background image

Jennifer Taylor 

Dobra rada 

 
Tytuł oryginału: Marrying The Runaway Bride 
 

 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Dalverston, grudzień 
 
Zatopiona w myślach siedziała na ławce przed koś- 

ciołem, jakby nieświadoma lodowatych podmuchów 
wiatru płynących z pobliskich wzgórz. Archie Carew 
podszedł do niej i przystanął. Wiedział, że nie powi- 
nien się mieszać do cudzych spraw, a jednak nie po- 
trafił odejść. 

Pod wpływem impulsu postanowił się zatrzymać 

w Dalverston, tętniącym życiem miasteczku targo- 
wym na granicy Lancashire i Cumbrii. Powrót do 
Londynu z rodzinnego domu w Szkocji zajmował mu 
zawsze dużo czasu, ale teraz, gdy wszyscy tłumnie 
      ruszyli na świąteczne zakupy, jazda stała się wręcz 
niemożliwa. Nie mógł znieść myśli, że w tych warun- 
kach będzie tkwił uwięziony w samochodzie, więc 
zjechał z autostrady, by zanocować w hotelu. Po wnie- 
sieniu bagażu do pokoju wyszedł się przejść i właśnie 
wtedy ją zobaczył. 

Aż westchnął na widok wyrazu jej twarzy. Wie- 

dział, co czuje osoba doprowadzona do takiej despera- 
cji: przez ostatnie półtora roku sam przeżywał kosz- 
mar. Wielokrotnie się zastanawiał, czy zdoła go prze- 
trwać. Rzucił się w wir pracy, w nadziei, że to zagłuszy 

R

 S

background image

 
ból, lecz przez cały czas miał świadomość, że w jakimś 
momencie ten ból i tak nieuchronnie wróci. 

Przez ostatnie trzy tygodnie usiłował rozwiązać 

wiele problemów, jakie się pojawiły po śmierci brata. 
Nie miał pojęcia, że sytuacja wygląda aż tak źle. Bę- 
dzie musiał podjąć zdecydowane kroki, by wszystko 
wróciło do normy. Tym samym zdawał sobie sprawę, 
że musi wprowadzić wielkie zmiany w swoim życiu, 
z czym trudno mu było się pogodzić. W tej chwili 
jednak bardziej przejmował się zmartwieniem młodej 
kobiety niż własnymi kłopotami. 

-    Czy pani się dobrze czuje? - zapytał. 
Kobieta drgnęła, zaskoczona. Bez wątpienia za- 

uważyła go dopiero teraz. Archie utwierdził się 
w przekonaniu, że musiało ją spotkać coś strasznego. 
Usiadł obok, niepewny, czy wolno mu naruszać jej 
prywatność. 

-    Może mógłbym pani jakoś pomóc? Czasem jest 

dobrze podzielić się z kimś zmartwieniami. 

Kobieta zareagowała cichym, wymuszonym śmie- 

chem. 

- Nie wiem, czy to cokolwiek da w tym wypadku. 
- Niczego nie gwarantuję, ale czemu nie miałaby 

pani spróbować? 

Kiedy spojrzała na niego, wzruszył ramionami. 
-    Nie ma pani nic do stracenia, a ja umiem słuchać. 
-    Jest pan bardzo uprzejmy, ale i tak nie wiedziała- 

bym, od czego zacząć. 

-    Zwykle najlepszy do tego bywa początek - za- 

uważył beztrosko. 

-    Właśnie w tym cała trudność - odparła z wes- 

R

 S

background image

 
tchnieniem. - Początek był wspaniały. Byłam przeko- 
nana, że dobrze wybrałam, ale w zeszłym tygodniu 
zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie popełniłam 
błędu... 

Zawiesiła głos, lecz Archie jej nie ponaglał. Wy- 

czuwał, że jest bliska łez i czekał, aż dojdzie do siebie 
i będzie mogła mówić dalej. Po kilku sekundach ode- 
zwała się ponownie: 

-    Jutro ma się odbyć mój ślub. Od wielu miesiący 

wszystko jest już gotowe, ustalone i zamówione: moja 
suknia, tort, nabożeństwo w tym kościele, i wesele. 
Przyjedzie ponad setka gości, część z daleka. 

-    I nagle zaczęła pani odczuwać wątpliwości? - za- 

pytał, kiedy znów się zawahała. 

-    Tak. Wiem, że to niepoważne. W końcu jak moż- 

na wszystko odwoływać na tym etapie? 

-    Rozumiem pani rozterkę - odpowiedział cicho - 

ale powinna pani rozważyć, czy istotnie wziąć ten 
ślub, jeśli brak pani co do tego przekonania. 

-    Wiem. Sama zadawałam sobie to pytanie wiele 

razy, ale to mi nic nie dało. Po prostu nie wiem, co 
powinnam zrobić! 

Widząc, jak ramiona kobiety zaczynają drgać, Ar- 

chie westchnął i wziął ją za rękę. 

-    W takich okolicznościach ludzie często w ostat- 

nim momencie się wahają. I chyba pani właśnie coś 
takiego się przydarzyło. Może warto się spotkać z na- 
rzeczonym i otwarcie z nim porozmawiać? Na pewno 
by to pomogło. 

Drżącą dłonią otarła łzy. 
-    Nie. Sama muszę zdecydować, co zrobić. Jeśli 

R

 S

background image

 
pójdę porozmawiać z Rossem, to będę się czuła winna, 
że go zawiodłam. 

-    Nikogo pani nie zawiedzie - stwierdził Archie. 

- Z pewnością nie może pani brać ślubu tylko po to, 
żeby mu nie robić przykrości, bo wtedy pani sama na 
tym ucierpi. A przecież nie o to chodzi, prawda? 

-    Rzeczywiście. Dziękuję. Potrzebowałam kogoś, 

kto by mi to jasno uświadomił, chociaż w głębi duszy 
o tym wiem. Chciałabym mieć dość odwagi, żeby iść 
za głosem serca. 

Archie milczał. Gdyby to jemu przyszło pójść za 

głosem serca, nie rozważałby porzucenia ukochanego 
zawodu. Zawsze pragnął leczyć dzieci i w odróżnieniu 
od swych kolegów wiedział, jaką specjalizację wybie- 
rze, odkąd tylko zaczął studia. Po zdobyciu dyplomu 
pracował niezwykle ciężko, ale w zeszłym roku ten 
wysiłek zaowocował: wybrano go na ordynatora od- 
działu pediatrycznego w jednym z najlepszych szpitali 
akademickich w Londynie. O takiej pracy marzył, a o- 
becnie, przez ironię losu, miał się jej wyrzec. 

Rozpamiętywanie tej sprawy właśnie teraz było dla 

niego jednak zbyt bolesne. Zwrócił się znowu w stronę 
młodej kobiety, zastanawiając się, dlaczego tak bardzo 
chce jej pomóc. W końcu żadna z jej decyzji nie wpły- 
nie w najmniejszym stopniu na jego życie. 

-    Więc co pani zamierza? Jeśli nie z narzeczonym, 

to z kim by pani mogła porozmawiać? Może z przyja- 
ciółką, albo z rodzicami? Na przykład z matką? Matka 
mogłaby coś pani doradzić, prawda? 

-    Mama nie żyje. Mam tylko ojca, dla którego nasz 

ślub jest wielkim wydarzeniem. 

R

 S

background image

 
Zagryzła wargi, co, jak wyczuwał, groziło dalszymi 

potokami łez. 

-    I jeśli wszystko odwołam, bardzo to przeżyje. 
-    Nie wolno się pani kierować takimi względami 

- rzekł Archie autorytatywnie. - Pewnie byłoby lepiej 
uzmysłowić sobie jakiś czas temu, że popełnia pani 
błąd, ale może być jeszcze dużo, dużo gorzej, jeśli 
teraz zgodzi się pani na ślub, a później zacznie tego 
żałować. 

-    To prawda. Ma pan oczywiście rację. Później byś- 

my wszyscy bardzo, ale to bardzo na tym ucierpieli - 
przyznała z niepewnym uśmiechem. 

Archie nagłe dostrzegł wielką urodę tej kobiety. 

Miała brązowe kręcone włosy, owalną twarz i ogrom- 
ne piwne oczy, ocienione długimi, niezwykle gęstymi 
rzęsami. 

Takie odkrycie mogłoby odebrać głos każdemu męż- 

czyźnie, ale nim wstrząsnął sam fakt, że w ogóle jest 
w stanie zwrócić uwagę na wygląd nieznajomej: od 
dnia tragicznego wypadku, w którym utracił zarów- 
no Stephanie, jak i brata, przestał dostrzegać kobiety. 
A jednak teraz był tak świadom bliskości nieznajomej, 
że odczuł seksualne napięcie. Szybko poderwał się 
z ławki, zdegustowany własną reakcją. 

-    Muszę iść. Mam nadzieję, że pani przemyśli na- 

szą rozmowę i nie podejmie pochopnej decyzji. Proszę 
wszystko rozważyć i upewnić się, że pani wątpliwości 
nie są wynikiem zwykłej przedślubnej paniki. 

-    Tak zrobię. Dziękuję. To uprzejme z pana strony, 

że zechciał pan mi pomóc. 

-    Dobrze, że się do czegoś przydałem. 

R

 S

background image

 
-    Właściwie czemu pan to zrobił? Jesteśmy dla 

siebie obcy. Większość ludzi nie chciałaby się angażo- 
wać. Co panem kierowało? 

-    Powiedzmy, że znam uczucie, kiedy jest się zmu- 

szonym do zrobienia czegoś, do czego się nie ma 
przekonania. 

-    Czy dlatego, że znalazł się pan kiedyś w takiej 

sytuacji? - zapytała cicho. 

-    Tak. I jeśli mogę pani coś doradzić - proszę iść 

za głosem serca. Jeśli ono mówi „nie", proszę zrezyg- 
nować. 

-    Tak zamierzam zrobić. Posłucham go, zamiast 

wybierać zawsze to, co uważam za słuszne. 

-    To dobrze. 
Archie nie mógł zrozumieć, dlaczego coś go dławi 

w gardle. Może mu ulżyło, że kobieta już niemal 
podjęła decyzję, a może przyczyna była bardziej zło- 
żona, dość że opanowało go wielkie wzruszenie. Od- 
wrócił się na pięcie, by uniknąć śmieszności z powodu 
przeciągania rozmowy. 

-    Jeszcze raz panu dziękuję. Za wszystko. 

Archiego aż zakłuło w sercu, gdy obejrzał się za 

siebie. Kobieta wyglądała tak bezbronnie, że poczuł 

pokusę, by z nią zostać. Jednak nie byłoby w porządku 
wpływać na jej decyzje. 

-    Nie ma za co - odrzekł. - Powodzenia. Wierzę, 

że wszystko pójdzie po pani myśli. 

Odetchnął głęboko, czując, że zimne powietrze draż- 

ni mu płuca, i przeszedł przez ulicę. Można powie- 
dzieć, że przez ostatnie półtora roku dreptał w miejscu, 
ale teraz to się zmieni. Nawet jeśli sam nie może 

R

 S

background image

 
kierować się uczuciami, przynajmniej jest w stanie 
naprawić błędy, które wcześniej popełnił. 

Ta myśl dodała mu skrzydeł; poczuł się wspaniale. 

A wszystko dzięki spotkaniu z tą kobietą. Jeśli ona 
potrafi zdobyć się na odwagę, by przeanalizować swo- 
je życie, on wykaże się odwagą, żeby w swoim doko- 
nać zmian. 

 
Londyn, marzec 
 
-    Od Bożego Narodzenia brakuje nam personelu. 

W pewnym momencie było tak, że pracowaliśmy po 
dwie zmiany i nie było nam wcale do śmiechu. Gdyby 
nie sprzeciw szefa, musielibyśmy ciągnąć tak dalej. 
Ale szef podniósł wielki raban, i w końcu dostaliśmy 
pozwolenie na dodatkowych pracowników z agencji. 
Z naszym szefem nie ma żartów! - rzekła siostra od- 
działowa z rozbawieniem. 

-    Dzięki za ostrzeżenie - odparła wesoło Heather 

Thompson, rozglądając się po pokoju pielęgniarek, do 
którego weszły. Prezentował się nie najgorzej. 

-    Całkiem nieźle, prawda? Zawdzięczamy to na- 

szemu lekarzowi specjaliście. Dopilnował, żeby go 
odnowiono. Chciał nam zapewnić trochę wygody przy 
całodobowej pracy siedem dni w tygodniu. 

-    Tak? Jestem pod wrażeniem. Specjaliści zwykle 

nie troszczą się o pielęgniarki. 

-    Ten to prawdziwy skarb. Szkoda, że odchodzi... 

W tym momencie włączył się dzwonek. Heather 

ruszyła do drzwi i wkrótce obie znalazły się w grupie 

kilkunastu osób spieszących do zagrożonego pacjenta. 

R

 S

background image

 
Był on poważnie chory, choć mógł mieć najwyżej 

osiem lat. Jedna z pielęgniarek przystąpiła do sztucz- 
nego oddychania, inna przyprowadziła stolik ratow- 
niczy, podczas gdy kolejna pospiesznie obniżała po- 
ziom wezgłowia łóżka. Sytuacja była pod kontrolą, 
toteż Heather zwróciła się do rodziców chłopca. 

-    Nie przeszkadzajmy im w pracy - powiedziała, 

kierując ich do drzwi. 

-    Ale ja chcę zostać! Charlie mnie potrzebuje! Nie 

mogę go zostawić samego! - krzyknęła matka. Próbo- 
wała przy tym zawrócić do łóżka dziecka. 

Heather usiłowała ją powstrzymać, przytrzymując 

za ramię. Zespołowi ratowniczemu brakuje do szczęś- 
cia tylko histeryzującej matki... 

-    Charlie potrzebuje przede wszystkim ich pomocy 

- oznajmiła, kierując kobietę w stronę drzwi. 

-    Proszę mnie puścić! 
Heather żachnęła się, kiedy zdesperowana matka 

chłopca wymierzyła jej siarczysty policzek. Aż się 
zatoczyła, ale szybko odzyskała równowagę i przy- 
trzymując kobietę za ramię, wyprowadziła ją poza 
oddział. Szczęśliwie ojciec dziecka podążał za nimi 
bez szemrania. 

Heather zaprowadziła oboje do poczekalni dla ro- 

dzin pacjentów. Tam poczęstowała ich herbatą z auto- 
matu i usiadła naprzeciwko, żeby porozmawiać. 

-    Rozumiem państwa niepokój, ale nasz personel 

robi wszystko, żeby mu pomóc. Proszę, niech pani 
przełknie chociaż łyk herbaty. To pani dobrze zrobi. 

Kobieta posłusznie upiła trochę płynu. Straciła już 

całą wolę walki i siedziała skulona na brzeżku sofy. 

R

 S

background image

 
-    Myślałam, że Charliemu się polepsza. Tak mówił 

lekarz. Prawda, Darren? 

-    No właśnie - odrzekł mężczyzna. Gdy przeciąg- 

nął drżącą dłonią po twarzy, Heather dostrzegła ze 
współczuciem, że ociera łzy. 

-    Zaczęłam tu pracować dopiero dziś wieczorem, 

więc nie wiem, co dolega państwa dziecku - wyjaśniła 
cicho. - Ale mam absolutną pewność, że personel robi 
wszystko, co można, żeby mu pomóc. 

-    Któraś pielęgniarka mówiła, że Charlie przeszedł 

zawal - wyjaśnił ojciec. - Wiem, że miał bóle w klatce 
piersiowej, ale nie sądziłem, że taki mały dzieciak 
może dostać ataku serca. To problem starych ludzi, nie 
ośmiolatków. 

-    Dotyka też i dzieci, tylko dużo rzadziej - zauwa- 

żyła Heather łagodnie. - Ważne, że kiedy to się stało, 
chłopiec był już w szpitalu. To wielki plus. 

-    Więc sądzi pani, że Charlie z tego wyjdzie? - 

spytała zrozpaczona matka. 

-    Miejmy nadzieję. 
Heather miała zbyt wiele doświadczenia, by składać 

obietnice bez pokrycia. Pozostawało jej tylko dodawać 
otuchy rodzicom czekającym na nowiny o ich synu. 
Gdy po jakichś trzydziestu minutach otworzyły się 
drzwi poczekalni, Heather wraz z rodzicami chłopca 
poderwała się na nogi. Widząc wchodzącego mężczy- 
znę, zaczęła się zastanawiać, gdzie go już widziała. Aż 
westchnęła z przejęcia, kiedy sobie to uprzytomniła. 

Przed nią stał nieznajomy, z którym rozmawiała 

w przeddzień ślubu! Skąd się tu wziął, u licha? 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Na widok kobiety Archie przeżył wstrząs. Od czasu 

pierwszego spotkania często o niej myślał. O wiele za 
często stawała mu w pamięci jej twarz. Zastanawiał się 
wtedy, co się z nią dzieje. Gdyby znał jej nazwisko, 
mógłby dotrzeć do jakichś informacji, ale jako nie- 
znajoma pozostawała dla niego bezimienna. 

Niespodziewane spotkanie z nią w szpitalu bardzo 

go zaskoczyło. Żeby porozmawiać z rodzicami Char- 
liego, siłą woli zmusił się do koncentracji. 

-    Może usiądziemy? - zaproponował. 

Wprowadził parę z powrotem do poczekalni. Kiedy 

usiedli, zwrócił się w stronę Heather: 
-    Dziękuję, siostro. Przejmę od pani dalsze obo- 

wiązki. 

-    Oczywiście, proszę pana. 
Uśmiechnęła się uprzejmie, idąc w stronę drzwi. 

Archie zauważył jej rumieńce i domyślił się, że to 
spotkanie ją także zaskoczyło. Mógł jedynie przypusz- 
czać, że jest jedną z pielęgniarek przysłanych do szpi- 
tala przez agencję. Mimo wszystko to dziwne zrządze- 
nie losu, że trafiła właśnie tutaj. 

Po chwili udało mu się oderwać od tej myśli. Ślepy 

los nie istnieje. Zycie każdego człowieka jest sumąjego 
wyborów, nie wynikiem działania jakichś sił z zewnątrz. 

R

 S

background image

 
-    Przede wszystkim pragnę państwa zapewnić, że 

Charlie ma się dobrze. Doznał zawału mięśnia ser- 
cowego, ale teraz jego stan jest stabilny, a jego or- 
ganizm funkcjonuje na tyle dobrze, na ile możemy się 
spodziewać w danej sytuacji. 

-    Dzięki Bogu! 
Matka Charliego się rozpłakała, więc Archie pod- 

sunął jej pudełko chusteczek higienicznych i poczekał, 
aż się uspokoi. Musiał jeszcze uprzytomnić obojgu, że 
niebezpieczeństwo do końca nie minęło. 

-    Przeprowadziliśmy cały zestaw badań i z niemal 

stuprocentową pewnością mogę stwierdzić, że chło- 
piec cierpi na zapalenie mięśnia sercowego. Państwo 
wspomnieli, że przed gwiazdką Charlie przeszedł in- 
fekcję górnych dróg oddechowych. Sądzę, że istnieje 
bezpośredni związek między tymi dwiema sprawami. 

-    Więc pana zdaniem to jego kaszel spowodował 

zawał? 

-    W zasadzie tak, panie Maguire. Najczęstszą przy- 

czyną zapalenia mięśnia sercowego są infekcje wywo- 
łane przez któryś z wirusów coxsackie. Sądzę, że tak 
się stało w tym wypadku. 

-    Jako dziecko stale łapałem przeziębienia z kasz- 

lem, ale to nie uszkodziło mi serca - zauważył pan 
Maguire. 

-    Charlie miał, niestety, mniej szczęścia. Dobrze, że 

wasz lekarz ogólny nabrał podejrzeń, kiedy usłyszał, że 
chłopiec cierpi na bóle w klatce piersiowej. Dzięki 
temu, że szybko go do nas skierował, udało się dotrzeć 
do przyczyny. Państwa synek przeszedł tu badania, 
które wykazały, że jego serce nie pracuje równo, i przez 

R

 S

background image

 
to jest niewydolne. To dlatego nieustannie skarżył się na 
duszności - tłumaczył cierpliwie Archie. 

-    Co go teraz czeka? Czy możecie mu podać leki, 

dzięki którym wyzdrowieje? - zapytał Darren Maguire. 

-    Niestety, nie istnieje żadna ściśle określona kura- 

cja na to schorzenie. Charlie musi leżeć w łóżku aż do 
wyzdrowienia. Dodatkowo przepisałem mu leki kor- 
tykosteroidowe na zmniejszenie stanu zapalnego. Ale 
rzecz w tym, że powinien pozostać w szpitalu. Mam 
nadzieję, że w pełni wróci do zdrowia, ale to wymaga 
czasu. Tu nie ma drogi na skróty. 

-    Czas nie gra roli, doktorze. Liczy się tylko po- 

wrót do zdrowia - odrzekła pani Maguire przez łzy. 

-    To prawda. 
Archie wstał i uśmiechnął się do nich. 
-    Charlie przechodzi teraz kolejne badanie EKG. 

Zapraszam ponownie, kiedy będzie wynik. Dam znać 
przez pielęgniarkę. 

-    Dziękujemy, doktorze. Był pan bardzo miły. No 

i strasznie żałuję tego, co zaszło wcześniej. Nie mia- 
łam zamiaru spoliczkować tej nieszczęsnej pielęgniar- 
ki. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. 

-    Uderzyła pani kogoś z naszego personelu?! 
-    Tak. Pielęgniarkę, która nas tu przyprowadziła 

i poczęstowała herbatą. Była bardzo sympatyczna. 

-    Nie w pełni rozumiem, co zaszło, ale wszelkie 

akty przemocy fizycznej wobec pracowników szpitala 
są oceniane niezwykle surowo. Proponuję przeprosić 
skrzywdzoną osobę przy najbliższej okazji. 

-    Ależ tak. Oczywiście - obiecała pośpiesznie 

Cheryl Maguire. 

R

 S

background image

 
Chwilę później Archie powrócił do chorych dzieci. 

Choć zbliżała się dziewiętnasta, miał małe szanse na 
wyjście ze szpitala. Szczęśliwie po przejściowym kry- 
zysie wszystko wróciło do normy. Mali pacjenci oglą- 
dali telewizję albo bawili się grami, które dla nich 
zainstalował. Na oddziale przebywało jeszcze kilkoro 
rodziców - pora odwiedzin kończyła się o dziewięt- 
nastej trzydzieści. 

Zajrzał do Charliego i przeanalizował jego ostatnie 

EKG - wynik był zadowalający. Poprosił jedną z pie- 
lęgniarek o przyprowadzenie rodziców chłopca, po 
czym udał się do swego pokoju. 

Marion Yates, siostra oddziałowa, zapisywała ob- 

serwacje dotyczące stanu dziecka. Na widok Archiego 
z uśmiechem podniosła głowę. 

-    Mało brakowało... 
-    W pewnym momencie również ja zwątpiłem, że 

go odratujemy - przyznał Archie. 

Opadł na fotel z jękiem. 
-    Już sam nie wiem, która część ciała boli mnie 

najbardziej. Czemu przypadki nagłe zawsze chodzą 
trójkami? 

-    Bo pod tym względem przypominają autobusy. 

Czeka się godzinami i nic. A potem w jednej chwili 
nadjeżdża całe stado. Może herbaty? 

-    Wolałbym gorącą kąpiel i kompleksowy masaż. 
-    Przykro mi, mowy nie ma. Co by powiedziała 

reszta personelu, gdyby zastała mnie w roli masa- 
żystki nad doktorem rozciągniętym na biurku? Nie 
byłoby końca plotkom - przekomarzała się z nim 
Marion. 

R

 S

background image

 
- W tej chwili jest mi to doskonale obojętne - od- 

parł i szeroko ziewnął. 

Zmęczenie mocno dawało mu się we znaki. Praco- 

wał nieprzerwanie od szóstej rano. W tym tempie 
dopiero po dwudziestej znajdzie się w domu, gdzie 
z kolei czeka go selekcja rzeczy, które chciałby zabrać 
do Szkocji. W przeciwnym razie nie zdąży do czasu 
przeprowadzki. 

Ogarnęło go przygnębienie. Choć podjął już kroki 

w tym kierunku, ciągle nie mógł uwierzyć, że porzuca 
wymarzony zawód. Cóż, trzeba się oswoić z tą myślą. 
Z końcem marca opuści Londyn i pożegna się z karierą 
lekarską. 

Ktoś zapukał do drzwi. Rozciągnięty w fotelu Ar- 

chie otworzył oczy. Siedząc z głową odchyloną do 
tyłu, miał przed sobą obraz odwrócony do góry noga- 
mi, co w niczym nie umniejszało jego atrakcyjności. 
Z dreszczem podniecenia zarejestrował kolejno widok 
długich kobiecych nóg w czarnych spodniach, wąskich 
bioder, kształtnej talii i biustu pod krótkim szpitalnym 
fartuchem. Potem zatrzymał spojrzenie na twarzy no- 
wo przybyłej - pełnych ustach, małym nosku, piwnych 
oczach w obramowaniu czarnych rzęs - i jego zachwyt 
ani na jotę się nie zmniejszył. 

Kiedy zdał sobie sprawę, z kim ma do czynienia, 

poderwał się z wdziękiem zardzewiałej sprężyny. Wi- 
dząc to, kobieta uśmiechnęła się leciutko, lecz jej 
napięcie było wyczuwalne. Niewątpliwie obawiała się 
jakiejś uwagi na temat ich pierwszego spotkania. 
W tym momencie Archie poprzysiągł sobie, że nie 
ujawni niczego z Dalverston nawet pod groźbą zmiaż- 

R

 S

background image

 
dżenia kciuków czy wrzucenia do kadzi z wrzącym 
olejem. Będzie milczał jak grób. 

Walcząc ze zdenerwowaniem, Heather zwróciła się 

do siostry oddziałowej: 

-    Pani Jackson pyta, czy Emily będzie mogła jutro 

wrócić do domu. Powiedziałam, że się dowiem. 

-    Chciałbym ją zatrzymać chociaż o dzień dłużej. 

Heather spojrzała w bok, skąd dobiegał męski głos. 

Jej wzrok zarejestrował zmierzwioną ciemną czupry- 

nę, znużone zielone oczy, mocny zarys szczęki. Męż- 
czyzna miał szczupłą wysportowaną sylwetkę i wydał 
jej się wyższy niż przy pierwszym spotkaniu. Tym 
razem zrobił też na niej wrażenie starszego i bar- 
dziej zatroskanego. To ją poruszyło: życzliwość, któ- 
rą jej wtedy okazał, wynikała z jakichś dramatycznych 
przeżyć. 

-    Przepraszam, powinienem się przedstawić: Ar- 

chie Carew, ordynator oddziału pediatrycznego. Rozu- 
miem, że pani trafiła do nas poprzez agencję? 

-    Ja... tak, właśnie - szepnęła Heather. 
Podała mu rękę i nagle poczuła się bezpiecznie. Co 

za absurdalne przeświadczenie: przecież polegać może 
wyłącznie na sobie. Tego mężczyzny prawie nie zna. 

-    Heather Thompson - przedstawiła się. - Mam za 

sobą pierwszy dzień pracy. 

-    Raczej chrztu ogniowego - stwierdził Archie 

i spojrzał na siostrę oddziałową. - Wszystko wskazuje 
na to, że matka Charliego uderzyła pannę Thompson. 
Nie wiem, czy ci o tym wspomniała. 

-    Ani słowem! - zawołała Marion. - Powinnaś by- 

ła o tym powiedzieć, Heather. 

background image

 
-    To nieważne. Biedaczka była ogromnie zdener- 

wowana i dlatego tak zareagowała. 

- Jest pani wspaniałomyślna. Niemniej uświado- 

miłem jasno pani Maguire, że bardzo poważnie traktu- 
jemy takie sprawy. Nie toleruję napastowania persone- 
lu, niezależnie od powodu - rzekł stanowczo Archie. 

-    Jestem przekonana, że to się nie powtórzy - od- 

parła Heather i szybko zmieniła temat, pragnąc unik- 
nąć sporu. - Co mam przekazać pani Jackson? Mam 
wrażenie, że bardzo jej zależy na zabraniu Emily do 
domu. 

-    Pomówię z nią - zdecydował Archie. 
Po powrocie do sali chorych skierował się prosto 

do łóżka małej Emily. Chyba przyjął za pewnik, że 
Heather będzie mu towarzyszyła, więc poszła razem 
z nim. Uśmiechnął się do matki dziecka, która na 
jego widok pośpiesznie wstała. Zachowywała się bar- 
dzo nerwowo. 

-    Pani Jackson, słyszałem, że chciałby pani zabrać 

Emily jutro do domu - odezwał się Archie łagodnie. 

-    Tak, to prawda. Jej... jej tata bardzo by chciał, 

żeby już wróciła, więc obiecałam, że zapytam - wy- 
szeptała kobieta, nerwowo skubiąc mankiet kaszmiro- 
wego swetra. 

Heather zmarszczyła czoło na widok świeżego siń- 

ca, który dostrzegła na jej nadgarstku. Musiał być 
bolesny, choć pani Jackson tego nie okazywała. 

-    Rozumiem go - odrzekł Archie -jednak wydaje 

mi się, że dla jej własnego dobra powinna tu pozostać 
jeszcze przez dzień czy dwa. Wprawdzie nerki funk- 
cjonują już niemal bez zarzutu, ale nie chciałbym 

R

 S

background image

 
ryzykować nawrotu choroby. Zadecydują o tym naj- 
bliższe dni. 

-    Skoro pan tak uważa, doktorze - rzekła półgło- 

sem kobieta, szybko zebrała swoje rzeczy i opuściła 
pokój. 

Heather uśmiechnęła się do dziewczynki, widząc 

jej zasmuconą buzię. 

-    Mamusia przyjdzie do ciebie jutro, kochanie. 

Może byś chciała teraz obejrzeć telewizję albo po- 
czytać jakąś książeczkę? 

-    A przeczytasz mi bajkę? - zapytała Emily. 
-    Oczywiście! 
Gdy Heather nachyliła się nad łóżkiem, chcąc przy- 

tulić dziewczynkę, zauważyła, że dziecko kuli się ze 
strachu, jakby przed spodziewanym ciosem. 

-    Pójdę wybrać jakąś książeczkę i zaraz będę z po- 

wrotem - zapewniła Emily. 

Spojrzała na Archiego, który wraz z nią przeszedł 

do szpitalnej świetlicy. 

-    Zauważył pan to, prawda? 
-    Ten jej lęk przed dotykiem? Owszem - stwierdził 

posępnym tonem. - Nabrałem pewnych podejrzeń, 
gdy trafiła na oddział. Jednak nie było dowodów na to, 
że jej obrażenia nie powstały przypadkowo. Wyjaś- 
nienia ojca mogły być prawdziwe. 

-    A co powiedział? 
-    Że Emily spadła z hulajnogi w parku i uderzyła 

się o drzewo. Matka to potwierdziła. 

-    W karcie wyczytałam, że stwierdzono u niej licz- 

ne stłuczenia w okolicy prawej nerki. 

-    Owszem. Kiedy małą do nas przywieziono, była 

R

 S

background image

 
w złym stanie: miała krwiomocz i cierpiała na do- 
tkliwy ból. Dializowaliśmy ją dla odciążenia lewej 
nerki, a przez ten czas prawa, ta uszkodzona, się rege- 
nerowała. Doprawdy, trudno uwierzyć, że rodzice są 
zdolni do wyrządzenia tak wielkiej krzywdy własne- 
mu dziecku. 

-    Czy Emily trafiała tu już wcześniej? - zapytała 

Heather, wstając z klęczek sprzed półki z książkami. 

-    U nas nie ma danych na ten temat. Ale poroz- 

mawiam z pracownikami opieki społecznej, żeby spra- 
wdzili, czy leczono ją w innych szpitalach. Jeśli w his- 
torii choroby znajdą się tak zwane „wypadki", pomo- 
że to udowodnić, że dziecko było maltretowane - rzekł 
z westchnieniem. - Niemniej trzeba działać szybko: 
nie mogę jej tu trzymać wiecznie. 

-    Jej matka ma siniak na nadgarstku. Warto spraw- 

dzić, czy sąsiedzi Jacksonów nie donosili o aktach prze- 
mocy w tej rodzinie. 

-    Świetny pomysł! Będzie pani chlubą tego oddzia- 

łu. Czy zechce pani objąć u nas etat? 

-    Nie myślę o zapuszczaniu korzeni, dopóki nie 

zastanowię się nad swoim życiem. 

-    Czy mam rozumieć, że odwołała pani ślub? 
-    Tak, w dniu rozmowy z panem. 
-    To musiało być dla pani trudne - zauważył. 
-    Było. Ale powinnam już iść do Emily. Inaczej 

pomyśli, że o niej zapomniałam. 

