background image

Paul Auster

Księżycowy Pałac

Nic nie zadziwi Amerykanina. 

Jules Verne 

background image
background image

Rozdział l 

To wydarzyło się tego lata, gdy człowiek po raz pierwszy stanął na Księżycu. Byłem wtedy 
jeszcze bardzo młody,  nie wierzyłem jednak, że mam przed sobą jakąkolwiek przyszłość. 
Chciałem żyć ryzykownie, przekroczyć wszelkie granice i zobaczyć, co się ze mną stanie, 
kiedy już to uczynię. Jak się potem okazało, omal się nie przeliczyłem. Patrzyłem, jak ubywa 
mi po trochu pieniędzy, aż nie zostało nic. Straciłem dach nad głową, znalazłem się na ulicy. 
Gdyby nie dziewczyna nazwiskiem Kitty Wu, prawdopodobnie umarłbym z głodu. Poznałem 
ją przypadkiem nieco wcześniej i z upływem czasu zacząłem postrzegać ten przypadek jako 
formę pogotowia, jako sposób na ratowanie się za sprawą serc innych ludzi. To pierwsza 
część. Odtąd przydarzały mi się dziwne rzeczy. Nająłem się do pracy u starca na wózku 
inwalidzkim. Dowiedziałem się, kim był mój ojciec. Przeszedłem na piechotę pustynię z Utah 
do Kalifornii. Było to oczywiście dawno temu, ale pamiętam te dni wyraźnie, pamiętam je 
jako początek mego życia.
Do Nowego Jorku przyjechałem jesienią 1965 roku. Miałem wówczas osiemnaście lat i przez 
dziewięć   miesięcy   mieszkałem   w   akademiku.   Na   Uniwersytecie   Columbia   wszyscy 
przyjezdni studenci pierwszego roku mieli obowiązek kwaterować na kampusie, jednak po 
upływie   semestru   wiosennego   przeprowadziłem   się   do   mieszkania   na   Sto   Dwunastej 
Zachodniej. To był mój dom przez następne trzy lata, aż do chwili, gdy stoczyłem się na dno. 
Wziąwszy pod uwagę rozkład szans, to istny cud, że wytrwałem tak długo.
Na Sto Dwunastej Zachodniej mieszkałem z ponad tysiącem książek. Pierwotnie należały do 
mego wuja Victora, który gromadził je przez około trzydzieści lat. Tuż przed moim wyjazdem 
na studia podarował mi księgozbiór w chwili wzruszenia, jako prezent z okazji rozstania. Za 
nic nie chciałem go przyjąć, lecz wuj był sentymentalnym i szczodrym człowiekiem, toteż nie 
udało mi się odwieść go od tego pomysłu. „Nie mam dla ciebie pieniędzy - powiedział. - Ani 
żadnej rady. Weź książki, a sprawisz mi radość". Wziąłem więc książki, lecz przez następne 
półtora roku nie otworzyłem pudeł, w których były przechowywane. Zamyślałem nakłonić 
wuja, by zabrał je z powrotem, i nie chciałem, by do tego czasu coś się z nimi stało.
W   mojej   sytuacji   pudła   okazały   się   bardzo   użyteczne.   Mieszkanie   na   Sto   Dwunastej 
Zachodniej nie było umeblowane i zamiast trwonić pieniądze na sprzęty, których nie chciałem 
i   na   które   nie   bardzo   mogłem   sobie   pozwolić,   zmajstrowałem   z   kartonów   kilka 
wyimaginowanych „mebli". Przypominało to nieco łamigłówkę: grupowałem pudła w różne 
konfiguracje,   formowałem   rzędy,   układałem   jedne   na   drugich,   aż   zaczęły   przypominać 
wyposażenie domu. Jeden komplet szesnastu kartonów posłużył za łóżko pod materac, inny 
złożony z tuzina pełnił funkcję stołu, kolejnych siedem pudeł zastępowało krzesła, następne 
dwa   udawały   nocny   stolik.   Ogólny   efekt   był   dość   monochromatyczny,   a   to   z   powodu 
wszechobecnej ponurej szarzyzny, niemniej byłem dumny z własnej pomysłowości. Znajomi 
uznali,   że   to   dziwaczne,   ale   zdążyłem   ich   już   wtedy   przyzwyczaić   do   moich   dziwactw. 
Pomyślcie, mówiłem im, z jaką satysfakcją człowiek kładzie się do łóżka, wiedząc, że jego 
sny wyklują się na dziewiętnastowiecznej literaturze amerykańskiej. Wyobraźcie sobie, z jaką 
przyjemnością siada do posiłku, skoro podłożem strawy jest całe piśmiennictwo Renesansu. 
W istocie nie miałem zielonego pojęcia, które książki znajdują się w którym pudle, ale w 

background image

owym czasie z upodobaniem wymyślałem różne historie i lubiłem samo brzmienie takich 
właśnie zdań, nawet jeżeli były blagą.
Moje wyimaginowane  meble  pozostawały w stanie  nienaruszonym  blisko rok. Następnie, 
wiosną 1967 roku, umarł wuj Victor. Jego śmierć była dla mnie straszliwym ciosem, pod 
wieloma względami najcięższym w całym moim życiu. Albowiem wuj był nie tylko osobą, 
którą najbardziej kochałem, ale też jedynym moim krewnym, jedynym ogniwem łączącym 
mnie z czymś, co miało wymiar większy niż ja sam. Gdy go zabrakło, poczułem się ogrom 
nie   osamotniony,   jak   najokrutniej   doświadczony   przez   los.   Gdybym   w   jakiś   sposób 
przygotował się na śmierć Victora, .łatwiej byłoby mi się z nią uporać. Lecz jak można być 
przygotowanym na śmierć pięćdziesięciodwuletniego mężczyzny, który nigdy nie uskarżał się 
na zdrowie? Pewnego majowego popołudnia wuj po prostu wyzionął ducha i od tej chwili 
moje życie całkowicie się zmieniło. Wchłonął mnie inny świat.
Niewiele   mam   do   powiedzenia   o   mej   rodzinie.   Obsada   była   nieliczna,   wszyscy   odegrali 
epizodyczne role. Do jedenastego roku życia mieszkałem z matką, aż zginęła w wypadku, 
potrącona przez autobus, który wpadł w poślizg na zaśnieżonej bostońskiej ulicy. Ojca nigdy 
nie   było   na   rodzinnej   fotografii,   zawsze   tylko   my   dwoje:   matka   i   ja.   Fakt,   że   używała 
panieńskiego nazwiska, dowodził, że nie wyszła za mąż, niemniej  dopiero po jej śmierci 
dowiedziałem się, że jestem nieślubnym dzieckiem. Kiedy byłem mały, nie przyszło mi do 
głowy pytać o podobne sprawy. Nazywałem się Marco Fogg, matka - Emily Fogg, a wuj z 
Chicago - Victor Fogg. Wszyscy troje byliśmy Foggami i wydawało mi się naturalne, że 
członkowie jednej rodziny noszą to samo nazwisko. Później wuj powiedział mi, że pierwotnie 
jego ojciec nazywał się Fogelman, lecz ktoś w biurze imigracyjnym na Ellis Island skrócił to 
nazwisko do „Fog" - czyli „Mgła" — i tak nazywała się po amerykańsku nasza rodzina aż do 
1907 roku, kiedy dodano drugie „g". Wuj powiedział mi, że Fogel znaczy „ptak". Przypadła 
mi   do   serca   myśl,   że   w   określającym   mnie   słowie   kryje   się   skrzydlate   stworzenie. 
Wyobrażałem sobie, że któryś z mych mężnych przodków potrafił latać. Ptak frunący we 
mgle, myślałem, ogromny ptak szybujący przez ocean aż do Ameryki.
Po matce nie zostały mi żadne zdjęcia i z trudem przypominam dziś sobie, jak wyglądała. 
Ilekroć przywołuję na pamięć jej obraz, widzę niską, ciemnowłosą kobietę  o dziecięcych 
nadgarstkach i białych delikatnych palcach. Czasem powraca doznanie, jak dobrze było czuć 
dotyk tych palców. We wspomnieniach matka jest zawsze młoda i ładna i prawdopodobnie 
ten wizerunek odpowiada rzeczywistości, gdyż umarła mając zaledwie dwadzieścia dziewięć 
lat. Mieszkaliśmy kolejno w paru klitkach  w Bostonie  i Cambridge  i jak mi  się wydaje, 
pracowała   w oficynie   wydającej   podręczniki,  choć   byłem   za  mały,  by rozumieć,   co  tam 
robiła.   Najwyraźniej   zachowały   się   w   mojej   pamięci   nasze   wypady   do   kina   (westerny 
Randolpha   Scotta,   Wojna   światów,   Pinokio):   siedzieliśmy   w   ciemnej   sali   projekcyjnej, 
grzebiąc w pudełku z popcornem i trzymając się za ręce. Potrafiła opowiadać dowcipy, z 
których śmiałem się do ochrypnięcia, lecz robiła to rzadko, tylko wtedy gdy planety były w 
odpowiedniej koniunkcji. Na ogół bywała rozmarzona, skłonna do lekkich dąsów, a niekiedy 
czułem  wiejący  od  niej  smutek;  odnosiłem  wrażenie,  że   walczy  z   jakimś  nieogarnionym 
zamętem w duszy. Kiedy podrosłem, coraz częściej zostawiała mnie w domu z opiekunkami. 
Ojciec natomiast był wielką niewiadomą i wtedy, i potem - jedynym tematem, na który matka 
nie chciała ze mną rozmawiać i mimo mych pytań nigdy nie uległa. „Umarł dawno temu 
-odpowiadała. - Przed twoim urodzeniem". W domu nie było po nim najmniejszego śladu. 
Żadnego zdjęcia, nawet nazwiska. Z potrzeby serca wyobrażałem sobie ciemnowłosą wersję 
Bucka   Roger-sa,   podróżnika   w   przestrzeni   kosmicznej,   który   znalazł   się   w   czwartym 
wymiarze i nie potrafił odnaleźć drogi powrotnej.
Matkę pochowano obok jej rodziców na cmentarzu Westlaws i odtąd mieszkałem z wujem 
Victorem w północnym Chicago. Wiele z tego wczesnego okresu zatarło się w mej pamięci, 
ale   niechybnie   rozpamiętywałem   dużo,   pochlipywałem   jak   należy,   łkałem   do   poduszki 

background image

niczym żałosny sierota z dziewiętnastowiecznej powieści. Pewnego razu wpadliśmy na ulicy 
na mało rozgarniętą znajomą wuja, która zaczęła szlochać, gdy tylko mnie jej przedstawiono, 
ocierając oczy chusteczką i bąkając, że jestem w takim razie tym biednym owocem wolnej 
miłości. Nie słyszałem wcześniej tego określenia, domyślałem się jednak, że ma ono jakiś 
ponury,   tragiczny   sens.   Gdy   poprosiłem   wuja   o   wyjaśnienie,   wymyślił   na   poczekaniu 
odpowiedź, którą pamiętam do dziś: „Wszystkie dzieci to owoce miłości - odparł - lecz tylko 
o najlepszych tak się mówi".
Starszy  brat  mojej  matki  był   tykowatym  czterdziestodwuletnim  kawalerem   o krogulczym 
nosie, zarabiającym na życie grą na klarnecie. Jak wszyscy Foggowie, miał skłonność do 
odrętwienia i zadumy, nagłych ocknięć i długotrwałej apatii. Po obiecującym debiucie jako 
muzyk   Orkiestry   Cleveland   te   właśnie   cechy   wzięły  w  nim   górę.  Zasypiał   na   próby,   na 
koncertach   zjawiał   się   bez   muchy,   a   pewnego   razu   dał   dowód   sporej   zuchwałości, 
opowiadając   pieprzny   dowcip   w   zasięgu   słuchu   bułgarskiej   koncertmistrzyni.   Gdy   go 
wyrzucono, obijał się jakiś czas z mniej prestiżowymi orkiestrami, z których każda kolejna 
była gorsza od poprzedniej, i kiedy powrócił do Chicago w 1953 roku, pogodził się już z 
marnością   swej   kariery.   Gdy   przeprowadziłem   się   do   niego   w   lutym   1958   roku,   dawał 
prywatne  lekcje gry na klarnecie  i dmuchał  w zespole Howie'ego Dunna Przy Księżycu, 
niewielkim bandzie obsługującym wesela oraz przyjęcia z okazji bierzmowania i ukończenia 
szkoły.
Zdawał sobie sprawę, że brak mu ambicji, ale był również świadom, że w życiu liczy się nie 
tylko muzyka. W istocie liczyło się tak wiele, że go to przerastało. Należąc do tych, którzy 
zajęci jednym, zawsze dumają o czymś innym, nie potrafił usiąść i wyćwiczyć utworu bez 
zrobienia   przerwy   na   rozwiązanie   w   myśli   problemu   szachowego.   W   szachy   grał 
rozpamiętując porażki chicagowskich Cubsów, w trakcie meczu myślał o jakiejś pomniejszej 
postaci z Szekspira, a gdy wracał do domu, nie potrafił usiedzieć z książką nawet dwudziestu 
minut,   bo   zaraz   brała   go   chętka,   żeby   pograć   na   klarnecie.   Gdziekolwiek   więc   zaszedł, 
pozostawiał   za   sobą   bezładny   szlak   złych   posunięć   szachowych,   nie   przeanalizowanej 
statystki meczowej i przeczytanych do połowy książek.
Wuja Victora nietrudno jednak było kochać. Jedzenie było wprawdzie gorsze niż u matki, a 
mieszkanie  podlejsze i bardziej  zagracone,  ale na dłuższą metę  okazało się to nieistotne. 
Victor   nie   udawał   kogoś,   kim   nie   był.   Wiedział,   że   ojcostwo   nie   leży   w   zasięgu   jego 
możliwości,   traktował   mnie   zatem   bardziej   jak   przyjaciela   niż   dziecko,   jak   serdecznego 
kumpla   nikłej   postury.   Ten   układ   odpowiadał   nam   obu.   W   ciągu   miesiąca   od   mojego 
przyjazdu   wynaleźliśmy   zabawę   polegającą   na   wymyślaniu   krajów,   wyimaginowanych 
światów,   które   urągały   prawom   natury.   Doskonalenie   co   lepszych   trwało   niekiedy 
tygodniami, a narysowane przeze mnie ich mapy wieszaliśmy na honorowym miejscu nad 
stołem   w   kuchni.   Kraina   Nieczęstego   Światła,   na   przykład,   albo   Królestwo   Jednookich. 
Biorąc pod uwagę trudności, jakie stwarzał nam obu świat rzeczywisty, zrozumiałe jest, że 
pragnęliśmy opuszczać go jak najczęściej.
Niedługo po moim przyjeździe do Chicago wuj Victor zabrał mnie na film W osiemdziesiąt 
dni dookoła świata. Bohater tej opowieści nazywa się, jak wiadomo, Fogg i od tamtego dnia 
wuj   w   przypływie   czułości   wołał   na   mnie   Phileas:   tajemne   nawiązanie   do   tej   osobliwej 
chwili,   kiedy  -  jak  mawiał  -  „spotkaliśmy  się  wszyscy   w  kinie".   Uwielbiał   snuć   zawiłe, 
nonsensowne  teorie  na  temat  różnych  rzeczy  i  nigdy nie  miał  dość  odkrywania   bogactw 
znaczeniowych ukrytych w mym nazwisku.  Marco Stanley Fogg.  Jego zdaniem dowodziło 
ono, że we krwi mam podróżowanie, że życie  zawiedzie mnie do miejsc, w których  nie 
stanęła ludzka stopa. „Marco" oznaczało, rzecz jasna, Marco Polo, pierwszego Europejczyka, 
który dotarł do Chin, „Stanley" nawiązywało do amerykańskiego dziennikarza, który odnalazł 
doktora Livingstone'a „w samym sercu mrocznej Afryki", a „Fogg" wskazywało oczywiście 
na     Phileasa   Fogga,   a   więc   człowieka,   który   objechał   świat   w   niespełna   trzy   miesiące. 

background image

Nieważne było, że matka wybrała dla mnie imię Marco, bo zwyczajnie się jej podobało, że 
„Stanley" dano mi po dziadku i że „Fogg" to zniekształcenie, kaprys jakiegoś amerykańskiego 
urzędnika półanalfabety. Wuj doszukiwał się znaczeń tam, gdzie nikt inny by ich nie znalazł, i 
zręcznie przemieniał je w formę skrytego duchowego dziedzictwa. Prawdę mówiąc, lubiłem, 
gdy skupiał na mnie całą swą uwagę, i choć zdawałem sobie sprawę, że jego mowy to pusta 
gadanina i przechwałki, w głębi duszy wierzyłem  w  każde  słowo.  Doraźnie  nominalizm 
wuja Victora pozwolił mi przetrwać pierwsze trudne tygodnie w nowej szkole. Tak już jest, 
że najłatwiej atakować nazwisko, a „Fogg" dawało pole do popisu: Fagas i Figo-fago, na 
przykład,  oraz - z powodu „mgły"  - niezliczone  nawiązania  do pogody:  Mżawa, Chlapa, 
Plucha. Kiedy już wyczerpała się inwencja na temat nazwiska, skupiono się na imieniu. Uszy 
raziło końcowe „o" i w efekcie byłem Głupko, Jajo i Ciolo, ale koledzy poszli też innym 
tropem, przechodząc wszelkie moje oczekiwania. Marco stał się Marco Polo, z Polo zrobiła 
się Koszulka, z Koszulki — Globulka, z Globulki — Kopulka - okrucieństwo, które mnie 
poraziło,   gdy   pierwszy   raz   usłyszałem   ostatnie   przezwisko.   Przebrnąłem   jednak   przez 
początki w szkole, choć wyszedłem z tego ze świadomością nieskończonej podatności mego 
nazwiska na obrazę. Było tak ściśle związane z mym poczuciem tożsamości, że pragnąłem 
uchronić je od dalszych krzywd. Skończywszy piętnaście lat, zacząłem się podpisywać „M. S. 
Fogg",   nawiązując   pretensjonalnie   do   tuzów   literatury   modernistycznej,   ale   jednocześnie 
rozkoszując   się   faktem,   że   moje   inicjały   oznaczają   również   „manuskrypt".   Wuj   Victor 
przyklasnął tej rejteradzie „Każdy człowiek jest autorem swego życia - rzekł. – Książce którą 
piszesz, daleko do końca! Zatem to rękopis. Czy mogłoby być coś bardziej stosownego?" 
Stopniowo „Marco" wypadło  z  obiegu.  Dla  wuja byłem   Phileasem,  a  gdy  poszedłem  do 
szkoły średniej, dla wszystkich innych - M. S. Paru dowcipnisiów zwróciło uwagę, że moje 
inicjały oznaczają też  chorobę - multiple  sderosis, czyli  stwardnienie  rozsiane, ale  wtedy 
witałem już z uśmiechem wszelkie, nawet ironiczne skojarzenia wiążące się ze mną. Gdy 
poznałem Kitty Wu, wymyśliła dla mnie kilka innych określeń, lecz - by tak rzec - stanowiły 
one jej prywatną własność i z nich także się cieszyłem: Przymglony, na przykład, którego 
używała wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach, albo Cyrano - z powodów, które się z czasem 
wyjaśnią. Gdyby wuj Victor dożył spotkania z Kitty,   z pewnością doceniłby fakt, że jego 
Marco na swój skromny sposób też postawił nogę w Chinach.
Z lekcji gry na klarnecie niewiele wyszło (płuca nie dość wydolne, usta zbyt niecierpliwe) i 
rychło się od nich wymigałem. O wiele bardziej zaciekawił mnie baseball i w wieku jedenastu 
lat   byłem   już   jednym   z   tych   chudych   amerykańskich   chłopców,   którzy   wszędzie   łażą   z 
rękawicą, bijąc w nią prawą pięścią tysiąc razy dziennie. Sport ten bez wątpienia ułatwił mi 
życie w szkole, a gdy z nadejściem wiosny wstąpiłem do ligi młodzieżowej, wuj przychodził 
niemal na wszystkie mecze, żeby mnie dopingować. Ale w lipcu 1958 roku przenieśliśmy się 
znienacka do Saint Paul w Minnesocie („rzadka okazja" - powiedział Victor, mając na myśli 
zaproponowaną   mu   pracę   nauczyciela   muzyki),   jednak   już   następnego   roku   byliśmy   z 
powrotem w Chicago. W październiku wuj kupił telewizor i pozwolił mi opuszczać szkołę, 
żebym mógł oglądać, jak White Sox przegrywają w lidze sześć meczów z rzędu. To był rok 
Early'ego Wynna i „naprzód Sox, naprzód", rok Wally'ego Moona, jego wybić na księżyc i 
obiegów. Oczywiście  kibicowaliśmy Chicago, ale w skrytości  ducha cieszyliśmy  się, gdy 
facet   o   krzaczastych   brwiach   posłał   piłkę   w   trybuny   podczas   ostatniej   rozgrywki.   W 
następnym sezonie znów byliśmy za Cubsami - czyli za drużyną niedorajd i patałachów, która 
posiadła nasze dusze. Wuj twardo obstawał przy rozgrywaniu meczów za dnia i uważał za 
moralnie  słuszne, że żującego gumę  króla baseballu  nie zwodzi fałsz sztucznego  światła. 
„Kiedy idę na stadion - mawiał - jedyne gwiazdy, które chcę oglądać, to te biegające po 
boisku.   To   sport   pod   znakiem   słońca   i   gęstego   potu.   Rydwan   Apollina   u   zenitu!   Na 
amerykańskim   niebie   płonie   wielka   ognista   kula!"   Toczyliśmy   długie   dyskusje   o   takich 
postaciach jak Ernie Banks, George Altman i Glen Hobbie. Hobbie'ego wuj szczególnie sobie 

background image

upodobał, ale zgodnie ze swą filozofią życiową twierdził, że nigdy nie będzie z niego dobry 
miotacz, ponieważ jego nazwisko nasuwa myśl  o amatorszczyźnie. Dowcipne uwagi tego 
rodzaju   stanowiły   sedno   poczucia   humoru   Victora.   Rozmiłowałem   się   już   wtedy   w  jego 
żartach i rozumiałem, dlaczego należy je serwować z poważną miną.
Niedługo po tym,  gdy skończyłem  czternaście lat, nasza rodzina powiększyła  się o jedną 
osobę. Dora Shamsky, z domu Katz, była krzepką wdową w wieku czterdziestu paru lat, z 
ekstrawagancką czuprynką utlenionych na biało włosów i wydatnym zadku w ciasnym pasie 
do pończoch. Od śmierci pana Shamsky'ego sześć lat wcześniej pracowała jako sekretarka w 
dziale ubezpieczeniowym L Mid-American Life. Poznała wuja w sali balowej hotelu Feather-
stone, gdzie zespół Przy Księżycu przygrywał podczas dorocznej potańcówki pracowników 
firmy z okazji Nowego Roku. Po okresie zalotów żurawia i czapli para przypieczętowała swój 
związek w marcu. Nie widziałem w tym nic złego i z dumą wystąpiłem na ślubie jako drużba. 
Lecz   gdy   gorączka   już   opadła,   z   bólem   spostrzegłem,   że   nową   ciocię   niezbyt   śmieszą 
dowcipy Victora, i zastanawiałem się, czy nie dowodzi to aby braku bystrości, ograniczonej 
sprawności   umysłowej,   która   źle   wróżyłaby   nowemu   związkowi.   Rychło   zdałem   sobie 
sprawę, że są dwie Dory. Pierwsza była w gorącej wodzie kąpaną, krewką, burkliwą megierą, 
która wprowadzała w domu iście koszarowy dryl - bastion porządku, wszechwiedząca, szef. 
Druga Dora była flirciarą pod gazem, zapłakanym, użalającym się nad sobą uczuciowcem. 
Snuła się po mieszkaniu w różowej podomce i rzygała w dużym pokoju litrami wódki. Z tych 
dwóch o niebo wolałem drugą, choćby tylko ze względu na czułość, którą mi okazywała. Ale 
zawiana   Dora   stanowiła   zagadkę,   której   nie   potrafiłem   rozwikłać,   albowiem   jej   napady 
chandry przygnębiały i unieszczęśliwiały wuja, a niczego tak nie nienawidziłem, jak widoku 
cierpiącego Victora. Dla Victora trzeźwa, nieznośna Dora była do wytrzymania, natomiast 
podcięta   budziła  jego bezwzględność   i  zniecierpliwienie,  które  zbijały mnie   z  tropu jako 
zupełnie do niego niepodobne, jako wynaturzenie jego prawdziwej osobowości. Dobro i zło 
bezustannie zatem toczyły wojnę. Gdy Dora była dobra, Victor był zły, gdy Dora - zła, Victor 
- dobry. Dobra Dora przywoływała złego Victora, a dobry Victor powracał dopiero wtedy, 
gdy Dora była zła. Ponad rok pozostawałem więźniem tego zaklętego koła.
Przedsiębiorstwo transportu miejskiego z Bostonu winne śmierci mojej matki zaoferowało 
hojne   zadośćuczynienie.   Z   obliczeń   wuja   wynikało,   że   pieniędzy   starczy   na   cztery   lata 
studiów, skromne codzienne wydatki i zostanie jeszcze coś ekstra, co umożliwi mi start w tak 
zwane dorosłe życie. Przez pierwszych kilka lat wuj nie uszczknął z tej polisy ani grosza. 
Żywił mnie z własnej kieszeni, z ochotą, dumny ze swej odpowiedzialności, nie odczuwając 
żadnej pokusy, by podebrać coś z mojej kupki. Ale gdy na scenie pojawiła się Dora, zmienił 
plany. Podjąwszy oprocentowanie nagromadzone od wkładu oraz odrobinę z owego ekstra, 
zapisał mnie do prywatnej szkoły z internatem w New Hampshire, sądząc, że w ten sposób 
odwróci następstwa swych błędnych rachub. Skoro bowiem Dora nie stała się dla mnie matką, 
którą pragnął mi dać, uznał, że należy  poszukać innego rozwiązania. Szkoda ze względu na 
to coś ekstra, ale trudno, nic już nie można było poradzić. Stojąc przed wyborem między 
„teraz" a „potem", Victor zawsze wybierał „teraz"; całe jego życie wspierało się na logice 
impulsywnego działania, więc naturalnie i tym razem zdecydował się na doraźną korzyść.
Spędziłem trzy lata w gimnazjum dla chłopców imienia Świętego Anzelma. Kiedy wróciłem 
do domu po drugim roku, drogi Victora i Dory już się rozeszły, ale nie było sensu zmieniać 
szkoły, więc po letnich wakacjach wyjechałem ponownie do New Hampshire. O rozwodzie 
wuj   powiedział   mi   półgębkiem   i   w   zasadzie   nie   dowiedziałem   się,   co   dokładnie   się 
wydarzyło.   Wspomniał   tylko   o   wyczyszczonych   kontach   bankowych   i   potłuczonych 
talerzach, potem padło jeszcze imię George, tak więc zastanawiałem się, czy obcy facet nie 
uczestniczył aby w całej hecy. Nie dopytywałem się jednak o szczegóły, bo wuj najwyraźniej 
odczuwał większą ulgę, że już po wszystkim, niż smutek, że znów będzie sam. Przetrwał 
wojnę   małżeńską,   co   wcale   nie   znaczy,   że   wyszedł   z  niej   bez   ran.   Zrobił   się   ^żenująco 

background image

niechlujny (urwane guziki, brudny kołnierzyk, wystrzępione nogawki spodni) i nawet jego 
dowcipy  nabrały  smętnej,  niemal   cierpkiej  nuty.   To  były  alarmujące   oznaki,  ale  o  wiele 
bardziej niepokoiła mnie jego fizyczna nieporadność. Potykał się (tajemnicze wykrzywianie 
kolan), wpadał na meble, najwyraźniej tracił rozeznanie. Zdawałem sobie sprawę, że pożycie 
z Dora zbiera swe spóźnione żniwo, niemniej  w tym  musiało być  coś więcej. Nie chcąc 
popaść w trwogę, wmówiłem sobie, że niedołęstwo wuja wiąże się nie tyle ze stanem jego 
ciała, ile ducha. Być może słusznie, ale patrząc z perspektywy czasu, trudno mi uwierzyć, by 
wczesne symptomy widziane tamtego lata nie miały związku z zawałem serca, na który wuj 
zmarł trzy lata później. Sam nic nie mówił, za to szyfrem przemawiało jego ciało, lecz ja nie 
miałem klucza ani rozumu, by szyfr ten złamać.
Gdy przyjechałem do Chicago na Boże Narodzenie, wydawało się, że kryzys minął. Victor 
odzyskał wiele z dawnej werwy, raptem działy się ważne sprawy. We wrześniu rozwiązał z 
Howie'em Dunnem zespół Przy Księżycu  i założyli  nowy,  łącząc  siły z trzema  młodymi 
muzykami,   którzy   obsługiwali   perkusję,   fortepian   i   saksofon.   Nazwali   się   Księżyce   i 
większość repertuaru stanowiły ich własne oryginalne piosenki. Victor pisał teksty, Howie 
komponował,   a   cała   piątka   śpiewała   —   jako   tako.   „Nigdy   więcej   starych   szlagierów   - 
oznajmił   wuj,   gdy   przyjechałem.   -   Nigdy  więcej   pościelówek.   Pijanych   wesel.   Koniec   z 
klezmerką, teraz mierzymy wysoko." Nie  było wątpliwości, że stworzyli oryginalny band, a 
gdy nazajutrz wieczorem poszedłem na ich koncert, piosenki wydały mi się rewelacyjne - 
pełna humoru i życia, odważna forma zgiełku, drwina ze wszystkiego od polityki po miłość. 
Teksty   Victora   miały   posmak   beztroski   i   bezpretensjonalności,   lecz   podszyte   były   iście 
Swiftow-ską satyrą. Spike Jones spotyka się z Schopenhauerem, jeśli coś takiego w ogóle jest 
możliwe.   Howie   załatwił   Księżycom   występ   w   jednym   z   klubów   w   centrum   Chicago   i 
skończyło   się   na   tym,   że   grali   tam   każdego   weekendu   od   Dziękczynienia   do   Świętego 
Walentego. Gdy przyjechałem do Chicago po ukończeniu gimnazjum, zespół szykował się do 
tournee i mówiło się nawet o nagraniu płyty dla wytwórni w Los Angeles. W tych właśnie 
okolicznościach w opowiadanej przeze mnie historii znalazły się książki wuja. W połowie 
września wyruszał w trasę i nie wiedział, kiedy wróci. Był późny wieczór, niespełna tydzień 
przed moim wyjazdem do Nowego Jorku. Victor siedział w fotelu przy oknie, przerzedzając z 
wolna   paczkę   raleighsów   i   popijając   sznapsy   z   kubka   kupionego   w   tysiącu   i   jeden 
drobiazgach. Wyciągnąłem się na kanapie, tonąc z zadowoleniem w odurzających oparach 
bourbona i dymie. Od trzech czy czterech godzin gaworzyliśmy o niczym szczególnym, lecz 
nagle rozmowa ugrzęzła i obaj milczeliśmy, pogrążeni we własnych myślach. Wuj zaciągnął 
się ostatni raz papierosem, zmrużył oczy,,"gdy kłąb dymu spowił jego twarz, następnie zgasił 
niedopałek w swej ulubionej popielniczce, pamiątce z Wystawy Światowej w 1939 roku. 
Patrząc   na   mnie   ze   zmętniała   czułością,   łyknął   z   kubka,   mlasnął   wargami   i   westchnął 
przeciągle.
- No, zaczynają się schody - rzekł. - Kres, rozstanie, słynne pożegnalne słowa. Na szlak, tak 
chyba mówią w westernach. Nawet jeżeli nie będę za często dawał znaku życia, pamiętaj, 
Phileas, że cały czas jesteś w moich myślach. Chciałbym ci powiedzieć, gdzie konkretnie 
będę, ale nie wiem tego. Wzywają nas inne światy i wątpię, by było dużo okazji do pisania 
listów. - Urwał, by zapalić kolejnego papierosa. Gdy przystawił zapałkę, zobaczyłem, że drżą 
mu dłonie. - Nikt nie wie, jak długo to wszystko potrwa - ciągnął. - Howie w każdym razie 
jest wielkim optymistą.  Już mamy  rozległe  angaże  i pewnie nadejdą następne. Kolorado, 
Arizona, Newada, Kalifornia. Weźmiemy kurs na zachód, zanurzymy się w dzicz. Na pewno 
będzie ciekawie bez względu na to, jak się sprawy potoczą. Banda mieszczuchów w krainie 
kowbojów i Indian. Cieszę się na myśl o otwartych przestrzeniach, o graniu własnej muzyki 
pod niebem pustyni. Kto wie, czy nie objawi mi się tam jakaś prawda?
 - Wuj zaśmiał się, jak gdyby chciał stonować powagę swych słów.

background image

-  Rzecz w tym - podjął na nowo wątek - że aby pokonać tak wielkie odległości, będziemy 
zmuszeni podróżować z prędkością światła. Trzeba więc pozbyć się przedmiotów, oddać je, 
wyrzucić. Z bólem jednak myślę,  że  miałyby przepaść  na zawsze,  więc zdecydowałem, że 
tobie   je   przekażę.   W   końcu   komu   prócz   ciebie   mogę   ufać?     Kto   poza   tobą   podtrzyma 
tradycję? Zacznijmy  od książek. Tak, tak, wszystkie, co do jednej. Według mnie nie mogło to 
wypaść w lepszym momencie. Policzyłem je dzisiaj i wyszło, że mam ich tysiąc czterysta 
dziewięćdziesiąt  dwie. Chyba  pomyślna liczba, bo przynosi na pamięć  odkrycie  Ameryki 
przez Kolumba, no i uczelnię, do której się wybierasz, nazwano właśnie od jego nazwiska. 
Niektóre z tych książek są duże, inne małe, jedne opasłe, inne cieniutkie — ale wszystkie 
zawierają słowa. Jeśli przeczytasz te słowa, to prawdopodobnie pomogą ci w nauce. Nie, nie, 
daj spokój, nie chcę nic słyszeć. Ani słowa sprzeciwu. Jak już się zagospodarujesz w Nowym 
Jorku, wyślę ci je pocztą. Zatrzymam tylko drugi egzemplarz Dantego, poza tym dostaniesz 
wszystkie. Następne w kolejce są szachy.  Te drewniane, bo magnetyczne  sobie zostawię. 
Drewniane są dla ciebie. No, a dalej pudełeczko po cygarach z autografami baseballistów. 
Mamy   tam   prawie   wszystkich   Cubsów   z   ostatnich   dwudziestu   lat,   oprócz   tego   kilku 
gwiazdorów i od groma pośledniejszych nazwisk z całej ligi.  Matt Batts, Memo Luna, Rip 
Repulski, Putsy Caballero, Dick Drott. Już powszechna niewiedza o tych postaciach powinna 
je uczynić nieśmiertelnymi. Dalej  rozmaite drobiazgi,  bibeloty, różne byle co.  Pamiątkowe 
popielniczki   z   Nowego   Jorku   oraz   moje   nagrania   Alama,   Mozarta   i   Haydna   z   Orkiestrą 
Cleveland. Album rodzinny i mosiężna tabliczka, którą dostałem jako chłopiec za pierwsze 
miejsce w stanowym konkursie muzycznym. To był tysiąc dziewięćset dwudziesty czwarty, 
jeśli dasz wiarę, dawno, dawno temu. No i wreszcie chcę, żebyś wziął ten garnitur z tweedu, 
który kupiłem u Loopa parę lat temu. Tam,   gdzie jadę, nie będzie mi potrzebny,   a jest z 
najlepszej szkockiej wełny. Miałem go na sobie tylko dwa razy i gdybym go oddał Armii 
Zbawienia,  wylądowałby pewnie na grzbiecie  jakiegoś zapitego  typka  mieszkającego  pod 
mostem. Lepiej więc, żebyś ty go wziął. Doda ci sznytu, a przecież to nie zbrodnia wyglądać 
jak najkorzystniej, prawda? Jutro z rana pójdziemy do krawca, żeby nam go przerobił.
No, to by chyba było na tyle. Książki, szachy, autografy, duperelki i garnitur. Teraz, gdy już 
rozdałem mój dobytek, czuję  się kontent. Nie ma powodu, byś tak na mnie patrzył. Wiem, co 
robię, i cieszę się, że to robię. Jesteś dobrym chłopcem, Phileas, i gdziekolwiek los mnie 
rzuci, ty zawsze będziesz przy mnie. Na razie ruszamy w przeciwnych kierunkach, ale prędzej 
czy później znów się zejdziemy, jestem tego pewien. Wszystko zawsze się w końcu układa, 
zobaczysz, wszystko do siebie pasuje. Dziewięć kręgów. Dziewięć planet. Dziewięć zmian w 
baseballu.   Naszych   dziewięć   żywotów.   'iTylko   się   zastanów.   Podobieństwa   można   by 
mnożyć bez końca. No, dość czczej gadaniny jak na jeden wieczór. Późna godzina nastała, 
,sen   nas   morzy.   Chodź,   daj   mi   dłoń.   O   tak,   dobrze,   twardy   uścisk,   tak   trzeba.   A   teraz 
potrząsnąć. Tak jest, pożegnalny uścisk dłoni. Uścisk, który musi nam wystarczyć do końca 
świata.
Co tydzień lub dwa wuj przysyłał mi kartkę pocztową. Na ogół były to krzykliwe, barwne 
widokówki: zachody słońca nad Górami Skalistymi, plenerowe zdjęcia przydrożnych moteli, 
kaktusów,   ro-deo,   rancz   dla   letników   i   pustynnych   krajobrazów.   Niekiedy   w   pętli 
namalowanego lassa widniały życzenia, a raz^nawet muł przemówił w komiksowej chmurce 
nad swoją głową: „Pozdrowienia z Silver Gulch". Na odwrocie widniały skąpe, nieczytelne 
bazgroły, ale łaknąłem nie tyle konkretnych wieści, ile znaku życia. Prawdziwa frajda kryła 
się w dostawaniu  pocztówek, a im bardziej  były  nie-gustowne i prostackie,  tym  większą 
sprawiały mi przyjemność. Ilekroć znajdowałem kartkę w skrzynce na listy, miałem poczucie, 
że łączy mnie z wujem jakiś żart, a najlepsze widokówki (pusta restauracja w Reno, gruba 
kobieta na koniu w Cheyenne) wieszałem nad łóżkiem. Kolega, z którym dzieliłem pokój, 
rozumiał   fascynację   pustą   restauracją,   ale   amazonka   zbijała   go   z   tropu.   Wyjaśniłem,   że 

background image

przypomina uderzająco byłą żonę wuja, Dorę. Powiedziałem, że dziwnie się plecie na tym 
bożym świecie, toteż jest duże prawdopodobieństwo, że to Dora we własnej osobie.
Ponieważ   wuj   nigdzie   nie   zabawiał   długo,   trudno   mi   było   odpisywać.   Pod   koniec 
października   wysmażyłem   dziewięciostroni-cowy   list   o   awarii   prądu   w   Nowym   Jorku 
(utknąłem w windzie z dwoma kolegami), ale wysłałem go dopiero w styczniu, kiedy to 
Księżyce   rozpoczęli   trzytygodniowe   występy   w   Tahoe.   Choć   nie   mogłem   często   pisać, 
utrzymywałem   z   wujem   więź   duchową,   nosząc   jego   garnitur.   Garnitury   nie   były   wtedy 
modne wśród studentów, ale ja w podarowanym czułem się swojsko, a .ponieważ w żadnym 
miejscu  na  świecie  tak   się nie  czułem,  nosiłem   go okrągły    rok. W  chwilach   napięcia   i 
zgryzoty   znajdowałem   szczególną   pociechę   w   tym,   że   otacza   mnie   szczelnie   ciepło 
wujowskiego ubrania. Chwilami wyobrażałem sobie, że garnitur utrzymuje moje ciało w f 
jedności, że gdybym go nie włożył, rozsypałoby się w drobny mak.
* Służył  za kokon, za drugą skórę, która chroniła mnie  od razów życia.  Patrząc na to z 
perspektywy   lat,   widzę,   jakże   osobliwą   postacią   byłem:   mizerny,   rozczochrany,   spięty 
młodzieniec,s wyraźnie w rozdźwięku ze światem^ Lecz prawda była taka, że nie pragnąłem 
się dostosować. Jeżeli "Koledzy wskazywali mnie palcem jako odmieńca, to nie ja miałem 
zmartwienie. Byłem wzniosłym myślicielem, zacietrzewionym, skorym do zwady geniuszem 
przyszłości, zamkniętym w sobie Malevole, który stroni od stada. Niemal rumienię się dziś ze 
wstydu na wspomnienie śmiesznych póz, które dawniej przybierałem. Byłem groteskowym 
zlepkiem  nieśmiałości J i arogancji, miotałem się między długimi  okresami uporczywego 
milczenia a napadami ognistej zajadłości. Gdy brał mnie nastrój, całe noce przesiadywałem w 
barach, pijąc i paląc, jak gdybym postanowił się wykończyć^cytując wersy z pomniejszych 
szesnasto-wiecznych   poetów,   czyniąc   niezrozumiałe   nawiązania   po   łacinie   do 
średniowiecznych  filozofów, słowem: robiąc co w mojej mocy,  by wywrzeć  wrażenie na 
kolegach. Osiemnaście lat to okropny wiek i gdy tak budziłem się co dzień z przekonaniem, 
że jestem doro-ślejszy od wielu moich rówieśników, prawda była taka, że znalazłem tylko 
inny   wyraz   dla   swej   niedojrzałej   młodości.   Oznaką   mej   tożsamości   był   nade   wszystko 
tweedowy garnitur - godło, przez pryzmat którego pragnąłem być postrzegany. Obiektywnie 
nie można mu było nic zarzucić. Ciemnozielona wełna w drobną kratkę, z wąskimi klapami - 
trwałe, dobrze skrojone ubranie - ale po kilku miesiącach codziennego noszenia wyglądałem 
w nim jak strach na wróble, bo wisiał na mym szczupłym ciele niby oklapły płaszcz dumy. 
Koledzy   nie   zdawali   sobie   naturalnie   sprawy,   że   to   z   powodów   uczuciowych   wkładam 
każdego ranka tę zardzewiałą zbroję. Pod pozą nonkonformisty zaspokajałem pragnienie, by 
mieć wuja u boku, i rodzaj ubioru nie miał znaczenia. Gdyby Victor podarował mi frak, bez 
wątpienia nosiłbym go z takim samym nastawieniem. Gdy wiosną zajęcia dobiegły końca, 
odrzuciłem propozycję mego kolegi Zimmera, żebyśmy dzielili pokój w następnym roku. 
Dość go lubiłem (w rzeczywistości był moim najlepszym kumplem), ale po czterech latach 
burs i akademików nie oparłem się pokusie mieszkania-saoiemu. Znalazłem sobie kąt na Sto 
Dwunastej Ulicy się tam piętnastego czerwca, przyby wszy z torbami na miejsce tuż przed 
dwoma   rosłymi   mężczyznami,   którzy   wtaszczyli   siedemdziesiąt   dwa   kartony   wujowskich 
.książek,   od   dziewięciu   miesięcy   oczekujących   w   przechowalni.   Była   to   kawalerka   na 
czwartym   piętrze   dużej   kamienicy   z   windą:   jeden   pokój   średniej   wielkości   z   aneksem 
kuchennym od południowego wschodu, garderoba, łazienka i para okien, które wychodziły na 
alejkę. Na parapecie  tłukły się i gruchały gołębie, a na chodniku pod murem stało sześć 
sfatygowanych   pojemników   na   śmiecie.   Mieszkanie   było   ciemne,   przesycone   szarością   i 
nawet w najsłonecz-niejszą pogodę łowiło jedynie skąpe światło. Z początku mnie mroziło; 
odczuwałem  lekki strach przed życiem  na własną rękę, ale  wkrótce  dokonałem pewnego 
odkrycia, które pozwoliło mi zapałać żywszym uczuciem do nowego miejsca i zadomowić się 
w   nim.   Wydarzyło   się   to   wieczorem   drugiego   lub   trzeciego   dnia:   całkiem   przypadkowo 
stanąłem   między   dwoma   oknami,   patrząc   pod   ostrym   kątem   przez   lewe.   Pobiegłem 

background image

spojrzeniem w bok i nagle dostrzegłem odstęp między budynkami naprzeciwko. Patrzyłem na 
Broad-way, na najmniejszy, ścieśniony skrawek Broadwayu, a wyjątkowość sytuacji polegała 
na   tym,   że   całą   widzianą   przeze   mnie   przestrzeń   wypełniał   neon,   pochód   rozjarzonych 
niebieskich   i   różowych   liter,   które   układały   się   w   dwa   słowa:   „Księżycowy   Pałac". 
Zorientowałem się, że to szyld chińskiej restatiracji przy następnej przecznicy, ale siła, z jaką 
natarły na mnie te słowa, wyrugowała wszelkie praktyczne powiązania i skojarzenia. To były 
magiczne   litery,   wisiały   w   mroku   jak   przekaz   z   samego   nieba.   Księżycowy   Pałac. 
Natychmiast pomyślałem o wuju Victorze i jego zespole i w tej jednej irracjonalnej chwili 
odstąpił   ode   mnie   strach.   Nigdy   w   życiu   nie   doświadczyłem   czegoś   równie   nagłego   i 
przemożnego. Nagi i niechlujny pokój przemienił się w miejsce pełne duchowości, w punkt 
przecinania się dziwnych omenów i tajemniczych, nieodpartych zdarzeń. Patrzyłem uparcie 
na neon i z wolna zrozumiałem, że trafiłem pod właściwy adres, że to małe mieszkanie jest 
miejscem, w którym powinienem żyć.
Lato spędziłem pracując na pół etatu w księgarni, chodząc do kina oraz zakochując się i 
odkochując   w   dziewczynie   imieniem   Cynthia,   której   twarz   dawno   zatarła   się   w   mojej 
pamięci. Coraz lepiej czułem się w nowym mieszkaniu i gdy jesienią rozpoczęły się zajęcia, 
rzuciłem się w szaleńczy wir nocnych pijatyk z Zimmerem i kolegami, sercowych uniesień 
oraz długich okresów zaklętego milczenia, czytania i nauki. Znacznie później, gdy spojrzałem 
na to z perspektywy lat, dotarło do mnie, jak owocny był to czas.
Następnie skończyłem dwadzieścia lat i kilka tygodni później dostałem długi, bełkotliwy list 
od   wuja   Victora,   napisany   ołówkiem   na   odwrocie   żółtych   zamówień   na   encyklopedię 
Humboldta. Z tego, co zdołałem się zorientować, dla Księżyców nastały ciężkie czasy i po 
długim   paśmie   niepowodzeń   (zerwane   kontrakty,   przebite   opony   na   trasie,   saksofonista 
zamalowany przez pijaka w nos) zespół w końcu się rozpadł. Od listopada wuj mieszkał w 
Boise   w   stanie   Idaho,   gdzie   znalazł   dorywczą   pracę   jako   domokrążny   sprzedawca 
encyklopedii. Ale sprawy nie układały się po jego myśli  i po raz pierwszy w ciągu tych 
wszystkich lat, od kiedy znałem Victora, usłyszałem nutę rezygnacji w jego słowach. „Klarnet 
zastawiony w lombardzie - napisał. - Na koncie bankowym ani grosza, a mieszkańcy Boise 
nie czytują encyklopedii".
Wysłałem   wujowi   pieniądze   przekazem   telegraficznym,   następnie   puściłem   depeszę, 
nakłaniając  go  do  przyjazdu  do  Nowego   Jorku.  Kilka   dni  później  nadeszła  odpowiedź   z 
podziękowaniem za pomoc. Victor napisał, że do końca tygodnia uporządkuje swoje sprawy i 
przybędzie pierwszym autobusem. Obliczyłem, że zjawi się we wtorek, środę najpóźniej. Ale 
środa minęła, a on się nie pokazał. Wysłałem drugi telegram, lecz odpowiedzi nie było. W 
głowie roiły mi się niezliczone tragedie. Wyobrażałem sobie wszystko, co tylko może się 
przydarzyć człowiekowi między Boise a Nowym Jorkiem, i tak oto amerykański kontynent 
przemienił   się   w   wielką   strefę   zagrożenia,   koszmar   pełen   pułapek,   niebezpieczeństw   i 
labiryntów. Próbowałem odszukać właściciela domu, w którym wuj wynajmował pokój, ale 
bez   powodzenia.   Ostatecznie   zatelefonowałem   na   policję   w   Boise.   Szczegółowo 
przedstawiłem   moją   sprawę   sierżantowi   nazwiskiem   Neil   Armstrong.   Nazajutrz   sierżant 
oddzwo-nił z wiadomością. Wuja Victora znaleziono w pokoju na Dwunastej Ulicy Północnej 
-   siedział   zgarbiony   na   krześle,   ubrany   w   płaszcz,   z   na   wpół   złożonym   klarnetem   w 
zastygłych palcach prawej dłoni. Przy drzwiach stały dwie spakowane walizki. Przeszukano 
pokój, ale władze nie dopatrzyły się żadnych śladów przestępstwa. Wedle wstępnego raportu 
lekarza   sądowego   przyczyną   zgonu   był   najprawdopodobniej   zawał   serca.   „Życie   nas   nie 
pieści, młody człowieku - skwitował sierżant. - Bardzo mi przykro".
Nazajutrz   poleciałem   samolotem   na   zachód,   by   załatwić   formalności.   W   kostnicy 
zidentyfikowałem wuja, spłaciłem jego długi, podpisałem dokumenty i druczki oraz zleciłem 
przewóz   ciała   do   Chicago.   Pracownik   zakładu   pogrzebowego   w   Boise   był   zrozpaczony 

background image

stanem zwłok. Przez niemal tydzień rozkładały się w wynajętym  pokoju, więc niewiele już 
można było z nimi zrobić. „Na pana miejscu — ostrzegł — cudu bym się nie spodziewał".
Załatwiłem   telefonicznie   pogrzeb,   skontaktowałem   się   z   kilkoma   przyjaciółmi   Victora 
(Howie'em   Dunnem,   saksofonistą   ze   złamanym   nosem   i   paroma   byłymi   uczniami),   bez 
przekonania   spróbowałem   odnaleźć   Dorę   (ani   śladu),   po   czym   wróciłem   z   trumną   do 
Chicago. Victor spoczął obok mojej matki. Niebo zasypywało nas kroplami deszczu, kiedy 
tak staliśmy i patrzyliśmy, jak nasz przyjaciel niknie w ziemi. Potem pojechaliśmy do domu 
Howie'ego Dunna na North Side, gdzie jego żona przygotowała skromną stypę, złożoną z 
zimnych   mięs   i   gorącej   zupy.   Płakałem   bez   przerwy   od   czterech   godzin,   a   u   Dunnów 
łyknąłem szybko wraz z jedzeniem pięć czy sześć podwójnych bourbonów. Alkohol mnie 
pokrzepił i po jakiejś godzinie zacząłem głośno śpiewać piosenki. Howie akompaniował mi 
na fortepianie i na moment zrobiło się gwarno. Naraz zwymiotowałem na podłogę i czar 
prysł. O szóstej pożegnałem się ze wszystkimi i wyszedłem chwiejnym krokiem na deszcz. 
Włóczyłem się bez celu dwie albo trzy godziny, znów zwymiotowałem na czyjś próg, po 
czym napotkałem chudą, szarooką prostytutkę imieniem Agnes, która stała pod parasolką na 
oświetlonej neonami ulicy. Poszedłem z nią do pokoju w hotelu Eldorado, wygłosiłem krótki 
wykład   o   poezji   Waltera   Raleigh,   następnie   śpiewałem   kołysanki,   a   ona   się   rozebrała   i 
rozłożyła nogi. Nazwała mnie wariatem, ale dałem jej sto dolarów, więc zgodziła się spędzić 
ze mną noc. Źle jednak spałem i o czwartej nad ranem wyślizgnąłem się z łóżka, włożyłem 
mokre wciąż ubranie i pojechałem taksówką na lotnisko.
0  dziesiątej rano byłem z powrotem w Nowym Jorku.
W   ostatecznym   rozrachunku   problemem   nie   był   smutek.   Smutek   był   może   pierwszą 
przyczyną, ale wkrótce ustąpił czemuś innemu - bardziej namacalnemu, bardziej wymiernemu 
w skutkach, zgubniej szemu w swym działaniu. W ruch poszedł cały łańcuch sił 1  w pewnym 
momencie   zacząłem   się   słaniać,   latać   wokół   własnej   osi   po   coraz   większym   okręgu,   aż 
wreszcie wypadłem z orbity.
Rzecz w tym, że moja sytuacja finansowa była coraz gorsza. Zdawałem sobie z tego sprawę 
od pewnego czasu, ale jak dotąd niebezpieczeństwo ledwie majaczyło w oddali, więc nie 
poświęciłem mu choćby chwili zastanowienia. Jednak w wyniku śmierci wuja wydałem w 
tych okropnych dniach parę tysięcy dolarów i tak oto szlag trafił zasoby, które miały mnie 
przeprowadzić  bezpiecznie  przez studia.  Uświadomiłem  sobie, że nie dotrwam do końca, 
jeżeli     nie  zrobię  czegoś,  by pozyskać  pieniądze.  Policzyłem,   że  jeżeli  będę  wydawał   w 
dotychczasowym   tempie,   moje   oszczędności   skończą   się   w   listopadzie   ostatniego   roku 
studiów. A policzyłem wszystko co do grosza.
Pierwszą myślą było rzucić naukę, ale po dniu czy dwóch zastanowienia nie  zdecydowałem 
się na ten   krok.   Przyrzekłem wujowi, że skończę studia, a ponieważ już go nie było, nie 
mógł przystać na zmianę mych  planów, uznałem więc, że nie wolno mi złamać   danego 
słowa.  Do tego dochodziła kwestia poboru  do wojska. Jeżeli rzuciłbym uczelnię, cofnęliby 
mi odroczenie, a nie uśmiechała mi się bohaterska śmierć w azjatyckiej dżungli. Pozostanę 
więc w Nowym Jorku, zdecydowałem, i będę się dalej uczył na Columbii. To była słuszna 
decyzja, tak właśnie należało zrobić. Sądziłem, że po tym obiecującym początku nietrudno mi 
już   będzie   postępować   rozsądnie.   Ludzie   w   mojej   sytuacji   mają   przecież   najrozmaitsze 
ewentualności do wyboru — stypendia, pożyczki, nauka połączona z zarobkowaniem - ale 
kiedy zacząłem się nad nimi zastanawiać, zdjęła mnie ohyda. Była  to nagła, mimowolna 
reakcja,   gwałtowny   napad   nudności.   Uświadomiłem   sobie,   że   nie   chcę   mieć   z   tym   nic 
wspólnego, zatem wszystko odrzuciłem - stanowczo, z pogardą, zdając sobie w pełni sprawę, 
że właśnie pogrzebałem jedyną nadzieję na uniknięcie tarapatów. W istocie od tej chwili nie 
uczyniłem nic, by się ratować, nie kiwnąłem nawet palcem. Bóg raczy wiedzieć, dlaczego tak 
się   zachowałem.   W   owym   czasie   wymyślałem   niezliczone   uzasadnienia,   ale   rzecz 
sprowadzała się chyba do rozpaczy. Gdyż byłem w rozpaczy i obolały od wielkiego wstrząsu 

background image

poczułem,   że   konieczny   jest   drastyczny   czyn.   Chciałem   plunąć   na   świat,   zdobyć   się   na 
najdziwniejszą rzecz pod słońcem, i Z zapałem i idealizmem młodego człowieka, który zbyt 
wiele myśli ] i zbyt  wiele czyta  książek, uznałem, że nie powinienem robić nic: j moim 
czynem będzie nieustępliwa odmowa jakiegokolwiek działa-! nią. Nihilizm podniesiony do 
rangi wypowiedzi artystycznej. Prze-'<. mienię swe życie w dzieło sztuki, poświęcę się dla 
tak   przecudow-nych   paradoksów,   że   z   każdym   oddechem   będę   się   rozkoszowa   mym 
przeznaczeniem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazy wały na całkowite zaćmienie i gdy 
tak   po   omacku   szukałem   nowe   interpretacji,   z   wolna   wabił   mnie   obraz   mroku,   pociągał 
prostot; i brakiem desenia. Nie zrobię nic, by udaremnić nieuchronne, al też nie wybiegnę mu 
naprzeciw.   Jeżeli   jeszcze   przez   chwilę   życi   ibędzie   biegło,Jak   dotąd   -   tym   lepiej.   Będę 
cierpliwy, będę si Jtrzymał.; Rzecz w tym, że zwyczajnie wiedziałem, co mnie cźefó a czy 
wydarzy się to dziś czy jutro, nie miało znaczenia, bo tak czy owak się wydarzy. Całkowite 
zaćmienie.   Bestia   została   ukatrupiona,   wróżba   wywiedziona   z   jej   wnętrzności.   Księżyc 
przesłoni słońce i wtedy zniknę. Będę spłukany, będę wrakiem człowieka bez grosza przy 
duszy.
Właśnie wtedy zacząłem czytać książki wuja. Dwa tygodnie po pogrzebie wybrałem sobie na 
chybił trafił jeden z kartonów, starannie rozciąłem nożykiem taśmę i pochłonąłem wszystko, 
co znalazłem w środku. Była to dziwna mieszanina, spakowana bez wyraźnego porządku czy 
intencji. W pudle mieściły się powieści i sztuki teatralne, książki historyczne i podróżnicze, 
przewodniki szachowe i kryminały,  science fiction i dzieła filozoficzne - absolutny chaos 
piśmienniczy.   Nie   robiło   mi   to   jednak   różnicy.   Każdą   książkę   czytałem   do   końca   i 
powstrzymywałem się przed formułowaniem ocen. Dla mnie każda była warta tyle samo co 
inne, każde zdanie składało się z odpowiedniej liczby słów, każde słowo znajdowało się w 
odpowiednim miejscu. Tak właśnie opłakiwałem wuja Victora. Jeden za drugim otwierałem 
kartony, jedną za drugą czytałem książki. Takie zadanie sobie postawiłem i zamierzałem w 
nim wytrwać do upadłego.
Kolejne   pudła   kryły   zbieraninę   podobnie   jak   pierwsze,   misz-masz   literatury   wysokich   i 
niskich lotów, pliki efemeryd  powtykane między klasykę, zaczytane  paperbacki wciśnięte 
między wydania w twardych okładkach, szmira w jednym szeregu z Donnę'em i Tołstojem. 
Wuj  Victor  nie  uporządkował swej  biblioteki  wedle  żadnej  systematyki.  Ilekroć  kupował 
nową   książkę,   stawiał   ją   na   półce   obok   nabytej   poprzednio   i   tak   po   trochu   rzędy   się 
wydłużały,  zabierając z upływem lat coraz więcej miejsca. W tym  właśnie szyku książki 
trafiły   do   pudeł.   Tylko   chronologia   się   zachowała,   kolejność   była   nienaruszona   przez 
zaniechanie.   Uznałem   to   za   idealny   porządek.   Ilekroć   otwierałem   następny   karton, 
wkraczałem w nowy wycinek życia mego wuja, zamknięte pasmo dni, tygodni lub miesięcy, i 
znajdowałem  pociechę   w myśli,  że   zajmuję  tę   samą  przestrzeń  umysłową,   którą  niegdyś 
zajmował Victor - że czytam te same słowa, przeżywam te same historie, być może formułuję 
te same myśli. Było niemal tak, jak gdybym podążał tropem dawnego podróżnika, postępując 
jego śladem z czasów, gdy wypuścił się on na dziewicze terytorium, skierował na zachód 
wraz z ruchem słońca, podążał za światłem aż do całkowitego zgaśnięcia. Ponieważ kartony 
nie były ponumerowane ani oznaczone, nigdy nie wiedziałem, w jaki okres życia mego wuja 
wkraczam. Wędrówka składała się zatem  dyskretnych, urywkowych wypadów. Z Bostonu do 
Lenox,   na   nrzykład.   Z   Minneapolis   do   Sioux   Falls.   Z   Kenoshy   do   Salt   Lakę   City   Nie 
przeszkadzało mi, że muszę skakać po mapie. W końcu wypełnią się wszystkie luki, przebyte 
zostaną   wszystkie   odległości.   Wiele   z   tych   książek   przeczytałem   już   wcześniej,   inne 
przeczytał mi kiedyś na głos wuj: Robinson Kruzoe, Doktor Jekyll i pan Hyde Niewidzialny 
człowiek.   Nie   odrzuciłem   ich   jednak.   Brnąłem   przez   wszystko   z   jednakowym   zapałem, 
pożerając znane równie chciwie co nie znane. W kątach pokoju rosły przeczytane stosy, a 
ilekroć taka kolumna groziła zawaleniem, pakowałem ją do dwóch toreb na zakupy i brałem 
ze   sobą   na   zajęcia.   Naprzeciw   kampusu,   po   drugiej   stronie   Broadwayu,   znajdował   się 

background image

antykwariat Chandlera, ciasna i zakurzona nora, w której kwitł handel używanymi książkami. 
Od lata 1967 do lata 1969 roku zaszedłem tam paręnaście razy, uwalniając się po trochu od 
swego dziedzictwa. To był jedyny czyn, na jaki sobie pozwoliłem - skorzystać z tego, co już 
posiadam.   Bolało   mnie,   że   rozstaję   się   z   dawną   własnością   wuja,   ale   jednocześnie 
wiedziałem,  że nie  miałby do mnie  żalu.  Dług wobec niego  spłaciłem  w pewien  sposób 
lekturą,   a   teraz,   skoro   brakowało   mi   pieniędzy,   wydawało   się   logiczne,   że   powinienem 
zdobyć się na ten krok i zamienić książki na gotówkę.
Kłopot polegał jednak na tym, że nie zarabiałem na nich dostatecznie dużo. Chandler twardo 
się   targował,   a   jego   wyobrażenie   o   książkach   tak   różniło   się   od   mojego,   że   nie   bardzo 
wiedziałem, co mu powiedzieć. Dla mnie książki były nie tyle składnicami słów, ile samymi 
słowami, a wartość konkretnej zależała od jej rangi duchowej, a nie stanu fizycznego. Homer 
o oślich uszach wart był więcej od Wergilego w nieskazitelnej szacie, trzy tomy Descartesa - 
mniej   niż   jeden   tomik   Pascala.   Te   zasadnicze   -   dla   mnie   -rozróżnienia   nie   istniały   dla 
Chandlera. W jego oczach książka była wyłącznie przedmiotem, rzeczą przynależną do świata 
rzeczy i jako taka nie różniła się znacząco od pudełka po butach, przepychacza sedesowego 
albo filiżanki. Ilekroć przynosiłem kolejny okruch księgozbioru wuja, stary spryciarz zawsze 
postępował  rutynowo.  Z   odrazą  wertował   kartki,   przyglądał  się  grzbietom,   tropił   skazy  i 
plamy, sprawiając wrażenie człowieka biorącego do ręki nieczystości. Tak toczyła się gra. 
Zaniżając wartość towaru, Chandler mógł dyktować skandalicznie niskie ceny. Po trzydziestu 
latach   praktyki   wykształcił   na   swój   użytek   odpowiednią   pozę,   repertuar   pomruków   i 
sarkastycznych uwag pod nosem, min, cmoknięć, smutnego kiwania głową. Spektakl ten miał 
na   celu   uzmysłowić   mi   całkowitą   opaczność   mych     własnych   ocen,   wzbudzić   we   mnie 
poczucie wstydu, że w ogóle miałem czelność przynieść książki po wuju. Chcesz powiedzieć, 
student, że spodziewasz się pieniędzy za coś takiego? A czy spodziewasz się pieniędzy od 
śrnieciarza, kiedy wywozi twoje barachło? Wiedziałem, że jestem oszukiwany, lecz rzadko 
zdobywałem się na sprzeciw. No bo jaki miałem wybór? Chandler "występował z pozycji siły 
i nic nie można było na to poradzić - bo mnie zależało na sprzedaży, a jemu nie zależało na 
kupnie. Nie było sensu udawać, że nie jestem zdesperowany. Wówczas nic bym nie sprzedał, 
a to byłoby gorsze, niż dać się oszukać. Zauważyłem jednak, że na handlu wychodzę lepiej, 
gdy przynoszę mniejsze porcje, nie więcej niż dwanaście, piętnaście książek na raz. Wtedy 
przeciętna cena za tom lekko zwyżkowała. Ale im mniejsze byłyby wymiany, tym częściej 
musiałbym   przychodzić   do   antykwariatu,   a   zdawałem   sobie   sprawę,   że   powinienem   się 
zjawiać jak najrzadziej, bo im więcej miałbym do czynienia z Chandlerem, tym moja pozycja 
byłaby słabsza. Jakkolwiek bym postąpił, stary spryciarz i tak był górą. Mimo wielokrotnych 
moich wizyt nie próbował mnie nawet zagaić. Nigdy się nie witał, nie zdobył na uśmiech, nie 
podał mi ręki. Zachowywał się tak obojętnie, że czasem zastanawiałem się, czy pamięta mnie 
z ostatniej transakcji. Traktował mnie tak, jak gdybym za każdym razem był innym klientem - 
galeria obcych, przypadkowa zgraja.
W miarę jak sprzedawałem książki, moje mieszkanie przechodziło przeobrażenia. Było to 
nieuniknione,   bo   ilekroć   otwierałem   nowy   karton,     niszczyłem   mebel.     Łóżko   zostało 
zdemontowane,   krzesła   kurczyły   się,   aż   znikły,   biurko   zdematerializowało   się   w   pustą 
przestrzejliMoje życie stało się gromadzeniem nicości i było | to cos, co w istocie rzeczy 
postrzegałem zmysłami: namacalna,.) ip^czkująca pustka.] Ilekroć zapuszczałem się w dawne 
życie   wuja,   przynosiło   to   wymierny   efekt,   rezultat   w   rzeczywistym   świecie.   Następstwa 
zawsze miałem przed oczyma i nie było sposobu uciec od nich. Tyle kartonów jeszcze jest, 
tyle poszło. Wystarczyło ogarnąć wzrokiem mieszkanie, by wiedzieć, co się dzieje. Pokój był 
machiną,   która   odmierzała   moją   zmieniającą   się   kondycję:   ileTnme"]   zostało,   ile   ubyło. 
Byłem   jednocześnie   sprawcą   i   świadkiem   zda-   i   rżenia,   aktorem   i   widownią   w 
jednoosobowym teatrze. Podążałem • \ śladem mego rozpadu. Patrzyłem, jak niknę kawałek 
po kawałku.   / -•                                    -                   —"•       — -        ••; •—*

background image

Był   to   naturalnie   czas   trudny   dla   wszystkich.   Pamiętam   go   jako   okres   zawirowań 
politycznych, tłumów, oburzenia, megafonów  i przemocy. Wiosną 1968 roku każdy kolejny 
dzień zdawał się rzygać nowym kataklizmem. Nie Praga, to Berlin, nie Paryż, to Nowy Jork. 
W Wietnamie było już pół miliona żołnierzy. Prezydent obwieścił, że nie będzie się ubiegał o 
drugą kadencję. Ludzie ginęli w zamachach. Po latach walk wojna tak się rozrosła, że skalane 
nią były nawet najmniejsze myśli, i zdawałem sobie sprawę, że bez względu na to, co zrobię 
lub czego nie zrobię, biorę w niej udział jak każdy inny. Pewnego wieczora, gdy siedziałem w 
Riverside Park i gapiłem się na rzekę, zobaczyłem, jak na drugim brzegu eksploduje zbiornik 
z olejem. Niebo wypełniły nagle płomienie i gdy tak patrzyłem, jak rozdarte kawały płonącej 
blachy fruną nad nurtem Hudsonu i spadają u mych stóp, przyszło mi do głowy, że _. ł~fego 
co wewnętrzne i co zewnętrzne nie da się rozdzielić bez) •• j uszczerbku dla prawdy. \ Jeszcze 
tego samego miesiąca kampus TColumBli przemienił się w pole bitewne, a setki studentów 
aresztowano, nie wyłączając tak niepoprawnych marzycieli jak Zimmer i ja. Nie zamierzam o 
tym  opowiadać, bo to sprawy ogólnie znane, bezcelowe  byłoby więc przywoływać  je na 
nowo. Nie znaczy to jednak, że chcę, by o nich zapomniano. Moja własna historia wznosi się 
na gruzach tamtych dni i należy sobie ten fakt uświadomić, w przeciwnym razie nic z niej nie 
miałoby sensu.
Gdy rozpocząłem trzeci  rok na uczelni (wrzesień 1967), epoka garnituru należała  już do 
przeszłości.   Sponiewierane   przez   ulewę   w   Chicago,   spodnie   wytarły   się   na   siedzeniu,   a 
marynarka puściła w szwach przy kieszeniach i na plecach, więc zrzuciłem to ubranie na 
zawsze, uznając sprawę za przegraną. Powiesiłem garnitur w garderobie  jako pamiątkę  z 
lepszych   czasów,   po   czym   poszedłem   kupić   sobie   najtańszą   i   najtrwalszą   odzież,   jaką 
mogłem dostać: buty robocze, dżinsy, flanelowe koszule oraz używaną skórzaną kurtkę w 
sklepie z demobilem. Koledzy byli zdumieni odmianą, ale nie dałem im nawet okazji się 
wypowiedzieć,   gdyż   najmniej   mnie   obchodziła   ich   opinia.   To   samo   z   telefonem. 
Zrezygnowałem z linii nie dlatego, żeby się odciąć od świata, ale dlatego, że nie mogłem 
sobie   dłużej   na   nią   pozwolić.   Kiedy   Zimmer   wygłosił   mi   pewnego   dnia   kazanie   pod 
biblioteką,  uskarżając się, że trudno się ze mną skontaktować, uniknąłem wspominania o 
swych problemach z pieniędzmi, wdając się w długi wywód o drutach, głosach i zaniku więzi 
międzyludzkiej.
-   Głos   przekazywany   w   postaci   sygnału   elektrycznego   to   już   nie   jest   prawdziwy   głos   - 
stwierdziłem. - Przywykliśmy do tych pozorów nas samych, ale gdy przystanąć i zastanowić 
się   chwilę,     dojdziemy   do   wniosku,  że   telefon   to   instrument   fałszu   i   fantazji.   Narzędzie 
komunikacji między duchami. Głos w słuchawce to ustna wydzielina umysłu bez ciała. Ja 
chcę widzieć osobę, z którą rozmawiam. Jeśli nie mogę, wolę nie rozmawiać.
Błazenada   tego   rodzaju   stawała   się   z   wolna   moim   wyróżnikiem   -   wymówki,   nieszczera 
gadka, dziwaczne teorie wysnuwane w odpowiedzi na zupełnie rozsądne pytania. Ponieważ 
nie chciałem, by ktokolwiek wiedział, że jestem pod ścianą, nie miałem innego wyboru, jak 
wyłgiwać się z opałów. Im gorzej mi się wiodło, tym osobliwsze i bardziej zwichrowane były 
moje pomysły. Dlaczego przestałem palić, pić, jadać w barach - nigdy nie brakło mi inwencji, 
by   wymyślić   jakieś   niedorzeczne,   pozornie   racjonalne   uzasadnienie.   W   efekcie 
zachowywałem się jak pustelnik anarchista, bzik, luddy-ta*. Moi koledzy nie posiadali się ze 
zdumienia   i   w   ten   sposób'   zdołałem   ustrzec   swą   tajemnicę.   W   mym   blagierstwie   dużą 
niewątpliwie rolę odegrała duma, ale najważniejsza była niechęć, by ktokolwiek wchodził mi 
w drogę, którą sobie wytyczyłem.  Rozmowa o tym  prowadziłaby wyłącznie  do wyrazów 
współczucia, być może nawet do ofert pomocy, a to przekreśliłoby całą sprawę. Zamiast tego 
wolałem zamurować się w delirium własnych  postanowień, stroiłem sobie żarty z każdej 
sposobności ratunku i czekałem, aż mój czas dobiegnie końca.
Ostatni rok był najcięższy. W listopadzie przestałem płacić rachunki za prąd i w styczniu 
zjawił   się   mężczyzna   z   Con   Edison,   J?.y   wyłączyć   licznik.   jPotenTprzez   kilka   tygodni 

background image

eksperymentowałem™1-z rozmaitymi  świecami,  sprawdzając każdy rodzaj pod względem 
ceny, jasności światła i trwałości. Ku memu zdumieniu najlepszym j \interesem okazały się 
żydowskie świece wspominkowe. W migot- j iliwych płomykach i cieniach dostrzegałem 
nadzwyczajne piękno, / a gdy już umilkła lodówka (koniec z kapryśnymi, niespodziewany- / 
ani parsknięciami), uznałem, że lepiej mi bez elektryczności. Co- / ikolwiek można by o mnie 
powiedzieć,   z   pewnością   byłem   odporny.   W   każdym   nowym   ubytku   doszukiwałem   się 
korzyści,~   a""k7edy"już~'   nauczyłem   się   żyć   bez   konkretnych   wygód,   wyrzucałem   je   ze 
swych myśli na zawsze. Wiedziałem, że ten proces nie może trwać wiecznie, że w końcu 
dojdę do rzeczy, bez których nie można się obejść * Luddytami nazywano w początkach XIX 
wieku robotników niszczących ma szyny w uprzemysłowionych rejonach Anglii. W postępie 
technicznym upatrywali oni źródła bezrobocia i biedy. Termin ten pochodzi od ich przywódcy 
Neda Ludda (przyp tłum.).
ale na razie dziwiłem się tylko sobie, że w tak niewielkim stopniu żałuję tego, co utraciłem. Z 
wolna, acz nieuchronnie przekonałem się, że jestem zdolny zabrnąć bardzo daleko - znacznie 
dalej, niż początkowo mi się wydawało.
Po   opłaceniu   ostatniego   semestru   nauki   zostało   mi   niespełna   sześćset   dolarów.   Miałem 
jeszcze   kilkanaście   kartonów   książek   oraz   pudełko   z   autografami   i   klarnet.   Składałem 
niekiedy instrument i dla dodania sobie otuchy dmuchałem w ustnik, napełniając mieszkanie 
osobliwymi   paroksyzmami   tonów,   zgiełkiem   pisków   i   jęków,   śmiechem   i   płaczliwym 
zgrzytem. W marcu sprzedałem autografy kolekcjonerowi nazwiskiem Milo Flax, dziwakowi 
z nimbem kręconych włosów na głowie, który ogłaszał się na ostatnich stronach „Sporting 
News". Kiedy zobaczył rzędy autografów Cubsów, zdjęła go groza. Wpatrzył się z czcią w 
karteczki, następnie spojrzał na mnie ze łzami w oczach i mężnie przepowiedział, że rok 1969 
będzie należał do naszej drużyny. Niewiele się pomylił, jak wiadomo, proroctwo spełniłoby 
się co do joty, gdyby nie spadek formy pod koniec sezonu pospołu z błyskawicznym finiszem 
hołoty zwanej  Metsami.  Autografy przyniosły  mi  sto pięćdziesiąt  dolarów, które  pokryły 
ponadmiesięczny   czynsz.   Sprzedane   książki   z   kolei   zapewniły   wikt,   tak   więc   zdołałem 
przetrwać   kwiecień   i   maj   utrzymując   się   na   powierzchni,   kończąc   studia   gorączkowym 
wkuwaniem i pisaniem przy świecach. Następnie za dwadzieścia sześć dolarów sprzedałem 
maszynę   do   pisania,   co   z   kolei   pozwoliło   mi   wypożyczyć   biret   i   togę   na   kontrrozdanie 
dyplomów, zorganizowane przez studentów w proteście przeciw oficjalnym uroczystościom 
uczelnianym.
Szedłem   wytrwale   drogą,   którą   sobie   wytyczyłem,   ale   niełatwo   było   smakować   tryumf. 
Spłukałem się do ostatnich stu dolarów, a księgozbiór wuja skurczył się do trzech kartonów. 
Płacenie   czynszu   nie   wchodziło   już   w   rachubę   i   choć   weksel   zastawny   umożliwiłby   mi 
przebiedowanie   pod   dachem   kolejnego   miesiąca,   potem   z   pewnością   wylądowałbym   na 
bruku. Jeśli w lipcu zaczną nadchodzić ponaglenia, rozumowałem, krach nastąpi w sierpniu, 
co oznacza, że na ulicy znajdę się na początku września. Jednak z perspektywy pierwszego 
czerwca jesień wydawała się odległa o lata świetlne. Problem polegał nie tyle na tym, co 
potem ze sobą zrobić, ile jak w ogóle dotrwać do tej chwili. Ostatnie książki przyniosłyby 
około   pięćdziesięciu   dolarów.   Razem   z   dziewięćdziesięcioma   sześcioma,   które   jeszcze 
miałem, dałoby to sto czterdzieści sześć dolarów, za które przeżyłbym kolejne trzy miesiące. 
Na styk, ale  jeśli  ograniczyłbym  się do jednego posiłku  dziennie,  zapomniał 0  gazetach, 
autobusach i wszelkiego rodzaju zbytkownych wydatkach, to dałbym radę. Tak oto zaczęło 
się lato 1969 roku. Wydawało się niemal pewne, że będzie to moje ostatnie lato na ziemi.
Zimą   i   wczesną   wiosną   przechowywałem   żywność   na   parapecie   za   oknem.   W 
najchłodniejszych miesiącach niektóre rzeczy zamarzały na kość (masło, biały ser), jednak 
nadawały się do zjedzenia po rozmrożeniu. Większym problemem była ochrona prowiantu 
przed sadzą i odchodami gołębi, ale rychło nauczyłem się owijać go w plastikowe torebki. 
Gdy   jedną   z   torebek   zwiało   podczas   burzy,   zacząłem   je   przywiązywać   sznurkiem   do 

background image

kaloryfera.   W   końcu   dość   biegle   stosowałem   tę   metodę,   a   ponieważ   gaz   był 
wspaniałomyślnie wliczony w czynsz (nie musiałem się więc obawiać wyłączenia kuchenki), 
kwestia żywienia wydawała się pod kontrolą. Ale tak było tylko przy niskich temperaturach. 
Potem nadeszła wiosna, a przy słońcu ociągającym się na niebie przez trzynaście, czternaście 
godzin dziennie trzymanie wiktuałów za oknem przynosiło więcej szkody niż pożytku. Mleko 
się zsiadało, sok kwaśniał, masło roztapiało w połyskliwe kałuże żółtej brei. Przecierpiałem 
parę takich katastrof, po czym przystąpiłem do zweryfikowania swej diety, uświadomiwszy 
sobie, że muszę zrezygnować z żywności, która psuje się w cieple. Dwunastego czerwca 
zasiadłem do opracowania nowego jadłospisu. Mleko w proszku, kawa rozpuszczalna, małe 
paczki chleba - to podstawa - i codziennie jedno i to samo danie: jaja, najtańsze i najbardziej 
pożywne   jedzenie   znane   człowiekowi.   Co   jakiś   czas   fundowałem   sobie   jabłko   albo 
pomarańczę, a jeśli łaknienie stawało się zbyt silne, raczyłem się hamburgerem lub puszką 
gulaszu. Takie jedzenie się nie psuło, więc (teoretycznie przynajmniej) nie groziła mi śmierć 
głodowa. Dwa jaja dziennie, gotowane precyzyjnie na miękko przez dwie 1  pół minuty, dwie 
kromki chleba, trzy filiżanki kawy i tyle wody, ile tylko zdołałem wypić. Mój plan nie był 
pewnie   genialny,   ale   cechowała   go   arytmetyczna   elegancja.   Ponieważ   nie   miałem   zbyt 
wielkiego wyboru, usiłowałem znaleźć w tym fakcie pociechę.
Nie umarłem z głodu, ale rzadko kiedy byłem syty. Śniłem często o jedzeniu, a noce tego 
pamiętnego   lata   przynosiły   wizje   biesiad   i   obżarstwa:   półmiski   steków   i   baraniny, 
wjeżdżająca na tacach soczysta wieprzowina, ciasta strzeliste jak fortece, desery, gigantyczne 
salaterki   owoców.   Za   dnia   nieukojony   brzuch   wciąż     o   sobie   przypominał,   burcząc   pod 
naporem soków trawiennych, szczując na mnie swą pustkę, i musiałem się zmagać ze sobą, 
by nie zwracać na to uwagi. Szczupły od zawsze, z upływem lata traciłem coraz więcej na 
wadze. Co jakiś czas chodziłem do apteki, by wrzucić grosik i się zważyć, by zobaczyć, co się 
ze mną dzieje. ' Z siedemdziesięciu kilogramów w czerwcu schudłem do sześćdzie-\sieciu 
trzech   w   lipcu,   następnie   do   pięćdziesięciu   pięciu   w   sierpniu*   iWydawało   się   to 
niebezpiecznie mało jak na kogoś, kto ma metr osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu. O 
wielu ludziach  mówią\  „skóra i kości", ale  jest granica,  za którą  doznaje się poważnego 
uszczerbku na zdrowiu.
—.„„Usiłowałem oddzielić się od własnego ciała, udając, że ofttr nie istnieje, i w ten sposób 
obchodziłem dylemat szerokim łukiem. Inni szli tą drogą przede mną i wszyscy odkryli to, co 
w rezultacie odkryłem i ja: że umysł nie góruje nad materią i gdy oczekuje się od niego zbyt  
wiele, natychmiast  przypomina,  że sam też  jest fizycznością.  Aby wznieść się ponad mą 
sytuację, musiałem więc wmówić sobie, że nie jestem realnym bytem, i w rezultacie cała 
rzeczywistość się rozchwiała. Przed moimi oczyma pojawiały się nagle przedmioty, których 
nie było w pobliżu, po czym znikały. Szklanka zimnej lemoniady, na przykład. Gazeta z mym 
nazwiskiem   w   nagłówku.   Wujowski   garnitur   w   nieskazitelnym   stanie,   leżący   na   łóżku. 
Pewnego razu zobaczyłem nawet siebie z przeszłości, błąkającego się po mieszkaniu, pijacko 
myszkującego   po   kątach   w   poszukiwaniu   czegoś,   czego   nie   mogłem   znaleźć.   Owe 
przywidzenia trwały ledwie mgnienie oka, ale potem dudniły we mnie całymi  godzinami. 
Następnie zdarzały się okresy, kiedy po prostu traciłem więź z samym sobą. Przychodziła mi 
do głowy jakaś myśl, a gdy przestawałem śledzić jej tok i podnosiłem oczy, przekonywałem 
się, że zapadła noc. W żaden sposób nie mogłem odtworzyć straconych godzin. Kiedy indziej 
łapałem się na tym, że przeżuwam wyimaginowane jedzenie, palę wyimaginowane papierosy, 
puszczam ustami kółka. To chyba były najgorsze chwile, albowiem uświadomiłem sobie, że 
nie   mogę   dłużej   być   pewnym   samego   siebie.   Umysł   ulatywał   i   nie   miałem   jak   go 
powstrzymać.   Większość   symptomów   pojawiła   się   dopiero   w   połowie   lipca.   Przedtem 
sumiennie   przeczytałem   ostatnie   książki   wuja,   po   czym   sprzedałem   je   Chandlerowi.   Im 
jednak bliżej byłem końca, tym większy kłopot sprawiała mi lektura. Czułem wprawdzie, że 
wzrok nawiązuje kontakt ze słowami wydrukowanymi na papierze, ale nie docierał już do 

background image

mnie   ich   sens,   żadne   znaczenia   nie   rozbrzmiewały     echem   w  mej   głowie.   Czarne   znaki 
całkowicie   mnie  dezorientowały,   wydawały  się  arbitralnym  zbiorem  kresek  i zakrętasów, 
które   nie   tchnęły   niczym   prócz   własnej   niemoty.   Tak   więc   w   końcu   przestałem   nawet 
udawać, że rozumiem, co czytam. Wyjmowałem książkę z pudła, otwierałem ją na pierwszej 
stronie, po czym  przesuwałem palcem wskazującym  po górnym  wierszu. Dobrnąwszy do 
ostatniej litery, przeskakiwałem na drugi rząd, potem trzeci i tak aż na sam dół strony. W ten 
sposób   skończyłem   lekturę   wujowskiego   księgozbioru:   niczym   ślepiec   czytający   brajlem. 
Skoro nie potrafiłem widzieć słów, chciałem ich przynajmniej dotykać. Było już wtedy ze 
mną na tyle źle, że wydawało mi się to sensownym rozwiązaniem. I tak poznałem palcami 
wszystkie słowa, a zatem zyskałem prawo do ich sprzedaży.
Przypadek   chciał,   że   ostatnie   książki   zaniosłem   do   Chandlera   tego   samego   dnia,   gdy 
kosmonauci   wylądowali   na   Księżycu.   Ze   sprzedaży   uzyskałem   niewiele   ponad   dziewięć 
dolarów. Wracając do siebie Broadwayem, postanowiłem wstąpić do baru Quinna, małego 
lokalu na rogu Sto Ósmej Ulicy. Tego dnia był skwar, uznałem więc, że nie zgrzeszę fundując 
sobie kilka piw po dziesięć centów. Usiadłem na stołku przy barze, obok trzech czy czterech 
stałych bywalców, napawając się półmrokiem i chłodem klimatyzacji. Włączony był wielki 
kolorowy telewizor, który jarzył się tajemniczo nad butelkami żytniówki i bourbonu, i tak 
właśnie   stałem   się   świadkiem   pamiętnego   wydarzenia.   Zobaczyłem,   jak   dwie   okutane 
postacie stawiają pierwsze kroki w pozbawionym powietrza świecie, skaczą po powierzchni 
jak zabawki, pchają w kurzu wózek golfowy, zatykają flagę w oku ciała niebieskiego, które 
niegdyś było boginią miłości i szaleństwa. Promienna Diana, pomyślałem, odbicie tego, co w 
nas mroczne. Następnie przemówił prezydent. Beznamiętnym, grobowym głosem stwierdził, 
że to największe wydarzenie w dziejach ludzkości. Stali goście parsknęli śmiechem, pewnie 
ja też zdobyłem się na słaby półuśmiech. Ale mimo absurdalności tego stwierdzenia jednego 
nie można było zakwestionować: wypędzony z raju Adam nigdy jeszcze nie znalazł się tak 
daleko od domu.
Potem żyłem przez krótki czas niemal w niezmąconej harmonii. Mieszkanie było ogołocone, 
lecz   zamiast   przygnębiać   mnie,   jak   tego   oczekiwałem,   pustka   dodawała   mi   otuchy.   Nie 
bardzo potrafię to wytłumaczyć, ale znienacka uspokoiłem nerwy i przez następne trzy czy 
cztery dni poznawałem siebie. Zabrzmi to dziwacznie w opisie tej konkretnej sytuacji, ale 
posunąłbym się nawet do tego, żeby w  tym niedługim okresie, który nastąpił po sprzedaży 
ostatnich   książek   wuja   Victora,   uznać   się   za   człowieka   szczęśliwego.   Niby   epileptyk   na 
granicy ataku, wstąpiłem do osobliwego półświata, w którym wszystko zaczyna błyszczeć, 
tchnie nową i zdumiewającą przejrzystością. Niewiele robiłem w tych dniach. Chodziłem po 
pokoju, wyciągałem się na materacu, zapisywałem swe myśli w notesie. Wszystko to było 
jednak  ważne.  Nawet  bezczynność  wydawała  mi  się  doniosłym  aktem  i  nie  odczuwałem 
żadnych skrupułów, że godziny mijają mi na niczym. Co jakiś czas stawałem między dwoma 
oknami   i   patrzyłem   na   neon   „Księżycowego   Pałacu".   Sprawiało   mi   to   przyjemność   i 
niezawodnie nastrajało do snucia zajmujących myśli. Dziś wydają mi się one mętne - zbitki 
dowolnych   skojarzeń,   pogmatwane   ciągi   refleksji   -   ale   wtedy   jawiły   się   jako   niebywale 
ważne. Być może słowo „księżyc" zmieniło dla mnie znaczenie po ujrzeniu ludzi chodzących 
po Księżycu. Być może oszołomił mnie przypadek polegający na tym, że poznałem człowieka 
nazwiskiem Neil Armstrong, który mieszkał w Boise w stanie Idaho, a potem oglądałem 
innego człowieka o tym samym nazwisku przebywającego w przestrzeni kosmicznej. Być 
może majaczyłem z głodu i przykuły mnie światła neonu. Nie wiem, ale faktem jest, że słowa 
„księżycowy   pałac"   jęły   nawiedzać   moje   myśli   z   tajemniczością   i   urokiem   wyroczni. 
Wszystko wymieszało się znienacka: wuj Victor i Chiny, statki kosmiczne i muzyka, Marco 
Polo i Dziki Zachód. Spoglądałem na neon i myślałem o elektryczności. To przywodziło na 
pamięć awarię prądu na pierwszym roku studiów, a wtedy przypominała mi się gra w baseball 
na Wrigley Field, na to z kolei powracał wuj Victor i świece wspominkowe płonące na moim 

background image

parapecie.: Jedna myśl otwierała drzwi dla drugiej, a wszystkie ; splatały się w coraz grubsze 
łańcuchy   powiązań.   Podróżowanie   w";   nieznane,   podobieństwa   między   Kolumbem   a 
kosmonautanii;''03"-krycie Ameryki jako nieudana wyprawa do Chin; chińska Tcućhnia i mój 
znękany żołądek;  duch, no bo strawa duchowa, i głowa jako pałac snów. Myślałem tak: 
program Apollo, Apollo, czyli bóg muzyki; wuj i Księżyce jadący na zachód. Myślałem tak: 
zachód, wojna z Indianami, wojna w Wietnamie, niegdyś zwanym Indochiny. Myślałem tak: 
broń, bomby, wybuchy; grzyb atomowy na pustyniach Utah i Newady; następnie zadawałem 
sobie pytanie:  dlaczego zachód Ameryki  wygląda  jak powierzchnia  Księżyca?  Tak to się 
toczyło, a im bardziej się otwierałem na tajemnicze podobieństwa, tym bliżej byłem - wedle 
własnego   mniemania   -   zrozumienia   jakiejś   fundamentalnej   prawdy   o   świecie.   Być   może 
popadałem w obłęd,  niemniej czułem wzbierającą we mnie ogromną moc, gnostyczną radość, 
która przenikała rzeczy do samego ich sedna. A potem raptem straciłem tę potencję, równie 
nagle jak ją pozyskałem. Przez trzy czy cztery dni żyłem we własnych myślach, lecz pewnego 
ranka obudziłem się i przekonałem, że jestem zupełnie gdzie indziej: na powrót w świecie 
okruchów, w świecie   głodu i  gołych  białych  ścian.  Z  mozołem   walczyłem  o  odzyskanie 
równowagi duchowej z poprzednich dni, ale na próżno. Świat znów mnie przytłaczał i ledwo 
mogłem złapać oddech.
Wkroczyłem w nowy okres upadku. Dotąd trzymał  mnie upór, lecz teraz poczułem, że z 
wolna słabnę w swym postanowieniu, i gdy nadszedł pierwszy sierpnia, gotów już byłem się 
poddać. Próbowałem za wszelką cenę skontaktować się z kolegami, zdecydowany prosić o 
pożyczkę, ale nic z tego nie wyszło. Skończyło się na kilku wyczerpujących spacerach w 
upale i zmarnotrawieniu garści dziesięciocentówek. Był środek lata i najwyraźniej wszyscy 
powyjeżdżali. Nawet Zimmer, jedyna osoba, na której z pewnością mogłem polegać, zniknął 
z horyzontu. Poszedłem kilkakrotnie do jego mieszkania na rogu Amsterdam Avenue i Sto 
Dwudziestej, ale nikogo nie zastałem. Wsunąłem kartkę do jego skrzynki na listy i pod drzwi, 
lecz i to nic nie dało. Znacznie później dowiedziałem się, że Zimmer się wyprowadził. Gdy 
go zapytałem,  dlaczego  nie zostawił mi  nowego adresu, odparł, że powiedziałem  mu,  że 
wakacje spędzę w Chicago. Zapomniałem o tym kłamstwie, bo wtedy naopowiadałem już tyle 
łgarstw, że całkowicie się w nich pogubiłem. Nie wiedząc, że Zimmer się wyniósł, chodziłem 
do jego byłego mieszkania i wsuwałem kartki pod drzwi. Pewnego niedzielnego poranka na 
początku sierpnia stało się to, co prędzej czy później stać się musiało. Dźgnąłem palcem 
dzwonek, spodziewając się, że znowu odejdę z kwitkiem, właściwie obróciłem się na pięcie 
już w chwili wciskania guzika, gdy z mieszkania doszedł mnie  hałas: szuranie krzesłem, 
głuche   kroki,   kaszlnięcie.   Poczułem   przemożną   ulgę,   ale   wszystko   wzięło   w   łeb   ledwie 
chwilę później, gdy drzwi się otwarły. Stał przede mną nie Zimmer, ale ktoś zupełnie inny: 
młody   mężczyzna   z   ciemną,   kędzierzawą   brodą   i   włosami   sięgającymi   do   ramion. 
Pomyślałem, że spał, bo miał na sobie tylko majtki. - Słucham? - zapytał, przypatrując mi się 
przyjaźnie, choć z rezerwą, i w tej samej chwili z kuchni dobiegł radosny śmiech (kobiece i 
męskie głosy). Zdałem sobie sprawę, że trafiłem na jakąś imprezę.
—  Zaraz, chyba pomyliłem drzwi - powiedziałem. — Szukam Davida Zimmera.
-  Aha, to pewnie jesteś Fogg - odrzekł nieznajomy bez zająknięcia. - Ciekawy byłem, kiedy 
znowu przyjdziesz.
Na dworze panowała nieludzka aura - nieznośna, wściekła spiekota - i marsz ulicami niemal 
mnie wykończył. Stałem w progu, pot ściekał mi do oczu, mięśnie miałem zdrętwiałe, ścięte i 
zastanawiałem się, czy mnie słuch nie myli. Chciałem instynktownie obrócić się i uciec, ale 
nagle zrobiło mi się tak słabo, że zląkłem się, iż zemdleję. Chwyciłem się framugi i rzekłem:
-  Przepraszam,  mógłbyś powtórzyć? Nie usłyszałem chyba dobrze.
-  Powiedziałem, że pewnie jesteś Fogg — rzekł cierpliwie nieznajomy. - To proste. Skoro 
szukasz   Zimmera,   to   musisz   być   Fogg.   No   bo   to   Fogg   zostawia   ciągle   karteczki   pod 
drzwiami.

