background image

 

Shannon Waverly 

 

Julia, czyli magiczne światło księżyca 

 

Tłumaczyła Hanna Wójt 

background image

Prolog 

 

Koniec sierpnia 1987.. 

 
W powietrzu czuło się zmiany. 
Julia  Lewis  dostrzegała  ich  zapowiedź  choćby  w  blasku 

gwiazd  rozświetlających  niebo,  w  zapachu  róż  unoszącym  się 
wokół, w brzęczeniu owadów nad wydmami. Najbardziej jednak 
zapowiedź  zmian  widoczna  była  na  twarzach  wszystkich  jej 
przyjaciół  zebranych  przy  ognisku  w  ogrodzie  Cathryn  Hill  na 
uroczystości pożegnania lata. 

Obecna była cała maturalna klasa plus kilku innych kolegów z 

tej  samej  szkoły,  grono  nastolatków  dorastających  razem  w 
oazie spokoju, na niewielkiej wyspie Harmony, która dotąd była 
ich jedynym światem. 

Tylko  nieliczni  mieli  na  niej  pozostać.  Dla  reszty  nadszedł 

czas wyjazdu. Szli na wyższe uczelnie, do szkół pomaturalnych 
albo  po  prostu  do  pracy,  i  Julia  wiedziała,  że  nigdy  już  tu  nie 
wrócą. 

Mimo  że  liczba  mieszkańców  wyspy  w  sezonie  letnim 

dochodziła do dziesięciu tysięcy, na stałe mieszkało tu niewiele 
ponad  sześćset  osób.  Tak  mała  liczba  wykluczała  niektóre 
zawody: trudno, na przykład, było liczyć tu na posadę adwokata 
albo  księgowego,  nie  można  było  zostać  maklerem  ani 
zawodowym sportowcem, modelką czy chirurgiem plastycznym. 
A  już  na  pewno  nie  było  szans  na  karierę  w  zawodzie 
prezenterki radiowej, a to dotyczyło Julii bezpośrednio. 

Wyspa  leżała  na  południowy  wschód  od  Massachusetts  i 

latem  przeżywała  najazdy  zorganizowanych  grup  i  turystów 
indywidualnych. Poza sezonem żyło się tu cicho i spokojnie. 

background image

Julia  powiodła  wzrokiem  po  twarzach  oświetlonych  ciepłym 

blaskiem płomieni: Lauren DeStefano, Amber Loring i Cathryn 
–  jej  trzy  najlepsze  przyjaciółki.  Z  całej  czwórki  jedna  tylko 
Cathryn  miała  ściśle  określone  plany:  zostawała  na  Harmony  i 
wychodziła za mąż za chłopaka, w którym się kochała przez całą 
szkołę. Ustalono już nawet datę ślubu. 

Lauren  zamierzała  wyjechać  na  zawsze.  Jej  rodzice  właśnie 

sprzedali dom i opuścili już wyspę. Lauren  miała  studiować  na 
uniwersytecie,  a  potem,  jak  sama  mówiła,  „robić  duże 
pieniądze”.  Amber  planowała  dwuletnie  studia  w  pomaturalnej 
szkole dla sekretarek, a następnie pracę w jakiejś firmie. 

Julia,  dzięki  rozmaitym  stypendiom  i  finansowej  pomocy 

Charliego  i  Pauline  Slocumów,  którzy  zaopiekowali  się  nią  po 
śmierci  matki,  również  zamierzała  uczyć  się  dalej.  Wkrótce 
udawała  się  do  Bostonu,  żeby  studiować  dziennikarstwo  w 
Emerson College. 

Zawsze  chciała  pracować  w  radio;  przez  ostatnie  dwa  lata 

prowadziła  własny  program  w  lokalnej  stacji,  należącej  do 
miejscowego dziwaka Prestona Fincha. Było to niezwykle cenne 
doświadczenie. 

Pozwoliło jej odnaleźć się i wyjść z depresji po śmierci matki. 

Odkryła  swoje  powołanie  i  wiedziała  już,  co  chce  robić  przez 
resztę życia. 

Mimo to bardzo przeżywała fakt, że musi opuścić Harmony. 

Tutaj  się  urodziła,  wychowała  i  tu  dorastała;  jak  wszyscy  stali 
mieszkańcy  Harmony  kochała  swoją  wyspę.  Musiała  jednak 
wyjechać  w  świat,  żeby  zdobyć  doświadczenie  i  nauczyć  się 
zawodu. 

Pamiętała jeszcze ciężkie warunki panujące w jej rodzinnym 

domu.  Matka  pracowała  od  rana  do  wieczora,  żeby  jakoś 
związać koniec z końcem. Julia nie chciała tak żyć, nie chciała 

background image

również  pozostawać  na  utrzymaniu  męża,  być  zależna  od  jego 
kaprysów  i  widzimisię.  Jej  własny  ojciec  przekazał  jej 
przekonanie,  że  nie  ma  nic  gorszego  niż  tego  rodzaju  sytuacja. 
Już  w  dzieciństwie  postanowiła,  że  kiedy  dorośnie,  będzie 
samodzielna i niezależna. 

Opuszczenie  wyspy  oznaczało  jednak  również  rozstanie  z 

przyjaciółmi.  Już  za  nimi  tęskniła;  wiedziała,  że  przede 
wszystkim  będzie  jej  brakowało  Amber,  która  była  jej 
przyjaciółką od serca. 

Amber spojrzała na nią, zupełnie jakby usłyszała jej myśli. 
– Dlaczego siedzisz taka zamyślona? – spytała. 
 
– Trochę mi smutno, kiedy pomyślę, że pewnie po raz ostatni 

jesteśmy tak wszyscy razem. 

Amber podciągnęła kolana pod brodę. 
–  Nie  martw  się,  niedługo  znowu  się  spotkamy.  Cathryn  już 

nas wszystkich zaprosiła na gwiazdkowe przyjęcie, jak co roku. 

Julia w zadumie pokręciła głową. 
– Lauren na pewno nie przyjedzie, a Barry będzie w wojsku i 

nie wiadomo, gdzie będzie stacjonował. 

Amber również posmutniała. 
– Nie pomyślałam o tym. 
–  A  nawet  jeśli  się  spotkamy,  nie  będziemy  już  tacy  sami. 

Poznamy  innych  ludzi,  będziemy  mieli  nowe  zajęcia,  kłopoty  i 
problemy. Będziemy naprawdę dorośli i samodzielni. 

Amber westchnęła. 
– Dotychczas byłyśmy zawsze razem... 
Julia skinęła głową. 
– Tak, wszystko robiłyśmy razem. 
Amber  zapatrzyła  się  w  ogień;  jasne  włosy  otoczyły  aureolą 

jej piękną, zamyśloną twarz. Przyjaciółki pod każdym względem 

background image

bardzo się różniły, ale mimo to były sobie niezwykle bliskie. 

– My się nigdy nie zmienimy – powiedziała po chwili Amber 

swoim  zwykłym  wesołym  głosem.  –  Ty  i  ja  na  zawsze 
pozostaniemy takie  same. Nawet  kiedy nasze  drogi  się  rozejdą, 
zostaniemy  przyjaciółkami.  Będziemy  do  siebie  dzwonić  i  się 
odwiedzać. Przecież nasze szkoły będą od siebie oddalone tylko 
o czterdzieści mil. 

Uśmiechnęła  się  szelmowsko  i  Julia  odpowiedziała  jej 

uśmiechem. Ogromnie chciała wierzyć, że tak właśnie będzie. 

– Masz rację. 
– Będziemy sobie chodzić do kawiarni i po zakupy – ciągnęła 

rozmarzona  Amber  –  no  i  oczywiście  będziesz  moją  druhną. 
Pamiętasz? Przyrzekłaś mi. 

– A ty będziesz moją, o ile zmienię zdanie i nie zostanę starą 

panną. A jeśli zostanę, będziesz mi pomagała karmić koty. 

Roześmiały  się  i  zaczęły  słuchać  piosenki  śpiewanej  przy 

dźwiękach gitary przez Setha Connora. Po chwili jednak Amber 
wyjęła chusteczkę i wytarła oczy. Julia spojrzała na przyjaciółkę 
ze zdziwieniem. 

– Co ci jest? 
Ludzie na ogół uważali Amber za beztroską ślicznotkę, gdyż 

była bardzo ładna i zawsze się śmiała. Julia jednak wiedziała, że 
jej przyjaciółka wcale nie jest bezmyślna. 

– Dziękuję ci za to, że jesteś – szepnęła Amber. 
Julia poczuła, że coś ją dławi w gardle. 
– To ja ci dziękuję... 
Siedzący  naprzeciwko  nich  po  drugiej  stronie  ogniska  Mike 

Fearing podniósł się z koca. 

– Na mnie już czas; muszę wstać skoro świt. 
Mike,  podobnie  jak  jego  ojciec,  pracował  na  morzu  i 

wypływał  na  łowiska  bardzo  wcześnie.  Ich  kuter  stał 

background image

przycumowany w zatoce. 

– Ja też już pójdę  – odezwała się Lauren. – Jutro odpływam 

pierwszym promem. 

–  Jest  jeszcze  bardzo  wcześnie.  –  Cathryn  próbowała  ich 

zatrzymać. – Posiedźmy jeszcze trochę. 

 
Bezskutecznie. Kilka innych osób podniosło się również. 
–  W  takim  razie  widzimy  się  w  grudniu  –  dodała  Cathryn  z 

rezygnacją w głosie. 

– Tak, jasne... 
– Na pewno... 
– Do zobaczenia. 
W  niektórych  głosach  Julia  wyraźnie  wyczuła  wahanie. 

Przyjaciele  rozstawali  się  i  coś  ostatecznie  się  kończyło.  Nie 
wiedziała,  czy  nazwać  to  dzieciństwem,  czy  młodością,  ale 
jednego była pewna: coś dobiegło końca i odtąd wszystko będzie 
inaczej. 

Jeszcze  raz  powiodła  wzrokiem  po  wszystkich  twarzach,  tak 

jakby chciała raz na zawsze zapamiętać rysy, które widziała po 
raz ostatni. Potem powoli wstała i zaczęła składać koc. 

W powietrzu czuło się zmiany. 
 

 
Jedenaście lat później... 
 
– Kto do mnie dzwoni? 
Julia  uniosła  głowę  znad  konsoli  i  spojrzała  na  młodego 

producenta  stojącego  za  szklaną  szybą.  Przez  słuchawki 
usłyszała odpowiedź: 

background image

– Jakiś gliniarz. Powiedziałem, że jesteś zajęta, ale mówi, że 

poczeka, bo to ważne. Coś ty narozrabiała, Juleczko? 

Sama nie miała pojęcia. 
– Pewnie chodzi mu o ten bank, który obrobiłam w zeszłym 

tygodniu... 

Producent wybuchnął śmiechem. 
– W takim razie lepiej z nim pogadaj. 
Julia włączyła mikrofon. 
–  Słyszeli  państwo  nasz  nowy  przebój  „Nowhere  to  Run”. 

Zostańcie  z  nami  w  ten  gorący  dzień,  dwudziestego  szóstego 
września... 

Mówiąc  to,  nie  spuszczała  wzroku  z  aparatury  wykazującej 

natężenie dźwięku. 

–  Jest  godzina  piąta  pięćdziesiąt  osiem,  a  to  znaczy,  że  za 

dwie minuty korek na Beverly Kane stanie się nie do zniesienia i 
czeka  was  przymusowy  postój  przy  dźwiękach  naszego  radia. 
Zrobimy wszystko, żeby go wam umilić. A teraz ja, Julia Lewis, 
żegnam  się  z  państwem,  do  jutra,  do  godziny  pierwszej.  Do 
zobaczenia, Los Angeles. 

Wyłączyła mikrofon i zdjęła słuchawki. 
–  Jak  zwykle,  byłaś  świetna.  –  Tym  razem  usłyszała  głos 

producenta za pośrednictwem interkomu. 

– Dzięki – odpowiedziała, nie patrząc na niego. 
Lubiła swoją pracę i  wykonywała ją  jak  mogła najlepiej, ale 

świadomość, 

że 

jej 

program 

ma 

wkrótce 

zostać 

„przeprofilowany  w  stronę  jazzu”,  zmniejszył  nieco  jej  zapał. 
Wsunęła stopy w pantofle stojące pod konsolą. 

– Julia! Pamiętaj, że dzwoni ten gliniarz! 
Zupełnie jakby mogła o tym zapomnieć... 
– Przyjmij telefon w studio D, tam będziesz miała spokój. 
Sięgnęła  po  torebkę  i  opuściła  pomieszczenie,  z  którego 

background image

nadawała swój program. 

Niewielkie i zakurzone studio D pełne było półek uginających 

się  pod  ciężarem  starych  taśm.  Zapaliła  światło,  usiadła  za 
stołem i sięgnęła po słuchawkę telefoniczną. 

– Tu Julia Lewis, czym mogę służyć? Przepraszam, że musiał 

pan czekać. 

 
–  Cześć,  maleńka!  Wiesz,  ile  to  czekanie  kosztuje 

pracowitych mieszkańców Harmony? 

–  Charlie!  –  W  jej  głosie  zabrzmiało  zdumienie  i  radość.  – 

Charlie! To naprawdę ty? 

W słuchawce usłyszała śmiech. 
– To naprawdę ja, Buziaczku. 
Otworzyła  usta, ale  nie wydobyła  z  siebie żadnego dźwięku. 

Tak jakby fakt, że nagle za sprawą czarów znalazła się znowu na 
swojej wyspie, zepchnął ją gdzieś w rejony nierzeczywistości. 

–  Charlie!  –  wykrztusiła  wreszcie.  –  O  Boże...  Powiedziano 

mi,  że  dzwoni  jakiś  gliniarz,  a  nie  że  chce  ze  mną  mówić  sam 
komendant! 

– Chciałem ci zrobić niespodziankę. 
– I całkowicie ci się udało! 
Julia  wygodnie  rozparła  się  na  krześle.  Od  dzieciństwa 

uwielbiała  Charliego.  Był  wielki  i  mądry,  a  w  jego  ciepłych 
brązowych oczach dostrzegała zrozumienie już w czasach, kiedy 
razem z żoną, Pauline, przychodził  w odwiedziny do jej matki. 
Najbardziej  lubiła  jego  sposób  mówienia:  Charlie  wymawiał 
słowa tak, jakby każde z nich miało uspokajającą moc. 

„Spokojnie,  nie  przejmuj  się,  jeszcze  się  zobaczy,  wszystko 

będzie dobrze... „ 

Fakt,  że  nigdy  nie  miała  ojca,  pogłębiał  jej  przywiązanie  do 

Charliego  Slocuma  i  idealizował  jego  obraz.  Charlie  był 

background image

szlachetny  i  odważny,  Charlie  walczył  ze  złem  i  pilnował 
porządku.  Jej  uwielbienie  wzrosło  jeszcze  z  chwilą,  kiedy  po 
śmierci matki Slocumowie wzięli ją do siebie. 

 
– Jak dobrze cię słyszeć, Charlie. 
– Ja też się cieszę. 
Ostatnio  rozmawiali  z  sobą  dwa  lata  temu,  tuż  po  śmierci 

Pauline. 

Julia nigdy nie pogodziła się z faktem, że nie mogła być na jej 

pogrzebie.  Bardzo  ją  kochała,  mimo  że  Pauline  nie  grała  w  jej 
życiu  tak  wielkiej  roli  jak  Charlie.  Wiadomość  o  jej  śmierci 
dotarła  do  Julii  z  opóźnieniem;  była  właśnie  w  trakcie 
przeprowadzki z Mobile do Omahy. 

–  Co  u  ciebie?  –  zapytał  Charlie  i  jednocześnie  usłyszała 

stukot lodu w szklance, którą uniósł do ust. 

– Wszystko w porządku, jakoś leci. 
–  Od  razu  tak  sobie  pomyślałem,  kiedy  na  święta  dostałem 

twoją kartkę z Los Angeles. Moja maleńka w Mieście Aniołów! 
Ostatnio pisałaś do mnie z Nebraski. 

– Tak, ale tamta praca przestała mi się podobać. 
Niemal zobaczyła jego myśli: „A która praca podobała ci się 

dłużej niż przez pół roku, maleńka?” 

– A jak ci jest w Los Angeles? 
–  Cudownie  –  odrzekła  z  wymuszonym  entuzjazmem.  –  To 

ogromne miasto, zupełnie nie do ogarnięcia... 

Charlie nie wydawał się zachwycony. 
– A tam, gdzie mieszkasz, jest bezpiecznie? 
Uśmiechnęła się do siebie. 
–  Tak,  i  mam  na  miejscu  korty,  basen  i  salę  gimnastyczną. 

Musisz kiedyś do mnie przyjechać, sam zobaczysz. 

Charlie jakby nie dosłyszał zaproszenia. 

background image

– Masz kogoś? 
Ukryła zniecierpliwienie. 
 
– Nie. 
– To oni tam są ślepi w tym Los Angeles? 
– Charlie, mam mnóstwo przyjaciół, chodzę na randki, tylko 

nie mam nikogo na stałe. 

Zwykle  tak  mu  odpowiadała  i  na  ogół  mówiła  prawdę. 

Dotychczas  poważnie  związana  była  jedynie  z  dwoma 
mężczyznami: z pewnym dentystą z Buffalo imieniem Brian i z 
Davidem,  kolegą  z  radia  w  Mobile.  Obaj  byli  przystojni, 
zamożni i obaj chcieli się z nią żenić. Nikt nie mógł zrozumieć, 
że nie skorzystała z propozycji i po prostu przeprowadziła się do 
innego miasta. 

– A co z tym facetem z Buffalo? – nie ustępował Charlie. 
– Nic, na Boga, przecież to było sześć lat temu... 
– Wybacz staremu człowiekowi, że tak się dopytuje. 
Po prostu chciałbym, żebyś była szczęśliwa. 
– I jestem. 
– Zawsze byłaś strasznie samodzielna – mruknął. 
– I to mi zostało. 
– A jak tam praca? – Zmienił temat na bezpieczniejszy. – Na 

razie jakoś ujdzie? 

– Jest wspaniale. Właśnie to chciałam robić w życiu, dlatego 

wyjechałam z Harmony. 

Charlie  nigdy  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  właściwie 

opuściła  wyspę.  Ale  jak  mogła  tam  zostać?  Przecież  tam  nie 
było dla niej żadnej przyszłości! 

– A teraz powiedz, czemu zawdzięczam twój telefon. 
– Julia też wiedziała, kiedy zmienić temat. 
Usłyszała, że Charlie pociąga ze szklanki. 

background image

– Przepraszam, że dzwonię do ciebie do pracy, ale musiałem. 

Tutaj jest teraz dziewiąta wieczór i jestem wykończony, mam za 
sobą  ciężki  dzień.  Chciałbym  już  się  położyć,  a  nie  chciałem 
zostawiać ci wiadomości na sekretarce. 

– W porządku, słucham. 
– Nie mam dobrych wieści, maleńka. 
Julia zesztywniała. 
– Ale o co chodzi? 
– Ktoś tu u nas umarł. 
– Kto? Preston Finch? 
Tylko  on  przyszedł  jej  do  głowy.  Właściciel  jej  pierwszej 

stacji radiowej musiał mieć teraz grubo ponad siedemdziesiąt lat. 

– Nie! Nasz dzielny Preston niedawno się ożenił. 
– Ożenił się! 
Nie  mogła  w  to  uwierzyć.  Preston  stanowił  przecież  część 

krajobrazu; był niezmienny jak skały, o które rozbijały się fale! 

–  Nabrała  się  na  niego  pewna  turystka,  bardzo  ładna  pani  z 

New Jersey. 

– Nie do wiary, ale skoro to nie Preston... 
Znowu usłyszała stukanie lodu w szklance Charliego. 
– Chodzi o kogoś... z twojej dawnej szkoły. 
Julia znieruchomiała; tego się nie spodziewała. 
– Z mojej szkoły? 
Przecież  to  niemożliwe;  jej  koledzy  są  w  jej  wieku,  mają 

dopiero po dwadzieścia dziewięć lat. 

– O Boże... 
W całej szkole była ich setka, a w jej klasie około dziesięciu 

osób. Wybór jest nieduży... 

 
– Kto? 
–  Strasznie  mi  przykro,  to...  Amber  –  powiedział  bardzo 

background image

zmęczonym głosem. 

Julia  zastygła  ze  wzrokiem  utkwionym  w  półki  z 

zakurzonymi szpulami, które nagle zlały się w jedną szarą masę. 

– Jesteś tam, maleńka? 
Była, ale tak jakby jej nie było. Przecież to wszystko nie ma 

odrobiny sensu. 

– Amber? Amber Loring? 
– Tak, teraz nazywała się Davoll, po mężu. 
– Przecież wiem! Byłam jej druhną! 
Głos Charliego zrobił się bardzo łagodny. 
– Bardzo mi przykro, ale musiałem ci to powiedzieć. 
Jej rodzice mnie prosili, oni i tak już mają dość telefonów do 

załatwienia. 

Julia go nie słuchała. 
– Amber? – Głos jej się łamał. – Amber nie żyje? 
– Tak, kochanie. 
Straszna wiadomość wreszcie do niej dotarła. Poczuła się tak, 

jakby nagła błyskawica rozświetliła zakurzone studio. 

– Nie! To niemożliwe... – -jęknęła. 
–  Znaleziono  ją  dzisiaj  rano,  piętnaście  po  siódmej  naszego 

czasu. 

Serce Julii załomotało. 
Znaleziono ją? To znaczy, że... miała wypadek? 
Wyobraziła sobie piękną twarz Amber pośród potrzaskanego 

szkła. A może czymś się zatruła? Albo miała jakiś atak? 

 
– Jak to się stało? 
Charlie przez chwilę milczał. 
–  Wszystko  wskazuje  na  to,  że...  –  zaczął  z  denerwującą 

powolnością. 

–  Możesz  mówić  wprost.  Nie  widziałyśmy  się  od  lat, 

background image

przyjaźniłyśmy się jako dzieci, ale teraz nasze drogi się rozeszły. 
Nie bój się, nic mi nie będzie. 

– Wszystko wskazuje na to, że sama odebrała sobie życie. 
Mimo dzielącej ich odległości Charlie musiał wyczuć, że jego 

słowa zrobiły na niej wielkie wrażenie. 

– Wiem, kochanie, że to straszne. Była taka młoda... 
Julia poczuła, że ogarnia ją niekontrolowane drżenie. 
Przytrzymała się brzegu stołu. 
– Jak... ona to zrobiła? 
– Zastrzeliła się. 
– Co takiego? 
– Strzeliła sobie w głowę. 
– Czy mówimy o Amber Loring, tej samej dziewczynie, która 

przed  każdym  wyjściem  spędzała  dwie  godziny  przed  lustrem, 
żeby ładnie wyglądać? 

– Kochanie, ja wiem... 
– Nic nie wiesz, Charlie, przecież ona... – Julia zakryła oczy 

dłonią.  –  Co  ja  mówię...  Nie  chciałam  powiedzieć,  że  była 
próżna. Nie, ona po prostu zawsze bardzo dbała o swój wygląd. 

– Rozumiem. 
– Popełniła samobójstwo? Niesamowite... 
– Nikt nie może w to uwierzyć. 
Julia nagle poczuła, że ogarnia ją gniew. 
 
–  Ja  też  nie  mogę  w  to  uwierzyć!  Przecież  to...  absurdalne! 

Miała  przed  sobą  całe  życie.  Była  śliczna,  miała  mnóstwo 
przyjaciół, rodziców, może niezbyt bogatych, ale przecież miała 
w nich oparcie... Była szczęśliwa. 

– To było dawno. 
Julia drgnęła. Charlie ma rację; jej gniew z wolna opadał. 
– Tak, upłynęło dużo czasu, dawno mnie tam nie było. 

background image

Charlie... – szepnęła. 
– Słucham, kochanie. 
– Dlaczego ona się zabiła? 
– Dlaczego? 
– Tak. 
Na  chwilę  zapadła  cisza.  Wiedziała,  że  Charlie  nie  może  jej 

tego tak po prostu wyjaśnić jak dawniej. 

–  Nie  wiem,  Buziaczku.  Kiedy  ktoś  popełnia  samobójstwo, 

nie zawsze wiadomo, dlaczego to robi. 

– Nie zostawiła żadnego listu? 
– Nie. 
– Nic nikomu nie powiedziała? 
– O ile wiem, nie. 
Julia przeczesała ręką włosy. 
– Przecież musi coś być. 
–  Skoro  koniecznie  chcesz  wiedzieć...  –  zaczął  powoli.  – 

Znaleźliśmy w jej apteczce środki antydepresyjne. 

– Amber miała depresję? 
– Na to wygląda. 
Julia wzruszyła ramionami. 
– Niemożliwe. Zawsze była taka radosna, taka... beztroska. 
 
– Ostatnio trochę się zmieniła. 
– Nie rozumiem. 
– Mam na myśli jej rozwód, i w ogóle. 
Pokój wokół Julii zawirował. 
– Amber się rozwiodła? 
–  Prawie.  Ona  i  Bruce  byli  w  trakcie  rozwodu,  za  miesiąc 

miał być koniec. Nie wiedziałaś o tym? 

– Nie. 
– Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałaś? 

background image

– Dość dawno. – W jej głosie zabrzmiało poczucie winy. 
– Jakiś rok temu coś się między nimi popsuło, zresztą Bruce 

nigdy nie był łatwy... 

Julia przełknęła ślinę. Trudno  jej było  pogodzić się  z  myślą, 

że  Amber,  wesoła,  uśmiechnięta  Amber  przeżywała  podobny 
dramat. 

– Wiesz już, kiedy będzie pogrzeb? 
–  Za  trzy  dni,  w  poniedziałek,  a  co?  –  Charlie  na  chwilę 

przerwał, a potem zapytał: – Zamierzasz przyjechać? 

–  Sama  nie  wiem.  Nie  wiem,  czy  będę  się  mogła  zwolnić  z 

pracy. 

Charlie westchnął. 
– Taka podróż musi być strasznie droga. 
Nie odpowiedziała. Czuła, że Charlie czeka. 
– Oczywiście, że przyjadę – oświadczyła. – Przecież nie mogę 

nie przyjechać. 

Po głosie zorientowała się, że Charlie się uśmiecha. 
–  Strasznie  się  cieszę,  Buziaczku.  Tak  dawno  cię  nie 

widziałem. 

 
– Dokładnie siedem lat – uściśliła, uśmiechając się smutno – 

od ślubu Amber. Ja też się cieszę, że cię zobaczę. 

– Kiedy przylecisz? 
– Nie wiem, muszę zarezerwować bilet. 
–  Zadzwoń  do  mnie,  jak  coś  będziesz  wiedziała.  Wyjadę  na 

lotnisko. 

– Nie musisz... 
– A gdzie chcesz mieszkać? 
– Nie mam pojęcia. 
–  Twój  dawny  pokój  zawsze  jest  do  twojej  dyspozycji, 

chociaż  szczerze  mówiąc,  od  śmierci  Pauline  w  domu  jest 

background image

straszny bałagan. 

– Nie szkodzi, zatrzymam się w hotelu. 
– Nie ma mowy. Poczekaj, przecież możesz się zatrzymać w 

domu Prestona! 

– Jak to? 
–  Jego  dom  stoi  pusty,  odkąd  państwo  młodzi  w  czerwcu 

wyjechali  w  podróż  poślubną.  Jeżdżą  po  całym  kraju  z 
przyczepą.  Ostatnio  Preston  dzwonił  do  mnie  z  Montany.  W 
lecie  dom  jest  wynajmowany,  ale  teraz  nikt  tam  nie  zagląda 
oprócz mnie. 

– Przecież nie mogę mieszkać w cudzym domu! 
–  Niby  dlaczego?  Stary  będzie  szczęśliwy,  że  się  u  niego 

zatrzymasz. 

Julia  poddała  się.  Kiedy  Charlie  postanowił  kogoś 

uszczęśliwić, nie było innego wyjścia, jak mu na to pozwolić. 

–  Dobrze,  zamieszkam  w  domu  Prestona  –  rzekła 

zrezygnowana, wznosząc oczy do nieba. 

Swoją  drogą  niepotrzebnie  się  tak  opierała.  Dom  był  stary  i 

przytulny,  a  widok,  jaki  się  z  niego  roztaczał,  należał  do 
najpiękniejszych  na  całej  wyspie.  A  ponadto...  tam  właśnie 
znajdowała  się  lokalna  radiostacja,  ta  sama,  w  której  Julia 
debiutowała jako szesnastolatka. 

– W takim razie zaraz do niego dzwonię. 
– Dzięki, Charlie. 
– Nie ma za co. 
– I dziękuję, że do mnie zadzwoniłeś. 
–  Szkoda  tylko,  że  musiałem  to  zrobić  w  takich 

okolicznościach. 

Twarz Julii poszarzała. 
– Tak, szkoda – szepnęła. 
Odłożyła  słuchawkę  i  spojrzała  na  zegarek.  Przy  odrobinie 

background image

szczęścia  złapie  jeszcze  szefa  w  biurze.  Poprosi  go  o  dwa 
tygodnie  urlopu;  nie  ma  sensu  odbywać  tak  dalekiej  podróży 
tylko po to, żeby na drugi dzień wracać. 

Przez  chwilę  siedziała  jeszcze  bez  ruchu,  jak  skamieniała, 

próbując coś z tego wszystkiego pojąć. Zrozumienie jednak nie 
nadchodziło.  Zamiast  niego  napłynęły  obrazy:  Amber  siedząca 
nad książką w szkolnej ławce, pochylona, odgarnia jasne włosy; 
obie  wędrują  do  szkoły  przez  zaspy  śniegu;  Amber  śmieje  się, 
lekko mrużąc oczy... 

Łzy  popłynęły  jej  po  policzkach.  To  prawda,  ostatnio  ich 

drogi  się  rozeszły,  ale  przecież  łączyło  je  tak  wiele.  Nie 
kończące się rozmowy, wspólne wycieczki, wypożyczane sobie 
stroje,  obcinanie  włosów.  Wszystko  to  składało  się  na  obraz 
wspólnego  życia,  którego  nic  nie  mogło  zastąpić,  a  które  teraz 
odpływało w zamkniętą raz na zawsze przeszłość. 

Amber  odeszła  i  Julia  wiedziała,  że  nic  nie  wypełni  pustki, 

którą po sobie pozostawiła. 

 
Sposób,  w  jaki  Amber  umarła,  zwiększył  ból  po  jej  stracie. 

Dlaczego to zrobiła? Co ją do tego skłoniło? Czy nikt nie mógł 
jej pomóc? Dlaczego nikt nie zauważył sygnałów, że dzieje się 
coś niedobrego? 

Julia  pochyliła  głowę,  czując,  jak  ogarniają  ją  wyrzuty 

sumienia. Ona też mogła pomóc przyjaciółce, mogła częściej do 
niej dzwonić; wtedy wiedziałaby, co się z nią dzieje. Nie zrobiła 
tego i teraz będzie musiała z tym żyć. 

Wytarła nos chusteczką. Nie mogła sobie wyobrazić pogrzebu 

Amber; przecież Amber mogła jeszcze żyć tak długo... 

Sięgnęła po jedną z zakurzonych taśm i puściła ją; zabrzmiały 

dźwięki muzyki. 

Wyprostowała  się.  Widocznie  nie  znała  prawdziwej  Amber, 

background image

słabej  i  bezbronnej,  skłonnej  do  depresji  i  rozpaczy.  A  może 
Amber po prostu zmieniła się w ciągu ostatnich lat; nie widziały 
się tak długo, a trudno przypuszczać, że tam na wyspie wszystko 
trwa w stanie jakiejś dziwnej hibernacji. 

To  dobrze,  że  postanowiła  pojechać  na  Harmony.  Spotka 

dawnych  przyjaciół,  porozmawia  z  ludźmi,  może  nawet  dowie 
się  od  rodziców  Amber  czegoś,  co  choć  w  części  pozwoli  jej 
zrozumieć to, co się stało. 

Muzyka,  którą  machinalnie  puściła,  właśnie  umilkła.  Julia 

odłożyła taśmę na półkę i sięgnęła po następną. 

Pojedzie  na  pogrzeb,  uczci  pamięć  przyjaciółki,  ale  przede 

wszystkim  postara  sieją  zrozumieć.  Pozna  prawdę  albo 
przynajmniej  spróbuje  wprowadzić  pewien  ład  w  chaos,  który 
nagle zapanował w jej świecie. 

Przymknęła  oczy  i  pogrążyła  się  w  napływającej  falami 

muzyce.  To  był  jej  żywioł.  Muzyka  towarzyszyła  jej  zawsze, 
dzięki muzyce mogła przetrwać najgorsze chwile. 

Lekko  poruszyła  ustami,  wymawiając  słowa  słuchanej 

piosenki.  James  Taylor  śpiewał  o  ulewnym  deszczu  i 
słonecznym żarze. Julia poczuła ciepło łez na policzkach. 

Zawsze myślałam, że jeszcze kiedyś się spotkamy, Amber... 
 

background image

 
Kelly Carter przeciągnęła się jak kotka. 
– Jakie masz plany na weekend, Ben? – zapytała, spoglądając 

zalotnie  na  siedzącego  po  drugiej  stronie  stołu  Bena  Granta, 
właściciela  i  wydawcę  „Island Record”,  jedynego  tygodnika  na 
wyspie Harmony. 

Ben zsunął okulary do czytania na czubek nosa i skrzyżował 

ręce na piersi. Redaktor naczelny powinien mieć dobre stosunki 
z  zespołem.  Uważał  jednak,  że  wspólnie  zjedzona  w  redakcji 
pizza całkowicie wystarczy. Zawsze tak robili w piątek wieczór, 
kiedy kończyli pracę. 

Wszyscy już wyszli, została tylko Kelly. 
–  Mam  zamiar  popływać  trochę  kajakiem  –  odpowiedział 

wymijająco. 

– A co robisz wieczorem? 
Kelly była bardzo atrakcyjna i bardzo młoda; Ben miał prawie 

trzydzieści sześć lat i doświadczenie mówiące, że nie wolno się 
wdawać w romanse ze swoimi najlepszymi reporterkami. 

Kelly przejęła prowadzenie. 
–  Mam  pewien  pomysł...  –  ciągnęła,  nie  zrażona  jego 

milczeniem.  –  Zapraszam  cię  do  siebie,  obejrzymy  sobie  jakiś 
film, zjemy coś... Co ty na to? 

– Pomysł nie jest zły. 
Rzeczywiście,  sam  pomysł  był  niezły,  ale  Ben  wiedział,  że 

dalszy ciąg będzie gorszy. Spędzą razem noc, jedną albo dwie, a 
potem zaczną się kwasy i wspólna praca stanie się niemożliwa. 
Do  tego  Ben  nie  chciał  dopuścić.  Nareszcie  miał  swoją  własną 
gazetę,  wszystko  szło  doskonale  i  czuł,  że  jego  marzenie 
wreszcie  się  urzeczywistnia.  Nie  poświęci  tego  dla  przelotnego 

background image

flirtu. 

Wyspa  urzekła  go  od  pierwszej  chwili.  Przyjechał  na 

Harmony  przed  dwoma  laty  z  przyjaciółmi  na  wycieczkę. 
Pracował  wówczas  w  bostońskim  „Globe”.  Rok  temu 
przeprowadził się na wyspę, wprawiając w zdumienie rodzinę i 
przyjaciół,  nie  mogących  pogodzić  się  z  faktem,  że  można  tak, 
bez  wyraźnego  powodu,  porzucić  doskonałą  posadę  i  wielkie 
miasto. 

Miesiące,  które  spędził  na  Harmony,  utwierdziły  go  w 

przekonaniu,  że  podjął  właściwą  decyzję.  Głównym  jej 
powodem  była  oczywiście  gazeta.  Koledzy  z  „Globe”  uważali, 
że  zwariował,  kupując  jakiś  nikomu  nie  znany  tygodnik  w 
zapadłej dziurze. On jednak był szczęśliwy. 

Praca  sprawiała  mu  satysfakcję,  a  życie  na  wyspie,  gdzie 

panował  ład  i  spokój,  jakiego  zawsze  łaknął,  radowało  go  z 
każdym  dniem  bardziej.  Ben  Grant  wiedział,  że  dobre  pismo 
można  robić  wszędzie,  wiedział  również,  że  on  chce  je  robić 
właśnie tutaj. 

– Co ty na to? 
Kelly zmysłowo dotknęła jego ramienia. 
Może to kwestia wieku, ale nie miał ochoty na krótki romans. 

Może  to  rodzinne...  Ben  pochodził  z  rodziny,  w  której  ludzie 
wiązali się z sobą raz na zawsze i dotrzymywali sobie wierności 
do końca życia. 

Kłopot  w  tym,  że  dotychczas  nie  spotkał  nikogo,  z  kim 

chciałby zostać dłużej. Był zmęczony przelotnymi fascynacjami; 
może  przeżył  ich  zbyt  wiele,  a  może  nie  był  zdolny  do 
trwalszego uczucia. 

Kelly czekała na odpowiedź. 
– Przykro mi, ale muszę ci odmówić, Kelly. 
– Dlaczego? 

background image

Postanowił być szczery. 
– Nie można mieszać przyjemności z obowiązkami. 
Uśmiech  na  twarzy  Kelly  zgasł.  Widać  było,  że  jest  jej 

przykro. 

– Tak tylko chciałam... 
– Nic się nie stało, a teraz kończymy i zamykamy interes. 
Kiedy  wyszła,  wstał  i  podszedł  do  okna,  żeby  zaciągnąć 

żaluzje. 

Wtedy  w  zapadającym  zmroku  ujrzał  człowieka,  który 

właśnie  przechodził  przez  jezdnię,  zmierzając  wprost  do 
budynku  redakcji.  Rozpoznał  jednego  z  młodych  policjantów, 
których  w  czasie  sezonu  przysyłano  na  wyspę,  żeby  wzmocnić 
nieco miejscowe siły. 

Otworzył drzwi, nie czekając, aż policjant zapuka. 
 
– Dobry wieczór, czym mogę służyć? 
Młody człowiek był w cywilu. 
–  Przepraszam,  właściwie  myślałem,  że  już  nikogo  nie  ma. 

Ale  potem  zobaczyłem  światło...  –  Miał  zmęczony  wzrok  i 
znużenie  w  głosie.  –  Czy  mógłbym  chwilę  z  panem 
porozmawiać? 

Ben poczuł, jak instynkt podpowiada mu, że ta wizyta może 

okazać się ważna. 

– Oczywiście, proszę wejść. 
Młody  człowiek  wszedł  i  przez  chwilę  w  milczeniu 

przyglądał  się  komputerom,  drukarkom  i  stertom  papieru. 
Redakcja  mieściła  się  na  parterze  stuletniego  budynku  w 
centrum  miasta,  gdzie  dawniej  były  magazyny.  Ben  miał 
mieszkanie tuż obok. 

Wyciągnął rękę do przybysza. 
– Miło mi poznać, jestem Ben Grant. 

background image

– Scott Bowen. 
Podeszli do biurka; Ben schował nie dopitą butelkę szampana. 
– Mieliśmy tutaj taką małą uroczystość – wyjaśnił. 
–  Dziś  właśnie  mija  pierwsza  rocznica  mojego 

dyrektorowania. Zespół redakcyjny postanowił to uczcić. 

Policjant z roztargnieniem pokiwał głową. 
–  Dziwi  mnie,  że  pan  jeszcze  nie  wyjechał  z  wyspy  – 

powiedział Ben, układając papiery w segregatorze. – Myślałem, 
że  wszyscy  młodzi  policjanci  opuścili  już  Harmony;  sezon 
przecież się skończył. 

–  Tak,  większość  moich  kolegów  już  wyjechała,  ale  kilku 

zostaje jeszcze na wrzesień. 

– Rozumiem, we wrześniu są jeszcze turyści. 
 
Poprawił  stojące  na  biurku  zdjęcie  siostrzeńców  i  spojrzał 

pytająco na Scotta. 

– Ja również wyjeżdżam – wyjaśnił. 
– I dokąd się pan udaje? 
Wiedział,  że  większość  młodych  policjantów  odbywających 

praktyki  na  wyspie  traktuje  ten  pobyt  jako  wakacje  i  wstęp  do 
poważniejszej pracy w jakimś innym miejscu. 

– Jadę w okolice Bostonu. Mam służyć w Wellington Police 

Force. 

– Gratuluję, to bardzo dobre miejsce. 
Chłopak  uśmiechnął  się,  ale  widać  było,  że  myślami 

przebywa gdzieś daleko. 

– Dziękuję. 
Ben odczekał chwilę. 
– Słyszał pan o tym samobójstwie? 
Ben skinął głową. 
– Tak, miałem telefon z domu pogrzebowego. 

background image

Zwykle zawiadamiała go o tym policja. 
– Okropne, prawda? Była taka młoda. 
– To było straszne. 
Chłopak powiedział to z takim przejęciem, że Ben spojrzał na 

niego uważnie. 

–  Nie  znałem  jej  –  oznajmił.  –  To  znaczy,  widziałem  kilka 

razy, to wszystko... 

– Byłem pierwszy na miejscu wypadku – przerwał mu Scott. 
– Rozumiem. 
– Miałem służbę  od północy do ósmej rano, dlatego  właśnie 

mnie wezwali. 

– Był pan już kiedyś wzywany do samobójcy? 
 
– Nie, nigdy. Pierwszy raz widziałem coś takiego. 
I  dlatego  przyszedłeś  z  kimś  o  tym  porozmawiać... 

Rozumiem, pomyślał Ben i poczuł się jak stary wyga, do którego 
młodzież przychodzi ze sprawami, z którymi sama nie potrafi się 
uporać.  Było  to  jednocześnie  miłe  i  na  swój  sposób 
przygnębiające. 

–  Właśnie  dlatego  przyszedłem  do  pana,  panie  redaktorze.  – 

Scott  spojrzał  mu  w  oczy  i  Ben  zrozumiał,  że  jego 
przypuszczenie  było  niesłuszne.  –  Jestem  na  tej  wyspie  już  po 
raz  trzeci  i  znam  to  pismo.  Odkąd  pan  je  kupił,  zrobiło  się 
bardzo dobre. Jest pan świetnym fachowcem. 

– Robię, co mogę – bąknął Ben ze zdziwieniem. 
– Robi pan znacznie więcej. Robi pan świetną robotę. 
Pańskie  wstępniaki  są  po  prostu...  –  przez  chwilę  szukał 

właściwego słowa – ... dobre. Ludzie wiele o nich mówią. 

– Dziękuję – powiedział Ben, nie kryjąc zadowolenia. 
– Od razu widać, że pana naprawdę obchodzi to, co się tutaj 

dzieje,  życie  ludzi,  opieka  zdrowotna,  ekologia,  płace.  Pan  się 

background image

nie  boi  mówić  o  tym,  co  ważne,  nawet  jeśli  to  wzbudza 
kontrowersje. 

– Listy od czytelników świadczą, że ludzie tego potrzebują. 
– Właśnie. 
Wiedział,  że  chłopak  nie  przyszedł  tu  po  to,  żeby  mu 

winszować  dobrze  prowadzonego  tygodnika;  postanowił  mu 
pomóc. 

– Co to ma wspólnego z tym dzisiejszym samobójstwem? 
Scott pokręcił, głową. 
–  Bardzo  mi  trudno  o  tym  mówić,  bo  komendant  tutejszego 

posterunku,  Slocum,  to  przyzwoity  facet.  Zawsze  był  dla  mnie 
bardzo dobry, wystawił mi świetną opinię i w ogóle... 

Ben wyprostował się. 
– Chodzi o Charliego Slocuma? 
Scott skinął głową. 
– A dokładnie? 
–  Powiedzmy,  że  mój  szef  mógł  dziś  rano  trochę  bardziej 

przyłożyć się do pracy. 

– Nie rozumiem. 
Scott nerwowo przełknął ślinę. 
– Po pierwsze, nawet nie kazał zrobić sekcji zwłok. 
Wiedział pan o tym? 
–  W  przypadku  samobójstw  chyba  zawsze  przeprowadza  się 

sekcję? 

– Nie wszędzie. Jak widać, tutaj nie. 
Ben zrozumiał, że oto pojawił się „temat”. 
– Proszę mi wszystko dokładnie opowiedzieć. 
Młody  człowiek  jakby  tylko  na  to  czekał.  Opowiedział 

Benowi o sąsiedzie, który podczas porannego joggingu zauważył 
coś niepokojącego i zajrzał przez okno do domu Amber, a potem 
natychmiast  pobiegł  do  jej  rodziców,  mieszkających  kilka 

background image

domów dalej. Zadzwonili na policję i... 

–  I  wtedy  pan  pojawił  się  na  scenie  –  wtrącił  Ben,  żeby 

rozładować  jakoś  sytuację,  ponieważ  głos  młodego  policjanta 
wyraźnie zadrżał. 

– Tak, ja. 
– Co było dalej? 
–  Kiedy  wszedłem,  jej  rodzice  już  tam  byli.  Nie  czekali  na 

policję. 

 
Ben milczał. 
–  To  było  okropne.  Najpierw  musiałem  ich  uspokoić,  potem 

zadzwoniłem  na  posterunek,  żeby  zapytać,  czy  komendant  już 
do nas jedzie. 

– I co? 
– Dyżurny powiedział, że tak. 
– Szybko dojechał? 
– Zabrało mu to jakieś dwadzieścia minut. 
Ben pomyślał, że Slocum nie bardzo się śpieszył, i wyczuł, że 

młody człowiek sądzi tak samo. 

– Co pan w tym czasie robił? 
– Sporządziłem raport, takie tam, wie pan, o której znaleziono 

ciało, jaka była pogoda i tak dalej. 

– Obejrzał pan ciało? 
– Tylko pobieżnie. Rozejrzałem się też po sypialni i łazience. 
Przez chwilę nic nie mówili. 
– W końcu komendant przyjechał, porozmawiał z rodzicami... 

denatki, tak jakoś po przyjacielsku, jak to sąsiedzi, myślę, że to 
dobrze, chociaż... 

– ... za mało oficjalnie? 
– Tak. Potem zapytał, jak ich córka ostatnio się czuła, jak się 

zachowywała, kiedy widzieli ją po raz ostatni, i tak dalej. 

background image

Państwo  Loring  niewiele  mieli  do  powiedzenia.  Córka 

odwiedziła ich poprzedniego wieczoru, ale nic nie zauważyli. 

Powiedzieli,  że  ostatnio  leczyła  się  na  nerwy,  właśnie  tak  to 

określili,  ale  teraz  już  wszystko  było  dobrze.  Znalazłem  w 
łazience jakieś środki uspokajające, w tym Valium. 

Następnie  zrobił  kilka  zdjęć  z  miejsca  tragedii,  a  Slocum 

„pokręcił się” po mieszkaniu i zadał kilka zdawkowych pytań. Z 
tonu Scotta jasno wynikało, że nie ceni sobie zbytnio śledczych 
umiejętności szefa. 

–  Potem  zadzwonił  do  centrali.  –  Głos  młodego  człowieka 

drgnął.  –  Po  prostu  wziął  do  ręki  słuchawkę,  nie  zabezpieczył 
odcisków palców ani innych śladów... Nigdy czegoś takiego nie 
widziałem. 

Benowi przemknęło przez głowę, że doświadczenie Scotta nie 

jest chyba zbyt duże. 

– Zadzwonił po lekarza sądowego, tak? 
– Tak, ale nie słyszałem całej rozmowy, bo posłał mnie po coś 

do  samochodu.  Kiedy  wróciłem,  zapytałem,  kiedy  przyleci 
lekarz.  Odpowiedział,  że  wcale  nie  przyleci,  bo  nie  ma  takiej 
potrzeby, i wcale nie będzie sekcji. 

– Zapytał pan dlaczego? 
– Oczywiście. Powiedział, że rozmawiał z lekarzem sądowym 

przez  telefon  i  doszli  do  wniosku,  że  to  nie  jest  konieczne. 
Słyszy pan? Tak po prostu: to nie jest konieczne. 

Ben zachował spokój. 
– To wszystko? Nie powiedział nic więcej? 
–  Owszem,  bąknął  coś  o  braku  funduszy,  cięciach 

budżetowych,  jednym  słowem  nie  ma  pieniędzy  ani  czasu  na 
takie fanaberie. 

Ben przez chwilę bawił się piórem. 
–  Trochę  go  rozumiem.  To  może  się  wydać  bezduszne,  ale 

background image

brak funduszy nieraz... 

– Wiem, co pan chce powiedzieć, ale przecież jak trzeba coś 

zrobić, to jakieś wyjście musi się znaleźć. Powiedziałem mu to, 
a on odpowiedział, że to dla rodziny był tak potworny szok, że 
jeśli można im czegoś oszczędzić, to przede wszystkim trzeba to 
zrobić. 

 
– Coś w tym jest. 
Młody człowiek energicznie pokręcił głową. 
–  Nie.  To  nie  jest  wytłumaczenie.  Istnieje  pewien  tryb 

postępowania  w  takich  przypadkach  i  należy  to  honorować. 
Oficer  policji  nie  ma  prawa  naginać  rzeczywistości  do  swoich 
potrzeb i opuszczać pewnych etapów śledztwa. 

Ben  był  tego  samego  zdania,  ale  na  razie  zachował  to  dla 

siebie. 

– Kto sporządził akt zgonu? 
– Doktor Winters z tutejszego szpitala. Komendant zadzwonił 

do  niego  zaraz  po  rozmowie  z  lekarzem  sądowym.  Doktor 
Winters  dość  dokładnie  obejrzał  ciało,  ale  przecież  on  nie  jest 
anatomopatologiem.  Wypisał  akt  zgonu,  jako  przyczynę  podał 
samobójczy  strzał  w  głowę,  i  koniec.  Potem  zabrali  ją  do 
kostnicy. 

Ben przetarł dłonią czoło. 
– Nie wiem, czego się pan po mnie spodziewa. 
To  nie  był  materiał  na  reportaż;  brakowało  faktów,  a  samo 

samobójstwo,  ze  względu  na  rodzinę  i  przyjaciół  ofiary,  nie 
mogło stać się tematem publicznej debaty. 

Młody człowiek ledwo dostrzegalnie wzruszył ramionami. 
– Sam nie bardzo wiem. Pana przy tym nie było, a nie napisze 

pan  przecież  artykułu  o  czymś,  czego  pan  nie  widział.  Nawet 
jeśli chodzi o niechlujnie prowadzone śledztwo. 

background image

– A pan sam też nie chce nigdzie tego zgłaszać? 
– Moi zwierzchnicy nie byliby zachwyceni. – Zawahał się. – 

Przepraszam, że przyszedłem zwalić kłopot na pana, ale ja jutro 
stąd  wyjeżdżam,  a  wiem,  że  pan  już  wcześniej  coś  zarzucał 
komendantowi. 

 
–  Jest  pan  pewien,  że  w  tym  przypadku  można  mu  zarzucić 

coś konkretnego? 

Scott skinął głową. 
–  Prawda  wygląda  tak,  że  komendant  Slocum  z  sezonu  na 

sezon  pracuje  coraz  gorzej.  Jestem  tu  po  raz  trzeci  i  widzę 
zmiany na gorsze. On od pewnego czasu pije. 

Nigdy nie pije alkoholu w pracy, ale kiedy przychodzi, czuje 

się od niego whisky na odległość, mimo że żuje gumę miętową, 
żeby  zabić  zapach.  Nie  wiem,  może  jest  już  zmęczony  i 
powinien iść na emeryturę. 

Uniósł głowę i spojrzał Benowi prosto w oczy. 
–  Wiem  tylko,  że  dopóki  Charlie  Slocum  jest  na  wyspie 

komendantem  policji,  wszystko  może  się  zdarzyć,  nawet 
morderstwo. 

Ben poczuł dreszcz podniecenia. 
– O czym pan mówi? Albo o czym pan nie chce mówić? 
Scott zaczął się wycofywać. 
–  Nie  mam  na  myśli  nic  konkretnego.  Po  prostu  zdziwiły 

mnie  jego  czynności  śledcze  i  pomyślałem,  że  ludzie  nie  są  tu 
bezpieczni. 

Oczy Bena zwęziły się. 
– I co jeszcze? 
Scott odwrócił wzrok. 
– Niech pan powie, skoro już pan zaczął. 
Ben wstał zza biurka i obszedł je dokoła. 

background image

–  Sam  nie  wiem,  może  to  rzeczywiście  było  samobójstwo, 

może  pani  Davoll  naprawdę  miała  depresję,  może  nie  mogła 
pogodzić się z myślą o rozwodzie, ale... 

– Ale... ? 
–  Nie  wiem,  mam  takie  przeczucie.  Myślę,  że  kobiety  nie 

strzelają sobie w głowę. Kobiety chyba nie biorą do tego broni. 
Zwłaszcza kiedy mają apteczkę pełną środków nasennych. 

–  Jakich  środków?  Uspokajających?  Przeciwbólowych? 

Antydepresyjnych? 

– Takich zwyczajnych, valium i coś jeszcze. 
– To także bywa skuteczne, prawda? 
– Oczywiście. 
A do tego bardziej estetyczne, pomyślał Ben. 
–  Jak  pan  wie,  kobiety  ostatnio  bardzo  się  zmieniły, 

zwiększyła się również liczba samobójstw dokonywanych przez 
kobiety przy użyciu broni palnej – wyrecytował głośno. 

Scott pokręcił głową. 
– Nie tutaj, nie na Harmony. Tutaj wszystko jest opóźnione o 

jakieś  trzydzieści  lat.  Ponadto  jest  coś  jeszcze.  Na  stoliku  przy 
łóżku zobaczyłem dwa bilety na koncert Stinga. Komendant nie 
zwrócił  na  to  uwagi,  ale  ja  mam  siostrę  w  wieku  tej  kobiety, 
więc  wiem,  że  żadna  się  nie  zabije,  jak  ma  szansę  zobaczyć 
Stinga. 

Ben  o  mało  się  nie  uśmiechnął.  Wszedł  w  cień,  gdzie  nie 

dosięgało  go  światło  lampy,  i  stamtąd  spojrzał  na  młodego 
człowieka. 

– Pan myśli, że ktoś ją zabił? 
Sam nie wierzył, że mógł o to zapytać. Przecież na tej wyspie 

nikt  nikogo  nie  mógł  zabić.  Harmony  jest  oazą  spokoju  i 
bezpieczeństwa. Tutaj nigdy nic się nie dzieje. 

–  Nie,  ale  mam  pewne  wątpliwości.  A  skoro  nie 

background image

przeprowadzono sekcji, te wątpliwości pozostaną na zawsze. 

Ben wysunął się z cienia. 
 
– Pozostaną na zawsze – powtórzył cicho Scott. 
– Będę o tym pamiętał, ale nie mogę przyrzec, że coś się da 

zrobić. Dlaczego pan nie chce oficjalnie zażądać sekcji zwłok? 

– Mam wystąpić przeciwko komendantowi? 
– Tak. 
Widać było, że chłopiec wolałby, żeby ktoś zrobił to za niego. 

Odwrócił oczy. 

– Nie znam wszystkich formalności, nie wiem, jak to się robi 

– rzekł wymijająco. 

–  Ja  też  nie  wiem,  ale  mogę  panu  dać  kilka  telefonów,  pod 

którymi wszystko panu wyjaśnią. 

Scott zawahał się. 
– Dobrze, proszę – powiedział w końcu. 
Ben zajrzał do kartoteki i szybko coś napisał. Scott wziął od 

niego  kartkę  i  schował  ją  do  tylnej  kieszeni  spodni. 
Podziękował,  a  Ben  pomyślał,  że  kartka  zaraz  wyląduje  w 
najbliższym koszu na śmieci. 

Odprowadził  młodego  policjanta  do  drzwi  i  otworzył  je.  W 

gęstej mgle światło latarni ulicznych wydawało się dochodzić z 
jakiegoś  odległego  lądu.  Z  knajpy  na  rogu  usłyszeli  dźwięki 
muzyki. 

–  To  jazz  –  powiedział  Scott.  –  Jak  widać,  wyspa  bardzo 

szybko się zmienia. 

W jego głosie zabrzmiała ironia. 
– Mam nadzieję, że pańska ostatnia noc na Harmony upłynie 

spokojnie – rzekł życzliwie Ben. 

– Oby. – Scott wyciągnął do niego rękę. – Bardzo dziękuję, że 

mnie pan wysłuchał. 

background image

– Od tego jestem. – Ben uśmiechnął się skromnie. 
 
Potem patrzył, jak młody człowiek kieruje się w stronę zatoki 

i  wsiąka  w  mgłę.  Znowu  pomyślał  o  sobie  jako  o 
doświadczonym,  mądrym  człowieku,  jakim  zapewne  jest  w 
oczach tego dwudziestolatka. Doświadczenia mu nie brakowało, 
ale  mądrości?  Mądry  chyba  nie  był,  w  tej  chwili  był  tylko 
zmęczony i smutny. 

Zaatakować Slocuma? Zarzucić mu zaniedbanie obowiązków 

służbowych?  Nic  trudnego.  Charlie  Slocum  należy  do  starej 
gwardii  „wyspiarzy”,  którzy  rządzą  się  własnymi  prawami  i 
patrzą  na  ludzi  z  zewnątrz  jak  na  zło  konieczne.  Ich  zdaniem 
tylko  mieszkańcy  wyspy  z  dziada  pradziada  mają  prawo 
wypowiadać się na jej temat. Tylko oni wiedzą, co jest dobre, a 
co złe. Reszta się nie liczy. 

Sami  najlepiej  damy  sobie  radę,  nikogo  nie  potrzebujemy  – 

tak brzmiało ich motto. Ben nieraz je słyszał. 

Charlie  Slocum  postanowił  nie  ranić  jeszcze  bardziej 

rodziców  Amber  i  Ben  go  rozumiał.  Chciał  im  zaoszczędzić 
cierpienia. 

Ale  kto  pomyśli  o  samej  Amber?  Kto  zastanowi  się  nad 

powodami, które ją pchnęły do straszliwego czynu? Kto wyjaśni 
tajemnicę  jej  śmierci?  I  kto  –  jeśli  to  nie  jest  samobójstwo  – 
zapewni bezpieczeństwo mieszkańcom wyspy? 

Ben spojrzał prosto w opary mgły. – Stało się. Tylko jeszcze 

nie wiem co. 

 

background image

 
Julia  przyleciała  na  wyspę  w  niedzielę,  w  przeddzień 

pogrzebu. Po długiej podróży z Los Angeles czekała w Bostonie 
dwie godziny na połączenie lotnicze z Harmony. Mały samolot 
wystartował  z  Logan  o  piątej  po  południu;  na  miejscu  miał 
wylądować w porze kolacji. 

Czuła  narastający  niepokój.  Nie  lubiła  pogrzebów,  a  ten 

zapowiadał  się  wyjątkowo  ciężko.  Najgorsze  było  to,  że 
podświadomie przez cały czas oczekiwała, że Amber wyjdzie po 
nią  na  lotnisko,  razem  pójdą  na  pogrzeb  i  wzajemnie  będą  się 
wspierać w najtrudniejszych chwilach. 

Potem  nagle  zjawiało  się  przypomnienie,  że  to  ma  być 

pogrzeb Amber, i serce Julii przeszywał ból. 

Skierowała  wzrok  w  stronę  okna,  żeby  choć  przez  chwilę 

oderwać  się  od  posępnych  myśli.  Próbowała  wyobrazić  sobie, 
jak  obecnie  wygląda  stary  dom  Prestona  i  jak  to  będzie,  kiedy 
Charlie wyjedzie po nią na lotnisko. 

 
Ta  ostatnia  myśl  była  najprzyjemniejsza.  Cudownie  będzie 

znowu spotkać Charliego. Odegrał w jej życiu niezwykle ważną 
rolę; po śmierci matki bez niego nie dałaby sobie rady. 

Charlie  interesował  się  jej  szkołą,  pomagał,  gdy  miała 

kłopoty,  cieszył  się  z  jej  osiągnięć,  a  kiedy  miała  ochotę 
wypłakać się na czyimś ramieniu, ramię Charliego zawsze było 
w zasięgu jej łez. 

Komendant  Slocum  cieszył  się  na  wyspie  ogromną 

popularnością,  ale  dla  Julii  był  kimś  zupełnie  wyjątkowym. 
Dawał jej prezenty na Boże Narodzenie, prowadzał do kina i na 
minigolfa,  a  kiedyś  nawet,  razem  z  Pauline,  zabrali  Julię  do 

background image

Disneylandu. 

Jego opieka bywała czasem dokuczliwa. Julii jako nastolatce 

nieraz  doskwierała  jego  zbytnia  dociekliwość;  Charlie,  żeby 
ochronić  ją  przed  kontaktem  z  narkotykami  i  alkoholem, 
ograniczał jej wyjścia, ostro krytykował chłopców, którzy jej się 
podobali, i wychwalał takich, którzy nie byli w stanie wzbudzić 
jej zainteresowania. 

Przede  wszystkim  jednak  zaprowadził  ją  do  studia,  gdzie 

Preston „robił radio”. 

Słowem,  był  dla  niej  ojcem  i  matką  w  jednej  osobie. 

Własnego ojca nie znała, a matka była zbyt zapracowana, żeby 
poświęcać  jej  wiele  czasu.  Kiedy  wieczorem  wracała  z  pracy, 
zasypiała przed telewizorem. 

Charlie wzbudził jej zainteresowanie światem i była mu za to 

wdzięczna.  Ponadto  bardzo  go  szanowała.  Charlie  Slocum 
wykonywał zawód policjanta z samozaparciem i poświęceniem; 
prywatnie  był  doskonałym  mężem,  opiekunem  i  przyjacielem. 
Julia  zawsze  miała  świadomość,  że  obcuje  z  naprawdę 
wartościowym człowiekiem. 

Uśmiechnęła się do wspomnień i wyspy, której zarys wyłonił 

się  właśnie  zza  skrzydła  samolotu.  Harmony  z  każdą  sekundą 
robiła  się  coraz  bardziej  wyraźna;  wkrótce  można  już  było 
dostrzec  zatokę,  świetlne  punkty  na  krańcach  wyspy,  a  nawet 
hotele i restauracje w samym centrum. 

Julia  powstrzymała  oddech;  było  w  tym  widoku  coś 

doskonale  znanego  i  nowego  jednocześnie.  Tak  jakby  obrazy 
zatrzymane  pod  powiekami  zmieniły  się  nagle,  oglądane  pod 
nowym kątem lub w innym oświetleniu. Wzgórza, drogi, pola i 
plamy  lasów,  rozległe  piaszczyste  plaże,  wszystko  to  układało 
się  pod  jej  wzrokiem  w  kolorową  pocztówkę,  na  której 
rozróżniała  poszczególne  punkty  swojego  życia,  a  wśród  nich 

background image

ten  najważniejszy:  maszt  lokalnej  radiostacji.  Tak,  maszt 
prężący się  przed siedzibą Prestona  Fincha był najważniejszym 
punktem  odniesienia;  od  niego  wszystko  się  zaczęło  i  w  nim 
wszystko  się  skupiało.  Był  jak  latarnia  morska  wskazująca 
podróżnikowi drogę do domu. 

Przez chwilę miała wrażenie, że naprawdę do niego wraca, i 

ogarnęło  ją  radosne  podniecenie.  Nie  spodziewała  się  tego. 
Przecież nie ma domu i donikąd nie wraca. Przyjechała tylko na 
dwa  tygodnie;  nie  ma  tu  żadnej  rodziny  i  z  nikim  nic  jej  nie 
łączy.  Ma  tylko  Charliego,  ale Charlie  to  przyjaciel,  nie  należy 
do rodziny. 

Nie była nawet pewna, czy ma jeszcze na wyspie pozostałych 

przyjaciół. Oczywiście Cathryn jeszcze tu mieszka, jest również 
Mike  Fearing,  ale  ostatnio  kontakty  z  nimi  ograniczały  się  do 
kartek bożonarodzeniowych. 

 
W  niczym  nie  zmienia  to  faktu,  że  w  oczach  miała  łzy,  a 

gardło dziwnie ściśnięte. Człowiek może spędzić wiele lat z dala 
od  swego  miejsca  urodzenia,  ale  kiedy  do  niego  przyjeżdża,  to 
jednak zawsze się czuje, jakby wracał do domu. Zrozumiała, że 
oto  miał  miejsce  obrót  o  trzysta  sześćdziesiąt  stopni  i  znalazła 
się  w  punkcie  wyjścia.  Geometria  serca,  pomyślała,  absurdalna 
matematyka uczuć... 

Niewielki  samolot  wykonał  skręt  i  podszedł  do  lądowania. 

Julia  poczuła,  jak  koła  lekko  uderzają  o  pas  startowy.  Była  w 
domu. 

 
 
Ben  zaparkował  samochód  na  parkingu  przed  lotniskiem  i 

wysiadł.  Dobiegł  go  warkot  lądujących  i  startujących 
samolotów.  W  niedzielne  popołudnie  niewielkie  lotnisko  na 

background image

Harmony  roiło  się  od  turystycznych  maszyn,  wyrzucających  z 
siebie  kolorowe  korowody  gości.  Na  chwilę  pozazdrościł  im 
beztroski. 

Od  wizyty  Scotta  Bowena  dręczyła  go  myśl  o  komendancie 

Slocumie i nieudolności, z jaką prowadził sprawę Amber Davoll. 
Ta  wyspa  i  ci  ludzie  zasłużyli  na  kogoś  lepszego.  Najpierw 
zamierzał  natychmiast  napisać  o  tym  artykuł,  ale  po  namyśle 
postanowił  czekać.  Doświadczenie  podpowiedziało  mu,  że  nie 
można  tak  od  razu,  bez  zastrzeżeń  dawać  wiary  relacjom 
młodego  niedoświadczonego  policjanta.  Najpierw  trzeba 
wszystko sprawdzić. 

Właśnie temu poświęcił całe sobotnie przedpołudnie. Relacje 

Scotta  okazały  się  wiarygodne  i  Ben  sam  nie  wiedział,  czy  ma 
się  z  tego  cieszyć,  czy  nie.  Pozostał  problem  elementarnej 
przyzwoitości wobec uczuć rodziny ofiary. 

Po  południu,  przy  pomocy  dawnych  znajomości  z  „Globe”, 

zasięgnął  języka  w  sprawie  cięć  budżetowych  i  ograniczeń 
finansowych, jakie w ostatnich czasach dotknęły policję. 

Potem próbował telefonicznie porozumieć się z komendantem 

Slocumem,  ale  zrezygnował.  Najlepiej  będzie  porozmawiać  z 
nim  w  cztery  oczy.  Noc  spędził,  chodząc  od  baru  do  baru;  na 
wyspie były trzy nocne lokale; jeden z nich należał do Bruce’a 
Davolla, męża Amber. 

W  niedzielę  rano  obudził  się  z  mocnym  postanowieniem 

rozmówienia  się  z  Charliem  Slocumem.  Musi  usłyszeć  jego 
wersję  wydarzeń;  to  kwestia  odpowiedzialności  i  uczciwości 
dziennikarskiej.  Miał  nadzieję,  że  swoim  zainteresowaniem 
sprawą  pośrednio  skłoni  Slocuma  do  przeprowadzenia  sekcji 
zwłok i ostatecznego wyjaśnienia przyczyn śmierci Amber. 

Ubrał się, zjadł śniadanie i wystukał domowy numer telefonu 

komendanta. Odpowiedziała mu automatyczna sekretarka. 

background image

Zatelefonował  na  posterunek  policji,  gdzie  mu  powiedziano, 

że komendant ma wolny dzień. Zapytał, gdzie może go złapać, i 
ku  swemu  zdziwieniu  otrzymał  wyjątkowo  precyzyjne 
informacje: Charlie Slocum miał zrobić zakupy, iść do fryzjera, 
a potem, o piątej, wyjechać po kogoś na lotnisko. 

Dochodziło  wpół  do  szóstej,  kiedy  Ben  otworzył  szklane 

drzwi prowadzące do niewielkiej sali przylotów. Charlie siedział 
przy barze nad kubkiem kawy. 

– Komendant Slocum, prawda? 
Charlie Slocum podniósł głowę i spojrzał na Bena, wyraźnie 

niezadowolony. 

 
– Czy mogę się na chwilę przysiąść? 
– Jak pan widzi, miejsce jest wolne. 
Ben  udał,  że  nie  słyszy  sarkazmu  w  jego  głosie.  Usiadł  i 

zamówił kawę. 

– Doskonałą dziś mamy pogodę – zaczął. 
– Czego chcesz, Grant? – warknął Charlie. 
– Pogadać. 
– Czekam tu na kogoś. Samolot ląduje za pięć minut. 
– To mi wystarczy. Poza tym, czartery zwykle się spóźniają. 
– W takim razie mów szybko, o co chodzi. 
Kelnerka postawiła przed Benem kubek z kawą. Poczekał, aż 

odejdzie. 

– Chodzi o śmierć Amber Davoll. 
Charlie  odłożył  łyżeczkę.  Jego  czerwona  twarz  zrobiła  się 

purpurowa. 

–  Radzę  ci  nie  pisać  o  tym  ani  słowa  –  syknął.  –  Ci  biedni 

ludzie i tak już dość cierpią. 

– Nie zamierzam o tym pisać. – Ben posłodził sobie kawę. – 

Jednak pewne aspekty tej sprawy mnie interesują i chciałbym ci 

background image

zadać kilka pytań. 

–  Nie  ma  w  tym  nic  ciekawego;  to  po  prostu  rodzinna 

tragedia. Nie ma się czym ekscytować. 

– Masz rację, ale podobny wypadek daje mieszkańcom wgląd 

w pracę policji. Dowiadują się, czego mogą oczekiwać od ludzi, 
którym płacą za zapewnienie sobie bezpieczeństwa. 

Charlie z wolna zwrócił ku niemu nalaną twarz. 
– O czym ty, do cholery, mówisz? 
– Słyszałem, że ma nie być sekcji, to prawda? 
 
Charlie nadal patrzył na niego złym wzrokiem. 
– Tak, z powodu ograniczeń finansowych – wycedził. 
Wypił łyk kawy. – Skąd wiesz? – zapytał po chwili. 
– W knajpie tak mówią – odparł nonszalancko Ben, żeby nie 

narażać  swojego  informatora.  –  Jak  wiesz,  plotki  szybko  się 
rozchodzą. 