-    Oczywiście. Ale zawsze może pani ze mną po- 

rozmawiać. Umiem słuchać. Proszę o tym pamiętać, 
Heather. 

-    Będę. I dziękuję. - Uśmiechnęła się i wyszła. 

R

 S

background image

 
Do Emily powróciła z nieco lżejszym sercem. Do 

tej pory nieustannie towarzyszyło jej poczucie winy. 
Obie rodziny narzeczonych bardzo przeżyły odwoła- 
nie ślubu, szczególnie ojciec Heather, lekarz, który 
samotnie wychowywał córkę od czasu tragicznej 
śmierci żony. Miał on nadzieję, że Heather pozostanie 
w Dalverston jako żona Rossa, syna zaprzyjaźnionych 
lekarzy, z którymi prowadził praktykę lekarską, i że 
wszyscy razem stworzą prawdziwie rodzinną firmę. 
Podobnie zakładała rodzina Rossa. 

Ponieważ Heather czuła, że swoją decyzją skrzyw- 

dziła tych, którzy ją kochali, uznała, że odtąd musi 
radzić sobie sama i że być może przyjazd do Londynu 
da jej na to szansę. Tylko tak może odkupić swoją 
winę. A do Archiego, choćby był nie wiadomo jak 
życzliwy, po pomoc więcej się nie zwróci. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Dochodziła dziewiąta wieczór, kiedy Arenie dotarł 

do domu. Po piętnastu godzinach pracy był wyczerpa- 
ny, tym bardziej że poprzedniej nocy położył się spać 
po północy. W lodówce znalazł tylko kawałek sera 
i pomidora. Zrobił sobie grzankę, którą zjadł w kuchni, 
bo stół w jadalni zajmowały kartonowe pudła. 

Zamierzał jeszcze spakować kolejną partię rzeczy, 

ale po kolacji dał za wygraną. Przeszedł do salonu już 
ogołoconego z obrazów i bibelotów i trzymając w ręce 
filiżankę kawy, opadł na kanapę. 

Potem przypomniał sobie Stephanie i westchnął. Do 

czasu wypadku miał zaplanowaną przyszłość: zdobył 
wymarzony zawód i znalazł kobietę, z którą pragnął 
spędzić resztę życia. A potem jego świat się zawalił. 

Wstał i z szuflady biurka wyjął pudełko po pra- 

linkach. Trzymał w nim fotografie i inne drobiazgi 
upamiętniające chwile spędzone z narzeczoną: pro- 
gram występów baletowych (na których usnął, czego 
Stephanie nie mogła mu darować), pojedynczy bilet 
do opery (musiał zrezygnować ze spektaklu, bo we- 
zwano go do pracy). Znalazł też stary, niewykorzy- 
stany bilet kolejowy na TGV Eurostar do Paryża. 
Wtedy również nie mógł opuścić szpitala i Stephanie 
wybrała się sama. 

R

 S

background image

 
Zawiódł ją dziesiątki razy: czy można się dziwić, że 

szukała pocieszenia gdzie indziej? 

Oglądał teraz zdjęcie sprzed paru lat i patrzył na nie 

z bólem: roześmiana Stephanie z Duncanem, jego ro- 
dzonym bratem, a w tle - szkocka posiadłość ro- 
du Carew. Czy to już wtedy Stephanie zakochała się 
w Duncanie, gdy pozostali tam we dwoje? Bo nieba- 
wem, z racji obowiązków, Archie musiał powrócić do 
Londynu. Gdyby tylko był w stanie poświęcić więcej 
uwagi swemu otoczeniu, gdyby tylko domyślił się 
prawdy wcześniej, być może Stephanie i Duncan nie 
straciliby życia. 

 
Po czwartej nad ranem Charlie Maguire przeszedł 

drugi zawał. Kiedy Heather podbiegła z wózkiem rato- 
wniczym, Marion była już przy chorym i robiła mu 
sztuczne oddychanie. Pomagała jej inna pielęgniarka 
z nocnej zmiany - Abby Connor. 

-    Heather, dzwoń do centrali. Niech przez pager 

wezwą doktora Mike'a Bridgesa. Jest tu pilnie po- 
trzebny - poleciła Marion. 

Wkrótce zjawił się wezwany starszy lekarz. Wy- 

słuchał z poważną miną sprawozdania Marion i zalecił 
użycie defibrylatora. 

-    Zobaczymy, czy to pomoże. Będzie mi również 

potrzebna adrenalina. Ktoś może ją przynieść? 

-    Ja to zrobię - zaoferowała się Heather. 

Dowiedziała się, jaka ma być wymagana dawka, 

i wzięła od Marion klucz do szafki z lekami. Gdy 

powróciła, zespół dokonywał już drugiej defibrylacji, 
bo pierwsza nie dała rezultatu. 

R

 S

background image

 
-    I raz! - zakomenderował doktor. 
Przez ciało pacjenta znowu popłynął ładunek elekt- 

ryczny, lecz na monitorze niezmiennie widniała równa 
zielona linia. 

-    Proszę zadzwonić do Archiego i powiedzieć, co 

się dzieje - zwrócił się do Heather doktor Bridges. 

-    Oczywiście - odparła, choć ją zdziwiło, że do 

lekarza specjalisty można telefonować w środku nocy. 

Ponownie pobiegła do aparatu i wystukała numer 

Archiego zapisany wraz z innymi na liście obok te- 
lefonu. 

-    Przepraszam, że pana niepokoję, ale dzwonię 

z polecenia Mike'a Bridgesa. Charlie Maguire prze- 
szedł właśnie drugi zawał. Nie potrafimy go ustabili- 
zować. 

-    Kiedy to się stało? 
-    Jakieś pięć minut temu. 
-    Dobrze. Już jadę. Proszę przekazać doktorowi 

Bridgesowi, żeby prowadził sztuczne oddychanie do 
czasu mojego przybycia. 

-    Tak, proszę pana. 
-    Dziękuję ci, Heather - powiedział cicho, zanim 

się rozłączył. 

Heather była mile poruszona, że Archie rozpoznał 

jej głos, chociaż wcale się nie przedstawiła. Ale mimo 
wszystko nie powinna do tego przywiązywać wagi. To 
pewne, że ten człowiek nie odegra żadnej roli w jej 
życiu prywatnym. 

 
-    Czy wszyscy są tego samego zdania? 
Archie spojrzał na zebranych wokół łóżka Char- 

R

 S

background image

 
liego i dostrzegł ich wyraz twarzy, który musiał być 
dokładnie taki sam jak u niego: mimo ogromnego 
wysiłku z ich strony chłopca nie udało się uratować. 
Jego śmierć przygnębiła cały personel. 

-    Godzina zgonu: piąta trzynaście - stwierdził. - 

Dziękuję za wszystko, co zrobiliście. Przykro mi, że to 
było na próżno. 

Przybity ruszył do gabinetu. Utratę małych pacjen- 

tów zawsze przyjmował z bólem, a od czasu śmierci 
Stephanie i Duncana ten ból stał się jeszcze dotkliw- 
szy. Trudno pogodzić się z faktem, że śmierć tak częs- 
to przerywa młode życie. 

-    Tak mi przykro - odezwała się Heather, widząc 

Archiego wchodzącego do pokoju. 

Uderzyło go, że jej współczucie było szczere, pły- 

nęło z głębi serca. Odebrał je ze wzruszeniem. 

-    Jak nam wszystkim - odrzekł szorstko. - Czy przy- 

jechali już jego rodzice? 

-    Tak. Są w poczekalni. 
-    Dobrze. Pójdę z nimi porozmawiać. - Przy 

drzwiach gabinetu odwrócił się na pięcie. - Nie chcia- 
łem być nieuprzejmy. Po prostu bardzo przeżywam 
każdą śmierć. I nie mogę sobie pozwolić na reakcje 
emocjonalne, kiedy czeka mnie rozmowa z rodziną 
Charliego. 

-    Rozumiem. Praca tutaj wymaga wielkiej troski 

i starań. Tym trudniej poradzić sobie w sytuacji, jaką 
mamy. Na myśl przychodzą wtedy wszyscy, których 
się utraciło - rzekła Heather ze smutkiem. 

-    Owszem - odrzekł cicho Archie i wyszedł, unika- 

jąc pokusy rozwijania tego wątku. Miał świadomość, 

R

 S

background image

 
że lepiej nie pytać Heather, kogo straciła. To by go 
w efekcie doprowadziło do zwierzeń na temat Dun- 
cana, na co nie był jeszcze przygotowany. 

W poczekalni spotkał się z rodzicami Charliego. 

Rozmowa była tak trudna, jak przewidywał, i ostatecz- 
nie wyszedł z niej wyczerpany psychicznie. Poinfor- 
mował państwa Maguire, że mają prawo do przebywa- 
nia z Charliem w ustronnej sali - zapewniającej im 
pełną prywatność - jak długo zechcą, po czym po- 
prosił Marion, żeby ich tam zaprowadziła. 

Rozwiązywanie takich kwestii należało do obowiąz- 

ków Archiego, który jednak był daleki od traktowania 
ich rutynowo. Uwolni się od nich, kiedy powróci do 
Szkocji. Może to będzie zaletą jego rezygnacji ze 
stanowiska w szpitalu? 

Usiłował nadać tej myśli pozytywny wydźwięk, ale 

nie znalazł w sobie za grosz optymizmu. Jego przy- 
gnębienie jeszcze wzrosło, gdy powrócił do sali, by 
porozmawiać z równie ponurym starszym lekarzem. 
Wprawdzie Archie dał mu do zrozumienia, że docenia 
jego wysiłki na rzecz ratowania życia chłopca, ale miał 
świadomość, że zainteresowany i tak mu nie uwierzy. 
Gdyby Mike rzeczywiście potrafił dać z siebie wszyst- 
ko, nie traktowałby swoich obowiązków z połowicz- 
nym zaangażowaniem. Jest dokładnie tak, jak mówiła 
Heather: musisz wykazać się wielką troską i stara- 
niem, bo inaczej nie wykonasz swojej pracy dobrze. 

W tej samej chwili Heather pojawiła się przed nim 

tak nieoczekiwanie, jakby wyczarował ją mocą swoich 
myśli. Minęła właśnie szósta rano, i Heather skończyła 
dyżur. Biegnąc korytarzem, zapinała płaszcz. Więc to 

R

 S

background image

 
już koniec? Ona opuści szpital i zniknie na dobre? Nie 
wiedział, czy zatrudniono ją doraźnie, czy na dłużej. 
Trudno było mu pogodzić się z myślą, że już więcej jej 
nie zobaczy. 

Ruszając jej śladem, nie bardzo sobie zdawał spra- 

wę z własnych zamiarów. Nawet nie był pewien, czy 
to dobry pomysł, lecz mimo wszystko nie zrezygno- 
wał. Chciał ją dogonić, gdy wchodziła do windy, ale 
nie zdążył. 

Zbiegł po schodach, przeskakując po dwa stopnie 

naraz w takim tempie, jakby ścigała go sfora głodnych 
psów. Kiedy wypadł z klatki schodowej, Heather właś- 
nie wychodziła z budynku. Pobiegł za nią, przystając 
w drzwiach wejściowych, by przepuścić wchodzącą 
kaleką starszą panią i pomóc jej wprowadzić balkonik, 
a potem pognał schodami w dół, przeciął parking i wy- 
padł na ulicę. 

Zatrzymał się jak wryty, kiedy dostrzegł Heather 

stojącą na przystanku autobusowym. Nie miał pojęcia, 
co dalej: czy powinien podejść i powiedzieć, że chciał- 
by się z nią jeszcze zobaczyć, a może nawet gdzieś 
umówić? Ale czy po ostatnich wydarzeniach można 
zakładać, że ona zaakceptuje jego zaproszenie? I czy 
będzie myślała o spotkaniu z kolejnym mężczyzną, 
skoro dopiero udało jej się uniknąć ślubu? 

Co więcej, sam też nie powinien zaprzątać sobie 

głowy takimi rzeczami. I bez tego ma wystarczająco 
dużo spraw na głowie. Za kilka tygodni czeka go 
przeprowadzka do Szkocji i poznawanie sztuki zarzą- 
dzania rodzinną posiadłością. Administrowanie dob- 
rami należało zawsze do przywilejów Duncana, który 

R

 S

background image

 
jako starszy z braci wiedział, że przypadnie mu tytuł 
lairda - dziedzica - wraz z majątkiem i stosownie 
do tego zaplanował sobie życie. Archie przyjął z ulgą 
taki podział ról, gdyż mógł dzięki niemu realizować 
własne marzenia zawodowe. Ale wraz ze śmiercią 
Duncana wszystko się zmieniło: dziedzicem stał się 
Archie, a co za tym idzie, czekały go określone obo- 
wiązki. 

Tymczasem Heather rozejrzała się i nagle go do- 

strzegła. W tej samej chwili Archie powiedział sobie, 
że nie pozwoli jej wsiąść do autobusu. Zniknęłaby 
wtedy na dobre z jego życia, a on, nieświadom jej 
dalszego losu, nie mógłby znieść takiej sytuacji. 

Uśmiechnęła się na jego widok. Mimo przepraco- 

wanej nocy, w szarym świetle poranka wyglądała pięk- 
nie. Pamięć o tym, że żadne z nich nie jest w stanie 
angażować się w romans, i że muszą się zachowywać 
stosownie, przyszła Archiemu z wielkim wysiłkiem. 

- Cześć. Zobaczyłem, że wychodzisz, i pomyśla- 

łem, że zapytam, czy miałabyś chęć zjeść ze mną 
śniadanie. W tamtej restauracji podają najlepsze śnia- 
dania w Londynie. Dasz się skusić? 

R

 S

background image

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
-    Dziękuję. 
Heather czekała, aż kelnerka ułoży przy jej na- 

kryciu sztućce. Nie mogła zrozumieć, czemu przyjęła 
zaproszenie Archiego. Ma pracować w tym szpitalu 
tylko kilka tygodni. Byłoby niemądre angażować się 
uczuciowo, skoro przed nią i Archiem i tak nie ma 
żadnej wspólnej przyszłości. Ale zaraz, w końcu to 
tylko zaproszenie na śniadanie, a nie propozycja ro- 
mansu! 

-    Mmm. Nie ma to jak filiżanka dobrej kawy - za- 

uważył Archie, wdychając z lubością aromat. - W tym 
momencie powinienem wstać i coś ci wyznać. 

-    Wyznać? 
-    Tak. 
Archie podniósł się z krzesła i wyrecytował z po- 

wagą: 

-    Mam na imię Archie i jestem uzależniony od 

kawy. 

Heather zachichotała. 
-    Twój sekret jest bezpieczny. Znam go tylko ja 

i tych kilkanaście osób, które były świadkami twojej 
spowiedzi. 

-    Więc wszystko w porządku. Warto było się prze- 

wietrzyć, żeby usłyszeć, jak się śmiejesz. 

R

 S

background image

 
-    Ostatnio nie miałam wielu okazji do śmiechu - 

przyznała z westchnieniem. 

-    Wyobrażam sobie. Musiałaś dużo przejść. 
-    To prawda. Zawiodłam wiele osób i nie jest mi 

łatwo żyć z tą myślą. 

-    Czy pogodziłaś się z byłym narzeczonym? - za- 

pytał z przebłyskiem współczucia w oczach. 

-    Właściwie nie - odrzekła smętnie. - Jeszcze nie 

rozmawiałam z Rossem. Nie mam pojęcia, co mu 
powiedzieć. Wysłałam do niego list z przeprosinami, 
ale to za mało. Jestem mu winna wyjaśnienia i mam 
nadzieję, że mi wtedy wybaczy. 

-    Sądzę, że wszystko przemyślał i uznał, że pod- 

jęłaś słuszną decyzję. Na pewno wiedział, że coś mię- 
dzy wami nie gra. Instynkt musiał mu podpowiadać, że 
nie jesteś szczęśliwa. 

-    Tego nie wiem. Ross mało polega na instynkcie. 

Doskonale panuje nad sobą - wie, czego chce i do tego 
zmierza. Ja go nie krytykuję, on po prostu uparcie dąży 
do wybranego celu, bez względu na przeszkody. Za- 
wsze to u niego podziwiałam. 

-    Czy myślisz, że bardzo go zabolało, że w ostat- 

niej chwili go odtrąciłaś? 

-    Prawdę mówiąc, nie wiem. Nie potrafię sobie 

wyobrazić, żeby mógł się załamać. Coś takiego po 
prostu nie leży w jego charakterze. Znacznie bardziej 
całą sprawę przeżyje mój ojciec. Obwinia siebie, że 
popychał nas ku sobie i nie przyjmuje do wiadomości, 
że wina leży po mojej stronie - powiedziała z wes- 
tchnieniem. 

Miała w oczach łzy. Archie uścisnął jej rękę. 

R

 S

background image

 
-    Twój ojciec z czasem wszystko przeboleje. Jes- 

tem tego pewien, Heather. 

-    Mam nadzieję. 
Na szczęście na stół wjechało śniadanie. Heather 

wybrała jajka na grzance, ale Archie zamówił pełny 
zestaw: bekon, jaja, kiełbaski, pomidory, podsmażany 
chleb, i pochłaniał wszystko z apetytem. 

-    Głodny? - zapytała Heather żartobliwie. 
-    Jak wilk - potwierdził z uśmiechem. - Wczoraj 

wieczorem znalazłem w lodówce tylko kawałek sera 
i pomidora, tak więc kolacja nie była wystawna. 

-    Nie mów mi tylko, że nie odróżniasz patelni od 

frisbee. 

-    Patelnia to ta z uchwytem, tak? - Uśmiechnął się 

przekornie. 

Serce Heather wykonało jakąś ewolucję. Odwróciła 

wzrok od roześmianej twarzy Archiego i dopiero po 
chwili spojrzała na niego ukradkiem. Do tej pory jakoś 
nie dostrzegła, że ma do czynienia z przystojnym męż- 
czyzną, wysokim i dobrze zbudowanym, którego 
twarz o męskich rysach i wspaniałych ciemnozielo- 
nych oczach wieńczy ciemna czupryna, opadająca 
lśniącą grzywą na czoło. Nieoczekiwanie poczuła się 
nagle bardzo szczęśliwa, że ktoś taki dotrzymuje jej 
towarzystwa. 

 
Archie nie potrafił czytać w myślach ani nie chciał 

krępować Heather pytaniami, skupił więc całą uwagę 
na posiłku. Na koniec wytarł talerz kawałkiem chle- 
ba nadzianym na widelec i porządnie złożył razem 
sztućce. 

R

 S

background image

 
-    Pycha - stwierdził z westchnieniem. 
-    To prawda. Bardzo dziękuję. 
Heather zjadła ostatni kęs grzanki i oblizała wargi. 

Archie odczuł podniecenie i całkiem nieoczekiwanie 
dla siebie zaczął snuć fantazje erotyczne, w których 
główne role przypadły jego językowi i jej ustom. Prze- 
szedł go dreszcz. Nieświadoma niczego Heather z u- 
śmiechem wytarła palce w serwetkę. 

-    Niewątpliwie tu jeszcze wrócę. Miałam dotąd 

w Londynie za mało czasu, żeby poszukać niezłej 
restauracji. Większość z nich jest dla mnie za droga. 

-    Jak długo tu jesteś? 
-    Niemal trzy miesiące. 
-    Więc musiałaś tu przyjechać zaraz po naszym 

spotkaniu. 

-    Tak. Potrzebowałam zmiany miejsca, więc tego 

samego wieczoru złapałam pociąg. 

-    Rozumiem. Czy Dalverston to twoje rodzinne 

miasteczko, czy tylko miejsce, w którym miał być 
ślub? 

-    Tam się urodziłam i mieszkałam. Ojciec jest le- 

karzem ogólnym i ma praktykę w mieście. Teraz ra- 
zem z nim pracuje jeszcze czworo innych lekarzy, 
w tym Ross i jego matka. 

-    Prawdziwie rodzinna spółka. To było też i twoje 

miejsce pracy? 

-    Nie. Byłam pielęgniarką na pediatrii w miejsco- 

wym szpitalu, Dalverston General. Serce mi krwawiło, 
kiedy stamtąd odchodziłam. Postanowiłam przepro- 
wadzić się do Londynu, żeby nie musieć ciągle się 
tłumaczyć, dlaczego nie wyszłam za Rossa - rzekła 

R

 S

background image

 
z bólem. - Ale może teraz ty powiesz coś o sobie. Nie 
jesteś z Londynu, prawda? 

-    Nie. Dorastałem w Szkocji, chociaż sporo czasu 

spędziłem w Anglii, w szkole z internatem. 

-    Czy dlatego przyjechałeś tu do pracy? 
-    Nie. Po prostu trafiło się stanowisko w londyńs- 

kim szpitalu, i tak się tu znalazłem. 

-    Będziesz chciał kiedyś powrócić do Szkocji? 
-    W zasadzie jadę tam już pod koniec miesiąca. 
-    Naprawdę? 
-    Tak. Mój starszy brat, Duncan, zginął w zeszłym 

roku w wypadku samochodowym. Wracam do domu, 
żeby przejąć zarządzanie rodzinną posiadłością. 

-    Więc zaczniesz pracę w szpitalu w Szkocji, żeby 

móc doglądać majątku, czy tak? 

-    Nie. Porzucam medycynę. Posiadłość jest zbyt 

wielka, żeby zajmować się nią dorywczo. Trzeba było 
z czegoś zrezygnować, i padło na karierę. 

Spojrzał na zegarek, żeby sprawdzić datę. 
-    Niedługo złożę wypowiedzenie, a za parę tygo- 

dni będę już w drodze do Szkocji. 

-    Czy rzeczywiście tego pragniesz? Rezygnacja ze 

stanowiska to poważna decyzja, prawda? 

-    Taki mam obowiązek - odrzekł cicho. - Majątek 

daje zatrudnienie kilkuset ludziom i ponoszę odpowie- 
dzialność za ich los. 

-    A nie mógłbyś znaleźć administratora, który wy- 

konywałby tę pracę za ciebie? 

-    Próbowałem takiego rozwiązania po śmierci Dun- 

cana, ale się nie sprawdziło. Z tego powodu wyni- 
kły tylko kłopoty i straty. Gdy zmarł ojciec, Duncan 

R

 S

background image

 
zajął się posiadłością i doprowadził ją do rozkwitu. 
Zawiódłbym pamięć brata, a także tych ludzi, których 
egzystencja zależy od stanu majątku, gdybym pozwo- 
lił swojemu dziedzictwu popaść w ruinę. 

-    Musiało ci być niezwykle ciężko. Nie dość, że 

straciłeś brata, z czym nie sposób się pogodzić, to 
jeszcze konieczność rezygnacji z kariery... 

Archie westchnął. 
-    Tak, było mi ciężko. Odkładałem decyzję z mie- 

siąca na miesiąc. Jakiś czas temu wybrałem się do 
domu i dopiero, gdy zobaczyłem na własne oczy, co 
się tam dzieje, uświadomiłem sobie, że muszę zacząć 
działać. 

-    To było może w tym czasie, kiedy zjawiłeś się 

w Dalverston? 

-    Tak. W drodze powrotnej ze Szkocji posta- 

nowiłem przerwać podróż i przenocować gdzieś po 
drodze. 

-    A ostatecznie pomogłeś mnie. - Dotknęła jego 

ręki. - Dziękuję. Tamtego dnia okazałeś mi wiele życz- 
liwości, co mnie ogromnie wzmocniło. 

-    Cieszę się. 
Archie szybko pochwycił filiżankę, by odsunąć od 

siebie pokusę przytrzymania ręki Heather. Dopił kawę 
i poprosił o rachunek. Heather uprzejmie mu podzię- 
kowała za śniadanie, choć zrobiła to z wyjątkowo po- 
ważną miną. 

-    Agencji zależy, żebym przepracowała w szpitalu 

kilka tygodni. Czy to akceptujesz? Gdybyś widział 
w tym jakiś problem, mogę im powiedzieć, że się 
rozmyśliłam. 

R

 S

background image

 
Archie potrząsnął głową. Ulżyło mu na myśl, że 

będą się mogli widywać. 

-    Ogromnie się cieszę, że będziemy współpraco- 

wać. 

-    To w porządku. Jeszcze raz dziękuję za śniadanie 

i wszystko inne. Mam nadzieję, że przyszłość ułoży się 
po twojej myśli. 

-    Tego i tobie życzę - rzekł z uśmiechem. 

Heather może i chętnie będzie pracować u jego 

boku, ale powiedziała jasno, że nie będzie szukała jego 

towarzystwa do pogawędki przy stoliku, tak jak teraz. 
W gruncie rzeczy powinien przyjąć z zadowoleniem 
fakt, że sobie wszystko wyjaśnili. Ostatecznie sam 
przecież nie szuka nowej partnerki. Wyciągnął wnios- 
ki ze związku ze Stephanie. Niekiedy odnosił wraże- 
nie, że prześladuje go pech: wszyscy, których kochał, 
umarli, i przerażało go, że to się może powtórzyć. 
Stwierdził, że po prostu nie zniesie utraty kolejnej 
osoby, z którą by nawiązał bliższą znajomość. Lepiej 
więc założyć sobie, że z Heather będzie go łączyć tyl- 
ko koleżeński układ. 

Po powrocie do małego mieszkanka w suterenie, 

które wynajmowała w Putney, Heather długo nie mog- 
ła zasnąć. W dzień było to trudne ze względu na hałas 
wywołany wzmożonym ruchem na ulicy. Tym razem 
bardziej niż szum z zewnątrz przeszkadzały jej własne 
myśli. Po kilku godzinach przewracania się z boku na 
bok ostatecznie wstała i zrobiła sobie filiżankę her- 
baty. Przysiadła na starej, gruzłowatej sofie w salonie 
i wróciła myślą do porannych wydarzeń. 

R

 S

background image

 
Tak milo się rozmawiało z Archiem. To była ich 

najdłuższa pogawędka, odkąd spotkali się w Londy- 
nie. I fakt, że było tak sympatycznie, nie wynikał 
z samotności Heather, tylko z osobowości Archiego. 

Miał w sobie coś, na co nie potrafiła pozostać obo- 

jętna. Choćby to ujmujące poczucie humoru, z jakim 
oznajmił, że jest uzależniony od kofeiny. Unikał pom- 
patyczności, która cechuje większość lekarzy specjali- 
stów. Dysponuje ogromną wiedzą i przejawia bardzo 
poważny stosunek do pracy. Swoich małych pacjen- 
tów traktuje z wielką troską i jest gotów rzucić wszyst- 
ko, byleby nieść im pomoc. Tym bardziej zaskakująca 
była jego decyzja o rezygnacji z pracy. 

Heather podejrzewała, że za tą decyzją kryje się 

więcej, niż Archie jej ujawnił. Choć potrafiła zrozu- 
mieć jego starania dotyczące zabezpieczenia przyszło- 
ści majątku, to jednak decyzja o rezygnacji z medycy- 
ny wydawała się zbyt dramatyczna. Wygląda to tak, 
jakby Archie znajdował się pod jakąś presją. Co takie- 
go mogło go spotkać? 

Postanowiła wykorzystać dzień na wcześniejsze 

zrobienie zakupów - w ten sposób zyska więcej czasu 
w weekend. Przystała na regularną pracę w nocy przez 
kilka tygodni, gdyż agencja płaciła za to lepiej, a dla 
niej liczył się każdy pens. Wprawdzie ojciec zwrócił 
jej czek, którym chciała mu zrekompensować koszty 
odwołanego ślubu, ale nie zamierzała korzystać z tych 
pieniędzy. 

Postąpiłaby nieuczciwie, pozwalając ojcu ponieść 

koszty jej własnej decyzji, tym bardziej że ta decyzja 
była dla niego przykra. Tak więc postanowiła żyć 

R

 S

background image

 
z tego, co zarobi. Jeśli to nie wystarczy na życie 
w Londynie, przeniesie się gdzieś dalej, bo ostatecznie 
nic jej tu nie trzyma. W tym mieście nie zna nikogo 
poza Archiem, który i tak wkrótce stąd wyjedzie. 
Szkoda, będzie go jej brakowało. Zna go co prawda od 
niedawna, lecz traktuje jak dobrego przyjaciela. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Tak jak do tej pory, w kolejnym tygodniu na pediat- 

rii największe dramaty przeplatały się z przyziemnoś- 
cią. Archie miał dużo pracy i wieczorami często pozo- 
stawał dłużej w szpitalu. Ale to mu nie przeszkadzało 
- w ten sposób zyskiwał okazję do zobaczenia się 
z Heather, co uważał za nagrodę. 

Odniósł wrażenie, że Heather dyżuruje wyłącznie 

w nocy. To go zdziwiło, gdyż tymczasowo werbowany 
personel na ogół wybiera dla siebie dzienne zmiany. 
Wspomniał o tej sprawie, rozmawiając z Wendy, która 
potwiedziła jego spostrzeżenia. 

-    Mnie to też wydawało się niezwykłe, ale Heather 

wyjaśniła, że agencja miała trudności w obsadzeniu 
nocnych dyżurów. Większość pielęgniarek unika noc- 
nej zmiany, i przyjmuje ją tylko wtedy, kiedy musi. 

-    Dziwi mnie, że Heather chce w ten sposób prze- 

pracować pełne trzy tygodnie - zauważył Archie. 

-    Mówiła, że potrzebuje pieniędzy. Agencja płaci 

wyższą stawkę za pracę w nocy, i widocznie to ją 
zachęciło. 

Wendy zmieniła temat, ale Archie z trudnością przy- 

swajał sens jej dalszych wypowiedzi. Powrócił myśla- 
mi do Heather i możliwych przyczyn jej kłopotów. 
Nie chciał się pogodzić z tym, że mogłaby się zna- 

R

 S

background image

 
leźć w trudnej sytuacji finansowej, i przy najbliższej 
okazji postanowił poruszyć ten temat. 

Możliwość nadarzyła się tego samego wieczoru. 

Siedmioletni Kojo Arutee, pacjent z przepukliną, za- 
chowywał się nieznośnie. Archie, zajęty czytaniem 
obserwacji klinicznych dotyczących innego dziecka, 
usłyszał w pewnym momencie huk i zobaczył, że 
chłopiec przewrócił wózek z napojami. Heather przy- 
stąpiła do sprzątania, usiłując jednocześnie uspokoić 
psotnika i zapobiec dalszym szkodom. 

Archie podszedł do chłopca i pochylił się nad nim, 

patrząc mu w oczy. 

-    Musisz przestać, Kojo. Nie pozwalam ci tu szaleć 

ani zakłócać spokoju innym dzieciom. 

Chłopak w milczeniu podniósł kubek z mlekiem 

i wylał jego zawartość na podłogę. Archie potrząsnął 
głową. 

-    Tak nie można. Żeby zostać tutaj, musisz być 

grzeczny. A może wolisz być odesłany do domu z tym 
paskudnym guzem, który ci rośnie na brzuchu? 

Chłopiec pomyślał chwilę i potrząsnął głową. 

Archie zwrócił się do Heather: 

-    Jeśli Kojo cię przeprosi i pomoże posprzątać, 

pozwolisz mu tu zostać i wyzdrowieć? 

-    Tak, jeśli obieca, że odtąd będzie grzeczny - od- 

parła Heather z uśmiechem. 

-    Masz wybór, Kojo. Co wolisz? 
-    Będę grzeczny - odparł chłopiec z powagą. 
-    Dobrze. A te wszystkie rozsypane łyżeczki? Mo- 

że byś je tak pozbierał i zaniósł do kuchni do umycia? 

Kojo posłusznie wykonał oba polecenia. 

R

 S

background image

 
-    Nie dałabym wiary, gdybym tego nie zobaczyła 

na własne oczy. Skąd wiedziałeś, że podziała na niego 
groźba odesłania do domu? - zapytała Heather. 

-    Szczęśliwy traf. Naprawdę. Cieszę się, że udało 

mi się go przekonać. Świetnie potrafimy się obyć bez 
rozrywek, których nam dostarcza. 

-    Niewątpliwie. 
Pomógł jej podnieść i postawić na kołach przewró- 

cony wózek. Pozostało tylko wytrzeć rozlane mleko 
i sok z podłogi. Gdy Heather poszła po mop i wiadro, 
Archie ruszył za nią, rozważając, czy to odpowiednia 
chwila na rozmowę o sprawach finansowych. 

-    Jak mi się zdaje, regularnie pracujesz na nocnej 

zmianie. 

-    To prawda. Agecja miała kłopot ze znalezieniem 

chętnych, więc się tego podjęłam. 

-    Wendy wspomniała, że potrzebujesz pieniędzy. 
-    Tak, bardzo by mi się przydały. 
-    Jeśli jesteś w potrzebie, chętnie ci pomogę. 
-    Dziękuję, ale dam sobie radę. 

