, używałem go 

wtedy,  a  potem  w  osiemdziesiątym  piątym  i  w  dziewięćdziesiątym  pierwszym,  ale  nigdy 

więcej na kamieniach księżycowych. 

–  Jak  pan  zapamiętał,  że  to  był  czerwiec?  –  spytała  sierżant  Williams  i  chyba 

zatrzepotała rzęsami. 

–  To  proste,  skarbie  –  odparł,  lekko  poklepując  jej  dłoń.  –  Kamień  księżycowy  to 

kamień  czerwcowy,  on  i  perła.  Czyli  że  to  czerwiec  siedemdziesiątego  ósmego.  Tak 

pamiętałem i miałem rację – powiedział, nachylił się powoli i postukał w księgę. – Tak tu jest 

background image

zapisane. 

– A inicjały „AC”, panie Hendershot? – wtrąciłem. – Czy to pan je grawerował? 

–  Tak.  Miało  tam  być  „Od  AC”.  Za  dużo  na  taki  mały  pierścionek.  Zgodzili  się  na 

„AC”. 

– „Od AC”, nie „Dla AC? – spytała Williams. 

–  Tak.  Dziwna  sprawa.  Na  pierścionku  powinny  być  inicjały  damy.  Pamiętaj  o  tym, 

młody człowieku, kiedy będziesz kupował tej uroczej dziewczynie pierścionek – powiedział, 

wskazując  na  mnie  w  sposób,  który  skojarzył  mi  się  z  moją  babcią.  Sierżant  Williams 

uśmiechnęła  się  do  mnie  szeroko,  pewnie  dlatego  że  nazwał  ją  dziewczyną,  w  dodatku 

uroczą. – Ale tam było „Od AC”. Sprawdziłem. 

Otworzył  księgę  i,  oblizując  czubki  palców,  zaczął  powoli  przerzucać  strony. 

Trzymałem  cierpliwość  na  wodzy,  postukując  otwartą  dłonią  w  udo.  Hendershot  popatrzył 

znacząco  na  moją  rękę,  potem  na  mnie,  a  wreszcie  wrócił  do  księgi,  przewracając  karty 

jeszcze wolniej, aż znalazł to, czego szukał. 

– Pan A. Costello z Letterkenny. Nie pamiętam twarzy. Nie mam pamięci do twarzy. 

–  A.  Costello  –  powtórzyła  z  rozbawieniem  sierżant  Williams.  –  Chyba  nie 

nadinspektor? 

– Nie – odparłem. – On ma na imię Olly, od Olivera. 

Hendershot wciąż studiował księgę. 

– Tak, pan Alphonsius Costello – oznajmił. 

W  tej  okropnej  chwili  zakręciło  mi  się  w  głowie  i  nie  mogłem  zebrać  myśli.  Żart 

Williams przestał być śmieszny. 

– Kim była ta dziewczyna? Jego żoną? – spytała. 

– Nie sądzę, żeby to była żona – odparł starzec, wydymając usta i lekko kręcąc głową. 

– Ale, macie szczęście. Jeden z brylantów był wymieniany. 

– Tak, tak nam powiedziano. 

Odwrócił się i spojrzał na mnie surowo,  jak zirytowany nauczyciel, a potem odzywał 

się już tylko do Caroline, nawet odpowiadając na te pytania, które zadawałem ja. 

–  Zauważyłem,  skarbie,  że  jeden  z  tych  brylantów  jest  inny  niż  pozostałe.  Różowy. 

Widzi  pani,  tamta  dama,  która  dostała  pierścionek,  zwróciła  go  nam  w  listopadzie  tamtego 

roku,  mówiąc,  że  jeden  z  brylantów  wypadł  i  się  zgubił.  Nigdy  nie  wierzę  w  takie  gadanie. 

Ludzie potrafią wyciągać kamienie  i sprzedawać je,  a potem wracają  i  mówią,  że je zgubili. 

W  każdym  razie  ten  pierścionek  sporo  kosztował,  wymieniłem  więc  brylant  na  nowy,  w 

szlifie rozetowym. Musiałem go jej odesłać. 

background image

– Ma pan adres? – spytałem. 

Zajrzał do księgi, a potem spojrzał na sierżant Williams. 

– Nazywała się Mary Knox. Mieszkała przy Canal Street w Strabane. 

Caroline popatrzyła  na  mnie  i uśmiechnęła się ukradkiem,  nieśmiało. Przyjechaliśmy 

do  Donegal  i  dowiedzieliśmy,  że  pierścionek,  który  ktoś  rozmyślnie  włożył  na  palec 

zamordowanej  dziewczyny,  dwadzieścia  sześć  lat  temu  został  kupiony  przez  naszego 

nadinspektora  dla  kobiety,  która  nie  była  jego  żoną.  Oboje  zdawaliśmy  sobie  sprawę,  że 

musiał  go  rozpoznać,  a  mimo  to  nic  nie  powiedział.  Zastanawialiśmy  się  też,  jakim  cudem 

pierścionek  trafił  w  ręce  handlarza  narkotyków  i  łajdaka  takiego  jak  Szczur  Donaghey.  W 

dodatku tylko po to, żeby ktoś go skradł miesiąc przed śmiercią Szczura. Podejrzewałem, że 

jedynie Mary Knox, kimkolwiek była, może odpowiedzieć na którekolwiek z naszych pytań. 

P

ONIEWAŻ 

K

NOX PODAŁA ADRES W 

S

TRABANE

 i ponieważ Costello był z nią wyraźnie w jakiś 

sposób  związany,  postanowiliśmy,  że  najlepiej  będzie  poprosić  o  informacje  Hendry’ego  z 

północy. Mogliśmy spytać Burgessa, ale raczej nie zdołałby niczego się dowiedzieć tak, żeby 

Costello nie wiedział, co robimy. 

Zadzwoniłem do Hendry’ego na komórkę. Odebrał lekko zdyszany, głos mu się łamał. 

– Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkadzam, inspektorze? – powiedziałem. 

–  Tylko  w  wolnym  dniu,  Devlin.  O  co  chodzi  tym  razem?  –  spytał  tonem,  miałem 

nadzieję,  udawanego  zniecierpliwienia.  –  Naprawdę  powinienem  sam  wziąć  tę  sprawę,  bo  i 

tak odwalam za was większość roboty. 

– Potrzebuję informacji na temat tropu, na który natrafiliśmy w sprawie Cashell. Mary 

Knox. 

– Jak ta od Półpowieszonego McNaughtona – zaśmiał się. 

–  To  samo  nazwisko,  dwieście  lat  później.  Mieszkała  przy  Canal  View  w  Strabane 

dwadzieścia sześć lat temu. 

Na  drugim  końcu  zapadła  cisza.  Sierżant  Williams  i  ja  popatrzyliśmy  po  sobie. 

Caroline  wzruszyła  ramionami  i  już  miała  coś  powiedzieć,  kiedy  w  głośniku  znów 

zatrzeszczał głos Hendry’ego. 

– Daj mi dziesięć minut i oddzwonię – powiedział, już bez śladu wesołości. Potem na 

linii coś pstryknęło i połączenie się zerwało. 

Hendry zadzwonił dopiero pół godziny później. Zbliżaliśmy się już do Lifford. 

–  Musiałem  coś  sprawdzić,  ale  miałem  rację  –  rzucił  tajemniczo.  –  Niewiele  się 

dowiecie od Mary Knox. Zniknęła w 1978 roku, została uznana za zmarłą. 

background image

– Co się z nią stało? – spytałem. 

– Dokładnie to, co powiedziałem. Któregoś dnia zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu. 

Konkretnie w sylwestra siedemdziesiątego ósmego roku. 

–  Inspektorze  Hendry,  tu  sierżant  Caroline  Williams.  Powiedział  pan,  że  została 

„uznana za zmarłą”. Dlaczego? 

– Miło mi panią poznać, pani sierżant. Proszę mi mówić Jim. Uznaliśmy ją za zmarłą, 

bo nikt więcej o niej nie słyszał;  jej oszczędności i konto bankowe pozostały nietknięte i tak 

dalej. Poza tym prowadziła dość... rozrywkowy tryb życia, powiedzmy. 

– Ładnie to ująłeś, Jim – mruknąłem. 

–  Powiedziałem,  że  pani  sierżant  może  mi  mówić  „Jim”,  nie  ty,  Devlin  –  odparł  ze 

śmiechem. 

Obiecał, że dowie się, ile zdoła, kiedy wróci do pracy (znów wytykając mi, że zajmuję 

mu wolny czas), a potem się rozłączył. 

K

IEDY WRÓCILIŚMY

,

 WYSADZIŁEM SIERŻANT 

W

ILLIAMS

 pod domem i poprosiłem, żeby kazała 

Holmesowi podrzucić mi na posterunek zdjęcie z miejsca morderstwa Angeli Cashell. Potem 

sam  pojechałem  do  domu,  zostawić  ciasto  dla  Debbie.  Kiedy  wszedłem,  piekła  ciastka  z 

Penny, a Shane siedział w swoim krzesełku, żując plastikowy klocek. Uśmiechnął się na mój 

widok i wyciągnął ramionka, żeby wziąć go na ręce. 

–  Buziak  dla  moich  dziewczynek  –  powiedziałem,  całując  je  obie  w  czoło,  a  potem 

poszedłem podnieść Shane’a, który przyczepił się do mojej koszuli, chichocząc i kopiąc mnie 

w brzuch. 

– Jak było w Donegal? – spytała Debbie. 

– Dużo się działo – odparłem i opowiedziałem jej, co odkryliśmy. – Co w domu? 

–  W  porządku.  Szkoda tylko,  że  nie  miałyśmy  tego  ciasta  dwie  godziny  temu,  kiedy 

miałyśmy  gościa,  prawda,  Penny?  –  powiedziała  moja  żona.  Ale  Penny  poszła  z  jednym  ze 

świeżo upieczonych ciastek do Franka, który leżał na posłaniu w kuchni. Frank podniósł łeb i 

cicho zaskomlał, choć ciastko pochłonął jednym kęsem, a potem niemrawo zamerdał ogonem. 

Penny podrapała go pod brodą. 

– Wpadła Miriam Powell – ciągnęła Debbie. 

– Tutaj? – spytałem. 

Ponuro kiwnęła głową. 

– Odbyłyśmy bardzo interesującą rozmowę o najróżniejszych rzeczach: głównie o tym, 

jaka to ze mnie szczęściara, jak gówniane jest jej małżeństwo, jak Thomas się od niej oddalił i 

background image

tak dalej. 

– Wspominała o tamtym? Z poprzedniej nocy? 

– Nie. Przeprosiła, że była pijana, chociaż dzisiaj cuchnęło od niej tak samo. Chciała, 

żebyś  do  niej  wpadł  w  sprawie  teścia.  Ufam,  że  tym  razem  obędzie  się  bez  kontaktów 

cielesnych. 

Wieczorem wszyscy siedliśmy na kanapie, jedliśmy ciasto czekoladowe i oglądaliśmy 

filmy, które przywiozłem z wypożyczalni. Penny zasnęła zwinięta obok Debbie, z nogami na 

moich kolanach, a ja zawinąłem ją w koc i zaniosłem do łóżka. Stanąłem przy oknie. Grupa 

mężczyzn  z  bronią  –  mniejsza  niż  wczoraj  –  przebiegła  pod  naszym  domem  na  pole 

Andersona, szukając nieuchwytnego zabójcy owiec, który – jak podejrzewałem – spał na dole 

w mojej kuchni. 

Potem Debbie wyciągnęła się na kanapie, z głową na moich kolanach, a ja bawiłem się 

jej  włosami,  głaskałem  jej  szyję  i  ramiona.  Zasnęła  w  kilka  minut,  siedziałem  więc  cicho, 

oglądałem byle co w telewizji. Cieszyłem się, że jestem w domu i na jakiś czas zapomniałem 

o Angeli Cashell, Terrym Boyle’u, Szczurze Donagheyu i Siwym McKelveyu. 

O

KOŁO  WPÓŁ  DO  TRZECIEJ  NAD  RANEM

  obudziłem  się  nagle,  usłyszawszy  przez  sen  brzęk 

tłuczonego  szkła.  Przez  chwilę  leżałem  w  półmroku,  patrząc,  jak  na  suficie  sypialni  tańczą 

cienie  i  pomarańczowy  poblask.  Potem  dobiegły  mnie  trzaski  i  jęk  metalu  skrzeczącego 

niczym ranne zwierzę. Zrozumiałem, skąd się bierze pomarańczowe światło na suficie. 

Na dole zobaczyłem, że ktoś wysmarował mi psimi odchodami drzwi i okna domu, a 

potem  rzucił  koktajl  Mołotowa  do  samochodu.  Udało  się  nam  wyprowadzić  dzieci  na 

podwórko, z dala od pożaru, zanim eksplodował zbiornik paliwa, wywalając wszystkie szyby 

od  frontu.  Płonąca  benzyna  zbierała  się  kałużami  na  trawniku  i  ściekała  z  gałęzi  drzew 

otaczających nasz dom. 

background image

Mary Knox 

background image

Rozdział 11 

Sobota, 28 grudnia 

S

TRAŻACY  PRZYJECHALI  PO  DWUDZIESTU  MINUTACH

. Przez ten czas  samochód zmienił  się w 

dymiący  wrak,  a  rodzice  Debbie  przyjechali  i  zabrali  ją  z  dziećmi  do  siebie  na  noc.  Kilku 

chłopaków z posterunku zjawiło się z kawałkami drewna i folii, żeby zakryć czymś okna do 

rana.  W  końcu  przyjechał  sam  Costello  i  zrobił  kawę  z  odrobiną  whisky.  Usiadł  ze  mną  w 

kuchni. Próbowaliśmy ustalić, kto zaatakował moją rodzinę. 

– To... to cholerna hańba – powiedział. – Powiesimy tych drani, kiedy ich złapiemy. 

–  Jeśli  ich  złapiemy  –  odparłem,  wiedząc,  że  mój  samochód  został  wysadzony  w 

powietrze  w  związku  ze  sprawą  Angeli  Cashell,  a  sam  Costello  jest  podejrzany.  Nie 

przypuszczałem,  żeby sam o drugiej w nocy wysadzał ludziom samochody, co nie znaczyło, 

że nie mógł tego zlecić. 

– No to czyja to według ciebie robota? – spytał. 

–  Nie  wiem,  nadinspektorze.  Może  kogoś  związanego  ze  sprawą.  Może  kogoś,  kto  z 

jakiegoś powodu wkurzył się na mnie. A może to Mark Anderson odgrywa się za to, że giną 

mu owce. Może to ten ktoś, kogo w nocy widziała Penny. Bóg jeden wie. 

– Podpalenie wskazuje na Johnny’ego Cashella – podsunął Costello. 

– Tyle że on siedzi bezpiecznie w areszcie w Strabane. 

– No tak. Może to ktoś od McKelveya – odparł. – Wyładowują na kimś swój gniew. 

– Może. 

T

EGO  SAMEGO  RANKA  PRZYJECHALI  SZKLARZE

,  żeby  naprawić  okna  od  frontu.  Pomogłem 

ludziom  z  pomocy  drogowej  pozbierać  ostatnie  poskręcane  kawałki  metalu  z  podjazdu  i 

zabrałem  się  z  nimi  na  posterunek,  gdzie  wziąłem  nieoznakowany  wóz  do  czasu,  aż 

ubezpieczyciel zapłaci mi za nowy. Stamtąd pojechałem do Strabane. 

Przejechałem pod blaszanymi rzeźbami muzyków i tancerzy górującymi nad miastem 

na  ponad  siedem  metrów  w  górę.  Zimowe  słońce  kładło  się  cytrynową  mgiełką  nad 

wzgórzami na wschodzie, odbijając się słabo od polerowanego metalu posągów. 

background image

Najpierw  poszedłem  do  biblioteki.  Oprócz  książek  i  płyt  CD  był  tam  dostęp  do 

Internetu,  choć  nawet o tak  wczesnej  porze  wszystkie  stanowiska  były  zajęte.  Poprosiłem  o 

czytnik  do  mikrofilmów  i  kopie  „Strabane  Chronicie”  od  1977  do  1979;  chwilę  później 

zacząłem przegryzać się przez mikrofilm, po jednej klatce, szukając wzmianek o Mary Knox. 

Najpierw  zabrałem  się do pierwszego numeru  z 1979 roku, z czwartego stycznia.  Nagłówek 

brzmiał  –  raczej  bez  wyobraźni  –  Zaginiona  kobieta,  ale  przynajmniej  ułatwiło  mi  to 

poszukiwania. 

”Policja  zwraca  się  z  prośbą  o  informacje  dotyczące  miejsca  pobytu  mieszkanki 

Strabane, Mary Knox, zaginionej w sylwestra. Panna Knox jest tuż po trzydziestce, średniego 

wzrostu  i  budowy.  Ma  ciemnobrązowe  włosy,  piwne  oczy,  ostatnio  widziano  ją  ubraną  w 

sukienkę w kwiaty i czarne wysokie buty. Każdy, kto ma jakieś informacje na temat miejsca 

pobytu  panny  Knox,  proszony  jest  o  skontaktowanie  się  z  posterunkiem  policji  w  Strabane 

pod numerem 36756”. 

Następny  numer, z  jedenastego stycznia,  zawierał  więcej  informacji pod nagłówkiem 

Obawy  o  zaginioną.  Co  więcej,  było  tam  zdjęcie  ukazujące  kobietę  siedzącą  na  schodach 

prowadzących na plażę. To była ta sama fotografia, którą zabrałem z pudełka rzeczy Szczura 

Donagheya. 

”Policja  nadal  prosi  o  informacje  na  temat  zaginionej  Mary  Knox,  która  zniknęła  w 

sylwestra.  Panna  Knox  przyjechała  do  naszego  miasta  trzy  lata  temu  z  Manchesteru,  ma 

wyraźny  angielski  akcent.  Jest  średniej  budowy,  ma  brązowe  włosy  i  piwne  oczy.  Panna 

Knox  była w  lokalnych kręgach znaną postacią,  ostatnio widziano  ją w sukience w kwiaty  i 

wysokich czarnych butach”. 

Zmiana  czasu  na  przeszły  w  ostatnim  zdaniu  rzucała  się  w  oczy;  być  może  był  to 

przypadkowy  błąd  redaktora,  a  może  pragmatyczne  stwierdzenie  faktu,  że  po  jedenastu 

dniach Mary Knox raczej już nie wróci. Zamieszczane w kolejnych tygodniach artykuły były 

coraz krótsze, aż w końcu nie napisano już nic i zapomniano o Mary Knox. 

Musiałem cofnąć się prawie o osiem  miesięcy,  zanim znów trafiłem  na  jej  nazwisko. 

Komentarz Hendry’ego o jej stylu życia wzbudził we mnie podejrzenia, w każdym numerze 

zaglądałem  do  kroniki  policyjnej,  i  faktycznie,  w  czerwcu  1978  roku  pojawiło  się  tam  jej 

nazwisko: Mary Knox, bez stałego miejsca zamieszkania, stanęła przed sądem okręgowym w 

background image

Strabane, oskarżona o zaczepianie i prostytucję. Przyznała się do winy, kiedy sąd wysłuchał 

zeznań  sierżanta  Gerry’ego  Willarda,  który  stwierdził,  że  widział,  jak  oskarżona  świadczy 

usługi  seksualne  w  zamian  za  pieniądze  w  zatoczce  przy  Leckpatrick  Road.  Sędzia  Edward 

Benning  ostrzegł  pannę  Knox,  że  jeśli  takie  zachowanie  się  powtórzy,  zostanie  skazana  na 

więzienie.  Oznajmił,  że  tym  razem  potraktował  ją  łagodnie  przez  wzgląd  na  rodzinę  na  jej 

utrzymaniu. 

N

A  EKRANIE  PRZEWIJAŁY  SIĘ KOLEJNE  WYDANIA  GAZETY

; nazwisko Mary  Knox pojawiło  się 

jeszcze cztery razy: dwa razy za zaczepianie, dwa razy za zakłócanie spokoju pod wpływem 

alkoholu.  W  jednej  ze  spraw  o  zaczepianie  dowody  przedstawiał  niejaki  konstabl  James 

Hendry. O rodzinie Knox już nie wspominano. 

Zadzwoniłem do Hendry’ego i poprosiłem, żeby zjadł ze mną na obiad, który – kiedy 

przyjechał – składał się z kanapek zawiniętych w woskowany papier, jedzonych na ławce pod 

biblioteką. Słońce stało nisko na niebie, a nasze cienie wydłużały się na chodniku. 

–  Masz  coś  na  temat  Knox?  –  spytałem,  usiłując  jednocześnie  jeść  i  mówić,  bez 

większych sukcesów. 

– Tyle, ile ci wczoraj powiedziałem. 

– Nie mówiłeś mi, że ją aresztowałeś. 

– Aresztowałem? Nie pamiętam, ale na pewno tak było. Była jedną z tych osób, które 

zna całe miasto. Chodziły słuchy, że oddawała się każdemu mundurowemu, który zgadzał się 

przymknąć na nią oko. Ja sam nigdy nie skorzystałem z takiej propozycji – dodał szybko. 

–  Pracowała  po  tej  stronie  granicy  czy  po  tamtej?  –  spytałem,  ocierając  usta  z 

majonezu. 

– Chyba po obu – odparł Hendry. – Ogólnie rzecz biorąc, miała dużą klientelę. Gdyby 

chciała brać udział w negocjacjach pokojowych, chyba dobrze by jej poszło. 

– Masz jakieś pomysły, co się z nią stało? 

–  Nie  żyje  –  powiedział  Hendry  bez  wahania.  Zgniótł  papier  po  kanapce  w  kulkę  i 

rzucił  go  do  kosza  obok  ławki.  Kulka  odbiła  się  od  krawędzi  i  potoczyła  na  jezdnię. 

Przechodząca  obok  kobieta  z  dwójką  dzieci  popatrzyła  na  nią,  potem  na  nas  i  zmarszczyła 

brwi. 

– Moim zdaniem leżu pod jakimś osiedlem albo w lesie, albo w piachu na plaży, albo 

pod jakimś parkingiem – dodał Hendry. 

– Kto to zrobił? 

–  Naprawdę  trudno  powiedzieć.  W  tamtym  czasie  IRA  „schowała”  całkiem  sporo 

background image

ludzi:  informatorów,  nieinformatorów,  ludzi,  którzy  krytykowali  ich  w  miejscowych 

sklepach.  Znikali  i  nikt  ich więcej  nie  widział.  Wtedy  się do tego nie przyznawali, ale teraz 

wszystko  wychodzi.  Torturowano  ich,  żeby  się  dowiedzieć,  co  powiedzieli,  a  potem 

porzucano  zwłoki  na  budowach.  Braliśmy  pod  uwagę  przede  wszystkim  tę  ewentualność. 

Inną był klient niezadowolony z jakości usług. Może ktoś, kogo szantażowała, groziła mu, że 

powie żonie. Ten, kto to zrobił, raczej nikogo więcej nie zabił. Po prostu zniknęła. 

–  W  gazetach  była  mowa  o  „rodzinie  na  utrzymaniu”.  Kto  to  był?  –  spytałem, 

zapalając papierosa i częstując Hendry’ego. 

–  Dwójka  dzieci.  Chłopiec  i  dziewczynka.  Ale  nie  pamiętam,  w  jakim  były  wieku  – 

odparł Hendry, zaciągając się papierosem i oglądając jego koniec, żeby sprawdzić, że dobrze 

się  przypalił.  Wydmuchnął  dym  ze  słyszalnym  westchnieniem,  a  potem  wytarł  okruchy  z 

wąsów. 

– Co się z nimi stało? 

–  Nie  mam  pojęcia.  Nie  miałem  nic  wspólnego  z  jej  zniknięciem.  Trafiałem  na  nią 

sporadycznie.  Właściwie  znałem  ją  raczej  ze  słyszenia.  –  Spojrzał  na  zegarek.  –  Lepiej  już 

pójdę. Trzymaj się – powiedział i pomachał mi, kierując się z powrotem na posterunek. Potem 

przystanął i zawrócił. 

– Pomyślałem, że będziesz chciał wiedzieć. Wczoraj rano sądzili Johnny’ego Cashella. 

Dostał  pięć  kawałków  grzywny.  Tanio  się  wykręcił,  nawet  jeśli  wyświadczył  miastu 

przysługę! – zaśmiał się. 

P

OZBIERAŁEM  ŚMIECI  PO 

H

ENDRYM

  i  wróciłem  do  samochodu.  Johnny  Cashell  był  więc 

wczoraj  w  LifFord,  czyli  trafiał  z  powrotem  na  szczyt  listy  podejrzanych  o  spalenie  mi 

samochodu.  A  także  na  początek  listy  tych,  z  którymi  musiałem  porozmawiać.  Najpierw 

pojechałem  Derry  Road  do  nowego  gmachu  rady  miasta,  gdzie  spytałem  o  kogoś  z  urzędu 

stanu cywilnego. Przyjęła mnie pulchna,  małomówna kobieta, która mówiła prawie szeptem. 

Wytłumaczyłem  jej,  że  szukam  aktów  urodzenia  dwójki  dzieci  Mary  Knox,  i  określiłem,  o 

jaki  mniej  więcej  okres  chodzi.  Zapisała  sobie  wszystkie  szczegóły  i  powiedziała,  że 

zadzwoni, kiedy będzie miała odpisy. 

Potem  wróciłem  do  LifFord,  zatrzymując  się  po  drodze  na  posterunek,  żeby 

potwierdzić to, co już wiedziałem: zdjęcie z miejsca znalezienia Angeli było takie samo jak to 

zabrane z mieszkania Szczura. Mary Knox. Sierżant Williams zostawiła wiadomość, że razem 

z  Holmesem  i  policyjnym  rysownikiem  pojechała  sporządzić  szkic  dziewczyny  widzianej  z 

Terrym  Boyle’em  w  noc  jego  śmierci.  Pojechałem  prosto  do  Clipton  Place  porozmawiać  z 

background image

Johnnym  Cashellem  o  podpaleniu  mojego  domu.  Okazało  się  jednak,  że  poprzednią  noc 

spędził na mieście, świętując swoje wyjście z aresztu, i nieco sponiewierany poszedł do pubu 

wyleczyć kaca. 

W  barze  McElroya  go  nie  zastałem;  rozminęliśmy  się.  Dowiedziałem  się  jednak,  że 

Johnny był tam cały poprzedni dzień – po pogrzebie córki – i o trzeciej nad ranem trzeba było 

go  odnieść  do  taksówki,  co  oznaczało,  że  w  chwili,  gdy  podpalano  mi  samochód,  leżał 

nieprzytomny w barze. Wobec tego znów zjechał na dół listy podejrzanych. 

A  potem,  kiedy  nie  miałem  już  się  czym  wykręcić,  wróciłem  do  Lifford,  do  domu 

Powella.  Tym  razem  wjechałem  na  podjazd,  na  którym  stało  samotnie  bmw  Miriam. 

Zapukałem  dwa  razy  i  miałem  już  sobie  pójść,  kiedy  usłyszałem  trzask  drzwi  gdzieś  w 

środku. Kilka chwil później otworzyła mi Miriam czerwona i zdyszana.  W jej oddechu czuć 

było papierosy i alkohol. Stanęła w drzwiach, oparta lekko o futrynę, i się uśmiechnęła. 