– I co z tego? 
– Szczerze mówiąc, bardzo mnie to zaskoczyło. Myślałem, że 

w  przypadku  samobójstwa  zawsze  rutynowo  przeprowadza  się 
sekcję.  Nie  było  żadnych  finansowych  przeszkód,  żeby  to 
zrobić.  Dowiedziałem  się,  że  ostatnio  nawet  dofinansowano 
policję,  żeby  mogła  częściej  korzystać  u  usług  lekarzy 
sądowych. 

Charlie  spojrzał  na  zegarek.  Pierwsi  pasażerowie  właśnie 

zaczęli wchodzić do sali. 

– Co z tego? – powtórzył. 
– Przeprowadzenie sekcji w przypadku tego samobójstwa jest 

możliwe, trzeba tylko zasugerować, że są pewne wątpliwości... 

– Ja nie mam żadnych – przerwał mu Charlie. 
–  Kobiety  w  celach  samobójczych  nie  posługują  się  bronią, 

używają zwykle środków farmakologicznych, zwłaszcza jeśli je 

background image

mają pod ręką. Czy to nie wzbudziło twoich podejrzeń? 

Charlie  nie  odpowiedział.  Gruba  żyła  na  jego  skroni  zaczęła 

pulsować. 

– Ponadto jest świadectwo rodziny i przyjaciół. 
Ludzie  mi  mówili,  że  Amber  wcale  nie  była  w  depresji, 

przeciwnie, ostatnio świetnie się czuła – oznajmił Ben i urwał. 

 
Charlie rzucił kilka monet na kontuar. 
– Nie podoba mi się to, co mówisz, Grant. 
–  Powiem  wprost:  myślę,  że  powinieneś  zażądać 

przeprowadzenia  sekcji  zwłok.  To  twój  obowiązek  jako 
policjanta. 

– I dodatkowe cierpienia dla jej rodziny. 
Ben wypił łyk kawy i odstawił kubek z powrotem. 
–  Charlie,  proszę,  żebyś  mi  wyjaśnił,  na  jakiej  podstawie 

masz tak niewzruszoną pewność, że to było samobójstwo. 

Komendant  nie  odpowiedział;  wstał  i  wyprostował  się.  Ben 

wstał również. 

–  Czy  wziąłeś  odciski  palców?  Czy  dokładnie  przeszukałeś 

cały dom? Czy dopilnowałeś doktora Wintersa? 

Czy przesłałeś próbki do laboratorium? 
Charlie odwrócił się, żeby odejść. 
– Czy zapytałeś jej męża, Bruce’a Davolla, co robił w nocy, 

kiedy umarła? 

Charlie wzruszył ramionami. 
– O co tobie, do cholery, chodzi? 
– Chcę jedynie usłyszeć twoją wersję tej historii. 
–  Nieprawda.  Chcesz  wyciągnąć  ode  mnie  informacje, 

upitrasić z tego krwawą historyjkę i zamieścić ją w tym swoim 
szmatławcu,  żeby  zrobić  więcej  kasy,  a  przy  okazji  wyjść  na 
rycerza bez skazy. 

background image

– Szkoda, że tak myślisz. Dla mnie najważniejsza jest prawda. 
– Akurat. 
W  tej  samej  chwili  Ben  poczuł  nagle,  że  nie  są  sami  i  że 

czyjeś  baczne  spojrzenie  towarzyszy  ich  gwałtownej  wymianie 
zdań. Obejrzał się i zrozumiał, że miał słuszność. Kilka kroków 
dalej ktoś stał. Ten ktoś patrzył na niego z wyraźną dezaprobatą i 
złością. 

Charlie  Slocum,  zaskoczony  i  zmieszany,  szybkim  krokiem 

podszedł  do  młodej  kobiety.  Jego  twarz  natychmiast  się 
zmieniła. 

– Witaj, Buziaczku! – wykrzyknął z rozjaśnionym wzrokiem i 

wziął kobietę w ramiona. 

Ona  mocno  go  uścisnęła,  nie  spuszczając  gniewnego 

spojrzenia z Bena. 

Ten zaś nie krył zdziwienia. Dyżurna policjantka powiedziała 

mu,  że  Charlie  pojechał  po  kogoś  na  lotnisko,  ale  nie 
przypuszczał,  że  ten  ktoś...  może  tak  właśnie  wyglądać.  Młoda 
kobieta mogła być córką Charliego, ale Ben wiedział, że Charlie 
nie ma córki. 

Była  bardzo  wytworna.  Z  kieszeni  jej  podróżnej  torby 

wystawał  tomik  poezji  Pabla  Nerudy.  Kimkolwiek  była,  robiła 
wrażenie istoty jakby nie z tego świata. 

Zamiast  dżinsów  i  luźnej  koszuli,  noszonych  przez  turystki 

odwiedzające  wyspę,  miała  na  sobie  cienki  żakiet  koloru 
płynnego miodu, o ton ciemniejsze spodnie z cienkiego płótna i 
beżową  jedwabną  bluzkę.  Wyglądała,  jakby  właśnie  wyszła  z 
gabinetu jakiegoś wielkiego biura. 

Miała też cudownie  piękne  włosy. Długie, ciemne, związane 

aksamitną  wstążką;  przypominała  gwiazdę  kina  z  lat 
czterdziestych.  Jej  piękne  ciemne  oczy  spochmurniały  i  Ben 
zrozumiał,  że  jeszcze  w  nikim  nigdy  nie  wzbudził  takiej 

background image

niechęci. 

Ku  swojemu  ogromnemu  zdumieniu  uśmiechnął  się  do 

nieznajomej. 

 
Ale  ten  facet  jest  bezczelny!  –  pomyślała  Julia.  Jak  śmie  się 

tak  niewinnie  uśmiechać,  skoro  wie,  że  słyszała,  jak  przed 
chwilą  dręczył  Charliego!  Nie  wiedziała,  o  czym  ze  sobą 
rozmawiali, ale przypuszczała, że chodzi o „wywiad”; o to, co te 
hieny  z  brukowców  nazywają  w  podobnych  przypadkach 
„wywiadem”! 

Kim on jest! I za kogo się uważa! 
Charlie wypuścił młodą kobietę z objęć i obejrzał ją od stóp 

do głów. 

– Pięknie wyglądasz! – oświadczył z dumą. 
Julia opanowała się, zrozumiawszy, że Charlie zamierza udać, 

że  nic  się  nie  stało.  Skoro  on  zachowuje  się  jakby  nigdy  nic  – 
ona musi uczynić to samo. Przeniosła wzrok z nieznajomego na 
Charliego Slocuma. 

Na widok jego twarzy ścisnęło jej się serce. Charlie bardzo się 

zmienił.  Przed  siedmioma  laty miał  we  włosach  zaledwie  kilka 
srebrnych nitek. Teraz był kompletnie siwy, jakby przyprószony 
srebrnopopielatym  pyłem.  Twarz  miał  czerwoną  i  spuchniętą; 
pod oczami sinawe wory. 

Nic dziwnego, pomyślała, patrząc na niego ze współczuciem; 

przecież on ma prawie sześćdziesiąt lat... Niepotrzebnie tylko tak 
strasznie  utył.  Musiał  przybrać  co  najmniej  dwadzieścia 
kilogramów. 

Ale  jak  zawsze  jest  kochany.  Po  prostu  wygląda  trochę 

inaczej niż przedtem. 

– Cześć, Charlie – powiedziała i pocałowała go w policzek. – 

Mam nadzieję, że nie czekałeś zbyt długo. 

background image

– Nie. Dopiero przyszedłem. Jaką miałaś podróż? 
– Nużącą, ale wszystko w porządku. 
– Musisz być zmęczona. 
 
–  Nie  bardzo,  ale  te  trzy  godziny  różnicy  czasu  to  zawsze 

szok. Człowiek dziwnie się czuje. 

Charlie rozejrzał się. 
– Nie masz innego bagażu? 
– Mam jeszcze dwie torby. 
Spojrzała na stojący nieco dalej wózek i jej wzrok znowu padł 

na nieznajomego. Stał bez ruchu i patrzył na nich uważnie, jakby 
koniecznie chciał im zepsuć powitanie. Nie wiedziała, dlaczego 
jego obecność tak bardzo ją denerwuje. 

Charlie  również  na  niego  spojrzał  i  sięgnął  po  bagaże  – 

powoli, jakby się wahał, czy ma nieznajomego przedstawić Julii. 

–  Dzień  dobry,  nazywam  się  Ben  Grant  –  usłyszała  i 

zobaczyła, że mężczyzna podchodzi do niej z wyciągniętą ręką. 

Nie  podała  mu  własnej;  mruknęła  tylko  swoje  imię  i 

nazwisko. Zawsze, kiedy była dla kogoś niegrzeczna, nawet gdy 
ten ktoś na to zasłużył, długo ją to potem dręczyło. 

Ben Grant włożył rękę do kieszeni. 
– Julia... – powtórzył, jakby smakował jej imię. 
Kim on jest? 
Wysoki,  ciemnowłosy,  jakieś  trzydzieści  kilka  lat,  płócienne 

spodnie,  błękitna  koszula,  niedbale  zawiązany  czarny  krawat. 
Inteligentny, wzbudzający zaufanie wzrok. 

Wszystko  pozory.  Patrząc  mu  prosto  w  oczy,  poczuła,  że 

nigdy  jeszcze  nie  widziała  podobnie  przenikliwego  spojrzenia. 
Ciemnoniebieskie oczy wycelowane były na nią z siłą obiektywu 
kamery  telewizyjnej,  śledzącej  każdy  ruch  i  wysysającej 
najtajniejszy sens. 

background image

 
Nie pochodził stąd. Gdyby kiedykolwiek mieszkał na wyspie, 

pamiętałaby go. Zresztą w niczym nie przypominał „wyspiarzy”. 
To był człowiek z wielkiego miasta. 

Co ktoś taki robi na Harmony? 
Charlie uznał, że nie może dłużej zwlekać. 
– Ben jest nowym naczelnym „Island Record”. 
Julia zmarszczyła czoło. 
– Tego miejscowego tygodnika? 
– Tak – odparł Ben Grant. 
Wszystko zaczynało się wyjaśniać. 
– Czy przeszkodziłam panom w wywiadzie? 
Charlie ujął ją pod ramię. 
– Nie, w niczym mi nie przeszkodziłaś, kochanie. Zresztą Ben 

już skończył. Prawda? 

Słowo potwierdzenia nie padło. Charlie lekko pociągnął Julię 

w stronę wyjścia. 

–  Miło  mi  było  poznać  –  usłyszała  jeszcze  i  było  w  tym 

krótkim zdaniu coś dziwnego, lecz co – nad tym nie miała czasu 
się zastanowić. 

 
 
– O co tam chodziło? – zapytała, kiedy zostali sami. 
Charlie odchrząknął i lekceważąco machnął ręką. 
–  Powiedz  –  nie  ustępowała.  –  Kiedy  do  was  podeszłam, 

kłóciliście się, widziałam wyraźnie. 

Poczuła,  że  role  się  zmieniły  i  że  teraz  ona  jest  gotowa 

opiekować się Charliem i chronić go. 

– O co on cię wypytywał? To ma związek ze śmiercią Amber, 

prawda? 

Charlie spojrzał na nią i zaraz odwrócił wzrok. 

background image

– Takie tam drobiazgi. Pytał, jak przebiega śledztwo. 
 
– Co go to obchodzi?! 
Charlie ujął ją za ramię. 
–  Kochanie,  zrób  coś  dla  mnie,  dobrze?  Nie  zajmuj  się  w 

czasie  swojego  pobytu  w  domu  takimi  głupstwami  jak  ta  jego 
gazeta i jego bezpodstawne podejrzenia. 

– Jakie podejrzenia? 
– Nawet nie warto o tym mówić. 
– Owszem, warto. Czego on chce? Co ci zarzuca? 
Złapała  jedną  z toreb,  Charlie  wziął  drugą,  i  poszli  w  stronę 

wyjścia. 

– Uważa, że nie dopilnowałem pewnych formalności. 
Myśli,  że  powinienem  kazać  zrobić  sekcję  zwłok.  –  Charlie 

spuścił głowę. – On tego nie widział, nie było go tam. 

Nie widział, jak jej rodzice strasznie cierpią. Przecież on ich 

nawet nie zna. 

Otworzył  szklane  drzwi  i  Julia  poczuła  ciepłe,  wrześniowe 

powietrze Harmony. 

–  Zrobiłem,  co  mogłem,  żeby  jak  najszybciej  zakończyć 

sprawę i  oszczędzić  im przykrości. Po trzydziestu  pięciu  latach 
służby  nie  potrzebuję,  żeby  jakiś  mądrala,  co  przyjechał  nie 
wiadomo skąd, mówił mi, co mam robić. 

Podeszli  do  samochodu;  Julia  z  przykrością  spostrzegła,  że 

Charlie wkłada torby do bagażnika z dużym wysiłkiem. 

Odczekała, aż wsiądą, i dopiero wtedy się odezwała: 
–  Chyba  nie  myślisz,  że  on  chce  o  tym  coś  napisać?  To 

byłoby straszne, gdyby wysmażył jakiś artykuł. 

Charlie wzruszył ramionami. 
– Nie mam pojęcia. 
– Dlaczego on to robi? 

background image

 
Zapięła pasy. Wyjechali z parkingu i skierowali się na szosę. 
– Wiesz, jacy oni  są, ci dzisiejsi  dziennikarze  – skrzywił  się 

Charlie.  –  Każdemu  z  nich  się  wydaje,  że  jest  supermanem,  od 
którego  zależą  losy  świata.  Nic  dziwnego!  W  kinie  stale 
pokazują  jakiegoś  takiego  bohatera,  dlatego  poprzewracało  im 
się w głowach. 

– Znam takich. 
Pracowała  z  takimi  typami  w  stacjach  radiowych  i 

telewizyjnych  i  musiała  przyznać,  że  zawsze  uważała  ich 
towarzystwo za trudne do zniesienia. 

– To śmieszne, zwłaszcza tutaj, na Harmony – powiedziała. – 

A do tego w przypadku czegoś takiego jak lokalna gazeta. 

– Dlatego uważam, że nie ma sobie czym zawracać głowy. – 

Charlie skrzywił się lekceważąco. – Mówiłem ci. 

– Co się stało z dawną właścicielką pisma? 
–  Agnes?  W  końcu  poszła  na  emeryturę.  Nigdy  nie 

rozumiałem, dlaczego sprzedała pismo komuś obcemu. 

Julia  otworzyła  okno  i  wystawiła  twarz  na  świeży  powiew 

wiatru. 

– A skąd on jest? 
–  Chyba  z  Bostonu.  Nie  mam  pojęcia,  po  co  tu  przyjechał; 

zawraca tylko głowę. 

– Ożenił się z kimś z wyspy? 
– Nie, wcale nie ma żony. 
Nie wiedziała, dlaczego, ale tego właśnie się spodziewała. 
– Od dawna tu jest? 
Pokręcił głową, wyraźnie zirytowany. 
 
–  Nie  widziałem  cię  siedem  lat  –  rzekł  z  przekąsem  –  i 

zupełnie nie rozumiem, dlaczego marnujemy czas na rozmowę o 

background image

tym facecie. 

Julia przymknęła oczy, rozkoszując się zapachem Harmony. 
– Nie mam najmniejszego pojęcia... 
 
 
Dom  Prestona  Fincha  znajdował  się  na  wzgórzu  w  najmniej 

zaludnionej, południowej, części wyspy. Julia zawsze go lubiła. 
Jako  najwyższy  punkt  na  Harmony,  Pegoty  Hill  doskonale 
nadawał się na miejsce dla radiowego nadajnika. 

Charlie  wjechał  na  podjazd  przed  domem  i  Julia  z 

rozczuleniem  spojrzała  na  stojący  przed  nim  maszt. 
Wspomnienia, jakie ją nawiedziły, należały do bardzo ważnych. 
Charlie  przyprowadził  ją  tu  przed  laty,  jako  szesnastoletnią 
dziewczynę, by spróbowała swoich sił w radiu Prestona. Do dziś 
pamiętała swój strach i zdenerwowanie. 

Preston  był  dziwakiem,  co  na  wyspie  nie  było  taką  znowu 

osobliwością.  Wyspa  pełna  była  dziwaków,  lecz  Preston  Finch 
należał  do  dziwaków  niezwykle  przedsiębiorczych.  W  latach 
sześćdziesiątych  wybudował  studio  i  założył  prywatną  stację 
radiową. Prowadził ją przez całe lata po prostu dla przyjemności, 
nie czerpiąc z tego żadnych zysków. 

Zasięg  stacji  pokrywał  się  z  powierzchnią  wyspy  i  to 

całkowicie mu wystarczało. Rozpoczynał nadawanie po kolacji i 
przez cały wieczór puszczał swoje ulubione utwory muzyczne. 

Kiedy umarła matka Julii, Charlie doszedł do wniosku, 
że  dziewczynka  powinna  zająć  się  czymś,  co  pozwoli  jej 

przezwyciężyć  stres.  Nie  wiedział,  że  wprowadzając  Julię  do 
studia  Prestona,  wprowadza  ją  na  drogę  jej  życia,  pomaga 
przeznaczeniu i uświadamia cel istnienia. 

Julia z przyjemnością  spostrzegła, że posiadłość zupełnie się 

nie zmieniła. Z samolotu widziała mnóstwo nowych budowli, ale 

background image

zmiany  na  szczęście  nie  dosięgły  wzgórza,  na  którym 
znajdowała  się  radiostacja.  Ziemia  należąca  do  Prestona  w 
dalszym ciągu leżała odłogiem. 

Charlie  zahamował  przed  głównym  wejściem  i  wyłączył 

silnik. 

– Jesteś pewien, że pan Finch nie będzie miał nic przeciwko 

temu, że tu zamieszkam? – zapytała z niepokojem. 

– Absolutnie. Powiedział, że zadzwoni do ciebie wieczorem i 

sam ci to powie. Możesz być spokojna, ręczę za wszystko. 

Julia  otworzyła  drzwiczki  samochodu  i  wysiadła.  Słony 

powiew dochodził aż tutaj, mieszając się z zapachem laurowych 
drzew.  Zachodzące  słońce  oświetlało  złocistym  blaskiem 
wzgórze. 

Wyjęła podróżną torbę i spojrzała na wznoszące się przed nią 

domostwo.  Dwa  skrzydła  budynku  oddzielone  były  od  siebie 
potężnym  frontonem.  Symetrię  zakłócało  studio  dobudowane 
przez właściciela w dziesięć lat po skończeniu całości. Z domem 
łączył je wąski oszklony pawilon. 

Nawet z daleka studio wydawało się opuszczone i zaniedbane. 

To po prostu brudne okna, pocieszyła się w myślach, nic więcej. 
Całość robiła wrażenie letniego domostwa, opuszczonego przez 
właścicieli pod koniec wakacyjnego sezonu. 

Charlie  wyjął  klucz  i  otworzył  drzwi  wiodące  do  pawilonu. 

Mieszkańcy  wyspy  tylko  w  wyjątkowych  okazjach  używali 
frontowego wejścia. 

– Nie wejdziesz? 
– Tak, oczywiście. 
Julia  oderwała  wzrok  od  studia  i  szybko  podążyła  za 

Charliem. 

Dom  Prestona  pozostał  w  stanie  nietkniętym  od  końca  lat 

sześćdziesiątych. Podłoga  pokryta była brązowawą wykładziną, 

background image

ciężkie  drewniane  meble  z  rzeźbionymi  gzymsami  zasłaniały 
dawno  nie  malowane  ściany.  Dom  nadawał  się  jednak  do 
zamieszkania  i  Julia  bez  przykrości  postanowiła  spędzić  w  nim 
najbliższe  dwa  tygodnie.  W  duchu  przyznała,  że  Charlie  miał 
dobry pomysł. 

Wniosła  swoje  bagaże  do  małej  gościnnej  sypialni,  którą 

gospodarz  wynajmował  w  sezonie  letnikom.  Wychodzący  na 
ocean  duży,  słoneczny  pokój  Prestona  nosił  ślady  niedawnej 
bytności gospodarza i pełen był jego osobistych rzeczy. 

Julia  rozejrzała  się  po  pokoju,  w  którym  miała  mieszkać. 

Obydwa okna wychodziły na drogę, w oddali widać było dachy 
hoteli. Postawiła torbę i walizkę przy zasłanym żółtą kapą łóżku 
i poszła do kuchni, gdzie już gospodarzył Charlie. 

Pociągnęła nosem. 
– Co tu tak ładnie pachnie? 
– Postanowiłem upiec kilka skorupiaków. 
– Nie jadłam tego, odkąd... wyjechałam z domu. 
 
Zajrzała  d.  o  lodówki.  Charlie  zaopatrzył  ją  w  jaja,  mleko, 

soki,  masło;  nie  zapomniał  też  o  bananach.  Na  półce  zobaczyła 
kukurydziane  płatki,  na  blacie  pod  oknem  chleb.  Zapasów 
powinno jej starczyć do końca pobytu. 

Jak  ona  mu  się  odwdzięczy?  Charlie  jak  zwykle  pomyślał  o 

wszystkim. Postanowiła, że któregoś dnia zabierze go gdzieś na 
kolację, ale to przecież i tak w niczym nie umniejszy jej długu 
wdzięczności. 

Gdy danie było gotowe, zasiedli przy kuchennym stole. Julia 

jadła  z  apetytem,  od  czasu  do  czasu  spoglądając  na  swojego 
towarzysza.  Charlie  jadł  niewiele,  raz  po  raz  dolewając  sobie 
whisky.  Była  zdziwiona;  nie  pamiętała,  żeby  tyle  pił,  ale  może 
dawniej po prostu nie zwracała na to uwagi. 

background image

Sprzątali  właśnie  ze  stołu,  kiedy  zadzwonił  telefon.  Tak  jak 

zapowiadał  Charlie,  Preston  Finch  telefonował  do  Julii,  by  ją 
zapewnić, że bardzo się cieszy z jej pobytu w swoim domu. 

– Jestem teraz spokojniejszy – mówił – kiedy wiem, że ktoś 

tam  stale  jest.  Możesz  też  wziąć  mój  samochód,  jeśli  masz 
ochotę.  Ostrzegam  cię  tylko,  że  stoi  w  garażu  już  od  dawna,  i 
pewnie wysiadł mu akumulator. 

Julia słabo zaprotestowała, ale Preston tak bardzo nalegał, że 

w  końcu  się  zgodziła.  Zaproponował  jej  też,  by  zajrzała  do 
studia,  kiedy  najdzie  ją  ochota  „trochę  pobawić  się  w 
nadawanie”. 

Podziękowała  mu  za  wszystko,  w  duchu  dodając,  że  ta 

ostatnia  propozycja  chyba  nie  ma  sensu,  bo  aparatura  w  studio 
musi już być tak przestarzała, że o żadnym nadawaniu nie może 
być mowy. 

 
Odłożyła słuchawkę i zauważyła, że Charlie wyciąga pudełko 

z ciastkami. 

– Już nie mogę, dziękuję, może trochę później. 
– Napijesz się kawy? 
–  Nie,  dziękuję.  –  Zawahała  się  na  chwilę.  –  Wiesz,  na  co 

mam teraz ochotę? 

Charlie uśmiechnął się, jego oczy rozbłysły. 
–  Chyba  się  domyślam.  Od  razu  przyszło  mi  to  do  głowy, 

kiedy usłyszałem, że rozmawiasz z Prestonem o nadawaniu. 

Wyszli z kuchni, przeszli przez salon i oszklonym pawilonem 

dotarli do drzwi radiowego studia. 

Okna  pawilonu  z  jednej  strony  wychodziły  na  podjazd,  z 

drugiej na patio, skąd widać było morskie fale rozbijające się o 
skały. 

Charlie otworzył drzwi i oddał jej pęk kluczy. 

background image

– Możesz je zatrzymać. 
Wszedł  do  środka  i  zapalił  światło;  jak  wzrokiem  sięgnąć, 

wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu. 

Julia  z  bijącym  sercem  weszła  za  nim  do  obszernego 

pomieszczenia;  poczuła  zapach  kurzu  i  pleśni.  Potem  spojrzała 
na konsolę, przy której po raz pierwszy w życiu przemówiła do 
mikrofonu. 

– Coś ci to może przypomina? – zapytał z uśmiechem Charlie. 
Z  roztargnieniem  skinęła  głową  i  podeszła  o  krok  bliżej. 

Zamiast skomplikowanej aparatury nadawczej, do której w ciągu 
ostatnich  lat  zdążyła  już  przywyknąć,  miała  przed  sobą 
prymitywne i  proste  urządzenie; nieco z boku umieszczony był 
ciężki,  metalowy  mikrofon.  Rozpoznała  stary  magnetofon  na 
szpule.  Preston  najwyraźniej  nie  słyszał  o  kasetach  ani  o 
kompaktach. 

Pociągnęła 

palcem 

po 

blacie 

konsoli, 

pozostawiając jaśniejszą smugę w szarym kurzu. 

– Czy Preston coś ostatnio nadaje? 
– Od czasu do czasu, ale nie są to jakieś regularne audycje. 
– Szkoda, że się wycofał. To było coś nadzwyczajnego, takie 

radio na wyspie. 

Charlie zmarszczył czoło. 
– Dokonał wyboru i chyba jest szczęśliwy. 
Poczuła  od  niego  zapach  alkoholu  i  lekko  się  skrzywiła. 

Podeszła do półek wypełnionych płytami i taśmami. 

–  Nie  ma  tu  nic  nowego,  wszystkie  pamiętam  z  dawnych 

czasów, Glen Miller, Vaughn Munroe, Perry Como... 

Nic się nie zmieniło, tylko wszystko jest trochę starsze. 
– My też – mruknął znużonym głosem. 
Zwróciła ku niemu głowę. 
– Charlie... 
Podsunął  jej  stare  krzesło  na  kółkach,  którego  używano  w 

background image

czasie nadawania programu, a sam usiadł obok. 

– Kochanie... – zaczął niepewnie – czy ten jutrzejszy pogrzeb 

nie będzie dla ciebie zbyt ciężkim przeżyciem? 

Ze zdziwieniem zdała sobie sprawę z faktu, że przez ostatnie 

kilka godzin wcale nie myślała o pogrzebie. 

– Nie wiem, sama nie wiem, jak to będzie... 
Charlie uścisnął jej rękę. 
– Czy zamierzasz przyjść do kościoła z kimś z przyjaciół? 
Julia pokręciła głową. 
 
– Miałam zadzwonić do Cathryn Hill, to znaczy, do Cathryn 

McGrath, ale jeszcze tego nie zrobiłam. 

– Może w takim razie spotkamy się przed kościołem? 
– Dobrze. 
Charlie cofnął się i Julia przytrzymała jego rękę. 
– Chciałabym jeszcze chwilę porozmawiać o Amber. .. Wiem, 

że była w złym stanie z powodu rozwodu, ale ja jakoś nie mogę 
uwierzyć,  że  to  był  jedyny  powód  jej  samobójstwa.  Czy 
znalazłeś coś innego? 

Charlie przecząco pokręcił głową. 
– Nie. 
– Musi przecież coś być. 
–  Nic  się  nie  zmieniłaś  –  powiedział  łagodnie.  –  Mój 

Buziaczek zawsze musi wiedzieć, co i dlaczego. 

Julia spojrzała na niego pytająco. 
– Zawsze taka byłam? 
–  Od  najmłodszych  lat.  Zanudzałaś  mnie  pytaniami,  ledwo 

odrosłaś  od  ziemi.  Dlaczego  jedne  psy  są  czarne,  a  inne 
brązowe? Dlaczego ludzie się zakochują? I tak dalej, stale i bez 
przerwy. 

Julia mrugnęła okiem. 

background image

– Czy to źle? 
– Nie wiem. Wiem tylko, że znowu mnie pytasz, zupełnie jak 

trzyletnia dziewczynka. 

Twarz Julii spoważniała, w jej oczach ukazały się łzy. 
– Ja po prostu nie mogę... 
– Tak w życiu bywa, kochanie. Tak po prostu w życiu bywa i 

chociaż  bardzo  byśmy  chcieli  dokładnie  wiedzieć,  dlaczego 
przytrafiają się nam złe rzeczy, nigdy do końca tego nie wiemy. 
Nie  ma  racjonalnej  przyczyny,  nie  ma  żadnej  logicznej 
odpowiedzi  na  wiele  spraw  tego  świata  i  musimy  się  z  tym 
pogodzić.  Nie  pytaj  więc,  tylko  jakoś  z  tym  żyj,  albo 
przynajmniej się staraj. 

Charlie na pewno wie, co mówi. Jest policjantem i nieraz już 

widział rzeczy, o których ona nie ma pojęcia. Zresztą wystarczy 
takie  doświadczenie  jak  śmierć  Pauline,  która  dwa  lata  temu 
umarła na raka. 

– A jak ty sobie z tym radzisz, Charlie? 
Zrozumiał natychmiast, o co jej chodzi. 
–  Z  czasem  ból  trochę  słabnie  –  odrzekł  z  pozorną 

obojętnością. 

–  Nie  przeprowadziłeś  się?  Dalej  mieszkasz  w  waszym 

dawnym domu? 

– Tak. Może powinienem był to zrobić, ale jakoś nie mogłem. 
Julia  uważnie  przyjrzała  się  jego  zmiętej  twarzy.  Bardzo  się 

zmienił,  nie  tylko  osiwiał  i  utył...  Zmienił  się  tak  jakoś... 
wewnętrznie. 

– Dużo masz pracy? 
Nie podniósł na nią wzroku. 
– O tak, bardzo dużo. 
– Przykro mi, że nie mogłam przyjechać na pogrzeb Pauline. 

Bardzo ją kochałam. Była jeszcze taka młoda. 

background image

– Tak, i nie zasłużyła na taką straszną śmierć. 
Zapadła cisza; za  oknem pokrytym szarym kurzem szumiało 

morze, pod wpływem podmuchu wiatru zatrzeszczała framuga. 

Charlie spojrzał na zegarek. 
– Na mnie już czas, będę leciał. 
Julia podniosła się z krzesła. 
 
–  Dziękuję,  że  wyjechałeś  po  mnie  na  lotnisko,  dziękuję  za 

ten dom i za kolację. 

I za całe moje życie, dodała w myślach. 
– Cała przyjemność po mojej stronie. 
Otworzył drzwi i stanął w progu oszklonego pawilonu. Mrok 

zgęstniał, szum morza stał się bardziej natarczywy. 

– Będziesz się tu dobrze czuła taka sama? 
–  Jasne,  muszę  się  rozpakować  i  rozgościć.  Potem  może 

skorzystam z pozwolenia Prestona i przejadę się po wyspie jego 
samochodem. 

– Mógłbym cię przewieźć. 
– Nie żartuj, Charlie. 
Spojrzał na nią z lekką urazą i pomyślała, że jest bardzo dobry 

i kochany. 

Kiedy  się  oddalił,  zamknęła  studio  i  udała  się  do  swojego 

pokoju.  Stan  Charliego  bardzo  ją  zmartwił;  widać  było,  że 
zupełnie nie może się pogodzić ze śmiercią żony. 

Otworzyła walizkę i zaczęła rozpakowywać rzeczy. 
Dziwne,  ale  nie  byłaby  tak  bardzo  przejęta  stanem  starego 

przyjaciela,  gdyby  nie  tamto  spotkanie  z  Benem  Grantem  na 
lotnisku.  Wierzyła  w  Charliego,  wiedziała,  że  jest  doskonałym 
policjantem  i  na  pewno  w  śledztwie  niczego  nie  zaniedbał. 
Tylko  dlaczego  tamten  człowiek  zdawał  się  żywić  co  do  tego 
wątpliwości? 

background image

Pewnie dlatego, że go nie znał, może dlatego, że był tu obcy i 

wielu rzeczy nie rozumiał... A może po prostu za wszelką cenę 
szukał sensacji. 

Powiesiła w szafie kostium, który chciała włożyć na pogrzeb. 

Kiedy  się  odwróciła,  jej  wzrok  padł  na  miasto  widoczne  za 
oknem pod postacią świetlistych punktów. 

 
Gdzieś  wśród  nich  znajduje  się  redakcja  tej  jego  gazety... 

Poczuła,  że  powinna  natychmiast  tam  pójść  i  nauczyć  rozumu 
tego  ignoranta.  Dopiero  po  chwili  przypomniała  sobie,  że  jest 
niedziela  wieczór  i  możliwość,  że  Ben  Grant  przesiaduje  o  tej 
porze w redakcji, jest równa zeru. 

Postanowiła  skupić  się  na  czekającej  ją  nazajutrz  smutnej 

uroczystości.  Pogrzeb  Amber  będzie  ciężkim  przeżyciem  i 
trzeba się na nie przygotować. 

Jednak  scena,  którą  ujrzała  na  lotnisku,  prześladowała  ją 

przez  cały  wieczór.  Podobnie  jak  myśl,  że  Ben  Grant  jako 
właściciel  jedynej  gazety  na  wyspie  może  zrobić  wszystko; 
może 

zniszczyć 

każdego, 

może 

podważyć 

opinię 

najuczciwszego  człowieka.  Sprawić,  że  całe  lata  pracy  obrócą 
się na marne. 

Spojrzała znowu na migocące w dole światła miasta i poczuła 

dziwny  niepokój.  Nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  ta  wizyta  w 
domu może się okazać znacznie bardziej skomplikowana, niż to 
sobie wyobrażała. 

 

background image

 
Ben  wyszedł  z  redakcji  za  piętnaście  jedenasta,  wsiadł  do 

samochodu  i  po  kilku  minutach skręcał już  w  ulicę  wiodącą  do 
dwóch  stojących  naprzeciw  siebie  kościołów  zaspokajających 
duchowe potrzeby wierzących mieszkańców Harmony. 

Zaparkował  przed  jedną  ze  świątyń  –  białym  skromnym 

budynkiem należącym do kongregacjonistów. Farmerzy i rybacy 
zamieszkujący wyspę przez całe lata wznosili świątynie na miarę 
swoich możliwości. Dopiero ostatnio, wraz z nagłym napływem 
turystów, możliwości te uległy zmianie. 

Zamykając  drzwi  samochodu,  usłyszał  dźwięk  organów 

wydobywający się przez otwarte okna. Odwrócił się i... o mało 
nie  wpadł  na  Julię  Lewis.  Serce  zabiło  mu  gwałtownie.  Od 
poprzedniego  dnia  nie  przestawał  o  niej  myśleć;  nie  był  nawet 
pewien, czy właśnie w tej chwili również o niej nie myślał. 

 
Wysiadła ze starego pontiaca zaparkowanego tuż obok forda 

bronco Bena Grania. Poznał ją natychmiast, mimo iż była ubrana 
zupełnie  inaczej  niż  wtedy,  kiedy  zobaczył  ją  po  raz  pierwszy. 
Miała  na  sobie  wytworny  kostium  miodowo-złotej  barwy, 
niezbyt pasujący do charakteru uroczystości. Pewnie tak się nosi 
w  Kalifornii,  pomyślał.  Pod  żakietem  nie  miała  bluzki,  tylko 
maleńką, ozdobną apaszkę. 

Nie  chcąc  zbyt  długo  wpatrywać  się  w  jej  dekolt,  opuścił 

oczy.  Jego  wzrok  padł  teraz  na  długie  smukłe  nogi,  wyraźnie 
widoczne spod krótkiej spódniczki. 

– Dzień dobry – powiedział, nie podnosząc oczu. 
– Cześć! 
Agresywnemu,  nie  wróżącemu  nic  dobrego  słowu 

background image

towarzyszyło  trzaśniecie  drzwiczkami  i  energiczny  krok  do 
przodu. 

Ben  przypomniał  sobie  scenę  na  lotnisku  i  pełne  złości 

spojrzenie Julii. Teraz też nie była do niego dobrze nastawiona. 
Zerknął  w  stronę  kościoła,  nie  mogąc  się  zdecydować,  czy  mą 
iść sam, czy raczej dotrzymać towarzystwa Julii. 

Wybrał to drugie, sam nie bardzo wiedząc, dlaczego skazuje 

się  na  niezbyt  przyjemną  wymianę  zdań.  Na  wszelki  wypadek, 
by jakoś usprawiedliwić swoją zwłokę, sięgnął do samochodu po 
sportową marynarkę i zaczął ją wkładać. 

– Co słychać? – zapytał głupio i zaraz się poprawił: 
–  Przepraszam,  wiem,  że  Amber  Davoll  była  pani 

przyjaciółką. 

Od  wczoraj  próbował  się  czegoś  o  niej  dowiedzieć.  Zajrzał 

nawet do najbardziej znanej restauracji na wyspie, 

w  nadziei,  że  się  dowie,  kim  jest  tajemniczy  „Buziaczek” 

Charliego Slocuma. W „Water Diner”, w niedzielny wieczór po 
sezonie,  zastał  tylko  jednego  klienta,  ale  nawet  on  znał  Julię 
Lewis.  Razem  ze  stojącą  za  barem  właścicielką  knajpy 
dostarczyli mu podstawowych informacji z życia Julii. 

Ben wypił dwie kawy, przekąsił coś i dowiedział się, że Julia 

Lewis  urodziła  się  na  wyspie,  ojciec  opuścił  dom,  kiedy  była 
niemowlęciem,  matka  umarła,  kiedy  Julia  chodziła  do  szkoły; 
sierotą  zaopiekowali  się  państwo  Slocum.  Mieszkała  z  nimi  aż 
do matury, a potem wyjechała, żeby studiować na uniwersytecie. 
Dowiedział  się  również,  że  przed  laty  pracowała  w  lokalnym 
radio  jako  spikerka,  i  zafascynowało  go  to.  Najbardziej  jednak 
zapamiętał wiadomość, że Julia i Amber bardzo się przyjaźniły i 
Julia przyjechała specjalnie na pogrzeb. 

Nie  dowiedział  się  nic  więcej,  bo  właścicielka  knajpy,  Asa 

Hodge,  nie  była  zbyt  rozmowna.  Widać  było,  że  przestępuje  z 

background image

nogi  na  nogę,  żeby  już  zamykać,  i  jedno  pytanie  więcej  może 
spowodować  wybuch.  Zresztą  Ben  nie  widział  powodów,  by 
specjalnie nalegać. Właściwie dlaczego tak się dopytuje? Co jest 
tak ciekawego w Julii Lewis? Zwykłe, ludzkie zainteresowanie. 

Teraz,  stojąc  przed  kościołem,  z  pozorną  swobodą  rozluźnił 

krawat. 

– To wóz Prestona Fincha, prawda? 
Wszyscy mieszkańcy wyspy wiedzieli, kto czym jeździ. 
Julia rzuciła roztargnione spojrzenie na starego pontiaca. 
– Tak. 
 
– Preston wrócił? 
Zdziwił  się,  bo  poprzedniego  dnia  w  knajpie  nikt  o  tym  nie 

wspominał. 

–  Nie.  Mieszkam  w  jego  domu  i  pozwolił  mi  korzystać  z 

samochodu. 

Odpowiedziała  mu  szybko  i  niechętnie,  jakby  każde  słowo 

skierowane do niego było niepotrzebną stratą czasu. 

– Myślałem, że mieszkasz u komendanta Slocuma... 
Julia zarumieniła się. 
– Skoro już mowa o komendancie Slocumie... 
No,  właśnie,  pomyślał  Ben.  W  tej  samej  chwili  na  parking 

przed kościołem wjechał policyjny samochód. O wilku mowa. 

Julia na widok Charliego jakby się odprężyła. 
– Mówiłaś coś – przypomniał Ben. 
–  Tak,  chciałam  z  tobą  porozmawiać,  ale  to  nie  jest 

odpowiedni moment. Może potem, po pogrzebie? 

–  Bardzo  proszę.  Nie  mam  nic  do  roboty  oprócz  pracy,  ale 

jestem dla siebie bardzo wyrozumiałym szefem. 

Uśmiechnął  się  do  niej,  ale  nie  odwzajemniła  jego 

uprzejmości. 

background image

– Może pójdziemy gdzieś na kawę albo lunch? – zapytał i jej 

spojrzenie uświadomiło mu, że działa zbyt pochopnie. 

– Nie, dziękuję, chciałam tylko... zamienić kilka słów. 
Minęła  go  i  podeszła  do  samochodu  policyjnego, 

pozostawiając  po  sobie  zapach  perfum.  Był  oryginalny  i 
intrygujący. 

Ujęła  Charliego  pod  ramię  i  razem  weszli  do  kościoła. 

Komendant  Slocum  tego  dnia  był  w  pełnym  umundurowaniu. 
Nie spojrzeli na Bena i zrozumiał, że popełnił błąd, zapraszając 
Julię na lunch. Wolnym krokiem ruszył za nimi. 

Widok  Julii  wyprowadził  go  z  równowagi  i  zburzył  jego 

spokój.  Z  wysiłkiem  postanowił  skupić  się  na  uroczystości  i 
choć przez chwilę pomyśleć o zmarłej. Wiedział jednak, że nie 
zdoła  się  opanować  i  wykorzysta  nabożeństwo  żałobne  do 
obserwacji.  Przecież  to  doskonała  okazja,  żeby  zobaczyć 
wszystkich,  którzy  w  jakiś  sposób  związani  byli  z  Amber 
Davoll. Zobaczyć ich i zaobserwować, jak się zachowują. 

Otworzył drzwi i wszedł do kościoła. 
 
 
Julia siedziała obok Charliego w zatłoczonej świątyni. Mogło 

w  niej  być  ponad  dwieście  osób,  ale  jej  umysł zaprzątała  tylko 
jedna  z  nich.  Ben  Grant  utkwił  w  jej  myślach  z  dręczącą 
uporczywością kolca. Dlaczego tu przyszedł? Czy znał Amber? 
Czy  przyszedł  do  kościoła,  aby  ją  pożegnać?  Nie  wiadomo 
dlaczego  była  przekonana,  że  przybył  tu  z  dziennikarskiego 
obowiązku. 

Na  próżno  usiłowała  przestać  o  nim  myśleć  i  skupić  na 

odprawianym  nabożeństwie.  Spojrzała  na  rodziców  Amber 
siedzących  w pierwszym rzędzie. Państwo Loring wyglądali  na 
bardzo  starych  ludzi,  tak  jakby  niespodziewane  nieszczęście 

background image

przytłoczyło  ich  swoim  ciężarem.  Poczuła,  jak  ogarniają  fala 
współczucia. Nikt nie wie, co oni teraz przeżywają... 

Kilka rzędów za nimi siedział były mąż Amber, Bruce Davoll. 

Poznała  go  natychmiast  po  byczym  karku  i  szerokich  barach. 
Obok niego siedziała szczupła jasnowłosa kobieta. 

 
–  Z  kim  on  przyszedł?  –  zapytała  Charliego,  ruchem  głowy 

wskazując Bruce’a. 

– Z narzeczoną. 
Julia zamrugała powiekami. 
– Na pogrzeb żony? Z narzeczoną? 
Charlie  położył  palec  na  ustach.  Kilka  osób  odwróciło  się  i 

spojrzało na nich. Julia znowu utkwiła wzrok w mężu Amber. 

Bruce Davoll pochodził z Harmony, ale ponieważ był o kilka 

lat  od  nich  starszy,  Julia  nie  pamiętała  go  ze  szkoły.  Amber 
poznała go kilka lat później, kiedy miała dwadzieścia dwa lata i 
przyjechała odwiedzić rodziców. 

Skończyła  już  wtedy  szkołę  dla  sekretarek  i  pracowała  w 

wielkiej  agencji  ubezpieczeniowej  w  Worcester.  Julia,  nadal 
studiująca w Emerson, była z nią w ciągłym kontakcie. Bardzo 
często do siebie dzwoniły, a raz w miesiącu gdzieś się spotykały. 
Myślała,  że  przyjaciółka  jest  zadowolona  ze  swobody  i 
wolności,  jaką  daje  życie  w  dużym  mieście  samotnej,  młodej 
dziewczynie.  Wyobrażała  sobie,  że  jeszcze  przez  długie  lata 
będą się tak spotykały, razem chodziły na obiad i po zakupy. 

Pewnego  dnia  Amber  zatelefonowała  do  niej  i  oświadczyła, 

że wraca na Harmony. 

– Zakochałam się po uszy – oznajmiła ze śmiechem. 
Julia ledwo sobie przypomniała chłopaka, o którym jej wtedy 

powiedziała. Jak zza mgły wyłonił się obraz osiłka w otwartym 
samochodzie, z którego buchały dźwięki  heavy metalu. Charlie 

background image

kiedyś go zatrzymał za jakieś przewinienie. 

Rodzice Amber początkowo próbowali wyperswadować córce 

małżeństwo z Bruce’em, ale nic nie wskórali i musieli się z tym 
pogodzić. Kupili nawet nowożeńcom dom. 

Julia doskonale pamiętała ślub Amber. Musiała przyznać, że 

Bruce  jest  bardzo  przystojny  i  że  ładnie  razem  wyglądają.  Nie 
opuszczała jej jednak myśl, że przyjaciółka popełnia błąd. 

Nic  nie  mówiła,  by  nie  psuć  Amber  nastroju.  Zresztą  Bruce 

wyglądał  na  bardzo  zakochanego.  Może  nawet  trochę  za 
bardzo... 

Przypomniała  sobie,  że  podczas  wesela  na  chwilę  schroniły 

się z Amber, by sobie trochę porozmawiać. Julia właśnie zaczęła 
pracować  w  małej  stacji  radiowej  w  Bostonie  i  chciała  się 
podzielić  z  przyjaciółką  pierwszymi  wrażeniami.  Po  dziesięciu 
minutach zjawił się Bruce i zażądał, by panna młoda wróciła do 
gości.  „Tego  dnia  powinna  siedzieć  obok  mnie”,  oświadczył 
takim  tonem,  że  Julia  natychmiast  umilkła,  zdumiona  jego 
zaborczością. 

Amber roześmiała się zmieszana i chciała coś powiedzieć, ale 

Julia szybko się wycofała, by nie pogarszać i tak już niezręcznej 
sytuacji. Zrozumiała, że odtąd Amber będzie miała własne życie, 
do którego ona, jej najbliższa przyjaciółka, nie ma dostępu. 

Teraz,  wpatrując  się  w  szerokie  plecy  Bruce’a,  zastanawiała 

się,  co  spowodowało  rozpad  tego  małżeństwa.  Czyżby  Bruce 
zostawił  Amber  z  powodu  tej  szczupłej  blondynki,  która  przy 
nim  siedzi?  A  może  Amber  sama  doszła  do  wniosku,  że  do 
siebie nie pasują i postanowiła się wycofać? 

Czyżby  poczucie,  że  dokonała  złego  wyboru  i  zmarnowała 

życie, skłoniło ją do pociągnięcia za cyngiel? 

 
Odwróciła  wzrok  i  siłą  wygnała  obraz  Bruce’a  z  myśli, 

background image

próbując się skupić na muzyce organowej. Udało jej się i już po 
chwili mogła znowu rozejrzeć się po zebranych w świątyni. 

– Co to za ludzie w trzecim i czwartym rzędzie? 
–  To  są  jej  koledzy  z  pracy  –  odparł  Charlie,  pochylając  ku 

niej  głowę.  –  Jest  dyrektor  banku,  szef  Amber,  i  jego 
pracownicy. 

Julia przyjrzała się grupie osób, wśród których wyróżniał się 

wysoki,  elegancki  mężczyzna  o  gładko  zaczesanych  włosach. 
Zauważyła chusteczki w rękach kobiet. 

Z  każdą  chwilą  rozpoznawała  nowe  twarze.  Sąsiedzi, 

sprzedawcy,  krewni  Amber  i  przyjaciele  jej  rodziców,  koledzy 
ze szkoły. Uśmiechnęła się na widok Mike’a Fearinga, z którym 
kiedyś przez krótki czas się spotykała. Obok siedzieli – zupełnie 
do  siebie  niepodobni  –  bliźniacy,  bracia  O’Banyon.  Przy  nich 
zaś... tak, to jest Cathryn McGrath. 

Julia była pewna, że spotka ją na pogrzebie; przecież Cathryn 

stale mieszka na wyspie. Mimo to poczuła ogromne wzruszenie 
na  widok  od  dawna  nie  oglądanej  przyjaciółki.  Nic  dziwnego, 
przecież były ze sobą bardzo blisko. Jeśli się chodzi do klasy, w 
której  są  tylko  cztery  dziewczęta,  nic  dziwnego,  że  więzy  są 
bardzo silne. 

Rozejrzała się, wzrokiem szukając Lauren. Nie dostrzegła jej; 

Lauren pewnie nie mogła przyjechać. 

Rozległo  się  bicie  dzwonów.  Organista  przestał  grać  i  w 

ciszy, jaka właśnie zapadła, Julia usłyszała szum liści za oknem. 

Potem organy rozległy się znowu; towarzyszył im teraz  głos 

śpiewający  żałobną  pieśń,  której  słów  Julia  nie  znała.  Obecni 
powstali, wniesiono trumnę. 

Z  bijącym  sercem  Julia  śledziła  ją  wzrokiem,  nie  mogąc 

uwierzyć, że asystuje przy pożegnaniu Amber. 

Po  drodze  jej  wzrok  napotkał  czyjś  profil  i  zatrzymał  się. 

background image

Ciemnowłosy wydawca miejscowej gazety stał lekko pochylony, 
spoglądając  w  jej  stronę.  Kiedy  ich  spojrzenia  się  spotkały, 
uśmiechnął  się  kącikiem  ust.  Szybko  odwróciła  wzrok,  udając, 
że  nic  nie  spostrzegła,  ale  wiedziała,  że  oszukuje  samą  siebie. 
Ben  Grant  stał  się  integralną  częścią  tego  dnia,  a  może  nawet 
całego jej pobytu na wyspie. 

Pracownicy  zakładu  pogrzebowego  ustawili  trumnę  przed 

celebransem i wycofali się. Wszyscy z powrotem zajęli miejsca. 
Śpiew umilkł i rozpoczęła się ceremonia. 

Była zdumiewająco skromna i prosta. Pastor przeczytał kilka 

wersów  z  Biblii,  organista  odśpiewał  jakiś  psalm,  i  –  to 
wszystko.  Julia  pamiętała,  że  uroczystości  pogrzebowe  zwykle 
odbywały się na Harmony z większą pompą. Ludzie byli z sobą 
bardzo  związani  i  każde  pożegnanie  miało  w  sobie  coś 
niezwykle  uroczystego  i  osobistego.  Wspominano  zmarłego, 
wychwalano jego zasługi i długo, serdecznie żegnano... 

Zwykle  oprócz  pastora  głos  zabierali  również  bliscy 

zmarłego;  opowiadali  o  jego  życiu  rzeczy  smutne,  poważne,  a 
nieraz nawet zabawne i wywołujące uśmiech u słuchaczy. 

No  i  muzyka.  Na  to  Julia  była  wyjątkowo  czuła.  Przecież 

można by dobrać coś, co naprawdę pasowałoby do Amber. 

Pastor  pobłogosławił  obecnych  i  mężczyźni  w  ciemnych 

garniturach wstali, by wynieść trumnę. 

 
– To ma być wszystko?  – zapytała Charliego, nie mogąc  się 

powstrzymać. 

Skinął głową. 
–  Tak,  wziąwszy  pod  uwagę  okoliczności,  Hank  i  Vivian 

postanowili nie przedłużać ceremonii. Nie będzie również stypy. 

Julia  westchnęła  i  spojrzała  na  rodziców  Amber,  wolno 

postępujących  za  trumną  córki.  Pani  Loring  trzymała  męża 

background image

mocno pod rękę, jakby się obawiała, że upadnie. 

– Rozumiem ich – szepnęła. 
Rozumiała,  ale  nie  mogła  opanować  zawodu.  Była 

rozczarowana: przecież Amber zasłużyła na chwilę wspomnień, 
zasłużyła  na  to,  by  ktoś  powiedział,  jaką  cudowną  była  osobą; 
bez tego cała ta ceremonia nie miała sensu. 

Charlie  wstał  z  ławki  i  przepuścił  Julię  przed  sobą.  W  tej 

samej chwili Ben Grant oderwał się od ściany i podszedł ku nim. 
Lekko skłonił się komendantowi. 

– Dzień dobry. 
Charlie Slocum odpowiedział na pozdrowienie, nie patrząc w 

jego  stronę.  Potem  ujął  Julię  pod  ramię  i  utorował  jej  drogę 
przez tłum ludzi. 

– Będziesz musiała sama pojechać na cmentarz – powiedział. 

– Jestem policyjnym wozem i mogą w każdej chwili gdzieś mnie 
wezwać. 

– Dobrze. – Skinęła głową, widząc kątem oka, jak Ben Grant 

podchodzi do Bruce’a Davolla i ściska mu rękę. 

Czyżby mu składał kondolencje? 
Wyszli na zewnątrz i Charlie włożył kapelusz. 
– Zobaczymy się później. 
– Może zjemy razem kolację? Ja zapraszam. 
 
– Zgoda. 
Charlie chciał coś jeszcze powiedzieć, ale właśnie zjawiła się 

Cathryn.  Miała  zaczerwienione  oczy  i  mokre  policzki.  Objęła 
Julię  i  serdecznie  ją  ucałowała.  Julia  poczuła,  że  przyjaciółka 
drży. 

–  Tak  się  cieszę,  że  cię  widzę,  Cathryn,  tylko  dlaczego... 

dlaczego w takich smutnych okolicznościach... 

Sięgnęła  do  torebki  po  chusteczkę,  czując,  że  łzy  napływają 

background image

jej do oczu. 

– Nic nie mam, może masz jakieś zapasowe... 
– Tak, proszę. 
Przez chwilę obie ocierały łzy. 
– To straszne... – szepnęła Cathryn, pochlipując. 
– Tak... 
Odeszły na bok, żeby nie tarasować przejścia. Cathryn uniosła 

oczy i przez krótki moment przyglądała się przyjaciółce z uwagą 
i podziwem. 

– Jak ty cudownie wyglądasz! Podła jesteś! 
Julia uśmiechnęła się do niej przez łzy. 
– Ty też nic się nie zmieniłaś. 
–  Nie  kłam!  Utyłam  piętnaście  kilo,  zostało  mi  po  pięć  z 

każdej ciąży. Nie udawaj, że tego nie widać! 

Julia nie odpowiedziała, w duszy przyznając jej rację. Cathryn 

rzeczywiście znacznie przybrała na wadze. 

Chowając  chusteczkę,  zauważyła,  że  Ben  przestał  już 

rozmawiać z Bruce’em i zwrócił się do kolegów Amber z pracy. 
Robił  wrażenie  człowieka  niebezpiecznie  aktywnego.  Co  on 
wyprawia?  Przeprowadza  wywiady?  W  czasie  pogrzebu?  Ten 
człowiek jest naprawdę bezczelny. 

– Nie wiedziałam, że przyjechałaś – dodała Cathryn, 
z  powrotem  przyciągając  uwagę  Julii.  –  Gdzie  się 

zatrzymałaś? 

Julia  nie  zdążyła  odpowiedzieć,  bo  właśnie  podeszli  do  nich 

Mike i bliźniacy. Mike został na wyspie, poszedł w ślady ojca i 
łowił  homary,  a  bliźniacy  mieszkali  na  kontynencie:  jeden  był 
adwokatem, drugi – inżynierem. 

Przywitali  się,  ucałowali  i  Julia  jeszcze  raz  musiała 

powtórzyć,  kiedy  przyjechała,  gdzie  mieszka  i  jak  długo 
zamierza zostać na wyspie. Obiecali sobie, że muszą się spotkać 

background image

i  zjeść  razem  obiad  przed  jej  wyjazdem.  Potem  wszyscy  trzej 
mężczyźni poszli do samochodów. 

– Szkoda, że Lauren nie ma – westchnęła Cathryn. 
– Myślałam, że przyjedzie. 
–  Ja  też.  –  Julia  skinęła  głową.  –  Mieszka  w  Bostonie, 

prawda? 

–  Tak,  jest  jakąś  bardzo  ważną  osobą.  Dzwoniłam  do  niej, 

żeby jej powiedzieć  o tym, co  się stało  z  Amber, i, mówiła, że 
jak będzie mogła, przyjedzie na pogrzeb. 

Widocznie się nie udało. 
Cathryn przerwała, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. 
– Pozwól, że ci go przedstawię – rzekła nieoczekiwanie. 
– Kogo? 
– Bena Granta, przecież bez przerwy na niego patrzysz. 
Julia zaczerwieniła się; nigdy łatwo się nie czerwieniła. 
– Znasz go? 
– Oczywiście, jest naczelnym naszej gazety. Pisuję do niej od 

czasu do czasu. – Cathryn skinęła ku niemu głową. 

– Niezły jest, prawda? 
 
„Niezły”  to  nie  jest  właściwe  słowo  dla  kogoś  tak 

pociągającego i niebezpiecznego jak ten facet, pomyślała Julia. 

–  Jest  bardzo  towarzyski  i  świetnie  gotuje  –  uzupełniła  jej 

przyjaciółka. 

To ostatnie zupełnie do niego nie pasowało. 
– Co robi? Gotuje? 
–  Tak.  Od  czasu  do  czasu  organizujemy  tu  sobie  takie 

spotkania,  takie  małe  kolacyjki,  każdy  po  kolei  wymyśla  coś 
smakowitego. Zawsze go zapraszamy. 

Julia mimo woli roześmiała się. 
– Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić w takiej roli. 

background image

– Za dobre, żeby mogło być prawdziwe, tak? 
Nie mogła się powstrzymać i spytała: 
– Ma tutaj kogoś? Spotyka się z kimś? 
– Oczywiście, z mnóstwem ludzi, no i z kobietami. To słynny 

Don Juan, zmienia damy jak rękawiczki. Boże, gdyby nie to, że 
mam  męża...  –  Cathryn  położyła  rękę  na  sercu  i  przewróciła 
oczami. – Chodź, poznam was. Mam przeczucie, że powinno coś 
z tego być. 

Julia nawet nie drgnęła. 
–  Nie  jestem  zainteresowana  tą  znajomością.  Zapytałam  z 

czystej ciekawości. Zresztą, my się już poznaliśmy. 

– Kiedy? 
– Na lotnisku, kiedy przyleciałam. 
– Wszystko jedno, to bez znaczenia. 
Julia powstrzymała ją siłą. 
– Daj spokój, dlaczego tak się uparłaś? Przecież wiesz, że to 

bez sensu. 

Ciemne oczy Cathryn spochmurniały. 
 
– Wiem. Ty masz swoje życie, jesteś tu tylko przejazdem. Ale 

zrozum, ja się po prostu boję, że zawsze będziesz sama. 

Zupełnie jakby słyszała Charliego. 
–  Dziękuję  za  troskę,  ale  nie  musisz  się  o  mnie  martwić. 

Lubię być sama. W ciągu ostatnich siedmiu lat przeprowadziłam 
się pięć razy. Naprawdę myślisz, że to można zrobić, kiedy się 
ma rodzinę? 

Mina Cathryn nie wróżyła nic dobrego. 
– Wtedy nie ma się takiej potrzeby. 
Julia ujęła ją pod ramię. 
– Nie martw się o mnie – powtórzyła. 
Spojrzała  na  parking;  prawie  wszystkie  samochody  już 

background image

odjechały. 

– Chodź, bo się spóźnimy na pogrzeb. 
 
 
Wyspa Harmony powitała pierwszych angielskich osadników 

w  1600  roku;  było  to  jedenastu  śmiałków  gotowych  rozpocząć 
nowe życie na nieznanym lądzie, w zgodzie z naturą i tubylcami. 
Prawie  im  się  to  udało,  jeśli  nie  liczyć  faktu,  że  przywlekli  z 
sobą  ospę  i  zarazili  nią  całą  miejscową  populację.  Z  czasem 
wszystko  jakoś  się  ułożyło  i  miejscowa  ludność  zgodnie 
pielęgnowała  kamienne  nagrobki  tubylców  i  przybyszów  w 
dobrze rozumianej trosce o przeszłość i dziedzictwo historyczne. 

Julia i Cathryn nie zwracały jednak uwagi na napisy zdobiące 

tablice; zbyt były pochłonięte rozmową o zmarłej przyjaciółce. 

– Często ją ostatnio widywałaś? 
–  Nie  tak  często,  jak  można  by  się  spodziewać.  Amber  była 

strasznie zajęta pracą, domem i rodziną. Przyjaźniła się z ludźmi, 
z którymi pracowała, i często gdzieś razem chodzili. 

– Spotykała się z mężczyznami? 
–  Nie,  o  ile  wiem,  nie  miała  męskich  przyjaźni.  Jak  to  się 

mówi „wyszła z obiegu”. 

– W jakim była nastroju? 
– Całkiem niezłym, do głowy mi nie przyszło, że tak strasznie 

przeżywa  ten  rozwód.  Mam  okropne  wyrzuty  sumienia,  że  nie 
zrobiłam nic, żeby jej pomóc. 

– Ja też. Nawet nie wiedziałam, że się rozwodzi. 
Julia głęboko westchnęła. 
–  Nie  zawiadomiła  cię  o  tym,  bo  była  zbyt  dumna  –  rzekła 

zamyślonym głosem Cathryn. – Nie chciała się przyznać, że jej 
małżeństwo  okazało  się  nieporozumieniem.  Między  nami 
mówiąc,  wcale  się  nie  zmartwiłam  tym,  że  oni  się  rozstają. 

background image

Przecież ten Bruce Davoll to bydlak. 

Julia spojrzała na nią ze zdziwieniem. Dawniej Cathryn nigdy 

nie używała takich słów. 

– Może byśmy w tym tygodniu zjadły razem lunch? 
–  zaproponowała.  –  Wydaje  mi  się,  że  powinnyśmy  o  tym 

wszystkim spokojnie porozmawiać. 

– Przyjdź do mnie dzisiaj, cały dzień siedzę w domu. 
Odbiorę tylko mojego najmłodszego z przedszkola. 
– Nie chciałabym przeszkadzać. 
– W takim razie załatwione, dzisiaj u mnie. 
Żałobnicy  zatrzymali  się  przy  grobie  i  pastor  zaczął 

odmawiać  modlitwę.  Julia  spojrzała  na  trumnę  i  spróbowała 
skupić myśli na nieżyjącej przyjaciółce, lecz cała ta scena miała 
w sobie coś tak nierealnego, że jej myśli znowu się rozpierzchły. 

Zaczęła  błądzić  wzrokiem  po  otaczających  ją  twarzach.  Jej 

uwagę  przyciągnęła  dziewczyna  towarzysząca  Bruce’owi.  Julia 
była  pewna,  że  ją  zna,  nie  wiedziała  tylko  skąd.  Gdzieś  już 
widziała te wielkie, niebieskie oczy... 

Nicole.  Imię  pojawiło  się  nagle  wraz  z  przypomnieniem. 

Nicole  Normandin, młodsza siostra  Jake’a, kolegi  Julii z  klasy. 
Tak, to ona. 

–  Z  prochu  powstałeś...  –  usłyszała  głos  pastora  i  grudka 

ziemi spadła na trumnę. 

Julia przeniosła spojrzenie z Nicole na Charliego, a następnie 

na  rodziców  Amber  i  na  Bena  Granta.  Napotkała  jego  wzrok  i 
natychmiast  powędrowała  dalej,  ku  bliźniakom  i  kolegom 
Amber z banku. Potem znowu powróciła wzrokiem do Bruce’a 
Davolla. 

– ... i w proch się obrócisz – zaintonował pastor. 
Julia spojrzała na trumnę Amber. 
Nie  rozumiem,  dlaczego  umarłaś,  kochanie,  ale  prędzej  czy 

background image

później się dowiem, przysięgam. 

– Już po wszystkim – oznajmiła gorzko Cathryn. – Szybko i 

sprawnie. 

Julia  rozczarowana  rozejrzała  się  wokół.  Ludzie  się 

rozchodzili, tylko nieliczni się zbliżali do rodziców zmarłej. 

–  Niedługo  do  ciebie  przyjdę  –  rzekła  Julia  do  Cathryn, 

czując,  że  przyjaciółka  bardzo  się  śpieszy  –  tylko  złożę 
kondolencje państwu Loring. 

Rodzice  Amber  właśnie  z  kimś  rozmawiali.  Na  widok  Julii 

pani Loring zamrugała zaczerwienionymi oczami. 

– To Julia – powiedziała do męża. – Och, kochanie... 
 
Julia  objęła  ją  mocno  i  usłyszała  głuchy  szloch.  Siłą 

powstrzymała się, żeby nie wybuchnąć płaczem. 

–  Vivien,  uspokój  się  –  odezwał  się  pan  Loring.  –  Przestań 

już. 

–  Jest  mi  tak  strasznie  przykro  –  wyjąkała  Julia.  –  Zupełnie 

nie wiem, co powiedzieć... 

Matka Amber odgarnęła jej włosy z twarzy, tak jak to robiła, 

kiedy obie z Amber były małymi dziewczynkami. 

– Nie musisz nic mówić – załkała. – Przyjechałaś specjalnie... 

po to? 

Julia skinęła głową. 
– Amber bardzo by się ucieszyła... 
Łzy znowu popłynęły po policzkach pani Loring. 
–  Zostanę  tu  dwa  tygodnie  –  oznajmiła  Julia.  –  Odwiedzę 

państwa  któregoś  dnia.  Zatrzymałam  się  w  domu  Prestona 
Fincha, gdybym była potrzebna... 

– Dziękujemy ci, koniecznie do nas wpadnij. 
– Na pewno. 
Nic  się  nie  dzieje  bez  powodu,  pomyślała  Julia.  Amber  jest 

background image

teraz w lepszym świecie, nie męczy się tak, jak ostatnio męczyła 
się tutaj. 

Poczuła, że ogarniają niemoc  i  gniew. Ostatnim spojrzeniem 

obrzuciła  trumnę  i  poszła  w  kierunku  skromnej  kamiennej 
tabliczki,  na  której  wyryto  napis  „Patricia  Lewis”.  Ogarnęła 
trochę  grób,  odmówiła  krótką modlitwę,  a  kiedy  się  odwróciła, 
ujrzała stojącego obok Bena Granta w rozpiętej marynarce. 

– To grób matki? – zapytał. 
– Tak. 
– Serdecznie współczuję. 
 
Mimo  że  słowa  współczucia  były  znacznie  opóźnione  w 

stosunku do faktu, zabrzmiała w nich szczerość. 

– Dziękuję. 
–  Musiało  ci  być  trudno,  straciłaś  matkę  w  tak  młodym 

wieku... 

Podszedł  bliżej  i  Julia  poczuła  zapach  dobrej  wody  po 

goleniu. 

– Na co umarła? 
– Dokładnie nie wiadomo. To była bardzo ciężka zima, mama 

stale  była  przeziębiona,  potem  dostała  zapalenia  płuc,  ale  nie 
chciała się położyć, bo musiała pracować. 

Julia próbowała jej pomóc; opiekowała się dziećmi sąsiadów, 

ale dostawała za to grosze i nie mogły związać końca z końcem. 

– Pewnego dnia serce nie wytrzymało... i odeszła. 
Zapadła  cisza;  słychać  było  tylko  odległy  szum  fal  i  ciche 

brzęczenie owadów. 

–  Chciałaś  ze  mną  porozmawiać  –  przypomniał  po  chwili 

Ben. 

Julia  wzięła  głęboki  oddech,  próbując  wrócić  myślami  do 

sprawy, którą z nim chciała omówić. 

background image

–  Tak.  Dziękuję,  że  na  mnie  zaczekałeś.  Chciałam 

porozmawiać o Charliem Slocumie i o tym, co do mnie dotarło z 
waszej wczorajszej rozmowy na lotnisku. 

Z twarzy Bena nie można było nic wyczytać. 
– Dlaczego chcesz o tym mówić? 
–  Jesteśmy  bardzo  zaprzyjaźnieni  i  jeśli  masz  coś  do 

Charliego, chciałabym o tym wiedzieć. 

– Po co? 
 
–  Może  jestem  w  stanie  właściwie  naświetlić  ci  to,  co  cię 

interesuje. 

Spojrzał na nią z powątpiewaniem. 
– Chętnie cię wysłucham. 
Julia spojrzała mu w oczy. 
– Przejdźmy od razu do rzeczy. Nie podoba ci się sposób, w 

jaki on prowadzi sprawę Amber. 

– Właśnie. 
– A czego oczekiwałeś? 
Ben spoważniał. 
– W przypadku samobójstw zwykle dopełnia się tych samych 

formalności, co w przypadku morderstwa. Wiesz o tym, prawda? 

Julia  bez  przekonania  skinęła  głową.  Słowo  „morderstwo” 

uderzyło ją jak bryła lodu i głuchym echem rozległo się w duszy. 

–  Komendant  Slocum  postąpił  inaczej.  Nie  zrobił  wielu 

rutynowych  rzeczy,  może  dlatego,  że  przyjaźni  się  z  rodzicami 
zmarłej... 

Julia przerwała mu. 
– O co właściwie ci chodzi? Czego konkretnie zaniedbał? 
Ben odwrócił wzrok. 
– Nie zlecił sekcji zwłok. 
Wysoko uniosła głowę i spojrzała na mężczyznę pogardliwie. 

background image

– No i co z tego? 
– Postąpił niewłaściwie. 
– Postąpił jak człowiek, który się liczy z cierpieniem innych 

ludzi.  Państwo  Loring  przeżywają  tragedię,  Charlie  postanowił 
choć trochę im ulżyć. – Spojrzała na niego spod oka. – A może 
myślisz, że sekcja to dla najbliższych nic takiego? 

–  Myślę,  że  sekcja  jest  koniecznym  wymogiem  śledczej 

procedury. 

Julia nie zamierzała ustępować. 
–  Gdyby  była  taka  konieczność,  władze  stanowe  same  by 

zarządziły autopsję. 

– Niekoniecznie. 
Odrzuciła włosy na ramiona. 
–  W  dalszym  ciągu  nie  bardzo  rozumiem,  o  co  ci  właściwie 

chodzi. 

–  Mam  po  prostu  kilka  pytań.  Dlaczego  nie  dokonano 

dokładnych  oględzin  miejsca  wypadku?  Dlaczego  nie  zdjęto 
odcisków  palców  ze  sprzętów  w  całym  domu?  Dlaczego  nie 
wysłano próbek krwi do laboratorium? 

– Skąd ty to wszystko wiesz? 
– Sprawdziłem. 
– Sprawdziłeś... – powtórzyła przeciągle. 
– Tak. 
Nie  dodał  nic  więcej;  nie  powiedział,  w  jaki  sposób  tego 

dokonał. 