Postawiła wiadro z wodą na podłodze. 

-    Miło, że mi to proponujesz, lecz nic od ciebie nie 

wezmę. Nie mogę wykorzystywać twojej życzliwości, 
a poza tym muszę stanąć na własnych nogach. 

-    Od czasu do czasu każdy potrzebuje pomocnej 

dłoni - zauważył. - Bo to nic innego, tylko pomocna 
dłoń, propozycja bez żadnych dodatkowych warun- 
ków, gdybyś tym się martwiła - dodał tonem wyjaś- 
nienia. 

-    Czegoś takiego nie brałam w ogóle pod uwagę 

- powiedziała, czerwieniejąc. - Po prostu czułabym 

R

 S

background image

 
się niezręcznie, biorąc od ciebie pieniądze. Mam na- 
dzieję, że to rozumiesz. 

-    Oczywiście. Ale moja propozycja jest aktualna, 

gdybyś chciała zmienić zdanie. Zgoda? 

-    Tak. Dziękuję ci, Archie. Jestem naprawdę 

wdzięczna. 

 
Heather pracowała do dwudziestej drugiej, po czym 

w czasie przerwy poszła do bufetu na kolację. Jako 
pracownik agencji była tu obca, więc spożyła samotnie 
skromny posiłek. Zastanawiało ją, dlaczego tak często 
w jej myślach pojawia się Archie i starała się przeana- 
lizować swoje uczucia. Archie jest dla niej uprzejmy 
i życzliwy, i chyba potrafi zrozumieć jej problemy. 
Tym samym nie może dziwić, że uważa go za kogoś 
bliskiego. Poczuła się uspokojona: w tym trudnym 
czasie potrzebuje życzliwej duszy, i tylko do tego 
wszystko się sprowadza. Nie chodzi o nic więcej. 
Dopiero uwolniła się od jednego związku i nie jest na 
tyle szalona, by znowu się zakochać! 

Archie położył się spać dobrze po północy, mając 

za sobą kolejną długą sesję pakowania. Mieszkanie 
wypełnione pudłami przypominało magazyn. Musiał 
przyznać, że widok własnego życia zamykanego w ko- 
lejnych kartonach coraz bardziej go przygnębia. 

Nastroju nie poprawił mu też następny ranek. Od 

ósmej czekał go dyżur w klinice. Gdy się znalazł na 
miejscu, stwierdził, że nie działają komputery. Lista 
pacjentów była długa, a mozolne wnikanie w akta 
każdego z nich wymagało odpowiednio więcej czasu. 

R

 S

background image

 
Do godziny dziesiątej przyjął zaledwie jedną trzecią 

pacjentów z listy. 

Pielęgniarka Jackie Bliss podała mu kolejną kartę. 
-    Timothy Wray, lat jedenaście. Lekarz ogólny ba- 

dał go wielokrotnie, ale niczego nie stwierdził. Tim 
skarży się na bóle głowy i ostry ból lewego ucha i jego 
okolicy. 

-    A czy oglądał go dentysta? 
-    Tak. Zęby są w porządku. 
Archie przejrzał kartę pacjenta i zauważył, że 

do niedawna chłopiec cieszył się doskonałym zdro- 
wiem. 

-    Czy mam go wezwać? - zapytała Jackie. 
-    Tak, proszę. 
Wstał, kiedy pielęgniarka wprowadzała pacjenta 

i jego mamę. 

-    Witam, jestem Archie Carew, lekarz odpowie- 

dzialny za oddział pediatryczny. - Potrząsnął ręką mat- 
ki i uśmiechnął się do chłopca. - A ty jesteś Tim. 

-    Tak. 
Timothy rozglądał się ciekawie po gabinecie. Zro- 

bił wielkie oczy, widząc w rogu ludzki szkielet. 

-    Ojej! On jest prawdziwy? 
-    Owszem. Fred towarzyszy mi od dawna. Kupi- 

łem go, kiedy studiowałem medycynę. Wspólnie wy- 
chodziliśmy z rozmaitych tarapatów. 

-    Ale odlot! - szepnął Tim. - Mogę go dotknąć? 
-    Oczywiście. Możesz mu podać rękę. 
Archie przestawił eksponat bliżej. Przytrzymując 

szkielet za kość łokciową i promieniową, wysunął jego 
rękę w stronę chłopca. Tim potrząsnął kościstą dłonią, 

R

 S

background image

 
zaśmiewając się z grzechotu, który spowodowało to 
powitanie. 

-    Super! Chciałbym mieć taki. 
-    Dopisz to do listy prezentów gwiazdkowych na 

przyszły rok - podsunął mu Archie z rozbawieniem. 

Cieszyło go przełamanie pierwszych lodów. Żeby 

dotrzeć do dziecka, potrzebna jest nić sympatii. 
Uśmiechnął się też do pani Wray. 

-    Skoro już poznała pani starego Freda, proszę 

powiedzieć, jak się ostatnio miewa Tim? 

-    Ciągle tak samo, doktorze. Męczą go straszne 

migreny i boli buzia. 

-    Rozumiem. A kiedy się to wszystko zaczęło? 

Internista nie zaznaczył w skierowaniu, czy dolegli- 
wości trwają już jakiś czas, czy są tylko kwestią ostat- 
nich dni. 

-    Pierwszy raz skarżył się na to jesienią, po waka- 

cjach. 

-    A wcześniej nic mu się nie przydarzyło? 
-    Nie bardzo rozumiem, o co chodzi, doktorze. 
-    Czy Tim przedtem chorował, albo miał jakiś wy- 

padek? 

-    Nic takiego sobie nie przypominam... 
-    Tatuś miał stłuczkę - przerwał Tim. 
-    Byłeś wtedy w samochodzie? - zapytał Archie 

czujnie. 

-    Tak, bo tatuś miał mnie podrzucić na mecz i wte- 

dy wjechała w nas furgonetka. Tata był wściekły, bo 
wgniotła mu bagażnik. 

-    Wyobrażam sobie. Czy twoje bóle pojawiły się 

po wypadku? 

R

 S

background image

 
-    Jakiś tydzień po. I bardzo czułem szyję. 
-    Czy pojechaliście później do szpitala, żeby się 

przebadać? 

-    Nie. Tata powiedział, że nic się nam nie stało. 
-    Aha. A czy oprócz ucha i głowy boli cię coś 

jeszcze, Tim? Na przykład szczęka, kiedy gryziesz, 
albo kiedy szeroko otwierasz buzię? 

-    O tak, właśnie szczęka. I kiedy ziewam, jakoś tak 

się zacina, że potem trudno mi zamknąć usta. 

-    Czy to może mieć związek z wypadkiem? - za- 

pytała pani Wray z niepokojem. 

-    Przypuszczalnie. 
Archie podszedł do szkieletu i wskazał na szczękę. 
-    Głowa żuchwy jest osadzona w tym zagłębieniu 

na spodzie skroniowej kości czaszki. U żywego czło- 
wieka mamy dodatkowo parę silnych mięśni, których 
jednoczesna praca umożliwia poruszanie szczęką, kiedy 
na przykład żujemy. Jeśli miejsce połączenia tych kości 
zostanie uszkodzone, odczuwa się ból i dyskomfort. 

-    Czy sądzi pan, że coś takiego mogło nastąpić 

wskutek ich wypadku? 

-    Powiedziałbym, że to bardziej niż prawdopodob- 

ne. Zespół skroniowo-żuchwowy, czyli zasadniczo to, 
na co cierpi Tim, jest efektem obrażeń głowy, szyi lub 
szczęki. Jeśli pod wpływem szarpnięcia Tim doznał 
w tej kraksie choćby lekkiego urazu kręgosłupa szyj- 
nego, mógłby to być już wystarczający powód do 
takich objawów. 

Pani Wray potrząsnęła głową. 
-    Powinnam była się domyślić, że jego dolegliwo- 

ści mogą mieć coś z wspólnego z tamtym wypadkiem. 

R

 S

background image

 
Głupio mi, że o nim nie wspomniałam naszemu inter- 

niście. 

-    Proszę się nie winić. Przecież pani nie mogła te- 

go wiedzieć. 

Archie wyjął formularz, wpisał dane chłopca i poło- 

żył go przed matką. 

-    Konieczny jest rentgen. Jeśli zdjęcie wykaże, że 

staw jest zniekształcony, wówczas moja diagnoza oka- 
że się słuszna. 

-    A jeśli tak będzie, to co wtedy? 
-    Albo uda nam się nastawić ten staw, albo wyko- 

namy zabieg, który rozwiąże ten problem. 

Gdy zbladła, uśmiechnął się, by dodać jej otuchy. 
-    Doprawdy, nie ma się czym przejmować, pani 

Wray. Jeśli w grę będzie wchodził zabieg, po prostu 
zatrzymamy tu Tima na noc. Przypuszczam, że jakoś 
to przetrwasz, Tim, prawda? 

-    Jasne - zgodził się chłopiec bez emocji. 

Archie odprowadził oboje do drzwi, życząc sobie 

w duchu, żeby wszyscy chorzy byli tak ulegli jak Tim. 

W tym momencie dobiegł go krzyk któregoś z małych 
pacjentów w poczekalni. Polecił Jackie, by natychmiast 
poprosiła dziecko do gabinetu. Tylko w ten sposób zde- 
nerwowanie jednego z nich nie udzieli się innym. Archie 
pragnął tym samym uniknąć dalszego opóźnienia. 

Przez chwilę zamajaczyła mu w głowie myśl, by się 

zobaczyć z Heather, ale szybko ją odegnał. Nieważne, 
jak bardzo pociąga go ta perspektywa; musi dziś wyjść 
ze szpitala o właściwej porze.Tylko tak zdoła wytrwać 
w postanowieniu, żeby się nie angażować uczuciowo. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Tego wieczoru Heather nie miała zamiaru znaleźć 

się w pracy wcześniej, ale gdy tylko dotarła do przy- 
stanku, podjechał autobus. Kierowca śmignął przez 
miasto jak strzała, toteż gdy weszła do szpitala, miała 
przed sobą całe pół godziny wolnego czasu. Zdecydo- 
wała się pójść do bufetu. Znalazła wolny stolik w rogu 
i w momencie, gdy kelnerka stawiała przed nią fili- 
żanki i czajniczek z herbatą, dostrzegła wchodzącego 
Archiego. 

Zagryzła wargi, widząc, że Archie rozgląda się za 

wolnym miejscem. Czuła się bardzo niepewnie, odkąd 
sobie uprzytomniła, że jego osoba stała się istotnym 
czynnikiem we wszelkich podejmowanych przez nią 
decyzjach. Jest przecież o wiele za wcześnie, by wcho- 
dzić w nowy związek. Ponieważ w tym stanie ducha 
absolutnie nie może liczyć na panowanie nad włas- 
nymi uczuciami, zdecydowała się unikać Archiego, 
kiedy to możliwe. A jednak mimo wszystko nie po- 
trafiła udawać, że go teraz nie dostrzega. 

Tak więc podniosła rękę, by mu pomachać, po 

czym z drżeniem serca zarejestrowała zaskoczenie 
malujące się na jego twarzy. Początkowo miała wraże- 
nie, że Archie celowo ignoruje jej znaki, ale gdy po 
chwili zareagował tym samym, wyśmiała w myślach 

R

 S

background image

 
własne podejrzenia: przecież nie byłby zdolny do ta- 
kiego zachowania. Fakt, że on się jej podoba, nie musi 
wcale oznaczać, że ona podoba się jemu. 

-    Co za niespodzianka! Co tu robisz? 
Z uśmiechem przystanął przy stoliku, a Heather 

starała się przybrać odpowiednio obojętny wyraz twa- 
rzy. Byłoby czystym szaleństwem okazywać mu roz- 
czarowanie tylko dlatego, że on nie odbiera jej obec- 
ności z taką intensywnością, z jaką ona reaguje na jego 
widok. 

-    Mój autobus przyjechał wcześniej, więc postano- 

wiłam wypić herbatę, zanim podpiszę listę. 

-    Dobry pomysł. - Wysunął krzesło i usiadł. - 

A mnie po raz pierwszy udało się wcześnie skończyć 
pracę, więc pomyślałem, że coś zjem. Poruszać się sa- 
mochodem po Londynie w piątkowy wieczór to praw- 
dziwy koszmar. Unikam takiej jazdy, jeśli tylko mogę. 

-    Trudno cię o to winić. Gdzie mieszkasz? 
-    W Chelsea. 
Przywołał gestem kelnerkę. Kiedy składał zamó- 

wienie, Heather ustawiła na spodku drugą filiżankę 
i napełniła ją herbatą z czajniczka. 

-    Nie powinnaś, to przecież twoja herbata - upo- 

mniał ją. - Ja mógłbym spokojnie poczekać na swoją. 

-    Równie dobrze możemy się podzielić tym, co 

mamy teraz - powiedziała, nie chcąc robić z tego 
kwestii. -Najwyżej wezmę później od ciebie dolewkę. 

-    Zgoda. Dziękuję. 
Dodał mleka, parę łyżeczek cukru i upił łyk. 
-    Mmm... prawie tak dobra jak kawa, którą ostat- 

nio piłem. 

R

 S

background image

 
-    Co za szczęście, że tylko prawie - zauważyła 

cierpko. - Przynajmniej nie będziesz musiał wstawać 
i wyznawać, że jesteś uzależniony także od herbaty. 

-    Nie. 
Rozejrzał się wokół, tłumiąc śmiech. 
-    Trochę za duży tu tłok, żeby w tym szukać przy- 

jemności. 

-    Jeśli uzależnienie od kofeiny to twój jedynj 

grzech, to i tak nieźle. 

Twarz Archiego stężała. 
-    Chciałbym mieć tylko to na sumieniu. 
Heather nie miała pojęcia, o czym mówił, ale wido- 

cznie trafiła w jakiś czuły punkt. Spojrzała na Ar- 
chiego i poczuła ból na widok smutku w jego oczach 
To pewne, że coś go dręczy, ale nie wiedziała, cz> 
wolno jej prosić o wyjaśnienie. Na koniec jej rozsądek 
wziął górę nad emocjami, toteż zapytała: 

-    Może uratowałoby cię pół tej babeczki? 
-    Dzięki, raczej poczekam na swoje danie. 

Chyba usiłował się otrząsnąć z przygnębienia, be 

nawet się zdobył na uśmiech. 
-    No to co dziś zwojowałaś? 
-    Nic takiego, poza tym, że odespałam. W ciągu 

dnia jest zawsze trudno zasnąć, szczególnie w cent- 
rum, gdzie ruch nigdy nie słabnie. 

Starała się wyzbyć przekonania, że potrafiłaby gc 

wyciągnąć z przygnębienia: czemu, u licha, wyobraża 
sobie, że wszystko, cokolwiek zrobi czy powie, pomo- 
że mu się rozchmurzyć? 

-    Opowiedz. Mnie na początku ten ciągły szum 

doprowadzał do szału. Teraz już przywykłem i nie 

R

 S

background image

 
zwracam na to większej uwagi. Myślę, że ciebie też 
czeka taka kolej rzeczy. 

-    O ile tu zostanę - sprostowała, bo nie było jesz- 

cze przesądzone, że osiądzie w Londynie. 

-    Nie zamierzasz tu zagrzać miejsca? 
-    Szczerze mówiąc, jeszcze nie podjęłam decyzji, 

co zrobię. Rozważam nawet wyjazd za granicę. 
W końcu nic mnie na stałe nie wiąże z Anglią. 

-    Swobodna i wolna jak ptak - stwierdził z uśmie- 

chem. 

W odpowiedzi Heather też się uśmiechnęła. 
-    Zgadza się, to ja! 
Oboje się roześmiali, patrząc sobie w oczy trochę 

dłużej, niżby tego wymagały okoliczności, po czym 
oboje spuścili wzrok. W przebłysku świadomości Hea- 
ther uprzytomniła sobie, że coś się między nimi nawią- 
zało, i że każde z nich o tym wie - ale czy należy to 
brać pod uwagę? Ona teraz nie potrzebuje dalszych 
komplikacji. I bez nich wybór drogi jest dla niej wy- 
starczająco trudny. 

Dotychczas o jej decyzjach przesądzały oczekiwa- 

nia innych osób. Świadomie czy nie, liczyła się zarów- 
no z opiniami rodziców, jak i Rossa. Ale właśnie nastał 
dla niej czas niezależności -jest kobietą samodzielną. 
Powinna ustalić, czego chce i musi spróbować to osiąg- 
nąć. Gdyby teraz z wzajemnością zadurzyła się w Ar- 
chiem, byłby to najgłupszy krok pod słońcem. 

 
Archiemu aż huczało w głowie. Sposób, w jaki 

Heather na niego patrzyła, nie pozwalał mu logicznie 
rozumować. Nie potrafił też przeniknąć jej myśli, 

R

 S

background image

 
a przy tym wiedział, że jego ewentualna prośba o wyjaś- 
nienie przyniesie odpowiedź wymijającą. Z ulgą po- 
witał nadejście kelnerki z zamówionym daniem. 

-    Smakowicie to wygląda. 
Heather pochyliła się nad stolikiem i wciągnąła 

w nozdrza zapach płynący z talerza. 

-    I tak samo pachnie. 
-    Chcesz spróbować? - zaproponował Archie. 
-    Lepiej nie. Z chęcią bym ci pomogła zniszczyć te 

frytki, ale powinnam już zaczynać pracę. 

-    Więc innym razem, tak? - zapytał Archie, od- 

krawając kawałek mięsa. 

To śmieszne, że pragnie poznać Heather bliżej. 

Przecież wkrótce porzuci Anglię na rzecz Szkocji. No 
i czas też jest nieodpowiedni na nawiązywanie bliższej 
znajomości. A jeśli już, to nie z Heather, która musi 
oswoić się z pozycją osoby samotnej, żeby zdecydo- 
wać, czy ta samotność jej odpowiada. Chociaż zrezyg- 
nowała ze ślubu - jak twierdzi, słusznie - pewnie 
nadal darzy uczuciem byłego narzeczonego. 

Co do własnych uczuć, to Archie sam nie mógł się 

w nich połapać. Czy już się pogodził z utratą Stepha- 
nie? Czyją kiedykolwiek przeboleje? Kiedyś wydawa- 
ło mu się nie do pomyślenia, że przestanie odczuwać 
ból wywołany faktem, że ukochana kobieta wybrała 
miłość jego rodzonego brata. Jak na to patrzy teraz? 

-    Zobaczymy. 
Heather dopiła herbatę i posłała mu nic niemówią- 

cy uśmiech. Nagle Archie uznał, że ma dość kierowa- 
nia się rozsądkiem. Może nie wiedział, co czuje do Ste- 
phanie, ale zdał sobie sprawę, że pragnie spędzać wię- 

R

 S

background image

 
cej czasu z Heather. Z pewnością nie będzie nic złego 
w tym, że się gdzieś umówią na spotkanie, jeśli ich 
znajomość pozostanie wyłącznie platoniczna? 

-    A co poza odsypianiem chcesz robić w weekend? 

- zapytał, gdy odstawiała filiżankę. 

-    Jeszcze o tym nie myślałam. Czemu pytasz? 
-    Przyszło mi do głowy, że może miałałabyś chęć 

gdzieś się wybrać. - Silił się na nonszalancję, lecz 
poniósł całkowitą klęskę. Odkrył, że powiedzieć sobie, 
że w spotkaniach z Heather nie ma nic złego, dopóki 
odbywają się na płaszczyźnie platonicznej, to jedno, 
a wprowadzić tę zasadę w życie, to już coś zupełnie 
innego. W końcu pierwszy raz od wypadku umawia się 
z kobietą i nie jest to jakaś przypadkowa kobieta, tylko 
Heather. 

-    Dokąd? 
-    Och, nie wiem... Przejść się po parku... albo pójść 

do teatru... czy wpaść gdzieś na kolację. Gdzie zechcesz. 

Zobaczył, że Heather otwiera usta, by odpowie- 

dzieć, i przeczuł, że szykuje się do odmowy. Mimo 
wszystko pośpiesznie mówił dalej: 

-    W tej chwili w mieszkaniu mam jeden wielki 

śmietnik. Pudła z rzeczami zawalają każde pomiesz- 
czenie. Jeśli przyjdzie mi tam spędzić weekend, to 
chyba zwariuję. Muszę gdzieś wyjść i pomyślałem 
sobie, że mogłabyś się wybrać ze mną, jeśli nie masz 
innych planów. 

-    Rozumiem. 
Zamilkła, najwyraźniej rozważając ten pomysł, a Ar- 

chie wstrzymał oddech. Zrozumie jej ewentualną od- 
mowę. To pewne, że w tych okolicznościach Heather 

R

 S

background image

 
musi mieć wątpliwości, a on nie będzie się starał jej 
przekonać do czegoś, co nie wydaje się właściwe. 
Jednakże nie mógł zaprzeczyć, że siłą woli nakłaniał ją 
do przyjęcia propozycji. 

-    No dobrze. - Nieznacznie wzruszyła ramionami. 
- Byłoby mi przykro na myśl, że tkwisz w środku tego 

całego bałaganu, więc zgoda, wybiorę się gdzieś z to- 
bą. Dla mnie to też będzie miła odmiana - dodała, 
wstając. - Odkąd tu przyjechałam, nigdzie nie bywam 
i dobrze mi zrobi, jeśli w weekend obejrzę cokolwiek 
innego poza swoimi czterema ścianami. 

-    To świetnie. 
Archie uśmiechnął się z nadzieją, że nie daje po- 

znać po sobie, jak bardzo sprzeczne targają nim uczu- 
cia. Trudno powiedzieć, które z nich dominowało: czy 
zachwyt nad perspektywą wspólnego spędzenia czasu, 
czy obawa przed znalezieniem się w sytuacji, nad 
którą, być może, nie zdoła zapanować. 

-    Czy zgodzisz się, żebym wpadł po ciebie w nie- 

dzielę około dziesiątej? W Londynie można robić tyle 
różnych rzeczy, więc zobaczymy, co nam będzie od- 
powiadało, dobrze? 

-    Tego dnia możemy oboje być wolni jak ptaki 
- powiedziała beztrosko. 
Archie zareagował przytłumionym śmiechem. Za- 

chwyt wziął w nim górę nad obawami. 

-    Owszem, możemy. 
Heather podała mu adres i odeszła. Archie skończył 

posiłek i zasiedział się nad drugą filiżanką herbaty, bo 
tym razem żaden pośpiech nie zmuszał go do jazdy 
w godzinach szczytu. Ruch zdołał już nieco osłabnąć, 

R

 S

background image

 
gdy wyszedł, tak więc w domu znalazł się szybciej niż 
zwykle. Miał wrażenie, że czuje się dużo lepiej. Per- 
spektywa spotkania z Heather podniosła go na duchu, 
chociaż zdawał sobie sprawę, że nie wolno mu za 
bardzo dać ponieść się emocjom. Z końcem miesiąca 
na stałe opuszcza Londyn i to jest nieodwołalne. 

 
W niedzielny ranek nie było słońca, gdyż gęste 

chmury zasnuwały niebo. Heather włożyła dżinsy, 
T-shirt i gruby sweter. Całości dopełniły wygodne botki 
i ciepła kurtka z kapturem w kolorze przygaszonej 
zieleni. Nie wiedząc, co Archie zaproponuje, chciała 
być przygotowana na każdą okazję, toteż naszykowała 
jeszcze długi wełniany szal i rękawiczki do kompletu. 
Grad, deszcz czy słońce, nic jej nie będzie straszne! 

Archie przyjechał tuż przed dziesiątą, co zasygnali- 

zował klaksonem. Kiedy wybiegła na dwór, uśmiech- 
nął się na widok jej ubioru. 

-    Widzę, że jesteś odpowiednio przygotowana. 
-    Bo jestem. 
Odpowiedziała uśmiechem na uśmiech i pomyślała, 

że Archie prezentuje się dziś bardzo dobrze. Podobnie 
jak ona był ubrany w dżinsy, oprócz tego miał na sobie 
granatową koszulkę polo i gruby sweter, a jego pucho- 
wa kurtka leżąca na tylnym siedzeniu tylko upewniła 
Heather o charakterze ich wypadu. Patrząc na Archiego, 
nie mogła nie dostrzec, jaki jest przystojny. Na widok 
jego surowej urody aż ją przeszedł miły dreszczyk. 

-    Jeśli nie masz ciekawszego pomysłu, propono- 

wałbym zacząć od Ogrodów Botanicznych w Kew. 

Przekręcił kluczyk w stacyjce kosztownego kabrio- 

R

 S

background image

 
letu i zwiększył obroty silnika, który ochryple ryknął. 
Heather poddała się nastrojowi pobudzającemu ją do 
wtórowania melodyjnymi pomrukami. 

-    Ogrody w Kew, to brzmi nieźle - stwierdziła, 

przystając na propozycję. 

Usiłowała też przytłumić swoje emocje i zachowy- 

wać się bardziej powściągliwie. Myślami wróciła do 
Rossa. Wprawdzie łączyły ją z nim intymne stosunki, 
lecz miłosne zbliżenia nie dawały jej szczególnej sa- 
tysfakcji. Tłumaczyła to sobie własnym brakiem do- 
świadczenia i wmawiała, że czas przyniesie poprawę. 
Teraz analizowała, czy rzeczywiście tak by się stało. 
Chociaż Ross był wyjątkowo przystojny, nigdy nie 
reagowała na niego tak jak na Archiego.                          , 

Zagryzła wargi. Wszystko nagle zaczęło toczyć się 

zbyt szybko i zaczęła się obawiać, że zostanie porwana 
przez ten pęd, jeśli nie zachowa ostrożności. 

Archie chyba wyczuł jej niezdecydowanie, bo deli- 

katnie ścisnął jej dłoń. 

-    Jeśli masz jakieś wątpliwości, to nie musimy 

nigdzie jechać. Wybór należy do ciebie. 

-    Ale ja naprawdę chcę spędzić z tobą czas - po- 

wiedziała zgodnie z prawdą i westchnęła. — Tylko 
uważam, że powinniśmy być teraz na tyle rozsądni, 
żeby nie zabrnąć za daleko. 

-    Rozumiem. I zgadzam się z tobą. 
Uścisnął jej palce jeszcze raz i po chwili uwolnił 

dłoń. 

-    Więc w końcu co to ma być? Rundka po ogro- 

dach z lunchem i wizytą w którejś galerii sztuki czy 
dzień na przepierkę? 

R

 S

background image

 
Heather zachichotała. 
-    Też mi wybór! Musiałabym być szalona, żeby 

postawić na to drugie. 

-    Z pewnością. Chociaż sam nie śmiałbym ci tego 

powiedzieć. Czekałem na twoje własne wnioski. 

-    Wielkie dzięki! 
Heather się roześmiała, a jej obawy znikły równie 

szybko, jak się pojawiły. Bez wątpienia może spędzić 
miło czas z Archiem, cieszyć się jego towarzystwem, 
życzliwością i przyjaźnią. Ostatecznie jest dorosła, 
sama decyduje o swoim życiu i poradzi sobie w każdej 
sytuacji! 

Spędzili cały ranek wędrując po ogrodach w Kew, 

ale i tak zdołali zobaczyć jedynie ich część. Heather 
była urzeczona wszystkim; pagodą, z której rozciągał 
się wspaniały widok na otaczające tereny, świeżo od- 
nowionym pałacem, ogromnymi szklarniami zawiera- 
jącymi bezcenne kolekcje rzadkich roślin. Archiego 
cieszył jej zachwyt, dzięki któremu sam czerpał zwie- 
lokrotnioną przyjemność z każdego widoku. Kiedy 
ruszyli do centrum na spóźniony lunch, miał już pew- 
ność, że dzień był udany. 

Zadbał o rezerwację stolika w restauracji „The 

Ivy", bezwstydnie wykorzystując swój tytuł dla uzy- 
skania najlepszego miejsca, skąd Heather mogłaby 
się przyglądać bywającym tam sławom. Gdy hostes- 
sa wskazała im stolik, Heather wbiła wzrok w Ar- 
chiego. 

-    Sir? Czy ty rzeczywiście masz taki tytuł? 
-    Obawiam się, że tak. Zwykle go nie używam, ale 

bardzo się przydaje, kiedy jest potrzebny przyzwoity 

R

 S

background image

 
stolik. Osobiście nie lubię siedzieć przy drzwiach do 
kuchni, a ty? 

-    Też nie - odrzekła ze śmiechem. - Naprawdę, 

wstydu nie masz, żeby tak wykorzystywać koneksje 
rodzinne dla własnych celów... 

Ze śmiechem podniósł obie ręce. 
-    Winny zarzutów, Wysoki Sądzie! W gruncie rze- 

czy to była gra, w którą się bawiliśmy z Duncanem, 
kiedy byliśmy dziećmi. Jeśli ktokolwiek z naszej po- 
siadłości chciał się gdzieś wybrać - czy to do restaura- 
cji, czy na jakiś spektakl - telefonicznie załatwialiśmy 
mu wstęp, powołując się na osobę ojca. To zadziwiają- 
ce, ile potrafi zdziałać znane nazwisko. 

-    To bezwstydne i krętackie. Muszę to zapamiętać. 
-    Jestem krętaczem inspirowanym wyłącznie szla- 

chetną motywacją - zapewnił ją ze śmiechem. 

Zdał sobie sprawę, że pierwszy raz myśl o bracie 

nie wywołała w nim wzburzenia. W młodości łączyły 
ich bardzo bliskie więzy, tak więc późniejsze wy- 
darzenia wywołały odpowiednio więcej bólu. Archie- 
go zraniła i rozwścieczyła zdrada Duncana, ale teraz 
odczuwał już tylko wielki smutek, że rozstali się 
w gniewie. 

Ich danie okazało się bardzo smaczne. 
-    Wspaniałe - oświadczyła Heather. 
-    Lepsze niż w tamtej malej restauracji? 
-    Nie. Takie samo - stwierdziła zdecydowanie. 
-    Nie wiem, czy tutejszy szef kuchni byłby za- 

chwycony twoją opinią. 

-    Więc jeśli ty mu jej nie powtórzysz, to i ja nic nie 

powiem. Zachowamy to w sekrecie, dobrze? 

R

 S

background image

 
Położyła palec na ustach. 
-    Zgoda. - Serce mu waliło, jakby chciało wy- 

skoczyć z piersi. Próbował nie myśleć o tym, jak 
bardzo by sam pragnął dotknąć jej warg i jak bardzo są 
kuszące. Musi przestać fantazjować, żeby go za bardzo 
nie poniosło. 

Na koniec Archie zamówił tylko kawę, za to Hea- 

ther zjadła ciastko czekoladowe z bitą śmietaną. 

-    Chyba się przejadłam. Nie wiem, czy jeszcze 

dam radę chodzić po galerii. Czuję się, jakby trzeba 
mnie było nieść. 

-    To trochę tak jak ja. Może zostawimy sobie gale- 

rię na kiedy indziej? 

-    Jak uważasz. Jest prawie czwarta, pewnie już 

pora wracać. 

-    Mogę cię odwieźć do domu, jeśli zechcesz, albo 

zaprosić do siebie. 

Nie był pewien, czy to rozsądna propozycja, ale nie 

potrafił się pogodzić z myślą, że ich wspólny dzień 
dobiega końca. 

-    Sofa jest nadal in situ, czyli da się gdzieś usiąść, 

no i nie zapakowałem jeszcze wieży, więc będzie moż- 
na posłuchać muzyki. Jeśli zechcesz. 

-    Chciałabym wprawdzie zobaczyć, jak miesz- 

kasz, ale czy to na pewno dobry pomysł? Ty wracasz 
niedługo do Szkocji, a ja ciągle nie mam pojęcia, czym 
się zająć. Czy uważasz za rozsądne, żebyśmy przeby- 
wali ze sobą jeszcze dłużej? 

-    Nie jestem pewien - odparł zgodnie z prawdą. 

- Jak mi się zdaje, to mógłby być fałszywy krok. 

-    I nadal podtrzymujesz zaproszenie? 

R

 S

background image

 
-    Tak. Wiem, że to nie pora, żeby się poznawać 

bliżej. Każde z nas ma tyle różnych spraw do roz- 
wiązania. Ale nie zaprzeczę, że twoje towarzystwo to 
dla mnie wielka przyjemność i myślę, że to wzajemne. 

-    Owszem. 
-    Więc zlekceważ moją propozycję. Była głupia. 
-    Nie, nie była. 
Położyła dłoń na stole i uśmiechnęła się do niego. 
-    Od wieków się tak dobrze nie bawiłam. Ja też nie 

mam ochoty powiedzieć sobie, że na dziś to koniec. 