background image

—   Bystra uwaga - odparłem i westchnąłem przerywanie. — Pewnie nie wiesz, gdzie jest 
Zimmer?
-  Przykro mi, ale nie mam zielonego pojęcia.
Zbierałem   się   z   mozołem   do   odejścia,   ale   gdy   już   miałem   się   obrócić,   zobaczyłem,   że 
mężczyzna  wpatruje się we mnie.  Było to dziwne, przenikliwe spojrzenie, wbite w moją 
twarz.
-  Coś nie w porządku? - zapytałem. .- Nie jesteś przypadkiem kolegą Kitty?
-  Kitty? Nie znam żadnej Kitty. Nigdy w życiu nie spotkałem nikogo o takim imieniu.
-  Nosisz taką samą koszulkę jak ona. Przyszło mi do głowy, że może coś was łączy.
Spuściłem wzrok i zobaczyłem, że włożyłem rano koszulkę z barwami Metsów. Na początku 
roku kupiłem ją za dziesięć centów na wyprzedaży.
-  Nie, ja nawet nie lubię Metsów. Kibicuję Cubsom.
-   Dziwny zbieg okoliczności - ciągnął nieznajomy,  nie zważając na moje słowa. - Kitty 
bardzo się to spodoba. Ona lubi takie przypadki.
Zanim zdążyłem się wymigać, zostałem pociągnięty za ramię i wprowadzony do kuchni. Tam 
siedziało dokoła stołu pięć, może sześć osób w trakcie niedzielnego śniadania. Stół uginał się 
od jedzenia: bekon i jaja, imbryk z kawą, bajgle i ser topiony, półmisek z wędzoną rybą. Nie 
oglądałem czegoś podobnego od miesięcy, nie wiedziałem więc, gdzie podziać oczy. Czułem 
się   tak,   jak   gdybym   znienacka   przeniósł   się   do   baśniowej   krainy.   Byłem   wygłodniałym 
dzieckiem   zagubionym   pośrodku   lasu,   które   ujrzało   na polanie zaczarowany domek, 
chatkę z piernika.
— Patrzcie, to brat bliźniak naszej Kitty — oznajmił szczerząc się półnagi gospodarz.
Zostałem przedstawiony. Wszyscy po kolei uśmiechali się i rzucali mi „cześć", a ja starałem 
się rewanżować tym samym. Okazało się, że większość z nich to studenci Konserwatorium 
Miliarda   -   muzycy,   tancerze   i   śpiewacy.   Gospodarz   miał   na   imię   Jim   albo   John   i 
poprzedniego dnia wprowadził się do mieszkania Zimmera. Ktoś wyjaśnił, że pozostali bawili 
się w nocy i zamiast pójść potem do domu, postanowili wpaść do Jima czy też Johna z 
zaimprowizowanym śniadaniem-parapetówką. To wyjaśniało negliż chłopaka (spał, gdy go 
nawiedzili) oraz obfitość jedzenia przed moimi oczyma. Kiwałem grzecznie głową, gdy mi o 
tym wszystkim mówili, ale słuchałem jednym uchem. W istocie niewiele mnie to obchodziło, 
a ich imiona pozapominałem, nim jeszcze skończyli się przedstawiać. Z braku innego zajęcia 
przyglądałem się mojej bliźniaczej siostrze, drobnej dziewiętnaste-, może dwudziestoletniej 
Chince ze srebrnymi bransoletami na rękach i nawahską opaską z paciorków na głowie. Na 
moje   spojrzenie   odpowiedziała   uśmiechem   -   wyjątkowo   ciepłym,   jak   mi   się   wydawało, 
pełnym pogody ducha i intrygującej zażyłości. Zaraz potem skupiłem uwagę na darach stołu, 
niezdolny dłużej  uciekać  od nich  oczyma.  Byłem  świadom,  że grozi mi  ośmieszenie  się. 
Zapach jedzenia zadawał mi katusze i ledwo się hamowałem, by nie capnąć czegoś i nie 
wepchnąć sobie do ust, gdy tak stałem i czekałem, aż zaproszą mnie, bym usiadł.
Pierwsze lody przełamała Kitty.
- Skoro mój brat już jest - rzekła, dostrajając się do atmosfery poranka — to uraczmy go 
śniadaniem.
Uściskałbym ją za bezbłędne odczytanie moich myśli! Nastała jednak niezręczna chwila, bo 
nie można było znaleźć dodatkowego krzesła, ale znów Kitty uratowała sytuację, kiwając na 
mnie, bym usiadł między nią a osobą z prawej strony. Pospiesznie wcisnąłem się między nich, 
sadzając po jednym pośladku na każdym z dwóch krzeseł. Postawiono przede mną talerz wraz 
z resztą nakrycia: nóż i widelec, szklanka i filiżanka, serwetka i łyżeczka. Następnie spowiły 
mnie opary żywności i mgła zapomnienia. Zareagowałem jak dziecko, ale gdy już poczułem 
jedzenie w ustach, nie mogłem się opanować. Pałaszowałem talerz za talerzem, pożerając co 
tylko   podsunięto   mi   pod   nos,   i   wyglądało   to   tak,   jak   gdybym   stracił     rozum.   Ponieważ 
hojność nowych znajomych była niewyczerpana, pochłonąłem wszystko, co znajdowało się 

background image

na   stole.   Tak   to   przynaj-mniej   pamiętam.   Zajadałem   bez   ustanku   przez   piętnaście, 
dwadzieścia minut, a kiedy skończyłem, została jedynie kupka białych ości. Nic poza tym. 
Szukam w pamięci czegoś więcej, ale nie znajduję. Ani krzyny. Choćby okruszka chleba.
Dopiero wtedy spostrzegłem, że wszyscy pilnie mi się przypatrują. Czy zachowałem się aż 
tak fatalnie? Śliniłem się może i zrobiłem z siebie przedstawienie? Obróciłem się do Kitty i 
uśmiechnąłem  słabo. Wydawała się nie tyle  zdjęta obrzydzeniem,  ile zdumiona.  To mnie 
nieco uspokoiło, niemniej pragnąłem zatrzeć złe wrażenie, jakie najpewniej wywarłem na 
pozostałych. Tyle przynajmniej mogłem zrobić: wygłosić pieśń pochwalną na cześć wyżerki, 
sprawić,  by zapomnieli,  że  dopiero co wylizałem  talerz  do czysta.  Gdy tak  czekałem  na 
okazję   włączenia   się   do   rozmowy,   coraz   mocniej   czułem,   jak   dobrze   siedzieć   obok 
odnalezionej     siostry.   Z   padających   dokoła   słów   domyśliłem   się,   że   jest   tancerką,   co 
bezsprzecznie bardziej uprawniało j ą do noszenia sportowej koszulki niż mnie. Trudno było 
nie   być   pod   wrażeniem.   Gdy   Kitty   rozmawiała   i   śmiała   się   z   innymi,   ja   rzucałem   jej 
ukradkowe   spojrzenia.   Nie   miała   makijażu   ani   stanika,   za   to   ruchom   ciała   towarzyszył 
nieustanny brzęk bransolet i kolczyków. Kształtne piersi nosiła z podziwu godną beztroską - 
nie podsuwała ich nikomu pod oczy, ale nie udawała też, że ich nie ma. Uznałem, że jest 
piękna, ale jeszcze bardziej podobało mi się, w jaki sposób się porusza i że nie paraliżuje jej 
własna uroda, jak w wypadku wielu ładnych dziewcząt.  Być może  sekretem była swoboda 
gestów,     a   może   chropawy,   zdroworozsądkowy   ton,   który   łowiłem   w   jej   głosie.   To   nie 
rozpuszczony dzieciak  z drobnomieszczańskiej  rodziny,  jak inni, powiedziałem sobie, ale 
ktoś, kto sam radzi sobie w życiu i ma głowę na karku. Że zdawała się cieszyć bliskością 
mego   ciała,   że   nie   odsuwała   się   od   mojej   ręki   czy   nogi,   że   opierała   się   o   mnie   nagim 
ramieniem - doprowadzało mnie to niemal do obłędu.
Parę chwil później znalazłem wreszcie sposobność, żeby wpaść im w słowo. Ktoś wspomniał 
o lądowaniu na Księżycu, a wtedy ktoś inny stwierdził, że ono wcale się nie odbyło, że to 
mistyfikacja, telewizyjny spektakl wyreżyserowany przez rząd, byśmy zapomnieli na chwilę 
o wojnie.
- Ludzie uwierzą we wszystko, w co każe im się wierzyć — skwitował sceptyk. - Nawet w 
kiczowate gówno nakręcone w hollywoodzkim studiu.
Więcej   nie   trzeba   mi   było   na   wejście.   Zalicytowałem   najbardziej   nieprawdopodobnym 
zdaniem,   jakie   udało   mi   się   wymyślić:   zapewniłem   zebranych   swobodnym   tonem,   że 
lądowanie na Księżycu nie tylko się odbyło, ale też nie wydarzyło się pierwszy raz. Ludzie 
podróżują na Księżyc od setek lat, powiedziałem, może nawet  od tysięcy.  Zachichotali,   ale 
wtedy   ja   rozwinąłem   myśl   w   swym   najlepszym   tragikomicznym   stylu   i   przez   następny 
kwadrans   raczyłem   ich   historią   ludzkiej   wiedzy   o   Księżycu,   wzbogacając   wykład 
odniesieniami do Lukiana, Godwina i innych. Chciałem zaimponować erudycją,  ale też ich 
rozśmieszyć.  Odurzony dopiero co pochłoniętym posiłkiem, zdecydowany pokazać Kitty, że 
różnię się od wszystkich jej znajomych, chwyciłem wiatr w żagle i rychło moja wybuchowa, 
rwana przemowa wzbudziła niepohamowaną wesołość. Zacząłem mówić o podróży Cyrana 
na   Księżyc   i   wtedy   ktoś   mi   przerwał.   Cyrano   de   Bergerac   nie   istniał,   był   bohaterem 
fikcyjnym,  postacią zmyśloną. Nie mogłem przejść nad tą uwagą do porządku dziennego, 
musiałem   przecież   wyprowadzić   śmiałka   z   błędu,   zrobiłem   więc   małą   dygresję   i 
opowiedziałem o życiu Cyrana. Nakreśliłem pokrótce wczesne lata,   kiedy był żołnierzem, 
przedstawiłem jego karierę filozoficzną i poetycką, następnie zatrzymałem się nieco dłużej 
przy tarapatach, w które popadł z upływem lat:   kłopoty finansowe, ciężko odchorowany 
syfilis,   potyczki   z   władzami   z   powodu   jego   radykalnych   poglądów.   Opowiedziałem,   jak 
wreszcie znalazł protektora w osobie księcia d'Arpajon i jak ledwie trzy lata później stracił 
życie   na   ulicy   Paryża,   gdy   z   dachu   kamienicy   spadł   mu   na   głowę   kamień   budowlany. 
Urwałem teatralnie, by groteskowość tej tragedii zapadła w serca słuchaczy.

background image

- Miał tylko  trzydzieści sześć lat - podjąłem wątek - i do dziś nie wiadomo, czy to był  
wypadek czy nie. Może zamordował go któryś z wrogów? Albo też był to zwykły pech? A 
może ślepy los zesłał na niego śmierć z nieba? Powiadam wam, przyjaciele, biedny Cyrano 
nie był wytworem wyobraźni. Był człowiekiem z krwi i kości, prawdziwym człowiekiem, 
który żył w prawdziwym świecie. W tysiąc sześćset czterdziestym dziewiątym roku napisał 
książkę o swej podróży na Księżyc. Ponieważ to relacja z pierwszej ręki, nie widzę powodu, 
by nie dawać jej wiary. Wedle Cyrana Księżyc jest takim samym światem jak nasz. Widziana 
z   tego   świata   Ziemia   wygląda   nie   inaczej   niż   Księżyc   stąd.   Ogród  Edeński   znajduje  się 
właśnie na Księżycu, a kiedy Adam i Ewa podjedli z Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego, 
Bóg wygnał ich na Ziemię.
,   Cyrano   najpierw   próbuje   polecieć   na   Księżyc,   przywiązując   sobie   do   ciała   butelki 
wypełnione lżejszą od powietrza rosą, ale dotarłszy do Środka Dystansu, dryfuje z powrotem 
na   Ziemię   i   ląduje   pośród   na°ich   Indian   w   Nowej   Francji.   Tam   buduje   machinę,   którą 
wreszcie   dociera   do   celu,   co   niechybnie   dowodzi,   że   Ameryka   zawsze   była   idealnym 
miejscem do startów na Księżyc. Ludzie, których Cyrano spotyka na Księżycu, mają pięć i 
pół  metra  wzrostu  i  chodzą  na  czworakach.   Mówią  dwoma   różnymi  językami,     ale     w 
żadnych  z nich nie ma  słów. Pierwszy,  używany przez gmin,  jest złożoną rńową gestów 
pantomimicznych,   które   wymagają   nieustannego   ruchu   całego   ciała.   Drugim   językiem 
posługują   się   warstwy   uprzywilejowane,   a   składa   się   on   z   czystych   dźwięków, 
skomplikowanych,   lecz   nieartykułowanych   pomruków,   które   przypominają   muzykę. 
Księżyczanie zaspokajają głód nie jedząc żywności, lecz ją wąchając. Ich pieniądzem jest 
poezja   -   wiersze   napisane   na   karteczkach   papieru,   których   wartość   określają   walory 
artystyczne   tekstu.   Największym   przestępstwem   jest   dziewictwo,   a   po   młodych   ludziach 
oczekuje się braku szacunku dla rodziców. Im dłuższy ktoś ma nos, za tym szlachetniejszą 
osobę   go   poczytują.   Mężczyzn   o   krótkich   nosach   kastruje   się,   gdyż   Księżyczanie   wolą 
wymrzeć   jako   rasa,   niż   żyć   z   taką   szpetotą   na   twarzach.   Są   tam   mówiące   książki   i 
podróżujące miasta. Gdy umiera wielki filozof, przyjaciele piją jego krew i jedzą ciało. U 
pasa wiszą mężczyznom penisy z brązu - tak samo jak siedemnastowiecznym  Francuzom 
wisiały szpady. Tak oto jeden z Księżyczan wyjaśnia skonfudowanemu Cyranowi: „Czy nie 
lepiej obnosić się z narzędziem życia niż śmierci?" Przez większą część książki Cyrano siedzi 
w klatce. Ponieważ jest taki mały,  Księżyczanie sądzą, że to papuga bez piór. Na końcu 
ogromny Murzyn ciska Cyrana z powrotem na Ziemię razem z Antychrystem. Nawijałem w 
ten sposób jeszcze kilka minut, ale byłem już wyczerpany drugim mówieniem i czułem, że 
natchnienie mnie zawodzi. W trakcie ostatniej  części wykładu (Jules Yerne i Klub Strzelecki 
z   Baltimore)   opuściło   mnie   ostatecznie.   Moja   głowa   skurczyła   się,   potem   nagle   rozrosła 
niemożliwie. Przed oczami rozbłyskiwały osobliwe światła i mknące komety, brzuch skarżył 
się bur-kliwie i wzdymał od nawrotów przeszywającego bólu, i naraz poczułem, że robi mi 
się niedobrze. Bez słowa wyjaśnienia przerwałem wykład, wstałem od stołu i powiedziałem, 
że muszę już iść.
- Dziękuję wam za gościnę, ale wzywają mnie pilne sprawy. Jesteście dobrzy, kochani ludzie 
i obiecuję, że nie zapomnę o was w swym testamencie.
  Był   to   obłąkany   popis,   taniec   szaleńca.   Wyszedłem   z   kuchni   chwiejnym   krokiem, 
przewracając po drodze kubek, i dobrnąłem do drzwi wejściowych. Tam stała już Kitty. Do 
dziś nie wiem, jak zdołała mnie ubiec.
-   Dziwna   z   ciebie   istota,   braciszku   -   powiedziała.   -   Wyglądasz   jak   człowiek,   ale   nagle 
przeistaczasz się w wilka. Potem wilk zmienia się w maszynę gadającą. Dla ciebie usta są 
wszystkim,   prawda?   Najpierw  jedzenie,   potem   słowa:   do  ust   i   z  ust.   Ale   zapomniałeś   o 
najlepszym,   do   czego   służą   usta.   Jestem   w   końcu   twoją   siostrą   i   nie   puszczę   cię   bez 
pocałunku na pożegnanie.

background image

Zacząłem   przepraszać,  ale   nim  zdążyłem   sklecić  zdanie,  Kitty wyprężyła  się  na  palcach, 
chwyciła mnie za kark i pocałowała -bardzo czule, niemal ze współczuciem. Nie wiedziałem, 
co o tym myśleć. Czy powinienem potraktować to jako prawdziwy pocałunek, czy też mieścił 
się on w regułach gry? Nie zdążyłem rozstrzygnąć dylematu, bo oparłem się nieświadomie 
plecami o drzwi i wtedy się otworzyły. Poczułem, że wskazano mi drogę, że to tajemny znak, 
iż sprawa dobiegła końca, tak więc cofałem się dalej bez słowa, za progiem zaś odwróciłem 
się i poszedłem przed siebie.
Potem nie trafiły się już żadne darmowe posiłki. Kiedy trzynastego sierpnia nadeszło drugie 
zawiadomienie o eksmisji, zostało mi tylko trzydzieści siedem dolarów. Jak się okazało, tego 
właśnie dnia kosmonauci przyjechali do Nowego Jorku na huczną defiladę. Później wydział 
oczyszczania miasta doniósł, że podczas świętowania wyrzucono na ulice trzysta ton śmieci. 
Rekord wszech czasów, powiedzieli, największa defilada w historii ludzkości. Trzymałem się 
z   dala   od   tych   spraw.   Nie   mając   dokąd   pójść,   wychodziłem   bardzo   rzadko,   starając   się 
oszczędzać resztki sił. Skok na róg po jedzenie i z powrotem, nic więcej. Tyłek mnie bolał od 
podcierania się szorstkim papierem z torebek przynoszonych z targu, ale najbardziej dawał się 
we znaki upał. Powietrze w mieszkaniu było nie do wytrzymania — w dzień i   w nocy 
dławiła mnie mordercza duchota, jak w komorze do pocenia skór, i choć szeroko otwierałem 
okna, nie udało mi się spowodować choćby najlżejszego przeciągu. Pory ziały bez przerwy. 
Nawet siedząc bez ruchu byłem zgrzany, a najmniejszy wysiłek sprawiał, że płynęły ze mnie 
strugi   potu.   Piłem   wodę,   ile   wlezie.   Brałem   zimne   kąpiele,   wsadzałem   głowę   pod   kran, 
kładłem mokre ręczniki na twarz, kark i przeguby rak. Niewielką to przynosiło   ulgę,   ale 
przynajmniej     byłem   czysty.   Z   mydła   w   łazience   został   biały   wiórek,   który   musiałem 
zachować  Ho oolenia. Ponieważ kończył mi się zapas żyletek, goliłem się tylko dwa razy w 
tygodniu, wyłącznie wtedy, kiedy wychodziłem no zakupy. Choć prawdopodobnie nie czyniło 
to większej różnicy, pokrzepiała mnie myśl, że zachowuję pozory.
Podstawową   sprawą   było   zaplanować   co   dalej.   Ale   to   właśnie   sprawiało   mi   największą 
trudność, bo nie potrafiłem już myśleć z wyprzedzeniem i bez względu na to, ile wysiłku 
wkładałem próbując wyobrazić sobie przyszłość, nie widziałem jej, nie widziałem niczego. 
Jedyną moją przyszłością była teraźniejszość i usiłowania, by w niej pozostać, stopniowo 
przesłoniły wszystko inne. Nie miałem już żadnych pomysłów. Chwile słały się przed mymi 
oczyma jedna za drugą i w każdej z nich przyszłość jawiła się jako pustka, nie zapisana karta 
pełna niewiadomych. Jeżeli życie to opowieść, jak często mówił mi wuj Victor, a każdy 
człowiek jest autorem własnego życia, to ja pisałem bez żadnego przygotowania. Pracowałem 
nie   nakreśliwszy   fabuły,   zapisując   każde   zdanie   z   marszu   i   nie   zastanawiając   się   nad 
następnym.  Być może wszystko byłoby dobrze, ale kwestia nie polegała już na tym,  czy 
potrafię pisać z głowy. Dowiodłem, że tak. Polegała na tym, co zrobić, gdy w mym piórze 
wyczerpie się atrament.
Pozostawał klarnet, leżący w futerale obok materaca. Ze wstydem przyznaję, że o mało się nie 
ugiąłem i go nie sprzedałem. Pewnego dnia zaniosłem instrument do sklepu muzycznego, by 
dowiedzieć się, ile jest wart. Gdy usłyszałem, że nie dostanę nawet tyle, by starczyło na 
miesięczny czynsz, porzuciłem myśl o sprzedaży. Tylko to uratowało mnie od zhańbienia się. 
Z upływem czasu zdałem sobie sprawę, że byłem o włos od popełnienia niewybaczalnego 
grzechu.   Przecież   klarnet  był  ostatnim   ogniwem  łączącym  mnie  z  Victorem,  a   ponieważ 
ostatnim - jako że po wuju nie zostało już nic - krył w sobie całą moc jego duszy. Ilekroć 
patrzyłem  na instrument,  czułem tę  moc  w sobie. Zatem  było  to coś, czego rnogłem się 
uchwycić, deska ratunku, która pozwalała mi utrzymać się na powierzchni.
Kilka dni po wizycie w sklepie muzycznym wydarzyła się mała tragedia, która nieomal mnie 
pogrążyła. Stłukłem dwa jajka, które zamierzałem ugotować w rondlu i zjeść jak co dzień. To 
był   koniec   mych   zapasów   i   poczułem,   że   jeszcze   nic   tak   okrutnego   i   strasznego   nie 
przydarzyło mi się w życiu. Jajka zwyczajnie wyślizgnęły mi się z dłoni i spadły z ohydnym 

background image

pacnięciem.   Pamiętam,   że   zdjęty   grozą   patrzyłem,   jak   z   pękniętych   skorupek   wycieka 
słoneczna, półprzeźroczysta zawartość, wypełniając szczeliny w podłodze. Rap tem wszędzie 
był kleisty, ruchliwy śluz. Jedno żółtko cudownym zrządzeniem losu ocalało z upadku, ale 
kiedy   pochyliłem   się   i   próbowałem   zebrać   je   łyżką,   ześlizgnęło   się   z   niej   i   rozpłynęło. 
Poczułem się tak, jak gdyby wybuchła gwiazda, jak gdyby zgasło słońce. Żółć rozlała się po 
bieli,   zakreślając   ślimaki,   przemieniając   się   w   rozległą   mgławicę,   kłębowisko 
międzygwiezdnych gazów. Tego już było za wiele - tonąłem, a zabrano mi brzytwę. Usiadłem 
i rozpłakałem się.
Próbując zapanować nad emocjami, poszedłem zafundować sobie kolację w „Księżycowym 
Pałacu".   Nie   pomogło.   Żałość   nad   sobą   ustąpiła   miejsca   ślepemu   wzburzeniu   i   rychło 
poczułem do siebie wstręt, że uległem pokusie. Żeby pognębić się ostatecznie, zacząłem od 
zupy   na   rozbitych   jajkach,   skuszony   przewrotnością   słów.   Potem   nadeszły   podsmażane 
kluski, talerz pikantnych krewetek i butelka chińskiego piwa. Lecz korzyść, którą mogłem 
odnieść   z   pożywnych   dań,   zatruły   czarne   myśli.   Podczas   jedzenia   ryżu   omal   nie 
zwymiotowałem. To nie kolacja, powtarzałem sobie, tylko ostatni posiłek,  strawa, którą dają 
skazańcowi tuż przed zaciągnięciem go na szafot. Zmuszając się do poruszania szczękami i 
łykania,   przypomniałem   sobie   zdanie   z   ostatniego   listu   Raleigha   do   żony,   napisanego   w 
przededniu   egzekucji:   „Mózg   mój   rozbity".   Trudno   byłoby   znaleźć   słowa   lepiej 
odzwierciedlające mój stan. Pomyślałem o odrąbanej głowie Raleigha, przechowywanej przez 
jego żonę w szklanej kasecie. Pomyślałem o głowie Cyrana, roztrzaskanej przez spadający 
kamień. Następnie wyobraziłem sobie własną - rozbijaną, bryzgającą mazią na boki, jak dwa 
jaja, które upuściłem na podłogę.  Poczułem,  że mózg ze mnie  wycieka. Zobaczyłem się w 
kawałkach.
Dałem kelnerowi suty napiwek i ruszyłem do domu. Wszedłszy na klatkę, zatrzymałem się 
swoim zwyczajem przy skrzynce na listy i zobaczyłem, że coś w niej jest. Za wyjątkiem 
wezwań do opuszczenia mieszkania była to pierwsza poczta od miesiąca. Przez krótką chwilę 
fantazjowałem,   że   nieznany   dobroczyńca   przysłał   mi   czek,   ale   gdy   wyjąłem   przesyłkę, 
przekonałem się, że to także wezwanie, tylko innego rodzaju. Wezwanie do stawienia się 
przed komisją wojskową szesnastego września. Z uwagi na mój stan fizyczny przyjąłem tę 
nowinę ze spokojem. Przecież, pomyślałem, wtedy i tak już nie będzie miało znaczenia, gdzie 
spadnie mi na głowę kamień. Nowy Jork, Indochiny, co za różnica? Jeżeli Kolumb mógł 
pomylić Amerykę z Katajem, kim ja jestem, żeby rozwodzić się   nad niuansami geografii? 
Wszedłem do mieszkania i schowałem wezwanie do futerału z klarnetem. Nie minęła minuta i 
całkowicie o nim zapomniałem.
Usłyszałem   pukanie   do   drzwi,   ale   nie   otworzyłem,   bo   uznałem,   że   szkoda   zachodu. 
Rozmyślałem   i   nie   chciałem,   żeby   mi   przeszkadzano.   Kilka   godzin   później   pukanie   się 
powtórzyło. Różniło się od pierwszego i domyśliłem się, że przyszedł ktoś inny.  Walono 
brutalnie,   natarczywie   -   wściekła   pięść,   od   której   drzwi   zadrżały   na   zawiasach   -   gdy 
tymczasem   tamto   było   dyskretne,   niemal   przepraszające:     dzieło   zgiętego   palca 
wystukującego na drewnie ciche, intymne  przesłanie. Przez kilka godzin analizowałem te 
różnice w myśli, dumając nad bogactwem przekazu zawartym w tak prostych dźwiękach. 
Rozumowałem,  że jeżeli za jednym i drugim razem pukała ta sama osoba, to gwałtowna 
odmiana   dowodzić   musi   ogromnej   desperacji,   zacząłem   więc   dociekać,   kto   mógłby   tak 
rozpaczliwie pragnąć się ze mną zobaczyć. Nikt. To oznaczało, że moja pierwsza interpretacja 
była   trafna.   Dwie   osoby.   Jedna   przybyła   w   przyjaźni,   druga   —   nie.   Pierwszą   była 
prawdopodobnie   kobieta,   drugą   -   mężczyzna.   Myślałem   o   tym   do   zmroku.   Gdy   tylko 
zorientowałem się, że zapadła noc, zapaliłem świecę, po czym dumałem dalej, aż zmorzył 
mnie sen. Przez te wszystkie godziny nie przyszło mi jednak do głowy zadać sobie pytanie, 
kto   to   mógł   być.   Co   ważniejsze,   nie   próbowałem   nawet   dociec,   dlaczego   nie   chcę   tego 
wiedzieć.

background image

Nazajutrz   znów   zastukano   do   drzwi.   Nim   jeszcze   rozbudziłem   się   na   tyle,   by   pojąć,   że 
pukanie mi się nie śni, usłyszałem brzęk kluczy na korytarzu - donośny, perkusyjny łoskot, 
który rozsadzał mi głowę. Otworzyłem oczy i w tej samej chwili klucz wsunął się w zamek. 
Zasuwka odskoczyła, drzwi otwarły się i wkroczył Simon Fernandez, administrator budynku. 
Miał swoim zwyczajem dwudniowy zarost i ubrany był  w te same spodnie khaki i białą 
bawełnianą koszulkę, które nosił od początku lata - nieświeże już, zabrudzone szarawą sadzą i 
kilkudziesięcioma śniadaniami. Spojrzał mi prosto w oczy, udając, że mnie nie widzi. Od 
Bożego Narodzenia, kiedy to poskąpiłem mu dorocznego napiwku (kolejny zaoszczędzony 
wydatek), Fernandez już mnie nie lubił. Żadnego więcej „dzień dobry", żadnej pogawędki o 
pogodzie czy nowej opowiastki o krewnym z Ponce, który omal nie załapał się do drużyny 
Indian z Cleveland. Fernandez odgrywał się za moje sknerstwo traktując mnie jak powietrze, 
więc   od   miesięcy   nie   zamieniliśmy   słowa.   Jednak   tego   poranka   wszystkich   poranków 
nieoczekiwanie zmienił  taktykę. Przez długą chwilę chodził po mieszkaniu, opukując ściany, 
jak   gdyby   szukał   skrytek,   następnie   przeszedłszy   obok   materaca   drugi   lub   trzeci   raz, 
przystanął, odwrócił się i z przesadnym zdumieniem spostrzegł mnie wreszcie.
-  O Chryste - odezwał się. - Jeszcze tu jesteś?
-  Jestem - odparłem. - Poniekąd.
-   Masz się dzisiaj   wynieść - rzekł. - Mieszkanie jest już wynajęte od pierwszego, wiesz 
przecież, a jutro rano przychodzi Willie z malarzami. Chyba nie chcesz, żeby cię gliniarze siłą 
stąd wyciągali, co?
-  Nie martw się pan. Wyprowadzę się na czas/
Z miną właściciela Fernandez potoczył wzrokiem dokoła, po czym pokręcił głową z odrazą.
-  Aleś się tu urządził, kolego. Nie gniewaj się, ale trumnę mi to przypomina. Cztery sosnowe 
deski, w których chowają dziadów.
-  Mój dekorator wnętrz jest na długich wakcjach - odparłem. - Ściany planowaliśmy machnąć 
na pawi kolor, ale nie byliśmy pewni, czy będą pasować do terakoty w kuchni. Uznaliśmy, że 
zastanowimy się jeszcze, zanim z tym ruszymy.
-  Wygadany z ciebie student. Masz jakie kłopoty czy co?
-  Żadnych  kłopotów.  Małe  niepowodzenia finansowe,  to wszystko. Bessa na rynku.
-  Jak chcesz mieć pieniądze, to zarób, a nie siedź całymi dniami na dupie, tak ja to widzę. 
Sterczysz tu jak małpiszon w zoo, wiesz, co mam na myśli. Nie stać cię będzie na czynsz, jak 
nie znajdziesz sobie roboty.
-  Ale ja mam robotę. Wstaję codziennie rano jak wszyscy i staram się przeżyć do następnego 
dnia. To robota na pełny etat. Żadnych przerw na kawę, weekendów, premii ani wakacji. Nie 
uskarżam się jednak, choć płaca nie jest wysoka.
-  Bredzisz jak jaki pojebus. Pojebus po studiach.
-   Nie   powinien pan przeceniać    wyższego    wykształcenia.  W zbyt  jasnych  barwach je 
malują.
-     Na   twoim   miejscu   poszedłbym   do   lekarza   -   powiedział   Fernandez,   okazując   nagle 
współczucie. - No, spójrz na siebie. Aż serce się ściska. Wyglądasz jak śmierć na chorągwi.
-  Jestem na diecie. Trudno prezentować się okazale jedząc dwa jaja dziennie.
-     Sam   już   nie   wiem   -   rzekł   Fernandez   do   własnych   myśli.   -Czasem   wygląda,   jakby 
wszystkim nieźle odbiło. Jeśli chcesz wiedzieć, to mnie się zdaje, że to przez to gówno, co 
wypuszczają w  kosmos. Ten cholerny złom, te satelita i rakiety. Jak się ludzi gna na Księżyc, 
to musi się coś popierdzielić. Wiesz, o co mi chodzi? Od tego ludzie dziwnie się zachowują. 
Jak się zadziera z niebem, to trudno, żeby nic z tego nie było.
Fernandez rozpostarł trzymane w lewej ręce „Daily News" j pokazał mi pierwszą stronę. To 
był  dowód, ostateczne potwierdzenie. Początkowo nie mogłem się połapać, ale po chwili 
zrozumiałem, że patrzę na zdjęcie tłumów z lotu ptaka. Na fotografii były dziesiątki tysięcy 
ludzi, gigantyczne zbiorowisko ciał, więcej, niż kiedykolwiek widziałem w jednym miejscu. 

background image

Woodstock. Miało to tak niewiele wspólnego z moją sytuacją, że nie bardzo wiedziałem, co 
myśleć. Ci ludzie byli mymi rówieśnikami, ale czułem z nimi nie większą więź, niż gdyby 
żyli na innej planecie.
Fernandez   poszedł   sobie.   Leżałem   na   materacu   jeszcze   kilka   minut,   po   czym   wstałem   i 
ubrałem się. Wkrótce byłem gotów. Zapakowałem to i owo do plecaka, wsunąłem pod pachę 
futerał  z  klarnetem  i  wyszedłem.   Był  późny sierpień  1969  roku. O  ile  pamiętam,   słońce 
świeciło   jasno   tego   ranka,   a   od   rzeki   wiał   lekki   wiatr.   Skierowałem   się   na   południe, 
przystanąłem na chwilę, po czym postąpiłem krok, potem drugi i tak ruszyłem ulicą. Nie 
obejrzałem się ani razu.

Rozdział  2

Odtąd historia nieco się gmatwa. Potrafię opisać wszystko, co mi się przydarzyło, ale bez 
względu na to, jak obszernie i dokładnie bym to zrobił, będzie to tylko część opowieści, którą 
usiłuję przedstawić. Pojawili się inni, którzy w tym, co się działo, mieli równie wielki udział 
jak ja. Mam na myśli  Kitty Wu, Zimmera  oraz tych,  których  jeszcze  wtedy nie znałem. 
Później dowiedziałem się, na przykład, że to Kitty stukała do mych drzwi. Zatrwożyła ją moja 
błazenada podczas niedziełnego śniadania i zamiast zamartwiać się na próżno, wolała przyjść 
do mnie i sprawdzić, co się dzieje. Problemem był mój adres. Zajrzała nazajutrz do książki 
telefonicznej, ale ponieważ miałem odłączoną linię, nie znalazła mnie w spisie. To dodatkowo 
ją strapiło. Przypomniawszy sobie, że szukałem kogoś nazwiskiem Zimmer, sama zaczęła 
szukać Zimmera -sądząc, że to prawdopodobnie jedyna osoba w całym Nowym Jorku, która 
może   jej   powiedzieć,   gdzie   mnie   znaleźć.   Niestety   Zimmer   wprowadził   się   do   nowego 
mieszkania dopiero w drugiej połowie sierpnia, a więc dobre dziesięć, dwanaście dni później. 
Gdy Kitty uzyskała jego numer telefonu w informacji, ja upuszczałem akurat jaja na podłogę. 
(Uściśliliśmy   to   niemal   co   do   minuty,   odtwarzając   skrupulatnie   chronologię,   aż 
umiejscowiliśmy w czasie wszystkie wydarzenia.) Od razu zadzwoniła do niego, ale linia była 
zajęta.   Połączyła   się   dopiero   po   paru   minutach,   gdy  ja   siedziałem   już   w  „Księżycowym 
Pałacu", rozklejając się przed zamówionymi dania • Zaraz potem Kitty przyjechała metrem na 
Upper West Side. jazda trwała ponad godzinę i gdy wreszcie stanęła u mych drzwi, było już 
za   późno.   Pogrążony   w   myślach,   nie   otworzyłem.   Powiedziała   mi   później,   że   stała   pod 
drzwiami przez pięć czy dziesięć minut. Słyszała, jak mówię do siebie (słowa dobiegały zbyt 
niewyraźnie,   by   mogła   coś   zrozumieć),   i   naraz   wydało   się   jej,   że   zacząłem   śpiewać   - 
obłąkańcza, niemelodyjna pieśń, jak powiedziała - ja tymczasem nic z tego nie pamiętam. 
Znów zapukała, ale i tym razem nie raczyłem się ruszyć. Nie chcąc się naprzykrzać, dała za 
wygraną i poszła.
Tak mi to zrelacjonowała Kitty. Z początku wszystko brzmiało bardzo prawdopodobnie, ale 
po chwili zastanowienia jej opowieść nie wydawała mi się już tak przekonująca.
-  Ciągle nie rozumiem, dlaczego do mnie przyszłaś - powiedziałem. - Spotkaliśmy się tylko 
raz i nic przecież dla ciebie nie znaczyłem. Po co zadałaś sobie tyle trudu dla kogoś, kogo w 
ogóle nie znałaś?
Wbiła oczy w podłogę.
-  Bo jesteś moim bratem - odparła cicho.
-  Przecież to był tylko żart. Ludzie aż tak się nie trudzą z powodu głupiego żartu.
-  Chyba nie - przyznała, wzruszając ramionami. Myślałem, że powie coś jeszcze, ale minęła 
dłuższa chwila, a ona milczała.
-  No więc? - zapytałem. - Dlaczego? Zerknęła na mnie i znów wpatrzyła się w podłogę.
-  No bo wydawało mi się, że coś ci grozi - odparła. -Wydawało mi się, że coś ci grozi, i nigdy 
w życiu jeszcze nikomu tak nie współczułam.

background image

Przyszła   do   mnie   ponownie   nazajutrz,   ale   wtedy   już   się   wyniosłem.   Drzwi   były   jednak 
uchylone i gdy pchnęła je na oścież i weszła do środka, ujrzała wściekłego Fernandeza, który 
miotał się po mieszkaniu, klnąc pod nosem i wrzucając do worka na śmiecie pozostałe po 
mnie rzeczy. Powiedziała, że wyglądał jak ktoś, kto sprząta po człowieku zmarłym na dżumę: 
zwijał się jak w ukropie, powodowany paniczną odrazą, biorąc wszystko w dwa palce z lęku 
przed zarażeniem się. Kitty zapytała go, czy wie, gdzie jestem, ale niewiele usłyszała. Tylko 
tyle, że ze mnie stuknięty, pojebany skurwysyn i o ile on zna się na życiu, to pewnikiem 
czołgam się gdzieś teraz, żeby znaleźć sobie norę, w której zdechnę. Dała mu więc spokój, 
wyszła na ulicę i zadzwoniła do Zimmera z pierwszej  budki telefonicznej. Mieszkał teraz na 
Bank Street w West Yillage, ale kiedy usłyszał, co miała mu do powiedzenia, rzucił wszystko 
i natychmiast pojechał się z nią spotkać. Tak oto nadszedł dla mnie ratunek: ocalałem tylko 
dlatego, że tych dwoje postanowiło mnie odszukać. Nie wiedziałem wtedy o tym, rzecz jasna, 
ale teraz wiem i ilekroć patrzę na tamte dni, wzbiera we mnie tęsknota za przyjaciółmi. W 
pewien sposób zmienia to realia mych  przeżyć!  Skoczyłem w przepaść i gdy już miałem 
roztrzaskać   się   na   dnie,   wydarzyło   się   coś   nadzwyczajnego:   dowiedziałem   się,   że   są   na 
świecie   ludzie,   którzy   mnie   kochają.   Bycie   kochanym   w   taki   sposób   może   przesądzić   o 
wszystkim. Nie zmniejsza wprawdzie lęku przed upadkiem, ale pozwala spojrzeć na ten lęk z 
innej   strony.   Skoczyłem   w   przepaść,   alejytedy   ktoś   wyciągnął   rękę   i   uchwycił   mnie   w 
ostatniej , chwilj. Oto moja definicja miłości. To jedyna siła, która może v! powstrzymać 
człowieka od upadku, jedyna dostatecznie potężna, by obalić prawo ciążema\ \
Nie bardzo wiedziałem, co robić. Wyszedłszy z mieszkania tamtego poranka, ruszyłem przed 
siebie,  ot tak,  gdzie mnie  oczy poniosą. Jeżeli  w ogóle miałem  jakiś pomysł,  to jedynie 
pozwolić przypadkowi zadecydować za mnie, podążać ścieżką odruchów i losowych zdarzeń. 
Nogi   pokierowały   mną   na   południe,   więc   szedłem   na   południe,   uświadamiając   sobie   po 
przejściu   jednej   czy   dwóch   przecznic,   że   najlepiej   opuścić   swoją   dzielnicę.   Zauważcie, 
proszę, jak duma osłabiła moje postanowienie, żeby stać ponad własną niedolą — duma i 
poczucie wstydu. W głębi serca byłem przerażony tym, do czego doprowadziła mnie własna 
bierność, i nie chciałem ryzkować spotkania kogoś znajomego. Droga na północ wiodłaby do 
Morningside Heights, a na tamtejszych ulicach roiłoby się od nieobcych twarzy. Wpadłbym 
niechybnie   jeśli   nie   na   któregoś   z   kolegów,   to   przynajmniej   na   kogoś,   kto   znał   mnie   z 
widzenia: jednego ze starych bywalców baru na West Endzie, studenta z mojego roku, byłego 
wykładowcę.   Nie   miałem   dość   odwagi,   by   znieść   ich   wzrok,   zaintrygowane,   ukradkowe 
spojrzenia. Jeszcze bardziej przerażała mnie myśl, że musiałbym z kimś rozmawiać.
Ruszyłem zatem na południe i przez cały okres życia na ulicy moja noga nie postała więcej na 
górnym   Broadwayu.   Miałem   w   kieszeni   coś   koło   szesnastu,   dwudziestu   dolarów   oraz 
scyzoryk i długopis, w plecaku zaś sweter, skórzaną kurtkę, szczoteczkę do zębów, maszynkę 
do   golenia   z   trzema   nowymi   żyletkami,   parę     skarpet,   bieliznę   i   mały   zielony   notes   z 
ołówkiem zatkniętym  w spiralę łączącą grzbiet. Nieco na północ od Columbus Circle, w 
niespełna godzinę po wyruszeniu na pielgrzymkę, wydarzyło się coś nieprawdopodobnego. 
Stałem przed witryną zakładu zegarmistrzow-skiego, przypatrując się mechanizmowi jakiegoś 
wiekowego czasomierza   za  szybą,  gdy  naraz  spuściłem   oczy  na chodnik  i  u  swych   stóp 
zobaczyłem dziesięciodolarowy banknot. Byłem zbyt wstrząśnięty, by zareagować. W głowie 
miałem mętlik i zamiast uznać to za łut szczęścia, wmówiłem sobie, że wydarzyło się coś 
doniosłego: przeżycie religijne, wielki cud. Wreszcie pochyliłem się, podniosłem pieniądze i 
przekonawszy   się,   że   są   prawdziwe,   zadrżałem   z   uniesienia.     Wszystko   będzie     dobrze, 
powiedziałem sobie,  wszystko w końcu się ułoży. Nie zastanawiając się nad zdarzeniem ani 
chwili dłużej, wszedłem do greckiego baru, gdzie uraczyłem się farmerskim śniadaniem: sok 
grejpfrutowy, płatki kukurydziane, szynka, jaja, kawa - istna uczta. Po jedzeniu kupiłem sobie 
nawet paczkę papierosów i zostałem przy barze na drugą filiżankę kawy. Opanowało mnie 
niepohamowane uczucie szczęścia - błogość, nowo narodzona miłość do świata. Wszystko w 

background image

lokalu wydawało mi się piękne: parujące dzbanki z kawą, obrotowe stołki, tostery na cztery 
kromki, srebrne urządzenia do robienia koktajli, świeże bułeczki poukładane w szklanych 
gablotach. Czułem się jak ktoś, kogo czeka powtórne narodzenie, jak ktoś bliski odkrycia 
nowego kontynentu. Popalając kolejnego camela, obserwowałem krzątającego się barmana, 
następnie skupiłem uwagę na niechlujnej kelnerce o ufarbowanych na rudo włosach. W tych 
dwojgu było coś niewymownie rozczulającego. Pragnąłem im powiedzieć, jak wiele dla mnie 
znaczą, ale nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Przez kilka następnych minut siedziałem w 
euforii, słuchając własnych myśli. Mój umysł był czynnym wulkanem, tyglem rapsodycznych 
wynurzeń. Potem papieros się dopalił, więc zebrałem się i wyszedłem.
Wczesnym popołudniem zrobiło się parno. Nie wiedząc, co ze sobą począć, poszedłem na 
potrójny seans do kina przy Czterdziestej Drugiej Ulicy, niedaleko Times Sąuare. Zwabiła 
mnie klimatyzacja, więc ruszyłem do środka na oślep, nie spojrzawszy nawet, co grają. Za 
dziewięćdziesiąt dziewięć centów gotów byłem oglądać cokolwiek. Wybrałem sobie miejsce 
na balkonie, w sektorze dla palących, po czym obejrzałem dwa filmy, których tytułów nie 
pamiętam,   racząc   się   w   trakcie   kilkunastoma   papierosami.   Kino   było   jednym   z   tych 
okazałych   pałaców   snów   wybudowanych   w   czasach   Kryzysu:   żyrandole   we   foyer, 
marmurowe schody, rokokowa ornamentyka na  ścianach. Nie tyle kino, ile kaplica, świątynia 
wzniesiona ku czci iluzji. Wydawało się, że z powodu upału na film stawiła się z połowa 
nowojorskich wykolejeńców. Przyszli pijacy i narkomani, ludzie ze strupami na twarzach, 
ludzie,   którzy   mamrotali   do   siebie   i   odpowiadali   aktorom   na   ekranie   i   którzy   chrapali   i 
pierdzieli,   szczali   w   spodnie.   Oddział   bileterów   wyposażonych   W   latarki   patrolował 
widownię   w   przejściach,   sprawdzając,   czy   ktoś   nie   zasnął.   Hałas   tolerowano,   ale   utrata 
świadomości   była   najwyraźniej   wbrew   przepisom.   Ilekroć   bileter   spostrzegał   śpiącego, 
świecił mu latarką w oczy i wzywał do pobudki. Jeżeli osoba nie reagowała, podchodził i 
potrząsał   nią   aż   do   skutku.   Krnąbrni   byli   usuwani   z   kina,   nierzadko   mimo   głośnego   i 
zaciekłego sprzeciwu. Stało się tak z sześć razy podczas całego popołudnia. Dopiero potem 
przyszło mi do głowy, że bileterzy sprawdzali, czy ktoś nie umarł.
Nic  z  tego   nie  zmąciło  jednak  mego   nastroju.  Byłem  odprężony,   spokojny,   zadowolony. 
Biorąc   pod   uwagę   niewiadomą,   która   czekała   mnie   po   wyjściu   z   kina,   wykazywałem 
nadzwyczajne opanowanie. Zaczęła się trzecia projekcja i raptem poczułem, że grunt usuwa 
mi   się   spod   nóg.   Wyświetlali   W   osiemdziesiąt   dni   dookola   świata,   ten   sam   film,   który 
widziałem z wujem Victorem w Chicago przed jedenastu laty. Z początku sądziłem, że z 
przyjemnością znów go obejrzę, i przez krótką chwilę wydawało mi się, że mam szczęście, iż 
siedzę w kinie właśnie tego dnia, kiedy ze wszystkich filmów na świecie pokazują akurat ten. 
Wyglądało to tak, jak gdyby los mnie strzegł, jak gdyby nad moim życiem czuwały duchy 
opiekuńcze. Lecz zaraz potem nie wiedzieć czemu zebrało mi się na płacz. W chwili gdy 
Phileas Fogg i Passepartout gramolili się do balonu (gdzieś w pierwszej półgodzinie filmu), 
tamy puściły i poczułem, że policzki mnie pieką od strumieni ciepłych, słonych łez. Opadło 
mnie   znienacka   tysiące   dziecięcych   smutków,   od   których   nie   mogłem   się   opędzić. 
Pomyślałem, że gdyby wuj Victor zobaczył mnie teraz, byłby zdruzgotany, pękłoby mu serce. 
Co z siebie zrobiłem? Byłem wrakiem, trupem, który spadał na głowę w otchłań piekielną. 
David   Niven   i   Cantinflas   wyglądali   z   kosza,   szybując   nad   piękną   wsią   francuską,   a   ja 
siedziałem w ciemności z bandą pijaków, szlochając nad swym zmarnowanym życiem, aż 
zabrakło mi tchu. Wstałem i ruszyłem do wyjścia na parterze. Na dworze wczesny wieczór 
ostrzelał   mnie   światłami,   otoczył   ciepłym   powietrzem.   Zasłużyłem   sobie,   pomyślałem. 
Rozpiąłem dokoła siebie nicość i teraz muszę w niej żyć.
Tak trwało kilka dni. Wpadłem w rozbujaną huśtawkę nastrojów, miotany od radości do 
rozpaczy tak często, że umysł otępiał od gwałtownych wychyleń. Byle co wystarczyło, by 
spowodować nagły zwrot: przelotny uśmiech na twarzy przechodnia, kąt padania promieni 
słonecznych.  Mozolnie  starałem  się odzyskać  równowagę, ale bez skutku: wszystko  było 

background image

niestałe,   rozchwiane,   zdradliwie   kapryśne.   W   jednej   chwili   prowadziłem   filozoficzne 
poszukiwania, święcie przekonany, że zaraz dołączę do grona nielicznych wybrańców, którzy 
dostąpili   oświecenia,   w   następnej   cały   byłem   we   łzach,   załamując   się   pod   brzemieniem 
własnej udręki. Bez reszty pochłonięty sobą, nie potrafiłem  już patrzeć  trzeźwym  okiem: 
przedmioty stawały się myślami, a każda myśl była uwikłana w tragedię rozgrywającą się w 
mym wnętrzu.
Co innego siedzieć w mieszkaniu i czekać, aż niebo zwali się na głowę, a co innego być 
wyrzuconym na bruk. Nie minęło dziesięć minut od wyjścia z kina, gdy wreszcie zdałem 
sobie sprawę ze swego położenia. Zbliżała się noc i za kilka godzin będę musiał znaleźć sobie 
miejsce do spania. Choć wydaje się to niebywałe, dotąd nie   poświęciłem temu ani chwili 
namysłu.     Uznałem,     że   problem   sam   się   rozwiąże,   że   wystarczy   mieć   ufność   w   ślepe 
szczęście. Teraz jednak zacząłem się zastanawiać i uznałem, że marne mam widoki na jakiś 
nocleg.   Nie   położę   się   na   gołej   ziemi   jak   dziad,   powiedziałem   sobie,   nie   będę   spał   na 
gazetach. Jeśli to zrobię, wystawię się na pastwę pierwszego lepszego szaleńca, to będzie jak 
zachęta   do   poderżnięcia   mi   gardła.   A   nawet   jeżeli   nikt   mnie   nie   napadnie,   to   zostanę 
aresztowany za włóczęgostwo. Ale jakie miałem wyjście? Wzdrygałem się na myśl o spaniu 
w noclegowni. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym leżeć w jednej sali z setką wyrzutków, 
zmuszony wdychać ich smrody, słuchać jęków starych mężczyzn pieprzących się nawzajem. 
Za nic nie chciałem się znaleźć w takim miejscu - nawet za darmo. Pozostawało metro, ale od 
razu wiedziałem,  że nie zmrużę tam oka - w trzęsącym  się wagonie, w hałasie i świetle 
jarzeniówek,   wyczekując   z   lękiem,   aż   jakiś   zabłąkany   policjant   przygrzmoci   mi   pałą   w 
podeszwy. Przez kilka godzin chodziłem po mieście z duszą na ramieniu, usiłując podjąć 
decyzję. Wybrałem Park Centralny tylko dlatego, że byłem zbyt zmęczony, by wymyślić coś 
innego. Około jedenastej znalazłem się na Piątej Alei, z roztargnieniem przeciągając dłonią 
po   kamiennym   murze,   który   oddziela   park   od   ulicy.   Spojrzałem   ponad   ogrodzeniem, 
zobaczyłem ogromne, nie zamieszkane błonia i uznałem, że nic lepszego o tej porze już mi się 
nie trafi. Ziemia przynajmniej   będzie miękka, ponadto cieszyłem się na myśl o położeniu się 
w trawie, o usłaniu sobie legowiska w miejscu, gdzie nikt nie będzie mnie widział. Wszedłem 
przez bramę przy Muzeum Metropolitarnym i przez kilka minut maszerowałem w głąb parku, 
po czym wczołgałem się pod krzak. Nie miałem siły szukać czegoś innego. Słyszałem wiele 
przerażających historii o Parku Centralnym, ale w tamtej chwili zmęczenie wzięło górę nad 
strachem. Jeżeli krzak mnie nie skryje przed oczami innych, pomyślałem, to mam jeszcze 
scyzoryk,   by   się   bronić.   Zwinąłem   skórzaną   kurtkę,   wsadziłem   ją   pod   głowę   i   ległem. 
Wierciłem się przez chwilę, próbując przyjąć wygodną pozycję. Gdy tylko przestałem się 
ruszać,   z   sąsiedniego   krzaka   dobiegło   mnie   cykanie   świerszcza.   Zaraz   potem   lekkie 
podmuchy wiatru zaczęły igrać liśćmi i gałązkami nad moją głową. Nie wiedziałem już, co o 
tym wszystkim myśleć. Na niebie nie było księżyca i ani jednej gwiazdy. Zasnąłem, nim 
przypomniałem sobie, żeby wyjąć z kieszeni scyzoryk.
Obudziłem  się obolały,  jak gdybym  spał w wagonie towarowym.  Dopiero  świtało.  Ciało 
miałem zdrętwiałe, mięśnie zmieniły się w kloce. Wyplątałem się z krzaka, klnąc i pojękując 
przy każdym ruchu, po czym rozejrzałem się dokoła. Spędziłem noc na skraju boiska do 
softballu, w zaroślach tuż za główną bazą. Boisko leżało w płytkiej niecce i o tej wczesnej 
godzinie nad trawą zawisł tuman rzadkiej szarej mgły. W pobliżu nie było śladu człowieka. 
Nad drugą bazą dokazywało kilka ćwierkających wróbli, w koronach drzew nad moją głową 
skrzeczała sójka. To był Nowy Jork, lecz nie miał on nic wspólnego z Nowym Jorkiem, który 
znałem.   Wyprane   ze   skojarzeń,   miejsce   to   mogłoby   być   wszędzie.   Kiedy   tak   nad   tym 
rozmyślałem, uzmysłowiłem sobie raptem, że mam za sobą pierwszą noc. Nie powiem, że 
uradował mnie ten wyczyn -zbyt bolały mnie gnaty - ale wiedziałem już, że sobie poradziłem. 
Miałem za sobą pierwszą noc, a skoro udało mi się raz, nie było powodu sądzić, że nie uda mi 
się drugi i trzeci.

background image

Odtąd każdej nocy spałem w parku. Stał się on dla mnie sanktuarium, pełnym duchowości 
schronieniem   przed   bezdusznymi   roszczeniami   ulicy.   Do   włóczęgi   miałem   osiemset 
czterdzieści akrów i w odróżnieniu od monumentalnych szyków miejskiej zabudowy, która 
majaczyła za murem, park dawał możliwość życia w samotności, odgrodzenia się od reszty 
świata. Ulica to tylko ciała i zgiełk i czy się to komuś podoba .-czy nie, obecność na niej ujęta 
jest w ramy sztywnego protokołu. Iść w tłumie oznacza nie iść szybciej niż inni, nadążać za 
przechodniem obok, nie robić nic, co  zakłóciłoby bieg strumienia ludzi. Jeśli przestrzegacie 
zasad tej gry, nikt  na was nie zważa.1 Nowojorczycy  idący  ulicą to  ludzie  o zamglonym 
wejrzeniu — cechuje ich naturalna, być może konieczna obojętność wobec innych. Nieważne, 
na   przykład,   jak   wyglądacie.   Ekstrawaganckie   stroje,   wymyślne   fryzury,   koszulki   z 
wulgarnymi napisami - nikt nie zwraca na to uwagi. Z drugiej zaś strony, sposób, w jaki 
zachowujecie się w najpospolitszym nawet ubraniu, ma doniosłe znaczenie. Dziwne gesty są 
natychmiast odbierane jako groźby. Mówienie do siebie, drapanie się, patrzenie komuś prosto 
w oczy: te odchylenia od normy mogą wywołać wrogą, niekiedy bardzo gwałtowną reakcję 
otoczenia. Nie wolno się zataczać ani słaniać, nie wolno przytrzymywać się ścian, śpiewać, 
albowiem wszelkie formy spontanicznego czy nie kontrolowanego zachowania niechybnie 
narażą was na spojrzenia i zjadliwe uwagi albo nawet na kuksańca czy kopniaka w piszczel. 
Nie było ze mną jeszcze tak źle, bym został w ten sposób potraktowany, ale widziałem, jak 
przydarza się to innym, i zdawałem sobie sprawę, że w końcu nadejdzie dzień, gdy nie będę 
mógł już w pełni nad sobą panować. W przeciwieństwie do tego życie w Parku Centralnym 
kryło w sobie daleko większą rozmaitość. Nikt nie przystawał zdziwiony, gdy ktoś wyciągał 
się na trawie  i zasypiał  w środku dnia. Nikt nie przecierał  oczu ze zdumienia,  gdy inny 
siedział   bezczynnie   pod   drzewem,   grał   na   klarnecie   lub   wrzeszczał   na   całe   gardło.   Z 
wyjątkiem pracowników biurowych, którzy przychodzili w przerwach na lunch i trzymali się 
przezornie  obrzeży  parku,  większość  bywalców  zachowywała  się   tak,  jak  gdyby   była  na 
wakacjach. To, co na ulicy budziłoby trwogę, w parku wydawało się zwyczajną rozrywką. 
Ludzie   uśmiechali   się   do   siebie,   trzymali   za   ręce,   wyginali   ciała   w   niecodzienne   pozy, 
całowali się. Żyj i daj żyć - o ile tylko nikt nie mieszał się do tego, co robią inni, sam mógł 
wyczyniać, co mu się żywnie podobało.
Nie ulega wątpliwości, że park uczynił dla mnie wiele dobrego. Dał mi prywatność, a ponadto 
pozwolił łudzić się, że moja sytuacja nie jest aż tak zła, jak była w istocie. Trawa i drzewa 
okazały się demokratyczne i kiedy wygrzewałem się w późnopopołudniowym słońcu albo 
wdrapywałem   wczesnym   wieczorem   między   skałki,   by   znaleźć   sobie   miejsce   do   spania, 
czułem, że wtapiam się w otoczenie, że nawet wytrawne oko wzięłoby mnie za uczestnika 
pikniku albo spacerowicza, których pełno było dokoła. Ulica demaskowała taką ułudę. Ilekroć 
szedłem w tłumie, natychmiast doskwierała mi wstydliwa wiedza o samym  sobie. Byłem 
skazą na gładkiej po wierzchni, włóczęgą, parchem porażki na skórze ludzkości. Każdego 
dnia   brudniejszy,   każdego   dnia   większy   obszarpaniec,   coraz   bardziej   zagubiony,   coraz 
bardziej   inny   od   wszystkich.   Tymczasem   w   parku   nie   dźwigałem   brzemienia 
samoświadomości. Park wytyczał próg, granicę, dzięki której mogłem rozdzielić wnętrze i 
wygląd. L) ile ulica zmuszała mnie, bym postrzegał się tak, jak postrzegają mnie inni, o tyle 
park dawał mi sposobność powrotu do życia wewnętrznego, do obcowania z samym sobą 
wyłącznie w kategoriach tego, co dzieje się we mnie. Odkryłem, że można przeżyć bez dachu 
nad   głową,   nie   da   się   natomiast   bez   równowagi   między   tym   co   wewnętrzne   a   tym   co 
zewnętrzne. Park wydatnie pomógł mi ją znaleźć. Może nie był całkiem domem, ale z braku 
lepszego schronienia prawie się nim stał.
Przydarzały mi się w nim dziwne historie, które wydają się niemal nieprawdopodobne, gdy je 
dziś   wspominam.   Pewnego   razu,   na   przykład,   podeszła   do   mnie   młoda   kobieta   o 
płomiennorudych włosach i wcisnęła mi w dłoń pięciodolarowy banknot - ot tak, po prostu, 
bez słowa wyjaśnienia. Kiedy indziej gromadka ludzi zaprosiła mnie na śniadanie na trawie. 

background image

Kilka   dni   później   grałem   przez   całe   popołudnie   w   softball.   Biorąc   pod   uwagę   mój   stan 
fizyczny, sprawiłem się niewiarygodnie (dwa czy trzy single, robinsonada i chwyt na lewym 
polu), a ilekroć moja drużyna była przy kiju, pozostali gracze częstowali mnie jedzeniem, 
piciem i tytoniem: kanapki i precle, puszki piwa, cygara, papierosy. To były jasne chwile, 
które pomagały mi przetrwać mroczniej szy czas, kiedy to wydawało się, że szczęście mnie 
opuszcza. Być może od samego początku tylko to chciałem sobie udowodnić: '•• że człowiek, 
który szasta swym życiem, odkrywa to, czego wczelśniej nie dostrzegał i nie poznałby w 
innych okolicznościach. Byłem półżywy z głodu, ale ilekroć przytrafiało mi się coś dobrego, 
przypisywałem  to nie przypadkowi,  lecz memu  stanowi ducha. Czułem, że jeżeli zdołam 
zachować   właściwą   równowagę   między   pragnieniem   a   obojętnością,   to   w   jakiś   sposób 
nakłonię wszechświat, by zareagował na moje istnienie. Jak inaczej miałem interpretować 
nadzwyczajne odruchy dobroci, które mnie spotykały w Parku Centralnym? Nigdy nikogo o 
nic nie prosiłem, nie ugiąłem się w swym postanowieniu ani na jotę, a mimo to nieznajomi 
podchodzili   i   propor.   '   'ali   pomoc.   Niechybnie   roztaczałem   na   świat   jakąś   moc,   coś 
nieokreślonego, '-> skłaniało ludzi do takiego postępowania. Z upływem czasu przek„ nałem 
się, że coś dobrego przytrafia mi się wyłącznie wtedy, gdy przestaję tego chcieć. Jeśli to 
prawda, prawdziwa byłaby również ..

odwrotność   tej   tezy:   zbytnie   pragnienie   przekreślało   ziszczenie   się   pragnienia.   To   był 
logiczny wniosek wypływający z mojej teorii, skoro bowiem udowodniłem sobie, że potrafię 
przyciągnąć do siebie świat, wynikało z tego również, że potrafię go od siebie odpychać. 
Innymi   słowy,   dostaję,   czego   chcę,   wyłącznie   wtedy,   gdy   tego   nie   chcę.   Brzmiało   to 
bezsensownie, ale przemawiała do mnie pokręt-ność wywodu. Jeżeli moje potrzeby mogą być 
zaspokojone jedynie  poprzez zaniechanie  myślenia  o nich, to rozstrząsanie mojej sytuacji 
przynosi efekt przeciwny do zamierzonego. W chwili, gdy to pojąłem, poczułem, że chwieję 
się karkołomnie na rozpiętej  linie świadomości. No bo jak nie myśleć o jedzeniu, gdy jest się 
głodnym?  Jak uciszyć  brzuch,  skoro bez przerwy burczy,  woła,  by go napełnić?  Jak nie 
zwracać uwagi na tak usilne błagania? Nieraz dawałem im posłuch i wtedy uzmysławiałem 
sobie, że przekreśliłem ostatecznie szansę na uzyskanie pomocy. Wynik był nieuchronny, tak 
oczywisty i niepodważalny jak w działaniu matematycznym. Dopóki rozmyślałem o mych 
kłopotach, dopóty świat odwracał się ode mnie. Wówczas nie pozostawało nic innego, jak 
samemu sobie radzić, rozglądać się za jedzeniem, wyzyskać swe położenie do maksimum. 
Mijało trochę czasu. Dzień, dwa, może nawet trzy lub cztery, i po trochu wyrzucałem z głowy 
wszelkie   myśli   o   ratunku,   gotowałem   się   na   zgubę.   Wtedy   następowało   jedno   z   tych 
cudownych wydarzeń. Za każdym razem porażały mnie one jak grom z jasnego nieba. Nie 
potrafiłem przewidzieć ich nadejścia, a po spełnieniu nie miałem powodów liczyć na kolejne. 
Każdy cud był zatem ostatnim. Ponieważ był ostatnim, bez przerwy wracałem do początku 
drogi, ciągle musiałem zaczynać walkę od nowa.
Część   każdego   dnia   poświęcałem   na   szukanie   jedzenia   w   parku.   W   ten   sposób 
zaoszczędzałem pieniądze i oddalałem chwilę, gdy będę zmuszony zrobić wypad na ulice. Z 
upływem  czasu   to  właśnie   ulic   zacząłem   się  lękać  najbardziej  i  gotów  byłem  niemal   na 
wszys-.       tko, by trzymać się od nich z dala. Pod tym względem szczególnie pożyteczne 
okazały się weekendy. Gdy pogoda dopisywała, do parku przychodziła rzesza ludzi i rychło 
się przekonałem, że większość z nich przynosi ze sobą wałówkę: najprzeróżniejsze drugie 
śniadania  i przekąski, którymi  dogadzano podniebieniu. To nieuchronnie prowadzi         io 
marnotrawstwa   w   postaci   przeogromnych   ilości   po-,.,   rzuconego,   ale   nadającego   się   do 
spożycia  jedzenia. Trochę trwało, , .nim się przemogłem,   ale   gdy już pogodziłem się z 
myślą, że wkładam do ust żywność, którą wcześniej napoczęły inne usta, odkryłem, że mam 
wokół siebie niewyczerpane źródło pożywienia.

background image

Ciasto po pizzy, kawałki hot dogów, skórka po wielopiętrowych kanapkach, nie dopite puszki 
wody sodowej - trawniki i skałki były nimi dosłownie usłane, pojemniki na śmiecie pękały od 
obfitości. By przezwyciężyć  swe opory,  wymyślałem śmieszne  nazwy  na śmietniki. Były 
barami ostatniej obsługi, jadłobiorniami, karmnikami dla niebieskich ptaków - czymkolwiek, 
bylebym zapomniał, czym naprawdę są. Pewnego razu, gdy grzebałem w koszu, podszedł 
policjant i zapytał, co robię. Całkowicie zaskoczony, bąkałem coś przez chwilę, po czym 
wydukałem,   że   jestem   studentem.   Powiedziałem,   że   biorę   udział   w   badaniach 
socjologicznych i że przez całe lato zbieram dane statystyczne na temat zawartości miejskich 
śmietników.   Na   dowód   sięgnąłem   do   kieszeni   i   wyjąłem   legitymację   studencką,   mając 
nadzieję,   że   funkcjonariusz   nie   zauważy,   iż   ważność     straciła   w     czerwcu.     Policjant 
przyglądał się przez  chwilę fotografii, potem spojrzał na mnie, po czym znów popatrzył na 
zdjęcie — dla porównania - i wzruszył ramionami. Uważaj, powiedział, żebyś nie wcisnął 
głowy za głęboko, bo się zaklinujesz.
Nie znaczy to  wcale,  że zjadanie  resztek było przyjemne. W zbieraniu okruchów nie ma nic 
romantycznego, a początkowy urok, który cechuje każdą nowość, szybko wyparował bez 
śladu. Przypomniałem sobie scenę z przeczytanej kiedyś książki — Laza-rillo de Tormes - w 
której przymierający głodem hidalgo chodzi z wykałaczką w zębach, żeby stwarzać wrażenie, 
iż właśnie zjadł suty posiłek. Odtąd sam wdziewałem ten kostium, nie omieszkając zabrać 
garści wykałaczek, gdy chodziłem do baru na kawę. Miałem przynajmniej co żuć w zębach w 
godzinach   postu   i   dzięki   temu   moja   postać   zyskała   -   jak   mi   się   wydawało   -   rys 
samodzielności i tchnęła jowialnym spokojem.  Niewiele  to,  ale potrzebowałem wszelkich 
rekwizytów. Najtrudniej było podejść do śmietnika, gdy wiedziałem, że inni patrzą. Zawsze 
starałem się szperać jak najdys-kretniej. Głód wziął wprawdzie górę nad zahamowaniami, ale 
tylko   dlatego,   że   był   zbyt   dokuczliwy.   Kilkakrotnie   widziałem,   że   ludzie   się   ze   mnie 
naśmiewają, a raz czy dwa dzieci wskazały mnie palcem, krzycząc do mam, żeby zobaczyły 
głupiego, co zjada śmiecie. Tego się nie zapomina bez względu na upływ czasu. Dusiłem w 
sobie gniew, lecz przypominam sobie przynajmniej jeden incydent, kiedy z taką wściekłością 
burknąłem na pewnego chłopczyka, że wybuchnął płaczem. Na ogół jednak przyjmowałem 
poniżenie z pokorą, jako wpisane w życie, które wiodłem. Będąc w tryumfalnym nastroju, 
interpretowałem takie zdarzenia w kategoriach duchowej inicjacji, jako kłody rzucane mi pod 
nogi,   mające   sprawdzić   siłę     mei   wiary   w   samego   siebie.   Jeżeli   nauczę   się   wychodzić 
zwycięsko   z   podobnych   prób,   osiągnę   wyższy   stopień   świadomości.   W   chwilach   mniej 
radosnych patrzyłem na siebie przez pryzmat polityki w nadziei, że usprawiedliwienie dla 
swego położenia znajdę, traktując je jako wyzwanie dla amerykańskiego stylu życia. Jestem 
narzędziem sabotażu, mówiłem sobie, obluzowanym trybikiem w machinie narodu, felerem, 
którego zadaniem jest zablokować mechanizm. Nikt nie potrafił patrzeć na mnie bez uczucia 
wstydu,   gniewu   albo   litości.   Byłem   żywym   dowodem,   że   system   nie   zdał   egzaminu,   że 
kołtuński, syty, miodem i mlekiem płynący kraj puszcza w szwach.
Podobne rozważania zajmowały mi większość godzin na jawie. Cały czas byłem w pełni 
świadom,   co   się   ze   mną   dzieje,   niemniej   gdy     tylko     coś   się   wydarzyło,     mój     umysł 
natychmiast reagował chorobliwie, buzując ognistą namiętnością myśli. W głowie buchały 
żarem książkowe teorie, zaciekłe spory, zawiłe dialogi wewnętrzne. Później, kiedy już byłem 
uratowany, Zimmer i Kitty pytali mnie, jak można nic nie robić przez tyle dni. Nie nudziło mi 
się? Nie było monotonnie? Logiczne pytania, ale faktem jest, że nie nudziło mi się nigdy. 
Mieszkając   w   parku,   podatny   byłem   na   najrozmaitsze   nastroje   i   emocje,   ale   nudy   nie 
zaznałem nigdy. Kiedy nie zaprzątały mnie sprawy natury praktycznej (szukanie miejsca do 
spania, zaspokajanie głodu), miałem co innego do roboty. Do południa zwykle udawało mi się 
znaleźć   gazetę   w  którymś   z   koszy  i   przez   następną   godzinę   z   okładem   pilnie   czytałem, 
usiłując  śledzić na bieżąco wydarzenia na świecie. Wojna trwała, rzecz jasna, ale działy się i 
inne   rzeczy:   Chappaąuiddick*,   zamieszki   w   Chicago,   proces   Czarnych   Panter,   kolejne 

background image

lądowanie   na   Księżycu,   Metsi.   Ze   szczególną   uwagą   śledziłem   zaskakujący   zmierzch 
Cubsów, zachodząc w głowę, jak to możliwe, że drużyna tak dokumentnie się wykrusza. 
Nietrudno było dostrzec podobieństwo między ich spadkiem z czoła tabeli a moją sytuacją, 
ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Jeśli już o to chodzi, bardziej pochłaniała mnie dobra 
passa Metsów. Ich casus był jeszcze bardziej niewiarygodny niż Cubsów; nieprawdopodobne 
odbicie się od dna zdawało się dowodzić, że wszystko na tym świecie jest możliwe. Ta myśl 
była   mi   pociechą.   Związek   Chodzi   o   kraksę   spowodowaną   przez   Edwarda   Kennedy'ego 
(młodszego brata Johna i Roberta) w miejscowości Chappaquiddick. Prowadzone przez niego 
auto zjechało z mostu do rzeki, w wyniku czego utonęła jadąca z nim młoda kobieta (przyp. 
tłum.).
przyczynowy przestał być ukrytym przed ludzkim okiem demiurgiem, który rządzi światem: 
dół był górą, ostatni pierwszymi, kres początkiem. Z kupy gnoju wstał z martwych Heraklit i 
miał nam do przekazania najprostszą z prawd: że rzeczywistość to jo-jo, że jedyną konstantą 
jest zmiana.
Skończywszy rozważania  nad aktualnościami,  zwykle  wałęsałem się jakiś czas po parku, 
zapuszczając się w rejony, których jeszcze nie widziałem. Rozkoszowałem się paradoksem 
życia   w   naturalnym   świecie   wzniesionym   przez   człowieka.   Oto   była   przyroda   w   stanie 
ścieśnienia - by tak rzec - gdyż park krył rozmaitość terenów i krajobrazów, jaką rzadko 
widuje się w tak ograniczonej przestrzeni. Były pagórki i pola, nawisy skalne i gęstwiny, 
gładkie   błonia   i   skupiska   jaskiń.   Lubiłem   włóczyć   się   po   różnych   zakątkach,   albowiem 
mogłem   sobie   wówczas   wyobrażać,   że   pokonuję   wielkie   odległości,   choć   w   istocie 
pozostawałem w granicach mego miniaturowego świata. Na końcu parku było oczywiście 
zoo, oprócz tego jeziorko, gdzie wynajmowano łódki dla relaksu, oraz zbiornik wodny i place 
zabaw   dla   dzieci.   Dużo   czasu   poświęcałem   obserwowaniu   ludzi:   przypatrywałem   się   ich 
gestom i chodowi, wymyślałem dla nich życiorysy, usiłując zatracić się w tym, co widzę. Gdy 
umysł dostatecznie się wyciszał, nierzadko przyłapywałem się na tym, że pogrążam się w 
nudnych i obsesyjnych grach. Liczyłem, na przykład, ilu ludzi przejdzie przez dane miejsce, 
katalogowałem twarze wedle ich podobieństwa do zwierząt - świnie i konie, gryzonie albo 
ptaki, ślimaki, torbacze i koty. Niekiedy zapisywałem moje obserwacje w notesie, ale na ogół 
nie miałem ochoty sięgać po ołówek, ponieważ nie chciałem odgradzać się zbyt wyraźnie od 
otoczenia. /Pojąłem też, że za długo patrzyłem na świat przez pryzmat słów, li jeżeli pobyt w 
parku ma mi w jakikolwiek sposób wyjść na dobre, powinienem przeżyć te dni jak najpełniej, 
wystrzegając   się   wszystkiego,   co   nie   należy   do   „tu   i   teraz",   co   nie   jest   cząstką   ogromu 
namacalnych, zmysłowych wrażeń napierających na skórę. ^
Niekiedy bywało groźnie, choć nigdy nie znalazłem się w prawdziwym niebezpieczeństwie, 
przed którym nie zdołałbym ujść. Pewnego ranka usiadł obok mnie na ławce starzec, który 
wyciągnął do mnie rękę i przedstawił się jako Frank.
— Ale możesz mi mówić Bob, jeśli chcesz - powiedział. — Nie jestem wybredny. Byle nie 
Bili, bo wtedy się pokłócimy.
Ledwo nabrawszy tchu, zaczął opowiadać pogmatwaną historię o hazardzie, rozwodząc się 
nad tysiącem dolarów, które postawił w 1936 roku na wyścigach, w co zamieszany był koń 
zwany  Cigarillo, gangster o pseudonimie Książę i dżokej imieniem Tex. Pogubiłem się już 
po trzecim zdaniu, ale w słuchaniu tej nieskładnej, wartkiej opowiastki było coś przyjemnego, 
a ponieważ starzec nie sprawiał wrażenia niebezpiecznego człowieka, siedziałem dalej na 
ławce. Jednak mniej więcej po dziesięciu minutach nieprzerwanego monologu poderwał się 
nagle i chwycił leżący na moich kolanach futerał z klarnetem. Popędził asfaltową ścieżką jak 
kaleki sprinter, stawiając nieporadne, posuwiste kroki, wyrzucając na wszystkie strony ręce i 
nogi.   Nietrudno   było   go   dogonić.   Chwyciłem   starca   z   tyłu   za   ramię,   obróciłem   go 
gwałtownym szarpnięciem i wyrwałem klarnet z rąk. Wydawał się szczerze zdziwiony, że 
chciało mi się go ścigać.

background image

-  Tak się nie traktuje starszych - powiedział, nie okazując najmniejszej skruchy.
Korciło   mnie,   żeby   wyrżnąć   go   w   zęby,   ale   i   tak   już   dygotał   ze   strachu,   więc   się 
powstrzymałem. Gdy już miałem odejść, obrzucił mnie wylękłym, pogardliwym spojrzeniem 
i bryznął z ust w moim kierunku utoczoną plwociną. Z połowa śliny pociekła mu po brodzie, 
ale reszta trafiła mnie w pierś. Spojrzałem na ubranie, a wtedy on wykorzystał ten ułamek 
sekundy i podyrdał dalej, oglądając się przez ramię, czy go ścigam. Myślałem, że na tym 
koniec, ale odbiegłszy na bezpieczną odległość, zatrzymał się w pół kroku, odwrócił i zaczął 
mi wygrażać pięścią, boksując wściekle powietrze.
-   Pierdolony komuch! — wrzasnął. - Pierdolony komuszy agitator! Wracaj do Rosji, tam 
twoje miejsce!
Ubliżał mi, żebym gonił go dalej, najwyraźniej pragnąc przedłużyć przygodę, ale nie dałem 
się sprowokować. Obróciłem się bez słowa i zostawiłem go samemu sobie.
Było to oczywiście błahe zdarzenie, inne jednak napędziły mi stracha. Pewnej nocy banda 
nastolatków ścigała mnie po Sheep's Meadow i uratowałem się tylko dzięki temu, że jeden z 
nich wywrócił się i skręcił kostkę. Innym razem wojowniczo usposobiony pijak groził mi 
„tulipankiem".  W tych  dwóch wypadkach  o włos uniknąłem  nieszczęścia,  ale największą 
trwogę przeżyłem pewnej pochmurnej nocy już blisko końca, kiedy przypadkiem wlazłem w 
krzak, gdzie kochało się troje ludzi: dwóch mężczyzn i kobieta. Niewiele zobaczyłem, ale 
zdaje się, że wszyscy byli nadzy, a sądząc z tonu ich głosów, także pijani. Pod moją stopą 
trzasnął patyk i wtedy usłyszałem słowa kobiety, a zaraz potem zaszeleściły liście i gałęzie.
-  Jack! - odezwała się. - Ktoś nas podgląda.
Zamiast jednego, odpowiedziały dwa głosy, oba zachrypłe od nienawiści, przepełnione furią, 
jaką   rzadko   zdarzało   mi   się   dotąd   słyszeć.   Następnie   podniosła   się   ciemna   postać,   która 
wycelowała z czegoś we mnie.
- Powiedz słowo, dupku, a przywalę ci sześć razy.
Domyśliłem się, że mówi o kulach w rewolwerze. Być może strach zamącił moją percepcję, 
ale   zdaje   się,   że   w   tej   samej   chwili   usłyszałem   cichy   trzask   —   odbezpieczona   iglica! 
Uciekłem, nie zdając sobie nawet sprawy, jak bardzo jestem przerażony. Po prostu rzuciłem 
się pędem przed siebie i umknąłem. Gdyby płuca nie odmówiły w końcu posłuszeństwa, 
biegłbym prawdopodobnie do białego rana.
Trudno   powiedzieć,   jak   długo   wytrzymałbym   w   parku.   Zakładając,   że   nikt   by   mnie   nie 
ukatrupił, dotrwałbym przynajmniej do nadejścia chłodów. Oprócz kilku nieprzewidzianych 
wypadków   sprawy   były   właściwie   pod   kontrolą.   Pieniądze   wydawałem   z   mrówczą 
powściągliwością,   nigdy   więcej   niż   dolar   czy   półtora   dziennie,   i   choćby   dzięki   temu 
odsunąłbym   od   siebie   porę   ostatecznego   rozrachunku.   Nawet   gdy   już   zasoby   były 
niebezpiecznie   bliskie   wyczerpania,   w   ostatniej   chwili   coś   się   pojawiało:   znajdowałem 
gotówkę na ziemi albo podchodził nieznajomy i dokonywał się jeden z tych cudów, o których 
wspominałem. Nie odżywiałem się jak należy, ale też nie było dnia, bym nie miał w ustach 
przynajmniej kęsa jedzenia. To prawda, że pod koniec wychudłem zatrważająco - ważyłem 
niespełna pięćdziesiąt jeden kilogramów - lecz najbardziej zmizerniałem w ostatnich dniach, a 
to dlatego, że zachorowałem - grypa czy jakiś wirus, Bóg raczy wiedzieć — i odtąd w ogóle 
nie jadłem. Byłem zbyt słaby i ilekroć brałem coś do ust, natychmiast zwracałem. Gdyby moi 
przyjaciele nie odnaleźli mnie w porę, nie ulega chyba kwestii, że bym umarł. Skończyły się 
moje zasoby i nie zostało mi nic, z czym mógłbym dalej stawiać opór.
Pogoda sprzyjała  mi  od samego  początku  do tego stopnia, że przestałem  zwracać  na nią 
uwagę. Niemal każdy dzień był powtórką poprzedniego: piękne późnoletnie niebo, gorące 
słońce palące ziemię, powietrze oddające ciepło z nadejściem nocy wypełnionej cykaniem 
świerszczy. W pierwszych dwóch tygodniach prawie w ogóle nie padało, a jeśli już, to ledwo 
kropiło. Zacząłem igrać z losem, spałem pod gołym niebem, utwierdzony w wierze, że będę 
bezpieczny. Pewnej nocy, gdy pogrążony we śnie leżałem na trawie, całkowicie wydany na 

background image

łaskę niebios, dopadła mnie ulewa. Był to jeden z owych kataklizmowych deszczy: niebo 
pękło raptem na pół   i chwilę później lało jak z cebra — przytłaczająca, rycząca wściekle 
masa wody. Obudziłem się całkowicie przemoczony, ciało smagały uderzenia, krople odbijały 
się od skórzanej kurtki jak śrut. Puściłem się pędem w ciemności, rozpaczliwie  szukając 
schronienia,   ale   dopiero   po   kilku   minutach   znalazłem   piędź   suchej   ziemi   pod   występem 
skalnym, a wtedy nie miało już znaczenia, gdzie się znajduję. Byłem mokry jak ktoś, kto 
przepłynął wpław ocean.
Deszcz padał do świtu, to przechodząc w mżawkę, to uderzając ze zdwojoną siłą - pies z 
kotem, najczystszej postaci wściekłość spadająca z chmur. Kolejne nawałnice nadchodziły 
znienacka, a ponieważ nie chciałem znowu ryzykować, przywarłem do mego schronienia, 
bezradnie  przestępując z nogi na nogę w chlupoczących  butach,  lepiących  się dżinsach i 
lśniącej   kurtce.   Plecak   też   przemókł,   nie   miałem   więc   suchych   rzeczy   na   zmianę.   Nie 
pozostało mi nic innego, jak przeczekać ulewę. Stałem w ciemności, dygocząc jak zbłąkany 
kundel. Przez pierwszą godzinę robiłem wszystko, by nie użalać się nad sobą, ale wreszcie się 
załamałem i wybuchłem stekiem przekleństw, wkładając wszystkie siły w najobrzydliwsze 
wyzwiska, jakie przyszły mi do głowy - razem z deszczem lał się potok plugawych inwektyw, 
wstrętnych   obelg,   pompatycznych   złorzeczeń   przeciw   Bogu   i   ojczyźnie.   Po   chwili 
doprowadziłem się do takiego stanu, że wrzeszczałem przez łzy - zanosiłem się szlochem i 
jednocześnie ujadałem - bluzgając mimo wzburzenia tak okrągłymi, długimi wiązankami, że 
największy ordynus spośród wszystkich szewców by się nie powstydził. Umilkłem chyba 
dopiero po półgodzinie. Byłem tak wyczerpany, że zasnąłem na stojąco. Drzemałem kilka 
minut, gdy obudził mnie kolejny atak deszczu. Chciałem znów dać upust rozpaczy, ale byłem 
zbyt   zmęczony   i   ochrypły,   by   jeszcze   krzyczeć.   Resztę   nocy   przestałem   zdjęty   żałością, 
czekając na nadejście dnia.
O szóstej rano poszedłem do pobliskiej garkuchni i zamówiłem talerz zupy. Jarzynowa to 
chyba   była,   z   kawałkami   selera   i   marchewki   pływającymi   w   żółtawej,   tłustej   brei. 
Rozgrzałem się trochę, ale ponieważ mokre ubranie wciąż lepiło się do ciała, chłód mnie 
przenikał   na   wskroś   i   gorący   posiłek   nie   dał   trwalszych   efektów.   Zszedłem   do   toalety   i 
włożyłem mokrą głowę pod wylot suszarki do rąk. Po chwili wyprostowałem się i ku swemu 
przerażeniu   zobaczyłem   w   lustrze,   że   gorące   powietrze   rozwichrzyło   mi   czuprynę   w 
komiczną   aureolę.   Wyglądałem   jak   gargulec,   obłąkana   postać   stercząca   z   dzwonnicy 
gotyckiej katedry. Rozpaczliwie chcąc odwrócić zmianę, uzbroiłem maszynkę do golenia w 
ostatnią żyletkę  i zacząłem ciąć wijące się loki. Skończywszy, z trudem się rozpoznałem, tak 
krótko ostrzygłem włosy. Odsłoniły moją zatrważającą chuderlawość. Uszy sterczały, jabłko 
Adama   się   uwydatniło,   głowa   była   nie   większa   niż   u  dziecka.   Maleję,   powiedziałem   do 
siebie, i nagle usłyszałem słowa skierowane do postaci w lustrze:
^~Nib się nie bój - rzekł mój głos. - Umiera się tylko raz. Komedia zaraz dobiegnie końca i 
już nigdy nie będziesz musiał przez coś podobnego przechodzić.
Później   tego   samego   ranka   przesiedziałem   kilka   godzin   w   czytelni   biblioteki   publicznej, 
licząc,   że   w   dusznym   pomieszczeniu   ubranie   szybciej   wyschnie.   Niestety,   gdy   zaczęło 
schnąć, zaczęło też śmierdzieć. Było tak, jak gdyby wszystkie fałdy i załamania postanowiły 
nagle zdradzić całemu światu moją tajemnicę. Nigdy wcześniej mi się to nie przydarzyło; 
byłem przerażony, że wydzielam tak okropny fetor. Widocznie mieszanina zastarzałego potu i 
deszczówki doprowadziła do jakiejś osobliwej reakcji chemicznej i im suchsze było ubranie, 
tym wstrętniejszą i przenikliwszą woń wydzielało. Wertowałem dalej encyklopedię, modląc 
się w duchu, by nikt nie poczuł smrodu, ale rychło moje nadzieje okazały się płonne. Starszy 
mężczyzna siedzący naprzeciwko podniósł oczy znad gazety i pociągnął nosem, po czym ze 
wstrętem spojrzał w moim  kierunku. Przez ułamek  sekundy miałem  ochotę zerwać się z 
krzesła i zrugać go za chamstwo, ale uświadomiłem sobie, że brak mi sił. Zanim zdążył 
cokolwiek powiedzieć, wstałem i wyszedłem z biblioteki.

background image

Na   dworze   utrzymywała   się   pogoda   pod   psem:   słotny,   posępny   dzień.   Kończyły   mi   się 
pomysły.   W   kościach   zagnieździła   się   dziwna   słabość   i   ledwo   mogłem   ustać.   Niedaleko 
Colisseum   kupiłem   kanapkę   w   delikatesach,   ale   zaraz   straciłem   na   nią   ochotę.   Po   kilku 
kęsach zawinąłem ją z powrotem w celofan i schowałem na później do plecaka. Bolało mnie 
gardło, pociłem się obficie. Przeszedłszy jezdnię przy Columbus Circle, wróciłem do parku i 
zacząłem szukać miejsca, w którym mógłbym się położyć. Dotąd nigdy nie spałem w dzień i 
bez   osłony   nocy   wszystkie   moje   kryjówki   wydawały   się   niewystarczające,   odsłonięte   i 
bezużyteczne. Szedłem na północ w nadziei, że znajdę coś, nim padnę. Trawiła mnie coraz 
wyższa gorączka, letargiczne zmęczenie zdawało się pożerać porcjami mózg. W parku nie 
było niemal nikogo. Właśnie zastanawiałem się dlaczego, gdy zaczęło mżyć. Roześmiałbym 
się pewnie, gdyby gardło tak nie bolało. Naraz zacząłem wymiotować. Z ust bluznęła zupa 
jarzynowa i kawałki kanapki, rozpryskując się u moich stóp.
Chwyciłem   się   za   kolana   i   wpatrzyłem   w   trawę,   przeczekując   skurcze.   Oto   samotność 
człowieka,   powiedziałem   sobie.   Oto   co   znaczy   nie   mieć   nikogo.   Gniew   jednak   minął   i 
sformułowałem   tę   myśl   ze   swego   rodzaju   brutalną   bezstronnością,   absolutnym 
obiektywizmem.   Nie   minęły   dwie,   trzy   minuty,   gdy   doznałem   wrażenia,   że   wszystko 
wydarzyło   się   przed   wieloma   miesiącami.   Szedłem   dalej,   nie   zamierzając   rezygnować   z 
poszukiwań.   Gdybym   kogoś   wtedy   napotkał,   pewnie   poprosiłbym   o   zabranie   mnie   do 
szpitala. Nikogo jednak nie napotkałem. Jak długo szedłem, nie wiem, ale w pewnej chwili 
natrafiłem na skupisko dużych skał, otoczone bujną roślinnością i drzewami. Skały tworzyły 
płytką grotę, więc bez namysłu wczołgałem się do niej, pociągnąłem za sobą kilka luźnych 
gałęzi, by zamaskować otwór, i natychmiast zasnąłem.
Nie wiem, ile czasu tam spędziłem, pewnie ze dwa lub trzy dni, ale nie ma to dziś większego 
znaczenia. Kiedy Zimmer i Kitty mnie o to spytali, odparłem, że trzy, ale tylko dlatego, że to 
symboliczna liczba, tyle bowiem dni przesiedział Jonasz w brzuchu wieloryba. Większość 
czasu   balansowałem   na   granicy   jawy   i   snu   i   nawet   gdy   byłem   całkiem   przytomny,   tak 
pochłaniały   mnie   męki   cielesne,   że   traciłem   rozeznanie.   Pamiętam   jednak   długie   serie 
wymiotów, chwile niepohamowanego dygotu całego ciała, okresy, gdy jedynym odgłosem 
było dzwonienie zębów. Niechybnie miałem wysoką gorączkę, która przynosiła przedziwne 
sny - nie kończące się, płynne wizje, które zdawały się wykluwać na mojej rozpalonej skórze. 
Nic nie zachowywało stałej formy/ Przypominam sobie, że pewnego razu ujrzałem przed sobą 
neon „Księżycowego Pałacu", wyraźniejszy niż kiedykolwiek na jawie. Różowe i niebieskie 
litery   były   tak   wielkie,   że   wypełniały   blaskiem   całe   niebo.   Naraz   zaczęły   tańczyć   i 
uformowały krąg. Zobaczyłem, że wiszę na nim, usiłując się utrzymać jak akrobata, który 
spaprał karkołomne salto. Następnie zacząłem się wić dookoła jak robak, a potem już w ogóle 
mnie nie było. Krąg przemienił się w oko, ogromną ludzką źrenicę, która patrzyła na mnie ze 
wzgardą i zniecierpliwieniem. Patrzyła i patrzyła i wreszcie zrozumiałem, że-to-oko Boga. l 
Ostatniego dnia wyszło słońce. Nie pamiętam tego, ale w pewnym momencie wypełzłem z 
groty i wyciągnąłem się na trawie. Umysł miałem tak skołatany, że wyobrażałem sobie, iż 
słoneczny żar wypędzi ze mnie gorączkę, dosłownie wyssie chorobę z kości. Pamiętam, że 
pomyślałem, że się opalę, że będę miał czerwoną skórę i tak długo powtarzałem te słowa, iż 
zatraciły sens. Nade mną rozpościerał się ogrom nieba, oślepiająca przejrzystość, której nie 
było końca. Czułem, że jeżeli będę się w nią wpatrywał dostatecznie długo, rozpuszczę się w 
świetle. Następnie, nieświadom, że zasypiam, zacząłem śnić o Indianach. Działo się to przed 
trzystu pięćdziesięcioma laty; zobaczyłem, że podążam śladem półnagich tubylców przez lasy 
Manhattanu.   Był   to   osobliwie   rozedrgany   sen,   nieustępliwy   i   wyrazisty,   pełen   ciał 
przemykających wśród nakra-pianych słońcem liści i gałęzi. Przez roślinność przedzierał się 
lekki wiatr, zagłuszając kroki wojowników, a ja szedłem za nimi cicho, poruszając się równie 
zwinnie jak oni, z każdym krokiem coraz bliższy poznania ducha lasów. Obrazy te pamiętam 
bardzo wyraźnie prawdopodobnie dlatego, że właśnie wtedy znaleźli mnie Zimmer i Kitty: 

background image

leżałem   na   trawie,   a   po   mojej   głowie   krążył   dziwny,   przyjemny   sen.   Kitty   zobaczyłem 
pierwszą,   ale   nie   poznałem   jej,   choć   wyczułem,   że   to   ktoś   znajomy.   Miała   na   głowie 
nawahską opaskę i początkowo wziąłem ją za powidok, zjawę, która wykluła się w mrokach 
mego snu. Później powiedziała mi, że uśmiechnąłem się do niej, gdy pochyliła się nade mną, i 
nazwałem ją Pocahontas. Pamiętam, że z powodu słońca ledwo dostrzegałem jej twarz, ale 
wyraźnie sobie przypominam, że miała łzy w oczach, choć potem za nic nie chciała się do 
tego przyznać. Po chwili w polu widzenia pojawił się też Zimmer i wtedy usłyszałem jego 
głos.
- Ty durny skurwielu - powiedział. Umilkł, po czym nie chcąc mącić mi w głowie długą 
gadką, powtórzył: - Ty durny skurwielu. Biedny, durny skurwielu.

