background image

1

Elizabeth Hawksley

KOLIGACJE

1

Zachodnia sypialnia w Selwood Priory zdradzała cechy świetności splamionej niechlujstwem, co 

niewątpliwie  charakteryzowało  jej  właściciela.  Olbrzymie  łoże,  na  którym  spoczywał  umierający 

sir Walter Selwood, zdobiły ciemnoczerwone adamaszkowe zasłony, teraz jednak były one w kilku 

miejscach  rozdarte,  a  do  tego  wystrzępione.  Rogi  łoża  zwieńczone  były  ozdobnymi  gałkami,  ale 

tylko  jedna  noga  trzymała  się  prosto,  pozostałe  zaś  chyliły  się  pod  najdziwniejszymi  kątami. 

Niegdyś pyszna kołdra straszyła licznymi łatami i dziurami.

Sam  sir  Walter  uzupełniał  obraz  zdegradowanej  wielkości.  Jego  ciemnopiwne  oczy  były 

zapadnięte,  wydatny  nos  jawił  się  jeszcze  większy na  tle  wychudłej  i  pooranej  bruzdami  twarzy, 

brokatowy  szlafrok  znaczyły  plamy,  a  przekrzywiona  na  bakier  peruka,  mimo  że  starannie 

ufryzowana, straszyła brudem.

Pokój  miał  sklepiony  strop  i  dwa  groteskowo  rzeźbione  wsporniki  po  obu  stronach  gotyckiego 

okna.  Na  ścianach  wisiały  spłowiałe  tapiserie,  przedstawiające  zgwałcenie  Europy.  Raz  po  raz 

poruszały  nimi  podmuchy,  które  ze  świstem  wpadały  do  pokoju  przez  szparę  w  futrynie  i 

podrywały  kurz  z  podłogi,  a  boki  byka  sugestywnie  się  wtedy  marszczyły.  Dookoła  migotały 

płomienie kilkunastu świec, odbijających się w niezliczonych lustrach.

Żadna z dwóch osób obecnych w sypialni zdawała się nie zauważać jej żałosnego stanu. Walter 

dlatego,  że  nigdy  go  to  nie  obchodziło,  pieniądze  zawsze  przepijał  i  wydawał  na  hazard,  a  w 

dobrych  czasach  również  na  łajdactwa;  natomiast  jego  córka  Dorothea  dlatego,  że  nie  znała 

żadnego innego domu.

Miała już trzydzieści lat i w oczach większości ludzi uchodziła za zdeklarowaną starą pannę. Jej 

praktyczne podejście do spraw majątku i umiejętność gospodarowania w Selwood Priory sprawiły, 

że z punktu widzenia ojca była wyjątkowo użyteczną osobą. Nic więc dziwnego, że nigdy nawet nie 

spróbował znaleźć jej męża. Zresztą, powtarzał sobie sir William, kto by taką zechciał? Dorothea 

była  chuda,  niemal  koścista,  miała  jasne  włosy  trudnego  do  określenia  koloru  i  -  nie  wiadomo 

dlaczego  -  bardzo  ciemne  oczy.  Część  ludzi  we  wsi,  którym  nie  podobał  się  ten  kaprys  natury, 

zwała ją czarownicą.

Była ubrana w  nietwarzową  szarą  suknię  z  wełny,  a  od  przeciągów  chroniła  się  starym  szalem, 

zarzuconym  na  ramiona.  Siedziała  teraz,  splatając  na  kolanach  długie,  delikatne  palce,  i 

zadumanym wzrokiem wpatrywała się w ogień.

- „Maria” jest naturalnie twoja - powiedział z wysiłkiem sir Walter.

Dorothea  odziedziczyła  po  matce  siedem  tysięcy  funtów,  które  w  swoim  czasie  powinny  były 

zostać  bezpiecznie  zainwestowane.  Niestety,  ojciec,  jedyny  pełnomocnik  rozporządzający  tym 

background image

2

majątkiem,  wykorzystał  pieniądze,  by  zamówić  w  stoczni  Megavissey  „Marię”,  stutonowy  okręt 

wyposażony w dwanaście dział, który umożliwiał mu zwiększenie korzyści czerpanych z przemytu. 

Tłumaczył sobie, że wszystko jedno, w co włożył te pieniądze, skoro jego córka tak czy owak ma 

swoje trzysta pięćdziesiąt funtów rocznie. Prawdę mówiąc, okręt kosztował niewiele ponad tysiąc 

funtów,  nie  było  jednak  dokumentów,  które  wykazywałyby,  co  stało  się  z  resztą  pieniędzy.  Bez 

wątpienia  trafiły  do  kieszeni  sir  Waltera,  by  wesprzeć  jego  potrzeby  hazardzisty  oraz  hodowlę 

kogutów do walki.

Dorothea musiała się z tym pogodzić. Gdyby straż przybrzeżna zatrzymała kiedyś „Marię”, okręt 

zostałby  sprzedany  albo  zatopiony,  a  to  oznaczałoby  całkowite  przekreślenie  jej  spadku.  Mogła 

tylko się modlić, by los ją oszczędził.

- Poza tym wszystko dostaje dziedzic, niech go piorun strzeli - dokończył sir Walter.

- A co z Fanny i dziećmi? - spytała zatroskana Dorothea.

- Fanny ma dwa tysiące, które na nią przepisałem. Fanny Potter była guwernantką Dorothei, ale 

po  śmierci  pani  Selwood  uległa  żądaniom  chlebodawcy  i  została  jego  kochanką.  Z  tego  związku 

urodziło się dwoje uroczych dzieci i od tej pory cała ta trójka mieszkała - ku zgrozie miejscowego 

ziemiaństwa  -  w  Selwood  Priory  razem  z  Dorothea  i  jej  ojcem.  Ale  jakie  utrzymanie  może 

zapewnić sto  funtów rocznie,  a na tyle tylko mogła liczyć  Fanny. Siedemnastoletni  Horace nadal 

musiał  się  uczyć,  czekało  go  też  wejście  w  świat  dorosłych.  Sytuacja  trzynastoletniej  Sylwii 

wyglądała jeszcze gorzej. Kto chciałby za żonę pannę z nieprawego łoża, która nie ma posagu, żeby 

zatuszować tę przykrą wadę?

-  A  dzieci,  ojcze?  Co  z  Horace’em  i  Sylwią?  Sir  Walter  nie  odpowiedział.  Fanny  już  dawno 

przestała  go  interesować.  Pozwalał  jej  mieszkać  w  swoim  domu  tylko  dlatego,  żeby  odpędzić 

ewentualnych  swatów,  którzy  chcieliby  mu  znaleźć  nową  żonę  po  śmierci  matki  Dorothei. 

Obecność  Fanny  znaczyła  bowiem  tyle,  że  żadna  dobrze  wychowana  panna  nie  mogła  złożyć 

wizyty  w  Selwood  Priory.  Sir  Waltera  ani  trochę  przy  tym  nie  interesowało,  że  w  ten  sposób 

również córkę z prawego łoża odcina od wszelkich kontaktów z miejscowym ziemiaństwem.

Rozmyślając o przyszłości, Dorothea zaczęła skubać chudymi palcami frędzel szala. Dziedzicem 

był  nie  znany  jej  kuzyn,  wielebny  Veryan  Selwood,  obecnie  wykładający  w  New  College  w 

Oksfordzie. Ojciec spotkał go tylko raz w życiu i wróciwszy potem do domu, prychnął z pogardą:

- Świętoszkowaty księżulo, ot co! - Od tej pory nie pozwalał wspominać jego imienia.

Dorothea  siedziała  w  milczeniu.  Ojciec  mógł  dawno  ożenić  się  z  Fanny,  żeby  Horace  zyskał 

wszelkie synowskie prawa, ale tego nie chciał.

Milczenie córki irytowało umierającego człowieka nie mniej, niż zirytowałaby go jakakolwiek jej 

uwaga.

- Miałbym się ożenić z nieczystą kobietą? Ja, Selwood?

background image

3

- Była czysta, dopóki cię nie poznała - zwróciła mu uwagę Dorothea.

- Była gotowa jak dojrzała śliwka.

Dorothea  przygryzła  wargę.  Jaką  szansę  miała  biedna  Fanny,  guwernantka  z  pensją  trzydziestu 

funtów  rocznie,  przy  chlebodawcy,  którego  roczny  dochód  wynosił  dwa  tysiące  funtów?  Z 

moralnego punktu widzenia ich związek, rzecz jasna, był

naganny. Ale Fanny widziała w nim jedyną szansę ucieczki przed ponurą przyszłością i nędzą na 

starość - któż mógłby mieć jej to za złe?

Raz  Dorothea  ośmieliła  się  powiedzieć  coś  podobnego  pani  Gunthorpe  z  Quilquin  House  i 

wprawiła ją tym w święte oburzenie.

- Panna Potter powinna była wyjechać natychmiast, gdy tylko się zorientowała, że jej cnota jest w 

niebezpieczeństwie  -  oświadczyła  dobitnie  sąsiadka.  -  Bez  wątpienia  zrobiłabym  wszystko  co  w 

mojej mocy, żeby znaleźć jej posadę w prawdziwie chrześcijańskim domu.

Dorothea wydawała się sceptyczna wobec tego twierdzenia.

-  Jestem  wstrząśnięta,  Dorotheo  -  ciągnęła  -  że  zapominasz  się  do  tego  stopnia,  by  pobłażać 

ciężkiemu uchybieniu cnocie. Pomyśl przynajmniej o własnej pozycji. Co do mnie, nie mogę nawet 

złożyć  wizyty  w  Selwood  Priory,  póki  ta  kobieta  jest  pod  waszym  dachem.  To  straszne!  Moja 

Isabel mogłaby wtedy nie mieć innego wyjścia, jak ją poznać. - Isabel była córką pani Gunthorpe.

Dorothei nie interesowała Isabel, która wydawała jej się podobna do matki, pruderyjna i wiecznie 

ze  wszystkiego  niezadowolona,  nie  przejmowała  się  więc  ani  trochę  brakiem  kontaktów  z 

Gunthorpe’ami. Żałowała tylko,  że  do bojkotu  jej  domu  nie przyłączył  się Bram  Gunthorpe, brat 

Isabel. Był rówieśnikiem Dorothei, rozwiązłym i dość bezwzględnym, i zawsze bardzo lubił nocne 

hulanki z sir Walterem. Podczas jego wizyt Dorothea starała się być poza domem. Ostatnio jednak 

jej niepokój w związku z Bramem znacznie się nasilił, ten bowiem zainteresował się trzynastoletnią 

Sylwią, którą w tym wieku reputacja Brama zaczęła niebezpiecznie intrygować.

Jedyna  korzyść  z  nieznajomego  kuzyna  po  święceniach,  pomyślała  Dorothea,  jest  taka,  że  z 

pewnością nie będzie tolerował wizyt Brama.

Sir  Walter  zapadł  w  drzemkę,  a  jego  córka  pozostała  na  miejscu,  wpatrując  się  w  ogień  i  dalej 

rozmyślając nad swoją przyszłością. Mogła na pniu sprzedać „Marię”. Było wielu ludzi, kupców w 

Plymouth i dżentelmenów w okolicznych majątkach, którzy z wielką ochotą weszliby w posiadanie 

szybkiego i sprawdzonego okrętu. Ale finansowo oznaczałoby to dla niej wielką stratę. Powinna się 

cieszyć,  gdyby  uzyskała  ze  sprzedaży  wszystkiego  łącznie  z  osprzętem  tysiąc  funtów.  Byłoby  to 

poważnym ciosem dla tych, których egzystencja zależała od Dorothei. Pieniądze zarabiane dzięki 

okrętowi stanowiły wszak większą część dochodów okolicznej ludności.

Naturalnie,  mogła  oddać  go  w  dzierżawę.  W  ten  sposób  zachowałaby  do  pewnego  stopnia 

panowanie nad sytuacją i miała pewność, że miejscowi ludzie osiągają jakieś zyski. Ale wiązałoby 

background image

4

się to również z ryzykiem. Kapitana Daniela Watsona dobrze znała i ufała mu bezgranicznie. Co by 

się  z  nim  stało,  gdyby  wydzierżawiła  „Marię”?  I  co  stałoby się  z  Horace’em  oraz  Sylwią,  skoro 

było  zupełnie  jasne,  że  ojciec  odkładał  ich  problem  zbyt  długo.  Zawsze  obiecywał  zabezpieczyć 

dzieci... kiedy zaoszczędzi trochę pieniędzy. Teraz okazało się, że to już nigdy nie nastąpi.

I  co  zostanie  jej,  Dorothei,  gdy  ojciec  umrze,  a  majątek  odziedziczy  nie  znany  kuzyn?  Veryan 

Selwood był duchownym. Prawdopodobnie nie zechce trzymać w swoim domu Fanny z dziećmi. A 

ją,  jeśli  nawet  zgodzi  się  tolerować,  to  co  z  tego?  Jak  będą  mijać  jej  dni?  Teraz  miała  mnóstwo 

zajęć.  Prowadziła  sprawy  majątku,  zarządzała  domem  i  uprawiała  zioła  w  ogródku,  który  był  jej 

chlubą i źródłem radości. Nowy właściciel w najlepszym razie będzie znosił jej obecność.

Przyszłość rysowała się ponuro.

Na kratę kominka upadła gałąź jabłoni i wzbiła tuman zielonkawych iskier. Sir Walter gwałtownie 

się przebudził.

- Thea?

- Jestem tutaj, ojcze.

- Lepiej napisz do tego przeklętego księżula. Chcę go widzieć.

Wielebny  Veryan  Selwood,  do  którego  sir  Walter  czuł  taką  niechęć,  dopiero  co  obchodził 

trzydzieste  drugie  urodziny.  Był  wysokim,  przygarbionym  i  bardzo  chudym  mężczyzną,  często 

bowiem  zapominał  o  posiłkach.  Jasne  włosy  nieporządnie  spadały  mu  na  kołnierzyk,  a 

niebieskoszare oczy oglądały świat przez okulary w drucianej oprawie.

Tego  dnia  roku  pańskiego  1808  wielebny  Veryan  Selwood  siedział  w  swym  gabinecie  pełnym 

książek,  w  oksfordzkim  New  College.  Na  zewnątrz  wiał  ostry  marcowy  wiatr,  ale  w  domu  było 

ciepło i zacisznie. Ogień miło grzał, a w wiadrze było węgla po brzegi. Wystarczyło zadzwonić na 

służącego,  żeby  dostać  kawy  lub  herbaty.  Można  też  było  zejść  do  sieni  i  razem  z  kolegami 

wykładowcami zjeść wyborny posiłek, napić się porto, a przy okazji miło i z korzyścią dla umysłu 

porozmawiać. Krótko mówiąc, Veryan prowadził cnotliwe, przykładne i niespieszne życie, a temu, 

kto uważałby, że dla młodego człowieka jest to nudne i ograniczające, mógłby powiedzieć tylko, że 

jemu taki tryb życia odpowiada.

Veryan częściowo rozumiał, że w ten sposób ucieka od ponurego dzieciństwa z matką inwalidką i 

ojcem brutalem. Jego życie i zdrowie umysłu uratowała piastunka, Matty, która dała mu miłość i 

wsparcie,  rozbudziła  w  nim  pasję  do  nauki,  pocieszała  go,  gdy  był  chory,  i  zawsze  starała  się 

chronić przed gniewem ojca. Pan Selwood uważał swego jedynego syna za babę, którą należy tęgo 

ćwiczyć i hartować, jeśli miał kiedykolwiek wyrosnąć na mężczyznę co się zowie.

- Nigdy nie będę taki jak mój ojciec, Matty - powiedział Veryan, gdy miał mniej więcej osiem lat. 

- Nie lubię zabijać.

background image

5

-  Panicz  Veryan  będzie  wspaniałym  mężczyzną  -  odparła  Matty.  -  Ma  dobre  serce  i  myśli  o 

innych.  Nie  wiem,  czy  dżentelmenowi  trzeba  więcej.  -  Nigdy  otwarcie  nie  krytykowała 

chlebodawcy  przed  jego  synem,  ale  Veryan  był  zmyślnym  chłopcem,  miała  więc  nadzieję,  że  ją 

zrozumie.

Zarzucił jej ręce na szyję i mocno ją uścisnął.

- Ej, ej, baranku - powiedziała Matty. Cmoknęła go w policzek i dodała: - A jak tam czasowniki 

panicza? Mam go odpytać?

To właśnie Matty co tydzień pisała do niego listy, gdy w wieku trzynastu  lat został wysłany do 

Winchester, ale dwa lata później piastunka i jego matka umarły jedna po drugiej w ciągu zaledwie 

kilku miesięcy. W ostatnim liście Matty napisała: „Niech panicz korzysta ze swego rozumu. To jest 

dla  panicza  droga  ucieczki”.  Następne  trzy  lata,  przez  które  musiał  znosić  w  czasie  świąt 

agresywną, tępą siłę ojca, były bez wątpienia najstraszniejszym okresem w życiu Veryana. Sam nie 

wiedział, jak by je przetrwał, gdyby nie pan Marcham, ojciec chrzestny, który często zapraszał go 

do siebie.

Ale  radę  Matty  wziął  sobie  do  serca.  Ciężko  harował  i  dzięki  temu  zdobył  stypendium  New 

College w Oksfordzie, zarezerwowane dla wychowanków Winchesteru. Wszystkie wolne od nauki 

chwile spędzał u Marchamów, a do rodzinnego domu wrócił tylko raz, na pogrzeb ojca. Potem bez 

większego zdziwienia dowiedział się, że ojciec od lat żył z jego, Veryana, kapitału i że po spłaceniu 

długów zostanie z tego ledwie kilkaset funtów. Veryan postawił za te pieniądze nagrobek dla Matty 

- wydawało mu się, że właśnie taki by jej się spodobał - a resztę pieniędzy zostawił w kościele na 

opiekę nad grobem i wrócił do Oksfordu.

Poza stypendium, wynoszącym dwieście funtów rocznie, dysponował jeszcze sześcioma tysiącami 

funtów kapitału odziedziczonego po matce, prowadził  więc życie naukowca odludka, a pieniędzy 

miał dość, by stać go było na jedyną ekstrawagancję, na jaką sobie pozwalał, czyli książki.

Dnie spędzał na tłumaczeniu wierszy z „Greckiej antologii”, które dostosowywał do angielskich 

reguł  metrycznych.  Interesowała  go  przy  tym  szczególnie  nie  poetycka  siła  wersów,  lecz  raczej 

możliwość jak najdokładniejszego uchwycenia niuansów starożytnej greki. Ostatnio pracował nad 

Meleagrem  i  wcale  nie  widział  sprzeczności  w  tym,  że  jako  wykładowca  college’u  i  osoba 

duchowna tłumaczy autora, którego wiersze mają jawnie erotyczny wydźwięk.

Komu  innemu,  być  może,  czyniono  by  z  tego  powodu  rubaszne  uwagi,  ale  Veryan  cieszył  się 

wyjątkowym statusem. Było absolutnie oczywiste, że  w jego przypadku wybór jest podyktowany 

czysto intelektualnymi poszukiwaniami.

Tego popołudnia miał gościa, odwiedził go bowiem Toby Marcham. Był to syn ojca chrzestnego 

Veryana,  a  zarazem  jeden  z  niewielu  ludzi  spoza  zamkniętego  świata  Oksfordu,  z  którymi 

utrzymywał kontakty.

background image

6

Toby miał dwadzieścia pięć lat, czyli o siedem mniej niż Veryan, i bardzo towarzyską naturę, lecz 

mimo tych różnic zawsze znajdowali wspólny język i traktowali się jak bracia; zresztą rodzonych 

braci nie mieli.

- Nie możesz bez końca odgradzać się od świata w taki głupi sposób - mówił Toby. - Zamieszkaj 

u nas. Papa ci to proponuje za każdym razem, kiedy nas odwiedzasz.

- Jestem zajęty. Wkrótce ma się ukazać moja nowa monografia - odparł zniecierpliwiony Veryan. 

Miał zadziwiająco głęboki, ciepły głos, który nie pasował do ascetycznego oblicza Veryana.

Toby lekceważąco machnął ręką na wspomnianą monografię.

- A życie? - spytał, spoglądając, co trzeba powiedzieć, z niejakim zadowoleniem na swe odbicie w 

zmętniałym lustrze wiszącym nad kominkiem. Widok starannie potarganych kasztanowych włosów 

i roześmianych szarych oczu musiał go zadowolić.

- Tu mam takie życie, jakiego chcę.

- Ładne mi życie! A wychodzenie poza mury? Poznawanie świata? Kobiety? Do diabła, Veryan, 

żyjesz jak mnich. To nie jest zdrowe. - Toby miał za sobą liczne amory, które zwykle kończyły się 

poważnymi kłopotami, o czym Veryan dobrze wiedział.

Rozległo się pukanie do drzwi i na progu ukazał się chłopak na posyłki.

- List do pana, panie Selwood. Należy się szyling i pięć pensów.

Veryan ostrożnie wziął od chłopca list i zaczął szperać po kieszeniach w poszukiwaniu drobnych. 

Nie znalazł, więc przyjaciel pospieszył mu z pomocą.

- Masz. - Toby klepnął dłoń posłańca, kładąc na niej kilka szylingów.

Chłopak skłonił głowę, potwierdzając tym przyjęcie zapłaty, i wyszedł.

- Nieczęsto dostaję listy. - Veryan z zakłopotaniem  przeczesał dłonią włosy i  obrócił kopertę w 

dłoni.  -  Któż  to  mógł  do  mnie  napisać?  -  Nie  lubił  niespodzianek.  Usiadł  i  sięgnął  po  nóż  do 

papieru, żeby przerwać pieczęć.

Charakter  pisma  był  wprawny  i  zdecydowany,  a  smoliście  czarny  atrament  wydawał  się 

złowieszczo natrętny.

Szanowny Panie Selwood

Mój  ojciec,  sir  Walter  Selwood,  polecił  mi  napisać  ten  list.  Jego  życzeniem  jest,  by 

niezwłocznie przyjechał Pan do Selwood Priory, posiadłości, która, jak pan z pewnością 

wie,  przejdzie  na  pańską  własność  po  śmierci  mego  ojca,  z  pewnością  niezbyt  już 

odległej.

Musi  Pan  wsiąść  do  dyliżansu  Królewskiej  Poczty  Kornwalijskiej,  który  w  Londynie 

odchodzi  z  Lad  Lane,  spod  zajazdu  Pod  Łabędziem  o  Dwóch  Szyjach,  i  dojechać  do 

background image

7

Torpoint.  Dyliżans  z  Oksfordu  do  Southampton  przejeżdża  przez  Whitchurch  i  tam 

właśnie  powinien  Pan  się  przesiąść  do  dyliżansu  z  Londynu.  Pan  Hooper,  który 

prowadzi zajazd Królewskie Ramiona w Torpoint, dostanie wiadomość, żeby dać panu 

konia i przewodnika na resztą podróży.

Proszą wybaczyć mi tą zwięzłość. Piszą w imieniu ojca, nie własnym. Przepraszam za 

ewentualne niezręczności.

Łączą wyrazy szacunku 

-

D. Selwood

Veryan poprawił okulary na nosie i przysunął sobie świecę. Jeszcze raz uważnie przeczytał list, po 

czym podał go Toby’emu.

Ten omiótł kartkę wzrokiem.

- Gratulacje, Veryanie! Majątek! Mam nadzieję, że zacny, hm?

- Nie mam pojęcia. Toby podniósł głowę.

- Chyba żartujesz. Ta D. Selwood najwyraźniej zakłada, że to wiesz. Nawiasem mówiąc, kto to 

jest D. Selwood? przypuszczam, że kobieta, bo mężczyzna sam odziedziczyłby majątek.

-  Nie  mam  pojęcia!  -  Veryan  ukrył  twarz  w  dłoniach.  -  Słowo  ci  daję,  Toby,  że  nie  wiem.  -

Wydawał  się  głęboko  zrozpaczony.  -  Spotkałem  sir  Waltera  raz  w  życiu,  dziesięć  lat  temu. 

Odrażający  człowiek,  jeden  z  tych  hałaśliwych,  pijących  na  umór,  grających  o  wysokie  stawki 

typów.  -  W  bardzo  przykry  sposób  przypominał  mu  ojca.  Veryan  poznał  kiedyś  sir  Waltera  w 

tawernie Mitre. Mężczyzna był bardzo pijany, a w pewnej chwili ku konsternacji Veryana, posadził 

sobie  barmankę  na  kolanach  i  wsunął  rękę  pod  jej  spódnice.  Veryan  nie  pamiętał  już  głośnych 

pisków  dziewczyny  i  radosnego  rechotu  czerwonego  na  twarzy  sir  Waltera.  Wyszedł  wkrótce 

potem, ścigany pogardliwymi okrzykami krewnego:

- Mięczak! Przeklęty księżulo.  Jesteś zwykła baba. Nie stanąłby ci, nawet gdyby ci dali gotową 

kobietę.

Veryan  nigdy  nikomu  nie  opowiedział  o  tym  epizodzie  i  zrobił  wszystko,  żeby  wymazać  sir 

Waltera z pamięci.

- Ale musiałeś wiedzieć, że jesteś dziedzicem?

- Tak... Nie. Sir Walter pewnie powiedział coś takiego, ale całkiem o tym zapomniałem. To był 

rozpustny,  stary  kozioł,  więc  sądziłem,  że  zadbał  o  dziedzica.  Ja  go  zawsze  obchodziłem  mniej 

więcej tyle samo co on mnie.

- Ale majątek, Veryan! Gdzie leży? Ile jest wart? Na pewno coś o tym wiesz.

- Nie mam pojęcia. Zdaje się, że w Kornwalii. Ale dokładnie nie wiem.

background image

8

Toby  spojrzał  na  przyjaciela  z  dobrodusznym  zniecierpliwieniem.  Obojętność  Veryana  wobec 

swojego  statusu  materialnego  była  zaiste  godna  podziwu,  ale,  zdaniem  Toby’ego,  trudno  to  było 

uznać za objaw zdrowego umysłu.

- Naturalnie zamierzasz tam pojechać.

Veryan zmarszczył czoło, spoglądając na list.

- Nie rozumiem, dlaczego miałbym to zrobić.

- Veryanie! To jest życzenie umierającego.

- Sir Walter może z powodzeniem umrzeć beze mnie. - Veryan zacisnął usta, przybierając minę, 

którą Toby znał doskonale. Gdy chciało się go do czegoś nakłonić, bywał uparty jak muł.

Przez  chwilę Toby rozmyślał.  Przypomniał sobie  ojca przyjaciela,  który  bez  przerwy do czegoś 

zmuszał jedynaka albo na niego grzmiał. Jedyną obronę Veryana stanowił cichy bunt. Zdarzało się, 

że  mimo  potrząsania,  bicia  i  kopania  milczał  jak  zaklęty.  Tym  tępym  uporem  ściągał  na  siebie 

następne razy. A jednak się nie poddawał. Nic dziwnego, że biedak wybrał sobie niemal klasztorną 

egzystencję, pomyślał Toby.

-  Chyba masz  rację  -  przyznał  beztrosko.  -  Sir  Walter  jest  barbarzyńcą.  Jeśli  ta  panna  Selwood 

napyta sobie biedy, to trudno. Dlaczego miałbyś spełniać jej życzenia?

Veryanowi  pojaśniała  twarz.  Nagle  uśmiechnął  się  całkiem  nieoczekiwanie  szelmowskim 

uśmieszkiem; choć wokół kącików oczu pojawiły się przy tym zmarszczki, wyglądał młodziej.

- Czy wyobrażasz sobie, że twoja nagła zmiana kursu mnie zwiedzie? Uważasz, że powinienem 

tam jechać, prawda? Toby roześmiał się i rozłożył ręce.

- Nic się przed tobą nie ukryje. Ale nie powiem na ten temat ani słowa więcej.

- Idź do diabła!

Dorothea  w  milczeniu  obchodziła  swoje  królestwo  na  poddaszu  i  sprawdzała,  jak  wyglądają 

nasiona  pietruszki,  które  posiała  przed  kilkoma  tygodniami.  Tace  zajmowały  teraz  długi  stół 

wsparty na kozłach, stojący pod wychodzącym na południe oknem. Ale nawet w Kornwalii, gdzie 

klimat był łagodny, nasiona miały prawo jeszcze przez pewien czas pozostać w uśpieniu.

Jej królestwo znajdowało się w budynku otaczającym dawną furtę klasztorną, jednym z niewielu 

pozostałych z czasów sprzed kasaty zakonu, która miała miejsce, gdy przodek sir Waltera z epoki 

Tudorów położył rękę na majątku. Wcześniej „pożyczył” pieniądze królowi Henrykowi, doskonale 

wiedząc, że nigdy więcej ich nie zobaczy. Naturalnym biegiem rzeczy został jednak wynagrodzony 

tym niewielkim majątkiem i ręką dziedziczki, która - według wiedzy Dorothei - niewiele miała w 

tej sprawie do powiedzenia.

Budynek przy furcie przejęła lady Amicia, która - podobnie jak teraz Dorothea - suszyła tu zioła. 

Dorothea dobrze wiedziała, dlaczego lady Amicia polubiła poddasze kamiennej trzynastowiecznej 

background image

9

budowli.  Jego  duże  okna  wpuszczały  mnóstwo  światła.  Ściany  były  pobielone,  a  belki  stropu 

ozdobiono  kiedyś  wzorami  z  zielonych  listków  i  czerwonych  kwiatków,  po  których  pozostały 

jeszcze ślady. W belkach tkwiły haczyki do rozwieszania ziół. Pomieszczenie wypełniał dyskretny, 

nieco drażniący nozdrza, lecz przyjemny zapach.

Dookoła  wzdłuż  ścian  ciągnęły  się  dębowe  półki,  na  których  stały  słoiczki  z  nasionami  i 

suszonymi  ziołami,  własność  Dorothei.  W  garnuszkach  i  flakonikach  przechowywała  napary  i 

maści, jako że  pomieszczenie  pełniło  funkcje użytkowe,  a zapotrzebowanie  na smarowidła i  inne 

leki  Dorothei  było  duże.  Pod  północną  ścianą,  od  strony  głównego  budynku,  stała  marmurowa 

półka, a na niej waga z mosiężnymi szalkami, żelazne odważniki, tłuczki oraz moździerze różnych 

wielkości i deseczki do krojenia; był też kamienny zlew, a pod nim kubeł.

Dorothea  pracowała  machinalnie,  myśląc  jednocześnie  o  ziołach  i  o  nieznajomym  kuzynie. 

Wiedziała, że ich pokrewieństwo jest bardzo dalekie. Selwoodowie nie miewali wielu potomków, w 

każdym  razie  nie  w  zalegalizowanych  związkach.  Sir  Walter  był  jedynym  dzieckiem  swoich 

rodziców,  które  przeżyło,  a  jego  ojciec  miał  tylko  jednego  brata.  Naturalnie,  to  wcale  nie 

powstrzymało  ich  przed  harcami  z  niewieścią  częścią  miejscowej  ludności.  Dziadek  Dorothei 

egzekwował  nawet  coś  w  rodzaju  prawa  pierwszej  nocy  należnego  seniorowi.  Nic  dziwnego,  że 

wielu okolicznych chłopów miało czarne oczy i orle nosy Selwoodów.

Jej  dłonie  skrzętnie  pracowały  i  przenosiły  nasiona  z  tac  do  płaskich  skrzynek  z  ziemią.  Jakim 

człowiekiem okaże się wielebny Veryan Selwood? Dorothea wyobraziła sobie starego człowieka w 

spodniach  do  konnej  jazdy,  kamaszach  oraz  kapeluszu  z  szerokim  rondem,  typowym  dla 

duchownego.  Tylko  co  wielebny  zrobi  z  Fanny  i  jej  dziećmi?  Czy  będzie  widział  potrzebę 

zapewnienia Horace’owi wykształcenia, zważywszy na jego status dziecka z nieprawego łoża? I co 

z  Sylwią?  Czy  będzie  musiała  w  swoim  czasie  zostać  guwernantką  jak  jej  matka,  pracować  od 

świtu do nocy za mamę trzydzieści funtów rocznie i tak jak matka ulec nieuczciwym zakusom pana 

domu?

Ojciec  powinien  był  wypełnić  swoje  zobowiązania,  pomyślała  Dorothea  w  nagłym  przypływie 

gniewu.  Powinien  był  należycie  zabezpieczyć  bliskich.  Tylko  dzięki  niej  Horace  zdobywał 

jakiekolwiek wykształcenie; był w szkole z internatem w Exeter. Sylwię natomiast uczyła w domu 

jej matka.

Mimo znużenia Dorothea odnosiła się do ojca z wyrozumiałością. Sir Walter był egoistą i despotą, 

ale nie perfidnym. Jeśli nic nie zakłócało komfortu jego egzystencji, pozwalał córce robić wszystko 

po  swojemu.  Zresztą  życie  stało  się  znacznie  prostsze,  gdy  Dorothea  wkrótce  po  swych

siedemnastych  urodzinach  przejęła  zarządzanie  majątkiem.  Przynajmniej  służba  wiedziała,  że 

dostanie  godziwą  zapłatę.  Ale  wydatki  sir  Waltera  znacznie  przekraczały  dochody,  a  powstającą 

lukę  wypełniały  wpływy  z  przemytu  albo  wolnego  handlu,  jak  wolał  nazywać  ten  proceder  sir 

background image

10

Walter.

Co powie na to wszystko wielebny Veryan Selwood?

Dorothea z bardzo zatroskaną miną wyjrzała przez okno. Widok był wspaniały, nie dalej jak sto 

metrów  od  furty  widziała  bowiem  lśniącą  w  słońcu  taflę  morza.  Z  prawej  strony  była  wieś 

Porthgavern,  której  dachy,  rozrzucone  w  wielkim  nieładzie,  kończyły  się  przy  porcie.  Omiotła 

wzrokiem horyzont. Jej okręt, „Maria”, powinien wkrótce nadpłynąć, choć na pewno nie należało 

ryzykować  zbliżania  się  do  brzegu  przed  zapadnięciem  zmroku.  W  odpowiednim  czasie  „Maria” 

powinna rzucić kotwicę w zatoczce położonej niemal dokładnie na przeciwko furty, by marynarze 

mogli wyładować beczki brandy i dżinu, koronki w nieprzemakalnych płóciennych paczkach oraz 

tytoń.  Przemycane  towary  dawały  duży  zysk,  niezwykle  potrzebny,  bo  sir  Walter  lubił  hazard  i 

ostatnio był winien trzysta gwinei Bramowi Gunthorpe’owi. Te pieniądze, pomyślała Dorothea ze 

złością, można by przeznaczyć na zapewnienie biednej Fanny trochę bezpieczniejszej egzystencji.

Kątem  oka  zauważyła  ruch.  Chłopiec,  mniej  więcej  dziesięcioletni,  wspinał  się  po  zboczu. 

Dorothea oderwała się od pietruszki i zeszła po spiralnych schodach na dół.

- Co się stało, Diggory?

Chłopiec ściągnął czapkę.

- Ojciec kazał pani powiedzieć, że „Maria” będzie dzisiaj wieczorem.

Dorothea skinęła głową.

- Przekaż mu, że wszystko tak jak zwykle. I niech ktoś pojedzie do Polperro. Nie potrzebujemy 

kłopotów  z  tamtej  strony.  -  W  Polperro  znajdował  się  urząd  celny,  a  straż  celna  miała  niewielki 

kuter, którego kapitan z chęcią zatrzymałby „Marię” i przejął jej ładunek. Dorothea uśmiechnęła się 

do chłopca. - Jesteś głodny?

Diggory skinął głową.

Zaprowadziła go na swoje poddasze.

- Tylko nic nie dotykaj! Masz. - Włożyła dłoń do słoiczka i podała chłopcu dwie słodkie bułeczki 

jęczmienne.

-  Dziękuję  pani.  -  Skłonił  głowę  i  wyszedł.  Dorothea  odprowadziła  go  wzrokiem.  Ojciec 

Diggory’ego,  Abel  Watson,  był  jednym  z  bękartów  sir  Waltera.  Chłopiec  miał  ciemne  oczy 

Selwoodów,  a  jego ciemne  włosy sterczały  kępkami  na  wszystkie strony,  podobnie  jak  w  swoim 

czasie u Horace’a. Westchnęła. Bardzo chciała założyć szkołę w Porthgavern, żeby takim dzieciom 

jak  Diggory  było  łatwiej  w  życiu,  ale  ojciec  się  temu  sprzeciwiał.  Zamknęła  pomieszczenie  na 

poddaszu na klucz i zeszła na dół.

Na  stajnie  w  Selwood  Priory  wykorzystano  część  dawnego  klasztornego  krużganku. 

Budowniczowie  epoki  Tudorów  nie  widzieli  powodu,  dla  którego  mieliby  marnować  kamień 

background image

11

przedniej  jakości.  Dlatego  też  każdy  boks  wyznaczały  dziwacznie  rzeźbione  kolumny,  a  nad 

siodlarnią znajdowała się resztka rozbitego tympanonu. Jeśli wziąć pod uwagę żałosny stan całego 

domostwa,  stajnie  były  w  zadziwiająco  dobrym  stanie.  Było  w  nich  pięć  koni  i  kucyk  Sylwii,  a 

ponadto kilka boksów przeznaczono dla cennych skrzydlatych bojowców odmiany złotej i srebrnej, 

a  także  jednego z  rudym  podgardlem, sir  Walter był  bowiem  wielkim  entuzjastą  walk  kogutów i 

hodował czempiony.

Horace,  syn  Fanny,  był  akurat  w  ostatnim  boksie  ze  swą  nową  trzyletnią  klaczą,  Beauty. 

Przyjechał z internatu w Exeter częściowo z powodu przerwy wielkanocnej, a częściowo z powodu 

choroby  ojca.  Miał  zresztą  nadzieję,  że  już  nie  wróci  do  szkoły  -  potwornego  miejsca,  gdzie  źle 

karmiono.  Chłopcy,  naturalnie,  szybko  zorientowali  się,  że  Horace  jest  nieślubnym  dzieckiem  i 

bezlitośnie z niego drwili.

Właśnie wszedł w taką fazę dojrzewania, że wyglądał jak rozciągnięty. Był chudzielcem liczącym 

metr osiemdziesiąt wzrostu, z ciemnymi włosami Selwoodów i orzechowymi oczami matki. Zaczął 

siedemnasty  rok  życia  i  chciał  poznać  trochę  świata.  Jaką  korzyść  przynoszą  mamę  wiersze  po 

łacinie albo znajomość imion wszystkich rzymskich cesarzy?

Wprawdzie Horace nie miał zbyt refleksyjnej natury, ale nawet on rozumiał, że wkrótce wszystko 

się zmieni. Ten nieznajomy kuzyn miał odziedziczyć wszystko. Co gorsza, był księdzem!

-  Horace?  -  usłyszał  głos  Dorothei  i  wystawił  głowę  z  boksu.  Dorothea  otworzyła  niskie 

dwuskrzydłowe drzwi i weszła do środka. Klacz cicho zarżała, po czym trąciła nozdrzami okolice 

jej kieszeni, doświadczenie wskazywało bowiem, że można tam czasem znaleźć jabłko. Dorothea 

uśmiechnęła  się,  wyciągnęła  owoc,  jeszcze  z  zeszłorocznego  zbioru,  i  pogłaskała  zwierzę  po 

jedwabistym boku.

- Ojciec? - Horace odłożył zgrzebło. Dorothea pokręciła głową.

- „Maria”. Abel przysłał wiadomość. Powinna tu być dziś wieczorem.

Chłopakowi zaświeciły się oczy.

-  To  dobrze.  Ostatnio  było  tak  nudno.  -  Wiedział,  że  ojciec  jest  umierający,  i  odczuwał  z  tego 

powodu tyle żalu, na ile go było stać, ale dla człowieka w jego wieku oznaczało to ciężką próbę. 

Czekanie nigdy nie było jego mocną stroną. - Lubię, gdy trochę więcej się dzieje.

- Tylko nam tego brakuje, żeby za dużo się działo - zmitygowała go Dorothea. - Ojciec nie jest w 

stanie dopilnować wyładunku, więc nic nie może się ułożyć nie po naszej myśli.

- Nie narzekaj, Theo.

- Przemyt jest ciężkim przestępstwem, Horace. A przypominam ci, że Bram Gunthorpe jest sędzią 

pokoju.

- Bram nigdy nie doniósłby na nikogo z nas!

- Tak myślisz? - spytała z gryzącą ironią Dorothea. Chłopak roześmiał się niepewnie.

background image

12

- Bram sam siedzi po uszy w przemycie, Theo.

-  Czy  nie  wydaje  ci  się,  że  zechce  powiększyć  swój  udział,  kiedy  ojciec  umrze?  Czyżbyś  go 

podejrzewał o rycerskie uczucia w stosunku do wdowy i sierot?

Horace przestąpił z nogi na nogę.

- To jest nicpoń, nie ma dwóch zdań. Ale gdyby kogoś z nas aresztowano, podniósłby się szum.

- Nie myślę o tobie, Horace. Martwię się o takich ludzi jak Abel. Ty prawdopodobnie wykręciłbyś 

się ostrzeżeniem. Abel skończyłby na szubienicy albo by go wcielono do marynarki. Gdyby kogoś 

z naszych oddano do dyspozycji sądu w Bodmin, to jak byśmy mu pomogli? Bram mógłby umyć 

ręce. Nie podoba mi się, że jesteś w to zamieszany, i nigdy mi się nie podobało. Wprawdzie jesteś 

odważny, ale nie masz zwyczaju pomyśleć, zanim coś zrobisz.

- Masz piekielnie ostry język, Theo - powiedział Horace z urazą.

- Bo mi potrzebny - odpaliła.

Chłopak zrozumiał, że przyrodnia siostra jest poważnie zaniepokojona, więc postanowił dodać jej 

otuchy. Obiecał, że będzie rozsądny. Żadnych sztuczek z celnikami, żadnej donkiszoterii.

Dorothea wydawała się nieufna, ale nie odezwała się więcej ani słowem na ten temat.

- Co mam robić, Theo? - Horace jeszcze raz poklepał klacz, po czym otworzył przed siostrą drzwi 

boksu.

-  To,  co  zwykle.  Klienci  muszą  wiedzieć  o  nadejściu  towaru.  Trzeba  spisać  zamówienia. 

Powinieneś wpaść do pani Pascoe, bo wspominała, że kupiłaby trochę koronki. Aha, i szepnij też 

słówko Joshowi, jeśli go spotkasz. Podejrzewam, że on już wie, ale lepiej w niczym nie zdawać się 

na przypadek. - Josh był lokajem i totumfackim sir Waltera. Służył mu, odkąd obaj byli jeszcze w 

wieku chłopięcym, toteż jeśli Josh nie wiedział czegoś o sprawach swego pana, znaczyło to, że nie 

warto tego wiedzieć. Horace się skrzywił.

- Ale nuda.

-  Ojciec  gra  -  powiedziała  Dorothea,  wzruszywszy  ramionami.  -  Jest  winien  Bramowi  trzysta 

gwinei i trzeba spłacić ten dług. Bóg jeden wie, co zrobiłby jego duchowny kuzyn, gdyby się o tym 

dowiedział.

- No, tak. - Chłopak uśmiechnął się szeroko. - Nie pomyślałem o tym. Kiedy kuzyn przyjeżdża?

- Mam szczerą nadzieję, że nie wcześniej, niż uda nam się rozprowadzić ładunek - odpowiedziała 

Dorothea  z  niepokojem  w  głosie.  -  Weź  Coba,  Horace.  Mniej  będziesz  zwracać  uwagę.  Ludzie 

mogliby cię zapamiętać, gdybyś dosiadał Beauty.

Odprowadziła go wzrokiem  do siodłami, po czym wróciła do domu. Weszła drzwiami od tyłu i 

znalazła  się  w  korytarzu.  Po  jednej  stronie  była  kuchnia  z  przyległym  składzikiem,  a  po  tęgiej  -

spiżarnia na mleko i masło. Słysząc hałasy dobiegające ze składziku domyśliła się, że pani Kellow, 

gospodyni, właśnie łaja jedną ze służących.

background image

13

Pani  Kellow  pracowała  u  Selwoodów  od  dzieciństwa.  Teraz  była  pogodną,  czerstwą  kobietą 

dobiegającą  siedemdziesiątki,  miała  rzadkie,  kręcone  siwe  włosy  i  bystre  niebieskie  oczy.  Gdy 

zobaczyła Dorotheę, wytarła ręce w fartuch i skinieniem głowy odprawiła służącą.

- Słyszałam, że „Maria” dziś wraca, panno Theo?

Omówiły  sprawę  ze  swobodą,  jaką  daje  długa  praktyka.  Panna  Potter  miała  dostać  wieczorną 

czekoladę zaprawioną łyżeczką laudanum. Sylwię należało wcześnie położyć spać.

W  razie  gdyby  coś  się  nie  powiodło,  na  zdrowym  rozsądku  pani  Kellow  można  było  polegać. 

Skrytkę  w  piwnicach  stale  utrzymywano  w  czystości.  Trzeba  było  tylko  zgromadzić  zapas  wody 

pitnej i chleba w kamiennych garnkach, przygotować lampę oliwną i krzesiwo z hubką. Należało 

też  wytrzepać sienniki.  Dorothea  musiała  dopilnować,  żeby były  na  miejscu  bandaże  i  taka  ilość 

laudanum,  która  wystarczy  do  uspokojenia  każdego,  kto  by  tego  potrzebował.  Dawno  temu,  gdy 

była jeszcze mała, dwaj mężczyźni ukrywali się w piwnicy cztery dni, podczas gdy celnicy węszyli 

dookoła jak psy gończe. Wtedy jednak w skrytce nie było wody i jedzenia, a obaj mężczyźni mieli 

rany. Jeden z nich umarł. Dorothea nigdy tego nie zapomniała.

- Ech, mężczyźni! - powiedziała beztrosko pani Kellow. - Za nic nie mają rozsądku. Lepiej być 

przygotowanym na wszystko.

Tego dnia sir Walter był w bardzo złym nastroju.

-  Kiedy  przyjedzie  ten  przeklęty  klecha,  Theo?  -  Język  mu  się  plątał,  a  policzki  miał  jeszcze 

bardziej zapadnięte niż zwykle.

- Nie wiem, ojcze. Napisałam do niego tego wieczoru, kiedy poleciłeś mi to zrobić, a Josh zaniósł 

list na pocztę.

- Już powinien tutaj być. - Sir Walter chciał podnieść głos, ale przeszkodził mu atak kaszlu. Córka 

przytknęła mu  do  ust  kieliszek  brandy, potem  otarła  ojcu  usta  i  poprawiła  poduszki.  -  Koniec  ze 

mną, Theo. Chcę go zobaczyć, zanim przeniosę się na tamten świat.

Zapadło milczenie.

- Koguty - odezwał się w końcu chory - chcę obejrzeć walkę kogutów. - Dorothea nie odezwała 

się ani słowem, więc krzyknął: - Natychmiast! - Znów chwycił go przeciągły atak kaszlu.

-  Dziś  wieczorem  przypływa  „Maria”  -  powiedziała  wbrew  sobie  Dorothea.  -  Wszyscy  będą 

potrzebni w zatoczce.

-  Chcieliście  to  przede  mną  ukryć  -  wycharczał  sir  Walter.  Dorothea  otworzyła  usta,  żeby  mu 

odpowiedzieć, ale bez  słowa zamknęła je z  powrotem.  Owszem,  miała zamiar powiedzieć ojcu o 

transporcie dopiero po fakcie.

-  Gdzie  jest  Josh?  -  Chory usiadł  nieco  prościej,  wspierając  się  na  poduszkach.  -  Sprowadź  mi 

zaraz Josha! No, szybko, do diabła! Nie mogę zostawić tego w rękach głupawej kobiety.

background image

14

Dorothea przygryzła wargi.

Veryan spędził w drodze dwie apokaliptyczne noce. Dyliżans Królewskiej Poczty Kornwalijskiej 

nie był chyba godny swojej nazwy, bo się w ogóle nie pojawił, a właściciel zajazdu pocztowego w 

Whitchurch twierdził, że nic o nim nie wie. Wreszcie Veryan natrafił na dyliżans poczty Exeteru i 

zdołał  zapewnić  sobie  -  wbrew  przepisom  -  miejsce  na  dachu,  uciekłszy  się  do  przekupstwa. 

Ponieważ  zaś  zdecydowanie  nie  pochwalał  takich  sposobów,  jego  niechęć  do  sir  Waltera  i 

nieznajomej kuzynki jeszcze wzrosła. A potem zaczęło padać. Nie była to  ulewa, lecz nieustanna 

mżawka, która w końcu całkiem przemoczyła Veryanowi płaszcz. Krople z kapelusza ściekały mu 

po  szyi.  Zanim  dotarli  do  Exeter,  był  przemarznięty,  przemoczony,  nieszczęśliwy  i  miał 

wszystkiego dosyć.

W Exeter znalazł dyliżans Królewskiej Poczty Kornwalijskiej, który - jak się okazało - miał tam 

przystanek końcowy. Wprawdzie właściciele myśleli o przedłużeniu trasy, ale o tej porze roku nie 

było  na  to  wielkiego  zapotrzebowania.  Tyle  są  warte  informacje  tej  panny  Selwood,  pomyślał  z 

irytacją Veryan.

Noc  spędził  w  Exeter,  w  bardzo  niewygodnym  hotelu  Foote’a.  Nie  był  przyzwyczajony  do 

nocowania  w  zajazdach,  a  właściciel,  na  pierwszy  rzut  oka  rozpoznawszy  nowicjusza,  dał  mu 

miejsce  w  obskurnym  pokoiku  z  wilgotną  pościelą  i  dymiącym  kominem.  Okno  wychodziło  na 

stajnie, więc Veryana nieustannie budziły zajeżdżające i odjeżdżające dyliżanse. Gdy zaś spał, we 

śnie od nowa przeżywał wszystkie uciążliwości całodziennej podróży. Następnego ranka pucybut 

bynajmniej nie poprawił mu humoru, odmówił bowiem wyczyszczenia butów.

-  Buty  powinny  stać  przed  drzwiami  wieczorem  -  powiedział  chłopak.  -  Teraz  to  już  nie  mój 

obowiązek.  Poza  tym  jestem  potrzebny  w  jadalni.  -  Czekał  jednak  z  nadzieją,  pobrzękując 

drobniakami  w  kieszeni,  ale  Veryan  odniósł  się  obojętnie  do  tej  sugestii  i  odprawił  chłopaka. 

Pucybut wzruszył ramionami i odszedł leniwym krokiem.

Ale  teraz  dzień  się  wypogodził  i  można  było  oglądać  piękne  widoki.  Trakt  biegł  niedaleko 

Dartmoor, więc po prawej Veryan zobaczył złowieszcze wrzosowiska ze skalistymi pagórkami,  a 

od  czasu  do  czasu  natykali  się  na  stadko  kudłatych  dartmoorskich  kucyków.  Po  lewej  krajobraz 

wydawał  się  bardziej  przyjazny  i  żywszy.  Mijali  sady  z  jabłoniami,  a  ziemia  miała  wszędzie 

zadziwiająco rudy odcień. Veryana podniosło to na duchu. Może nie będzie najgorzej, jeśli tak ma 

wyglądać ta cała Kornwalia, pomyślał.

Ale w Kornwalii, gdy wreszcie tam dotarli, doznał następnego wstrząsu. W Plymouth wyprzężono 

konie, a dyliżans wepchnięto na prom i zabezpieczono klinami, wciśniętymi pod koła. Wypoczęte 

zwierzęta  czekały  w  stajni  po  drugiej  stronie  rzeki.  Veryan  i  pozostali  pasażerowie  skwapliwie 

skorzystali  z  okazji  do  rozprostowania  kości.  Stał  przy  burcie  i  przyglądał  się,  jak  dziób  promu 

background image

15

rozcina wodę. Widział, jak wioślarze z całej siły napierają na wiosła, walcząc z przypływem. Przed 

nimi rozpościerały się ziemie Kornwalii.

Nie były to jednak oblane blaskiem słońca, rude wyżyny Devonu. Nie, uświadomił sobie Veryan i 

przeszył  go  dreszcz.  Ta  kraina  wydała  mu  się  naznaczona  piętnem  dawnych  czasów  i  znacznie 

bardziej obca. Gleba była zupełnie inna, a pejzaż utracił łagodność. Przeprawa przez rzekę Tamar 

była jak przekroczenie granicy państwa.

Pogoda też natychmiast się zmieniła, bo z zachodu nadciągnęły kłęby szarych chmur. Na pokład 

spadły  pierwsze  krople  deszczu.  Veryan  pożałował,  że  w  ogóle  postawił  stopę  w  tym  miejscu. 

Kraina nie zrobiła na nim dobrego wrażenia. Powinien był trzymać się z dala od Kornwalii. Pełen 

złych przeczuć, przyglądał się ponuremu widokowi, jaki miał przed oczami.

- Pierwszy raz w tej części świata, prawda, panie?

Veryan obrócił się. Stojący za nim woźnica wskazał skinieniem głowy zbliżającą się przystań.

- Tak. - Veryan wziął się w garść. - Moja matka stąd pochodziła, ale nigdy tu nie byłem.

- To znaczy, że masz tu rodzinę, panie? - Woźnica wydawał się bardzo przyjaźnie nastawiony.

- Sir Waltera Selwooda - odrzekł bez entuzjazmu Veryan.

Woźnica gwizdnął.

- Słyszałem, że źle z nim.

Ciekawe, czy to jest opis stanu zdrowia, czy ocena moralna? - zastanawiał się Veryan.

- Właśnie tam jadę - rzekł.

- Wszyscy znają sir Waltera. To nie byle kto. - Ton woźnicy nadal był dwuznaczny.

Cóż  to  miało  znaczyć,  pomyślał  zirytowany  Veryan.  Odwrócił  się  i  wbił  wzrok  w  szybko 

zbliżający się przeciwległy brzeg.

O  godzinie  dziesiątej  w  zimny  marcowy  wieczór  u  wąskiego  skalistego  przejścia  do  zatoki 

Morvoren  było  pełno  ludzi.  Przybyli  tu  po  dwóch  lub  trzech  i  zaraz  wzięli  się  do  wcześniej 

wyznaczonych  zadań.  Dwóch  wypłynęło  małą  łódką  do  skały  Morvoren  i  siedziało  tam  z 

przygotowaną latarnią. Inni oczyścili brzeg z wodorostów i usypali z nich stertę w jednym miejscu, 

żeby  potem  wykorzystać  je  do  maskowania  śladów.  Kilka  długich,  wąskich  łodzi  wiosłowych 

czekało w pogotowiu na brzegu. Do ich załóg należało przewiezienie towarów z okrętu na brzeg. 

Łodzie  były niezwykle szybkie i  zwrotne. Od czasu do czasu rozlegało się ciche rżenie muła lub 

goonhillskiego kuca, z których każdy miał drewniane siodło z jukami.

Josh, krępy sześćdziesięciokilkuletni mężczyzna z siwiejącymi włosami, w solidnych skórzanych 

butach na nogach, zapisywał w pamięci, kogo widzi, po zakończeniu nocnej pracy należało bowiem 

ludzi  wynagrodzić.  Od  czasu  do  czasu  spoglądał  ku  otwartemu  morzu.  Na  niebie  widniał  chudy 

półksiężyc,  wiał  silny  wiatr.  Dla  przemytników  najlepsze  były  noce  bezksiężycowe.  Dwaj 

background image

16

mężczyźni na skale Morvoren zapalali szczelnie osłoniętą latarnię, której płomień było widać tylko 

z otwartego morza. Daniel Watson, kapitan „Marii” rzucał kotwicę najbliżej skały, jak tylko mógł, 

by  okręt  nie  był  zanadto  widoczny  i  przygotowywał  się  do  przeładunku  towarów  na  łodzie.  Ale 

żagle „Marii” opuszczano tylko połowicznie, żeby w każdej chwili okręt był gotowy do szybkiego 

odwrotu. Daniel nie lubił kusić losu.

Dorothea, ubrana w ciemną spódnicę, z głową okrytą szarym wełnianym szalem zeszła ścieżką na 

brzeg. Słysząc ją, Josh podniósł głowę.

- Czy jest pani gotowa?

Skinęła głową. Towary trzeba było ukryć w podziemiach klasztoru. Biegły one pod podjazdem do 

budynku,  a  wchodziło  się  do  nich  przez  zwieńczone  łukiem  drzwi  w  bocznej  ścianie  Selwood 

Priory, od dawna zarośniętej starannie pielęgnowanym bluszczem.

- Gdzie jest panicz Horace?

Dorotheę przeszył zimny dreszcz.

- Myślałam, że jest z wami.

- Mnie powiedział, że musi pomóc pani.

Dorothea zacisnęła pięści.

- Przeklęty głupiec!

- To znaczy, że pojechał z Ablem do Polperro. - Josh wiedział, że Abel miał pomysł, co zrobić z 

kutrem straży celnej, w razie gdyby celnicy chcieli zatrzymać i przejąć „Marię”. - Niech się pani 

nie martwi - dodał bez przekonania. - Abel dopilnuje, żeby chłopakowi nie stała się krzywda.

- Na miejscu Abla wrzuciłabym go do pierwszego napotkanego strumienia - burknęła Dorothea.

Nie  było  czasu  na  dalszą  rozmowę.  Ze  skały  Morvoren  błysnęło  nikłe  światło.  „Maria” 

nadpłynęła. Mężczyźni  pobiegli do  łodzi,  zepchnęli je na  wodę  i  wskoczyli  do  środka.  Natężając 

wzrok w ciemności, Dorothea zdołała dostrzec niewyraźny zarys okrętu.

Mimo woli poddała się nastrojowi chwili. Znienacka na brzegu zrobiło się rojno. W zadziwiająco 

krótkim czasie łodzie powróciły, na brzegu wylądowały większe i mniejsze baryłki brandy i dżinu, 

paki z koronką, tytoniem i herbatą, a wioślarze popłynęli po następną część towaru. Szybkość była 

tu  najważniejsza.  Beczułki  szybko  przetoczono  po  piasku  i  załadowano  na  grzbiety  cierpliwie 

czekających  zwierząt.  Natychmiast  po  zakończeniu  załadunku  karawana  sześciu  mułów  i  kuców 

ruszyła.

Dorothea ujrzała  Diggory’ego,  który brnąc  po  kolana  w  wodzie,  mozolił  się  z  wyniesieniem  na 

brzeg paczek  z  tytoniem  i  drogocenną  koronką.  Skinął  jej  dłonią. Odwzajemniła pozdrowienie,  a 

potem odwróciła się ku jucznym zwierzętom. Do niej należał nadzór nad przeniesieniem towaru w 

bezpieczne miejsce. W razie gdyby coś się stało, jak najwięcej dóbr musiało być dobrze ukrytych.

-  Czy  pani  jest  gotowa?  -  spytał  Michael  Cross,  łysiejący  człowieczek  bez  kilku  zębów,  które 

background image

17

stracił  podczas  niefortunnej  sprzeczki  z  celnikiem.  Był  bratem  przyrodnim  Abla  Watsona,  ale  że 

bracia nigdy się nie lubili, rzadko również rozmawiali. Dorothea widziała Michaela wcześniej, jak 

grabił wodorosty.

Skinęła głową więc wyruszyli. Przez ramię zobaczyła następne kuce gotowe do drogi.

- Czy mój  młodszy brat jest z Ablem, Michael? Michael Cross  zerknął na nią z zakłopotaniem. 

Jego przyrodni brat wyprawił się wcześniej do Polperro, żeby mieć pod obserwacją celników. Miał 

gotowy  plan  odwrócenia  ich  uwagi  w  razie,  gdyby  wpadli  na  trop  dzisiejszego  ładunku. 

Szczegółów Michael nie znał.

- Proszę się nie martwić o panicza Horace’a - pocieszył ją. - Jest dzielny jak lew. Ma to po ojcu.

- Tylko rozumu o połowę mniej - zripostowała Dorothea. Mimo to uśmiechnęła się.

Kiedy wąską ścieżką po klifach dotarła do klasztornej furty, wyprzedziła karawanę, by otworzyć 

drzwi  ukryte  pod  bluszczem.  Teraz  jej  miejsce  było  tutaj,  musiała  dopilnować,  by  mężczyźni 

starannie poustawiali wszystkie beczki, bo tym razem ładunek był bardzo duży, należało więc jak 

najlepiej wykorzystać miejsce do składowania.

Po  rozładowaniu  pierwszego  tuzina  zwierząt  nastąpiła  chwila  przerwy.  Dorothea  zaczęła 

przepychać beczki tak, by znalazły się jak najbliżej siebie, a tytoń i koronki układała na półkach. 

Ten  towar  powinien  wystarczyć  na  spłacenie  długu  u  Brama,  pomyślała.  Podeszła  do  drzwi  i 

zerknęła w dół klifu. Ścieżką zbliżała się nowa grupa jucznych zwierząt, ale do celu brakowało jej 

jeszcze kilku minut.

Dorothea  wyjęła  więc  z  kieszeni  klucz  od  budynku  przy  furcie  i  poszła  na  swoje  poddasze. 

Księżyc był bardzo wątły, ale noc pogodna i rozgwieżdżona, toteż izbę zalewało zimne, srebrzyste 

światło,  a  słoiczki  rozmieszczone  na  półkach  rzucały  atramentowe  cienie  na  ściany.  Chmury 

odpłynęły; zrobiło się stanowczo za jasno, by wyładunek miał być bezpieczny. Dorothea podeszła 

do okna. Zatoczki w dole nie widziała, bo kąt był zbyt ostry, ale za to miała dobry widok na otwarte 

morze. I tam na horyzoncie zauważyła rozmazany kształt... Majaczył jeszcze bardzo daleko, ale czy 

nie był to kuter straży celnej?

Zbiegła po schodach na dół i przyzwała Michaela, który nadchodził z następnym ładunkiem.

-  Michael,  powiedz  swoim  ludziom,  żeby  rozładowali  zwierzęta  najszybciej,  jak  umieją,  a  ty 

chodź ze mną. - Zaprowadziła go po schodach do okna na górze i wskazała kształt na morzu. - Czy 

to nie jest kuter Polperro?

Michael skubnął ucho i pokręcił głową.

- Nie ta wielkość. Zresztą nawet gdyby, to celnicy mieliby za daleko. Niech się pani nie martwi. -

Uciekł jednak przed jej spojrzeniem i kilka razy odchrząknął.

Po jego wyjściu Dorothea jeszcze przez chwilę obserwowała okręt. Coś wisiało w powietrzu, nie 

bardzo  wiedziała  jednak  co.  Michael  był  wyraźnie  zaniepokojony.  Strapiona,  opuściła  swoje 

background image

18

królestwo i weszła po schodach jeszcze wyżej, na dach. Tak, niewątpliwie w ich stronę zbliżał się 

jakiś kuter.

Zbiegła do podziemi. Właśnie nadszedł Diggory na czele objuczonych kuców. Uśmiechnął się do 

niej uszczęśliwiony, że pozwolono mu wziąć udział w nocnej pracy.

- Diggory - powiedziała szybko Dorothea. - Leć na dół i powiedz Joshowi, że na morzu pojawił 

się kuter. Około drugiej. Płynie w naszą stronę. Aha, i jeśli Josh powie ci, żebyś biegł do domu i nie 

narażał się na niebezpieczeństwo, to masz go posłuchać, rozumiesz?

Chłopiec skrzywił się, ale posłusznie skinął głową. Praca w zatoczce posuwała się błyskawicznie. 

Większość baryłek już wyładowano, a na brzegu było pełno paczek i skrzynek. Josh kierował pracą 

i co pewien czas spoglądał ku otwartemu morzu. Wydawało się, że nie ma niebezpieczeństwa, ale 

tego  nigdy  nie  można  być  pewnym.  Nagle  w  oddali  błysnęło  światło.  To  jeden  z  mężczyzn 

siedzących  na  skale  Morvoren  dał  im  znak.  Widocznie  wspiął  się  na  szczyt  skały  i  przez  lunetę 

wypatrzył na horyzoncie kuter, więc ostrzegł towarzyszy. Było widać, że dwaj mężczyźni szybko 

zsuwają  się  ze  skały  i  wsiadają  do  łodzi.  Na  „Marii”  też  zauważono  nadpływający  kuter,  bo  na 

pokładzie wszczął się gorączkowy ruch. Podniesiono kotwicę i rozwinięto żagle.

Na brzegu wszyscy starali się jak najszybciej sprzątnąć wyładowany już towar. Szybko objuczono 

kuce i muły, a mężczyźni wzięli pozostałe paczki.

-  Diggory!  Rozgrab  migiem  te  wodorosty.  I  dobrze  uważaj,  co  się  dzieje!  -  Josh  energicznie 

wydawał rozkazy.

Wartownicy ze skały Morvoren płynęli już w stronę Porthgavern. Josh wbiegł ścieżką na klify i 

popatrzył w stronę horyzontu. Nie ulegało wątpliwości, że nadpływa kuter straży celnej z Polperro. 

Ktoś  musiał  nas  wydać,  pomyślał  gniewnie  Josh.  „Maria”  oddalała  się  powoli.  Gdyby  osiągnęła 

pełną prędkość, żaden kuter nie miałby szans jej dogonić, ale nie było pewności, czy okręt zdąży 

dostatecznie się rozpędzić. Na szczęście towaru na pokładzie już nie było. Na załogę mogłyby paść 

podejrzenia, nie sposób byłoby jednak niczego dowieść.

Rozległ  się  ostrzegawczy  wystrzał.  Pocisk  spadł  do  wody  jakieś  trzydzieści  metrów  przed 

„Marią”.  Stanowczo  za  blisko,  pomyślał  Josh.  Nic  jednak  nie  mógł  na  to  poradzić.  Zbiegł  z 

powrotem na brzeg zatoki. Jego zadaniem było dopilnować, żeby znikły ślady wyładunku, a towary 

trafiły do bezpiecznej kryjówki.

Kiedy Diggory i dwaj inni młodzi pomocnicy skończyli rozkładanie wodorostów, Josh wziął od 

nich grabie.

-  W  porządku,  chłopcy.  Zrobiliście  swoje.  Najlepiej  zmykajcie  do  domów.  Diggory,  jutro  rano 

chcę porozmawiać z twoim tatą.

Gdy  ostatnie  kuce  znikły  na  ścieżce  pnącej  się  po  klifie.  Josh  ruszył  ich  śladem  i  po  drodze 

starannie zmiatał wszystkie resztki w dół. W podziemiach Dorothea dowodziła układaniem towaru. 

background image

19

Skrytka była już prawie pełna, a mężczyźni pracowali bardzo sprawnie. Gdy wszedł Josh, podniosła 

głowę.

- Czy to był wystrzał?

- Nie możemy pomóc „Marii” - rzekł Josh. - Modlę się tylko, żeby straż jej nie skonfiskowała na 

podstawie podejrzenia. - Byłaby to poważna strata kapitału i oboje doskonale o tym wiedzieli.

Znad morza doleciały następne odgłosy wystrzałów, tym razem znacznie bliższych. Kuce i muły, 

już  bez  ładunków,  rozprowadzano  po  okolicznych  wrzosowiskach.  Wkrótce  miały  się  znaleźć  w 

stajniach najróżniejszych właścicieli i nikomu nie przyszłoby do głowy, że jeszcze niedawno wcale 

ich tam nie było. A jeśli ktoś przypadkiem spotkałby takie zwierzę w drodze do stajni, to na ogół 

miał dość rozsądku, by nie zadawać pytań.

- Zrobione, proszę pani. - Podszedł do niej Michael Cross; minę miał poważną.

Dorothea zamknęła drzwi kryjówki i uporządkowała maskujące je gałązki bluszczu.

- Chodźmy na dach budynku przy furcie - zaproponowała. - Zobaczymy, co się dzieje. Pójdziesz z 

nami, Michael?

Przekręciła klucz w drzwiach i minąwszy poddasze, wspięła się po schodach na ołowiany dach. 

Josh  skierował  lunetę  na  morze.  Jest  za  jasno,  pomyślał.  Kilkaset  metrów  od  brzegu  płynęła 

„Maria”. Nabierała prędkości, ale za wolno. Kuter straży celnej był już wyraźnie widoczny. Mrok 

znowu rozjaśniło kilka ognistych błysków. „Maria” nie miała szans na ucieczkę.

Nagle,  nie  wiadomo  skąd,  pojawiła  się  na  morzu  mała  łódź  rybacka.  Krążyła  wokół  jednego 

miejsca,  nie  zwracając  najmniejszej  uwagi  na  kuter.  Nawet  jednooki  zauważyłby,  że  jej  załoga 

próbuje wyciągnąć bosakami wcześniej zatopiony ładunek.

- O, Boże - jęknęła Dorothea. Zerknęła na Michaela, który z całej siły zaciskał dłonie na koronie 

muru.  Nie  trzeba  jej  było  mówić,  że  to  łódź  Abla  i  że  najprawdopodobniej  jest  na  niej  również 

Horace.

Kuter  wykonał  zwrot  i  znowu  wystrzelił  z  działa.  Ludzie  na  łodzi  chyba  nagle  dostrzegli 

zagrożenie, bo zaczęli się gorączkowo miotać. Łódź wolno obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. 

„Maria”  zyskała  na  czasie  i  wyraźnie  się  oddaliła.  Kapitan  kutra  najwyraźniej  przez  chwilę  się 

wahał,  w  końcu  jednak  zdecydował  się  ścigać  łódź.  Josh  podał  lunetę  Dorothei.  Wyregulowała 

ostrość i spojrzała na morze; na pokładzie łodzi rybackiej było trzech mężczyzn. Najpierw poznała 

krępą sylwetkę Abla. Towarzyszył mu prawdopodobnie Tim Wilcox, kowal, a trzeci w tej grupie 

był Horace.

Łódź  płynęła  teraz  w  stronę  Porthgavern.  Ostrzegawczy  pocisk  wylądował  kilka  metrów  za  jej 

rufą.  Łódź  zwolniła.  Było  oczywiste,  że  wkrótce  wejdą  na  nią  celnicy  i  aresztują  załogę  pod 

zarzutem podejrzenia udziału w przemycie... Dorothea nie mogła na to patrzeć.

background image

20

2

Pierwszą noc w Kornwalii Veryan spędził w zajeździe Królewskie Ramiona w Torpoint. Było to 

całkiem przyjemne miejsce; w jadalni trzaskał ogień na kominku, a na podłodze leżał czysty piasek. 

Dębowe stoły były solidnie wyszorowane, a wnętrze sprawiało wrażenie dostatniego. Pani Hooper, 

karczmarka,  stała  za  kontuarem,  płukała  kufle  i  wieszała  je  na  mosiężne  haki,  które  miała  nad 

głową.  Była  w  fartuchu  sztywnym  od  krochmalu,  a  jej  obfite  wdzięki  z  przodu  krępował  gorset. 

Wyglądała na kobietę mocno stąpającą po ziemi. Gdy Veryan wszedł na salę, podniosła głowę.

- Nazywam się Selwood. - Veryan przybrał pewną siebie pozę, choć wcale nie czuł się pewnie. -

Spodziewam się, że anonsowano mój przyjazd.

Karczmarka wolno zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Miała za sobą wieloletnią praktykę, a 

tego rodzaju spojrzenie wyćwiczyła do perfekcji w hałaśliwe sobotnie wieczory i uspokoiła nim już 

niejednego mężczyznę, dzięki czemu zajazd Królewskie Ramiona cieszył się jak najlepszą opinią.

-  Selwood,  powiadacie,  panie?  -  Odwróciła  się  twarzą  do  zaplecza.  -  Mężu!  Jest  tu  ktoś,  kto 

nazywa się Selwood.

Diabelnie  podejrzane  towarzystwo!  -  pomyślał  Veryan.  Blask  ognia bijący  od  kominka  całkiem 

stracił  dla  niego  urok.  Veryan  sięgnął  do  kieszeni  na  piersi  i  wyjął  z  niej  bilet  wizytowy. 

Karczmarka nieufnie ujęła prostokącik za róg i podała go mężowi.

