background image

 

 

ROZDZIAŁ 

1

 

 

Kristine  Rolofson  
Romans sezonu 

 
 
 
 
 
 
 
Cykl „Ach, co to był za ślub!” 

 

Maximilian Cole nie spuszczał z oka swego najlepszego 

przyjaciela 

przemierzającego 

nerwowo 

kamienną 

posadzkę  prezbiterium.  W  takim  tempie  pan  młody 
opadnie z sił jeszcze przed rozpoczęciem ceremonii. 

-

 

Nie sądzisz, Ŝe powinieneś wziąć się w 

garść? 
Jerry rzucił mu strapione spojrzenie. 
-

 

Jeśli coś pójdzie nie tak, będzie po mnie. 

-

 

MoŜe uda ci się wywinąć. 

Max wcisnął ręce w kieszenie spodni, nie zwaŜając, Ŝe 

gniecie  biały  smoking.  Był  niemal  o  głowę  wyŜszy  od 
przyjaciela.  Choć  byli  w  tym  samym  wieku,  stanowili 
zupełne  przeciwieństwo.  Rudowłosy,  krótko  ostrzyŜony  i 
piegowaty  Jerry  sprawiał  wraŜenie  chłopca.  Max 
wyglądał  na  swoje  trzydzieści  dziewięć  lat;  pół  Ŝycia  na 
morzu  wyryło  bruzdy  na  jego  ogorzałej  twarzy.  Teraz 
gęste ciemne włosy opadły mu na czoło, a w oczach koloru 
morza migotały wesołe iskierki. 

Pan młody spojrzał na zegarek. 

-  Za trzy minuty Barb będzie szła przez kościół. 

-  Właśnie - podkreślił Max. - Po to się tu dziś 

zebraliśmy. 
ś

eby ujrzeć was dwoje złączonych świętym węzłem 

małŜeńskim. 

background image

 

 

-  To nie pora na docinki, Max. Jesteś pewien, Ŝe nie 

widziałeś, jak wchodziła? 

Max domyślił się, Ŝe nie rozmawiają juŜ o pannie 
młodej. 

-

 

Nawet nie wiem, jak wygląda. 

-

 

Niska. Ciemne włosy, brązowe oczy. - Jerry 

rozluźnił kołnierzyk, jakby brakowało mu powietrza. - 
Lubi duŜe kolczyki. 

Max  podszedł  do  drzwi  zakrystii  i  dyskretnie  wyjrzał. 

Muzyce  organowej  towarzyszył  cichy  szmer  rozmów  gości, 
których  porządkowi  prowadzili  na  wyznaczone  miejsca. 
Drewniane  ławki  tonęły  w  girlandach  białych  kwiatów, 
przez  witraŜowe  okna  sączyło  się  jasne  czerwcowe  słońce. 
Niezłe  przedstawienie,  zauwaŜył  w  duchu,  lustrując  rzędy 
zaproszonych na uroczystość. 

Wtem 

spostrzegł 

drobną 

kobietę 

blado-

brzoskwiniowej  sukni.  Wślizgnęła  się  na  miejsce  obok 
jednego z braci Jerry'ego. Perłowe kolczyki zwisały jej do 
ramion,  a  czarne  loki  wysuwały  się  spod  kapelusza  z 
szerokim  rondem.  Czy  to  moŜliwe,  Ŝeby  tak  krucha  istota 
była intrygantką, której obawiał się Jerry? 

Max cofnął się i dołączył do zdenerwowanego 
przyjaciela. 

-

 

Chyba ją widziałem - powiedział. - Po stronie pana 

młodego, w trzynastym rzędzie. W białym kapeluszu. 

-

 

O, nie! -jęknął Jerry. - Co mam robić? 

-

 

Sam się w to wpakowałeś, bracie. Paskudna sprawa. 

- Poklepał przyjaciela po ramieniu. - Na pocieszenie mogę 
ci powiedzieć, Ŝe jest tu przynajmniej sześćdziesiąt kobiet 
i załoŜę się, Ŝe 
wszystkie noszą kolczyki. 

-

 

Nie czas na Ŝarty. Podobno jesteś moim druŜbą. 

Musisz ją stąd wyprowadzić. 

-

 

Nawet nie wiesz, czy to ona i czy ma złe zamiary. 

-

 

Ma - upierał się Jerry, znów rozluźniając 

kołnierzyk. - 
Sprawiała kłopoty od pierwszego dnia naszej znajomości. 

Max ponownie zaapelował do rozsądku przyjaciela. 

-  MoŜe tak, moŜe nie. Weź się w garść. 

Gdy 

pierwsze 

akordy 

towarzyszące 

orszakowi 

wypełniły kościół, Jerry aŜ podskoczył. 

-

 

Nie spuszczaj jej z oka, Max. Jeśli wykona jakiś 

ruch, daj 
mi znać. 

-

 

I co? 

- Wyprowadź ją stąd..   

-  Zgoda - westchnął Max. Kiedy ksiądz skinął, by do 

niego 
podeszli, wziął Jerry'ego za łokieć i poprowadził w 
kierunku 
ołtarza. - Powitajmy pannę młodą. 

Arianna  wreszcie  usiadła  na  twardej  drewnianej  ławce. 

Przyglądała  się,  jak  porządkowy  prowadzi  starszą  panią, 
zapewne  matkę  pana  młodego,  na  miejsce  z  przodu.  Kiedy 
zabrzmiały 

organy, 

zapowiadając 

nadejście 

druhen, 

wygładziła  wąską  spódnicę  i  posłusznie  stanęła  twarzą  do 
przejścia.  Nie  cierpiała  się  spóźniać,  ale  w  ostatniej  chwili 
zaczepiła rajstopy. Czuła teraz zakrzepłą kroplę lakieru przy-
lepioną do uda. 

Dyskretnie  rozejrzała  się  wokół  w  poszukiwaniu 

znajomych twarzy. Na próŜno. Siedem lat to kawał czasu - 
ciotki  i  wujowie  postarzeli  się,  a  ich  dzieci  dorosły. 
Dlaczego dała się namówić na przyjście? To, Ŝe mama jak 
zwykle  nagle  musiała  zająć  się  wnukami,  nie  oznaczało, 
Ŝ

e  Ari  była  zobowiązana  do  przychodzenia  tu  zamiast 

niej. Sama jestem sobie winna, uznała. Powinnam znaleźć 
jakąś wymówkę. 

-  Śluby - mawiała matka - są takie urocze i 
inspirujące. 
Inspirujące jak diabli. Ari zmarszczyła brwi, ale 
udawała, Ŝe 

się dobrze bawi, co nie przychodziło jej łatwo. 

W  pobliŜu  wejścia  dreptała  nerwowo  panna  młoda  w 

lawendowej sukni. Wyglądała, jakby dopiero co ukończyła 
szkołę średnią. Ari nagle poczuła się dwa razy starsza, niŜ 
na to wskazywały 

background image

 

 

jej  trzydzieści  dwa  lata.  Jak  tylko  orszak  druhen  minął 
ławkę, 

rozbrzmiały 

dźwięki 

marsza 

weselnego. 

Doskonale,  zauwaŜyła  w  duchu  Ari.  Teraz  wuj  Harry 
poprowadzi  jedną  z  sześciu  córek  wzdłuŜ  nawy  i  odda  ją 
temu jak mu tam. 

Kiedy  panna  młoda  i  jej  ojciec  zbliŜyli  się  do  jej 

ławki,  Ari  wytrzeszczyła  oczy  ze  zdumienia.  To  nie  był 
wuj  Harry.  Chyba  Ŝe  stracił  kilkadziesiąt  kilo  i  odrosły 
mu  włosy.  Kuzynka  Effie  według  słów  matki  była 
„dorodna". Młoda kobieta w welonie miała smukłą talię i 
nawet na obcasach była niŜsza od Ari. 

Niewłaściwe  miejsce  w  niewłaściwym  czasie. Czy  w jej 

Ŝ

yciu  zawsze  będzie  się  to  powtarzać?  Ari  ponownie 

obrzuciła wzrokiem tłum z nikłą nadzieją, Ŝe wreszcie kogoś 
rozpozna,  ale  zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  to  beznadziejne. 
Mniejsza  o  to,  Ŝe  była  przekonana,  iŜ  ceremonia  ma  się 
odbyć  u  Św.  Katarzyny  o  drugiej  po  południu  w  sobotę 
dwudziestego  trzeciego  czerwca.  Po  prostu  nie  byłoby 
grzecznie  uczestniczyć  w  zaślubinach  nieznajomych. 
Zerknęła  na  pustą ławkę po prawej. Oto droga ucieczki. Czy 
uda  jej  się  wymknąć  na  palcach  bez  zwracania  niczyjej 
uwagi? 

Szybko oceniła sytuację. Na szczęście marsz płynął w 

wolnym  tempie.  Ari  zakładała,  Ŝe  minie  jeszcze  kilka 
chwil,  zanim  panna  młoda  z  ojcem  dotrą  do  ołtarza. 
Kościół był przepełniony, a poza tym wszystkie oczy były 
zwrócone na młodą parę. 

Zacisnęła  w  dłoni  malutką  torebkę  i  wyślizgnęła  się 

bokiem,  starając się nie dotykać obcasami posadzki. Kiedy 
tylko  dotrze  do  bocznej  nawy,  przyspieszy  kroku,  moŜe 
nawet  uda, Ŝe  się  źle poczuła,  w  razie  gdyby  ktoś zauwaŜył 
jej wyjście. 

Tak  się  stało.  Wysoki,  ciemnowłosy  męŜczyzna  w 

białym smokingu zablokował jej drogę, zupełnie jakby na 
nią czekał. 

-

 

Prze... - zaczęła Ań szeptem, ale jej przerwał 

-

 

O, nie, na pewno nie. 

Ari uniosła głowę i spojrzała na niego. Zanim 
odwróciła 

wzrok,  zdąŜyła  zauwaŜyć  falujące  włosy  i  wyrazistą, 
ogorzałą  twarz.  Jeden  z  najprzystojniejszych  męŜczyzn, 
jakich kiedykolwiek widziała, nie chciał, Ŝeby wychodziła 
z  kościoła?  To  jakiś  nonsens.  Dotarłszy  do  nawy, 
spróbowała ponownie. 

-

 

Przepraszam. 

-

 

Tędy - polecił, zniŜając głos. Złapał ją za ramię, tak 

jak 
by chciał ją odciągnąć od ołtarza. Dlaczego sądził, Ŝe szła 
właśnie tam? 

Ari utkwiła wzrok w zimne niebieskie oczy w oprawie 

czarnych 

rzęs. 

Przyszedł 

jej 

na 

myśl 

zwrot 

„niebezpieczny  niczym  pirat".  Widząc  jej  wahanie, 
nieznajomy zacisnął wargi i wzmocnił uścisk. 

-  W porządku - powiedziała półgłosem, pozwalając się 

pro 
wadzić. Zdaje się, Ŝe nie miała wyboru. MoŜe wiedział o 
jakichś 
drzwiach, które cicho się otworzą i wypuszczą ją na 
słońce. 
Najwyraźniej naleŜał do grona gości; w klapie miał wpięty 
ś

wieŜy biały goździk. - Nie musi pan tego robić - 

szepnęła. - Znajdę 
drogę do wyjścia. 

Milczenie. Nacisk duŜej ręki na jej ramieniu nie zelŜał. 

Organy  przestały  grać  i  tłum  uciszył  się  właśnie  wtedy, 
kiedy towarzysz Ari popchnął ją do przedsionka. 

-  Boczne drzwi - mruknął. - Tylko bez hałasu. 

Ari 

westchnęła. 

Właściwie 

powinna 

być 

przyzwyczajona  do  władczych,  ogorzałych  męŜczyzn.  W 
Montanie  było  ich  pełno.  Ale  niewielu  nosiło  białe 
smokingi i Ŝaden z męŜczyzn, z którymi się spotykała, nie 
wyprowadzał jej znikąd na siłę. 

OstroŜnie  przekroczyła  kartonowe  pudło  z  ulotkami  i 

obserwowała,  jak  jej  towarzysz  przekręca  miedzianą  gałkę 
drzwi.  Po  paru  minutach  stanęli  na  miękkim  zielonym 
trawniku  okalającym  kościół  Św.  Katarzyny  i  męŜczyzna 
wreszcie puścił jej ramię. 

-  Słuchaj - powiedział, patrząc na nią z góry. 
Zawahał się, 

background image

 

 

ale po chwili podjął: - Nie wiem, jaką grę prowadzisz, ale 
nawet nie myśl, Ŝe ci się uda. 

Miał  głęboki, dźwięczny  głos,  taki,  który  niesie się  na 

mile. To, co mówił, nie miało sensu. 

-

 

Grę? - powtórzyła za nim jak echo. 

-

 

Nie moŜna gmatwać ludziom Ŝycia, moja pani. 

-

 

Nie bardzo rozumiem. Chyba bierzesz mnie za kogoś 

innego. 
-

 

Nie próbuj mnie zwodzić. To na nic. 

-

 

Przykro mi. - Doszła do wniosku, Ŝe mu ustąpi. 

Póki nie 
uda jej się uciec. - Zdaje się, Ŝe popełniłam błąd. 

-

 

Jeny teŜ. I to duŜy, co nie znaczy, Ŝe musi za niego 

płacić 
przez resztę Ŝycia. 

-

 

Jerry? 

Znów  zacisnął  wargi,  wokół  których  pojawiły  się 

bruzdy. Świetnie wyglądał, nawet kiedy marszczył brwi. 

-  Nie udawaj głupiej, mała. Zostaw to na inną okazję. 

Ari opanowała gniew. PrzecieŜ postanowiła mu ustąpić. 

Skierowała  się  w  stronę  chodnika  z  nadzieją,  Ŝe  uda  jej 
się  minąć  nieznajomego  i  dotrzeć  na  parking  po  drugiej 
stronie kościoła. 

-

 

Masz całkowitą rację. Ten, no, Jerry powinien teraz 

rozpocząć nowe Ŝycie. 

-

 

Obiecaj mi, Ŝe tam nie wrócisz. 

-

 

Przysięgam. - Arianna uroczyście skinęła głową i 

połoŜyła 
dłoń na piersi. 

Stłumione  dźwięki  muzyki  organowej  dotarły  aŜ  tu. 

Max  spojrzał  z  miną  winowajcy  w  stronę  kościoła.  Jako 
druŜba  powinien  stać  teraz  obok  przyjaciela.  Dobrze,  Ŝe 
przekazał  obrączkę  ślubną  bratu  Jerry'ego,  zanim  pognał 
nawą, by odciąć tej kobiecie drogę do ołtarza. 

-  MoŜe powinieneś wrócić na ślub - powiedziała ta 

dziwna 
kobieta, zmierzając na chodnik, zupełnie jakby nic jej 
to nie 

obchodziło.  Chciał  ją  puścić,  ale  nie  bardzo  podobał 
mu się obrany przez nią kierunek. 

-  Trzymaj się z dala od kościoła - mruknął. 

Stanęła  i  zwróciła  duŜe  brązowe  oczy  w  jego  kierunku. 

Zachwycił go jej kapelusz. Szerokie rondo ocieniało delikatne 
rysy  i  podkreślało  cerę  koloru  kości  słoniowej.  Wcielenie 
niewinności,  pomyślał,  skłonny  uwierzyć,  Ŝe  się  omylił. 
Właśnie wtedy zaklęła. 

-

 

Co? - Dopadł jej w mgnieniu oka. Nie wierzył 

własnym 
uszom. 

-

 

To co słyszałeś. Mam powtórzyć? ' 

-

 

Zabawne, Ŝe ty to mówisz. 

Jej oczy zapłonęły, ale po chwili uśmiechnęła się. 

-  Musisz mi wybaczyć. Tego popołudnia popełniłam 

głupią 
omyłkę i mam dość znęcania się nade mną. Idę do... 

,  -  Nie.  -  Max  chwycił  ją  za  rękę. Był  przyzwyczajony 

do  szybkiego  podejmowania  decyzji,  a  ta  sytuacja 
wymagała działania. - Idziesz ze mną. Nie mogę dopuścić 
do  zrujnowania  przyjęcia.  -  Albo  miesiąca  miodowego, 
dodał w myśli. 

Max  uznał,  Ŝe  wszystko  jest  moŜliwe.  Pociągnął  ją 

chodnikiem w kierunku doków Galilee. 

-  Nie mam zamiaru niczego rujnować - 

zaprotestowała. - 
Pomyślałam tylko, Ŝe w drodze do domu zajrzę do 
biblioteki. 

Niemal  w  to  wierzył.  Wyglądała  raczej  jak  skromna 

bibliotekarka  niŜ  doświadczona  uwodzicielka,  która 
próbowała  zmusić  Jerry'ego  szantaŜem,  Ŝeby  się  z  nią 
oŜenił. 

-

 

Biblioteka. Niezły wykręt. 

-

 

Mógłbyś zwolnić? Mam wąską spódnicę. 

-

 

Jasne. 

To  była  rozsądna  prośba,  zwłaszcza  Ŝe  Max  nie  miał 

zielonego  pojęcia,  dokąd  ją  zabrać.  Zwolnił  kroku,  ale 
nie wypuszczał z uścisku jej drobnej dłoni. 

background image

 

 

-  Dziękuję. - Ari zaczęła wątpić w swoje zdrowie 

psychiczne. MoŜe ma złego sobowtóra? Na tę myśl omal 
nie wybuchnęła 
ś

miechem. Skazana w dzieciństwie na towarzystwo pięciu 

braci, 
tęskniła za siostrą, nawet złą. Braciom zawdzięczała, 
Ŝ

e nie 

tylko klęła jak marynarz, potrafiła się takŜe skutecznie 
bronić. 
Dobrze wiedziała, co ma robić, gdyby nieznajomy 
okazał się 
niebezpieczny. Na razie jednak uścisk jego twardej dłoni 
pozostał 
łagodny. 

Ocean  pachniał  coraz  mocniej.  ZbliŜali  się  do  serca 

najbardziej  znanej  wioski  rybackiej  w  Rhode  Island. 
WzdłuŜ  szerokiej  jednokierunkowej  ulicy  biegnącej 
wzdłuŜ  portu  spacerowali  turyści.  Za  fabrykami  konserw, 
restauracjami i sklepami rybnymi ciągnęły się doki.. 