– Wiele osób zapewne uzna, że Charlie postąpił słusznie i że 

wykazał  wiele  zdrowego  rozsądku,  nie  wydając  pieniędzy  na 
niepotrzebne rzeczy – powiedziała Julia opanowanym głosem. 

–  Skąd  można  wiedzieć,  że  to  niepotrzebne?  Może  gdyby 

zrobiono te rzeczy, okazałyby się bardzo potrzebne? 

Roześmiała się z przymusem. 

background image

– A w tym konkretnym przypadku, co twoim zdaniem dałoby 

zdjęcie  odcisków  palców?  Dowiodłoby,  że  ktoś  inny  pociągnął 
za cyngiel? 

Ben  nie  odpowiedział.  Spojrzał  na  nią  tak  dziwnie,  że  krew 

odpłynęła  jej  z  policzków.  Czy  on  naprawdę...  czy  on 
podejrzewa... 

–  To  absurd!  Na  Harmony  od  osiemdziesięciu  kilku  lat  nikt 

nikogo nie zamordował! 

– Dokładnie od osiemdziesięciu trzech. 
Miała ochotę go kopnąć. 
–  Zresztą  –  dodał  Ben  obojętnym  tonem  –  ja  wcale  nie 

wspomniałem o morderstwie. 

– Ale przecież cały czas to sugerujesz. 
– Nie. 
– O co ci w takim razie chodzi? 
Milczał. 
– Wiem – zaczęła po chwili Julia w przedłużającej się ciszy – 

że jakiś czas temu napisałeś coś niepochlebnego o miejscowym 
komendancie  policji.  Czy  teraz  zamierzasz  uczynić  to  samo? 
Chcesz wykorzystać ten przypadek i narobić mu kłopotów? 

– Może, jeszcze nie wiem. 
–  Jako  przyjaciółka  Charliego  jestem  temu  przeciwna.  Jako 

przyjaciółka Amber będę boleśnie zraniona. 

– Rozumiem, ale... 
– Nie rozumiesz! Nigdy nie zrozumiesz, co czują jej rodzice. 
– Staram się... 
– Nieprawda! Nic cię to nie obchodzi! 
– Dlaczego tak mówisz? 
–  Jesteś  jednym  z  tych  dziennikarzy,  którzy  dla  sensacji 

zrobią  wszystko.  Przejdą  po  trupach  i  wejdą  z  buciorami  do 
cudzej  duszy,  żeby  tylko  mieć  odpowiedni  tytuł  w  swojej 

background image

gazecie. Czy ty myślisz, że dostaniesz za to nagrodę Pulitzera? 

– Nie potrzebuję Pulitzera. 
– Akurat! 
– Już raz go dostałem. 
Strzał był celny. Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć. 
– Zamknij usta, strasznie głupio wyglądasz. 
Posłuchała go i usiłowała się opanować. Co z tego, że kiedyś 

dostał  największą  nagrodę,  jaką  dostać  może  dziennikarz? 
Przecież to nie znaczy, że nie może się mylić. Zresztą  może on 
kłamie. 

–  Jeśli  nie  robisz  tego  dla  sensacji,  to  dlaczego  to  robisz? 

Dlaczego  prześladujesz  dobrych,  uczciwych  ludzi  takich  jak 
Charlie, jak państwo Loring? Oni nie potrzebują żadnej afery. 

Ben przeczesał ręką włosy. 
–  Dręczy  mnie  to.  Cała  ta  sytuacja  nie  daje  mi  spokoju. 

Dlatego to robię. 

Spojrzała na niego niechętnie. 
– Chodzi ci o spokój sumienia, o prawdę i o sprawiedliwość? 

Znam  pewnego  naprawdę  sprawiedliwego  człowieka  i  muszę 
powiedzieć, że nie jesteś godny, żeby mu sznurować buty. 

Ben machnął ręką. 
– Może byśmy dali temu spokój... 
Nie  chciała  spokoju,  chciała  wyładować  swój  gniew.  Ben 

Grant postanowił do tego nie dopuścić. 

 
–  Wiem,  że  Charlie  jest  dla  ciebie  kimś  bardzo  ważnym  – 

powiedział  polubownie.  Chciała  mu  przerwać,  ale  nie  dopuścił 
jej  do  głosu.  –  I  dlatego  tak  trudno  ci  jest  zrozumieć  moje 
stanowisko. Musisz jednak wiedzieć, że Charlie nie pierwszy raz 
dopuszcza do pewnych zaniedbań. Pisałem już o tym, jak wiesz. 
Opublikowałem  wszystkie  listy  od  czytelników,  jakie  nadeszły 

background image

w odpowiedzi. Próbuję być obiektywny. 

– Dlaczego tak się upierasz, że to nie było samobójstwo? 
– Nie upieram się, chciałbym tylko zobaczyć dowody. 
Nie mogę... nie mogę tego tak zostawić. 
Julia westchnęła. Przecież to i tak nic nie zmieni. 
–  Nie  mogę  o  tym  zapomnieć  –  mówił  dalej  Ben  –  muszę 

zadawać  pytania  i  będę  to  robił.  Charlie  Slocum  mi  w  tym  nie 
przeszkodzi. 

Spojrzała na niego z bólem w oczach. 
– Dlaczego? – zapytała cicho. 
Spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem. 
– Nie mogę inaczej. 
Mimo woli  poczuła coś jakby podziw. Gdyby spotkali się  w 

innych okolicznościach, gdzie indziej, w jakimś innym świecie... 

Potrząsnęła głową. 
–  Coś  ci  powiem.  Nie  musisz  mi  wierzyć,  nie  znasz  mnie 

przecież, ale spróbuj mnie wysłuchać. 

– Ja słucham każdego. 
– W takim razie posłuchaj, co ci powiem. Ja rozumiem, że dla 

kogoś z zewnątrz pewne sprawy... 

– Dla kogoś z zewnątrz? – Brwi Bena uniosły się. 
–  Z  kontynentu,  ze  Stanów.  Ja  nie  zamierzam  pochwalać 

anarchii  ani  samosądu,  ale  to  jest  mała  społeczność,  Ben. 
Wszyscy się  znają  od pokoleń. Jesteśmy w stanie rozwiązywać 
nasze  problemy  bez  udziału  biurokracji  z  zewnątrz.  Zbytnie 
formalizowanie nieraz tylko wszystko komplikuje i pogarsza. 

Widać było, że go uraziła, usuwając poza obręb wyspiarskiej 

społeczności. 

– Charlie to bardzo mądry człowiek – ciągnęła. – Jest bardzo 

doświadczony, pracuje w policji od trzydziestu pięciu lat i jeśli 
ocenia  sytuację  w  jakiś  konkretny  sposób,  możesz  być  pewien, 

background image

że ma rację. 

–  Chciałbym  ci  wierzyć.  Jestem  pewien,  że  kiedyś  był 

naprawdę dobrym policjantem, ale to już dawne czasy. 

Teraz, kiedy stracił cały zapał, chęć i... 
– .. . żonę – dokończyła z goryczą w głosie. 
Ben zamrugał oczami. 
– Co takiego? 
– Jego żona umarła dwa lata temu, nie wiedziałeś? 
– Tak, słyszałem. 
– Naprawdę nie jesteś w stanie go zrozumieć? 
Ben  milczał;  odpowiedź  odczytała  w  jego  wzroku  i  nagle 

wszystko,  co  w  niej  obudził  w  czasie  tej  rozmowy,  gdzieś  się 
ulotniło. 

– Rozumiem. Jesteś gotów iść po trupach. 
–  Po  prostu  sądzę,  że  ta  wyspa  zasłużyła  sobie  na  kogoś 

lepszego. 

Spojrzała  na  niego  bez  uśmiechu,  nie  siliła  się  nawet  na 

uprzejmość. 

–  W  takim  razie  zostaw  w  swojej  gazecie  dużo  miejsca  na 

korespondencję od czytelników. 

 
– Dlaczego? Zamierzasz coś napisać? 
– Owszem, i możesz być pewien, że pójdzie ci w pięty. 
Nieoczekiwanie  się  uśmiechnął  i  jego  uśmiech  w  jakiś 

cudowny sposób przekształcił całą jego twarz. 

– Jestem do usług – oznajmił. 
Nie mówiąc do siebie nic więcej, wolnym krokiem skierowali 

się w stronę samochodów stojących za ogrodzeniem cmentarza. 

– Byłaś druhną na ślubie Amber? 
–  Tak  –  odrzekła  automatycznie.  Skąd  on  to  wie?  Nie  na 

darmo dostał kiedyś nagrodę Pulitzera. 

background image

– Byłaś z nią w kontakcie? 
– Od czasu do czasu. A ty ją znałeś? 
–  Trochę.  Lepiej  znam  jej  męża.  Gramy  w  koszykówkę, 

jesteśmy w przeciwnych drużynach. 

Cmentarz był pusty. Przy grobie Amber został tylko grabarz. 

Julia uniosła wzrok na Bena. 

– Jak myślisz, dlaczego ona to zrobiła? 
– Dziwne. Właśnie miałem cię zapytać o to samo. 
Spojrzeli sobie w oczy i Julia zrozumiała, że w gruncie rzeczy 

Ben szuka odpowiedzi na te same pytania co ona. 

– Robi się chłodno – powiedział. 
–  Tak.  –  Rozejrzała  się,  a  potem  spojrzała  na  jasnobłękitne 

niebo. – Szkoda, że to wrzesień. 

– Rozumiem, że kiedy się przyjeżdża z Kalifornii, chciałoby 

się, żeby wszędzie był lipiec. 

– Nie rozumiesz. Jesień to moja ulubiona pora roku. 
Dlatego to wszystko jest jeszcze bardziej ciężkie. 
Szybko otworzyła drzwi starego pontiaca. 
–  Muszę  jechać,  umówiłam  się  na  lunch  z  przyjaciółką.  – 

Wsiadła  do  samochodu.  –  Mam  nadzieję,  że  sobie  przemyślisz 
sprawę Charliego – dodała, wychylając się ku niemu przez okno. 

Ben lekko pokręcił głową. 
–  Zdania  i  tak  nie  zmienię,  to  byłoby  wbrew  mojemu 

sumieniu... 

– Mylisz się, bardzo się mylisz. 
W  milczeniu  odsunął  się  od  samochodu  i  patrzył,  jak 

odjeżdża. Julia spojrzała na niego w lusterku i wyraz jego twarzy 
powiedział jej więcej niż jakiekolwiek słowa. 

 

background image

 
Z  ulgą  wróciła  do  siedziby  na  wzgórzu,  która  na  przeciąg 

dwóch  tygodni  miała  się  stać  jej  domem.  Prosto  z  cmentarza 
pojechała do Cathryn i zjadła lunch z nią i jej uroczymi dziećmi. 
Potem  rysowała  z  nimi  jesienne  liście  i  przyklejała  rysunki  na 
oknach  jadalni,  zachwycała  się  okiennymi  zasłonami  i  kapami, 
które Cathryn sama szyła i haftowała. 

Potem  wypiła  filiżankę  kawy  i  zjadła  kilka  pysznych 

czekoladowych ciasteczek roboty pani domu, a potem obejrzała 
jej ogród i szczerze podziwiała hodowlę róż. 

A mimo to do swojej samotni wróciła z westchnieniem ulgi, 

szczęśliwa, że nareszcie może być sama ze swymi myślami. To, 
co  Cathryn  powiedziała  jej  o  Amber,  kiedy  na  chwilę  zostały 
same, wytrąciło ją z równowagi. 

– Wiedziałaś, że Bruce ją bił? 
 
Julia miała wrażenie, że kuchnia nagle zawirowała. 
– Chyba... żartujesz... 
– Niestety, nie. Podłe bydlę. 
Cathryn  zauważyła,  że  jej  słowa  wywarły  na  przyjaciółce 

wstrząsające wrażenie. Ujęła jej rękę. 

– Nie chciałam cię martwić, Julio. O ile wiem, to się zdarzało 

niezbyt często i nie było bardzo dotkliwe, ale... 

Na szczęście, postanowiła od niego odejść. 
Nie było to bardzo pocieszające. 
Na prośbę Julii opowiedziała, jak Amber przychodziła do niej 

po  radę  i  pomoc.  Jak  początkowo  nie  chciała  nawet  słyszeć  o 
opuszczeniu Bruce’a, jak się dopytywała, co Cathryn robi, że jej 
małżeństwo jest takie dobre. 

background image

– To było naprawdę strasznie przygnębiające. Brała ode mnie 

przepisy kucharskie, zupełnie jakby to mogło coś zmienić. 

Julia  poczuła,  jak  serce  jej  się  ściska  na  myśl  o  tej  nowej 

Amber, której nie znała. Przecież Amber zawsze była tak bardzo 
pewna siebie, zwłaszcza wobec osób płci odmiennej. Widocznie 
ten bydlak potrafił nawet jej odebrać wiarę we własne siły. 

– Wszystko przez tę jego dziką zaborczość, prawda? 
– spytała Julia, przypominając sobie epizod z wesela. 
Cathryn ponuro skinęła głową. 
–  Pierwszy  raz  usłyszałam,  że  coś  jest  nie  tak,  kiedy  kupili 

dom i zaczęli go urządzać. Amber szalała z radości. 

Pewnego  dnia Bruce  przyszedł  i zrobił  jej scenę, mówiąc, że 

pośrednik  się  do  niej  zaleca.  Wyrzucił  go  za  drzwi,  a  potem 
wziął się do niej. 

–  O  Boże...  –  jęknęła  Julia,  wyobrażając  sobie,  co  to  może 

oznaczać w wykonaniu kogoś, kto waży sto kilogramów i składa 
się z samych mięśni. 

– Potem to się powtarzało. Jak jakiś facet szedł po tej samej 

stronie ulicy, Bruce robił awanturę, że mają romans. 

Co gorsza, utrzymywał, że to ona go sprowokowała. 
Wszystko urojenia. Znasz Amber i wiesz, jaka była otwarta i 

serdeczna.  Wobec  wszystkich.  Później  zaobserwowałam  w  niej 
pewne  zmiany.  Nie  przychodziła  już  do  mnie  pytać  o  radę. 
Przestała widywać się z ludźmi, nie była już taka towarzyska jak 
dawniej. Jasne, że robiła to wszystko dla niego, ale on wcale nie 
był zadowolony. Przez ostatnie lata żyła w stałym napięciu. To 
było nie do wytrzymania. 

Pocieszające  w  jej  opowieści  było  jedynie  to,  że  Amber 

postawiła  na  swoim i  nie zrezygnowała z pracy. Mąż żądał, by 
odeszła  z  banku  i  zaczęła  pracować  w  jego  barze.  I  tak 
prowadziła  mu  już  księgowość,  lecz  chciał,  żeby  oprócz  tego 

background image

pracowała  u  niego  jako  kelnerka.  Stanowczo  odmówiła,  i  to 
ostatecznie ich z sobą skłóciło. 

– Decyzję  o rozwodzie podjęła z  wielkim trudem  – ciągnęła 

Cathryn.  –  Kiedy  się  z  nią  spotkałam,  była  bardzo 
zdenerwowana i niepewna, czy dobrze robi. Z Bruce’em wiele ją 
łączyło.  Po  pewnym  czasie  okrzepła  i  przestała  się  wahać. 
Wynajęła adwokata i sprawa ruszyła naprzód. 

Na  nieszczęście,  kłopoty  Amber  na  tym  się  nie  skończyły. 

Bruce  stale  ją  nachodził  z  nowymi  pretensjami;  powodem 
przedłużania się procesu rozwodowego stały się nie rozwiązane 
sprawy majątkowe. 

–  Amber  znosiła  to  wyjątkowo  dobrze.  Tak  jakby  wraz  z 

decyzją o rozstaniu spadł jej kamień z serca. Miałam wrażenie, 
że znowu stała się dawną Amber, znowu była sobą. 

Dlaczego  w  takim  razie  pociągnęła  za  cyngiel?  To  pytanie 

dręczyło  Julię  przez  drogę  powrotną  i  nie  dawało  spokoju  po 
powrocie  do  domu  pod  radiowym  masztem.  Czy  Bruce  po 
rozstaniu  w  dalszym  ciągu  dręczył  żonę?  Czy  prześladował  ją 
tak  strasznie,  że  nie  widziała  innego  sposobu  ucieczki  przed 
koszmarem, jak odebranie sobie życia? 

Przebrała  się  w  dżinsy  i  sweter,  wyszczotkowała  włosy  i 

spięła je na karku. 

Może  Cathryn  niewłaściwie  rozumiała  zachowanie  Amber? 

Może  Amber  ostatnio  przez  cały  czas  była  w  złym  stanie 
psychicznym, może depresja wcale nie minęła... 

Przecież  Cathryn  sama  powiedziała,  że  Amber  przestała 

bywać  w  towarzystwie.  Musiała  się  czuć  strasznie  samotna, 
zwłaszcza kiedy zobaczyła Nicole Normandin u boku Bruce’a... 
Mogła  przecież  również  poczuć  się  zagrożona  pod  względem 
materialnym. 

Wynajdując  coraz  to  nowe  powody  desperackiego  kroku 

background image

przyjaciółki,  Julia  wyszła  z  sypialni.  Nieoczekiwanie  Amber 
stała się dla niej zagadką i jednym wielkim znakiem zapytania. 

Weszła  do  kuchni  i  zerknęła  na  zegar;  dochodziło  wpół  do 

szóstej. Przyrządziła zupę pomidorową z puszki, nalała zimnego 
mleka do szklanki, usmażyła omlet i posmarowała pajdę chleba 
masłem.  Postawiła  wszystko  na  tacy  i  skierowała  się  w  stronę 
oszklonego  pawilonu  prowadzącego  do  studia.  Nie  rozumiała, 
dlaczego to robi; po prostu wiedziała, że tam jej będzie najlepiej. 

W zaniedbanym pomieszczeniu panował półmrok. 
 
Przetarła brudne szyby i nieco światła wsączyło się do środka. 

Zasiadła do posiłku w miejscu, na które padał jeden z ostatnich 
promieni  zachodzącego  słońca  i  z  przykrością  spostrzegła,  że 
światło wydobyło na jaw grube pokłady kurzu. 

Szybko  zjadła  zupę  i  poszła  do  kuchni  po  szmaty  i  kubeł  z 

wodą. Starannie przetarła stół i mikrofon, a potem wzięła się do 
aparatu  telefonicznego,  magnetofonów,  krzeseł,  framug  i  całej 
reszty. Pod energicznymi ruchami jej rąk szara warstwa znikała, 
z  zapomnienia  wydobywały  się  dobrze  znane  przedmioty. 
Zupełnie jakby za jakimś tajemniczym podszeptem nagle zaczęła 
ożywać przeszłość. 

Tymczasem  słońce  zaszło,  ostatnim  różowym  blaskiem 

oświetlając  wzgórza  i  morskie  fale.  Widok  był  tak  przepiękny, 
że  Julia  zamarła  w  pół  ruchu  i  zapatrzyła  się  w  obraz,  który 
miała przed sobą. Ostry ból uświadomił jej, że Amber już nigdy 
tego nie zobaczy. Szybko znowu zabrała się do sprzątania i ból 
na chwilę zniknął. 

Znalazła w schowku odkurzacz i oczyściła podłogę i półki z 

taśmami.  Następnie,  czując,  że  jej  zapał  maleje,  odniosła 
wszystko  z  powrotem  do  kuchni.  Napełniła  szklankę  winem  i 
wróciła  do  studia.  Zupełnie  machinalnie  zasiadła  na  swoim 

background image

dawnym miejscu przed konsolą. 

Na swoim dawnym miejscu, na swoim miejscu... 
Sączyła wino, patrząc na zachodzące słońce, a potem w nagle 

pociemniałe niebo. W oddali zapaliły się światła. Srebrna wstęga 
latarni  morskiej  oświetliła  kawał  morza  i  ześliznęła  się  po 
skałach. 

Nagle  zrozumiała,  dlaczego  tak  starannie  oczyściła  studio: 

musiała zrobić coś, co rozładuje emocje nagromadzone w ciągu 
tego przygnębiającego dnia. Musi... musi wyjść w eter, poruszyć 
radiowe fale. 

Jak w transie podeszła do nadajnika i włączyła go. 
– Chyba zwariowałam... 
Automatycznie  nacisnęła  przycisk  i  zapaliła  żółte  światełko. 

Wieczornej ciszy nie zakłócał żaden dźwięk i wyraźnie słyszała 
wibrację  masztu  znajdującego  się  w  odległości  dziesięciu 
metrów od niej. Zupełnie jakby był żywą istotą, z którą łączy ją 
jakaś niewidzialna więź. 

Sięgnęła  do  plastikowego  pudła,  wyjęła  z  niego  notatnik,  w 

którym Preston zapisywał pory nadawania, czas trwania audycji 
i  częstotliwość.  Wpisała  dokładną  godzinę  i  określiła 
przypuszczalny czas emisji. 

Podeszła  do  półek  i  przebiegła  wzrokiem  po  grzbietach 

pudełek ze szpulami i płytami. Wybrała kilka z nich i położyła 
na  podłodze  obok  swojego  krzesła.  Przypomniała  sobie,  że 
wzięła  z  sobą  do  samolotu  kilka  nagrań  i  poszła  po  nie  do 
sypialni. 

Kiedy wróciła, zegar wskazywał szóstą czterdzieści dziewięć. 

Poczuła, jak wali jej serce, a żołądek ściska się boleśnie. Już nic 
nie oddziela jej od mikrofonu; tutaj nie ma reklam ani przerw na 
drobne ogłoszenia. Nie ma nic, tylko ona. 

Nic  nie  szkodzi,  powiedziała  do  siebie  uspokajająco;  nie 

background image

panikuj,  i  tak  nikt  cię  nie  usłyszy.  Przecież  nikomu  nawet  do 
głowy  nie  przyjdzie,  że  dzisiaj  ktoś  może  nadawać  ze  studia 
Prestona. 

Nie  mogła  się  skupić  nad  wyborem  muzyki.  Ręką 

machinalnie  pogrzebała  w  stosie  płyt;  zegar  tykał  i  czas 
rozpoczęcia audycji zbliżał się nieubłaganie. 

 
Niemal na oślep natrafiła na płytę z największymi przebojami 

Johna Denvera. Dziwna zbieżność losów spadła na nią jak grom: 
John Denver, zupełnie jak Amber, też zginął śmiercią tragiczną. 

Włożyła  słuchawki,  nastawiła  płytę  i  zawisła  wzrokiem  na 

wskazówkach zegara. 

Nerwy  miała  napięte  do  granic  wytrzymałości.  Dokładnie  o 

siódmej 

włączyła 

mikrofon 

opanowanym 

głosem 

wyrecytowała: 

–  Tutaj  radio  wyspy  Harmony,  własność  Prestona  Fincha, 

nadajemy  na  falach  o  częstotliwości  91,2  megaherca  zgodnie  z 
obowiązującą  ustawą  o  mediach  i  radiostacjach  prywatnych. 
Jesteśmy  radiostacją  niekomercyjną  nadającą  programy  w 
ramach  Atlantic  Network  News.  Rozpoczynamy  naszą 
codzienną audycję. 

Włączyła  muzykę  i  nieco  się  uspokoiła.  Czuła,  że  serce 

przestaje  jej  walić  jak  oszalałe,  ręką  powoli  przetarła  czoło. 
Kiedy  melodia  się  skończyła,  nastawiła  następną  płytę.  Tym 
razem  były  to  „Światła  portu”,  piosenka  z  czasu  drugiej  wojny 
światowej.  Oparła  się  wygodnie  i  z  przyjemnością  wysłuchała 
utworu do końca. 

Wybrała  album  Johna  Denvera  zupełnie  przypadkowo,  ale 

teraz  nie  mogła  się  nie  uśmiechnąć  do  samej  siebie.  Słowa 
piosenki  mówiącej  o  powrocie  do  domu  wydały  jej  się  bardzo 
znaczące. Podświadomość najwyraźniej cały czas pracowała. 

background image

Muzyka ucichła. 
– Dobry wieczór – powiedziała swobodnym głosem. – Witam 

wszystkich słuchaczy. Słuchali państwo piosenek Johna Denvera 
z  początku  lat  siedemdziesiątych.  Mówi  do  was  Julia  Lewis. 
Zastępuję  dziś  Prestona  Fincha,  który  niedawno  wyjechał  na 
wakacje. Będę z państwem przez następne trzy godziny. Razem 
będziemy słuchali wspaniałych nagrań, jak to zwykle w naszym 
radio. Proponuję wyłączyć telewizor, nalać sobie kieliszek wina 
i usiąść przy odbiorniku. Zostańcie ze mną. 

Zapisała tytuł następnej piosenki i odczekała chwilę. 
– Jest godzina siódma dwadzieścia, dwudziestego dziewiątego 

września.  Jest  cudowny  wieczór,  świecą  gwiazdy  i  księżyc, 
niebo  jest  czyste  i  wielkimi  krokami  zbliża  się  październik. 
Czujecie to, prawda? 

Poczuła,  że  nerwy  ustępują,  serce  bije  wolno  i  rytmicznie,  a 

skurcz żołądka gdzieś zanika. 

–  W  takim  razie  teraz  Roger  Williams  zaśpiewa  nam  coś  o 

jesieni. 

Rozległy się dźwięki muzyki i w tej samej chwili zapaliło się 

światełko  przy  aparacie  telefonicznym.  Julia  zmarszczyła  brwi. 
To na pewno jakaś pomyłka. 

– Słucham? – spytała niepewnym głosem. 
–  Cześć,  właśnie  wynosiłem  śmieci  i  zobaczyłem,  że 

czerwone światełko na maszcie się pali. 

Czerwone  światełko!  Zapomniała,  że  podczas  nadawania 

zawsze się pali czerwone światełko! 

Preston zapalał je nie ze względu na samoloty, maszt był na to 

za niski; zapalał je dla swoich słuchaczy, którym w ten sposób 
sygnalizował, że stacja funkcjonuje i można posłuchać muzyki. 
Ludzie  z  okien  mogli  dostrzec  jego  sygnał  i  włączyć 
radioodbiorniki. 

background image

– Nigdy cię chyba nie słyszałem. Kim jesteś? 
 

głosie 

dzwoniącego 

zabrzmiało 

prawdziwe 

zainteresowanie. 

– Nazywam się Julia Lewis, zastępuję dzisiaj Prestona Fincha. 
– Tylko dzisiaj? 
– Tak. 
– Masz cudowny radiowy głos. 
– Bardzo dziękuję. 
Uśmiechnęła się na dźwięk dobrze znanego komplementu. 
– Ale kim jesteś? Powiedz o sobie kilka słów. 
Julia spojrzała na stoper. 
– Nie będziesz miał nic przeciwko temu, jeśli odpowiem ci w 

trakcie trwania audycji? 

–  Nic  a  nic.  Miło  mi  się  rozmawiało,  nazywam  się  Norm 

Silvia. 

Muzyka właśnie ucichła. 
– Zadzwonił do mnie przed chwilą pewien słuchacz – zaczęła 

Julia,  wkładając  jednocześnie  płytę  z  powrotem  do  koperty  – 
który mnie zapytał, kim jestem. Zaraz mu odpowiem. Nazywam 
się Julia Lewis i od siedmiu lat pracuję jako radiowa prezenterka 
muzyki.  Dawno  temu,  kiedy  chodziłam  jeszcze  do  szkoły, 
pracowałam  w  radio  Harmony.  Prowadziłam  audycję  pod 
tytułem  „Popołudnie  z  Julią”  i  przez  dwie  godziny  codziennie 
torturowałam mieszkańców naszej wyspy muzyką rockową. 

Wsunęła kasetę do magnetofonu i mówiła dalej: 
– Potem nieco zmieniłam repertuar. Nadawałam jazz, muzykę 

country,  nieco  lżejszy  rock.  Dzisiaj  zamierzam  zaproponować 
wam  mieszankę  różnych  melodii;  w  zbiorach  Prestona 
znajdziemy wszystko. Proponuję zatem dorzucić kolejne polano 
do  kominka,  objąć  kogoś  bardzo  miłego  i  wysłuchać  następnej 

background image

piosenki. Zostańcie ze mną. 

Rozległy się dźwięki „Tonight, Tonight” w wykonaniu Mello-

Kings.  Światełko  zapaliło  się  znowu.  Tym  razem  to  już  na 
pewno musi być pomyłka. 

– Halo? 
– Cześć, Julia, mówi Mike Fearing. 
Kolega z klasy, którego spotkała na pogrzebie Amber. 
– Cześć! Miło cię słyszeć. 
–  Dzwonię  w  dwóch  sprawach.  Po  pierwsze,  chciałem  ci 

powiedzieć,  że  jesteś  wspaniała,  po  prostu  cudowna,  zupełnie 
jakby od czasów „Popołudnia z Julią” nic się nie zmieniło, a po 
drugie... 

Julia pociągnęła łyk wina. 
– Tak? 
– Możesz zagrać coś na zamówienie? 
– Oczywiście. A co byś chciał? 
–  Macie  tam  „Niezapomnianą”  w  wykonaniu  Nata  King 

Cole’a i jego córki? 

– Chyba nie, u Prestona nie ma takich nowości. – Spojrzała w 

stronę  półek.  –  Ale  mam  to  chyba  na  jednej  z  taśm,  które 
przywiozłam. Zaraz ci znajdę, dobrze? 

Mike przez chwilę milczał. 
–  A  będzie  można  to  komuś  zadedykować?  –  zapytał  po 

chwili. 

– Jasne. Kim jest ta szczęściara? 
–  To  nie  to,  co  myślisz.  –  Mike  zawahał  się.  –  Myślałem  o 

Amber. 

Julia zesztywniała. 
 
– Można będzie? 
– Oczywiście. 

background image

– Dzięki, i do zobaczenia. 
Powoli  włączyła  mikrofon  i  zamyślonym  głosem  zaczęła 

mówić: 

–  Dwa  dni  temu  byłam  w  Los  Angeles,  spokojnie  sobie 

pracowałam  i  nie  podejrzewałam,  że  tak  szybko  znajdę  się  z 
powrotem na Harmony. Nie mam tu żadnej rodziny, mam tylko 
serdecznych przyjaciół. Myślałam, że tak będzie zawsze, że nic 
się nie zmieni, i wszystko zostanie tak, jak było. 

Nagle  w  piątek  dowiedziałam  się,  że  moja  przyjaciółka 

umarła. Przyjechałam na jej pogrzeb, odbył się dzisiaj rano. Jak 
wszyscy się domyślacie, chodzi mi o Amber Loring Davoll. Nie 
zamierzałam  dzisiaj  o  niej  mówić,  ale  właśnie  zadzwonił  do 
mnie  pewien  słuchacz  i  poprosił,  żebym  zadedykowała  jej 
piosenkę.  Zaraz  ją  nadam,  ponieważ  podobnie  jak  ty,  Mike, 
uważam, że Amber była i jest... 

Zwiększyła  natężenie  dźwięku  i  zabrzmiał  ciepły,  głęboki 

głos Nata King Cole’a: 

– Niezapomniana... 
Telefon znowu zamrugał. 
– Tak, słucham. 
– Julia! Tu Cathryn! Właśnie dzwonił do mnie Mike. 
Co  ty  tam  wyprawiasz?  Przepraszam,  możesz  nie 

odpowiadać,  to  głupie  pytanie.  Jesteś  cudowna!  Nie  wiem,  co 
powiedzieć.  Zaraz  dzwonię  do  mojej  mamy,  żeby  włączyła 
radio. Pa! Do zobaczenia. 

Pierwsza  godzina  programu  z  wolna  dobiegała  końca,  kiedy 

telefon  odezwał  się  znowu.  Męski  głos  po  drugiej  stronie 
słuchawki był spokojny i dystyngowany. 

 
– Chciałbym poprosić o nadanie pewnej piosenki. 
Czy  ma  pani  przypadkiem  piosenkę  o  kobiecie  w  czerwonej 

background image

sukni? 

– Chyba nie, ale zaraz sprawdzę. 
–  Byłbym  bardzo  zobowiązany.  To  była  ulubiona  piosenka 

Amber. 

Julia zaskoczona nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. 
– Czy my się znamy? – wykrztusiła wreszcie. 
– Nie, nigdy się nie spotkaliśmy. Byłbym wdzięczny, gdyby 

pani puściła tę piosenkę. „Kobieta w czerwonej sukni”. 

Odłożył słuchawkę. Julia przez chwilę siedziała zamyślona, a 

potem zbliżyła usta do mikrofonu. 

–  Dobry  wieczór  państwu.  Panu,  który  prosił  o  nadanie 

piosenki  o  kobiecie  w  czerwonej  sukni,  chciałabym  z 
przykrością  odpowiedzieć,  że  nie  mamy  tej  płyty  w  naszych 
zbiorach.  To  rzeczywiście  była  ulubiona  piosenka  Amber. 
Pamiętam nawet, że specjalnie kupiła sobie czerwoną sukienkę, 
jak ta kobieta z piosenki. Włożyła ją potem na jakiś bal i od razu 
trzech panów zaproponowało jej małżeństwo, a kilku następnych 
coś jeszcze innego. 

Roześmiała się; napięcie ustąpiło bez śladu. 
– Jeśli jest jakaś piosenka, którą mogę panu puścić w zamian, 

proszę  znowu  do  mnie  zadzwonić.  Tymczasem  puszczę  inną 
melodię,  za  którą  Amber  przepadała.  Mówi  Julia  Lewis,  radio 
Harmony, zostańcie ze mną. 

„Simply Irresistible” popłynęło falami eteru prosto w noc. Nie 

można się jej oprzeć... Telefon nie próżnował. 

 
– Cześć, nazywam się Angie i jestem fryzjerką, przez ostatnie 

pięć lat robiłam Amber pasemka we włosach. 

– Witaj, Angie, miło cię słyszeć. 
– Rzadko dzwonię do radia, ale teraz to co innego. 
Na pewno. 

background image

– Czym mogę służyć? 
–  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  Amber  była  słodka  i 

kochana. Właśnie tak, była słodka i kochana. 

– Wiem. 
– Nigdy o nikim nie powiedziała złego słowa, nie jak te inne 

baby,  co  tylko  plotkują.  Była  bardzo  dobra  i  pełna  wdzięku, 
bardzo ją lubiłam. Nie mogę się pogodzić z jej śmiercią. 

– Ja też nie. 
–  To  wszystko,  chciałam  powiedzieć  tylko  to.  I  jeszcze 

jedno... Ona miała takie cudowne włosy. 

Julia przygryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem, mimo że 

w oczach miała łzy. 

– Dziękuję za telefon. 
Szkoda,  że  słuchacze  nie  mogli  słyszeć  tej  rozmowy.  Gdyby 

mogła  ją  nagrać,  puściłaby  ją  później.  Spojrzała  na  konsolę  i 
zobaczyła  przycisk  pozwalający  na  kierowanie  telefonicznych 
rozmów wprost na antenę. Ale ze mnie idiotka... 

Przełączyła  telefon  i  zaczęła  czekać.  Może  już  nikt  nie 

zadzwoni,  może  ta  fryzjerka  była  ostatnim  słuchaczem  radia 
Harmony tego wieczoru, a może nie... 

 
 
Ben  siedział  nad  przenośnym  komputerem,  sporządzając 

notatkę  z  pogrzebu  Amber  Davoll,  kiedy  nagle  odezwał  się 
aparat,  na  którym  można  było  odbierać  policyjne  pasma. 
Dyżurny  policjant  łączył  się  właśnie  z  Charliem  Slocumem 
patrolującym miasto. 

– Szefie, dzwonił Bob Willis z Briggs Road i powiedział, że 

coś  dziwnego  dzieje  się  u  Prestona  Fincha.  Ktoś  nadaje  z  jego 
studia. Pytał, czy o tym wiemy. 

Ben oderwał oczy od ekranu komputera. 

background image

– Ktoś nadaje ze studia Prestona? 
– Tak mówi Willis. 
Slocum wybuchnął śmiechem. 
– A to dopiero! 
– Wiedział pan o tym, szefie? 
– To Julia Lewis. Preston o tym wie, pozwolił jej. 
Wszystko w porządku, Bill. 
Ben natychmiast włączył radio. Niecierpliwie odszukał pasmo 

Harmony. Piosenka właśnie dobiegła końca. 

–  Słyszeli  państwo  „Kobietę  w  czerwonej  sukni”.  Bardzo 

dziękuję pani Wilson z Barney Cove Road, że mi przyniosła tę 
płytę. 

Ben  siedział  wsłuchany  w  dźwięk  płynący  z  radia.  Nigdy 

jeszcze  nie  słyszał  tak  ciepłego,  czarującego  i  melodyjnego 
głosu. Jedwab i czekoladowy krem, pomyślał. 

– Tu radio Harmony, jest godzina ósma pięć. Mamy właśnie 

kolejny telefon. Słucham? 

– Mówi Gray McCord z Piney Point Road. 
– Dobry wieczór, Gray. 
– Wiesz, co mi się kojarzy z Amber Loring? 
– No, słucham? 
–  Nasza  wspólna  jazda  moim  starym  cadillakiem  podczas 

parady z okazji Święta Pracy. 

 
– To był twój samochód? 
– Tak. 
– Musiał być niesamowity. 
– Dzięki, ona też była niesamowita. Wyglądała przepięknie w 

białej  balowej  sukience  i  diademie  we  włosach,  zupełnie  jak 
Kopciuszek  na  balu  u  księcia.  Pamiętam,  że  miała  bukiet  z 
czerwonych róż. 

background image

– Tego roku została wybrana królową balu. 
– Tak. Byłem bardzo  dumny. Wszyscy na  wyspie  byliśmy z 

niej dumni. Potem dała mi jedną taką różę. Przechowywałem ją 
przez kilka lat, ale potem moja żona ją wyrzuciła. 

W głosie Julii słychać było uśmiech. 
– Dzięki za telefon, Gray. 
Ben przysunął się z krzesłem do odbiornika, jakby chciał być 

bliżej płynącego z niego kobiecego głosu. 

Julia  wspomniała  coś  o  romantycznym  księżycu,  nocnej 

poświacie,  o  morskich  falach,  i  nastawiła  następną  płytę.  Ben 
rozpoznał ścieżkę dźwiękową z filmu „Dying Young”. 

„Umrzeć  młodo...  „  Czyżby  puściła  to  specjalnie?  Telefon 

odezwał się dopiero po trzech następnych utworach. 

– Witam, czym mogę służyć? 
Ben  poczuł  dreszcz.  Głos  Julii,  w  połączeniu  z  nocą, 

zabrzmiał tak niezwykle zmysłowo, że miał wrażenie, iż zwraca 
się bezpośrednio do niego. Dopiero po chwili uświadomił sobie, 
że każdy ze słuchaczy czuje to samo. 

Zdumiał go kontrast istniejący pomiędzy jej głosem a osobą, 

jaką  była  w  ciągu  dnia.  Julia  jest  przecież  oschła  i  wyniosła, 
pełna  dystansu  i  pogardy.  A  teraz...  teraz  otwiera  się, 
przygarniając do siebie wszystkich ludzi, którzy jej słuchają. 

–  Cześć,  to  jeszcze  raz  ja,  Mike.  Skończ  już  z  tymi 

księżycami,  kwiatkami,  z  tym  całym  romantycznym  balastem. 
Słucham  tego  całego  gadania  o  tym,  jaka  to  Amber  była 
cudowna i  myślę  sobie, że  z  niej  przede wszystkim była niezła 
zgrywuska.  Pamiętasz,  jak  nas  namówiła,  żebyśmy  sobie 
wszyscy wymoczyli tyłki w zatoce i poszli do domu w mokrych 
gaciach przez całe miasto? To się nazywało „pogoń za ostatnim 
promem”. 

Rozległ się perlisty śmiech Julii. 

background image

–  Pewnie,  że  pamiętam.  Charlie  Slocum  o  mało  mnie  nie 

zabił, kiedy zjawiłam się w domu w mokrych szortach. 

Ben spróbował wyobrazić sobie Julię w... „mokrych gaciach” 

i poczuł, że wyobraźnia go zawodzi. 

–  Nie  wiem,  czy  wiesz,  ale  pogoń  za  ostatnim  promem 

wymyślona  przez  Amber  stała  się  odtąd  tradycyjną  rozrywką 
podczas uroczystych obchodów Święta Pracy. 

– Żartujesz! 
Ben  uśmiechnął  się;  w  głosie  Julii  zabrzmiała  dziecięca 

radość z udanego figla. 

– Wcale nie. Z roku na rok coraz więcej ludzi to robiło. 
– Tak się przechodzi do historii... 
– Chciałem tylko powiedzieć, że Amber była świetna i że bez 

niej świat będzie o wiele nudniejszy. 

Rozległy  się  ciche  dźwięki  piosenki  Cindy  Lauper  „Bo 

dziewczęta chcą się bawić”. 

– Mike, dziękuję ci za telefon. 
 
Ben  odsunął  się  od  odbiornika.  Nie  mógł  wyjść  z  podziwu. 

Jak  ona  to  robi?  Zwłaszcza  mając  do  dyspozycji  taki 
prymitywny sprzęt! Profesjonalizm Julii zdumiał go i zaskoczył. 
No  i  ten  jej  głos...  Taki  głos  to  skarb  dla  każdej  radiostacji. 
Kiedy  mówiła,  człowiek  nie  myślał  o  treści  wypowiadanych 
słów; mogła mówić byle co, a I tak potrafiła przykuć słuchaczy 
do odbiorników. 

Dźwięk telefonu wyrwał go z zamyślenia. 
–  Słucham  –  warknął  niezadowolony,  że  ktoś  mu 

przeszkadza. 

– Mówi Scott Bowen. 
Głos Bena natychmiast złagodniał. 
– Witam. Co nowego? 

background image

–  Chciałem,  żeby  pan  wiedział,  że  zadzwoniłem  pod  te 

telefony, które mi pan dał. 

Kolejna niespodzianka. Tego się nie spodziewał; najwyraźniej 

nie docenił tego chłopca. 

– I czego się pan dowiedział? 
– Zaraz wszystko opowiem. 
Po  kilku  minutach  Ben  odkładał  słuchawkę z  przekonaniem, 

że młodemu policjantowi należy się medal. Nazajutrz na wyspie 
miał  wylądować  lekarz  sądowy,  specjalnie  oddelegowany  do 
sprawy Amber Davoll. 

– Czas nam szybko upłynął i nasza dzisiejsza audycja dobiega 

końca... 

Głos Julii przestawił myśli Bena na inny tor i wywołał w nim 

dziwne wyrzuty sumienia. 

– Pytali mnie państwo, czy podczas mojego pobytu na wyspie 

będę co wieczór nadawać swoje audycje. Szczerze mówiąc, nie 
planowałam  tego,  ale  dzisiejszego  wieczoru  było  nam  ze  sobą 
tak dobrze, że postanowiłam tak zrobić. W takim razie do jutra o 
tej samej porze na tej samej częstotliwości. 

Ben  wstał  i  podszedł  do  okna;  z  miejsca,  w  którym  stał, 

widział  maleńkie  czerwone  światełko  na  maszcie  Prestona. 
Wyobraził  sobie Julię siedzącą przy mikrofonie, uśmiechniętą i 
nareszcie  pogodzoną  z  całym  światem.  Jego  poczucie  winy 
jeszcze wzrosło. 

–  Chciałabym  się  z  państwem  pożegnać  pieśnią,  którą  w 

moich  czasach  śpiewano  na  zakończenie  roku  szkolnego.  Nie 
wiem,  czy  teraz  też  tak  jest,  ale  dawniej  tak  było.  Żegna  się  z 
państwem Julia Lewis z radia Harmony. Dobranoc. A ty, Amber, 
śpij sobie spokojnie, kochanie. 

Poczuł  dziwny  ucisk  w  piersi,  kiedy  z  radia  rozległy  się 

pierwsze  słowa  starej  pieśni  „Gdyby  nigdy,  przenigdy  nie  było 

background image

rozstania... „ 

Julia  będzie  wściekła,  kiedy  jutro  o  wszystkim  się  dowie; 

będzie zła i rozgoryczona. To, co się stanie, na pewno bardzo ją 
zrani.  Poczuł,  że  musi  sam  ją  o  wszystkim  zawiadomić;  tak 
będzie  najlepiej.  Przecież  w  gruncie  rzeczy,  gdyby  nie  on, 
sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej. 

Tylko jak to zrobić? Jak jej powiedzieć, że nazajutrz ciało jej 

przyjaciółki zostanie ekshumowane? 

Radio zamilkło  i  Ben  wyłączył odbiornik. Znowu zasiadł do 

komputera,  ale  dopiero  po  dłuższej  chwili  powrócił  do 
przerwanej pracy. 

 

background image

 
Kiedy  samochód  podjechał  pod  dom,  Julia  siedziała  na 

podłodze  w  studio,  przewijając  taśmy.  Wstała,  obciągnęła  na 
sobie sweter i poszła otworzyć drzwi. Na widok czarnego forda 
Bena  poczuła  gwałtowne  bicie  serca.  Co  on  tu  robi?  A  dzień 
zapowiadał się tak miło... Obudziła się o siódmej, wyspana i w 
doskonałej  formie.  Audycja  poświęcona  Amber  przyniosła  jej 
ulgę, tak jakby garść wspomnień o zmarłej przyjaciółce uwolniła 
jej  sumienie  od  poczucia  niedosytu  wywołanego  zbyt  skromną 
ceremonią  pożegnalną.  Teraz  może  rozpocząć  prawdziwe 
dwutygodniowe wakacje. 

Podśpiewując, wzięła prysznic i  ubrała  się w sportowy strój, 

w  którym  można  było  zarówno  pobiegać  sobie  wokół  domu 
Prestona, jak i pospacerować doliną pełną kwitnących krzewów 
dzikiej róży. 

Po  powrocie  z  przechadzki  odsłuchała  wiadomość  od 

Cathryn,  nagraną  na  automatycznej  sekretarce.  Cathryn  miała 
zamiar  przed  jej  wyjazdem  zorganizować  przyjęcie  dla 
wszystkich  dawnych  przyjaciół  –  coś  między  „klasowym 
spotkaniem”  a  wieczorem  poświęconym  pamięci  zmarłej 
koleżanki. 

–  To  nie  będzie  nic  nadzwyczajnego  –  wyjaśniła  Cathryn, 

kiedy Julia do niej zadzwoniła. – Po prostu spotkamy się u mnie 
w  ogrodzie  i  pogawędzimy  sobie  o  starych  dobrych  czasach. 
Może nawet wzniesiemy jakiś toast. Możemy też wybrać się na 
cmentarz. W ten sposób ci, którzy nie mogli być  na  pogrzebie, 
będą mieli okazję odwiedzić grób Amber. Wieczorem pójdziemy 
coś zjeść w jakiejś miłej knajpce. Co ty na to? 

Julia  była  zachwycona;  zaofiarowała  przyjaciółce  wszelką 

background image

pomoc w organizowaniu spotkania. 

– Kiedy to ma być? 
– A kiedy wyjeżdżasz? 
– Od tej niedzieli za tydzień. 
– W takim razie spotkajmy się w sobotę. Wtedy ludzie mają 

najwięcej  czasu.  Chyba  że  nie  chcesz  mieć  żadnych  zajęć  w 
przeddzień wyjazdu... 

– Nie, w sobotę będzie doskonale. 
Po  rozmowie  z  Cathryn  zabrała  się  do  przygotowywania 

wieczornego  programu  radiowego.  Po  południu  czekały  ją 
zakupy, a potem kolacja z Charliem. 

Studio  radiowe  w  świetle  dziennym  prezentowało  się 

znacznie  gorzej  niż  wieczorem,  a  aparatura  wymagała 
natychmiastowej,  choć  drobnej,  naprawy.  Julia  postanowiła 
najpierw  uporządkować  taśmy  i  wtedy  właśnie  przyjechał  Ben 
Grant. 

 
Dokładnie  pamiętała  ich  wczorajszą  rozmowę  na  cmentarzu. 

Przez chwilę myślała wtedy, że uda jej się zmienić jego stosunek 
do  Charliego,  ale  szybko  się  przekonała,  że  Ben  jest 
nieprzejednany. 

Musiała  przyznać,  że  nie  tylko  ta  cecha  zrobiła  na  niej 

wrażenie.  Był  niezwykle atrakcyjny i  nic  dziwnego,  że  na  jego 
widok odczuwała pewien niepokój. Tak czy inaczej, postanowiła 
czym prędzej go spławić i wrócić do przerwanej pracy. 

Stała w drzwiach i zza szyby patrzyła, jak Ben wysiada z auta, 

bierze coś z tylnego siedzenia i kieruje się w stronę domu. Nie 
mogła  nie  zauważyć,  że  porusza  się  zwinnie  jak  drapieżnik  i 
podąża przed siebie pewnym, opanowanym krokiem człowieka, 
który ani na chwilę nie wątpi, że postępuje słusznie. 

Ze  zdumieniem  spostrzegła,  że  paczka,  którą  wziął  z 

background image

samochodu,  to  bukiet  kwiatów  w  celofanowym  opakowaniu. 
Chyba nie dla niej... 

Poczuła  dziwną  słabość  i  zganiła  się  w  duchu  za  swoją.  .. 

babską reakcję. 

Ben spojrzał na nią i przyśpieszył kroku. 
– Dzień dobry. Co słychać? 
Obrzuciła go nieprzyjaznym spojrzeniem. 
–  Czego  chcesz?  –  zapytała,  starając  się,  żeby  jej  głos 

zabrzmiał sucho i odpychająco. 

Ben wszedł na schody; dzieliła ich teraz tylko szklana szyba. 
– Chciałbym cię przeprosić. 
– Za co? 
– Za ten zły początek. Każde z nas może mieć przecież swoje 

własne  zdanie  na  jakiś  temat,  a  mimo  to  możemy zachowywać 
się  tak,  żeby  nie  zepsuć  twojego  pobytu  na  wyspie.  Wpuścisz 
mnie? Zawahała się. 

– Nie zajmę ci dużo czasu. Muszę wracać do redakcji. 
Otworzyła  drzwi  i  cofnęła się,  wpuszczając go do szklanego 

pawilonu. Podał jej bukiet kwiatów, kupionych pewnie na targu 
za  kilka  groszy.  Taki  banalny  gest  nie  może  niczego  między 
nimi zmienić. 

– Po co mi to przyniosłeś? 
– Na dobrą zgodę. Mam coś jeszcze. 
Podał jej świeże wydanie swojego tygodnika. 
– Właśnie się ukazało. 
Przyjęła  jego  dary,  ani  na  chwilę  nie  zapominając,  że  ma 

przed  sobą  wroga,  człowieka,  który  postanowił  obsmarować 
Charliego  w  prasie  i  zbrukać  wspomnienie  jej  najlepszej 
przyjaciółki. 

– Dziękuję, ale przyniosłeś to niepotrzebnie. 
Ben  przechylił  głowę  i  lekko  się  uśmiechnął.  Zauważyła,  że 

background image

ma dołek w prawym policzku. 

–  Może...  Chociaż  sądzę,  że  kiedy  przejrzysz  gazetę, 

przekonasz  się,  że  jestem  prawdziwym  dziennikarzem,  a  nie 
jakimś potworem uganiającym się za sensacją. 

Siłą się powstrzymała, żeby nie zajrzeć do trzymanego w ręku 

pisma. 

– Mam coś jeszcze... 
Dopiero wtedy spostrzegła pudełko, które trzymał pod pachą. 
– Słuchałem wczoraj twojej audycji i pomyślałem, że to ci się 

może przydać. 

 
–  Słyszałeś  mnie?  –  zapytała  słabym  głosem.  –  Nie  byłam 

wczoraj w najlepszej formie. 

Niebieskie oczy Bena rozjaśniły się. 
– Byłaś cudowna. 
– Dziękuję. 
Wzrok  Julii  mimo  woli  powędrował  w  stronę  pudła  z 

kasetami. Spośród wszystkich prezentów, jakie mężczyzna mógł 
jej ofiarować, tylko takiemu nie potrafiła się oprzeć. 

–  Wejdź.  Wstawię  kwiaty  do  wody  i  zobaczę,  co  tu 

przyniosłeś. 

Poprowadziła  go  do  studia,  położyła  kwiaty  na  konsoli  i 

poszła  do  kuchennego  kącika  po  jakieś  naczynie.  Znalazła 
szklankę i nalała do niej wody. 

Po powrocie zastała Bena rozglądającego się po zastawionym 

sprzętami wnętrzu. 

– Nigdy tu nie byłem – przyznał zaciekawiony. – Widziałem 

już  w  życiu  niejedno  studio  radiowe,  ale  nigdy  nie  widziałem 
czegoś podobnego. To naprawdę niesamowite. 

Wzruszyła ramionami. 
– Niesamowite... – powtórzył. 

background image

Podeszła  do  stołu  i  umieściła  kwiaty  w  prowizorycznym 

wazonie. 

– Rzeczywiście, to  studio  trochę się  różni od tego, do czego 

jestem przyzwyczajona. Tutaj nie jest się tylko prezenterem, jest 
się  inżynierem,  kierownikiem  produkcji,  a  czasem  nawet 
elektrykiem i hydraulikiem. 

Ustawiła kwiaty i przyjrzała im się z dezaprobatą. 
– U mnie w redakcji jest podobnie. – Ben nie spuszczał oczu z 

półek zawalonych pudłami. – Ja też jestem wszystkim po trochu: 
fotografem,  reporterem,  korespondentem  sportowym,  gońcem... 
To duża satysfakcja tak robić wszystko. 

– Sama nie wiem... 
Julia znowu podeszła do kwiatów i spróbowała jakoś lepiej je 

ułożyć  w  ciasnej  szklance.  Poczuła  wzrok  Bena  na  swoich 
rękach  i  drgnęła.  Trochę  wody  rozlało  się  na  stół.  Co  się  z  nią 
dzieje w obecności tego mężczyzny? 

–  Kiedy  cię  słuchałem,  miałem  wrażenie,  że  prowadzenie 

audycji sprawia ci przyjemność. 

Julia zamrugała powiekami. 
–  Coś  trzeba  z  sobą  robić,  jak  się  ma  wolne  całe  dwa 

tygodnie. 

Spojrzał na rozrzucone na podłodze taśmy. 
– Właśnie je przegrywałaś? 
– Najpierw muszę zrobić coś z przewodami. 
Przykucnął  i  spojrzał  na  nią  z  dołu.  Pomyślała,  że  musi 

okropnie brzydko wyglądać w tym wyciągniętym swetrze i bez 
makijażu. A do tego włosy ma zebrane w koński ogon, jak jakaś 
szara myszka... 

– Znasz się na elektryczności? Preston cię tego nauczył? 
– Nie. Charlie Slocum. 
Zebrała  machinalnie  jakieś  pyłki  ze  stołu,  zawinęła  je  w 

background image

papier od kwiatów i wrzuciła do kosza na śmieci. 

–  Uznał,  że  skoro  przez  całe  życie  mam  pracować  przy 

elektrycznym  sprzęcie,  powinnam  mieć  o  tym  jakie  takie 
pojęcie. 

 
Patrzył  na  nią,  jakby  była  jakimś  cennym  i  nieodgadnionym 

prezentem, który człowiek boi się rozpakować. 

– Zgodziłabyś się... udzielić mi wywiadu? 
– Nie. 
–  Dlaczego?  Masz  bardzo  ciekawą  pracę,  sama  jesteś 

niezwykle interesującą osobą... 

Przygryzła  wargi,  próbując  nie  okazać  zadowolenia  z 

nieoczekiwanego komplementu. 

– Przykro mi, ale nie znoszę wywiadów. 
–  Mogłabyś  zrobić  wyjątek.  Nie  obawiaj  się,  nigdy  nie 

mieszam prywatnych spraw z zawodowymi. 

– Nie o to chodzi. 
Ben zmarszczył czoło i przyjrzał jej się uważnie. 
– O co w takim razie chodzi? Nie chcesz mieć nic wspólnego 

z moją gazetą? 

Niezupełnie, ale nie chciała wdawać się w szczegóły. 
– Tak, właśnie tak. 
Jego jasne oczy pociemniały i dostrzegła w nich złość. 
– Ja po prostu – wyjaśniła szybko – nie lubię o sobie mówić. 

Jestem bardzo... nieśmiała. 

– Interesujące – wycedził Ben. – Bardzo interesujące, jeśli się 

weźmie pod uwagę, jaką pracę wykonujesz. Zawsze taka byłaś? 

– Właśnie na takie pytania nie lubię odpowiadać. 
– Jesteś pewna? 
– Najzupełniej. 
– Jesteś uparta jak osioł. 

background image

Bezpośredniość tej opinii rozbroiła ją. Uśmiechnęła się lekko. 
– Czy w takiej sytuacji odbierzesz mi swoje zabawki? 
 
– To nie są żadne zabawki. 
– Tak łatwo mnie nie przekupisz. 
–  Łatwo?  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  –  W  głosie  Bena 

zabrzmiała  niezupełnie  udana  uraza.  –  Masz  przed  sobą 
piętnaście  kaset  z  mojej  osobistej  kolekcji,  co  moim  zdaniem 
sprawia, że są to rzeczy bezcenne. 

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  dobrze  się  czuje  w  jego 

towarzystwie.  Ben  również  wyglądał  jak  ktoś,  kto  nieźle  się 
bawi. 

– Napijesz się kawy? 
– Oczywiście, jeśli jest gotowa. 
Rozsiadł  się  na  obrotowym  krześle  przy  konsoli,  nie 

spuszczając  oczu  z  Julii,  która  zaczęła  się  krzątać  w 
mikroskopijnej  kuchence.  Jestem  tchórzem,  pomyślał; 
poprosiłem  o  kawę,  żeby  zyskać  na  czasie  i  nie  musieć  jej 
mówić o tym, z czym przyszedłem. 

–  Nie  gwarantuję,  że  będzie  dobra!  –  krzyknęła  Julia  z 

kuchenki. – Tyle razy była parzona, że może być ohydna. 

– Nie szkodzi. 
Podeszła i wręczyła mu kubek pełen gorącego napoju. 
– Dziękuję. – Pociągnął łyk i omal się nie skrzywił. 
Kawa  rzeczywiście  była  ohydna.  –  Bardzo  mi  się  podobała 

twoja wczorajsza audycja. 

Stała przed nim, drobna i zgrabna w długim ciemnozielonym 

swetrze,  w  czarnych  obcisłych  spodniach,  z  czarnymi  włosami 
zebranymi  z  tyłu  głowy.  Wyglądała  jak  młody  chłopak  albo 
leśny  elf,  a  nie  jak  właścicielka  najbardziej  zmysłowego  głosu, 
jaki kiedykolwiek w życiu słyszał. 

background image

 
–  Muszę  przyznać  –  powiedziała  –  że  sprawiło  mi  to 

przyjemność. Nawet się nie spodziewałam. To bardzo odbiegało 
od tego, co ostatnio robiłam. 

– Tak? Dlaczego? 
–  W  nowoczesnym  studio  wszystko  jest  zautomatyzowane. 

Moja  rola  ogranicza  się  do  naciskania  guzików  we  właściwym 
czasie. 

Ben  uśmiechnął  się  w  duchu.  Słuchał  jej  z  ogromną 

przyjemnością;  w  głosie  Julii  odnajdywał  cień  głosu  tamtej 
kobiety,  która  tak  bardzo  go  poruszyła  poprzedniego  wieczoru. 
Podobał mu się również szczery i prosty sposób, w jaki mówiła. 

– Nie brzmi to zbyt zachęcająco. 
Zmarszczyła brwi. 
– Da się wytrzymać. Dużo zarabiam, mam opiekę medyczną, 

może nawet zabezpieczenie emerytalne. Chociaż to ostatnie nie 
bardzo mnie interesuje, bo zamierzam pracować do końca życia. 

Ben  podparł  się  na  łokciu  i  przez  chwilę  uważnie  się  jej 

przyglądał.  Musiała  zrozumieć  jego  spojrzenie,  bo  szybko 
dodała: 

– To oczywiście nie wszystko. Moja obecna praca to nie tylko 

duże  pieniądze.  Zawsze  chciałam  pracować  w  branży 
muzycznej,  spotykać  ciekawych  ludzi.  Lubię  z  nimi  pracować, 
mam kontakt ze sztuką. 

Wypiła łyk kawy. 
–  A  jak  przestanie  mi  się  podobać...  zawsze  mogę  przenieść 

się gdzie indziej. 

–  Czy  to  znaczy,  że  w  twoim  życiu  nie  ma  nikogo,  kto 

mógłby tu stanowić problem? 

 
– Masz na myśli mężczyznę? Nie, nie mam takiego problemu 

background image

– stwierdziła. 

Sam  był  zdziwiony,  dlaczego  ta  ostatnia  wiadomość  tak 

bardzo go ucieszyła. 

–  Myślałaś  kiedy,  żeby  tu  wrócić  i  dalej  prowadzić  lokalną 

radiostację? 

Roześmiała się, niemal prychając kawą. 
–  A  z  czego  bym  żyła?  Musiałabym  chyba  zatrudnić  się  w 

hotelu jako pokojówka! 

Zapytał  tylko  tak  sobie,  żeby  podtrzymać  rozmowę,  lecz 

teraz, kiedy to pytanie już padło, wcale nie wydało mu się takie 
niedorzeczne. 

– Preston mógłby ci płacić... 
–  Chyba  żartujesz!  –  Spojrzała  na  niego,  jakby  miał  dwie 

głowy. – Przecież ta stacja nie przynosi żadnych pieniędzy! 

Teraz Ben spojrzał na nią ze zdziwieniem. 
– To z czego on opłaca licencję, elektryczność i całą resztę? 
–  Traktuje  to  jako  hobby.  Ma  trochę  pieniędzy  i  wydaje  je 

właśnie w ten sposób. 

Ben uśmiechnął się przepraszająco. 
– Rozumiem. 
Szkoda;  miło  byłoby  słyszeć  co  wieczór  jej  głos  i  wybrane 

przez  nią  piosenki.  Wiedział  również,  że  nie  jest  to  jedyny 
powód, dla którego nagle zapragnął, by Julia na zawsze została 
na wyspie. 

–  To  dokąd  w  takim  razie  pojedziesz,  kiedy  się  zdecydujesz 

opuścić Los Angeles? 

– Nie wiem. Tam, gdzie będzie najlepsza praca. 
 
– Czy to znaczy, że jest ci wszystko jedno, gdzie mieszkasz, 

bylebyś miała dobrą pracę? 

– Nie. Miejsce też się liczy. Wiem już, że nie lubię takich zim 

background image

jak w Buffalo, upałów, jakie przeżywałam w Mobile, i wielkich 
miast w rodzaju Los Angeles... – Urwała, a potem dodała: – Jak 
widzisz, mam już za sobą kilka przeprowadzek. 

–  A  jakie  lubisz  audytoria?  Czy  ważna  jest  dla  ciebie  liczba 

słuchaczy? 

Zamyśliła  się  i  przygryzła  wargi.  Wyglądała  teraz  jak  mała 

dziewczynka, próbująca znaleźć odpowiedź na trudne pytanie, i 
Ben  zapragnął  wziąć  ją  w  ramiona.  Od  dłuższej  chwili  myślał 
już tylko o tym. 

–  To  nigdy  nie  było  decydujące,  nigdy  nie  pragnęłam 

pracować  dla  wielkich  stacji.  Choć  trzeba  przyznać,  że  duża 
liczba słuchaczy zapewnia stacji stabilność materialną. 

Stabilizacja, 

zabezpieczenie 

finansowe, 

emerytura 

ubezpieczenie...  Myśli  Julii  nieustannie  skupiały  się  na  tym, 
czego, jak się domyślał, boleśnie brakowało w jej dzieciństwie. 
Zabezpieczenie  materialne...  jej  matka  nigdy  tego  nie  miała. 
Ludzie  powiedzieli  Benowi,  że  ojciec  Julii  porzucił  ją  w 
dzieciństwie,  a  matka  wcześnie  ją  osierociła,  ale  nikt  nie 
wspomniał,  jakie  głębokie  ślady  wszystko  to  pozostawiło  w 
psychice dorosłej już osoby. 

–  Nie  chciałbym  cię  urazić,  ale  odnoszę  wrażenie,  że  całe 

życie przed czymś uciekasz. 

– Co? 
–  Przenosisz  się  z  miasta  do  miasta,  szukając  gotowego 

ideału, zamiast osiąść gdzieś na stałe i spokojnie, konsekwentnie 
zacząć budować swoją sytuację zawodową i finansową. 

Tym razem spojrzała na niego tak, jakby miał trzy głowy. 
– Dlaczego jesteś tak bardzo mało pewna siebie? 
Już  miała  mu  odpowiedzieć,  żeby  się  nie  wtrącał  w  jej 

sprawy, ale zamiast tego nieoczekiwanie wyznała prawdę. 

–  To  chyba  dlatego,  że  jako  dziecko  żyłam  w  stałej 

background image

niepewności. 

Zapatrzyła  się  w  okno;  jej  profil  czysto  zarysował  się  na  tle 

błękitnego nieba. 

– W domu stale brakowało pieniędzy. Pewnie zauważyłeś, że 

na Harmony nie ma wiele okazji do znalezienia pracy. 

–  Nie  bardzo  mogę  się  z  tobą  zgodzić.  Ja  wszędzie  widzę 

okazje,  wszędzie  dostrzegam  jakąś  szansę.  Jest  tu  mnóstwo 
rzeczy  do  zrobienia,  a  przy  okazji  można  zarobić  spore 
pieniądze. 

Spojrzała na niego z wyrzutem. 
– To nie są szanse dla wszystkich. Moja matka pracowała w 

hotelach, podczas sezonu w dwóch jednocześnie, a potem, kiedy 
nie było już gości, w jednym, który był czynny przez cały rok. 
Harowała  jak  wół  i  nigdy  nie  mogła  związać  końca  z  końcem. 
Kiedy  umarła,  przyrzekłam  sobie  dwie  rzeczy:  nigdy  nie 
pozostanę na tej wyspie i nigdy nie uzależnię się od mężczyzny. 
Żadnemu nie można wierzyć. 

–  Jako  mężczyzna  i  wielbiciel  tej  wyspy,  dziękuję  za 

komplement. 

– Bardzo proszę. 
 
Jego przekorne spojrzenie na chwilę złagodniało. 
– Czy to znaczy, że nie zamierzasz nigdy wyjść za mąż? 
Otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale zawahała się i spojrzała 

na niego z urazą. 

– Dlaczego przeprowadzasz ze mną wywiad, skoro już wiesz, 

że sobie tego nie życzę? 

Ben uśmiechnął się. 
– Po prostu tak sobie rozmawiamy. 
–  Doskonale.  W  takim  razie  powiedz  mi,  co  ty  właściwie 

robisz na Harmony? 

background image

– Co robię? 
– Tak. Dlaczego tu przyjechałeś? 
– To miejsce bardzo mi się podoba. Przyjechałem tu kiedyś na 

wakacje i postanowiłem zostać. 

Założył nogę na nogę i odchylił się do tyłu. 
– Tak po prostu? 
– Tak po prostu. 
Julia gwałtownie pokręciła głową; koński ogon zawirował. 
– Nie wierzę. Masz przecież gdzieś jakieś życie. 
– Owszem. Cała moja rodzina mieszka w Bostonie. 
Moi  rodzice,  moje  dwie  siostry  z  mężami,  mój  brat  i 

siostrzeńcy. Jesteśmy bardzo zżyci. 

– Miałeś tam dobrą pracę. 
– Tak, pracowałem dla „Globe”. 
–  Chyba  rozumiesz,  że  ludzie  nie  rzucają  tak  dobrej  pracy  i 

nie  przenoszą  się  w  inne  miejsce  bez  jakiegoś  wyraźnego 
powodu. 

– Tak. Miałem taki powód: własne pismo. 
 
– Czyli „Island Record” – rzekła z niedowierzaniem. 
– Tak. 
– Wolałeś „Island Record” od „Boston Globe”? 
– Zawsze chciałem mieć własną gazetę. 
Oczy Julii zrobiły się ogromne. 
– Własną gazetę... na własność? 
–  Tak.  –  Skrzywił  się.  –  Wiem,  że  ludzie  uważają,  że 

zwariowałem.  Trudno,  kocham  moją  pracę.  Wszystko  tutaj  mi 
się  podoba,  ludzie,  z  którymi  pracuję,  fakt,  że  jestem  swoim 
własnym szefem i to, że nie uczestniczę w wyścigu szczurów. 

–  Czy  aby  –  spytała  podejrzliwie  –  nie  ma  w  twojej 

przeszłości czegoś, przed czym uciekasz? 

background image

– Nie. 
Roześmiał się. 
– Nie wierzysz? 
– Wierzę. Wszystko jest możliwe. Jesteś z tym szczęśliwy? 
– Bardzo. 
Spoglądała teraz na niego jak na kogoś nieuleczalnie chorego. 
– I zamierzasz spędzić  resztę życia  na  Harmony, pracując w 

redakcji „Island Record”? 

–  Mam  nadzieję.  Chciałbym  również  spotkać  kogoś  miłego, 

założyć  rodzinę  i  mieć  mnóstwo  dzieci.  W  mojej  rodzinie  to 
właśnie jest najważniejsze. 

Julia skrzyżowała ramiona i zmarszczyła brwi, niezadowolona 

z  przebiegu  rozmowy.  Zupełnie  niepotrzebnie  zeszli  na  tematy 
zbyt prywatne. 

–  Wszystkiego  najlepszego  w  takim  razie  –  powiedziała 

tonem świadczącym, że zamierza zakończyć konwersację. 

We wzroku Bena dostrzegła niedowierzanie. 
– Naprawdę życzę ci wszystkiego najlepszego – powtórzyła. – 

A teraz musisz chyba wracać do pracy. 

Wstała  i  uczyniła  ruch,  jakby  chciała  swojego  gościa 

odprowadzić do drzwi. 

Ben wolno podniósł się z krzesła. 
– Może rzucisz okiem na te moje taśmy i zobaczysz, czy coś z 

tego ci się przyda. 

– Rzeczywiście, zupełnie zapomniałam. – Otworzyła pudło. – 

Zaraz zobaczymy... 

Znajdowała się teraz bardzo blisko Bena i za każdym ruchem 

niemal dotykała jego ciała. 