„Wielebny  Veryan  Selwood”  głosił  napis.  Pan  Hooper  przyjrzał  się  biletowi  z  uwagą,  potem 

odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął głośnym, skrzekliwym śmiechem.

- To ksiądz! Selwood księdzem! A niech mnie! Veryan zacisnął usta w cienką linię, dając wyraz 

swej dezaprobacie. Nie znosił, gdy witano go jak dziwadło, skrzyżowanie przestępcy z trefnisiem. 

Postanowił, że wypełni swój obowiązek wobec sir Waltera, ale gdy przejmie na własność majątek, 

odda go w dzierżawę. Nie miał najmniejszego zamiaru zamieszkać w tej ponurej dziurze na końcu 

świata.

-  Jak  już  skończycie  się  śmiać  -  odezwał  się  lodowato  -  to  może  z  łaski  swojej  wskażecie  mi 

pokój. Nie zamierzam dzisiaj jechać dalej.

Panu Hooperowi śmiech zamarł na ustach.

- Przepraszam pana, ale mam rozkaz niezwłocznie dać wam konia i przewodnika. Usta Veryana 

wykrzywił grymas uporu.

- Dzisiaj nie zamierzam ruszyć się stąd ani o jard. Hooperowie wymienili zatroskane spojrzenia.

- Ale sir Walter...

- Sir Walter może rozkazywać wam, ale nade mną nie ma władzy. Jeśli nie dacie mi przyzwoitego 

pokoju, niezwłocznie udam się do Feny House.

Kilka  minut  później  Veryan  -  już  bez  butów,  które posługacz  zabrał  do  czyszczenia  -  miał  pod 

background image

21

bokiem na stoliku karafkę wybornej brandy i leżąc z rękami pod głową na solidnym dębowym łożu, 

wpatrywał się w sufit. Ten pokój był o niebo lepszy niż w zajeździe w Exeter. Miał nowoczesne, 

podnoszone okno, ściany wyklejone tapetą w rzucik, a na stojaku w kącie czekały biało-niebieskie 

dzban i miska. Pani Hooper stała się nagle niezwykle troskliwa i uprzejma. Sama zaoferowała się, 

że weźmie płaszcz od gościa, żeby usunąć z niego smugi błota.

Veryanowi  poprawił  się  nastrój.  Zrozumiał,  że  w  Exeter  powinien  był  wykazać  dużo  więcej 

stanowczości.

Wysławszy  do  pokoju  na  górze  makrelę  z  ziemniakami  i  szpinakiem,  zamówioną  przez  gościa, 

oraz  domowej  roboty  kruche  ciasteczka  z  dżemem,  talerz  z  serami  i  herbatniki,  pani  Hooper 

zwróciła się do męża:

- Nie powinieneś był się z niego śmiać. To mu się bardzo nie spodobało.

- Uważaj tylko, Selwood księdzem?! - Hooper znów wydał z siebie zduszony rechot.

- On nie wygląda na takiego, co bywał w świecie - odrzekła jego żona. - Pytał, co zrobić z butami! 

Mnie się widzi, że on jeszcze nigdy nosa z domu nie wyściubił.

- Gunthorpe da mu do wiwatu.

- Och, mam nadzieję, że nie. Pan Selwood jest dżentelmenem. To się widzi. Hooper prychnął.

- Nie potrzebujemy tutaj angielskich dżentelmenów. Żadnych obcych!

- On jest z Selwoodów - przypomniała mu żona.

-  Z  Selwoodów?  Jak  żyję  nie  widziałem  takiego  Selwooda!  Ale  krew  nie  woda,  jeszcze 

zobaczymy, jak to z nim jest.

- W każdym razie mam nadzieję, że ktoś ostrzeże go przed Gunthorpe’em - powiedziała trzeźwo 

pani Hooper.

Tuż, tuż przy nowej drodze dla dyliżansów, prowadzącej z Torpoint do Liskeard, stał walący się 

szałas.  W  lecie  czasem  używali  go  pasterze  w  okresie  strzyżenia  owiec,  ale  teraz,  w  zimny 

marcowy wieczór, zajmował go tylko samotny mężczyzna. Wyraźnie na kogoś czekał, bo od czasu 

do  czasu  podchodził  do  drzwi  i  spoglądał  w  mrok,  bacznie  nasłuchując  wieczornych  odgłosów. 

Chociaż  miał  przy  sobie  latarnię,  trzymał  ją  nie  zapaloną.  Zdawało  się,  że  nic  sobie  nie  robi  z 

ciemności.

Bram Gunthorpe, bo o nim mowa, był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną, niebezpiecznie 

bliskim  otyłości.  Rysy  miał  wyraziste,  choć  dość  prostackie,  głowę  stożkowatą,  osadzoną  na 

byczym  karku.  Obrazu  dopełniały  jasne  włosy  i  zimne,  niebieskie  oczy.  Brama  otaczała  aura 

niezbyt określonego zagrożenia i to powodowało,  że niektóre panny na  myśl o nim rumieniły się 

nie bez przyjemności, czego zresztą był świadom i nie wahał się wykorzystywać.

Matka zawsze go rozpieszczała, a ojciec umarł, gdy Bram miał zaledwie jedenaście lat, chłopcu 

background image

22

pozwalano  więc  odgrywać  rolę  pana  domu,  a  nawet  go  do  tego  zachęcano.  Pani  Gunthorpe  nie 

zgodziła się wysłać go do szkoły z internatem, co zapewne wbiłoby mu trochę rozumu do głowy, 

pozostał  więc  rozpuszczonym  jedynakiem,  który  mógł  pozwolić  sobie  na  znacznie  więcej,  niż 

powinien.  Naturalnie,  układnemu  dziecku  nic  by  to  nie  zaszkodziło,  ale  Bram  zawsze  zdradzał 

skłonności do brutalizowania życia.

Najbliższym mężczyzną, który mógłby go wziąć w karby, był sir Walter Selwood, ale ten tylko 

się śmiał z młodzieńczych wybryków Brama i raczej zachęcał go do rozpusty, niż od niej odwodził. 

Selwood  lubił  popisywać  się  przed  zachwyconym  młodszym  słuchaczem  swą  mocną  głową  i 

jurnością,  gorąco też  popierał  eksperymenty zucha  z  butelką, a także z  pokojówkami w Quilquin 

House.

-  Kładź  je  na  wznak,  chłopcze  -  radził  sir  Walter.  -  To  jest  jedyna  pozycja  odpowiednia  dla 

kobiety.

Ale mimo swej chełpliwości sir Walter miał dobre serce. Oczywiście nie powstrzymywało go to 

przed uwodzeniem wiejskich dziewek, zawsze jednak dawał im pieniądze dla dzieci i można było 

na nim polegać, że będzie wspierał latorośl z nieprawego łoża, a w przyszłości chłopaka wspomoże 

pożyczką  na  łódź  rybacką,  a  dziewczynie  zapewni  posag,  żeby  mogła  znaleźć  męża.  Sir  Walter 

zakładał więc siłą rzeczy, że jego podopieczny postępuje tak samo.

Bram był jednakże całkiem inny. Gdy Mary Pengally, czternastoletnia służąca w Quilquin House, 

zaszła w ciążę, została wyrzucona na łeb, na szyję przez panią Gunthorpe. Bram tylko wzruszył na 

to  ramionami,  zwłaszcza  że  Mary  już  go znudziła.  Dziewczyna  się  powiesiła.  Sir  Walter  przeżył 

poważny wstrząs, ale było już za późno. Bram tymczasem wiedział, że budzi lęk, i upajał się tym. 

Rozsądne matki unikały wysyłania córek do pracy w Quilquin House.

Pani Gunthorpe zorientowała się zbyt późno, że wychowała mężczyznę, który nie cofnie się przed 

niczym, byle postawić na swoim. W dniu ślubu otrzymała posag wynoszący osiem tysięcy funtów i 

w  odpowiednim  czasie  pieniądze  te  miały  stać  się  własnością  córki,  lecz,  niestety,  syn  coraz 

częściej  domagał  się  „pożyczek”  z  zysków,  które  przynosił  ten  kapitał,  i  nie  wahał  się  użyć 

przemocy, jeśli mu odmówiono.

Bram chciał przede wszystkim zwiększyć swoje dochody z przemytu, stanowiącego w tej okolicy 

bardzo  lukratywne  zajęcie,  ale  ponieważ  jego  majątek  leżał  w  głębi  lądu  i  nie  miał  dostępu  do 

morza, zadanie nie należało do łatwych. Był wprawdzie współwłaścicielem małego przemytniczego 

lugra z Cawsand, ale piąta część zysków nijak nie zaspokajała jego nieustannego zapotrzebowania 

na  pieniądze.  Próbował  wpędzić  sir  Waltera  w  długi  karciane,  żeby  następnie  zmusić  go  do 

odsprzedania części posiadłości z portem, ale na to jego przeciwnik był zbyt przebiegły.

Ostatnimi czasy Bram zainteresował się więc kutrem straży celnej z Polperro. Gdyby celnicy w 

ramach  swoich  obowiązków  zatrzymali  „Marię”,  stanowiłoby  to  dla  przemytniczych  interesów 

background image

23

Selwooda  cios,  po  którym  mógłby  się  już  nawet  nie  pozbierać.  Należało  jednak  grać  bardzo 

ostrożnie  i  trzymać  się  jak  najdalej  od  wszelkich  otwarcie  wrogich  poczynań,  bo  żaden 

Kornwalijczyk  nie  wybaczyłby  ziomkowi  zdrady.  Celnicy  byli  nietutejsi;  nikt  miejscowy  nie 

ważyłby  się  wydać  im  Kornwalijczyka,  chyba  że  zmuszono  by  go  do  tego  szantażem.  A  Bram, 

korzystając  ze  swego  stanowiska  sędziego  pokoju,  uratował  niedawno  przed  zsyłką  jednego  z 

miejscowych przemytników...

Na zewnątrz trzasnęła gałązka. Ostrożnie podszedł do drzwi. Nic nie zobaczył. Potem rozległ się 

cichy głos drzemlika: ki-ki-ki. Bram odpowiedział w ten sam sposób i po chwili w chacie pojawił 

się człowiek.

- I co? - spytał natychmiast Bram.

- Niestety, sir. Nie udało się. - Przybysz był onieśmielony i z trudem składał słowa.

- Dlaczego nie? Nie widzieli „Marii”?

-  Odciągnięto  ich.  W  pobliżu  była  łódź  rybacka.  Wyglądało  to  tak,  jakby  załoga  próbowała 

wyciągnąć  zatopiony  towar  z  wody.  Ale  oni  tylko  wybierali  koszyki  na  homary.  -  Mężczyzna 

mówił cichym głosem i raz po raz nerwowo zerkał przez ramię.

- Ha! Koszyki na homary w zatoce Morvoren! Chyba tylko dzieci uwierzyłyby w coś takiego. Do 

diabła z nimi! Jaki sens ma ściąganie tutaj straży z Sussex? To powinni być miejscowi, którzy znają 

wybrzeże.

Mężczyzna  milczał.  Nikt  z  tutejszych  nie  podjąłby  się  tego,  chyba  że  taki  nikczemnik  jak  on, 

którego Gunthorpe prowadzi na sznurku. Gorzko żałował, że nie miał odwagi się powiesić tak jak 

biedna Mary.

- Kto był w tej łodzi? - spytał Bram.

- W łodzi?

-  Przecież  mówię,  do  pioruna!  -  Bram  zacisnął  palce  na  szyi  mężczyzny.  -  Kto  był  w  tej  łodzi 

rybackiej?

- Ja... nie widziałem, sir.

- Nie widziałeś? - Bram mocniej zacisnął palce. - Nie próbuj się wykręcać, bo ci nie uwierzę.

Twarz  mężczyzny  spurpurowiała,  z  gardła  dobył  mu  się  odgłos  dławienia.  Bram  pchnął  go  na 

ziemię. Minęło kilka minut, nim mężczyzna był w stanie znów cokolwiek powiedzieć.

- Abel i Tim Wilcox, i chłopak - wyszeptał wreszcie ledwie słyszalnie.

- Jaki chłopak?

- Stąd.

Bram jednym szarpnięciem postawił go na nogi i uderzył na odlew w szczękę.

- Panicz Horace, sir. Ale to naprawdę jest jeszcze dzieciak.

-  Aha,  Horace  -  powtórzył  Bram  takim  głosem,  że  mężczyzna  leżący  na  ziemi  zadrżał.  -  No, 

background image

24

dobrze. Doniosłeś na kogo trzeba jak śmierdzący tchórz, którym zresztą jesteś, więc wynoś się.

Gdy mężczyzna odszedł, Bram pogrążył się w zadumie.

Quilquin  House  nie  było  zbyt  zasobnym  majątkiem,  chociaż  za  tysiąc  dwieście  funtów  rocznie 

dżentelmen spokojnej natury i umiarkowanych ambicji mógł wieść bardzo szczęśliwy żywot. Ale 

Bram nie miał ani spokojnej natury, ani umiarkowanych ambicji.

Kilka razy do roku jeździł do Londynu, by spędzić tam około miesiąca. Początkowo sprzyjało mu 

szczęście, wygrywał więcej, niż tracił, ale ostatnim razem zawitał w nowej modnej jaskini gry na 

King  Street  i  poniósł  sromotną  klęskę.  Sypał  wekslami  na  lewo  i  prawo,  jakby  to  było  konfetti. 

Nawet  po  wyciągnięciu  pieniędzy  od  matki  i  oskubaniu  dzierżawców  zostało  mu  dziewięćset 

gwinei długów.

Pomyślny  wieczór  w  towarzystwie  sir  Waltera  przysporzył  mu  trzysta  gwinei.  Potem  jednak 

przeciwnik  zachorował,  więc  jak  dotąd  Bram  nie  zobaczył  wygranej.  Naturalnie,  nie  miał 

skrupułów, które powstrzymałyby go przed wystąpieniem z pogróżkami wobec dłużnika, ale nawet 

on nie mógł się domagać pieniędzy od człowieka będącego na łożu śmierci.

Próba wciągnięcia Horace’a w hazard zawiodła. Chłopak odrzucił zachęty z taką stanowczością, 

że Bram utwierdził się w przekonaniu, iż nieślubny syn sir Waltera podejrzewa go o oszukiwanie. 

Panicz Horace, uznał Bram, za wiele sobie Pozwala. Należy udzielić mu lekcji.

Rozważał nawet ewentualne małżeństwo z Dorotheą, ale traktował ten pomysł jak ostatnią deskę 

ratunku. Jest  bardziej podobna do suchej tyczki niż  do kobiety, pomyślał  kwaśno, a jedyny zysk, 

jaki  odniósłby  z  tego  małżeństwa,  nie  przekroczyłby sumy siedmiu  tysięcy  funtów.  Rzecz  jasna, 

gdyby  Bram  odgadł,  co  sir  Walter  zrobił  ze  spadkiem  córki,  odniósłby  się  do  tego  pomysłu 

znacznie  bardziej  entuzjastycznie.  Dorothea  zawsze  traktowała  go  uprzejmie,  lecz  mimo  to  nie 

ulegało wątpliwości, że czuje do niego niechęć, a pogarda bijąca z jej czarnych oczu wprawiała go 

w  głębokie  zakłopotanie.  Przypomniawszy  sobie  o  tym,  Bram  natychmiast  skierował  myśli  na 

przyjemniejsze sprawy.

Była przecież jeszcze, na przykład, ta urocza boginka Sylwia, która właśnie zaczęła rozkwitać, a 

gdy z nim rozmawiała, zawsze płoniła się rumieńcem. Przez chwilę Bram marzył o uległej Sylwii -

lubił brutalny seks, wtedy miał satysfakcjonujące poczucie, że jest panem - wreszcie jednak z żalem 

porzucił te fantazje. Naturalnie, bez skrupułów wykorzystałby trzynastoletnią dziewczynkę, ale sir 

Walter uznawał Sylwię, więc przynajmniej z wychowania była panną z dobrego domu, co czyniło 

ją niedostępną. Na razie.

Jej ojciec umierał bowiem i to oznaczało zmianę. Zmiana zaś oznaczała nowe możliwości. Śmierć 

Selwooda musiała wytworzyć próżnię. I w środowisku przemytników, i w opiece nad Sylwią. Bram 

postanowił wybrać się nazajutrz do Selwood Priory, żeby złożyć wyrazy uszanowania sąsiadowi, a 

przy okazji sprawdzić, co w trawie piszczy.

background image

25

Tymczasem nie pozostawało mu nic innego, jak wykrzesać z siebie dużo cierpliwości.

Fanny  Porter,  kobieta  dobiegająca  pięćdziesiątego  roku  życia,  ciesząca  oczy  mężczyzn 

apetycznymi  krągłościami,  siedziała  w  salonie  z  Dorotheą.  Była  zapłakana  i  pełna  niepokoju  o 

przyszłość. Przed dwudziestoma laty jej pulchność zwróciła uwagę sir Waltera, który lubił kobiece 

kształty,  a  ciepłe  spojrzenie  orzechowych  oczu  i  urocze  rumieńce  też  zrobiły  swoje.  W  owym 

czasie  Fanny  zdawała  sobie  sprawę  jedynie  z  tego,  że  w  obecności  chlebodawcy  czuje  dziwne 

zakłopotanie.

Lady Selwood, matka Dorothei, była umierająca, więc Fanny miała pełne ręce roboty. Starała się 

ulżyć cierpiącej kobiecie w jej ostatnich dniach, dlatego jak najwięcej czasu spędzała na lekcjach z 

Dorotheą, a rzadkie chwile odpoczynku poświęcała na niepokojące rozmyślania o kolejach swojego 

losu po śmierci lady Selwood. Czy wypadałoby jej pozostać w domu wdowca?

Okazało się, że sir Walter podjął decyzję za nią. A jeśli Fanny łudziła się nadzieją, że poprosi o jej 

rękę, gdy skończy się okres żałoby, to sama była sobie winna. Potem sir Walter wyraźnie zresztą 

powiedział, że nigdy niczego jej nie obiecywał oprócz dwóch tysięcy funtów. Zanim Fanny pojęła, 

że w tej sytuacji widoki na małżeństwo są mamę, okazało się, że jest Już za późno, była bowiem w 

ciąży.

- Nie powinnam do tego dopuścić. - Zaszlochała. - Ale tak bardzo chciałam mieć dom i dzieci...

- Sądzę, że ojciec nie dał ci wyboru - stwierdziła Dorothea. W dniu śmierci matki miała zaledwie 

dziesięć lat, lecz nawet wtedy zauważyła niezwykłą galanterię, z jaką ojciec zaczął się odnosić do 

jej guwernantki. Kiedyś nawet pojawił a? w klasie, czego nigdy przedtem nie robił, i wziął pannę 

Potter na konną przejażdżkę, z której wróciła uśmiechnięta i zarumieniona.

- Dziwię się, że mną nie pogardzasz. - Fanny wciąż szlochała.

-  Banialuki  -  odparła  Dorothea.  -  Uratowałaś  mnie  przed  samotnym  dzieciństwem.  Byłam  w 

siódmym niebie, kiedy się dowiedziałam, że u nas zostaniesz.

- Ale wtedy miałaś tylko dziesięć lat, kochanie. Byłaś za mała, żeby zrozumieć moją występność i 

zepsucie.

- Nie mów tak. To jest chore. - Dorothea nigdy nie miała Fanny za złe tej odrobiny szczęścia, jaka 

stała się jej udziałem. Fanny miała przez pewien czas życie, o jakim zwykła guwernantka mogłaby 

tylko marzyć. Naturalnie potem za to zapłaciła, gdy sir Walter stopniowo tracił zainteresowanie jej 

osobą  i  zaczął  szukać  nowych  kobiet.  -  Odpowiedzialność  dzieli  się  na  dwoje.  Dużo  o  tym 

myślałam. Ojciec  powinien  był  się z  tobą ożenić,  wtedy nie  byłoby  tego  zamieszania  z  kuzynem 

księdzem.

- Och! - Fanny osuszyła kąciki oczu muślinową chusteczką. - Duchowny! Moja sytuacja na pewno 

wzbudzi w nim odrazę i nie mogę go za to winić.

background image

26

- Twoja sytuacja nie ma  z  nim nic wspólnego i  tak też  mu  powiem  - oznajmiła Dorothea. Była 

zdecydowana przywołać pana Selwooda do porządku, gdyby próbował udawać świętoszka.

- Musisz go sobie zjednać, Theo - odezwała się błagalnie panna Potter. - Nie mam pojęcia, gdzie 

byśmy się podziali, gdyby nas wyrzucono.

- Nikt cię nie wyrzuci! A w ogóle to ciekawe, gdzie jest ten człowiek. Powinien był przyjechać 

wczoraj. - Prawdę mówiąc, Dorothea nawet się cieszyła, że nie dotarł do Selwood Priory wcześniej, 

zważywszy na wyładunek towaru z „Marii”.

To jednak w niczym nie osłabiło niechęci, jaką wzbudziło w niej spóźnienie kuzyna.

Drzwi  się  otworzyły  i  do  pokoju  wpadła  Sylwia.  Była  to  urocza  dziewczynka  z  kręconymi 

włosami  w  odcieniu  orzecha  włoskiego  i  z  orzechowymi  oczami,  rosnąca  jak  na  drożdżach  we 

wszystkie  strony.  Miała  na  sobie  niebieską  sukienkę  pod  szyję  z  miękkiej  wełny,  ale  nadgarstki 

wystawały  jej  z  rękawów,  a  spódnica  była  już  raz  przedłużana,  bo  poprzedni  rąbek  przykrywała 

aksamitna tasiemka. Zarysowujące się piersi nieznacznie wypychały stanik sukni.

Dorothea podniosła głowę.

- Zamknij drzwi, Sylwio.

Dziewczynka spojrzała błagalnie w sufit i niedbale pchnęła drzwi nogą.

- Tak jak należy - upomniała ją przyrodnia siostra.

-  No,  już  dobrze.  -  Drzwi  zamknęły  się  z  głośnym  trzaskiem,  a  Sylwia  wskoczyła  na  parapet  i 

usiadłszy, zaczęła obgryzać paznokcie.

Dorothea zmierzyła ją wzrokiem, ale nie powiedziała ani słowa. Fanny wykazała mniej rozsądku.

-  Sylwio,  kochanie,  elegancka  panna  nie  obgryza  paznokci.  Dziewczynka  potrząsnęła 

orzechowymi puklami.

- Nie jestem elegancką panną.

- Co ty mówisz! - sprzeciwiła się matka. - Jesteś córką dżentelmena.

- Phi! - odpaliła Sylwia. - Martha też, jeśli o to chodzi. - Martha była jedną z nieślubnych latorośli 

sir Waltera. Jej matka pracowała przy czyszczeniu ryb w Porthgavern. Sir Walter, dobierając sobie 

kobiety, kierował się bardzo eklektycznymi upodobaniami.

Fanny jęknęła z zażenowaniem, a Sylwia znowu potrząsnęła głową i odwróciła się do okna. Na 

podjeździe  widać  było  zbliżającego  się  konno  postawnego  mężczyznę  w  zielonej  kurtce 

jeździeckiej. W jednej ręce trzymał szpicrutę, którą raz po raz ze złością świstał po końskim zadzie. 

Końskie  wędzidło  było  pokryte  pianą.  Jeździec  miał  nieco  przekrzywiony  cylinder,  jakby  bardzo 

się  śpieszył,  a  gdy  zerknął  w  górę  i  dostrzegł  Sylwię,  uniósł  go  i  skłonił  głowę.  Dziewczynka 

zachichotała, zeskoczyła na podłogę i pobiegła do drzwi.

- Pan Gunthorpe! - zawołała radośnie i już jej nie było. Fanny i Dorothea wymieniły spojrzenia. 

Ta druga wstała.

background image

27

- Pewnie chce zobaczyć się z ojcem - powiedziała. - Pójdę do niego. Nie martw się, Fanny, jeśli 

Sylwia też tam będzie, zostanę z nimi.

- Ojej...

Dorothea skrzywiła się.

- Któż to pisał o morzu nieszczęść? Szekspir? - Wyszła z salonu.

Fanny westchnęła i wzięła do ręki szycie. Mimo że starała się ze wszystkich sił, daleko jej było do 

swobody w obecności pana Gunthorpe’a. Niby zawsze zachowywał się uprzejmie, ale w tonie jego 

głosu było coś takiego - może cień arogancji? - wobec czego Fanny czuła się bezradna. Silniejsza 

kobieta z pewnością stawiłaby mu czoło, ale ona tylko popadała w zakłopotanie.

Ostatnio pan Gunthorpe oczarował Sylwię. Gdy zjawiał się w Selwood Priory, nie było trzaskania 

drzwiami  ani  obgryzania  paznokci.  Dziewczynka  nieustannie  chichotała  i  wodziła  za  nim 

rozmarzonym wzrokiem. Za to Fanny bardzo martwiła się o córkę.

Odłożyła szycie i również wstała. Trzeba było zaprosić pana Gunthorpe’a na lunch. Postanowiła 

iść i porozmawiać o tym z panią Kellow.

Veryan  dotarł  do  Selwood  Priory  około  szóstej  wieczorem,  akurat  o  zachodzie  słońca. 

Przewodnik,  o  którego  postarał  się  pan  Hooper,  okazał  się  posępnym  mężczyzną.  Prawie  się  nie 

odzywał i  tylko  od czasu  do czasu spluwał w krzaki. Veryan dosiadał  starej szkapy, która  ledwo 

wlokła  się  naprzód.  Sakwojaż  miał  przytroczony  rzemieniami  do  siodła  z  tyłu.  W  Oksfordzie 

rzadko  jeździł  konno,  a  chociaż  robił  to  w  dzieciństwie,  wkrótce  poczuł  niedogodności  jazdy,

rozbolały go bowiem nie przyzwyczajone do wysiłku mięśnie. Dokuczliwa mżawka nie poprawiła 

mu samopoczucia, zwłaszcza że przy takiej pogodzie okolica wyglądała szaro i ponuro.

Zdumiał  go  widok  wołów  orzących  pola.  W  Oxfordshire  już  od  dawna  używano  do  tego  celu 

koni.  Utwierdziło  go  to  w  przekonaniu,  że  znalazł  się  w  najbardziej  zacofanym  kącie  świata. 

Bardzo żałował, że w ogóle wybrał się w tę podróż.

Przejechali  przez  nędzną  wieś  Sheviock,  w  której  widziało  się  tylko  parszywe  psy  i  gnijące 

strzechy,  a  potem  skręcili  z  traktu  na  drogę  wzdłuż  morskiego  brzegu,  wydeptaną  przez  muły. 

Veryan nie zgadłby wcześniej, że są tak niedaleko morza, spoglądał więc bardzo nieufnie w bok, 

jako  że  droga  biegła  niecałe  dwadzieścia  metrów  od  krawędzi  klifu.  Miejsce  było  wietrzne,  a  co 

gorsza deszcz,  który wcześniej  siąpił,  rozpadał się na dobre. Tu i  ówdzie  rosły kolczaste  zarośla, 

bezlitośnie  Przygniatane  do  ziemi  silnymi  podmuchami  wiatru.  Nagie  gałęzie  kilku  krzewów 

tarniny, obsypane drobnymi białymi kwiatkami, zwiastowały nadchodzącą wiosnę, ale Veryan nie 

był w odpowiednim nastroju, by to docenić.

Ułożył  w  myślach  złośliwy  epigram  po  łacinie  o  okropieństwie  tego  miejsca,  ale  nawet  to  nie 

podniosło go na duchu.

background image

28

Wreszcie przewodnik skręcił na inną wydeptaną drogę, wiodącą do Porthgavern, i skinął głową w 

stronę  Selwood  Priory,  którego  dymy  były  już  widoczne.  Veryan  powściągnął  konia,  bardzo 

zaskoczony. Ależ to olbrzymie, przemknęło mu najpierw przez myśl. Posiadłość, nad którą wiły się 

smugi  dymu,  zajmowała  dobry  akr,  a  w  tle  rosły  stare  wiązy.  Przewodnik  coś  mruknął,  wskazał 

głową w lewo i wjechał na drogę prowadzącą do bramy. Niczego nie podejrzewające konie człapały 

teraz nad podziemną skrytką pełną większych i mniejszych baryłek.

Veryan podniósł głowę. Wielki Boże, średniowieczna brama! W stylu perpendykularnym? Nie, z 

pewnością  wcześniejsza.  Przypomniał  mu  się  Oksford.  Przekroczywszy  bramę,  znaleźli  się  na 

podjeździe.  Dom,  który  ukazał  się  ich  oczom,  pochodził  niewątpliwie  z  epoki  Tudorów,  a  w 

gasnącym świetle dnia kamień, stanowiący jego budulec, wydawał się ciepły i przyjazny. Selwood 

Priory sprawiało jednak takie wrażenie, jakby budowano je w dużym pośpiechu. Wciąż można było 

poznać, gdzie kiedyś znajdował się refektarz, a główne wejście, choć starano się nadać mu bardziej 

świecki  wygląd,  nieuchronnie  przywodziło  na  myśl  klasztor,  mimo  że  z  nisz  dawno  już  usunięto 

święte figury.

Veryan  sztywno  zsiadł  z  konia,  a  jego  przewodnik  podszedł  do  wiszącego  przy  drzwiach 

łańcucha, żeby zadzwonić. Dom wydawał się opuszczony. Nigdzie nie paliły się światła. Z wnętrza 

dobiegł jednak dźwięk dzwonka, a wkrótce nadeszła zakłopotana pani Kellow.

- O, pan Selwood! Proszę wejść. - Odwróciła głowę. - Jack! Zanieś bagaż pana Selwooda do jego 

pokoju. - Zwróciła się do przewodnika: - W kuchni czeka na was posiłek i piwo. - Głową pokazała 

mu,  żeby  obszedł  dom  dookoła.  Przewodnik  wziął  oba  konie  za  uzdy  i  znikł  za  rogiem.  Veryan 

zdjął kapelusz i wszedł do środka. Znalazł się w sklepionej sieni, obwieszonej spłowiałymi znakami 

dawno zmarłych Selwoodów. Paliło się tu tylko kilka świec. Pani Kellow trzymała niedużą latarnię. 

Zaprowadziła gościa w głąb domu po mocno zużytych schodach i pokazała mu jego pokój, a przy 

okazji zapaliła świece na kominku.

- Powiem sir Walterowi o pańskim przyjeździe. I zaraz przyślę tu Jacka z ciepłą wodą. - Dygnęła i 

odeszła.

Veryan  rozejrzał  się  po  wnętrzu  noszącym  ślady  dawnej  świetności.  Brokatowe  zasłony  były 

wystrzępione,  sufit  miejscami  poczerniały  od  dymu  świec.  Milkliwy  przewodnik  wspomniał 

Veryanowi co prawda, że Selwood Priory jest dobrym majątkiem i rocznie przynosi około dwóch 

tysięcy funtów dochodu. Sir Waltera z pewnością było stać na bardziej dostatnie życie. Co wobec 

tego robił z pieniędzmi?

Veryan uznał, że wkrótce się tego dowie.

Wiadomość o przyjeździe Veryana sir Walter powitał kwaśno.

- Nie śpieszyło mu  się, co?  Theo, zadzwoń na służbę.  Niech pani Kellow  przyśle do mnie tego 

background image

29

człowieka.

Dorothea cicho podeszła do taśmy dzwonka i pociągnęła za nią, a potem wróciła na swoje miejsce 

w nogach łóżka.

- Josh...  - Sir Walter wrócił do bieżących spraw.  - Zobaczmy, jak sobie radzi  złotoskrzydły. To 

dopiero jest ptak. Popatrz tylko, jaki ma prosty grzebień!

Josh i Ozzie, który pomagał mu w stajni, przygotowywali właśnie walkę kogutów dla dogodzenia 

sir  Walterowi.  Jedno  z  wielkich  luster  ustawiono  na  podłodze  w  taki  sposób,  żeby  chory  mógł 

oglądać w nim walkę, nie zmieniając pozycji w łóżku.

Josh  podał  złotoskrzydłego  Ozziemu,  a  ten  ujął  ptaka  z  wielką  ostrożnością,  jedną  ręką 

przytrzymując  dziób,  drugą  zaś  zabezpieczając  ramię  przed  ostrogami  przypominającymi  dwa 

sztylety. Josh wyjął koguta z drugiego worka; ten dla odmiany miał srebrzyste skrzydła.

- On też jest piękny. Spójrz, panie, jaką ma pierś. Ja bym postawił na niego. - Ostrożnie wsadził 

sobie ptaka pod pachę i skinął głową na Ozziego.

Obaj jednocześnie postawili swoich zawodników dziób w dziób na perskim dywanie, przy łożu sir 

Waltera i jednocześnie ich puścili.

Dwa koguty zmierzyły się  wzrokiem  i nagle jeden  rzucił  się naprzód, by ostrym dziobem  trafić 

przeciwnika w bok. Natychmiast zakłębiło się na dywanie, ostrogi poszły w ruch, trysnęła krew, a 

dookoła zaczęły fruwać pióra. Trzej mężczyźni pochylili się ku miejscu zmagań, pochłonięci walką.

Veryan,  przyprowadzony  pod  drzwi  pokoju  przez  panią  Kellow,  zapukał  i  wszedł  do  środka. 

Wnętrze  oświetlały  dziesiątki  świec,  więc  aż  zamrugał,  jako  że  dłuższy  czas  spędził  w  mroku 

swojego  pokoju  i  korytarza.  Kandelabry  stały  we  wszystkich  możliwych  miejscach  i  jeszcze 

odbijały  się  w  lustrach.  Na  podłodze  przykrytej  niegdyś  wspaniałym  perskim  dywanem  Veryan 

ujrzał dwa koguty. Właśnie z odrazą przesuwał wzrokiem po pierzu i krwi, pstrzących dywan, gdy 

jeden  z  ptaków  przystąpił  do  ostatecznej  rozprawy  z  rywalem,  wbijając  mu  ostrogi  głęboko  w 

gardło.  Przeciwnik,  obficie  spływający  krwią,  zachwiał  się  i  upadł.  Zwycięzca  wskoczył  na 

szarpane konwulsjami ciało przeciwnika i triumfalnie zapiał.

- Srebrny go załatwił! - ucieszył się sir Walter. - Mamy mistrza, Josh!

Veryan podniósł wzrok. W łożu leżał stary człowiek w przekrzywionej peruce. Miał ciemne oczy, 

z których źle patrzyło, i trupiobladą cerę. Opierał się na kilku brudnych, brokatowych poduszkach. 

Trzymał  szklaneczkę  brandy.  W  ogóle  nie  zauważył  wejścia  gościa.  Dopiero  po  dłuższej  chwili 

Veryan poznał w starcu człowieka, którego widział kiedyś w tawernie Mitrę, w Oksfordzie.

Gdy  próbował  spojrzeć  na  krwawą  kupę  mięsa,  leżącą  na  dywanie,  zbladł  jak  ściana.  Nikt  nie 

zwracał na  niego  uwagi.  W  kącie siedziała chuda,  bardzo zwyczajna  kobieta  w niemodnej  sukni. 

Pielęgniarka? - zastanawiał się Veryan. Kobieta zajmowała się szyciem i była całkiem obojętna na 

walkę, która właśnie zakończyła się po drugiej stronie łoża.

background image

30

-  Dobry  pojedynek  -  wybełkotał  sir  Walter.  -  Chociaż  myślałem,  że  ten  złoty  pokaże  więcej. 

Zabierz je, Josh.

Josh  podszedł  do  łoża,  wziął  zwycięzcę  i  bezceremonialnie  wepchnął  go  do  worka.  Potem 

przyczepił  sobie  zabitego  ptaka  do  pasa,  tak  że  bezwładnie  zwisł  z  zamkniętymi  oczami  i  krwią 

krzepnącą na dziobie.

-  Ojcze,  przyjechał  pan  Selwood.  -  Dorothea  złożyła  szycie  i  spojrzała  na  gościa.  Zobaczyła 

wysokiego,  chudego  mężczyznę,  który  nosił  okulary  i  bardzo  się  garbił.  Oczy  wyrażające  czystą 

trwogę dosłownie wychodziły mu z orbit. Nie ma rady, pomyślała. Będzie musiał się przyzwyczaić 

do takich widoków.

-  Selwood?  -  spytał  nieprzytomnie  sir  Walter.  Córka  podeszła  do  niego,  przytknęła  mu 

szklaneczkę do ust i pomogła się napić.

- Pan Veryan Selwood - powiedziała. - Na pewno pamiętasz. Starzec mruknął coś pod nosem, a 

potem parsknął zadziwiająco głośnym, rżącym śmiechem.

-  Selwood,  powiadasz?  Ten  ksiądz.  Ha,  najwyższy  czas.  -  Wolno  się  obrócił  i  skupił  wzrok  na 

zakłopotanym gościu. - Podejdź no tu, człowieku, niech na ciebie popatrzę.

Veryan nieufnie zrobił kilka kroków po pierzu i krwawych plamach.

-  Siadaj.  Na  łóżku.  Theo,  przynieś  mi  świecę.  -  Sir  Walter  wyciągnął  przed  siebie  drżącą  rękę, 

wziął od córki świecę i przesunął ją tuż przed twarzą gościa.

Veryan poczuł na skórze żar płomienia, w nozdrza uderzył go zapach topniejącego wosku, który 

skapywał na pierzynę. Sir Walter nie zwrócił na to uwagi.

-  Zdejmij  te  przeklęte  okulary.  -  Świeca  znowu  powoli  przesunęła  się  przed  twarzą  Veryana.  -

Hm. - Znów zapadło onieśmielające milczenie. - Musisz mi wystarczyć, chociaż klechy nic mnie 

nie  obchodzą,  przeklęte  obłudniki.  Twojego  ojca  nie  mogłem  znieść,  był  awanturnikiem  i 

pyszałkiem.

Veryan milczał.

- Co, zapomniałeś języka w gębie?

-  Nie  wiedziałem,  że  zadałeś  mi  pytanie,  panie  -  odparł  Veryan.  Sir  Walter  też  ma  wiele  cech 

awanturnika,  pomyślał.  Ciekawe,  kim  jest  ta  kobieta  o  dziwnym  wyglądzie.  Veryan  nie  lubił 

niespodzianek,  toteż  czarne  oczy  i  jasne  włosy  kobiety  wytrącały  go  z  równowagi;  takie 

zestawienie wydawało mu się nienaturalne.

- O, jednak masz trochę ikry, co? - Sir Walter nie wydawał się urażony. - Selwood wkrótce będzie 

należeć  do  ciebie.  Wtedy  się  nim  nacieszysz.  Ale  pamiętaj,  nie  wolno  ci  wyrzucić  Fanny  i  jej 

dzieci.

Veryan miał na twarzy wyraz najwyższego zdumienia. Zwrócił się do Dorothei:

- Czy to pani jest Fanny? - spytał.

background image

31

-  Jestem  pana  kuzynką.  Nazywam  się  Dorothea  Selwood.  Fanny,  to  znaczy  panna  Porter,  była 

moją guwernantką. Horace i Sylwia są jej dziećmi.

- I moimi - dodał sir Walter ze złośliwą satysfakcją w głosie, nie spuszczając z oka mężczyzny, na 

którego twarzy odmalowały się nagle zgorszenie i niesmak.

Pannę Potter lepiej będzie przenieść do miejscowego domu dla upadłych kobiet, pomyślał Veryan. 

Co  ten  człowiek  zamierzał,  czyniąc  taką  kobietę  guwernantką  córki?  Zerknął  na  Dorotheę,  która 

przyglądała  mu  się  z  niepokojącą  otwartością.  Ta  koścista,  pospolita  kobieta  z  dziwacznym 

zestawieniem kolorów włosów i oczu nic go nie obchodziła.

- Zrobię wszystko, co należy - oświadczył chłodno. Sir Walter szczekliwie się roześmiał.

-  Spróbuj  tylko pozbyć  się  Fanny, a  zlecą  się  do  ciebie  swatki  z  całej  Kornwalii.  -  Zauważył  z 

niejaką przyjemnością, że Veryan wydaje się przerażony tą wizją. - Hę, nawet wcześniej o tym nie 

pomyślałem. Tak, będzie z ciebie tutaj całkiem niezła partia. Naturalnie, możesz się ożenić z Theą i 

zaoszczędzić sobie mnóstwa kłopotów. Jest wolna. Jak dotąd, nikt jej nie chciał.

Dorothea  zacisnęła  dłonie.  Przez  lata  ćwiczyła  się  w  ignorowaniu  drwin  ojca  z  jej  wyglądu  i 

złośliwych uwag o tym, że nie nadaje się na żonę.

- Mój ojciec nie mówi poważnie, panie Selwood. Po prostu próbuje wprawić pana w zakłopotanie. 

Starzec ze złością zmienił pozycję.

- A niby czemu nie? - spytał. - On nie ma żony. A dla ciebie to ostatnie chwile.

Dorothea przełknęła z trudem ślinę, ale się nie odezwała. W oddali zegar wybił godzinę.

- Ojcze, musimy cię opuścić. Wkrótce będzie kolacja. Panie Selwood, czy mógłby pan zadzwonić 

na służbę? Dzwonek jest na ścianie, tuż za pańskimi plecami. - Wstała.

Veryan poszedł za jej przykładem i posłusznie pociągnął za taśmę. Potem otworzył drzwi przed 

Dorothea, lekko skłonił się sir Walterowi i wyszedł za kuzynką z pokoju.

-  Salon  jest  na  parterze,  panie  Selwood.  Od  schodów  na  lewo.  Wkrótce  dotrzymam  tam  panu 

towarzystwa.

Gdy  odwracała  się,  by  odejść  w  głąb  korytarza,  Veryanowi  mignęła  przed  oczami  jej  surowa, 

gniewna twarz.

Dorothea zamknęła się w swoim pokoju, zapaliła świece, bezsilnie usiadła przy toaletce i ukryła 

twarz  w  dłoniach.  Po  dłuższej  chwili  wyprostowała  się  i  zapatrzyła  w  swoje  lustrzane  odbicie. 

Spoglądały na nią wielkie ciemne oczy, zaczerwienione od płaczu. Jej jasne włosy wyglądały jak 

bezbarwna  plama.  Czyżby  naprawdę  była  taka  okropna  i  przez  nikogo  nie  chciana?  W 

szczęśliwszych latach, kiedy jeszcze żyła matka, Dorothea była „małą wróżką mamusi” i „śliczną 

córeczką”.  W  jaki  sposób  przemieniła  się  w  trzydziestoletnią  starą  pannę,  ofiarę  niewybrednych 

żartów ojca?

Jej  matka była bystrą,  światłą  kobietą, bardzo szanowaną przez  Gunthorpe’ów i  inne rodziny w 

background image

32

hrabstwie.  Starała  się  przymykać  oczy  na  niewierność  męża,  a  sir  Walter  zawsze  traktował  ją  z 

dworską uprzejmością. Była dlań wyjątkiem od reguły, że kobieta jest zabawką, którą po prostu się 

wyrzuca,  gdy przestaje  być potrzebna.  Jego  szacunek  rozciągał  się  również  na  córkę, dorastającą 

pod skrzydłami matki.

Wszystko  skończyło  się  jednak  wraz  ze  śmiercią  lady  Selwood.  Dorothea  została  zawieszona 

między  niebem  a  ziemią.  W  potyczkach  z  życiem  mogła  teraz  liczyć  tylko  na  podszepty  swojej 

uczciwości. Po pewnym czasie dokonała wyboru. Jeśli hańba staropanieństwa stanowi cenę za to, 

by  nie  być  zabawką  w  czyichś  rękach,  to  była  gotowa  ją  zapłacić.  Lecz  czasem,  gdy  doznawała 

upokorzenia,  tak  jak  tego  wieczoru  w  obecności  pana  Selwooda,  ta  cena  wydawała  jej  się 

wyjątkowo wysoka.

Dorothea wstała i podeszła do miski, by przemyć oczy zimną wodą, a potem przebrać się w strój 

bardziej  stosowny  do  kolacji.  Pomyślała,  że  przynajmniej  nie  będzie  musiała  znosić  obraźliwych 

uwag, które bez wątpienia czekały biedną Fanny ze strony ponurego kuzyna bigota.

Veryan  zszedł  na  dół  z  bardzo  silną  chęcią  otworzenia  drzwi  wyjściowych  i  opuszczenia  tego 

domu raz na zawsze. Ale górę wziął obowiązek, a może poczucie, że jest to przekleństwo losu. W 

każdym  razie,  zgodnie  z  instrukcją,  skręcił  w  lewo  i  wkrótce  znalazł  się  w  salonie  tak  samo 

straszącym  dawną  świetnością  jak  reszta  domu.  Był  tam  wielki  kominek  obudowany  czarnym 

marmurem, a nad nim herbowe znaki Selwoodów wyryte w kamieniu. Robiło to duże, aczkolwiek 

przygnębiające wrażenie.

Na  ścianach  wisiały  wyblakłe  tapiserie.  Jedna  przedstawiała  Jowisza  swawolącego  z 

Ganimedesem  w  sposób  pozostawiający  wyobraźni  niewielkie  pole  działania.  Veryan  odwrócił 

wzrok i ujrzał Bachusa nie bez powodzenia uwodzącego Ariadnę. Dookoła pokoju stały krzesła w 

stylu  Jakuba  I  z  pieczołowicie  wydzierganymi  poduszkami.  Jedno  z  krzeseł  zajmowała  pulchna, 

raczej przekwitła już dama w szarej jedwabnej sukni i dobranym do niej koronkowym szalu. Włosy 

miała w ładnym kasztanowym odcieniu, z siwiejącymi pasemkami, związane w skromny, schludny 

koczek.  Ta  oznaka  cywilizacji  bardzo  podniosła  na  duchu  Veryana,  którego  dręczyło  coraz 

silniejsze przeświadczenie, że wylądował wśród dzikusów.

Na jego widok kobieta wstała i podeszła z wyciągniętą ręką.

- Dobry wieczór. Pan Selwood, jak rozumiem. Mam nadzieję, że nie odczuł pan trudów podróży, 

bo drogi w okolicy bywają okropne. Pani Kellow na pewno pomogła się panu rozgościć.

- Tak, dziękuję - wybąkał Veryan. Dość niechętnie wymienił z kobietą uścisk dłoni. Nie lubił, gdy 

go dotykano. Fanny pochwyciła jego spojrzenie i mówiła dalej:

-  Ojej,  obawiam  się,  że  był  pan  u  sir  Waltera.  Wiem,  jakie  to  może  być  wyczerpujące.  Proszę 

pozwolić, że zaproponuję panu coś do picia. Może sherry? Nie wiem, gdzie jest w tej chwili panna 

Selwood, ale na pewno wkrótce do nas dołączy.

background image

33

-  Panna  Selwood  była  u  ojca  -  wyjaśnił  Veryan,  usiłując  dostroić  się  do  tonu  uprzejmej 

towarzyskiej  rozmowy.  Kto  to  jest?  -  próbował  zgadnąć.  Kobieta  się  nie  przedstawiła.  Ale 

kimkolwiek była, cieszyło go, że spotkał osobę, która zachowuje się jak w towarzystwie przystoi. 

Veryan  był  głęboko  przesiąknięty  lękiem  przed  wszelkimi  uchybieniami  natury  moralnej; 

spodziewał się zobaczyć w osobie panny Potter przykład lubieżności i żałosnych manier, w ogóle 

nie przyszło mu więc do głowy, że to właśnie ona.

Wziął od niej kieliszek sherry i usiadłszy na krześle w stylu Jakuba I nastawił się na konwersację.

Zwykle  unikał  takich  sytuacji  towarzyskich,  ale  kobieta  wydawała  się  szczerze  zainteresowana 

przebiegiem jego podróży, czuł się zatem coraz swobodniej.

Od  ognia  na  kominku  promieniowało  miłe  ciepło,  sherry  było  wyśmienite,  a  nieznajoma 

towarzyszka, na szczęście, do niczego go nie zmuszała.

Wreszcie  drzwi  się  otworzyły  i  do  salonu  weszła  Dorothea.  Przebrała  się  w  brązową  jedwabną 

suknię,  a  towarzyszył  jej  młody  człowiek  ubrany  zgodnie  z  najnowszą  modą;  miał  absurdalnie 

wysoki kołnierzyk i  starannie wypomadowane włosy. Wygląda jak nieopierzony student, udający 

światowego człowieka, pomyślał Veryan. Z korytarza dobiegło ich klapnięcie, a potem łoskot - to 

Sylwia  zeskoczyła  z  ostatnich  kilku  stopni.  Ona  również  pojawiła  się  w  salonie.  Była  w  białej 

sukience i skubała koralowy naszyjnik, wpatrując się w Veryana.

-  Przepraszam  za  spóźnienie,  Fanny  -  powiedziała  Dorothea.  -  Ojciec  był  dzisiaj  absolutnie 

nieznośny.

Veryan spojrzał na Fanny szeroko rozwartymi oczami.

-  O,  panie  Selwood,  widzę,  że  już  pan  poznał  pannę  Potter.  To  dobrze.  Proszę  pozwolić,  że 

przedstawię pana Horace’owi i Sylwii FitzWalterom. To jest wasz kuzyn, pan Selwood.

Nastąpiła  wymiana  uprzejmości.  Dorothea  zauważyła  z  rozbawieniem,  że  panu  Selwoodowi 

prawie odebrało mowę - bez wątpienia starał się wzbudzić w sobie moralnie słuszne oburzenie. Na 

szczęście, właśnie w tej chwili rozległ się gong.

-  Przejdźmy  do  jadalni  -  ciągnęła  gładko  Dorothea.  -  Panie  Selwood,  zechce  pan  towarzyszyć 

pannie Potter, jeśli łaska. Horace, otwórz nam drzwi.

Bez względu na zamiary, jakie żywił Veryan, tymczasem poddał się sile wyższej i ofiarował ramię 

Fanny.  Po  chwili  wszyscy  siedzieli  przy  stole,  a  pani  Kellow  z  pomocą  służących  podawała 

jedzenie.

Dobrze, pomyślała Dorothea. Pierwsza przeszkoda za nami. Mężczyzna nie może mieć moralnych 

obiekcji, jedząc turbota.

Młodzi FitzWalterowie, surowo pouczeni przez Dorotheę, zachowywali się wzorowo. Nawet jeśli 

żadne  z  nich  nie  rozumiało,  dlaczego  Veryan  zdecydował  się  otoczyć  stęchłymi  książkami 

napisanymi po grecku i łacinie, to grzeczność nie pozwalała im tego głośno powiedzieć. Horace był 

background image

34

wręcz skruszony - Dorothea natarła mu uszu za nieodpowiedzialne zachowanie po jego eskapadzie 

z  Ablem  i  Timem  Wilcoxem  -  i  zaproponował  nowo  poznanemu  kuzynowi,  że  pokaże  mu  kilka 

miejsc, w których dobrze jeździ się konno, a potem spytał, czy lubi łowić ryby.

Veryan nie mógł się boczyć na młodego człowieka.

- Lubiłem łowić ryby, kiedy byłem w szkole. A może masz na myśli łowienie ryb w morzu? - Jak 

powinien się do niego zwracać? Są bezwstydni, że zwą się FitzWalterami. Jak królewskie bękarty! -

pomyślał. Forma „paniczu Horace” wydawała mu się zbyt czołobitna, a na uznanie pokrewieństwa i 

wypowiedzenie słowa „kuzynie” nie był w stanie się zdobyć.

- Mamy tu co łowić! - z entuzjazmem ciągnął Horace. - Makrele... homary. Często wypływamy 

łodzią z synami Fawleya.

Sylwia z uwagą przyglądała się gościowi. Zauważyła, że

Dorothei  się  nie  spodobał,  jej  jednak  wydawał  się  całkiem  udany.  Miał  głęboki,  czysty  głos  i 

umiał  się  uroczo  uśmiechnąć,  mimo  że  najczęściej  usta  wykrzywiał  mu  ponury  grymas.  Tylko 

dlaczego miał taki wygląd, jakby coś mu się nie podobało? Naturalnie w sekrecie Sylwia stawiała 

sobie za wzór mężczyzny Brama Gunthorpe’a, ale nowy kuzyn naprawdę nie zrobił na niej złego 

wrażenia, choć wyglądałby lepiej, gdyby zdjął te straszne okularki i wyprostował plecy.

- Mam nadzieję, kuzynie, że będziesz mógł coś zrobić z dachem Tamsin Wright - odezwała się. 

Chciała pokazać temu nowemu kuzynowi, że potrafi myśleć jak dorosła i zna problemy majątku.

Veryan obrócił się do niej.

- Kto to jest Tamsin Wright, panno Sylwio?

- Wdowa po Tomie. On umarł w zeszłym roku, a ona mieszka teraz w domku w Porthgavern. Ale 

dach u niej strasznie przecieka, a ojciec nie zwraca na to uwagi.

-  Nie  wolno  ci  krytykować  ojca,  moja  droga  -  skarciła  ją  Fanny,  spojrzawszy  najpierw  z 

niepokojem na Veryana.

- Dlaczego nie? - odparła rezolutnie Sylwia. - Przecież nie wywiązuje się ze swych obowiązków 

pana.  -  Usiadła  prosto,  bardzo  z  siebie  zadowolona. Dowiodła,  że  ma  zdanie  w  takich  sprawach. 

Nie jest zwykłą płochą dzierlatką, jak uważał jej ojciec.

- O takich rzeczach nie mówi się w towarzystwie, moja droga - znów pouczyła ją matka.

- Ale pan Selwood należy do rodziny - sprzeciwiła się Sylwia.

Chociaż wcale nie chce, pomyślała Dorothea.

-  Nie  godzi  się,  żeby  ktoś  mający  twoją  pozycję  podawał  w  wątpliwość,  hę,  zdanie  ojca  -

powiedział z wyrzutem Veryan.

Ty przemądrzalcze, pomyślała Dorothea. Ty przeklęty, samolubny przemądrzalcze. Widziała, jak 

Sylwia  pochyla  się  nad  talerzem,  żeby  ukryć  łzy,  cała  czerwona  ze  wstydu.  Horace  wydawał  się 

bliski furii.

background image

35

Na Boga, co będzie, gdy sir Walter umrze? Jeśli to ma być przykład postawy pana Selwooda, to 

wszystkich domowników czekały bardzo burzliwe czasy.

3

Wieczór  ciągnął  się  bez  końca.  Fanny  wysłała  Sylwię  do  łóżka  natychmiast,  gdy  kolacja  się 

skończyła, i przynajmniej raz córka usłuchała jej bez protestów. Reszta towarzystwa przeniosła się 

do  salonu  i  tam  toczyła  napuszoną  konwersację.  Wyłamał  się  tylko  Horace,  który  odwrócił  się 

plecami  do  kuzyna  i  zajął  studiowaniem  tomiku,  zatytułowanego  „Dykcjonarz  myśliwca,  czyli 

towarzysz dżentelmena w mieście i na wsi”. Dorothea nie mogła mieć o to do niego pretensji, sama 

miała ochotę postąpić podobnie.

Gdyby znała myśli kuzyna, wiedziałaby, że pożałował swoich słów skierowanych do Sylwii w tej 

samej chwili, w której je wypowiedział, więc gdy tylko uznał, że mu wypada, przeprosił obecnych, 

wymawiając się długą podróżą.

-  Naturalnie,  panie  Selwood  -  powiedziała  Fanny  z  typową  dla  siebie  życzliwością.  -

Zachowaliśmy się bardzo egoistycznie. Pan na pewno jest śmiertelnie zmęczony. Czy trafi pan do 

pokoju, czy może zadzwonić na Jacka, żeby pana zaprowadził?

- Dziękuję, chętnie skorzystam z pomocy. Muszę wyznać, że to miejsce przyprawia mnie o zawrót 

głowy.

- I koniecznie musi pan się napić brandy, panie Selwood - dodała Dorothea. - Każę przynieść panu 

karafkę do pokoju. - Nagle uprzytomniła sobie, że okna pokoju Veryana wychodzą na stajnie, a tej 

nocy mieli rozwozić do odbiorców towary ukryte w podziemnej skrytce. Lepiej byłoby więc, żeby 

kuzyn Selwood spał snem sprawiedliwego.

Znacznie  później,  już  około  północy,  Dorothea  owinęła  głowę  chustą  i  poszła  do  stajni.  Josh 

czekał na nią w siodłami. Siedział przy stole, przy którym zwykle czyścił uprzęże. Obok niego stała 

mała latarnia. Obracał w dłoniach skrawek papieru.

- Jak poszło, panno Theo? Dorothea skrzywiła się.

- Szykują się kłopoty.

- Kłopoty mamy tutaj - odrzekł Josh. Podał jej złożoną w pół karteczkę. „Tszeba wysłać panicza 

Horace’a  spowrotem  do  szkoły”.  Dorothea  uważnie  przyjrzała  się  wiadomości.  Napisano  ją 

drukowanymi  literami,  ale  trudno  było  dociec,  czy  dla  ukrycia  tożsamości  autora,  czy  z  czystej 

nieumiejętności zrobienia tego w inny sposób. Papier oddarto z ogłoszenia o licytacji wraku, która 

miała wkrótce się odbyć. Jeden taki afisz wisiał przed sklepem w Porthgavern.

- Jak ten liścik do nas trafił?

- Znalazłem go w stajni, kiedy wróciłem po walce kogutów. Ozzie i Joe nic o tym nie wiedzą. -

background image

36

Ozzie był stajennym, a Joe pomocnikiem ogrodnika. - Nikomu nie powiedziałem, co tu napisane.

Dorothea usiadła na odwróconej skrzyni i spróbowała zebrać myśli. Ogrodnikiem w majątku był 

Bill Kellow, wnuk gospodyni, i miał pomocnika Joego; Josh pilnował stajni i zajmował się walkami 

kogutów, a pomagał mu  młody Ozzie  Tregair.  W  domu  była pani Kellow,  dwie służące, Molly i 

Lucy, i Jack, który czyścił buty, nosił latarnię i wykonywał inne nieprzewidziane planem czynności.

- Myślisz, że to napisał ktoś z naszych? Josh niechętnie skinął głową.

- Czyli ktoś wie coś, czego my nie wiemy, ale nie chce nam tego powiedzieć. Może się boi? - List 

był z pewnością czymś więcej niż zachętą do nauki, uznała Dorothea. To było ostrzeżenie.

Josh zerknął na pudełko z mydłem do siodeł i zgrzebłami, ale nie odezwał się ani słowem.

-  To  ostrzeżenie  musi  mieć  związek  z  Bramem  Gunthorpe’em.  On  nigdy  nie  lubił  Horace’a, 

zresztą  muszę  przyznać,  że  Horace  nie  traktuje  go  uprzejmie.  Nie  zdziwiłabym  się,  gdyby  pan 

Gunthorpe chciał mu wyrządzić jakąś krzywdę... zawsze był mściwy - powiedziała Dorothea. - Ale 

co możemy w tej sytuacji zrobić?- Trudno było wysłać Horace’a do szkoły, gdy jego ojciec leżał na 

łożu śmierci.

Josh z zakłopotaną miną podrapał się za uchem.

- Czy powiemy o tym paniczowi?

- Nie wiem. Wolałabym nie mówić. Może wtedy zrobić coś głupiego ze zwykłej brawury, tak jak 

ostatnio. Ale powiem pani Kellow, niech ma oczy i uszy szeroko otwarte.

-  A  co  z  towarem,  panno  Theo?  Dalej  jest  w  skrytce.  Pani  ojciec  potrzebuje  pieniędzy,  żeby 

zapłacić panu Gunthorpe’owi. Niedobrze. Pożyczyłem na dziś wieczór kuce i muły, jak pani kazała. 

Czy mamy wszystko robić tak jak zwykle?

Dorothea skinęła głową. Kilkudziesięciu mułów i kuców na pewno nie udałoby się wynająć bez 

wiedzy  Gunthorpe’a.  Niektóre  zwierzęta  były  przecież  własnością  dzierżawców  z  jego  majątku. 

Jakakolwiek  zmiana  planów  tylko  wzbudziłaby  jego  podejrzenia  i  nasunęłaby  mu  myśl,  że  ktoś 

przekazał ostrzeżenie.

- Myślę, że póki ojciec żyje, raczej nic nam nie grozi. Zresztą pan Gunthorpe chce dostać swoje 

pieniądze.

- Zastanawiałem się, co robić, skoro przyjechał pan Selwood... - Josh energicznie skinął głową w 

stronę okna sypialni Veryana, które wychodziło na podwórze stajni.

-  Nasz  duchowny  przyjaciel  niczego  nie  usłyszy  -  zapewniła  go  Dorothea.  -  Dodałam  mu  parę 

kropel laudanum do brandy - wyjaśniła i uśmiechnęła się szeroko.

Josh także pozwolił sobie na kwaśny uśmiech.

- Wobec tego wszystko tak jak zwykle, panno Theo.

- Potrzebuję cię do pomocy, żeby zanieść pieniądze Danielowi. Przyszłam tylko po latarnię. Bądź 

w bibliotece za jakieś dwadzieścia minut.

background image

37

Josh zdjął z haka zapasową latarnię, zapalił ją i podał Dorothei. Ta przyglądała się, jak mężczyzna 

znika w ciemności, a potem wróciła do domu, chowając latarnię pod peleryną. Ukradkiem przeszła 

do  biblioteki,  a  wraz  z  nią  przesuwał  się  po  podłodze  mały  krążek  światła,  W  starym  domu 

panowała cisza, jeśli nie liczyć skrzypienia, które było słychać zawsze, i gonitwy myszy gdzieś za 

boazerią. Rodzina już położyła się do łóżek, pani Kellow natomiast zadbała o to, by służące były w 

pokoikach na strychu, a Jack w swojej klitce.

Znalazłszy  się  w  bibliotece,  Dorothea  zamknęła  za  sobą  drzwi  na  klucz  i  zapaliła  kilka  świec. 

Daniel Watson, kapitan „Marii”, musiał dostać zapłatę za towar. Niedaleko kominka był w ścianie 

sejf, ukryty za obrazem przedstawiającym dwa walczące koguty. Jego wnętrze kryło pięćset gwinei 

w złocie, starannie zapakowanych w woreczki po sto gwinei. Dorothea wyjęła pieniądze i zamknęła 

sejf. Potem wzięła księgę oprawną w czerwoną skórę, kluczykiem zdjętym z szyi otworzyła małą 

kłódkę i skrupulatnie zapisała transakcję. Pomyślała, że gdyby nie dług u Brama, rejs przyniósłby 

jej prawie siedemset funtów czystego zysku.

Tak jednak miała zaledwie czterysta funtów na sfinansowanie następnego rejsu. Ale jeśli stosunek 

pana  Selwooda  do  Sylwii  i  Horace’a  miał  pozostać  nie  zmieniony,  to  następne  rejsy  będą 

koniecznością.  Ciężar  utrzymania  młodych  FitzWalterów  spadnie  wtedy  na  nią,  a  tylko  w  ten 

sposób mogła podołać temu obciążeniu.

Na  górze w sypialni  Veryan stał przy oknie, ciasno  otulony szlafrokiem.  W  dzieciństwie często 

bywał chory, więc smak laudanum umiał poznać natychmiast, nawet w brandy. Nic dziwnego, że 

podlał  trunkiem  kwiaty  w  wazonie.  Ciekawe,  dlaczego  panna  Selwood  chciała  mnie  uśpić, 

pomyślał, przypominając sobie, że to ona z uśmiechem wręczyła mu karafkę.

Na  niebie  widać  było  tylko  skrawek  księżyca,  ale  noc  była  rozgwieżdżona,  więc  gdy  oczy 

Veryana  przyzwyczaiły  się  do  mroku,  widział  wszystko  całkiem  dobrze.  Najpierw  zauważył 

Dorotheę  wchodzącą  do  siodłami.  Potem  wyszła  stamtąd  z  latarnią  i  wróciła  do  domu.  Później 

zobaczył  mężczyznę  idącego  w  stronę  podjazdu.  Dwadzieścia  minut  później  ten  sam  mężczyzna 

wrócił i wszedł do domu. Veryan właśnie miał zejść na parter i zbadać, co się dzieje - chyba panna 

Selwood  nie  miała  schadzki  z  koniuszym?  -  gdy usłyszał głośne  skrzypnięcie  na  dole  i  zobaczył 

otuloną w pelerynę postać Dorothei, wyłaniającą  się z kuchennych drzwi.  Za nią szybko wyszedł 

Josh. Oboje nieśli coś ciężkiego i oddalili się podjazdem w stronę bramy.

Veryan czekał przy oknie jeszcze kwadrans, ale nic już się nie wydarzyło. Wciąż zaniepokojony, 

dobrze zamknął drzwi i położył się do łóżka. Niestety, zapomniał, że wcześniej położył okulary na 

stoliku przy łóżku. W ciemności potknął się, zrzucił je ze stolika i przez nieuwagę rozdeptał.

Rankiem następnego dnia w Quilquin House Bram siedział u szczytu stołu przy śniadaniu. Miał 

na  sobie  oliwkowy  szlafrok  z  cienkiego  kaszmiru  i  żółtobrązowe  bryczesy  z  bedfordzkiego 

background image

38

sztruksu.  Jego  matka,  ubrana  właściwie,  choć  niegustownie  w  suknię  pod  szyję  z  materiału  w 

fioletowe  kwiaty,  zajęła  miejsce  naprzeciwko.  Towarzyszyła  im  Isabel  w  białej  muślinowej 

sukience  na  ramiączkach  i  zwiewnym  szalu,  chroniącym  ramiona  przed  chłodem  poranka.  Jasne 

kręcone  włosy  miała  spięte  na  szczycie  głowy  w  klasyczny  węzeł,  a  wokół  twarzy  igrały 

poskręcane w pierścionki luźne pasemka. Dziewczyna była niebieskooka  jak brat, a jej małe usta 

przypominały  pączek  róży.  Spoglądała  zaniepokojona  na  Brama  z  nadzieją,  że  jest  w  dobrym 

humorze.

Posiłek dobiegał końca, ale panie nie śmiały się poruszyć, zanim on im na to nie pozwolił. Isabel 

pokroiła  jabłko  na  malutkie  kawałki,  większa  część  owocu  pozostała  jednak  na  talerzyku. 

Nerwowymi ruchami dziewczyna sączyła kawę z filiżanki.

- Kiedy przyjechał, bracie? - odważyła się w końcu spytać.

- Wczoraj wieczorem. - Na szczęście głos Brama brzmiał normalnie.

Isabel uznała przeto, że może zaryzykować i rozwinąć temat.

- Duchowny! Jestem pewna, że to się nie spodoba pannie Potter! I tak zwanym FitzWalterom też 

nie.

- Sądzę, że panna Potter wkrótce stąd wyjedzie. - Informator doniósł mu, że sir Veryan jest bardzo 

zasadniczy. I dobrze. Dzięki temu jego plan miał większe szansę powodzenia. Bram uśmiechnął się 

całkiem miło do siostry.

- Ciekawe, czy jest przystojny - dopytywała się Isabel.

- Na pewno zobaczysz go w niedzielę podczas nabożeństwa - odrzekł  i sięgnął po dwa orzechy 

laskowe  oraz  dziadka  do  orzechów.  Nagle  przemknęło  mu  przez  myśl,  że  gdyby  Selwoodowi 

spodobała się Isabel, to on, Bram, mógłby przy okazji załatwić swoje sprawy. Wprawdzie wiedział, 

że  wielu  duchownych  siedzi  po  uszy  w  przemycie,  podejrzewał  jednak,  że  cudzoziemiec, 

wykładowca z Oksfordu, będzie miał poważne obiekcje. Należało je podbudować.

Pan Selwood jako szwagier byłby niezwykle użyteczny: jeśli ma choć trochę rozumu, zajmie się 

swoimi sprawami i nie będzie przeszkadzał w przejmowaniu czarnego rynku w okolicy. Za to Bram 

dopilnowałby, żeby piwnica Selwooda zawsze była dobrze zaopatrzona i żeby Isabel nie zbywało 

na  francuskiej  koronce;  wtedy  małżonkom  byłoby  ze  sobą  dobrze.  Rozłupał  orzechy  i  podał 

jednego siostrze. Złośliwie przyglądał się, jak Isabel go zjada. Wiedział, że nie lubi orzechów. Pani 

Gunthorpe uśmiechnęła się nerwowo.

Isabel  mieszkałaby  z  mężem  w  Selwood  Priory,  a  Bram  byłby  troskliwym  bratem.  Dorothea, 

naturalnie, musiałaby się wynieść. Bram dokładnie pouczyłby siostrę w tej materii. Pannie Potter i 

Sylwii znalazłoby się jakiś domek na terenie majątku - Sylwię chciał mieć pod ręką, by tak rzecz 

nazwać. Co do Horace’a snuł naturalnie inne plany.

Rozległo się pukanie do drzwi; wszedł kamerdyner z listem na srebrnej tacy, i podał go Bramowi.

background image

39

Szanowny Panie Gunthorpe

Jeśli  bidzie  Pan  tak  dobry  i  przyjdzie  do  Selwood  Priory  dziś  rano  o  jedenastej,  to 

przygotuje dla Pana trzysta gwinei, które jest Panu winien mój ojciec.

Pańska

D. Selwood

Bram  przebiegł  wzrokiem  list,  zgniótł  karteczkę  i  cisnął  ją  w  ogień.  Sprawy  majątkowe,  jak 

zwykle, załatwiała Dorothea, co bardzo mu się nie podobało. Była konkretna i znała się na rzeczy. 

Zawsze towarzyszyła jej pani Kellow, niby jako przyzwoitka, ale przede wszystkim jako świadek. 

Poza tym, odbierając pieniądze, zawsze musiał podpisać kwit.

Przez chwilę bawił się myślą, że mógłby odmówić przyjścia, tłumacząc się nieodpowiednią porą. 

Ale  potrzebował  pieniędzy  i  był  pewien,  że  panna  Selwood  dobrze  o  tym  wie.  Zachowanie 

Dorothei  irytowało  go.  Zawsze  była  uprzedzająco  grzeczna,  lecz  jej  czarne  oczy  wyrażały  brak 

szacunku,  do  jakiego  Bram  nie  był  przyzwyczajony.  Kiedyś,  gdy  oboje  mieli  mniej  więcej 

szesnaście lat, próbował ją pocałować w kącie za drzwiami kościoła i wtedy ugryzła go w ucho tak 

mocno, że blizna pozostała mu na zawsze. Jej strata, powiedział sobie. Teraz nikt nie chciałby jej 

całować.

- Bram - odezwała się Isabel przymilnie. - Pojedziesz do Priory, prawda? Bo wiesz przecież, że 

pan Selwood nie może nas pierwszy odwiedzić.

- Zagięłaś na niego parol?  - spytał zgryźliwie Bram. Dziewczyna przygryzła wargę i już się nie 

odezwała.

- Pojadę jeszcze dzisiaj przed południem - powiedział Bram tak, jakby wyświadczał tym komuś 

przysługę. - Tak czy owak powinienem złożyć wyrazy uszanowania sir Walterowi.

-  Och,  mój  drogi,  jakim  jesteś  dobrym  bratem!  -  wykrzyknęła  pani  Gunthorpe.  Dopiero  co 

„pożyczyła” synowi dwadzieścia gwinei i bardzo się bała, że przegra również te pieniądze. Jej łzy 

nie robiły na nim żadnego wrażenia. Ale skoro sir Walter leżał na łożu śmierci, to przynajmniej w 

Priory nie będzie mowy o hazardzie.

Poprzedniej nocy wszystkie operacje przy bramie przebiegły bez zakłóceń. Muły i kuce rozeszły 

się  na  różne  strony,  a  uzyskane  pieniądze  złożono  w  stalowej  skrzyni,  którą  Josh  z  Danielem 

Watsonem  zanieśli  do  innego  schowka  Dorothei,  tym  razem  na  poddaszu.  Rejs  był  udany,  zysk 

wyniósł  prawie  siedemset  gwinei,  i  to  po  wypłaceniu  zarobku  pomocnikom.  Dorothea  gestem 

background image

40

zaprosiła Josha i Daniela, żeby usiedli. Potem przybliżyła latarnię do pieniędzy, starannie odliczyła 

trzysta gwinei, które ojciec był winien Bramowi Gunthorpe’owi, i włożyła całą kwotę do skórzanej 

torby.