– Wejdź – powiedziała, odwróciła się i zaprowadziła mnie do salonu. 

– Deb mówiła, że chciałaś się ze mną widzieć – wyjaśniłem, stając przy kanapie. 

–  Siadaj,  Ben,  proszę.  –  I  usiadła  sama.  Kiedy  siadała,  przeciągnęła  rękami  z  tyłu 

wzdłuż ud,  jakby wygładzając spódnicę, ale był to czysty odruch, bo miała na sobie dżinsy  i 

białą,  męską  koszulę,  rozpiętą  u  góry  tak,  żeby  widać  było  rumieniec  u  nasady  szyi  i 

wzniesienie  opalonych  piersi.  Chyba  zauważyła  moje  spojrzenie,  bo  mówiąc,  dotykała 

kołnierzyka koszuli i przesuwała palcem wskazującym po obojczyku. 

– Chciałam przeprosić za swoje  zachowanie w waszym domu tamtej  nocy – odparła, 

uśmiechając się do mnie dziewczęco. 

– Ja też muszę przeprosić, Miriam, za to, co się stało w samochodzie. 

Machnęła ręką, jakby rozpędzając moje słowa w powietrzu. 

– Nie trzeba, Ben. Uznajmy, że to dwójka starych przyjaciół odnawiała znajomość. 

–  Chciałaś  pomówić  o  swoim  teściu  –  przypomniałem.  Kierunek,  w  jakim  zmierzała 

rozmowa, zaczynał sprawiać, że poczułem się niezręcznie. 

– Znów kogoś widział, przedwczoraj w nocy. 

– W swoim pokoju? – spytałem. 

–  Niezupełnie.  Na  zewnątrz.  Powiedział,  że  widział  jakiś  cień  za  oknem.  Ktoś 

próbował zajrzeć przez szparę w zasłonach. 

Przypomniało  mi  się  moje  przeżycie  sprzed  kilku  dni.  Czy  oba  te  wydarzenia  mogły 

być związane ze sobą? 

– Nie widział jego twarzy? – spytałem. 

– Nie – odparła Miriam. – Pomyślałam po prostu, że to może być ważne. 

background image

– Mogłaś mi to powiedzieć przez telefon – zauważyłem, wstając. 

– Wiem, że jesteś na mnie zły – odparła szybko. – Wiem, że mnie nienawidzisz za to, 

co ci zrobiłam. Z Thomasem. 

– Nie nienawidzę cię, Miriam. 

–  Nienawidzisz.  I  masz  rację.  To  było  okropne.  Ale  zapłaciłam  za  to.  Mój  cudowny 

mąż.  Teraz staje do najbliższych wyborów, to chyba pierwszy raz od lat, kiedy  cokolwiek z 

nim związanego staje w mojej obecności. Wystarczają mu kelnerki i pielęgniarki. Uważa, że 

się zestarzałam. Nazywa mnie przechodzonym towarem. 

Słowa  płynęły  bez  jednej  pauzy,  jakby  Miriam  wiedziała,  że  jeśli  teraz  przerwie,  nie 

będzie już miała szansy wyrzucić tego z siebie. A może po prostu lubiła mieć słuchacza. 

– Jestem przechodzonym towarem, Ben? 

– Muszę iść, Miriam – odparłem, ruszając do drzwi. 

– Kiedyś stać cię było na więcej, Ben. Pamiętam. Pamiętam, jak cię dotykałam. Byłeś 

tak  podniecony,  że  nie  mogłeś  nad  sobą  zapanować.  Pamiętam.  Ty  też.  Wiem,  że  ci  się 

podobam.  Debbie  jest  świetną  matką,  na  pewno. Ale  czy  zrobiłaby  to,  co  ja?  Pamiętasz  ten 

raz  przy  wodociągach?  Mamy  swoje  niedokończone  sprawy,  Ben.  Dokończmy  je  –  rzuciła 

figlarnie. Podeszła do mnie, kołysząc biodrami, z głową lekko pochyloną, tak że patrzyła na 

mnie  przez  grzywkę.  –  Nikt  się  nie  dowie  –  zapewniła.  –  To  tylko  odrobina  niewinnej 

zabawy. 

Była tak blisko mnie, że czułem bijący od niej żar. Jej skóra wydawała się emanować 

czymś  więcej  niż  ciepłem.  Znów  poczułem  zapach  kokosa  i  smak  jej  ust,  zimny  i  ostry. 

Chciałem  poczuć  delikatne  szczypanie  jej  warg.  Położyła  mi  dłoń  na  piersi;  czubek  palca 

wśliznął  się  między  guziki  koszuli  i  pogładził  włosy.  Przeciągnęła  paznokciem  po  mojej 

skórze  i  coś  we  mnie  zaczęło  wzbierać.  Uśmiechnęła  się  ustami,  ale  spojrzenie  miała  lekko 

rozproszone, jakby wcale jej tu nie było, a ja w tej pustce zobaczyłem Debbie i dzieci. Znów 

poczułem dotyk szyi Deb  i  miękkość  jej włosów.  Wziąłem dłoń Miriam,  zdjąłem  ją  sobie z 

piersi  i  się  odsunąłem.  Jej  uśmiech  zadrżał,  jakby  nie  mogła  zrozumieć,  co  się  stało.  Potem 

zniknął, a ja tyłem ruszyłem do drzwi. 

–  Do  widzenia,  Miriam  –  powiedziałem.  –  Jadę  do  domu,  do  rodziny.  Przepraszam, 

jeśli wydawało ci się, że chodzi o coś więcej. 

Zacięła dumnie usta w promieniach zimowego słońca, rozświetlających korytarz. 

–  Wynoś  się,  gnojku!  –  warknęła.  –  Zobaczymy,  czy  twoja  żona  będzie  dla  ciebie 

dobrą dziwką na tylnym siedzeniu samochodu. 

Odwróciłem się, otworzyłem drzwi i stanąłem twarzą w twarz z Thomasem Powellem, 

background image

który  rzucił  mi  swój  najbardziej  polityczny  uśmiech,  wyglądał,  jakby  przed  chwilą  brał 

prysznic; włosy wciąż miał wilgotne i trochę nastroszone. Niedawno się golił i czuć było od 

niego wyraźnie wodę po goleniu, mimo że było późne popołudnie. 

– Coś mnie ominęło? – spytał. 

N

IE POWIEDZIAŁEM 

D

EBBIE O WIZYCIE U 

M

IRIAM 

P

OWELL

 i cały wieczór zastanawiałem się w 

duchu,  jaki  był  jej  prawdziwy  powód.  Miriam  dobrze  wyczuła,  że  nasz  związek  jest 

niezakończoną  sprawą,  tyle  że  z  mojej  strony  w  grę  wchodziły  też  ambicje.  Miriam  Powell 

wciąż przespałaby  się ze  mną z  litości albo z  jakiejś obsesyjnej potrzeby poniżenia  się.  Być 

może chciała się zemścić na niewiernym mężu. A może tylko się zabawić. 

Gdybym nie zobaczył tej pustki w jej oczach, czy poszedłbym na całość, oddał się jej i 

odrzucił  to  wszystko,  co  było  dla  mnie  ważne?  Wmawiałem  sobie,  że  nie.  A  kiedy 

pocałowałem  dzieci  na  dobranoc  i  ułożyłem  się  do  snu  obok  Debbie,  wierzyłem,  że  to 

prawda. 

Tej  nocy  śniłem  o  Miriam  Powell.  Byliśmy  razem  na  tylnym  siedzeniu  samochodu 

zaparkowanego  za  kinem.  Całowaliśmy  się;  jej  przyspieszony  oddech  parzył  mnie  w  ucho, 

kiedy  przyciskała  swój  policzek  do  mojego.  Ponad  jej  nagim  ramieniem  widziałem  przez 

przednią  szybę  ciało  Angeli  Cashell  leżące  w  trawie.  Nad  zwłokami  stała  Debbie,  kręcąc 

głową. Miriam szarpnęła moją koszulę i usłyszałem krzyk. Starłem parę z szyby, wyjrzałem i 

zobaczyłem stojący obok nas drugi samochód. W środku paliło się światło; dostrzegłem tam 

Costella  z  kobietą.  Miała  brązowe  włosy  i  piwne  oczy,  a  jej  ciało  było  poranione  i 

posiniaczone.  Spojrzała  na  mnie  i wrzasnęła.  Wtedy samochód, w którym  byłem, ruszył.  Za 

sobą zobaczyłem strzelające spod klapy płomienie; wydawało mi się, że słyszę bulgoczącą w 

zbiorniku  benzynę,  gotową  eksplodować.  Poczułem  ciężar  w  żołądku,  a  kiedy  znów 

spojrzałem, siedział obok mnie Terry Boyle. Smród jego oddechu i spalonego ciała zatkał mi 

usta  i  nos.  Zwęglonymi  szczątkami  dłoni  chwycił  mnie  za  kolano.  Nagle  kierować  zaczął 

Siwy  McKelvey,  z  wykrzywioną  i  nieruchomą  twarzą,  z  rękami  leżącymi  bezwładnie  na 

roztapiającej się kierownicy, która wirowała wściekle. 

background image

Rozdział 12 

Niedziela, 29 grudnia 

O

BUDZIŁEM SIĘ O CZWARTEJ

 rano, czując straszliwy głód. Ograniczyłem się jednak do kawy i 

papierosa,  którego  wypaliłem  przy  tylnym  wejściu  pod  krytycznym  spojrzeniem  Franka, 

leżącego  w  swoim  koszu.  Wyszedłem  do  ogrodu,  zamarzniętego  pod  czystym,  nocnym 

niebem. Na rozgwieżdżonym niebie księżyc, prawie w nowiu, cienki i zakrzywiony wyglądał 

jak skórka od cytryny.  Zacząłem spacerować, żeby nie zmarznąć; przy okazji obejrzałem od 

zewnątrz szopę Franka. Z tyłu, pod gałęziami żywopłotu, znalazłem w końcu miejsce, gdzie 

deski  spróchniały  i  popękały  –  to  tamtędy  pies  się  przeciskał.  Od  środka  dziura  była 

zasłonięta  workami  szmat,  którymi  zakrywaliśmy  meble  podczas  malowania  domu. 

Zobaczyłem też na podłodze plamy krwi i uświadomiłem sobie,  choć starałem się o tym nie 

myśleć, że jeśli Frank zabijał owce, wcześniej czy później trzeba go będzie uśpić. 

Położyłem się na kanapie, nie mogąc opędzić się od myśli, że ten, kto zaatakował mój 

dom,  zrobi  to  ponownie.  Czuwałem  tak  do  świtu.  Potem  włączyłem  poranną  telewizję  i 

musiałem  zasnąć.  Obudziłem  się  zesztywniały  i  obolały,  z  twarzą  rozpaloną  i  zarośniętą. 

Oczy  mnie  szczypały,  skóra  cuchnęła  solą  i  potem.  Nade  mną  stała  Penny,  przyglądając  mi 

się z przekrzywioną głową. 

–  Pokłóciłeś  się  z  mamą?  –  spytała  rzeczowym  tonem,  zupełnie  niepasującym  do 

pięciolatki. 

–  Nie,  skarbie.  Nie  mogłem  spać  i  zszedłem  na  dół  –  odparłem,  usiłując  się 

uśmiechnąć. Przeciągnąłem się, żeby zlikwidować przykurcz szyi. 

– Dlaczego? – spytała. 

– Bo nie mogłem spać i nie chciałem nikogo obudzić. 

– Aha – powiedziała. – Możesz się przesunąć? Chcę pooglądać telewizję. 

Potem usiadła na kanapie, ledwie dając mi czas podnieść głowę. 

Kiedy  brałem prysznic,  przypomniałem  sobie nocny sen  i postanowiłem stawić czoło 

temu, czego bałem się najbardziej: konfrontacji z Costellem na temat Mary Knox. 

background image

P

O  RAZ  DRUGI

  w  tym  tygodniu  szedłem  asfaltowym  podjazdem  Costella  ze  ściśniętym 

sercem.  Poranne  niebo  było  cudownie  błękitne,  odcinały  się  na  nim  wyraźnie  białe  strzępy 

chmur. Temperatura znów spadła w nocy i w betonowym baseniku dla ptaków, stojącym na 

środku trawnika, wodę pokryła warstwa lodu. 

Drzwi otworzyła mi Emily. Uśmiechnęła się ze zdziwieniem. 

– Coś się stało, Benedikcie? Wyglądasz okropnie. 

Nie  mogłem  spojrzeć  jej  w  oczy,  mając  w  kieszeni  pierścionek,  który  dwadzieścia 

sześć lat temu jej mąż dał prostytutce. Najstarsze z dzieci Costellów miało trzydzieści pięć lat. 

Za  nią  pojawił  się  nadinspektor,  wpychał  pospiesznie  prążkowaną  koszulę  w  luźne, 

brązowe sztruksy. 

– To ty – przywitał mnie z uśmiechem. – Wejdź. 

Nie ogolił się jeszcze, a włosy na czubku głowy trochę mu sterczały. 

– Chciałbym zamienić parę słów, proszę pana. Jeśli można – powiedziałem, nie chcąc 

przekraczać progu ich domu z szacunku dla Emily. 

Costello trochę się zdziwił, ale kiwnął głową, zdjął z wieszaka przy drzwiach ciężką, 

pikowaną kurtkę i poszedł ze mną do samochodu. 

– O co chodzi, Benedikcie? Znów coś z McKelveyem? 

Wyjąłem  z  kieszeni  pierścionek  i  podniosłem  go,  trzymając  kciukiem  i  palcem 

wskazującym. 

– Pierścionek Angeli Cashell – zauważył Costello. – I co z tego? 

Potem zobaczył zdjęcie, które wyjąłem z kieszeni, i dodał po prostu: 

– Aha. 

– Kim była Mary Knox? – spytałem tonem bardziej osobistym, niż zamierzałem. 

– Przejedźmy się. 

W

 

1977

  ROKU 

O

LLIE 

C

OSTELLO

  był  sierżantem  lirffordzkich  gardai,  żonatym  od  dziesięciu 

lat.  Pewnej  czerwcowej  nocy,  kiedy  niebo  było  granatowe,  a  biały  księżyc  wisiał  nisko  nad 

wzgórzami, przejeżdżał obok pubu Coachman Inn godzinę po zamknięciu i zauważył światło 

w szparze pod drzwiami. 

Zapukał do nich i w końcu go wpuszczono. Kiedy dookoła ucichł gwar rozbawionych 

gości, zobaczył grupę mężczyzn zebranych wokół podwyższenia, które wykorzystywano przy 

licytacjach.  Nikt  z  tej  grupy  jeszcze  go  nie  zauważył,  bo  całą  uwagę  skupiali  na  kobiecie, 

stojącej  nad  nimi  i  ściągającej  właśnie  halkę  oraz  bieliznę  ze  spoconego  ciała.  Mężczyźni 

wiwatowali  na  widok  kolejnych  odsłanianych  skrawków  białego  ciała,  a  kobieta  wiła  się  i 

background image

tańczyła  do  wtóru  jakiejś  bezgłośnej  muzyki  łomoczącej  w  jej  głowie.  Było  to  widowisko 

zarazem absurdalne i dziwnie zmysłowe. 

– Dobrze, proszę pani, już wystarczy – oznajmił w końcu Costello, uderzając w scenę 

pałką. Widzowie pospiesznie się rozpierzchli. 

–  Nikt  wcześniej  nie  mówił  do  mnie  per  „pani”  –  odparła  kobieta  i  puściła  do  niego 

oko, wciąż się kołysząc,  prawie  naga.  Costello wspiął  się  na podwyższenie,  z wysiłkiem się 

podciągając,  a  potem  zdjął  marynarkę  i  okrył  nią  ramiona  kobiety,  nagle  świadomy 

półksiężyców potu, ciemniejących pod pachami na jego koszuli. 

Kobieta owinęła się ciasno marynarką, zaciągnęła jej poły dłońmi i zachwiała lekko – 

zakręciło się jej w głowie od tańca i alkoholu, który wypiła. Costello objął ją, żeby nie upadła, 

i zaprowadził do damskiej toalety, gdzie stał na straży, póki się nie ubrała. Potem wziął ją do 

swojego  samochodu,  na  odchodnym  zaś  upomniał  właściciela,  Harry’ego  Tolanda,  za 

złamanie przepisów. 

Kiedy  wrócił  do  auta,  kobieta,  która  przedstawiła  się  jako  Mary,  leżała  na  tylnym 

siedzeniu  i  ściągała  pończochę,  żeby  przesunąć  dziurę  z  dużego  palca  stopy  na  któryś  z 

mniejszych.  W  samochodzie  czuć  było  dym  papierosowy,  alkohol,  pot,  nieświeże  stopy  i 

znoszone pończochy. Costello otworzył okno i wyjął notes. Zapalił światło i spytał kobietę o 

jej dane.  Uprzedził  ją,  że  może  zostać oskarżona  o czyny  lubieżne,  i  spytał,  czy  jest ktoś,  z 

kim  chciałaby  się  skontaktować.  Obserwował  ją  przy  tym  we  wstecznym  lusterku  nagle 

świadom, że krople potu na jej twarzy i piersi zaczynają go podniecać. 

Odparła,  że  słyszała,  iż  w  Lifford  są  mężczyźni,  którzy  lubią  tańczyć  z  samotnymi 

kobietami. Bo ona jest samotna. Potem wyjęła papierosy i zapaliła. Costello powiedział jej, że 

w samochodach policyjnych nie można palić, a ona uśmiechnęła się do niego samymi oczami. 

Spytała, czy pali, a on przyznał, że czasami, wyjęła papierosa z ust, gruby ślad szminki został 

na  brązowym  filtrze,  i  wyciągnęła  go  ku  niemu.  Costello  wahał  się,  kiedy  papieros  dotknął 

jego warg, potem zaciągnął się i uśmiechnął do kobiety, wypuszczając dym. 

Zapaliła  następnego  i opowiedziała  mu o swoich  dzieciach,  chłopcu  imieniem Sean  i 

dziewczynce  Aoibhinn.  Mówiła,  jak  się  będą  martwiły,  jeśli  nie  wróci  na  noc  do  domu.  W 

końcu zaproponowała Costellowi, że jeśli ją wypuści, zrobi mu coś przyjemnego. 

Costello  siedział  z  przodu  samochodu,  było  mu  jednocześnie  zimno  i  gorąco,  był 

zarazem  podniecony  i  przestraszony,  i  nie  umiał  podjąć  decyzji,  która  zgasiłaby  szum 

adrenaliny  w  jego  żyłach.  Na  chwilę  wszelkie  myśli  o  żonie  i  dzieciach  go  opuściły. 

Powiedział sobie, że zasługuje na odrobinę zabawy. Emily o niczym się nigdy nie dowie i nie 

stanie się jej przez to krzywda. 

background image

Uruchomił  silnik  i  pojechał  na  pusty  plac,  gdzie  kiedyś  stał  stary  szpital.  Siedział  w 

ciemności,  a  Mary przecisnęła się  między  fotelami  i usiadła obok niego. Odwrócił twarz od 

światła  ulicznych  lamp,  zamknął  oczy  i  myślał  tylko  o  swoim  oddechu,  coraz  szybszym  i 

szybszym, aż byłby gotów przysiąc, że za chwilę pofrunie.  Kiedy Mary skończyła, otworzył 

oczy  i  włączył  silnik,  a  ona  zapięła  pasy  i  zaczęła  poprawiać  makijaż  w  lusterku  w  osłonie 

przeciwsłonecznej.  Costello  podwiózł  ją  czterysta  metrów  do  granicy  i  wypuścił  z 

samochodu.  Podziękowała  mu, niewiele  brakowało,  a on zrobiłby to samo.  Potem zamknęła 

drzwi,  pomachała  mu  smutno  przez  szybę,  odwróciła  się  i  zniknęła  w  cieniu  Wielbłądziego 

Garbu,  wielkiego posterunku brytyjskiego wojska, który górował  nad okolicą przez większą 

część wojny domowej. 

Costello  wrócił  na  posterunek,  poszedł  do  toalety,  umył  się  kilka  razy  i  zmusił  do 

oddania  moczu.  Obejrzał  się  w  lustrze.  Woda  ściekała  mu  z  czoła  i  z  nosa,  i  przez  chwilę 

wydawało mu się, że zwymiotuje. Ale fala nudności minęła, a może ją przełknął. Przygładził 

włosy na głowie, włożył czapkę i poszedł piechotą do domu, pozwalając, by wiatr zrywający 

się znad rzeki ochłodził rumieniec na jego policzkach. 

Następnego  ranka  obudził  się  wcześnie  i  usiadł  przy  kuchennym  stole,  patrząc,  jak 

powietrze  wokół  niego  jaśnieje.  Tuż  po  ósmej  poszedł  do  miasta,  kupił  świeży  chleb,  sok 

pomarańczowy  i  bukiet  ciętych  kwiatów  z  wiadra  pod  miejscowym  supermarketem.  Zrobił 

Emily śniadanie do łóżka i śmiał się trochę za głośno z jej żartów. Uważnie przyglądał się jej 

twarzy i przypominał sobie wszystko, co w niej kochał, wszystkie powody, dla których się z 

nią ożenił. 

Dwa  tygodnie  później,  kiedy  nie  mógł  już  wytrzymać,  siedząc  w  samochodzie  na 

przejściu granicznym, przejrzał notes w poszukiwaniu nazwiska i adresu Mary Knox. Miał na 

sobie  cywilne  ubranie,  mógł  więc  przekroczyć  granicę.  Pod  domem  na  Canal  View  bardzo 

długo wpatrywał się w okna. W końcu zastukał do drzwi. W brzuchu czuł podniecenie. Drzwi 

się otworzyły i nagle patrzyła na niego, jak stoi w progu, z przyczesanymi włosami i bukietem 

kwiatów  z  tego  samego  wiadra,  co  dla  żony,  ściskanym  w  spoconej  dłoni  tak  mocno,  że 

zielony papier pobrudził mu skórę. 

Później,  kiedy  ubierała  się  pospiesznie,  wychodząc  z  domu,  zostawił  na  stoliku  z 

telefonem w korytarzu dwudziestofuntowy banknot. 

W  ciągu  następnych  miesięcy  odwiedzał  Mary  Knox  coraz  częściej.  Spotkania  te 

wyglądały  za  każdym  razem  tak  samo.  On  siedział  w  samochodzie  i  czekał,  aż  ona  będzie 

gotowa. Stawał na jej progu jak dziecko czekające na dorosłego, ze strachem i podnieceniem. 

Zawsze przynosił jej kwiaty, nawet jeśli te z poprzedniej nocy wciąż były świeże. 

background image

Na Boże Narodzenie kupił jej złoty łańcuszek, za który zapłacił więcej niż za prezent 

dla  żony.  Dzieciom  przyniósł  kolejkę  i  lalkę,  ale  Mary  nie  pozwoliła  mu  wręczyć  ich 

osobiście.  Ona  nie  kupiła  mu  nic.  Myślał,  że  może  dostanie  jeden  raz  za  darmo,  ale  kiedy 

nocą wymykał się  frontowymi drzwiami,  zawołała go i spytała,  czy o czymś  nie zapomniał. 

Był tak wściekły, że przysiągł, że więcej nie wróci, ale wrócił cztery dni później. 

Któregoś  wieczoru  zobaczył  jakiegoś  innego  klienta,  wychodzącego  od  niej  drzwi  i 

rozglądającego się ostrożnie  na wszystkie strony.  Pomarańczowe światło  latarni odbijało  się 

od ślubnej obrączki. Costello nie mógł nic zrobić, a Mary Knox nie zamierzała przepraszać. 

Wracając do domu, przyłapał pijaka, zataczającego się przez most do Lifford i pobił go 

pałką  tak  dotkliwie,  że  kiedy  rano  facet  wychodził  z  dołka,  plecy  i  żebra  miał  poznaczone 

sinymi i czerwonymi pręgami, choć nie przypominał sobie, dlaczego. 

Coraz  częściej  Costello  musiał  czekać  pod  drzwiami  Mary  Knox,  aż  wyjdzie  od  niej 

inny  mężczyzna.  W  końcu  pewnego  wieczoru  w  maju,  kiedy  ostatni  błękit  niknął  z  nieba, 

wpadł na pomysł wycieczki do Donegal. Chciał zabrać Mary na weekend, spędzić z nią całe 

dwa  dni  tak,  żeby  nikt  im  nie  przeszkadzał  –  ani  inni  mężczyźni,  ani  Emily,  ani 

dwudziestofuntowe  honorarium.  Mógłby  powiedzieć,  że  jedzie  na  konferencję.  Mógłby 

wynająć pokój na nazwisko Smith, tak jak to robili na filmach. Po raz pierwszy od miesięcy 

znów czuł przyprawiającą o mdłości falę zdenerwowania i ekscytacji. 

Przekonanie Mary Knox zajęło mu trzy miesiące. Obiecał jej, że jeśli pojedzie, on za 

wszystko zapłaci. Obiecał zorganizować wyjazd tak, że nikt się o niczym nie dowie. W końcu 

obiecał jej coś kupić, żeby wynagrodzić stratę zarobków z całego weekendu. Uśmiechnęła się, 

pozwoliła pocałować i zgodziła. Powiedziała, że zostawi dzieci u sąsiadki. Miały taki układ. 

To  podczas  tej  wycieczki  Costello  kupił  Mary  Knox  pierścionek,  który  teraz 

trzymałem  w  ręce.  Uważał,  że  to ta  wycieczka  była  sygnałem  początku  końca  ich  związku; 

może Mary Knox zobaczyła, jaki się stał zaborczy. 

W miarę jak wieczory stawały się coraz krótsze, widywał ją coraz rzadziej. Kilka razy 

w jej domu było ciemno przez całą noc. Kiedy się spotykali, wydawała się jakaś nieobecna. 

Nosiła  droższe  ubrania  i  choć  wciąż  miała  na  palcu  jego  pierścionek,  przybyło  jej  biżuterii. 

Któregoś  wieczoru,  kiedy  do  niej  pojechał,  zobaczył,  jak  wychodzi  z  domu  i  wsiada  do 

czarnego  samochodu  z  rejestracją  z  Południa,  prowadzonego  przez  mieszkańca  Lifford, 

nazwiskiem  Anthony  Donaghey.  Donaghey  był  wysoki  i  niezgrabnie  chudy,  z  włosami 

przystrzyżonymi  krótko  przy  skórze.  Nosił  proste  dżinsy  z  podwiniętymi  nogawkami  i 

wysokie martensy. Mimo to otworzył przed Mary Knox drzwi, jakby był jej szoferem, a ona 

siadła z tyłu, pozwalając mu prowadzić. 

background image

Nie zważając na własną godność, Costello pojechał za nimi z powrotem przez granicę, 

do hotelu Three Rivers przycupniętego przy Letterkenny Road. Przez trzy godziny siedział w 

ciemności  na parkingu, wyczerpując  akumulator na  słuchanie radia,  i czekał, aż  Mary  Knox 

się  pojawi.  Tuż  po  pierwszej  w  nocy  wytoczyła  się  pijana  z  drzwi.  Donaghey  wysiadł  z 

czekającego samochodu, pomógł jej wsiąść i odwiózł ją do domu. 