– Nie chciałbym ci niczego wciskać... 
– Nic mi nie wciskasz, są wspaniałe. Masz doskonały gust. 
– Chyba w to nie wątpiłaś. 

background image

Uśmiechnęła się, a on zaraz dodał: 
– Mam tego w domu całe mnóstwo. Zawsze możesz wpaść i 

pobuszować sobie w moich zbiorach. 

– To mi wystarczy, nie zamierzam siedzieć tutaj zbyt długo. 

Zresztą, nie znam twojego adresu. 

– Mieszkam nad redakcją. 
Musiał  jeszcze  bardziej  się  zbliżyć,  bo  te  słowa  musnęły  jej 

policzek. 

Chciała się odsunąć, ale nie była w stanie zrobić ruchu. 
– To bardzo wygodnie – szepnęła tylko. 
– Tak, ale w lecie jest tam straszny hałas. 
Spojrzała na niego zmieszana i spostrzegła, że Ben obserwuje 

ją z intensywnością równą zainteresowaniu, jakie on sam w niej 
wzbudził.  Bała  się  odetchnąć,  jakby  myślała,  że  z  każdym 
oddechem zmniejszy jeszcze dzielącą ich odległość. 

Nagle zapragnęła pocałować go w usta. 
Wiedziała,  że  Ben  myśli  o  tym  samym.  Siłą  przerwała 

magiczny krąg fascynacji i postąpiła krok do tyłu. 

– Dziękuję... dziękuję ci za taśmy... – wybąkała. – To bardzo 

miło z twojej strony. 

– Bardzo proszę. 
Przez chwilę stał jakby czymś oszołomiony, a potem nagle się 

zreflektował. 

– Na mnie już pora, mój zespół czeka. 
Podszedł do drzwi i zatrzymał się w progu. 
– Chciałem... 
– Tak? 
–  Chciałem  cię  jeszcze  o  czymś  uprzedzić.  Właściwie  po  to 

do ciebie przyjechałem... Przepraszam, że zabrałem ci tyle czasu, 
zamiast  powiedzieć  od  razu,  ale  obawiam  się,  że  to  nie  będzie 
miła wiadomość. 

background image

– O co ci, na Boga, chodzi? 
Ben nerwowo odrzucił włosy z czoła. 
– Dowiedziałem się wczoraj, że sekcja zwłok Amber Davoll 

chyba jednak zostanie przeprowadzona. 

– Co takiego? 
– Bardzo mi przykro, ale dojdzie do autopsji. Po południu ma 

przylecieć lekarz sądowy. 

Wszystko  to  było  całkowicie  niedorzeczne.  W  głowie  Julii 

zapanował zamęt; z gonitwy myśli wyłoniła tę najważniejszą. 

 
– Przecież... przecież pogrzeb już się odbył. 
– Czasem mimo to przeprowadza się sekcje. 
Ośmielił  się  położyć  dłoń  na  jej ramieniu  i  strząsnęła  ją, jak 

się strząsa gada. 

– Czasem... mimo to... mówisz, że przeprowadza się sekcje? 

Jak w ogóle do tego doszło? 

Ben zrobił niewinną minę i spojrzał na nią jasnym wzrokiem. 
Poczuła zawrót głowy. 
–  O  Boże,  co  oni  zrobią,  ci  nieszczęśliwi  Loringowie...  A 

Charlie! Jak on to przeżyje, to będzie dla niego straszny cios. 

Spojrzała na Bena oczami jak sztylety. 
– Co ty zrobiłeś? 
– Dlaczego ja? Oskarżasz mnie, a nie wiesz... 
–  A  któż  by  inny!  Tylko  ty  jeden  od  samego  początku 

domagałeś  się  sekcji!  –  Zatrzęsła  się  z  gniewu  i  bezsilnej 
wściekłości.  –  A  ja,  głupia,  uwierzyłam,  że  przyszedłeś  tu  tak 
sobie, z przyjaźni. 

– Jedno nie wyklucza drugiego – rzekł bezradnie. 
– Owszem, wyklucza. 
W jej głosie wyraźnie słychać było rozpacz. 
–  Poczekaj...  –  Gwałtownym  ruchem  zwróciła  się  do  stołu  i 

background image

sięgnęła  po  pudełko  z  kasetami.  –  Możesz  sobie  to  zabrać,  i 
swoją gazetę też. I kwiaty. 

Podała  mu  bukiet  tak  gwałtownie,  że  woda  spryskała  przód 

jego  koszuli.  Nie  przyjął  ich,  może  dlatego,  że  miał  już  ręce 
zajęte  czym  innym,  a  może  z  jakiegoś  innego  powodu.  Przez 
chwilę  chciała  je  cisnąć  na  ziemię,  ale  w  końcu  położyła  je  na 
stole. 

 
–  Mylisz  się  –  powiedział  cicho.  –  To  nie  ja  zażądałem 

autopsji. 

– Kto w takim razie? 
– Nie mogę ci powiedzieć. Spróbuj mi zaufać. 
–  Przykro  mi,  ale  to  niemożliwe  i  byłabym  ci  bardzo 

wdzięczna, gdybyś już sobie poszedł. 

– Nie chcę odchodzić w takiej chwili. 
– Lepszej już nie będzie. Myślałeś, że będę zachwycona? 
– Chciałbym, żebyś sobie to wszystko spokojnie przemyślała. 

Jestem pewien, że zrozumiesz. 

– Na dzisiaj dość już powiedziałeś. 
Otworzyła na oścież drzwi i niemal wypchnęła go na dwór. 
–  Idę  już,  idę.  Nie  musisz  mnie  wyrzucać.  Właściwie  cię 

rozumiem. 

Szybkim krokiem podszedł do swojego samochodu. 
–  Zasłużyłem  sobie  na  coś  podobnego!  –  krzyknął  w  stronę 

domu,  ale  Julia  nie  usłyszała  jego  słów.  –  Na  co  ja  właściwie 
liczyłem, przychodząc tutaj? – dokończył nieco ciszej. 

Julia zatrzasnęła za nim drzwi. Nie słyszała, jak odjeżdżał, nie 

słyszała,  jak  szumią  fale,  słyszała  jedynie  łomot  w  skroniach  i 
bicie własnego serca. 

 
 

background image

Dwie  godziny  później,  jeszcze  nie  ochłonąwszy  z  wrażenia, 

pojechała  do  miasta  po  zakupy.  Nie  miała  na  to  ochoty,  ale 
wiedziała,  że  musi  coś  z  sobą  zrobić.  W  przypadku  podobnie 
silnego wzburzenia najgorsza jest bezczynność. 

 
Na  nieszczęście,  najkrótsza  droga  do  miasta  wiodła  obok 

cmentarza.  Nawet  nie  patrząc  w  stronę  grobu  Amber,  mogła 
zauważyć kilku oficjalnie ubranych mężczyzn i policyjne wozy 
zaparkowane  przed  cmentarną  bramą.  Samochód  Bena  również 
tam  był.  Ten  facet  jest  wszędzie;  dwoi  się  i  troi,  żeby  tylko 
zdobyć jakiś materiał dla swojego szmatławca. 

Chciała się zatrzymać, ale zrezygnowała. Po co? Po to, żeby 

im powiedzieć, że to, co robią, jest głupie, bezmyślne, nieludzkie 
i  niegodne?  Przecież  wydano  w  tej  sprawie  oficjalne 
rozporządzenie i jej słowa niczego tu nie zmienią. Ekshumacja i 
tak się odbędzie. * 

Kiedy w godzinę później wracała tą samą drogą, cmentarz był 

już pusty. 

Pośpiesznie, byle jak zrobiła zakupy i zajechała na posterunek 

policji. 

– Cześć, Madeleine. 
Kobieta  w  średnim  wieku,  rozwiązująca  właśnie  krzyżówkę, 

raptownie podniosła głowę. 

– Julia! O Boże! 
– Myślałam, że mnie nie poznasz. 
– Jakżebym mogła! Nic się nie zmieniłaś! Co słychać? 
– Wszystko w porządku. – Julia uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

– Gdyby nie ta sprawa z Amber... 

Kobieta westchnęła głęboko. 
– Tak, to straszne, naprawdę straszne. 
– Komendant jest u siebie? 

background image

–  Nie,  ale  lada  chwila  ma  przyjechać.  Miał  dzisiaj  bardzo 

ciężki dzień. 

Julia zamilkła na chwilę; mogła sobie wyobrazić, 
czym było dla Charliego to, co go spotkało przez tego... Bena 

Granta. 

–  Mieliśmy  iść  dzisiaj  na  kolację.  Wpadłam,  żeby  się  z  nim 

umówić. 

– Zaczekaj na niego, to nie potrwa długo. 
Julia zawahała się na moment. 
– Myślisz, że mogłabym poczekać w jego pokoju? 
Dawniej zawsze tak robiła. 
– Oczywiście, na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. 
– Dziękuję. 
Niedużym  korytarzem  dotarła  do  dobrze  znanych  drzwi  i 

otworzyła  je.  W  pustym  pokoju  paliło  się  światło.  Weszła  do 
środka. 

Wnętrze właściwie się nie zmieniło, było tylko może bardziej 

zaniedbane. Na ścianach dostrzegła te same półki pełne książek 
poświęconych  kryminologii,  te  same  nagrody  i  puchary  oraz 
zdjęcia,  na  których  Charlie  ściskał  dłonie  jakichś  dygnitarzy. 
Było też zdjęcie z prezydentem i nowa amerykańska flaga. 

Odetchnęła głęboko, próbując odzyskać spokój. Może tutaj, w 

tym  dobrze  znanym  otoczeniu, które zawsze  kojarzyło  jej  się z 
bezpieczeństwem  i  oparciem,  wreszcie  uda  jej  się  opanować  to 
potworne zdenerwowanie... 

Podeszła do biurka i zrozumiała ogrom swej pomyłki. 
Na  biurku  Charliego  leżały  rozrzucone  zdjęcia  Amber.  .. 

takiej,  jaką  ją  znaleziono  tamtego  ranka.  Powiększenia  i 
zbliżenia były tak dokładne, że mogła zobaczyć pory na skórze 
przyjaciółki. 

Poczuła, jak zalewa ją mieszanina gniewu i goryczy; 

background image

 
krew  napłynęła  jej  do  głowy  i  odebrała  zdolność  logicznego 

myślenia.  Stała  jak  przymurowana  do  podłogi,  słysząc  tylko 
szum  w  uszach  i  szaleńcze  bicie  serca.  Nawet  nie  usłyszała,  że 
ktoś wszedł do pokoju. 

–  Witaj,  kochanie.  Madeleine  właśnie  mi  powiedziała...  – 

Charlie nagle przerwał i dodał zupełnie już innym głosem: – Nie 
powinnaś tego oglądać, to nie są widoki dla ciebie. 

Szybko zebrał zdjęcia i wrzucił je do szuflady. 
– Przepraszam, wiem, że nie powinnam wchodzić do twojego 

pokoju. 

–  Nie,  to  ja  nie powinienem  tego  zostawić  na  wierzchu.  Ale 

miałem taki dzień, że nie pomyślałem, żeby to gdzieś schować. 
Postaraj się o tym nie myśleć, kochanie. 

Wyrzuć to z głowy i zapomnij, dobrze? 
–  Spróbuję  –  powiedziała,  nie  mając  wątpliwości,  że  to,  co 

przed  chwilą  zobaczyła,  zostanie  w  jej  pamięci  wyryte  na 
zawsze. 

– Usiądź. 
Poczuła od niego ciężki zapach alkoholu i przymknęła oczy. 
Charlie,  czemu  to  robisz,  przecież  i  bez  tego  wszystko  jest 

takie okropne... 

Nie wolno jej go sądzić. Nic strasznego się nie stało. Pewnie 

był  z  tymi  ludźmi  na  lunchu  i  wypił  jakiś  koktajl.  Zawsze  tak 
jest, jak ktoś przyjeżdża. 

–  Słyszałam,  że  mają  przeprowadzić  sekcję  –  oznajmiła, 

siadając po drugiej stronie biurka. – Właściwie dlaczego? 

Brwi Charliego podjechały do góry. 
 
– To pomysł jakiegoś nadgorliwego dupka z Bostonu. 
Położył kapelusz przed sobą i podrapał się w głowę. 

background image

– Taka tam burza w szklance wody, nic wielkiego. Za tydzień 

wszyscy o tym zapomną. 

Chciała w to wierzyć, ale wiedziała, że nie ma tak gorliwego 

dupka  w  całym  Bostonie,  który  mógłby  wydać  podobne 
polecenie, gdyby nie było po temu powodów. 

Czuła, jak ogarnia ją gniew i bezbrzeżne współczucie. Biedny 

Charlie! Teraz całe miasto się dowie, że w porę sam nie zażądał 
przeprowadzenia autopsji. 

– Co się za tym kryje? A raczej kto, nie wiesz? 
–  Całą  sprawę  zaczął  jeden  z  tych  młodych  policjantów, 

którzy  byli  tutaj  na  praktyce.  On  był  pierwszy  na  miejscu... 
wypadku – rzekł Charlie głuchym, zmęczonym głosem. W jego 
oczach dostrzegła pustkę. 

– To znaczy, że Ben Grant nie maczał w tym palców? 
Spojrzał na nią zdziwiony. 
– Nie! Skąd ci to przyszło do głowy? 
Dziwne  uczucie  ulgi  przepełniło  ją  całą,  obezwładniając 

jeszcze bardziej. 

– Tak sobie pomyślałam... A jak to znieśli rodzice Amber? – 

zmieniła szybko temat. 

– Nawet lepiej, niż myślałem. 
– Naprawdę? To dobrze. 
Charlie spojrzał na zegar wiszący na ścianie. 
– Przyszłaś tu tylko z tego powodu? 
–  Nie,  chciałam  ci  przypomnieć,  że  wybieraliśmy  się  dzisiaj 

razem na kolację. 

Skrzywił się. 
– Po tym wszystkim, co dzisiaj zaszło... 
 
– Tak sobie właśnie myślałam. 
– Odłożymy to na jakiś inny wieczór, dobrze? 

background image

– Oczywiście, kiedy będziesz chciał. Po prostu mi powiesz. 
Julia wstała i Charlie odprowadził ją do drzwi. 
– Kiedy dostaniesz wyniki sekcji? – zapytała jeszcze. 
– Za jakieś dwa dni; zwykle to trwa długo. 
Przerzuciła torbę przez ramię. 
–  Jestem  pewna,  że  wszystko  dobrze  się  skończy.  Jak 

powiedziałeś, to tylko burza w szklance wody. 

Charlie uśmiechem podziękował jej za słowa pocieszenia. 
Nie  mogła  dostrzec  wyrazu  jego  oczu.  Pomyślała,  że  może 

dobrze  się  stało  i  wynik  sekcji  nareszcie  zamknie  usta  takim 
ludziom jak Grant. 

Pocałowała Charliego w policzek. 
– Trzymaj się. 
– Dobrze, a ty już idź. Postaraj się trochę wypocząć, przecież 

to twoje wakacje. 

 
 
Przez  pierwszą  godzinę  wieczornego  programu  musiała 

odpowiadać  na  pytania  dotyczące  autopsji.  Kilka  osób 
zadzwoniło  z  pretensjami,  pytając,  dlaczego  właściwie 
miejscowe władze pozwalają, żeby ktoś z zewnątrz wtrącał się w 
nie swoje sprawy. Był jeden telefon w sprawie biurokracji jako 
takiej i jeden w obronie Charliego. 

Julia  starała  się  nie  przeciągać  podobnych  rozmów, 

przypominając  słuchaczom,  że  jej  program  jest  audycją 
wyłącznie muzyczną. 

O  dziesiątej  wszystko  dobiegło  końca  i  powitała  ten  fakt 

westchnieniem  ulgi.  Mimo  nieoczekiwanych  wtrętów  program 
przebiegł  sprawnie.  Tego  wieczoru  nadawała  wyłącznie  to,  co 
Preston  zwykle  nazywał  „kanonem  amerykańskiej  muzyki”: 
Rosemary  Clooney,  Tony  Bennett,  Ella  Fitzgerald  i  Frank 

background image

Sinatra; od czasu do czasu wtrącała krótkie informacje z wyspy i 
ze  świata.  Przeczytała  również  kilka  wierszy  jakiegoś 
miejscowego autora, którego tomik znalazła na biurku Prestona. 

Celowo nie chciała wdawać się w dyskusje na temat autopsji. 

Najpierw  zamierzała  wykorzystać  swoje  radio  do  obrony 
Charliego,  żeby  w  ten  sposób  zrównoważyć  atak,  jakiego 
spodziewała  się  ze  strony  Bena  Granta  i  jego  gazety.  Potem 
uznała  jednak,  że  najlepiej  będzie  nie  uprzedzać  faktów  i 
spokojnie poczekać na rozwój wypadków. 

Wyłączyła mikrofon, zgasiła nadajnik, uporządkowała taśmy i 

ułożyła  na  stole  notatki  dotyczące  nadawania  programu.  O 
jedenastej leżała już w łóżku, zmęczona, ale spokojna, myśląc o 
porannych zakupach czekających ją z Cathryn. 

Zamknęła  oczy  i  wtedy  zrozumiała,  że  cały  ten  spokój  jest 

tylko  iluzją.  Pod  zamknięte  powieki  natychmiast  napłynęły 
obrazy ujrzane na zdjęciach w pokoju Charliego. Amber leżąca 
na  łóżku  z  małą  czerwoną  dziurką  w  prawej  skroni  i  plamą 
zakrzepłej krwi na jasnych włosach... 

Jak  w  mgnieniu  błyskawicy  zrozumiała  nagle,  że  fakt,  iż 

zrezygnowała  z  obrony  Charliego  na  falach  eteru  nie  miał  nic 
wspólnego  z  logicznym  powodem,  jaki  podsuwał  jej  rozsądek. 
Zrobiła to pod naporem podświadomości. 

Postąpiła  tak,  bo  jej  pamięć  automatycznie  zanotowała  strój, 

jaki  Amber miała  na  sobie  w chwili śmierci. Znała  dobrze  swą 
przyjaciółkę:  Amber  mogła  włożyć  te  sprane  dżinsy  i 
wypłowiałą koszulkę do trzepania dywanów, ale nigdy by się tak 
nie  ubrała,  wiedząc,  że  będą  ją  w  tym  stroju  oglądać  ludzie  w 
najtragiczniejszym momencie jej istnienia. 

 

background image

 
Ben  lubił  środy.  Środek  tygodnia  był  zwykle  dniem 

największej  aktywności:  w  redakcji  bez  przerwy  dzwoniły 
telefony,  szumiały  komputery,  biegali  ludzie,  w  powietrzu 
krzyżowały się pytania i komentarze. 

Tego  dnia  jednak  wszystko  wyglądało  inaczej.  Siedział  bez 

ruchu przed ekranem komputera, nad kubkiem wystygłej kawy, i 
nie mógł myśleć o niczym, co nie miało związku z jego wizytą 
w domu Julii. 

Najgorsze,  że  sam  nie  wiedział,  co  właściwie  tak  bardzo  go 

gnębi.  Przecież  nie  po  raz  pierwszy  w  życiu  komuś  się  naraził, 
nie po raz pierwszy ktoś na niego krzyczał i obrażał się; bywało 
już  znacznie  gorzej.  A  mimo  to  nigdy  dotąd  nie  czuł  się  tak 
podle. Może dlatego, że rzuciła mu jego dary w twarz? Nie, nie 
miał jej tego za złe, sam by tak zrobił na jej miejscu. 

Może  czuł  się  podle,  bo  wiedział,  że  przynosi  złe  nowiny? 

Ale przecież te nowiny według niego nie były złe, to tylko Julia 
tak sądziła. 

Spojrzał  na  ekran  komputera  nie  widzącym  wzrokiem.  Nie 

rozumiał  sensu  słów,  nie  pojmował  znaczenia  zdań.  Nie  lepiej 
szło mu tego dnia odczytywanie własnego stanu ducha. Coś mu 
szepnęło, że sam się oszukuje, próbując nie dostrzegać prawdy. 
A prawda była taka, że Julia bardzo  mu się  podobała i  fakt, że 
mimo  woli  ją  do  siebie  zraził,  przygnębiał  go  i  uniemożliwiał 
pracę. Wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu: Julia niedługo 
opuści wyspę, wróci do Kalifornii i już nigdy się nie zobaczą. I 
właśnie to kompletnie wytrącało go z równowagi. 

Przeniósł wzrok z ekranu na aparat telefoniczny. Może do niej 

zadzwonić?  Porozmawiać  z  nią,  wszystko  jej  powiedzieć, 

background image

spojrzeć  w  jej  wielkie  ciemne  oczy,  przytulić  ją  do  siebie.  A 
potem... Potem sam już nie wiedział, co chce robić z Julią Lewis, 
wziąwszy pod uwagę fakt, że znał ją dopiero od kilku dni. 

I  to  właśnie  było  najbardziej  dziwne  i  szalone.  Jak 

nieprawdopodobnie  szybko  go  zafascynowała!  W  jakim 
błyskawicznym tempie doszedł do wniosku, że byłoby cudownie 
być  razem!  Tyle  różnych  rzeczy  ich  dzieliło,  a  jednak  miał 
nieodparte wrażenie, że byłoby cudownie. Wiedział, że tak silne 
przekonania na ogół bywają prawdziwe. 

Spróbował  skupić  się  nad  tekstem,  ale  właśnie  wtedy 

zadzwonił telefon. Z uczuciem ulgi podniósł słuchawkę. 

– „Island Record”, słucham. 
– Ben, mówi Kelly. 
Natychmiast się zmobilizował; swą najzdolniejszą reporterkę 

posłał przecież na posterunek policji po najnowsze wiadomości. 

– Coś się dzieje? 
– Dzieje się, i to niemało. 
Od  czasu  tamtej  pamiętnej  propozycji  zachowanie  Kelly 

wobec naczelnego uległo całkowitej zmianie. Było profesjonalne 
i nienaganne. 

– Mów. 
– Slocum powiedział, że o czwartej ogłosi komunikat. 
Ben spojrzał na zegarek. Dochodziło wpół do trzeciej. 
– Nic nie wspomniał o wyniku sekcji? 
– Wszystko ma powiedzieć o czwartej. Co o tym myślisz? 
Ben skrzywił się. 
– Sam nie wiem. 
–  Może  to  nic  nie  znaczy  –  rzekła  z  namysłem  Kelly  –  ale 

właśnie do niego przyjechał ten lekarz sądowy. 

Ben  dokonał  w  myślach  szybkiego  przeglądu  aktualnych 

wiadomości,  zastanawiając  się,  gdzie  dać  treść  komunikatu 

background image

komendanta. 

–  Zrobimy  z  tego  coś  krótkiego,  Kelly.  O  czwartej  sam  tam 

przyjadę  i  postanowimy,  co  i  jak,  a  na  razie  miej  uszy  i  oczy 
otwarte. 

Szybko  przeczytał  tekst,  który  miał  na  komputerze, 

przeczuwając,  że  najważniejsza  wiadomość  dopiero  nadejdzie. 
Po  niecałej  godzinie  był  już  gotów  do  wyjścia;  zdążył  jeszcze 
zamienić  kilka  słów  z  kolegami  z  redakcji  i  oczywiście 
pomyśleć o Julii. Właściwie myślał o niej przez cały czas, tylko 
nieraz jej obraz zacierał się nieco w jego świadomości. 

 
Ciekawe,  gdzie  Julia  teraz  jest  i  czy  już  wie,  że  Slocum 

postanowił przemówić. 

Nie namyślając się długo, wystukał z pamięci telefon Prestona 

Fincha; Julia odezwała się prawie natychmiast. 

– Mówi Ben. Poczekaj, zanim odłożysz słuchawkę, chciałbym 

ci coś powiedzieć. Wynik sekcji jest już znany. 

Chyba o tym nie wiedziała, bo odpowiedziało mu milczenie. 
–  Nie  wiemy  jeszcze,  jak  brzmi,  ale  komendant  oświadczył, 

że  o  czwartej  poda  wszystko  do  wiadomości  publicznej. 
Chciałem, żebyś o tym wiedziała. To tyle. 

Rozłączył się, zanim zdążyła się odezwać. 
 
 
Weszła do budynku komendy, chcąc na własne uszy usłyszeć 

komunikat,  o  którym  powiedział  jej  Ben.  Ze  zdziwieniem 
rozejrzała  się  dokoła:  hol  wypełniony  był  po  brzegi.  Wśród 
zebranych  rozpoznała  kilka  lokalnych  znakomitości.  W  tłumie 
spostrzegła  również  Bena  Granta  i  już  zamierzała  do  niego 
podejść,  kiedy  przypomniała  sobie, że  nie  są  bynajmniej  po  tej 
samej  stronie.  Ben  Grant  nie  jest  jej  sojusznikiem,  mimo  że  to 

background image

właśnie on zawiadomił ją o tym spotkaniu. 

Zresztą  Ben  był  w  towarzystwie.  Kobieta  stojąca  przy  nim 

była  energiczna,  atrakcyjna  i  raz  po  raz  spoglądała  na  niego 
wzrokiem 

pełnym 

uwielbienia. 

Coś 

nieuchwytnego 

podpowiedziało  Julii,  że  muszą  razem  pracować.  Ciekawe,  co 
jeszcze  razem  robią,  pomyślała  i  natychmiast  zganiła  się  za 
głupie  przypuszczenia  i  za  ukłucie  zazdrości,  które  im 
towarzyszyło. Ben jest niezwykle przystojny... 

 
I co z tego? Znała mnóstwo przystojnych mężczyzn, a właśnie 

na tego nie powinna zwracać uwagi. 

W  tej  samej  chwili  Ben  odwrócił  się  i  zauważył  ją.  Szybko 

odwróciła wzrok, ale nie udało się: musiał spostrzec, że na niego 
patrzyła. 

Nie  było  czasu  rozdzielać  włosa  na  czworo,  bo  właśnie 

otworzyły się drzwi od gabinetu komendanta i ukazał się w nich 
młody człowiek w granatowym garniturze. Utorował sobie drogę 
przez  tłum  i  przeszedł  do  sąsiedniej  sali.  Julię  dobiegły  szepty 
mówiące,  że  to  właśnie  jest  lekarz  sądowy.  Za  nim  podążał 
Charlie. Był purpurowy na twarzy, a jego ręce odsuwające ludzi 
na bok dziwnie drżały. 

–  Dziękuję  państwu  za  cierpliwość  –  powiedział,  kiedy 

wszyscy  znaleźli  się  w  sali.  –  Wiem,  że  bardzo  wiele  osób 
dzwoniło  do  nas,  żeby  się  dowiedzieć  o  wynik  sekcji,  ale  z 
pewnych względów nie mogliśmy wcześniej zaspokoić państwa 
ciekawości. Musieliśmy jeszcze uzgodnić pewne sprawy. 

Stała daleko z tyłu i nie mógł jej widzieć. Odnosiła wrażenie, 

że w ogóle nikogo nie widzi. Wzrok miał wbity w guziki koszuli 
osoby stojącej naprzeciw niego. 

–  Znane  są  już  wyniki  sekcji  zwłok  Amber  Davoll  – 

kontynuował powolnym głosem, jakby ważył każde słowo – i na 

background image

tej podstawie mogę państwu powiedzieć, że śledztwo dotyczące 
śmierci Amber Davoll... zostaje wznowione. 

Szmer przeszedł wśród zgromadzonych i rozległ się echem w 

głowie Julii. 

–  Nie  czas  tu  i  miejsce,  żeby  się  wdawać  w  szczegóły  – 

ciągnął bezbarwnym głosem Charlie. – Mogę tylko powiedzieć, 
że  pewne  fakty  wskazują  na  to,  że  ofiara  mogła  już  być 
nieprzytomna, kiedy pociągnięto za cyngiel. 

Sala zafalowała. Julia dłonią zakryła usta, żeby nie krzyknąć. 
–  Jednym  słowem  –  usłyszała  jasny  i  wyraźny  głos  Bena 

Granta – Amber Davoll została zastrzelona, czy tak? 

Charlie uniósł na niego zmęczone spojrzenie. 
– Prowadzimy teraz śledztwo w sprawie zabójstwa. 
Rozległy  się  głosy  oburzenia,  gniewu  i  rozpaczy.  Głos  Bena 

przebił się przez szum sali i utonął w gwarze. 

– Gdyby mógł nam pan powiedzieć coś więcej... 
Charlie przetarł czoło. 
– Na tym etapie śledztwa nic więcej państwu powiedzieć nie 

mogę.  Jutro  zwołamy  konferencję  prasową  i  wtedy  być  może 
wydamy bardziej szczegółowy komunikat. 

Serdecznie zapraszam wszystkich na jutro. 
Nie  zważając  na  pomruki  niezadowolenia  i  rozczarowane 

spojrzenia,  szybkim  krokiem  opuścił  salę  i  pomaszerował  do 
swego  gabinetu.  Trzask  zamykanych  drzwi  rozszedł  się  echem 
po korytarzach. 

 
 
– Cholera jasna! – zaklął Ben. 
– Święte słowa, sama bym tego lepiej nie określiła. 
– Kelly wzruszyła ramionami i wyłączyła magnetofon. 
Ale  Ben  nie  miał  na  myśli  lakonicznej  wypowiedzi  szefa 

background image

policji  ani  jego  pośpiesznej  ucieczki.  Odwrócił  się,  żeby 
zobaczyć reakcję Julii. 

– Muszę lecieć, Kelly. Zostań tu jeszcze trochę i zorientuj się, 

co i jak. Trzeba się czegoś dowiedzieć. 

Spojrzała na niego zdumiona. 
 
– Jasne, a dokąd ci tak spieszno? 
Nie odpowiedział; biegł już w stronę wyjścia. 
– Dziękuję, Kelly, zadzwonię do ciebie później! – krzyknął w 

przelocie. 

Błyskawicznie zbiegł po schodach i rozejrzał się po parkingu. 

Stary  pontiac  stał  na  swoim  miejscu,  ale  Julii  w  nim  nie  było. 
Spojrzał  w  stronę  zatoki  i  ujrzał  drobną  postać,  oddalającą  się 
szybkim,  nerwowym  krokiem,  jakby  goniły  ją  demony.  Mając 
świadomość,  że  folguje  swym  masochistycznym  skłonnościom, 
dogonił ją. 

– Julia! 
Nie zatrzymała się i nie spojrzała na niego. 
– Julia, poczekaj! – krzyknął głośniej, jakby myślał, że go nie 

usłyszała. 

Żadnej  reakcji.  Chwycił  ją  za  ramię  i  zmusił  do  zwolnienia 

kroku. 

– Posłuchaj... 
– Ręce przy sobie i zjeżdżaj, Grant. 
Puścił jej ramię. 
– Co ja takiego zrobiłem? 
–  Nie  mogłeś  się  powstrzymać,  prawda?  Musiałeś  za  mną 

biec i triumfować! 

– Naprawdę myślisz, że triumfuję? 
– A co! Przecież to ty miałeś rację, a ja cały czas się myliłam! 
Jej  podejrzenia  sprawiły  mu  ogromną  przykrość.  Nawet  nie 

background image

podejrzewał, że tak bardzo liczy się z jej zdaniem. 

–  Bardzo  się  o  ciebie  martwiłem  i  dlatego  za  tobą  biegłem. 

Możesz mi wierzyć, w tym przypadku wolałbym wcale nie mieć 
racji. 

 
Spojrzała  na  niego  nieco  mniej  wrogo.  Ruszyli  przed  siebie 

powolnym krokiem. 

– Może gdzieś przysiądziemy i napijemy się czegoś? 
Tu niedaleko jest mała knajpka... 
Odsunęła się. 
– Chciałabym się przejść, najchętniej sama. 
Zatrzymał  się  i  Julia  przystanęła  również.  Lekko  się 

zachwiała. 

– Strasznie dużo czasu spędzasz sama. 
Odrzuciła włosy z czoła. 
– Lubię własne towarzystwo. 
– Ale nieraz jest łatwiej znieść przeciwności, jak się ma kogoś 

obok siebie. 

Zrobiła minę osoby całkiem opanowanej. 
– Już wszystko w porządku, nic mi nie jest. 
– Jasne. 
Uniósł rękę i delikatnie otarł łzę z jej policzka. Tym razem też 

się odsunęła, ale nieco mniej gwałtownie. 

– Lepiej mnie zostaw – powiedziała – dla swojego własnego 

dobra. Jestem dziś w marnej formie. 

– Trudno, zaryzykuję. 
Ruszyła przed siebie i Ben poszedł za nią. 
Zeszli  do  portu  i  znaleźli  się  na  pomoście,  przy  którym 

zacumowano  jachty. Maszty dostojnie kołysały się w rytm fali. 
W  oddali  widać  było  ciężką  sylwetkę  promu  powracającego  z 
kontynentu na wyspę. W lecie kursował dziesięć razy dziennie, 

background image

po sezonie tylko raz. W porcie roiło się od łodzi rybackich; o tej 
porze wszystkie wracały z morza. 

– Jak się czujesz? – ostrożnie zapytał Ben. 
– A jak myślisz? 
 
Otuliła  się  szczelniej  swetrem,  jakby  chroniąc  się  przed 

podmuchem  bryzy  wiejącej  od  morza,  i  energicznie  ruszyła 
przed siebie, głośno stukając obcasami. 

–  Jestem  wściekła.  Wracam  do  domu,  myśląc,  że  moja 

najlepsza  przyjaciółka  popełniła  samobójstwo,  i  po  tygodniu 
wyrzutów sumienia i wszelkiego rodzaju zadręczania się zostaję 
poinformowana, że to wcale nie było samobójstwo. I że całe to 
zawracanie głowy na próżno. 

Bardzo  ciekawy  punkt  widzenia,  pomyślał  Ben,  dziwny  i 

równie niedorzeczny jak jej poprzednie oskarżenia. 

Minęli  kolejne  sklepy  i  restauracje,  i  znaleźli  się  na  Water 

Street. Znowu zaproponował, żeby gdzieś usiedli. Gwałtowność, 
z  jaką  ponownie  odrzuciła  jego  propozycję,  zaniepokoiła  go 
nieco. 

– Ale to nie dlatego jestem taka wściekła... 
Tak właśnie myślał i czekał na dalszy ciąg. Nie czekał długo. 

Julia  nagle  stanęła  jak  wryta,  rozłożyła  ramiona,  a  potem 
opuściła ręce gestem, w którym była bezsilna wściekłość. 

– Jak on mógł to zrobić? Jak mógł tak pokpić sprawę! 
– Kto? 
– Charlie, oczywiście! 
Jednym  słowem,  teraz  jej  gniew  skierował  się  przeciwko 

Charliemu... 

– Jak mógł nie spostrzec czegoś, co miał pod nosem... 
– W jej ciemnych oczach pojawiły się łzy. 
Ben  rozejrzał  się  dokoła.  Stali  obok  sklepiku  z  lodami, 

background image

zamkniętego już po sezonie. 

– Chcesz usiąść? – zapytał, wskazując pustą ławkę. 
– Nie, nie usiedzę na miejscu! Muszę iść... 
 
–  To  nie  jest  najlepsze  miejsce  na  spacery,  to  jest  przecież 

najruchliwsza ulica naszego miasta. 

Poszedł  jednak  za  nią,  a  po  chwili  odważył  się  przerwać 

milczenie. 

– Chcesz porozmawiać o Charliem? 
Julia  znowu  się  zatrzymała  i  tym  razem  siarczyście  zaklęła. 

Potem  szybkim  krokiem  ruszyła  przed  siebie,  wykrzykując  i 
gestykulując. 

–  W  porę  nie  zrobił  tego,  co  trzeba,  i  teraz  wszystko  diabli 

wzięli! Nie znam się na policyjnej robocie, ale każdy głupi wie, 
że  najważniejsze  są  dwadzieścia  cztery  godziny  od  chwili 
popełnienia  zbrodni.  Potem  wszystko  się  zaciera,  świadkowie 
zapominają, ślady nikną... 

Minęli  Brass  Anchor,  ale  Ben  nie  zaproponował  jej,  żeby 

weszli do środka. To nie był najlepszy pomysł; nie mogli jednak 
bez końca tak chodzić po mieście. 

– ... a przecież chodzi o morderstwo – ciągnęła Julia. Jej usta 

drżały, w oczach lśniły łzy. – Minął już cały tydzień. 

Ktokolwiek  to  zrobił,  zdążył  już  zatrzeć  wszystkie  ślady, 

wyrobić sobie alibi i tak dalej. Nigdy go się nie znajdzie. 

– Może nie jest tak źle. Mordercy czasem są po prostu głupi i 

popełniają mnóstwo błędów. 

–  Sam  mi  mówiłeś,  że  Charlie  niezbyt  dokładnie  przeszukał 

dom Amber i nie zabezpieczył śladów. 

–  Może  jednak  to  zrobił,  wszystkiego  nie  wiem.  Może  coś 

ważnego da się jeszcze znaleźć. Na szczęście opieczętował dom 
i ogrodził całość taśmą. 

background image

Dopiero  w  tym  momencie  Julia  zauważyła,  że  znajdują  się 

pod drzwiami redakcji. Ze zdziwieniem spojrzała na Bena. 

 
– Jak myśmy się tutaj znaleźli? I co ja tu robię? A na dodatek 

rozmawiam z tobą o Charliem... 

Lekko dotknął jej ramienia. 
– Zapraszam cię na drinka. 
Spuściła głowę. 
– Chyba rzeczywiście mi się należy. 
Zaprowadził ją do wejścia z tyłu budynku, którędy wchodziło 

się do jego prywatnego mieszkania. 

–  To  na  specjalne  okazje  –  wyjaśnił  w  odpowiedzi  na  jej 

pytające spojrzenie. 

 
 
Szła za nim po schodach, zastanawiając się, czy robi dobrze. 

Właściwie nie miała wyboru. Nie mogła teraz zostać sama. Nie 
mogła  usiąść  za  kierownicą  samochodu  i  prowadzić  z  oczami 
zalanymi  łzami,  gotowa  na  coś  się  wpakować;  a  nie  bardzo 
miała dokąd pójść. 

Doszli do drzwi i Ben włożył klucz do zamka. 
–  Odrywam  cię  od  obowiązków  –  powiedziała,  żeby  coś 

powiedzieć. – Przecież to środek dnia pracy. 

– Raczej koniec. Zresztą ktoś mnie zastąpi i zamknie za mnie 

sklepik. Wejdź, proszę, rozgość się. 

Mieszkanie 

Bena 

zaskoczyło 

ją. 

Obszerne, 

jasne 

pomieszczenie, podłoga z desek, białe ściany i mnóstwo okien. 

– Musi być koszmarnie drogie. 
–  Było,  ale  to  jednorazowy  wydatek.  Kupiłem  je  razem  z 

redakcją. Teraz nie muszę płacić czynszu. 

Spojrzała  na  niego  inaczej  niż  dotąd.  Nie  przypuszczała,  że 

background image

poczynił na wyspie tak poważne inwestycje. 

– Usiądź, a ja tymczasem przygotuję nam coś do picia. 
 
Poszedł do kuchni i zaraz z niej wyjrzał. 
– A może wolisz kawę albo herbatę? 
– Nie, dziękuję. 
Zwykle  nie  pijała  alkoholu,  ale  tym  razem  miała  ochotę  na 

coś mocniejszego. 

Ben wrócił ze szklankami i butelką w ręku. Postawił szklanki 

na  stoliku  i  napełnił  je;  nie  widziała  nalepki  i  nie  zapytała,  co 
będą pili. Pociągnęła łyk i na początku nic nie poczuła; dopiero 
po chwili żar wypełnił jej żołądek i gorącą falą zalał płuca. 

Spojrzała  w  niewinne  oczy  Bena  i  pomyślała,  że  nalał  jej 

pewnie dwudziestoletniej szkockiej whisky. 

Znowu napełnił jej szklankę. 
– Dziękuję, wystarczy – mruknęła i wzdrygnęła się. 
– Zimno ci? 
Wstał i nie czekając na odpowiedź, zaczął rozniecać ogień na 

kominku. 

–  Pod  koniec  września  robi  się  chłodno.  Ale  dzisiaj  jest  już 

pierwszy października, prawda? 

Patrzyła,  jak  Ben  uwija  się  przy  palenisku,  przygotowując 

papier i drewno. Jest bardzo miły, pomyślała z dziwnym jakimś 
żalem, nie bardzo potrafiąc wytłumaczyć jego przyczynę. 

Ben  zapalił  zapałkę  i  przytknął  ją  do  kawałka  papieru. 

Poczekał, aż ogień buchnie jasnym płomieniem i dopiero wtedy 
wrócił na miejsce. Wygodnie rozsiadł się w fotelu. 

– To był bardzo ciężki dzień – rzekł z westchnieniem. 
Julia  poczuła,  że  coś  ją  dławi  w  gardle,  i  zamrugała 

powiekami, żeby powstrzymać łzy. Nie udało jej się. 

– Julia, co ci jest? – spytał z niepokojem w głosie. 

background image

 
Spróbowała  odwrócić  głowę  i  jakoś  się  opanować,  ale 

wzburzenie okazało się silniejsze. 

– Boże – wyszeptała – ktoś ją zamordował... 
Zakryła ręką usta. 
– Amber została zamordowana. 
Ben  bez  słowa  objął  ją  i  przytulił.  Próbowała  się  uwolnić  z 

jego ramion, ale szybko zrezygnowała. 

– W porządku, kochanie, popłacz sobie, to ci przyniesie ulgę. 

Nikt się nie dowie, płacz. 

Głos  Bena  brzmiał  tak  łagodnie  i  kojąco,  że  bez 

zastanowienia przytuliła głowę do jego piersi i rozpłakała się. W 
jego ramionach czuła się bezpieczna. 

– Płacz, kochanie, płacz... 
Tulił  ją  i  kołysał  tak  długo,  aż  jej  łkanie  z  wolna  się 

uspokoiło. Uniosła zapłakaną twarz i zobaczyła czarne smugi na 
koszuli Bena. 

– Strasznie cię pobrudziłam, przepraszam... 
Bezradnie dotknęła palcem zabrudzonego materiału. 
–  Nic  nie  szkodzi.  –  Uśmiechnął  się  do  niej  tym  swoim 

cudownym uśmiechem, nie puszczając jej z ramion. 

Pod  palcami  czuła  jego  umięśnione  ciało,  na  biodrach  czuła 

jego  dłonie.  Wyprostowała  się,  odsunęła,  obciągnęła  na  sobie 
sweter. 

– Mogę skorzystać z łazienki? Chciałabym umyć twarz. 
– Oczywiście, drzwi są zaraz przy wejściu. 
– Dziękuję. 
Kiedy wróciła kilka minut później, Ben wychodził właśnie  z 

sypialni. Miał na sobie świeżą niebieską koszulę, podkreślającą 
błękit jego oczu. 

 

background image

– Lepiej ci? – zapytał, zapinając prawy mankiet. 
Skinęła  głową  i  pomyślała,  że  powinna  już  iść.  Nie 

odpowiada  za  siebie,  kiedy  jest  sam  na  sam  z  tym  mężczyzną. 
Był zbyt pociągający, zbyt atrakcyjny i... zbytnio jej się podobał. 

Najpierw jednak musi go prosić o wybaczenie. 
–  Ben,  przepraszam  za  wszystkie  niedorzeczne  podejrzenia. 

Sama nie wiem, co mnie napadło. 

Podszedł i stanął przed nią. 
–  Daj  spokój.  Po  tym  wszystkim,  co  usłyszałaś  dzisiaj  na 

policji, przeżyłaś szok. 

Uniosła na niego oczy. 
– To prawda, ale teraz już mogę racjonalnie myśleć. 
W  dalszym  ciągu  jestem  wściekła,  ale  przynajmniej  mogę 

jakoś zebrać myśli. 

Gniew na Charliego opuścił ją, nie myślała już nawet o tym, 

że  popełnił  błąd  w  śledztwie.  Jej  głowę  zaprzątało  teraz  tylko 
jedno. 

– Ktoś zabił Amber i musi za to ponieść karę. Trzeba znaleźć 

mordercę. 

Ben skinął głową. 
– Tak, teraz właśnie to jest najważniejsze. 
Spojrzał  na  nią  uważnie  i  nieco  uspokojony  poszedł  do 

kuchni. 

– Kto mógł to zrobić? – Julia spojrzała w ślad za nim. 
– Kto mógł pragnąć jej śmierci? Amber nie miała wrogów. 
– To właśnie jest pytanie. 
Powiedział to tak zagadkowym tonem, że spojrzała z nowym 

zainteresowaniem  na  stojącego  przy  kuchennym  blacie 
mężczyznę. 

 
– Podejrzewasz kogoś? Kogoś z wyspy? Znam go? 

background image

Ben  postawił  garnek  na  kuchence,  wyjął  z  lodówki  jakąś 

puszkę, otworzył ją i przelał jej zawartość do garnka. 

– To mógł być ktoś przyjezdny. 
Julia zmarszczyła czoło. 
–  Ale  skoro  upozorował  samobójstwo...  Boże,  a  jeśli  ona 

wpadła w jakieś złe towarzystwo? Może spotykała się z jakimiś 
niebezpiecznymi ludźmi. 

Położył na blacie sałatę, ogórki i pomidory. 
– Możliwe. 
Spojrzała na niego błędnym wzrokiem. 
– Co ty robisz? 
– Przygotowuję dla nas kolację. 
– Ja nie mogę zostać, mam swój program. 
– Zaczynasz dopiero za dwie godziny, zdążymy coś zjeść. 
Julia pociągnęła nosem. 
– Ładnie pachnie. Co to takiego? 
– Zupa rybna. Zostań, proszę, zjemy razem. 
– Dobrze, ale pod warunkiem, że ci pomogę. 
– Może być. Zrób sałatę. 
Podeszła do kuchennego blatu i zabrała się do pracy. Ben miał 

znakomicie  wyposażoną  kuchnię;  z  sufitu  zwieszały  się  rondle 
różnej  wielkości  i  pęki  ziół,  na  półkach  stały  słoje  i  puszki  z 
przyprawami. 

–  Nic  dziwnego,  że  nikt  nie  zauważył,  że  miała  depresję. 

Mówię  o  Amber...  –  Julia  zaczęła  rwać  sałatę  na  kawałki  i 
wrzucać  ją  do  szklanej  misy.  –  Nie  miała  żadnej  depresji...  – 
Zabrała  się  do  krojenia  pomidora.  –  Trochę  mi  nawet  ulżyło, 
kiedy to sobie uświadomiłam, chociaż to pewnie bez sensu. 

Ben wyjął przyprawy do sałaty i wymieszał je. 
–  Doskonale  to  rozumiem.  Ja  też,  jak  się  dowiedziałem,  że 

popełniła  samobójstwo,  miałem  wyrzuty  sumienia,  chociaż 

background image

prawie jej nie znałem. 

Julia uśmiechnęła się. 
– To dziwne, że tak sobie rozmawiamy. 
– Chyba nie. Zawsze myślałem, że może do tego dojść, jeśli 

damy sobie szansę. 

–  Nie  rozpędzaj  się  tak.  Nie  sądzę,  żebym  cię  jeszcze  lubiła 

po tym, co teraz napiszesz w tej swojej gazecie. 

– Czy to znaczy, że teraz mnie lubisz? 
– Nie bądź za bardzo ciekawy. 
Mrugnął okiem. 
– Miałaś już okazję zajrzeć do mojej gazety? 
–  Owszem,  przelotnie,  jest  bardzo...  absorbująca,  świetnie 

wchłania tłuszcz. Smażyłam dzisiaj ryby i sam rozumiesz... 

Nie dokończyła, bo rzucił w nią mokrą gąbką. Po chwili oboje 

znowu spoważnieli. 

– Biedny Charlie – zauważyła Julia, unosząc oczy znad miski 

z  sałatą.  –  Będzie  teraz  w  kłopocie,  nigdy  dotąd  nie  prowadził 
sprawy  o  morderstwo.  A  do  tego  alkohol  zmniejszył  jego 
możliwości... 

Przerwała, nagle spłoszona. 
– Co ja mówię, nie powinnam... 
Zwłaszcza  w  obecności  naczelnego  redaktora  miejscowej 

gazety!  Ben  jakby  nie  dosłyszał  jej  słów;  w  każdym  razie  ani 
słowem ich nie skomentował. 

 
– Może zostawi tę sprawę i odda ją policji stanowej – odrzekł 

zamyślony. 

Odstawił garnek z ognia i spojrzał na nią. 
– Nie zamierzasz zmienić terminu wyjazdu? 
– Nie, a dlaczego pytasz? 
–  Mam  wrażenie,  że  prasa  weźmie  się  teraz  za  Charliego. 

background image

Nadejdą dla niego trudne chwile. Chyba nie chciałby, żebyś go 
widziała w takiej sytuacji? To będzie dla niego krępujące. 

– Chcesz się mnie pozbyć? 
Tak  sobie  gawędzili,  żartując  swobodnie  i  zupełnie 

bezpiecznie.  Przynajmniej  Julia  dotąd  tak  myślała.  Ale  kiedy 
podszedł  i  położył  jej  ręce  na  biodrach,  zrozumiała,  że  nie 
doceniła niebezpieczeństwa. 

– Dla mnie możesz tu zostać na zawsze... 
Wstrzymała  oddech,  nie  wiedząc,  co  zrobić  ani  co 

powiedzieć.  Ben  jednak  szybko  ją  puścił  i  zaczął  nakrywać  do 
stołu.  Zrozumiała,  że  tak  tylko  sobie  zażartował,  i  poczuła  się 
jak idiotka. 

Zanim  usiedli  do  stołu,  Ben  puścił  muzykę.  Poznała  jedną  z 

taśm, które jej przyniósł poprzedniego dnia. Przypomniała sobie, 
jak go wtedy potraktowała. 

– Muszę cię przeprosić za coś jeszcze – powiedziała. 
Ben napełnił kieliszki i spojrzał na nią pytająco. 
–  Przepraszam,  że  cię  oskarżyłam  o  to,  że  spowodowałeś 

przeprowadzenie  sekcji.  Teraz  już  wiem,  że  domagał  się  tego 
jeden z pomocników Charliego. 

Ben spuścił oczy. 
– Muszę przyznać, że trochę mu pomogłem... 
– W takim razie cofam swoje przeprosiny. 
 
Wcale się nie pogniewała, przeciwnie: jego szczerość zrobiła 

na  niej  wrażenie.  Cokolwiek  zrobi  czy  powie,  jestem 
zachwycona, pomyślała z niesmakiem. Dobrze, że chociaż zdaję 
sobie z tego sprawę. 

– Oczywiście moja kolekcja stoi przed tobą otworem. 
–  Ben  ruchem  dłoni  wskazał  kasety  i  kompakty  ustawione 

równo na półce. 

background image

–  Dziękuję,  chętnie  skorzystam,  a  teraz  może  wreszcie 

zaczniemy jeść. 

Skosztowała  zupy  i  z  niekłamanym  zachwytem  spojrzała  na 

Bena. 

–  Doskonałe,  jak  ty  to  robisz? Cathryn  mówiła  mi,  że  jesteś 

świetnym kucharzem, ale nie potraktowałam tego poważnie. 

– To tylko takie moje hobby. 
– Niezłe i bardzo pożyteczne. 
Przez  chwilę  gawędzili,  jedli  i  cieszyli  się,  że  potrafią 

rozmawiać i jeść przy dźwiękach muzyki. 

Potem  oboje  niemal  równocześnie  wrócili  myślami  do 

bulwersującej sprawy morderstwa. 

– Ciekawa jestem, czy wiesz coś o jej byłym mężu? 
– zapytała Julia. 
Ben uniósł kieliszek z winem i odstawił go na stół. 
–  Bruce  Davoll...  –  Zmarszczył  czoło.  –  Nie  podoba  mi  się 

sposób,  w  jaki  gra  w  kosza  –  rzekł  powoli.  –  Jest  strasznie 
agresywny. A co ty o nim wiesz? 

– Cathryn mówiła mi, że bił Amber. 
Ben skinął głową. 
–  Słyszałem  o  tym.  Czy  Cathryn  powiedziała  ci  coś  o 

problemach z ich rozwodem? 

 
– Mieli podobno jakieś nie rozwiązane sprawy finansowe, ale 

nie wiem dokładnie, o co chodziło. 

– Chyba o dom i knajpę. To była wspólna własność. 
Julia uniosła kieliszek do ust i upiła łyk wina. 
– Rozumiem. 
– Co masz na myśli? 
Zmarszczyła brwi. 
– To, że Bruce skorzystał na jej śmierci. 

background image

Przez chwilę słychać było jedynie tykanie zegara. 
– Myślisz, że Bruce Davoll zamordował swoją żonę? 
Julia skrzywiła się. 
– Miał powód. 
–  Żeby  oskarżyć  człowieka  o  morderstwo,  trzeba  czegoś 

więcej niż powód. 

– Jest coś więcej. Znęcał się nad nią. 
Ben w zamyśleniu pokręcił głową. 
– To do niego nie pasuje, to jest zbyt chłodne i przemyślane. 

Bruce raczej by ją udusił gołymi rękami. 

– Może masz rację, ale jakoś nikt inny nie przychodzi mi do 

głowy. 

Znowu  zamilkli  i  siedzieli  tak  bez  słowa,  z  kieliszkami  w 

rękach, zapatrzeni w ogień płonący na kominku. 

– Nic nie wymyślimy – oświadczyła w końcu Julia. 
– Lepiej pozmywam naczynia. 
Ben zerwał się od stołu. 
–  Wykluczone,  od  tego  mam  zmywarkę.  Zapomniałaś,  że 

musimy iść po samochody? 

On też zostawił samochód pod komendą policji. Wieczór był 

łagodny i spokojny, i Julia z przykrością pomyślała, że nazajutrz 
wszystkie dzienniki Nowej Anglii ogłoszą wszem i wobec, że na 
cichej, uroczej wyspie Harmony popełniono morderstwo. 

– Nie wysłuchaliśmy wiadomości o szóstej. 
– Posłuchamy, co powiedzą o jedenastej. 
Szła  obok  niego,  starannie  unikając  jego  bliskości,  bo  kiedy 

tylko  musnął  ją  w  przelocie,  traciła  wątek  i  nie  potrafiła  się 
skoncentrować. 

–  Nie  męczy  cię  ta  codzienna  praca  w  redakcji?  –  zapytała, 

żeby coś powiedzieć. 

–  Nie.  –  Ben  lekko  się  uśmiechnął.  –  Sam  się  w  to 

background image

wpakowałem i niczego nie żałuję. 

Doszli  do  samochodu  Julii  i  Ben  spojrzał  na  nią  w 

zamglonym świetle ulicznej latarni. 

– Przyjdziesz jutro na tę konferencję prasową? 
– Tak. 
Otworzyła  drzwiczki  i  położyła  pudło  z  kasetami  na 

siedzeniu.  Chciała  usiąść  za  kierownicą,  ale  Ben  chwycił  ją  za 
ramię. 

– Poczekaj. 
Zwrócił  ją  ku  sobie  i  stali  teraz  bardzo  blisko  siebie. 

Niewidzialny  fluid,  jaki  między  nimi  był,  stał  się  wyraźnie 
wyczuwalny. 

– Pomyślałem, że Charlie bardzo cię zawiódł i... 
Zamierza  rozmawiać  z  nią  o  Charliem  i  zawodzie,  jaki  jej 

sprawił? 

– I co? 
–  Zrobisz,  co  zechcesz,  to  nie  moje  sprawy,  ale  on  teraz 

będzie  miał  wszystkich  przeciwko  sobie  i  może  potrzebować 
kogoś bliskiego. 

Ten facet nie przestaje jej zdumiewać! 
 
–  Dziękuję,  że  mi  o  tym  przypomniałeś  –  powiedziała 

ironicznie i rozejrzała się po parkingu. 

Samochodu Charliego nie było. 
–  Wpadnę  do  niego  po  drodze  –  dodała  poważniejszym 

głosem. 

– Bardzo dobrze. 
Rozmowa  wyglądała  na  skończoną  i  Julia  schyliła  się,  żeby 

wsiąść do samochodu. 

– Poczekaj – rzekł Ben i jej serce ponownie mocniej zabiło. 
– Co jeszcze? 

background image

–  Bardzo  cię  proszę,  żebyś  dzisiaj  wieczorem  dobrze 

zamknęła drzwi na klucz. 

Odprężyła się nieco, niebezpieczeństwo minęło. 
– Dobrze, ale chyba nie ma powodu do obaw. 
– Wiem, ale zamknij drzwi na klucz. 
– Zamknę, a teraz dobranoc, i jeszcze raz dziękuję za kolację. 
Odwróciła się. 
– Jest jeszcze coś... 
– Słucham? 
Odpowiedzi nie usłyszała; zamiast niej poczuła usta Bena na 

swoich. Nie odsunęła się, nie zrobiła żadnego ruchu, nie była w 
stanie. To był cudowny pocałunek... 

– A teraz możesz jechać – szepnął. 
Wolno otworzyła oczy i ujrzała jego przystojną, uśmiechniętą 

twarz. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Ben lekko dotknął 
palcem jej nosa. 

– Dobranoc, i do jutra. 
 
Niemal  zapomniała  odwiedzić  Charliego.  Dopiero  po  chwili 

świeże  powietrze  wpadające  przez  otwarte  okno  samochodu 
nieco ją orzeźwiło i pozwoliło zebrać myśli. 

Komendanta zastała za kuchennym stołem; siedział, popijając 

wódkę. Przed nim stała napoczęta butelka. Julia zapukała i mimo 
braku zaproszenia weszła do środka. 

– To nie jest najlepszy moment na wizyty – oznajmił Charlie, 

nie  zwracając  w  jej  stronę  głowy.  Nie  widzącym  wzrokiem 
patrzył tępo przed siebie. 

– Wiem, widziałam cię przez okno. 
Julia przysunęła sobie krzesło i usiadła. Gdyby nie zastała go 

nad  butelką,  może  byłaby  bardziej  wyrozumiała,  ale  teraz  cały 
jej gniew obudził się na nowo. 

background image

– Znasz nowiny? 
– Tak – odparła, z trudem się hamując. 
– Wiem. Ktoś mi powiedział, że widział cię w komendzie. 
Julia odsunęła butelkę. 
– Nie czekałam na ciebie, bo po tym, co usłyszałam, chciałam 

przez chwilę być sama – rzekła przez zęby. 

–  Strasznie  mi  przykro,  to  wszystko  moja  wina.  –  W  głosie 

Charliego  zabrzmiało  pijackie  rozrzewnienie.  –  Od  trzydziestu 
lat robię w tym zawodzie, ludzie mi ufają, a teraz... – Pociągnął 
z  kieliszka.  –  Najgorsze,  że  ja  naprawdę  myślałem,  że  robię 
dobrze,  ale  nic  mi  nie  wychodzi.  Coś  się  porobiło  i  nie  jestem 
już taki jak dawniej. 

Julia oparła brodę na łokciach. 
– Daj spokój i przestań się nad sobą rozczulać. Niedobrze mi 

się robi, jak tego słucham. 

Spojrzał na nią zdumiony. 
 
– Zrobiłeś błąd i  sam o tym wiesz. Uznałeś za samobójstwo 

coś, co było morderstwem. Trudno, stało się, było, minęło. Teraz 
musisz się zastanowić, co dalej. 

Spojrzenie Charliego zmętniało; ręce opadły mu bezwładnie. 
– Podam się do dymisji. 
– Nie sądziłam, że z ciebie taki mięczak. 
Nie  zareagował  tak,  jak  się  spodziewała.  Wzruszył  tylko 

ramionami. 

– Tak będzie najlepiej. Przyjedzie ktoś młodszy i lepszy ode 

mnie, i wszystkim się zajmie. 

– Jednym słowem, zamierzasz pogrzebać całą swoją karierę i 

odejść ze sceny w niełasce? 

Charlie przeczesał drżącą ręką siwe kosmyki. 
– Co innego mi pozostało? 

background image

Spojrzała  na  niego  ze  złością,  gotowa  wypalić  kazanie. 

Potrzebny  mu  będzie  ktoś  bliski...  Przypomniała  sobie  słowa 
Bena  i  jej  gniew  się  rozpłynął.  Złość  nic  tu  nie  pomoże, 
krzykiem  nic  nie  zwojuje,  tylko  jeszcze  dodatkowo  kopnie 
leżącego. 

Usiadła bliżej i objęła Charliego ramieniem. 
– Sam zadecydujesz, co masz zrobić. Oczywiście, możesz się 

podać  do  dymisji,  wolny  wybór,  ale  pamiętaj,  że  cię  kocham  i 
będę  cię  kochała  bez  względu  na  to,  co  zrobisz.  Chciałam  ci 
tylko powiedzieć, że nie powinieneś robić uników. 

Uniósł głowę i spojrzał jej w oczy. 
–  Wiem,  że  robisz  to  dla  mojego  dobra,  ale  nie  rozumiesz 

jednego:  ja  jeszcze  nigdy  nie  prowadziłem  śledztwa  w  sprawie 
morderstwa. 

 
– Wiem, ale sam mi zawsze mówiłeś, że wszystko kiedyś robi 

się pierwszy raz. Mówiłeś mi to przy tym stole, tutaj. 

Charlie z uporem pokręcił głową i Julia mocniej go objęła. 
–  Zrobisz  to,  jeśli  zechcesz.  To  tylko  zagadka,  a  każdą 

zagadkę można rozwiązać. Porozmawiasz z ludźmi, którzy znali 
Amber,  wyślesz  materiały  do  laboratorium.  Po  co  ja  ci  to 
wszystko  mówię?  Przecież  sam  najlepiej  wiesz,  co  robić. 
Zawsze  mi  mówiłeś,  że  po  prostu  trzeba  zacząć,  postawić 
pierwszy  krok,  a  potem  drugi,  trzeci  i  tak  dalej,  aż  do  końca. 
Układanka sama się ułoży, zobaczysz, zacznij tylko działać. 

Charlie  wyprostował  zgarbione  plecy;  Julia,  zachęcona, 

mówiła dalej: 

–  Pomogę  ci,  jak  tylko  będę  mogła.  Zostaję  tu  jeszcze 

przecież ponad tydzień. 

Spojrzał na nią wzrokiem zbitego psa. 
–  Wolałbym,  żeby  cię  przy  tym  nie  było.  Nie  chcę,  żebyś 

background image

mnie widziała w takim stanie. 

– Trudno, i tak zostanę. 
Uśmiechnął się i to była dla niej największa nagroda. 
–  Nie  wiem,  od  czego  zacząć,  maleńka,  a  tak  bardzo 

chciałbym doprowadzić do końca tę sprawę. 

Wiedziała, że nie ma wyjścia. Nie wolno jej dopuścić do jego 

dymisji;  to  by  oznaczało  koniec.  Charlie  zniszczy  całą  swoją 
przyszłość i zniweczy przeszłość, ludzie będą go źle wspominali, 
a on sam będzie żył w nieustannym poczuciu winy. 

Nie zasłużył na taki los. 
 
–  Musisz  to  zrobić  dla  samego  siebie,  nie  wolno  ci  się 

poddawać.  Jest  jednak  jedno  „ale”:  przede  wszystkim  musisz 
natychmiast  odstawić  wódę.  Alkohol  niszczy  cię  fizycznie  i 
okalecza  emocjonalnie.  To  tylko  chwilowo  przynosi  ulgę, 
Charlie. 

Nigdy nie widziała, żeby się czerwienił, ale właśnie teraz jego 

policzki napłynęły krwią. Ujął jej rękę i lekko pocałował palce. 

– Masz nieco ponad pięćdziesiąt lat, Charlie. Możesz przeżyć 

w zdrowiu następne trzydzieści, i dobrze o tym wiesz. 

Pokręcił sceptycznie głową. 
– Wiem, co mówię. Pauline umarła, ale ty musisz żyć. 
Masz przed sobą kawał życia i musisz je przeżyć godnie. 
Dlatego powinieneś się za siebie wziąć. 
Teraz ona uniosła jego dłoń i przytuliła ją do swego policzka. 
– Zrób to dla mnie, Charlie, jesteś mi bardzo potrzebny. Nie 

mam nikogo oprócz ciebie. 

Odwrócił  głowę,  a  potem  zwrócił  w  jej  stronę  odmienioną 

nagle twarz. 

–  Najważniejszy  jest  pierwszy  krok,  prawda?  –  odezwał  się 

mocnym głosem. 

background image

Poczuła, że w jej serce wstępuje nadzieja. 
– Tak, i na pewno trzeba go uczynić. 
 

background image

 
Zgodnie  z  przewidywaniami  Bena,  media  rzuciły  się  na 

sprawę Amber jak hieny. Następnego dnia w komendzie policji 
kręcili  się  telewizyjni  reporterzy;  przybyło  również  czterech 
dziennikarzy  z  kontynentu.  Julia  weszła  do  niewielkiego 
pomieszczenia,  gdzie  miała  się  odbyć  konferencja  prasowa  i 
przez chwilę miała ochotę zatkać sobie uszy. Harmider panował 
nieopisany. 

– Julia! 
Ben machał do niej z krzesła. Skierowała się w jego stronę. 
– Zająłem ci miejsce. 
– Dziękuję, nie spodziewałam się podobnych tłumów. 
– I proszę, wykołowałaś ich wszystkich. 
Uśmiechnął  się  do  niej  łobuzersko  i  siłą  się  powstrzymała, 

żeby nie odwzajemnić jego uśmiechu. Okazja nie była po temu. 

 
Poprzedniego  wieczoru,  w  czasie  jej  radiowego  programu, 

telefon  dzwonił  bez  przerwy.  Wiadomość  o  zabójstwie  Amber 
rozeszła  się  lotem  błyskawicy  i  zszokowała  bez  wyjątku 
wszystkich.  Ludzie  nie  wierzyli  własnym  uszom  i  dopytywali 
się, co zostało w tej bulwersującej sprawie zrobione. 

Początkowo  Julia  nie  zamierzała  poświęcać  sprawie 

morderstwa  zbyt  wiele  czasu,  ale  wkrótce  została  do  tego 
zmuszona.  Mogła  przecież  z  całą  odpowiedzialnością 
potwierdzić  ten  trudny  do  zrozumienia  fakt;  była  obecna  przy 
oświadczeniu  Charliego  i  czuła  się  w  obowiązku 
rozpowszechnić  prawdę.  Najpierw  chciała  po  prostu  podać 
sensacyjną  wiadomość  w  krótkim  serwisie  informacyjnym  z 
kraju i ze świata, ale potem postanowiła pominąć formalności i 

background image

opowiedzieć  o  wszystkim  ciepło  i  bezpośrednio,  w  stylu,  w 
jakim zawsze zwracała się do swoich słuchaczy. 

Kiedy skończyła i nastawiła muzykę, zadzwonił Ben. 
– Co ty tam kombinujesz? – zapytał bez wstępów. 
Głos  miał  serdeczny  i  porozumiewawczy,  przywołujący 

wspomnienie  bliskości,  jaka  się  między  nimi  zrodziła  tego 
wieczoru. 

– Nic nie kombinuję – odparła swobodnie i wyobraziła sobie 

jego twarz tuż przy swojej w świetle księżycowej poświaty. 

– Znam cię, ty czarownico. 
– A co, moje prawo! Ja też pracuję w mediach. 
Powiedziawszy  to,  uświadomiła  sobie,  że  jako  osoba 

dysponująca  nadającą  codzienny  program  stacją  radiową  ma  o 
wiele  większy  wpływ  na  opinię  publiczną,  niż  ktoś  redagujący 
tygodnik,  w  którym  może  co  najwyżej  skomentować  minione 
już wydarzenia. 

–  Dobrze,  nie  będę  cię  dłużej  zatrzymywał.  Wiem,  że 

pracujesz. Powiedz mi tylko, czy zjesz ze mną jutro lunch po tej 
konferencji prasowej? 

Zawahała  się,  nie  wiedząc,  czy  należy  zacieśniać  ich 

znajomość i dodatkowo komplikować sytuację. Z drugiej strony, 
można było to omówić właśnie podczas lunchu. 

– Chętnie, to dobry pomysł. Masz coś jeszcze? 
– Tak, puścisz coś specjalnie dla mnie? 
– Jasne, a co chciałbyś usłyszeć? 
–  Piosenkę  Lindy  Ronstadt  „Nawet  nie  wiesz,  co  do  ciebie 

czuję”. 

Powiedział  to  takim  zmysłowym  głosem,  że  odsunęła 

słuchawkę  od  ucha,  ogarnięta  nagłym  dreszczem.  Chyba 
naprawdę będą musieli porozmawiać o tym, co się z nimi dzieje. 

Konferencja  prasowa  nie  była  do  tego  najodpowiedniejszym 

background image

miejscem.  Właśnie  wszedł  Charlie  i  zajął  miejsce  na  podium. 
Miał  zaczerwienione  oczy  i  spuchnięte  powieki.  Chyba  wcale 
nie spał tej nocy, pomyślała Julia i zacisnęła dłonie, modląc się, 
żeby udało mu się godnie przedstawić oficjalny punkt widzenia. 

Komendant  najpierw  podziękował  dziennikarzom  za 

zainteresowanie  i  przybycie  na  wyspę,  po  czym  przyrzekł,  że 
udzieli  im  wszelkich  informacji  –  pod  warunkiem,  że  nie  będą 
one  godzić  w  dobro  śledztwa.  Następnie  przeszedł  do 
omówienia sprawy, podając podstawowe dane: imię i nazwisko 
ofiary, datę znalezienia zwłok i przypuszczalną godzinę śmierci. 
Nadmienił również, że zanim przeprowadzono sekcję, wszystko 
wskazywało  na  to,  że  Amber  Davoll  zginęła  śmiercią 
samobójczą. 

– A teraz proszę państwa o pytania – zakończył i Ben Grant 

natychmiast podniósł rękę. 

Czyżby zamierzał zapytać, dlaczego sekcję przeprowadzono z 

takim opóźnieniem i zapędzić Charliego w kozi róg? 

Inne ręce podniosły się również. 
Charlie  powiódł  po  sali  zmęczonym  wzrokiem  i  ku 

przerażeniu  Julii  zatrzymał  się  na  Benie.  Julia  wstrzymała 
oddech;  przecież  on  wie,  że  Ben  może  go  zapytać  o  powód 
zaniedbań  w  śledztwie,  że  może  go  wydać  na  żer  tych 
pismaków... 

– Pan Grant, słucham. 
Charlie idzie prosto w paszczę lwa. Co za głupota... 
Dopiero  w  sekundę  później  uświadomiła  sobie,  że  to,  co 

pochopnie  uznała  za  głupotę,  jest  po  prostu  odwagą.  Charlie 
postanowił  stawić  czoło  najgroźniejszemu  przeciwnikowi.  Jego 
zachowanie  było  godne  najwyższego  szacunku.  Poczuła,  jak 
ogarnia ją radość i nadzieja. 