Rozdział  3

Mieszkałem u Zimmera miesiąc z okładem. Gorączka ustąpiła już drugiego czy trzeciego 
dnia, ale jeszcze długo potem byłem osłabiony i ledwo mogłem stać o własnych siłach. Na 
początku Kitty odwiedzała mnie dwa razy w tygodniu, lecz nigdy za wiele nie mówiła i na 
ogół wychodziła po dwudziestu minutach czy półgodzinie. Gdybym był bardziej wyczulony 
na otoczenie, być może by mnie to zastanowiło, zwłaszcza gdy Zimmer opowiedział mi, jak 
doszło do mego ocalenia. Dziwne, że osoba, która przez trzy tygodnie przeczesywała świat w 
poszukiwaniu M. S. Fogga, po odnalezieniu go zachowywała się z taką rezerwą. Ale tak 
właśnie było i nie przyszło mi do głowy dociekać przyczyn. Byłem zbyt słaby, by dociekać 
przyczyn czegokolwiek, przyjmowałem więc krótkie wizyty Kitty Wu bez słowa komentarza, 
jako   naturalne   zdarzenia,   za   którymi   kryje   się   taka   sama   moc   i   nieuchronność   jak   za 
zmianami   pogody,   ruchem   planet   czy   światłem   wpadającym   przez   okno   o,   trzeciej   po 
południu każdego dnia.
Podczas mej rekonwalescencji opiekował się mną Zimmer. Jego nowe mieszkanie znajdowało 
się na pierwszym piętrze wiekowej kamienicy w West Yillage - obskurny hogan zawalony 
książkami  i płytami  gramofonowymi:  dwa małe  pokoje z przejściem bez drzwi, skromna 
kuchnia,   łazienka   bez   okna.   Zdawałem   sobie   sprawę,   jak   bardzo   Zimmer   się   poświęca, 
trzymając mnie u siebie, ale ilekroć dziękowałem, machał ręką, udając, że to bez znaczenia. 
Żywił  mnie  z  własnej  kieszeni,  pozwalał  spać we własnym  łóżku i  nie żądał  niczego  w 
zamian.   Jednocześnie  był   na  mnie  wściekły    i bez  ogródek  mówił,  że  okropnie  się  mną 
brzydzi. Postąpiłem jak kretyn i omal nie wykitowałem. Powiedział, że to niewybaczalne w 
wypadku człowieka o mojej inteligencji. To żałosne, debilne, porypane. Skoro wpadłem w 
tarapaty, dlaczego nie zwróciłem się do niego o pomoc? Czy nie wiedziałem, że chętnie zrobi 
dla   mnie   wszystko?   Na   te   wymówki   niewiele   mogłem   odpowiedzieć.   Zdawałem   sobie 
sprawę, że zraniłem uczucia Zimmera, i było mi wstyd.  Z upływem czasu coraz trudniej 
przychodziło mi połapać się w tym bigosie, którego narobiłem. Dotąd sądziłem, że poczynam 
sobie mężnie, ale okazało się, że okazuję najnędzniejszą formę tchórzostwa: radowałem się ze 
swej pogardy dla świata, odmawiając spojrzenia prawdzie w oczy. Teraz nie czułem już nic 
prócz wyrzutów sumienia, nic prócz druzgocącej świadomości własnej głupoty. Dni mijały u 
Zimmera i gdy tak z wolna dochodziłem do siebie, pojmowałem, że będę musiał zacząć życie 
od   nowa.   Pragnąłem   odpokutować   za   swoje   winy,   wynagrodzić   tych,   którzy   się   o   mnie 
troszczyli.   Byłem   zmęczony   sobą,   własnymi   myślami,   roztrząsaniem   swego   losu.   Ponad 
wszystko czułem potrzebę oczyszczenia się, odcierpienia za pofolgowanie egotyzmowi. Ze 
skrajnego   samolub-stwa   chciałem   przejść   do   skrajnej   bezinteresowności.   Najpierw   będę 
myślał o innych, postanowiłem, dopiero w drugiej kolejności o sobie. Będę sumiennie starał 
się   uczynić   zadość   za   wszelkie   krzywdy,   które   wyrządziłem,   i   w   ten   sposób   być   może 
dokonam czegoś w życiu. Był to, rzecz jasna, zamysł niewykonalny, ale uczepiłem się go 
niemal   z   religijnym   fanatyzmem.;   Chciałem   stać   się   świętym   -   świętym   bez   Boga   -   i 

background image

przewędrować   świat   robiąc   dobre   uczynki.   Choć   dziś   wydaje   się   to   niedorzeczne,   tego 
właśnie   pragnąłem.   Rozpaczliwie   poszukiwałem   jakiegoś   pewnika   i   byłem   gotów   na 
wszystko, by go znaleźć.
Wynikł jednak pewien szkopuł. Wyratowałem się wprawdzie o włos z opresji, ale nie dane mi 
było   odetchnąć.   Dzień   czy  dwa   po  ustąpieniu   gorączki   wstałem   z   łóżka   i   poszedłem   do 
ubikacji.   Był   już   chyba   wieczór,   Zimmer   pracował   przy   biurku   w   drugim   pokoju.   Gdy 
przyczłapałem po załatwieniu potrzeby, na podłodze zauważyłem klarnet. Zapomniałem o 
nim zupełnie i teraz z przerażeniem patrzyłem, w jak kiepskim stanie jest futerał. Z połowa 
skóry zeszła, a reszta była pofałdowana i popękana. Ulewa w Parku Centralnym zrobiła swoje 
i zląkłem się, że deszcz dostał się do środka i uszkodził instrument. Położyłem się z klarnetem 
do łóżka, gotując się na najgorsze. Odpiąłem zatrzaski i uchyliłem wieko, lecz nim zdążyłem 
spojrzeć uważniej, na podłogę sfrunęła biała  koperta i wtedy uświadomiłem sobie, że moje 
kłopoty dopiero się zaczynają. W ułamku sekundy niebo znów zwaliło się na mnie. Rany 
boskie, pewnie jestem dekownikiem, pomyślałem. Jeżeli przegapiłem komisję, to już mnie 
szukają   z   nakazem   aresztowania   -   a   to   oznaczałoby,   że   drogo   przyjdzie   mi   zapłacić,   że 
poniosę   trudne   do   wyobrażenia   konsekwencje.   Wyszarpnąłem   wezwanie   z   koperty   i 
zobaczyłem  datę wpisaną w okienko: 16 września. Nic mi  to nie mówiło,  bo dawno już 
straciłem rachubę czasu. Wyzbyłem  się nawyku spoglądania na zegary i kalendarze i nie 
mógłbym nawet zgadywać.
—  Małe pytanie - odezwałem się do Zimmera, który wciąż siedział pochylony nad biurkiem. 
- Dziś jest...?
-  Poniedziałek - odparł, nie podnosząc głowy.
—   Chodzi mi o datę. Miesiąc i dzień, roku nie musisz mi podawać, na tyle się jeszcze 
orientuję.
-  Piętnasty września - odrzekł, pochłonięty pracą.
—  Piętnasty września? Na pewno?
-  Oczywiście, że na pewno. Nie ma cienia wątpliwości. Opadłem na poduszkę i zamknąłem 
oczy.
-  Niebywałe - mruknąłem. - Po prostu niebywałe.
-  A co, na Boga, jest takie niebywałe? - zapytał Zimmer. Obrócił się na krześle i spojrzał na 
mnie zaintrygowany.
-  Nie jestem przestępcą.
-  Że co?
-  Nie jestem przestępcą.
-     Słyszałem.   Powtarzanie   tego   zdania   niczego   mi   nie   wyjaśni.   Zamachałem   do   niego 
wezwaniem.
-  Przeczytaj - powiedziałem - a zrozumiesz.
Nazajutrz miałem stawić się przed komisją poborową na White-hall Street. Zimmer wywiązał 
się już z tego obowiązku w lipcu (dostał odroczkę z powodu astmy) i przez następne dwie 
godziny   zastanawialiśmy   się,   co   mnie   czeka.   Była   to   rozmowa,   jaką   w   owym   czasie 
prowadziły miliony młodych Amerykanów. Lecz w przeciwieństwie do większości z nich ja 
nie   przygotowałem   się   w   żaden   sposób   na   chwilę   prawdy.   Nie   miałem   zaświadczeń   od 
lekarza,   nie   zasy-mulowałem   serii   załamań   nerwowych,   by   okazać   się   historią   choroby 
psychicznej. Od dawna wiedziałem, że nigdy nie wstąpię do wojska, ale kiedy już powziąłem 
to postanowienie, nie poświęciłem sprawie chwili głębszego namysłu. Jak w wielu innych 
wypadkach bezczynność wzięła górę nad rozsądkiem i pospiesznie wyrzuciłem siły zbrojne 
Stanów Zjednoczonych ze swych myśli. Zimmer był  przerażony, ale cóż, musiał przyznać, że 
za   późno   na   cokolwiek.   Albo   mnie   zakwalifikują,   albo   odrzucą,   a   jeśli   zakwalifikują, 
pozostanie mi do wyboru wyjechać z Ameryki  lub iść do więzienia. Opowiedział o paru 
osobach, które uciekły za granicę, do Kanady, Francji, Szwecji, ale takie rozwiązanie niezbyt 

background image

mnie   pociągało.   Powiedziałem,   że   nie   mam   pieniędzy   i   nie   jestem   w,nastroju   do 
podróżowania.
-  No to jednak będziesz przestępcą - skwitował.
-  Więźniem - poprawiłem go. - Więźniem sumienia. To różnica.
Wciąż daleko mi było do zdrowia, więc gdy nazajutrz wstałem, by się ubrać - w rzeczy 
Zimmera, kilka numerów za małe -przekonałem się, że nie jestem w stanie donikąd iść o 
własnych   siłach.   Byłem   wycieńczony   i   przejście   przez   pokój   wymagało   ode   mnie 
najwyższego wysiłku i koncentracji. Dotąd nie wstawałem na dłużej niż minuta czy dwie, 
wyłącznie po to by powlec się do toalety i z powrotem. Gdyby Zimmer mnie nie podtrzymał, 
wątpię, czy doszedłbym sam do drzwi. Przez całą drogę na komisję dosłownie chronił mnie 
od upadku: sprowadził na dół, obejmując obiema rękoma, służył za podporę, gdy szliśmy do 
metra. Był to niechybnie przygnębiający widok. Zimmer doholował mnie pod samo wejście 
na Whitehall Street, po czym wskazał bar po drugiej stronie ulicy i powiedział, że tam na 
mnie zaczeka.. Ścisnął mnie za ramię dla dodania otuchy.
-     Nie   martw   się,   Fogg.   Będzie   z   ciebie   diablo   dobry   żołnierz   -   zażartował.   -   Masz   to 
wypisane na całym ciele.
-   Święta racja, kurwa mać - odparłem. - Najlepszy żołnierz w całej armii. Każdy głupi to 
widzi. - Zasalutowałem kabotyńsko i wczłapałem do budynku, trzymając się ściany.
Z tego, co nastąpiło potem, niewiele pamiętam. Przypominam sobie to i owo, ale nie składa 
się   to   bynajmniej   w   pełny   obraz,   więc   nie   mogę   opowiadać   z   całym   przekonaniem.   Ta 
niemożność dowodzi potwornego wyniszczenia organizmu. Nadludzkiego wysiłku wymagało 
ode mnie, by stać w miejscu i nie upaść, i nie starczało mi już siły, by skupić się na tym, co 
dzieje   się   dokoła.   W   istocie   przez   większość   czasu   spędzonego   w   punkcie   poborowym 
miałem zamknięte oczy, a gdy je otwierałem, to na zbyt krótko, by widziany świat przedostał 
się do świadomości. Razem ze mną przed komisją przedefilowało z pięćdziesięciu, a może stu 
innych.   Pamiętam,   że   siedziałem   w   ławce   na   dużej   sali   i   słuchałem   sierżanta,   ale   nie 
przypominam   sobie,   co   mówił,   nie   potrafię   przywołać   ani   .   Jneao   słowa.   Dano   nam   do 
wypełnienia formularze, a potem rządzono sprawdzian pisemny, choć możliwe, że kolejność 
była dwrotna. Pamiętam, że zaznaczałem na papierze organizacje, do których należałem, co 
zabrało mi sporo czasu: Studenci Na Rzecz Społeczeństwa Demokratycznego z czasów nauki 
na   Columbii,   Krajowy   Komitet   Na   Rzecz   Rozsądnej   Polityki   Nuklearnej   i   Krajowy 
Uczelniany Komitet Koordynacyjny w szkole średniej. Dalej wyjaśniałem okoliczności mego 
aresztowania sprzed roku. Skończyłem jako ostatni, gdy nad moją głową stał już sierżant, 
mrucząc coś o skośnookich i amerykańskiej fladze.
Potem jest kilkuminutowa przerwa, może nawet półgodzinna. Widzę korytarze, jarzeniówki, 
grupki   młodych   mężczyzn   w   majtkach.   Pamiętam   doskwierające   mi   dotkliwie   poczucie 
bezbronności,   ale   szczegóły   się   zacierają.   Gdzie,   na   przykład,   rozbieraliśmy   się   albo   co 
mówiliśmy, czekając w kolejce? Nie mam zielonego pojęcia. Znamienne też, że nie jestem w 
stanie przywołać widoku nóg. Powyżej kolan mieliśmy na sobie tylko szorty, ale wszystko 
poniżej spowija mgła. Czy pozwolono nam zostać w butach, a może tylko w skarpetach, czy 
też   kazali   nam   iść   boso   korytarzem?   Mam   w   głowie   pustkę,   której   nie   wypełnia   nawet 
najbledsze wspomnienie.
Wreszcie polecono mi wejść do pokoju. Lekarz ostukał mi pierś i plecy, zajrzał do uszu, 
chwycił  garścią za jądra i poprosił, bym  odkaszlnął.  Te zabiegi  nie wymagały ode mnie 
większego   wysiłku,   ale   potem   przyszedł   czas   na   pobranie   krwi   i   raptem   zrobiło   się 
zamieszanie. Byłem tak anemiczny i wymizerowany, że lekarz nie mógł znaleźć żyły. Dźgnął 
dwa czy trzy razy, kłując i siniacząc mi skórę, ale do probówki nie wpłynęła nawet kropla 
krwi. Pewnie wyglądałem już wtedy upiornie - blady i półprzytomny, jak ktoś na granicy 
utraty przytomności - i po chwili lekarz dał za wygraną i kazał mi usiąść na ławce. Był raczej 
miły, jak mi się wydaje, a przynajmniej cierpliwy.

background image

- Jeżeli zrobi ci się słabo - rzekł - to klapnij sobie na podłogę i przeczekaj. Nie chcę, żebyś 
upadł i rozbił głowę.
Przypominam sobie wyraźnie, że siedzę na ławce, ale zaraz potem widzę się leżącego na stole 
w innym pomieszczeniu. Nie potrafię powiedzieć, ile czasu minęło między jednym a drugim. 
Nie zemdlałem chyba, po prostu kiedy próbowali znowu pobrać mi krew, to zapewne woleli 
nie ryzkować i dlatego mnie położyli. Biceps ściskała guma, żeby żyła wyszła na wierzch, i 
kiedy lekarz wreszcie  utrafił igłą  - nie pamiętam,  czy to był  ten sam co     poprzednio  - 
powiedział, że jestem okropnie chudy, i zapytał, czy jadłem tego dnia śniadanie. W chwili 
niewątpliwie   największej   przytomności   umysłu   w   całym   dniu   obróciłem   się   do   niego   i 
odpowiedziałem najprościej i najszczerzej, jak potrafiłem:
-  Panie doktorze, czy ja wyglądam na kogoś, kto obyłby się bez śniadania?
Działo się więcej, niechybnie dużo więcej, ale niewiele mogę odtworzyć. Gdzieś podali nam 
lunch (w tym samym budynku? w barze obok?), lecz pamiętam jedynie, że nikt nie chciał 
usiąść obok mnie.  Po południu, gdy znów staliśmy na korytarzu, zabrali  się wreszcie  do 
mierzenia   i   ważenia.   Ustawiłem   wskaźnik   komicznie   nisko   -   chyba   pięćdziesiąt   jeden 
kilogramów, może pięćdziesiąt dwa. Wtedy to oddzielono mnie od reszty. Posłano mnie do 
psychiatry, krępego mężczyzny o grubych, pękatych palcach, i pamiętam, że przyszło mi do 
głowy, że wygląda on bardziej na zapaśnika niż lekarza. Nie było mowy o kłamaniu. Przecież 
dopiero co wkroczyłem na nową drogę życia wiodącą ku świętości; za nic więc nie chciałem 
zrobić czegoś, czego bym potem żałował. Podczas rozmowy psychiatra westchnął raz albo 
dwa,   ale   poza   tym   ze   stoickim   spokojem   reagował   na   moje   odpowiedzi   i   wygląd. 
Domyślałem się, że to stary wyga i że pewnie niejedno już widział przy takich okazjach. Sam 
z kolei byłem zdziwiony szablonowością jego pytań. Chciał, na przykład, wiedzieć, czy biorę 
narkotyki, a gdy zaprzeczyłem, zmarszczył brwi i zapytał jeszcze raz, lecz znów odparłem, że 
nie,   i   dalej   już   nie   drążył   tej   sprawy.   Potem   padły   stereotypowe   pytania:   jak   u   mnie   z 
wypróżnieniami, czy mam zmazy nocne, jak często myślę o samobójstwie? Odpowiadałem 
najprościej,   jak   potrafiłem,   bez   upiększeń   czy   komentarzy.   Gdy   ja   mówiłem,   on   stawiał 
ptaszki na formularzu i wcale na mnie nie patrzył. W tej beznamiętnej rozmowie o intymnych 
sprawach znalazłem pokrzepienie - jak gdybym rozmawiał z księgowym albo mechanikiem. 
Doszedłszy do końca strony, lekarz podniósł oczy i przez kilka sekund wpatrywał się we 
mnie.
-  Synu, jesteś w kiepskim stanie - rzekł wreszcie.
-  Wiem - odparłem. - Niezbyt dobrze ostatnio się czułem, ale już jest lepiej.
-  Chcesz o tym porozmawiać?
-  Jeśli pan sobie życzy.
-  To zacznij od wagi. Ile ważysz?
-  Miałem grypę. Parę tygodni temu padło mi coś na żołądek i nie mogłem jeść.
—  Ile ubyło ci na wadze?
-  Bo ja wiem? Pewnie ze dwadzieścia, dwadzieścia dwa kilo.
-  W dwa tygodnie?
-  Nie, to się ciągnęło ze dwa lata. Ale najwięcej schudłem w ostatnich miesiącach.
—  A to dlaczego?
-  Po pierwsze, z braku pieniędzy. Nie miałem na jedzenie.
-  Nie masz pracy?
-  Nie.
-  A szukałeś?
-  Nie.
-  Mógłbyś mi to wyjaśnić?
-  To dość skomplikowana sprawa. Nie wiem, czy pan zrozumie.

background image

-  Przekonajmy się. Powiedz, co się wydarzyło, i niech cię głowa nie boli, jak to zabrzmi. Nie 
spieszy nam się.
Z   jakiegoś   powodu   poczułem   przemożną   chęć   opowiedzenia   wszystkiego   temu   obcemu 
człowiekowi. Trudno byłoby o coś bardziej niestosownego, ale nim zdążyłem się opanować, 
słowa same popłynęły z ust. Czułem, jak poruszam szczękami, ale jednocześnie było tak, jak 
gdyby mówił ktoś inny. Słyszałem swój głos, słyszałem, jak gadam o matce, wuju Victorze, 
Parku Centralnym i Kitty Wu. Lekarz kiwał uprzejmie głową, ale oczywiste było, że nie ma 
pojęcia,   o   czym   mówię.   Gdy   zacząłem   opisywać   życie,   które   wiodłem   od   dwóch   lat, 
zobaczyłem, że coraz bardziej mu nieswojo. Zabolało mnie to. Im wyraźniej widać było, że 
nic  nie  pojmuje,   tym   rozpaczliwiej   tłumaczyłem.   Czułem,  że  w  jakiś  przedziwny  sposób 
stawką jest moje człowieczeństwo. Nieważne, że ten mężczyzna był lekarzem wojskowym, 
bo był też człowiekiem i nic nie liczyłp-się bardziej niż dotarcie do niego z moim słowem. ' f 
Nasze życie zależy od rozmaitych nieprzewidzianych okoliczności* - powiedziałem, usiłując 
przedstawić   sprawę   jak   naj-zwięźlej.   -   Codziennie   borykamy   się   ze   wstrząsami   i 
przypadkowymi  zdarzeniami,  próbując zachować  równowagę duchową. Dwa lata temu,  z 
powodów natury zarówno osobistej, jak i filozoficznej, postanowiłem zaniechać tej walki. Nie 
dlatego, że chciałem  umrzeć,  niech pan tak nie myśli,  ale  dlatego,  że sądziłem,  iż jeżeli 
wystawię   się   na   chaos   świata,   świat   odsłoni   przede   mną   jakąś   tajemną   harmonię,   jakiś 
porządek, który pomoże mi zgłębić samego siebie. Chodziło o to, żeby przyjmować rzeczy 
takimi, jakimi są, żeby dryfować z prądem wszechświata. Nie twierdzę, że się udało. W rze 
czywistości poszło mi fatalnie. Ale porażka nie przekreśla szczerości podjętej próby. Byłem 
wprawdzie o krok od śmierci, niemniej uważam, że jestem teraz lepszym człowiekiem.
Okropna klapa. Słowa były coraz bardziej nieskładne i abstrakcyjne i w końcu spostrzegłem, 
że lekarz przestał słuchać. Wpatrzył się w niewidzialny punkt nad moją głową, oczy zaszty 
mu mgłą litości i niezrozumienia. Nie wiem, jak długo trwał mój monolog, dostatecznie długo 
jednak,   żeby   psychiatra   zorientował   się,   że   ma   przed   sobą   beznadziejny   przypadek   - 
autentycznie   beznadziejny   przypadek,   a   nie   jednego   z   rzekomych   szaleńców,   których 
nauczono go demaskować.
-  No dobrze, wystarczy - przerwał mi wreszcie w pół słowa. - Mam już pojęcie,  w  czym  
rzecz. - Przez minutę lub dwie siedziałem w milczeniu na krześle, dygocząc i pocąc się, on 
tymczasem pisał na wojskowym druku. Potem złożył go i wręczył mi nad biurkiem. - Idź z 
tym do dowódcy, ostatnie drzwi - polecił. -I powiedz następnemu, żeby wszedł.
Pamiętam, że powlokłem się korytarzem z orzeczeniem psychiatry w dłoni, walcząc z pokusą, 
by zajrzeć do kartki. Nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że jestem obserwowany, że w tym 
budynku   są   ludzie,   którzy   czytają   w   moich   myślach.   Dowódcą   był   rosły   mężczyzna   w 
mundurze,   z   mozaiką   odznaczeń   na   piersi.   Spojrzał   znad   pliku   papierów   i   machnął   od 
niechcenia ręką, bym wszedł. Podałem mu kartkę od psychiatry. Rzucił na nią okiem i ukazał 
wszystkie zęby w uśmiechu.
-   Uff, dzięki Bogu - rzekł. - Zaoszczędziłeś mi kilku dni pracy. - Bez słowa wyjaśnienia 
podarł leżące przed nim formularze i wrzucił je do kosza. Promieniował zadowoleniem. - 
Cieszę   się,   że   się   nie   nadajesz,   Fogg.   Mieliśmy   zamiar   wszcząć   w   twojej   sprawie 
dochodzenie, ale skoro się nie kwalifikujesz, nie ma potrzeby.
-  Dochodzenie?
-  No a te organizacje, do których należałeś? - rzekł niemal wesoło. - Nie możemy brać do 
wojska różowych wywrotowców i agitatorów, to chyba jasne? Niedobrze by było dla naszego 
morale.
Nie pamiętam dokładnie dalszego ciągu wydarzeń, ale wkrótce potem znalazłem się na sali 
wraz z innymi nieprzystosowanymi i odrzuconymi. Było nas kilkunastu i nigdy w życiu nie 
widziałem żałośniejszej gromady ludzi. W kącie siedział chłopak z potwornymi krostami na 
twarzy   i   plecach;   dygotał   i   mówił   do   siebie.   Inny   miał   uschniętą   rękę.   Trzeci,   ważący 

background image

przynajmniej ze sto trzydzieści kilo gramów, stał oparty o ścianę i naśladował ustami odgłos 
pierdzenia, śmiejąc się za każdym razem jak niesforny siedmiolatek. Wszystko półgłówki, 
ofiary losu, młodzi mężczyźni, których nikt nie chciał. Byłem już wtedy półprzytomny ze 
zmęczenia i nie odzywałem się do nikogo. Opadłem na krzesło przy drzwiach i zamknąłem 
oczy. Otworzyłem je dopiero wtedy, gdy szarpnął mnie za ramię oficer, mówiąc, żebym się 
obudził. Idź do domu. rzekł, koniec balu.
Przeszedłem jezdnię skąpaną w przedwieczornym słońcu. Zimmer czekał na mnie w barze, 
jak obiecał.
Odtąd szybko przybierałem na wadze. O ile pamiętam, w ciągu następnych dziesięciu dni 
przybyło mi osiem, dziewięć kilogramów, a pod koniec miesiąca zacząłem już przypominać 
osobę, którą niegdyś byłem. Zimmer sumiennie mnie karmił, zapełniając lodówkę wszelką 
żywnością, a kiedy wzmocniłem się już na tyle, by wychodzić o własnych siłach, zabierał 
mnie co wieczór do pobliskiego baru, ciemnego, cichego, mało uczęszczanego lokalu, gdzie 
piliśmy   piwo  i  oglądaliśmy   mecze   w  telewizji.   Na  ekranie   trawa  była   zawsze  niebieska, 
pomarańczowe kije rozmazane, a gracze wyglądali jak pajacyki, ale przyjemnie było siedzieć 
między ciasnymi przepierzeniami i rozmawiać bez końca o przyszłości. W życiu tak moim, 
jak i Zimmera był to błogi, niezmącony czas: krótka chwila wytchnienia przed wyruszeniem 
w dalszą drogę.
To właśnie podczas tych wieczorów dowiedziałem się co nieco o Kitty Wu. Zimmer uważał 
ją za osobę nadzwyczajną i trudno było nie usłyszeć nuty podziwu w jego głosie, gdy o niej 
mówił.   Pewnego   razu   posunął   się   nawet   do   tego,   że   powiedział,   iż   gdyby   nie   był   już 
zakochany w kimś innym, straciłby dla niej głowę. Jest tak bliska ideału, rzekł, jak żadna 
dziewczyna, którą zna. Odstrę-czało go jedynie to, że podobał się jej taki ponurak jak ja.
-   Wątpię, bym się jej podobał - odparłem. - Ma dobre serce, to wszystko. Było jej mnie  
szkoda i dlatego się mną zainteresowała. Tak samo jak ludzie litują się nad zbłąkanymi psami.
-   Spotykałem się z nią codziennie, M. S. Codziennie przez blisko trzy tygodnie. Ciągle o 
tobie nadawała.
— Bzdura.
-  Wiem, co mówię. Ta dziewczyna kocha się w tobie na zabój.
-  To dlaczego już do mnie nie przychodzi?
-  Nie ma czasu. Zaczęły się zajęcia u Miliarda, w dodatku pracuje na pół etatu.
-  Nie wiedziałem.
-  Jasne, że nie. Ty nic nie wiesz. Wylegujesz się w łóżku całymi dniami, wstajesz tylko do 
lodówki, czytasz moje książki jedna za drugą. Raz na jakiś czas pozmywasz. Skąd miałbyś 
cokolwiek wiedzieć?
—  Wracam do sił, za kilka dni będę już w formie.
-  Fizycznej tak, ale twój umysł ma jeszcze wiele do nadrobienia.
-  Jak to?
—  Tak to. Poskrob trochę pod powierzchnią, M. S. Zdaj się na wyobraźnię.
-   A właśnie doszedłem do wniosku, że za często to dotąd robiłem. Teraz będę trzeźwiej 
patrzył na świat. Bardziej przyziemnie.
-  Na siebie tak, ale nie na innych, bo tak się nie da. Jak myślisz, dlaczego Kitty się usunęła? 
Dlaczego już do ciebie nie przychodzi?
-  Nie ma czasu, sam to powiedziałeś.
-  To tylko część prawdy.
-  Oj, coś się plączesz, David.
-  Nie, próbuję ci tylko pokazać, że rzecz ma się inaczej, niż myślisz.
-  No dobrze, to jaka jest cała prawda?
-  Brak czasu i powściągliwość.

background image

-  Powściągliwość? O nie, to ostatnie słowo, jakie przyszłoby mi do głowy w związku z Kitty. 
Kitty to chyba najbardziej otwarta i spontaniczna osoba, jaką w życiu spotkałem.
-  To prawda,  ale pod  spodem jest subtelność  i delikatne uczucia.
-  Pocałowała mnie pierwszego dnia, gdy się poznaliśmy, wiesz o tym? Wychodziłem już, a 
ona zastąpiła mi drogę przy drzwiach, rzuciła mi się na szyję i cmoknęła prosto w usta. To 
jest powściągliwość, to jest subtelność?
-  Przyjemnie było?
-   Prawdę mówiąc,  nadzwyczajnie. Jeden z najwspanialszych  pocałunków, jakich miałem 
przyjemność zakosztować.
-  No widzisz. To tylko dowodzi, że mam rację.
-  Niczego nie dowodzi. To po prostu odruch, zachowanie pod wpływem chwili.
-  Nieprawda, Kitty dobrze wiedziała, co robi. Fakt, jest osobą, która kieruje się odruchami, 
ale jej odruchy to forma wiedzy.
-  Okropnie się mądrzysz, David.
—  Postaw się w jej sytuacji. Zakochuje się w tobie, całuje cię w usta, rzuca wszystko i lata 
po mieście, żeby cię odnaleźć. A ty co dla niej zrobiłeś? Nic. Ani dudu. I wiesz co? Kitty się z 
tym godzi i to właśnie wyróżnia ją spośród innych ludzi. No, zastanów się tylko, M. S. Ratuje 
ci życie, ale ty nic nie jesteś jej winien. Ona nie   oczekuje   od ciebie wdzięczności. Nie 
oczekuje  nawet przyjaźni. Być może pragnie jednego i drugiego, ale nigdy nie będzie prosić. 
Zbytnio   szanuje   innych,   by   zmuszać   ich   do   czegoś   wbrew     ich     woli.     Jest     otwarta   i 
spontaniczna,   ale jednocześnie wolałaby umrzeć,  niż się tobie narzucać. To właśnie jest 
subtelność, to jest powściągliwość. Posunęła się bardzo daleko i teraz już nie ma wyboru, 
tylko czekać.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
—  Że piłka jest na twojej połowie boiska. Teraz twój ruch.
Kitty   powiedziała   podobno   Zimmerowi,   że   jej   ojciec   był   generałem   Kuomintangu   w 
przedrewolucyjnych   Chinach.   W   latach   trzydziestych   piastował   urząd   burmistrza   czy   też 
komendanta wojskowego Pekinu. Choć należał do zauszników Czang Kaj-szeka, uratował 
życie Czou En-lajowi, wyprowadzając go bezpiecznie z miasta po tym, gdy Kaj-szek zastawił 
pułapkę pod pretekstem spotkania między Kuomintangiem a komunistami. Poza tym generał 
służył jednak wiernie sprawie nacjonalistów i po rewolucji uciekł na Tajwan wraz z innymi 
zwolennikami Kaj-szeka. Ognisko domowe generała Wu było duże, składało się bowiem z 
oficjalnej   żony,   dwóch   konkubin,   pięciorga   czy   sześciorga   dzieci   i   licznej   służby.   Kitty 
urodziła   się   jako   córka   drugiej   konkubiny   w  lutym   1950   roku,   a   niespełna   półtora   roku 
później, gdy generał został mianowany ambasadorem w Japonii, rodzina przeniosła się do 
Tokio.   Był   to   bez   wątpienia   sprytny   ruch   ze   strony   Kaj-szeka:   uhonorować   krnąbrnego 
współpracownika ważnym urzędem, a jednocześnie usunąć go z ośrodka władzy w Tajpej. 
Generał   Wu   dobiegał   wówczas   siedemdziesiątki   i   jego   dni   jako   wpływowego   polityka 
należały do przeszłości.
Dzieciństwo Kitty spędziła więc w Tokio, posyłana do amerykańskich szkół, co tłumaczyło 
jej nienaganną angielszczyznę.  Korzystała z wszelkich przywilejów statusu: lekcje baletu, 
Boże Narodzenie na amerykańską modłę, samochody z szoferami. Mimo wszystko było to 
samotne dzieciństwo. Młodsza o dziesięć lat od ostatniej siostry przyrodniej i aż o okrągłe 
trzydzieści od jednego z braci - bankiera zamieszkałego w Szwajcarii - czuła się jedynaczką. 
Co gorsza, pozycja  drugiej  konkubiny stawiała jej  matkę  w rodzinnej hierarchii  niewiele 
wyżej   od   służącej.   Sześćdziesięcioczte   roletnia   żona   i   pięćdziesięciodwuletnia   pierwsza 
konkubina były zazdrosne o młodą i ładną kobietę i robiły wszystko, by osłabić jej wpływy w 
domu. Przypomniało to trochę życie na cesarskim dworze w dawnych Chinach, powiedziała 
Kitty   Zimmerowi,   wśród   rywalizujących   ze   sobą   koterii,   intryg,   zakulisowych   spisków   i 
fałszywych uśmiechów. Generał rzadko się pokazywał. Gdy nie pochłaniały go obowiązki 

background image

dyplomaty,   zabiegał   o   względy   kobiet   lekkich   obyczajów.   Tokio   było   wtedy   miastem 
obfitującym w pokusy, więc okazji do przygód miłosnych nie brakowało. W końcu generał 
wziął sobie utrzymankę, uwił jej gniazdko w modnym apartamencie i zaczął uszczęśliwiać 
podarunkami: bulił bez sprzeciwu za stroje i biżuterię, wreszcie kupił samochód sportowy. 
Jednak na dłuższą metę to nie wystarczyło i nawet kosztowna i bolesna terapia mająca na celu 
zachowanie potencji nie odwróciła naturalnego biegu spraw. Serce się kochance odmieniło i 
pewnego wieczora, gdy generał przyszedł bez zapowiedzi, ujrzał ją w ramionach młodszego 
mężczyzny.   Wywiązała   się   karczemna   awantura:   piski,   wrzaski,   drapanie   paznokciami, 
rozdarta, skrwawiona koszula. Prysła ostatnia ułuda niemądrego starca. Generał wrócił do 
domu,   powiesił   poszarpaną   koszulę   na   środku   pokoju   i   doczepił   do   niej   kartkę   z   datą 
wydarzenia: 14 października 1959 roku. Do śmierci rozkoszował się widokiem tego pomnika 
własnej zdeptanej próżności.
Niedługo potem umarła matka Kitty, ale Zimmer niewiele potrafił powiedzieć o przyczynie 
czy okolicznościach. Generał miał już wtedy ponad osiemdziesiąt lat i zapadł na zdrowiu, ale 
w ostatnim przypływie troski o los swej najmłodszej córki wysłał ją do szkoły z internatem w 
Ameryce. Kitty miała ledwie czternaście lat, gdy przybyła do Massachusetts, by uczyć się w 
Akademii Fieldinga. Biorąc pod uwagę jej pochodzenie, szybko się przystosowała i znalazła 
sobie miejsce w nowym kraju. Grała w przedstawieniach i tańczyła, zawiązywała przyjaźnie, 
do nauki przykładała się dostatecznie pilnie, by otrzymywać przyzwoite oceny. W czwartej 
klasie wiedziała już, że nie wróci do Japonii. Ani na Tajwan, ani donikąd. Jej ojczyzną była 
teraz Ameryka. Zawiadując roztropnie niewielkim spadkiem otrzymanym  po śmierci ojca, 
przeniosła się do Nowego Jorku i pokryła czesne u Juilliarda. Gdy się poznaliśmy, mieszkała 
w mieście już ponad rok i właśnie rozpoczynała trzeci semestr w konserwatorium.
-  Brzmi znajomo, nie? - zapytał Zimmer.
-  Znajomo? To jedna z najbardziej egzotycznych historii, jakie słyszałem.
—  Jedynie z pozoru. Zdrap trochę azjatyckiego kolorytu, a zobaczysz historię życia kogoś, 
kogo obaj znamy. Tu i ówdzie są drobne różnice, jasna sprawa.
-  Aha, więc, o to ci chodzi. Sieroty zagubione w wielkim świecie, tak?
-  Właśnie.
Zastanawiałem się chwilę nad tym, co powiedział Zimmer.
—   Rzeczywiście,   są pewne podobieństwa — odezwałem   się wreszcie. — Myślisz, że to 
wszystko prawda?
—  Nie  mam pojęcia.  Ale  sądząc  po  tym,  co  do  tej  pory widziałem, byłbym szczerze  
zdumiony, gdyby kłamała.
Upiłem piwa i pokiwałem głową. Znacznie później, gdy poznałem Kitty lepiej, przekonałem 
się, że ona nigdy nie kłamie.
Im dłużej mieszkałem u Zimmera, tym bardziej nieswojo ,się czułem. Bez skargi pokrywał 
wszystkie koszty mej rekonwalescencji, ale wiedziałem, że nie jest w tak doskonałej sytuacji 
finansowej, by robić to bez końca. Pomagała mu trochę rodzina z New Jersey, ale na ogół sam 
musiał się o siebie troszczyć. Około dwudziestego września zaczynał studia podyplomowe na 
Columbii w zakresie komparatystyki literackiej. Uczelnia pozyskała go dzięki stypendium, 
które obejmowało bezpłatną naukę plus dwa tysiące dolarów, i choć w tamtych czasach była 
to niezła sumka, starczyłaby co najwyżej na przeżycie roku. Mimo to Zimmer opiekował się 
mną, bez żalu podbierając pieniądze ze skąpych zasobów. Choć był wielkoduszny, zdawałem 
sobie   sprawę,   że   to   coś   więcej   niż   czysty   altruizm.   Wspominając   nasze   wspólne 
przemieszkiwanie w akademiku na pierwszym roku, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że był 
wtedy mną trochę onieśmielony, przytłoczony - by tak rzec -namiętnością moich szaleństw. 
Teraz, gdy znalazłem się pod wozem, uznał to być może za szansę, by być górą, wyrównać 
szale   naszej   przyjaźni.   Wątpię,   by   sobie   to   uświadamiał,   ale   w   jego   głosie   zaczął 
pobrzmiewać ton wyższości i trudno było nie zauważyć, że droczenie się ze mną sprawia mu 

background image

przyjemność.   Znosiłem   to   jednak   dzielnie   i   bez   obrazy.   Na   tyle   straciłem   szacunek   dla 
samego siebie, że w skrytości ducha cieszyłem się z dokuczliwości Zimmera, traktując ją jako 
formę pokuty, jako w pełni zasłużoną karę za grzechy.
Zimmer   był   niewysokim,   żylastym   chłopakiem   o   czarnych   kędzierzawych   włosach   i 
sztywnej, wyprostowanej postawie. Nosił okulary w drucianych oprawkach, tak popularne 
wśród   ówczesnych   studentów,   i   właśnie   stawiał   pierwsze   kroki   jako   brodacz,   przez   co 
wyglądał   trochę   jak   młody   rabin.   Ze   wszystkich   moich   kolegów   z   Columbii   był 
najbystrzejszy i najsumienniej się uczył i'niewątpliwie miał wszelkie zadatki na wybitnego 
uczonego.   Łączyła   nas   miłość   do   tajemniczych   i  zapomnianych   książek   (Kasandra   Liko-
frona, dialogi filozoficzne Giordana Bruna, dzienniki Josepha Jou-berta, by wymienić tylko 
kilka wspólnie odkrytych), ale gdy ja pochłaniałem te dzieła z zapałem i na chybił trafił, 
podejście   Zimmera   cechowała   systematyczność   i   gruntowność   lektury,   przenikliwość   w 
stopniu,  który zawsze   mnie   zdumiewał.  A  jednak   nie  odczuwał   on  szczególnej   dumy  ze 
swego talentu krytycznoliterackiego, uznając go za rzecz drugorzędną. Głównym zajęciem 
Zimmera było bowiem pisanie poezji, na czym spędzał długie, mozolne godziny, biedząc się 
nad każdym słowem, jak gdyby stawką był los całego świata - co, oczywiście, jest jedyną 
sensowną   postawą   w   wypadku   poety.   Pod   wieloma   względami   wiersze   Zimmera 
przypominały jego ciało: zbite, sprężyste, skrępowane. Myśli splatał tak gęsto, że niekiedy 
trudno   się   było   w   nich   połapać.   Mimo   to   podziwiałem   osobliwości   jego   poezji   oraz 
chropawość   języka.   Zawierzał   moim   ocenom,   bo   ilekroć   chciał   znać   moje   zdanie, 
wypowiadałem   się   szczerze:   zachęcałem   go,   ale   też   nie   owijałem   w   bawełnę,   gdy   coś 
brzmiało   źle.   Sam   nie   miałem   ambicji   literackich   i   to   chyba   ułatwiało   sprawę.   Gdy 
krytykowałem, Zimmer wiedział, że nie kieruje mną cicha rywalizacja między nami.
Od dwóch czy trzech lat kochał dziewczynę nazwiskiem Anna Bloom albo Blume - nigdy nie 
byłem   pewien   pisowni.   Wychowali   się   na   jednej   ulicy   na   przedmieściach   New   Jersey   i 
chodziła ona do klasy z jego siostrą, co oznaczało, że jest młodsza o kilka lat. Spotkałem ją 
raz   czy   dwa   -   drobna,   ciemnowłosa   istota   o   ładnej   buzi   i   rogatym   temperamencie,   zbyt 
żywiołowa -jak mi się zdawało - dla rozmiłowanego w książkach Zimmera. Latem znienacka 
wyjechała do brata imieniem William, który pracował za granicą jako dziennikarz, i odtąd nie 
dała znaku życia - Zimmer nie dostał ani jednego listu, pocztówki, nic. Z upływem tygodni 
cisza na łączach  coraz bardziej  go przygnębiała.  Każdy dzień  rozpoczynał  od rytualnego 
zejścia do skrzynki na listy, a gdy wybywał z domu albo wracał, też przychodziła chwila na 
obsesyjne otwarcie i zamknięcie małej klapki. Robił to bez względu na porę, nawet o drugiej 
czy trzeciej w nocy, gdy listonosze dawno spali, bo nie potrafił oprzeć się pokusie. Ilekroć 
wracaliśmy   podchmieleni   piwem   z   White   Horse   Tavern,   oglądałem   rozczulające 
przedstawienie,   jak   to   mój   przyjaciel   szpera   po   kieszeniach   w   poszukiwaniu   kluczyka   i 
otwiera skrzynkę,   chcąc wyjąć pocztę, której nie ma i której nigdy nie będzie. Być może 
dlatego   właśnie   Zimmer   tak   długo   trzymał   mnie   u   siebie.   Miał   przynajmniej   z   kim 
porozmawiać i mógł oderwać się na chwilę od swych zmartwień — w mej osobie znalazł 
osobliwą, nieoczekiwaną ulgę.
Mimo   to   drenowałem   mu   kieszeń   i   im   dłużej   nic   nie   mówił,   tym   gorzej   się   czułem. 
Zamierzałem poszukać pracy (jakiejkolwiek, byle czego), gdy tylko odzyskam siły, i zwrócić 
mu   pieniądze,   które   na   mnie   wydał.   To   nie   załatwiało   jednak   problemu   mieszkania,   ale 
przynajmniej   nakłoniłem   Zimmera,   by  pozwolił   mi   spać   na   podłodze,   a   sam  korzystał   z 
własnego   łóżka.   Parę   dni   po   zamianie   pokojów   zaczął   studia   podyplomowe.   Pewnego 
wieczora w pierwszym  tygodniu  wrócił  do domu  z grubym  plikiem  papierów i oznajmił 
ponuro, że jego koleżanka z romanistyki podjęła się wykonania ekspresowego tłumaczenia, 
na co jednak nie ma czasu. Zimmer zapytał ją, czy nie odstąpiłaby mu roboty, a ona chętnie 
się zgodziła. W ten sposób tekst znalazł się u nas - mniej więcej stustronicowy, przeraźliwie 
nudny referat o reorganizacji konsulatu francuskiego w Nowym Jorku. Gdy tylko Zimmer 

background image

zaczai   o   tym   mówić,   pojąłem,   że   nadarzyła   się   sposobność,   bym   na   coś   się   przydał. 
Powiedziałem, że francuski znam nie gorzej od niego, a ponieważ nie mam teraz za wiele na 
głowie, to niech da mi tekst i ja go przełożę. Odmówił, ale spodziewałem się tego, więc 
namawiałem go dalej i wreszcie przełamałem jego opory. Chcę wyrównać nasze rachunki, 
rzekłem,   a  to   będzie   najszybszy   i   najpraktyczniejszy   sposób.  Oddam   ci   zarobione   w  ten 
sposób pieniądze, dwieście czy trzysta dolarów, i będziemy kwita. Ten argument ostatecznie 
przekonał Zimmera. Uwielbiał grać rolę męczennika, ale gdy zdał sobie sprawę, że bardzo mi 
zależy, ustąpił.
-  Słuchaj - rzekł - jeśli to aż takie ważne, to podzielmy się pieniędzmi.
-  Nie - odparłem. - Ciągle nie rozumiesz. Ty bierzesz wszystko, co do grosza. Inaczej to nie 
ma sensu.
Stanęło na moim i po raz pierwszy od kilku miesięcy poczułem, że znów mam cel w życiu. 
Zimmer wcześnie wychodził na zajęcia i do wieczora zostawiał mnie samemu sobie, mogłem 
więc   pracować   bez   przeszkód   przy   jego   biurku.   Tekst   był   obrzydliwy   -   typowy 
biurokratyczny bełkot - ale im oporniej mi szło, z tym  większym  uporem brnąłem dalej, 
cyzelując zawiłe, nieporadne zdania tak długo, aż zaczął przeświecać przez nie sens. Zachętą 
był właśnie mozół. Gdyby przekład szedł łatwo, nie miałbym wrażenia, że  odpokutowuję za 
grzechy.   W   pewnym   sensie   więc   o   wartości   przedsięwzięcia   stanowiła   jego   daremność. 
Czułem się jak ktoś, kogo skazano na ciężkie roboty w kamieniołomach. Moją rolą było 
kruszyć młotem głazy na mniejsze, a te na jeszcze mniejsze. Taka praca nie ma żadnego 
sensu. W istocie jednak nie interesował mnie rezultat. Celem był wysiłek, przystąpiłem więc 
do zadania z determinacją wzorowego więźnia.
W pogodne dni wychodziłem niekiedy na krótkie spacery po okolicy, by się przewietrzyć. Był 
już październik, najpiękniejszy miesiąc w Nowym Jorku, i z przyjemnością obserwowałem 
światłość wczesnej jesieni, przypatrując się, jak ukośne smugi żółci na ceglanych budynkach 
nabierają nowej przejrzystości. Lato minęło, ale do zimy wciąż było daleko, rozkoszowałem 
się więc równowagą między ciepłem a chłodem. Gdziekolwiek zaszedłem, rozprawiano o 
Metsach. Była to jedna z tych rzadkich chwil jednomyślności, kiedy wszyscy pochłonięci są 
tym   samym.   Ludzie   chodzili   po   ulicach   z   radiami   tranzystorowymi   nastawionymi   na 
transmisję meczu, przed witrynami sklepów z gospodarstwem domowym zbierały się tłumy, 
by oglądać grę na ekranach cichych telewizorów, z barów na rogach ulic, z okien mieszkań, z 
niewidzialnych  dachów dobiegały znienacka  owacje. Najpierw Atlanta  w play-off, potem 
Baltimore w finałach. Z ośmiu październikowych meczów Metsi przerżnęli tylko jeden, a gdy 
wielka przygoda dobiegła końca, Nowy Jork znów przeżył huczną defiladę, która przebiła 
nawet święto na cześć kosmonautów sprzed dwu miesięcy. Tego dnia na ulice spadło ponad 
pięćset ton papieru - rekord jak dotąd nie pobity.
Weszło mi w krew jadanie lunchu na Abingdon Sąuare, to jest w małym parku niecałe dwa 
przystanki od mieszkania Zimmera. Był tam skromny plac zabaw dla dzieci. Lubiłem kontrast 
między skamieniałym językiem tłumaczonego referatu a wściekłą, maniakalną żywiołowością 
piszczących i biegających dokoła malców. Przekonałem się, że to pomaga mi się skupić, i 
kilkakrotnie   wziąłem   nawet   tekst   ze   sobą   i   pracowałem   pośród   tej   piekielnej   wrzawy. 
Pewnego popołudnia, w środku miesiąca, spotkałem wreszcie Kitty Wu. Przedzierałem się 
właśnie z trudem przez jeden z mętnych akapitów, więc zauważyłem ją dopiero, gdy usiadła 
na   ławce   obok   mnie.   To   było   pierwsze   spotkanie   po   kazaniu   Zimmera   w   barze,   tak 
nieoczekiwane, że dałem się przyłapać z opuszczoną gardą. Przez ostatnich kilka tygodni 
układałem sobie w głowie  błyskotliwe zdania, które powiem, gdy znów zobaczę Kitty, ale 
teraz, kiedy wreszcie siedziała obok mnie rzeczywista, ledwo coś bąknąłem.
—  Dzień dobry, panie pisarzu — odezwała się. - Cieszę się, że jesteś znowu w formie.
Tym   razem   miała   na  nosie   okulary  przeciwsłoneczne,   a   wargi   pociągnęła   jasnoczerwoną 
szminką. Ponieważ oczy ukryła za ciemnymi szkłami, wpatrywałem się w jej usta.

background image

—  Ja nic nie piszę - odparłem. — To tłumaczenie. Zarabiam tak na życie.
- Wiem. Wpadłam wczoraj na Davida i mówił mi o tym.
W miarę rozmowy odprężałem się coraz bardziej. Kitty miała  naturalny dar przerzucania 
mostów i nietrudno było dostroić się do niej, poczuć się przyjemnie w jej obecności. Jak to 
dawno   temu   powiedział   wuj   Yictofr,   rozmowa   to   jak   podawanie   piłki   między   graczami. 
Dobry zawodnik rzuca prosto do was, tak że nie da się nie złapać; kiedy role się odwracają, 
on   z   kolei   chwyta   wszystko,   co   leci   w   jego   kierunku,   nawet   najbardziej   zbłąkane   i 
spartaczone   podania/jTaka   właśnie   była   Kitty.   Plasowała   piłkę   w   moją   rękawicę,   a 
kiedyodrzucałem,   wyłapywała   ją   bezbłędnie,   choćby   ta   zmierzała   panu   Bogu   w   okno: 
podskakiwała, by ściągnąć lecącą wysoko, rzucała się do przodu, by spadającą zgarniać tuż 
nad   ziemią,   wykonywała   robinsonady   na   prawo   i   lewo.   Mało   tego,   miała   taki   talent,   iż 
wydawało mi się, że umyślnie rzucam nieporadnie, jak gdyby moim jedynym celem było 
uatrakcyjnić grę. Sprawiała, że czułem się lepszym zawodnikiem, niż byłem w istocie, i tak 
rosła moja ufność we własne siły, dzięki czemu sprawiałem się lepiej i w efekcie łatwiej jej 
było   chwytać.   Innymi   słowy,   zacząłem   wreszcie   mówić   do   Kitty,   nie   do   siebie,   a 
przyjemności z tego płynącej nie dorównywało nic, czego ostatnimi laty zakosztowałem.
Kiedy   tak   rozmawialiśmy   w   październikowym   słońcu,   zacząłem   się   zastanawiać   nad 
sposobami przedłużenia spotkania. Byłem podekscytowany i uszczęśliwony, chciałem, by ta 
chwila   trwała   i   trwała,   ale   ponieważ   Kitty   miała   ze   sobą   dużą   torbę   na   ramię,   z   której 
wystawał ekwipunek tancerki - rękaw kostiumu, bluza, róg ręcznika - obawiałem się, że zaraz 
wstanie z ławki i pobiegnie na zajęcia. Powietrze tchnęło lekkim chłodem i po dwudziestu 
minutach rozmowy zauważyłem, że Kitty zadrżała nieznacznie. Zebrawszy się na odwagę, 
powiedziałem, że trochę się oziębiło, więc może poszlibyśmy do Zimmera, to zrobię kawy. 
Cud! - skinęła głową i odrzekła, że to dobry pomysł.
Zabrałem   się   do   parzenia.   Zamiast   czekać   na   mnie   w   pokoju,   Kitty   usiadła   na   łóżku   w 
sypialni, żebyśmy mogli rozmawiać przez otwarte drzwi. Znalazłszy się pod dachem, oboje 
przycichliśmy, straciliśmy pewność siebie, jak gdybyśmy zaczęli ważyć słowa. Zapanowała 
napięta atmosfera wyczekiwania i byłem rad, że robię kawę, bo czynności maskowały moje 
skrępowanie. Coś miało się wydarzyć, ale bałem się o tym myśleć, sądząc, że jeżeli pofolguję 
nadziejom,   wszystko   pryśnie,   nim   się   spełni.   Nagle   Kitty   umilkła   i   przez   dwadzieścia, 
trzydzieści   sekund   siedziała   bez   słowa.   Krzątałem   się   dalej   po   kuchni:   otwierałem   i 
zamykałem lodówkę, wyjmowałem filiżanki i łyżeczki, wlewałem mleko do dzbanuszka i tak 
dalej. Na chwilę stanąłem odwrócony do Kitty plecami i nim się spostrzegłem, wstała z łóżka 
i weszła do kuchni. Bez słowa podeszła do mnie, objęła mnie od tyłu w pasie i przytuliła się.
— Kto to? — zapytałem, jak gdybym nie wiedział.
-  Smocza Dama - odparła. - Chce cię dopaść.
Ująłem jej dłonie, usiłując zapanować nad drżeniem, bo poczułem gładkość jej skóry.
-  Chyba już mnie dopadła - odparłem.
Minęła chwila, po czym Kitty objęła mnie mocniej.
-  Lubisz mnie choć trochę? - zapytała.
-  Bardziej niż trochę, wiesz przecież. O wiele bardziej.
-  Nie wiem. Za długo już czekam, by coś wiedzieć.
Cała   scena   miała   znamiona   fantasmagorii.   Nie   wątpiłem,   że   rozgrywa   się   naprawdę,   ale 
jednocześnie   przewyższała   rzeczywistość,   bo   w   znacznie   większej   mierze   spełniała   moje 
marzenia niż wszystko, co dotąd spotkało mnie w życiu. Choć me pragnienia były silne, w 
istocie przemożne, tylko dzięki Kitty znalazły wyraz. O wszystkim przesądził jej odzew, jej 
subtelne podniety i świadome gesty, brak wahania. Kitty nie obawiała się siebie i żyła we 
własnym ciele bez żenady i rozterek. Być może brało się to stąd, że była tancerką, choć 
prawdopodobnie   sprawy   miały   się   na   odwrót.   Ponieważ   własne   ciało   sprawiało   jej 
przyjemność, umiłowała taniec.

background image

Kochaliśmy się kilka godzin w gasnącym świetle dnia, sami w mieszkaniu Zimmera. Bez 
wątpienia było to jedno z najbardziej pamiętnych doświadczeń w moim życiu i wierzę, że w 
ostatecznym   rozrachunku   mnie   odmieniło.   Mam   na   myśli   nie   tylko   seks   i   per-mutacje 
pragnień, lecz dramatyczne pęknięcie głęboko w mym wnętrzu, trzęsienie ziemi w samym 
jądrze mej samotności. Na tyle przywykłem do bycia samemu, że nie sądziłem, iż coś takiego 
może mi się przydarzyć. Z rezygnacją wiodłem takie, a nie inne życie i oto raptem, z całkiem 
niezrozumiałych   powodów,   ta   piękna   Chinka   ukazała   mi   się   jak   anioł   z   innego   świata. 
Niepodobna było się w niej nie zakochać, niepodobna było nie zachłysnąć się z zachwytu, że 
istnieje.
Odtąd dni miałem bardziej wypełnione. Rano i po południu pracowałem nad przekładem, 
wieczorem zaś spotykałem się z Kitty, zwykle w okolicach Columbii i Juilliarda. Był jeden 
szkopuł, a mianowicie to, że nie mieliśmy wielu okazji do bycia sam na sam. Kitty mieszkała 
w   akademiku,   gdzie   dzieliła   pokój   z   koleżanką,   a   u   Zimmera   nie   było   drzwi   między 
pomieszczeniami. Ale nawet gdyby były,  do głowy by mi nie przyszło zabierać do niego 
Kitty. Zimmer przeżywał troski sercowe i byłoby czymś nieludzkim wystawiać go na odgłosy 
naszej   miłości,   zmuszać   do   słuchania   przez   ścianę   westchnień   i   jęków.   Raz   czy   dwa 
koleżanka   z   akademika   wyszła   wieczorem   i   wtedy   korzystaliśmy   z   jej   nieobecności, 
zawłaszczając wąskie łóżko Kitty. Kilka innych schadzek mieliśmy w pustych mieszkaniach. 
To Kitty troszczyła się o szczegóły, kontaktowała z przyjaciółmi i przyjaciółmi przyjaciół, 
prosząc o obdarowanie nas sypialnią na kilka godzin. Było to nieco przygnębiające, choć 
jednocześnie przydawało dreszczyku emocji i niepewności naszemu namiętnemu związkowi. 
Czasem   grubo   ryzykowaliśmy,   popełnialiśmy   zuchwalstwa,   które   dziś   wydają   mi   się 
niebywałe   i   które   mogły   się   dla   nas   zakończyć   co   najmniej   publicznym   upokorzeniem. 
Pewnego razu, na przykład, zatrzymaliśmy windę między piętrami i gdy wściekli lokatorzy 
budynku wrzeszczeli i tłukli pięściami w drzwi z powodu przestoju, ja ściągnąłem z Kitty 
dżinsy i majtki i przywiodłem ją do orgazmu językiem. Innym razem, zamknąwszy się na 
klucz, zrobiliśmy to na podłodze w łazience podczas przyjęcia, nie zważając na długą kolejkę 
gości   do   ubikacji.   To   był   erotyczny   mistycyzm,   tajemna   religia   ograniczona   do   dwojga 
wyznawców. Na pierwszym etapie naszego związku wystarczyło, byśmy na siebie spojrzeli, i 
natychmiast ogarniało nas podniecenie. Gdy tylko Kitty się zbliżyła,  od razu myślałem o 
seksie.   Ręce   same   garnęły   się   do   niej,   a   im   lepiej   poznawałem   jej   ciało,   tym   bardziej 
pragnąłem go dotykać. Pewnego razu posunęliśmy się nawet do tego, że kochaliśmy się po 
jednej z prób tańca, gdy wszyscy już wyszli z przebieralni. W następnym miesiącu Kitty 
miała występować w przedstawieniu, więc gdy tylko mogłem, przychodziłem na wieczorne 
próby. Obserwowanie tań-
   czącej  Kitty było  niemal  tak przyjemne  jak trzymanie  jej  w objęciach,  w delirycznym 
skupieniu więc podążałem oczami za jej ciałem poruszającym się na scenie. Uwielbiałem to, 
ale jednocześnie nic nie pojmowałem. Taniec był mi całkowicie obcy, wymykał się słowom i 
nie pozostawało nic innego, jak siedzieć w milczeniu i zatracać się w widowisku czystego 
ruchu.                , Przekład skończyłem w ostatnich dniach października. Niedługo potem 
Zimmer odebrał pieniądze od koleżanki i tego samego wieczora poszliśmy we troje na kolację 
do „Księżycowego  Pałacu".  To ja wybrałem tę restaurację,  ale raczej  z powodów natury 
symbolicznej niż ze względu na dobrą kuchnię, choć zjedliśmy smacznie, ponieważ Kitty 
władała mandaryńskim i zamówiła u kelnerów potrawy, których nie włączono do menu. Tego 
wieczora .Zimmer był w dobrym nastroju, ględził o Trockim i Mao, o teorii permanentnej 
rewolucji i pamiętam, że w pewnej chwili Kitty oparła głowę na moim ramieniu, z pięknym, 
rozmarzonym uśmiechem na twarzy, i oboje osunęliśmy się na poduszki i słuchali kiwając 
głowami, jak David nudzi bez przerwy, jak rozwodzi się nad dylematami ludzkiej egzystencji. 
Była   to   chwila   najpełniejszej   rozkoszy,   zaskakującej   radości   i   równowagi   duchowej,   jak 
gdyby przyjaciele zebrali się w restauracji, by świętować mój  powrót do krainy żywych. 

background image

Kiedy zabrano naczynia, otworzyliśmy ciastka z wróżbami i z drwiącą powagą zadumaliśmy 
się nad przesłaniami trzech przepowiedni. Osobliwe, ale pamiętam moją, jak gdybym wciąż 
trzymał   karteczkę   w dłoni:   „Słońce  to  przeszłość,  teraźniejszość  -  Ziemia,  przyszłością   - 
Księżyc". Na owo zagadkowe zdanie natknąłem się w swym życiu potem jeszcze raz, co z 
perspektywy czasu może sprawiać wrażenie, że mój losowy wybór w „Księżycowym Pałacu" 
brzemienny był w dziwną, proroczą prawdę. Nie zastanawiając się wiele, wsunąłem karteczkę 
do portfela, w którym nosiłem ją przez następnych dziewięć miesięcy, trwając przy wróżbie, 
choć dawno o niej zapomniałem.
Nazajutrz rano zacząłem szukać pracy, bez powodzenia jednak. Następny dzień też nic nie 
przyniósł. Doszedłszy do wniosku, że czytanie ogłoszeń w gazetach do niczego nie prowadzi, 
postanowiłem spróbować szczęścia w pośredniaku studenckim na Columbii. Jako absolwent 
uczelni miałem prawo skorzystać z tej sposobności, a ponieważ nie trzeba było im płacić za 
znalezienie pracy, tym sensowniejsze wydawało się zacząć właśnie tam. Nie minęło dziesięć 
minut   od   mego   wejścia   do   Dodge   Hali,   gdy   ujrzałem   odpowiedź   na   wszystkie   moje 
problemy:   wystukana   na   maszynie,   widniała   na   karcie   katalogowej   przypiętej   w   dolnym 
lewym   rogu   tablicy   ogłoszeniowej.   Anons   brzmiał   następująco:   „Starszy   pan   na   wózku 
inwalidzkim poszukuje młodego mężczyzny do towarzystwa. Codzienne spacery, lekka praca 
kancelaryjna. Płaca 50 $ za tydzień plus pokój i wikt". Ostatnie zdanie przypieczętowało 
sprawę. Nie dość, że wreszcie zacznę zarabiać na siebie, to jeszcze będę mógł wyprowadzić 
się od Zimmera. Mało tego, przeniósłbym się na róg West End Avenue i Osiemdziesiątej 
Czwartej,   a   więc   mieszkałbym   znacznie   bliżej   Kitty.   Idealnie.   O   samej   pracy   niewiele 
ciekawego dałoby się napisać w liście do domu, ale przecież nie miałem domu i dokąd pisać.
Natychmiast zadzwoniłem, by umówić się na rozmowę, obawiając się, że ktoś mógłby mnie 
ubiec.   Nie   minęły   dwie   godziny,   gdy   zasiadłem   przed   obliczem   mego   potencjalnego 
pryncypała w jego domu, a o ósmej tego samego wieczora zadzwonił on do Zimmera, by mi 
powiedzieć, że zostałem przyjęty. Mówił tak, jak gdyby z oporami podjął korzystną dla mnie 
decyzję, jak gdyby wybrał mnie spośród co najmniej kilku wartościowych kandydatów. Na 
dłuższą metę nic by to pewnie nie zmieniło, choć być może gdybym  wiedział wtedy,  że 
kłamie, miałbym odrobinę większe pojęcie, w co się pakuję. Albowiem prawda była taka, że 
jako jedyny starałem się o tę pracę.

Rozdział  4

Gdy pierwszy raz ujrzałem Thomasa Pony'ego, wydał mi się najwątlejszym  człowiekiem, 
jakiego kiedykolwiek widziałem. Szkielet powleczony skórą, siedział na wózku inwalidzkim, 
okryty kraciastym pledem, przekrzywiony na bok jak ptaszek z przetrąconym kręgosłupem. 
Miał osiemdziesiąt sześć lat, ale wyglądał na sto albo i więcej, jeśli to w ogóle możliwe - 
wiek nie do porachowania. Wszystko w nim było odgrodzone, odległe, sfinksowe w swej 
nieodgadnioności.   Dwie   zniekształcone,   pokryte   plamami   wątrobia-nymi   ręce   ściskały 
podłokietniki   wózka,   od  czasu  do  czasu   trzepotały  w  powietrzu   i  była   to  jedyna  oznaka 
świadomego   życia.   Z   Ponym   nie   porozumiewało   się   nawet   wzrokiem,   albowiem   był 
niewidomy - lub udawał, że jest - a w dniu, gdy przyszedłem do niego na rozmowę o pracy, 
miał na oczach łatki z czarnego sukna. Kiedy patrzę dziś na ten początek, wydaje mi się 
stosowne, że przypadł on na pierwszego listopada. Pierwszy listopada, czyli dzień zmarłych, 
dzień, w którym wspomina się nieznanych świętych i męczenników.
Drzwi   do   mieszkania   otworzyła   kobieta   -   zaniedbana   osoba   słusznej   postury,   w 
nieokreślonym wieku, ubrana w rozdętą podomkę w deseń różowych i zielonych kwiatów. 
Gdy już się upewniła, że jestem panem Foggiem, który umówił się telefonicznie na spotkanie 
o  pierwszej,  wyciągnęła   do  mnie   rękę  i   przedstawiła   się  jako  Rita   Hume,   pielęgniarka   i 
gospodyni   pana   Pony'ego   od   dziewięciu   lat.   Jednocześnie   zmierzyła   mnie   badawczym 

background image

wzrokiem, przypatru iar się Z CieKawos^ł »•«"—J   -D   <    j                    .,,.,, e«> orzez  
biuro matrymonialne. W jej spojrzeniu było jednak cos szczerego i sympatycznego, więc nie 
poczułem   urazy.   Trudno   byłoby   nie   polubić   pani   Hume,   z   jej   szeroką,   nalaną   twarzą, 
krzepkimi J                                „,          __ • _i_    _:„.-,>i       tolr   j^rrrrłmnArr^n      7f* 
\X7\?Hfł\A/?łłv ramionami, parą olbrzymich  piersi - tak ogromnych,  że wydawały mi się 
odlane   z   cementu.   Dźwigała   to   brzemię   stawiając   śmiałe,   rozkołysane   kroki   i   kiedy 
prowadziła mnie korytarzem do salonu, słyszałem, jak oddech świszczę jej w płucach.
Był to jeden z rozległych apartamentów na West Side, z labiryntem długich przedpokojów, 
rozsuwanymi  przepierzeniami z dębu, dzielącymi  pomieszczenia, i gipsową sztukaterią na 
ścianach. Mieszkanie wypełniał bez reszty wiktoriański mętlik i z trudem chłonąłem nagłą 
obfitość przedmiotów: książki, obrazy i stoliki, szlaki dywanów, wachlarz ciemnych politur. 
W połowie drogi do salonu pani Hume przystanęła, chwyciła mnie za ramię i szepnęła do 
ucha:
- Niech się pan nie zraża, jeśli on będzie się trochę dziwnie zachowywał. Często go ponosi, 
ale to nic tak naprawdę nie znaczy. Ostatnie tygodnie dały mu się we znaki. We wrześniu 
zmarł człowiek, który opiekował się nim trzydzieści lat, i trudno mu się odnaleźć.
Poczułem   w   tej   kobiecie   sprzymierzeńca   i   ta   świadomość   posłużyła   mi   za   tarczę   przed 
niewiadomą. Salon był nadzwyczaj duży, okna wychodziły na Hudson i dalej na New Jersey 
Palisades. Pony siedział na wózku pośrodku, oddzielony od kanapy niskim stolikiem. Być 
może moje pierwsze wrażenie uwarunkował fakt, że starzec nie zareagował na nasze wejście. 
Pani Hume obwieściła, że przyszedłem, że „pan Fogg przybył na rozmowę", ale on nie rzekł 
ani słowa, nie drgnął mu choćby jeden mięsień. Siedział w bezruchu istoty nadprzyrodzonej i 
moją pierwszą myślą było, że nie żyje. Pani Hume uśmiechnęła się jednak do mnie i wskazała 
ręką, bym usiadł na kanapie. Wyszła natychmiast, a ja znalazłem się sam na sam z Ponym, 
czekając, aż przerwie on milczenie.
Długo to trwało, ale gdy wreszcie się odezwał, jego głos wypełnił pokój z zadziwiającą siłą. 
Wydawało się niepodobieństwem, by z tego drobnego ciała wydobywały się tak gromkie 
tony.   Słowa   wystrzeliły   z   krtani   z   wściekłym,   chrapliwym   impetem,   jak   gdyby   nagle 
włączono radio nastrojone na jedną z tych dalekich stacji, które wyłapuje się w środku nocy. 
Całkowite zaskoczenie. Przypadkowe złącze elektronów niosło ten głos z odległości tysiąca 
mil,  a jego wyrazistość  ogłuszyła  mnie. Przez chwilę podejrzewałem nawet, że gdzieś w 
pokoju czai się brzuchomówca.
-   Emmett Fogg - odezwał się starzec,   wypluwając słowa z pogardą. - Co to za pedalskie 
nazwisko?
-  M. S. Fogg - poprawiłem. - „M" to Marco, „S" to Stanley.
-  To wcale nie lepiej. Gorzej, jeśli już. Co masz zamiar z tym zrobić, chłopcze?
-  Nic nie mam zamiaru robić. Moje nazwisko i ja sporo razem przeszliśmy i z upływem lat 
bardzo je polubiłem.
Pony prychnął na to, a raczej parsknął jadowitym śmiechem i na tym najwyraźniej wyczerpał 
temat. Zaraz potem wyprostował się na wózku. Zdumiewające, jak ten ruch diametralnie go 
odmienił. Pony nie był już trupem zastygłym w śpiączce podczas popołudniowej zadumy; 
raptem tchnął witalnością i skupieniem, przemienił się w drobną masę zmartwychwstałej, 
kipiącej energii. Jak się potem przekonałem, to był prawdziwy Pony, o ile w stosunku do 
niego można użyć słowa „prawdziwy". Starzec bowiem w tak wielkiej mierze budował swój 
wizerunek na kłamstwach i bałamuctwach, że najczęściej niepodobna było się rozeznać, kiedy 
mówi prawdę. Uwielbiał zwodzić świat nagłym eksperymentem, zaskakującym pomysłem, a 
ze wszystkich psikusów, które płatał, najbardziej lubił udawać nieżywego.
Pochylił się do przodu, jak gdyby chciał mi dać do zrozumienia, że oto bez dalszej zwłoki 
zaczyna  się rozmowa  w sprawie pracy.  Pomimo  czarnych  łatek  na oczach  zwrócił twarz 
dokładnie w moją stronę.

background image

-  Proszę mi powiedzeć, panie Fogg, czy jest pan człowiekiem z wyobraźnią?
-  Kiedyś myślałem, że tak, ale dziś nie jestem już tego pewny.
-  Kiedy widzi pan jakiś przedmiot przed oczami, czy potrafi go pan zidentyfikować?
-  Najczęściej tak. Ale zdarza się, że mam z tym trudności.
-  Kiedy, na przykład?
-  Na przykład czasem trudno mi zorientować się, czy widzę na ulicy kobietę czy mężczyznę. 
Tak   wiele   osób   nosi   dziś   długie   włosy,   że   na   pierwszy   rzut   oka   niełatwo   się   połapać. 
Zwłaszcza jeżeli patrzy się na zniewieściałego mężczyznę albo ubraną po męsku kobietę. 
Wówczas sygnały są dość niejednoznaczne.
-  A gdy pan na mnie patrzy, jakie słowa przychodzą panu do głowy?
-  Powiedziałbym, że widzę mężczyznę na wózku inwalidzkim.
-  Starego?
-  Tak, starego.
-  Bardzo starego?
-  Tak, bardzo.
-  Czy coś szczególnego zwraca pańską uwagę?
-  Kawałki sukna na oczach. I jeszcze wygląda na to, że ma pan sparaliżowane nogi.
-  No tak, tak, moje ułomności. Rzucają się w oczy, co? — Poniekąd.
-  Czy doszedł pan do jakichś wniosków w związku z łatkami?
-  Do żadnych konkretnych. Pierwszą myślą było, że jest pan niewidomy, ale to wcale nie jest 
pewne. Skoro ktoś nie widzi, to po co miałby zasłaniać oczy, jakby chciał mieć pewność, że 
nic nie zobaczy? To nie miałoby sensu. Zatem przyszły mi do głowy inne hipotezy. Być może 
opaska kryje coś gorszego od ślepoty. Może jakieś inne szkaradne kalectwo? Albo może jest 
pan po operacji i lekarze kazali panu zasłaniać oczy? Z drugiej strony możliwe też, że pan 
tylko niedowidzi i ostre światło pana razi. Albo też nosi pan te łatki dla frajdy, bo wydają się 
panu ładne. Możliwych odpowiedzi na pańskie pytanie jest więc bez liku. Na tym etapie mam 
zbyt   mało   danych,   by   trafić   na   właściwą.   Z   całkowitą   pewnością   wiem   tylko   jedno,   a 
mianowicie, że nosi pan czarne łatki na oczach. Stwierdzam, że je pan nosi, ale nie potrafię 
powiedzieć dlaczego.
-  Innymi słowy, o niczym nie przesądza pan z góry.
-   Nie, bo to bywa niebezpieczne. Często zdarza, się, że sprawy mają się inaczej, niż to 
wygląda, a wyciąganiem przedwczesnych wniosków można napytać sobie biedy.
-  A moje nogi?
-  To pytanie jest chyba prostsze. Z tego, co widać spod koca, wydaje się, że są obumarłe, że 
mięśnie zanikły, co z kolei dowodziłoby, że od wielu lat nie robił pan z nich użytku. Jeśli tak 
się rzeczy mają, wypływa stąd logiczny wniosek, że nie może pan chodzić. Być może nigdy 
pan nie chodził.
-  Starzec, który nie widzi i nie chodzi? Co o tym sądzisz, chłopcze?
-  Ze taki człowiek jest uzależniony od innych w większym stopniu, niżby chciał.
Pony stęknął, rozparł się w wózku, po czym  przekrzywił głowę, kierując twarz w stronę 
sufitu. Milczeliśmy obaj przez następnych dziesięć, piętnaście sekund.
-  Jaki masz głos, chłopcze? - zapytał nagle.
-  Nie wiem. Nie bardzo tak naprawdę go słyszę, gdy mówię. Gdy kilkakrotnie usłyszałem go 
z  taśmy   magnetofonowej,    wydawał  mi   się  okropny.  Ale  podobno  wszyscy   tak  myślą  o 
swoich głosach.
-  Trzyma się długo?
-  Jak to trzyma?
-  Nie męczy się szybko? Możesz mówić przez dwie, trzy godziny bez ochrypnięcia? Możesz 
czytać mi przez całe popołudnie i potem jeszcze gadać? To właśnie mam na myśli, kiedy 
pytam, czy trzyma się długo.

background image

— Chyba długo.
-  Jak sam zauważyłeś, straciłem wzrok. Zatem nasz związek będzie się opierał na słowach, 
więc jeśli nie masz wytrzymałego głosu, nie będziesz dla mnie wart złamanego szeląga.
-  Rozumiem.
Pony znów się pochylił do przodu i zastygł w dramatycznej pozie.
-  Boisz się mnie, chłopcze? - zapytał.
-  Raczej nie.
-  A powinieneś. Jeśli cię przyjmę, dowiesz się, co to strach, ręczę ci. Nie widzę i nie chodzę, 
ale posiadłem inne zdolności, które niewielu ludzi dotąd opanowało.
-  Jakie zdolności?
-   Umysłowe.   Siłę woli,   którą mogę kształtować   oblicze wszechświata wedle własnego 
widzimisię.
-  Telekineza?
-     Tak,   jeśli   chcesz   się   trzymać   tego   mądrego   terminu,   to   proszę   bardzo,   telekineza. 
Przypominasz sobie awarię prądu sprzed kilku lat?
-  Jesienią sześćdziesiątego piątego?
-  Tak. To ja ją spowodowałem. Tuż przed tym straciłem wzrok i pewnego dnia siedziałem 
sobie   w   tym   pokoju,   przeklinając   los   za   to,   że   mnie   ciężko   doświadczył.   Około   piątej 
powiedziałem sobie: „Chciałbym,  żeby cały świat żył w takich ciemnościach jak ja". Nie 
minęła godzina i wszystkie światła w mieście pogasły.
-  To mógł być zbieg okoliczności.
-  Nie ma zbiegów okoliczności. Tego określenia używają wyłącznie ignoranci. Wszystko na 
świecie zbudowane jest z elektryczności, jednakowo rzeczy ożywione i nieożywione. Nawet 
myśli cechuje ładunek elektryczny. Jeśli są dostatecznie silne, mogą zmienić świat dokoła. 
Zakonotuj to sobie, chłopcze.
-  Zakonotuję.
— A ty, Marco Stanleyu Fogg, jakie masz zdolności?
 -  O ile wiem, żadnych. Parę typowych ludzkich umiejętności, ale nic poza tym. Potrafię jeść 
i spać. Potrafię przejść z jednego miejsca na drugie. Czuję ból. Niekiedy nawet myślę.
-  Myślisz? A więc podżegacz z ciebie, czy nie tak?
-  Skądże. Wątpię, bym potrafił nakłonić kogokolwiek do czegoś.
-  A więc ofiara. No bo albo jest się jednym, albo drugim.
Albo się każe robić, albo się jest zmuszonym do robienia.
-  Wszyscy jesteśmy ofiarami czegoś, proszę pana. Choćby tego, że żyjemy.
-  A pewnyś,  że żyjesz,  chłopcze? Może tylko tak ci  się wydaje?
-  Wszystko jest możliwe. Być może pan i ja jesteśmy fantazmatami i naprawdę wcale nas tu 
nie ma. Owszem, gotów jestem przyjąć taką ewentualność.
-  Potrafisz trzymać język za zębami?
-  Jeśli się tego ode mnie oczekuje, to przypuszczam, że nie gorzej niż pierwszy lepszy.
-  No to pierwszy czy lepszy?
-  I pierwszy, i lepszy, czyli każdy. To taki zwrot, proszę pana. Potrafię mówić lub milczeć w 
zależności od wymogów sytuacji.
-  Jeśli cię przyjmę, Fogg, to najprawdopodobniej mnie znienawidzisz. Pamiętaj jednak, że to 
wszystko dla twojego dobra. Wszystko, co robię, ma ukryty cel i nie tobie to osądzać.
-  Postaram się nie zapomnieć.
-  Dobrze. A teraz chodź tu, niechże pomacam twoje mięśnie. Nie najmę przecież chuchra do 
wożenia mnie wózkiem po mieście. Jeśli twoje mięśnie nie sprawią się dobrze, nie będziesz 
dla mnie wart złamanego szeląga.
Tego wieczora pożegnałem się z Zimmerem, a nazajutrz rano spakowałem do plecaka mój 
niewielki dobytek i pojechałem do Pony'ego. Los zrządził, że Zimmera zobaczyłem ponownie 

background image

dopiero   po   trzynastu   latach.   Okoliczności   nas   rozdzieliły   i   kiedy   wpadłem   na   niego 
przypadkowo na ulicy wiosną 1982 roku u zbiegu Yarick Street i Zachodniego Broadwayu na 
dolnym Manhattanie, zmienił się do tego stopnia, że w pierwszej chwili go nie poznałem. 
Przybyło mu z dziesięć, piętnaście kilogramów i kiedy tak szedł chodnikiem z żoną i dwoma 
małymi synami, aż uderzył mnie jego tuzinkowy wygląd: brzuszek i rzednące włosy pana w 
średnim wieku, łagodny, nieco ogłupiały wyraz twarzy zahartowanego męża i ojca. Szliśmy w 
przeciwne strony i w istocie nawet się minęliśmy. Naraz usłyszałem, że ktoś mnie woła po 
imieniu. Pewnie, że to nie nadzwyczajne zdarzenie spotkać na ulicy kogoś z przeszłości, ale 
tamtego  dnia   widok  Zimmera   ożywił  we  mnie  zapomniany   świat   wspomnień.  Nie  miało 
znaczenia, kim David został, że uczy na uniwersytecie gdzieś w Kalifornii, że opublikował 
czterystustronicową książkę o filmie francuskim, że od dziesięciu lat nie napisał ani jednego 
wiersza.   Ważne   było   tylko,   że   go   zobaczyłem.   Staliśmy   na   rogu   ulicy   przez   piętnaście, 
dwadzieścia minut, wspominając dawne dzieje, aż wreszcie zebrał swoją gromadkę i ruszyli 
tam, dokąd zmierzali. Potem nie widziałem go już ani nie miałem od niego żadnych wieści, 
ale   przypuszczam,   że   pomysł   napisania   niniejszej   książki   narodził   się   właśnie   po   tym 
spotkaniu z Zimmerem przed czterema laty, dokładnie w tej samej chwili, gdy zniknął on w 
głębi ulicy i ponownie straciłem go z oczu.
Po moim przybyciu do apartamentu Pony'ego pani Hume posadziła mnie w kuchni przy stole, 
by poczęstować filiżanką kawy. Oznajmiła, że Pony właśnie uciął sobie przedpołudniową 
drzemkę   i   obudzi   się   dopiero   koło   dziesiątej,   ona   tymczasem   powie   mi,   na   czym   będą 
polegały moje obowiązki, kiedy jest pora posiłków, ile godzin każdego dnia będę pracował i 
tak dalej. To do niej należało „doglądanie ciała", jak to określiła, czyli ubieranie Pony'ego i 
mycie, ściąganie go z łóżka i kładzenie spać, golenie, sadzanie na sedesie i zdejmowanie z 
niego, podczas gdy moja rola była bardziej złożona i jednocześnie mniej sprecyzowana. Niby 
nie najęto mnie, bym był mu przyjacielem, ale w gruncie rzeczy oczekiwano niewiele mniej, a 
mianowicie, że będę miłym towarzyszem, osobą, która rozwieje monotonię jego samotności.
-     Mój   Boże,   wiadomo,   że   nie   ma   przed   sobą   całego   życia   -rzekła.   -   Ale   możemy 
przynajmniej umilić mu starość.
Powiedziałem, że rozumiem.
-  Młoda osoba u boku na pewno poprawi mu humor - ciągnęła. - Nie mówiąc już o mnie.
-  Cieszę się, że mam tę pracę.
-  Spodobała mu się wasza rozmowa. Powiedział, że dobrze odpowiadałeś.
-  Tak naprawdę nie bardzo wiedziałem, co mówić. Czasem trudno za nim trafić.
-  A bo ja tego nie wiem? W mózgu ciągle mu się coś roi. Ma bzika, ale nie jest zgrzybiały.
— O nie, to ostry gość. Pewnie nieraz da mi popalić.
-  Powiedział, że masz miły głos. To obiecujący początek.
-  Miły? Aż trudno uwierzyć, że on zna to słowo.
-  Może użył innego, ale to właśnie miał na myśli. Powiedział, że twój głos przypomina mu 
kogoś, kogo kiedyś znał.
-  Mam nadzieję, że lubił tę osobę.
-  Tego już nie powiedział.  To właśnie  cały pan Thomas, przekonasz się. Zawsze mówi tylko 
to, co chce powiedzieć.
Mój pokój znajdował się na końcu długiego korytarza. Było to skromne, małe pomieszczenie 
z jednym oknem, które wychodziło na tyły domu - spartańska klitka nie większa niż mnisia 
cela.   Stanąłem   jednak   na   znajomym   gruncie,   więc   rychło   poczułem   się   swojsko   wśród 
skąpego   umeblowania,   na   które   składało   się   staroświeckie   metalowe   łóżko   z   pionowymi 
słupkami   na   czterech   rogach,   komoda   oraz   szeroka   biblioteczka   pod   ścianą,   zapełniona 
głównie rosyjskimi i francuskimi książkami. W pokoju był tylko jeden obraz: duża akwaforta 
w   ramie   pociągniętej   czarnym   pokostem,   przedstawiająca   mityczną   scenę   wypełnioną 
ludzkimi postaciami i nadmiarem elementów architektonicznych. Później dowiedziałem się, 

background image

że jest to czamo-biała kopia jednego z serii panneaux Thomasa Cole'a, zatytułowanej Droga 
Imperium, wizjonerskiej sagi o powstaniu i upadku Nowego Świata. Rozpakowałem plecak i 
ułożyłem  wszystko   starannie   w  górnej  szufladzie   komody.   Miałem  tylko   jedną   książkę  - 
Pascalowskie Myśli w miękkich okładkach, podarowane mi przez Zimmera na pożegnanie. 
Położyłem   ją   na   poduszce   i   cofnąłem   się   o   krok,   by   przyjrzeć   się   nowemu   mieszkaniu. 
Niewiele, ale moje. Po tylu miesiącach niepewności pokrzepiło mnie, że stoję w czterech 
ścianach, że znów jest na świecie miejsce, które mogę nazwać swoim.
Przez pierwsze dwa dni padało bez przerwy.  Nie mogąc  wyjść  na popołudniowy spacer, 
siedzieliśmy   w   salonie.   Pony   zachowywał   się   mniej   wojowniczo   niż   podczas   pierwszej 
rozmowy i na ogół milczał, słuchając, jak czytam mu na głos. Trudno mi było zinterpretować 
to milczenie: c/y usiłował poddać mnie sprawdzianowi, którego istoty nie rozumiałem, czy 
też w ten sposób uzewnętrzniał się jego nastrój? Jak wielokrotnie potem, byłem  rozdarty 
między doszukiwaniem się mrocznego celu w postępowaniu Pony'ego a machnięciem na to 
ręką, jako na efekt jego kapryśnych humorów. Słowa, którymi się do mnie zwracał, książki, 
które wybierał do czytania, osobliwe sprawy, które mi poruczał - czy to była część zawiłego, 
sekretnego planu, czy też tak to jedynie wygląda z perspektywy czasu? Niekiedy odnosiłem 
wrażenie, że usiłuje prze kazać mi jakąś niedostępną, tajemną wiedzę, zachowując się jak 
samozwańczy przewodnik w mej  duchowej wędrówce, choć nie zdradzał  mi  tego, a tym 
samym  zmuszał  do udziału  w grze bez poznania  jej  reguł. Oto Pony jako ekscentryczny 
mentor,  zagadkowy mistrz  usiłujący wprowadzić  mnie  w tajemnice  wszechświata.  Innym 
razem   jednak,   gdy   ciskał   gromy   w   przypływie   niepohamowanego   gniewu   i   chamstwa, 
wydawał   mi   się   jedynie   ziejącym   złością,   samolubnym   starcem,   wypalonym   maniakiem 
żyjącym na pograniczu obłędu i śmierci. Mieszał mnie z błotem i rychło miałem go po dziurki 
w nosie, mimo to moja fascynacja nim rosła. Kilkakrotnie byłem bliski rzucenia pracy, ale 
Kitty odwiodła mnie od tego, chociaż tak naprawdę wygląda na to, że sam chciałem zostać 
-nawet  wtedy,   gdy wydawało   się niepodobieństwem,  bym  miał   przebywać  z  Ponym  pod 
jednym   dachem   choćby   minutę   dłużej.   Tak   mi   dopiekał,   że   przez   całe   tygodnie   ledwo 
mogłem się zmusić, by na niego spojrzeć, staczałem walkę wewnętrzną, by wysiedzieć z nim 
w jednym pokoju. Ale przemogłem się i wytrwałem aż do smutnego końca.
Niezależnie   od   swego   nastroju   Pony   z   upodobaniem   płatał   sztuki.   Pierwszego   ranka,   na 
przykład,   wjechał   do  salonu   w  ciemnych   okularach   na  nosie.   Po  łatkach,   które   stały  się 
przedmiotem dyskusji poprzedniego dnia, nie było śladu. Słowem nie wyjaśnił tej zamiany. 
Idąc za jego przykładem, nie pytałem, pojmując, że to właśnie sytuacja, w której powinienem 
trzymać język za zębami. Następnego ranka założył z kolei zwykłe okulary w metalowych 
oprawkach. Grube szkła zniekształcały komicznie jego oczy, powiększając je do wielkości 
ptasich jaj. Zdawało się, że wyłupiaste kałuże błękitu lada chwila wyskoczą z orbit. Trudno 
się było zorientować, czy te oczy widzą. Chwilami byłem przekonany, że to blef, że Pony 
widzi nie gorzej ode mnie, kiedy indziej zaś dałbym sobie rękę uciąć, że jest ślepy jak kret. 
Tego właśnie chciał. Umyślnie wysyłał niejednoznaczne sygnały, po czym rozkoszował się 
moją niepewnością, uparcie ukrywając prawdę. W niektóre dni całkowicie odsłaniał oczy, 
stroniąc od szkieł i łatek z sukna. Kiedy indziej obwiązywał głowę czarną opaską, przez co 
wyglądał jak skazaniec, który ma stanąć przed plutonem egzekucyjnym. Niepodobna było 
powiedzieć, co oznacza to wdziewanie masek. Nigdy nie rzekł słowa na ten temat, a mnie 
brakło odwagi, by zapytać. Najważniejsze, doszedłem do wniosku, to nie pozwolić, by swoją 
błazenadą   zamącił   mi   w   głowie.   Niech   robi,   co   mu   się   żywnie   podoba,   ale   pozostanę 
niewzruszony i nie będzie to mieć na mnie żadnego wpływu. Za   każdym razem sobie to 
powtarzałem.  Ale kiedy odsłaniał  oczy,  łapałem  się na tym,  że patrzę  w nie i nie mogę 
odwrócić spojrzenia, bezradny wobec siły przyciągania jego źrenic. Było tak, jak gdybym 
usiłował dostrzec w ich głębi prawdę, jakąś szczelinę, która pozwalałaby mi zajrzeć w mrok 

background image

jego   czaszki.   Nigdy   jednak   do   niczego   mnie   to   nie   doprowadziło.   Mimo   setek   godzin 
spędzonych na wpatrywaniu się w oczy Pony'ego, one nigdy nic mi nie zdradziły.
Zawczasu wybrał książki do lektury, dokładnie wiedział, czego chce słuchać. Czytanie było 
nie tyle formą relaksu, ile dążeniem do celu, upartym zgłębianiem pewnych wyraźnie i wąsko 
zakreślonych   dziedzin.   Nie   wyjaśniało   to   wprawdzie   kierujących   nim   motywów,   ale 
przedsięwzięcie nabrało przynajmniej sensu. Pierwsze książki dotyczyły podróży, najczęściej 
wypraw w nieznane i odkrywania nowych lądów. Rozpoczęliśmy od świętego Brendana i 
Johna   de   Mandeville'a,   po   czym   przeszliśmy   do   Kolumba,   Cabezy   de   Vaki   i   Thomasa 
Harriota. Czytaliśmy wyjątki z Podróży po Pustyni Arabskiej Doughty'ego, przebrnęliśmy 
przez całego Johna Wesleya Powella opowiadającego o swej ekspedycji kartograficznej rzeką 
Kolorado,   a   skończyliśmy   na   kilku   osiemnasto-   i   dziewiętnastowiecznych   zbiorach 
wspomnień z niewoli, konkretnie na relacjach białych osadników, których pojmali Indianie. 
Wszystko   to   bardzo   mnie   ciekawiło,   a   kiedy   już   mój   głos   przywykł   do   długotrwałego 
wysiłku,   rozwinąłem   nawet   nie   najgorszy   styl   lektorski.   O   powodzeniu   przesądzała 
klarowność   przekazu   ustnego,   która   z   kolei   zależała   od   modulacji   głosu,   subtelnych 
zawieszeń   i   nieugiętego   podążania   wzrokiem   za   słowami   na   stronie.   Pony   nieczęsto 
wypowiadał komentarze w trakcie mego czytania, ale po wydawanych przez niego odgłosach 
przy szczególnie zagmatwanych albo eskcytują-cych akapitach wiedziałem, że pilnie słucha. 
To   właśnie   podczas   tych   posiedzeń   z   książką   w   ręku   czułem   największą   między   nami 
harmonię, ale rychło przekonałem się, że nie należy brać jego milkliwego skupienia za wyraz 
życzliwości. Po trzeciej czy czwartej książce podróżniczej zasugerowałem zdawkowo, że być 
może przyjemność sprawiłoby mu wysłuchanie paru stron o podróży Cyrana na Księżyc.
- Zachowaj swoje pomysły dla siebie, chłopcze - odwarknął. — Jeżeli będę chciał poznać twe 
zdanie, to zapytam.
W salonie, pod ścianą naprzeciw drzwi, prężyła się aż po sufit biblioteczka. Nie wiem, ile 
książek mieściły półki, ale myślę, że przynajmniej pięćset lub sześćset, może nawet tysiąc. 
Pony  najwyraźniej wiedział dokładnie, gdzie stoi każda z nich, bo kiedy nadchodziła pora, by 
otworzyć nową, wskazywał mi bezbłędnie miejsce.
-   Druga półka - mówił - dwunasta, może piętnasta z lewej.  Lewis i Clark.  Czerwona, w 
płóciennej oprawie.
Nigdy się nie pomylił i gdy tak mnożyły się dowody tężyzny jego pamięci, byłem pod coraz 
większym   wrażeniem.   Pewnego   razu   zapytałem   go,   czy   jest   mu   znany   system 
zapamiętywania Cycerona i Raniona Lulla, ale zbył moje pytanie machnięciem ręki.
-  Tego nie można się nauczyć - rzekł. - To talent, z którym człowiek się rodzi, dar natury. - 
Urwał na chwilę, po czym mówił dalej szelmowskim, drwiącym tonem: - A skąd wiesz, że 
pamiętam,   gdzie   są   wszystkie   książki?   Zastanów   się.   Może   wczołguję   się   tu   nocą   i 
przestawiam   je,   gdy   ty   smacznie   śpisz?   Albo   zmieniam   porządek   telepatycznie,   gdy 
odwracasz się plecami? No, młody człowieku?
Potraktowałem to jako pytanie retoryczne i nie powiedziałem nic, nie chcąc się spierać.
-  Pamiętaj, Fogg, o niczym nie przesądzaj z góry. Zwłaszcza gdy masz do czynienia z kimś 
takim jak ja.
Pierwsze   dwa   dni   spędziliśmy   w   salonie,   a   w  szyby   bębnił   tymczasem   tęgi   listopadowy 
deszcz. W domu Pony'ego panował bezruch i gdy w trakcie czytania zawieszałem głos, by 
nabrać tchu, najgłośniejszym dźwiękiem było tykanie zegara na gzymsie kominka. Od czasu 
do czasu ciszę zakłócała krzątająca się po kuchni pani Hume, a z ulicy dochodził stłumiony 
gwar ruchu ulicznego, szum opon sunących mokrymi ulicami. Było to dziwne, przyjemne 
doznanie - siedzieć w murach, gdy tymczasem dokoła toczyło się wartkie życie, a poczucie 
odosobnienia   pogłębiały   jeszcze   chyba   same   książki.   Wszystko   w   nich   było   odległe, 
niewyraźne, brzemienne w cuda: irlandzki mnich, który w 500 roku przebył Atlantyk i odkrył 
wyspę jak Raj, mityczne królestwo Prestera Johna, jednoręki amerykański naukowiec palący 

background image

fajkę z Indianami Zuni w Nowym Meksyku. Mijały godziny, a my siedzieliśmy na swych 
miejscach jak przykuci - Pony na wózku, ja na kanapie naprzeciw niego - i zdarzało się, że tak 
pochłaniała mnie lektura, iż traciłem rozeznanie, gdzie jestem, opuszczałem własne ciało.
Codziennie w południe i o szóstej zasiadaliśmy w jadalni do lunchu i obiadu. Pony bardzo 
przestrzegał pór posiłków i ilekroć pani Hume zaglądała do salonu, by zaprosić nas do stołu, 
natychmiast tracił zainteresowanie książką. Nawet jeśli do końca została   tylko strona lub 
dwie, przerywał mi w połowie zdania, każąc zamilknąć.
-  Czas zjeść - mówił. - Wrócimy do tego później.
Rzecz nie w tym,  że był  głodny - w istocie jadł niewiele -lecz w tym, że zbyt  silny był 
imperatyw   wewnętrzny,   by   ostatni   okres   swego   życia   ująć   w   karby   ścisłej   i   racjonalnej 
dyscypliny. Raz czy dwa wydawało się, że bardzo mu żal przerwać czytanie, nie w takiej 
mierze jednak, by odstąpił od porządku dnia.
-  Trudno - mawiał. - Akurat gdy zrobiło się ciekawie.
Za pierwszym razem, gdy tak zareagował, zaproponowałem, że poczytam troszkę dłużej.
-  Wykluczone - odparł. - Nie możemy zakłócać rytmu świata dla chwilowej przyjemności. 
Jutro będziemy mieć dość czasu.
Pony jadł mało, ale za to łapczywie jak dzikus, mlaskając i cmoktając z uciechy. Widok był 
obrzydliwy, ale nie miałem innego wyjścia, jak go znosić. Ilekroć Pony wyczuł, że na niego 
patrzę, natychmiast sięgał po repertuar jeszcze ohydniejszych zagrań: jedzenie wylewało mu 
się z ust na brodę, czkał, symulował mdłości i zawały serca, wyjmował sztuczną szczękę i 
kładł ją obok talerza. Szczególnie lubił zupy, więc zimą każdy posiłek zaczynaliśmy od innej. 
Pani Hume sama je gotowała i były bardzo smaczne -jarzynowa, wywar z rukwi wodnej, 
kartoflanka z porem - ale z lękiem wyczekiwałem chwili, gdy będę musiał usiąść za stołem i 
patrzeć, jak Pony pociąga z łyżki. Nie tyle siorbał, ile wsysał całą zawartość, wypełniając 
powietrze szumem rozklekotanego odkurzacza. Odgłosy były tak denerwujące i wyraziste, że 
dźwięczały mi w uszach cały czas, nawet gdy dawno już skończyliśmy posiłek. Jeszcze dziś, 
gdy dostatecznie się skupię, potrafię przywołać na pamięć wszystkie szczegóły: hałas, gdy 
usta Pony'ego stykały się z łyżką, gwałcąc ciszę furkotem wziewanego łapczywie powietrza, 
dalej przeciągły, wysoki świst, piekielne rzężenie, gdy spływająca do gardła papka zdawała 
się przemieniać w mieszankę żwiru i pokruszonego szkła, gromkie przełknięcie, następnie 
krótka pauza, brzęk łyżki uderzającej o talerz, po czym rozdęcie i dygot ciała przy wydechu. 
Wtedy Pony oblizywał wargi, wykrzywiał twarz z ukontentowania i zaczynał całą czynność 
od początku, napełniając łyżkę i podnosząc ją do góry (z głową niezmiennie pochyloną, by 
skrócić odległość między talerzem a ustami, trzymając łyżkę drżącą ręką, z powodu czego 
zupa z chlupotem skapywała na powrót do talerza), no i wreszcie następowała nowa eksplozja 
rozsadzająca uszy, bo znów włączał wsysanie. Dzięki Bogu rzadko kiedy zjadał  całą porcję. 
Trzy, cztery kursy łyżki zwykle go wyczerpywały, potem odsuwał talerz na bok i spokojnie 
prosił   panią   Hume   o   drugie   danie.   Nie   wiem,   ile   razy   słyszałem   tę   kakofonię,   lecz 
dostatecznie   często,   by   zdawać   sobie   sprawę,   że   nigdy   mnie   nie   opuści,   że   będzie   mi 
pobrzmiewać w głowie do końca życia.
Podczas tych popisów pani Hume zachowywała anielską cierpliwość. Nigdy nie łapała się za 
głowę,   nie   okazywała   odrazy,   słowem:   postępowała   tak,   jak   gdyby   maniery   Pony'ego 
mieściły się w granicach przyzwoitości. Jak ktoś mieszkający od lat przy torach kolejowych 
albo   lotnisku,   przywykła   do   nagłych   erupcji   ogłuszającego   hałasu,   więc   ilekroć   Pony 
rozpoczynał koncert siorbania i mlaskania, najzwyczajniej w świecie przestawała mówić i 
przeczekiwała. Ekspres do Chicago przemykał nocą, wprawiając w drżenie szyby okienne i 
fundamenty domu, i wkrótce ginął w oddali równie znienacka, jak się pojawił. Co jakiś czas, 
gdy Pony poczynał sobie szczególnie obrzydliwie, pani Hume zerkała na mnie i mrugała 
porozumiewawczo,  jak gdyby chciała  powiedzieć:  „Nie przejmuj  się, staremu  brak piątej 
klepki i nic na to nie poradzimy". Gdy teraz o tym myślę, uświadamiam sobie, jak v^ażną rolę 

