background image

 
 
 
 

ROMAN BRATNY 

 
 
 
 

WŚRÓD NOCNEJ CISZY 

 

 

 

 

 
 

KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA  WARSZAWA  1987 

background image

 
 

 
   
Wiadomo  ze  w  kościele  chodzi  o  Pana  Boga,  ale  to,  ze  pasterkę  odprawia  Proboszcz, 

było dla Bolka bardzo ważne. Wierzył mu. Że rozmawia z Panem Bogiem i Pan Bóg go może 
słuchać. Wysoko trzyma jeszcze siwą głowę i choć powoli, sprawnie porusza się u ołtarza... 
Wypełniony  ludem  kościół  robił  wrażenie  oświetlonego  pokładu  statku  płynącego  gdzieś 
przez morze ciemności. Bo noc była ciemna i długie było wędrowanie z Wołania przez zasy-
paną śniegiem drogę tu, do Ornej, gdzie można było święcić narodziny Boże. Całą drogę szli 
razem  z  Władkiem,  wolno,  aż  ojciec  Bolka  nieraz  się  złościł  i  poganiał  nie  mogąc  swych 
olbrzymich kroków dostosować do ich dreptania. A cała ta powolność to wcale nie oni tylko 
Władkowa matka. Zaleska była w zaawansowanej ciąży i szła z wysiłkiem. Ale nadążyli prze-
cież, i jeszcze miejsce w samym środku znaleźli. Aż zanadto w głębi, bo duszno było od ka-
dzideł, a parujące chłopskie kożuchy też nie dawały głębiej odetchnąć. 

Spostrzegł,  że  zbyt  świeckie  ma  myśli.  Co  „świeckie”  to  nie  było  dobre,  wiedział  od 

katechety, młodego Wikarego. Nie lubił go. Proboszcz to co innego, pasował z tą siwą głową 
uniesioną  teraz  do  góry,  jakby  chciał  sprawdzić,  czy  ramiona  wyciągnął  prosto  w  stronę 
wyglądającego z kościelnego plafonu Boga Ojca z brodą siwą niczym księża głowa. Co Bolek 
mógł  na  to  poradzić,  że  myśl  jego  nie  chciała  się  dziś  skupić  na  modlitwie.  Znów  myślał  o 
swoim nowym modelu. Jak wysoko poleci w niebo... Choć wiedział, że i tak spadnie najdalej 
na pole sąsiada... Ale za każdym  razem,  gdy uruchamiali z Władkiem latający model, jakby 
wierzył, że on odleci aż „tam”. Miał zwyczaj żegnać się przy starcie niczym bokser wchodzą-
cy  na ring.  A kiedy zobaczył któregoś dnia w telewizorze, jak piłkarz wybiegając na boisko 
przyklęknął, dotknął murawy i wtenczas dopiero się przeżegnał, nim wypuścił z ręki latający 
model, podnosił dwa palce do nieba, jakby go chciał dotknąć, ubłagać, i dopiero czynił znak 
krzyża. Obaj z Władkiem byli w swej zajadłej przyjaźni bliscy  Bogu prawie jak tym swoim 
samolocikom.  „Zabawki  do  nieba  możesz  puszczać,  ale  modlitwa  twoja  do  nieba  nie  dole-
ci...” - tak wołał do Władka Wikary, gdy sprawdzając jako katecheta zeszyt „do religii” zoba-
czył, że chłopiec słowo Bóg napisał przez u zwykłe. Bug! „Pomyśl, idioto, przecież są bogo-
wie. Bogowie, przez O”. A na to Władek. Przecież ksiądz uczy, że Bóg jest jeden. To powin-
no być przez „u”. 

„Ty  nie  będziesz,  gówniarzu,  mówił,  co  Bóg  powinien”  -  wrzasnął  katecheta  i  zadał 

Władkowi dwadzieścia stron przepisywania z Pisma Świętego. 

Bolek uśmiechnięty obejrzał się na przyjaciela i spostrzegł, że Władek beztrosko dłubie 

w nosie. A palce przecież do święconej wody przy wejściu wkładał. Chciał mu zwrócić uwa-
gę,  ale  w  końcu  sam  zląkł  się  o  siebie.  Nic  nie  uważa.  Akurat  wszystkich  zmiotło  ku  ziemi 
podniesienie. Bolek jął powtarzać z pamięci modlitwę... 

Ludzie wstawali z klęczek. Stary Zaleski pomagał żonie się podnieść. Na przedwiośniu 

Władek będzie miał brata. Albo siostrę. Znów te świeckie myśli, ani rusz nie udało się Bolko-
wi skupić. Co poszeptał pacierz, to mu w uszach brzęczały pszczele roje księdza Proboszcza, 
u  którego  pracowali  z  Władkiem  przy  ulach...  Myślał,  że  trzeba  będzie  zajść  do  obory  i 
sprawdzić, co to ludzie opowiadają, że w noc wigilijną bydlę ludzkim głosem przemawia... Te 
pszczoły brzęczą. A może to jego modelik lata po niebie koło ucha Pana Boga... Przypomniał 
mu  się  wczorajszy  sen.  Wieczorem  matka  powiedziała,  że  pójdzie z  ojcem  na  pasterkę  i  tak 
mu się dziwnie przyśniła Matka Boska, że chyba to grzech. Że trzymała na rękach jego model 
-  samolocik  -  niczym  przenajświętsze  Dzieciątko,  a  ręką  głaskała  po  głowie  Władka.  Chciał 
we  śnie  zawołać,  że  to  jego  przede  wszystkim  robota  i  pomysł,  ale  się  obudził...  I  teraz  też 
nagle ocknęła go gromadna pieśń. 

background image

„Wśród nocnej ciszy...” - unosiła się nad tłumem kolęda... 
Jeszcze był śpiew, gdy przecisnęła się przez tłum Jagna Korona i zaszeptała coś staremu 

Zaleskiemu na ucho. Ojciec pochylił się nad Władkiem i wziął go za ramię... 

„Wracamy.  Babka  nasza  upadła,  coś  jej  się  w  domu  stało.  Jagna  przyleciała  specjal-

nie...” - zdążył wyszeptać swoje ostatnie słowa Władek, żegnając na zawsze przyjaciela. 
 
 
 

II 

 
 

Ogromne  rzadkie  płaty  śniegu  dążące  ciężko  ku  ziemi  obiecywały  odwilż.  Boczna, 

mało uczęszczana droga była kopna i silnik sana wył na niskich obrotach. Światła reflektorów 
objęły  sylwetkę  kobiety  idącej  środkiem  drogi.  Za  moment  Bolek  zobaczył  jeszcze  dwóch 
łudzi. 

Zalescy  wracali do  wsi.  Władek szedł obok ojca, a jego matka  - wiadomo - ciężarna  - 

została  trochę  z  tyłu.  Nagle  silnik  zmienił  ton.  Prowadzący  wóz  Józef  Kapusta  wrzucił  wy-
ższy bieg, zdawało się, że płaty lecącego ku ziemi śniegu zatrzymały się w miejscu, takiego 
przyspieszenia nabrał ciężki autobus. Kobieta obejrzała się w ostatniej chwili. Zasłoniła oczy 
ręką  przed  rażącym  światłem  reflektora  i  uskoczyła  na  pobocze.  Bolek  zobaczył  przerażoną 
twarz oglądającego się Władka, ciężkie uderzenie podrzuciło wszystkich siedzących, dopiero 
teraz pojął, jak gwarno było dotychczas w autobusie powracającym z pasterki w Ornej. Józef 
Kapusta spokojnie wyłączył silnik i ruszył ku drzwiom barykadując przejście ciężkim zadem. 
Pierwszy wyskoczył stary Sobota, dopiero za nim kierowca. W chwili, gdy Bolek z gardłem 
ściśniętym  przerażeniem  na  myśl,  co  się  stało  z  jego  przyjacielem  -  rzucił  się  do  drzwi, 
zatrzymał do Darek Sobota.  

-Wszyscy na miejsca! - zakomenderował.  
Jedną rękę uzbrojoną w jakiś śrubokręt nastawił w pierś pchającym się ludziom, drugą 

bez przerwy przeganiał lecącą na oczy konopną czuprynę... 

- Przecie tam ludzie - krzyknęła jakaś kobieta. 
- Zalescy nie ludzie... Siadać! - krzyknął ostro młodzik. 
I zrobiła się znowu cisza. 
Nagle w przestrzeń świateł samochodu wbiegła matka Władka. Plącząc się w rozpiętym 

kożuchu  biegła  przed  siebie  uciekając  przed  czymś,  czego  widać  nie  było,  jakby  uciekała 
przed ciemnością... 

I za moment pojawił się kołysząc ciężkimi barami Sobota, za nim jego szwagier Józek 

Kapusta. Sobota trzymał w ręku ogromny czwororamienny klucz do odkręcania ciężkich kół 
autobusu. Zaleska była dość daleko, coraz szczelniej zasłaniały ją grube płaty wolno ciągną-
cego ku ziemi śniegu. Teraz przebiegła na drugą stronę drogi i już kryła się w ciemnościach, 
gdy  ścigający  ją  człowiek  uniósł  nad  głowę  żelazne  narzędzie,  błysnęło  jak  srebrny  grom  i 
wszystko zniknęło. 

- Ktoś coś powie, tak samo zginie - powiedział Darek od drzwi autobusu. - Kto wysią-

dzie, po śmierć wysiądzie - dorzucił, potem wyskoczył, zamknął za sobą drzwi. 

Była cisza. Bolek oddychał szybko, jakby to on tam uciekał w ciemności. 
- Władek - pomyślał. - Nie zostawię Władka - uchylił drzwi autobusu i znieruchomiał. 

Widział  ten  klucz  w  rękach  Soboty  i  nim  zobaczył,  na  kogo  jest  zamierzony,  usłyszał  jęk  i 
głos Zaleskiego: „Sobota, co ty chcesz od mojej żony, co ty od nas...”, wychylił głowę i zoba-
czył uderzenie. Teraz już widzieli wszyscy. Kapusta wlókł za włosy Wandę w światła samo-
chodu. Bolek usłyszał jej jęk: jeszcze żyła. Władka dźwignął z rowu Darek i rzucił na drogę 
tuż  przed  koła  autobusu.  Chłopak  przewrócił  się  na  drugi  bok  i  wyglądało,  że  próbuje  się 

background image

podnieść... 

- Nie rusz go. Teraz już sanem... 
W sekundę wszyscy trzej byli w autobusie. Kapusta uruchomił silnik. 
- Był wypadek - powiedział głośno Sobota. - Nic nie widzieliście. Ruszaj! 
Autobus podskoczył i po paru metrach stanął. 
- Do tyłu. Jeszcze raz - zakomenderował Sobota. 
Kolejny wstrząs. Bolek nagle pochylił się przez ławkę i zaczął wymiotować. Uczuł stra-

szną kaleką rękę ojca na swoim czole. Stary Błachno nie mówił ani słowa. W zupełnej ciszy 
działo  się  dalej  coś,  co  było  chyba  snem.  Bolek  czkając,  rozmazując  rzygowiny  pod  nosem, 
wierzył, że zaraz się obudzi. 

- Chodź, Błachno, pomożesz ich przenieść... 
Niezrozumiałe stało się jeszcze bardziej niezrozumiałym. 
Więc  teraz  chcą  ich  ratować!?  Ojciec  wysiadł  z  autobusu  razem  ze  starym  Sobotą  i 

Darkiem. Teraz Kapusta stał w drzwiach. Była cisza. Wszyscy wracający z pasterki widzieli 
trzech mężczyzn, jak wlekli zwłoki, układali przed wysokimi nagimi krzakami tarniny, rosną-
cymi za rowem. 

Sobota dał znak i san potoczył się do rowu. 
Usłyszał straszny krzyk jakiejś kobiety-„Morderco!” 
Darek Sobota szamotał się z Marychną, która darła się do niego z pazurami. Dostała w 

twarz. Już cisza. 

Bolek  chyba  zemdlał.  Nie  wiedział,  co  się  działo  aż  do  chwili,  gdy  usłyszał  słowa 

starego Soboty. 

- Teraz będzie przysięga. 

 
 
 

III 

 
 

Więc  schodzenie  do  grobu  może  zacząć  się  ze  śmiechem?  Śmiał  się,  kiedy  Krysia  po 

powrocie ze szkoły, wręczając mu swój dzienniczek z wpisaną uwagą nauczyciela, że w szko-
le  nie  uważała,  wyznała  mu:  płakałam,  boli  mnie  kark,  nie  mogę  ruszać  głową  i  jeszcze  nie 
chce mi się zgiąć mały palec... 

Wziął w ręce tę małą łapkę, pogłaskał i widząc, że kurczy ją w piąstkę, prostował palec 

po palcu, otwierając płaski kieliszek małej dłoni. Tak mu się pomyślało, jakby miał zamoczyć 
wargi w musującym szampanie. Krysia była samą radością. Rzeczywiście przy małym palcu 
napotkał  bolesny  opór...  I  jeszcze  się  uśmiechał  nie  wiedząc,  że  ten  grymas  jego  twarzy 
będzie potem prześladował  go w snach,  gdy pochylony nad  grobem ogląda  gnicie i  rozkład, 
słysząc własny śmiech odbity w ciemności szatańskim echem. 

W to swoje pierwsze dziecko wczepił się z histeryczną, rzadko spotykaną u mężczyzny 

miłością. Był okres, gdy stracili go z oczu koledzy, a i przełożeni do „rutynowego” tonu uzna-
nia wprowadzili w rozmowach o nim leciutką nutę drwiny. Ba, nie tylko zaprzestał łażenia na 
mecze piłkarskie, ale w rozmowie potrafił zapytać: która drużyna prowadzi aktualnie w ligo-
wych rozgrywkach? 

Kapitan Jerzy Anusz, dawniej zarywający w służbie noce, teraz wracał jak najwcześniej 

do domu. Gdyby go widzieli w białym pielęgniarskim fartuchu karmiącego swoje szczęście! 
Bo  Wiktoria  uznała,  że  dziecko  lepiej  „bierze”  z  butelki,  gdy  karmi  ją  ojciec.  Potem  nauka 
chodzenia. Przez nią zawalił cały rok zaocznych studiów na prawie... Przedszkole. Zmartwie-
nie,  dlaczego  Krysia  nie  bawi  się  z  dziećmi,  tylko,  zaszyta  w  kąt,  czeka  na  przyjście  rodzi-
ców. Pani psycholog mówi o „destrukcji psychicznej”, jaką może sprawić przesadna opiekuń-

background image

czość. 

I  w końcu wszystko się  wyrównuje.  Krysia idzie do szkoły, kapitan Anusz rozwiązuje 

kilka śledczych zagadek, dostaje ten swój wymarzony dyplom, przymierza się do pracy magi-
sterskiej.  Tytułuje  ją  po  kpiarsku  „Pożyczki  u  Pana  Boga”,  bowiem  traktuje  o  licznych  w 
ostatnim czasie włamaniach do kościołów. Jego promotor zwraca mu nawet uwagę, że powa-
żnego  tematu  nie  można  traktować  jak  artykułu  publicystycznego  i  Anusz  obiecuje  dać  w 
tytule „coś poważniejszego”. Bo  rozsadza go radość życia. Jest mu dobrze. Aż do dnia,  gdy 
próbuje rozprostować ten paluszek. Bez niepokoju idzie z córką do lekarza. 

- Jakiś przykurcz - mówi młody doktor, ale prowadzi dziewczynkę do starszego kolegi. 

Dodatkowe  badania.  W  parę  dni  później  dziewczynka  nie  może  już  pisać  prawą  ręką... 
Kapitan  Anusz  odchodzi  od  swej  pracy  magisterskiej  i  razem  z  córką  uczy  się  pisać  lewą 
ręką.  Zobaczysz,  w  drugim  półroczu  nie  będzie  ci  już  robiło  różnicy.  Ale  w  nocy  złe  sny. 
Coraz liczniejsze wyjazdy na badania. A potem diagnoza, która brzmi jak wyrok: bakteryjne 
zapalenie mózgu. Bezsenne noce. Opiekuństwo ojca podszyte jest przerażeniem. Trudności w 
mówieniu... Kto go uczył, że świat jest poznawalny? Że rozum otwiera drogę do prawdy. Cała 
uczona medycyna. „Panie profesorze”, „Panie ordynatorze”. I co? Nic. Nie wiedzą, nie potra-
fią.  Nie  ma  zdobyczy  naukowych,  rozumu.  Jest  kalekie,  sparaliżowane  dziecko  i  bezdenna 
otchłań rozpaczy niepojętego. Co jeszcze można zrobić? 

Wiktoria  zaczyna  chodzić  do  kościoła.  Jakieś  „wota”.  Modły.  Co  może  powiedzieć, 

słuchając w nocy jej modlitewnego szeptu. Nie ma jej w łóżku. Pojawia się klęcznik w rogu 
sypialni.  „Klęcznik”.  Że  też  coś  takiego  jeszcze  istnieje?  Zrobił  na  zamówienie  „stolarz  ko-
ścielny”. To taka specjalizacja. Ławy. Konfesjonały. I klęczniki. Do domu kapitana Anusza. 

I w końcu wychodzi na to, że poddał się on. Tylko ona jeszcze coś robi, pielgrzymując 

do  Częstochowy.  Potem  Anusz  łapie  się  na  tym,  że  pochylając  się  nad  nieruchomą  Krysią 
patrzy w leżący na jej piersi medalik z Matką Boską i niemal prosi: pomóż. 

Pokusa  wiary,  dla  racjonalisty  straszniejsza  chyba  niż  pokusa  grzechu  dla  wierzącego. 

Bo kiedy już nie ma „wiary” w medycynę, „zasadna” staje się wiara w Boga. Przecież „coś” 
musi zwrócić im dziecko. 

Przeniesienie  na  teren  dalekiego  południowego  województwa  przyjął  nawet  z  pewną 

ulgą.  Jakby  zmiana  miejsca  i  otoczenia  mogła  pomóc  w  czymkolwiek.  Tak  naprawdę  to 
oddzielała go od dokuczliwego ludzkiego współczucia, rozluźniającej dyscyplinę wewnętrzną 
tolerancji  przełożonych.  Dostał  samodzielną  placówkę  w  gminnym  ośrodku  w  Ornej  na 
pograniczu województwa rzeszowskiego. 

„Dużo  tam  włamań  do  kościołów.  A  jakby  wam  się  zechciało  poszerzyć  tę  pracę  o 

ikony,  to  jak  znalazł.  Najwięcej  obiektów  zakwestionowanych  w  Warszawie  pochodzi  z 
tamtych stron... A dla żony też się znajdzie jakaś Kalwaria Zebrzydowska...” - westchnął szef 
na pożegnanie z ukrytą dobroduszną kpiną. 

Miasteczko całe można by przenieść do kilku bloków na Ursynowie, gdzie mieszkali do 

niedawna. Orna robiła wrażenie osady bardzo starej, chociaż przecież wiedział, że cała poszła 
z dymem we wrześniu 39 roku, a po przepędzeniu resztek żydowskiej ludności do getta pod 
Krakowem,  ocalałą  resztę  nadchodzący  po  latach  front  obrócił  w  ruinę.  Więc  niby  to  nowe, 
ale  odbudowane  w  granicach  tego,  co  mieszkańcom  dyktowała  pamięć  i  nędzne  materialne 
możliwości.  Stary  był  tylko  ogromny  ogrodzony  żelaznym  płotem  budynek  XIX-wiecznej 
manufaktury  i  on  dawał  miasteczku  pozór  dostojnej  patyny.  Tym  mizernym  parterowym 
domkom  z  pokracznymi  płaskimi  dachami  i  niezdarnie  profilowanymi  drewnianymi  gane-
czkami. Posterunek mieścił się w skrzydle jedynego wielopiętrowego budynku, obok siedziby 
„Urzędu Miasta i Gminy Orna”. 

Sprawy też na gminną miarę: ostatnio parę kradzieży. Włamanie do sklepu. Rozgrabie-

nie  dwóch  kiosków.  Przy  odrobinie  rutyny  powinno  się  zapewne  wykryć  zorganizowaną 
młodzieżową  grupę.  Tylko  „kadry”  dość  wątpliwe.  „Dochodzeniówkę”  prowadził  sierżant 

background image

Marnot, łysiejący, ciężki, powolny chłop o rękach jak bochny. Zreferował w ciągu pół godzi-
ny zaległe sprawy i na koniec położył na biurku nowego szefa zszywkę wypełnionych proto-
kołów. 

- To do umorzenia. Sprawa drogowa. Wypadek. W noc wigilijną. Sprawcy nie ma. Nie 

było warunków.  Znaleziono zwłoki przejechanych. Trzy osoby. Rodzina... - sierżant Marnot 
wydobywał z siebie słowa z trudem. Każde zastępowało całe zdanie. 

- Rano  meldunek.  Deszcz  przyszedł.  Ze  śniegu  błoto.  Ukradzionym  autobusem.  Na 

pewno pijany. 

- Po co mi to dajecie? 
- Panie  kapitanie.  Pierwszy  dzień.  Do  podpisu.  Wszystko.  Sekcja.  Medycyna  sądowa. 

W porządku... - gruby palec sierżanta spoczął w miejscu, gdzie powinien być podpis „Szefa”. 
Anusz  podpisując  miał  dziwaczne  skojarzenie,  że  zamazuje  atramentem  czyjeś  linie  papila-
rne. 

- Za trzy dni Wielkanoc. A tamto było w Wigilię - usłyszał jeszcze komentarz. 
Został sam. Za oknem porywisty wiatr miotał wiry z podnoszonego z ulicy kurzu. 

 
 
 

IV 

 
 

W tamtą noc te trzy ostatnie kilometry dzielące  wieś od miejsca wypadku Bolek szedł 

bardzo długo. Co najdziwniejsze, ojciec dostosował do niego swoje kroki. Ludzie przeważnie 
pospieszali, pragnąc się ukryć w domostwach, a jego coś trzymało. Co chwila oglądał się do 
tyłu i wtedy raz za razem łapał go skurcz, jakby czkawka. Ojciec nic nie mówił. Szedł obok 
albo z tyłu za nim, jakby go pilnował, żeby gdzie nie uciekł. Tylko, gdy czasem od wsi przy-
niosło odległe szczekanie, świat stawał się normalny. Potem już i okna poniektóre oświetlo-
ne...  To  tam,  gdzie  ludzie  już  wrócili  z  pasterki.  I  znów  lęk,  strach  inny  jeszcze  niż  ten  w 
autobusie. Teraz świat był pusty. Bez Boga. Daremnie krzyczał Zaleski: „O Boże, ludzie, cze-
go chceta od mojej żony?”. Co z tego, że wołała „O Boże!” Wanda, gdy ją wlekli za włosy, 
gdy trzymał ją Kapusta, aby jego wspólnik mógł spokojnie wymierzyć cios... 

W panującej teraz ciszy nie było już Boga. Bolek nie myślał - wiedział. Przerażenie bez 

miary, w które wtrąciło go to, co zobaczył, przemieniło się teraz w strach jeszcze większy: nie 
było  Boga.  Podniósł  twarz  do  góry  i  dopiero  mokre  uderzenie  kropel  deszczu  uświadomiło 
mu, że śnieg zmienił się w deszcz, jakby cała pora roku się odmieniła, jakby cały świat chciał 
od siebie uciec w jakąś przyszłość odmienioną... 

- Deszcz - powiedział do ojca i przestraszył się swego głosu. 
- Idź, idź - mruknął łagodnie stary. - Tylko matce ani słowa. 
Połamał Błachnową reumatyzm na jej szczęście. Została w domu. Nie widziała. Powie-

dział  coś  na  ten  temat  do  ojca.  Ojciec  w  świetle  lampy  na  podwórzu  obejrzał  swój  jedyny 
wielki  palec  okaleczonej  prawej  dłoni...  Bolek  sobie  przypomniał,  jak  Sobota  kłuł  agrafką 
każdego, by krew wydobyć z palca, co go należało przyłożyć do papieru z przysięgą zamiast 
podpisu... 

Sen już zmorzył starą  Błachnową. Chłopiec poszedł do komórki, gdzie miał posłanie i 

nie  rozbierając  się  zaszył  się  z  głową  pod  kołdrę.  Nie  zdawał  sobie  sprawy,  skąd  wie,  że 
ojciec gasi światło. 

- Nie  -  krzyknął  przeraźliwie  utykając  kołdrę  wokół  głowy.  -  Niech  ojciec  nie  gasi, 

niech zostanie. 

- Niech zostanie. Żeby tylko ci do głowy co złego nie przyszło. Pamiętaj. Była przysię-

ga - usłyszał nad sobą zduszony głos... 

background image

- Ja nie przysięgałem... - wyszeptał w poduszkę. 
Ojciec nie mógł usłyszeć, ale przecież powiedział: ja przysięgałem za ciebie. 
Drzwi  skrzypnęły.  Chłopiec  uchylił  rąbka  kołdry:  było  jasno.  Ale  on  już  klęczał  na 

czworakach  ukryty  pod  ławką  autobusu.  Widział  przed  swoją  twarzą  mokre  uśnieżone  buty 
Soboty,  a  może  to  był  Kapusta?  Bo  Darek  na  pewno  pilnował  drzwi  autobusu.  Słyszał,  jak 
ojciec  powtarzał  słowa.  Klął  się  na  Matkę  Przenajświętszą,  że  nigdy  nie  wyda  tego,  co 
widział...  „Żebym  był  przeklęty  na  wieki  przez  Boga,  jeśli  tę  przysięgę  złamię”.  I  widział 
Bolek  z  boleśnie  wykrzywioną  głową,  jak  jedyny  paluch  ojca  przekłuwa  agrafka  i  Sobota 
przyciska tę kaleką dłoń do karty papieru pomazanej już krwią innych. 

Ocalał  ukryty  pod  ławką.  Nie  przysięgał.  Zresztą,  co  tam  przysięga!  Gdzie  jest  Bóg? 

Ten,  co  się  przyglądał  z kościelnego  sufitu  w  obłokach  własnej  brody  i  ten,  którego  „trzcił” 
Władek  Zaleski,  zanim  nie  przejechali  mu  głowy  ciężkim  kołem.  Zeszyt  z  religii  przyniósł 
wczoraj,  aby  mu  sprawdził  przez  święta  notatki.  Jeszcze  wczoraj  poprawiał  jego  błędy. 
„Trzcił” napisał, jakby nie wiedział, że jest „cześć” prosta jak to słowo, które do siebie mówi-
li przy każdym codziennym spotkaniu. 

Nagle zawył krótkim zachłystującym się wyciem. Gwałtownie naciągnął głębiej kołdrę 

na głowę. Nie wiedział, jak to się stało, ale odczuł wstrząs jak wtedy, gdy autobus podskoczył 
na ciele... na głowie... Władek! 

- A  ja  siedziałem  w  środku!  I  nic.  Nawet  Marychna  krzyczała.  Kobieta,  dziewczyna. 

Taka  słaba  i  nie  tylko  przeciw  Darkowi  krzyczała...  Ale  przysięgała.  Ja  nie  przysięgałem. 
Powiem prawdę... 

Poczuł, że oszaleje, jeśli będzie tak leżał. 
Wyskoczył  spod  kołdry.  Był  ubrany.  Schował  się  do  łóżka  tak,  jak  przyszedł.  Tylko 

buty. Trzęsącymi się rękami szarpnął się ze sznurowadłem. Cicho otworzył okno. Wyskoczył 
na mokry śnieg. Padało. Padał gęsty deszcz, jak na wiosnę. Nie wiedział, co chce zrobić. Mu-
siał  coś  zrobić.  Musiał  powiedzieć.  Pchnął  wrota  obory.  Ciepły,  dobry,  parny  zaduch  zwie-
rzęcia.  Krowa  obróciła  pysk  w  jego  stronę.  Bolek  nagle  objął  bydlę  za  szyję  i  przytuliwszy 
twarz  do  szorstkiej  sierści  zapłakał.  Łkając  wiedział,  że  to  noc  wigilijna.  W  tę  noc  bydlęta 
mówią ludzkim głosem. Już był duży, już nie wierzył w takie tam cuda, a czekał... Na co? - 
To ja tobie powiem: nie wolno mówić ludzkim głosem. Tyś krowa dobra, mleczna, nie mów 
po ludzku. 

I  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  w tę  noc  stał  się  cud  inny:  to  ludzie zaniemówili  i  każdy 

jak bydlę patrzył, jak zabijają... Pogany - krzyknął nagle, aż zwierzę szarpnęło łbem i z brzę-
kiem łańcucha odsunęło się w stronę żłobu. 

Usłyszał skrzypnięcie wrót. Na tle nieba stała zwalista sylwetka ojca. 
- Boleś, co ty! Spać trzeba i nie pamiętać. 
- Ja nie zapomnę. I powiem. Ja nie przysięgałem. 
Ojciec  zrobił  krok  do  przodu-lita  ciemność  wypełniała  drzwi.  Wielki  był.  Tylko  na 

wysokości  głowy  sączyło  nieco  poświaty.  Żeby  niebo  najciemniejsze,  to  jeszcze  je  znać  na 
górze... 

- Ojca chcesz wydać? 
- Jakże ojca? Sobotów.  
- Pomagałem.  A  na  Sobotę  ręki  nie  podnoś.  Masz,  zobacz,  jak  wygląda  ręka,  co  ją 

spróbowałem na niego podnieść... 

Bolek poczuł, że trzyma w dłoni wielki sierocy kciuk dłoni, z której odrąbano wszystkie 

pozostałe palce. 

- Starczyło, że na niego „Szabas” dwa albo trzy razy powiedziałem... 
- „Szabas”? - zdziwił się nieprzytomnie Bolek. - No i co do tego ma Sobota. Dlaczego 

„Szabas”? 

Ojciec milczał. 

background image

- Lepiej,  żebyś  nie  wiedział  -  powiedział  po  długiej  chwili.  Drugą  rękę  położył  mu  na 

głowie. Chyba nigdy nie stali tak blisko siebie. 

- Nie wydasz ojca? - usłyszał chłopiec. 

 

Bolek  leżał  pod  kołdrą. Czuł  dreszcze.  Bał  się  ciągle.  Co  z  tego,  że  światło  w  pokoju, 

kiedy, ile razy zamknie oczy, jest tam w tym przeklętym sanie. 

Marychna krzyczy: nie będę twego dziecka nosiła, morderco! 
Więc  to  prawda,  co  we  wsi  mówili.  Że  te  zapowiedzi,  bo  ona  brzuchata  z  Darkiem. 

Sobota ustąpił, bo córka gospodarska i za wielu ludzi wiedziało. 

Nawet  on  z  Władkiem  też  wiedzieli.  Zawsze  przy  weselu  trzymają  się  takie  chłopczy-

ska, co ich jeszcze do środka nie  wpuszczają, ale po podwórzu się pokręcić też ciekawie.  A 
wtenczas to nawet bardzo... 

Bolka oblało na chwilę inne dobre gorąco. Takie, jakie go często potem nawiedzało na 

widok Marychny. Bo akurat z Władkiem kombinowali, żeby przejść za stodołą na podwórko 
weselne,  kiedy  nagle  wyskoczyła  z  wołaniem  Marychna,  a  za  nią  w  skok  Darek  Sobota. 
Złapał.  Obalił  na  ziemię.  Okraczył,  jak  się  szarpała,  za  gardło  jedną  ręką  ścisnął,  drugą  jął 
podciągać  spódnicę...  Zelżył  w  uścisku  na  chwilę,  nogi  jej  rozłożył...  Jeszcze  się  opierała, 
kiedy naraz wyskoczyła od podwórka stara Gmochowa, matka Marychny i zaraz w krzyk. 