–  Wspomniał  pan  wczoraj,  że  strzał,  który  spowodował 

background image

śmierć Amber Davoll, padł zapewne w chwili, kiedy ofiara była 
już nieprzytomna. Czy mógłby pan jakoś rozwinąć ten temat? 

Do podziwu dla odwagi Charliego doszło jej teraz zdumienie 

zachowaniem Bena. Pytanie było tak niewinne, że mógł je zadać 
tylko  ktoś,  kto  chciał  komendantowi  ułatwić  sytuację.  Charlie 
zrozumiał to tak samo i uśmiechnął się pod nosem. 

– Tak, mógłbym – odparł. – W ciele ofiary znaleziono ślady 

silnego  leku  psychotropowego...  –  zerknął  w  kartkę  – 
flunitrazepamu, którego rozpowszechnianie jest w naszym kraju 
zakazane, a który przenika do nas z Meksyku i krajów Ameryki 
Południowej,  gdzie  jest  lekiem  oficjalnie  dopuszczonym  do 
sprzedaży  jako  preparat  uspokajający.  Jest  to  lek  o  bardzo 
silnym działaniu, bezwonny i pozbawiony smaku, dlatego łatwo 
go  podać  w  jakimś  napoju.  Ostatnio,  niestety,  bardzo  często 
spotyka  się  go  w  miasteczkach  uniwersyteckich.  Głos  zabrał 
inny dziennikarz: 

– Czy ofiara została zgwałcona? 
Julia zastygła sparaliżowana strachem. 
– Nie. 
Odprężyła się i usiadła nieco wygodniej. 
– Czy przed śmiercią miała stosunek seksualny? 
Charlie znowu zaprzeczył. 
–  Czy  można  przypuszczać,  że  ofiara  została  uśpiona 

flunitrazepamem,  żeby  można  było  łatwiej  upozorować 
samobójstwo? 

Charlie skinął głową. 
– Jest to dopuszczalna hipoteza. 
– Do kogo należała użyta broń? 
–  Broń  była  własnością  ofiary.  Zgodnie  z  zeznaniem  ojca 

ofiary, Amber Davoll zakupiła broń, ponieważ mieszkała sama i 
obawiała się o swoje bezpieczeństwo. Trzymała ją zwykle przy 

background image

łóżku. 

Nikt  nie  zapytał,  czego  Amber  tak  bardzo  się  bała  na 

spokojnej  wyspie  Harmony,  gdzie  nikt  nigdy  na  nikogo  nie 
napadał. Julia pomyślała, że chodziło o Bruce’a. 

Pytania padały teraz jedno za drugim. 
 
– Czy znaleziono jakieś ślady świadczące o tym, że do domu 

ofiary zabójca dostał się siłą? 

– Nie. 
– Czy stąd wniosek, że znała mordercę? 
Charlie zastanawiał się tak długo, że Julia pomyślała, że musi 

nie  mieć  żadnych  wątpliwości.  Amber  musiała  znać  swojego 
mordercę;  morderca  też  ją  znał,  wiedział,  że  ciężko  przeżywa 
rozwód i ma w domu środki uspokajające; wiedział też, że przy 
łóżku trzyma rewolwer... 

Wiedział, że  wszyscy uwierzą w jej  samobójstwo.  Wszystko 

do siebie doskonale pasowało. 

– Wolałbym na razie wstrzymać się od odpowiedzi. 
Nie  znamy  jeszcze  dokładnego  wyjaśnienia  w  tej  sprawie,  a 

nie  chciałbym,  żeby  moja  wypowiedź  stała  się  źródłem  nie 
sprawdzonych pogłosek. 

Ben znowu podniósł rękę. 
– Czy ktoś z sąsiadów coś widział? Może zauważono blisko 

domu pani Davoll jakieś podejrzane samochody? 

– To dosyć odludne miejsce, najbliższe domy znajdują się w 

sporej odległości. Nikt niczego nie zauważył. 

– Czy już kiedyś spotkał się pan z tym narkotykiem na wyspie 

Harmony? – zapytał ktoś z drugiego końca sali. 

– Nie, nigdy. 
Ręka Bena znowu powędrowała do góry. 
– Czy wiadomo, skąd się tutaj wziął? 

background image

–  Na  razie  nie,  ale  wszczęto  w  tej  sprawie  energiczne 

śledztwo. 

Julia  oczami  duszy  ujrzała  „energiczne  śledztwo”  wszczęte 

przez Charliego i jego liczącą dwie osoby ekipę. 

 
Przymknęła  oczy.  Na  chwilę  zwątpiła,  czy  mordercę  Amber 

kiedykolwiek dosięgnie sprawiedliwość... 

– Kto ostatni widział Amber Davoll? 
Charlie przechylił głowę i spod oka spojrzał na pytającego. 
–  Gdybym  to  wiedział,  mógłbym  spokojnie  zamknąć 

śledztwo. 

Na  sali  rozległy  się  ironiczne  śmiechy.  Ben  zbliżył  usta  do 

ucha Julii. 

–  Doskonale  sobie  radzi,  od  razu  widać  doświadczonego 

gliniarza. 

Zerknęła na niego bez przekonania. 
– Powiedz – szepnęła – dlaczego go oszczędzasz? 
Ben wzruszył ramionami. 
– To nasza wyspiarska sprawa, nikomu nic do tego. 
Dopadnę go później. 
Na twarzy Julii odmalował się podziw. Z każdą chwilą lubiła 

go  coraz  bardziej,  zresztą  nie  tylko  za  jego  lojalność  wobec 
lokalnej społeczności... Przede wszystkim pociągał ją fizycznie, 
a  oprócz  tego  lubiła  w  nim  wszystko:  jego  poczucie  humoru, 
błyskotliwość,  dystans  do  samego  siebie  i  sposób,  w  jaki 
gotował. 

Charlie zaś mówił dalej: 
–  Pani  Amber  Davoll  spędziła  swój  ostatni  wieczór  w 

towarzystwie  rodziców.  Wyszła  z  biura  około  piątej,  poszła  do 
domu, przebrała się, nakarmiła psa i udała się do mieszkających 
kilka ulic dalej rodziców na kolację. Wyszła od nich około wpół 

background image

do dziewiątej, mówiąc, że zamierza obejrzeć telewizję i położyć 
się spać. Nic nie wskazywało na to, że czegoś się obawia. 

 
Julia z wahaniem uniosła rękę i zapytała o to, o czym myśleli 

wszyscy. 

– Czy kogoś już pan podejrzewa? 
Charlie przesłał jej zupełnie prywatny uśmiech. 
– Nie, na razie przesłuchujemy ludzi, badamy ślady, jesteśmy 

w stałym kontakcie ze stanowym laboratorium. 

Jestem pewien, że wkrótce będziemy coś wiedzieli. 
Odpowiedział  jeszcze  na  kilka  pytań  i  konferencja  prasowa 

dobiegła końca. Komendant  wycofał  się do gabinetu  i obecni z 
wolna zaczęli się rozchodzić. 

Na schodach Ben niespodzianie objął Julię. 
–  Jak  się  czujesz  po  tych  wszystkich  dodatkowych 

szczegółach? – zapytał troskliwie. 

Westchnęła. 
– Nadspodziewanie dobrze. Mam takie wrażenie, że podanie 

pewnych faktów sprawiło, że sprawa Amber stała się po prostu 
łamigłówką, którą trzeba rozwiązać sprawnie i szybko. 

–  Jak  to  się  mówi,  została  zobiektywizowana.  –  Ben 

uśmiechał się lekko. – Też myślę, że dobrze się stało. 

Julia uniosła na niego oczy. 
– A co z naszym lunchem? 
– Jestem do usług. 
– Dokąd pójdziemy? 
– A masz jakieś swoje ulubione miejsce? 
Otworzył przed nią drzwiczki i wśliznęła się do samochodu. 
– Co byś powiedział na lokal Bruce’a Davolla? 
– Dlaczego akurat tam? 
Ben usiadł za kierownicą. 

background image

 
–  Słyszałam,  że  robią  tam  prawdziwą  włoską  pizzę,  taką  na 

cienkim spodzie. 

Zwrócił ku niej zdziwione spojrzenie. 
– Nie udawaj, przecież wcale nie masz ochoty tam iść. 
Julia oparła się wygodnie i wsunęła ręce w kieszenie swetra. 
– Nigdy cię nie interesowało, jak on reaguje na to wszystko? 
–  Nie,  ponieważ  nie  podejrzewam  go  o  popełnienie  tej 

zbrodni. A ty? 

Przygryzła wargi. 
– Sama nie wiem, może. 
– Chyba już o tym wczoraj rozmawialiśmy. 
– Tak, ale mąż i narzeczony są zwykle najbardziej podejrzani. 
–  Komendant  Slocum  też  pewnie  to  wie  i  wyciąga  z  tego 

odpowiednie wnioski. 

–  Skąd  ta  pewność?  –  zapytała  i  natychmiast  poczuła  się 

winna. 

Ben położył rękę na jej ramieniu. 
– Ty nie powinnaś wątpić w jego możliwości. 
Drgnęła. 
– Wcale w nie nie wątpię. 
–  To  dlaczego  w  takim  razie  sama  chcesz  się  zabawiać  w 

detektywa? 

–  Zabawiać?  Nie  traktuj  mnie  jak  małą  dziewczynkę,  którą 

można odesłać do kącika z lalkami. 

Ben westchnął i uniósł oczy do nieba. 
–  Boże  broń,  nawet  mi  to  do  głowy  nie  przyszło. 

Zastanawiam się tylko, po co mamy tam iść. Wejdziesz do baru i 
powiesz:  cześć,  Bruce,  zastanawialiśmy  się  właśnie  z  Benem, 
czy  aby  nie  zabiłeś  swojej  żony,  i  wpadliśmy,  żeby  cię  o  to 
zapytać? 

background image

Julia roześmiała się cicho. 
– Może rozegram to bardziej finezyjnie. 
– Mam nadzieję, bo Bruce to facet, któremu raczej nie warto 

się narażać. 

Spoważniała. 
– Coś o tym wiem. 
Ben położył dłonie na kierownicy. 
– W dalszym ciągu masz ochotę tam jechać? 
– Tak, podobno mają bardzo dobrą kuchnię. 
– W takim razie jedziemy, ale musisz uważać. 
 
 
Bruce  Davoll  zrobił  pieniądze  głównie  na  turystach,  i  to 

zwłaszcza tych młodych. Jego lokal mieścił się tuż przy zejściu 
na plażę i od rana do wieczora rozbrzmiewał muzyką i gwarem 
mniej  lub  bardziej  pijanych  głosów.  Muzyka  była  głośna, 
potrawy pikantne i gorące, a alkohol podawano bez względu na 
wiek klienta. 

Po sezonie stoliki  wstawiano  do środka i  bar Davolla  stawał 

się po prostu zwykłą nocną knajpą. 

Bruce zmienił wystrój wnętrza, zastępując muszle i plecionki 

poprzedniego  właściciela  elementami  sportowymi;  zainstalował 
też wielki telewizor stale nastawiony na jakiś sportowy kanał. 

Latem organizował na plaży zawody siatkówki, zimą grywał 

w kosza. Stąd właśnie znał go Ben. 

Kiedy  weszli,  Bruce  stał  za  barem  i  podrygiwał  w  rytm 

jakiegoś utworu Guns N’Roses. Żadnego klienta nie było. 

 
Ben  wszedł  do  środka  z  lekkim  ociąganiem,  niepewny,  czy 

dobrze  zrobił,  przyprowadzając  tutaj  Julię.  Instynkt  mówił  mu, 
że  Bruce  nie  zabił  żony  –  potwierdzało  to  jego  zachowanie  w 

background image

czasie pogrzebu – ale bał się, że gdyby Bruce jednak to uczynił, 
Julia  swoimi  pytaniami  i  podejrzeniami  ściągnie  na  siebie 
niebezpieczeństwo. 

– Cześć, Bruce – powiedział od progu. 
Bruce obrzucił ich podejrzliwym spojrzeniem. 
– Można jeszcze coś zjeść? 
– Tak, ale trzeba poczekać jakieś dziesięć, piętnaście minut. 
Bruce  podniósł  dwa  kartony  puszek  z  piwem,  jakby  nic  nie 

ważyły,  i  ustawił  je  na  półce.  Miał  na  sobie  obcisłą  koszulkę, 
pod  którą  prężyły  się  mięśnie.  Zlepione  żelem  krótkie  jasne 
włosy błyszczącym hełmem opinały mu czaszkę. 

Jego  spojrzenie  popłynęło  ku  Julii.  Najwyraźniej  doszedł  do 

wniosku,  że  dla  własnego  dobra  powinien  przez  chwilę 
zachowywać się jak istota ludzka i uśmiechnął się uprzejmie. 

Skoro  był  właścicielem  baru,  musiał  od  czasu  do  czasu 

krzywić  twarz  w  uśmiechu,  ale  Ben  nigdy  jeszcze  tego  nie 
widział.  W  czasie  meczu  koszykówki  Bruce  nie  uśmiechał  się 
nigdy. 

Ben  objął  Julię  i  wprowadził  do  środka.  Czuł,  że  jest 

zdenerwowana i napięta. Nie wiedział, czy z powodu miejsca, w 
którym byli, czy też z powodu jego bliskości. Na razie wolał w 
to nie wnikać. Nie można wykluczyć, że z obu powodów naraz. 

Poprzedniego dnia, kiedy ją pocałował, wiedział już, 
że  będą  tego  następstwa.  Wiedział  to  właściwie,  zanim  ją 

pocałował.  Niepotrzebnie  pogłębiał  ich  znajomość.  To  nie  ma 
sensu,  nie  mają  przed  sobą  przyszłości.  Wiedział  to  i  ona  to 
wiedziała. A jednak pocałował ją. Nie mógł się powstrzymać, a 
od tamtej pory marzył tylko, żeby pocałować ją znowu. 

Wiedział,  że  Julia  mimo  przyjemności,  jaką  jej  sprawił, 

żałowała, że pozwoliła mu na to. Dosłyszał to w jej głosie, kiedy 
wieczorem zadzwonił do studia. 

background image

Najrozsądniej  byłoby  dać  sobie  spokój.  Zapomnieć  o  niej, 

wycofać się. Ale Ben wcale nie chciał zachowywać się rozsądnie 
i nie chciał o niej zapominać. Wolał zapomnieć o tym, że Julia 
niedługo wyjedzie i – nacieszyć się jej krótką obecnością. 

Nie wiedział, co robić, i miał nadzieję, że Julia uczyni coś, co 

zasugeruje  jakieś  wyjście.  Julia  tymczasem  podeszła  do  baru  i 
wyciągnęła do Bruce’a rękę. 

– Cześć. 
– Witaj, widziałem cię na pogrzebie. 
– Przepraszam, że nie podeszłam, żeby ci złożyć kondolencje. 
Ben  próbował  ukryć  zdumienie.  Biorąc  pod  uwagę  to,  co 

wiedziała  o  jego  stosunkach  z  Amber,  zachowywała  się 
zdumiewająco. 

– Byłabyś jedyna. Nikomu jakoś nie przyszło do głowy, żeby 

mi składać kondolencje. 

–  Wiem,  że  byliście  w  trakcie  rozwodu,  ale  przecież  siedem 

wspólnie  spędzonych  lat  też  coś  znaczy.  Wierz  mi,  bardzo  ci 
współczuję. 

– Dziękuję. Czego się napijecie? 
 
Błyskawicznie  położył  przed  nimi  podstawki.  Bruce  był 

zwalisty,  ale  nie  ociężały.  Był  szybki  i  wcale  niegłupi.  Ben, 
który rozgrywał z nim mecze, wiedział, że jako przeciwnik może 
być bardzo niebezpieczny. 

– Dla mnie jakiś zimny napój – rzekła Julia, sadowiąc się na 

stołku. 

– Sam Adams – dopowiedział Ben. 
Bruce zaczął przygotowywać napoje. 
– Nie wiedziałem, że się znacie. 
– Bo wcale się nie znamy – szybko odparowała. 
– Dopiero się poznajemy – wyjaśnił Ben z uśmiechem. 

background image

Bruce postawił przed nimi szklanki. 
– Uważaj na niego – zwrócił się do Julii. – To niebezpieczny 

facet. 

–  Doprawdy?  –  Julia  obdarzyła  swojego  sąsiada 

powłóczystym spojrzeniem i zamrugała rzęsami. 

Na  zapleczu  coś  się  poruszyło  i  po  chwili  do  sali  weszła 

młoda  kobieta.  Julia  poznała  Nicole  Normandin,  kelnerkę  i 
przyjaciółkę  Bruce’a.  Nicole  ubrana  była  w  czarną 
minispódniczkę  i  obcisły  sweterek  ze  złotymi  aplikacjami.  Bez 
słowa  zaczęła  przecierać  stoliki,  od  czasu  do  czasu  zerkając  w 
stronę nowych klientów. 

– Te ostatnie wiadomości o okolicznościach śmierci Amber są 

naprawdę straszne. – Julia przyciszyła głos i wzdrygnęła się. 

Niezła komediantka, pomyślał z podziwem Ben. 
–  Chodzi  ci  o  to,  że  to  mogło  być  morderstwo?  –  zapytał 

Bruce. 

Ben  porozumiewawczo  ścisnął  ramię  Julii,  lecz  nie  zwróciła 

na niego uwagi. 

 
– Tak, właśnie. 
– Pewnie, że to okropne.  – Bruce potrząsnął głową, ale jego 

twarz nie zmieniła wyrazu. 

Julia  pociągnęła  łyk  ze  szklanki,  nie  spuszczając  z  niego 

uważnego spojrzenia. 

–  Wracamy  prosto  z  konferencji  prasowej  –  dorzuciła  jakby 

nigdy nic. – Podali mnóstwo szczegółów. 

– Tak? 
Bruce bez zainteresowania zaczął przecierać blat. 
–  Powiedzieli,  że  podczas  sekcji  wykryto,  że  przed  śmiercią 

została oszołomiona za pomocą jakiegoś narkotyku. 

Powiedziała to spokojnym i pewnym głosem, ale jej ręce pod 

background image

stołem  nie  przestawały  miąć  papierowej  serwetki.  Ben 
opiekuńczym  ruchem  otoczył  ją  ramieniem.  Bruce  pozostał 
niewzruszony. 

– Wiem, też o tym słyszałem. Komendant Slocum był u mnie 

dziś rano. 

– Charlie tutaj był? 
– Tak. 
Ben poczuł, jak plecy Julii sztywnieją. 
– Czego chciał? – zapytała. 
Teraz się zacznie, przeszło przez myśl Benowi. 
– Pytał, czy Amber coś mi mówiła, czy czegoś się bała, takie 

tam,  jak  zwykle.  –  Bruce  wytarł  ręce  o  koszulkę.  –  Niestety, 
niewiele mogłem mu pomóc, bo sam nic nie wiem. Nic a nic. 

Mówiąc to, spojrzał na Julię jakoś tak dziwnie i Ben poczuł, 

że  sprawy  przybierają  niedobry  obrót.  Głos  Julii  leciutko 
zadrżał. 

 
–  W  każdym  razie  mam  nadzieję,  że  ktokolwiek  to  zrobił, 

szybko go złapią. – Rozejrzała się. – Miłe miejsce, nigdy tu nie 
byłam. 

Twarz Bruce’a jakby się rozjaśniła. 
– To wszystko moje dzieło! 
– Możesz być z niego dumny. – Julia odwróciła się na stołku i 

spojrzała na salę. – Gdzie mamy usiąść? 

– Gdzie chcecie, a  ja tymczasem zajrzę  do kuchni  – odrzekł 

Bruce  i  zwracając  się  do  kelnerki,  dorzucił:  –  Nicky,  masz 
klientów! 

 
 
Julia  błyskawicznie  odsunęła  się  od  baru.  Nie  mogła  ani 

sekundy dłużej patrzeć na tego bydlaka. Miała ochotę złapać go 

background image

za  kudły  na  piersi,  potrząsnąć  nim  i  wykrzyczeć,  że  wie,  jak 
podle traktował Amber. Opanowała się jednak i teraz była z tego 
dumna. 

–  I  co  o  tym  sądzisz?  –  zapytał  Ben,  kiedy  usiedli  przy 

stoliku. 

– ... 
 
– Chciałaś zobaczyć jego reakcję. 
– Nie reaguje normalnie, cały czas jakby się czaił. 
Ciekawe dlaczego. 
Przerwała, bo do stolika podeszła Nicole. Położyła przed nimi 

menu i z wymuszonym uśmiechem zapytała, czy mają ochotę na 
specjalność zakładu. 

Bruce  najwyraźniej  lubił  określony  typ  kobiet.  Podobnie  jak 

Amber,  Nicole  była  bardzo  ładna,  miała  długie  jasne  włosy  i 
niebieskie  oczy.  W  przeciwieństwie  do  Amber  jednak,  w  jej 
spojrzeniu było coś twardego. 

Widać  było,  że  bardzo  dba  o  swój  wygląd.  Była  starannie 

umalowana i uczesana, elegancko ubrana, drugie kolczyki miała 
dopasowane  do  aplikacji  na  swetrze.  Paznokcie  miała 
pomalowane na ten sam kolor co usta. Julia mogła się założyć, 
że  ma  również  pomalowane  paznokcie  u  nóg.  Ben  pytająco 
spojrzał na swoją towarzyszkę. 

– W dalszym ciągu masz ochotę na pizzę? 
– Tak. 
– W takim razie poprosimy dwie pizze. 
Nicole wyjęła ołówek i notesik. 
– Jakiego rodzaju? 
– Może z tymi tutejszymi kiełbaskami, co ty na to? 
– zwróciła się Julia do Bena. 
– Doskonale. 

background image

Nicole  przyjęła  zamówienie,  odwróciła  się  i  zamierzała 

odejść, kiedy Julia nagle ją zatrzymała. 

– Jeszcze chwileczkę. 
– Tak? Słucham, coś podać? 
– Nie przypominasz mnie sobie? 
Nicole z namysłem zmarszczyła czoło. 
– Może, coś jakby... 
–  Nazywam  się  Julia  Lewis.  Chodziłam  do  szkoły  z  twoim 

bratem. 

–  Ach,  tak.  –  Nie  była  zaskoczona,  tak  jakby  od  początku  o 

tym wiedziała. Może rozmawiała z  bratem? Julia przypomniała 
sobie, że braci Normandin było dwóch. 

– To ty prowadzisz tę audycję w radio – rzekła Nicole. 
– Tak. 
–  Słuchałam  cię  wczoraj.  Nie  pracowałam,  a  ponieważ  jakiś 

klient  mówił  coś  o  twoim  programie,  postanowiłam  posłuchać. 
Bardzo mi się podobało. 

 
Do  Nicole  znacznie  bardziej  pasowałby  program,  jaki  Julia 

robiła w Kalifornii... 

– Dzięki. A jak tam Jake? 
–  W  porządku. Mieszka  na  Rhode  Island  i  pracuje  na  statku 

rybackim.  Przynajmniej  tak  było,  kiedy  z  nim  rozmawiałam 
ostatnim razem. 

– Ożenił się? 
– Jest rozwiedziony. 
– Możesz mi podać jego adres albo numer telefonu? 
Nicole przez chwilę się namyślała. 
– Niestety, nie mam przy sobie. 
– Mogłabym do ciebie zadzwonić? 
–  Jasne.  –  Uważniej  przyjrzała  się  Julii.  –  Chcesz  się 

background image

skontaktować z moim bratem? 

Przeniosła  wzrok  na  Bena,  jakby  chciała  sprawdzić,  jak 

zareaguje. 

–  Tak.  Koleżanka  za  tydzień  organizuje  spotkanie  naszej 

klasy.  Mieszkam  daleko  stąd  i  dla  mnie  to  jedyna  okazja, żeby 
wszystkich zobaczyć. 

Szczere zdziwienie Bena uświadomiło jej, że nie zdążyła mu 

o tym powiedzieć. 

– Będzie fajnie – uśmiechnęła się Nicole. 
– Mam nadzieję. 
W  tej  samej  chwili  ukazał  się  Bruce;  spojrzał  na  Nicole  i 

dziewczyna  natychmiast  gorliwie  zaczęła  układać  na  stole 
sztućce. 

–  Pizza  będzie  gotowa  za  jakieś  piętnaście  minut  – 

powiedziała  szybko.  –  Gdyby  coś  było  potrzebne,  proszę 
zawołać. 

Uśmiechnęła się nerwowo i zniknęła w kuchni. 
 
Julia odezwała się dopiero po chwili: 
– Miałam wrażenie, że cały czas czegoś się boi, a ty? 
– Też tak myślę. 
Pociągnęła łyk mineralnej wody. 
–  Mam  nadzieję,  że  ta  mała  wie,  co  robi,  spotykając  się  z 

Bruce’em. Myślisz, że mieszkają razem? 

–  Nie,  on  ma  mieszkanie  tutaj,  nad  restauracją,  a  ona 

wynajmuje mały domek na Old Harbor Road. 

– Mieszkają oddzielnie, bo on jeszcze nie ma rozwodu, tak? 
–  Nie  mam  pojęcia.  Myślę  raczej,  że  on  nie  traktuje  ich 

związku  aż  tak  bardzo  poważnie.  Coś  kiedyś  wspominał,  że 
chodzi mu tylko o seks. 

Julia skrzywiła się. 

background image

– Rozmawia o tym z ludźmi? Może w takim razie wiesz, od 

jak dawna są razem? 

–  Od  jakichś  dwóch  miesięcy.  Słyszałem  plotki,  że  Nicole 

zawsze  się  w  nim  podkochiwała,  nawet  kiedy  był  jeszcze  z 
Amber. 

– Ciekawe... 
Powiedziała  to  tak  dziwnym  głosem,  że  Ben  odstawił 

szklankę i spojrzał na nią zaskoczony. 

– Co masz na myśli? 
– Pomyślałam, że oto zjawiła się druga osoba, której Amber 

przeszkadzała. 

Wzruszył ramionami. 
– Przecież to niepoważne. 
–  Przeciwnie.  –  Julia  odwróciła  się,  szukając  wzrokiem 

Nicole.  –  Ciekawe  swoją  drogą,  gdzie  ona  była  w  czwartek 
wieczorem. 

 
Twarz Bena spoważniała. 
– Chyba jednak przesadzasz. Jeśli koniecznie chcesz, zapytaj 

Charliego. Komendant nie ma zwyczaju rozmawiać o tej sprawie 
z  osobami  postronnymi,  ale  sądzę,  że  dla  ciebie  jest  gotów 
zrobić wyjątek. 

Teraz ona spojrzała na niego ze zdziwieniem. 
– Strasznie cię to poruszyło. O co ci chodzi? 
Powiódł wzrokiem po jej twarzy i zatrzymał go na ustach. 
– Przepraszam – rzekł łagodniejszym już głosem. – Wiem, że 

nie mam prawa mówić ci, co masz robić, ale bardzo się o ciebie 
boję. 

Spuściła oczy i wbiła wzrok w papierową serwetkę. 
– To miło, ale nie ma takiej potrzeby. 
Zrozumiała,  że  nadszedł  właściwy  czas;  trzeba  sprawę 

background image

postawić jasno. 

– Ben, musimy chyba porozmawiać. 
– O czym? 
– O tym, co się wydarzyło wczoraj wieczorem. 
– Masz na myśli to, że cię pocałowałem? 
Niepotrzebnie  zaczęła,  skoro  nie  wiedziała,  co  chce  mu 

powiedzieć. 

–  Ben,  posłuchaj  –  wybąkała  –  ja  nie  mam  ochoty  na  żaden 

związek,  w  ogóle  o  tym  nie  myślę.  To  nie  jest  właściwy 
moment, a już na pewno nie mam ochoty związać się z kimś z 
tej wyspy. Chyba o tym wiesz. 

Ben patrzył na nią bardzo spokojnie. 
–  Może  cię  zawiodę,  ale  wczoraj  zamierzałem  tylko  cię 

pocałować, a nie zaproponować ci małżeństwo. 

Julia gwałtownie się zaczerwieniła; chyba oszalała, 
żeby  mówić  takie  rzeczy  komuś,  kto  wszystko  bierze  tak 

lekko. 

–  Wiem  –  odrzekła  z  udaną  swobodą  –  ale  wiele  rzeczy 

zaczyna się właśnie od pocałunku, a w ciągu tygodnia niejedno 
może się wydarzyć. 

Ben zmrużył oko. 
– Mam nadzieję. 
– Jesteś okropny. 
– Wcale nie. Po prostu myślę, że świetnie do siebie pasujemy 

i że możemy spróbować, co też ten tydzień nam przyniesie. 

Powiedział  to  z  rozbrajającą  szczerością  i  postanowiła 

dorównać mu pod tym względem. 

–  Nie  zamierzam  ukrywać,  że  bardzo  mi  się  podobasz,  ale 

uważam, że powinniśmy trochę bardziej nad sobą panować. 

–  Dlaczego?  Oboje  jesteśmy  dorośli,  nie  mamy  innych 

zobowiązań. 

background image

– W takim razie co proponujesz? 
–  Nie  mam  żadnych  konkretnych  planów,  jestem  otwarty  na 

wszystko.  –  Pochylił  się  i  ujął  jej  rękę.  –  Sądzę,  że  możemy 
spokojnie zaufać instynktowi i zobaczyć, co z tego wyniknie. 

Poczuła jakiś dziwny ból w sercu. 
– Nie mogę – powiedziała. 
– Dlatego, że za tydzień wyjeżdżasz? 
– Może i tak. 
– Nie uważasz, że to mógłby być cudowny tydzień? 
Czuła, że brakuje jej tchu. 
– Ja nie chcę... sobie... komplikować życia. 
 
– Wcale ci nie chcę go komplikować. 
– W takim razie nic już nie mów. 
Ben zamilkł; przez chwilę namyślał się. 
– Przykro mi, ale nic ci nie mogę obiecać. 
– Przestań! 
Uśmiechnął się. 
– Dobrze, już nic nie mówię, teraz twoja kolej. Następny ruch 

należy do ciebie. Co ty na to? 

–  To  bardzo  dobrze.  W  ten  sposób  mamy  gwarancję,  że 

następnego ruchu nie będzie. 

Roześmiał się, dźwięcznie, intrygująco. 
– Jesteś bardzo pewna siebie! 
– Możemy się nawet założyć. 
Wcale nie była pewna siebie, niczego już nie była pewna, gdy 

tak patrzyła w jego niebieskie oczy. 

Na  szczęście  do  stolika  właśnie  podeszła  Nicole  i  wręczyła 

Julii karteczkę z numerem swojego telefonu. 

–  Dzisiaj  krócej  pracuję.  Możesz  zadzwonić  do  mnie  po 

ósmej. 

background image

Julia miała ochotę ją zapytać, czy w tamten czwartek też tak 

krótko pracowała, ale Nicole wydała jej się tak drobna i krucha, 
że wszystkie podejrzenia, jakie w stosunku do niej żywiła, nagle 
się rozwiały. 

– Dziękuję – powiedziała tylko i schowała kartkę do torebki. 
Potem zaczęła opowiadać Benowi o planowanym przyjęciu u 

Cathryn i nie było już mowy o tym, co się między nimi dzieje. 

 
 
Przekonała  Charliego,  że  powinien  wziąć  udział  w  jej 

programie  i  przez  godzinę,  od  wpół  do  ósmej  do  wpół  do 
dziewiątej,  odpowiadać  na  pytania  słuchaczy.  Charlie  ustąpił 
dopiero, gdy mu powiedziała, że kiedy wypowie się przez radio, 
ludzie  przestaną  zamęczać  go  pytaniami,  dzwoniąc  na 
posterunek i do domu. 

Toteż  przez  całą  godzinę  odpowiadał  na  pytania  słuchaczy 

telefonujących  do  studia.  Był  bardzo  rzeczowy  i  opanowany, 
mimo  że  telefon  dzwonił  bez  przerwy.  Pytania  były 
sformułowane dość sensownie, ale z wszystkich przebijał strach. 
Tak  jakby  nagle  na  wyspie  wszystko  się  zmieniło.  Ludzie  zdali 
sobie  sprawę,  że  mordercą  może  być  każdy:  sąsiad, 
przypadkowy  przechodzień,  jakiś  człowiek,  którego  niechcący 
potrąciło  się  na  poczcie.  Nikt  otwarcie  nie  podważał 
kompetencji  komendanta  Slocuma,  ale  z  wielu  wypowiedzi 
przebijał  brak  poczucia  bezpieczeństwa.  Kilka  osób  zapytało 
nawet, czy komendant dostanie jakieś posiłki z zewnątrz... 

Julia  nie  chciała  powiększać  obaw  słuchaczy.  Przeciwnie, 

miała nadzieję, że rozmowa z Charliem uspokoi ludzi i sprawi, 
że  nabiorą  pewności  siebie.  Kiedy  jednak  spoglądała  w 
ciemniejące  nad  zatoką  niebo,  czuła,  jak  ją  też  ogarnia  jakiś 
dziwny niepokój. 

background image

–  Chciałam  państwu  przypomnieć  –  powiedziała  na 

zakończenie  audycji  –  że  możecie  dzwonić  do  komendanta 
Slocuma  z  każdą  informacją.  Może  ktoś  z  was  widział  coś  w 
ostatni czwartek, może wydarzyło się coś, co wtedy wydało się 
wam  zwyczajne,  ale  teraz  może  dostarczyć  jakiejś  dodatkowej 
ważnej informacji i skierować śledztwo na właściwy ślad. 

Podała  numer  policji,  ale  kiedy  po  chwili  znowu  zadzwonił 

telefon, zrozumiała, że chyba nie wszyscy go zanotowali. 

–  Mieszkam  na  Settlers  Neck  Road  –  powiedziała  jakaś 

kobieta, nie podając swojego nazwiska – i zwykle wypuszczam 
wieczorem psa około dziesiątej, żeby sobie godzinkę pobiegał. O 
tej porze nikomu nie przeszkadza, za domem jest las, pies sobie 
biega i węszy za królikami. W tamten czwartek wrócił zziajany 
po  kilku  minutach,  cały  był  czymś  popryskany,  jakby 
amoniakiem czy czymś takim. Musiał w lesie kogoś spotkać, ale 
kto o tej porze chodzi po lesie? 

Julia  uprzejmie  podziękowała  słuchaczce  za  telefon  i 

opanowanym  głosem  przypomniała  numer  posterunku  policji. 
Dopiero po chwili poczuła, że włosy jeżą jej się na głowie. Nie 
musiała sprawdzać na mapie: wiedziała, że las, o którym mówiła 
kobieta, zaczyna się tuż za domem Amber. 

 

background image

 
Zerknęła na zegar; dochodziło wpół do dziewiątej. 
– Niestety, czas spędzony z naszym gościem dobiegł końca i 

musimy  już  pożegnać  komendanta  Charliego  Slocuma.  W 
imieniu własnym i wszystkich słuchaczy dziękuję, że zechciał tu 
do nas przyjść pomimo nawału zajęć, jakie ma ostatnio. 

– Bardzo państwu dziękuję – dodał Charlie z wyraźną ulgą w 

głosie. 

–  Przechodzimy  do  naszej  cowieczornej  audycji  muzycznej. 

Tu radio Harmony, mówi Julia Lewis. Będę z wami do godziny 
dziesiątej,  więc  usiądźcie  sobie  wygodnie  przy  kominku  i 
zostańcie ze mną. 

Puściła muzykę i z uśmiechem spojrzała na Charliego. 
– Byłeś doskonały. 
Potarł ręką czoło. 
 
– Robiłem, co mogłem. 
– Wiem, a jak tam śledztwo? 
– Pomalutku. 
– Co myślisz o tym ostatnim telefonie? 
Machnął lekceważąco ręką. 
– To była Dottie Carrolton, poznałem po głosie. Ten jej głupi, 

stary pies pewnie spotkał w lesie skunksa. 

Julia spojrzała na niego spod oka. 
– Słyszałam, że dziś rano odwiedziłeś Bruce’a. 
– To chyba zrozumiałe. Bez przerwy z kimś gadam; 
słyszysz, jaką mam chrypę? 
Postanowiła  go  nie  naciskać;  Charlie  naprawdę  robił,  co 

mógł, żeby nie powiedzieć nic konkretnego w sprawie śledztwa. 

background image

–  Nie  musisz  mi  nic  mówić,  ale  nie  kryję,  że  bardzo  jestem 

ciekawa,  czy  ten  typ  ma  jakieś  alibi  na  czwartkowy  wieczór  – 
powiedziała mimo to. 

Charlie skinął głową. 
–  Do  jedenastej  siedział  w  swojej  knajpie,  kelnerka  to 

poświadczyła. 

Teraz  nie  miała  już  wątpliwości,  że  Charlie  przesłuchiwał 

Bruce’a jako podejrzanego. 

–  Ale  przecież  Amber  mogła  zginąć  po  godzinie  jedenastej. 

Wiadomo tylko, że zamordowano ją przed północą. 

–  Tak,  może  nawet  później.  Ale  Davoll  zeznał,  że  po  pracy 

poszedł do swojej dziewczyny i przebywał u niej całą noc. 

W jego głosie wyraźnie usłyszała wahanie. 
– Na pewno? 
–  Dziewczyna  to  potwierdza  –  oznajmił,  dając  tym  samym 

mimo woli do zrozumienia, że przesłuchiwał również Nicole. – 
Trochę  to  się  wszystko  co  prawda  kupy  nie  trzyma,  bo  na 
przykład samochód Davolla całą noc stał pod barem, ale... 

– I jak oni to tłumaczą? 
–  Powiedzieli,  że  w  samochodzie  Bruce’a  wyczerpał  się 

akumulator i pojechali do Nicole jej samochodem. 

– Wierzysz im? 
–  Jestem  gliną,  maleńka.  Nikomu  nie  wierzę,  ale  dopóki  nie 

mam  dowodów,  nic  nie  mogę  zrobić.  –  Skrzywił  się.  –  No,  na 
mnie już czas. 

Klepnął  się  po  kolanie,  ale  nie  wstał,  jakby  coś  go  jeszcze 

męczyło. 

– Strasznie mi przykro, że tak wyszło. Myślałem, że spędzimy 

więcej  czasu  razem,  że  sobie  pochodzimy,  pogadamy,  ale  ta 
sprawa zabiera mi każdą wolną chwilę. 

– Nie przejmuj się. Mam co robić, wcale się nie nudzę. 

background image

– Widziałem cię dziś rano z Benem Grantem. Co się dzieje? 
– Sama nie wiem. – Wzruszyła ramionami. 
– To niedobrze. 
Próbowała uśmiechnąć się pocieszająco. 
–  Nie  martw  się,  nic  z  tego  nie  wyjdzie.  Wiem,  że  go  nie 

lubisz. Zresztą, za tydzień już mnie tu nie będzie. 

– Tak mówisz, jakbyś żałowała. 
Spojrzała przed siebie, wprost na widoczne za oknem światła 

zatoki. 

– A gdyby tak było? 
Czekała, aż Charlie się obruszy, ale nic takiego nie nastąpiło. 
 
– Powiedziałbym, że życie nie jest łatwe. 
– Bo nie jest. 
Charlie wstał. 
– Teraz naprawdę muszę już iść. 
Odprowadziła go do drzwi. 
– Może znowu tu wpadniesz jutro pogadać ze słuchaczami? 
– Nigdy w życiu. – Zatrzymał się w progu. – Ale ty możesz 

jutro do mnie zadzwonić. Powiem ci, jak będzie coś nowego. 

– Dobrze. Trzymaj się, Charlie. – Pocałowała go w policzek. 

– I dobrze się wyśpij. 

– Przyrzekam. A ty zamknij drzwi na klucz. 
Stała  przez  chwilę  w  drzwiach,  patrząc  na  niknące  w  oddali 

światła  samochodu  policyjnego.  Na  wyspę  zeszła  spokojna, 
cicha noc. W Los Angeles nie widywało się takich nocy. Nigdy 
dotąd nie zwróciła jednak uwagi na to, jak bardzo ciemno jest na 
Harmony.  W  porcie  błyskało  kilka  świateł,  ale  na  terenie 
posiadłości  Fincha  panował  gęsty  mrok.  Wzdrygnęła  się  mimo 
woli. 

Lubiła  ciszę,  spokój  i  samotność,  ale  po  tej  ostatniej 

background image

rozmowie  telefonicznej  wolałaby  widzieć  obok  siebie  jakąś 
żywą istotę. Wokół domu Fincha również były lasy. Pomyślała, 
że  Charlie  chyba  niesłusznie  tak  zbagatelizował  telefon 
właścicielki psa. 

Automatycznie  jej  myśli  pobiegły  w  stronę  Bena;  cóż 

łatwiejszego,  jak  wziąć  telefon  i  wystukać  jego  numer...  Ben 
natychmiast przyjedzie dotrzymać jej towarzystwa. Przecież sam 
powiedział, że następny ruch należy do niej. 

Ale  czy  tylko  dotrzyma  jej  towarzystwa?  Czy  nie  stanie  się 

nic więcej? Przyznał przecież, że dzieje się z nimi coś dziwnego. 
Ona  też  nigdy  nie  czuła  czegoś  podobnego  w  stosunku  do 
żadnego mężczyzny. Żaden w tak krótkim czasie nie stał się jej 
tak bliski. Zanim się spostrzegą, coś się wydarzy i ona... 

Ona zostanie ze złamanym sercem. 
Odrzuciła  myśl  o  wezwaniu  Bena  i  wróciła  do  studia. 

Najlepszym lekarstwem na takie stany ducha jest praca. 

 
 
Następnego  dnia  północny  wiatr  gnał  po  niebie  ciemne 

chmury, w każdej chwili grożąc ulewą. Harmony szykowała się 
do  jesieni.  Julia  jak  zwykle  rano  włożyła  sportowe  buty  i 
pobiegła  na  codzienny  jogging.  Pomyślała,  że  warto  by  się 
przebiec  po  lasku,  o  którym  wspomniała  Dottie  Carrolton. 
Zwykle robiła to niedaleko domu Prestona. 

Skręciła  w  najbliższą  ścieżkę  i  po  kilku  metrach  została 

zatrzymana.  Strażnik  powiedział,  że  do  lasu  nikomu  nie  wolno 
wchodzić  i  nie  kwapił  się  wyjaśnić  dlaczego.  Julia  zbytnio  nie 
nalegała;  zrozumiała,  że  Charlie  stanął  jednak  na  wysokości 
zadania. 

Skoro już wyszła z  domu, postanowiła załatwić kilka  spraw. 

Poszła  do  banku  zrealizować  czek,  zrobiła  jakieś  zakupy, 

background image

zajrzała na pocztę. W pewnej chwili ze zdumieniem spostrzegła, 
że stale krąży wokół budynku redakcji „Island Record”. 

Poprzedniego  wieczoru  Ben  nie  zadzwonił.  Czekała  na  jego 

telefon,  ponieważ  zwykle  kontaktował  się  z  nią  wieczorem,  i 
poszła  spać  zawiedziona  jak  dziecko,  któremu  przed  snem 
odmówiono czekoladki. 

Myślała, że przez noc o nim zapomni, ale obudziła się z myślą 

o nim i nieprzepartą chęcią zobaczenia go natychmiast. 

Po raz któryś mijała jego biuro, zastanawiając się, pod jakim 

pretekstem może do niego wejść. Mimo że sama się przed sobą 
do tego nie przyznawała, czuła, że jego widok jest jej potrzebny 
jak powietrze. Przy Benie czuła się lekka, radosna i szczęśliwa. 

Najlepszy powód, żeby natychmiast stąd prysnąć. 
Poszła  w  stronę  domu  i  przypomniała  sobie,  że  zamierzała 

zajrzeć do Nicole. Dzwoniła do niej poprzedniego wieczoru, ale 
nikt nie odpowiadał. 

Mogła  oczywiście  jeszcze  raz  do  niej  zadzwonić,  ale  wolała 

spotkać się z nią osobiście. 

Domek,  w  którym  mieszkała  Nicole,  był  maleńki  i  niemal 

całkowicie  zasłonięty  starymi  sosnami.  Wejście  zagradzały 
zwalone  pnie.  Julia  podeszła  pod  drzwi  i  przez  chwilę  wahała 
się, czy zapukać. 

Nie  miała  zwyczaju  składać  wizyt  bez  zaproszenia. 

Znajdowała  się  jednak  na  Harmony,  a  tu  panowały  nieco  inne 
obyczaje  niż  w  wielkich  miastach.  Ludzie  zachowywali  się 
bardziej swobodnie i często wpadali do siebie bez uprzedzenia. 
Zapukała głośno kilka razy. 

Drzwi otworzyły się po dłuższej chwili. W wąskiej szczelinie 

ukazała  się  twarz  Nicole.  Dziewczyna  miała  na  sobie  zielone 
kimono,  głowę  –  zawiniętą  grubym  ręcznikiem.  Bez  makijażu 
wyglądała o wiele młodziej. 

background image

– O co chodzi? 
–  Przepraszam,  że  ci  przeszkadzam,  ale  właśnie  tędy 

przechodziłam  i  przypomniałam  sobie,  że  miałyśmy  się 
skontaktować. 

 
Drzwi  otworzyły  się  nieco  szerzej.  Oczy  Nicole  też  się 

rozszerzyły  ze  zdziwienia.  Wydawała  się  nie  kojarzyć,  po  co 
właściwie miałyby się „kontaktować”. 

–  Miałaś  mi  dać  telefon  swojego  brata  –  przypomniała  jej 

Julia. 

Lodowate  spojrzenie  Nicole  nie  zmieniło  się  ani  na  jotę. 

Błękit  jej  oczu  przywodził  na  myśl  dalekie  lodowce.  Julia 
poczuła się nieswojo. 

–  Będziesz  mogła  mi  go  podać?  Nie  zajmę  ci  dużo  czasu; 

widzę, że jesteś zajęta. 

–  Owszem,  mam  bardzo  dużo pracy  w  barze, więc  jak  mam 

trochę czasu, staram się coś zrobić w domu. 

Mimo to  otworzyła  drzwi na  całą szerokość i  zaprosiła  Julię 

do  środka.  W  starej,  ale  dobrze  utrzymanej  kuchni  unosił  się 
zapach papierosów. 

Wszędzie  znać  było  ślady  robienia  porządków.  Na  suszarce 

stały  świeżo  umyte  naczynia,  uprane  tenisówki  suszyły  się  na 
grzejniku, kosz z mokrą bielizną stał na kuchennym stole. 

Mimo że w kuchni było kilka krzeseł, Nicole nie poprosiła, by 

Julia  usiadła.  Szybkim  krokiem  podeszła  do  telefonu  i  spisała 
numer  brata  z  małego,  leżącego  obok  aparatu  notesiku.  Bez 
słowa podała swemu gościowi karteczkę. 

Kiedy  to  robiła,  zielone  kimono  rozchyliło  się  lekko  i  Julia 

ujrzała na jej ramieniu wielki siniak. 

– Dziękuję – wykrztusiła. 
Nicole  skierowała  się  ku  drzwiom,  lecz  Julia  nie  poszła  za 

background image

nią.  Nie  miała  zamiaru  wychodzić.  Wiedziała,  że  podobna 
okazja może się już nie powtórzyć. 

 
– Czy mogłabym chwilkę z tobą porozmawiać? 
Nicole  wymownie  spojrzała  na  zegar  i  niechętnie  skinęła 

głową. 

– To ważne. Chodzi o Bruce’a. 
– Co ma do tego Bruce? 
Julia ujęła ją za rękę i wskazała rozległy siniak. 
– To. 
Nicole przez chwilę jakby nie rozumiała; potem gwałtownym 

ruchem zakryła ramię. 

– Uderzyłam się o stół, w pracy. 
Julia  nie  zamierzała  z  nią  dyskutować;  wiedziała,  że  wtedy 

Nicole  jeszcze  bardziej  się  w  sobie  zamknie.  Nie  zamierzała 
jednak ustępować. 

–  Po  prostu  martwię  się  o  ciebie,  Nicole.  Wiem,  jak  Bruce 

obchodził  się  z  Amber,  a  agresywny  mężczyzna  nigdy  się  nie 
zmienia. 

– On mnie nie bije. 
– Może, ale to tylko kwestia czasu. 
– Nic nie rozumiesz, on mnie kocha. 
– Amber też kiedyś kochał. 
–  Tak,  ale  ona  tego  nie  doceniała  –  oświadczyła  Nicole 

zaciętym  głosem.  –  Zadawała  się  z  każdym  napotkanym 
facetem, nawet w obecności Bruce’a. Sama to widziałam. A co 
robiła, kiedy nikt jej nie widział... Żaden mężczyzna nie zniósłby 
czegoś podobnego. 

– I dlatego, twoim zdaniem, miał prawo ją bić? 
–  Nie,  ale  świetnie  rozumiem,  dlaczego  to  robił.  Ja  jestem 

zupełnie inna, zupełnie. 

background image

Julia westchnęła z rezygnacją. Nicole nie chciała znać prawdy 

i broniła się przed nią wszelkimi siłami. 

 
–  Posłuchaj  –  rzekła.  –  Wiem,  że  mi  nie  wierzysz,  ale 

przyrzeknij,  że  będziesz  na  siebie  uważać.  To  bardzo 
niebezpieczny facet; nawet się nie domyślasz. 

– Nie rozumiem. 
Julia spojrzała jej prosto w oczy. 
– Przecież wiesz, kto skorzystał na śmierci Amber. 
Bruce. 
–  To  nie  znaczy,  że  ją  zabił.  On  nawet  muchy  by  nie  zabił. 

Jest  bardzo  wrażliwy.  –  Odwróciła  wzrok.  –  Nic  mu  nie 
udowodnicie,  całą  noc  był  ze  mną.  Już  to  powiedziałam  na 
policji, oboje to powiedzieliśmy. 

– Byłaś z Bruce’em przez całą czwartkową noc? 
Nicole spojrzała na nią z nie skrywaną niechęcią. 
–  Tak.  Kiedy  ktoś  mordował  twoją  przyjaciółkę,  my 

kotłowaliśmy się w łóżku. 

Chciała  ją  zranić  i  osiągnęła  swój  cel.  Julia  z  trudem 

zachowała spokój. 

– Wiem, że to zabrzmiało paskudnie  – ciągnęła Nicole – ale 

chcę być z tobą szczera. Nie mogę udawać, że lubiłam Amber. 
Jest  mi  oczywiście  przykro,  że  zginęła,  i  tak  dalej,  ale  jestem 
zadowolona,  że  zniknęła  z  życia  Bruce’a.  Chciała  mu  zabrać 
wszystko:  dom, samochód,  łódź.  A  przede  wszystkim  jego  bar. 
Nie  zależało  jej  na  tym,  żeby  mieć  tę  knajpę,  ona  po  prostu 
chciała,  żebyśmy  my  nic  nie  mieli.  Chciała  nam  zatruć  życie. 
Nie  lubiłam  jej  i  nie  zamierzam  jej  opłakiwać.  Teraz  nareszcie 
Bruce może znajdzie trochę szczęścia. 

– Nie wiedziałam, że między wami to takie poważne. 
– Oczywiście, że poważne, a jak myślisz? 

background image

Nicole urażona otworzyła przed Julią drzwi. 
 
– A teraz muszę już cię pożegnać, mam kupę roboty. 
– Dziękuję za telefon brata i przepraszam, że ci zajęłam tyle 

czasu. 

Nicole milczała. 
– Wiesz, kto mógł zabić Amber? – zapytała niespodziewanie 

Julia. 

– Nie mam zielonego pojęcia. 
Lodowate spojrzenie było puste i mroczne. 
–  Gdybyś  się  czegoś  dowiedziała,  zadzwoń  na  policję, 

dobrze? 

Nicole z ociąganiem skinęła głową. 
– A gdybyś chciała z  kimś porozmawiać, zadzwoń do mnie. 

Będę tu jeszcze przez jakiś czas. 

– Dobrze, oczywiście. 
Mówiąc te słowa, Nicole zamknęła Julii drzwi przed nosem. 
 
 
Wróciła  do  domu,  rozpaczliwie  pragnąc  wypełnić  czymś 

popołudnie.  Starannie  opracowała  wieczorny  program,  a  potem 
zadzwoniła do Cathryn, żeby się jakoś umówić. 

Przyszła  do  niej  i  pomagała  jej  w  ogródku,  podczas  gdy 

Bethany,  pięcioletnia  córeczka Cathryn,  jeździła  wokół  nich  na 
trzykołowym  rowerku.  Przyjaciółka  koniecznie  chciała 
zatrzymać  ją  na  kolacji,  lecz  Julia  odmówiła,  nie  chcąc 
nadużywać jej gościnności. 

–  W  takim  razie  masz  przyjść  na  kolację  jutro.  Nie  chcę 

słyszeć żadnych wymówek. 

Następnego  dnia  była  sobota  i  zapowiadał  się  najbardziej 

samotny  wieczór  w  tygodniu,  więc  Julia  wyraziła  zgodę. 

background image

Wieczorem po prostu zapowie słuchaczom, że w sobotę audycji 
nie będzie, i nieco sobie odpocznie. Nie ma przecież obowiązku 
nadawać  codziennie;  robi  to  społecznie,  z  dobrej  woli;  jeśli 
zechce,  może  wcale  nie  nadawać.  Mimo  to  czuła  się 
odpowiedzialna za radiosłuchaczy i nie chciała ich zawieść. 

Wieczór wreszcie nadszedł, niosąc z sobą zimny deszcz. Julia 

siedziała  w  studio  i  nadawała  muzykę,  od  czasu  do  czasu 
spoglądając  w  okno;  po  szybach  spływały  strugi  wody. 
Częściowo  odnalazła  już  spokój  ducha,  który  opanowywał  ją 
zwykle, kiedy pracowała. Coś jednak nadal było nie tak. Tylko 
co? 

Telefon zadzwonił dopiero po godzinie. Podniosła słuchawkę 

z przekonaniem, że dzwoni słuchacz z prośbą o jakiś konkretny 
utwór, a także z nadzieją, że może jednak to Ben. Na samą myśl 
o tym mocno zabiło jej serce. 

W  miarę  jednak,  jak  słuchała  relacji  swego  rozmówcy, 

uśmiech  znikał  z  jej  twarzy.  To  nie  był  słuchacz,  i  nie  był  to 
Ben. Telefon dotyczył Amber, a informacje były porażające. 

 
 
Ben  właśnie  pisał  artykuł,  słuchając  audycji  Julii,  kiedy  na 

biurku zadzwonił telefon. – Ben? To ja, Julia. 

Serce zabiło mu mocniej. Przez cały dzień nieustannie o niej 

myślał,  zastanawiając  się,  pod  jakim  pretekstem  do  niej 
zatelefonować  albo  wpaść.  Wyrzucał  sobie,  że  zbyt  pochopnie 
przerzucił  piłeczkę  na  jej  pole  i  teraz  nie  może  zrobić  żadnego 
ruchu. 

 
– Witaj – powiedział swobodnym głosem. – Co tam u ciebie? 
– Nie mogę długo mówić, prowadzę audycję, ale pomyślałam, 

że może jesteś ciekaw, czego się właśnie dowiedziałam. 

background image

Ben  podszedł  do  okna  tak  blisko,  jak  na  to  pozwalał  sznur 

telefoniczny,  i  spojrzał  w  stronę  masztu.  Z  powodu  deszczu 
czerwone światełko było niewidoczne. 

Usłyszał stłumiony ze wzruszenia głos Julii: 
– Czy wiesz coś o... romansie Amber? 
– O romansie? – Ben ze zdziwienia uniósł wysoko brwi. – O 

jakim romansie? 

– Z pewnym żonatym mężczyzną. 
– Amber miała romans z żonatym facetem? 
– Przed chwilą właśnie się o tym dowiedziałam. 
– Od kogo? 
– Tego ci nie mogę powiedzieć. 
– Charlie już o tym wie? 
– Jeszcze nie. Zadzwonię do niego zaraz po rozmowie z tobą. 
Ben namyślał się przez chwilę. 
– Czy znam tego faceta? 
– Wolałabym o tym nie mówić przez telefon. 
Już  miał  zapytać  „dlaczego  nie?”,  ale  powstrzymał  się, 

dostrzegając w tym szansę. Uśmiechnął się do siebie. 

– Bardzo jesteś zajęty? – zapytała Julia cichutko. 
Omal nie zapiał z zachwytu. 
– Zaraz do ciebie jadę. 
W  mroku nocy, za zasłoną  deszczu, dom Prestona  i  radiowe 

studio tonęły w morzu świateł. 

 
–  Jaka  to  mądra  dziewczynka  –  mruknął  do  siebie  Ben, 

wyskakując z samochodu. 

Julia otworzyła drzwi, zanim zdążył zastukać. 
– Cześć, wejdź. 
Jej piękne, ciemne oczy miały jakiś niezwykły wyraz. 
Poszedł za nią w kierunku studia, nie spuszczając wzroku z jej 

background image

bioder  opiętych  spódniczką,  na  którą  opadał  luźny  czerwony 
sweter. Już sam jej widok budził w nim nieopisaną radość. 

– Poczekaj chwilkę – rzekła, siadając za konsolą. 
Usadowił się na krześle naprzeciwko niej, podparł ręką brodę 

i wsłuchał w cudowny głos Julii. 

–  Na  termometrze  mamy  dziś  sześć  stopni  i  pada  deszcz, 

barometr  ciągle  spada.  Nad  ranem  może  się  nieco  rozjaśnić  i 
temperatura  ma  się  podnieść  w  ciągu  dnia.  Jeśli  chcecie  jutro 
spędzić dzień na świeżym powietrzu, nie rezygnujcie! 

Zerknęła w swoje notatki. 
–  Co  my  tu  dzisiaj  mamy?  Aha,  dzwoniła  Lillian  Dumont  z 

Billings Road i mówiła, że ma do oddania dwa szczeniaki. Jeśli 
kogoś to interesuje, niech do niej zadzwoni pod numer 2927. A 
teraz z aksamitnej mgły wyłoni się sam Mel Torme. 

Zdjęła  słuchawki  i  Ben  poczuł,  jakby  i  on  zanurzył  się  w 

aksamitnej mgle. 

– Jesteś niesamowita. 
Zaczerwieniła się. 
– Dzięki. Napijesz się kawy? 
– Nie. Powiedz mi, czego się dowiedziałaś o Amber. 
Co z tym romansem? 
 
Julia  odwróciła  się  na  obrotowym  krześle  w  jego  stronę, 

podkuliła nogi i obciągnęła spódnicę. 

–  Osoba,  która  do  mnie  dzwoniła,  pracowała  z  Amber  w 

banku.  Prosiła  o  niepodawanie  jej  nazwiska,  więc  wybacz,  że 
dotrzymam tajemnicy. 

– Jasne. 
–  Powiedziała,  że  przyjaźniła  się  z  Amber  i  wie,  że  Amber 

spotykała się z ich szefem, Jeffem Parkerem. 

– Z Jeffem? Kto by pomyślał! 

background image

– Znasz go? 
– Grywam z nim w kosza. 
Julia  uśmiechnęła  się  i  Ben  poczuł,  że  jeszcze  chwila,  a 

eksploduje. 

– Czy tutaj nikt nie robi nic innego, tylko gra w koszykówkę? 

– zapytała. 

– Zimy na wyspie są długie. Nie ma co robić, więc gramy w 

kosza,  gawędzimy  sobie  o  polityce,  chodzimy  do  kościoła  na 
zebrania... 

–  I  romansujemy  –  dokończyła  Julia.  –  Zupełnie  nie  mogę 

uwierzyć, że Amber się na coś takiego zdobyła! 

– I to z Jeffem Parkerem. Przecież on musi mieć co najmniej 

czterdzieści pięć lat. 

– Tak, ale świetnie się trzyma. I jest bardzo przystojny. 
Jej uwaga nie wiedzieć czemu rozdrażniła go. 
– A do tego żonaty i dzieciaty – dodał z przekąsem. 
–  Moja  informatorka  też  mi  to  powiedziała.  Jeff  Parker  ma 

troje dzieci, które uwielbia, nowy wielki dom przy Settlers Neck 
Road  i  żonę,  która  zamieniłaby  mu  życie  w  piekło,  gdyby  się 
dowiedziała, że ją zdradza. 

 
Julia wstała, nastawiła nową taśmę, i wróciła do poprzedniej 

pozycji. 

– Czy jego żona mogła się czegoś domyślać? – zapytał Ben. 
–  Chyba  tak.  Moja  informatorka  powiedziała,  że  w  zeszłym 

tygodniu Amber pokłóciła się z Jeffem w biurze. 

Mówili cicho, więc nie słyszała szczegółów, ale się domyśliła, 

że  Jeff  chce  przestać  się  z  nią  spotykać.  Amber  się  na  to  nie 
zgadzała i groziła mu, że jeśli ją zostawi, nada sprawie rozgłos. 

Przez chwilę patrzyli sobie znacząco w oczy. 
–  Niesamowite!  –  westchnął  w  końcu  Ben.  –  Jeff  robił 

background image

wrażenie  takiego  fajnego  faceta.  Można  powiedzieć:  wzorowy 
ojciec rodziny. 

–  Do  tego  ma  niezłą  pozycję.  Jak  się  dowiedziałam,  jest 

prezesem Izby Handlowej. 

–  Tak.  Należy  do  wszystkich  bardziej  szacownych 

stowarzyszeń  na  wyspie,  udziela  się  w  kościele,  wszędzie  go 
pełno.  Pewnie  dlatego  jego  żona  niczego  się  nie  domyślała; 
takiego  zajętego  faceta  trudno  podejrzewać,  że  kręci  coś  na 
boku. 

Oczy Julii rozbłysły. 
– Może w końcu jednak czegoś zaczęła się domyślać. 
Może to ją należy podejrzewać! 
Ben  zawahał  się,  potem  otrząsnął  i  w  końcu  wzruszył 

ramionami. 

–  Powód  to  nie  wszystko.  Gdybyśmy  podejrzewali  każdego, 

kto miał powód... 

– Masz rację. Ale bywają powody i powody. Żona Jeffa jest 

bardzo bogata, on sam sporo zarabia, ale to nic w porównaniu z 
jej  majątkiem.  Dziesięć  razy  mogłaby  go  kupić.  W  razie 
rozwodu  jej  prawnicy  nie  zostawią  mu  ani  grosza.  Jest  jeszcze 
kwestia  dzieci.  Gdyby  się  rozstali,  ona  zabrałaby 
prawdopodobnie dzieci do Michigan, skąd pochodzi. 

– Skąd ty to wszystko wiesz? 
Nie  mógł  dłużej  wytrzymać;  wyciągnął  rękę  i  dotknął  jej 

włosów. 

– Od mojej informatorki, pani X. 
– Jakaś stara plotkara... 
Lekko dotknął palcem jej nosa. 
– Nie sądzę. 
Pani X samotnie wychowywała dziecko i bardzo jej zależało 

na stałych dochodach; nie zaryzykowałaby dobrze płatnej pracy 

background image

w banku, żeby sobie po prostu poplotkować. 

– Dzwoniłaś do Charliego? 
– Tak. 
– I co on na to? 
– Był bardzo zdziwiony. – Julia zmarszczyła brwi. – Obiecał, 

że to wszystko posprawdza, ale... sama nie wiem. Nieraz myślę, 
że niepotrzebnie go namówiłam, żeby sam prowadził tę sprawę. 
Może dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby ją oddał w ręce policji 
stanowej. 

Ben nie spodziewał się podobnie krytycznej opinii. Zaczął już 

pisać  artykuł  o  sprawie  Amber  Davoll,  ale  postanowił 
wstrzymać  się  z  publikacją  do  następnego  numeru.  Uznał,  że 
warto  dać  Slocumowi  tydzień  na  rozkręcenie  śledztwa.  Na 
komentarze  i  zarzuty  zawsze  będzie  czas.  Nie  zamierzał 
oczywiście  czekać  w  nieskończoność;  społeczność  wyspy  ma 
prawo domagać się sprawnie działających organów ścigania. 

Nie  odezwał  się.  Bez  względu  na  to,  jak  oceniał  pracę 

komendanta, wolał, żeby Julia nie straciła do niego zaufania. Jest 
przecież w jej życiu kimś bardzo ważnym. 

– Czy mógłbym sam coś wybrać? – zapytał, zmieniając temat 

i ruchem głowy wskazując półki z nagraniami. 

– Bardzo proszę. 
Wstał i podszedł do półek. Julia powiodła za nim wzrokiem. 
–  Nie  wiem,  dlaczego  pani  X  nie  zadzwoniła  najpierw  do 

Charliego.  Powiedziałam,  żeby  ze  wszystkim  dzwonili  na 
policję. 

– Wszystkiemu winien twój głos. Sposób, w jaki mówisz, i to 

co  mówisz.  W  twoim  wykonaniu  wszystko  jest  intymne  i 
osobiste.  Ludzie  uważają,  że  jesteś  kimś  bardzo  bliskim.  – 
Spojrzał na nią przez ramię. – Na pewno już ci to mówiono. 

Odwróciła  wzrok.  Owszem,  już  to  słyszała,  ale  nigdy  od 

background image

kogoś takiego jak Ben. 

Ben  zaś  wybrał  płytę  w  starej,  zmiętej  okładce  i  położył  ją 

przed  Julią  na  konsoli.  Było  to  „Heavenly”  w  wykonaniu 
Johnny’ego  Mathisa,  niezwykle  romantyczna  płyta  sprzed 
czterdziestu lat. 

Julia spojrzała na okładkę. 
– Którą piosenkę wybierasz? 
– Wszystko jedno, każda jest dobra. 
Wrócił  na  swoje  krzesło,  nie  przestając  na  nią  patrzeć.  Ręce 

Julii zadrżały; drżały też, kiedy włączała aparaturę i kładła płytę 
na  adapterze.  Jej  profil  delikatnie  rysował  się  na  tle  zalanej 
deszczem szyby. Po chwili znowu zabrzmiał jej magiczny głos i 
Ben leciutko przymknął oczy. 

Wymieniła  tytuł  piosenki  i  zamilkła,  bo  Ben  przekręcił 

obrotowe  krzesło,  na  którym  siedziała,  w  swoją stronę.  Zrobiła 
zdziwioną minę. 

–  Wezwałaś  mnie  tutaj  tylko  dlatego,  że  chciałaś  mi 

powiedzieć o romansie Amber? 

Chciał,  by  mu  wyznała  prawdę  i  żeby  sama  zdała  sobie 

sprawę z tego, co czuje. 

– Ja... chciałam cię zapytać, czy... mamy coś z tym zrobić... 
–  Reszta  należy  do  Charliego.  Przekazałaś  mu  informacje  i 

niech z nimi robi, co chce. 

Z ociąganiem skinęła głową. Wiedziała, że Ben ma rację, ale 

miała  zbyt  osobisty  stosunek  do  tej  sprawy,  żeby  tak  od  razu 
zrezygnować z poszukiwania mordercy na własną rękę. 

Ben przysunął się i położył dłonie na poręczach jej krzesła. 
– To wszystko? 
Przygryzła wargi. 
– Jesteś pewna? 
Po  co  właściwie  go  wzywała?  Przecież  mogła  mu  wszystko 

background image

powiedzieć przez telefon. 

–  Chciałam  z  tobą  porozmawiać  o  tym,  o  czym  mówiliśmy 

wczoraj przy lunchu. 

– A o czym mówiliśmy? 
Żeby  chociaż  trochę  się  odsunął...  Czuła  się  uwięziona  i 

przyparta do muru. 

–  Zastanawialiśmy  się,  czy  mamy  się  widywać.  Myślałam  o 

tym i doszłam do wniosku, że byłoby głupio, gdybyśmy z tego 
zrezygnowali.  Musimy  tylko  pamiętać,  że  ja  za  kilka  dni 
wyjeżdżam... Ale możemy przecież przez ten czas się spotykać. 
Powinniśmy tylko uważać, żeby sprawy nie zaszły za daleko. 

– Narzucić sobie pewne ograniczenia, czy tak? 
– No właśnie. 
Ujął jej dłonie i pocałował czubki palców. 
–  Mam  nadzieję,  że  nie  przekroczyłem  jeszcze  żadnych 

granic? 

– Nie. 
– A teraz? 
Delikatnie pocałował ją w usta. 
– Jak to oceniasz? – zapytał. 
– Przestań się tak dopytywać, bo zwariuję! 
Jednym  ruchem  podniósł  ją  z  krzesła  i  więcej  już  o  nic  nie 

pytając,  zamknął  w  ramionach.  Natychmiast  pożałowała,  że 
kazała mu przestać gadać. 

Jego  następny  pocałunek  w  niczym  nie  przypominał 

poprzedniego.  Był  długi  i  namiętny;  więcej  mówił  o  pożądaniu 
niż najdłuższe tyrady. 

– Poczekaj – szepnęła, wyrywając się z jego objęć. 
– Płyta zaraz się skończy. 
Niechętnie ją puścił, a ona rzuciła się ku konsoli, przez chwilę 

nie bardzo wiedząc, co właściwie ma zrobić. Potem sięgnęła po 

background image

płytę,  którą  zamierzała  nastawić,  ale  płyta  wyśliznęła  się  jej  z 
drżących  rąk  i  upadła  na  podłogę.  Julia  pochyliła  się,  by  ją 
podnieść, ale tylko niezręcznie popchnęła ją nogą jeszcze dalej. 
Czas naglił. 

Ben chwilę wcześniej odwrócił się w stronę okna i zapatrzył 

w padający deszcz. Julia ze zgrzytem włączyła mikrofon. 

–  Słyszeliście...  –  zaczęła  nieswoim  głosem  –  płytę 

Johnny’ego Mathisa... – odchrząknęła – to znaczy „Heavenly”... 

Ben podszedł, stanął za nią i zaczął całować jej włosy. 
Modliła się, żeby nikt nie zauważył, co dzieje się z jej głosem, 

ale to było chyba niemożliwe. 

Całował  teraz  jej  kark...  Zadrżała.  Zerknęła  na  zegar  i 

termometr;  powinna  teraz  podać  czas  i  temperaturę...  Pokój 
wokół  niej  zawirował  i  nie  miała  już  wątpliwości,  że  kiedy  się 
odezwie, wszyscy zrozumieją, co się dzieje w radiowym studio 
Prestona Fincha. 