Zawsze lubiła Daniela Watsona. Był pogodnym, krzepkim mężczyzną z ciemnymi oczami i orlim 

nosem Selwoodów. Jego matka była praczką w Priory jeszcze za życia lady Selwood. Mieszkała w 

małym  domku  niedaleko  ogrodnika.  Daniel  był  mniej  więcej  sześć  lat  starszy  od  Dorothei. 

Traktowała go jak ukochanego starszego brata, widywali się bowiem bardzo często. Pamiętała, jak 

robił dla niej zabawki - huśtawkę na jabłoni w sadzie albo bąka, gdy zdrowiała po wietrznej ospie.

Daniel  miał  więcej  szczęścia  niż  inni  Watsonowie,  ponieważ  jego  matkę  nawrócił  wędrowny 

kaznodzieja metodystów, który przy okazji nauczył chłopca czytać i pisać. Kaznodzieja wychwalał 

cnoty trzeźwości i samodzielności, a podopieczny wziął sobie te nauki do serca i w odróżnieniu od 

większości Kornwalijczyków rzadko pił alkohol, a w trudnych sytuacjach wykazywał się spokojem 

i pomysłowością.

-  Jak  poważne  są  uszkodzenia  „Marii”  po  salwach  straży  celnej?  -  spytała  Dorothea,  gdy 

zakończono podział pieniędzy.

Daniel wzruszył ramionami.

Trzeba naprawić kliwer, parę razy trafili nas w okolice dziobu, ale to nic poważnego, panno Theo. 

Postoimy trochę w Sutton Pool.

- Rozumiem, że mniej więcej za tydzień wypłyniecie znowu.

- Tak. Abel powie pani kiedy. - Urwał, a potem dodał: - Da mi pani znać o sir Walterze, panno 

Theo?

- Naturalnie. Josh tego dopilnuje. Obawiam się, że to już długo nie potrwa.

Daniel milczał; tylko na chwilę położył Dorothei rękę na ramieniu, po czym skinął głową Joshowi 

i wyszedł.

To  dziwne,  pomyślała,  jak  silne  są  więzy  rodzinne.  Ablowi  i  Danielowi  Watsonowi  ufała 

bezgranicznie; gdyby było trzeba, bez wahania oddałaby w ich ręce swe życie. Niestety, nie mogła 

powiedzieć  tego  samego  o  panu  Veryanie  Selwoodzie,  nieznośnym  przemądrzalcu.  Spojrzała  na 

Josha.

-  Cieszę  się,  ze  spłacę  Gunthorpe’a  -  powiedziała,  unosząc  ciężką  skórzaną  torbę,  zaraz  jednak 

skrzywiła usta. - Miej go na oku, Josh, dobrze? Zwróć uwagę, z kim u nas rozmawia. - Pamiętała, 

że Bram Gunthorpe lubi przy każdej nadarzającej się okazji podszczypywać służące, więc na czas 

jego wizyty pani Kellow musiała znaleźć pilne zajęcie dla Lucy i Molly.

- Naturalnie, panno Theo. Zajmę się tym. - Josh wziął torbę i opuścił poddasze. Dorothea wyszła 

za nim, na progu przekazał jej torbę, a ona zwróciła mu latarnię z siodłami, po czym wślizgnęła się 

z powrotem do domu.

background image

41

Na dworze panował chłód, w kuchni owionęło ją miłe ciepło. Ogień już wygasł, ale węgle wciąż 

jeszcze  się  żarzyły.  Czekała  na  nią  pani  Kellow.  Wcześniej  czuwała  przy  sir  Walterze,  teraz 

siedziała, drzemiąc, na  krześle  przy  ogniu,  otulona  dużym szalem  zarzuconym na  nocną  koszulę. 

Zimny powiew od drzwi zbudził gospodynię.

- O, panna Thea. Jakieś pół godziny temu ojcu się pogorszyło. Pytał o panią. Jest u niego panna 

Potter. Zaraz dam pani coś ciepłego do picia, widzę, że pani przemarzła.

Dorothea pokręciła głową.

- Pójdę  na  górę. - Szybko  zrelacjonowała pani  Kellow,  co zaszło,  wspominając o anonimowym 

ostrzeżeniu dotyczącym Horace’a.

- Na pewno chodzi o pana Gunthorpe’a - bez wahania powiedziała pani Kellow.

- Ja też tak myślę.

- Ta Molly - podjęła gospodyni, mając na myśli  służącą - to  płocha pannica, a Jack czasem ma 

więcej pieniędzy, niż jest w stanie zarobić. Niech się pani nie martwi, będę miała na nich oko.

Dorothea wzięła świecę i skórzaną torbę i poszła najpierw do biblioteki, żeby schować pieniądze 

do sejfu, a potem do pokoju ojca na górę.

Fanny,  blada  i  niespokojna,  siedziała  przy  łóżku.  Sir  Walter  leżał  nieruchomo  z  zamkniętymi 

oczami; rzęził przy każdym oddechu.

-  Zaczęło  się  tak  tuż  po  drugiej  -  szepnęła  Fanny.  -  Dałam  mu  pigułkę  kalomelową  i  zrobiłam 

okłady  z  gorczycy,  ale  obawiam  się,  że  jest  za  słaby  na  coś  więcej.  Czy  powinnam  mu  upuścić 

krwi? Bardzo się boję, że zrobię nie to, co trzeba. - Nerwowo splotła dłonie.

Dorothea zbadała ojcu puls; był słaby, ale wyczuwalny.

-  Biedna  Fanny  -  powiedziała.  -  Wyglądasz  na  bardzo  zmęczoną.  Powinnaś  się  położyć.  Weź 

trochę laudanum.

Fanny otarła oczy.

- Nie mogę siedzieć przy ciężko chorym - szepnęła. - Nie chodzi o to, że... po prostu nie mogę 

tego znieść.

Dorothea popatrzyła na ojca.

- On może udawać silniejszego, niż jest, ale, moim zdaniem, powinnyśmy być przygotowane na 

najgorsze. Pani Kellow potem mnie zmieni. Idź do łóżka, Fanny. - Cmoknęła kobietę w policzek i 

delikatnie wypchnęła z pokoju, a potem opadła na zwolnione przez nią krzesło.

Widocznie zmorzył ją sen, bo gdy się ocknęła, za oknami szarzał świt i miała całkiem ścierpniętą 

stopę. Było zimno. Ojciec spał, puls miał nieco wyraźniejszy. Krzywiąc się, roztarta stopę, a potem 

poszła rozpalić ogień. Hałas pogrzebacza, którym rozgarniała popiół, zbudził sir Waltera.

- Thea. - Jego głos był ledwie słyszalny.

- Jestem, ojcze.

background image

42

- Zapłacisz Gunthorpe’owi?

-  Tak,  ojcze.  Pieniądze  są  przygotowane,  a  on  ma  przyjść  dziś  przed  południem.  Nic  się  nie 

martw.

- Selwood... czy już tu jest?

- Tak, ojcze. Przyjechał wczoraj wieczorem. Nie pamiętasz?

Nastąpiła pauza.

- On nas nie lubi - odezwał się w końcu sir Walter. - Ale zrobi, co należy.

Dorothea zachowała spokój, aczkolwiek bardzo wątpiła w to, czy pojęcie pana Selwooda o tym, 

co należy zrobić, zgadza się z wyobrażeniem jej ojca. Na razie należało się spodziewać, że kuzyn 

wyrzuci z domu Fanny z dziećmi zaraz po pogrzebie.

Kiedy sir  Walter  znowu  zapadł  w  sen,  rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Tym  razem  wszedł  Josh; 

zerknął na umierającego i potrząsnął głową.

- Smutny czas, panno Theo - rzekł. - Służyłem u niego od małego chłopca, czterdzieści pięć lat. 

Niech pani teraz lepiej trochę pośpi. Później ma pani sprawę do załatwienia.

Dorothea  spojrzała  jeszcze  raz  na  ojca  i  wyszła  z  pokoju.  Znalazłszy  się  w  swojej  sypialni, 

strzepnęła z nóg pantofle, zdjęła sukienkę, ciężko opadła na łóżko i prawie natychmiast zasnęła.

Śniadanie  następnego  ranka  podano  wcześnie,  około  dziesiątej.  Zwykle  przebiegało  bardzo 

gwarnie, młodzi FitzWalterowie lubili się bowiem przekomarzać, tym razem jednak nawet oni byli 

bardzo wyciszeni. Horace prawie się nie odzywał, Sylwia nieustannie ocierała łzy wierzchem dłoni. 

Fanny była blada, lecz, jak zawsze, wszystkim życzliwa. Wyjaśniła sytuację Veryanowi.

- Biedna Dorothea siedziała przy nim prawie całą noc - zakończyła.

Nieprawda,  pomyślał  Veryan.  Nie  spał  dobrze.  Stare  bale  i  deski  skrzypiały,  a  poza  tym  miał 

wrażenie, że wciąż galopuje mu nad głową stado myszy. Raz po raz nerwowo zrywał się ze snu z 

wrażeniem, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Poza tym martwiły go stłuczone okulary. Wątpił, czy uda 

mu  się  je  naprawić choćby na  tyle,  by  móc  czytać,  co  dla  niego  zawsze  było  najważniejsze.  Nie 

miał też pojęcia, jak, u licha, poradzić sobie w towarzystwie.

Opowiedział o swoim kłopocie Fanny.

- Och, panie Selwood, co za pech! Tak mi przykro. Dzięki Bogu, że pan się nie pokaleczył. Ale 

chyba mamy gdzieś tutaj lorgnon po lady Selwood. Poszukam go dla pana, wtedy będzie pan mógł 

przynajmniej czytać. Tymczasem naleję panu kawy, dobrze? Chyba że woli pan herbaty?

- Poproszę kawy.

Otoczony  troskliwością  tej  kobiety,  Veryan  nie  mógł  się  złościć.  Samopoczucie  trochę  mu  się 

polepszyło.  Panna  Potter  z  pewnością  nie  miała  nic  wspólnego  z  dolewaniem  laudanum  do  jego 

brandy. Wkrótce skorzystał z jej propozycji pomocy i pozwolił, by nałożyła mu wędzonej ryby.

background image

43

- Owszem, widzę jedzenie, ale wydaje mi się dość zamazane - przyznał.

Dorothea weszła do jadalni mniej więcej o wpół do jedenastej, blada i posępna. Miała sine półkola 

pod oczami i bardzo zmęczoną twarz.

- Jak się ma sir Walter, moja droga? - spytała Fanny.

- Odpoczywa.  Po  śniadaniu  chciałby  zobaczyć  dzieci.  Ale  nie  ma  pośpiechu.  Tymczasem  Josh 

daje mu jeść. - Delikatnie poklepała Sylwię po ramieniu i zajęła miejsce przy stole.

- Dzień dobry, panie Selwood. Mam nadzieję, że spał pan dobrze. - Wydało jej się, że w kuzynie 

zaszła jakaś zmiana, ale była zbyt zmęczona, by się nad tym zastanawiać.

-  Nie  najlepiej  -  powiedział  chłodno  Veryan.  -  To  dziwne,  ale  około  pomocy  przeszkodziły  mi 

hałasy pod stajnią. Właśnie wtedy zbiłem okulary.

Dorothea  podniosła  głowę  i  ujrzała  dwoje  niebieskoszarych  oczu  patrzących  prosto  na  nią. 

Zmartwiała. A więc Veryan wiedział.

-  Czasem  źle  się  śpi  w  nowym  miejscu  -  powiedziała.  -  Pana,  panie  Selwood,  ojciec  również 

chciałby zobaczyć. Josh przyśle po pana, jeśli zgodzi się pan poczekać na stosowną chwilę. - Nie 

miała siły zainteresować się jego okularami.

Veryan skłonił głowę.

Josh miał go zaprowadzić do pokoju umierającego natychmiast, gdy ktoś zauważy nadchodzącego 

Brama Gunthorpe’a na podjeździe. Dorothea nie chciała, żeby kuzyn dowiedział się o długach sir 

Waltera ani o źródłach jego dochodów.

Śniadanie  dobiegło  końca  i  FitzWalterowie  wyszli  z  jadalni.  Fanny  zaproponowała  Veryanowi 

dolewkę kawy, a Dorothea rozgniotła w palcach kawałek grzanki. Nikt nic nie mówił. Wreszcie na 

schodach  rozległy  się  głosy  wracających  dzieci.  Fanny  wstała  i  wybąkawszy  słowa  przeprosin, 

wyszła.

-  To  chyba  nie  potrwa  już  długo  -  odezwała  się  w  końcu  Dorothea,  gdyż  Veryan  wydawał  się 

zdecydowany trwać w milczeniu. Nie zareagował, więc zaczerpnęła tchu i dodała: - Wiem, że kiedy 

ojciec umrze, to wszystko przejdzie na pańską własność. Być może zażąda pan, żebyśmy się stąd 

wyprowadzili. Chciałabym jednak dostać trochę czasu na uporządkowanie wszystkich spraw.

Veryan przewrócił oczami, mając nadzieję, że zobaczy coś ostrzej, a potem spojrzał na Dorotheę.

- Nie chciałem tego! W ogóle nie chciałem! I wcale nie chcę być tutaj. Dlaczego, u diabła, pani 

ojciec nie zalegalizował swojego związku z panną Potter?

- Z egoizmu - odparła Dorothea, nie mniej opryskliwie. - Nie chciał sobie przysparzać kłopotów.

Veryan zacisnął usta.

- Powinna pani mówić o ojcu z większym szacunkiem.

- Tak? Dlaczego?

Nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Miał pustkę w głowie. Sytuacja, w jakiej się znalazł, wydawała 

background image

44

mu się odrażająca pod każdym względem.

- Dama nie powinna... - zaczął. Nawet w jego uszach zabrzmiało to jednak fałszywie.

-  Och,  niech  pan  przestanie  tak  mędrkować!  -  krzyknęła  Dorothea.  -  Odkąd  skończyłam 

siedemnaście lat, staram  się, żeby mimo  trudnej  sytuacji wszystkim tutaj  było jak najlepiej.  I nie 

zamierzam nagle uciekać się do kłamstw i przemilczeń.

- Zasad moralności trzeba przestrzegać, panno Selwood. Dorothea westchnęła, bardzo zirytowana.

-  Trzeba  mówić  prawdę,  panie  Selwood.  A  prawda  jest  taka,  że  mój  ojciec  jest  niesłychanie 

samolubnym starcem. Z pewnością widzi pan, że panna Potter nie ma nic z rozwiązłej awanturnicy. 

Ojciec wykorzystał jej trudną sytuację po śmierci mojej matki. Nie zabezpieczył Horace’a i Sylwii, 

którzy niczemu nie są winni, a nas wszystkich pozbawił normalnego życia towarzyskiego, które w 

innych okolicznościach z pewnością byśmy prowadzili. Nie znajduję w tym nijakich powodów do 

okazywania  mu  szacunku.  -  Ojciec  uprawiał  hazard  i  uganiał  się  za  kobietami,  mogłaby  jeszcze 

dodać. Pan Selwood niechybnie przeżyłby głęboki wstrząs, gdyby się dowiedział, ilu „Watsonów” 

jest  w  okolicznych  wsiach.  Sir  Waltera  bawiło  wyróżnianie  nieprawych  potomków  tym 

nazwiskiem. Rozległo się pukanie i w drzwiach ukazał się Josh.

-  Sir  Walter  chciałby  teraz  zobaczyć  pana  Selwooda  -  powiedział.  Wymienił  spojrzenia  z 

Dorothea i dyskretnie skinął jej głową.

Veryan zmrużył oczy. Był pewien, że coś się dzieje za jego plecami. Ale co? Niemożliwe, żeby 

panna  Selwood  miała  romans  ze  stajennym.  Mimo  to  bez  wątpienia  była  poprzedniej  nocy  w 

stajniach.  Zdawało mu  się,  że  widzi  napięcie na  twarzy kuzynki. Wstała  i  podeszła  do okna. Ale 

Josh czekał przy otwartych drzwiach, więc Veryan nie miał innego wyjścia, jak ruszyć za nim po 

schodach na górę.

Ta kobieta prawdopodobnie kłamała poprzedniego wieczoru, jednakże co do jednego nie minęła 

się z prawdą ani o włos. Sir Walter rzeczywiście był umierający. Veryan zobaczył to natychmiast, 

gdy Josh wprowadził go do pokoju i zostawił ich samych.

- Siadaj. - Sir Walter mógł się już zdobyć tylko na szept. Veryan usiadł i wbił wzrok w swoje ręce. 

Umierający starzec zacisnął dłonie na kołdrze.

- Podjąłem decyzję. Nadajesz się. Tak. Wiem, że nas nie lubisz, ale się nadajesz. Chodzisz prostą 

drogą. Twój ojciec miał wielką gębę, ale był lawirant.

- Dziękuję. - Veryan nie mógł wymyślić, co jeszcze mógłby powiedzieć.

-  Wiem,  że  powinienem  był  się  ożenić  z  panną  Potter,  ale  nie  zrobiłem  tego  i  tak  zostanie. 

Dzieciaki są dobre, dopilnuj, żeby nie działa im się krzywda. - Zrobi to, pomyślał sir Walter. Nie 

podoba mu się to, ale spełni swój obowiązek.

Veryan milczał.

- Fawley jest moim doradcą, ale większością spraw zajmuje się Dorothea. Jeśli będziesz chciał się 

background image

45

czegoś dowiedzieć, pytaj Theę.

Młodszy mężczyzna zacisnął zęby. Co to, to nie.

- Możesz już iść - rzekł sir Walter.

Veryan  wstał.  Zastanawiał  się,  czy  nie  powinien  zaproponować  umierającemu  modlitwy,  ale  ta 

myśl zanadto go żenowała, by miał się nad nią zatrzymać.

-  Nie  potrzebuję  niczyich  modlitw  -  powiedział  domyślnie  sir  Walter.  -  Na  to  jest  o  wiele  za 

późno. A tobie się przyda, jeśli czasem zapomnisz o tym, że jesteś klechą. Zadzwoń na Josha i idź 

sobie. - Zamknął oczy.

Veryan skłonił głowę i opuścił pokój. Zszedł do salonu. Nikogo w nim nie było, ale w kominku 

palił  się  ogień.  Na  stole  leżał  „Times”  sprzed  ponad  tygodnia.  Stołek  w  pobliżu  krzesła  panny 

Potter zajmowało kilka numerów „La Belle Assemble”, a na półce stały trzy tomy „Eweliny, czyli 

historii  wejścia  młodej  damy  do  towarzystwa”.  Veryan,  który  był  obojętny  na  to,  co  je  i  jak  się 

ubiera, nie mógł pozostać obojętny wobec braku lektury.

Z  pewnością  muszą  być  w  tym  domu  jakieś  książki.  Czyż  panna  Potter  nie  wspomniała 

poprzedniego wieczoru o bibliotece? Postanowił rozejrzeć się za odpowiednim miejscem.

Właśnie otworzył drzwi  na korytarz, gdy z  przeciwnej strony doleciały go głosy. Otworzyły się 

inne  drzwi  i  ukazała  się  w  nich  panna  Selwood,  rozmawiająca  z  nie  znanym  mu  dżentelmenem. 

Była z nim sam na sam, bez przyzwoitki!

- Czy panna Sylwia jest w domu? - spytał dżentelmen. - Obiecałem jej przejażdżkę na Brandy.

- Moja siostra jest teraz zajęta - odparła bardzo zdecydowanie Dorothea.

Dżentelmen plasnął szpicrutą o wysoki but, wyrażając tym gestem irytację.

- Może wobec tego kiedy indziej.

Dorothea  nie  odpowiedziała,  więc  gość  obrócił  się  na  pięcie  i  zaczął  się  oddalać.  Jack,  który 

przycinał knoty świec w sieni, podszedł do drzwi, żeby otworzyć je przed wychodzącym. Veryan 

zauważył, że dżentelmen niesie dużą skórzaną torbę. Wyglądała tak, jakby zawierała pieniądze, i to 

niemałe.

- Dzięki Bogu, że już po wszystkim - powiedziała Dorothea do kogoś za jej plecami. - Gdzie jest 

Sylwia, pani Kellow?

- Niech się pani nie martwi. Jest ze swoją mamą w kancelarii przeora. - Pani Kellow wróciła do 

kuchni, a Dorothea znowu znikła w pokoju, z którego przed chwilą wyszła.

Więc  jednak  nie  była  bez  przyzwoitki,  pomyślał  Veryan,  nie  wiadomo  czemu  rozczarowany. 

Potem zaczął się zastanawiać, co się z nim dzieje. Czyżbym nie lubił kuzynki do tego stopnia, że 

jestem skłonny widzieć w niej wszystko co najgorsze? - pomyślał. Nigdy nie przypuszczał, by mógł 

być mściwym człowiekiem, i bardzo mu się nie podobał ten nowy obraz jego osoby.

Opuścił salon i przeszedł na drugą stronę korytarza. Drzwi pokoju wciąż były uchylone. Pchnął je 

background image

46

i zobaczył, że Dorothea krząta jakieś oprawne w skórę księgi. Gdy wszedł,  niespokojnie drgnęła, 

ale nie wyjaśniła mu, co robi.

- A więc tu jest biblioteka? - odezwał się Veryan, przejęty nieokreślonym poczuciem winy.

- Tak. Czy pan sobie czegoś życzy, panie Selwood? - Zobaczył Brama, pomyślała. Co mam mu 

powiedzieć? Zmierzyła go groźnym spojrzeniem.

Za  parę  godzin,  przemknęło  przez  głowę  Veryanowi,  ta  biblioteka  będzie  moja.  Mowy  nie  ma, 

żebym przepraszał, wchodząc do jednego z własnych pokoi.

- Książki.

- Książki? - Dorothea spojrzała na niego beznamiętnie.

- Tak. Lubię czytać, panno Selwood. Nie jestem przyzwyczajony do domu bez książek. Chciałem 

znaleźć  sobie jakąś  lekturę.  Panna  Potter  łaskawie  obiecała mi  pożyczyć  lorgnon lady Selwood... 

Chyba że pani ma coś przeciwko temu.

-  Skądże  -  pośpiesznie  odrzekła Dorothea. Wykonała  trudny do  zinterpretowania  gest.  -  To  jest 

księgozbiór mojego dziadka. Wątpię, czy ktoś zaglądał do tych książek przez ostatnie kilkadziesiąt 

lat.

Veryan  zerknął  na  półki,  wybrał  sobie  „Ody”  Pindara,  wyjął  książkę  i  otworzył.  Podniosła  się 

chmura kurzu, od której oboje zakasłali.

- Mojego dziadka również - stwierdził.

- Każę Molly porządnie odkurzyć te książki - powiedziała zawstydzona Dorothea.

- Nie! Nie! Sam to zrobię.

- Nie może pan! Od tego jest Molly.

- Na pewno nie - sprzeciwił  się Veryan. - Te  książki  wymagają  bardzo  ostrożnego traktowania. 

Oprawy miejscami się odklejają. Służąca może je delikatnie odkurzyć z wierzchu miotełką, ale ma 

ich nie dotykać.

Rozbawił Dorotheę; wreszcie zauważyła u niego pierwszy ludzki rys.

-  Nie  jesteśmy  rodziną  moli  książkowych  -  wyjaśniła.  -  Jeśli  mam  wolny  czas,  spędzam  go  na 

poddaszu, gdzie zajmuję się ziołami.

- Ziołami - rzekł Veryan z powątpiewaniem. Popatrzyli na siebie nieufnie.

Sir Walter umarł tej nocy w obecności Josha i córki. Pani Kellow i Dorothea przygotowały ciało 

do  pogrzebu,  cieśla  okrętowy  z  Porthgavern  -  jeszcze  jeden  Watson  -  wykonał  ładną  trumnę  z 

wiązowego  drewna  i  przez  kilka  następnych  dni  zwłoki  wystawiano  na  widok  publiczny,  by 

okoliczni mieszkańcy mogli przyjść i oddać ostatni hołd zmarłemu.

Dla Dorothei był to okres dziwnego spokoju. Większość czasu spędzała, siedząc przy zwłokach i 

rozmawiając,  o  dziwo  całkiem  pogodnie,  z  rozmaitymi  żałobnikami,  którzy  znali  sir  Waltera  od 

background image

47

niepamiętnych czasów.

Ze wsi przykuśtykała Tamsin Wright.

-  Więc  umarł  -  powiedziała,  zerkając  do  trumny,  jakby  chciała  przekonać  się  o  tym  na  własne 

oczy.  -  O,  jaki  on  był  żywotny  za  naszych  młodych  lat.  Biedaczyna.  To  nie  jest  zabawne,  kiedy 

człowiek robi się za stary, żeby trochę poswawolić. Masz może kropelkę brandy, kochana?

Dorothea podała jej kieliszek. Tamsin wychyliła go z widoczną rozkoszą.

- Mogłabym ci opowiedzieć różne historie, ale nie wypada, bo to przecież twój ojciec. - Oczy jej 

zalśniły, jak komuś wtajemniczonemu.

- Pewnie już wszystkie słyszałam - odparła Dorothea.

- Może tak, a może nie. Ja nie zmyślam. Ale gdzie to jest nasza mała panienka?

- Biedna Sylwia bardzo ciężko to znosi.

- To dobra dziewczynka. Chciała pomóc, żeby dach mi nie przeciekał.

- Wiem.  Mam nadzieję, że  pan Sel...  to znaczy sir  Veryan zajmie  się tym,  gdy już  uporządkuje 

wszystkie sprawy po pogrzebie.

- Słyszałam, że jest księdzem. Będą zmiany.

Dorothea westchnęła.

Pogrzeb  odbył  się  tydzień  po  śmierci  sir  Waltera  w  kościele  św.  Petroka  w  Egioscolom. 

Wieczorem  poprzedniego  dnia  proboszcz,  pan  Normanton,  uczcił  tę  okazję  wypiciem  dwóch 

butelek  brandy,  miał  więc  duże  kłopoty  z  odprawieniem  nabożeństwa.  Nie  było  w  tym  nic 

niezwykłego, o czym nowy pan Selwood Priory, sir Veryan, miał się dopiero przekonać.  Zebrało 

się  zadziwiająco  dużo  miejscowych  ludzi.  Sir  Thomas  z  lady  Shebbeare  i  inni  właściciele 

okolicznych majątków przesłali kondolencje, jedynie Bram Gunthorpe zjawił się osobiście. Horace, 

dyskretnie pilnowany przez Josha, towarzyszył Veryanowi.

Fanny,  Dorothea  i  Sylwia,  wszystkie  w  pośpiesznie  ufarbowanych  sukniach,  zostały  w  Priory, 

gdzie Fanny, z oczami czerwonymi od łez, odczytała w salonie modlitwy żałobnego nabożeństwa. 

Kobiety  nie  chodziły  na  pogrzeby,  co  Dorotheę  mocno  irytowało,  chciała  bowiem  mieć  oko  na 

Horace’a.

Dużą  część  miejscowych  stanowili  Watsonowie.  Niektórzy  podchodzili  do  Veryana,  ściskając 

czapki w dłoniach, a Horace kolejno ich przedstawiał.

-  Abel  Watson...  sir  Veryan.  Abel  jest  właścicielem  łodzi  rybackiej  i  razem  z  żoną  prowadzi 

sklepik  zaopatrujący  statki  w  Porthgavern.  -  Młodzieniec  zastanawiał  się,  czy  kuzyn  zdaje  sobie 

sprawę z tego, kim są ci wszyscy Watsonowie.

- Bardzo mi przykro z powodu sir Waltera - powiedział Abel. - To był prawdziwy dżentelmen. -

Jego ciemne oczy zmierzyły z aprobatą dziedzica, a potem jakby mrugnęły do Horace’a.

Przerwano im jednak.

background image

48

- Czy mogę się przedstawić, sir Veryan? Jestem Gunthorpe z Quilquin House, pański najbliższy 

sąsiad. - Bram skinieniem głowy odprawił Abla.

Veryan  wymienił  uścisk  dłoni  z  sąsiadem.  Wreszcie  dżentelmen  wśród  tego  pospólstwa, 

pomyślał. Mimo okazałej postury Gunthorpe miał zadziwiająco żwawe ruchy. Było w nim coś, co 

przelotnie przypomniało Veryanowi ojca, może aura brutalnej siły, którą potęgowała jeszcze blizna 

na lewym uchu, jakby kiedyś ugryzł go w nie pies. Pan Gunthorpe miał gładką wymowę, zamienił 

kilka przyjaznych zdań z Horace’em, bynajmniej tym nie zachwyconym, a potem ujął Veryana za 

ramię i odprowadził kilka kroków na bok.

-  Mam  nadzieję,  sir  Veryan,  że  wyświadczy  nam  pan  honor  i  odwiedzi  nas  w  Quilquin  House. 

Moja matka i siostra będą zachwycone, że mogą pana poznać.

Veryan  skłonił  się  i  wyraził  szczerą  ochotę  poznania  pani  i  panny  Gunthorpe,  a  tymczasem  w 

głowie złowrogo dźwięczały mu słowa sir Waltera o swatkach z całej Kornwalii. Nie miał Jednak 

wyjścia. Musiał przynajmniej raz złożyć grzecznościową wizytę.

Bram zniżył głos.

- Sytuacja jest trudna. Mama i moja siostra nie mogą przyjechać do Selwood Priory. Z pewnością 

rozumie pan przyczynę.

Veryan  miał,  o  dziwo,  mieszane  uczucia.  Jako  duchowny,  również  ubolewał  nad  obecnością 

kochanki i dzieci sir Waltera w Priory, lecz tydzień spędzony w obecności panny Potter znacznie 

osłabił jego moralne oburzenie.

- Zaiste - rzekł niejasno.

Bram zmarszczył czoło. Jeśli Selwood okaże się trudny...

Uśmiechnął się zimno.

-  Musi  pan  mieć  teraz  mnóstwo  obowiązków  -  powiedział.  -  Przez  najbliższy  tydzień  nie  będę 

pana  kłopotał  swoją  osobą.  Sprawy  sir  Waltera  zawsze  były  dość  zawikłane.  O  ile  wiem,  część 

Watsonów jest zamieszana w przemyt.

- Watsonowie? Przemyt?

- Mam nadzieję, że nie popełniłem niedyskrecji. Sir Walter lubił sobie pofiglować z miejscowymi 

kobietami. Oprócz naszego młodego przyjaciela - skinął głową ku Horace’owi, który rozmawiał z 

Ablem - miał wielu innych potomków. Dla żartu nazywał ich wszystkich Watsonami.

Veryan  zbladł.  Nagle  wszystko  zaczęło  mu  pasować:  zrozumiał,  skąd  się  wzięło  tyle  ciemnych 

oczu i surowych, wyrazistych twarzy na cmentarzu.

- Abel Watson jest...?

- Och, tak. Jeśli się nie mylę, jest najstarszy z nieślubnych latorośli sir Waltera. Zresztą przekona 

się pan, że w okolicy nazwisko Watson jest bardzo popularne. - Bram rozkoszował się konsternacją 

rozmówcy.

background image

49

- A przemyt?

- Prawie wszyscy tkwią w nim po uszy... bez wątpienia za wiedzą sir Waltera, a może nawet przy 

jego współudziale. Jestem miejscowym sędzią pokoju, więc wiem.

- Ależ... ależ to jest straszne. Nie miałem o tym pojęcia! Zapewniam, panie Gunthorpe, że zrobię 

wszystko, co w mojej mocy, by położyć temu kres. Przemyt! Aż trudno mi uwierzyć.

Bram słuchał tego z dużym zadowoleniem. Bez finansowego wsparcia sir Waltera przedsięwzięcie 

z  pewnością  straci  rozmach.  Horace  był  za  młody,  żeby  przejąć  dowodzenie,  a  Abel  nie  miał 

koniecznego  autorytetu.  Wystarczyło  dobrze  rozegrać  karty  i  wkrótce  udział  Selwoodów  w 

przemycie przejdzie do historii.

-  Podczas  przesłuchań  słyszę  niejedno  -  zakończył.  -  Będę  panu  przekazywał  wszystkie  ważne 

informacje. Może nawiążemy współpracę w tej sprawie?

- Byłbym bardzo zobowiązany - powiedział Veryan.

Zaraz  po  pogrzebie  Veryan  polecił  pani  Kellow  oprowadzić  się  dokładnie  po  całym  domu,  od 

góry do  dołu.  Poszedł  za  nią  na  strych,  wpełzł  z  notesem  w  dłoni  na  poddasze, by sprawdzić,  w 

jakim stanie są dach i rynny, a potem przeniósł się z oględzinami niżej. Wreszcie dotarł do piwnic, 

gdzie szeroko otworzył oczy na widok baryłek pełnych brandy i wina.

Doszedł  do  wniosku,  że  budynek  Priory  jest  bardzo  zaniedbany.  Gdy  tylko  wetknął  głowę  na 

strych, wywołał panikę tabunów myszy. W jednej części poddasza drewno było mokre i gniło, a w 

którejś z sypialni wykrył komiki. Należało również wymienić kilka ram okiennych.

- Robiliśmy, co w naszej mocy, sir Veryan - odezwała się skruszona pani Kellow - ale sir Walter 

nie pozwalał nic naprawić. Bywało, że Molly i Lucy musiały podstawiać kubły tam, gdzie ciekło! -

Gospodyni  miała  poważny  dylemat,  z  jednej  strony  chciała  bowiem  uwolnić  służbę  od  winy,  z 

drugiej dręczyły ją wyrzuty sumienia z powodu złego stanu domu.

- Ależ to wino i brandy w piwnicy muszą być warte kilkaset funtów - stwierdził Veryan.

- Tego nie wiem, sir - powiedziała pani Kellow. Prawdę mówiąc, Veryan nie widział wszystkich 

piwnicznych zapasów, gdyż poprzedniego wieczoru gospodyni wespół z Joshem i Dorotheą usunęli 

znaczną  ich  część  do  tajnej  skrytki,  do  której  wejście  znajdowało  się  pod  jednym  z  kamiennych

stopni. Wlot był wąski, lecz Joshowi  udało się stoczyć tam kilkadziesiąt  baryłek brandy i  kilka z 

ulubionym porto sir Waltera.

Następnego dnia Veryan poprosił Josha o oprowadzenie po terenie majątku. Obejrzeli więc stajnie 

i  inne  budynki  gospodarskie,  ogród  z  inspektami  i  cieplarnie.  Tu,  jak  Veryan  się  przekonał, 

gospodarowano znacznie lepiej. Powiedział o tym Joshowi.

- Sir Walter nigdy nie skąpił pieniędzy na konie - odrzekł Josh. - No, i lubił dobrze pojeść, dlatego 

w obejściu wszystko wygląda lepiej. To nie jest wina pani Kellow. Ani panny Thei. One robiły, co 

background image

50

mogły.

Veryan  parsknął  pod  nosem.  Bardzo  chętnie  przypisałby  ruinę  domu  niedbałości  kuzynki.  Nie 

przyszło mu do głowy, że gospodyni nie pierwszej młodości i trzy osoby służby nie wystarczają do 

utrzymania domu rozmiarów Selwood Priory, w którym było co najmniej dwadzieścia sypialni.

- Koguty trzeba będzie sprzedać - zadecydował. - Nie popieram takiego brutalnego sportu, jeśli w 

ogóle można nazwać to sportem. Kto mógłby je wziąć, jak sądzisz? Może Gunthorpe? Wydaje mi 

się bardzo przyzwoitym człowiekiem.

Josh raptownie zaczerpnął tchu. Paniczowi Horace’owi to się bardzo nie spodoba, pomyślał.

- Rozpylam się, panie. Za tę hodowlę można dostać dużą sumę, przynajmniej sto gwinei.

- Sto gwinei!

- Tak, sir. Mamy osiem kogutów i kilkadziesiąt kur.

-  Chciałbym  teraz  zobaczyć  stróżówkę  przy  bramie  -  powiedział  w  końcu  Veryan.  O,  Boże, 

pomyślał Josh.

- Musisz, panie, poprosić o to pannę Theę. Tylko ona ma klucz.

- Na pewno macie zapasowy - rzekł podejrzliwym tonem Veryan.

-  Nie,  panie.  Panna  Thea  hoduje  tam  rośliny  i  jest  bardzo  ostrożna.  Na  poddaszu  trzyma  dużo 

suszonych ziół i słoiczków z lekami. Mówi, że niektóre są niebezpieczne.

Niebezpieczne  czy  nie,  pomyślał  Veryan  z  uporem,  muszę  mieć  klucz  do  stróżówki,  wszystko 

jedno, czy się to podoba pannie Selwood, czy nie.

Dorothea przyglądała się temu wszystkiemu z coraz większą złością. Byłoby grzecznie ze strony 

kuzyna,  gdyby  spytał  ją  o  pozwolenie,  mimo  że  jako  nowy  właściciel,  naturalnie,  miał  prawo 

wchodzić wszędzie, gdzie mu się podoba. W każdym razie o nic jej nie spytał. Gdy Josh streścił jej 

rozmowę z nowym dziedzicem, nie wytrzymała.

-  Jak  on  śmie?!  -  krzyknęła. -  Codziennie  zamyka się  z  panem  Fawleyem  i  sprawdza  rachunki. 

Wiem, bo pan Fawley wszystko mi mówi. Biedny człowiek, wciąż mu powtarza, żeby zwrócił się 

do  mnie,  ale  on,  rzecz  jasna, tego  nie  zrobi.  A  nie  może  zrozumieć,  dlaczego dom  jest  w  ruinie, 

naprawy nie zrobione, za to ojciec miał wydatki trzy- albo i czterokrotnie większe niż dochody. Ha! 

Gdyby się dowiedział prawdy!

-  Ale  on  ma  prawo  wiedzieć,  panno  Theo.  To  jest  teraz  jego  majątek.  -  Josh  wiedział,  że  pani 

Kellow już do pewnego stopnia pogodziła się ze zmianą; przynajmniej długo odwlekane naprawy 

wreszcie miały być wykonane. Sir Veryan kazał wymienić uszkodzone rynny, a Molly, Lucy i kilka 

innych dziewcząt  z  Porthgavern uwijały się jak w ukropie od świtu  do zmierzchu ze  szczotkami, 

szmatami i miotełkami do kurzu.

- A teraz chce mi zabrać moje poddasze! - krzyknęła Dorothea, ocierając łzę, która popłynęła jej 

ze  złości.  Poddasze  było  jej  azylem.  Tam  właśnie  skryła  się  po  śmierci  matki  i  tam  próbowała 

background image

51

godzić się z ograniczeniami swojego życia, tam wreszcie starała się nauczyć jak najwięcej o ziołach 

i lekach, i w ten sposób uczynić znośną przyszłość, która rysowała się w bardzo ciemnych barwach.

- On wcale nie mówił, że chciałby zająć to poddasze - sprostował Josh.

- Ha! - odrzekła Dorothea, bynajmniej nie przekonana.

4

Quilquin  House  zbudował  w  osiemnastym  stuleciu  dziadek  Brama.  W  odróżnieniu  od  Selwood 

Priory,  był  to  harmonijny,  regularnie  zaprojektowany  dom  z  klasycznym  portykiem  i 

symetrycznymi  skrzydłami.  Wnętrze  było  urządzone  nowocześnie  i  komfortowo,  ozdobione 

starannie  i  ze  smakiem.  Nie  było  tutaj  tapiserii  przypominających  lata  dawnej  świetności,  lecz 

jedynie widoki starorzymskich ruin, przywiezione przez dziadka Brama z wojaży po Europie, oraz 

kilka rodzinnych portretów, z których jeden przedstawiał głupio uśmiechniętą panią Gunthorpe w 

roli Perdity z wdzięczną i gustowną owieczką.

Dopiero kilka tygodni po pogrzebie, w początkach kwietnia, Veryan wybrał się z obiecaną wizytą 

do sąsiadów. Prawdę mówiąc, mógł jechać tam wcześniej, lecz coś go przed tym powstrzymywało. 

Kobiety, jak często mawiała mu matka, mają wrażliwą naturę, której zwykły mężczyzna nie może 

zrozumieć.  To  w  zestawieniu  z  faktem,  iż  w  jego  życiu  w  zasadzie  nie  było  dotąd  kobiet  -  z 

wyjątkiem Matty - natchnęło go niejasnym przeczuciem, że są one istotami z innego świata, którym 

jego  obecność  zawsze  będzie  tylko  szarpać  nerwy,  lepiej  więc  ich  unikać.  Jednakże  nie  mógł 

odwlekać  grzecznościowej  wizyty  w  nieskończoność  i  w  końcu  musiał  spełnić  towarzyski 

obowiązek.

Drzwi  Quilquin  House  otworzyła  przed  nim  wyjątkowo  brzydka  służąca.  Gunthorpe  dobrze 

zrobił,  że  ją  przyjął,  pomyślał  z  uznaniem  Veryan.  Biedaczka  miała  okropne  blizny  po  ospie, 

brakowało  jej  też  kilku  zębów.  Veryan,  ku  swemu  zaskoczeniu,  uświadomił  sobie,  że  obecność 

Molly i Lucy w Priory nawet sprawia mu przyjemność. Jego służące miały czerstwe, młode twarze i 

ładne rysy; podobało mu  się też, jak dygają, ilekroć mówi im „dzień dobry”. Brzydula wzięła od 

niego bilet wizytowy, zaprowadziła do saloniku na parterze i poszła po kamerdynera.

Na górze, w błękitnym salonie, ozdobionym eleganckim gzymsem i misterną rozetą na suficie, z 

której zwieszał się żyrandol z weneckiego szkła, zapanowało nagle niezwykłe ożywienie. W chwili 

gdy  wszedł  kamerdyner  z  biletem  wizytowym,  pani  Gunthorpe  czytała  „Kazania”  Fordyce’a,  a 

Isabel przyozdabiała czepek.

- Nareszcie! - zawołała pani Gunthorpe. - Wprowadź sir Veryana, Wadę.

Isabel cisnęła czepek na parapet, podbiegła do lustra i zaczęła gorączkowo poprawiać fryzurę.

- Nie śpieszyło mu się - powiedziała ze złością. - Jak wyglądam, mamo?

background image

52

-  Jak  dama,  kochanie  -  pochwaliła  ją  pani  Gunthorpe. -  Jestem  pewna,  że  wizyta  u  nas  mile 

urozmaici mu zamęt panujący w Priory.

Wnet obie panie usiadły po dwóch stronach kominka. Pani Gunthorpe, wyprostowana jak struna, 

powróciła  do  lektury  „Kazań”,  Isabel  wzięła  do  ręki  szycie,  zapomniane  dotąd  w  koszyczku,  i 

starała się przybrać wdzięczny wygląd zapracowanej istoty.

Gdy kamerdyner oznajmił: „Sir Veryan”, proszę pani, nastąpiło kilka sekund bezruchu, żeby gość 

mógł docenić widok przykładnej bogobojności, po czym obie panie wstały.

- Sir Veryan, jakże się cieszę z tych odwiedzin. Wadę, powiadom pana Gunthorpe’a o przybyciu 

sir Veryana. Sir, proszę pozwolić, że przedstawię moją córkę.

Isabel wystąpiła naprzód i dygnęła. Niecierpliwie czekała na tę chwilę ponad tydzień i przez ten 

czas bardzo pieczołowicie dobierała stroje. Tego dnia jasne włosy miała niewinnie upięte i była w 

skromnej, niebieskoszarej sukni z jedwabiu, która pięknie pasowała do koloru jej oczu.

Zmierzyła  gościa  oceniającym  spojrzeniem.  Naturalnie,  nosił  żałobę.  Pomyślała  jednak,  że  w 

czerni jest mu do twarzy. Włosy miał nieco dłuższe, niż wypadało, i choć wyglądał jak dżentelmen, 

to - ku rozczarowaniu dziewczyny - nie schlebiał ostatniej modzie.

Mimo  to  uśmiechnęła  się  do  gościa  z  wdziękiem  i  bąknęła  kilka  miłych  słówek.  Ponieważ 

kawalerów było w okolicy niewielu, nie można było zanadto grymasić.

Veryan nie miał jednak okularów na nosie, więc nie dość że stracił żywy obraz, który specjalnie 

dla niego przygotowały Panie, to jeszcze potknął się o stołeczek. Isabel przygryzła wargę, żeby nie 

uśmiechnąć  się  zbyt  ostentacyjnie.  Pani  Gunthorpe  spojrzała  na  nią,  groźnie  marszcząc  czoło,  i 

pośpiesznie wskazała gościowi miejsce.

- Bardzo przepraszam za niezręczność. - Veryan zerknął w dół, chcąc wykryć inne pułapki. - Czy 

przypadkiem nie próbuję usiąść na czymś niestosownym? - Isabel błyskawicznie usunęła koszyczek 

z szyciem.

Veryan ostrożnie usiadł. Powinien był pamiętać, że w salonach pań zawsze jest pełno drobiazgów. 

Ospowata służąca przyniosła wino. Za nią wszedł Bram; uścisnął gościowi dłoń i złośliwie mrugnął 

do siostry.

- Mam nadzieję, że sprawy w Priory powoli zmierzają w dobrą stronę - zaczął. - Na pewno pan 

rozumie,  że  naprawa  dachu,  którą  pan  zlecił,  budzi  olbrzymie  zainteresowanie  w  okolicy.  Tego 

dachu  nie  tykano  chyba  od  czasów  przeora  Gilberta.  Ale,  ale  powinienem  był  najpierw  spytać  o 

zdrowie panny Selwood. Jakże znosi śmierć ojca?

- Biedna Dorothea - wtrąciła się Isabel, choć doskonale było słychać brak szczerości w jej słowach 

- Współczuję jej. Co ona teraz zrobi?

-  Gdy  tylko  sir  Veryan  uporządkuje  sprawę  tej  panny  Potter  i  jej  dzieciaków,  Dorothea  może 

rozpocząć życie damy - powiedziała surowo jej matka.

background image

53

Bram  zerknął  ponuro  na  swój  kielich  z  winem  i  zaczął  ze  zniecierpliwieniem  stukać  stopą  o 

podłogę. Nie był to dobry znak, więc Isabel przesłała matce bardzo zaniepokojone spojrzenie.

Pani Gunthorpe nie zauważyła tego i ciągnęła:

- Sir, gdy tylko się dowiem, że ta panna Potter wyniosła się z Priory razem z dziećmi, złożę panu 

wizytę  w  towarzystwie  córki.  Inni,  choćby  Shebbeare’owie,  też  będą  chcieli  zawrzeć  znajomość. 

Czuję  się  w  obowiązku  roztoczyć  opiekę  nad  panną  Selwood.  Biedaczka  ma  takie  stroje  i  takie 

włosy... co za niefortunny odcień. - Uśmiechnęła się czule do córki, której jasne loki przynajmniej 

pasowały do niebieskich oczu. - W niedzielę, kiedy widziałam ją w kościele, wydawała się całkiem 

rozbita. Isabel przyglądała się gościowi.

- Niedawno straciła ojca, mamo. Ma prawo źle wyglądać w takiej chwili.

Veryan  upił  nieco  wina.  Czuł  się  trochę  jak  pod  oblężeniem.  Uznał,  że  pannie  Gunthorpe  nie 

można  niczego  zarzucić,  przynajmniej  miała  dobre  serce,  ale  matka  przejawia  cechy  sekutnicy. 

Stanowczo  nie chciał dać  jej okazji  do składania wizyt w Priory o każdej  porze dnia i  nocy. Ale 

jeśli nawet zaczął wykazywać zaczątki zrozumienia dla punktu widzenia sir Waltera, to szybko się 

z tego otrząsnął.

Bram zmrużył oczy. Doceniał wysiłki siostry, by zrobić wrażenie na Selwoodzie, ale on też miał 

swoje plany i nie było w nich miejsca na usunięcie Sylwii poza jego zasięg.

- Czy rozważał pan możliwość osadzenia panny Potter w Pine Cottage, panie Selwood?

- W Pine Cottage? Nie, a gdzie to jest?

-  Około  mili  od  Priory.  Na  pewno  mijał  pan  to  miejsce,  jadąc  do  nas.  Tam  mogłoby  im  być 

całkiem wygodnie. Domek jest w sam raz dla nich i przyzwoicie wygląda. - No i jest niecałe pół 

mili od Quilquin House.

Pani  Gunthorpe pociągnęła nosem. Nie podobało jej się, że  panna Potter mogłaby się znaleźć  o 

milę bliżej Quilquin House. Isabel przesłała zawiedzione spojrzenie bratu, a ten uśmiechał się pod 

nosem.

Usta Veryana wykrzywił grymas uporu. Widział co prawda mieszkańców Quilquin House jak za 

mgłą, rozumiał jednak, że próbują nim manipulować. Znów odniósł wrażenie, że jest jakiś sekret, 

do którego miejscowi nie chcą go dopuścić. A może jednak się mylił, może Gunthorpe po prostu 

chciał być uprzejmy. Jaki inny motyw mógłby nim kierować? Przecież był w Selwood Priory i na 

pewno wiedział, że biedna panna Potter nie jest Dalilą.

- Najlepiej dla panny Potter byłoby, gdyby wyjechała z tej okolicy - oświadczyła z przekonaniem 

pani Gunthorpe. - Sir Veryan z pewnością nie chce tolerować takiego nieposzanowania moralności 

pod  swoim  dachem!  Nie  mogę  narażać  córki  na  spotkanie  tej  kobiety  prawie  na  naszym  progu. 

Horace  jest  w  lepszej  sytuacji.  Zawsze  można  mu  znaleźć  urzędniczą  posadę.  Dziewczynka  zaś 

powinna przynajmniej na rok wyjechać do szkoły. Wiem o kilku dobroczynnych zakładach, które 

background image

54

by  się  nadawały.  A  w  odpowiednim  czasie  można  wystarać  się  dla  niej  o  uczciwą  posadę,  na 

przykład guwernantki w dobrym chrześcijańskim domu.

- Biedna Sylwia - mruknął Bram. - Co za los.

-  A  co  innego  może  ją  czekać?  -  spytała  ostro  Isabel.  Bram  wyciągnął  rękę  i  z  całej  siły 

uszczypnął siostrę w ramię.

- Pilnuj swojego nosa, siostrzyczko - szepnął, a głośno powiedział: - Doprawdy, co innego?

Kwiecień miał się ku końcowi i wiosna wreszcie zagościła w Selwood Priory na dobre. Głogowe 

żywopłoty  kwitły;  Dorothea  suszyła  prymulki  na  dobry,  łagodny  napar  uspokajający  bezsenność, 

który często stosowała. Zwłaszcza Fanny bardzo lubiła pić napar z prymulek. Po południu Dorothea 

przyglądała  się  z  okna  poddasza,  jak  Veryan  wyjeżdża  do  Quilquin  House.  Wziął  kasztana  sir 

Waltera  i  -  ku  jej  zaskoczeniu  -  okazało  się,  że  całkiem  zręcznie  trzyma  się  w  siodle.  Na  koniu 

siedział wyprostowany, a bez okularów był dużo bardziej przystojny. Od dnia śmierci sir Waltera 

prawie  co  dzień  objeżdżał  konno  majątek,  a  fizyczny  wysiłek  wpływał  nań  wyraźnie  dobrze.  Na 

jego chudych policzkach pojawiły się rumieńce, przestał też dziobać jedzenie jak ptaszek.

Dorothea zmarszczyła czoło nad nową tacą z sadzonkami. Tym razem były to portulaka i cząber, 

które wymagały bardzo troskliwej opieki. Nie sądziła, że kuzyn tak przejmie się obowiązkami pana, 

ale Josh  doniósł jej, że Veryan zatrudnił Ozziego jako przewodnika i stopniowo zaznajamia się z 

wszystkimi dzierżawcami, a także uczy się rozkładu pól i pastwisk.

Gdy był w domu, większość czasu poświęcał sprawdzaniu rachunków, i to najbardziej martwiło 

Dorotheę. Kiedyś musiał wszak dociec, że bilans dochodów i wydatków się nie zeruje. Owszem, w 

księgach uczciwie wpisywano wysokości rent dzierżawnych, udziały sir Waltera, a także wydatki. 

Ale jedno nie pasowało do drugiego. Wydatki jej ojca znacznie przewyższały dochody. Rachunki 

miały  sens  tylko  wtedy,  gdy  uwzględniało  się  zawartość  oprawnej  w  czerwoną  skórę  księgi,  w 

której  spisywano  wszystko,  co  miało  związek  z  „Marią”:  kredyty  i  należności,  które  dotyczyły 

niemal wszystkich rodzin we wschodniej Kornwalii.

Ale  czerwoną  księgę  Dorothea  ukryła.  „Maria”  należy  tylko  do  mnie,  powiedziała  sobie 

stanowczo. Sir Veryana okręt nic nie obchodzi.

Dobrze  wiedziała,  że  Kornwalia  jest  bardzo  biedną  krainą,  toteż  dla  miejscowych  przemyt  był 

rzemiosłem jak każde inne. Rybołówstwem zajmowano się tu tylko w określonych porach roku, a 

dochody z niego były w najlepszym razie nieregularne. Na terenie Selwood Priory nie było kopalni, 

które  stanowiłyby  zaplecze  rybołówstwa  i  dawały  miejsca  pracy.  W  dodatku  metody  upraw  i 

hodowli pozostawały o pół wieku w tyle.

Przez wiele lat Dorothea namawiała ojca na inwestowanie w nowe techniki rolnicze. Można było 

wprowadzić  siewniki,  płodozmian  i  nawożenie  wodorostami  lub  choćby  drobnymi  rybami, 

background image

55

nieprzydatnymi  do  niczego  innego,  ale  ojca  to  nie  interesowało.  Rozsądne,  długoterminowe 

inwestycje nigdy nie były w jego stylu. Sir Walter uwielbiał emocje przemytu i stawiał na szybkie 

zyski.

Dorothea musiała przyznać, że kuzyn nie jest pozbawiony rozsądku. Będzie musiał więc, prędzej 

czy później, odkryć niezgodności w rachunkach. Porthgavern było biedne, ale bez przemytu byłoby 

dalece  biedniejsze.  Nie  dalej  jak  trzy  lata  temu  jej  ojciec  wybudował  tam  kamienny  portowy 

falochron;  kamienie  starannie  ociosano,  wyryto  też  na  nich  inskrypcję  upamiętniającą  fundatora. 

Uwielbiał  takie  gesty.  Ale  sir  Veryan  mógł  się  zacząć  zastanawiać,  w  jaki  sposób  zdobyto  na  to 

pieniądze.

I co zrobi, gdy dowie się prawdy?

Dorothea  tak  przejęła  się  tym  zmartwieniem,  że  podlawszy  sadzonki,  opuściła  poddasze.  Sir 

Veryan był  w  Quilquin  House i  nie  groziło  jej, że  się na niego  natknie,  postanowiła więc  złożyć 

wizytę jednemu z rolników dzierżawiących ziemię, Michaelowi Crossowi, który mieszkał z żoną w 

granicach  Selwood  Priory.  Wiedziała,  że  Michael  zawsze  pomaga  przemytnikom,  toteż  chciała 

sprawdzić, czy nie wie, jak sir Veryan reaguje na to, czego powoli się dowiaduje.

Gospodarstwo  Crossów  leżało  zaledwie  milę  od  Priory.  Składało  się  na  nie  dwadzieścia  pięć 

akrów  ziemi;  Michael  siał  na  nich  jęczmień.  Miał  też  kilka  krów  i  owce.  Nieduże,  lecz  mocne 

krowy  rasy  kornwalijskiej  były  przyzwyczajone  do  wypasu  na  jałowych  gruntach.  Ale  tak  czy 

owak,  pomyślała  nie  pierwszy  raz  Dorothea,  długoterminowe  inwestycje  użyźniłyby  grunty,  a 

wtedy rolnik mógłby hodować czerwone krowy devońskie, większe i dające więcej mleka.

- W  dłuższym  okresie to  przyniosłoby  ci zyski - tłumaczyła ojcu. - Jeśli dzierżawcy zwiększają 

swój  dochód,  to  możesz  odpowiednio  podnieść  rentę  dzierżawną.  Wtedy  wszyscy  mają  z  tego 

pożytek.

Ojciec nie miał jednak cierpliwości do wysłuchiwania takich pomysłów. Inwestycje oznaczałyby 

zwiększone wydatki, a on znał bardziej emocjonujące sposoby wydawania pieniędzy. Podobało mu 

się  powszechne  uznanie,  jakie  wzbudził  budową  nowego  falochronu,  do  mniej  efektownych 

udoskonaleń  nie  miał  jednak  serca.  Owszem,  córka  prowadziła  majątek  bardzo  sprawnie,  była 

jednak tylko kobietą. Co ona mogła o tym wszystkim wiedzieć?

Crossowie mieszkali w długiej, niskiej chacie, zbudowanej z gliny i trzciny. Zajmowali jeden jej 

koniec,  drugi  zaś  był  przeznaczony  dla  świń.  Gdy  Dorothea  weszła  na  podwórze,  obszczekał  ją 

pies, a kilka kur chodziło dookoła i wydziobywało ziarna.

Pani  Cross,  chuda,  żylasta  kobieta  z  siwiejącymi  ciemnymi  włosami,  zebranymi  w  schludny 

koczek, wyszła na próg.

- O, panna Thea! Proszę wejść. Michael pojechał na targ do Bodmin. Będzie żałował, że go nie 

było.

background image

56

Pani Cross była chorowita i drażliwa i od dawna skarżyła się na chore nerwy, których Dorothea 

nijak  nie  mogła  uspokoić.  Mówiono,  że  zżera  ją  zawiść  z  powodu  Abla  Watsona,  przyrodniego 

brata  Michaela,  któremu,  jej  zdaniem,  sir  Walter  pomógł  w  życiu,  podczas  gdy  ich,  uczciwie

żyjących ludzi, zostawił na łasce losu.

Mimo to pani Cross lubiła Dorotheę, natychmiast więc nalała jej herbaty - naturalnie z przemytu -

i usiadła, żeby poplotkować.

-  Wczoraj  był  tu  sir  Veryan  -  zaczęła.  Najwyraźniej  umierała  z  chęci  zrelacjonowania  wizyty, 

choć nie była pewna, na jak wiele może sobie pozwolić.

- Wiem - odrzekła Dorothea, zdecydowawszy, że najlepiej będzie poprowadzić szczerą rozmowę. 

- Ale muszę przyznać, że trochę się niepokoję, pani Cross. Sir Veryan nie wie o wolnym handlu i... 

- Urwała.

-  Och,  panno  Theo,  mój  Michael  się  zamartwia.  Sir  Veryan  zaczął  od  tego,  że  słyszał  okropne 

historie o przemycie w okolicy i chce z tym raz na zawsze skończyć.

Dorothea przygryzła wargę. To do niego podobne, pomyślała.

- Mają to robić razem z panem Gunthorpe’em. Chciałam, żeby mój Michael powiedział mu prosto 

z mostu, że pan Gunthorpe to ladaco, ale ten kiep zapomniał języka w gębie. Potem tłumaczył się, 

że nie chce być w niezgodzie z nowym panem, ale mnie się widzi, że ten sir Veryan jest zielony jak 

wiosenna trawa. Proszę wybaczyć mi szczerość, panno Theo, ale on nie wie, co wszyscy gadają o 

panu Gunthorpe, więc ktoś powinien mu to powiedzieć. Jak na obcego, to wcale nie jest zły i ma 

serce na swoim miejscu.

Dorothea poklepała panią Cross dla dodania jej otuchy. Niestety, pomyślała, nie mogę mu o tym 

powiedzieć. Nie ulegało wątpliwości, że sir Veryan jest nastawiony do niej bardzo nieprzychylnie. 

Pan  Fawley  podobno  nieraz  zachęcał  sir  Veryana  do  zasięgnięcia  u  niej  języka  w  sprawach 

majątku, ale jak dotąd nowy dziedzic tego nie zrobił, a Dorothei duma nie pozwalała udzielać rad, 

gdy nikt jej o to nie prosi.

W  pani  Cross  coś  pękło;  raz  zacząwszy  wylewać  z  siebie  żale,  nie  mogła  skończyć.  Ocierając 

fartuchem kąciki oczu, jęknęła żałośnie:

- Och, panno Theo, jak ja się martwię o mojego Michaela. Taki jest nieswój, odkąd przed Bożym 

Narodzeniem zatrzymali go ze ślepą latarnią.

-  Przecież  zwolniono  go  i  nie  postawiono  mu  żadnego  zarzutu.  -  Dorothea  była  wyraźnie 

zdziwiona.  -  Mój  ojciec  i  tak  wydostałby  go  z  kłopotów,  ale  nie  było  potrzeby.  Pamiętam,  że 

rozmawiał  z  nim  na  ten  temat.  -  Uczestnictwo  w  przemycie  zawsze  niosło  ze  sobą 

niebezpieczeństwo  kary.  Ślepych  latami,  osłoniętych  w  ten  sposób,  by  rzucały  światło  tylko  w 

jedną stronę, często używano do dawania sygnałów statkom na morzu, władze traktowały je więc 

jak  wysoce  podejrzane  sprzęty.  -  Żaden  kornwalijski  sąd  nie  skazałby  człowieka  za  przemyt  na 

background image

57

podstawie samych tylko podejrzeń.

- Wiem, panno Theo. Ale on od tej pory zmienił się nie do poznania.

-  Spróbuję  pomóc,  jeśli  tylko  będę  umiała,  pani  Cross  -  obiecała  Dorothea.  -  Ale  nie  mam  już 

takich możliwości jak kiedyś. Tymczasem mogę tylko ofiarować pani mały prezent, który na pewno 

sprawi pani przyjemność. - Podała pani Cross pakiecik i postanowiła dosłać potem jeszcze flakonik 

kropli z prymulki.

- Och, tabaka! - ucieszyła się pani Cross i oczy jej pojaśniały. - Tytoniu nie lubię, bo śmierdzi, ale 

zażyć tabaki to zupełnie co innego!

Wracając  do  domu  po  wyskubanych  przez  owce  pastwiskach,  Dorothea  analizowała  sytuację. 

Pani  Cross  potwierdziła  jej  podejrzenia,  Bram  istotnie  próbował  za  pośrednictwem  sir  Veryana 

ukrócić  udział  Selwoodów  w  przemycie,  żeby  zająć  ich  miejsce.  Jeśli  miał  szpiega  w  Selwood 

Priory, to dość łatwo mógł się dowiedzieć, kiedy nadejdzie następny transport, a wtedy wystarczyło 

przyzwać  władzę.  Ojciec  Dorothei  zawsze  stanowczo  twierdził,  że  nie  wpuści  stróżów  prawa  na 

swoją ziemię, ale sir Veryan bez wątpienia powitałby ich z otwartymi rękami. „Marię” zatrzymano 

by i porąbano na kawałki, towar sprzedano, a skutkiem tego wszystkiego byłaby rozpacz biedaków, 

zwłaszcza  tych  z  Porthgavern.  Dorothea  aż  bała  się  pomyśleć,  kto  mógłby  zostać  aresztowany: 

Abel, Michael, nawet Daniel. Nieszczęście mogło spotkać każdego z nich.

Byłyby też dalej idące następstwa. Jak dotąd, jej kuzyna witano w roli nowego pana nieufnie, ale 

nie  bez  aprobaty  dla  jego  poczynań.  Gdyby  jednak  rzeczywiście  postanowił  wydać  wojnę 

przemytowi, wkrótce stałby się najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Kornwalii. Raz pewien 

arogancki  proboszcz,  z  parafii  w  pobliżu  Penzance,  próbował  czegoś  podobnego.  Któregoś  dnia 

znaleziono jego ciało na wrzosowiskach, z głową rozbitą kamieniem. Wszyscy zgodnie uznali, że 

zasłużył na swój los.

Naturalnie, kuzyn bardzo Dorotheę irytował, nie chciała jednak, by stracił życie. Niestety, miała 

poważne  wątpliwości,  czy  sir  Veryan  posłuchałby  ostrzeżenia.  Najwyraźniej  bardzo  lubił  Brama 

Gunthorpe’a  i  jeździł  do  Quilquin  House  przynajmniej  raz  w  tygodniu.  A  może  chodziło  mu  o 

Isabel?  Dorothea  zrobiła  kwaśną  minę.  Ta  młoda  dama  miała  ostatnio  w  kościele  nowy  czepek, 

zapewne  nie  po  to,  by  podziwiali  ją  wszyscy.  Czy  taka  panna  mogła  pociągać  sir  Veryana? 

Dorothea tego nie wiedziała, bardzo jednak nie podobała jej się wizja Isabel w roli lady Selwood.

Wyglądało na to, że kłopoty spowodowane przyjazdem kuzyna nie będą miały końca.

Po powrocie do Priory udała się prosto do stajni. Josh był w boksie; zajmował się jednym z koni. 

Na jej widok odłożył wiązkę słomy i wyszedł z przegrody.

-  On  chce  skończyć  z  przemytem.  -  Dorothea  zaczęła  od  najważniejszego.  -  A  pan  Gunthorpe, 

nasz powszechnie szanowany sędzia pokoju, zamierza mu w tym pomóc.

background image

58

- Niech Bóg ma nas w swej opiece.

-  Przydałoby  się.  Powiedz  mi  jednak,  Josh,  jak  mogę  zamówić  nowy  towar,  skoro 

prawdopodobnie ktoś z naszych zdradził i szpieguje, a z drugiej strony przeszkadza nam sir Veryan. 

Lada chwila będziemy mieli na karku i policję, i wojsko. Będą wszędzie wtykać nosy.

- Skoro o tym wiemy, to mamy przewagę - stwierdził Josh. - Policja nadjedzie prawdopodobnie 

od strony Launceston. W razie potrzeby możemy mieć do dyspozycji kilkuset ludzi.

- Horace’owi by się to podobało! - odparła Dorothea kwaśno. - Ale wielu ludzi odniosłoby rany, a 

na dobre imię mojego kuzyna padłby cień. Wolę nie myśleć, co jeszcze mogłoby się stać. Nie, Josh, 

musi być inny sposób. Trzeba znaleźć szpiega.

- Nie mam pojęcia jak. Sir Veryan jeździ wszędzie z Ozziem. Jeśli to on, nie możemy zapobiec 

jego spotkaniom z Gunthorpe’em.

- Nie wierzę, żeby to mógł być Ozzie. Jest za bardzo oddany Horace’owi. Znają się od małego.

- A przecież ten, kto nas ostrzegł, chciał, żeby zabrać stąd panicza Horace’a.

Dorothea zamknęła oczy; przeżywała ciężkie chwile.

- Zastanawiam się, czy moglibyśmy znaleźć w Quilquin House kogoś, kto nam sprzyja.

- Myśli pani o informatorze?

- Tak. Skoro Gunthorpe mógł znaleźć go u nas, to nie rozumiem, dlaczego nie możemy odpłacić 

mu tym samym. Może Sukey? Chyba że ona kocha się w swoim panu?

- Sukey jest kuzynką Mary - przypomniał jej Joe. - Nie rozumiem, dlaczego matka pozwoliła jej 

iść tam do pracy po tym, co się stało z biedną Mary.

- Sukey ma paskudne blizny po ospie i raczej nie skusi pana Gunthorpe’a. Po historii z Mary pani 

Gunthorpe bardzo ostrożnie dobiera służbę. I dobrze płaci. - Musi tak robić, pomyślała Dorothea. 

Jej zdaniem, pani Gunthorpe nie była całkiem bez winy w tragedii służącej.

-  Sukey  jest  dobrą  dziewczyną  -  powiedział  Josh.  -  Może  zajrzę  do  jej  matki  i  po  cichu  z  nią 

porozmawiam, panno Theo?

- Zanieś jej trochę herbaty - poradziła Dorothea. - Przygotuję ci paczkę. - Pomyślała, że Sukey jest 

odpowiednią osobą. Bram ignorował kobiety, które go nie pociągały. Po prostu ich nie widział.

Zostawiła Josha  w  stajni  i  kuchennymi  drzwiami  wróciła  do  domu.  Zastała  tam  panią  Kellow  i 

Lucy, układające herbatniki na półmisku.

-  Sir  Veryan  dopiero  co  wrócił,  panno  Theo  -  poinformowała  ją  gospodyni.  -  Zaraz  podamy 

herbatę w kancelarii przeora. Panna Porter i panienka Sylwia już tam są.

- Dziękuję - powiedziała Dorothea. - Czy panicz Horace jest w domu?

- Nie, panno Theo. Pojechał z przyjaciółmi zapolować na króliki. Lucy, idź do spiżami i przynieś 

placek  ze  śliwkami.  -  Gdy  Lucy  się  oddaliła,  gospodyni  dodała  cicho:  -  Proszę  się  nie  martwić, 

panno Theo. Horace’owi nic nie grozi. Pojechał z chłopakami Fawleya.

background image

59

-  Dzięki  Bogu.  Może  nawet  rzeczywiście  przywiozą  jakiegoś  królika.  -  Dorothea  wątle  się 

uśmiechnęła.  A  kuzyn  będzie  miał  przyjemność  wypicia  herbaty  z  Fanny,  pomyślała.  Jedynym 

jasnym  punktem  ostatnich  tygodni  było  to,  że  sir  Veryan  tolerował  haniebną  -  zdawałoby  się  -

obecność Fanny, choć Bóg jeden raczył wiedzieć, jakie plany snuł co do jej przyszłości. W każdym 

razie tymczasem Dorothea nie musiała podejmować pani Gunthorpe z Isabel. I za to była kuzynowi 

wdzięczna.

Bez wątpienia każdy myślący mężczyzna musiał woleć kojące towarzystwo Fanny od konwersacji 

z panią Gunthorpe. Przynajmniej pod tym względem sir Veryan wykazywał więc dużo zdrowego 

rozsądku.

Wieczorem,  po  kolacji,  Veryan  siedział  z  Fanny,  Dorothea  i  FitzWalterami  w  salonie.  Przez 

większą  część  dnia  nie  było  go  w  domu,  więc  odczuwał  przyjemne  zmęczenie.  W  Oksfordzie 

rzadko dobrze sypiał, natomiast często czytał do późnej nocy. Tu zapadał w sen natychmiast, gdy 

przytknął głowę do poduszki. Panna Potter z zadowoleniem chwaliła jego rosnący apetyt, Veryan 

zauważył  też,  że  ma  coraz  ciaśniejsze  ubrania.  Widocznie  przybrał  na  wadze.  Wyraził  tę  myśl 

głośno.

-  Jeśli  wolno  mi  powiedzieć,  co  o  tym  sądzę  -  odrzekła  Fanny  w  typowy  dla  siebie,  oględny 

sposób - to wcale nie zaszkodziłoby, gdyby trochę przybrał pan na wadze. Ostatnio dużo pan jeździ 

konno, a to z pewnością wyrabia mięśnie.

Dorothea podniosła  głowę  znad  cerowanych  skarpet  Horace’a  i  przyjrzała  się  kuzynowi.  Wciąż 

był chudy, ale rzeczywiście nie wydawał się już taki cherlawy jak na początku. Zmieszała ją myśl,

że  patrzy  na  niego  z  przyjemnością.  Veryan  pochwycił  jej  wzrok,  więc  lekko  się  zarumieniła. 

Kuzyn natychmiast odwrócił głowę.

Dziwiło  go,  że  jest  taki  zadowolony  z  życia,  zważywszy  na  to,  jak  mało  sięgał  po  książki 

ostatnimi  czasy.  I  chociaż  właściwie  nie  zauważył  tej  zmiany,  powoli  oswajał  się  z  obecnością 

kobiet.  Jego  matka  bała  się  ojca,  większość  czasu  spędzała  więc  na  sofie  w  swoim  buduarze.  W 

Winchester  i  Oksfordzie  Veryana  otaczali  wyłącznie  mężczyźni.  Tu  natomiast  znalazł  się  wśród 

kobiet. Panna Potter była  ciepła  i  wyjątkowo  życzliwa.  Szybko nauczyła  się, jak przyrządzać  dla 

niego kawę i herbatę, i nigdy tego nie zapominała. Zawsze też pilnowała, żeby dostał na lunch swą 

ulubioną  szynkę,  przyprawioną  ziołami.  Veryan  nauczył  się  też  doceniać  bezpośredniość  Sylwii, 

choć jej bezceremonialne uwagi początkowo go gorszyły.