- Gwałtu ci się zachciało! A złaź, cholero! 
Widzieli  obaj,  jak  Darek  opędzał  się  od  tyłu  jedną  nogą.  Aż  wlazł  w  dziewczynę,  że 

głośno  kwiknęła.  Stara  dostała  szału.  Szarpała  go  za  kołnierz,  waliła  piąstką  po  ruszającym 
się grzbiecie, a on ruszał i ruszał... Widocznie krzyk się rozniósł, bo chłopcy widzieli, jak raz 
i  drugi  mignęli  ludzie  w  wąskim  przejściu  między  stodołą  a  oborą  i  po  chwili  było  już  tych 
widzów gromada. 

Darek  podniósł  się.  Zapinał  spodnie.  Był  kompletnie  pijany.  Stara  kopnęła  córkę  i 

bezsilną piąstką uderzyła w szeroką pierś parobka. 

- Bij, bij. Jakeś mnie w tyłek pobijała, jeszczem lepiej w Marychnie zagruntował - roze-

śmiał się i czknął potężnie. 

- No, wstawaj - pochylił się elegancko nad skuloną na ziemi dziewczyną. 
Bolek spostrzegł swoją hańbę - przez parę sekund był razem z żywym Władkiem tam, 

za stodołą, drżąc jak wtedy ze strachu i otwierającego spód brzucha podniecenia, a Władek... 

Jeszcze  przed  paru  godzinami  stał  obok  niego.  Bo  zawsze  trzymali  się  razem.  Od 

maleńkości. Razem się uczyli. Obaj majstrowali latające modele. Mieli w tym roku jechać do 
Ornej na pokazy 1. maja... Więc stał Władek.  I obaj patrzyli na szopkę i  Jezuska na sianku! 
Czy to możliwe, Władek?! To był dzień, kiedy był może najbliżej Boga, a teraz Boga nie ma. 

Podeszła  Jaga  Korona  i  powiedziała  do  Zaleskich,  do  rodziców  Władka,  coś,  że  ich 

matka zasłabła w Wołaniu. I wyszli ze środka. Potem jego plecy i twarz, kiedy się obejrzał, a 
uskoczyć już nie zdążył... 

Bolek  usiadł  na  łóżku.  Patrzył  na  oświetloną  izbę,  jakby  widok  codziennych  sprzętów 

miał go wrócić życiu. Zabrać to, co zostało mu z tej nocy w głowie, co żyć nie daje i długo 
jeszcze nie da. 

Kiedy  po  pasterce  wyszedł  z  ojcem  z  kościoła,  widział,  jak  wynoszą  z  sana  Franka 

Kozła,  co  był  kierowcą.  Pijany  był  tak,  że  iść  całkiem  nie  mógł.  I  zanieśli  go  do  kościoła. 
Bolek się nawet cofnął rozbawiony, co też z nim zrobią. Na ławce położyli... A ojciec już go 
wołał do sana. Sobota stał we drzwiach z butelką i musztardówką i zapraszał co niektórych do 
środka. 

- Kto poprowadzi? - bronili się niektórzy, co widzieli, że Franek leży jak martwy. 
- Nie  bójta  się.  Bronek  pojedzie  -  wskazywał  na  swego  zwalistego  szwagra.  I  wsiedli. 

Na  nieszczęście.  Ale  co  tam  za  nieszczęście.  I  tak  by  Władka  zabili.  Czy  bym  widział,  czy 
nie. Tyle, żebym nie był winny. No, nawet nie krzyczałem. Nawet taka Marychna... Żeby się 

background image

który  ruszył.  Żeby,  cholera,  po  jednym  palcu  każdy  przyłożył,  nic  by  Zaleskim  nie  zrobili... 
Ile to jeszcze godzin, zanim przyjdzie dzień? 

Deszcz bębnił o szyby. Bolek pomyślał, że Władek moknie na rozłażącym się śniegu i 

zaraz zdał sobie sprawę, że on już nie moknie, że go nie ma. 

Zbudziło go jakieś wycie. Tak naprawdę to jęło go najpierw z powrotem wciskać w to 

najgorsze,  co  zobaczył  w  nocy.  Bo  wycie,  to  był  krzyk  Władka,  powracający,  uparty,  a  on, 
Bolek, macał w ciemności rękami, miotał się, by go odnaleźć, pomóc, ratować. Aż tarł oczy. 
Jasny dzień stał za oknami i rytmicznie pulsował głos sygnału oddalającej się karetki pogoto-
wia. 

Co  się  mogło  stać?  Wyżyli  -  bezsensowna  nadzieja  poderwała  Bolka.  Był  w  ubraniu. 

Tak przespał tę noc. Wyskoczył ze swej komórki. W progu  chaty matka  otrzepywała namo-
czoną chustkę: deszcz padał dalej, uparty jak w maju ten najlepszy na ozime. 

- Stara  Zaleska  pojechała.  Ludzie,  co  się  porobiło.  Wszystkie  Zaleskie  w  nocy  pobite 

przez samochód, a ją wylew w mózg trafił, jak ludzie jej doniosły... 

Bolek zesztywniał. Jakby usłyszał echo wczorajszych słów wypowiedzianych przy nim, 

gdy stał na pasterce obok Władka. Żeby wracali, bo matka upadła... 

Spojrzał  na  ojca.  Siedział  pod  oknem  gapiąc  się  bez  ruchu  na  spływające  po  szybach 

strugi wody. 

- Ojciec, słyszałeś - zaapelował do jego pamięci. 
- No  i  widzisz.  Zawsze  wyjdzie  na  Soboty  rację.  Tak  jakby  prawdę  Jagna  w  kościele 

mówiła... A kłamała - powiedział cicho, żeby matka nie usłyszała. Ale do niej doszło. 

- A co Soboty mają do tego? - spytała nieruchomiejąc w progu z chustką nie złożoną w 

ręce. 

- Co się wyrabia. Na świecie nic takiego nie było. W noc świętą ludzi rozjechał i uciekł. 

Milicja nic tylko Franka Kozła szuka po chałupach... 

- Co tam ma Kozioł do tego... - zdążył powiedzieć Bolek i poczuł twardy chwyt ojca za 

łokieć. Aż coś chrupnęło. 

- Co mówisz? - podchwyciła matka. 
- Nie gadaj. Jeść dawaj, święta to święta - gniewnie krzyknął Błachno. Widać było, że z 

ojcem na dziś gadania dosyć. 

Ale Bolek niczego nie przełknął. Kiedy nie chciał makowca z mlekiem, matka się prze-

straszyła. 

- Jak ty wyglądasz, Boluś! Nic ci nie jest... Takiś gorący - dotknęła jego czoła. A Bolek 

się  nagle  rozpłakał.  Wcisnął  się  w  jej  ramiona,  aż  przestraszona  spojrzała  na  Józefa,  czy  się 
nie rozgniewa. Bo u starego Błachno musiał być porządek. On pierwszy jadł, on rozkazywał. 
Ale teraz, stary wbrew swemu zwyczajowi, wyciągnął straszną, niby okaleczony krab, dłoń w 
stronę ramienia syna i powiedział tylko z naciskiem: 

- Idź się przespać, Boluś, potem zjesz, co ci się należy. 
Gdzie  tam  spanie.  Przeleżał  szczękając  zębami  aż  do  wczesnego  o  tej  porze  roku 

zmroku. Ojca nie było. Nie pytał, gdzie poszedł, bo wiadomo - napić się przy święcie. A do 
kogo,  czy  to  nie  wszystko  jedno?  Żeby  uspokoić  matkę,  zmusił  się  do  przełknięcia  czegoś  i 
skłamał, że idzie do Antka, do sąsiadów. Na okrzyk matki, że nie wolno się w święta naprzy-
krzać,  skłamał,  że  idzie  mu  poprawić  zeszyt  do  religii  -  w  sam  raz  w  święta  -  kłamał  łatwo 
wbrew zwyczajowi... A było tak, jakby mówił o Władku Zaleskim, którego zeszyt miał prze-
cież  pod  poduszką  i  czując,  że  znów  się  rozpłacze,  wybiegł  przed  dom,  chwytając  z  kołka 
swój płaszcz. Chlupiąc po kałużach szedł przed siebie. 

Kominy iskrzyły w ciemnościach, jakby zły cały świat odwrócił do góry nogami, teraz 

gwiazdy  do  nieba  lecą,  nie  spadają  jak  w  sierpniu...  Aż  doszedł  do  obejścia  Sobotów.  Nie 
wiedział,  co  będzie  robił,  po  co  tu  przyszedł.  Był  tutaj,  bo  musiał  tu  być.  Otworzył  furtkę 
cicho, że nawet pies, którego buda stała w głębi podwórza, nie szczekał, i podszedł pod okno. 

background image

Rodzina  Sobotów  siedziała  za  stołem.  Stał  i  patrzył,  jak  jedzą.  Aż  poczuł,  że  jest  głodny. 
Wszystko  mu  się  teraz  przemieszało.  Własny  głód,  żałość  i  gniew,  gdy  tak  stał  bezsilny,  a 
pewny, że do niego należy wymierzyć im sprawiedliwość za Władka. 

Aż  w  chwili,  gdy  usłyszał,  jak  Sobota  intonuje  kolędę  „Wśród  nocnej  ciszy...”,  nie 

wytrzymał  -  doskoczył  do  okna,  uderzył  pięścią  w  szybę,  aż  się  rozsypała,  i  krzyknął: 
„Mordercy”.  Głos  mu  się  załamał  w  chłopięcej  mutacji  i  ogarnęło  go  przerażenie.  Wetknął 
skaleczoną dłoń do kieszeni i rzucił się do ucieczki. 

Była  późna  godzina.  Już  napity  ojciec  wrócił  i  spał  z  głową  położoną  na  stole,  gdy 

rozległo się pukanie. W progu stał Sobota. 

- Niech będzie pochwalony! - zagadał od progu. 
Matkę  aż  podniosło.  Sobota  to  był  pan.  Jedyny  we  wsi  traktor.  Ławnik  sądu  w  samej 

Ornej. Kto, jak nie on, baldachim nad księdzem w procesji nosi? Skrępowana budziła męża, 
krzesło podsuwała. Ale Józef Błachno ocknął się od razu, jakby mu kto łeb do beczki z zimną 
wodą  włożył.  Sobota  życzliwie  uśmiechnięty  sięgnął  ręką  do  głowy  Bolka,  jakby  go  chciał 
pobłogosławić,  ale  chłopak  cofnął  się  aż  pod  ścianę.  Józef  był  blady,  ale  prosił  siadać,  jak 
gospodarz. Matka się zerwała za poczęstunkiem, ale Sobota grzecznie podziękował i powie-
dział  niespodziewanie,  że  sprawę  ma  taką  „między  chłopami”.  „Niech  Bolek  zostanie,  też 
przecież chłop” - zażartował dobrodusznie, aż Bolka dreszcz przejął do pięt.- Jeszcześ się ze 
mną  nie  przywitał  -  wyciągnął  rękę.  Chciał  zobaczyć,  czy  nie  poraniona.  I  zobaczył.  Bo  co 
miał chłopak zrobić? Lewej mu nie poda. Matka spłoszona wymknęła się do kuchni, a Sobota 
ujął do ręki wielki nóż do krajania chleba leżący na stole. Ojciec wstał. 

- Ja ci, Józef, mówię spokojnie, jak sąsiad sąsiadowi. Formalności trzeba dopełnić. Nie 

ma tu na przysiędze krwi twojego syna, a był w autobusie. Przysięgałeś? - upewnił się zwra-
cając pytanie do Bolka. 

- Tak - skłamał chłopak. Teraz to kłamanie szło już samo. 
- To raz jeszcze przysięgniesz. Bo jakiś głos słyszałem za oknem. 
Sobota wstał. Wielki był. Wyższy od ojca. Wyjął z kieszeni złożony we czworo papier i 

rozprostował na stole kartę popstrzoną krwawymi zygzakami. 

- Powtarzaj za mną, a ty, Józef, potem mu wytłumacz, co znaczy przysięga. 
Sobota wyciągnął z drugiej kieszeni różaniec. 
- Palec na krzyżyk. Nie ten. Nie lewa ręka, a prawa. Widzisz, krew sama ci ciecze, nie 

trzeba będzie krajać, ani kłuć nie trzeba... 

Wziął  w  swoje  twarde  suplaśne  palce  zakrwawioną  dłoń  Bolka,  rozjątrzył  paluchem 

świeżą ranę od jego własnej stłuczonej szyby i położył rękę chłopca na krzyżyku. 

- Mów.  Przysięgam,  że  jak  wszyscy  zachowam  tajemnicę  tego,  co  widziałem,  tak  mi 

dopomóż, Boże litościwy... 

- Krzyż pocałuj. A teraz tu! 
Przycisnął  jego  krwawiący  palec  u  dołu  pomazanej  krwawymi  zygzakami  karty. 

Przeżegnał się. 

- Żebyś  ty,  Józefie,  wiedział,  coś  jako  ojciec  wiedzieć  powinien.  Dziś,  w  świąteczny 

wieczór, gdy jeszcze sianko ze stołu po Wigilii nie uprzątnięte, ktoś za moim oknem zawołał: 
mordercy! Jakby jeszcze raz zawołał, sam umrze, tak jak ci wczoraj... 

- Co  to  było?  Czego  chciał?  -  matka  przestraszona  do  bladości  stanęła  we  drzwiach. 

Mężczyźni  milczeli.  Tak  właśnie  po  swojemu  pomyślała  o  swoim  synku:  „chłopy”  siedzieli 
bez ruchu, bez słowa. 

Po chwili ojciec podniósł się ciężko i wyszedł do sieni. 
Skrzypnęły  drzwi.  Mlasnęło  błoto,  gdy  ciężko  stawiał  nogi  obute  w  filcaki  -  szedł  w 

stronę stajni. 

Znali jego „tajemnicę”: zagrzebaną w sieczce butelkę wódki, stale w pogotowiu na złą 

chwilę. 

background image

- Żeby choć pies był domu pilnować - nagle zaniosła się żałością matka, jakby to na wsi 

kto mógł po psie płakać. Ale ich Burek opuścił wieś i świat w sposób niezwyczajny. Jeszcze 
jesienią przyleciała z pyskiem Sobocina, pies Błachnów pożarł kurę, białą, nioskę najlepszą. 
Przegadały  się  z  matką.  Przecież  wiadomo,  Burek  na  łańcuchu,  a  zresztą  niech  każdy  swoje 
kury na swoim trzyma. Wykrzyczała to głośno i w dodatku bez żadnej grzeczności należnej w 
tej wsi Sobotom. Wiadomo Jan - ławnik, każdy u niego się radzi, jak kogo do sądu ma podać, 
on baldachim nad księdzem nosi, ale matka przecież nie jemu tylko babie jego powiedziała, a 
i  to  rano  znaleźli  psa  rozprutego,  z  kiszkami  na  wierzchu,  z  rozciętym  żołądkiem  i  tam  we 
środku piór parę i kurzy pazur. Na dowód, że sprawiedliwie Soboty niby to psa sąsiadów, a 
tak  naprawdę  to  ich  samych  pokarały.  I  cicho  od  tej  pory  było  na  podwórzu.  Ojciec  psa 
nowego brać zakazał. Pewno bał się tych kur Sobotowych. Tak to w Wołaniu jest właśnie. 

Bolek siedział w swojej komórce. Matka widziała przez szparę w uchylonych drzwiach 

jego jasną głowę pochyloną nad zeszytem. „Biały” przezywali go w klasie koledzy. Bo włosy 
miał właśnie takie. 

„Nie  będziesz  miał  jak  osiwieć”  -  żartował  czasami  ojciec.  Uczy  się.  Dobre  dziecko  - 

tym jej Bóg wynagrodził za męża nie za bardzo. 

A Bolek trzymał przed sobą zeszyt do religii Władka Zaleskiego i oddychając spazma-

tycznie, jakby czytał posłanie zza grobu, w panice odczytywał czynione kulfoniastym pismem 
notatki. Już nie zatrzymywał się na błędach ortograficznych. Władek „trzcił” Boga i niech tak 
zostanie. Na lepszą cześć taki Bóg widocznie nie zasłużył. Bo czytał oto w zeszycie dyktowa-
ne  przez  Wikarego  zdania:  „Pan  Bóg  jest  samym  dobrem  i  absolutną  prawdą,  a  człowiek 
stworzony jest na obraz Boży”. Znaczy się, Sobota też. 

„Człowiek  jest  sam  jeden  ze  wszystkich  stworzeń  stworzony  na  obraz  i  podobieństwo 

Boże”. 

I  Kapusta  też  -  przypomina  sobie  Bolek  łapę  trzymającą  za  włosy  ciężarną  Wandę, 

matkę  Władka,  aby  Sobocie  lepiej  szło  uderzyć  w  unieruchomioną  głowę  ciężkim  czworo-
ramiennym krzyżem klucza do odkręcania kół. 

Bolek przerzuca kartki. Wie, czego szuka. Opuścił naukę religii, na której było o przy-

siędze. Zamajstrował się przy samolotowym modelu i opuścił... 

„Adwent to czas, który przygotowuje nas do uroczystości Bożego Narodzenia. Rekole-

kcje  adwentowe  mają  nam  pomóc  w  przygotowaniu  duchowym  do  Świąt  Bożego  Narodze-
nia”. To nie to. 

A  niżej  słowa  Władka  napisane  bez  błędów  pod  zadaniem  postawionym  zamaszystym 

pismem Wikarego: napisz kilka postanowień, które pomogą ci bez grzechu przeżyć adwent i 
Święta Bożego Narodzenia. 

Teraz  to  Władek:  „będę  punktualnie  chodzić  na  religię  i  niezadawać  się  (razem)  ze 

złymi kolegami”. (To pewnie ja, że go odciągam do modelowania). 

„Będę na pasterce i świątecznych nabożeństwach...” 
„Będę na pasterce”! Obiecał Bogu i dotrzymał, żeby  go Soboty kołem ciężkim przeje-

chały. 

Bolek  opuścił  biały  łeb  na  zeszyt.  Ale  teraz  już  nie  płakał.  Już  się  wypłakał.  Podniósł 

głowę, obrócił kartkę. Jest. Jest o przysiędze. 

„Przysięga  jest  wtedy,  gdy  człowiek  powołuje  na  świadka  Boga,  że  to  co  przyrzeka, 

wypełni.  Złamać  przysięgę  to  wstąpić  do  piekła,  ale  złożona  i  dotrzymana  przysięga  jest 
aktem  uwielbienia  imienia  Bożego,  gdyż  człowiek  dochowując  przysięgi  uznaje  istnienie 
wielkości i potęgę Boga”. 
 

Aż  do  dnia  pogrzebu  a  to  deszcz,  a  to  deszcz  ze  śniegiem.  Błoto  po  kolana.  I  taki  był 

pogrzeb. Niebo zaciągnięte równo, szare, a na ziemi tylko błoto. Aż strach było ludziom iść 
na cmentarz z kościoła,  przecież gumiaków na pogrzeb nie założy.  Bolek szedł z matką. Bo 

background image

ojca Sobota powołał do niesienia trumny Zaleskiego - ciężki był - niósł sam Sobota, ojciec i 
dwóch jeszcze gospodarzy. Matka cieszyła się, że dla ojca to honor z takimi dźwigać. A Bo-
lek już wiedział, że trumny nieśli świadkowie. Sami świadkowie. Widział w tym jakiś dalszy 
akt pokory wobec Sobotowej przysięgi, poddanie się ostateczne. Matka  Wandy leży  sparali-
żowana w szpitalu. Zaleskich już nie ma. 

Kondukt minął przydrożną kapliczkę i skręcił w boczną drogę w stronę cmentarza. Tuż 

za  rozwalonym  murem  był  już  las.  Zdarzało  się,  że  zimą  puszczali  tu  z  Władkiem  swoje 
latawce, a potem, już doroślejsi, próbowali latających modeli, biegali po pierwszym śniegu po 
tropach saren, szukających jeszcze dostępu do oziminy. Teraz nieśli tu Władka w drewnianej 
skrzynce. Proboszcz, co tak go lubił... Razem z Bolkiem pomagali staremu przy pszczołach... 
I Wikary, co kazał mu sto razy przepisać dziesięć przykazań, kiedy się Władek po swojemu 
pomylił i nakazał „nie pożądać żony bliźniego swego nadaremnie...” 

I  mówił  staruszek  Proboszcz  głosem  drżącym,  jakby  mu  go  zimny  wiatr  na  wargach 

roztrząsał, o ludziach sprawiedliwych, których zbrodniarz nieznany w wypadku życia pozba-
wił... I żeby się modlić za ich dusze i za winowajcę akt strzelisty zmówić, aby się opamiętał. 

I opuścili trumny w to otwarte grzęzawisko, w czeluść błota, w której miał spocząć jego 

Władek i potem Sobota pierwszy przyklęknął i grudę nasiąkniętą na grób rzucił... 

I  zwinęli  chorągwie  i  skuleni  w  tym  deszczu  z  nogami  przemoczonymi,  do  kostek 

zabłoconymi,  szli  bezładną  gromadą  w  stronę  wsi.  Mordercy,  świadkowie  i  ta  reszta,  co  nie 
wiedziała. 

Bolek z matką. Bo ojciec gdzieś się im po tym dźwiganiu zgubił... I słuchał, jak matka 

przyznawała Sobocie „prawdę”. Że choć surowy człowiek, ale się nie oszczędza. Niósł najcię-
ższą trumnę przez całą drogę. Zmienić się nie dał. A przecież wszyscy wiedzą, co te Zaleskie 
po bierzmowaniu Władka mówiły o nich, a właściwie o Sobotowej córce, co jest za Kapustą. 
Że jak pomagała wędliny robić, to połowę do Sobotów wyniosła... Wieś ich nie lubi bardzo, 
bo panów strasznych udają, ale ludzie sprawiedliwe... O rety, gdzie ty lecisz? 

Bolek biegł przed siebie, skrótami przez zakisłe pole, zapadając się, grzęznąc... Naresz-

cie mógł krzyczeć. Leciało z niego ku niskiemu niebu wycie jak z psa. Leciał w stronę Ornej. 

Już  się  dobrze  zmierzchło,  gdy  ubłocony  pojawił  się  w  progu  posterunku.  W  głównej 

izbie stanął przed drewnianą barierką wobec pustki. Ale przecież ktoś był. Słyszał głosy spoza 
uchylonych  drzwi.  Pchnął  kratowaną  drewnianą  furteczkę  i  podszedł  bliżej.  Teraz  przez 
szeroką  szparę  widział  milicjanta...  W  rozpiętym  mundurze...  To  przecież  sierżant  Marnot  - 
poznał.  Uczył  raz  w  szkole  o  przepisach  ruchu  drogowego...  na  kartę  rowerową...  Zobaczył 
rękaw  cywilnej  marynarki,  okrywającej  ramię  mężczyzny,  który  nalewał  do  musztardówki 
wódkę z półlitrowej butelki. Zawahał się przez chwilę, czy nie wejść, ale nagle zatrzymał się 
jak wryty. To Bronisław Kapusta, zięć Soboty, bankietował na posterunku. Cicho, na palcach, 
zostawiając czarne placki mokrych śladów, chłopiec cofał się do drzwi. 

Jakby nie było z tym Panem Bogiem i jego przysięgą, Bolek by się nie wahał. Ale był 

jeszcze  ojciec.  Przecież  powiedział,  że  wydając  Sobotę  i  jego  wciągnie  jako  wspólnika. 
Przenosił niedobitych pod koła. Układał na śmierć ostateczną. 

Był na ulicy. Wilgotna mgła oblepiała osadę. Do domu było bitą drogą więcej niż sześć 

kilometrów.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że  szedł  na  skróty  przez  najgłębsze  błoto 
rozmokłymi polnymi ścieżkami, aby tylko nie przechodzić w ciemności „tamtędy”. Ale teraz 
już nie miał siły. Wróci drogą, przejdzie koło tego miejsca, gdzie po raz ostatni widział twarz 
Władka oślepionego przez samochód morderców, w którym siedział, jak wspólnik. Dorosłym 
w  autobusie  wypadło  po  pięć  tysięcy.  Tyle  ojciec  odliczył  wieczorem  w  tajemnicy  przed 
matką. Sobota każdemu po przysiędze wkładał do kieszeni. 

- Takie pieniądze przepić nie grzech, a potrzeba... - powiedział po swojemu. 
Więc szedł Bolek tą drogą, którą ostatnio przebył w ciepłym sanie, szedł z postawionym 

kołnierzem, niby przed wiatrem, a tak naprawdę chroniąc się przed własnym strachem. Trakt 

background image

był pusty. A gdy raz zobaczył światła samochodu uciekł w pole, grzęznąc po kostki w błocie. 
Najgorzej było, gdy się zbliżał do tego miejsca. Cała droga wysadzona była owocowymi drze-
wami:  straszyły  teraz  gołymi  konarami.  Ludzie  mówili,  że  Proboszcz,  jeszcze  jak  nastał  te 
trzydzieści lat temu, za pokutę kazał grzesznym sadzić drzewka owocowe wzdłuż drogi z ko-
ścioła do wsi. Drzewa to nic. Czekał na te krzaki. Skąd tu taka kępa głogów, jedyna? Chyba 
tego  żaden  grzesznik  za  pokutę  nie  sadził.  To  tutaj  wjechał  san  kierowany  przez  Bronka 
Kapustę,  który  teraz  popija  z  sierżantem  Mamotem.  To  tu  na  brzegu  drogi  oboje  rodzice,  a 
Władek głębiej w rowie, czekali, aż ich ludzie obok porzuconego autobusu odnajdą. Zwolnił 
kroku. Już widział czerniejący masyw poplątanych gałęzi. Jakoś nisko. Aż przystanął. Tak, to 
tutaj. Tyle, że san wjechać musiał głęboko, zgniótł i przygiął to wszystko do ziemi. To tutaj. 

Nagle  Bolek  klęknął.  Patrzył  w  to  ciemne  miejsce  bez  ruchu,  nie  przeżegnał  się,  nie 

westchnął  „O,  Boże”.  Wstał,  kiedy  poczuł,  że  spodnie  na  kolanach  mu  całkiem  przemiękły. 
To nie mogło tak zostać. Nie mogło. 

Już  we  wsi,  koło  pierwszego  obejścia,  minął  zaparkowanego  pod  płotem  trabanta. 

Ksiądz Wikary jeździł po kolędzie. 

Wikary! „Jezu, Trabant” - tak nazywali go za oczy parafianie, odkąd biorąc za pogrzeb 

od bogatych gospodarzy żądał sum nawet dla nich przyciężkich, a na stęknięcie, że „aż tyle za 
pochówek” zgromił skąpca, że niech pamięta, że z ostatnią posługą tłukł się do niego traban-
tem. 

„Żebym  się  musiał  z  ostatnim  namaszczeniem  trząść  z  Panem  Jezusem  po  wybojach 

trabantem to hańba dla moich parafian. I jeszcze na pochówku chcą oszczędzić”. 

Tak. Surowy był młody ksiądz i ludziom nie pobłażał. A Proboszcz już mało się ruszał. 

Stareńki by bardzo. Ostatniego lata, kiedy z Władkiem pomagali mu przy pszczołach, widać 
było, jak się przez zimę posunął. Bolek lubił staruszka i nawet teraz, gdy zziębnięty mijał tego 
białego trabanta, pomyślał nagle, żeby to tak Proboszcz... Tak. Powiedzieć tak po prostu, od 
razu przysięgę łamać to może nie, ale poradzić się... 

Przypomniał sobie zeszyt od religii Władka. Tak. Odniesie go do Proboszcza. Niby, że 

nie wie, co ma z nim zrobić, a wtedy... 

- Coś ty taki zdziczały, chłopaku! - matka już drugi raz coś do niego mówiła. Aha, gdzie 

się podziewał... 

- Byłem w Ornej - powiedział po prostu. 
- O, rety. A po co ty do Ornej taki szmat w pluchę... 
- Pomodlić  się  za  Władka  -  skłamał  gładko.  A  może  prawdę  powiedział.  Klęczał  tam 

przecież... 

W parę minut po powrocie usłyszał pukanie do drzwi. Ojca nie było. Pił pewnie dalej za 

te swoje pięć tysięcy. Matka, już głucha, nie usłyszała stukania. Otworzył. 

Wikary otupywał w progu obłocone buty... 
- Czy to dom chrześcijański? - zapytał gromko. Taki miał zwyczaj, gdy chodził po kolę-

dzie. 

- Nie!  -  krzyknął  niespodziewanie  dla  siebie  Bolek  i  schyliwszy  się  nisko  pod  ramie-

niem księdza wyrwał się na podwórze. 

W głuchej ciszy - pies się przecież u nich nie odezwie, odkąd Sobota Burka rozpruł od 

piersi po ogon - chłopak wybiegł bez płaszcza na drogę. Nie wiedział, gdzie tak leci, dopiero 
po  chwili  dojrzał,  że  jest  znów  na  szosie  wiodącej  do  Ornej.  Zatrzymał  się  nad  rowem  przy 
pierwszym drzewie, zapewne za wyznanie jakichś ludzkich powszednich grzechów posadzo-
nym. Objął szorstką korę, obtarł sobie boleśnie policzek... 

- Jak dobrze, że są na świecie drzewa. Nie tylko ludzie. Nie ludzie... 

 
 
 

background image

 

 
   
- Przyszedł Bolek... „Biały” - gospodyni księdza miała przykazane nie niepokoić Probo-

szcza  w  porze  poobiedniej,  ale  na  tyle  znała  jego  słabość  do  małego  Błachny,  że  stanęła  w 
progu pokoju, w którym staruszek uprawiał, jak to się zwało, poobiednie modły, a w istocie 
podrzemywał na wielkim wiklinowym bujanym fotelu z brewiarzem w ręku. 

- Niech  wejdzie...  -  stary  człowiek  uśmiechnął  się,  choć  jeszcze  gościa  nie  było  w 

progu. Lubił tego chłopca. Wiedział, jak musiało mu być ciężko. Obaj z Władkiem Zaleskim 
dotrzymywali mu latem towarzystwa przy pszczołach, kiedyś pomagał Bolkowi w tłumacze-
niu z rosyjskiego jakiegoś fragmentu modelarskiego podręcznika, a w zamian ambitny  chło-
pak przycinał mu wiosną jabłonki w sadzie. Zdarzały się i poważne rozmowy na tematy zasa-
dnicze.  Gospodyni  nieraz  trafiała  na  te  dwie  białe  głowy  -  siwą  Proboszcza  i  płową  Bolka  - 
zsunięte  ciasno  nad  jakąś  książką.  Proboszcz  w  ostatnich  dniach  często  myślał  o  chłopcu, 
prosił nawet Wikarego, by zachodząc po kolędzie do Błachnów, zaprosił go na plebanię. Ale 
młody człowiek opowiedział mu zgorszony o haniebnym zachowaniu chłopaka. I gdyby sta-
rzec nie umiał wiele zrozumieć, a wszystkiego wybaczyć, może by i pomyślał, że kompromi-
tacja jego „przyjaciela” sprawiła Wikaremu satysfakcję. Nie, Proboszcz nie walczył ze swoim 
następcą. Traktował go jako naturalnego „spadkobiercę” parafii, w której spędził niemal całe 
życie, Ale pamiętał spojrzenie, jakie mu rzucił Wikary, gdy któregoś dnia wszedł (może i bez 
pukania: tak się przyzwyczaił do samotności w swej plebanii, że trudno mu było kontrolować 
pewne  odruchy)  do  jego  pokoju  i  gdy  młody  ksiądz  zerwał  się  z  krzesła  tak  gwałtownie,  że 
upadła  mu  na  podłogę  jakaś  zakryta  Pismem  Świętym  książka.  Zdołał  przeczytać  tytuł 
„Sztuka kochania”. Czegóż on się tak przestraszył, jakbym to ja nie zostawił za sobą młodości 
ze wszystkimi jej pokusami? 