–  Puścimy...  teraz  coś...  innego...  to  znaczy  za  chwilę...  Tu 

Julia Lewis... radio Harmony... 

Uniosła oczy na Bena. 
– Zostańcie ze mną. 
 

background image

10 

 
Ledwo  zdążyła  powiedzieć  te  słowa  i  odsunąć  usta  od 

mikrofonu, Ben znowu zaczął ją całować. Przechyliła się do tyłu 
na  obrotowym krześle,  ryzykując, że  się  przewróci  na  podłogę. 
Była  jednak  w  tak  przedziwnym  stanie,  że  nie  zdziwiłaby  się, 
gdyby po upadku zaczęła unosić się nad ziemią. 

–  Boże  –  szepnął  Ben  –  coraz  lepiej  nam  to  wychodzi. 

Wzrokiem poszukał potwierdzenia w jej oczach. Milcząc, lekko 
powiodła palcem po jego ustach. Podniósł ją z krzesła i przytulił 
całym ciałem. Objęła go za szyję, nie walcząc już dłużej z tym, 
co działo się między nimi. Ich usta spotkały się znowu. 

Muzyka  wypełniająca  studio  stanowiła  romantyczne  tło 

rozgrywającej  się  sceny.  Julia  miała  wrażenie  czegoś 
nierealnego i całkowicie oderwanego od rzeczywistości, uczucie 
potęgowane jeszcze przez strugi deszczu i nieprzenikniony mrok 
za oknem. Tak jakby jej marzenia spełniały się oto w ramionach 
mężczyzny,  który  sprawiał,  że  odrywała  się  od  ziemi  i 
szybowała gdzieś w przestrzeni. 

Ben całował ją i czuła, że coraz bardziej go pragnie. Nie była 

niewinna,  ale  jej  doświadczenie  w  sprawach  seksu  było  raczej 
skromne. Na studiach miała przelotny romans z kolegą – jak to 
później  zrozumiała,  z  ciekawości  raczej  niż  z  miłości  –  potem 
kolejno  nastali  Brian  i  David.  Żaden  z  tych  związków  nie 
satysfakcjonował 

jej 

pełni. 

Jej 

dotychczasowa 

wstrzemięźliwość  nie  miała  nic  wspólnego  z  wyrzeczeniem; 
spowodowana była raczej brakiem potrzeb. 

Nie  znała  dotąd  tego  ognia,  który  rozpalał  w  niej  Ben;  tej 

ociężałości w piersiach i gotowości oddania się mężczyźnie. Ben 
całował  teraz  jej  szyję.  Gdy  poczuła  jego  ręce  pod  swoim 

background image

swetrem, jej piersi naprężyły się. Usłyszała jego szept: 

–  Kochanie,  tutaj  pewnie  jest  jakieś  wygodniejsze  miejsce? 

Długo tak stać nie mogę... 

Otworzyła oczy i powiodła zamglonym wzrokiem po wnętrzu 

studia. Widziała tu tylko krzesła... 

– Chyba nie będziesz chciała stąd wyjść. 
– Nie mogę, mam jeszcze godzinę programu. 
– Trudno, chodź tutaj. 
Ben opadł na obrotowe krzesło i pociągnął ją za sobą. 
Płyta  dobiegała  już  końca,  kiedy  usłyszeli,  że  przed  dom 

podjeżdża jakiś samochód. Julia szybko obciągnęła spódnicę. 

– Och, nie, tylko nie to – jęknęła, słysząc, że ktoś parkuje na 

podjeździe. 

 
Ben lekko rozluźnił uścisk. 
– Spodziewasz się kogoś? 
–  Nie.  –  Siedziała  bez  ruchu,  nie  mając  siły  wstać  z  jego 

kolan.  Odsunęła  się  nieco.  Po  chwili  wstała  z  ociąganiem  i 
dłonią przeczesała włosy, zapięła stanik i podeszła do okna. Ze 
zdziwieniem  spostrzegła,  że  samochód  zawraca  i  odjeżdża. 
Mimo deszczu i mgły poznała wóz policyjny Charliego. 

Poczuła,  jak  zalewa  ją  fala  wstydu.  Charlie  tu  był!  Charlie 

zobaczył  samochód  Bena  i  wycofał  się!  Ciekawe,  co  sobie 
pomyślał. Jeśli słuchał radia, musiał zauważyć, że tego wieczoru 
puszcza  płyty  w  całości,  utwór  po  utworze,  czego  nigdy  dotąd 
nie robiła. 

Lekko  dotknęła  palcem  nabrzmiałych  ust,  czując  żal,  że  jej 

przerwano. Ben podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu. 

– Kto to był? Slocum? 
– Tak. 
Czuła się tak, jakby właśnie zdradziła Charliego. Ben obrócił 

background image

ją ku sobie, ale nie uniosła ku niemu twarzy. 

– Wolisz zapomnieć o tym, co tu przed chwilą robiliśmy? 
Przełknęła  ślinę  i  skinęła  głową.  Ramiona  Bena  opadły; 

cofnął się o krok. 

– Jednym słowem, musimy się „hamować”? 
Prawie się roześmiała. Jak mogła kiedykolwiek myśleć, że to, 

co między nimi jest, można powstrzymać? 

Ben ujął ją za rękę i podprowadził do konsoli. 
–  Mam  wrażenie,  że  twoi  słuchacze  na  dzisiaj  mają  dość 

Johnny’ego Mathisa. 

 
Został  przy  niej  do  końca  audycji,  a  potem,  kiedy  przestała 

nadawać, poszedł z nią do salonu i pokazał, jak rozpalić ogień w 
starym kominku Prestona Fincha. 

Przyniosła z kuchni ser i krakersy oraz butelkę wina i siedząc, 

zapatrzeni w ogień, zaczęli sobie opowiadać o tym, co działo się 
z nimi do chwili, kiedy się spotkali. Wspomnienia z dzieciństwa, 
lata szkolne, ulubione książki i filmy, zwierzęta, które hodowali 
–  wszystko  to  pojawiało  się  przed  nimi  niczym  stary  film,  i 
zanim się spostrzegli, zegar wskazał drugą nad ranem. 

Julia odprowadziła Bena do drzwi, czując, że musi się jeszcze 

wiele  o  nim  dowiedzieć.  Mogłaby  go  tak  słuchać  bez  końca. 
Było  już  jednak  bardzo  późno  i  nie  chciała  przesadzać.  I  tak 
udało  im  się  w  miarę  rozsądnie  zakończyć  wieczór  rozpoczęty 
szaleństwem w studio. 

– Co robisz jutro? – spytał, zapinając kurtkę. 
– Jutro... – Z trudem zebrała myśli. – Jutro idę na kolację do 

Cathryn. 

–  Może  przedtem  wybrałabyś  się  ze  mną  na  wycieczkę 

kajakiem? 

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

background image

– Miałabym pływać kajakiem? 
– To bardzo łatwe; na pewno ci się spodoba. 
Patrzył  na  nią  tak,  że  miała  ochotę  odwrócić  się  i  uciec, 

zatrzaskując za sobą drzwi. 

–  Dobrze  –  odparła  pośpiesznie  –  ale  ranek  muszę  mieć  dla 

siebie. 

Musi  przecież  zrobić  kilka  rzeczy;  między  innymi  musi 

zadzwonić do brata Nicole Normandin. 

–  Jasne,  jak  mogłem  o  tym  zapomnieć  –  odparł  lekko 

drwiącym tonem. – Zresztą, ja przecież też mam rano mnóstwo 
zajęć. 

– A co zamierzasz robić? 
Pytanie  zabrzmiało  zdawkowo,  ale  kryło  w  sobie  pragnienie 

poznania każdej chwili jego życia. 

–  Muszę  iść  do  pracy.  Mamy  lekkie  opóźnienie.  Zwykle 

oddajemy  materiał  do  drukarni  w  piątek  po  południu,  ale  tym 
razem  z  powodu  tego,  co  zaszło,  muszę  wprowadzić  pewne 
zmiany.  Tytułową  stronę  trzeba  przerobić,  napisać  komentarz, 
dołączyć kilka zdjęć, i tak dalej. Słowem, jest co robić nawet w 
sobotę. 

Trzeba  przerobić  tytułową  stronę?  Napisać  komentarz? 

Dołączyć  zdjęcia?  Ciekawe,  jak  on  zamierza  naświetlić 
rewelacje dotyczące śmierci Amber? 

Ben czytał w jej myślach. 
–  Nie  martw  się,  będziesz  zadowolona.  Jeden  z  moich 

dziennikarzy zrobił o niej świetny reportaż; rozmawiał z ludźmi, 
którzy  ją  znali,  w  tym  z  waszymi  dawnymi  nauczycielami.  Do 
tego  zdobył  doskonałe  zdjęcia:  Amber  jako  królowa  piękności, 
Amber na lipcowej paradzie. Do tego damy wzmiankę dotyczącą 
przestępczości na wyspie i kilka fotografii historycznych. 

–  A  jaki  będzie  twój  wkład  w  tak  starannie  opracowany 

background image

numer? 

W  dalszym  ciągu  była  zaniepokojona  pomysłem  wydania 

numeru specjalnego z okazji morderstwa. 

– Jak zwykle napiszę artykuł wstępny. 
–  Rozumiem,  i  wspomnisz  w  nim  o  tym,  że  niesłusznie 

odwleczono sekcję. 

Skinął głową. 
 
–  Nie  mogę  tego  pominąć,  przecież  to  bardzo  ważny  epizod 

tej sprawy. 

Nie potrafiła ukryć smutku. Ben ujął jej twarz w dłonie, jego 

błękitne oczy poszukały jej spojrzenia. 

–  Nie  przejmuj  się.  Postaram  się  nikogo  za  to  nie  obwiniać. 

Charliemu potrzebny jest spokój, a nie nękanie oskarżeniami. 

Nie odwróciła wzroku. 
– Jak długo potrwa ten okres ochronny? 
– Nie  wiem. Może jeszcze tydzień. Potem rzucam rękawicę. 

Dotyk  jego  dłoni  na  jej  twarzy  sprawił,  że  przestała  myśleć  o 
tym,  co  Ben  opublikuje  w  gazecie.  On  też  zdawał  się  o  tym 
zapominać,  lecz  oboje  wiedzieli,  że  to  nie  jest  dobry  pomysł. 
Gdyby  teraz  zaczęli  się  całować,  nie  poprzestaliby  na  jednym 
pocałunku,  a  potem...  potem  mogłoby  się  stać  to,  do  czego  nie 
chcieli dopuścić. 

Delikatnie uwolniła się z jego ramion. 
– O której mam być jutro gotowa? 
Zrozumiał, dlaczego się wycofała, i westchnął z rezygnacją. 
– Wpadnę po ciebie w południe. Nic nie jedz, zrobimy sobie 

piknik. 

– Dobrze. 
Spojrzał na nią zawiedzionym wzrokiem. 
– W takim razie do jutra. 

background image

 
 
Nazajutrz  wcześnie  rano  Julia  zadzwoniła  do  Jake’a 

Normandina. Podniósł słuchawkę prawie natychmiast. 

– Tu Jake, słucham. 
 
Uśmiechnęła  się,  słysząc  jego  tak  dobrze  znany,  nieco 

ochrypły głos. 

– Witaj, mówi Julia Lewis. 
Na  chwilę  zapadła  cisza,  tak  jakby  Jake  szukał  czegoś  w 

pamięci. 

– Julia! – wykrzyknął wreszcie. – Co tam u ciebie słychać? 
– Pomalutku, a jak ty? 
Próbowała go sobie wyobrazić; ciekawe, jak wygląda Jake o 

dziesięć lat starszy? Pewnie utył, ale jego otwarta, szczera twarz 
na pewno się nie zmieniła. 

– Można wytrzymać. 
Przez  jakiś  czas  rozmawiali  o  swojej  pracy,  o  tym,  gdzie 

mieszkają  i  jaką  straszną  tragedią  jest  śmierć  Amber.  Potem 
Julia wyjaśniła prawdziwą przyczynę swojego telefonu. 

Pomysł klasowego spotkania przypadł Jake’owi do gustu. 
– Kto jeszcze przyjdzie? 
–  Na  razie  wiadomo,  że  na  pewno  będzie  Cathryn,  ja,  Mike 

Fearing,  Tyler  O’Banyon  i  Barry  Devine.  Reszta  ma  jeszcze 
odpowiedzieć. Nie wiedzą, czy im się uda przyjechać. 

– Jak to ma wyglądać? 
– Cathryn chce, żeby wszyscy przyjechali na wyspę w piątek 

wieczorem.  W  sobotę  rano  spotkamy  się  u  niej  w  domu, 
pogadamy  sobie,  zjemy  wczesny  lunch  i  resztę  dnia  spędzimy 
razem.  Towarzysze  i  towarzyszki  życia  są  oczywiście  mile 
widziani. 

background image

– Podoba mi się, możecie na mnie liczyć. 
 
–  Cudownie.  Przy  okazji  będziesz  mógł  odwiedzić  swoją 

siostrę.  Pewnie  się  u  niej  zatrzymasz?  Nie  będziesz  musiał 
wynajmować pokoju w hotelu. 

Jake przez chwilę milczał. 
–  Może...  –  odparł  z  wahaniem  –  chociaż  my  ostatnio  nie 

jesteśmy w najlepszych stosunkach. 

Julia wiedziała, że w takich sytuacjach najlepiej o nic się nie 

dopytywać, tym razem jednak nie mogła się powstrzymać. 

– A co się stało? 
– Nic takiego. Po prostu od pewnego czasu nie rozmawiam z 

naszym  młodszym  bratem  i  Nicole  nie  może  mi  tego  darować. 
Zawsze  miała  do  Chrisa  słabość;  między  nimi  jest  tylko  rok 
różnicy. 

– A o co pokłóciłeś się z Chrisem? 
Jake  milczał  tak  długo,  że  Julia  pomyślała,  że  połączenie 

zostało przerwane. 

–  Głupi  smarkacz  władował  się  w  jakieś  afery,  jak  tylko 

wyjechał  z  wyspy.  Zwrócił  się  do  mnie  o  pomoc  i  oczywiście 
mu jej nie odmówiłem. 

– To było coś poważnego? 
–  Raczej  tak.  Włamania  do  samochodów,  drobne  kradzieże, 

takie tam różne. Potem któregoś dnia zjawił się u mnie, mówiąc, 
że się zmienił i szuka uczciwej pracy. Poleciłem go znajomemu 
właścicielowi  kutra,  żeby  go  zatrudnił.  To  była  dobra  praca, 
nieźle  płatna,  tylko  trzy,  cztery  dni  na  morzu,  reszta  tygodnia 
wolna.  Ale  Chris  oczywiście  znalazł  sposób,  żeby  z  niej 
wylecieć. 

Julia nie mogła się powstrzymać od dalszych pytań. 
– Jak mu się to udało? 

background image

 
– Wszystkiemu winne narkotyki. Jest tego teraz od groma w 

każdym porcie. Robiłem, co mogłem, żeby go wyciągnąć. Potem 
dałem  sobie  spokój;  jest  dorosły,  niech  robi,  co  chce.  Ostatnio 
widziałem go jakieś dwa lata temu. 

– Wiesz coś o nim? 
–  Niewiele.  Podobno  się  przeprowadził,  kupił  jakąś  łódkę, 

łowi ryby. Jeśli cię to interesuje, musisz zapytać Nicole, ona wie 
więcej. 

– Rozmawiałam z nią wczoraj. 
– Z Nicky? 
– Tak. Jest teraz z Bruce’em Davollem. 
– Wiem, słyszałem. Następna, co zgłupiała na jego punkcie. 
Zrozumiała, że Jake ma na myśli swoją siostrę. 
–  Może  jej  się  naraziłam  –  podjęła  temat  –  mówiąc,  że 

powinna uważać, ale kiedy ktoś się spotyka z Bruce’em... Dałam 
jej  do  zrozumienia,  że  gdyby  potrzebowała  pomocy,  chętnie 
służę. 

– Dlaczego to zrobiłaś? 
– Jest mi jej żal. Musi być bardzo samotna i bezbronna. Nie 

ma tutaj nikogo. 

– Rozumiem, ale musisz wiedzieć, że ona tylko tak wygląda, 

bo naprawdę jest silna. 

– Mam nadzieję. Bruce też nie jest słaby. 
Jake westchnął. 
–  Dobra,  zadzwonię  do  niej  i  zapytam,  jak  leci.  Jesteś 

zadowolona? 

– Bardzo. 
Pożegnali  się  i  Julia  wystukała  numer  Cathryn,  żeby  jej 

powiedzieć, że zawiadomiła Jake’a Normandina o spotkaniu. 

– Bardzo dobrze, zawsze go lubiłam – odrzekła Cathryn. 

background image

–  Ja  również.  A  swoją  drogą  to  ciekawe,  jak  rodzeństwo 

wychowane  w  tym  samym  domu,  w  takich  samych  warunkach 
może być tak całkowicie różne. 

Zamierzała zakończyć rozmowę, gdy Cathryn dodała: 
– Poczekaj. – W jej głosie zabrzmiała przekora. – Chciałam ci 

tylko  powiedzieć,  że  zaprosiłam  dziś  na  kolację  Bena  Granta. 
Wpadnie po ciebie za piętnaście szósta. 

Julia nie bardzo zrozumiała swoją reakcję na te słowa. Można 

by powiedzieć, że doznała wrażenia, jakby nareszcie ten wieczór 
miał być dokładnie taki, jaki być powinien. 

–  Jesteś  zadowolona?  –  zapytała  Cathryn,  nieco 

zaniepokojona milczeniem przyjaciółki. 

– Owszem, cóż mi to może przeszkadzać? 
W głosie Julii był spokój i obojętność, lecz w środku cała się 

gotowała. Wystarczył dźwięk jego imienia, żeby przenieść ją w 
inny wymiar. 

– W takim razie widzimy się o szóstej. 
– Tak. Trzymaj się. 
Julia rozłączyła się i natychmiast zaczęła przygotowywać do 

następnego punktu programu. 

 
 
Ben  wystawił  ciało  na  ciepłe  strumienie  prysznica.  Czuł  się 

wspaniale; dawno już nie miał tak cudownej soboty. 

Pojechał  po  Julię  o  dwunastej, zawiózł  ją  nad  rzekę,  wsiedli 

do  kajaka  i  kilka  godzin  pływali  po  spokojnych  wodach  Creek 
River.  Rzeka  była  cudownie  spokojna,  widoki  boskie,  niebo 
błękitne,  ciepłe  słońce,  nawet  wiatr  nie  ośmielił  się  im 
przeszkadzać. 

Potem  usiedli  na  piaszczystym  brzegu,  zjedli  kurczaka  na 

zimno, popili winem i ułożyli się w słońcu. 

background image

Julia  powiedziała,  że  nigdy  jeszcze  nie  pływała  kajakiem. 

Znała  oczywiście  Creek  River,  przychodziła  tu  w  dzieciństwie, 
ale  jakoś  nigdy  nie  przyszło  jej  do  głowy  pływać  łódką.  Ben 
wprowadził  ją  w  tajniki  kajakarstwa,  z  przyjemnością 
obserwując  przy  tym  wyraz  jej  twarzy.  Julia  niczym  dziecko 
była  zafascynowana  wszystkim:  leniwie  płynącą  wodą, 
roślinnością  rosnącą  na  brzegu,  wędrownymi  ptakami 
ciągnącymi po niebie. 

Rozstali się niedawno, żeby się umyć i przebrać przed kolacją 

u Cathryn, ale już za nią tęsknił. 

Wytarł  się  do  sucha  i  podszedł  do  lustra,  żeby  po  raz  drugi 

tego dnia się ogolić. 

Przez cały dzień bardzo oboje uważali, żeby nie „przekroczyć 

pewnych  granic”,  jak  to  określiła  Julia.  Pocałował  ją  jedynie, 
kiedy tak leżeli w słońcu, na wpół uśpieni. Nie chciał posuwać 
się  dalej;  przecież  wyraźnie  mu  powiedziała,  że  nic  więcej  nie 
wchodzi  w  rachubę.  Teraz  będą  się  kochać,  a  potem  będą  tego 
długo żałować. Nazwała to „komplikowaniem życia”... 

Spojrzał  na  siebie  uważnie  i  pomyślał,  że  będzie  długo 

żałował, jeśli nie będzie się kochał z Julią w tym krótkim czasie, 
jaki  im  jeszcze  pozostał.  Tego  właśnie  zamierzał  żałować  do 
końca swoich dni. 

Skończył  się  golić,  przeczesał  włosy  i  poszedł  do  sypialni, 

żeby się ubrać. 

 
Miał również do załatwienia pewien telefon. Usiadł na łóżku i 

wystukał numer Scotta Bowena. 

– Cześć, Scott, Ben Grant przy telefonie. 
Scott właśnie się gimnastykował i był nieco zdyszany. 
– Miałeś niesamowite wyczucie, gratuluję, stary. Sekcja była 

konieczna, znasz zresztą wyniki. 

background image

– Zawsze tak się robi, to rutyna. 
– Będzie z ciebie doskonały gliniarz, znasz się na rzeczy. 
– Dziękuję. Coś jeszcze? 
– Co sądzisz o tym narkotyku, który wykryto w ciele ofiary? 

Wiesz, jaką drogą tu dotarł? 

–  Nie  mam  pojęcia.  Tego  lata  było  mnóstwo  narkotyków  na 

wyspie, ale głównie lekkie, takie jak marihuana. 

Była też koka, ale tego świństwa nie widziałem. 
Ben skrzywił się. 
– Nie wiedziałem, że tyle tu tego jest. Widocznie obracam się 

w niewłaściwych kręgach. 

– W lecie tak jest zawsze, a w tym roku było tego więcej niż 

zwykle. 

– Kto tym obraca? Tutejsi mieszkańcy? 
– Nie, na ogół turyści. Dzieciaki, które przypływają promem i 

ludzie z jachtów cumowanych w zatoce. 

– A gdybym tak ja chciał sobie sprokurować coś takiego? Do 

kogo  musiałbym  się  zwrócić?  Kto  to  sprzedaje?  Znasz  jakieś 
nazwiska, może kogoś ostatnio zatrzymaliście? 

– Tak z głowy nie pamiętam. 
– A mógłbyś jakoś sprawdzić? 
–  Musiałbym  wykonać  kilka  telefonów,  zajrzeć  do 

policyjnego komputera... – Zamilkł. – Po co ci to? Masz zamiar 
prowadzić prywatne śledztwo? 

– Można tak to nazwać. 
Chłopak roześmiał się. 
– Na dodatek trochę mi się śpieszy – dorzucił jeszcze Ben. 
Scott spoważniał. 
– Przyrzeknij mi, Ben, że jak czegoś się dowiesz, powiesz o 

tym, komu trzeba. 

–  Przyrzekam.  Wiem,  że  jestem  tylko  skromnym 

background image

dziennikarzem. 

– Bardzo dobrze. Będziesz dłużej żył. 
– I o to chodzi, Scott. 
– Zadzwonię, jak tylko będę mógł. 
– Z góry dziękuję. 
 
 
Julia czuła się dość dziwnie, składając przyjaciołom wizytę w 

towarzystwie Bena. 

Cathryn i Dylan zaczęli z sobą chodzić już w szkole średniej; 

Cathryn  była  wtedy  w  pierwszej  klasie,  a  Dylan  w  maturalnej. 
Wbrew  wszystkim  i  wszystkiemu  przetrwali  razem  cztery lata  i 
pobrali  się  zaraz  po  maturze  Cathryn.  Zostali  na  wyspie, 
zbudowali  duży  dom,  dali  życie  trójce  dzieci,  pracowali  i 
doskonale sobie radzili. 

Kiedy  tak  siedzieli  w  czwórkę  za  stołem,  Julia  miała 

wrażenie,  że  są  po  prostu  dwoma  zaprzyjaźnionymi 
małżeństwami  podczas  rewizyty.  Chwilami  odnosiła  wrażenie, 
jakby szczęśliwe małżeństwo przyjaciółki odbijało się w nich jak 
w  lustrze  i  formowało  na  swój  obraz  i  podobieństwo  ich 
związek. 

 
Obecność Bena zmieniała wszystko. Gdyby przyszła tu sama, 

byłaby  po  prostu  sobą,  dawną  Julią.  Lecz  gdy  tylko  przestąpili 
próg, Cathryn obrzuciła ich spojrzeniem, w którym można było 
wyczytać słynne: „Ale to piękna para”. I wszyscy bez wyjątku – 
nawet pięcioletnia Bethany – uważali ich za parę. 

Buntowała się przeciw temu. Oni nie są parą, nie są razem. Są 

dwojgiem  niezależnych  ludzi,  którzy  po  prostu  w  tym  samym 
czasie wpadli kogoś odwiedzić. Potem ona wyjedzie i wszystko 
się skończy. Może będą jeszcze przez jakiś czas do siebie pisać, 

background image

a potem nawet i to ustanie. 

Kłopot w tym, że tylko ona jedna zdawała się tak myśleć. Z 

przykrością  obserwowała,  jak  Ben  doskonale  się  czuje  w  tym 
domu. 

Oczywiście,  znał  już  Cathryn  i  Dylana.  Kiedy  remontował 

budynek  redakcji,  zaangażował  Dylana  do  pomocy. 
Zaprzyjaźnili się w czasie pracy. Nie znał natomiast ich dzieci, a 
sposób, w jaki natychmiast się do nich zbliżył, uświadomił Julii, 
jak  bardzo  rodzinnym  jest  człowiekiem  i...  jak  dobrym  ojcem 
będzie pewnego dnia. 

Cathryn  powiedziała  coś  na  temat  jego  doświadczenia  z 

dziećmi, a Ben odparł, że praktykował na swoich siostrzeńcach. 

Po  kolacji  mężczyźni  pomogli  sprzątnąć  ze  stołu  i  zeszli  do 

piwnicy, gdzie stał stół do ping-ponga, a Julia poszła z Cathryn 
wykąpać  małą.  Nawet  w  łazience  słychać  było  podochocone 
męskie głosy dochodzące z dołu. 

– O, rany, ale fajnie! – Bethany z rozkoszą usiadła w wannie 

pełnej  piany.  Wyglądała  jak  mała  wróżka  w  białej  muślinowej, 
pienistej szacie. 

 
Julia przysiadła na brzegu wanny, siłą się powstrzymując, by 

nie pocałować różowej buzi. Czuła się jakoś inaczej niż zwykle. 
Może to wiek, pomyślała; czas płynie i odbiór rzeczywistości się 
zmienia,  ja  też  się  zmieniam.  Dotąd  nigdy  nie  myślała  o 
dzieciach.  Teraz  na  widok  małej  Bethany,  która  nazywała  ją 
ciocią, jej serce topniało jak lód. 

–  Ciociu  – zaszczebiotała  dziewczynka  –  wyjdziesz  za  Bena 

za mąż, prawda? 

Było  to  tak  nieoczekiwane,  że  Julia  omal  nie  wpadła  do 

wanny. 

– N... nie, kochanie. 

background image

– A dlaczego? Nie lubisz go? 
– Lubię, ale on mieszka tutaj, a ja daleko stąd. 
Bethany plasnęła rączkami w pachnącą pianę. 
– Chyba możesz się tu przeprowadzić. 
Julia  błagalnie  spojrzała  na  Cathryn,  lecz  przyjaciółka 

zdawała  się  czekać  na  odpowiedź  z  równą  niecierpliwością  co 
córka. 

– Nie, kochanie, ja tutaj nie mam pracy. 
Bethany  wśliznęła  się  pod  wodę;  z  piany  wystawała  teraz 

tylko zarumieniona buzia. 

–  Nie  musisz  pracować,  Ben  pójdzie  do  pracy,  a  ty  sobie 

zostaniesz z dziećmi w domu. 

Z  dziećmi...  Poczuła  dziwne  ukłucie  w  sercu.  Dzieci...  Jej 

dzieci... 

– Ale ja lubię swoją pracę – powiedziała z wysiłkiem. 
– Bardziej niż Bena? 
Tym razem zaniemówiła. I tym razem Cathryn przyszła jej z 

pomocą. 

 
– Przestań już męczyć ciocię i wyłaź z tej wody. Masz gęsią 

skórkę. 

Dziewczynka  nie  od  razu  posłuchała.  Skusiła  ją  dopiero 

obietnica bajki przed snem. 

–  Przepraszam  za  to  przesłuchanie  –  powiedziała  później 

Cathryn, kiedy ułożywszy małą, zeszła na dół. 

– Nic nie szkodzi. Jest bardzo mała i nie wszystko rozumie. 
Cathryn wydęła wargi. 
– Przez usta maluczkich... przemawia prawda. 
Weszły  do  kuchni  i  Cathryn  krzyknęła  na  dół  do 

„chłopaków”, że daje im jeszcze piętnaście minut. 

– Napijesz się kawy? – spytała, zwracając się do Julii. 

background image

–  Chętnie.  –  Julia  ujęła  kubek  w  dłonie  i  przez  chwilę 

milczała. – Powiedz mi – odezwała się potem – czy nigdy ci nie 
przeszkadzało,  że  jesteś  tak  całkowicie  zależna  finansowo  od 
Dylana? 

Cathryn przysunęła sobie krzesło. 
– Przecież on też jest ode mnie zależny. To partnerski układ. 

Masz pojęcie, ile by go kosztowało, gdyby ktoś mu za pieniądze 
robił to wszystko co ja? Zresztą nie ma takich pieniędzy, bo ja to 
robię z miłości. 

Julia  popatrzyła  na  nią;  życie  przyjaciółki  było 

uporządkowane  i  stabilne.  A  co  będzie,  jeśli  on  cię  zostawi?  – 
pomyślała. Jak zapłacisz za dom i co postawisz na stole? I co się 
stanie  z  twoimi  dziećmi,  kiedy  na  cały  dzień  będziesz  musiała 
pójść do pracy, żeby zarobić na życie? 

Nie  mogła  o  to  zapytać;  nie  wolno  jej  było  zarażać 

przyjaciółki swoją trwogą. 

– Jakoś nie widzę siebie w takiej roli – oznajmiła po namyśle. 

– Pamiętam, jakie trudne życie miała moja matka. Bałabym się, 
że  pewnego  dnia  zostanę  na  lodzie.  Różowe  policzki  Cathryn 
poczerwieniały. 

–  Przepraszam,  że  to  mówię,  ale  nie  wszyscy  mężczyźni  są 

tacy jak twój ojciec. 

– Ale podobnych nie brakuje. W tym kraju połowa małżeństw 

się rozwodzi. 

– Tak, ale nie tylko z powodu mężczyzn. 
–  Jeszcze  jeden  dowód  na  to,  że  miłość  na  dłuższą  metę  się 

nie  sprawdza  –  zakończyła  Julia  z  goryczą  w  głosie  i  dodała, 
żeby zatrzeć ponure wrażenie: – Przepraszam, że tak kraczę. Ty 
masz  takie  udane  małżeństwo,  a  ja  ci  tu  przedstawiam  ciemne 
strony życia. Okropne. 

Cathryn uśmiechnęła się. 

background image

– Nie  masz za co  przepraszać. Zastanawiam się  tylko, przed 

czym ty się stale tak bronisz. 

Julia poczuła, że przyjaciółka czyta w jej myślach. Pochyliła 

głowę,  jakby  chciała  w  ten  sposób  ukryć  myśli  pod  włosami, 
które ciemną falą opadły jej na twarz. 

– Wiesz, Cath, ja bardzo go lubię. 
Cathryn wzruszyła ramionami. 
– Przecież to jasne. 
–  Dla  mnie  to  nowość.  Zawsze  byłam  zdeklarowaną 

samotnicą.  Oczywiście  spotykałam  się  z  mężczyznami,  ale 
zawsze  unikałam  stałych  związków.  Nigdy  nie  zamierzałam  z 
nikim się wiązać. 

– A teraz? 
Julia zalała się rumieńcem. 
– Też nie! Skądże! 
Po co w takim razie cała ta przemowa... 
 
–  Znam  Bena  dopiero  od  tygodnia.  Nie  myślę  o  naszej 

znajomości w takich kategoriach. 

– Zakochałaś się w nim, prawda? 
Julia  zmarszczyła  czoło.  Czy  się  w  nim  zakochała?  Może... 

Dotąd przecież myślała, że to jedynie fascynacja seksualna. 

– Nie rób takiej zrozpaczonej miny – roześmiała się Cathryn. 

– Gorsze rzeczy się zdarzają. 

Na szczęście gracze właśnie się zjawili i można było porzucić 

niebezpieczny temat. 

Zostali  u  Cathryn  i  Dylana  do  jedenastej  i  wreszcie  z 

ociąganiem zaczęli się zbierać do wyjścia. 

– Są bardzo mili – zauważył Ben w powrotnej drodze. 
Julia w milczeniu skinęła głową. 
– I mają bardzo miłe dzieci – dodał. 

background image

Znowu  odpowiedziała  tylko  skinieniem  głowy.  Dopiero  po 

pewnym  czasie  Ben  rzucił  jej  znad  kierownicy  krótkie 
spojrzenie. 

– Coś się stało? 
– Nie. Co się mogło stać? 
Po prostu całą  drogę zastanawiała  się, jak by to było, gdyby 

ona  miała  takie  życie.  Pomysł,  że  mogłaby  być  czyjąś  żoną  i 
czyjąś matką, zaczynał jej się podobać. Jak to jest tulić dziecko 
w  ramionach  albo  kłaść  się  wieczorem  obok  mężczyzny, 
wiedząc,  że  będzie  tu  również  rano,  następnego  dnia  i  za 
czterdzieści parę lat? 

Co  za  głupie  myśli!  Nie  czas  teraz  ani  miejsce  na  podobne 

mrzonki!  Nie  ma  sensu  analizować  życia  i  robić  planów  na 
przyszłość.  Wszystko  to  wina  tego  ciepłego,  domowego 
nastroju, jaki panował u Cathryn. Oszołomiło ją to i zamroczyło. 
Prześpi się, otrząśnie, i rano obudzi się równie trzeźwo myśląca 
jak zwykle. 

Trzeba  zachować  większy  dystans;  zbytnio  się  zbliżyła  do 

Bena  i  rzeczywiście  może  się  w  nim  zakochać;  Cathryn  ma 
rację. Kiedy myśli o dzieciach, oczami duszy widzi jego dzieci; 
kiedy  rozpatruje  możliwość  stałego  związku  z  jakimś 
mężczyzną,  widzi  tylko  Bena.  Oczywiste  szaleństwo,  jeśli  się 
weźmie  pod  uwagę,  że  znają  się  dopiero  od  kilku  dni. 
Zachowuje  się  zupełnie  jak  nastolatka,  która  wypisuje  na 
zeszytach imię chłopaka, którego zna z widzenia. 

Ben  zaparkował  przed  domem  i  wysiadł  z  samochodu,  żeby 

przed  Julią  otworzyć  drzwi.  Noc  była  cicha  i  bezwietrzna,  na 
niebie  świecił  księżyc,  cicho  szumiały  fale.  Cudowne 
zakończenie pięknego dnia. 

Podeszła  do  drzwi,  otworzyła  je,  ale  nie  weszła  do  środka. 

Bała się, że jeśli to zrobi, Ben podąży za nią i nie będzie miała 

background image

siły, żeby go odprawić. Odwróciła się, by go pożegnać na progu 
domu. 

– Dziękuję, że mnie dzisiaj zabrałeś – powiedziała, nerwowo 

skubiąc pasek torebki. – Było bardzo miło. 

Ben ujął jej rękę i uniósł do ust. 
– Cała przyjemność po mojej stronie. 
Poczuła  na  skórze  ciepło  jego  oddechu.  Przytulił  ją,  a 

ponieważ  stała  nieco  wyżej,  ich  twarze  znalazły  się  na  tym 
samym poziomie. 

–  Jakie  masz  plany  na  jutro?  –  zapytał  lekko  schrypniętym 

głosem. 

Z  trudem  zbierała  myśli;  w  jego  ramionach  stawała  się 

bezwolna i rozkojarzona. 

 
Jutro? Jakie jutro? O czym on mówi? 
– Może byśmy razem zjedli drugie śniadanie w Surfie? Robią 

tam  najlepsze  naleśniki  świata.  –  Pocałował  jej  skroń.  –  Ze 
świeżymi  truskawkami.  –  Pocałował  ją  w  szyję.  –  I  z  bitą 
śmietaną. 

–  Tak  –  odparła,  wcale  nie  mając  na  myśli  naleśników  z 

truskawkami ani bitej śmietany. – Och, tak... 

Powtórzyłaby  to  jeszcze  tysiąc  razy,  lecz  Ben  zaczął  ją 

całować w usta. Jego pocałunek wywoływał w niej spustoszenia 
niczym  rozprzestrzeniający  się  pożar.  Kiedy  wreszcie  oderwała 
się od niego, w jej głowie panowała pustka. 

– Może byśmy weszli do środka – zaproponował. 
Do środka? Też bardzo tego pragnęła, ale to wszystko działo 

się tak szybko, tak potwornie szybko... 

–  Może  lepiej  już  powiemy  sobie  dobranoc...  –  szepnęła.  – 

Przepraszam – dodała, widząc rozczarowany wyraz jego twarzy. 
– Jeszcze raz... przepraszam. 

background image

Ben spuścił głowę. 
– Nie jesteśmy dziećmi – rzekł, nie patrząc jej w oczy. 
– Już od dawna nie robiłem takich rzeczy, stojąc w progu. 
Poczuła  się  urażona,  mimo  że  wiedziała,  iż  nie  ma  do  tego 

prawa. 

– Nie wiedziałam, że idziesz do łóżka z każdą kobietą, którą 

zabierasz na kolację. 

– Tego nie powiedziałem. 
– Ale tak to zabrzmiało. 
Przymknął  oczy  i  z  trudem  się  opanował.  Po  chwili  był  już 

spokojniejszy. 

– W porządku, masz rację. Na tym powinniśmy skończyć. 
 
– Ja po prostu nie chcę żadnego z nas zranić. 
Uśmiechnął się z wysiłkiem. 
– Rozumiem. 
Julia zawahała się. 
– Co w takim razie z jutrzejszym śniadaniem? 
– Bez zmian – oświadczył, nie patrząc jej w oczy. Jego usta 

zadrżały. – Wpadnę do ciebie o dziesiątej. 

Odwrócił się i szybkim krokiem poszedł w stronę samochodu. 
 
 
Ledwo  zgasiła  światło,  usłyszała  warkot  silnika.  Jakiś 

samochód  zatrzymywał  się  na  podjeździe.  Usiadła  na  łóżku  z 
bijącym sercem. Czyżby Ben wrócił? Dlaczego? 

Ześliznęła się z łóżka, włożyła szlafrok i zbiegła na dół. Przez 

szybę  w  wewnętrznych  drzwiach  zobaczyła,  że  to  nie  jest 
samochód Bena. Przed domem zatrzymał się okazały saab. 

Zapięła szlafrok wysoko pod szyję, żałując, że nie zdążyła się 

ubrać. W tym stroju czuła się prawie naga. Bezbronna i samotna. 

background image

Wrażenie  to  pogłębiło  się  jeszcze,  gdy  rozpoznała  mężczyznę 
wysiadającego  z  auta:  był  to  Jeff  Parker,  żonaty  kochanek 
Amber. 

 

background image

11 

 
Julią wstrząsnął dreszcz. Co Jeff Parker robi tutaj o tej porze? 

Co on w ogóle tutaj robi? Przecież wcale się nie znają. 

Spojrzała  na  drzwi:  nie  były  zamknięte.  Z  bijącym  sercem, 

drżącymi rękami dotknęła zardzewiałej zasuwki. W końcu jakoś 
zdołała  ją  zasunąć.  Z  trudem  łapiąc  oddech,  próbowała  nie 
wpadać w panikę. 

Jeff  Parker  jej  nie  widział;  nawet  nie  wysiadł  jeszcze  z 

samochodu. Miotał się w środku, najwyraźniej próbując zarzucić 
na siebie kurtkę. W końcu zrezygnował i odrzucił ją na siedzenie 
obok. 

Ciekawe,  co  mu  jest?  Jest  ranny?  Wreszcie  niezgrabnie 

wysiadł,  rozprostował  się  na  całą  wysokość  i  zatrzasnął 
drzwiczki  samochodu,  a  potem  odwrócił  się  i  ruszył  w  stronę 
domu.  Kiedy  zaczął  chwiejnie  wstępować  na  schody,  Julia 
spłoszonym  wzrokiem  zmierzyła  odległość  dzielącą  ją  od 
telefonu. Nieproszony gość nacisnął klamkę, a widząc, że drzwi 
są zamknięte, uniósł wzrok i spostrzegł Julię stojącą za szybą. 

– Panno Lewis – powiedział sztucznie opanowanym głosem. 

–  Nazywam  się  Jeffrey  Parker  i  jestem  wiceprezesem  Banku 
Atlantyckiego na Harmony. 

– Wiem. Czego pan chce? 
Sama nie wiedziała, dlaczego zaraz nie rzuciła się do telefonu, 

by  zaalarmować  Bena  albo  Charliego.  Może  z  ciekawości. 
Ciekawe,  po  co  tu  przyszedł?  Poczuła  zapach  alkoholu  i  nieco 
się uspokoiła; po tym, co wypił, Jeff Parker nie może być zbyt 
niebezpieczny. 

Co  w  niczym  nie  zmieniało  faktu,  że  jest  sama  w  nocy  w 

pustym domu na odludziu... 

background image

I może nie docenia przeciwnika. 
– Chciałbym z panią porozmawiać. 
– Trochę późna pora, jak na rozmowy. 
– Ale ja muszę! – warknął. – I to zaraz! 
Przyglądając  mu  się,  Julia  zaczynała  rozumieć,  dlaczego 

Amber  się  z  nim  związała.  Był  wysoki,  przystojny,  doskonale 
ubrany; miał regularne rysy i starannie ostrzyżone włosy. 

– O czym? – zapytała krótko. 
–  O  czym?  –  żachnął  się.  –  Jak  to,  o  czym?  O  Amber, 

oczywiście. O Amber i o mnie. 

Spojrzał na nią rozwścieczonym wzrokiem. Mogła udawać, że 

o niczym nie wie, ale żeby nie tracić czasu, postanowiła grać w 
otwarte karty. 

– Rozumiem. Chodzi o romans, jaki mieliście... 
–  Właśnie,  doskonale  rozumiesz  –  przerwał  jej, 

nieoczekiwanie  przechodząc  na  ty.  –  Chodzi  o  nasz  romans,  o 
którym doniosłaś Slocumowi. 

W jego wzroku dostrzegła nienawiść. 
–  Komendant  Slocum  rozmawiał  z  tobą?  O  tym,  co  cię 

łączyło z Amber? – zapytała, usiłując zachować spokój. 

– Przylazł do mnie do pracy, wypytywał o wszystko w banku, 

tam gdzie wszyscy mnie znają i znają moją żonę... 

Kilka  razy  ze  złością  szarpnął  klamką.  Julia  nakazała  sobie 

spokój i co dziwniejsze, udało jej się posłuchać samej siebie. , – 
Skąd wiesz, że komendant dowiedział się tego ode mnie? 

– Bo nikt inny o tym nie wiedział. My... my oboje... 
– język mu się zaplątał – byliśmy bardzo dyskretni. 
Coś w jego głosie przyciągnęło jej uwagę; zupełnie jakby już 

kiedyś go słyszała. Przypomnienie przyszło nagle: poznała głos 
słuchacza,  który  pierwszego  wieczoru  poprosił  ją  o  nadanie 
piosenki o kobiecie w czerwonej sukni... 

background image

–  Skoro  to  była  taka  tajemnica,  skąd  ja  miałabym  o  tym 

wiedzieć? 

Wahał się chwilę. 
–  Amber  do  ciebie  napisała  –  oznajmił  Parker,  wymawiając 

słowa  ze  sztuczną  starannością  osoby  niezupełnie  trzeźwej.  – 
Sam widziałem list na jej stole, w kuchni. 

Kazałem  jej  go  podrzeć,  ale  powiedziała,  że  musi  ci  o 

wszystkim  opowiedzieć.  Jesteś  jej  najlepszą  przyjaciółką  i 
wszystko  sobie  mówicie,  więc  musi  ci  napisać,  jaka  jest 
szczęśliwa.  Zresztą,  skąd  byś  się  dowiedziała?  Mieszkasz 
daleko.  Nie  pozwoliłem  jej  wysłać  tego  listu,  ale  mnie  nie 
posłuchała. 

Już miała mu wyjawić, skąd naprawdę zna jego tajemnicę, ale 

się  powstrzymała.  Przecież  tamta  kobieta  pracuje  u  niego  i 
bardzo zależy jej na anonimowości. 

– Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam – odrzekła obojętnym 

głosem. 

Zbliżył twarz do szyby; jego usta pobielały z wściekłości. 
– Chcę ci powiedzieć, że to, co zrobiłaś, było podłe. 
Dopiero  po  chwili  zrozumiała,  że  chodzi  mu  o  to,  iż 

powiedziała o jego romansie Charliemu. 

– Ja? Przypominam ci, że to ty zdradzałeś żonę. 
–  Nie  twój  interes!  Nic  ci  do  tego!  –  Przez  chwilę  miała 

wrażenie,  że  w  kącikach  jego  ust  zaraz  ukaże  się  piana.  – 
Słyszysz?! 

On  chyba  jednak  może  być  groźny,  nawet  jeśli  niezupełnie 

pewnie trzyma się na nogach. 

– To nie twoja sprawa! Ani Slocuma! Ani mojej żony! 
Niczyja! 
W każdej chwili może stłuc szybę w drzwiach i wtargnąć do 

środka. 

background image

– Jeśli jeszcze komuś o tym powiesz albo piśniesz słówko w 

tej swojej cholernej audycji, pożałujesz! 

– Grozisz mi? – zapytała chłodno. 
– Radzę ci posłuchać. 
– A ja ci radzę wynosić się stąd. W przeciwnym razie zastanie 

cię tu policja. 

– Radzę ci nie dzwonić na policję, ostrzegam. 
Odszedł od drzwi, a potem znowu się odwrócił. 
 
– I zamknij się raz na zawsze, dość już szkody wyrządziłaś. 
Z  trudnością  zszedł  po  schodach  i  wężykiem  dotarł  do 

samochodu.  Julia  patrzyła  w  ślad  za  nim.  Trudno,  niech  jedzie 
pijany,  nie  będzie  go  zatrzymywać;  zresztą  Parker  do  pewnego 
stopnia panuje nad  sobą, skoro nie uległ pokusie i  nie  wyważył 
drzwi. 

Wróciła  do  domu,  sprawdziła  wszystkie  pokoje,  zamknęła 

okna  i  zapaliła  światła.  Całkowicie  rozbudzona,  przysiadła  na 
kanapie, zastanawiając się, czy dzwonić do Charliego albo Bena. 

Jest  bardzo  późno,  a  zresztą,  co  im  powie?  Że  Jeff  Parker 

odwiedził ją w nocy kompletnie pijany? To jeszcze nie zbrodnia. 
I  co  oni  niby  mają  zrobić?  Przecież  już  sprawę  załatwiła. 
Poszedł sobie i nic się przecież nie stało. Nic się nie stało, a ona 
jest zupełnie spokojna. No, może niezupełnie... 

Gdy  rozległ  się  dźwięk  telefonu,  podskoczyła  przerażona. 

Boże, żeby to tylko nie był Parker! 

– Słucham – powiedziała sucho. 
– Julia, to ty? 
Kurczowo objęła palcami słuchawkę. 
– Ben! 
 
 

background image

Ton jej głosu bardzo go zaskoczył. Powiedziała to tak, jakby 

mówiła „dzięki Bogu!”. 

– Strasznie przepraszam, że dzwonię o tej porze. Nie mam nic 

na swoje usprawiedliwienie... 

Nie  wiedział,  jak  jej  to  wytłumaczyć,  skoro  sam  nie  bardzo 

rozumiał, dlaczego do niej zadzwonił. 

 
Czuł się okropnie; był rozbity i przygnębiony, sfrustrowany i 

niezaspokojony.  Wrócił  do  domu,  zrobił  sobie  drinka  i  położył 
się na kanapie z jakąś durną książką w ręku. 

Chyba zasnął, bo następną rzeczą, jaką spostrzegł, było to, że 

książka ześliznęła mu się z piersi i upadła na podłogę. Usiadł i 
natychmiast  pomyślał  o  Julii,  co  o  tyle  nie  było  dziwne,  że  od 
kilku dni myślał o niej bez przerwy. Tym razem jednak myśl o 
niej pełna była jakiegoś niezrozumiałego niepokoju. 

Wstał i ruszył w stronę sypialni, zamierzając się położyć, lecz 

nie opuszczało go wrażenie, że w domu Prestona dzieje się coś 
niedobrego. 

Usiłował  zbagatelizować  niedobre  przeczucia,  ale  nie  był  w 

stanie  się  powstrzymać  i  mimowolnie  wystukał  numer  Julii, 
mając nadzieję, że w najgorszym razie jedynie się wygłupi. 

– Obudziłem cię? 
– Nie... Siedziałam i... czytałam. 
Siedziała sobie i spokojnie czytała, a on wydzwania do niej po 

nocy jak idiota. 

– Dobrze, że zadzwoniłeś. Sama chciałam to zrobić. 
Teraz zaniepokoił się naprawdę. 
– Czy coś się stało? 
– Po twoim wyjściu miałam gościa. 
Opowiedziała mu o niespodziewanych odwiedzinach Jeffa i o 

rozmowie, jaką z nią odbył. 

background image

– Zaraz do ciebie jadę. Nie możesz być sama w tym domu. 
–  Uspokój  się,  Ben.  On  już  nie  wróci.  Pewnie  pojechał  do 

siebie i już smacznie śpi. 

 
– Zawiadomiłaś o wszystkim Charliego? 
–  Nie.  Co  miałam  mu  powiedzieć?  Że  Jeff  Parker  wpadł  do 

mnie po pijaku i trochę się zdenerwował? 

– Właśnie to, i to, że ci groził. 
– Dobrze, zadzwonię do niego. 
– Kiedy? 
– Jutro rano. 
– Nie. Teraz, natychmiast, jak tylko się rozłączymy. 
–  A  przewidując  opór  z  jej  strony,  dodał:  –  Jeśli  tego  nie 

zrobisz, sam do niego zadzwonię. 

– Dobrze, już dzwonię. 
– A ja już do ciebie jadę. 
– Nie. 
–  Julia,  zrozum,  to  nie  przelewki.  Ten  facet  może  popełnił 

morderstwo,  a  teraz  jest  na  ciebie  wściekły.  On  jest 
niebezpieczny. 

Julia  nie  odpowiedziała;  słyszał  tylko  jej  oddech.  Dlaczego 

Ben  tak  mówi?  Czyżby  naprawdę  uważał,  że  Jeff  Parker 
zamordował Amber? 

– To naprawdę niepotrzebne, Ben, ale skoro się upierasz... 
– Będę u ciebie za pięć minut. 
 
 
Postawiła  dwa  kubki  grzanego  wina  na  małym  kuchennym 

stole i usiadła naprzeciwko Bena. Była spięta i zdenerwowana. 

–  Przypomnij  sobie  –  poprosił  Ben  –  czy  Jeff  coś  jeszcze 

powiedział? 

background image

W zamyśleniu uniosła kubek do ust. 
–  Nie,  i  nie  mogę  sobie  darować,  że  nic  z  niego  nie 

wyciągnęłam. Był przecież kompletnie pijany. Trzeba go było o 
wszystko  wypytać,  jak  się  poznali,  jak  to  się  zaczęło,  jak  się 
skończyło, co czuje po śmierci Amber, i tak dalej. A ja zamiast 
się  tego  dowiedzieć,  kazałam  mu  się  wynosić  i  zagroziłam 
policją. Straciłam taką okazję! Ben ujął jej rękę. 

–  Nie  wyrzucaj  sobie  tego.  Nic  innego  nie  mogłaś  zrobić.  I 

byłoby najlepiej, gdybyś nie zapominała zamykać drzwi. 

Zmarszczyła czoło. 
– Charlie powiedział mi to samo, kiedy z nim rozmawiałam. 
Pogładził ją po dłoni; była tak gładka  i delikatna jak srebrne 

światło księżyca, które nieśmiało zaglądało do kuchni. 

– Mówił, co zamierza teraz zrobić? Po tej wizycie Jeffa? 
Julia wyprostowała się na krześle. 
–  Na  razie  nic.  Nie  chce,  żeby  Jeff  się  dowiedział,  że 

natychmiast  zawiadomiłam  policję.  Powiedział,  że  robi  tak  ze 
względu na moje bezpieczeństwo. Ma zamiar go obserwować. 

Ben  nie  był  pewien,  jak  oceniać  postępowanie  komendanta: 

czy  chodzi  tu  rzeczywiście  o  względy  bezpieczeństwa,  czy 
raczej o niechęć do otwartego wystąpienia przeciwko komuś tak 
potężnemu jak Jeff Parker. 

–  A  wie  przynajmniej,  co  Parker  robił  tamtej  nocy,  kiedy 

zamordowano Amber? Przecież z nim rozmawiał. 

Julia skinęła głową. 
–  Powiedział  mu,  że  wieczorem  jechał  na  spotkanie  z 

ekologami, ale złapał gumę i musiał wrócić piechotą do domu po 
podnośnik.  Zanim  zmienił  koło,  upłynęło  sporo  czasu  i  kiedy 
wreszcie dojechał na miejsce, spotkanie już się skończyło. Nikt 
go  oczywiście  nie  widział  i  nie  ma  żadnego  świadka,  ale 
przysięgał, że tak właśnie było. 

background image

– Jak się domyślam, Charlie nie ma przeciwko niemu żadnych 

dowodów? 

– Nawet gdyby je miał, nie powiedziałby mi tego. 
Zresztą chyba nic nie ma. Jeff, kiedy tutaj był, wcale nie brał 

pod uwagę, że może być podejrzany o morderstwo. 

Wściekał  się  tylko,  że  ktoś  się  dowiedział  o  jego  miłosnej 

przygodzie. 

– Może rzeczywiście nie ma nic innego na sumieniu. 
– Może. 
Wyjęła dłoń z rąk Bena i lekko się odsunęła. 
– Biedna Amber – rzekła cicho. – Była taka łatwowierna, jeśli 

chodzi  do  mężczyzn.  Nieraz  jej  mówiłam,  że  powinna  bardziej 
uważać,  ale  ona  strasznie  łatwo  się  zakochiwała.  Zwłaszcza 
wiosną.  Kiedy  tylko  nadchodziła  wiosna,  od  razu  była 
zakochana. 

Ben  nie  spuszczał  z  niej  zaciekawionego  spojrzenia,  jakby 

oczekiwał,  że  to,  co  powie  dostarczy  mu  informacji  również  o 
niej samej. 

–  Jestem  pewna,  że  kochała  Jeffa.  Nawet  w  takim  stanie,  w 

jakim był dzisiaj, dało się zauważyć, jak bardzo jest atrakcyjny. 
Ma klasę i pieniądze, pozycję społeczną... 

Cóż  z  tego,  że  jest  żonaty  i  ma  dzieci.  Dla  Amber,  po  kimś 

takim jak Bruce, musiał być niczym książę z bajki. 

– I pewnie był. 
 
–  Przynajmniej  przez  jakiś  czas.  –  Twarz  Julii  stężała  i  Ben 

odczytał jej myśli; podejrzewała, że kochanek Amber mógł być 
również jej mordercą. 

–  Ona  nieraz  sama  nie  bardzo  umiała...  –  Julia  zacisnęła 

wargi. – Bardzo żałuję... 

– Czego żałujesz? 

background image

– Że nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły. 
– Ale dlaczego tak się stało? 
Przez pewien czas nie podnosiła wzroku, wpatrzona w swoje 

ręce. 

– Tak jakoś... Amber miała swoje życie, rodzinę, męża. Ja już 

do tego nie pasowałam. 

Bardzo  chciał,  żeby  mówiła  dalej;  może  wreszcie  się  o  niej 

czegoś  dowie,  może  nareszcie  zrozumie,  co  dzieje  się  pod  tym 
pozornym  spokojem  i  opanowaniem.  Julia  jednak  nie  dała  mu 
szansy, bo nagle zmieniła temat. 

– Powiedziałam Charliemu, że jedziesz do mnie. 
– No, dobrze... 
Przytaknęła z uśmiechem. 
– Tak. Nie  skomentował  tego, oczywiście, ale wyczułam, że 

jest zadowolony, że nie będę sama. 

Ben wzruszył ramionami. 
–  Przecież  ja  i  Charlie  możemy  się  jeszcze  kiedyś 

zaprzyjaźnić. 

–  Raczej  na  to  nie  licz.  Powiedział,  żebyś  uważał,  bo  w 

przeciwnym razie słono za to zapłacisz. 

– A gdybym... nie uważał? Doniesiesz na mnie? 
– Oczywiście. 
Ben  żartobliwie  wzniósł  oczy  do  nieba.  Julia  dopiła  wino  i 

wstała od stołu. 

 
– Idę do łóżka. Jestem tym wszystkim wykończona, muszę się 

położyć. 

Ben odsunął krzesło. 
– A gdzie ja będę spał? 
Pytanie  było  niewinne,  ale  zważywszy  na  okoliczności, 

zabrzmiało  raczej  dwuznacznie.  Kiedy  tak  siedział  w  nocy  z 

background image

Julią  przy  stole  w  kuchni,  w  której  siadywały  całe  pokolenia 
kobiet  i  mężczyzn, nie mógł  nie myśleć, jak to by było, gdyby 
byli  małżeństwem,  gdyby  zaraz  mogli  iść  na  górę  do  sypialni, 
położyć się do łóżka i nie martwić się, co będzie nazajutrz. 

– Możesz się położyć na kanapie w salonie. Dam ci poduszkę 

i koce. 

– Nie ma tu drugiego łóżka? 
– Jest, ale skoro zjawiłeś się tu w roli ochroniarza – wyjaśniła 

z  uśmiechem  –  powinieneś  chyba  spać  na  parterze,  żeby  lepiej 
słyszeć, czy wróg nie atakuje naszego zamczyska. 

Ma rację; z niechęcią musiał to przyznać. Spojrzała w stronę 

korytarza prowadzącego do drzwi wejściowych. 

– Za to łazienka jest tylko na górze. 
– W porządku. Znieś mi te koce, potem sobie pościelę, teraz 

pójdę zrobić obchód. 

– Dziękuję i dobranoc, Ben. 
Obszedł  cały  dom  od  piwnic  po  strych,  sprawdził  drzwi  i 

okna; zajrzał do garażu i starej stodoły. Światło latarni morskiej 
szeroką jasną struną omiatało przed nim drogę i sunęło w stronę 
morza. 

Okrążył  dom  po  raz  drugi,  żeby  dać  Julii  czas  na  spokojnie 

ułożenie  się  i  zaśnięcie.  Pragnął  uniknąć  dodatkowych  pokus 
związanych  ze  świadomością,  że  nie  będzie  spała,  kiedy  on 
wróci do domu. 

Podszedł  do  okna,  za  którym  było  studio,  i  zapatrzył  się  w 

ciemność.  Widział  teraz  to  samo,  co  widywała  Julia,  kiedy 
nadawała  swój  program.  Ogrom  pustej  przestrzeni  i  kilka 
światełek migoczących w oddali. Pustka i samotność. 

Nagle zdał sobie sprawę z tego, czym naprawdę jest jej życie. 

Zwykle  bardzo  stanowczo  broniła  swojej  samodzielności  i 
samowystarczalności.  Była  niezamężna,  bezdzietna,  wolna  i  z 

background image

nikim nie związana. Nie miała stałej pracy ani grona przyjaciół. 

„Bardzo  żałuję,  że  nasze  drogi  się  rozeszły”,  powiedziała, 

myśląc  o  Amber,  i  prawdopodobnie  było  to  jedyne  szczere 
wyznanie, jakie w jego obecności uczyniła. „Bardzo żałuję... „ 

Była  potwornie  samotna.  Łaknęła  miłości,  przyjaźni  i 

serdeczności  jakiejś  ludzkiej  istoty.  Nietrudno  było  odgadnąć, 
dlaczego tak się broniła przed  okazaniem prawdziwych  uczuć i 
emocji.  Powody  większości  zahamowań  można  znaleźć  w 
dzieciństwie, a czymże było dzieciństwo Julii? Ojciec opuścił ją, 
kiedy  była  dzieckiem;  matka  pracowała  i  nie  miała  dla  niej 
czasu; nie było nikogo, kto zauważyłby jej wrażliwość. 

Miała  tylko  pracę.  Miała  jedynie  swój  głos,  którym  mogła 

docierać do ludzkich istot rozproszonych po wyspie. Ben nagle 
zobaczył  głos  Julii  pod  postacią  promienia  zataczającego 
świetlisty  krąg  po  Harmony  w  poszukiwaniu  zrozumienia  i 
bliskości.  Rzucała  wołanie  w  ciemność  i  pustkę  i  odnajdywała 
odległe echo odpowiedzi. 

 
Nagle  poczuł  się  spokojny  i  silny.  Odnalazł  do  niej  klucz, 

wiedział  już,  czego  się  trzymać.  Julia  nie  może  spędzić  w  ten 
sposób całego życia; musi w pewnej chwili zrozumieć, że nic nie 
zastąpi  bezpośredniego  kontaktu,  że  nie  można  istnieć,  nadając 
komunikaty z wieży z kości słoniowej. 

Jakiś  szelest  wyrwał  go  z  zamyślenia.  Wielki  groźny  cień 

oderwał  się  od  muru  i  dziki  królik,  pomniejszony  nagle  i 
niegroźny  w  świetle  księżyca,  oddalił  się  w  podskokach, 
znikając w krzakach. 

Skoro  dzikie  króliki  hasają  sobie  tak  swobodnie,  to  znak,  że 

nastała głęboka noc. 

Wrócił do domu, starannie zamykając drzwi na klucz. Potem 

poszedł  do  salonu,  wziął  torbę  ze  swoimi  rzeczami  i  cicho,  by 

background image

nie obudzić Julii, udał się na górę. W holu paliło się światło, ale 
w jej pokoju panowała ciemność. 

Szedł  cicho,  starając  się  robić  jak  najmniej  hałasu.  Kiedy 

mijał sypialnię Julii, usłyszał nagle cichy głos: 

– Ben... 
To niemożliwe, niemożliwe, nie... 
– Tak? 
Nie  odpowiedziała.  Wyciągnął  rękę  w  stronę  klamki  i 

zawahał się. 

– Ben, wejdź na chwilę, dobrze? 
Wszystko tylko mu się śni; to przecież nie może być jawa... 
Nacisnął  klamkę  i  zajrzał  do  środka.  W  pokoju  panowała 

ciemność, światło padające z korytarza oświetlało tylko kawałek 
ściany i łóżko. 

– Słucham – powiedział, postępując krok do przodu. 
 
Postać  w  łóżku  usiadła,  podciągając  prześcieradło  pod  samą 

szyję. Dobiegł go zaniepokojony głos Julii: 

– Wszystko w porządku? 
– Tak. Dlaczego pytasz? 
– Tak długo cię nie było. 
– Wszystko w porządku, śpij spokojnie. 
Gratulując  sobie  opanowania  i  kontroli  nad  zmysłami, 

odwrócił się, żeby wyjść. 

– Ben... 
– Tak? 
– Mógłbyś przy mnie usiąść na chwileczkę? 
Niebywałe.  Dwie  godziny  temu wyrzuca  go  z  domu,  a  teraz 

zaprasza do swojej sypialni... Podszedł i stanął w nogach łóżka. 

– Przyrzekam, że wcale nie będę cię wodzić na pokuszenie... 
Uśmiechnął się w duchu. Dobre sobie... 

background image

– Coś cię dręczy? – zapytał głośno. 
–  Nic  specjalnego,  po  prostu  nie  mogę  zasnąć  i  tak  sobie 

myślę  o  różnych  rzeczach.  Może  moglibyśmy  chwilę 
porozmawiać... jeśli chcesz. 

Odsunęła się, robiąc mu miejsce obok siebie. Usiadł, starając 

się jej nie dotknąć, i oparł się o wezgłowie łóżka. 

– A o czym chciałabyś porozmawiać? 
–  Powiedz,  dlaczego  do  mnie  zadzwoniłeś?  Nie  wyjaśniłeś 

tego jeszcze... 

Powiedziała  to  swoim  radiowym  głosem  i  poczuł,  że 

zmysłowy  aksamitny  głos,  który  miał  już  okazję  słyszeć  z 
odległości, jest teraz tuż obok niego. Przypomniał sobie złociste 
pasmo wędrujące po wyspie. 

 
– Tak zadzwoniłem, po prostu. Zdrzemnąłem się i obudziłem 

z  poczuciem,  że  dzieje  się  coś  złego  i  że  potrzebujesz  mojej 
pomocy. 

Julia uniosła głowę. 
– Tak tylko żartujesz, prawda? 
– Wcale nie. 
– Często masz... takie przeczucia? 
Nie widział wyrazu jej twarzy, lecz miał wrażenie, że po raz 

pierwszy zdołał czymś obudzić jej ciekawość. 

– Nie, to mi się zdarzyło chyba po raz pierwszy. 
Julia znowu opadła na poduszki. 
– Pewnie to był tylko zbieg okoliczności. Musiałeś myśleć o 

sprawie Amber, powiedziałeś mi, że powinnam zamknąć drzwi... 

– Tak, coś mi się po prostu przywidziało. 
– Pewnie tak, ale dziękuję, że się o mnie bałeś. 
Pragnął  dotknąć  jej  ramienia,  pragnął  pogładzić  jej  włosy, 

pragnął choć na krótką chwilę wziąć ją w ramiona. Na wszelki 

background image

wypadek położył sobie ręce pod głowę. 

– Nie mogę przestać myśleć o sprawie Amber. 
– Ja też. 
Julia na chwilę zamilkła; szczelniej otuliła się kołdrą. 
– Jeff Parker powiedział mi dziś coś dziwnego. 
– Co? 
–  Powiedział,  że  Amber  napisała  do  mnie  list,  w  którym 

wspomniała o tym, co ich łączy. 

Głos  Julii  zadrżał.  Ben  z  wahaniem  dotknął  jej  włosów. 

Przyjęła jego gest z wdzięcznością. 

– Strasznie się z tym czuję – westchnęła. – Amber chciała mi 

wszystko  powiedzieć,  ale  nie  wysłała  tego  listu.  Może  dlatego, 
że  Parker  jej  nie  pozwolił,  a  może  dlatego,  że  nasze  drogi  się 
rozeszły i myślała, że jej nie zrozumiem. 

Pogłaskał ją po włosach. 
–  Nie  ma  w  tym  twojej  winy.  Mieszkałaś  daleko,  bo  tam 

miałaś pracę. 

– Tak, wiem, ale byłam jej najlepszą przyjaciółką i... 
zostawiłam  ją.  Nie  myślałam,  że  byłam  dla  niej  kimś  tak 

ważnym. Ja nie wiedziałam... – zamilkła. 

–  Nie  wiedziałaś,  że  ktoś  może  cię  tak  kochać?  – 

podpowiedział. 

Nie musiał na nią patrzeć, by dostrzec łzy w jej oczach. 
– Nie przypuszczałam, że mam tu kogoś tak bliskiego. 
Uważałam, że nie mam już prawdziwych przyjaciół. – Otarła 

oczy  rąbkiem  prześcieradła.  –  Ja  się  nie  skarżę,  Ben.  To 
częściowo moja wina, ale jestem tak strasznie... 

– Jej głos załamał się. – Jest mi żal Amber i żal mi siebie, i... 

Czy możesz mnie przytulić? 

Nie  wierzyła,  że  mogła  to  powiedzieć,  że  mogła  poprosić 

kogoś,  by  ją  pocieszył.  A  do  tego  mężczyznę...  Kiedy  jednak 

background image

Ben objął ją i przytulił, wszystko nagle stało się zrozumiałe. To 
nie był jakiś obcy człowiek, to był Ben. Przylgnęła do niego, siłą 
powstrzymując łzy. 

– Nie jesteś sama – powiedział, tuląc ją w ramionach. 
– Nie jesteś sama. 
Czuła,  jak  jej  oddech  z  wolna  się  uspokaja,  a  serce  zaczyna 

bić spokojnie i miarowo. 

Nie jest już sama, ma przy sobie Bena. Zawsze tego pragnęła, 

ale bała się. Tej nocy bardziej przestraszyła się samotności i ten 
lęk zwalczył tamten. 

 
Usiadła, pochyliła się nad Benem i delikatnie pocałowała go 

w usta. 

– Dziękuję ci – szepnęła. 
– Za co? 
– Za to, że czekałeś. 
Wiedziała, że nie  od razu  zrozumiał, co  to  oznacza;  spojrzał 

na nią pytająco, z nadzieją. 

– Czy... jesteś tego pewna? 
– Całkowicie – odparła z uśmiechem. 
Oczy Bena zwęziły się. 
– Uprzedzam, że to będzie noc, której nigdy nie zapomnisz. 
– Właśnie na to liczę. 
– W takim razie... 
Przyciągnął  ją  do  siebie  i  zaczął  całować  w  sposób,  w  jaki 

jeszcze  jej  nie  całował.  Julia  nigdy  czegoś  takiego  nie 
doświadczyła; nigdy nawet o czymś takim nie marzyła. Straciła 
kontakt z otaczającą rzeczywistością i jej jedyną rzeczywistością 
stał się Ben. 

W pewnej chwili Ben przestał ją całować. 
– Co się stało? – spytała rozczarowana. 

background image

Wstał i jednym ruchem zrzucił kołdrę na podłogę. 
– Bez tego będzie nam lepiej. 
Spojrzała mu w oczy i pod wpływem jego spojrzenia ogarnęło 

ją drżenie, nie mające nic wspólnego z nocnym chłodem. 

– Jesteś taka piękna... 
Przez chwilę patrzył na nią, a potem wrócił do łóżka i położył 

się przy niej. 

– Jest jeszcze jedno. Czy jesteś zabezpieczona? 
 
Julia pokręciła głową. 
– Czy to znaczy, że nie masz... 
– ... prezerwatyw? Mam, oczywiście. Nie dlatego, żebym się 

czegoś  spodziewał,  skądże.  Po  prostu  miałem  nadzieję,  że 
pewnego dnia zmienisz zdanie i chciałem być przygotowany. 

–  Nie  musisz  się  tłumaczyć.  Bardzo  dobrze,  że  jesteś 

przygotowany. 