Kiedy kilka dni później Costello spytał ją o ten incydent, powiedziała, że jest żałosny, 

siedząc  tak  w  ciemności  i  ją  podglądając.  Nie  potrzebuje  zazdrosnych  kochanków,  bo 

opiekuje się nią ktoś ważniejszy od byle policjanta. Zaczął na nią krzyczeć tak głośno, że jej 

córka na piętrze się rozpłakała. Mary Knox uderzyła go w twarz i nazwała wariatem. Policzek 

palił  go  i  szczypał  tam,  gdzie  zaczynał  już  czerwienieć  odcisk  jej  dłoni.  Na  oślep  chwycił 

gliniany wazon z kwiatami i zamierzył się nim. Przez ułamek sekundy widział w oczach Mary 

coś jakby strach, potem jednak zaczęła się z niego śmiać tak bardzo, że po twarzy pociekły jej 

łzy. Ten śmiech ścigał go na ulicy i przez całą drogę do domu. 

Nie spotkał się więcej z Mary Knox. Kilka tygodni później w sylwestra ona i jej dzieci 

zniknęły. 

S

IEDZIELIŚMY  W  ZATOCZCE  W  POŁOWIE  MOSTU

  między  Lifford  a  Strabane.  Mijały  nas 

przejeżdżające samochody. W dole, tam gdzie Foyle zaczyna swoją ostatnią podróż do ujścia 

i  dalej  do  Atlantyku,  na  płyciźnie  brodziła  samotna  czapla,  zanurzając  raz  po  raz  dziób  w 

mętnej wodzie, ale nie udawało się jej znaleźć nic do jedzenia. 

– I to już cała historia, Benedikcie. Dlaczego ci jej wcześniej nie opowiedziałem? Nie 

mam z czego być dumny, prawda? 

Nie  odpowiedziałem;  zgasiłem  tylko  papierosa  w  samochodowej  popielniczce. 

Otworzyłem  okno,  żeby  wypuścić  dym,  i  popatrzyłem,  jak  czapla  porzuca  poszukiwania, 

rozkłada skrzydła i wzbija się w powietrze. 

– Co to ma wspólnego z Angelą Cashell? – spytałem w końcu. 

–  Nie  wiem,  Benedikcie.  Naprawdę.  Gdybym  uważał,  że  jest  jakiś  związek, 

powiedziałbym ci wcześniej. 

–  Jakiś  związek  musi  być  –  odparłem  poirytowany.  –  Szczur  Donaghey  zgłosił 

kradzież  pierścionka  kobiety,  która  zaginęła  dwadzieścia  parę  lat  temu;  Siwy  McKelvey 

dostał  go  w  swoje  ręce,  spróbował  upłynnić,  twierdził,  że  sprzedał  jakiejś  kobiecie  na 

dyskotece,  a  tymczasem  pierścionek  trafił  w  końcu  na  palec  prawie  nagiej  martwej 

dziewczyny,  córki  miejscowego  łobuza.  Zbiegi  okoliczności  zdarzają  się,  proszę  pana,  ale 

tego już trochę za wiele. 

background image

–  Mógłbym  wezwać  NBCI.  Przydzielić  do  sprawy  parę  świeżych  umysłów. 

Oczywiście to by oznaczało, że wszystko wyjdzie na jaw. Wszystko. 

Niezależnie  od  niewypowiedzianej  groźby,  że  wyda  się  mój  atak  na  Siwego 

McKelveya,  i  tak  byłem  niechętny  przekazaniu  sprawy  do  Krajowego  Biura  Dochodzeń 

Kryminalnych.  Moje  śledztwo  trudno  nazwać  przykładnym,  ale  miałem  przynajmniej 

poczucie, że jestem na właściwym tropie. 

–  Podstawowe  pytanie  brzmi,  jak  pierścionek  trafił  do  Szczura  Donagheya?  – 

powiedziałem, starając się zignorować uwagę Costella. 

– No cóż, albo Mary mu go dała, albo jej go zabrał – odparł nadinspektor. – A chociaż 

może nie zależało jej na mnie, to na pewno zależało jej na pierścionku. Kosztował fortunę. 

Włączyłem silnik i zawróciłem do Lifford. 

– Dokąd jedziemy? – spytał Costello. 

Spojrzałem na niego, ale nie potrafiłem odpowiedzieć. 

background image

Rozdział 13 

Poniedziałek, 30 grudnia 

O

  DZIEWIĄTEJ  TRZYDZIEŚCI  RANO  W  PONIEDZIAŁEK

  spotkałem  się  z  sierżant  Williams  w 

naszym  gabinecie-składziku.  Ona  i  Holmes  dostarczyli  portret  pamięciowy  dziewczyny,  z 

którą  widziano  Terry’ego  Boyle’a  w  noc  jego  śmierci.  Niestety,  mimo  wysiłków  rysownika 

portret  mógł  przedstawiać  każdą  nastolatkę:  drobna,  jasne  włosy,  ładna,  brak  koloru  oczu, 

brak  charakterystycznych  tatuaży  czy  kolczyków.  Komputerowy  portret  miał  zostać 

przekazany  do  mediów,  ale  nawet  Williams  przyznawała,  że  nie  wiąże  z  nim  większych 

nadziei.  Holmes  wciąż  siedział  zawieszony  w  domu,  oglądał  telewizję  i  dzwonił  do 

podejrzanych, których nazwiska pojawiały się w zestawieniu z nazwiskiem Boyle’a. Było to 

niewdzięczne zadanie, ale korzystał ze służbowej komórki, nic go to więc nie kosztowało. 

–  Kogoś  mi  ona  przypomina  –  powiedziałem,  odwracając  głowę  na  bok,  jakbym  z 

innego kąta mógł zobaczyć dziewczynę wyraźniej. 

–  Dla  mnie  to  może  być  każdy  –  odparła  sierżant  Williams.  –  W  tym  problem.  Jak 

idzie ze sprawą Cashell? 

Opowiedziałem jej wszystko, czego dowiedziałem się od Costella. Kiedy skończyłem, 

pokręciła z niedowierzaniem głową. 

–  Chyba  miał  pan  rację,  mówiąc,  że  pierścionek  to  wiadomość.  Myśli  pan,  że  była 

skierowana do Costella? 

– Być może. Będziemy musieli wziąć to pod uwagę. Najpierw ustalmy, co miał z tym 

wszystkim wspólnego Szczur Donaghey. Mam przeczucie, że jeśli był w to zamieszany, Mary 

Knox nie oddała mu pierścionka dobrowolnie. 

– Cóż, mam dwie informacje – oznajmiła Williams. – Po pierwsze, obejrzałam jeszcze 

raz nagranie. Zła wiadomość jest taka, że nie ma tam śladu Siwego McKelveya. 

– Ale widzieliśmy go, jak z nią wchodził. 

–  Nie  –  odparła,  unosząc  palec  w  sposób,  który  skojarzył  mi  się  z  jedną  z  moich 

szkolnych  nauczycielek.  –  Widzieliśmy  kogoś  wchodzącego  z  Cashell  i  założyliśmy,  że  to 

Siwy. Pamięta pan, ten ktoś z krótkimi blond włosami i w dżinsach. Biała koszulka? 

background image

– Pamiętam – powiedziałem. – Co z nim? 

– Pojawia się znowu później. Idzie to toalety. Musiałam wczoraj wieczorem pojechać 

tam i sprawdzić sama. Wszedł do damskiej toalety. To była ona. 

– Na pewno? – spytałem, choć wiedziałem, że to głupie pytanie. 

–  Trudno  powiedzieć.  Biała  koszulka  była  trochę  workowata.  Kobieta  o  małych 

piersiach,  krótkie  włosy?  Tak,  to  mogła  być  kobieta.  Może  Siwy  McKelvey  mówił  prawdę. 

Nie widać go na nagraniu. 

–  Jeśli  w  tej  sprawie  nie  kłamał,  to  może  faktycznie  sprzedał  pierścionek  – 

zauważyłem. 

– Powiedzmy, że sprzedał.  Jak pierścionek trafił  na palec Cashell?  Chyba że ktoś go 

kupił  specjalnie  w  tym  celu.  Co  oznaczałoby,  że  śledzili  Siwego.  Co  z  kolei  oznacza,  że 

wiedzieli o kradzieży pierścionka.  A  może Szczur  im to powiedział. Może dlatego całe ręce 

miał  poprzypalane  papierosami.  Może  torturowali  go,  aż  im  to  zdradził.  Wyśledzili 

pierścionek u McKelveya i kupili go od niego. Potem założyli go na palec jego dziewczynie, 

żeby wyglądało, jakby to on zrobił – dodała. – Ale po co? 

– A jeśli McKelvey nie był w to zamieszany? Jeśli wiadomość nie była dla niego ani 

dla Costella, tylko dla Johnny’ego Cashella? 

– To możliwe. Jedziemy do niego? – zaproponowała Caroline. 

– Chyba powinniśmy – odparłem. 

Nic  więcej  jednak  nie  zdążyliśmy  zrobić,  bo  zadzwoniła  moja  komórka.  Dzwoniła 

Kathleen Boyle, matka Terry’ego, która dostała pocztą coś dziwnego. 

 

Z

AZWYCZAJ  NIE  OTWIERAM  POCZTY  MĘŻA

  –  wyjaśniła,  siedząc  na  tej  samej  kanapie  co 

tamtego  wieczoru,  kiedy  zamordowano  jej  syna.  –  Tylko  w  Boże  Narodzenie.  Widzicie 

państwo, niektórzy nie wiedzą, że jesteśmy w separacji. Wciąż przysyłają kartki nam obojgu, 

ale  na  jego  nazwisko.  Wiecie,  państwo  Seamusowie  Boyle’owie.  Otwieram  je  i  wysyłam 

mężowi te adresowane do niego. 

– Nie musi się nam pani tłumaczyć, pani Boyle – powiedziała sierżant Williams, chcąc 

jak najszybciej się dowiedzieć, co konkretnie jej przysłano. 

–  Wiedziałam,  że  to  świąteczna  kartka.  Pomyślałam  tylko,  że  spóźniona.  Ale  kartka 

była pusta, bez życzeń, bez niczego. W środku tylko to... 

Wyciągnęła do nas zdjęcie.  Nie widzieliśmy,  co na  nim  jest,  bo ręka się  jej trzęsła,  a 

fotografia była błyszcząca. 

Kiedy  wziąłem  ją  od  niej,  poczułem  zarazem  zaskoczenie  i  dziwną  satysfakcję  na 

background image

widok  znajomej  twarzy  Mary  Knox,  siedzącej  na  schodach,  w  chwili,  która  musiała  mieć 

duże  znaczenie  dla  tego,  kto  zrobił  zdjęcie  –  albo  dla  tego,  kto  podrzucał  je  w  miejsca 

morderstw dwadzieścia kilka lat po jej zniknięciu. 

Pani Boyle zauważyła spojrzenie, które wymieniliśmy ja z Williams. 

– Wiecie państwo, kto to jest? – spytała. 

– Pytanie brzmi, czy pani wie? – odparłem. 

– Nie mam pojęcia. Nigdy jej nie widziałam. Pomyślałam tylko... Mówiliście, żeby się 

skontaktować, jeśli przyjdzie mi do głowy cokolwiek niezwykłego. 

–  Na  pewno  jej  pani  nie  zna?  –  powtórzyłem,  rozpaczliwie  pragnąc  znaleźć  jakiś 

związek, odkryć znaczenie tego zdjęcia. 

– Nie, nigdy w życiu jej nie widziałam, przysięgam. 

– Kartka była wysłana do pani męża, pani Boyle. Czy on ją znał? 

– No... nie wiem – odparła, nagle przestraszona tą myślą. – Mogła być jedną z jego... 

kobiet. Ale to zdjęcie wygląda na stare. 

–  Możemy  się  jakoś  skontaktować  z  pani  mężem,  pani  Boyle?  –  spytałem.  – 

Sprawdzić, czy... 

Energicznie pokiwała głową. 

– Tak, będzie tu niedługo. Na jutrzejszy pogrzeb. 

Wodziła  wzrokiem  od  sierżant  Williams  do  mnie  i  znów  z  powrotem,  jakby  w 

przestrzeni między nami mogła znaleźć wytłumaczenie śmierci syna. 

Z

APEWNIWSZY  PANIĄ 

B

OYLE

,

  ŻE  POSTĄPIŁA  SŁUSZNIE

,  wsiedliśmy  do  samochodu  i 

przedyskutowaliśmy  nasze  postępy.  Między  Szczurem  Donagheyem,  Angelą  Cashell  i 

Terrym  Boyle’em  nie  było  żadnego  widocznego  związku,  a  mimo  to  ktoś  zamordował  ich 

troje  i we wszystkich trzech wypadkach pojawiło się zdjęcie  Mary  Knox.  Szczur Donaghey 

był  z  tego  samego  pokolenia  co  Johnny  Cashell,  a  chociaż  nie  znałem  Seamusa  Boyle’a, 

zdjęcie Mary Knox zostało wysłane do niego, nie do jego żony. Uznałem, że jedyne, co nam 

pozostało,  to  porozmawiać  z  Cashellem  i  Boyle’em.  Zanim  to  zrobiliśmy,  zadzwoniłem  do 

Hendry’ego, żeby sprawdzić, czy dowiedział się czegoś więcej o zniknięciu Mary Knox. Cały 

ranek spędził, przeglądając dla mnie akta sprawy. 

–  Mówiłem  ci  wczoraj.  Główny  tok  śledztwa  dotyczył  wtedy  udziału  IRA.  Co 

oczywiście oznacza, że nie dowiedzieliśmy się niczego. 

– Czy mówi ci coś nazwisko Szczur Donaghey? Ćpun z Letterkenny. 

– Tony? 

background image

– Tak. 

– Nazwisko Tony’ego pojawiło się raz czy dwa. Jedna z sąsiadek powiedziała, że parę 

razy widziała go kręcącego się pod domem dziewczyny, zanim zginęła. Zresztą nie tylko jego 

– dodał. 

– Wciąż nic na temat dzieci? 

–  Nic.  Moim  zdaniem,  jeśli  żyje,  to  są  z  nią.  Po  jej  zniknięciu  przez  kilka  dni  nie 

widywano też jej  sąsiadki.  Mówiła,  że pojechała  do Dublina,  do siostry.  Ona  i  Knox  bardzo 

się przyjaźniły; wygląda na to, że opiekowała się dziećmi, kiedy Knox pracowała. Nazywała 

się Joanne Duffy. Teraz mieszka gdzieś w Derry. Czemu pytałeś o Tony’ego Donagheya? 

– Jego nazwisko pojawiło się też u nas. 

– Jak go nazwałeś? Szczur? – spytał Hendry. 

Kiedy  Donaghey  był  nastolatkiem,  łapał  szczury  na  farmach  w  okolicach  Lifford.  W 

letnie dni, kiedy panował duszący upał, chodził po Letterkenny i kręcił się w pobliżu świateł 

na skrzyżowaniach, z żywym szczurem w kieszeni kurtki. Jeśli na światłach zatrzymywała się 

samotna  kobieta,  z  szybą  opuszczoną  w  upale,  Donaghey  rzucał  jej  szczura  na  kolana. 

Zazwyczaj  w  pierwszym  odruchu  kobieta  wyskakiwała  z  samochodu.  Donaghey  wskakiwał 

za  kierownicę  i  odjeżdżał.  Udało  mu  się  to  zrobić  sześć  razy,  zanim  go  złapano.  Chodziła 

plotka, że policjant, który go złapał, teraz nadinspektor, połamał mu obie ręce pałką w ramach 

poglądowej nauki, jak wymierza się sprawiedliwość w okręgu Donegal. 

– I słusznie – przyznał Hendry. – To był kawał drania, nie da się ukryć. Mieliśmy go 

na celowniku po zniknięciu Knox i w kilku innych sprawach. Wiedzieliśmy, że przynajmniej 

przez jakiś czas należał do IRA, dopóki oni też się go nie pozbyli. Nie mieliśmy jednak na to 

dowodów i sprawa ucichła. Przykro mi. 

Podziękowałem mu i się rozłączyłem. Już dwa razy wspomniał o powiązaniach z IRA. 

Nie  przemawiało  to  do  mnie,  ale  pomyślałem,  że  nic  nie  szkodzi  sprawdzić.  Wziąłem 

kluczyki do samochodu. Sierżant Williams popatrzyła na mnie pytająco. 

– Chyba muszę się wyspowiadać – powiedziałem. 

N

ASZ  MIEJSCOWY  KSIĄDZ

,

 

T

ERRY 

B

RENNAN

,  przybył do Lifford  cztery  lata temu.  Wcześniej 

służył przez czternaście lat w jednej z najcięższych okolic Derry.  Chociaż wielu uważało go 

za bełkoczącą skamielinę ze złotego wieku katolicyzmu, mało kto wiedział, że przez kilka lat 

na  przełomie  lat osiemdziesiątych  i  dziewięćdziesiątych  pośredniczył  w  rozmowach  między 

IRA a brytyjskim rządem. Nie był związany z żadną ze stron, ale udawało mu się zachować 

szacunek i, co ważniejsze, posłuch u obu. 

background image

Msza  o  dziesiątej  trzydzieści  jeszcze  się  nie  skończyła,  zaczekaliśmy  więc  na 

parkingu,  aż  niewielka  grupa  parafianek  wyszła  na  poranne  słońce,  zapinając  płaszcze  i 

owijając głowy chustami przed zimnem. Potem wszedłem do kościoła. 

Światło z zewnątrz  padało przez witraże pod takim kątem,  że całe  spektrum kolorów 

rozlewało  się  na  białym  marmurze  ołtarza.  Ojciec  Brennan  był  w  konfesjonale;  dwójka 

staruszków klęczała przy ławie tuż obok. Drzwi konfesjonału otworzyły się ze szczęknięciem 

i wyszło z niego dziecko, przytrzymując wejście otwarte dla kobiety, prawdopodobnie babci. 

Po  niecałej  minucie  wyszła  też  ona  i  do  środka  wszedł  mężczyzna.  Z  miejsca,  gdzie 

siedziałem,  słyszałem  jego  ciche  mruczenie,  przerywane  niższym,  bardziej  gardłowym 

mamrotaniem ojca Brennana. Potem mężczyzna wyszedł i zostawił drzwi otwarte. Powietrze 

było ciężkie od zapachu kadzidła. 

Wszedłem do konfesjonału i zamknąłem drzwi za sobą. Panowała tu atmosfera ciepła i 

bliskości;  zapach  drewna  i  politury  mieszał  się  z  zapachem  wody  po  goleniu  księdza.  Za 

dzielącą  nas  kratką  widziałem  jego  sylwetkę.  Patrzył  na  kolana,  na  modlitewnik,  z  uchem 

przy przepierzeniu. 

– Pobłogosław  mi, ojcze, bo zgrzeszyłem.  Od  mojej ostatniej spowiedzi  minęło kilka 

tygodni – zacząłem. 

– Niech się pan streszcza,  inspektorze, nie jadłem śniadania – odparł Brennan głosem 

chrapliwym  od  palonych  latami  woodbine’ów.  Zaśmiał  się  cicho  do  siebie;  a  jego  śmiech 

zabrzmiał jak kaszel. 

–  Potrzebuję  przysługi.  Muszę  porozmawiać  z  kimś,  kto  mógłby  mi  pomóc  w 

śledztwie.  W  siedemdziesiątym  ósmym  roku  w  Strabane  zniknęła  prostytutka  nazwiskiem 

Mary Knox. Muszę wiedzieć, czy mieli z tym coś wspólnego bojownicy. Moim zdaniem jej 

zniknięcie ma związek ze śmiercią Angeli Cashell i Boyle’a. 

– Istnieje taki związek? – syknął Brennan. 

– Tak uważamy. Ale nikt nie wie na pewno... 

W  powietrzu  zawisła  bez  odpowiedzi  moja  niewypowiedziana  prośba  o  pomoc. 

Brennan  milczał  blisko przez minutę; w ciemności konfesjonału cisza wydawała się ciągnąć 

w nieskończoność. W końcu nachylił się do kratki i w półmroku zobaczyłem, że odwrócił do 

mnie głowę, a światło padające z zewnątrz odbiło się w oprawkach jego okularów. 

– Nic nie mogę obiecać, inspektorze. To niezwykła prośba. Niech mi pan zostawi jakiś 

numer kontaktowy. Jak powiedziałem, nic nie obiecuję. 

– Dziękuję, ojcze. 

Usłyszałem, jak porusza się w konfesjonale i szykuje do wyjścia. Zdjął z szyi stułę. 

background image

–  Ojcze  –  powiedziałem.  –  Może  wysłuchałby  ojciec  mojej  spowiedzi,  skoro  już  tu 

jestem. 

Nie  odezwał  się,  tylko  usiadł,  a  ja  w  półmroku  zobaczyłem,  że  założył  stułę  z 

powrotem  na szyję  i się przeżegnał.  Zacząłem  mu  opowiadać o McKelveyu,  o Andersonie  i 

jego owcach, a przede wszystkim o Miriam Powell. Spytał, czy powiedziałem Debbie, co się 

stało.  Spytał, czy żałuję.  Spytał, czy zamierzałem  ciągnąć ten romans,  a  ja odpowiedziałem, 

że nie. 

–  Bóg  panu  wybacza,  inspektorze.  Pana  żona,  jak  podejrzewam,  też  panu  wybaczy. 

Teraz niech pan spróbuje wybaczyć sobie samemu. Rozgrzeszam pana,  w imię Ojca,  Syna  i 

Ducha Świętego, amen. Niech pan nie wyłącza telefonu. 

R

AZEM Z SIERŻANT 

W

ILLIAMS

 pojechałem do restauracji na granicy. Nazywała się Przystanek 

Wędrowca.  Caroline  zjadła  płatki  na  mleku  i  tosta,  a  ja  pełne  śniadanie  z  jajecznicą, 

boczkiem, kiełbasą  i pomidorem.  Wycierałem właśnie ostatnią grzanką resztki żółtka,  kiedy 

zadzwonił mój telefon. 

– Devlin – przedstawiłem się, nie rozpoznając numeru dzwoniącego na wyświetlaczu. 

– Ksiądz mówił, że chcesz o coś spytać. 

Głos  był  zimny  i  bezcielesny,  nie  tylko  przez  anonimowość  komórki,  ale  jeszcze  z 

jakiegoś powodu. 

– Tak – odparłem, chociaż nie było to pytanie. 

– Czego chcesz? 

– Mary Knox. Była... 

– Ksiądz nam mówił. Czego chcesz? 

– Czy IRA miała coś wspólnego z jej zniknięciem? – spytałem i zdałem sobie sprawę, 

że  ludzie  przy  stoliku  obok  gapią  się  na  mnie  z  rozdziawionymi  ustami.  Wyszedłem  na 

zewnątrz, jedną ręką wyciągając z trudem papierosy. 

– Nie. 

– Na pewno? 

Cisza. 

– A Szczur Donaghey? Był od was? 

– To powszechnie znany fakt, Devlin. Ksiądz mi mówił, że... 

– Czyli że Szczur Donaghey nie miał nic wspólnego ze zniknięciem Knox? 

– Tego nie powiedziałem. Posłuchaj. Nie sankcjonowaliśmy... zniknięcia Mary Knox. 

To,  czy  zrobił  to  jakiś  ochotnik  renegat,  to  inna  sprawa  i  nie  bierzemy  za  to  żadnej 

background image

odpowiedzialności. Takie zachowanie stawiałoby nas w złym świetle. 

– Nie wydaje mi się, żebyście mogli mówić o jakiejś wysublimowanej moralności... – 

zacząłem. 

– Ksiądz mówił, że porządny z ciebie gość – przerwał mi. – Mylił się. Już rozumiem, 

czemu ci podpalili samochód. Nie proś się o jeszcze. 

– Zaczekaj – powiedziałem. – A Johnny Cashell i Seamus Boyle? 

– Co ty, kurwa, głupi jesteś? Wszyscy działali razem. 

Potem połączenie się urwało. 

Zapisałem  numer,  który  pojawił  się  na  wyświetlaczu,  z  kierunkowym  z  Północy. 

Połączyłem  się  z  jednostką  wsparcia  telekomunikacyjnego  Gardy  i  spytałem,  czy  mogą  go 

namierzyć.  Nieco  później  tego  samego  dnia  oddzwonili  z  informacją,  że  numer  należał  do 

dziesięciolatki, który zgłosiła zgubienie telefonu w szkole kilka dni wcześniej. 

 

T

O  ROBOTA 

D

ONAGHEYA

  –  powiedziałem,  przekazując  szczegóły  rozmowy  sierżant 

Williams.  –  Był  w  IRA,  ale  działał  poza  nimi.  Kiedy  wszedł  w  narkotyki,  zupełnie  się  od 

niego odcięli. Ale to musiał zrobić on. 

– Jakim cudem nie dopadło go RUC? 

– Procesy ekstradycyjne w latach siedemdziesiątych były dość rzadkie. Pewnie nie był 

wart zachodu, jeśli nie mieli pewności, czy go wydamy. Poza tym musieliby udowodnić, że to 

on.  My  nie  musimy  nic  udowadniać.  Wystarczy  nam  podejrzenie:  mamy  już  coś,  na  czym 

możemy  się  oprzeć.  Oprzyjmy  się  więc  na  założeniu,  że  Szczur  Donaghey  ją  zabił. 

Powiedzmy, że ukradł jej biżuterię. Był właśnie takim draniem. Dwadzieścia pięć lat później 

ktoś włamuje się do niego i kradnie kosztowności. Minęło tyle czasu, Szczur jest przekonany, 

że  nic  mu  nie  zrobimy.  Nikt  nie  będzie  pamiętał  o  jednym  cholernym  pierścionku,  myśli 

sobie.  A  pierścionek  musi  być  coś  wart.  Może  chciał,  żeby  zwróciło  mu  za  niego 

ubezpieczenie.  Ale  ktoś  jakoś  zauważa  pierścionek  na  liście  skradzionych  rzeczy.  Łączy 

fakty.  Torturuje  i  morduje  Szczura.  A  jeśli  tu  nie  chodziło  o  konkurencję  w  handlu 

narkotykami  ani  o  pytania  o  pierścionek?  A  jeśli  Szczur  był  torturowany,  aż  wyjawił  całą 

prawdę  o  Mary  Knox?  Jeśli  podał  nazwiska?  Powiedzmy,  że  wsypał  Cashella  i  Boyle’a. 

Niedługo  później  córka  Cashella  i  syn  Boyle’a  są  martwi,  a  przy  nich  znajduje  się  zdjęcie 

martwej kobiety. Cashell ma jej pierścionek na palcu. 

–  Skąd  wzięli  pierścionek?  Chodzili  po  jubilerach,  aż  trafili?  Wyśledzili  go  u 

McKelveya,  zabrali  mu  go,  a  potem  go  wrobili?  Żaden  z  jubilerów  nie  wspominał,  żeby 

wypytywał go ktoś oprócz nas! 

background image

– A kto inny miałby dostęp do list skradzionych rzeczy? 

–  Nie  zagląda  pan  do  Internetu?  To  nowa  inicjatywa:  listy  są  umieszczane  na 

lokalnych  stronach  serwisu  Gardy.  Ktoś  ma  nadzieję,  że  inni  odwalą  naszą  robotę  za  nas. 