Nie to stanowiło o przegrodzie między nimi. Stary człowiek nie mógł się pogodzić, że 

gdy „nastał” Wikary, rozpadł się z takim trudem założony Komitet Budowy Szkoły w Woła-
niu,  a  niejako  na  jego  miejsce  (dosłownie  na  jego  miejsce,  skoro  przekazano  mu  plac  przy-
szłej  budowy)  młody  kapłan  powołał  Komitet  Budowy  Domu  Parafialnego.  Proboszcz 
widział plany wielkiego budynku z ogromną salą katechetyczną i jeszcze większym garażem i 
nie odezwał się ani słowem, gdy Naczelnik Ziemisty przyszedł do niego, by wyrazić zdziwie-
nie, że pierwsze przydziały materiałów budowlanych na szkołę są już zużyte na cel całkiem 
inny. Mieli potem księża długą między sobą rozmowę, ale biskup przesądził sprawę szybko. 
Młodość musiała zwyciężyć. Proboszcz żył zbyt długo, aby o tym nie wiedzieć. 

Relację  o  wybryku  „Białego”  z  okazji  wizyty  Wikarego  po  kolędzie  zbył  słowem,  że 

chłopak  ma  sytuację  okropną:  po  raz  pierwszy  spotkał  śmierć  na  swojej  drodze...  Teraz 
ucieszył się bardzo z jego wizyty. Musiał mu pomóc. 

Bolek przystanął w progu. Jak nieswój. 
- No,  chodźże,  chodźże  -  zachęcił  go  ksiądz  nie  ruszając  się  z  fotela.  Coraz  częściej 

nachodziła go słabość. 

Chłopak podszedł, ale nie ujął do pocałowania dłoni księdza, który, zdziwiony, położył 

mu ją na głowie... 

- Modliłem  się  za  Władka  -  powiedział  starzec  bardzo  cicho,  pochylił  się  i  pocałował 

chłopca w czoło. - Trudno ci Bolek, ja wiem... 
 

- Przyniosłem zeszyt... - powiedział chłopiec. 
- Jaki zeszyt? - zdziwił się Proboszcz. 
- Do religii, Władka. Bo został u mnie. 
- Ja nie jestem katechetą - uśmiechnął się. 

background image

- Ale ja chcę, żeby go ksiądz... Ja inaczej nie oddam... 
Stary człowiek zrozumiał, że był to bunt przeciw jego następcy. I że chłopiec nie powi-

nien teraz tego rozumieć, że on to wie... 

- Możesz sobie zatrzymać. To pamiątka - powiedział cicho. 
- Jak to mogło się stać? - spytał chłopak półgłosem, jakby w obawie, że go ktoś podsłu-

cha. 

- Straszny wypadek. Niezbadane są wyroki Boga. 
- A czy jest Matka Boska? - chłopiec zadał szeptem pytanie, jakby Pana Boga spisywał 

na straty. 

- Co ty mówisz, synu? - obruszył się kapłan. 
- To  co  Ona  robiła,  kiedy  Władkowi  najeżdżali  na  głowę?  On  miał  w  tej  głowie 

wszystko o Panu Bogu poukładane według zeszytu... - położył teraz ten obłożony w kolorowy 
papier zeszyt na brzegu stołu, jak jakieś świadectwo. 

Chwilę obaj milczeli. 
- A  cały  mózg  mu  wyszedł  z  głowy.  Mówiła  matce  jedna  taka,  co  była  w  kostnicy.  A 

ten, co to zrobił, jest zdrowy. I cieszy się... 

- Z  czego  się  cieszy,  synku?  To  nieprawda.  Kto  zabił  człowieka,  choćby  w  wypadku, 

ten się nie cieszy, choćby umknął sprawiedliwości... 

- Ksiądz nie wie... 
- Synku, znam ludzką duszę i mówię ci, ten człowiek cierpi... 
- Nikt nie będzie wiedział, kto to zrobił... 
- Jeden świadek widział zbrodnię i zna sprawcę. 
Bolek zrobił krok do tyłu. Oczy miał otwarte szeroko, nieprzytomną w nich radość. 
- Jest Bóg, który ustanowił piąte przykazanie... 
Chłopiec  milczał.  Potem,  jak  dorosły  człowiek,  nie  czekając  na  zaproszenie  księdza 

odsunął krzesło od stołu i usiadł ciężko. 

- Tam raczej był diabeł - powiedział głośno jak wyzwanie. - Jakbym teraz miał wierzyć, 

to w diabła - powiedział z mocą, aż ksiądz się przestraszył. 

To nie były żarty. To nie była obraza na Wikarego. 
I długo mówił ksiądz z chłopcem. Gospodyni parę razy widziała w szparce uchylonych 

drzwi dwie białe głowy blisko siebie, jakby ksiądz Bolka spowiadał. 

A oni rozmawiali. Ksiądz o tym, że chrześcijanin nie ma myśleć o zemście, a o przeba-

czeniu. 

Usłyszał na to, że nie ma na świecie takiego sądu, który by „skazał tego, co zabił Zale-

skich, na rozgrzeszenie”. I takiego Boga, co by się na to zgodził. 

Proboszcz  się  zląkł.  Miał  przed  sobą  prawdziwy  kryzys  wiary  w  chłopcu,  który, 

wiedział to na pewno, był najlepszą duszą w całym Wołaniu. Gdzie te czasy, gdy mieszkańcy 
przychodzili do jego konfesjonału w pokorze wyznając swoje małe podłe ludzkie grzechy, za 
które na pokutę sadzili te właśnie drzewa, aż cała droga z Ornej do Wołania zakwitała potem 
co  wiosny  białym  kwiatem.  A  jego  pszczoły  wracały  z  tej  alei  obciążone  pięknym  miodem, 
uosobioną słodyczą duszpasterskiego wybaczenia. Teraz ci młodzi tacy inni. I świat inny. Kto 
słyszał  przed  czterdziestu  laty  o  samochodzie  mordującym  człowieka?  Była  siekiera...  Były 
ciężkie  grzechy,  ale  żeby  ktoś  jawnie  zbuntował  się  Bogu!  Poczuł  lęk  o  chłopca  i  dziwną 
natchnioną  radość,  że  oto  jeszcze  ma  coś  do  zrobienia  na  tym  bożym  świecie.  Uratować  tę 
duszę! 

Mówił  długo.  W  natchnieniu,  którym  od  tak  dawna  już  Bóg  go  nie  nawiedzał.  Bolek 

milczał i niby słuchał, ale Proboszcz wiedział, że coś w sobie waży. I czekał, kiedy chłopiec 
powie  to  najważniejsze.  Ale  on  nagle  wziął  do  ręki  zeszyt  i  otworzył  od  razu  na  zagiętej 
stronie. 

- Czy to prawda? Czy to tak właśnie jest - podał księdzu zeszyt, który odczytał nie bez 

background image

trudu kulfoniaste pismo Władka... 

„Przysięga jest wtedy, gdy człowiek powołuje na świadka Boga, że to, co przyrzeka, do 

czego się zobowiązuje, wypełni. Złamać przysięgę, to jak wstąpić do piekła...” 

- No tak... - powiedział bezradnie ksiądz. 
- To nie jest sprawiedliwe-zawołał gwałtownie chłopiec i opadł głową na stół i zasłonił 

ją rękami, jakby się obawiał, że ktoś go uderzy. 

- Co z tobą, Boluś? Co z tego, że kto popełnia krzywoprzysięstwo, znieważa imię Boże? 

Co z tobą...? 

A chłopak wstał i powiedział krótko: 
- To ja już pójdę, proszę księdza. 
Zawahał  się  przez  chwilę  i  pocałował  starego  w  rękę.  Nim  ten  zdążył  pożegnać  go 

znakiem  krzyża,  był  już  na  progu.  Stanął  tam,  jakby  zatrzymany  jeszcze  przez  jakąś  myśl, 
odwrócił się i wpatrując się w oczy księdza zapytał: 

- A czy ksiądz mi powie, czemu się Sobota mści, gdy nazwać go „Szabas”? 
Już go nie było. 

 

Cokolwiek  się  stało,  zostaje.  Zapisane  w  pamięci  Bożej.  Ale  i  ludzkiej.  Skoro  Bolek 

zapytał o „Szabasa” znaczyło, że coś usłyszał. Coś z czasu, który minął blisko dwadzieścia lat 
od  chwili  jego  urodzenia.  Więc  czas  nie  mija.  Zostaje.  Może  to  właśnie  jest  sprawiedliwość 
Boża? Taka ludzka pamięć. Miałem pięćdziesiąt lat - myśli ksiądz, i jest to tak, jakby wspo-
minał dzieciństwo. 

- Nie.  Czterdzieści  trzy...  Miałem  czterdzieści  trzy  lata...  -  coś  takiego  wygląda  jak 

początek bajki. Nieprawdopodobne! 

W podziemiach kościoła ukrywał przez półtora roku całą żydowską rodzinę. Pięć osób. 

A  potem  przybyło  jeszcze  trzech  jeńców  radzieckich.  Nie  wiedział  nikt  poza  kościelnym, 
starym Franciszkiem Koroną. Tak. Prawdą było, że ukrywał ich przed Niemcami, ale prawdą 
też, że nie mógł o tym wiedzieć nikt we wsi. Czy to znaczy, że obawiał się swoich parafian? 
Tych,  którzy  klęcząc  otwierali  usta,  aby  przyjąć  opłatek  najświętszej  komunii?  Że  obawiał 
się, że z tych ust może wyjść słowo hańby - denucjacja? Nie, wcale tak nie było... - broni się 
teraz przed myślami Proboszcz, ale w uszach dźwięczą mu słowa chłopca. Czemu Sobota się 
mści,  gdy  nazwać  go  „Szabas”?  Ci  ukryci  w  kościele  powiedzieli  księdzu,  że  jego  bliski 
znajomy, miasteczkowy wychrzczony adwokat, ukrył się w Wołaniu, u Soboty. Ale adwokat 
zniknął.  Z  żoną  i  córeczką.  Zapytany  już  po  wojnie  Jan  Sobota,  wyraził  szczery  żal.  Nie 
widział „od tamtego czasu” adwokata na oczy. „Tamten czas” to dzień, gdy pięć kilometrów 
za  Orną  wykopane  przez  siebie  rowy  wypełnili  Żydzi  własnymi  ciałami.  Ale  ocalona  żydo-
wska  rodzina,  przechowana  w  kościele,  pisała  do  Proboszcza  jeszcze  z  Izraela.  Czy  niczego 
się nie dowiedział? Oni byli przekonani, że ich przyjaciel zdążył do Wołania. A potem, dzie-
sięć  lat  temu,  gdy  melioracja  pozwoliła  wejść  pegeerowskim  pługom  na  osuszone  dawne 
bagna pod lasem, wyorano te trzy szkielety... 

To  niemożliwe  -  mówi  sobie  teraz  starzec.  -  To  niemożliwe  -  powtarza,  ale  nie  może 

odpędzić myśli o powojennych dostatkach Soboty. Powoli, jakby mozołem pracy zdobywane, 
ale  przecież  może  to  tylko  mądrość  zbrodniarza,  który...  Boże,  odpuść  te  myśli.  Jakże... 
Sobota,  najpobożniejszy  gospodarz?  Żona  przewodzi  w  Kółku  Różańcowym.  Ile  to  razy 
chwiał  się  nad  głową  Proboszcza  baldachim  niesiony  w  procesji  w  mocnych  rękach  nabo-
żnego chłopa? Ławnik. Co za bzdury. Ale o tym „Szabasie” słyszy nie po raz pierwszy. Ktoś 
we  wsi  opowiadał  właśnie  wtedy,  gdy  wyorano  te  szkielety,  że  tamtej  okupacyjnej  nocy 
widział  adwokata  na  furmance  Soboty...  Myślał,  że  na  kolej  jadą  gdzieś  dalej  od  Ornej,  dla 
niepoznaki.  W  końcu  adwokat  na  Żyda  nie  wyglądał,  żona  blondynka,  a  dziecko,  jak  dzie-
cko... A to bogactwo... Mądrze przyrastające, powoli. Jeszcze po roku 1950 spotkał Proboszcz 
Sobotę, jak pchał rower, a na nim, przewieszony przez ramę, wór ziarna. „Do skupu. Mówią, 

background image

żem  nie  doważył,  oszusty,  Boga  się  nie  boją”.  Nie  chciał  pchać  się  ponownie  przed  oczy 
swoimi  spasionymi  końmi.  Kto  był  „kułakiem”,  nie  chciał  o  tym  przypominać,  kłuć  w  oczy 
bogactwem.  A  potem,  po  roku  56,  ruszyło  szybko.  Najpierw  murowany  dom.  Potem  całe 
obejście. Traktor, który całą wieś oborywał. Nie. Takich ludzi u nas nie ma... Ale Wołanie nic 
nie  wiedziało  ani  o  przechowywanej  w  kościele  żydowskiej  rodzinie,  ani  o  „bolszewikach”. 
Nie, nie. To nieprawda.  Zna tych ludzi.  Latami  wysłuchiwał ich  grzechów. Pamięta ten rok, 
gdy zakwitły pierwsze owocowe drzewa przydrożne sadzone za pokutę. I już co rok ich wię-
cej.  I  przychodzą  wiosny,  gdy  całą  drogą  szło  się  do  Wołania  szpalerem  drzew  kwitnących 
białym  kolorem  niewinności...  Zna  ich  grzechy.  Ale  piekło  nie  zna  dna.  Człowiek  zawsze 
może  upaść  niżej.  Niżej  niż  wyznany  grzech.  W  otchłań  potępienia  przez  grzech  zatajony. 
Tak, grzech! To niemożliwe. Tu nikt nie zabijał człowieka. Cóż z tym ma wspólnego wypa-
dek na drodze w noc świętą. Sprawił go niechybnie pijany, nieszczęsny, uciekający gdzieś w 
mrok człowiek. Może jeszcze kiedyś przyjdzie do jego konfesjonału. Pomyślał z żalem, że już 
od roku nie spowiada. Ogłuchł zanadto. Nie byłoby uczciwe żegnanie krzyżem rozgrzeszenia 
człowieka, co wyznał grzechy przez spowiednika nie usłyszane... 

Aż do późnego wieczora modlił się o swoich ludzi z Wołania. Myślał o tych ocalonych 

przez siebie w okupacyjną noc ludziach i czuł upokorzenie, że uczynił to, strzegąc najgłębszej 
tajemnicy  przed  całą  wsią.  Przed  ludźmi,  których  chrzcił,  bierzmował,  obdarzał  w  niedzielę 
słowem bożym. Długo nie mógł zasnąć. Odwiedzał tamtych w podziemiach kościoła, niosąc 
rano to samo wiaderko zupy i dwa bochenki chleba. No, przecież nie tylko kościelny; i Wikta, 
gospodyni, niech jej ziemia lekką będzie, znała tajemnicę. Trudną dla jej głowy. Żydzi ukrzy-
żowali Chrystusa.  O „bolszewikach” trudno było z nią rozmawiać. Ale  w końcu przyznała: 
„też ludzie!”. 

Im bliżej snu, tym głębiej wracał w młodość, aż wreszcie usnął dwudziestoletni w roku 

dwudziestym.  Przyśnił  mu  się  ten  dzień  najważniejszy  tak,  jakby  go  oglądał  na  filmowej 
taśmie. 

Już  niedługo.  Za  pół  godziny  opuszczą  okopy  wykopane  pospiesznie  na  pagórku,  na 

przedpolu mostu. Radość maszynowych karabinów. Grają na lewej zaporowej flance kompa-
nii  broniącej  przeprawy.  Jak  długo  grają,  wiadomo  że  bolszewicy  ich  nie  wezmą.  Dwa  razy 
podrywały się ze skraju  lasu do szarży kozackie  sotnie i załamywały się  po paruset metrach 
galopu. Nie ma obaw. Wytrwają. Dwudziestoletni ochotnik strzela do ludzi z powtarzalnego 
karabinu. „Nie zabijaj”. Ale ksiądz błogosławił idące na front pułki, ale kapelan z krzyżem na 
piersi podbiega teraz, mimo świstu kul, do rannych żołnierzy. To była obrona, a nie atak. Nie 
zabijaj, to dobre w katechizmie, teraz trzeba celować. Ale nie strzela się do ludzi. Te dalekie 
uwijające się na koniach figurki nie mają twarzy... I przychodzi ta przerażająca cisza. Karabi-
ny maszynowe na lewej flance umilkły. Nie doleciało ich żadne „urrra”... Ale to przecież dwa 
kilometry stąd. I po paru minutach słyszą ten paraliżujący krzyk i to słyszą najpierw z lewej 
strony, stamtąd, gdzie od kwadransa panuje ta straszna cisza i zaraz ten sam wrzask szarżują-
cych sotni podrywa się z lasu naprzeciw i widzi teraz lecących, tak „lecących” na koniach z 
szablami nad głową... Szybka pukanina wystrzałów i już ktoś ucieka w stronę mostu z rękami 
nad głową i słychać tętent głośniejszy niż wrzask. Zasłania się karabinem przed cięciem przez 
łeb i wali na ziemię obalony przez konia w skoku. Gdy otwiera oczy, przeciera je najpierw, 
spostrzega  krew  na  swoich  rękach,  a  zaraz  potem  widzi  jadącego  stępem  kozaka.  Młody 
chłopak ma szeroką chłopską twarz, jest bez papachy, sklejone potem płowe niestrzyżone od 
dawna włosy opadają mu na czoło, wodze rzucił na łęk, usiłuje trafić ostrzem do przytroczo-
nej do siodła pochwy. A on, ranny, obciera krew z twarzy i leżąc na plecach sięga po karabin. 
Kozak  zwraca  ku  niemu  twarz  i  wali  się  z  siodła  uderzony  kulą  w  pierś.  Karabin  wypada  z 
ręki.  Kozak  dźwiga  się  na  czworaki  i  nagle  ze  strasznym  jękiem  nieruchomieje,  wali  się  na 
ziemię, uderza nogą i nieruchomieje. Koń biegnie kłusem, jest już daleko... Nie dać się wziąć 
do  niewoli...  Byle  do  rzeki.  Przepłynie.  Byle  doczołgać  się  do  pola,  na  którym  stoi  przekło-

background image

szone, niezebrane żyto... 

I tu, leżąc z krwawiącym rozciętym głęboko przez kozacką szablę czołem, pojmuje, że 

przed chwilą zabił człowieka. Przecież szedł na tę wojnę jako ochotnik, przecież błogosławio-
no jego karabin,  ale on,  jak się okazuje, gotów był oddać życie za ojczyznę, ale nie zabijać, 
nie zabierać życia innym... 

Dwa  dni  szedł  nocami  goniąc  oddalający  się  front,  żrąc  niedojrzałe  jabłka,  osłabiony, 

miotany gorączką, nękany przez biegunkę. Nieraz było tak, że słyszał szum kłosów trącanych 
przez  idących  tyralierą  piechurów.  Ile  razy  słysząc  stukot  końskich  kopyt  kozackich  patroli, 
modlił się do Boga, błagając o zachowanie życia, o ratunek przed niewolą... „Dam ci siebie, 
dam  swoje  życie”  -  obiecywał  półprzytomny.  Właśnie  słyszy  głuche  dudnienie  kopyt  pości-
gu... 

Nagle usiadł na łóżku. Serce łomotało w nim głucho. Ocknął się. Obietnicy danej Bogu 

zrazu nie dotrzymał. 

Powołania  nie  odnalazł  od  razu.  Próbował  się  bronić.  Medycyna  na  krakowskim  uni-

wersytecie. Zdemobilizowani wszędzie mieli pierwszeństwo. I kiedyś w prosektorium jeszcze 
raz to samo. Na widok otwartych wnętrzności, kłębowiska krwawej śliskości odruch wymio-
tny i jakiś wewnętrzny, niewykrzyczany krzyk: nie! Człowiek to nie mogą być te nieruchome 
fioletowe  kichy,  straszliwy  płat  wątroby!  Człowiek  to  nie  flaki.  Gdzie  jest  dusza?  W  tym 
samym roku wstąpił do seminarium. 

W domu, w dzieciństwie tylko matka chowała  go dla Boga. Ojciec lekarz przyjął jego 

decyzję  niechętnie.  Jak dobrze  pamiętał  swoje  z  nim  rozmowy,  gdy  po  raz  pierwszy  przyje-
chał już w duchownym stroju do rodziców. Jeszcze teraz się uśmiechnął na wspomnienie, jak 
to  kiedyś  półżartem  powiedział  ojcu:  zawsze  uczyłeś  mnie  lojalności.  Kiedyś  chciałem  uni-
knąć niewoli, kiedyś ratowałem życie i o nie Boga błagałem obiecując mu służbę... No więc, 
kiedy  jest  spokój,  kiedy  się  już  nie  boję,  muszę  być  lojalny.  Czy  jeżeli  człowiek  odnajduje 
Boga w trwodze, to nie powinien go opuszczać, gdy z jego łaski trwoga już minęła. Mówisz 
mi,  ojcze,  że  nie  można  wierzyć  w  jakąś  Niepokalaną  w  niebie  i  czy  ja  w  nią  wierzę,  to  ci 
powiem:  muszę  wybaczyć  to  odpustowe  „niebo”  na  plafonie  kościoła  i  Matkę  Boską  na 
osiołku  i  wszystko,  w  co  każe  mi  wierzyć  ten,  którego  błagałem  o  pomoc  i  który  błagania 
mego wysłuchał... 

A  potem  przyszła  kapłańska  rutyna.  Wiara,  ta  niedobra,  słaba,  z  „przyzwyczajenia”.  I 

może dopiero teraz - myśli Proboszcz - gdy widzę, jak ludzka zbrodnia chce zrabować Boga 
temu biednemu chłopcu, znów mnie odnajdzie ta gorąca wiara. 

- Będę się modlił - postanowił gramoląc się w środku nocy z ciepłego posłania. 

 
 
 

VI 

 
 

Kapitan  Anusz  przed  wyjściem  na  posterunek  zbierał  do  teczki  papiery.  Pod  jednym 

względem przeprowadzka do Ornej  wyraźnie mu się opłaciła. W ciągu tych trzech miesięcy 
jego  praca  magisterska  rozrosła  się  w  dwójnasób.  „Pożyczki  u  Pana  Boga”,  temat  „włamań 
kościelnych”  nie  doznał  wprawdzie  wzbogacenia  o  jakieś  bieżące  materiały  z  Ornej,  ale  ten 
czas,  który  mógł  poświęcić  na  pisanie,  okazał  się  bezcenny.  Mało  było  bieżących  trudnych 
spraw w tej mieścinie. 

Z  początku  wszystko  nastręczało  kłopoty.  Tytuł  „jak  z  kabaretu”  -  oznajmił  promotor, 

ale później się jakoś przekonał. Ale, do licha, nawet jak to pisać nie było całkiem jasne. Tego 
„Pana  Boga”.  Z  dużej  litery?  A  niby  dlaczego,  skoro  pisze  to  niewierzący?  Ale  przeważył 
inny argument. Co z tego, że pisze niewierzący, skoro pisze o wierzących. Bo najśmieszniej-

background image

sze  jest  to,  że  „autorzy”  dziewięćdziesięciu  procent  włamań  deklarują  się  jako  katolicy 
wierzący,  ba,  „praktykujący”.  Z  owej  „praktyki”  wynika  naturalne  rozeznanie,  co  warta  jest 
zawartość  tabernakulum,  ile  będzie  w  skarbonce,  które  wota  nadają  się  dla  pasera.  Swoisty 
przyczynek  do  polskiego  katolicyzmu.  Nie  miał  tutaj  z  kim  o  tym  rozmawiać.  Tym  zajadlej 
pracował.  Bo  żona  stała  się  jeszcze  trudniejsza  w  pożyciu.  Znalazła  w  tutejszym  Wikarym 
nowe  duchowe  wsparcie  wiary.  Wiadomo,  kto  tam  w  Warszawie  wiedział,  kto  to  jest  pani 
Anuszowa, ot, matka sparaliżowanej dziewczynki. Tutaj, stała obecność przed ołtarzem „pani 
komendantowej”, to nowy piękny cud. Inaczej smakuje komunia, gdy obok klęczy w pokorze 
taka właśnie „od władzy”, pokarana przez sprawiedliwego Pana Boga. 

Już miał wyjść... Kończąc upychać do teczki akta zawahał się, czy nie wziąć skoroszytu 

materiałów do swej magisterskiej pracy. Dziś zapewne nie będzie w biurze czasu na pisanie. 
Sierżant Marnot ostrzegał go wczoraj, że będzie „ciężki dzień”. 

Mieli odbierać dzieci skierowane do  Domów Opieki. Od rodzin alkoholików. Albo od 

niezamężnych  skurwionych  matek.  Podrzucone  dziadkom,  którzy  nie  mają  zapewnionego 
minimum egzystencji. Podobno zawsze są tu przy tym awantury. No, niech tam. Wróci wcze-
śniej,  to  zabierze  się  do  pisania.  Zamknął  teczkę  i  na  palcach  podszedł  do  drzwi  drugiego 
pokoju.  „Pokój  dziecka”.  Tak  się  powinien  nazywać.  A  przecież  był  to  pokój  powolnego 
umierania.  Przez  szparę  uchylonych  drzwi  zobaczył  zamknięte  oczy.  Otwarte  usta  Krysi... 
Oddychała. Zawsze mu się zdawało, że któregoś dnia ustanie ten ostatni ruch. Że paraliż obej-
mie  płuca.  W  chwilach,  gdy  był  sam  wobec  siebie  szczery,  przyznawał  się,  że  to  jest  strach 
przed najgorszym, ale i nadzieja, że najgorsze się wtedy skończy. Oddychała. Z tej odległości 
trudno  było  przesądzić,  czy  śpi,  a  nie  chciał  się  zbliżać,  aby  nie  ogarnęła  go  spojrzeniem, 
które było zawsze wołaniem: zostań! Tak to odbierał... Wiktorii nie było.  Pewnie już poszła 
na poranne nabożeństwo. Cicho zamknął drzwi. Odwrócił się w stronę biurka, na którym stała 
wypchana teczka, ale zamiast wziąć ją pod pachę i wyjść z domu, usiadł ciężko przy biurku. 
Weźmie tę swoją pracę.. Może trafi się wolna godzina. Nie umiał, nie mógł, nie miał siły zo-
stawać ze swoimi myślami. Tak. Ci nieznajomi podludzie od kościelnych włamań zapewniali 
mu  życie.  Krysia  to  była  śmierć  i  strach,  i  takie  poczucie  bezradności,  że  każdy  „czyn”, 
wypełniony arkusz zeznań czy meldunek wykrywalności, był kpiną z faktu, że tak naprawdę, 
to nic zrobić nie można. Weźmie chociaż ostatnie napisane strony, przejrzy je, czy są języko-
wo w porządku... Uzupełnił zawartość teczki i cicho, na palcach, jak wymykający się złodziej, 
nie,  jak  morderca,  zostawiający  za  sobą  nieruchome  zwłoki,  wymknął  się  ze  swojego 
mieszkania. 

Sierżant  Marnot  miał  rację.  Dzień  nie  będzie  łatwy.  Ledwo  przekroczył  próg  biura, 

skoczyła w jego stronę jakaś kobieta czekająca na krześle pod ścianą. Zdziwiło go jak rześko 
się  porusza...  Zaczęła  mówić  szybko,  wymachiwać  rękami,  plując  śliną  z  poszczerbionych 
zębów...  Zorientował  się,  że  „ostrzega”,  żeby  zostawić  w  spokoju  jej  potomstwo.  No  tak. 
„Dzień Dziecka” zgodnie z przestrogami Marnota. Zapewne któraś babcia, której podrzucono 
wnuczka na wychowanie. 

- Nie znam sprawy. Proszę zaczekać - oderwał od siebie szponiaste dłonie i zorientował 

się, że staruszka jest już pijana. 

Sierżant Marnot siedział przywiązany do słuchawki. 
- Samochód  po  dzieci  już godzinę  temu  wyjechał  z  R.  -  zameldował  kończąc  połącze-

nie. 

- Jeszcze  się  nie  zaczęło,  a  jakaś  pijana  staruszka  przyleciała  z  interwencją,  co  się 

dzieje? - Anusz był zły. 

- Staruszka? - sierżant wyjrzał na korytarz. Zamknął drzwi. 
- Jaka staruszka, panie kapitanie. Jeszcze nie ma trzydziestki. Co rok dziecko. A pijana 

to jest od dziesięciu lat od samego rana. Jedno urodzi i już nowy brzuch nosi. Sama nie wie 
od  kogo.  Chowa,  nawet  się  stara.  Ale  tylko  do  czasu,  jak  małe  na  nogi  stanie.  Potem  już 

background image

obeszczane i głodne. Nawet i do mieszkania nie wpuszcza. Bo ma nowe. Jak długo to leży i 
się nie rusza, to się nim bawi jak lalką. Myje nawet i karmi. Bo cyc ma pełny... A dziś przy-
leciała  aż  tutaj,  bo  się  pewno  boi,  że  będziemy  brać  te  z  kołyski.  Pan  Bóg  jej  co  rok  błogo-
sławi... - sierżant Marnot nie był bigotem. - Jak przyjadą, to wezmę jeszcze kaprala Kowalinę 
i  sami  wszystko  załatwimy.  Jest  tego  sześć  sztuk  tym  razem...  Ale  w  tej  sprawie  to  pan 
kapitan musi sam zdecydować... - podsunął jakiś papier. 

- Co to takiego? 
- O gwałt. Taka jedna z Wołania. Tylko, że gwałt miał być trzy miesiące temu. I nikt nie 

potwierdzi. Choć podała nawet świadków. 

- Przesłuchiwaliście? 
- Nie  ma  co  przesłuchiwać.  To  z  Wołania.  Rodzina  Soboty.  Ten  jego  syn  Darek... 

znaczy się Dariusz Sobota - Marnot za późno próbował zdystansować się od poufałości z tymi 
ludźmi. - Nikt przeciw Sobocie nie zezna. 

- Co za żarty? 
- A  jeszcze,  panie  kapitanie,  jest  taki  numer,  że  to  przeciw  narzeczonemu.  Bo  ta  cała 

Marychna była już po zapowiedziach i teraz jej się przypomniało. Śmiech jakiś czy coś. To ze 
złości, bo się rozwodzi, to znaczy zapowiedzi zerwała... Lepiej by wcale nie zaczynać... 

- Co wy, Marnot... 
- Wykryć  się  nie  wykryje.  Wykrywalność  się  pogorszy,  pożytku  dla  nikogo,  dla  dzie-

wczyny tylko wstyd. 

- Przecież jest ten protokół. 
- Bo się upierała. Ale mogę jej jeszcze wytłumaczyć. Same dają, a potem robią sprawę. 

Tak jest zawsze. Panie kapitanie, ja już wypytywałem wczoraj tych niby świadków. Nikt nie 
potwierdza, żeby on ją wtedy na tym weselu brał seksualnie i cieleśnie... A tak naprawdę, to 
ona  mi  sama  zeznała,  o  co  chodzi.  Przerwać  chce.  No,  bachora  nie  chce,  bo  nie  chce  tego 
Darka  za  męża.  Jak  sprawa  o  gwałt,  to  komisja  lekarska  bez  niczego  na  zabieg  skieruje... 
Więc  że  wniosła,  to  może  bez  sądu  wystarczy,  bo  ze  skrobanką  na  rozprawę  czekać  nie 
można. Da się z Ordynatorem załatwić. Odpis zgłoszenia. A umorzenie zrobi się już potem. I 
wilk syty, i owca cała. 