Archie wpatrywał się przez chwilę w jej dłoń, po 

czym ją uścisnął. Nie zdoła pogodzić się ze sobą, jeśli 
skrzywdzi Heather. Zniszczył już tyle osób, że nie 
zniesie myśli, że mógłby zniszczyć i jej życie. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Gdy zbliżali się do miejsca, gdzie mieszkał Archie, 

Heather zaczęła się zastanawiać, czy powinna była 
przyjąć zaproszenie. To bardzo pięknie twierdzić, że 
zamierza się patrzeć w przyszłość, ale nie można lek- 
ceważyć wniosków z przeszłości. Poprzedni związek 
okazał się nieudany, więc jakie są gwarancje, że histo- 
ria się nie powtórzy? Heather nie była w stanie znieść 
myśli, że mogłaby utracić cenną przyjaźń Archiego. 

-    Nie wiem, czy to był dobry pomysł - zauważyła. 

- Nie chcę zniszczyć tego, co istnieje między nami, 
Archie. Zbyt sobie cenię naszą przyjaźń. 

-    Tak jak ja. 
Uśmiechnął się niepewnie i zgasił silnik. 
-    Co byś wobec tego powiedziała na filiżankę ka- 

wy, skoro już dojechaliśmy do celu? Potem odwiozę 
cię do domu. Czy odpowiada ci takie rozwiązanie? 

-    Tak mi się wydaje. 
Gdy wysiedli z samochodu, Archie poprowadził ją 

do głównego wejścia. Wprawdzie Heather wiedziała, 
że domy w tej części miasta są bardzo drogie, ale nie 
potrafiła ukryć zdumienia na widok ogromnego holu 
o marmurowej posadzce, obramowanego windami 
z jednej, a schodami z drugiej strony. Archie poznał ją 
z recepcjonistą, który ich powitał. 

R

 S

background image

 
-    Miło mi pana poznać, Pete - powiedziała, poda- 

jąc mu rękę. 

Na trzecim piętrze wysiedli z windy. Archie za- 

prowadził ją do mieszkania. Było tak, jak uprzedzał: 
każde pomieszczenie zajmowały kartony i walizki, ale 
nawet zagracenie nie mogło przesłonić wspaniałości 
wnętrza o wysokim suficie i pięknej sztukaterii. 

-    Cudowne miejsce. Takie przestronne i widne. 
-    Tak. Mnie też cieszyła każda chwila, którą tu 

spędziłem. 

Archie otworzył przed nią szklane drzwi. 
-    Obejrzyj widok z balkonu. Jest ciekawy nawet 

w taką marną pogodę. 

Heather zauważyła najpierw rzekę z przystanią dla 

jachtów, a później zwróciła uwagę na helikopter, który 
obniżył lot, a po chwili usiadł na przeciwległym brzegu. 

-    Tam jest heliport - wyjaśnił Archie. - Korzysta 

z niego wielu moich sąsiadów. Zapewnia połączenie 
z centrum Londynu wygodniejsze niż samochód. 

-    To zupełnie inny świat. Prywatne helikoptery 

i jachty są poza zasięgiem większości ludzi. 

-    Bogaci i ich zabawki... - powiedział kpiąco. 
-    No właśnie. 
Powrócili do środka. Archie zdjął stertę czasopism 

medycznych z sofy i przyklepał poduszki. 

-    Przepraszam za bałagan. Usiłuję wszystko przej- 

rzeć przed końcem miesiąca. Nie miałem pojęcia, że 
aż tyle się tego zebrało. 

-    Więc pewnie mieszkasz tu od dawna? 
-    O tak. Od momentu przeprowadzki do Londynu. 

Mieszkanie wchodzi w skład rodzinnego majątku, 

R

 S

background image

 
więc płacę jedynie minimalny czynsz. Dlatego mogłem 
sobie pozwolić, żeby tu zamieszkać zaraz po dyplomie. 

-    Szczęściarz z ciebie! 
-    Wiem, i czasem czuję się winny. 
-    Nie wygłupiaj się, Archie. To nie twoja wina, że 

pochodzisz z zamożnej rodziny. 

-    Pewnie masz rację - odrzekł, kładąc pisma na 

jednym z pudeł. - No to co z tą kawą? Czy może 
wolałabyś raczej kieliszek wina? 

-    Dziękuję, już raczej pozostanę przy kawie, jeśli 

to nie kłopot - dodała, patrząc na otaczające ich skła- 
dowisko. 

Archie wybuchnął śmiechem. 
-    O to się nie martw! Ekspres do kawy zapakuję na 

samym końcu! 

Wyszedł z pokoju, a Heather usiadła wygodniej na 

sofiev wsparta na poduszce. Jak dotąd wszystko w po- 
rządku, nie dzieje się nic, co by co ją zmuszało do 
natychmiastowego powrotu do domu. W towarzystwie 
Archiego czas upływa miło. Szkoda tylko, że los nas 
nie zetknął ze sobą na innym etapie życia, myślała 
tęsknie. Nasze spotkanie mogłoby się wtedy zakoń- 
czyć zupełnie inaczej. 

Archiego ucieszyło tych kilka minut, które miał 

tylko dla siebie po włączeniu ekspresu. Oto Heather 
znalazła się w jego domu, co mu się wydało tak 
słuszne i na miejscu, że aż napełniało lękiem. Nie 
pamiętał, by czyjeś towarzystwo dawało mu kiedy- 
kolwiek tyle wytchnienia. Nawet w obecności Ste- 
phanie nie czuł się równie rozluźniony. Nie powinien 

R

 S

background image

 
tak myśleć o kobiecie swego życia, ale też nie potrafi 
kłamać sam przed sobą. Taka jest bolesna prawda. 
Tylko czy to istotnie prawda, czy tylko przykrywka dla 
jego emocji? Może woli wyobrażać sobie szczególną 
więź łączącą go z Heather, zamiast się przyznać, że po 
prostu pragnie tej kobiety? 

Przemyślał tę hipotezę, ale nie uznał jej za słuszną. 

Choć Heather go rzeczywiście pociągała, nie zmienia- 
ło to faktu, że istniał między nimi taki stopień porozu- 
mienia, jakiego nie osiągnął z żadną inną osobą. Na- 
wet ze Stephanie, którą bardzo kochał. Jego narzeczo- 
na była wprawdzie piękna i mądra, dowcipna i czarują- 
ca, ale zawsze między nimi zaznaczał się jakiś psychi- 
czny dystans, niedostatek dopasowania. 

A może tylko mu się wydawało, że ją kocha? 
Ta myśl go zaniepokoiła: nigdy dotąd nie wątpił 

w szczerość swoich uczuć do Stephanie, dlaczego 
więc zwątpił teraz? Nawet gdy odkrył romans narze- 
czonej z Duncanem, nie przestał jej kochać, przynaj- 
mniej tak uważał. A może wielki ból, który wtedy 
przeżywał, był efektem samej zdrady? Ucierpiała wów- 
czas jego duma i wiara, ale czy jej zdrada faktycznie 
złamała mu serce? 

Zaniósł tacę z kawą, filiżankami, cukrem i mlekiem 

do pokoju. Heather siedziała zwrócona profilem do 
wejścia. Archiego zachwyciły delikatne rysy jej twa- 
rzy. Ten widok wzbudził w nim czułość i pragnienie 
chronienia tej kobiety przed każdą krzywdą. Czy tak 
wygląda prawdziwa miłość? 

- Mmm, co za aromat... To z pewnością nie wersja 

rozpuszczalna. - Upiła łyk. - Doskonała. Gdybyś 

R

 S

background image

 
chciał zmienić zawód, zbiłbyś fortunę na prowadzeniu 
barku kawowego. 

-    Może jakiś otworzę w rodzinnych dobrach - od- 

parł beztrosko. 

-    Niezły pomysł. A teraz powiedz, czy jesteś prze- 

konany, że dobrze wybrałeś, Archie? To oczywiste, że 
bardzo kochasz swój zawód. Zakrawa na szaleństwo, 
że chcesz od niego odejść. 

-    Uwierz mi, wiele o tym myślałem i to jedyne 

możliwe rozwiązanie. Zarządzanie posiadłością wy- 
maga pracy w pełnym wymiarze godzin. Nie pogodzę 
jej z obecnym zajęciem. A swoim pacjentom też mu- 
szę zapewnić sto procent opieki. 

-    To rozumiem, ale czemu stawiasz posiadłość na 

pierwszym miejscu? Wiem, ile musiałeś pracować, 
żeby osiągnąć obecne stanowisko. Wielka szkoda, że 
całe twoje doświadczenie pójdzie na marne. 

-    Naprawdę nie mam wyboru. Muszę zapewnić 

majątkowi właściwe zarządzanie, takie, jakie by wi- 
dział dla niego mój brat. 

-    Wątpię, czy on życzyłby sobie, żebyś poświęcił 

dla niego swoją karierę. 

-    Może i nie - zgodził się Archie. 
Duncan z pewnością nie miałby takich oczekiwań, 

a sam pomysł by go nawet zgorszył. Ale brat już nie 
żyje, i stało się to z jego - Archiego - winy. Musi więc 
postąpić zgodnie ze swoją decyzją, żeby zadośću- 
czynić za swoje zachowanie, które doprowadziło do 
śmierci Duncana. 

-    Ale i tak już zdecydowałeś? 
-    Muszę tak zrobić, Heather. 

R

 S

background image

 
Przez chwilę chciał nawet opowiedzieć jej tę żałos- 

ną historię, tylko po co? Jaki w tym sens, żeby ob- 
ciążać ją własnymi problemami? 

-    W takim razie mogę mieć tylko nadzieję, że nie 

będziesz tego żałował. Obiecaj mi, że w razie niepo- 
wodzenia jeszcze raz przemyślisz swoją decyzję. Nie 
chciałabym, żebyś się czuł nieszczęśliwy. 

-    Obiecuję. - Wziął ją za rękę. - Dziękuję za troskę 

o moją osobę, Heather. Bardzo dziękuję. 

-    W każdych okolicznościach będę się troszczyła 

o ciebie, Archie - powiedziała miękko. 

Spojrzała na niego w taki sposób, że mógł tylko 

przyciągnąć j ą bliżej. Ich usta złączyły się w pocałunku. 

-    Na szczęście nie tylko ja straciłem głowę. 
-    Cudownie całujesz, Archie Carew. 
-    I nawzajem, panno Thompson - szepnął, pochy- 

lając się nad nią jeszcze raz, ze świadomością, że to już 
zupełne szaleństwo z jego strony. 

Jednak nie potrafił się oprzeć pokusie, a Heather 

zareagowała z równym zapałem. Zastanawiał się właś- 
nie, czy uda im się opamiętać, kiedy ciszę przerwał 
dzwonek telefonu. Archie poderwał się z westchnie- 
niem i skierował w stronę holu. 

-    Muszę odebrać. Może być ze szpitala - wyjaśnił 

w przelocie. 

Dzwoniła Giną Davidson, młodszy lekarz. Archie 

słuchał ze wzrastającym zaniepokojeniem. 

-    Dobrze, że zadzwoniłaś. Zaraz do was przyjadę. 

Przekaż Wendy, żeby pod żadnym pozorem nie wpu- 
szczała do niej rodziców. 

Wrócił wzburzony do pokoju. 

R

 S

background image

 
-    Przyjęto Emily Jackson z pękniętą śledzioną - 

oznajmił bez wstępu. - Rodzice twierdzą, że spadła 
z roweru, ale w izbie przyjęć w to nie wierzą. Spraw- 
dzili jej kartę, dotarli do moich wcześniejszych wątp- 
liwości i zdecydowali się zadzwonić. Powiedziałem, 
że jadę prosto do szpitala. 

-    Biedna mała! Czy dostałeś może jakąś odpowiedź 

w jej sprawie od pracowników opieki społecznej? 

-    Jeszcze nie. Jej ojciec pracuje w ministerstwie 

spraw zagranicznych i wraz z rodziną mieszkał ostat- 
nio za granicą. W tej sytuacji trudno o informacje na 
temat domniemanego maltretowania dziecka. 

-    Wyobrażam sobie. 
Na parkingu Archie starał się namówić Heather, 

żeby wsiadła do samochodu. 

-    Sama wrócę do domu, Archie, a ty zajmij się małą 

Emily. Ja jestem dorosła i mogę pojechać autobusem. 

-    Ale będę szczęśliwszy, widząc, że cała i zdrowa 

dotarłaś do domu. 

Z westchnieniem zajęła miejsce obok kierowcy. 
-    Nie chcę ci przysparzać więcej zmartwień, niż 

masz. 

Archie milczał. Byłoby niewłaściwe jej powie- 

dzieć, że zawsze będzie się o nią martwił. Usiłował nie 
myśleć o tym, że za kilka tygodni Heather pójdzie 
swoją drogą. Rzecz w tym, że bardzo by pragnął się nią 
opiekować. Byłaby to dla niego przyjemność, nie obo- 
wiązek. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Był poniedziałkowy wieczór i Heather ponownie 

zjawiła się wcześniej w pracy, ale tym razem zrobiła to 
celowo. Nie miała żadnych nowin od Archiego, odkąd 
odwiózł ją do domu, a oczekiwała wiadomości na 
temat małej Emily. O tym, że również pragnie go 
zobaczyć, starała się nie myśleć. Nie istnieje dla nich 
wspólna przyszłość, więc nie należy za bardzo zżywać 
się ze sobą. Było już jednak odrobinę za późno na tę 
dobrą radę: Heather czuła, że się zaangażowała bar- 
dziej, niż powinna. Dowodziły tego ich wczorajsze po- 
całunki. Gdyby wówczas nie zadzwonił telefon, znaleź- 
liby się w łóżku, co z pewnością nie byłoby najlepszym 
rozwiązaniem. 

Heather nie korzystała ze swobody seksualnej, jak 

niektóre z jej koleżanek, i nie uznawała przelotnych 
znajomości. Pójście do łóżka z mężczyzną wymagało 
w jej oczach więzi psychicznej i atrakcyjności fizycz- 
nej. Ale nawet i wtedy nie ma gwarancji, że się uda, 
sądząc po doświadczeniach z przeszłości. 

Zasmuciła ją świadomość, że była o krok od popeł- 

nienia błędu: wprawdzie, wychodząc z domu, pragnęła 
zobaczyć się z Archiem w szpitalu, jednak jej ulżyło, 
kiedy nie dostrzegła go nigdzie na oddziale. Od razu 
zabrała się do pracy, pomagając Abby w przygotowa- 

R

 S

background image

 
niu łóżka dla dziesięciolatka, którego kierowała do 
nich izba przyjęć. Akurat obie zdążyły skończyć, kie- 
dy sanitariusze przywieźli chłopca. Serce Heather za- 
trzepotało jak ptak, gdy zauważyła, że pacjentowi to- 
warzyszy Archie. 

-    To jest Adam Regis - wyjaśnił. - Miał mały 

zatarg z autobusem, który mu nabił guza. Adam prze- 
szedł łagodne wstrząśnienie mózgu, więc zdecydowa- 
łem, że go profilaktycznie zatrzymam tutaj na noc. 

-    Witaj, Adamie - rzekła Heather, uśmiechając się 

do chłopca. 

Pacjent został przełożony na łóżko, po czym Abby 

udała się do biura w celu wyjaśnienia kwestii bielizny 
pościelowej. Heather zajęła się czytaniem uwag na 
temat Adama i dostrzegła zalecenie, by go obserwo- 
wać co pół godziny. Sprawdziła więc objawy czyn- 
ności życiowych i odnotowała je w karcie. Archie 
przyglądał się jej pracy, a gdy skończyła, zerknął na 
notatki. 

-    Nie jest źle, ale chciałbym mieć pewność, że nie 

zdarzy się nic nieprzewidzianego w ciągu najbliższych 
kilku godzin. 

-    Będę go miała na oku, doktorze Carew - powie- 

działa oficjalnym tonem. 

-    Wiem o tym, Heather. 
Heather aż się zaczerwieniła pod wpływem jego 

ciepłego wzroku. Doprawdy, trudno przyjdzie jej za- 
chować rozsądek, jeśli Archie będzie częściej tak na 
nią patrzył! 

Archie zwrócił się w stronę chłopca. 
-    Musisz teraz trochę odpocząć, Adamie. Siostra 

R

 S

background image

 
przyprowadzi do ciebie rodziców, jak tylko się po- 
jawią. 

-    Tatuś się wścieknie - bąknął Adam i zaczęła mu 

drżeć dolna warga. - Zabronił mi wychodzić na rower 
po szkole, a ja nie posłuchałem, bo chciałem pojechać 
do sklepu. 

-    Jestem pewna, że tatuś przede wszystkim poczu- 

je ulgę, że wszystko z tobą w porządku - powiedziała 
Heather uspokajająco. 

-    Nie zna pani mojego taty - odparł Adam ża- 

łośnie. 

-    Mam nadzieję, że nie będziemy musieli się zma- 

gać z kolejnym agresywnym rodzicem - zauważyła 
Heather. 

-    Porozmawiam z państwem Regisami, jak tylko się 

pokażą, i dam im do zrozumienia, że nic nie wskórają, 
jeśli nakrzyczą na syna. 

-    To dobrze. A co z Emily? Wyczytałam na tab- 

licy, że jest pacjentką szczególnej troski. 

-    Rzeczywiście. Musiałem jej wyciąć śledzionę, 

więc mała potrzebuje teraz kilku dni intensywnej opie- 
ki. Miałem nadzieję na przeszczep fragmentu zdrowej 
tkanki, gdyby śledziona próbowała się zregenerować 
- do czego czasem dochodzi u dzieci - ale była na to 
zbyt mocno uszkodzona. 

-    Jaka szkoda. Dotarłeś może do wyjaśnienia, co 

się faktycznie przydarzyło tej dziewczynce? 

-    Nie. Rodzice się upierają, że to był wypadek, ale 

ja im nie wierzę. Przekazałem sprawę policji i po- 
prosiłem, żeby ich wzięli pod lupę. 

Archie dostrzegł parę odwiedzających gości, więc 

R

 S

background image

 
poprowadził Heather do śluzy między pokojami i zamk- 
nął drzwi, żeby ich nikt nie dosłyszał. 

-    Ojciec Emily zagroził sądem i mnie, i szpitalo- 

wi, jeśli nadal będziemy mu bronić wstępu, ale chęt- 
nie wezmę na siebie takie ryzyko. Absolutnie nie 
pozwolę mu widywać córki, jeśli to on jest sprawcą 
jej obrażeń. 

-    Czy Emily coś powiedziała? 
-    Nie. Panicznie się boi, tak jak jej matka, która 

całkiem zamilkła, kiedy oznajmiłem, że naszym zda- 
niem obrażenia Emily nie powstały przypadkowo. 

-    Rozumiem, że matka może odwiedzać małą? 
-    O tak. Biedne dziecko przeszło już zbyt wiele, 

żeby je dodatkowo izolować od matki. Ale nie będę cię 
dłużej zatrzymywał. Spędzę tu jeszcze jakąś godzinę. 
Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, po prostu za- 
dzwoń. 

-    Dziękuję. Tak zrobię. 
Heather powróciła do sali, by dokonać wieczornej 

obserwacji stanu pacjentów, co zajęło jej sporo czasu. 
Niekiedy myślami wracała do rozmowy, którą przed 
chwilą odbyła z Archiem. 

Po kilku miesiącach pracy Heather oswoiła się 

z ogólną opinią, że jest kimś, kto tylko wypełnia lukę. 
Lecz Archie nigdy nie traktował jej w ten sposób. 
Uprzytomniła sobie, jak doskwiera jej brak takiej od- 
powiedzialności, jaka na niej spoczywała w szpitalu 
w Dalverston. 

Pracowała tam jako starsza wykwalifikowana pie- 

lęgniarka, toteż była obeznana z podejmowaniem de- 
cyzji i działaniem zgodnie z nimi. Wiedziała, że 

R

 S

background image

 
sprawdza się w tej pracy i gdyby tylko z niej nie 
zrezygnowała, zdobyłaby w tym roku wyższą pozycję. 
Pracując dla agencji, nigdy nie wykorzysta w pełni 
własnych możliwości. 

Potrzebuje stałej pracy, by rozwijać swoje umiejęt- 

ności. Im lepsze będzie miała kwalifikacje, tym łatwiej 
znajdzie pracę w każdej części świata. Może powinna 
pomyśleć o znalezieniu etatu gdzieś w Szkocji. Dzięki 
stałemu wsparciu Archiego mogłaby wkrótce powró- 
cić na dawne stanowisko. 

Zagryzła wargi, gdy sobie uprzytomniła, że to tyl- 

ko pretekst. Myśli nie tyle o własnej karierze, co 
o widywaniu Archiego. A on ani razu nie wspomniał, 
że chciałby się z nią spotkać po wyjeździe z Lon- 
dynu. Być może odpowiada mu teraz spędzanie z nią 
czasu, ale z pewnością nie szuka towarzyszki na całe 
życie 

 
Archie pozostał w pokoju ordynatora przez godzi- 

nę, ale nie doczekał się żadnych telefonów. W końcu 
pogodził się z tym, że nikt w szpitalu go nie potrze- 
buje, i wyszedł. W drodze do samochodu westchnął 
na myśl, że zwlekając z wyjściem do domu w nadziei 
na telefon od Heather, zachował się jak idiota. Czyż- 
by nie potrafił lepiej spożytkować czasu? 

W drodze powrotnej zakupił danie na wynos 

w miejscowej chińskiej restauracji. Zamówił swoje 
ulubione menu - wołowinę w plastrach z imbirem 
i cebulką wraz z ryżem podsmażanym z jajkiem - ale 
puste mieszkanie wypełnione pudłami działało przy- 
gnębiająco, a gdy przy kuchennym stole jadł kolację 

R

 S

background image

 
bezpośrednio z tekturowego opakowania, nie potrafił 
się nią delektować. Jedzenie w samotności nie dodaje 
apetytu. 

Później usiadł z książką w salonie. Mimo że była to 

najbardziej poczytna pozycja ostatnich tygodni, akcja 
go jednak nie wciągnęła. Dał za wygraną i odłożył 
lekturę. Patrząc w przestrzeń, rozmyślał nad swoją 
przyszłością i tym, co miałaby mu przynieść. Perspek- 
tywa porzucenia pracy napawała go lękiem. Chociaż 
kochał rodzinną posiadłość, gdzie się urodził i wy- 
chował, nie potrafił sobie wyobrazić, że poświęci jej 
resztę życia. Czy dokonał słusznego wyboru, czy też 
jego osąd przyćmiło poczucie winy? 

Nie potrafił tego ocenić. Czuł się odpowiedzial- 

ny za wypadek, który kosztował życie Duncana i Ste- 
phanie, i desperacko próbował odpokutować swoją 
winę. Ale czy rzeczywiście wzięcie na siebie obowiąz- 
ku zarządzania majątkiem będzie najlepszą drogą do 
tego celu? A może rację miała Heather, kiedy go 
przekonywała, że powinien jedynie znaleźć administ- 
ratora? 

Westchnął, bo wszystkie myśli prowadziły go do 

Heather. Zajmowała w jego życiu tak wiele miejsca, że 
trudno mu było uwierzyć, że zna ją od niedawna. 
Budził się rano z myślą o niej i z jej obrazem w pamię- 
ci zapadał nocą w sen. Czy jego uczucia do niej były 
szczere, czy też odbijały jedynie tęsknotę za utraconą 
Stephanie? 

Próbował się nagiąć do przyjęcia tego drugiego 

wyjaśnienia, ale robił to bez przekonania: uczucie 
do Heather było na to zbyt głębokie. Musi nad nim 

R

 S

background image

 
panować i pamiętać, że Heather nie dąży teraz do 
żadnej bliskiej znajomości. Jeśli nawet go pocałowała 
w niedzielę i sprawiło jej to przyjemność, to bez zna- 
czenia. Nie pojedzie z nim przecież do Szkocji. 

 
O dziewiątej większość dzieci już spała. Robiąc 

obchód sali, Heather dostrzegła, że nie śpi tylko Emily. 
Dziewczynka była obecnie jedyną pacjentką specjal- 
nej troski w aneksie przy sali głównej. W ciągu dnia 
doglądał jej ktoś z personelu oiomu, ale teraz, nocą, 
nie byłoby przy niej nikogo, gdyby na ochotnika do 
tych obowiązków nie zgłosiła się Heather. 

-    Witaj, Emily. Jak się czujesz, kochanie? Może 

chciałabyś coś do picia? 

Mała potrząsnęła głową. Wprawdzie po operacji 

fizycznie była w coraz lepszej formie, ale pozostawała 
niezwykle przygaszona. Zauważywszy przygnębienie 
dziecka, Heather pogłaskała je po rączce. 

-    Coś ci powiem. Kiedy skończę obchód, poczyta- 

my sobie. Co ty na to? 

Emily potaknęła z powagą. Wskazała książkę leżą- 

cą na szafce obok łóżka. 

-    A może być ta książka? 
-    Oczywiście. 
Heather zmierzyła jej ciśnienie i temperaturę i wpi- 

sała dane do karty. Następny do kontroli był Adam 
Regis. Chociaż częste budzenie chłopca zakrawało na 
okrucieństwo, jego stan wymagał regularnej obserwa- 
cji. Urazy głowy zawsze są niebezpieczne i nad po- 
szkodowanymi należy stale czuwać. 

Emily była całkowicie rozbudzona, gdy Heather 

R

 S

background image

 
podeszła do jej łóżka i usiadła na jego skraju z książką 
w ręce. 

-    Był sobie kiedyś mały szczeniaczek o imieniu 

Joe... 

Emily chłonęła z uwagą każde słowo. Na koniec 

nawet się uśmiechnęła, kiedy piesek szczęśliwie od- 
nalazł swego pana. 

-    Śliczne opowiadanie, prawda? Rozumiem, dla- 

czego tak je lubisz - rzekła Heather. - A teraz spróbuj 
zasnąć. Rano odwiedzi cię mamusia. Będzie ci miło, 
prawda? 

Emily nie odpowiedziała, tylko zamknęła oczy 

i wtuliła się w kołderkę. 

Heather podeszła z kolei do łóżka Adama, nad któ- 

rym też paliło się światło. Zapytała chłopca, czy cze- 
goś mu nie trzeba, ale nie zareagował. Serce w niej 
zamarło, kiedy dostrzegła, że jedną ze źrenic ma roz- 
szerzoną. Taki objaw wymaga natychmiastowego we- 
zwania lekarza. Pobiegła do biurka Abby. 

-    Do licha! Akurat dzisiaj nie ma Mike'a. Zamienił 

' dyżur z Giną, bo jechał na weekend do domu - odparła 

Abby. Wstukała jakiś numer telefonu i zasłoniła ręką 

mikrofon. - Głupio mi znowu wyciągać Archiego 
z domu, ale podejrzewam, że w tym wypadku Giną 
sobie nie poradzi. - Archie, tu Abby. Przykro mi, że 
znów cię o to proszę, ale czy możesz przyjechać? 

Tymczasem Heather powróciła do Chorego. Oddy- 

chał z dużo większym wysiłkiem niż przed chwilą, 
więc założyła mu maskę tlenową. Ledwie to zrobiła, 
gdy zaczął wymiotować. Szybko uwolniła go od maski 
i przewróciła na bok, żeby się nie zachłysnął. 

R

 S

background image

 
W krótce znalazła się przy nich Abby, zaniepokojo- 

na gwałtownie pogarszającym się stanem chłopca. 

-    Dzwoniłam już na operacyjną. Są w pogotowiu. 

Archie jest w drodze. Pewnie zrobi małemu kranioto- 
mię. Prosił, żeby przedtem posłać Adama na tomo- 
grafię komputerową. 

-    Mam wezwać sanitariuszy? - zaoferowała się 

Heather. 

-    Nie. Będzie szybciej, jeśli któraś z nas go zawie- 

zie na radiologię. 

Podczas gdy Abby dzwoniła do rodziców chłopca, 

Heather przetransportowała łóżko z chorym windą na 
parter. Tam już na nią czekał jeden z laborantów, by 
wskazać drogę do dyżurującego radiologa. 

-    Właśnie sobie pomyślałem, że jest jakoś zbyt 

spokojnie - zażartował lekarz, pomagając przenieść 
pacjenta na wózek, którym miał pojechać do pomiesz- 
czenia z tomografem. 

-    Przykro mi. Nie mieliśmy zamiaru psuć panu 

wieczoru - odrzekła Heather z uśmiechem. 

W tym momencie dołączył do nich Archie. Musiał 

wejść na oddział dosłownie przed chwilą, bo miał 
jeszcze na sobie płaszcz. Na jego widok Heather wes- 
tchnęła z ulgą. Wszystko pójdzie dobrze, skoro jest tu 
Archie. 

-    Co z Adamem? - zapytał, a Heather dopiero 

uprzytomniła sobie, że pytanie jest skierowane do niej. 

-    Zaczął wymiotować zaraz po tym, jak Abby do 

pana zadzwoniła. A do tego oddycha z wysiłkiem. 

-    Rozumiem. Zacznijmy od tomografii. Podejrze- 

wam krwotok, ale potrzebne mi dokładne informacje, 

R

 S

background image

 
z czym mam do czynienia. Przy upadku na jezdnię 
Adam bardzo mocno uderzył się w głowę z prawej 
strony, ale istnieje też możliwość, że krwawienie doty- 
czy lewej strony. 

Zwrócił się do radiologa. 
-    Czy się zgodzisz, żebym zerkał ci przez ramię, 

Graham? 

-    Zapraszam. 
-    Dzięki. 
Archie cisnął płaszcz na krzesło i zniknął w sali 

z tomografem. Obrazy zarejestrowane przez tomograf 
zostają przekazane na rząd ekranów, więc można ob- 
serwować, co się dzieje w trakcie badania. 

Tymczasem Heather powróciła na pediatrię. Szczę- 

śliwie na oddziale panował spokój. 

Z łóżka Adama ściągnęła pościel i sprała zabru- 

dzenia z materaca, nie przestając myśleć o Archiem. 
Choć miała świadomość, że nie może teraz zaufać 
swym uczuciom, zdała sobie sprawę, że im bardziej 
poznaje Archiego, tym bardziej go lubi i podziwia. 
Jest uprzejmy i bystry, życzliwy i zabawny, przystojny 
i atrakcyjny. 

Krótko mówiąc, ma wszystko, co w jej pojęciu 

składa się na ideał mężczyzny. Tyle tylko, że czas jest 
teraz nieodpowiedni na bliższy związek czy to z nim, 
czy z kimkolwiek innym. Minęły zaledwie trzy mie- 
siące, odkąd miała wyjść za Rossa, no i proszę, jaką by 
się to okazało pomyłką. 

A do tego znała przecież Rossa od lat, i co? Ich 

małżeństwo byłoby nieudane. To tylko dowód, że jej 
ocena rzeczywistości jest do niczego, a co za tym idzie 

R

 S

background image

 
- że nie wolno jej doprowadzić do kolejnej sytuacji, 
której będzie żałowała. Dopuszczanie do siebie myśli, 
że w Archiem widzi mężczyznę swojego życia, jest 
czystym szaleństwem. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Badanie tomograficzne wykazało, że Adam cierpi 

na krwiak nadtwardówkowy po prawej stronie głowy, 
gdzie pękła tętnica. Wyciekająca krew zbierała się 
pomiędzy wewnętrzną powierzchnią czaszki i zewnę- 
trzną powierzchnią opony twardej, warstwy zabezpie- 
czającej mózg. Archie nie tracił czasu, i gdy tylko 
uzyskał potwierdzenie swojej diagnozy, zlecił prze- 
wiezienie Adama do sali operacyjnej. Jego asystentką 
była Giną Davidson. 

-    Wywiercę teraz otwory w czaszce - wyjaśnił 

Ginie. 2 miejsca urazu usunął już warstwę skóry, mięś- 
ni i błony, i zamierzał wyjąć fragment kości czaszki. 
- Widziałaś kiedyś taki zabieg? 

-    Tylko raz, na studiach - odparła Giną, próbując 

opanować mdłości. - Ale nie było mnie przy stole ope- 
racyjnym, tylko obserwowałam z galerii. 

-    Wiem, że coś takiego wygląda strasznie, ale to 

jedyny sposób dostania się do wnętrza czaszki. Nie 
przejmuj się, jeśli zrobi ci się słabo. Większość tak 
reaguje, dopóki się z tym nie oswoi. 

-    Więc nie całkiem się zbłaźniłam? 
-    Absolutnie! 
Archie wywiercił szereg niewielkich otworków 

w czaszce chłopca, jakby zaznaczał punkty na obwodzie 

R

 S

background image

 
koła. Potem, prowadząc ostrze piły łańcuszkowej od 
otworu do otworu, wyciął cały okrąg i odchylił go jak 
pokrywkę. Pod spodem znajdował się skrzep. 

-    A oto i winowajca. Trzeba go teraz odessać i za- 

łożyć zacisk na tętnicę. 