Max  zawahał  się,  po  czym  ostroŜnie  poprowadził 

Bibliotekarkę,  jak  zaczął  ją  w  myśli  nazywać,  w  kierunku 
duŜego białego budynku z napisem „Cole Products". Zerknął 
dyskretnie  w  głąb  uliczki.  Jego  najnowszy  nabytek,  kuter 
,,Lady Million", był wciąŜ na morzu. 

-  Jeśli myślisz, Ŝe uda ci się zaciągnąć mnie w tę 

uliczkę, to 
się mylisz - powiedziała cicho kobieta. 

Spojrzał na nią, ale kapelusz zasłaniał jej twarz, więc ujrzał 

tylko,  Ŝe  wysokie  obcasy  wbiły  się  w  piaszczystą 
nawierzchnię parkingu. 

-

 

Jestem druŜbą, nie gwałcicielem. 

-

 

A ja nie jestem tą, za którą mnie bierzesz. - 

Odrzuciła 
głowę do tyłu i Max znów spojrzał w te brązowe oczy. 

-

 

Nie mogę ryzykować. 

-

 

No to co zrobimy? 

-

 

Zachowujmy się jak turyści - zaproponował. - 

Widzisz? 
Przechodnie uśmiechają się do nas. 

-

 

Jesteśmy trochę zbyt wystrojem. 

Minęli  otwarte  drzwi  smaŜalni  i  Max  wciągnął  w 

nozdrza zapach mięczaków w cieście. 

 

-

 

Musimy jakoś zabić czas. Nie jesteś głodna? 

-

 

Daj spokój. Odprowadź mnie do samochodu i pozwól 

pojechać do domu - zasugerowała. 

Faktycznie. Mógłby wrócić do kościoła, witać gości na 

przyjęciu, pić szampana i tańczyć z siostrą panny młodej, 
siedemnastoletnią  druhną,  która  chodziła  za  nim  jak 
szczeniak.  Mógł  nerwowo  sprawdzać  wszystkie  wejścia 
olbrzymiego  klubu  w  nadziei,  Ŝe  nie  pojawi  się  w  nich 
Bibliotekarka,  albo  wypić  za  duŜo  i  wrócić  do  pustego 
domu. Znowu. 

Albo,  pomyślał,  widząc  prom,  z  którego  właśnie 

wysiadali  turyści,  on  i  jego  towarzyszka  mogliby  się 
wybrać  na  przejaŜdŜkę.  Wolną  ręką  szarpnął  krawat  i 
rozluźnił kołnierzyk koszuli. 

-  Płyniemy na Block Island? - Ari nie mogła w to 
uwierzyć. 
Puścił jej rękę, wyciągnął portfel z wewnętrznej 
kieszeni 

smokingu i wyjął kilka banknotów. 

-  Zgadza się. 
Ari  zawahała  się.  Mogła  uciec  albo  zrobić  scenę  i 

zawołać  policję,  albo  wrócić  do  domu,  gdzie  czekała  ją 
opieka  nad  bratankami  lub  krojenie  ziemniaków  w 
kostkę na gęstą zupę z ryb  i małŜy. W najlepszym razie 
mogła  liczyć  na  to,  Ŝe  uda  jej  się  przeczytać  po  raz 
kolejny „Dumę i uprzedzenie". 

-

 

Jak na niewinną kobietę nie opierasz się za bardzo – 

zauwaŜył, biorąc ją znów za rękę. 

-

 

Dobrze się bawię - odparła. 

Szalone,  ale  prawdziwe.  Przez  parę  godzin  nikt  jej 

nie  o c z e k i wa ł   w  d o mu ,   a   p o g o d a   b y ł a   p i ę k n a .  
D l a c z e g o   nie  miałaby  się  zabawić?  Stanęła  w  kolejce 
turystów w wakacyjnych strojach. Z pewnością ktoś by jej 
pomógł,  gdyby  o  to  poprosiła.  Spojrzała  w  górę  na 
szerokie  ramiona  druŜby.  Na  oko  był  przynajmniej  pięć 
lat od niej starszy. Z jakiegoś niewytłumaczalnego 

background image

powodu niemal go polubiła. Naprawdę go polubiła. 

-

 

Dlaczego wybieramy się na Block 

Island? 
Wzruszył ramionami. 
-

 

Potrzebuję świeŜego powietrza. 

Ari przytrzymała kapelusz, by wiatr nie zerwał jej go z 
głowy. 
-  CóŜ, to wystarczający powód. 
Uśmiechnął  się  do  niej.  Absolutnie  zniewalający 

uśmiech.  Ciepło  wreszcie  rozświetliło  jego  niebieskie 
oczy. 

-

 

Będziesz się dobrze bawić. 

-

 

A jeśli dostanę morskiej choroby? 

 

-

 

Nie dostaniesz. - Spojrzał w kierunku horyzontu. - 

Jest 
całkiem spokojnie jak na czerwiec, mimo chmur. 

-

 

Ostatni raz byłam na Block Island, mając trzynaście 

lat. To 
była szkolna wycieczka. Wszyscy na promie 
wymiotowali. 

-

 

Ty teŜ? - Pomachał do nastolatka sprawującego 

opiekę nad 
gigantycznym zwojem lin. Ari zauwaŜyła, jak buzia 
chłopca 
pojaśniała. 
 

-

 

Tak - odparła. - Mieszkasz 

tu? 
Przytaknął. 
-

 

Tu jest mój dom. 

Sposób,  w  jaki  to  powiedział,  sprawił,  Ŝe  Ari 

zawahała się, zanim zadała kolejne pytanie. 

-  Galilee czy Atlantyk? 
-  Chyba jedno i drugie. - Puścił jej dłoń, dotknął 

pleców 
i poprowadził ją przez tłum, wymijając turystów z małymi 
dziećmi, rowerami, meblami ogrodowymi i plecakami. 
Ari odniosła 
wraŜenie, Ŝe ta wyprawa przypomina bardziej randkę niŜ 
porwanie. - Chodźmy na górę, stamtąd jest dobry widok. 

Znalazłszy  się  na  górnym  pokładzie,  stanęli  w 

milczeniu  przy  relingu.  Prom  zaczął  swą  powolną 
podróŜ  obok  skalistych  ramion  falochronu  i  wypłynął  z 
portu.  Ari  zmęczyła  się  pilnowaniem,  by  kapelusz  nie 
sfrunął, i staraniami, Ŝeby nie upuścić maleńkiej atłasowej 
torebki. 

-  MoŜe włoŜyłbym to do kieszeni? - zaproponował 
Max. 
Miała ochotę wyrzucić ją za burtę, ale były w niej 
kluczyki do 

samochodu, prawo jazdy, nowa szminka i trzy dolary. 

-

 

CóŜ... 

-

 

Obiecuję, Ŝe będzie u mnie bezpieczna. Naprawdę. 

-

 

Potrzymasz mi kapelusz? 

Wziął delikatnie rondo w palce. 

 

-

 

Chwileczkę. - Ari otworzyła torebkę i wyjęła z niej 

ban 
knoty. Kiedy wsunął ją do kieszeni, odwróciła się, złoŜyła 
pieniądze w kostkę i wepchnęła je za stanik. CzyŜ babcia 
nie uczyła jej, 
Ŝ

e to jedyny bezpieczny schowek na pieniądze? Wreszcie 

zwróciła się twarzą ku męŜczyźnie, z którym miała 
spędzić resztę 
popołudnia. - Domyślam się, Ŝe wciąŜ mamy się 
zachowywać 
jak turyści, prawda? 

-

 

Prawda. Pomachaj do ludzi na falochronie. 

Ari  posłuchała.  Przypomniała  sobie,  jak  setki  razy 

siadywała  na  skałach  i  machała  do  wesołych  pasaŜerów 
na promie. 

-  Chcesz swój kapelusz z powrotem? 

Wyciągnęła  rękę.  Podmuch  wiatru  wyrwał  go  z  jej 

palców.  Nieznajomy  próbował  go  chwycić,  ale  kapelusz 
zatańczył wzdłuŜ relingu, przekoziołkował i zniknął. 

-

 

No i po elegancji. - Ari uśmiechnęła się, 

usłyszawszy, jak 
męŜczyzna cicho zaklął. - Nie rób takiej miny. Niewielka 
strata. 
Niecałe cztery dolary u Woolwortha. 

-

 

Kupię ci inny - obiecał. 

Potrząsnęła  głową.  Oceaniczny  wiatr  zwiał  cięŜkie 

włosy z jej twarzy. 

-  Nie kłopocz się, kupiłam go tylko na ślub. 

background image

 

 

Właśnie, ślub. 
-

 

JuŜ się pewnie skończył. - Max wpatrywał się w jej 

twarz, 
szukając śladów bólu czy Ŝalu. Coś mignęło w jej oczach. 
MoŜe 
poczucie winy? 

-

 

Pewnie tak. 

-

 

Jerry nie powiedział mi, jak się nazywasz. 

 

-

 

Ja teŜ nie znam twego imienia - 

odparła. 
Puścił to mimo uszu. 
-

 

Muszę się jakoś do ciebie zwracać. 

Ari przyszła na myśl ksiąŜka leŜąca na nocnym stoliku. 
-  Jane - powiedziała. - Jane Austen. 
Nie dał po sobie poznać, Ŝe coś mu to mówi. 
-

 

Wiesz - powiedział, opierając się o reling - nie mam 

pojęcia, co chciałaś dziś osiągnąć. Awantura na ślubie 
to szalony 
pomysł. - A ty nie wyglądasz na szaloną, dodał w myśli. 

-

 

Próbowałam to wyjaśnić, ale nie słuchałeś. 

-

 

Teraz słucham, Jane. - Brzoskwiniowy jedwab i 

koronka, 
pantofle na obcasach i perłowe kolczyki. To wszystko 
przyciągało jego uwagę. 

Minęło  kilka  minut,  a  ona,  zamiast  wyjaśnić,  sama 

zadała pytanie. 

-  A ty kim jesteś? Oczywiście poza rolą druŜby. 
Max westchnął z rezygnacją, ale nie mógł powstrzymać 

się od uśmiechu, Ŝe tak uparcie odmawiała kapitulacji. 

-

 

Charles. Charles Dickens. 

-

 

Niezła z nas para, prawda? 

-

 

A więc, Jane, co robisz poza pisaniem ksiąŜek? - 

naciskał. 

 

-

 

Tu mnie masz - roześmiała 

się. 
.- A moŜe powiesz prawdę? 
-

 

Cały czas mówiłam prawdę, Charles. 

-

 

Mam na imię Max. 

 

-

 

Max - powtórzyła. - Skrót od... 

-

 

Maximilian. - Miał ochotę dotknąć pereł, 

wiszących tuŜ 
przy delikatnej szyi, ale nie odrywał dłoni od relingu. W 
głowie 
brzmiało mu ostrzeŜenie Jerry'ego, coś  o tym, Ŝe ta 
kobieta oznacza kłopoty. UwaŜaj się za ostrzeŜonego, 
Cole, i zaryzykuj. - 
Twoja kolej. 

-

 

Myślałam, Ŝe wiesz. Czy Jerry nic ci nie 

powiedział? 
-

 

Nie. - Jerry niewiele mówił o swej przygodzie, a 

Max nie 
pytał. 

-

 

Ari. Zdrobnienie od Arianny. 

-

 

Arianna - powtórzył. - Pasuje do ciebie. 

-

 

Powiem mamie, Ŝe ci się podoba. 

-

 

Proszę, zrób to - szepnął. - Na pewno jesteś stąd. 

-

 

Dlaczego tak sądzisz? 

-

 

Wycieczka na Block Island. 

Ari nie miała zamiaru zdradzać mu swego nazwiska. Jeśli 

mieszkał  w  okolicy  Galilee,  jak  twierdził,  z  pewnością  je 
znał.  Robiło  się  coraz  ciekawiej.  To,  Ŝe  wzięto  ją  za 
awanturnicę i podejrzewano o chęć zakłócenia uroczystości 
zaślubin, było wystarczająco dziwaczne, ale wyprowadzenie 
z kościoła i zaciągnięcie na prom to doświadczenie jedyne w 
swoim  rodzaju.  Za   parę  godzin  będzie  musiała  powrócić  do 
roli posłusznej córki i kochającej siostry, której podjęła się w 
te  wakacje,  ale  teraz  uległa  pokusie.  Postanowiła 
przyjemnie  spędzić  popołudnie  w  towarzystwie  jednego  z 
najprzystojniejszych męŜczyzn, jakich znała. 

-  Nie mówmy o przeszłości - powiedziała tonem, 

który, jak 
miała nadzieję, zabrzmiał tajemniczo. 

Uniósł brwi. 
-

 

Zgoda. Powiedz mi więc, co zamierzałaś zrobić po 

zerwaniu ślubu. Czy sądziłaś, Ŝe Jerry z tobą wyjedzie? 

-

 

Nie mówmy o Jerrym. 

background image

Zgodził się z wielką chęcią. 
-  A więc rozejm. - Wpatrzył się w błękitne wody 

zatoki. 
Setki łódek kołysały się na falach w pobliŜu promu. Na 
horyzoncie pojawił się szary zarys trawlera i 
charakterystyczne piaszczyste urwiska wyspy. Odwrócił 
się i spojrzał na towarzyszącą mu 
kobietę. - W porządku? 

Ari wyglądała niepewnie. 
-

 

Co się stanie, jak dopłyniemy do 

wyspy? 
Nie spuszczę cię z oka, obiecał sobie. 
-

 

A co chciałabyś robić? 

-

 

Nie mamy odpowiednich strojów na plaŜę ani na 

rower. 
-

 

Jesteś głodna? 

-

 

Nie byliśmy na przyjęciu. 

-

 

O to właśnie chodziło. 

 

-

 

Ty wciąŜ myślisz, Ŝe ja jestem... rozrabiarą. - 

Teraz 
brzmiało to nawet zabawnie. Z jego strony nic jej nie 
groziło. Na 
promie było pełno pasaŜerów, a kiedy tylko dopłyną, Ari z 
łatwością mogłaby zgubić Maxa. Gdyby chciała. Co z 
tego, Ŝe miała 
tylko trzy dolary? Mogła zadzwonić do ojca albo jednego z 
braci, 
Ŝ

eby po nią podpłynęli, nawet gdyby oznaczało to 

powrót na 
„Peggy Lou". To ostateczność, uznała w duchu. Nie miała 
ochoty 
wchodzić na pokład czegoś mniejszego niŜ ten prom. 

-

 

Nie jestem pewny - odezwał się  Max - ale jesteś piękną 

kobietą i, mimo dziwnych okoliczności, spędzasz 
popołudnie ze mną. 

-

 

Nie zostawiłeś mi wyboru, prawda? 

-

 

Och, cały czas miałaś wybór. - Pochylił się, by 

usłyszała 
jego słowa mimo wzmagającego się wiatru. - Jesteś 
inteligentną 
kobietą, Jane Austen, i oboje wiemy, Ŝe mogłaś bez trudu 
uwolnić 
się od mego towarzystwa. 

ROZDZIAŁ 2 

Przez pozostałą godzinę rejsu Ari usiłowała nie zwracać 

uwagi  na  swego  towarzysza,  choć  nie  było  to  łatwe.  Nic 
dziwnego, Max stał tuŜ obok. Miał rację. Znalazła się tu, 
poniewaŜ  tego  chciała.  Kiedy  zmieni  zdanie,  po  prostu 
odejdzie. 

Rozejm,  powiedział  Max.  W  porządku.  Ari  przywykła 

do zawierania rozejmów. 

Prom  zbliŜał  się  do  latarni  morskiej  w  starym  porcie. 

Ari  ujrzała  kolonialne  domki  porozrzucane  na  zboczach 
wzgórz..  Olbrzymie  białe  wiktoriańskie  hotele  były 
zwrócone  ku  zatoce,  jakby  w  oczekiwaniu  na  powitanie 
przypływających  turystów.  Kiedy  wreszcie  przybili  do 
brzegu, Max wyciągnął rękę. 

-  CóŜ, Arianno? Chyba ruszymy? 

Podała mu dłoń i przeszył ją dziwny dreszcz. 

-  Proszę prowadzić, panie Dickens. 
Zeszli  po  schodach,  potem  schodnią.  Z  dolnego 

pokładu  dobiegało  trzaskanie  drzwiczek  i  odgłosy 
zapalania silników samochodowych. Wkrótce  minęli tłum 
i znaleźli się na wyasfaltowanym parkingu. 

-  Mam wraŜenie, Ŝe z roku na rok coraz bardziej tu 

tłoczno. 
Jeszcze nie ma pełni sezonu, a tyle się dzieje - zauwaŜył 
Max. 

background image

 

 

-

 

Pójdziemy na spacer? 

-

 

Mam lepszy pomysł. Weźmy taksówkę i przejedźmy 

się po 
wyspie. 

Ari  popatrzyła  tęsknie  na  oryginalne  sklepy  na  Water 

Street, po czym odwróciła się do Maxa. 

-  Czy to nie zajmie zbyt duŜo czasu? Nie chciałabym 

spóźnić 
się na powrotny rejs. 

Pokręcił głową. 

-  Wyspa ma tylko jedenaście kilometrów długości. A 

przed 
nami całe popołudnie. 

-

 

Czy mam wybór? 

Max zaśmiał się cicho. 
-

 

Co powiesz na 

kompromis? 
- To znaczy? 
-

 

Przejedziemy się, a potem pochodzimy po mieście. 

Ari  skinęła  aprobująco  głową.  Domyślała  się,  Ŝe  jej 

towarzyszowi  niełatwo  przychodził  kompromis.  Jego 
zachowanie  wskazywało  na  to,  Ŝe był  przyzwyczajony  do 
wydawania  poleceń,  nie  do  podporządkowywania  się    im. 
Przywołanie  taksówki  zajęło  mu  dosłownie  chwilę.  Kiedy 
wsiedli  do  mocno  zniszczonego  Ŝółtego  auta,  Ari  z  ulgą 
zsunęła  z  nóg  białe  pantofelki.  Dobrze  byłoby  znaleźć 
jakąś  łazienkę,  zdjąć  rajstopy  i  wyrzucić  je  do  śmieci.  Ale 
najpierw  musiałaby  kupić  sandały.  Za  najwyŜej  trzy 
dolary. 