Każdy, kto ma dostęp do Internetu, mógł te listy przejrzeć. 

– Niech  będzie – zgodziłem  się  niechętnie.  – Czyli ktoś widzi pierścionek  na  liście  i 

kojarzy go ze Szczurem. Przesłuchuje Szczura, dociera do Siwego? Ale jak? 

–  Słuchając  plotek?  Czystym  zbiegiem  okoliczności?  A  może  Szczur  wiedział,  że  to 

McKelvey go okradł.  Pewnie  nietrudno ustalić,  kto sprzedaje kradziony towar  w Donegal – 

powiedziała Caroline. – Bardziej mnie zastanawia, kto chciałby zabić morderców Mary Knox, 

zakładając, że ona faktycznie nie żyje. 

–  Nie  żyje.  Kto  mógłby  pomścić  jej  śmierć?  Ktoś  jej  bliski,  ktoś,  kto  wiedział  o 

pierścionku, ktoś, kto znał ją osobiście i pamiętał ją po dwudziestu pięciu latach. 

– Costello? – spytała sierżant Williams, lekko się przy tym wzdrygając 

– Być może – odparłem, udając, że nie przyszło mi to do głowy. 

–  Ale  po  co  miałby  zabijać  Angelę  Cashell?  Czy  Terry’ego  Boyle’a?  –  spytała 

Caroline. – Czemu nie ich ojców? Po co odgrywać się na dzieciach? 

–  A  może  mści  się  właśnie  dziecko  Mary  Knox.  Dlatego  zabija  dzieci  ludzi 

odpowiedzialnych za śmierć jego matki. 

– Albo jej. 

– Co? 

–  Knox  miała  dwoje  dzieci,  chłopca  i  dziewczynkę.  Niech  pan  nie  zapomina,  nie 

wykluczyliśmy udziału kobiety w morderstwie Angeli Cashell. Założone majtki? I wiemy, że 

w morderstwie Boyle’a brały udział dwie osoby:  dziewczyna, z którą wyszedł z pubu,  i ten, 

kto go zastrzelił. 

– To prawda – powiedziałem. 

– No to co teraz robimy? – spytała sierżant Williams. 

– Porozmawiamy z Cashellem i zobaczymy, co nam powie. Jutro pogawędzimy sobie 

z Boyle’em,  po pogrzebie.  Tymczasem  sprawdźmy,  czy uda  się nam powiązać Donagheya  i 

Cashella z zamordowaniem Knox. I ustalić, co się stało z dwójką jej dzieci. 

–  A  jeśli  się  okaże,  że  to  Costello?  –  spytała  sierżant  Williams,  mocno  przygryzając 

wargę. 

– To go aresztujemy – odparłem z przekonaniem, którego wcale nie czułem. 

background image

Z

AJECHALIŚMY  POD  DOM 

C

ASHELLÓW

  w  chwili  gdy  odjeżdżała  stamtąd  ekipa  telewizji. 

Johnny rozmawiał przez żywopłot z sąsiadem, Sadie stała obok niego i paliła papierosa. 

Sąsiad skinął głową w naszą stronę.  Cashellowie  odwrócili  się  i patrzyli,  jak  idziemy 

ścieżką do ich domu. Johnny Cashell wyprostował się i spróbował wypiąć pierś. Efekt popsuł 

trochę grymas twarzy – najwyraźniej wciąż bolała go rana na brzuchu. 

– Czyżbym czuł boczek? – spytał sąsiad, najwyraźniej uważając swój dowcip za dość 

dobry, by go nieustannie powtarzać. 

– Nie przez smród benzyny – odparł Johnny Cashell; odwrócił się i stanął w drzwiach 

na  rozstawionych  nogach,  krzyżując  ręce  na  piersi.  –  Czego  chcecie?  –  prychnął.  – 

Przyjechaliście  znów  oskarżać  ojca  w  żałobie?  Właśnie  opowiadałem  o  was  ludziom  z 

telewizji. Nie dalibyście sobie rady z zasraną układanką dla dzieci, no to obwiniacie rodzinę. 

– Chciałem to zwrócić Sadie – powiedziałem, podchodząc do niego z pierścionkiem. – 

Myślę, że go poznajesz, Johnny. Chociaż ośmielam się twierdzić, że ostatni raz widziałeś go, 

kiedy Szczur Donaghey ściągał go z palca martwej kobiety. Mam rację? 

Sadie wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem, a potem odwróciła się do sąsiada, jakby 

chciała  dzielić  z  kimś  poczucie  krzywdy.  Johnny  nie  był  już  taki  pewny  siebie.  Spojrzał  na 

pierścionek,  a  w  jego  oczach  zamigotało  rozpoznanie.  Przesunął  nerwowo  językiem  po 

wargach i zaśmiał się, trochę za głośno. 

– Znów pieprzysz, Devlin. Nie ma takiej rzeczy, do jakiej byście się... 

– Nie ma też przedawnienia, Johnny. Nie męczy cię, że Angela zginęła właśnie przez 

to? Ani to, że Donaghey cię wystawił, głupi draniu? 

Mówiłem coraz głośniej; czułem, że zaczyna mi szumieć w głowie. Sierżant Williams 

ujęła mnie za ramię. 

–  Lepiej  chyba  porozmawiać  w  środku,  panie  Cashell,  nie  sądzi  pan?  –  powiedziała, 

prowadząc  Cashellów  do  domu.  Poszedłem  za  nimi.  Sadie  szeptem  dopytywała  się  męża,  o 

czym mówię. 

Położyłem na stole zdjęcie Mary Knox i stanąłem przed Cashellami. 

–  Wiemy,  że  pierścionek  należał  do  Mary  Knox,  Johnny.  Podejrzewamy,  że  Tony 

Donaghey zabrał go jej, kiedy zniknęła. Teraz pierścionek znów wypłynął, dwadzieścia pięć 

lat później, a Donaghey zapłacił za to. Parę tygodni temu ktoś załatwił go w Bundoran. 

Obserwowałem, jak Johnny Cashell usiłuje utrzymać pokerową twarz. 

– Ktoś go związał, Johnny – ciągnąłem – przypalał papierosami, wepchnął mu szmatę 

w gardło, a potem rozciął ręce od nadgarstków do łokci i przypuszczalnie kazał mu patrzeć, 

jak krew ścieka mu po nogach razem ze szczynami. 

background image

Przynajmniej mnie słuchali. 

–  Możesz  sobie  teraz  siedzieć  z  tą  swoją  miną:  „Pieprzyć  gardai”,  Johnny  – 

ciągnąłem;  lata  powstrzymywanej  irytacji  na  nieuleczalnych  idiotów,  takich  jak  Johnny,  w 

końcu zrobiły swoje – ale w którymś momencie Szczur zachował się zgodnie ze swoją ksywą 

i  wysypał  ciebie  i  Seamusa  Boyle’a  temu,  kto  go  załatwił.  I  proszę,  dwa  tygodnie  później 

twoja  niewinna  córka  leży  martwa  na  polu,  a  ty  siedzisz  sobie  w  pubie  i  przechwalasz  się, 

jaka to z ciebie figura. Na pewno jesteś dumna z męża, Sadie. Trafił ci się prawdziwy skarb. 

Wiedziałem,  że  przesadziłem.  W  zaczerwienionych  oczach  Sadie  wezbrały  łzy,  a 

Johnny gapił się na mnie z poszarzałą twarzą i papierosem zawieszonym w połowie drogi do 

ust.  Najstarsza  z  ich  córek,  Christine,  stała  w  korytarzu  i  patrzyła  na  mnie.  Natychmiast 

pożałowałem  tego,  co  powiedziałem.  Poczułem  pot  na  czole,  a  kuchnia  nagle  zrobiła  się 

nieznośnie ciasna. 

–  Chyba  lepiej,  żeby  zaczekał  pan  na  dworze,  inspektorze  –  powiedziała  sierżant 

Williams, spoglądając na mnie ze złością. 

– Ja... przepraszam, Sadie. Jezu, Johnny... przepraszam. 

Sadie patrzyła na mnie wzrokiem pozbawionym wszelkich uczuć. 

–  Jesteś  najpodlejszym  draniem,  jakiego  znam.  Wynoś  się  z  mojego  domu  – 

powiedziała. Wytarła łzę z policzka i odwróciła się do Caroline, czekając, aż wyjdę z kuchni. 

S

TAŁEM W MALUTKIM OGRÓDKU PRZED DOMEM

 i paliłem papierosa, zaciągając się najmocniej, 

jak  potrafiłem,  żeby  dym  parzył  mi  płuca.  Zdałem  sobie  sprawę,  że  obok  mnie  ktoś  jest, 

odwróciłem i zobaczyłem Christine Cashell stojącą ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i 

papierosem w prawej dłoni. 

–  To  było  potrzebne?  –  spytała,  ale  bez  tej  butnej  miny,  którą  miała,  kiedy 

rozmawialiśmy ostatnio. Zupełnie, jakbym potwierdził wszystko, co o mnie sądziła. Możemy 

mówić  sobie  o  równości,  służbie  społeczeństwu  i  tak  dalej,  ale  czasami,  wbrew  sobie, 

traktujemy  ludzi  źle  tylko  dlatego,  że  możemy,  bo  wmawiamy  sobie,  że  robimy  to  w  imię 

sprawiedliwości  czy  pod  jakimkolwiek  innym  pozorem,  pod  którym  ukrywamy  fakt,  że 

chcemy  kogoś  skrzywdzić,  odegrać  się  na  nim  za  jego  całkowity  brak  poszanowania  dla 

naszej pracy i wszystkiego, co dla niej poświęciliśmy. 

–  Nie  –  odparłem,  nie  widząc  sensu  w  dzieleniu  się  z  nią  moimi  przemyśleniami.  – 

Poniosło mnie, panno Cashell. 

– Niech mnie pan tu nie nazywa panną Cashell. Christine wystarczy. – Zaciągnęła się 

papierosem  i  wydmuchnęła  dym  w  górę,  wystawiając  twarz  ku  coraz  mocniejszym 

background image

promieniom  słońca.  Pociągnęła  nosem.  –  Myśli  pan,  że  to  wystarczy,  żeby  mama  go 

zostawiła? – spytała, nie patrząc na mnie. 

– Może. Nie o to mi chodziło. 

– Wiem. Ale nie ma tego złego i tak dalej, prawda? Nigdy nic nie wiadomo. Wygląda 

na to, że daliście ciała z McKelveyem. 

– Tak. Wszystko na to wskazuje.  – Pstryknąłem  papierosa przez żywopłot w płonnej 

nadziei, że wścibski sąsiad jeszcze się tam czai. 

– Mówiliśmy, że ona nie miała z nim nic wspólnego. Wpadła w prochy. To była robota 

McKelveya. Nie chodzili ze sobą. 

– A z kim chodziła, Christine? – spytałem. – Muire wspominała, że Angela z kimś się 

umówiła tego wieczoru, kiedy zginęła. 

– Muire nie wiedziała, co jest grane. 

– O McKelveyu? 

– Na mózg się panu rzucił ten McKelvey. Angie nie spotykała się z McKelveyem. To 

nawet  nie  był  chłopak.  Nasza  Angie  przed  śmiercią  znalazła  sobie  dziewczynę.  Kogoś,  kto 

podtrzymywał jej nałóg. 

– Kogo? 

– Jakąś pielęgniarkę, Yvonne, ze Strabane. 

– Yvonne Coyle? 

– Chyba tak – powiedziała Christine, a potem odwróciła się, słysząc głosy z wewnątrz. 

Jej rodzice wyszli z  sierżant Williams,  która  uścisnęła  im obojgu dłonie,  skinęła  mi głową  i 

poszła  do  samochodu.  Uśmiechnąłem  się  łagodnie  do  Christine,  a  ona  odpowiedziała  mi 

samymi  oczyma.  I  w  tej  samej  chwili  jej  twarz  zastygła  w  znajomym  grymasie  wyzwania 

rzuconego światu. Odwróciłem się, żeby jeszcze raz przeprosić jej rodziców, ale oni tylko na 

mnie popatrzyli, kazali Christine wejść do środka i cicho zamknęli za sobą drzwi. 

 

L

EPIEJ  PANU

?  –  spytała  sierżant  Williams,  kiedy  wsiadłem  do  samochodu.  Nie  zdążyłem 

nawet odpowiedzieć. 

– Cashell to przestępca – stwierdziłem nieco wyniośle. 

– Nie wtedy, kiedy mówi pan o śmierci jego córki. Przecież jest ojcem. 

– A nie powinien być. Jego druga córka rozmawiała ze mną na dworze. Ma nadzieję, 

że  to  w  końcu  zmusi  Sadie,  żeby  się  z  nim  rozwieść.  Trudno  to  nazwać  rodzinną  idyllą, 

prawda? 

– To więcej niż mają niektórzy z nas – warknęła Caroline. 

background image

Przestałem się kłócić. 

Żadne z nas nie odzywało się, kiedy włączała silnik. 

– Co jeszcze mówiła ta dziewczyna? – spytała w końcu. 

Wyjrzałem  przez  boczną  szybę  na  sunące  w  tył  żywopłoty  i  słońce  przeświecające 

przez ich gąszcz. 

–  Niewiele.  Mówiła,  że  ślad  McKelveya  to  ślepy  zaułek,  jakbyśmy  sami  na  to  nie 

wpadli. Twierdziła, że Angela lubiła w obie strony. 

– Co to? – spytała sierżant Williams, zerkając na mnie z boku. 

– Christine uważa, że Angela miała romans z Yvonne Coyle. 

– No proszę. Mamy ją zamknąć? 

–  Na  pewno  warto  się  jej  przyjrzeć.  Chociaż  romans,  nawet  lesbijski,  to  nie 

przestępstwo.  Przyznała  już,  że  Angela  nocowała  u  niej,  zanim  zginęła.  Powiedziała,  że 

tamtego  wieczoru  spotykała  się  z  McKelveyem.  –  Nagle  coś  sobie  przypomniałem.  –  Teraz 

przypominam sobie,  jak mówiła, że widziała McKelveya w czwartek wieczorem.  Właściwie 

była naszym jedynym świadkiem. A jeśli kłamała? 

– Może jednak powinniśmy ją aresztować. 

–  Zapytam  Hendry’ego.  Jest  w  jego  jurysdykcji.  Co  mieli  do  powiedzenia 

Cashellowie? 

–  Cashell  przyznał,  że  znał  Donagheya  i  Boyle’a  pod  koniec  lat  siedemdziesiątych. 

Powiedział,  że Donaghey prowadził  bar, gdzie on  i  Boyle pracowali  jako bramkarze.  Robili 

czasem  dla  niego  to  i  owo.  To  wszystko.  Nic  nie  wiedział  o  Mary  Knox  ani  o  pierścionku. 

Ani dlaczego ktoś miałby go zostawiać na zwłokach jego córki. 

– Wierzysz mu? – spytałem. 

–  O  Boże,  nie.  Kłamał  jak  najęty.  Zdenerwował  się  zwłaszcza  wtedy,  kiedy  mu 

powiedziałam,  że  Knox  miała  dzieci.  Chyba  o  tym  nie  wiedział.  Chociaż  oczywiście 

twierdził, że to go nie interesuje, bo tej kobiety nie znał. 

–  Powiedziałaś,  że  Szczur  Donaghey  prowadził  bar?  Temu  też  warto  się  bliżej 

przyjrzeć.  Posłuchaj,  kiedy  wrócimy  na  posterunek,  zadzwonię  do  Hendry’ego  w  sprawie 

Yvonne  Coyle.  Możesz  mi  przynieść  wszystko,  co  znajdziesz  o  Donagheyu?  Potem 

chciałbym,  żebyś  się  zabrała  do  tej  sąsiadki  Mary  Knox,  Joanne  Duffy,  mieszka  gdzieś  w 

Derry. Podejrzewam, że ona wie, dokąd trafiły dzieci. 

– Myśli pan, że są w to zamieszane? 

– Nie wiem – odparłem szczerze – ale na razie nie mamy nic innego. 

background image

J

AK SIĘ OKAZAŁO

, nie udało mi się wcielić swoich planów w życie tak szybko, jakbym chciał, 

bo  kiedy  wróciłem  na  posterunek,  przy  biurku  dyżurnego  stał  Mark  Anderson,  a  Burgess 

desperacko starał się go spławić. 

–  O,  inspektor  Devlin!  –  krzyknął,  kiedy  tylko  pojawiłem  się  w  drzwiach.  –  Pan 

Anderson  do  pana.  Może  będzie  pan  tak  uprzejmy  i  się  nim  zajmie.  –  Potem  dodał  pod 

nosem: – I zabierze smród owczego gówna z mojego posterunku. 

Anderson nie dawał się spławić. Wyjął coś z kieszeni, kłębek brązowego aksamitu, na 

krawędziach ciemny od zaskorupiałej krwi. Rzucił go na blat. 

– To było na moim polu, tam, gdzie postrzeliliśmy to zwierzę. 

–  Co  to  ma  wspólnego  ze  mną?  –  spytałem,  ale  zakręciło  mi  się  w  głowie.  Strzęp 

oderwanej skóry był obrzydliwy i zarazem żałosny. 

– Powell nie chce mi dać nagrody. Mówi, że to nie kot, tylko kawałek psa. Gdzie twój 

pies? 

– W domu, Mark. To nie jest kawałek psa, to może być kawałek czegokolwiek. Powell 

chce się po prostu wykręcić z układu.  Fajnie jest obiecywać nagrodę w telewizji, dopóki nie 

trzeba jej wypłacić. 

Anderson  popatrzył  na  mnie  podejrzliwie,  marszcząc  czoło  w  skupieniu.  Potarł 

stwardniałym paluchem siwą szczecinę na brodzie. 

–  Wiem  tyle,  że  od  polowania  nie  widziałem  twojego  psa  i  nic  nie  płoszyło  moich 

owiec. Jeśli się dowiem, że twojemu psu coś się stało, będę miał prawo wpakować mu kulkę. 

Nagroda czy nie, będę bronił swoich owiec. 

– A ja będę bronił swojego psa – odparłem. 

–  Najlepiej  sam  wpakuj  mu  kulkę,  zanim  będzie  to  musiał  zrobić  ktoś  inny  –  rzucił 

Anderson i wyszedł. 

C

HOĆ BYŁEM ZŁY NA 

A

NDERSONA

, wiedziałem, że ma rację. Postanowiłem wieczorem zabrać 

do  domu  pistolet.  Kiedy  Penny  była  niemowlakiem,  nie  chciałem  trzymać  broni  w  domu, 

przechowywałem ją więc w specjalnej szafce na posterunku. Dla gardai broń to często rzecz 

ostateczna; zazwyczaj ich przy sobie nie nosimy, bo kłóciłoby się to z samą nazwą An Garda 

Síochána – Strażnicy Pokoju. 

Poszedłem na zaplecze, za gabinetem Costella, gdzie znajdował się sejf. Na nim leżała 

metalowa  skrzynka  z  kłódką.  Otworzyłem  ją,  wyjąłem  swój  rewolwer  kaliber  38  i  pudełko 

nabojów,  zawinąłem  jedno  i  drugie  w  naoliwioną  szmatkę  ze  skrzynki  i  włożyłem  do 

wewnętrznej kieszeni kurtki. 

background image

Z

ADZWONIŁEM NA POSTERUNEK W 

S

TRABANE

 i zostawiłem Hendry’emu wiadomość, żeby się 

ze  mną  skontaktował.  Sierżant  dyżurny  zapewnił  mnie,  że  inspektor  oddzwoni,  kiedy  tylko 

będzie  mógł.  Do gabinetu weszła sierżant Williams  i opadła  na krzesło z grubą szarą teczką 

na kolanach. 

– Oto życie Szczura Donagheya – powiedziała. Położyła teczkę na stole między nami i 

oboje uważnie przejrzeliśmy jej zawartość. 

Donaghey  pojawił  się  w  kartotekach  policyjnych  w  wieku  jedenastu  lat,  kiedy 

przyłapano  go  na  kradzieży  sklepowej.  Właściciel  nalegał,  żeby  sprawę  potraktowano 

poważnie.  Od  tamtej  pory  był  aresztowany  dość  regularnie,  za  picie,  chuligaństwo  albo 

kradzieże.  W  wieku  czternastu  lat  wysłano  go  na  dziewięć  miesięcy  do  poprawczaka  za 

pobicie sąsiadki i kradzież jej torebki, w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze – równowartość 

trzynastu  euro.  Podczas  pobytu  w  poprawczaku  Donaghey  był  spokojny,  ale  później  jego 

nazwisko znów wypłynęło. 

Po  osiągnięciu  pełnoletności  aresztowano  go  po  raz  pierwszy  za  napaść  i  poważne 

uszkodzenie  ciała  –  pobił  do  nieprzytomności  byłego  chłopaka  dziewczyny,  z  którą  się 

spotykał. Posłużył się stłuczoną butelką po piwie i cegłą. Sprawa trafiła do sądu, ale Szczur, 

mimo  wcześniejszych  kar,  wykręcił  się  wyrokiem  w  zawieszeniu.  Zapisałem  sobie  datę, 

przypuszczając, że gazety z tego okresu napisały coś o tym w kronikach policyjnych. 

Czterdzieści  minut  później  moja  wiara  w  bibliotekarzy  znów  została  nagrodzona. 

Według gazet z tamtego czasu Donagheya potraktowano ulgowo z powodu wysokiej pozycji 

zajmowanej  przez  niego  w  czymś  o  nazwie  IWD  i  roli  ambasadora  swojego okręgu.  Prezes 

IWD, Joseph Cauley, wstawił się za Szczurem, nazywając jego wybryk pojedynczą skazą na 

godnej  szacunku  postaci.  Sędzią  pokoju  był  wówczas  Gordon  Fullerton,  który  później 

odsiedział  trzy  lata  w  więzieniu,  kiedy  udowodniono  mu,  że  brał  łapówki,  rozstrzygając  w 

sprawie o własność ziemi. Ponieważ żadne z nas nie wiedziało, co to jest IWD, powróciliśmy 

do śródmieścia. 

N

IEMAL  NA  WPROST  POSTERUNKU 

G

ARDY

 wznosi  się Siedziba  Władzy,  muzeum poświęcone 

historii Lifford jako administracyjnego centrum hrabstwa Donegal. Mieszczą się tam stary sąd 

i  cele  dawnego  więzienia  oraz  przytułku  dla  umysłowo  chorych.  Co  więcej,  można  tam 

znaleźć  ludzi,  którzy  wiedzą  o  Lifford  i  Donegal  więcej  chyba  niż  potrzeba.  Jedną  z  takich 

osób  jest  Mary  Deeney,  czterdziestoletnia  kobieta,  o  prostych,  miedzianorudych  włosach  z 

przebłyskami siwizny. W piętnaście minut mogła już opowiedzieć nam o IWD. 

–  Inwestuj  w  Donegal  –  wyjaśniła,  poprawiając  na  nosie  okulary  w  różowych 

background image

oprawkach,  które  niemal  natychmiast  zjechały  w  dół.  –  To  jedna  z  tych  inicjatyw  z  lat 

siedemdziesiątych,  które  miały  ściągnąć  do  Donegal  większe  firmy.  Na  przełomie  lat 

siedemdziesiątych  i  osiemdziesiątych  mieli  nawet  sukcesy,  sprowadzili  firmę  tekstylną  i 

komputerową. Oferowali zachęty, ulgi podatkowe, dopłaty i tak dalej, robili badania rynkowe, 

zajmowali się budowami. Zwinęli się w osiemdziesiątym czwartym, nie, piątym, kiedy umarł 

Cauley. I chyba dobrze, bo chodziły plotki, że zainteresował się nimi Urząd Antykorupcyjny. 

– Pamięta pani, czy działał u nich niejaki Tony Donaghey? – spytała sierżant Williams. 

– Był tam chyba kimś ważnym. 

Mary zastanowiła się, w zamyśleniu nawijając na palec kosmyk włosów. 

– Nie, nic mi to nie mówi. Oczywiście to nie ze mną powinniście państwo rozmawiać. 

Tommy Powell to człowiek, do którego powinniście pójść. 

– Dlaczego Powell? – spytałem. 

– Bo to on był założycielem organizacji. IWD to jego pomysł. Przez Dail załatwił im 

miliony. 

–  Myśleliśmy,  że  IWD  kierował  Cauley  –  zauważyła  sierżant  Williams,  a  ja 

przytaknąłem. 

–  Owszem,  kierował  –  odparła  Mary,  jakby  tłumaczyła  coś  tępemu  dziecku  –  ale 

Powell był właścicielem. Cauley był tylko dyrektorem. 

W

YSZLIŚMY  PRZED  MUZEUM

.  Zapaliłem.  Po  drugiej  stronie  ulicy  widzieliśmy  Costella 

kręcącego  się  po  swoim  gabinecie;  rozsunął  żaluzje,  żeby  wpuścić  do  środka  grudniowe 

słońce. W pewnym momencie podszedł do okna, popatrzył na nas, a potem znów wycofał się 

w cień. 

– I co teraz? – spytałem. 

– Chyba spróbujemy znaleźć dzieci – powiedziała sierżant Williams. – I tę Coyle. Co z 

Powellem? Porozmawia pan z nim? 

– Być może – odparłem. – Ale jeszcze nie teraz. Costello mówił coś rano o ściągnięciu 

Biura Dochodzeń. 

– Chce pan to zrobić? – zdziwiła się Caroline. 

– Nie. Ale chyba będą mogli nam pomóc. 

O

PRÓCZ  POSTERUNKÓW  W  CAŁYM  KRAJU

  An  Garda  ma  centralne  Biuro  Dochodzeń 

Kryminalnych,  które  pomaga  w  prowadzeniu  poważnych  spraw.  Ale  to  tylko  jeden  z  kilku 

background image

systemów wsparcia. Do policji wodnej już dzwoniliśmy. Uznałem, że być może teraz należy 

skontaktować  się  z  Działem  Badawczym.  Dział  Badawczy  robi  dokładnie  to,  co  mówi  jego 

nazwa. Latami zbierają informacje przekazywane przez inne oddziały Gardy i archiwizują je 

na  przyszłość.  Żaden  inny  oddział  nie  mógłby  dotrzeć  do  danych  dotyczących  firm  albo 

inicjatyw państwowych równie szybko. Taką miałem przynajmniej nadzieję. 

Wróciłem  do  naszego  gabinetu,  zadzwoniłem  do  Centralnego  Biura  Łączności  na 

Harcourt  Street  w  Dublinie  i  poprosiłem  o  połączenie  z  Badawczym.  Połączono  mnie  z 

funkcjonariuszem Armstrongiem. Poprosiłem go, żeby znalazł mi wszystko na temat Szczura 

Donagheya  w  powiązaniu  z  IWD.  Postanowiłem  nie  wspominać  na  razie  o  Tommym 

Powellu,  zakładając,  że  jego  nazwisko  tak  czy  inaczej  pojawi  się  w  kontekście  IWD. 

Wspomniałem za to o plotkach o śledztwie w sprawie korupcji i prezesie, Josephie Cauleyu. 

Armstrong odparł, że może to potrwać kilka dni. 