Pracował z wyczuciem i bez pośpiechu. 
-    Jak pacjent? - zapytał, patrząc na Maggie Parker, 

lekarkę anestezjolog. 

-    Wszystko w porządku - odparła, nie odrywając 

wzroku od mierników. 

Gdy Archie uporał się już z interwencją wewnątrz 

czaszki, włożył na miejsce brakujący fragment kości 
i złączył przecięte wcześniej błony i mięśnie. Do zszy- 
cia pozostała jedynie skóra głowy. Zdecydował się zle- 
cić to Ginie, żeby nabrała wprawy.                                                       

-    Zadanie dla ciebie - zachęcił ją, odsuwając się na   

bok, po czym przyniósł i ustawił przed nią stopień,   
z którego dobrze widziała stół operacyjny. - Proszę,   
oto twoje pudełko, mikrusie.                                                                       

-    Takie uwagi to łamanie prawa - odparowała, wcho-   

dząc na podsunięty schodek. - Musisz sobie przyswoić,   
że nie jestem niska, tylko zablokowana wertykalnie.             

Archie uśmiechnął się, wiedząc, że Gina nie czuje 

się dotknięta jego żartami. 

-    O, przepraszam. Muszę szybko poduczyć się ter- 

minów komputerowych, zanim znowu kogoś obrażę. 

Wszyscy się roześmiali. Archie starał się zawsze 

o dobrą atmosferę w zespole, bo to pomaga we współ- 
pracy. Giną doskonale się wywiązała z zadania i mistrz 
ją pochwalił, kiedy wyszli z sali. 

-    Świetnie sobie poradziłaś. Wykazujesz wrodzo- 

R

 S

background image

 
ne zdolności chirurgiczne. Mam nadzieję, że zechcesz 
je dalej rozwijać. 

- Postaram się dać z siebie wszystko - odpowie- 

działa radośnie. 

Gdy się rozstali, Archie poszedł wziąć prysznic 

i zmienić ubranie. Dochodziła pierwsza w nocy, ale 
nie mógł jeszcze wrócić do domu. Po pierwsze, miał 
przed sobą rozmowę z rodzicami Adama, by wyjaśnić, 
co się stało ich synowi. Później powinien poczekać, aż 
Adam wybudzi się z narkozy. Tak więc w przystęp- 
nych słowach wytłumaczył państwu Regis, co dzieje 
się z ich synem i jakie działania podjął, by mu pomóc. 
W odpowiedzi na ich obawy stwierdził, że raczej nie 
przewiduje żadnych negatywnych następstw operacji, 
choć muszą wziąć pod uwagę fakt, że urazy głowy 
potrafią dawać nieprzewidziane efekty nawet po upły- 
wie dłuższego czasu. 

Potem udał się do sali pooperacyjnej, gdzie znaj- 

dował się Adam, i stwierdził, że chłopiec ma równy 
oddech, a jego puls i praca serca po operacji są prawid- 
łowe. Uprzedził dyżurującą w sali pielęgniarkę, że 
zajrzy jeszcze do pacjenta ponownie za pół godziny 
i poprosił, by w razie jakichś kłopotów dzwoniła na 
jego pager. Było już blisko drugiej po północy. Archie 
poczuł pragnienie, więc poszedł do bufetu (całkowicie 
pustego o tej porze) i przygotował sobie herbatę. 

Zdołał wypić tylko jeden łyk, gdy poderwał go syg- 

nał pagera. Jęknął. Dlaczego dzieje się tak zawsze, ile- 
kroć podnosi kubek do ust? 

Podszedł do najbliższego telefonu i wystukał numer 

izby przyjęć. Lekarz dyżurny poinformował go o przy- 

R

 S

background image

 
jęciu dziewczynki z podejrzeniem zapalenia wyrostka 
robaczkowego, więc Archie obiecał ją zbadać. Gdy 
biegł do drzwi, czuł, jak wzrasta w nim poziom ad- 
renaliny. W grę wchodzi życie dziecka, a ratowanie go 
to przecież jego zawód i powołanie. Uprzytomnił so- 
bie, jak trudno mu będzie porzucić tę pracę. Być może, 
gdyby miał u boku kogoś, kto by dzielił z nim nowe 
życie, kogoś takiego jak Heather, łatwiej by mu było 
znieść wyrzeczenia. Ale to nierealne. Heather musi 
przecież wypracować sobie własną przyszłość, w któ- 
rej nie przewiduje raczej miejsca dla niego. 

 
Była za piętnaście szósta rano, koniec nocnej zmia- 

ny i nowy dzień. Heather czekała, aż Abby przekaże 
obowiązki zmianie dziennej. Nie musiała tego robić, 
ale chciała być pod ręką w razie jakichś pytań. Formal- 
ności zakończyły się po kwadransie i obie kobiety 
udały się do pokoju pielęgniarek. 

-    Jestem absolutnie wykończona. Co za noc! - rze- 

kła Abby z westchnieniem. 

-    Urwanie głowy - potwierdziła Heather. 
-    Cud, żeśmy dały radę, biegając od Adama do tej 

małej z wyrostkiem. A ty spisałaś się na medal, Hea- 
ther. Zawsze narzekam na personel z agencji, ale tym 
razem nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie. 

-    Bardzo dziękuję. 
Heather posłała pielęgniarce uśmiech, gdyż ten 

komplement podniósł ją na duchu. Na porządku dzien- 
nym była wrogość pomiędzy stałymi pracownikami 
a personelem agencyjnym, a więc tym bardziej ujęła ją 
uwaga Abby. Tymczasem obie pobiegły do windy, ale 

R

 S

background image

 
Abby została zatrzymana przez jedną z koleżanek 
i Heather zjechała na dół sama. 

Wysiadła na parterze, modląc się w duchu o punk- 

tualny przyjazd porannego autobusu: już kilkakrotnie 
tak się zdarzyło, że w ogóle się nie pojawił. Przy 
drzwiach wyjściowych dogonił ją Archie. Spojrzała na 
niego zaskoczona. 

-    Nie wiedziałam, że wciąż tu jesteś. 
-    Na koniec czekała mnie jeszcze operacja wyrost- 

ka - wyjaśnił, otwierając przed nią drzwi. 

-    Dzięki. 
-    Brr, ale ziąb! - wykrzyknął Archie, podnosząc 

kołnierz płaszcza. 

-    Rzeczywiście. Mam nadzieję, że doczekam się 

autobusu. Nie uśmiecha mi się stanie na tym zimnie. 

-    Czemu nie miałbym cię podwieźć? 
-    Ależ ja się bynajmniej o to nie dopominam! 
-    Wiem. Nigdy by mi to nie przyszło do głowy. 

Naprawdę. 

-    To dobrze. Bo byłoby mi przykro, gdybyś sobie 

pomyślał, że cię wykorzystuję - odpowiedziała. 

-    A jeśli nawet, to by mi wcale nie przeszkadzało. 
Szedł obok niej, trzymając ręce głęboko w kiesze- 

niach płaszcza. Jego twarz smagana wiatrem nabrała 
trochę koloru, ale okolice kącików ust były poorane 
bruzdami zmęczenia. Heather odczuła niepokój. Ar- 
chie za bardzo oddaje się pracy - pora, by zaczął się 
oszczędzać. 

-    A powinno. Musisz trochę myśleć o sobie. 
-    Jesteśmy przyjaciółmi, Heather. Nic na to nie po- 

radzę, że i ja martwię się o ciebie. 

R

 S

background image

 
Szczerość w jego głosie wywołała w niej wzruszenie. 
-    Dziękuję. 
-    Nie masz za co dziękować. Czy pozwolisz się 

odwieźć do domu? Nie będę musiał się martwić, że 
czekasz tu na autobus, który może wcale nie przyjedzie. 

-    Jesteśmy w centrum Londynu, a ja przecież nie 

błąkam się samotnie po Arktyce! 

-    Może i nie, ale chłód mamy już niemal arktyczny. 
Zadygotał pod lodowatym uderzeniem wiatru sie- 

kącego parking, a Heather się zawahała. Musiała przy- 
znać, że pomysł wyczekiwania w tych warunkach nie- 
szczególnie ją pociągał. 

-    No więc dobrze, jeśli naprawdę nie masz nic 

przeciwko temu... 

-    Nie mam. 
Archie uśmiechnął się, wziął ją pod rękę i szybko 

poprowadził do samochodu. Heather zdała sobie spra- 
wę, że jej kapitulacja była przesądzona z góry. 

-    Zawsze stawiasz na swoim? - zapytała odrobinę 

cierpko, kiedy zajmował miejsce za kierownicą. 

-    Nie zawsze, chociaż trudno zaprzeczyć, że od 

czasu do czasu miło jest być górą. 

Uśmiechał się łagodnie, co wyraźnie świadczyło 

o tym, że nie traktował jej zgody jako osobistego 
zwycięstwa. Nie musiał dowartościowywać swojego 
ego jakąś tam wygraną. Był w zgodzie ze sobą, co 
uznała za cechę bardzo atrakcyjną. Miał w swojej 
naturze bardzo wiele z tego, co ją pociągało. 

Archiemu udało się przemknąć przez miasto, nim 

wzrosło natężenie ruchu. Wrotce znaleźli się przed 
budynkiem, w którym mieszkała Heather. 

R

 S

background image

 
-    Dziękuję. Powrót do domu autobusem zajmuje 

mi dwa razy więcej czasu. 

-    Miło mi, że mogłem pomóc. Czy w ciągu dnia 

większość sąsiadów wychodzi do pracy? 

-    Tak, na szczęście. Problemem jest ruch uliczny. 

Hałas nigdy nie ustaje, bo kierowcy skracają sobie 
tędy drogę. - Otworzyła drzwi i zawahała się. - Czy 
wstąpisz na filiżankę kawy przed powrotem do domu? 

-    Raczej nie. Ty pewnie marzysz o łóżku. 
-    Wątpię, czy uda mi się zasnąć przed godziną 

szczytu. 

-    W takim razie z przyjemnością. Dzięki. 

Wysiadł z samochodu i zszedł za nią po schodach. 

W mieszkaniu powiesili płaszcze na wieszaku przy 

wejściu i przeszli do salonu. Heather westchnęła, wi- 
dząc, że Archie rozgląda się wokoło. 

-    To właściwie nora, ale i tak miałam szczęście, że 

w ogóle coś znalazłam. Nie miałam pojęcia, że ceny 
wynajmu w Londynie są tak wysokie. 

-    Ceny nieruchomości są rzeczywiście wygórowa- 

ne - przyznał, siadając na sofie z głową odchyloną do 
tyłu, po czym jęknął. - Nie pojmuję, jak dajesz radę 
pracować noc po nocy. Ja tylko po jednej jestem cał- 
kiem rozbity. 

-    Ale poza nocą pracowałeś także w dzień - za- 

uważyła. Przeszła do maleńkiej kuchenki, która była 
tylko wnęką. - Przygotuję kawę. Może ci choć trochę 
doda skrzydeł. 

-    Przy moim samopoczuciu przydałoby się paliwo 

rakietowe - zażartował, zamykając oczy. 

-    Zobaczę, co zdołam zdziałać. 

R

 S

background image

 
Śmiejąc się, Heather zabrała się do parzenia kawy. 

Zdecydowała, że poda do niej grzanki i miód, i na ta- 
cy wniosła wszystko do salonu. Kiedy weszła, Archie 
otworzył jedno oko i uśmiechnął się na widok grzanek. 

-    Musisz być jasnowidzem. Umieram z głodu. 
-    Mogę ci usmażyć jajka - zaproponowała, ale po- 

trząsnął głową. 

-    Nie, wystarczy to, co jest. Dziękuję. 
Usiadł prosto, sięgnął po grzankę, posmarował ją 

miodem i odgryzł kawałek. 

-    Mmm, jakie dobre - wymamrotał z pełnymi usta- 

mi. - Spróbuj. 

Podsunął jej grzankę, a po chwili wahania Hea- 

ther wzięła ją do ust. To śmieszne, że czuje się tak, 
jakby szła nad krawędzią przepaści. To w końcu tylko 
niewinny gest, dopuszczalny między przyjaciółmi, 
i nie ma powodu uważać go za preludium do czegoś 
innego. 

Za tą myślą popłynęła przez jej ciało fala gorąca. 

Heather podniosła wzrok na Archiego i aż wstrzymała 
oddech. Gdy odłożył na talerz grzankę i wziął ją za 
rękę, nie mogła opanować drżenia. 

-    Masz miód na twarzy - zauważył ochrypłym gło- 

sem, przyciągając ją do siebie. 

Heather stłumiła okrzyk, kiedy usunął językiem 

kroplę miodu z jej brody. Nie sądziła, że ten gest 
będzie niósł w sobie tak wielki ładunek erotyzmu. Gdy 
Archie się od niej odsunął, miejsce, którego przed 
chwilą dotknął, paliło ją żywym ogniem. 

-    Może to z mojej strony nie był najlepszy pomysł. 

Heather. Nie miałem zamiaru cię uwodzić. 

R

 S

background image

 
-    Nie? - wyszeptała. Serce w niej przyśpieszyło, 

gdy dostrzegła pożądanie w jego oczach. 

-    Nie świadomie. 
Ujął jej dłoń i ucałował po wewnętrznej stronie. 
-    Choć może ta myśl się we mnie tliła. 
-    To nieodpowiedni czas na wiązanie się, Archie. 
-    Wiem. Dopiero zrzuciłaś jedne więzy, i potrze- 

bujesz czasu. A co do mnie, to z wielu powodów nie 
powinienem się tak zachowywać. 

Heather miała świadomość, że robi głupio, ale jed- 

nak zapytała: 

-    A co ty odczuwasz, Archie? 
-    Podniecenie. Niepokój. Lęk, jakbym stał u progu 

czegoś doniosłego, co może się zdarzyć i czemu - 
wiem to w głębi duszy - należy zapobiec. 

-    Czuję to samo. Wbijam sobie do głowy, że sza- 

leństwem byłoby się wiązać z tobą, ale to nie działa. 
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak mi trudno o roz- 
sądek. 

-    W tym rzecz, prawda? Żadnemu z nas nie zależy 

na rozsądku. 

Obrócił jej dłoń i zaczął całować zgięcia palców. 
-    Każde z nas ma za sobą ciężkie przeżycia i wo- 

bec tego potrzebujemy czasu całkowicie wolnego od 
stresu. I w pewnym sensie czujemy się bezpieczniej 
ze świadomością, że nasz związek nie miałby przy- 
szłości. 

-    Naprawdę tak myślisz? - zapytała, rozważając 

prawdziwość tej hipotezy. 

-    Tylko takie wyjaśnienie ma dla mnie jakiś sens. 

Spojrzał jej głęboko w oczy. 

R

 S

background image

 
-    Nigdy nie zrobiłbym nic takiego, co mogłoby cię 

zranić, Heather. Mam nadzieję, że o tym wiesz. 

-    Wiem. Wyczuwam, że tak samo jest ze mną. 
-    Więc czy uważasz, że moglibyśmy spędzić pa- 

rę najbliższych tygodni razem, dla złagodzenia bólu 
wcześniejszych przeżyć? 

-    Tak sądzę - szepnęła. 
Zamknęła oczy, kiedy Archie się nad nią pochy- 

lił, uwalniając się od widoku choćby najlżejszego 
cienia wątpliwości na jego twarzy, i tym samym - 
od własnych obaw. Możemy sobie na to pozwolić, 
myślała, czując jego usta na swoich. Można się 
przecież teraz cieszyć wzajemną bliskością, a kiedy 
przyjdzie pora rozstania, pożegnać bez żalu. Tylko 
oboje musimy pamiętać, że jesteśmy dla siebie wy- 
łącznie chwilową pociechą, a nie partnerami w sta- 
łym związku. 

Trzymając się kurczowo tej myśli, przyciągnęła 

Archiego bliżej. Pocałował ją z namiętnością i pożąda- 
niem, ale też i z czułością. Serce Heather wezbrało 
uczuciem: Archie nie zdołałby lepiej udowodnić, że 
mu na niej zależy. Nie liczył się dla niego sam seks, 
ofiarowywał jej dużo więcej. 

Nie oponowała, kiedy wstał i pociągnął ją za sobą 

do sypialni, ani gdy posadził ją obok siebie na łóżku 
i obsypał pocałunkami. Całował jej policzki, czoło, 
sklepienie nosa. Gdy zatrzymał się na jej ustach, od- 
chyliła głowę i oddała mu pocałunek z równym żarem. 
Byli siebie jednakowo spragnieni; chciała mu podaro- 
wać tyle, ile sama otrzymuje. 

Archie oparł Heather o poduszki i rozpiął guziki jej 

R

 S

background image

 
bluzki. Heather miała pod spodem jedynie przejrzysty 
koronkowy stanik, który skrywał bardzo niewiele. 

-    Jesteś taka piękna - powiedział, gładząc jej piersi 

opuszkami palców. 

Przymknęła oczy i pozwoliła fali pragnienia prze- 

płynąć przez swe ciało. Jego dotyk budził w niej odzew 
każdej komórki. Opuszkami palców przesunął po bro- 
dawkach, aż stały się twarde jak stulone pąki, a potem 
pochylił głowę i dotknął ustami stanika. Gdy zaczął 
ssać jej pierś przez koronkę, doznanie okazało się tak 
pobudzające, że zareagowała zduszonym okrzykiem. 

Archie odsunął się lekko, obejmując ją ramieniem, 

i pogładził po włosach. 

-    Ciii... już dobrze. Nie będę robił tego, co ci nie 

odpowiada. 

Heather z drżeniem przytuliła się do jego ciepłej 

piersi. 

-    To nie tak, jak myślisz - wyjaśniła zduszonym 

szeptem. 

-    Nie? 
Odsunął ją od siebie i spojrzał na nią pytająco. 

Heather się zaczerwieniła. 

-    Ja... nie protestowałam. 
-    Ach, tak. Rozumiem. 
Uśmiechnął się i ponownie podparł jej plecy po- 

duszką. 

-    Więc nie masz nic przeciwko temu? 
I w tym momencie poświęcił uwagę jej prawej 

piersi, po czym przeniósł spojrzenie na Heather, która 
potrząsnęła głową. 

-    A temu? 

R

 S

background image

 
Zrobił to samo z lewą piersią. Tym razem Heather 

nie była zdolna do najmniejszego ruchu. Pozostawiła 
Archiemu wolną rękę w interpretacji swoich doznań, 
z czym sobie poradził i bez jej pomocy. 

Pocałował ją namiętnie, po czym rozpiął jej bius- 

tonosz i cisnął go na podłogę. To samo zrobił ze 
spodniami, które miała na sobie. Potem zajął się sobą: 
koszula, a chwilę później spodnie wylądowały na sto- 
sie ubrań obok łóżka. 

Heather patrzyła z podziwem na prawdziwie męską 

budowę jego ciała. Lecz Archie podobał się jej nie 
tylko fizycznie: kochała go za to, że jest troskliwy 
i oddany, liczący się z innymi, taktowny i uprzejmy. 

Ta prawda, którą musiała sobie uprzytomnić, wy- 

wołała jej przerażenie. Tak, zakochała się w Archiem 
i nic na to nie poradzi. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Trzymając Heather w ramionach, Archie czuł jej 

bicie serca. Zdawał sobie sprawę, że za bardzo się 
angażuje, ale nie potrafił się pohamować. Heather jest 
tak piękna, a on sam tak bardzo jej pragnie, że pozo- 
staje mu tylko być głuchym na głos rozsądku. Słyszał 
jedynie podszepty serca, które mu nakazywały zespo- 
lenie z nią. 

Pocałunek złożony na jej ciepłych i miękkich 

ustach rozpalił w nim pożądanie podobne do milionów 
eksplodujących fajerwerków. Przesunął dłonią po kre- 
mowym atłasowym ciele, odkrywając zarys pełnych 
piersi, talii i łuku bioder. Jego dłoń wędrowała dalej 
- wzdłuż uda, kolana i łydki, a każde odkrycie wywo- 
ływało drżenie i rozkoszne odczucia u obojga. Tym 
bardziej Archie pragnął, by Heather zachowała to 
wspólne przeżycie w pamięci jako najwspanialsze 
w życiu, nawet gdyby miała go nigdy nie pokochać. 

Następnie przemierzył jej ciało ustami, obdarzając 

pocałunkami piersi, talię i biodra, a potem wewnętrz- 
ną stronę uda. Gdy Heather zadrżała, ruszył dalej, nie 
chcąc przyspieszać biegu wypadków. Chciał mieć pe- 
wność, że będzie czerpała pełnię przyjemności z każ- 
dej chwili ich miłosnego zbliżenia. 

Musnął wargami jej kolano, prześliznął się po łyd- 

R

 S

background image

 

ce zostawiając pocałunek tu i ówdzie, dla czystej 
przyjemności, którą mu to sprawiało. Kostka była tak 
smukła, że wymagała kolejnego dłuższego postoju, 
podobnie jak klasycznie sklepiona stopa. Nawet jej 
palcom u nóg należało się specjalne traktowanie: uca- 
łował po kolei każdy różowy paznokieć, upajając się tą 
czynnością. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, ile 
jest miejsc na ciele kobiety, które potrafią doprowa- 
dzić mężczyznę do szaleństwa, ale teraz je odkrywał. 
Każdy pocałunek, który składał na ciele Heather, od- 
działywał z równą mocą na niego samego! 

Jęknął w odpowiedzi na protest własnego ciała 

przeciw torturom, którym dobrowolnie je poddawał. 
W tym tempie, jeśli nie obniży temperatury własnych 
doznań, nie dotrą oboje do szczęśliwego końca. Poło- 
żył się na plecach i usiłując odzyskać panowanie nad 
sobą, kilkakrotnie głęboko odetchnął. 

-    Archie... Co się stało? Coś jest nie tak? 

Niepokój w głosie Heather omal nie doprowadził 

do eksplozji w jego ciele, ale Archie tylko zacisnął 

zęby. 

-    Po prostu potrzebuję chwili wytchnienia, inaczej 

wszystko może potoczyć się nie tak, jak powinno - 
wyjaśnił z ogromną powściągliwością. 

-    Ach, tak? 
Spojrzała na niego i zaczerwieniła się. 
-    Ach, tak! 
-    Naprawdę tak. Zaraz wszystko będzie w porząd- 

ku. Taką mam nadzieję! 

Roześmiał się i przyciągnął ją do siebie. 
Tuląc się do niego, ucałowała go w policzek. Czu- 

R

 S

background image

 
jąc jej bliskość, Archie znowu zacisnął zęby, ale szyb- 
ko sobie uprzytomnił, że to niewiele daje: jego ciało 
każdą swoją cząstką domaga się spełnienia, i to jak 
najszybciej. Zmienił pozycję i przyciągnął Heather do 
swoich bioder, by odczuła, jak rozpaczliwie jej po- 
trzebuje. Nie chciał jej ponaglać, ale nie był pewien, 
jak długo jeszcze potrafi nad sobą zapanować. Kiedy 
ich spojrzenia się spotkały, w jej wzroku wyczytał 
pożądanie. 

-    Kochaj mnie, Archie - wyszeptała, a jej ciepły 

oddech osiadł mu na policzku. 

-    Jesteś pewna? - odszepnął, chcąc wiedzieć, czy 

jest gotowa, by mogła uniknąć rozczarowania. 

-    Tak. Jestem pewna. 
Przytuliła się do niego biodrem i odtąd zatracił się 

zupełnie. W chwili zespolenia całował Heather z naj- 
większym żarem, pragnąc jak najpełniejszej jedności 
na każdej możliwej płaszczyźnie. Nie potrafiłby 
znieść, gdyby nie udało mu się jej uszczęśliwić. 

Te wątpliwości zaprzątały go jedynie przez mo- 

ment i zaraz się rozwiały. Mógł się przekonać, że 
niepotrzebnie się obawiał. Heather nigdy by go nie 
przyjęła tak żarliwie, gdyby równie gorąco go nie 
pragnęła. 

Na chwilę przed największym uniesieniem, nim 

świat zawirował i gdzieś odleciał, Heather wykrzyk- 
nęła jego imię i Archie pojął, że to wspomnienie pozo- 
stanie z nim do końca życia. Ta chwila odkryła przed 
nim, czym jest akt miłości, gdy się kocha. 

 
Heather leżała w ramionach Archiego i słuchała 

R

 S

background image

 
odgłosów dobiegających z ulicy. Spędzili ranek w jej 
łóżku, kochając się i zasypiając w swych objęciach. 
Nie wiedziała, co czuje Archie, ale sama była uspoko- 
jona i szczęśliwa. Nigdy by się tego po sobie nie spo- 
dziewała. 

Odwróciła się, by popatrzeć na Archiego, i uśmie- 

chnęła się, widząc, jak mocno śpi. Okazał się nad 
wyraz czułym i żarliwym kochankiem. Nie krył, jak 
bardzo jej pożąda, ale mimo to podjął starania, by 
mieć pewność, że ona go będzie pragnąć z równą 
mocą. W jego ramionach doświadczyła niezwykłych 
przeżyć, jakie by jej się nawet nie marzyły. Nieważne, 
co przyniesie przyszłość, bo Heather zawsze będzie 
żyła tą szczęśliwą chwilą ich wielkiej bliskości. Czuła 
się uzdrowiona i pogodzona ze sobą i ze światem. 

-    Czy mogę już otworzyć oczy? 
Heather wydała zduszony okrzyk, kiedy Archie zerk- 

nął na nią spod oka. 

-    Skąd wiedziałeś, że na ciebie patrzę? 
-    Może intuicja? - podsunął z uśmiechem, otwie- 

rając drugie oko. Przygarnął ją do siebie i ucałował 
w czubek nosa. - Pomyślałem, że udam śniętą rybę, 
żeby cię za bardzo nie onieśmielać. 

-    Pewnie raczej zależało ci na widowni - mruknęła 

chmurnie. Nie była w pełni przekonana, czy lubi takie 
podpuszczanie. 

-    Komu? Mnie? - Usiłował udawać urażonego, 

ale poniósł klęskę na całej linii, i Heather zachichotała. 

-    Tak, panu, panie Carew. Proszę nie zgrywać nie- 

winiątka. Wiem, jaki z pana szczwany lis. 

-    Naprawdę? 

R

 S

background image

 
Przyciągnął ją do siebie. 
-    A konkretnie, jak bardzo jestem przebiegły? 
-    Nadzwyczaj - odparowała, próbując odsunąć się 

od jego ciała, którego dotyk łamał jej siłę woli. 

-    To nie jest wyczerpująca odpowiedź. 
Znów znalazł się tuż-tuż, ocierając się biodrami 

o jej biodra. 

-    W skali od jednego do dziesięciu, jakie miejsce 

przyznasz mojej chytrości? 

-    Jedenaste - odpaliła, życząc sobie w duchu, by 

wreszcie znieruchomiał. Złapała głęboki oddech, gdy 
jej ciało zaczęło ulegle dostosowywać się do bliskoś- 
ci Archiego. Ale ona tym razem nie podda się jego 
namiętności, co to, to nie! 

Pokaże mu, że potrafi być stanowcza i będzie mu 

się opierać tak długo, jak będzie trzeba... 

Gdy.przytulił się do niej biodrami, w jednej chwili 

posłusznie poddała się ich rytmowi: widać kierowała 
się tylko swoim uporem, a nie tym, do czego tęskniło 
jej ciało. 

-    Jedenaste? 
Gwizdnął z podziwu, a w oczach zamigotały mu 

iskierki namiętności połączonej z humorem. 

-    Chyba nigdy dotąd nie osiągnąłem tak pierwszo- 

rzędnego wyniku. 

-    Mówimy wyłącznie o twojej przebiegłości - mruk- 

nęła zgryźliwym tonem - i niczym innym. 

-    Oczywiście. Nigdy bym nie pomyślał, że chodzi 

o coś innego - odpowiedział bez zająknienia. 

-    To dobrze. Wobec tego się nie rozczarujesz, 

prawda? 

R

 S

background image

 
-    Nigdy, kiedy będę z tobą, Heather. 
Rozmawiał z nią tak łagodnym tonem, że przestała 

się upierać przy przeciąganiu tej dziwnej szarady. Po- 
łożyła mu rękę na policzku i spojrzała prosto w oczy. 

-    To tak jak ja. To, co się zdarzyło rano, jest dla 

mnie magicznym przeżyciem. Ja... ja sobie nigdy nie 
wyobrażałam, że mogłabym doświadczyć czegoś po- 
dobnego. 

Archie przymknął oczy i odetchnął. 
-    Dziękuję ci. Nie umiem ci powiedzieć, jak dob- 

rze jest usłyszeć takie słowa, ponieważ ja czuję do- 
kładnie to samo. 

Heather rozpierało szczęście. Objęła Archiego, gdy 

wyciągnął ręce, by ją wziąć w ramiona. Kochali się 
kolejny raz i było im pod każdym względem tak wspa- 
niale jak poprzednio. Wiedziała, że podobnego speł- 
nienia i radości nie przeżyłaby nigdy z nikim innym. 
Niezwykłość jej doznań wynikała zarówno z osobo- 
wości Archiego, jak i z uczuć, które w niej budził. 

Poczuła maleńkie ukłucie lęku, lecz je opanowała. 

Nie miała zamiaru marnować czasu, który im pozostał, 
na martwienie się o coś, co i tak wkrótce straci. Tak 
więc oboje zapadli jeszcze w krótki sen, po czym 
wzięli prysznic, z trudnością mieszcząc się razem 
w ciasnej kabinie. 

Około pierwszej po południu byli już wysuszeni 

i ubrani. Archie z westchnieniem spojrzał na zegarek. 

-    Nie mam na to najmniejszej ochoty, ale muszę 

iść. Inaczej wszyscy zaczną się zastanawiać, gdzie 
jestem. Nawet nie zadzwoniłem do Mike'a, żeby go 
uprzedzić, że nie będzie mnie dziś rano. 

R

 S

background image

 
Heather uśmiechnęła się i delikatnie pocałowała go 

w usta. 

-    Rozumiem, obowiązki wzywają, et cetera. 
-    Potrafiłbym wykombinować lepsze et cetery na 

popołudnie - mruknął, przyciągając ją do siebie. 

Heather oddała mu pocałunek i wyśliznęła się z ob- 

jęć. Nie chciała wywierać na niego żadnej presji, by 
nie musiał wybierać pomiędzy nią a pracą. 

-    Jeśli zaraz wyjedziesz, najpewniej uda ci się nad- 

robić większość porannych zaległości. 

-    Równie praktyczna, co zachwycająca - stwier- 

dził z uśmiechem, od którego ugięły się pod nią nogi. 
Ściągnął z wieszaka płaszcz i narzucił go sobie na 
ramiona. - Widzimy się wieczorem, prawda? 

-    Tak. Muszę być o szóstej. 
-    Będę się starał przebywać w sali chorych - obie- 

cał, zmierzając do drzwi, ale przystanął i się obejrzał. 
- Nie żałujesz tego, co się stało, Heather? 

-    Absolutnie - odrzekła zgodnie z prawdą. - To 

było potrzebne nam obojgu, prawda, Archie? 

Po twarzy przemknął mu jakiś cień, być może nie- 

pewności, ale zaraz jego miejsce zajął uśmiech. 

-    Tak. 
Do czasu wyjścia już się nie odezwał, tylko ruszając 

sprzed domu, nacisnął klakson. Heather pomachała 
mu na pożegnanie i weszła z powrotem do mieszkania. 
Ani trochę nie żałowała tego, co przeżyli, i miała 
nadzieję, że Archie też nie żałuje. Byłoby przykro 
zepsuć sobie kilka ostatnich wspólnych tygodni wy- 
rzutami, że powinni byli postąpić inaczej, albo że 
w ogóle nie należało się decydować na żaden krok. 

R

 S

background image

 
Wzdychając, nastawiła wodę na herbatę. Ich zwią- 

zek byłby doskonały, gdyby tylko nie ograniczał go 
czas. No ale trzeba przyjąć sytuację taką, jaka jest. 
I ona, i Archie muszą zmieścić w swoim wspólnym 
czasie jak najwięcej. Przynajmniej w taki sposób, już 
po rozstaniu, będą mogli czerpać z bogactwa cudow- 
nych wspomnień. 

Archie wstąpił najpierw do domu, by się przebrać, 

i ostatecznie w pracy pojawił się przed czternastą. 
Oczekiwał, że będą go pytać, gdzie się podziewał, ale 
nikt słowem nie poruszył tego tematu, więc przestał 
sobie tym zaprzątać głowę i powrócił do codziennych 
obowiązków. Fakt, że tego ranka wydarzyło się tak 
wiele, że było to coś fantastycznego i porażającego, nie 
miał w końcu znaczenia dla nikogo poza nim i Heather. 