Głos Maxa wyrwał ją z zamyślenia. 

-

 

Czy wiesz, Ŝe podobno w tych wodach w 

siedemnastym 
i osiemnastym wieku zatonęło ponad pięćset statków? 

-

 

Ojciec opowiadał mi morskie historie. - Ari spojrzała 

przez okno na ocean. - Czytałam kiedyś, Ŝe kapitan Kidd 
zostawił na Block Island Ŝonę i córkę. Spędziły tu 
zimę, podczas gdy on uprawiał swoje pirackie rzemiosło. 
Było to tuŜ przed tym, jak go zdradzono i zmuszono do 
poddania się w Bostonie. 

 

-  Kto go zdradził? śona? 
Ari pokręciła głową. 

-

 

Oczywiście, Ŝe nie. - Nagle uprzytomniła sobie, Ŝe 

ktoś moŜe czekać na Maxa na weselu. Dlaczego nie 
pomyślała o tym wcześniej? - Jesteś Ŝonaty? 

-

 

Nie. Nigdy nie byłem. 

 

-

 

A więc czy nie jesteś odrobinę 

cyniczny?  
Skrzywił się. 
-

 

Naprawdę nie jestem. To po prostu był cięŜki dzień. 

-  Nie Ŝartuj. - Opuściła szybę do połowy i spojrzała na 

Maxa. - Nie jest ci za ciepło w tym smokingu? 

Zaprzeczył ruchem głowy. 

-  A jak to było z Jerrym, nawiasem mówiąc? 

Ari wyczuła irytację w jego głosie. Uciekła wzrokiem w 

przestrzeń. 

-

 

Myślałam, Ŝe nie będziemy juŜ o nim rozmawiać. 

– Jeśli Max zorientuje się, Ŝe ją z kimś pomylił, moŜe 
zechce wrócić następnym kursem. Nie miała ochoty 
wracać. Jeszcze nie 
teraz. 

-

 

To prawda - przyznał, kładąc rękę na oparciu 

siedzenia, 
niepokojąco blisko szyi Ari. 

Jechali w milczeniu przez parę minut, aŜ wreszcie Max 
spytał: 
-  Czy ojciec opowiadał ci kiedyś historię statku 

„Palatine Light", Arianno? 

Siwiejący taksówkarz spojrzał przez ramię. 

-

 

Niech pan nie opowiada tej damie 

bzdur. 
Ari pochyliła się do przodu. 
-

 

Czemu nie? Nie bardzo to pamiętam. 

 

-

 

To stek nonsensów, a my, wyspiarze, musimy 

wysłuchiwać 
tego od ponad stu lat - rzucił kierowca. 

-

 

Opowiem prawdziwą historię - bronił się Max. 

background image

 

 

Kierowca skinął głową i wsadził fajkę między zęby. 
-  Lepiej wysiądźcie i popatrzcie na urwiska. 

Zaczekam na 
was przy latarni. 

Ari szybko wsunęła stopy w pantofle, a Max wysiadł z 

samochodu  i  odwrócił  się,  by  podać  jej  rękę.  Wyszła 
wprost  na  porywisty  wiatr  i  wpatrzyła  się  w  fale  bijące  o 
brzeg. 

-  Wiatr się wzmaga - zauwaŜył Max. - Zanosi się na 
burzę. 
ś

ołądek Ari zacisnął się w panice. Właśnie to 

sprawiało, Ŝe 

tęskniła za osłoną Gór Skalistych. Powinna tam zostać, 
zamiast kusić los powrotem do Rhode Island. 

-  Jak wrócimy do domu? 

-  O co chodzi? - Max przybliŜył się o krok i 

dotknął jej 
ramienia. - Boisz się odrobiny wiatru? 

Tak!  -  miała  ochotę  krzyknąć.  Boję  się  wzburzonego 

morza i sztormów! Z trudem zapanowała nad głosem. 

-

 

Nie przepadam za burzami. 

-

 

Chodź. - Podał jej ramię. - Wróćmy do samochodu. 

Opowiem ci o „Palatine Light" podczas kolacji. - 
Uśmiechał się, ale 
w oczach miał niepokój. - Odnoszę wraŜenie, Ŝe nie 
chcesz teraz 
słuchać Ŝadnych opowieści o zatopionych okrętach. 

-

 

Kolacji? - powtórzyła. 

-

 

Jestem ci winien poczęstunek, czyŜ nie? - Spojrzał 

na zegarek. - Jest pół do piątej. Zwiedzanie zajmie nam 
godzinę. 

-

 

Zgoda, Max. - Ari pozwoliła się poprowadzić do 

taksówki. 
Poza zasięgiem wiatru czuła się bezpieczniej. 

Kierowca  pojechał  wzdłuŜ  wybrzeŜa,  a  potem  skręcił 

w  głąb lądu. Pokazał im Great Salt Pond i oszalowany na 
biało  posterunek  straŜnika  wybrzeŜa,  po  czym  skierował 
się z powrotem do starego portu. 

-

 

Mgła gęstnieje - ostrzegł. - Chcecie pojechać na 

cypel? 
-

 

Tym razem nie, dziękujemy - odparł Max. 

Ari 

pamiętała 

dobrze, 

jak 

ojciec 

przeklinał 

nieprzewidywalne  czerwcowe  mgły.  Jej  Ŝądza  przygody 
przygasła. 

-  MoŜe powinniśmy wracać następnym rejsem? – 

zasugerowała. 

Max zapłacił taksówkarzowi i wziął Ari za rękę. 

-  Jeszcze nie - odparł. - Chciałaś pooglądać wystawy. 

-: Mogę to sobie darować - rzuciła. - Prawdę mówiąc, 

chętnie  poczekałabym  w  porcie,  by  być  pierwsza  na 
pokładzie. 

-

 

To nie jest konieczne. - Poprowadził ją w kierunku 

jasno oświetlonego białego budynku, którego okna 
zdobiły kwiaty 
w skrzynkach. - Poza tym jeszcze za wcześnie na powrót. 

-

 

Czy nie przychodzi ci do głowy - Ari z trudem 

chwytała 
powietrze, usiłując za nim nadąŜyć - Ŝe jeśli błędnie mnie 
oceniłeś, jakaś awanturnica moŜe właśnie rujnuje wesele 
twego przyjaciela? 

-

 

Nie. - Max zatrzymał się przed wejściem do 

Harborview Inn i spojrzał na potargane włosy Ari. - Choć 
jestem na siebie za 
to wściekły, myślę, Ŝe jesteś właśnie tą kobietą, której nie 
powinienem spuszczać z oka. 

Gorąco  pragnęłaby  mieć  gotową  odpowiedź.  Niestety. 

W  milczeniu  weszli  do  przytulnego  holu  i  Max  podszedł 
do kierowniczki sali. 

-

 

Nie wyglądamy jak turyści, prawda? - powiedziała 

Ari pod 
nosem, zauwaŜywszy spojrzenia innych gości, kiedy 
prowadzono ich do kameralnego stolika dla dwóch osób 
z widokiem 
na port. 

-

 

Chyba nie. - Wzruszył ramionami i odsunął dla 

niej 
krzesło. 

-

 

Ludzie się nam przyglądają. 

-

 

Jesteś piękna. Dlaczego nie mieliby się przyglądać? 

Ari uwaŜnie popatrzyła na Maxa przez stół. Czy nie 
zdawał 

background image

 

 
sobie  sprawy,  Ŝe  to  on  przyciągał  spojrzenia?  W  tym 
białym smokingu wyglądał jak gwiazda filmowa. 

-

 

Nie zawracaj mi... 

-

 

Mają państwo ochotę na koktajl? - spytała kelnerka, 

kładąc 
przed nimi karty dań. 

Max pochylił się ku Ari. 
-  Czego się napijesz, Arianno? MoŜe białego 
wina? 
Pokręciła głową. 

 

-  Rum z sokiem ananasowym. Podwójny. 
-  Podwójny - powtórzył, unosząc brwi, po czym zwrócił 

się 
do kelnerki: - Dla mnie czystą szkocką. - Przyglądał się 
Arian- 
nie. Wiatr zburzył jej włosy w fale wokół twarzy, niemal 
zakrywając perłowe kolczyki, które tak go zachwyciły. 
Niepokój w jej 
oczach intrygował. - Martwisz się mgłą? 

 

-  Jestem na wyspie z nieznajomym męŜczyzną, mam 

przy 
sobie trzy dolary, a morze zasnuwa się mgłą. Czym tu się 
martwić? - Oparła brodę na rękach. - Nie mam nawet 
szczotki do 
włosów. 

-

 

A do tego straciłaś kapelusz - uzupełnił. 

-

 

Mógłbyś mi dać moją torebkę? Chciałabym się 

odświeŜyć. 
Oczywiście - dodała - jeśli nie masz nic przeciwko temu, Ŝe 
cię 
zostawię samego na parę minut. 

Max z uśmiechem podał jej torebkę. 

-

 

Wiem, Ŝe wrócisz na drinka. 

-

 

Masz rację - mruknęła. 

Patrzył,  jak  idzie  przez  salę.  Skromna  aŜ  do  jasnych 

rajstop  i  niezbyt  wysokich  obcasów.  MoŜe  Jerry  się 
mylił? 

NiewaŜne. Max od miesięcy nie bawił się tak dobrze. 

CóŜ, zawsze lubił niespodzianki. Kelnerka przyniosła drinki. 
Rozparł się na krześle i pociągnął spory łyk szkockiej. - Czy 
decydują się państwo na złoŜenie zamówienia? Do 

najbliŜszego  rejsu  zostało  czterdzieści  pięć  minut  - 
powiedziała  kelnerka.  -  Nie  wiadomo,  czy  rejs  o  ósmej 
nie zostanie odwołany. 

Doskonale.  To  było  zbyt  dobre,  Ŝeby  się  miało 

skończyć.  Max  -  wyjął  portfel  i  podał  kartę  płatniczą 
American Express. 

-

 

Czy będzie pani tak miła i zarezerwuje dwa 

pokoje na 
dzisiejszą noc? 

-

 

MoŜe lepiej sprawdzić w porcie, zanim zdecydują się 

państwo zostać. 

Max potrząsnął przecząco głową. 

-  Nie, juŜ się zdecydowałem. - Pociągnął kolejny łyk i 

spojrzał przez okno na pustą przystań promu. Arianna 
moŜe oznaczała kłopoty dla Jerry'ego, ale teraz spotkała 
godnego siebie przeciwnika. 

Ari  spojrzała  z  niechęcią  na  swoje  odbicie  w  lustrze  i 

przegarnęła 

palcami 

wzburzone 

wiatrem 

włosy. 

Postanowiła  nie  zdejmować  rajstop  w  obawie,  Ŝe  porobią 
jej się pęcherze.  Dzień i tak  dobiegał  końca, a po  kolacji 
popłyną do domu. 

Nawet nie znała jego nazwiska. Był najprzystojniejszym 

męŜczyzną,  jakiego  kiedykolwiek  widziała,  i  naprawdę 
było mu przykro z powodu kapelusza, choć przecieŜ to on 
zaciągnął  ją  na  ten  przeklęty  prom.  Objechał  wyspę, 
opowiedział jej róŜne historie i zabrał na kolację, traktując 
tak,  jakby  się  z  nią  umówił  na  randkę,  choć  wziął  ją  za 
jakąś  awanturnicę.  Od  czterech  miesięcy  nie  była  na 
randce. 

Potrzebowała tego drinka. 
Kiedy  Ari  zbliŜyła  się  do  stołu,  Max  wstał.  Ciekawe, 

czy  zawsze  jest  takim  dŜentelmenem?  Gra  dobiegała 
końca. Czas juŜ wyjaśnić całe nieporozumienie. 

Sprawiał wraŜenie zadowolonego z siebie. To chyba 
niezbyt 

background image

 

 

dobry  znak.  Usiadła  i  zaczęła  sączyć  drinka. 
Pokruszony  lód  rozpuszczał  się  na  języku,  a  korzenny 
rum piekł w gardle. 

-

 

Lepiej teraz? 

-

 

Chyba tak. - Skinęła głową i otworzyła kartę. 

-

 

Czy  juŜ wybrałaś? 

Szybko przejrzała menu. 

 

-

 

Na pewno wszystko jest wspaniałe, ale wezmę 

smaŜone 
małŜe. 

-

 

Ja nie. Takie rzeczy mam na co dzień - powiedział 

ze 
smutnym uśmiechem. - To specyfika mego zawodu. 

-

 

Jesteś rybakiem. - Oczywiście przy jej szczęściu okazał 

się 
rybakiem. Dlaczego nie mógł zarabiać na Ŝycie czymś 
bezpieczniejszym, choćby sprzedawać buty czy być 
doradcą podatkowym? 

-

 

Tak. Chyba moŜna tak powiedzieć. 

Przy stoliku pojawiła się kelnerka z kartą kredytową 
Maxa. 

-

 

Wszystko załatwione, panie Cole. 

 

-

 

Dziękuję. 

ZłoŜyli zamówienia i kelnerka oddaliła się. 

-

 

A więc nazywasz się Cole. - Skądś znała to 

nazwisko. 
Wreszcie sobie przypomniała. - Ten napis na budynku w 
Galilee. 

-

 

Przetwórnia ryb - wyjaśnił. - Rodzinny interes. 

-

 

Co załatwione? 

 

-

 

Nasze pokoje na dzisiejszą noc.

  \ 
-

 

Pokoje? - powtórzyła. - Nie ma mowy. 

-

 

Mgła nadciąga - tłumaczył cierpliwie - i ostatni prom 

pewnie nie popłynie. Wolisz pokój w Harborview czy chcesz 
spać na 
plaŜy? Co, nawiasem mówiąc, jest zabronione. 

Ari  utkwiła  w  niego  wzrok.  Nie  wiedziała,  czy  ma  się 

cieszyć,  Ŝe  uniknie  rejsu  po  wzburzonym  morzu,  czy 
martwić,  Ŝe  zostaje  na  noc  bez  rzeczy,  szczoteczki  do 
zębów i grzebienia. 

 

-

 

Chyba Ŝartujesz. 

-

 

SkądŜe. 

-

 

MoŜe ostatni prom popłynie. 

-

 

I kaŜdy na pokładzie przeŜyje piekło. 

Ja teŜ, pomyślała. Wezwanie ojca czy któregoś z 
braci równieŜ  było wykluczone. 

-

 

Powiedziałeś: pokoje? 

-

 

Tak - uśmiechnął się. - Jakieś 

sprzeciwy? 
Szybko przełknęła kolejny łyk drinka. 

ś

adnych, Maximilianie Cole. Ale myślę, Ŝe 

powinniśmy 
 sobie wreszcie coś wyjaśnić. - Popchnęła torebkę w jego 
kierunku 
przez stół przykryty lnianym obrusem. - Otwórz ją. 

-

 

Do czego zmierzasz? - Max nie spuszczał wzroku z 

Ari. 
-

 

Do prawdy. 

Odsunął suwak i wysypał zawartość torebki na stół. 

-

 

Państwa sałatki - powiedziała kelnerka, balansując 

dwoma 
naczyniami i koszykiem pieczywa na tacy. Postawiła 
pucharek 
przed Ari i czekała, aŜ Max usunie drobiazgi, po czym 
postawiła 
przed nim sałatkę, a koszyk pośrodku stołu i pospiesznie 
odeszła. 
Max wpatrywał się w Ari. 

-

 

Na co mam patrzyć? 

-

 

Moje prawo jazdy. 

Wziął do ręki prostokątny kartonik i obejrzał go 
uwaŜnie. 
-  Prawo jazdy z Montany. I co z tego? 

-

 

Byłbyś beznadziejnym detektywem. 

Odsunął niecierpliwym gestem pucharek z 
sałatką. 
-

 

Co próbujesz mi udowodnić? 

-

 

Nie jestem przyjaciółką Jerry'ego. 

-  A niby dlaczego? Nigdy nie zdradził mi jej imienia. 

A ty 
moŜesz mieć to prawo jazdy od dawna, mieszkając w 
Rohde Island. 

background image

 

 

Ari miała gotową odpowiedź. 
-  Spójrz na datę. 
Przysunął dokument do świecy i przyjrzał mu się 
ponownie. 
-

 

PrzedłuŜyłaś je w ubiegłym 

miesiącu. 
Przytaknęła. 
-

 

Na urodziny. 

-  Masz trzydzieści dwa lata. - Uśmiechnął się do niej. 

- Nie 
wyglądasz na tyle. 

Nie zareagowała na ten komplement. 
-  I mieszkam w Bozeman, w stanie Montana, mam 

brązowe 
oczy, brązowe włosy i waŜę pięćdziesiąt pięć kilo. 

Sprawdził dane. 
-

 

Arianna Simone - przeczytał i spojrzał na nią. - Jesteś 

spokrewniona z braćmi Simone? 

-

 

To moi bracia. 

-

 

Znam ich. Często kupowałem homary od Kevina i 

Roscoe. 
 

Ari  rozłoŜyła  duŜą  lnianą  serwetę  na  kolanach  i  wzięła 

do ręki widelec. Sałatka wyglądała wspaniale. 

-

 

Prawdopodobnie cię za to zabiją - zapowiedziała 

pogodnie. 
-

 

Nie, jeśli oddam cię z nie naruszoną cnotą. 

-

 

Nie wiedziałam, Ŝe wchodzi tu w grę moja cnota. 

Myślałam, Ŝe mój główny problem to porwanie. 

-

 

UwaŜaj się za uwolnioną. 

-

 

Dziękuję. - Skosztowała sałatki, uświadamiając 

sobie, jaka 
jest głodna. 

Max pochylił się ku niej. 
-

 

Dlaczego wyszłaś z kościoła? 

-

 

Nie wyszłam. Wyciągnąłeś mnie. 

-

 

Myślałem, Ŝe mam powód. 

-

 

Spróbuj sałatki. Wyśmienita. 

 

-

 

Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. 

-

 

Posłuchaj - wzięła do ręki szklaneczkę - kilka razy 

próbowałam ci powiedzieć, kim jestem, ale ty nie 
chciałeś słuchać. 