A  panna  Selwood?  Veryan  obserwował  ją  ukradkiem.  Gdy  wreszcie  przyzwyczaił  się  do 

dziwnego  zestawienia  kolorystycznego  jej  włosów  i  oczu,  uznał,  że  nawet  całkiem  mu  się  ono 

podoba. Z pewnością było oryginalne. Poza tym wszyscy w całym majątku mówili o „pannie Thei” 

z  wielkim  szacunkiem.  Dorothea  dbała  o  ludzi  i  starała  się  im  pomóc,  gdy  mieli  kłopoty.  Sir 

background image

60

Walterowi wiele wybaczano, tak jak wiele wybacza  się naturze, nad którą nie ma się władzy, ale 

pannę Selwood wszędzie traktowano jak przyjazną duszę.

Minęło trochę czasu, nim Veryan przyzwyczaił się do tej myśli. Jego niechęć do tej kobiety była 

tak niezłomna, że przeżył wstrząs, gdy zauważył, jak inaczej traktują ją wszyscy dookoła.

- Ona dobrze się zna na tych swoich ziołach, panie - powiedziała mu żona Abla Watsona. - Wie, 

jak  leczyć  kaszel  i  co  przyłożyć  na  ranę.  Kiedy  mój  Diggory  miał  dwa  lata  i  dostał  gorączki, 

uratowała mu życie. Siedziała tu bez przerwy trzy dni i trzy noce i prawie nie spała. Ale wyciągnęła 

go  z  tego.  Nigdy  jej  tego  z  Ablem  nie  zapomnimy.  -  A  potem  dodała  już  całkiem  zwyczajnym 

tonem: - Naturalnie, jesteśmy spokrewnieni.

Spokrewnieni!  -  pomyślał  Veryan.  Co  za  niedorzeczność.  Ale  przez  całą  drogę  do  domu  szedł 

zadumany.

Podczas  wizyt  u  dzierżawców  zauważył  coś  jeszcze:  nie  wyrażaną  głośno,  lecz  niewątpliwą 

wrogość wobec Brama Gunthorpe’a. Nikt nie powiedział o Bramie złego słowa, a mimo to Veryan 

ją wyczuwał. Może ludzie po prostu darzyli niechęcią sędziego pokoju. Może widzieli w nim stróża 

prawa, a ponieważ wbrew prawu zaopatrywali się w brandy, obawiali się konfiskaty.

- Jak tam rozmowy z dzierżawcami, sir? - spytała Fanny. Łatała właśnie jedną z koszul Veryana.

- Dziękuje, całkiem dobrze. Zdaje mi się, że w końcu zaczynam trochę rozumieć ich akcent! W 

każdym razie wydaje mi się mniej dziwny.

- To dobrze - powiedziała łagodnie Fanny.

-  Zadziwia  mnie,  ile  tu  znają  opowieści  o  siłach  nieczystych  -  ciągnął  Veryan.  -  Gdzie  pójdę, 

słyszę o czarnych psach albo o widmach, które straszą na pustych drogach.

Dorothea  podniosła  głowę  znad  cerowania  i  wymieniła  szybkie,  rozbawione  spojrzenie  z 

Horace’em.  Wcale  się  nie  dziwię,  pomyślała.  Czarne  psy  i  duchy  zawsze  straszą  w  odludnych 

miejscach, jeśli można tam niechcący natknąć się na przemytnika albo ukryty ładunek brandy. To 

są bardzo pożyteczne zjawy!

Veryan  zauważył  to  spojrzenie  i  jego  nieco  cieplejsze  uczucie  dla  Dorothei  z  miejsca  ostygło. 

Znowu miał poczucie, że wszyscy wokoło wiedzą coś, co dla niego stanowi wiedzę zakazaną. Gdy 

tylko  zaczynało  mu  się  wydawać,  że  może  jednak będzie  traktowany jak  swój,  wyłapywał  jakieś 

spojrzenie albo półsłówko, które dowodziły, że wciąż jest obcy.

Następnego dnia  Veryan  zszedł  na śniadanie i  zastał  w jadalni tylko Sylwię. Dziewczyna miała 

dobry apetyt, więc z zadowoloną miną pałaszowała grzankę z szynką i jajkami. Słysząc Veryana, z 

niepokojem podniosła głowę. Właśnie miała dolać sobie kawy, ale zatrzymała rękę w pół drogi do 

dzbanka. Obdarzyła przybysza niechętnym spojrzeniem. Dlaczego on może bez przeszkód jeździć 

do Quilquin House, a jej nigdy tam nie zaproszono? Przecież to nie jej wina, że rodzice nie mieli 

background image

61

ślubu.  Panna  Gunthorpe  czasem  uśmiechała  się  do  niej  w  kościele,  ale  jej  matka  w  ogóle  nie 

zauważała istnienia Sylwii.

Uwagę na nią zwracał tylko Bram. Nawet zaproponował jej przejażdżkę na swym nowym koniu, 

ale mama  nie pozwoliła.  To było  takie  niesprawiedliwe  wobec niej.  Horace  powiedział,  że  Bram 

jest paskudny i trzeba na niego uważać, więc na pewno by uważała, chociaż osobiście była zupełnie 

innego  zdania.  Dlaczego  Horace  tak  źle  się  do  niego  odnosi?  -  zastanawiała  się  Sylwia.  Pan 

Gunthorpe był dżentelmenem, poza tym żartował i często ją rozśmieszał. Co złego byłoby w takiej 

przejażdżce?

A ten nowy kuzyn jest podobny do wychowawcy w szkole, bez przerwy chce pouczać, rozmyślała 

dalej. Sylwia uwielbiała mówić różne straszne rzeczy tylko po to, żeby zobaczyć, jak kuzyn mruga, 

co zawsze oznaczało u niego zgorszenie. Poważnie zastanawiała się nawet nad wsadzeniem mu do 

łóżka ślimaka albo i dwóch ślimaków, ale w końcu zabrakło jej odwagi.

- Dzień dobry, panno Sylwio.

Dziewczynka  zachowała  się  tak,  jak  jej  serce  dyktowało.  Nie  znosiła  nazywać  kuzyna  „sir 

Veryanem”  i  unikała  tego  jak  ognia.  Imię  wydawało  jej  się  głupie,  wszyscy  wiedzieli,  że  tak 

nazywa się wieś. Poza tym kuzyn nie zasługiwał na to, by mówić do niego „sir”.

Veryan bezradnie zamrugał, próbując coś zobaczyć na talerzu podgrzewanym od spodu dwiema 

oliwnymi lampkami. Potem rozejrzał się z niepewną miną.

Sylwia  z  trudem  powstrzymała  się  od  chichotu.  Kuzyn  miał  brudne  włosy  i  wyglądał  jak 

przestraszona sowa.

- Może w czymś pomóc? - zaproponowała uprzejmie.

- Gdzie jest kawa?

- Tutaj, koło mnie.

- Czy mogłaby mi panna trochę nalać? Sam na pewno rozlałbym połowę. - Veryan najwidoczniej 

pogodził się już ze swą krótkowzrocznością.

Sylwia  spełniła  prośbę;  podała  mu  filiżankę  kawy,  a  potem  postawiła  w  jego  zasięgu  również 

mleko i cukier. Veryan nałożył sobie szynki i jajek, po czym usiadł przy stole.

- Czy panna jest może przypadkiem wolna dziś przed południem? - spytał.

Sylwia wytrzeszczyła na niego oczy.

- Wolna?

- Wybieram się do Porthgavern. Chciałbym poznać tę Tamsin Bright... dobrze mówię? I zobaczyć, 

w  jakim  stanie  jest  dach  jej  domu.  Mogłaby  panna  przedstawić  mnie  ludziom  i  powiedzieć  mi 

wszystko, co powinienem wiedzieć.

- Tamsin Wright - poprawiła go Sylwia. - Ale dlaczego ja?

- Mam nadzieję, że mogę na pannie polegać, i ufam, że panna powie mi wszystko, co naprawdę 

background image

62

jest ważne. - Veryan odłożył sztućce i popatrzył na dziewczynkę. Spojrzenie  było onieśmielająco 

bezpośrednie.

- Czy to znaczy, że inni kłamią?

-  Niezupełnie  -  odparł  Veryan  precyzyjnie.  -  Ale  nie  jestem  przekonany,  czy  mówią  mi  całą 

prawdę. Sylwia przemyślała ostatnie zdanie.

-  Pewnie  się  obawiają,  że  coś  ci  się  nie  spodoba,  panie  -  powiedziała  szczerze.  Veryan  wciąż 

obserwował  jaw  skupieniu,  dziewczyna  nie  miała  jednak  wrażenia,  że  jego  spojrzenie  jest 

nieprzyjazne.

- Fanny nie wydaje mi się osobą, która przejmowałaby się tym, co myślę - powiedział i nagle się 

uśmiechnął, a potem dodał: - Wiem, Sylwio, że wydaję ci się zrzędą. Ale nie mam braci ani sióstr, 

którzy pokazaliby mi, jak można inaczej. Jeśli pozwolisz, liczę na to, że czegoś mnie nauczysz. -

Veryan nie był przyzwyczajony do przepraszania panien w wieku szkolnym, więc na nic więcej nie 

był w stanie się zdobyć.

- Spróbuję, kuzynie Veryanie - powiedziała szorstko Sylwia, nagle nie mniej zakłopotana niż jej 

rozmówca.

Jeśli  wziąć  pod  uwagę,  że  Veryan i  Dorothea  rzadko  ze  sobą  rozmawiali  twarzą  w  twarz,  było 

wręcz zadziwiające, jak wiele jedno z nich zajmowało myśli drugiego. Dorothea często łapała się 

na rozmyślaniach o kuzynie, podczas gdy przyrządzała leki. Rozważała wtedy wszystko, co mówili 

o nim inni.

Coś się zmieniało, ale nie była pewna, czy podoba jej się kierunek tych zmian. Za życia ojca w 

domu  były  wyraźnie  wydzielone  części  męska  i  kobieca.  Sir  Walter  siedział  w  bibliotece  albo 

wychodził z domu uganiać się gdzieś za dziewkami. Gdy Horace był w Selwood Priory, zajmował 

się swoimi sprawami: łowił ryby, żeglował albo jeździł konno po okolicy.

Dorothea  miała  różne  zajęcia  w  majątku,  najczęściej  jednak  była  w  ogrodzie  albo  u  siebie  na 

poddaszu, a wieczory spędzała z Fanny i Sylwią.

Teraz  dużo  częściej  wszyscy  trzymali  się  razem.  Zarówno  Veryan,  jak  i  Horace  siadywali 

wieczorem  z  kobietami.  Kuzyn  najwyraźniej  lubił  pogawędki  z  Fanny,  a  ostatnio  zaczął  nawet 

żartować z Sylwią i dyskutować z Horace’em. Czasem grał w coś z FitzWalterami.

Nowe stosunki w domu ujawniły się wyraźnie, gdy pewnego wieczoru niesforny pukiel włosów 

opadł Veryanowi trzeci raz z rzędu na czoło.

- Dlaczego nie zetniesz włosów, kuzynie? - spytała wtedy Sylwia. - Przecież nic nie widzisz.

- Sylwio! - zawołała Fanny ze zgrozą. - Proszę łaskawie Jej wybaczyć, sir Veryan. Veryan tylko 

się roześmiał.

-  Byłbyś  bardziej  przystojny  z  krótkimi  włosami,  prawda  Theo?  Bo  teraz  wyglądasz  jak  nasze 

background image

63

kuce. Josh cię ostrzyże, Czynie. Zawsze strzygł ojca.

Dorothei odebrało mowę.

- Wiem, że nie jestem przystojny - powiedział Veryan. - W najlepszym razie mogę nie zwracać 

niczyjej uwagi.

Powiedział to bez goryczy w głosie, ale takiego zadumanego tonu Dorothea jeszcze u niego nie 

słyszała. Co się z nim dzieje? - pomyślała. Niespodziewanie smutek kuzyna poruszył ją do głębi. 

Nie była jednak pewna, czy jej się to podoba.

Poprawa stosunków z Sylwią wpłynęła również na kontakty Veryana z Horace’em, który ponowił 

propozycję pokazania kuzynowi miejsc do konnej jazdy. Poszli też razem na ryby.

Wieczorami  Veryan  czytywał  na  głos,  posługując  się  lorgnon  lady  Selwood,  co  wywoływało 

chichoty Sylwii. Początkowo Horace i Sylwia prawie nie słuchali, ale gdy kuzyn wybrał któregoś 

wieczoru „Pieśń ostatniego minstrela” Waltera Scotta, oboje nagle przerwali swoje zajęcia.

Dla czegóż te konie pod siodłem tak stoją?

Dla czego rycerze czuwają pod zbroją? -

Czuwają, by w porę brytanów szczekanie,

By w porę posłyszeć strażników wołanie... 

- Ho, ho, kuzynie - odezwał się Horace. - To jest coś!

Veryan dobrze czyta, zauważyła Dorothea trochę zawistnie. Jego dźwięczny głos był wyrazisty, 

lecz  nie  afektowany  i  świetnie  pasował  do  poezji.  Popłynęła  opowieść  o  granicznych  walkach, 

miłości  i  zemście.  Były  w  niej  starodawne  klątwy,  czarownicy,  złośliwe  karły  i  nieszczęśliwi 

kochankowie. Słuchanie, jak Veryan czyta o miłości i namiętności, wzbudziło w Dorothei uczucie... 

trudno powiedzieć, jakie. Nie umiała go nazwać, w jej duszy drgnęła jednak struna, która powinna 

pozostać nieruchoma.

Na  wszelki  wypadek  zajęła  myśli  czym  innym.  Gdy  była  mała,  matka  dużo  jej  czytała,  przede 

wszystkim  Biblię,  lecz  również  fragmenty  Szekspira.  Dorothea  często  się  zastanawiała,  czy  jej 

upodobanie do ogrodu nie miało początku w tych dawnych lekturach:

O... lawendą, miętę, majeranek,

Cząber, nagietek, który spać się kładzie

Ze słońcem i z nim wstaje, płacząc rosą.

O, takie kwiaty rodzi środek lata,

Takie wypada wręczać ludziom w średnim

background image

64

Wieku. Raz jeszcze - witamy was! 

Hm,  ciekawe,  dlaczego  zaczęła  o  tym  myśleć  pod  wpływem  sir  Veryana?  Następnego  ranka 

Fanny powiedziała:

- Drogi kuzyn Veryan. Nie wiem, jak to jest, Theo, ale mam wrażenie, że dzięki niemu stajemy się 

rodziną.

- Już „kuzyn Veryan”? - spytała Dorothea, ze złością szarpiąc za nitkę od swojej robótki.

- Powiedział, że mogę się tak do niego zwracać. A ma taki dobry wpływ na Horace’a i Sylwię.

- Zaiste, jest wzorem wszelkich cnót.

- Ale?

- Chciałabym tylko, żeby zachowywał się równie przyjaźnie wobec mnie.

- Och, Theo... Przecież traktuje cię bardzo uprzejmie.

- Traktuje mnie... On mnie nie znosi. Nie wiem dlaczego.

- Nie jest przyzwyczajony do mądrych kobiet, moja droga.

- Ja mam być mądra? Jestem najzupełniej przeciętna.

- Ale wiesz wszystko o prowadzeniu majątku.

- Szkoda, że on mnie o to nigdy nie pyta - odparła kwaśno Dorothea. Ostatnio siano jęczmień. Sir 

Veryan w ogóle nie przyszedł się jej poradzić, tak samo jak nie spytał o ceny, jakie mogą osiągnąć 

cielęta,  ani  o  nic  innego.  Polubił  opiekuńczą  kobiecość  Fanny,  Sylwia  go  bawiła,  z  Horace’em 

znalazł wspólny język, ale jej tylko usuwał się z drogi.

- Czasem jesteś bardzo drażliwa, Theo - zauważyła spokojnie Fanny. - Ostatnio powiedziałaś mu 

do słuchu, gdy rozmowa zeszła na Milletów.

- Miał nieuzasadnione pretensje - odparła Dorothea urażona.

- Na pewno dlatego, że nie rozumiał sytuacji. Mogłaś mu wytłumaczyć, że Jack miał wypadek.

- Mógł o to spytać, zamiast od razu zakładać, że jest leniwy.

Fanny skapitulowała.

Sprawy  stanęły  na  ostrzu  noża  kilka  dni  później.  Dorothea  spędziła  większą  część  poranka  na 

poddaszu, a potem poszła do ogrodu sprawdzić, jak rośnie trybula. Przy grządce zastała Veryana, 

pochłoniętego gorącą dyskusją z Billem Kellow, ogrodnikiem.

- No, nie wiem... - mówił ogrodnik. - Panna Thea byłaby bardzo zła...

Dorothea stanęła przy nich.

- O co miałabym być zła? - spytała, usiłując stłumić nagły przypływ niepokoju.

                                                                                                                                                                                                

Przeł. Antoni Odyniec.

Przeł. Stanisław Barańczak.

background image

65

Bill  zrobił  zakłopotaną  minę  i  czym  prędzej  zrejterował.  Wyraźnie  nie  chciał  się  mieszać  do 

sporu. Veryan obrócił się ku niej bez entuzjazmu.

- Pomyślałem, że można by więcej miejsca przeznaczyć na warzywa - zaczął. - Słyszałem, że są 

chętni na kupno wczesnych brokułów. Kellow wyjaśnił mi, że byłoby potrzebne słoneczne miejsce, 

a to oznaczałoby skopanie twojej grządki, kuzynko. - Wykonał nieokreślony gest w stronę ziół.

W Dorothei coś pękło.

-  Nie  znosisz  mnie,  prawda?  Wszystko,  ale  to  wszystko,  co  robię,  chcesz  zniszczyć.  Od  lat 

zajmuję się sprzedażą bydła na targu w Bodmin. Dobrze o tym wiesz. Ale czy kiedykolwiek mnie o 

coś  spytałeś?  Wolałbyś  umrzeć!  Zamiast  tego  cieszysz  się,  że  farmer  Wynn  wystrychnął  cię  na 

dudka,  kupując  od  ciebie  krowę  za  trzy  gwinee.  Całe  hrabstwo  już  o  tym  gada!  -  Z  satysfakcją 

stwierdziła, że Veryan wpada w furię.

- A teraz bierzesz się za moje zioła. Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że nie zajmuję się 

tym  majątkiem  dla  zaspokojenia  swych  egoistycznych  potrzeb?  Ojciec uprawiał  hazard.  Na  dużą 

skalę. Bywały lata, że nasze długi sięgały dwóch tysięcy fantów. Ojca w całym majątku obchodziły 

tylko  dochody.  To  ja  musiałam  się  martwić  o  resztę.  Pan  Fawley  nigdy  nie  potrafił  się  ojcu 

postawić. A ja owszem. W końcu ojciec ustępował, bo tak mu było wygodniej. Dla ciebie, kuzynie, 

mogę  być  utyskującą, schłopiałą  babą,  ale  prawda  jest  taka,  że  bez  moich  wysiłków  nie  miałbyś 

teraz  żadnego  majątku  -  oświadczyła.  -  Przykro  mi,  że  nie  pasuję  do  twoich  zaskorupiałych 

wyobrażeń.  Nie  wątpię,  że  wolisz  pannę  Gunthorpe.  Ale  będziesz  trzymać  ręce  z  dala  od  moich 

ziół,  bo  jak  nie,  to  nie  biorę  odpowiedzialności  za  konsekwencje!  -  Strzepnęła  z  policzków  łzy 

wściekłości, obróciła się na pięcie i chciała odejść.

- Panno Selwood! Kuzynko Dorotheo! Proszę, nie odchodź.

Zawahała się.

- Czy nie moglibyśmy o tym porozmawiać? - spytał. - Nie tknę twojego ziołowego ogródka. Nie 

wiedziałem...

Wściekłość  Dorothei  zaczęła  przygasać.  Przynajmniej  tym  razem  Veryan  patrzył  prosto  na  nią. 

Zauważyła,  że  w  jego  szaroniebieskich  oczach  są  też  małe  orzechowe  plamki.  Machinalnie 

odsunęła za ucho zabłąkany kosmyk włosów. Potem wyjęła chusteczkę, wytarła oczy i wydmuchała 

nos.

- O czym chcesz porozmawiać? - zapytała podejrzliwie.

- Moglibyśmy zacząć od ogrodu - powiedział ugodowo Veryan. I pomyślał, że Dorothea wygląda 

dużo lepiej, gdy jest wzburzona. Prawie ładnie, mimo nosa czerwonego od płaczu.

5

background image

66

Bram wykazywał ostrożny optymizm, przynajmniej w materii przejęcia przemytniczego interesu 

Selwoodów. Sir Veryan odwiedzał ich teraz regularnie i śmiertelnie nudził Brama, gdy zwierzał mu 

się, że chciałby być użyteczny dla mieszkańców swojego majątku. Bram cierpliwie znosił jednak te 

rzewne  wynurzenia  z  nadzieją,  że  przy  okazji  uda  mu  się  coś  osiągnąć,  na  przykład  wpłynąć  na 

stosunki między Selwoodem a Dorothea. Szybko zorientował się w niechęci i nieufności Veryana 

wobec kuzynki, które były mu bardzo na rękę. Dlatego podał w wątpliwość twierdzenie Dorothei, 

że Veryan za tanio sprzedał krowę na targu w Bodmin.

W  gruncie  rzeczy  zainteresowanie  Brama  majątkiem  ograniczało  się  do  wyciskania  od 

dzierżawców najwyższych opłat. W odróżnieniu od Dorothei, nigdy nie był na targu w Bodmin - to 

uwłaczałoby jego godności dżentelmena. W tej sprawie był Jednomyślny z matką: targ jest zupełnie 

nieodpowiednim miejscem dla eleganckiej damy.

- Pan Fawley podkreślał jej kompetencję - powiedział Veryan, marszcząc czoło.

- Na jego miejscu też bym to robił - odrzekł Bram. - To zwalnia go z odpowiedzialności. Ale nie 

mogę uwierzyć, że farmer Wynn, człowiek pod każdym względem godzien szacunku, mógłby pana 

oszukać,  panie  Selwood.  To  śmieszne.  -  Nikt  lepiej  od  Brama  nie  wiedział,  jak  skłócić  ze  sobą 

ludzi. - Bardzo mi przypadł do serca młody Horace - odezwał się po chwili. - Czy mogę spytać, jak 

zamierzasz ułożyć jego przyszłość?

- Na razie ma skończyć przynajmniej ten rok w szkole, choć nie mogę powiedzieć, by Horace był 

zachwycony tym pomysłem. Nauka zaczyna się w przyszłym tygodniu.

- W  przyszłym tygodniu?  Biedna panna Potter  będzie  zrozpaczona,  że  traci syna  tak szybko  po 

śmierci sir Waltera.

- Myślisz, że nie powinienem go odsyłać?

Bram wzruszył ramionami.

-  Tydzień  więcej  nie  robi  szkole  różnicy,  za  to  matce  pomógłby  się  pogodzić  z  ciosem,  jaki  ją 

spotkał.  -  Bram  zmienił  temat.  Przesadne  naciskanie  nie  miało  sensu.  Dobrze  pamiętał,  że  jego 

matka wyrządziła więcej szkody niż pożytku nietaktownym naleganiem na usunięcie panny Potter i 

FitzWalterów  z  Selwood  Priory.  Tylko  uraziła  sir  Veryana  i  nic  nie  wskazywało  na  to,  by  jej 

życzeniom miało stać się zadość.

Bram  miał  z  Horace’em  kilka  rachunków  do  wyrównania.  Po  pierwsze,  chłopak  był  w  łodzi 

rybackiej,  która  zwiodła  i  wyprowadziła  w  pole  załogę  kutra  straży  celnej.  Po  drugie,  nie  chciał 

grać w karty i bardzo nietaktownie mu odmówił.

-  Nie,  dziękuję  -  powiedział,  a  potem  dodał  półgębkiem: -  Jak  na  mój  gust,  o  wiele  za  często 

wygrywasz.

Bram udał, że tego nie usłyszał, ale wpadł we wściekłość.

Wreszcie  po  trzecie,  Horace  nieraz  zabierał  Bramowi  Sylwię  spod  samego  nosa.  Należało 

background image

67

chłystkowi dać lekcję, i to szybko.

Tego  wieczoru  podczas  kolacji  w  Selwood  Priory  sir  Veryan  oznajmił,  że  postanowił  zostawić 

Horace’a  jeszcze  dwa  tygodnie  w  domu,  żeby  jego  matka  miała  wsparcie.  Obiecał  napisać  do 

szkoły w Exeter i wyjaśnić przyczyny zwłoki.

-  Och,  kuzynie,  dziękuję!  -  zawołał  Horace.  -  Tak  bardzo  chciałem  jeszcze  któregoś  wieczoru 

wybrać się z Fawleyami na makrele. Zapraszali mnie. To świetny sport.

Dorothea  podniosła  głowę.  Minę  miała  wyraźnie  niezadowoloną.  Do  tej  pory  z  ulgą  myślała  o 

tym, że już w przyszłym tygodniu Horace’owi nic nie będzie grozić.

- Dlaczego? - spytała.

-  Już  powiedziałem.  -  Veryanowi  poczerwieniał  kark  jak  zawsze,  gdy  kuzynka  kwestionowała 

jego decyzję. - Żeby mógł wesprzeć matkę.

Dorothea puściła ten argument mimo uszu.

- Nie dalej jak wczoraj mówiłeś, kuzynie, że Horace wróci do szkoły.

- Ale dzisiaj rozmawiałem z panem Gunthorpe’em. To on podsunął mi tę myśl.

Naturalnie, pomyślała Dorothea.

- Pan Gunthorpe zachował się bardzo miło - włączyła się do rozmowy Sylwia.

-  Wspominał  także,  że  chętnie  pozwoli  ci  pojeździć  na  Brandy  -  dodał  Veryan.  -  Musimy  się 

zastanowić, jak to urządzić.

Dorothea wymieniła zirytowane spojrzenia z Fanny. Horace odłożył sztućce.

- Nie wiem, kuzynie, czy to jest rozsądny pomysł - powiedział.

- Dlaczego ja też nie mogę mieć jakiejś przyjemności? - najeżyła się Sylwia. - Czy przyjemności 

są tylko dla chłopców?

-  Czym  ci  zawinił  pan  Gunthorpe?  -  spytał  Veryan  pobłażliwie.  -  Mnie  się  wydaje  wzorem 

dżentelmena.

- Bo jest dżentelmenem - żarliwie zapewniła Sylwia.

- Nie jest - sprzeciwił się Horace. - Wszyscy wiemy, co się stało z Mary Pengelly...

- To nieuczciwe! - krzyknęła Sylwia.  - Ojciec  miał  dzieci  we wszystkich wsiach dookoła  i  nikt 

nigdy nie twierdził, że nie jest dżentelmenem.

Fanny  przesłała  zbolałe  spojrzenie  Dorothei,  a  potem  wstała  od  stołu  i  bąknąwszy  parę  słów 

przeprosin, wyszła z jadalni.

- Sylwio! - skarciła dziewczynkę Dorothea. - Sprawiłaś przykrość matce.

- Ojej. - Sylwia spuściła z tonu. - Mimo to nie rozumiem, co wspólnego ma Mary Pengelly z moją 

przejażdżką z panem Gunthorpe’em.

-  Nic  a  nic  -  przyznał  stanowczo  Veryan.  -  Jeśli  ta  Mary  była  służącą  w  Quilquin  House  i 

zachowywała się bezwstydnie, jak wynika z naszej rozmowy, to pan Gunthorpe słusznie postąpił, 

background image

68

że ją wyrzucił.

Sylwia pokazała bratu język.

Przez resztę kolacji trwało milczenie. Dorothea nie wiedziała, jak wrócić do tematu. Zauważyła 

już, że Veryan ma skłonność do obstawania przy swoim i przy pierwszej oznace sprzeciwu zapiera 

się ze wszystkich sił. Była też pewna, że Sylwia nie zna całej historii biednej Mary, poza tym nie 

była  to  sprawa,  o  której  należy  rozmawiać  w  jadalni.  Uznała  więc,  że  lepiej  będzie  poprosić  o 

pomoc Fanny, która umiała przekonywać sir

Veryana, nie stawiając go w trudnej sytuacji. Dorothea musiała pilnować Horace’a, i tego było jej 

dość.

Następnego  ranka  Dorothea  była  u  siebie  na  poddaszu.  Przygotowywała  napar  na  kaszel  dla 

Tamsin  Wright,  na  stole  leżały  więc  i  czekały  na  odważenie  suszony  pierwiosnek,  prawoślaz, 

mydlnica,  dziewanna  i  melisa.  Jak  zwykle,  Dorothea  rozmyślała  o  Veryanie.  Widocznie  Fanny 

opowiedziała mu o Mary Pengelly, bo przy śniadaniu był w bardzo pojednawczym nastroju.

- Powinnaś była mi wytłumaczyć, kuzynko - powiedział z wyrzutem.

- Nie chciałam rozmawiać o takich przykrych sprawach przy Sylwii.

- Naturalnie. Nawiasem mówiąc, nie sądzę, żeby  pan Gunthorpe, jakkolwiek naganne było  jego 

zachowanie, zamierzał doprowadzić do takiej tragedii.

Dorothea nie chciała znowu zwrócić kuzyna przeciwko sobie, więc tylko smutno pokręciła głową.

- Nie sądzę też, żeby miał nieuczciwe zamiary wobec Sylwii - dodał Veryan. - Przecież to jeszcze 

dziecko.

-  Mary  miała  tylko  czternaście  lat  -  odpaliła  Dorothea,  zanim  zdążyła  się  ugryźć  w  język. 

Zobaczyła, że kuzyn zaciska usta, więc szybko powiedziała: - W każdym razie gdyby Sylwia była 

pod  dobrą  opieką,  oszczędziłoby  to  pannie  Potter  poważnego  niepokoju.  Pozycja  jej  córki  jest 

szczególnie delikatna, więc nawet jeśli intencje pana Gunthorpe’a są całkiem niewinne - zawiesiła 

głos, żeby nie zabrzmiał ironicznie - to przejażdżka bez przyzwoitki mogłaby spowodować plotki, 

które fatalnie wpłynęłyby na życiowe szanse Sylwii.

- Hm - mruknął Veryan.

Rozważając potem tę rozmowę, Dorothea pozwoliła sobie na szczyptę optymizmu. Nauczyła się 

już, że kuzynowi nie wolno sprzeciwiać się wprost. Tym razem jednak udało jej się wyrazić troskę 

o  Sylwię,  nie  podając  jednocześnie  w  wątpliwość  sympatii  Veryana  dla  Brama  Gunthorpe’a. 

Zastanawiało ją tylko, czy Bram posłużył się tą samą techniką, żeby skłonić sąsiada do wyrażenia 

zgody na przejażdżkę z Sylwią.

Dorothea  nie  była  przyzwyczajona  do  dyplomatycznych  zabiegów  wymagających  dużej  finezji. 

Jej ojciec zawsze domagał się od niej prostolinijności.

background image

69

- Nie znoszę krętactwa - mawiał. - Mów, dziewczyno, co masz na sercu.

Z Joshem i Horace’em Dorothea zawsze rozmawiała otwarcie. Owszem, wobec Fanny zdarzało jej 

się  stosować  uniki,  nie  powiedziała  jej,  na  przykład,  o  anonimie,  nie  rozmawiały  też  wprost  o 

przemycie. Ale Dorothea nigdy nie przypuszczała, że to Veryan zmusi ją do wspięcia się na szczyty 

dyplomatycznych umiejętności.

Obdarła  liście  z  suszonej  dziewanny  i  zaczęła  rozcierać  kwiaty  w  małej  czarce.  Nie  od  razu 

usłyszała  pukanie  do  drzwi  na  dole.  Dopiero  gdy  ktoś  zapukał  głośniej,  przerwała  rozdrabnianie 

kwiatów, otarła dłonie fartuchem i zeszła po schodach. Przed drzwiami stał Diggory.

- Przepraszam, panno Theo, tata mówi, że on i Daniel chcieliby przyjść z panią porozmawiać.

- Kiedy?

- Jak najszybciej, panno Theo.

- Będę tutaj do południa. - Sir Veryan znów pojechał do Quilquin House, bez wątpienia po to, by 

zachwycać się słodkimi minami Isabel i wysłuchiwać nieszczerości Brama. Dorothea uśmiechnęła 

się  do  Diggory’ego  i  dała  mu  dwa  cukierki  anyżowe,  rozciągające  się  niczym  guma.  Chłopiec 

skłonił głowę i odbiegł.

Może chodzić tylko o „Marię”, pomyślała. Wiedziała, że uszkodzenia są już naprawione i okręt 

może wypłynąć. Gdy tylko Diggory znikł z pola widzenia, zamknęła drzwi na klucz i wróciwszy na 

górę,  wyjęła  z  sejfu  pieniądze.  Czterysta  gwinei.  Podzieliła  je  na  osiem  skórzanych  sakiewek. 

Wiedziała,  że  wpłynęło trochę pieniędzy od dzierżawców,  i  kusiło  ją, by  z  nich pożyczyć pewną 

kwotę, miała przecież zapasowe klucze od sejfu w bibliotece, ale doszła do wniosku, że nie warto 

ryzykować.

Rozmawiała  kilka  razy  z  Veryanem  o  zwiększeniu  produkcji  warzyw  z  uwagi  na  garnizon 

marynarki, który stacjonował  obecnie w Plymouth. Wiedziała więc, że  kuzyn skrupulatnie  notuje 

wszystkie  wydatki  starannym,  pochyłym  pismem.  Każda  „pożyczka”  zostałaby  prawdopodobnie 

zauważona.

Mniej  więcej  po  godzinie  nadeszli  Abel  z  Danielem.  Dorothea  wpuściła  ich  na  poddasze, 

zamknęła za nimi drzwi, poczęstowała ich brandy i razem usiedli na drewnianej ławie pod oknem. 

Daniel wybrał to miejsce, bo lubił wiedzieć, czy ktoś nie nadchodzi lub nie wychodzi.

Przez  pewien  czas  rozmawiali  o  niebezpieczeństwie  grożącym  Horace’owi,  o  kłopotach  z  sir 

Veryanem  i  jego  krucjatą  przeciwko  przemytowi,  a  także  o  tym,  że  Dorothea  ma  tylko  czterysta 

gwinei do zainwestowania. Daniel odniósł się do problemu z filozoficznym spokojem.

- Znam pewnego dżentelmena, który chętnie wynająłby część „Marii” na ten rejs - powiedział. -

Proponuje pani sto gwinei, panno Theo.

- Zaufany człowiek?

-  Tak.  Admirał  w  stanie  spoczynku  z  Plymouth.  Mówi,  że  może  sprzedać  każdą  ilość  tytoniu  i 

background image

70

brandy. Pani będzie miała z tego sto gwinei, a ja dziesięć procent. - Zauważył strapienie Dorothei, 

więc dodał: - Na pewno można mu ufać. Znam go od kilku lat.

Dorothea zerknęła na Abla; ten skinął głową.

-  Niech  pani  tak  zrobi  -  poradził.  -  Mój  udział  może  iść  do  puli.  -  Podał  Danielowi  sakiewki  z 

gwineami. Kapitan podpisał kwit i schował sakiewki do większej torby, którą miał z sobą.

- Co przywieźć tym razem, panno Theo?

- Jak najwięcej koronki, koniecznie przedniej jakości. W Londynie miał się wkrótce zacząć sezon 

towarzyski. Debiutantki z całej Kornwalii i ich matki były teraz gotowe płacić wysokie ceny za taki 

towar.  -  Reszta  według  uznania.  -  Zerknęła,  jak  Daniel  notuje  jej  życzenia.  Tym  razem  musisz 

zachować  szczególną  ostrożność,  Dan  -  dodała.  -  Gunthorpe  już  nie  ma  dłużnika,  a  odnoszę 

wrażenie, że chętnie położyłby rękę na pieniądzach. Z pewnością będzie próbował jakichś sztuczek 

z policją.

- Mówią, że ostatnio grał w Plymouth. Słyszałem to od kilku osób w ratuszu.

- Wygrywał czy przegrywał? - zainteresowała się natychmiast Dorothea. Wiadomość była bardzo 

niepomyślna.  Co  Bram  robił  w  Plymouth?  Tam  wystawiano  na  licytacji  towary  odebrane 

Francuzom, a także towary odebrane przez celników przemytnikom.

- Wygrywał. Pozwolę sobie dodać, że się o to postarał.

- Proszę się nie martwić, panno Theo - włączył się Abel. - Rozpuszczę odpowiednie wiadomości. 

Będziemy obserwować, co Gunthorpe robi.

- Ty też uważaj, Abel. Nie chcę kłopotów. Dlaczego mój kuzyn musi przyjaźnić się z tą glistą?

- Sir Veryan bardzo się stara, panno Theo. Dach u Tamsin jest prawie skończony, a słyszałem, że 

będzie też odnawiana piwnica.

- W tym kłopot - powiedziała kwaśno Dorothea. - On ma jak najlepsze intencje.

Wieczorem rodzina zebrała się na kolację. Gong miał zadźwięczeć za pięć minut. Sylwia w białej 

sukni pod szyję, przepasanej czarną wstążką z kokardą, kartkowała stary numer „The Elegancies of 

Fashion”. Fanny zajmowała się szyciem, a Dorothea starała się odpędzić od siebie troski. Gdzie jest 

Horace?  Ze  szkolnych  dokumentów  wiedziała,  że  często  zdarza  mu  się  zwlekać  z  oddaniem 

zadania, ale na posiłki chłopak nie spóźniał się nigdy.

Veryan siedział z nosem w „Odach” Pindara.

Uderzono w gong. Fanny podniosła głowę.

- Nie ma Horace’a?

-  Nie  będziemy  czekać  -  zdecydował Veryan,  zatrzaskując  tomik.  Nie znosił  niepunktualności  i 

uważał,  że  młodzieniec  powinien  nabrać  manier  dżentelmena.  Wstał.  -  Służę,  pani  FitzWalter.  -

Podał ramię Fanny.

background image

71

Fanny, lekko zaróżowiona, również uniosła się z miejsca i położyła dłoń na jego przedramieniu. 

Sylwia  spojrzała  na  Dorotheę  i  uśmiechnęła  się  od  ucha  do  ucha.  Dzięki  Bogu  chociaż  za  to, 

pomyślała Dorothea. Kuzyn postanowił mierzyć szacowność Fanny własną miarą. Może w końcu i 

w innych

sprawach  stanie  się  mniej  zasadniczy.  Dręczyły  ją  wyrzuty  sumienia,  że  nie  dalej  jak  rano  dała 

początek  przedsięwzięciu,  którego  kuzyn  z  pewnością  by  nie  pochwalił.  Ale  gdzie  się  podział 

Horace?

Z korytarza doleciał ich tupot kroków. Bez pukania wpadła do salonu pani Kellow.

-  Panno  Theo!  -  powiedziała,  sapiąc  i  przyciskając  dłoń  do  obfitego,  falującego  biustu.  -

Wypadek. Ozzie właśnie przywiózł panicza Horace’a. Oberwała się skała.

- Horace! - krzyknęła Fanny. Zachwiała się i upadła. Sylwia podbiegła do matki.

- Czy jest ciężko ranny? - spytała Dorothea.

-  W  ramię,  panno  Theo.  Lepiej  niech  pani  szybko  go  obejrzy.  Trafiło  go  też  w  głowę,  ale  jest 

przytomny.

- Kuzynie - Dorothea zwróciła się do Veryana - zajmij się Fanny, proszę. Sylwio, sole trzeźwiące 

twojej  matki  powinny  być  u  niej  w  torebce.  -  Wyszła  z  pokoju,  zanim  Veryan  zdążył  wyrazić 

sprzeciw.

Horace  leżał  na  podłodze  w  kuchni.  Ktoś,  prawdopodobnie  pani  Kellow,  ściągnął  mu  surdut  i 

koszulę.  Oczy  miał  zamknięte,  a  z  ciętej  rany  na  głowie  sączyła  się  krew.  Jedno  ramię, 

posiniaczone i spuchnięte, leżało bezwładnie wzdłuż ciała. Lucy delikatnie ocierała chłopcu czoło z 

krwi.

Dorothea dokonała szybkich oględzin pacjenta.

- Pani Kellow, proszę mu ściąć włosy. Tę ranę trzeba zszyć. Gdzie jest Molly?

- Tutaj, proszę pani. - Służąca, blada i drżąca, stała przy drzwiach, kurczowo ściskając fartuch.

- Przynieś moją torbę medyczną. Jest w pokoju na górze. Lucy, wstaw wodę w kociołku na ogień, 

proszę.

Dorothea  skupiła  uwagę  na  ramieniu  Horace’a.  Siniak  szybko  się  powiększał  i  sięgał  już  kości 

obojczykowej. Kontuzja wyglądała paskudnie, ale mogła być dużo gorsza. Pani Kellow skończyła 

obcinać  Horace’owi  włosy  i  odsłoniła  w  ten  sposób  nierówne  krawędzie  rany  mniej  więcej 

pięciocentymetrowej długości.

- Poproszę brandy, pani Kellow.

Gospodyni  podała  szklaneczkę  pełną  płynu,  a  Dorothea,  podtrzymując  chłopca  pod  plecy, 

bezlitośnie wlała mu alkohol do gardła.

- Teraz prawie nic nie poczuje. - Podała szklaneczkę, żeby gospodyni dolała brandy, potem wzięła 

czystą szmatkę, którą przygotowała pani Kellow, i oczyściła alkoholem ranę. Horace drgnął, zaczął 

background image

72

przewracać głową na boki.

- Beauty - wyszeptał.

- Klacz ma złamaną nogę - szepnęła gospodyni. - Josh i Joe muszą ją dobić.

- A Ozzie?

- Trochę pokaleczony, ale w lepszym stanie niż panicz Horace. Jego klacz jest w porządku. Ozzie 

przywiózł na niej panicza.

Dorothea skinęła  głową.  Molly  wróciła z  torbą  i  znów  uciekła  w  kąt  kuchni,  głośno  pociągając 

nosem.  Dorothea  skinęła  głową  na  panią  Kellow,  a  kiedy  gospodyni  podeszła  i  ściągnęła  brzegi 

rany, zszyła je mocną jedwabną nicią, zdezynfekowała dużą porcją alkoholu i zabandażowała.

-  Nie  jest  tak  źle,  jak  się  zdawało  -  rzekła  z  napięciem.  -  Nie  musimy  uważać,  czy  nie  ma 

wstrząśnienia mózgu. Potem zajęła się ramieniem. Delikatnie zaczęła je rozcierać. rzek był bardzo 

silny, a skóra prawie czarna. Dorothea sprawdziła staw barkowy. Horace jęknął, ale wszystko chyba 

było w porządku. Łokieć też wydawał się cały.

- Może jednak nie ma złamania - powiedziała. - Nie chcę pogorszyć sytuacji.

-  Och,  jak  on  źle  wygląda  -  przejęła  się  Lucy,  darząca  ciepłymi  uczuciami  panicza,  któremu 

czasami zdarzało się skraść jej całusa.

- Musimy dać ręce szansę, żeby wydobrzała - oświadczyła Dorothea. - Arnika pomoże na obrzęk, 

poza  tym  myślę  o  okładzie  z  żywokostu,  pani  Kellow.  To  powinno  zmniejszyć  krwawienie 

wewnętrzne.  -  Spojrzała  na  służącą  w  kącie.  -  Molly,  idź  powiedzieć  pannie  Potter,  że  panicz 

Horace  jest  silnie  potłuczony  i  pokaleczony,  ale  wszystko  powinno  być  dobrze.  Niedługo  będzie 

mogła do niego zajrzeć. Potem przygotuj dla panicza łóżko. Odchyl kołdrę, żebyśmy mogli od razu 

go położyć. - Zastanawiała się, czy nie powinna przeprosić sir Veryana, że znowu komenderuje, ale 

uznała, że kuzyn nie ma innego wyjścia, jak się z tym pogodzić. Molly dygnęła i wyszła.

Pół godziny później Horace, ukojony laudanum, znalazł się w łóżku, a Dorothea poszła do stajni 

zająć  się  Ozziem.  Stajenny  leżał  na  materacu  ze  słomy,  na  stryszku,  który  dzielił  z  Joe, 

pomocnikiem  ogrodnika.  Pani  Kellow  miała  rację,  Ozziemu  wypadek  uszedł  na  sucho.  Dorothea 

opatrzyła mu wszystkie stłuczenia i skaleczenia.

- Jak się czuje panicz Horace? - dopytywał się sennie chłopak, gdy skończyła.

Dorothea szczegółowo mu opowiedziała i spytała:

- Co się właściwie stało?

- Nie bardzo wiem, panno Theo. Wracaliśmy dołem, wzdłuż brzegu morza, i nagle spadł odłamek 

skały. To się zdarza, rzecz jasna, ale przecież nie było deszczu ani nic takiego. Dorothea milczała.

- Z Beauty koniec. - Ozzie  prawie płakał. - Panicz  Horace będzie rozpaczał.  Dlaczego to  nie ja 

jechałem pierwszy?

-  Nie  obwiniaj  się,  Ozzie.  Przecież  przywiozłeś  panicza  do  domu.  To  nie  była  twoja  wina.  -

background image

73

Stajenny  wciąż  nie  był  przekonany,  więc  dodała:  -  Masz,  wypij  to.  Zobaczymy, jak  się  będziesz 

czuł jutro rano.

Poczekała,  aż  Ozzie  zażyje  laudanum,  i  wyszła.  Za  dużo  ostatnio  się  dzieje,  pomyślała.  Ale 

przynajmniej Horace będzie musiał przez pewien czas posiedzieć w domu.

Po  powrocie  do  kuchni  zastała  tam  posępnego  Veryana.  O  Boże,  pomyślała.  Znowu  nadąsany. 

Kuzyn odwrócił się do niej i powiedział:

-  Tłumaczyłem  pani  Kellow,  która  zdaje  się  tego  nie  rozumieć,  że  Horace’a  powinien  obejrzeć 

prawdziwy lekarz. Zioła to zioła, ale jego rany wydają mi się poważne, więc chciałbym, żeby wziął 

go pod opiekę specjalista.

Dorothea otworzyła usta, ale bez słowa je zamknęła. Ostrożnie, pomyślała. Widziała, że Veryan 

jest  bardzo  zaniepokojony,  prawdopodobnie  zarówno  jej  władczymi  skłonnościami,  jak  i  stanem 

Horace’a.

- Powinnam była porozmawiać z tobą, kuzynie, zanim się nim zajęłam - odezwała się ostrożnie. -

Wybacz  mi,  proszę.  -  Veryan  na  pewno  przeżył  ciężkie  chwile,  pozostawiony  sam  na  sam  z 

nieprzytomną  Fanny,  pomyślała.  Nie  bardzo  wiedziała,  co  robić  dalej.  Po  chwili  powiedziała:  -

Najbliższym  lekarzem Jest doktor Tripp z  Launceston,  ale obawiam się,  że  najczęściej można  go 

zastać przy kontuarze w oberży Pod Białym Jeleniem.

Veryan przestał się dąsać i dla odmiany popadł w głęboką zadumę.

- Nie zamierzałem podawać w wątpliwość twoich umiejętności, kuzynko - rzekł.

Dorothea roześmiała się i wkrótce Veryan również wątle się uśmiechnął.

- Czy jesteś gotów poczekać do rana, żeby sprawdzić, jak się miewa Horace? - spytała. - Moim 

zdaniem, najlepiej już go dzisiaj w nocy nie męczyć.

- Zdaje się, że próbujesz mną manipulować, kuzynko. W głosie Veryana zabrzmiała figlarna nuta, 

której Dorothea nigdy przedtem nie słyszała.

- Dobrze wiem, jak bardzo cię złoszczę - powiedziała ze smutkiem. - Ale robię to całkiem mimo

woli. Ojciec zawsze kazał mi mówić wszystko wprost i nie kręcić, ale Fanny wytłumaczyła mi już, 

jakie  to  się  wydaje  aroganckie.  Postaram  się  w  przyszłości  bardziej  zwracać  uwagę  na  zdanie 

innych.

- Hm - odrzekł Veryan, trochę zmieszany taką bezpośredniością. Dla ukrycia zakłopotania zwrócił 

się do gospodyni: - Pani Kellow, jeśli wszystko wróciło już do normy, to może zjedlibyśmy kolację.

Z dużą niechęcią Veryan napisał list do rektora New College w Oksfordzie i złożył rezygnację ze 

stanowiska wykładowcy. Zdawało mu się, że pali za sobą mosty, ale nie było rady. Czy mu się to 

podobało, czy nie, Selwood Priory miało być w najbliższej przyszłości jego domem.

Potem napisał również do Toby’ego Marchama z prośbą, żeby zorganizował pakowanie i wysyłkę 

background image

74

jego  książek  do  Priory.  Trzeba  było  przewieźć  je  drogą  morską,  co  stanowiło  duży  wydatek,  ale 

Veryan  nie  mógł  się  zdobyć  na  sprzedaż  księgozbioru  i  rozwiązanie  problemu  w  bardziej 

racjonalny sposób.

W odpowiedzi Toby wprosił się w gościnę do Selwood Priory. Napisał, że przewiezie księgozbiór 

wynajętym dyliżansem  aż  do Plymouth, więc  jeśli  Veryan jest w stanie  załatwić dalszy transport 

statkiem z Plymouth do Porthgavern, to on, Toby, będzie eskortował ładunek osobiście.

Przyjaciel był bardzo ciekaw, jak Veryan urządził się w Kornwalii. Po prostu nie umiał wyobrazić 

sobie  takiego  odludka  przemierzającego  akry  swojej  ziemi  i  rozmawiającego  o  pogodzie  z 

miejscowymi  rolnikami.  Wiedza  Veryana  o  rolnictwie  ograniczała  się  do  znajomości  „Georgik” 

Wergiliusza. Jak, na Boga, miał sobie poradzić z przyziemną rzeczywistością?

Był też inny powód. Zazwyczaj Toby przyjeżdżał w kwietniu na sezon do Londynu. Wynajmował 

dwupokojowe  mieszkanie  przy  Half  Moon  Street  i  dobrze  się  bawił.  Niestety,  przez  ostatnie  lata 

upodobała  go  sobie  niejedna  mama;  był  atrakcyjnym  młodym  człowiekiem,  dochody  miał 

wprawdzie  skromne,  ale  jako  jedynak  musiał  w  odpowiednim  czasie  odziedziczyć  niebagatelny 

majątek, a zatem, krótko mówiąc, powinien się znaleźć na liście potencjalnych zięciów.

Toby uznał, że w tej sytuacji lepiej będzie pojechać na miesiąc do Kornwalii. W Londynie mógł 

pojawić się w czerwcu, gdyby naszła go taka ochota.

„Czy jesteś pewien, że chcesz przyjechać w taką dzicz? - Pytał go w liście Veryan. - Naturalnie, 

byłbym  zachwycony  potkaniem,  ale  muszę  cię  ostrzec,  że  w  okolicy  nie  ma  nic  do  roboty,  a  w 

każdym razie nie ma rozrywek dla cywilizowanych ludzi”.

Podczas  podróży  Toby  nie  miał  kłopotów,  jakie  niegdyś  były  udziałem  jego  przyjaciela. 

Pokonywał trasę krótkimi etapami, ale żaden z karczmarzy nie ośmielił się wcisnąć mu obskurnego 

pokoju.  Większość pokojówek na widok przystojnego hojnego mężczyzny  świadczyła mu  usługi, 

których Veryan z pewnością by nie pochwalił.

W  Royal  Hotel  w  Plymouth  czekała  na  Toby’ego  wiadomość.  Miał  spytać  o  Abla  Watsona, 

którego lugier stał akurat w Sutton Pool. Książki załadowano na pokład zadziwiająco sprawnie - dla 

człowieka,  który  przez  całe  życie  wtaczał  do  ładowni  baryłki  brandy  po  ciemku  i  w  byle  jaką 

pogodę,  przeniesienie  książek,  mimo  nieporęczności  ładunku,  nie  stanowiło  najmniejszego 

problemu. Toby również wsiadł na lugier, a woźnica i pocztylion wrócili regularnym dyliżansem do 

ojca Toby’ego.

W  liście  Veryan  bardzo  lakonicznie  opisał  sytuację  w  Selwood  Priory,  toteż  rzeczywistość 

sprawiła  Toby’emu  wielką  niespodziankę.  Oto  wielebny  Veryan  Selwood,  wykładowca  New 

College  w  Oksfordzie,  autor  niezliczonych  erudycyjnych  monografii  poświęconych  starogreckiej 

literaturze,  nie  tylko  znosił,  lecz  wydawał  się  wręcz  zachwycony  sytuacją,  która  nie  dalej  jak 

miesiąc  wcześniej  skłoniłaby  go  do  natychmiastowego  posłania  po  urzędników  najbliższego 

background image

75

zakładu dla upadłych kobiet.

Toby’ego  bardzo  to  rozbawiło.  Natychmiast  za  przykładem  przyjaciela  zaczął  tytułować  Fanny 

„panią FitzWalter” i traktować ją tak, jakby była panią domu. Horace, intrygująco blady, z ręką na 

temblaku, był podobny do wszystkich dorastających młodzieńców, natomiast z Sylwią Toby zaczął 

się po przyjacielsku drażnić.

Ku konsternacji Veryana, natychmiast też osiągnął porozumienie z Dorotheą.

-  Ona  jest  niezwykle  bezpośrednia  -  powiedział  do  przyjaciela  w  pierwszy  wieczór  po  swym 

przyjeździe. Siedzieli w bibliotece, popijając brandy.

- Z damy ma niewiele - zauważył Veryan.

- Niedorzeczność. - Toby się roześmiał. - Po prostu mówi wprost. Jej słowom można ufać.

- Nie można jej ufać ani trochę, zawsze mam wrażenie, że mówi mi tylko pół prawdy. Może jest 

bezpośrednia, ale nie otwarta.

To ciekawe, pomyślał Toby. Panna Selwood musiała mu zaleźć za skórę.

- I ma bardzo ciekawą urodę - dodał. - Naturalnie, jest okropnie ubrana, ale gdyby ją odpowiednio 

wystroić, zrobiłaby furorę w Londynie.

- Panna Selwood? - zdumiał się Veryan. - Przez to dziwaczne zestawienie koloru włosów i oczu 

miejscowi  omal  nie  uznali  jej  za  czarownicę.  Poczekaj,  aż  zobaczysz  pannę  Gunthorpe.  To  jest

dopiero urodziwa istota.

Gunthorpe, powtórzył w myśli Toby. To nazwisko z czymś mu się kojarzyło. Potem przyszło mu 

do  głowy,  że  przyjaciel  bardzo  się  zmienił.  Toby  jeszcze  nigdy  nie  słyszał  z  jego  ust  o  żadnej 

kobiecie. Poza tym Veryan lepiej teraz wyglądał. Trochę się zaokrąglił, no i nie miał już żółtawej 

cery mola książkowego.

- Wyśmienita brandy - zauważył Toby. - Czy w okolicy kwitnie przemyt?

Veryan na chwilę zamknął oczy.

- Dochodzę do wniosku, że właściwie nie ma nic innego. Właśnie zamierzam położyć temu kres.

Toby spojrzał nań zaniepokojony. Miał nadzieję, że przyjaciel nie stawia sobie celów ponad siły.

W salonie Dorothea  z  Fanny plotkowały o  nowym  gościu. Dorothei  wcale nie  podobało się,  że 

przyjedzie.  Niech  Bóg  ją  chroni  przed  następnym  sztywno  wykrochmalonym  odludkiem!  Ale  w 

chwili,  gdy  zawarli  z  Tobym  znajomość,  poczuła,  że  nareszcie  znalazła  sprzymierzeńca.  Z 

uśmieszków Lucy i Molly można było wyczytać jednoznacznie, że zalety pana Marchama nie uszły 

ich  uwagi.  Kiedy  Dorothea  podzieliła  się  swoimi  spostrzeżeniami  z  Fanny,  ta  powiedziała  z 

niepokojem:

- Mam szczerą nadzieję, że unikniemy kłopotów tego rodzaju.

-  Obawiam  się,  że  nie.  Ale  pani  Kellow  będzie  miała  na  oku  Lucy  i  Molly.  A  w  stosunku  do 

background image

76

Sylwii pan Marcham zachowuje się jak należy.

- Ona może się w nim zakochać. Jest bardzo przystojny.

- Będzie z nim bezpieczniejsza niż z Bramem Gunthorpe’em - odparła Dorothea. - Czy nie podoba 

ci się ten przyjaciel sir Veryana, Fanny?

-  Bardzo.  Ma  maniery  prawdziwego  dżentelmena.  Ale...  czuję  się  jak  oszustka,  kiedy nazywają 

mnie „panią FitzWalter”. - Podbródek Fanny zaczął drżeć.

- Dlaczego miałabyś nie być panią FitzWalter? To znakomity pomysł. Nie wiem, dlaczego ojciec 

nie  wpadł  na  niego  wiele  lat  temu.  -  Horyzont  się  przejaśnia,  pomyślała.  Horace  czuł  się  coraz 

lepiej. Wciąż bardzo martwił się śmiercią Beauty - o wiele bardziej niż śmiercią ojca - ale kuzyn 

obiecał  mu  kupić  w  stosownym  czasie  innego  konia.  Poza  tym  pan  Marcham  sprawiał  wrażenie 

bardzo  pożądanego  dodatku  do  ich  towarzystwa.  W  każdym  razie  bez  wątpienia  dawał  Sylwii 

znacznie lepszy przykład względów, jakimi może otoczyć ją mężczyzna, niż Bram Gunthorpe.

Dziwiło ją tylko, że sir Veryan znalazł sobie takiego przyjaciela jak pan Marcham. Czyżby osoba 

kuzyna kryła w sobie jeszcze nie zbadane głębie?

Wkrótce  po  przyjeździe  Toby’ego  Veryan  zabrał  przyjaciela  do  Quilquin  House.  Wprawdzie 

afektowane  wyrazy  uwielbienia  panny  Gunthorpe  wydawały  mu  się  nużące,  pomyślał  jednak,  że 

możliwość poznania nowego kawalera będzie dla niej interesująca. Nie wątpił w to, że Toby będzie 

umiał bronić się przed zalotami z dużo większym wdziękiem.

W chwili gdy Toby poznał Brama Gunthorpe’a, nabrał pewności, że już gdzieś natknął się na to 

nazwisko. Potem przypomniał sobie, że przez pewien czas Gunthorpe był stałym klientem jednej z 

jaskiń gry przy King Street, cieszącej się złą sławą z powodu szulerów i sprytnie ukrytych luster, 

służących oskubywaniu naiwnych graczy z prowincji. Gunthorpe był zbyt zręczny, by pozwolić się 

złapać na gorącym uczynku,  ale mimo  to kilku znajomych Toby’ego zarzekało  się, że  więcej nie 

usiądą z nim do stolika.

Dlatego wywodów Brama o szkodliwości przemytu Toby wysłuchał z pewnym niedowierzaniem.

- Jestem sędzią pokoju - tłumaczył mu gospodarz. - Musi pan wiedzieć, panie Marcham, że to jest 

bardzo niewdzięczne zajęcie w tej okolicy. Przemyt spotyka się u nas na co dzień, co obecny tu sir 

Veryan może potwierdzić.

- Wstrząsające - rzekł oschle Toby. Co za hipokryta, pomyślał jednocześnie. Bywalca spelunek z 

King Street trudno podejrzewać o szczerą dezaprobatę dla przemytu.

Drzwi  otworzyły  się  i  do  salonu  weszły  pani  Gunthorpe  z  Isabel.  Dokonano  prezentacji.  Pani 

Gunthorpe  ze  swobodą  nabytą  dzięki  długiej  praktyce  natychmiast  wyciągnęła  od  Toby’ego 

informację  o  jego  stanie  cywilnym  -  jedynak,  mruknęła  potem  pod  nosem  -  o  majątku,  wieku  i 

politycznych przekonaniach. Słysząc „Wig”, pokręciła głową z dezaprobatą.

background image

77

Isabel była zachwycona poznaniem Toby’ego. Nad Veryanem musiała ciężko pracować, nie umiał 

powiedzieć  nawet  zwykłego  komplementu,  chociaż  nieraz  atakowała  go  różnymi  aluzjami.  Pan 

Marcham znał swoje obowiązki.

- O, panno Gunthorpe, teraz już rozumiem, dlaczego mój przyjaciel tak długo bawi w Kornwalii.

Pani Gunthorpe zdecydowanym ruchem ujęła sąsiada za ramię i odprowadziła na stronę.

- Sir Veryan - zaczęła - to nie ma sensu. Musi pan usunąć pannę Potter i te dzieciaki.

Veryan wyprostował plecy. Przez chwilę wyglądał jak sir Walter.

- Muszę, proszę pani? Ja muszę?

- Ludzie zaczynają o tym mówić. Taka zwłoka jest wyjątkowo niefortunna.

Bram słuchał tego ze zniecierpliwieniem, wreszcie wtrącił się do rozmowy:

-  Daj  spokój,  mamo.  Sir  Veryan  ma  poważniejsze  sprawy  na  głowie.  Jak  pan  sądzisz,  panie 

Selwood,  czy  pana  przyjaciel  doceniłby  uroki  towarzyskiego  wieczoru  Pod  Białym  Jeleniem  w 

Liskeard?  Pana znam,  ma pan  święcenia, nie  tyka pan  kart,  ale pan  Marcham  mógłby się  dobrze 

zabawić,  a  ja  przedstawiłbym  go  kilku  porządnym  ludziom,  na  przykład  Trippowi,  naszemu 

miejscowemu medykowi.

Pani Gunthorpe pogardliwie prychnęła.

- Pijak.

- Lubi dobre towarzystwo, to wszystko. - Bram przesłał matce ostrzegawcze spojrzenie.

- Musi pan spytać mojego przyjaciela - odrzekł Veryan. - Mnie to nie przeszkadza.

Toby jednakże odmówił.

- Natknąłem się na tego Gunthorpe’a w Londynie kilka lat temu - powiedział w drodze do domu. -

Nie poznał mnie, a ja mu się nie przypomniałem.

- Dlaczego nie? To bardzo zacny kompan. - Veryan zmarszczył czoło.

Owszem,  jeśli  lubisz  graczy  wątpliwej  reputacji,  pomyślał  Toby.  Dawno  jednak  nauczył  się 

traktować przyjaciela z dużą ostrożnością, więc rzekł tylko:

-  Właściwie  nie  mam  nic  przeciwko  niemu,  ale  lubi  dość  osobliwe  towarzystwo.  Veryan  nie 

odpowiedział. Po chwili Toby roześmiał się.

- Już rozumiem, dlaczego pani FitzWalter dalej mieszka w twoim domu. Myśl o pani Gunthorpe, 

mogącej odwiedzić cię w każdej chwili, jest niezwykle deprymująca!

Veryan zdobył się na wymuszony uśmiech.

-  Znam  wiele  dam  z  towarzystwa  mających  znacznie  gorszą  reputację  niż  pani  FitzWalter  -

ciągnął Toby. - A panna Selwood też mi się podoba.

- Ach, panna Selwood - powtórzył oschle jego przyjaciel.

- Nie lubisz jej?

-  Uważam,  że  jest  zarozumiała,  władcza,  a  do  tego  w  jej  sposobie  prowadzenia  konwersacji 

background image

78

brakuje skromności, która przystoi niewiastom - odparł Veryan sztywno.

- Czy to znaczy, że wolisz pannę Gunthorpe?- spytał zaintrygowany Toby. Nie przypominał sobie, 

by kiedykolwiek rozmawiał z przyjacielem o kobietach.

-  Pannę  Gunthorpe?  -  Veryan  spojrzał  na  niego  zdumiony.  -  Nie.  Chociaż,  naturalnie,  panna 

Gunthorpe jest damą. Urodziwą damą.

- Jeśli  lubisz porcelanowe lalki... - skrytykował Toby. - Osobiście wolę  pannę Selwood, ogień i 

lód w jednej osobie.

- Jest chuda jak szczapa.

- Jest smukła.

Veryan skwitował to milczeniem.

Wbrew kwaśnym słowom  Veryana skierowanym  do Toby’ego udało mu się zawrzeć z kuzynką 

kruchy rozejm.

-  Musisz  mu  więcej  tłumaczyć,  Theo  -  poradziła  jej  Fanny,  i  od  tej  pory  Dorothea  bardzo  się 

starała postępować zgodnie z tą sugestią.

Veryan ze  swej strony zaczął  pytać Dorotheę o różne  sprawy dotyczące  majątku, a ona mówiła 

mu, jakie ceny można uzyskać za krowy lub owce i ile można zapłacić za takie czy inne towary. 

Pani  Gunthorpe  mimowolnie  potwierdziła  informację  o  pijaństwie  doktora  Trippa,  co  więcej 

Veryan na własne oczy zobaczył, że rany Horace’a goją się tak, jak powinny.

Oboje doszli nawet do tego, że zaczęli dyskutować o siewnikach i o doskonaleniu metod hodowli.

- Bardzo dużo wiesz, kuzynko - powiedział Veryan, urywając w czas, by nie zakończyć: „jak na 

kobietę”. Ona jest trochę podobna do Matty, pomyślał niespodziewanie. Matty też zawsze mówiła 

to, co myślała. I zawsze dodawała wszystkim otuchy. Tak go zdziwiło to odkrycie, że przemknęła 

mu mimo uszu odpowiedź kuzynki i musiał ją poprosić o powtórzenie.

Dorothea skrzywiła się.

-  Powiedziałam,  że  jak  dotąd,  niewielki  był  pożytek  z  mojej  wiedzy.  Ojcu  nie  wolno  było 

przeszkadzać takimi sprawami.

-  To  mnie  dziwi.  Jeśli  twoje  obliczenia  są  słuszne,  mógł  przecież  osiągać  kilkakrotnie  większe 

dochody ze swojej ziemi.

- Ojciec wolał hazard - ucięła Dorothea. Dobrze wychowana panna nie krytykuje ojca, pomyślał 

Veryan. Ale uczył się szybko, więc po chwili spytał:

- Grał z Gunthorpe’em?

- O tak. I z każdym innym, kto tylko chciał grać.

- Marcham mówi, że ten Gunthorpe grywał też w Londynie. Słyszałaś o tym?

Dorothea skinęła głową. I tkwi po uszy w przemycie, miała ochotę dodać. Ale musiała zachować 

background image

79

ostrożność.

- Wiem, że pani Gunthorpe bardzo się tym martwi. Pan Gunthorpe „pożycza” od niej pieniądze.

- Niemożliwe. Żaden dżentelmen nie mógłby tego robić.

- Istotnie. - Dorothea bardzo się starała, by nie zabrzmiało to ironicznie.

Veryan otworzył usta, ale zaraz znów je zamknął. Oprócz dyplomatycznego układania stosunków 

z kuzynem

Dorothea miała na głowie także inne sprawy. Poprosiła ją o rozmowę pani Kellow.

- Przepraszam, że niepokoję, panno Theo. Chodzi mi o Molly. Nie wiem, co się z nią dzieje. Nie 

chce jeść, ledwie coś skubnie z talerza, nic nie mówi i z byle powodu płacze.

O Boże, pomyślała Dorothea.  I co teraz  będzie?  Pan Marcham?  Nie, na  pewno nie. Molly była 

ładna,  dosyć  apetyczna,  z  lśniącymi  kasztanowymi  włosami  i  małymi  loczkami  wokół  twarzy, 

którymi  lubiła  potrząsać.  Miała  zwyczaj  zakochiwać  się  w  najbardziej  niestosownych 

mężczyznach.  Ostatnim  był  pewien  nicpoń  z  Cawsand,  którego,  na  szczęście,  przymusowo 

wcielono  do  armii.  Dorothea  miała  nadzieję,  że  ów  obiekt  westchnień  Molly  służy  teraz  z 

pożytkiem dla kraju w marynarce Jego Królewskiej Mości.

Ozzie też uległ czarowi Molly, ale raczej nie należało się spodziewać, by dziewczyna wykazała 

się rozsądkiem i odwzajemniła jego uczucie.

- Chyba nie jest...?

- Nie, dzięki Bogu. - Pani Kellow pilnowała służących jak oka w głowie.

- Porozmawiam z nią - obiecała Dorothea. - Przypuszczam, że znowu się zakochała. - Pamiętała 

Molly skuloną przy drzwiach w ten wieczór, gdy Ozzie przywiózł Horace’a. Boże, chyba chłopak 

nie poszedł w ślady ojca? Nagle Dorothea przypomniała sobie liścik. Czy to możliwe, żeby napisała 

go Molly i właśnie z tego powodu teraz się zamartwiała? Ale nie. Molly nie umiała pisać.

Służąca, przyzwana na poddasze, nie chciała nic powiedzieć. Wybuchnęła histerycznym szlochem 

i krzyknęła:

- Nie zrobiłam nic złego, panno Theo.

- Nikt nie twierdzi, że zrobiłaś, Molly.

Dorothea zmierzyła jej puls - był bardzo przyśpieszony - potem obejrzała język, oczy i  gardło i 

zadała kilka pytań. Dziewczyna wydawała jej się zdrowa, w każdym razie fizycznie. Pozostawała 

jednak możliwość, że Molly podrzuciła wiadomość w siodłami w czyimś imieniu.

-  Dziękuję  ci  za  pomoc  w  opiece  nad  paniczem  w  zeszłym  tygodniu  -  powiedziała  Dorothea 

obojętnym tonem, odwracając się, by przygotować dla Molly coś na wzmocnienie. Na ścianie przed 

sobą miała małe lustro i mogła w nim obserwować służącą.

Czy to była kwestia oświetlenia, czy Molly rzeczywiście zbladła?

-  To  byłoby  okropne,  gdyby  coś  mu  się  stało  -  ciągnęła  Dorothea  i  zobaczyła,  jak  służąca 

background image

80

kurczowo splata palce na kolanach. - Wolisz krople o zapachu czarnego bzu czy mięty, Molly?

- Mięty. - Głos dziewczyny był ledwie słyszalny. Dorothea obróciła się; służąca wpatrywała się 

sztywno w punkt przed sobą.

- Nie mogę nic powiedzieć, panno Theo. To był wypadek.

- Chciałabym mieć taką pewność.

Molly chwyciła podany flakonik i szybko uciekła.

Dorothea  umyła  ręce,  a  potem  poukładała  na  miejscach  łyżeczki  i  naczyńka,  które  służyły  do 

dozowania  ziół.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  poszukiwana  przez  nich  osoba  nie  jest 

domownikiem, lecz mężczyzną, w którym zakochała się Molly.

Kogo  zapytać  o  tego  człowieka?  -  zastanawiała  się.  -  Lucy  najprawdopodobniej  milczałaby  jak 

grób z  lojalności  wobec przyjaciółki. Również  Molly postanowiła trzymać język za  zębami.  Pani 

Kellow na pewno niczego nie wiedziała. Może Ozzie? Ale wypytywanie go wydawało się Dorothei 

okrucieństwem.

W  finansach  Brama  widoczny  był  odpływ.  Pierwszy  dzień  kwartału  przyniósł  mu  czterysta 

funtów z opłat dzierżawnych, ale większość tej sumy pochłonęły długi.  Kilku kupców, z którymi 

robił interesy, nachodziło go i natrętnie domagało się zapłaty, a kółko graczy z Liskeard też stało 

się dla niego znacznie mniej wyrozumiałe niż do tej pory.

Była  jednakże  do  wzięcia  trzystufuntowa  nagroda  za  zatrzymanie  „Marii”  i  jej  załogi.  Bram 

wiedział,  że  okręt  znowu  wyruszył  do  Roscoff,  ale,  jak  dotąd,  nie  miał  wiadomości  o  jego 

powrocie. Chyba że informator go zawiódł.

Podszedł  do  biurka  i  szybko  napisał  liścik,  zapieczętował  go,  po  czym  zadzwonił.  Do  pokoju 

weszła Sukey.

- Masz. Trzeba jak najszybciej doręczyć ten list. Powiedz Collinsowi, żeby to zrobił.