background image

odgrywała   ta   kobieta   w   domu   Pony'ego   jako   gwarant   ymiaru   i   normalności.   Bardziej 
porywcza   osoba   dałaby   się   sprowokować   i   reagowałaby   na   jego   wybryki,   a   to   tylko 
pogorszyłoby   sprawę,   albowiem   starzec   się   rozsierdzał,   gdy  coś   było   nie   po   jego  myśli. 
Flegmatyczny   temperament   pani   Hume   zażegnywał   rodzące   się   dramaty   i   groźbę 
nieprzyjemnych scen. Ta kobieta miała duszę wielką jak jej ciało i potrafiła znieść niejedno 
bez widocznego uszczerbku. Na początku z przykrością patrzyłem, co musi wytrzymywać, 
ale z czasem zrozumiałem, że to jedyna rozsądna strategia, żeby poradzić sobie z Ponym. 
Uśmiechnąć się, wzruszyć ramionami, udobruchać go. To ona nauczyła mnie, jak postępować 
ze starym dziwakiem, i gdybym nie miał jej za wzór, wątpię, czy długo wytrwałbym w nowej 
pracy.
Do stołu pani Hume zasiadała wyposażona w czysty ręcznik i śliniak. Pierwszy służył do 
wycierania   Pony'emu   twarzy   w   nagłych   wypadkach,   a   drugi   zawiązywała   mu   przed 
jedzeniem na szyi. Dlatego posiłek przypominał karmienie małego dziecka. Pani Hume grała 
rolę sumiennej matki z dużym doświadczeniem. Ponieważ wychowała troje dzieci, radziła 
sobie bez trudu. Lecz utrzymywanie Pony'ego w czystości to było jedno; pozostawało jeszcze 
niełatwe zadanie utrzymywania go w ryzach za pomocą słów. Pod tym względem pani Hume 
poczynała   sobie   ze   starcem   nadzwyczaj   sprytnie,   nie   gorzej   niż   wyrobiona   prostytutka   z 
kłopotliwym   klientem.   Żadne   polecenie   nie   było   dość   absurdalne,   by   odmówić   jego 
wykonania, żadna uwaga nie dość idiotyczna, by nie potraktować jej poważnie, żaden pomysł 
nie wprawiał w zdumienie. Raz czy dwa na tydzień Pony oskarżał panią Hume, że spiskuje 
przeciw niemu - na przykład, że wsypuje mu truciznę do jedzenia (wówczas z obrzydzeniem 
wypluwał na talerz na wpół przeżute kawałki marchewki i posiekane mięso), albo knuje, żeby 
go obrabować z pieniędzy. Zamiast się obrazić, odpowiadała spokojnie, że za chwilę wszyscy 
troje   przeniesiemy   się   na   tamten   świat,   ponieważ   jemy   to   samo.   Albo,   jeżeli   z   uporem 
powtarzał swoje, zmieniała taktykę i przyznawała się otwarcie do zbrodni:
-  To prawda - odpowiadała. - Wsypałam sześć łyżek arsze-niku do tłuczonych ziemniaków. 
Zacznie działać przed upływem kwadransa i wtedy skończą się moje kłopoty. Będę bogatą 
kobietą, panie Thomasie - zawsze zwracała się do niego w ten sposób -a pan wreszcie będzie 
gnił w grobie.
Tego rodzaju odprawa niezawodnie wprawiała Pony'ego w dobry humor.
-     Ha!   -   wykrzykiwał.   -   Ha!   A   więc   masz   chrapkę   na   moje   miliony,   ty   chciwa   sukp! 
Wiedziałem, od początku wiedziałem! I co, zaraz do sklepu po futra i brylanty, tak? Cóż, na 
nic ci się zdadzą, tłuściochu. Zawsze będziesz wyglądała jak rozdęta praczka, żebyś nie wiem 
co na siebie włożyła.
Następnie, nie zważając, że właściwie zaprzecza swym słowom, z zapałem ładował sobie do 
ust kolejne porcje zatrutego rzekomo jedzenia.
Choć Pony ciosał pani Hume kołki na głowie, wydaje mi się, że w głębi duszy była do niego 
przywiązana. W odróżnieniu od większości ludzi, którzy opiekują się starcami, nie traktowała 
go jak niedorozwinięte dziecko albo kloc drzewa. Pozwalała mu ujadać, ględzić bez końca, 
ale kiedy sytuacja tego wymagała, potrafiła postępować z nim stanowczo. Miała na niego 
kilka  określeń  i  bez  wahania  się  do  nich  uciekała,   gdy ją prowokował:  stare  kretynisko, 
szelma, matoł, kuglarz, jęczydusza. Nie wiem, skąd wzięła te epitety, ale wypływały z jej ust 
potoczystym   strumieniem,   niezawodnie   łącząc   cios   obrazy   z   szorstką   czułością.   Była   u 
Pony'ego   już   dziewięć   lat,   a   ponieważ   najwyraźniej   nie   ceniła   cierpienia   dla   samego 
cierpienia, niechybnie znajdowała w tej pracy przynajmniej szczyptę zadowolenia. Mnie myśl 
o dziewięciu latach porażała. Nie do pojęcia wydawało się, że miała tylko jeden dzień wolny 
w miesiącu. Ja przynajmniej miałem dla siebie wieczory i noce i po     określonej godzinie 
mogłem   wychodzić,   gdzie   mi   się   podobało.   Miałem   Kitty   i   znajdowałem   pocieszenie   w 
świadomości, że praca u Pony'ego nie jest treścią mego życia, że prędzej czy później ruszę 
dalej.  Pani  Hume  brakowało takich odskoczni.  Dyżurowała na okrągło, a jedyną okazję do 

background image

wyjścia z domu stanowiła godzina czy dwie sprawunków każdego popołudnia. Trudno to 
nazwać prawdziwym życiem.  Czytała „Reader's  Digest" i  „Redbook",  czasem sięgnęła po 
powieść   sensacyjną,   w   swym   pokoju   miała   czarno-biały   telewizor,   który   włączała   po 
położeniu Pony'ego do łóżka, zawsze z przykręconym potencjometrem głosu. Jej mąż umarł 
na raka przed trzynastoma laty, a troje dorosłych dzieci mieszkało z dala od Nowego Jorku: 
jedna   córka   w   Kalifornii,   druga   w   Kansas,   syn   stacjonował   z   wojskiem   w   Niemczech. 
Pisywała do nich listy, a największą przyjemność sprawiały jej przysyłane fotografie wnucząt, 
które   wsuwała   za   ramę   lustra   toaletki.   Gdy   miała   wychodne,   jeździła   do   swego   brata 
Charlie'ego, który przebywał w szpitalu w Bronxie. Charlie był pilotem bombowca podczas 
drugiej wojny światowej i z tych paru słów, które mi o nim powiedziała, wywnioskowałem, 
że ma nie po kolei w głowie. Każdego miesiąca obowiązkowo  tłukła  się przez  miasto,  by 
go     odwiedzić,     nie   omieszkawszy   zabrać   małej   torebki   czekoladek   i   pliku   czasopism 
sportowych, i przez cały czas, kiedy ją znałem, nigdy nie słyszałem, by się uskarżała, że musi 
tam jeździć. Pani Hume była skałą. Gdy się nad tym zastanowić, nikt nie nauczył mnie tak 
wiele jak ona.
Pony był  trudnym  przypadkiem,  ale postąpiłbym  niesłusznie przedstawiając go wyłącznie 
jako rozkapryszonego, dokuczliwego starca. Gdyby rzecz sprowadzała się tylko do przykrego 
usposobienia i złego nastroju, jego humory byłyby do przewidzenia, a to ułatwiałoby życie. 
Wiadomo   by   było,   czego   się   spodziewać,   na   czym   się   stoi.   Jednak   Pony   wymykał   się 
regułom. Jeżeli był trudny w pożyciu, to głównie dlatego, że nie zawsze taki był, stąd też 
trzymał mnie w nieustannej niepewności. Przez całe dnie wylewała się z niego jedynie złość i 
żółć i kiedy już myślałem, że w tym człowieku nie ma ani krzty dobroci czy życzliwości dla 
innych, raptem zaskakiwał uwagą dowodzącą tak wielkiego serca, zdaniem zdradzającym tak 
głęboką znajomość i zrozumienie ludzkiej natury, że musiałem przyznać przed samym sobą, 
że źle go osądziłem, że ostatecznie nie jest aż tak zły, jak mi się zdawało. Po trochu zacząłem 
dostrzegać   inne   oblicze   Pony'ego.   Nie   posunąłbym   się   aż   tak   daleko,   by   nazwać   je 
sentymentalnym, ale niekiedy bywało do tego bardzo blisko. Z początku skłonny byłem uznać 
to za mydlenie mi oczu, za trik, który miał zmącić mi obraz, ale to oznaczałoby, że Pony 
zawczasu ukartowuje drgnienia serca, podczas gdy one zawsze wydawały się spontaniczne, 
spowodowane nieprzewidzianym szczegółem jakiegoś zdarzenia czy rozmowy. Lecz jeżeli to 
jasne   oblicze   Pony'ego   było   prawdziwe,   to   dlaczego   nie   ukazywał   go   częściej?   Pytałem 
siebie, czy to jedynie zwyrodnienie jego prawdziwej osobowości czy też esencja tego, kim 
naprawdę jest? Nigdy nie znalazłem ostatecznej odpowiedzi, może poza tą, że żadnej z dwóch 
ewentualności   nie   sposób   wykluczyć.   Pony   był   postacią   dwoistą.   Był   potworem,   ale 
jednocześnie   miał   zadatki   na   dobrego   człowieka   -   człowieka,   który   zyskiwał   nawet   mój 
podziw.   To   nie   pozwalało   mi   nienawidzić   go   tak   bardzo,   jak   bym   chciał.   Ponieważ   nie 
potrafiłem   go   wyrzucić   z   myśli   na   zawołanie,   w   rezultacie   myślałem   o   nim   niemal   bez 
przerwy.   Zacząłem   go   postrzegać   jako   umęczoną   duszę,   kogoś   prześladowanego   przez 
przeszłość, usiłującego ukryć boleść, która toczy go od środka.
Drugi Pony ukazał mi się na mgnienie oka podczas obiadu już drugiego dnia. Pani Hume 
wypytywała   mnie   o   dzieciństwo,   więc   powiedziałem,   że   moją   matkę   potrącił   autobus   w 
Bostonie. Pony, który dotąd nie przysłuchiwał się rozmowie, raptem odłożył widelec i obrócił 
twarz w moją stronę. Głosem, jakiego jeszcze u niego nie słyszałem - nabrzmiałym czułością 
i ciepłem -powiedział:
-  To straszne, chłopcze. Naprawdę straszne. Nie zdradzał najmniejszych oznak, że kpi.
-  Tak - odparłem. - Cała ta sprawa mocno mnie przybiła. Miałem wtedy tylko jedenaście lat i 
potem długo tęskniłem za matką. Szczerze mówiąc, ciągle mi jej brak.
Pani Hume kręciła głową, gdy to mówiłem. Dostrzegłem, że oczy zaszkliły się jej w nagłym 
przypływie żałości. Po chwili odezwał się Pony:

background image

-  Automobile  to  zagrożenie.  Jeśli  nie będziemy  uważać, wszstkich nas dopadną. To samo 
przydarzyło się memu przyjacielowi dwa miesiące temu. Wyszedł z domu pewnego pięknego 
ranka, żeby kupić gazetę, chciał przejść na drugą stronę Broadwayu, więc wszedł na jezdnię, 
no i przejechał go jakiś cholerny żółty ford. Kierowca pognał dalej, nie raczył  się nawet 
zatrzymać.  Gdyby nie ten szaleniec, Paweł siedziałby teraz tu, gdzie ty, Fogg, wkładałby 
sobie do ust to samo jedzenie. A tak leży dwa metry pod ziemią w jakimś zapomnianym 
zakątku Brooklynu.
 -  Paweł Shum - dodała pani Hume gwoli wyjaśnienia. -Rosjanin. Zaczął pracować dla pana 
Thomasa jeszcze w Paryżu w latach trzydziestych.
-  Wtedy nazywał sę Szumański, ale skrócił sobie nazwisko, gdy przyjechaliśmy do Ameryki 
w trzydziestym dziewiątym.
-  To stąd się pewnie wzięły rosyjskie książki w moim pokoju - powiedziałem.
— Rosyjskie, francuskie, niemieckie — rzekł Pony. — Paweł mówił płynnie sześcioma albo 
siedmioma językami.  Był człowiekiem wielkiego umysłu, prawdziwym uczonym.  Gdy go 
poznałem   w   trzydziestym   drugim,   pracował   jako   pomywacz   w   restauracji   i   mieszkał   w 
służbówce  na piątym  piętrze  bez  kanalizacji  i  ogrzewania.   Był  jednym   z  białych,  którzy 
przyjechali do Paryża po rewolucji. Stracili wszystko. Przyjąłem go do siebie, dałem dach nad 
głową, a on w zamian służył mi pomocą. I tak trwało trzydzieści siedem lat, Fogg i żałuję 
tylko, że nie umarłem przed nim. Ten mężczyzna był jedynym prawdziwym przyjacielem, 
jakiego miałem.
Znienacka   Pony'emu   zaczęły   drżeć   wargi,   jak   gdyby   zebrało   mu   się   na   płacz.   Wbrew 
wszystkiemu, co się dotąd wydarzyło, zrobiło mi się go żal.
Trzeciego dnia wyjrzało słońce. Pony uciął sobie jak zwykle przedpołudniową drzemkę, ale 
kiedy pani Hume wywiozła go z sypialni o dziesiątej, był już gotów do pierwszego spaceru. 
Okutany   w   grubą   wełnianą   odzież,   wymachiwał   raźno   laską   trzymaną   w   prawej   dłoni. 
Cokolwiek by o nim powiedzieć, nie traktował spraw beznamiętnie, to pewne. Na przejażdżkę 
po ulicach cieszył się jak badacz wyruszający na ekspedycję do Arktyki. Należało poczynić 
niezliczone   przygotowania:   sprawdzić   temperaturę   i   prędkość  wiatru,   wytyczyć   zawczasu 
trasę,   upewnić   się,   że   ubrał   się   dostatecznie   ciepło.   Gdy  było   zimno,   Pony  otulał   się   w 
najrozmaitszą odzież wierzchnią, wkładał swetry i szaliki,  wciągał olbrzymie  palto, które 
sięgało mu do kostek, brał koc, rękawiczki i rosyjską papachę. W szczególnie chłodne dni 
(gdy   temperatura   spadała   poniżej   zera)   zakładał   też   maskę   narciarską.   Cała   ta   konfekcja 
grzebała go pod grubymi warstwami, przez co wyglądał jeszcze mizerniej i komiczniej  niż 
zwykle,   ale ponieważ nie potrafił znieść zimna i nie wzruszały   go zdumione spojrzenia 
obcych,   do   cna   wyzyskiwał   ekstrawagancję   swego   stroju.   W   dniu   naszego   pierwszego 
spaceru  panował  przenikliwy chłód i  kiedy czyniliśmy  przygotowania  do   wyjścia,  Pony 
zapytał, czy mam palto. Nie, odparłem, tylko skórzaną kurtkę. To na nic, rzekł, na nic.
-  Nie chcę, żebyś sobie odmroził tyłek. Potrzebne ci ubranie, bo musisz trzymać się długo, 
Fogg.
Pani Hume dostała polecenie, by przynieść palto, które należało do Pawła Shuma. Był to 
znoszony   łach   z   tweedu,   który   nawet   na   mnie   pasował   -   w   odcieniu   brązu,   upstrzony 
czerwonymi i zielonymi cętkami. Mimo mych sprzeciwów Pony uparł się, bym przyjął palto 
w   prezencie,   musiałem   więc   ulec,   bo   inaczej   skończyłoby   się   sprzeczką.   Tak   oto 
odziedziczyłem ubranie po swoim poprzedniku. Przechodziły mnie ciarki, gdy je wkładałem, 
ponieważ   wiedziałem,   że   należało   do   człowieka,   który   nie   żyje,   niemniej   nosiłem   je   na 
wszystkich spacerach przez całą zimę. By przełamać swe opory, usiłowałem postrzegać palto 
jako swego rodzaju liberię, którą dostałem wraz z dobrodziejstwem pracy, ale niewiele to 
pomogło. Ilekroć wciągałem je na grzbiet, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wstępuję w 
ciało zmarłego, że zamieniam się w ducha Pawła Shuma.

background image

Kierowanie wózkiem inwalidzkim opanowałem dość szybko. Pierwszego dnia zdarzyło się 
wprawdzie kilka podskoków na wybojach, ale gdy tylko nauczyłem się nachylać wózek pod 
odpowiednim   kątem   przy   pokonywaniu   krawężników,   jazda   odbywała   się   gładko.   Pony 
ważył nadzwyczaj mało i wożenie go nie wymagało wysilania rąk. Nasze wypady sprawiały 
mi jednak trudności pod innym względem. Jak tylko znaleźliśmy się za progiem, Pony dźgał 
laską na wszystkie strony i pytał, co wskazuje. Gdy mu odpowiadałem, żądał, bym to opisał. 
Pojemniki   na   śmiecie,   witryny   sklepów,   nisze   drzwi   -   chciał,   bym   dokładnie   oddał   ich 
wygląd, a gdy nie dość prędko budowałem zdania, wybuchał gniewem.
-  Jasny gwint, chłopcze! - wrzeszczał. - Od czego masz oczy? Ja jestem ślepy jak kret, a ty 
mi tu mamroczesz coś o „zwykłej latarni"  i „zupełnie zwyczajnych pokrywach włazów"!  Nie 
ma   dwóch takich   samych   rzeczy,  głupcze,  byle  gamoń  to  wie.  Chcę  zobaczyć   to, na  co 
patrzysz, psiakrew, chcę, żebyś mi te rzeczy pokazał!
Poniżające było stać na środku ulicy i być besztanym w ten sposób, słuchać potulnie, jak 
starzec zmywa mi głowę, gdy tymczasem przechodnie oglądali się z powodu krzyków. Raz 
czy dwa aż mnie korciło, by po prostu odejść i zostawić Pony'ego, ale prawdę mówiąc, miał 
on trochę racji. Nie spisywałem się najlepiej. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie miałem w 
zwyczaju przyglądać  się bacznie przedmiotom i gdy teraz oczekiwano tego po mnie, efekty 
były   żałosne.   Dotąd   przejawiałem   raczej   skłonność   do   uogólniania,   do   wychwytywania 
podobieństw, nie różnic. Teraz zaś wrzucono mnie do świata szczegółów, a zadanie, by oddać 
je   słowami,   by   przedstawić   nagłe   wrażenia   zmysłowe,   było   wyzwaniem,   któremu   nie 
potrafiłem sprostać. By mieć to, czego żądał, do pchania wózka po mieście Pony powinien 
był nająć Flauberta - ale przecież nawet Flaubert pracował niespiesznie, niekiedy mozolił się 
godzinami nad jednym zdaniem. Ja zaś nie tylko musiałem opisać trafnie, co widzę, ale też 
uporać się z tym w ciągu zaledwie kilku sekund. Najbardziej nienawidziłem nieuchronnego 
porównywania mnie z Pawłem Shumem. Pewnego razu szczególnie mi to dopiekło, bo Pony 
ględził o utraconym przyjacielu ładnych kilka minut, przedstawiając go jako mistrza frazy 
poetyckiej, niezrównanego artystę kreślącego celne i zachwycające obrazy, stylistę, którego 
słowa w cudowny sposób odsłaniały namacalną prawdę o przedmiotach.
— I pomyśleć - ciągnął - że angielski nie był nawet jego ojczystym językiem.
Wtedy właśnie odgryzłem się jedyny raz, bo pokusa była  tak silna, że nie potrafiłem się 
powstrzymać.
-   Jeśli chce pan innych języków - rzekłem - to z przyjemnością spełnię pańskie życzenie. 
Moża łacina? Odtąd będę mówił do pana po łacinie, jeśli pan sobie życzy. A jeszcze lepsza 
będzie łacina kuchenna, z jej zrozumieniem z pewnością nie będzie miał pan kłopotów.
Głupio się zachowałem i Pony szybko przywołał mnie do porządku.
-  Zamknij się wreszcie i gadaj, chłopcze, jakie są dziś chmury. Opisz mi po kolei wszystkie 
chmury na niebie zachodu, wszystkie, które widzisz.
Aby spełniać życzenia starca, musiałem nauczyć się trwać w oderwaniu od niego. Zasadniczą 
sprawą było nie czuć się obarczonym  jego poleceniami,  lecz przemienić je w coś, czego 
pragnąłem dla samego siebie. Przecież w opisywaniu świata nie było nic zdrożnego. Jeśli 
spojrzeć na to z odpowiedniej  strony,  w wysiłku  trafnego  przedstawienia  rzeczy krył  się 
właśnie ten rodzaj dyscypliny, która mogła mnie nauczyć tego, czego pragnąłem się nauczyć: 
pokory,   cierpliwości,   rygoru.   Zamiast   więc   traktować   sprawę   wyłącznie   jako   spełnianie 
poleceń, zacząłem postrzegać ją jako ćwiczenie duchowe, jako proces uczący mnie patrzeć na 
świat tak, jak gdybym właśnie go odkrywał./ Co widzisz? Skoro to widzisz, jak ubierzesz 
^*"— ««^v,   w słowa? Świat dociera do nas przez oczy,  ale sens wydobywamy z niego 
dopiero wtedy, gdy spłynie do ust. Zacząłem dostrzegać, jak wielka odległość dzieli jedno od 
drugiego, pojąłem, jak długą drogę musi przebyć rzecz, by się przemieścić. W kategoriach 
liczb nierzadko był to ledwie cal lub dwa, ale wziąwszy pod uwagę, jak wiele może się wtedy 
wydarzyć, jak wiele może ubyć, równie dobrze mógłby to być lot z Ziemi na Księżyc. Moje 

background image

pierwsze opisy były przygnębiająco niezborne, mało wyraziste - ledwie cienie przemykające 
po rozmazanym tle. Przecież widzę to nie pierwszy raz, mówiłem sobie, jak więc możliwe, że 
nie potrafię opisać? Hydrant przeciwpożarowy, taksówka, para uchodząca z pękniętej rury - 
znałem to wszystko, znałem na pamięć. Lecz fakt ten nie uwzględniał zmienności rzeczy, 
przeobrażeń w zależności od siły i kąta padania światła, drobnych mutacji pod wpływem tego, 
co   działo   się   dokoła:   nadejście   przechodnia,   nagły   poryw   wiatru,   przypadkowe   odbicie 
promieni słonecznych. Wszystko trwało w nieustannym ruchu i choć dwie cegły w murze 
były podobne do siebie, pod żadnym pozorem nie należało ich postrzegać jako jednakowe. 
Mało tego, nawet jedna nigdy nie była taka sama. Niszczała, kruszała niedostrzegalnie pod 
działaniem powietrza, chłodu, ciepła, burzy i gdyby patrzeć na nią przez wieki, znikłaby bez 
śladu. Wszystka materia nieożywiona była w trakcie rozpadu, wszystka ożywiona obumierała. 
W głowie mi  pulsowało,  ilekroć zaczynałem  o tym  myśleć,  wyobrażając  sobie wściekły, 
szaleńczy   pęd   molekuł,   nieustanne   eksplozje   materii,   zderzenia,   chaos   kipiący   pod 
powierzchnią rzeczy. Tak jak Pony przestrzegł mnie na początku: nie przesądzaj o niczym z 
góry. Ze stanu zdawkowej obojętności wpadłem w stan najwyższego pogotowia. Moje opisy 
stały   się   nadmiernie   dokładne,   rozpaczliwie   usiłowałem   uchwycić   w   nich   najdrobniejsze 
niuanse odsłaniające się przed mymi oczyma, w wariackim popłochu kleciłem szczegóły w 
jedną   zbitkę,   by   nic   nie   uronić.   Słowa   wylatywały   z   mych   ust   jak   pociski   z   karabinu 
maszynowego  - brzmiały niczym  staccato  szybkostrzelnej  broni. Pony nieustannie  musiał 
mnie powściągać, skarżąc się, że nie nadąża. Problem jednak tkwił nie w tempie wypowiedzi, 
lecz w mym ogólnym podejściu do zagadnienia. Sypałem zbyt wieloma słowami i zamiast 
odsłonić   przed  nim  widziane   rzeczy,  zakrywałem   je, grzebałem  pod  lawiną  subtelności  i 
geometrycznych abstrakcji. Najważniejsze było pamiętać, że Pony jest ślepy. Moje zadanie 
nie polegało na tym, by znużyć go litanią haseł, lecz by pomóc mu zobaczyć. W ostatecznym 
rozrachunku słowa się nie liczyły. Ich rolą było umożliwić mu jak  najszybsze uchwycenie 
konkretu i żeby to osiągnąć, musiały zniknąć już w chwili ich wypowiadania. Trzeba było 
tygodni mozołu, bym uprościł zdania, bym nauczył się oddzielać przygodną cechę od istoty. 
Odkryłem,   że   im   więcej   przestrzeni   zostawiam   wokół   przedmiotu,   tym   lepsze   rezultaty 
osiągam,   albowiem   w   ten   sposób   Pony   miał   pole   do   popisu   i   sam   mógł   dokonać 
najważniejszego: stworzyć obraz w oparciu o kilka tropów, poczuć, jak jego umysł wybiega 
ku rzeczy, którą dla niego opisywałem. Rozczarowany swymi pierwszymi próbami, zacząłem 
ćwiczyć w samotności, na przykład leżąc w łóżku nocą. Skupiałem się wtedy na przedmiotach 
w pokoju, sprawdzałem, czy robię postępy. Coraz bardziej się przykładałem, coraz poważniej 
traktowałem sprawę. Nie postrzegałem już tego jako czysto estetyczne ćwiczenie, lecz jako 
obowiązek moralny i coraz mniej zżymałem się na krytykę Pony'ego, zastanawiając, czy jego 
zniecierpliwienie   i   niezadowolenie   nie   służą   aby   jakiemuś   wyższemu   celowi.     Byłem 
mnichem poszukującym iluminacji, a Pony - moją włosiennicą, biczem, którym smagałem 
własny grzbiet. Bez wątpienia robiłem postępy,  nie znaczy to jednak, że moje wysiłki mnie 
zadowalały.'Słowa   są   zbyt   wymagające,   aby   tak   było;   zbyt   często   doznajemy   klęski,   by 
tryskać radością z powodu sporadycznego tryumfu. ,Z upływem czasu Pony okazywał mi 
coraz   większą   wyrozumiałość,   nie   potrafię   jednak   stwierdzić,   czy   dlatego,   że   lepiej   się 
sprawiałem.   Być   może   porzucił   nadzieję   albo   stracił   zainteresowanie   opisami?   Trudno 
powiedzieć. Może po prostu do mnie przywykał?
Zimą   zwykle   ograniczaliśmy     nasze   spacery   do   najbliższej   okolicy.   West   End   Avenue, 
Broadway, ulice przecinające Siedemdziesiątki i Osiemdziesiątki. Wielu mijanych przez nas 
ludzi znało Pony'ego i wbrew moim oczekiwaniom najwyraźniej cieszyło się na jego widok. 
Niektórzy przystawali nawet, by się przywitać. Zieleniarze, sprzedawcy gazet, starzy ludzie 
na spacerze jak my. Pony rozpoznawał ich po głosie i odpowiadał uprzejmie, choć z rezerwą: 
szlachcic, który zjechał z wyżyn swego zamku, by zadać się z gminem.  Otaczał go szacunek i 
w pierwszych tygodniach wspominano często Pawła Shuma, którego najwyraźniej wszyscy 

background image

znali i lubili. W okolicy powszechnie wiedziano o jego tragicznej śmierci (niektórzy byli 
nawet   świadkami   wypadku)   i   Pony   zmuszony   był   przyjmować   wyrazy   ubolewania   i 
pokrzepiające   uściski   dłoni,   ale   z   łatwością   radził   sobie   z   tymi   dowodami   współczucia. 
Zaskakujące   było,   jak   układnie   potrafi   się   zachowywać,   gdy   chce,   jak   dobrze   rozumie 
wymogi życia społecznego.

- To mój nowy człowiek - mawiał, wskazując w moją stronę. - Pan M. S. Fogg, świeżo 
upieczony absolwent Uniwersytetu Columbii.
Wszystko miło i grzecznie, jak gdybym  był wybitnym człowiekiem, który oderwał się od 
tysiąca   ważnych   zajęć,   by   zaszczycić   go   swym   towarzystwem.   Ta   sama   odmiana 
obowiązywała w ciastkarni na Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy, gdzie zachodziliśmy niekiedy 
na kawę przed powrotem do domu. Żadnego siorbania czy ślinienia się; ani jeden odgłos nie 
dobył się z ust Pony'ego. Gdy obcy patrzyli, był skończonym dżentelmenem, wzorem savoir 
vivre'u.
Na spacerze rozmowy niezbyt nam się kleiły. Obaj patrzyliśmy w tę samą stronę, a ponieważ 
głowę miałem znacznie wyżej niż on, jego słowa mi umykały. Musiałem się pochylać, by 
usłyszeć, co mówi, ale nie lubił z kolei się zatrzymywać ani zwalniać tempa, więc czekał z 
wypowiedzią do chwili, gdy stanęliśmy pod światłami ulicznymi i czekaliśmy, żeby przejść 
przez jezdnię. Najczęściej prosił mnie o opisy, poza tym rzadko pozwalał sobie na coś więcej 
niż krótki przekaz czy pytanie. Co to za ulica? Która godzina? Zmarzłem. Zdarzało się, że nic 
nie  mówił  niemal   przez  cały  spacer,   zapamiętując  się   w motoryce  wózka   inwalidzkiego, 
kierując twarz ku słońcu, mrucząc cicho do siebie w transie fizycznej rozkoszy. Uwielbiał 
czuć   powietrze   na   skórze,   sycił   ciało   niewidzialnym   światłem,   które   lało   się   dokoła   z 
wysokości,   i   gdy   tylko   udawało   mi   się   utrzymywać   równy   rytm   jazdy,   zestroić   kroki   z 
obrotem   kół,   wtedy   widziałem,   jak   stopniowo   zatraca   się   w   muzyce   ruchu   i   wycisza, 
ukołysany jak dziecko w wózeczku.
Na przełomie marca i kwietnia zaczęliśmy wybierać się na dłuższe wycieczki, zostawiając za 
sobą górny Broadway i zapuszczając się w inne rejony. Mimo ocieplenia Pony nadal wkładał 
grubą odzież i nawet w najpiękniejsze dni nie wyściubił nosa na dwór bez palta na grzbiecie i 
pledu wokół nóg. Ta wrażliwość na pogodę aż raziła; zachowywał się tak, jak gdyby lękał się, 
że   wystawi   swe   wnętrzności   na   niebezpieczeństwo,   jeżeli   nie   otuli   się   zapobiegliwie   po 
czubek głowy. Gdy było mu ciepło, o wiele chętniej przebywał na świeżym powietrzu i nic 
tak nie poprawiało mu humoru jak silny wiatr. Smagany podmuchami, śmiał się i klął, robiąc 
z tego wielkie halo, wymachując laską na żywioły. Jego ulubionym terenem spaceru - nawet 
zimą - był Riverside Park, gdzie spędzaliśmy wiele godzin; siedział w milczeniu, nigdy nie 
zapadając w drzemkę, jak się tego spodziewałem, nastawiając ucha, usiłując śledzić, co dzieje 
się dokoła: w gałęziach harcowały ptaki i wiewiórki, wiatr targał konarami, z ulicy dobiegał 
szum samochodów. Na spacery do parku zacząłem zabierać atlas przyrody, żeby sprawdzać 
nazwy   krzewów   i   kwiatów,   gdy   o   nie   pytał.   W   ten   sposób   nauczyłem   się   rozpoznawać 
dziesiątki   roślin,   przyglądając   się   liściom   i   budowie   pąków   z   zainteresowaniem   i 
dociekliwością, jakich nigdy nie przejawiałem w stosunku do przyrody. Pewnego dnia, gdy 
Pony był w szczególnie dobrym nastroju, zapytałem go, dlaczego nie przeniesie się na wieś. 
Było to na początku naszej znajomości, chyba pod koniec listopada czy w pierwszych dniach 
grudnia, i jeszcze się wtedy nie nauczyłem powściągać swej ciekawości. Powiedziałem, że 
widzę, iż pobyt w parku sprawia mu nie lada przyjemność, szkoda więc, że cały czas nie 
może przebywać na łonie przyrody. Odczekał długą chwilę, tak długą, iż pomyślałem, że 
mnie nie usłyszał, po czym odparł:
-  Mam to już za sobą. Żyłem kiedyś na łonie przyrody i wszystko to mam w głowie. Sam jak 
palec pośrodku niczego. Żyłem w dziczy całe miesiące, bez końca... Całe życie. Jak się ma 
coś takiego za sobą, chłopcze, to już się nigdy nie zapomni. Nie trzeba donikąd jeździć. 

background image

Zaczynam tylko o tym myśleć i już tam jestem. Tam właśnie spędzam teraz większość mych 
dni - pośrodku niczego.
W   połowie   grudnia   Pony   raptem   stracił   zainteresowanie   książkami   podróżniczymi. 
Przeczytaliśmy  ich już wtedy blisko tuzin i właśnie brnęliśmy przez Wyprawę kanionem 
Fredericka   S.   Dellen-baugha   (relacja   z   drugiej   ekspedycji   Powella   rzeką   Kolorado),   gdy 
przerwał mi w pół słowa i oznajmił:
-  Chyba już dość, panie Fogg. Robi się trochę nudno, a nie mamy czasu do stracenia. Czeka 
nas robota, sprawy nie cierpiące zwłoki.
Nie miałem pojęcia, o jakich sprawach mówi, ale z ochotą odłożyłem książkę na półkę i 
czekałem na nowe polecenie. Spotkało mnie rozczarowanie.
-  Idź na róg - rzekł Pony - i kup „New York Timesa". Pani Hume da ci pieniądze.
-  To wszystko?
-  Wszystko. I pospiesz się. Nie mamy czasu na mitręgę.
Dotąd Pony nie okazywał  najmniejszego zainteresowania  aktualnościami. Pani Hume  i ja 
rozmawialiśmy niekiedy przy posiłkach o najświeższych wydarzeniach, ale starzec nigdy się 
nie włączał, nigdy nie wtrącił słowa komentarza. Teraz jednak zapragnął być na bieżąco i 
przez następne dwa tygodnie musiałem co rano sumiennie czytać mu artykuły z „New York 
Timesa". Poczesne miejsce zaj mowały doniesienia z wojny w Wietnamie, ale Pony chciał 
słuchać o wszystkim: debaty w Kongresie, trzy pożary w Brooklynie, zabójstwa w Bronxie, 
notowania z giełdy, recenzje książek, wyniki meczów koszykówki, trzęsienia ziemi. Słowem, 
codzienność. Dziwiło mnie, że Pony'emu raptem tak pilno do czytania gazet. Najwyraźniej 
coś zamierzał, ale nie potrafiłem go rozgryźć. Parł do celu zakosami w powolnej grze w kotka 
i myszkę, ukrywając swe intencje. Niechybnie próbował mnie zbić z tropu, ale jednocześnie 
taktyka ta była tak przejrzysta, jak gdyby chciał mi dać do zrozumienia, bym miał się na 
baczności.
Każde   poranne   posiedzenie   z   gazetą   kończyliśmy   dokładną   lekturą   rubryki   „Odeszli   od 
nas...".   Pony   słuchał   wtedy   pilniej;   ze   zdumieniem   widziałem,   w   jak   wielkim   skupieniu 
chłonie bezbarwny język anonsów. Tuzy przemysłu, politycy, mierniczy, wynalazcy, gwiazdy 
filmu niemego: wszyscy w równym stopniu przykuwali jego uwagę. Z upływem dni coraz 
więcej czasu poświęcaliśmy zgonom. Niekiedy Pony kazał mi powtarzać to samo dwa albo 
trzy razy, a w dniach, gdy śmierć zbierała małe żniwo, polecał mi czytać płatne nekrologi 
drukowane ozdobną czcionką u dołu stronicy. George Taki a Taki, ukochany mąż i ojciec, 
odszedł od nas w sześćdziesiątym dziewiątym roku życia. Dziś po południu na Cmentarzu 
Naszej   Pani   Od   Smutków   odbędzie   się   ceremonia   pogrzebowa,   o   czym   zawiadamiają 
pozostający   w   nieutulonym   żalu,   rodzina   i   przyjaciele.   Pony'ego   nigdy   nie   nużyły   te 
monotonne  recytacje.   Wreszcie  po  blisko  dwóch  tygodniach   zostawiania   sobie  żałoby  na 
deser   przestał   udawać,   że   interesują   go   aktualności   i   kazał   mi   od   razu   zaczynać   od 
nekrologów. Nawet słowem nie skwitowałem tej zmiany porządku, ale gdy przebrnąłem przez 
zmarłych, a on nie poprosił o nic więcej, zrozumiałem, że nadchodzi przełomowa chwila.
-  No, teraz już wiemy, jak to ma brzmieć, co, chłopcze? -odezwał się.
-  Chyba tak - odparłem. - Przeczytaliśmy już tyle, że mamy ogólne pojęcie.
-  Przyznaję, że to przygnębiające, ale uznałem, że musimy się z tym najpierw otrzaskać, nim 
ruszymy z naszym przedsięwzięciem.
-  Przedsięwzięciem?
— Niedługo przyjdzie moja kolej. Byle ciołek to wie.
-  Nie spodziewam się, że będzie pan żył wiecznie, ale chyba przeżył już pan wielu, więc nie 
ma powodu sądzić, że w najbliższej przyszłości coś się zmieni.
-  Być może. Ale ja myślę inaczej i jeżeli się mylę, to pierwszy raz w życiu.
-  Mówi pan, jakby pan wiedział.

background image

-  Bo  wiem.  Widziałem setki  znaków  na niebie i  ziemi. Mój czas się kończy i musimy  
wziąć się do roboty, nim będzie za późno.
-  Nadal nie rozumiem.
-  Chodzi o wspomnienie pośmiertne. Czas zacząć je pisać.
-  W życiu nie słyszałem, by ktoś pisał wspomnienie pośmiertne o sobie samym. Inni mają to 
za nas robić, gdy już umrzemy.
-  Pod warunkiem, że znają fakty. Ale jak nie ma niczego w ewidencji?
-  Aha, rozumiem. Chce pan przekazać ludziom więcej informacji o sobie.
-  Otóż to.
-  Ale skąd pan wie, że wydrukują to w gazecie?
-  Pięćdziesiąt dwa lata temu wydrukowali. Nie widzę więc powodu, dlaczego drugi raz nie 
mieliby skorzystać z okazji.
-  Nie rozumiem.
-     Umarłem   wtedy.   Przecież   nie   drukują   nekrologów   żywych   ludzi,   nie?   Umarłem,   a 
właściwie to myśleli, że umarłem.
-  A pan nic nikomu o tym nie powiedział?
-  Nie, bo nie chciałem. Podobało mi się, że umarłem, a gdy już napisali o tym w gazetach, 
pozostawiłem sprawy własnemu biegowi.
-  Musiał więc być pan kimś ważnym.
-  Bardzo ważnym.
— Dlaczego w takim razie ja nic o panu nie wiem?
-  Bo wtedy inaczej się nazywałem. Zmieniłem nazwisko po śmierci.
-  A jak pan się nazywał?
-  Pedalsko. Julian Barber. Nienawidziłem tego nazwiska.
-  W życiu nie słyszałem o Julianie Barberze.
-  Za dużo czasu minęło, by ktoś pamiętał. Mówię o wydarzeniach sprzed ponad pół wieku, 
Fogg. Tysiąc dziewięćset szesnasty, siedemnasty. Okrył mnie mrok historii, jak to mówią, i 
już się z niego nie wyłoniłem.
-  A czym się pan zajmował jako Julian Barber?
-     Byłem   malarzem.   Wybitnym   amerykańskim   malarzem.   Gdybym   dalej   robił   swoje, 
skończyłbym prawdopodobnie jako największy artysta mych czasów.
-  Najskromniej mówiąc.
-  Podaję ci tylko fakty, Fogg. Moja kariera trwała jednak krótko i nie zostawiłem wiele po 
sobie.
—  A gdzie są teraz pańskie obrazy?
—  Nie mam zielonego pojęcia. Rozproszone, przypuszczam. Poginęły. Nie obchodzi mnie 
to.
-  Po co więc pisać to wspomnienie?
-  Bo niedługo umrę, a wtedy nie będzie już miało znaczenia, że tajemnica się wyda. Sknocili 
sprawę za pierwszym razem, to może zrobią to jak należy, gdy naprawdę będzie trzeba.
—  Rozumiem — odparłem, nie rozumiejąc.
-  Naturalnie dużą rolę odegrały w tym moje nogi - ciągnął Pony. - Pewnie zastanawiałeś się, 
co   z   nimi.   Wszyscy   się   zastanawiają,   to   przecież   naturalne.   Moje   nogi.   Uschnięte, 
bezużyteczne nogi. Wiedz, że nie urodziłem się kaleką, wyjaśnijmy to sobie na początku. W 
młodości byłem żwawym zuchem - żywe srebro, do tego nicpoń - i psociłem nie gorzej od 
innych. Tu, na Long Island, w wielkim domu, gdzie spędzaliśmy letnie wakacje. Teraz są tam 
domki szeregowe i parkingi, ale wtedy była tam oaza spokoju, nic tylko łąki i plaża, raj na 
ziemi. Gdy w tysiąc dziewięćset dwudziestym przeniosłem się do Paryża, nie było potrzeby 
mówić prawdy. I tak nie miało znaczenia, co kto myśli. Dopóki grałem przekonująco swą 
rolę, dopóty nikogo nie  obchodziło,  co naprawdę się  wydarzyło.  Wymyśliłem  na własny 

background image

użytek kilka historyjek, każda kolejna trochę lepsza od poprzedniej. Miałem je w zanadrzu i 
serwowałem taką lub inną w zależności od sytuacji i nastroju, zmieniając trochę fabułę na 
poczekaniu,   tu   upiększając   jakiś   incydent,   tam   doskonaląc   szcze-gólik,   latami   szlifując 
wszystko,  aż  brzmiało  jak należy.  Najlepsze  były  wspomnienia  z wojny,  w tym  całkiem 
nieźle sobie radziłem.  Mówię o wielkiej  wojnie, tej, która przekreśliła wszelkie nadzieje, 
która miała być kresem wszystkich wojen. Szkoda, że nie słyszałeś, z jakim natchnieniem 
nawijałem o okopach i błocie. Popisy kraso-mówstwa. Istotę strachu potrafiłem odmalować 
jak nikt inny, opowiadałem o armatach grzmiących nocą, o struchlałych szeregowcach, którzy 
srali po owijaczach. Szrapnel, mówiłem, ponad sześćset drobnych odłamków w obu nogach - 
oto co się stało. Francuzi spijali słowa z mych ust, nigdy nie mieli dość. Wymyśliłem też 
historię   o   eskadrze   imienia   Lafayette'a.   Żywa,   mrożąca   krew   w  żyłach   opowieść,   jak   to 
zestrzeliły   mnie   fryce.   Trzymała   w   napięciu,   możesz   mi   wierzyć,   zawsze   domagano   się 
więcej. Problem polegał tylko na tym, żeby spamiętać, co opowiedziałem komu i kiedy.
Latami   notowałem   sumiennie   w   pamięci,   żeby   przy   następnym   spotkaniu   zaserwować   tę 
samą   wersję.   To   przydawało   całej   sprawie   emocji,   bo   wiedziałem,   że   zawsze   grozi   mi 
wpadka, że w każdej chwili ktoś może wstać znienacka i nazwać mnie łgarzem. Skoro już 
kłamać, to przynajmniej tak, żeby było ciekawie.
-  I przez tyle lat nikomu nie powiedział pan prawdy?
-  Nikomu.
—  Nawet Shumowi?
—  Przede wszystkim Shumowi. Ten człowiek był uosobieniem taktu. Nigdy nie pytał, więc 
nie mówiłem.
-  Ale teraz jest pan gotów powiedzieć?
-  W odpowiednim czasie, chłopcze, w odpowiednim czasie. Musisz być cierpliwy.
-  Ale dlaczego wybrał pan mnie? Znamy się ledwie kilka miesięcy.
-  Nie mam wyboru. Rosjanin nie żyje, a pani Hume jest stworzona do czego innego. Kto mi 
pozostaje, Fogg? Czy ci się to podoba czy nie, jesteś moim jedynym powiernikiem.
Spodziewałem się, że nazajutrz Pony wróci do sprawy, podejmie na nowo wątek. Byłoby to 
logiczne w świetle wydarzeń poprzedniego dnia, ale powinienem był już wiedzieć, że po nim 
nie należy oczekiwać logicznego postępowania. Rankiem ani słowem nie wspomniał o swych 
zwierzeniach, lecz raptem wylał z siebie zawiłą i nieskładną opowieść o człowieku, którego 
kiedyś   znał,   przeskakując   znienacka   od   wątku   do   wątku,   miotając   się   w   wirze 
fragmentarycznych wspomnień, które dla mnie nie układały się w żaden sens. Ze wszystkich 
sił starałem się nie pogubić, ale było tak, jak gdyby Pony zaczął opowiadać beze mnie, jak 
gdybym się spóźnił i nie mógł już rozeznać.
-   Karzeł  - rzekł. - Biedny skurwiel  wyglądał  jak karzeł.  Trzydzieści  pięć,  no, najwyżej 
czterdzieści   kilo   i   te   zapadnięte,   nieobecne   oczy,     oczy   szaleńca,   przepełnione   ekstazą   i 
żałością jednocześnie. Tuż przed tym, jak go zamknęli, wtedy widziałem go ostatni raz. New 
Jersey. Było tak, jakby doszło się na kraniec tej cholernej ziemi. Orange, East Orange, chuj 
tam z nazwą. Edison też był w jednym z tych miasteczek. Nie znał jednak Ralpha, pewnie w 
życiu o nim nie słyszał.  Dupek, ignorant. Jebać Edisona.  Jebać Edisona i jego pieprzoną 
żarówkę. Ralph mówi mi, że skończyły mu się pieniądze. A czego się spodziewać po kimś, 
kto ma ośmioro bachorów w domu i takiego stwora za żonę? Zrobiłem co w mojej   mocy. 
Byłem wtedy zamożny, pieniądze nie stanowiły problemu. Masz, mówię i sięgam do kieszeni, 
weź,   to   dla   mnie   pryszcz.   Nie   pamiętam,   ile   mu   dałem.   Stówę,   może   dwie.   Był   tak 
wdzięczny, że się rozpłakał, ot tak, po prostu, stał przede mną i beczał jak dziecko. Żałosne. 
Gdy sobie teraz o tym przypominam, to rzygać mi się chce. Jeden z naszych największych, a 
całkiem rozklejony, bliski utraty rozumu. Kiedyś opowiadał mi o wyprawach na zachód, jak 
to włóczył się po dziczy tygodniami, przez cały ten czas nie spotykając żywej duszy. Trzy lata 
tam przesiedział. Wyoming, Utah, Newada, Kalifornia. W tamtych czasach to były dzikie 

background image

tereny. Żadnej elektryczności ani kin, możesz mi wierzyć, żadnych cholernych automobilów, 
które  rozjeżdżają   ludzi.  Mówił,  że  polubił   Indian.  Byli  dla  niego  dobrzy i  pozwalali   mu 
zatrzymywać się w wioskach, gdy tamtędy jechał. No i właśnie Indianie wrócili, kiedy mu w 
końcu odbiło. Włożył indiański strój, który dał mu dwadzieścia lat wcześniej jakiś wódz, i tak 
ubrany poszedł sobie na spacer ulicami New Jersey. Pióra sterczące z głowy, paciorki, szarfy, 
długie włosy,  nóż za pasem,  pełna gala.  Biedny skurwiel.  Mało tego, ubzdurał  sobie,  że 
będzie   robił   pieniądze.   Ręcznie   malowane   banknoty   tysiącdolarowe   z   własną   podobizną 
pośrodku jak z portretem któregoś z ojców-założycieli. Pewnego dnia wchodzi do banku, 
wręcza jeden z takich banknotów kasjerowi i prosi o rozmienienie. Nikt nie uznał tego za 
dobry   kawał,   zwłaszcza   gdy   Ralph   zaczął   robić   chryję.   Nie   można   zadzierać   z 
wszechmocnym dolarem i myśleć, że ujdzie to człowiekowi na sucho. Ciągną go więc z tego 
banku za to wytłuszczone indiańskie ubranko, a on się zapiera rękoma i nogami, wrzeszczy 
wniebogłosy i kopie. Zaraz potem postanowili zapuszkować go na dobre. Gdzieś w stanie 
Nowy Jork to chyba było. Do śmierci już siedział w wariatkowie, ale dalej malował, jeśli dasz 
wiarę, skurwysyn  nie potrafił przestać. Malował na wszystkim, na czym  się dało. Papier, 
tektura, pudełka po cygarach, nawet rolety.  Dowcip polega na tym,  że wtedy zaczęły się 
sprzedawać  jego pierwsze rzeczy.  Uzyskiwały wysokie  ceny,  żebyś  wiedział,  niesłychane 
sumy za obrazy, na które parę lat wcześniej nikt by nie spojrzał. Jakiś chrzaniony senator z 
Montany   wybulił   czternaście   patoli   za   Poświatę   księżycową   -   najwyższa   cena   zapłacona 
kiedykolwiek za dzieło żyjącego amerykańskiego artysty. Ale Ralph i jego rodzina nic z tego 
nie mieli. Jego żona żyła z pięćdziesięciu dolarów rocznie w jakiejś ruderze pod Catskills - to 
ten sam region, który malował Thomas Cole - i nie stać jej było nawet na bilet autobusowy, 
żeby odwiedzić męża u czubków. A z niego  mentów przyrody, barw na każdym milimetrze 
kwadratowym płótna. Potem zamknij oczy i zrób sobie sprawdzian. Otwórz oczy. Zobacz, 
czy potrafisz już wejść w pejzaż, który masz przed sobą. Zobacz, czy potrafisz już wejść w 
umysł artysty, który namalował ten pejzaż. Wyobraź sobie, że jesteś Blakelockiem, że sam to 
malujesz.  Po godzinie  zrób sobie  krótką przerwę.  Pochodź  sobie po muzeum,  jeśli masz 
ochotę, i obejrzyj inne obrazy. Potem wróć do Blakelocka. Poświęć mu kolejny kwadrans, 
oddaj się temu obrazowi, jak gdyby nie istniało nic innego na całym bożym świecie. Wreszcie 
odejdź. Wyjdź z muzeum i idź na stację metra. Wsiądź do pociągu jadącego na Manhattan, 
przesiądź się na Siedemdziesiątej Drugiej i wróć tutaj. W metrze zachowuj się tak samo jak 
poprzednio: oczy zamknięte, buzia też. Myśl o obrazie. Spróbuj ujrzeć go w myślach. Spróbuj 
go sobie przypomnieć, uchwyć się tego wspomnienia i trzymaj się go tak długo, jak potrafisz. 
Zrozumiano?
-  Chyba zrozumiano - odparłem. - Coś jeszcze?
-  Nic. Ale pamiętaj: jeżeli nie zrobisz dokładnie tak, jak ci powiedziałem, w życiu się więcej 
do ciebie nie odezwę.
W metrze pilnowałem się, by mieć zamknięte oczy, ale trudno mi było nie myśleć o niczym. 
Usiłowałem wyobrazić sobie kamyk i skupić się na jego wyglądzie, ale nawet to nie było tak 
łatwe,   jak   mogłoby   się   wydawać.   Dokoła   panował   zbyt   wielki   hałas,   zbyt   dużo   ludzi 
rozmawiało i ocierało się o mnie. Nie zamontowano jeszcze wtedy głośników, przez które 
dziś informuje się o przystankach, musiałem więc śledzić w myśli jazdę i odliczać na palcach 
mijane stacje: jedna za mną,  zatem zostało siedemnaście, druga, więc jeszcze szesnaście. 
Moją uwagę nieuchronnie przyciągały rozmowy pasażerów siedzących obok. Głosy narzucały 
się i nie potrafiłem się od nich odgrodzić, a ilekroć odzywał się nowy,  korciło mnie, by 
otworzyć oczy i spojrzeć. Ta pokusa była prawie nie do przezwyciężenia. Gdy tylko bowiem 
usłyszy   się  czyjś  głos,  tworzy  się  w  myśli  obraz   osoby.  W   ciągu   paru  sekund  człowiek 
przypisuje   jej   najprzeróżniejsze   cechy:   płeć,   przybliżony   wiek,   pozycja   społeczna, 
pochodzenie,   a   nawet   kolor   skóry.   Jeśli   się   widzi,   naturalnym   odruchem   jest   zerknąć   i 
przekonać   się,   w   jakiej   mierze   wizerunek   powstały   w   głowie   odpowiada   rzeczywistości. 

background image

Najczęściej trafia się w dziesiątkę, choć zdarza się sroga omyłka: profesorowie wyższych 
uczelni mówią jak kierowcy ciężarówek, dziewczynki okazują się staruszkami, czarni mają 
białą   skórę.   Nie   mogłem   się   powstrzymać,   by   o   tym   nie   myśleć,   gdy   pociąg   dudnił   w 
ciemności. Zaciskając od dłuższego czasu powieki, zacząłem tęsknić za przelotnym choćby m 
widokiem świata i wówczas zrozumiałem, co znaczy być ślepym, a tego właśnie chciał Pony. 
Przez   kilka   minut   trwałem   przy   tej   myśli,   lecz   naraz   oblała   mnie   fala   gorąca,   bo 
uzmysłowiłem sobie, że pogubiłem się w liczeniu przystanków. Gdybym nie usłyszał, jak 
pewna  kobieta   pyta,   czy  zaraz   będzie   Grand   Army   Plaża,   pojechałbym   chyba   na   koniec 
Brooklynu.
Był zimowy poranek powszedniego dnia i w muzeum nie spotkałem prawie żywej duszy. 
Kupiwszy bilet przy wejściu, pokazałem windziarzowi cztery palce i pojechałem w milczeniu 
na górę. Kolekcja malarstwa amerykańskiego mieściła się na czwartym piętrze i z wyjątkiem 
strażnika   drzemiącego'   w   pierwszej   sali   byłem   jedynym   człowiekiem   w   całym   skrzydle. 
Sprawiło   mi   to   przyjemność,   choć   jednocześnie   podkreślało   podniosły   charakter   mojej 
wizyty. Starając się wypełniać polecenia Pony'ego i nie przyglądać zanadto innym obrazom, 
przeszedłem kilka sal i dopiero w którejś z kolei znalazłem Blakelocka. Po drodze mignęły mi 
w oczach różne barwy, dostrzegłem parę nazwisk - Church, Bierstadt, Ryder - ale zwalczyłem 
pokusę, by spojrzeć uważniej. Wreszcie ujrzałem Poświatę księżycową, cel mej osobliwej, 
przymusowej   wyprawy,   i   w   pierwszej   chwili   raptownego   spotkania   poczułem   głębokie 
rozczarowanie.   Nie   wiem,   czego   się   spodziewałem   -   być   może   monumentalnego   dzieła, 
nachalnego,   krzykliwego   popisu   powierzchownej   błyskotliwości   -   lecz   z   pewnością   nie 
posępnego obrazka, który miałem teraz przed oczami. Miał on ledwie sześćdziesiąt osiem na 
osiemdziesiąt jeden centymetrów i na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie pozbawionego 
barw: ciemny brąz, ciemna zieleń, kapka czerwieni w rogu. Nie ulegało wątpliwości, że scenę 
namalowała wprawna dłoń, lecz nie biła z niej ani odrobina dramatyzmu, który wedle mego 
mniemania pociągałby Pony'ego. Być może rozczarowany byłem nie tyle samym obrazem, ile 
własną opaczną interpretacją słów starca. Miałem przed sobą głęboko kontemplacyjne dzieło, 
uduchowiony pejzaż i spokój. Zbijała mnie z tropu myśl, że coś takiego przemawia do mego 
szalonego pryncypała.
Spróbowałem zapomnieć o Ponym. Cofnąłem się o krok czy dwa i przyjrzałem obrazowi 
własnymi   oczyma.   Pośrodku   płótna   -dokładnie   w   geometrycznym   środku,   jak   mi   się 
wydawało - widniał idealnie okrągły księżyc w postaci kredowobiałego dysku, który oświetlał 
wszystko pod i nad sobą: niebo, jezioro, rosłe drzewo o rozłożystych konarach, niskie góry na 
widnokręgu. Na pierwszym  planie  były dwie połacie  ziemi  przedzielone  strumykiem.  Na 
lewym brzegu stało indiańskie tipi i paliło się ognisko obozowe, wokół     którego siedziało 
kilka ludzkich postaci poczerwieniałych od blasku płomieni, pięć może sześć, ale nie bardzo 
mogłem je rozróżnić, ponieważ były tylko oszczędnym zasygnalizowaniem formy; na prawo 
od drzewa, oddzielony od innych, tkwił na koniu samotny jeździec zapatrzony w stronę wody 
- nieruchomy niczym posąg, jak gdyby zatopiony w medytacji. Stojące z tyłu drzewo było 
piętnaście albo dwadzieścia razy wyższe od niego i prawem kontrastu człowiek zdawał się 
drobną   i  nic   nie   znaczącą   istotą.   Jeździec   i   jego   koń  byli   niczym   więcej   jak   sylwetami, 
czarnym zarysem bez głębi i indywidualnego piętna. Na drugim brzegu jeszcze mroczniej, 
wszystko niemal całkowicie spowijała ciemność. Rosło tam kilka małych drzew również o 
rozłożystych gałęziach, a dalej, u dołu, zobaczyłem drobniutką kapkę jasności, która wydała 
mi się kolejną/ postacią (leżącą na wznak - być może śpiącą, może nieżywą, może zapatrzoną 
w nocne niebo?) lub też pozostałością drugiego ogniska - nie potrafiłem tego rozstrzygnąć. 
Tak pochłonęło mnie odszyfrowywanie niewyraźnych szczegółów w dolnej połowie obrazu, 
że kiedy podniosłem wreszcie oczy na niebo, zaskoczyło mnie, że wszystko tam takie jasne. 
Nawet biorąc poprawkę na księżyc w pełni, niebo zostało zbyt wyraźnie namalowane. Farba 
pod spękanym laserunkiem świeciła z nienaturalną mocą, a im dalej w kierunku widnokręgu 

background image

spoglądałem,   tym   silniejszy   stawał   się   blask   -jak   gdyby   panował   tam   dzień,   a   góry 
opromieniało  słońce.  Gdy już to  zauważyłem,  rzuciły  mi  się  w oczy i  inne  osobliwości. 
Niebo,   na   przykład,   miało   wyraźnie   zielony   odcień.   Podbarwione   żółtymi   krawędziami 
chmur,   kotłowało   się   obok   rosłego   drzewa   w   gęstniejącym   kłębowisku   zamaszystych 
pociągnięć   pędzla,   które   nadawały   powierzchni   spiralny   ruch   -   w   przestrzennej   głębi 
wirowała niebiańska materia. Zadałem sobie pytanie, jak to możliwe, że niebo jest zielone? 
Miało ten sam kolor co leżące poniżej jezioro, a to przecież niespotykane. Jedynie w czerni 
najczarniejszej nocy niebo i ziemia zlewają się w jedno. Blakelock był najwyraźniej zbyt 
\vytrawnym   malarzem,   by   tego   nie   wiedzieć.   Jeżeli   więc   nie   przedstawił   na   płótnie 
rzeczywistego pejzażu, to jakie było jego zamierzenie? Wytężyłem umysł, ale zieleń nieba nie 
dawała mi spokoju. Niebo w kolorze ziemi, noc jasna jak dzień, wszystkie postacie ludzkie 
skarlałe wskutek ogromu sceny - niewyraźne cienie zaledwie, ideogramy życia. Nie chciałem 
formułować pochopnych osądów, doszukiwać się symbolicznych znaczeń, ale skłaniał mnie 
do tego sam obraz. Mimo swej małości w stosunku do otoczenia, Indianie nie zdradzali lęku 
ani niepokoju. Siedzieli odprężeni, w   zgodzie ze sobą i ze światem, a im więcej nad tym 
myślałem, tym silniej wyzierała ze sceny pogoda ducha. Zastanawiałem się, czy Blakelock 
nie namalował zielonego nieba po to, by podkreślić tę harmonię, by wskazać na więź między 
niebem a ziemią. Zdawał się mówić,   że jeżeli   ludzie potrafią żyć   w jedności   ze swym 
otoczeniem, jeżeli potrafią poczuć się częścią otaczającego ich świata, wówczas być może 
życie na ziemi przesycone jest świętością. To był jedynie domysł, rzecz jasna, ale uderzyło 
mnie, że Blakelock namalował idyllę amerykańską, świat zamieszkany przez Indian przed 
przybyciem białych, którzy go zniszczyli. Tabliczka na ścianie informowała, że obraz powstał 
w   1885   roku.   O   ile   dobrze   pamiętałem,   wypadało   to   dokładnie   między   rozgromieniem 
Custera przez Dakotów a masakrą w Wounded Knee - innymi  słowy, u samego kresu historii, 
kiedy za późno już było na jakąkolwiek nadzieję, że coś z tego ocaleje. Być może, dumałem, 
obraz ten ma symbolizować to wszystko, cośmy utracili. Może to nie pejzaż, lecz tablica 
pamiątkowa, elegia na cześć nie istniejącego już świata.
Stałem przy obrazie ponad godzinę. Odchodziłem na parę kroków, to znów zbliżałem się, 
ucząc   się   go   po   trochu   na   pamięć.   Nie   wiedziałem,   czy   znalazłem   to,   czego   Pony   się 
spodziewał, ale z muzeum wyszedłem z poczuciem dokonanego odkrycia, choć nie bardzo 
miałem pojęcie, na czym ono polega. Byłem skonany, bez sił. Gdy wsiadłem z powrotem do 
metra i zamknąłem oczy, musiałem się pilnować, by nie zasnąć.
Było   już   po   trzeciej,   gdy   wróciłem   do   domu.   Pani   Hume   powiedziała   mi,   że   Pony   się 
zdrzemnął. Ponieważ dotąd nigdy nie sypiał o tej porze dnia, doszedłem do wniosku, że nie 
chce się ze mną widzieć. No i dobrze. Sam też nie byłem w nastroju do rozmowy. Wypiłem w 
kuchni   filiżankę   kawy   z   panią   Hume,   po   czym   włożyłem   palto   i   znów   wyszedłem. 
Pojechałem autobusem na Morningside Heights. O ósmej byłem umówiony z Kitty, a do tego 
czasu postanowiłem poszperać  w  bibliotece na Columbii. O Blakelocku było niewiele: kilka 
artykułów tu i ówdzie, parę -starych katalogów, nic ponad to. Lecz składając do kupy strzępy 
informacji, przekonałem się, że Pony nie kłamał. Po to głównie przyszedłem do biblioteki. 
Poplątał kilka faktów i trochę chronologie, ale najważniejsze się potwierdziło. Blakelock miał 
nędzny żywot. Cierpiał,  dostał pomieszania zmysłów, był osamotniony. Zanim zamknięto go 
w   domu   wariatów,   istotnie   malował   pieniądze   z   własnym   portretem   -   banknoty   nie 
tysiącdolarowe, jak powiedział P°ny, ale miliondolarowe, o nominałach ponad wyobrażenie. 
Jako  młody człowiek wyjechał na zachód i żył wśród Indian. Był nadzwyczaj drobny (miał 
ledwie metr pięćdziesiąt wzrostu, ważył niespełna czterdzieści kilo), spłodził ośmioro dzieci - 
wszystko to okazało się prawdą. Ze szczególnym zainteresowaniem przeczytałem, że część 
jego   prac   z   lat   osiemdziesiątych   XIX   wieku   przedstawia   sceny   z   Parku   Centralnego. 
Namalował   stojące   tam   wówczas   chaty   i   kiedy   tak   patrzyłem   na   reprodukcje   wiejskich 
terenów, którymi niegdyś był Nowy Jork, natychmiast opadły mnie wspomnienia z mojego 

background image

własnego pieskiego życia w parku. Dowiedziałem się także, że swe najlepsze lata jako artysta 
Blakelock poświęcił malowaniu scen w blasku księżyca. Istniało około dziesięciu obrazów 
podobnych do tego, który obejrzałem w Muzeum Brooklyń-skim: te same drzewa, ten sam 
księżyc, ta sama cisza. W tych pracach księżyc był zawsze w pełni, zawsze taki sam: mały, 
idealnie okrągły, pośrodku płótna, jaśniejący kredowobiałym światłem. Po obejrzeniu piątej 
czy szóstej reprodukcji księżyce zaczęły się oddzielać od tła i nie postrzegałem ich już jako 
księżyców.   Stały   się   dziurami   w   płótnie,   białymi   oknami   wychodzącymi   na   inny   świat. 
Okiem Blakelocka, być może. Pustym okręgiem zawieszonym w przestrzeni, patrzącym z 
góry na to, czego już nie ma.
Nazajutrz Pony był gotów do dzieła. Słowem nie wspomniawszy o Blakelocku czy Muzeum 
Brooklyńskim, polecił mi iść na Broadway i kupić notatnik oraz dobry długopis.
-  No, nadeszła chwila prawdy - rzekł. - Dziś zaczynamy pisać.
Wróciwszy,   usiadłem   na   kanapie,   otworzyłem   zeszyt   na   pierwszej   stronie   i   czekałem. 
Spodziewałem się, że na rozgrzewkę Pony poda kilka faktów i dat - dzień urodzin, nazwiska 
rodziców, szkoły, do których chodził - a potem przejdzie do ważniejszych spraw. Nic takiego 
się nie wydarzyło. Zaczął mówić i raptem znalazłem się w samym środku opowieści.
-   Ralph podsunął mi ten pomysł - rzekł - a Moran nakłonił do realizacji. Stary Thomas 
Moran, z tą swoją białą brodą i słomkowym kapeluszem. Mieszkał wtedy na krańcu Long 
Island, malował małe akwarele przedstawiające cieśninę. Wydmy, ,trawa, fale, światło, całe 
to   sielankowe   barachło.   Mnóstwo   malarzy   tam   teraz   jeździ,   ale   on   był   pierwszy,   on   to 
wszystko rozpoczął. Dlatego właśnie ochrzciłem się Thomas, kiedy zmieniłem nazwisko. Na 
jego cześć. „Pony" wzięło się skądinąd i trochę trwało, nim to wymyśliłem. Może sam na to 
wpadniesz? Taki mały skrótowiec.
Byłem wtedy młodym zuchem. Dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat, kawaler. Miałem 
dom na Dwunastej Ulicy w Nowym Jorku, ale większość czasu spędzałem na Long Island. 
Lubiłem tam jeździć, tam właśnie malowałem obrazy i snułem marzenia. Po domu nie ma 
dziś śladu, ale czego się spodziewać? To było dawno temu a czas pędzi do przodu, jak to 
mówią. Postęp. Nastała era bungalowów i domów szeregowych, byle tuman jeździ własnym 
automobilem.
Miasteczko nazywało się Shoreham. Istnieje do dziś, o ile mi wiadomo. Zapisujesz? Nie będę 
powtarzał, więc jak nie zapiszesz, już się tego nie odtworzy.. Pamiętaj, chłopcze. Jeśli nie 
wywiążesz się ze swego zadania, ukatrupię cię. Uduszę gołymi rękoma.
A więc miasteczko nazywało się Shoreham. Przypadek chciał, że tam właśnie Tesla zbudował 
swoją   Wieżę   Wardenclyffe.   To   był   rok   dziewięćset   pierwszy,   dziewięćset   drugi, 
ogólnoświatowy system radiowy. Pewnie nigdy o tym nie słyszałeś. J. P. Morgan wyłożył 
pieniądze, a Stanford White zrobił projekt architektoniczny. Wczoraj o nim mówiliśmy. Dał 
się zastrzelić na dachu Madison Square Garden i wtedy przedsięwzięcie diabli wzięli. Ale 
wieża stała jeszcze piętnaście czy szesnaście lat, wysoka na sześćdziesiąt metrów, widać ją 
było zewsząd. Gigantyczna. Jak jakiś robot na czatach górujący nad ziemią. Myślałem o niej 
jako   o   wieży   Babel:   transmisje   radiowe   we   wszystkich   językach,   cały   jebany   świat 
szwargoczący   do   siebie   w   samym   środku   miasta,   w   którym   mieszkałem.   Wreszcie 
rozmontowali ją w czasie pierwszej wojny światowej. Niemcy używają tego do szpiegowania, 
mówiono,  no to ją rozebrali. Ale już wtedy wyjechałem, więc mnie to nie obchodziło. Nie 
żebym płakał, gdybym został. A niech wszystko wali się i pali, tak mówię. Niech wszystko 
raz na zawsze zawali się i spali.
Teslę zobaczyłem pierwszy raz w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim. Byłem wtedy 
pędrakiem, ale dobrze pamiętam tę datę. Na Wystawie Światowej w Chicago to było, ojciec 
zabrał   mnie   tam   pociągiem.   Cieszyłem   się,   bo   to   był   mój   pierwszy   wyjazd   z   domu. 
Świętowano   wtedy   czterechsetną   rocznicę   odkrycia   Ameryki   przez   Kolumba.   Zebrali 
wszytkie   wynalazki   i   ustrojstwa,   żeby   pokazać   ludziom,   jak   łebscy   są   nasi   naukowcy. 

background image

Wystawę obejrzało dwadzieścia pięć milionów ludzi, to było jak spęd do cyrku. Pokazali tam 
pierwszy   zamek   błyskawiczny,   pierwszy   diabelski   młyn   Ferrisa,   wszystkie   cuda   nowego 
wieku.   Tesla   zawiadywał   wystawą   firmy   Westinghouse'a,   którą   zatytułowali   „Jajko 
Kolumba". Pamiętam, że wszedłem na salę i zobaczyłem go ubranego w biały  smoking: stał 
na scenie i mówił do publiczności z jakimś dziwacznym akcentem - serbskim, jak się okazało 
- głosem tak grobowym jak nikt. Robił magiczne sztuczki przy użyciu elektryczności, obracał 
metalowe jajeczka na stole, strzelał iskrami z palców, a wszyscy wydawali ochy i achy, ja też, 
bo nigdy przedtem czegoś takiego nie widzieliśmy. Był to czas wojny między prądem stałym 
a   zmiennym,   czyli   między   Edisonem   a   firmą   Westinghouse'a,   i   pokaz   Tesli   miał   cel 
propagandowy. Tesla odkrył prąd zmienny mniej więcej dziesięć lat wcześniej - wirujące pole 
magnetyczne - i był to duży krok naprzód w stosunku do prądu stałego, który wykorzystywał 
Edison. O wiele silniejszy. Używanie prądu stałego wymagało budowania elektrowni co milę 
lub dwie, a przy zmiennym jedna starczała na całe miasto. Po przyjeździe do Ameryki Tesla 
próbował   sprzedać   swoje   odkrycie   Edisonowi,   ale   ten   dupek   z   Menlo   Park   posłał   go   w 
cholerę. Uznał, że gdy się to rozpropaguje, jego żarówka stanie się przeżytkiem. No i masz, 
znowu   cholerna   żarówka.   Wobec   czego   Tesla   sprzedał   swój   prąd   zmienny   firmie 
Westinghouse'a, a tam ruszono zaraz z robotą i zaczęto budować elektrownię na Niagarze, 
największą w kraju. Edison przeszedł do ofensywy. Prąd zmienny jest zbyt niebezpieczny, 
orzekł, zabija, gdy się zbliżyć. Aby to wykazać, wysyłał swych ludzi, by robili pokazy na 
wystawach krajowych i stanowych. Sam taki jeden widziałem, kiedy jeszcze byłem szkrabem, 
aż się posikałem z wrażenia. Wciągali na scenę zwierzęta i porażali je prądem. Psy, świnie, 
nawet krowy. Zabijali je na naszych oczach. Tak właśnie wynaleziono krzesło elektryczne. 
Edison   to   wykombinował,   żeby   dowieść,   jak   niebezpieczny   jest   prąd   zmienny,   a   potem 
sprzedał wynalazek więzieniu Sing Sing, gdzie do dziś z niego korzystają. Cudowne, prawda? 
Gdyby świat nie był taki piękny, pewnie wszyscy stalibyśmy się cynikami.
„Jajko Kolumba" zakończyło spór. Zbyt wielu ludzi widziało Teslę i nikt już się nie bał. Facet 
był   wariatem,   to   jasne,   ale   przynajmniej   nie   robił   tego   dla   pieniędzy.   Parę   lat   później 
Westing-house   popadł   w   tarapaty   finansowe   i   Tesla   w   geście   przyjaźni   podarł   umowę 
gwarantującą mu tantiemy. Miliony, grube miliony dolarów. Zwyczajnie podarł papier i zajął 
się czymś innym. Nie trzeba dodawać, że umarł bez gorsza przy duszy.
Odkąd go zobaczyłem na własne oczy, śledziłem w gazetach jego poczynania. Wtedy pisano 
o   nim   bez   przerwy,   donoszono   o   jego   nowych   wynalazkach,   cytowano   dziwaczne 
wypowiedzi skierowane do tych, którzy chcieli słuchać. Był dobrym tematem.
Opierający się upływowi czasu upiór, który mieszka samotnie w Waldorf: śmiertelnie bał się 
zarazków,   cierpiał   na   wszelkie   wynalezione   przez   ludzkość   fobie,   miewał   okresy 
nadwrażliwości,  które  doprowadzały  go niemal  do  obłędu.  Mucha  bzycząca  w  sąsiednim 
pokoju brzmiała w jego uszach jak eskadra myśliwców. Przechodząc pod mostem, czuł, jak 
żelazna   konstrukcja   przygniata   mu   czaszkę,   jak   gdyby   zaraz   miała   go   zmiażdżyć.   Jego 
laboratorium   znajdowało   się   na   dolnym   Manhattanie,   West   Broadway   chyba,   róg   West 
Broad-way i Grand. Czego  on tam  nie wynalazł!  Lampy elektronowe,  zdalnie  sterowane 
torpedy, pomysł elektryczności bez drutów. A tak, bez drutów. W ziemi należało zatknąć 
metalowy pręt i wyssać nim energię elektryczną  z powietrza. Pewnego razu oznajmił, że 
zbudował   urządzenie   akustyczne,   które   kieruje   pulsację   ziemi   do   punktu   skupienia. 
Przystawił je do ściany budynku na Broadwayu i w ciągu pięciu minut gmach zaczął się 
trząść w posadach. Niechybnie zawaliłby się, gdyby Tesla nie przerwał eksperymentu. Jako 
chłopiec uwielbiałem o tym czytać, głowę nabijałem sobie jego wyczynami. Ludzie snuli 
najprzeróżniejsze hipotezy na jego temat. Był jak prorok z przyszłej ery, nikt nie potrafił mu 
się  oprzeć.  Całkowity podbój  natury!  Świat,  w którym  spełniają  się  wszystkie   marzenia! 
Najbardziej   niesłychany   nonsens   wymyślił   człowiek   nazwiskiem   Julian   Hawthorne,   który 
okazał się synem Nathaniela, wielkiego amerykańskiego pisarza. Julian. Może pamiętasz, że 

background image

to także moje imię, toteż z zaciekawieniem śledziłem karierę Hawthorne'a juniora. Był wtedy 
wziętym pisarzem, klasycznym przykładem grafomana, który pisał równie źle, jak jego ojciec 
pisał dobrze. Żałosny typek.  Wyobraź  sobie, że wychowujesz się w domu, gdzie gośćmi 
bywają Mehdlle i Emerson, i potem wyrasta z ciebie takie beztalencie. Napisał pięćdziesiąt 
parę książek, setki artykułów prasowych, a wszystko chała. Pewnego razu wylądował nawet 
w więzieniu za machlojki giełdowe, oszukał fiskusa czy coś takiego, już nie pamiętam. W 
każdym razie Julian Hawthorne był przyjacielem Tesli. W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym 
dziewiątym, a może w tysiąc dziewięćsetnym Tesla wyjechał do Colorado Springs i w górach 
wybudował   laboratorium,   by   badać   efekty   działania   piorunów   kulistych.   Pewnego   dnia 
pracował do późna i zapomniał wyłączyć  odbiornik. Naraz z urządzenia dobiegły dziwne 
odgłosy.   Szumy   i   sygnały   radiowe,   Bóg   raczy   wiedzieć   co   jeszcze.   Opowiadając   o   tym 
wydarzeniu nazajutrz dziennikarzom, Tesla stwierdził, że to dowodzi inteligentnego życia w 
kosmosie, że cholerni Marsjanie do niego przemówili. Wierz mi lub nie, ale nikt się wtedy z 
tego nie  śmiał. Sam lord Kelvin, ubzdryngolony na jakimś bankiecie, stwierdził, że to jeden z 
największych przełomów w nauce. Niedługo potem Julian Hawthorne napisał artykuł o Tesli 
w jednej z ogólnokrajowych gazet. Mózg Tesli jest w tak zaawansowanym stadium rozwoju, 
zawyrokował, że on w żadnym razie nie może być człowiekiem. Urodził się na innej planecie 
- zdaje się, że na Wenus -i został wysłany na Ziemię z misją specjalną, która polega na 
wyjawieniu  nam tajemnic natury,  na odsłonięciu ludziom ścieżek,  którymi  chadza Bóg. I 
znów pewnie myślisz, że się śmiano, ale wcale nie. Wielu potraktowało to poważnie, jeszcze 
dziś, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat po tych wydarzeniach, tysiące w to wierzą. W Kalifornii 
jest sekta, której wyznawcy czczą Teslęjako przybysza z innej planety. Nie musisz mi wierzyć 
na słowo, mam w domu ich publikacje, więc możesz się sam przekonać. W deszczowe dni 
Paweł Shum czytywał mi te brednie. Zarykiwałem się do rozpuku. Mówię o tym, byś miał 
pojęcie, ile to dla mnie znaczyło. Tesla nie był byle kim i nie posiadałem się ze szczęścia, 
kiedy   przyjechał   do   Shoreham,   by   wybudować   wieżę.   Pomyśleć,   że   ten   wielki   człowiek 
zjeżdżał co tydzień do mojego rodzinnego miasteczka! Podpatrywałem go, jak wysiada z 
pociągu na stacji, myślałem, że może nauczę się czegoś obserwując go, że z takiego bliska 
wniknie we mnie choćby odrobina jego geniuszu - jak gdyby to była choroba zakaźna. Nigdy 
nie starczyło mi odwagi, by go zagadnąć, ale to nie miało znaczenia. Natchnienie czerpałem z 
samej świadomości, że on jest tu gdzie ja, że w każdej chwili mogę go zobaczyć, choćby 
przelotnie. Pewnego dnia nasze spojrzenia się zetknęły,  pamiętam dobrze, to było bardzo 
ważne, spotkały się nasze oczy i poczułem, że Tesla przeszywa mnie wzrokiem, jak gdybym 
w ogóle nie istniał. To była niesamowita chwila. Czułem, jak jego spojrzenie przenika przez 
moje   oczy   i   wychodzi   potylicą,   spalając   mózg   na   popiół.   Po   raz   pierwszy   w   życiu 
uzmysłowiłem sobie, że jestem nikim, absolutnie nikim. Nie, nie przygnębiło mnie to, jak 
mógłbyś sądzić. Oszołomiła mnie ta myśl, ale kiedy wstrząs minął, poczułem się mocniejszy, 
jak gdybym przeżył własną śmierć. Nie, to nie to, nie całkiem. Miałem wtedy siedemnaście 
lat, byłem ledwie wyrostkiem. Gdy Tesla przeszył mnie spojrzeniem na wskroś, poczułem 
przedsmak śmierci. To chyba najbliższe temu, co mam na myśli. W ustach poczułem smak 
śmiertelności i w tej samej chwili pojąłem, że nie będę żył wiecznie. Zrozumienie tej prawdy 
trwa niekiedy bardzo długo, ale gdy już się zrozumie, wszystko się w tobie zmienia, nie jesteś 
już tym samym człowiekiem. Miałem wtedy  siedemnaście lat i oto nagle pojąłem w pełni, że 
moje życie jest moje, że do mnie tylko należy i nikt nie ma nic do gadania.
Mówię o wolności, Fogg. O przypływie rozpaczy tak bezdennej, tak druzgocącej, tak zgubnej, 
że człowiek nie ma innego wyboru, jak uwolnić się za jej pomocą. To jedyne wyjście, w 
przeciwnym razie możesz tylko skulić się w kącie i zdechnąć. Tesla dał mi moją śmierć i od 
tej chwili wiedziałem, że będę malarzem. Tego właśnie pragnąłem, ale dotąd nie miałem dość 
ikry, by przyznać to przed samym sobą. Mój ojciec był giełdziarzem, jebanym nababem, a 
mnie miał za pipę. Ale dopiąłem swego, zostałem artystą, a kilka lat później stary kojfnął w 

background image

swym   biurze   na   Wall   Street.   Miałem   wtedy   dwadzieścia   dwa,   dwadzieścia   trzy   lata   i 
odziedziczyłem całą jego forsę, co do grosza. Ha! Stałem się najbogatszym malarzem wszech 
czasów. Artystą milionerem. Pomyśl tylko, Fogg. Byłem w tym samym wieku co ty teraz i 
miałem wszystko, mogłem mieć wszystko, czego bym chciał.
Teslę zobaczyłem potem jeszcze raz, ale znacznie, znacznie później. Po moim zniknięciu, po 
śmierci,   po   wyjeździe   z   Ameryki   i   powrocie.   Trzydziesty   dziewiąty   to   był,   czterdziesty. 
Uciekłem z Francji razem z Pawłem Shumem przed wkroczeniem Niemców, spakowaliśmy 
walizki i w nogi. To już nie było miejsce dla nas, dla kalekiego Amerykanina i rosyjskiego 
poety, nie było sensu tkwić tam dłużej. Z początku zamierzaliśmy jechać do Argentyny, ale 
potem doszedłem do wniosku, że może powrót do Nowego Jorku przyspieszy krążenie krwi 
w żyłach. W końcu minęło dwadzieścia lat. Przyjechaliśmy akurat na Wystawę Światową. 
Kolejny hymn na cześć postępu, ale tym razem nie zrobiło to już na mnie wrażenia - po tym, 
co widziałem w Europie. To wszystko był blichtr. Postęp prowadził do zagłady, byle osioł to 
widział. Powinieneś kiedyś  poznać brata  pani Hume,  Charlie'ego  Bacona. Był  pilotem  w 
czasie wojny. Pod koniec wysłali go do Utah, gdzie szkolił się z tymi, którzy zrzucili bombę 
atomową na Japonię. Pomieszało mu się we łbie, kiedy dowiedział się, co się wydarzyło. 
Nieszczęśnik, kto by go winił? Oto postęp. Co miesiąc większa i lepsza pułapka na myszy. 
Niedługo będziemy mogli zabić wszystkie za jednym zamachem.
Wróciliśmy więc z Pawłem do Nowego Jorku i wybieraliśmy się na spacery po mieście. Tak 
jak teraz, tylko że o wiele dłuższe, włóczyliśmy się całymi dniami, ale też pchał wózek ze 
mną.   Paweł   nigdy   wcześniej   nie   był   w   Nowym   Jorku,   pokazywałem   mu   więc   widoki, 
snuliśmy się po dzielnicach, próbowałem na nowo zazna jomić się z miastem. Pewnego dnia 
latem   trzydziestego   dziewiątego   wyprawiliśmy   się   do   biblioteki   publicznej   na   rogu 
Czterdziestej Drugiej Ulicy i Piątej Alei, a potem postanowiliśmy odetchnąć w Bryant Park. 
Wtedy włas'nie znowu zobaczyłem Teslę. Paweł siedział na ławce obok mnie, a ze trzy metry 
od nas stał stary człowiek i karmił gołębie. Ptaki kłębiły się wokół niego, siadały mu na 
głowie i ramionach - dziesiątki gruchających gołębi - srały mu na ubranie i jadły z rąk, a on 
mówił   do   nich:   kurczątka,   słoneczka,   aniołki.   Gdy   tylko   usłyszałem   ten   głos,   od   razu 
poznałem Teslę - w tej samej chwili obrócił ku mnie twarz i oto był. Osiemdziesięcioletni 
ramol. Upiornie blady, wychudły, tak szpetny jak ja dzisiaj. Chciało mi się śmiać, gdy go 
zobaczyłem. Niegdysiejszy geniusz z kosmosu, bohater mej młodości. A teraz kto? Znękany 
starzec, dziad. „Jesteś Nikola Tesla - odezwałem się do niego ot tak, po prostu, bez żadnych 
ceregieli. - Nikola Tesla. Znałem cię kiedyś". Uśmiechnął się do mnie i ukłonił lekko. „Jestem 
teraz   zajęty   -   odparł   -   może   innym   razem   porozmawiamy".   Obróciłem   się   do   Pawła   i 
powiedziałem:   „Daj   panu   Tesli   trochę   pieniędzy,   niech   kupi   za   to   więcej   siemienia   dla 
ptaszków".   Paweł   wstał,   podszedł   do   Tesli   i   wyjął   dziesięciodolarowy   banknot.   Nastała 
pamiętna chwila, Fogg, chwila, której nie dorówna nic przez wiele stuleci. Ha! Nigdy nie 
zapomnę   zażenowania   w   oczach   tego   skurczybyka.   Nasza   Świetlana   Przyszłość,   prorok 
nowego świata! Paweł wyciągnął rękę z pieniędzmi i widziałem, że Tesla walczy ze sobą, że 
nie chce przyjąć, że próbuje odwrócić oczy, ale nie mógł. Stał tylko i patrzył jak obłąkany 
żebrak. No i wreszcie wziął pieniądze, wyrwał je Pawłowi z dłoni i wcisnął do kieszeni. 
„Bardzo to uprzejmie z pana strony - rzekł do mnie - bardzo uprzejmie. Kochane słoneczka 
potrzebują ziarenek". Następnie odwrócił się plecami i mruknął coś do gołębi. W tej samej 
chwili  Paweł  pchnął  wózek,  pojechaliśmy  i  to  już  koniec.  Nigdy  w  życiu  więcej   go nie 
widziałem.
Pony zamilkł, rozkoszując się wspomnieniem własnego okrucieństwa. Po chwili stłumionym 
głosem podjął opowieść:
- Już nawijam dalej. Nie frasuj się, chłopcze. Skrob tylko piórem i o nic się nie martw, będzie  
dobrze. W końcu wszystko zostanie powiedziane, wszystko wyjdzie na jaw. Mówiłem już o 
Long Island, co? O Thomasie Moranie i jak to się zaczęło? Widzisz, nie pogubiłem się. Ty 

background image

zapisuj tylko moje słowa. Nie będzie żadnego wspomnienia pośmiertnego, jeśli mi się dobrze 
nie sprawisz.
To Moran mnie namówił. Był na zachodzie w latach siedemdziesiątych,  zjeździł wszystko 
wzdłuż i  wszerz.  Oczywiście  nie    pojechał  sam,  jak to  zrobił Ralph,  nie  włóczył  się  po 
pustkowiu jak jaki ciemny pielgrzym, on nie... jak to powiedzieć... On szukał czego innego. 
Moran   poczynał   sobie   z   klasą.   Został   oficjalnie   rysownikiem   w   wyprawie   Haydena   w 
siedemdziesiątym   pierwszym,   a   w   siedemdziesiątym   trzecim   zabrał   się   z   Powellem. 
Czytaliśmy   książkę   Powella   parę   miesięcy   temu,   wszystkie   ilustracje   w   niej   to   właśnie 
Moran. Przypominasz sobie obrazek, na którym Powell wisi nad przepaścią, trzymając się 
rozpaczliwie jedną ręką? Dobre, musisz przyznać, stary wiedział, jak rysować. Moran zyskał 
sławę dzięki tej wyprawie, bo pokazał Amerykanom, jak naprawdę wygląda zachód. Pierwszy 
obraz Wielkiego Kanionu namalował właśnie on, wisi na Kapitelu w Waszyngtonie; pierwszy 
obraz   Yellowstone,   pierwszy   Wielkiej   Pustyni   Słonej,   pierwsze   obrazy   kanionów   w 
południowym Utah - wszystko to dzieło Morana. Objawione przeznaczenie! Kreślili mapy, 
rysowali, przeobrażali to w wielką amerykańską machinę zysku. To były ostatnie nie zbadane 
zakątki   kontynentu,   ostatnie   nie   znane   tereny,   do   których   nikt   nie   dotarł.   No   i   oto   jest, 
wszystko na skrawku płótna, wyłożone jak na tacy, by każdy mógł zobaczyć. Złoty kołek 
wbity nam prosto w serce! Ja nie byłem malarzem pokroju Morana, żebyś tak nie myślał. 
Należałem do nowego pokolenia, nie podpisywałem się pod tymi romantycznymi bredniami. 
W szóstym i siódmym byłem w Paryżu, toteż wiedziałem, co się dzieje na świecie. Fowiści, 
kubiści, otarłem się o to, gdy byłem młody, a gdy zakosztuje się przyszłości, nie ma już 
odwrotu.   Znałem   towarzystwo   z   galerii   Stieglitza   na   Piątej   .   Alei,   razem   piliśmy   i 
rozprawialiśmy o sztuce. Podobały im się moje prace, pochlebiali mi nazywając mnie zmianą 
warty. Marin, Dove, Demuth, Mań Ray, znałem wszystkich. Było wtedy ze mnie cwane licho, 
głowę miałem nabitą wspaniałymi pomysłami. Teraz tyle się mówi o wystawie w Arsenale w 
dziewięćset trzynastym, ale dla mnie już wtedy był to przeżytek. Bo mimo wszystko różniłem 
się  od innych.  Mnie  nie  interesowała   kreska. Mechaniczna  abstrakcja,  płótno  jako  świat, 
sztuka intelektualna - dla mnie to była ślepa uliczka. Ja byłem kolorystą i fascynowała mnie 
przestrzeń, czysta przestrzeń i światło: moc światła, która objawia się, gdy trafia ono do oka. 
Nadal pracowałem z natury i dlatego lubiłem przestawać z kimś takim jak Moran. On był 
wyrazicielem minionego, ale wpłynął też na niego Turner i to nas łączyło, i jeszcze żarliwa 
miłość do pejzażu i do rzeczywistego świata. Moran bez przerwy opowiadał mi o zachodzie 
Ameryki.   Jeśli   tam   nie   pojedziesz,   mawiał,   nigdy   nie   zrozumiesz,   co   znaczy   słowo 
„przestrzeń". Twoja sztuka skarleje,  jeśli nie pojedziesz. Musisz zobaczyć tamtejsze niebo, to 
zmieni twoje życie. Gadał tak jak najęty. Ilekroć się spotykaliśmy, zawsze to samo, no i w 
końcu powiedziałem sobie, co tam, czemu nie, co mi szkodzi pojechać i zobaczyć na własne 
oczy?
Był tysiąc dziewięćset szesnasty. Miałem trzydzieści trzy lata i od czterech lat byłem żonaty. 
Ze wszystkich moich życiowych decyzji małżeństwo było największą pomyłką. Nazywała się 
Eliza-beth Wheeler. Pochodziła z zamożnej rodziny, więc nie wyszła za mnie dla pieniędzy, 
choć sprawy między nami układały się, jakby tak właśnie było. Rychło przekonałem się, jaka 
jest naprawdę. W noc poślubną płakała jak pensjonarka i odtąd bramy zatrzasnęły się przede 
mną. Szturmowałem twierdzę co jakiś czas, ale bardziej z gniewu niż pożądania. Po to tylko, 
by wiedziała, że nie ujdzie jej na sucho. Do dziś zachodzę w głowę, co mnie opętało, że się z 
nią ożeniłem.  Może twarz  miała  tak  urodziwą, może  ciało  krągłe  i  pulchne?  W tamtych 
czasach wszystkie wychodziły za mąż dziewicami, więc myślałem, że z czasem to polubi. Ale 
nie polubiła nigdy, zawsze kończyło się szamotaniną, łzami, krzykiem, obrzydzenie ją brało. 
Miała mnie za bestię, za wysłannika diabła. Bodajby sczezła, ta oziębła suka! Powinna była 
pójść do klasztoru. Pokazałem jej ciemność, nieczystość, która napędza świat, i nigdy mi tego 
nie wybaczyła. Homo erectus, tajemnica męskiego ciała była dla niej najokropniejszą ohydą. 