-

 

Bawiła się tym. Mściła się za to, Ŝe zmusił ją do 

paradowania 
blisko pięć godzin w rajstopach i na obcasach. 

 

-

 

Teraz cię słucham - mruknął, połknąwszy jednym 

haustem 
resztę drinka. 

-

 

Pomyliłam śluby. 

-

 

Jak to moŜliwe...? - urwał, widząc jej minę. - Mów 

dalej 

- westchnął. 

-

 

Mama nie mogła iść, więc wmanewrowała mnie, 

Ŝ

ebym 

reprezentowała rodzinę na ślubie kuzynki Effie. - Ari 
wzruszyła 
ramionami. - Jedna z nas musiała pomylić godziny. 
Jestem całkowicie pewna, Ŝe miałam iść do Św. 
Katarzyny. 

-

 

A kiedy się zorientowałaś, Ŝe zaszła pomyłka? 

-

 

Wujek  Harry wyglądał całkiem inaczej. 

-

 

Wujek Harry to ojciec Effie? 

-

 

Właśnie. Próbowałam więc się wymknąć. - Wypiła 

drinka 
i odstawiła szklaneczkę. - Wyglądasz tak, jakbyś miał za 
chwilę 
wybuchnąć śmiechem. A teraz ty opowiedz mi swoją 
historię. 

-

 

Jerry, pan młody, wdał się w romans po zerwaniu z 

narzeczoną. Kiedy on i Barb znów się zeszli, Jerry chciał 
się wycofać, 
ale tamta kobieta groziła zemstą. 

-

 

I myślałeś, Ŝe zrobi aferę na ślubie? 

-

 

Jerry tak myślał. A ty pasowałaś do jego opisu. 

-

 

Tak przypuszczałam. 

Spojrzała  na  port.  Niewyraźne  światła  ledwie 

przebijały się przez mgłę. 

-

 

Pogoda jest straszna. Mam nadzieję, Ŝe wszyscy są 

bezpieczni w domu. 

-

 

Dlaczego mieszkasz w Montanie? 

background image

  

 

 

-

 

Podoba mi się tam. To Kraina Bezkresnego Nieba. 

-

 

Podobno. - Zmarszczył brwi. - Nie tęsknisz za 

morzem? 
-

 

Nie. 

Max nie mógł tego pojąć. Ona musi coś ukrywać. 

-

 

Od dawna tam mieszkasz? 

-

 

Prawie osiem lat. 

 

-

 

Dlaczego? 

Uniosła głowę i napotkała jego pytający wzrok. 

-

 

Pracuję tam. Wykładam literaturę angielską na 

uniwersytecie. 
-

 

Zawsze przyjeŜdŜasz na lato do domu? 

-

 

Raczej nie. - Ari pomyślała tęsknie o chatce w górach, 

którą wynajęła ubiegłego sierpnia. - W tym roku jest inaczej. 
Rodzice chcą sprzedać dom i przeprowadzić się do czegoś 
mniejszego. 
Przyjechałam, Ŝeby im pomóc w porządkach. 

-

 

Nie sprawiasz wraŜenia zadowolonej z takiego obrotu 

rzeczy. 
-

 

Jestem przyzwyczajona do samodzielności. 

-

 

Nie jesteś męŜatką. 

-

 

Nie. 

-

 

To dobrze. 

-

 

Dlaczego cię to interesuje? - Zwróciła ku niemu 

zaskoczone spojrzenie. 

Uśmiechnął się leniwym uśmiechem, od którego porobiły 

mu   
się zmarszczki w kącikach oczu. 

 

-

 

Po prostu sprawdzam, z iloma obraŜonymi 

męŜczyznami 
przyjdzie mi się zmierzyć jutro, kiedy zabiorę cię do domu. 

-

 

Zabierz mnie  do  mego samochodu. Tak będzie 

bezpieczniej.      
-

 

Znam twoich braci. Dopadną mnie. 

 

-

 

Wyglądasz na męŜczyznę, który potrafi się o siebie 

za-   
troszczyć. 

-

 

Masz rację. 

-

 

Muszę zadzwonić do domu - powiedziała, kiedy 

kelnerka 

przyniosła główne dania. - Nie chciałabym, Ŝeby się o mnie 

martwili  Pewnie są przekonani, Ŝe jestem na 
przyjęciu. 

-  W porządku. Ze mną jesteś bezpieczna. 

Ari  spojrzała  w  jego  powaŜne  niebieskie  oczy.  Czuła, 

Ŝ

e mówi prawdę. 

-

 

Wiem - powiedziała miękko, ale nie mogła 

powstrzymać 
się, by mu nie dokuczyć. - Jesteś mi winien 
szczoteczkę do 
zębów i pastę. 

-

 

Po kolacji pójdziemy na zakupy. 

Spojrzała  na  smaŜone  małŜe  na  stylizowanym  talerzu. 

Ś

linka  napłynęła  jej  do  ust.  W  Bozeman  niełatwo  było  o 

ś

wieŜe  małŜe,  więc  teraz  jadła  je,  kiedy  tylko  miała 

okazję. 

-  Coś nie tak z twoim daniem? - spytał 
Max. 
Zaprzeczyła ruchem głowy. 
-

 

Uwielbiam małŜe. To jedyne, za czym tęsknię, jeśli 

chodzi 
o Rhode Island. 

-

 

Nie rozumiem. - Zmarszczył brwi. - Co jest złego w 

Rhode Island? 

Ari nie wiedziała, co powiedzieć. 

-

 

Zupełnie nic - skłamała. - Chyba po prostu w głębi 

serca 
jestem dziewczyną z zachodu. 

-

 

Mógłbym sprawić, Ŝebyś zmieniła zdanie. - Te słowa 

go za 
skoczyły. Nie chciał, Ŝeby tak się stało, ale zrobiła na nim 
wraŜenie. 
Podziwiał jej odwagę, szanował opanowanie i zachwycała 
go jej 
uroda Był zmęczony przypadkowymi flirtami. Opalenizna i 
prowokujące zachowanie juŜ na niego nie działały. Chciał 
się związać 
z kimś podobnym do Arianny. A  jeszcze lepiej z nią samą. 

Patrzyła na niego pytająco. 

-

 

Nie sądzę - powiedziała cicho. Miała miły głos. - 

Będę tu 
tylko przez kilka tygodni. 

-

 

To powinno wystarczyć. 

background image

 

 

Arianna pokręciła głową. 
-  Zmieńmy temat - zasugerowała. - Nie jesteś głodny? 
Max spojrzał na stek, o którym zupełnie zapomniał, i 
chwycił 

za nakrycie. 

-  Umieram z głodu. 

Później,  po  kawie  i  ciastku  serowym  z  jagodami,  Max 

zaprowadził  Ariannę  do telefonu w holu. 

-

 

Zadzwoń stąd, na wypadek gdyby rodzice chcieli 

rozmawiać ze mną. 

-

 

Nie będą - zaprotestowała. - JuŜ dawno skończyłam 

pięt 
naście lat. 

-  WciąŜ są twoimi rodzicami. 
Ari westchnęła i wykręciła 
numer. 
-  Wiem, Ŝe to dziwnie brzmi, ale spotkałam starych 

przyjaciół, zjedliśmy kolację i zostajemy tu, w 
Harborview. Zamierzaliśmy wracać ostatnim rejsem, ale 
nadeszła mgła. - Zrobiła minę 
do Maxa. - DuŜa fala? Myślałam, Ŝe to tylko morskie 
opowieści... Nie, nie będę. Obiecuję... MoŜe. 
Zobaczymy się rano. 
Zostawiłam samochód na parkingu koło kościoła. 

Max  stał  w  pobliŜu,  udając,  Ŝe  nie  słucha.  Przyglądał 

się  uwaŜnie  pejzaŜowi  morskiemu  na  ścianie.  O  co,  u 
diabła, chodzi z tą duŜą falą? 

-  Jeden z nich to Max Cole... Tak, jest tu... Na litość 

boską, 
nie martw się o to. 

Ari  sprawiała  wraŜenie  zirytowanej.  Z  pewnością  nie 

lubiła się podporządkowywać. Dlaczego nie protestowała, 
kiedy  nią  dyrygował  przez  całe  popołudnie?  MoŜe 
potrzebowała odrobiny wytchnienia od rodziny? 

Kiedy Ari wreszcie odwiesiła słuchawkę, Max obrzucił 

ją uwaŜnym spojrzeniem. 

 

-

 

Wszystko w porządku?   . 

-

 

Tak. Mama cię zna. Powiedziała, Ŝebym się dobrze 

bawiła 
z kapitanem Cole'em. 

Max  wziął  Ari  za  rękę  i  wyszli  na  zewnątrz. PrzecieŜ 

wciąŜ był jej winien szczoteczkę do zębów. 

-  Jej zdaniem to wspaniale, Ŝe utknęliśmy na 
wyspie. 
Uśmiechnął się  na widok jej niezadowolonej 
miny. 
-

 

Moim teŜ - powiedział. - Rozchmurz się, Ari. 

MoŜesz 
równieŜ kupić szczotkę do włosów. 

-

 

Dobranoc, Max. - Ari zatrzymała się na progu 

wysłanej 
granatowym dywanem sypialni. 

-

 

Dobranoc, Jane Austen. - Błysk w jego oczach nie 

zaskoczył jej. - Jesteś pewna, Ŝe nie przyłączysz się  do 
mnie na dole na 
szklaneczkę do poduszki? Jeszcze wcześnie. 

-

 

Jestem pewna - odparła, ale wcale tak nie było. 

Odkąd 
dowiedział się, kim jest, stał się stanowczo zbyt czarujący. 

-

 

Spotkamy się na śniadaniu o ósmej trzydzieści i 

wrócimy 
na Point Judith promem o jedenastej. 

WciąŜ wydaje polecenia. 
-  Zgoda. 
Z  zadowoloną  miną  oparł  się  o  ścianę  i  stał  tak, 

podczas gdy gospodyni pokazywała Ari pokój. 

-

 

Ten pokój ma osobną łazienkę. - Kobieta zapaliła 

ś

wiatło, demonstrując przytulną sypialnię. Staromodna 

tapeta w róŜe 
ozdabiała ściany, a w pobliŜu otwartego okna, na 
lśniącym sos 
nowym kredensie, stała czarka ze świeŜymi stokrotkami. 

-

 

Jest śliczny - powiedziała Ari. Starsza kobieta 

dołączyła do 
Maxa w holu. Ari rzuciła torebkę i paczkę z zakupami na 
olbrzymie łóŜko. Zsunęła buty i ściągnęła rajstopy. 

Noc na wyspie, zadumała się, nie była tym, co 
planowała na 

background image

tę  sobotę.  Pójście  do  kina  ze  szwagierką  będzie  musiało 
zaczekać  do  jutra.  Przeszła  boso  po  miękkim  dywanie  i 
popatrzyła  na  port.  Niewiele  widziała  z  powodu  mgły. 
Wątpiła,  czy  ostatni  prom  w  ogóle  opuścił  Point  Judith. 
Max  miał  słuszność.  Mądrze  z  jego  strony,  Ŝe  tak  szybko 
zamówił pokoje. 

Maximilian Cole to z pewnością siła, z którą naleŜy się 

liczyć, uznała, odchodząc od okna. 

ROZDZIAŁ 3 

-  A dokąd to? 
Zatrzymała  się  na  półpiętrze  i  przyjrzała  Maxowi, 

który czekał na nią u stóp schodów. ŚwieŜo ogolony, w 
białej koszuli i spodniach wyglądał, jakby był na nogach 
od paru godzin. 

-

 

Jestem umówiona na śniadanie z pewnym 

dŜentelmenem 
- odparła, nie odwracając wzroku od jego rozbawionych 
ciemno 
niebieskich oczu. 

-

 

Czy to nie za wcześnie? 

-

 

Potrzebowałam kawy. Rozpaczliwie. - Szybko 

pokonała 
resztę schodów. Choć starała się nie stać zbyt blisko 
Maxa, nie 
mogła nie zauwaŜyć, Ŝe pachniał równie wspaniale, jak 
wyglądał. Połączenie mydła i świeŜego powietrza. - A 
poza tym jestem 
rannym ptaszkiem. 

-

 

Ja teŜ. - Max spojrzał na zegarek. - Dopiero siódma. 

MoŜemy wrócić wcześniejszym rejsem, chyba Ŝe uda mi 
się namówić cię na zwiedzanie drugiej części wyspy. 

-

 

Raczej nie, dziękuję. 

Kolejny  dzień  w  towarzystwie  atrakcyjnego  kapitana 

Cole'a  oznaczałby  szukanie  guza,  a  co  więcej,  Ari  nie 
uśmiechało  się  paradowanie  w  wymiętej  sukience  dłuŜej 
niŜ to konieczne. 

background image

 

 

 

-

 

Wobec tego innym razem. Chodźmy na śniadanie. 

-

 

Mogłabym najpierw napić się kawy? - spytała 

niepewnie 
Ari. - Nie zwykłam od rana się napychać. 

-

 

Zaczekaj tutaj - rzucił, opuszczając hol. 

Kolejny rozkaz. Podeszła do okna i popatrzyła na port. 

Niebo 

było 

zachmurzone, 

ale 

morze 

wyglądało 

spokojnie. Odetchnęła z ulgą. 

-  Pamiętałem, Ŝe lubisz czarną. 

Na  dźwięk  głosu  Maxa  odwróciła  się.  Podał  jej  biały 

kubek z parującą kawą. 

-

 

Dziękuję. 

-

 

Chodźmy - wskazał na drzwi. - Posiedzimy na 

tarasie. 
Wprawdzie jest chłodno, ale przez chmury przebija się 
słońce. 

-

 

Zgoda. 

Usiedli  przy  okrągłym  stoliku  na  metalowych 

krzesłach  wysłanych  poduszkami.  Ari  sączyła  kawę  i 
rozkoszowała się zapachem oceanu. Poszum fal uspokajał 
ją.  Przewracała  się  całą  noc,  nie  mogąc  zasnąć  w 
ciemnym, obcym pokoju. 

-

 

Jesteś taka milcząca - zauwaŜył Max. 

-

 

Rano nie bywam zbyt rozmowna. Przebudzenie 

zajmuje mi 
trochę czasu. 

Max uśmiechnął się i zrobił przebiegłą minę. 
- Będę o tym pamiętał. 
Ari  uniosła  brwi.  Nie  będziesz  miał  po  temu  okazji, 

powiedziała  sobie  w  duchu.  Uciekła  wzrokiem  przed 
spojrzeniem  Maxa  i  popijała  małymi  łykami  kawę,  która 
zdąŜyła  przestygnąć  na  powietrzu.  Dzięki  niebiosom  za 
kofeinę. 

Odchylił się do tyłu na krześle. 

-

 

Jeśli nie chcesz rozmawiać, moŜe posłuchasz? 

-

 

Jasne. - Skinęła głową. 

-

 

To dobrze. Sporo myślałem o wczorajszym dniu. 

To był 

 

niesamowity zbieg okoliczności, prawda? Nic nie mów, 
Ari - po prostu daj znak na tak albo na nie. Przytaknęła. 

-

 

Ale wszystko dobrze się skończyło. 

-

 

To znaczy? - Spuściła wzrok na zmiętą suknię i 

zsunęła 
ciasne pantofle z bosych stóp. 

-

 

Poznaliśmy się. - Odstawił kubek i oparł łokcie o 

biały metal stolika. - Jesteś intrygującą kobietą. 

-  No cóŜ, 
dziękuję. 
Zmarszczył czoło. 
-  To miał być komplement, ale nie w tym rzecz. Jesteś z 

kimś 
związana? 

Pomyślała o ranczerze, z którym zerwała w ubiegłym 
roku. 
-

 

Nie, ale... 

-

 

Długo zostaniesz w Rhode Island? 

Nie, jeśli uda mi się tego uniknąć. Pokręciła głową. 
-

 

Słuchaj, Max, ja... 

-

 

Co  tam robisz? 

-

 

Gdzie? 

-

 

W Montanie. - W jego głosie wyczuwała 

zniecierpliwienie. 

-

 

Powiedziałam ci wczoraj, Ŝe pracuję na 

uniwersytecie. 
-

 

Pamiętam. - Skinął głową. - Ale co robisz dla 

przyjemności? Jesteś szczęśliwa? 

-

 

Czy to nie nazbyt osobiste pytanie? 

-

 

Oto właśnie chodzi. 

Ari przełknęła kolejny łyk kawy. 

-

 

Naturalnie, Ŝe jestem szczęśliwa - powiedziała 

stanowczo. 
- Dlaczego miałoby być inaczej? 

-

 

PoniewaŜ wychowałaś się tutaj. Nie tęsknisz za 

oceanem? 
Za  plaŜą? 

background image

 

 

-  Akurat teraz tęsknię za górami, chłodnymi porankami 

i zimnymi nocami, ogniskami i kowbojskimi butami. 

-

 

Długie zdanie. Widać, Ŝe wypiłaś juŜ swoją 

kawę. 
Roześmiała się i postawiła pusty kubek na stole. 
-

 

Jesteś bardzo spostrzegawczy. 

Przy  stoliku  pojawiła  się  młodziutka  kelnerka  z 

dzbankiem i ponownie napełniła ich kubki. Kiedy kofeina 
zaczęła  działać,  Ari poczuła  się znacznie  lepiej.  Odchyliła 
się  na  krześle, obejmując  dłońmi  naczynie.  Przez  chmury 
przebił  się  promień  słońca.  Przyglądała  się  uwaŜnie 
przystojnemu 

męŜczyźnie 

siedzącemu 

naprzeciwko. 

Właśnie zamawiał stolik na dwie osoby. 

-  Prosimy o śniadanie za mniej więcej dziesięć minut. 

- Od 
wrócił się ku Ari. - Odpowiada ci to? 

   Ari zdecydowanie wolała łączyć śniadanie z lunchem, 
domyślała się jednak, Ŝe Max umiera z głodu. 

-  W porządku. Jeszcze jakieś pytania? 
-  Mnóstwo, ale mogą zaczekać. 
Uznała, Ŝe czas zmienić temat. 

-

 

W końcu nie opowiedziałeś mi swojej historii 

„Palatine Light". 