Przypomniała mu się scena, gdy leżąc, trzymał ją 

w ramionach, i serce zabiło mu żywiej. Ich zbliżenie 
było dla niego najwspanialszym przeżyciem, powinien 
jednak umieć zachować do niego dystans. To tylko 
krótkoterminowy układ i nie wolno mu mylnie za- 
kładać, że kiedyś przekształci się w trwały związek. 
Dopóki będzie miał to w pamięci, sprosta całej sy- 
tuacji. 

Wczesnym popołudniem zrobił samodzielny ob- 

chód oddziału, chcąc zamienić parę słów i ustalić, co 
się dzieje z poszczególnymi dziećmi. Adam Regis 
nadal przebywał na oiomie i trzeba będzie zajrzeć do 
niego trochę później. Mały Kojo Arutee przeszedł ope- 
rację przepukliny i powinien zostać wypisany do domu 
następnego dnia rano. Archie sprawdził uwagi na jego 
temat i potwierdził, że nie ma powodu przetrzymywać 

R

 S

background image

 
go dłużej w szpitalu. O dziwo, gdy poinformował Koja 
o powrocie do domu, chłopiec wyglądał na zmart- 
wionego. 

-    Chyba nie chcesz tu zostać, Kojo? - zapytał Ar- 

chie, siadając na brzegu łóżka. -Na pewno tęsknisz do 
kolegów. 

-    Nie mam żadnych kolegów - wymamrotał Kojo. 

Archie uniósł brwi ze zdziwienia. 

-    A w szkole? Tam na pewno jacyś się znajdą? 

Kojo potrząsnął głową. 

-    Żaden się ze mną nie będzie bawił, bo nauczyciel 

zaraz pomyśli, że i oni są niegrzeczni. 

Archie uśmiechnął się do chłopca. 
-    Ach, rozumiem. Jest na to prosta rada, Kojo. Jeśli 

przestaniesz być nieznośny, nauczyciel nie będzie cię 
beształ, a wtedy dzieci będą chciały się z tobą bawić. 

-    Nie wiem, czy potrafię przestać - wyjaśnił Kojo 

z powagą i spojrzał zmartwionym wzrokiem na Ar- 
chiego. - Staram się być miły, a wtedy przydarza się 
coś niegrzecznego. 

-    To musi być bardzo trudne - stwierdził Archie 

poważnie. - Ale jesteś już dużym chłopcem, więc jeśli 
poczujesz, że szykuje się coś niegrzecznego, to bę- 
dziesz umiał temu zapobiec. 

-    A jak? 
-    Po prostu wyobrazisz sobie coś bardzo pożytecz- 

nego, co mógłbyś zrobić, i wtedy niegrzeczny pomysł 
pójdzie sobie bardzo daleko. Jak ci się zdaje, teraz już 
sobie poradzisz? 

Kojo skinął głową z powagą. 
-    Spróbuję. 

R

 S

background image

 
- Dobry z ciebie chłopiec. 
Archie uśmiechnął się do siebie, odchodząc od łóż- 

ka pacjenta. Bawił go sam pomysł, że to niegrzeczne 
myśli sprowadzają małego Koja na manowce. Choć 
może i on, i Kojo mają ze sobą coś wspólnego, bo 
i jego myśli o Heather zdecydowanie wywiodły na 
manowce. 

Wzdychał, idąc do Adama Regisa. Stracił dotych- 

czas tyle bliskich osób, które kochał: ojca, brata, Ste- 
phanie. Ale utrata Heather będzie czymś jeszcze bar- 
dziej bolesnym, z czego być może nigdy się nie otrząś- 
nie. A może gdyby tak teraz spróbować ograniczyć to 
przyszłe cierpienie - dopóki jest w stanie to zrobić 
- i nie angażować się już emocjonalnie bardziej niż 
obecnie? Heather to zrozumie, wystarczy jej tylko 
wytłumaczyć. Pewnie sama również pragnie uchronić 
się przed kolejnymi problemami. Oczywiście, nadal 
by mogli być przyjaciółmi, nadal by się cieszyli swoim 
towarzystwem, ale koniec z seksem. 

Więc nawet bez jednego pocałunku? - odezwał się 

w nim zwodniczy podszept i Archie przystanął, żeby 
to przemyśleć. Pewnie całowanie Heather nie przynie- 
sie nikomu żadnej szkody, przyznał. Przynajmniej tak 
długo, jak będą w tym oboje bardzo powściągliwi. 

No dobrze, a jeśli pocałunek nie zaszkodzi, to co 

z przytulaniem? - marudził dalej paskudny głosik, 
toteż Archie zmarszczył brwi. Przytulanie też nie po- 
winno stanowić problemu, jeśli ograniczą je do mi- 
nimum. Według współczesnych norm towarzyskich 
można się od czasu do czasu po przyjacielsku objąć 
czy przytulić. 

R

 S

background image

 
Idąc dalej korytarzem, uśmiechał się z ulgą. Trzy- 

mając się tych zasad, doskonale sobie poradzi. Będzie 
mógł czasem wymienić pocałunek z Heather czy z rzad- 
ka ją przytulić, i na tym poprzestanie. Nie przekroczy 
tej bariery i nic go do tego nie popchnie. Nawet coś 
takiego, co zdarzyło się dziś rano, nie będzie miało 
wpływu... 

Pobiegł myślą do porannych przeżyć i jęknął. Czy 

naprawdę założył sobie, że sporządzi spis zasad i bę- 
dzie się nimi kierował? Przecież w chwili, gdy znaj- 
dzie się przy Heather, zapragnie czegoś więcej niż 
pocałunek czy otoczenie jej ramieniem. Bliskość Hea- 
ther wyklucza półśrodki - i on w żaden sposób nie 
potrafi się zadowolić nią fragmentarycznie, bo pragnie 
jej dla siebie w całości! 

Zdał sobie sprawę, że na tle całego dotychczasowe- 

go życia, te najbliższe tygodnie będą dla niego najtrud- 
niejsze. Do tej pory wydawało mu się, że w ciągu 
ostatnich dwudziestu jeden miesięcy wiele przecier- 
piał, i tak rzeczywiście było: przeszedł piekło. Tym 
razem szykuje się coś znacznie gorszego. 

Doświadczyć nieba tylko po to, żeby się z nim roz- 

stać, to najbardziej dotkliwa tortura. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Reszta tygodnia minęła szybko. Odnosili wrażenie, 

że każdy kolejny dzień jest wypełniony zajęciami bar- 
dziej niż poprzedni. Heather miała wrażenie, że jej ży- 
cie pędzi z oszałamiającą prędkością. Spędzała z Ar- 
chiem tyle czasu, ile pozwalała ich praca. 

Nie było to proste, gdyż ona dyżurowała w nocy, 

a on pracował w dzień, ale jakoś im się udawało. 

Każdego ranka odbierał ją po pracy ze szpitala 

i odwoził do domu, gdzie spędzali razem godzinę. 
W ciągu tych sześćdziesięciu minut żyła tak intensyw- 
nie, jakby to był cały rok. Czas spędzany z Archiem 
przynosił takie bogactwo doznań i był tak cudowny, że 
każda sekunda mogła się liczyć za dwie, a każda minu- 
ta - za dziesięć. 

Pod koniec tygodnia Heather już wiedziała na pew- 

no, że jest zakochana. Świadomość ta napawała ją 
lękiem i radością. Wprawdzie orientowała się, że zbyt 
wcześnie sobie pozwala na takie uczucie, ale nie wy- 
dawało jej się to aż tak ważne. Wcześniejszy etap jej 
życia nie miał żadnego związku z obecnym. Kochała 
Archiego i będzie cieszyła się tą miłością przez tyle 
czasu, ile jest im dane. 

Gdy nadszedł weekend, Archie ponownie zaprosił 

ją na wycieczkę. Pojechali do Brighton, gdzie spędzili 

R

 S

background image

 
ranek na włóczeniu się po mieście, a potem kupili 
trochę jedzenia i rozłożyli się z piknikiem na plaży. 

Był środek marca i zdecydowanie zbyt zimno na 

tego rodzaju wypad, lecz zupełnie się tym nie przeję- 
li. Dla osłony przed wiatrem Archie wziął ze sobą koce, 
którymi się okryli, i siedząc przytuleni do siebie, poja- 
dali winogrona, miękki ser, chrupkie pieczywo z paszte- 
tem i popijali wszystko rozgrzewającą kawą z termosu. 

Heather nie mogła sobie przypomnieć, żeby kiedy- 

kolwiek zdarzyło jej się spędzić dzień równie uroczo 
i powiedziała o tym Archiemu, gdy ręka w rękę wraca- 
li spacerem do samochodu. 

-    Nic dziwnego, że mi z tobą tak dobrze - powie- 

dział, uśmiechając się do niej. - Zdecydowanie nie 
wymagasz wysokich nakładów. 

-    O, więc jestem tanią zdobyczą, tak? - odparowa- 

ła z udanym oburzeniem. - Może pora, żebym pod- 
niosła swoje wymagania, sir Archie, i zażądała kawio- 
ru i szampana. 

-    Nic trudnego, jeśli tylko chcesz. 
Obrócił jej twarz ku sobie i pocałował na oczach 

wszystkich spacerowiczów. Ani trochę go nie speszyły 
gwizdy, którymi zaraz zareagowała grupa nastoletnich 
deskorolkarzy. 

Heather potrząsnęła głową, oszołomiona nie tyle 

reakcją dzieciaków, co brakiem powietrza. Pocałunki 
Archiego przyprawiały ją o zawrót głowy. 

-    Ależ sobie miejsca wybierasz, Archie. Wszyscy 

mogli nas zobaczyć. 

-    Nie dbam o to. Pocałunek to nie przestępstwo. Są 

o wiele gorsze rzeczy, które moglibyśmy robić. 

R

 S

background image

 
Wziął ją za rękę, splatając dłoń z jej dłonią. 
-    No tak - zgodziła się z wahaniem. 

Odwrócił się i spojrzał na nią. 

-    Ale...? Na końcu wyczułem zdecydowane „ale". 
-    Ale nie chciałabym cię stawiać w kłopotliwej 

sytuacji. Osiągnąłeś pewną pozycję i nie możesz jej 
stracić, Archie. Byłoby mi strasznie przykro, gdyby 
zobaczył nas ktoś ze szpitala i zyskał powód do plotek. 

-    Wątpię, żebyśmy trafili na kogoś w tym miejscu 

- zauważył. - Ale nawet jeśli tak się zdarzy, to co? Nie 
wstydzę się tego, co robimy. A ty, Heather? 

Dosłyszała nutkę żalu w jego głosie, więc spiesznie 

zapewniła: 

-    Oczywiście, że nie! Tylko nie chciałabym ci kom- 

plikować życia. 

Podniósł jej dłoń do ust i ucałował zmarznięte palce. 
-    Nie komplikujesz. Dzięki tobie czuję się ostatnio 

dużo lepiej. Od dawna nie czułem się tak dobrze. 

-    Cieszy mnie to - odrzekła szczerze i z prostotą. 

Ruszyli z powrotem do Londynu. 

Archie nie zapytał jej o zdanie, gdy skręcali do jego 

mieszkania. Wiedział, że każde z nich jednakowo pra- 
gnie intymności. Kochali się w ogromnym staroświec- 
kim łożu stojącym w sypialni i było to dla Heather 
przeżycie tak magiczne, że potem płakała ze szczęścia, 
ale i z żalu, że któregoś dnia to wszystko musi się 
skończyć. 

Zapewne Archie miał podobne myśli, bo kołysząc 

ją w ramionach, był bardzo przygaszony. 

Heather przywarła do niego całym ciałem, żeby za- 

pamiętać, jak to jest być oplecioną jego ramionami, 

R

 S

background image

 
trzymać go w uścisku i wiedzieć, że należy tylko do 
niej. Gdyby wtedy stwierdził, że nie chce rozstania, 
ona również by mu wyznała, co czuje, a więc że go 
kocha i pragnie dzielić z nim życie. Ale ponieważ nic 
takiego nie powiedział, więc nie mogła złamać swoich 
zasad i otworzyć przed nim serca. 

Tego nie było w ich umowie, a co więcej, po historii 

z Rossem Archie mógłby nie potraktować jej słów 
poważnie. Nie dysponowała najlepszymi dowodami 
na to, że wie, czego chce, i wobec tego Archie musiał- 
by zareagować nieufnością. Niby dlaczego miałby 
z własnej woli dążyć do porażki, wiedząc, że ona może 
znowu zechcieć zmienić zdanie? 

Czuła w głowie taki zamęt, że popadła w stan oszo- 

łomienia. Gdy Archie zaproponował jej wspólne wyjś- 
cie na obiad, odmówiła. Potrzebowała samotności, że- 
by zebrać myśli. Ale wie jedno: nigdy nie wyrządzi 
Archiemu najmniejszej przykrości. Tego by nie znios- 
ła, ani nie znalazła na to słów. 

 
Odnosił wrażenie, jakby czas nieustannie mu ucie- 

kał: każdy nowy poranek oznaczał o dzień bliższe 
rozstanie z Heather. Fakt, że wiedział o tym od począt- 
ku, wcale mu nie pomagał lepiej tego znosić. 

Szczególnie trudny był dla niego dzień, który oboje 

spędzili w Brighton. Archie był już wtedy bardzo 
bliski zwierzenia się Heather, że nie chce, by odeszła. 
Powstrzymała go tylko świadomość, że Heather nie 
jest przygotowana na takie deklaracje. Ona powinna 
się teraz skupić na zorganizowaniu sobie życia, a on 
nie powinien jej w tym przeszkadzać wyznawaniem 

R

 S

background image

 
uczuć, tym bardziej że sam i tak nie może sobie na to 
pozwolić. 

W końcu nie wolno mu zapominać, że musi wyrów- 

nać krzywdy, które spowodował w przeszłości. 

Szukał pocieszenia w pracy, stale wydłużając go- 

dziny spędzane w szpitalu. Gdy Mike Bridges złamał 
nogę w kostce przy grze w squasha, Archie przejął 
jego obowiązki. Pracował teraz za dwóch, obsługując 
wszystkie dyżury i salę operacyjną. Wprawdzie wła- 
dze szpitalne wyraziły zgodę na wyszukanie i zatrud- 
nienie zastępcy, ale zanim się trafi ktoś odpowiedni, 
upłynie sporo czasu. 

Zgodnie z ustaleniami, Archie miał odejść z pracy 

na początku kwietnia. Nie chcąc zostawiać zaległości 
swojemu następcy już na starcie, stawał na głowie, 
żeby wszystko było wykonane w swoim czasie. Ozna- 
czało to dla niego ograniczenie czasu spędzanego 
z Heather, co na swój sposób było nawet korzystne, 
chociaż Archiemu bardzo jej brakowało. 

Miał przedsmak swojego przyszłego życia i ta myśl 

wisiała nad nim jak wyrok. Przyszłości, w której bra- 
kowało Heather, nie witał z radością. 

Życie w szpitalu biegło zwykłym trybem. Adam 

Regis powrócił z oiomu. Nie wykazywał objawów 
stałego uszkodzenia mózgu, Archie zaś miał nadzieję, 
że chłopiec całkowicie odzyska zdrowie. 

Emily Jackson przestała być pacjentką specjalnej 

troski, chociaż nadal była objęta zakazem odwiedzin. 
Policja ciągle badała jej sprawę, ale nie natrafiono 
jeszcze na żaden dowód świadczący o tym, że dziew- 
czynka padła ofiarą przemocy w rodzinie. Archie mar- 

R

 S

background image

 
twił się, że w tej niejasnej sytuacji miałaby powrócić 
do domu, więc odbył kolejną rozmowę z pracownika- 
mi opieki społecznej. Ci ostatni zgodzili się wpisać 
dziewczynkę na listę dzieci „wysokiego ryzyka", i to 
już było coś. Emily będzie objęta nadzorem i w razie 
jakichkolwiek wątpliwości co do jej bezpieczeństwa 
podjęte zostaną konkretne działania. 

Nadszedł piątkowy wieczór. Archie nadal przeby- 

wał na oddziale, gdy Heather przyjechała na swój 
nocny dyżur. Gdy podeszła do niego, żeby się przywi- 
tać, powitał ją uśmiechem. Rano nie odwiózł jej do 
domu, bo musiał wcześnie zacząć dyżur w poradni, 
i teraz miał wrażenie, że nie widział jej całe wieki. 

-    Jak się masz? - zapytał, w ostatniej chwili krzy- 

żując ramiona, którymi zamierzał ją objąć. 

-    Doskonale, dziękuję, sir - odpowiedziała szel- 

mowsko. 

-    O, więc teraz jestem sir, czy tak? Najwyraźniej 

cenimy sobie oficjalność. 

-    Oczywiście. - Spojrzała przez ramię i skrzywiła 

się na widok Abby, która ich obserwowała. - Wzbu- 
dzanie ogólnych podejrzeń to nie najlepszy pomysł, 
jak mi się wydaje. A co pan sądzi? 

-    Chyba ma pani rację - zgodził się Archie i wy- 

prostował się z westchnieniem. - W takim razie będzie 
lepiej, jeśli pani ruszy do pracy. Właśnie wybieram się 
do domu, więc przypuszczam, że już dziś się nie zoba- 
czymy. I chociaż bardzo chciałbym spędzić trochę cza- 
su z panią w weekend, chyba nie będzie to możliwe. 
Muszę dokończyć pakowanie rzeczy. 

-    A czy przyjąłby pan pomoc z mojej strony? 

R

 S

background image

 
- Z przyjemnością! - wykrzyknął Archie, natych- 

miast podniesiony na duchu perspektywą spotkania. 

Umówili się na następne popołudnie, po czym Ar- 

chie uprzejmie się pożegnał i wyszedł. Do windy zbli- 
żył się już jednak zdecydowanie bardziej sprężystym 
krokiem. 

Do tej pory nie wyczekiwał nadejścia weekendu 

z utęsknieniem, teraz zmienił nastawienie. Nawet naj- 
bardziej przyziemna czynność wydawała mu się eks- 
cytująca, jeśli mógł ją dzielić z Heather. 

 
O dwudziestej drugiej Heather znalazła się sama na 

oddziale. Abby i Noreen - pielęgniarki pełniące wraz 
z nią nocny dyżur - udały się w tym czasie razem do 
bufetu. Panująca cisza ucieszyła Heather - miała na- 
dzieję, że tak spokojnie będzie aż do rana. 

Obeszła salę i z zadowoleniem zauważyła, że dzieci 

już głęboko śpią. Zwykle co najmniej jedno jeszcze 
marudziło o tej porze, ale tym razem, jakby dla od- 
miany, wszystkie ułożyły się wcześniej do snu. 

Zrobiła krótką notatkę na ten temat w arkuszu spra- 

wozdawczym nocnej zmiany, po czym poszła do biura 
po listę bielizny do prania. Abby prosiła ją o przelicze- 
nie sztuk pościeli, bo znów pojawiły się jakieś rozbież- 
ności, więc równie dobrze może to zrobić teraz. Zdą- 
żyła przekręcić klucz w zamku szafy na dokumenty, 
gdy dobiegł ją odgłos otwieranych głównych drzwi 
wejściowych. Widocznie Abby i Noreen wracają po 
przerwie na oddział. 

Znalazła wymagany spis i powróciła do sali, żeby 

się dowiedzieć, czy Abby nie życzy sobie przeliczenia 

R

 S

background image

 
czegoś jeszcze, ale nigdzie nie dostrzegła koleżanki. 
Nie było też śladu Noreen, choć Heather mogłaby 
przysiąc, że słyszała odgłos otwieranych przez nie 
drzwi. 

Rozejrzała się po słabo oświetlonym pomieszcze- 

niu z narastającym niepokojem. Jeśli nie były to Abby 
i Noreen, to kto mógł się tu dostać? 

Szybko obiegła salę i serce w niej zamarło na widok 

pustego łóżeczka Emily. Pobiegła do łazienki, ale 
i tam nie znalazła dziewczynki. Może się zbudziła 
i gdzieś wyszła? Zadawała sobie to pytanie, biegnąc do 
telefonu, żeby wszcząć alarm. Uznała to przypuszcze- 
nie za najbardziej prawdopodobne, chociaż wszystko 
się w niej zatrzęsło na myśl o małym dziecku błąkają- 
cym się gdzieś bez opieki. Lecz w chwili, gdy pod- 
nosiła słuchawkę, usłyszała jakiś trzask w świetlicy 
i odkryła, że drzwi przeciwpożarowe są otwarte. Czyż- 
by ktoś wszedł na oddział i uprowadził Emily? 

Nie tracąc ani chwili, Heather zadzwoniła do biura 

ochrony i wyjaśniła, co się stało. W tym czasie po- 
wróciły pozostałe pielęgniarki i przeżyły wstrząs na 
wiadomość o zaginięciu dziecka. Niewiele później po- 
jawił się szef ochrony i wysłuchał wyjaśnień Heather 
dotyczących domniemanej przemocy w rodzinie dziew- 
czynki i podejrzanego o to ojca. Z posępną miną ochro- 
niarz natychmiast zatelefonował na policję. 

Słuchając jego rozmowy z policjantem, Heather 

martwiła się o małą coraz bardziej. Jeśli Emily spotka 
coś złego, ona nigdy sobie tego nie wybaczy. 

Kiedy zadzwonił telefon, Archie właśnie wybierał 

R

 S

background image

 
się do łóżka. Z jękiem powrócił do przedpokoju. W no- 
cy może do niego dzwonić tylko ktoś ze szpitala. 

Trudno, taka dola! (Ale swoją drogą, niegodziw- 

com nie jest pisany spokój!) 

-    Tu Carew. 
-    Archie, to ja, Heather. 
Poczuł straszny niepokój, słysząc panikę w jej 

głosie. 

-    Co się stało? Nic ci nie jest? 
-    Nie, ze mną wszystko w porządku. Chodzi o Emi- 

ly. Zaginęła. 

-    Zaginęła? - powtórzył. - Jak to możliwe? 
-    Ja... To znaczy... my... Policja uważa, że ktoś ją 

uprowadził. 

Mówiła drżącym głosem, a Archie wiedział, że 

musi ją uspokoić. 

-    Powiedz mi, co się stało. Od samego początku - 

podsunął łagodnie. 

-    Jak zwykle o dziesiątej sprawdziłam, co z dzieć- 

mi. Wszystkie spały. Nic się nie działo, więc Abby 
i Noreen, które miały przerwę, wyszły do bufetu, a ja 
zostałam sama. Miałam sprawdzić listę rzeczy do pra- 
nia, więc poszłam po nią do biura i będąc tam, usłysza- 
łam, jak otwierają się drzwi wejściowe. 

-    Ale nikogo nie zauważyłaś? 
-    Nie. I nie poszłam sprawdzić. Wiem, że powin- 

nam tak zrobić, ale byłam pewna, że to Abby i Noreen 
wracają na oddział. 

-    To zrozumiałe - zauważył uspokajająco. 
-    A jednak powinnam była tam pójść, i to pójść od 

razu! Wtedy zobaczyłabym, kto wchodzi! 

R

 S

background image

 
-    Heather, to nie twoja wina, więc przestań się 

oskarżać. Skąd niby miałabyś wiedzieć, że zanosi się 
na coś takiego! Zadzwonię do dyrektora szpitala i po- 
wiadomię go o zdarzeniu, a potem przyjadę prosto do 
was. Wszystko wyjaśnimy. Obiecuję. Nie martw się. 

-    Jeśli Emily stanie się coś złego... 
-    Nic się jej nie stanie. 
Zakończył rozmowę, bo nie było czasu, żeby dalej 

przekonywać Heather o jej niewinności. W pierwszej 
kolejności trzeba odnaleźć Emily, zanim stanie się jej 
jakaś krzywda. Archie zadzwonił do dyrektora i na- 
świetlił sytuację, a potem pochwycił kluczyki do sa- 
mochodu i wybiegł z domu. 

Założył, że policja pojedzie do mieszkania Jack- 

sonów i sprawdzi, czy nie ma tam Emily. Jeśli jej tam 
nie znajdą, zorganizują poszukiwania, które rozpocz- 
ną się od przeszukania szpitala i jego terenu. On sam 
mógłby okazać się pomocny, gdyby tylko potrafił wska- 
zać przypuszczalne miejsce przetrzymywania Emily 
przez ojca. 

Pokonał drogę do szpitala, zaabsorbowany tą myś- 

lą. Gdy przejechał przez bramę, przekonał się, że po- 
szukiwania są w toku. Zaparkował samochód i pokazał 
swój identyfikator policjantowi, który go zatrzymał 
przy wejściu do budynku. Oddział pediatryczny prze- 
żywał sądny dzień. Większość chorych nie spała, 
a wszędzie kłębili się jacyś ludzie. 

Archie zebrał cały personel i polecił im zgromadzić 

dzieci w świetlicy, gdzie miały oglądać film z płyty 
DVD. Do pacjentów, którzy nie powinni opuszczać 
łóżek, postanowił sprowadzić fachową opiekę wypo- 

R

 S

background image

 
życzoną chwilowo z innych oddziałów. Wprowadze- 
nie tych zaleceń w życie zajęło trochę czasu i Archie 
nie zdołał nawet zamienić słowa z Heather. Dodat- 
kowo policja miała do niego wiele pytań na temat 
kondycji fizycznej małej Emily. 

Archie wyjaśnił, że dziewczynka dobrze zniosła ope- 

rację, lecz na obecnym etapie rekonwalescencji jest 
niezwykle podatna na infekcję. Przebywanie na dwo- 
rze w tak niskiej temperaturze, jaka panuje w nocy, 
może wywołać poważne konsekwencje, które przez 
długi czas będą wpływać na jej stan zdrowia, a więc im 
szybciej zostanie odnaleziona, tym lepiej. 

Skoro samochód Jacksonów nadal stoi przed ich 

domem i o ile pan Jackson nie wynajął innego środka 
lokomocji, należy przypuszczać, że porusza się pieszo, 
co znacznie ogranicza odległość, którą mógłby poko- 
nać. Denerwujące było przypuszczenie, że poszukiwa- 
na Emily może znajdować się gdzieś w najbliższym 
sąsiedztwie szpitala. 

Przełom nastąpił po czwartej rano. Nagranie na 

wideokasecie wykazało, że ojciec Emily wszedł do 
szpitala tuż przed dziewiętnastą, wsiadł do windy, 
która dowiozła go na oddział pediatryczny, i przesie- 
dział parę godzin ukryty w toalecie dla odwiedzają- 
cych, zanim zdecydował się przemknąć na salę z cho- 
rymi dziećmi. Kamera nie zarejestrowała natomiast 
niczyjej obecności u podstawy schodów pożarowych, 
tak więc nic nie wskazywało na to, by ojciec i córka 
zeszli na teren przyszpitalny. Oznaczało to, że oboje 
mogą nadal znajdować się w budynku. 

Policja natychmiast przystąpiła do całościowego 

R

 S

background image

 
przeszukania gmachu. Do poszukiwań włączył się 
również Archie. Do pracy zdążyła już przyjść dzien- 
na zmiana, ale dziewczynki ciągle nie udawało się 
odnaleźć. 

Z każdą kolejną godziną wzrastało zagrożenie jej 

zdrowia. Archie ogromnie się martwił i o małą, i o Hea- 
ther. Nie mógł znieść myśli, że Heather będzie ob- 
winiać siebie, jeżeli dziecku stanie się coś złego. 

Gdy Heather kończyła swoją zmianę, była już 

u kresu wytrzymałości psychicznej. Czuła się winna 
zaistniałej sytuacji, chociaż poza nią samą nikt inny 
tak nie uważał. Zdecydowała, że powrót do domu nie 
ma sensu, bo i tak nie będzie mogła usnąć. 

Kupiła sobie kawę w automacie stojącym w holu 

i wyszła z nią na zewnątrz, żeby usiąść na ławce. 
Gorąco pragnęła, by sprawdziły się podejrzenia po- 
licji, która była zdania, że Emily nadal znajduje się 
w szpitalu. 

Powinno być łatwiej znaleźć ją tutaj, na miejscu, 

niż gdziekolwiek indziej. 

    Dopiła kawę i miała właśnie wyrzucić pusty ku- 

beczek do kosza na śmieci, gdy jej uwagę przyciągnął 
jakiś ruch na dachu. Spojrzała badawczo: niewątpliwie 
ktoś się tam znajduje, i jest to ktoś, kto nie wygląda 
ani na policjanta, ani na pracownika ochrony., 

Czyżby wypatrzyła ojca Emily? I czy to możliwe, 

żeby był tam z dzieckiem? 

Heather wróciła pędem do budynku. Wszystkie 

windy były zajęte, więc dysząc z wysiłku, wbiegła 
schodami na najwyższe szóste piętro, skąd kolejne 
schodki prowadziły wyżej, na dach. Dostępu do nich 

R

 S

background image

 
broniły zwykle zamknięte drzwi. Ale tym razem, gdy 
je szarpnęła, nie stawiły żadnego oporu. 

Heather pomknęła schodkami w górę i wreszcie 

stanęła u celu. Dach był rozległą płaską połacią przy- 
pominającą szeroką półkę, która okalała budynek ze 
wszystkich stron. Jedynie w środku znajdowało się 
strome dwuspadowe wypiętrzenie. 

Z płaskiej części wyrastały wysokie solidne ko- 

miny, powstałe w szczycie epoki wiktoriańskiej, kie- 
dy szpital ogrzewano węglem. Pod jednym z takich ko- 
minów stał teraz ojciec z dzieckiem. 

Heather zatrzymała się jak wryta. Powinna wezwać 

policję, ale nie chciała jej widokiem sprowokować 
mężczyzny do jakiegoś głupiego kroku. Poza tym, 
choć po dachu hulał wściekle zimny wiatr, Emily mia- 
ła na sobie jedynie koc narzucony na piżamę. 

Heather wiedziała, że musi ją jak najszybciej za- 

prowadzić do ciepłego wnętrza. Próbowała wymyślić 
jakąś metodę działania, gdy nieoczekiwanie dostrzegł 
ją ojciec dziewczynki. 

-    Cześć, jestem Heather, pielęgniarka - powiedziała 

pośpiesznie, widząc wyraz paniki na jego twarzy. Zbli- 
żyła się o krok i zatrzymała, gdy mężczyzna się cofnął. 
- Pracuję na pediatrii i chcę pomóc panu i Emily. 

-    Nie potrzebujemy pomocy - warknął, przycis- 

kając do siebie małą. - Właśnie tacy ludzie jak pani 
uniemożliwili mi odwiedzanie córki. 

-    Przykro mi - rzekła cicho Heather i uśmiechnęła 

się do dziecka. - Dobrze się czujesz, bączku? 

Emily skinęła głową. Buzię miała ściągniętą z zim- 

na, a jej ciałem wstrząsały dreszcze. 

R

 S

background image

 
-    Tatuś zabierze mnie tam, gdzie mama już więcej 

mnie nie skrzywdzi - wyszeptała. 

-    Nikomu nie wolno cię krzywdzić, Emily - od- 

rzekła Heather z poczuciem winy. Jak się okazuje, 
wcześniej opacznie zinterpretowali sytuację. Dziecko 
cierpiało nie przez ojca, tylko przez matkę. 

-    Absolutna prawda - odezwał się ostro Jackson. 

- Gwarantuję, że nikt już nigdy nie wyrządzi krzywdy 
mojej Emily. Przysięgam. 

Heather cofnęła się do krawędzi dachu. Aż zaparło 

jej dech w piersiach, kiedy w jednej chwili uprzytom- 
niła sobie, co Jackson ma zamiar zrobić: chciał sko- 
czyć z dachu, pociągając za sobą córkę. Natychmiast 
podbiegła i chwyciła dziewczynkę za rękę. Stały teraz 
o cal od przepaści, ona zaś nie śmiała spojrzeć w dół. 

-    Proszę tego nie robić - błagała. - Wiem, że może 

się panu wydawać, że nie ma pan wyjścia, ale to nie 
jest dobre rozwiązanie. Wszystko można jeszcze na- 
prawić. 

-    Tak jak pani to naprawiła, izolując Emily ode 

    mnie? - zaśmiał się gorzko. 

-    Pomyliliśmy się, przyznaję. Ale to nie znaczy, że 

nie możemy wszystkiego wyprostować, skoro już zna- 
my prawdę - prosiła Heather. - Bo przecież pan kocha 
Emily i wiem, że pan pragnie jej bezpieczeństwa 
i szczęścia. 

-    Tak, ale zawiodłem, i proszę, do czego doszło. 

Nie chroniłem jej, bo byłem tchórzem. Nie potrafiłem 
się pogodzić z prawdą, że żona zmieniła nasze życie 
w piekło. - Podniósł wzrok na dziecko i łzy popłynęły 
mu po twarzy. 