background image

Kiedy zobaczyła, co się z tym ciałem wyprawia, przeraziła się. Dość o tym, to stara historia, 
pewnie   słyszałeś   nieraz   coś   podobnego.   Przyjemność   cielesną   znajdywałem   więc   gdzie 
indziej.   Sposobności   nie   brakło,   zapewniam   cię,   mój   fiut   nigdy   się   nie   nudził.   Byłem 
wytwornym   panem,   pieniądze   nie   stanowiły   przeszkody,   nieustannie   czułem   wrzenie   w 
kroczu. Ha! Szkoda, że nie mamy czasu trochę o tym porozmawiać. Ach te tętniące życiem 
cipki, w których gościłem, te miłosne przygody trzeciej nogi! Pierwsze dwie może i są do 
niczego, ale ich mniejszy braciszek żył własnym życiem. Do dziś żyje, jeśli dasz wiarę. Mały 
nie wie, co to starość.
No dobrze, dość już. To nieważne. Nakreślam ci tylko  tło, osadzam scenę. Jeśli szukasz 
przyczyn moich decyzji, małżeństwo z Elizabeth jest jedną z nich, nie jedyną wprawdzie, ale 
w dużej mierze ono właśnie o wszystkim przesądziło. Kiedy nadarzyła się okazja, bez żalu 
zniknąłem. Dostrzegłem szansę, by umrzeć, i nie zawahałem się.
Nie miałem aż tak wielkich planów. Trzy, cztery miesiące, myślałem sobie, potem wrócę. 
Nowojorska   paczka   uznała,   że   po   stradałem   zmysły,   nie   widzieli   w   tym   sensu.   Jedź   do 
Europy, powtarzali, w Ameryce niczego się nie nauczysz. Gdy tak wyjaśniałem im cierpliwie 
powody, ogarniało mnie coraz większe podniecenie. Rzuciłem się w wir przygotowań, nie 
mogłem doczekać wyjazdu. Już wcześniej postanowiłem zabrać kogoś ze sobą, młodzieńca 
nazwiskiem   Edward   Byrne   -   Teddy'ego,   jak   zwali   go   rodzice.   Jego   ojciec   był   moim 
przyjacielem i to on namówił mnie, bym wziął ze sobą chłopaka. Nie miałem większych 
obiekcji.   Uznałem,   że   przyda   mi   się   czyjeś   towarzystwo,   a   Byrne   był   pełen   animuszu, 
żeglowałem z nim parokrotnie łódką i głowę miał nie od parady. Wytrwały, pojętny, silny, 
mocno   zbudowany   osiemasto-,   dziewiętnastoletni   młodzieniec.   Marzył,   by   zostać 
topografem, chciał się wkręcić do Urzędu Geologii Stanów Zjednoczonych i spędzić życie na 
wędrówkach pod otwartym niebem. Taki to był czas, Fogg. Teddy Roosevelt, podkręcone 
wąsy,   całe   to   junactwo   dorosłych   mężczyzn.   Ojciec   kupił   Byrne'owi   górę   ekwipunku 
-sekstant, kompas, teodolit, wszystko od a do zet - a ja sprawiłem sobie dość przyborów 
malarskich,  by starczyło  na parę lat. Ołówki, węgle, kredki,  farby,  pędzle,  zwoje płótna, 
papier - liczyłem, że będę dużo pracował. Gadka Morana zapadła mi już wtedy w serce i 
spodziewałem się wiele po mojej podróży. Zamierzałem namalować tam najlepsze prace, nie 
chciałem więc, by zabrakło mi przyborów.
Mimo oziębłości w łóżku Elizabeth zaczęła, mieć wyrzuty sumienia z powodu mej wyprawy. 
Im   bliżej   było   dnia   wyjazdu,   tym   bardziej   chodziła   nieszczęśliwa,   wybuchała   płaczem, 
błagała, bym zrezygnował. Do dziś tego nie rozumiem. Myślałem, że ucieszy się, że będzie 
mnie   miała   z   głowy.   Zaskakująca   kobieta,   zawsze   robiła   inaczej,   niżby   się   człowiek 
spodziewał. W noc przed moim odjazdem złożyła się nawet w ofierze. Chyba sobie najpierw 
trochę podpiła - rozumiesz, łyknęła dla kurażu - a potem oddała mi się z rezygnacją. Otwarte 
ramiona, zamknięte oczy, jakby była jakąś cholerną męczennicą. Nigdy tego nie zapomnę. 
Och, Julianie,  powtarzała,  mój  kochany mężu.  Jak większość stukniętych  ludzi wiedziała 
pewnie, co się święci, przeczuwała, że idą wielkie zmiany. Zrobiłem z nią to tej nocy - w 
końcu była to moja powinność — ale nie powstrzymało mnie to przed odjazdem nazajutrz. 
Los chciał, że wtedy widziałem ją po raz ostatni. Trudno. Podaję ci tylko fakty, a ty możesz z 
nich wywnioskować, co chcesz. Ta noc była brzemienna w konsekwencje, trzeba mi o tym 
wspomnieć, choć dowiedziałem się o nich o wiele, wiele później. Po trzydziestu latach,  gdy 
minęła   cała   epoka.   Tak   to   jest,   chłopcze.   Zawsze   są   jakieś   konsekwencje,   czy   ci   się   to 
podoba, czy nie.
Pojechaliśmy z Byrne'em koleją. Chicago, Denver, aż do Salt Lakę City. W tamtych czasach 
była to podróż bez końca, a gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, czułem się, jakbym jechał 
rok. Był kwiecień tysiąc dziewięćset szesnastego. W Salt Lakę City znaleźliśmy człowieka, 
który miał być naszym przewodnikiem, ale jeszcze tego samego dnia po południu, jeśli dasz 
wiarę, poparzył sobie nogę u kowala i musieliśmy nająć kogoś innego. To był zły znak, ale na 

background image

gorąco nigdy się tego nie dostrzega, machasz ręką i robisz dalej swoje. Nowy przewodnik 
nazywał się Jack Scoresby. Były kawalerzysta, miał ze czterdzieści osiem, pięćdziesiąt lat, 
weteran; ludziska gadali, że zna okolicę jak własną kieszeń, najlepiej ze wszystkich, których 
mogliśmy nająć. Ci, których wypytywałem, byli obcy, więc mogli mówić, co im się żywnie 
podoba, dla nich nie miało to znaczenia. Byłem bogatym żółtodziobem ze wschodu, więc 
mieli mnie gdzieś. No i tak to się właśnie stało, Fogg. Nie było innego wyjścia, jak przeć na 
oślep i mieć nadzieję, że wszystko „ będzie dobrze.
Scoresby od razu mi się nie spodobał, ale zbyt nam było pilno wyruszyć, toteż nie chcieliśmy 
marnować   więcej   czasu.   Mały,   brudny   człowieczek,   który   parskał   śmiechem,   same 
bokobrody i bawoli tłuszcz, ale nawijać potrafił, muszę mu to przyznać. Obiecał, że zabierze 
nas do miejsc, gdzie niewielu dotarło, mówił, że pokaże nam to, co widziały tylko oczy Boga 
i „Jyndianów". Wiadomo było, że blaguje, ale mimo to byliśmy podekscytowani. W hotelu 
rozłożyliśmy mapę i wytyczyliśmy trasę wędrówki. Scoresby sprawiał wrażenie, że wie, co 
mówi, rzucał półgębkiem uwagi, by nam pokazać, że się na wszystkim zna: ile koni i osłów 
nam trzeba, jak się zachowywać wobec mormonów, jak sobie radzić z brakiem wody na 
południu. Jasne było, że ma nas za głupców. Nie mieściło mu się w głowie, że ktoś chce gapić 
się na pustkowie. Gdy mu powiedziałem, że jestem malarzem, o mało nie ryknął śmiechem. 
Mimo to doszliśmy do porozumienia, dobiliśmy we trzech umowy. Myślałem, że wszystko 
się ułoży, gdy poznamy się bliżej.
W   noc   przed   wyjazdem   odbyłem   z   Byrne'em   rozmowę.   Pokazał   mi   swój   ekwipunek 
mierniczy i pamiętam,  że opanowało mnie radosne podniecenie, nastała taka chwila, gdy 
wszystko zdaje się układać po nowemu. Byrne powiedział mi, że nie można ustalić swego 
położenia na ziemi bez odniesienia do takiego czy innego punktu na niebie. Miało to coś 
wspólnego z triangulacją, taką •
  techniką   pomiaru,   ale   szczegóły   dziś   mi   wywietrzały   ze   łba.   Niemniej   sam   związek 
przemawiał silnie do mojej wyobraźni i zostało mi to na całe życie. Człowiek zna swoje 
miejsce na ziemi wyłącznie w relacji do Księżyca albo gwiazdy. Najpierw astronomia, potem 
dopiero mapy terenu. Na odwrót, niż można by się spodziewać. Gdy się o tym długo myśli, 
mózg staje dęba. „Tutaj" istnieje wyłącznie w odniesieniu do „tam". „To" jest wyłącznie 
dzięki   „tamtemu".   Jeśli   nie   spojrzysz   w   górę,   nie   będziesz   wiedział,   co   jest   na   dole; 
Odnajdujemy się jedynie patrząc tam, gdzie nas nie ma. Nie staniesz pewnie nogą na ziemi, 
jeżeli nie dosięgniesz nieba.
Na początku wykonałem parę dobrych szkiców. Z miasta ruszyliśmy prosto na zachód, dzień 
czy dwa obozowaliśmy nad jeziorem, a potem wypuściliśmy się na Wielką Pustynię Słoną. 
Niczego   podobnego   wcześniej   nie   widziałem.   Najbardziej   płaskie,   najbardziej   bezludne 
miejsce na ziemi, kraina zapomnienia. Jedziesz dzień za dniem i nic nie ma. Ani drzewa, ani 
krzaka, ani źdźbła trawy. Nic tylko biel, spękana ziemia rozciągająca się po horyzont we 
wszystkie strony. Ziemia ma słony smak, na widnokręgu okalają cię góry, olbrzymie łańcuchy 
gór, rozedrgane w powietrzu. Wydaje ci się, że zbliżasz się do wody, bo zewsząd dobiega 
szmer i coś migoce, ale to tylko złudzenie. Wszystko to martwy świat, a zbliżyć się możesz 
wyłącznie do tej nicości, którą widziałeś już wczoraj. Bóg raczy wiedzieć, ilu pionierów 
padło, ilu wyzionęło ducha na tej pustyni, ich kości sterczały z ziemi, gdy jechaliśmy. Taki 
właśnie koniec spotkał wyprawę Donnera, wszyscy to wiedzą. Utknęli w soli i nim zdążyli 
dotrzeć do Sierra Nevada w Kalifornii, nadeszła zima, śniegi odcięły im drogę, no i zaczęli się 
zjadać   nawzajem,   by   przeżyć.   Wszyscy   o   tym   słyszeli,   to   wielka   amerykańska   legenda, 
niemniej stwierdzone, niezaprzeczalne fakty. Koła od wagonów, czaszki, łuski po nabojach - 
wszystko to widziałem jeszcze w tysiąc dziewięćset szesnastym. Olbrzymie cmentarzysko, ot 
co, nie zapisana karta śmierci.
Przez pierwszych kilka tygodni rysowałem jak opętany. Dziwne rzeczy mi wychodziły, nigdy 
wcześniej czegoś takiego nie robiłem. Nie myślałem, że skala ma znaczenie, a jednak nie było 

background image

innego sposobu, by zmierzyć się z ogromem świata. Kreski na kartkach malały i malały, aż 
prawie   znikły.   Jak   gdyby   moja   ręka   żyła   własnym   życiem.   Machaj   ołówkiem,   mówiłem 
sobie, machaj tylko ołówkiem i nie martw się, później będziesz myślał. Zrobiliśmy sobie 
krotki   przystanek   w   Wendover,   wyszorowaliśmy   się,   po   czym   przekroczyliśmy   granicę 
Newady i ruszyliśmy na południe, wzdłuż  Confusion Rangę. I znów przytłoczyło mnie tak, 
że   nie   byłem   na   to   przygotowany.   Góry,   śnieg   na   szczytach   gór,   chmury   płynące   nad 
śniegiem. Po jakimś czasie zlewały się w jedno i nie potrafiłem ich już odróżnić. Biel i biel. 
Jak można coś narysować, skoro nie wiesz, że tam jest? Rozumiesz, o czym  mówię, co, 
Fogg? Wszystko było takie nieludzkie. Wiatr dął tak mocno, że nie słyszałeś własnych myśli, 
po czym nagle zamierał i panowała taka martwota, że zastanawiałeś się, czyś nie ogłuchł. 
Nieziemska cisza, chłopcze. Słyszałeś tylko bicie własnego serca w piersi i pulsowanie krwi 
w skroniach.
Scoresby   jeszcze   wszystko   utrudniał.   Niby   robił   swoje,   prowadził   nas,   układał   ogniska, 
polował, byśmy mieli jedzenie, ale dalej nami pogardzał, wylewała się z niego złość, która 
skutecznie zatruwała atmosferę. Chodził nachmurzony i pluł, mruczał coś pod nosem, jego 
posępny nastrój był formą drwiny. Po jakimś czasie Byrne tak miał go dosyć, że nie odzywał 
się   przy   nim.   Scoresby   jeździł   na   polowania,   my   tymczasem   zajmowaliśmy   się   swoimi 
sprawami - Teddy łaził wśród skał i robił pomiary, ja przysiadałem na jakimś występie z 
farbami albo węglem - ale wieczorem znów we trzech szykowaliśmy kolację przy ognisku. 
Pewnego razu, chcąc poprawić stosunki między nami, zaproponowałem Scoresby'emu grę w 
karty. Przystał chętnie, ale jak większość głupców, przeceniał swój spryt. Myślał, że mnie 
pokona, że wygra ode mnie mnóstwo pieniędzy. Że mnie pokona nie tylko w grze, ale pod 
każdym względem, że pokaże mi, kto tu rządzi. Zagraliśmy w oczko. Karta mi szła, przerżnął 
sześć czy siedem rozdań z rzędu. Ten zimny prysznic jakoś go nie otrzeźwił, bo grał dalej i 
zaczął popełniać okropne błędy, podbijał stawkę, żeby zablefować, wszystko robił na opak. 
Wygrałem od niego tamtego wieczora bodaj pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt dolarów, to była 
fortuna dla takiego prostaka. Gdy zobaczyłem, jak jest wytrącony z równowagi, usiłowałem 
odkręcić całą sprawę, chciałem mu darować przegraną. Nie dbałem przecież 0  pieniądze. Nie 
martw   się   pan,   powiedziałem,   poszczęściło   mi   się   1     tyle,   puśćmy   to   w   niepamięć,   nie 
chowajmy do siebie urazy - coś w tym stylu. To było chyba najgorsze, co mogłem zrobić. 
Scoresby wziął to za protekcjonalność z mej strony, uznał, że chcę go poniżyć. Uraziłem jego 
dumę, uraziłem w dwójnasób. Odtąd byliśmy na noże i nic już nie mogłem zrobić, by to 
zmienić. Sam byłem wtedy upartym sukinsynem, pewnie już to zauważyłeś. Nie próbowałem 
go więcej udobruchać. Jeśli chciał się zachowywać jak osioł, to jego sprawa, bo co głupiemu 
po   rozumie?   Tkwiliśmy   pośrodku   tego   ogromnego   kraju,   dokoła   nic   prócz   otwartej 
przestrzeni,  która ciągnęła  się setki mil,  i było  tak, jak gdybyś  siedział  w więzieniu,  jak 
<*dybyś dzielił celę z człowiekiem, który ciągle na ciebie patrzy, który tylko czeka, byś się 
odwrócił, żeby wbić ci nóż w plecy.
To właśnie problem. Zbyt wielka to kraina i prędzej czy później cię wchłania. Osiągnąłem 
taki stan, że nie mogłem już więcej tego znieść. Tej cholernej ciszy i pustki. Usiłujesz się 
jakoś rozeznać, ale za dużo tego wokoło, wielkości są nieogarnione i w końcu... nie wiem, jak 
inaczej to powiedzieć... W końcu już nic nie ma. Nie ma świata, nie ma ziemi, nie ma nic. Do 
tego dochodzi, Fogg, że w końcu to już tylko fantazmat. Jedyne naprawdę istniejące miejsce 
znajduje się w twojej głowie.
Przecięliśmy stan na pół, po czym odbiliśmy w kierunku kanionów, na południowy wschód, 
w rejon, który nazywają Cztery Kąty, a więc na styku Utah, Arizony, Kolorado i Nowego 
Meksyku. To były najdziwniejsze okolice ze wszystkich, świat urojony, czerwona ziemia i 
rzeźbione skały, przeogromne gmachy wznoszące się ku niebu, które stały jak ruiny jakiegoś 
zaginionego miasta zbudowanego przez olbrzymy. Obeliski, minarety, pałace: wszystko było 
jednocześnie   znajome   i   obce,   człowiek   machinalnie   dostrzegał   znane   mu   kształty,   choć 

background image

wiedział dobrze, że to dzieło przypadku, skamieniała plwocina lodowców i erozji, miliony lat 
oddziaływania żywiołów. Kciuki, oczodoły, penisy, grzyby, postacie ludzkie, kapelusze. To 
było  tak, jakby dostrzegać kształty w chmurach. Dziś wszyscy wiedzą, jak tam jest, sam 
widziałeś   to   pewnie   ze   sto   razy.   Glen   Canyon,   Monument   Yalley,   Dolina   Bogów.   Tam 
właśnie   kręcili   te   wszystkie   cholerne   westerny,   tam   właśnie   galopuje   kowboj   z   reklamy 
Marlboro, którego oglądasz co wieczór w telewizji. Ale takie obrazki nic nie mówią, Fogg. 
Rzecz to zbyt monumentalna, by ją namalować czy narysować; nawet fotografia nie odda 
istoty. Takie odtworzenie zafałszowuje jgrawdę, bo to tak, jakby chcieć oddać odległości w 
kosmosie; im więcej widzisz, tym mniej możesz zdziałać ołówkiem. Widzieć znaczy sprawić, 
by znikło.
Włóczyliśmy się kilka tygodni po kanionach. Czasem spędzaliśmy noc w ruinach prastarych 
siedzib indiańskich, w grotach skalnych Anasazi. To plemię zniknęło tysiąc lat temu, nikt nie 
wie, co się z nim stało. Zostawili po sobie kamienne miasta, piktogramy, gliniane skorupy, ale 
lud przepadł. Był koniec lipca albo początek sierpnia, wrogość Scoresby'ego do nas wciąż 
rosła   i   miałem   wrażenie,   że   kwestią   czasu   jest   jakaś   awantura,   w   powietrzu   czuło   się 
nadchodzącą   burzę.   Jałowe,   bezwodne   strony,   wszędzie   bylica   i   ani       jednego   drzewa. 
Panował piekielny upał i musieliśmy racjonować wodę, co z kolei wprawiało nas w podły 
nastrój. Pewnego dnia trzeba było zastrzelić osła, w rezultacie czego pozostałe dwa miały 
więcej do dźwigania. Konie opadały z sił. Dzieliło nas pięć, sześć dni jazdy od miasteczka 
Bluff i byłem zdania, że powinniśmy tam dotrzeć jak najszybciej, żeby podreperować siły. 
Wtedy Scoresby wspomniał o drodze na skróty, dzięki której zaoszczędzimy dzień lub dwa, 
więc ruszyliśmy we wskazaną stronę, przez górzysty teren, mając słońce prosto w oczy. To 
była męcząca przeprawa, cięższa niż wszystko dotąd i po pewnym czasie przyszło mi do 
głowy, że Scoresby prowadzi nas na manowce. Byrne i ja jeździliśmy o wiele gorzej od niego 
i z trudem pokonywaliśmy nierówności terenu. On jechał pierwszy,  za nim Teddy,  ja na 
końcu. Wspięliśmy się z mozołem po stromiźnie i znalazłszy na szczycie, ruszyliśmy granią. 
Było wąsko, wszędzie głazy i kamienie, a od gładkich powierzchni odbijały się oślepiające 
promienie słońca. Odwrót nie wchodził już w rachubę, ale nie bardzo też wiedziałem, jak 
posuwać się dalej. Nagle koń Byrne'a stracił oparcie. Chłopak był nie dalej niż trzy metry ode 
mnie i do dziś pamiętam ogłuszający łoskot kamieni i rżenie konia próbującego odzyskać 
grunt pod nogami. Ale ziemia uciekła spod kopyt i nim zdążyłem coś zrobić, Byrne krzyknął i 
stoczył  się razem z koniem, runęli ze stromizny.  Było kurewsko wysoko, z sześćdziesiąt, 
może nawet sto metrów, i nic tylko poszarpane skały od szczytu po sam dół. Zeskoczyłem z 
siodła   i   chwyciłem   apteczkę,   po   czym   zsunąłem   się   po   stoku,   by   ratować   Byrne'a. 
Początkowo myślałem, że nie żyje, ale w końcu wyczułem tętno. Poza tym jednak niewiele 
napawało nadzieją. Twarz miał całą we krwi, prawa noga i ręka złamane, widać było od razu. 
Przewróciłem go na plecy i wtedy ujrzałem dużą ranę tuż pod żebrami -obrzydliwą, pulsującą 
wyrwę   w   ciele   wielkości   dłoni.   Okropne,   chłopak   był   w   kawałkach.   Właśnie   miałem 
otworzyć apteczkę, gdy za plecami huknął strzał. Obróciłem się i zobaczyłem Scoresby'ego, 
który z dymiącym pistoletem w dłoni stał nad koniem Byrne'a. Złamał nogę, rzekł krótko, nic 
już nie można było poradzić. Powiedziałem mu, że Byrne jest w fatalnym stanie i potrzebuje 
natychmiastowej pomocy, ale kiedy podszedł i zerknął, prychnął tylko szyderczo i odparł, że 
nie ma co marnować na niego czasu. Jedynym lekarstwem jest dawka tego samego, co przed 
chwilą zaaplikował koniowi. Podniósł ramię i wymierzył w głowę chłopaka, ale odepchnąłem 
jego rękę. Nie wiem, czy naprawdę zamierzał strzelić, lecz nie mogłem ryzykować. Spojrzał 
na   mnie   groźnie     i   powiedział,   żebym   trzymał   ręce   przy   sobie.   Pod   warunkiem,   że   nie 
będziesz celował do bezbronnych ludzi, odparłem. Wtedy wymierzył we mnie. Będę celował 
w kogo mi się podoba, powiedział i wybuchnął śmiechem, wyszczerzył się jak kretyn, od 
ucha do ucha. Rozkoszował się swą przewagą nade mną. I co, znowu celuję do bezbronnego, 
rzekł.   Oto  kim  pan   jest,  panie   malarzu,  bezbronnym  workiem   kości.  Myślałem,   że  mnie 

background image

zabije. Kiedy tak stałem i czekałem, aż pociągnie za spust, zastanawiałem się, jak długo będę 
umierał, gdy kula już trafi mnie w serce. Oto moja ostatnia myśl, pomyślałem. Trwało to 
wieczność, wieczność całą patrzyliśmy sobie w oczy, a ja czekałem. Naraz Scoresby ryknął 
śmiechem.   Był   ogromnie   z   siebie   zadowolony,   jak   gdyby   właśnie   odniósł   olbrzymie 
zwycięstwo. Włożył pistolet do kabury i splunął na ziemię. Zachowywał się tak, jak gdyby 
mnie zabił, jak gdybym już nie żył.
Podszedł do zastrzelonego konia i zaczął zdejmować siodło i juki. Wciąż byłem roztrzęsiony 
po tym, co wyprawiał z bronią, ale ukucnąłem przy Byrnie i zacząłem go opatrywać, chciałem 
obmyć i zabandażować mu rany. Po paru minutach nadszedł Scoresby i powiedział, że jest 
gotów   do   drogi.   Do   drogi?   O   czym   pan   mówisz?   —   zapytałem.   Nie   możemy   wziąć 
Teddy'ego, jest w takim stanie, że nie wolno go ruszyć. No to go zostaw, odparł. I tak już po 
nim, niech mnie szlag, jeżeli będę siedział na tym zadupiu i czekał Bóg wie jak długo, aż 
wyzionie ducha. Nie warte zachodu. Rób pan, jak chcesz, odparłem, ale ja nie zostawię go 
samego, póki żyję. Scoresby zazgrzytał zębami. Gadasz jak jaki bohater z książki, powiedział. 
Z tydzień  cały możesz tu sterczeć i czekać,  aż on kojfnie. I po co? Bo jestem za niego 
odpowiedzialny, odrzekłem. To wszystko. Jestem za niego odpowiedzialny i go nie zostawię.
Przed odjazdem Scoresby'ego wydarłem kartkę ze szkicow-nika i napisałem list do żony. Nie 
pamiętam dokładnie, co napisałem, ale pewnie coś łzawego - że to ostatnie wieści ode mnie, 
chyba tak. Scoresby miał wysłać list z miasteczka. Tak się umówiliśmy, choć wiedziałem, że 
nie ma  zamiaru  dotrzymać  obietnicy.  To  by wskazywało,  że ma  coś wspólnego  z moim 
zniknięciem, a po co miałby ryzykować, być wypytywany? O wiele prościej było odjechać i 
zapomnieć o całej sprawie. Okazało się, że tak właśnie zrobił. To znaczy tak przypuszczam, 
bo   gdy   później   czytałem   doniesienia   prasowe   i   nekrologi,   nie   było   wzmianki   o   nikim 
nazwiskiem Scoresby, choć w liście o nim napisałem.
Powiedział  też,  że zbierze  ekipę ratowniczą,  jeżeli  nie zjawię S1?  w ciągu  tygodnia,  ale 
wiedziałem, że i tego nie zrobi. Powie działem mu to w twarz i nawet nie zaprzeczył, tylko 
znów bezczelnie się uśmiechnął. Ostatnia szansa, panie malarzu, jedziesz ze mną czy nie? 
Pokręciłem   głową,   bo   gniew   mnie   dławił   i   nie   mogłem   mówić.   Scoresby   uchylił   na 
pożegnanie kapelusza i ruszył pod górę, gdzie czekał jego koń. Ot tak, bez słowa. Wejście na 
szczyt   zabrało   mu   kilka   minut   i   cały   czas   nie   spuszczałem   z   niego   oka.   Wolałem   nie 
ryzykować. Podejrzewałem, że będzie chciał mnie zabić przed odjazdem, wydawało się to 
nieuchronne. Żeby zatrzeć ślady, mieć pewność, że nie powiem nikomu, jak postąpił - że 
zostawił umierającego chłopaka pośrodku pustkowia. Ale Scoresby nawet nie spojrzał przez 
ramię. Nie ze wstydu, zapewniam cię. Jedyne możliwe wytłumaczenie jest takie, że uważał, iż 
nie ma potrzeby mnie zabijać. Nie zabił mnie, bo nie wierzył, że wrócę.
Odjechał. Nie minęła godzina i poczułem się tak, jak gdyby nigdy nie istniał. Nie potrafię ci 
opisać, jak dziwne to było doznanie. Nie chodzi o to, że postanowiłem o nim nie myśleć, 
tylko już ledwo go pamiętałem, żebym nie wiem jak się skupiał. Jego wygląd, brzmienie 
głosu,   wszystko   mi   uleciało.   Tak   działa   na   człowieka   cisza,   Fogg,   zaciera   wszystko. 
Wymazała obraz Scoresby'ego z mego umysłu i ilekroć potem o nim myślałem, było tak, jak 
gdybym   próbował   przypomnieć   sobie   postać   ze   snu,   jak   gdybym   wspominał   człowieka, 
którego nigdy nie było.
Byrne umarł dopiero trzeciego czy czwartego dnia. Ze względu na mnie to chyba dobrze, że 
to trwało tak długo. Miałem zajęcie, a dzięki temu nie starczyło mi czasu, by się bać. Strach 
nadszedł później, gdy już go pochowałem i zostałem sam. Pierwszego dnia wszedłem na górę 
chyba   z   dziesięć   razy.   Zdejmowałem   jedzenie   i   ekwipunek   z   osła   i   znosiłem   na   dół. 
Połamałem sztalugę i zrobiłem z niej łubki, by unieruchomić Byrne'owi rękę i nogę. Z koca i 
trójnogu   zbudowałem   prowizoryczny   namiocik,   żeby   twarz   miał   w   cieniu.   Zająłem   się 
koniem i osłem.  Brudne bandaże zastąpiło  podarte  na pasy ubranie.  Rozpaliłem  ognisko, 
ugotowałem jedzenie, zrobiłem wszystko, co trzeba. Motorem działania było poczucie winy, 

background image

no bo jak miałem nie winić się za to, co się stało? Ale to poczucie dodawało mi też otuchy. 
Bo to przecież ludzkie, a więc znak, że wciąż należę do tego samego świata, w którym żyją 
inni. Zdawałem sobie jednak sprawę, że gdy zabraknie Byrne'a, nie będzie już o czym myśleć. 
Bałem się tej pustki, przerażała mnie śmiertelnie.
Wiedziałem, że nie ma nadziei, wiedziałem od pierwszej chwili, ale łudziłem się, że może go 
uratuję.   Nie   odzyskał   już   przytomności,   co   jakiś   czas   mamrotał   tylko   jakby   przez   sen. 
Delirium niezrozumiałych słów, właściwie dźwięków, które nie przybrały postaci słów, ale 
ilekroć to się zdarzało, wstępowała we mnie nadzieja, że chłopak z tego wyjdzie. Zdawał się 
odgrodzony ode mnie tylko cieniutką zasłoną, niewidzialną membraną, która nie pozwalała 
mu przejść na stronę życia. Próbowałem go podtrzymywać na duchu, mówiłem więc do niego 
bez przerwy, śpiewałem piosenki, mając nadzieję, że w końcu coś do niego dotrze i że się 
przebudzi. Wszystko na nic. Jego stan się pogarszał. Nie przyjmował jedzenia, zwilżałem mu 
tylko wargi mokrą szmatką, nic więcej nie mogłem zrobić, ale z tego przecież nie czerpał siły. 
Widziałem, jak życie ulatuje z niego po trochu. Rana w brzuchu przestała krwawić, ale wcale 
się nie goiła. Nabrała zielonożółtej barwy, wyciekała z niej ropa, po bandażu pełzały mrówki. 
Nikt by w ten sposób nie przeżył.
Pochowałem   go   na   miejscu,   u   podnóża   góry.   Oszczędzę   ci   szczegółów.   Kopanie   grobu, 
wleczenie ciała, no i to uczucie, gdy je pchnąłem do dołu. Myślę, że już wtedy odchodziłem 
od zmysłów. Z największym trudem zmusiłem się do zasypania grobu. Rzucać mu ziemię na 
zastygłą twarz, tego już było dla mnie za wiele. Zrobiłem to z zamkniętymi oczyma, tylko w 
ten   sposób   sobie   poradziłem,   sypałem   piach   nie   patrząc.   Uporawszy   się   z   tym,   nie 
przeżegnałem się, nie odmówiłem modlitwy. Jebać Boga, powiedziałem sobie, jebać Boga, 
nie  dam   mu  tej  satysfakcji.  W   ziemię  wbiłem  kij   i  przyczepiłem  kartkę.  Edward   Byrne, 
napisałem, 1898-1916. Pochowany przez swego przyjaciela Juliana Barbera. Potem zacząłem 
krzyczeć.   Tak   to   było,   Fogg.   Jesteś   pierwszą   osobą,   której   o   tym   mówię.   Zacząłem 
wrzeszczeć i poddałem się obłędowi.

Rozdział  5

Oto jak daleko zabrnęliśmy tego dnia. Wypowiedziawszy ostatnie zdanie, Pony zawiesił głos, 
by nabrać tchu, ale nim zdążył podjąć wątek, weszła pani Hume i oznajmiła, że pora na lunch. 
Myślałem,   że   po   tych   okropnych   wspomnieniach   trudno   mu   będzie   dojść   do   siebie,   ale 
natychmiast się otrząsnął.
- Świetnie — rzekł i klasnął w dłonie. - Pora na lunch. Umieram z głodu.
Zdumiało mnie, że tak nagle przeskakuje z jednego nastroju w drugi. Przecież jeszcze przed 
chwilą   głos   mu   drżał   ze   wzruszenia.   Myślałem,   że   jest   o   krok   od   załamania   się,   a   oto 
promieniał radością, tryskał dobrym humorem.
- No, posuwamy się do przodu, chłopcze - rzekł, gdy wiozłem go do jadalni. - To jednak 
dopiero początek, przedmowa, można by rzec. Zaczekaj, aż się rozkręcę. Jeszcze niewiele 
wiesz.
Gdy usiedliśmy do stołu, słowem nie napomknął o wspomnieniu pośmiertnym. Posiłek jak 
zwykle   upłynął   przy   akompaniamencie   siorbnięć   i   mlaskania   -   ani   głośniejszych,   ani 
cichszych   niż   co   dzień.   Zupełnie   jakby   Pony   zapomniał,   że   przez   ostatnie   trzy   godziny 
wywnętrzał się przede mną. Podczas jedzenia rozmawialiśmy zdawkowo naszym zwyczajem, 
a pod koniec posiłku sprawdziliśmy prognozę pogody w gazecie z myślą o popołudniowym 
spacerze.   Tak   to   się   odbywało   przez   następne   trzy,   cztery   tygodnie.   Przed   południem 
pracowaliśmy nad wspomnieniem pośmiertnym, po południu wychodziliśmy na powietrze. 
Opowieściami   Pony'ego   wypełniłem   ponad   dziesięć   notatników,   zwykle   w   tempie 
dwudziestu,  zvdziestu kartek dziennie. Żeby nadążyć, musiałem żwawo machać długopisem i 

background image

dlatego czasem moje zapiski były ledwo czytelne. Pewnego razu zapytałem, czy moglibyśmy 
przejść na dyktafon, ale Pony się nie zgodził. Żadnej elektroniki, rzekł, żadnych urządzeń.
-  Nienawidzę odgłosów tych piekielnych wynalazków - powiedział. - Buczą i szumią, aż się 
człowiekowi robi niedobrze. Chcę tylko słyszeć, jak skrobiesz długopisem po papierze.
Powiedziałem mu, że nie jestem zawodowym sekretarzem.
-  Nie znam zasad stenografii - tłumaczyłem - i czasem nie mogę się odczytać.
— No to przepisuj wszystko na maszynie w wolnym czasie -odparł. - Dam ci maszynę Pawła. 
To   piękny,   stary   sprzęt,   kupiłem   ją   dla   niego   po   powrocie   do   Ameryki   w   trzydziestym 
dziewiątym. Underwood. Już takich nie robią. Waży ze trzy i pół tony.
Jeszcze   tego   samego   wieczora   wydobyłem   maszynę   z   dna   garderoby   w   mym   pokoju   i 
ustawiłem   na   małym   stoliku.   Odtąd   codziennie   wieczorem   poświęcałem   kilka   godzin   na 
przepisywanie porannych notatek. Była to nużąca praca, ale słowa Pony'ego wciąż miałem 
świeżo w pamięci, toteż niewiele z nich uroniłem.
Powiedział,   że   po   śmierci   Byrne'a   porzucił   wszelką   nadzieję.   Próbował   bez   przekonania 
wydostać   się   z   kanionu,   ale   wkrótce   zgubił   się   w   labiryncie   przeszkód:   skalnych   ścian, 
gardzieli, ostańców. Drugiego dnia padł mu koń, ale bez drzewa na opał porąbane mięso nie 
nadawało   się  do  jedzenia.  Bylica   nie  chciała   się  palić;   kopciła   się  i  tliła,   ale   za  nic   nie 
buchnęła   ogniem.   By  zaspokoić   głód,  Pony  przypalał  odcięte  skrawki  koniny  zapałkami. 
Starczyło na jeden posiłek. Gdy zapałki się skończyły, zostawił padłe zwierzę, wzdragając się 
przed jedzeniem surowego mięsa. Był przekonany, że czeka go rychła śmierć. Błądził wśród 
skał, wiodąc za sobą ostatniego osła, ale z każdym krokiem coraz mocniej dręczyła go myśl, 
że oddala się możliwość ratunku. Przyborów malarskich miał w bród, ale wody i jedzenia 
starczyłoby ledwie na dwa dni. Nic już nie miało jednak znaczenia. Nawet gdyby wywikłał 
się jakoś z tych tarapatów, to i tak wszystko się dla niego skończyło. Śmierć Byrne'a o tym 
przesądziła, za nic nie wróci do domu, gdyż okryłby się hańbą. Pytania, oskarżenia, utrata 
twarzy. O wiele lepiej, by myślano, że też zginął, bo przynajmniej ocali honor i nikt się nie 
dowie, jak słabym i nieodpowiedzialnym okazał się człowiekiem. To właśnie wtedy przepadł 
Julian Barber: pośrodku pustyni, wśród s«tał i w palącym słońcu zwyczajnie się unicestwił. 
Jednak w owym    czasie decyzja  ta nie wydawała  mu się aż tak drastyczna.  Nie ulegało 
wątpliwości, że wkrótce umrze, a nawet jeśli nie, to i tak jego los równałby się śmierci. Nikt 
nigdy przenigdy nie dowie się, co się stało.
Pony powiedział mi, że oszalał, ale nie wiedziałem, czy mam to rozumieć dosłownie. Po 
śmierci Byrne'a podobno wył niemal bez ustanku przez trzy dni, mażąc sobie twarz krwią z 
pościeranych dłoni, ale w danych okolicznościach takie zachowanie wcale mnie nie dziwiło. 
Sam zachowałem się podobnie podczas burzy w Parku Centralnym, a przecież znajdowałem 
się   w   znacznie   lepszym   położeniu.   To   zupełnie   zrozumiałe,   że   doprowadzony   do 
ostateczności   człowiek   krzyczy.   Powietrze   rozsadza   płuca   i   nie   można   oddychać,   trzeba 
wyrzucić je z siebie, wypuścić z całą mocą wraz z krzykiem. Inaczej udusiłby się własnym 
oddechem, zdławiłoby go samo niebo.
Rankiem czwartego dnia, gdy już skończyła mu się żywność, a w manierce została ledwie 
szklanka wody, u szczytu pobliskiego urwiska dostrzegł coś, co wyglądało na wejście do 
jaskini. Dobre miejsce, by umrzeć, pomyślał. Zakryte przed słońcem, niedostępne dla sępów, 
kryjówka tak głęboka, że nikt go nie znajdzie.
Zebrawszy odwagę, rozpoczął mozolną wspinaczkę na szczyt. Zabrała mu ona blisko dwie 
godziny i kiedy dotarł do celu, był u kresu sił, ledwo stał na nogach. Jaskinia okazała się o 
wiele większa, niż wydawała się z dołu, i Pony ze zdziwieniem zobaczył, że nie musi się 
schylać,   by   do   niej   wejść.   Odgarnął   gałęzie   przesłaniające   otwór   i   zajrzał.   Wbrew   jego 
oczekiwaniom   w   środku   nie   było   pusto.   Głęboką   na   około   sześć   metrów   pieczarę   ktoś 
umeblował: Pony ujrzał stół, cztery krzesła, kredens i wysłużony pękaty piecyk. W istocie 
było   to   mieszkanie.   Przedmioty   wyglądały   na   zadbane   -wszystko   starannie   ustawione   w 

background image

niewyszukanym, domowym szyku. Zapalił znalezioną na stole świecę i ruszył z nią w głąb 
jaskini, zaglądając w mroczne kąty, gdzie nie docierało słońce. Pod ścianą z lewej strony 
zobaczył łóżko, a na nim człowieka. Myślał, że śpi, ale kiedy odchrząknął głośno, by dać znać 
o swym nadejściu, i nie dostrzegł żadnej reakcji, nachylił się i przysunął świecę do twarzy 
nieznajomego. Wtedy zobaczył, że on nie żyje. Nie żyje to mało — został zamordowany. W 
prawym oczodole była dziura po kuli. Lewe oko patrzyło martwo w ciemność, a poduszkę 
pod głową znaczyły bryzgi krwi.
Pony odwrócił się i podszedł do kredensu, a w nim znalazł mnóstwo prowiantu. Żywność w 
puszkach, solone mięso, mąka i przyprawy kuchenne — dość, by starczyło na rok. Czym 
prędzej  rzvrządził sobie posiłek: zjadł pół bochenka chleba i dwie puszki fasoli. Nasyciwszy 
żołądek,   zabrał   się   do   usunięcia   trupa.   Obmyślił   iuż   plan,   pozostało   go   tylko   wykonać. 
Martwy   mężczyzna   z   pewnością   był   odludkiem,   rozumował   Pony,   żył   samotnie   w   tych 
górach, a jeśli tak, to pewnie niewielu ludzi o nim wiedziało. Niejedno wskazywało (ciało nie 
zaczęło się jeszcze rozkładać, nie wydzielało silnego fetoru, chleb był świeży), że morderstwo 
popełniono całkiem niedawno, być może ledwie przed kilkoma godzinami, co oznaczało, że 
jedyną osobą, która wiedziała, że mężczyzna nie żyje, jest człowiek, który go zabił. Nic nie 
przeszkodzi   mi   zająć   miejsce   tego   samotnika,   pomyślał   Pony.   Byli   mniej   więcej   w   tym 
samym wieku, tej samej postury, obaj mieli jasne włosy. Nietrudno będzie zapuścić brodę, 
włoży też ubranie tego nieszczęśnika. Odtąd będzie pędził jego żywot, zachowując się tak, jak 
gdyby dusza zmarłego weszła teraz w jego ciało. Jeżeli ktoś się zjawi na tym odludziu, on po 
prostu zagra rolę człowieka, którym nie jest - i przekona się, czy mu się uda. Miał karabin do 
obrony,  w razie  gdyby coś poszło nie tak, ale wierzył,  że jest spora szansa powodzenia, 
ponieważ prawdopodobnie odludek nie miewał zbyt wielu gości.
Zdjąwszy  z   trupa   ubranie,   wytaszczył   go   z   jaskini   i   zaciągnął   nad   ścianę   urwiska.   Tam 
dokonał najdziwniejszego odkrycia: zobaczył małą oazę położoną dwanaście metrów poniżej 
pieczary   -zielony   zakątek   z   dwoma   rosłymi   topolami,   rwącym   potokiem   i   niezliczonymi 
krzakami, których nazw nawet nie znał. Była to maleńka kraina życia pośrodku ziemi jałowej. 
Zakopując samotnika w miękkim piachu obok wody, uświadomił sobie, że w tym miejscu 
wszystko jest możliwe. Miał jedzenie i wodę, miał dom, nieoczekiwanie znalazł sobie nową 
tożsamość,   nowe   życie.   Ta   nagła   odmiana   losu   była   trudna   do   pojęcia.   Ledwie   godzinę 
wcześniej gotował się na śmierć, a teraz drżał ze szczęścia, nie mógł powstrzymać się od 
śmiechu, gdy pospiesznie sypał szpadlem ziemię na twarz zmarłego.
Mijały   miesiące.   Z   początku   Pony   zbyt   był   oszołomiony   łaską   fortuny,   by   zwracać 
baczniejszą uwagę na świat dokoła. Jadł tylko 1 spał, a gdy słońce nie prażyło zbyt silnie, 
siadał   na   głazie   przed   jaskinią   i   r>atrzył,   jak   obok   jego   nóg   przemykają   jaszczurki   o 
jaskrawym   pstrym   ubarwieniu.   Z   tego   miejsca   rozciągał   się   rozległy   widok   na   okolicę, 
obejmujący wielkie połacie terenu, ale Pony nie wpatrywał się w dal zbyt często, gdyż wolał 
ograniczyć   się   do   poznania   swego   nowego   obejścia:   chodził   z   cebrem   po   wodę,   zbierał 
drzewo na °Pał, myszkował po pieczarze. Napatrzył się już na widoki i teraz  z rozmysłem nie 
poświęcał   im   uwagi.   Lecz   pewnego   dnia   opuścił   go   raptem   spokój   i   opadło   nieznośne 
poczucie   osamotnienia.   Osaczyły   go   potworności   z   ostatnich   miesięcy   i   przez   następny 
tydzień czy dwa był o krok od popełnienia samobójstwa. W jego głowie roiły się mary i lęki i 
niejednokrotnie wyobrażał sobie, że nie żyje, że zmarł w chwili wejścia do pieczary i teraz 
jest więźniem szatańskiego życia po śmierci. Któregoś dnia w przypływie obłędu wyszedł z 
jaskini i zastrzelił osła, gdyż myślał, że zwierzę przemieniło się w zamordowanego odludka, 
w pałającego gniewem upiora, który nawiedza go, by straszyć swym opętańczym rykiem. 
Osioł znał przecież prawdę, więc Pony nie miał wyboru: musiał zlikwidować świadka swego 
szalbierstwa. Potem doszło do głosu obsesyjne pragnienie poznania tożsamości samotnika, 
więc   metodycznie   wywrócił   do   góry   nogami   całą   jaskinię   w   poszukiwaniu   jakichś 
wskazówek:   pamiętnika,   pliku   listów,   książki   z   dedykacją,   słowem   -   czegokolwiek,   co 

background image

zdradziłoby nazwisko niedawnego mieszkańca pieczary. Nic jednak nie odkrył, nie znalazł 
ani jednego strzępka informacji.
Po   dwóch   tygodniach   zaczął   z   wolna   wracać   do   siebie;   spłynął   na   niego   spokój   ducha. 
Przecież ta udręka nie może trwać wiecznie, powtarzał sobie, a to już była pociecha, ta myśl 
dodawała mu sił. Wiedział, że pewnego dnia skończą się zapasy jedzenia i wtedy będzie 
musiał odejść. Dał sobie około roku, może trochę więcej, jeżeli będzie oszczędny. Wtedy 
ludzie porzucą już nadzieję, że on i Byrne kiedykolwiek wrócą. Wątpił, by Scoresby wysłał 
jego list, ale nawet gdyby, nic by to praktycznie nie zmieniło. Wyruszy ekipa ratownicza 
opłacona   przez   Elizabeth   i   starego   Byrne'a.   Będą   się   błąkać   po   pustyni   kilka   tygodni, 
sumiennie   szukając   zaginionej   dwójki   -   z   pewnością   zostanie   wyznaczona   nagroda   -   ale 
wrócą z niczym. W najlepszym razie znajdą mogiłę Byrne'a, jednak to mało prawdopodobne. 
Ale nawet jeśli założyć, że znajdą grób, i tak nie zbliży ich to do tajemnicy Juliana Barbera. 
Julian Barber zaginął i nikt już nigdy nie trafi na jego ślad. Sprawa sprowadzała się do tego, 
by   wytrwać   do   chwili,   gdy   ustaną   poszukiwania.   W   nowojorskich   gazetach   ukażą   się 
nekrologi,   odprawi   się   nabożeństwo   za   jego   duszę   i   na   tym   koniec.   Gdy   już   będzie   po 
wszystkim, będzie mógł wyruszyć, gdzie mu się żywnie podoba, stać się, kimkolwiek chce.
Wiedział, że w jego interesie jest spowalnianie biegu wypadków. Im dłużej pozostanie w 
ukryciu, tym bezpieczniej będzie mógł potem wrócić do świata. Zaczął więc narzucać swemu 
nowemu  życiu jak najsurowszy reżim, robiąc wszystko, by maksymalnie wydłużyć czas dany 
mu w pieczarze: ograniczał się do jednego posiłku dziennie, odłożył dużo opału na zimę, dbał 
o   kondycję   fizyczną.   Sporządził   na   własny   użytek   wykresy   i   harmonogramy   i   każdego 
wieczora przed pójściem spać spisywał dokładnie zużyte danego dnia zapasy, zmuszając się 
do   przestrzegania   żelaznej   dyscypliny.   Z   początku   trudno   mu   było   dostosować   się   do 
wprowadzonego przez siebie rygoru, nierzadko ulegał pokusie i zjadał dodatkową kromkę 
chleba czy jeszcze jeden talerz gulaszu z puszki, ale wysiłek zdawał się opłacać, albowiem 
dzięki temu Pony pozostawał w stanie mobilizacji. Był to sposób sprawdzenia się w obliczu 
własnych słabości i w miarę jak rzeczywistość i ideał powoli zbliżały się do siebie, Pony 
zaczął to postrzegać jako wielki osobisty tryumf. Zdawał sobie sprawę, że w istocie to tylko 
gra,   wymagała   ona   jednak   fanatycznego   oddania   i   nadmierny   rygor   uchronił   go   od 
popadnięcia w zwątpienie.
Po dwóch czy trzech tygodniach zdyscyplinowanego życia w Ponym obudziła się na nowo 
potrzeba malowania. Pewnego wieczoru pisał jak zwykle sprawozdanie z minionego dnia, 
gdy nagle zaczął szkicować ołówkiem na sąsiedniej stronie. Nim zorientował się, co robi, 
mały rysunek górskiego szczytu był gotów. Zabrało mu to ledwie pół minuty,  ale w tym 
nagłym, nieświadomym dziele ręki ujrzał siłę, której brakło dotąd wszystkim jego pracom. 
Jeszcze tej samej nocy rozpakował przybory malarskie i odtąd aż do dnia, gdy skończyły mu 
się farby, malował, wychodząc z jaskini rankiem i spędzając cały dzień na dworze. Trwało to 
dwa i pół miesiąca i w tym czasie pokrył około czterdziestu płócien. Powiedział mi, że bez 
wątpienia był to najszczęśliwszy okres jego życia.
Pracował spętany dwoma ograniczeniami, a każde przyniosło mu inną korzyść. Po pierwsze, 
nikt   nigdy   nie   obejrzy   jego   dzieł.   To   było   przesądzone,   ale   zamiast   zrodzić   w   Ponym 
poczucie daremności, w istocie go wyzwoliło. Malował dla siebie, nie obarczony ocenami 
innych, i już samo to spowodowało fundamentalną zmianę w jego podejściu do sztuki. Po raz 
pierwszy w życiu przestał się przejmować rezultatem i w konsekwencji słowa „sukces" i 
„porażka   '   straciły   dla   niego   sens.   Odkrył,   że   prawdziwym   celem   sztuki   me   jest   wcale 
tworzenie   piękna/   Sztuka   stała   się   sposobem   pojmo-ania   rzeczywistości,   sposobem-
przeniknięcia   tajemnicy   świata   -   znalezienia   sobie   w   nim   miejsca,   a  wszelkie   estetyczne 
walory °nkretnego obrazu były właściwie przypadkowym czy też uboczskutkiem podjętego 
przez twórcę wysiłku, by dotrzeć do sedna  rzeczy. Oduczył się przyswojonych niegdyś zasad 
i   z   ufnością   patrzył   na   pejzaż   jak   na   równorzędnego   partnera,   świadomie   rezygnując   z 

background image

własnych   intencji   na   rzecz   agresji   przypadku,   napadów   spontaniczności,   nawału 
nieokiełznanych szczegółów. Już się nie bał pustki wokoło. Dzięki próbom przedstawienia jej 
na płótnie przyswoił ją sobie i teraz potrafił odczuwać jej niewzruszoność jako coś, co należy 
do   niego   w   równej   mierze,   jak   on   należał   do   milczącej   potęgi   owych   nieogarnionych 
przestrzeni. Namalowane  obrazy były surowe, powiedział mi  Pony,  wypełnione ognistym 
kolorem i dziwnym, bezwiednym ruchem - wir form i światła. Nie miał pojęcia, czy są ładne 
czy brzydkie, ale nie w tym rzecz. Były jego i wyglądały zupełnie inaczej niż prace, które 
niegdyś malował. Pięćdziesiąt lat później powiedział mi, że pamięta dokładnie wszystkie co 
do jednego.
Drugie ograniczenie było nieco subtelniejszej natury, choć na Pony'ego wpłynęło silniej niż 
pierwsze: prędzej czy później skończą mu się przybory malarskie. Przecież miał tylko tyle i 
tyle   tubek   farby,   tyle   i   tyle   płócien   i   jeżeli   nie   zaprzestałby   pracy,   pewnego   dnia   ich 
zabraknie.   Zatem   już   od   pierwszej   chwili   na   widnokręgu   widać   było   kres.   Nawet   gdy 
malował obrazy, czuł się tak, jak gdyby krajobraz znikał mu sprzed oczu. To z kolei nadawało 
doniosłość   najmniejszemu   pociągnięciu   pędzla.   Ilekroć   kończył   płótno,   przyszłość   się 
kurczyła,   z   uporem   przybliżając   go   do   chwili,   gdy   jej   nie   będzie.   Po   półtora   miesiąca 
nieustannej pracy zostało mu jedno płótno. Miał jednak jeszcze ponad dziesięć tubek farby. 
Nie zwalniając tempa, Pony odwrócił wykorzystane już płótna i zaczął malować z drugiej 
strony. Powiedział, że było to jak nadzwyczajne odroczenie wyroku i że przez następne trzy 
tygodnie  czuł się niby nowo narodzony.  Nad drugim cyklem  pejzaży pracował  z jeszcze 
większym zapałem niż nad pierwszym, a gdy już pokrył tyły wszystkich płócien, przeniósł się 
na meble w jaskini, zapamiętale machając pędzlem po kredensie, stole, krzesłach, a gdy i te 
powierzchnie zapełnił, wycisnął resztki farby ze spłaszczonych tubek, stanął przed ścianą 
pieczary i zaczął nanosić na nią zarys malowidła skalnego. Powiedział mi, że to miało być 
jego arcydzieło, ale w połowie pracy zabrakło farb.
Potem   nastała   zima.   Pony   wciąż   miał   kilka   notatników   i   pudełko   ołówków,   ale   zamiast 
przejść od malowania do rysunków, zaszył się w jaskini i mroźne miesiące spędził na pisaniu. 
W jednym zeszycie notował swe myśli i spostrzeżenia, usiłując oddać słowami to, co dotąd 
przedstawiał za pomocą formy i koloru, a w drugim dalej zapisywał wydarzenia minionego 
dnia, skrupulatnie księgując stan swych zapasów: ile prowiantu zjadł, ile jeszcze zostało, ile 
świec wypalił, ile jeszcze ma. W styczniu śnieżyło codziennie przez okrągły tydzień i Pony z 
przyjemnością patrzył, jak biel okrywa czerwone skały, całkowicie przeobrażając tak dobrze 
znany   mu   krajobraz.   Po   południu   wychodziło   słońce   i   topiło   miejscami   śnieg,   nadając 
powierzchniom piękny nakrapiany deseń, a gdy zrywał się wiatr, w powietrzu wirowały białe 
drobinki i kurz, puszczając się w krótkie, dzikie tańce. Pony stał i patrzył godzinami, nigdy 
nie   mając   dość.   Tempo   jego   życia   tak   osłabło,   że   potrafił   teraz   dostrzec   najdrobniejszą 
zmianę. Gdy zabrakło mu farb, żył chwilę w udręce niezaspokojonego łaknienia, ale wkrótce 
przekonał się, że pisanie może z powodzeniem zastąpić malowanie obrazów. Lecz już w 
połowie lutego zapełnił  wszystkie  notatniki  i nie została  ani jedna czysta  kartka.  Wbrew 
swoim   obawom   nie   rwał   włosów   z   głowy.   W   owym   czasie   tak   głęboko   już   zapadł   w 
samotność, że nie potrzebował żadnych zajęć. To niewyobrażalne, ale stopniowo świat dokoła 
zaczynał mu wystarczać.
W końcu marca przybył wreszcie pierwszy gość. Pony siedział akurat na sklepieniu pieczary, 
kiedy   u   podnóża   urwiska   pojawił   się   mężczyzna,   śledził   więc   oczami   jego   męczącą 
wspinaczkę, obserwując go bez mała godzinę, jak zbliża się krok po kroku. Gdy nieznajomy 
dotarł na szczyt, Pony czekał już na niego z karabinem w rękach. Gotował się na podobną 
sytuację setki razy, ale teraz, gdy rzecz działa się naprawdę, bal się. Wiedział, że wszystko 
wyjaśni   się  w  jednej   chwili:   czy   mężczyzna   znał   odludka,   a  jeśli   tak,   to   czy   przebranie 
wystarczy, by przekonująco odegrać rolę. Jeżeli nieznajomy to jego zabójca, wówczas nie 
będzie po co udawać. Podobnie, jeżeli to członek ekipy poszukiwawczej, ciemniak marzący o 

background image

nagrodzie. Wszystko miało się rozstrzygnąć w ciągu paru chwil, ale nim to nastąpiło, Pony 
musiał się liczyć  z najgorszym.  Uzmysłowił sobie, że grozi mu, iż do wszystkich swych 
grzechów dołoży jeszcze zabójstwo.
Pierwsze, co rzucało się w oczy, to okazała postura nieznajo-me§o, a potem jego osobliwy 
ubiór. Swą odzież zszył on z najprzeróżniejszych łat - tu kwadrat jaskrawej czerwieni, tam 
prostokąt Wękitu i biała kratka, tu kawałek wełny, ówdzie skrawek dżinsu -1 ten dziwaczny 
strój nadawał mu wygląd klowna, który zgubił swój -yrk objazdowy. Zamiast kowbojskiego 
kapelusza   z   szerokim   ron-^ern   mężczyzna   miał   na   głowie   wysłużony   melonik   z   białym 
piórem -atkniętym za wstążkę. Proste czarne włosy sięgały ramion i w   miarę jak się zbliżał, 
Pony ujrzał, że lewą połowę twarzy ma zniekształconą, zeszpeconą szeroką, szarpaną blizną, 
która biegła przez cały policzek aż do dolnej wargi. Pony uznał, że to Indianin, ale w danej 
chwili nie miało to znaczenia. Był zjawą, błaznem z koszmaru, który zmaterializował się 
wśród skał. Nieznajomy podciągnął się ze sieknięciem na sam szczyt, po czym wyprostował 
się i uśmiechnął do Pony'ego. Dzieliło ich ledwie pięć, sześć kroków. Pony uniósł karabin i 
wycelował, ale mężczyzna zdawał się tym bardziej zdziwiony niż przestraszony.
-  Ej, Tom - odezwał się niskim głosem półgłówka - co ty, nie poznajesz? To ja, twój stary 
kumpel George. Nie róbże wygłupów.
Pony zawahał  się, po czym  opuścił broń, wciąż trzymając  na wszelki wypadek  palec na 
spuście.
- A, George - mruknął niemal bezgłośnie, żeby nie zdradziła go barwa głosu.
- Zima mnie odcięła - powiedział dryblas - dlategom nie był u ciebie.
Podszedł bez lęku na tyle blisko, by mogli uścisnąć sobie dłonie. Pony przełożył karabin do 
lewej ręki, a prawą wyciągnął do powitania. Wtedy Indianin zajrzał mu nieufnie w oczy, ale 
szybko się uspokoił i niebezpieczeństwo minęło.
-  Dobrze wyglądasz, Tom - powiedział. - Naprawdę dobrze.
-  Dzięki - odparł Pony. - Ty też.
Mężczyzna wybuchnął śmiechem, wpadając w barani zachwyt, i Pony już wiedział, że mu się 
udało. Reakcja była taka, jak gdyby opowiedział najzabawniejszy dowcip stulecia, a skoro tak 
mało czyni tak wiele, nietrudno będzie podlrzymać pozory. W istocie zdumiewające było, jak 
gładko wszystko szło. Pony tylko trochę przypominał odludka, ale niechybnie siła sugestii 
była na tyle duża, że przeobrażała całkowicie naoczne, fizyczne oznaki. Indianin przybył, by 
spotkać się z samotnikiem Tomem, a ponieważ nie do pomyślenia było, by człowiek, który 
zareagował na to imię, był kimś innym niż Tomem właśnie, pospiesznie odrzucił fakty, które 
przeczyły oczekiwaniom, wszelkie różnice między dwoma Tomami kładąc na karb własnej 
zawodnej pamięci. Pony'emu sprzyjało oczywiście lo, że Indianin był prostakiem. Zresztą być 
może nawet zdawał on sobie sprawę, że mieszkaniec pieczary nie jest jego Tomem. Wdrapał 
się jednak na szczyl, by spędzić kilka godzin w towarzystwie drugiego człowieka, a ponieważ 
dostał to, czego szukał, nie dociekał jego tożsamości. W ostatecznym rozrachunku było mu 
prawdopodobnie obojętne, czy ma do czynienia z prawdziwym Tomem czy kimś innym.
Popołudnie spędzili razem, siedząc w pieczarze i paląc papierosy. George przyniósł ze sobą 
kapciuch   tytoniu,   swój   zwyczajowy   podarunek   dla   odludka   Toma,   i   Pony   z   najwyższą 
przyjemnością kopcił jednego za drugim. Po tak wielu miesiącach samotności dziwnie się 
czuł w czyimś towarzystwie i przez pierwszą godzinę z trudem wypowiadał słowa. Zatracił 
nawyk mówienia, język stawał mu kołkiem, był sztywnym, niepokornym wężem, który nie 
słuchał poleceń. Szczęściem dawny Tom też chyba nie należał do gadatliwych, gdyż Indianin 
najwyraźniej nie oczekiwał od niego nic więcej prócz paru zdawkowych zwrotów. Mimo to 
sprawiał wrażenie, że setnie się bawi, bo co trzy,  cztery zdania odrzucał do tyłu głowę i 
wybuchał śmiechem. W chwilach radości gubił wątek i zaczynał mówić na zupełnie inny 
temat, Pony więc z trudem mógł się połapać. Opowieść o rezerwacie Nawahów przemieniła 
się znienacka w relację z burdy pijackiej w saloonie, a ta z kolei w opis napadu na pociąg. 

background image

Pony dowiedział się, że jego nowy znajomy zwie się George Szkaradnopyski. Tak na niego 
ludzie wołali, ale dryblasowi najwyraźniej nie sprawiało to przykrości. Przeciwnie, można 
było odnieść wrażenie, że cieszy się, iż świat nadał mu miano, które jest wyłącznie jego 
własnością, jak gdyby lo był chlubny wyróżnik. Pony w życiu nie spolkał kogoś, kto łączyłby 
w sobie tak wielką słodycz i głupotę, słuchał więc uważnie i kiwał głową, gdy wypadało. Raz 
czy   dwa   korciło   go,   by   zapylać   George'a,   czy   słyszał   coś   o   poszukiwaniach   dwóch 
zaginionych mężczyzn, ale ugryzł się w język.
Z upływem dnia Pony stopniowo złożył do kupy szcząlkowe fakty z życia dawnego Toma. 
Nieskładne, urywane opowieści Szka-radnopyskiego przenikały się z rosnącą częstotliwością, 
zazębiając w dostatecznie  wielu punktach, by można było sklecić z nich w miarę spójną 
historię.   Drugorzędne   zajścia   się   powtarzały,   główne   wątki   miały   luki,   o   zdarzeniach   z 
począlku mowa była dopiero na końcu, niemniej Pony usłyszał dość, by domyślić się, że 
samolnik Tom zamieszany był w przestępstwa niejakich braci Greshamów, bandy wyjętych 
spod prawa Nie wiedział jednak, czy Tom uczestniczył w napadach, czy lylko użyczał szajce 
swej jaskini  jako kryjówki,  e tak czy owak zdawało się lo Iłumaczyć  w pewnym  sensie 
Popełnione   zabójslwo,   nie   mówiąc   już   o   dużych   zapasach   jedzenia   Kredensie.   Pony   nie 
dopylywał się o szczegóły z obawy, że się i, ale z lego, co powiedział Indianin, wnosił, że 
Greshamowie     prawdopodobnie wkrótce wrócą, być może pod koniec wiosny. George był 
zbyt roztrzepany, by sobie przypomnieć, gdzie teraz przebywają, ponadto ciągle zrywał się z 
krzesła i przyglądał malowidłom, kręcąc głową z podziwu. Nie wiedziałem, że tak ładnie 
malujesz, Tom, powtórzył kilkadziesiąt razy przez całe popołudnie. To najbardziej ładne, com 
kiedykolwiek   widział,   najbardziej   ładne   na   świecie.   Dodał,   że   jeśli   będzie   się   grzecznie 
zachowywał,  to może  Tom nauczy go kiedyś  tak malować.  Pony spojrzał mu  w twarz i 
odparł, że tak, może kiedyś nauczy. Było mu żal, że obce oczy obejrzały jego dzieła, ale 
jednocześnie tak pochlebna ocena sprawiła mu przyjemność, zdawał sobie bowiem sprawę, że 
Indianin będzie najprawdopodobniej jedynym recenzentem jego prac.
Po   wizycie   Szkaradnopyskiego   nic   już   nie   było   tak   jak   dawniej.   Przez   ostatnich   siedem 
miesięcy Pony wytrwale uczył się pustelniczego życia, usiłując uczynić ze swej samotności 
coś namacalnego, niezdobytą twierdzę, której mury wyznaczałyby granice jego świata, ale 
teraz, gdy w pieczarze  odwiedził  go inny człowiek,  uświadomił  sobie nietrwałość  swego 
położenia. Ludzie wiedzieli, gdzie go szukać, a skoro raz ktoś przyszedł, może przyjść i drugi. 
Należało mieć się na baczności, wyglądać intruzów, a nieustanna czujność rychło zebrała swe 
żniwo, dając mu się we znaki do tego stopnia, że całkowicie zburzyła harmonię jego świata. 
Nic   nie   mógł   na   to   poradzić.   Teraz   każdego   dnia   wyczekiwał,   wypatrywał   obcych, 
przygotowywał się na to, co prędzej czy później się wydarzy.  Z początku spodziewał się 
powrotu Szkaradnopyskiego, ale w miarę jak upływały tygodnie, a dryblas się nie pojawił, z 
wolna zaczął myśleć o Greshamach. Najsensowniejszym posunięciem byłoby oczywiście dać 
za wygraną, zebrać manatki i wynieść się na zawsze, ale coś nie pozwalało mu tak łatwo 
ustąpić   w   obliczu   niebezpieczeństwa.   Wiedział,   że   pozostawanie   w   pieczarze   jest 
szaleństwem, że to tylko pusty gest, który najprawdopodobniej przypłaci życiem, ale nie miał 
już o co walczyć prócz jaskini, nie potrafił więc zmusić się do ucieczki.
Najważniejsze było  nie dać się zaskoczyć  Greshamom. Jeżeli najdą go we śnie, jego los 
będzie przesądzony, zabiją, go, nim otworzy oczy. Przecież już raz tak zrobili, co miałoby ich 
teraz powstrzymać? Z drugiej strony, jeżeli wymyśli jakiś system ostrzegawczy, który da mu 
znać o ich przybyciu, co na tym zyska? Być może dość czasu, by zerwać się z łóżka i chwycić 
za broń, lecz jeśli trzej bracia wejdą razem, i tak będzie miał marne szansę. Więcej czasu 
zyskałby, gdyby się zabarykadował w pieczarze, zatarasował wejście kamieniami i gałęziami, 
ale wtedy pozbawi się , „o atutu: elementu zaskoczenia, bo zdradzi napastnikom swą h cność. 
Gdy tylko zobaczą obwarowane wejście, zrozumieją, że jaskini ktoś mieszka, i zareagują 
odpowiednio.   Niemal   połowę   su   na   jawie   Pony  spędzał   na   rozważaniu   tych   problemów, 

background image

dumając nad rozmaitymi strategiami, które mógłby obrać, usiłując opracować plan, który nie 
byłby   samobójstwem.   W   końcu   przestał   sypiać   w   pieczarze   i   zrobił   sobie   legowisko   w 
połowie   stoku   po   drugiej   stronie   urwiska.   George   Szkaradnopyski   wspomniał   o   słabości 
Greshamów do whisky, można było się więc spodziewać, że ludzie tego pokroju zaczną pić, 
gdy tylko rozgoszczą się w jaskini. Pewnie będą śmiertelnie znudzeni pustynią, więc może się 
urżną,   a   wtedy   alkohol   okaże   się   największym   sprzymierzeńcem   Pony'ego.   Starannie 
pozacierał rzucające się w oczy ślady swej bytności: płótna i notatniki ukrył w najgłębszym 
zakamarku pieczary i przestał palić w piecu. Z malowidłami na meblach i ścianie nic nie 
można było zrobić, ale przynajmniej piec będzie zimny, gdy Greshamowie się pojawią, więc 
może dojdą do wniosku, że tajemniczy malarz się wyniósł. Oczywiście Pony nie mógł mieć 
pewności, że tak pomyślą,'ale nie widział sposobu, jak temu zaradzić. I tak zorientują się, że 
ktoś   był   w   pieczarze   od   ich   ostatniej   wizyty,   bo   jak   inaczej   zniknęłyby   zwłoki   Toma? 
Greshamowie   zaczną   się   nad   tym   zastanawiać,   ale   gdy   połapią   się,   że   w   jaskini   ktoś 
przebywał, może przestaną się głowić. Taką przynajmniej Pony miał nadzieję, choć w obliczu 
miriad imponderabiliów nie oczekiwał zbyt wiele.
Przeżył kolejny miesiąc katuszy i wreszcie się zjawili. Był środek maja, minął więc już rok od 
wyruszenia z Nowego Jorku. Greshamowie nadjechali o zmierzchu, oznajmiając o swoim 
przybyciu nagłą wrzawą, która odbiła się echem wśród skał: gromkie głosy, śmiechy, urywek 
ochryple śpiewanej piosenki. Pony miał mnóstwo czasu, by się przygotować, ale i tak serce 
waliło mu jak młotem. Choć powtarzał sobie, by zachować spokój, na niewiele się to zdało, 
bo wiedział, że tej nocy musi położyć kres niepewności. Nie wytrzymałby dłużej.
Przykucnął na wąskim występie skalnym za pieczarą, czekając na odpowiednią chwilę, gdy 
tymczasem wokół gęstniał mrok. Usłyszał, jak nadchodzą, doszło go kilka słów o sprawach, 
których nie Pojmował, a potem jeden z nich rzekł: „Trzeba będzie chyba przewietrzyć norę, 
skoro sprzątnęliśmy  Toma".  Pozostali  dwaj zarechotali  "i zaraz  potem głosy umilkły.  To 
oznaczało, że weszli do Jaskini. Pół godziny później z blaszanej rurki sterczącej w sklepieniu 
uchodzić dym, a zaraz potem Pony poczuł zapach gotowa  nego mięsa. Przez następne dwie 
godziny nic się nie działo. Od podnóża urwiska dobiegało parskanie koni i stukot kopyt, 
tymczasem granatowy wieczór przemieniał się z wolna w czarną noc. Księżyc nie wzeszedł, 
ale niebo iskrzyło się gwiazdami. Co jakiś czas Pony łowił uchem stłumiony śmiech, ale nic 
więcej. Następnie jeden z braci wyszedł z pieczary, żeby odlać się na skały, po nim drugi. 
Pony miał nadzieję, że oznacza to, iż grają w karty i pija, ale nie mógł być tego pewien. 
Postanowił zaczekać, aż ostatni z Greshamów opróżni pęcherz, potem odsiedzieć jeszcze z 
godzinę lub półtorej. Wtedy już pewnie usną i nie usłyszą, że wchodzi do jaskini. Tymczasem 
zastanawiał się, jak poradzi sobie z karabinem tylko jedną ręką. Jeśli w jaskini będzie ciemno, 
będzie musiał trzymać zapaloną świecę, żeby widzieć cel, a nigdy nie ćwiczył strzelania jedną 
ręką. Karabin, powtarzalny winchester, trzeba było repetować po każdym strzale, a to zawsze 
robił z pomocą lewej dłoni. Mógł oczywiście włożyć sobie świecę do ust, ale niebezpiecznie 
byłoby mieć płomyk tak blisko oczu, wolał też nie myśleć, co by się stało, gdyby zajęła mu 
się broda. Zdecydował, że będzie trzymał świecę jak cygaro, a więc między wskazującym i 
środkowym palcem lewej dłoni, mając nadzieję, że pozostałymi trzema zdoła uchwycić lufę. 
Jeśli oprze kolbę karabinu o brzuch, nie o ramię, być może uda mu się repetować szybko 
prawą   ręką   po   naciśnięciu   spustu.   Ale   znów   niczego   nie   mógł   być   pewien.   To   były 
gorączkowe, spóźnione kalkulacje i siedząc w ciemności, zrozpaczony Pony przeklinał się za 
brak   wyobraźni   i   bezdenną   głupotę.   Okazało   się,   że   światło   nie   stanowi   problemu.   Gdy 
wypełzł ze swej kryjówki i podkradł się do pieczary, zobaczył, że wewnątrz pali się świeca. 
Przystanął u wejścia i wstrzymał oddech, nadstawiając ucha, gotów umknąć z powrotem na 
występ skalny, gdyby Greshamowie nie spali. Po długiej chwili usłyszał coś jak chrapnię-cie, 
ale zaraz potem dobiegły go odgłosy od stołu: westchnienie, cisza,   głuche puknięcie, jak 
gdyby ktoś odstawił szklankę. Co najmniej jeden czuwa, pomyślał Pony, ale skąd wiadomo, 

background image

że tylko jeden? Naraz rozległ się szelest tasowanych kart, potem siedem krótkich plaśnięć o 
stół i znów cisza. Potem sześć i cisza. Pięć. Cztery, trzy, dwa, jedno. Pasjans, domyślił się 
Pony,  ani chybi  pasjans. Jeden czuwał, dwaj  spali. Na pewno tak,  inaczej  rozmawialiby. 
Gracz nie odzywał się, a to mogło oznaczać tylko jedno: nie ma z kim gadać.
Pony ujął karabin w gotowości do strzału i wszedł do jaskini. Przekonał się, że nietrudno 
trzymać świecę w lewej dłoni, więc  niepotrzebnie tak panicznie się bał. Mężczyzna siedzący 
przy stole podniósł raptownie głowę i spojrzał z przerażeniem.
-  O Jezu Chryste kurwa mać - wyszeptał. - Przecież ty nie żyjesz.
-   Wszystko   ci   się   poplątało   -   odparł   Pony.   -   To   ty   nie   żyjesz.   Nacisnął   spust   i   ułamek 
sekundy. później mężczyzna targnął się do tyłu na krześle, wydając okrzyk, bo kula ugodziła 
go w pierś, po czym ucichł równie nagle. Pony zarepetował karabin i wycelował w drugiego 
brata, który właśnie gramolił się z posłania na ziemi. Jego też zabił jednym strzałem, trafiając 
prosto w twarz, a kuła wyleciała potylicą, niosąc ze sobą przez całe pomieszczenie bryzgi 
mózgu i odłamki kości. Jednak z trzecim Greshamem nie poszło tak łatwo.  Spał na łóżku  w 
głębi jaskini i   nim Pony wykończył jego braci, chwycił rewolwer i był gotów do obrony. 
Obok skroni Pony'ego gwizdnęła kula, która odbiła się rykoszetem od żelaznego pieca za jego 
plecami. Pony zarepetował i skoczył za stół po lewej stronie, niechcący gasząc przy tym obie 
świece. W jaskini zrobiło się ciemno choć oko wykol. Mężczyzna w głębi załkał histerycznie. 
Bełkotał coś o zabitym Tomie i zapamiętale strzelał na oślep. Pony znał wnętrze pieczary jak 
własną   kieszeń   i   mimo   braku   światła   wiedział   dokładnie,   gdzie   znajduje   się   przeciwnik. 
Naliczył  już sześć strzałów i zdawał sobie sprawę, że roztrzęsiony Gresham nie zdoła po 
ciemku sprawnie załadować broni, wstał więc i ruszył w kierunku łóżka. Pociągnął za spust, 
usłyszał wrzask, gdy kula dosięgła celu, zarepetował i strzelił powtórnie. W jaskini zapadła 
głucha cisza. Poczuł w nosie swąd prochu i nagle zaczął dygotać. Wytoczył się na dwór, 
osunął na kolana i zwymiotował na ziemię.
Spał u wejścia do pieczary. Obudziwszy się nazajutrz, natychmiast zabrał się do sprzątania 
ciał. Przekonał się ze zdumieniem, że nie gryzie go sumienie, że patrzy na zabitych przez 
siebie ludzi bez najmniejszego poczucia winy. Wyniósł ich po kolei z jaskini i zaciągnął do 
oazy, gdzie pogrzebał pod topolą obok odludka Toma. y>o już po południu, gdy zakopał 
ostatniego bandytę. Zmęczony,  wrócił do jaskini, by coś przegryźć, i właśnie wtedy, gdy 
usiadł za s °tem, by nalać sobie whisky Greshamów, zobaczył juki leżące P°u rożkiem. Jak mi 
powiedział, w tamtej chwili jego los znienacka °w się odmienił, w jego życiu nastąpił nagły 
zwrot. Worków było sc i kiedy wysypał zawartość pierwszego na stół, uświadomił le. że czas 
w pieczarze dobiegł końca - ot tak, nagle i nieodB wracalnie, jak opowieść w zamykanej 
książce. Na stole leżały pieniądze, a wraz z otwarciem każdego kolejnego worka stos rósł. 
Kiedy policzył  wszystko, okazało się, że samej gotówki ma dwadzieścia tysięcy dolarów. 
Wśród   pieniędzy   natrafił   na   zegarki,   bransolety,   naszyjniki,   a   w   ostatnim   worku   znalazł 
mocno   związany   plik   obligacji   na   okaziciela,   zaświadczających   o   inwestycjach   w   takie 
interesy,   jak   kopalnia   srebra   w   Kolorado,   przedsiębiorstwo   użyteczności   publicznej 
Westinghouse'a i Ford Motors, wszystko o wartości kolejnych dziesięciu tysięcy dolarów. W 
owych czasach była to zawrotna suma, powiedział mi Pony, krociowa fortuna. Zarządzana 
rozsądnie, wystarczyłaby do końca życia.
Zwrot zrabowanych  pieniędzy nigdy nie wchodził w rachubę i przez myśl  mu nawet nie 
przeszło, by udać się do władz i donieść O tym, co się stało. Rzecz nie w tym, że obawiał się, 
iż zdradzi swą tożsamość, gdy o wszystkim opowie, po prostu chciał mieć pieniądze dla 
siebie. Pragnienie było na tyle silne, że nie roztrząsał tego, co zrobił. Wziął łupy, ponieważ 
się   trafiły,   ponieważ   w   pewnym   sensie   uważał,   że   należą   do   niego,   i   to   wszystko.   Nie 
rozpamiętywał zdarzenia w kategoriach dobra i zła. Zabił z zimną krwią trzech ludzi i w 
konsekwencji postawił się poza subtelnościami podobnych rozważań. Zresztą powątpiewał, 

background image

by ktokolwiek  opłakiwał Greshamów.  Zniknęli  i rychło  świat się z tym  faktem pogodzi. 
Przywyknie do tego, podobnie jak przywykł do życia bez Juliana Barbera.
Cały następny dzień zszedł mu na sprzątaniu. Pony ustawił na swoim miejscu wywrócone 
meble, zmył  ślady krwi i schował notatniki do kredensu. Żałował, że musi się rozstać ze 
swymi  obrazami,  ale  nie było  rady,  ułożył  je więc w nogach łóżka i oparł o ścianę. To 
wszystko   zabrało   mu   ledwie   parę   godzin,   a   resztę   poranka   i   całe   popołudnie   zbierał   w 
palącym   słońcu kamienie   i  gałęzie,   żeby  zabarykadować  wejście   do pieczary.   Wątpił,   że 
kiedykolwiek   wróci,   niemniej   chciał   jak   najlepiej   zamaskować   kryjówkę.   Był   to   jego 
prywatny pomnik, grobowiec, w którym pogrzebał swą przeszłość, i ilekroć potem myślał o 
jaskini, pragnął mieć jak największą pewność,-że jest taka, jąkają zostawił. W pewien sposób 
posłużyła mu w dalszym życiu za azyl wewnętrzny, mimo że jego noga nigdy już w niej nie 
postała. Ostatniej nocy spał pod gołym niebem, a nazajutrz rano przygotował się do drogi. 
Spakował   juki,   wziął   zapas   jedzenia   i   wody,   następnie   obładował   wszystkim   konie 
Greshamów. Odjechał, zastanawiając się, co począć.
Dotąd doszliśmy w ciągu dwóch tygodni z okładem. Dawno już minęło Boże Narodzenie, a 
tydzień   później   dopełnił   się   kolejny   rok.   Pony  jednak   nie   zwracał   większej   uwagi   na   te 
cezury. Myśli rniał zaprzątnięte zamierzchłym czasem i opowieść swą snuł z niezachwianą 
wytrwałością, nic nie opuszczając, cofając się niekiedy, by dopowiedzieć nieistotny szczegół, 
rozwodząc nad najmniejszymi choćby drobiazgami, gnany pragnieniem pełnego odtworzenia 
przeszłości. Po jakimś czasie przestałem dociekać, czy mówi prawdę. Jego historia nabrała 
cech fantasmagorii i niekiedy zdawało się, że nie tyle wspomina on suche fakty ze swego 
życia,   ile   obmyśla   przypowieść,   by   oddać   życia   tego   ukryty   sens.   Pustelnia,   juki   pełne 
pieniędzy,   strzelanina   na   modłę   Dzikiego   Zachodu   -   wszystko   zdawało   się   okropnie 
naciągane,   ale   to   właśnie   niesamowitość   tej   historii   najsilniej   przemawiała   za   jej 
autentycznością. Wydawało się niemożliwe, by ktoś wyssał to wszystko z palca, ponadto 
Pony opowiadał  tak  dobrze,  z  tak  uderzającą   szczerością,  że  zwyczajnie  dałem  się  nieść 
fabule, nie dociekając, czy wypadki wydarzyły się naprawdę. Słuchałem i zapisywałem, co 
mówi,   nie   przerywałem   mu   słowem.   Mimo   wstrętu,   jaki   we   mnie   niekiedy   budził, 
dostrzegłem w nim pokrewną duszę. Stało się to wtedy, gdy doszedł do wątku jaskini. Sam 
miałem przecież wspomnienia z życia w grocie, a gdy opisał, jak samotny się wówczas czuł, 
zdałem sobie sprawę, że mówi o mnie. Moja historia była równie niedorzeczna jak jego, ale 
wiedziałem, że gdybym mu ją opowiedział, uwierzyłby w każde słowo.
Z upływem dni atmosfera w domu stawała się coraz bardziej klaustrofobiczna. Za oknami 
utrzymywała się parszywa pogoda -lodowaty deszcz, ulice skute mrozem, przenikający do 
szpiku kości wiatr - więc na pewien czas zaprzestaliśmy spacerów. Pony podwoił wówczas 
nasze posiedzenia: zamykał się po lunchu w swym pokoju na drzemkę i wyjeżdżał z niego 
rześki o wpół do trzeciej albo trzeciej, gotów mówić przez następnych kilka godzin. Nie mam 
pojęcia, skąd czerpał siły, by pracować w tak szybkim tempie, ale oprócz nieco częstszych 
przerw między zdaniami dla nabrania tchu głos nigdy go nie zawiódł. Zacząłem żyć w tym 
głosie,  jak  gdyby   to  było   pomieszczenie,   pokój  bez   okien,  który  kurczył  się   i  kurczył   z 
upływem każdego dnia. Teraz Pony niemal bez przerwy nosił czarne łatki na oczach i nie 
miałem już żadnych złudzeń, że łączy nas jakaś więź. Był sam na sam ze swoją opowieścią 
wykluwającą się w głowie, a ja sam na sam ze słowami płynącymi z jego ust. Wypełniały 
każdy cal przestrzeni wokół mnie i w końcu nie było  już czym oddychać. Gdyby nie Kitty, 
prawdopodobnie bym się nimi udusił. Po pracy zwykle udawało mi się spotkać z nią na kilka 
godzin,   spędzaliśmy   razem   jak   największą   część   nocy.   Kilkakrotnie   wracałem   dopiero 
wczesnym rankiem. Pani Hume wiedziała, dokąd mnie nosi, ale trudno mi powiedzieć, czy 
wiedział Pony, w każdym razie nigdy nie rzekł słowa na ten temat. Dla niego liczyło się tylko, 
bym się stawił na śniadanie o ósmej, i pod tym względem nigdy nie sprawiłem mu zawodu.

background image

Po opuszczeniu jaskini przemierzał przez kilka dni pustynię, aż dotarł do Bluff. Odtąd poszło 
już   łatwiej.   Ruszył   na   północ,   posuwając   się   z   wolna   od   miasteczka   do   miasteczka,   aż 
wreszcie pod koniec czerwca wrócił do Salt Lakę City, gdzie biegła kolej i gdzie kupił bilet 
do San Francisco. To właśnie w Kalifornii wymyślił sobie nowe nazwisko: stał się Thomasem 
Ponym, gdy pierwszego wieczora wpisywał się do księgi hotelowej. Przyjmując imię „Tho-
mas", chciał uczcić pamięć Morana, i dopiero gdy odłożył pióro na ladę, uświadomił sobie, że 
tak miał na imię również odludek z jaskini, a więc i on sam, przez ponad rok w tajemnicy 
zajmujący jego miejsce. Uznał ten zbieg okoliczności za dobry znak, jak gdyby z całą mocą 
potwierdziła się nieuchronność jego wyboru. Jeżeli zaś chodzi o nazwisko, to powiedział, że 
powinienem się obejść bez przypisu i sam to rozwikłać. Już wcześniej mi zdradził, że to 
skrótowiec, i jeżeli trafnie postrzegałem jego naturę, to chyba odgadłem, skąd się wziął pan 
Pony. Pisząc imię „Thomas", przypomniał sobie prawdopodobnie o niewiernym Tomaszu. 
Niewierny. Drogą skojarzenia z tego przymiotnika w formie męskoosobowej narodził się inny 
Tomasz: pieprzony, który przez wzgląd na obyczajowość zmienił się w „p... ony". Tak oto 
pojawił się na świecie Thomas Pony, czyli człowiek, który przepieprzył swe życie. Znając 
jego   zamiłowanie   do   okrutnych   żartów,   wyobrażam   sobie,   jak   bardzo   był   z   siebie 
zadowolony.
Niemal od samego początku czekałem, że opowie mi o nogach. Skalisty stan Utah wydawał 
mi się odpowiednim miejscem dla tragicznego wypadku, ale każdego dnia historia posuwała 
się dalej, a on wciąż nic nie mówił o przyczynach swego kalectwa. Wędrówka ze Scoresbym i 
Byrne'em,   spotkanie   z   George'em   Szkaradnopy-skim,   strzelanina   z   Greshamami:   ze 
wszystkich   przygód   wychodził   bez   szwanku.   Teraz   był   już   w   San   Francisco   i   zacząłem 
podejrzewać,  że   nigdy  się  nie   dowiem,  dlaczego   jest  przykuty   do  wózka.   Ponad  tydzień 
opowiadał,   jak   ulokował   pieniądze:   wyliczał   poczynione   inwestycje,   zawarte   umowy 
finansowe, ryzykowne transakcje   na giełdzie. W ciągu dziewięciu miesięcy znów stał się 
bogatym człowiekiem, niemal tak bogatym jak niegdyś: posiadał dom na Russian Hill wraz ze 
służbą, miał kobiety na zawołanie, obracał się w najwytworniejszych kręgach towarzyskich. 
Być  może wchłonęłoby go to życie  na dobre (nie inne w istocie od tego, które wiódł w 
młodości),   gdyby   nie   pewne   zdarzenie   w   rok   po   opuszczeniu   jaskini.   Zaproszony   na 
uroczystą kolację wraz z dwudziestoma innymi gośćmi, natknął się na kogoś z przeszłości, 
człowieka,  który przez  dziesięć  lat robił  interesy z jego ojcem w Nowym  Jorku. Alonzo 
Riddle był już wtedy w podeszłym wieku, ale kiedy przedstawiono mu Pony'ego i uścisnęli 
sobie dłonie, od razu go rozpoznał. Wyrwało mu się nawet, że Pony wygląda kropla w kroplę 
jak ktoś, kogo dawniej znał. Pony usiłował obrócić to w żart, wspominając o teorii, wedle 
której każdy człowiek ma podobno swego sobowtóra, ale Riddle zbyt był poruszony jego 
widokiem, by dać się zbyć tak łatwo, i zaczął opowiadać towarzystwu historię zniknięcia 
Juliana Barbera. Dla Pony'ego nadeszła okropna chwila i resztę wieczoru przesiedział jak na 
szpilkach,   zdjęty   panicznym   strachem,   niezdolny   się   uwolnić   od   zakłopotanych   i 
podejrzliwych spojrzeń Riddle'a.
Zdarzenie   to   uświadomiło   mu,   jak   niepewna   jest   jego   sytuacja.   Prędzej   czy   później 
niechybnie znów napotka znajomego z dawnych czasów i nie było żadnej gwarancji, że i tym 
razem   by   mu   się   upiekło.   Każda   następna   osoba   będzie   pewniejsza   swego,   bardziej 
dociekliwa i zanim Pony się obejrzy, zedrą mu maskę z twarzy. Natychmiast przedsięwziął 
więc środki ostrożności: przestał wydawać przyjęcia i przyjmować zaproszenia, ale wiedział, 
że na dłuższą metę to nie wystarczy. Ludzie zauważą, że usunął się w cień, a to tylko zrodzi 
ciekawość i stanie się tematem plotek, które mogą mu napytać biedy. Był listopad 1918 roku. 
Właśnie podpisano zawieszenie broni i Pony zdał sobie sprawę, że jego dni w Ameryce są 
policzone. Jednak nie potrafił nic począć z tą świadomością. Popadł w apatię, nie mógł się 
zmusić   do   układania   planów,   rozważenia   możliwości,   które   się   przed   nim   otwierały. 
Dręczony poczuciem winy, że zmarnował sobie życie, roił, że wraca na Long Island z jakimś 

background image

wierutnym kłamstwem na ustach, dzięki któremu wytłumaczy swą długą nieobecność. Takie 
posunięcie nie wchodziło w rachubę, ale Pony uczepił się tego nieziszczalnego pomysłu jak 
szansy odkupienia i z uporem wymyślał jedno usprawiedliwienie za drugim. Nie potrafił się 
jednak zmusić do działania. Przez kilka miesięcy ukrywał się przed światem, za dnia sypiając 
w zaciemnio nym pokoju, w nocy wypuszczając się do Chinatown. Zawsze do Chinatown. 
Nigdy nie chciał tam chodzić i nigdy nie miał dość siły, by się powstrzymać. Wbrew swej 
woli zaczął odwiedzać burdele, palarnie opium i salony gry, które kryły się w labiryntach 
wąskich   uliczek.   Powiedział   mi,   że   szukał   zapomnienia,   usiłował   unurzać   się   w   brudzie 
dorównującym   pogardzie,   którą   czuł   do   siebie.   Jego   noce   przesycone   były   miazmatami 
zepsucia: terkoczące ruletki i kłęby dymu, szczerbate Chinki o dziobatych twarzach, duszne 
pokoiki i fale mdłości. Rozhulał się na tyle, że do sierpnia zmarnotrawił blisko jedną trzecią 
swego majątku. Szalałby tak do upadłego, powiedział mi, aż by się wykończył albo stracił 
wszystkie pieniądze, lecz dopadło go przeznaczenie i złamało wpół. Nic bardziej nagłego i 
okrutniejszego nie mogło mu się przydarzyć, ale zgotowana znienacka przez los udręka była 
dobrodziejstwem, bo nic prócz tragedii już by go nie uratowało.
Padało tej nocy. Wracał do domu po kilku godzinach spędzonych w Chinatown, zamroczony 
dawką   narkotyku,   ledwie   świadom,   gdzie   się   znajduje.   Minęła   trzecia,   a   może   czwarta. 
Wchodził na strome wzgórze, gdzie mieszkał, przystając dla wytchnienia niemal przy każdej 
latarni. Tuż po wyjściu z lokalu zgubił parasol i był już przemoczony do suchej nitki. Z 
powodu deszczu bębniącego w chodnik i otępienia od opium nie usłyszał kroków za plecami. 
W jednej chwili wlókł się ulicą pod górę, a w następnej jakby gmach zwalił mu się na głowę. 
Nie miał pojęcia, co to było - pałka, cegła, kolba rewolweru - mogło być cokolwiek. Poczuł 
silne   uderzenie,   potworny   cios   w   potylicę   i   natychmiast   padł   jak   długi   na   chodnik. 
Przytomność  stracił   tylko  na  moment;  następne,   co  pamiętał,  to  krople  wody  na  twarzy. 
Zsuwał się stromizną, zjeżdżając po śliskiej nawierzchni z taką prędkością, że nie mógł nad 
nią zapanować: głową w dół, na brzuchu, machając bezradnie rękoma i nogami, próbując 
uchwycić się czegoś, by przerwać zawrotną jazdę. Miotał się na wszystkie strony, ale nie 
zdołał się zatrzymać, nie zdołał wstać, sunął dalej jak ranny owad. W pewnej chwili wygiął 
ciało w taki sposób, że pęd poniósł go ukośnie, i naraz zorientował  się, że zsunie się z 
chodnika, przetnie krawężnik i wypadnie na ulicę. Przygotował się na podskok, ale gdy był 
już na skraju asfaltu, znów się obrócił o osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt stopni i gruchnął 
prosto w latarnię, uderzając z rozpędu plecami w metalowy słup. W tej samej chwili coś 
głośno   chrupnęło   i   poczuł   ból,   jakiego   nigdy   jeszcze   nie   zaznał,   ból   tak   groteskowy   i 
przemożny, że zdało mu się, iż jego ciało rozsadziła eksplozja.
Nie podał mi dokładnej diagnozy obrażeń. Najważniejsza była prognoza i niebawem lekarze 
wydali jednomyślne orzeczenie. Stracił władzę w nogach i żadna terapia nie rokuje nadziei. 
Nigdy już nie będzie chodził. O dziwo, rzekł mi Pony, wieść tę przyjął ż ulgą. Został ukarany, 
a ponieważ kara była okrutna, sam już więcej nie musiał się karać. Zapłacił za swoje grzechy 
i oto nagle był oczyszczony: żadnego poczucia winy, obaw, że się zdradzi, lęków. Gdyby 
wydarzyła się inna tragedia, być może nie wpłynęłaby w ten sposób na niego, ale ponieważ 
nie   widział   napastnika,   ponieważ   nie   pojmował,   dlaczego   w   ogóle   został   napadnięty, 
zmuszony   był   postrzegać   to   zdarzenie   jako   karę   boską.   Wymierzono   sprawiedliwość   w 
najczystszej   postaci;   brutalny,   anonimowy   cios   spadł   na   niego   z   nieba   i   zgruchotał   go, 
władczo   i   bezlitośnie.   Nie   było   czasu,   by   się   bronić   albo   dowodzić   swych   racji.   Proces 
dobiegł końca, nim Pony zorientował się, że się rozpoczął - sędzia ogłosił wyrok i wyszedł z 
sali.
Przez dziewięć miesięcy dochodził do siebie (w tej mierze, w jakiej było to możliwe), po 
czym zaczął się przygotowywać do wyjazdu z kraju. Sprzedał dom, cały kapitał przelał na 
konto w Szwajcarii i kupił fałszywy paszport na nazwisko Thomas Pony od człowieka o 
anarchistyczno-syndykalistycznych   powiązaniach.   Naloty   Palmera*   szły   już   wtedy   pełną 

background image

parą,   linczowano   członków   Światowego   Związku   Robotników   Przemysłowych**, 
aresztowano Sacca i Yanzettiego***, a większość radykalnych ruchów zeszła do podziemia. 
Fałszerzem paszportów był  emigrant z Węgier, który pracował w zagraconej  suterynie  w 
Mission,   i   Pony   pamiętał,   że   słono   zapłacił   za   jego   dzieło.   Mężczyzna   był   na   granicy 
załamania   nerwowego,   a   ponieważ   podejrzewał   Pony'ego,   że   jest   tajnym   agentem,   który 
aresztuje go w chwili odbierania fałszywego paszportu, opóźniał pracę przez kilka tygodni, 
znajdując pokrętne wymówki, ilekroć minął kolejny termin. Przy okazji cena szła w górę, * 
Siódmego   listopada   1919   roku   prokurator   generalny   Mitchell   Palmer   zarządził   obławy 
policyjne   na   radykałów   politycznych   obcego   pochodzenia,   co   było   wynikiem   podłożenia 
bomby   pod   jego   dom.   Schwytani   podlegali   deportacji   do   Związku   Radzieckiego   z 
pogwałceniem wszelkich zasad prawnych (przyp. tłum.).
** Rewolucyjna organizacja robotnicza utworzona w Stanach Zjednoczonych .w 1905 roku 
(przyp. tłum.).
*** W maju 1920 roku, w efekcie nasilenia się lęków społeczeństwa amerykańskiego przed 
bolszewizmem   i   „obcymi   wpływami",   aresztowano   Włochów   Nicolę   Sacca   i   Bartolomea 
Yanzettiego  pod zarzutem  napadu z bronią w ręku i popełnienia  zabójstwa. Mimo  braku 
przekonujących   dowodów   zostali   oni   skazani   na   śmierć   w  procesie   sądowym,   w   którym 
doszły do głosu uprzedzenia rasowe i polityczne. Po odrzuceniu wszystkich apelacji wyrok 
wykonano w sierpniu 1927 roku (przyp. tłum.).
ale ponieważ pieniądze były najmniejszym zmartwieniem Pony'ego, przełamał on w końcu 
impas, proponując podwójną stawkę, jeśli paszport będzie gotów nazajutrz rano o dziewiątej. 
Oferta była zbyt kusząca, by Węgier się nie połakomił - cena wynosiła teraz ponad osiemset 
dolarów - i kiedy następnego dnia Pony wręczył mu pieniądze i nie aresztował, anarchista 
rozkleił się i wybuchnął płaczem, histerycznie całując go po rękach z wdzięczności. To była 
ostatnia osoba w Stanach, z którą Pony miał do czynienia przez następnych dwadzieścia lat, i 
widok tego udręczonego człowieka na zawsze zapadł mu w pamięć. Z Ameryki zrobiło się 
piekło i żegnał się z nią bez najmniejszego żalu.
We wrześniu 1920 roku wsiadł na parowiec „Descartes" i popłynął do Francji przez Kanał 
Panamski.   Nie  było  szczególnego  powodu, by  jechać   akurat  do  Francji,  ale  nie  było  też 
powodu, by nie jechać. Przez pewien czas Pony rozważał wyjazd do jakiegoś kolonialnego 
zakątka - do Ameryki Środkowej, na przykład, albo na którąś z wysp na Pacyfiku - ale myśl o 
spędzeniu   reszty   życia   w   buszu,   nawet   jako   kacyk   niewinnych   jak   dzieci   tubylców,   nie 
przemawiała do jego wyobraźni. Nie szukał raju, pragnął tylko znaleźć kraj, w którym nie 
będzie się nudził. Anglia nie wchodziła w rachubę (pogardzał Anglikami) i choć Francuzi byli 
niewiele lepsi, miał miłe wspomnienia z młodości, gdy spędził rok w Paryżu. Ciągnęło go do 
Włoch,   ale   o   wyborze   kraju   przesądził   fakt,   że   francuski   był   jedynym   obcym   językiem, 
którym mówił płynnie. Przynajmniej czeka go wyśmienita kuchnia i dobre wina. Prawda, że 
w Paryżu musiał się liczyć z dużym prawdopodobieństwem spotkania kogoś z kręgu dawnych 
nowojorskich  przyjaciół,  ale groźba takiego  zdarzenia  już go nie  przerażała.  Wypadek  to 
zmienił. Julian Barber nie żył. On był Thomasem Ponym, kalekim ekspa-triantem przykutym 
do wózka inwalidzkiego, i jeżeli ktoś zakwestionuje jego tożsamość, każe śmiałkowi iść do 
diabła. Nic prostszego. Nie obchodziło go już, co sobie ktoś pomyśli, a jeśli to oznaczałoby, 
że znów będzie musiał kłamać, to niech tak będzie, skłamie. Cała sprawa i tak była licho 
warta, nie miało znaczenia, jak postąpi.
Pony opowiadał dalej o sobie przez kolejne dwa czy trzy tygodnie, ale jego historia nie była 
już tak frapująca. Najważniejsze zostało powiedziane,  wszystkie  karty odkryte,  wszystkie 
ciemne sprawy wyświetlone. Punkty zwrotne w jego życiu miały miejsce w Ameryce,  w 
okresie między wyjazdem do Utah a wypadkiem na ulicy San Francisco, po przyjeździe zaś 
do Europy historia ta stała się po prostu jeszcze jedną historią, zapisem faktów i wydarzeń, 
opowieścią o przemijaniu czasu. Czułem, że Pony jest tego świadom, i choć nie dał mi tego 

background image

wprost do zrozumienia, styl jego narracji się zmienił, uleciała z niej bowiem dotychczasowa 
skrupulatność i żar. Z większą swobodą czynił teraz dygresje, zdarzało mu się zgubić wątek, a 
niekiedy nawet wyraźnie sobie przeczył. Pewnego dnia stwierdził, na przykład, że pozostałe 
lata zeszły mu na bezczynności - czytał książki, grał w szachy, przesiadywał w bistrach na 
rogach ulic - nazajutrz zaś zmienił front o sto osiemdziesiąt stopni i zaczął opowiadać o 
skomplikowanych interesach, które prowadził, o obrazach, które najpierw malował, potem 
niszczył, o kupionej księgarni, o pracy jako agent wywiadu, o zbieraniu pieniędzy dla armii 
republikańskiej w Hiszpanii. Nie ulegało wątpliwości, że zmyśla, ale zauważyłem, że czyni to 
bardziej z nawyku niż z zamiarem zwiedzenia mnie. Pod koniec opowiedział wzruszająco o 
swej przyjaźni z Pawłem Shumem, szczegółowo opisał, w jaki sposób nadal zażywał uciech 
cielesnych mimo swego kalectwa, wygłosił parę płomiennych tyrad dotyczących własnych 
teorii wszechświata: energia elektryczna myśli, spójność materii, wędrówka dusz. Ostatniego 
dnia zrelacjonował, jak razem z Pawłem uciekł z Paryża przed wojną, i ponownie wrócił do 
spotkania z Teslą w Bryant Park, na czym bez uprzedzenia zakończył.
-  Będzie tego - rzekł. - Na tym poprzestaniemy.
-  Ale mamy jeszcze godzinę do lunchu - zaprotestowałem, spojrzawszy na zegar stojący na 
gzymsie kominka. - Dość czasu, żeby przejść do następnych wydarzeń.
- Nie sprzeciwiaj mi się, chłopcze. Kiedy mówię „dość", znaczy „dość".
-  Ale przecież doszliśmy tylko do trzydziestego dziewiątego roku. Zostało jeszcze trzydzieści 
lat.
—  Nie są ważne. Możesz się z nimi uporać w jednym, dwóch zdaniach.  „Po wyjeździe  z 
Europy   na początku drugiej   wojny światowej pan Pony wrócił do Nowego Jorku, gdzie 
spędził ostatnich trzydzieści lat swego życia". Coś w tym rodzaju. To nie powinno być trudne.
- A więc nie skończyliśmy tylko na dzisiaj, ale w ogóle, tak? To już wszystko?
- Wydawało mi się, że jasno się wyraziłem.
- Rozumiem. Nie widzę w tym sensu, ale rozumiem.
—   Czas się kończy,  głupcze, dlatego nie możemy  dłużej zwlekać. Jeśli natychmiast  nie 
weźmiemy się za to cholerne wspomnienie pośmiertne, to już nigdy go nie wysmażymy.
Przez   następnych   dwadzieścia   dni   zasiadałem   co   rano   w   swym   pokoju   i   na   starym 
underwoodzie pisałem różne wersje życiorysu Pony'ego. Krótka przeznaczona była dla gazet - 
pięćset beznamiętnych słów, które mówiły jedynie o suchych faktach - natomiast pełniejszą, 
zatytułowaną Tajemniczy żywot Juliana Barbera, dość barwną opowieść na trzy tysiące słów, 
Pony polecił mi wysłać po swej śmierci do redakcji pewnego pisma o sztuce. Trzecia wersja, 
licząca ponad sto stron, była ujednoliconym, wiernym zapisem z naszych posiedzeń i nad nią 
właśnie najciężej pracowałem, starannie usuwając powtórzenia i wulgarne zwroty, szlifując 
zdania,   usiłując   słowo   żywe   przemienić   w   pisane   bez   uszczerbku   dla   jego   wyrazistości. 
Przekonałem   się,   że   jest   to   zadanie   trudne   i   najeżone   pułapkami   i   w   wielu   wypadkach 
musiałem przerabiać całe ustępy, by zachować wierność wobec oryginalnego brzmienia. Nie 
wiedziałem, jaki użytek Pony zamierza zrobić z tej autobiografii (nie było to już przecież 
wspomnienie pośmiertne), ale najwyraźniej zależało mu bardzo, by była jak najlepsza, gdyż 
zmuszał mnie do ciągłych poprawek, łajając i wrzeszcząc, ilekroć przeczytałem zdanie, które 
nie przypadło  mu  do gustu. Każdego popołudnia w pocie czoła redagowaliśmy wspólnie 
tekst,   krusząc   kopie   o   najdrobniejsze   niuanse   stylistyczne.   Było   to   wyczerpujące 
doświadczenie dla nas obu (dwie uparte dusze sczepione w śmiertelnym boju), ale wreszcie 
doszliśmy   do   zgody   w   sprawie   ostatniego   przecinka   i   z   początkiem   marca   praca   była 
ukończona.
Nazajutrz znalazłem na moim łóżku trzy książki. Wszystkie napisał jeden autor nazwiskiem 
Solomon   Barber   i   choć   Pony   nie   wspomniał   mi   o   nich   ani   słowem   przy   śniadaniu, 
domyśliłem się, że on mi je podrzucił. To była jego typowa zagrywka - niejasno, nie wprost, 
pozornie bez uzasadnienia — ale znałem go już wtedy na tyle dobrze, by pojąć, że każe mi 

background image

przeczytać te książki. Choćby z uwagi na nazwisko autora polecenie zdawało się mieć jakiś 
głębszy   cel.   Kilka   miesięcy   wcześniej   starzec   mówił   o   konsekwencjach   i   teraz 
podejrzewałem, że jest już prawie gotów, by mi o nich opowiedzieć.
Książki   dotyczyły   historii   Ameryki   i   każdą   wydała   inna   oficyna   uniwersytecka:   Biskup 
Berkeley  i  Indianie  (1947),  Dzieje  osady Roanoke   (1955)  i  Amerykańska   głusza  (1963). 
Notki biograficzne na obwolutach były lapidarne, ale złożywszy do kupy skąpe informacje 
dowiedziałem się, że w 1944 roku Solomon Barber uzyskał doktorat z historii, jest autorem 
licznym  artykułów publikowanych  w pismach naukowych i wykładał na kilku uczelniach 
Środkowego     Zachodu.   Istotny   był   rok   1944.   Jeżeli   Pony   zapłodnił   swą   żonę   tuż   przed 
odjazdem   w   1916   roku,   rok   później   urodziłby   mu   się   syn,   który   w   1944   roku   miałby 
dwadzieścia siedem lat - odpowiedni wiek dla kogoś, kto robi doktorat. Na pierwszy rzut oka 
wszystko pasowało, ale dobrze wiedziałem, że nie należy wyciągać pochopnych wniosków. 
Upłynęły kolejne trzy dni, nim Pony poruszył temat i dopiero wtedy okazało się, że moje 
podejrzenia były trafne.
-   Pewnieś nie zerknął na te książki, które zostawiłem ci w pokoju? - zapytał tonem tak 
niewinnym, jak gdyby prosił o kolejną kostkę cukru do herbaty.
-  Owszem, zerknąłem - odrzekłem. - Niech pan sobie wyobrazi, że nawet je przeczytałem.
-  Zadziwiasz mnie, chłopcze. Biorąc pod uwagę twój młody wiek, zaczynam sądzić, że jest 
jeszcze dla ciebie nadzieja.
-  Dla każdego jest nadzieja, proszę pana. Dzięki temu świat się kręci.
- Oszczędź mi złotych myśli, Fogg. Lepiej powiedz, co myślisz o tych książkach?
-  Świetne. Lekkie pióro, rzeczowa argumentacja, mnóstwo nowych dla mnie informacji.
-  Na przykład?
-   Na przykład nigdy nie wiedziałem o planach Berkeleya uczenia Indian na Bermudach, 
nigdy też nie wiedziałem, że mieszkał kilka lat na Rhode Island. To było dla mnie odkrycie, 
ale najbardziej zafrapowała mnie ta część książki, gdzie Barber łączy doświadczenia życiowe 
Berkeleya z jego filozoficznymi pracami na temat postrzegania rzeczywistości. Błyskotliwe i 
oryginalne. Bardzo wnikliwe.
-  A pozostałe dwie książki?
— Tak samo. O Roanoke też niewiele wiedziałem. Wydaje mi się, że Barber przekonująco 
wyjaśnia   tajemnicę.   Zgodziłbym   się   z   nim,   że   zaginieni   osadnicy   przeżyli   łącząc   się   z 
Indianami   plemienia   Kroatanów   z   sąsiedniej   wyspy.   Podobało   mi   się   też   tło   dotyczące 
Raleigha i Thomasa Harriota. Czy pan wie, że Harriot był pierwszym człowiekiem, który 
oglądał   Księżyc   przez   lunetę?   Zawsze   myślałem,   że   pierwszy   był   Galileusz,   ale   Harriot 
uprzedził go o kilka miesięcy.
-  Tak, chłopcze, wiedziałem. Daruj sobie wykłady.
- Odpowiadam tylko na pańskie pytanie. Pytał pan, czego się dowiedziałem, więc mówię.
-  Nie odszczekuj mi się. Ja tu zadaję pytania, zrozumiano?
 -  Zrozumiano. Może pan pytać o wszystko i nie trzeba się czaić.
-  Jak to?
- Tak to. Sam pan mówił, że nie mamy już czasu do stracenia. Podrzucił mi pan te książki do 
pokoju, bo chce mi pan coś powiedzieć. Niech więc pan powie wprost.
-  Aleśmy dzisiaj pyskaci, ho, ho!
-  No bo nietrudno się domyślić.
-  Pewnie, że nie. Przecież właściwie już ci powiedziałem.
-  Mhm. Solomon Barber to pański syn.
Pony milczał długą chwilę, jak gdyby z niechęcią godził się na taki obrót rozmowy. Patrzył 
przed siebie. Naraz zdjął z nosa ciemne okulary i zaczął przecierać szkła chusteczką - zbędna, 
niedorzeczna czynność w wypadku ślepca - po czym odchrząknął gdzieś w głębi trzewi.