Potem spróbowałem znów skontaktować się z Hendrym w sprawie Yvonne Coyle, ale 

nadal  go  nie  było.  Siedziałem  w  składziku  i  patrzyłem,  jak  sierżant  Williams  przegląda 

książki  telefoniczne  i  listy  wyborców  z  Derry  w  poszukiwaniu  Joanne  Duffy,  przyjaciółki 

Mary Knox. Usiadłem obok niej  i zacząłem jej pomagać. Po iluś fałszywych tropach, trzech 

kawach i kanapce z tuńczykiem na spółkę znaleźliśmy ją. 

background image

Rozdział 14 

Poniedziałek, 30 grudnia 

D

UFFY  PRZENIOSŁA  SIĘ ZE 

S

TRABANE DO 

D

ERRY

 w 1983 roku. Wyszła za  mąż za niejakiego 

Edgara  van  Roosta,  belgijskiego  politologa,  wykładającego  teorię  pokoju  i  konfliktu  na 

lokalnym uniwersytecie. Poznali się na wiecu, na którym van Roost przemawiał, porównując 

konflikt  w  Irlandii  Północnej  z  konfliktem  na  Bliskim  Wschodzie.  Duffy  sprzedawała 

wówczas egzemplarze „Socialist Worker” obojętnemu tłumowi. 

Teraz  mieszkali  w  dzielnicy  Derry  znanej  jako  Foyle  Springs,  w  skromnej  połówce 

bliźniaka domagającej się remontu. W środku dom wyglądał jednak inaczej, niż można by się 

spodziewać  po  socjalistach.  Wąski  korytarz  z  miękką  wykładziną  był  zdominowany  przez 

olbrzymi żyrandol zwisający tak nisko, że musiałem go obchodzić dookoła. 

Pani  Duffy  postarzała  się  wdzięcznie,  być  może  z  niewielką  pomocą  chirurga;  bo 

bardzo  nienaturalnie  brakowało  jej  zmarszczek  i  kurzych  łapek  wokół  oczu,  a  usta  miała 

pełne  i  idealnie różowe.  Policzki podkreśliła różem,  siwiejące  blond włosy upięła w wysoki 

kok. 

Paliła długiego,  cienkiego,  brązowego papierosa, zaciągając się  lekko  i wypuszczając 

dym pojedynczymi chmurkami, jakby nie była przyzwyczajona do palenia. 

–  Nie  mogę  się  zaciągać  –  wytłumaczyła,  zauważywszy  moje  zaciekawienie. 

Gestykulowała  papierosem.  –  Mam  astmę.  Nie  powinnam  w  ogóle  palić,  ale  nie  umiem 

rzucić. 

Sierżant Williams ze zrozumieniem pokiwała głową. 

– Pani Duffy, jak już mówiłam przez telefon, usiłujemy odnaleźć rodzinę Mary Knox. 

Pani Duffy skinęła głową. Kok jej się zakołysał. 

– Mary,  niech spoczywa w pokoju.  Znaleźliście  ją? O to chodzi? Nachyliła  się  lekko 

do przodu, jakby chciała okazać troskę. 

– Nie, pani Duffy – powiedziałem. – Wznowiliśmy sprawę. Domyśla się pani, co się z 

nią mogło stać? 

– O, Mary nie żyje – odparła pani Duffy z przekonaniem. – Była martwa w dniu, kiedy 

background image

zniknęła. Zawsze to wiedziałam. 

– Skąd? – spytała sierżant Williams, uśmiechając się niepewnie. 

–  Czasem  się  po  prostu  wie.  Przyjaźniłyśmy  się.  Zajmowałam  się  jej  dziećmi,  kiedy 

ona... no, wiecie państwo, kiedy pracowała. 

Odłamała czubek papierosa i odłożyła niewypaloną połówkę do popielniczki. 

–  Chcielibyście  ją  państwo  zobaczyć?  –  spytała  i  wstała,  zanim  zdążyliśmy 

odpowiedzieć. Podeszła do ciężkiej, mahoniowej biblioteczki w kącie i otworzyła ją, ukazując 

półki  pełne  książek  i  albumów  ze  zdjęciami.  Przejrzała  jeden  czy  dwa,  znalazła  zdjęcie, 

którego szukała, wyjęła je z albumu i podała sierżant Williams, która obejrzała je i przekazała 

mnie. 

– To ona i jej dzieci – wyjaśniła pani Duffy, stając nade mną z przekrzywioną głową, 

żeby zobaczyć fotografię w mojej dłoni. 

Zdjęcie pochodziło najwyraźniej z tej samej serii, co to, które już widzieliśmy.  W tle 

gromadziły  się  szare  chmury,  ale  nie  psuło  to  słonecznego  nastroju.  Mary  Knox  wciąż 

siedziała na betonowych schodach na plażę, ale w tym ujęciu po obu jej stronach stały dzieci. 

Była  bardzo  atrakcyjną  kobietą.  Pod  dużą,  białą  koszulką  widać  było  czarny  kostium 

kąpielowy. Dłonie położyła skromnie na gołych kolanach, ściśniętych razem. Na lewej dłoni 

miała pierścionek z kamieniem księżycowym. 

Po  jej  lewej  stronie  stał  chłopiec  w  wieku  może  ośmiu  lat,  z  obciętymi  na  pazia 

włosami. Miał na sobie tylko zielone szorty. Spod skóry sterczały mu chude żebra; uśmiechał 

się  tak  szeroko,  że  oczy  miał  jak  szparki.  Jedną  ręką  obejmował  matkę  za  szyję,  drugą 

zawadiacko trzymał się pod bok. Na jego nogach widać było małe siniaki. 

Po  drugiej  stronie  Mary  Knox  siedziała  jej  córka.  Ona  też  uśmiechała  się  do 

obiektywu,  ale  była  mniej  spontaniczna,  ze  splecionymi  przed  sobą  rękami.  Zachowywała 

niewielki odstęp od matki. Twarz miała szczupłą, a skórę jasną, co kontrastowało z ciemnymi 

włosami,  opadającymi  w  lokach  na  czoło  i  ramiona.  Była  ubrana  w  niebieski  kostium 

kąpielowy  i  plażowy  ręcznik  zarzucony  na  plecy  jak  pled.  Jej  twarz  miała  w  sobie  coś 

znajomego i dziwnie smutnego. Być może jednak odniosłem takie wrażenie,  bo wiedziałem, 

jaki los czeka tę rodzinę. 

– Kiedy je zrobiono? – spytałem. 

– Powinno być napisane z tyłu – odparła pani Duffy. – W okolicach Halloween, zanim 

zniknęła.  Pogoda  była  piękna  jak  na  tę  porę  roku  i  wszyscy  pojechaliśmy  do  Bundoran. 

Świetnie się bawiliśmy. 

Data pasowała do zakupu pierścionka przez Costella. 

background image

– Ładny ma pierścionek – powiedziałem. – Wygląda na drogi. 

– Był.  Ale  i tak się zepsuł.  Kiedy  wracaliśmy  do domu, zauważyła,  że wypadł  jeden 

kamień. Musiała go odesłać do naprawy. 

–  Skąd  go  miała?  –  spytałem,  starając  się,  żeby  zabrzmiało  to  niewinnie.  Mimo  to 

Duffy spojrzała na mnie podejrzliwie. 

W końcu postanowiła odpowiedzieć. 

– Pewnie i tak państwo wiecie. Mary miała wielu mężczyzn. Trochę na tym zarobiła. 

Kupił go jej jeden z nich. 

– Wie pani kto to był? – spytała sierżant Williams. 

– Ktoś bogaty. I ważny. Jeden z ważnych ludzi. 

– Co to znaczy „Jeden z”? – spytałem. 

– Było kilku – odparła pani Duffy i uśmiechnęła się nieśmiało, dając do zrozumienia, 

że więcej nie może powiedzieć. 

– Kim byli ci ludzie? – nalegała Caroline, czytając mi w myślach. 

–  Nie  pamiętam  nazwisk.  Jacyś  biznesmeni,  ważne  figury.  Ale  najwyraźniej  był 

właściciel hotelu Three Rivers. 

–  Czyli  kto?  –  spytałem.  Hotel  stał  teraz  opuszczony.  Nikogo  tam  nie  było,  odkąd 

pamiętałem. 

– Nie przypominam  sobie – powiedziała pani DufFy,  unikając  mojego wzroku. – Co 

do dzieci, nie widziałam ich od dwudziestu pięciu lat. 

– Ale wie pani, co się z nimi stało? – spytała sierżant Williams. 

Pani DufFy poczerwieniała. Oczy jej zwilgotniały; przygryzła lekko wargę w daremnej 

próbie powstrzymania łez. 

– Zabrałam je – odezwała się w końcu, ocierając twarz. – Wiem, że źle zrobiłam, ale 

zabrałam  je  do  Dublina.  Zostawiłam  w  sierocińcu  przy  South  Circular  Road,  u  Świętego 

Augustyna. Dałam im po zdjęciu matki z tej samej serii, na którą państwo patrzycie. 

– I to wszystko? Po prostu postanowiła je pani wywieźć, tak bez powodu? – spytałem 

z niedowierzaniem. – A gdyby wróciła? 

–  Ktoś  kazał  mi  to  zrobić,  ktoś,  komu  bardzo  zależało  na  Mary.  Dał  mi  pieniądze, 

żebym je zabrała. Sto Funtów. Kazał mi to zrobić. 

–  Ten  ktoś  kazał  pani  oddać  cudze  dzieci  do  sierocińca,  a  pani  to  zrobiła?  –  Głos 

sierżant  Williams  wnosił  się  tak  szybko,  że  w  końcu  się  załamał  i  zakrztusiła  się  ostatnimi 

słowami. 

–  Tak.  Powiedział  mi,  że  ona  nie  wróci.  Ze  lepiej  dla  dzieci,  jeśli  przez  jakiś  czas 

background image

znajdą się daleko od Strabane. Pomyślałam, że może grozi im jakieś niebezpieczeństwo. Nie 

mogłam sama zająć się dwójką dzieci. Zrobiłam, jak kazał. To nie była moja wina. 

– Kto to był, pani DufFy? Proszę nam podać nazwisko. 

– Nie mogę powiedzieć. 

– Pani DufFy – starałem się mówić spokojnie. – Ten, kto kazał pani wywieźć dzieci, 

prawdopodobnie wie, co się stało z ich matką. Być może nawet odpowiada za to, co się z nią 

stało. No, proszę mi powiedzieć, kto je kazał pani wywieźć? 

Pani DufFy spoglądała to na sierżant Williams, to na mnie. Potem popatrzyła na swoje 

dłonie, splecione na kolanach, i w końcu znów utkwiła wzrok we mnie. W jej głosie i oczach 

pojawił się wyraźny opór. 

–  Nazywał  się  Costello  –  powiedziała  w  końcu  i  napuszyła  się  lekko,  jakby 

podkreślając, że wyznaje to niechętnie. A my usiłowaliśmy pojąć, co usłyszeliśmy. 

W

  DRODZE  POWROTNEJ

  staraliśmy  się  przyjrzeć  wszystkim  elementom  układanki  w  sposób 

jak najbardziej obiektywny. Costello miał romans z prostytutką z dwojgiem dzieci. Ona znika, 

a  on  płaci  sąsiadce,  żeby  zabrała  dzieci  do  Dublina  i  zostawiła  je  tam  w  sierocińcu. 

Dwadzieścia pięć lat później ginie córka miejscowego opryszka, a jej ciało zostaje porzucone 

z pierścionkiem, który Costello dał prostytutce. 

– Costello coraz  lepiej tu pasuje –  stwierdziła ponuro Caroline,  choć żadne z  nas  nie 

chciało  myśleć,  co się  stanie,  gdy  niezbicie udowodnimy, że to on odpowiada za zniknięcie 

Mary Knox. 

–  Na  to  wygląda  –  odparłem  z  rezygnacją  i  postanowiłem  spróbować  ostatniego 

sposobu,  by  odwlec  nieuniknione.  –  Trzeba  koniecznie  zlokalizować  te  dzieci:  oto  jedyne 

rozwiązanie. 

–  Chce  pan  z  nim  o  tym  porozmawiać?  –  spytała  sierżant  Williams,  kiedy 

przejeżdżaliśmy przez Porthall, zbliżając się do Lifford od wschodu. 

–  Jeszcze  nie  –  powiedziałem,  choć  miałem  świadomość,  że  w  końcu  będę  musiał 

stanąć  twarzą  w  twarz  z  Costellem,  podobnie  jak  ze  sprawą  Franka  i  napaści  na  stado 

Andersona. – Co teraz robisz? 

Niebo  ciemniało,  choć  było  dopiero  po  czwartej  po  południu.  Księżyc  wisiał  nisko, 

niewiele większy od skrawka lodu. W górze widać było trzy czy cztery gwiazdy; wał chmur 

gromadzący  się  na  zachodzie  zwiastował  poranny  śnieg.  Minęliśmy  już  kilku  farmerów, 

posypujących solą boczne drogi. 

– Nie wiem. Później jestem umówiona z Jasonem na obiad. On gotuje. 

background image

–  Zrobisz  jeszcze  jedną  rzecz,  przed  końcem  pracy?  Sprawdź,  do  kogo  należał  hotel 

Three  Rivers,  kiedy  mieszkała  tu  Knox.  Ja  poszukam  sierocińca  Świętego  Augustyna  i 

zobaczę, czego się dowiem. 

J

EDYNY 

Ś

WIĘTY 

A

UGUSTYN  W  KSIĄŻCE  TELEFONICZNEJ

  był  kościołem,  ale  ksiądz  podał  mi 

numer  do  zakonnicy,  siostry  Perpetui,  która  pracowała  w  sierocińcu  do  1995  roku,  kiedy 

został  zamknięty.  Siostra  Perpetua,  czy  siostra  P.,  jak  przedstawiła  się  przez  telefon, 

pochodziła z Północy, a jej gadatliwości dorównywała tylko fenomenalna pamięć. 

– Pamiętam dzieci Knox, inspektorze, tak – powiedziała.  Akcent z Fermanag mieszał 

się  u  niej  z  ledwie  zauważalną  wymową  dublińską.  –  Sean  i  Aoibhinn.  –  Imię  dziewczynki 

wymówiła  „Iwin”.  –  Smutna  sprawa.  Przyjechały  do  nas  tuż  po  Nowym  Roku 

siedemdziesiątego  dziewiątego.  Pamiętam,  bo  zabierałyśmy  kilkoro  dzieci  na  spotkanie  z 

Ojcem Świętym w Droghedzie i Knoxowie byli wśród nich. Pamiętam, że przyjechały prawie 

bez  niczego.  Zostawiła  je  chyba  ciotka.  Dała  im  pięćdziesiąt  funtów,  co  za tamtych  czasów 

było sporą sumą. 

No  to  i  tak  zarobiła  pięćdziesiąt,  pomyślałem.  Mimo  swoich  socjalistycznych 

przekonań. 

Siostra  P.  opowiedziała  mi  historię  Knoksów.  Minęło  wiele  miesięcy,  zanim  dzieci 

oswoiły  się  z  nowym  domem.  Ich  akcent,  mieszanka  angielskiego  i  północnoirlandzkiego, 

różnił  się  od  południowej  wymowy  rówieśników.  Dziewczynka  była  cichutka  i  nie  chciała 

brać  udziału  w  żadnych  zabawach.  Chłopiec  zaciekle  jej  bronił,  bez  przerwy  wdawał  się  w 

bijatyki  z  tymi,  którzy  jego  zdaniem  ją  krytykowali.  We  wrześniu  tego  samego  roku  oboje 

trafili do rodzin zastępczych, na przeciwległych krańcach Dublina. Dziewczynka wytrzymała 

cztery dni, chłopiec jeszcze krócej. Oboje tęsknili za sobą; chłopiec uderzył nawet przybraną 

matkę,  kiedy  próbowała  go  objąć  i  pocieszyć.  Rodzeństwo  znów  znalazło  się  razem.  Oboje 

natychmiast wyraźnie się uspokoili. 

Cały  personel  sierocińca  zgodził  się,  że  dzieci  są  nad  wiek  rozwinięte  w  sprawach 

cielesnych.  Często  przeklinały  i  znały  seksualny  slang.  Chłopca  kilka  razy  karano  za 

zaglądanie dziewczynkom pod spódnice, a raz za schowanie się w ich toalecie. 

Bezskutecznie wysyłano je do kolejnych nowych domów. Zawsze z radością wracały 

do  Świętego  Augustyna,  gdzie  chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  zaznały  nieco  spokoju. 

Następne  lata  spędziły  w  kolejnych  rodzinach  zastępczych,  od  których  uciekały,  zanim 

zdążyły się przyzwyczaić. Kiedy Sean skończył osiemnaście lat, opuścił sierociniec i wynajął 

mieszkanie  w  Dublinie.  Pracował  dorywczo  na  budowach.  Dziewczynka  w  wieku 

background image

siedemnastu lat zobaczyła ogłoszenie o rekrutacji do Gardy i rok później zaczęła szkolenie. 

–  To  była  piękna  dziewczyna,  inspektorze  –  powiedziała  siostra  Perpetua  –  ale 

niespokojna. Moim zdaniem Garda była dla niej szansą na nową rodzinę. Oboje byli okropnie 

samotni, mieli tylko siebie. Czyli... a co zrobili? 

Trochę mnie zaskoczyła i wyraźnie to wyczuła. 

– Nie zginęli, boby mi pan powiedział – ciągnęła. – Mogę się tylko domyślać, że jedno 

albo oboje z nich mają jakieś kłopoty. Mam rację? 

– Powinna siostra zostać policjantką – odparłem. 

– Nie odpowiedział pan na moje pytanie. 

– Wiem! – Uśmiechnąłem się. 

– No dobrze – powiedziała. – Wystarczą mi domysły. Ale czy może pan coś dla mnie 

zrobić? Pewnie pan pomyśli, że jestem jakąś rozmiękczoną liberałką, ale proszę nie osądzać 

tych dzieci zbyt surowo. Zycie ich nie rozpieszczało. 

P

ODZIĘKOWAŁEM SIOSTRZE 

P

ERPETUI  I SIĘ ROZŁĄCZYŁEM

. W głowie nadal dźwięczały mi jej 

ostatnie  słowa,  choć  upominałem  się,  że  współczucie  powinienem  zarezerwować  przede 

wszystkim dla  Angeli Cashell  i Terry’ego Boyle’a. W każdym razie  niezależnie od tego,  co 

się  stało  z  jej  bratem,  wiedziałem  już,  że  w  wieku  osiemnastu  lat  w  1992  roku,  Aoibhinn 

Knox wstąpiła do Gardy. 

Rozejrzałem  się  po  posterunku  za  sierżant  Williams,  ale  nigdzie  jej  nie  zobaczyłem. 

Dochodziło  wpół  do  szóstej,  chciałem  zadzwonić  do  centrum  szkoleniowego  gardai  

Templemore  przed  zamknięciem.  Wykręciłem  numer  i  poprosiłem  o  połączenie  z  oficerem 

werbunkowym. Przedstawił mi się sierżant O’Neill. Wyjaśniłem, że potrzebne mi nazwisko z 

listy rekrutów z naboru  z 1992 roku i  szczegóły  dalszych przydziałów tej osoby.  Odparł,  że 

akademia  ma  dane  tylko  o  pierwszym  przydziale  każdego  ucznia,  o  ile  mi  to  coś  da. 

Przełączył mnie na oczekiwanie, a po kilku minutach melodii wygrywanej na dudach wrócił i 

potwierdził, że Aoibhinn Knox wstąpiła wówczas do Gardy i została przydzielona do Santry. 

Podziękowałem  mu  i  zadzwoniłem  do  Santry,  prosząc  o  połączenie  z 

funkcjonariuszem  odpowiedzialnym  za  zatrudnienie  funkcjonariuszy.  Znów  kazano  mi 

czekać; w końcu przedstawiła się nadinspektor Kate Mailey. 

–  Niewiele  jest  chyba  kobiet  nadinspektorów  –  powiedziałem,  kiedy  się  już 

przedstawiłem. 

– Jak dotąd cztery – odparła. – Ale robimy to samo, co stu siedemdziesięciu mężczyzn 

na tym samym stanowisku. 

background image

–  Nie  wątpię,  pani  nadinspektor.  Potrzebne  mi  informacje  o  przydziale  jednej  z 

państwa funkcjonariuszek. 

–  Wiem.  Sierżant  mi  powiedział.  Znam  wszystkich,  którzy  przewinęli  się  przez  ten 

posterunek w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Kogo pan szuka? 

–  Funkcjonariuszki  Aoibhinn  Knox.  Prawdopodobnie  trafiła  do  was  w 

dziewięćdziesiątym trzecim roku. 

– Pamiętam ją, śliczna dziewczyna. 

– Świetna pamięć – rzuciłem żartobliwie. 

Odpowiedź była całkowicie poważna. 

–  Nie  mogę  zapomnieć  o  tej  Knox.  Wyszła  za  jednego  z  członków  mojego  zespołu. 

Zginął  w  1997  roku  w  nieudanym  nalocie  na  melinę  handlarzy  narkotyków.  Nigdy  nie 

zapominam policjantów, którzy zginęli na służbie. 

– Nie, proszę pani – powiedziałem. – Oczywiście, że nie. Przepraszam. 

–  Funkcjonariusz  Knox  niedługo  potem  odeszła  z  Gardy,  inspektorze,  tyle  że  wtedy 

nosiła już nazwisko Coyle. Przy okazji, źle pan wymawia jej imię. To nie była Iwin. Na imię 

ma Yvonne, Yvonne Coyle. 

W

PADŁEM

,

  ZUPEŁNIE  DOSŁOWNIE

,  na  sierżant  Williams  na  korytarzu,  ledwie  mogąc 

wykrztusić to, czego się dowiedziałem. W drodze do samochodu zadzwoniłem na komórkę do 

Hendry’ego.  Kiedy  w  końcu  odebrał,  opowiedziałem  mu,  co  wiem,  i  poprosiłem,  żeby 

pojechał do domu Ivonne Coyle w Glennside i ją aresztował. 

To  sierżant  Williams  prowadziła  wóz  do  Strabane.  Wyprzedziła  traktory,  uniknęła 

wielu podstępnych wysepek i przekazała to, co odkryła. 

–  Hotel  Three  Rivers  należał  pierwotnie  do  hinduskiego  biznesmena  nazwiskiem 

Hassem,  który  sprzedał  go  i  założył  sieć  hoteli  na  Północy.  W  tym  momencie  sprawa  się 

komplikuje,  bo  w  1974  hotel  kupiło  konsorcjum.  Pięciu  miejscowych  biznesmenów  i 

początkujących  przedsiębiorców:  Anthony  McGonigle,  Sean  Morris,  Gerard  McLaughlin, 

Dermot Keavney i, najlepsze na koniec, niejaki Thomas Powell senior. 

Uśmiechnęła się do mnie, dumna ze swoich osiągnięć, a potem skupiła z powrotem na 

drodze. Ktoś na nas zatrąbił, kiedy wyprzedzaliśmy go z prawej. 

– Żartujesz. 

–  Nie,  szefie.  Ciągle  czas  wracamy  do  tych  samych  ludzi.  Wygląda  na  to,  że  Knox 

kręciła z Powellem i Costellem jednocześnie. 

– Pytanie, czy któryś z nich kazał ją zabić? I dlaczego? 

background image

–  Uważa  pan,  że  Szczur  nie  działał  na  własną  rękę?  –  spytała  sierżant  Williams, 

ryzykując rzut oka na mnie. 

– Nieprawdopodobne. Nie miał powodu. Ktoś mu zapłacił. 

Skręciliśmy  w  Glennside.  Nie  musiałem  dalej  pilotować  Caroline,  bo  pod  domem 

Coyle stał już radiowóz PSNI. Błyskające niebieskie światła oświetlały rytmicznie drzewa w 

jej ogrodzie. 

Dom  był  ciemny. Dwóch policjantów w  mundurach obchodziło go z  boku  i świeciło 

latarkami w okna, przysłaniając światło dłońmi. Podszedłem do okna od frontu. Meble stały 

na swoich miejscach, ale zobaczyłem, że wszystkie książki, zdjęcia i ozdoby zniknęły. 

Hendry  wyszedł  zza  domu,  powiadomiony  o  naszym  przybyciu  przez  jednego  ze 

swoich ludzi. 

– Chodźmy na tył, inspektorze. Zostawiła otwarte tylne wejście – powiedział ponuro. 

Poczułem falę mdłości. Na skórę wystąpił zimny pot, spływał pod pachami w duchocie 

kurtki.  Byłem  pewien,  że  znajdziemy  ją  wiszącą  albo  leżącą  na  podłodze,  z  ciałem 

odbarwionym i sztywnym albo białym i zanurzonym w karmazynowej kąpieli. Ale w środku 

nie znaleźliśmy nic. Dom był po prostu pusty, pokoje opróżnione ze wszystkich przedmiotów. 

Mleko w  lodówce skwaśniało, tłumiąc zapach reszty zawartości.  W  misie  na owoce  miękł  i 

czerniał pęk  bananów.  Na dywanie pod drzwiami  wejściowymi walało się parę ulotek.  Sam 

dom był wychłodzony po kilku dniach bez ogrzewania. 

Hendry wysłał mundurowych, żeby przepytali sąsiadów, a potem usiedliśmy w kuchni 

i  zapaliliśmy.  Przedstawił  się  oficjalnie  sierżant  Williams,  wymienili  uprzejmości.  Później 

wytłumaczyłem,  co  doprowadziło  nas  do  Coyle.  Opowiedziałem  mu  o  Cashellu,  Boyle’u  i 

Donagheyu,  i  o  moim  przekonaniu,  że  Szczur  porwał  i  zabił  Mary  Knox,  a  Cashell  był  w 

najgorszym  razie  pomocnikiem,  a  w  najlepszym  –  kierowcą,  choć  nie  mieliśmy  na  to 

dowodów. Nie powiedziałem o swoich podejrzeniach wobec Costella ani o tym, że w trakcie 

śledztwa kilka razy wypłynęło nazwisko Powella. 

– Czyli uważacie, że zabiła małą Cashell i Boyle’a? – spytał Hendry. 

–  Najprawdopodobniej  –  odparłem.  –  Wiemy,  że  pierścionek  należał  do  jej  matki. 

Wiemy,  że  miała  zdjęcie  matki  z  pierścionkiem.  Jako  funkcjonariuszka  Gardya  mogła  mieć 

dostęp  do  list  kradzionych  przedmiotów.  –  Wiedziałem,  że  to  słaby  punkt,  ale  mimo  to 

ciągnąłem:  –  Angela  Cashell  najwyraźniej  z  nią  romansowała.  Moim  zdaniem  Coyle 

dowiedziała  się,  że  Donaghey  miał  pierścionek.  Przed  śmiercią  był  torturowany  i  – 

przypuszczalnie  wymienił  nazwisko  człowieka  albo  ludzi,  zamieszanych  w  zabójstwo  Mary 

Knox,  w  tym  Johnny’ego  Cashella  i  Seamusa  Boyle’a.  Coyle  zaprzyjaźnia  się  z  córką 

background image

Cashella,  a  ta  ginie,  mając  na  palcu  pierścionek,  który  Siwy  McKelvey  ukradł  i  rzekomo 

sprzedał  jakiejś  dziewczynie  w  barze.  Podejrzewam  też,  że  nasz  świadek,  który  widział 

Terry’ego Boyle’a wychodzącego z pubu z dziewczyną, może sobie odświeżyć pamięć, kiedy 

pokażemy mu zdjęcie Coyle. 