R

 S

background image

 
Heather ogarnął lęk wywołany desperacją w głosie 

Jacksona: mężczyzna niewątpliwie znalazł się u kresu 
wytrzymałości, a ona nie miała pojęcia, co mu powie- 
dzieć. Złapała oddech i zaryzykowała, modląc się, że- 
by to nie pogorszyło sytuacji. 

- To musiało być straszne i dla pana, i dla Emily, 

ale pan nadal może wszystko zmienić. Ona pana kocha 
i bardzo pana potrzebuje. I to dla Emily - właśnie teraz 
- musi pan zmobilizować swoje siły, tak jak nigdy 
dotąd. 

Wstrzymała oddech i czekała z nadzieją, że jej sło- 

wa trafią mężczyźnie do przekonania. 

Z dołu dobiegł ją jakiś okrzyk, więc z pewnością 

dostrzeżono całą ich trójkę. Mimo wszystko nie śmiała 
Jacksona spuścić z oka. W końcu wystarczyłby tylko 
jeden kroczek, żeby spadli wszyscy troje. 

Nagle w pamięci Heather stanęła twarz Archiego, 

budząc w niej żal, że może już nigdy nie zdoła mu 
powiedzieć, jak bardzo go kocha. 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 
Gdy Archie spojrzał na dach, miał wrażenie, że 

z przerażenia serce w nim zamarło. Chociaż trzy po- 
stacie zgromadzone na krawędzi nie były w jego 
oczach większe od zapałek, w jednej z nich natych- 
miast rozpoznał Heather. Wbiegł pędem do szpitala 
i przeskakując po dwa stopnie naraz, pognał na ostat- 
nie piętro, gdzie dotarła już policja. Starszy oficer 
nakazał mu się wycofać, ale Archie tylko potrząsnął 
głową. 

- Emily mnie zna. Mój widok przestraszy ją znacz- 

nie mniej niż widok któregoś z policjantów. Jej panika 
tylko przyspieszy bieg wypadków, a tego przecież nie 
chcemy. Proszę umożliwić mi najpierw rozmowę z jej 
ojcem. 

Dostrzegając oczywistą sensowność argumentu, 

oficer pozwolił Archiemu wyjść na dach. Archie zrobił 
to ostrożnie, by nie wystraszyć trojga zebranych. Za- 
uważył, że Heather przytrzymuje dziecko za ramię 
i zdał sobie sprawę, jakie się z tym wiąże dla niej 
zagrożenie, gdyby ojciec małej zdecydował się na 
skok. 

Przeżywał katusze na myśl, że Heather mogłaby 

zginąć, pociągnięta w dół przez Jacksona, niemniej 
musiał oderwać się od takich wizji, jeśli ma jej pomóc. 

R

 S

background image

 
-    Stać! 
Słysząc ten rozkaz, Archie podniósł obie ręce do 

góry. 

-    Nie podejdę bliżej bez pańskiego zezwolenia. 

Chcę wam jedynie pomóc, to wszystko. 

-    Tak jak mi pan pomógł, zabraniając odwiedzania 

Emily - odparł Jackson szorstko. - To moja żona się 
nad nią znęcała, nie ja. Pomyliliście role. 

Archie nie wiedział, co ma o rym myśleć. Czy rze- 

czywiście za okaleczanie Emily odpowiada matka? 

-    To prawda. - Głos Heather był przyciszony, ale 

i tak pełen napięcia. - Emily mi powiedziała, że to 
mama robiła jej krzywdę, nie tata. Czy to się zgadza, 
kochanie? 

Nic nie mówiąc, Emily kiwnęła głową. 
Archiego ucieszyło, że dziewczynka wydaje się cał- 

kowicie nieświadoma zagrożenia. Odetchnął, po czym 
szybko przeszedł do ponownej oceny sytuacji. 

-    Więc pragnę z całego serca przeprosić pana za 

ten ogromny błąd. 

-    A czy pan naprawdę uważa, że przeprosiny wy- 

nagrodzą nam wszystko, co musieliśmy przecierpieć 
z Emily w ostatnich tygodniach? - zapytał Jackson 
drwiąco. 

-    Nie, w żadnym wypadku. Uważam je tylko za 

podstawę do podjęcia dalszych działań. Jeśli oboje wró- 
cicie do budynku, obiecuję, że zrobię co tylko w mojej 
mocy, żeby naprawić tę krzywdę. 

-    I sądzi pan, że policja na to pozwoli? Za ten 

wyczyn pewnie mnie wsadzą do więzienia, a nie mogę 
zostawić Emily bez opieki. Wiem też, do czego jest 

R

 S

background image

 
zdolna jej matka. Oskarży mnie przed policją, i to ja 
wyjdę na potwora. 

-    Nie. Nie dopuszczę do tego. Dopilnuję, żeby po- 

licja poznała prawdę. Przysięgam. 

-    Tak pan mówi teraz, ale zawsze w takich przypad- 

kach cała wina spada na ojca, nigdy nie na matkę. 

Mężczyzna cofnął się o krok. Widząc to, Archie 

poczuł, jak krew mu się ścina w żyłach: do katastrofy 
brakowało raptem paru centymetrów. Obawiał się spoj- 
rzeć na Heather, by strach nie odebrał mu zdolności 
działania. 

-    Ale w pańskim przypadku będzie inaczej. Dopil- 

nuję, żeby Emily opowiedziała wszystkim, co się na- 
prawdę działo. 

Przesunął się odrobinę w ich stronę i zatrzymał, 

widząc narastający niepokój Jacksona. Od desperata 
dzieliło, go zaledwie parę stóp, ale mimo to nie wie- 
dział, czy zdoła go powstrzymać przed podjęciem 
ostatecznego kroku. 

-    Wiem, pan uważa, że ma przed sobą jedyne 

  wyjście, ale tak nie jest - rzekł z naciskiem. - Może 

czuje się pan winny, bo nie powstrzymał pan przemo- 

cy, ale nich to nie wpływa na pańską zdolność oceny 
sytuacji. Każdy z nas robi coś, czego żałuje, ale znacz- 
nie ważniejsze jest to, jak do tej sprawy odniesiemy się 
później. Pan może wiele naprawić, jeśli powie pan 
policji prawdę. I to dla Emily, właśnie teraz, musi pan 
zmobilizować swoje siły tak jak nigdy dotąd. 

Mężczyzna nie odezwał się ani słowem, tylko pa- 

trzył na córkę. Archie wstrzymał oddech. Miał na- 
dzieję, że jego słowa wywarły pożądany skutek. Gdy 

R

 S

background image

 
Jackson nagle skulił się w sobie i zaczął szlochać, 
Archie sam był bliski takiej reakcji, gdyby nie to, 
że musiał zatroszczyć się o bezpieczeństwo Emily 
i Heather. 

Złapał dziecko na ręce, potem ujął Heather pod 

ramię i spiesznie poprowadził do wnętrza budynku. 
Nie zatrzymał się na widok policjantów, którzy wbie- 
gli na dach, by pojmać Jacksona, i potrząsnął głową, 
gdy któryś z nich próbował odebrać mu dziewczynkę. 

-    Nie. Mała przeszła już wystarczająco dużo. Mu- 

szę ją wziąć na oddział i przebadać. 

Nikt więcej nie próbował go zatrzymać. Gdy za- 

mknęły się za nimi drzwi windy, Archie zwrócił się do 
Heather: 

-    Byłem przerażony, kiedy zobaczyłem cię tam, 

na górze - powiedział łamiącym się głosem, marząc 
o tym, by móc przytulić ją do siebie. 

-    Ja też się bałam - szepnęła. 
Archie pochylił się i delikatnie pocałował ją w usta. 

Chwilę później odsunął się, bo winda zatrzymała się 
na ich piętrze. Następnie odbył rozmowę ze starszym 
oficerem policji, i opowiedział mu wszystko, co usły- 
szał od Jacksona. Wspierała go Heather, przytaczając 
wypowiedzi Emily na temat krzywdzącej ją matki. 

Po naświetleniu wszystkich faktów policji Archie 

powrócił do swoich obowiązków. Przede wszystkim 
zbadał Emily, którą tymczasem zaopiekowała się Ma- 
rion Yates, dyżurująca pielęgniarka. Stwierdził, że 
mała jest wyziębiona i cierpi na nerwowy rozstrój. 
Chociaż najprawdopodobniej nie stało się jej nic po- 
ważnego, przez najbliższe dni będzie musiała pozostać 

R

 S

background image

 
pod ścisłą obserwacją. Przepisał jej łagodny lek uspo- 
kajający i zalecił, by nie wpuszczać do niej matki. 

Potem czekał go kontakt z dyżurnym pracownikiem 

opieki społecznej, czego rezultatem było przyjęcie na- 
stępujących ustaleń: dziewczynka zostanie przeniesio- 
na do ośrodka opiekuńczego na czas, gdy policja bę- 
dzie badała zarzuty wysunięte przeciwko jej matce, po 
czym należy się spodziewać, że wyłączna opieka nad 
dzieckiem zostanie ostatecznie przyznana ojcu. 

Minęła już dziewiąta, gdy nareszcie wszystko zo- 

stało załatwione. Archie był doszczętnie wyzuty z sił 
i domyślał się, że Heather musi się czuć tak samo. 

Gdy znalazł ją w pokoju pielęgniarek, powitała jego 

wejście uśmiechem. 

-    Wszystkie kwestie na dziś rozwiązane? 
-    Mniej więcej. - Wydał z siebie jęk. - Jestem 

wykończony. Mógłbym się oprzeć o te drzwi i spać na 
stojąco! 

-    Ja też. Dobrana z nas para, prawda? 
Archie przyciągnął ją do siebie i pocałował w czu- 

bek nosa. 

-    Faktycznie. Potrzebujemy teraz wygodnego łóż- 

ka i pełnych ośmiu godzin snu. 

-    To brzmi rozkosznie - odparła, przytulając się do 

niego. 

-    W takim razie na co jeszcze czekamy? 

Wyszli z budynku i przed szpitalem trafili na tak- 
sówkę, z której właśnie wysiadał jakiś pasażer. 

-    Nie sądzę, żebym się nadawał do prowadzenia 

samochodu po tych wszystkich przejściach - wyjaśnił 
Archie, dając znak taksówkarzowi. Pomógł Heather 

R

 S

background image

 
usadowić się na tylnym siedzeniu. - Swój samochód 
zostawię tu, na parkingu. 

-    Kolejny dobry pomysł - szepnęła, kładąc mu gło- 

wę na ramieniu. 

-    Mam całe mnóstwo dobrych pomysłów na trosz- 

kę później. Ale najpierw się długo i błogo wyśpimy. 

-    Cieszę się - wymamrotała Heather, zamykając 

oczy. 

Archie otoczył ją ramieniem i siedział wsłuchany 

w jej regularny oddech, podczas gdy taksówka prze- 
mierzała ruchliwe londyńskie ulice. Powoli otrząsał 
się z przerażenia, które przeżył rano, ale tych wyda- 
rzeń nigdy nie zapomni. Był o włos od utracenia Hea- 
ther i to mu pozwoliło uprzytomnić sobie, jak bardzo 
ją kocha. 

Gdyby tylko mógł mieć pewność, że postępuje wła- 

ściwie, wyznałby jej swe uczucia w tym momencie, 
ale w końcu musi się liczyć z tyloma innymi czyn- 
nikami. Nie zniósłby sytuacji, w której jego miłość sta- 
łaby się dla niej ciężarem. 

Heather spała jak kamień. Gdy się obudziła późnym 

popołudniem, nie wiedziała, gdzie się znajduje. Do- 
piero po chwili wszystko sobie przypomniała - jest 
w mieszkaniu Archiego, w jego łóżku, nawet jeśli sa- 
mego Archiego chwilowo przy niej nie ma. 

Słuchała z uśmiechem szumu płynącej wody i do- 

myśliła się, że Archie bierze prysznic. Zabawne, jakie 
to zwyczajne i normalne uczucie - obudzić się w jego 
domu. Gdy zostawała na noc u Rossa, nigdy nie dawa- 
ło jej to takiego komfortu psychicznego - następnego 
ranka zawsze czuła się trochę onieśmielona i nerwowa. 

R

 S

background image

 
Z Archiem jest inaczej. Leżąc w jego łóżku i czeka- 

jąc na niego, czuła się tak swobodnie jak w domu. 

-    Oho, widzę, że Śpiąca Królewna już się ocknęła. 

Wielka szkoda. A taką miałem nadzieję na dobudzenie 
jej tradycyjnymi metodami... 

Heather na moment straciła oddech, a potem nie 

mogła powstrzymać szaleńczego bicia serca, gdy na- 
głe pojawił się przed nią Archie. Przez skromność 
miał biodra przewiązane ręcznikiem. W kropelkach 
wody na jego torsie migotało popołudniowe światło 
wpadające przez okno, co nadawało skórze złotawy 
blask. Wilgocią połyskiwał również gęsty puch po- 
krywający jego nogi. Obrazu dopełniały mokre włosy 
przylegające do głowy i głęboki cień zarostu na bro- 
dzie. Archie przypominał jej trochę pirata. Nie mogła 
nie zareagować na romantyczny urok stojącej przed 
nią postaci. 

-    Tradycyjnymi metodami - powtórzyła, usiłując 

opanować pożądanie pulsujące w żyłach. 

Archie z uśmiechem siadł na skraju łóżka. 
-    Uhm. Pewnie w dzieciństwie poznałaś bajkę 

o Śpiącej Królewnie? 

-    Z pewnością, ale to było dawno temu - szepnęła. 
-    Więc ci przypomnę, o co w niej chodziło. 

Przesunął palcem po policzku Heather, zatrzymując 

go tuż przy kąciku ust. 
-    Zgodnie z wyrokami losu, Śpiąca Królewna mia- 

ła trwać w nieprzerwanym śnie, dopóki się nie pojawi 
książę, który ją zbudzi pocałunkiem. Zawsze uważa- 
łem, że to znakomity pomysł. A co ty na to? 

-    To zależy, jaki był ten książę - odrzekła szeptem. 

R

 S

background image

 
-    Pewnie masz rację. 
Palec Archiego powędrował odrobinę dalej i przy- 

stanął w kąciku ust. 

-    Więc jak według ciebie powinien wyglądać taki 

idealny książę? Ma być ciemnowłosy czy jasnowłosy, 
wysoki czy niski? Czy może jeszcze inny? 

-    No, nie wiem. - Heather udawała, że rozważa 

odpowiedź, mając świadomość, że każda sekunda ich 
zabawy tylko podwyższa temperaturę. - Szczerze mó- 
wiąc, nie mam jakiegoś konkretnego wyobrażenia ide- 
alnego bohatera. Oczywiście, wolałabym, żeby nie był 
bardzo brzydki, i byłoby miło, gdyby miał wszystkie 
zęby własne, ale poza tym nie stawiam mu jakichś 
wygórowanych wymagań. 

-    Rozumiem. Czy to znaczy, że mógłbym się ubie- 

gać o tę rolę? Mam wszystkie zęby i są to moje zęby 
własne, a przechodnie na ulicy na ogół nie mdleją na 
mój widok. 

-    Nie pojmuję wprost dlaczego. 
-    W takim razie zróbmy próbę. Zamkniesz oczy, 

udając, że śpisz, a ja będę księciem, który cię obudzi. 

Uśmiechnął się do niej, mając w zielonych oczach 

iskierki rozbawienia i pożądania, co tworzyło kom- 
binację o wielkiej sile oddziaływania. 

-    Muszę cię ostrzec, że sukces może przyjść dopie- 

ro po paru próbach. 

Heather śmiała się, zamykając oczy. Miała nadal 

uśmiech na twarzy, kiedy Archie ją całował, ale to 
w niczym nie przeszkadzało. Odkryła, że kiedy są we 
dwoje, ich miłości nieodłącznie towarzyszy śmiech. 
Archie dotrzymał słowa i całował ją wiele razy, a każ- 

R

 S

background image

 
dy następny pocałunek był wspanialszy od poprzed- 
niego. Gdy uniósł głowę, przytuliła się do niego. 

-    Myślę, że jesteś idealnym księciem. 
-    Dziękuję ci uprzejmie, moja damo. 
Nagrodził ją kolejnym długim pocałunkiem. Od- 

dała mu go z uczuciem. Ich miłość miała w sobie tyle 
żaru, że oboje byli zaskoczeni. Heather pojęła, że 
w osobie Archiego znalazła bratnią duszę, swoją drugą 
połowę, i że los ofiarował jej coś tak cennego i rzad- 
kiego, że nie miałaby szansy na powtórny taki dar, 
gdyby ten utraciła. Ta myśl popchnęła ją do zrobienia 
kroku, który do tej pory napawał ją lękiem. 

Spojrzała głęboko w oczy Archiego. 
-    Kocham cię, Archie. Wiem, że jest za wcześnie, 

żeby ci to mówić, ale to prawda. 

Archie zamknął oczy i przyciągnął ją do siebie, 

a ona przytuliła się do niego całym ciałem. Nie odwza- 
jemnił się podobnym wyznaniem, ale czasem słowa są 
zbędne. Heather i tak znała jego uczucia, odbierała je 
każdą komórką swojego ciała. Archie też ją kochał, 
czego nie śmiała oczekiwać, w co nie śmiała wierzyć. 

Przyciskając Heather do serca, Archie czuł falę 

wzruszenia rozlewającą się po całym ciele. Wyznała 
mu miłość - ale czy się nie myli? Bardzo pragnął jej 
uwierzyć, lecz miał obawy, czy właściwie zinterpreto- 
wała swoje uczucia. Ostatnio przechodziła trudny 
okres i byłoby zrozumiałe, gdyby popełniła błąd w o- 
cenie swoich uczuć. On, Archie, znalazł się akurat 
w pobliżu, gdy kogoś potrzebowała, kogoś, kto by 
z nią porozmawiał i pomógł jej uśmierzyć ból, ale to 
przecież nie znaczy, że go pokochała. A gdyby za kilka 

R

 S

background image

 
miesięcy Heather doszła do wniosku, że związała się 
z niewłaściwym mężczyzną... 

On sam nie zdoła przetrwać takiej sytuacji po raz 

drugi. Delikatnie odsunął ją od siebie, z bólem serca 
dostrzegając zdziwienie w jej oczach. Pragnął jej po- 
wiedzieć, że ją kocha, ale byłoby to wywieranie na nią 
niepotrzebnej presji. Nie chciał, by się czuła winna, 
jeśli zda sobie sprawę z własnej pomyłki. 

-    Z pewnością zakładasz, że to prawda, Heather, 

ale jeszcze się zastanów. Minęło zaledwie kilka mie- 
sięcy od czasu, gdy planowałaś wyjść za mąż. 

-    Tak, lecz uwierz mi, próbowałam temu zapobiec. 

A teraz wiem, co czuję. Naprawdę wiem. 

-    Czy rzeczywiście? Jesteś pewna, że to miłość, 

a nie tylko wdzięczność za to, że się znalazłem pod 
ręką, kiedy potrzebowałaś kogoś, kto by cię wysłuchał? 

Skuliła się w sobie, jakby ją uderzył. 
-    Więc uważasz, że nie potrafię dostrzec różnicy 

między jednym a drugim? 

-    Nie wiem. 
Wzruszył ramionami. Było mu bardzo przykro, że 

ją zranił. Ale myślał tylko o tym, o ile bardziej by 
oboje potem cierpieli, gdyby przyjął jej wyznanie bez 
zastrzeżeń. 

-    Sądzę, że trudno ci się teraz rozeznać w swoich 

emocjach. Niewątpliwie jest nam wspaniale ze sobą, 
Heather, ale czy masz pewność, że to jest miłość? 

-    Bez wątpienia nie, jeśli chodzi o ciebie. 

Odrzuciła na bok pościel i wstała z łóżka. 

-    Przepraszam, jeśli wprawiłam cię w zakłopota- 

nie, Archie. Absolutnie nie zamierzałam. 

R

 S

background image

 
-    Nie czuję się zakłopotany - zaprotestował, ale 

było jasne, że Heather go nie słucha. 

W milczeniu obserwował, jak zbiera ubranie i idzie 

z nim do łazienki. Wiedział, że pokpił sprawę, ale co 
mu pozostało? Miałby uwierzyć, że Heather go poko- 
chała, i wyznać jej miłość, a następnie posadzić przed 
sobą na koniu i zabrać za góry, za lasy, gdzie będą żyli 
długo i szczęśliwie? Takie rzeczy zdarzają się tylko 
w bajkach! 

Heather stała pod odkręconym prysznicem i z otę- 

pieniem patrzyła w płynącą wodę. 

Archie nie wierzy, że go kocha. Wynika to z faktu, 

że po prostu nie odwzajemnia jej uczuć. Gdyby czuł 
chociaż ułamek tego, co ona, na pewno by wiedział, że 
wyznała szczerą prawdę. 

Zdusiła w sobie szloch. Nie będzie płakać ani ro- 

bić scen. Została jej jeszcze godność, która pomoże 
jej przetrwać najbliższe chwile. Spłukała ciało wo- 
dą, wysuszyła się i ubrała. Gdy powróciła do sypialni, 
nie znalazła tam Archiego, co ją ucieszyło. Dalsza 
rozmowa z nim, w tym pokoju, gdzie rozwiały się 
jej marzenia, sprawiłaby jej tylko niewypowiedzia- 
ny ból. 

Archie siedział na sofie w salonie, ze wzrokiem 

wbitym w sufit. Twarz żłobiły mu głębokie bruzdy, 
ślad ostatnich przeżyć. Lecz Heather nie mogła sobie 
pozwolić na to, by zmiękło w niej serce. 

-    Pojadę do domu. Sądzę, że tak będzie najlepiej. 

Przepraszam za krępującą sytuację. Zupełnie tego nie 
chciałam. 

Archie wstał. Miał w oczach ból. 

R

 S

background image

 
-    A ja absolutnie nie chciałem cię zranić, Heather. 

Nigdy bym do tego nie dopuścił. 

Posłała mu szybki uśmiech i podbiegła do drzwi, 

żeby dłużej nie przeciągać struny. Czuła się odpowie- 
dzialna za jego cierpienie i jedynie resztką woli pano- 
wała nad swoimi emocjami. 

-    Odwiozę cię do domu. 
-    Nie. Pojadę sama. 
-    Jesteś zdenerwowana. Nie pozwolę ci na samot- 

ny powrót do domu w tym stanie - powiedział ostro, 
otwierając przed nią drzwi. 

Heather walczyła ze łzami, które napłynęły jej do 

oczu. 

-    Proszę cię, przynajmniej nie komplikuj sprawy. 
-    Przepraszam. Nie mam takiego zamiaru. 

Przyciągnął ją do siebie. 

-    Wszystko zepsułem. Naprawdę tego nie chcia- 

łem, Heather. 

-    Wiem - powiedziała cicho. 
Uwolniła się z jego objęć, ponieważ teraz nie mogła 

znieść dotyku jego rąk. Archie wyraźnie dał jej do 
zrozumienia, że mu na niej nie zależy, więc nie ma po 
co się łudzić, że jest inaczej. 

-    Nie przypisuj sobie żadnej winy, Archie. Usiłowa- 

łeś jedynie mi pomóc i zawsze będę ci za to wdzięcz- 
na. 

-    Pomogłem, bo to było potrzebne, Heather - za- 

uważył szorstko. 

-    Co tylko dowodzi, że jesteś życzliwym i prawym 

człowiekiem. 

-    Czyżby? - Zaśmiał się gorzko. - Tu się mylisz. 

R

 S

background image

 
Nie mam w sobie nic z bohatera. Jestem niewydarzo- 

nym partaczem, za którego błędy pokutują inni. 

-    O czym ty mówisz? - zapytała ze ściśniętym 

sercem na widok udręki malującej się na jego twarzy. 
- Jakie błędy zdarzyło ci się popełnić? 

-    Niewybaczalne. 
Oparł się plecami o ścianę i zaniknął oczy. 
-    Wspomniałem ci o tym, że mój brat zginął w wy- 

padku. Nie powiedziałem tylko, że stało się to z mojej 
winy. 

Otworzył oczy i spojrzał na Heather. 
-    Zabiłem Duncana. Zabiłem też swoją narzeczo- 

ną. Czy tak postępuje człowiek prawy i życzliwy? 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

 
Archie niemal nie dostrzegł wstrząsu, którym Hea- 

ther zareagowała na jego słowa. Zbyt wielki okazał się 
dla niego ładunek emocji, gdy na jego wielomiesięcz- 
ną udrękę nałożyło się dodatkowo cierpienie, którym 
okupił zadanie bólu ukochanej osobie. 

Wrócił do salonu, patrząc wokół zbolałym wzro- 

kiem. Do kogo będzie należało kolejne życie, któ- 
rym obciąży swoje sumienie, i ile jeszcze razy to go 
czeka? 

-    Usiądź. 
Głos Heather był tak łagodny, że Archiego zaczęło 

dławić w gardle ze wzruszenia. Po tym, co zrobił, nie 
zasługiwał na tyle współczucia. Opadł na kanapę, 
a wspomnienia odżywały mu w pamięci. Gdyby tylko 
uniknął kłótni z bratem, gdyby pojechał za nim i usiło- 
wał go zatrzymać, gdyby... 

-    Opowiedz mi, co się wtedy stało, Archie. Z Dun- 

canem i twoją na... narzeczoną. 

Heather zająknęła się na ostatnim wyrazie, Archie 

zaś dostrzegł kolejny powód do robienia sobie wy- 
rzutów. Zwrócił się ku niej, czując w sobie narastającą 
niechęć do samego siebie. 

-    Oboje zginęli w wypadku samochodowym - wy- 

jaśnił z prostotą. 

R

 S

background image

 
-    Czy siedziałeś wówczas za kierownicą? Wspo- 

mniałeś, że to była twoja wina... 

Heather zawiesiła głos, a Archie westchnął. 
-    Nie. Nie jechałem z nimi. Prowadził Duncan. 

Policja stwierdziła, że na zakręcie wyprzedzał cięża- 
rówkę, a potem musiał gwałtownie odbić w bok, żeby 
uniknąć zderzenia z pojazdem nadjeżdżającym z na- 
przeciwka. Ich samochód uderzył w mur, i zginęli - 
i on, i Stephanie. Nikt już nie mógł im pomóc. 

-    W takim razie nie widzę tu twojej winy. 
-    Ale ona jest, bo wcześniej między mną i Dun- 

canem wybuchła zażarta kłótnia. To dlatego mój brat 
tak zachował się na drodze. Zawsze jeździł ostrożnie, 
ale wtedy był wyprowadzony z równowagi, i doszło do 
wypadku. 

Ukrył twarz w dłoniach. Wyobrażał sobie tę scenę 

tyle razy, że niemal czuł się jej naocznym świadkiem. 

-    O coście się tak kłócili? Powód musiał być waż- 

ny, jeśli skłonił Duncana do zachowania niezgodnego 
z jego charakterem. 

-    Powodem była Stephanie. 
-    Nie rozumiem. Czy twój brat jej nie lubił? 
-    O nie! Wręcz przeciwnie - zaśmiał się z goryczą. 

- Duncan i Stephanie przyjechali do Londynu, żeby mi 
powiedzieć, że są w sobie zakochani. Mówili o tym 
z ogromną skruchą, chociaż nie rozumiem dlaczego. 
W końcu, jeśli świata poza sobą nie widzą, to już nie 
ma na to rady, prawda? 

-    A ty nie miałeś o niczym pojęcia? - zapytała. 
-    Absolutnie. Tkwiłem po uszy w pracy i nic do 

mnie nie docierało. A nawet gdybym się spostrzegł, 

R

 S

background image

 
i tak nie miałoby to większego znaczenia. Nikt nie jest 
zdolny do postawienia tamy uczuciu rodzącemu się 
pomiędzy dwojgiem ludzi i nawet ja sam muszę przy- 
znać, że byli dla siebie stworzeni. Szkoda tylko, że 
sobie tego nie uświadamiałem, kiedy do mnie przyje- 
chali. Może nadal by żyli. 

-    Nie możesz się oskarżać. Miałeś prawo być 

wściekły, kiedy się o wszystkim dowiedziałeś. 

-    Może. Ale nie musiałem im mówić, że nie chcę 

ich więcej widzieć na oczy, prawda? 

Wstał, gdyż podniecenie wywołane nawrotem nę- 

kających go wspomnień nie pozwalało mu dłużej sie- 
dzieć. 

-    Na ostatku powiedziałem Duncanowi, że może 

iść do diabła i zabrać ze sobą Stephanie. Mam, czego 
chciałem, prawda? 

Heather zerwała się na równe nogi. 
-    Przestań! Ludzie mówią najróżniejsze rzeczy, 

kiedy są wściekli. Przecież nie zmusiłeś brata do roz- 
bicia samochodu. To był wypadek. 

-    Który by się nie zdarzył, gdyby Duncan nie był 

tak wzburzony. Nie da się uciec od faktów, Heather. 

-    Może i nie, ale do wypadku doszło dlatego, że 

twój brat siadł za kierownicą, kiedy jego równowaga 
psychiczna pozostawiała wiele do życzenia. Ale to 
była jego decyzja, nie twoja. To samo z wyprzedza- 
niem na zakręcie: to był również jego wybór. 

Ze współczuciem położyła Archiemu rękę na ra- 

mieniu, gdyż było jej bardzo przykro, że skazał się na 
takie męki. Z bólem zdała sobie sprawę, co musiał 
znosić, borykając się zarówno z rozpaczą, jak i winą. 

R

 S

background image

 
-    Nie możesz czuć się odpowiedzialny, Archie. Za 

żadną z tych decyzji nie jesteś odpowiedzialny - po- 
wtarzała z uporem. 

-    Chciałbym w to uwierzyć. 
-    Musisz spróbować, inaczej złamiesz sobie życie. 

Obiecaj mi, że przemyślisz moje słowa. 

-    Obiecuję. 
Heather nie bardzo wiedziała, jak go pocieszać. 

Niektóre rany sięgają głębiej, niż mogą dotrzeć słowa, 
a ta właśnie do takich należała. Serce jej się ścisnęło na 
myśl o tym, co spotkało Archiego tamtego dnia. 

Śmierć brata to wystarczająco wielki cios, ale w po- 

łączeniu z utratą narzeczonej w niezwykle dramatycz- 
nych okolicznościach - to już ogromna tragedia, z któ- 
rą nie sposób się zmierzyć. Niewątpliwie tamta kobie- 
ta musiała być - i zapewne jest nadal - bardzo droga 
sercu Archiego, myślała Heather. To refleksja tak bo- 
lesna, jak rozdrapywanie otwartej rany. Wiedzieć, że 
Archie kochał inną kobietę, i że nigdy nie pokocha jej, 
Heather, było ponad jej siły. 

-    Już lepiej pójdę. Wezmę taksówkę, na pewno 

zaraz jakaś się trafi - powiedziała szybko. - Trzymaj 
się, Archie, i dbaj o siebie, dobrze? 

-    I ty też. 
Tym razem nie zaproponował, że będzie jej towa- 

rzyszył. Może stwierdził, że w ich sytuacji najlepsze 
będzie zdecydowane zerwanie. Wyszła z mieszkania 
i zjechała windą na parter. Portier otworzył przed nią 
drzwi i widząc, że nie ma do dyspozycji samochodu, 
zaoferował sprowadzenie taksówki. 

Heather odmówiła, zdecydowana radzić sobie sama. 

R

 S

background image

 
To naprawdę już pora, by przestała polegać na innych. 

Ludzie mają własne problemy, i to znacznie poważ- 
niejsze niż ona. 

Szła ulicą, mając oczy pełne łez. Serce jej krwawiło 

na myśl o katuszach, które musiał ścierpieć Archie. 
Wolno mu myśleć, że nie jest wartościowym człowie- 
kiem, ale w tym absolutnie się myli. Ona nie zmieni 
o nim zdania, ani pod wpływem tego, co jej o sobie 
powiedział, ani w ogóle nigdy. Archie jest mężczyzną, 
którego kocha, nawet jeśli on nigdy nie odwzajemni tej 
miłości. 

 
Ku swojemu zaskoczeniu po rozmowie z Heather 

o wypadku Archie poczuł się dużo lepiej. Miał wraże- 
nie, że dzięki wyjawieniu obaw, które go dręczyły, 
jego poczucie winy jakby się zmniejszyło. 

W trakcie weekendu zastanawiał się wielokrotnie, 

czy rzeczywiście powinien się obwiniać o spowodo- 
wanie wypadku, skoro bezpośrednio doprowadziło do 
niego postępowanie Duncana. Może by należało spoj- 
rzeć na sprawę pod tym kątem i iść dalej swoją drogą? 