-

 

Czy to moŜliwe? - Max błysną! szerokim 

uśmiechem, od 
którego porobiły mu się kurze łapki w kącikach oczu. 
- Nie 
chcesz zadać mi Ŝadnych osobistych pytań w drodze 
rewanŜu? 

-

 

Nie, raczej nie - skłamała. - Nazywasz się Max Cole, 

jesteś 
kapitanem i masz przetwórnię ryb w Galilee. Nigdy nie 
byłeś 
Ŝ

onaty i nic na całym świecie nie jest w stanie zbić cię z 

pantałyku. Mam rację? 

Max wstał i wyciągnął rękę. 

-

 

Całkowitą. Pójdziemy na śniadanie? 

-

 

Zgoda - odparła cicho Ari. Szkoda, Ŝe Max nie 

mieszka 
w Montanie i nie zajmuje się bydłem zamiast rybami. 

 

Max  poruszał  neutralne  tematy,  podczas  gdy 

delektowali  się  śniadaniem.  A  przynajmniej  on.  Arianna 
zjadła  zaledwie  jeden  tost  posmarowany  galaretką 
jabłkową, choć zdołała  wypić jeszcze trzy kawy. To cud, 
Ŝ

e od tej kofeiny nie dostała ataku serca. 

Wbrew  temu,  co  powiedziała,  nie  była  rannym 

ptaszkiem.  Gdyby  jednak  zgodziła  się  dzielić  z  nim 
więcej  poranków,  był  gotów  wybaczyć  jej  wszystko.  Nie 
zdołał  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie,  dlaczego  go  tak 
zaintrygowała.  Próbował  sobie  wmówić,  Ŝe  za  długo  jest 
na  lądzie.  Rozsądny  człowiek  nie  zakochuje  się  z  dnia  na 
dzień. A Max Cole zawsze uwaŜał się za rozsądnego. 

-  Jesteś pewna, Ŝe to wystarczy? 

Ari uśmiechnęła się i odsunęła swój talerzyk. 

-

 

Tak. - Upiła kolejny łyk kawy. - Zwykle zaczynam od 

lunchu. 
W dodatku w Montanie jest teraz dwie godziny wcześniej. 

-

 

A więc zabiorę cię na lunch. 

-

 

Nie musisz. Po prostu odstaw mnie na parking, na 

którym 
zostawiłam samochód. 

Max  poczekał  z  odpowiedzią,  aŜ  kelnerka  uprzątnie 

ze  stołu.  Miał  ochotę  zabrać  Ari  na  górę  do  łóŜka. 
Kochałby  się  z  nią  tak  namiętnie,  aŜ  w  końcu  zdałaby 
sobie sprawę, Ŝe są sobie przeznaczeni. 

-

 

Co jest takiego szczególnego w Montanie? Czy to nie 

suche 
równiny z mnóstwem bydła? 

-

 

Są tam równieŜ góry, świeŜe powietrze i przestrzeń. 

Otwarte drogi. 

Max skinął w stronę oceanu widocznego z okna 
restauracji. 

-

 

Otwarte morze. 

Ari odwróciła głowę. 
-

 

Więc w tym punkcie się nie zgadzamy. 

-

 

To czyni Ŝycie interesującym. 

background image

 

-

 

To prawda. - Starając się uniknąć badawczego 

spojrzenia, 
składała i rozkładała cięŜką lnianą serwetkę leŜącą na 
kolanach. 
- Która godzina? 

-

 

Na nas czas - westchnął i skinął na kelnerkę. 

 

-

 

Przestań patrzyć na mnie jak na okazałą rybę w 

sieci. 
Ku jej zaskoczeniu zaśmiał się cicho. 
-

 

Przepraszam. 

Max uregulował rachunek, wziął Ari za rękę i wyszli na 

zewnątrz.  Wiał  ciepły  wietrzyk,  słońce  najwyraźniej 
postanowiło  pokonać  chmury  swym  blaskiem.  Nie  miała 
nic przeciwko trzymaniu się z Maxem za ręce. Nawet jej 
się  to  podobało.  Był  czarujący,  miał  poczucie  humoru  i 
pomimo  tej  niepokojącej  przenikliwości  w  oczach,  kiedy 
na  nią  patrzył,  w  jego  towarzystwie  czuła  się  doskonale. 
Prawie  doskonale,  poprawiła  w  myśli,  uświadomiwszy 
sobie,  Ŝe  dotyk  jego  ręki  budzi  w  niej  gwałtowne  reakcje. 
Przyjemne reakcje, ale to nie oznaczało, Ŝe zaciągnie go na 
wydmy,  zedrze  z  siebie  ubranie  i  będzie  się  z  nim 
kochać... 

-

 

Coś  jest  nie tak? 

-

 

Nie, nic - zaprzeczyła z poczuciem winy. - Czemu 

pytasz? 
-

 

Tak mocno zacisnęłaś palce na mojej dłoni. 

-

 

Przepraszam. - Ari rozluźniła uścisk. 

-

 

Jeśli boisz się wracać na prom, moŜemy... 

-

 

Och, nie - jęknęła. 

Od  strony przystani  zbliŜały  się  do  nich dwie znajome 

sylwetki.  Zatrzęsła  się  ze  złości.  Max  spojrzał  na  nią, 
potem  na  szczerzących  w  uśmiechu  zęby  młodych  ludzi, 
idących bez pośpiechu po przeciwnej stronie ulicy. 

-  To mogą być tylko bracia Simone. - Od razu 

dostrzegł ich 
kręcone brązowe włosy i ciemne oczy. Nie ogoleni i z 
zamglonym wzrokiem wyglądali, jakby spędzili sobotnią 
noc na jakiejś 
imprezie. 

Ari ponuro skinęła głową. 
-

 

Jimmy i Joey, najmłodsi. 

-

 

Hej, jajogłowa! - zawołał Jimmy. - Podrzucić cię  do 

domu? 
-

 

Jajogłowa? – mruknął Max. 

-

 

Przezwali mnie tak, bo godzinami siadywałam z 

nosem 
w ksiąŜce. 

Kiedy  młodzi  męŜczyźni  podeszli,  Ari  z  ociąganiem 

dokonała  prezentacji.  Zbyt  późno  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe 
niepotrzebnie. Chłopcy znali Maxa, choć nie byli z nim na 
ty. 

-

 

Skąd się tu wzięliście? 

-

 

Mama zbudziła nas o świcie, Ŝebyśmy zabrali ciebie i 

twoich przyjaciół do domu. - Joey ziewnął i potarł dłonią 
nie ogolony policzek. - Nie wściekaj się na mnie. To nie 
nasz pomysł. 

-

 

W  to wierzę. 

Max od niechcenia otoczył Ari ramieniem. 

-  Hej! - Joey spojrzał za ramię Ari. - A gdzie reszta 

wy 
cieczki? 

Ari i Max wytrzeszczyli na niego oczy. 

-

 

Aha, rozumiem. - Usiłował ukryć uśmiech. 

-

 

Co rozumiesz? - spytał Max z groźbą w głosie. 

-

 

No nic - zająknął się chłopak i odwrócił się ku Ari, 

jakby 
chciał ją prosić o pomoc. - Łódź taty jest z drugiej strony 
doków. 
Chcecie wracać z nami czy nie? 

Ari  odczuła  dotyk  ręki  Maxa  na  ramieniu  jak  coś 

niepokojąco  poufałego.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  ingerencja  jej 
rodziny  nie  obeszła  go  ani  trochę.  Za  to  ona  była 
wściekła. 

-

 

To fatalnie, Ŝe mama zerwała was bez powodu. 

-

 

Ale, Ari... 

-

 

Lepiej idźcie na kawę. 

-

 

Mama dostanie ataku. Na pewno nie chcecie 

wracać z 
nami? 

background image

 

 

 

Ari spojrzała na Maxa. Pokręcił głową. 

-  Na  pewno  -  odparła  i  odwróciła  się  od  braci.  - 

Wracam do domu z męŜczyzną, który mnie tu przywiózł. 

Kiedy  płynęli  z  powrotem,  morze  było  lekko 

wzburzone.  Ari  była  zadowolona,  Ŝe  zjadła  tylko  tosta. 
Max  stał  przy  relingu,  nie  bacząc  na  wiatr  i  kołysanie 
promu. 

Wydawało się, Ŝe wszystko zostało juŜ powiedziane. 

Wolałaby,  Ŝeby  coś  mówił.  Podobał  się  jej  ten  niski 

głos.  Chciałaby  zamknąć  oczy  i  słuchać  -  spojrzenie 
ciemnoniebieskich 

oczu 

było 

stanowczo 

zbyt 

przenikliwe.  Patrzył  na  nią  -czuła  na  sobie  jego  wzrok. 
Przyjrzała  się  współpasaŜerom.  Nikt  nie  zwracał  na  nich 
uwagi mimo jej jedwabnej sukni, wytwornej białej koszuli 
Maxa,  jego  białych  spodni  i  butów.  Ukryła  uśmiech  na 
myśl o wczorajszym ślubie. 

-

 

Pewnie Jerry jest juŜ w podróŜy poślubnej - 

zauwaŜyła. Max spojrzał na nią niespokojnie, ale 
milczał. - Na pewno 
myśli, Ŝe wyświadczyłeś mu wielką przysługę, 
wyciągając mnie 
z kościoła. 

-

 

Tak, prawdziwy ze mnie bohater. 

-  Oto i dom. - Wskazała na skalisty 

falochron. 

  - I co teraz? 

Wyglądała na zaskoczoną. 

-

 

Pewnie pojedziesz do siebie. Chyba masz jakieś 

mieszka 

nie, prawda? 

-

 

Jasne - mruknął. - Odprowadzę cię do twojego 

samochodu. Albo do mojego. Odwiozę cię do domu. 

-

 

Nie. - Sama chciała stawić czoło rodzinie, a 

zwłaszcza 

matce. 

Max  odwrócił  ją  twarzą  do  siebie.  Uniósł  jej 

podbródek  duŜym  twardym  kciukiem  i  popatrzył  na  nią 
tak,  jakby  nie  mógł  się  zdecydować,  co  robić  dalej.  Po 
długiej chwili odezwał się: 

 

-

 

Chodź dziś ze mną na kolację. 

-

 

JuŜ mnie o to prosiłeś - odparła łagodnie. - Nie 

mogę. 
-

 

Nie moŜesz czy nie chcesz? 

-

 

Jedno i drugie. 

-

 

To nie ma sensu, wiesz przecieŜ. - Pogładził jej 

policzek 
i zanurzył dłoń we włosach. Ogarnął ją Ŝar. Odetchnęła 
głęboko. 
To niewiarygodne, jak ją pociągał. Za wszelką cenę 
chciała się 
temu oprzeć. To tylko hormony, wmawiała sobie. Dawno 
juŜ nie 
dotykał mnie Ŝaden męŜczyzna, więc nic dziwnego, Ŝe 
reaguję 
tak... nerwowo. 

-

 

Co nie ma sensu? 

-

 

Unikanie mnie. - Uśmiechnął się. - Nie pozwolę na 

to. 
-

 

Nie masz wyboru - oznajmiła. - Przyjechałam tu 

tylko 
w odwiedziny. I nie szukam wakacyjnych przygód. 

Zmarszczył czoło. 
-

 

Wyrosłem z nich przed 

laty. 
Odczuła dziwną ulgę. 
-

 

A więc co  do  tego jesteśmy zgodni. 

-

 

Robisz uniki. 

Patrzył,  jakby  chciał  ją  pocałować.  Czy  to  zrobi?  Była 

ciekawa  smaku jego warg. To na pewno nie byłby nieśmiały 
pocałunek.  Max  Cole  brał  na  serio  to,  co  robił. 
Prawdopodobnie  lubił  kobiety  gotowe  :  chętne,  namiętny  i 
szybki  seks.  Bez  tłumaczeń,  bez  Ŝalów.  Oczy  mu

 

pociemniały, wreszcie pochylił głowę i odsunął się od niej. 

-

 

Jestem po prostu uczciwa - zaprotestowała na widok 

gniewu na  jego twarzy. 

-

 

Ja teŜ, Arianno. - Popatrzył na łódki we wzburzonej 

cieśninę. - To będzie niezapomniane lato. 

-

 

To musiał być interesujący weekend - mruknęła pod 

nosem 
- Peggy Simone. - Mamy wtorek, a ty milczysz na ten 
temat. 

background image

 

 

-

 

Nie ma nic do powiedzenia - odparła Ari, 

zdecydowana nie 
pozwalać matce bawić się w swatkę. Niezapomniane lato, 
powiedział. Te słowa zabrzmiały jak obietnica. Niełatwo 
było zignorować 
ich zmysłowy podtekst. Skroiła długi pasek brązowej skórki 
z trzymanego w ręku ziemniaka i upuściła na leŜącą na stole 
gazetę. 

-

 

To skomplikowany męŜczyzna - ostrzegła matka. - 

Co nie 
znaczy, Ŝe nie chciałabym, byś załoŜyła tu rodzinę. 

-

 

Daj spokój, mamo. 

Matka ciągnęła, jakby nic nie słyszała: 

-

 

Chciałabym zobaczyć dzieci mojej jedynej córki, 

kołysać 
je do snu... Max Cole dałby ci mnóstwo ślicznych dzieci. 

-

 

Gdybym tego chciała - burknęła Ari. Naturalnie 

chciała 
mieć dzieci, ale męŜczyzna, którego zamierzała poślubić, 
utoną! 
w morzu. I wraz z jej chłopcem, pierwszym kochankiem, 
najlepszym przyjacielem, utonęły romantyczne marzenia. 

-

 

On złamał wiele serc, Arianno. 

-

 

Mówisz tak, jakby twoi synowie byli inni. 

Starsi chłopcy ostatnio  ustatkowali się i załoŜyli  własne 

rodziny,  ale  Joey  i  Jimmy  między  połowami  wciąŜ 
włóczyli  się  po  barach  rozlokowanych  licznie  wzdłuŜ 
Narragansett i zabawiali z przyjaciółmi. 

Peggy włoŜyła ziemniaki do zlewu. Lśniąca nierdzewną 

stalą  kuchnia  na  zapleczu  sklepu  rybnego  była 
wyposaŜona  w  duŜą kuchenkę,  na  której Peggy  gotowała 
gęstą  zupę  z  ryb  i  małŜy,  przysmak  miejscowych  i 
turystów. 

-

 

JuŜ się wybawili, a teraz spójrz na nich - ciągnęła. - 

Russ 
i Karen dorobili się pięciorga dzieci, pięciu dorodnych 
synów 
- dodała z babciną dumą. - Kevin i Lin mają dwóch 
maluchów. 
A Roscoe i Ruthie? 

-

 

Nie wydaje mi się, Ŝeby chodzenie w ciąŜy z 

bliźniakami 
było zbyt pociągające. 

 

-

 

Nie bądź taka przemądrzała, Arianno. Nie poszłaś na 

ś

lub 

Effie. spędziłaś noc na Block Island z kapitanem 
Cole'em i nie 
zgodziłaś się, Ŝeby bracia zabrali cię do domu. Od 
dwóch dni 
obierasz ziemniaki bez słowa skargi. 

-

 

To pokuta - przerwała Ari z lekkim uśmiechem. - 

Płacę za 
swoje grzechy. 

-

 

A więc czujesz się winna. 

-

 

Nie spałam z nim. 

-

 

Wiem - westchnęła Peggy. 

-

 

Rozczarowana? - Ari kontynuowała obieranie, 

zadowolona z tej bezmyślnej czynności. Gdyby nie 
paplanina ciekawej 
matki, mogłaby pomyśleć o róŜnych sprawach. 

-  Nie bądź zuchwała. - Peggy wycelowała mokrym 

palcem 
 córkę. - Twoje Ŝycie seksualne to twoja prywatna 
sprawa. 

-

 

Dziękuję - odparła z kwaśną miną. - Doceniam to. 

-

 

Ale... 

Oczywiście matka nie mogła na tym poprzestać. Nie 

było sposobu. Ari uniosła głowę, czekając na dalszy ciąg. 

-  Mam nadzieję, Ŝe jesteś ostroŜna. 
-

 

Masz na myśli prezerwatywy? 

Peggy oparła ręce na biodrach. 
-

 

To samo mówię chłopcom - powiedziała 

wymijająco. 
-

 

Mam trzydzieści dwa lata. 

-

 

I co z tego? 

 

-

 

To, Ŝe jestem na tyle dorosła, by co nieco wiedzieć 

o prezerwatywach i zabezpieczeniu przed ciąŜą. 

-

 

Co się stało z tym farmerem, z którym chodziłaś? 

-

 

Z hodowcą bydła - poprawiła Ari z roztargnieniem. 

-

 

To to samo. - Peggy wzruszyła ramionami. 

Ari  roześmiała  się.  Matka,  która  całe  Ŝycie 

mieszkała  nad  morzem,  nie  była  w  stanie  wyobrazić 
sobie męŜczyzn Ŝyjących 

background image

 

 

z dala od wody, uprawiających ziemię i przemierzających 
prerię zamiast oceanu. 

-

 

Doszliśmy do wniosku, Ŝe zostaniemy przyjaciółmi. 

-

 

Brak namiętności, mam rację? - westchnęła Peggy, 

siadając naprzeciwko córki. Wzięła nóŜ i zabrała się do 
obierania. - 
A to bardzo waŜne, prawda? 

Ari  pomyślała  o  niebieskich  oczach  Maxa  Cole'a  i 

wyrazie jego twarzy, kiedy myślała, Ŝe ją pocałuje. Na to 
wspomnienie  ścisnęło  ją  w  Ŝołądku,  a  nóŜ  znieruchomiał 
jej w dłoni. 

Peggy wpatrywała się w twarz córki. 

-  Bądź ostroŜna, kochanie. Jeśli zwiąŜesz się z 

przystojnym 
kapitanem, potraktuj to serio. On nie pozwoli ci odejść tak 
łatwo 
jak twój farmer z Montany, uwierz mi. Przywykł 
dostawać to. 
czego pragnie, i potrafi na to zapracować. 

-  Jestem juŜ duŜą dziewczynką, mamo. Potrafię się o 

siebie 
zatroszczyć. - Ten protest zabrzmiał śmiesznie nawet 
dla niej 
samej. Dlaczego podchodziła tak melodramatycznie do 
zwykłe 
go nieporozumienia z męŜczyzną? 