background image

-  Solomon - mruknął. - Zaiste, okropne imię. Ale ja nie miałem z tym nic wspólnego, rzecz 
jasna. Trudno wybrać imię dla kogoś, o czyim istnieniu nie ma się zielonego pojęcia.
-  Znacie się?
-  Nie widzieliśmy się nigdy na oczy. Myśli, że jego ojciec umarł w Utah w 1916 roku.
-  Kiedy się pan dowiedział, że ma pan syna?
-  W tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym. Za sprawą Pawła Shuma, to on otworzył mi 
oczy. Pewnego dnia przyniósł tę książkę o biskupie Berkeleyu. Był zapalonym czytelnikiem, 
ten   mój   Paweł,   pewnie   już   ci   to   mówiłem.   No   i   gdy   wspomniał   o   młodym   historyku 
nazwiskiem Barber, od razu nastawiłem ucha. Paweł nic nie wiedział o moim dawnym życiu, 
zmuszony byłem zatem udawać, że jestem zainteresowany książką, bo chciałem dowiedzieć 
się czegoś o autorze.   Wtedy jeszcze nie miałem żadnej pewności. Barber to przecież dość 
pospolite nazwisko i nie było powodów domniemywać, że cokolwiek wiąże ze mną tego 
Solomona. Ale miałem przeczucie, a jeżeli nauczyłem się czegoś w mej głupiej karierze jako 
istota ludzka, to właśnie tego, by ufać swym przeczuciom. Na użytek Pawła wymyśliłem więc 
historyjkę, choć to pewnie nie było konieczne.   Skoczyłby dla mnie w ogień, gdybym go 
poprosił.   Choć   potrzebowałem   tylko   paru   informacji,   uznałem,   że   ryzykowne   byłoby, 
gdybym  otwarcie się do tego zabrał, więc powiedziałem Pawłowi, że myślę o powołaniu 
fundacji, która przyznawałaby co roku nagrodę     młodemu, zasługującemu na wyróżnienie 
człowiekowi pióra. Ten Barber to chyba obiecujący autor,  rzekłem, przyjrzyjmy mu się bliżej 
i   zobaczmy,   czy   nie   przydałoby   mu   się   trochę   pieniędzy.   Paweł   podszedł   do   tego   z 
entuzjazmem. W jego przekonaniu nie było nic wartościowszego na świecie od promowania 
życia umysłowego.
- A pańska żona? Nie dowiedział się pan, co się z nią potem -działo? Przecież nie byłoby 
trudne dowiedzieć się, czy miała syna czy nie. Istniało pewnie ze sto sposobów.
— Niewątpliwie. Ale przyrzekłem sobie, że nie odszukam Eli-zabeth. Korciło mnie, a pewnie 
- nienaturalne byłoby, gdyby mnie nie korciło - ale jednocześnie nie chciałem otwierać tej 
starej   puszki   Pandory.   Przeszłość   należała   do   przeszłości,   dla   mnie   była   zamknięta.   Czy 
Elizabeth   żyje,   czy   umarła,   czy   wyszła   drugi   raz   za   mąż,   po   co   było   mi   to   wiedzieć? 
Zmusiłem się do pozostania w cieniu. Taka postawa wymagała dużego wysiłku, a to z kolei 
pomogło   mi   nadal   być   tym,   kim   byłem.   Dla   mnie   nie   było   powrotu   -  to   najważniejsze. 
Żadnych żalów, rozpamiętywania, skrupułów. Rezygnując z Elizabeth zachowałem siłę.
-  Ale o synu chciał się pan czegoś dowiedzieć.
-   Bo to co innego. Jeżeli za moją sprawą na świecie pojawił się nowy człowiek, miałem 
prawo o tym wiedzieć. Chciałem tylko poznać fakty, nic więcej.
-  Dużo czasu zabrało Pawłowi zdobycie informacji?
-   Nie.  Namierzył  Solomona Barbera i  dowiedział się,  że wykłada on na uczelni w jakiejś 
pipidówce na Środkowym Zachodzie — Iowa czy Nebraska, już nie pamiętam. Paweł napisał 
do niego list na temat książki, list od wielbiciela, by tak rzec. Odtąd wszystko potoczyło się 
już gładko. Mile połechtany, Barber przysłał odpowiedź, a wtedy Paweł napisał jeszcze raz, 
że niby przypadkiem będzie jechał przez Nebraskę lub Iowę,  więc czy  mogliby  się spotkać. 
Barber odpisał, że z miłą chęcią, no i tyle. Paweł pojechał koleją do Iowy czy Nebraski, 
spędzili razem wieczór, a potem wrócił i wiedziałem już wszystko, co chciałem wiedzieć.
- To znaczył ~ To znaczy, że Solomon Barber urodził się w Shoreham na Long Island w 
tysiąc dziewięćset siedemnastym roku. Jego ojcem był artysta malarz, który wiele lat temu 
zaginął w Utah. Matka zaś zmarła w trzydziestym dziewiątym.
-  W tym samym roku, kiedy pan wrócił do Ameryki.
-  Najwyraźniej.
-  I co?
- Co co?
 -  Co było dalej?

background image

- Nic. Powiedziałem Pawłowi, że rozmyśliłem się z tą fundacją, i na tym koniec.
- I nigdy nie zapragnął pan go zobaczyć? Aż trudno uwierzyć, że tak po prostu dał pan spokój.
-     Miałem   swoje   powody,   chłopcze.   Nie   myśl,   że   nie   było   mi   ciężko,   ale   wytrwałem. 
Wytrwałem do samego końca.
- Jakże szlachetnie z pana strony.
-  Tak, bardzo szlachetnie. Jestem bezkompromisowym księciem z bajki.
-  I co pan teraz zamierzał -  Udało mi się nie stracić go z oczu. Paweł dalej korespondował z 
Barberem,  więc przez lata śledziłem na bieżąco jego poczynania. Dlatego właśnie mówię ci o 
tym. Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił po mojej śmierci. Adwokaci mogliby wprawdzie się tym 
zająć, ale wolałbym ciebie. Załatwisz to lepiej niż oni.
-  Co miałbym zrobić?
-    Chcę   mu   zostawić   pieniądze.   Trochę   skapnie   pani   Hume,   rzecz   jasna,   ale   cała   reszta 
przypadnie Barberowi. Ten mój jajogłowy syn zmarnował sobie życie, więc może forsa na 
coś mu się przyda. To samotny,  złamany niepowodzeniami grubas, wrak człowieka. Jego 
naukową karierę już dawno szlag trafił.   W latach czterdziestych wykopali go z pierwszej 
roboty z powodu jakiegoś skandalu - zdaje się, że dupczył studentki - a potem, kiedy stawał z 
powrotem na nogi, padł ofiarą polowań McCarthy'ego i znów poszedł na dno. Całe życie 
spędził   na   najgorszych   zadupiach,   jakie   tylko   można   sobie   wyobrazić,   wykładał   na 
uczelniach, o których nikt nigdy nie słyszał.
-  Wygląda to dość żałośnie.
- Bo takie właśnie jest. Żałosne. Żałosne w całej rozciągłości.
-  Ale gdzie w tym wszystkim moja rola? Zapisze mu pan pieniądze w testamencie i prawnicy 
mu je przekażą. Proste jak drut.
- Chcę, żebyś mu wysłał mój literacki autoportret. Jak myślisz, po cośmy tak harowali? Nie 
dla   zabicia   czasu,   chłopcze,   w   tym   był   konkretny   cel.   Wszystko,   co   robię,   ma   cel,   nie 
zapominaj   o   tym.   Gdy   już   umrę,   masz   mu   wysłać   tekst   razem   z   listem   wyjaśniającym 
wszystkie okoliczności. Czy to jasne?
- Nie bardzo. Unikał go pan przez dwadzieścia lat, przez całe życie właściwie. I teraz chce się 
pan z nim skontaktować zza grobu? Jaki w tym sens?
  -     Każdy   ma   prawo   znać   swą   przeszłość.   Niewiele   mogę   już   lla   niego   zrobić,   ale   to 
przynajmniej mogę.
- Nawet jeżeli być może wolałby jej nie znać? — A i owszem, nawet.
-  To nie w porządku.
-  A kto mówi o jakimś porządku? To nie ma nic do rzeczy. Trzymałem się od niego z dala za 
życia, ale kiedy już umrę, pora będzie, by się dowiedział.
-  Nie wygląda mi pan na umierającego.
- Ale śmierć się zbliża, masz na to moje słowo. Już niedługo.
-  Mówi tak pan od miesięcy, a zdrowie panu dopisuje.
-  Który dziś mamy?
-  Dwunasty marca.
- No więc zostały mi dwa miesiące. Umrę dwunastego maja, dokładnie za dwa miesiące.
- Co pan opowiada? Nikt nie wie, kiedy umrze.
- Ja wiem. Zakonotuj sobie moje słowa, Fogg. Za dwa miesiące nie będę już żył.
Po tej dziwnej rozmowie wpadliśmy z powrotem w nasz wcześniejszy rytm. Rankiem mu 
czytałem, a po południu wychodziliśmy na spacer. Choć utarł się ten sam porządek dnia co 
dawniej, wiele się jednak zmieniło. Przedtem Pony dobierał książki tematycznie, teraz jego 
decyzje   zdawały   się   przypadkowe,   brakło   w   nich   konsekwencji.   Jednego   dnia   prosił   o 
opowieści z Dekameronu albo Księgi tysiąca i jednej nocy, następnego życzył sobie Komedię 
omyłek, a trzeciego w ogóle nie chciał słyszeć o książkach i kazał mi czytać doniesienia z 
wiosennych   obozów   treningowych   baseballistów   na   Florydzie.   Być   może   o   to   właśnie 

background image

chodziło: postanowił wybierać lektury na chybił trafił, żeby w szybkim tempie ogarnąć całą 
różnorodność   piśmiennictwa,   żeby   pożegnać   się   ze   słowem   pisanym,   tak   jak   zamierzał 
pożegnać się ze światem. Przez trzy czy cztery dni z rzędu musiałem mu czytać powieści 
pornograficzne (zamelinowane w szafce pod biblioteczką), ale nawet one nie ożywiły go w 
dostrzegalnej   mierze.   Wprawdzie   raz   lub   dwa   zarechotał   ubawiony,   ale   potem   zasnął   w 
trakcie jednego z pikantniejszych ustępów. Czytałem dalej, gdy tymczasem on drzemał, a 
ocknąwszy się pół godziny później, powiedział, że ćwiczył, jak być nieżywym.
— Chcę kojfnąć mając głowę wypełnioną myślami o seksie — mruknął. - Nie ma lepszego 
sposobu, by odejść.
Nigdy wcześniej nie czytywałem pornografii i teraz literatura tego rodzaju wydała mi się 
nonsensowna,   ale   jednocześnie   mnie   podniecała.   Pewnego   dnia   nauczyłem   się   kilku 
sprośnych   ustępów   i   wyrecytowałem   je   Kitty,   gdy   spotkaliśmy   się   wieczorem.   Na   nią 
podziałały podobnie. Śmiała się, ale równocześnie wzięła ją ochota, by ściągnąć ubranie i 
wskoczyć do łóżka.
Spacery też nie były  już takie  jak dawniej. Pony przestał  się nimi  ekscytować  i zamiast 
zadręczać mnie pytaniami, co jak wygląda, siedział w milczeniu, zamyślony i wyobcowany. 
Siłą nawyku opisywałem widziany świat, ale słuchał jednym uchem, a bez jego złośliwych 
uwag   i  połajanek  rychło  straciłem   ochotę   do  rozmów.   Po  raz  pierwszy Pony zdawał   się 
nieobecny,   uwolniony   od   otoczenia,   ukojony  niemalże.   Powiedziałem   pani   Hume   o   tych 
zmianach i przyznała, że one ją martwią, jednak żadnych fizycznych objawów kryzysu nie 
dostrzegaliśmy. Pony jadł tyle samo co dotąd - czyli tyle co kot napłakał - przemianę materii 
miał niezakłóconą. Nie skarżył się na żadne bóle ani dolegliwości. Ten dziwny letarg trwał 
około trzech tygodni. Następnie, kiedy już zacząłem myśleć, że starzec usycha od środka, 
wjechał rano do jadalni taki jak dawniej, tryskający dobrym humorem i energią, szczęśliwy 
jak nigdy dotąd.
- Postanowione! - oznajmił i grzmotnął pięścią w stół. Uderzył  z taką siłą, że zastawa z 
brzękiem podskoczyła do góry. - Dumałem nad tym całymi dniami, głowiłem się, próbując 
znaleźć   najlepsze   rozwiązanie.   Wreszcie,   po   wielkim   wysiłku   umysłowym,   z   radością 
obwieszczam,  że wykoncypowałem. Wykoncypowałem.  Bóg mi świadkiem, że to najlepszy 
pomysł, jaki kiedykolwiek przyszedł mi do głowy. Gotów jesteś się zabawić, chłopcze?
-  Oczywiście - odparłem, uznając, że lepiej dostosować się do jego nastroju. — Zabawić się 
zawsze jestem gotów.
-  Znakomicie, zuch z ciebie! - pochwalił, zacierając ręce. -Obiecuję wam, dzieci, że będzie to 
prześwietny łabędzi  śpiew, ostatni ukłon, jakiego jeszcze nie było. Jaka dziś pogoda?
- Słonecznie i rześki wiaterek - odparła pani Hume. - W radiu mówili, że po południu ociepli 
się może do dziesięciu stopni.
— Słonecznie i rześki wiaterek — powtórzył. — Dziesięć stopni. Nie mogło być lepiej.  A 
data, Fogg? Zerknij no w kalendarz.
-  Pierwszy kwietnia, początek nowego miesiąca.
-  Pierwszy kwietnia, a niech mnie! Dzień figli i żartów. We Francji nazywają to dniem ryby. 
No cóż, damy im w takim razie powąchać rybkę, co, Fogg? Damy im cały kosz!
-  Jasna sprawa - odparłem. - Damy im, że hej.
Podczas śniadania  Pony gadał podekscytowany,  przerywając  jedynie  wtedy,  gdy pakował 
sobie łyżką trochę owsianki do ust. Pani Hume była zatroskana, ale mnie mimo wszystko 
ucieszył ten przypływ maniakalnej energii. Uznałem, że skutki z pewnością nie będą gorsze 
od ponurych tygodni, które mieliśmy za sobą. Pony nie był stworzony do odgrywania roli 
zasępionego   starca   i   wolałem,   by   wykończył   się   z   nadmiaru   werwy,   niżby   miał   żyć   w 
niemym utrapieniu.

background image

Po śniadaniu polecił wyjąć swą wierzchnią odzież, by przygotować się do wyjścia. Okutał się 
jak zwykle - pled, szalik, palto, czapka, rękawiczki - po czym kazał mi otworzyć szafę i 
wygrzebać spod stosu butów i kaloszy małą torbę podróżną w kratkę.
-  No i co myślisz, Fogg? - zapytał. - Nada się?
-  Zależy, na co panu potrzebna.
-     Na   pieniądze.   Dwadzieścia   tysięcy   dolarów   w   gotówce.   Zanim   zdążyłem   cokolwiek 
powiedzieć, wtrąciła się pani Hume:
- - O nie, nic z tego, panie Thomasie. Nie pozwolę. Niewidomy z dwudziestoma tysiącami 
gotówki na ulicy? Niech pan to sobie wybije z głowy.
- Zamknij się, suko - warknął Pony. - Zamilcz albo cię zdzielę. To moje pieniądze i zrobię z 
nimi, co mi się podoba. Poza tym będę miał przy sobie mego zaufanego ochroniarza, nic więc 
mi się nie stanie. A nawet gdyby coś się stało, to nic ci do tego. Rozumiesz, tłusta krowo? 
Piśnij jeszcze choć słowo, a wywalę cię na zbity pysk.
- Pani Hume się po prostu o pana troszczy - wmieszałem się, chcąc obronić kobietę przed 
wściekłym atakiem. - Nie ma się co pieklić.
-  Ciebie też się to tyczy, zarozumiały gówniarzu! - wrzasnął na mnie Pony. - Rób, co ci każę, 
albo żegnaj się zaraz z robotą! Pstryknę tylko palcami i już cię tu nie będzie. Spróbuj się 
postawić, a zobaczysz.
-  Bodajbyś sczezł, Thomasie Pony - powiedziała pani Hume. — Stary pierdzielu jeden. Mam 
nadzieję, że straci pan te wszystkie pieniądze. Mam nadzieję, że wyfruną panu z torby i wróci 
pan bez grosza.
-  Cha, cha, cha! - zaśmiał się Pony. - Cha, cha! A jak ci się wydaje, co zamierzam z nimi 
zrobić, parszywy babsztylu? Wydać? Myślisz, że Thomas Pony zniżyłby się kiedykolwiek do 
czegoś tak banalnego? Z tymi pieniędzmi wiążę wielkie plany, bo przyszło mi do głowy coś 
genialnego, co nikomu by się nawet nie przyśniło.
-  Trele-morele - odparła pani Hume. - Może pan iść i roztrwonić nawet milion dolarów, nic 
mnie   to   nie   obchodzi.   Nic   to   dla   mnie   nie   znaczy.   Umywam   ręce,   nie   chcę   mieć   nic 
wspólnego ani z panem, ani z pańskimi wybrykami.
-   No,  no - mruknął Pony pojednawczo,  okazując raptem obłudną ugodowość. - Nie ma się 
co  tak  zżymać,  serdeńko.  -Chwycił  gospodynię   szarmancko  za  dłoń  i  zaczął  całować   po 
całym przedramieniu, jak gdyby naprawdę chciał ją udobruchać. - Fogg się mną zaopiekuje. 
To krzepki chłopak, nic nam się nie stanie. Zaufaj mi, wszystko drobiazgowo obmyśliłem.
-   Mnie pan nie oszuka. - Rozeźlona, pani Hume wyrwała rękę. - Ubzdurał pan sobie coś 
szalonego, wiem dobrze. Niech pan tylko pamięta, że pana ostrzegałam. Nie chcę, żeby pan 
potem płakał i przepraszał. Za późno wtedy będzie. Co głupiemu po rozumie, kiedy go użyć 
nie umie? Tak mawiała moja matka i miała rację.
— Wyjaśniłbym ci wszystko, ale nie mamy czasu - rzekł Pony. - Poza tym jeżeli Fogg nie 
wywiezie mnie zaraz na dwór, to się ugotuję w tym ubraniu.
- No to jazda, już was nie ma! - prychnęła pani Hume. - Nie obchodzi mnie to nic a nic.
Uśmiechnął się szeroko, wyprostował na wózku i obrócił w moją stronę.
-  Gotów, chłopcze? - warknął jak szyper do majtka.
-  Na pańskie rozkazy zawsze - odparłem.
-  Świetnie. A zatem ruszamy.
Pierwszy przystanek mieliśmy w Chase Manhattan Bank na Broadwayu, gdzie Pony pobrał z 
konta   dwadzieścia   tysięcy   dolarów.   Ponieważ   chodziło   o   dużą   kwotę,   dopełnienie 
formalności zabrało nam blisko godzinę. Najpierw urzędnik musiał wydać zgodę na pobranie 
gotówki,   następnie   sporo   czasu   zajęło   kasjerom   zgromadzenie   żądanej   sumy   w 
pięćdziesięciodolarowych banknotach, gdyż pieniędzy o takim nominale życzył sobie Pony. 
Był   wieloletnim   klientem   tego   banku,   „ważnym   deponentem",   o   czym   kilkakrotnie 
przypomniał dyrektorowi, a ten, wyczuwając groźbę niemiłej sceny, zrobił wszystko, by pójść 

background image

staremu na rękę. Pony nadal nie odkrywał przede mną kart. Nie zgodził się, bym mu pomógł, 
a wyjętą z kieszeni książeczkę wkładów trzymał przy piersi, jak gdyby się bał, że podejrzę, ile 
pieniędzy zgromadził na koncie. Dawno już przestałem podobne zachowanie z jego strony 
traktować   jako   obrazę,   zupełnie   mnie   też   nie   interesowało,   jaką   liczbą   wyraża   się   jego 
zamożność. Gdy w końcu przygotowano gotówkę, kasjer przeliczył  ją dwukrotnie, a potem 
dla   pewności   Pony   kazał   mi   to   zrobić   jeszcze   raz.   Nigdy   przedtem   nie   widziałem   tyle 
pieniędzy, ale nim skończyłem liczenie, czar prysł i miałem w rękach to, czym naprawdę 
były: czterysta karteczek zielonego papieru. Gdy powiedziałem, że zgadza się co do grosza, 
Pony uśmiechnął się z zadowoleniem i kazał mi zapakować pliki banknotów do torby, która 
na szczęście zmieściła cały ładunek. Zasunąłem zamek błyskawiczny, położyłem Pony'emu 
torbę na kolanach i wywiozłem go z banku. Narobił rabanu w drodze do drzwi, wymachując 
laską i gwiżdżąc, jak gdyby zbliżał się koniec świata.
Gdy znaleźliśmy się na dworze, kazał się zawieźć na jedno z rond pośrodku Broadwayu. Był 
to mały skwerek, na którym panował rejwach, bo dokoła warczały samochody i ciężarówki, 
ale Pony zdawał się nie słyszeć hałasu. Zapytał, czy ktoś siedzi na ławce, a gdy odparłem, że 
nie, kazał mi usiąść. Tego dnia założył ciemne okulary, a przyciskając rękoma cenną torbę do 
piersi w jeszcze mniejszym stopniu niż zwykle przypominał człowieka, podobny tym razem 
do wyrosłego nad miarę kolibra, który sfrunął z kosmosu.
— Chcę omówić z tobą mój plan, nim zaczniemy - powiedział. - W banku nie można było 
gadać, a w domu nie chciałem, żeby nas podsłuchiwała ta wścibska baba. Pewnie ciśnie ci się 
mnóstwo pytań na usta, a skoro masz być moją eskortą, czas mi puścić farbę.
— Wiedziałem, że prędzej czy później doczekam się wyjaśnienia.
-     A   więc   słuchaj,   młody   człowieku.   Mój   czas   się   kończy   i   dlatego   od   paru   miesięcy 
porządkuję   sprawy.   Napisałem   testament,   podyktowałem   ci   wspomnienie   pośmiertne, 
zapiąłem wszystko na ostatni guzik. Spokoju nie daje mi już tylko jedno - ogromny dług, 
można by rzec. Dumałem nad tym parę tygodni i w końcu wykombinowałem. Pięćdziesiąt 
trzy   lata   temu,   jak   może   pamiętasz,   znalazłem   furę   pieniędzy.   Wziąłem   je,     dzięki   nim 
zarobiłem więcej pieniędzy,  z których żyję do dziś. Teraz, kiedy mój kres jest bliski, nie 
potrzebuję już tej fury. Co zatem z nią zrobić? Jedyne sensowne rozwiązanie, które przyszło 
mi do głowy, to oddać.
-   Oddać? Ale komu?  Greshamowie  nie żyją, a w ogóle pieniądze  nie do nich należały. 
Zrabowali je pechowcom, których pan nawet nie znał, anonimowym, obcym ludziom. Nawet 
jeżeli dowiedziałby się pan, kim oni byli, to pewnie nikt z nich już nie żyje.
-  Otóż to. Ludzie ci nie żyją, a odnalezienie ich potomków jest niemożliwe. Tak?
-  Mniej więcej to właśnie przed chwilą powiedziałem.
-  Powiedziałeś też, że to byli anonimowi, obcy ludzie. Zastanów się nad tym chwilę. Jeżeli 
jest  coś,  czego  to  zapomniane  przez   Boga  miasto   ma   w bród,  to   właśnie  anonimowych, 
obcych sobie ludzi. Ulice pękają od nich w szwach. Gdzie tylko spojrzeć, obcy i anonimowy 
człowiek. Są ich miliony dokoła.
-  No nie. Nie mówi pan chyba poważnie?
-  Śmiertelnie poważnie. Zawsze mówię poważnie, powinieneś był się już o tym przekonać.
-   A więc chce pan, żebyśmy chodzili po ulicach i wręczali obcym pięćdziesięciodolarowe 
banknoty, tak? Wywołamy zamieszki. Ludzie wpadną w amok, rozerwą nas na strzępy.
- Nie rozerwą, jeśli zabierzemy się do tego z głową. Wszystko sprowadza się do obmyślenia 
dobrego   planu,   a   ten   już   mamy.   Zaufaj   mi,   Fogg.   To   będzie   mój   najlepszy   numer, 
ukoronowanie całego mojego życia!
Jego   plan   był   bardzo   prosty.   Zamiast   łazić   po   ulicy   i   wręczać   w   biały   dzień   pieniądze 
każdemu przechodniowi (co przyciągnęłoby olbrzymi, dziki tłum), dokonamy serii nagłych 
wypadów   w stylu   lotnej   brygady  w  starannie  wybranych   punktach  miasta.   Cała  operacja 
trwać   będzie   dziesięć   dni.   Podczas   jednego   rajdu   pieniądze   otrzyma   nie   więcej   niż 

background image

czterdzieści   osób,   a   to   znacząco   zmniejszy   ryzyko   niemiłej   przygody.   Ja   miałem   nosić 
banknoty w kieszeniach,  a gdyby  ktokolwiek  nas napadł,  stracilibyśmy  co najwyżej  dwa 
tysiące dolarów, bo reszta byłaby w domu, poza zasięgiem złodziejskiej ręki. Będą to szeroko 
zakrojone i rozproszone wypady, powiedział szumnie Pony, nigdy po kolei w sąsiadujących 
ze sobą dzielnicach. Peryferie jednego dnia, centrum drugiego, East Side w poniedziałek, 
West Side we wtorek. Nigdzie nie będziemy zatrzymywać się na tyle długo, by ktokolwiek 
zorientował   się, co  robimy.  W  naszą  dzielnicę   uderzymy   na  samym   końcu. Dzięki   temu 
przedsięwzięcie będzie wyglądało na jednorazowe działanie i sprawa dobiegnie końca, nim 
ktokolwiek się połapie.
W   lot   pojąłem,   że   nie   zdołam   powstrzymać   Pony'ego.   Decyzję   już   powziął   i   zamiast 
odwodzić  go  od  szalonego  pomysłu,  postanowiłem   zadbać   o  nasze   bezpieczeństwo.  Plan 
trzyma się kupy, powiedziałem, ale wiele zależy od pory naszych wypadów. Popołudnie, na 
przykład, bym odradzał. Wtedy jest na ulicy zbyt dużo ludzi, a przecież najważniejsze to 
rozdać pieniądze bez zwracania na siebie uwagi. W ten sposób maksymalnie ograniczymy 
groźbę awantury.
-  Hm - mruknął, słuchając mnie z uwagą. - Jaką porę zatem proponujesz, chłopcze?
- Wieczór. Po skończonym dniu pracy, ale nie na tyle późno, byśmy wpadli w tarapaty na 
jakiejś ciemnej ulicy. Powiedzmy, między siódmą trzydzieści a dziesiątą.
-  Innymi słowy, po kolacji. Taki spacerek przed snem.
-  Tak jest.
-  Niech będzie. Będziemy się zatem wypuszczać w teren po zmierzchu, dwóch grasujących 
Robin   Hoodów,   gotowych   okazać   hojność   każdemu   szczęśliwcowi,   który   stanie   na   ich 
drodze.
- Powinniśmy również rozważyć kwestię transportu. To wielkie miasto, do niektórych miejsc 
będzie bardzo daleko. Jeżeli wszędzie będziemy chodzić, to może zaskoczyć  nas noc. W 
dodatku może się zdarzyć, że trzeba będzie szybko dać dyla.
- Babskie gadanie, Fogg! Nic nam się nie stanie. Jak nogi cię rozbolą, to złapiemy taksówkę. 
A jak dasz radę, będziemy szli.
— Nie chodzi o mnie. Rozważmy jednak wszystkie ewentualności. Zastanawiał się pan może, 
czy   nie   wynająć   samochodu?   Wtedy   moglibyśmy   błyskawicznie   wrócić   do   domu. 
Wskakujemy, kierowca wciska gaz i już nas nie ma.
-  Kierowca?! Co za niedorzeczny pomysł! Wtedy wszystko wzięłoby w łeb!
-  Niby dlaczego? Przecież chodzi o to, by rozdać pieniądze. Żeby to zrobić, nie musimy łazić 
po całym mieście w takie zimno. To idiotyczne rozchorować się pozwalając sobie na hojny 
gest.
-  Ale zależy mi na tym, żebyśmy chodzili, żebyśmy wczuwali się w powstające sytuacje. Nie 
da   się   tego   zrobić   siedząc   w   samochodzie.   Trzeba   być   na   ulicy,   oddychać   tym   samym 
powietrzem co inni.
- To była tylko sugestia.
-  Zachowaj swoje sugestie dla siebie. Niczego się nie boję, Fogg, za stary jestem na to, a ty 
im będziesz się mniej o mnie martwił, tym lepiej. Jeśli jesteś ze mną, to świetnie, ale masz się 
zamknąć. Zrobimy to po mojemu, żeby świat miał się zawalić.
Przez   pierwszych   osiem   dni   wszystko   szło   gładko.   Zgodziliśmy   się,   że   przy   wyborze 
szczęśliwców musi obowiązywać hierarchia wartości i w rezultacie miałem wolną rękę. Nie 
chodziło o to, by dawać pieniądze każdemu, kto się nawinie, ale by sumiennie wypatrywać 
tych, którzy najbardziej na nie zasługują, by mieć wzgląd na tych, którzy są w największej 
potrzebie.   Siłą   rzeczy   więc   biedni   przyciągali   naszą   uwagę   prędzej   niż   bogaci, 
niepełnosprawnych     faworyzowaliśmy   kosztem   wysportowanych,   obłąkani   mieli 
pierwszeństwo przed zdrowymi na umyśle. Ustaliliśmy te zasady na samym początku i na 
ulicach Nowego Jorku ich przestrzeganie nie nastręczało żadnych trudności.

background image

Niektórzy   rozklejali   się   i   płakali,   gdy  dawałem   im   pieniądze,   inni   wybuchali   śmiechem, 
jeszcze inni nic nie mówili, nie otwierali w ogóle ust. Nie dawało się przewidzieć zachowania 
obdarowanego   i   wkrótce   przestałem   spodziewać   się   konkretnych   reakcji.   Zdarzali   się 
podejrzliwcy,   którzy   myśleli,   że   próbuję   ich   nabrać   -  jeden   podarł   nawet   banknot,   kilku 
zarzuciło   nam,   że   jesteśmy   fałszerzami   -   trafiali   się   chciwi,   których   nie   zadowalało 
pięćdziesiąt dolarów, samotni, którzy nie chcieli się od nas odczepić, równi goście, którzy 
zapraszali   nas   na   kielicha,   smutni,   którzy   pragnęli   nam   opowiedzieć   0     swoim   życiu, 
artystyczne dusze, które śpiewały i tańczyły w ramach podziękowania. Ku memu zdumieniu 
nikt z tych ludzi nie próbował nas obrabować. Była to prawdopodobnie kwestia szczęścia, 
należy też dodać, że szybko się przemieszczaliśmy, nigdy nie mitrężąc zbyt długo w jednym 
miejscu. Na ogół rozdawałem pieniądze na ulicy, ale wykonałem też kilka nalotów na podłe 
bary   1   kawiarnie   -   Blarney   Stones,   Bickfords.   Chock   Fuli   o'   Nuts   -   gdzie   plaskałem 
banknotami przed nosem siedzących przy ladzie. - Więcej słońca! - krzyczałem, rozdając 
najszybciej jak mogłem,  i nim klienci zdążyli  się otrząsnąć ze zdumienia, wypadałem na 
ulicę.   Dawałem   pieniądze   łachmaniarkom   i   dziwkom,   pijaczkom   i   łajzom,   hipisom   i 
dzieciom,   które   uciekły   z   domu,   żebrakom   i   kalekom   -słowem:   szumowinom,   które 
zaludniają ulice po zachodzie słońca. Każdej nocy obdarowywałem czterdzieści razy i nigdy 
nie trwało to dłużej niż półtorej godziny.
Jednego wieczora padało i zdołałem z panią Hume odwieść Pony'ego od wyjścia z domu. 
Nazajutrz też lało, ale starzec nie chciał już nas słuchać. Powiedział, że nie obchodzi go, czy 
złapie zapalenie płuc, bo trzeba wykonać robotę, i na Boga, on to zrobi, żeby nie wiem co. A 
może pójdę sam? - zapytałem. Wrócę i opowiem wszystko ze szczegółami, więc będzie tak, 
jak gdyby pan był ze mną cały czas. Nie, to niemożliwe, odparł, musi być obecny. Poza tym, 
dodał, skąd ma wiedzieć, czy nie wezmę pieniędzy dla siebie? Pospaceruję po mieście, a 
potem opowiem mu bajeczkę. Jaki będzie miał dowód, że wywiązałem się z zadania?
- Jeśli tak - sapnąłem, wyprowadzony raptem z równowagi -to niech pan sobie wsadzi w dupę 
te swoje pieniądze. Odchodzę.
Po   raz   pierwszy,   odkąd   poznaliśmy   się   przed   pół   rokiem,   Pony   przeraził   się   i   zaczął 
przepraszać. Nastała dramatyczna chwila. Gdy tak kajał się w skrusze, niemalże zdjęła mnie 
litość. Dygotał cały, wargi zlepiła mu nitka śliny, był zdruzgotany. Wyczuł, że mówię serio, i 
spanikował. Błagał o wybaczenie, powiedział, że dobry ze mnie chłopak, najlepszy, jakiego 
kiedykolwiek poznał, i do śmierci już nie powie mi złego słowa.
-   Wynagrodzę ci to - zapewnił gorączkowo. - Obiecuję, że wynagrodzę. - Wsadził drżącą 
rękę do torby i wyciągnął garść banknotów. — Masz, to dla ciebie, Fogg. Chcę, żebyś miał 
coś dodatkowo. Bóg mi świadkiem, że ci się należy.
-   Nie trzeba mnie w ten sposób kupować.  Płaci mi pan w sam raz.
-  Nie, proszę, chcę, żebyś to wziął. Potraktuj to jako premię. Nagrodę za wzorową pracę.
- Niech pan to schowa. Już w porządku. Wolę dać te pieniądze ludziom, którzy naprawdę ich 
potrzebują.
- Ale zostaniesz?
-  Tak, zostanę. Przyjmuję pańskie przeprosiny, tylko proszę więcej mnie nie obrażać.
Z oczywistych powodów tego wieczora już nie wyszliśmy. Nazajutrz wypogodziło się i o 
ósmej wybraliśmy się na Times Square, gdzie wykonaliśmy dniówkę w rekordowym czasie 
dwudziestu pięciu, trzydziestu minut. Ponieważ godzina była wczesna, a do domu bliżej niż 
zwykle,   Pony   uparł   się,   byśmy   wrócili   na   piechotę.   To   w   istocie   była   błahostka   i   nie 
wspominałbym   o   tym,   gdyby   nie   osobliwe   zdarzenie   po   drodze.   Nieco   na   południe   od 
Columbus Circle zobaczyłem młodego Murzyna, mniej więcej w moim wieku, który szedł 
równolegle do nas po drugiej stronie ulicy. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym 
szczególnym. Ubrany był porządnie i nic nie wskazywało, by sobie podpił czy miał bzika. A 
jednak maszerował pod bezchmurnym wieczornym niebem z otwartym parasolem nad głową. 

background image

Mało tego, parasol był całkowicie zniszczony: ze stelaża zdarto ochronne poszycie i zostały 
tylko nagie pręty sterczące  na próżno we wszystkie strony.  Wyglądało  to tak, jak gdyby 
chłopak   niósł   olbrzymi   stalowy   kwiat.   Nie   mogłem   powstrzymać   się   od   parsknięcia 
śmiechem.   Gdy   opisałem   widok   Pony'emu,   też   zarechotał   głośno,   czym   zwrócił   uwagę 
Murzyna.   Z   szerokim   uśmiechem   na   twarzy,   kiwnął   on   na   nas,   byśmy   się   skryli   pod 
parasolem.
- Po co będziecie mokli?! - zawołał wesoło. - Chodźcie tu, starczy miejsca.
W   jego   zaproszeniu   kryło   się   tyle   fantazji   i   serdeczności,   że   odrzucić   je   byłoby 
niegrzecznością.   Przecięliśmy   jezdnię   i   przez   następnych   parę   przystanków   szliśmy 
Broadwayem pod zniszczonym parasolem. Z przyjemnością patrzyłem, z jak wielką swobodą 
Pony   dostosował   się   do   nastroju   tego   żartu.   Grał   swą   rolę   nie   zadając   żadnych   pytań, 
pojmując intuicyjnie, że nonsens tego rodzaju może się udać wyłącznie wtedy, gdy wszyscy 
będą udawać. Murzyn miał na imię Orlando i był utalentowanym komikiem: przeskakiwał z 
gracją nad wyimaginowanymi kałużami i nachylał parasol pod rozmaitym kątem, by osłonić 
nas przed zacinającym deszczem, przez całą drogę mówiąc wartki monolog oparty na lotnych 
skojarzeniach   i   grach   słów.   Była   to   wyobraźnia   w   najczystszej   postaci:   wcielał   w   życie 
nieistnienie,   zmuszał   innych,   by   przystali   na   świat,   którego   nie   ma.   Zdawało   się   to 
odpowiadać szalonym pobudkom, które kierowały akcją Pony'ego i moją na Czterdziestej 
Drugiej Ulicy. Nad miastem zapanował duch obłąkania. Do kieszeni przechodniów wlatywały 
pięćdziesięciodolarowe   banknoty,  padało,  choć   nie  padało,  a  deszcz  lejący  się   z  urwanej 
chmury przez zniszczony parasol nie trafił nas ani jedną kroplą.
Na rogu Osiemdziesiątej Czwartej i Broadwayu uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie i 
przyrzekli,   że   na   zawsze   pozostaniemy   przyjaciółmi.   W   ramach   kody   naszej   dwornej 
przechadzki  Orlando wysunął  przed siebie rękę, odczekał  chwilę,  po czym  stwierdził,  że 
deszcz ustał. Bez zbędnych ceregieli złożył parasol i wręczył mi go na pamiątkę.
-   Masz, facet - rzekł. - Lepiej, żebyś ty go wziął. Nigdy nie wiadomo, kiedy   znowu   się 
rozpada,  a nie chciałbym,  żebyście zmokli. Tak to jest z pogodą: ciągle się zmienia. Jeśli 
człowiek nie jest przygotowany na wszystko, nie jest przygotowany na nic.
-  Parasol to jak forsa w banku - powiedział Pony.
-   Widzę, że kapujesz, ojczulku - odparł Orlando. - Wkitraj go pod materac i zachowaj na 
deszczowy dzień.
Na pożegnanie wzniósł do góry czarną pięść i podreptał dalej. Zniknął w tłumie, nim doszedł 
do następnej przecznicy.
Był to osobliwy epizod, ale w Nowym Jorku podobne zdarzenia przytrafiają się częściej, niż 
można by sądzić, zwłaszcza jeżeli człowiek jest na nie otwarty. Spotkanie to wydało mi się 
dziwne nie z racji jego beztroskiego nastroju, ale dlatego, że w tajemniczy sposób wytyczyło 
późniejsze   wypadki.   Niemal   tak,   jak   gdyby   przy   goda   z   Orlandem   była   zapowiedzią 
późniejszych wydarzeń, wróżbą dla Pony'ego. Narzucono nam nowy zbiór wyobrażeń i odtąd 
pozostawaliśmy   w   ich   czarodziejskiej   mocy.   W   szczególności   mam   na   myśli   deszcze   i 
parasole,  ale nie  tylko,  bo także  zmianę  - jak raptem  wszystko  może  się  nieodwracalnie 
zmienić.
Nazajutrz czekał nas ostatni wypad. Pony był nieswój przez cały dzień: nie zdrzemnął się, nie 
chciał, by mu czytać, nie godził się na żadną proponowaną przeze mnie rozrywkę. Wczesnym 
popołudniem wybraliśmy się na krótko do parku, ale powietrze było ciężkie i groźne, więc 
nakłoniłem go do wcześniejszego powrotu. Przed wieczorem na miasto opadła gęsta mgła. 
Świat zszarzał, a przedzierające się przez wilgoć światła wyglądały tak, jak gdyby owinięte 
były w bandaże. Pogoda zniechęcała do wyjścia, ale ponieważ nie padało, nie było szans 
namówić   Pony'ego   do   zrezygnowania   z   wypadu.   Uznałem,   że   szybko   uwinę   się   z 
rozdawaniem  pieniędzy  i zawiozę  starca  z powrotem do domu,  nim cokolwiek  złego  się 
wydarzy. Pani Hume kręciła nosem, ale w końcu dała za wygraną, gdyż przyrzekłem jej, że 

background image

weźmiemy parasol. Pony z ochotą przystał na ten warunek i kiedy o ósmej wywiozłem go na 
ulicę, myślałem, że sytuacja jest pod kontrolą.
Nie wiedziałem jednak, że starzec zamienił swój parasol na podarunek od Orlanda. Kiedy to 
odkryłem, byliśmy już pięć czy sześć przecznic od domu. Chichocząc pod nosem jak złośliwe 
dziecko z udanej psoty, Pony wyszarpnął parasol spod pledu i otworzył go. Rączka była taka 
sama jak w jego parasolu, toteż sądziłem, że się pomylił, ale gdy się odezwałem, ryknął na 
mnie, bym pilnował swego nosa.
- Nie bądźże matołem - sarknął. - Przecież umyślnie wziąłem właśnie ten. To czarodziejski 
parasol, byle głupek to widzi. Gdy go otwierasz, stajesz się niewidzialny.
Już otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale ugryzłem się w j?zyk. Przecież nie padało i nie 
miałem ochoty wdawać się w bezsensowny spór. Chciałem jak najszybciej mieć ten wieczór 
za sobą i w gruncie rzeczy dopóki nie lało, dopóty nie było powodu, by Pony nie trzymał tego 
komicznego żelastwa nad głową. Pchałem wózek przez następnych kilka przecznic, wręczając 
banknoty wszystkim potrzebującym przechodniom, a rozdawszy połowę sumy, przewiozłem 
Pony'ego przez jezdnię i ruszyliśmy drugą stroną ulicy w kierunku domu. Wtedy właśnie 
zaczęło padać - tak nieuchronnie, jak gdyby starzec własną wolą ściągnął deszcz z nieba. Z 
początku ledwie siąpiło - prawie niewyczuwalnie z powodu dużej wilgotności  powietrza, ale 
już   przy   następnej   przecznicy   mżawka   przemieniła   się   w   porządny   deszcz.   Wwiozłem 
Pony'ego w niszę drzwi, chcąc przeczekać najgorsze, ale gdy tylko koła stanęły, rozeźlił się.
-     Co   robisz?   Nie   czas   na   odpoczynek.   Musimy   rozdać   do   końca   pieniądze.   No,   pchaj, 
chłopcze. Raz, raz, jazda. To polecenie!
-     Może   pan   nie   zauważył   -   odparłem   -   ale   zaczęło   padać.   I   wcale   nie   kropi   wiosenny 
kapuśniaczek, tylko leje duży deszcz. Krople jak groch, aż odbijają się od chodnika.
-  Deszcz? - zapytał. - Jaki deszcz? Nic nie czuję. Szarpnąwszy nagle za koła, Pony wyrwał 
mi się i wytoczył na chodnik. Znów chwycił zepsuty parasol i oburącz wzniósł go wysoko 
nad głowę.
-  Nie pada! - zagrzmiał w niebo, gdy tymczasem deszcz lał się na niego ze wszystkich stron, 
mocząc ubranie i bijąc w twarz. - Może na ciebie pada, chłopcze, ale nie na mnie! Jest mi 
sucho jak w domu! Mam swój wierny parasol i wszystko jest w najlepszym porządku. Cha, 
cha, niech mnie piorun strzeli, jeśli coś czuję!
Pojąłem wtedy, że Pony chce umrzeć. Zaplanował tę farsę, by się rozchorować, i jego nagła 
radość i brawura mnie poraziły. Wymachiwał parasolem na wszystkie strony, prowokując 
deszcz swym śmiechem, i mimo że wzbudzał we mnie odrazę, poczułem wbrew sobie podziw 
dla   jego   odwagi.   Był   jak   karli   Lear   zmartwychwstały   w   ciele   Gloucestera.   Nastała   jego 
ostatnia noc i chciał ją przeżyć w szale, sprowadzić na siebie śmierć, zdobyć się na ostatni, 
chlubny czyn. W pierwszym odruchu zamierzałem zawrócić go z chodnika i zawieźć w jakieś 
bezpieczne miejsce, ale spojrzałem na niego jeszcze raz i zdałem sobie sprawę, że jest za 
późno.   Był   przemoczony   do   suchej   nitki,   a   w   wypadku   człowieka   tak   słabego   zdrowia 
nieszczęście niechybnie już się stało. Na pewno się przeziębi, pomyślałem, dostanie zapalenia 
płuc i umrze. Wydało mi się to tak pewne, że nagle ustąpiłem. Patrzę na trupa, powiedziałem 
sobie,   nie   ma   znaczenia,   czy  coś  zrobię   czy   nie.   Odtąd   nie   było   dnia,   bym   nie   żałował 
wyboru,  którego  wtedy dokonałem,  ale  tamtego  wieczora  wydawał  się on sensowny,  jak 
gdyby   sprzeciwienie   się   Pony'emu   było   złem   moralnym.   Skoro   już   nie   żył,   jakie   prawo 
miałem psuć mu zabawę? Ten człowiek parł ślepo do samozagłady, a ponieważ wessał mnie 
w wir swego szaleństwa, nie kiwnąłem nawet palcem, by go powstrzymać. Stałem i patrzyłem 
- z własnej i nieprzymuszonej woli wspólnik tego samobójstwa.
Wyszedłem z niszy i chwyciłem wózek za rączki, mrużąc oczy w nawalnym deszczu.
— Chyba ma pan rację - powiedziałem. — Na mnie też nic nie pada.
Kiedy   wypowiadałem   te   słowa,   niebo   przecięła   błyskawica   i   zaraz   potem   przetoczył   się 
potężny   grzmot.   Deszcz   bezlitośnie   nas   zlewał,   ostrzeliwując   bezbronne   ciała   kanonadą 

background image

ciekłych kuł. Kolejny poryw wiatru zdmuchnął Pony'emu okulary z twarzy, ale starzec tylko 
się roześmiał, napawając się gwałtownością burzy.
-   Nadzwyczajne, prawda?! - przekrzykiwał szum. - Pachnie jak deszcz! Brzmi jak deszcz! 
Nawet  smakuje  jak deszcz!  A mimo  to jest  nam sucho! Suchuteńko!  Tryumf  ducha  nad 
materią, Fogg. Wreszcie się udało! Rozwikłaliśmy zagadkę wszechświata!
Było   tak,   jak   gdybym   we   własnym   wnętrzu   przekroczył   tajemniczą   granicę,   wpełzł   do 
zapadni, przez którą prowadziła droga do najtajniejszych zakamarków serca Pony'ego. Rzecz 
nie w tym, że dostroiłem się do jego arlekinady, lecz że zdobyłem na fundamentalny gest 
uprawomocniający jego wolność i w tym sensie wreszcie dowiodłem swej wartości. Starzec 
miał wkrótce umrzeć, ale pozyskałem jego dozgonną miłość.
Brnęliśmy w wodzie przez kolejnych kilka przecznic, a Pony cały czas wył w ekstazie.
- To cud! - wrzeszczał. - To cud, cholera jasna! Monety lecą z nieba! Łapcie je, póki są! Forsa 
za darmo! Forsa dla wszystkich i każdego z osobna!
Nikt go nie słyszał, bo ulice całkowicie opustoszały. Głupcy, byliśmy jedynymi, którzy nie 
pierzchnęli   w   poszukiwaniu   schronienia,   więc   by   pozbyć   się   pozostałych   banknotów, 
musiałem   po   drodze   wskoczyć   do   kilku   barów   i   kawiarń.   Zostawiałem   Pony'ego   pod 
drzwiami i wpadałem do lokalu, a kiedy rozdawałem pieniądze, ścigał mnie szaleńczy śmiech 
starca.   Dźwięczał   mi   w   uszach   ten   obłąkańczy   akompaniament   do   błazeńskiego   finału. 
Wszystko wyniknęło się spod kontroli. Przemieniliśmy się w klęskę żywiołową, w tajfun 
wchłaniający na swej drodze co popadnie. - Pieniądze! -krzyczałem, śmiejąc się i płacząc 
jednocześnie. - Pięćdziesiąt zielonych dla każdego! - Byłem tak przemoczony, że chlupały mi 
w butach kałuże wody,  szkliłem się jak łza wielkości człowieka, kapało ze mnie dokoła. 
Szczęściem   dobrnęliśmy   wreszcie   do   końca.   Gdyby   trwało   to   dłużej,   prawdopodobnie 
zamknięto by nas za zakłócanie porządku publicznego.
Ostatnim miejscem, do którego zaszliśmy, była kawiarnia sieci Child - obskurna, zaparowana 
knajpa, oświetlona rażącym blaskiem jarzeniówek. Nad barem garbiło się dwunastu, piętnastu 
może klientów, każdy następny bardziej samotny i nieszczęśliwy od poprzedniego. Raptem 
zorientowałem   się,   że   mam   w   kieszeni   tylko   pięć   czy   sześć   banknotów,   i   nie   bardzo 
wiedziałem,   jak   to   rozegrać.   Nie   •potrafiłem   już   myśleć,   nie   potrafiłem   powziąć   żadnej 
decyzji. Z braku lepszego pomysłu zwinąłem pieniądze w dłoni i cisnąłem je pod sufit.
- Kto pierwszy, ten lepszy! - wrzasnąłem. Wypadłem na dwór i wypchnąłem czekającego 
starca z powrotem na deszcz.
Potem już nigdy nie wyszedł z domu. Kasłać zaczął od razu nazajutrz, a pod koniec tygodnia 
flegmisty charkot przeszedł z oskrzeli do piersi. Wezwaliśmy lekarza. Zapalenie płuc, orzekł. 
Chciał natychmiast skierować Pony'ego do szpitala, ale starzec odmówił, twierdząc, że ma 
prawo umrzeć we własnym łóżku. Zagroził, że zabije się, jeżeli ktokolwiek zbliży się do 
niego z zamiarem zabrania go z domu.
-  Poderżnę sobie gardło brzytwą - ostrzegł - a moja śmierć obarczy wasze sumienia.
Ów lekarz miał już wcześniej z Ponym do czynienia i był na tyle przewidujący, że przyszedł z 
listą agencji pielęgniarskich. Załatwienie wszystkich formalności spadło na panią Hume i na 
mnie  i tak przez następny tydzień mieliśmy roboty po łokcie: adwokaci, konta bankowe, 
pełnomocnictwa i tak dalej. Należało wykonać niezliczoną ilość telefonów, podpisać furę 
dokumentów -nie warto chyba wchodzić w szczegóły. Ważne jest natomiast, że pogodziłem 
się z panią Hume.  Gdy wróciliśmy do domu  tego pamiętnego wieczora, tak się na mnie 
rozgniewała, że przez dwa dni nie odezwała się do mnie słowem. Winiła mnie za chorobę 
Pony'ego, a ponieważ w zasadzie skłonny byłem przyznać jej słuszność, nie próbowałem się 
bronić. Podle się jednak czułem, będąc z nią na noże. Kiedy już myślałem, że poróżniliśmy 
się na dobre, nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Nie potrafię powiedzieć, co ją spowodowało, 
ale podejrzewam, że pani Hume powiedziała coś 0  mnie Pony'emu, a on pewnie wytłumaczył 

background image

jej, by nie miała do mnie żalu. Gdy wpadliśmy na siebie następnym razem, chwyciła mnie w 
ramiona i przeprosiła, połykając łzy.
- Czas już na niego - oznajmiła smętnym tonem. - Jest gotów 1  może się to stać w każdej 
chwili. Nic nie da się zrobić.
Pielęgniarki   zmieniały   się   co   osiem   godzin   i   to   one   podawały   leki,   opróżniały   basen   i 
pilnowały   kroplówki,   do   której   podłączono   Pony'ego.   Poza   kilkoma   wyjątkami   były   to 
obcesowe, nieczułe istoty i nie trzeba dodawać, że starzec nie chciał mieć z nimi do czynienia 
- nawet w ostatnich dniach, kiedy był już zbyt słaby, by je w ogóle zauważać. Uparł się, by 
nie wchodziły do jego pokoju, jeśli nie mają nic konkretnego do zrobienia, więc na ogół 
przesiadywały na kanapie w salonie, wertując czasopisma albo paląc papierosy, wydymając 
wargi w niemej pogardzie. Jedna czy dwie zrezygnowały same, jedną czy dwie zwolniliśmy. 
Pomijając zwady z pielęgniarkami, Pony zachowywał się z nadzwyczajną galanterią; zdawało 
się, że gdy legł w pościeli na dobre, jego osobowość się odmieniła, jak gdyby nadchodząca 
śmierć oczyściła go z jadu. Nie cierpiał chyba zbytnio i choć trafiały się dni lepsze i gorsze 
(pewnego razu wydawało się nawet, że w pełni wydobrzał, ale siedemdziesiąt dwie godziny 
później jego stan znów się pogorszył) choroba rozwijała się w formie postępującego miarowo 
osłabienia, w postaci powolnej, acz nieuchronnej utraty sił, która trwała do chwili, gdy ustało 
bicie serca.
Siedziałem codziennie u jego łóżka, ponieważ chciał mnie mieć przy sobie. Od czasu burzy 
nasze stosunki zmieniły się nie do poznania: stałem się jego ulubieńcem, jak gdybym był 
krwią  z  jego  krwi.  Trzymał  mnie  za   rękę,  mówił,   że  moja  obecność   dodaje   mu   otuchy,  
mruczał nieśmiało, jak bardzo cieszy się, że jestem obok. Zrazu z nieufnością przyjmowałem 
te sentymentalne wynurzenia, ale gdy oznaki jego uczuć do mnie się mnożyły, nie pozostało 
mi   nic   innego,   jak   w   nie   uwierzyć.   Na   początku,   kiedy   był   jeszcze   na   tyle   silny,   by 
rozmawiać, zadawał mi pytania dotyczące mego życia, więc opowiedziałem o matce i wuju 
Victorze, o latach spędzonych na studiach, o mojej zgubnej bezczynności, która doprowadziła 
mnie do upadku, i wreszcie o wyratowaniu mnie przez Kitty Wu. Wyznał, że martwi się, co 
ze mną będzie, gdy wykituje (jak sam to ujął), ale uspokajałem go, że dam sobie radę.
-   Jesteś   typem   marzyciela,   chłopcze   -   rzekł.   -   Spadłeś   z   księżyca.   Chodzisz   z   głową   w 
chmurach, nie orientujesz się w niczym 1  wygląda mi na to, że nigdy nie zstąpisz na ziemię. 
Nie masz wielkich ambicji,  o pieniądze nie dbasz, za wiele też w tobie 2 fi^zofa, byś miał 
dryg do sztuki. Co z tobą pocznę? Potrzebujesz kogoś, kto by się tobą opiekował, kto by 
nakarmił twój żołądek i włożył ci trochę grosza do kieszeni. Gdy mnie zabraknie, wylądujesz 
tam, gdzie byłeś dawniej.
-  Mam swoje plany - skłamałem w nadziei, że zostawi ten temat. - Zimą wysłałem podanie o 
przyjęcie mnie na wydział bibliotekoznawstwa na Columbii, no i mnie przyjęli. Myślałem, że 
panu o tym mówiłem. Zajęcia zaczynają się jesienią.
-  A z czego zapłacisz za naukę?
-     Dostałem   stypendium   obejmujące   nawet   wydatki   na   życie.   To   dla   mnie   duża   szansa, 
właściwie niesamowita okazja. Nauka trwa dwa lata i potem będę miał konkretny zawód.
-  Nie widzę cię jako bibliotekarza, Fogg.
-   Przyznaję,   że   to   dziwne,   ale   może   jednak   się   nadam.   Biblioteki   to   przecież   światy 
nierzeczywiste. Samoistne miejsca, sanktuaria czystej myśli. W tym sensie już zawsze będę 
mógł żyć na księżycu.
Wiedziałem, że mi nie wierzy, nie obnażył jednak mego kłamstwa przez wzgląd na zgodę 
między nami, nie chciał bowiem zniszczyć nowego ładu w naszych stosunkach. Typowe jego 
zachowanie w ostatnich dniach życia. Sądzę, że był z siebie dumny, iż potrafi umrzeć w ten 
sposób, jak gdyby czułość, którą zaczął mi okazywać, dowodziła, iż wciąż jest zdolny do 
wszystkiego.   Mimo   utraty   sił   nadal   wierzył,   że   w   pełni   kieruje   swym   losem,   i   w   tym 
złudzeniu trwał do samego końca - w przekonaniu, że okiełznał własną śmierć, że wszystko 

background image

toczy się dokładnie wedle jego planu. Ogłosił, że feralnym dniem będzie dwunasty maja i 
teraz   najwyraźniej   liczyło   się   dla   niego   tylko   jedno:   dotrzymać   słowa.   Witał   śmierć   z 
otwartymi ramionami, ale jednocześnie opierał się jej, usiłując pokonać ją ostatnią resztką 
życia, odsunąć od siebie ostateczną chwilę, aż nadejdzie na jego warunkach. Nawet gdy już 
ledwo  mógł   mówić,   gdy wyartykułowanie   najcichszego   dźwięku  wymagało  nadludzkiego 
wysiłku, otwierał usta, by dowiedzieć się 0  dzień miesiąca, gdy tylko wchodziłem rankiem 
do jego pokoju. Ponieważ stracił już rachubę czasu, pytał o to co kilka godzin. Trzeciego czy 
czwartego maja jego stan gwałtownie się pogorszył 1  wydawało się mało prawdopodobne, że 
dotrwa do dwunastego. Wówczas zacząłem żonglować datami, by myślał, że wszystko toczy 
się wedle planu; ilekroć pytał, przeskakiwałem o kilka cyfr, a pewnego szczególnie ciężkiego 
popołudnia trzy dni minęły w ciągu zaledwie paru godzin. Jest siódmy maja, powiedziałem. 
Za chwilę nastał ósmy, dziewiąty, a Pony na tyle już był dotknięty chorobą, że się nie połapał. 
Gdy   pod   koniec   tygodnia   jego   stan   się   nieco   poprawił,   wciąż   wyprzedzałem   czas   i   by 
zniwelować różnicę, przez następne dwa dni mówiłem mu, że jest dziewiąty. Uznałem, że 
przynajmniej to jedno mogę dla niego zrobić - sprawić, by odczuł   satysfakcję, iż wyszedł 
zwycięsko ze sprawdzianu woli. Postanowiłem, że bez względu na rzeczywisty upływ czasu 
Pony zakończy życie dwunastego maja.
Powiedział, że brzmienie mego głosu działa na niego kojąco, i nawet gdy osłabł już na tyle, że 
sam nie mógł mówić, prosił, bym ja nie przestawał. Nie obchodziła go zbytnio treść, chciał 
przede wszystkim słyszeć mój głos i wiedzieć, że jestem przy nim. Gadałem więc najlepiej, 
jak umiałem, przeskakując z tematu na temat pod wpływem nastroju. Niełatwo było wieść 
tego   rodzaju   monolog   i   ilekroć   czułem,   że   opuszcza   mnie   natchnienie,   chwytałem   się 
sposobów, dzięki którym nakręcałem się ponownie: opowiadałem fabuły powieści i filmów, 
recytowałem z pamięci wiersze - Pony'emu najbardziej przypadł do gustu Thomas Wyatt i 
Fulke Greville - albo powtarzałem nowiny z gazet porannych. Osobliwe, ale do dziś świetnie 
pamiętam niektóre z tych relacji i ilekroć teraz o nich myślę (rozprzestrzenienie wojny na 
teren Kambodży, zabójstwa na Uniwersytecie Kent State), widzę siebie siedzącego w tamtym 
pokoju wraz z Ponym, patrzącego, jak leży w łóżku. Widzę jego bezzębne, rozdziawione usta, 
słyszę charkot łaknących powietrza, niedrożnych płuc, widzę ślepe, wodniste oczy utkwione 
w sufit, rozczapierzone dłonie wbite w koc, przytłaczającą bladość pomarszczonej skóry. To 
skojarzenie jest nieuchronne. Za sprawą jakiegoś tajemniczego i mimowolnego zrządzenia 
wszystkie wypadki, o których wtedy opowiadałem, osadzone są w rysach twarzy Pony'ego i 
nie potrafię o nich myśleć, by nie stanął mi on jak żywy przed oczyma.
Niekiedy opisywałem mu tylko pokój, w którym się znajdowaliśmy. Stosując te same środki, 
których nauczyłem się na spacerach, wybierałem jakiś przedmiot i zaczynałem o nim mówić. 
Deseń   pościeli,   sekretarzyk   w   rogu,   plan   Paryża   powieszony   w   ramkach   obok   okna.   W 
granicach, w jakich Pony zdolny był śledzić bieg mych słów, owe recytacje sprawiały mu 
chyba   ogromną   przyjemność.   Teraz,   gdy   tak   wiele   bezpowrotnie   go   opuszczało, 
bezpośrednia, fizyczna bliskość rzeczy jawiła się na granicy jego zamglonej świadomości 
jako   swego   rodzaju   raj,   niedostępne   królestwo   cudów   mi   i,-   W   "^U   '97°   roku   studenci 
Uniwersytetu   Kent   State   w   Ohio   wszczęli   zaprze**   '   h   Pr°teście   Przeciw   inwazji   wojsk 
amerykańskich   na   Kambodżę.   Wysłane   w   w   8."   rnatora   ^działy   Gwardii   Narodowej 
otworzyły ogień do demonstrantów, tłum) ° CZe§0 Z2'n?ło czworo studentów, a jedenaścioro 
zostało rannych (przyp.
powszednich:   dotykalne,   widzialne,   zmysłowy   przestwór,   który   spowija   wszelkie   życie. 
Odmalowując   przedmioty   słowem,   dawałem   Pony'emu   możność   doświadczenia   ich 
powtórnie, jak gdyby zajęcie miejsca w świecie rzeczy było dobrem ponad wszystko inne. W 
pewnym  sensie przykładałem się pilniej  niż kiedykolwiek, skupiałem na najdrobniejszych 
szczegółach i własnościach tworzywa - wełna i płótno, srebra i naczynia cynowe, włókna w 
drzewie i faktura gipsu - wnikając w każdą szczelinę, wyliczając barwy i kształty, dociekając 

background image

porządku geometrycznego najbardziej mikroskopijnej cząstki materii, jaką napotykały moje 
oczy. Im słabszy był Pony, tym więcej z siebie dawałem, podwajając wysiłki, by zasypać 
przepaść, która nieustannie między nami rosła. Pod koniec posunąłem się w swej wnikliwości 
do tego stopnia, że opis pokoju zabierał mi długie godziny. Moje spojrzenie przesuwało się o 
ułamki   cala,   nie   roniąc   niczego,   nawet   kłaczków   kurzu   fruwających   w   powietrzu.   W 
dostępnych mi granicach drążyłem przestrzeń do cna, aż jej złoża stały się niewyczerpane - 
nieprzebrana obfitość światów w pokładach innych światów. W pewnej chwili uzmysłowiłem 
sobie, że prawdopodobnie mówię na próżno, ale nie przerywałem, zahipnotyzowany myślą, 
że tylko mój głos utrzymuje Pony'ego przy życiu. Naturalnie moje litanie nie miały znaczenia. 
Gasł i wątpię, by w ostatnich dwóch dniach, które przy nim przesiedziałem, dotarło do niego 
choćby jedno słowo.
Nie było mnie, gdy umarł. Jedenastego maja czuwałem przy nim jak zwykle, gdy o ósmej 
wieczorem przyszła mnie zluzować pani Hume. Uparła się, bym noc miał dla siebie.
-  Nic mu już teraz nie pomożemy - powiedziała. - Siedzisz tu od rana, czas, żebyś się trochę 
przewietrzył.  Jeżeli  przetrzyma  do świtu, to przynajmniej  będziesz wypoczęty,  żeby jutro 
przy nim być.
-  Wątpię, by dożył jutra.
-  Może i nie, ale tak samo mówiliśmy wczoraj, a jednak się trzyma.
Poszedłem z Kitty na kolację do „Księżycowego Pałacu", a potem obejrzeliśmy jeden film z 
podwójnego seansu w Thalii (przypominam sobie, że był to Popiół i diament, ale mogę się 
mylić). Na ogół odprowadzałem Kitty do akademika, tego dnia jednak miałem złe przeczucia, 
więc   po   wyjściu   z   kina   pomaszerowaliśmy   West   End   Avenue,   by   zajrzeć   do   Pony'ego. 
Dochodziła pierwsza w nocy, gdy przyszliśmy. Drzwi otworzyła pani Hume cała we łzach; 
nie musiała już nic mówić. Wiedziałem. Okazało się, że Pony umarł  j«
si«
niespełna godzinę wcześniej. Kiedy zapytałem pielęgniarkę o dokładny czas, powiedziała mi, 
że   było   wtedy   tuż   po   dwunastej,   dwie   minuty   po   północy.   Zatem   dotrwał   jednak   do 
dwunastego maja. Wydawało się to tak niedorzeczne, że nie wiedziałem, jak zareagować. W 
głowie dziwnie mi dzwoniło i nagle poczułem jakby spięcia elektryczne w mózgu. Myślałem, 
że się rozpłaczę, odszedłem więc do kąta i ukryłem twarz w dłoniach. Czekałem, aż popłyną 
łzy, ale nic takiego się nie wydarzyło. Minęła długa chwila i raptem z gardła wyrwał mi się 
spazm osobliwych dźwięków. Dopiero po upływie kolejnej chwili uświadomiłem sobie, że się 
śmieję.
Zgodnie   z   żądaniem   Pony'ego   jego   ciało   miało   być   poddane   kremacji.   Nie   życzył   sobie 
nabożeństwa ani uroczystego pogrzebu i zaznaczył, że w pochówku jego szczątków nie wolno 
uczestniczyć   przedstawicielowi   żadnego   wyznania.   Cała   ceremonia   miała   być   niebywale 
prosta: pani Hume i ja wsiądziemy na prom do Staten Island i znalazłszy się w połowie drogi 
od Manhattanu (ze Statuą Wolności widoczną po prawej stronie) rozsypiemy  prochy nad 
wodami nowojorskiego portu.
Próbowałem   skontaktować   się   telefonicznie   z   Solomonem   Bar-berem   w   minnesockim 
Northfield, uznając, że powinien mieć możność bycia na pogrzebie. Po kilku telefonach do 
domu,   gdzie   nikt   nie   odebrał,   zadzwoniłem   na   wydział   historii   Magnus   College   i 
dowiedziałem się, że w semestrze wiosennym profesor Barber wziął urlop. Sekretarka skąpiła 
mi informacji, ale gdy wyjaśniłem powód mego telefonu, uległa i dodała, że wyjechał w 
celach naukowych do Anglii. Jak mogę się z nim skontaktować? - zapytałem.  To będzie 
trudne, ponieważ nie zostawił adresu. A co w takim razie z pocztą do niego, nie dawałem za 
wygraną,   przecież   jakoś   mu   ją   przekazujecie?   Nie,   odparła,   nie   przekazują.   Poprosił,   by 
zatrzymali listy do jego powrotu. A kiedy wróci? Nie wcześniej niż w sierpniu. Dodała, że 
przykro jej, ale nie może mi pomóc, a coś w jej głosie kazało mi uwierzyć, że naprawdę jej 
przykro.  Jeszcze   tego  samego   ••ima   napisałem  do  Barbera   długi  list,  wyjaśniając  w  nim 

background image

wszystko naj epiej, jak umiałem. Pisanie szło mi opornie i zajęło dwie albo ---y godziny. 
Uporawszy się z tym, przepisałem list na maszynie ^wysłałem go w grubej kopercie razem z 
autobiografią   Pony'ego.   .T",,.   .em'   ze   na   tym   kończy   się   moja   rola   w   całej   sprawie,   że 
ywiązałem się ze wszystkiego, o co prosił mnie Pony, i odtąd to ?"°blem Prawników, którzy 
w odpowiednim czasie skontaktują z Barberem.
Dwa   dni   później   pani   Hume   i   ja   odebraliśmy   prochy   z   kostnicy.   Wsypano   je   do   szarej 
metalowej urny, nie większej niż bochenek chleba; nie chciało mi się wierzyć, że jest w niej 
Pony. Tyle uleciało z niego wraz z dymem, że dziw brał, iż w ogóle coś zostało. W pani 
Hume, mającej  bez wątpienia silniejsze poczucie rzeczywistości niż ja, urna najwyraźniej 
wzbudzała lęk i przez całą drogę do domu gospodyni trzymała ją w wyciągniętych rękach, jak 
gdyby   zawierała   substancje   trujące   czy   radioaktywne.   Uzgodniliśmy,   że   bez   względu   na 
pogodę nazajutrz popłyniemy promem. Wypadło to akurat w dzień odwiedzin pani Hume u 
brata w szpitalu, a nie chcąc go zawieść, postanowiła, że zabierze go z nami. Wtedy przyszło 
jej też do głowy, że może i Kitty miałaby ochotę pojechać. Nie wydawało mi się to konieczne, 
ale gdy przekazałem propozycję, Kitty chętnie sę zgodziła. To ważne wydarzenie, rzekła, 
ponadto bardzo lubi panią Hume i chce być przy niej, żeby podtrzymać ją na duchu. I tak z 
dwojga zrobiło się czworo. Wątpię, by Nowy Jork kiedykolwiek widział bardziej niezborny 
kondukt pogrzebowy.
Wczesnym   rankiem   pani   Hume   pojechała   po  brata   do  szpitala.   Podczas   jej   nieobecności 
przyszła Kitty, ubrana w najkrótszą z niebieskich minispódniczek, a jej gładkie, miedziane 
nogi wyglądały pysznie w pantoflach na wysokim obcasie, które włożyła specjalnie na tę 
okazję. Powiedziałem jej, że brat pani Hume ma podobno nie po kolei w głowie, ale ponieważ 
go nie  znam,   nie  bardzo  wiem,   czego  się  spodziewać.  Charlie   Bacon  okazał  się  rosłym, 
pucołowatym   mężczyzną   po   pięćdziesiątce,   o   rzednących   rudawych   włosach   i   bacznych, 
rozbieganych oczach. Przybył u boku siostry rozkoja-rzony i podekscytowany (wychylił nos 
ze szpitala pierwszy raz od roku) i z początku tylko uścisnął nam dłonie i się uśmiechał. Miał 
na sobie niebieską wiatrówkę zasuniętą pod samą szyję, odprasowane spodnie khaki, białe 
skarpetki i wypastowane czarne buty. W kieszeni kurtki trzymał małe radio tranzystorowe z 
przewodem wijącym  się do ucha, w którym  cały czas tkwiła słuchawka. Co kilka  minut 
wkładał rękę do kieszeni i majstrował pokrętłami. Zamykał  wtedy oczy i skupiał się, jak 
gdyby odbierał przekazy z innej galaktyki. Gdy go zapytałem, którą rozgłośnię najbardziej 
lubi, odparł, że wszystkie są takie same.
-     Ja   nie   słucham   radia   dla   rozrywki   -   wyjaśnił.   -   To   moja   praca.   Jeżeli   wykonuję   ją 
sumiennie, wtedy wiem, co się dzieje z wielkimi bumami.
-  Bumami?
  —   Bombami   wodorowymi.   Mają   ich   kilkanaście   w   tunelach   podziemnych   i   ciągle   je 
przemieszczają, żeby Rosjanie nie poznali miejsca ich przechowywania. Jest pewnie ze sto 
różnych kryjówek tam, na dnie miasta, głębiej niż metro.
-  A co to ma wspólnego z radiem?
-     Wysyłają   zakodowane   informacje.   Gdy   w   radiu   jest   relacja   na   żywo,   to   znaczy,   że 
zmieniają   miejsce   przechowywania   bumów.   Jednym   z   najwyraźniejszych   wskaźników   są 
transmisje z meczów baseballowych. Jeśli Metsi wygrywają pięć do dwóch, to znaczy, że 
nowe   położenie   bumów   wynosi   pięćdziesiąt   dwa.   Jeśli   przegrywają   jeden   do   sześciu,   to 
oznacza położenie szesnaście. Proste, gdy już człowiek trochę tego liźnie.
-  No ale są jeszcze Jankesi.
- Nieważne, którzy grają w Nowym Jorku, istotny jest wynik. Nigdy się nie zdarza, by obie 
drużyny były gospodarzami. Jak Metsi grają u siebie, to Jankesi na wyjeździe i odwrotnie.
-  A co nam da, że będziemy wiedzieć, gdzie są bomby?

background image

-   Możemy się wtedy bronić. Nie wiem jak tobie, ale mi nie przypada do gustu myśl, że 
zostanę rozerwany na strzępy. Ktoś musi trzymać rękę na pulsie i śledzić, co się dzieje, a 
skoro nikt inny tego nie robi, to robię ja.
W   trakcie   tej   rozmowy   pani   Hume   się   przebierała.   Gdy   już   była   gotowa,   pojechaliśmy 
taksówką   na   przystań   promową.   Nastał   piękny   dzień:   niebo   było   bezchmurne,   powietrze 
rześkie, wypełnione szumem wiatru. Pamiętam, że siedziałem z tyłu, z urną na kolanach, 
słuchając Charlie'ego, który wspominał Pony'ego,  gdy tymczasem taksówka mknęła  West 
Side Highway. Okazało się, że spotkali się obaj kilkakrotnie, i wyczerpawszy temat łączących 
ich podobieństw (pobyt w Utah), Charlie zaczął opowiadać nieskładnie, pokrętnie o swoim 
życiu na pustkowiu. Szkolenie na bombowcach odbył podczas wojny w Wendover, w samym 
sercu pustyni, gdzie niszczył miniaturowe miasta z soli. Wykonał trzydzieści czy czterdzieści 
lotów nad Niemcami,  a potem, już pod koniec wojny, wysłali go z powrotem do Utah i 
włączyli do przygotowań do zrzucenia bomby atomowej.
- Trzymali przed nami wszystko w tajemnicy - rzekł - ale się dowiedziałem.   Jeżeli gdzieś 
kryją się z czymś, to możesz być spokojny, Charlie Bacon to wyniucha. Najpierw był Big 
Boy, czyli to, którą zrzucił na Hiroszimę pułkownik Tibbets. Mnie przydzielono załogi na lot 
trzy dni później, nad Nagasaki. Ale w życiu,  nie yło  mowy,  żeby mnie  do tego zmusić. 
Zagłada na taką skalę to  sprawa Boga, nie ludzi. Ludzie nie mają prawa się w to mieszać. No 
i nabrałem ich, udając wariata. Pewnego dnia wyszedłem i pomaszerowałem na pustynię, 
prosto w skwar. Nie obchodziło mnie, czy będą strzelać. Już robota nad Niemcami była nie do 
wytrzymania, a teraz nie zamierzałem stać się narzędziem zagłady. Nie, panie generale, wolę 
być wariatem, niż mieć coś takiego na sumieniu. Według mnie nie zrobiliby tego, gdyby 
żółtki były białe. Gdzieś mają żółtą rasę, ot co. Bez obrazy - rzekł, obracając się do Kitty — 
ale  dla  nich  żółci   warci  tyle  co  psy.  Jak  myślicie,   co teraz  robimy  w Azji Południowo-
wschodniej? To samo, zabijamy żółtych, gdziekolwiek tylko ich znajdziemy. Jakbyśmy od 
nowa wybijali Indian. Teraz mamy wodór zamiast atomówek. Generałowie ciągle wymyślają 
nową broń w Utah, na bezludziu, gdzie nikt im nie patrzy na ręce. Pamiętacie te owce, co 
pozdychały w zeszłym roku? Sześć tysięcy owiec. Wystrzelili w powietrze gaz nowego typu i 
pomarło wszystko w promieniu wielu mil. Nie, panie generale, nie ma mowy, bym ubabrał 
sobie ręce tą krwią. Żółci, biali, co za różnica? Wszyscyśmy jednakowi, tak czy nie? Nie, 
panie generale, nie ma mowy, by Charlie Bacon wykonał za was tę brudną robotę. Wolę być 
wariatem, niż mieć coś wspólnego z tymi bumami.
Wypowiedź przerwał przyjazd na miejsce i odtąd Charlie'ego pochłonęły arkana jego radia. 
Podróż promem  sprawiła mu  jednak przyjemność i ja wbrew sobie też byłem  w dobrym 
nastroju. Nasza misja miała na tyle osobliwy cel, że w jakimś sensie wykluczał on czarne 
myśli i nawet pani Hume nie uroniła ani jednej łzy podczas rejsu. Najwyraźniej pamiętam, jak 
pięknie wyglądała Kitty w swej kusej spódniczce, z kruczymi włosami rozwiewanymi przez 
wiatr,   ściskając   mnie-delikatną   dłonią   za   rękę.   O   tej   porze   dnia   prom   był   pustawy   i   na 
pokładzie   płynęło   z   nami   więcej   mew   niż   pasażerów.   Gdy  ukazała   się  Statua   Wolności, 
otworzyłem urnę i wysypałem prochy na wiatr. Były miałką bielą, szarością i czernią; uleciały 
w ciągu ledwie kilku sekund. Po mojej prawej stronie stał Charlie, po lewej Kitty, obejmująca 
ramieniem panią Hume. Śledziliśmy wzrokiem krótki, płochy lot, aż wreszcie nie było już na 
co patrzeć, a wtedy Charlie obrócił się do siostry.
- Chcę, żebyś ze mną zrobiła to samo, Rita - powiedział. -Gdy umrę, spal moje ciało i rozsyp 
w   powietrzu.   To   przepiękny   widok,   tańczyć   we   wszystkich   kierunkach   jednocześnie. 
Najpiękniejszy na świecie.
Kiedy prom zawinął do doku na Staten Island, przesiedliśmy się na drugi, płynący do miasta. 
Pani Hume przygotowała dla nas  obiad i w niespełna godzinę po powrocie zasiedliśmy do 
stołu.   Wszystko   dobiegło   końca.   Torbę   już   spakowałem   i   zaraz   po   skończonym   posiłku 
miałem wyjść z domu Pony'ego na zawsze. Pani Hume zamierzała zostać, aż rozstrzygną się 

background image

sprawy spadkowe, a jeśli wszystko dobrze by się potoczyło (mówiąc to, miała na myśli zapis 
w testamencie na jej rzecz), zamierzała wyjechać z Charlie'em na Florydę i rozpocząć nowe 
życie. Chyba już po raz pięćdziesiąty powiedziała mi, że mogę mieszkać z nią dalej, jak długo 
mi się podoba, i po raz pięćdziesiąty odparłem, że znalazłem już kąt u jednego z kolegów 
Kitty. Chciała wiedzieć, jakie mam plany. Co z sobą pocznę? W tych okolicznościach nie 
było powodu jej okłamywać.
-  Nie wiem - odparłem. - Muszę się zastanowić. Na pewno sytuacja szybko się wyklaruje.
Przy rozstaniu były namiętne uściski i łzy. Obiecaliśmy sobie, że utrzymamy kontakt, ale 
oczywiście nic z tego nie wyszło i wtedy widziałem ją po raz ostatni.
-  Jesteś wartościowym człowiekiem - powiedziała mi w drzwiach. - Nigdy nie zapomnę, jak 
dobry byłeś dla pana Thomasa. Nawet w połowie nie zasłużył na taką dobroć.
-  Każdy zasługuje na dobroć - odparłem. - Bez względu na to, jaki jest.
Szedłem już z Kitty klatką schodową, gdy pani Hume przy-dreptała za nami.
-  Omal nie zapomniałam - rzekła. - Mam coś przecież dla ciebie.
Wróciliśmy   do mieszkania,  gdzie   otworzyła  szafę  w przedpokoju  i z  górnej  półki  zdjęła 
pogniecioną papierową torbę na zakupy.
-   Pan Thomas dał mi to dla ciebie w zeszłym miesiącu. Powiedział, że masz to dostać na 
odchodnym.
Wepchnąłem sobie torbę pod pachę i chciałem wyjść, ale Kitty mnie zatrzymała.
- Nie ciekawi cię, co jest w środku? - zapytała.
- Wolę zajrzeć dopiero na dworze - odparłem. - Na wypadek gdyby to była bomba.
Pani Hume parsknęła śmiechem.
- Nie zdziwiłabym się, znając starego filuta - rzekła.
- No właśnie. Ostatni psikus, zza grobu.
-  No to ja zajrzę, jeśli ty nie chcesz - powiedziała Kitty. -Może to jednak coś miłego.
-   No proszę, jaka z niej optymistka - zwróciłem się do pani Hume. - Zawsze jest dobrej 
myśli.
-   Pozwól jej otworzyć  - poprosił Charlie błagalnie, wtrącając się do rozmowy.  - Jestem 
pewien, że tam jest cenny prezent.
-   Dobrze - odparłem, wręczając torbę Kitty. - Przegłosowaliście mnie, więc proszę, czyń 
honory.
Z niezrównaną delikatnością odwinęła górę torby i zajrzała do środka. Zaraz podniosła głowę, 
a   na   jej   twarzy   przez   chwilę   malowało   się   zmieszanie,   potem   jednak   zajaśniał   szeroki, 
tryumfalny uśmiech. Bez słowa przekręciła torbę do góry dnem i wysypała zawartość na 
podłogę.   Wyleciały   pieniądze,   nie   kończący   się   deszcz   starych,   pomiętych   banknotów. 
Patrzyliśmy w milczeniu, jak dziesiątki, dwudziestki i pięćdziesiątki opadają u naszych stóp. 
Wszystkiego było ponad siedem tysięcy dolarów.