Objęła  go  za  szyję  ruchem,  który  świadczył,  że  dyskusję 

uważa za zakończoną. 

– Ben... 
Jego dłonie poczęły wędrować po jej ciele i jej ciało zaczęło 

odpowiadać na jego wezwanie. 

– Jesteś cudowna, szaleję za tobą... 
Nigdy  nie  słyszała  takich  słów  i  dopiero  teraz  czuła,  jak 

bardzo były jej potrzebne. 

– Usiądź – powiedziała. 
A  kiedy  spełnił  jej  prośbę,  rozpięła  mu  koszulę  i  zaczęła 

pieścić jego skórę. Ben zdjął jej koszulę nocną i odrzucił daleko 
w  mrok.  Mimo  ciemności  czuła,  jak  jego  ciało  odpowiada  na 
dotyk jej dłoni. 

–  Jesteś  pewna,  że  chcesz?  –  zapytał  jeszcze  raz.  –  Muszę 

mieć pewność. 

background image

Objęła go znowu i spojrzała mu prosto w oczy. 
– Ben, ściągnij wreszcie spodnie. 
Zrobił to, o co prosiła. Był cudownie zbudowany. 
Przesunęła dłonią po jego ciele i zatrzymała się onieśmielona. 

Ben kilkoma ruchami przywrócił jej odwagę. 

Czuła  się  dziwnie  rozdwojona;  wiedziała,  że  powinna  czuć 

lęk  i  niepewność  wobec  nieznanej  sytuacji,  a  jednocześnie,  w 
ramionach  Bena,  czuła  się  wyjątkowo  pewnie  i  bezpiecznie. 
Przy  nim  nareszcie  mogła  być  sobą;  mogła  bez  strachu 
okazywać  swoje  potrzeby  i  bez  obawy  domagać  się  uczucia. 
Była  wolna;  wolna  i  bezpieczna.  Ben  był  cierpliwy  i 
wspaniałomyślny;  spokojnie  i  pewnie  czerpał  z  nieprzebranych 
zasobów swych pieszczot, obdarzając ją hojnie rozkoszą. 

– Czy nie sprawiam ci bólu? – spytał w pewnej chwili. 
– Nie. Ja... 
– Spójrz na mnie. 
Otworzyła  oczy,  przebijając  się  przez  ostatnią  zasłonę,  za 

którą  była  już  tylko  ekstaza.  Nabrzmiała  rozkoszą  i  bólem, 
pomyślała, że niedługo opuści Harmony i już nigdy nie zobaczy 
Bena.  Nagle  jej  myśli  rozpierzchły  się  pod  wpływem 
ostatecznego momentu i przyjęła to, co działo się z Benem, jak 
część samej siebie. 

Opadli  potem  oboje  na  łóżko  i  przez  chwilę  panowała  cisza 

przerywana tylko ich z wolna uspokajającymi się oddechami. 

– Boże... – szepnął wreszcie Ben. 
Uniósł  głowę  i  spojrzał  Julii  w  oczy.  Nie  odezwała  się,  nie 

znajdując  słów,  aby  wyrazić  pełnię  i  błogostan,  w  jakim  się 
znajdowała. Schyliła się, podniosła kołdrę z podłogi i przykryła 
ich oboje. W chwilę potem zapadli w głęboki sen. 

 

background image

12 

 
Czas płynął, a oni się kochali. 
Całą noc i większą część dnia spędzili w łóżku. Od czasu do 

czasu  zapadali  w  krótki  sen,  po  czym  zaczynali  kochać  się 
ponownie, rozbudzeni bliskością swych ciał. Pragnęli siebie tak 
bardzo,  że  każda  chwila,  w  której  nie  obejmowali  się  i  nie 
całowali, wydawała im się daremnie utraconym czasem. 

W  niedzielę  zbudzili  się  wyczerpani.  Dochodziło  południe; 

przespali  kontrolny  telefon  Charliego,  przespali  dźwięk 
kościelnych  dzwonów  wzywających  wiernych  na  modlitwę, 
przespali wszystko oprócz samych siebie. Byli dla siebie całym 
światem,  nareszcie  nasyceni;  mieli  spokój  w  duszy,  ciele  i  w 
myślach. 

Zbudzili  się,  ale  nie  od  razu  wstali.  Donikąd  im  się  nie 

śpieszyło.  Świat  nie  miał  im  nic  do  oferowania.  Leżeli  objęci, 
zastanawiając  się  głośno,  co  zrobić  na  śniadanie  czy  też  na 
lunch,  a  może  nawet  już  na  kolację,  zawieszeni  w  czasie  i 
zagubieni  w  przestrzeni.  Ben  lekko  gładził  plecy  Julii,  Julia 
wsuwała dłonie we włosy Bena. 

W końcu postanowili napić się kawy i wypili ją w łóżku, aby 

nie tracić sił nadwątlonych przez miłość. 

Potem wzięli razem kąpiel i Julia zaznała nie znanej jej dotąd 

rozkoszy,  jaką  jest  leżenie  w  wannie  z  ukochanym  mężczyzną. 
Wszystko od poprzedniego dnia robiła po raz pierwszy. Kochała 
się  w  nowy,  nieznany  sposób,  doświadczała  siebie  niczym 
nieznanej,  wspaniałej  istoty,  myła  plecy  Bena  i  pozwalała,  by 
łagodnymi, sprawnymi ruchami on mył jej głowę. 

Rozmawiali  przy  tym,  pryskali  na  siebie  wodą,  wycierali 

sobie  załzawione  oczy,  i  wyszli  z  wanny  dopiero,  gdy  woda 

background image

kompletnie już wystygła. 

Ubrali się, zeszli do kuchni, usmażyli sobie jajka na bekonie, 

potem  zjedli  jeszcze  grzanki  z  serem.  Później  zrobili  sobie 
świeżą kawę i z kubkami w rękach wyszli na patio pogrzać się w 
słońcu. 

Po  południu  udali  się  na  daleki  spacer  po  okolicznych 

wzgórzach i nadmorskich skałach. Wędrowali, trzymając się za 
ręce,  i  opowiadali  sobie  całe  swoje  dotychczasowe  życie.  Byli 
jak  para  nastolatków,  którzy  po  pierwszej  wspólnie  spędzonej 
nocy pragną przekazać sobie całą swoją przeszłość, aby oddanie 
stało  się  jeszcze  bardziej  pełne.  Usiedli  potem  u  stóp  latarni 
morskiej i Julia opowiedziała Benowi znane sobie z dzieciństwa 
historie  o  zaginionych  żeglarzach  i  statkach  widmach 
nawiedzających wody zatoki. 

Potem  wstali  i  poszli  dalej,  co  jakiś  czas  przystając,  by  na 

dłużej zatrzymać w oczach ulotną chwilę i utrwalić ją za pomocą 
aparatu  fotograficznego.  Starali  się  nie  myśleć  o  rozstaniu,  by 
nie niszczyć cudownego dnia. 

Kolację zjedli w domu Bena, gdzie wpadli na chwilę, bo Ben 

chciał  się  przebrać.  Ben  usmażył  steki,  ugotował  ryż,  zrobił 
sałatę,  a  do  tego  podał  czerwone  francuskie  wino, 
przechowywane na specjalną okazję. 

Tego wieczoru  Julia nie miała  ochoty prowadzić  audycji, bo 

wolała  kilka  dodatkowych  godzin  spędzić  z  Benem,  lecz  w 
piątek,  kiedy  zapowiadała  sobotnią  przerwę,  przyrzekła 
słuchaczom, że w niedzielę będzie na posterunku. Nie mogła ich 
zawieść. 

Robienie audycji razem z Benem okazało się bardzo zabawne. 

Ucieszyli  się  bardzo,  kiedy  w  pewnej  chwili  jakiś  słuchacz 
zadzwonił  i  zapytał,  dlaczego  tego  wieczoru  wszystkie 
„kawałki”  są  takie  romantyczne.  Przyznali  mu  rację,  Julia 

background image

natychmiast puściła piosenkę Tony’ego Bennetta „Zabierz mnie 
na Księżyc” i zaczęła z Benem tańczyć w studio. 

Znacznie później, kiedy już pożegnała słuchaczy, zadzwoniła 

do Charliego, by mu powiedzieć, że wszystko w porządku i żeby 
się o nią nie martwił. 

A  potem,  kiedy  już  poszła  z  Benem  do  sypialni  i  otrzymała 

swoją  porcję  miłości,  ułożyła  się  wygodnie  w  ramionach 
kochanka i jeszcze raz przypomniała sobie tamten moment. Ona 
i Ben tańczą w studio przy dźwiękach piosenki o miłości... 

Łzy napłynęły jej do oczu. 
Przeżyła  właśnie  najpiękniejsze  doświadczenie  swojego 

życia. Gdy unosiła się w tańcu w ramionach Bena, 

czuła, że  naprawdę  frunie  w  stronę  Księżyca  ku  drżącym  na 

niebie gwiazdom. Wiedziała, że taka chwila zdarza się tylko raz 
i że tylko raz w życiu słyszy się takie słowa jak te, które szeptał 
jej Ben. 

Kiedy  nagranie  dobiegało  końca,  złożyła  głowę  na  jego 

ramieniu  i  wiedziała,  że  nie  wyszepcze  „kocham  cię”,  bo 
wyszeptać tego nie może. 

Teraz zamknęła oczy, pozwoliła łzom płynąć po policzkach i 

nie zastanawiała się, czy płacze ze szczęścia, czy z rozpaczy. 

 
 
Nastał  poniedziałek  i  natychmiast  zeszli  na  ziemię. 

Rzeczywistość osaczyła ich i zmusiła do działania. Ben pojechał 
do siebie wykąpać się i przebrać przed pójściem do pracy, a Julia 
sprzątnęła kuchnię, wyprała pościel i pojechała na policję, żeby 
się  dowiedzieć,  co  nowego  słychać  w  sprawie  morderstwa 
Amber.  Poprzedniego  wieczoru  słuchacze  dopominali  się  o 
wiadomości i ze wstydem musiała przyznać, że nic nie wie. 

Gdy weszła, Charlie właśnie rozmawiał z kimś przez telefon. 

background image

– Bardzo dziękuję, to bardzo ważne – usłyszała tylko, zanim 

odłożył słuchawkę. 

Zwrócił ku niej uśmiechniętą twarz. 
– Co tam masz? – zapytała ciekawie. 
– Zamknij drzwi, maleńka. 
Zrobiła,  o  co  prosił,  i  usiadła  naprzeciw  niego  przy  biurku. 

Charlie  rzucił  na  nią  wzrokiem  i...  jakby  zapomniał,  co  miał 
powiedzieć.  Zarumieniła  się  gwałtownie.  Czy  naprawdę 
wszystko po niej widać? 

 
– Był z tobą ten Grant? 
– Charlie, daj spokój... No dobrze, był. 
–  Cokolwiek  między  wami  jest,  to  sprawa  bez  przyszłości, 

chyba wiesz? 

Nie  miała  nastroju  do  wysłuchiwania  kazań.  Dość  miała 

własnych problemów i wątpliwości. 

– Miałeś mi coś powiedzieć? Kto dzwonił? 
Twarz Charliego stężała. 
–  To  tylko  do  twojej  wiadomości,  rozumiesz?  Nikomu  tego 

nie wolno powtarzać. Właściwie i tobie nie powinienem mówić. 

– Ale mów, słucham. 
Charlie sapnął. 
– Zrobiłem mały wywiad i dowiedziałem się kilku ciekawych 

rzeczy o Jeffie Parkerze. 

Jeff  Parker.  Julia  zmarszczyła  brwi.  Jego  nocna  wizyta  w 

domu  na  wzgórzu  wydała  jej  się  odległa  o  kilka  tysięcy  lat 
świetlnych. 

–  Zaraz  po  skończeniu  studiów  zaczął  pracować  w  pewnej 

firmie  ubezpieczeniowej  w  Hartford,  w  stanie  Connecticut. 
Kiedy  był  tam  zatrudniony,  wybuchła  jakaś  afera,  ktoś 
zdefraudował  pieniądze,  wystawił  fałszywe  polisy,  zagarnął 

background image

pieniądze  klientów.  Winnego  nigdy  nie  znaleziono,  ale  Parker 
znajdował się w gronie podejrzanych. 

Julia  miała  nadzieję,  że  jej  rozczarowanie  nie  jest  zbyt 

widoczne. Co jakieś finansowe nadużycia sprzed dwudziestu lat 
mogą mieć wspólnego z morderstwem Amber? 

–  Potem  zaczął  pracować  w  biurze  maklerskim  w  Nowym 

Jorku.  Teraz  jest  tutaj.  W  międzyczasie  przez  pół  roku  był 
ekspedientem w sklepie obuwniczym. 

 
– A co się stało wtedy, kiedy był maklerem? 
–  Wybuchła  nowa  afera,  znowu  zniknęła  spora  suma, 

przeprowadzono  śledztwo,  ale  nikogo  oficjalnie  nie  oskarżono. 
W takich sprawach strasznie trudno coś dowieść. 

Wiadomo tylko, że do defraudacji doszło w jego dziale. 
– Coś w tym jest. 
Charlie nareszcie wzbudził jej zainteresowanie. 
–  Po  tym  wszystkim  związał  się  z  Atlantic  Trust;  najpierw 

pracował w Bostonie, a potem przysłali go tutaj. 

– I co? 
–  Podczas  jego  pobytu  w  Bostonie  doszło  do  pewnego 

epizodu: ktoś pocztą elektroniczną przelewał pieniądze firmy na 
prywatne konto. 

Julia pochyliła się ku niemu. 
– I co? Mów! 
–  Nie  znaleźli  przeciwko  niemu  dowodów.  –  W  głosie 

Charliego  zabrzmiało  rozczarowanie.  –  Jedynym  podejrzanym 
był  jego  bezpośredni  zwierzchnik,  jemu  postawiono  zarzuty  i 
jego  skazano.  Ale  Parker  przy  okazji  chyba  niejednego  się 
nauczył, jak myślisz? 

Julia zmarszczyła czoło. 
– Myślisz, że w banku na wyspie dzieje się coś niedobrego? 

background image

– Nie wiem. Może to tylko zbieg okoliczności, że gdzie tylko 

Parker  się  zjawia,  zaraz  coś  zaczyna  śmierdzieć,  ale  tak  czy 
inaczej,  będę  się  musiał  zainteresować  działalnością  Atlantic 
Trust na Harmony. 

Uniosła na niego oczy. 
– Myślisz, że Amber coś o nim wiedziała? 
Charlie wzruszył ramionami. 
 
– Nie można tego wykluczyć. 
Niczego  nie  można  wykluczyć,  ale  nadużycia  finansowe 

zdarzają  się  wszędzie.  To,  że  Jeff  Parker  pracował  w 
instytucjach,  gdzie  zdarzały  się  również,  niczego  nie  dowodzi. 
Nie można zaraz podejrzewać, że w miejscowym banku doszło 
do  defraudacji  i  że  Amber  została  zamordowana,  bo  o  tym 
wiedziała. Charlie tylko spekuluje, nie ma żadnych dowodów. 

W  każdym  bądź  razie  dobrze,  że  energicznie  zabrał  się  do 

śledztwa.  Nie  podejrzewała,  że  jest  do  tego  zdolny.  Teraz  ona 
musi  powiedzieć  ludziom,  jakiego  mają  komendanta,  bo  od 
pewnego  czasu  dają  się  słyszeć  głosy  poddające  w  wątpliwość 
jego  kompetencje.  Nawet  jej  słuchacze  narzekali,  że  uznał 
zbrodnię  za  samobójstwo,  a  w  dwóch  gazetach  napisano  coś  o 
jego  „nieudolności”.  Ben  również  planuje  atak.  Charlie  nie  ma 
dużo czasu. Jeśli natychmiast nie popisze się skutecznością, nic 
go nie uratuje. 

–  Powiedziałem  ci  to  wszystko  –  odezwał  się  –  żebyś  się 

miała  na  baczności.  Parker  może  być  bardzo  niebezpieczny. 
Trzymaj się od niego z daleka. 

– Przecież to on do mnie przyszedł. 
– Wiem i nie zamknąłem go tylko dlatego, że nie chcę drania 

spłoszyć. Poczekam na wynik kontroli w banku. 

Julia  rozejrzała  się  po  gabinecie  i  znowu  spojrzała  na 

background image

Charliego. 

– Masz jakieś wyniki z laboratorium? 
Skrzywił się. 
– Mam, ale nic nowego nie wnoszą. 
– Żadnych śladów? Żadnych odcisków palców? 
Pokręcił głową. 
 
– Nie ma cudzych włosów, próbek skóry, śladów krwi... Nic 

takiego? 

– Nic a nic. 
– A co z alibi Parkera? Nic nowego nie wiesz? 
W oczach Charliego w końcu zabłysło nikłe światełko. 
–  Rozmawiałem  z  ludźmi  z  warsztatu  samochodowego. 

Parker nie był u nich od dwóch lat, nie miał kłopotów z kołem i 
nic nie wymieniał. 

Może Charlie jednak słusznie podejrzewa Parkera? 
–  Ale  skąd  taki  szanowany  obywatel  jak  Jeff  Parker  miałby 

wytrzasnąć narkotyk? 

–  Szanowani  obywatele  też  nieraz  dają  sobie  w  żyłę,  moja 

droga. Mógł się zaopatrzyć w Bostonie; lata tam raz na miesiąc 
w sprawach służbowych. 

Julia wstała i przysiadła na biurku komendanta. 
– A co z Bruce’em? 
– Zaczął się interesować domem byłej żony. Tym też się będę 

musiał zająć. Rodzice Amber poprosili o pozwolenie zabrania z 
domu osobistych rzeczy córki, zanim on wszystko zagrabi. 

Julia poczuła, jak ogarnia ją gniew. 
– To on na dodatek dostanie jeszcze jej dom? 
– I knajpę, i wszystko, co było ich wspólną własnością. 
Zaklęła brzydko pod nosem. 
– Rozumiem, co czujesz, kochanie – odezwał się Charlie. – Ja 

background image

myślę  tak  samo,  ale  jesteśmy  bezsilni.  Nie  mam  żadnych 
dowodów, a bez dowodów nic mu nie mogę zrobić. 

Julia schyliła się po leżącą na podłodze torebkę. 
 
– W takim razie szukaj. Jestem pewna, że coś się znajdzie. 
– Będę szukał, a ty możesz powiedzieć swoim słuchaczom, że 

śledztwo trwa, ludzie mi pomagają i wszystkim jestem bardzo za 
to wdzięczny. 

Podeszła do niego i pocałowała go w policzek. 
– Trzymaj się, Charlie. 
Uśmiechnął się. 
–  Będę  się  trzymał.  Wypijam  już  tylko  jedną  szklaneczkę 

whisky przed snem. Nie mogę stać się aniołem z dnia na dzień. 

– Jesteś aniołem i zawsze nim byłeś, pamiętaj o tym. 
 
 
Czas pędził jak oszalały. Z poniedziałku zrobił się wtorek, a z 

wtorku środa, która właśnie mijała. 

Ben żył jak w amoku. W pracy przysypiał, pismo redagował 

niedbale,  interesował  się  tylko  sprawą  Amber,  i  to  jedynie 
dlatego, że miała coś wspólnego z Julią. Całe jego życie toczyło 
się  wokół  Julii.  Razem  jadali  lunche,  po  pracy  jechał  do  niej  i 
zostawał  do  rana.  Stała  się  jego  obsesją.  Julia,  Julia,  Julia.  W 
głowie miał tylko Julię. 

Kiedy  Scott  Bowen  zatelefonował  do  niego  w  środę,  z 

trudnością sobie przypomniał, o co go prosił. 

–  Zająłem  się  tymi  narkotykami  i  chyba  znalazłem  coś 

ciekawego – powiedział bez wstępów młody policjant. 

Ben  siedział właśnie wpatrzony w jedno ze  zdjęć Julii, jakie 

zrobili sobie na skałach. 

– Tak? Słucham. 

background image

–  Trzy  tygodnie  temu  niejaki  Kenny  Lopes  został 

aresztowany i oskarżony o gwałt. Jego ofiara została zbadana w 
szpitalu  i  wykryto  u  niej  ślady  silnego  narkotyku.  Sprawa  ma 
zostać  skierowana  do  sądu  i  Lopes  będzie  miał  kłopoty. 
Zainteresowało mnie najbardziej to, że Lopes dzwonił do kogoś, 
żeby go wyciągnął. Ten ktoś nazywa się Chris Normandin. Czy 
to nazwisko coś ci mówi? Ben skoczył na równe nogi. 

– Normandin! Pewnie, że mi mówi! Tak właśnie nazywa się 

nowa dziewczyna Bruce’a Davolla, męża Amber. 

– Chris jest jej młodszym bratem. 
Ben  przypomniał  sobie,  że  Julia  wspominała  coś  o  bracie 

Nicole. Miał chyba na imię Jack, a może Jake. 

– I co? Ten Chris zgłosił się po Lopesa? 
– Tak, i mówił do niego „szefie”. 
– Szefie? Co to może być za interes? 
–  Też  jestem  ciekaw.  Oficjalnie  mówi  się,  że  Chris 

Normandin jest rybakiem, ma własną łódź. 

Ben spróbował się skupić. 
– Czyli jak to z nim jest? 
–  Chris  może  spokojnie  dostawać  narkotyki  od  takiego 

Lopesa,  dawać  je  siostrze,  a  ona  przez  Bruce’a  rozprowadza  je 
po całej wyspie. Prowadzą przecież nocny lokal. 

W kartotece Chrisa roi się od notatek o zatrzymywaniu go z 

narkotykami. 

– Sprzedawał je? 
–  Nie,  tylko  posiadał.  Ale  może  i  handluje,  to  nie  jest 

pierwszy  taki  przypadek.  Właściciele  kutrów  często  sobie 
dorabiają w taki sposób. 

Ben nie był zaskoczony. Już nieraz słyszał o tym, co dzieje się 

w zatoce – o rybackich łodziach podpływających do jachtów pod 
osłoną nocy, o niejasnych transakcjach dokonywanych na plaży i 

background image

w  dyskotekach,  o  tajemniczych  ładunkach  przekazywanych  z 
pokładu na pokład. Jak dotąd, były to jednak tylko pogłoski. 

– Czy wiesz coś o jego pobytach na Harmony? 
–  Niewiele.  Przez  jakiś  czas  miałem  praktyki  w  urzędzie 

celnym, nauczyłem się rozpoznawać ludzi, łodzie... 

– Chris łowił tutaj w okolicy? 
–  Nie.  Kiedy  przyjeżdża,  większość  czasu  spędza  w  knajpie 

Bruce’a;  siedzi,  rozmawia  z  ludźmi,  opala  się  na  pomoście. 
Właśnie  to  jest  najciekawsze.  Niewielu  rybaków  może  sobie 
pozwolić w sezonie na takie marnowanie czasu. 

Ben spróbował być bezstronny. 
– Jego siostra tam pracuje, może ją odwiedza. 
– Możliwe, ale to nie wyjaśnia, skąd bierze pieniądze. 
Benowi  wydało  się,  że  Scott  coś  wie.  On  sam  też  miał 

wrażenie,  że  dostrzega  jakiś  ślad,  wątłą  linię  wskazującą 
rozwiązanie. 

Do  ostatecznego  rozwikłania  zagadki  było  jednak  jeszcze 

daleko. 

– Nie zostawię tego tak – oznajmił Scott. – Może wybiorę się 

do Provincetown; Chris trzyma tam swój kuter. 

– Zawiadom mnie, jak coś znajdziesz. 
– Jasne. 
– Zatem do usłyszenia. 
 
 
Zaraz  po  wyjściu  z  redakcji  Ben  udał  się  prosto  do 

komendanta Slocuma, by go poinformować o telefonie Scotta. 

Charlie potraktował jego relację z wielką ostrożnością. 
 
– Dlaczego mi to wszystko mówisz? – zapytał podejrzliwie. 
Ben wzruszył ramionami. 

background image

– Prowadzisz w tej sprawie śledztwo. Komu innemu miałbym 

to powiedzieć? 

Mógł  to  po  prostu  zatrzymać  dla  siebie  i  czekać  na  dalsze 

wiadomości  od  Scotta,  a  potem,  po  zakończeniu  śledztwa, 
zarzucić  Charliemu,  że  przeoczył  ważny  ślad,  na  który  wpadł 
młody praktykant. 

Komendant obrzucił go uważnym spojrzeniem. 
–  Tak  bardzo  ci  na  niej  zależy?  –  zapytał,  rozumiejąc  nagle 

właściwą  przyczynę  wizyty  Bena  i  jego  gotowości  do 
współpracy. 

– Na kim? 
– Na Julii. Zależy ci na niej. 
Ben poczuł, że Charlie czyta w nim jak w otwartej książce. 
– Tak, bardzo mi na niej zależy. 
– Jej na tobie też. 
Ben spuścił oczy. 
– Nie na tyle, żeby tu zostać. 
Spojrzenie Charliego stwardniało. 
– A prosiłeś ją, żeby została? 
Ben uśmiechnął się ironicznie. 
– Nie muszę, znam odpowiedź. 
– Musisz zrozumieć, że praca w radio jest dla niej wszystkim. 

Przed  laty  sam  ją  prosiłem,  żeby  nie  wyjeżdżała,  ale  mi 
odmówiła. Nie chciałem jej nic narzucać. 

– Ja też nie chcę. 
– Ale nie chcesz też, żeby wyjechała. 
 
– Nie. 
– Co w takim razie zamierzasz robić? 
Ben westchnął. 
– Nie wiem. Porozmawiam z nią. Może coś wskóram. 

background image

Ona nie jest szczęśliwa w Los Angeles. Mówi, że jest jej tam 

dobrze,  ale  wcale  bym  się  nie  zdziwił,  gdyby  się  stamtąd 
wyniosła jeszcze w tym roku. Dlaczego nie miałaby przyjechać 
tutaj?  Jeśli  chodzi  o  pieniądze,  to  przecież  bym  jej  pomógł. 
Opłaciłbym  Prestonowi  wszystkie  koszty  radia  Harmony  i 
mogłaby w dalszym ciągu prowadzić swój program. 

Charlie uśmiechnął się ze współczuciem. 
–  To  niczego  nie  załatwi.  Mógłbyś  być  bogaty  jak 

Rockefeller,  a  ona  i  tak  by  się  nie  zgodziła.  Raz  na  zawsze 
postanowiła, że będzie absolutnie niezależna finansowo. 

Ben zamyślił się. 
–  Spróbuj  mi  to  wyjaśnić  –  powiedział  po  chwili.  –  Ja 

oczywiście rozumiem ten punkt widzenia, ale co jest tak bardzo 
złego w tym, że facet pomaga kobiecie finansowo? 

– To wszystko się bierze z sytuacji, jaką miała w rodzinnym 

domu.  Tyle  się  teraz  pisze  o  wpływie  rozstania  rodziców  na 
dzieci, ale nikt jeszcze nie napisał, jak głęboko sięgnąć mogą te 
wpływy i jak bardzo potrafią okaleczyć na całe życie. 

–  Może  dlatego  nie  mogę  tego  pojąć.  Pochodzę  z  bardzo 

szczęśliwej  rodziny.  –  Ze  zdziwieniem  spojrzał  na  Charliego, 
słysząc, że komendant parsknął śmiechem. – Nie byliśmy nigdy 
specjalnie bogaci; ojciec był kierowcą w metrze, matka siedziała 
w  domu  i  zajmowała  się  dziećmi.  Było  nas  czworo:  ja,  dwie 
siostry i brat. Nie pamiętam, 

żeby  kiedykolwiek  się  skarżyła,  że  jest  człowiekiem  drugiej 

kategorii. Zawsze mówiła, że praca w domu jest najważniejszym 
i najbardziej odpowiedzialnym zajęciem. 

–  Szczęśliwy  z  ciebie  człowiek.  –  Charlie  przestał  się 

uśmiechać i nagle spoważniał. – Musisz mieć bardzo kochającą 
rodzinę. 

– Tak. Nikomu z nas nigdy nie przyszłoby do głowy, że ojciec 

background image

może nagle nas zostawić. Nigdy. Zawsze był z nami. 

Charlie spojrzał na niego z nowym zainteresowaniem. 
– Myślisz o Julii jako swojej żonie? 
Ben nie od razu odpowiedział. 
–  To  nie  jest  pytanie  fair.  Znamy  się  dopiero  od  dwóch 

tygodni.  Musimy  się  jeszcze  przekonać, jak  silne  jest to, co  do 
siebie czujemy. A właśnie może nie starczyć nam czasu. 

Ben ciężko oparł się o biurko. 
–  Nie  wiem,  co  ci  radzić,  synu.  Bóg  jeden  wie,  jak  bardzo 

bym  chciał,  żeby  tutaj  została.  Chciałbym  ją  mieć  tuż  obok, 
chciałbym, żeby miała rodzinę, męża, dzieci. 

Tylko w ten sposób mogę kiedyś mieć wnuki... Ale chciałbym 

również, żeby robiła to, co dla niej najlepsze. 

– Wiem. 
– Jeśli to cię pocieszy, wiedz, że jestem po twojej stronie. 
Ben wstał. 
– Dziękuję, i bardzo się cieszę z naszej rozmowy. 
Charlie nieco się zmieszał. 
– Pogadaliśmy sobie jak dwie stare baby u fryzjera. 
Ben  już  miał  się  żegnać,  ale  nagle  zatrzymał  się, 

przypomniawszy sobie prawdziwy powód wizyty. 

 
– Może byłoby dobrze, gdybyś zadzwonił do Scotta Bowena. 

Na razie robi to wszystko z własnej inicjatywy. 

Moglibyście połączyć wysiłki dla dobra śledztwa. 
Charlie zjeżył się, a potem złagodniał. 
– Pomyślę o tym. 
Ben wyciągnął do niego rękę i Charlie mocno ją uścisnął. 
 
 
Tego  samego  dnia  wieczorem,  w  czasie  kolacji,  Ben  z  Julią 

background image

rozmawiali  o  ewentualnej  roli,  jaką  Chris  Normandin  mógł 
odegrać przy dostarczeniu narkotyku na wyspę. Nie  wykluczali 
przy  tym,  że  wszystko  to  mogło  być  jedynie  wynikiem  zbiegu 
okoliczności.  Albo  mogło  tylko  potwierdzać  fakt,  że  Chris  ma 
kontakty  w  świecie  przestępczym,  co  wcale  automatycznie  nie 
dowodzi,  że  ma  jakiś  związek  z  zabójstwem  Amber.  Sprawa 
pozostawała otwarta. 

Następnie  Julia  zaczęła  swą  audycję,  a  Ben  poświęcił  się 

rozmyślaniom na temat najbliższej przyszłości. W niedzielę Julia 
ma opuścić wyspę i muszą o tym porozmawiać. Musi ją skłonić 
do zmiany planów albo chociaż do obietnicy, że niedługo wróci. 

Mimo to nie zaczął tej rozmowy. Bał się zakłócić te krótkie, 

szczęśliwe chwile, które im jeszcze pozostały. 

W nocy nie zmrużył oka. Świt zastał go wpatrzonego w sufit, 

pełnego  wyrzutów  sumienia,  że  stchórzył.  Skoro  nawet  nie 
zapytał, to skąd może wiedzieć, co Julia myśli na interesujący go 
temat? 

Odwrócił się ku niej, zastanawiając się, czy ma ją budzić, czy 

jeszcze poczekać, i spostrzegł, że Julia również nie śpi. 

Poczuł, że kocha ją jak nikogo na świecie. 
 
– Dzień dobry, kochanie. 
Pocałował jej zaróżowiony policzek. 
– Coś się stało? Nie spałeś całą noc. 
– Przepraszam, nie chciałem ci przeszkadzać. 
– Nie o to chodzi. Widzę, że coś cię dręczy. 
Usiadła, oparła się o poduszkę i objęła rękami kolana. 
– O co chodzi? 
Ben również usiadł; wziął głęboki oddech. 
–  Nie  wiem,  jak  zacząć.  Całą  noc  o  tym  myślałem  i  nic  nie 

wymyśliłem. 

background image

–  Po  prostu  powiedz.  Cokolwiek  to  jest,  lepsze  to  niż  taka 

niewiedza. 

Położył rękę na jej dłoni. 
– Chodzi o twój niedzielny wyjazd. 
– A konkretnie? 
Opuścił wzrok, nie chcąc widzieć wyrazu jej twarzy. 
–  Tak  sobie  myślałem...  że  ponieważ  jest  tak  dobrze,  to 

może... byś tutaj została. Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. 

– Ja też będę za tobą tęsknić. 
– Tęsknić? Nie zrozumiałaś mnie. Ja chcę, żebyś tutaj została 

ze mną. I bardzo cię o to proszę. Proszę, żebyś ze mną została. 

Julia  nie  odzywała  się  i  jej  milczenie  napawało  go  trwogą. 

Kiedy  wreszcie  odważył  się  na  nią  spojrzeć,  na  jej  twarzy  nie 
dostrzegł nic dobrego. 

 

background image

13 

 
Spuściła nogi z łóżka i usiadła do niego tyłem. 
–  Doszło  chyba  do  nieporozumienia.  Myślałam,  że  jest 

oczywiste,  że  w  niedzielę  stąd  odlatuję  i  wszystko,  co  między 
nami było, odchodzi w przeszłość. 

Ben wyprostował się. Nadeszło to najgorsze... 
–  Tak  miało  być  na  początku,  ale  potem  wszystko  się 

zmieniło. 

Spojrzała na niego przez ramię. 
– Nie. 
– Co, nie? 
–  Nie  mów  tak.  Zanim  się  powie  pewne  rzeczy,  trzeba  się 

głęboko zastanowić. 

–  Dlatego  właśnie  potrzebujemy  więcej  czasu.  Musimy 

zrozumieć, co nas naprawdę łączy. 

Czuł, że zaczyna tracić cierpliwość. 
 
– Ja nie mam czasu, Ben. 
– A może mogłabyś trochę znaleźć! 
Mimo nikłego światła dostrzegł, że bardzo zbladła. 
– Nie, bo nie mogę rzucić pracy! 
Wstała i kilka razy nerwowo przeszła się po pokoju. 
– Mam pracę, środowisko, kolegów! Mam możliwości! Mam 

mieszkanie, meble, książki, płyty. Trzy razy w tygodniu chodzę 
na  aerobik  i  prenumeruję  pięć  pism.  Mam  swoje  życie!  Czy 
kiedykolwiek  zastanawiałeś  się  nad  tym,  kim  ja  jestem  poza  tą 
wyspą? 

Ben powoli oparł głowę o ścianę. 
–  Masz  rację.  Wiem  o  tobie  tylko  tyle,  ile  zobaczyłem  na 

background image

Harmony.  Może  rzeczywiście  powinienem  się  zastanowić  nad 
tym,  kim  jesteś  tam,  daleko.  Jest  jednak  jeszcze  coś.  Istnieje 
nasze wspólne życie tutaj. Ono jest równie rzeczywiste jak to, co 
zostawiłaś w Los Angeles. 

Julia zatrzymała się, oparła dłoń o najbliższe krzesło. 
–  O  co  ty  mnie właściwie  prosisz?  Chcesz,  żebym  tu  z  tobą 

została? Pytam z czystej ciekawości. 

–  Bardzo  bym  chciał,  żebyś  została  ze  mną,  ale  wcale  nie 

musisz  tego  robić.  Możesz  mieszkać  sama,  ale  widywalibyśmy 
się i spotykali, i dali sobie czas, żeby zrozumieć, co między nami 
jest. 

Podeszła do łóżka i splotła ramiona na piersiach. 
– Tak tylko pytam: jak długo miałby trwać ten eksperyment? 
Poczuł się przyparty do muru. Julia żądała gwarancji, których 

nie mógł jej dać. 

– Nie wiem... Tak długo, aż się zdecydujemy zostać razem na 

zawsze. 

 
– Na zawsze – powtórzyła. 
– Tak albo nie. 
Znowu ruszyła przed siebie, ale natychmiast się zatrzymała. 
– Zupełnie jakbyś nie słyszał, co przed chwilą powiedziałam. 

Tutaj nie ma dla mnie pracy! 

– Posłuchaj, przecież ci pomogę. Moje pismo przynosi spory 

dochód. A jeśli będziesz chciała pracować, zawsze masz jeszcze 
radio Harmony. 

– Radio Harmony?! 
–  Tak.  Mogę  opłacić  Prestonowi  czas  antenowy  i  będziesz 

miała swój program. 

Spojrzała na niego z takim zdumieniem, jakby powiedział coś 

całkiem absurdalnego. 

background image

– Jak będzie  trzeba, kupię od niego  całą stację  – ciągnął nie 

zrażony. – Będziesz sobie mogła robić to, co zechcesz, będziesz 
miała radio na własność i będziesz całkiem niezależna. Pomyśl, 
jaka to szansa i jakie możliwości! 

– Chyba zemdleję z wrażenia. 
Podeszła  do  toaletki  i  gwałtownymi  ruchami  zaczęła 

szczotkować włosy. 

Zrozumiał, że radio Harmony jest dla niej niczym, po prostu 

chwilową  rozrywką.  On  też  chyba  jest  dla  niej  tylko  chwilową 
rozrywką... 

– Myślałem, że jakoś ci zależy na tej radiostacji. Przepraszam, 

jeśli się myliłem. 

– Zależało mi, bo to przyjemna praca, ale na tym nie można 

zarobić. Nikt mi za to nie będzie płacił. Muszę mieć prawdziwą 
pracę.  A  jeśli  idzie  o  twoją  propozycję,  to  wolałabym  się 
zatrudnić jako pokojówka w hotelu, niż pozwolić, żebyś za mnie 
płacił. Nie zamierzam być... utrzymanką. 

Gdyby  nie  to,  że  bardzo  go  zraniła,  chybaby  się  roześmiał. 

Ciekawe,  dlaczego  jego  matka  nie  czuła  się  jak  utrzymanką, 
kiedy ojciec kładł jej na stole wypłatę? Był pewien, że nigdy tak 
się nie czuła. 

Z trudem się opanował. 
–  Staram  się  jakoś  to  wszystko  ułożyć,  żebyśmy  mogli 

spróbować  zostać  razem.  To  wcale  nie  musi  wyglądać  tak,  jak 
powiedziałem.  To  była  tylko  propozycja,  jestem  otwarty  na 
twoje sugestie. Słucham, pomóż mi. 

Wzruszyła  ramionami,  spojrzała  na  siebie  w  lustrze  i  spięła 

włosy szylkretową spinką. 

– Nie mam żadnych propozycji. 
– Może byś sobie znalazła jakąś pracę bliżej Harmony? Tak, 

żeby można się było często widywać. 

background image

– A co to by dało? 
Ogarnęła go nagła rozpacz. 
– Moglibyśmy się spotykać. 
Zwróciła się ku niemu nagłym ruchem. 
–  A  może  by  tak  nieco  odwrócić  sytuację?  Dlaczego  ty  nie 

miałbyś  pojechać  ze  mną?  Dlaczego  nie  rzucisz  wszystkiego  i 
nie wyjedziesz do Los Angeles? 

Ben zmartwiał. 
–  Przecież  wiesz,  co  to  miejsce  dla  mnie  znaczy.  Tu  mam 

swoją gazetę, tu jest mój dom. 

Była teraz wściekła. 
– Więc to ja mam ze wszystkiego zrezygnować? Tylko twoje 

życie się liczy! Twoja praca! Twoje potrzeby! 

Uważasz, że to słuszne? 
 
Zrozumiał,  że  Julia  ma  rację.  Żądał  od  niej  ofiary  ze 

wszystkiego,  chciał,  żeby  dla  niego  poświęciła  to,  co  z  takim 
trudem zdobyła. Myślał, że warto. 

Ona widocznie myśli inaczej. 
–  Dobrze,  zapomnijmy  o  tym.  Chcesz  wrócić  do  Kalifornii, 

wracaj  do  Kalifornii.  I  pomyśl  o  mnie  czasem  jak  o  miłej 
wakacyjnej przygodzie. 

Ręce Julii opadły. 
– Wiesz przecież, że to dla mnie nie była przygoda. 
– Nie? 
Pośpiesznie zaczął się ubierać. 
– Oczywiście, że nie! 
– Niczego nie musisz udawać. 
W  oczach  Julii  ukazały  się  łzy,  chociaż  jej  cudowny, 

magiczny głos w dalszym ciągu był niezłomny i stanowczy. 

– Ben, chyba rozumiesz... 

background image

– Wszystko doskonale rozumiem. Dla ciebie to był tylko seks. 

Doskonale,  jakoś  to  przeżyję.  Każdy  facet  w  mojej  sytuacji 
byłby szczęśliwy, że udało mu się uniknąć komplikacji. 

Włożył spodnie, buty, zapiął koszulę. 
– Przecież to wymarzona sytuacja – mówił dalej. – Kilka dni 

z  piękną  dziewczyną,  a  potem  do  widzenia,  żadnych 
zobowiązań. Czysta przyjemność. Marzenie każdego samotnego 
faceta. 

Uniósł oczy na Julię i zobaczył, że jej twarz przybrała dziwny 

wyraz. 

– Postępujesz nie fair... – powiedziała cicho. 
Nerwowo przeczesał ręką włosy. 
 
–  Przepraszam,  ale  nie zamierzam  zaczynać  tej rozmowy  od 

początku. 

Widać  było,  że  Julia  nie  chce  mu  pomóc.  Wszystko  się 

skończyło. 

–  Może  lepiej  od  razu  teraz  się  pożegnamy  –  rzekł 

zdławionym głosem. 

– Tego właśnie chcesz? 
– Wiesz, czego chcę. Powiedziałem ci już. 
Miał  nadzieję,  że  Julia  się  zawaha.  Odwróciła  wzrok,  po  jej 

bladym policzku spłynęła łza. Sięgnął po torbę. 

– Lepiej już sobie pójdę. 
– Nie zjesz śniadania? 
– Nie. 
Ruszył ku drzwiom i Julia poszła za nim. 
– To szaleństwo... To wszystko stało się tak nagle... 
Nie czuł współczucia, zbytnio go zraniła. 
–  Nieważne,  nagle  czy  powoli  –  oświadczył.  –  I  nie 

zamierzam więcej o tym debatować. To bez sensu. Zbyt wiele... 

background image

zbyt wiele już w to włożyłem. 

Usłyszał  krótkie  westchnienie  i  jakby  szloch.  Miał  ochotę 

wziąć  ją  w  ramiona  i  odwołać  ostatnie  słowa,  lecz  tego  nie 
uczynił.  Zrobił  kilka  kroków  i  znalazł  się  w  korytarzu;  jeszcze 
kilka i był już na schodach; jeszcze kilka i wsiadł do samochodu, 
i odjechał. 

 
 
Cathryn  zadzwoniła  do  niej  w  najbardziej  właściwym 

momencie.  Julia  musiała  czymś  się  zająć,  żeby  kompletnie  nie 
zwariować.  Prośbę  przyjaciółki,  żeby  jej  wyświadczyła 
przysługę,  przyjęła  z  wielką  ulgą.  Przynajmniej  przez  pewien 
czas  nie  będzie  myślała  o  Benie  i  o  ich  rozstaniu.  I  tak  całe 
przedpołudnie  spędziła  na  rozpamiętywaniu  każdego  słowa  –  i 
pochlipywaniu. 

Na szczęście był już czwartek; jeszcze tylko dwa dni i opuści 

wyspę. Piątek jakoś minie na przygotowaniach do koleżeńskiego 
spotkania,  a  sobota  –  na  samym  spotkaniu.  A  potem  raz,  dwa  i 
będzie już daleko. 

Zresztą  przecież  kiedy  wiązała  się  z  Benem,  zdawała  sobie 

sprawę z grożącego jej niebezpieczeństwa. Nie może udawać, że 
nie wiedziała, jak bardzo bolesne będzie rozstanie. 

Cathryn  prosiła,  by  Julia  pojechała  do  portu  i  poczekała  na 

kuter Mike’a Fearinga. Mike miał dostarczyć kraby na sobotnie 
przyjęcie i Cathryn obiecała je odebrać. Nie mogła jednak tego 
zrobić, bo akurat szła do lekarza z Bethany. 

Julia  zapewniła  przyjaciółkę,  że  bardzo  chętnie  ją  wyręczy, 

przemyła twarz zimną wodą, lekko się umalowała i pojechała do 
portu.  Spotkanie  z  Mikiem  wypadło  bardzo  przyjemnie. 
Przełożyli ładunek  do samochodu Julii i  poszli coś zjeść. Dwie 
następne  godziny  spędzili  w  małej  restauracyjce,  gawędząc  o 

background image

wszystkim i o niczym. 

Po kolacji Julia poczuła się znacznie lepiej. Dostarczyła kraby 

Cathryn  i  posiedziała  u  niej  aż  do  czasu  rozpoczęcia  audycji. 
Dobrze się czuła w kuchni przyjaciółki, zawalonej przepisami i 
listami  zakupów  na  sobotnie  przyjęcie.  Pomogła  jej  sprzątnąć 
dom i sama odkurzyła salon. Zaproponowała także, że nazajutrz 
pójdzie z nią na targ, ale Cathryn zapewniła, że sama doskonale 
da sobie radę. 

Po  powrocie  do  domu  włączyła  automatyczną  sekretarkę. 

Serce  biło  jej  mocno  w  oczekiwaniu  na  głos  Bena.  Dlaczego 
czeka  na  to  z  taką  niecierpliwością?  Skąd  ta  nagła  zmiana? 
Przecież tego samego dnia rano odrzuciła jego propozycję. 

Usłyszała jednak tylko głos matki Amber. 
– Julio, to ja, Vivien Loring. 
Poczuła  wyrzuty  sumienia.  Przyrzekła,  że  ją  odwiedzi,  ale 

pochłonięta  własnym  szczęściem,  zapomniała  o  cudzym 
cierpieniu. 

–  Przepraszam,  że  dopiero  teraz  dzwonię  –  ciągnęła 

zgnębionym głosem pani Loring – ale wcześniej nie mogłam. Po 
tym  wszystkim,  czego  się  dowiedziałam  o  śmierci  Amber... 
Rozumiesz,  prawda?  Bardzo  bym  chciała  się  z  tobą  spotkać. 
Może jutro? Zadzwoń do mnie, jak wrócisz. 

Natychmiast  to uczyniła;  nie  musiała  szukać  numeru;  był  na 

zawsze odciśnięty w jej pamięci. 

– Dzień dobry, mówi Julia. 
– Jak dobrze, że dzwonisz. Zaraz  ci powiem, o co  chodzi.  – 

Pani Loring od razu przeszła do sedna sprawy. 

–  Policja  nareszcie  odplombowała  dom  Amber  i  Bruce  na 

pewno  tam  się  wybiera.  Dostałam  pozwolenie  i  mogę  wejść 
pierwsza, żeby zabrać osobiste rzeczy Amber. Czy mogłabyś mi 
towarzyszyć? 

background image

Julia  nerwowo  przetarła  ręką  czoło;  nie  wiedziała,  co 

powiedzieć.  Wizyta  w  domu,  w  którym  zamordowano  jej 
przyjaciółkę, była ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę. 

–  Proszę,  chodź  ze  mną  –  rzekła  matka  Amber  błagalnym 

tonem.  –  Tam  jest  mnóstwo  zdjęć  i  pamiątek,  coś  z  tego  może 
będziesz chciała sobie wziąć. 

 
Julia głęboko odetchnęła i wyprostowała się z determinacją. 
– Dobrze. O której się spotkamy? 
– Ja będę tam od drugiej do piątej. Wpadnij, kiedy chcesz. 
– W takim razie do zobaczenia. 
 
 
Noc zapowiadała się długa i bezsenna. 
Ben wsparł się o stół i zrezygnowanym spojrzeniem obrzucił 

wystygłe  jedzenie.  Nie  mógł  jeść,  na  samą  myśl  robiło  mu  się 
niedobrze.  Lunchu  nie  jadł  wcale,  od  rana  wypił  tylko  kubek 
kawy. 

Muzyka, jaką tego wieczoru nadawało radio Harmony, też mu 

nie  służyła.  Bluesy,  wolne  liryczne  piosenki.  Utwory  zdolne 
rozbić  go  do  reszty  i  zapewnić  beznadziejnie  długą  i  bezsenną 
noc. Właściwie powinien zgasić radio i odciąć się od tego głosu. 

Tego  jednak  nie  potrafił  zrobić.  Nie  mógł  tak  po  prostu 

zerwać  z  Julią.  Cienka,  świetlista  linia  jej  głosu  była  jedynym 
łącznikiem  pomiędzy  nią  a  jego sercem  i  nie  był  w  stanie  tego 
zniszczyć. Mógł zrobić jeszcze coś... 

Kompletne szaleństwo! 
Szybko włączył magnetofon i zaczął nagrywać. 
–  Słyszeliśmy  właśnie  Franka  Sinatrę.  Mówi  do  was  Julia 

Lewis, jestem razem z wami w ten smutny, jesienny wieczór. 

Ben wbił wzrok w światełko wskazujące natężenie dźwięku i 

background image

zapatrzył  się  w  wizualne  wibrowanie  jej  głosu.  Przez  chwilę 
miał wrażenie, że obserwuje bicie serca Julii. Wyobraził ją sobie 
siedzącą  przy  mikrofonie:  czarna  fala  włosów  opada  na  czoło, 
drobna  dłoń  odgarnia  ją,  odsłaniając  różowy  policzek.  Julia 
przybliża usta do mikrofonu... 

Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  ogarnia  go  szaleństwo  i 

wiedział,  że  nigdy,  przenigdy  nie  wymaże  tego  obrazu  z 
pamięci. 

Może  Julia  ma  rację?  Może  zachował  się  jak  zwykły  męski 

szowinista? Przerzucił całą odpowiedzialność za ich związek na 
nią.  Może  powinien  sprzedać  swoje  pismo,  zamknąć  redakcję i 
podążyć za Julią na koniec świata... 

Musiałby wówczas na zawsze opuścić Harmony i wschodnie 

wybrzeże, gdzie mieszka cała jego rodzina. 

Tego  zrobić  nie  mógł.  Nigdy  nie  miał  ochoty  mieszkać  nad 

Pacyfikiem  i  nigdy  nie  zamierzał  prowadzić  koczowniczego 
trybu  życia.  Dlaczego?  Dlaczego  nagle  stanął  przed  takim 
wyborem? 

Może  jest  jakaś  inna  droga?  Mogliby  na  przykład  być  „parą 

na  odległość”;  wiele  osób  tak  robi.  Mieszkają  na  dwóch 
krańcach kontynentu i spotykają się w pół drogi. 

Tylko  skąd  brać  na  to  pieniądze?  Samoloty  są  strasznie 

drogie.  Takie  ciągłe  podróże  szybko  pochłoną  wszystkie  ich 
zasoby.  Jest  jeszcze  kwestia  czasu;  nie  można  pracować  ani 
normalnie żyć, kiedy się połowę życia spędza w podróży. Przede 
wszystkim jednak: cóż to byłoby za życie? Czy taki związek na 
odległość w ogóle jest prawdziwym związkiem dwojga ludzi? 

–  A  teraz  usłyszymy  Barbrę  Streisand.  Mówi  Julia  Lewis, 

pomału zbliżamy się do końca naszego dzisiejszego programu. 

Wstał i przygotował sobie drinka. Julia ma rację. Sytuacja jest 

bez  wyjścia.  Każde  z  nich  ma  swoje  życie  i  żadne  nie  jest 

background image

skłonne z niego zrezygnować. Julia ma absolutną rację. 

Wypił i znowu sięgnął po butelkę. Noc zapowiada się długa, 

bezsenna i rozpaczliwie beznadziejna. 

 
 
Następnego dnia po południu, kiedy Julia podjechała pod dom 

Amber,  samochód  pani  Loring  już  tam  stał.  Był  zaparkowany 
obok policyjnego wozu. 

Julia wyłączyła silnik i niechętnie wysiadła. Miała przed sobą 

drewniany  dom,  przypominający  stylem  większość  domów  na 
wyspie.  Ślady  Amber  widać  było  jednak  wszędzie:  oto  jej 
ukochane skrzynki z kwiatami stojące na oknie, ulubiona tkanina 
osłaniająca  drzwi,  rękawica  ogrodowa  leżąca  na  skrzynce  na 
listy. 

Nie  zastanawiaj  się  i  nie  myśl,  powiedziała  do  siebie;  w 

przeciwnym razie nigdy nie wejdziesz do tego domu. 

W progu wpadła w ramiona pani Loring. Spojrzały na swoje 

zmienione twarze. 

W domu Amber, oprócz nich, znajdował się jeszcze policjant 

przysłany przez komendanta Slocuma. Matka Amber łamiącym 
się  głosem  wyjaśniła,  że  zaczęła  już  robić  przegląd  rzeczy. 
Większość ubrań córki odłożyła na bok z zamiarem oddania ich 
potrzebującym; kilka sztuk porcelany chciała zabrać do siebie. 

– Daliśmy to jej na prezent urodzinowy... 
– Miała bardzo miły dom – szepnęła Julia przez łzy. 
– Nigdy tu nie byłaś? 
Julia schyliła głowę. Jak cudownie byłoby znaleźć się tutaj z 

Amber,  dumnie  pokazującą  każdy  szczegół  wyposażenia  i 
objaśniającą,  co  z  tego  wszystkiego  zrobiła  sama,  a  co  gdzie  i 
przy jakiej okazji kupiła... 

–  Mam  tu  też  coś  dla  ciebie.  –  Pani  Loring  ze  sztucznym 

background image

ożywieniem sięgnęła po pudło stojące na małym stoliku. 

Julia zerknęła do środka i usta jej zadrżały. 
– O Boże... – wyszeptała. 
W środku, starannie ułożone, leżały listy, jakie w ciągu tych 

wszystkich  lat  napisała  do  przyjaciółki.  Pierwszy  nosił  stempel 
Disneylandu... Miała wtedy jedenaście lat. 

W pudle znajdowały się również zdjęcia. Na jednych były we 

dwie, na innych – w towarzystwie koleżanek i kolegów. 

– Nie chce ich pani zatrzymać? Naprawdę mogę je zabrać? 
– Naprawdę. Ja i tak mam wiele różnych pamiątek po mojej... 

córeczce...  Pamiętasz  to?  –  Pani  Loring  uśmiechnęła  się  przez 
łzy.  –  Przypominasz  sobie  to  zdjęcie?  Zrobiłyście  sobie  na 
wiosnę trwałą, same, w domu... 

– Oczywiście, że pamiętam. O mało nie spaliłyśmy przy tym 

włosów. 

W  pudle,  wśród  innych  przedmiotów,  Julia  ujrzała  też 

kryształowe  kieliszki,  które  sama  podarowała  Amber  i 
Bruce’owi z okazji ślubu. 

– Jest pani pewna, że Bruce nie zechce ich zatrzymać? 
–  Nie  sądzę,  ale  wygląda  na  to,  że  sama  go  będziesz  mogła 

zapytać, bo właśnie przyjechał. – Pani Loring machnęła ręką w 
stronę okna. – Właśnie parkuje. Mam nadzieję, że przyjechał tu 
bez tej... O nie, ona też jest! 

Julia odeszła od pudła i stanęła obok pani Loring. 
 
Czarna corvette’a ostro zahamowała, a po chwili rozległo się 

energiczne trzaśniecie drzwiami. Bruce bez pukania wtargnął do 
domu, nie oglądając się na Nicole. 

– Dzień dobry – powiedział, przenosząc wzrok z teściowej na 

Julię. 

W  ślad  za  nim  nieśmiało  wśliznęła  się  Nicole.  Oczy  miała 

background image

spuszczone. Julia poczuła, że ma ochotę natychmiast stąd wyjść. 
Nie wiedziała tylko, co zrobić z pudłem. 

–  Jeszcze  nie  skończyłyśmy,  Bruce  –  oznajmiła  pani  Loring 

nie  znoszącym  sprzeciwu  głosem.  –  Mamy  sporo  do  zrobienia, 
zostaniemy tu jeszcze trochę. 

Bruce wzruszył szerokimi barami. 
–  Nic  mnie  to  nie  obchodzi,  chcę  tylko  zobaczyć,  co 

zamierzacie zabrać. 

Matka  Amber  pokazała  mu  stertę  ubrań  do  oddania  i 

porcelanę,  którą  chciała  zatrzymać.  Niedbale  przerzucił 
zawartość pudeł i poszedł do kuchni. 

–  Te  kuchenne  urządzenia  mają  zostać  na  miejscu  – 

oświadczył. 

Julia uznała, że powinna zapytać go o kieliszki. 
–  To  był  prezent  dla  nas  obojga,  o  ile  pamiętam  –  odrzekł 

znacząco Bruce. 

Nicole stała obok bez słowa, wpatrzona w okno. 
–  Julio,  chciałabym  ci  jeszcze  coś  pokazać.  –  Pani  Loring 

niemal  popchnęła  Julię  przez  niewielki  korytarzyk  do  sypialni 
Amber. – Jest tu pewna rzecz, którą chcę ci podarować. 

Julia jej nie słuchała. W sypialni panował sztuczny, wzorowy 

porządek. Łóżko ktoś starannie zasłał czystym prześcieradłem. 

 
Bruce  ruszył  za  nimi.  Nicole  towarzyszyła  mu  jak  cień. 

Ciekawe,  pomyślała  Julia,  czy  tutaj  zamieszkają?  Będą  spać  w 
tej  sypialni,  kochać  się  na  tym  łóżku...  Zrozumiała  nagle, 
dlaczego Nicole jest tak potwornie blada. Biedna dziewczyna. 

Pani  Loring  otworzyła  ścienną  szafę  i  wyjęła  coś  starannie 

zapakowanego w papierową torbę. 

– Co to jest? 
–  To  narzutka  z  norek.  Pamiętasz?  Należała  do  jej  babki. 

background image

Przerobiłyśmy ją, kiedy Amber zrobiła maturę. 

Julia  doskonale  pamiętała  tę  narzutkę.  Kiedy  miała 

siedemnaście  lat,  te  norki  wydawały  się  jej  najcudowniejszym 
strojem, jaki w życiu widziała. 

–  Są  prawie  nie  używane,  Amber  bardzo  je  oszczędzała. 

Włożyła  je  tylko  kilka  razy  na  jakiś  bal.  Chciałabym,  żebyś  je 
wzięła. 

– Ja? – Julia pytająco zerknęła na Bruce’a, który stał w progu 

z kamienną twarzą. 

Widocznie nawet on nie był w stanie oświadczyć, że narzutka 

z norek przyda się... jemu. 

– Tak, ty. Są twoje. Nie odmawiaj, proszę. 
Wyszeptała  słowa  podziękowania  i  pani  Loring  szybko 

zatrzasnęła drzwi szafy. 

Bruce  tymczasem  podszedł  do  biureczka  żony  i  wysunął 

jedną z szufladek; potem drugą i następną. 

– Były tu monety, cała kolekcja. Co się z nimi stało? 
– Nie mam pojęcia i nie podoba mi się twój ton. 
Pani  Loring  spojrzała  na  niego  z  pogardą,  ale  Bruce  nie 

zareagował. 

 
–  Były  w  takiej  brązowej  książce,  no,  w  takim  albumie.  .. 

Gdzie on się podział? 

Pani Loring wzruszyła ramionami. 
–  Brązowy  album?  Widziałam  coś  takiego  w  schowku  na 

korytarzu. 

Bruce  znacząco  spojrzał  na  Nicole,  a  ona  natychmiast 

zrozumiała  jego  milczący  rozkaz.  Wyszła  z  pokoju  i  po  chwili 
wróciła. 

– Tak. Jest – zameldowała cichym głosem. 
Bruce otwierał właśnie kasetkę z biżuterią żony. 

background image

–  Gdzie  te  brylantowe  kolczyki,  co  jej  dałem  na  Boże 

Narodzenie? 

– Tutaj, nie widzisz? 
Pani Loring powiedziała to wyraźnie podniesionym głosem i 

napięcie w sypialni sięgnęło zenitu. 

–  A  gdzie  ten  złoty  łańcuszek,  który  jej  dałem  na  pierwszą 

rocznicę? 

Pani  Loring  z  trudem  się  opanowała.  Z  podejrzaną 

starannością zaczęła układać pierścionki i bransoletki córki. 

– To możesz sobie wziąć, Julio. Należało do mojej matki. 
– Zapytałem, gdzie ten złoty łańcuch? 
Matka  Amber  spojrzała  na  swego  zięcia  lodowatym 

wzrokiem. 

–  Masz  na  myśli  ten  ze  złotym  serduszkiem,  na  którym 

kazałeś wyryć napis: „Jedynej kobiecie, którą kocham”? 

Tym razem nawet Bruce nieco się zmieszał. 
– Właśnie – bąknął. 
 
Julia mimo woli spojrzała na twarz Nicole odbitą w lustrze , 

ciekawa, jak dziewczyna znosi tę sytuację. Ich oczy spotkały się. 
W  oczach  Nicole  było  napięcie  tak  wielkie,  że  Julia  nagle 
poczuła  współczucie.  Zrozumiała,  że  uczucie  przykuwające  tę 
dziewczynę do Bruce’a jest katastrofą, zdolną pochłonąć młode 
istnienie. 

Bruce bardzo szybko odzyskał tupet. 
–  Zapłaciłem  za  niego  trzysta  kawałków,  to  było  najlepsze 

złoto. Mam nadzieję, że go nie sprzedała. 

– Nie, nie sprzedała go. Teraz sobie przypominam. 
–  Pani  Loring  szybko  poruszyła  powiekami,  nie  pozwalając 

wypłynąć łzom. – Miała go wtedy... tego wieczoru, kiedy... 

Odwróciła  głowę  i  przełknęła  łzy.  Julia  poczuła,  że  jeszcze 

background image

chwila, a ucieknie stąd; Nicole zapewne musiała czuć to samo. 

–  Miała  go  na  szyi,  kiedy  od  nas  wychodziła  –  dzielnie 

dokończyła  pani  Loring.  –  Dobrze  pamiętam,  bo  nawet 
zwróciłam jej na to uwagę. Zapytałam, dlaczego go nosi, a ona 
mi  odpowiedziała,  że  po  prostu  lubi  ten  łańcuszek  i  że  to 
nieważne,  od  kogo  go  dostała.  Możesz  więc  być  spokojny, 
Bruce, łańcuch nie zginął. Musi być albo tutaj, w domu, albo w 
depozycie na policji. 

Po raz ostatni rozejrzała się po sypialni córki. 
– Nie ma powodu, żeby Julia dłużej to znosiła. Odprowadzę 

ją tylko do samochodu i zaraz wracam. 

Julia  odetchnęła  z  ulgą;  ta  scena  stawała  się  dla  niej  nie  do 

zniesienia. 

Wróciła  do  domu  i  zaniosła  prezenty  do  swojego  pokoju. 

Nadal  nie  mogła  uwierzyć,  że  stała  się  posiadaczką  narzutki  z 
norek.  Postanowiła  bardzo  o  nią  dbać  i  wkładać  tylko  na 
specjalne okazje. 

Żeby  się  czymś  zająć,  sprzątnęła  dom  Prestona,  chcąc 

wszystko  zostawić  w  należytym  porządku.  W  sobotę  będzie 
przyjęcie u Cathryn i nie starczy jej na nic czasu. 

O  zwykłej  porze  rozpoczęła  nadawanie  wieczornego 

programu, starając się myśleć tylko o przyjemnych rzeczach. 

Już  jutro  zobaczy  swoich  przyjaciół.  Dobrze  będzie  spotkać 

ich wszystkich... 

Wszystkich? Amber przecież nie będzie. Amber nie zobaczy 

już nigdy. Przyjechała tu, żeby zrozumieć tajemnicę jej śmierci, i 
co? Nic nie zrozumiała, niczego się nie dowiedziała. Tajemnica 
była głębsza i trudniejsza do przeniknięcia niż przedtem. 

Dlaczego  Amber  zginęła?  Wiadomo  już,  że  została 

zamordowana, ale przez kogo? Kto ją zabił? 

Podeszła  do  okna  i  zapatrzyła  się  w  ciemną  noc.  Właściwie 

background image

nic  nie  zrobiła,  w  żaden  sposób  nie  przyczyniła  się  do 
rozwiązania sprawy, nie  posunęła śledztwa ani o krok naprzód. 
A przecież sobie przyrzekła, przyrzekła zmarłej przyjaciółce... 

Może  Charlie  wpadnie  jednak  na  jakiś  trop.  Tak  bardzo 

chciała,  żeby  mu  się  udało;  również  ze  względu  na  niego 
samego.  Charliemu  potrzebny  był  sukces;  komendant  Slocum 
musi  dowieść  mieszkańcom  wyspy,  jak  bardzo  jest  im 
potrzebny. W przeciwnym razie... 

Zadrżała  na  samą  myśl  o  tym,  jaki  koniec  może  czekać 

Charliego. 

Tymczasem  jej  audycja  trwała;  kolejna  płyta  właśnie 

dobiegała końca. 

 
–  Słyszeliśmy  wielki  przebój  lat  pięćdziesiątych,  piosenkę 

Rosemary  Clooney  „Przyjdź  do  mojego  domu”,  dedykowaną 
Cathryn  McGrath  z  West  Shore  Road.  A  teraz  posłuchamy 
Peggy Lee i jej przeboju „Dopóki tu byłeś”. 

To  dla  ciebie,  Ben,  dodała  w  myślach  i  poczuła  się  bardzo 

nieszczęśliwa. Pochyliła głowę i włosy opadły jej na twarz. Jeśli 
chce jakoś przeżyć to wszystko, nie wolno jej myśleć o Benie. 

Wiedziała,  że  kiedy  już  wkrótce  znajdzie  się  w  swoim 

supernowoczesnym  studio  w  Los  Angeles,  zatęskni  za 
zakurzonym pomieszczeniem w domu Prestona Fincha. Zatęskni 
za starymi, romantycznymi przebojami, za swoimi słuchaczami, 
za  ich  telefonami  i  prośbami.  Zatęskni  nawet  za  starą, 
niewygodną aparaturą i ręcznym przewijaniem taśm. A wszystko 
to  dlatego,  że  zostawi  za  sobą  doświadczenie  jedyne  w  swoim 
rodzaju, coś niezwykle osobistego i niepowtarzalnego. 

Coś  własnego,  coś,  czego  nikt  jej  nie  narzucał.  Ben  coś 

takiego powiedział. Mówił, że tutaj byłaby niezależna. Może ma 
rację? Tutaj  mogłaby  robić  swoje  własne  radio;  sama  wybierać 

background image

piosenki,  prowadzić  rozmowy  na  dowolny  temat.  Po  raz 
pierwszy propozycja Bena wydała jej się sensowna i realna. 

A ponadto bardzo kusząca... 
Tylko  że  niezbyt  łatwo  ją  przyjąć.  Oznaczałaby  przecież 

zależność  innego  rodzaju  –  rezygnację  z  pewnego  sposobu 
życia, całkowitą zmianę. 

Gorąco  pragnęła  odczuwać  to  wszystko  inaczej;  spojrzeć  na 

życie  oczami  Cathryn,  być  taka,  jak  Cathryn  wobec  Dylana. 
Bezgranicznie ufna, szczera i otwarta, wyzbyta lęku i niepokoju. 
Chciała  raz  na  zawsze  uwierzyć,  że  będą  razem  zawsze,  dziś, 
jutro i za pięćdziesiąt lat. 

Nie  mogła.  Nie  potrafiła.  Lęk  i  nieufność  były  w  niej 

zakodowane zbyt głęboko. 

Drgnęła.  Coś  jakby  trzask  łamanej  gałązki  przyciągnął  jej 

uwagę w stronę okna. Ściszyła odbiornik i zaczęła nasłuchiwać. 
Podejrzany dźwięk nie powtórzył się. Pewnie wiatr... 

Trzecia  godzina  programu  dobiegała  końca.  Jeszcze  jeden, 

dwa  utwory,  kilkuminutowe  pożegnanie  i  jakiś  wiersz  na 
zakończenie.  Wybrała  poemat  zatytułowany  „Nie  mówmy  o 
pożegnaniu”. No i ostatnia piosenka z kolekcji Bena. 

Boże! Jak mogła o tym zapomnieć? Kolekcja Bena! Przecież 

przed wyjazdem musi mu oddać jego nagrania. 

Właśnie  gorączkowo  się  zastanawiała,  jak  to  zrobić,  kiedy 

dobiegł  ją  dźwięk  kroków.  Zupełnie  jakby  ktoś  się  skradał  od 
strony  kuchennego  wejścia.  Ale  przecież  to  niemożliwe.  Nie 
słyszała  podjeżdżającego  samochodu,  nie  widziała  żadnych 
świateł... 

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  siedzi  w  oświetlonym 

pomieszczeniu wśród morza ciemności. Nie widzi, co dzieje się 
na  zewnątrz,  ale  sama  jest  doskonale  widoczna.  Zadrżała  i 
podeszła do okna, chcąc zaciągnąć zasłony. 

background image

Uspokój  się,  nic  się  nie  dzieje,  pomyślała.  Wiatr  targa 

gałęziami, polne zwierzątka wychodzą na nocne łowy, trzeszczą 
dachówki  na  wypaczonym  dachu...  Zasunęła  zasłony,  próbując 
nie patrzeć w gęsty mrok. 

Wróciła  na  swoje  miejsce  i  zastygła  z  przerażenia.  Dźwięk 

kroków dobiegał teraz z wnętrza domu. 

 
Ktoś  tu  jest...  Jak  się  dostał  do  środka?  Przecież  starannie 

zamknęła wszystkie drzwi! 

To  musi  być  wytwór  jej  wyobraźni,  nikogo  nie  ma. 

Sprawdziła przecież nawet okna. 

Nie zamknęła tylko na klucz drzwi wiodących do studia... Po 

co miałaby się zamykać, skoro zamknęła cały dom? 

Zastygła w nagłej ciszy ze wzrokiem wbitym w klamkę. Musi 

wstać  i  zaryglować  te  drzwi,  może  to  śmieszne,  ale  musi  to 
zrobić dla własnego spokoju. 

Światło  lampy  ledwo  sięgało  tamtego  kąta,  ale  i  tak 

spostrzegła,  że  klamka  lekko  się  poruszyła.  Julia  poczuła,  jak 
krew  ścina  jej  się  w  żyłach.  Znowu  była  tamtą  małą 
dziewczynką,  która  wpatrzona  z  przerażeniem  w  drzwi  szafy 
czekała,  aż  wyjdzie  z  niej  potwór,  którego  sapanie  słyszała 
bardzo wyraźnie. 