-  Dobrze,  proszę  pana.  -  Sukey  dygnęła,  wzięła  kartkę  i  szybko  wyszła  z  pokoju.  Panu 

Gunthorpe’owi nieraz zdarzało się kopać służbę, która, jego zdaniem, nie dość szybko wypełniała 

obowiązki, a tego dnia wydawał się w bardzo złym nastroju.

Dziewczyna schowała list do kieszeni i zeszła do kuchni. Kucharka była zajęta w spiżami. Sukey 

cicho  wzięła  jeden  z  noży,  ukradkiem  poszła  na  poddasze,  do  pokoiku,  który  dzieliła  z  dwiema 

innymi służącymi, i zamknęła za sobą drzwi na klucz. Na kominku stała świeczka, leżała też hubka 

z  krzesiwem.  Dziewczyna  zapaliła  świeczkę  i  rozgrzała  ostrze  noża.  Gdy  uznała,  że  jest 

dostatecznie gorące, wsunęła je pod pieczęć i otworzyła list.

Nauczyła się kiedyś czytać z Biblii, która była u niej w domu, a chociaż charakter pisma w liściku 

był dość niewyraźny, udało jej się odcyfrować treść.

background image

81

Przyjdź w niedzielą o dziesiątej wieczorem tam gdzie zwykle.

Jeszcze  raz  podgrzała  ostrze  noża,  nadtopiła  wosk  i  zapieczętowała  list.  Pani  Kellow  o  tym 

usłyszy.

6

Michael!  -  wykrzyknęła  Dorothea.  -  To  Michael  Cross?  Dlaczego...  Przecież...  O,  Boże.  -

Bezsilnie opadła na krzesło.

Siedziały z panią Kellow w saloniku gospodyni, przytulnym pokoju przylegającym do kuchni, z 

ogniem  w  kominku,  dwoma  miękkimi  fotelami  i  dwoma  fajansowymi  psami  ze  Staffordshire  na 

gzymsie kominka.

- Tak mi powiedziała Sukey w niedzielę po nabożeństwie, panno Theo. Ale to może być zupełnie 

co innego... - dodała powątpiewająco.

-  Michael  Cross  -  powtórzył  Josh,  który  stał  przy  oknie.  -  Wszyscy  twierdzą,  że  jest  ostatnio 

nieswój. Ma muchy w nosie, jak mówi Abel. Nie zwróciłem na to uwagi, bo oni nigdy się nie lubili. 

Ale z tego, co Abel opowiadał po ostatnim rejsie, wynikało, że ktoś w najlepszym razie bezmyślnie 

o nas papla.

-  Pani  Cross  też  się  trapiła.  Nic  dziwnego,  że  Michael  jest  nieswój,  skoro  ma  coś  takiego  na 

głowie. - Dorothea wróciła myślami do dnia ostatniego wyładunku. Już wtedy zdawało jej się, że 

coś  jest  nie  w  porządku,  ale  nie  umiała  tego  nazwać.  Teraz  uświadomiła  sobie,  że  Michael  zbyt 

gorliwie  zabiegał  o  jej  łaski.  I  miał  dziwny  głos.  Dorothea  zyskała  duże  doświadczenie  w 

rozmowach  z  ludźmi,  którzy  znaleźli  się  w  opałach,  dlatego  znała  oznaki  prawdziwej  biedy  i 

wiedziała, kiedy ktoś robi uniki. Była pewna, że gdyby tamtego dnia wykazała więcej czujności, od 

razu zauważyłaby dziwne zachowanie Michaela i wszystkim oszczędziłoby to kłopotów.

- Biedak - powiedziała pani Kellow.

-  Rzeczywiście  biedak!  -  rzuciła  pogardliwie  Dorothea.  -  Chce  zdradzić  swoich  bliskich,  nie 

wyłączając przyrodniego brata.

- Nie wiadomo, czy  chce, panno Theo - sprostowała  stanowczo  gospodyni.  - Pan Gunthorpe na 

pewno coś na niego ma. Wolałabym nie być w skórze Michaela.

- Ja też - przyznała Dorothea, którą nagle przeszył dreszcz. - Naturalnie ma pani rację. Nie wiemy, 

jak go zmuszono.

- Musimy się dowiedzieć, co knuje Gunthorpe - włączył się do rozmowy Josh. - Najlepiej będzie, 

jeśli po cichu sprawdzę, dokąd Michael idzie.

Po jego wyjściu gospodyni przysunęła fotel bliżej ognia.

background image

82

- Jeśli Molly zadała się z Michaelem Crossem, to jest bardzo głupią dziewczyną - powiedziała. - A 

Ozzie tak do niej wzdycha. Ona doprawdy na niego nie zasługuje.

Dorothea  westchnęła.  Coś  trzeba  było  zrobić.  Nie  mogła  trzymać  w  domu  służącej,  która  ma 

romans  z  żonatym  mężczyzną,  w  dodatku  miejscowym  dzierżawcą.  Niestety,  Molly  nigdy  nie 

wykazywała  rozsądku  w  wyborze  mężczyzn.  Trudno  było  jednak  odgadnąć,  jak  daleko  sprawy 

zaszły.  Może  nie  stało  się  jeszcze  nic  naprawdę  złego,  a  Molly  poniosła  wyobraźnia.  Dorothea 

całkiem lubiła Michaela, ale ten prawie czterdziestoletni, łysiejący mężczyzna bez kilku zębów nie 

bardzo nadawał się na obiekt westchnień młodej dziewczyny. Pani Kellow pochyliła się nad nią i 

poklepała ją po dłoni.

- Wygląda pani na zmęczoną. Dorothea uśmiechnęła się z wysiłkiem.

- Za dużo  naraz. Wciąż jeszcze  martwię się o panicza Horace’a. Teraz  nic mu  nie grozi, ale co 

będzie,  gdy  ramię  się  zagoi?  Zaczął  nakłaniać  sir  Veryana,  żeby  pozwolił  mu  rzucić  szkołę  i 

wstąpić do wojska. To się, naturalnie, nie podoba jego biednej matce.

- Trudno mieć o to do niej pretensje, panno Theo. Ma prawo się martwić. Ten okropny Bonaparte, 

czy jak on się zwie, znowu miesza.

- Pewnie tak. Ale Horace musi coś ze sobą zrobić. Nie jest stworzony do studiów na uniwersytecie 

i stanowczo nie widzę go jako urzędnika. Cóż wobec tego mu pozostało?

-  Biedny  chłopak  -  powiedziała  współczująco  pani  Kellow.  Miała  dużą  słabość  do  Horace’a. 

Młodzieniec wydawał jej się zagubiony. Wychowano go jak syna dżentelmena, ale bez przywilejów 

i wsparcia, które zwykle towarzyszyły temu stanowi. Nie była to łatwa sytuacja.

Myśli Dorothei podążały podobnymi torami. Gdyby z przemytu można było odłożyć kilka tysięcy 

funtów, czyli kapitał, jakiego mógłby się spodziewać przeciętny młodszy syn w dobrej rodzinie, to 

bardzo  zmieniłoby  położenie  Horace’a.  Można  byłoby  wtedy  namówić  kuzyna  do  kupienia 

chłopakowi stopnia  oficerskiego w 32 Pułku  Kornwalijskim  albo w innym, gdzie jego przeszłość 

nie byłaby znana.

- Wojsko dobrze zrobiłoby Horace’owi. Miałby dyscyplinę i poczucie przygody.

- Nie uda się pani namówić panny Potter... to znaczy pani FitzWalter - odrzekła gospodyni.

- Niepokoi mnie też, że sir Veryan jest tak blisko z Bramem Gunthorpe’em. - Dorothea jęknęła. -

Dlaczego on nie widzi, co to za kanalia. Wiem, że kuzyn stara się, jak umie, naprawia, pomaga i w 

ogóle,  ale  wciąż  wpada  na  jakieś  głupie pomysły,  niewątpliwie  pod  wpływem  naszego  sąsiada,  i 

wtedy  nijak  nie  można  mu  tego  wybić  z  głowy  -  ciągnęła.  Poza  tym,  bardzo  mnie  niepokoją 

zamiary  pana  Gunthorpe’a.  Dla  mnie  jest  jasne,  że  chce  zagnieździć  się  w  okolicy  albo 

przynajmniej oczyścić sobie przedpole, żeby nic mu nie przeszkadzało w prowadzeniu interesów w 

Cawsand. Gdyby Selwoodowie wycofali się, wtedy mógłby zająć ich miejsce. Zwiększyłby swoje 

zyski  i  odebrał  nam  klientów.  Ale  nie  mogę  zaufać  kuzynowi,  boję  się.  -  Dorothea  nagle 

background image

83

posmutniała.

- A chciałaby pani? - spytała gospodyni, starając się powstrzymać czysto kobiece zainteresowanie, 

które  nagle  rozbudziła  w  niej  Dorothea.  Nieraz  już  myślała,  że  gdyby  kuzynom  udało  się 

przezwyciężyć wzajemną niechęć, mogliby sobie nawzajem wiele ofiarować.

-  Tak.  Ojciec  miał  rację.  On  nie  jest  lawirantem.  Poza  tym,  prawdę  mówiąc,  ni  stąd,  ni  zowąd 

dostał  mu  się  majątek,  w  którym  trzeba  się  ciężko  naharować.  Metody  gospodarowania  mamy 

spóźnione  o  dobre  pięćdziesiąt  lat.  Ale  kuzyn  widzi  nie  to,  co  trzeba,  i  pozwala  się  mamić  panu 

Gunthorpe’owi.

-  Może  pan  Marcham  coś  na  to  pomoże  -  wyraziła  nadzieję  pani  Kellow.  -  Wydaje  mi  się 

dżentelmenem, który jadł chleb z niejednego pieca.

- Tak. - Dorothea nagle się uśmiechnęła. - Nie wydaje mi się, na przykład, by pan Marcham miał 

być zgorszony, gdyby któregoś dnia znalazł na swoim progu baryłkę brandy!

Następnego  ranka  Veryan  wyjechał,  by  załatwiać  jakieś  sprawy,  a  Toby,  Dorothea,  Sylwia  i 

Fanny siedzieli w salonie. Toby oglądał tapiserie. Bawiło go, że trzy kobiety w ogóle nie zwracają 

uwagi  na  to,  jak  skandaliczne  treści  przekazują  tkaniny.  Kolory,  owszem,  były  spłowiałe,  nadal 

jednak  nie  ulegało  wątpliwości,  czym  zajmują  się  przedstawieni  na  tapiseriach  bogowie,  nimfy i 

pasterze.

- Tkaniny są chyba jeszcze z czasów przeora Gilberta - powiedziała Dorothea, odrywając wzrok 

od szycia. Razem z Fanny wzięły się do naprawiania brokatowych zasłon, które wisiały w dawnym 

pokoju sir Waltera.

-  Nic  dziwnego,  że  ogłoszono  kasatę  zakonu  -  odrzekł  Toby,  podziwiając  smukłą  figurę 

uciekającej Ariadny, co bez wątpienia robił kiedyś także przeor Gilbert.

-  Jeśli  te  tkaniny  wydają  się  panu  nieprzyzwoite,  to  powinien  pan  zobaczyć  fresk  w  kancelarii 

przeora - powiedziała prowokacyjnie Sylwia. - Tam jest gruba Mab.

- Kto to?

- Kochanka ostatniego przeora, Gilberta - wyjaśniła Sylwia, ani trochę nie zakłopotana. - Zawsze 

lubiłam  „Lenistwo”.  Mab  leży  całkiem  bez  niczego  na  czymś  podobnym  do  ławeczki  i  ma 

zamknięte oczy. Obok jest wielka góra odłożonego szycia, a może prania. Doskonale rozumiem tę 

Mab. Jak ja nie znoszę szyć!

- Sylwio! - zawołała Fanny. - Proszę jej wybaczyć, panie Marcham.

Dziewczynka ze zniecierpliwieniem poderwała głowę i wbiła wzrok w sufit.

Toby spojrzał na Sylwię. Jest uroczo niewinna, pomyślał, ale naprawdę nie powinna mówić takich 

rzeczy. Jej niewinność może zostać opacznie zinterpretowana. Zwrócił się do Dorothei:

- Muszę obejrzeć kancelarię przeora. Czy Selwood ją widział?

background image

84

-  Chyba  musiał.  -  Dorothea  znów  na  chwilę  podniosła  głowę  znad  szycia.  -  Pani  Kellow 

oprowadziła go po całym domu. Dziwi mnie nawet, że nie kazał pobielić ścian wapnem tam, gdzie 

malowidła obrażają moralność - stwierdziła oschle.

- Najprawdopodobniej w ogóle ich nie widział - odrzekł Toby. - Co stało się z jego okularami?

- Rozdeptał je.

-  Bez  nich  wygląda  dużo  lepiej  -  znów  włączyła  się  Sylwia.  -  Moim  zdaniem,  jest  całkiem 

przystojny, chociaż Thea się ze mną nie zgadza.

Dorothea spłonęła rumieńcem.

- Sylwio! Nigdy nie mówiłam niczego o wyglądzie sir Veryana.

- No, może nie. - Dziewczynka wzruszyła ramionami i zajęła się wyglądaniem przez okno. - Ojej! 

-  wydała  radosny  pisk.  -  Nadjeżdża  pan  Gunthorpe!  I  prowadzi  ze  sobą  Brandy.  Pobiegnę  się 

przebrać. - Zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, wypadła z pokoju.

Skonsternowana Fanny popatrzyła na Dorotheę.

- Ona nie może z nim jechać - szepnęła.

- Nie - potwierdziła stanowczo Dorothea. - Założę się jednak, że Bram powoła się na pozwolenie 

sir Veryana. Co robić? Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak zachować się bardzo nieprzyjemnie.

Toby z uwagą słuchał tej wymiany zdań.

-  Niech  się  panie  nie  martwią  -  wtrącił  się  w  końcu.  -  Jeśli  Gunthorpe  chce  wziąć  Sylwię  na 

przejażdżkę, to za pań pozwoleniem mogę im towarzyszyć.

- Nie chodzi o to... - zaczęła plątać się Fanny. - Pan Gunthorpe jest bardzo uprzejmy, ale Sylwia...

- Doskonale rozumiem, proszę mi wierzyć - zapewnił. Jego uwagi nie uszło, w jaki sposób Bram 

patrzy na Sylwię w kościele, i bardzo mu się to nie podobało. - Zostawcie to panie w moich rękach. 

Pójdę się przebrać.

Gdy  mniej  więcej  kwadrans  później  zarumieniona  Lucy  zaanonsowała  przybycie  gościa,  ten 

przywitał się z paniami i oznajmił:

- Za pozwoleniem sir Veryana chciałem wziąć Sylwię na obiecaną przejażdżkę. Wziąłem ze sobą 

Brandy... - Ale nie dane mu było dokończyć.

- Bardzo mi przykro, panie Gunthorpe - wykrzyknęła Dorothea - ale moja siostra właśnie miała 

gdzieś  jechać  z  panem  Marchamem!  Może  zechce  pan  się  do  nich  przyłączyć?  Na  pewno  będą 

zachwyceni.

Bramowi  nie  pozostało  nic  innego,  jak  wyrazić  zachwyt  możliwością  odbycia  przejażdżki  w 

towarzystwie  pana  Marchama  i  Sylwii.  Był  jednak  wyraźnie  rozczarowany  i  przed  wyruszeniem 

zdołał  jeszcze  poczęstować  Fanny  kilkoma  uszczypliwymi  uwagami.  Dorothea  pomyślała,  że 

gdyby w pobliżu był kot, pan Gunthorpe niechybnie by go kopnął.

Sylwia,  gdy  usłyszała,  co  się  stało,  przybrała  buntowniczą  pozę.  Cały  epizod  był  wynikiem  jej 

background image

85

dyskretnych  zabiegów.  W  niedzielę  po  nabożeństwie  zamieniła  bowiem  kilka  słów  z  Jane, 

pokojówką pani Gunthorpe, która obiecała napomknąć swemu panu, że przed południem sir Veryan 

najczęściej załatwia różne sprawy i nie ma go w domu. Że też Thea musiała się wtrącić. To do niej 

podobne, pomyślała Sylwia. Niech  sobie będzie  starą  panną,  ale  czy  to  znaczy, że  wszyscy mają 

być starymi pannami?

-  Ale  masz  szczęście,  Sylwio!  -  zawołała  radośnie  Dorothea.  -  Dwóch  kawalerów!  Muszę 

powiedzieć,  że  zielenieję  z  zazdrości.  -  Na  nic  więcej  nie  mogła  się  zdobyć.  Sylwia  przesłała 

Toby’emu chłodny uśmiech. Dorothea i Fanny obserwowały wyjazd trójki jeźdźców z okna salonu.

-  Wiesz,  Fanny, myślę,  że  pan  Gunthorpe  skłamał,  mówiąc,  że  ma  pozwolenie  mojego  kuzyna. 

Prawdopodobnie wiedział, że sir Veryana nie ma w domu i postanowił spróbować szczęścia.

Och, jak przyjemnie - ucieszył się Toby. Troje jeźdźców skręciło nad brzeg morza i posuwało się 

na  wschód,  wzdłuż  krawędzi  klifów.  Zielony  stok  łagodnie  opadał  ku  oddalonej  o  jakieś 

dwadzieścia jardów krawędzi, a po obu stronach drogi rosły krzaki głogu i szkockie sosny, których 

kora różowawo połyskiwała w słońcu. Nad głowami rozbrzmiewały ptasie poćwierkiwania, a ruda 

wiewiórka smyrgnęła na drzewo i ukryła się w gąszczu liści. Tu i ówdzie przelatywały gromadki 

zięb.

Bram spojrzał w stronę morza. To miejsce nadawało się na punkt obserwacyjny, byłoby z niego 

dobrze widać, gdyby przemytniczy okręt podpływał do brzegu. Tyle że działało to również w drugą 

stronę.  Straż  celną,  nadciągającą  z  głębi  lądu,  byłoby  widać  jak  na  dłoni,  chyba  że  celnikom 

udałoby się niepostrzeżenie zająć stanowiska wśród sosen.

- Rzeczywiście, przyjemnie - przyznał. - Zwłaszcza w takim towarzystwie. - Skłonił głowę przed 

Sylwią; dziewczynka zachichotała.

Młoda dama ostentacyjnie ignorowała Toby’ego. Widziała spojrzenie, jakie zamienił z jej matką i 

Dorotheą, więc nadzór bardzo jej się nie spodobał.

- Czy można zjechać stąd na sam brzeg? - spytał Toby.

- Mniej więcej pół mili dalej jest ścieżka - odrzekła Sylwia. - Bez słowa minęli zatokę Morvoren.

Ze szczytu klifów nie było jej widać, a Sylwia miała dość rozsądku, by nie zwracać na nią niczyjej 

uwagi.  Wprawdzie  nigdy  nie  znalazła  się  w  pobliżu  zatoki  podczas  wyładunku,  ale  i  tak  od 

najmłodszych lat wpajano jej umiejętność dochowania tajemnicy, więc miała to we krwi.

-  Czy  ten  zjazd  na  pewno  jest  bezpieczny?  -  spytał  Bram,  gdy  zbliżyli  się  do  krawędzi  klifu. 

Zbocze wydawało się w tym miejscu bardzo strome. - Panna jedzie po damsku, a moje konie nie 

znają drogi.

- Możemy zostawić konie tutaj - powiedziała Sylwia. Przyszło jej do głowy, że jeśli będą schodzić 

piechotą, to może Bram - och, co za cudowna myśl - pomoże jej zsiąść z konia, a potem dosiąść go 

background image

86

z powrotem. Może nawet będzie ją trzymał za rękę na ścieżce.

- Jak pan sądzi, panie Marcham?- spytał Bram. - Posłuchamy tego dziecka?

- Jakiego dziecka!? Mam trzynaście lat! - obruszyła się Sylwia. Bram wybuchnął śmiechem.

- To naprawdę jeszcze niewiele.- Ale spełnił nadzieję Sylwii, bo rzeczywiście pomógł jej zsiąść, 

lekko ściskając ją w talii, co przysporzyło dziewczynce kolorów na policzkach. A potem schodził 

pierwszy i podawał jej rękę wszędzie tam, gdzie trzeba, a parę razy również bez potrzeby.

W  istocie  rzeczy Sylwia  od  dzieciństwa  biegała  po  klifach  jak  szalona  i  doskonale  poradziłaby 

sobie na znacznie bardziej stromej ścieżce, gdyby tylko chciała. Ale wrażenie ciepła i siły, jakiego 

doznawała, trzymając Brama za rękę, było cudownie podniecające. W dodatku patrzył na nią tak, że 

wpadała w zachwyt i popłoch jednocześnie.

Toby’emu przypadło w udziale przywiązanie koni  i poluzowanie popręgów. Potem w milczeniu 

ruszył za Bramem i dziewczynką. Uczucia Sylwii było widać jak na dłoni. Gdy się na nią spojrzało, 

wargi miała lekko rozchylone, policzki zarumienione, oczy jej lśniły. Co gorsza, jak Toby już się

przekonał, była niebezpiecznie naiwna.

To wszystko nie miałoby znaczenia, gdyby towarzyszył jej mężczyzna honoru. Ale Gunthorpe -

Toby  to  widział  -  dyskretnie  podsycał  ogień.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  będą  po  drodze 

niezauważalne uściski i potajemnie wymieniane uśmiechy.

Na  dole  była  piaszczysta  zatoczka  szerokości  około  pół  mili.  Odpływ  zostawił  po  sobie  małe 

kałuże  w  skałach  oraz  pasy  morszczynów  i  mokrych  kawałków  drewna.  Dookoła  unosił  się 

przyjemny słony zapach.

- To byłoby  doskonałe  miejsce na piknik  - zauważył Bram. Nadawało  się też  do innych celów: 

było odosobnione i miało długą linię brzegową. Można było złożyć tutaj spory ładunek. - Jak ono 

się nazywa?

- Runrock Bay - powiedziała Sylwia. - Horace i ja często przychodziliśmy tutaj, gdy byliśmy mali. 

Paliliśmy ognisko i piekliśmy ryby. Zwykle makrele. Potem zostawialiśmy ubrania pod tamtą skałą 

i szliśmy pływać.

Obaj panowie natychmiast wyobrazili sobie nagą Sylwię igrającą w morzu. Ta mała naprawdę nie 

powinna mówić takich rzeczy, pomyślał Toby i odwrócił się, udając, że studiuje horyzont. Ale po 

prostu nie zdaje sobie sprawy... Bram przysunął się do Sylwii i powiedział cicho:

- Byłabyś uroczą syrenką. Chętnie bym ci wtedy towarzyszył.

Sylwia spąsowiała i wymamrotała coś niezrozumiałego. Pierwszy raz poczuła się zadowolona, że 

jest z nimi Toby. Zaraz też odwróciła się i zawołała:

- Czy widzi pan delfiny, panie Marcham?

Toby odwrócił się i podszedł do niej.

- Delfiny? Nie. Ale to musi być wspaniały widok. - Zauważył jej intensywny rumieniec. Biedne 

background image

87

dziecko, pomyślał. Ale musi się nauczyć. Może następnym razem będzie ostrożniejsza.

Bram przygryzł wargę i  ze  złością odepchnął stopą martwego kraba. Dostanie  za  swoje ta mała 

kokietka. Przeklęty Marcham. Gdyby nie on, Sylwia przekonałaby się, że  we dwoje można  robić 

różne ciekawe rzeczy.

Toby podniósł z ziemi skorupę jeżowca i podał ją dziewczynce.

- Ładne - powiedział i uśmiechnął się.

- Dziękuję - odparła szorstko Sylwia. Przez chwilę stała, wpatrując się w skorupę.

- Chodźmy, panie Gunthorpe! - zawołał Toby. - Powinniśmy wracać. Obiecaliśmy, że za godzinę 

będziemy w domu. Jeszcze trochę i zaczną nas szukać.

W  drodze  powrotnej  Bram  traktował  Sylwię  jak  dziecko.  Starał  się  stworzyć  wrażenie,  że  go 

rozczarowała.  Aluzyjnie  dawał  jej  do  zrozumienia,  że  jeśli  chce  być  traktowana  jak  kobieta,  to 

powinna odpowiadać na jego zaloty z większym wdziękiem.

Sylwia  szła  wyprostowana,  ale  Bram  widział  na  jej  twarzy  ślady  łez.  Dobrze,  pomyślał. 

Następnym razem będzie chciała koniecznie mu pokazać, jak bardzo się omylił.

Toby, idący za nimi, przyglądał się temu z coraz większym niepokojem.

Następnego popołudnia Dorothea postanowiła złożyć wizytę pani Tregair, matce Ozziego, która 

mieszkała w Egioscolom. Pani Tregair była wdową i oprócz Ozziego miała jeszcze dwoje dzieci, 

Petera, dziewięcioletniego urwisa, który pracował już w gospodarstwie, bo codziennie płoszył ptaki 

i dostawał za to pensa, oraz sześcioletnią Jenny. Biedna Jenny chorowała na paraliż dziecięcy i bez 

pomocy kuł  nie  mogła chodzić.  Była chudym, wymizerowanym stworzeniem  z  rzadkimi  jasnymi 

włosami i wielkimi szarymi oczami. W zimie regularnie miewała straszne ataki bronchitu, podczas 

których matka troskliwie ją pielęgnowała.

Pani  Tregair  dostawała  z  parafii  szylinga  i  siedem  pensów  tygodniowo,  a  w  wolnych  chwilach 

robiła na drutach grube skarpety dla rybaków i  rękawice  z  jednym palcem,  które sprzedawała po 

kilka pensów w sklepie Abla w Porthgavern.

Dorothea  lubiła  tę  kobietę  i  podziwiała  ją  za  niezmąconą  radość  życia,  starała  się  też  w  miarę 

możliwości jej pomóc. Tego dnia przygotowała miksturę wzmacniającą dla Jenny, trochę jabłek i 

funt herbaty - z przemytu - dla pani Tregair. Już trzymała koszyk na ramieniu i miała wyjść z domu, 

gdy spotkała w sieni Veryana.

- Pani Kellow powiedziała mi, kuzynko, że idziesz odwiedzić panią Tregair - odezwał się. - Czy 

pozwolisz, że pójdę z tobą? Jeśli dobrze pamiętam, jeszcze jej nie poznałem.

-  Naturalnie,  kuzynie  -  zgodziła  się  dość  niechętnie  Dorothea.  Czy  uda  im  się  nie  pokłócić  po 

drodze? Podała Veryanowi koszyk z nadzieją, że nie uzna za stosowne spytać, co jest w środku.

Obeszli  stajnie  i  skierowali  się  ku  przejściu  przez  ogrodzenie  padoku,  tamtędy  bowiem 

background image

88

wychodziło się na drogę do Egioscolom.

-  Widzę,  że  naprawy  trwają  -  powiedziała  Dorothea,  wskazując  nowy  kawałek  ogrodzenia, 

łączący  dwie  nierówne  linie  głogowego  żywopłotu.  Liczyła  na  to,  że  ten  temat  jest  całkowicie 

bezpieczny.

-  Zatrudniłem  kilku  ludzi  z  Egioscolom,  żeby  obeszli  cały  majątek  i  naprawili  płoty,  rowy 

odwadniające i w ogóle wszystko, co trzeba.

Dorothea przełknęła tę informację. Właściwie była zadowolona, że wreszcie naprawia się to, co 

już  dawno  należało  naprawić,  ale  z  drugiej  strony  odzywała  się  w  niej  zawiść,  że  Veryan,  obcy 

człowiek, który przyjechał nie wiadomo skąd, jest w stanie coś zmienić, podczas gdy ona, która tu 

się urodziła i wychowała, nigdy nie mogła.

Nie wolno być małostkowym, pomyślała.

- To dobra wiadomość, kuzynie. No, i ludzie na pewno się cieszą, że mają pracę.

Veryan przystanął, żeby przyjrzeć się parze kruków.

- Fawley mówi  mi,  że  kruki porywają małe jagnięta  - rzekł.  - Może  powinienem poprosić pana 

Marchama,  żeby  wziął  strzelbę  i  zrobił  z  nimi  porządek?  Albo  poczekać,  aż  Horace’owi 

wydobrzeje ramię, i zwrócić się z tym do niego? On lubi sport, a podejrzewam, że jeszcze mi nie 

wybaczył sprzedaży kogutów.

-  Obaj  mogliby  się  tym  zająć.  Jeśli  chodzi  o  sport,  to  niewiele  możemy  panu  Marchamowi 

zaoferować. Poza tym, jak wiem, mężczyźni lubią zabijać. W każdym razie mój ojciec lubił.

Veryan milczał.

Dorothea ostrożnie na niego zerknęła.

- Nie zamierzałam powiedzieć, kuzynie, że powinieneś być pod tym względem taki sam jak mój 

ojciec. Broń Boże!

Ostatnie dwa słowa wypowiedziała z takim naciskiem, że Veryan się uśmiechnął.

- Mój ojciec zawsze uważał mnie za mięczaka - powiedział, odwracając się z powrotem w stronę 

kruków.

- Co za niedorzeczność - obruszyła się Dorothea. - Przykro mi tak mówić o twoim ojcu, kuzynie, 

ale z tego, co słyszałam, był strasznym brutalem.

-  Był.-  Veryan  przeniósł  wzrok  z  kruków  na  jagnięta,  brykające  na  pobliskim  pastwisku.  Nie 

spojrzał  na  Dorotheę.  Nienawidziłem  jego  i  wszystkiego,  co  reprezentował,  pomyślał  nagle.  Czy 

dlatego  zamknąłem  się  w  Oksfordzie?  Zdawało  mu  się,  że  nie  ma  dlań  wyboru:  albo  życie  na 

uczelni, albo pójście śladami ojca. A jednak była jeszcze trzecia droga, ta, którą szedł teraz.

Dorothea słuchała przez lata zwierzeń wielu ludzi. Jednym z powodów, dla których jej ufano, było 

to,  że  znała  cenę  milczenia  i  rozumiała,  że  czasem  jest  ono  konieczne.  Milczenie  kuzyna  w  tej 

chwili nie wydawało jej się wrogie; widziała zadumę Veryana.

background image

89

Szła  więc  bez  słowa  obok  niego  z  dziwnym  poczuciem,  że  sytuacja  staje  się  coraz  bardziej 

intymna.

Tymczasem doszli do pierwszych zabudowań Egioscolom. Chata pani Tregair stała za kościołem.

- Co sądzisz o naszym proboszczu? - spytał znienacka Veryan.

-  O  panu  Normantonie?  Przyjaźnił  się  z  moim  dziadkiem  -  powiedziała  ostrożnie  Dorothea. 

Przypomniała sobie, że kuzyn również ma święcenia.

-  To  nie  była  odpowiedź  na  moje  pytanie.  Podejrzewam,  że  chcesz  uszanować  względy,  które 

mógłbym mieć dla duchownego.

Dorothea wybuchnęła śmiechem.

- Może. No, więc niech ci będzie. Na pewno sam się przekonasz, że pan Normanton często jest 

pijany i przez to niezdolny do wypełniania obowiązków księdza. Powinieneś jednakże wiedzieć, że 

parafia  jest  mała,  daje  zaledwie  dziewięćdziesiąt  funtów  rocznie,  a  mój  ojciec  wielokrotnie 

obiecywał  proboszczowi  podwyżkę.  Pewnie  się  nie  zdziwisz,  gdy  powiem,  że  nigdy  nie  spełnił 

obietnicy.  Pan  Normanton  jest  tym  bardzo  rozczarowany,  moim  zdaniem  słusznie.  Naturalnie,

trudno tym usprawiedliwiać jego postępowanie.

-  Hm.  Bardzo  dosadnie  powiedziane,  by  tak  rzecz  nazwać.  Co  powinienem  zrobić,  panno 

Selwood, jeśli wolno spytać o radę...

Urwał.  Doszli  do  chaty  pani  Tregair,  gdzie  mała  dziewczynka,  wspierająca  się  na  kuli,  wyszła 

przed próg i zaczęła machać ręką do Dorothei, rozpływając się w uśmiechach.

Dorothea podeszła do niej i wzięła ją na ręce. Jenny puściła kulę, otoczyła chudym ramieniem jej 

szyję i pocałowała ją.

-  Wiedziałam,  że  pani  niedługo  przyjdzie,  panno  Theo.  Moja  mama  mówi,  że  pani  nigdy  nie 

zapomina.

Dorothea odwzajemniła całusa i pogłaskała małą po bladym policzku.

-  Przyniosłam  ci  moje  specjalne  krople.  I  trochę  słodkich  chrupek  jęczmiennych.  Dobrze 

pamiętam, jak je lubisz. A teraz popatrz, Jenny. - Obróciła się. - Poznaj pana Veryana Selwooda. 

Mama na pewno ci o nim mówiła.

Jenny skinęła głową, a jej twarz przybrała nagle wyraz powagi.

- Kuzynie, poznaj Jenny Tregair. - Mała schowała buzię, tuląc ją do szyi Dorothei. - Jest bardzo 

wstydliwa,  ale  zaraz  wszystko  będzie  w  porządku.  Tymczasem  wejdźmy,  poznasz  również  panią 

Tregair.  -  Z  tymi  słowami  Dorothea  doszła  do  drzwi,  pochyliła  się,  żeby  nie  zawadzić  głową  o 

belkę, i przekroczyła próg.

Veryan przystanął i  popatrzył za  nią. Jej  widok z  dzieckiem w ramionach wydał mu  się prawie 

bolesny. Zupełnie jakby coś w jego wnętrzu nagle pękło, a może stopniało.

Nagle  przypomniał  sobie  Matty, która  wiele,  wiele  lat  temu  pokazywała  mu,  jak  opiekować  się 

background image

90

rannym króliczkiem znajdą.

- On się ciebie boi - powiedziała wtedy cicho Matty. - Ale jeżeli będziesz poruszał się spokojnie i 

wolno, to przekona się, że nie robisz mu krzywdy.

Veryan bardzo polubił króliczka i trzymał go w zagródce na tyłach ogrodu, póki ojciec nie znalazł 

zwierzaka  i  nie  zabił.  Jakie  to  dziwne,  że  ta  nieprzystępna  kuzynka  raz  po  raz  przypominała  mu 

Matty. Podniósł z ziemi kulę Jenny i śladem Dorothei wszedł do chaty.

Josh uznał, że łatwiej będzie śledzić Michaela niż Gunthorpe’a. W razie gdyby powinęła mu się 

noga  i  został  odkryty,  z  Michaelem  dałby  sobie  radę,  Gunthorpe  natomiast  mógłby  się  okazać 

niebezpieczny. Zgodnie z planem wyruszył więc tego wieczoru w stronę chaty Michaela, która stała 

w odległości mniej  więcej  mili  od Porthgavern.  Wiejska  droga stopniowo  się zwężała i  kończyła 

jako ścieżka dla mułów, którą można było dotrzeć do Egioscolom.

Niebo  zasnuwały  liczne  chmury;  księżyc  widoczny był  tylko  w  połowie.  Josh  wiedział,  że  gdy 

jego oczy przywykną do mroku, będzie widział całkiem dobrze. Po drodze spotkał parę osób, ale 

ludzie  w  tej  części  świata  wiedzą,  że  nikogo  nie  należy  pytać,  dokąd  idzie.  Nasunął  kapelusz  na 

oczy i postawił kołnierz płaszcza.

Szlak  wiódł  koło  chaty  Michaela.  Egioscolom  leżało  między  majątkami  Selwoodów  i 

Gunthorpe’ów,  Josh  przypuszczał  jednak,  że  Bram  będzie  wolał  urządzić  spotkanie  na  swoim 

terenie. Postanowił zaczaić się niedaleko chaty Michaela i czekać na rozwój wypadków.

Od ścieżki do chaty Crossów było w najbliższym miejscu nie więcej niż dziesięć jardów. Widział 

świecę migoczącą w jednym z okien i słyszał głosy w chacie. Dobrze, pomyślał, Michael jeszcze 

nie wyszedł.

Trochę  dalej  nad  drogą  pochylał  się  stary  dąb,  zgięty  przez  ciągłe  wiatry.  Josh  wspiął  się  na 

ziemny  wał  i  schował  za  drzewem.  Ilekroć  księżyc  wychodził  zza  chmur,  widział  drogę  w  obie 

strony,  a  w  oddali  również  chaty  Egioscolom  i  przysadzistą  wieżę  kościoła,  sięgającą  odrobinę 

wyżej niż drzewa.

Dopiero  gdy  minął  kwadrans,  usłyszał  jakiś  odgłos.  Ostrożnie  wychylił  się  zza  pnia  i  ujrzał 

Michaela, idącego z solidnym kijem w dłoni i ramionami okrytymi grubym kawałem workowego 

płótna. Tylko głupiec tak chodzi, pomyślał Josh. Każdy by się domyślił, że Michael coś knuje.

Mężczyzna  był  wyraźnie  niespokojny.  Szedł  ukradkiem,  ale  zatrzymywał  się  natychmiast,  gdy 

tylko  usłyszał  muczenie  krowy  albo  szelest  w  zaroślach.  Biedny  sukinsyn,  pomyślał  Josh.  Nie 

nadaje się na zbója.

Michael nie poszedł jednak przez wieś. Przy źródle św. Petroka skręcił w prawo do lasku. Ścieżka 

wiodła  na  wrzosowisko,  więc  przez  chwilę  Josh  miał  problem  do  rozwiązania.  Na  otwartej 

przestrzeni  z  pewnością  nie  było  bezpiecznie  się  spotykać. Wreszcie  przypomniał  sobie  jednak  o 

background image

91

szałasie.  Tak,  Michael  na  pewno  szedł  do  szałasu.  Gunthorpe  bez  trudu  mógł  się  tam  dostać.  Z 

Quilquin House szedłby po swoim terenie, przez znajomy las. Szałas stał na ziemi Selwoodów, ale 

nikt  tam  nie  zaglądał,  chyba  że  w  okresie  strzyżenia,  kiedy  owce  były  na  letnich  pastwiskach. 

Miejsce było znakomite: łatwe do osiągnięcia, lecz położone na uboczu.

Z  punktu  widzenia  Josha  kłopotliwy  był  brak  osłony na  ostatnim  pastwisku,  przez  które  trzeba 

było  przejść.  Michael  był  niewidoczny  dla  ludzi  we  wsi,  za  to  po  dojściu  do  szałasu  mógł 

sprawdzić, czy nikt go nie śledzi.

Natomiast Gunthorpe powinien był nadejść z góry. Miał przewagę. Ale Josh przypominał sobie, 

że  od  północy  teren  jest  bardziej  urozmaicony.  Porastały  go  przede  wszystkim  kępy  kolcolistu  i 

janowca, lepsza była jednak taka zasłona niż żadna.

Zawrócił.  Postanowił  przejść  przez  wieś  i  zaczaić  się  na  Gunthorpe’a  na  skraju  lasu,  a  potem 

ruszyć za nim. Musiał jednak się pośpieszyć. Byłoby bardzo źle, gdyby niechcący wpadł na pana 

Quilquin House.

Bram  wyszedł  z  domu  mniej  więcej  za  kwadrans  dziesiąta.  Wiedział,  że  droga  zajmie  mu 

przynajmniej pół godziny, ale chciał, żeby jego ofiara poczekała. Nie śpieszył się więc i po drodze 

smagał krzaki sękatą laską. Niósł nie zapaloną latarnię i wyraźnie nie miał nic przeciwko temu, by 

go poznano, bo kapelusz miał nasadzony na głowę zupełnie normalnie.

Minął  starą  panią  Pendean  i  jej  męża,  zbieraczy  kolcolistu,  którzy  mieszkali  pod  lasem,  a 

przechodząc obok, skinął im głową.

- Na dziewki mu się zebrało - mruknął stary. Bram usłyszał to i złowieszczo się uśmiechnął. Nie 

zauważył  Josha,  ukrytego  w  mroku,  gdy  wyszedł  z  lasu  i  zaczął  przemierzać  wrzosowisko. 

Pozostało  mu  do  przejścia  niecałe  ćwierć  mili,  więc  Josh  widział  już  rozmazany  zarys  szałasu. 

Bram  nie  próbował  się  kryć,  szedł  bowiem  prosto  sprężystym  krokiem.  Niedaleko  szałasu 

przystanął,  przyłożył  dłonie  do  ust  i  udał  głos  ptaka:  ki-ki-ki.  Z  szałasu  odpowiedziano  mu  tak 

samo. Usatysfakcjonowany tym Bram podszedł  do wejścia, schylił  głowę i  znikł  we wnętrzu.  Po 

chwili ukazało się przyćmione światło w jedynym oknie, co oznaczało, że zapalono latarnię. Potem 

trzasnęła okiennica.

Josh  przeskakiwał od jednej kępy kolcolistu do drugiej, aż w końcu znalazł  się za szałasem. Po 

prawej  zauważył  wąską  strużkę  światła,  przywarł  do  ziemi  i  podpełzł  najbliżej  tego  miejsca,  jak 

mógł.  Zobaczył  tylko  buty,  prawdopodobnie  Gunthorpe’a,  ale  gdy  przytknął  ucho  do  szpary 

całkiem dobrze słyszał, co mówiono wewnątrz.

-  Jak  tylko  się  dowiesz,  że  przypływa  „Maria”,  dasz  mi  znać,  gdzie  i  kiedy  jest  wyładunek, 

rozumiesz?

- Tak, panie.

- A potem pojedziesz do Polperro i zażądasz nagrody.

background image

92

Michael coś odszepnął. Rozległ się krzyk i głośny trzask, a potem znowu głos Brama:

- Zrobisz, jak mówię, bo inaczej dopilnuję, żeby Selwood z hukiem cię wyrzucił. Zrozumiałeś?

- Oni mnie zabiją.

- Phi!  Oni będą w lochu  albo zadyndają na szubienicy. Jeśli  tak się tym  przejmujesz,  pomyśl o 

trzystu funtach. Za te pieniądze mógłbyś sobie kupić ziemię na własność.

Michael znowu coś szepnął. Bram parsknął śmiechem.

- Przeżyjesz. Szczurom zawsze się udaje. A teraz wynoś się. - Znów rozległ się trzask, a potem 

drzwi szeroko się otworzyły i wypadł z nich Michael na miękkich nogach. Bram cisnął za nim jego 

laską. Josh nieznacznie podniósł głowę i zobaczył Michaela, chwiejnym krokiem wlokącego się z 

powrotem przez pastwisko.

Za późno się zorientował, że będzie widoczny, jeśli Bram wyjdzie z chaty i spojrzy w jego stronę. 

Zaczął  powoli  wycofywać  się  za  róg.  W  tej  samej  chwili  zauważył  jednak,  że  znajoma  struga 

światła niknie. Zmartwiał. Księżyc wyszedł zza chmur i Josh ujrzał w jego poświacie buty Brama. 

Były zatrważająco blisko. Zaswędział go nos.

Zdawało mu się, że już nic nie uratuje go przed Gunthorpe’em, gdy z drugiej strony rozległ się 

trzask  i  głośny  szelest.  Bram  raptownie  się  odwrócił.  Na  pastwisko  wyszły  dwa  kuce  i  zaczęły 

skubać  trawę.  Josh  usłyszał  świst  pałki,  potem  bolesne  rżenie  i  stukot  kopyt,  a  jeszcze  potem 

radosny rechot. Bram odszedł, nie oglądając się za siebie.

Po  powrocie  do  Porthgavern  Josh  zauważył  naddarty  afisz,  przyczepiony  do  drzwi  sklepu  z 

rybami.

W okolicy widziano kuter

wbrew prawu używany do

PRZEMYTU TOWARÓW.

Ktokolwiek może udzielić

informacji, które pomogą

zatrzymać ten okręt

lub jego załogę,

otrzyma nagrodę w wysokości

300 funtów.

Wydano w imieniu

Rządu Jego Królewskiej Mości

Polperro, dnia 18 lutego 1808 roku

BOŻE CHROŃ KRÓLA

background image

93

Afisz wisiał tam ponad dwa miesiące i do tej pory nikt się nie zgłosił z informacjami. Jeszcze nie.

Dorotheę bardzo ujęło zachowanie Veryana podczas odwiedzin u pani Tregair. Odniósł się do niej 

tak samo, jak do wszystkich kobiet: zdjął przed nią kapelusz i na stojąco poczekał, aż gospodyni 

usiądzie.  Potem  wyjął  nieodłączny  notes,  by  uprzejmie  wysłuchać  wszystkiego,  co  miała  mu  do 

powiedzenia  o  koniecznych  naprawach  w  chacie.  Wypytał  o  Petera,  porozmawiał  o  kłopotach  z 

Jenny i ucieszył panią Tregair, chwaląc Ozziego.

Dorothea uświadomiła sobie ze wstydem, że jej ojciec nigdy tego nie robił. Po prostu zakładał, że 

jego dzierżawcy są zadowoleni. Dlaczego miałoby być inaczej? Bez trudu mogli zaopatrzyć się w 

tanią brandy i tytoń, opłaty dzierżawne nie były lichwiarskie. Reszta sir Waltera nie obchodziła.

- To dobry człowiek - szepnęła pani Tregair do Dorothei, gdy wyszli przed chatę. - I przystojny -

dodała z uśmiechem.

Przystojny? Sylwia też była tego zdania. W drodze powrotnej Dorothea ukradkiem przyglądała się 

kuzynowi.  No,  owszem,  uznała  w  końcu,  można  by  tak  powiedzieć,  choć  naturalnie  Veryan  nie 

mógł konkurować z panem Marchamem. Jego siłą był trudny do uchwycenia, nie narzucający się 

urok. W każdym razie Veryan na pewno wyglądał lepiej niż zaraz po przyjeździe. Szedł dziarskim 

krokiem i plecy miał dużo prostsze. W jego szaroniebieskich oczach często migotały wesołe ogniki, 

które  -  tu  Dorothea  zgadzała  się  bez  zastrzeżeń  -  były  wyjątkowo  atrakcyjne.  O,  tak,  lubiła  jego 

uśmiech.

Trochę ją zmieszało, gdy uprzytomniła sobie, nad czym się zastanawia. Nie była przyzwyczajona 

do podobnych myśli i  nie wiedziała, jak się z nimi uporać. Nagle zauważyła,  jak krępująco mała 

odległość dzieli ją od kuzyna, i omal nie zatęskniła do niedawnej wrogości.

Ulżyło jej, gdy wreszcie znalazła się na swoim poddaszu, czekając, by spokojnie przedyskutować 

z  Joshem  wszystko,  co  zdarzyło  się  poprzedniego  wieczoru  w  związku  z  Michaelem.  Ten  temat 

przynajmniej nie budził w niej trudnych do nazwania uczuć. Schroniła się w swoim kącie zaraz po 

śniadaniu i przez następną godzinę obrywała liście z suszonej szałwi, więc gdy zjawił się Josh, w 

całym pomieszczeniu unosił się miły ziołowy zapach.

- Kłopot w tym - powiedziała, wysłuchawszy jego sprawozdania - że trzeba być przygotowanym 

na bardzo różne możliwości. „Maria” wkrótce wróci z rejsu, więc musimy z Ablem wybrać miejsce 

wyładunku. Michael będzie o nim wiedział i naturalnie pojedzie z tą informacją do Polperro i do 

Gunthorpe’a.

- Nie możesz powiedzieć Ablowi prawdy?

- Abel nigdy nie lubił Michaela. A on jest lojalnym przyjacielem, ale bardzo groźnym wrogiem. 

Nie  chcę,  żeby  śmierć  Michaela  obciążyła  moje  sumienie.  Mogłabym  powiedzieć  prawdę 

Danielowi, on by zrozumiał, ale nie Ablowi.

background image

94

-  Czyli  plany  muszą  się  zmienić  w  ostatniej  chwili.  Żeby  Abel  jeszcze  miał  czas  wszystkich 

powiadomić, ale Michael już nie zdążył ostrzec celników ani pana Gunthorpe’a?

- Właśnie.

- Trudno będzie.

-  W  dodatku  musimy  jakoś  powstrzymać  sir  Veryana  przed  otwartym  opowiedzeniem  się  po 

stronie  celników.  Jego  śmierci  też  nie  chcę  mieć  na  sumieniu.  Sądzę,  że  najpierw  powinniśmy 

wybrać  do  lądowania  jak  najdalsze  miejsce.  Na  przykład,  Runrock.  Policja  mogłaby  tam  dotrzeć 

bezpośrednio z Launceston.

- A gdzie będzie wyładunek?

- Może w Porthgavern? - zaproponowała Dorothea, szeroko się uśmiechając.

We  wtorkowy  wieczór  Veryan  przyszedł  na  kolację  z  surową  i  bardzo  zdecydowaną  miną. 

Wcześniej  był  w  Quilquin  House  i  musiał  zdobyć  tam  jakieś  ważne  wiadomości.  Odczekał,  aż 

wszyscy zjedzą posiłek, a na stole znajdą się owoce i orzechy, i powiedział:

-  Dziękuję,  pani  Kellow.  To  wszystko.  -  Gospodyni  dygnęła  i  wyszła  z  jadalni,  lecz  po  drodze 

wymieniła jeszcze porozumiewawcze skinienie głowy z Dorothea.

- Gunthorpe powiedział mi, że mogą być kłopoty w piątkowy wieczór - zaczął.

Horace  szybko  podniósł  wzrok  i  zerknął  na  Dorotheę;  ta  w  odpowiedzi  prawie  niezauważalnie 

pokręciła głową. To ciekawe, pomyślała. Po wizycie u sąsiada kuzyn zawsze strasznie się nadyma. 

Nie  wyobrażała  sobie,  by  Veryan  był  podatny  na  pochlebstwa,  nie  umiała  więc  dociec,  w  jaki 

sposób Gunthorpe nim manipuluje.

- Jakiego rodzaju kłopoty, kuzynie? - spytała niewinnie.

- Z przykrością muszę powiedzieć, że chodzi o przemyt, w dodatku na ziemi Selwoodów.

- To straszne! - krzyknęła Dorothea. - Czy jesteś pewien, kuzynie?

Sylwia otworzyła usta, ale natychmiast je zamknęła, bo brat kopnął ją pod stołem.

-  Naturalnie.  Celnicy  z  Polperro  dostali  pewną  informację.  Przynajmniej  ktoś  zna  swój 

chrześcijański obowiązek.

Boże, ależ on się zaperzył, pomyślał Toby. Zauważył wymianę spojrzeń między Dorothea, panią 

Kellow i Horace’em i doszedł do nader trzeźwego wniosku, że nic z tego, o czym mówi Veryan, dla 

panny  Selwood  raczej  nie  stanowi  nowości.  Tylko  dlaczego,  u  diabła,  Gunthorpe  chciał 

wmanewrować  Veryana  w  walkę  z  przemytem?  Toby  mógł  zrozumieć  pobudki,  kierujące 

Veryanem, który zawsze miał skłonność do sztywnego trzymania się zasad moralności, zwłaszcza 

w kwestiach, o których nie miał pojęcia. Ale Gunthorpe?

- Gdzie dokładnie to się odbędzie? - spytała Dorothea. - Mam nadzieję, że nie w pobliżu domu. -

Czy udało jej się dostatecznie dobrze udać przestrach?

background image

95

- W Runrock.

- Ojej!- krzyknęła Sylwia.- Właśnie tam byliśmy na przejażdżce, panie Marcham.

- Poprosiłem pana Gunthorpe’a, żeby powiadomił milicję w Launceston, że mogą wykorzystać ten 

dom jako swoją bazę. Mam nadzieję, że skorzystają z zaproszenia. Chcę, żeby widziano mnie jako 

siłę  sprzyjającą  prawu  i  porządkowi.  W  piątek  wieczorem  wszyscy  mają  być  w  domu.  Pan 

Gunthorpe przyjdzie na kolację, a potem wyruszymy.

Dorotheę nawet trochę bawiło odgrywanie swojej roli, dopóki nie uświadomiła sobie jednego: sir 

Veryan  rzeczywiście  jest  tak  głupi,  jak  sobie  wyobrażała.  Zaprosił  milicję  i  Brama  i  w  dodatku 

zamierzał razem z nimi łapać przemytników! Oto szaleniec albo samobójca. Czy on naprawdę nie 

rozumiał, że gdyby doprowadził swój obłędny pomysł do zwycięskiego końca - co na szczęście nie 

miało  się  stać  -  to  skazałby  na  przymusowe  wcielenie  do  wojska  albo  nawet  i  śmierć  dziesiątki 

ludzi mieszkających na jego ziemi, ludzi, z którymi przez ostatnie miesiące starał się zaprzyjaźnić.

Czyżby niczego się nie nauczył?

Nagle Sylwia wybuchnęła płaczem.

- Ale to będą nasi ludzie. Znajomi! Powieszą ich jak Zeba Coatesa!

- Pan Gunthorpe jest sędzią pokoju - wyjaśnił Veryan łagodnie. - Obiecał, że nie będzie żadnego 

wieszania.

Co Sylwia miała na myśli, mówiąc „znajomi”? - zdziwił się. Przecież to są przemytnicy.

-  Przypuszczam,  że  raczej  wcielono  by  ich  do  armii  -  powiedział  zadumanym  tonem  Toby.  -

Marynarka potrzebuje ludzi, zwłaszcza że jesteśmy w stanie wojny z Francją.

-  Ale  jeśli  więźniowie  zostaną  przekazani  do  Bodmin,  kuzynie  -  odezwał  się  Horace  -  to  pan 

Gunthorpe nie będzie już miał z nimi nic wspólnego, prawda?

-  Och,  jestem  pewien,  że  ma  swoje  wpływy  -  rzekł  z  zakłopotaniem  Veryan.  Miał  zapewnienie 

Gunthorpe’a, że kara będzie niewielka, może nawet ograniczy się do grzywny. Nieprzemyślanymi 

słowami  Sylwii o  wieszaniu  w  ogóle się  nie  przejął,  ale  uwaga Toby’ego  o  wcielaniu  do  wojska 

jednak go stropiła.

Zegar wybił dziewiątą.

- Sylwio, czas do łóżka - powiedziała Dorothea. - Odprowadzę cię do sypialni, jeśli kuzyn Veryan 

i  pan  Marcham  mi  wybaczą.  Muszę  coś  zrobić  z  tym  twoim  kaszlem.  -  Zignorowała  zdumione 

spojrzenie dziewczynki i ciągnęła: - Horace’a też chcę obejrzeć. Sprawdzę, jak goi mu się ramię.

Panowie  wstali.  Sylwia  pocałowała  matkę,  Horace  otworzył  przed  nimi  drzwi  i  oboje  wraz  ze 

starszą przyrodnią siostrą opuścili pokój.

- Pst - szepnęła Dorothea, gdy tylko drzwi za nimi się zamknęły. - Chodźcie do kancelarii przeora. 

Mam wam coś bardzo ważnego do powiedzenia.

background image

96

7

Stajnie  w  Selwood  Priory  wybudowano  na  miejscu  dawnych  pomieszczeń  klasztornych,  obok 

pozostał  jednak  fragment  pierwotnego  budynku,  załom  ściany,  który  wykorzystano  na  trójkątny 

ogródek z żywopłotami, żwirowymi ścieżkami i słodko pachnącym krzewem róży pośrodku, który 

był  ukochaną  rośliną  matki  Dorothei.  W  ogródku  była  też  kamienna  ławeczka  i  właśnie  na  niej 

Dorothea siedziała w czwartkowe popołudnie.

Był ciepły wiosenny dzień i pączki róży napęczniały już na tyle, że niektóre się różowiły. W tym 

zaciszu Dorothea często szukała ukojenia.

Tego  dnia  bardzo  potrzebowała  spokoju,  dręczyły  ją  bowiem  liczne  obawy.  Nie  wszystkie 

posunięcia Brama wydawały jej się zrozumiałe i dlatego czuła zagrożenie. Bez wątpienia coś knuł. 

Ale co?

Przede wszystkim, dlaczego miałby pozwolić Michaelowi Crossowi na wystąpienie o nagrodę za 

zatrzymanie okrętu i ujęcie załogi. Poznawszy czas i miejsce lądowania, mógł przecież sam zgłosić 

się po pieniądze, nie  mieszając w  to  Michaela.  Po  drugie, czemu miałby  się  zgodzić na  przyjazd 

milicji  do  Selwood  Priory  przed  wyruszeniem  do  Runrock?  Oznaczało  to  kilka  mil  nadłożonej 

drogi, przede wszystkim zaś należało liczyć się z tym, że ktoś w Priory podniesie alarm. Dom stał 

przecież nie dalej niż ćwierć mili od Porthgavern.

Gdy tak siedziała i usiłowała zdecydować, co zrobić z Bramem, padł na nią cień. Podniosła głowę 

i zobaczyła Toby’ego.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, panno Selwood?

- Ani trochę.  Rozkoszowałam się  ciepłem.  -  Dorothea przesunęła  się  trochę  i  Toby usiadł  obok 

niej na ławeczce.

Pan  Marcham  zachował  dziwną  powściągliwość  w  kwestii  przemytu,  pomyślała  Dorothea.  Nie 

zadawał  pytań  i  nie  wygłaszał  uwag.  Podejrzewała,  że  gość  musi  się  domyślać,  w  czym  rzecz, 

dopóki jednak nie poruszał tej sprawy, była zdecydowana go nie prowokować.

Toby jednakże przyszedł z określonym zamiarem.

- Chciałem z panią porozmawiać, panno Selwood.

- Ze mną? - spytała nieufnie Dorothea.

- Tak. Chyba zgodzi się pani ze mną, że byłoby katastrofą dla sir Veryana, gdyby jutro wieczorem 

wyruszył przeciwko przemytnikom razem z milicją i panem Gunthorpe’em.  I tak źle się stało, że 

stróże prawa mają tu zawitać.

Przez chwilę Dorothea mierzyła go wzrokiem, potem powiedziała cicho:

- Owszem.

- Czy uderzyć go czymś ciężkim w głowę w pani imieniu?

background image

97

Dorothea uśmiechnęła się.

-  Liczę,  że  nie  będzie  takiej  potrzeby.  Jutro  mamy  jak  zwykle  lunch.  Zastanawiałam  się  nad 

nafaszerowaniem pasztetu z gołębi środkiem przeczyszczającym.

- Bezpieczniejsza metoda - przyznał Toby.

Możliwość porozmawiania z kimś przyniosła Dorothei ulgę.

-  On  za  nic  nie  może  wystąpić  przeciwko  przemytnikom  -  powiedziała.  -  Odkąd  tu  przyjechał, 

robi potworne zamieszanie, mimo że ma dobre intencje. Powoli się uczy, ale ludzie nie darują mu 

zdrady,  a  z  ich  punktu  widzenia  tak  by  to  wyglądało.  Sir  Veryan  jest  tu  obcy,  tolerują  go  jako 

Selwooda.  Nic  mu  jednak  nie  pomoże,  jeśli  ktoś  zobaczy  go  jutro  wieczorem  w  Runrock,  jak 

pomaga zakuwać w kajdany miejscowych.

- Zaskakuje mnie pani - powiedział Toby. - Byłem skłonny sądzić, że milicja dotrze do Runrock i 

zastanie tam na przykład kilku Bogu ducha winnych rybaków stawiających kosze na homary.

Dorothea roześmiała się.

- Tego nie można wykluczyć.

-  Gunthorpe  jest  pod  pewnymi  względami  bardzo  podobny  do  ojca  Veryana  -  powiedział  w 

zadumie Toby. - Za wszystkim kryje się brutalna siła. A sir Veryan sprawia takie wrażenie, jakby 

szukał jego aprobaty, zauważyła pani?

Dorothea zamyśliła się. Czy właśnie dlatego kuzyn poddał się władzy Brama?

- To wiele wyjaśnia - odezwała się w końcu. - Od dawna się zastanawiałam, dlaczego jeszcze nie 

przejrzał naszego sąsiada.

-  Bardzo  mnie  martwi,  że  mój  przyjaciel  tak  się  zaplątał  w  jego  sieci  -  powiedział  Toby. 

Gunthorpe  był,  jego  zdaniem,  bardzo  niebezpiecznym  człowiekiem.  Los  okazał  się  bardzo 

niełaskawy,  czyniąc  go  najbliższym  sąsiadem  Veryana.  -  Gdybym  mógł  w  czymś  pomóc,  panno 

Selwood, to wystarczy jedno słowo. Jestem do dyspozycji.

Jaki to życzliwy człowiek, pomyślała Dorothea. Rzadko ktoś ze szczerego serca ofiarowywał jej 

pomoc. Sir Walterowi na pewno nigdy się to nie zdarzyło. Nagle złapała się na myśli, że chciałaby, 

żeby to Veryan był na miejscu pana Marchama.

-  Najlepiej  się  pan  przysłuży,  biorąc  jutro  po  południu  Horace’a  i  Sylwię  na  przejażdżkę.  Na 

przykład do Trespyrion Quoit. Aha, i niech pan nie je pasztetu z gołębi.

W  piątek  rano  Veryan  oznajmił  przy  śniadaniu,  że  jedzie  do  Quilquin  House  ustalić  ostatnie 

szczegóły.

- Przypuszczam, że pan Gunthorpe poczęstuje mnie lunchem - powiedział. - Ale przed zmrokiem 

wrócę.  Nie  będziesz  się  nudził,  Toby,  prawda?  Kuzynko,  proszę  powiedzieć  pani  Kellow,  że  na 

kolacji będą dwie osoby więcej niż zwykle, pan Gunthorpe i kapitan milicji. Kapitan będzie miał ze 

background image

98

sobą dwa tuziny ludzi, ale tych na pewno zadowoli chleb z serem.

- Naturalnie, kuzynie. - Do diabła, pomyślała Dorothea. Liczyła, że Veryan zje lunch w domu. I co 

teraz? Może jednak powinna poprosić pana Marchama, żeby uderzył go czymś ciężkim?

Po milczącym lunchu Toby spełnił swą obietnicę i zabrał Sylwię oraz Horace’a na przejażdżkę do 

Trespyrion  Quoit.  Widział,  że  panna  Selwood  ma  roboty  po  uszy.  Dlaczego,  u  licha,  Gunthorpe 

zgodził  się  na  ten  pomysł  z  kolacją?  -  zastanawiał  się.  Milicji  było  przez  Selwood  Priory nie  po 

drodze, a co zyskiwał Gunthorpe przez wmieszanie w tę akcję Veryana?  I przez osobisty udział? 

Mogłoby  się  wydawać,  że  z  jego  punktu  widzenia  lepiej  byłoby  zawiadomić  milicję,  a  samemu 

trzymać się w cieniu. Toby próbował też wymyślić, co może zrobić panna Selwood, żeby zapobiec 

tej nieszczęsnej kolacji.

Sylwia  była  w  wyjątkowo  dobrym  nastroju.  Zdawało  się,  że  już  zapomniała  Toby’emu  jego 

narzucony  udział  w  przejażdżce  z  Bramem.  Przez  cały  czas  bawiła  go  swym  szczebiotem  i 

szczegółowo opowiedziała wszystko o kręgu.

- Pod ziemią jest tam podobno pochowany czarnoksiężnik - wyjaśniła. - Niech pan tylko pomyśli, 

panie  Marcham,  mógłby  być  pochowany  z  „Księgą  mocy”,  tak  jak  czarnoksiężnik  w  „Pieśni 

ostatniego minstrela”. Chciałabym się tam dokopać i sprawdzić.

Tymczasem  dotarli  do  kręgu,  który  składał  się  z  trzech  megalitów  i  wielkiego  płaskiego  głazu 

ułożonego  na  szczycie  konstrukcji.  Wyglądało  to  jak  stół  giganta,  a  może  jak  stołek  na  trzech 

nogach.

Zsiedli  z  koni,  Toby  przywiązał  zwierzęta  do  pobliskiego  drzewa,  po  czym  obszedł  budowlę. 

Rzeczywiście  robiła  duże  wrażenie  i  opowiadane  przez  tubylców  legendy  o  czarnoksiężniku 

wydawały się całkiem prawdopodobne. Z kręgu promieniowała dziwna moc. Cienie zdawały się tu 

głębsze,  a  powietrze  bardziej  duszne.  Nie  czuło  się  obecności  zła,  raczej  ciężar  wieków.  Krąg 

wydawał się skarbnicą dawnej nieziemskiej wiedzy.

-  Jak  dawno  stoi  ta  budowla?  -  spytał,  ostrożnie  dotykając  jednego  z  głazów,  który  okazał  się 

zadziwiająco ciepły.

- Nie wiem - odrzekł Horace. - Od czasu druidów, a może jeszcze dłużej.

- Mnie się to wydaje niesamowicie romantyczne - stwierdziła Sylwia. Szybko weszła do kręgu. -

Panie Marcham, niech pan tu usiądzie! - zawołała. - Tu jest zupełnie jak w łóżku.

- Nie,  dziękuję  - odrzekł  Toby. - Stąd  też  dobrze  widzę.  Poza  tym trawa  jest mokra.  - Ta  mała 

naprawdę nie powinna mówić do mnie takich rzeczy, pomyślał.

Sylwia wypełzła spod płaskiego głazu.

- Czy pan jest przeciwnikiem przemytu, panie Marcham?

-  Zamknij  się,  Sylwio  -  skarcił  ją  Horace.  -  Wiesz,  że  masz  o  tym  nie  rozmawiać.  Ech,  te 

dziewczyny! - dodał z niesmakiem.

background image

99

- Ja tylko spytałam - obruszyła się Sylwia.

Toby popatrzył  na rodzeństwo:  Horace był  chodzącą nieufnością, Sylwia przybrała wyzywającą 

pozę. Nagle poczuł się tak, jakby miał osiemdziesiąt lat.

- Nie, nie jestem - odrzekł. - Moim zdaniem, to jest skutek złych praw. Mimo to, panno Sylwio, 

uważam,  że  nie  powinniśmy  o  tym  rozmawiać.  Im  mniej  się  mówi,  tym  mniej  trzeba  potem 

naprawiać.

Dziewczynka ze złością przygryzła wargę.

- Ja tylko pytałam tak ogólnie.

- Ty głupia, mała paplo - syknął Horace. - Każdy widzi, że cię rozpiera, żeby coś wygadać. Bóg 

jeden raczy wiedzieć, co już zdążyłaś napleść tym swoim długim jęzorem.

- Nic! - krzyknęła Sylwia przez łzy.

- Horace - wtrącił  się Toby widząc, że  dziewczynka naprawdę  przejęła  się słowami brata. -  Idź 

nazbierać stokrotek albo zajmij się czymś innym. Chcę porozmawiać z twoją siostrą.

Horace patrzył na niego chwilę, po czym odszedł.

- Chodź - powiedział Toby, wyciągając rękę do Sylwii. - Usiądziemy na tym kamieniu. - Tak też 

zrobili. - Posłuchaj, Sylwio, widzę, że nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje może 

mieć  to,  co  czasami  ci  się  wyrwie.  Czy  jeśli  będę  z  tobą  całkiem  szczery,  to  obiecasz  zachować 

naszą rozmowę w tajemnicy?

Sylwia skinęła głową, potem pociągnęła nosem i wytarła go chustką.

- Domyśliłem się, że twoja siostra od dawna zajmuje się... handlem. Nie przyznała się do tego i ja 

też  z  nią  na  ten  temat  nie  rozmawiałem,  ale  wiem  o  tym,  po  tym  jak  we  wtorek  wieczorem  sir 

Veryan  opowiadał  o  swoich  planach.  Poza  tym  jestem  przekonany,  że  panna  Dorothea  będzie 

chciała zrobić wszystko, byle nie dopuścić do spotkania milicji z przemytnikami.

Sylwia milczała.

-  Ale  widzisz,  Sylwio,  gdybym  był  innym  człowiekiem,  powiedzmy,  że  miałbym  bardziej 

konwencjonalny  sposób  myślenia  i  obawiałbym  się,  że  w  moim  otoczeniu  dzieje  się  coś 

niezgodnego  z  prawem,  to  słysząc,  jak  poruszasz  ten  temat,  natychmiast  nabrałbym  podejrzeń. 

Mógłbym  ci  zagrozić,  zaszantażować  cię,  na  przykład,  opowiedzieć  ci  jakąś  bajkę  o  tym,  że 

twojemu  bratu  może  stać  się  krzywda,  i  wtedy  wszystko  byś  mi  dokładnie  opowiedziała. 

Rozumiesz mnie?

- Tak - szepnęła Sylwia.

- To dobrze. A wybaczysz mi, że tak cię pouczam?

Skinęła głową.

- I jeszcze jedno. - Tego mi nie wybaczy, pomyślał, ale kto oprócz mnie może jej to powiedzieć? -

Jeśli  mężczyzna  zaczepia  cię  w  sposób,  który  wprawia  cię  w  zakłopotanie,  to  wierz  mi,  że  nie 

background image

100

należy się po nim spodziewać niczego dobrego.

Sylwia poderwała głowę; oczy jej zabłysły.

- Ma pan na myśli pana Gunthorpe’a, prawda?

- Uderz w stół... - powiedział Toby, wstając.

Dał znak Horace’owi, żeby wrócił, a Sylwia odeszła do swojego kuca.

-  Niech  pan  pomoże  mi  wsiąść  -  powiedziała  ze  złością.  Toby  spełnił  jej  życzenie.  Gdy  tylko 

znalazła  się  w  siodle,  szarpnęła  wodzami  i  pogalopowała  w  dal.  Horace  szybko  znalazł  się  przy 

koniach.

-  Przyjęła moje  pierwsze  ostrzeżenie  -  rzekł  szorstko  Toby. -  Niestety,  nie  była gotowa  przyjąć 

drugiego.

- W związku z Gunthorpe’em?

- A kimże innym? - Zerknął na chłopaka i dodał: - Wiem, że lubisz grać w karty. Dlatego lepiej i 

ty uważaj. Znam go jeszcze z Londynu. Oszukuje bez skrupułów.

- Och, wiem - odrzekł Horace. - Jedźmy już. Jeśli Sylwia dotrze do domu przed nami, to wyślą 

kogoś na poszukiwania.

Sylwia  posiadła  w  najwyższym  stopniu  typową  dla  wieku  dorastania  umiejętność  przybierania 

póz. Siedziała na parapecie i z groźną miną obserwowała szybko zapadający zmierzch. Od czasu do 

czasu  przejmująco  wzdychała.  Powietrze  wydawało  się  gęste  od  prowokującego  smutku.  Reszta 

towarzystwa starała się ją ignorować.

Toby rozmawiał z Fanny i komplementował jej talent do łatania dziur. Bardzo dobrze wiedział, że 

Sylwia raz po raz piorunuje go wzrokiem, ale nie zwracał na to uwagi.

Horace czytał starego „Timesa”; skakał wzrokiem od artykułu do artykułu. „Amerykański statek 

zatrzymany  przez  tureckich  korsarzy...”.  „We  wtorek  trzej  ostatni  jeńcy  francuscy  zbiegli  z 

twierdzy...”.  To  był  świat  przygód  i  podniet,  do  którego  go  ciągnęło.  Chciał  być  jego  częścią, 

tęsknił do wielkich czynów w wojsku. „Walka była zacięta i niezwykle krwawa, ale udało nam się 

opanować  twierdzę,  choć,  niestety,  straciliśmy  przy  tym  wielu  dzielnych  ludzi”.  Ale  nie  miało 

sensu teraz o tym myśleć. Nawet w pułku liniowym stanowisko oficerskie kosztowałoby sto funtów 

albo i więcej. Kiedyś Horace wspomniał matce, że chciałby przejść na królewski żołd, i omal nie 

doprowadził jej tym do ataku histerii.

Dorothea  siedziała  i  zamartwiała  się,  jak  powstrzymać  Veryana  przed  wyruszeniem  z  milicją 

przeciwko  przemytnikom.  Co  gorsza,  na  kolację  miał  przyjść  Bram  Gunthorpe.  Toby  krótko 

zrelacjonował jej przebieg wycieczki do Trespyrion Quoit. Brakowało jej jeszcze tylko tego, żeby 

przy stole Sylwia zrobiła z siebie widowisko, z czym należało się bardzo poważnie liczyć, choćby 

dlatego,  że  dziewczynka  z  pewnością  będzie  chciała  okazać  pogardę  dla  dobrych  rad  pana 

background image

101

Marchama.

Rozległo się pukanie do drzwi i w szparze ukazała się głowa Jacka.