Rozdział  7

Potem  nastał  niebywały   czas.  Przez   następnych   osiem,   dziewięć   miesięcy  żyłem  tak,  jak 
jeszcze nigdy dotąd nie było mi dane, i do dziś uważam, że zbliżyłem się wtedy do raju na 
ziemi bardziej niż kiedykolwiek we wszystkich latach spędzonych na tym padole. Nie chodzi 
tylko o pieniądze (choć ich znaczenia nie wolno lekceważyć), ale o nagłość, z jaką wszystko 
się   odwróciło.   Śmierć   Pony'ego   przecięła   więź   łączącą   mnie   z   nim   oraz   ze   światem,   a 
ponieważ byłem jeszcze młody, ponieważ wciąż niewiele wiedziałem o życiu, nie zdawałem 
sobie sprawy, że ten okres szczęśliwości nie będzie trwał wiecznie. Zabłądziłem na pustyni i 
oto   nagle   odnalazłem   mój   Kanaan,   moją   ziemię   obiecaną.   Na   razie   mogłem   się   tylko 
radować, upaść na kolana w podzięce i całować ziemię, po której stąpałem. Było za wcześnie, 

background image

by do świadomości przedarła się myśl, że wszystko może się obrócić w nicość, za wcześnie, 
by dojrzeć wygnanie, które mnie czekało.
Kitty skończyła zajęcia mniej więcej w tydzień po mojej wyprowadzce od Pony'ego, a w 
połowie czerwca znaleźliśmy sobie dom. Za niespełna trzysta dolarów miesięcznie uwiliśmy 
sobie gniazdko na dużym, zakurzonym poddaszu hali przemysłowej na East Broadway, o 
krok   od   Chatham   Sąuare   i   Manhattan   Bridge.   To   samo   serce   Chinatown,   więc   Kitty   o 
wszystko   zadbała,   wykorzystując   swe   chińskie   koneksje,   by   wytargować   u   właściciela 
pięcioletnią   dzierżawę   z   uwzględnieniem   obniżek   czynszu   w   wypadku     r   ewentualnych 
remontów, na które byśmy się zdecydowali. Był  rok 1970 - malarzy i rzeźbiarzy,  którzy 
zamienili poddasza magazynów na pracownie, można było policzyć na palcach jednej ręki; 
pomysł mieszkania w starych obiektach przemysłowych dopiero zyskiwał zwolenników w 
Nowym Jorku. Kitty potrzebowała przestrzeni do tańczenia (było blisko dwieście metrów 
kwadratowych),   a   mnie   oczarowała   perspektywa   zamieszkania   w   byłej   hali   z   rurami   na 
wierzchu   i   zardzewiałym   metalowym   dachem.   Na   Lower   East   Side   kupiliśmy   używaną 
kuchenkę   i   lodówkę,   potem   kazaliśmy   zainstalować   prysznic   i   termę   w   łazience. 
Przeczesaliśmy ulice w poszukiwaniu porzuconych mebli - owocem był stół, biblioteczka, 
trzy albo cztery krzesła, chwiejny zielony sekretarzyk - sprawiliśmy sobie piankowy materac i 
coś niecoś do wyposażenia kuchni. Sprzęty te ledwo zaznaczyły swą obecność w olbrzymiej 
przestrzeni, ale ponieważ oboje mieliśmy awersję do ciasnoty,  zadowoliła nas surowość i 
minimalizm   wystroju,   więc   na   tym   poprzestaliśmy.   Zamiast   wydawać   pieniądze   na 
urządzanie poddasza - i tak poszło już około tysiąca dolarów - wyprawiliśmy się z Kitty do 
miasta po nowe ubrania. W niespełna godzinę znaleźliśmy wszystko, czego było mi trzeba, i 
przez resztę dnia chodziliśmy od sklepu do sklepu w poszukiwaniu idealnej sukienki dla niej. 
Dostaliśmy   taką   dopiero   po   powrocie   do   Chinatown:   jedwabne   chipao   w   kolorze 
przepięknego indygo,   ozdobione czerwonym i   czarnym haftem.   Był to idealny strój dla 
Smoczej Damy, z rozcięciem z boku, wspaniale dopasowany w talii i biuście. Pamiętam, że 
cena zwalała z nóg i musiałem zbałamucić Kitty, by pozwoliła mi kupić sukienkę, w moim 
jednak mniemaniu pieniądze zostały dobrze wydane i potem nigdy nie miałem jej dość w tej 
kreacji. Ilekroć sukienka wisiała w szafie zbyt długo, wymyślałem pretekst, byśmy wybrali 
się do restauracji tylko po to, bym rozkoszował się widokiem wystrojonej Kitty. Kitty była 
czuła   na   moje   zdrożne   myśli   i   gdy   zdała   sobie   sprawę   z   mej   głębokiej   namiętności   do 
sukienki, zaczęła ją nosić niekiedy wieczorami w domu - bez słowa wślizgując się w nią naga, 
co było wstępem do gry miłosnej.
W   chińskiej   dzielnicy   żyłem   jak   w   obcym   kraju.   Ilekroć   wy-   *   chodziłem   z   domu, 
opanowywało   mnie   poczucie   odrębności   i   zagubienia.   To   była   Ameryka,   a   jednak   nie 
rozumiałem, co mówią ludzie na ulicy, nie potrafiłem pojąć tego, co widzę. Nawet gdy już 
poznałem niektórych sklepikarzy z sąsiedztwa, nasze stosunki ograniczały się wyłącznie do 
uprzejmych uśmiechów i frenetycznych gestów, do języka znaków bez treści. Nie potrafiłem 
wniknąć w  sedno rzeczy i niekiedy z powodu wyobcowania czułem się tak, jak gdybym żył 
w urojonym  świecie, poruszając się wśród tłumów zjaw, które noszą maski  na twarzach. 
Jednak wbrew moim obawom nie doskwierało mi to życie poza nawiasem. Było bowiem 
osobliwie podbudowującym doświadczeniem i na dłuższą metę uwypuklało nowość tego, co 
się   ze   mną   działo.   Nie   czułem,   że   przeprowadziłem   się   do   innej   dzielnicy.   Czułem,   że 
objechałem połowę świata, więc zrozumiałe, że wszystko było mi obce, nawet ja sam.
Gdy już osiedliśmy na poddaszu, Kitty znalazła, sobie pracę na resztę lata. Usiłowałem ją od 
tego odwieść, woląc dać jej pieniądze i oszczędzić  trudu, ale nie uległa. Powiedziała, że 
powinniśmy przykładać się po równo i że nie chce, bym sam utrzymywał nas oboje. I jeszcze 
że powinniśmy się starać, by pieniędzy od Pony'ego starczyło na jak najdłużej, i wydawać je z 
rozwagą.   Bez   wątpienia   w   tych   sprawach   wykazywała   więcej   rozsądku   ode   mnie,   więc 
ustąpiłem wobec jej żelaznej logiki. Zgłosiła się do agencji zajmującej się wyszukiwaniem 

background image

dorywczych   zajęć   dla   sekretarek   i   ledwie   trzy   dni   później   znaleźli   jej   pracę   w   budynku 
McGraw-Hill na Szóstej Alei, konkretnie w redakcji jednego z pism specjalistycznych. Zbyt 
często żartowaliśmy sobie z tytułu tego pisma, bym go nie pamiętał, i nawet dziś nie potrafię 
o   nim   myśleć   bez   uśmiechu   na   twarzy:   „Nowoczesne   tworzywa   sztuczne:   organ   świata 
wzniesionego inaczej". Kitty pracowała tam codziennie od dziewiątej do piątej, tłukąc się w 
tę i z powrotem metrem wraz z milionami innych osób dojeżdżających do pracy w skwarze. 
Nie było jej łatwo, ale, jak to ona, nie uskarżała się na podobne rzeczy. Wieczorem dwie, trzy 
godziny   ćwiczyła   balet,   a   nazajutrz   wstawała   rześka   i   pędziła   do   redakcji.   Podczas   jej 
nieobecności zajmowałem się domem i robiłem zakupy; dbałem, by czekał na nią obiad. Był 
to przedsmak rodzinnego życia i dostosowałem się bezboleśnie, bez oporów. Nie mówiliśmy 
o przyszłości, ale z czasem, może po dwóch czy trzech miesiącach mieszkania razem, oboje 
chyba zdaliśmy sobie sprawę, że zmierzamy do małżeństwa.
Wysłałem   wspomnienie   pośmiertne   o   Ponym   do   „Timesa",   ale   nie   dostałem   żadnej 
odpowiedzi, nawet odmowy publikacji. Być może list zaginął albo uznano to za głupi kawał. 
Dłuższa wersja trafiła, zgodnie z życzeniem Pony'ego, do miesięcznika „Świat sztuki", lecz ją 
odrzucono. W gruncie rzeczy ich nieufność była uzasadniona. Redaktor naczelny wyjaśnił mi 
w liście, że nikt z redakcji nie słyszał o malarzu nazwiskiem Julian Barber i jeśli nie poprę 
swych słów reprodukcjami obrazów, wydrukowanie takiego  artykułu w ciemno będzie zbyt 
ryzykowne. O panu też nic nie wiem, panie Fogg - przeczytałem dalej - podejrzewam, że 
próbuje pan dokonać mistyfikacji. Pańska historia jest frapująca, ale wydaje mi się, że miałby 
pan większe szansę opublikować ten tekst, gdyby dal pan spokój maskaradzie i złożył go 
gdzieś otwarcie jako utwór literacki.
Uznałem, że winienem Pony'emu dalsze starania. Nazajutrz po otrzymaniu listu ze „Świata 
sztuki" poszedłem do biblioteki i poprosiłem o zrobienie mikrofiszy nekrologu Pony'ego z 
1917 roku, którą wysłałem do naczelnego wraz z krótkim listem wyjaśniającym. Przyznaję, że 
w   chwili   swego   zniknięcia   Barber   był   młodym   i   raczej   nie   znanym   artystą,   ale   istniał 
naprawdę i mam nadzieję, że ten nekrolog skopiowany z „The New York Sun" przekona 
pana,   że   swój   artykuł   napisałem   w   dobrej   intencji.   Przed   upływem   tygodnia   nadeszły 
przeprosiny,   które   jednak   były   jedynie   wstępem   do   ponownej   odmowy.   Zgoda,   jestem 
skłonny uwierzyć, że żył kiedyś amerykański malarz nazwiskiem Julian Barber — napisał 
redaktor naczelny - ale to nie dowodzi, że on i Thomas Pony to jedna i ta sama osoba. A 
nawet jeśli tak, bez reprodukcji jego dziel trudno nam ocenić, jakiego formatu był artystą. 
Ogólna niewiedza dowodzi chyba, że nie mówimy o kimś wybitnym. A skoro tak, nie wydaje 
się sensowne, byśmy poświęcali Barberowi miejsce na lamach naszego pisma. Poprzednio 
wyraziłem  opinię,  że  według mnie  to dobry materiał  na powieść.  Teraz  cofam  te słowa. 
Wydaje mi się, że mamy do czynienia z przypadkiem osoby niezrównoważonej psychicznie. 
Jest to temat interesujący, ale nie ma nic wspólnego ze sztuką.
Wówczas dałem za wygraną. Gdybym się uparł, pewnie odnalazłbym jakiś obraz Barbera, ale 
prawda była taka, że wolałem nie wiedzieć, jak malował. Po tylu miesiącach wysłuchiwania 
Pony'ego zacząłem sobie wyobrażać jego płótna i raptem zorientowałem się, że nie mam 
zamiaru   pozwolić,   by   coś   zakłóciło   piękne   wizje,   które   stworzyłem.   Doprowadzenie   do 
publikacji artykułu oznaczałoby ich unicestwienie, a tę cenę uznałem za zbyt wysoką. Bez 
względu na to, jak wielkim artystą był Julian Barber, jego obrazy nie dorównałyby tym, które 
dał mi Thomas Pony. Wyśniłem je dla siebie z jego słów i jako takie stanowiły doskonałość, 
pełnię, wierniejsze odzwierciedlenie rzeczywistości niż sama rzeczywistość. Mogłem je sobie 
wyobrażać dopóty, dopóki nie otworzyłbym oczu.
Dni upływały mi na słodkim próżniactwie. Poza codziennymi zajęciami w domu nie miałem 
żadnych innych godnych wzmianki   obowiązków. Siedem tysięcy dolarów było w tamtych 
czasach sporą sumką, więc nie musiałem się martwić o jutro. Znowu zacząłem palić, czytałem 
książki, włóczyłem się po ulicach dolnego Manhattanu, prowadziłem dziennik. Z zapisków 

background image

wykluło się kilkanaście krótkich esejów, zawiązki prozy, które zwykle czytałem Kitty zaraz 
po   ukończeniu.   Od   pierwszego   spotkania,   gdy   zrobiłem   na   niej   wrażenie   swą   tyradą   o 
Cyranie, była przekonana, że zostanę pisarzem, i teraz, gdy codziennie zasiadałem z piórem w 
dłoni, jej przepowiednia najwyraźniej się spełniała. Ze wszystkich czytanych  przeze mnie 
autorów największym natchnieniem był dla mnie Mon-taigne. Podobnie jak on, próbowałem 
wyzyskać własne doświadczenia jako zręby swej twórczości i nawet gdy bieg myśli wiódł 
mnie   w   rozległe   i   abstrakcyjne   rejony,   miałem   wrażenie,   że   nie   tyle   mówię   coś 
rozstrzygającego na konkretny temat, ile piszę skrytą historię własnego życia. Nie pamiętani 
wszystkich   tekstów,   ale   parę   sobie   przypominam,   gdy   wytężę   umysł:   przyczynek   do 
rozważań o pieniądzu, na przykład, i drugi o ubraniu, esej o sierotach i nieco dłuższy tekst o 
samobójstwie,   w   dużej   mierze   poświęcony   Jacąue-sowi   Rigaut,   francuskiemu   dadaiście 
pośledniej miary, który w wieku dziewiętnastu lat stwierdził, że daje sobie jeszcze dekadę 
życia,   a   skończywszy   dwadzieścia   dziewięć,   dotrzymał   słowa,   popełniając   samobójstwo 
wyznaczonego dnia. Pamiętam również, że grzebałem trochę po źródłach, by dowiedzieć się 
co nieco o Tesli, a to z myślą  o wzięciu  na warsztat  przeciwstawności  maszyna-na-tura. 
Pewnego   dnia,   gdy   szperałem   w   antykwariacie   na   Czwartej   Alei,   wpadła   mi   w   ręce 
autobiografia Tesli pod tytułem Moje wynalazki, którą opublikowano w  1919 roku na łamach 
pisma „Inżynier elektryk". Kupiłem książeczkę i zacząłem czytać  w domu. Przebrnąwszy 
przez   kilka  stronic,  natknąłem   się  na  zdanie,  które   niespełna  rok  wcześniej  znalazłem  w 
ciastku   z   wróżbą   podczas   kolacji   w   „Księżycowym   Pałacu":     „Słońce   to   przeszłość, 
teraźniejszość   -   Ziemia,   przyszłością   -   Księżyc".   W   portfelu   wciąż   nosiłem   ów   skrawek 
papieru   i   aż   mnie   zelektryzowało,   że   słowa   te   napisał   Tesla,   postać   tak   ważna   w   życiu 
Pony'ego. Wydawało mi się, że ta zbieżność ma ogromną wagę, choć nie potrafiłem określić, 
na czym ona polega. Było tak, jak gdyby moje przeznaczenie wołało do mnie z dala, ale gdy 
natężałem  słuch,  rozbrzmiewał   język,   którego  nie   rozumiałem.  Czy któryś  z   kucharzy  w 
chińskiej restauracji czytał Teslę? Wydawało się to mało prawdopodobne, ale gdyby nawet, 
dlaczego   z nas  trojga  akurat   ja  wybrałem   ciastko  z  tym  przesłaniem?   To zdarzenie   mną 
wstrząsnęło. Był to splot zagadek  i miałem wrażenie, że tylko jakieś durne wyjaśnienie ma 
rację bytu: spisek materii, znaki przedpoznawcze, przeczucia, świat podobny do tego z wizji 
Charlie'ego   Bacona.   Odłożyłem   na   bok   esej   o   Tesli   i   zająłem   się   zagadnieniem 
przypadkowości zdarzeń, nie zabrnąłem jednak daleko. Temat okazał się dla mnie za trudny, 
więc porzuciłem go, przyrzekając sobie, że kiedyś do niego wrócę. Tak się złożyło, że nigdy 
nie wywiązałem się z obietnicy.
W połowie września  Kitty zaczęła  nowy rok w Konserwatorium Juilliarda,  a pod koniec 
pierwszego tygodnia  odezwał się wreszcie Solomon  Barber. Od śmierci  Pony'ego  minęło 
blisko   cztery   miesiące   i   już   nie   oczekiwałem,   że   się   ze   mną   skontaktuje.   Sprawa   była 
przebrzmiała, a biorąc pod uwagę rozmaite reakcje, z którymi należało się liczyć w wypadku 
człowieka w jego sytuacji — wstrząs, poczucie krzywdy, radość, zgroza - nie miałem mu za 
złe, że nie odpowiada na list. Przeżyć pięćdziesiąt trzy lata w przeświadczeniu, że ojciec nie 
żyje, i raptem dowiedzieć się, że i owszem, a zaraz potem usłyszeć, że właśnie umarł, tym 
razem naprawdę - nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, jak można zareagować na rewelacje 
takiej   miary.   A   jednak   pewnego   dnia   w   skrzynce   leżał   list   od   Barbera:   układny, 
przepraszający, pełen wylewnych podziękowań za to, co zrobiłem dla jego ojca w ostatnich 
miesiącach jego życia. Napisał, że chętnie by się ze mną spotkał, jeśli nie prosi o zbyt wiele, i 
gotów jest przyjechać na weekend do Nowego Jorku jeszcze tej jesieni. Ton jego listu był tak 
uprzejmy i taktowny, że do głowy mi nie przyszło, by odmówić. Natychmiast odpisałem, że z 
przyjemnością się z nim zobaczę, gdy tylko się zjawi.
Niedługo potem Barber przyleciał do Nowego Jorku - w piątkowe popołudnie na początku 
października, gdy akurat ochładzało się już na zimę. Zatrzymał się w hotelu Warwick - to w 
śródmieściu - i zaraz zadzwonił do mnie, by powiedzieć, że jest, więc umówiliśmy się w hallu 

background image

najszybciej, jak tylko zdołam doje-" chać. Gdy go zapytałem, jak się poznamy, zaśmiał się 
cicho w słuchawkę.
- Będę największy w całym hotelu - powiedział - rzucę się więc panu w oczy. Ale gdyby trafił 
się jeszcze ktoś dorównujący mi posturą, to ja jestem łysy, bez jednego włosa na głowie.
Już   wkrótce   przekonałem   się,   że   w   słowie   „największy"   nie   było   żadnej   przesady.   Syn 
Pony'ego był ogromnym mężczyzną o potwornej masie ciała - zwały tłuszczu na zwałach 
tłuszczu. W życiu nie widziałem kogoś o takich wymiarach i gdy ujrzałem go siedzącego na 
kanapie   w   hallu,   zawahałem   się,   czy   podejść.   Miałem   przed   sobą   jednego   z   tych 
monstrualnych   grubasów,   których   widuje   się   niekiedy   na   ulicy:   choć   ze   wszystkich   sił 
próbujemy odwrócić wzrok, gapimy się z rozdziawionymi ustami. Nieludzko otyły, był tak 
rozbuchaną,   natarczywą   krągłością,   że   patrząc   na   niego   człowiek   się   kurczył.   Miało   się 
wrażenie, że jego trójwymiarowość jest cechą wydatniejszą niż u innych ludzi. Rzecz nie w 
tym,   że   zajmował   więcej   miejsca;   on   wręcz   wchłaniał   w   siebie   przestrzeń,   zdawał   się 
rozrastać z krańców swego ciała i sięgać coraz dalej. Rozparty wygodnie, z okropną łysą 
głową sterczącą z fałd masywnej szyi, tchnął baśniowością, która wydawała mi się sprośna i 
tragiczna zarazem. Nie chciało się wierzyć, że drobny, słabowity Pony spłodził takiego syna: 
Barber był genetycznym wybrykiem, zdegenerowanym nasieniem, które się uwolniło spod 
władzy   rodzica   i   rozrosło   ponad   wszelką   miarę.   O   mało   nie   uwierzyłem,   że   jest 
przywidzeniem,   ale   zaraz   nasze   oczy   się   spotkały   i   jego   twarz   rozpromienił   uśmiech. 
Olbrzym miał na sobie zielony garnitur z tweedu i jasne mokasyny. Do połowy wypalone 
cygaro wyglądało w jego palcach jak szpilka.
- Czy pan Solomon Barber? - zapytałem.
-  We własnej osobie - odparł. - A więc pan Fogg. Jestem zaszczycony, że mogę pana poznać.
Miał   donośny,   dźwięczny   głos,   który   zadudnił   niskimi   tonami   za   sprawą   dymu 
wypełniającego płuca. Uścisnąłem potężną dłoń i usiadłem obok na kanapie. Dłuższą chwilę 
nic nie mówiliśmy. Uśmiech powoli spłynął z twarzy Barbera, ustępując miejsca wyrazowi 
zmieszania,   rozkojarzenia.   Przyglądał   mi   się   bacznie,   ale   jednocześnie   sprawiał   wrażenie 
zamyślonego, jak gdyby właśnie przyszło mu coś ważnego do głowy. Następnie nie wiedzieć 
czemu zamknął oczy i westchnął głęboko.
- Znałem kiedyś kogoś o nazwisku Fogg - odezwał się wreszcie. - Dawno temu.
-  Najpospolitsze nazwisko to nie jest - odparłem - ale paru Foggów chodzi po świecie.
- To było w latach czterdziestych. Dopiero co zacząłem wtedy uczyć. Fogg.
-  Pamięta pan, jak miał na imię?
-   Miała,   nie   miał,   to   była   dziewczyna.   Tak,   pamiętam.   Emily.   Emily   Fogg.   Studentka 
pierwszego roku na zajęciach z historii Stanów Zjednoczonych.
- Wie pan może, skąd pochodziła?
  - Z Chicago. Chyba z Chicago.
-  Moja matka miała na imię Emily i pochodziła z Chicago. Czy to możliwe, że były dwie 
dziewczyny z Chicago o nazwisku Fogg?
- Możliwe, choć mało prawdopodobne. Ale ja nie mam wątpliwości, że znałem pańską matkę. 
Podobieństwo jest zbyt wyraźne. Zorientowałem się, gdy tylko pan wszedł.
-  Jeden  zbieg  okoliczności  za drugim - powiedziałem. -Wszechświat wydaje się ich pełen.
-  Tak, czasem aż człowieka dziw bierze - przyznał Barber, znów pogrążony w myślach. Po 
kilku sekundach ocknął się z wysiłkiem i rzekł: - Niech pan się nie obrazi, że spytam, ale jak 
to jest, że nosi pan panieńskie nazwisko matki?
-  Ojciec umarł przed moim urodzeniem i wtedy wróciła do swojego nazwiska.
- Aha. Przepraszam, nie chciałem być wścibski.
-  Ależ nic nie szkodzi. Ojca nigdy nie znałem, a matka nie żyje od wielu lat.
- Tak, wiem, słyszałem o tym. Jakiś wypadek samochodowy, zdaje się. Okropna tragedia. 
Pewnie bardzo pan to przeżył.

background image

- Potrącił ją autobus w Bostonie. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem.
- Okropna tragedia - powtórzył Barber, znów zamykając oczy. - Pańska matka była piękną i 
mądrą dziewczyną. Bardzo dobrze ją pamiętam.
Dziesięć   miesięcy   później,   leżąc   ze   złamanym   kręgosłupem   w   chicagowskim   szpitalu, 
umierający   Barber   powiedział   mi,   że   prawdy   domyślił   się   już   wtedy,   podczas   pierwszej 
rozmowy   w   hotelu.   Nie   powiedział   wszystkiego   otwarcie   wyłącznie   z   obawy,   że   mnie 
wystraszy. Nie znał mnie przecież i nie wiedział, jak zareaguję na tak nagłą, niesłychaną 
nowinę. Wystarczyło wyobrazić sobie scenę, jaka najprawdopodobniej by wynikła, by uznać, 
że lepiej będzie trzymać język za zębami. Do hotelu zaprasza mnie obcy mężczyzna ważący 
sto sześćdziesiąt kilogramów, ściska mi dłoń na powitanie i zamiast mówić o sprawach, które 
były powodem naszego spotkania, zagląda mi głęboko w oczy i wyznaje, że jest moim ojcem, 
którego   nigdy   nie   znałem.   Pokusa   była   silna,   ale   mogła   okazać   się   zgubna.   Najpewniej 
uznałbym   go   za   wariata   i  nie   chciał   więcej   z   nim   rozmawiać.   Otwierała   się   sposobność 
bliższego poznania, toteż Barber postanowił na razie milczeć, bojąc się, że zniweczy swe 
szansę   popędliwością. Tak jak w wielu wypadkach, o których usiłuję opowiedzieć w tej 
książce, okazało się to błędem. Wbrew temu, co sądził, nie mieliśmy dużo czasu. Wierzył, że 
problem   sam   się   rozwiąże   w   przyszłości,   ale   przyszłość   nigdy   nie   nadeszła.   Trudno   go 
oczywiście   winić   za   podjętą   decyzję,   niemniej   zapłacił   za   nią   słono,   a   ja   razem   z   nim. 
Pomimo opłakanych skutków tej decyzji nie widzę jednak, jak by miał postąpić inaczej. Nikt 
przecież nie mógł wiedzieć, co się wydarzy, nikt nie przewidziałby, jak gorzki, okropny los 
jest nam pisany.
Do dziś nie potrafię myśleć o Barberze bez obezwładniającego uczucia litości. Choć nigdy nie 
znałem swego ojca, wiedziałem przynajmniej, że kiedyś żył. Dziecko musi się przecież skądś 
wziąć;  mężczyzna,  który je spłodził,  chcąc  nie chcąc  jest  ojcem.  Tymczasem  Barber nie 
wiedział nic. Spał z moją matką tylko raz (w wilgotną, bezgwiezdną noc wiosną 1946 roku) i 
nazajutrz już jej nie było, zniknęła z jego życia na zawsze. Nie wiedział, że zaszła w ciążę, że 
urodziła syna, nie miał o tym zielonego pojęcia. W świetle późniejszej tragedii sprawiedliwie 
byłoby, gdyby dostał coś w zamian za swe cierpienie, choćby tylko świadomość tego, co 
zrobił. Rano weszła bez pukania sprzątaczka, a ponieważ nie zdołała zdusić w gardle krzyku, 
do pokoju zbiegli się wszyscy mieszkańcy akademika, nim matka i Barber zdążyli się ubrać. 
Gdyby chodziło tylko 0  sprzątaczkę, być może wymyśliliby jakąś bajeczkę, wywikłali się z 
tarapatów, ale niestety, zbyt wielu było świadków. Dziewiętnastoletnia studentka pierwszego 
roku w łóżku ze swym profesorem historii. Takie związki były zakazane i tylko ofermowaty 
dureń  dałby  się złapać,  zwłaszcza   w miasteczku  pokroju Oldburn  w  Ohio.  Barber  został 
zwolniony,   Emily   uciekła   z   powrotem   do   Chicago   1     na   tym   koniec.   Kariera   naukowa 
bezpowrotnie zwichnięta, ale jeszcze gorszą udręką była utrata Emily. Ciągnęło się to za nim 
do śmierci i nie było miesiąca (jak mi powiedział w szpitalu), by nie przeżył po raz n-ty 
okrucieństwa   odmowy,   by   nie   ujrzał   przerażenia   na   jej   twarzy,   gdy   poprosił   ją   o   rękę. 
„Złamałeś   mi   życie   -   odparła.   -   Niech   mnie   szlag,   jeśli   kiedykolwiek   jeszcze   mnie 
zobaczysz". No i nigdy więcej nie zobaczył. Gdy trzynaście lat później udało mu się trafić na 
jej ślad, leżała już w grobie.
Z tego, co się orientuję, matka nie rozmawiała z nikim o tym  zdarzeniu. Rodzice dawno 
pomarli,   a   Victor   włóczył   się   po   kraju   z   Orkiestrą   Cleveland,   nie   było   więc   potrzeby 
opowiadać mu o skandalu. W istocie nie ona pierwsza wyleciała ze studiów, a w wypadku 
młodej dziewczyny w 1946 roku nie widziano już w tym   nic zatrważającego. Tajemnica 
polegała jedynie na tym, że gdy dowiedziała się, że jest w ciąży, za żadne skarby nie chciała 
wyjawić nazwiska ojca. Pytałem o to kilkakrotnie wuja podczas wspólnie przeżytych lat, ale 
wiedział tyle co ja. „To był sekret Emily - odparł. - Przyciskałem ją więcej razy, niż potrafię 
zliczyć, ale nie pisnęła słowa." Urodzenie dziecka z nieprawego łoża było w owym czasie 
dowodem odwagi i nieugiętego charakteru, w dodatku wydaje się, że matka nigdy nie miała 

background image

wątpliwości,   co   powinna   zrobić.   Oprócz   wszystkiego   innego   i   za   to   winien   jej   jestem 
wdzięczność. Słabsza kobieta zdecydowałaby się oddać dziecko do adopcji albo - co gorsza 
— poszłaby na zabieg. To niezbyt przyjemna myśl, ale gdyby moja matka była inną osobą, 
być może nie zawitałbym na świecie. Gdyby zachowała się rozsądnie, umarłbym, nim bym 
się urodził, byłbym trzymiesięcznym płodem leżącym w koszu na śmieci w ciemnej ulicy.
Choć bolesna, odmowa matki nie zaskoczyła Barbera i z upływem lat coraz trudniej mu było 
żywić do niej żal. Dziwne, że w ogóle kiedykolwiek się jej podobał. Wiosną 1946 roku miał 
dwadzieścia  dziewięć  lat  i Emily była  pierwszą kobietą,  której  nie musiał  zapłacić,  żeby 
poszła z nim do łóżka. Zresztą z podobnych usług korzystał jedynie kilkakrotnie, z rzadka. 
Ryzyko było zbyt wielkie, a gdy już przekonał się, że rozkosze może zniweczyć upokorzenie, 
nieczęsto ośmielał się próbować. Barber nie miał złudzeń co do siebie. Rozumiał, co ludzie 
czują, gdy na niego patrzą, i uważał, że mają prawo tak czuć. Emily była jego jedyną szansą i 
szansę tę utracił. Choć z bólem, musiał przed sobą przyznać, że w pełni na to zasłużył.
Jego ciało było lochem, a on skazanym w nim na dożywocie, zapomnianym więźniem bez 
możliwości apelacji, bez nadziei na skrócony wyrok, bez prawa do łaski w postaci rychłej 
egzekucji. Już w wieku piętnastu lat osiągnął pełny wzrost, prawie metr dziewięćdziesiąt, i 
odtąd nieustannie nabierał wagi. Okres dojrzewania upłynął pod znakiem walki, by utrzymać 
się poniżej stu piętnastu kilogramów, ale nie sprzyjały temu nasiadówki do późnej nocy, a 
diety nie dawały żadnego rezultatu. Unikał luster i gdy tylko mógł, spędzał czas samotnie. 
Świat był torem przeszkód w postaci wytrzeszczonych oczu i wskazujących palców, a on 
objazdową wystawą prezentującą wybryk natury, uwiązanym do pręgierza człekokształtnym 
balonem,   na   którego   widok   jedni   wybuchali   śmiechem,   a   inni   stawali   jak   wryci.   Dość 
wcześnie ucieczką stały się książki; to wśród nich się krył - nie tylko przed ludźmi, ale także 
inrzed własnymi  myślami.  Albowiem Barber nigdy nie miał  wątpi wości, kogo powinien 
obarczać winą za swój wygląd. Wchodząc w słowa, które widniały na stronie, zapominał o 
swym ciele, a to bardziej niż cokolwiek innego pomagało mu unikać samooskarżefi. Książki 
dawały mu możność dryfowania, przeniesienia  się całym  jestestwem do umysłu  i dopóki 
poświęcał im całą uwagę, dopóty mógł się łudzić, że się uwolnił, że pękły więzy łączące go z 
groteskową cumą.
Szkołę   średnią   skończył   z   najlepszymi   ocenami,   uzyskując   tak   wysokie   noty   z   testów   i 
sprawdzianów, że zadziwił tym całe miasteczko Shoreham na Long Island. W czerwcu na 
uroczystości pożegnania absolwentów wygłosił szczerą do bólu i nieco rozwlekłą mowę na 
rzecz ruchu pacyfistycznego, republiki hiszpańskiej i drugiej kadencji Roosevelta. Był rok 
1936 i zebrani w parnej sali gimnastycznej słuchacze nagrodzili go gromkimi brawami, choć 
nie   podzielali   jego   poglądów   politycznych.   Następnie,   podobnie   jak   jego   nieświadomy 
niczego   syn   dwadzieścia   dziewięć   lat   później,   wziął   kurs   na   Nowy   Jork   i   Uniwersytet 
Columbii. Wtedy to jego waga ustaliła się na krótko na poziomie stu trzydziestu kilogramów. 
Po czterech latach skończył wydział historii i bez powodzenia próbował wstąpić do wojska. 
„Żadnych tłuściochów" - oznajmił sierżant z pogardliwym uśmieszkiem na twarzy. Barber 
został więc na tyłach, w jednym szeregu z paraplegikami i chorymi na umyśle, z dziećmi i 
starcami. Spędził te lata na wydziale historii Columbii, otoczony przez kobiety: gigantyczna 
kupa męskiego cielska zadumana pośród regałów biblioteki. Nikt jednak nie przeczył, że jest 
dobry w tym, co robi. Jego praca na temat biskupa Berkeleya i Indian zdobyła prestiżową 
nagrodę naukową za rok 1944, a potem zaproponowano mu posadę w kilku szacownych 
uniwersytatach na wschodzie. Z powodów, których nigdy nie zdołał dociec, wybrał Ohio.
Pierwszy   rok   minął   gładko.   Barber   był   popularny   wśród   studentów,   wstąpił   do   chóru 
wydziałowego   jako   baryton   i   napisał   pierwsze   trzy   rozdziały   książki   o   relacjach   białych 
schwytanych   przez   Indian.   Wiosną   zakończyła   się   wreszcie   wojna   w   Europie,   a   gdy   w 
sierpniu na Japonię spadły dwie bomby, usiłował pocieszać się myślą, że nigdy już się to nie 
powtórzy. Od września do stycznia zbił wagę do stu trzydziestu sześciu kilogramów i po raz 

background image

pierwszy w  życiu   zaczął  patrzeć   w przyszłość   z  pewną nadzieją.   Z nadejściem   semestru 
wiosennego   pojawiła   się   na   pierwszym   roku   Emily   Fogg   -   czarująca,   tryskająca   życiem 
dziewczyna, która niespodziewanie  się w nim zadurzyła. Zbyt piękne, by było prawdziwe, 
ale choć reagował nieufnie i powściągliwie, po trosze dotarło do niego, że wszystko jest 
możliwe, nawet to, czego dotąd nie śmiał sobie wyobrażać. Potem była noc w akademiku i 
nagłe   wtargnięcie   sprzątaczki.   Tragedia.   Nagłość   tego   zdarzenia   poraziła   go,   zbyt   był 
oszołomiony, by jakoś zareagować. Gdy nazajutrz rektor wezwał go do swego gabinetu, nie 
przyszło mu nawet do głowy, by bronić się przed utratą posady. Wrócił do swego pokoju, 
spakował walizki i wyjechał bez słowa pożegnania.
Nocnym pociągiem przybył do Cleveland, gdzie wynajął pokój w bursie Związku Młodzieży 
Chrześcijańskiej. Pierwszą myślą było rzucić się z okna, ale po trzech dniach czekania na 
odpowiednią chwilę zdał sobie sprawę, że brak mu zimnej krwi. Wtedy postanowił dać za 
wygraną, zaprzestać walki. Skoro nie mam odwagi umrzeć, powiedział sobie, to przynajmniej 
zacznę żyć jak prawdziwie wolny człowiek. Tego jednego był pewien. Nie będzie się dłużej 
wzdragał na myśl o samym sobie, nie pozwoli już innym określać, kim jest. Przez następne 
cztery miesiące jadł bez opamiętania, pochłaniając kremówki i pączki, ziemniaki na maśle i 
suto podlane sosem pieczenie, naleśniki, pieczone kurczaki i głębokie talerze zupy rybnej. 
Gdy ten obłęd dobiegł końca, przybyło mu kolejnych szesnaście kilogramów - ale liczby już 
nie miały znaczenia. Przestał na nie patrzeć, a zatem nie istniały.
Im bardziej się rozrastał, tym głębiej zagrzebywał się w pokładach swego ciała. Celem było 
całkowite odgrodzenie się od świata, stanie się niewidzialnym pod zwałami swej cielesności. 
Trzy miesiące przeżyte  w Cleveland spędził ucząc się, jak nie zwracać uwagi na reakcje 
innych, nabierał odporności na ból, który sprawiały mu cudze oczy. Każdego dnia poddawał 
się   sprawdzianowi,   spacerując   główną   ulicą   w   porannej   godzinie   szczytu,   a   w   soboty   i 
niedziele zbijał bąki w Weye Park, wystawiając się na widok jak największej liczby ludzi, 
udając, że nie słyszy uwag gapiów, swą niewzruszonością odbijając ich spojrzenia. Był teraz 
sam jak palec, całkowicie odseparowany od innych: przedzierająca się z mozołem przez jatki 
własnej   świadomości   bulwiasta,   jajowata   monada.   Ale   wysiłek   się   opłacił,   gdyż   Barber 
przestał bać się samotności. Pogrążywszy się w chaosie, który go wypełniał, stał się wreszcie 
Solomonem   Barberem,   osobistością,   kimś,   własnoręcznie   stworzonym   światem   w  samym 
sobie.
Ukoronowanie nieszczęść nadeszło kilka lat później, gdy Barber zaczął łysieć. Początkowo 
wydawało  się to kiepskim żartem   słownym  - łysy mężczyzna  o nazwisku, które znaczy 
„fryzjer" -ale ponieważ peruki i tupety nie wchodziły w grę, nie miał innego wyjścia, jak się z 
tym pogodzić. Piękny ogród na jego głowie z wolna obumierał. Gdzie niegdyś kłębiła się ruda 
gęstwina, teraz przeświecała goła skóra, rozrastała się połać jałowej ziemi. Przeobrażenie to 
nie przypadło mu oczywiście do gustu, ale, co jeszcze smutniejsze, dokonało się przy jego 
całkowitej bezradności. Skazywało go na bierną postawę wobec siebie, a tego nie mógł dłużej 
znieść. Pewnego dnia, gdy proces dalej postępował (kępki włosów nad uszami, ani jednego na 
górze), z całkowitym spokojem wziął do ręki brzytwę i ogolił się na zero. Rezultat przeszedł 
jego   oczekiwania.   Barber   przekonał   się,   że   jego   szyję   wieńczy   piękna   bryła,   iście 
mitologiczna głowa, i gdy tak stał przed lustrem, wydało mu się właściwe, że rozległemu 
globowi jego ciała przyświeca  teraz księżyc.  Odtąd dbał o głowę z wielką troskliwością, 
każdego ranka wcierał w nią kremy i olejki, by zachowała blask i gładkość, dogadzał jej 
elektrycznymi   masażami,   chronił   przed   szkodliwymi   wpływami   żywiołów.   Zaczął   nosić 
kapelusze najprzeróżniejszego typu i  stopniowo stały  się one  wizytówką jego ekscentryzmu, 
nowym znakiem rozpoznawczym. Nie  był już bowiem otyłym Solomonem Barberem, lecz 
Człowiekiem, Który Nosi Kapelusze. To, co zrobił,  wymagało odrobiny śmiałości i  wkrótce 
znalazł przyjemność w pielęgnowaniu swego dziwactwa, a z czasem uzbierał kolekcję nakryć 
głowy,  co  jedynie   uwydatniało  jego talent  do  zaskakiwania   ludzi.  Nosił   meloniki   i  fezy, 

background image

czapki baseballowe i fe-dory,  kapelusze korkowe i kowbojskie, słowem:  wszystko, na co 
tylko przyszła mu fantazja, nie oglądając się na styl czy konwenanse. W 1957 roku jego 
kolekcja rozrosła się do tego stopnia, że przez dwadzieścia trzy dni nie założył dwukrotnie 
tego   samego   kapelusza.   Po   ukrzyżowaniu   w   Ohio   (jak   to   nazywał)   Barber   znajdował 
zatrudnienie   na   niewielkich,   niczym   nie   wyróżniających   się   uczelniach   zachodnich   i 
środkowych  stanów.  Tymczasowe  wedle   jego  mniemania  wygnanie   z  wielkich  ośrodków 
akademickich ciągnęło się dwadzieścia lat, a gdy wreszcie dobiegło końca, Barberową mapę 
ran znaczyły punkty we wszystkich zakątkach kraju: Indiana i Teksas, Nebraska i Oklahoma, 
Dakota Południowa i Kansas, Idaho j Minnesota. Nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej niż 
dwa, trzy lata i choć uniwersytety nie różniły się zbytnio od siebie, dzięki nieustannemu 
podróżowaniu uniknął nudy. Miał wielkie zamiłowanie do swej pracy i w tych zakurzonych 
pustelniach niemal niczym lnnym prócz niej  się nie zajmował, pisząc z zapałem artykuły  i 
książki, uczestnicząc w konferencjach i wygłaszając odczyty, poświęcając swym studentom i 
kursom   tyle   czasu,   że   gdziekolwiek   znalazł   posadę,   stawał   się   niezawodnie   najbardziej 
lubianym   nauczycielem   na   kampusie.   Nigdy   nie   zakwestionowano   jego   kwalifikacji   jako 
uczonego, ale nawet gdy już plama z Ohio zaczęła blaknąć, duże uczelnie wciąż nie kwapiły 
się z jego przyjęciem. Pony wspomniał o McCarthym, ale tak naprawdę jedynym wypadem 
Barbera w dziedzinę polityki był flirt z ruchem pacyfistycznym na Columbii jeszcze w latach 
trzydziestych. Nie wciągnięto go na żadną oficjalną czarną listę, niemniej dla szkodzących 
mu ludzi dogodnie było obrzucić jego imię różowym błotem, jak gdyby lewicowość stanowiła 
lepszy powód zamknięcia drogi do kariery. Nikt nie mówił tego otwarcie, ale uznano, że 
Barber by się nie dostosował. Był zbyt duży, zbyt krnąbrny, zbyt zatwardziały. Wyobraźcie 
sobie stusześćdziesięciokilogramowego kolosa kroczącego w kapeluszu wielkości miednicy 
po dziedzińcach Yale. To byłoby niestosowne. Ten człowiek nie miał wstydu, brakło mu 
wyczucia. Sama jego obecność zakłóciłaby porządek rzeczy, więc po co brać sobie na głowę 
kłopot, skoro można przebierać w kandydatach?
Być  może  Barberowi wyszło  to na dobre. Pozostając na marginesie,  mógł  być  tym,  kim 
chciał.   Małe   uczelnie   z   chęcią   go   przyjmowały,   a   ponieważ   był   nie   tylko   najgrubszym 
profesorem,  jakiego kiedykolwiek  widziano, ale  też  Człowiekiem,  Który Nosi Kapelusze, 
wykluczano go litościwie z małostkowych waśni i intryg, które są plagą życia na prowincji. 
Wszystko w nim było tak okazałe i ekstrawaganckie, tak wyraźnie przekraczające wszelkie 
normy, że nikt nie ośmielał się go osądzać. Pojawiał się późnym latem, pokryty kurzem po 
dniach spędzonych w trasie, ciągnąc przyczepkę za swym poobijanym, strzelającym z rury 
wydechowej samochodem. Jeżeli w pobliżu kręcili się studenci, natychmiast zatrudniał ich do 
rozpakowywania dobytku, płacąc wygórowaną stawkę za ich wysiłek i podejmując lunchem. 
To   nadawało   odpowiedni   ton.   Wyładowywali   jego   imponujący   księgozbiór,   niezliczone 
kapelusze oraz specjalne biurko, które zrobiono dla niego w Topeka — biurko Tomasza z 
Akwinu, jak je nazywał, z wyciętym z jednej strony półkolem, by pomieścił się jego ogromny 
brzuch. Patrzyli  zauroczeni,  jak porusza się zasapany,  bez tchu, dźwigając swe cielsko z 
miejsca na miejsce, paląc bez przerwy długie cygara, od których całe ubranie miał w popiele. 
Studenci naśmiewali się \ profesora Barbera za jego plecami, ale też byli mu oddani; gdyby 
nie on, ci synowie  i córki farmerów, sklepikarzy i duchownych nigdy nie poznaliby, co to 
nietuzinkowy intelekt. Zdarzały się też studentki, których serca biły żywiej na jego widok (co 
dowodziło, że umysł istotnie góruje nad ciałem), ale Barber dostał już pamiętną nauczkę i 
drugi raz nie popełnił tego samego błędu. W głębi duszy uwielbiał, gdy młode dziewczyny 
kręciły się koło niego, ale udawał, że nie pojmuje, grając rolę uczonego mnicha, wesołego 
eunucha,   który   wydobył   się   spod   władzy   pożądania.   Była   to   bolesna,   skazująca   go   na 
samotność taktyka, ale dzięki niej  zyskał pewne poczucie  bezpieczeństwa i zrozumiał, jak 
ważne jest zaciąganie zasłon i ryglowanie drzwi. Podczas tych wszystkich lat tułaczki nikt nie 

background image

miał  mu nic do zarzucenia.  Zdobywał  przychylność  ludzi kolorytem  swej osoby i zanim 
koledzy zdążyli się nim znudzić, ruszał dalej, żegnając się i niknąc za horyzontem.
Wedle tego, co mi powiedział Barber, drogi jego i wuja Victora skrzyżowały się raz, ale 
prześledziwszy uważnie życie obu, doszedłem do wniosku, że być może otarli się o siebie 
nawet trzykrotnie. Pierwsza okazja nadarzyła się w  1939 roku podczas Wystawy Światowej 
w   Nowym   Jorku.   Wiem   z   całą   pewnością,   że   obaj   na   niej   byli,   i   choć   to   mało 
prawdopodobne, możliwe jednak,   że przyjechali na nią tego samego dnia. Z upodobaniem 
wyobrażam sobie, że stoją razem przed jakąś ekspozycją - samochód przyszłości, na przykład, 
albo kuchnia jutra - a potem obracają się, wpadając na siebie, i wtedy uchylają kapeluszy w 
geście   przeprosin,   dwaj   młodzi   mężczyźni   w   wiośnie   życia,   jeden   gruby,   drugi   chudy 
-urojony   duet   komediantów   wykonujący   swój   mały   numer   w   teatrze   mej   głowy.   Na   tej 
wystawie był również Pony, który właśnie wrócił po latach spędzonych w Europie, i niekiedy 
jego również włączam do tej wyimaginowanej sceny - siedzi w staroświeckim powoziku z 
wikliny, a Paweł Shum obwozi go po terenie wystawy. Barber i wuj Victor stoją obok siebie, 
a   Pony   ich   mija.   Być   może   w   tej   właśnie   chwili   ruga   opryskliwie   swego   rosyjskiego 
towarzysza,   a   Barber   i   Victor,   zaskoczeni   takim   chamstwem   w   miejscu   publicznym, 
uśmiechają się do siebie smutno i kręcą głowami. Nie wiedząc, rzecz jasna, że ten człowiek to 
ojciec jednego z nich i przyszły dziadek siostrzeńca drugiego. Możliwości podobnych scen 
jest bez liku, ale na ogół usiłuję utrzymać je w ryzach: ograniczam się do drobnych, niemych 
gestów porozumienia; uchylenie kapelusza, wy-fnniczane „przepraszam". W ten sposób sceny 
są bardziej sugestywne, jak gdybym nie ważąc się na zbyt wiele, skupiając na efeme rycznych 
szczegółach, miał większą szansę łudzić się, że coś takiego naprawdę się wydarzyło.
Do drugiego spotkania mogło dojść w Cleveland w 1946 roku. Jest to mniej prawdopodobne 
niż w pierwszym wypadku, ale wyraźnie pamiętam, jak idąc pewnego dnia przez Lincoln 
Park w Chicago zobaczyliśmy z wujem ogromnego mężczyznę jedzącego kanapkę na trawie. 
Widok ten przypomniał wujowi innego grubasa, widzianego niegdyś w Cleveland („dawno 
temu,   gdy   jeszcze   byłem   w   orkiestrze")   i   choć   nie   mam   na   to   żadnych   dowodów,   to 
wyobrażam sobie z upodobaniem, że mężczyzną, który tak wrył się wujowi w pamięć, był 
Barber. Jeśli nic poza tym, to przynajmniej daty się zgadzają, gdyż Victor grał w Orkiestrze 
Cleveland   od   1946   do   1948   roku,   a   Barber   zatrzymał   się   w   bursie   Związku   Młodzieży 
Chrześcijańskiej   wiosną   1946.   Wuj   powiedział   mi,   że   jadł   pewnego   wieczora   sernik   w 
kawiarni   Lansky'ego   -   dużym,   gwarnym   lokalu   trzy   przecznice   od   Severance   Hali.   Po 
koncercie   muzyki   Beethovena   poszedł   tam   z   paroma   kolegami   z   sekcji   dętej   na 
późnowieczorną   przekąskę.  Ze  swego  miejsca   w  głębi  sali  miał  dobry  widok na  otyłego 
mężczyznę   siedzącego   przy   stoliku   koło   przepierzenia.   Nie   mogąc   odwrócić   oczu   od   tej 
ogromnej, samotnej postaci, wuj patrzył z przerażeniem, jak mężczyzna pochłania dwa talerze 
zupy z macą, półmisek faszerowanej kapusty, przystawkę z blinów, trzy salaterki surówki, 
koszyk  pieczywa oraz sześć czy siedem marynatów wyłowionych  ze słoja. Victora zdjęła 
groza na ten popis obżarstwa i już na całe życie został z nim ten obraz ludzkiego nieszczęścia 
w najczystszej, krystalicznej postaci. „Ktoś, kto tyle je - powiedział mi - chce się wykończyć. 
To tak samo, jak gdybyś patrzył na człowieka umierającego z głodu."
Ostatni raz zetknęli się w 1959 roku, w okresie gdy mieszkałem z wujem w Saint Paul w 
Minnesocie. Barber znalazł wtedy posadę w Macalester College i pewnego wieczora, gdy 
siedział   w   swym   mieszkaniu   i   przeglądał   w   gazecie   ogłoszenia   o   sprzedaży   używanych 
samochodów,   natrafił   wzrokiem   na   anons   o   udzielaniu   lekcji   gry   na   klarnecie   przez 
niejakiego Victora Fogga, „byłego muzyka Orkiestry Cleveland". Nazwisko przeszyło jego 
mózg   jak   lanca   i   obraz   Emily   natychmiast   stanął   mu   przed   oczami,   najwyraźniejszy   i 
najbardziej wonny od wielu lat. Raptem znów go wypełniła, powróciła do życia za sprawą 
własnego nazwiska wydrukowanego w gazecie i przez resztę tygodnia nie potrafił wyrzucić 
jej z myśli, zastanawiając się, co się z nią potem działo, wymyślając rozmaite drogi życiowe, 

background image

którymi   być   może   poszła,   widząc   ją   z   taką   wyrazi   ścia   2e   był   wstrząśnięty.   Mało 
prawdopodobne, uznał, że na-ciel jjmzyki jest jej krewnym, ale nic nie szkodzi spróbować. 
Pierwszą   myślą   było   zadzwonić   pod   podany   numer,   ale   gdy   zastanowił   się,   co   powie, 
zrezygnował.   Nie   chciał   wyjść   na   głupca,   opowiadając   swą   historię,   nie   chciał   dukać 
nieskładnie   do   obcego   człowieka,   który   trzyma   znudzony   słuchawkę.   Postanowił   więc 
napisać list. Dopiero ósma wersja go zadowoliła i wysłał ją w katuszach, żałując swej decyzji 
w chwili,  gdy koperta  zniknęła   w skrzynce   pocztowej.  Odpowiedź   nadeszła   dziesięć  dni 
później w postaci lakonicznych, pochyłych esów-floresów na kartce żółtego papieru. Proszę 
pana - przeczytał Barber - Emily Fogg faktycznie byta moją siostrą i z żalem donoszę, że 
zginęła tragicznie w wypadku osiem miesięcy temu. Z poważaniem, Victor Fogg.
W istocie Barber nie dowiedział się z listu więcej, niż wiedział dotąd. Victor wyjawił tylko 
jeden fakt, z którego Barber zdawał sobie sprawę od dawna: że nigdy w życiu nie zobaczy już 
Emily.   Jej   śmierć   niczego   nie   zmieniła,   potwierdziła   jedynie   to,   co   i   tak   było   pewne, 
przypieczętowała tylko poczucie straty, z którym żył od lat. Nie złagodziło to wcale bólu, jaki 
sprawił mu list, ale przestawszy płakać, poczuł, że łaknie więcej informacji. Co się z nią 
stało?   Dokąd   pojechała   z   Ohio?   Wyszła   za   mąż?   Osierociła   jakieś   dzieci?   Czy   ktoś   ją 
pokochał? Barber chciał faktów. Chciał wypełnić pustkę i upleść życiorys Emily, uzyskać coś 
namacalnego, z czym mógłby żyć: zbiór obrazów jak album rodzinny, który w każdej chwili 
mógłby otworzyć  w swej głowie i obejrzeć. Nazajutrz odpisał Victorowi. Wyraziwszy w 
pierwszym akapicie najszczersze ubolewanie i żal, niżej dał jak najdelikatniej do zrozumienia, 
że bardzo mu zależy na poznaniu odpowiedzi na nurtujące go pytania. Czekał cierpliwie na 
odzew, ale upłynęły dwa tygodnie i nic. Wreszcie, lękając się, że może jego list zaginął, 
zatelefonował  do Victora. Po trzecim  czy czwartym  dzwonku odezwała się telefonistka  i 
powiedziała mu, że numer jest wyłączony. To była niemiła niespodzianka, ale Barber się nie 
zniechęcił (może Fogg jest biedny, może nie starcza mu na telefon?), tylko władował się do 
swego dodge'a 51 1 pojechał na 1025 Linwood Avenue. Nie znalazłszy nazwiska Fogg na 
liście   przy   guzikach   domofonu,   zadzwonił   do   dozorcy.   Chwilę   Później   u   drzwi   zaszurał 
nogami drobny mężczyzna w zielono-żół-tym swetrze. Powiedział, że pana Fogga nie ma. 
„On i ten mały spakowali się i wyjechali z dziesięć dni temu". Dla Barbera był to Sr°gi 
zawód,   cios,   którego   się   nie   spodziewał.   W   tym   rozżaleniu   przez   myśl   mu   nie   przeszło 
zastanowić się, kim jest „mały", o któ-
 rym wspomniał dozorca. A nawet gdyby, zapewne uznałby, że to syn Victora i tyle.
Wiele   lat   później,   gdy   Barber   opowiedział   mi   o   liście   od   wuja,   zrozumiałem   wreszcie 
przyczyny nagłego wyjazdu z Saint Paul w 1959 roku. Teraz scena nabrała raptem sensu: 
gorączkowe pakowanie walizek późnym wieczorem, nieprzerwana jazda do Chicago, dwa 
tygodnie mieszkania w hotelu i opuszczania szkoły. Victor nie znał prawdy, ale przez to bał 
się jej jeszcze bardziej. Gdzieś po świecie chodzi ojciec i nie ma co ryzykować, bo ten facet 
coś za bardzo wypytuje o Emily. Gdyby sprawdziło się najgorsze, kto zaręczy, że nie zacznie 
walczyć   o   prawa   rodzicielskie   do   chłopca?   Sprawa   była   jasna   na   tyle,   że   Victor   nie 
wspomniał   o   mnie,   odpisując   Barberowi,   ale   gdy   nadszedł   drugi   list   z   dociekliwymi 
pytaniami, uzmysłowił sobie, że znalazł się w pułapce. Nie odpowiadając, jedynie odwlecze 
całą sprawę, bo jeżeli facet jest tak uparty, na jakiego wygląda, to prędzej czy później się 
zjawi. I co wtedy? Victor nie widział innego sposobu, jak zmykać: złapać mnie pod pachę w 
środku nocy i zniknąć pod osłoną mroku.
Tę historię Barber opowiedział mi prawie na ostatku i słuchałem go z rozdartym sercem. 
Pojąłem, co Victor dla mnie zrobił, widziałem jego poświęcenie jak na dłoni. Owładnął mną 
poryw  tkliwości  - gardło  ścisnęła  głucha  tęsknota za  wujem,  na  nowo opłakiwałem  jego 
śmierć. Lecz jednocześnie poczułem żałość, gorycz z powodu tylu straconych lat. Bo gdyby 
zamiast   uciekać,   Victor   odpowiedział   na   drugi   list   Barbera,   może   już   w   1959   roku 
odnalazłbym ojca. Nikt nie ponosił winy za to, jak sprawy się potoczyły, ale wcale nie było 

background image

mi   przez   to   łatwiej   pogodzić   się   z   faktami.   Wszystko   z   powodu   chybionych   związków, 
mijania się, błądzenia w mroku. Byliśmy zawsze w odpowiednim miejscu o nieodpowiednim 
czasie, zawsze ledwie krok od wyjaśnienia wszystkiego. Do tego sprowadza się cała historia, 
jak   sądzę.   Do   serii   straconych   szans.   Wszystkie   fragmenty   układanki   były   nam   dane   od 
samego początku, ale nikt nie wiedział, jak je złożyć.
Nic z tego nie wynikło  oczywiście  podczas pierwszego spotkania.  Barber postanowił nie 
mówić mi o swych domysłach i jedynym łączącym nas tematem był jego ojciec, a temat ten 
omówiliśmy   dokładnie   w   trakcie   kilku   dni,   które   spędził   w   Nowym   Jorku.   Pierwszego 
wieczora zabrał mnie  na kolację do Gallaghera  na Pięćdziesiątej  Drugiej Ulicy,  drugiego 
poszliśmy z Kitty do restauracji w Chinatown, a trzeciego dnia, w niedzielę, zjadłem z nim 
śniadanie w hotelu tuż przed jego odlotem do Minnesoty. Dowcip j urok Barbera sprawiały, 
że szybko zapominało się o jego wyglądzie i im więcej czasu z nim spędzałem, tym lepiej się 
czułem w jego towarzystwie. Rozmawialiśmy bez skrępowania niemal od samego początku, 
rewanżując   się   jeden   drugiemu   żartami   i   ciekawostkami   w   trakcie   opowiadania   różnych 
historii, a ponieważ nie należał do ludzi bojących się prawdy, mówiłem mu o Ponym bez 
ogródek, szczegółowo opisywałem przeżyte z nim miesiące, poruszając zarówno jasne, jak i 
ciemne sprawy.
Barber niewiele wiedział. Wytłumaczono mu, że jego ojciec zmarł na zachodzie kraju kilka 
miesięcy przed jego urodzeniem, a to wydawało się całkiem prawdopodobne, bo dom, w 
którym   mieszkał,   obwieszono   obrazami   i   wszyscy   mówili,   że   ojciec   był   malarzem, 
pejzażystą, który wiele podróżował w poszukiwaniu tematów. Celem ostatniej wyprawy były 
pustynie  Utah, zapomniane  przez Boga i ludzi pustkowie, gdzie zginął.  Ale okoliczności 
śmierci ojca nigdy mu nie wyjaśniono. Gdy miał siedem lat, jedna z ciotek powiedziała, że 
ojciec runął w przepaść. Trzy lata później wuj wyjawił, że schwytali go Indianie, a pół roku 
później Molly Sharp oznajmiła, że zniknięcie ojca to sprawka diabła, a przecież nigdy dotąd 
nie przydybał  jej na kłamstwie. Była kucharką, która karmiła go pysznymi  budyniami po 
powrocie ze szkoły - rumiana Irlandka o dużych przerwach między zębami. Bez względu na 
okoliczności, zawsze uważano, że to z powodu śmierci ojca matka zaszyła się w pokoju. Tak 
to nazywano w rodzinie, choć faktem było, że niekiedy wychodziła od siebie, zwłaszcza w 
ciepłe letnie wieczory, kiedy to snuła się po, domu, a czasem nawet szła na plażę i siadała nad 
wodą, by słuchać szumu płaskich fal napływających od strony cieśniny.
Matkę widywał nieczęsto i nawet w dobre dni miała kłopoty z przypomnieniem sobie jego 
imienia. Nazywała go Teddy, Malcolm albo Rób - zawsze patrząc prosto w oczy i mówiąc z 
największym   przejęciem   -   albo   używała   osobliwych   przezwisk,   których   nie   rozumiał: 
Kurdeflaczek,   Stołkowicz,   Pan   Starzęślowy.   Nigdy   jednak   jej   nie   poprawiał,   albowiem 
godziny   spędzane   w  jej   towarzystwie   trafiały   się   zbyt   rzadko,   by  je  zakłócać,   poza   tym 
wiedział z doświadczenia, że choćby najmniejszy sprzeciw potrafi zmącić jej dobry nastrój. 
Inni domownicy nazywali go Solly. Nie miał im tego za złe, bo w jakiś sposób zdrobnienie to 
pozostawiało w stanie nienaruszonym jego pełne imię, jak gdyby było ono jemu tylko znaną 
tajemnicą:  Salomon, mądry król Hebrajczyków,  człowiek 20Q 0  tak żelaznej konsekwencji 
swego osądu, że nakazał rozpłatać dziecko na pół. Później opuszczono formant zdrabniający i 
stał się Solem.  Od poetów  elżbietańskich  dowiedział się,  że to dawne określenie słońca, a 
niedługo potem odkrył, że po francusku znaczy to „ziemia". Zaintrygowało go, że może być 
równocześnie  słońcem 1     ziemią  i przez  kilka  lat wierzył,    że łączy   w sobie wszelkie 
przeciwieństwa wszechświata.
Matka mieszkała na trzecim piętrze z opiekunkami i pomocą domową i niekiedy przez wiele 
dni nie schodziła na dół. Mieściło się tam odrębne królestwo, z nowo wybudowaną kuchnią 
na jednym końcu korytarza i salą o dziewięciu ścianach na drugim. W niej właśnie, jak mu 
powiedziano, ojciec malował niegdyś obrazy, a okna usytuowano w taki sposób, że widziało 
się z nich tylko wodę. Przekonał się, że gdy stoi w oknie dostatecznie długo, przyciskając nos 

background image

do szyby, doznaje wrażenia, jakby szybował w powietrzu. Nie wolno mu było chodzić tam 
zbyt często, ale ze swego pokoju piętro niżej słyszał, jak matkę nosi po nocy (skrzypiały 
klepki pod dywanem), a co jakiś czas rozróżniał głosy: gwar rozmów, śmiech, zaśpiewy, jęki 
i łkanie. Jego wizyty na trzecim piętrze zależały od zgody pielęgniarek, a każda wprowadzała 
inne   zasady.   Panna   Forrest   wyznaczyła   jedną   godzinę   w   każdy   czwartek,   panna   Caxton 
oglądała   mu   paznokcie   przed   wpuszczeniem   za   próg,   panna   Flower   była   zwolenniczką 
raźnych spacerów po plaży, panna Buxley podawała czekoladę na gorąco, a panna Gunderson 
mówiła tak cicho, że jej nie słyszał. Pewnego dnia Barber przez całe popołudnie bawił się z 
matką  w przebierańców, innym  razem puszczali  łódeczkę w sadzawce aż do zmroku.  Te 
epizody najbardziej utkwiły mu w pamięci i z upływem lat zdał sobie sprawę, że były to 
najszczęśliwsze chwile przeżyte z matką. Odkąd pamiętał, zawsze jawiła mu się starą kobietą, 
miała siwe włosy i nie upiększoną twarz, wodniste niebieskie oczy i osowiałe usta, plamy 
wątrobiane na dłoniach. W jej ruchach dostrzegał lekkie, ale ustawiczne drżenie, a przez to 
wyglądała  na słabowitszą, niż była  w istocie - nerwy rozedrgane, nieustannie  na granicy 
załamania.   Mimo   to   nie   myślał,   że   jest   szalona   („nieszczęśliwa"   -   to   słowo   najczęściej 
przychodziło mu na myśl), i nawet kiedy zachowywała się tak, że wszystkich brała trwoga, on 
miał wrażenie, że tylko udaje. W ciągu tych wszystkich lat doszło jednak do kilku poważnych 
kryzysów   (napad   szału,   gdy   zwolniono   jedną   z   pielęgniarek,   próba   samobójstwa, 
kilkumiesięczny okres wstrętu do odzieży), a pewnego razu wysłano ją do Szwajcarii na - jak 
to   nazwano   —  długi   wypoczynek.   Znacznie     później   dowiedział   się,   że   Szwajcaria   była 
jedynie eufemistycznym określeniem szpitala dla umysłowo chorych w Hartford.
Barber wiódł smutne dzieciństwo, które miało jednak swoje blaski, nadto był daleko mniej 
samotny, niż mogłoby się wydawać. Przez większość czasu mieszkali z nim dziadkowie ze 
strony matki i mimo że babkę niezmiennie fascynowały zbzikowane mody -dziury Symmesa, 
fletcheryzm*,     książki Charlesa Forta** - była dla niego nad wyraz dobra, podobnie jak 
dziadek, który opowiadał mu historie z wojny secesyjnej i nauczył zbierać dziko rosnące 
kwiaty. Później wprowadzili się też wuj Binkey i ciotka Clara i przez jakiś czas wszyscy żyli 
razem w swego rodzaju burzliwej harmonii. Krach w 1929 roku nie zrujnował ich, ale musieli 
ograniczyć pewne wydatki. Pierce arrow odjechał bezpowrotnie wraz z szoferem, zaprzestano 
dzierżawy apartamentu w Nowym Jorku, a Barber wbrew planom nie wyjechał do szkoły z 
internatem. W 1931 roku sprzedali kilka obrazów z kolekcji ojca - szkice Delacroix, jednego 
Samuela Frencha Morse'a oraz małego Turnera, który wisiał w salonie na parterze. Mimo to 
zostało jeszcze sporo. Barber szczególnie upodobał sobie dwa obrazy Blakelocka wiszące w 
jadalni (scena w poświacie księżyca na wschodniej ścianie i obóz indiański na południowej); 
ojcowskie płótna były wszędzie, gdzie się obrócił: sceny marynistyczne przy Long Island, 
widoki wybrzeża Maine, studia rzeki Hudson, cały pokój pejzaży przywiezionych z wypadu 
do Catskills - walące się zagrody, góry nie z tego świata, olbrzymie połacie światła. Barber 
oglądał   to   malarstwo   długimi   godzinami,   a   w   trzeciej   klasie   gimnazjum   zorganizował 
wystawę   w   ratuszu   miejskim,   którą   dopełnił   własnym   esejem   na   temat   twórczości   ojca, 
rozdawanym bezpłatnie na otwarciu.
W   następnym   roku   noce   spędzał   na   pisaniu   powieści   o   zniknięciu   Pony'ego.   Miał   już 
siedemnaście lat i przechodząc męki dorastania zaczął odkrywać w sobie artystę, przyszłego 
geniusza, który uratuje swą duszę wylewając  trawiący go ból na papier. Po powrocie do 
Minnesoty   przysłał   mi   egzemplarz   rękopisu   -   nie,   jak   skruszony   zaznaczył   w   liście,   by 
pochwalić   się   talentem   z   czasów   Amerykanin   Horace   Fletcher   propagował   odżywianie 
polegające  na  do-adnym  przeżuwaniu   małych  ilości   jedzenia   spożywanych  wyłącznie  dla 
zaspokojenia silnego głodu (przyp. tłum.).
Charles   Hoy   Fort   był   amerykańskim   pisarzem   i   pseudonaukowcem,   który   jniował   się 
najprzeróżniejszymi tajemniczymi zjawiskami, od magii przez astrono-m'e PO istotę śmierci 
(przyp. tłum.).

background image

91  młodości (książkę odrzuciło dwadzieścia jeden wydawnictw), ale bym miał pojęcie, w jak 
wielkiej mierze nieobecność ojca wpływała na jego wyobraźnię. Książka nosiła tytuł Krew 
Keplera i była  historią  sensacyjną  w stylu  sznurowatych  powieści z lat  trzydziestych,  po 
części westernem, po części science fiction. Akcja — rozchwiany ciąg nieprawdopodobnych 
zdarzeń - toczyła się w zawrotnym tempie snu. Niektóre ustępy były okropne, niemniej tekst 
mnie pochłonął i przeczytawszy go do końca, miałem wrażenie, że lepiej wiem, kim jest 
Barber, że rozumiem, co go ukształtowało.
Akcję   umieścił   młody   Barber   czterdzieści   lat   wcześniej,   więc   zaczyna   się   ona   w   latach 
siedemdziesiątych XIX wieku, ale fabułę wysnuł z tych niewielu faktów, których zdołał się 
dowiedzieć 0 ojcu. Trzydziestopięcioletni artysta nazwiskiem John Kepler żegna się z żoną i 
małym synem i wyjeżdża z domu na Long Island na półroczną wyprawę do Utah i Arizony w 
nadziei  - mówiąc  słowami  siedemnastoletniego  autora - „że odkryje  krainę cudów, świat 
dzikiego   piękna   i   żywych   barw,   terytorium   tak   nieogarnionych   przestrzeni,   że   nawet 
najmniejszy   kamyk   nosi   tam   piętno   nieskończoności".   Przez   pierwszych   kilka   miesięcy 
wszystko toczy się gładko, ale potem Keplerowi przydarza się wypadek podobny do tego, 
który   był   domniemanym   końcem   Juliana   Barbera:   spada   ze   skały,   łamie   kości   i   traci 
przytomność.   Ocknąwszy   się   nazajutrz,   przekonuje   się,   że   nie   może   wstać,   a   ponieważ 
prowiant leży poza jego zasięgiem, gotuje się na śmierć głodową na pustkowiu. Trzeciego 
dnia jednak, gdy już ma wyzionąć ducha, ratuje go grupka Indian - co jest echem jeszcze 
jednej historii, którą Barber usłyszał jako chłopiec. Indianie zabierają umierającego do swej 
osady położonej w usianej głazami dolinie, otoczonej ze wszystkich stron wysokimi skałami, 
1  tam, w miejscu przesyconym zapachem juki i jałowca, pielęgnują go aż do wyzdrowienia. 
W   osadzie   żyje   około   trzydziestu,*   czterdziestu   osób,   mniej   więcej   po   równo   kobiet, 
mężczyzn i dzieci, które biegają w letnim skwarze prawie lub całkiem nagie. Nie odzywając 
się niemal w ogóle ani do Keplera, ani do siebie, Indianie opiekują się nim, podają mu wodę 
do picia i jedzenie o dziwnym  smaku, wraca więc powoli do sił. Wyszedłszy z maligny, 
Kepler spostrzega,  że jego dobroczyńcy  nie przypominają okolicznych Indian - ani Ute, ani 
Nawahów, ani Pajutów, ani Szoszonów. Wydają się bardziej prymitywni, odcięci od świata, 
cechują ich delikatniejsze maniery. Przyjrzawszy się bliżej, przekonuje się, że wielu w ogóle 
pozbawionych jest indiańskich cech.  Niektórzy  mają niebieskie  oczy, inni rudawy odcień 
włosów, paru mężczyzn - nawet owłosione torsy. Zamiast przyjąć do wiadomości naoczne 
fakty, Kepler dochodzi do wniosku, że jest już jedną nogą w grobie, że w delirium śpiączki i 
bólu uroił sobie własne ozdrowienie. Ale nie trwa to długo. Ponieważ stopniowo jego stan się 
poprawia, wreszcie zdaje sobie sprawę, że żyje i że wszystko dokoła to rzeczywistość.
„Nazywali siebie Ludźmi - napisał Barber - Ludem, Tymi, Którzy Przybyli Z Daleka. Wedle 
legendy, którą mu opowiedzieli, dawno, dawno temu ich przodkowie żyli na Księżycu. Ale 
kiedy wielka susza wchłonęła wodę z ziemi, pomarli wszyscy Ludzie z wyjątkiem Poga i 
Buby,  pierwszego Ojca i pierwszej Matki. Przez dwadzieścia  dziewięć  dni i dwadzieścia 
dziewięć nocy Pog i Buba wędrowali po pustyni, aż wreszcie dotarli do Góry Cudów, wspięli 
się na sam szczyt i uczepili chmury. Duch pod postacią obłoku niósł ich w powietrzu przez 
siedem lat, aż zlecieli na Ziemię, gdzie odkryli Las Pierwszych Rzeczy i od nowa zaczęli 
budować świat. Pog i Buba spłodzili ponad dwieście dzieci i odtąd przez wiele lat Ludzie żyli 
szczęśliwie, budując domy pośród drzew, sadząc kukurydzę, polując na zaczarowane jelenie i 
łowiąc   ryby   w   wodzie.   W   Lesie   Pierwszych   Rzeczy   mieszkali   też   Inni,   a   ponieważ   nie 
skrywali   zazdrośnie     swych   tajemnic,   Ludzie   pozyskali     Szeroką   Wiedzę   o   roślinach   i 
zwierzętach, co pomogło im poczuć się na Ziemi jak u siebie. Za ich dobroć Ludzie odpłacali 
Innym  własnymi  darami i przez wiele pokoleń oba narody żyły w zgodzie. Ale potem z 
drugiego krańca świata przypłynęli Dzicy, czyli Brodaci, przybiwszy pewnego ranka do lądu 
w olbrzymich łodziach z drewna. Z początku byli usposobieni przyjaźnie, ale potem wtargnęli 
do Lasu Pierwszych Rzeczy i ścięli wiele drzew. Gdy Ludzie i Inni poprosili, by zaprzestali 

background image

ścinania, Dzicy dobyli grzmiące kije i zabili ich. Ludzie zrozumieli, że nie dotrzymają pola 
przeciwnikowi   z   bronią   o   takiej   sile   rażenia,   natomiast   Inni   postanowili   stawić   czoło 
najeźdźcom,   postanowili   walczyć.   Wtedy   właśnie   nadszedł   czas   Gorzkiego   Pożegnania. 
Niektórzy Ludzie dołączyli do Innych, ale potem oba narody rozdzieliły się i poszły każdy 
własną drogą. Ludzie pozostawili swe domy i przenieśli się w Mrok, przeszedłszy cały Las 
Pierwszych Rzeczy, aż znaleźli się poza zasięgiem Dzikich. Wędrówka odbywała się etapami 
w   ciągu   wielu   lat,   albowiem   gdy   tylko   Ludzie   znaleźli   dla   siebie   nowy   dom   w   Lesie 
Pierwszych   Rzeczy,   Dzicy   natychmiast   przybywali   ich   śladem.   Brodaci   zawsze   najpierw 
wyciągali   rękę   w  geście   przyjaźni,   a   potem   niechybnie   ścinali   drzewa   i   zabijali     Ludzi, 
opowiadając im podniesionymi  głosami o swym bogu i świętej księdze i o ich niepokonanej 
mocy.   Ludzie   ruszali   więc   dalej,   zawsze   kierując   się   na   zachód,   usiłując   umknąć   przed 
postępującymi Dzikimi. I tak wreszcie dotarli do krańca Lasu Pierwszych Rzeczy i odkryli 
Płaski Świat z jego długotrwałą zimą i krótkim, skwarnym latem. Stamtąd ruszyli do Krainy 
Nieba, a kiedy tam skończył się ich czas, zeszli do Krainy Skąpej Wody, gdzie ziemia była 
tak spękana i niegościnna, że nawet Dzicy nie chcieli na niej żyć. Pojawili się tylko przelotnie 
w drodze do innego celu, a ci, którzy zostali na zawsze, byli tak nieliczni i tak rozproszeni, że 
Ludzie nie stykali się z nimi. Tam właśnie żyli od początku Nowego Czasu, a trwało to już 
tak długo, że nikt nie pamiętał, co było przedtem."
Z początku Kepler nie rozumie ni w ząb języka Indian, ale w ciągu kilku tygodni opanowuje 
go   na   tyle,   że   potrafi   się   dogadać   w   podstawowych   sprawach.   Rozpoczyna   od   nauki 
rzeczowników, wybiera to i owo z otaczającego go świata, a jego mowa przypomina mowę 
małego dziecka. Krenepos to kobieta. Okipenauk - jadalny korzeń, tapisko oznacza kamień. 
Wchłaniając wiele w szybkim tempie, nie potrafi dostrzec żadnej strukturalnej spójności w 
języku. Zaimki najwyraźniej nie istnieją jako odrębne jednostki leksykalne, lecz są częścią 
skomplikowanego systemu końcówek czasownika, które zmieniają się stosownie do wieku i 
płci   wypowiadającego   zdanie.   Niektóre   często   używane   słowa   mają   dwa   całkiem 
przeciwstawne znaczenia - góra i dół, południe i północ, dzieciństwo i starość - a w wielu 
wypadkach sens słowa zależy w dużej mierze od wyrazu twarzy mówiącego. Po dwóch czy 
trzech   miesiącach   język   Keplera   nabiera   większej   biegłości   w   artykulacji   osobliwych 
dźwięków   i   stopniowo   z   plątaniny   bełkotliwych   sylab   zaczynają   wyłaniać   się   mniejsze, 
wyraźniejsze odcinki znaczeń, a jego ucho staje się bardziej wyczulone, lepiej dostrojone do 
niuansów obcej mowy i intonacji. O dziwo, odnosi wrażenie, że w języku Ludzi dostrzega 
zatarte ślady angielszczyzny - nie takiej, jaką sarn włada, ale w postaci pociętych drobno 
urywków,   resztek   słów,   swego   rodzaju   przemielonej   tkanki,   która   utkwiła   w   szczelinach 
obcego języka. Określenie takie jak Kraina Skąpej Wody, na przykład, jest jednym wyrazem 
„Krana-sko-wod". Brodaci to „Bro-ci", a Płaski Świat to słowo przypominające brzmieniem 
„płat". Z początku Kepler skłonny jest uznać te podobieństwa za zbieg okoliczności. Przecież 
w wielu językach występują podobne zbitki dźwiękowe, nie puszcza więc wodzy fantazji. Z 
drugiej jednak strony spostrzega pewną prawidłowość, a mianowicie co siódme lub ósme 
słowo   w     Ludzi   przypomina   angielski,   i   wreszcie   postanawia   poddać   we   spostrzeżenia 
sprawdzianowi,   to   znaczy   wymyśla   słowa   (inne   OH   tych,   których   się   nauczył,   lecz 
zbudowane   zgodnie   z   zaobserwowaną   metodą   najpierw   rozkładania,   a   potem   łączenia 
dźwięków) i za ich pomocą próbuje się porozumieć z Indianami. Okazuje się, że odbierają je 
oni jako słowa pochodzące z ich języka. Zachęcony tym powodzeniem, Kepler zaczyna snuć 
hipotezy   dotyczące   pochodzenia   tajemniczego   plemienia.   Wbrew   legendzie   o   Księżycu 
dochodzi do wniosku, że Indianie są owocem zmieszania się dawno temu krwi indiańskiej i 
angielskiej.   „Zagubiona   w   głębokich   puszczach   Nowego   Świata   -   pisze   Barber, 
przedstawiając rozumowanie swego bohatera - być może stojąca w obliczu groźby wymarcia, 
garstka   pierwszych   kolonistów   poprosiła   o   przyjęcie   jej   do   plemienia   indiańskiego,   by 
przetrwać wśród wrogich sił natury. Być może owo plemię było »Innymi« z opowiedzianej 

background image

mi legendy, dumał Kepler. Jeśli tak, może potem jedna gromada oddzieliła się od reszty i 
wyruszyła na zachód, aż w końcu osiadła w Utah. Dociekał dalej i w rezultacie uznał, że 
historię   o   prapoczątkach   plemienia   wymyślono   prawdopodobnie   po   przybyciu   do   Utah, 
próbując   czerpać   duchowe   pocieszenie   z   decyzji   zamieszkania   w   tak   jałowej   krainie. 
Albowiem, zawyrokował Kepler, nigdzie indziej na całym świecie krajobraz nie przypomina 
w tak wielkim stopniu powierzchni Księżyca."
Nabrawszy wprawy w nowym języku, Kepler dowiaduje się, dlaczego Ludzie go uratowali. 
Wyjaśniają   mu,   że   ich   liczba   nieustannie   się   zmniejsza   i   jeśli   rychło   nie   zaczną   się 
rozmnażać, wymrą jako naród. Cicha Myśl, ich mędrzec i przywódca, który opuścił plemię 
poprzedniej zimy, by zamieszkać samotnie na pustyni i modlić się o wybawienie dla swego 
ludu, widział we śnie, że uratuje ich nieżywy człowiek. Powiedział im, że znajdą jego ciało 
pośród skał w pobliżu osady i jeśli podadzą właściwe leki, życie do niego powróci. No i 
wszystko  wydarzyło  się dokładnie  tak,  jak przepowiedział  Cicha  Myśl.  Znaleźli  Keplera, 
wstał z martwych i teraz powinien zostać ojcem nowego pokolenia. Jest Dzikim Ojcem, który 
spadł z Księżyca, Rodzicem Ludzkich Dusz, Człowiekiem Duchem, który wybawi Lud od 
zagłady.
W tym momencie opowieść zaczyna zgrzytać. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia Kepler 
zmienia się w tubylca i postanawia zostać z Ludźmi, na zawsze porzucając myśl o powrocie 
do   żony   1   dziecka.   Wyzbywając   się   całkowicie   precyzyjnego,   suchego   stylu   Pierwszych 
trzydziestu stron, Barber folguje swym tęsknotom w   kilku długich i kwiecistych ustępach, 
przepełnionych lubieżnymi fantazjami seksualnymi - do głosu dochodzi nieokiełznany popęd 
onanistyczny nastolatka. Kobiety przypominają nie tyle Indianki, ile polinezyjskie lalki do 
zaspokajania chuci, są to piękne dziewice 0   bujnym biuście, które oddają się Keplerowi z 
radosną,   pogodną   rezygnacją.   To   już   najczystsza   fikcja:   niewinny   świat   sprzed   upadku 
człowieka zaludniony przez szlachetnych dzikusów, którzy żyją w pełnej  harmonii ze sobą i 
otoczeniem.     Kepler   rychło   dochodzi   oczywiście   do   wniosku,   że   ich   styl   życia   daleko 
przewyższa   jego.   Wyrywa   się   z   okowów   dziewiętnastowiecznej   cywilizacji   białych   1 
wkracza w wiek kamienia łupanego, z radością wiążąc swój los z Ludźmi.
Otwierający   książkę   rozdział   kończy   się   narodzinami   pierwszego   Człowieczego   dziecka 
Keplera, a wraz z początkiem następnego mija piętnaście lat. Znów jesteśmy na Long Island i 
oczami   osiemnastoletniego   Johna   Keplera   juniora   oglądamy   pogrzeb   żony   Keplera. 
Postanowiwszy rozwikłać tajemnicę śmierci ojca, nazajutrz rano junior wyrusza w drogę na 
iście epicką modłę, gotów całe życie strawić na poszukiwaniach. Dociera do Utah i przez 
następne półtora roku włóczy się po pustkowiu wypatrując tropów. Cudownym zrządzeniem 
losu (w ujęciu Barbera aż nazbyt  nieprawdopodobnym)  natrafia wreszcie na osadę Ludzi 
pośród skał. Przez myśl mu nawet nie przeszło, że ojciec wciąż żyje, lecz oto - oho! - staje 
przed brodatym mężczyzną, który jest wodzem i wybawcą małego plemienia, liczącego teraz 
około stu głów, i w którym rozpoznaje Johna Keplera. Osłupiały, wykrztusza z siebie, że jest 
jego utraconym synem ze wschodu, ale mężczyzna zachowuje kamienny spokój, udając, że 
nie   pojmuje.   „Jestem   człowiekiem   duchem,   który   przybył   z   Księżyca   -   oznajmia 
beznamiętnie. - Ci ludzie to jedyna rodzina, jaką kiedykolwiek miałem. Z ochotą damy ci jeść 
i   schronienie   na   noc,   ale   rankiem   musisz   odjechać   w   swoją   stronę."   Zdruzgotany   syn 
postanawia  się  zemścić   i w  środku  nocy  wyślizguje   się  ze  swego  posłania,  podkrada  do 
śpiącego ojca i wbija mu nóż w serce. Ucieka, niknąc w ciemności, nim ktokolwiek zdążył 
podnieść krzyk.
Jedynym świadkiem zbrodni jest dwunastoleni chłopiec imieniem Dziokomin (Dzikie Oczy), 
ulubiony Człowieczy syn Keplera. Dziokomin ściga zabójcę przez trzy dni i noce, ale go nie 
odnajduje. Rankiem czwartego dnia wspina się na szczyt góry, by rozejrzeć się po okolicy, i 
tam, straciwszy już wszelką nadzieję, napotyka nie kogo innego jak Cichą Myśl, sędziwego 
czarownika, który dawno temu opuścił swe plemię, by wieść na pustkowiu pustelnicze życie.

background image

Cicha Myśl adoptuje Dziokomina  i krok po kroku wprowadza go w arkana swej wiedzy 
tajemnej,   ucząc   chłopca   wytrwale,   aby   nabył   macicznych   mocy   Dwunastu   Przemian. 
Dziokomin   jest   pojętnym   wychowankiem.   Rychło   poznaje,   jak   leczyć   chorych   i 
porozumiewać się z bogami,  a po siedmiu  latach nieustannego  wysiłku przenika wreszcie 
do sedna Pierwszej Przemiany, opanowując funkcje ciała i umysłu w takiej mierze, że potrafi 
się przepoczwarzyć  w jaszczurkę. Odtąd kolejne przemiany następują w szybkim  tempie: 
staje   się   jaskółką,   jastrzębiem,   sępem,   potem   kamieniem   i   kaktusem,   później   kretem, 
królikiem   i   pasikonikiem,   wreszcie   motylem   i   wężem,   a   na   samym   końcu,   poznawszy 
najtrudniejszą ze wszystkich przemian, przeistacza się w kojota. Minęło dziewięć lat, odkąd 
Dziokomin   zamieszkał   z   Cichą   Myślą.   Przekazawszy   przybranemu   synowi   całą   swoją 
wiedzę, Cicha Myśl  oznajmia,  że czas mu  umrzeć.  Bez dodatkowego słowa owija się w 
ceremonialne szaty i pości trzy dni, aż wreszcie duch go opuszcza i leci na Księżyc, gdzie 
mieszkają dusze zmarłych Ludzi.
Dziokomin powraca do osady i przewodzi jej parę lat. Ale dla Ludzi nastały ciężkie czasy. 
Gdy   po   suszy   wybucha   zaraza,   a   po   zarazie   niesnaski,   Dziokomin   ma   sen,   w   którym 
dowiaduje   się,   że   szczęśliwe   dni   nie   powrócą   dopóty,   dopóki   jego   ojciec   nie   zostanie 
pomszczony.   Zasięgnąwszy   nazajutrz   rady   starszych,   opuszcza   Ludzi   i   rusza   na   wschód, 
przenikając do świata Dzikich w poszukiwaniu Johna Keplera juniora. Przybiera nazwisko 
Jack Moon -a więc „Księżyc" - i podróżuje po kraju, aż wreszcie dociera do Nowego Jorku, 
gdzie zatrudnia się w przedsiębiorstwie budowlanym, które specjalizuje się we wznoszeniu 
drapaczy chmur. Zostaje członkiem ekipy pracującej na wysokościach przy stawianiu gmachu 
WooJwortha, cudu sztuki architektonicznej, który ma  być  najwyższą  budowlą  na świecie 
przez niemal dwadzieścia lat. Jack Moon jest znakomitym robotnikiem, nie doznaje zawrotów 
głowy nawet pod samym niebem i rychło zdobywa szacunek swych kolegów. Jednak PO 
pracy stroni od ludzi i nie zawiera żadnych przyjaźni. Cały wolny czas poświęca tropieniu 
przyrodniego brata i odnajduje go >o blisko dwóch latach. John Kepler junior prowadzi z 
powodzeniem interesy. Mieszka w rezydencji przy Pierrepont Street na rooklyn Heights wraz 
z żoną i sześcioletnim synem, a do pracy _    21 go szofer w długiej czarnej limuzynie. Jack 
Moon   obserwuje   J   go   dom   przez   kilka   tygodni,   początkowo   z   zamiarem   dokonania 
^tytobójstwa,   ale   potem   przychodzi   mu   do   głowy,   że   sprawiedliwszą   zemstą   będzie 
uprowadzenie syna Keplera do osady Ludzi. Gdy nadarza się okazja, czyni, co postanowił, 
porywając chłopca w biały dzień spod pieczy opiekunki i na tym kończy się czwarty rozdział 
książki Barbera.
Wróciwszy do Utah, Dziokomin (do którego tymczasem młody Kepler bardzo się przywiązał) 
stwierdza, że wszystko się zmieniło. Ludzie zniknęli, a w ich domach nie ma śladu życia. 
Przez następne pół roku przeczesuje krainę wzdłuż i wszerz, ale bez powodzenia. Wreszcie 
uświadamia sobie, że dał się zwieść wizji sennej i musi spojrzeć prawdzie w oczy: jego naród 
wymarł.   Ze   zbolałym   sercem   postanawia   zostać   na   pustkowiu   i   samemu   opiekować   się 
chłopcem   w  nadziei   na  cud odrodzenia.   Nadaje  mu   imię   Nuczuo  (Nowy Człowiek)   i za 
wszelką cenę stara się nie upaść na duchu. Upływa siedem lat. W tym  czasie przekazuje 
przybranemu synowi tajemnice pozyskane od Cichej Myśli i wreszcie, po upływie kolejnych 
trzech   lat   wytężonych   starań,   dokonuje   Trzynastej   Przemiany.   Staje   się   kobietą,   młodą   i 
płodną dziewczyną, która uwodzi szesnastoletniego Nuczuo. Dziewięć miesięcy później rodzą 
się bliźnięta, chłopiec i dziewczynka, i z tej pary wywodzą się nowi Ludzie.
Następnie akcja znów przenosi się do Nowego Jorku, gdzie John Kepler junior rozpaczliwie 
szuka   zaginionego   syna.   Jeden   ślad   za   drugim   okazuje   się   fałszywy,   ale   wreszcie 
przypadkiem  -  u  Barbera   wszystko   dzieje  się  przypadkiem   -  Kepler  trafia  na   trop  Jacka 
Moona i rozwiązuje zagadkę. Uświadamia sobie, że stracił syna z powodu tego, co zrobił. Nie 

background image

ma   innego   wyboru,   jak   wyprawić   się   do   Utah.   Liczy   już   teraz   czterdzieści   lat   i   trudy 
wędrówki po pustyni dają mu się we znaki, lecz z zaciętymi zębami prze do celu, przerażony 
myślą,   że   powraca   do   miejsca,   gdzie   przed   dwudziestu   laty   zgładził   ojca,   ale   zarazem 
świadom, że nie ma wyjścia, że tylko tam odnajdzie syna. Ostatnia scena rozgrywa się przy 
pełni księżyca. Kepler dociera pod osadę Ludzi i rozbija się obozem pośród skał, z karabinem 
w dłoniach wypatrując  dokoła oznak życia. Na pobliskim nawisie skalnym,  nie dalej niż 
piętnaście metrów od siebie, dostrzega kojota, którego sylwetka odcina się wyraźnie na tle 
tarczy księżyca.  Lękając się najmniejszego szmeru na tym jałowym  odludziu, odruchowo 
przykłada broń do policzka i pociąga za spust. Jednym strzałem zabija zwierzę. Winszuje 
sobie celnego oka, nie wiedząc, że zabił oczywiście swego syna. Gdy wstaje z zamiarem 
podejścia do padłego zwierzęcia, z mroku wyskakują na niego trzy inne kojoty. Całkowicie 
zaskoczonego, zagryzają go, pożerają w ciągu paru minut.
Tak kończy się Krew Keplera, jedyna próba Barbera w dziedzinie beletrystyki. Z uwagi na 
wiek, w jakim napisał książkę, niesprawiedliwie byłoby oceniać jego wysiłki zbyt surowo. 
Pomimo niedociągnięć i braku umiaru tekst był dla mnie cennym zapisem psychologicznym i 
lepiej   niż   cokolwiek   innego   odzwierciedlał,   jak   Barber   radził   sobie   z   rozterkami   wieku 
młodzieńczego.   Nie   potrafił   pogodzić   się   z   faktem,   że   ojciec   nie   żyje   (stąd   uratowanie 
Keplera przez Ludzi), ale skoro żył, to nic nie tłumaczyło tego, że nie wraca na łono rodziny 
(stąd zakłucie nożem Keplera przez Johna Keplera juniora). Jednak myśl o ojcobójstwe była 
tak potworna, że budziła odrazę. Ktokolwiek miewa takie myśli, musi być ukarany - i tak oto 
juniora spotyka kara, gdyż kończy on tragiczniej niż jakakolwiek inna postać w książce. Cała 
historia jest skomplikowanym tańcem poczucia winy i pragnienia. Pragnienie zmienia się w 
poczucie winy,  a potem poczucie  to jest nie do zniesienia,  dochodzi więc do głosu chęć 
odpokutowania, poddania się wyrokowi okrutnej, nieugiętej sprawiedliwości. Wydawało mi 
się,   że   w   swej   późniejszej   karierze   naukowej   Barber   nieprzypadkowo   poświęcił   się 
zagadnieniom, które występują w Krwi Keplera. Zaginiona osada Roanoke, relacje białych 
żyjących wśród Indian, mitologia Dzikiego Zachodu - oto tematy,  które podejmował jako 
historyk,  i  żeby nie  wiem jak zawodowo i beznamiętnie do nich podchodził, w jego pracy 
zawsze kryła się pobudka natury osobistej, przyświecało jej skryte przekonanie, że w jakiś 
sposób drąży tajemnice własnego życia.
Wiosną 1939 roku nadarzyła  się ostatnia  sposobność dowiedzenia  się czegoś o ojcu, nie 
uwieńczona   jednak   powodzeniem.   Barber   był   wtedy   asystentem   na   Columbii   i   gdzieś   w 
połowie maja, ledwie tydzień po jego hipotetycznym otarciu się o wuja Victora na Wystawie 
Światowej, zatelefonowała ciotka Clara z wiadomością, że matka zmarła we śnie. Pojechał 
porannym   pociągiem   na   Long   Island,   po   czym   przebrnął   przez   gąszcz   formalności: 
przygotowanie   pochówku,   odczytanie   testamentu,   drętwe   rozmowy   z   prawnikami   i 
księgowymi. Zapłacił rachunki w domu opieki, w którym matka mieszkała przez ostatnie pół 
roku, podpisał dokumenty i formularze i cały czas mimo woli szlochał. Po pogrzebie wrócił 
do wielkiego rodzinnego domu, by spędzić tam noc, i uświadomił sobie, ze będzie to jego 
ostatnia noc pod tym dachem. Jedynym pozostałym lokatorem była ciotka Clara, zupełnie nie 
będąca w stanie z nim rozmawiać. Tego dnia po raz ostatni odbył cierpliwie rytuał zapewnień, 
że może ona mieszkać w tym domu, jak długo się jej podoba. Po raz kolejny pobłogosławiła 
Barbera za dobroć, wyprę-
 zając się na palcach, by pocałować go w policzek, następnie jak zwykle wróciła do butelki 
sherry, którą ukrywała w swym pokoju. Służba, w okresie dzieciństwa Barbera licząca siedem 
osób, skurczyła się do jednej — kulawej Murzynki nazwiskiem Hattie New-combe, która 
gotowała ciotce i od czasu do czasu robiła porządki - i od pewnego czasu dom niszczał. 
Ogrodem nikt się nie zajmował od śmierci dziadka w 1934 roku i gdzie niegdyś pyszniły się 
kwiaty i trawnik, teraz rosła ponura gęstwina półtorametrowych chwastów. Wewnątrz niemal 
w   każdym   kącie   wisiały   pajęczyny,   krzesła   za   najlżejszym   dotykiem   strzelały   obłokami 

background image

kurzu, po pokojach uganiały się myszy, a ciotka Clara, podpita i zawsze uśmiechnięta Clara, 
niczego   nie   dostrzegała.   Trwało   to   już   tak   długo,   że   Barber   przestał   się   przejmować. 
Wiedział, że nigdy nie starczy mu odwagi, by zamieszkać w tym domu, a gdy ciotka zapije 
się na śmierć, jak to zrobił jej mąż Binkey, wtedy będzie mu bez różnicy, niech się wszystko 
zawali.
Nazajutrz zastał ciotkę w salonie na dole. Nie nadeszła jeszcze pora pierwszego kieliszka 
(butelkę otwierała zwykle po lunchu) i raptem zdał sobie sprawę, że to jego ostatnia szansa, 
by poważnie z nią porozmawiać. Siedziała przy stoliku karcianym w kącie pokoju, z małą, 
wróblą   głową   pochyloną   nad   wykładanym   pasjansem,   nucąc   niemelodyjnie   pod   nosem 
rozwlekłą piosenkę. „Człowiek na trapezie" — pomyślał podchodząc. Zaszedł ciotkę od tyłu i 
położył dłoń na jej ramieniu. Pod wełnianym szalem była sama skóra i kości.
- Trójka kier na czwórkę pik - rzekł, wskazując stolik.
Cmoknęła niezadowolona z własnego gapiostwa, zsunęła dwa rzędy kart i odwróciła kolejną. 
Był to król kier.
— Dziękuję, Soi - powiedziała. — Nie mogę się coś dzisiaj skupić. Przegapiam ruchy, które 
powinnam   zrobić,   a   potem   oszukuję,   gdy   wcale   nie   muszę.   -   Zaśmiała   się   krótko, 
śzczebiotliwie i nuciła dalej.                                                                     •
Barber usadowił się w fotelu naprzeciw ciotki, zastanawiając się, jak zacząć. Wątpił, by miała 
mu wiele do powiedzenia, ale prócz niej nie było już nikogo. Dłuższą chwilę siedział w 
milczeniu i przyglądał się jej twarzy,  wpatrując się w gęstą sieć zmarszczek, biały puder 
zaschnięty   na   policzkach   i   rozbrajająco   umalowane   usta.   Żałosna   i   wzruszająca.   Pewnie 
niełatwo było spowinowacić się z naszą rodziną, pomyślał, żyć z wujem przez te wszystkie 
lata, nie mieć dzieci. Binkey był przy głupim, dobrodusznym flirciarzem, który poślubił Clarę 
w latach osiemdziesiątych XIX wieku, niespeł-
  tydzień po ujrzeniu jej na scenie w teatrze Galileo w Providence, gdzie występowała jako 
asystentka maestra Rudolfa, iluzjonisty. Barber zawsze z upodobaniem słuchał jej bezładnych 
wspomnień   z   wodewilów   i   teraz   wydało   mu   się   dziwne,   że   to   oni   dwoje   są   ostatnimi 
członkami rodziny. Ostatni Barber i ostatnia Wheeler. Dziewczyna z dołów społecznych, jak 
zwała ją zawsze babcia, gamoniowata latawica, której uroda zgasła trzydzieści lat temu, no i 
Pan Tusza, wiecznie rozkwitający, cudowny chłopiec, dziecko wariatki i ducha. Nigdy nie 
myślał o ciotce z taką tkliwością, jak w tym momencie.
-  Wieczorem wyjeżdżam do Nowego Jorku - odezwał się.
-  Dobrze, o mnie się nie kłopocz - odparła, nie odrywając wzroku od kart. - Poradzę sobie 
sama, przywykłam.
- Wieczorem wyjeżdżam - powtórzył - i już nigdy nie przekroczę progu tego domu.
Ciotka położyła  szóstkę  kier na siódemce  trefl, rozejrzała się po stoliku w poszukiwaniu 
miejsca dla damy pik, westchnęła rozczarowana i podniosła wreszcie oczy.
-  Och, Soi, nie bądź" taki melodramatyczny.
- Nie jestem melodramatyczny. Po prostu już się pewnie nigdy nie zobaczymy.
Ciotka Clara wciąż nie pojmowała.
- Wiem, że to tragedia stracić matkę - rzekła - ale musisz się otrząsnąć. Łaska boska, że 
Elizabeth odeszła. Miała piekielne życie, a teraz spoczywa w spokoju. - Umilkła na chwilę, 
szukając odpowiednich słów. - Co ci się roi w głowie?
-   Nie chodzi o moją głowę, ciociu, chodzi o ten dom. Nie cierpię go, nie będę mógł tu 
przyjeżdżać.
- Przecież to teraz twój dom. Masz go na własność. Wszystko w nim należy do ciebie.
- Ale to nie znaczy, że muszę go mieć. Mogę się go pozbyć, gdy tylko przyjdzie mi ochota.
- Ależ, Solly... Przecież wczoraj mówiłeś, że go nie sprzedasz!
- Nie zamierzam sprzedawać. Chcę go oddać za darmo.