- Owca  to  ten  Sobota,  co?  Może  raczej  tryk?  Przyjechał  już  wóz  z  Domu  Dziecka. 

Weźcie się teraz Marnot za te dzieci, co już przyszły na świat. I tę pijaną zaraz mi sprzątnij-
cie. 
 

To było po Matce Boskiej Gromnicznej. Stara Zaleska wróciła po wylewie ze szpitala i 

zaraz  dała  na  tę  mszę.  W  samej  Częstochowie.  Na  intencję  wykrycia  sprawcy.  Ona  zawsze 
mówiła „morderstwo”, ale we wsi mówili „wypadek”. 

Wiadomość  do  Błachnów  przyniosła  matka.  Nie  była  z  tych  co  najpierw  kościół,  a 

robota  później,  ale  oznajmiła  Józefowi,  że  pojedzie.  Bolek  słuchał  tej  rozmowy,  raz  po  raz 
napotykając  ciężkie  spojrzenie  ojca.  Bo  matka  mówiła,  że  sam  Sobota  organizuje  całą 
pielgrzymkę. Dla niej nie było w tym nic dziwnego. Sobota to było we wsi wszystko. Sobota 
wytyczał  miedze.  Nim  kto  się  zdecydował  do  sądu,  najpierw  szedł  do  Soboty.  Wiadomo  - 
ławnik. Nawet wybory by bez niego nie przeszły. To on wyznaczał przed wyborami sołtysa. 
Niektórzy  mówili,  że  zawsze  najgłupszego.  Żeby  rządzić  bez  konkurencji.  A  skoro  to  on 
baldachim w procesji nad księdzem w pierwszej parze nosi, dla matki żaden cud, że zajął się 
tą Częstochową. 

- Mówił nawet, że ty, Józef, też powinieneś pojechać... Co do Bolusia, to mu powiedzia-

łam, że przez szkołę nie może. Przecież ma do liceum zdawać... 

Nie pojechali. Ani ojciec, ani syn. 
Od zachwyconej matki dowiedzieli się później, jak to Sobota ze swoim zięciem Kapustą 

Bronisławem ludźmi się opiekowali. Jak każdy poświęcony różaniec z medalikiem Królowej 

background image

Korony  Polskiej  na  pamiątkę  dostał.  A  z  pytań  ojca  wyszło,  że  wszyscy  niemal  świadkowie 
owej nocy po pasterce brali udział w pielgrzymce na intencję... 

Bolek dostał swój medalik z różańcem dwa dni później. Wysiadł właśnie z autobusu... Z 

autobusem też miał teraz kłopoty. Bo do niebieskiego sana, tego z tamtej nocy, tego, co naje-
chał na głowę Władka, nie wsiadał. Jak akurat ten stał w Ornej na przystanku, szedł pieszo... 
W domu bajał co bądź. Ale tego dnia podstawili inny z drzwiami wstawionymi nowymi, co 
nigdy  nie  zostały  pomalowane...  Więc  pojechał,  a  kiedy  wysiadł  i  ruszył  w  stronę  domu, 
wyczuł, że ktoś za nim idzie. Gdy przed swoją furtką raz jeszcze się obejrzał, wpadł piersią na 
wysokiego chłopa. Sobota zgarnął kołnierz jego półkożuszka, zacisnął w pięści i niemal pod-
niósł chłopca do góry. 

- Boluś - wymruczał cicho, a to zdrobnienie pobiegło chłopcu dreszczem po grzbiecie... 

- ja ciebie obserwuję i nie podobasz mi się zanadto... - No tak, ten drugi, co szedł z tyłu, to 
Bolek Kapusta... Przystanął teraz w milczeniu. 

- A  żebyś  wiedział,  coś  przysięgał,  to  masz  dla  lepszej  pamięci  medalik z Najświętszą 

Panienką... Żeby ci przypominała... 

Bolek poczuł w ręku zimne dotknięcie. 
- Prawdziwy ze srebra łańcuszek - szepnął obłoczkiem pary Sobota i drugą ręką coś mu 

jeszcze włożył do kieszeni. 

- Ale jak zapomnisz, żeś przysiągł, to długo nie pożyjesz. Jak Władek. 
Ludzie znikli. Stał sam. W świetle świecącym z okien jego domostwa zobaczył wirujące 

w  drodze  ku  ziemi  płatki  śniegu.  Zaczęło  padać.  Znowu  jakby  zapadać  chciało  z  wyroków 
posłusznego Sobocie nieba ślady jego buciorów. 

W sionce wyjął z kieszeni dwa tysiączłotowe banknoty. 
Było  to  ósmego  marca.  Bo  tylko  na  Dzień  Kobiet  tylu  ludzi  widać  na  ulicach  z  kwia-

tami.  W  papierze.  Ale  stara  Zaleska  wygramoliła  się  z  furmanki  przed  bramą  cmentarza  w 
Ornej  i  trzymała  kwiaty  bez  żadnego  papieru.  Choć  obie  ręce  zajęte  miała  przez  kule,  to 
jakoś, przyciskając ramieniem do boku ten bukiet, bez pomocy swej bratowej, co przyjechała 
ją  pielęgnować,  przeszła  przez  wrota  i  pokulała  dalej.  Bolka  coś  tknęło.  Odczekał  chwilę  i 
podążając ukradkiem do przodu, przypadając do ziemi za mijanymi nagrobkami, ilekroć Zale-
ska się obejrzała, zobaczył, że na Święto Kobiet matka położyła córce kwiaty na grób. Niby 
co  się  dziwić,  kiedy  dookoła  dają  żywym.  Sam  wręczał  składkowo  kupione  kwiaty  pani 
nauczycielce. Ale, że babcia Władka przyniesie swojej córce! 

I  potem,  gdy  na  cmentarzu  odczekał,  aż  tamte  pójdą,  poczuł  jakiś  wstyd  i  żałość.  Bo 

czemu nikt Władkowi kwiatka nie położył?... Pewnie, Święto Kobiet, to nie czas dla chłopa-
ka, ale zawsze. I poszedł Bolek na mogiłkę przyjaciela. Nic nie miał. Ale ten medalik, co mu 
go  przed  miesiącem  wręczył  Sobota,  nosił zawsze  przy  sobie.  Nie  wiedział,  czemu.  I  nie  na 
szyi.  Ale  nosił.  Więc  teraz  powiesił  ten  medalik  przewlekając,  srebrny  podobno,  łańcuszek 
przez ramię krzyża. 

Wrócił do domu lżejszy. Jakby część tej przeklętej przysięgi zostawił za sobą. 
To był czwartek. W niedzielę poszedł z matką do kościoła. Zauważyła, że ostatnio ucie-

kał w porze nabożeństwa. Mówił, że robi w Ornej nowy model z innym zamiast Władka kole-
gą,  ale  nawet  i  w  to  nie  wierzyła.  Więc  był  w  tym  samym  miejscu  niby  ten  sam,  a  przecież 
odmieniony zupełnie. Obcy temu, co działo się przy ołtarzu, widzący tam nie księdza obcują-
cego z Bogiem, a Wikarego unoszącego ręce do góry, po prostu w górę, nie do żadnego nieba, 
niebo to było miejsce już nie na Boga, najwyżej na jego latające modele. Jedna tylko chwila 
zatrzymała  mu  oddech  w  piersiach.  Oto  w  pewnej  chwili,  gapiąc  się  obojętnie  w  ołtarz, 
spostrzegł pod obrazem Matki Boskiej nowe wota. Wisiały tam medaliki częstochowskie. Te 
same. Kilka nawet na srebrnych łańcuszkach, choć więcej było przyszpilonych bez łańcuszka 
prosto  do  makaty.  Wierni  wierzyli  w  Królową  Korony  Polskiej,  ale  bardziej  wierzyli  w 
Sobotę - łańcuszki miały być ze „szczerego srebra”. O co prosili? Za co chcieli przebłagać?... 

background image

Nagle pojął, że sam zrobił to samo. Zostawił medalik na grobie Władka. Bo jeśli w co 

wierzył, to że Władek musi gdzieś być. Choćby w tym niebie, do którego chciały dotrzeć ich 
budowane  w  mozole  latające  modele,  spadające  po  krótkim  wzlocie  na  sąsiedzkie  pola.  W 
takim niebie bez Boga... 

W pewnej chwili wstrząsnęły nim słowa Wikarego. Mówił o piątym przykazaniu, jakby 

wiedział o tym, co się stało w czasie pasterki. Nie zabijaj. Z jego słów wynikało, że choć ono 
piąte, to jakby pierwsze i najważniejsze. Bo kto nie będzie miał Bogów cudzych przede mną, 
jak powiedział Pan, nie będzie zabijał, bo przeciw Panu zabija... 

Cisza zaległa w kościele pełnym świadków i ulga przewiała ogromna, gdy już stało się 

jasne: mówi o Marychnie... 

Bo Wikary prawił o grzechu, jakim jest zabójstwo w łonie matki, do którego dziś nama-

wia  kobiety  świat  rządzony  przez  bezbożników.  Każde  życie,  nieważne  w  jakich  poczęte 
okolicznościach,  jest  świętością,  a  przerwanie  jego  morderstwem  jest,  potępienie  wieczne 
niosącym. Żadna cnota zgwałcona być nie może i cnotliwa niewiasta takich skarg do nikogo 
zanosić nie może - sama stworzyła okazję... 

Teraz  Bolek  widział  paluchy  Darka  Soboty  zaciśnięte  na  gardle  Marychny,  jego  łapę 

rozdzierającą jej kolana, a Wikary...? 

...Nic nie może być usprawiedliwieniem dla morderstwa duszyczki w łonie chrześcijań-

skim poczętej... 

I  było  dalej,  że  parszywa  owca,  taka  rozgrzeszenia  nie  dostanie  i  żyć  powinna  bez 

ludzkiej znajomości i współczucia. 

I pustka się zrobiła koło Marychny taka, że słychać było każdy jej krok, gdy odwróciła 

się i poszła w stronę wrót kościelnych - wypędzona. 

Jakże wieś miała o wszystkim nie wiedzieć, gdy niejeden był przez Marnota ciągany na 

posterunek, jako rzekomy świadek tego, co się działo za stodołą w czasie wesela. A chociażby 
sam Bolek umiałby z sześciu świadków podać, to sierżant żadnego nie znalazł. Ale i tak spra-
wa była zgłoszona i komisja w Ornej skierowała Marychnę do szpitala „na przerwanie”. 

A  Bolek  pojął,  że  już  teraz  świat  mu  będzie  tylko  bez  przerwy  pokazywał,  jaki  jest 

niesprawiedliwy... Bóg, że nieobecny, a ludzie, że ich poza własnym strachem i spokojem nic 
nie obchodzi. 

Ojciec  Franka  Kozła  dał  się  bratu  spłacić  i  poszedł  z  Wołania  do  miasta na  niepewne. 

Może na roli być bieda,  ale rola jest.  Zawsze coś tam da. A w mieście całkiem ojcu nie po-
szło. Próbował przy budowie. Zaczął pić i szybko zleciał z jakiegoś rusztowania. Franek miał 
wtenczas pięć lat, nie więcej. Potem przyszło stróżowanie na budowie. Szybko ojca zamknęli. 
Cement i coś tam jeszcze. Wrócił po roku, ale już całkiem do niczego. Matka zaczęła praco-
wać  w  fabryce.  Franek  pamięta  częste  krzyki  w  domu,  chowanie  przed  ojcem  pieniędzy,  a 
potem ten dzień, gdy zawołali go do gospody, a ojciec leżał na podłodze i ruszać go nie dali, 
aż przyjechało pogotowie. Potem swój bieg do domu i ten krzyk rozpaczliwy: 

- Mamo, tata umiera! 
- A pies go jebał - usłyszał jedyną mowę pogrzebową nad mogiłą swego ojca. 
To  dzięki  matce  wyszedł  na  ludzi.  Ukończył  zawodówkę  i  chociaż  jako  mechanik 

samochodowy mógł szukać w świecie czegoś lepszego, został w Ornej na szoferce. Dorabiał 
konserwując parę prywatnych samochodów, bo opinię miał dobrą. W ślady ojca nie poszedł. 
Nie to, żeby nie wypił, ale miarę znał i czas własny także. To, co mu się przydarzyło w czasie 
pasterki, to pierwszy raz się przydarzyło. Może dlatego właśnie skończyło się na okresowym 
odsunięciu  od  szoferowania,  przejściu  do  warsztatów.  Rychło  przecież  wrócił  za  kółko.  Bo 
nie  było  mu  lekko.  Na  babę  trafił  nie  tę,  co  mu  się  od  losu  należała.  W  pierwszym  roku 
małżeństwa dziecko. No, niech będzie, choć życie w jednym pokoju z klozetem na podwórzu, 
miską w kącie zamiast umywalni, to nie raj. Ale w rok potem znowu chodzi z brzuchem. W 
końcu czytać umiał, nauczył się dni, kiedy wolno, a kiedy nie wolno, żeby baba nie zaszła. 

background image

- Oszukałaś mnie! - wrzasnął na wiadomość, że drugi dzieciak jest w drodze. 
- Ale  Pana  Boga  nie  oszukałam  -  odparła  dumnie.  I  nie  chciała  słyszeć  o  skrobance. 

Dziecko zrobić łatwo, ale jak zrobić drugi pokój albo chociaż porządną kuchnię. Więc haro-
wał,  jak  tylko  mógł  i  umiał.  Ale  nie  szło.  Z  żoną  też  się  wszystko  popsuło.  Kiedy  po  raz 
pierwszy wystartował z prezerwatywą, zrobiła mu piekło. 

- A ja dzieci więcej nie chcę - wrzasnął wyskakując goły z łóżka. 
- Ksiądz mówił... - zaczęła podparta poduszką. 
- To niech ci ksiądz dzieci robi - wrzasnął w gniewie strasznym i ze sterczącym jeszcze 

zaczął naciągać portki. Nie wrócił do domu aż za trzy dni. I zastał babę pokorną. Mógł robić 
to tak, jak chciał. Przynajmniej do czasu tak myślał. 

Ale mu przez te parę dni poza domem trochę odbiło. Był Franek chłopem przystojnym. 

Duży. Włos w kędziorach, wyglądał trochę jak gitarzysta w telewizji, ale za to muskularny. I 
gadane  miał,  jak  trzeba,  jak  dziewczyny  lubią.  Niby  to  nikt  nie  wiedział,  że  zaczął  wtedy 
ukradkiem  z  Jagną  od  sołtysa,  ale  tak  naprawdę,  to  głównie  nic  nie  wiedziała  żona.  Jak 
zawsze. 

No, bo ona w Ornej, a tutaj, na skraju Wołania stoi nocą san Franka Kozła. Nie trzeba 

do  środka  zaglądać,  wiadomo,  do  zagrody  sołtysa  nie  dalej  z  tego  miejsca  niż  dwieście 
metrów,  silnik  chodzi,  żeby  w  środku  było  ciepło.  Nie  raz  tak  było.  Ale  ten  raz  ostatni  i 
najważniejszy trafił się Frankowi z bożej chyba łaski. Choć Boga do tego mieszać nie należy. 
Ale tak się mówi... 

Kolegę  Franka  choroba  zawiodła  do  szpitala.  Kolega  był  dobry,  najbliższy  ze  wszy-

stkich, no i klucze od jego pokoju - szczęśliwiec był kawalerem - dostały się Franciszkowi.  

Nie wiadomo, skąd to Jagnę naszło. Jak to z babą. Może z tej miłości, którą Franek ją 

uparcie częstował, a może i z tej flaszki, którą oboje rozpili. Ale przyszedł moment, gdy ona 
najpierw zaczęła mówić, potem płakać, a on już czujny, trzeźwy, jakby cały dzień minął bez 
picia,  słuchał,  jak  wyznawała  mu,  co  się  stało  z  jego  wozem  w  noc  pasterki,  którą,  przez 
tamtych spity na umór, przespał całą noc na ławie kolatorskiej w zimnym kościele. Wszystko. 
Kto  był  w  autobusie.  Kto  zabijał.  I  całą  przysięgę  powtórzyła,  już  przerażona,  co  takiego 
zrobiła,  już  płacząca,  żeby  jej  na  zgubę  czasami  nie  wydał.  Uwierzyła  jego  zapewnieniom, 
zwłaszcza  że  zaraz  ją  znowu  na  łóżku  rozkrzyżował,  taka  na  niego  dzika  radość  naszła.  Od 
razu, jak usłyszał, że Sobota każdemu ze świadków po parę tysięcy do kieszeni włożył, wie-
dział, co zrobi. To, czego nie mógł wyrwać ani dodatkową robotą, ani kombinacjami z benzy-
ną, czy tym, co czasem dało się z magazynu części odprowadzić, teraz przychodziło samo. 

Nic mu nie odebrało tej radości. Nawet to, co się stało po godzinie. Kozłowa żona skądś 

się dowiedziała. 

Zawsze w najlepszym kolektywie wśród kolegów znajdzie się Judasz. Dość, że dobrze 

po północy ktoś zaczął się dobijać do drzwi pokoiku, w którym tyle różnego szczęścia zaznał 
właśnie  z  Jagną.  I  wdarła  się  głupia  baba  do  środka,  gdy  tylko  drzwi  uchylił  myśląc,  że  to 
jakiś  pijany  koleś  po  wspomożenie  wolną  butelką...  Ale  Franek  był  szczęśliwy.  Owszem, 
brały się za kudły. Jagna w krótkiej koszulce dała się raz i drugi trafić kopniakiem w odkryte 
miejsce, aż do chwili, gdy się obaliła przez taboret i jego jędza doskoczyła... Wtenczas Franek 
złapał wreszcie babę i przydusił tak, że z sił opadła. Jagny już nie było, ale co z tego, kiedy 
kiecka, sweter i płaszcz zostały, a przecież upału nie ma, to zima. 

Odnalazł ją w komórce za schodami, w ciuchy ubrał. Pocieszać nie pocieszał. Obiecy-

wał  tylko,  że  się  między  ludźmi  nie  rozejdzie.  Już  on  ze  swoją  „porozmawia”  tak,  że  sińce 
Jagny przy tym zbledną. Dostał w gębę, kiedy się roześmiał patrząc, jak się ubiera zapłakana, 
podskakując  na  jednej  nodze,  naciąga  rajstopy,  dostał,  ale  nie  przestał  się  śmiać.  Bo  to  naj-
szczęśliwszy dzień w jego życiu. Wiedział, co teraz zrobi. Żeby ta jego baba mogła się domy-
śleć, jeszcze by poleciała do kościoła pomodlić się, żeby Jagnie Bóg cudzołóstwo przebaczył. 

Wyczekał  pod  schodami,  aż  jego  żona  wyleciała  na  dwór  jak  furia,  wziął  dziewczynę 

background image

grzecznie pod rękę, zawsze miał fason i poprowadził do swego zaparkowanego w bocznej uli-
czce autobusu. Posadził obok siebie, buzię z łez obtarł garścią, motor zapuścił. Przyambalo-
wał  silnik,  karoseria  zadrgała,  aż  zakołysał  się  goły  tyłek  dziewuchy  z  okładki  kalendarza 
przypiętego do surowej szoferskiej kabiny, spojrzał na medalik z Matką Boską przyśrubowa-
ny nad lusterkiem i mrugnął do swego odbicia. Los się do niego uśmiechnął. 

Kiedy  po  raz  pierwszy,  nie  wiedzieć  dlaczego,  san  kierowany  przez  Franka  zrobił 

dodatkowy  przystanek  przy  obejściu  Soboty,  nikt  specjalnie  nie  zwrócił  uwagi:  pewnie  ktoś 
niespodziewanie  wyszedł  na  drogę  albo  co  tam.  Kiedy  stało  się  to  po  raz  drugi,  ci,  którzy 
„wiedzieli”, nieco się zaniepokoili. Autobus stał chwilę przy zapalonym silniku drżąc, aż mu 
kierownica chodziła, a niektórym dreszcz zaczął wędrować od trzęsącego się siedzenia aż po 
grzbiecie. Za trzecim razem postał chwilę i zatrąbił, jakby zachęcał kogoś do wyjścia. 

Jan  Sobota  pojawił  się  u  Franka  tego  właśnie  trzeciego  dnia  wieczorem.  Ale  tego  nikt 

poza  Frankiem  nie  wiedział.  A  następnego  dnia  stary  Błachno  wziął  syna  za  rękę  i  nie 
mówiąc ani słowa poprowadził na drogę. Niedaleko. Do obejścia Sobotów. Było już ciemno, 
taką wybrał znać Sobota porę i że to wrażenie większe będzie na ludziach i że nie rzuci się w 
oczy takie liczne u niego zebranie. 

Gdy Bolek został wepchnięty przez ojca do izby o zasłoniętych szczelnie oknach, chciał 

się cofnąć. Przeraziło go to zebranie niczym msza - ciasno, wszyscy na kolanach, pod ściana-
mi,  na  środku,  baby  i  chłopy  przemieszane,  ale  przecież  wszyscy,  co  wtenczas  w  sanie  sie-
dzieli i patrzyli, i przysięgali. Sobota stał na środku. Światło było zgaszone, wszystko, co było 
widać,  to  od  płomienia  kilku  świec  stojących  wokół  krucyfiksu  królującego  na  stole.  Ktoś 
powiedział: „O, Błachny przyszły” i w tym momencie Sobota ujął krzyż z Panem Jezusem i 
zrobił krok w stronę najbliżej klęczących. 

- Będzie jeszcze jedna przysięga - powiedział powoli. - Bóg zobaczy. Kto teraz skłamie, 

kara go szybko dosięgnie. 

I było powtórzenie tego, co wtenczas w autobusie. Tylko że uroczyście, bez pośpiechu i 

z jednym zdaniem dołożonym na koniec: klnę się na Boga, żem dotychczas nikomu słowa nie 
powiedział... 

Kto przysiągł, krzyż pocałował. Sobota wieszał mu znowu medalik na szyi. A na koniec 

powiedział,  smutny,  jakieś  niewyraźne  słowa:  kto  tu  jest  krzywoprzysięzcą,  to  Bóg  widzi  i 
wtenczas dojrzał jeszcze Bolka skurczonego za plecami ojca. 

- Czego się chowasz, przysięgaj - zrobił krok w jego stronę i w tym momencie nie my-

śląc, bez wahania, jakby to sobie od początku ułożył, chłopiec dał nura do czarnej sieni, przez 
sekundę  nie  mógł  trafić  dłonią  na  klamkę,  wywalił  drzwi  ramieniem,  aż  głucho  chlasnęły  o 
ścianę  chałupy  i  pobiegł  w  ciemność.  Tuż  za  nim  wyskoczył  Sobota,  a  potem  Jagna,  cała 
drżąc  jakby  w  gorączce,  wybiegła  na  rozmokłą  drogę  nie  patrząc,  że  jest  w  eleganckich 
miejskich pantofelkach, głośno mlaskając błotem uciekała przed siebie, nie omijając kałuży. 

Bolek słysząc, że ktoś biegnie za nim, jeszcze przyspieszył. Zaraz za płotem skręcił na 

pole i nie grzęznąc w roli, która, choć puściła z wierzchu, głęboko jeszcze była przemarznięta, 
gnał nieprzytomnie w stronę swego domu. Wbiegł na podwórze, zawahał się przez moment i 
jął  się  mocować  z  wrotami  stodoły.  Wpadł  w  litą  ciemność  taką,  że  nie  widział  swojej  ręki, 
gdy  macając  przed  twarzą  szukał  drabiny,  by  wdrapać  się  na  sąsiek.  Rozgarniając  rękami 
siano  wzniecił  tuman  z traw  bardzo  przesuszonych,  kichnął  raz  i  drugi.  Zamarł  w  bezruchu. 
Ojciec nie mógł  go znaleźć. Zawlókłby  go z powrotem do Soboty i  cisnął tam na kolana. A 
chłopak  już  wiedział,  że  drugi  raz  Władka  nie  zdradzi...  Zakopał  się  głęboko  w  siano  w 
samym kącie sąsieka tam, gdzie spiętrzone było najwyżej i tak pół leżąc, pół siedząc, ciężko 
dysząc trwał nieruchomo. Długo nie czekał. Skrzypnęły wrota i zobaczył przez cieniutką kra-
tę siana na twarzy ogromną postać swego ojca. Trzymał w lewej ręce stajenną lampę. Uniósł 
ją  teraz  wysoko  nad  głową  i  rozejrzał  się  czujnie  wysuwając  głowę.  Popatrzył  na  drabinę, 
postawił nogę na stopniu. Potem się rozmyślił. Bał się leźć z zapaloną lampą w siano. Uniósł 

background image

prawą okaleczoną dłoń do góry i pogroził w milczeniu. Bolek widział sterczący kaleki palec. 

- Zatłukę, jak znajdę. A rankiem widłami siano przetrząsnę... 
Był  już  we  wrotach  stodoły,  gdy  odwrócił  się  i  poszedł  w  głąb  tam,  gdzie  leżał  stary 

żłób. Bolek znał ojcową tajemnicę. Pogmerał w kryjówce i rzuciwszy ogromny cień na ścianę 
wyszedł. 

Chłopiec dygotał. Nie to, że było mu zimno, bo w końcu nie był goły, a siano też miało 

swoje ciepło. Nie wiedział jeszcze, co zrobi. Wiedział tylko, że ojcu się nie pokaże, do Soboty 
zawlec  się  nie  da.  Męczyły  go  majaki,  przysypiał  i  budził  się  z  ogromnego  strachu  sennych 
widziadeł  prosto  w  nowy  strach,  że  tylko  patrzeć,  jak  stary  Błachno  wdrapie  się  na  sąsiek  z 
widłami. 

Przed świtem wymknął  się ze stodoły, przelazł przez furtkę i zatoczywszy  krąg wokół 

płotu ruszył w stronę łąki, gdzie był bróg siana. Padało. Rzęsisty deszcz, taki, jak ten, co zmy-
wał  ślady  w  dzień  po  zbrodni,  przemoczył  go  natychmiast.  Dopiero  teraz  spostrzegł,  że  jest 
bez  czapki  -  została  w  miejscu  przysięgi.  Dobiegł  do  brogu  i  jął  wyrywać  garściami  siano, 
żeby  wyrobić  sobie  jamę  na  schronienie.  Ledwo  wlazł  i  zamknął  oczy  chcąc  odpocząć,  jak 
naszła go myśl, że przecież siedzi w brogu Soboty... Długo nie wytrzymał. 

Na pół godziny przed zaczęciem lekcji pojawił się w klasie blady, bez książek i zeszy-

tów. Miał gorączkę. Nauczyciel już z drugiej lekcji odesłał go do domu. Na progu wiedział, 
że do domu nie wróci, ale dopiero po paru krokach zdał sobie sprawę, że jakby bez żadnej 
świadomej  decyzji  idzie  w  stronę  posterunku.  Szedł  wolno.  Coraz  wolniej.  Nie  zapomniał 
chwili, gdy był tam w dzień pogrzebu i zastał sierżanta Marnota pijącego z zięciem Soboty. 

Ale innej drogi nie było. Nie będzie z krzywoprzysięstwem szedł do Proboszcza, zresztą 

co Proboszcz na Sobotę  zrobi, skoro na weselu Sobotowej córki sam Wikary dom błogosła-
wił, jadł i pił u swego najlepszego parafianina, jak powiedział w swej mowie. 

Czuł przebiegające mu po plecach dreszcze, gdy stanął przed schodami budynku poste-

runku.  Myślał,  co  powie,  jeśli  przyjmie  go  Marnot.  I  jakby  cuda  zdarzały  się  nie  tylko  w 
kościele,  przed  budynkiem  zahamował  samochód  -  i  wysiadł  ten  nowy.  Komendant.  Co  się 
śmiali, że zamiast za złodziejami latać, książkę o złodziejach pisze... 

Bolek podszedł do kapitana Anusza, gdy ten stawiał pierwszy krok na schodach. 
- Chcę powiedzieć o zbrodni. O strasznej zbrodni - zawołał i nagle instynktownie złapał 

obcego człowieka za rękę, jak dziecko dorosłego na widok niebezpieczeństwa. 

Moment,  gdy  Anusz  nagle  uczuł  w  dłoni  drobną  dziecinną  rękę,  targnął  nim  jak 

dotknięcie elektrycznego prądu. To już dwa lata odkąd Krysi mógł brać bezwładną, martwą, 
obcą, kiedyś to ona sama w ten sposób sięgała po jego opiekę... 

Wyswobodził się, jeszcze nie w pełni rozumiejąc wypowiedziane przez chłopca słowa. 

Mały był czerwony, oczy mu błyszczały... Na miły Bóg, piją w tej Ornej, jak w całej Polsce, 
ale ten chłopaczek! 

- Chodź  -  powiedział  i  zmusił  się,  by  położyć  dłoń  na  jego  ramieniu.  To  przerażone 

dziecko nie budziło w nim sympatycznych uczuć. Nie wie, gówniarz, czym jest szczęście, że 
się chodzi, że się mówi, że się jest, taki zdrowy półchłopek, a histeryczny jak mieszczańskie 
szczenię. „Zbrodnia”. Ciekawe, kto kogo kłonicą w tyłek uderzył. 

Z początku nie mógł się połapać w chaotycznych słowach tamtego. Pasterka. Autobus. 

Niby to przejechani, a Sobota sam, czworograniastym kluczem bił Zaleską w głowę, kiedy ten 
drugi  za  włosy  ją  trzymał.  „A  potem  przenieśli  wszystkich.  I  Władka,  co  żył,  choć  to  jego 
autobus  uderzył  i  jeszcze  go  przejechali.  I  autobus  w  rowie  został,  a  wszyscy  przysięgali 
tajemnicę”. 

Anusz wreszcie zaskoczył. To ta jego pierwsza umorzona sprawa. „Drogówka”. Pijany 

sprawca, ukradziony autobus porzucony w rowie... 

- Marnot - krzyknął uchylając drzwi - wołaj protokolantkę. 
Kiedy chłopak skończył relację, w kapitanie Anuszu obudził się instynkt opiekuńczy. 

background image

- Coś ty mizernie wyglądasz, mój mały, zawiozę cię teraz do domu. 
- Nie! - krzyknął panicznie chłopiec. - Do Wołania nie! Sobota mnie zabije, ojciec nie 

daruje... - był rozpalony. 

- No, nie bój się. W takim razie zostaniesz tu jeszcze godzinę i pojedziesz ze mną. Ty 

zostaniesz,  a  Soboty  już  we  wsi  nie  będzie.  Jadę  do  prokuratora  po  nakaz,  a  wy  tutaj  dajcie 
chłopcu herbaty, jeśli głodny, niech który skoczy do gospody, przyniesie coś do jedzenia... 
 

Kiedy Bolek po dwóch godzinach jechał z kapitanem Anuszem i sierżantem Mamotem 

do Wołania, już trzęsły nim dreszcze. Pamięta, że oficer pytał go jeszcze o przyczynę niena-
wiści Sobotów do Zaleskich, pamięta, że tłumaczył, że Zaleska mówiła, jak Sobotowa wynio-
sła cały kosz wędlin, gdy robili na wesele, pamięta, że oficer machnął ręką. 