- Przepraszam, panno Theo - powiedział. - Jest pani potrzebna w kuchni.

Dorothea natychmiast wstała. O Boże, pomyślała. Co znowu? Jack normalnie siadywał przy szafie 

z  butami  albo  w  składziku  z  latarniami.  Nie  przynosił  wiadomości  do  salonu,  bo  to  należało  do 

obowiązków Lucy i Molly.

Gdy dotarła do kuchni, okazało się, że wszyscy są na dworze, przed stajnią. Veryan ledwo trzymał 

się  na  koniu,  pochylony  nad  łękiem  siodła.  Pośpieszyli  do  niego  Josh  i  Ozzie.  W  chwili  gdy 

Dorothea  wyszła  na  dwór,  kuzyn  właśnie  ześlizgnął  się  z  konia.  Podtrzymywany  przez  Josha, 

osunął się na kamienie i dostał gwałtownego ataku torsji.

Dorothea podbiegła do niego. Nadal wymiotował, zgięty wpół. Był blady, na twarzy perlił mu się 

pot, a z ust płynęła brązowa ciecz. Dorothea uklękła, powąchała wymiocinę, zbadała puls Veryana i 

zawołała panią Kellow:

-  Szybko,  ciepłego  mleka!  Lucy,  przynieś  mi  ze  spiżami  słoiczek  z  napisem  „Węglan  wapnia” 

Zapamiętasz? W środku jest biały proszek. - Służąca odbiegła.

-  Co  mu  jest,  panno  Theo?  -  Josh  schylił  się  i  przyzwał  Ozziego,  żeby  pomógł  mu  podnieść 

Veryana.

- Trucizna. Prawdopodobnie kwas siarkowy. Dzięki Bogu, niezbyt silne stężenie, ale i tak groźne. 

Idź po nosze, Josh. Będzie mniej cierpiał.

Veryan jęczał i ściskał się za brzuch. Otworzył na chwilę oczy i spojrzał na Dorotheę.

- Przepraszam.

- Pst - nakazała mu Dorothea.- Wypiłeś coś, co ci zaszkodziło. Wnet wydobrzejesz.

Pani  Kellow  przyniosła  ciepłe  mleko  i  łyżkę,  wróciła  też  Lucy  ze  słoiczkiem.  Dorothea 

odmierzyła trochę kredy, wsypała ją do mleka i zamieszała. Potem odchyliła głowę Veryana, oparła 

ją sobie o ramię i przytknęła mu kubek do warg.

- Wypij. Wszystko.

- To boli.

- Wiem. Ale musisz wszystko wypić.

- Co to jest?

- Mleko z kredą. Nic nie mów. Josh i Ozzie zaniosą cię do sypialni.

Veryan zamknął oczy.

Josh  i  Ozzie  przetransportowali  go  do  pokoju  i  ostrożnie  ułożyli  na  łożu.  Przez  pewien  czas 

panowało  duże  zamieszanie.  Pani  Kellow  i  Dorothea  ściągnęły  choremu  buty,  spodnie  i  frak. 

Dorothea wlała mu łyżką do ust tyle mleka z kredą, ile tylko mogła. Większość po chwili zwrócił, 

więc gospodyni musiała przystawić mu miskę, a Dorothea podtrzymywała głowę i ocierała twarz.

background image

102

-  Tak  -  powiedziała.  -  Ponad  wszelką  wątpliwość  kwas  siarkowy.  Widocznie  pan  Gunthorpe 

chciał mieć całkowitą pewność, że sir Veryan nie wejdzie mu w drogę.

- Czy on wyzdrowieje? Jest śmiertelnie blady.

-  Mam  nadzieję,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Można  mu  dawać tylko  mleko,  kleik  albo  napar z 

korzenia maranty, to wszystko neutralizuje kwas. Oddech ma, dzięki Bogu, nie najgorszy.

- A co z milicją, która ma tu być dziś wieczorem?

-  Pan  Gunthorpe  wcale  nie  zamierzał  sprowadzić  do  nas  milicji.  Przypuszczam,  że  to  była 

inicjatywa  sir  Veryana.  Zaraz  napiszę  liścik  do  pana  Gunthorpe’a  z  wiadomością,  że  mój  kuzyn 

zachorował, więc z żalem muszę wycofać zaproszenie dla milicji, w tych okolicznościach nie mogę 

bowiem zaoferować gościny. Nie sądzę, żeby pan Gunthorpe się zdziwił.

Jedno jest pewne, pomyślała. Bram połknął przynętę i święcie wierzy w wyładunek w Runrock. 

Wyglądało  więc  na  to,  że  „Maria”  może  bez  przeszkód  kierować  się  do  Porthgavern.  Dorothea 

zwróciła się do pani Kellow:

- Proszę zawołać do mnie Josha.

Teraz była dobra chwila na to, by Josh zawiadomił Abla o zmianie planów. Sir Veryan wrócił z 

Quilquin  House  chory i  przekazał  wiadomość,  że  milicja  będzie  czekać w  Runrock.  Dlatego  gdy 

tylko  kuter  straży  celnej  odpłynie,  trzeba  przesłać  Danielowi  informację,  że  miejsce  lądowania 

zmieniono na Porthgavern. Josh powie Ablowi, że wracając, zajrzy do Michaela Crossa, ale - rzecz 

jasna - tego nie zrobi, toteż Michael o niczym nie będzie wiedział. Natomiast plotka o otruciu sir 

Veryana  rozejdzie  się  po  okolicy  i  szczęśliwym  zrządzeniem  losu  reputacja  kuzyna  pozostanie 

nietknięta.

Dorothea  usiadła  przy  łóżku  i  spojrzała  na  pacjenta.  Czoło  wciąż  miał  poorane  bruzdami 

cierpienia  i  wydawał  się  niespokojny.  Biedak,  znienacka  wyrwany  z  zamknięcia,  skazany  na 

zupełnie  nieznany  sposób  życia  w  zrujnowanym  majątku,  którego  mieszkańcy  zajmują  się 

przemytem, zaprzyjaźnił się z jedynym ladaco w okolicy, życzącym mu jak najgorzej. Na domiar 

złego podano mu truciznę, bo chciał bronić prawa.

Veryan zamrugał i otworzył oczy. Wyciągnął rękę, po omacku szukając dłoni Dorothei.

- Wypiłem coś. Na do widzenia. To było czerwone wino, ale dziwnie smakowało.

- W winie był rozcieńczony kwas siarkowy. Nie martw się, wyzdrowiejesz. Czy jeszcze czujesz 

bóle?

- Mam skurcze żołądka, ale już mi lepiej.

- To dobrze. Musisz teraz odpocząć. I pić tyle, ile tylko możesz.

- Kleik. Ohyda.

- Możesz dostać czystego mleka, jeśli wolisz.

- Niech będzie.

background image

103

Veryan wciąż trzymał ją za rękę, więc Dorothea machinalnie sprawdziła mu puls. Był równiejszy. 

Chętnie  dałaby  mu  laudanum,  ale  nie  miała  pewności,  czy  w  tych  okolicznościach  jej  wolno. 

Wiedziała  zaś,  że  część  swych  medycznych  sukcesów  zawdzięcza  ostrożności  w  stosowaniu 

większej  liczby środków.  Na  przykład, nigdy  nie  upuszczała  pacjentom  krwi, chociaż  zalecała to 

większość lekarzy. Natura, jeśli jej się pozwoli, robi swoje - taka była medyczna dewiza Dorothei.

Przez chwilę w pokoju panowało milczenie. Kuzyn nie chciał puścić jej ręki. Jak dziwnie tak się 

siedzi, pomyślała. Odzyskała spokój, a Veryan, wciąż leżący z zamkniętymi oczami, wydawał jej 

się dziwnie bezbronny. Obróciła głowę i przyjrzała mu się. Miał jaśniejszą karnację niż jej ojciec i 

jaśniejsze włosy, widziała jednak również cechy Selwoodów, choć niezbyt wyraźne: te same kości 

policzkowe i może również usta, wąskie, lecz stanowcze.

Jej skupione spojrzenie musiało wytrącić chorego z drzemki, bo znów podniósł powieki i na nią 

popatrzył. Nieznacznie się zarumieniła. Veryan powoli zbadał wzrokiem jej twarz.

- Dlaczego zaczesujesz włosy do tyłu? - spytał szeptem.

-  Tak  jest  łatwiej  -  odrzekła  Dorothea,  z  pewnym  zakłopotaniem  chowając  za  ucho  zabłąkany 

kosmyk.

- Szkoda. Są piękne. - Znów zamknął oczy. Po chwili jego dłoń zwiotczała; zapadł w sen.

Wieczór  minął  spokojnie.  Jeśli  nawet  cokolwiek  działo  się  na  dworze,  towarzystwo siedzące  w 

salonie nic o tym nie wiedziało. Od czasu do czasu Horace z zadumaną miną podchodził do okna, 

ale  nawet  on  rozumiał,  że  nie  może  pomagać  w  wyładunku  towarów,  gdy  w  domu  jest  gość. 

Dorothea  dała  Joshowi  klucz  do  skrytki  pod  bramą  i  starała  się  nie  okazywać  niepokoju,  wszak 

kuzyn był chory, a na niej spoczywały obowiązki  wobec gościa. Sylwia  dąsała się nadal, więc w 

końcu rozdrażniona tym Fanny wysłała ją do łóżka.

O dziesiątej wieczorem podano herbatę i wkrótce potem wszyscy rozeszli się na spoczynek. Toby, 

który z wielką ochotą pomógłby w wyładunku towaru, zorientował się, że jego obecność krępuje 

wszelką działalność, dlatego taktownie wycofał się do sypialni. Fanny zaraz poszła jego śladem.

- Chcesz potem iść ze mną, Horace? - spytała Dorothea. - Najpierw zajrzę do kuzyna Veryana, ale 

gdy  już  będę  wolna,  wybieram  się  do  portu,  żeby  sprawdzić,  czy  wszystko  biegnie  zgodnie  z 

planem.

- Naturalnie! - ucieszył się Horace.

- Spotkamy się około jedenastej przy kuchennych drzwiach.

Tuż  po  jedenastej  wyszli  z  domu.  Dorothea  przebrała  się  w  ciemną  suknię,  a  na  głowie  miała 

kaptur. Gdy doszli do bramy, zobaczyli otwarte drzwi skrytki. Josh doglądał rozładunku mułów.

- Bez kłopotów - zameldował. - Tylko w porcie trzeba uważać, panno Theo. Jest nie zaplanowana 

uczta. Ale panicz Horace na pewno pani przypilnuje. - Przesłał młodzieńcowi surowe spojrzenie.

background image

104

- Będę przez cały czas przy siostrze - obiecał Horace.

-  No,  żebyś  pamiętał  -  burknął  Josh  i  wrócił  do  pracy.  Na  nabrzeżu  w  Porthgavern  istotnie 

odbywała  się  jakaś  orgia.  Ktoś  otworzył  baryłkę  brandy  i  każdy  mógł  z  tego  skorzystać.  Kilku 

mężczyzn chwiało się ramię w ramię i głośno śpiewało. „Maria” stała na kotwicy kilkaset jardów 

od brzegu, a ostatnie łodzie dopływały właśnie z resztą towaru.

Abel stał przy budynku kapitanatu. Gdy zobaczył Dorotheę, zaraz do niej podszedł.

-  Tym  razem  wystrychnęliśmy  ich  na  dudka  -  powiedział,  szczerząc  zęby  w  uśmiechu.  -  Kuter 

straży  celnej  przepłynął  około  dziesiątej  i  zaraz  jak  tylko  znikł  za  przylądkiem,  a  my dostaliśmy 

sygnał, zaczął się wyładunek.

- Co tu się stało? - Dorothea wskazała rozbitą baryłkę. Abel wzruszył ramionami.

- Frontowe życie. Wiadomo, jak to jest, panno Theo.

- Owszem. Jest niebezpiecznie. - Wskazała pijanych ludzi. Rozejrzała się. - Michaela nie ma?

- Kiep przebił sobie widłami nogę - odrzekł Abel. Przyrodni brat niewiele go obchodził.

Tak,  pomyślała  Dorothea,  to  pasuje.  Spodziewała  się  czegoś  podobnego,  wykrętu,  który 

pozwoliłby Michaelowi  nie uczestniczyć w wyładunku. Był tchórzliwy i,  jak to określił Josh,  nie 

stworzony na szpiega. Powiedziała, że rano zaniesie mu maść na gojenie ran.

Za ich plecami pijacka pieśń wybuchła z nową siłą. Dorothea zwróciła się do Horace’a:

-  Lepiej  chodźmy  stąd.  Tu  się  robi  dość  hałaśliwie.  -  Kątem  oka  dostrzegła,  że  ostatnie  kuce 

zaczynają podchodzić ścieżką ku bramie Selwood Priory. Nic tu było po niej.

- Proszę się nie martwić, panno Theo. Wszystkiego dopilnuję - zapewnił ją Abel.

Następnego ranka Sylwia była znowu w swoim radosnym wcieleniu. Wstała wcześnie i zeszła do 

stajni,  żeby wyczesać zgrzebłem  kuca, przy okazji  zaś  pociągnąć Ozziego  za  język, co się działo 

poprzedniego wieczoru. Zawsze udawało jej się usłyszeć coś ciekawego, a tego ranka wyobrażała 

sobie, że nikt poza nią nie zna jeszcze dobrych nowin.

Wiedziała,  że  niedługo matka  zawoła  ją  na  lekcje  do  kancelarii przeora,  ale  po  śniadaniu  miała 

wolną  godzinkę,  więc  poszła  sprawdzić,  czy  nie  będzie  mogła  pomóc  Dorothei  na  poddaszu. 

Zwykle  była  dla  niej  jakaś  drobna  praca,  a  Sylwia  liczyła,  że  tymczasem  nadejdzie  Abel  albo 

Daniel.

Dorothea  akurat  rozcierała  bryłę  kredy,  więc  od  razu  zatrudniła  Sylwię  przy  przekładaniu 

kredowego  proszku  łyżeczką  do  słoika.  Zapasy  węglanu  wapnia  się  kończyły;  większość  zużyła 

poprzedniego  dnia,  gdy  ratowała  Veryana,  więc  koniecznie  musiała  zamówić  nową  porcję  u 

aptekarza w Plymouth.

- Szkoda, że mnie tam nie było! - zaczęła z podnieceniem Sylwia. - Ozzie powiedział mi, że całe 

Porthgavern pomagało. To było takie ciekawe. Och, Theo, dlaczego nigdy nie chcesz mnie puścić?

background image

105

- To nie jest miejsce dla kobiet - odparła Dorothea, rozkruszając resztę bryły i wycierając dłonie 

wilgotną ścierką. - Brandy płynie strumieniami, więc mogą się różne rzeczy zdarzyć.

- Ty tam chodzisz - zaoponowała Sylwia.

- Ja idę tylko na wyładunek, potem wracam do domu. Kiedy mężczyzna się upije, Sylwio, jest mu 

wszystko jedno, czy ma przed sobą kobietę godną szacunku, czy nie. - To była, jej zdaniem, ciemna 

strona  przemytu.  Proceder  ten  dawał  potrzebne  pieniądze,  lecz  również  sprzyjał  pijaństwu  i 

rozpuście.

Na dole ktoś zapukał do drzwi. Sylwia podbiegła do okna i wyjrzała.

-  Przyszedł  Daniel!  -  zawołała  i  pobiegła  mu  na  spotkanie.  Po  chwili  ukazała  się  znowu,  z 

roześmianą miną prowadząc przybysza za rękę.

Dorothea też się uśmiechnęła i zrobiła krok naprzód.

- Miałam taką nadzieję. Danielu, że cię dziś zobaczę.

-  Przyniosłem  mały  prezent  dla  panienki  i  dam  go,  jeśli  panienka  puści  na  chwilę  moją  rękę.  -

Sylwia pozwoliła się przekonać, więc Daniel sięgnął do kieszeni obszernego płaszcza i wyjął z niej 

pakiecik.

Dziewczynka rzuciła się na niego, otworzyła i wyjęła granatowy wisiorek. Podskoczyła z radości i 

pocałowała Daniela w policzek.

-  Och,  jaki  jesteś  miły.  Czy  ten  wisiorek  nie  jest  uroczy,  Theo?  Ojej,  dziękuję.  -  Bardzo  lubiła 

Daniela.

- Już pani słyszała, jak poszło, prawda? - zwrócił się Daniel do Dorothei. Skinęła głową. - Było 

prawdziwe przyjęcie. Takich okrzyków radości jeszcze pani nie słyszała. Cały towar błyskawicznie 

trafił  do  skrytki,  panno  Theo.  -  Urwał,  zaraz  jednak  odezwał  się  znowu:  -  Przykro  mi,  że 

Michaelowi zdarzył się wypadek. Ten biedak zawsze miał dwie lewe ręce.

- Ozzie mówi, że dzisiaj rano wszyscy odsypiają wczorajszą pracę - powiedziała Sylwia.

- Owszem. Dookoła jest pełno pijanych głupców - stwierdził ostro Daniel.

-  Ale  nabraliście  celników.  -  Sylwia  roześmiała  się.  -  Założę  się,  że  milicja  z  Launceston  była 

wściekła. - Należało im się, pomyślała, za to że chcieli przechytrzyć Kornwalijczyków. W duchu 

już rozstrzygnęła, że Bram nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. Przecież to nie on doniósł na 

przemytników. Może chciał powstrzymać kuzyna Veryana przed mieszaniem się do tej sprawy, a 

skoro tak, to rodzina powinna być zadowolona.

Dorothea spojrzała na zegar, stojący na półce.

- Mama na ciebie czeka, Sylwio - powiedziała. - Już prawie jedenasta.

-  Lekcje!  -  Dziewczynka  skrzywiła  buzię.  Jeszcze  raz  podziękowała  Danielowi  za  wisiorek, 

przesłała mu całusa i zbiegła po schodach na dwór.

Dorothea i Daniel zajęli się sprawami „Marii”, jak zwykle bardzo sprawnie. Okręt płynął teraz do 

background image

106

Plymouth,  gdzie  kapitan  miał  załatwić  interesy  ze  znajomym  admirałem  w  stanie  spoczynku. 

Następnym celem podróży było znów Roscoff. Daniel obiecał jednak, że przed wyruszeniem zajrzy 

do Selwood Priory.

Dorothea odprowadziła go do drzwi, a potem zeszła do skrytki. Leżały w niej dwie bele pięknej 

koronki  z  Brukseli  i  Valencienne,  a  także  trochę  wykwintnych  kołnierzyków  z  flamandzkiej 

koronki klockowej i trochę porcelany z Sevres. Towar powinien rozejść się szybko. W niedzielę po 

nabożeństwie  lady  Shebbeare  dyskretnie  pytała  Dorotheę  o  kołnierzyki,  a  kilka  innych  dam 

rozpuściło wiadomość, że dobrze zapłaciłyby za koronkę wysokiej jakości.

Nareszcie,  pomyślała.  Po  opłaceniu  wszystkich,  którzy  pracowali  poprzedniego  wieczoru, 

powinno jej zostać około ośmiuset funtów. Mogła zacząć odkładać pieniądze z myśląc przyszłości 

Horace’a i Sylwii.

Jedynym powodem do zmartwienia był dla niej kuzyn. Wiedziała o tym już od pewnego czasu, ale 

gdy  zobaczyła  go  spadającego  z  konia,  uświadomiła  to  sobie  wyjątkowo  wyraźnie.  Kiedy 

zdejmowała mu buty i rozbierała go z zabrudzonej odzieży, miała wrażenie, że w ich znajomości 

coś  się  zmienia,  zacieśnia  się  łącząca  ich  więź.  Nie  zareagowała  tak  jak  zwykle  rozdrażnieniem, 

lecz raczej współczuciem, a może nawet czułością.

Dorothea nie była pewna, czy te zmiany są po jej myśli. Miała dość utrzymywania sekretu przed 

nie lubianym człowiekiem. O ile trudniej byłoby dochować tajemnicy, gdyby polubiła kuzyna?

Mimo tych rozterek zorientowała się nagle, że bardzo spieszno jej do domu, żeby sprawdzić, jak 

Veryan  się  czuje.  Zastała  u  niego  panią  Kellow,  która  obmywała  mu  ręce  i  twarz.  Na  stole  stała 

miska z mydlinami.

-  On  chce,  żeby  go  ogolić,  panno  Theo!  -  zawołała  gospodyni,  gdy  tylko  Dorothea  przestąpiła 

próg. - Powiedziałam: Nie, panna Thea nie pozwala.

Dorothea roześmiała się.

- Słusznie. Nie dzisiaj, kuzynie. Możesz odzyskać gładkość jutro, jeśli wszystko dobrze pójdzie. 

Rozumiem, że czujesz się lepiej? - Widok zarostu Veryana sprawił jej dziwną przyjemność. Miała 

ochotę dotknąć jego policzka. Na wszelki wypadek splotła dłonie na plecach.

- Słabo, ale lepiej. Dziękuję, pani Kellow. Na razie wystarczy.

Gospodyni z nikłym uśmieszkiem wzięła miskę ze stołu i wyszła na korytarz. Dorothea nagle się 

zmieszała.

- Czy pijesz dostatecznie dużo płynów? - spytała.

- Jeśli wypiję jeszcze kroplę mleka, z pewnością zamienię się w ser.

- Czy mogę zmierzyć ci puls?

Veryan wyciągnął rękę. Dorothea ujęła w dwa palce jego nadgarstek. Puls był o wiele lepszy.

- Pokaż język. Hm. - Odchyliła mu powieki i spojrzała w oczy.

background image

107

- Czy jeszcze na coś chcesz spojrzeć?

-  Nie,  dziękuję.  Jesteś  zadziwiająco  mocnej  konstytucji,  kuzynie.  -  Kiedy  przyjechał  do  Priory, 

pomyślała, był taki chudy, że byle podmuch wiatru mógł go przewrócić. Teraz jego ciało stało się 

bardziej muskularne, skóra nabrała zdrowszego odcienia i nawet włosy wydawały się gęściejsze. -

Mimo tego niefortunnego przypadku powiedziałabym, że miesiąc na wsi bardzo dobrze ci zrobił.

- Ja też tak uważam - przyznał Veryan. Usiadł trochę wyżej, a Dorothea podłożyła mu pod plecy 

jeszcze jedną poduszkę. - Zauważyłem, że odpoczęły mi oczy. Kiedy dostałem okulary, kazano mi 

używać ich tylko do czytania. Ale byłem leniwy i nie chciało mi się ich zdejmować. Gdy wzrok mi 

się pogorszył, myślałem, że to typowe w pracy wykładowcy. Ale odkąd rozdeptałem swoje okulary, 

widzę  coraz  ostrzej.  Ty,  na  przykład,  zawsze  byłaś  rozmazana,  a  teraz  stajesz  się  coraz 

wyraźniejsza.

- Mam nadzieję, że to dobrze - powiedziała, usiłując otrząsnąć się z zakłopotania.

- Mówiąc metaforycznie - podjął - wątpię, czy kiedykolwiek widziałem cię wyraźnie.

Dorothea stała przy jego łóżku. Veryan ujął ją za rękę.

- Po co ci moja ręka? - spytała, zaskoczona takim rozwojem wypadków.

-  Lubię  ją  trzymać  -  odrzekł  po  prostu.  To  dziwne,  pomyślał.  Zawsze  wydawało  mi  się,  że 

klasyczne wykształcenie daje człowiekowi wszystko, co potrzebne w życiu. Zaczynam w to jednak 

wątpić. - Jakie masz ładne, długie palce.

Jak na człowieka, który nie znosił, gdy go dotykano, robił zaskakujące postępy.

- Nie wierzę, żebyś już taki został - oświadczyła zdecydowanym tonem Dorothea. - Jeszcze dzień 

lub  dwa,  i  znowu  będziesz  sobą.  A  tymczasem,  kuzynie,  tylko  kleik  albo  mleko  przez  następne 

dwadzieścia cztery godziny.

Veryan westchnął i puścił jej dłoń. Dorothea nie wiedziała jednak, czy jest to powód do ulgi, czy 

do żalu.

Poprzedni  wieczór  Bram  rozpoczynał  w  bardzo  optymistycznym  nastroju.  W  Tideford  spotkał 

milicję  z  Launceston  i  pokazał  im  drogę  do  Runrock  Cove.  Po  drodze  zastanawiał  się,  czy  nie 

schować części przemycanego towaru dla własnych potrzeb, ale odrzucił ten pomysł. Za wiele by 

ryzykował.  Miał  jednak  nadzieję  na  nagrodę  do  tysiąca  funtów  za  zatrzymanie  okrętu  i  po 

dwadzieścia funtów za każdego skazanego przemytnika.

Naturalnie, były to pieniądze do podziału, oprócz niego mieli je dostać strażnicy z kutra i milicja. 

Ale suma i tak wyglądała obiecująco.

Jeśli milicja dobrze się spisze, to powinni osaczyć dużo ludzi. Bram liczył, że będzie wśród nich 

Michael Cross. Bo na wspólnika Michael się nie nadawał. Miał tchórzliwe serce i pecha. Szybkie 

pchnięcie nożem podczas walki na brzegu było lepszym rozwiązaniem. Strata niewielka.

background image

108

Milicja przyjechała w sile dwóch tuzinów ludzi z kapitanem. Nikt z nich nie był miejscowy, więc 

szli, potykając się w nieznanym terenie. Bram pomyślał ze złością, że robią hałas, który spłoszyłby 

każdego przemytnika. Na szczęście wiał wiatr od morza, który głuszył wszystkie odgłosy.

Okazało się jednak, że nie ma okrętu, nie ma przemytników i nie ma towaru. Kuter straży celnej 

przypłynął na  czas, milicja  rozwinęła nakazany szyk, ale na  próżno.  Minęła północ. Wreszcie po 

długim tupaniu dla ogrzania się kapitan rzekł:

- Widzę, że otrzymaliśmy błędną informację, sir. Albo przemytnicy zwietrzyli naszą obecność.

Błędna informacja, pomyślał Bram. Już ja się policzę z Crossem.

- W porządku, chłopcy. W tył zwrot! Wracamy do koszar. Było dużo szemrania i parę ironicznych 

okrzyków  radości,  ale  przemarznięci  ludzie  mieli  dość  siedzenia  w  mroku,  a  wyobrażenie  rumu 

bardzo ich kusiło. Bram przyjrzał się odjazdowi milicji, a potem poczekał jeszcze, aż kuter straży 

celnej zawróci do Polperro. Wreszcie dosiadł konia.

Następnego ranka był w takim nastroju, że ani Isabel, ani pani Gunthorpe nie śmiały się do niego 

odezwać.  Służący  wypadł  z  sypialni  z  siniakiem  na  szczęce,  a  gdy  Sukey  niechcący  wylała 

kropelkę kawy na stół, Bram zamachnął się i kopnął ją z taką siłą, że upuściła dzbanek i kuśtykając, 

uciekła z jadalni. Isabel ugryzła kawałeczek grzanki, chociaż zaschło jej w ustach ze strachu i miała 

wrażenie, że je popiół. Nie ważyła się poruszyć. Widziała zresztą, że z matką jest podobnie. Co się 

stało poprzedniego wieczoru?

Wreszcie Bram oprzytomniał dostatecznie, by spojrzeć na nie przez stół.

- Wyglądacie jak dwa ciućmoki.

- Martwimy się o ciebie, mój drogi - powiedziała pani Gunthorpe drżącym głosem.

Bram parsknął. Lubił, kiedy siostra i matka się go bały. Postanowił potrzymać je przez chwilę w 

niepewności. Wstał od stołu.

- Wychodzę. Nie wiem, kiedy wrócę.

Zaraz potem usłyszały trzask frontowych drzwi. Isabel wyjrzała przez okno; Bram szedł szybko, 

trzymają laskę z ołowianą końcówką. Raz widziała, jak brat uderzył nią boczącego się konia. Zrobił 

to z taką siłą, że potem zwierzę trzeba było dobić.

-  Dokąd  idzie?  -  spytała  pani  Gunthorpe,  wpatrując  się  w  wyszczerbiony  srebrny  dzbanek  do 

kawy, który wciąż leżał la podłodze.

- W stronę Egioscolom. Chciałabym wiedzieć, co się stało. Pani Gunthorpe na chwilę zamknęła 

oczy, ale milczała. Nauczyła się już nie zadawać pytań.

Następne dwa dni Veryan spędził głównie w swoim pokoju. Parę razy zdarzyło mu się na chwilę 

ostrożnie usiąść przy oknie, ale każdy ruch jeszcze był dlań bolesny.

Przemyślał  wszystko,  co  powiedziała  mu  Dorothea.  Czy  to  możliwe,  że  napił  się  kwasu 

background image

109

siarkowego? Czyżby chciała mu podsunąć myśl, że próbowano go otruć? Nie lubiła Gunthorpe’a -

o tym wiedział - ale ten zarzut doprawdy postawiła nieodpowiedzialnie.

A  jednak  coś  mu  zaszkodziło.  Na  lunch  zjadł  tylko  trochę  chleba  z  szynką  i  parę  plasterków 

ogórka. Pani Gunthorpe jadła prawie to samo. Zjadł też jabłko, ale ona również, razem wypili też 

butelkę wina.

Jedyne, co miał w ustach tylko on, to kieliszek wina tuż przed odjazdem. Dostał go od gospodarza 

w  ostatniej  chwili,  gdy  prawie  trzymał  już  nogę  w  strzemieniu,  więc  szybko  wychylił  jego 

zawartość. I prawie od razu zachorował. Ale dlaczego Gunthorpe miałby go otruć? To wydawało 

mu się niemożliwe.

Przemknęło mu przez myśl, że sąsiad nie chciał przyjechać z milicją do Selwood Priory i zgodził 

się na to dopiero po jego, Veryana, naciskach. Ale przecież nie...

W  każdym  razie  od  tamtego  wieczoru  Veryan  nie  miał  żadnych  wiadomości.  Gunthorpe  nie 

zawiadomił go o sukcesie bądź niepowodzeniu misji, a kuzynka również milczała jak zaklęta. Gdy 

pytał panią Kellow, odpowiadała:

- Ja nic nie wiem, sir.

Panna  Selwood  musiała  się  pomylić  co  do  trucizny,  uznał  w  końcu  Veryan.  Prawdopodobnie 

szynka  była  nieświeża.  Może  pan  Gunthorpe  również  zachorował?  Pod  koniec  drugiego  dnia 

Veryan tak rozpaczliwie chciał się czegoś dowiedzieć, że zadzwonił na służbę. Potem wstał, włożył 

szlafrok i usiadł na sofie.

- Molly, spytaj, proszę, pannę Selwood, czy byłaby tak dobra i przyszła tu na chwilę.

Molly dygnęła i wyszła.

Dorothea wydała mu się bardzo poważna. Na jego widok krzyknęła:

- Co ty robisz, kuzynie?! Nie powinieneś jeszcze wstawać. Natychmiast wróć do łóżka.

- Chcę z tobą porozmawiać.

- Dobrze. Ale masz się położyć.

Veryan  usłuchał  polecenia.  Dorothea  machinalnie  sprawdziła  mu  puls,  nalała  następną  porcję 

mleka, przyjrzała się, jak je wypija, i dopiero potem usiadła na krześle przy łóżku.

- Powiedziałaś, że wypiłem kwasu siarkowego - zaczął Veryan wprost. - Skąd ta pewność?

- Miałeś typowe objawy: brązowe wymiociny ze śladami krwi, słaby puls, bladość i pot na twarzy, 

ból brzucha, oparzenie podniebienia. Nie wystarczy?

- Czy to nie mógł być skutek zjedzenia zepsutej szynki?

Dorothea parsknęła śmiechem.

- Nie. - Po chwili dodała: - Są różne trujące kwasy, kuzynie, i wywołują bardzo podobne objawy. 

Przykro mi, ale ktoś musiał podać ci to celowo.

- Wiem, że nie znosisz Gunthorpe’a... - zaczął Veryan.

background image

110

-  Oczywiście,  że  go  nie  znoszę  -  burknęła  Dorothea.  -  Próbował  cię  otruć.  Od  pana  Marchama 

wiem, że w stosunku do Sylwii zachowuje się w sposób niegodny dżentelmena. Dręczy Fanny. No, 

i wreszcie manipulacją udało mu się skłonić cię do wystąpienia przeciwko wolnemu handlowi, żeby 

sam mógł zaspokoić swoje ambicje sięgające w tym kierunku.

Veryan z wrażenia usiadł prosto.

- To niemożliwe.

- Kuzynie, Gunthorpe ma udział w przemytniczym interesie w Cawsand - wyjaśniła Dorothea ze 

zniecierpliwieniem.  -  Chce,  i  zawsze  chciał,  przenieść  się  bliżej  domu,  ściślej  mówiąc,  do 

Porthgavern.  Ale  mój  ojciec  nigdy  nie  ufał  mu  w  interesach,  zawsze  twierdził,  że  to  jest 

nienasycony rekin. Jeśli mi nie wierzysz, spytaj sir Thomasa Shebbeare’a.

-  Ależ  on  jest  sędzią  pokoju  -  zaprotestował  Veryan.  Dorothea  skwitowała  słowa  kuzyna 

śmiechem. Wszystko jedno, pomyślała. Niech wreszcie usłyszy, jaki naprawdę jest Gunthorpe.

Milczenie trwało długo.

- Chcesz powiedzieć, że on mnie okpił?

- Obawiam się, że tak.

- Ale dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedziałaś?

- Widzisz,  kuzynie, kiedy nachodzi  cię  zły  nastrój,  robisz  się uparty  jak  muł  - zaczęła oględnie 

Dorothea.  -  Nie  jest  łatwo  powiedzieć  ci  o  czymkolwiek,  co  nie  zgadza  się  z  twoimi 

wyobrażeniami.

Veryan rozważył jej słowa. Kiedy wyciągnął do niej dłoń, Dorothea ją ujęła.

- Wiem - przyznał. - Przepraszam. Mój ojciec miał straszne ataki złości i bił mnie. Jedyną obroną 

dla mnie było wytrwać. Gdybym się wtedy załamał, wpadłbym w rozpacz. No, więc skoro raz się 

na coś zdecydowałem, musiałem się tego trzymać. Czy to mnie tłumaczy?

- Chcesz powiedzieć, że od tamtej pory wciąż robisz to samo?

- Prawdopodobnie, chociaż zanim tutaj przyjechałem, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Obrona 

własnych tez w świecie akademickim wygląda nieco inaczej.

- Kuzynie, uwierz mi - poprosiła Dorothea z przejęciem. - Bram Gunthorpe jest niebezpiecznym 

człowiekiem. Czy kiedyś przyszło ci do głowy, że przypomina twojego ojca?

- Co takiego?! - Veryan raptownie puścił jej dłoń. Dorothea pochyliła się ku niemu i położyła mu 

palec na wargach. Tak tym wstrząsnęła Veryana, że zamilkł.

- Pst - powiedziała. - Przemyśl to sobie, a porozmawiamy później. - Wyszła z pokoju.

8

Następnego  ranka  Dorothea  siedziała  z  Fanny  przy  śniadaniu  w  jadalni.  Była  wyjątkowo 

background image

111

zadumana,  ale  myśli  musiała  mieć  przyjemne,  bo  raz  po  raz  uśmiechała  się  do  siebie.  I  dobrze 

wyglądała. Wprawdzie  nigdy nie  sprawiała  wrażenia  chorowitej,  ale  zwykle zjadała do  kawy  pół 

grzanki, a tego dnia zjadła całą i jeszcze potem jabłko, zdradzając przy tym objawy dużego apetytu.

Fanny  wciąż  jeszcze  zastanawiała  się  nad  tym  zjawiskiem,  gdy  do  pokoju  weszła  strapiona 

gospodyni.

- Słuchamy, pani Kellow - odezwała się Fanny. - Czy coś się stało?

- Oj, tak, proszę pani. Właśnie dostałam wiadomość, że u Crossów był pożar. Nie wiadomo, czy 

przeżyli.

Dorothea, nagle pobladła, odsunęła od siebie filiżankę kawy i wstała od stołu.

-  Muszę  tam  pojechać.  Powiedz  Joshowi,  żeby  osiodłał  Copper.  I niech  pojedzie  ze  mną.  Będę 

gotowa mniej więcej za kwadrans. - Wyszła z jadalni.

- Czy sir Veryan o tym wie? - spytała Fanny.

- Jeszcze nie, proszę pani. Nie powiedziałabym mu bez pozwolenia panny Thei.

-  Słusznie.  To  by  go  tylko  zaniepokoiło.  Pani  Kellow,  proszę  potem  przysłać  na  górę  Molly. 

Trzeba naprawić zasłony w niebieskim salonie, więc mogłaby mi w tym pomóc.

- Przykro mi, proszę pani, ale Molly jest niedysponowana. Rano dostała ataku histerii. Rzucała się 

jak szalona. Ledwie mogłyśmy jaz Lucy utrzymać. - W końcu Lucy dała jej mocno po buzi, a pani 

Kellow wlała służącej do gardła porcję laudanum.  Gospodyni nie miała wątpliwości, że  chodzi o 

Michaela Crossa, ale nie chciała martwić panny Thei tą płochą dziewuchą.

Dorothea przebrała się w swoim pokoju w kostium do konnej jazdy, nałożyła kapelusz na głowę i 

zeszła do stajni. Powinnam była pomyśleć o tym, że Michaelowi może się coś stać, powiedziała do 

siebie.  Ale  co  by  na  to  poradziła?  Gdyby  go  ostrzegła,  zrozumiałby,  że  wszystko  się  wydało,  i 

mógłby powiedzieć o tym Bramowi.

Josh  czekał  już  przed  stajnią  z  jej  klaczą,  Copper,  i  swoim  wierzchowcem,  długowłosym 

dereszem, którego używał do różnych prac w majątku.

- Powiedz mi coś więcej - odezwała się Dorothea, gdy oddalili się od zabudowań Priory.

-  Jeden  z  chłopaków  przybiegł  z  wiadomością  około  dziewiątej  rano,  panno  Theo.  Cała  chata 

spłonęła. Pożar zaczął się prawdopodobnie od strzechy. Może któreś ze zwierząt przewróciło lampę 

oliwną. Kury uciekły, ale świnie upiekły się, jak trzeba.

- Crossowie nie żyją? - Dorothea zignorowała ponury żart.

-  Nie  żyją.  Zadusili  się  dymem.  Bill  Kellow  był  wczoraj  w  Egioscolom  i  wracał  późno,  około 

północy. Mówi, że niczego nie zauważył.

- Hm. - Chaty, zwłaszcza gliniane, kryte strzechą, paliły się bardzo łatwo. W majątku było wiele 

pożarów: a to dziecko potknęło się o polano wystające z kominka, a to nie uważał pijany, który w 

sobotę wrócił do domu z gospody. Naprawdę łatwo było o nieszczęście. Czy jednak można było to 

background image

112

zrzucać na karb przypadku, skoro chata Crossów spłonęła tuż po nieudanej zasadzce milicji?

Josh jakby czytał w jej myślach, bo rzekł:

-  Słyszałem,  że  pan  Gunthorpe  wybrał  się  dziś  rano  do  Plymouth,  panno  Theo.  Zamierza  tam 

zostać kilka dni.

- Dość nagle.

Nie powiedziała nic więcej. Była pewna, że Josh podziela jej podejrzenia, ale póki nie dowiedzieli 

się  więcej,  nie  można  było  niczego  dowieść.  Jechali  teraz  pod  górę  i  zbliżali  się  do  szczytu 

wzgórza. W oddali ukazało się Egioscolom ze swą niezgrabną kościelną wieżą. Po lewej Dorothea 

zauważyła smugę dymu. Przyśpieszyła.

Gdy dotarli na miejsce, zgliszcza wciąż jeszcze się żarzyły, a dookoła stała grupa wieśniaków z 

Egioscolom. Diggory Watson  pilnował sterty  przedmiotów,  najwidoczniej uratowanych z  pożaru. 

Abel Watson wyszedł im na spotkanie, wziął Copper za uzdę i pomógł zsiąść Dorothei.

- Dzień dobry, panno Theo. Dzień dobry, Josh. Nieszczęście. - Twarz miał posępną. - Nie bardzo 

nam było z Mikiem po drodze, ale jednak co brat, to brat.

Dorothea skinęła głową i dotknęła jego ramienia.

- Wiem. Przykro mi, Abel. Czy wiesz coś więcej o tym pożarze?

-  Tom  zobaczył  ogień  około  czwartej,  jak  był  w  oborze  i  doglądał  chorej  krowy.  Zbudził 

sąsiadów, ale zanim przybiegli, było za późno.

- Czy zauważył coś podejrzanego?

Abel spojrzał na nią zaskoczony.

- Myśli pani, że ktoś podpalił chatę?

-  To  możliwe.  Michael  Cross  zawsze  bardzo  ostrożnie  obchodził  się  z  latarniami  i  z  ogniem. 

Naturalnie, wypadki chodzą po ludziach.

Duże ślady podków, przemknęło przez głowę Dorothei. Mimo woli zaczęła się zastanawiać, czy 

Bram nie jechał tędy na swym wielkim gniadoszu. Ale dookoła kręciło się pół wsi, więc wszystkie 

ślady były już dawno zadeptane.

- Zbiegło się tutaj pół Egioscolom - powiedziała oschle.

- Zawsze może coś w rękę wpadnie - odparł kwaśno Abel. - No, i pogapić się można.

Dorothea postanowiła przegonić gapiów; niechętnie pomrukując, zaczęli się rozchodzić.

- Potrzebujesz pomocy? - spytała.

- Tim Wilcox ma przyprowadzić muły z Porthgavern. - powiedział Abel. Wskazał stertę dzielnie 

pilnowaną przez Diggory’ego.

Dorothea  zauważyła  bez  zdziwienia,  że  nie  ma  kur.  Ludzie  w  okolicy  byli  biedni  jak  myszy 

kościelne, zabrali wszystko, co mogli.

- Ale znikły również krowy i owce Michaela - rzekł Abel. - I osioł też.

background image

113

-  Nie  martw  się  -  powiedziała.  -  Poznam  jego  krowy  i  owce.  I  osła  też.  Rozpuszczę  wieści 

dookoła, to się znajdą. Dziękuję, panno Theo.

Dorothea skinęła głową i Abel odszedł.

- Josh, pojedziemy teraz do Quilquin House drogą koło źródła świętego Petroka.

Josh pomógł jej się wspiąć na Copper, sam dosiadł deresza i ruszyli.

- Dlaczego jedziemy akurat tędy, panno Theo?

- Wiemy o Michaelu coś, czego Abel, na szczęście, nie wie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pan 

Gunthorpe mógł mieć udział w tym pożarze. Jeśli był tutaj około czwartej rano, to nie musiał jechać 

przez Egioscolom. Mógł wybrać drogę przez las.

Dotarli do źródła i przejechali na drugą stronę. Pod drzewami grunt był jeszcze wilgotny. Zwolnili 

i teraz ledwie posuwali się naprzód, uważnie wpatrując się w ziemię. Nagle Josh wyciągnął rękę. 

Siady wielkich podków wyraźnie odcisnęły się w błocie. Dalej znaleźli ich więcej. Jeździec podążał 

w odwrotnym kierunku niż oni teraz.

- Widzi mi się, że to gniadosz pana Gunthorpe’a - stwierdził Josh.

- Bez wątpienia. - Bram był potężnie zbudowany, potrzebował więc odpowiedniego wierzchowca. 

- Niewiele koni w okolicy ma tak wielkie podkowy.

- Przejechał, ale nie wrócił. - Josh wskazał na końskie odchody. - Świeże.

- Wątpię, czy pan Gunthorpe przyzna się do tego, o czym mówimy - powiedziała Dorothea. - Ale 

dowód wydaje mi się bardzo wymowny. Pan Gunthorpe jest mściwy i mógł uznać, że Michael go 

zdradził.

- Po co jedziemy do Quilquin House, panno Theo?

-  Złożymy  grzecznościową  wizytę,  skoro  jesteśmy  tak  blisko  -  odrzekła  obojętnie.  -  A  jeśli 

przypadkiem usłyszysz coś od służby...

Wjeżdżając na dziedziniec Quilquin House, Dorothea zawsze traciła humor. Było coś takiego w 

prostej,  regularnej  fasadzie  i  w  niewątpliwym,  choć  nie  narzucającym  się  dobrym  guście  tej 

architektury,  by  nie  wspominać  już  przeświadczenia  pani  Gunthorpe  o  swej  moralnej  wyższości 

oraz  klasycznej  urody  Isabel,  że  Dorothea  czuła  się  w  tym  domu  jak  kopciuch  nie  na  swoim 

miejscu.  W  Selwood  Priory, mimo  żałosnego  stanu  domostwa,  była użyteczna  i  wiedziała,  że  od 

niej zależy byt tych, nad którymi sprawowała opiekę. W Quilquin House była tylko starzejącą się 

panną, której czas nieubłaganie mijał.

Nic dziwnego, że rzadko składała tam wizyty, w gruncie rzeczy tylko wtedy, gdy wymagała tego 

grzeczność.  Tym  bardziej,  że  nie  mogła  znieść,  jak  pani  Gunthorpe  wciąż  oczernia  Fanny,  a  na 

wszelkie próby obrony odpowiada świętym oburzeniem w imię wyższych zasad moralnych.

Drzwi otworzyła jej Sukey. Nadal kulała, a gdy Dorothea ją o to spytała, wyjaśniła:

- To on mi zrobił, proszę pani, w sobotę rano. Był wściekły.

background image

114

Miał powody, pomyślała Dorothea. Wyraziła dziewczynie współczucie i obiecała przysłać maść.

Gdy była  małą  dziewczynką i  przyjeżdżała  do  Quilquin  House  z  mamą,  zawsze  kusiło  ją, żeby 

narysować  coś  na  ścianie.  W  gustownej  sieni,  utrzymanej  w  tonie  agatowej  zieleni  Wedgwooda, 

było  coś  takiego,  co  podsuwało  jej  myśl,  żeby  wszystko  tam  pomazać.  Teraz  to  dawne  uczucie 

wracało,  Dorothea  miała  ochotę  zedrzeć  pozory  samozadowolenia  i  odsłonić  szkaradną 

rzeczywistość. Naturalnie nigdy tego nie zrobiła.

Sukey  zaprowadziła  Josha  Trisha  do  kuchni  -  natomiast  Dorothea  -  jak  na  gościa  przystało, 

znalazła się w ślicznym salonie. Była tam tylko pani Gunthorpe, która powitała ją taktownie, acz ze 

źle maskowanym zaniepokojeniem.

- Moja droga Dorotheo, jak miło, że nas odwiedziłaś. Ale, ale... - zerknęła na zegarek - czy pora 

nie jest przypadkiem dosyć wczesna? Mam nadzieję, że nic złego się nie stało.

Dorothea wytłumaczyła, co zaszło.

-  Tak  więc  stała  się  tragedia  -  zakończyła.  -  Michael  Cross  był  dobrym  dzierżawcą  i  będzie  go 

nam brakowało.

Pani  Gunthorpe  odpowiedziała  w  stosownym  tonie,  lecz  bez  zaangażowania,  a  potem  zmieniła 

temat:

- A co z sir Veryanem? Bardzo nam było przykro słyszeć, że zaniemógł. Wierz mi jednak, droga 

Dorotheo,  nie  sądzę,  by  mogło  mu  zaszkodzić  coś  u  nas.  Szynkę  jedliśmy  wszyscy.  I  mamy  się 

całkiem dobrze.

Dorothei wydało się, że pani domu nie czuje się swobodnie i prowadzi tę rozmowę nie tylko po to, 

by spytać o zdrowie Veryana, lecz również po to, by dodać sobie otuchy.

- Czy wiesz, moja droga, jaka była przyczyna tej choroby? - Pani Gunthorpe najwyraźniej nie była 

w stanie się powstrzymać przed zadaniem tego pytania.

Dorothea zwróciła uwagę na jej ręce, nerwowo splatające się na kolanach.

- Owszem, wiem - odparła, wlepiając w nią wzrok. - Ktoś podał mu kwasu siarkowego.

Pani Gunthorpe zbladła, wargi jej zadrżały.

- Nie! Nie! - wyszeptała.

- Obawiam się, że tak. - Dorothea podeszła do pani domu, usiadła obok niej i krzepiąco ujęła ją za 

rękę. - Podano mu słaby roztwór kwasu, prawdopodobnie w winie. Nie sądzę, by komuś chodziło o 

zabicie sir Veryana. Dawka nie była wielka,  a on zjadł przedtem dostatecznie dużo, by organizm 

wchłonął część trucizny. Pani Gunthorpe kurczowo ścisnęła jej rękę.

-  Och,  Dorotheo!  Tak  się  bałam...  Sir  Veryan  nastawa!  na  sprowadzenie  milicji  do  Selwood,  a 

widziałam, że Bramowi ten pomysł się nie podoba... Och, czym ja sobie na to zasłużyłam? Bram 

jest taki... Miał wszystko, co chciał. Wszystko. A teraz, nawet nie wiesz, Dorotheo... Ciągle domaga 

się  pieniędzy...  grozi  mi...  I  muszę  mu  dawać.  Ale  jest  jeszcze  Isabel  i...  -  Kobieta  poddała  się 

background image

115

rozpierającym ją uczuciom.

Dorothea  siedziała  w  milczeniu.  Z  jej  punktu  widzenia  pobłażliwość  okazywana  przez  matkę 

Bramowi w dzieciństwie doprowadziła do katastrofalnych skutków. Ale była to częściowo również 

wina  jej  ojca.  Zawsze zachęcał  Brama  do  wybryków,  klepał  go po  ramieniu  i  mówił  mu,  że  jest 

najbardziej  paradnym  kogutem,  jakiego  widziała  okolica.  Biedna  pani  Gunthorpe  chciała  jak 

najlepiej, ale, niestety, popełniła błędy, za które teraz przyszło jej płacić.

W końcu pani Gunthorpe otarła oczy.

- Martwię się o Isabel - wyznała. - Ona się go boi i to fatalnie wpływa na jej zdrowie. Złe śpi. Dziś 

rano powiedziała mi, że słyszała, jak Bram wstaje w środku nocy i wychodzi z domu. Naturalnie, 

zdarza  mu  się  czasami  wychodzić  do...  No,  nie  wiem,  dokąd  on  tam  chodzi.  Dżentelmeni  robią 

takie... Ale sądzę, że jej się zdawało. Rano tutaj był, chociaż teraz znów go nie ma, bo pojechał do 

Plymouth. Nie lubię, kiedy to robi, bo przestaje tam z nieodpowiednimi ludźmi.

-  Może  tymczasem  weźmie  pani  Isabel  i  wyjedzie?  Wtedy  Bram  nie  będzie  miał  się  od  kogo 

domagać  pieniędzy.  W  Bath  sezon  się  już  skończył,  ale  nad  morzem  są  inne  kurorty,  o  których 

słyszałam dużo dobrego, na przykład, Lyme albo Sidmouth.

- Och, gdybym tylko mogła. - Pani Gunthorpe westchnęła. - Ale wiesz,  Dorotheo, dwie kobiety 

podróżujące  bez  męskiego  towarzystwa...  To  niemożliwe.  Nie  masz  doświadczenia  w  tych 

sprawach, moja droga. To by bardzo dziwnie wyglądało.

Pani  Gunthorpe  głośno  wydmuchała  nos.  Dorothea  widziała,  że  wszystko  wróciło  do  normy  i 

kobieta  znów  przybrała  typową  dla  niej  protekcjonalną  pozę.  Zupełnie,  jakby  rozmowa,  którą 

odbyły  przed  chwilą,  wyleciała  jej  z  głowy.  Dorothea  była  zdania,  że  dziwną  sytuację,  w  której 

dwie damy podróżują  bez  towarzystwa, warto było znieść, gdyby miało to  oznaczać pozbycie się 

Brama.

Niedługo potem wyszła od pani Gunthorpe i wyruszyli z Joshem w drogę powrotną do domu. Ich 

spostrzeżenia  się  pokrywały.  Rozmowy  Josha  ze  służbą  potwierdziły  informacje  zdobyte  przez 

Dorotheę.  Bram  pojechał  dokądś  w  nocy,  ale  zdążył  wrócić  na  śniadanie,  które  zjadł  w  dobrym 

nastroju. Teraz był w Plymouth, ale nikt nie wiedział po co. Możliwe, że oddawał się hazardowi.

-  Niech  pani  powie  sir  Veryanowi  o  tym  liściku,  co  było  w  nim  o  paniczu  -  zwrócił  jej  uwagę 

Josh. - Trzeba go ostrzec. Człowiek, który truje i morduje, nie cofnie się przed niczym.

- Będzie trudno. Nie mogę mu powiedzieć o Michaelu, nie mówiąc o przemycie.

- Michael się nie podpisał, panno Theo. Kto mówi, że ten liścik był od niego?

- A co będzie, jeśli sir Veryanowi przyjdzie do głowy wziąć Molly w krzyżowy ogień pytań? Mój 

Boże, Molly?! Ona wpadnie w popłoch, nie ma dwóch zdań.

- Myśli pani, że Molly wszystko wygada?

- Kto wie, co ta dziewczyna zrobi. Plecie, co jej ślina na język przyniesie. Bez różnicy. Nie, Josh, 

background image

116

wolę nie mówić o niczym sir Veryanowi, dopóki się nie okaże, że naprawdę muszę.

Ale chciałabym mu powiedzieć, pomyślała. Chciałaby być z kuzynem na takiej stopie, żeby nie 

rozmyślać nad każdym słowem i nie musieć uważać, czy go nie urazi. Niestety, nie było ją stać na 

luksus swobodnego mówienia o wszystkim i poważnie wątpiła, czy będzie ją stać w przyszłości.

Dorothea wróciła  do  domu  dopiero  około  drugiej  i  wszyscy  zeszli  się  już  na  lunch.  Przeprosiła 

rodzinę  i  powiedziała,  żeby  na  nią  nie  czekać.  Obiecała,  że  zejdzie  do  jadalni,  gdy  tylko  się 

przebierze. Ponieważ  jednak  bardzo się śpieszyła,  zamiast  włożyć jedną  z  szarych sukni,  których 

miała  w  garderobie  mnóstwo,  wzięła  to,  co  jej  wpadło  pod  rękę,  czyli  ozdobną  ciemnobrązową 

suknię, która ładnie uwypuklała kontrast między jasnymi włosami i ciemnymi oczami.

Dorothea  nigdy nie  dumała  długo  nad  strojami.  Nigdy  nikt  nie  zwracał  na  nie  uwagi.  Ale  tego 

dnia, gdy weszła do jadalni, rozległ się znienacka pomruk uznania.

- Ho, ho, Theo - zawołał Horace - wyglądasz wspaniale! Prawda, mamo? Toby wstał na jej widok, 

obszedł stół i odsunął jej krzesło.

-  Pięknie  pani  wygląda,  panno  Selwood  -  powiedział.  -  Powinna  pani  jechać  do  Londynu  i 

wszystkich oszołomić.

- Dzię... dziękuję - bąknęła Dorothea.

Jej wzrok padł na Veryana. Był ubrany w karmazynowy szlafrok z brokatu, który należał kiedyś 

do sir Waltera - wywabiono zeń plamy z porto, tabaki i brandy - i wyglądał zaskakująco swobodnie. 

Wpatrywał się w nią z jawnym zachwytem, co - nie wiadomo czemu - zmieszało ją o wiele bardziej 

niż komplementy Horace’a czy pana Marchama.

- Czy powinieneś już wstawać, kuzynie? - spytała, starając się, by zabrzmiało to normalnie.

-  Naturalnie  -  odpowiedział  Veryan.  -  Zdaję  się  na  opinię  pani  FitzWalter.  Tam  na  górze  już 

dostawałem pomieszania zmysłów. Zresztą gdybym został w sypialni, nie zobaczyłbym, kuzynko, 

jak uroczo dziś wyglądasz. - Gdzieś zginęła jego nieśmiałość.

Toby popatrzył na przyjaciela zdumiony, a potem przeniósł wzrok na Fanny, żeby sprawdzić, czy 

i ją zainteresowała ta okoliczność.

- Myślę, że sir Veryan może już z nami usiąść, Theo - wstawiła się za nim Fanny. - Popatrz na 

niego, jaki jest wychudzony. A dopiero co pomogłyśmy mu trochę przybrać na wadze.

Dorothea wybuchnęła śmiechem.

- Pozwalasz mu owijać się wokół małego palca, Fanny. - Odsunęła krzesło, wstała i obeszła stół. 

Veryan  posłusznie  podał  jej  rękę,  żeby  mogła  sprawdzić  mu  puls.  -  No,  dobrze  -  powiedziała.  -

Myślę, że możesz sobie na trochę pozwolić, kuzynie. Czy jesteś głodny?

- Nie, jeśli mam dostać kleik.

- Pani  Kellow zrobi  ci jajko na miękko i  da kromkę chleba z  masłem. Bez wina, jest w nim za 

background image

117

dużo kwasów. I masz dokładnie wszystko gryźć.

- Przestań robić tyle hałasu, Dorotheo - wtrącił się Horace. - Jesteś jak troskliwa kwoka. Ona ma 

dobre chęci, kuzynie, tylko trochę przesadza.

- Jestem jej bardzo wdzięczny i ty też powinieneś, Horace. - Veryan uśmiechnął się do Dorothei, a 

w jego oczach było tyle ciepła, że się zarumieniła.

Toby  obserwował  tę  rozmowę  z  niejakim  rozbawieniem.  Przyjaciel  pozwalał  się  rozpieszczać 

dwóm  kobietom,  co  więcej  wyraźnie  był  z  tego  zadowolony!  Panią  FiztWalter  traktował  jak 

ulubioną  ciotkę.  A  to,  co  powiedział  pannie  Selwood...  Okazało  się,  że  Veryan  wcale  nie  jest 

odporny  na  kobiece  wdzięki.  Toby  zaczął  się  zastanawiać,  czy  kuzynka  nie  zainteresowała 

przyjaciela znacznie bardziej, niż mu się wcześniej zdawało. Veryan patrzył na nią z miną, której 

Toby nigdy przedtem u niego nie widział, rozbawioną i czułą zarazem. Zerknął na Fanny. Ona też 

przyglądała  się  tej  parze,  a  gdy  odwróciła  głowę,  pochwyciła  wzrok  Toby’ego.  Pytająco  uniósł 

brew i dyskretnie puścił do niej oko.

Po lunchu Veryan poprosił Dorotheę o krótką rozmowę.

- W bibliotece, jeśli można, kuzynko.

Wydawał się zdecydowany skończyć z chorowaniem, a ponieważ zjadł jajko z chlebem i nic mu 

się  nie  stało,  Dorothea  nie  sprzeciwiła  się.  Zauważyła,  że  kuzyn  siada  w  skórzanym  fotelu  z 

wyraźną przyjemnością.

- Chodzi o Michaela Crossa - zaczął. - Wnoszę, że rano byłaś zobaczyć, co tam się stało.

-  Tak.  Naturalnie,  przekazałam  kondolencje  w  twoim  imieniu.  -  Dorothea  zrelacjonowała  mu 

zajścia w nieco okrojonej formie.

- Czy sądzisz, że jest coś, co powinienem w tej sytuacji zrobić?

Proszenie  jej  o  radę  było  tak  niepodobne  do  Veryana,  że  początkowo  Dorothea  po  prostu 

wytrzeszczyła na niego oczy.

-  No,  myślę,  że  Abel  Watson  byłby  ci  wdzięczny  za  gwineę  albo  dwie.  Michael  był  jego 

przyrodnim bratem, więc jako najbliższy krewny musi się zająć pogrzebem.

Veryan zapisał to sobie w notesie.

- Czy coś jeszcze?

Dorothea opowiedziała mu o zaginionych zwierzętach gospodarskich.

- Czy jesteś pewna, że potrafisz skłonić sprawcę do ich zwrotu?

-  Z  pewnością  -  odrzekła  pogodnie  Dorothea.-  Musisz  wiedzieć,  że  w  okolicy  panuje  opinia, 

jakobym  była  czymś  w  rodzaju  czarownicy.  Nieczęsto  udaje  się  mnie  zwieść.  A  zagroziłam 

ludziom czymś bardzo przykrym w razie, jeśli zwierzęta się nie znajdą.

- Czymże takim? - spytał rozbawiony Veryan.

- Skromność nie pozwala mi wyjawić. Ale zapewniam cię, że groźba była paskudna.

background image

118

Veryan roześmiał się, choć ostrożnie, bo jeszcze był dość obolały. Toby ma rację, pomyślał. Gdy 

kuzynka się postara, to jest pięknością, tym bardziej pociągającą, że zupełnie nie zdaje sobie z tego 

sprawy. Oczywiście, nie miała konwencjonalnej urody, ale bez wątpienia była piękna. To dziwne, 

że wcześniej tego nie zauważył.

- Chciałbym, kuzynko, żebyś coś dla mnie zrobiła, gdy będziesz miała trochę czasu.

- Co takiego? - spytała Dorothea.

-  Drzewo  genealogiczne  mieszkańców  Selwood  Priory  i  Porthgavern.  Wszystkich  Watsonów 

proszę mi podkreślić. Są ważni, a poza tym muszę wiedzieć, kto jest kim.

- Dobrze. Ale powinnam cię uprzedzić, że koligacje są znacznie bardziej skomplikowane, niż ci 

się  zdaje,  bo  mój  dziadek  był  nie  mniej  płodny  jak  ojciec,  tyle  że  nie  wyróżniał  potomków 

jednakowym nazwiskiem.

- Boże wielki, tu z pewnością istnieje niebezpieczeństwo kazirodztwa.

- Wątpię, czy ludzie się tym przejmują - odrzekła Dorothea. Zauważyła jednak, jak wstrząśnięty 

jest  Veryan, więc  dodała:  -  W  starożytnej Grecji  było podobnie.  Zeus i  mój  ojciec  mieli  ze  sobą

wiele wspólnego.

Veryan osłupiał, a po chwili wątle się roześmiał.

- Rozumiem. Znowu jestem przemądrzalcem.

- Och, nie! Sama rozumiem, jakie to może być gorszące. Ale ja tu dorastałam, więc Abel i inni są 

dla mnie po prostu krewnymi. Naturalnie, Horace i Sylwia też.

-  Czy  i  ja  się  mieszczę  w  tym  kręgu  rodzinnym?  Dorothea  popatrzyła  na  Veryana.  Spytał  o  to 

całkiem obojętnym tonem, ale w jego oczach czytała, że jest to dla niego ważne. W dzieciństwie 

był  bardzo  samotny,  uświadomiła  sobie  nagle.  Musiał  mieć  silną  potrzebę  przynależności  do 

rodziny,

- Początkowo do pokrewieństwa z nami wcale ci się nie śpieszyło - powiedziała ostrożnie. - Mam 

nadzieję, że  zmieniłeś zdanie. Horace i  Sylwia  nie ponoszą  odpowiedzialności za  swoją sytuację, 

podobnie jak Watsonowie.

- Przyjmuję ten fakt.

-  Wobec  tego  oni  na  pewno  przyjmą  ciebie.  -  Nie  powiedziała  nic  o  sobie.  Zwróciło  to  uwagę 

Veryana i jego uczucia natychmiast się ochłodziły. Tymczasem Dorothea zrobiła pauzę, po czym 

dodała:  -  Ludzie  tutaj  nie  uważają  się  za  Anglików,  kuzynie.  Im  szybciej  to  zrozumiesz,  tym 

szybciej zaczniesz być jednym z nich.

-  Nie  są  Anglikami!  -  Przez  myśl  przemknęły  mu  Agincourt,  Armada,  Trafalgar.  -  To 

niedorzeczność...

Dorothea milczała.

Znowu, pomyślał Veryan. Znowu zaczynali się lepiej rozumieć i nagle kuzynka wystąpiła z czymś 

background image

119

tak absurdalnym, że wydawało się, jakby mówili różnymi językami.

Dorothea wstała.

-  Przepraszam,  kuzynie  -  powiedziała  oficjalnym  tonem.  -  Muszę  zajrzeć  do  Molly,  która  jest 

niedysponowana.  Polecę  zrobić  dla  ciebie  na  dzisiejszą  kolację  trochę  pieczonej  ryby.  Mam 

nadzieję, że to się spotka z twoją akceptacją.

- Niech będzie - burknął Veryan. Intymny nastrój rozwiał się bez śladu.

Następne  kilka  dni  minęło  spokojnie.  Ramię  i  głowa  Horace’a  już  się  zagoiły,  ale  Veryan  nie 

wspominał o powrocie chłopaka do szkoły, więc ten mu o tym nie przypominał. Razem z Sylwią i 

Tobym spędzał większość popołudni na konnych przejażdżkach po majątku. Miał świadomość, że 

jest  potrzebny  do  opieki  nad  siostrą.  Naturalnie,  w  obecności  pana  Marchama  Sylwia  nie 

potrzebowała przyzwoitki, ale należało też pilnować, żeby Bram Gunthorpe zanadto się do niej nie 

zbliżał.

Horace  znał  siostrę  lepiej  niż  ktokolwiek  inny  i  dobrze  wiedział,  że  Sylwia  wciąż  głęboko 

przeżywa  swą  cielęcą  miłość,  jeszcze  podsyconą  zakazami.  Miał  tylko  nadzieję,  że  mimo  to 

dziewczyna nie palnie żadnego niewybaczalnego głupstwa.

Veryan, dość wstrząśnięty, poszedł na pogrzeb Crossów w towarzystwie Josha i Horace’a. Złożył 

Ablowi  kondolencje  i  umówił  się  na  rozmowę  o  sprzedaży  inwentarza.  Krowy,  owce  i  osła 

zwrócono prawie natychmiast. Kury bez wątpienia trafiły do różnych garnków w okolicy.

Dorothea  skrupulatnie  rysowała  drzewo  genealogiczne  i  przy  okazji  zdumiała  się  płodnością 

Selwoodów w kilku ostatnich pokoleniach. Pokazała swoje dzieło Sylwii.

-  Mam  nadzieję,  że  kuzyn  Veryan  nie  pójdzie  w  ślady  przodków  -  powiedziała  dziewczynka.  -

Gromadę małych Veryanków trudno byłoby wytrzymać.

- Bądź spokojna! - odparła Dorothea, również bardzo niechętna tej wizji.

- Przecież kuzyn jest mężczyzną, może nie? - zauważyła cynicznie Sylwia. - I nie widziałaś, jak za 

nim patrzy Lucy. A ja widziałam.

- Sylwio!

- To prawda. - Dziewczynka spojrzała na ponurą twarz przyrodniej siostry i natychmiast dodała: -

Nie rób takiej miny, Theo. Ja tylko żartowałam.

- Jeśli kuzyn Veryan... - Dorothea miała wrażenie, że pod jej stopami otwiera się czarna dziura.

- Powiedziałam tylko, że Lucy patrzy za nim, Theo - zniecierpliwiła się Sylwia. - Nie mówiłam, 

że on patrzy za Lucy. Jeśli patrzy za kimkolwiek, to za tobą.

-  Chyba  znowu  żartujesz?  -  żachnęła  się  Dorothea.  W  każdym  razie  brązową  suknię  schowała 

głęboko do szafy. Czuła, że za bardzo zwraca w niej uwagę.

Sylwia roześmiała się.

background image

120

-  Doprawdy,  Theo,  cóż  jest  w  tym  złego?  -  Czuła  w  tej  chwili  zdecydowaną  wyższość  nad 

przyrodnią  siostrą.  Przynajmniej  wiedziała,  że  budzi  zainteresowanie  mężczyzn.  Na  przykład, 

Brama.  Tylko  gdzie  on  się  podział?  Po  nabożeństwie  udało  jej  się  zamienić  parę  słów  z  Jane, 

służącą Gunthorpe’ów, ale ta powiedziała jej tylko, że od ponad tygodnia nikt Brama nie widział.

Kwiecień  plecień  był  na  zmianę  to  deszczowy,  to  słoneczny,  a  potem  nastał  maj.  Wieczory 

wyraźnie się  wydłużyły,  pogoda poprawiła.  Wróciły jaskółki  i  znów  zaczęły budować  gniazda w 

stajniach. Z lasu za zabudowaniami Priory rozbrzmiewało kukanie kukułki.

Veryan  całkiem  wyzdrowiał  i  dalej  objeżdżał  swój  majątek,  a  Dorothea  często  mu  teraz 

towarzyszyła. Odwiedzili  kilka razy panią  Tregair i  mała Jenny zaczęła się  oswajać z  Veryanem. 

Podobał jej się jego niski głos, więc podchodziła bliżej i bliżej, aż wreszcie któregoś razu położyła 

mu rączkę na kolanie, żeby się oprzeć.

Dorothea widziała, że kuzyn tężeje, ilekroć Jenny go dotyka. Stopniowo jednak przyzwyczaił się 

do  tego,  aż  wreszcie  kiedyś  w  takiej  sytuacji  machinalnie  wyciągnął  rękę  i  pogłaskał  małą  po 

głowie.

Wytłumaczył Dorothei, że tymczasem nie może wiele zrobić dla pani Tregair. Po prostu nie było 

dość pieniędzy, by wszystkie gliniane chaty ze strzechami zastąpić nowymi, z kamienia i łupku.

- Ale martwię się o nich  - powiedział. - Ta chata jest dla nich niezdrowa, zwłaszcza  dla Jenny. 

Czy widziałaś tam w środku kubeł do łapania deszczówki? I jeszcze ten przegniły materac.

- Wiem. Ale robisz, co możesz. A słomiany materac na drewnianej ramie na pewno jest lepszy niż 

siennik rzucony na gołą ziemię.

-  Poza  tym  -  ciągnął  Veryan  -  ostatnim  razem,  gdy  tam  byliśmy,  zauważyłem  butelkę  brandy 

ukrytą w kącie. Nie wspomniałem o tym, bo nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Wydawało mi 

się okrucieństwem pouczać tę kobietę, skoro Jenny jest taka chora, a chatę powinno się zbudować 

od nowa.

- Nie sądzę, żeby pani  Tregair sama  piła. Jeśli  przyjmie czasem w prezencie butelkę brandy, to 

potem  może  ją  odsprzedać  i  trochę  na  tym  zarobić.  A  jestem  pewna,  że  wszystkie  oszczędności 

wydaje na dzieci.

- No, właśnie - rzekł Veryan. - Jak mogę położyć czemuś kres, jeśli nie mam nic do zaofiarowania 

w  zamian?  Któregoś  dnia  rozmawiałem  z  Ablem  i  opowiedział  mi,  jak  niepewny  jest  dochód  z 

łowienia  ryb  i  jak  trudno  rybakom  związać  koniec  z  końcem,  aczkolwiek  muszę  powiedzieć,  że 

Abel chyba radzi sobie nie najgorzej.

-  Razem  z  żoną  prowadzą  sklepik  -  wyjaśniła  Dorothea.  A  pod  sklepikiem  mają  dużą  piwnicę, 

pomyślała. Doskonale wiedziała, że co pewien czas Abel płynie z przyjaciółmi do Roscoff i wraca z 

taką ilością brandy i ginu, że łódź omal nie zatonie.

background image

121

-  W  Porthgavern  panuje  straszne  pijaństwo  -  mówił  dalej  Veryan.  -  Bóg  raczy  wiedzieć,  jak 

miejscowi znajdują na to pieniądze, ale są noce, że ta wieś wygląda jak dom dla obłąkanych: ludzie 

się biją, piją na umór, sprowadzają sobie kobiety. Nie powinno tak być.

- Czy masz jakieś pomysły? - spytała Dorothea zaintrygowana, z czym wystąpi kuzyn. Pijaństwo 

rzeczywiście jest bardzo naganne, pomyślała, ale było tutaj jak świat światem.

- Tak. Zbuduję drogę.

- Drogę!?

- Pomyślałem, że warto spróbować od jesieni nawozu z wodorostów i zdechłych ryb, naturalnie 

jeśli  będzie  do  zdobycia.  Można  byłoby  dowozić  nawóz  na  mułach  i  osłach,  ale  wozy  byłyby 

bardziej ekonomiczne.

- Wozy! W okolicy nie ma chyba ani jednego.