background image

-  Wyjdzie na to samo. Właścicielem będzie ktoś inny, a ja wtedy będę musiała się wynieść i 
umrę w przytułku dla starców.
- Nie, bo tobie go dam. Możesz w nim zostać na zawsze.
- Przestań mówić głupstwa. Dostanę rozstroju nerwowego, jeśli nie przestaniesz.
-  Przepiszę go na ciebie, to żaden kłopot. Dziś jeszcze zadzwonię do prawnika i będziemy 
mieli to z głowy.
-  Solly, przecież...
-  Zabiorę może kilka obrazów, ale reszta będzie twoja.
- Tak się nie godzi, Soi. Nie wiem dlaczego, ale tak nie godzi się mówić.
-  Musisz jednak spełnić jeden warunek - ciągnął Barber, nie zwracając uwagi na opory ciotki. 
— Chcę, żebyś sporządziła testament, w którym zapiszesz dom Hattie Newcombe.
-  Naszej Hattie?
-  Tak, naszej Hattie Newcombe.
- Ale, Soi, czy to wypada? Przecież Hattie... Hattie... No wiesz, Hattie jest...
—  Kim, ciociu?
—  Murzynką. Hattie jest Murzynką.
-  Skoro jej to nie przeszkadza, nie widzę powodu, dlaczego ciebie miałoby martwić.
- Ale co ludzie powiedzą? Murzynka właścicielką „Domu Na Skale"? Wiesz równie dobrze 
jak ja, że wszyscy Murzyni w tym miasteczku to służący.
- Nie zmienia to faktu, że Hattie jest najbliższą ci osobą. O ile się orientuję, jedyną bliską ci 
osobą.   A   poza   tym   czemu   mamy   się   przejmować,   co   ludzie   powiedzą?   Nie   ma   nic 
ważniejszego na tym świecie niż być dobrym dla naszych bliskich, przyjaciół.
Uświadomiwszy   sobie,   że   Barber   mówi   śmiertelnie   poważnie,   ciotka   Clara   zachichotała. 
Swoją decyzją zniszczył jej porządek świata i aż targnął nią dreszcz emocji na myśl, że coś 
takiego w ogóle może się wydarzyć.
-  Szkoda tylko, że umrę, nim Hattie przejmie dom - powiedziała. - Chciałabym tego dożyć i 
zobaczyć na własne oczy.
-  Jeśli niebo jest takie, jak mówią, to pewnie zobaczysz.
-  Niech mnie, jeśli rozumiem twoje postępowanie.
-   Nie musisz rozumieć, ciociu. Mam swoje powody, ale nie zaprzątaj sobie nimi głowy. 
Teraz jeszcze chcę z tobą o* czymś pomówić, a potem uznamy całą sprawę za załatwioną.
-  O czym?
-  O pewnej zaszłej historii. O przeszłości.
-  O teatrze Galileo?
-  Nie, nie dziś. O czymś innym.
-     Aha   -   mruknęła   ciotka.   Zamilkła   na   chwilę,   zbita   z   tropu.   -   Zawsze,   lubiłeś,   gdy   ci 
opowiadałam o maestrze. Jak mnie wkładał do trumny i przepiłowywał na pół. To był świetny 
numer, najlepszy z całego występu. Pamiętasz?
 - Oczywiście, że pamiętam, ale nie o tym chcę mówić. _ j^ sobie życzysz. Przeszłości jest 
pod dostatkiem, zwłaszcza jeśli ma się moje lata.
— Chcę porozmawiać o moim ojcu.
- Ach, o ojcu. No tak, to rzeczywiście było dawno. W istocie. Nie tak dawno jak inne sprawy, 
ale dość dawno.
-  Wiem, że ty i Binkey wprowadziliście się tutaj dopiero po i'e«o zaginięciu, ale zastanawiam 
się, czy może słyszałaś coś o poszukiwaniach?
— Twój dziadek zorganizował wyprawę razem z tym, no, jak on?
-  Byrne'em?
-  O właśnie. Byrne'em. To ten, który miał syna. Szukali ich przez pół roku, ale na próżno. 
Binkey też tam pojechał na trochę, wiesz? Wrócił i opowiadał różne zabawne historie. Że 
niby zabili ich Indianie.

background image

- Ale to były tylko domysły, tak?
-  Binkey zawsze lubił opowiadać niestworzone rzeczy. Nie było w tym ziarnka prawdy.
'- A moja matka? Też pojechała ich szukać?
-     Twoja   matka?   Nie,   Elizabeth   nigdzie   się   nie   ruszyła.   Nie...   jak   to   powiedzieć...   nie 
nadawała się do podróży.
- Bo była w ciąży?
- Po części.
- I dlaczego jeszcze?
- Z powodu stanu psychicznego. Nie była w najlepszej formie.
- Już wtedy była szalona?
-   Elizabeth zawsze... miewała zmienne nastroje, by tak rzec. W jednej chwili posępną jak 
grób, w następnej cha, cha, cha i tra-la-la. Była taka, odkąd ją znałam. „Nadpobudliwa", tak 
się wtedy mówiło.
- A kiedy jej stan się pogorszył?
- Jak twój ojciec nie wrócił.
-  Stopniowo czy gwałtownie?
-  Gwałtownie. To było okropne.
- Byłaś przy tym?
-  Tak, widziałam wszystko. I nigdy tego nie zapomnę.
-  Kiedy to się stało?
— Tej nocy, gdy... No, pewnej nocy. Nie pamiętam dokładnie kiedy. Zimą.
- Jakiej nocy, ciociu?
-  Ojej, śnieżnej. Było bardzo zimno, na dworze szalała śnieżyca. Pamiętam, bo lekarz ledwo 
dojechał.
-  To było w styczniu, prawda?
- Może i tak. W styczniu często pada śnieg. Ale nie pamiętam, czy na pewno w styczniu.
-  Dokładnie jedenastego stycznia, prawda? W dniu moich narodzin?
- Och, Soi, proszę, nie wypytuj mnie. To było tak dawno temu, że dziś już nie ma znaczenia.
-   Dla mnie ma, ciociu. A ty jesteś jedyną osobą, od której mogę się czegoś dowiedzieć. 
Rozumiesz? Tylko ty zostałaś!
-   Nie musisz krzyczeć, doskonale słyszę, Solomonie. Nie ma potrzeby mnie nękać i być 
opryskliwym.
-  Ja cię nie nękam, pytam tylko.
-  Przecież wiesz, po co więc pytać? Wypsnęło mi się przed chwilą i bardzo tego żałuję.
- Niepotrzebnie. Najważniejsze to mówić prawdę. Nie ma nic ważniejszego.
-  Chodzi o to, że to było... Było takie... Nie zmyślam, Soi, naprawdę. Byłam z nią wtedy, ja i 
Molly Sharp, czekałyśmy na przyjazd lekarza, a Elizabeth tak wrzeszczała i ciskała się po 
pokoju, że dom o mało się nie zawalił.
-  Co wrzeszczała?
-  Okropne rzeczy. Aż się wzdragam, gdy dziś o tym myślę.
-  Mów, ciociu.
-  „On chce mnie zabić! - krzyczała. - On chce mnie zabić. Nie wypuszczę go!"
-  To znaczy mnie?
— Tak, ciebie. Czyli dziecka. Nie pytaj, skąd wiedziała, że to będzie chłopiec. Fakt, że tak 
właśnie krzyczała. Zbliżało się rozwiązanie, a lekarza nie było. Chciałyśmy z Molly położyć 
ją do łóżka, namówić, by legła w odpowiedniej pozycji, ale nie'chciała nas słuchać. „Szeroko 
nogi - powtarzałyśmy - to złagodzi ból". Ale ona za nic nie chciała. Bóg raczy wiedzieć, skąd 
brała tyle siły. Wyrwała się nam i skoczyła do drzwi, .znowu wrzeszcząc te okropności, że 
dziecko chce ją zabić, że go nie wypuści. W końcu zaciągnęłyśmy ją do łóżka, to znaczy 
raczej Molly to zrobiła z moją niewielką pomocą, ale dalej nie chciała rozchylić nóg. „Nie 

background image

wypuszczę go, nie wypuszczę - powtarzała. - Prędzej się tam udusi. Potwór, potwór, nie 
wypuszczę   go,   niech   zginie."   Chciałyśmy   siłą   rozewrzeć   jej   nogi,   ale   się   nam   ciągle 
wyślizgiwała, ciskała się po  łx'ku i wymachiwała rękoma,  aż Molly  w końcu  uderzyła ją 
kilkakrotnie w twarz, trach, trach, z całej siły, co ją tylko rozwście-7vło do reszty, aż darła się 
jak opętaniec, cała czerwona na twarzy. Wrzeszczała, darła się, że obudziłaby umarłego.
- Dobry Boże.
- Nic gorszego nie widziałam w całym moim życiu. Dlatego nigdy ci nie mówiłam.
— Ale w końcu udało mi się to z ciebie wydobyć.
- Byłeś największym i najsilniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Wszyscy 
byli zdumieni.  Ponad pięć kilo, powiedział lekarz. Kolos. Gdybyś nie był tak duży, Soi, to 
chybabyś się z niej nie wydostał. Nie zapominaj o tym. To dzięki swym rozmiarom zawitałeś 
na tym świecie.
- A co było dalej z matką?
-Przyjechał   wreszcie   lekarz...   Doktor   Bowles   to   był,   ten,   który   zginął   w   kraksie 
samochodowej sześć czy siedem lat temu. Dał jej zastrzyk i zasnęła. Obudziła się dopiero 
nazajutrz, ale wtedy nic już nie pamiętała. Nie tylko tego, co działo się w nocy, niczego nie 
pamiętała.   Zapomniała   całe   swoje   życie,   wszystko,   co   przytrafiło   się   jej   w   ostatnich 
dwudziestu latach. Gdy Molly i ja przynieśliśmy cię do niej, by zobaczyła  swego synka, 
myślała, że jesteś jej małym braciszkiem. To było niesamowite, Soi. Zmieniła się na powrót 
w małą dziewczynkę i nie wiedziała w ogóle, kim jest.
Barber już chciał zadać następne pytanie, ale na korytarzu rozbrzmiał kurant dziadkowego 
zegara. Ciotka Clara nastawiła ucha, licząc tony na palcach. Zanim zapadła cisza, naliczyła 
dwanaście uderzeń, a to wywołało ożywiony, niemal błagalny wyraz na jej twarzy.
- Niegrzecznie będzie kazać Hattie czekać - powiedziała.
- Już lunch?
- A jakże - odparła, wstając z krzesła. - Czas się posilić.
-  Idź, ciociu, ja zaraz przyjdę.
Patrząc na wychodzącą z salonu Clarę, Barber uzmysłowił sobie, że rozmowa dobiegła końca. 
Mało tego, zdawał sobie sprawę, zejuż się nigdy nie powtórzy. Zgrał się do cna za jednym 
rozdaniem: nie było już innych domów, którymi mógłby jej przemówić do rozsądku, innych 
sztuczek, by zmusić ją do mówienia.
Zgarnął karty ze stolika, potasował talię i zaczął stawiać paIsjansa. Pasja pasjansa, pomyślał, 
igrając   słowami.   Postanowił   wybadać   karty   dotąd,   aż   mu   wyjdzie   —   i   w   rezultacie 
przesiedział przy stoliku ponad godzinę. Lunch już dawno minął, ale to nie miało znaczenia. 
Pierwszy raz w życiu Barber nie był głodny.
Jedliśmy śniadanie w hotelowej kawiarni, gdy opisał mi powyższą scenę. Była niedziela rano 
i nasz wspólny czas dobiegał końca; piliśmy razem ostatnią kawę. Kiedy jechaliśmy windą na 
górę po bagaż, Barber dokończył mi opowieść. Ciotka Clara umarła w 1943 roku. Zgodnie z 
jego życzeniem „Dom Na Skale" przeszedł na własność Hattie Newcombe, która mieszkała w 
nim   do   końca   dziesięciolecia,   otoczona   wyblakłym   przepychem,   sprawując   władzę   nad 
tłumem dzieci i wnuków, zadomowionych w pokojach. Po śmierci Hattie w 1951 roku jej zięć 
Fred Robinson sprzedał całą nieruchomość przedsiębiorstwu Cavalcante Development i dom 
wkrótce rozebrano. W ciągu półtora roku ziemię podzielono na dwadzieścia półakrowych 
parceli,   a   na   każdej   postawiono   dwupoziomowy   domek,   identyczny   jak   pozostałych 
dziewiętnaście.
- Gdyby pan wiedział, że tak będzie, oddałby jej pan ten dom? - zapytałem.
-   Jasna sprawa - odparł, przystawiając  zapałkę  do zgasłego  cygara  i wydmuchując kłąb 
dymu.   -   Nigdy   nie   żałowałem   tej   decyzji.   Nieczęsto   trafia   się   nam   okazja   do   takiej 
szczodrości,   więc   cieszę   się,   że   tej   sposobności   nie   zmarnowałem.   Gdy   się   nad   tym 

background image

zastanowić, to oddanie domu Hattie Newcombe było prawdopodobnie najmądrzejszą rzeczą, 
jaką w życiu zrobiłem.
Staliśmy już na ulicy przed hotelem, czekając, aż portier zatrzyma taksówkę. Nadeszła chwila 
pożegnania   i   Barber   nie   wiedzieć   czemu   był   wyraźnie   wzruszony,   wręcz   bliski   płaczu. 
Uznałem, że to spóźniona reakcja na niedawne wypadki, że ten weekend był już ponad jego 
siły - a tak naprawdę nie miałem pojęcia, przez co on przechodzi, niczego nie przeczuwałem. 
On żegnał się z synem, tymczasem ja tylko odprowadzałem nowego znajomego, człowieka, 
którego poznałem ledwie przed dwoma dniami. Taksówka*czekała, taksometr wybijał cichy, 
ponaglający rytm,  a portier wkładał torbę do bagażnika. Barber wykonał ruch, jak gdyby 
chciał   mnie   objąć   na   pożegnanie,   ale   rozmyślił   się   w   ostatniej   chwili   i   tylko   niezdarnie 
chwycił mnie za ramiona i lekko uścisnął.
-   Jesteś   pierwszym   człowiekiem,   któremu   to   wszystko   powiedziałem   -   rzekł.   -   Potrafisz 
słuchać i dziękuję ci za to. Czuję... jak to powiedzieć... Hm, czuję więź między nami.
-  Długo nie zapomnę tego weekendu - powiedziałem.
l •M^
— Tak, ja też. Pamiętny weekend. Weekend nad wszystkie weekendy.
Usadowił swe olbrzymie ciało na tylnym siedzeniu, pokazał mi wzniesiony kciuk i odjechał, 
niknąc   w   ruchu   ulicznym.   W   tamtej   chwili   nie   sądziłem,   że   jeszcze   go   kiedyś   zobaczę. 
Załatwiliśmy •    wspólne sprawy, zgłębiliśmy, co było do zgłębienia, i wydawało się, że to 
już koniec. Nawet gdy w następnym tygodniu przyszła pocztą Krew Keplera, uznałem to nie 
za ciąg dalszy naszej znajomości, ile jej zamknięcie, epilog. Barber obiecał mi, że przyśle 
tekst,   więc   sądziłem,   że   po   prostu   dotrzymał   słowa.   Nazajutrz   napisałem   list   z 
podziękowaniem, powtarzając, że miło się czułem w jego towarzystwie, no i potem kontakt 
się urwał - jak mniemałem - na zawsze.
Moja idylla w chińskiej   dzielnicy trwała.   Kitty studiowała i uczyła się tańca, a ja nadal 
pisałem i chodziłem na spacery. Minęła rocznica odkrycia Ameryki, Święto Dziękczynienia, 
potem Boże Narodzenie i sylwester. Raptem pewnego ranka w połowie stycznia zaterkotał 
telefon i gdy podniosłem słuchawkę, na drugim końcu linii odezwał się Barber. Zapytałem, 
skąd dzwoni. - Stąd, z Nowego Jorku - odparł rozradowany.
— O! Miło byłoby się znowu spotkać, jeśli znajdzie pan chwilę wolnego czasu.
— A jakże, bardzo chętnie. Bez pośpiechu jednak, mamy czas, bo zamierzam tu trochę pobyć.
-  Wydłużona przerwa między semestrami?
- Nie, znowu wziąłem urlop. Aż do września. No i postanowiłem pomieszkać w Nowym 
Jorku. Znalazłem już sobie lokum na Dziesiątej Ulicy, między Piątą i Szóstą Aleją.
- Ej, to całkiem blisko. Często tamtędy chodzę.
-   Bardzo   przytulne,   miłe   mieszkanie,   wszystko   tak,   jak   agencja   napisała   w   ogłoszeniu. 
Wynająłem je  wczoraj  i  bardzo jestem zadowolony. Musicie wpaść do mnie z Kitty.
- Z wielką chęcią. Niech pan tylko powie kiedy, a na pewno przyjdziemy.
- Świetnie. Posłuchaj, zadzwonię pod koniec tygodnia, jak już rozpakuję. Mam pewne plany, 
które chciałbym z tobą omówić, c zabierz ze sobą szare komórki.
- Obawiam się, że na niewiele się zdadzą, ale będzie pan mógł nich zrobić dowolny użytek.
Trzy lub cztery dni później poszliśmy z Kitty do Barbera i odtąd widywaliśmy się z nim 
często. To za jego sprawą zacieśniła się znajomość, ale jeżeli jego staraniom o nasze względy 
przyświecał jakiś ukryty cel, to ani ja, ani Kitty go nie dostrzegaliśmy. Barber zapraszał nas 
do restauracji, kina i na koncerty, zabierał na niedzielne wyjazdy za miasto, a ponieważ był 
człowiekiem pełnym ciepła i pogody ducha, nie potrafiliśmy mu odmówić. Nie ruszając się 
nigdzie bez jednego ze swych osobliwych kapeluszy, sypiąc dowcipami na prawo i lewo, nie 
zrażony zamieszaniem, jakie wywoływał swą osobą w miejscach publicznych, wziął nas pod 
swoje skrzydła, jak gdyby chciał adoptować. Ponieważ oboje z Kitty byliśmy sierotami, obie 
strony odnosiły pożytek z tej zażyłości.

background image

Pierwszego wieczora Barber powiedział  nam,  że uporał się ze sprawami  spadkowymi  po 
Ponym. Odziedziczył sporą sumę i po raz pierwszy w życiu nie musiał się utrzymywać z 
pracy. Jeśli sprawy potoczą się po jego myśli, rzekł, pożegna się z uczelnią na dwa albo trzy 
lata.
-  To szansa, żeby sobie dogodzić, i zamierzam ją w pełni wykorzystać.
— Myślałem, że mając majątek Pony'ego na zawsze rzucisz pracę zarobkową - rzekłem.
-  Aż tak dobrze to nie jest. Musiałem zapłacić podatek od spadku, od   nieruchomości, do 
tego doszły honoraria prawników i różne wydatki, o których mi się nie śniło. To pochłonęło 
nielichą część. A poza tym od początku było mniej, niż myśleliśmy.
-  Jak to? A więc nie grube miliony?
-   Skąd. Raczej tysiące. Na czysto pani Hume i ja dostaliśmy po około czterdzieści sześć 
tysięcy dolarów.
-     Że   też   się   nie   domyśliłem   -   powiedziałem.   -   A   gadał,   jak   gdyby   był   najbogatszym 
człowiekiem w całym Nowym Jorku.
- Tak, najwyraźniej lubił przesadzać. Ale daleki jestem od tego, żeby mieć mu to za złe. W 
końcu  odziedziczyłem   czterdzieści   sześć  tysięcy  po  kimś,   kogo nigdy nie  widziałem.  To 
więcej pieniędzy,  niż miałem  przez całe  życie.  Niespodziewany uśmiech losu, fart ponad 
wyobrażenie.
Barber   powiedział   nam,   że   od   trzech   lat   pisze   książkę   o   Tho-masie   Harriocie.   Pracując 
zwykłym trybem, potrzebowałby na jej ukończenie jeszcze dwóch lat, ale teraz, skoro nie 
krępowały go żadne obowiązki, miał nadzieję uporać się z nią do połowy lata, a więc w sześć, 
siedem miesięcy. To z kolei wiązało się z planami, o których wspomniał przez telefon. Od 
paru tygodni chodzi mu po  głowie pewien pomysł i chce zasięgnąć mojej rady, nim zacznie 
się ważnie zastanawiać. To zadanie na później, rzekł, po skończeniu książki ° Harriocie, ale 
jeśli się zdecyduje, sprawa będzie wymagała długotrwałych przygotowań.
- Rzecz sprowadza się w istocie do jednego pytania — powiedział. - Nie oczekuję od ciebie 
kategorycznej odpowiedzi, ale sytuacja jest taka, że tylko na tobie mogę polegać.
Skończyliśmy akurat kolację i pamiętam, że siedzieliśmy we troje przy stole, popijając koniak 
i   paląc   kubańskie   cygara,   przemycone   przez   Barbera   przy   okazji   niedawnej   podróży   do 
Kanady.   Byliśmy   lekko  wstawieni   i  w  nastroju  odprężenia   nawet  Kitty  poczęstowała  się 
jednym z grubych churchillów, które Barber nam podsunął. Z ubawieniem patrzyłem, jak 
wystrojona w chipao popala spokojnie cygaro, ale wcale nie mniej paradnie wyglądał Barber, 
włożywszy na tę okazję bordowy smoking i fez.
- Skoro tylko na mnie - powiedziałem - to pewnie ma to coś wspólnego z twoim ojcem.
- W rzeczy samej - odparł Barber. - Z moim ojcem. - Aby zaakcentować swe słowa, odchylił 
głowę i wypuścił w powietrze idealne kółko z dymu. Kitty i ja patrzyliśmy z podziwem, 
śledząc oczyma „O", które odpłynęło do tyłu i z wolna zatraciło swój kształt. Po krótkiej 
chwili milczenia Barber dodał głosem zniżonym o oktawę: - Chodzi o jaskinię.
-  Ach, o jaskinię - powtórzyłem. - Tajemniczą jaskinię na pustkowiu.
-  Nie mogę przestać o niej myśleć. Przyczepiła się do mnie jak natrętna stara piosenka.
-  Stara piosenka. Stara historia. Chodzą za nami i nic nie możemy na to poradzić. Ale skąd 
wiadomo, że naprawdę była jakaś jaskinia?
-   O to właśnie chcę cię spytać, M. S. To z tobą rozmawiał mój ojciec. Jak ci się wydaje? 
Mówił prawdę czy bajdurzył?
Zanim zdążyłem  zebrać myśli  i odpowiedzieć,  Kitty pochyliła  się do przodu, wsparta na 
jednym   łokciu,   zerknęła   w   prawo   -   na   ninie,   w   lewo   -   na   Barbera,   i   rozwiązała 
skomplikowany dylemat dwoma prostymi zdaniami:
- Jasne, że mówił prawdę. Może czasem plątały mu się fakty, ale mówił prawdę.
— Wyczerpująca odpowiedź — rzekł Barber. — I bezsprzecznie jedyna sensowna.

background image

-   No chyba tak — przyznałem. - Mówił prawdę, przynajmniej w swoim przekonaniu. Bo 
nawet   jeśli   nie   było   żadnej   jaskini,   to   było   przeżycie   z   jaskinią   związane.   Zależy,   jak 
dosłownie potraktować jego opowieść.
-  W takim razie — rzekł Barber - zapytam inaczej. Skoro nie mamy pewności, czy jaskinia 
istnieje naprawdę, to w jakiej mierze twoim zdaniem warto podjąć ryzyko?
—  Ryzyko czego? — zapytałem.
—  Zmarnowania czasu - odpowiedziała Kitty.
-  Nadal nie rozumiem.
-   On chce odnaleźć jaskinię - wyjaśniła mi. - Mam rację, Soi? Chcesz tam pojechać i jej 
poszukać.
-    Bystra  dziewczyna  -  pochwalił  Barber.   -  Tak   właśnie  chcę   zrobić,   czuję   bardzo  silną 
pokusę. Jeżeli jest jakakolwiek szansa, że jaskinia naprawdę istnieje, gotowym na wszystko, 
by ją odnaleźć.
-   Szansa jest - odparłem.  - Tyle  tylko,  że może  niewielka,  ale dlaczego  miałoby cię  to 
powstrzymać?
-  Soi sam nie pojedzie - zauważyła Kitty. - To mogłoby być zbyt niebezpieczne.
-  Święta racja - przyznałem. - Nikt nie powinien wybierać się w góry sam.
-  Zwłaszcza grubas - rzekł Barber. - Ale o tych szczegółach możemy porozmawiać później. 
Ważne jest, czy uważasz, M. S., że powinienem to zrobić? Powinienem?
-   Moglibyśmy wybrać się razem — zaproponowała Kitty. — M. S. i ja bylibyśmy twoimi 
zwiadowcami.
-   Świetna   myśl   -   przyklasnąłem,   widząc   siebie   nagle   w   ubraniu   z   wyprawionej   skóry, 
lustrującego widnokrąg z końskiego grzbietu. - Znajdziemy tę cholerną jaskinię, żebyśmy 
mieli całe życie strawić na poszukiwaniach!
Szczerze mówiąc, nie traktowałem tych słów poważnie. Uznałem naszą rozmowę za brednie, 
które przychodzą do głowy ludziom po kieliszku i o których zapomina się już nazajutrz, i 
choć mówiliśmy o „wyprawie", ilekroć się potem spotykaliśmy, brałem to niezmiennie za 
żart. Przyjemnie było oglądać mapy i fotografie, wytyczać marszrutę i przewidywać warunki 
pogodowe, ale takie obmyślanie nie oznaczało bynajmniej wiary w urzeczywistnienie słów. 
Utah leżał tak daleko, a szansę zorganizowania przez nas wspólnej wyprawy były tak nikłe, 
że   mimo   zapału   Barbera   w   głowie   mi   nie   postało,   że   coś   z   tego   może   się   ziścić.   Mój 
sceptycyzm ugruntował się jeszcze pewnej lutowej niedzieli, gdy wybraliśmy  się do lasu w 
okręgu Berkshire. Barber miał tak niebywałą nadwagę, tak wielkim trudem trzymał się na 
nogach, a w płucach tak przeraźliwie mu świstało, że nie potrafił przejść dziesięciu minut, by 
nie przystanąć dla nabrania tchu. Czerwony na twarzy, klapnął ciężko na pierwszy lepszy 
pieniek i odpoczywał nie krócej, niż szedł, zasapany niczym hipopotam, a spod szkockiego 
beretu spływały strugi potu, jak gdyby jego głowa była topniejącą bryłą lodu. Skoro łagodne 
stoki Massachusetts dają mu tak w kość, pomyślałem, to jak zamierza pokonać kaniony Utah? 
Nie,   pomysł   był   farsą,   grą   w   pobożne   życzenia.   Dopóki   wyprawa   pozostanie   tematem 
rozmów,   dopóty   nie   ma   się   czym   martwić.   Ale   jeżeli   Barber   naprawdę   zechce   jechać, 
obowiązkiem moim i Kitty będzie wybić mu to z głowy.
Zakrawa na ironię losu, że to ja, któremu z początku brakło wiary, wyruszyłem w końcu na 
poszukiwania jaskini. Stało się to ledwie osiem miesięcy po naszej pierwszej rozmowie na 
temat wyprawy, ale odtąd tak wiele się wydarzyło, tak wiele minęło bezpowrotnie i zostało 
utracone, że moje wcześniejsze odczucia nie miary znaczenia. Pojechałem, gdyż nie miałem 
wyboru. Rzecz nie w tym, że chciałem jechać; okoliczności mnie zmusiły.
Pod koniec marca Kitty zorientowała się, że jest w ciąży, a nim nadszedł czerwiec, nastąpiło 
rozstanie. Nasze wspólne życie rozpadło się w ciągu ledwie paru tygodni, a gdy wreszcie 
pojąłem,  że  stała  się nieodwracalna  tragedia,  poczułem  się  tak, jak gdyby  wykrojono  mi 
żywcem serce. Dotąd Kitty i ja żyliśmy w nadzwyczajnej harmonii, a im dłużej to trwało, tym 

background image

mniej prawdopodobne wydawało się, że coś może nas rozdzielić. Gdyby nasz związek od 
początku był burzliwszy, gdybyśmy spędzali wspólne chwile na kłótniach i rzucaniu w siebie 
talerzami,  być  może lepiej  bylibyśmy przygotowani na nadchodzący kryzys.  A tak, ciąża 
Kitty spadła na nas jak pocisk armatni w sadzawkę i nim zdążyliśmy przygotować się na falę, 
nasza łódka wywróciła się i popłynęliśmy rozpaczliwie do brzegu w przeciwnych kierunkach.
To   nie     była   kwestia   braku   miłości.   Nawet   gdy   nasz   spór   przybrał   najzacieklejszą, 
najboleśniejszą   dla   nas   postać,   nie   wypieraliśmy   się   wcześniejszych   wyznań,   nie 
zaprzeczaliśmy   faktom,   nie   udawali,   że   nasze   uczucia   się   odmieniły.   Rzecz   w   tym,   że 
przestaliśmy mówić jednym językiem. Dla Kitty miłość oznaczała tylko nas dwoje, koniec, 
kropka. Dziecko nie miało nic do tego i stąd każda podejmowana przez nas  decyzja powinna 
uwzględniać Wyłącznie to, czego pragnęliśmy dla siebie. Choć to ona była w ciąży, nie ja, 
dziecko   znaczyło   dla   niej   niewiele   więcej   niż   abstrakcyjne   pojęcie,   hipotetyczny   rys 
przyszłego życia, a nie samo życie, które powstało. Dopóki się nie urodzi, dopóty nie istnieje. 
Tymczasem z mego punktu widzenia zaczęło ono żyć w chwili, gdy Kitty powiedziała mi, że 
nosi je w łonie. Nawet nie większe od kciuka, było osobą, rzeczywistością, od której nie 
mieliśmy ucieczki. Uważałem, że jeżeli zdecydujemy się na zabieg, będzie się to równało 
popełnieniu morderstwa.
Wszystkie racje leżały po stronie Kitty. Zdawałem sobie z tego sprawę, niemniej świadomość 
ta   niczego   nie   zmieniała.   Zaskorupi-łem   się   w   upartej   irracjonalności,   coraz   bardziej 
wstrząśnięty   swym   nieprzejednaniem,   ale   niezdolny   cokolwiek   na   to   poradzić.   Kitty 
powtarzała, że jest za młoda, by być matką, i choć dostrzegałem trafność tego argumentu, nie 
przyjmowałem go do wiadomości. Nasze matki wcale nie były starsze niż ty, stwierdzałem, 
zawzięcie łącząc dwie sytuacje, które nie miały ze sobą nic wspólnego, i wtedy docieraliśmy 
do sedna sporu. Dla naszych matek może to nie był problem, broniła się Kitty, ale jak mam 
dalej tańczyć, skoro będę musiała zajmować się dzieckiem? Na to odpowiadałem kołtunsko - 
udając, że wiem, co mówię - że ja się nim będę zajmował. Bzdura, kwitowała, dziecko musi 
mieć   matkę.   Macierzyństwo   to   ogromna   odpowiedzialność   i   trzeba   podchodzić   do   tego 
poważnie. Mówiła, że chce, byśmy w przyszłości mieli dziecko, ale nie teraz, bo dla niej 
jeszcze ten czas nie nadszedł, nie jest gotowa. Ależ właśnie nadszedł, odpowiadałem, bo czy 
ci się to podoba czy nie, jesteś w ciąży i stanęliśmy przed faktem dokonanym. Wówczas, 
zrozpaczona moim tępym uporem, niezawodnie wybuchała płaczem.
Nie mogłem znieść jej łez, ale nawet ich widok nie wzruszył mnie dostatecznie. Patrzyłem na 
Kitty, mówiąc sobie w duchu, by dać spokój, by ją objąć i pogodzić się z tym, czego chce, ale 
im bardziej usiłowałem zmiękczyć me serce, tym twardszy się stawałem. Chciałem być ojcem 
i teraz, gdy nadarzyła  się taka szansa, nie potrafiłem znieść myśli  o jej utracie. Dziecko 
dawało   mi   możliwość   powetowania   sobie   własnego   dzieciństwa,   posiadania   rodziny, 
należenia do czegoś o wymiarze większym niż ja sam, a ponieważ dotąd nie byłem świadom 
tego pragnienia,  raptem  doszło ono do głosu w wybuchu  głuchej  rozpaczy.  Gdyby  moja 
matka była  taka rozsądna jak ty,  wrzasnąłem do Kitty,  nigdy bym  się nie urodził! I nim 
zdążyła coś odpowiedzieć, dorzuciłem szybko:
- Jeśli zabijesz nasze dziecko, zabijesz z nim i mnie.
Czas pracował na naszą niekorzyść. Decyzję musieliśmy podjąć w ciągu kilku tygodni i z 
każdym dniem presja rosła. Istniał dla nas już tylko ten temat, bez przerwy mówiliśmy o 
jednym, kłócąc się ciągle o to samo w środku nocy, patrząc, jak nasze szczęście rozmywa się 
w morzu słów, w anemicznych oskarżeniach o nielo-jalność. Mimo tylu dni strawionych na 
sporach żadne z nas nie ustąpiło ani na jotę. To Kitty była w ciąży, więc ja musiałem ją 
przekonać, nie na odwrót. Gdy wreszcie uświadomiłem sobie, że sprawa jest beznadziejna, 
powiedziałem:   -   Idź   i   rób,   jak   chcesz.   -Nie   miałem   chęci   karać   jej   dłużej.   Dodałem   na 
wydechu, że zapłacę za zabieg.

background image

Obowiązywało   wtedy   inne   prawo   i   jedynym   sposobem   dokonania   legalnej   aborcji   było 
uzyskanie zaświadczenia od lekarza, że urodzenie dziecka zagraża życiu kobiety. W stanie 
Nowy Jork stosowano na tyle szeroką interpretację, że wyjątek ten obejmował „zaburzenia 
emocjonalne" (co oznaczało sytuację, w której donoszenie ciąży groziło próbą samobójczą 
matki), wobec tego opinię psychiatry honorowano tak samo jak zaświadczenie od ginekologa. 
Ponieważ   Kitty   była   zupełnie   zdrowa   i   ponieważ   nie   chciałem,   by   zabieg   wykonano   na 
czarno - okropnie się tego bałem - nie miała innego wyboru, jak znaleźć psychiatrę, który 
poszedłby jej na rękę. No i znalazła, choć słono sobie policzył. Wraz z rachunkiem ze szpitala 
zabicie własnego dziecka kosztowało mnie ładnych kilka tysięcy dolarów. Znów byłem bez 
pieniędzy i kiedy tak siedziałem przy łóżku Kitty w szpitalu i patrzyłem na jej zbolałą, bladą 
twarz, poczułem, że wszystko szlag trafił, że odebrano mi życie.
Nazajutrz zabrałem ją do domu, ale było już inaczej. Wmówiliśmy sobie oboje, że puścimy w 
niepamięć to, co się wydarzyło, ale gdy spróbowaliśmy wrócić do dawnego życia, okazało 
się,   że   takiego   życia   już   nie   ma.   Po   tygodniach   nieszczęsnych   rozmów   i   kłótni   oboje 
popadliśmy w milczące odrętwienie, jak gdybyśmy bali się spojrzeć sobie w oczy. Zabieg w 
szpitalu był trudniejszy, niż Kitty się spodziewała, i mimo przekonania, że postąpiła słusznie, 
nie mogła pozbyć się myśli, że jednak zrobiła źle. Przybita i umęczona przeżyciami,  snuła się 
smętnie po poddaszu, jakby była w żałobie. Zdawałem sobie sprawę, że moją rolą jest ją 
pocieszyć, ale   nie potrafiłem   zebrać   się w   sobie   i   zapomnieć o   własnej krzywdzie. 
Siedziałem i patrzyłem, jak ona cierpi, aż wreszcie uświadomiłem sobie, że sprawia mi to 
przyjemność, że w głębi duszy pragnę, by zapłaciła za swój uczynek. To była chyba najgorsza 
chwila i gdy tak raptem ujrzałem własną ohydę i okrucieństwo,  zdjęty grozą obróciłem się 
przeciw sobie. Nie mogłem tak dłużej. Nie potrafiłem już znieść tego, kim jestem. Ilekroć 
patrzyłem   na   Kitty,   widziałem   jedynie   godną   pogardy   własną   słabość,   potworne   odbicie 
samego siebie.
Powiedziałem jej, że muszę wyjechać na jakiś czas, by wszystko przemyśleć, ale zwyczajnie 
zabrakło   mi   odwagi,   by   powiedzieć   prawdę.   Zrozumiała   jednak.   Nie   musiała   usłyszeć 
konkretnych słów, by pojąć, co się dzieje, i gdy nazajutrz zobaczyła, że pakuję swoje rzeczy, 
zaczęła błagać, bym został, padła wręcz na kolana i zaklinała mnie, bym nie odchodził. Twarz 
miała   wykrzywioną   i   zalaną   łzami,   ale   wtedy   byłem   już   jak   głaz   i   nic   by   mnie   nie 
powstrzymało. Położyłem na stole ostatnie tysiąc dolarów i powiedziałem, że to dla niej. 
Potem wyszedłem. Zacząłem szlochać, nim jeszcze znalazłem się na ulicy.

Rozdział  8

Do   lata   przemieszkiwałem   u   Barbera.   Nie   zgodził   się,   bym   się   dołożył   do   czynszu,   ale 
ponieważ nie miałem grosza przy duszy,  i tak szybko znalazłem sobie pracę. Spałem na 
kanapie  w  dużym   pokoju, wstawałem   wpół  do  siódmej  i  całe   dnie  dźwigałem   meble  po 
schodach jako pracownik małej firmy przewozowej mego kolegi. Nienawidziłem tej roboty, 
ale była dostatecznie wyczerpująca, by otępić umysł, przynajmniej z początku. Później, kiedy 
moje mięśnie nawykły do wysiłku, przekonałem się, że nie potrafię zasnąć bez upicia się w 
sztok. Zwykle Barber i ja rozmawialiśmy do północy, ale potem zostawałem sam w pokoju, 
mając do wyboru albo gapić się w sufit do świtu, albo się upić. Na ogół trzeba było butelki 
wina, by zmorzył mnie sen.
Barber traktował mnie jak najlepiej, okazywał największą troskę i współczucie, ale byłem w 
tak kiepskim stanie, że ledwo zwracałem na niego uwagę. Dla mnie istniała tylko Kitty, a jej 
nieobecność   była   tak   namacalna,   tak   przytłaczająco   uporczywa,   że   o   niczym   innym   nie 
mogłem myśleć. Każda noc rozpoczynała się tym samym  uczuciem fizycznego bólu, tym 
samym zdyszanym, pulsującym pragnieniem bycia przez nią dotykanym, i nim zdążyłem się 
połapać, co się dzieje, czułem pod skórą postępujący atak, jak gdyby rwała się trzymająca 

background image

mnie   dotąd   w   jedności   tkanka.   Była   to   amputacja   w   swej   najbardziej   nagłej,   absolutnej 
formie. Ciało Kitty było częścią mego ciała i nie mając jej u swego boku, nie czułem się już 
tym samym człowiekiem. Czułem się tak, jak gdyby mnie okaleczono.
Potem ból mijał i przed oczami przesuwały się obrazy z przeszłości. Widziałem, jak Kitty 
wyciąga  ręce, by mnie  dotknąć,  widziałem jej nagie plecy i ramiona,  łuk jej  pośladków, 
gładki   brzuch   —   napięty,   gdy   siedząc   na   brzegu   łóżka,   wsuwała   majtki.   Nie   potrafiłem 
odgonić   tych   wizji,   a   gdy   tylko   któraś   się   pojawiała,   natychmiast   płodziła   następną,   aż 
ożywały najmniejsze,  najdrobniejsze szczegóły naszego życia.  Wspomnieniom utraconego 
szczęścia   bez   wyjątku   towarzyszył   ból,   niemniej   z   uporem   poszukiwałem   tego   bólu, 
niepomny cierpienia, które mi przynosił. Każdego wieczora mówiłem sobie, żeby podejść do 
telefonu i zadzwonić do Kitty, i każdego wieczora walczyłem z tą pokusą, przywołując całą 
nienawiść do siebie, by się powstrzymać. Po tygodniach tych katuszy czułem się, jak gdybym  
płonął żywcem.
Barber był przybity. Wiedział, że wydarzyło się coś złego, ale ani ja, ani Kitty nie chcieliśmy 
mu nic powiedzieć. Z początku wziął na siebie rolę posłańca: rozmawiał z jednym, potem 
szedł do drugiego i wszystko relacjonował, ale tym kursowaniem w tę i z powrotem nic u nas 
nie  wychodził.  Ilekroć  próbował  się   czegoś  dowiedzieć,  każde  odpowiadało   to  samo:   by 
poszedł   i   zapytał   drugiego.   Nigdy   nie   wątpił,   że   wciąż   się   kochamy,   dlatego   nie   mógł 
zrozumieć, nie mógł przeboleć naszej upartej bezczynności. Kitty chce, żebyś wrócił, mówił 
mi, ale już nie wierzy, że kiedykolwiek to zrobisz. Nie mogę wrócić, odpowiadałem. Niczego 
bardziej nie pragnę, ale nie mogę. Chwytając się ostatniej deski ratunku, zaprosił nas z osobna 
na wspólną kolację (nie wspominając, oczywiście, że drugie też przyjdzie), ale jego plan 
wziął w łeb, kiedy idąca ulicą Kitty spostrzegła, że wchodzę do restauracji. Gdyby wyszła zza 
rogu dwie  sekundy później, zamysł  być  może  by się powiódł,  ale tak  odkryła  pułapkę i 
zamiast dołączyć do nas, wróciła do domu. Gdy Barber zapytał ją nazajutrz, dlaczego nie 
przyszła, odparła, że nie wierzy w takie podstępne zagrania.
- To M. S. musi zrobić pierwszy ruch - powiedziała. -Złamałam mu serce i nie będę mieć do 
niego pretensji, jeśli nigdy już nie zechce mnie widzieć. Wie, że nie zrobiłam tego celowp, ale 
to wcale nie oznacza., że musi mi przebaczyć.
Wtedy Barber się wycofał. Przestał kursować między nami i pozostawił sprawy własnemu 
nieszczęsnemu biegowi. Wyjaśnienie, Kitty dowodziło odwagi i wspaniałomyślności, za które 
zawsze ją podziwiałem, i potem przez długie miesiące, a nawet lata paliłem się ze wstydu, 
ilekroć przypominałem sobie te jej słowa. Jeśli ktokolwiek naprawdę cierpiał, to właśnie ona, 
a jednak wzięła na  siebie odpowiedzialność za to, co się stało. Gdybym miał w sobie choćby 
odrobinę jej dobroci, popędziłbym do niej, padł przed nią na twarz i błagał o przebaczenie. 
Nic jednak nie zrobiłem. Mijały dni, a ja wciąż nie mogłem zmusić się do działania. Jak ranne 
zwierzę, zwinąłem się z bólu w kłębek i trwałem. Byłem, ale jakby mnie nie było.
Barberowi nie wyszła rola Kupidyna, ale ze wszystkich sił starał się mnie uratować. Próbował 
nakłonić do dalszego pisania, opowiadał o książkach, wyciągał do kina, restauracji i barów, 
na wykłady i koncerty. Niewiele to pomogło, ale nie zasklepiłem się jeszcze na tyle, by nie 
doceniać   jego   wysiłków.   Pisał   z   zapałem   książkę   o   Thomasie   Marnocie,   pochylony   nad 
maszyną sześć, siedem godzin bez przerwy, ale gdy tylko wracałem do domu, zawsze rzucał 
wszystko, jak gdyby przestawanie ze mną było bardziej zajmujące od jego pracy. Dziwiło 
mnie to, ponieważ wiedziałem, że kiepski ze mnie teraz kompan, i nie potrafiłem pojąć, że 
ktoś może  się dobrze czuć  w moim  towarzystwie.  Z braku lepszych  wyjaśnień  zacząłem 
podejrzewać, że Barber jest homoseksualistą, że nazbyt go podniecam, by w mojej obecności 
mógł się skupić na pisaniu. Logiczne wytłumaczenie, ale błędne - kolejny strzał jak kulą w 
płot. Gdyż Barber nigdy nie przystawiał się do mnie, a po sposobie,  w jaki patrzył na kobiety, 
widziałem, że jego cielesne pragnienia związane  są wyłącznie   z płcią odmienną. A więc? 
Może to samotność, odpowiadałem sobie, zwyczajna ludzka samotność. Nie ma przyjaciół w 

background image

Nowym Jorku i póki nikogo nie pozna, poty musi się mną zadowolić. Pewnego czerwcowego 
wieczora   poszliśmy   na   piwo   do   White   Horse   Tavern.   Była   ciepła,   parna   noc   i   gdy   tak 
siedzieliśmy w sali od tyłu (tej samej, w której przesiadywałem z Zimmerem jesienią 1969 
roku), po twarzy Bar-bera popłynęły strugi potu. Wytarłszy się ogromną chusteczką w kratę, 
wypił jednym haustem drugie już piwo i huknął znienacka pięścią w stół.
— Gorąco w tym mieście, cholera jasna - sapnął. - Człowiek żył z dala dwadzieścia pięć lat i 
się odzwyczaił.
- To jeszcze nic - powiedziałem. - Zaczekaj do lipca i sierpnia.
-   Mnie już wystarczy. Jeśli tu dłużej zostanę, to będę musiał chodzić z torbą ręczników. 
Czuję się jak w rzymskiej łaźni.
— No to zrób sobie wakacje. Przecież mnóstwo ludzi wyjeżdża latem. Jedź w góry, nad 
morze, gdzie chcesz.
— Interesuje mnie tylko jedno miejsce. Chyba wiesz które.
—  A co z książką? Przecież chciałeś ją najpierw skończyć.
-  Chciałem, ale już nie chcę.
-  Z powodu pogody?
-  Nie, po prostu muszę odetchnąć. I ty też powinieneś.
-  Ja? Czuję się świetnie, Soi. Naprawdę.
-  Nie jestem ślepy. Zmiana otoczenia dobrze by ci zrobiła. Nic już cię nie trzyma w Nowym 
Jorku, a im dłużej tu tkwisz, tym bardziej się to na tobie odbija.
-  Przejdzie mi. Niedługo się polepszy.
- Nie byłbym taki pewny. Zakałapućkałeś się, M. S. Zżera cię to. Jedyne lekarstwo to wyjazd.
-  Nie mogę ot tak rzucić pracy.
-  Czemu nie?
-  Bo, po pierwsze, muszę skądś mieć pieniądze. Po drugie, Stan na mnie liczy. Nie byłoby w 
porządku wypiąć się na niego.
- Możesz go przecież uprzedzić.  Powiedz mu jutro, że za parę tygodni odchodzisz, a na 
pewno znajdzie kogoś na twoje miejsce.
-  Tak po prostu mu powiedzieć?
-   Mhm,  tak po prostu.  Wiem,  że jesteś młodym,  silnym chłopakiem, ale jakoś nie widzę 
cię do końca życia w roli tragarza mebli.
-  Nie zamierzam robić kariery w przeprowadzkach. To tymczasowe zajęcie.
- Więc ja proponuję ci inne tymczasowe zajęcie. Zostań moim pomocnikiem, tropicielem, 
moją prawą ręką. Dostaniesz dach nad głową z wiktem, pełny ekwipunek i kieszonkowe na 
własne potrzeby. Jeśli te warunki ci nie odpowiadają, gotów jestem pertraktować. Co na to 
powiesz?
- Jest lato. Jeśli w Nowym Jorku ci za gorąco, to myślisz, że na pustyni będzie chłodniej? 
Usmażymy się tam o tej porze roku.
-  Przestań, to nie Sahara. Kupimy samochód z klimatyzacją i pojedziemy jak królowie.
-  Dokąd? Nie mamy zielonego pojęcia, gdzie zacząć.
-  Ależ mamy. Nie mówię, że na pewno znajdziemy jaskinię, ale mniej więcej wiemy, gdzie 
trzeba szukać. Południowo-wschod-nia część Utah, zaczynając od Bluff. Co nam szkodzi 
spróbować?
Rozmawialiśmy   jeszcze   kilka   godzin   i   po   trosze   Barber   przełamał   moje   opory.   Każdą 
przytaczaną przeze mnie rację zbijał inną, na każdy argument „przeciw" wskazywał dwa lub 
trzy   „za".   Nie   wiem,   jak   mu   się   udało,   ale   sprawił,   że   na   końcu   poczułem   się   niemal 
zadowolony, że mu uległem. Być może to całkowita beznadziejność przedsięwzięcia tak mnie 
pociągała. Gdybym uznał, że  jest choćby nikła szansa odnalezienia jaskini, pewnie bym nie 
pojechał,   ale   perspektywa   daremnych   poszukiwań,   wyruszenia   na   wyprawę,   której 
niepomyślny   wynik   był  z  góry przesądzony,   odpowiadała  memu   samopoczuciu  w  owym 

background image

czasie.   Będziemy   szukać   i   nie   znajdziemy.   Liczy   się   sama   wędrówka   i   z   czasem   nie 
pozostanie nam nic prócz płonności naszych chęci. To będzie metafora mego życia, skok w 
pustkę, o której zawsze marzyłem. Uścisnąłem Barberowi dłoń i powiedziałem, że może na 
mnie liczyć.
Przez   następne   dwa   tygodnie   cyzelowaliśmy   nasz   plan.   Zamiast   jechać   prosto   do   celu, 
postanowiliśmy   wykonać   sentymentalny   objazd:   najpierw   zrobimy   sobie   przystanek   w 
Chicago, a potem ruszymy na północ do Minnesoty i stamtąd dopiero weźmiemy kurs na 
Utah.   Nadłożylibyśmy   tysiąc   mil,   ale   nie   wzruszało   nas   to,   gdyż   nigdzie   się   nam   nie 
spieszyło. Powiedziałem, że chcę odwiedzić grób matki i wuja, i Barber się nie sprzeciwił. 
Zaproponował tylko, że skoro będziemy w Chicago, to moglibyśmy odbić jeszcze dalej i 
zahaczyć na parę dni o Northfield. Miał tam jakieś sprawy do załatwienia i przy okazji chciał 
mi   pokazać   kolekcję   ojcowskich   obrazów   i   rysunków,   które   trzymał   na   strychu.   Nie 
powiedziałem mu, że dotąd starannie unikałem oglądania dzieł Pony'ego. W gorączce przed 
wyprawą byłem gotów przystać na wszystko.
Trzy   dni   później   Barber   kupił   samochód   z   klimatyzacją   od   handlarza   z   Queens.   Był   to 
czerwony pontiac bonneville  z 1965 roku, mający ledwie czterdzieści  siedem tysięcy mil 
przebiegu. Auto od razu podbiło jego serce blichtrem i prędkością, więc nie było długich 
targów o cenę.
- No? No co sądzisz? - pytał mnie Barber podczas odględzin. - Rydwan, nie?
Tłumik i opony kwalifikowały się do wymiany, gaźnik wymagał wyregulowania, a tył był 
wgnieciony, ale Barber najwyraźniej się zdecydował, więc nie widziałem sensu odwodzić go 
od kupna. Mimo pewnych minusów samochód był żwawą maszynką, jak on to ujął, toteż 
uznałem, że nada się jak każdy inny. Zrobiliśmy jazdę próbną; gdy tak przecinaliśmy ulice 
Flushing, Barber wygłosił z pasją wykład o powstaniu Pontiaca przeciw lordowi Amherstowi. 
Nie powinniśmy zapominać, rzekł,  że ten samochód nosi imię wielkiego indiańskiego wodza. 
To   nada   nowy   wymiar   naszej   wyprawie.   Jadąc   nim   na   zachód,   złożymy   hołd   umarłym, 
upamiętnimy   wyczyny   mężnych   wojowników,   którzy   powstali   do   walki   w   obronie   swej 
zagrabianej przez białych ziemi.

Kupiliśmy przewodniki krajoznawcze, okulary przeciwsłoneczne, plecaki, manierki, lornetki, 
śpiwory  i   namiot.   Przepracowałem   w  firmie   Staną   kolejne   półtora   tygodnia,   aż   wreszcie 
mogłem się zwolnić z czystym sumieniem, bo przyjechał na lato jego kuzyn, który zgodził się 
mnie zastąpić. Tego samego dnia poszliśmy z Bar-berem na ostatnią kolację w Nowym Jorku 
(kanapki z wołowiną w Stage Dęli), po czym wróciliśmy do domu o dziewiątej z myślą o 
rychłym  położeniu  się do łóżka, by wstać  wcześnie rano. Był  początek  lipca  1971 roku. 
Miałem wtedy dwadzieścia cztery lata i czułem, że znalazłem się w ślepym zaułku. Leżąc na 
kanapie w ciemnym  pokoju, słyszałem, jak Barber podkrada się do telefonu i dzwoni do 
Kitty.   Większość   rozmowy   mi   umknęła,   ale   najwyraźniej   mówił   jej,   że   nazajutrz 
wyjeżdżamy.
- Nigdy nie wiadomo - szeptał - ale może dobrze mu to zrobi. Może się zejdziecie, gdy 
wrócimy.
Nietrudno było się domyślić, o kim mówi. Gdy poszedł wreszcie spać, wstałem, zapaliłem 
światło  i odkorkowałem nową butelkę  wina, ale alkohol  przestał na mnie  działać.  Kiedy 
Barber obudził mnie o szóstej rano, przespałem ledwie pół godziny.
Za kwadrans siódma byliśmy już w drodze. On prowadził, ja siedziałem obok, popijając kawę 
z termosu. Przez pierwsze dwie godziny byłem na wpół przytomny, ale gdy wcięliśmy się w 
otwartą przestrzeń Pensylwanii, otrząsnąłem się powoli z odrętwienia. Odtąd aż do Chicago 
gadaliśmy   bez   ustanku,   zmieniając   się   za   kierownicą   w   zachodniej   Pensylwanii,   Ohio, 
Indianie. Jeżeli dziś niewiele pamiętam z naszej rozmowy, to dlatego, że przeskakiwaliśmy z 
tematu na temat w podobny sposób, jak zmieniały się widoki za oknem. Przez dłuższą chwilę 

background image

mówiliśmy o samochodach i o tym, jak przeobraziły Amerykę, potem o Ponym i o wieży 
Tesli   na   Long   Island.   Do   dziś   słyszę,   jak   wjechawszy   do   Ohio,   Barber   odchrząkuje,   by 
wygłosić długą mowę na temat dalekosiężnych wizji Tecumseha, ale choć wytężam pamięć, 
nie potrafię przywołać ani jednego zdania. Później, gdy słońce już chyliło się ku zachodowi, 
wymienialiśmy   nasze   typy   w   rozmaitych   dziedzinach   życia:   ulubione   powieści,   jedzenie, 
baseballiści.   Wyliczyliśmy   chyba   z   setkę   kategorii,   tworząc   długi   katalog   naszych 
indywidualnych upodobań. Ja mówię: Robert Clemente, Barber na to: Al Kalinę. Ja: Don 
Kichot, on: Tom Jones. Obaj woleliśmy Schuberta od Schumanna, ale za to Barber miał 
słabość do Brahmsa, a ja nie. Z drugiej strony jego nudził Couperin, a ja z kolei nigdy nie 
miałem dość słuchania Tajemniczych barykad. Tołstoj, wymieniałem dalej, Dostojewski. On: 
Samotnia Dickensa,   ja wtedy: Nasz wspólny przyjaciel. Zgodziliśmy się, że ze wszystkich 
owoców znanych człowiekowi najpiękniej pachną cytryny.
Na  noc  zatrzymaliśmy  się   w motelu  na   przedmieściach   Chicago.   Nazajutrz  po  śniadaniu 
pojechaliśmy przed siebie, aż natrafiliśmy  na kwiaciarnię,  gdzie kupiłem  dwa jednakowe 
bukiety: jeden dla matki, drugi dla wuja. Barber był osobliwie cichy, ale przypisywałem to 
zmęczeniu długą jazdą poprzedniego dnia i tyle. Z trudem znaleźliśmy cmentarz Westlawn 
(kilka złych skrętów, długi objazd, który zawiódł nas w przeciwną stronę), tak więc zbliżała 
się już jedenasta, gdy wjechaliśmy przez bramę. Kolejnych dwadzieścia minut zabrało nam 
odnalezienie grobów i pamiętam, że gdy wysiedliśmy z samochodu w nieznośny skwar, żaden 
z   nas   nic   nie   mówił.   Kilka   parcel   dalej   paru   grabarzy   kończyło   kopać   mogiłę,   więc 
odczekaliśmy w milczeniu minutę czy dwie, aż mężczyźni rzucą szpadle na tył zielonego 
pikapu i odjadą. Ich obecność była nam nie na rękę i wiedzieliśmy bez słów, że musimy 
zaczekać,   aż   się   zabiorą,   że   nie   możemy   zrobić   tego,   po   cośmy   przyjechali,   dopóki   nie 
będziemy sami.
Potem  wszystko  potoczyło   się bardzo  szybko.   Podeszliśmy  ścieżką  i  gdy  zobaczyłem  na 
małych   płytach   kamiennych   nazwiska   matki   i   wuja,   poczułem,   że   połykam   łzy.   Nie 
spodziewałem się po sobie tak gwałtownej reakcji, lecz gdy uzmysłowiłem sobie raptem, że 
oboje leżą w ziemi obok mych stóp, nie potrafiłem pohamować drżenia. Tak upłynęło chyba 
parę minut, ale to tylko mój domysł. Dziś obraz jest zamazany, widzę ledwie kilka osobnych 
ruchów we mgle wspomnień.  Pamiętam, że na obu płytach położyłem po kamyku, niekiedy 
w   przebłysku   świadomości   dostrzegam   siebie,   jak   chodzę   na   czworakach   i   wyrywam 
gorączkowo chwasty ze splątanej trawy, którą porosły groby. Barbera w ogóle jednak nie 
widać. To dowodzi, że dopadło mnie na tyle, że przestałem go zauważać, że na tych kilka 
minut zapomniałem, iż nie jestem sam. Dlatego scena zaczęła się bez mego udziału i nim 
dołączyłem, już się toczyła i wszystko wymknęło się spod kontroli.
W jakiś sposób znowu znalazłem się obok Barbera. Staliśmy ramię w ramię u grobu mej 
matki, a gdy obróciłem ku niemu głowę, zobaczyłem, że po policzkach spływają mu łzy. 
Szlochał, a usłyszawszy umykające  z jego ust boleściwe, zdławione łkanie, zdałem sobie 
sprawę, że to trwa od dłuższej chwili. Chyba coś wtedy powiedziałem. „Co się stało?" albo 
„Czemu   płaczesz?",   nie   pamiętam   dokładnie   swych   słów.   Ale   Barber   mnie   nie   słyszał. 
Wpatrzony . w grób mej matki, rozpaczał pod rozległym błękitnym niebem, jak gdyby był 
ostatnim człowiekiem we wszechświecie.
— Emily... - krztusił się. — Moja kochana, umiłowana Emily... Spójrz na siebie... Gdybyś nie 
uciekła   ode   mnie...   Gdybyś   tylko   pozwoliła   się   kochać...   Słodka,   kochana   Emiły...   Taka 
szkoda... Taka wielka szkoda...
Słowa wyrwały się z jego ust w postaci spazmatycznego zachłyśnięcia, w przypływie żałości, 
która z mozołem wydostała się na wolność. Słuchałem go, jak gdyby przemówiła ziemia, jak 
gdyby   odezwali   się   umarli   w   grobach.   Barber   kochał   moją   matkę.   Od   tego   prostego, 
bezspornego   faktu   wszystko   zaczęło   się   trząść   w   posadach,   chwiać,   rozpadać   -   świat 

background image

zawirował   mi   w   oczach.   Barber   nie   zrzucił   maski   i   nie   powiedział   tego,   ale   raptem 
zrozumiałem. Zrozumiałem, kim jest, naraz pojąłem wszystko.
W pierwszej, długiej chwili czułem tylko gniew, demoniczny napór mdłości i obrzydzenia.
- Co ty pieprzysz? - zapytałem, ale Barber wciąż patrzył przed siebie, pchnąłem go więc 
rękoma,   wymierzając   w grube  ramię   mocne,  siarczyste  chlaśnięcie.  -  Co  ty  pieprzysz?   - 
powtórzyłem. - No, mów, kupo flaków, mów albo cię wyrżnę w mordę!
Wtedy   Barber   obrócił   się   do   mnie   i   pokręcił   smutno   głową,   jak   gdyby   próbował   mi 
przekazać, że słowa na nic się nie zdadzą.
- Jezu Chryste, Marco - odezwał się wreszcie. - Po coś mnie tu przywiózł? Nie wiedziałeś, że 
tak będzie?
-    Wiedziałem?!   -   wrzasnąłem   na   niego.   -  Skąd,   do  cholery,   miałem   coś   wiedzieć?   Nie 
powiedziałeś słowa, kłamco jeden! Oszukałeś mnie, a teraz chcesz, żeby mi było ciebie żal?! 
A co ze mną? Co ze mną, ty pierdolony wieprzu?!
Dałem upust swej wściekłości jak szaleniec, zdzierając płuca w skwarnym  powietrzu. Po 
długiej chwili Barber postąpił krok do tyłu, drugi, trzeci; cofał się nieporadnie przed moim 
atakiem, jak gdyby nie mógł go dłużej znieść. Wciąż płakał, ukrywszy twarz w dłoniach, i 
szedł tyłem. Ślepy na wszystko dokoła, człapał ciężko alejką wzdłuż mogił jak ranne zwierzę, 
zanosząc się szlochem, a ja dalej wrzeszczałem. Słońce było już w zenicie, a cały cmentarz 
migotał osobliwym,  pulsującym blaskiem, jak gdyby światło stało się zbyt  silne, by było 
prawdziwe. Zobaczyłem, że Barber wciąż się cofa i nagle, doszedłszy nad wykopany tego 
ranka grób, zachwiał się. Potknął się o kamień albo wgłębienie w ziemi i w tej samej chwili 
nogi ugięły się pod nim. Wszystko stało się tak szybko. Wyrzucił desperacko ręce na boki, 
zamachał nimi jak ptak skrzy d łami, ale było za późno na odzyskanie równowagi. W jednej 
chwili   tam   stał,  w  następnej   runął   tyłem   do  grobu.  Nim  zdążyłem   rzucić   się  na  pomoc, 
usłyszałem, jak z głuchym łomotem uderza plecami o dno.
W końcu trzeba było sprowadzić dźwig, by go wydobyć. Gdy podbiegłem i spojrzałem w 
głąb   dołu,   nie   potrafiłem   powiedzieć,   czy   żyje,   a   ponieważ   ściany   grobu   były   gładkie, 
uznałem, że zejście będzie zbyt ryzykowne. Barber leżał na wznak z zamkniętymi oczyma, 
zupełnie   nieruchomo.   Bałem   się,   że   spadnę   na   niego,   gdy   będę   próbował   się   zsunąć, 
pojechałem więc samochodem do stróżówki przy bramie i poprosiłem, by zadzwoniono po 
pomoc.   W   ciągu   dziesięciu   minut   przyjechała   karetka,   ale   stanęli   przed   tym   samym 
problemem   co   ja.   Po   chwili   nerwowego   zastanawiania   się   spletliśmy   ręce   i   spuściliśmy 
lekarza   do   dołu.   Powiedział,   że   Barber   żyje,   ale   kolejne   wieści   nie   były   już   tak   dobre. 
Wstrząśnienie mózgu, oznajmił, może i pęknięta czaszka. I zaraz dodał:
- Nie wiadomo, czy nie złamał kręgosłupa. Trzeba go będzie ostrożnie wyciągać.
Była szósta po południu, gdy Barber wjechał wreszcie na oddział chirurgii urazowej szpitala 
okręgowego. Wciąż był  nieprzytomny i przez następne cztery dni nie dawał znaku życia. 
Lekarze zoperowali mu kręgosłup, zawiesili go na wyciągu i powiedzieli, bym trzymał kciuki. 
Przez pierwszych czterdzieści osiem godzin siedziałem murem w szpitalu, ale kiedy stało się 
jasne, że zanosi się na długi pobyt, przy użyciu karty kredytowej Barbera wynająłem pokój w 
pobliskim motelu o nazwie Eden Rock. Była to rudera ostatniej kategorii - wypaprane zielone 
ściany i zarwane łóżko -ale chodziłem tam tylko spać. Gdy Barber wreszcie ocknął się ze 
śpiączki, przesiadywałem w szpitalu po osiemnaście, dziewiętnaście godzin na dobę i przez 
następne dwa miesiące to był cały mój świat. Nie innego nie robiłem, tylko siedziałem przy 
jego łóżku, aż umarł. Przez pierwszy miesiąc nie wyglądało, że sprawy przybiorą zły obrót. 
Oblepiony wielkim gipsem na wyciągach, Barber wisiał w powietrzu, jak gdyby pokonał 
prawa fizyki. Był unieruchomiony do tego stopnia, że nie mógł nawet przekręcić głowy, a jadł 
przez rurki wkładane mu do ust, niemniej następowała poprawa, wydawało się, że dochodzi z 
wolna do siebie. Przede wszystkim, jak mi powiedział, cieszył się, że prawda wyszła na jaw. 
Jeżeli ceną jest przeleżenie kilku miesięcy w gipsie, to z ochotą ją zapłaci.

background image

- Kości mam pogruchotane - rzekł pewnego popołudnia - ale serce nareszcie sklejone.
W tych dniach rozwikłała się cała historia. Ponieważ Barber nie miał nic innego do roboty, 
jak mówić, opowiedział mi wyczerpująco o swoim życiu. Dowiedziałem się ze szczegółami o 
jego romansie z moją matką, wysłuchałem przygnębiających wspomnień z pobytu w bursie 
Związku   Młodzieży   Chrześcijańskiej   w   Cleve-land,   usłyszałem   o   jego   późniejszych 
podróżach w sercu Ameryki. Nie trzeba chyba dodawać, że gniew, któremu dałem upust na 
cmentarzu, dawno minął, ale mimo tylu dowodów, że nie pozostawało miejsca na rozterki, z 
oporami przyjmowałem do wiadomości fakt, że Barber jest moim ojcem. Było pewne, że spał 
z moją matką pewnej nocy w 1946 roku, no i że urodziłem się dziewięć miesięcy później, ale 
skąd   mogłem   wiedzieć,   że   tylko   z   nim   wtedy   spała?   Mało   prawdopodobne,   ale   może 
spotykała się z dwoma mężczyznami jednocześnie? Jeśli tak, to może z tym drugim zaszła w 
ciążę? To była moja jedyna obrona przed przyjęciem prawdy i chwyciłem się jej jak ostatniej 
deski ratunku. Dopóki pozostawał choćby cień wątpliwości, dopóty będę mógł zaprzeczać, że 
cokolwiek się wydarzyło. To była osobliwa reakcja, ale patrząc z perspektywy czasu, wydaje 
się ona zrozumiała. Dwadzieścia cztery lata żyłem z pytaniem bez odpowiedzi i krok po 
kroku   zacząłem   je   postrzegać   jako   fundament   mego   istnienia.   Moje   pochodzenie   było 
tajemnicą i nigdy już nie będę wiedział, skąd się wziąłem. To właśnie mnie definiowało i z 
czasem   przywykłem   do   tej   niewiadomej,   przywarłem   do   niej   jako   do   źródła   wiedzy   i 
szacunku dla samego siebie, przyjmując ją za ontologiczną konieczność. Bez względu na to, 
jak bardzo pragnąłem odszukać ojca, w głowie mi nie postało, że jest to możliwe. Teraz, gdy 
go  odnalazłem,   wtrząs  był  tak   ogromny,  że   w pierwszym   odruchu  próbowałem   odrzucić 
prawdę.   To   nie   Barber   stanowił   przyczynę   mej   odmowy,   lecz   sama   sytuacja.   Był   moim 
najlepszym przyjacielem, kochałem go. Gdybym mógł wybrać sobie ojca spośród wszystkich 
mężczyzn całego świata, wskazałbym jego. Mimo to nadal nie mogłem się z tym pogodzić. 
Targnęło całym moim jestestwem i nie wiedziałem, jak przyjąć ten wstrząs.
Mijały tygodnie i w końcu musiałem pogodzić się z faktami. Oblepiony szczelnie białym 
gipsem, Barber nie mógł przyjmować nic prócz płynów i wkrótce zaczął tracić na wadze. Był 
człowiekiem   przywykłym   do   pochłaniania   tysięcy   kalorii   dziennie   i   nagła   zmiana   w 
odżywianiu się wywołała natychmiastowe, widzialne gołym okiem skutki. Trzeba ogromnego 
wysiłku, by utrzymać tak gigantyczny nadmiar tkanki tłuszczowej, i gdy nie zaspokaja się 
apetytu, szybko traci się kilogramy. Najpierw Barber się skarżył, kilkakrotnie nawet zapłakał 
z głodu, ale potem zaczął postrzegać przymusowy post jako niespodziewane dobrodziejstwo.
- To szansa na coś, co mi się nigdy nie udało - rzekł. -Zastanów się, M. S. Jeśli będę chudł w 
tym tempie, zrzucę z pięćdziesiąt kilo, gdy już stąd wyjdę. Może nawet z sześćdziesiąt. Będę 
nowym człowiekiem. Nigdy już nie będę taki jak dawniej.
Potylica i skronie porosły siwymi i rudawymi włosami, a kontrast między tymi barwami a 
kolorem oczu (ciemny, armatni spiż) nadał jego głowie nowy rys i wyrazistość, jak gdyby 
stopniowo wydobyła się z jednolitego tła. Po dziesięciu czy dwunastu dniach w szpitalu jego 
skóra   nabrała   odcienia   niezdrowej   bieli,   a   wraz   z   pojawieniem   się   bladości   wychudł   na 
policzkach i w miarę jak ubywało mu rozdętej tkanki tłuszczowej, z głębi wyłonił się drugi 
Barber,   utajniona   osoba,   która   latami   tkwiła   uwięziona   w   potężnym   ciele.   Przemiana 
wprawiała w zdumienie i gdy już nabrała tempa, wywołała kilka zadziwiających skutków 
ubocznych. Z początku nic nie dostrzegałem, ale pewnego ranka, gdy Barber leżał w szpitalu 
już ze trzy tygodnie, spojrzałem na niego i dostrzegłem przelotnie coś znajomego. To było jak 
przebłysk świadomości; zgasło, nim zdążyłem się połapać. Dwa dni później zdarzyło się coś 
podobnego i tym razem trwało na tyle długo, że uświadomiłem sobie, iż rozpoznaję coś w 
okolicach jego oczu, może  nawet w samych  źrenicach.  Najpierw pomyślałem,  że pewnie 
dostrzegam synowskie podobieństwo do Pony'ego, że może sposób, w jaki Barber na mnie 
spojrzał,   przypomniał   mi   jego   ojca.   Tak   czy   owak,   to   ulotne   olśnienie   wzbudziło   mój 

background image

niepokój   i   nie   mogłem   się   otrząsnąć   aż   do   wieczora.   Prześladowało   mnie   jak   urywek   z 
zapomnianego   snu,   błysk   zrozumienia,   który   dotarł   na   powierzchnię   z   głębin 
podświadomości.  Nazajutrz pojąłem wreszcie, co widzę.  Wszedłem do pokoju Barbera jak 
co   dzień   i   gdy   otworzył   oczy   i   uśmiechnął   się   do   mnie   słabo,   otępiały   od   środków 
uśmierzających ból wstrzykniętych do krwiobiegu, spojrzałem na niego, konkretnie na zarys 
powiek, na miejsce między brwiami a rzęsami, i raptem uzmysłowiłem sobie, że patrzę na 
siebie. Barber miał takie same oczy jak ja. Teraz, gdy wychudł na twarzy, dostrzegłem to 
wreszcie.   Wyglądaliśmy   tak   samo,   podobieństwo   było   oczywiste.   W   końcu   sobie   to 
uświadomiłem, prawda wreszcie mi się objawiła i nie miałem innego wyboru, jak tylko na nią 
przystać. Byłem synem Barbera, byłem nim bez cienia wątpliwości.
  Przez   następne   dwa   tygodnie   wszystko   zdawało   się   iść   ku   dobremu.   Lekarze   byli 
optymistami i czekaliśmy już dnia, kiedy Barberowi zdejmą gips. Lecz na początku sierpnia 
jego stan nagle się pogorszył. Dopadła go jakaś infekcja, a podane leki wywołały reakcję 
uczuleniową,   w   efekcie   której   ciśnienie   krwi   niebezpiecznie   skoczyło   do   góry.   Kolejne 
badania ujawniły cukrzycę, której nigdy u niego nie stwierdzono, i gdy tak lekarze pobierali 
próbki w poszukiwaniu dalszych powikłań, lista chorób i dolegliwości się wydłużała: choroba 
wieńcowa, podagra w stadium początkowym, niewydolność krążenia, Bóg raczy wiedzieć co 
jeszcze. Wydawało się, że ciało Barbera nie wytrzymuje już dłużej. Zbyt wiele przeszło i 
teraz   skomplikowana   maszyneria   zaczęła   się   rozpadać.   Odporność   nadwerężył   ogromny 
spadek   wagi   i   organizm   nie   miał   się   jak   bronić,   krwinki   nie   chciały   przeprowadzić 
kontrnatarcia.   Dwunastego   sierpnia   Barber   powiedział   mi,   że   wie,   iż   umrze,   ale   go   nie 
słuchałem.
-   Zaciśnij   zęby   -   mówiłem.   -   Wyjdziesz   ze   szpitala   przed   rozpoczęciem   finałów   ligi, 
zobaczysz.
Nie potrafiłem się już rozeznać we własnych odczuciach. Byłem otępiały od patrzenia, jak 
Barber kruszeje, i od połowy sierpnia chodziłem jak w transie. Ważne teraz było dla mnie 
tylko   jedno:   trzymać   fason.   Żadnych   łez,   napadów   rozpaczy,   osłabnięć   woli.   Tchnąłem 
nadzieją   i   ufnością,   ale   w   głębi   duszy   zdawałem   sobie   chyba   sprawę,   że   sytuacja   jest 
beznadziejna. To z kolei dotarło do mnie jednak dopiero na samym końcu, i to najbardziej 
okrężną drogą. Poszedłem do baru zjeść późną kolację. Jedną ze specjalności tego dnia był 
duszony kurczak - danie, które jadłem ostatni raz jako mały chłopiec, jeszcze chyba za życia 
matki. Gdy tylko przeczytałem te dwa słowa w jadłospisie, pojąłem, że nic innego mnie tego 
wieczora nie zadowoli. Złożyłem zamówienie u kelnerki i przez następne trzy czy cztery 
minuty wspominałem dom rodzinny w Bostonie, gdzie mieszkałem z matką, przywołując po 
raz pierwszy od wielu lat obraz niewielkiego stołu w kuchni, przy którym jadaliśmy razem 
posiłki. Potem wróciła kelnerka i powiedziała, że duszony kurczak się skończył. Cóż, zdarza 
się, nie było w tym nic wyjątkowego, rzecz jasna - w skali kosmosu niewiele więcej niż 
pyłek, nieskończenie mała drobinka antymaterii - ale nagle poczułem się tak, jak gdyby cały 
świat się zawalił. Nie ma już duszonych kurczaków. Gdyby ktoś wtedy mi powiedział, że w 
wyniku trzęsienia ziemi zginęło w Kalifornii dwadzieścia tysięcy osób, nie przybiłoby mnie 
to bardziej. Poczułem, że do oczu napływają mi łzy, i dopiero wtedy, gdy tak siedziałem w 
barze i walczyłem z doznaniem  srogiego zawodu, pojąłem, jak kruchy jest mój świat. Jajko 
wymykało mi się z dłoni i lada chwila miało się rozbić na podłodze.
Barber umarł czwartego września, trzy dni po tym zdarzeniu w barze. Ważył wtedy tylko 
dziewięćdziesiąt pięć kilogramów i wyglądał, jakby została go ledwie połowa, jak gdyby 
rozpętana przemiana miała go strawić do cna. Musiałem z kimś porozmawiać, a jedyną osobą, 
która przyszła mi na myśl, była Kitty. Dochodziła piąta rano, gdy do niej zatelefonowałem, i 
nim jeszcze odebrała, zdałem sobie sprawę, że dzwonię po coś więcej, niż tylko przekazać jej 
smutne wieści. Chciałem się dowiedzieć, czy mogę do niej wrócić.

background image

-   Wiem, że śpisz - powiedziałem - ale proszę, nie odkładaj słuchawki, dopóki mnie nie 
wysłuchasz.
- M. S., to ty? - zapytała ze zdumieniem cichym, załamującym się głosem.
-     Jestem   w   Chicago.     Godzinę   temu     umarł   Soi.   Nie   mam   nikogo,   z   kim   mógłbym 
porozmawiać.
Chwilę trwało, nim opowiedziałem jej całą historię. Z początku nie chciała uwierzyć  i w 
miarę podawania szczegółów sam coraz wyraźniej dostrzegałem, jak nieprawdopodobnie to 
wszystko brzmi. Tak, wpadł do otwartego grobu i złamał sobie kręgosłup. Tak, naprawdę był 
moim ojcem. Tak, umarł przed godziną. Tak, dzwonię ze szpitala. Raptem nastąpiła krótka 
przerwa i rozległo się „wrzuć monetę", a gdy połączenie się odblokowało, usłyszałem, że 
Kitty szlocha.
- Biedny Soi - szepnęła. - Biedny Soi i biedny M. S. Wszyscyśmy biedni.
- Przepraszam, ale musiałem ci powiedzieć. Byłoby nie w porządku, gdybym nie zadzwonił.
-  Nie, dobrze, że zadzwoniłeś. Tylko że to takie trudne... O Boże, M. S., gdybyś wiedział, jak 
długo czekałam na znak życia od ciebie.
-  Wszystko schrzaniłem, co?
—  To nie twoja wina. Nic nie poradzisz na to, co czujesz. Nie można poradzić.
-  Nie spodziewałaś się, że jeszcze kiedyś się odezwę, co?
- Nie. Na początku o niczym innym nie mogłam myśleć i tylko czekałam. Ale tak się nie da 
na dłuższą metę i w końcu straciłam nadzieję.
— Ale ja ani na chwilę nie przestałem cię kochać. Wiesz o tym, prawda?
 Na linii znów zapadła cisza, a potem usłyszałem nagle, że Kitty znowu płacze - usłyszałem 
żałosny, rwany szloch, który zdawał się wysysać z niej życie.
— Jezu Chryste, M. S., co ty ze mną wyprawiasz? Od czerwca nie dajesz znaku życia, a 
potem nagle dzwonisz w środku nocy z Chicago, dobijasz mnie wieścią o Solu i zaczynasz 
mówić o miłości? To nie w porządku. Nie masz prawa tak robić. Już nie.
-  Nie potrafię żyć bez ciebie. Próbowałem, ale nie potrafię.
- A ja potrafię.
-  Nie wierzę.
- Było mi tak trudno, M. S. Musiałam zrobić się twarda, żeby to przetrwać.
-  Jak mam to rozumieć?
-  Za późno, M. S. Już nie potrafię się tak otworzyć. Uniesz-częśliwiłeś mnie i drugi raz tak 
nie zaryzykuję.
-  Masz kogoś, tak?
-  Minęły miesiące. Co ty sobie myślisz? Co miałam robić, gdy ty jeździłeś sobie po kraju, nie 
mogąc się zdecydować?
- Jesteś z nim teraz w łóżku?
-  Gówno cię to obchodzi.
-  Jesteś, tak? Powiedz.
-  Właśnie że nie jestem. Ale i tak nie masz prawa pytać.
-  Nie obchodzi mnie to. To nie ma dla mnie znaczenia.
— Dość, M. S. Dłużej tego nie wytrzymam. Ani słowa więcej.
-  Błagam cię, Kitty. Pozwól mi wrócić.
- Żegnaj, Marco. Bądź dla siebie dobry. Proszę, bądź dla siebie dobry.
To powiedziawszy, odłożyła słuchawkę.
Pochowałem   Barbera   obok   mojej   matki.   Trzeba   było   trochę   zachodu,   by   przyjęli   go   na 
cmentarzu Westlawn - goja wśród rosyjskich i niemieckich Żydów - ale ponieważ parcela 
Foggów mogła pomieścić jeszcze jedną osobę i ponieważ, oficjalnie rzecz biorąc, byłem teraz 
głową   rodziny,   a   zatem   i   właścicielem   tej   piędzi   ziemi,   dopiąłem   swego.   W   rezultacie 

background image

pochowałem ojca w miejscu, które było przeznaczone dla mnie. W świetle tego, co przyniosły 
ostatnie miesiące, uznałem, że przynajmnej to mogę dla niego zrobić.
Po rozmowie z Kitty rozpaczliwie potrzebowałem zająć czymś myśli i z braku innych spraw 
to właśnie formalności  pogrzebowe   pozwoliły mi  przetrzymać  następne cztery dni. Dwa 
tygodnie przed śmiercią Barber zebrał resztki sił i przepisał na mnie cały swój majątek, więc 
pieniędzy miałem w bród. Testamenty są zbyt skomplikowane, rzekł, a ponieważ i tak chce, 
żebym wszystko odziedziczył, czemu nie miałby dać mi od razu? Próbowałem odwieść go od 
tego   pomysłu,   zdając   sobie   sprawę,   że   zgoda   będzie   ostatecznym   przyznaniem   się   do 
oczekiwania na ponury koniec, z drugiej jednak strony nie chciałem się zbytnio sprzeciwiać. 
Barber ledwo już się wtedy trzymał i nie byłoby w porządku jeszcze utrudniać mu życie.
Zapłaciłem rachunki za szpital, za pogrzeb i z góry za płytę nagrobną. Aby pochówek miał 
oprawę, zadzwoniłem do rabina, który poprowadził moją bar micwę jedenaście lat wcześniej. 
Był już starym człowiekiem, dawno po siedemdziesiątce, jak sądzę, i wcale mnie sobie nie 
przypominał. Jestem już na emeryturze, rzekł, weź pan kogoś innego. Nie, odparłem, chcę 
właśnie ciebie, rabbi Green, nikogo innego. Po długich namowach wreszcie się zgodził - za 
podwójną   stawkę.   To   bardzo   nietypowa   sprawa,   zauważył.   Nie   ma   typowych, 
odpowiedziałem. Każda śmierć jest wyjątkowa.
Rabin Green i ja byliśmy jedynymi osobami na pogrzebie. Przyszło mi do głowy, by o śmierci 
Barbera powiadomić Magnus College, na wypadek gdyby jego koledzy chcieli przyjechać, ale 
się nie zdecydowałem. Nie byłem w nastroju do spędzenia tego dnia z obcymi, nie chciałem z 
nikim   mówić.   Na   moją   prośbę   rabin   zrezygnował   z   mowy   pogrzebowej   po   angielsku   i 
ograniczył  się tylko  do odmówienia tradycyjnych  modlitw po hebrajsku. Hebraj-szczyzna 
dawno już wywietrzała mi z głowy i cieszyłem się, że nie rozumiem, co mówi. Dzięki temu 
byłem sam na sam z własnymi myślami, a tego właśnie chciałem. Rabin Green miał mnie za 
człowieka niespełna rozumu i przez tych parę spędzonych razem godzin trzymał się ode mnie 
jak  najdalej.  Żal  mi   go  było,  ale   nie  na   tyle,   by  próbować   mu  cokolwiek   wytłumaczyć.  
Wątpię,   bym   powiedział   do   niego   więcej   niż   pięć,   sześć   słów.   Gdy   po   ceremonii 
podjechaliśmy limuzyną pod jego dom,   wyciągnął prawą rękę i uścisnął mi dłoń, klepiąc 
mnie delikatnie po knykciach lewą. Był to gest pocieszenia, dla niego pewnie tak naturalny 
jak złożenie podpisu, i chyba nawet nie był świadom tego, co robi.
— Twój umysł jest wzburzony, młodzieńcze — rzekł. - Posłuchaj mej rady i idź do lekarza.
Kazałem szoferowi zawieźć się do motelu Eden Rock. Nie chciałem spać tam ani jednej nocy 
dłużej, toteż natychmiast za cząłem się pakować. Nie zabrało mi to więcej niż dziesięć minut. 
Zapiąłem   torbę   i   usiadłszy   na   łóżku,   ostatni   raz   rozejrzałem   się   dokoła.   Jeśli   w   piekle 
wynajmują   pokoje,   powiedziałem   do   siebie,   to   właśnie   takie.   Bez   żadnego   powodu   -   to 
znaczy   bez   żadnego   powodu,   którego   byłbym   świadom   -   wstałem,   zacisnąłem   pięść   i 
grzmotnąłem   w   ścianę.   Cienka   płyta   pilśniowa   nie   stawiła   żadnego   oporu,   ustępując   z 
trzaskiem,   aż   ręka   mi   się   zagnieździła.   Zastanowiło   mnie,   czy   meble   też   są   tak   liche,   i 
chwyciłem krzesło, by się przekonać. Rąbnąłem nim w biurko i z radością patrzyłem, jak 
rozpada   się   na   kawałki.   By   dopełnić   zniszczenia,   chwyciłem   jedną   z   ułamanych   nóg   i 
przeszedłem   się   z   nią   po   pokoju,   atakując   prowizoryczną   maczugą   kolejne   przedmioty: 
lampy,   lustra,   telewizor,   cokolwiek   się   nawinęło   pod   rękę.   Ledwie   kilku   minut 
potrzebowałem, by doszczętnie zdemolować pokój, a mój wyczyn niezmiernie podniósł mnie 
na duchu, jak gdybym wreszcie zachował się rozsądnie, jak gdybym wreszcie postąpił tak, jak 
wymagała sytuacja. Nie zostałem, by podziwiać swe dzieło. Dysząc z wysiłku, chwyciłem 
torby, wybiegłem na dwór i odjechałem czerwonym pontiakiem.
Jechałem   bez   przestanku   przez   dwanaście   godzin.   Noc   już   zapadła,   gdy   przekroczyłem 
granicę   z   Iową   i   świat   po   trosze   spłaszczył   się   do   bezkresu   rozgwieżdżonego   nieba. 
Zahipnotyzowała mnie własna samotność, wpatrzonego w linię autostrady, jak gdyby była to 
jedyna   pępowina   łącząca   mnie   z   ziemią,   i   zatrzymałem   się   dopiero   wtedy,   gdy   już   nie 

background image

widziałem na oczy. Zajechałem do przydrożnego motelu gdzieś w sercu Nebraski i poszedłem 
spać. Pamiętam, że w ciemności cykały świerszcze, ćmy tłukły się o moskitierę w oknach, a z 
odległego zakątka nocy dobiegało szczekanie psa.
Rano zorientowałem się, że przypadkiem obrałem właściwy kierunek. Całkiem nieświadomie 
ruszyłem na zachód i teraz, gdy już byłem w drodze, spłynął na mnie spokój, opanowanie. 
Postanowiłem, że sam zrobię to, co zamierzaliśmy zrobić z Barberem, a świadomość, że mam 
swój cel, że nie tyle uciekam, ile zdążam, dodała mi odwagi, by przyznać się przed samym 
sobą, że nie chcę umrzeć.
Nie myślałem, że kiedykolwiek odnajdę jaskinię (od początku sprawa była beznadziejna), ale 
uważałem,  że samo poszukiwanie wystarczy,  że będzie czynem  przekreślającym wszelkie 
czyny.
W torbie miałem trzynaście tysięcy dolarów, a to oznaczało, że nic mnie nie powstrzyma: 
mogłem   szukać,   aż   wyczerpią   się   wszystkie   możliwości.   Dojechałem   do   kresu   płaskich 
równin i przespałem noc w Denver, a potem ruszyłem do Mesa Verde, gdzie zamarudziłem 
trzy albo cztery dni, włócząc się pośród gigantycznych ruin wymarłej cywilizacji, niezdolny 
się   z   nimi   rozstać.   Nie   myślałem,   że   cokolwiek   w   Ameryce   może   być   tak   stare,   a   gdy 
wjechałem   do   Utah,   poczułem,   że   zaczynam   rozumieć   Pony'ego.   Rzecz   nie   w   tym,   że 
przytłaczał mnie krajobraz (każdego przecież przytłacza), ale że bezkres i pustka tej krainy 
zaczęły odbijać się na moim poczuciu czasu. Zdawało się, że teraźniejszość nie niesie już ze 
sobą   tych   samych   konsekwencji.   Minuty   i   godziny   były   zbyt   małe,   by   je   odmierzać,   a 
otworzywszy   oczy   na   otoczenie,   człowiek   zmuszony   był   myśleć   w   kategoriach   stuleci, 
pojmował,  że  tysiąc  lat to nie więcej niż tyknięcie zegara. Po raz pierwszy w życiu ziemię  
pod stopami poczułem jako planetę wirującą w przestworzach. Odkryłem, że nie jest duża, 
lecz bardzo mała - niemalże mikroskopijna. Ze wszystkiej materii we wszechświecie Ziemia 
była najmniejsza.
Wynająłem   pokój   w   motelu   Comb   Ridge   w   Bluff   i   następny   miesiąc   spędziłem   na 
wędrówkach   po   okolicy.   Wspinałem   się   na   skały,   zaglądałem   w   rozstępy   kanionów, 
nabijałem setki mil na liczniku pontiaca. W trakcie tych wypadów odkryłem wiele jaskiń, ale 
żadna nie nosiła śladów zamieszkiwania. Mimo to byłem szczęśliwy, niemal rozradowany 
własną samotnością. Aby uniknąć zatargów z mieszkańcami Bluff, obciąłem krótko włosy i 
rozpowiedzia-łem, że jestem absolwentem geologii, co chyba rozwiało wszelkie podejrzenia 
na mój temat. Nie mając żadnych innych planów prócz dalszego poszukiwania, spędziłbym 
pewnie w ten sposób wiele miesięcy:  rano wpadałbym na śniadanie do jadłodajni Sally i 
włóczył się po pustkowiu aż do zmroku. Pewnego dnia pojechałem jednak dalej niż zwykle, 
aż za Monument Yalley, do faktorii handlowej Nawahów w Oljeto. Oljeto znaczy „księżyc w 
wodzie", co już wystarczyło, by mnie przyciągnąć, poza tym ktoś w Bluff powiedział mi, że 
małżeństwo prowadzące placówkę, niejacy państwo Smith, wiedzą o historii regionu tyle, co 
nikt   inny.   Pani   Smith   była   wnuczką   albo   prawnuczką   Kita   Carsona,   a   dom,   w   którym 
mieszkała wraz z mężem, wypełniały nawahskie koce i ceramika, iście muzealna kolekcja 
indiańskiego  rzemiosła.  Spędziłem  z nimi  kilka  godzin,  popijając herbatę  w chłodzie  ich 
dużego pokoju, aż   T wreszcie nadarzyła  się chwila, by spytać, czy słyszeli o człowieku 
przezwiskiem George Szkaradnopyski. Oboje pokręcili jednak głowami. Nie. A o braciach 
Gresham? Słyszeliście państwo o nich? A, o Greshamach to pewnie, odparł pan Smith. To 
były bandziory, co przepadły z pięćdziesiąt lat temu. Bert, Frank i Harlan, ostatni z wielkich 
rabusiów Dzikiego Zachodu. Nie mieli tu gdzieś kryjówki w okolicy? - wypytywałem dalej, 
próbując nie okazać podekscytowania. Ktoś mi kiedyś mówił, że mieszkali w jakiejś jaskini, 
chyba gdzieś w górach. A to być może, odparł pan Smith, bom sam o tym słyszał. Podobnież 
gdzieś niedaleko Tęczowego Mostu to było. Myśli pan, że można by tę jaskinię odnaleźć? 
Można   to   pewnie   było,   mruknął   pan   Smith,   dawniej,   bo   teraz   to   już   nie.   Dlaczego?   — 
zapytałem.   Jezioro,   odpowiedział.   Jezioro   Powell.   Cała   okolica   jest   pod   wodą.   Zalali 

background image

wszystko, będzie już ze dwa lata. Jak nie masz pan sprzętu do nurkowania głębinowego, to 
nic pan nie zdziałasz.
Wtedy spasowałem. W chwili gdy pan Smith wypowiedział te słowa, zrozumiałem, że nie ma 
sensu szukać dalej. Od początku wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał przestać, 
przez   myśl   mi   jednak   nie   przeszło,   że   nastąpi   to   tak   nagle,   w   formie   druzgocącego, 
nieodwołalnego  wyroku.  Dopiero co zacząłem,  dopiero się rozgrzewałem  do czekającego 
mnie zadania, a oto niespodzianie okazało się, że nie mam już nic do zrobienia. Wróciłem do 
Bluff, przespałem noc w motelu i nazajutrz się wyniosłem. Pojechałem nad jezioro Powell, 
żeby na własne oczy zobaczyć wodę, która przekreśliła moje piękne plany, ale trudno było 
mieć   pretensję   do   jeziora.   Wynająłem   motorówkę   i   cały   dzień   pływałem,   usiłując   się 
zdecydować, co dalej robić. Nienowy już dla mnie wtedy dylemat, ale poczucie porażki było 
tak dojmujące, że nie mogłem zebrać myśli. Dopiero gdy zwróciłem łódź do wypożyczalni i 
zacząłem się rozglądać za swoim samochodem, okazało się, że nie mam wcale wolnej ręki.
Nigdzie   nie   mogłem   znaleźć   pontiaca.   Szukałem   wprawdzie   wszędzie,   ale   gdy   tylko 
zobaczyłem, że nie stoi w miejspu, w którym zaparkowałem, zdałem sobie sprawę, że go 
skradziono. Miałem ze sobą plecak i tysiąc pięćset dolarów w czekach podróżnych, ale resztę 
zostawiłem w bagażniku - ponad dziesięć tysięcy dolarów w gotówce, moje całe dziedzictwo, 
wszystko, co miałem na tym świecie.
Wspiąłem   się   na   drogę   w   nadziei,   że   ktoś   mnie   zabierze,   ale   nie   zatrzymał   się   żaden 
samochód. Kląłem w żywy kamień, wyzy l wając każdy przemykający obok pojazd. Zbliżał 
się wieczór, a ponieważ pech na autostradzie mnie nie opuszczał, nie miałem innego wyjścia, 
jak   w   końcu   zejść   z   drogi   i   w   bylicy   wymościć   sobie   legowisko   na   noc.   Zniknięcie 
samochodu tak mnie zaskoczyło, że nie przyszło mi nawet do głowy, by zawiadomić policję. 
Gdy obudziłem się nazajutrz, dygocząc z zimna, zaświtało mi, że kradzieży nie dokonała 
wcale  ludzka ręka.  To wybryk  bogów, pomyślałem,  przejaw boskiej  złośliwości,  którego 
jedynym celem było mnie złamać.
Wtedy właśnie zacząłem iść. Byłem tak wściekły, czułem się tak znieważony tym, co się 
stało, że przestałem wystawiać kciuk na przejeżdżające samochody. Szedłem cały dzień, od 
wschodu do zachodu słońca, krocząc zawzięcie, jak gdybym chciał zadeptać, ukarać ziemię 
pod mymi stopami. Nazajutrz to samo. I następnego dnia. I dzień potem. Przez następne trzy 
miesiące szedłem, posuwając się uparcie na zachód, zatrzymując na dzień lub dwa w małych 
miasteczkach,   sypiając   w   polach,   jaskiniach,   przydrożnych   rowach.   Przez   pierwsze   dwa 
tygodnie byłem jak ogłuszony. Wrzało we mnie, płakałem, wyłem jak szaleniec, ale po trosze 
gniew się wypalał i wreszcie ukołysał mnie rytm własnych kroków. Zdzierałem kolejne pary 
butów.   Pod   koniec   miesiąca   zacząłem   się   odzywać   do   ludzi.   Parę   dni   później   kupiłem 
pudełko cygar i każdego wieczora wypalałem jedno w hołdzie memu ojcu. W arizońskiej 
Yalentine uwiodła mnie w pustym barze na przedmieściach pucołowata kelnerka imieniem 
Peg i w rezultacie  zostałem  z  nią dziesięć  czy dwanaście  dni. W kalifornijskim Needles 
skręciłem kostkę i przez tydzień nie mogłem chodzić, ale poza tym szedłem bez ustanku, 
kierując się na Pacyfik, niesiony rosnącym uczuciem szczęścia. Wierzyłem, że gdy dotrę na 
kraniec   kontynentu,   rozstrzygnie   się   jakieś   ważne   pytanie   mnie   dotyczące.   Nie   miałem 
pojęcia jakie, ale odpowiedź rodziła się już w moich krokach i należało tylko dalej iść, by 
mieć rosnącą pewność, że zostawiłem samego siebie za plecami, że nie jestem już tym, kim 
byłem.
Piątą parę butów kupiłem w miasteczku o nazwie Lakę Elsinore 3 stycznia 1972 roku. Trzy 
dni później, wymizerowany wędrówką, zszedłem ze wzgórz do Laguna Beach z czterysta 
trzynastoma dolarami w kieszeni. Już ze wzniesień widziałem ocean, ale maszerowałem dalej, 
aż stanąłem nad wodą. Była czwarta po południu, gdy zdjąłem buty i poczułem piasek pod 
stopami. Dotarłem na kraniec świata i dalej nie było już nic prócz powietrza i fal, nic  prócz 

background image

pustki,   która  ciągnęła   się  aż  po brzegi  Chin.  Tu  zacznę,   powiedziałem  sobie,  tu  właśnie 
rozpoczyna się moje życie.
Stałem długo na plaży, czekając, aż znikną ostatnie promienie słońca. Za plecami miasteczko 
żyło   własnym   życiem,   hucząc   znajomym   zgiełkiem   dwudziestowiecznej   Ameryki.   Kiedy 
pobiegłem spojrzeniem po łuku wybrzeża, zobaczyłem, że zapalają się po kolei światła w 
domach. Zza wzgórz wytoczył się księżyc. Był pełny: okrągły i żółty jak płonący kamień. 
Wpatrzyłem się w niego, gdy tak wznosił się w nocne niebo, i odwróciłem oczy dopiero 
wtedy, gdy znalazł swoje miejsce w ciemności.