- Bredzi coś malec od rzeczy. Lekarza mu przywieźć musimy. 
Tyle pamiętał. W dwa dni później, gdy opadła z niego gorączka, przesiliło się zapalenie 

płuc, dowiedział się od ojca, co narobił. „Sobota aresztowany. Długo nie pożyjemy”. 
 

Kiedy Bolek jeszcze leżał w gorączce, czuwającą przy nim matkę ocknął jakiś dziwny 

łomot, a właściwie brzęk, jakby coś stuknęło o szybę i przepadło. „Jakby diabeł pazurami po-
ciągnął” - zdawała sprawę obudzonemu mężowi. Stary naciągnął spodnie, wdział marynarkę, 
zapalił  lampę  i  powiesiwszy  ją  na  jednopalczastej  ręce,  w  drugą  wziął  siekierę  i  wyszedł  na 
podwórze. Nikogo. Podszedł bliżej okna i wtedy coś na ciemnej ziemi pojaśniało. Schylił się i 
podniósł  srebrzącą  się  monetę:  złotówka.  Obok  druga  i  trzecia.  Niedaleko  znowu  parę  mo-
net... Zdjęty lękiem zbierał je, nic na razie nie rozumiejąc. Wrócił do izby, wyłożył znalezisko 
na  stół.  Kiedy  naliczył  dwadzieścia  dziewięć  srebrnych  krążków,  zbladł  i  nic  do  żony  nie 
powiedziawszy wziął lampę i wyszedł ponownie w noc. Długo nie zabawił. Wrócił, dołożył 
trzydziestą monetę. 

- Trzydzieści... - oznajmił patrząc żonie w oczy. Na czole miał krople potu. 
- No i co, że trzydzieści? 
- Srebrników. Judaszowe srebrniki. Żeśmy Sobotę wydali. Mimo przysięgi. Trzydzieści 

srebrników... 

Pobożna  była  wieś  Wołanie.  Każdy,  jaki  by  nie  był,  słowo  boże  rozumiał.  Ktoś  w  ten 

sposób przypomniał o zdradzie Bolka. Przypomniał i pogroził. 

Jan  raz  jeszcze  wyszedł  z  domu.  Bolkowa  matka  podeszła  do  okna.  Szedł  do  stodoły. 

Musiał się upić. Teraz ze strachu. 

Wieś  milczała.  Wszyscy  wymienieni  przez  Bolka  Błachno  świadkowie  solidarnie  po-

twierdzili swoją obecność na pasterce. Razem wracali do domu. Kto by miał sana prowadzić, 
skoro Franek Kozioł spity do nieprzytomności został w kościele. A zresztą kto to naopowia-
dał?  Ten  mały  Błachno  przecież  jest  zdesperowany.  Tak  Wołanie  przezywało  wariatów, 
pomyleńców. Wiadomo nawet, kiedy się stał nienormalny. Chociaż tak w ogóle to był chyba 
od początku. Bo jaki chłopak na wsi zamiast się uczyć albo przy gospodarce pomagać, będzie 
stroił  jakieś  latawce,  co  same  bez  wiatru  latają.  I  przez  te  latawce  jeszcze  się  pogorszyło. 
Trzeba przyznać, że pewnie od tego czasu złość ma na Sobotów i z tej złości wszystko wymy-
ślił.  Całą  tę  zbrodnię.  Bo  tak  naprawdę  to  Sobota,  tyle  że  Darek,  okrutnie  go  kiedyś  pobił, 
kiedy ten jego samolot w dobrze już odrośnięty  jęczmień ozimy wylądował i chłopak udane 
zboże podeptał. Ale jaki gospodarz by się nie zdenerwował. I uderzył go wtenczas w głowę za 
mocno. Boluś omdlał nawet i stąd takie zdesperowanie. Historia wracała w zeznaniach świad-
ków z dziwną regularnością, a że w sprawie już pojawił się adwokat, sam prokurator namó-
wiony  przez  Anusza  zawnioskował  psychiatryczne  badanie  chłopaka.  Mały  Szeryf  -  tak  go 
nazwał  kapitan,  który  „uwierzył”  chłopcu  od  początku,  przyjął  nawet  perspektywę  wyjazdu 
na badania z ulgą. Anusz mógł się domyślać, że żyje we wsi pod ogromną presją. Podziwiał 
go. Czternastolatek biorący na siebie takie brzemię... 

background image

Ilekroć teraz przystawał u posłania Krysi, myślał o nim. Może prokurator miał rację, że 

zbyt „emocjonalnie” podchodzi do sprawy. Ostatnio uczynił nawet aluzję, że to kapitan „wy-
mógł”  na  nim  nakaz  aresztowania.  „Przedwczesny”  powiedział.  Ale  Anusz  nauczył  się  już 
Ornej  na  tyle,  by  przestać  się  dziwić  czemukolwiek.  Wiedział,  że  ostatniej  niedzieli  Wikary 
wygłosił  z  ambony  płomienne  kazanie  o  brutalnym  szykanowaniu  najwierniejszych  synów 
kościoła. Niby bez związku z tym samym przemówieniem znalazła się lista najofiarniejszych 
parafian, którzy fundują kościołowi „Dom”. Listę otwierało nazwisko Soboty. 

Potem  wielokrotnie  miał  przeklinać  pomysł  ze  sprawdzaniem  poczytalności  jedynego 

świadka. Ale ledwo wspomniał prokuratorowi, żeby uprzedzić w ten sposób manewr obrony, 
jako że adwokat Soboty był „firmowym” mecenasem wojewódzkim, ten przystał na to gorli-
wie. 

Bolek  wyjechał  na  obserwację  do  wojewódzkiego  miasta,  jak  na  radosną  wycieczkę. 

Bał się ojca. Stary sponurzał do reszty, przestał pracować, co wieczór pijany, wyklinał syna, 
że go „zgubił bez reszty”. Zdarzało się, że chłopiec noce spędzał na strychu. Matka chowała 
na zaplecze prowadzącą  tam drabinkę. Teraz będzie w mieście, a kapitan Anusz powiedział, 
że ci co go mają obserwować, to ludzie prawdziwie uczeni. Że na pewno będzie mógł z nimi 
pogadać i o budowaniu modeli, i o wielu innych ciekawych rzeczach. 
 
 
 

VII 

 
 
Przez cały ten czas, gdy Sobota siedział w areszcie śledczym, tylko raz jeden Proboszcz 

wdrapał się na ambonę. Nie bardzo dobrze dla Soboty wychodziło, co na kazaniu powiedział. 
Że każdy winien jest dać świadectwo prawdzie. Było to w tydzień, gdy zaczęli ciągać na prze-
słuchania tych, co ich mały Błachno wskazał, a oni zgodnie oświadczali, że nic nie wiedzą. Że 
razem w kościele i w domu, że żadnego autobusu. Ale i po tym kazaniu nikt się nie załamał, 
krzywoprzysięstwa  nie  popełnił.  Stary  Krzysztofiak,  co  w  autobusie  koło  Kapusty  był  sie-
dział, to się nawet po spowiedzi u Proboszcza upił i rozpowiadał o tym, jak wygarnął staru-
chowi, że z cudzych grzechów nie będzie się nikomu spowiadał. Każdy ma swoje grzechy, a 
ksiądz to ma pilnować, żeby każdy ze swoimi grzechami do kościoła chodził... Wieś przestała 
się u Proboszcza spowiadać. Zaczęli mówić, że głuchy, a komu pilno jest na głos swoje grze-
chy wykrzykiwać. 

Był Proboszcz wzywany do kurii. Wrócił jak po chorobie. Usłyszał tam o próbach na-

kłaniania z ambony do współpracy z policją i choć w pokorze zniósł słowa niesprawiedliwe, 
coś się w nim załamało. Nie będzie mówił biskupowi, że dla niego świadectwo czternastole-
tniego ulubionego ministranta i pomocnika przy pszczołach, pomylonego chłopczyny, szuka-
jącego  drogi  do  nieba  dla  swoich  latających  modeli,  więcej  znaczy  niż  zeznanie  przewodni-
czącej Koła Różańcowego, niż honor najpobożniejszej rodziny. 

„Dzieci u ciebie, Proboszczu, morduje się w łonie matki, a ty milczysz”. To już robota 

Wikarego.  O  tej  biednej  zgwałconej  Marychnie.  Pewnie  że  grzech,  ale  jak  nosić  dziecko  z 
gwałtu i przemocy zrodzone. Człowiek tylko jest człowiekiem, nie każdy jest ... - nasunęło się 
Proboszczowi bluźniercze porównanie, ale zmilczał na szczęście. Ciężkie dni przyszły na sta-
rego. Zamykał się w parafialnej kancelarii i przeglądał metryczne zapisy. „Sobota Jan urodzo-
ny... ochrzczony dnia...” 

„Kapusta Bronisław urodzony... ochrzczony...” 
Dawałem  im  imiona  świętych  w  imię  Boga  i  nic  nie  wskórałem  przeciw  wilczej  natu-

rze... 

Przyszło na starca to najgorsze. 

background image

Nie,  to  nie  jest  kryzys  wiary  w  Boga  -  upewniał  się,  gdy  słabnął  w  modlitwie,  gdy 

leniwe ciało odmawiało postu i umartwienia na intencję prawdy. Ale był to już na pewno kry-
zys wiary w siebie, w swoje życie. Nie wychował ich po bożemu. Może nie miał powołania. 
Za  dużo  przeżył  młody  żołnierzyk  po  kozackiej  szarży.  W  głowie  mu  się  pomieszało.  Jak 
Bolkowi  od  tego,  co  w  noc  pasterki  zobaczył.  Nie  widział  go  już  ksiądz  w  kościele  ani  na 
plebanii od zimy. No, ten raz jeden, co o przysięgę zapytał. A teraz w szpitalu na obserwacji... 
 

Orzeczenie  było  fatalne.  Nadmierna  pobudliwość,  skłonność  do  fantazjowania,  słaby 

stopień zrównoważenia... 

- Niechby jeden z tych mądrali pożył przez tydzień pod taką presją - wściekał się Anusz 

nad  urzędowym  arkuszem.  Adwokat  już  załatwiał  z  prokuratorem  warunkowe  zwolnienie 
Soboty... Był to niewątpliwy wstęp do umorzenia śledztwa. 

W dniu, gdy odwoził chłopca do Wołania, w chwili, gdy na dwa kilometry przed wsią 

mijali okwiecone owocowe drzewa, w miejscu, gdzie kończył się szpaler, a zaczynały bujne 
krzaki głogów, mały poprosił, żeby przystanąć. 

Wysiadł.  Stał  obok  Anusza,  sięgał  mu  do  ramienia.  Patrzył  na  te  krzaki  i  powiedział, 

robiąc gest ręką ku ziemi: 

- Tak były przygniecione przez autobus. Całą zimę leżały. A teraz krzaki się wyprosto-

wały i kwitną, a zbóje chodzą na wolności... 
 

I już wieś wiedziała, że nic Sobocie nie będzie. Rację mieli ci, co przykazywali milczeć, 

bo  on  wszystko  ma  załatwione.  Zięć  Kapusta  jeździł  nie  tylko  do  Ornej.  I  do  województwa 
trafił.  I  wszędzie szły węgorze wędzone, szynki  marynowane i świeże karpie na Wielkanoc. 
Każdy  już  tu  i  tam  dostał,  ile  trzeba.  Nawet  prokurator.  Tyle  że  ten  milicjant  się  uparł,  jak 
głupi.  Ale  co  z  tego.  Jego  cztery  kapitańskie  gwiazdki  na  całe  niebo,  co  się  sprawiedliwym 
opiekuje, to za mało. 

I wyszedł z aresztu śledczego zwolniony Jan Sobota, w noc, która potem nastąpiła stary 

Błachno powiesił się we wrotach swojej stodoły. 

Bolek,  po  tym,  co  widział  w  noc  pasterki,  jeszcze  musiał  zobaczyć  ojca  z  głową 

przechyloną na pierś...  Gdy  bliżej podbiegł,  wisielec wysadził ogromny  siny język. Chłopak 
pogroził pięścią ni to niebu, ni smużącym spokojnym dymem dachom Wołania. I tak się jakoś 
zrobiło, że nie miał kto zdjąć wisielca ze stryczka i czekał, dopóki sierżant Marnot nie nadje-
chał służbowym jeepem z Ornej. Chłopak gdzieś się schował. Błachnową taka słabość naszła, 
że ruszyć się nie mogła. I jeszcze do tego doszło, że pogrzebem musiał się zajmować kapitan 
Anusz. Wikary, pod presją Proboszcza, zgodził się na pochowanie denata  - bez księdza - na 
uboczu cmentarza, pod murem. 

Tego  dnia  właśnie  wieczorem,  gdy  został  sam  z  matką  przy  pustym  stole,  usłyszał  od 

niej  „na  przestrogę,  żeby  z  Subotami  nie  wojował”  opowieść  o  tym,  jak  ojciec  stracił  swoje 
cztery palce przy krajzedze. 

Jakby  już  na  dobre  diabeł  rządził  w  Wołaniu,  światło  zgasło  i  siedział  z  matką  przy 

cienkim  płomyczku  świecy,  którą  przeciąg  kładł  chwilami  poziomo  nad  stołem,  słuchając 
historii  o  duchach.  Bo  było  o  tych  pobitych  Żydach,  co  ich  wyorali  ze  dwadzieścia  lat  po 
wojnie... Pamiętał ten czas, gdy bali się pasać krowy na najlepszym wygonie, bo straszył tam 
każdy  krzak  jałowca  przebrany  przez  mgłę  w  widmowe  szaty,  bo  na  głos  sowy  zamierało 
serce  i  można  było  od  trwogi  pomylić  własną  mowę  z  cudzą.  Więc  ojciec  miał  kiedyś  nie-
szczęście powiedzieć, pijany, że na Sobotę to we wsi za oczy mówią „Szabas”, na pamiątkę 
tych Żydów pomordowanych. I zaraz tak się stało, że pogotowie jechać musiało do wypadku - 
krajzega  mu  cztery  palce  obcięła.  Wypadek  to  wypadek,  lekarz  potrzebny  nie  milicja.  Bo  i 
ona, matka, dopiero po latach się dowiedziała, który z Sobotów trzymał ojca, a który rękę mu 
pod krajzegę kierował... 

background image

„Kiedy powiedziałam po tych dwóch latach, co mi się przyznał w samiutkie Boże Naro-

dzenie, że ta krew jeszcze na nich spadnie, ojciec tylko mruknął: co to krew z moich palców, 
jak tamta w bagnach przelana obróciła mu się na bogactwo...” 

Bolek  podniósł  się  od  stołu.  Stanął  w  progu.  Gwałtowny  przeciąg  od  otwartych  drzwi 

zgasił świeczkę. Stał i patrzył w tę ciemność bez granic, gdzieniegdzie płomyczkiem naftowej 
lampy rozjaśnioną: to było Wołanie. 
 

Na drugi dzień po pogrzebie Błachny miał kazanie Wikary. Było o samobójcy, co sam 

na  siebie  potępienie  wieczne  ściągnął,  i  zaraz  potem,  że  choć  grzech  to  straszny,  ale  chyba 
jeszcze straszniejszy, gdy matka sama morduje dziecko w swoim łonie poczęte. Krzyczał zno-
wu Wikary, słowem Papieża straszył, aż wykrzyczał, że w kościele miejsca dla takich kobiet 
nie ma i Marychna wyszła przed kościelną bramę z twarzą bladą i zaciętą, podobno od razu 
pod kościołem powiedziała, że teraz to się odważy pokazać, kto we wsi jest prawdziwy mor-
derca i nie potrafią z niej, jak z małego Błachny, wariatki zrobić. Wygadywała w niedzielę, a 
we wtorek był ten pożar. Maj był suchy, aż strach było pomyśleć, co w tym roku wyrośnie... 
Jak ogień chwycił... 

Wszystko  to  było  mówione  dopiero  potem,  gdy  już  wystygły  zgliszcza.  Mówiono,  że 

zajęło  się  równocześnie  słomiane  poszycie  chałupy  i  siano  w  stodole.  Że  ojciec  Marychny 
tylko  „zmysłem”  ocalał,  bo  zamiast  szamotać  się  z  podpartymi  kołkiem  drzwiami  od  razu 
wywalił okno od zapłocia... Ale kto to może sprawdzić? Jeśli drzwi kołem zaparte, to kół się 
spalił  razem  z  drzwiami.  Szukać  podpalacza  można,  ale  znaleźć  się  nie  da  -  tak  dałoby  się 
określić stanowisko sierżanta Marnota. W sprawach wsi był dla komendanta autorytetem. 

Gdy  odblask  ognia  pobudził  ludzi,  paliło  się  już  całe  gospodarstwo.  Byli  tacy,  co  z 

uznaniem wspominali, że wiatr był „dobry” - nie gonił płomienia w stronę sąsiednich zabudo-
wań  tylko  w  pole.  Przynajmniej  wtedy,  jak  było  podpalane.  Bo  wieś  wątpliwości  nie  miała. 
Ale kiedy już słupy ognia ze stodoły i przytulonej do niej obory pojednały się z tym najwię-
kszym, co strzelał z chałupy, nie dało się dalej oglądać, bo wiatr się nagle odkręcił... Pierwszy 
to  spostrzegł  stary  Korona...  Najbliższy  sąsiad  spalonych  Gmochów.  Z  krzykiem  pognał  od 
pożaru Jagnę i swoją babę i za chwilę już siedział na stodole i lał z wiadra wodę na poszycie. 
Wzywał do pomocy sąsiadów, ale co bliższy sąsiad poleciał na swoje, swój dach moczyć, a 
dalej to w ogóle nie widział żadnego interesu i dalej jak się Gmochy palą oglądał.  Z inwen-
tarza  świnie  się  jakoś  rozbiegły,  ale  krowy  się  wyprowadzić  nie  dało...  Stara  Gmochowa 
lamentowała  do  nieba  o  sprawiedliwość,  ale  ogień  nie  patrzy,  kto  go  zapalił  i  po  co.  I  było 
tak,  że  na  jasnej  scenie  poruszały  się  bez  sensu,  chaotycznie  i  po  prostu  głupio  dwie  tylko 
postacie - Marychna i jej matka. Po prawdzie nie bardzo było i przy czym pomagać, ale i tak 
nikt by się specjalnie do pomocy nie rwał, bo ten, co podpalił, nie po to podpalał, żeby się co 
miało uratować i na pewno stał ramię w ramię z całą resztą i patrzył się, co kto wyrabia... 

Nad lamentami Gmochowej górował przez jakiś czas krzyk starego Korony, dyrygują-

cego ruchami swej baby i córki przy noszeniu wody... Jeszcze w tyle za nim poruszał się po 
dachu swej krytej gontem chałupy następny sąsiad, ale reszta nie uznała zagrożenia za istotne. 
W końcu Gmochy pobudowane były na skraju wioski. 

A  szkoda  -  uzupełniał  relację  z  pożaru  sierżant  Marnot,  przebywający  tam  razem  ze 

strażą  z  Ornej,  która  zdążyła  tylko  polać  zgliszcza  -  szkoda,  że  pana  kapitana  nie  było  trzy 
lata  temu,  żeby  mógł  pożar  prawdziwy  zobaczyć.  Poszły  cztery  gospodarstwa  od  północnej 
strony  Wołania.  Żeby  to  gasili,  może  by  i  dali  radę  ogień  utrzymać  przy  jednym,  ale  każdy 
wlazł tylko okrakiem na swój dach i swój wodą polewał, żeby się nie zajęło... Takie tu ludzie. 
A  co  do  podpalenia,  jeśli  było,  to  było  i  na  tym  koniec.  Nikt  o  podpalenie  skargi  nie  zgła-
szał... - wyraźnie radził, żeby nie podejmować sprawy daremnej. 

W  końcu  spaliło  się  tylko  jedno  gospodarstwo.  Już  na  zgliszcza  przyjechał  swoim 

trabantem Wikary. Coś chyba zrobił, jakąś litanię od ognia albo co, bo wiatr ucichł od razu. 

background image

No i poszło z dymem gospodarstwo rodziców Marychny, co się na własne dziecko targnęła. 
 

Choć teraz Bolek bliżej był matki, śmierć starego Błachny bardzo go odmieniła. Nie ten 

moment, gdy ujrzał długą wyciągniętą postać niby zatrzymaną w skoku nad ziemią, tą kaleką 
rękę z jednym palcem skierowanym teraz sztywno w dół. Tak odmieniła go chwila, gdy został 
naprawdę sam. Piach zasypał ojca. Żeby nie dwaj grabarze, byłby tylko on i matka. Pojął tam 
nie  tylko,  że  jest  sam,  ostatecznie  i  już  na  zawsze,  ale  to,  że  jest  sam  przeciw  ludziom  w 
Wołaniu. I że właśnie ma im udowodnić, że to ojciec, zasypany w pohańbieniu pod cmenta-
rnym murem, był sprawiedliwy, skoro sam sobie śmierć wymierzył. A nie oni. Ci, co nawet 
na  cmentarz  nie  przyszli.  Pochowali  się  ze  swym  strachem  po  domach,  kryli  ten  strach  w 
cichych szeptach, nagłych zamilknięciach, odwracaniu oczu. Bo od śmierci Błachny i pożaru 
Maryjki strach zgęstniał, stał się materialny jak ciemność, co to niby dotknąć się jej nie da, a 
ona  jest  i  straszy.  I  nie  wiadomo,  jak  to  było,  czy  Bolek  odsunął  się  od  swoich  szkolnych 
kolegów, bo ich głupota i nieświadomość nie była już na jego miarę, czy to oni słuchali rodzi-
ców, zakazujących im kontaktów z „wariatem”. Uczył się, jak zawsze, dobrze, a może nawet 
lepiej niż dawniej. Tyle że nieraz znikał na całe godziny z domu i często go ludzie widzieli w 
tamtej okolicy w pobliżu krzyża, który stara Zaleska postawić kazała za tymi krzakami głogu, 
co je „w wypadku” san do ziemi przygniótł. I choć bez żadnego zezwolenia ten krzyż stanął, 
to  jakoś  nikt  się  na  niego  podnieść  nie  ważył.  Ale  w  ogóle  też  nikt  tego  krzyża  nie  lubił. 
Nawet się ludzie bali. Mówili, że nocą tamtędy przechodzić jest strach. Stara Zaleska łaziła po 
wsi, żeby na majowe śpiewanie kogo namówić, ale jakoś nikt nie chciał. Dalej śpiewali przy 
kapliczce pod lasem. A krzyż stał całkiem sam w szczerym polu. 

Tylko Bolek pojawiał się tam od czasu do czasu. 
„Nie może to być, żebyś ty był, Boże, naprawdę, jak długo to jest tak, jak jest...” - tak 

zaczynała  się,  mówiona  na  stojąco,  bez  czynienia  znaku  krzyża  „modlitwa”  Bolka,  w  której 
upominał się o sprawiedliwość.  
 

Kapitan  Anusz  skończył  swoją  pracę  magisterską.  Już  robił  korektę  maszynopisu,  gdy 

zdarzyło się to, co się jeszcze w Ornej nigdy nie zdarzyło - włamanie do kościoła. Gdy tylko 
sierżant  Marnot  zameldował  o  sprawie,  komendant  wsiadł  z  nim  w  samochód  i  pojechał  na 
miejsce. 

- To  aż  takiego  bandytyzmu  trzeba  żeby  przedstawiciel  władzy  w  katolickim  kraju 

pojawił się w kościele. I to mąż kobiety tak wierzącej? - Wikary, choć człowiek młody, silił 
się na ton dobrotliwego żartu. Ale Anusz miał o nim wyrobione zdanie i bardzo sztywno po-
prosił o informacje na temat zdarzenia. O ile samo włamanie było najbanalniejsze w świecie, 
to „rabunek” wyglądał dość osobliwie. Sprawca wśliznął się przez wybitą szybę nad drzwiami 
- zrobił to młodociany - zaznaczył ksiądz, z naciskiem podkreślając rozmiary ramy... 

Choć rzeczywiście mogło to być dziecko, Anusz uciął krótko. 
- Wnioski  śledcze  należą  do  nas.  Mógłby  to  być  także  stary  dżokej  –  zakpił  -  oni  są 

bardzo drobni... 

Wikary  wybałuszył  oczy.  Anusz  zły,  że  wspomnienia  młodzieńczych  wyścigowych 

hazardów nasunęły mu głupie skojarzenia, uzupełnił oschle - Bywają ludzie dorośli, a raczej 
niewyrośnięci. O to mi chodziło... 

Włamanie więc najbanalniejsze, ale „rabunek” raczej osobliwy. Zginęły wota. Ale tylko 

jednego rodzaju. Medaliki Częstochowskie. „Na srebrnych łańcuszkach” - Wikary podkreślił 
ich wartość. 

- Ależ  ta  monstrancja  jest  też  ze  srebra...  -  oschle  przerwał  mu  oficer.  -  Albo  te  tam 

kielichy mszalne... 

- Sprawca bał się świętokradztwa - wyjaśnił apodyktycznie Wikary. 
- A te zaginione wota to nie świętokradztwo? 

background image

- Jest grzech i grzech. Nie na każdy się człowiek waży... 
Anusz nie mógł się powstrzymać, by nie dokuczyć młodemu zadufkowi. 
- A czy ksiądz wie, że osiemdziesiąt procent sprawców włamań do kościołów deklaruje 

się jako wierzący? Rozeznania dokonują w czasie „rutynowej”, jak to się u nas na służbie ma-
wia,  obecności  w  kościele.  To  nawet  sprawiedliwie,  że  rabują  kościoły  wasi  wychowanko-
wie... - zaczerwienił się, słysząc jak mówi rzeczy niedopuszczalne z punktu widzenia służby. 
- Przepraszam. Wracamy do rzeczy. 

Nakazał  Mamotowi,  by  spisał  protokół, zabezpieczył  ślady,  zebrał  odciski  daktylosko-

pijne... 

Pożegnał  Wikarego,  który  miał  asystować  tym  czynnościom,  i  ruszył  w  stronę  samo-

chodu. Nagle, tknięty jakąś myślą, odwrócił się i poszedł w stronę plebanii. Chciał porozma-
wiać z Proboszczem. Wiedział, że to był chyba jedyny człowiek, który poważnie potraktował 
zeznania Bolka Błachno. Miał relację o jego późniejszych kłopotach w kurii. 

Ale starego księdza nie było. 
- Jak tylko wyszło to włamanie, to proboszcz wziął laskę i poszedł. W stronę Wołania. 

Mówiłam, żeby się nie męczył, ale z nim to jest gadanie próżne - oznajmiła stara gospodyni. 

Anusz wsiadł w samochód i skierował go na wiejską drogę. Nie ujechał trzech kilome-

trów, jak zobaczył wysoką, choć już mocno przygiętą sylwetkę w czarnej rozwianej sutannie. 
Bo  wiatr  był  porywisty,  dzień  chłodny.  Czerwiec  w  tym  roku  nie  mógł  się  zdecydować 
przejść na stronę lata. 

Anusz  zwolnił.  W  ostatniej  chwili  wyłączył  nawet  silnik  i  wóz  toczył  się  własnym 

rozpędem naprzeciwko idącego wolno Proboszcza. Gdy przystanął, starzec się zdumiał. 

- Co za traf. Idę i myślę o panu - powiedział. 
- A  ja  jadę  po  pana  -  odrzekł  milicjant.  Wysiadł,  i  jak  dżentelmen  proponujący  damie 

przejażdżkę, obszedł samochód, by otworzyć przed nim drzwiczki. 

Ksiądz  zwalił  się  ciężko  na  siedzenie,  widać  bardzo  był  zmęczony.  Laskę  postawił 

między  kolanami.  Anusz  włączył  motor,  ale  gdy  wrzucił  wsteczny  bieg,  Proboszcz  zaprote-
stował. 

- Nie, nie, proszę jechać dalej, musimy porozmawiać. 
Wóz wolno potoczył się naprzód. Ksiądz prosił, żeby się nie rozpędzać. 
- Staniemy.  To  tutaj  -  powiedział,  gdy  wóz  przyhamował  na  brzegu  rowu,  po  drugiej 

stronie kłębiły się ogromne krzaki głogu. Za nimi stał nowy krzyż. Sławny krzyż Zaleskiej... 

Anusz myślał, że ksiądz mówi, że są na miejscu zbrodni, nazywanej do tej pory wypa-

dkiem, ale stary pokręcił białą głową. 

- Tutaj to wszystko znalazłem - oznajmił, sięgając  gdzieś w  głąb sutanny i  na wyciąg-

niętej ogromnej dłoni podał pęk medalików, splątanych srebrnymi łańcuszkami. 

Anusz  ostrożnie  wziął  ukradzione  wota.  Odsłonił  krwawiący  palec  księdza  i  głębokie 

zadrapanie na dłoni. 

- Nic  takiego.  Gwóźdź  też  wyrwałem  -  powiedział  cicho,  jakby  zwierzał  tajemnicę, 

której nikt więcej znać nie powinien. 

- Coś czułem... - powiedział niepewnie milicjant. Nie chciał pierwszy wymienić nazwi-

ska Błachny. 

- Kiedyś  zimą  znalazłem  taki  medalik  na  grobie  Władka  Zaleskiego  -  mruknął  stary.  - 

Jak tylko kościelny powiedział, co się stało, że zginęły tylko te wota... Szedłem do Wołania, 
żeby  porozmawiać  z  Bolkiem.  Przystanąłem  pod  krzyżem...  Chciał  wstrząsnąć  sumieniami 
tych, co przysięgali... 

- A może on chciał ich przestraszyć... zaszokować - zinterpretował sprawę po laicku w 

myślach Anusz. 

- I co teraz zrobimy? - spytał starzec. 
- Proszę księdza - powiedział łagodnie Anusz. - Ksiądz już swoje zrobił. Reszta należy 

background image

do mnie... 

- Jakby  wyszło  to  z  medalikami,  to  całkiem  chłopca  przerobią  na  wariata...  Albo  do 

domu poprawczego. Już nie wiadomo, co lepiej... 

- Niech ksiądz będzie spokojny. 
- Ale... - zaczął Proboszcz. 
- Niech ksiądz będzie spokojny... - powtórzył milicjant. 
Uważnie zawracał wóz na wąskiej drodze. 
Wysadził  księdza  na  zapleczu  plebanii  i  dopiero  wtenczas  zajechał  ponownie  pod 

kościół. Sierżant Marnot z czapką na kolanach siedział na murku. Zerwał się służbiście. 

- Czekam tylko na speca od daktyloskopii. Zaraz ma pobrać co trzeba i przyjechać. 
- Nie trzeba - powiedział kapitan.- Inaczej się zabierzemy do tej sprawy. 

 
 
 

VIII 

 
 

Szczęście  Franka  Kozła  zaskoczyło  co  mądrzejszych  ludzi  w  Ornej.  Prawda,  jego  do-

tychczasowe  mieszkanie  przypominało  chlew.  Było  to  zresztą  przystosowane  do  mieszkania 
dawne  murowane  pomieszczenie  gospodarcze.  Franek  Kozioł,  zakwaterowany  przed  laty 
„tymczasowo”, dorobił się dzieci i dalej tkwił na tym odludziu za ostatnimi budynkami Ornej. 
I nagle jest mieszkanie. Niby nie jakiś cud, bo M-3 na tyle luda, ale jest. Wprawdzie ostatnia 
burza całkiem zerwała dach Kozłowej rezydencji, ale i tak nie poszedł na żadne pomieszcze-
nie zastępcze, a od razu do nowych bloków. Koledzy się ucieszyli. Kto zazdrościł, ten się tym 
nie chwalił. Franek był „swój”. Załoga go lubiła. Jak wiózł ludzi do pracy, nie było, żeby nie 
przystanął,  jak  komu  było  po  drodze,  nie  patrząc,  czy  to  wyznaczone  miejsce,  czy  całkiem 
gdzie indziej. A w zeszłym roku, kiedy cała załoga miała jechać na akademię październikową, 
pojechała do lasu na grzyby. Franek sam zarządził. Pewnie, że był napity, ale nikt mu tego nie 
udowodnił. Główny księgowy, partyjny, a jakże, pokrzyczał w lesie, nawygrażał, ale w końcu 
sam  uciułał  pełen  foliowy  woreczek  prawdziwków.  Dyrektor  także  Franka  lubił.  Woził  go, 
gdy  jego  kierowca  był  na  chorobie.  I  tak  się  rozeszło  po  kościach.  A  smaczna  grzybowa 
starczyła na całą zimę. Więc pomogli mu na ochotnika przy tej przeprowadzce.  