Czterdzieści minut później mundurowi wrócili i powiedzieli, że żaden z sąsiadów nie 

widział Yvonne od tygodnia.  Ostatni raz ktoś ją  zauważył w zeszły wtorek; wtedy,  kiedy  ją 

odwiedziłem.  Jedna  z  sąsiadek  doskonale  pamiętała,  że  zobaczyła  samochód,  który  z  opisu 

odpowiadał mojemu – minus rdza – w porze obiadowej. Pamiętała także, że później tej samej 

nocy  pod  domem  Coyle  stał  do  rana  niebieski  samochód  z  południową  rejestracją.  Świadek 

nie  widziała  jednak,  jak  samochód  odjeżdża,  bo  poszła  słuchać  radia  w  swoim  „pokoju 

słonecznym”, a kiedy później wyjrzała na ulicę, już go nie było. 

–  No  cóż,  możemy  tylko  rozesłać  prośbę  o  czujność  do  wszystkich  jednostek  na 

Północy i Południu – powiedział Hendry, kiedy wracaliśmy do samochodów. – Nie może się 

ukrywać w nieskończoność. Chyba że zrobiła już, co miała zrobić, i zniknęła, tak samo jak jej 

matka, w mroku nocy! 

Ostatnie  słowa  wypowiedział  kpiąco  upiornym  głosem  i  sierżant  Williams 

mimowolnie  się  roześmiała.  Hendry  rzucił  jej  uśmiech,  a  potem  mrugnął  do  mnie  lekko  z 

twarzą ponurą i ściągniętą. Poczułem, że w kieszeni delikatnie wibruje mi telefon. Na ekranie 

wyświetlił się numer Kathleen Boyle. Jej były mąż przyjechał i chciał rozmawiać. 

Z

NÓW  SIEDZIELIŚMY  W  SALONIE  PANI 

B

OYLE

:  Seamus  Boyle  na  krześle,  z  łokciami  na 

kolanach  i  twarzą  ukrytą  w  dłoniach.  Wyglądał  na  zdruzgotanego.  Włosy,  ciemnorude  i 

przetykane siwizną, miał rozczochrane i poprzylepiane do czoła. Jego oczy były zapuchnięte i 

czerwone,  ich  białka – przekrwione.  Skóra  mu obwisła,  cuchnął potem  i papierosami.  Przez 

całą rozmowę  jąkał  się  i zacinał,  łapiąc oddech,  przełykając  ból, który  musiał go uderzyć  w 

chwili,  gdy  żona  zapytała  go o  zdjęcie  –  to,  które  leżało  teraz  przed  nim  na  stoliku.  Musiał 

podejrzewać, o kogo chodzi, kiedy żona wspomniała o fotografii. Jedno spojrzenie wszystko 

potwierdziło i Boyle wybuchnął. 

– Nie  mogę... nie  mogę uwierzyć,  że  już go  nie  ma – wykrztusił, a twarz wykrzywił 

mu wyraz niedowierzania. – I za co. Za głupią jebaną... 

Odwrócił  się  do  okna,  z  głową  lekko  odchyloną,  jakby  chciał  powstrzymać  łzy 

spływające mu po policzkach. Kilka razy ciężko pociągnął nosem, trąc twarz nadgarstkami. 

– Wiemy, kim ona  była,  panie Boyle – powiedziałem.  – Musi  nam pan opowiedzieć, 

co się z nią stało. 

background image

–  Nie  żyje  –  odparł  po  prostu,  nadal  na  nas  nie  patrząc.  –  Nie  żyje  i  jest  gdzieś 

pogrzebana, nie wiem gdzie. 

– Zabił ją pan, panie Boyle? – spytała sierżant Williams. 

– Po tym, co się stało – rzucił, odwracając się do nas obojga. – To tak, jakbym ją zabił. 

Nie  było to potwierdzenie ani  zaprzeczenie.  Czekaliśmy  w  milczeniu,  aż wziął się w 

garść. 

– Nie  ja to zrobiłem,  jeśli  już pytacie.  Ale wiedziałem o tym.  Powiedzieli  mi.  Kazali 

mi spalić jej ubranie. 

– Chyba wiemy, o czym pan mówi, panie Boyle, ale proszę nam podać nazwiska. 

–  Szczur  i  Johnny  Cashell.  Szczur  to  zrobił.  Cashell  chyba  pomógł  mu  się  pozbyć 

ciała. 

– Dlaczego ją zabili? – spytała sierżant Williams. 

– Na zlecenie. Ktoś im zapłacił – oznajmił Boyle. – Johnny i my pracowaliśmy razem 

jako  bramkarze,  kiedy  byłem  młody,  jakoś  tak  dwadzieścia  parę  lat  temu.  Ale  Szczur  miał 

inne interesy. Pomagaliśmy mu, kiedy potrzebował silnych chłopaków. To był chudy szczaw. 

Załatwił nam robotę, a my musieliśmy mu pomagać. Jak człowiek raz wdepnie, to już się nie 

może  wycofać.  Wszyscy  byliśmy  odpowiedzialni.  Ale  nasz  Terry  nie  –  powiedział  i  znów 

pochłonęły go obrazy ostatnich chwil syna, które odtwarzał sobie w głowie. Cały dygotał od 

szlochu,  łzy  ciekły  niepowstrzymanie.  Naprzeciw  niego, na  skraju  fotela,  siedziała  Kathleen 

Boyle i patrzyła na niego z mieszaniną żalu i grozy na twarzy. 

– Dlaczego to zrobił według pana? – spytała sierżant Williams. 

– Pewnie ktoś mu kazał. Szczur nigdy niczego nie zrobił, jeśli mu ktoś nie zapłacił. 

– A jak pan myśli, kto mu zapłacił? – zadałem mu pytanie. 

Boyle  pokręcił  głową,  a  potem  zaczął  znów  głęboko  oddychać,  aż  zapanował  nad 

łzami. 

– To mógł być każdy – stwierdził drżącymi ustami. 

– Co łączyło Szczura z IWD? – zapytała sierżant Williams. 

Mina Seamusa Boyle’a wskazywała, że nie ma pojęcia, o czym mówimy. 

– To mógł być każdy – powtórzył ogłuszony kierunkiem, w jakim potoczyło się jego 

życie. 

S

IERŻANT 

W

ILLIAMS  WYSADZIŁA  MNIE  NA  POSTERUNKU

,  prawie  całkiem  pogrążonym  już  w 

ciemnościach.  Na  noc  zaciągamy  żaluzje  i  zostawiamy  w  środku  zapalone  światło.  W  ten 

background image

sposób wszyscy myślą, że gardai czuwają, kiedy w rzeczywistości jesteśmy zwykle w domu, 

kąpiemy dzieci albo pijemy piwo przed telewizorami. 

Skoczyłem  do  naszego  biura-składziku  i  zabrałem  stos  papierów,  które  dla  mnie 

zostawiono.  Na  samej  górze  zauważyłem  faks  –  pomyślałem,  że  z  Templemore.  Była  tam 

także  notatka  mówiąca,  że  dwoje  policjantów  ze  Sligo  przyjedzie  jutro  zacząć  śledztwo  w 

sprawie  śmierci  Siwego  McKelveya;  miałem  się  stawić  na  przesłuchanie.  Zadzwoniłem  do 

Debbie, wyskamlałem przeprosiny za to, że spóźnię się na kolację, poklepałem kieszeń kurtki, 

sprawdzając, czy mam broń, i zamknąłem posterunek na noc. 

Kiedy  przekręcałem  klucz  w  drzwiach  frontowych,  zauważyłem,  że  ktoś  mi  się 

przygląda.  Kobieta  była  niska  i  przysadzista;  jasne  włosy  miała  splątane  w  dredy.  Ręce 

trzymała  wepchnięte  głęboko  w  kieszenie  tweedowego  płaszcza,  który  pasowałby  raczej 

mężczyźnie. 

– Znam pana – powiedziała. – Pan jest tym detektywem. 

Uśmiechnąłem się nieco niepewnie i podszedłem do niej. 

– Zgadza się. Mogę w czymś pomóc? 

– Nazywam się McKelvey. Liam był moim synem. 

Stanąłem jak wryty zupełnie zaskoczony. 

– Pani McKelvey, tak mi przykro. Ja... 

–  Widziałam  pana  w  telewizji,  mówił  pan,  że  odwiedza  rodziny  tych,  co  zginęli. 

Czemu  nas  pan  nie  odwiedził?  Bo  jesteśmy  wędrowcami?  Nie  zniży  się  pan  do  nas,  panie 

oficerze? – rzuciła, z pogardą podkreślając ostatnie słowa. 

– Nie, to nie tak. Ja... chciałem państwa odwiedzić. Po prostu... miałem chyba wyrzuty 

sumienia. Przepraszam. 

Znów  ruszyłem  w  jej  stronę,  z  wyciągniętymi  rękami,  mając  ulotną  nadzieję,  że 

uściśnie mi dłonie, a robiąc to, pomoże mi się pozbyć choć części poczucia winy. 

Zamiast  tego odchrząknęła  z  głębi  piersi  i  splunęła  na  mnie  pacyną  flegmy,  a  potem 

odwróciła się i odeszła. Nie mogłem wytrzeć twarzy, póki nie dotarłem do samochodu. 

Szukając  w  kieszeni  kluczyków,  za  późno,  usłyszałem  szelest  ubrań  za  sobą. 

Odwróciłem się i zobaczyłem rozmazane postacie dwóch rzucających się na mnie mężczyzn. 

Po  pierwszym  ciosie  na  krawędziach  mojego  pola  widzenia  rozbłysły  czerwone  i  zielone 

światełka i poleciałem do przodu twarzą w rynsztok. Poczułem, jak żwir drapie mi w twarz; w 

ustach  miałem  błoto. W głowie  mi  łomotało, a z miejsca, gdzie  mnie uderzono,  rozeszło się 

nagłe zimno. Przyłożyłem rękę do potylicy i obmacałem ją w ciemności, chociaż lepkość krwi 

czułem i bez patrzenia. Na ziemię obok mnie upadła z brzękiem szklana butelka; usiłowałem 

background image

osłonić  ramionami  twarz,  kiedy  o  moje  nogi  i  ciało  uderzyły  buty.  Jedno  kopnięcie  trafiło 

mnie  w  tył  głowy,  gdzie  łączą  się  czaszka  i  kręgosłup;  poczułem  chrzęst  trących  o  siebie 

kości. W końcu nocne niebo zaczęło wirować, a potem wszystko ogarnęła ciemność. 

background image

Rozdział 15 

Wtorek, 31 grudnia 

N

A  PRZEMIAN  TRACIŁEM  I  ODZYSKIWAŁEM  PRZYTOMNOŚĆ

;  pamiętam,  że  zobaczyłem  parę 

odzianych  w  dżinsy  uciekających  nóg.  Dookoła  tańczyły  uliczne  latarnie,  śnieg,  gęsty  i 

oślepiający,  migotał  na  skraju  pola  widzenia.  Zacharczałem  i  zwymiotowałem  na  ulicę.  W 

końcu, ślizgając się i potykając na chodniku, dotarłem do najbliższych domów zbudowanych 

na miejscu dawnego przytułku dla umysłowo chorych na końcu ulicy. 

Czterdzieści  minut  później  leżałem  w  szpitalu  sąsiadującym  z  domem  opieki  w 

Finnside,  po  raz  drugi  w  tym  tygodniu  otrzymując  pomoc  lekarską.  Niedługo  potem 

przyjechała Debbie; objęła mnie i zaczęła na mnie krzyczeć, bo choć wiedziała, że to nie moja 

wina, nie miała pod ręką nikogo innego. 

Lekarka  powiedziała,  że  według  niej  powinienem  zostać  w  szpitalu  do  jutra,  na 

wypadek  gdybym  miał  wstrząs  mózgu.  Poprosiłem  o  środki  przeciwbólowe,  żebym  mógł 

wrócić  do  domu.  W  końcu  ustąpiła,  owinęła  mi  grubo  bandażem  żebra,  które  zakwitły 

siniakami  i  opuchlizną,  czerwonofioletową  jak  śniegowe  chmury  o  zmierzchu.  Macając 

ostrożnie rany, przypomniałem sobie Johnny’ego Cashella i zacząłem się zastanawiać, czy to 

ci ludzie, którzy zostawili go w podobnym stanie, dokonali ataku na mnie. W końcu uderzyli 

tuż  po  tym,  jak  odwróciłem  się  od  matki  McKelveya.  Jeśli  faktycznie  byli  to  wędrowcy, 

szanse  na  ich  złapanie  były  nikłe.  Zniknęliby  wśród  swoich,  spakowali  się  i  na  jakiś  czas 

przenieśli w inne miejsce. A ja właściwie uważałem, że na to zasłużyłem. Katolik, który był 

we mnie, potrzebował kary. Może teraz mógłbym sobie wreszcie wybaczyć. 

M

IMO  ŚRODKÓW  PRZECIWBÓLOWYCH  NIE  MOGŁEM  ZASNĄĆ

,  a  głowę  miałem  pełną  obaw. 

Drzemałem  niespokojnie  do  wpół  do  czwartej,  budząc  się  kilka  razy,  żeby  podnieść  koc  z 

podłogi  albo  wyplątać  z  niego  stopy.  Debbie  leżała  zwinięta  w  kłębek  obok  mnie,  na 

szczęście  niczego  nieświadoma.  Nawet  po  tabletkach  w  głowie  mi  łomotało,  kiedy  się 

kładłem, a ręce i nogi bolały mnie jak po długim wysiłku. W końcu wstałem. 

Oddech  Shane’a  dobiegał  cicho  z  kojca  w  nogach  naszego  łóżka.  Malec  spał  z 

background image

wyciągniętymi rączkami, twarzą obróconą na bok i wydętymi ustami. Stałem i patrzyłem na 

niego, zastanawiając się po raz któryś, jak coś tak doskonałego i pięknego mogło być efektem 

jakiegokolwiek procesu, w którym brałem udział ja. I również nie po raz pierwszy poczułem 

niechęć  do  pracy,  która  tak  często odrywa  mnie  od  niego,  Penny  i  Deb.  Zastanawiałem  się, 

czy  nie wybrałem  jej  właśnie dlatego,  że wymagała takiego samego oddania  jak prawdziwe 

życie. 

Nie chcąc zagłębiać się w te rozmyślania, wziąłem papierosy, zapalniczkę i zszedłem 

na  dół  do  kuchni.  Siedziałem  w  ciemności  przy  otwartych  drzwiach,  starając  się 

wydmuchiwać dym na zewnątrz. Poświata śniegu pozwalała mi wszystko dokładnie widzieć. 

Grube płatki opadały miarowo z hipnotyczną powtarzalnością. 

Kiedy  skończyłem  palić,  otworzyłem  okno,  żeby  wywietrzyć  dym,  i  zapaliłem 

świeczkę. Nie mając nic innego do roboty, przejrzałem papiery zabrane z posterunku. 

Mniej  więcej  po czwartej wycieczce do drzwi  na papierosa  i po drugim kubku kawy 

przeczytałem  listę  rekrutów,  którzy  w  1992  roku  wstąpili  do  Akademii  Szkoleniowej  w 

Templemore.  Ze  stu  pięćdziesięciu  nazwisk  dwadzieścia  siedem  należało  do  kobiet.  W 

połowie listy figurowała Aoibhinn Knox. Dopiero kiedy dla zabicia czasu przeglądałem listę 

po raz kolejny, zobaczyłem drugie znajome nazwisko i nagle dotarło do mnie, że wiem już na 

sto procent, skąd Coyle dowiedziała się o liście skradzionych rzeczy. Podejrzewałem też, że 

wiem,  kto pomógł  jej zabić Donagheya  i kto uprawiał  seks z  Cashell przed porzuceniem  jej 

zwłok.  I  kto  był  kierowcą  niebieskiego  samochodu  widzianego  pod  jej  domem.  Jednym  z 

kolegów Aoibhinn Knox w Templemore był Jason Holmes. I co to oznaczało dla brata Coyle, 

Seana  Knoksa?  Czy  był  w  to  w  ogóle  zamieszany?  Czy  Holmes  był  jej  jedynym 

wspólnikiem?  Może  to on  był  jej  bratem?  Czy  „Holmes”  to  przybrano  nazwisko,  być  może 

kąśliwa  kpina  z  jego  dzieciństwa?  Może  takie  pomysły  i  intrygi  zdarzają  się  tylko  w 

powieściach kryminalnych? 

Im  dłużej  o  tym  myślałem,  tym  bardziej  wszystko  niepokojąco  układało  się  w  jedną 

całość.  Holmes  wiedział  z  pierwszej  ręki  o  przebiegu  naszego  dochodzenia.  Zidentyfikował 

McKelveya  na  nagraniu  wideo,  wyłączając  je,  zanim  ów  „McKelvey”  wszedł  do  damskiej 

toalety.  Spisywał  oświadczenia  świadków  w  barach.  Był  na  posterunku,  kiedy  McKelvey 

rzekomo przedawkował. Więcej – przez swoje doświadczenia z brygady antynarkotykowej w 

Dublinie  miał  pewnie  dostęp  do  narkotyków,  które  zabiły  Cashell  i  Siwego.  Nie  omieszkał 

wypomnieć  mi  pobicia  McKelveya,  przez  to  wrobił  mnie,  choć  sam  pobił  chłopaka. 

Przypomniałem  sobie  złamany  palec  Siwego.  A  jeśli  Holmes  go  zmusił  siłą  do  wzięcia 

tabletki ecstasy? Miał go przeszukać,  a  mimo to McKelveyowi udało  się przemycić tabletki 

background image

do celi. A co najgorsze, Holmes nawiązał romans z sierżant Williams, kiedy został usunięty z 

zespołu,  i  przypuszczalnie  wypytywał  ją  o  nasze  ustalenia.  Dzięki  niemu  Coyle  mogła  być 

zawsze o krok przed nami; wiedziałaby też odpowiednio wcześniej, że wiemy wszystko o jej 

matce  i  o  tym,  że  jest  jej  córką.  Nagle  to,  co  dotąd  uważałem  za  nieudolność  Holmesa, 

zmieniło się w coś o wiele bardziej złowrogiego. 

Ubrałem  się  szybko  i  wyszedłem  w  śnieżycę.  Dojazd  do  domu  Holmesa  zajął  mi 

prawie  dwadzieścia  minut.  Kiedy  dotarłem  na  miejsce,  nigdzie  nie  zobaczyłem  jego 

samochodu.  Dom  był  pogrążony  w  ciemności,  zasłony  zaciągnięte.  Sprawdziłem,  czy  mam 

broń  w  kieszeni,  i  postanowiłem  zaczekać,  aż  Holmes  wróci.  Potem  się  rozmyśliłem, 

dochodząc  do  wniosku,  że  może  być  u  sierżant  Williams.  Pojechałem  do  niej,  ale  na 

podjeździe  stał  tylko  jej  samochód.  W  końcu,  gdy  na  horyzoncie  zajaśniał  świt,  przydając 

padającym płatkom śniegu fioletowego zabarwienia, wróciłem na posterunek, żeby zaczekać 

na wsparcie. 

D

OJECHAŁEM  NA  MIEJSCE  NA  WPÓŁ  DO  DZIEWIĄTEJ

,  równo  z  listonoszem.  Wchodząc  do 

środka,  przejrzałem  pocztę  i  włączyłem  światła.  Znalazłem  trzy  listy  do  siebie;  resztę 

rzuciłem  na  biurko  Burgessa  i  poszedłem  do  sali  dochodzeniowej,  napełniając  po  drodze 

wodą ekspres do kawy. 

Pierwszy list, który otworzyłem, był z urzędu stanu cywilnego. Zawierał odpisy aktów 

urodzenia  dwójki  dzieci  Knox  –  zapomniałem  już,  że  o  to  prosiłem.  Kiedy  je  oglądałem, 

zauważyłem po raz kolejny nazwisko Tommy’ego Powella. Tym razem był wymieniony jako 

ojciec Aoibhinn Knox. 

W

 

F

INNSIDE  POMACHAŁEM  DO  PANI 

M

C

G

OWAN

,  mijając  jej  przeszklone  biuro,  ale  się  nie 

zatrzymałem. Kątem oka zobaczyłem, że wstała, żeby zwrócić na siebie moją uwagę, a potem 

sięgnęła po coś na biurku. 

Powell  siedział  podparty  na  łóżku,  rzadkie  włosy  miały  żółtawy  kolor  brudnego 

śniegu.  Twarz  prawie zupełnie  mu  się zapadła,  skóra  przypominająca papier  toaletowy  stała 

się  niemal  przezroczysta.  Szczękę  miał  opadniętą,  na  brodę  wypływała  strużka  śliny.  Przez 

parę  chwil  przyglądałem  mu  się  w  milczeniu,  chcąc  zobaczyć,  czy  ptasia  pierś  unosi  się  i 

opada, ale nie dostrzegłem żadnego poruszenia. 

Przez  sekundę  myślałem,  że  umarł,  ale  potem  przewrócił  oczami  pod  czaszką  i 

odwrócił  się  do  mnie,  przechylając  niemal  niedostrzegalnie  głowę  na  poduszce.  Cała  moja 

background image

złość  i  oburzenie  zniknęły.  Co  to  za  zwycięstwo,  pomyślałem,  dla  silnego 

trzydziestoparolatka wypominać umierającemu starcowi jego młodzieńcze wybryki? Mimo to 

czułem  potrzebę  sprawiedliwości  –  w  każdym  razie  potrzebę  czegoś.  Powell  był  w  jakiś 

sposób zamieszany w całą tę aferę. Musiałem wiedzieć, jaką odegrał rolę. 

Podstawiłem  mu  pod  nos  metrykę,  tak  blisko,  że  poczułem  jego  kwaśny  oddech, 

cuchnący czymś więcej niż tylko zagłodzeniem – czymś takim jak niebyt. 

– Wiedział pan, że to pana córka? Dziewczynka Mary Knox? Powiedziała to panu? 

Odwrócił  ode  mnie  wzrok,  twarz  mu  się  ściągnęła  i  wbił  spojrzenie  w  kwieciste 

zasłony  zwisające  prawie  do  ziemi,  odcinające  jaskrawy  blask  zamarzniętego  świata  na 

zewnątrz. 

–  Pozwolił  jej  pan  żyć  w  sierocińcu  –  stwierdziłem.  –  Pański  syn  o  tym  wie? 

Opowiedział  mu  pan  o  swojej  prostytutce,  panie  Powell?  A  co  ze  Szczurem  Donagheyem? 

Jak on się do tego ma? Wiedział pan, że ją zabił? 

Wciąż  na  mnie  nie patrzył, ale zauważyłem,  że kąciki oczu  mu poczerwieniały, a po 

twarzy  spłynęła  łza.  Zaczynałem  sobie  uświadamiać  daremność  tego,  co  robię. 

Rozwścieczony własnym wstydem nachyliłem się nad nim. 

–  Jeśli  się  dowiem,  że  miał  pan  cokolwiek  wspólnego  z  jej  śmiercią,  panie  Powell, 

obiecuję panu, że pana załatwię. Polityk czy nie, nie uratują pana wszystkie pieniądze świata. 

Odwróciłem  się  i  stanąłem  twarzą  w  twarz  z  Miriam  Powell  zaczerwienioną  jak  po 

biegu. Za nią stała pani McGowan z zatroskaną miną. 

–  Naprawdę  nie  znasz  granic,  Benedikcie?  –  spytała  Miriam  z  twarzą  wykrzywioną 

obrzydzeniem. 

– To sprawa służbowa, pani Powell – odparłem. 

– Nie, Ben. To jakieś żałosne... sama nie wiem co. Jakaś próba nadrobienia własnych 

ułomności. 

–  Twój  teść  miał  romans  z  prostytutką,  Miriam.  Został  ojcem  jej  dziecka,  a  potem 

pozwolił, żeby to dziecko trafiło do sierocińca, kiedy kochanka zniknęła. Została zabita przez 

człowieka,  którego  zatrudniał.  Może  coś  wiedzieć  o  jej  śmierci.  To  sprawa  służbowa  – 

zauważyłem  dość  głośno,  żeby  usłyszała  mnie  pani  McGowan.  Poczułem  niewielką 

satysfakcję,  widząc,  jak zbladła,  kiedy dotarło do niej,  że kulturalni  ludzie  czynią zło z taką 

samą czy nawet większą bezkarnością niż ci spoza jej kręgu społecznego. 

–  Proszę,  żebyś  wyszedł  –  powiedziała  Miriam.  –  Mój  mąż  skontaktuje  się  z  tobą, 

kiedy wróci do domu. 

Odwróciła się ode mnie, ale gdy ją mijałem, dodała: 

background image

– Żal mi cię, Benedikcie. Jesteś żałosny. 

Spojrzałem na nią, ale ona po prostu podeszła do teścia, usiadła na skraju jego łóżka, 

wzięła go za kruchą jak uschnięta gałąź rękę i zaczęła gładzić przyklejone do czaszki włosy. 

W

YSZEDŁEM Z DOMU STARCÓW

, poszedłem nad rzekę i w gęstniejącej coraz bardziej śnieżycy 

wyszukałem miejsce, w którym zginęła Angela Cashell. 

Od samego początku źle prowadziłem tę sprawę. Teraz zostało mi tylko jedno: Powell 

albo Costello byli zamieszani w morderstwo Mary Knox. Costello miał  motyw: zemsta albo 

zazdrość. Na pewno znał Donagheya i być może miał na niego jakiegoś haka jako policjant. 

Powell  był  szefem  Donagheya  w  IWD  i  w  hotelu  Three  Rivers.  Ponadto  był  kochankiem 

Knox, choć nie było jasne, czy miał powód ją zabijać. Właściwie nie przyszło mi to w ogóle 

do głowy, dopóki nad nim nie stanąłem. Nie zaopiekował się córką, ale to nie przestępstwo. 

Po  cichu  przeprosiłem  Angelę  Cashell  i  Terry’ego  Boyle’a.  Może  wiatr  zaniósł  im 

moje słowa. Ani jednak one, ani żadne myśli nie przyniosły mi ulgi. Poniosłem klęskę. Byłem 

pozornie tak blisko, a mimo to co bym wskórał, aresztując Yvonne Coyle, jeśli w ogóle da się 

ją  znaleźć?  Ukarałbym  morderczynię  Angeli  i  Terry’ego.  A  co  z  Mary  Knox?  Czy  doczeka 

się sprawiedliwości? 

Usłyszałem telefon dzwoniący w samochodzie, ale zanim do niego dobiegłem, ucichł. 

Rozpoznałem  nieodebrany  numer  na  wyświetlaczu  –  to  posterunek.  Oddzwoniłem  do 

Burgessa, spodziewając się, że usłyszę coś na temat mojej wizyty u Powella. Ale się myliłem. 

– Panie  inspektorze! Jest pan dziś rano bardzo poszukiwaną osobą.  Wie pan, że  miał 

pan  być  tu  dziś  na  przesłuchaniu  w  sprawie  śmierci  McKelveya.  Zostawiłem  panu 

wiadomość,  której  nie  ma  na  pana  biurku,  założyłem  więc,  że  pan  wie.  Poza tym  dwa  razy 

dzwonił do pana niejaki Armstrong. Powiedział, że ma dla pana ważne informacje. Oddzwoni 

pan do niego? Nie jestem pana sekretarką! 