-  Właśnie.  Dlatego  potrzebujemy  dróg  z  prawdziwego  zdarzenia.  Te,  które  są,  bardziej 

przypominają  ścieżki  dla  mułów.  Jak  do  tej  pory,  widziałem  w  okolicy  tylko  jedną  drogę 

przejezdną  dla  wozów,  z  Torpoint  do  Liskeard,  tam  gdzie  kursują  pocztowe  dyliżanse.  Sama 

pomyśl,  jakie  korzyści  odniosłoby  Porthgavern,  gdybyśmy  zbudowali  drogę,  która  się  z  tamtą 

łączy. A ja mógłbym jej używać do transportowania nawozu.

Dorothea milczała. Budowa drogi nigdy nie wpadła jej do głowy. Mimo to natychmiast dostrzegła 

zalety tego pomysłu. Ludzie znaleźliby zatrudnienie w chudych miesiącach. Można byłoby wozić w 

lepszych warunkach bydło i owce na targ do Bodmin. Wozy oznaczałyby, że nie trzeba trzymać tak 

wielu  mułów  i  osłów,  których  karmienie  było  kosztowne.  Umożliwiłoby  to  również  szybszy 

transport  towarów  przemycanych  do  Porthgavern  albo  Morvoren  Cove,  a  być  może  również 

powiększyło zasięg handlu. Jednak z drugiej strony ułatwiłoby to policji dostęp do nabrzeża.

- Czy droga biegłaby również przez Egioscolom? - spytała.

- Naturalnie. Wykorzystalibyśmy istniejący szlak.

- A stać cię na to?

- Oto jest pytanie. Duża część pieniędzy z opłat dzierżawnych idzie na spłacanie hipoteki, którą 

zastawił twój ojciec. Kapitał daje rocznie tysiąc pięćset funtów, a oprócz tego mam jeszcze trzysta 

funtów rocznie z mojego spadku. Ale jeśli zbuduję  drogę i okolica się na tym  wzbogaci, to i my 

wzbogacimy się przy okazji.

- Możesz  przynajmniej zacząć - Dorothea rozważyła kwestię.  Gdyby odważyła się  opowiedzieć 

Veryanowi  o  przemycie,  to  pieniądze  przynoszone  przez  „Marię”  mogłyby  bardzo  pomóc  w 

urzeczywistnieniu tego projektu.

- Czyli popierasz pomysł?

-  O,  tak.  Jestem  pod  wrażeniem,  kuzynie.  Słowo  daję.  Dotarli  do  niewielkiego  lasu.  Ostatnio 

Veryan był w tym miejscu wczesną wiosną, teraz dęby i buki miały już mnóstwo liści, a na ziemi 

background image

122

rozpościerał się dywan dzwonków.  Było niebiesko jak okiem sięgnąć, tylko tu i ówdzie widniały 

plamy różu i bieli od firletek i dzikiego czosnku. Oboje powściągnęli konie.

- Pięknie tutaj - powiedział Veryan. - Nie miałem o tym pojęcia.

- Owszem, jest pięknie. Uwielbiam tę porę roku. Wszystko jest świeże i zielone.

Coś straciłem, kiedy tego nie miałem, pomyślał Veryan. Jako dziecko zwracał uwagę na zmiany 

pór roku i bardzo to lubił. Przypomniał sobie, jak Matty robiła mu specjalne pisanki, żeby mógł je 

turlać z górki za domem. Owijała jajka różnymi ozdobnymi liśćmi, obwiązywała bawełnianą nicią i 

zabezpieczała muślinem. Potem gotowała je na twardo w wodzie z łupinami cebuli. Po odwinięciu 

jajek na skorupkach, które nabrały złocistobrązowego odcienia, widać było jaśniejsze wzory z liści.

W  Oksfordzie  zauważał  pogodę  tylko  wtedy,  gdy  potrzebował  ognia,  żeby  jego  książkom  nie 

groziła wilgoć.

A  tutaj  to  wszystko  należało  do  niego!  Wbrew  swojej  woli  odziedziczył  zaniedbany  majątek  z 

tysiącami  problemów  do  rozwiązania  i  nagle  dostał  taki  wspaniały  prezent:  las  pełen  niebieskich 

dzwonków.

Pierwszy  raz  w  Kornwalii  Veryan  pozwolił  sobie  na  ostrożne  zadowolenie.  Z  przyjemnością 

odetchnął  świeżym  powietrzem.  W  nozdrzach  został  mu  zapach  ziemi  i  dzwonków  z  domieszką 

dzikiego czosnku. Pod wpływem tego ostatniego coś mu się nagle przypomniało.

-  Co,  na  Boga,  robiłaś,  kuzynko,  wczoraj  po  południu?  -  spytał.  W  domu  panował  odrażający 

smród, a pani Kellow i  Dorothea krzątały się w  fartuchach i  wydawały tak  zajęte, że  Veryan nie 

chciał im przeszkadzać.

- Robiłyśmy mydło. To dobry interes, zapewniam cię.

- Jakiego rodzaju mydło? - spytał Veryan zaciekawiony.

-  Różnych  rodzajów.  Zielone  do  użytku  domowego,  ale  i  lepsze  gatunki.  Nawet  miałam  cię 

spytać,  czy  wolisz  zapach  róży,  czy  kwiatów  dzikiego  bzu,  bo  mogę  nadać  mydłu  i  taki,  i  tak 

aromat.

- Kwiatu bzu. Ale czy powinnaś się zajmować takimi sprawami, kuzynko? - Dostrzegł w oczach 

Dorothei dziwny wyraz, więc szybko wyjaśnił: - Nie chciałem cię urazić. Ale taką ciężką, brudną 

pracę z pewnością można zostawić w rękach pani Kellow, Molly i Lucy.

Dorothea wybuchnęła śmiechem.

- Akurat nie. Robienie mydła wymaga dużej wiedzy i łatwo może się nie udać. Poza tym jak na 

dom  tej wielkości mamy bardzo małą służbę.  Fanny i  ja też  musimy wiele  robić. Dlatego w tylu 

pokojach zalegają takie warstwy kurzu.

-  Nie  stać  nas  na  większą  służbę.  Może  będzie,  kiedy  ostatni  z  Watsonów  dorośnie.  -  Veryan 

odkrył,  że  sir  Walter  przeznaczał  szylinga  tygodniowo  na  utrzymanie  każdej  ze  swoich  latorośli. 

Dawało to  w  sumie  około  trzydziestu  funtów  rocznie,  co  wystarczyłoby  na  zatrudnienie  czterech 

background image

123

lub pięciu służących.

-  Popatrz  na  to  od  innej  strony  -  poradziła  Dorothea.  -  Te  pieniądze  stanowią  pomoc  dla 

wszystkich dzieci w rodzinie. - W istocie można było nawet powiedzieć, że ułatwiają „bliskim” sir 

Waltera znalezienie mężów i żon. Na przykład, matka Abla urodziła sir Walterowi dwoje dzieci i 

dwa szylingi tygodniowo, które dostawała na ich wychowanie, póki dzieci nie skończyły trzynastu 

lat, wystarczyły, by sprowadzić do jej domu niejednego konkurenta, w tym ojca Michaela Crossa.

- Przynajmniej z czasem ta suma będzie maleć - zauważył Veryan.

- Pod  warunkiem, że  nie  zaczniesz  naśladować mojego ojca  - mruknęła  Dorothea i  natychmiast 

pożałowała tych stów.

- Co takiego?! - zagrzmiał.

- Przepraszam - szepnęła. Spurpurowiała na twarzy.

- Myślisz, że ja...?

- Och, daj spokój... Przepraszam. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby to powiedzieć. - Nigdy w 

życiu  nie  przeżyła  takiego  wstydu.  Najbardziej  chciała  w  tej  chwili,  żeby  rozstąpiła  się  pod  nią 

ziemia.

Veryan spojrzał na nią z ukosa. Wciąż była czerwona na twarzy. Doświadczenia Veryana z płcią 

piękną  ograniczały  się  do  kilku  epizodów,  o  których  wolałby  zapomnieć.  Przypomniał sobie,  jak 

drwił  z  niego  sir  Walter,  gdy  wiele  lat  temu  spotkali  się  pierwszy  raz  w  Oksfordzie.  Kuzynka 

przynajmniej uważała, że byłby w stanie naśladować sir Waltera. Nagle zorientował się, że ma na 

twarzy uśmiech.

Wiosenna pogoda nie trwała jednak długo. Przyszedł silny wiatr z południowego zachodu i znów 

zrobiło się zimniej. Wskaźnik barometru w sieni alarmująco opadł. Gdy Dorothea wyglądała przez 

okno na dwór, zamiast niebieskiego nieba i wiosennych kwiatów widziała czarne skłębione chmury 

i białe grzywy piany na morzu. Dzięki Bogu, sir Veryan zdążył wysłać kogoś do pani Tregair, żeby 

wymienił przegniłą trzcinę w dachu.

- Chyba zbiera się na sztorm, panno Theo - powiedział Josh. - Konie są bardzo niespokojne.

Kilka  łodzi  rybackich,  które  wcześniej  wypłynęły,  gorączkowo  starało  się  wrócić  do  brzegu. 

Horace,  Toby  i  Sylwia  poszli  do  portu  w  Porthgavern  zobaczyć,  co  tam  się  dzieje.  Na  nabrzeżu 

trwał  wielki  ruch.  Wszystko,  co  nie  było  przymocowane,  pośpiesznie  chowano.  Opuszczano 

maszty,  a  łodzie  cumowano  za  falochronem  wybudowanym  przez  sir  Waltera.  Małe  łodzie 

powyciągano na  brzeg.  Pozamykano okiennice  w domach i  zaparto je antabami.  Niebo przybrało 

odcień ołowiu.

- Uwielbiam sztorm! - zawołała Sylwia.

-  Podobają  jej  się  wraki  -  kwaśno  zauważył  Horace.  Zerknął  na  niebo,  które  z  każdą  minutą 

background image

124

ciemniało. - Lepiej już wracajmy.

- Wcale nie lubię wraków. Nie, kiedy toną ludzie - zaprotestowała Sylwia.

-  Czy  w  tej  okolicy  tonie  dużo  statków?  -  spytał  Toby.  Zbliżali  się  już  do  bramy  Priory,  gdy 

rozległ się grzmot, a niebo rozcięła błyskawica.

- Ojej! - zawołał Horacy.-  Lepiej pobiegnijmy! - W  tej samej chwili spadły na ziemię  pierwsze 

grube krople.

Toby chwycił Sylwię za rękę. Zanim dopadli progu, wszyscy byli przemoknięci do suchej nitki. 

Pani Kellow, utyskując zagarnęła ich do środka, a Jack zabrał spływające wodą okrycia i kapelusze. 

Na kamiennych płytach zrobiły się wielkie kałuże, więc gospodyni kazała Molly przynieść wiadro i 

szmatę. W sieni zrobiło się tak ciemno, że Lucy musiała pozapalać lampy i świece.

Sztorm trwał przez cały dzień, a pod wieczór zaczął się nasilać. Wszyscy byli rozdrażnieni, bo nic 

nie można było zrobić. Nawet Veryan, który umiał odciąć się od całego świata, wsadziwszy nos w 

książkę, czytał Pindara z mniejszą uwagą niż zazwyczaj. Dorothea chodziła tam i z powrotem po 

salonie, od czasu do czasu wyglądając przez okno, by popatrzeć na strugi wody lejące się z nieba. 

Gniewny  pomruk  morza  docierał wszędzie,  a  wiatr  gwizdał  w  kominie  i  raz  po  raz  wdmuchiwał 

dym do pokoju. Tapiserie kołysały się na ścianach.

Nagle  na  dole  rozległ  się  hałas,  natarczywe  pukanie,  a  zaraz  po  nim  zmieszane  ludzkie  głosy. 

Dorothea prawie wybiegła z pokoju. Przed drzwiami stał ociekający wodą Abel; po twarzy płynęły 

mu strugi wody.

-  Statek,  panno  Theo  -  wysapał.  -  Wygląda  na  bryg  handlowy.  Niesie  go  prosto  na  skałę 

Morvoren.

- Zaraz przyjdziemy. Dziękuję, Abel.

Wróciła do salonu. Horace zerwał się na równe nogi.

- Wrak, Theo?

- Obawiam się, że tak. Na skale Morvoren. Sylwio, Fanny, pomóżcie pani Kellow w razie, gdyby 

ktoś przeżył katastrofę. Kuzynie, panie Marcham, czy chcecie iść z nami? Będziecie potrzebować 

ciepłych ubrań i porządnych butów. Horace, przynieś liny, proszę.

- Chyba nie chce tam pani iść, panno Selwood? - odezwał się Toby.

Naturalnie, że chcę. Medyczna wiedza jest bardzo potrzebna. Pan nie musi, panie Marcham. To 

będzie długa i męcząca noc.

- Idę. A ty, Veryan?

Jego przyjaciel zamknął książkę i wstał.

- Przebiorę się - powiedział.

Mniej więcej po kwadransie Veryan, Horace, Toby i Dorothea wyszli z domu. Dorothea włożyła 

praktyczną szarą suknię i okryła się ciepłą pelisą. Miała też rękawice i buty z grubej skóry. W ręce 

background image

125

trzymała torbę  lekarską.  Na  dworze  świszczał  i  wył wicher.  Trudno  było  iść  naprzód,  aż  musieli 

trzymać się jedno drugiego, żeby dotrzeć do bramy. Dalej jednak teren był bardziej osłonięty i szło 

się trochę łatwiej.

Wydaje  się,  że  morze  jest  tuż-tuż,  pomyślał  Veryan,  nagle  tknięty  złym  przeczuciem.  Miał 

nadzieję, że nie jest tchórzem, ale nigdy nie lubił dużych wysokości. Niebo co chwila rozświetlały 

błyskawice,  a  widok,  jaki  się  wtedy  ukazywał,  bynajmniej  nie  dodał  mu  otuchy.  Horace,  nie 

przejmując  się  tym  ani  trochę,  szedł  na  czele  pochodu  wąską  ścieżką  na  skraju  klifów,  mając  za 

sobą Toby’ego. Veryan spojrzał na Dorotheę i skulił ramiona.

Podała mu rękę.

- Nie taki diabeł straszny jak  go malują! - spróbowała przekrzyczeć łoskot  sztormu. - Chodź ze 

mną.

Veryan ujął jej dłoń i pozwolił się poprowadzić ku przepaści. Wielkie fale z hukiem wdarły się do 

groty  poniżej,  zadudniło  pod  ich  stopami,  gdy  wodna  ława  uderzyła  w  jej  tylną  ścianę,  a  potem 

woda wytrysnęła na wszystkie strony w powietrze z jakiejś rozpadliny, jakby się zagotowała.

- O Boże!

Dorothea obróciła się i uśmiechnęła.

- Wspaniałe, prawda? Nie bój się, to nie robi krzywdy. Chodź.

Gdy zeszli na dół, na brzegu kręciło się już około pięćdziesięciu ludzi. Niektórzy mieli liny tak jak 

Horace,  inni  przyszli z  bosakami.  Gdzieś  w  mroku,  w  tej  kipieli,  był  statek,  którego  nieszczęsna 

załoga próbowała uniknąć wylądowania na skałach.

Ktoś  z  tłumu  krzyknął,  zobaczył  bowiem  sylwetkę  brygu  na  tle  nieba.  Jeden  maszt  już  był 

złamany.  Albo  załoga  nie  zdążyła  zwinąć  żagli,  albo  -  co  bardziej  prawdopodobne  -  straciła  nad 

nimi  kontrolę,  bo  jeden  z  większych  żagli  rozpaczliwie  trzepotał,  podarty  na  pasy.  Statek 

nieuchronnie zmierzał ku ostrym krawędziom skały Morvoren.

Rozległ się trzask, statek zatrząsł się i przechylił. Już był na skale. Każda kolejna fala zdawała się 

go dobijać. Dorothea widziała przerażonych ludzi, biegających tam i z powrotem po pokładzie.

Trzasnęło raz jeszcze i bryg powoli przewrócił się kilem do góry. Woda zaczęła go zalewać.

- O Boże! - krzyknął Veryan. - Czy nic się nie da zrobić? Kilku mężczyzn, związanych jedną liną, 

weszło  do  spienionej  wody  i  zaczęło  chwytać  kawałki  drewna,  płynące  w  stronę  brzegu.  Potem 

pojawiły  się  skrzynie  i  baryłki,  potem  znowu  kawałki  drewna.  Wydawało  się,  że  cały  statek 

połamał  się  na  drzazgi.  Błyskawice  jarzyły się  jedna  za  drugą,  a  gdy  patrzyło  się  na  białą  pianę 

wyrzucaną w powietrze, miało się wrażenie, że z nieba pada ognisty deszcz. Istne piekło.

Rozległ  się  ludzki  krzyk.  Ratownicy  ujrzeli  mężczyznę  kurczowo  trzymającego  się  deski.  W 

pianie widać było jego rękę i głowę. Natychmiast ruszono ku niemu i wyciągnięto nieszczęśnika na 

brzeg. Mężczyzna wymiotował i drżał na całym ciele, a z rany nad okiem obficie płynęła mu krew. 

background image

126

Horace  i  Toby  chwycili  go  i  odciągnęli  do  Dorothei,  która  wcisnęła  lekarską  torbę  między  dwie 

skały i była przygotowana na wszystko, na co w takich warunkach mogła być przygotowana.

Szybko obejrzała mężczyznę, dała mu łyk brandy i zbadała ranę nad okiem.

- Wydobrzeje. - Dała znak Billowi Kellow i Ozziemu, żeby zanieśli go na górę, do domu, gdzie 

czekała gospodyni.

Na  brzeg  trafiali  następni.  Niektórym  Dorothea  mogła  pomóc,  inni  nie  mieli  tyle  szczęścia. 

Martwych odkładano w jedno miejsce.

Przyszła spokojniejsza chwila. Dorothea otarła wodę z twarzy i rozejrzała się. Veryan stał po uda 

w  wodzie  i  pomagał  Ablowi  holować  ciężką  skrzynię.  Horace  i  Toby  nieśli  jakiegoś  biedaka  w 

kierunku ciał leżących nieco wyżej. Jej wzrok zawędrował ku statkowi i nagle zobaczyła kobietę z 

dzieckiem w ramionach, trzymającą się ostatkiem sił masztu i broniącą przed potwornymi falami.

Bez  namysłu  Dorothea  chwyciła  linę,  zostawioną  przez  Horace’a,  i  puściła  się  biegiem. 

Przeskakując od skały do skały, próbowała dosięgnąć kobiety. Za plecami słyszała krzyki, ale nie 

zwracała na nie uwagi. Fale rzucały kobietę w stronę brzegu, by zaraz potem porwać ją znowu w 

głąb morza.

Muszę do niej dotrzeć, muszę, powtarzała sobie Dorothea. Gdyby udało jej się dopaść następnej 

skały, oklejonej wodorostami, to miała szansę.

Nagle  olbrzymia  fala  załamała  się  tuż  przed  nią.  Dorothea  straciła  równowagę  i  uległa  sile 

żywiołu.  Próbowała  jeszcze  chwycić  się  skały,  lecz  było  za  późno,  wessał  ją  wir.  Kilka  razy 

wypłynęła na powierzchnię, ale nie mogła się chwycić śliskiego głazu. Czuła bolesne pulsowanie w 

ramieniu i wiedziała, że siły szybko ją opuszczają.

Zaczęła tracić świadomość. Nagle coś nią szarpnęło, przeszył ją straszny ból. Jęknęła. To Veryan, 

widząc  niebezpieczeństwo,  obwiązał  liną  skalną  iglicę,  potem  siebie  wpół  i  rzucił  się  do 

rozszalałego morza. Zdołał chwycić Dorotheę za suknię i wciągnąć ją na skałę, zanim przetoczyła 

się po nich następna fala. Wytężając wszystkie siły, Veryan starał się utrzymać Dorotheę jedną ręką 

i nie puścić skały drugą.

Abel z kilkoma ludźmi ruszył mu na pomoc i wkrótce wszyscy znaleźli się na brzegu. Dorothea 

odepchnęła Veryana i chciała wstać.

- Matka z dzieckiem - wycharczała. - Muszę im pomóc.

-  Nic  już  im  nie  pomożesz.  -  Veryan  z  trudem  oddychał.  Był  przemoczony,  ramię  miał 

pokaleczone  w  miejscu,  gdzie  tarło  o  skałę,  gdy  usiłował  wyciągnąć  Dorotheę  z  wody.  Jeśli  ona 

utonie, myślał wtedy, jeśli ona utonie, to co ja zrobię?

- Ale dziecko... muszę... - Strwożona Dorothea wstała i potykając się, ruszyła w stronę morza.

Veryan szarpnął ją do tyłu, otoczył ramionami i zamknął w mocnym uścisku.

-  Och,  Theo!  Już  myślałem,  że  cię  stracę.  Nie  rozumiesz?  Myślałem,  że  cię  stracę!  -  Jakże  mu 

background image

127

ulżyło, że ją trzyma i wie, że Dorothea żyje. Czuł bicie jej serca i słyszał szloch. Położył dłoń na jej 

głowie i czule ją przytulił.

9

Z  nocy  sztormu  Dorothea  zapamiętała  bardzo  niewiele.  Jakoś  dowlokła  się  do  domu, 

podtrzymywana przez bardzo zaniepokojonych Veryana i Abla, tam zaś oddano ją pod opiekę pani 

Kellow. Gospodyni zmierzyła ją wzrokiem i rozłożyła ręce w trwodze.

-  Jak  pani  wygląda?  -  krzyknęła.  -  Co  pani  najlepszego  robiła?  -  Przegoniła  Veryana  i  Abla, 

powiedziawszy im na odchodnym, że Lucy ma dla nich w spiżami grzane wino. Były tam również

paszteciki, ale Veryan i Abel musieli jeszcze wrócić nad morze.

Dorothea  nie  bardzo  zdawała  sobie  sprawę  z  powszechnego  niepokoju,  jaki  wzbudziła.  Kiedy 

tylko  pani  Kellow  przebrała  jaw  nocną  koszulę,  a  Molly  ogrzała  jej  pościel  patelnią,  kiedy  tylko 

poczuła,  że  jest  jej  ciepło i  sucho,  wyobraźnia nieustannie  podsuwała  jej  obraz  tonącej  kobiety z 

dzieckiem. Źle spała, rzucała się na łożu, przewracała z boku na bok i nie zdawała sobie sprawy z 

tego, że gospodyni wlewa jej coś do ust, a Fanny siedzi obok na krześle i chłodzi jej czoło zwilżoną 

szmatką.

Następnego ranka wciąż miała lekką gorączkę i była w płaczliwym nastroju. Czasem zdawało jej 

się, że wielka siła wciąga ją pod wodę i chce utopić, a czasem, że prąd porywa ją na otwarte morze, 

a jej płuca pękają z wysiłku, gdy próbuje zaczerpnąć tchu.

- Co się stało z dzieckiem? - szeptem spytała gospodynię.

- Z jakim dzieckiem, panno Theo?

Dorothea znów zapadła w gorączkowy sen, ale ilekroć się budziła, zadawała to samo pytanie.

Gdy po śniadaniu Veryan spytał o zdrowie kuzynki, pani Kellow powiedziała mu, co ją dręczy.

- Mogę przynajmniej pomóc jej odzyskać spokój ducha - rzekł. - Pójdę do niej.

Veryanem wstrząsnął widok Dorothei w gorączce, z włosami splątanymi od rzucania się po łożu. 

Nawet nie bardzo wiedział, czy go poznała. Usiadł przy niej i ujął ją za rękę. Całkiem zapomniał o 

konwenansach.

- Theo, to ja, Veryan. - Drugą ręką pogłaskał ją po rozpalonym czole.

Dźwięczny głos na nią podziałał; Dorothea otworzyła oczy i spróbowała skupić wzrok na twarzy 

kuzyna.

- Dziecko? - szepnęła. - Tam było dziecko, prawda?

- Przykro mi, ale utonęło. Leży przy matce w szopie kapitanatu, razem z innymi ludźmi z brygu. 

Byłem tam dziś rano. Oboje mają spokój na twarzach.

Nastąpiła  chwila  milczenia.  Dorothea  lekko  zmarszczyła  czoło,  potem  zamknęła  oczy,  a  spod 

background image

128

powiek popłynęły jej dwie łzy.

- Nie pozwolisz ich wrzucić do rowu?

Veryan zwrócił się do pani Kellow, licząc na wyjaśnienie.

- Jest takie miejsce, gdzie chowamy obcych, sir Veryan. Pan Normanton nie pozwala ich grzebać 

na cmentarzu. Mówi, że nie wie, czy nie są niewierzący, a za grzebanie takich nikt mu nie płaci.

- Naprawdę tak mówi? Zajmiemy się tym. - Veryan zwrócił  się ponownie do Dorothei: - Theo, 

słyszysz mnie?  - Skinęła głową. - Będą mieli  prawdziwy chrześcijański pochówek na  cmentarzu, 

nawet gdybym sam miał odprawić nabożeństwo. Obiecuję ci.

- Dziękuję - szepnęła. - Chyba teraz pośpię.

Veryan  puścił  jej  dłoń,  ale  zanim  wyszedł  z  pokoju,  stał  jeszcze  przez  dłuższą  chwilę  nad 

Dorotheą.

Ach,  więc  to  tak,  pomyślała  pani  Kellow.  Ciekawe,  czy  panna  Thea  o  tym  wie?  A  potem 

pomyślała: ciekawe, czy sir Veryan o tym wie.

Bram,  ku  swemu  niewątpliwemu  pożytkowi,  pilnował,  żeby  wygrać,  ale  nie  przesadzić;  tracił 

dostatecznie  dużo,  by  nie  wzbudzać  niepotrzebnych  wątpliwości.  Sztorm  przeszkodził  mu  we 

wcześniejszym  powrocie  do  domu,  ale  Bram  nie  zmarnował  czasu.  Poznał  kapitana  okrętu 

werbunkowego,  który  właśnie  przybył  z  Portsmouth  i  miał  za  zadanie  przeprowadzić  pobór  do 

marynarki w tym rejonie.

Pobór, jak Bram dobrze wiedział, był oględną nazwą dla przymusowego wcielania. Istniały ściśle 

określone  kategorie  ludzi,  które  powinny  się  były  zgłosić.  Musieli  to  być  mężczyźni  w  wieku 

między  osiemnastym  a  pięćdziesiątym  piątym  rokiem  życia,  najlepiej  marynarze  lub  rybacy. 

Kapitan miał instrukcje, by nie wcielać dobrze urodzonych młodzieńców ani innych ludzi, którzy 

mogliby mieć wpływy i zaszkodzić admiralicji, ale wytyczne te częściej łamano, niż honorowano.

Kapitan wypił z Bramem kilka butelek porto i opowiedział mu w tym czasie, że jego ludzie nie 

znoszą swojego zajęcia. Nienawidzono ich, a trudno było nałapać dość rekrutów, nie narażając się 

na gniew miejscowej społeczności. Nieraz zdarzały się napaści na jego ludzi.

Bram wyraził należne współczucie i znów napełnił kieliszek kapitana.

-  Może  mógłbym  pomóc  -  powiedział.  -  Mam  młodego  krewnego,  który  ostatnio  wszedł  w 

konflikt z prawem. Nic poważnego, zwykłe podejrzenie o przemyt, w każdym razie ma skłonność 

do obracania się w niewłaściwych kręgach.

- Nadałby się - wybełkotał kapitan.

- Wspaniały chłopak. Potrzebuje tylko trochę dyscypliny. Takiej jak w marynarce. i - Tylko jak to 

zrobić?

- Ja się tym zajmę - powiedział Bram. - Będziesz miał tego dobry zysk, mogę ci to obiecać.

background image

129

Następnego dnia Dorothea czuła się już dostatecznie dobrze, by ostrożnie wstać i zejść do salonu 

w  szlafroku  i  szalu zarzuconym na  ramiona.  Kuzyn  i  Toby wyjechali  z  domu  na  objazd  okolicy, 

żeby  sprawdzić,  jakie  uszkodzenia  w  majątku  spowodował  sztorm;  Veryan  musiał  też  załatwić 

sprawę nabożeństwa za dusze ofiar katastrofy brygu.

-  Kazał  się  wynieść  staremu  księdzu,  słowo  daję  -  konfidencjonalnie  przekazała  pani  Kellow 

Dorothei od razu, gdy zobaczyła ją z rana. - Powiedział księdzu, że przynosi hańbę duchownemu 

stanowi, i natychmiast kazał wykopać zbiorowy grób. - Utonęło ośmiu członków załogi, kapitan i 

jego żona z dzieckiem.

- Czy sir Veryan naprawdę odprawi nabożeństwo osobiście, jak pani sądzi? - spytała Dorothea.

- Powiedział, że tak, jeśli pan Normanton nie będzie chciał. Przecież jest duchownym.

- Zapomniałam o tym.

- Cieszę się, że sir Veryan wziął sprawy w swoje ręce, jeśli pani wie, co mam na myśli. Wiele razy 

widziałam księdza tak pijanego, że ledwie mógł się wspiąć po schodkach na ambonę.

Wyjście z pokoju w koszuli nocnej, szlafroku i papuciach, z rozpuszczonymi włosami wydawało 

się  Dorothei  dość  niestosowne,  ale  ponieważ  panowie  byli  poza  domem,  uznała,  że  może 

zaryzykować.  W  salonie  zastała  Fanny  i  Sylwię.  Dziewczynka  siedziała  przy  okrągłym  stoliku 

blisko  okna  i  usiłowała  przetłumaczyć  kawałek  tekstu  na  francuski.  Fanny  poprawiała  jej 

poprzednie ćwiczenie.

-  Przepraszam,  że  tak  wszystkich  przestraszyłam  -  powiedziała  Dorothea,  całując  Fanny  w 

policzek.

- Czy powinnaś już wstać z łóżka, moja droga?

-  Owszem.  Chociaż  muszę  przyznać,  że  nogi  jeszcze  się  pode  mną  trochę  uginają,  gdy  idę  po 

schodach. Sylwio, pani Kellow powiedziała, że byłaś niezastąpiona w tę sztormową noc.

Dziewczynka  promieniała.  Zauważyła  w  sieni  list  z  pieczęcią.  Brama,  zaadresowany  do  sir 

Veryana,  i  bardzo  chciała  się  dowiedzieć,  co  zawiera.  Naturalnie,  słyszała  o  otruciu  kuzyna,  ale 

wydawało jej się niemożliwe, by pan Gunthorpe miał z tym cokolwiek wspólnego.

Thea musiała wyciągnąć błędne wnioski. Tak dużo zajmuje się swoimi ziołami i flakonikami, że 

widzi trucizny wszędzie dookoła, a kuzyn miał pewnie najzwyczajniejszą niestrawność. Zresztą już 

ozdrowiał, więc to nie mogło być nic poważnego.

- Pan Marcham pokazywał mi, jak się gra w wolanta. Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzaliśmy.

- Nie. Jak ci szło.

-  Och,  to  wspaniały sport.  Pan  Marcham  jest  wyjątkowo  zręczny.  Zawsze  zdąży  odbić.  -  Oczy 

Sylwii lśniły.

- Pan Marcham jest bardzo miły dla Sylwii - wtrąciła Fanny. - Chociaż musi mu się tutaj bardzo 

background image

130

nudzić. Nie ma ani towarzystwa, ani rozrywek.

- Dziękuję ci bardzo! - zaperzyła się Sylwia.

- Twoja mama na pewno nie chciała przez to powiedzieć, że pan Marcham poświęca ci uwagę z 

braku innych zajęć - odezwała pojednawczym tonem Dorothea. Biedna Fanny na pewno uważała, 

że brak towarzystwa jest skutkiem jej niewyjaśnionej pozycji. Kto przyjechałby w odwiedziny do 

Selwood Priory, skoro wciąż mieszka tam była kochanka sir Waltera? Sylwia była jednak za młoda, 

by  to  zrozumieć.  -  Zresztą  ta  noc  sztormu  na  pewno  nie  była  nudna.  Mam  wrażenie,  że  pan 

Marcham był w swoim żywiole.

-  A  jaki  był  dzielny!  -  zawołała  Sylwia.  -  Wynieśli  z  Horace’em  z  wody  trzech  ludzi.  Horace 

powiedział, że gdyby nie pan Marcham, jeden z nich na pewno by utonął.

-  Czy  ci  ludzie  mają  opiekę?  -  Dorotheę  gnębiły  wyrzuty  sumienia.  Zwykle  opieka  należała  do 

niej, a tym razem w ogóle nie pomyślała o rozbitkach.

- Nie martw się, moja droga - uspokoiła ją Fanny. - Dwóch ludzi miało tylko drobne skaleczenia i 

stłuczenia.  Następnego  dnia  sir  Veryan  dał  każdemu  po  koronie  i  wysłał  w  podróż  do  domów. 

Trzeci złamał sobie rękę, opiekuje się nim pani Fawley. Statek płynął do Portsmouth. Biedacy, taka 

tragedia.

- Wiem. - Dorothea westchnęła. - Naturalnie, katastrofy zdarzają się ciągle, ale trudno się do nich 

przyzwyczaić.

Drzwi otworzyły się i wszedł Veryan z kapeluszem w dłoni. Dorothea otuliła się szalem, wcisnęła 

w kąt sofy i chciała się stać niewidoczna. Co za wstyd! Kuzyn zastał ją w salonie ubraną w szlafrok 

i z rozpuszczonymi włosami! Co on sobie o niej pomyśli?

- Jak poszło nabożeństwo, kuzynie? - spytała energicznie Sylwia. - Czy musiałeś je odprawić?

Veryan wybuchnął śmiechem.

-  W  końcu  nie.  Muszę  powiedzieć,  że  się  z  tego  cieszę.  Nigdy  w  życiu  nie  odprawiałem 

nabożeństwa.

- Myślałam, że pan ma święcenia? - wykrzyknęła Fanny.

- Owszem - odparł wesoło Veryan - ale to jest czysta formalność, jeśli przyjmuje się stanowisko 

wykładowcy  na  uniwersytecie.  Musiałem  złożyć  wizytę  biskupowi,  wymieniliśmy  parę  zdań  o 

mojej  dawnej  szkole,  bo  uczyłem  się  w  Winchester  razem  z  jego  wnukiem,  a  potem  biskup 

powiedział:  „Znasz  wszystkie  trzydzieści  dziewięć  artykułów,  prawda?”.  Potwierdziłem  i  na  tym 

się  skończyło.  Następnej  niedzieli  po  komunii  świętej  zostałem  wyświęcony  razem  z  sześcioma 

kolegami.

Sylwia zachichotała

- Nie mogło tak być naprawdę, kuzynie.

- Zapewniam cię, że było. Wielkie nieba, Theo... to znaczy panno Selwood! Nie zauważyłem pani.

background image

131

- Musisz wybaczyć mi, kuzynie, mój stan - powiedziała Dorothea zakłopotana. - Nie sądziłam, że 

tak szybko wrócisz.

- Jak się czujesz?

-  Lepiej,  chociaż  jeszcze  jestem  słaba.-  Coraz  bardziej  czerwieniała,  bo  Veryan  nie  odrywał  od 

niej wzroku. Stał jak rażony gromem.

- Nigdy... - zaczął. Przełknął ślinę i dodał zwyczajnie: - Jakie masz piękne włosy. Jak ze złota.

- Dziękuję - wybąkała Dorothea.

Pół  godziny później  Veryan czytał  Toby’emu w  bibliotece list  od sąsiada. Bram ponad  godzinę 

męczył się nad zadowalającym połączeniem tonu rzeczowej męskiej szczerości - „Tak mi przykro, 

przyjacielu, słyszeć o twojej niedyspozycji” - z odrobiną oburzenia niewinnego człowieka. - „Ten 

przeklęty  służący  -  niestety  pijany  -  musiał  przez  pomyłkę  dolać  do  wina  kwasu  siarkowego. 

Naturalnie surowo ukarałem  tę kanalię. To nie do pomyślenia, że  coś takiego mogło  się zdarzyć. 

Mam nadzieję, że nie pozwoli pan, by ten niefortunny epizod zaszkodził naszej przyjaźni”.

-  Może  to  rzeczywiście  była  pomyłka  -  rzekł  zatroskany  Veryan.  -  Gunthorpe  jest  jednak 

dżentelmenem i moim najbliższym sąsiadem. Trudno mi uwierzyć, że chciał mnie otruć. Co o tym 

sądzisz?

-  Myślę,  że  cały  ten  list  jest  jednym  wielkim  mydleniem  oczu  od  początku  do  końca  -  odrzekł 

natychmiast  Toby.  -  Nigdy  nie  lubiłem  Gunthorpe’a.  W  Londynie  miał  reputację  gracza  niezbyt 

trzymającego  się  reguł  i  obracał  się  w  dość  dziwnym  towarzystwie.  Osobiście  wolałbym  raczej 

wiedzieć, co on knuje.

-  Panna  Selwood  powiedziała  mi,  że  Gunthorpe  prowadzi  przemytnicze  interesy  w  Cawsand  -

skojarzyło się Veryanowi.

-  To  pasuje  -  przyznał  Toby.  -  Nie  wątpię,  że  chętnie  rozszerzyłby swoją  strefę wpływów  w  tę 

stronę. Byłbym bardzo zaskoczony, gdyby się okazało, że nie ma pokaźnych długów.

- Hm.

Przynajmniej  nie  odrzucił  tego  wyjaśnienia  bez  namysłu,  pomyślał  zachęcony  Toby.  Może 

wreszcie czegoś się uczy.

-  Panna  Selwood  mu  nie  ufa,  prawda?  -  dodał.  -  Wydaje  mi  się,  że  ona  zna  się  na  ludziach. 

Wątpię, czy mogłaby się tak fatalnie pomylić.

- Nie, to ja pomyliłem się w ocenie - przyznał Veryan ze skruchą. - Wina leży w całości po mojej 

stronie. - Przez chwilę zdawało się, że powie coś jeszcze o kuzynce, i Toby czekał na to z nadzieją, 

ale w końcu Veryan spytał tylko: - Co, twoim zdaniem, powinienem zrobić z tym listem?

-  Może  udzielić  nic  nie  mówiącej  odpowiedzi?  Niepotrzebna  ci  rodowa  waśń  z  sąsiadem,  ale 

raczej nie możesz wrócić do dawnej zażyłości.

background image

132

Veryan westchnął.

- Wiesz, panna Selwood wspomniała, że Gunthorpe musi być podobny do mojego ojca!

-  W  zastraszaniu  innych?  Jeśli  się  nie  mylę,  panna  Gunthorpe  bardzo  boi  się  brata.  Ten  list 

dowodzi  zresztą  jego  gruboskórności.  Nie  widzę  tu  cienia  sugestii,  że  rozumiałby  doskonale, 

gdybyś chciał zerwać tę znajomość. Nie, w tym liście chodzi mu wyłącznie o to, żeby postawić na 

swoim. Twój ojciec, jeśli sobie przypominam, był w tym bardzo dobry.

-  To  prawda  -  zgodził  się  Veryan.  -  Wszyscy  robiliśmy  bez  słowa  to,  co  nam  kazał.  -  On  też 

zauważył,  jak  niepewnie  czuje  się  panna  Gunthorpe  w  towarzystwie  brata.  Może  panna  Selwood 

miała rację: zastraszanie ludzi nie świadczy najlepiej o dżentelmenie.

Po zastanowieniu Veryan bardzo krótko potwierdził otrzymanie listu i nie wyrażając bynajmniej 

przeświadczenia  o  prawdziwości  wyjaśnień  Brama,  napisał,  że  sąsiedzi  powinni  być  w  dobrych 

stosunkach. Przyjazna neutralność była wszystkim, co mógł zaproponować.

Bram,  jednakże,  miał  inne  pomysły.  W  pierwszym  odruchu  po  otrzymaniu  listu  Veryana 

soczyście zaklął. Widział w tym rękę panny Selwood albo pana Marchama. Sam z siebie Selwood z

radością powróciłby  do  dawnych stosunków  i  prawdopodobnie jeszcze  by go  przeprosił.  Trudno, 

należało się zemścić. Selwood jeszcze pożałuje, że nie chciał być bardziej przyjacielski.

Skoro  nie  chciał  dobrowolnie  poddać  się  jego  wpływom,  to  należało  spróbować  innych  metod. 

Bram zapowiedział więc matce i siostrze, czego dokładnie od nich oczekuje, i najbliższej niedzieli 

poszedł z nimi do kościoła, żeby mieć Veryana na oku.

Po nabożeństwie pani Gunthorpe i Isabel, pamiętając o swoim zadaniu, podeszły do sir Veryana i 

wyraziły  radość,  że  widzą  go  znów  w  dobrym  zdrowiu.  Biedna  pani  Gunthorpe  była  śmiertelnie 

zawstydzona, co Bram zresztą przewidział.

-  Och,  drogi  sąsiedzie!  Dzięki  Bogu,  że  pan  wyzdrowiał  i  już  dobrze  się  czuje.  Wstyd  mi  ze 

świadomością... ale służba  bywa czasem tak nieostrożna.  Isabel,  chodź,  opowiedz  sir Veryanowi, 

jak bardzo się o niego niepokoiliśmy.

Veryan  nie  mógł  zlekceważyć  damy  śpieszącej  z  przeprosinami  i  słabym  głosem  obiecał,  że, 

naturalnie, złoży wizytę,  gdy będzie  już  w  pełni  sił.  Kuzynka i  pani  FitzWalter  doglądają  go tak 

troskliwie,  że  jego  zdrowie  szybko  się  polepsza.  Wyrzuty  sumienia  pani  Gunthorpe  były  tak 

wielkie, że nawet wzmianka o pani FitzWalter przeszła bez komentarza.

Tymczasem  Bram  ukrył  się  za  kolumną  i  rozpoczął  poszukiwania  Sylwii.  Wciąż  z 

modlitewnikiem  w  ręce  stała  koło  ławki  i  spoglądała  zazdrośnie  na  nowy  kapelusz  Isabel, 

elegancko przybrany strusimi piórami.

Bram spojrzał w głąb nawy. Matka, siostra i sir Veryan stali w przedsionku i znikli mu już z pola 

widzenia. Pan Marcham, pani FitzWalter i panna Selwood wyszli z kościoła.

- Panno Sylwio!

background image

133

Dziewczynka wykonała bardzo przekonujący gest zaskoczenia.

- O, pan Gunthorpe! - A jednak jej szukał!

-  Biedny  pani  kuzyn  -  powiedział  Bram.  -  Bardzo  się  martwię,  że  przez  nierozwagę służby  tak 

ucierpiał w moim domu.

- Wiedziałam, że to musiał być wypadek - wyznała Sylwia z ulgą. - Nie mogłam uwierzyć, że pan 

mógłby rozmyślnie go otruć.

- Cieszę się, że zachowała pani dobre zdanie na mój temat. Proszę mi wierzyć, panno Sylwio, że

to doceniam. Spłonęła rumieńcem i zaczęła oglądać podłogę. Wyśmienicie, pomyślał Bram. Przez 

ostatnie miesiące Sylwia  rozkwitła  i  była teraz po  części dziewczynką, po  części kobietą, tak jak 

najbardziej  lubił.  Sięgnął  przed  siebie  i  ujął  ją  za  rękę.  Drżenie  palców  pod  jedwabnymi 

rękawiczkami  nie  uszło  jego  uwagi.  Zarumieniła  się  jeszcze  bardziej.  Czy  mógłby  zaryzykować 

pocałunek?

- Sylwio!  - zawołał Horace,  którego  oczy  lśniły  z  oburzenia.  - Mama  cię  szuka.  -  Z trudem  się 

powstrzymał przed spoliczkowaniem Brama.

Bram  zmrużył  oczy.  Młody  Horace  znowu  wszedł  mu  w  paradę.  Położył  więc  rękę  Sylwii  na 

swoim ramieniu, przy okazji delikatnie ściskając jej palce.

- W takim razie mama nie może czekać. - Poprowadził  ją do drzwi kościoła, a Horace nie miał 

innego wyjścia, jak ruszyć za nimi.

Bram uznał,  że  lepiej będzie  puścić małą, zanim  zobaczą ich inni,  i  pozwolić Horace’owi zająć 

jego miejsce. Odwrócił się, by zamienić kilka słów z zaskakująco trzeźwym panem Normantonem, 

i został z tyłu.

- On trzymał cię za rękę! - syknął Horace.

- I co z tego? - odburknęła Sylwia. - Byliśmy na oczach wszystkich.

- Nie byliście. Powiem ci, Sylwio, że to jest zły człowiek. Chcesz skończyć tak jak biedna Mary 

Pengelly? Sylwia potrząsnęła głową.

- Jeśli rozmowa z człowiekiem w kościele jest grzechem, to wszyscy jesteśmy grzeszni.

- Mamie by się to nie spodobało, a mnie się też nie podoba.

- Och, nie bądź nudziarzem. Myślisz, że nie widziałam, jak kradniesz pocałunki Lucy? - Sylwia 

uwolniła rękę i podeszła tło matki.

Następnego  dnia  przyszedł  kolejny  list  od  Brama.  Sąsiad  wyrażał  radość,  że  Veryan  odzyskuje 

zdrowie, i nadzieję, że wkrótce zupełnie stanie na nogi. Nazajutrz Bram planował wziąć udział w 

walkach  kogutów  pod  Cawsand  i  pytał,  czy  Horace  i  pan  Marcham  nie  chcieliby  się  do  niego 

przyłączyć.  Co  do  Veryana,  wiedział  oczywiście,  że  takie  sprawy  go  nie  interesują.  Walki  miały 

zacząć się o trzeciej po południu na tyłach gospody Pod Białym Dzikiem. Zapowiadało się ciekawe 

background image

134

popołudnie.

Veryan  zmarszczył  czoło  nad  listem.  Wyglądało  na  to,  że  Gunthorpe’owi  udało  się  odtworzyć 

pozory  normalnych  stosunków  z  Priory,  Veryanowi  nie  pozostawało  więc  nic  innego,  jak 

odpowiedzieć na list. Czy mogła to być szczera propozycja pokojowa, a zarazem zapewnienie, że 

Bram  nie  ma  złych  zamiarów  wobec  Sylwii?  W  drodze  powrotnej  z  kościoła  trwała  długa  i 

hałaśliwa  kłótnia  między  Horace’em  i  Sylwią,  Veryan  nie  wątpił  więc,  że  dziewczynka  ostro 

wystąpiła w obronie Gunthorpe’a.

Walki  kogutów  były  tylko  dla  mężczyzn  i  chociaż,  zdaniem  Veryana,  stanowiły  zwykłe 

barbarzyństwo, to Horace bardzo poważał tę rozrywkę. Veryan najchętniej wyrzuciłby zaproszenie 

sąsiada  do  kosza,  podejrzewał  jednak,  że  ten  znajdzie  również  inne  sposoby  zawiadomienia 

chłopaka  o  walkach.  Pozornie  zaproszenie  wydawało  się  płynąć  ze  szczerego  serca,  mimo  to 

Veryan odniósł się do niego podejrzliwie.

Natomiast Horace zareagował entuzjastycznie.

- No pewnie,  że  pojadę!  - zawołał.  - Gunthorpe  ma najlepszego bojowca,  jakiego kiedykolwiek 

widziałem.  Ciekawe,  czy  go  tam  weźmie.  -  Niegodziwe  postępki  Brama  natychmiast  odeszły  w 

niepamięć.

Veryan zwrócił się do Toby’ego i pokazał mu list. Przyjaciel uniósł brew, co miało oznaczać, że 

treść wydaje mu się niezwykle podejrzana.

- Pojadę z Horace’em, jeśli nie będzie miał nic przeciwko temu.

Toby’ego sport szczególnie nie interesował. Naturalnie, znał

walki kogutów, ale mimo dzielności i ducha walki okazywanych przez te ptaki, nie lubił rzeźni, 

którą  niechybnie  kończył  się  pojedynek,  a  jeszcze  bardziej  nie  lubił  towarzystwa  miłośników  tej 

rozrywki. Postanowił jednak pojechać, żeby mieć oko na Horace’a.

Umówili się z Bramem w gospodzie Pod Białym Dzikiem niedługo przed rozpoczęciem walk.

-  Byłeś  tam  kiedyś?  -  spytał  Toby  Horace’a,  gdy  nazajutrz  jechali  ścieżką  po  klifach  w  stronę 

Cawsand.

- O, tak. Ta gospoda jest dobrze znana w okolicy. Chodziłem tam z ojcem.

Przez  resztę  drogi  Horace  rozprawiał  z  wielkim  ożywieniem  o  walkach  systemem  walijskim  i 

wybijankach  do  ostatniego  koguta,  które  oglądał,  i  o  cechach,  które  powinien  mieć  bojowiec  z 

prawdziwego  zdarzenia.  Tuż  po  wpół  do  trzeciej  dojechali  do  gospody,  która  okazała  się  budą 

wątpliwej przyzwoitości w pobliżu portu. Toby zastanawiał się, co przyświecało sir Walterowi, że 

prowadzał małego wrażliwego chłopca w takie miejsce. Ale nie było na to rady, Horace już witał 

się ze znajomymi.

- Nigdzie nie widzę Gunthorpe’a - powiedział Toby.

- Na pewno przyjedzie - odrzekł Horace. - Lepiej wejdźmy, żebyśmy mieli dobre miejsca.

background image

135

Ring dla kogutów był prowizoryczną konstrukcją w stajniach. Ławki stały piętrowo dookoła areny 

pokrytej darnią. Sędzia stał w pobliżu z wagą, a pierwsi dwaj hodowcy czekali już z zawodnikami 

w workach. Wcześniej ptaki pokazano publiczności, żeby zdążyła porobić słone zakłady. W końcu 

wielki ponury mężczyzna wkroczył na ring i podniósł rękę, żeby uciszyć zgromadzonych.

-  Fletcher,  właściciel  gospody  -  szepnął  Horace.  Fletcher  powitał  gości,  rzucił  w  tłum  parę 

dowcipów i odczytał zestawienie par.

-  Nie  ma  kogutów  Gunthorpe’a  -  powiedział  rozczarowany  Horace  -  chociaż  widzę  ptaki  sir 

Thomasa Shebbeare’a.

Sędzia  właśnie  mierzył  kogutom  ostrogi,  żeby  się  upewnić,  czy  żaden  ptak  nie  ma  przewagi. 

Hodowcy  sięgnęli  do  worków  i  wyciągnęli  swoich  zawodników.  Każdego  dokładnie  zważono  i 

sprawdzono, czy odpowiada wyglądem opisowi w zgłoszeniu.

- Raz, kiedy byłem na walkach, podstawiono innego ptaka - szepnął Horace. - Hodowca ledwie 

uszedł z życiem.

Właściciele  kogutów  obchodzili  ring  dookoła,  pokazując  zawodników.  Sędzia  dał  sygnał 

uniesieniem ręki i tłum zamilkł. Ptaki ustawiono dziób w dziób. Hodowcy przygotowali się do ich 

puszczenia.

Nikt nie zauważył, że drzwi stajni się otwierają i wchodzi kilkunastu ludzi. Oczy wszystkich były 

skupione na ptakach pośrodku ringu. Nagle zagrzmiał głos:

- W imieniu Marynarki Jego Wysokości ogłaszam... - Nie trzeba było niczego więcej. Rozpętało 

się pandemonium.

- Wcielenie! Będą przymusowo wcielać do marynarki! - Wszyscy rzucili się do wyjścia. Hodowcy 

chwycili  swoje  ptaki  i  próbowali  schować  je  z  powrotem  do  toreb.  Sędzia  znikł.  Mężczyźni 

przepychali się i szarpali, byle tylko znaleźć się w bezpiecznym miejscu. W zamieszaniu Toby’ego 

przewrócono i natychmiast stracił Horace’a z oczu.

Kilkunastu  ludzi,  którzy  weszli  do  środka,  miało  odwody  przed  gospodą.  Posiniaczony  i 

pokaleczony Toby, nieraz nadepnięty butem nabijanym ćwiekami, wreszcie się pozbierał. W stajni 

było  pusto.  Zostało  tylko  trochę  pierza,  połamane  ławki  i  ślady  butów  uciekających  mężczyzn. 

Pokuśtykał na dwór. Gdzie się podział Horace?

Wszedł do zajazdu. Karczmarz znikł, a gospodyni była bliska histerii.

-  Zwykle  nas  ostrzegają  -  zawodziła.  -  Że  też  nam  się  to  musiało  przydarzyć!  -  Najwyraźniej 

zdążyła  już  dużo  wypić,  bo  niedaleko  na  kontuarze  stała  opróżniona  szklaneczka  po  dżinie.  Na 

widok Toby’ego otrzeźwiała na tyle, by powiedzieć: - Nie, nie widziałam panicza Horace’a. Niech 

pan spyta Jima. - Wskazała stajennego.

Toby pokuśtykał do chłopaka. Jim pokręcił głową.

-  Panicza  Horace’a  zabrali  -  oznajmił.  -  Chyba  przyszli  specjalnie  po  niego,  bo  słyszałem,  jak 

background image

136

jeden z nich mówi: - To jest nasz chłopak, ten w czarnym surducie.

- Co za tupet! - sapnął Toby. - Żeby wcielić syna dżentelmena! Niesłychana historia. - Próbował 

jasno pomyśleć. - Dokąd go zabrano?

- Okręt werbunkowy cumuje w Plymouth, sir.

Toby  usiadł  na  zydlu.  Kręciło  mu  się  w  głowie.  Uświadomił  sobie,  że  nie  jest  w  stanie  nic 

załatwić  z  władzami.  W  tej  sprawie  powinien  wystąpić  Veryan.  Należało  więc  jak  najszybciej 

wrócić do Selwood Priory. Musiał... ale świat nagle zawirował mu przed oczami i Toby osunął się 

na ziemię.

Mniej więcej kwadrans później Toby leżał w najlepszym pokoju gospodarza, upojony dużą dawką 

laudanum.

Bram obserwował najście na gospodę z bezpiecznego miejsca na piętrze sklepu ze sznurami, który 

znajdował się naprzeciwko. Wszystko poszło zdecydowanie dobrze. Horace’a i jeszcze jakieś dwa 

tuziny  mężczyzn  zatrzymano,  skrępowano  i  pod  strażą  sprowadzono  ze  wzgórza.  Przy  brzegu 

czekały już na nich szybkie łodzie, którymi mieli być przetransportowani na statek werbunkowy do 

Plymouth,  a  następnie  do  Portsmouth.  Gdy  kolumna  znikła,  Bram  zszedł  na  dół  i  udał  się  na 

podwórze  gospody,  gdzie  spotkał  wstrząśniętego  karczmarza,  który  natychmiast  zaczął  wylewać 

swoje żale.

- Wzięli młodego Horace’a? Nie martw się, Fletcher, zajmę się tym.

- Dziękuję, sir. A ten biedny dżentelmen, który był razem z nim, leży na górze.

- Ranny? - spytał Bram z zadowoleniem. - Wracając do domu, zajrzę do Selwood Priory. Jestem 

pewien, że Selwood wszystko wyjaśni. Nie musisz po nikogo posyłać.

Horace’a mam z głowy, pomyślał i skierował konia na szlak do Quilquin House. Marcham mógł 

wrócić do domu dopiero nazajutrz, a tymczasem dokumenty wcielenia będą już gotowe i nic się nie 

da zmienić. Horace będzie w drodze do Portsmouth.

Bram wyobraził sobie, jak miło będzie pocieszać Sylwię.

Gdy  Horace  oprzytomniał,  leżał  w  ładowni  okrętu  ze  związanymi  rękami  i  nogami.  Bolała  go 

głowa i miał silne  mdłości. Co się stało?  Zapamiętał tylko mężczyznę ze  śniadą twarzą i bródką, 

który trzymał go za kołnierz, krzycząc:

-  Mamy  naszego  chłopaka!  -  Naturalnie  Horace  awanturował  się  i  wyrywał,  ale  nagle  poczuł 

uderzenie w głowę i nic więcej nie wiedział.

Jęknął i spróbował poluzować więzy, które wrzynały mu się w nadgarstki. W ciemności rozległ 

się chropowaty głos:

- Nie ma sensu płakać, chłopcze. Wcielili nas.

- Wcielili! Ale...

background image

137

-  Owszem  i  wygląda  na  to,  że  wszystko  było  dokładnie  zaplanowane.  Zwykle  Fletch  dostawał 

ostrzeżenie, a tym razem wyłapali nas jak szczury.

Klapa  nad  ich  głowami  zaskrzypiała  i  otworzyła  się.  Zobaczyli  czyjeś  stopy  na  drabinie  i 

chwiejącą się latarnię. Mężczyzna zatrzymał się przed Horace’em.

- Kiepsko wyglądasz, chłopcze. Mocno dostałeś. Chce ci się rzygać?

Horace ostrożnie skinął głową. Mężczyzna miał wilgotną szmatę za pasem, więc otarł nią twarz 

chłopca. Potem  rozwiązał mu ręce i  dał pić. Krew, która zaczęła z powrotem  napływać do dłoni, 

sprawiła Horace’owi ból, więc musiał zacisnąć zęby, żeby nie krzyknąć. Mężczyzna oświetlił mu 

głowę latarnią.

- Guz jak jajo - oświadczył. - Ha, mówią, że Gunthorpe się nie myli.

- Gunthorpe? - powtórzył Horace. - To Gunthorpe kazał mnie wcielić?

- Ja tam nic nie powiedziałem - odrzekł spłoszony marynarz. - Samo coś się wypsnęło.

-  Gdzie  jesteśmy?  -  spytał  Horace  i  spróbował  usiąść.  Mężczyzna  przeszedł  już  do  drugiego 

więźnia.

-  W  Plymouth,  na  statku  werbunkowym.  Jutro  staniecie  razem  z  resztą  przed  kapitanem  i 

lekarzem, a potem popłyniecie do Portsmouth.

Plymouth, pomyślał Horace. Zaświtała mu nadzieja.

- Czy w porcie nie stoi „Maria”? Własność Daniela Watsona.

- Nie wiem, sir. To nie mój kawałek świata.

- Ale czy nie mógłbyś się dowiedzieć? - błagał Horace. - Pamiętaj, Daniel Watson z „Marii”. On 

ci wynagrodzi ten wysiłek. To mój brat przyrodni.

Marynarz splunął.

-  Nic  nie  obiecuję,  ale  zobaczę.  Boże,  idzie  ten  stary  osioł.  -  Marynarz  sprawnie  wspiął  się  na 

drabinę i znikł, klapa głośno się zatrzasnęła.

-  Niektórzy  ludzie  mają  wpływowych  przyjaciół  -  zauważył  z  goryczą  towarzysz  Horace’a. 

Chłopak parsknął śmiechem.

-  I  wrogów  -  powiedział.  To  była  sprawka  Brama.  Bez  wątpienia  wszystko  z  góry  ukartował. 

Horace zaczął się zastanawiać, ile czasu zajmie Marchamowi powrót do Priory i czy Veryan zdąży 

na  czas  z  ratunkiem.  Szczerze  w  to  wątpił.  Wcielanych  ludzi  zwykle  stawiano  bez  zwłoki  przed 

kapitanem, żeby znaleźli się w siłach zbrojnych, zanim zdążą się wybronić. Horace wiedział, że nie 

osiągnął jeszcze wymaganego wieku - osiemnaście lat miał skończyć dopiero w październiku - ale 

jakoś nie wydawało mu  się, by kapitan  okrętu  werbunkowego był  skłonny  uznać to  zastrzeżenie, 

zwłaszcza jeśli Gunthorpe odpowiednio go zachęcił.

Nie, praktycznie jedyną nadzieję mógł pokładać w „Marii” i Danielu.

background image

138

Tego  ranka  Dorothea  zbudziła  się  w  dużo  lepszym  zdrowiu.  Dobrze  się  wyspała  i  odzyskała 

jasność myślenia. Gdy tak leżała w łożu, nasłuchując porannych odgłosów - Molly i Lucy krzątały 

się ze szczotkami i zmiotkami - wróciła myślami do nocy sztormu. Pamiętała ogarniającą ją rozpacz 

na widok kobiety z  dzieckiem,  broniącej się  przed morderczą kipielą,  przypomniała  też  sobie, że 

potykając się, śpieszyła ku nim po piachu i mokrych skałach, chciała im pomóc.

Doskonale  wiedziała,  że  podstawowa  zasada  ludzi  morza  brzmi:  nie  robić  głupstw,  żeby 

niepotrzebnie nie narażać życia. Złamała tę zasadę. Choć można zrozumieć jej pobudki, to jednak 

zachowała  się  nieodpowiedzialnie.  Gdyby  to  Horace  znalazł  się  na  jej  miejscu,  byłaby  na  niego 

wściekła. Ale nie mogła się pogodzić z tym, że matka z dzieckiem utoną. Nie miała swoich dzieci, 

więc każde dziecko w niebezpieczeństwie znaczyło dla niej wyjątkowo wiele.

Wracały dalsze wspomnienia. Czy to naprawdę Veryan ją ocalił? Coraz bardziej jej się zdawało, 

że właśnie on. Ale nie wspomniał o tym ani słowem i nikt inny też nie. Może ani pani Kellow, ani 

Fanny nic o tym nie wiedziały. Ale jeśli pamięć jej nie myliła, to miała u Veryana niespłacalny dług 

wdzięczności. Zdawała sobie sprawę, że omal nie utonęła. I że ten, kto wyciągnął ją na brzeg, zrobił 

to z narażeniem życia.

Miała  jeszcze  jedno  wspomnienie,  znacznie  trudniejsze  do  zrozumienia.  Ktoś  ją  obejmował  i 

powtarzał  jej,  jaka  jest  dla  niego  droga  i  ważna.  Przypomniała  sobie  mocno  bijące  serce  i  słony 

smak  łez,  a  może  po  prostu  morskiej  wody,  spływającej  bo  ich  policzkach.  Tuliła  się  do  tego 

człowieka.  A  potem  rozpamiętała  jeszcze,  jak  Abel  i  Veryan  pomagają  jej  dostać  się  do  Priory  i 

pani Kellow wychodzi im naprzeciwko, a płomień świecy migocze w otwartych drzwiach.

To  musiał  być  sen.  Ale  wydawał  się  taki  rzeczywisty.  Wciąż  czuła  guziki  od  płaszcza  tego 

mężczyzny,  wgniatające  jej  się  w  policzek,  słyszała  jego  urywany  oddech.  Czy  to  był  jednak 

Veryan?  Owszem,  obiecał  dopilnować  chrześcijańskiego  pochówku  ofiar  katastrofy,  a  potem 

wyraził się z uznaniem o jej włosach, ale to wszystko.

Zdecydowanie  potrząsnęła  głową.  O  czym  ona  myśli?  Ostatnio  rozumieli  się  z  kuzynem  coraz 

lepiej, w każdym razie tak jej się zdawało, ale czy rzeczywiście nie było między nimi nic więcej? 

Dorothea nie przywykła do myślenia, że może być niezbędna innemu człowiekowi, więc trudno jej 

było pojąć, dlaczego w tamtym głosie słyszała tyle rozpaczy. Musiało jej się zdawać.

Ale  obraz  się  nie  rozmywał  i  w  końcu  postanowiła,  że  jeśli  poczuje  się  dostatecznie  silna,  to 

pójdzie  na  poddasze  i  pośle  po  Abla,  żeby  z  nim  porozmawiać.  Przecież  był  na  brzegu  w  noc 

sztormu. Pomógł kuzynowi przyprowadzić ją do domu. Może on będzie umiał jej coś powiedzieć.

Śniadanie  tego  dnia  upłynęło  pod  znakiem  kogutów,  o  których  opowiadał  Horace.  Tak  bardzo 

podniecał się zbliżającymi walkami, że właściwie nie dopuszczał innych do głosu.

Fanny i Toby nawet tego nie próbowali. A Sylwia powiedziała tylko:

- Walki kogutów? Ohyda. Dziwię się, że to lubisz. - Potem skupiła całą uwagę na śniadaniu.

background image

139

Veryan  też  odzywał  się  z  rzadka.  Wydawał  się  trochę  rozproszony,  choć  wypytał  uprzejmie  o 

zdrowie  Dorothei  i  powiedział,  że  gdy  kuzynka  poczuje  się  na  siłach,  to  chciałby  razem  z  nią 

zastanowić  się,  czy  nie  można  byłoby  zorganizować  przenosin  Tregairów  do  nowo 

wyremontowanych pokoi na strychu w domu Tamsin Wright w Porthgavern. Z tym, naturalnie, nie 

było pośpiechu.

To nie jest już ten sam głęboko przejęty człowiek, co w tamtą sztormową noc, przemknęło przez 

głowę  Dorothei,  i  ta  myśl,  nie  wiadomo  czemu,  ją  przygnębiła.  Naturalnie  interesował  ją  los 

Tregairów i wszystko, co mogło polepszyć ich byt, miało dla niej znaczenie, ale jakoś w tej chwili 

nie  mogła  wykrzesać  z  siebie  entuzjazmu.  Ledwie  udało  jej  się  uśmiechnąć  i  odpowiedzieć  ze 

zdawkową uprzejmością.

Po południu, gdy Horace z Tobym odjechali do Cawsand, Dorothea umknęła przed Fanny, która z 

nadmiernej  troskliwości  robiła  wokół  niej  potworne  zamieszanie,  wolno  poszła  na  poddasze  i 

wręczyła Ozziemu list do Abla. Potem usiadła odprężona w swojej kryjówce i wdychała delikatnie 

drażniący  nozdrza  zapach  suszonych  ziół,  zmieszany  z  mniej  wyczuwalnym  aromatem 

egzotycznych  korzeni.  To  tutaj  było  jej  miejsce,  a  nie  w  jakiejś  powracającej  wizji  sennej,  która 

prawdopodobnie nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.

Słowa Abla jednakże całkiem zmieniły sytuację.

- To sir Veryan panią uratował - powiedział. - Muszę przyznać, że on jest jednak nasz. Dzielny jak 

lew, chociaż nie lubi robić wokół siebie hałasu.

- Nawet mu nie podziękowałam. - Dorotheę ogarnęły wyrzuty sumienia. - Ale dopiero niedawno 

zaczęłam odtwarzać to, co się stało. A on nie wspomniał o tym ani słowem.

Abel zawahał się, a potem rzekł:

- On panią strasznie lubi, panno Theo. Dorothea spojrzała na niego.

- Zdawało mi się, że pamiętam... - zaczęła. - Ale to jest jak za mgłą...

-  O  tak,  obejmował  panią,  jeśli  o  to  chodzi  -  powiedział  Abel  z  uśmiechem.  Rozbawiło  go,  że 

pannie Thei tak się plącze język. Zwykle była bardzo opanowana. - Na oczach całego Porthgavern! 

-  Od  tej  pory  w  okolicznych  tawernach  i  piwiarniach  słyszało  się  najróżniejsze  domysły  na  ten 

temat.

- Och, nie! - Dorothea spąsowiała na twarzy.

-  Niech  pani  się  tym  nie  przejmuje  -  uspokoił  ją  życzliwie  Abel.  -  Sir  Veryan  jest  dobrym 

człowiekiem. Tylko strasznie nieśmiałym wobec kobiet. Musi mu pani pomóc.

- Ja? - wykrzyknęła tak niedowierzającym tonem, że Abel zachichotał. Dorothea pozwoliła sobie 

na uśmiech. - No, dobrze - odezwała się dziarsko po chwili. - Znam prawdę, czyli mam to, czego 

chciałam. - Czy będzie umiała sobie z nią poradzić, to zupełnie inna sprawa. Ale o tym nie mogła 

rozmawiać z Ablem.

background image

140

Kolacja  przebiegała  bez  zakłóceń.  Pani  Kellow  na  prośbę  Veryana  miała  zostawić  coś  dla 

Toby’ego  i  panicza  Horace’a,  żeby  mogli  zjeść  po  powrocie.  Nie  należało  ich  się  jednak 

spodziewać  wcześnie,  bo  panicz  Horace  ponad  wszelką  wątpliwość  chciał  obejrzeć  walki  do 

samego końca.

-  Odgrzeję  im  potrawkę  -  obiecała  pani  Kellow.  Po  cichu  jednak  Veryan  bardzo  się  trapił.  Nie 

podobało  mu  się  to  zaproszenie,  a  gdy  Horace  z  Tobym  odjechali,  nabrał  jeszcze  silniejszych 

podejrzeń. Wprawdzie z natury nie był podejrzliwy, ale coś w tej sprawie brzydko mu pachniało, 

choć  nie  umiałby  powiedzieć,  co  takiego.  Walki  kogutów  odbywały  się  publicznie,  w  znanym 

miejscu, a Horace był pod opieką Toby’ego. Mimo to przez całe popołudnie Veryan nie umiał się 

pozbyć niepokoju i rozdrażnienia, które w miarę upływu czasu władały nim coraz wyraźniej.

Starał  się  nie  okazywać  tego  podczas  kolacji.  Spytał  Sylwię  o  samopoczucie  Tamsin  Wright,  a 

panią FitzWalter o postępy w szyciu. Wyraził też nadzieję, że panna Selwood skorzystała z okazji, 

by nieco wypocząć.

Coś go gryzie, pomyślała Dorothea. Próbuje to ukryć, ale się martwi. Po kolacji Veryan przeprosił 

domowników i poszedł do biblioteki, a Dorothea, gdy tylko uznała, że wypada jej po cichu opuścić 

Sylwię i Fanny, podążyła jego śladem.

Zastała go w zupełnie nieoczekiwanej sytuacji, nie czytał bowiem, lecz chodził w kółko.

-  Kuzynka  Dorothea?  Czy  coś  się  stało?  -  Veryan  przerwał  swą  przechadzkę  i  podsunął  jej 

krzesło.

-  To  ja  przyszłam  cię  o  to  spytać,  kuzynie  -  odparła  Dorothea,  siadając.  -  Możesz,  naturalnie, 

powiedzieć mi, że to nie moja sprawa, i będę musiała się z tym pogodzić, ale przez cały wieczór 

jesteś  rozdrażniony,  więc  zastanowiło  mnie,  czy  coś  cię  nie  dręczy.  Gdybym  mogła  w  czymś 

pomóc...

Veryan przyglądał jej się przez chwilę, a potem podszedł do starego dębowego biurka sir Waltera, 

wyjął stamtąd i podał jej list Brama.

-  Wolałem  wysłać  Horace’a  z  Tobym  niż  samego.  Ale  nie  podoba  mi  się  ta  historia  i  gdybym 

umiał ich odwieść od wyjazdu, na pewno bym to zrobił.

-  Może  trzeba  było  spróbować  kwasu  siarkowego?  -  podsunęła  mu  Dorothea.  Veryan  parsknął 

śmiechem.

- Pewnie myślisz, że utyskuję bez powodu...

- Skądże - odparła natychmiast. - Myślę, że powinieneś wysłać Josha do Cawsand. Zaraz. Może 

spotka ich po drodze, i to znaczyłoby, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale jeśli nie, to Josh 

powie nam potem, co się stało. Możesz też, oczywiście, poczekać do rana.

- Nauczyłem się jednego o Kornwalijczykach - rzekł Veryan. - Wychodzenie z domu po zmroku 

background image

141

nie budzi  w nich lęku, pod warunkiem że  unikają jeźdźców  bez  głowy, złych elfów  i  podobnych 

istot.

- A więc już to wiesz. - Dorothea uśmiechnęła się. - Zastanawiałam się, jak długo potrwa nauka.

- Nie zauważyłem, żebyś mnie próbowała oświecić - odciął się Veryan.

Dorothea wytrzeszczyła na niego oczy.

- Och, kuzynie, taki wykształcony człowiek jak ty z pewnością nigdy nie wierzył w zjawy.

-  Może  i  nie.  Ale  zajęło  mi  sporo  czasu,  zanim  zorientowałem  się  w  przyczynach,  dla  których 

karmiono mnie takimi bajkami.

- O! - Czyli wiedział o przemycie, a przynajmniej czegoś się domyślał.

- Czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia? - spytał Veryan z uśmiechem.

-  Nie  -  odrzekła  Dorothea,  nagle  poważniejąc.  -  Stanowczo  nie.  Ale  to  musi  poczekać.  -

Uświadomiła  sobie  nagle,  że  podjęła  decyzję:  trzeba  mu  powiedzieć  prawdę  o  „Marii”. 