Zresztą, co tam było do noszenia. Tapczan, dwa dziecinne łóżeczka. Potem w bloku, na 

czwarte piętro, to już było co dźwigać. Zwłaszcza szafa. Pękata okropnie, a nie do rozebrania. 
Wypili parapetowej ze dwa litry, Franek skąpy nie był i zostawili dziedzica na nowym mają-
tku. 

Nikt  by  się  nie  spodziewał,,  a  najmniej  sam  Franek,  jak  się  ten  dzień  paskudnie  skoń-

czy. Bo nadszedł w końcu wieczór i jak się ocknął z tego snu, co go nim wódka ukołysała, w 
mieszkaniu  już  było  nieco  uładzone,  dzieciaki  spały  w  jednym  pokoju,  tapczan  czekał  w 
drugim. No i on, jak to chłop, napity i trochę już wypoczęty, pomyślał o kobiecie. Tym razem 
żona była nawet chętna. Sama się rozebrała, ale kiedy sięgnął po prezerwatywę, powiedziała, 
żeby „to” zostawił. 

„Trzeciego bachora” nie będzie, oznajmił Franek. A ona mówi, że uważać nie musi, bo i 

tak  zaszła.  Jak  to  usłyszał,  zdziczał  z  miejsca.  Nowy  bachor  w  drodze  i  to  cudzy!  Przecież 
uważał. A nie zapomniał, że jak się dwa miesiące temu wczepiła we włosy Jagusi, darła się w 
jego stronę, że ona też potrafi na boku zabawę sobie znaleźć. No i widać znalazła. 

Bił długo i systematycznie. A do tej pory nie bijał. Może raz albo dwa, całkiem pijany. 

A teraz to od tej wiadomości wytrzeźwiał zupełnie. Przerywał tylko, żeby zapytać: „Powiesz 
czyje?”  I  lał  dalej.  Jak  stękała:  „Twoje!”,  lał  dwa  razy  silniej...  Aż  wreszcie  się  dowiedział. 
Ba, sprawdził pod światło, że nie kłamie. Podziurkowała mu nabożnie wszystkie prezerwaty-

background image

wy! 
 

Jeszcze na drogę do Krakowa, na mszę, co ją Papież z okazji pierwszej pielgrzymki do 

kraju odprawiał, musiała Kozłowa tak mocno twarz pudrować, jakby w worek mąki upadła, a 
i tak sińce było widać. I pojechała innym autobusem niż ten, co go Franek prowadził. 

Strasznie było uroczyście. Ubrani wszyscy jak na Wielkanoc. Wikary chorągwie kazał 

pobrać.  Sobota  opiekował  się  największą,  z  Panną  Najświętszą.  Gadanie  było  po  drodze 
różne. Na ogół takie więcej kościelne, ale Bolek słyszał i całkiem świeckie rozważania, że to 
premier Jaroszewicz właśnie był tak nieszczęśliwie umarł, że  wizyty papieskiej odwołać nie 
mogąc, rząd go w lodówce przechowuje, bo grzebać przy Papieżu komunistycznego dostojni-
ka nie uchodzi i inne takie wiadomości. 

Usiadł  tak  nieszczęśliwie,  że  znalazł  się  koło  Darka  Soboty.  Z  początku  niby  nic.  Nie 

mówili  do  siebie.  Tyle  że  on,  stary  już,  po  dwudziestce  przecież,  pierwszy  Bolkowi  powie-
dział „dzień dobry”. Widać było, że coś chce. Nie prędzej niż w połowie drogi mówić zaczął 
to  szeptem,  to  półgłosem,  żeby  nikt  inny  nie  słyszał.  Mniej  więcej  tak:  że  oni,  Soboty, 
całkiem Bolkowi za złe nie mają. Bóg go już sam samobójstwem ojca za złamanie przysięgi 
pokarał...  A  potem  wdał  się  Darek  w  takie  rozważania:  Bóg  mówi  w  dziesięciu  przykaza-
niach,  czego  nie  wolno  robić.  Nie  ty  przecież  zabijałeś.  Ani  nie  ja...  Ja  tylko  przysięgi 
pilnowałem... Przykazanie nie mówi, że nie wolno ci widzieć, ino, że robić nie wolno... Tak, 
że on, Bolek, nic z tym wszystkim nie ma wspólnego. A co do tego wariactwa, co go ludzie 
wrobili,  to  przecież  wie,  że  nieprawda.  Ja  sam,  jak  mnie  przesłuchiwali,  powiedziałem  pra-
wdę. Żem ci jednego kopa dał i ten model złamałem. Na kolanie swoim, przecież pamiętasz, 
nie na twojej głowie... 

Z tego co mówił, wychodziło, że powinna być zgoda i spokój. 
Mały  Błachno  słuchał  go  i  czuł  rosnące  podniecenie.  Taki  gospodarski  syn,  dorosły, 

właściwie  już  gospodarz,  siedzi  koło  niego  i  aż  łasi  się  jak  pies  do  miski.  Poczuł  nagły 
przypływ  pewności  siebie.  Miał  rację  kapitan,  że  sprawa  nie  skończona.  Że  prawda  zawsze 
wyjdzie. Bo czego ten tutaj tak się boi. Kiwał  głową i kiwał, że niby wszystko  rozumie, ale 
słowa ani jednego nie wypowiedział aż do samego Krakowa. 

Jakbyś wyszedł na pegeerowskie bezgraniczne pole, a co tam kłos, to tu człowiek. Łan, 

co się kończy aż tam, gdzie niebo zrasta się z ziemią. Przybyli dość wcześnie. Bolek, wędru-
jąc  z  całą  parafialną  gromadą  z  Wołania,  szedł  wyznaczonymi  w  kwadrat,  niczym  miedze, 
ścieżkami,  regularnymi  jak  dukty  leśne  w  nieprzebranym  murze  wysokich  młodników, 
widział ludzi - w tym, co mieli najlepszego, ubranych niedzielnie, trochę za ciężko na czas i 
taką  podróż,  i  tych,  których  postroili  na  ludowo...  Zanurzony  w  tej  jeszcze  mrukliwej  wciąż 
ciszy,  która  czekała  na  swą  pełnię,  na  przybycie  Namiestnika  Bożego,  ukorzył  się  wobec 
powagi  tej  chwili.  Prowadzeni  przez  służbowego  w  niebieskiej  furażerce,  przybyli  wreszcie 
do  swego  wyznaczonego  kwadratu.  Wciśnięty  między  obcych,  bo  stale  trzymał  się  nieco  z 
tyłu,  znalazł  sobie  miejsce  obok  pielgrzyma  na  inwalidzkim  wózku  i  kobiety  z  dwojgiem 
dzieci  na  ręku.  Widział „swoich”  z  Wołania  przed  sobą,  ale  był,  bezpieczny,  wśród  obcych. 
Czuł się tak, jakby być z nimi, znaczyło dać się zamknąć w zamkniętej celi... Bałby się, aby 
go  wśród  tamtych  nie  odnalazło  spojrzenie  Namiestnika  Bożego.  Ze  swego  miejsca  widział 
siwą głowę Soboty, nieco bliżej Franka Kozła, który się znalazł koło Jagny, jakby zapomniał, 
gdzie ludzi przywiózł i po co. 

No i przyszedł ten moment, gdy Papież, niczym biały ptak, rozłożył ręce nad tłumem, a 

struchlały chłopiec przeląkł się swej myśli, że skoro ksiądz Proboszcz mówił, że jest świadek 
nieprzekupny - Bóg był takim świadkiem - to przecież i jego Namiestnik powinien wiedzieć. I 
w chwili, gdy gest błogosławieństwa przytulił ludzi bliżej ziemi, przyszła myśl uparta, że nie 
wie, że błogosławi Sobotę i całą pielgrzymkę z Wołania, bo nie wie i wiedzieć nie będzie. Jak 
każdy zwykły człowiek. 

background image

Bolek był zmęczony. Przypomniał sobie zdanie  z zeszytu do religii Władka, często do 

niego zaglądał, jakby naoczne oglądanie błędów, czynionych przez przyjaciela utwierdzało go 
w  przekonaniu,  że  on  gdzieś  przecież  jest,  skoro  zostawił  takie  nabożne  świadectwo  swego 
istnienia... I przypomniało mu się teraz zdanie o „obowiązkach wyższego rzędu”, do których 
zalicza  się  „modlitwa  wspólna,  jako  że  człowiek  jest  istotą  społeczną  i  powinien  oddawać 
cześć Bogu publicznie i gromadnie”. Zrozumiał, że choć klęczy w sporej od nich odległości, 
to jest w gromadzie z Wołania, we wspólnym rzędzie z wiarołomnymi świadkami - jakby ten 
gest  błogosławieństwa  wpędził  go  do  wspólnej  z  tamtymi  celi.  Ten  człowiek  najważniejszy 
korzył  się  przed  Bogiem  u  ołtarza,  a  Bolek  znów,  cały  zbuntowany,  wycofywał  się  na  klę-
czkach ze strasznego szeregu, w którym mimo woli pobratał się w obliczu Boga z morderca-
mi. 

Po mszy był już od nich daleko w tyle, że tylko widział chwiejącą się chorągiew, niesio-

ną  przez  Sobotę.  Szedł  za  nią,  zmieszany  z  tłumem,  w  oddaleniu,  bacząc  tylko,  aby  się 
całkiem nie zgubić. Ale gdy zobaczył ich, wsiadających do tęgo samego sana... Gdy usłyszał 
głos Soboty, porządkującego szeregi, nagle odwrócił się i zanurzył w tłumie obcych. 

Matka Bolka narobiła trochę popłochu, że syna nie ma, czekali dość długo, aż przyszedł 

ktoś  inny  spóźniony  i  powiedział,  że  widział,  jak  chłopak  wsiadał  do  drugiego  autobusu,  w 
którym to ku wesołości wszystkich Jagna Korona spotkała się z Kozłową żoną. I pojechali. A 
matka w domu Bolka się nie doczekała. Nocą jeszcze wyruszyła do Proboszcza. Staruszek ją 
uspokajał, że tyle służby porządkowej miał kościół, że nikomu zginąć nie pozwoli, ale babina 
tak lamentowała, że dla jej spokoju zadzwonił jeszcze do kapitana Anusza. Ten obiecał, że o 
ile do rana rzecz się nie wyjaśni, to osobiście zajmie się sprawą i żeby się nie martwić. Sam 
porozmawiał  z  Błachnową,  której  Proboszcz  słuchawkę  musiał  trzymać  przy  uchu,  bo  nie-
zwyczajna była telefonu. 

Pojawił się na drugi dzień zmordowany. Nic matce powiedzieć nie chciał, jakim sposo-

bem się zgubił ani jak wrócił...  
 
 
 

IX 

 

 
Tego dnia, gdy zaadresował swą gotową do wysłania na uczelnię pracę, znalazł w biu-

rku  anonim.  Pisany  z  trudem  wołowatymi  drukowanymi  literami.  Ale  choć  anonim  z  reguły 
zasługiwał na wyrzucenie do kosza, ten wprawił go w nerwową wibrację. 

Nie sama sprawa - obrzydliwie codzienna - że naczelnik Ziemisty „pobrał” łapówkę i za 

sto tysięcy przydzielił mieszkanie Franciszkowi Kozłowi, szoferowi z Zakładów. Ale rozwi-
nięcie: Skąd ten Kozioł - kierowca tego sana, co nim popełnili morderstwo, wziął pieniądze? 

Otóż zdaniem „Anonima”: od Soboty je wziął „za tajemnicę”, jak tylu innych brało. Do 

tego „dowód”: oto Franciszek Kozioł sam dach w czasie burzy „upiłował”, aby upozorować 
katastrofę,  umożliwiającą  przyznanie  mu  „cudzego”  mieszkania  jako  pomieszczenia  zastęp-
czego. Ukartował to z przekupionym już naczelnikiem Ziemistym. 

Anusz myślał szybko. 
1.  Sprawdzić,  co  z  tym  dachem  w  opuszczonym  domu,  zajmowanym  uprzednio  przez 

Kozła. 

2. Zorientować się, kto z uprawnionych stracił mieszkanie na skutek machinacji nacze-

lnika. Ktoś z takich to będzie autor anonimu... 

O  ile  uda  się  udowodnić  łapówkę,  pozostaje  zmusić  Kozła,  aby  ujawnił  źródło  pocho-

dzenia pieniędzy i sprawę morderstwa można otworzyć od nowa. Nikt za darmo nie daje stu 
tysięcy. Za „tajemnicę” - owszem. Są zeznania Bolka Błachny. Teraz się uwiarygodnią. 

background image

Nagle przestało go obchodzić cokolwiek. Nawet „Pożyczki u Pana Boga” i magisterski 

egzamin. 

Pojechał  na  miejsce,  skąd  wyprowadził  się  kierowca.  To,  że  przejął  go  współczuciem 

obraz tego „mieszkania” nie przeszkodziło stwierdzeniu z satysfakcją, że ktoś, kto mieszka w 
takich warunkach może się posunąć daleko, aby te warunki zmienić. Bez trudu udało mu się 
ustalić,  że  krokwie  były  rzeczywiście  podpiłowane.  Trzeba,  żeby  to  jeszcze  stwierdzili 
eksperci. 

Czuł  nerwowe  radosne  podniecenie.  Chyba  nigdy  w  dotychczasowej  karierze  żadna 

sprawa nie miała dla niego takiego znaczenia. Musiał z kimś porozmawiać. Nie z żoną. Ona 
była już „ustawiona” przez Wikarego. Zupełnie się pogubili wzajemnie, zamiast zbliżyć się w 
nieszczęściu  z  Krysią...  Powinienem  zobaczyć  Bolka.  Czy  go  czasem  nie  złamali,  czy  nie 
spokorniał, czy i on nie zacznie kręcić... 

Głęboko go przejęła niedawna desperacka próba włamania się do kościoła, by ukradzio-

ne wota złożyć pod „sprawiedliwym krzyżem”. Rozumiał frustrację tego chłopaka, którego w 
myślach nazywał „Małym Szeryfem”, poczucie degradacji, wyniesione z nieudanej próby do-
wiedzenia światu naocznie poznanej prawdy o zbrodni. Nieraz myślał o lekkomyślności tych, 
co ferują wyroki, opierając się na sztampowo przeprowadzonych badaniach psychiatrycznych, 
gdzie potrzebne byłoby studium psychologa. No, ale on sam nie jest psychologiem, tylko - w 
tym wypadku - oficerem śledczym... 

Usiadł za kierownicą i ruszył w stronę plebanii. 
Proboszcz to jest ktoś, z kim można porozmawiać o Bolku. On będzie wiedział, co się z 

chłopcem  dzieje.  Tylko  nic  o  nowej  sprawie,  nic  o  nadziei,  bo  jeden  fałszywy  krok  na  tym 
bagnisku i znów wszystko przepadnie. 

Był  piękny  letni  dzień.  Stary  ksiądz  siedział  na  trzcinowym  bujanym  fotelu  z  lekturą 

rozłożoną na kolanach. Na widok gościa podniósł się ciężko i książka upadła mu z kolan. 

- Coś takiego. Taka świecka lektura... 
- Może  świecka,  ale  o  duszy  człowieka  -  powiedział  ksiądz  poważnie.  -  Zna  pan 

„Dezintegrację pozytywną”. 

- Niech  ksiądz  tylko  nikomu  nie  mówi,  że  zna  milicjanta,  co  czytał  Kępińskiego,  bo 

ludzie nie uwierzą - zażartował. - A ja chciałem pomówić o Bolku Błachno... 

- Czy  pan  wie,  że  był  u  mnie  w  zeszłym  tygodniu  -  powiedział  ksiądz.  -  Przyszedł, 

zdejmując  czapkę,  niby  normalnie,  jak  się  przychodzi,  trzeba  się  przywitać...  Ale  niech  pan 
siada - Proboszcz rozejrzał się bezradnie za drugim siedzeniem. 

- Już - Anusz przycupnął na filarku kamiennych schodów. 
...  No  więc,  co  to  mówiłem  -  Proboszcz  ciężko  usiadł  na  fotelu...  -  Ano,  zdejmuje 

czapkę po bożemu, ale na głowie z włosów sobie coś wyplątuje... Padalca przyniósł. Żebym 
mu powiedział, co to jest. Bo, że nie jadowite, to on wie... Choć wszystko to niby stworzenie 
boże, ale do gadów mam awersję... Więc mówię, puszczajże tego padalca tam w krzaki pod 
płot...  A  nie  brzydzi  cię  to  ani  trochę?  ...A  on  do  mnie  w  takie  słowa:  „Ludzi  się  brzydzę, 
proszę  księdza  Proboszcza...  A  poza  tym  w  ręce  nieść  się  nie  da,  bo  się  wymknie,  a  ludzie 
powiedzą, żem, wiadomo, wariat, żmije do ręki bierze. A tak. Ja czapki przed nikim w Woła-
niu  teraz  nie  zdejmuję...”  -  Byłbyś  jak  święty  Franciszek,  Bolku,  mu  powiadam,  ale  tamten, 
choć kochał zwierzęta, ludzi się nie brzydził. - „Bo nie znał tych z Wołania”. Tak mi powie-
dział. 

- Właśnie  o  nim  chciałem  porozmawiać.  Bo  nie  jest  wykluczone,  że  cała  sprawa  teraz 

wróci... Czy on będzie miał siłę...? 

- Siły  w  tym  chłopcu  jest  tyle,  że  tylko  podziwiać.  Wie  pan  przecież,  że  byli  na 

pielgrzymce na mszę, co ją Ojciec Święty na  Błoniach odprawiał.  I  wie pan, że wrócił sam. 
Nie chciał wsiąść do autobusu z Wołania. Na drugi dzień matka do mnie go prowadzi. Żeby 
pokazać,  że  wrócił.  Może  panu  powie,  jak  wrócił,  bo  mnie  nic  powiedzieć  nie  chce.  No  i 

background image

miałem  z  nim  rozmowę  ciekawą.  Pyta  ci  on  mnie  mniej  więcej  tak:  -  Jakby  kto  i  wierzył  w 
Papieża, to on wszystkiego nie wie, jak niby Pan Bóg... I on teraz zawsze podkreśla to „niby” 
albo „jakby kto wierzył”, że sam wiarę stracił. „Albo Boga nie ma, albo ci z Wołania to nie 
chrześcijanie”  - powiedział... Więc pytam, o co  ci chodzi z tym Papieżem. Przecież to tylko 
człowiek - mówię - choć Namiestnik Chrystusa... - Tak też myślałem - on na to – inaczej nie 
mógłby błogosławić... - Kogo? - pytam. - Ludzi z Wołania. On się nie ugnie, panie kapitanie, 
on będzie zawsze dawał świadectwo prawdzie. Wie pan, co mi wtenczas, w miesiąc może po 
tym nieszczęściu w noc pasterki, powiedział? Mniej więcej tak: Jest taka wiara nieprawdziwa, 
że bydlę mówi w tę noc głosem ludzkim, a naprawdę to w tę noc ludzie zamilkli jak bydlęta. 
Dziwny  to  chłopak.  Nieprzeciętny.  Ale  bardzo  trudny  czas  przeżywa.  Chciałbym  zobaczyć 
jego zwycięstwo. 

- Zobaczy ksiądz Proboszcz - zapewnił Anusz. Ale stary uśmiechnął się smutno. 
- Już chyba nie doczekam. Pora myśleć o śmierci. 
- Według wiary, kto sprawiedliwy, nie musi się bać życia pozagrobowego - uśmiechnął 

się Anusz. 

- Proszę nie żartować. 
- Ksiądz przecież wierzy. 
- Służę tylko ludzkiej nadziei. A co do wiary, są chwile, że wierzę mocno i prawdziwie i 

zawsze się wtedy modlę o pana córeczkę... A także o pana żonę. Bo stoi przed ciężką próbą. 
Widzi  pan,  ja  uwierzyłem,  gdy  mnie  Bóg  wysłuchał  w  ciężkiej  potrzebie.  A  ona,  gdy  tylko 
Bóg  jej  pozostał  jako  nadzieja.  I  co  się  z  nią  stanie,  gdy  jej  sprawiedliwe  błagania  nie  będą 
wysłuchane? Czy można ją potępiać, jeśli straci wiarę? Gdy jej dziecko przestanie oddychać... 
Wasze dziecko... - poprawił się, spłoszony. 

Anusz  patrzył  na  starca  nieruchomo.  Nie  wiedział,  co  powinien  powiedzieć...  może: 

Bóg zapłać!? - ale wiedział, że wszystko, co powie, będzie śmieszne.  
 

Nagle pękł żelazny łańcuch milczenia, wiążący Wołanie. Wystarczyło, że Anusz, wzią-

wszy się ponownie do śledztwa, skojarzył prawidłowo datę powtórnej przysięgi u Soboty, tej, 
z której uciekłszy, Bolek pojawił się w gorączce na posterunku, z faktem, że zbój, szantażo-
wany przez Franciszka Kozła, zdał sobie sprawę, iż ktoś, choć zaprzysiągł milczenie, sypnął 
sprawę  kierowcy.  Ustalił  hipotetyczną  datę  rozmowy  i  wymuszania  i  wówczas  zagrał  va 
banque

Najpierw  Franciszek  Kozioł  obejrzał  wynik  ekspertyzy  sprowokowanej  przez  siebie 

„burzowej  katastrofy”,  po  której  otrzymał  „awaryjne”  mieszkanie,  potem  dowiedział  się, 
którego  dnia  i  jakiego  miesiąca  wymusił  na  Sobocie  pieniądze  za  dotrzymanie  tajemnicy  i 
wreszcie  poznał  alternatywę:  albo  odpowiada  jedynie  za  przekupstwo,  albo,  milcząc,  okaże 
się wspólnikiem morderców i wtenczas jeszcze trzeba będzie się przyjrzeć, jak to było z tym 
jego sanem. Wiemy wszystko. 

Pękł od razu. Gniewał się tylko na słowo szantaż. Jaki szantaż? Wszyscy forsę brali za 

milczenie, tylko mnie się nie należała? A dwoje dzieciaków na jednym wyrku patrzy, jak się 
trzecie robi... Po spisaniu pierwszego zeznania kapitan Anusz uwierzył, że tym razem sprawy 
nie puści. Jest już koronny dowód, że Sobota kupował milczenie ludzi. Nie miał wątpliwości, 
że przy następnym spotkaniu z aresztowanym dowie się od Kozła, kto zdradził mu tajemnicę. 
Teraz zeznania  Bolka  Błachny zyskają potwierdzenie. Gdzie są pieniądze, jest przekupstwo, 
teraz już nie ma mowy o „wariatach”, jest po prostu sama naga prawda. 

Z  naczelnikiem  Ziemistym  nie  poszło  tak  łatwo.  Po  pierwszym  przesłuchaniu  Franka 

Kozła, jeszcze zanim uzyskał sankcję prokuratora, wybrał się do niego wieczorem do domu. 

Naczelnik był pijany. Wystraszył się wizyty milicjanta do tego stopnia, że Anusz pomy-

ślał,  że  musi  już  wiedzieć  o  aresztowaniu  swego  kontrahenta.  Ale  po  pierwszych  chwilach 
paniki  zaczął  nadrabiać  miną.  Jako  że  gość  pozwolił  mu  się  „zagotować”.  Powiedział,  że 

background image

chciałby  porozmawiać.  Tak,  ogólnie,  o  Ornej,  a  szczegółowo  o  Wołaniu.  To  Wołanie  nieco 
odprężyło gospodarza. Jął opowiadać ochoczo, cofając się jeszcze w czasy wojny... Bo trzeba 
wiedzieć,  że  był  to  naczelnik  nie  lada  jaki.  Taki  bardziej  „zbowidowy”.  Anusz  nie  odmówił 
kieliszka.  Teraz  decydować  się  miało  tempo  przyszłej  wielkiej  sprawy.  Banalna  kwestia 
łapówy była przecież tylko przesłanką do dużej sprawy. 

No i doszło do pytania o mieszkanie Franka Kozła. Naczelnik, choć miał w czubie, był 

na razie bardzo opanowany. 

No cóż, wypadek z tą burzą, a że człowiek ma te dzieciaki, pracownik wzorowy... 
Tutaj Anusz odchrząknął i oznajmił, że wiele o nim nie wie, ale ta noc, gdy ukradziono 

sana, a pijany kierowca przenocował po pasterce, śpiąc w ławkach kolektorskich, nie wysta-
wia przecież najlepszego świadectwa... 

- Do tego to ja nic nie mam. Dla mnie decyduje opinia, wystawiona z miejsca pracy. 
- A jak to było z tym zawaleniem dachu? 
- Jak miało być. Zawalił się, każdy widzi. Można obejrzeć. 
- No,  na  nieszczęście,  obejrzano  dokładnie.  Panie  naczelniku,  albo  od  razu  dojdziemy 

do sedna, to znaczy, do wysokości sumy, jaką pan otrzymał od Kozła i wtenczas może da się 
załatwić na początek, by odpowiadał pan z wolnej stopy, albo... 

- Co pan sobie myśli! Obrażać człowieka. Ja, kochany towarzyszu... Co to znowu! Jest 

pan za młody... Ja dla Polski wywalczyłem Ziemie Zachodnie... 

- Ale teraz mówimy nie o granicach państwa, a o granicach prawa karnego. 
Nagle wypity alkohol wyparował z niego nieprzytomną agresją. Musiało być tego spo-

ro. Po prostu pił od chwili aresztowania Franka Kozła. Wiele już godzin. 

- Pan  jest  za  młody,  żeby  mnie...  Jak  wy,  młodzi,  wywalczycie  dla  Polski  Ziemie 

Wschodnie, wtedy możecie do nas... Wtedy będziemy gadać, jak równy z równym... 

Anusz  się  nie  upilnował.  Cudowna,  jak  wymyślona  przez  komediopisarza,  esencja 

ostatniego monologu na temat granic wyzwoliła w nim po prostu śmiech. 

Ziemisty  osłupiał.  Patrzył  w  otwartą  gębę  i  nagle,  uznając,  że  widocznie  milicjant 

pozwolił sobie na makabryczny żart, sam roześmiał się z ulgą. 

Takiego śmiejącego się poprosił do samochodu. 
- Będziemy musieli to i owo sobie zapisać... 

 

Tym razem postanowił uderzyć na tyle szeroko, by raz na zawsze przeciąć pętlę strachu, 

dławiącą  Wołanie.  Więc  nie  tylko  Jan  Sobota,  ale  i  syn  Dariusz.  I  Bronisław  Kapusta.  Cała 
trójka  oskarżona  w  zeznaniach  Bolka  Błachno.  I  jeszcze  dwóch  wiarołomnych  świadków, 
którzy kłamali w zeznaniach przed sądem. Tych najbardziej we wsi „szanowanych gospoda-
rzy”. 

I  znalazł  się  wreszcie  w  obliczu  sprawy  uporządkowanej  konsekwentnie,  zamykającej 

się  logicznie.  Tylko  jej  „zdumiewające  poczęcie”.  Teraz  każdy  z  przesłuchiwanych  świa-
dków,  pytany  o  motywy  zbrodni,  mówił  to  samo!  Soboty  się  zemściły  na  Zaleskich  o  to 
„mówienie”.  A  więc  ukradziona  w  czasie  przygotowań  do  wesela  wędlina  i  mord  na  tych 
ludzkich  istotach!  To  wszystko,  co  kładło  się  niekiedy  cieniem  wątpliwości  na  zeznaniach 
Bolka  w  czasie  pierwszego  podjęcia  sprawy,  teraz  było  „oczywiste”.  Na  pytanie,  jak  można 
było dopuścić się zbrodni przy tylu świadkach, któryś z Wołania powiedział: przecież świadki 
były potrzebne, bo to było zrobione dla świadków, żeby wieś  wiedziała, kto rządzi i kto ma 
prawo! 

Prokurator tym razem nie marudził. Do starych zeznań Bolka dochodziło oświadczenie 

Franciszka Kozła, że Sobota dał mu „bez oporu” za milczenie sto tysięcy złotych i co najwa-
żniejsze, nazwisko Jagny Korony, która mu o sprawie morderstwa opowiedziała i jeszcze to, 
ile też każdy świadek „za ciszę” od razu na miejscu dostał. Co z tego, że owa Jagna twardo 
zaprzeczała  na  przesłuchaniu,  skoro  Anusz  na  drugi  dzień  sam  wygrzebał  następne  słabe 

background image

ogniwo łańcucha zaprzysiężonego kłamstwa: Marychna Gmoch, eks-narzeczona Darka Sobo-
ty.  Ta,  która  chciała  wytoczyć  sprawę  o  gwałt,  zerwała  zapowiedzi,  a  potem  się  „spaliła”. 
Kiedy  jej  powiedział,  że  chciałby  wdrożyć  sprawę  o  podpalenie,  bo  widzi  związek  między 
pożarem a jej zerwanym narzeczeństwem... Rozumie, że nie mogła być żoną człowieka spla-
mionego  taką  zbrodnią...  i  na  dodatek  gwałciciela.  Obie  te  sprawy  -  i  pożar,  i  gwałt  -  wyjść 
muszą  przy  wielkiej  sprawie  morderstwa.  Gdy  usłyszała  odczytane  zeznania  Franciszka 
Kozła, powiedziała: dobrze. 

Anusz nie odpoczywał. Przy trzecim doprowadzeniu Jagna Korona, której przeczytano 

zeznania Marychny, pękła. 
 

Obudził się nagle. Noc otarła się o tamtą sprzed lat... Jakby między nimi nie było tych 

tysięcy powszednich dni. Tych, w których ludzie przecierali oczy, nie wierząc, że to już ko-
niec, tych, w których wracali do domu ci z lasu i choć świat obrócił się niemal na swoje prze-
ciwieństwo,  wracali  do  dawnych  obyczajów,  narowów  i  grzechów  powszednich  Wołania... 
Wróciła tamta noc. Proboszcz podciągnął wyżej poduszki, oddychało mu się niedobrze, jego 
stare  ciało  przewidywało  nieomylnie  nadciąganie  dokuczliwego  niżu.  Wrócił  myślami  tam, 
do  podziemi  swojego  kościoła.  Do  tej  nocy,  gdy  Aptekarz  puka  w  szybę  plebanii.  A  tamte 
dwie  -  żona  i  córka,  tulą  się,  niewidoczne,  do  krzaków  bzu.  Zanosi  się  śpiewem  słowik. 
Rąbek  księżyca.  Sielska,  piękna  noc...  I  słowa  Żyda.  Że  rozpoczęli  wywózkę.  Mężczyzn 
oddzielnie... Dopiero po tygodniu ludzie z Wołania odkryli te świeżo zasypane doły dziesięć 
kilometrów w głąb lasu... ot, cała „wywózka”. 