– Oczywiście – odparłem. – Niech mi pan powie, Burgess, sierżant Williams już jest? 

– Tak. Jest w tym waszym „biurze”. 

– A Costello? 

– Idzie na pogrzeb Boyle’a. Mam panu przeczytać całą listę obecności na posterunku, 

inspektorze? 

Zaśmiał się i rozłączył, zanim zdążyłem zapytać o coś więcej. 

Wsiadłem  do  samochodu,  włączyłem  ogrzewanie,  zadzwoniłem  do  ośrodka 

komunikacji  i  poprosiłem  o  połączenie  z  Działem  Badawczym.  Armstrong  odebrał  niemal 

natychmiast. 

background image

–  Mówi  inspektor  Devlin.  Nie  spodziewałem  się,  że  odezwie  się  pan  tak  szybko  – 

powiedziałem, zapalając kolejnego papierosa. 

– Ja też nie, inspektorze. Ale dał mi pan proste zadanie. Na temat IWD mieliśmy pełne 

akta  sprawy,  nie  miałem  wiele  pracy,  do  tego  ktoś  inny  musiał  o  nie  niedawno  prosić. 

Przefaksować panu notatki? – spytał, najwyraźniej zadowolony z tak prostej roboty. 

– Byłoby świetnie. W tej chwili nie ma mnie na posterunku. Może mi pan to streścić? 

–  Cóż,  ogólnie  rzecz  biorąc,  IWD  było  przedmiotem  śledztwa  dotyczącego 

malwersacji, jak pan powiedział... 

– Zgadza się – przerwałem. – W latach osiemdziesiątych. Joseph Cauley. 

–  No  cóż,  i  tak,  i  nie  –  usłyszałem.  –  Wtedy  też  prowadzono  śledztwo,  ale  to  było 

drugie. Istniało też wcześniejsze, rozpoczęte w siedemdziesiątym ósmym roku... 

Przestałem  słyszeć,  co  mówił.  Miałem  wrażenie,  że  włosy  stanęły  mi  dęba,  a  ręce 

pokryła gęsia skórka tak sztywna, że musiałem je rozmasować, żeby zniknęła. 

– Co takiego? 

–  Wyłudzanie  dotacji  rządowych.  Jak  się  okazuje,  całkiem  sprytne.  Tworzono  na 

papierze firmy, doradzające grubym rybom, które zamierzały wejść do hrabstwa Donegal. Do 

tych  firm  kierowali  je  ludzie  z  IWD.  Płacono  z  góry.  Potem  firma  doradcza  się  zwijała,  a 

pieniądze znikały razem z nią. W sumie ponad milion funtów. 

– Jakieś nazwiska? – spytałem, choć podejrzewałem już, jaka będzie odpowiedź.. 

– Dwa, które mi pan podał:  Donaghey i Cauley. I trzecie,  niejaki Thomas Powell. To 

ten Thomas Powell? 

Z trudem wydobywałem z siebie słowa. 

– Co... dlaczego nic z tego nie wynikło? 

–  Wygląda  na  to,  że  było  za  mało  dowodów.  Był  jeden  potencjalny  świadek. 

Prostytutka,  która  oświadczyła,  że  dostarczy  dowodów  w  zamian  za  wycofanie  zarzutów  o 

nagabywanie. Ale zniknęła, ona i cała jej rodzina. Sprawy nie dało się ruszyć, leżała więc do 

połowy lat osiemdziesiątych, kiedy ją wznowiono. 

Nie  czekałem  nawet,  żeby  mu  podziękować.  Rozłączyłem  się  i  zadzwoniłem  do 

Burgessa. 

– Gdzie jest Costello? – spytałem. 

– Nie ma go tu, mówiłem panu. 

Zirytował się jeszcze bardziej, kiedy powiedziałem, że ma wysłać samochód po Jasona 

Holmesa podejrzanego o morderstwo. 

–  Muszę  to  potwierdzić,  inspektorze  –  odparł.  Z  jego  głosu  zniknęła  dotychczasowa 

background image

pewność siebie. 

–  To  rozkaz,  sierżancie  –  rzuciłem.  –  Costella  nie  ma  w  pobliżu,  a  zatem  ja  jestem 

najwyższy  stopniem.  Holmes  ma  być  aresztowany  możliwie  jak  najszybciej.  Proszę  mnie 

natychmiast połączyć z sierżant Williams. 

W słuchawce zatrzeszczało, potem odezwała się Caroline. 

– O co chodzi? – warknęła. – Pokręciło pana? 

– Caroline, nie mogę ci teraz wszystkiego powiedzieć, ale uważam, że Holmes jest w 

to  zamieszany.  Był  w  Templemore  z  Yvonne  Coyle,  może  nawet  być  jej  bratem.  Moim 

zdaniem, wie więcej, niż mówi. Musimy go zwinąć. 

– To może zadzwonię do niego i zapytam, zamiast wysyłać kogoś, żeby go aresztował. 

Chryste Panie. 

–  Nie!  –  powiedziałem  głośniej,  niż  zamierzałem.  –  Przepraszam,  Caroline.  Później 

wszystko wyjaśnię. Musisz zaopiekować się Tommym Powellem w Finnside. 

– Co? – Mogłem zrozumieć jej gniew. 

–  Powell  jest  ojcem  Yvonne  Coyle.  Robił  przekręt,  o  którym  wiedziała  Mary  Knox. 

Miała zeznawać przeciwko niemu, ale zniknęła. Dlatego Powell jest na pierwszym miejscu na 

liście podejrzanych, ale też i celów. Jeśli dzieci Mary Knox będą chciały się do kogoś jeszcze 

dobrać,  to  do  niego.  Chcę,  żebyś  była  na  miejscu  na  wypadek,  gdyby  spróbowały  – 

wytłumaczyłem. – Dzisiaj jest rocznica zniknięcia ich matki. 

Rozłączyłem się i spróbowałem zadzwonić do domu do Costella, ale nikt nie odbierał. 

Poddałem się  i od poślizgu do poślizgu wyjechałem  na główną drogę,  zatrzymując się kilka 

razy, żeby zgarnąć z przedniej szyby śnieg, z którym wycieraczki nie dawały sobie rady. 

Dotarcie pod dom Costella zabrało mi niemal pół godziny. Zanim dobrnąłem do drzwi 

frontowych,  już  wiedziałem,  że  coś  jest  nie  w  porządku  –  z  komina  nie  unosił  się  dym,  a 

zasłony  nie  były  zaciągnięte.  Pośliznąłem  się  na  ścieżce,  upadłem  na  kość  ogonową  i 

obudziłem  na  nowo  przeszywający  ból  w  klatce  piersiowej.  Z  trudem  wstałem,  otrzepując 

śnieg z kurtki. Zadzwoniłem kilka razy do drzwi, potem nacisnąłem klamkę. Były otwarte. 

Wszedłem do domu, ostukując śnieg z butów. 

– Proszę pana? – zawołałem. – Pani Costello? 

Mój  głos  poniósł  się  po  zimnym  domu,  ale  nikt  nie  odpowiedział.  Poszedłem 

korytarzem i pchnąłem drzwi do salonu. 

Emily  Costello  leżała  przed  kominkiem.  Fioletowoczerwona  rana  na  głowie  odbijała 

się  wyraźnie  od  miękkich,  białych  kosmyków  jej  włosów.  Leżała  zwinięta  na  podłodze,  w 

nocnej  koszuli.  Oczy  miała  otwarte,  ale  już  zachodziły  mgłą.  Jej  dłonie  były  splecione, 

background image

uniesione ku twarzy. Co dziwne, nawet po śmierci spoglądała łagodnie i uprzejmie. Obok niej 

leżał pogrzebacz, czarny koniec lśnił od krzepnącej krwi. 

Costello leżał na podłodze w kuchni i łkał. W ręku trzymał telefon, ale zauważyłem, że 

kabel biegnący do ściany został przecięty. 

Spojrzał na mnie ze zdumieniem. 

– Nie ma jej, Ben – powiedział. – Nie ma mojej Kate. 

Zajrzałem  do  wszystkich  pokojów,  jeden  po  drugim,  obszedłem  cały  dom.  Kiedy  się 

upewniłem,  że  nie  ma  w  nim  ani  mordercy  Emily,  ani  Kate  Costello,  zadzwoniłem  do 

Burgessa po wsparcie. Przy okazji spytałem o Holmesa. 

– Sierżant właśnie wyszła. Mówiła coś w rodzaju: „Wyrwę sukinsynowi gardło”. 

– Biedny Holmes. 

– To o panu. Holmesa jeszcze nie znaleźli. 

Costello doczołgał się z powrotem do żony. Usiadł na podłodze salonu, unosząc ją w 

ramionach. Gęsta skrzepła krew plamiła mu brzuch, oddech grzechotał mu w piersi. 

– Po prostu wróciłem  i tak  ją znalazłem. Zapomniałem okularów. Wróciłem tylko po 

okulary  –  powiedział,  potem  przeraził  się;  zaczął  się  klepać  po  kieszeniach,  po  koszuli,  po 

nogach, szukając ich. – Nie... zapomniałem. Wróciłem i... i nie ma Kate... i... 

Nie  dokończył,  nie  mógł  dokończyć.  Myliłem  się.  Knoksom  nie  chodziło  o  Costella, 

tylko o jego córkę. 

Wychodząc z domu, zobaczyłem zdjęcie Mary Knox, które zostawiły jej dzieci. Stało 

oparte o wazon białych róż na stoliku w korytarzu. 

Zadawałem  sobie  pytanie,  czemu  nie  zabili  Kate  Costello  na  miejscu,  w  domu. 

Porwanie  jej  pozwalało  przypuszczać,  że  wciąż  żyje,  że  jest  gdzieś  przetrzymywana.  Ale  w 

ogóle  nie  przychodziło  mi  do  głowy  gdzie.  Wtedy  dotarło  do  mnie  znaczenie  daty:  był 

sylwester.  Dzień  zniknięcia  Mary  Knox.  To,  że  Kate  porwano  właśnie  dziś,  nie  mogło  być 

zbiegiem okoliczności.  A jeśli na wykonanie swojego ostatecznego planu wybrali właśnie tę 

datę,  być  może wybrali także  miejsce  jej  śmierci. Naciągana teoria,  ale  nie  miałem żadnego 

innego  tropu,  innego  pomysłu.  Jeśli  faktycznie  zabrali  ją  na  miejsce  ostatniego  spoczynku 

Mary, oznaczało to, że Szczur wygadał, gdzie porzucił zwłoki. Mogła to wiedzieć tylko jedna 

inna osoba. 

C

ASHELL  OTWORZYŁ  DRZWI  UBRANY  W  SZORTY  I  KOSZULKĘ

.  Mrużył  oczy  przed  blaskiem 

śniegu. Twarz miał ściągniętą, skórę barwy popiołu. 

– Czego? – spytał, opierając się o futrynę tak, że musiałem stać w śnieżycy. 

background image

– Gdzie wyrzuciliście ciało? Mary Knox? 

– Odpieprz się, Devlin – powiedział Cashell, cofnął się w głąb domu i zamknął za sobą 

drzwi. 

Wepchnąłem stopę między nie a futrynę, a potem wcisnąłem się do środka. 

–  Wiem,  co  się  stało,  Johnny.  Wiem,  że  Powell  kazał  Szczurowi  Donagheyowi  ją 

zabić.  Moim zdaniem byłeś tylko kierowcą. Może nawet nie wiedziałeś, co się święci.  Mam 

to  w dupie.  Ale przez ostatni tydzień z tego powodu zginęły  cztery osoby  i zginie  następna, 

jeśli mi nie pomożesz. 

Patrzył na mnie jak na pijaka żebrzącego o drobne. 

– Proszę, powiedz mi, gdzie porzuciliście ciało. Proszę. 

– Miał pan ciężką noc, inspektorze? – spytał. 

– Co? 

–  Kiepsko  pan  wygląda.  Główka  boli?  –  Cashell  prychnął,  odwrócił  się  i  odszedł. 

Poczułem,  że  moja  ręka  odruchowo  wślizguje  się  do  kieszeni,  a  palce  zaciskają  na  kolbie 

pistoletu. 

– Na pograniczu – odezwał się głos z góry. 

Cashell odwrócił się gwałtownie, szczerząc zęby jak zwierzę. 

–  Zamknij  się!  –  syknął.  Ale  Sadie  Cashell  schodziła  powoli  po  schodach,  nie 

zważając na męża, którego głupota i duma kosztowały życie jej córki. 

– Na pograniczu – powtórzyła, patrząc na Cashella. – Już za późno, Johnny.  Za dużo 

się wydarzyło. – Potem odwróciła się do mnie. – Pogranicze. Johnny tam pracował. W hotelu 

Three Rivers. Pogranicze to była nowa dyskoteka, którą budowali mniej więcej wtedy, kiedy 

ona zniknęła, wrzucili ciało w fundamenty. Spierałam mu krew i cement ze spodni – dodała. 

Stała  w  połowie  schodów,  a  kiedy  mówiła,  wydawało  się,  że  coś  w  niej  gaśnie.  Przez  to 

lekkie przygarbienie ramion Sadie Cashell postarzała się o dwadzieścia lat. 

– Durna suko! – ryknął Cashell, stając w drzwiach kuchni z kartonem mleka w ręku. – 

Ja ci pokażę, ty durna, głupia dziwko! 

Wyjąłem  pistolet  z  kieszeni  i  z  nadnaturalnym  spokojem  wymierzyłem  go  w 

Johnny’ego Cashella. Rozdziawił usta i upuścił mleko na linoleum podłogi. Biały płyn rozlał 

mu się wokół stóp. 

– Nie – powiedziałem. – Nie, Johnny. Jeśli tu wrócę i zobaczę, że Sadie coś się stało, 

zabiję  cię.  Rozumiesz?  Nie  będę  tracił  czasu  na  kopanie  ani  na  benzynę,  po  prostu  z 

przyjemnością wpierdolę ci kulkę w serce. 

A potem wycofałem się korytarzem i wypadłem na zewnątrz, z powrotem w śnieżycę. 

background image

D

ROGI  BYŁY  PUSTE

,  jeśli  nie  liczyć  farmerów,  zawożących  siano  ze  stodół  na  pola. 

Dojechanie do Three Rivers zajęło mi dziesięć minut. Po drodze połączyłem się przez radio z 

Burgessem  na posterunku  i poprosiłem o wsparcie.  Spytałem też o Holmesa  i z przykrością 

usłyszałem, że wciąż jeszcze go nie znaleziono. Oznaczało to, że Yvonne Coyle mogła mieć 

jeszcze wspólnika. To znaczy, jeśli była w okolicy, i jeśli Kate Costello nadal żyła. 

Kiedy  pokonywałem  ostatni  zakręt,  zadzwonił  mój  telefon.  Rozpoznałem  numer 

sierżant Williams. 

– Ty tchórzliwy fiucie! – warknęła, kiedy tylko odebrałem. – Jeśli uważasz, że się nie 

nadaję, powiedz mi to wprost. 

– Co? 

– Najpierw  mnie wysyłasz, żebym się zajęła emerytem, a potem przysyłasz  mi kogoś 

do pomocy. Jak śmiesz! 

– O czym ty mówisz? – warknąłem. 

– O Harveyu. Siedzę w samochodzie i patrzę, jak wchodzi do środka. Uważasz, że nie 

dam rady siedzieć tu sama? 

– Nie wysyłałem tam Harveya, Caroline – wyjaśniłem. – Dlaczego nie jesteś w środku, 

z Powellem? 

–  Wygoniła  mnie  jego  synowa.  Siedzę  na  zewnątrz  i  obserwuję.  Harvey  przyjechał 

kilka minut temu. Przed chwilą wszedł. – Zmieniła ton. – Myślałam, że go pan przysłał, żeby 

miał na mnie oko. 

– Chryste Panie,  Caroline,  wysłałem  cię tam,  bo ci ufam. Idź  do środka  i zobacz,  co 

robi  Harvey  –  powiedziałem,  ale  szybko  zmieniłem  zdanie.  –  Nie,  zostaw  go  w  środku  i 

przyjeżdżaj do Three Rivers. Moim zdaniem są tam. 

Zapadła chwila ciszy, na tyle długa, że zacząłem się już zastanawiać, czy nas coś nie 

rozłączyło. Wtedy sierżant Williams się odezwała: 

– Przepraszam, inspektorze. 

– Później, Caroline. 

– Tak jest, inspektorze. 

H

OTEL 

T

HREE 

R

IVERS  WYŁONIŁ  SIĘ  ZE  ŚNIEŻYCY

,

  NAGI  JAK  SZKIELET

.  Okna  dawno  już 

powybijano  i  zabito  deskami,  które  znów  ktoś  powyrywał.  Podjechałem  od  frontu  i 

wysiadłem z samochodu. Zobaczyłem  niewyraźne ślady opon prowadzące za budynek,  choć 

śnieg  padał  tak  gęsto,  że  nie  dało  się  stwierdzić,  jak  dawno  powstały.  Wróciłem  do 

samochodu i pojechałem po śladach. Śnieg skrzypiał pod kołami. 

background image

Zatrzymałem  się  i  upewniłem,  że  mam  broń.  Ostrożnie  doszedłem  do  bocznego 

wejścia, gdzie zobaczyłem kolejne ślady opon, niknące stopniowo pod śniegiem. Podszedłem 

do  bocznej  ściany  hotelu.  Wewnątrz  obłaziły  tapety.  Ich  strzępy  trzepotały  na  wietrze  jak 

kawałki łuszczącej się skóry. Różowy podkład na tynku pokrywały gryzmoły graffiti. 

Wykładzina  była  nietknięta,  choć  prawie  czarna,  pokryta  brudem  i  przemoczona  do 

tego stopnia, że przy każdym kroku woda chlupotała mi wokół stóp, a buty głośno skrzypiały. 

Oczy  z  trudem  przyzwyczajały  się  do  półmroku.  Skręciłem  za  róg  i  wszedłem  na  plamę 

szarego,  słabego  światła,  sączącego  się  z  dziury  w  suficie.  Wpadały  przez  nią  pojedyncze 

płatki śniegu opadające piruetami na ziemię. 

Wiatr  niósł  zatęchły  smród  myszy  i  jakiś ostrzejszy, czystszy  zapach.  W korytarzach 

walały  się  puszki  po  piwie,  paczki  po  papierosach  i  zużyte  prezerwatywy.  Mijając  kolejne 

drzwi,  zaglądałem  do  każdego  pomieszczenia,  z  wyciągniętą  i  odbezpieczoną 

trzydziestkąósemką. 

W końcu dotarłem do głównej recepcji. W kącie znajdowały się drzwi, prowadzące do 

dawnej szatni. Usłyszałem, że ktoś porusza się w ciemności. Wydawało mi się, że widzę ruch. 

– Sean? Yvonne?! – krzyknąłem. – Yvonne,  tu inspektor  Devlin.  Wiem,  że tu  jesteś. 

Otoczyliśmy was, Yvonne. To koniec, moja miła. Może wyjdziesz? 

Czekałem, wstrzymując oddech. Wytężałem w półmroku wzrok, wypatrując, czy ktoś 

się  nie  zbliża.  Miałem  już  zawołać  jeszcze  raz,  kiedy  zobaczyłem  drobną  postać  Yvonne 

Coyle  wychodzącą  z  cienia.  Trzymała  przy  sobie  Kate  Costello  i  przytykała  jej  do  boku 

policyjny  rewolwer.  W  głębi,  po  lewej,  zobaczyłem  sylwetkę  mężczyzny,  siedzącego  na 

podłodze plecami do ściany, choć było za ciemno, żebym mógł go rozpoznać. 

– To koniec, Yvonne – powiedziałem, chowając pistolet do kieszeni. – Gdzie Holmes? 

– Kto? 

– Jason Holmes. 

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi, inspektorze. Proszę rzucić broń na ziemię.. 

– Nie mam broni. – Wyciągnąłem ręce. 

– To nieprawda. Wczoraj wieczorem zabrał ją pan z posterunku. Proszę rzucić broń na 

podłogę. Już – dodała, szturchając Kate swoim rewolwerem. 

–  Gdzie  twój  brat,  Yvonne?  –  spytałem,  rozglądając  się  w  półmroku  na  wypadek, 

gdyby się chował. Ale zacząłem podejrzewać, że wiem, gdzie jest. – Nie ma go tu, prawda? 

– Niech się pan położy na ziemi, inspektorze – rzuciła Yvonne. – Proszę, niech mnie 

pan nie zmusza, żebym coś panu zrobiła. 

Postać siedząca pod ścianą uniosła wzrok. 

background image

– To ty, Devlin? 

Rozpoznałem głos Thomasa Powella. 

–  Jeszcze  nie  wiecie,  kto  naprawdę  to  zrobił,  prawda?  –  spytałem.  Zrozumiałem 

obecność  Powella  i  Kate  Costello.  –  Nie  wiecie,  kto  zabił  waszą  matkę.  Szczura  zdradził 

pierścionek; pewnie wsypał Cashella i Boyle’a. Ale... nie wiecie, kto wydał polecenie. 

–  I  w  tym  właśnie  może  mi  pan  pomóc,  inspektorze  –  stwierdziła  Yvonne  przez 

zaciśnięte zęby. – A teraz, kurwa, na ziemię. 

– Gdzie twój brat, Yvonne? To on zabił Emily Costello? Zamordował starszą panią? 

Usłyszałem, jak Kate cicho łka. 

– Proszę, niech pan mówi dalej, a zastrzelę tę bezużyteczną dziwkę tak czy inaczej. 

Szturchnęła  Kate  pistoletem.  W  oczach  dziewczyny  błysnęła  panika.  Jej  twarz 

ściągnęła zgroza. 

–  Porwałaś  niewłaściwą  osobę,  Yvonne.  –  Ruszyłem  powoli  w  jej  stronę.  –  Na 

zewnątrz jest cały posterunek. – Powell kręcił głową. – Porwałaś niewłaściwą osobę. Costello 

nie zabił twojej matki. Pewnie Donaghey ci tak powiedział, ale kłamał. 

– No to ma pan szansę naprawić jego błąd, inspektorze. Jedno z nich musi zginąć za to, 

co się stało. Pan wybiera, kto ma żyć. 

– Nie mogę tego zrobić, Yvonne – odparłem, sięgając powoli do kieszeni. – Wiesz, że 

nie mogę. 

–  Niech  pan  rzuci  broń,  inspektorze  –  rozkazała  Yvonne.  Usłyszałem,  jak  odciąga 

kurek  rewolweru.  Kate  Costello  krzyknęła.  Wyjąłem  broń  i  odrzuciłem  ją,  podnosząc 

pojednawczo ręce. 

–  To  był  Costello!  –  zawołał  nagle  Powell.  –  Ojciec  mi  mówił.  Jesteśmy  rodziną  – 

powiedział; głos mu się załamał i zaczął szlochać. 

– To nieprawda – stwierdziłem. – Nie wiem, kto to zrobił, Yvonne. Nie uważasz, że i 

tak zginęło już za dużo ludzi? 

Przysunęła się do mnie, nadal trzymając w ręce pistolet. 

–  Dlaczego  Powell  miałby  zabijać  moją  matkę?  Skąd  pan  wie,  że  to  nie  ten...  – 

Wskazała gestem Kate Costello, nie mogąc znaleźć słów, które opisałyby ją i jej ojca. 

–  Twoja  matka  wiedziała  o  przekręcie  z  dużymi  firmami,  które  sprowadzał  do 

Donegal.  Poszła  na  policję.  Donaghey  pracował  dla  Powella.  Ale  cię  okłamał.  Nie  możesz 

wierzyć w nic, co ci mówił, Yvonne. Gdzie twój brat? Proszę, powiedz. 

– Kończy sprawy. Pojechał do naszego ojca. 

Nagle zrozumiałem wszystko. 

background image

– To pieprzony Harvey, tak? – spytałem z rozpaczą. 

Nie  odpowiedziała.  Pomieszczenie  rozświetliło  się,  jakby  błysnął  flesz  aparatu,  a  po 

budynku  rozszedł  się  huk  tak  głośny,  jakby  w  uszach  pękała  mi  lodowa  kra.  W  błysku 

zobaczyłem wyraz niedowierzania na twarzy Powella i strugę krwi, tryskającą z jego ciała na 

ścianę. 

Kate Costello zaczęła histerycznie wrzeszczeć. Coyle usiłowała ją przytrzymać. 

Podbiegłem  do  nieruchomego  ciała,  poczułem  smród  spod  zapachu  kordytu.  Wilgoć 

wykładziny zmoczyła mi spodnie do kolan. Ale Powellowi nie można już było pomóc. 

– Przestań, Yvonne – udało mi się wyjąkać. 

Puściła  Kate,  która  skuliła  się  pod  ścianą,  usiłując  się  jak  najbardziej  skurczyć, 

wstrząsana szlochem. 

– Przykro mi, że pan został w to wmieszany, inspektorze, naprawdę. 

Głos  Yvonne  nabrał  melodyjności,  jakby  odcięła  się  od  otaczającej  nas  ruiny  i  tych 

wszystkich trupów. 

– Przypomina mi pan mojego męża. On też nie żyje. 

Pokiwałem głową. 

– Wiem, Yvonne. Posłuchaj, nie jest jeszcze za późno. Możemy coś wymyślić. 

Wiedziałem jednak, że moje słowa, zrodzone z desperacji, nie mają znaczenia. 

– Doprawdy? – Uśmiechnęła się do mnie, kucnęła z rewolwerem centymetry od mojej 

głowy. Palcami musnęła moją twarz i usta. – Nie sądzę – powiedziała melancholijnym tonem 

odchodzącej kochanki. – Chociaż bardzo bym chciała zostawić tu pana żywego, inspektorze, 

wiem, że pan mi nie odpuści. Prawda? 

– Na imię mam Benedict – szepnąłem. – Ben. 

Chciałem  jej  powiedzieć  coś  jeszcze,  wyjaśnić,  że  w  głębi  duszy  rozumiem  to,  co 

zrobiła.  Chciałem  jej  powiedzieć,  że  sytuację  można  było  uratować,  choć  wiedziałem,  że 

znalazła się już daleko za tym punktem. 

– Rozmawiałem z siostrą Perpetuą – powiedziałem trochę za późno. 

Oboje  usłyszeliśmy  głosy  osób  zbliżających  się  jednym  z  ciemnych  korytarzy. 

Wydawało mi się, że rozpoznaję głos sierżant Williams,  bez cielesny  jak te, które słyszy się 

na krawędzi snu. Ivonne Coyle odwróciła się nagle i podeszła do Kate Costello, zwiniętej w 

kłębek na podłodze. Usłyszałem kolejny ostry trzask wystrzału i rzuciłem się po własną broń. 

Kiedy kula trafiła dziewczynę, usłyszałem ciche stęknięcie, a potem mokry, ssący odgłos, gdy 

usiłowała złapać oddech. 

Doszły  mnie  krzyki  sierżant  Williams  i  coraz  bliższe  inne  głosy.  Chciałem  ich 

background image

zawołać, ale w ustach mi zaschło, a słowa uwięzły w gardle. Yvonne Coyle stała nade mną z 

rewolwerem w dłoni. 