Ale to nie był zwyczajny męŜczyzna. Przypomniała 

sobie wyraz twarzy Maxa przy poŜegnaniu. Stał na 
chodniku, z rękami w   kieszeniach,   przyglądając   się,   
jak   otwiera   drzwiczki samochodu, zapuszcza silnik, 
zawraca i kieruje się w stronę domu. 

Nie patrzyła w tylne lusterko, by nie wiedzieć, czy Max 

ją obserwuje. 

Wiedział,  gdzie  ona  mieszka,  a  jeśli  nie,  z  łatwością 

mógł  się  tego  dowiedzieć.  Od  czego  są  ksiąŜki 
telefoniczne? 

Jeśli mu na niej zaleŜy, moŜe do niej przyjechać. 

Max  zamierzał  właśnie  to  zrobić  -  i  zdobyć  Ariannę 

Simone Dwieście lat temu porwałby ją, zabrał na morze i 
uczynił swoją 

Ŝ

oną 

na 

ś

liskim 

drewnianym 

pokładzie 

statku 

wielorybniczego.  Prom  na  Block  Island  był  zbyt  marną 
namiastką. 

Wkroczył  do  ciemnego  sklepiku.  Dźwięk  dzwonka 

przy  drzwiach  przebił  się  przez  muzykę  rockandrollową 
ryczącą z radia na zapleczu. W kącie stał wielki zbiornik z 
homarami.  Max  odruchowo  zajrzał  do  środka,  po  czym 
zerknął na tablicę. Dobrze. Ceny rosną. 

Dał jej dwa dni, dwa długie dni. Nie zamierzał czekać 
dłuŜej. 

MoŜe  uda  mu  się  dopaść  tu  Ariannę.  Jeśli  nie,  kupi 

kubek zupy, oczaruje Peggy i wyciągnie z niej, co trzeba. 
Z zaplecza  wyszła młoda kobieta w poplamionym białym 
fartuchu opinającym zaokrąglony brzuch. 

-

 

Czym mogę słuŜyć? 

-

 

Czy zastałem Peggy? 

-

 

Oczywiście. - Odwróciła się i zawołała: - Mamo! 

Ktoś do 
ciebie! 

To pewnie Ŝona któregoś z braci Ari, pomyślał Max. Po 

chwili  w  sklepie  pojawiła  się  Peggy,  wycierając  ręce  w 
ś

cierkę w kratkę. 

-

 

Powinnam się była domyślić - powiedziała, 

skinąwszy 
głową. 

-

 

Witaj, Peg. Szukam Ari - dodał niepotrzebnie. 

-  Masz szczęście. Jest na zapleczu, obiera ziemniaki. 
Obszedł kontuar i wszedł do pomieszczenia na 
tyłach. Ari 

uniosła  głowę.  W  jej  ciemnych  oczach  widniało 
rozbawienie,  zupełnie  jakby  walczyła  z  ogarniającym  ją 
ś

miechem. 

-

 

Znalazłeś mnie. Celowo czy przypadkiem? 

-

 

Celowo - odparł Max. - Mam teŜ ochotę na zupę. 

-

 

Na wynos? - spytała kobieta w ciąŜy. 

-  Zjem   tutaj,   dziękuję.   -   Zerknął   na   Peggy,   

która 
najwyraźniej usiłowała udawać nie zainteresowaną. - 
Chyba Ŝe 
ktoś ma coś przeciwko temu. 

background image

 

 

 

Ari  pomyślała,  Ŝe  coś  by  się  znalazło,  ale  milczała. 

Ruthie nabrała chochlą zupy z duŜego garnka na kuchni. 

-

 

Znasz moją synową Ruthie? - Peggy przerwała 

ciszę. 
-

 

Nie - odparł Max z uśmiechem, gdy Ruthie podała 

mu 
czarkę. - Miło mi cię poznać. Który z braci jest twoim 
męŜem? 

-

 

Coe - odparła nieśmiało. 

-

 

PrzekaŜ mu pozdrowienia ode mnie. 

Max usiadł na metalowym składanym krześle, postawił 

przed  sobą  czarkę  z  zupą  i  sięgnął  do  pudełka  po 
plastikową łyŜkę. 

Jadł  powoli,  jakby  miał  mnóstwo  czasu.  Ari  w 

milczeniu  obierała  ziemniaki,  Peggy  siekała  cebulę,  a 
Ruthie  mieszała  drewnianą  łyŜką  na  długiej  rączce  w 
garnkach  na  kuchni.  W  radiu  Don  Henley  śpiewał  „The 
End of the Innocence". 

-

 

Chciałem cię jeszcze raz przeprosić za zamieszanie 

na ślubie. Błagam o wybaczenie. 

-

 

Nie musisz tego robić. 

-

 

Państwo młodzi wrócili z podróŜy poślubnej, a 

właściwie 
przedłuŜonego weekendu, i chcieliby cię poznać. 

-

 

Ale Jerry... 

-

 

Wyznał wszystkie swoje błędy Barbarze, która 

jest  
wdzięczna za to, Ŝe bezwiednie ukarałaś jej męŜa. - Wziął 
kole 
jną łyŜkę zupy i mrugnął do Peggy. - Wyśmienita, jak 
zwykle. 

-

 

Pochlebca z ciebie - powiedziała, nie przerywając 

siekania 
cebuli. - Był juŜ najwyŜszy czas, Ŝeby ci dwoje wyjaśnili 
swoje 
nieporozumienia i przestali marnować czas. Teraz mogą 
załoŜyć 
rodzinę. śyć. 

-

 

PrzecieŜ Ŝycie nie zaczyna się po ślubie - 

zaprotestowała Ari. 

Peggy wymownie wzruszyła ramionami. 
-  Chodź, Ruthie, zaczerpnijmy świeŜego 
powietrza. 
Po ich wyjściu Ari zauwaŜyła; 

-  Ta dziewczyna to święta. Pracuje z mamą 
cztery dni w tygodniu i nigdy nie narzeka. 

-  A powinna? 

Ari  postanowiła  nie  odpowiadać.  Jeśli  o  nią  chodzi, 

rady mat-c zawsze podnosiły jej ciśnienie. 

-

 

Jesteś zaproszona na kolację - powiedział Max. 

-

 

Jak to? 

-

 

Do Jerry'ego i Barb. 

-

 

Z tobą. 

-

 

Oczywiście. - Skinął głową. 

-

 

Kiedy? 

-

 

W piątek. - PoniewaŜ milczała, spytał: - Jesteś 

zajęta? 
-

 

Nie. 

-

 

Więc zgódź się. 

To  nie  było  zbyt  rozsądne,  ale  powiedziała  przecieŜ 

matce,  Ŝe    potrafi  się  o  siebie  zatroszczyć.  Wierzyła  w  to. 
Była  sprytna  -  na  tyle  sprytna,  by  bawić  się  ogniem  i 
uniknąć  poparzenia.  Wyczu-cie  czasu  i  koordynacja  były 
decydujące - a tego miała w nadmiarze. 

-  Dobrze. 
Uśmiechnął  się  i  Ari  zaschło  w  gardle.  Był 

niebezpiecznie  atrakcyjny.  Nie  przypominał  modela,  ale 
wyglądał  na  męŜczy-znę.  który  potrafi  stawić  czoło 
niebezpieczeństwu,  wyprowadzać  konie  z  płonących 
stajni,  odbierać  porody  na  autostradzie.  MęŜ-czyznę, 
który  nie  miał  nic  przeciwko  zabrudzeniu  rąk  czy 
zmoczeniu nóg. 

-

 

Przyjadę po ciebie o siódmej. 

-

 

Ś

wietnie. 

-

 

Twoi rodzice wciąŜ mieszkają na Harbor Island? 

-

 

Tak, ale juŜ niedługo. Zamierzają kupić coś 

mniejszego. 
-

 

A co z rodzinnymi obiadami? 

background image

 

 

-

 

Russ, mój najstarszy brat, przejmuje stary dom. On i 

Karen 
mają pięcioro dzieci. Teraz na nich spadnie goszczenie 
klanu 
Simone'ów w święta. 

-

 

To znaczy ile osób? 

-

 

Russ z rodziną to siedem. Kevin i Linda mają 

dwójkę, cc 
daje jedenaścioro. Moi rodzice to trzynaście. Roscoe i 
Ruthie za 
parę miesięcy spodziewają się bliźniaków - to juŜ 
siedemnaścioro. Jeszcze ja, Joey i Jimmy. Razem 
dwudziestka. 

Nie wyglądał na poruszonego tą liczbą. Biedna Ruthie 

omal  nie  doznała  szoku,  kiedy  po  raz  pierwszy 
uczestniczyła  w  rodzinnej  kolacji  z  okazji  Święta 
Dziękczynienia. 

-

 

Ja teŜ mam duŜą rodzinę. - Skinął głową w 

kierunku sto 
su obranych ziemniaków, kiedy Ari wstała, by umyć je 
w zlewie. - Teraz rozumiem, dlaczego zdecydowałaś się 
na wypad na 
Block Island w moim towarzystwie. 

-

 

Dobrze się bawiłam. 

Czuła  jego  spojrzenie  na  plecach.  śałowała,  Ŝe  ma  na 

sobie  zniszczone  dŜinsy  i  pasiasty  podkoszulek  Joeya. 
ś

ałowała, Ŝe czuć ją surowymi rybami. Kiedy odwróciła 

się  do  stołu,  Max,  wstał,  wrzucił  kartonową  czarkę  do 
pojemnika na śmiecie i sięgnął po portfel. 

-

 

Nie. To mój poczęstunek. I tak jestem ci winna 

posiłek. 
-

 

Nie jesteś mi nic winna. 

-

 

Zgódź się. 

Schował portfel i podszedł bliŜej. 

-

 

Przyjadę po ciebie o siódmej. 

-

 

Wiesz, gdzie mieszkam? 

-

 

Nie - skłamał. Tak naprawdę odszukał adres w ksiąŜce 

telefonicznej i przejechał dwukrotnie obok domu niczym 
nastolatek 
z nowym prawem jazdy. 

Ari wytłumaczyła mu, jak dojechać. Max udawał, Ŝe 
słucha. 

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie skorzystać z okazji i 
zaprosić ją do kina na wieczorny seans. Przyjemnie byłoby 
posiedzieć w ciemnościach sali kinowej. Trzymałby Ari za 
rękę i kupiłby jej praŜoną kukurydzę. 

-

 

A więc do zobaczenia w piątek - powiedziała Ari, 

obrzucając go dziwnym spojrzeniem. 

-

 

W piątek - powtórzył po wyjściu z kuchni. 

Nie powinien się spieszyć. Tej kobiety nie moŜna 
popędzać. Będzie cierpliwy. To jedna z cech dobrego 
rybaka - cierpliwość plus optymizm i wytrwałość. 

background image

 

ROZDZIAŁ 4 

-

 

„Palatine Light", holenderski statek z kompletem 

bogatych 
pasaŜerów na pokładzie, podczas burzy zboczył z kursu, 
uderzył 
o podwodną skałę, a potem wybuchł na nim poŜar. - Jerry 
prze 
rwał, by zaczerpnąć tchu. 

-

 

I? - ponagliła go Ari. 

-

 

Mieszkańcy wyspy, nie bacząc na ryzyko, 

wskoczyli do 
łódek i rzucili się na ratunek rozbitkom. Jedna z 
pasaŜerek, 
nie chcąc rozstawać się z biŜuterią i złotem, zatonęła 
wraz ze 
statkiem. 

-

 

A co z resztą? 

-

 

PrzeŜyli - wtrącił Max. - Ale z latami opowieść się 

zmieniała. Zgodnie z ostatnią wersją wyspiarze 
spowodowali kata 
strofę statku, obrabowali go, a wreszcie podpalili. 
Powiadają, Ŝe 
w mgliste burzowe noce słychać krzyki kobiety. 

-

 

Od tej historii cierpnie mi skóra. - Barbara 

wzdrygnęła się. 
Była drobną blondynką o jasnej cerze, otwartą i 
przyjazną. - 
Morskie opowieści! Wy dwaj nigdy nie macie dość. - 
Podniosła 
się z wdziękiem z kanapy. - Podam kolację, zanim 
zagłodzimy 
się  na śmierć. 

-  Pomóc ci? - Ari odstawiła kieliszek z winem. 

 

-

 

Jasne. Nigdy nie rezygnuję z pomocy w kuchni. 

Nie po 
wiem, Ŝeby to było moje ulubione miejsce. -. Gdy 
znalazły się 
w kuchni, otworzyła piecyk i zerknęła na pieczeń. - Nie 
trzeba 
jej podlać, prawda? 

-

 

Nie - zgodziła się Ari. 

-

 

Pieczone ziemniaki - zapowiedziała gospodyni, 

wygarniając z piecyka owinięte w folię pakunki. - Nikt 
nie jest w stanie 
sfuszerować pieczonych ziemniaków. Nawet ja. Mogłabyś 
wyjąć 
sałatkę z lodówki? 

-

 

Oczywiście. - Ari otworzyła lodówkę. Sałatka była 

w olbrzymiej drewnianej misce. Istne dzieło sztuki, z 
kalafiora, liści 
szpinaku, podpieczonych orzechów, plastrów awokado i 
maleńkich ruloników bekonu. 

-

 

Przepiękna. 

-

 

Powiedz to Jerry'emu. To jego dzieło. 

Ari  ostroŜnie  umieściła  sałatkę  pośrodku  wąskiego 

stołu  w  części  jadalnej.  Białe  talerze  stały  na  tkanych 
szmaragdowych  matach,  a  proste  nakrycia  lśniły 
nowością. 

-

 

Zadałaś sobie wiele trudu. 

-

 

Jesteście naszymi pierwszymi gośćmi. - Barbara 

oparła się 
o bufet i złoŜyła ręce na piersi. - WciąŜ nie mogę 
uwierzyć, Ŝe 
jesteśmy małŜeństwem. 

-

 

Zadziwiające, prawda? - Jerry obdarzył ją szybkim 

pocałunkiem, po czym wyjął schłodzone wino z lodówki. 

-

 

Zwłaszcza po tym nieporozumieniu na ślubie - 

ciągnęła. 
- Nie mogłam zrozumieć, dlaczego Max tak pospiesznie 
wyprowadza kogoś boczną nawą. 

-

 

Ja teŜ nie - powiedziała półgłosem Ari. - Z początku 

myślałam, Ŝe próbuje mi pokazać drogę do wyjścia. 

-

 

Tak było - odezwał się Max, stając obok niej. 

-

 

Czy dotarłaś na ślub, na który się wybierałaś? 

background image

 

 

-

 

Nie. - Najwyraźniej Max nie opowiedział 

przyjaciołom 
wszystkiego. 

-

 

Przepraszam - skrzywił się Jerry. - Nie chciałem, 

Ŝ

eby moja pomyłka była przyczyną kłopotów. 

Barbara poklepała męŜa po ramieniu. 

-  Rozchmurz się. Było, minęło. Lepiej pokrój mięso. 

Mo 
Ŝ

e wypróbujesz elektryczny nóŜ, który dostaliśmy w 

prezencie 
ś

lubnym od twego kuzyna. 

Max  wziął  wino  od  Jerry'ego  i  rozlał  złocisty  płyn 

do kieliszków. 

-  Pomyśl o tym, co będziemy musieli opowiedzieć 

naszym 
dzieciom - rzucił. 

Oczywiście miał na myśli swoje dzieci. Albo Jerry'ego. 

-  Wuj Max zdobędzie popularność dzięki takim 

historyjkom 
- zauwaŜyła beztrosko Ari. 

Jerry wbił nóŜ w mięso. 

-

 

Niech wuj Max siedzi lepiej cicho! 

-

 

Skup się na tym, co robisz, bo będzie ci brakowało 

paru 
palców, kiedy wypłyniemy - zaśmiał się Max. 

-

 

Na ryby? - Ari wiedziała, Ŝe za tymi niewinnymi 

słowa 
mi krył się wielki biznes, w którym w grę wchodziły 
tysiące do 
larów. 

-

 

Tak - odparł Max, dotykając dłonią pleców Ari przez 

cienką bluzkę z morelowej bawełny, którą nosiła do 
eleganckich 
czarnych spodni. Odsunęła się lekko. Była zdecydowana 
oprzeć 
się uwodzicielskiemu czarowi Maxa. Odwróciła się i 
uśmiechnęła do niego, zadowolona, Ŝe jest w stanie 
kontrolować swoje 
reakcje. 
 

-

 

Ci dwaj nie popuszczą - odezwała się Barbara. - 

Mają dość 
zajęć na lądzie, ale kiedy tylko mogą, ruszają w morze. 

-

 

Dlaczego? 

-  Mamy to we krwi - zaŜartował Max. 

Naturalnie.  Powinna  była  znać  odpowiedź.  Słyszała  ją 

przez całe Ŝycie. 

-. Po tej wyprawie zmienimy to, zgoda? 
-

 

PoŜyjemy, zobaczymy. - Barbara skinęła na Ari. - 

Siadaj 
my do stołu. - Kiedy zajęli miejsca, wzięła kieliszek. - 
Chciała 
bym wznieść toast - powiedziała. 

-

 

Czy to nie naleŜy do gospodarza? - narzekał Jerry. 

-

 

ś

yjemy w latach dziewięćdziesiątych, kochanie. - 

Uśmiechnęła się do Maxa i Ari. - Za przyjaźń, miłość i... 

-

 

I? - powtórzył Jerry, patrząc tęsknie na pieczeń. 

-

 

I... wierność. 

-

 

Zdaje się, Ŝe ktoś chciał coś przez to powiedzieć - 

zauwaŜył 
Max. 

-

 

Tak. Zrozumiałem w lot. - Jerry z Ŝoną trącili się 

kieliszka 
mi. Max dotknął swym kieliszkiem kieliszka Ari. 

-

 

Za miłość, Arianno. 

-

 

Za przyjaźń - odparowała. 

-

 

Za ryby! - dodał Jerry, psując nastrój. 

-  Nie będę się spierał - powiedział Max, zanim wypił 
wino. 
Ari uśmiechnęła się do niego szeroko. 
-  To coś nowego - skomentowała. - Myślałam, Ŝe 

lubisz się 
spierać o wszystko. 