Proboszcz  wciąga  ich  do  mieszkania.  Ile  to  pokojowych  nocy  przegrali  przedtem  w 

brydża  razem  z  Aptekarzem  i  synem  dziedzica,  nim  przyszła  wojna...  Jeszcze  Mecenas  z 
córką  poszedł  do  Wołania.  Chyba  do  Soboty,  bo  tego  chłopa  znał  dobrze,  od  lat  prowadził 
jego  niekończący  się  proces  o  działy  rodzinne.  Tak  powiedział  Aptekarzowi.  Że  nie  mogą 
wszyscy schronić się do księdza... Proboszcz w myślach przyznaje mu rację. Głośno tego nie 
powie, ale wie, że musi się strzec nie tylko Niemców. „Swoich” musi się strzec także. Więc 
podziemie.  W  dużym  kościele  to  się  zwie  kryptą.  Tutaj  to  raczej  obszerna  piwnica.  I  całe 
miesiące... pół roku... Córka Aptekarza nauczyła się grać w brydża i Proboszcz chodząc tam 
czasami,  by  rozegrać  przy  łojówce  roberka  „z  dziadkiem”,  jak  się  zwie  partia  we  trójkę,  z 
mistyfikowanym  czwartym  partnerem.  „Zofijka”  tak  po  polsku,  po  katolicku,  ochrzcił  ją 
Aptekarz - nic nie pomogło - musi się kryć w piwnicy - więc Zofijka bardzo jest zdolna. Gra 
już  chyba  lepiej  od  obu  starych...  Potem  będzie  profesorem  matematyki  w  Stanach...  Będą 
Proboszcza  zapraszać  do  grona  „sprawiedliwych  wśród  narodów  świata”,  proponować,  by 
sadził  pomarańczowe  drzewko  w  Jerozolimie,  ale  on  nie  pojedzie,  bo  pilnuje  tu  sadzenia 
wiśni przez swoich grzeszników w Wołaniu. We wsi ktoś nazywa za oczy Sobotę „Szabas” i 
krążą głuche wieści, a potem po latach ta melioracja i kości, które już nic nie powiedzą. A w 
podziemiu kościoła jest już ciaśniej. Dwóch jeńców radzieckich, zbiegłych z obozu... Bolsze-
wicy  i  Żydzi...  -  myśli  ksiądz  o  swoich  lokatorach,  ale  wie,  że  w  świątyni  jego  Pana  jest 
miejsce dla każdego człowieka... Boże. Wojna światów. Przewalają się armie. Miasta padają 
w  gruzy,  w  podziemiach  kościoła  w  Ornej  czterech  przy  brydżu.  Ten  smagły,  wysoki 
bolszewik  siedział  i  patrzył,  gdy  grali  „z  dziadkiem”,  aż  po  tygodniu  zapytał,  czy  mogą 
rozdać  mu  karty.  Sam,  bez  żadnego  gadania,  z  samego  patrzenia  się  nauczył.  Inżynier  z 
Moskwy.  Był  w  Ornej  w  dziesięć  lat  po  wojnie,  przyjechał  w  delegacji  jakiejś  na  zjazd 
Bojowników  o  Wolność  i  Demokrację...  Pokazywał  fotografię  córki  i  żony.  Mówił  do  księ-
dza, że go znają, jak on sam go znał i pozdrawiają... Bolszewik, a swój, niczym brat, a może 
niczym kościelny... 

Proboszcz  roześmiał  się  w  ciemności.  Dziwny  świat.  Ale  i  dziś  czas  nie  łatwiejszy  do 

zrozumienia niż tamten wojenny. 
 

background image

Wrócił  myślami  do  sprawy  zabójstwa  Zaleskich.  Wiadomość  o  ponownym  otwarciu 

sprawy morderstwa w noc pasterki poruszyła go do głębi. Pamiętał jego przybycie w zimie z 
Władkowym  zeszytem  do  religii  i  zagadywanie  o  moc  przysięgi.  Żebym  był  wtedy  umiał 
dopatrzeć się w nim tej męki, z którą chodził. Przecież już potem, po sprawie i po orzeczeniu 
psychiatrów  o  „ograniczonej  poczytalności”,  przychodził  nieraz  na  plebanię.  Ale  jak  otwo-
rzyć  duszę,  którą  złe  siły  zamknęły  przed  drugim  człowiekiem.  Lubił  mnie.  Ale  nie  na  tyle, 
aby uwierzyć, że ja jeden będę tym sprawiedliwym, przed którym może otworzyć duszę. Na 
zawsze chyba skaleczoną przez zbrodnię, a potem przez głupotę ludzkiej uczoności. Pamiętał, 
jak  w  czerwcowe  południe  obrywał  z  chłopcem  płatki  dzikiej  róży  do  swojej  tradycyjnej 
wieloowocowej  nalewki...  No  tak...  trzeba  wstać  i  nalać  sobie  kieliszek,  może  się  lepiej  za-
śnie... 

Mój Boże, gdzie ten czas, gdy latem na wakacjach pomagał zaprzyjaźnionym ludziom 

„po  cywilnemu”  sprzątać  pokos  siana  i  sam  ładował  widłami  na  kopiastą  furę...  Teraz  chło-
piec musi pomagać mu zrywać płatki róży... 

Wstał, zapalił światło i podreptał do kredensu. Spojrzał w lustro. W piżamie wydał się 

sobie  jeszcze  wyższy  i  jeszcze  wyraźniej  widać  było,  jak  bardzo  się  garbi.  Nalał  kieliszek... 
Parę kropli się przelało. Dłoń się trzęsie... Usiadł w fotelu i powąchał napój... 

- Człowiek jest gorszy niż owad, żeby się pożywić, musi krzywdzić... - taki oto aforyzm 

usłyszał  od  tego  czternastolatka,  gdy  spędził  pszczołę,  zbierającą  nektar,  aby  oskubać  te 
płatki. Dziwny chłopiec. Żeby taki miał powołanie, byłby wspaniałym kapłanem. Ale ludzka 
zbrodnia,  której  świadkował,  odrzuciła  go  chyba  zbyt  daleko  od  człowieka.  Kapitan  Anusz 
twierdzi,  że  on  będzie  latał...  Że  skoro  te  modele  i  tak  dalej,  niech  po  maturze  studiuje  i 
będzie  lotniczym  konstruktorem.  Ale  jak  się  zdaje,  ta  katastrofa  i  to  w  nim  zniszczyła.  Nie 
mówił ani ludzie nic nie mówili, żeby znowu majsterkował. Że też Bóg zesłał mnie do Woła-
nia i na koniec drogi dał taki krzyż do dźwigania. Ja ich chrzciłem. Ja im w imię Boga dawa-
łem imiona... - ta myśl, w takiej formule nawiedzała go co dzień w porze wieczornej modli-
twy i co dzień miotała nim między pokorą a buntem. Pokora, bo znać nie podołał, nie potrafił 
wychować po chrześcijańsku i bunt, bo czyż nie zrobił wszystkiego... Ufali mu przecież. Był 
czas przed laty, gdy chciano go stąd przenieść, cała wieś pielgrzymowała wtenczas do kurii. 
A  co  teraz?  Pewnie  jest  głuchy,  ale  nie  dlatego  przestali  się  u  niego  spowiadać.  Przecież 
Marychna przyszła. Po tym nieszczęściu, jak ją spalili. Jej grzech to ludzki grzech, ale to co z 
nią zrobili, nieludzkie... 

Boże,  nie  dopuść  zwątpienia.  Umrę  w  wierze,  jak  w  wierze  przeżyłem  życie.  Cóż  z 

tego,  że  jakiś  Wikary...  Różnie  z  powołaniem  bywa.  Mówiła  potem  Marychna:  rozpytywał 
mnie, czy, choć gwałcona, rozkosz odczuwałam. Ja do niego, że nie mogłam na świat dziecka 
mordercy  wydać  -  a  on  mnie  pyta...  Płakała  dziewczyna  u  konfesjonału  i  dobrze,  że  nie  wi-
działa w ciemności łez, jakie toczyły się po policzku jej Proboszcza. Za stary już człowiek na 
ludzką podłość, a może i za stary, żeby zrozumieć męskie ognie, co w takiej ciekawości spo-
wiednika grzesznie buzują. Za stary, żeby zrozumieć i za słaby chyba, żeby po chrześcijańsku 
wybaczyć. Już nie małe grzechy młodego sługi bożego, ale wielki grzech Wołania. Straszne 
milczenie Wołania. I to, że kapłan mógł podobno mówić to samo, co mówił ludziom Sobota - 
że z cudzego grzechu nikt się spowiadać nie musi. Kto by się z cudzego publicznie w sądzie 
spowiadał,  donosicielem  będzie  i  tyle.  Przecież  i  do  niego  Wikary  mówił,  że  lepiej,  żeby 
żadnej sprawy nie było, bo dla parafii wstyd i z Domem pójdzie trudniej, i że Sobota przecież 
chorągiew  nosił...  No  i  poniósł  po  wyjściu  z  więzienia  z  powrotem.  Prawda,  że  zwolniony, 
ale... 

Proboszcz  drgnął.  Zegar  uderzył  trzy  razy.  Spojrzał  za  okno.  Letni  brzask  rysował  już 

kontury drzew. W taką porę stary Korona wyprowadził z kościoła w stronę swojego obejścia 
tę  piątkę.  Aptekarza  z  małżonką,  ich  małą  Zosię  i  dwóch  jeńców  radzieckich.  Ktoś  ostrzegł 
proboszcza,  że  w  Wołaniu  za  dużo  jest  gadania,  że  ksiądz  w  kościele  Żyda  i  bolszewików 

background image

przechowuje  i  że  to  „nie  po  chrześcijańsku”.  Nie  po  chrześcijańsku  jest  ratować  człowieka. 
Już  wtedy  odczuł  zagrożenie  z  ich  strony.  Bo  po  jakimś  czasie  stary  Korona  przybiegł,  że 
może być  w kościele rewizja. Powiedział mu granatowy policjant w  Ornej, że Niemcy mają 
„nalot” na księdza Proboszcza zrobić. No i zgodził się na parę dni wszystkich przechować. 

- Mało  w  Wołaniu  Boga...  -  usprawiedliwiał  się  ksiądz  przed  swoim  partnerem  od 

przedwojennych brydżowych „roberków”. 

- Mało człowieka - odparł Aptekarz, ateusz wojujący. 
- Jakże mało? A Korona? Życiem całej rodziny ryzykuje, a tyś mu ani brat, ani swat, ani 

partner brydżowy... 

Proboszcz  drgnął  i  podniósł  do  góry  opuszczoną  na  piersi  głowę.  Czyżby  zasnął,  tak 

siedząc.  Właśnie  był  ich  żegnał  znakiem  krzyża,  znikających  w  mroku.  Żeby  nie  było  jak  z 
Adwokatem i jego rodziną, którzy roztopili się w takim mroku na zawsze. Po ilu latach? Tak. 
Dopiero w 73 roku wyszły z bagna widmowe kościotrupy. Trzydzieści lat leżały, żeby wstać i 
oskarżyć... Kogo? Już ludzkie prawo jest bezbronne - przedawnienie czeka nawet najcięższą 
zbrodnię. Ale boskie prawa przecież istnieją. Cóżby bez tego warte było ludzkie życie? Żaden 
czyn miałby nie mieć miary! Tu żaden Anusz nie pomoże, potrzebne są prawa wieczne i wie-
czny ich stróż. Odczuł, że znów oto wraz z tym letnim świtem, otwierającym pogodne różo-
wiejące  niebo  nadchodzi  do  niego  błogosławiona  chwila  mocnej  wiary,  do  której  tak  często 
ostatnio tęsknił. 

Osunąwszy  się  na  kolana,  jął  zmawiać  pacierz.  Modlił  się  o  łaskę  dla  dziecka  tego 

Anusza, szukającego ludzkiej sprawiedliwości, której przecież na świecie znaleźć nie można. 
 
 
 

 
 

„Oskarżam Jana Sobotę, syna Marianny i Onufrego, Dariusza Sobotę, s. Jana i Wandy; 

oraz  Bronisława  Kapustę,  syna  Antoniego  i  Janiny,  o  to,  że  działając  wspólnie  w  zamiarze 
pozbawienia życia Mieczysława, Krystyny i Władysława Zaleskich, po podstępnym wywoła-
niu ich z kościoła w Ornej w trakcie nocnego nabożeństwa, udali się za idącymi w stronę wsi 
Wołanie i po dojechaniu do nich zawładniętym podstępnie autobusem san najechali na Wła-
dysława  s.  Mieczysława  i  Wandy  Zaleskich,  a  następnie  zaatakowali  Wandę  i  Mieczysława 
zadając  im  ciosy  kluczem  do  kół  autobusu  -  przy  czym  Dariusz  Sobota uniemożliwił  udzie-
lenie pomocy zaatakowanym, w następstwie czego Wanda, dopadnięta po długim pościgu na 
poboczu  drogi,  doznała  złamania  czwartego  kręgu  szyjnego,  rozległego  złamania  kości  cza-
szki, które to urazy spowodowały śmierć. Mieczysław Zaleski wskutek uderzenia kluczem w 
skroń pozbawiony przytomności, przejechany został przez koła autobusu ulegając zgnieceniu 
klatki piersiowej, a Władysław, który w rezultacie potrącenia przez samochód doznał pęknię-
cia kręgosłupa, dobity został uderzeniem klucza w głowę... 

Godne  podkreślenia  jest  szczególne  bestialstwo  wszystkich  oskarżonych.  I  tak,  gdy  w 

wyniku pościgu Bronisław Kapusta dopadł Zaleskiej, trzymał ją za włosy czekając aż dobie-
gnie  Jan  Sobota  i  okrzykami  zachęcał  go  do  kolejnych  uderzeń,  przyświecając  przy  tym 
latarką. W tym czasie Dariusz Sobota strzegąc drzwi autobusu, by nikt nie ważył się wysiąść 
celem zapobieżenia zbrodni lub udzielenia pomocy zapowiedział, że tak zginie każdy, kto się 
ruszy, a potem ośmieli powiedzieć, co widział... 

Dodatkowym elementem świadczącym o moralnym zwyrodnieniu sprawców jest przy-

gotowanie  z  premedytacją  symulacji  wypadku  drogowego.  Po  dokonaniu  zbrodni  oskarżeni 
wnieśli  na  oczach  trzydziestu  dwóch  świadków  do  autobusu  zwłoki  pomordowanych,  prze-
wieźli  je  o  pół  kilometra  dalej  i  po  ułożeniu  nad  rowem  jeszcze  raz  przejechali  autobusem, 

background image

polecając świadkom powrót na pasterkę do Ornej, aby stworzyć sobie alibi...” 

Maleńka  salka  sądu  wojewódzkiego  wypełniona  była  cmentarną  ciszą.  Trwała  długo 

przed  wejściem  na  salę  kompletu  sędziowskiego,  od  chwili  gdy,  wprowadzona  przez  brata-
nicę,  stara  Zaleska,  przechodząc  koło  oskarżonych,  krzyknęła  załamującym  się  głosem: 
Wymordowali  mi  dzieci!  Wymordowali!  -  i  padła  ze  słabości  na  kolana.  Gdy  tak  klęczała 
przed ławą oskarżonych, nagle z tylnych rzędów podniosło się czyjeś wysokie babskie wycie, 
tupot,  ktoś  wybiegł  z  sali,  trzasnęły  drzwi...  Powiało  grozą.  Opiekunka  Zaleskiej  dźwignęła 
staruszkę  z  klęczek.  Na  ławie  oskarżonych  młody  Sobota  zakrył  twarz  rękami,  Kapusta  od-
wrócił  się  bokiem,  jakby  chciał  się  podnieść  i  uciec,  aż  go  przytrzymał  siedzący  obok  mili-
cjant, tylko Jan Sobota siedział nieruchomo z twarzą obojętną, jakby patrzył na swoje podwó-
rze, na swoją wieś. Zwali go przecież „król Wołania”. 

I  od  tej  pory  ta  cisza,  w  której  jak  ulewa  grozy  bębnił  monotonny  głos  oskarżyciela 

publicznego. I wszystkim się zdawało, że stanęli w obliczu bezmiernej powagi... 

Anusz  siedział  w  ławkach  dla  publiczności.  Było  w  tej  chwili  coś,  co  pozwoliło  mu 

zapomnieć  o  tym  najstraszniejszym,  co  zostawił  w  domu,  o  tym,  że  życie  pozbawione  jest 
sensu, ładu i jakiegokolwiek normalnego i ludzkiego porządku. Oto w jaki sposób on właśnie, 
ów  potrzebny  ludziom  do  życia  porządek  przywracał,  stawiał  na  swoim  miejscu  zbrodnię  i 
karę, pozwalał na nadzieję sprawiedliwości, której nikt poza prawem dać ludziom nie może. 
Więc  przecież  sprawił,  że  uwierzą  w  świadectwo,  jakie  dał  jedyny  mężny  w  tej  wsi  chłopa-
czek.  Wymierzona  będzie  kara  samowolnym  sędziom  i  katom,  którzy  dla  dogodzenia  swej 
potwornej ambicji zabijają ludzi za pomówienie o kradzież kiełbasy. Coś, co nie mieści się w 
głowie, zmieści się w paragrafach kodeksu, pójdą za kratę „królowie Wołania”... 

Z pewną wyższością świadomości tego, co zaraz nastąpi, prawie obojętnie słuchał, jak 

przewodniczący  sądu,  aby  utrzymać  chronologię  wydarzeń  owej  nocy,  zarządził  przesłucha-
nie świadka, który na polecenie Jana Soboty  wywabił z nocnego nabożeństwa rodzinę  Zale-
skich fałszywą wiadomością o zasłabnięciu matki Mieczysława. 

Patrzy  z  pewnym  poczuciem  znudzonej  wiedzy  o  tym,  co  będzie,  jak  weszła  Jadwiga 

Korona, blada jakby to z niej cała krew spłynęła w ten rów i te krzaki na trzy kilometry przed 
Wołaniem.  Rutynowe  pytanie  o  imię,  nazwisko. Nagle  zamiast  podać  rok  urodzenia  zaczęła 
wołać, że „wszystko nieprawda”... 

Anusz drgnął. Sędzia łagodnie ją oprzytomnił, że data urodzenia figuruje w dowodzie i 

metryce, więc o jaką nieprawdę chodzi? Powiedziała więc te swoje „1957” i dzień, i miesiąc i 
umilkła. Cisza na salę wróciła taka, jak w chwili krzyku Zaleskiej. W tę ciszę padły słowa: 

- Proszę  powiedzieć  sądowi,  jak  do  tego  doszło,  że  świadek  wywołała  z  nabożeństwa 

małżeństwo Zaleskich wraz z synem. 

Jagna  powiedziała  coś  szeptem  niesłyszalnym  -  aż  trzy  razy  prosił  ją  sędzia,  żeby  po-

wtórzyła... Anusz aż wstał z ławki. Ręką ścisnął ramię sąsiada, który chciał coś powiedzieć do 
swego towarzysza. Teraz usłyszał. Powtórzyła trzy razy: „Wszystko co zeznałam w śledztwie 
to nieprawda”. 

Anusz siedział w ławce mrugając oczami jak człowiek wyrwany ze snu. Na sali pano-

wała  cisza,  ale  nie  cisza  bezradnej  grozy,  jak  dotąd,  teraz  salę  wypełniała  po  brzegi  napięta 
milczeniem ciekawość... 

Prokurator zażądał odtworzenia zeznań świadka z taśmy magnetofonowej. 
„...  więc  kiedym  wejść  miała  do  kościoła,  wziął  mnie  na  bok  Sobota  Jan  i  polecił, 

żebym  dała  znać  Zaleskim,  że  stara,  to  znaczy,  że  matka  Mieczysława,  nagle  zasłabła.  Nie 
mówił nic więcej, pomyślałam, że prawda i przesunęłam się do Zaleskich. I powiedziałam, co 
mi kazał. Wtedy oni wyszli... Mnie jakaś ciekawość wzięła i po chwili także wyszłam i zoba-
czyłam, że Sobota Jan wsiada do autobusu i tam już jest parę osób... i piją. Było zimno stra-
sznie  w  kościele,  więc  i  ja  podeszłam.  Właśnie  wtenczas  Sobota  odegnał  od  autobusu  Zale-
skich.  Mówił, że  nie  pojadą,  póki  on  żyje.  Bo  on  autobusem  rządzi  jak  wszystkim,  a  oni,  to 

background image

znaczy  Zalescy,  pomówienie  na  niego  robią,  przed  całą  wsią  obmawiają,  że  jego  siostra 
wędliny na weselu kradła i tak dłużej nie będzie... Następnie w autobusie wypiłam kieliszek. 
Bo  wódki  dużo  nie  było,  a  coraz  to  ktoś  wchodził  do  środka,  aż  naraz  Kapusta  Bronisław 
uruchomił silnik i autobus ruszył. Jan powiedział wtedy, że w Wołaniu będzie dla nas więcej 
wódki...” 

Skończyła się szpula, czy coś, bo tu się głos urwał... a może prokurator chciał zapytać, 

bo zapytał. 

- Czy świadek przyznaje, że to wszystko mówił w śledztwie? Przecież to jest głos świa-

dka? A może ktoś ten głos podłożył... 

- Przyznaję... ale to tylko, że głos jest mój. Prawdy tu nie ma całkiem. 
- A dlaczego świadek to wszystko opowiadał? 
- Byłam przymuszona. 
- Przez kogo? 
- Przez milicję. 
- Śledztwo prowadził kapitan Anusz. I to on straszył świadka? 
- On także. 
- I dlatego to świadek wymienił blisko dwadzieścia osób siedzących z nim w tym auto-

busie? 

- Bo kazali mi wymienić. 
- Czy kazali wymienić właśnie te nazwiska...? 
Jagna się zawahała. 
- Nazwiska to ja wymyśliłam sama. 
Prokurator  złożył  wniosek,  żeby  przesłuchać  taśmę  na  okoliczność  próby  przekupstwa 

przez Jana Sobotę. 

I znów głos Jagny. 
- „...  Mnie  Sobota  nie  odgrażał  się  zemstą,  natomiast  kiedy  mijałam  go  na  drodze,  to 

dziwnie  spoglądał  na  mnie.  To  spoglądanie  było  inne  od  normalnego  i  dlatego  się  bałam,  i 
sama  domyślałam  się,  że  może  on  chce  zrobić  ze  mną  to  samo,  co  z  pobitymi.  I  kiedyś  w 
lutym, kiedy szłam do przystanku, Sobota mnie spotkał i powiedział tylko: „Jagna, nic nigdy 
nie mów”. A dokładnie to tak - wyciągnął do mnie rękę i powiedział: „Masz Jagna, nigdy nic 
nie  mów...”  włożył  tę  rękę  do  kieszeni  mojej  kurtki  i  potem  odnalazłam  tam  pięć  tysięcy 
złotych  w  banknotach  kolorowych  oraz  medalik  Matki  Boskiej  na  srebrnym  łańcuszku...  Po 
aresztowaniu Jana Soboty, tym pierwszym, to ja wrzuciłam pieniądze do ogródka Sobotów... 
A co do medalika, to powiesiłam go na wota, bo inni też tak robili...”  

- Dziękuję - powiedział prokurator i wyłączyli ten głos, a Jagna znowu powiedziała, że 

to, co mówiła, całkiem nie jest prawdą. 

Przewodniczący sądu poprosił świadka Marię Gmoch. Czyli Marychnę, tę co niby była 

narzeczoną  Darka,  a  potem  się  spaliła.  I  okazało  się,  że  Marychny  nie  ma,  nie  stawiła  się. 
Wezwana do barierki jej matka Józefina, oznajmiła, że jak córka dwa dni temu wyszła z domu 
nic nie mówiąc, tak do tej pory nie wróciła... 

Wtenczas  sąd  zarządził  przerwę.  Co  tam  ze  sobą  radzili,  nikt  z  sali  sądowej  nie  wie-

dział. Teraz już ciszy nie było. Aż huczało, jakby kto puścił organy. Tak ludzie gadali. Aż do 
czasu, kiedy sąd powrócił. I przed barierę poszła matka Jagny. Wszystko się powtórzyło jak z 
Jagną.  Że  ona  w  śledztwie  prawdy  nie  mówiła.  Zaraz  przewodniczący  taśmę  puścił.  I  było 
wszystko.  Że wsiadła z córką, „żeby jej pilnować”... (Tu nawet ktoś zachichotał.  Inaczej się 
zrobiło  na  sali  sądowej  niż  na  początku.  Ludzie  wiedzieli,  że  Jagna  z  żonatym  Frankiem 
Kozłem chodziła i pewnie jak stara zobaczyła, że córka do sana Frankowego wsiada, przestra-
szyła się o grzech w noc Bożego Narodzenia). 

A  potem  tak:  „Nagle  coś  autobusem  trząsnęło.  Jak  się  zbliżyłam  do  szyby,  to  widzia-

łam,  co  się  wyrabia.  A  ogólnie  wyglądało  to  tak,  że  Władek  leżał  na  środku  drogi,  Sobota  i 

background image

Kapusta szarpali się z mężem Wandy, a potem już był spokojny. Wszystkiego nie widziałam, 
ale zabijanie Mieczysława i Władka widziałam tak, jak mówię. Po zabiciu odbyła się przysię-
ga. Darek stał z tym kluczem zakrwawionym w  drzwiach i nikogo na śnieg nie wypuszczał. 
Ktoś  to  się  nawet  porzygał  w  autobusie,  nie  wiem  z  wódki  czy  z  tego  wszystkiego.  Naszło 
mnie znieruchomienie, gdy ludzie przysięgali na krew własną i krzyżyk całowali. Do dziś nie 
wiem, jak to mogło być. Tylu chłopów patrzyło. Gdyby każdy chociaż jeden palec dołożył do 
wspólnoty. Musiałby przecież tych zięciów i teściów całkiem unieruchomić”. 

I tu nagranie się skończyło. 
- Czy pani podtrzymuje te nagrania? 
- Proszę  Wysokiego  Sądu,  ja  tego  nie  powiedziałam.  Na  mnie  było  w  śledztwie  krzy-

czane, zeznawałam pod strachem i lękiem. 

- A może właśnie teraz zeznaje pani pod strachem i lękiem. Łatwo panią przestraszyć. 
- Ja teraz się nie boję. 
- A skąd pani wzięła te szczegóły. Tę listę świadków, co przysięgali. 
- A Marychna mi mówiła, że tak zeznawała. 
- A ona też ze strachem zeznawała? A może teraz ze strachu ze wsi uciekła? 
- Ona też ze strachu. 
- Co ze strachu? 
- Zeznawała. 
- Niech pani jeszcze raz powtórzy naprawdę, jak pani mogła zeznawać tak dokładnie to, 

czego pani nie widziała. Uczyła się pani od córki nazwiska tych, co byli w autobusie... Proszę 
zaprotokołować: świadek nie umie odpowiedzieć. 

- Kiedy umiem. 
- To niech pani mówi. 
- Dla świętego spokoju tak zeznałam, żebym była wypuszczona. Dali mi coś ciemnego 

do picia i osłabłam. 

- Kto pani dał coś ciemnego? 
- Pan kapitan. 
Przewodniczący zarządził przerwę. Anusz chwilę jeszcze siedział w ławce. Już ludzie, 

jak huczący rój rozproszyli się po kątach. 

- Raz  jeszcze?  -  pomyślał  Anusz.  -  No,  nie.  To  się  już  nie  da.  Ale  raz  jeszcze  „król 

Wołania” z ławy oskarżonych sięga po władzę nad wsią. I co z tego, że przecież ich złamie-
my,  to  przecież  tej  prawdy  nie  da  się  zasypać  kolejnym  kłamstwem.  Pomyślał  z  braterskim 
współczuciem  o  Proboszczu.  Jakby  się  poczuł  jego  kolegą.  „Po  fachu”.  Po  strasznym  fachu 
prześladowcy kłamstwa i zbrodni. „Grzech”. Im jest łatwiej. Mają diabła. A ja co? Mam tylko 
tych ludzi. 

Drgnął czując dotknięcie czyjejś ręki na ramieniu. To sądowy woźny prosił do gabinetu 

przewodniczącego sądu. 

Po pół godzinie rozprawa zostaje wznowiona. 
- Co świadek dostała do picia? - pyta sędzia, zwracając się do wywołanego Anusza. 
- Herbatę - oznajmia śledczy. 
- Proszę pani - pyta sędzia - czy to była herbata? 
- Może i herbata. 
Na sali śmiech. Bo jakby nie było ludzie z Wołania poczuli się lepiej. 

 

Anusz  nie  mógł  zasnąć.  Gdzieś  koło  drugiej  w  nocy  zdecydował  się  poszukać  w 

nocnym stoliku żony jakiegoś jej środka nasennego. Sypiali oddzielnie. Wstał i w piżamie, na 
palcach,  nie  wkładając  nawet  nocnych  pantofli,  przekroczył  próg  środkowego  pokoju  - 
mieszkanie  było  niewygodne  -  w  amfiladzie.  Drzwi  między  jego  pokojem  a  pokojem  Krysi 
zawsze zostawiał otwarte, nie wiadomo po co, dziewczynka nie wydawała już głosu, jedyne 

background image

co  mógł  zrobić,  to  nadsłuchiwać  jej  oddechu.  Zatrzymał  się  po  drodze  przy  jej  łóżeczku, 
patrząc  na  nieruchomy  kontur  nakrytego  kołdrą  ciała  zaczął  myśleć  o  małym  Błachno. 
Dzisiejszy przebieg sprawy nie wróżył niczego dobrego. Prokurator dobrze uczynił ogłaszając 
dwudniową przerwę - trzeba się było zorientować, co się właściwie stało. Zaprzeczanie przez 
świadków ich własnych zeznań było sprawą wyraźnie ukartowaną i choć Anusz nie wierzył, 
by istniała najmniejsza szansa wciągnięcia w to koronnego świadka, Bolka, uważał słusznie, 
że  publiczne  ponowne  przesłuchiwanie  małoletniego  świadka  już  raz  uznanego  za  psychi-
cznie niezrównoważonego, dałoby tylko argumenty obrońcy. Nie znosił Mecenasa, jego wie-
cznie pocących się, pocieranych irchową szmateczką szkieł, uśmiechu przylepionego na stałe 
w  kąciku  górnej  wargi...  To  nie  była  normalna  awersja  do  człowieka  „z  drugiej  strony”. 
Mecenas był nie przeciwnikiem, a czymś obrzydliwym. Tak to odbierał. Przesłuchanie wdo-
wy Błachno też było ryzykowne. A nuż trafili i do niej, a jeśli nie, no to wiadomo: Mecenas 
stwierdzi, że matka chcąc obalić oficjalnie stwierdzoną „demencję” - na pewno tak by powie-
dział, już raz usłyszał to słowo w jego ustach - musi potwierdzić zeznania syna. Zresztą wdo-
wa  w  autobusie  nie  była,  mogła  tylko  powtórzyć  wyznania  swego  męża  wymówione  na 
godzinę przed samobójstwem... Tak, prokurator uczynił rozsądnie odraczając rozprawę, bo i 
któż  nam  pozostał?  Oskarżony  o  dawanie  łapówki  wyłudzonej  od  Soboty  „za  tajemnicę” 
Kozioł... Jasna będzie teza Mecenasa.  Franciszek Kozioł, chcąc uzyskać tolerancyjny  wyrok 
w sprawie o przekupstwo, idzie na lep „sugestii” śledczego o źródle pochodzenia sumy prze-
znaczonej  na  łapówkę...  Do  tego  ten  Ziemisty,  który  nadal,  po  tylu  tygodniach  aresztu  śle-
dczego,  do  niczego  się  nie  przyznaje.  Są  już  nawet  z  jego  powodu  przykrości  z  wojewó-
dztwa... 