Chociaż od tej strony zaczynała błyskać dla niego 

jakaś nadzieja, z drugiej jego stosunki z Heather wesz- 
ły w wyjątkowo trudne stadium. Wiedział, że ją uraził, 
nie dając wiary zapewnieniom o jej miłości, ale był 
przekonany, że postąpił słusznie. Niemniej musi uwa- 
żać, żeby nie ujawnić swoich prawdziwych uczuć do 
Heather, bo na to nie może sobie pozwolić. 

Postanowił ułatwić im obojgu przetrwanie ostatnich 

dni wspólnej pracy. Ponieważ udało się znaleźć cał- 
kiem udanego zastępcę na miejsce Mike'a, Archie 

R

 S

background image

 
przekazał mu część dotychczasowych obowiązków. 
Oznaczało to, że nie będzie już musiał pracować wie- 
czorami i tym samym uniknie spotkań z Heather. 

Oczywiście będzie to dla niego bardzo bolesne, ale 

zapewni mu niezbędny dystans. 

Plan był doskonały w teorii, ale nie sprawdził się 

w praktyce. W poniedziałkowy wieczór Archie wybie- 
rał się już do domu, gdy wezwano go do pięcioletniej 
dziewczynki, która trafiła do izby przyjęć po pogryzie- 
niu przez psa. Obrażenia na ręce i nodze wprawdzie 
nie zagrażały jej życiu, ale były dość rozległe, zwłasz- 
cza rana na łydce. Ponieważ izba przyjęć pękała 
w szwach, Archie zgodził się przyjąć dziewczynkę na 
swój oddział, dopóki na temat jej obrażeń nie wypowie 
się chirurg plastyczny. 

Serce mu biło jak młotem, kiedy towarzyszył pac- 

jentce i jej matce w drodze do sali chorych dzieci. Było 
po osiemnastej, więc Heather już zaczęła dyżur. Przy- 
trzymał drzwi, by sanitariusz mógł wtoczyć wózek 
z dzieckiem do pokoju, i starał się sprowadzić każdą 
    czynność do poziomu codzienności. Jak tak dalej pój- 
dzie, to na widok Heather czeka go atak serca! 

-    Łóżko numer sześć - poinformowała go Marion 

dziarskim tonem, po czym przywołała młodą kobietę 
kręcącą się przy kuchennych drzwiach. - Ruth, czy 
możesz mi pomóc przy tej pacjentce? 

Archie nie odezwał się ani słowem, kiedy kobiety 

przenosiły dziewczynkę do łóżka, ale zdziwił go ist- 
niejący stan rzeczy. Odciągnął Marion na bok. 

-    Co się dzieje z Heather? Sądziłem, że ma tu pra- 

cować do końca miesiąca. 

R

 S

background image

 
-    Ja też tak myślałam - powiedziała Marion z wes- 

tchnieniem. - Podobno Heather powiadomiła agencję, 
że jest chora, chociaż ja na pana miejscu bym tego nie 
brała całkiem poważnie. 

-    Co to znaczy? - zapytał Archie. 
-    Myślę, że to tylko wymówka, bo Heather miała 

już dość. Nie obwiniam jej po tym, co się wydarzyło 
w piątek. 

-    Co się wydarzyło w piątek? - powtórzył bezmyśl- 

nie. 

Marion zachichotała. 
-    Emily i to uprowadzenie, pamięta pan? Musi się 

pan czuć gorzej ode mnie, jeśli tak szybko pan o tym 
zapomniał! 

Archie starał się zatuszować swoje potknięcie naj- 

lepiej, jak umiał. 

-    No przecież, oczywiście. 
Później poinformował Marion, że chirurg plastyczny 

już jest w drodze do szpitala, i wyszedł. Zwykle czekał 
na kolegę, ale teraz przeciąganie pobytu na oddziale 
wydało mu się nie do zniesienia. Pojechał prosto do 
domu i spędził noc na martwieniu się o Heather. 

A jeśli jest to prawda, że jest chora, bez możliwości 

ruszenia się z domu, i do tego sama jak palec? Może 
powinien tam pojechać i sprawdzić, czy czegoś nie 
potrzebuje. Z drugiej strony - gdyby użyła choroby 
jedynie jako wymówki, prawdopodobnie nie zechce 
się z nim zobaczyć. 

Rozmaite myśli snuły mu się po głowie, ale nie 

znalazł żadnego prostego rozwiązania. W końcu zdał 
sobie sprawę, że niezależnie od intencji, którymi kie- 

R

 S

background image

 

 
rowała się Heather, powinien się pogodzić z jej decy- 
zją. Prawda jest po prostu taka, że lepiej czuje się bez 
niego. 

 
Dla Heather był to najgorszy weekend w życiu. I tak 

cierpiałaby dotkliwie, wiedząc, że Archie jej nie kocha; 
gdy jednak odkryła jego miłość do innej kobiety, jej ból 
stał się podwójnie dojmujący. Zdawała sobie sprawę, że 
nie może rywalizować o uczucie Archiego z jego zmar- 
łą narzeczoną. Nie dość, że niewątpliwie nadal przeży- 
wał jej śmierć, to w dodatku na pewno podchodzi do 
kobiet z nieufnością. Dotknęło go tyle nieszczęść, że jej, 
Heather, nigdy nie uda się go uzdrowić. 

Gdy nadszedł poniedziałek, Heather już wiedziała, 

że nie zdoła stanąć z Archiem twarzą w twarz. Za- 
dzwoniła do agencji i usprawiedliwiła swą nieobec- 
ność, obiecując, że da znać, kiedy poczuje się lepiej. 
Naturalnie, pojawi się przed nią problem finansowy: 
nie pracując, nie zarabia, ale to najmniejsze zmart- 
wienie. Przede wszystkim musi odbudować swoje ży- 
cie, jeśli to w ogóle możliwe. 

Dla zabicia czasu spędziła cały tydzień, włócząc się 

po Londynie i oglądając jego turystyczne atrakcje. 
Wolała być częścią tłumu niż mieć za towarzystwo 
wyłącznie własne myśli. Gdy przyszedł piątek, ostatni 
dzień Archiego w szpitalu, postanowiła nie iść na 
pożegnalne przyjęcie na jego cześć, mimo otrzymane- 
go wcześniej zaproszenia. Nie będzie mu machać na 
odjezdnym ze sztucznym uśmiechem przyklejonym 
do ust, podczas gdy on będzie się oddalał, zabierając 
ze sobą jej serce. 

R

 S

background image

 
W końcu nie wytrzymała, spakowała małą torbę 

i złapała pociąg do Dalverston. Ojciec bardzo się ucie- 
szył na jej widok i choć był ciekaw powodu tej nagłej 
wizyty, nie zadawał córce żadnych pytań, za co była 
mu wdzięczna. 

Wstał jasny i pogodny sobotni ranek. Heather wcześ- 

nie się zbudziła, przygotowała śniadanie dla nich oboj- 
ga i kiedy tylko ojciec wyszedł do przychodni, wybrała 
się na długi spacer brzegiem rzeki, gdzie panował 
niezwykły spokój. 

Miała już wracać do domu, gdy spotkała Rossa. 

Widziała go po raz pierwszy, odkąd odwołała ślub, 
a gdy się z nim witała, nie mogła opanować pewnego 
skrępowania. 

-    Witaj, Ross. I ty, jak widzę, lubisz poranne spa- 

cery. 

-    Dzień jest zbyt piękny na wylegiwanie się w łóż- 

ku - odpowiedział z uśmiechem. 

Ross - wysoki i ciemnowłosy, o klasycznej urodzie 
- podobał się kobietom. A jednak patrząc na niego, 

Heather pozostała niewzruszona: nie był jej Archiem 

- nie był tym, którego kochała. 
-    Zadzwonił do mnie wczoraj twój ojciec z wiado- 

mością, że wróciłaś - rzekł Ross, zrównując z nią krok. 

Heather się zaczerwieniła. 
-    Naprawdę? Nie powinien. 
-    Chciał jedynie pomóc. Nie gniewaj się na niego. 

Przyjrzał się jej z uwagą. 

-    Coś poszło źle, Heather? Nie zaprzeczaj, wiem, 

że coś się stało. Czy to znowu nie tamte wątpliwo- 
ści...? 

R

 S

background image

 
-    Że nie wyszłam za ciebie? Nie. Nadal uważam, 

że zrobilibyśmy źle, decydując się na ślub. 

-    Ja też tak myślę. 
Zatrzymała się i spojrzała na niego z zaskoczeniem. 
-    Naprawdę? 
-    Tak. Po twoim wyjeździe zdałem sobie sprawę, 

że gdyby nie twoje obawy, później byśmy oboje żało- 
wali, że ślub się odbył. Odwołując go, postąpiłaś słusz- 
nie. No więc jeśli nie o to chodzi, to o co? 

W jednej chwili Heather uprzytomniła sobie, że 

musi komuś powiedzieć o Archiem, a kto by się do 
tego nadawał lepiej niż Ross? Zawsze był jej bliski 
jako przyjaciel. Właśnie: niejako kochanek, ale jako 
wypróbowany przyjaciel. 

Opowiedziała mu o spotkaniu z Archiem przed koś- 

ciołem i potem w Londynie, o ich wspólnym spędza- 
niu czasu, o tragicznym wypadku brata i narzeczonej. 
Ross słuchał w skupieniu, a potem cicho westchnął. 

-    Prawdziwy impas. Nic dziwnego, że wybrałaś 

ucieczkę. Ale czy masz absolutną pewność, że Archie 
cię nie kocha? 

-    Oczywiście. - Uśmiechnęła się blado. - Powie- 

dział, że mylę wdzięczność z miłością. W gruncie rze- 
czy zrobił wszystko, żeby mnie do siebie zniechęcić. 

-    Ale czy ci powiedział wprost, że cię nie kocha, 

Heather? - nalegał Ross. 

-    Nnno... nie. Chyba nie. A czemu? Czy to ma 

jakieś znaczenie? 

-    Tak sądzę. Wydaje mi się, że on może być w to- 

bie zakochany, ale boi się wyznać ci swoje uczucia, nie 
mając pewności, czy ty się nie mylisz co do swoich. 

R

 S

background image

 
Gdy otworzyła usta, by zaprotestować, powstrzy- 

mał jej sprzeciw ruchem ręki. 

-    Nie powiedziałem, że się mylisz. Po prostu przy- 

puszczam, że on tak na to patrzy. Nie możesz mu 
chyba mieć za złe, że po tym wszystkim, co przeżył, 
pozostał nieufny, prawda? 

-    Nie. - Zagryzła wargę. - Więc co mam robić? 

Czy powinnam się z nim spotkać, żeby spróbować się 
dowiedzieć, czy jest tak, jak mówisz? 

-    Decyzja należy tylko do ciebie. Nie zdoła jej 

podjąć nikt inny. 

Ich ścieżka kończyła się ślepo, i Ross przystanął. 
-    Pójdź za głosem serca, Heather. To najlepsza 

rada, jakiej ci mogę udzielić. 

-    To samo powiedział mi Archie - szepnęła i łzy 

napłynęły jej do oczu. 

Ross pochylił się i delikatnie pocałował ją w poli- 

czek. 

-    W takim razie na co jeszcze czekasz? 

Uśmiechnął się do niej i skręcił w stronę drogi, ale 

Heather za nim nie poszła. Siadła na wilgotnej mięk- 

kiej trawie i rozpamiętywała jego słowa. 

Czy znajdzie w sobie tyle odwagi, żeby ruszyć w po- 

goń za Archiem i zapytać go wprost, czy ją kocha? 
Przerażała ją myśl, że mogłaby w odpowiedzi usły- 
szeć zaprzeczenie, ale w końcu czy istnieje coś gor- 
szego od tego beznadziejnego smutku, który jej towa- 
rzyszy od czasu, gdy się rozstali? 

Przynajmniej raz na zawsze zyska pewność, że nie 

ma dla niej żadnej nadziei. To niewątpliwie lepsze od 
trwania w niepewności przez resztę życia. 

R

 S

background image

 
Wstała i z nową determinacją skierowała się do 

domu. Zrobi tak, jak radził jej zarówno Archie, jak 
i Ross. A zatem posłucha serca, z nadzieją, że dzięki 
tej decyzji znajdzie się, być może, w jedynym uprag- 
nionym miejscu: u boku Archiego. Na zawsze! 

R

 S

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

 
A więc to już koniec. Za kilka minut ruszy w drogę. 
Archie objął mieszkanie ostatnim spojrzeniem. Te- 

raz, kiedy przyszła ta chwila, czuł ulgę, że wyjeżdża. 
Prawie dwa lata życia spędził niejako w stanie za- 
wieszenia, ale to już przeszłość. Miał wrażenie, że 
cieszy się swobodą nowego życia, bo dręczący go 
smutek i wina zniknęły, upakowane gdzieś w tyle 
ciężarówki. 

Gdyby nie ogromna tęsknota za Heather, wyczeki- 

wałby niecierpliwie tego, co przyszłość mu oferuje. 

Z westchnieniem zatrzasnął drzwi wejściowe. Od 

poprzedniego weekendu Heather nie dawała znaku 
życia. Miał nadzieję zobaczyć ją na swoim przyjęciu 
pożegnalnym, ale się nie pojawiła. 

W jej sprawie dzwonił rano do agencji, lecz w od- 

powiedzi wysłuchał jedynie standardowego oświad- 
czenia, że firma nie udziela informacji na temat swo- 
ich pracowników. Nie miał najmniejszego pojęcia, co 
się z nią dzieje, i nie potrafił przestać się martwić. 

Przystanął przy stoliku portiera i przekazał mu 

wskazówki odnośnie do odsyłania korespondencji na 
adres w Szkocji, po czym wyszedł z budynku. Cze- 
kała go długa droga, więc wybrał wczesną godzinę 
startu. 

R

 S

background image

 
Nagle uprzytomnił sobie, że nie zdoła wyjechać bez 

spotkania z Heather. Ruch uliczny był wyjątkowo nie- 
wielki i po krótkim czasie Archie zaparkował samo- 
chód w pobliżu jej mieszkania. Zbiegł schodami w dół 
i zapukał do drzwi, powtarzając sobie, co jej powie. 
Najlepiej coś powściągliwego, ani słowa na temat 
ostatniej soboty... 

Błyskawicznie powrócił pamięcią do chwili, gdy 

Heather wyznawała mu, że go kocha, i momentalnie 
serce zamarło w nim ze strachu na myśl, że to mogła 
być prawda: a gdyby tak wcale nie straciła rozeznania 
w swoich uczuciach? Nie mógł znieść przypuszczenia, 
że być może odrzucił jej miłość. Załomotał do drzwi. 
Do licha z powściągliwością, musi to wyjaśnić! 

-    Ta pani wyjechała. 
Archie obrócił się na pięcie i dostrzegł obładowa- 

ną zakupami starszą kobietę, która obserwowała go 
z ulicy. 

-    Jak dawno? - zapytał, biegnąc w górę. 
-    Musiało być koło czwartej. Usłyszałam klakson 

i wyjrzałam przez okno, żeby zobaczyć, co się dzieje 
- wyjaśniła. - Na ulicy stała taksówka, i ta pani do niej 
wsiadła. 

-    Więc ona wczoraj wyjechała?! - wykrzyknął Ar- 

chie z niepokojem. 

-    Tak, koło czwartej po południu - powtórzyła 

kobieta. - Miała ze sobą podręczną torbę, więc przy- 
puszczam, że wybrała się gdzieś na weekend. 

-    Rozumiem. Dziękuję pani. 

Archie powrócił do samochodu. 

Czy Heather pojechała na weekend do Dalverston, 

R

 S

background image

 

do domu? Ale dlaczego? Czyżby chciała się zobaczyć 
z Rossem? 

Z ciężkim sercem uprzytomnił sobie, że tylko takie 

wyjaśnienie miałoby sens. Heather wyraźnie powie- 
działa, że przed powrotem do domu musi odbudować 
swoje życie, i przypuszczalnie teraz się tym zajęła. 

Czy otworzyły jej się oczy na stan własnych uczuć 

po tym, jak on, Archie, odprawił ją z kwitkiem? Na 
myśl, że Heather może być nadal zakochana w by- 
łym narzeczonym, zareagował fizycznym bólem, jak 
na cios w żołądek. Trudno, nie ma na to rady. W koń- 
cu sam osobiście zarzucił jej brak rozeznania w uczu- 
ciach. 

Zaciążyło nad nim uczucie pustki. Chociaż trudno 

mu było się pogodzić z tą myślą, wiedział, że utracił 
Heather na zawsze. 

 
Heather powróciła do Londynu późnym popołu- 

dniem. Połączenia świąteczne były rzadsze, toteż mu- 
siała bardzo długo czekać na pociąg. Poszła od razu na 
postój taksówek i kazała się zawieźć do mieszkania 
Archiego, nie mając najmniejszego pojęcia, co mu 
powie. 

Przecież już wcześniej próbowała otworzyć przed 

nim serce, ale to niewiele dało. Mimo wszystko jednak 
powinna go przekonać, że była z nim szczera. Kocha 
go całym sercem, więc on musi jakoś w to uwierzyć! 

Dyżur pełnił ten sam portier, którego jej przedsta- 

wił Archie przy pierwszej wizycie. Portier wprawdzie 
wpuścił ją do wnętrza, ale był zaskoczony jej wido- 
kiem. Nie dała się jednak zbić z tropu. 

R

 S

background image

 
-    Czy pan Carew jest u siebie, Pete? Muszę z nim 

pilnie pomówić. 

-    Przykro mi, spóźniła się pani. Już wyjechał. 
-    Ach, rozumiem. A czy panu coś wiadomo, kie- 

dy ma wrócić? Może uda mi się doczekać jego po- 
wrotu... 

-    Ale on wyjechał na stałe, proszę pani. Dziś rano 

wyruszył do Szkocji - poinformował Pete, trochę za- 
żenowany, że musi jej to wyjaśniać. 

-    Nie wiedziałam, że to miało być dzisiaj! - Wpad- 

ła w panikę i musiała trochę ochłonąć, zanim przeszła 
do następnego pytania. - Ma pan może jego nowy 
adres? Muszę się z nim skontaktować w bardzo ważnej 
sprawie. 

-    Bardzo mi przykro, proszę pani. Chciałbym po- 

móc, ale nie wolno mi ujawniać takich informacji. 
Zapłaciłbym za to co najmniej utratą pracy. 

-    Rozumiem. Przepraszam. Nie miałam zamiaru 

stawiać pana w niezręcznej sytuacji - przyznała Hea- 
ther. 

Pożegnała się i wyszła, rozważając, co może zrobić 

w tych okolicznościach, a każda myśl pulsowała w niej 
nowym bólem. Gdyby Archiemu rzeczywiście zależa- 
ło na kontakcie z nią, z pewnością by jej udostępnił 
swój adres. Skoro o to nie zadbał, widocznie jest mu 
obojętna. Usiłowała iść za głosem serca, ale tym razem 
nic jej to nie dało. I nigdy nie da, skoro Archie jej nie 
kocha. 

 
Archie przejechał autostradą połowę odległości, nim 

doszedł do wniosku, że nie może pozostawić takiego 

R

 S

background image

 
stanu rzeczy w zawieszeniu. Musi zobaczyć się z Hea- 
ther i usłyszeć wprost z jej ust, że go nie kocha. 
W przeciwnym razie czeka go bezustanne rozpamięty- 
wanie, czy nie popełnił strasznego błędu. 

Na najbliższym zjeździe opuścił autostradę i za- 

wrócił na południe. Znalazł się w Londynie tuż przed 
dziewiętnastą i przede wszystkim musiał postarać się 
o jakiś nocleg. Nie było po co wracać do dotych- 
czasowego mieszkania, które zostało całkiem ogoło- 
cone z mebli i udostępnione ekipie porządkowej, ma- 
jącej je przygotować dla następnego najemcy. 

Wprawdzie nie przypuszczał, żeby Heather przyje- 

chała do Londynu wcześniej niż w niedzielę wieczo- 
rem, ale to jest bez znaczenia. W jakimś momencie 
i tak będzie musiała wrócić, a on wówczas będzie już 
na miejscu. 

Zameldował się w hotelu i poszedł od razu do 

pokoju, by wziąć prysznic. Pół godziny później znów 
był w drodze. Wiedział, że kolejna próba zastania 
Heather w jej mieszkaniu to najprawdopodobniej 
zwykła strata czasu, ale brał pod uwagę każdą moż- 
liwość - także i tę, że Heather nie wyjechała na pełny 
weekend - i chciał ją wykorzystać. W ostateczności 
poprzestanie na pozostawieniu jej wiadomości, w któ- 
rym hotelu się zatrzymał. 

Tym razem wziął taksówkę i po drodze układał 

sobie w pamięci, co powie Heather, jeśli ją zastanie. 
Musi ją przekonać o swojej miłości i poprosić, żeby 
dała mu szansę udowodnienia tego uczucia. 

Paliły się już uliczne latarnie, kiedy Archie wysiadł 

z taksówki i zapukał do drzwi Heather. Gdy nagle 

R

 S

background image

 

pojawiła się w progu, miał wrażenie, że ziemia za- 
drżała mu pod stopami. Nie mógł wykrztusić słowa. 
Na widok Archiego Heather oniemiała. Miała uczu- 
cie, że świat pędzi przed siebie pod jakimś dziw- 
nym kątem. Archie był ostatnią osobą, której by ocze- 
kiwała. 

-    Zajrzałem tu już wcześniej, ale jedna z twoich 

sąsiadek powiedziała mi, że wyjechałaś. 

-    Byłam w domu - wykrztusiła z trudem. 
-    Tak myślałem i szczerze mówiąc, nie miałem 

wielkiej nadziei, że cię zastanę, ale zaryzykowałem. 

-    Mam jeszcze parę spraw do załatwienia. 
-    Czy one mają coś wspólnego z moją osobą? 
Podszedł bliżej, nie odrywając od niej wzroku peł- 

nego tęsknoty. Gdy dotknął jej policzka, spuściła oczy 
w obawie, żeby z nich nie wyczytał pragnienia -już raz 
odepchnął ją od siebie i nie zniosłaby tego powtórnie. 

-    Kocham cię, Heather. Wiem, że beznadziejnie 

się zachowałem tydzień temu, ale proszę, uwierz mi, 
że naprawdę bardzo cię kocham i pragnę jedynie two- 
jego szczęścia. 

-    Więc ty mnie kochasz? 

Patrzyła na niego wstrząśnięta. 

-    Tak. - Uśmiechnął się do niej. - Sądzę, że się 

w tobie zakochałem już przy pierwszym spotkaniu, 
kiedy cię zobaczyłem na ławce. Byłem tak zagubio- 
ny po wszystkim, co mnie spotkało, że nie potrafi- 
łem sobie zdać sprawy z własnych uczuć. Wiem, że 
wyrządziłem ci wielką przykrość, ale się obawiałem, 
że pośpiesznie dążysz do sytuacji, której będziesz 
żałowała. 

R

 S

background image

 
-    I mnie to zmartwiło - przyznała. - Próbowałam 

się pohamować, ale nie potrafię panować nad uczucia- 
mi. Zakochałam się w tobie i nic nie mogę na to 
poradzić. Czy z twoją zgodą, czy bez, nie przestanę cię 
kochać do końca życia. 

Śmiejąc się, Archie pochwycił ją w ramiona. 
-    O to się nie martw. Ryzyko „bez" ci nie grozi! 

Całował ją    namiętnie,    udowadniając      szczerość 

swoich słów. Heather przytuliła się do niego z sercem 

przepełnionym szczęściem. Jej dotychczasowy lęk 
zniknął bez śladu. Archie ją kocha i już nic im nie 
przeszkodzi być razem. 

-    Nie zaprosisz mnie do środka? Sąsiedzi mogą nie 

być zachwyceni tym, co obmyśliłem dla nas na resztę 
wieczoru. 

-    Oczywiście, przecież nie możemy ich mieć na 

sumieniu. Proszę. Tu nikt nas nie zobaczy. 

-    Doskonale. To sprawa wyłącznie między nami... 

Wziął ją znowu w ramiona i pocałował. Kochali się 

w salonie z żarem, który koił wszelki ból i pozwalał 

zabliźnić psychiczne rany. Heather zyskała pewność, 
że od tej chwili zdołają przezwyciężyć wszelkie prze- 
szkody. Ich siłą była miłość, nic więcej nie potrzebo- 
wali. 

Później, gdy usiedli na kanapie, Archie otulił ich 

oboje kapą ściągniętą z łóżka Heather. 

-    Muszę ci wyjaśnić, dlaczego zareagowałem tak, 

jak zareagowałem, kiedy mi powiedziałaś, że mnie 
kochasz. 

-    Wszystko rozumiem. Bałeś się o mnie. 
-    Tak. Chciałem cię uchronić od poczucia winy, 

R

 S

background image

 
które by na ciebie spadło, gdybyś się znowu pomyliła. 
Poza tym ja sam chybabym nie zdołał się zmierzyć 
z kolejną pomyłką w swoim życiu - wyznał zgodnie 
z prawdą. 

-    Myślisz o Stephanie? 
-    Odkrycie, że zakochała się w Duncanie, było dla 

mnie wstrząsem. Niczego nie dostrzegałem i nie mia- 
łem pojęcia, że Stephanie czuje się ze mną nieszczęś- 
liwa. Co prawda całkowicie pochłaniała mnie praca, 
a wszystko inne, łącznie ze Stephanie, znalazło się na 
dalszym planie. Trudno więc się dziwić, że w końcu 
miała tego dość i poszukała szczęścia gdzie indziej. 

-    Takie rzeczy się zdarzają, Archie - powiedziała 

miękko. 

-    Wiem. Ale to też jest dowód na to, że moja więź 

z narzeczoną nie była wystarczająco silna. Ty, Hea- 
ther, zawsze będziesz dla mnie na pierwszym miejscu, 
bo bardzo cię kocham. Stephanie nigdy tyle dla mnie 
nie znaczyła. 

-    Podobnie jest chyba ze mną i Rossem. Kiedy dziś 

rano się z nim widziałam, uprzytomniłam sobie, że 
nigdy nie łączyła nas prawdziwa miłość. Jest mi bliski 
tylko jako przyjaciel. 

-    Więc nadal uważasz, że dobrze wybrałaś, nie idąc 

z nim do ołtarza? 

-    Jestem tego absolutnie pewna. 
-    To dobrze. 
Uśmiechnął się i znów ją pocałował. 
-    Tak bardzo cię kocham, Heather. W ciągu ostat- 

nich tygodni udało ci się całkowicie odmienić moje 
życie. Nasza rozmowa o wypadku dała mi nowe siły, 

R

 S

background image

 
bo uznałem, że nie ponoszę wyłącznej winy za tę 
tragedię. 

-    Cieszę się, Archie. Zasługujesz na to, żeby być 

szczęśliwy. 

Pocałował ją w czubek nosa. 
-    Podejmę działałania w tym kierunku. Zamierzam 

ponownie przemyśleć, na czym mi w życiu naprawdę 
zależy. Z pewnością muszę dopilnować sprawnego 
zarządzania majątkiem, ale już nie twierdzę, że po- 
winienem dla tego celu poświęcić medycynę. Miejmy 
nadzieję, że za kilka miesięcy zdołam powrócić do 
zajęć, które mi dają najwięcej satysfakcji. 

-    Gdybyś miał porzucić medycynę, stałoby się to 

ze straszną szkodą dla dzieci. One cię potrzebują, two- 
ja opieka wiele dla nich znaczy. 

-    Dziękuję. Liczę, że i ty mnie potrzebujesz, Hea- 

ther. Nie chciałbym się z tobą rozstawać, więc czy 
zgodziłabyś się na przeprowadzkę do Szkocji? Wiem, 
że proszę o bardzo dużo, i że to byłoby dla ciebie 
wyrzeczenie... 

Heather zamknęła mu usta pocałunkiem. 
-    Nie dbam o to, gdzie będę mieszkać, bylebym 

była przy tobie. 

-    Naprawdę tak uważasz? 
Gdy przytaknęła, z okrzykiem radości porwał ją 

w ramiona i przytulił. 

-    Jak szybko zdołasz się spakować? 
-    Jak szybko chcesz. Mogę zacząć już teraz. 

Archie potrząsnął głową. 

-    Myślę, że możemy to odłożyć na jakieś kilka 

godzin. 

R

 S

background image

 
-    Tak? A czemu? Przewidziałeś dla nas coś jesz- 

cze? 

-    Jak najbardziej. Na resztę wieczoru i na noc. 

Wstał i wziął ją na ręce, zmierzając do sypialni. 

-    Zaraz ci przedstawię moje plany! 

R

 S

background image

 

 

EPILOG 

 
Szkocja, sierpień 
 
Heather stała przy oknie i patrzyła na krajobraz za 

szybą. Wieczór tracił blask i góry widniejące w oddali 
za jeziorem pogrążały się w fioletowym oparze. Za pół 
godziny zapadnie całkowity mrok. 

Tego wieczoru Archie pojmie ją za żonę w małej 

kaplicy na terenie posiadłości. Zgodnie z rodzinną 
tradycją, każdy potomek rodu Carew zawiera ślub po 
zachodzie słońca. Wszystko było już przygotowane, 
wyczekiwano jedynie stosownej chwili. 

-    Już pora na nas, prawda, Archie? 
-    Tak, za kilka minut będziemy mogli przejść do 

kaplicy. 

Archie objął ją i ucałował. 
-    Czy ktoś już ci mówił, jak olśniewająco wyglą- 

dasz? - szepnął. 

-    Nikt, z czyim zdaniem bym się liczyła - odpo- 

wiedziała z uśmiechem. 

Jej biała suknia z jedwabiu była rzeczywiście za- 

chwycająca, i co równie istotne, podobała się także 
Archiemu. Miała prosty krój o dopasowanym staniku 
i powiewnej spódnicy, która ciągnęła się po ziemi. 
Z ramienia zwisał kawałek materiału w szkocką kratę 

R

 S

background image

 
o barwach klanu Carew. Heather wpięła we włosy ga- 
łązki wrzosu, również wrzos w połączeniu z białymi 
różami tworzył jej wiązankę ślubną. 

Panna młoda czuła się jak księżniczka z bajki u boku 

księcia, tym bardziej że Archie prezentował się w trady- 
cyjnym szkockim stroju nadzwyczaj imponująco. 

-    Cudownie wyglądasz, Heather. 
Pocałował ją jeszcze raz i objął, stając obok, fron- 

tem do okna. 

-    Pięknie tutaj, prawda? Będzie mi brakowało tego 

widoku, kiedy przeniesiemy się do Edynburga. 

-    Mnie również, ale możemy wpadać tu w weeken- 

dy. Powiedz mi, Archie, czy bez przykrości wziąłeś na 
siebie nowe obowiązki? 

-    Absolutnie. Ostatnie miesiące, które spędziliśmy 

w rodzinnych dobrach, były wspaniałe. Cieszy mnie, że 
tu jestem, i że pomagam wyprowadzić gospodarstwo na 
czyste wody. To koniecznie należało zrobić. I teraz, gdy 
już znalazłem odpowiedniego administratora, mam 
swobodę działania i mogę powrócić do zawodu. 

Przytulił Heather mocniej i ciągnął z ożywieniem: 
-    Nie marzyłem nawet, że w Edynburgu trafi mi się 

możliwość zorganizowania od podstaw oddziału pe- 
diatrycznego. I to tobie, Heather, jestem winien wdzię- 
czność. Nigdy bym tyle nie osiągnął sam. 

-    Jesteśmy sobie potrzebni i pasujemy do siebie, 

Archie. 

-    Tak. I to bardzo. 

Wyciągnął do niej rękę. 

-    Pora iść do kaplicy. 
Trzymając się za ręce, wyszli z dworu. Rząd pocho- 

R

 S

background image

 
 
dni oświetlał drogę, wzdłuż której stali pracownicy 
majątku i witali ich oklaskami. Wnętrze kapliczki ja- 
rzyło się tysiącem świec. Ich płomyki nadawały wszy- 
stkiemu magiczne piękno. 

-    Dziękuję ci z całego serca, Archie. Czuję się jak 

postać z bajki. 

-    Zasługujesz na to, kochanie. 
Delikatnie pocałował Heather i przekazał ją ojcu, 

który czekał przy wejściu, by towarzyszyć córce 
w drodze do ołtarza. Serce Heather przepełniała ra- 
dość, gdy prowadzona przez ojca zmierzała ku swemu 
przyszłemu mężowi. Spotkanie z Archiem uważała za 
uśmiech losu. Poprzysięgła sobie dbać o ich miłość 
i podsycać ją każdego dnia ich wspólnego życia. 

Tak więc nie zawahała się, gdy Archie odwrócił się 

w jej stronę i wyciągnął rękę. Tym razem nie miała 
żadych zastrzeżeń, żadnych wątpliwości. Podała mu 
dłoń. Wiedziała, że odtąd będą już na zawsze razem, 
ciesząc się swoim szczęściem. 

 

R

 S


Document Outline