Jerry  wziął  od  Ari  czarkę  na  sałatkę  i  spojrzał  z 

rozbawieniem na przyjaciela. 

-

 

Najwyraźniej cię przejrzała, Cole. 

-

 

No, chodź - nalegał Max. - Kiedy ostatni raz 

spacerowałaś 
po plaŜy? 

-

 

Wczoraj - skłamała. 

-

 

Nie wierzę ci. - Otworzył drzwiczki i wysiadł z 

samochodu. 

background image

 

 

Powietrze  przenikał  zapach  słonej  wody,  parę  metrów 
dalej fale uderzały cicho o brzeg. - Przejdźmy się. 

Ari  niechętnie  wysiadła  i  stanęła  na  zniszczonej 

nawierzchni  parkingu  przy  plaŜy  miejskiej  Narragansett. 
Szeroka, 

czysta 

łatwo 

dostępna, 

naleŜała 

do 

najpiękniejszych  plaŜ  Rhode  Mand.  Dzielił  ich  od  niej 
tylko betonowy murek. 

Na  murku  przysiadły  ciemne  sylwetki.  Dawno  temu, 

zanim  przekształcono  hałaśliwe  nadmorskie  miasteczko 
w  wypielęgnowany  kurort,  było  to  popularne  miejsce 
spotkań.  Teraz  dwupiętrowe  domy  zwracały  się  ku 
oceanowi.  Na  parterach  mieściły  się  sklepy  z  pamiątkami, 
biŜuterią, cukiernie i lodziarnie. TuŜ obok był bank, kino i 
sklep spoŜywczy. Olbrzymi hotel i hiszpańska restauracja 
dopełniały 

obrazu 

miejscowości 

wypoczynkowej. 

Wszystkie  budynki  były  nowe,  okolone  białymi  płotami 
albo  zielonymi  Ŝywopłotami,  tak  popularnymi  w  epoce 
wiktoriańskiej,  kiedy  wzdłuŜ  chodników  Pier  Village 
ciągnęły się letnie rezydencje bogaczy. 

Ale  teraz  przywoływała  ich  noc.  Max  czekał  z 

wyciągniętą  dłonią,  gotów  do  spaceru  po  piasku  w 
bladym  świetle  księŜyca.  To  trochę  zbyt  romantyczne, 
uznała  Ari.  Z  jakiegoś  powodu  Max  i  ona  lądowali  w 
najdziwniejszych miejscach. 

-  Jak  tu spokojnie. 
-  Właśnie  to  miałem  na  myśli.  -  Ujął jej rękę, jakby  to 

była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. 

Znajomy  uścisk  jego  palców  sprawił,  Ŝe  poczuła  się 

dziwnie bezpieczna. 

-

 

Mam wraŜenie, Ŝe to juŜ było. 

-

 

Nie martw się. W pobliŜu nie widać Ŝadnej łodzi. -

Pomógł 
jej przejść przez wyrwę w ogrodzeniu. - Chodź. Wyrosłaś 
tutaj. 
Nie mów mi, Ŝe nikt nie zabierał cię na nocne spacery po 
plaŜy. 

-

 

Nie - skłamała drŜącym głosem. Pytanie było zbyt 

bliskie 

prawdy,  a  Ari  ukryła  bolesne  wspomnienia  na  dnie 
serca i nie wracała do nich nawet przy świetle księŜyca. 

Max  nie  spierał  się.  Ścisnął  mocniej  jej  rękę,  zupełnie 

jakby  coś  wyczuwał.  Ari  zatrzymała  się  i  ściągnęła 
sandały.  Czuła  zimny  piasek  pod  stopami,  przyjemny 
kontrast z ciepłym, wilgotnym powietrzem. 

Szli w milczeniu brzegiem. Ari uwaŜała, by nie wejść 

do wody, która raz za razem zalewała piasek. 

-

 

Jakie masz plany na resztę lata? - spytał po dłuŜszej 

chwili. 
-

 

Co masz na myśli? 

-

 

Chcesz pracować? Chodzić na plaŜę? 

-

 

MoŜe znajdę jakieś zajęcie - odparła -jeśli dojdę do 

wniosku, Ŝe zwariuję, obierając dzień po dniu 
ziemniaki z mamą 
i Ruthie. MoŜe zacznę sprzedawać lody. 

-

 

Kiedy twoi rodzice zamierzają się przeprowadzić? 

-

 

Jak tylko usuniemy niepotrzebne rzeczy, 

wysprzątamy dom 
i tak dalej. Trzeba się z tym uporać do września. 
Przyjechałam do 
domu, bo mama wmówiła mi, Ŝe mnie potrzebuje, ale 
zaczynam 
podejrzewać, Ŝe ściągnęła mnie z innego powodu. 

-

 

Pani profesor sprzedająca lody - chciałbym to 

zobaczyć. 
-

 

To byłaby miła odmiana - upierała się. - Chciałabym 

robić 
coś nie związanego z ksiąŜkami, referatami, stopniami i 
wykładami. - Ciepła bryza zwiała jej włosy na twarz, ale 
nie puściła 
ręki Maxa, by je odgarnąć. 

-

 

W Cole Products zawsze znajdzie się jakieś miejsce. 

-

 

Pakowanie ryb do puszek nie najlepiej mi idzie. 

-

 

Myślałem raczej o pracy biurowej. Potrzebuję 

pomocy, 
zwłaszcza kiedy jestem na morzu. 

-

 

Jak ci się udaje godzić prowadzenie fabryki i 

połowy? 
-"  Nie  udaje  mi  się  -  odparł  -  ale  cięŜko  byłoby  mi  z 

tego zrezygnować dla pracy przy biurku. 

background image

 

 

Z  czego  rezygnować?  -  miała  ochotę  spytać.  Ze 

zmagania  się  z  morzem,  podczas  którego  ryzykuje  się 
Ŝ

ycie? 

-

 

Czas wracać - zauwaŜyła. - Zaszliśmy wystarczająco 

daleko. 
-

 

Czy to przenośnia? 

Wzruszyła 
ramionami. 
-

 

Myślę, Ŝe moŜesz to tak odczytać. 

Zatrzymał się, zwrócił ku niej twarz i delikatnie 

przyciągnął ją do swego twardego torsu, aŜ czubki jej piersi 
dotknęły bawełnianej koszulki. 

-

 

Max... 

-

 

Ciii. Nie chcę słyszeć tego, co zamierzasz powiedzieć. 

 

-

 

Nie jesteś zbyt uprzejmy - odparła cicho, bez złości. 

Kiedy 
otoczył dłońmi jej talię, spojrzała mu w oczy i 
zrezygnowała 
z protestów. Równie dobrze moŜe go pocałować i mieć to z 
głowy. Wyrzuć to z siebie raz na zawsze, przekonywała się. 

-

 

Teraz znów mnie obraŜasz - szepnął Max, 

pochyliwszy 
głowę, by dotknąć wargami jej ust. ZadrŜała. Ale to 
przecieŜ 
normalne wietrzną czerwcową nocą nad morzem. - Ranisz 
moje 
uczucia - zaŜartował, spoglądając jej w oczy. 

-

 

Wątpię. - Krótki pocałunek nie zaspokoił jej. Czuła, 

Ŝ

Max się powstrzymuje. Ledwie się pochylił, a juŜ uniósł 
głowę. 
To nie fair, kapitanie, pomyślała. 

-

 

Nie - upierał się, muskając prowokująco ustami jej 

wargi. 
- Zdruzgotałaś mnie. Nigdy juŜ nie będę taki sam. 

Do  diabła.  Ari  upuściła  sandały  na  piasek  i  oparła 

dłonie  na  szerokich  ramionach  Maxa.  Wyczuwała  w 
nich  siłę  męŜczyzny,  który  cięŜko  pracuje  fizycznie. 
Palcami dotarła do delikatnej skóry szyi i zanurzyła je we 
włosach. Pocałunek pogłębił się. 

Z  trudem  łapała  oddech.  Serce  waliło  jak  młotem,  a 

ona  topniała.  Była  zbyt  blisko  ognia.  Zimna  mała  fala 
połaskotała jej 

kostki.  Podskoczyła.  Max  oderwał  się  od  jej  ust.  Oboje 
usiłowali  zaczerpnąć  tchu.  Pogładził  ją  po  włosach. 
Oparła dłoń na jego piersi i czekała, aŜ jej serce wróci do 
normalnego rytmu. 

-

 

Mówiłem ci na wyspie, Ŝe jesteśmy sobie 

przeznaczeni 
- szepnął czule, ale w jego głosie wyczuła Ŝartobliwe 
tony. 

-

 

Nie, nic podobnego. - Pamiętałaby takie słowa, 

powiedziane w Ŝartach czy nie. 

-

 

W takim razie pomyślałem. MoŜe za bardzo się 

bałem 
wypowiedzieć je na głos. 

-

 

Ty się niczego nie boisz - szepnęła z zakłopotaniem, 

wtulona w  jego pierś. 

-

 

Boję się, Ŝe juŜ się ze mną nie zobaczysz. - 

PoniewaŜ 
milczała, dodał: - Boję się, Ŝe nie dasz nam szansy. 

— Nie ma Ŝadnych nas, Max. - Nie wiedziała, jak zdołała 

powiedzieć  coś  tak  nieprawdziwego  po  wstrzymującym 
bicie  serca  pocałunku,  ale  wycelowała  najlepiej,  jak 
potrafiła. 

-

 

Mogłoby stać się inaczej - nie dawał za wygraną. 

-

 

Tylko na lato. - Spojrzała na niego. - To wszystko, co 

mogę 
ci obiecać. 

-

 

Chcę więcej. 

Przynajmniej  był  uczciwy.  Musiała  mu  to  przyznać. 

Wyślizgnęła  się  z  jego  ramion,  podniosła  sandały  i 
zawróciła  w  stronę  parkingu.  Nie  było  powodu  tego 
przeciągać.  śadnego  powodu,  by  rozniecać  to,  co  mogło 
być  tylko  letnią  przygodą  -  choć  miało  szansę  stać  się 
jednym  z  tych  niewiarygodnych  wspomnień,  które 
wywołują 

uśmiech 

na 

twarzach 

staruszek. 

Nie 

potrzebowała namiętności  w tym i tak  wypełnionym lecie. 
Sprawy  rodzinne,  uporanie  się  z  przeszłością,  która 
powracała na kaŜdym kroku, wystarczająco ją zajmowały. 

-  Muszę wracać do domu. 

Max skinął głową i znów wziął ją za rękę. Tak 
doszli do 

background image

 

 
murku. Dopiero gdy zaparkował przed domem Simone'ów, 
przerwał milczenie. 

-

 

MoŜe znów powinniśmy się wybrać na Block Island. 

-

 

W niedzielę wypływasz na morze - podkreśliła, 

bardziej 
dla siebie niŜ dla niego. Jego profil rysował się ostro w 
mroku 
samochodu, a oczy pociemniały, gdy na nią patrzył. 

-

 

Wrócę. 

-

 

No to powodzenia. - Wzięła za klamkę, zanim 

otworzył 
drzwiczki od swojej strony. - Zostań tutaj - powiedziała. 
- Nie 
musisz mnie odprowadzać. 

Zmarszczył 

czoło. 

Wiedziała, 

Ŝ

go 

tym 

zdenerwowała,  więc  szybko  wysiadła.  Teraz  nie  będzie 
mógł się kłócić. Max równieŜ wysiadł i stanął, patrząc na 
nią ponad dachem samochodu. 

-

 

Jesteś trudną kobietą, Ari Simone. 

-

 

Odpowiada mi to. - Weszła w krąg światła 

padającego zza 
przeszklonych frontowych drzwi. Na plecach czuła jego 
wzrok, 
więc nie odwracając się, przekroczyła próg. Tak jest lepiej, 
przekonywała samą siebie, idąc po schodach do 
sypialni. NaleŜy 
trzymać się z daleka od czarujących kapitanów, bez 
względu na 
to, w którym wieku przyszło nam Ŝyć. 

-

 

Dlaczego chcesz iść do pracy? - Peggy Simone 

oparła 
dłonie na krągłych biodrach i pokręciła głową. - Tu jest 
wystarczająco duŜo do zrobienia. 

Ari  nie  zwróciła  uwagi  na  pytanie  matki,  poniewaŜ 

słyszała  je  w  ten  piątek  czterokrotnie,  a  przynajmniej 
siedemdziesiąt  razy  w  ubiegłym  tygodniu.  Porządkowała 
stertę  gazet  na  ladzie.  Peggy  gromadziła  gazety  tak  jak 
inni pamiątki. 

-  Nie przeglądaj tych śmieci. Chłopcy wciąŜ przynoszą 

je do 
domu. 

Ari wzięła do ręki gruby egzemplarz „Single 
Connection". 

-

 

Co  to jest? 

-

 

Ogłoszenia towarzyskie - wyjaśniła Ruthie. - 

Chyba wy- 
chodzi co tydzień. 

Zaciekawiona Ari rozłoŜyła gazetę i zaczęła czytać. 

-

 

MoŜe znajdę tu jakiegoś miłego farmera - 

powiedziała, 
próbując podroczyć się z matką. 

-

 

Masz miłego rybaka - mruknęła Peggy. 

Ari uniosła głowę i uśmiechnęła się szeroko do Ruthie. 

-

 

Mam coś. - Ponownie pochyliła się nad gazetą: - 

,Atrakcyjny, młody, energiczny, po trzydziestce, 
samotny". 

-

 

Jak na razie nieźle brzmi. 

-

 

„Pragnie"... - ciągnęła Ari. 

-

 

Pragnie...? 

Ari skinęła szwagierce głową. 

-

 

Zmierza prosto do celu, prawda? „Pragnie poznać 

inteligentną, atrakcyjną, szczupłą, bezkonfliktową kobietę, 
nie palącą, 
nie zaŜywającą narkotyków, która lubi kolacje na mieście, 
podróŜe, grę w kręgle i świeŜe powietrze". 

-

 

No i jak myślisz? Czy to właśnie ten? 

-

 

Zasługujesz na coś lepszego - mruknęła Peggy. 

-

 

Wiesz, to nie jest zły pomysł. Niektórzy z tych 

męŜczyzn 
wydają się wspaniali. 

Peggy prychnęła. 

-

 

Nie moŜna wierzyć we wszystko, co się czyta. 

-

 

Czy Joey albo Jimmy odpowiedzieli na któreś z tych 

ogłoszeń? 

-

 

Wątpię. - Ruthie pokręciła głową. - Chyba są na 

to za 
młodzi, a poza tym w barach spotykają mnóstwo 
dziewcząt. 

Ari  przeczytała  całą  gazetę  ku  oburzeniu  matki  i 

uciesze  Ruthie.  Niektóre  z  ogłoszeń  były  cokolwiek 
dziwne, ale większość 

background image

 

 
sprawiała  wraŜenie  szczerych  prób  znalezienia  kogoś  o 
podobnych zainteresowaniach. 

-

 

Widywałam takie ogłoszenia w rubryce 

towarzyskiej, 
ale nigdy nie miałam w ręku całego czasopisma 
wyłącznie 
z ogłoszeniami. 

-

 

Cieszę się, Ŝe znalazłam męŜa w tradycyjny sposób. - 

Ruthie westchnęła. - To chyba łatwiejsze niŜ napisanie 
ogłoszenia. 

-

 

Ale tak jest praktycznie - upierała się Ari. - Zwłaszcza 

gdy 
ktoś jest zbyt pochłonięty pracą, by spotykać się z ludźmi, 
albo 
nie chce chodzić po barach, albo ma pewne sprecyzowane 
wymagania. .. - urwała, poniewaŜ przyszedł jej do głowy 
ś

miały 

pomysł. 

-

 

Co się stało? - spytała Ruth. 

-

 

Nic. - Ari potrząsnęła głową. - Myślałam tylko, Ŝe to 

mogłoby rozwiązać moje problemy. 

-

 

Ha! - Peggy odwróciła się od kuchenki i spojrzała na 

córkę, 
marszcząc czoło. 

 

-

 

Nigdy nie wiadomo. - Ari złoŜyła gazetę i schowała 

ją do 
torby. Gdyby Max zamieścił takie ogłoszenie, zostałby 
zasypany 
listami i zostawiłby mnie w spokoju, pomyślała. Starła 
szeroką 
ladę namydloną ścierką. Skończywszy, wytarła ręce w 
papierowy 
ręcznik, po czym znów spojrzała na matkę. - Muszę 
zająć się 
czymś innym. Zdaje się, Ŝe obieranie ziemniaków 
doprowadza 
mnie do szału - mruknęła pod nosem. 

-

 

To sprawka kapitana, prawda? - Peggy pogroziła 

córce 
palcem. - Jego kuter miał wczoraj wrócić do portu, ale 
podobno 
trafili na ławicę i teraz napełniają ładownie. 

-

 

Tak? 

-

 

Nie udawaj, Ŝe  cię to  nie interesuje. 

-

 

Niczego nie udaję, mamo. Po prostu nie mogę 

spędzić 
reszty lata na obieraniu ziemniaków. 

 

-

 

Reszty lata? Jesteś tu zaledwie parę tygodni. 

-

 

A ty nie zaczęłaś nawet porządkować domu. 

Peggy parsknęła. 
-

 

Nie mam czasu. 

-

 

Ja mam, ale ty bronisz się przed tym jak przed 

zarazą. 
-

 

Muszę prowadzić sklep. 

-  Świetnie - powiedziała Ari. - PoŜyczę drabinę od 

sąsiadów 
i wejdę na strych. 

Wiedziała,  Ŝe  temperatura  przekroczy  czterdzieści 

stopni,  ale  nie  miała  zamiaru  narzekać.  Im  szybciej 
pomoŜe uporządkować dom, tym prędzej wróci do siebie, 
do  Bozeman.  Był  dopiero  szósty  lipca.  Sierpień  to  w 
sam raz pora na wyprawę w góry i kilka wycieczek. 

Kiedy  godzinę  później  przyjrzała  się  dusznemu, 

zakurzonemu  strychowi,  zrozumiała,  dlaczego  matka 
unikała  tego  miejsca.  Górę  domu  zapełniały  rzeczy 
gromadzone  całe  Ŝycie.  Ari  postanowiła  zorganizować 
pracę. KaŜdy z braci będzie musiał pomóc w porządkach. 
Wolno schodziła po drabinie. 