Nagle  zapomniał  o  przyczynie  swej  nocnej  wędrówki,  zawrócił  do  swego  pokoju. 

Podszedł do biurka i wyjął teczkę, w której trzymał różne papierzyska dotyczące tej sprawy. 
Wyszperał kserograficzną odbitkę kartki papieru, jaką przekazał mu przed paru dniami proku-
rator. 

Oto przed rozpoczęciem sprawy otrzymał adresowany na swój adres anonim. 
„Zwracam  się  do.  Pana  Prokuratora  z  prośbą,  a  zarówno  z  upomnieniem  o  zwrócenie 

uwagi  matce  zabitych,  Zaleskiej  o  powołanki  za  ludźmi,  którzy  mówią  prawdę,  bo  nie  mają 
nic  wspólnego  z  wypadkiem,  tylko  są  niewinnie  skopane  przez  wariata.  Bolka  Błachno. 
Matka zginie, jak zginęły jej dzieci ten list to upomnienie dla niej, i dla całej rodziny. Proszę 
ją upomnieć, bo nie doczeka się rozprawy sądowej. I nawet się nie dowie czy sąd niewinnych 
zasądzi.  Proszę  tą  sprawę  w  swoim  sumieniu  rozstrzygnąć  jak  najszybciej  i  proszę  ją  zaraz 
upomnieć bo będzie stratna tragedia....” 

Anusz  siedział  przed  biurkiem  w  rozchełstanej  piżamie  i  drapał  się  po  piersiach.  Z 

czymś mu się to pismo zaczęło kojarzyć... Wrócił do szuflady, przekopał jeszcze w papierach, 
przerzucał szybko protokoły, aż nagle znieruchomiał. Przed oczami, złożone przed wielu mie-
siącami oświadczenie Kapusty złożone na piśmie na zakończenie przesłuchania. 

„... jednocześnie oświadczam, że zabiję świadków, którzy będą przeciwko mnie zezna-

wać w tej sprawie, jeżeli tylko wyjdę na wolność. Oświadczam to przy kapitanie. Anuszu”. 

Oczywiście! Ta kropka! Przecież prokurator przekazując mi ów anonim zwrócił uwagę 

na dziwny z pozoru fenomen: przed każdą dużą literą autor stawiał kropkę. Pewnie wyniósł w 
pamięci ze szkoły, że po kropce jest duża litera, ale wyparowała ta wiedza na tyle, że zostało 
skojarzenie: duża litera, i teraz stawiał kropkę przed każdym słowem pisanym z dużej litery... 

Jeszcze  raz  wrócił  do  anonimu  przysłanego  na  ręce  prokuratora.  Oczywiście.  Czyli 

Kapusta może przekazywać na zewnątrz swoje listy. 

Dużo to nie jest, ale mamy dowód, że uwięzieni kierują akcją zastraszenia. Teraz pozo-

staje pytanie, jak bardzo są brutalni. Przede wszystkim, co się stało z Marią Gmoch? Żeby nie 
to, że w Polsce niczego takiego nie było, trzeba by myśleć o porwaniu. W najlepszym razie o 
porwaniu... Nic innego takiego w naszym kraju nie było, ale czy był mord na oczach trzydzie-

background image

stu blisko zaprzysiężonych do milczenia świadków? W noc wigilijną! 

Rankiem zadzwonił do prokuratora. Chciał z nim pomówić przed rozpoczęciem urzędo-

wania. Wyszedł na godzinę wcześniej niż normalnie i niemal potknął się o Bolka siedzącego 
na schodach przed jego drzwiami. 

- Ja przepraszam - powiedział ten wiejski chłopak, niczym dobrze urodzony mieszczuch 

-  wczoraj  nie  mogłem  zeznawać,  bo  mnie  nie  przesłuchano,  a  chciałem  powiedzieć,  co  jest 
nowe. Pan musi to wiedzieć. Pan nie da, żeby ze mnie jeszcze raz mordercy zrobili wariata... 

- Nie bój się. Nie damy ciebie ani ich nie puścimy. 
- Bo coś się stało nowego... 
I tu częściowo na schodach przed swymi drzwiami, a częściowo już w swoim pokoju, 

dowiedział się, jak to „nowe” wygląda. 

Dziwny to był moment, kiedy przeprowadzał chłopca koło łóżka Krysi. Mały przystanął 

i  szurnął  nogą  w  ukłonie.  Tam  była  cisza.  Ta  sama  od  roku  cisza.  I  raz  jeszcze  szarpnęła 
Anusza dziwna mieszanina głębokiej sympatii do tego chłopca, połączona z gniewem na jego 
zdrowie,  na  to,  że  całkiem  obcy  odejdzie  z  tego  domu  do  swojej  wsi  pod  wrota  stodoły,  w 
których „obwiesił się” jego pijany ojciec. 

Ale sprawa... To co najważniejsze, tak wyglądało w zapisie Anusza.  
„Wg  oświadczenia  Bolesława  Błachno  w  dniu...  do  wsi  Wołanie  przyjechał  swym  fia-

tem 125 brat oskarżonego Jana Soboty, Wiesław. Bolesław Błachno słyszał jego rozmowę ze 
swą  matką  Genowefą  zeznającą  jako  świadek  oskarżenia.  Otóż  Wiesław  Sobota  przybył  z 
propozycją,  aby  przyłączyła  się  do  dwunastoosobowej  delegacji  przesłuchanych  w  sprawie 
morderstwa  w  Wołaniu,  którzy  wyjeżdżają  jutro  do  Warszawy,  aby  złożyć  w  Prokuraturze 
Generalnej  oświadczenie,  że  w  trakcie  przesłuchań  byli  traktowani  brutalnie  i  zmuszani  do 
składania zeznań, które im podsuwał śledczy. Wiesław Sobota ogromnie nalegał. Obiecywał 
„duże  pieniądze”,  straszył  też  przypominając,  co  się  stało z  Marychną.  Powiedzieć  też  miał, 
że Marychna się na sprawę nie stawi... Wg oświadczenia  Bolesława Błachno do Warszawy 
wyjechali  wtedy  świadkowie:  Kazimierz  Gawlik,  jego  brat  Feliks,  Bogdan  Suchy,  Antoni 
Gwiazda...  oraz  Jagna  Gmoch  wraz  z  matką.  Według  słów  Wiesława  Soboty  za  samą  drogę 
dostali  po  dziesięć  tysięcy.  A  jechać  mieli  tarpanem  Soboty  Wiesława.  Kazimierz  Gawlik 
miał przygotowane chustki do nosa, jako że poprzedniego dnia, przy zrywie w lesie, krew mu 
z  nosa  poszła  i  miał  je  okazać  „na  dowód  bicia”.  Wiesław  Sobota  dodał,  że  ci,  co  się  będą 
upierać przy swoich zeznaniach, dostaną za swoje, bo mecenas będzie każde powiedziane na 
sali słowo nagrywał na magnetofon celem „późniejszego obrachunku”. Matka jego odmówiła, 
a potem w nocy wszystko mu opowiedziała, co on i tak słyszał. Ogarnął ją strach. Bo okazało 
się,  że  wcześniej  to  już  rozmawiała  o  tym  z  matką  Jagny  Gmoch.  Mówiła,  że  nawet  swoi 
zaczęli ją straszyć. Tacy, co od Soboty też w życiu nic poza krzywdą nie dostali. Mówiła, że 
nie  boi  się  zemsty,  a  tego,  że  wszyscy  we  wsi  się  od  nich  odwrócą.  A  potem  powiedziała 
jeszcze: „Zobaczysz, to nie twój - tak powiedziała - kapitan zniszczy zbrodniarzy, a zbrodnia-
rze jego”. I dodała, że tam w Warszawie to ich do Prokuratury zaprowadzą ludzie, co się ujęli 
za  Naczelnikiem  Ziemistym.  PS.  Wg  słów  Bolesława  Błachno,  Sobota  Wiesław  jest  człon-
kiem  partii  i  ORMO  we  wsi  Srebrna  na  terenie  sąsiedniej  gminy,  gdzie  gospodaruje  na 
piętnastu ha”. 
 

Tego  samego  dnia  Anusz  dowiedział  się  od  prokuratora,  że  „przyjedzie  komisja  z 

Generalnej, celem zapoznania się z metodami śledztwa w sprawie Wołania”. 

- No i świetnie. Niech się od razu biorą do roboty. Jeśli mnie nie zamkną, to ja się zajmę 

zaginięciem Marychny Gmoch. 

- Nie  żartujcie  z  tym  zamykaniem  -  powiedział  prokurator  i  nagle  Anusz,  jak  dziecko, 

czegoś  się  przestraszył.  Czyżby  podświadomie  uwierzył  we  wszechmoc  chłopskiej  kliki 
Sobotów - „królów Wołania”. Trwało to sekundę, ale dość, aby znów pomyślał z nabożnym 

background image

szacunkiem o czternastoletnim „Samotnym Szeryfie”, Bolku. 

W  dniu,  gdy  wyjechała  Komisja  z  Warszawy,  pozostawiając  w  jego  rękach  śledztwo 

uzupełniające i uchylając zarzuty delegacji z Wołania jako pomówienie, w chwili gdy jeszcze 
strzelały  zatrzaskiwane  drzwi  służbowej  wołgi,  pojawił  się  w  gabinecie  Anusza  sierżant 
Marnot z rewelacyjną wiadomością: na podwórko spalonego gospodarstwa Gmochów zwieźli 
drzewo na budowę. 

Marnot pochodzi z tych stron. Miał zlecone kierowanie obserwacją starej Gmochowej, 

czy nie kontaktuje się z córką. Anusz już był miejscowy - zrozumiał, że jego podwładny wo-
lał ryzykować  czekając  na zgłoszenie meldunku do przełożonego niż dostać się na celownik 
„króla Wołania”, gdyby go odwołano. 

„W  Warszawie  to  mnie  wyśmieją,  gdy  im  coś  takiego  opowiem”  -  pomyślał  tylko 

patrząc na spoconą twarz sierżanta. 

- Od kiedy to drzewo...? 
- A całkiem niedawno. 
- Kiedy? Dokładnie. 
- A  będzie  trzy  dni  temu.  Nie  chciałem  głowy  zawracać,  zanim  się  nie  dowiem,  skąd 

drzewo i kto rachunek płacił... 

No, proszę. Wszystko było gotowe. Cały raport. Drzewo dostarczone do Wołania opła-

cił w Nadleśnictwie Srebrna Wiesław Sobota. Wszystko jasne, teraz tylko znaleźć Marychnę. 

- Ogłosić w telewizorze, że zginęła, zaraz się znajdzie - poradził sierżant. 

 

Prokurator  długo  się  namyślał.  Za  namawianie  do  fałszywych  zeznań  i  przekupstwo 

świadków  aresztowano  Wiesława  Sobotę.  Do  tego  poszło  za  kraty  trzech  „delegatów  do 
Warszawy”.  Anusz  nalegał  tylko,  by  znalazł  się  wśród  nich  ten  z  chusteczką  do  nosa  przy-
wiezioną ze zrywki do Prokuratury Generalnej. 

Marychna  zameldowała  się  w  dwa  dni  później.  Słuchał  cierpliwie  jej  kłamstw,  jak  to 

musiała wyjechać do Łodzi, gdzie jej siostra „zamężna za magistra” rodziła dziecko. Gdy za-
pytał potem, czy nie zamierza zmienić przed sądem zeznań, które złożyła w śledztwie, usły-
szał: 

- Dlaczego miałabym zmieniać... 
Niebieskie  piękne  oczy  dziewczyny,  która  po  swojemu  przecież  pierwsza  zbuntowała 

się przeciw mordercom, patrzyły niewinnie. Ale Anusz już dużo wiedział o Wołaniu. 
 

Gdy „pękli” obaj chłopi zatrzymani za fałszywe zeznania, śledztwo uzupełniające poto-

czyło  się  już  lawinowo.  Z  początku  nic  nie  wskazywało  na  tak  rychły  przełom.  Zaczęło  się 
właściwie w momencie, gdy sierżant Marnot, we właściwy mu sposób, zwiastował Anuszowi 
nadzieję... 

- Baba  Grzegorza  S.,  tego  od  tej  pokrwawionej  chustki  do  nosa  ze  zrywki,  wie  pan 

kapitan, no, więc baba zaniemogła na krzyż. Niby korzonki, jak się mówi uczenie, ale ona na 
widzeniu  skarżyła  się  głośno  mężowi,  że  jej  w  krzyże  coś  weszło,  pewno  przez  tę  krzywą 
przysięgę, a tu krowa ma się cielić, prosiakom sił nie ma zadawać, do pomocy nająć nikogo... 

- No i co z tego? - urwał Anusz oschle. Nie bardzo lubił sierżanta. 
- Ano  nic,  tylko  że  trzeba  patrzeć,  kiedy  ten  Grzegorz  pęknie.  Ja  to  panu  kapitanowi 

gwarantuję.  Żniwa  idą.  U  tych  z  Wołania  sumienie  w  chlewie,  w  oborze,  w  sąsieku...  Pan 
kapitan się przekona. 

I rzeczywiście, w dwa dni później Anusz dostał przechwycony gryps aresztowanego do 

żony.  „Masz  ty  iść  pierwsza  na  milicję  i  zeznać  jak  było,  a  jak  mi  to  powiedzą,  przyznam 
rację,  że  się  namyśliłem  i  skoro żona  mówi,  i  ja całą  prawdę  powiem.  Idź  i  mów.  Tylko  się 
nie lituj nad Sobotą, jak rzeźnik nie lituje się nad świnią, co ją rżnie na wędliny...” 

Anusz  polecił  przekazać  ujawniony  „gryps”  żonie  uwięzionego.  Po  trzech  dniach  miał 

background image

zeznania  owej  żony  i  obu  zatrzymanych  za  składanie  fałszywych  zeznań.  Teraz  już  prawda 
ruszyła lawiną ludzkich zeznań... 
 

W  dniu  wznowienia  rozprawy,  zanim  rozpoczęto  przesłuchanie  świadków,  prokurator 

wystąpił z wnioskiem, aby sąd uwzględnił mentalność środowiska wiejskiego i cofnął zezwo-
lenie dla obrońcy, aby mógł nagrywać zeznania... 

Prokurator oznajmił, że posiada w aktach oświadczenia zeznających, którzy boją się, że 

nagrywanie  ich  przez  obrońców  Sobotów  i  Kapusty  ma  służyć  późniejszym  rozrachunkom  i 
pomście... Trzeba uwzględnić mentalność środowiska, w którym toczy się proces... 

I wszyscy usłyszeli, jak po krótkiej naradzie przewodniczący ogłosił, że uchyla zezwo-

lenie dla obrony na posiłkowanie się magnetofonem. 

A  potem  już  na  sali  sądowej  świadek,  którego  szczególnie  zapamiętał  Anusz,  ten  od 

pokrwawionej chusteczki ze zrywki... 

- Nie zeznawałem z początku prawdy, bo bałem się o zagrożenie swojego życia. 
- Czego się pan bał? 
- Tak  w  ogólności  to  o  siebie  i  o  rodzinę.  Ja  mam  troje  dzieci.  Co  dzień  wychodzą  z 

domu  do  szkoły,  no  i  się  bałem...  Przecież  już  raz  było,  że  Sobota  wyszedł,  więc...  Zresztą 
teraz też tak mówią, ino patrzeć, jak oni wszyscy wyjdą. 

- A może świadek wie, kto ich wypuści? - włączył się prokurator. 
- Dawniej to wiedziałem. 
- No, że kto taki... 
- Że pan prokurator. Bo też kupiony. 
- A świadek był kupiony? 
- Można  tak  powiedzieć.  Raz,  to  w  autobusie,  a  potem  jak  ten  pierwszy  raz  Sobotę 

posadzili, to jego żona dała mi dziesięć tysięcy i powiedziała: tylko się trzymajcie jak do tych 
pór, a wszystko się zaraz skończy... 

- Strach i pieniądze rządziły tymi ludźmi - powiada prokurator -  ale chciałbym się do-

wiedzieć bliżej, czego to się świadek bał, czy miał dowody, że jego życiu mogło coś grozić? 

- Jak  sama  Sobotowa  wcisnęła  mi  te  pieniądze,  to  raz  w  ciemności  naszedł  na  mnie 

Darek,  syn  Soboty  znaczy,  co  wtenczas  był  na  wolności.  Był  z  drugim,  nie  poznałem  w 
ciemności, nóż mi do gardła przyłożył i pogroził. 

Tu włączył się Mecenas. 
- A jest może jaki ślad po tym nożu na gardle...? 
- Nie, bo tępą stroną przyłożył. 
Nie wytrzymał stary Sobota i z ławy oskarżonych wykrzyknął: 
- Jak tępą stroną, to tylko były żarty. Za żarty kary nie ma... 
Ktoś się roześmiał, ale jeden, i ścichł... 
A  prokurator  z  miejsca  zawnioskował,  żeby  pokazać  wizję  lokalną,  utrwaloną  na 

taśmie. Tę, w której demonstruje przebieg wypadków „żartowniś” Dariusz Sobota. 
 

Dzień tamten był zimowy, choć przed pluchą, wszyscy to pamiętali. A na taśmie filmo-

wej  piękna  wiosna,  wiaterek  chwieje  okwieconymi  wiśniami  na  drodze  do  Wołania.  Stoi 
autobus,  a  pod  nim  dwa  manekiny.  I  oto  z  pola,  sponad  wysokich  traw,  wychodzi  Bronek 
Kapusta, ciągnie za sztuczne włosy trzecią kukłę... 

Na sali  rozlega się  wysoki krzyk. Jakieś zamieszanie. Cichnie terkot filmowego proje-

ktora. To zemdlała stara Zaleska. Wynoszą ją z sali... 

Tak się zaczął dzień pierwszy procesu po jego wznowieniu.  

 
 
 

background image

 

XI 

 
 

Proces trwał. Kiedyś tam, w międzyczasie, obronił swą pracę magisterską „Pożyczki u 

Pana  Boga”  i  kiedyś  tam  umarła  ostatecznie  Krysia.  Tak  to  odebrał.  Że  właśnie  „umarła 
ostatecznie”. Urwał się oddech, którym jak ostatnią cienką linką przycumowana była jeszcze 
do  świata.  Od  początku,  gdy  znieruchomiała,  uczuł  to  fatalne,  rozpaczliwe,  melancholijne 
wrażenie, że patrzy na ten kadłub, jak na zaszytą w szuwarach, przeciekającą łódeczkę, nie-
uchronnie napełniającą się wodą, zmierzającą do dna. Śmierć jej przeżył w swoistym poczu-
ciu  zagrożenia  -  bał  się  o  Wiktorię. Jego  żona,  ta  sama,  która  mogła  godzinami  wystawać  u 
bram  jakichś  podejrzanych  strażników  „bioenergoterapeuty”,  ta  sama,  która  na  piechotę  wę-
drowała do Częstochowy, a wierzył, że gdyby jej to zaproponowano, szłaby tam na kolanach, 
ta sama istota po śmierci Krysi zapadła w zupełny bezruch. Jej obojętność była tak niewiary-
godnie totalna, że musiał ją nakłaniać, by poszła na cmentarz. Zdawało się, że straciła wiarę 
we wszystko. W życie i w tego Boga, który, zdawało się, jej obiecuje życie jej dziecka. 

Po  jakimś  czasie  Anusz  nakłonił  równie  bezwolną  i  obojętną,  by  pojechała  z  nim  do 

stolicy,  zatrzymała  się  parę  dni  u  rodziny,  poszła  do  teatru...  Potem  z  tą  samą  obojętnością 
zgodziła się pójść do „psychologa”, jak jej mąż ostatecznie nazwał psychiatrę. 

I o dziwo, ona się nie zmieniła, a tymczasem Anusz zauważył, że obojętnieje on sam, że 

niemal  obojętnie  zapoznaje  się  z  kolejnymi  materiałami  procesowymi,  że  obojętny  mu  się 
staje  wyrok.  Jakby  uwierzył  chłopskim  słowom  skierowanym  kiedyś  do  starej  Zaleskiej: 
„Dzieci  twoje  z  piachu  nie  wstaną,  po  co  innych  pchasz  sama  do  piachu,  po  co  się  upierasz 
przy tym morderstwie, skoro był wypadek...”. 

I cóż z tego, że było morderstwo, że zostanie udowodnione? Oni naprawdę nie żyją i to 

jest ostatecznie najważniejsze.  I Krysia nie żyje i całe późniejsze koleje świata tego jednego 
faktu nie zmienią. 

Któregoś wieczoru wyszedł z posterunku i nie chcąc wracać do pełnego ciszy martwej 

domu, skierował się na plebanię. 

Była  to  niezwykła  rozmowa.  Bo  przyszedł  instynktownie  tam,  gdzie  chciał  usłyszeć 

jakieś  słowo  pocieszenia  i  oto  przeobrażony  został  w  nieudolnego  pocieszyciela.  Proboszcz, 
owszem, ucieszył się. Poczłapał po swoją wieloowocową nalewkę... 

- A  wie  pan,  już  wkrótce  pora  przyjdzie  na  pasterkę  i  Wikary  mnie  pyta,  może  bym 

chciał nocne nabożeństwo odprawić... Widzi pan, on też ma swoją wrażliwość, byłaby to już 
ostatnia  moja  pasterka...  I  nie  mogę  odprawić,  bo  nie  jestem  godzien  i  to  w  roku  mojej 
śmierci... 

- Cóż  ksiądz  proboszcz  tak  śmierć  swoją  wieszczy.  Umarła  moja  córka.  My  żyjemy  - 

wstyd  mu  się  zrobiło,  jakby  się  upomniał  o  współczucie  dla  siebie  i  poprawił  się  szybko:  w 
końcu żyjemy, a zresztą, kto sprawiedliwy a wierzący bałby się życia pozagrobowego...? 

- Sprawiedliwy! - szyderczo mruknął starzec. - Wypijmy za sprawiedliwych, jeśli takich 

znamy... - powiedział sięgając po kieliszek. - Wie pan - kontynuował - nie mam prawa odpra-
wić  dla  nich  nabożeństwa,  dla  tych  z  Wołania,  bo  nie  umiem  przebaczyć.  I  nie  odprawię  za 
pokutę, żem takich ludzi wychował... Nie wiem, po to tu byłem... 

- Och,  jest  cały  ogromny  świat,  proszę  księdza  proboszcza,  i  też  niewiele  na  nim 

sprawiedliwych. 

- Ja mówię o całym świecie. Po co tu byłem? Po co byłem na tym świecie? Myślałem, 

że mam powołanie. A nie zdołałem ustrzec człowieka - co mi jego duszę powierzono - przed 
najcięższym  grzechem.  Chrzciłem  morderców  w  imię  Boże.  Dawałem  imiona  krzywoprzy-
siężcom.  Świadków  kryjących  zbrodnię  bierzmowałem.  Komunikowałem  łotrów  ciałem  i 
krwią Pańską... 

background image

Nagle umilkł. 
- Czy pan coś powiedział? 
- Nie - szepnął Anusz i nagle mruknął: - nie sądzi ksiądz, że to śmieszne, taka rozmowa 

z milicjantem. 

- A  z  kim  mam  mówić.  Tutaj  mógłbym  chyba  tylko  z  Bolkiem,  ale  to  przecież  dzie-

cko... 

- Proszę  księdza,  ja  zostałem  magistrem  prawa.  Wspominałem,  że  piszę  taką  pracę  o 

„kradzieżach kościelnych”. Ksiądz sobie robi wyrzuty o Wołanie, a ludzie są tacy wszędzie. 
Czy  ksiądz  uwierzy,  że  wszyscy  moi  respondenci-złodzieje  byli  chrzczeni,  czyli  należeli  do 
kościoła.  Jakiś  ksiądz  nadawał  im  imiona.  Prawie  co  drugi  uczestniczył  w  niedzielnych 
mszach.  A  zaledwie  co  trzeci  w  teście  wiedzy  religijnej  umiał  wymienić  grzechy  główne... 
Taka jest „wiara” w tym narodzie. 

Była cisza. 
- No, niech pan pije - doleciały słowa z fotela Proboszcza. - A tak naprawdę, to przecież 

ja to wszystko mógłbym sam powiedzieć. Czy pan wie, co wieś mówiła w początkach sprawy 
Sobotów? Jaka  to  dobra  rodzina...  brat  idzie  za  brata,  teść  za  zięcia,  jak  należy  po  chrześci-
jańsku...  A  o  zbrodni  cisza...  A  teraz?  Teraz  to  wieś  się  „mści”  na  „mordercach”.  Już  uwie-
rzyli, że będą skazani i teraz sami karę wymierzają. Była u mnie Sobotowa po radę. Ona już 
uwierzyła w swoje rychłe wdowieństwo. Mówi, że traktor jej z podwórza uprowadził sąsiad, 
niby do roboty wziął, a u siebie postawił i mówi, że nie odda teraz, bo wieś sobie życzy, żeby 
u niego maszyna stała. Pytałem kogoś. A jakże,  powiedział - lepiej, jak stoi u Wąsika, musi 
pożyczać  każdemu,  co  potrzebuje,  inaczej  by  wyszedł  na  złodzieja...  Ona  tu  przyszła  z 
płaczem, że jak miała tydzień temu termin na paczkę do więzienia, idzie rano do kurnika kurę 
zarżnąć i upiec dla męża, a kur nie ma. Zabrane wszystkie... 

- Taka to wieś... 
- Nie tylko ta jest taka. I nie tylko wieś... 
- Wiem, wiem. Ta sprawa pokazała nam życie. Mówi mi Sobotowa, że była u adwokata. 

On znów chce pieniędzy. Więc mu kobieta powiada, ile już wziął, że całkiem przez niego na 
dziady pójdzie, niech się zlituje. A on na to: „Niech mnie pani nie bierze na litość dla morder-
cy”. Obronę łotra trzeba kupić... To pana kolega,  prawnik, bo zdaje się zapomniałem pogra-
tulować egzaminu... 

- Dziękuję. Właściwie to przyszedłem się pożegnać. 
- Jak to? 
- Wracam od nowego roku do Centrali. A potem „do cywila”, jak to się mówi... 
- I co pan będzie robić? 
- No cóż, skończyłem prawo... 
- Będzie pan bronić ludzi...? 
- Będę bronić sprawiedliwości - powiedział Anusz tak poważnie, że aż się zawstydził. 
W parę dni potem, jak pożegnał Proboszcza, dowiedział się przypadkowo od sierżanta 

Marnota, że w Wołaniu jest Bolek Błachno. „Na feriach”. Sam pomagał mu w dostaniu się do 
liceum  w  wojewódzkim  mieście,  załatwiał  internat  i  teraz  pojął,  że  może  to  ostatnia  okazja 
zobaczenia „Małego Szeryfa”. 

Jechał  do  Wołania  służbowym  jeepem  przez  bezkresne  zadęte  śniegiem  pola  wzdłuż 

drzew  sadzonych  przez  ludzi  spowiadanych  kiedyś,  przed  laty,  przez  Proboszcza,  które 
wyciągały  ku  niemu  pokraczne  gołe  ramiona,  gdzieniegdzie  kikuty  gałęzi  połamanych  przy 
okazji  zrywania  wiśni  przez  przechodniów,  sterczały  niczym  pokraczny  paluch  samobójcy, 
starego  Błachny...  Przypomniała  mu  się  scena  zdejmowania  wisielca,  przy  której  asystował 
przed dwoma laty. To już dwa lata... 

Przyjechał właśnie w „ostatni czas”, jak powiedziała Błachnowa. Bolek szykował się do 

wymarszu  „na  pociąg”.  Wdowa  nie  prowadziła  właściwie  gospodarstwa.  Koni  nie  było,  a  i 

background image

chętnych do pomocy sąsiadów... 

Chłopak był milczący, na pytania o szkołę odpowiadał grzecznie, ale zdawkowo. Anusz 

czuł się dziwnie bezradny. Jakby go znowu opuszczał ktoś bliski. To zdumiewające poczucie 
bliskości zawiedzionej było czymś zupełnie nowym, co go dezorientowało. W pewnej chwili, 
chcąc skończyć tę sytuację, powiedział, że musi  się pospieszyć, bo samochód został na dru-
gim końcu wsi, na podwórzu sołtysa. Po raz pierwszy od uwięzienia Soboty były wybory, na 
których  objął  urząd  już  nie  „najgłupszy  z  całej  wsi”,  jak  sobie  był  z  reguły  życzył  „król 
Wołania”.  W  istocie  Anusz  zostawił  tam  wóz  chcąc  uniknąć  sensacji,  że  „znów  milicja  u 
Błachnów”. To dziwne, ale i on zanotował już w sobie taki „syndrom Wołania”. 

Szli  obaj  przez  ciemność,  rozjaśnioną  oświetlonymi  oknami  mijanych  chałup.  W  pe-

wnej  chwili  chłopak  przystanął...  w  powietrzu  zawibrowała  przejmująco  prosta  nuta  chłop-
skiego śpiewania. Zza szyby, za którą widniały liczne głowy zgromadzonej rodziny przynio-
sło śpiew... 

„Wśród nocnej ciszy...” 
Bolek tkwił przez chwilę nieruchomy. 
- Idziemy! - ponaglił Anusz. 
- To tutaj... 
- Co tutaj? 
- Tu krzyknąłem „mordercy”... Wtenczas też śpiewali. W dzień po pasterce... 
Anusz położył rękę na jego ramieniu, ale chłopak gwałtownie ruszył do przodu. 
Siedzieli  już  w  samochodzie  opuszczając  ostatnie  opłotki  Wołania,  gdy  powiedział 

cicho... 

- Pan to powinien mieć syna... 
Anusz milczał przejęty nagłym wzruszeniem. 
- Syna? - upewnił się szeptem. 
- Tak. Bo by go pan do prawdy wychował. 
- Do jakiej prawdy, synku? - westchnął.  
Milczeli przez chwilę. Silnik wył, koła buksowały w śniegu... 
- Nie wiem - powiedział cicho Bolek. 
  

 

KONIEC 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

POSŁOWIE 

 
 

W ilu to książkach czytaliśmy zapewnienia autora, że „wszystkie postacie i sytuacje są 

wytworem  wyobraźni  autora,  jakakolwiek  zbieżność  z  realnymi  ludźmi  i  wydarzeniem  jest 
dziełem przypadku”. 

Tej książce, jeśli ma towarzyszyć posłowie, to o treści wręcz odwrotnej. 
To  wszystko  wydarzyło  się  realnie  w  Polsce.  W  latach  siedemdziesiątych.  Była  taka 

„pasterka”, było trzydziestu milczących, zaprzysiężonych świadków zbrodni. Autentyczne są 
też  słowa  aktu  oskarżenia,  niejeden  dialog  na  sali  sądowej  i  w  śledztwie,  zaczerpnięte  ze 
świetnego dokumentalnego reportażu „Nie oświadczam się” Wiesława Łuki, któremu na tym 
miejscu chcę podziękować za to „zapożyczenie”. 

„Przypadkiem” autorskiej wyobraźni są postacie Bolka, Anusza, Proboszcza czy innych 

epizodycznych  bohaterów,  jak  Marychna...  Groźnym  świadectwem  miejsca  i  czasu  niechże 
więc będzie to, że jedynie akcenty optymizmu i szacunku dla człowieka wymagały autorskiej 
wyobraźni,  gdy  cała  reszta,  budząca  wstręt  i  grozę  jest  fotografią  zaistniałej  rzeczywistości. 
Tu, w Polsce. 
 
 

ROMAN BRATNY