– Przykro mi, inspektorze – wycedziła i uniosła broń. 

Chciałbym  móc  powiedzieć,  że  spojrzałem  śmierci  prosto  w  oczy.  Chciałbym  móc 

powiedzieć,  że  odważnie  stawiłem  jej  czoła.  Ale  tak  nie  było.  Zacisnąłem  mocno  powieki, 

wzdrygając się w samym oczekiwaniu na strzał, na palący ból kuli wbijającej się w ciało. W 

tej ostatniej chwili wcale  nie przeleciało  mi przed oczami całe życie,  choć  ludzie często tak 

mówią.  Zrobiło  mi  się  tylko  smutno,  że  nie  zobaczę  więcej  uśmiechu  Penny,  nie  poczuję 

miękkości rączki syna, jak dotyka mojej twarzy, kiedy karmię go butelką. Nie zobaczę więcej 

mojej żony, mojej opoki, Debbie, której sam dotyk zdradzał większą dobroć, niż ja umiałem 

wyrazić. Poczułem, że z oczu płyną mi łzy, i usłyszałem strzał. 

Kiedy otworzyłem oczy, sierżant Williams i trójka mundurowych biegli korytarzem w 

naszą stronę. Światło ich latarek skakało po ścianach i suficie. Obok mnie, z twarzą blisko jak 

kochanka,  z  ostatnim  tchnieniem  gasnącym  na  ustach  niczym  pożegnalny  pocałunek,  leżała 

Yvonne  Coyle.  Krótkie  jasne  włosy  zlepiła  krew.  Wciąż  dygotała  Brakowało  jej  kawałka 

skroni, w ranie widać było białą kość czaszki. Przez ułamek sekundy widziałem,  jak jej usta 

wykrzywia cień uśmiechu, umykający duch, a potem wszystko ustało. 

Wyciągnąłem  rękę  i  dotknąłem  jej  twarzy.  Skórę  miała  wciąż  ciepłą  i  miękką. 

Przyłożyłem  jej  dłoń  do  policzka  i  odmówiłem  akt  skruchy  za  jej  duszę.  Wbrew  sobie,  w 

pewnym  sensie  rozumiejąc,  co  ją  pchnęło  do  zbrodni,  nachyliłem  się  i  złożyłem  lekki 

pocałunek na jej czole. Skóra ustępowała pod dotykiem, choć traciła już barwę. 

background image

Rozdział 16 

Wtorek, 31 grudnia 

T

HOMASOWI 

P

OWELLOWI  SENIOROWI

  nigdy  nie  groziło  żadne  niebezpieczeństwo.  Harvey 

pojechał do Finnside tylko po to, by zostawić tam zdjęcie matki. Nie wiedząc, jak potoczyły 

się  sprawy  w  hotelu  Three  Rivers,  wyśliznął  się  niepostrzeżenie  z  powrotem.  Sierżant 

Williams  zdążyła  mu  w  tym  czasie  zostawić  za  wycieraczką  kartkę  z  wiadomością,  że 

pojechała  do  hotelu  jako  wsparcie.  Oczywiście  nie  pojechał  za  nią  –  gdyby  to  zrobił, 

zobaczyłby swoją siostrę wynoszoną z opuszczonego budynku w czarnym worku na zwłoki, 

takim  samym,  w  jaki  zawinięto  Angelę  Cashell  tydzień  wcześniej.  Uznano,  że  uciekł  za 

granicę; rozesłano patrole, na Południu i na Północy. 

Okazało  się,  że  mogłem  ustalić  jego  tożsamość  wcześniej,  dzięki  informacji 

Armstronga,  który  mi  powiedział,  że  ktoś  niedawno  szukał  akt  sprawy  IWD.  Gdybym  go 

zapytał,  dowiedziałbym  się,  że  prosił  o  nie  Harvey.  Mógłbym  uprzedzić  sierżant  Williams, 

żeby go aresztowała, widząc, jak wchodzi do Finnside. Z drugiej strony, gdyby tak się stało, 

nie zdążyłaby do hotelu Three Rivers, a wtedy wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. 

Kate  Costello  została  zabrana  do  szpitala  w  Letterkenny,  gdzie  przeszła 

natychmiastową  operację.  Jason  Holmes  pojawił  się  tuż  po  pierwszej  i  został  aresztowany, 

choć wszyscy  już wiedzieli, że  nie  ma  nic wspólnego z Yvonne  Coyle ani z  morderstwami. 

Przyznał się  jednak,  że  ma za granicą dziewczynę,  u której spędził  noc; kogoś,  kogo poznał 

podczas  służbowych  wizyt  w  pubach  Strabane.  Widywał  się  z  nią  niemal  przez  cały  czas 

romansu  z  Caroline.  Sierżant  Williams  siedziała  w  pokoju  przesłuchań  naprzeciwko  niego, 

wysłuchała jego zeznań w milczeniu, a potem pojechała do domu. 

Po  raz  kolejny  trafiłem  do  szpitala,  gdzie  zajęła  się  mną  ta  sama  przepracowana 

lekarka,  która  opatrywała  mnie  wieczorem.  Tym  razem  uparła  się,  żebym  został  na  noc,  a 

Debbie się zgodziła. Niechętnie zostałem sam i zaczekałem, aż Debbie przywiezie mi z domu 

torbę z rzeczami i zabierze dzieci od matki. 

O  wpół  do  ósmej  wciąż  jej  nie  było.  Dzwoniłem  kilka  razy  do  domu,  ale  nikt  nie 

odbierał. Wziąłem ubranie, nadal brudne i mokre, i sprawdziłem, czy w kieszeni kurtki mam 

background image

pistolet,  który  zabrałem  z  hotelu  Three  Rivers,  kiedy  skończyli  z  nim  technicy.  Ostrożnie 

wymknąłem się ze szpitala, kryjąc się przed pielęgniarkami. Miały polecenie zatrzymać mnie 

w łóżku. 

N

A  PRZYSTANKU  AUTOBUSOWYM

  udało  mi  się  złapać  taksówkę,  uprzedzając  czwórkę 

noworocznych  imprezowiczów,  obładowanych  śmiesznymi czapkami  i  butelkami  szampana. 

Miasteczko  wyglądało  wzruszająco  malowniczo,  ja  jednak  nie  mogłem  się  otrząsnąć  z 

poczucia  pustki,  którą  zostawiły  we  mnie  wydarzenia  minionego  dnia.  Bałem  się  coraz 

bardziej  o  swoją  rodzinę.  Próbowałem  dodzwonić  się  na  posterunek,  ale  nikt  nie  odbierał. 

Domyśliłem się, że ci, którzy nie szukali Harveya, poszli do domu się bawić. 

Śnieg  padał  coraz  mocniej,  wzgórza  były  całkiem  białe.  Nad  naszą  miejscowością  i 

nad Strabane unosiły się łuny odbitego od chmur, pomarańczowego światła latarń. Wszędzie 

dookoła świat był biały, zimny i rześki. Kiedy kierowca podjechał pod ostatnią pochyłość na 

drodze  do  mojego  domu,  samochód  wpadł  w  poślizg  i  ustawił  się  w  poprzek.  Taksówkarz 

robił, co mógł, żeby ustawić nas jak trzeba. Spróbował jeszcze raz, tym razem jednak auto nie 

chciało  ruszyć,  kiedy  naciskał  gaz,  a  gdy  tego  nie  robił,  zsuwało  się  z  powrotem  na  płaski 

odcinek drogi. W końcu przyznał się do porażki i powiedział, że dalej mnie nie zawiezie. 

Zawrócił na główną ulicę, a ja zacząłem brnąć pod górę. Chciałem biec, ale śnieg był 

zbyt gęsty, a ja zbyt obolały. Powinienem chyba oszczędzać siły, ale ogarnęła mnie ojcowska 

krótkowzroczność i mogłem myśleć tylko o tym, że moje dzieci są w niebezpieczeństwie. 

Jakieś  czterysta  metrów  od  domu  usłyszałem  przez  śnieg  warkot  silnika.  W  oddali 

zabłysło  pojedyncze  słabe  światło  i  pojawiła  się  zwalista  sylwetka  traktora.  Zamachałem 

rękami  i  krzyczałem  do  kierowcy,  żeby  się  zatrzymał.  W  piersi  zatrzepotała  nowa  nadzieja, 

choć  zimowy  wiatr  palił  płuca.  Kiedy  traktor  nadjechał,  rozpoznałem  Marka  Andersona 

siedzącego w kabinie starego forda. Zwolnił, a kiedy się ze mną zrównał, zawołałem, żeby mi 

pomógł.  Zaśmiał  się,  splunął  przez  otwarte  okno,  a  potem  wrzucił  bieg  i  pojechał  dalej, 

obsypując mnie śniegiem. 

Posłałem za nim wiązankę i wyciągnąłem z kurtki pistolet, ale to był pusty gest. Moje, 

i tak słabe, wrzaski tłumił śnieg. 

Ruszyłem przed  siebie.  Miałem wrażenie,  że pierś  mi  zaraz eksploduje,  w głowie  mi 

huczało.  W  jakimś  momencie dostałem  napadu kaszlu tak okropnego,  że splunąłem w śnieg 

krwią.  A  potem,  przez  szept  spadających  płatków,  usłyszałem  znajome  skomlenie  Franka  i 

zrozumiałem,  że  jestem  blisko  domu.  Szczekanie  nie  milkło.  Wiedziałem,  że  gdyby  Debbie 

mogła,  zabrałaby go już do środka. Bezskutecznie usiłowałem  nie wyobrażać sobie tego,  co 

background image

na mnie czeka. 

Dom był ciemny, widziałem jednak pasma dymu unoszące się z komina. Poszedłem na 

tyły,  gdzie  na  schodach  siedział  Frank,  z  jasnym  opatrunkiem  odcinającym  się  od  brązowej 

sierści.  Zaskomlał  cicho  i,  kulejąc,  podszedł  do  mnie,  patrząc  ze  smutkiem.  Futro  miał 

zmierzwione i ciężkie od wilgoci; najwyraźniej był już na dworze dość długo. 

Po cichu otworzyłem drzwi, ale element zaskoczenia przepadł, bo Frank wepchnął się 

przede  mnie  i  popędził  do  kuchni,  roztrącając  krzesła  z  taką  siłą,  że  jedno  się  przewróciło. 

Niemal  natychmiast  usłyszałem  krzyk  Penny,  szybko  stłumiony.  Wiedziałem,  że 

przynajmniej ona żyje. Harvey tu był i czekał na mnie. 

Frank  drapał  drzwi  do  salonu.  W  szparze  pod  nimi  widziałem  migotanie  ognia. 

Mogłem zaczekać na wsparcie, ale wówczas sytuacja przybrałaby zły obrót i moja rodzina nie 

miałaby  szansy  ucieczki.  Zresztą  nie  mogłem  po  prostu  stać  i  czekać,  aż  ktoś  mi  pomoże. 

Pchnąłem drzwi stopą, z rewolwerem w ręce. 

Debbie i Shane siedzieli na kanapie, Shane wiercił się niespokojnie. Debbie płakała – 

oczy miała czerwone i szeroko otwarte. 

Harvey siedział w fotelu blisko ognia, zasłaniając się Penny jak tarczą. Pistolet trzymał 

przy jej głowie, choć wymierzony był we mnie. Kiedy zobaczył moją broń, przycisnął swoją 

do pięknej, delikatnej skóry mojej córeczki. Frank pobiegł do Debbie, a teraz odwrócił się do 

niego, warczał, obnażając kły. 

– Rzuć broń, Devlin – powiedział Harvey, trzymając pistolet nieruchomo. 

– Poddaj się, John, nie wypuszczę cię, przecież wiesz – odparłem, choć drżenie głosu 

zdradzało mój brak pewności. 

Frank  zaszczekał.  Debbie  próbowała  przytrzymać  go  za  obrożę.  Harvey  spojrzał 

przelotnie na niego, a potem znów na mnie. 

– Rzuć broń – powtórzył. 

– Puść Penny – odparłem, przysuwając się odrobinę bliżej. 

Frank znów zaszczekał, wykręcił się i szarpnął tak mocno, że obroża ześliznęła mu się 

po  uszach,  i  skoczył  na  Harveya.  Harvey  go  kopnął.  Penny,  bardziej  przejęta  losem  psa  niż 

swoim, zaszamotała się i upadła w palenisko. Wystrzeliłem, nie celując,  i skoczyłem po nią. 

Kiedy  ją  podniosłem,  palił  się  skraj  jej  sukienki.  Zacząłem  tłuc  płomienie  zabandażowaną 

dłonią, aż zgasły. 

Penny  wspięła  mi  się  na  ręce  z  płaczem.  Kiedy  podniosłem  wzrok,  Harvey  leżał 

rozciągnięty  na  moim  fotelu,  z  pojedynczą,  małą  raną  po  kuli  w  lewym  policzku  i  szeroko 

otwartymi,  niedowierzającymi  oczami.  Nie  żałowałem  go,  tak  jak  Yvonne.  Nie  zamknąłem 

background image

mu  nawet  oczu,  kiedy  wydał  ostatnie  tchnienie.  Zabrałem  rodzinę  i  poczekaliśmy  na 

zewnątrz,  aż  przyjadą  gardai.  Miałem  nadzieję,  że  gęsty  śnieg  przysypie  wszystkie  złe 

uczynki i o świcie świat będzie czysty i świeży. 

background image

Epilog 

20 marca 2003 

W

 CIĄGU NASTĘPNYCH DNI

, pod moją nieobecność, ściągnięte do nas NBCI składało w całość 

wszystkie  elementy  tego,  co  się  wydarzyło.  Ustalili,  że  po  ucieczce  ze  Strabane,  Yvonne 

spotkała się z bratem na wynajętej farmie w Ballindrait. 

Przypuszczalnie  to  Sean  Knox,  znany  nam  jako  John  Harvey,  rozpoznał  pierścionek 

należący do  matki na  liście skradzionych przedmiotów,  którą dano mu do sprawdzenia.  Być 

może  czekał  całe  lata  na  jakiś  znak  jej  życia  albo  śmierci.  A  może  to  zwykły  przypadek, 

wprawiający  w  ruch  ciąg  zdarzeń,  którego  kulminacja  nastąpiła  w  hotelu  Three  Rivers  i 

później  w  moim  domu.  W  każdym  razie,  kiedy  trafił  na  pierścionek  w  jubilerskim  komisie, 

nie  było  mu trudno zidentyfikować Siwego McKelveya –  młodego wędrówce z odstającymi 

uszami i prawie białymi włosami. 

W  Bundoran  znaleźli  Szczura  Donagheya  i  tam  go  zabili.  Ustalili  też,  że  Johnny 

Cashell i Seamus Boyle pomagali mu w zamordowaniu ich matki. 

Yvonne zaprzyjaźniła się, a potem nawiązała romans z Angelą Cashell – ramiona innej 

kobiety  były  zapewne  idealnym  schronieniem  przed  ojcem  podglądaczem  i  dilerami,  takimi 

jak McKelvey.  Wykorzystując Siwego jako kozła ofiarnego, Yvonne i jej brat nafaszerowali 

Angelę Cashell narkotykami. Można tylko przypuszczać, że Harvey uprawiał z nią seks przed 

śmiercią, a Yvonne klęczała jej na piersi, kiedy z dziewczyny wyciekało życie. 

Później  Yvonne  poderwała  Terry’ego  Boyle’a  świętującego  powrót  z  uczelni. 

Zaprowadziła  go  do  zatoczki  na  Gallows  Lane,  a  Harvey  pojechał  za  nimi.  To,  że  okno 

Terry’ego  w  chwili  jego  śmierci  było  otwarte,  świadczyło  o  tym,  że  Harvey  podszedł  do 

samochodu w mundurze. 

Założono,  że  to  Szczur  Donaghey  powiedział  im  o  romansie  Costella  z  ich  matką. 

Albo  tak  było,  albo  dowiedzieli  się  czegoś  od  Joanne  Duffy  –  choć  ona  twierdziła,  że  nie 

miała z nimi żadnych kontaktów od chwili, gdy zostawiła ich w Dublinie dwadzieścia pięć lat 

temu. 

Nieważne zresztą,  skąd o tym  wiedzieli.  Wynik  był ten sam:  w sylwestrowy poranek 

background image

włamali  się  do  domu  Costella.  Jedno  z  nich,  przypuszczalnie  Harvey,  uderzyło  Emily 

pogrzebaczem, choć może wcale nie mieli zamiaru jej zabijać. Potem zabrali Kate Costello do 

hotelu  Three  Rivers.  Yvonne  udało  się  też  zwabić  tam  Thomasa  Powella.  Okazało  się,  że 

Miriam  miała  rację,  podejrzewając  męża  o  romans  z  pielęgniarką.  To  zapewne  Szczur, 

umierając, wymienił nazwisko Powella seniora. Tak czy inaczej oboje postanowili przenieść 

karę za grzechy ojców na dzieci. Harvey pojechał do Finnside podrzucić zdjęcie Mary Knox, 

które tego dnia znaleziono w stosie kartek świątecznych na szafce przy łóżku starca. 

Poczekali,  aż  ich  znajdę  i  podejmę  za  nich  decyzję,  kto  powinien  umrzeć  –  dziecko 

Costella czy Powella.  Miałem być sędzią i stałem się częścią ich planu. Ostatecznie Yvonne 

strzeliła do Powella, a potem do Kate Costello, a w końcu do siebie. I zemsta się dokonała. Jej 

brat jednak, nie mogąc już obwiniać nikogo innego, zwrócił się przeciwko mojej rodzinie. 

Z

OSTAŁEM  PRZESŁUCHANY

  w  ramach  dochodzenia  w  sprawie  śmierci  Liama  McKelveya. 

Przyznałem się do pobicia chłopca i wziąłem na siebie odpowiedzialność za różne naruszenia 

procedury, których dopuściłem się w ostatnich tygodniach. Za zaniedbania zawieszono mnie 

na  dwa  tygodnie  z  prawem  do  pensji.  Jeszcze  nie  zdecydowałem,  czy  w  ogóle  nie  odejdę  z 

policji. Jason Holmes również został zawieszony za sprawę McKelveya. Ktoś na górze uznał 

jednak,  że  lepiej  zwalić  całą  sprawę  na  Harveya  niż  kalać  reputację  jednostki,  obciążając 

człowieka,  który  rozwiązał  zagadki  morderstw  Angeli  Cashell,  Terry’ego  Boyle’a,  Emily 

Costello, Thomasa Powella i wreszcie Mary Knox. 

K

ILKA  DNI  PÓŹNIEJ  SPOTKAŁEM 

C

HRISTINE 

C

ASHELL

.  Była sprzedawczynią w drogerii, gdzie 

kupowałem  środki  przeciwbólowe.  Kiedy  podszedłem  do  lady,  uśmiechnęła  się  do  mnie. 

Spytałem, co u rodziców. 

– Mama ma się świetnie, nigdy nie było tak dobrze – odparła. – O tacie nie wiem nic. 

Pokłócili się o coś i mama go wyrzuciła. Znowu – dodała, przewracając oczami z udawanym 

zniecierpliwieniem. 

– Wróci? – spytałem, podejrzewając, że odejście ojca dotknęło ją bardziej, niż gotowa 

jest przyznać. 

Wzruszyła ramionami. 

– Może. 

background image

K

ATE 

C

OSTELLO SPĘDZIŁA KILKA DNI W SZPITALU

. Czwartego stycznia Debbie zawiozła mnie 

do  Letterkenny,  żebym  ją  odwiedził.  Potem  spędziłem  dwadzieścia  pięć  minut  w  szpitalnej 

kawiarni  na  rozmowie  z  jej  ojcem.  Mówiliśmy  o  pogodzie,  która  zaczęła  się  poprawiać. 

Spytałem o Emily, on opowiedział, że odkłada pogrzeb, dopóki Kate nie wyjdzie ze szpitala. 

Nie mówił nic o wydarzeniach w hotelu, dopóki nie zacząłem się zbierać do wyjścia. 

– Dziękuję, Benedikcie – powiedział. 

– Nie ma za co. Robiłem tylko swoje, nadinspektorze. 

–  Nie.  Dziękuję  za  to,  co  pan  jej  powiedział.  Kate  mi  opowiadała.  O  Powellu.  Nie 

wiem,  jak  ci  się  udało  tak  zaimprowizować.  To...  to  musiało  być  jakieś  natchnienie.  – 

Uśmiechnął się przepraszająco. – Nie zapomnę o tym i niech to zostanie między nami. 

Przez  chwilę  chciałem  zapytać,  o  czym  mówi,  wydobyć  dokładny  sens  tych  słów  i 

upewnić  się,  czy  dobrze  to  zrozumiałem.  Patrzyłem  na  niego,  już  wdowca  bez  żony,  i 

zastanawiałem  się,  co  mogę  powiedzieć.  W  końcu  wyprostowałem  się,  otuliłem  kurtką  i 

wyszedłem pełnym ech korytarzem na świeże powietrze. 

Następnego  dnia  odwiedziłem  Thomasa  Powella  w  Finnside.  Siedziałem  u  niego  w 

pokoju z bukietem kwiatów w ręce i patrzyłem, jak śpi. Miał kolejny wylew, tego wieczoru, 

kiedy  dowiedział  się  o  śmierci  syna,  i  od  tamtej  pory  nie  odzyskał  sił.  Koce  na  jego  łóżku 

były  tak  ciężkie,  że  ukrywały  ruch  klatki  piersiowej  przy  oddychaniu.  W  pokoju  cuchnęło 

stęchlizną i chłodem,  jak w krypcie. Jedynym widocznym ruchem było drżenie jego powiek, 

które, choć zamknięte, cały czas trzepotały. 

Tuż  przed  moim  wyjściem  do  pokoju  weszła  Miriam  Powell.  Zobaczyła,  że  siedzę 

przy łóżku, cofnęła się i stanęła cicho pod ścianą, czekając cierpliwie, aż sobie pójdę.  Kiedy 

mijaliśmy  się  w  przejściu,  moja  dłoń  musnęła  niechcący  nagą  skórę  na  jej  ramieniu. 

Wciągnąłem  do  płuc  powietrze,  ale  nie  poczułem  zapachu  kokosa.  Używała  teraz  nowych, 

mocniejszych  perfum.  Moim  zdaniem  miała  zamiar  kontynuować  karierę  polityczną,  którą 

rozpoczął budować jej nieżyjący mąż. 

O

BUDZIŁEM SIĘ WCZESNYM RANKIEM TRZECIEGO  MARCA

. Nie mogłem już zasnąć, siedziałem 

w  kuchni  i  z  przerażeniem  patrzyłem,  jak  wprowadzono  w  życie  amerykańską  politykę 

„szoku i strachu”, bombardując Bagdad. Wyłączyłem telewizor. Siedziałem tak w ciemności i 

słuchałem, jak z okapów kapie woda, śnieg topniał. Powoli dotarło do mnie, że Frank skomli i 

szczeka w swojej szopie. Od Nowego Roku ciążyła mi myśl o tym, co zrobił, wiedziałem, że 

skończyło  się  moratorium  na  jego  karę  śmierci.  Powoli  zjadłem  płatki  na  mleku,  a  potem 

załadowałem jedyną kulę do rewolweru i zrolowałem stary ręcznik, żeby wytłumić strzał. 

background image

Otworzyłem  drzwi  od  tyłu  i  wyszedłem  na  poranny  chłód.  Wszędzie  słychać  było 

kapanie wody – z okapów, z żywopłotu i z drzew. 

Frank znów uciekł z szopy. Teraz warował pod drzwiami ze zjeżoną sierścią na karku i 

ocalałym, długim uchem pod pyskiem. Ale nie patrzył na mnie. Podążyłem wzrokiem do jego 

miski. W cieniu wiśni, rosnącej w kącie ogrodu, stał dziki kot. 

Był niemal wielkości owczarka collie, ciało miał mocne i muskularne, ciemne, gładkie 

futro lśniło w pierwszych promieniach porannego słońca. Czaił się z napiętymi mięśniami, na 

ugiętych  łapach,  wbijając  we  mnie  spojrzenie  zimnych  złotych  ślepi.  Patrzył  tak  na  mnie 

przez  chwilę,  unosząc  lekko  łeb,  żeby  złapać  trop  na  wietrze.  Potem  znów  wsadził  pysk  do 

miski Franka i wylizał resztki jedzenia z poprzedniego wieczoru. 

Przełożyłem  rewolwer  z  ręki  do  ręki,  zastanawiając  się,  czy  zdołam  strzelić.  Kot 

podniósł łeb i popatrzył na mnie z pogardą. Słońce rozlewało się powoli po trawniku. Zwierzę 

prychnęło cicho, obnażając kły, a potem odwróciło się i skoczyło przez żywopłot na pole. 

Przez kolejny miesiąc kot polował na Północy i w Republice, wymykając się zarówno 

ekologom, jak i myśliwym. Bezkarnie zabijał owce i panował niepodzielnie na pograniczu. 

A potem, wczesną wiosną, zniknął. 

background image

Podziękowania 

Chciałbym  podziękować  za  wsparcie  przyjaciołom  i  kolegom  z  St  Columb’s  College, 

zwłaszcza Bobowi McKimmowi, Tomowi Costiganowi, Ruth Byrne i Nuali McGonagle, którzy 

czytali  wstępne  szkice  tej  powieści.  Dziękuję  także  siostrze  Perpetui  McNulty,  Patricii 

Hughes,  Jude  Collins,  Paulowi  Wilkinsowi,  Martinowi  Meenanowi  i  Aleksowi  Mullanowi, 

którzy zachęcali mnie do pisania – każde na swój sposób. 

Podczas  pisania  tej  powieści  otrzymałem  wiele  wspaniałych  rad  i  słów  zachęty  od 

Petera Buckmana z The Ampersand Agency. Dziękuję także Billy’emu Pattonowi, Gerardowi 

McGirrowi  i  liffordzkim  gardai  za  pomoc  przy  różnych  aspektach  książki.  Na  koniec  zaś 

dziękuję Davidowi Torransowi z księgarni No Alibis. 

Jestem  ogromnie  zobowiązany  wszystkim  pracownikom  Macmillan  New  Writing: 

Mike’owi  Barnardowi,  Sophie  Portas,  a  zwłaszcza  Willowi  Atkinsowi  za  jego  pracę 

redakcyjną i olbrzymią pomoc. 

Dziękuję mojej rodzinie: Carmel i Michaelowi, Joe i Susan, Dermotowi i Lyndzie oraz 

dziewczynom: Catherine, Ciarze, Ellen, Annie i Elenie. Dziękuję również Paulowi, Rosaleen i 

rodzinie O’Neillów. 

Specjalne podziękowania składam rodzicom, Laurence’owi i Katrinie McGilłowayom, 

za tak wiele rzeczy, że nie zdołałbym ich tu  wymienić. Na końcu zaś, choć nie pod względem 

znaczenia,  dedykuję  tę  książkę  moim  synom  Benowi  i  Tomowi,  dzięki  którym  warto  to 

wszystko ciągnąć dalej, oraz mojej żonie i najlepszej przyjaciółce Tanyi, z wyrazami miłości i 

bezbrzeżnej wdzięczności.