Zawdzięczała  temu  człowiekowi  życie,  było  dla  niej  nie  do  pomyślenia,  by  nadal  mogła  go 

oszukiwać.

- Pójdę zamienić słowo z Joshem. Czy chcesz iść ze mną?

O dziewiątej następnego ranka Horace i inni złapani mężczyźni, w sumie około trzydziestu, pod 

strażą  przeszli  z  okrętu  do  wydzielonej  sali  w  ratuszu,  gdzie  mieli  zostać  poddani  pobieżnemu 

badaniu lekarskiemu, a następnie złożyć przysięgę i  w ten sposób  rozpocząć służbę  w marynarce 

Jego Królewskiej Mości. Sala pachniała kurzem i stęchłym piwem. Stał w niej parawan, za którym 

siedział  medyk;  było  też  biurko  dla  kapitana  i  ławy  dla  rekrutów.  Horace  zmierzył  wzrokiem 

kapitana.  Przez  całą  noc  zastanawiał  się,  czy  mógł  wcześniej  widzieć  tego  człowieka  w 

towarzystwie  Gunthorpe’a,  a  jeśli  tak,  to  czy  warto  zaryzykować  protest.  Kapitan  jednak,  rosły 

mężczyzna, z kartoflastym, czerwonym nosem i plamami na rękach, okazał się obcy.

Zatrzymani mężczyźni byli w różnych fazach wstrząsu. Niektórzy bezwładnie siedzieli i gapili się 

w podłogę, inni byli bliscy łez, kilku chodziło tam i z powrotem. Horace wciąż miał zawroty głowy 

i czuł mdłości. Poprzedniego wieczoru męczyły go wymioty, a z rana nie mógł nic wziąć do ust. 

Wredny  oficer  z  miejsca  go  znienawidził,  więc  ilekroć  widział  Horace’a,  wymierzał  mu 

szturchańca. „Rżniesz dżentelmena, co?” - pytał pogardliwie.

- FitzWalter - burknął doktor.

Horace wstał i jeden ze strażników wepchnął go za parawan.

- Rozbieraj się! Migiem! O, widzę, że walczyłeś jak diabeł. Są skaleczenia i sińce. W porządku, 

nadaje się. Następny.

- Ale... - zaczął Horace.

Strażnik siłą wyciągnął go zza parawanu i kazał mu się zamknąć.

background image

142

Przy biurku kapitan robił notatki i wypełniał formularze. Horace’a pchnięto przed jego oblicze.

- Nazwisko?

- FitzWalter. Ale, sir, to jest...

- Wiek?

- Siedemnaście lat.

Kapitan zapisał „Osiemnaście”.

- Powiedziałem „siedemnaście”! - krzyknął Horace. Strażnik wyrżnął go pięścią w ucho.

- Miejsce zamieszkania?

- Selwood Priory. Jestem wychowankiem sir Veryana Selwooda.

Kapitan podniósł głowę.

- A to ci dopiero!

-  To  prawda!  -  krzyknął  Horace,  nie  zwracając  uwagi  na  strażnika,  który  wykręcał  mu  rękę  na 

plecach. Wyglądało to jak senny koszmar, w którym człowieka łapią zbóje, lecz nikt nie słyszy jego 

wołania o pomoc, chociaż dookoła są tłumy.

Nagle  drzwi  otworzyły  się  i  do  sali  weszło  dwóch  ludzi.  Jeden  był  postawnym  mężczyzną  z 

siwym wąsikiem, mającym charakterystyczny kołyszący chód. Drugim był Daniel Watson. Horace 

zamknął oczy, tak mu ulżyło.

Kapitan zerwał się na równe nogi i zasalutował.

- Czołem, panie admirale.

-  Siadajcie,  siadajcie  -  rzekł  admirał  ze  zniecierpliwieniem.  -  Przyszedłem  w  sprawie  młodego 

człowieka, którego chcecie wcielić. Jak on się nazywa, Watson?

- FitzWalter, sir. - Daniel wskazał Horace’a.

- Hm. - Admirał obejrzał chłopaka od stóp do głów. - Stoczyłeś ciężkie boje, chłopcze. Ile masz 

lat?

- Siedemnaście, sir.

Admirał zwrócił się do kapitana:

-  Musicie  go  wypuścić.  Nie  osiągnął  wymaganego  wieku.  Poza  tym  jest  wychowankiem  sir 

Veryana Selwooda. Nie możemy siać niepokojów w hrabstwie.

-  Uznano  go  za  zdolnego  do  służby,  a  jego  nazwisko  jest  już  wpisane  do  rejestru,  sir  -  odparł 

urażony kapitan. Nos zrobił mu się fioletowy ze złości.

- On ma siedemnaście lat, u diabła. Skreślcie go!

- Przepraszam, sir, ale nic się nie da zrobić. To jest wbrew regulaminowi. - Admirał był w stanie 

spoczynku  i  kapitan  o  tym  wiedział.  Bardzo  wątpił,  czy  admirał  ma  jeszcze  duże  wpływy,  i  nie 

zamierzał narobić sobie kłopotów z powodu starego wojaka. Bądź co bądź, Gunthorpe obiecał mu 

dwadzieścia  gwinei  za  dopilnowanie,  żeby  ten  FitzWalter  wyruszył  do  Portsmouth.  Kapitan  ani 

background image

143

myślał lekką ręką stracić obiecany zysk.

Daniel  podszedł  do  niego,  pochylił  się  i  szepnął  mu  kilka  słów  do  ucha.  Kapitan  się  zadumał. 

Gunthorpe tonie w długach? On też słyszał takie plotki, a wiedział, że jeśli wpisze FitzWaltera do 

rejestru, to  potem nikt  już chłopakowi nie pomoże, wszystko jedno z  pieniędzmi  czy bez.  Daniel 

znów coś szepnął i kapitan wbił w niego wzrok.

- Baryłkę? - spytał w końcu.

- Najprzedniejszej jakości.

- Niech będzie.  - Kapitan z irytacją skrobnął piórem po formularzu, przekreślił „Osiemnaście” i 

wpisał na to miejsce „Siedemnaście, zwolniony”.

Zaraz potem Horace, wspierany opiekuńczym ramieniem Daniela, wyszedł z sali dla rekrutów.

10

Veryan  i  Dorothea  musieli  czekać  długo  i  kosztowało  ich  to  wiele  niepokoju.  Josh  z  Ozziem 

wyruszyli  wieczorem,  ale  dopiero  o  jedenastej  następnego  dnia  coś  się  wyjaśniło;  ku  uldze 

oczekujących pojawił się bowiem Toby w towarzystwie Ozziego. Toby sprawiał wrażenie jeszcze 

niezbyt  przytomnego,  a  chłopak  prowadził  konia  Horace’a.  Veryan  kazał  im  przyjść  prosto  do 

biblioteki, bo nie chciał wprawiać w niepotrzebny popłoch pani FitzWalter oraz Sylwii.

Po przyjeździe do Cawsand Josh szczegółowo wypytał Fletcherów i zdobył dość dokładną wiedzę 

o  zajściach.  Zastanowiwszy  się  nad  sytuacją,  zdecydował,  że  Ozzie  zostanie  w  gospodzie  Pod 

Białym  Dzikiem  i  rano  wróci  do  Selwood  Priory  z  panem  Marchamem,  który  nie  powinien 

podróżować samotnie. Josh zamierzał tymczasem znaleźć łódź, która przewiezie go do Plymouth, 

by mógł się tam czegoś dowiedzieć o paniczu.

Veryan chciał natychmiast osobiście wyruszyć do Plymouth, ale Dorothea go od tego odwiodła. 

Jeśli Josh tam popłynął, pomyślała, to zapewne ma plan. Może jest na miejscu Daniel. Dopiero jeśli 

Josh  wróci  z  pustymi  rękami,  wtedy  przyjdzie  czas  na  Veryana,  który  musiałby  iść  prosto  do 

admiralicji, wiadomo było bowiem, że wcielonych rekrutów jak najszybciej wysyła się w morze.

Ale Veryan nie wiedział o istnieniu Daniela. Był to jedyny Watson, którego brakowało w drzewie 

genealogicznym starannie wyrysowanym przez Dorotheę.

Gdy Ozzie poszedł do stajni, a Toby położył się do łóżka, pozwoliwszy uprzednio, by Dorothea 

opatrzyła mu skaleczenia i stłuczenia, Veryan rzekł:

- Mam wrażenie, kuzynko, że wiesz o tej sprawie więcej, niż jesteś skłonna mi wyjawić.

- Czyżby?

- Nie ufasz mi? - Powiedział to lekkim tonem, lecz było w nim słychać również urazę.

- Ufam ci, kuzynie - odrzekła Dorothea. - Uratowałeś mi życie.

background image

144

Veryan zbył te słowa machnięciem ręki.

- Josh ma w Plymouth różnych znajomych - podjęła. - Być może wolałby, żebyś nie o wszystkich 

wiedział.  Nie  chcę  narażać  na  niepowodzenie  jego  ewentualnych  planów.  -  Uśmiechnęła  się  i 

dodała: - Josh jest bardzo przedsiębiorczy.

-  Rozumiem.  -  Urwał,  jakby  oczekiwał,  że  Dorothea  jeszcze  coś  mu  wyjaśni.  Ponieważ  jednak 

milczała, odezwał się znowu: - Musimy się zastanowić nad przyszłością Horace’a. Tu, jak widać, 

nie jest bezpieczny. Czy wspominał ci, że chciałby wstąpić do wojska?

- Owszem. Uważam to za wspaniały pomysł, pod warunkiem że udałoby się przekonać do niego 

Fanny. Horace’owi podobałoby się w wojsku, a dyscyplina dobrze mu zrobi.

-  Trzeba  z  tym  jednak  poczekać,  póki  nie  skończy  osiemnastu  lat,  czyli  do  października  -

powiedział strapiony Veryan. - Przypuszczam, że stopień podporucznika powinien kosztować około 

stu  funtów,  ale  tyle  powinienem  gdzieś  znaleźć.  Nie  wiem  tylko,  co  robić  z  Horace’em  do  tego 

czasu. Widzę, że nie chce wrócić do szkoły.

Dorothea  milczała.  Szybko  próbowała  coś  wymyślić.  Musiała  powiedzieć  kuzynowi  o  „Marii”. 

Nie mogło być tak, że Veryan nic nie wie o okręcie, a jednocześnie bierze na swoje barki ciężary 

utrzymania  Horace’a,  tym  bardziej  że  wpływy  z  przemytu  łatwo  pokryłyby  koszty  wstąpienia 

Horace’a do wojska.

Ale co będzie, jeśli Veryan postanowi na nią donieść? Czy mogła mu zaufać, że tego nie zrobi? 

Abel powiedział, że Veryan ją lubi. Tylko czy nadal będzie ją lubił, gdy dowie się prawdy?

- Milczysz - zaniepokoił się Veryan. Przyjrzał się wyrazowi skupienia na jej czole. - Czy coś się 

stało? Wiesz, że pomogę, jeśli tylko będę mógł.

Dorothea głęboko zaczerpnęła tchu.

- Kuzynie, jest coś, co od dawna chcę ci powiedzieć.

- Tak? - Veryan spojrzał na nią.

- Tylko nie bardzo wiem, od czego zacząć...

Na zewnątrz wszczął się hałas. Usłyszeli powitalne okrzyki, a potem pukanie do drzwi biblioteki. 

Veryan poszedł otworzyć.

Na progu stali Horace, Josh i Daniel Watson.

-  Dzięki  Bogu! Tak  się  martwiliśmy.  -  Dorothea  podbiegła do  przybyszów i  uściskała  najpierw 

Horace’a, a potem Daniela.

- Danielu, prawdę mówiąc, nie liczyłam na to, że akurat jesteś w Plymouth.

-  Ahoj,  dziewczyno.  No,  no,  już  dobrze.  Panicz  Horace  wrócił  cały  i  zdrowy.  Ma  tylko  kilka 

sińców. - Daniel podniósł wzrok. Veryan stał sztywno wyprostowany i bacznie mu się przyglądał. 

Daniel zerknął na Dorotheę. - Chyba powinniśmy się poznać, panno Theo.

- Naturalnie. - Dorothea spojrzała na kuzyna. Nie podoba mu się to, pomyślała. Trzeba uważać. -

background image

145

To jest Daniel Watson, kapitan „Marii”. Znam go... znam go od dziecka.

- Widzę - odparł zimno Veryan.

Przez  następne dni  walka  kogutów i  jej  skutki  zostały  wyczerpująco  omówione.  Horace  i  Toby 

byli  hołubieni  przez  wszystkich,  a  wieczorami,  gdy  siedzieli  w  salonie  z  bladymi  twarzami  i 

śladami  kontuzji,  wyglądali  bardzo  interesująco.  Okazało  się,  że  to  Josh  odnalazł  Daniela  na 

pokładzie  „Marii”.  Zdążył  w  ostatniej  chwili,  bo  okręt  właśnie  szykował  się  do  podniesienia 

kotwicy.  We  dwóch  zdecydowali,  że  Daniel  zwróci  się  do  swego  znajomego  admirała  w  stanie 

spoczynku i wtedy okaże się, co można zrobić. Podczas tej wymiany zdań Veryan siedział z nosem 

w „Medytacjach” Marka Aureliusza i udawał, że nie słucha.

- Wiedziałem, że Daniel mi pomoże, jeśli tylko zdołam mu jakoś przekazać wiadomość! - zawołał 

Horace.

-  Naturalnie  -  powiedziała  Sylwia.  -  On  zawsze  nam  pomaga,  prawda,  Theo?  Pamiętasz,  jak 

dawno temu przywiózł mi tę lalkę z Francji, kiedy byłam po chorobie?

- Tak - potwierdziła niechętnie Dorothea. Wyraźnie czuła obecność kuzyna za swoimi plecami.

- Kim właściwie jest ten sławny Daniel? - spytał Toby.

-  Jednym  z  Watsonów  -  odrzekła  Dorothea,  nagle  uświadamiając  sobie,  że  ma  okazję  to  i  owo 

wyjaśnić.  -  Jego  matka  była  praczką  i  mieszkała  w  chacie  niedaleko  Priory,  w  sąsiedztwie  Billa 

Kellow. Daniel był ulubionym Watsonem mojego ojca, a ponieważ dobrze się zapowiadał, ojciec 

umożliwił mu zostanie marynarzem.

- Czyli jest teraz właścicielem „Marii”?

Dorothea  nie  odpowiedziała.  Horace  i  Sylwia  poruszyli  się  niespokojnie.  Toby,  poniewczasie 

zrozumiawszy, że pewnych pytań nie należy stawiać, szybko zmienił temat.

-  Thea zawsze  bardzo  lubiła  Daniela  -  włączyła  się  do  rozmowy  Fanny,  podnosząc  głowę znad 

szycia. - Sylwia też.

- Zawsze traktowałam go jak starszego brata - przyznała Dorothea.

Veryan  nadal  czytał  Marka  Aureliusza.  Cokolwiek  odczuwał,  nie  zamierzał  się  z  tym  zdradzić. 

Ostatnimi  dniami  Dorothea kilka  razy próbowała  go zagadnąć  i  zawsze  unikał rozmowy.  Brał ze 

sobą  Josha  albo  Ozziego  na  długie  obchody  majątku,  jeździł  na  targ  do  Bodmin,  odwiedzał  sir 

Thomasa Shebbeare’a, by zasięgnąć u niego rady w sprawie zaprzęgnięcia do pługa koni zamiast 

wołów. Kuzynkę przez cały czas trzymał na dystans.

Wydawało  się,  że  Dorothea  nic  na  to  nie  może  poradzić.  W  każdym  razie,  przejęta  swym 

strapieniem, w ogóle nie zauważyła, jak Sylwia umacnia się w przekonaniu, że Bramowi brakuje w 

życiu jedynie miłości uczciwej kobiety.

Istotnie, dziewczynka z coraz większą rezerwą odnosiła się do powszechnego potępienia sąsiada. 

background image

146

Naturalnie, Bram postąpił źle, nawet bardzo źle. Ale może po prostu nigdy nikt  go nie rozumiał? 

Przecież sama słyszała od niego, że otrucie kuzyna Veryana było dziełem  przypadku, tymczasem 

nikt  oprócz  niej  mu  nie  wierzył.  Niemożliwe  również,  by  Bram  chciał  wcielenia  Horace’a  do 

marynarki.  Wyrządzono  mu  wielką  krzywdę,  nie  dając  okazji  do  przedstawienia  swojej  wersji 

wypadków.

Sylwia postanowiła, że jeśli będzie mogła, to da mu taką okazję.

Minęło parę dni, Dorothea z wolna pogrążała się w rozpaczy. Konieczność wyznania kuzynowi 

prawdy  wydawała  jej  się  coraz  bardziej  nagląca.  To  dziwne,  że  jeszcze  niedawno  było  jej 

absolutnie wszystko jedno, co Veryan sobie myśli. Teraz chłodne stosunki z kuzynem sprawiały jej 

ból.

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  kuzyn  nie  dopuści  jej  dostatecznie  blisko  siebie,  by  mogli 

porozmawiać.  Musiała  znaleźć  inny  sposób.  W  końcu  postanowiła  dać  mu  księgę  rachunkową 

„Marii”. Zapisy sięgały wszak początków istnienia okrętu. Był tam rachunek za jego budowę i akt 

przekazujący  własność  „Marii”  w  ręce  Dorothei,  były  także  dowody  transakcji  z  różnych  lat, 

początkowo  notowane  mało  czytelnym  charakterem  pisma  sir  Waltera,  a  od  mniej  więcej  roku 

charakterem pisma Dorothei. W księdze były również wymienione wszystkie nazwiska. Veryanowi 

wystarczyło tam zajrzeć, by wszystkiego się dowiedzieć.

Dorothea musiała tylko mu zaufać i mieć nadzieję, że nie doniesie na nią do władz.

Poszła na poddasze i wyjęła księgę ze skrytki. Potem usiadła i dołączyła do niej krótki list:

Drogi Kuzynie

Powrót Horace’a przeszkodził mi w powiedzeniu Ci czegoś ważnego. Ponieważ wbrew 

swej  nadziei  nie  miałam  okazji  wrócić  do  tej  rozmowy,  księga,  którą  załączam,  musi 

wyjaśnić sprawy za mnie.

Jestem  pewna,  że  zrozumiesz,  dlaczego  początkowo  wolałam  ukryć  przed  Tobą 

prawdę, proszę jednak, wierz mi, że już od dawna chcą naprawić ten błąd. Nauczyłam 

się  wysoko  cenić  Twoją  uczciwość,  a  także  podziwiać  poświecenie  i  troskę  z  jakimi 

odnosisz się do niezliczonych problemów Selwood Priory.

Łączą wyrazy szacunku

D. Selwood

List był bardziej oficjalny, niżby sobie tego życzyła, ale musiał wystarczyć.  Zapieczętowała go, 

background image

147

zaadresowała „Sir Veryan Selwood” i razem z księgą położyła na dębowym biurku w bibliotece.

Przyszły trzy dni złowrogiego oczekiwania. Veryan milczał. Nie dał nawet poznać po sobie, czy 

zauważył  księgę,  i  nadal  traktował  kuzynkę  z  chłodną  uprzejmością.  Dorothea  straciła  apetyt. 

Czyżby popełniła tragiczny błąd? Czyżby kuzyn był właśnie teraz w siedzibie władz w Launceston? 

Czy  jej  decyzja  nie  oznaczała  skazania  Daniela,  Abla  i  wielu  innych  ludzi  na  zesłanie,  a  może 

nawet na szubienicę?

Zaczęły  ją  dręczyć  nocne  koszmary.  Przychodzili  po  nią  we  śnie  stróże  prawa,  zakuwali  jaw 

kajdany, a ludzie z Porthgavern obrzucali ją błotem:

- Idzie kobieta, która nas zdradziła!

Czwartego  dnia  po  południu  Dorothea  nie  mogła  już  znieść  atmosfery  domu,  uciekła  więc  na 

swoje  poddasze.  O  tej  porze  roku  nie  miała  tam  wiele  do  roboty.  Za mniej  więcej miesiąc  -  pod 

warunkiem że uniknie więzienia - mogła zacząć zbierać plony w ogrodzie, tymczasem jednak sama 

obecność znajomych słoiczków i suszonych ziół działała na nią krzepiąco.

Usiadła znużona na parapecie i drętwo wlepiła wzrok w morze. Jej zadumę przerwało raptowne 

pukanie do drzwi na dole. Zerknęła przez okno i ujrzała jasne włosy Veryana. Był sam. Bez policji. 

Powoli wstała, wzięła klucz z haczyka i poszła otworzyć drzwi.

- Czy mogę wejść? - Veryan trzymał pod pachą księgę.

Dorothea  przełknęła  ślinę  i  skinęła  głową.  Nie  mogła  wybąkać  ani  słowa.  Gestem  poprosiła 

kuzyna, żeby szedł pierwszy.

Veryan do tej pory bardzo uważał, by nie wdać się w spór o poddasze. Bardzo szybko zrozumiał, 

że  domaganie  się  klucza  od  Dorothei  oznaczałoby  niewybaczalną  ingerencję  w  jej  prywatne 

sprawy,  dlatego  budynek  przy  bramie  jako  jedyny  w  Selwood  Priory  nie  został  poddany 

skrupulatnym oględzinom z notatnikiem w dłoni, od których Veryan zaczął zarządzanie majątkiem.

W milczeniu wyjął księgę spod pachy i podał ją kuzynce. Dorothea zerknęła na niego i odwróciła 

głowę; nigdy w  życiu  nie  czuła  się  taka  bezbronna.  Drżącymi  rękami  odłożyła  księgę  na  biurko, 

nagle poczuła jednak, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa i musi usiąść.

Na  poddaszu  stało  również  drugie  dębowe  krzesło.  Veryan  wyciągnął  je  zza  biurka  i  usiadł 

naprzeciwko  kuzynki.  Widział  jej  mocno  splecione  dłonie  z  pobielałymi  knykciami.  Pod  oczami 

Dorothea  miała  ciemne  kręgi,  a  z  nieudolnie  zebranego  koka  na  czubku  głowy  uciekały  liczne 

kosmyki włosów. Veryan spodziewał się, że będzie go prowokować, może nawet wpadnie w gniew, 

teraz pierwszy raz przyszło mu do głowy, że kuzynka się go boi.

W jednej chwili zapomniał o wszelkich urazach, które żywił z powodu tego, że  go tak zręcznie 

oszukiwała.

-  Jesteś  bardzo  dzielna  -  powiedział  łagodnie. Dorothea  podniosła  głowę  i  wydała westchnienie 

background image

148

ulgi.

- Nie mogłam dłużej cię okłamywać.

-  Przepraszam,  że  tak  długo  zwlekałem  z  przyjściem  do  ciebie,  ale  najpierw  chciałem 

porozmawiać z Danielem i Ablem, a to zajęło mi cały dzień. - Zobaczył, że kuzynka blednie, więc 

natychmiast dodał: - Bardzo nieuprzejmie potraktowałem Daniela, gdy przywiózł nam tu Horace’a, 

więc chciałem naprawić swój błąd. Ale on w ogóle się nie gniewał. Oprowadził mnie po „Marii” i 

wszystko wyjaśnił. Myślę, że doszliśmy do rozsądnego porozumienia.

Dorothea wlepiła w niego wzrok. Rozmawiał z Danielem? Daniel oprowadził go po „Marii”? To z 

pewnością oznaczało, że zawarli jakąś umowę. Nie wyobrażała sobie, żeby Daniel dopuścił kuzyna 

w pobliże okrętu, gdyby nie uważał go za człowieka godnego zaufania.

- Jedno muszę jednak powiedzieć, kuzynko, i Daniel zgadza się ze mną w tej sprawie. Sir Walter

postąpił  ohydnie,  przeznaczając  twoje  pieniądze  na  budowę  „Marii”.  Wielki  Boże,  gdyby  okręt 

skonfiskowano, zostałabyś bez pensa przy duszy.

- Wiem - odrzekła Dorothea. - Ale póki ojciec żył, nic na to nie mogłam poradzić. Zamierzałam w 

końcu odebrać sobie te pieniądze. Chociaż jestem pewna, że zawsze mogłabym zamieszkać gdzieś 

razem z Fanny.

- Widzę, że odkładasz pieniądze dla Horace’a i Sylwii. Czy nie sądzisz, że to powinno należeć do 

mnie? Dorothea przełknęła z trudem ślinę.

- To powinno było należeć do mojego ojca. Początkowo nie wiedziałam, jak wiele jesteś gotów 

dla nich zrobić, kuzynie. Potem wydało mi się nieuczciwe, że  chcesz wziąć na siebie utrzymanie 

Horace’a  i  Sylwii,  mimo  że  masz  do  spłacenia  dług  hipoteczny  i  mnóstwo  problemów  wskutek 

wieloletnich zaniedbań w inwestycjach. Zapominasz, że dobrze znam twoją sytuację finansową. W 

tej chwili prawdopodobnie mam więcej pieniędzy niż ty!

Veryan uśmiechnął się.

- Zgadzam się, że ułożenie życia Horace’owi stanowi priorytet, ale potem albo „Maria”, albo ja 

musimy zwrócić  ci siedem  tysięcy  funtów, zapisane  przez  matkę.  Po  twoim  ojcu odziedziczyłem 

nie  tylko  majątek,  lecz  również  jego zobowiązania,  a  moje  zasady  nie  pozwalają,  by  wisiał  nade 

mną taki haniebny dług.

Dorothea, która nie zwykła wymagać od życia zbyt wiele, spytała:

- Czy to jest takie ważne akurat teraz? Wiesz, Sylwia będzie potrzebować posagu...

-  Nie  o  to  chodzi  -  odparł  Veryan.  -  Spadek  należy  do  ciebie  i  musisz  go  dostać.  Boże  wielki, 

chyba nie wyobrażasz sobie, że twoja matka zgodziłaby się na taką sytuację?

- No, oczywiście, że nie.

- Widzisz więc. - Kuzynka wciąż się wahała, Veryan uznał, że tymczasem nie należy naciskać. - A 

teraz, czy mogę prosić, żebyś mnie oprowadziła po swoim królestwie?

background image

149

Dorothea  poszła  z  nim  na  dach  i  razem  obejrzeli  stamtąd  piękny  widok.  Potem  pokazała  mu 

wejście do kryjówki pod bramą.

- Ostatni sekret - wyrzuciła z siebie ze skruchą, podając mu latarnię. - Teraz już wiesz wszystko.

- Muszę przyznać, że zadziwia mnie to, co widzę. Koronka dla pani Gunthorpe, herbata dla lady 

Shebbeare, tytoń dla sir Thomasa, brandy praktycznie dla wszystkich... Zdaje się, że nie ma w tym 

hrabstwie  osoby,  która  w  ten  czy  inny  sposób  nie  byłaby  zamieszana  w  przemyt.  Wreszcie 

rozumiem, dlaczego mój przyjazd cię przestraszył.

Ale największe wrażenie zrobiła na Veryanie sama krypta. Obszedł ją, wysoko trzymając latarnię, 

i głośno zachwycał się gzymsami oraz wachlarzowym sklepieniem.

-  Wspaniałe!  -  powiedział  z  entuzjazmem.  -  Dawno  już  nie  widziałem  czegoś  tak  pięknego.  W 

dodatku krypta jest w całkiem niezłym stanie.

Rozbawił Dorotheę. To było do niego podobne: zaczął podziwiać architekturę, zamiast zastanowić 

się, ile towarów z przemytu może pomieścić skrytka. Pomyślała jednak też, że Veryan bardzo się 

zmienił.  Nie  mogła  sobie  wyobrazić,  żeby  kuzyn  sprzed  kilku  miesięcy  przyjął  taką  nowinę  z 

niezmąconym spokojem. Zdobyła się na odwagę i powiedziała mu to.

- Wiem. - Veryan się uśmiechnął. - Przeprawa przez Tamar była dla mnie początkiem wielkiego 

odkrycia. Mogę chyba powiedzieć, że dojrzałem. Przedtem nigdy się nad tym nie zastanawiałem, 

ale  Oksford  jest  bardzo  zamkniętym  miejscem,  skostniałem  tam.  Owszem,  uniwersytet  ma  wiele 

zalet,  ale  gdy  człowiek  nagle  trafia  do  zwyczajnego  świata  i  musi  się  borykać  z  codziennymi 

problemami i nie zamyka na nie oczu, to nie ma już dla niego odwrotu.

- Czy to znaczy, że nie żałujesz przyjazdu do Selwood Priory?

Veryan obrócił się i zmierzył ją spojrzeniem.

- Nie - odrzekł z powagą. - Nie żałuję. A ty?

Zdawało się, że nagle połączyło ich nie nazwane, lecz bardzo silne uczucie. Dorothei żadne słowo 

nie chciało przejść przez gardło. W milczeniu pokręciła głową.

W Selwood Priory zapanował świąteczny nastrój. Na życzenie Horace’a i Sylwii Veryan znowu 

czytywał  wieczorami  „Pieśń  ostatniego  minstrela”.  Rany  Toby’ego  zagoiły  się,  a  on  skwitował 

wybuchem  śmiechu  niepokój  Fanny,  że  musi  bardzo  źle  myśleć  o  kornwalijskiej  gościnności. 

Zapewnił ją, że bardzo mu tu dobrze i od lat nie miał tylu przygód.

Veryan  i  Dorothea  ostrożnie  wracali  do  zażyłości.  Veryan  opowiedział  jej  o  swym  samotnym 

dzieciństwie i o tym, jaki byłby zagubiony bez Matty. Mówił też o Oksfordzie, o swoim wyborze 

życia odizolowanego od realnego świata, co - jak ostatnio zrozumiał - było błędem. Dorothea czuła 

się  wśród  tych  zwierzeń  tak,  jakby  zaproszono  ją  do  czyjegoś  prywatnego  ogrodu,  po  którym 

można spacerować bez pośpiechu, pytając o to i owo. Czasem dochodzi się w wyjątkowe miejsca, 

background image

150

których tajemnice są jeszcze żywe i bolesne, innymi razy znajduje się zarośla lub kępy pokrzyw, o 

których bardzo trudno mówić.

Bez  końca  rozmawiali  o  przyszłości  majątku,  a  Dorothea  opowiedziała  kuzynowi  o  różnych 

wyczynach przemytników, przy okazji  zdradzając mu  wiele z  tego,  co dotąd  starannie przed nim 

ukrywała. Ani jedno, ani drugie nie zastanawiało się jednak, dokąd te zwierzenia ich zaprowadzą. 

Obojgu sprawiało  przyjemność, że  mogą  swobodnie,  bez  skrępowania  mówić  o  tym,  co  dla  nich 

ważne.

Dla  odmiany  w  Quilquin  House  atmosfera  była  nie  do  zniesienia.  Bram  pobił  jednego  ze 

służących za jakąś wyimaginowaną zuchwałość, co skończyło się złamaniem szczęki i trzech żeber. 

Pani Gunthorpe i Isabel chodziły po domu na palcach i unikały Brama, jak tylko mogły, natomiast 

jedna ze służących, której ponad miarę dopiekły kopniaki, pewnego dnia po prostu uciekła.

Bram jednakże wciąż miał swoich szpiegów. Jednym z nich była pokojówka Isabel, Jane, która po 

niedzielnym nabożeństwie zawsze przynosiła mu ciekawe wiadomości.

Zwykle  pani  Gunthorpe  ignorowała  obecność  Sylwii  w  kościele,  ale  tego  dnia  była  tak 

przygnębiona, że zapomniała się i odbyła z nią całkiem uprzejmą rozmowę. Nawet poprosiła córkę, 

by  pogawędziła  chwilę  z  panną  FitzWalter.  Isabel  wiedziała,  że  matka  chce  w  spokoju 

porozmawiać z Dorothea, odciągnęła więc dziewczynę na bok i w towarzystwie służącej znalazła 

ustronne miejsce w głębi kościoła.

Isabel zawsze wiedziała, że Sylwia ją podziwia, więc bardzo jej schlebiło, gdy usłyszała:

- Och, panno Gunthorpe, jaki piękny kapelusz! Zachwycałam się nim przez całe kazanie, chociaż 

wiem, że nie wypada tego robić.

Isabel parsknęła śmiechem, pierwszy raz od wielu dni.

- Musi pani pochwalić Jane, bo to jej pomysł. Jane zbliżyła się trochę, by odebrać należną sobie 

część  młodzieńczego  entuzjazmu  Sylwii.  Zamieniły  kilka  zdań  o  kapeluszach,  po  czym  Sylwia 

nieśmiało spytała o pana Gunthorpe’a.

- Mój brat czuje się wyśmienicie - powiedziała krótko Isabel. - Tylko jest ostatnio bardzo zajęty.

- Ojej. - Sylwia przeżyła zawód. - Miałam nadzieję, że wkrótce zechce odbyć z nami przejażdżkę. 

Pokazałabym mu Trespyrion Quoit.

- Te kamienie druidów, panienko? - spytała Jane.

- Tak. One tak śmiesznie wyglądają, zupełnie jak stół na trzech nogach. A pod spodem ziemia jest 

jak łoże, taka świeża, równa trawa. Kiedy byłam mała, bawiłam się tam lalkami.

W tej chwili matka zawołała Isabel, a Jane rozejrzawszy się niespokojnie, szepnęła do Sylwii:

- Mogę powiedzieć panu Gunthorpe’owi, że panienka tam będzie.

Oczy Sylwii zapłonęły.

- Naprawdę?! - wykrzyknęła.

background image

151

Następnego popołudnia Bram czekał przy Trespyrion Quoit. A więc krąg jest jak łoże? Zajrzał do 

środka i od razu pojął, że będą tam z Sylwią całkiem dobrze ukryci przed wścibskimi oczami. Ta 

panna miała dopiero trzynaście lat, wykazywała

jednak zaskakujące doświadczenie. Bram nie wątpił, że Sylwia potrafi się uwolnić spod kurateli 

licznych opiekunów, by przyjść na schadzkę.

Tak,  pierwszy  kęs  tej  wisienki  będzie  należał  do  niego.  Dostanie  rekompensatę  za  inne 

rozczarowania.  Zamierzał  powetować  sobie  na  Sylwii  wszystkie  afronty, jakie  mu  uczyniono.  W 

marzeniach widział, jak dziewczyna płacze i błaga go o litość, a on udaje, że się zastanawia, ale w 

końcu i tak ją bierze. Najpierw jednak chciał ją upokorzyć. Udać, że zamierza ją puścić, tak żeby w 

to uwierzyła, i dopiero wtedy zrobić swoje.

Zatrzepotały białe wstążki, zatańczyły w słońcu kasztanowe pukle i oto stanęła przed nim jak na 

dłoni.

- Ho, ho - powitał ją. - Kogo my tu mamy? Mały elf przyleciał na czarodziejskie wzgórze.

-  Ojej!  -  Sylwia  przytknęła  dłoń  do  ledwie  zarysowanych  piersi  w  geście  dobrze  udanego 

zaskoczenia. - Pan Gunthorpe! - Zepsuła jednak efekt, bo zachichotała.

-  Jeszcze  nigdy  tu  nie  byłem  -  powiedział  Bram.  -  Musisz  mi  wszystko  pokazać.  Ale  najpierw 

wymierzę ci karę.

Sylwia przekrzywiła głowę i zerknęła na niego spod przymkniętych powiek.

- Za co karę?

-  Kazałaś  mi  czekać  całe  dziesięć  minut  -  odparł.  -  Damy,  które  się  spóźniają,  ponoszą  karę. 

Sylwia postąpiła krok naprzód.

- Tak? - spytała z nadzieją.

Bram  leniwie  wyciągnął  ręce  w  jej  stronę,  chwycił  ją  i  przyciągnął  do  siebie.  Uścisk  był 

nadspodziewanie mocny, dlatego wzbudził w Sylwii pierwsze oznaki lęku.

- Au! To boli!

Nie  zwracając  uwagi  na  ten  sprzeciw,  brutalnie  przywarł  ustami  do  jej  warg,  jednocześnie 

przyciskając ją do siebie ręką wsuniętą pod pośladki. Sylwia zaczęła się szarpać. Bram natychmiast 

podniósł głowę.

- Przestań!

- Co pan robi? - Sylwii zaschło w ustach. Ledwie mogła dobyć z siebie wątły szept. Dlaczego nie 

słuchała ostrzeżeń? Wymknęła się z domu po cichu i nikt nie wiedział, gdzie jej szukać.

- A o co się prosiłaś? No, o co?

- Ale... ja nigdy... - Sylwia wybuchnęła płaczem. - Proszę, panie Gunthorpe... popełniłam omyłkę. 

Przepraszam.

background image

152

- Nic z tego, moja mała. Przyszłaś tu z własnej woli, prawda? Teraz moja kolej, teraz ja rządzę, a 

ty słuchasz. Zrozumiałaś?

Sylwia poderwała głowę.

- Nie zgadzam się. Nie może mnie pan do niczego zmusić, a jeśli jest pan dżentelmenem, to mnie 

pan puści. Bram zarechotał.

- Dżentelmenem! Dobre sobie! Dawno już z tym skończyłem, moja droga. Zaraz się przekonasz, 

że jednak mogę cię zmusić.

Sylwia wyrwała się i rzuciła do ucieczki. Ale było za późno. Bram złapał ją, wymierzył jej dwa 

siarczyste policzki  i  zaciągnął  z  powrotem  do  kręgu. Dziewczyna  spojrzała  na  niego  strwożona  i 

zaczęła panicznie krzyczeć. Uderzył ją jeszcze raz, a potem jednym ruchem rozerwał stanik sukni. 

Drugą ręką zaczął rozpinać spodnie.

Veryan, Toby i Dorothea byli w ogródku za stajniami i cieszyli się oznakami nadchodzącego lata. 

Veryan ostatnio dużo rozprawiał o zwierzętach pociągowych. Twierdził, że woły na polach nadają 

ich  majątkowi  średniowieczny  wygląd,  co  jest  może  malownicze,  lecz  sprzeczne  z  zasadami 

ekonomii.  Gdyby  udało  się  użyźnić  glebę,  można  by  wprowadzić  konie  na  pola  i  orać  dwa  razy 

szybciej.

- Woły sprzedaje się na targu po mniej więcej pięciu latach - włączyła się do rozmowy Dorothea. -

Koni nie można zjeść, chociaż we Francji podobno to robią. Daniel opowiadał mi, że w życiu tak 

się nie zdumiał jak wtedy, gdy przed sklepem rzeźnika zobaczył konia na haku. - Podniosła głowę i 

zobaczyła nadchodzącą Fanny.

- Czy widziałaś Sylwię? - spytała. - Chciałam, żeby przymierzyła suknię, którą dla niej podłużam, 

ale nigdzie nie mogę jej znaleźć. Powiedziała mi, że będzie ci pomagać.

Dorothea pokręciła głową.

-  Nie  widziałam  jej.  Myślałam,  że  jest  z  tobą.  Veryan  podniósł  głowę,  nagle  bardzo 

zaniepokojony.

-  Widziałem  niedawno,  jak  Sylwia  po  cichu  się  wymyka.  Szła  w  stronę  Egioscolom.  Zapadło 

krótkie milczenie.

-  Nie  chcę  cię  martwić,  Fanny  -  odezwała  się  w  końcu  Dorothea  -  ale  wolałabym  ją  szybko 

znaleźć. Od wczorajszego powrotu z kościoła Sylwia była wyjątkowo posłuszna. Zastanawiałam się 

nawet, czy czegoś nie knuje.

Toby zerwał się na równe nogi

- Chyba wiem, dokąd mogła się wybrać - rzucił. - Do Trespyrion Quoit. - O Boże, pomyślał, jeśli 

chciała pokazać Gunthorpe’owi łoże pod głazem...

Veryan również wstał.

background image

153

-  Pojadę  tam.  I  tak  miałem  się  wybrać  w  odwiedziny  do  pani  Tregair.  Chcesz  mi  towarzyszyć, 

Toby?  Wymienił  zatroskane  spojrzenia  z  Dorothea,  która  natychmiast  zwróciła  się  do  pani 

FitzWalter.

- Chodź, Fanny, schronimy się w domu. Tu jest stanowczo za gorąco.

Gdy tylko panie znikły z pola widzenia, Veryan przyśpieszył kroku.

-  Wietrzę  kłopoty  -  rzekł.  Prawie  biegiem  znalazł  się  przy  stajniach.  -  Josh!  Ozzie!  Osiodłajcie 

kasztana  sir  Waltera  i  Coba.  Najszybciej,  jak  umiecie.  -  Kilka  minut  później  Veryan  z  Tobym 

odjechali.

Przez dłuższą chwilę było słychać tylko tętent podkutych kopyt i skrzypienie skóry. Gdy dotarli 

na pastwisko przed  kręgiem,  powściągnęli  konie.  W  oddali zobaczyli trzepoczący jasny materiał. 

Wiatr poniósł czyjś krzyk. Veryan wbił pięty w boki kasztana i pogalopował w tamtą stronę.

Sylwia była w kręgu. Zobaczyli tylko dwie obnażone nogi, posiniaczone i zakrwawione. Słyszeli 

jej  zduszone  krzyki.  Za  to  Brama widzieli  aż  zanadto. Jego  buty  leżały  na  ziemi,  a  spodnie  miał 

spuszczone do kostek. Veryan bez namysłu zeskoczył z konia, uniósł szpicrutę i smagnął Brama po 

nagich pośladkach z taką wściekłością, że natychmiast ukazała się na nich ciemna pręga z kroplami 

krwi.

Bram wypełzł spod głazu i odwrócił się do Veryana. Był w trudnej pozycji, ale szamocząc się ze 

spodniami, zdołał powiedzieć:

- Dobra z niej suka. Gorąca.

- Wynoś się z mojej ziemi - rzucił lodowatym tonem Veryan. - I radzę ci zmienić okolice.

- Phi! - parsknął Bram. - Jeśli dbasz o swoje interesy, to będziesz trzymał język za zębami, chyba 

że chcesz skompromitować tę małą sukę. Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, i to prawda. -

Boleśnie  się  wzdrygnął,  biorąc  buty  do  ręki;  wyprostował  się  i  próbując  zachować  jak  najwięcej 

godności, odszedł.

Toby  zsiadł  z  konia  i  zajrzał  do  kręgu.  Sylwia  leżała  w  głębi,  skulona  pod  jednym  z  trzech 

głazów, i drżała jak osika.

- Chodź - powiedział łagodnie. - Już dobrze. Już nic ci nie grozi.

Dziewczynka nie odpowiedziała, tylko skuliła się jeszcze bardziej. Trwożliwie szlochała.

-  Zostaw  to  mnie,  Toby  -  Takiego  tonu  przyjaciel  nigdy  u  Veryana  nie  słyszał.  -  Sylwio! 

Natychmiast stamtąd wyjdź!

Rozległo się żałosne siąknięcie nosem, potem cichy chrzęst i Sylwia wypełzła spod głazu. Była 

brudna. Suknię miała podartą, twarz posiniaczoną i zakrwawioną od uderzeń Brama.

Toby dosiadł konia.

- Podaj mi ją, Veryan - powiedział spokojnie. - Mój koń jest mocny, uniesie nas dwoje.

Veryan, wciąż z zaciętą miną, poderwał Sylwię z ziemi, jakby była piórkiem, i posadził ją przed 

background image

154

Tobym. Potem sam dosiadł kasztana i bez słowa ruszył w stronę domu.

- Przepraszam - szepnęła Sylwia tak cicho, że Toby musiał się pochylić, by zrozumieć to słowo. -

Pan próbował mnie ostrzec, a ja nie usłuchałam.

- Przykro mi, kochanie - powiedział Toby. - Powinienem był to zrobić bardziej przekonująco.

Dziewczynka pokręciła głową.

- To moja wina.

Dorothea,  dyskretnie  zaalarmowana  przez  Toby’ego,  zjawiła  się  w  pokoju  Sylwii  natychmiast, 

gdy  tylko  Veryan  ją  wniósł.  Obaj  mężczyźni  wyszli.  Znalazłszy  się  sam  na  sam  z  przyrodnią 

siostrą,  dziewczynka  wybuchnęła  niepohamowanym  płaczem.  Dużo  czasu  minęło,  nim  Dorothea 

wydobyła od niej całą historię, w końcu jednak jej się to udało.

- Myślałam, że on chce mnie zabić. - Sylwia szlochała. - Dusił mnie. - Molly i Lucy przyniosły 

cynową  wannę,  więc  można  było  dziewczynkę  umyć,  zbadać  i  położyć  do  łóżka,  napoiwszy 

środkiem  na  uspokojenie.  Gdy  wreszcie  Sylwia  zasnęła,  Dorothea  zeszła  do  biblioteki,  żeby 

porozmawiać z Veryanem i Tobym.

- Zdążyliście na czas - powiedziała bez zbędnych wstępów. - Bardzo się przestraszyła i przeżyła 

wstrząs. Ma skaleczenia i siniaki, ale to się zagoi. Poza tym nic jej się nie stało. - Pomyślała jednak, 

że rany duszy będą goić się dłużej.

Veryan z ulgą zamknął oczy.

- Gdybym miał przy sobie pistolet, zastrzeliłbym go - powiedział.

- Miejmy nadzieję, że Gunthorpe wykaże rozsądek i wyniesie się z tego hrabstwa - rzekł Toby.

Dorothea  nie  odezwała  się.  Dobrze  wiedziała,  że  w  miejscu,  gdzie  wszyscy  są  z  wszystkimi 

skoligaceni,  a  więzy  rodzinne  odczuwa  się  bardzo  silnie,  Bram  ma  małe  szansę  wykręcić  się 

sianem.

Następne dni  minęły spokojnie.  Sylwia spędzała  większość czasu z  matką w kancelarii przeora. 

Wcześniej  Fanny nigdy  nie  mogła  zdobyć  się  na  intymne  różowy  z  córką,  za  bardzo  dręczyła  ją 

świadomość hańby, jaką  na siebie sprowadziła,  by mogła swobodnie o tym  mówić. Teraz  jednak 

pod wpływem łagodnych zachęt Dorothei przezwyciężyła wstyd i Sylwia zaczęła rozumieć sprawy, 

o których przedtem prawie nie myślała.

Nie  ma  usprawiedliwienia  dla  pana  Gunthorpe’a,  powiedziała  stanowczo  Fanny.  Nic  nie  może 

usprawiedliwić człowieka,  który próbuje  zgwałcić  trzynastoletnią pannę,  nawet wyjątkowo ładną. 

Gunthorpe  dobrze  wiedział  o  jej  niewinności,  a  jednak  świadomie  nie  chciał  o  tym  pamiętać. 

Wytłumaczyła też Sylwii, jak prowokująco brzmiały niektóre jej słowa. Panna powinna rozumieć, 

że mężczyzna bez skrupułów może chcieć takie słowa wykorzystać.

Wszystko to było pokrzepieniem dla Sylwii, którą dręczyły wyrzuty sumienia.

background image

155

- Pan Marcham próbował mi o tym powiedzieć - wyznała. - Ale wydawało mi się, że to tylko takie 

nudne gadanie.

Pocieszały  ją  też  liczne  bukieciki  kwiatów  i  liście  pełne  świeżych  truskawek,  jakie  dostawała. 

Wszyscy  zdawali  się  jej  życzyć  jak  najlepiej.  Powoli  Sylwia  zapominała  o  swym  przykrym 

doświadczeniu.

Pomógł jej w tym wyjazd  Brama. Wieczorem po zajściu przy Trespyrion Quoit widziano go po 

raz  ostatni.  W  niedzielę  Sukey  powiedziała  pani  Kellow,  że  jej  pan  wrócił  bardzo  wzburzony, 

zamknął się w pokoju i nie wpuszczał nikogo oprócz swojego pokój owca. Następnego dnia znikł i 

nikt nie wie, co się z nim dzieje.

- I dobrze, że go nie ma - zakończyła Sukey. Bardzo żałowała, że Veryan go nie zabił.

Tydzień  po  napaści  Brama  na  Sylwię  do  Priory  przyszedł  Abel  i  poprosił  o  rozmowę  z  sir 

Veryanem.  Ten  był  akurat  w  bibliotece  i  dyskutował  z  Dorotheą  o  płodozmianie.  Temat  tak  ich 

pochłonął, że początkowo w ogóle nie usłyszeli pukania do drzwi.

- Och, Abel, wejdź - powiedział Veryan, gdy wreszcie go zauważył. Abel podszedł do nich, mnąc 

w ręce kapelusz.

- Jak się miewa panienka? - spytał po powitaniu.

- Dziękujemy, dobrze - odrzekła Dorothea.

- Nie trzeba się więcej martwić o pana Gunthorpe’a, sir - powiedział. - Już nie będzie nachodził 

panny Sylwii. Dopilnowaliśmy tego.

- Dziękujemy, Abel. - Dorothea wyręczyła kuzyna w odpowiedzi, widząc, że odebrało mu mowę.

- Nie ma za co, panno Theo. Przecież jesteśmy rodziną. - Skłonił głowę i wyszedł z pokoju.

- O, mój Boże - odezwał się Veryan. - Co oni zrobili?

- Nic takiego, na co pan Gunthorpe by nie zasłużył - odparła rześko Dorothea. - Na twoim miejscu 

nie pytałabym o szczegóły.

- Ale... ale nie mogę tego tak zostawić! - wykrzyknął Veryan.

Dorothea dotknęła jego ramienia.

-  Nie  możesz  zmusić  Kornwalijczyka,  żeby  powiedział  ci  coś,  czego  nie  chce  powiedzieć  -

wyjaśniła. - Nie dopytuj się, kuzynie. Jaką korzyść można odnieść z trzęsienia gniazdem szerszeni? 

Abel nie zdradził nam nic konkretnego. Może po prostu wzięli go na statek i wysadzili gdzieś na 

pustkowiu  we  Francji,  a  teraz  Bram  gnije  w  obozie  dla  jeńców  wojennych?  Tego  nie  wiemy.  -

Osobiście sądziła jednak raczej, że dostał czymś ciężkim w głowę i wypadł za burtę. Nie wydawało 

jej się, by jeszcze był wśród żywych.

- Chyba masz rację - zgodził się Veryan po chwili. - Sam bym go zabił, gdybym miał broń pod 

ręką. Zaczęli rozmawiać o Sylwii.

-  Powinna  iść  do  szkoły  -  powiedziała  Dorothea.  -  Potrzebuje  towarzystwa  rówieśniczek.  Musi 

background image

156

mieć kogoś, kto z nią pochichocze i w razie czego zwróci jej uwagę, żeby za dużo nie mówiła. Ja 

nie będę sobie strzępić języka, szkoda czasu. Dla Sylwii jestem zwykłą starą panną, która nic nie 

wie o życiu.

- Czy ty też tak o sobie myślisz? - spytał Veryan. Wydawało mu się okropne, że kuzynka mogłaby 

mieć o sobie takie złe zdanie.

Dorothea wzruszyła ramionami.

-  I tak,  i  nie.  Skończyłam  trzydzieści  lat  i  nie  mam  męża.  Dla  Sylwii  to  oznacza,  że  właściwie 

przestałam być kobietą. Ale dobrze wiem, że wcale nie jestem taka niedoświadczona, za jaką uważa 

mnie Sylwia. - Na chwilę  zamilkła.  - Gdy miałam  szesnaście lat, Bram próbował mnie zgwałcić. 

Ugryzłam go w ucho tak mocno, że omal go nie stracił. Pewnie zauważyłeś u niego bliznę. Muszę 

wyznać, że ilekroć ją widzę, odczuwam cichą satysfakcję.  - I wciąż czuję w ustach ohydny smak 

krwi, pomyślała ze zgrozą.

- A to  kanalia! -  Veryan  był oburzony.  - Czy twój  ojciec nic z  nim  nie zrobił? Ja  przynajmniej 

złoiłbym mu skórę.

- Nigdy o tym nikomu nie powiedziałam - wyznała Dorothea. - Dzieci nie zwierzają się z takich 

spraw. Dzisiaj mówię o tym pierwszy raz.

Veryan ujął jej dłoń i uniósł do warg. Dorothea wstydliwie się do niego uśmiechnęła.

Sylwia  miała  iść  do  szkoły.  Wiele  było  na  ten  temat  rozmów  i  kłótni,  w  końcu  postanowiono 

jednak,  że  kilka  lat  na  pensji  dla  panien  w  jakimś  ładnym  i  zdrowym  mieście  najlepiej  pomoże 

dziewczynie  zagoić  rany  duszy.  Szkoła  zapewni  jej  też  towarzystwo  i  umożliwi  zdobycie 

niezbędnych doświadczeń w życiu.

Fanny  zgodziła  się  na  to  ze  łzami  w  oczach,  ale  pod  warunkiem,  że  będzie  mogła  wyjechać  z 

córką i zamieszkać w pobliżu pensji. Nie była w stanie znieść myśli, że Sylwia mogłaby znaleźć się 

z dala od niej i widywać ją tylko raz do roku, w lecie.

-  Trzynastoletnie  dziecko  jeszcze  potrzebuje  matki  -  argumentowała  i  w  końcu  Veryan  wyraził 

zgodę. Pamiętał, jak brakowało mu Matty, gdy wyjechał do Winchester, i nie chciał, żeby Sylwia 

cierpiała tak samo jak on.

Odpowiednią szkołę znaleziono w Harrogate. Chodziła tam młoda kuzynka Toby’ego, a jej mama 

wyrażała  się  o  szkole  w  samych  superlatywach.  Veryan  napisał  list  z  prośbą  o  informacje,  a 

ponieważ warunki okazały się zadowalające, załatwił niezbędne formalności. Tak więc od września 

Sylwia  z  panią  FitzWalter  miały  się  przeprowadzić  do  Harrogate.  Veryan  zgodził  się  podnieść 

roczny dochód pani FitzWalter do dwustu funtów. Miała mieszkać niedaleko pensji i widywać się z 

córką  co  niedziela  po  nabożeństwie,  a  poza  tym  gościć  ją  w  okresach  Bożego  Narodzenia  i 

Wielkanocy. Natomiast na lato obie miały przyjeżdżać do Kornwalii.

background image

157

Był jednak pewien kłopot, który zauważył Toby.

-  Panno  Selwood...  -  powiedział  któregoś  dnia.  Dorothea  akurat  była  w  składziku,  gdzie 

przygotowywała  lawendowe  pachnidła.  Toby  przystanął,  zaintrygowany  unoszącym  się  w 

powietrzu aromatem. - Jak ładnie tu pachnie.

-  Co  się  stało?  -  Dorothea  uśmiechnęła  się  do  niego.  Lubiła  pana  Marchama  i  podziwiała  za 

taktowne odnoszenie się do Sylwii. Traktował ją prawie jak dorosłą kobietę, lecz mimo to żartował 

z nią, gdy tylko miała na to ochotę.

-  Przykro  mi  o  tym wspominać,  ale  zdaje  się,  że  ani  sir  Veryan,  ani  pani  FitzWalter  o  tym  nie 

pomyśleli.

- Hm? - Dorothea była bardzo skupiona na swoim zajęciu.

-  Moja  droga  panno  Selwood,  czy  przyszło  pani  do  głowy,  w  jak  niezręcznej  sytuacji  postawi 

panią wyjazd pani FitzWalter?

Dorothea podniosła głowę. Przez chwilę przyglądała się Toby’emu i nagle zaświtało jej, o co mu 

chodzi. Omal nie zemdlała. Gdy otworzyła usta, nie poznała swojego głosu; zdawało jej się, że to 

mówi ktoś inny. Upuściła woreczek z lawendą.

- Chce pan powiedzieć, że stracę damę do towarzystwa? - Toby skinął głową. - Ale z pewnością... 

Panie Marcham, jestem kobietą ponad trzydziestoletnią i... - Głos ją zawiódł.

-  Przykro  mi  -  rzekł  Toby.  -  Pani  i  ja  dobrze  wiemy,  że  wszelkie  aluzje  co  do  niestosowności 

sytuacji byłyby śmieszne. Niemniej jednak, panno Selwood, z pewnością zaczęłyby krążyć plotki. I 

jestem  przekonany,  że  odebrałaby  je  pani  jako  wyjątkowo  przykre.  Mogłaby  pani  znaleźć  się  w 

takiej  samej  izolacji,  w  jakiej  żyła  przez  wiele  lat  pani  FitzWalter.  -  Spojrzał  na  jej  sposępniałą 

twarz i dodał: - Musi pani chyba zastanowić się nad wyjazdem z Selwood Priory.

Widział,  że  jest  oszołomiona  tą  sugestią,  ale  nic  nie  mógł  na  to  poradzić.  Wydawało  się 

wyjątkowym okrucieństwem wypędzać ją z domu, w którym mieszka od urodzenia, niestety, innej 

możliwości  chyba  nie było.  Gdyby panna  Selwood  dalej mieszkała  w Priory, niechybnie padłaby 

ofiarą ostracyzmu. Ludzie uznaliby ją za kochankę Veryana. Jaki ojciec, taka córka, mówiliby.

Jedyną  osobą,  która  mogła  cokolwiek  w  tej  sprawie  zrobić,  był  Veryan,  jemu  zaś  dotąd  nic 

takiego  nie  przyszło  do  głowy.  Toby  nie  wątpił  w  to,  że  przyjaciel  lubi  kuzynkę,  ale  do  jakiego 

stopnia  byłby  gotów  zmienić  swój  dotychczasowy  sposób  życia  zdeklarowanego  kawalera,  który 

większość dorosłego życia spędził w zamkniętym uniwersyteckim świecie?

Dorothea  bezmyślnie  bawiła  się  przez  chwilę  woreczkiem  z  lawendą,  a  potem  odezwała  się 

bezbarwnie:

- Ma pan rację. Nie pomyślałam o tym. Nie chciałabym, żeby kuzyn stracił dobre imię, na które 

sobie  zapracował.  Bądź  co  bądź  -  zdobyła  się  na  wymuszony  uśmiech  -  będę  mogła  składać  tu 

wizyty w lecie, podczas bytności Sylwii z matką.

background image

158

Mała  społeczność  Selwood  Priory  wydawała  się  w  przededniu  rozpadu.  Veryan  przypomniał 

sobie, że jego kolega z New College, John Norton, ma brata w 95 Pułku Strzelców, więc napisał do 

niego list. Korespondencja trwała przez pewien czas. „Arthur jest w tej chwili adiutantem generała 

Crauforda,  napisał  John  Norton,  i  najprawdopodobniej  wróci  do  Anglii  w  sierpniu.  Z  pewnością 

chętnie pomoże młodemu podopiecznemu Selwoodów”. Zaproponował, żeby sir Veryan przywiózł 

młodzieńca w odwiedziny, by ten mógł poznać Arthura.

Horace zareagował entuzjastycznie.

-  Dziewięćdziesiąty  Piąty?  No,  pewnie!  -  Był  to  jeden  z  najbardziej  nowoczesnych  pułków  w 

armii.

Trudniej  było  przekonać  Fanny,  ale  w  końcu  i  ona  się  zgodziła.  Dobry  pułk  z  życzliwym 

opiekunem, pod którego okiem można się szkolić, niewątpliwie odpowiadałby Horace’owi. Fanny 

dzielnie stłumiła więc matczyne niepokoje i dała pomysłowi swoje błogosławieństwo.

- A ty, Toby? - spytał któregoś wieczoru Veryan, gdy siedzieli razem w bibliotece. - Co planujesz 

na przyszłość? Mam nadzieję, że te zajścia, których byłeś tutaj świadkiem, nie wzbudziły w tobie 

tęsknoty do sezonu w Londynie.

- Och, przeciwnie, cieszyłem się, że mnie tam nie ma - odparł Toby. - Mam przesyt sezonu. Teraz 

wybiorę się do domu, przynajmniej na trochę, zobaczę, jak się miewa ojciec, no, a potem pewnie 

jednak  zajrzę  do  Londynu.  Na  nowe  pola  i  pastwiska  nowe...  -  Nie  powiedział  jednak  tego  zbyt 

entuzjastycznie.

-  Dość  masz  polowania  na  niewierne  żony  innych  mężczyzn?  -  spytał  Veryan.  -  Czemu  się  nie 

ożenisz i nie ustatkujesz?

- Skończyłem dopiero dwadzieścia pięć lat - odparł Toby. - Jeszcze nie czas się ustatkować. Urwał 

i spojrzał na przyjaciela nieco zakłopotany. - Myślę, że poczekam na Sylwię. Naprawdę polubiłem 

tę pannę.

- Wielkie nieba - jęknął Veryan.

- Ale Sylwia jest bardzo młoda - ciągnął Toby. - Pożyjemy, zobaczymy. Zresztą może mnie nie 

zechcieć.

Sylwia, naturalnie, nic nie wiedziała o tej rozmowie, ale nie była szczęśliwa z powodu szkoły, do 

której będzie musiała wyjechać.

- Wiem, że jestem zła - powiedziała przez łzy do Toby’ego - ale czy od razu trzeba mnie wygnać?

-  Wcale  nie  jesteś  zła  -  odparł  z  przekonaniem.  -  Tylko  niedoświadczona.  I  musisz  wyjechać, 

Sylwio. Dobre wychowanie i umiejętność przestawania z dziewczętami w swoim wieku jest bardzo 

ważna. - Poczuł się tak, jakby miał sto lat, choć miał nadzieję, że Sylwia nie widzi w nim wujka 

dającego dobre rady. - Może potraktujesz to jak zwykłą przygodę. Naturalnie, zatęsknisz do domu, 

background image

159

ale dom  ci nie ucieknie, będziesz  do niego przyjeżdżać na lato. W szkole poznasz  nowych ludzi, 

nawiążesz nowe przyjaźnie. Czy to naprawdę będzie takie przykre?

- Pewnie nie. - Westchnęła. - I mama z Theą też będą blisko. Och, panie Marcham, biedna Thea! 

Czy  ona  naprawdę  musi  wyjechać?  Dlaczego  kuzyn  Veryan  się  z  nią  nie  ożeni?  Przecież  wtedy 

mogłaby tu zostać.

- Sylwio - odezwał się Toby surowo - nie waż się pisnąć o tym ani słowa któremukolwiek z nich.

- Dlaczego nie? - zdziwiła się Sylwia. - Kuzyn Veryan jest taki zły na Theę. Prawie się do niej nie 

odzywa, chociaż przedtem byli w bardzo dobrych stosunkach. On myśli, że ona chce mu zrobić na 

złość, a ją to rani. Czy ktoś nie mógłby im tego wytłumaczyć?

Toby westchnął.

-  Nie  -  odparł.  -  Mówię  poważnie,  Sylwio.  Zrozum,  gdybyś  była  panną  Selwood,  to  czy 

chciałabyś, żeby sir  Veryan  oświadczył  ci  się  z  poczucia  obowiązku?  Dlatego, że  to  byłoby coś, 

czego się od niego oczekuje?

Przez chwilę Sylwia w milczeniu rozważała problem.

-  Nie.  -  Podniosła  głowę.  -  Miałabym  swoją  dumę.  -  Toby uśmiechnął  się.  -  Ale  to  wydaje  się 

bardzo trudne.

- Pozostaje nam nadzieja, że znajdą wyjście z tej sytuacji - rzekł Toby. - A jeśli już musisz o tym z 

kimś rozmawiać, to zawsze możesz ze mną.

Veryan zareagował  na  oświadczenie  Dorothei,  że  wyjeżdża  z  panią  FitzWalter  do  Harrogate, tą 

samą  lodowatą  wściekłością,  jaką  zareagował  na  pojawienie  się  w  domu  Daniela  Watsona.  Ona 

natomiast w ogóle nie zdradzała się z uczuciami, poprzestała na beznamiętnym zakomunikowaniu 

faktu. Veryana uraziło to i zirytowało w najwyższym stopniu.

- Niech ci będzie - powiedział chłodno. - Rób, jak chcesz. - Odwrócił się i od tej pory rzadko się 

do niej odzywał. Jej pomysł uważał za szaleńczy. Jak ona sobie poradzi? - zastanawiał się. Majątek 

Dorothei był zainwestowany w „Marię”, więc z czego zamierzała żyć? Czyżby sądziła, że dwieście 

funtów  rocznie  -  należących  się  pani  FitzWalter  -  wystarczy  na  utrzymanie  ich  obu?  Poza  tym 

Dorothea opuściłaby wszystkich swoich podopiecznych. Co stałoby się z biedną Jenny Tregair? To 

był straszny egoizm.

Od pewnego czasu myślał o kuzynce jak o kimś wyjątkowym. Cieszył się więc, że w porę odkrył 

jej  prawdziwy  charakter.  Niby  podświadomie  wiedział,  że  nawet  nie  postawił  sobie  pytania, 

dlaczego zdecydowała się na taki krok, ale uczucia były od niego silniejsze. Targały nim ból i złość 

jednocześnie,  a  on  umiał  się  przed  tym  obronić  jedynie  całkowitym  wymazaniem  Dorothei  z 

pamięci.

Dopiero  gdy  pojechał  z  wizytą  do  sir  Thomasa  Shebbeare’a,  uzmysłowił  sobie  prawdę.  Chciał 

background image

160

obejrzeć czerwone bydło  rasy dewońskiej, hodowane przez  sąsiada, i dowiedzieć się, ile kosztuje 

jego utrzymanie. Przy okazji zaproszono go na lunch i tam poznał lady Shebbeare.

Lady Shebbeare była ambitną kobietą, która za jedyny cel życia postawiła sobie wydanie za mąż 

trzech  córek.  Znajomości  z  sir  Veryanem  nie  szukała  dotąd  wyłącznie  z  powodu  haniebnej 

obecności byłej  kochanki  sir  Waltera  w  Selwood  Priory.  Z  ulgą  wysłuchała  więc,  jak  sir  Veryan 

opowiada o swych planach wobec FitzWalterów. Wreszcie postępuje tak, jak powinien, pomyślała. 

Potem Veryan wspomniał, że panna Selwood wybiera się do Harrogate razem z panną FitzWalter i 

jej matką.

Oczy lady Shebbeare zapłonęły.

- Biedna panna Selwood - powiedziała. - To będzie dla niej bolesna strata. Ale, naturalnie, nic na 

to  nie  można  poradzić.  Przecież  nie  mogłaby  mieszkać  w  Selwood  Priory  bez  damy  do 

towarzystwa!  Sama  wspominałam  jej  zaraz  po  śmierci  sir  Waltera,  że  będzie  musiała  się 

wyprowadzić,  ale  wtedy  nie  zwróciła  na  to  uwagi.  „Pani  Potter  jest  znakomitą  damą  do 

towarzystwa”, powiedziała mi wtedy. Cieszę się, że mądre rady znajdują posłuch. Panna Selwood 

jest bardzo poczciwa, ale nie należy się spodziewać, by mogła znaleźć męża. Chyba zbliża się już 

do trzydziestki, a poza tym to dziwne zestawienie kolorów włosów i oczu, taki niefortunny kaprys 

natury!  By  nie  wspomnieć  już  o  mieszkaniu  w  tym  walącym  się  domu...  -  Roześmiała  się  i 

poklepała sir Veryana po nieruchomym ramieniu. - Ma pan rację, sir, że ją pan odsyła. - Pochyliła 

się  do  niego  i  konfidencjonalnym  tonem  zakończyła:  -  Między  nami  mówiąc,  sam  może  pan 

osiągnąć  dużo  lepszą  pozycję!  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  figlarnie  i  zwróciła  jego  uwagę  na 

specjały  ze  stołu:  -  Może  trochę  wybornej  szynki  przyrządzonej  przez  naszą  kucharkę,  a  może 

skuszę cię, sąsiedzie, na plasterek pasztetu z gołębi?

Dorothea była na poddaszu. Ostatnimi dniami często szukała tam schronienia. W takim nastroju 

nie mogła znieść obecności Veryana, było to zbyt bolesne. Męczyły ją również entuzjazm Horace’a 

dla 95 Pułku Strzelców i nieustanne wypytywania Sylwii o szkołę.

Ten  okres  wydawał  jej  się  o  niebo  gorszy  niż  miesiące po  śmierci  matki.  Owszem,  była  wtedy 

przygnębiona i bardzo tęskniła za matką, ale życzliwe wsparcie Fanny dodawało jej otuchy, miała 

też  dom,  który  kochała,  a  w  otoczeniu  bliskich  ludzi.  Potem  urodzili  się  Horace  i  Sylwia  i 

stopniowo jej życie odzyskało kolory. Tym razem było inaczej. Miała wrażenie, że znalazła się na 

pustyni, wyschniętej, jałowej, pozbawionej życia, w miejscu gdzie nic nie istnieje i nawet nie może 

zaistnieć.

Siedziała  na  poddaszu,  wiedziała  bowiem,  że  powinna  zacząć  je  porządkować.  Daniel  obiecał 

zająć  się  jej  finansami.  Wcale  się  nie  zdziwiła,  gdy  powiedział,  że  ma  pokaźne  konto  w  banku 

Hoare’a.  Był  gotów  przekazywać  co  miesiąc  na  jej  nazwisko  dowolną  sumę  pod  warunkiem,  że 

background image

161

Dorothea poda mu swój adres w Harrogate. Trzeba było więc tylko podjąć decyzję w tej sprawie.

Musiała  też  postanowić,  co  z  lekami.  Co  ze  środkiem  wzmacniającym  Jenny  i  z  maścią  na 

reumatyzm Tamsin Wright? Może powinna zostawić dla nich recepty? Ale kto by im zrobił te leki?

Wydawało się, że nie ma odpowiedzi na żadne z tych pytań, zresztą Dorothea była zbyt zmęczona, 

by  rzeczowo  pomyśleć.  Żyła  jak  w  otchłani,  trudno  jej  było  nawet  się  poruszać.  Westchnęła  i 

odłożyła łyżeczkę do odmierzania składników, po czym podeszła do okna i zaczęła wpatrywać się 

w morze, chociaż tak naprawdę niczego nie widziała. Nie usłyszała też pukania na dole ani kroków 

na schodach.

Jeszcze ze schodów Veryan dostrzegł jej sylwetkę na tle okna. Nie płakała, ale od czasu do czasu 

po  policzku  spływała  jej  łza.  Nigdy  nie  widział  tak  opuszczonej  Dorothei.  Skrzypienie  desek 

podłogi  zwróciło  jej  uwagę.  Odwróciła  się  i  widząc  kuzyna,  głośno  nabrała  powietrza  i  chciała 

szybko się opanować, znowu nałożyć maskę obojętności, którą nosiła przez cały ostatni tydzień.

Veryan  podszedł  prosto  do  niej,  objął  ją  i  pocałował.  Nie  miał  w  tym  wprawy,  więc  nie  był 

pewien  reakcji  Dorothei.  Po  chwili  uniósł  głowę  i  spojrzał  jej  w  oczy.  Wydawała  się  bardziej 

zdumiona  niż  zła,  a  jego  uchu  chyba  nic  nie  groziło.  Pocałował  ją  więc  znowu,  tym  razem 

odważniej i nagle, ku swej wielkiej uldze i radości, poczuł jej ramiona na szyi.

Zaczął  mówić  jej,  w  przerwach  między  następnymi  pocałunkami,  jaka  jest  niezastąpiona,  jaka 

piękna i jak bardzo ją kocha.

Gdy wreszcie odsunęli się od siebie, powiedział pośpiesznie:

-  Och,  Theo!  Jestem  pewien,  że  nie  robię  tego  jak  należy,  ale  proszę,  powiedz,  czy  nie 

zechciałabyś się zastanowić nad poślubieniem mnie? Nie mogę znieść myśli, że mogłabyś odejść, 

tak bardzo cię kocham.

Dorothea znów go objęła i pocałowała.

-  Tak,  wyjdę  za  ciebie  -  powiedziała.  Łzy  już  jej  wyschły,  a  oczy  lśniły.  -  Nie  wiem,  skąd  ci 

przyszło do głowy, że nie robisz tego jak należy. Moim zdaniem, dajesz sobie radę doskonale.

Veryan smutno się uśmiechnął.

- To musi być triumf natury nad brakiem doświadczenia!

- Kocham cię takiego, jaki jesteś, Veryanie - powiedziała Dorothea. - Wcale nie narzekam.