To tylko halucynacje, przywidzenia, nic poza tym. Wbrew jej 

bezgłośnym  zaklęciom,  klamka  poruszyła  się  jednak  znowu  i 
drzwi powoli zaczęły się otwierać. Chciała wstać, ale nie mogła. 
Chciała  krzyknąć,  ale  nie  mogła  wydobyć  głosu.  Drzwi 
otwierały się coraz szerzej, coraz bardziej nieubłaganie. 

Za nimi była noc. 
A potem raptownie otworzyły się na całą szerokość. W progu 

stała  Nicole  z  pistoletem  w  dłoni.  W  jej  oczach  był  lodowaty 
chłód. 

background image

 

background image

14 

 
– Nicole?! 
Dziewczyna  weszła  do  studia,  nie  spuszczając  z  Julii  oczu. 

Ubrana  była  w  czarne  spodnie  i  ciemną  marynarkę.  Jedną  ręką 
ściągnęła czarną opaskę podtrzymującą włosy, drugą skierowała 
broń w stronę Julii. 

– Nie ruszaj się. 
Julia zastygła z przerażenia. 
– Nicole, co ty robisz? 
Spojrzała  na  wycelowany w siebie pistolet i zrozumiała cały 

absurd swojego pytania. 

– Jak się tu dostałaś? 
–  Jak  to  jak?  Drzwi  kuchenne  mają  taki  zamek,  że  nawet 

dziecko może je otworzyć. Nie wstawaj, siedź spokojnie i puść 
jakąś muzykę. Tylko nie próbuj żadnych sztuczek. 

To niemożliwe, to musi być tylko sen, przebiegło przez głowę 

Julii.  To  znaczy,  że  to  Nicole  zamordowała  Amber?  A  teraz 
przyszła tutaj... 

Starała się jakoś uporządkować fakty i wprowadzić nieco ładu 

w uciekające myśli, ale nie potrafiła. 

Nicole  stanęła  za  nią  i  Julia  poczuła  chłód  metalu  na  karku. 

Płyta skończyła się kilka minut wcześniej i na antenie panowała 
cisza.  Julia  drżącym  głosem  przeprosiła  słuchaczy  i  na  chybił 
trafił sięgnęła po następny utwór. 

– Jest za jedenaście minut dziesiąta – powiedziała. 
Do końca programu pozostało jej właśnie te jedenaście minut. 

Rozległ się głos Neila Diamonda; nie lubiła tej piosenki. 

Przez  sekundę  miała  zamiar  nie  wyłączać  mikrofonu,  żeby 

wszyscy  mieszkańcy  wyspy  mogli  usłyszeć,  co  dzieje  się  w 

background image

studio, ale Nicole była szybsza. 

– Wyłącz to, ale już. Mówiłam, żebyś nie robiła głupstw. 
Dotyk  stali  na  karku  przekonał  Julię  ostatecznie.  Jednym 

ruchem wyłączyła mikrofon. 

Potem odwróciła się w stronę swojej prześladowczym. 
– To ty zabiłaś Amber, prawda? 
– Po co pytasz? Przecież dobrze wiesz. 
Dlaczego Nicole tak myśli? Skąd niby miałaby to wiedzieć? 
– A kiedy zrozumiałaś, że wiem? – zapytała, blefując. 
– Dzisiaj u niej w domu. 
Julia  spróbowała  dokładnie  odtworzyć  w  pamięci  scenę  z 

domu Amber, ale pamięć ją zawodziła. Wszystko mieszało się i 
ginęło, tłumione panicznym strachem. 

Zresztą  nieważne,  jak  Nicole  do  tego  doszła;  ważne,  że 

przyszła tu z takim przekonaniem. 

 
Julia  zaczerpnęła  powietrza  i  z  trudem  zadała  następne 

pytanie: 

– Przyszłaś tu... właśnie dlatego? 
Nicole  skinęła  głową.  Była  bardzo  blada,  w  jej  oczach 

widniały rozpacz i determinacja. 

Wzrok Julii powędrował w ślad za lufą. 
–  Nie  teraz  –  rzekła  Nicole  martwym  głosem.  –  Jeszcze  nie 

teraz. Dopiero jak skończysz z tym tutaj. 

Julia zerknęła na zegar. Do końca programu pozostało siedem 

minut.  Siedem  minut  łączności  ze  światem,  siedem  minut 
szansy, ostatnie siedem minut. 

Czy istnieje jakiś sposób wezwania ratunku? 
Jakiś pewnie jest, tylko jak go znaleźć i wprowadzić w czyn? 

Postanowiła spróbować. Znowu powoli zwróciła twarz w stronę 
Nicole. 

background image

– Muszę wziąć z półki taśmę – oznajmiła. 
–  A  te  ci  nie  wystarczą?  –  Nicole  ruchem  głowy  wskazała 

taśmy leżące na stole. 

– Te już nadawałam. Ludzie się zorientują, że coś jest nie tak, 

jeśli zacznę się powtarzać. Nigdy tego nie robię. 

– Dobrze, tylko pamiętaj, nie wygłupiaj się. 
Julia  wstała  i  na  uginających  się  nogach  podeszła  do  półki. 

Przebiegła wzrokiem tytuły albumów. 

– Szybciej. Ależ ty się guzdrzesz! 
Wreszcie  znalazła  to,  czego  szukała.  Wybór  melodii  z 

najbardziej znanych filmów kryminalnych. 

–  Słyszeli  państwo  Neila  Diamonda,  a  teraz  posłuchamy 

muzyki  z  filmu  „Laura”,  pochodzącego,  jak  wszyscy  zapewne 
wiedzą, z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku. 

 
Mówiąc  te  słowa,  kątem  oka  zerknęła  na  Nicole.  Ciekawe, 

czy  się  zorientuje?  Twarz  Nicole  jednak  nawet  nie  drgnęła; 
dziewczyna widocznie nie była kinomanką. 

– Mówi Julia Lewis z radia Harmony. Zostańcie teraz ze mną. 
Czy  ktokolwiek  zauważy  napięcie  w  jej  głosie?  Czy 

ktokolwiek  się  zastanowi,  że  podając  datę  powstania  słynnego 
filmu,  pomyliła  się  o  trzydzieści  lat?  Czy  ktokolwiek  skojarzy, 
że „Laura” jest filmem o tajemniczym morderstwie? 

Czy ktokolwiek w ogóle ją słyszy? 
Spojrzała na ciemną, nieruchomą postać dziewczyny. 
– To długi kawałek. Możemy sobie porozmawiać. 
Powiedziała  to  tak  swobodnie,  jakby  przyjmowała 

przyjaciółkę na herbatce. 

– Porozmawiać? O czym? 
– Na przykład, jak to zrobiłaś. Jak zabiłaś Amber. 
Nicole trzymała teraz broń obiema rękami. Czyżby zaczynała 

background image

się męczyć? 

– Przyznaję, że zrobiłaś to doskonale. Nie zostawiłaś żadnych 

śladów,  odcisków  palców,  nic.  To  naprawdę  wyglądało  na 
samobójstwo. Niepotrzebnie tylko podałaś jej ten narkotyk. 

–  Wcale  nie  –  obruszyła  się  Nicole.  –  To  było  potrzebne,  i 

gdyby nie ta sekcja, wszystko by się udało. I uda się, jestem tego 
pewna. 

To  pewnie  powszechnie  znana  nieudolność  Charliego 

spowodowała, że Nicole myślała, że autopsji nie będzie. A może 
przypuszczała,  że  w  przypadku  samobójstwa  nigdy  nie  robi  się 
sekcji? 

 
Zadzwonił  telefon  i  obie  gwałtownie  drgnęły.  Palce  Nicole 

zacisnęły się na rewolwerze. 

– Odbierz, tylko nie mów nic głupiego. 
Julia  sięgnęła  po  słuchawkę.  Jakaś  kobieta  zauważyła  jej 

pomyłkę  i  dzwoniła,  żeby  podać  prawdziwą  datę  powstania 
„Laury”.  Julia  podziękowała  i  właśnie  szukała  w  myślach 
czegoś,  co  mogłoby  zaalarmować  jej  rozmówczynię,  kiedy  ta 
szybko się pożegnała i rozłączyła. 

Nicole wyjęła słuchawkę z rąk Julii i położyła ją na stole. 
– Teraz nikt nam nie będzie przeszkadzał. 
Jeśli  ktoś  zadzwoni  do  studia,  usłyszy  taki  sygnał,  jakby 

telefon był zajęty. 

Może to niegłupi pomysł... 
Julia niemal się uśmiechnęła. Zazwyczaj nagrywała wszystkie 

rozmowy  telefoniczne,  a  teraz,  kiedy  słuchawka  była  odłożona, 
mogło  się  nagrać  to,  o  czym  rozmawiały  w  studio.  Zawsze  to 
jakaś  pociecha.  Ponadto  w  czasie  programu  nigdy  z  nikim  tak 
długo  nie  rozmawiała.  Jeśli  Charlie  wystuka  jej  numer, 
natychmiast  się  zorientuje,  że  dzieje  się  coś  niedobrego.  Albo 

background image

przynajmniej powinien... 

Nieco uspokojona podjęła przerwaną rozmowę. 
– Ciekawi mnie tylko, jak zdobyłaś te narkotyki. 
Dziewczyna wzruszyła ramionami. 
– Kupiłam. 
– Tutaj? Na naszej wyspie? 
Nicole wydęła wargi. 
– Za dużo chcesz wiedzieć. 
Julia machnęła ręką. 
– Przepraszam. 
 
Oparła  się  wygodnie,  starając  się  przybrać  neutralny  wyraz 

twarzy.  Nie  wiedzieć  czemu  uważała,  że  musi  sprawić,  by 
Nicole przestała być tak potwornie spięta. Kiedy zacznie mówić, 
może uda się znaleźć sposób, żeby ją przechytrzyć. 

– Usiądź, Nicole – powiedziała, wskazując fotel. 
– Po co? Denerwuję cię, kiedy tak stoję? 
– Nie, ale mam wrażenie, że jest ci niewygodnie. 
– Nie gadaj tyle, tylko kończ te swoje kawałki. 
Julia spojrzała na czasomierz. 
– Ten utwór skończy się dopiero za minutę. 
Nicole,  nie  spuszczając  jej  z  oka,  przysunęła  sobie  fotel  i 

przysiadła na poręczy. 

– Co słychać u twojego brata? – rzuciła od niechcenia Julia. 
Nicole pobladła jeszcze bardziej. 
– Co? 
– To od niego kupiłaś te prochy? Od Chrisa? 
– Zamknij się, do cholery! 
– Najpierw odpowiedz, naprawdę jestem ciekawa. 
W oczach Nicole po raz pierwszy, oprócz chłodu, pojawiło się 

coś jeszcze. 

background image

– Nie wiem, skąd to wszystko wiesz, ale Chris nie jest złym 

chłopcem  –  rzekła  szybko.  –  On  po  prostu...  nieraz  coś  komuś 
sprzeda, ale tylko trochę. Robi to... bo potrzebuje pieniędzy. 

– Rozumiem. Zresztą nie mógł wiedzieć, co z tym zrobisz. 
– Właśnie, Chris nie miał o tym zielonego pojęcia. 
Chciał  je  sprzedać  komuś  na  plaży,  ale  odebrałam  mu  te 

prochy, bo nie chciałam, żeby się narażał. Powiedziałam mu, że 
wyrzuciłam je do ubikacji. 

–  W  porządku,  w  takim  razie  nic  mu  nie  grozi.  Skoro  nie 

wiedział o przestępstwie, nie jest w nic zamieszany. 

– Chris jest niewinny. 
– Nie bój się. Nic mu nie grozi. 
Nicole  wyraźnie  się  uspokoiła.  Muzyczny  temat  z  „Laury” 

dobiegł końca, ale Julia nie poruszyła się. 

– Nie dasz teraz nic nowego? – zapytała niespokojnie Nicole. 
– Zaraz będzie następny utwór, z tej samej płyty. Często tak 

robię, możesz być spokojna. 

Zabrzmiały  pierwsze  takty  „Body  Heat”.  Jeśli  Charlie  jej 

słucha, nie może nie zorientować się, jakie utwory nadaje. Jeśli 
jej  słucha,  musi  się  tu  zjawić,  by  sprawdzić,  co  się  dzieje. 
Poprzednim  razem  przecież  wpadł,  kiedy  go  coś  zaniepokoiło. 
Tylko czy dzisiaj jej słucha? 

– Przyszłaś tu ścieżką przez las? 
Źrenice Nicole zwęziły się. 
– Skąd wiesz? 
– Do spodni przyczepiła ci się gałązka. 
Dziewczyna rzuciła okiem na wskazane miejsce. 
– Rzeczywiście. 
– Do Amber też przyszłaś leśną ścieżką? 
Na wargach Nicole pojawił się słaby uśmiech. 
–  Nasze  domy  są  od  siebie  bardzo  oddalone,  jak  się  idzie 

background image

drogą. Ale przez las to tylko pół mili. 

–  Bardzo  sprytnie.  Amber  się  nie  zdziwiła,  że  przychodzisz 

tak późno, bez samochodu. To musiała przecież być już... chyba 
jedenasta, prawda? 

 
– Było wpół do jedenastej. Amber wcale się nie zdziwiła, no, 

może  trochę,  ale  jej  powiedziałam,  że  samochód  mi  się  zepsuł 
niedaleko jej domu i muszę zadzwonić. 

Julia  próbowała  nie  wyobrażać  sobie  tej  sceny,  ale 

sugestywny obraz pojawił się nieproszony. 

–  Potem  zapytałam,  czy  ma  coś  do  picia,  bo  strasznie  się 

zgrzałam,  idąc  przez  las.  Otworzyła  butelkę  wody  mineralnej  i 
nalała do szklanek. 

– A ty wsypałaś jej narkotyk? 
Nicole skinęła głową. 
Obraz  Amber  przyjmującej  w  swoim  domu  osobę,  która 

przyszła ją zabić, miał w sobie coś makabrycznego. 

– A potem to już poszło szybko... 
Głos Nicole stał się obojętny, mechaniczny. 
– Zaprowadziłam ją do łóżka i pomogłam się położyć. 
Ledwo się poruszała, lała się przez ręce... 
Julia  uczepiła  się  myśli,  że  Amber  była  nieprzytomna  i  nie 

zaznała panicznego strachu; ta myśl sprawiła jej ulgę. 

– Wyjęłaś pistolet z jej nocnego stolika i zastrzeliłaś ją, tak? – 

zapytała zdławionym głosem. 

W oczach Nicole dostrzegła pustkę. 
– Tak. 
– I włożyłaś jej broń do ręki? 
– Tak. 
Muzyka  umilkła;  zegar  wskazywał  za  trzy  minuty  dziesiątą. 

Trzy minuty i wszystko się skończy. Zabrzmiały pierwsze takty 

background image

kolejnego  utworu  z  płyty  „najsłynniejszych  utworów 
kryminalnych”. 

–  Potem  musiałaś  jeszcze  posprzątać,  umyć  szklanki  i  tak 

dalej... 

 
–  Umyłam  je  i  odstawiłam  na  miejsce,  potem  wytarłam 

wszystko, czego dotykałam. 

Jakiś cień padł na twarz Nicole; coś jak gdyby przypomnienie 

błędu, który popełniła. 

– Zrobiłam tylko jedno głupstwo... 
– Jakie? 
– Wróciłam do sypialni i wzięłam ten łańcuszek. 
Łańcuszek? Jaki łańcuszek? O czym ona mówi? 
Julia  nagle  przypomniała  sobie  słowa  Bruce’a;  niemal 

usłyszała  jego  nieprzyjemny,  napastliwy  głos:  „Gdzie  ten  złoty 
łańcuszek, który jej dałem... „ 

– Jak tylko na mnie spojrzałaś, wtedy, w tym lustrze, od razu 

wiedziałam, że się domyśliłaś. Widziałaś go przecież u mnie w 
domu... 

Głos Nicole dotarł do niej jak z bardzo daleka. 
Spuściła  oczy,  żeby  ukryć  zdumienie.  Nareszcie  zrozumiała. 

Nicole pomyliła się; tym razem naprawdę popełniła błąd. Julia w 
jej  domu  nie  widziała  żadnego  łańcuszka.  Zbyt  była 
zaaferowana,  żeby  się  przyglądać  ozdobom  leżącym  na 
kuchennym stole. Owszem, teraz sobie przypominała: były tam 
kolczyki,  jakieś  spinki,  bransoletka,  może  i  łańcuszek  z 
breloczkiem... 

– Dlaczego to wzięłaś, Nicole? – zapytała spokojnie. 
– Nie wiem, z głupoty. 
Lufa rewolweru obniżyła się; celowała teraz w kolana Julii. 
– Chodziło ci o ten napis? 

background image

Nicole  otrząsnęła  się;  lufa  wróciła  na  swoje  poprzednie 

miejsce. 

– Jaki napis? 
 
– „Jedynej kobiecie, którą kocham”. 
Wyraz twarzy Nicole zdradził jej, że trafiła w sedno. 
– Czy on naprawdę kochał tylko Amber? – spytała łagodnie. 
–  Stale  tam  chodził,  mówił,  że  idzie  porozmawiać  o 

rozwodzie, aleja wiedziałam... Stale do niej chodził... 

– Głos Nicole rwał się, jej pierś falowała. 
– Myślałaś, że nigdy od niej nie odejdzie? 
Oczy Nicole wypełniło cierpienie. 
– Dlatego ją zabiłaś? 
Niemal  jej  współczuła.  Oto  do  czego  może  człowieka 

doprowadzić miłość. 

Ale to nie była miłość, to była groźna choroba, obsesja, która 

niszczy ludzkie istnienia. 

– Myślałam, że jak ona zniknie, to on wreszcie mnie zauważy, 

zobaczy, że zawsze przy nim jestem, bo go kocham. 

– Przecież jesteście razem. 
– Tak jak mu wygodnie. 
– Myślisz, że chodzi mu tylko o seks? 
Nicole niechętnie skinęła głową. 
– I o rozładowanie frustracji? 
–  On...  on  mnie  nie  bije.  –  Nicole  jakby  się  uśmiechnęła.  – 

Może  popchnął  mnie  raz  czy  dwa,  ale  nigdy  mnie  nie  uderzył. 
On  wie,  że  Chris  by  mu  nie  darował.  Mój  brat  zna  różnych 
niebezpiecznych ludzi. 

– Bruce wie, że Chris handluje narkotykami? 
– Bruce wie wszystko. 
– I to, że zabiłaś Amber? 

background image

Rewolwer w dłoni Nicole niebezpiecznie zadrżał. 
 
–  Powiedziałam  mu,  że  to  nie  ja,  ale  on  chyba  wie,  nie  jest 

głupi. Musi się domyślać, przecież mamy wspólne alibi. 

Julia nie wszystko rozumiała. Jakoś nie bardzo  miała ochotę 

wierzyć,  że  Bruce  podejrzewa  Nicole.  Znała  go  na  tyle,  by 
wiedzieć,  że  gdyby  rzeczywiście  uważał,  że  to  zrobiła,  ani  jej 
brat,  ani  jego  koledzy  nie  powstrzymaliby  go  przed 
wymierzeniem kary albo pójściem na policję. Chyba że... 

Chyba że kryjąc Nicole, kryje samego siebie. 
– Co ty o nim wiesz? W co on jest zamieszany? 
Nicole  milczała.  Jakby  nagle  przebudzona,  powiodła 

wzrokiem w stronę zegara. 

– Już dziesiąta – odezwała się. – Powinnaś kończyć. 
Julia zrobiła nieokreślony ruch ręką. 
– Zaraz kończę, ale porozmawiajmy jeszcze chwilę. 
–  Nie  ma  o  czym  mówić.  Sprawa  jest  jasna.  Tylko  ty  jedna 

wiesz,  że  byłam  u  Amber  tamtej  nocy,  i  taki  ktoś  nie  jest  mi 
potrzebny. 

–  Przecież  nie  mam  żadnych  dowodów.  Weź  ten  przeklęty 

łańcuszek i wrzuć go do wody. Nie będzie żadnych śladów. 

– Wystarczy, że ty wiesz. Będziesz o tym gadać. 
– Nie. Mogę ci przyrzec, nie powiem nikomu słowa. 
Nicole  przez  chwilę  się  zastanawiała,  a  potem  przecząco 

pokręciła głową. 

– Nie wierzę ci. Kończ już, powiedziałam. 
Julia ze ściśniętym sercem zbliżyła usta do mikrofonu. 
– Chciałam się z państwem pożegnać. Było mi bardzo miło. – 

Gdyby  tylko  mogła  wykrztusić  to  jedno  jedyne  słowo:  „Na 
pomoc!”  Chłodny  dotyk  lufy  skutecznie  ją  jednak  od  tego 
odwiódł. 

background image

– Dobranoc, Harmony – powiedziała tylko. 
Nicole niecierpliwym ruchem wyłączyła mikrofon. 
– Wystarczy, idziemy. 
– Dokąd? 
– Na spacer. 
Julia z wolna zaczęła podnosić się z krzesła i wtedy usłyszały 

dźwięk wjeżdżającego na podjazd samochodu. Nicole zaklęła. 

Julia  poznała  samochód  Bena.  Przymknęła  oczy  i  wydała 

głębokie  westchnienie  ulgi.  Ben  zrozumiał,  że  jest  w 
niebezpieczeństwie i przybywa na pomoc. Ben... 

W tej samej chwili ogarnęło ją przerażenie na myśl o tym, co 

mu grozi. 

– Szybko! – Nicole popchnęła ją w stronę drzwi. 
Było  jednak  za  późno;  gdyby  teraz  wyszły  przed  dom, 

znalazłyby się wprost w świetle reflektorów. 

– Spław go, rób, co chcesz, ale masz go spławić. Jeśli zrobisz 

jakiś numer, strzelam. 

Usłyszała znajome kroki na podjeździe, a potem na schodach. 

Po chwili Ben pukał już do drzwi. 

– Julia! To ja. 
Nicole wsunęła jej lufę pod żebro. 
– Idź tam i pogadaj z nim. Tylko pamiętaj: jedno nieostrożne 

słowo i zastrzelę cię. Zastrzelę was oboje. 

Przekręciła  wyłącznik  i  studio  pogrążyło  się  w  ciemności. 

Julia  ostrożnie  podeszła  do  drzwi  i  stanęła  twarzą  w  twarz  z 
Benem.  Nagle  zrozumiała,  że  jeśli  teraz  umrze,  Ben  nigdy  nie 
dowie się, kim dla niej był. 

 
Uchyliła drzwi. 
– Słucham? 
Spojrzał na nią niepewnie. 

background image

– Przyjechałem tak nieoczekiwanie, bo... – Urwał i jakby się 

nad  czymś  zastanawiał.  –  Dzwoniłem,  ale  stale  było  zajęte. 
Myślałem... 

– Miałam dziś mnóstwo telefonów od słuchaczy. 
Spojrzał ponad jej ramieniem w kierunku ciemnego studia. 
– Mogę wejść? 
– To nie jest najlepszy pomysł. Ja... 
Tak  strasznie  chciała,  by  został,  ale  nie  mogła  go  narażać. 

Wiedziała, że Nicole jest zdecydowana na wszystko. 

–  Jestem  strasznie  zmęczona.  Przepraszam,  zadzwonię  do 

ciebie jutro. 

Chciała zamknąć drzwi, ale Ben przytrzymał je ręką. 
– Nie mogę czekać do jutra – oświadczył i wszedł do środka. 

– Dużo myślałem o tym, co powiedziałaś, i... 

Rozpaczliwie próbowała zagrodzić mu drogę. 
– Nie teraz, Ben... 
– Owszem, teraz! 
Odsunął  ją  energicznie,  wszedł  do  studia,  zapalił  światło  i... 

ujrzał Nicole z wycelowaną w siebie bronią. 

Z całej ich trójki to ona właśnie była najbardziej przerażona. 

Stała  tak  niczym  parodia  telewizyjnego  rewolwerowca,  na 
ugiętych nogach, drżącymi rękami ściskając broń. 

 O Boże... O Boże... – szeptała do siebie. 
Sytuacja  wyraźnie  ją  przerosła  i  teraz  nie  miała  pojęcia,  co 

robić. Ben natomiast nie wahał się ani przez chwilę. 

 
Błyskawicznym  ruchem  wepchnął  Julię  za  swoje  plecy, 

chroniąc ją własnym ciałem. 

– Uciekaj – szepnął. – Klucze są w stacyjce. 
–  Nie  ruszać  się!  –  krzyknęła  Nicole  piskliwym  głosem.  – 

Zastrzelę was oboje/ 

background image

Drżała  na  całym  ciele.  Julia  wiedziała,  że  dziewczyna  w 

każdej chwili może spełnić swoją groźbę. 

– Uspokój się, Nicole – rzekł łagodnym głosem Ben. 
– Przecież sama wiesz, że nikogo nie chcesz zastrzelić. 
Dziewczyna postąpiła krok do tyłu. 
– Nie ruszaj się – syknęła. – Jeszcze jeden ruch... 
Ben spojrzał na nią z wyraźnym współczuciem. 
– Spójrz na siebie, Nicky. Cała drżysz, jesteś blada jak ściana. 
Postąpił krok w jej stronę. 
– Ben, nie rób tego – szepnęła Julia błagalnym tonem. 
–  W  porządku.  Nicole  jest  mądrą  dziewczyną  i  nie  popełni 

żadnego głupstwa. 

Jednak  popełniła  głupstwo.  Kula  przeszła  tuż  obok  głowy 

Bena i utkwiła we framudze drzwi. 

– Julia! 
– Nic mi nie jest. 
Spojrzenie Bena stało się ostre, hipnotyzujące. 
– Oddaj broń, Nicole, nie wygłupiaj się. 
Dziewczyna parsknęła nerwowym śmiechem. 
–  Nie  mam  już  nic  do  stracenia.  Co  za  różnica,  czy  będę 

siedzieć dwa lata czy pięćdziesiąt. I tak nikt na mnie nie będzie 
czekał. A tak, może mam jeszcze jakąś szansę... 

Jej twarz rozjaśniła się. 
 
–  Mogę  zadzwonić  do  brata,  ukryje  mnie  gdzieś.  Zanim 

zaczną was szukać, będę już daleko. 

Wyglądała jak dziecko, które rozpaczliwie próbuje wzbudzić 

w sobie nadzieję. 

–  Brat  chyba  nie  będzie  mógł  ci  pomóc  –  oznajmił  Ben 

spokojnym głosem. – Dziś po południu został aresztowany. 

Nicole jęknęła. 

background image

– Co? 
–  To,  co  słyszałaś.  Wygląda  na  to,  że  tylko  ty  sama  możesz 

sobie pomóc. 

Rozczarowanie jakby nagle odjęło jej wszystkie siły. Zrobiła 

niepewny  krok  do  przodu  i  zachwiała  się.  Ben  runął  ku  niej, 
jednocześnie z całej siły odpychając Julię. 

– Uciekaj! 
Julia zatoczyła się na półki z taśmami i albumami. Czy on nie 

rozumie, że ona nigdy nie ucieknie, nigdy go nie zostawi? 

– Uciekaj! 
Ben  upadł  wraz  z  Nicole  na  ziemię  i  w  tej  samej  chwili 

huknął strzał. 

– Julia! Uciekaj! – jęknął Ben. 
Rzuciła się ku niemu, nie wiedząc, co robić i jak mu pomóc. 

Rozległ się  kolejny strzał i  Ben  zwinął się  z  bólu. Julia ujrzała 
krew sączącą się z jego rozerwanej koszuli. 

Poczuła,  jak  ogarnia  ją  dzika,  zwierzęca  wściekłość. 

Rozejrzała  się  z  furią  po  pokoju.  Jej  wzrok  padł  na  ciężki, 
metalowy mikrofon; chwyciła go i podeszła do Nicole. 

Ale Nicole tylko na to czekała; klęczała na podłodze z bronią 

gotową do strzału. 

 
– Zostaw to – rzekła rozkazującym głosem. 
Julia nie zamierzała jej słuchać. Ben leżał, zwijając się z bólu 

i brocząc obficie krwią. Nie zamierzała słuchać niczego i nikogo. 
Musi  unieszkodliwić  Nicole,  w  przeciwnym  razie  Ben  zginie. 
Miała tylko jedno wyjście. 

Zbliżyła się i z całej siły uderzyła Nicole w nadgarstek. Broń 

upadła na podłogę. Gdy Julia schyliła się, by ją podnieść, Nicole 
z  całej  siły  kopnęła  ją  w  żebra.  Julia  straciła  z  bólu  oddech, 
pokój wokół niej zawirował. 

background image

Nie  wolno  mi  zemdleć,  nie  wolno.  Jeśli  stracę  przytomność, 

Ben zginie. 

Uklękła,  dłonią  szukając  rewolweru.  Nicole  jednak  była 

szybsza. Jej palce jak szpony zacisnęły się na rękojeści. 

– Zostaw to, ręce do góry! 
Ten rozkazujący głos nie mógł należeć do Bena. Ben właśnie 

stracił  przytomność  i  leżał  bez  ruchu.  W  drzwiach  stał  Charlie 
Slocum ze służbową bronią w ręku. 

–  Wszystko  skończone,  Nicole  –  rzekł.  –  Wszystko 

skończone. 

 

background image

15 

 
Tej  samej  nocy  Julia  opuściła  wyspę  sanitarnym 

helikopterem,  który  przybył  zabrać  Bena  do  szpitala  w 
Providence.  Światła  wyspy  oddalały  się  szybko,  pozostając  w 
dole,  ale  nie  widziała  tego  i  nie  słyszała  warkotu  silnika.  Oczy 
miała  wpatrzone  w  Bena,  uszy  wsłuchane  w  jego  urywany 
oddech.  Podczas  gdy  lekarze  walczyli  o  jego  życie,  nie 
wypuszczała jego dłoni z rąk, przemawiając do niego i mówiąc 
mu, że nie może umrzeć, bo ona go kocha. 

Potem  wylądowali  na  dachu  szpitala;  Bena  natychmiast 

zawieziono na salę operacyjną, a ją umieszczono w poczekalni, 
gdzie  następne  trzy  godziny  spędziła  na  czuwaniu  i  modlitwie. 
Na szczęście, był z nią jeden z ludzi Charliego, więc nie była tak 
beznadziejnie sama. 

Modliła  się  o  ratunek  dla  Bena,  płakała,  rozmyślała  i  robiła 

rozmaite postanowienia, owładnięta jedną tylko, banalną myślą, 
że  człowiek  nigdy  nie  docenia  tego,  co  ma,  zanim  tego  nie 
utraci. 

Nad ranem zjawił się Charlie. Nie mógł przylecieć wcześniej, 

bo  musiał  przesłuchać  Nicole.  Pocałował  Julię  w  policzek  i 
mocno ją przytulił. 

– Strasznie się boję, Charlie... 
Otarł jej łzy z policzków. 
–  Wiem,  ale  wszystko  będzie  dobrze.  On  z  tego  wyjdzie,  to 

mocny facet. Tacy tak szybko nie umierają. 

Bardzo chciałaby uwierzyć w słowa Charliego bez zastrzeżeń, 

ale  paniczny  lęk  nie  ustępował  łatwo.  Charlie  spojrzał  na 
siedzącego obok policjanta. 

– Bill, możesz iść napić się kawy. Dobrze ci zrobi. 

background image

Policjant uśmiechnął się, wstał i odszedł. 
Charlie  spoczął  na  zwolnionym  przez  niego  miejscu.  Julia 

usiadła obok niego. Przez chwilę milczała. 

–  Jestem  taka  głupia...  –  powiedziała  wreszcie  –  taka 

beznadziejnie głupia, Charlie. 

Spojrzał na nią, unosząc jedną brew. 
– A to dlaczego? 
– Wszystko robię nie tak. Pędzę gdzieś, szukam czegoś, sama 

nie  wiem  po  co  i  dlaczego,  zmieniam  prace,  miejsca 
zamieszkania... 

– Przecież każda twoja kolejna praca jest coraz lepsza i ty też 

jesteś coraz lepsza w tym, co robisz. 

Przytaknęła. 
–  Tak,  ale  mogłabym  się  doskonalić  zawodowo  również  w 

jednym miejscu. 

Charlie pokiwał głową. 
 
–  Dziwny  moment  sobie  znalazłaś  na  rozmowy  o  pracy, 

kochanie. 

– Ja nie mówię tylko o pracy, mówię o wszystkim, o życiu, o 

ludziach... 

– A może doszłaś przy okazji do jakiegoś wniosku? 
– Tak. Jestem po prostu do niczego. 
Charlie wzruszył ramionami. 
– Chyba trochę przesadzasz. 
Uniosła na niego oczy. 
–  Odkąd  pamiętam,  zawsze  lubiłam  być  sama.  Nie 

dopuszczałam ludzi do siebie, bo nikomu nie ufałam. 

Trzymałam  wszystkich  z  daleka  od  siebie  i  bałam  się 

zaangażować. 

–  Mylisz  się.  Miałaś  wielu  przyjaciół.  Sam  znam  ludzi,  z 

background image

którymi  byłaś  bardzo  blisko.  Jeden  z  nich  siedzi  tu  teraz  przy 
tobie. 

– Wiem, ale... 
– Lubisz ludzi i potrzebujesz ich. Nie możesz tylko uwierzyć, 

że oni cię kochają. 

Spojrzała na niego z bezgranicznym zdumieniem. 
– Skąd... skąd ty to wszystko wiesz? 
– Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam. 
Uśmiechnęła się. 
– Jesteś bardzo mądrym człowiekiem, Charlie, i dobrze o tym 

wiesz. 

– A co to wszystko ma wspólnego z Benem? 
Sięgnęła do torebki po czystą chusteczkę. 
– Właśnie w tym przypadku okazałam się prawdziwą idiotką. 

Ben dzisiaj w nocy ryzykował dla mnie życie. 

Szkoda,  że  go  nie  widziałeś.  Rzucił  się  na  Nicole,  jakby 

zupełnie się nie bał. Jakby nie widział broni. Myślał tylko o tym, 
żeby mnie ratować. 

– To się nazywa miłość, kochanie. 
–  Wiem,  ale  ty  nie  wiesz,  że  ja  tę  jego  miłość  odrzuciłam. 

Dlatego mówię, że jestem głupia. 

Charlie objął ją i mocno przytulił. 
– Wszystko będzie dobrze. On z tego wyjdzie, zobaczysz. 
– Może... 
Westchnęła  i  wtuliła  się  w  Charliego.  Wcale  nie  była  tego 

taka pewna. Gdyby teraz Ben, wyzdrowiawszy, nie chciał z nią 
mieć  nic  wspólnego,  zrozumiałaby  to.  Przecież  nie  jest  znowu 
tak nadzwyczajna, by oddać za nią wszystko, zdrowie, życie... 

Zza  szklanych  drzwi  z  napisem:  „Prosimy  nie  wchodzić” 

wyszedł młody chirurg w zielonym stroju. 

– Pani Julia Lewis? 

background image

Wstała, czując, że serca w niej zamiera. 
– Tak, to ja. 
–  Nazywam  się  Flynn  i  jestem  jednym  z  lekarzy,  którzy 

operowali pani przyjaciela. 

– Tak, słucham? 
– Operacja się udała. 
To nie była zadowalająca odpowiedź na jej pytanie. 
–  Jak  on  się  czuje?  Rany  są  bardzo  groźne?  –  Charlie  wstał 

również i pytająco spojrzał na lekarza. 

– Było lepiej, niż myśleliśmy. Kula przeszła tuż obok serca i 

utknęła w lewym płucu. 

– A co z postrzałem w nogę? 
– Stracił dużo krwi, ale kość jest nie naruszona. 
 
Julia odetchnęła. 
– To znaczy, że będzie całkiem zdrowy? 
– Tak. – Uśmiechnął się lekarz. – Będzie zupełnie zdrowy. 
– Mogę do niego pójść? – spytała z wahaniem. 
–  Jeszcze  się  nie  obudził,  ale  może  pani  do  niego  na  chwilę 

zajrzeć. 

Poszła na oddział pooperacyjny, przez całą drogę powtarzając 

sobie, że musi być przygotowana na okropny widok. Widywała 
już  bardzo  chorych  ludzi  i  spodziewała  się  odczłowieczającej 
plątaniny  plastikowych  rurek  i  aparatów.  Kiedy  jednak  ujrzała 
Bena,  zrozumiała,  że  wygląd  i  otoczenie  nie  jest  ważne:  miała 
przed sobą mężczyznę swojego życia i tylko to się liczyło. 

Pocałowała  go  w  czoło,  odgarnęła  włosy  i  powiedziała,  jak 

bardzo  go  kocha.  Potem  do  pokoju  wszedł  lekarz  i  Charlie,  i 
obaj  przekonali  ją,  że  powinna  wracać  do  domu,  by  trochę 
odpocząć.  Benowi  już  nic  nie  grozi.  Zawiadomiono  też  jego 
rodzinę, która ma niedługo przyjechać. Ben nie będzie sam. 

background image

 
 
Dopiero  kiedy  niewielki  samolot  wzbił  się  w  powietrze, 

biorąc kierunek na Harmony, Julia i Charlie zaczęli rozmawiać o 
Nicole i wydarzeniach poprzedniej nocy. 

–  Teraz  sobie  coś  przypomniałam  –  rzekła  Julia, 

przekrzykując  hałas  silnika.  –  Ben  wspomniał  o  aresztowaniu 
Chrisa. Jak to było? 

–  Zaraz  ci  powiem.  Ten  facet,  którego  oskarżono  o  gwałt, 

zeznał, że  Chris  też  był  w  to  zamieszany.  Policja  z  Providence 
przymknęła  go,  a  w  jego  mieszkaniu  znaleziono  pięć 
kilogramów marihuany i niezły zapas prochów. 

–  Wiedzą  już,  że  dostarczył  narkotyku,  który  posłużył  do 

popełnienia zbrodni? 

–  Oczywiście.  Od  trzech  dni  jestem  z  nimi  w  stałym 

kontakcie, pomaga mi ten młody policjant, Scott Bowen. 

Będzie z niego znakomity gliniarz. 
–  Muszę  przyznać,  że  zaskoczyłeś  mnie.  Jesteś  naprawdę 

niesamowity, Charlie. 

Mrugnął okiem. 
– Może mam powody. 
Powiedział jej też, że Bruce Davoll od pewnego czasu trudnił 

się handlem narkotykami. Policja znalazła w mieszkaniu Chrisa 
notatnik, w którym między innymi notował transakcje zawierane 
z Bruce’em. 

– To dlatego nie doniósł na Nicole! – zawołała Julia. 
– Trzymała go w garści! 
– Można powiedzieć, że jedno drugie trzymało w garści. 
– Aresztowaliście go? 
– Tak, zaraz dziś w nocy. 
Pozostał jeszcze tylko kochanek Amber, Jeff Parker. 

background image

–  Wynika  z  tego,  że  on  nie  miał  nic  wspólnego  z 

morderstwem? – zapytała Julia. 

Charlie pokręcił głową. 
– Nie. Jeff Parker nie jest mordercą, jest jedynie niewiernym 

mężem. Zdradzał żonę nie tylko z Amber. Kiedy się zorientował, 
że go podejrzewam o morderstwo, przyszedł do mnie i wszystko 
mi wyśpiewał. Tego wieczoru, kiedy zabito Amber, był u swojej 
nowej kochanki. 

 
– Stąd ta cała historia o złapanej gumie, i tak dalej. 
–  Właśnie.  Zresztą  teraz  Parker  będzie  miał  ciężkie  życie. 

Zrobił się szum i żona o wszystkim się dowiedziała. 

Podobno  ma  teraz  piekło  w  domu.  Jakoś  dziwnie  mu  nie 

współczuję,  zasłużył  sobie  na  to.  Jest  dorosłym  facetem  i 
powinien  wiedzieć,  co  robi.  Zresztą  opuścił  Amber  w 
najtrudniejszej chwili. 

Zapatrzyli się w ciemne niebo; pod nimi był równie mroczny 

ocean. 

– Chciałam cię jeszcze o coś zapytać, Charlie, i to już będzie 

moje  ostatnie  pytanie.  Skąd  wiedziałeś, że  potrzebuję  pomocy? 
Jak to się stało, że zjawiłeś się u mnie dokładnie w chwili, kiedy 
cię potrzebowałam? 

Rzucił na nią okiem i wzruszył ramionami. 
– Też pytanie! Wiesz, ile osób dzwoniło na posterunek, żeby 

powiedzieć, że się o ciebie boją, bo coś niedobrego się u ciebie 
dzieje? 

– Naprawdę? 
–  Mówili,  że  masz  taki  dziwny  głos,  że  puszczasz  jakieś 

starocie, że nie zgasiłaś światełka na maszcie, że... 

Julia złapała się za głowę. 
– Nie zgasiłam go? O Boże! Rzeczywiście! 

background image

Harmony  była  teraz  ciemną  plamą  na  tle  nieco  jaśniejszego 

morza.  Gdzieniegdzie  migotały  światła:  jedno  z  nich  było 
czerwone.  Julia  spojrzała  na  nie  i  uśmiechnęła  się.  Po  raz 
pierwszy w życiu naprawdę miała wrażenie, że wraca do domu. 

 
 
Nazajutrz w domu Cathryn panowała atmosfera w niczym nie 

przypominająca zwykłego koleżeńskiego spotkania. Julia zjawiła 
się  ostatnia.  W  ciągu  tych  kilku  godzin,  które  przespała,  cała 
wyspa dowiedziała się już o jej niezwykłych perypetiach. Kiedy 
tylko podjechała pod dom przyjaciółki, wszyscy rzucili się w jej 
stronę,  zasypując  ją  pytaniami.  Musiała  opowiedzieć  im 
wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. 

Raz  po  raz  ze  współczuciem  spoglądała  na  Jake’a 

Normandina.  On  nie  ponosi  przecież  żadnej  odpowiedzialności 
za wyczyny rodzeństwa. 

Po  zaspokojeniu  ciekawości  goście  rozproszyli  się  po 

ogrodzie, od czasu do czasu podchodząc do stołu, zastawionego 
smakołykami  przygotowanymi  przez  Cathryn.  Zaczęły  się 
wspomnienia  i  rozmowy  o  teraźniejszości;  ktoś  zaczął  robić 
zdjęcia. 

Julia  z  ożywieniem  podeszła  do  Lauren  DeStefano.  Lauren 

była  typową  „kobietą  sukcesu”;  tak  jak  planowała,  zrobiła 
karierę i świetnie jej się powodziło. Od jedenastu lat jej noga nie 
stanęła na Harmony. 

–  Kiedy  stąd  wyjeżdżałam  –  powiedziała  do  Julii  w  swój 

zwykły  ironiczny  sposób  –  przyrzekłam  sobie,  że  nigdy,  za 
żadne  skarby  świata,  tu  nie  wrócę.  Przyjechałam  na  naszą 
wysepkę  tylko  po  to,  żeby  cię  zobaczyć.  Nigdy  bym  sobie  nie 
darowała, że straciłam taką okazję. 

Następnie  Julia  porozmawiała  z  Sethem  Connorem  i  jego 

background image

żoną,  którzy  przylecieli  na  spotkanie  z  New  Haven.  Seth 
pracował  w  szkole  jako  nauczyciel  angielskiego.  Później 
zamieniła  kilka  słów  z  Mikiem  Fearingiem  i  bliźniakami 
O’Banyon,  których  widziała  już  na  pogrzebie,  ale  nie  mieli 
okazji  porozmawiać.  Pogadała  też  z  Barrym  Devine’em,  który 
odchodził  właśnie  z  lotnictwa  wojskowego  i  miał  teraz  zamiar 
latać na liniach pasażerskich. 

Nalała sobie kolejny kubek kawy i zamyśliła się; zamyślenie 

przerwała  cisza,  która  nagle  zapadła.  Jake  Normandin  stał  na 
środku  trawnika  i  zamierzał  coś  powiedzieć.  Zrobił  to  jak 
wszystko, co robił, po prostu i szczerze. 

– Wszystkich przepraszam za to, co zrobiła moja siostra. Jest 

mi  strasznie  przykro  –  oznajmił  i  rozejrzał  się  po  otaczających 
go twarzach. 

Julia podeszła i pocałowała go w policzek. 
–  Tak  się  cieszę,  że  jednak  przyszedłeś.  Teraz  już  są 

wszyscy... – jej oczy pociemniały – z wyjątkiem Amber. 

–  Moglibyśmy  chyba...  –  chrząknęła  Lauren  –  wybrać  się 

kiedyś do niej na cmentarz. 

Cathryn natychmiast przejęła sprawy w swoje ręce. 
– W takim razie chodźmy zaraz. 
 
 
Zatrzymali  się  nad  szarym  kamieniem.  Cathryn  położyła  na 

grobie bukiet jesiennych chryzantem i cofnęła się, żeby stanąć w 
kręgu wraz z innymi. 

–  Nie  przygotowałam  żadnego  oficjalnego  przemówienia. 

Pomodlimy się za nią po cichu i każdy sam powie w myślach, co 
mu się wydaje najstosowniejsze. 

Spuścili głowy, poruszyli wargami, wzięli się za ręce. 
Julia  spojrzała  na  szary  kamień  i  przypomniała  sobie  swoją 

background image

pierwszą  wizytę  przy  grobie  Amber.  Stała  tu  wtedy  targana 
gniewem  i  zgnębiona  bezradnością.  Teraz  w  jej  sercu  panował 
dziwny spokój. Dług został spłacony, sprawiedliwości stanie się 
zadość. Wiedziała już, jak i dlaczego zginęła jej przyjaciółka i na 
swój sposób przyczyniła się do ujęcia sprawcy. 

To  jednak  nie  przywróci  życia  Amber.  Ból  po  jej  stracie 

pozostanie na zawsze. Ból i wiedza, że nic nie jest dane raz na 
zawsze i że wszystko w każdej chwili można utracić. 

Modlitwy ucichły i  przyjaciele  zaczęli  oddalać się  od grobu. 

Julia spojrzała na zegarek. Ciekawe, co teraz robi Ben? 

Cathryn natychmiast zrozumiała jej gest. 
– Myślisz o nim? – zapytała cicho. 
Julia skinęła głową. 
– Chcesz do niego pojechać? 
Julia  nie  odpowiedziała;  zresztą  Cathryn  wcale  jej  o  nic  nie 

pytała, stwierdziła tylko oczywisty fakt. 

–  Nie  wiem,  czy  wypada.  Tak  starannie  przygotowałaś  to 

nasze  spotkanie,  nie  chciałabym  ci  go  popsuć  –  rzekła  z 
wahaniem w głosie. 

Cathryn poklepała ją po ramieniu. 
– Niczym się nie przejmuj, tylko do niego leć. 
–  Nie  bardzo  mogę.  Muszę  się  jeszcze  spakować  przed 

jutrzejszym wyjazdem. 

– Przecież ty nigdzie nie wyjedziesz i doskonale o tym wiesz 

– oznajmiła spokojnie Cathryn. – Ani jutro, ani nigdy. 

Julia spuściła oczy, obcasem buta grzebiąc w ziemi. 
–  Chyba  zostanę  kilka  dni  dłużej,  żeby  zobaczyć,  jak  on  się 

czuje. 

– O czym mówicie?  – Lauren podeszła do nich i stała teraz, 

przenosząc pytający wzrok z Julii na Cathryn i z powrotem. 

– Julia nie wie, czy nie obrazi naszego małego zgromadzenia, 

background image

jeśli  się  wymknie  i  pojedzie  odwiedzić  swojego  księcia  w  jego 
zamku. 

–  Kochanie  –  rzekła  Lauren  protekcjonalnym  tonem  – 

posłuchaj  naszej  drogiej  Cathryn.  To  kobieta  doświadczona  i 
wie, co mówi. 

–  Ale  on  wcale  nie  jest  moim  księciem.  Po  tym,  co  przeze 

mnie  wycierpiał,  na  pewno  nawet  nie  zechce  na  mnie  spojrzeć. 
Pewnie mnie znienawidził. 

Wtedy podszedł do nich Mike Fearing. 
– Mówicie o Benie? Ten facet za nią szaleje. 
Julia zaczerwieniła się jak piwonia. 
Bliźnięta też dorzuciły swoje trzy grosze. 
– Jak za tobą szaleje, to o co chodzi? Leć i pogadaj z nim. 
Lauren skrzywiła się z niesmakiem. 
–  Jak  długo  można  tak  marudzić?!  Robisz  się  nudna,  moja 

droga. 

– Wygląda na to – dodał Mike – że ona dobrowolnie nas nie 

opuści. Chyba musimy jej pomóc. 

–  Jedziemy  wszyscy  na  lotnisko!  –  krzyknął  Tyler.  –  Na 

lotnisko, chłopaki! 

Julia  roześmiała  się.  Wszystko  nagle  stało  się  łatwe  i 

zwyczajne.  Wpadli  na  chwilę  do  jej  domu,  żeby  mogła  zabrać 
najpotrzebniejsze  rzeczy,  i  trzema  samochodami  ruszyli  na 
lotnisko  Harmony,  gdzie  dopilnowali,  by  kupiła  bilet  do 
Providence, a potem długo stali i machali rękami na pożegnanie. 

Samolot wzbił się w błękitne niebo i Julia spojrzała w słońce, 

uśmiechając się do swoich myśli. 

 
Pod  drzwiami  szpitalnego  pokoju  cała  odwaga  ją  opuściła. 

Dochodzące  ze  środka  głosy  świadczyły  o  tym,  że  przy  łożu 
chorego zebrała się cała rodzina. 

background image

Spojrzała  na  bukiet  czerwonych  róż,  które  kupiła  w 

przyszpitalnej kwiaciarni i poczuła, że jest tu nie na miejscu. Jak 
Ben  ma  ją  przedstawić  rodzicom?  Jako  kobietę,  dla  której 
zaryzykował  wszystko,  by  mogła  sobie  dalej  wieść  swoje 
samolubne,  bezużyteczne  życie?  Jako  kogoś,  kto  odrzucił  jego 
miłość? Kogoś, kto mu nie ufał i obrażał swoimi podejrzeniami? 
Na pewno będą zachwyceni, że mogą ją poznać. 

Nie, Ben wcale jej nie przedstawi. W ogóle nie wpuści jej do 

pokoju. Po co ona tu właściwie przyszła? 

Zerknęła  w  stronę  windy,  ogarnięta  chęcią  natychmiastowej 

ucieczki. Wystarczy jeden krok i będzie bezpieczna. 

– Nie! Tym razem nie! Żadnych uników! 
Zapukała i z uniesioną głową weszła do pokoju Bena. 
Siedział  w  fotelu  ubrany  w  ciemny  szlafrok,  śmiejąc  się  i 

żartując z rodziną. Wyglądał cudownie! Oczy mu błyszczały, na 
twarz wróciły rumieńce. Julia nigdy nie czuła takiej ulgi... i tak 
wielkiej miłości. 

Gdy  spojrzał  w  stronę  drzwi,  uśmiech  na  jego  wargach 

zamarł.  Wszyscy  obecni  odwrócili  w  jej  stronę  głowy. Zapadła 
cisza. Julia na uginających się nogach weszła do środka. 

– To jest Julia – oznajmił Ben zupełnie zwyczajnym głosem. 

– Moglibyście na chwilę zostawić nas samych? 

Zachowanie jego bliskich świadczyło o tym, że wiedzą o niej 

wszystko. Wyszli, nic nie mówiąc i zamykając za sobą drzwi. 

 
Julia i Ben patrzyli sobie w oczy. Kiedy się odezwali, uczynili 

to jednocześnie: 

– Tak bardzo mi przykro, przepraszam... 
Znowu zapadła cisza. 
– Za co przepraszasz? – zapytał w końcu. – Przecież to moja 

wina. 

background image

– Twoja? Jak to? 
– Zachowałem się ubiegłej nocy zupełnie nieodpowiedzialnie. 

Naraziłem nas oboje. 

Julia wybuchnęła nerwowym śmiechem. 
–  Ty?  Nieodpowiedzialnie?  Jesteś  najodważniejszym 

człowiekiem  na  świecie!  To  ja  jestem  wszystkiemu  winna  i  za 
wszystko  bardzo  cię  przepraszam.  Wcale  się  nie  zdziwię,  jeśli 
nie będziesz chciał już ze mną mieć nic wspólnego, ale proszę, 
jeśli możesz, zastanów się jeszcze. 

–  Już  się  zastanowiłem  i  zamierzam  ci  oświadczyć,  że 

przenoszę  się  do  ciebie  na  zachodnie  wybrzeże,  ponieważ  to 
właśnie uważam za jedynie słuszne rozwiązanie. 

– O czym ty mówisz? 
Uśmiechnął się z absolutną pewnością siebie. 
– Popełniłem błąd, obarczając ciebie całą odpowiedzialnością 

za nasze przyszłe życie. Nie miałem prawa wymagać, żebyś dla 
mnie  cokolwiek  poświęcała.  Ja  mogę  pracować  wszędzie,  to 
będzie dla mnie po prostu nowe wyzwanie. Ty jesteś związana z 
Los Angeles i nie możesz rzucić pracy. Dlatego... 

– Masz przecież swoje wymarzone pismo, kochasz tę wyspę... 
– Tak, ale ciebie kocham bardziej. 
 
Chciała coś dodać, ale jego ostatnie słowa całkiem zbiły ją z 

tropu. 

– Co ty powiedziałeś? 
Ben z trudem powstał z fotela, przenosząc cały ciężar ciała na 

lewą nogę, i głęboko odetchnął. 

– Powiedziałem, że cię kocham i jeśli stąd wyjedziesz, pojadę 

z tobą. 

Patrzyła na niego jak zaczarowana, nie wierząc, że naprawdę 

słyszy  te  słowa.  Przecież  on  jest  zupełnie  nadzwyczajny!  Jego 

background image

szlachetność  i  wielkoduszność  nie  mają  granic!  Nigdy  się  nie 
spodziewała,  że  ktoś  może  być  zdolny  do  podobnego 
poświęcenia. 

Chciała  mu  powiedzieć,  jak  bardzo  go  kocha,  ale  nie  mogła 

wykrztusić słowa. Łzy dławiły ją w gardle. 

–  Doskonale  rozumiem  –  mówił  Ben  –  że  boisz  się 

zaangażować, ale daj mi szansę. Daj szansę nam obojgu. 

Pozwól mi z tobą jechać. 
Julia  przełknęła  łzy.  On  się  boi,  że  ona  odrzuci  jego 

propozycję, boi się, że nie będzie chciała spróbować. 

– Głupi jesteś, okropnie głupi. – Roześmiała się i objęła go za 

szyję. – Oczywiście, że dam nam obojgu szansę. 

Ale  wcale  nie  musisz  nigdzie  wyjeżdżać.  Zamierzam  dać 

szansę również tej wyspie. 

– Czy to znaczy, że... 
–  To  znaczy,  że  zostaję  tu  z  tobą,  o  ile  oczywiście  tego 

chcesz. 

–  To  ty  jesteś  okropnie  głupia.  –  W  jego  wzroku  dostrzegła 

ogromną  czułość.  –  Powiem  ci  tylko,  że  jeśli  nie  uda  nam  się 
tutaj, natychmiast się przeprowadzimy w inne miejsce. 

 
Usta Julii zadrżały; uśmiechnęła się. 
– Zgoda. 
Ben schylił się i pocałował ją. 
– Jak ty się właściwie czujesz? – zapytała. 
–  Cudownie  –  odparł  rozmarzony  i  zaraz  dodał:  –  Masz  na 

myśli moje rany? Trochę pobolewa, ale lekarz obiecuje, że będę 
żył. 

Mimo  że  powiedział  to  żartobliwym  głosem,  twarz  Julii 

spochmurniała. 

–  Boże,  myślałam,  że  cię  stracę...  Przyrzeknij,  że  już  nigdy, 

background image

przenigdy tak mnie nie przestraszysz! 

– Słowo honoru. 
Stali  tak,  trzymając  się  w  objęciach,  aż  do  chwili,  kiedy 

pielęgniarka zajrzała do pokoju i zapytała, czy rodzina chorego 
może do niego zajrzeć, bo trochę się już niepokoi. 

Ben zerknął na Julię. 
– Jesteś gotowa na spotkanie z moją rodziną? 
Julia głęboko odetchnęła. 
– Dobra, niech wejdą. 
 

background image

Epilog 

 
Julia  delikatnie  poruszyła  dłonią,  poprawiając  rękaw  ślubnej 

sukni,  i  ułożyła  welon,  który  Cathryn,  w  zastępstwie  matki, 
przypięła jej do włosów. Przez otwarte okna sypialni Charliego 
Slocuma wpadało ciepłe wiosenne słońce i zapach krokusów. W 
oddali  widniały  wzgórza  Harmony  pokryte  białym  kwieciem 
kwitnących drzew. 

Zapięła ostatni guzik i odwróciła się, żeby przyjaciółka mogła 

ją obejrzeć. 

W oczach Cathryn zobaczyła łzy. 
– Wyglądasz... jak księżniczka z bajki! 
Julia  z  nieśmiałym  uśmiechem  spojrzała  w  lustro  i 

zaniemówiła.  Nigdy  jeszcze  nie  była  tak  piękna  –  piękna, 
spokojna  i  pewna  siebie.  Wiedziała,  że  postępuje  słusznie,  a 
wspólne  życie,  jej  i  Bena,  będzie  życiem  pełnym  satysfakcji  i 
szczęścia. 

 
Mieszkała już teraz na Harmony od pół roku. Ben nie chciał 

jej  ponaglać  i  dawał  pełną  swobodę  wyboru,  gotów  w  każdej 
chwili  podążyć  za  nią,  gdyby  wynikła  taka  potrzeba.  Czekali 
długo  i  czekali cierpliwie, aż  doszli  do  wniosku,  że  dojrzeli  do 
małżeństwa i mogą planować weselną uroczystość. 

– Właściwie jesteśmy gotowe – oznajmiła Cathryn. 
– Możemy iść. 
W  tej  samej  chwili  do  pokoju  wtargnęła  Lauren,  druhna 

panny  młodej,  w  zielonym  kostiumie  wspaniale  pasującym  do 
ognistorudych włosów. Cathryn spojrzała na nią z wyrzutem. 

– Gdzie się podziewałaś? 
– Ugrzęzłam w korku na naszej kochanej wyspie, gdzie moja 

background image

noga  miała  już  nigdy  nie  stanąć  –  wyjaśniła  jak  zwykle 
ironicznie  Lauren.  –  A  po  drodze  obejrzałam  jeszcze  pewną 
posiadłość  do  kupienia...  Co  tak  na  mnie  patrzysz?  Julio, 
wyglądasz  jak  anioł.  Ten  twój  Ben  pewnie  się  nie  może 
doczekać, aż go zabierzesz wprost do nieba! 

Cathryn z Julią wymieniły zdumione spojrzenia. 
– Oglądałaś tutaj posiadłość? – wykrztusiła wreszcie Cathryn. 
– A co? Ziemia to najlepsza lokata kapitału. Nie wiecie o tym, 

moje panie? 

Lauren  energicznym  ruchem  poprawiła  maleńki  bukiecik 

kwiatów wpięty we włosy. 

–  Już  rozumiem,  dlaczego  wy  z  Benem  kupiliście  tę  ruinę 

starego Fincha. To dobry interes. 

– Potrzebny jest co prawda remont kapitalny – wtrąciła Julia – 

ale i tak jesteśmy zadowoleni z zakupu. 

 
Preston  Finch  powrócił  w  listopadzie  z  podróży  dookoła 

świata  i  postanowił,  że  wytworna  siedziba  jego  małżonki  jest 
znacznie  właściwszym  do  zamieszkania  miejscem  niż  stary, 
rozlatujący  się  dom  obok  radiowego  masztu.  Wystawił  go  na 
sprzedaż, a Julia i Ben nie wahali się ani chwili. 

Julia  cieszyła  się  zwłaszcza  z  tego,  że  Preston  przy  okazji 

przepisał  na  nią  radiostację  i  była  teraz  jedynym  właścicielem 
jedynego na wyspie radia. 

Przedłużyła czas nadawania do czterech godzin i udostępniła 

czas  antenowy  prywatnym  przedsiębiorcom,  którzy  za  pomocą 
reklam sowicie zasilili pustą dotąd kasę radia. 

Ktoś zapukał i po chwili do pokoju zajrzał Charlie. 
– Czas iść do kościoła, Buziaczku. Jesteś gotowa? 
– Prawie. Wejdź i sam zobacz. 
Wszedł i niepewnie rozejrzał się po swojej sypialni, czasowo 

background image

zamienionej na alkowę panny młodej. Julia obejrzała go sobie od 
stóp do głów. 

– Ale ty jesteś przystojny – powiedziała z podziwem. 
– Będę o tym pamiętała podczas tańców. 
Charlie machnął ręką. 
– Daj spokój, nie żartuj. 
Nie tylko życie Julii uległo w ciągu ostatnich sześciu miesięcy 

kompletnej  przemianie.  Charlie,  natychmiast  po  zakończeniu 
sprawy  Amber,  odszedł  na  emeryturę.  Zegnano  go  bardzo 
uroczyście i z wielką pompą. 

Żył  teraz  spokojnie,  chodził  na  ryby  i  prowadził  zajęcia  z 

młodzieżą  zgrupowaną  wokół  kościoła.  Od  czasu  do  czasu 
wygłaszał  odczyty  dla  młodych  policjantów,  zapraszany  przez 
nowego  komendanta,  młodego  człowieka  przysłanego  z  New 
Hampshire. Cathryn podała Julii bukiet. 

– Idziemy. Jesteś gotowa? 
Julia uśmiechnęła się promiennie. 
–  Po  prostu  nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  mnie  wreszcie 

wydasz za mąż. 

Kryjąc  wzruszenie,  Charlie  otworzył  drzwi  i  Julia 

przekroczyła próg. 

 
 
Późnym  wieczorem  Ben  przywiózł  Julię  do  położonej  na 

wzgórzach  posiadłości  należącej  kiedyś  do  Prestona  Fincha  i 
poprowadził ją do domu. Szła powoli, wsparta na jego ramieniu, 
zaczepiając  długim  welonem  o  muszle  na  podjeździe, 
rozmarzona i szczęśliwa. 

Gdy dotarli do drzwi, Ben wziął ją na ręce. 
–  Możesz  mnie  na  chwilę  postawić  –  szepnęła,  tuląc  się  do 

niego. – Musisz przecież otworzyć drzwi. 

background image

Ben  miał  rozpięty  kołnierzyk;  marynarkę  i  krawat  zostawił 

gdzieś na przyjęciu. 

–  Dam  sobie  radę.  O,  zobacz.  –  Ben  schylił  się,  zachwiał,  z 

trudem umieścił klucz w zamku i otworzył drzwi. 

– Jesteś pijany, mój drogi. 
– Chyba ma pani rację, pani Grant. 
Wniósł  ją  do  salonu  o  odrapanych  ścianach  i  nierównym, 

skrzypiącym  parkiecie,  i  nucąc  „Zawsze  będę  kochał  cię”, 
delikatnie  postawił  na  ziemi.  Przyjrzał  jej  się  w  srebrnej 
poświacie księżyca i nagle spoważniał. 

– Jaka ty jesteś piękna... Bardzo cię kocham. – Patrzył na nią 

z  tak  wielkim  uwielbieniem  w  oczach,  że  poczuła  dziwną 
słabość.  –  Czasem  myślę,  że  to  wszystko  tylko  mi  się  śni  i  że 
zaraz się obudzę i... 

–  Nic  nie  mów.  –  Położyła  mu  palce  na  ustach.  –  Nic  nie 

mów. Ja też bardzo cię kocham i nigdy stąd nie wyjadę. 

Zawsze będę przy tobie. 
Ucałował jej oczy. 
– Piękny mieliśmy ślub – powiedziała – prawda? 
– Piękny? Tego się nie da określić słowami. 
Uśmiechnęli  się  do  siebie,  wspominając  wydarzenia  kilku 

ostatnich godzin. 

Kościół  był  wypełniony  po  brzegi.  Mieszkańcy  wyspy 

przybyli  tłumnie,  żeby  na  własne  oczy  zobaczyć  legendarną 
Julię  i  nie  mniej  słynnego  Bena na  ślubnym  kobiercu.  Rodzina 
Bena  zjawiła  się  w  komplecie;  nie  zabrakło  również  jego 
bostońskich  przyjaciół.  Rodzinę  Bena  Julia  poznała  już 
wcześniej, w szpitalu, a w Święto Dziękczynienia odwiedziła ją 
razem z Benem. 

Sama  uroczystość  zaślubin  odbyła  się  niesłychanie 

romantycznie;  otaczało  ich  mnóstwo  zapalonych  świec, 

background image

kwiatów, grały organy i śpiewał chór. 

Na  koniec,  kiedy  pastor  wypowiedział  sakramentalne  „teraz 

możesz pocałować pannę młodą”, Ben natychmiast skorzystał z 
pozwolenia.  Zrobił  to  tak  gorliwie,  że  przez  kościół  przeszedł 
szmer  podziwu  i  rozbawienia.  Potem  przy  dźwiękach  marsza 
weselnego  państwo  młodzi  wyszli  z  kościoła,  a  na  dziedzińcu 
zostali zasypani ziarnkami ryżu i płatkami róż. 

Po  krótkiej  wizycie  w  zakładzie  fotograficznym  udali  się  do 

najlepszego hotelu na wyspie na przyjęcie weselne. 

 
Siedzieli za ogromnym stołem z panoramicznym widokiem na 

ocean  i  wznosili  toasty  szampanem,  a  potem  tańczyli  do 
upadłego. 

–  Twoja  rodzina  potrafi  się  bawić  –  powiedziała  Julia  w 

pewnej chwili. 

– Twoi przyjaciele też nie podpierają ścian. 
–  Są  wspaniali,  prawda?  –  zapytała,  dumna  z  grona 

najbliższych  sobie  ludzi,  którzy  bez  wyjątku  zjawili  się,  by 
uczestniczyć w jej wielkim święcie. 

–  Zwłaszcza  to,  co  przygotowała  dla  nas  Lauren,  było 

niesamowite. 

Przyjęcie dobiegało już końca i państwo młodzi zbierali się do 

wyjścia,  kiedy  w  niebo  wystrzeliły  nagle  kolorowe  fajerwerki. 
Race  wzbijały  się  ze  świstem,  obsypując  granatowe  niebo 
garściami  różnobarwnych  gwiazd.  Prezent  ślubny  od  Lauren 
okazał się godnym zwieńczeniem wieczoru. 

–  Zawsze  udaje  taką  praktyczną,  zajętą  tylko  interesami  i 

lokowaniem  pieniędzy,  a  przecież  to  był  najbardziej 
romantyczny gest, jaki można było zrobić. 

Ben mocniej przytulił żonę do siebie. 
– Dlaczego ona taka jest? Zawsze taka była? 

background image

–  Nie.  Zrobiła  się  taka  dopiero  później,  ale  to  długa  i 

niewesoła  historia.  Opowiem  ci  ją  kiedyś.  Dotyczy  Camerona 
Hathawaya. 

– Cama? Tego z marynarki? 
–  Cama  z  najbogatszej  rodziny  na  wyspie  –  poprawiła  z 

lekkim sarkazmem Julia. – Nie przyszedł na wesele. 

– Mówił mi, że ma wcześniejsze zobowiązania. Co takiego się 

wydarzyło pomiędzy nim a Lauren? 

 
– Opowiem ci kiedy indziej. – Julia zerknęła w stronę kuchni. 

– Jesteś głodny? 

Mimo  obficie  zastawionych  stołów  państwo  młodzi  ledwo 

mieli czas coś skubnąć. Oczy Bena zaświeciły się. 

– I to jak jeszcze... 
Pocałował  ją,  i  całował  nieprzerwanie  przez  całą  drogę,  gdy 

niósł ją po schodach do sypialni. 

Julia obudziła się w środku nocy z głębokiego snu bez marzeń 

sennych. Ben, uśpiony, leżał obok niej. 

Wstała  ostrożnie  i  cichutko  podeszła  do  okna;  delikatnym 

ruchem rozsunęła zasłony. 

Była  pełnia  i  okrągły  złoty  księżyc  oświetlał  wyspę.  Wokół 

niego  unosiła  się  szeroka  świetlista  aureola.  Julia  wiedziała,  że 
to  zjawisko  ma  na  pewno  jakąś  naukową  nazwę  i  można  je 
logicznie wytłumaczyć. Nie obchodziło jej to jednak. Wolała w 
nim  widzieć  dar  niebios  i  magiczną  zapowiedź  szczęśliwego 
losu. 

Nagle  w  jej  myślach  pojawiła  się  Amber.  Nie  było  jej  na 

weselu. Najlepsza przyjaciółka Julii nie mogła być jej druhną. A 
tak  pięknie  wyglądałaby  za  stołem,  pośród  kwiatów,  niby 
najpiękniejszy  z  nich  złoty  pąk.  Tańczyłaby  i  śpiewała,  tak  jak 
tańczyła i śpiewała na swoim własnym weselu siedem lat temu... 

background image

Gdyby  nie  umarła,  pomyślała  nagle  Julia,  nigdy  bym  tu  nie 

przyjechała,  nie  poznałabym  Bena  i  nie  byłoby  dzisiejszego 
dnia.  Ale  nie  chciała  o  tym  myśleć  w  ten  sposób;  wolała 
wierzyć, że Amber gdzieś, w tajemniczy jakiś sposób asystowała 
przy jej szczęściu. 

Dotknęła obrączki symbolizującej wierność i miłość, 
które  na  zawsze  połączyły  ją  z  Benem.  Czy  wieczna  miłość 

jest  możliwa?  Tak,  i  ona  zrobi  wszystko,  żeby  taka  właśnie 
okazała się ich miłość. Ben jej pomoże. 

Odwróciła się i spojrzała na niego. Leżał, równo oddychając, 

ufny  i  spokojny.  Wiedziała,  że  kocha  go  miłością  zdolną 
przenosić  góry.  Życie  jest  wielką  przygodą.  Coś  się  dzieje  i 
nagle wracamy do punktu wyjścia, a tam okazuje się, że właśnie 
po długiej wędrówce dotarliśmy do celu. 

Julia  uśmiechnęła  się  do  księżyca;  poczuła,  jak  srebrne 

światło spływa na nią niby błogosławieństwo, i wróciła do łóżka.