Dobrze cię znów zobaczyć - usłyszała czyjś niski 

głos. 
Zatrzymała się i spojrzała w dół. Max stał z rękami w 
kieszeniach, podziwiając jej pupę w zakurzonych 
szortach. 

-

 

Mogłam spaść z drabiny - powiedziała z wyrzutem. 

-

 

Złapałbym cię. 

Wyciągnął  ręce,  tak  jakby  chciał  to  udowodnić.  Ari 

uśmiechnęła  się,  ale  nie  rzuciła  mu  się  w  objęcia.  Zeszła, 
mocno zaciskając dłonie na szczeblach drabiny. 

-

 

Myślałam, Ŝe jeszcze jesteś na morzu. 

-

 

Wróciliśmy rano. 

-

 

Dlaczego jesteś tutaj? - Wiedziała, Ŝe po rejsie 

zawsze jest 
sporo do zrobienia w doku. 

-

 

Musiałem cię zobaczyć - powiedział z błyskiem w 

niebieskich 

background image

oczach. I znów  nie była pewna, czy  Ŝartuje,  czy  mówi 
powaŜnie. 

-

 

Najpierw zrobiłeś porządki? 

-

 

Oczywiście. 

 

Wyglądał  na  zmęczonego.  Domyśliła  się,  Ŝe  niewiele 

spał.  Na  pewno  pracował  niemal  bez  przerwy,  by  mieć 
dobry  połów.  WciąŜ  spłacał  nowy  kuter,  z  którego  on  i 
Jerry byli tacy dumni. 

-  Jak się udała wyprawa? 

Max  uśmiechnął  się.  Sprawiał  wraŜenie  zadowolonego 

kota.  który  właśnie  zjadł  na  kolację  złotą  rybkę  z 
akwarium. 

-  Świetnie - powiedział, kładąc duŜe dłonie na jej 

ramionach. -I chciałbym z kimś to uczcić. 

Pokręciła głową. 

-  Nie masz dziewczyny? 

-  Trudno ją zadowolić. Ciągle mi mówi, Ŝe woli 
kowbojów. 
. - Bo tak jest. 

-

 

Chcę spróbować skłonić ją do zmiany zdania. - 

Musnął 
wargami jej usta. 

-

 

Nie - powiedziała, ciesząc się pocałunkiem. Kiedy 

uniósł 
głowę, dodała: - Nie moŜesz. 

-

 

Czego nie mogę? 

-

 

Nakłonić jej do zmiany zdania. 

 

-

 

Jestem bardzo upartym 

męŜczyzną. 
Ari próbowała się cofnąć. 
-

 

To nie przyniesie ci nic dobrego. 

-

 

Zjedz dziś ze mną kolację i opowiedz mi o 

wszystkim. 
Roześmiała się. 
-

 

Max, zostańmy przyjaciółmi. 

-

 

Nie potrzebuję kolejnego przyjaciela. 

-  Zjem z tobą kolację - powiedziała. Wiedziała, Ŝe 

nie po 
winna się zgodzić, ale nie mogła się oprzeć pokusie. Był  

zabawny,  rozśmieszał,  ją,  a  jeśli  uda  się  jej  go 
powstrzymać  od  całowania,  wszystko  będzie  dobrze.  - 
Ale musisz przestać mnie ciągle całować. 

-

 

Dlaczego? To bardzo przyjemne. 

-

 

PoniewaŜ będziemy przyjaciółmi - oświadczyła po 

prostu. 
ś

aden inny związek z rybakiem nie wchodził w grę. 

-

 

Nie potrzebuję więcej przyjaciół - powtórzył. - 

Chcę 
ciebie. 

-

 

Nie moŜesz mnie mieć. Za parę tygodni wracam do 

domu. 
-

 

MoŜe sprawię, Ŝe zmienisz zdanie - upierał się. 

-

 

Nie. - Ari odwróciła się do niego, a jej brązowe oczy 

nagle 
spowaŜniały: - Nie moŜesz, Max. Ja nie chcę tu 
zostać. Nie 
zamierzam spędzić reszty mego Ŝycia w Galilee, 
czekając na 
statki wracające z rejsu. 

Zmarszczył brwi. 

-

 

Nie chodzi tylko o góry, 

prawda? 
Ari przytaknęła. 
-

 

Zrozum. Nie jestem właściwą kobietą dla ciebie. 

-

 

Jednak wybierz się ze mną na kolację. 

Porozmawiamy 

o tym. 

Zrobimy  więcej,  postanowiła  Ari,  myśląc  o  gazecie 

wciśniętej do torby. 

-

 

Dasz mi trochę czasu, Ŝebym się ogarnęła? 

-

 

Czy półtorej godziny ci wystarczy? 

Skinęła  głową  i  Max  odszedł.  Wsiadł  do  swej 

półcięŜarówki  i  pojechał  do  Pier.  Oddał  ksiąŜki  do 
biblioteki,  a  potem  poszedł  do  sklepu,  by  zrobić  zapas 
jedzenia, bo za dwa dni znów wypływał w morze. Sądząc 
po  stosie  papierów  czekających  na  niego  na  biurku  w 
fabryce, wkrótce powinien zostać w domu 
i zadbać o interesy. Z Arianną u boku mogłoby to 
okazać się 
łatwiejsze. 

background image

Potrzebował  jej.  Na  samą  myśl  o  jej  delikatności, 

brązowych  oczach,  sposobie,  w  jaki  jej  wargi  reagowały 
na  jego  pocałunki,  ogarniało  go  podniecenie.  Działała  na 
niego  jak  Ŝadna  inna  kobieta.  Podczas  długich  godzin 
połowów  nie  znalazł  czasu  na  to.  by  pomyśleć,  jak  ją  o 
tym przekonać. Zyskał tylko pewność, Ŝe musi to zrobić. 

ROZDZIAŁ 5 

-

 

Znalazłam idealne rozwiązanie. - Ari nachyliła się 

do MaxaUsiłowała nie zwracać uwagi na romantyczną 
atmosferę tonącej w półmroku sali restauracyjnej, której 
okna wychodziły na 
ocean. Między nimi, na małym okrągłym stoliku, 
migotał płomyk świecy. 

-

 

Rozwiązanie czego? 

-

 

Naszego problemu. 

-

 

Niech zgadnę. - Max uśmiechnął się. - Wrócisz 

dziś ze 
mną do domu i zostaniesz tam przynajmniej pięćdziesiąt 
lat. 

-

 

Bądź powaŜny. 

-

 

Jestem powaŜny - powiedział Max spokojnie i 

odstawił 
kieliszek z winem na obrus w kolorze kości słoniowej, po 
czym 
ponownie spojrzał na Ari. 

Zawahała  się.  Nie  wierzyła  mu  ani  przez  chwilę, 

ale nie moŜna mu było odmówić uporu. 

-

 

Niełatwo ci zawierać znajomości z kobietami, 

prawda? 
Widząc jego minę, miała ochotę wybuchnąć śmiechem. 
-

 

Przyznaję, Ŝe ten epizod w kościele nie wystawia mi  

background image

 

 

najlepszego  świadectwa.  To,  Ŝe  zachowałem  się  nieco 
gwałtownie,  nie  znaczy  jednak,  Ŝe  nie  mam  się  z  kim 
umawiać. Po prostu aŜ dc teraz nie poznałem tej jedynej. 

-

 

Zamierzam ci pomóc. Wszystko obmyśliłam. 

-

 

Ciekawe - rzucił Max z przekąsem - jak zdołałaś to 

zrobić 
w parę godzin. 

-

 

Zaczerpnęłam pomysł z gazety. - Z satysfakcją w 

głosie 
zapowiedziała: - Ogłoszenia towarzyskie. 

-

 

Och, nie. - Max był przeraŜony. Zupełnie jakby 

zasugerowała wystawienie go na aukcję. 

-

 

Dlaczego nie? Mógłbyś szczegółowo określić, jaki 

typ kobiety ci odpowiada. 

-

 

To za bardzo przypomina zamówienia z katalogu. 

-

 

Masz lepszy pomysł? 

-

 

Tak. Zapomnij o tym i chodź ze mną. 

Ari wyciągnęła z torebki mały notes i ołówek. 

-

 

Wolny męŜczyzna - odczytała - pragnie stałego - 

interesu 
je cię stały związek, prawda? 

-

 

Och, jak najbardziej. 

-

 

Samotny męŜczyzna pragnie stałego, nie, lepiej 

trwałego 
związku z właściwą kobietą. - Max obrzucił ją wściekłym 
spojrzeniem. Przerwała, by zapytać: - Masz jakieś 
szczególne wymagania? 

-

 

To znaczy? 

-

 

Wzrost, waga, wiek, wspólne zainteresowania? 

-

 

Ile masz lat? 

-

 

Trzydzieści dwa, ale... 

-

 

Ś

wietnie. Więc powinna mieć trzydzieści dwa lata. - 

Skinął 
w kierunku notesu. - Lepiej zacznij pisać. 

-

 

Co dalej? - Posłusznie wzięła ołówek. 

-

 

Podobają mi się wysokie blondynki. 

 

-

 

To wszystko? - Ari poczuła w sercu ukłucie 

zazdrości. 
-

 

Myślę. - Max sprawiał wraŜenie męŜczyzny, który 

właśnie przypomina sobie namiętne przygody. - 
Rude teŜ - do- 
dał. Do stolika podeszła kelnerka, pytając, czy zamawiają 
deser. 
-Ari? 

-

 

Sernik i kawę, proszę. 

-

 

Dla mnie to samo - rzucił Max. 

-

 

Coś jeszcze? - Ari stukała długopisem w kartkę. 

-

 

Nie zamierzam informować cię o moich 

szczególnych 
zainteresowaniach, Ari. 

-

 

A jaki jest twój stosunek do dzieci? Wiele kobiet to 

samotne 
matki. 

-

 

Nie mam nic przeciwko dzieciom. 

-

 

Lubi dzieci - zanotowała. - A co z paleniem? 

-

 

To niewaŜne. - Wzruszył ramionami. - Rozumiem 

cudze 
grzeszki. 

-

 

Tolerancyjny, tak? 

 

-

 

Twoje słowa. 

Zerknęła na 
notatki. 
-

 

To powinno wystarczyć. 

-

 

Co z tym zrobisz? Nie mówiłaś powaŜnie, 

prawda? 
Ari uśmiechnęła się do niego. 

 

-

 

Bardzo powaŜnie, kapitanie. Ogłoszenie będzie 

poufne, 
podasz mi numer skrytki na poczcie. 

-

 

To nie ukaŜe się w „Providence Journal", prawda? 

-

 

Nie. Wychodzi specjalna gazeta z ogłoszeniami tego 

typu. 
Bardzo porządna gazeta. 

Kelnerka przyniosła sernik i Max, wciąŜ niepewny, jak 

zareagować, chwycił za widelczyk. 

-  Dodaj coś o namiętności, dobrze, Ari? 
Zrobiło jej się gorąco na myśl o namiętnych 
uniesieniach 

background image

 

 
Maxa  z  inną  kobietą  -  wysoką,  dobrze  zbudowaną 
blondynką  -  ale  szybko  odsunęła  od  siebie  tę  myśl.  Nie 
powinna  sobie  pozwalać  na  zazdrość.  Gdyby  Max  zajął 
się  kimś  innym,  ona  mogłaby  spokojnie  sprzątać  strych, 
gotować  zupę  rybną  i  opuścić  Rhode  Island  tak  szybko, 
jak  to  moŜliwe.  Nie  potrzebowała  przystojnego, 
seksownego  kapitana.  Na  jej  liście  odpowiednich 
kandydatów  z  pewnością  nie  figurowali  kapitanowie. 
Max odsunął talerzyk. 

-

 

To nie zadziała, przecieŜ wiesz. 

-

 

Dlaczego nie? 

-

 

Chcę ciebie. Nikogo innego. 

W  tej  bezpośredniości  było  coś  zniewalającego. 

Błękitne  oczy  wyraźnie  ją  prowokowały.  Ari  zmusiła  się 
do lekkiego tonu. 

-

 

Nawet mnie nie znasz. 

-

 

Będziemy mieli mnóstwo lat, by poznać się 

wzajemnie. 
-

 

Max... 

-

 

Daj sobie spokój z tym ogłoszeniem. - Wziął do ręki 

filiŜankę z kawą. - To będzie niezapomniane lato. 

Arianna była skłonna przyznać mu rację. Bieg wydarzeń z 

pewnością na to wskazywał. Podsunęła mu notatnik. 

-  Zgódź się. ChociaŜ spróbuj. 

Max patrzył na nią przez długą chwilę. 

-

 

Właśnie o to cię prosiłem. 

-

 

A więc? - Poczuła, Ŝe pieką ją policzki, ale nie 

spuściła 
wzroku. 

-

 

Nie sądzę, byś w całym stanie znalazła choć jedną 

kobietę. 
którą bym wolał od ciebie. To strata czasu. 

 

-

 

Musisz się częściej umawiać na randki. 

-

 

Tak właśnie uwaŜam. 

-

 

Więc? 

-

 

Dobrze - zgodził się, nie patrząc na nią. - MoŜesz 

dać to 

 

ogłoszenie. 

Co 

nie 

znaczy, 

Ŝ

zrobię 

coś 

odpowiedziami. Jeśli w ogóle jakieś będą. 

-  W porządku. 

To podejrzane, Ŝe tak nagle zmienił zdanie. MoŜe coś 
knuje? 

-  Mam skrytkę na poczcie w Narragansett. - Podał jej 

numer. 
- Ale za ogłoszenie zapłacisz ty. 

Skinęła głową. 

-

 

To się opłaci. 

-

 

MoŜe - powiedział Max. - Chyba po prostu 

poczekamy 
i się przekonamy, prawda? 

Musiała czekać do poniedziałku, kiedy z powodu  mgły 

łodzie kołysały się bezczynnie w porcie, a chłopcy łazili po 
domu i wyjadali zawartość lodówki. 

-  JuŜ czas - zakomunikowała Ari. - Idziemy na górę 

sprzątać 
strych. 

Popatrzyli na nią z niedowierzaniem.   
-  Musimy przygotować się do wyprzedaŜy. 

Zamieściłam 
ogłoszenie w „Narragansett Times", więc nie moŜemy się 
wycofać. I poŜyczyłam drabinę. We czwórkę 
powinniśmy przynajmniej zacząć. W przeciwnym razie 
wyrzucę wszystkie wasze 
rzeczy, nie wyłączając dwunastu roczników „Playboya". 

Woleli  się  nie  spierać.  Po  paru  godzinach  Ari  była 

brudna,  zmęczona  i  kichała  od  kurzu.  Ojciec  ustawił 
swego pikapa przy tylnych drzwiach, ekipa nosiła śmiecie 
i  robiła  kursy  na  wysypisko.  To,  co  nadawało  się  do 
sprzedania,  powędrowało  do  garaŜu,  by  tam  czekać  na 
wycenę. Wreszcie chłopcy zaczęli błagać o litość. 

Ale  Ari  nie  miała  litości.  Przyjechała  do  domu  tego 

lata,  by  zrobić  porządki,  i  nie  zamierzała  spocząć,  póki 
nie doprowadzi pracy do końca. 

background image

 

 

Peggy  była  w  Galilee  i  nie  spodziewano  się  jej  przed 

kolacją. Słysząc jej głos w drzwiach, synowie westchnęli 
z ulgą. 

-  O BoŜe -jęknęła wciąŜ zdyszana Peggy. - W całym 

swoim 
Ŝ

yciu nie widziałam takiego bałaganu! 

-- Nie uwierzyłabyś, ile wyrzuciliśmy. 

-  Chyba nie. - Peggy usiadła i popatrzyła uwaŜnie na 

pokrytą kurzem córkę. - Lepiej idź się umyć. 

Ari pokręciła głową. 

-  Najpierw   musimy   skończyć.   Trzeba  wywieźć  

to  na 
ś

mietnik. 

 - Naprawdę powinnaś się umyć. 

-

 

Dlaczego? 

-

 

Wrócił twój kapitan. Powiedziałam mu, Ŝe dziś 

wieczorem 
będziesz w domu. 

-

 

Och, mamo. - Dlaczego matka wtrąca się w jej 

sprawy? 
- Wolałabym, Ŝebyś tego nie mówiła. 

-

 

Myślałam, Ŝe jesteście... przyjaciółmi. 

-

 

Właśnie tak. Jesteśmy przyjaciółmi. 

-

 

No cóŜ - prychnęła matka -jak mogę lekcewaŜyć 

męŜczyznę, który najwyraźniej chce się widywać z moją 
córką? Czy 
twoim zdaniem powinnam odprawiać go z niczym, kiedy 
pojawia się w sklepie i pyta o ciebie? 

-

 

Tak. - Ari była ciekawa, czy Max zajrzał do 

skrytki na 
poczcie. Zamieściła ogłoszenie w ubiegłym tygodniu 
i nie 
ostrzegła go, Ŝe skrytka będzie wkrótce kipiała od ofert 
nieznanych kobiet. Nie widziała Maxa od dziesięciu dni. 
Dziesięciu 
bardzo długich dni. 

-  CóŜ, nie zrobiłam tego. Doprowadź się do 

porządku, a ja 
dopilnuję, Ŝeby chłopcy dokończyli. Wykonałaś kawał 
roboty. 
Arianno. Cieszę się, Ŝe początek mamy juŜ za sobą. 
Sama myśl 
o sprzątaniu tego miejsca prześladowała mnie po nocach. 

Ari poklepała matkę po ramieniu. 

-

 

Nie martw się. Masz przecieŜ sześcioro dzieci - 

czasami 
musimy ci pomagać. 

-

 

Chyba tak. Pomogłabyś mi, gdybyś była miła dla 

Maxa. 
-

 

Zawsze jestem dla niego miła. - Ari pomyślała o ich 

pocałunkach. 

-

 

To dobry człowiek, córeczko. 

-

 

Wiem, mamo, ale wkrótce wracam do domu i nie 

mogę 
wiązać się z Maxem, niezaleŜnie od tego, jaki jest. 

Peggy westchnęła. 
-

 

Rób, jak uwaŜasz, kochanie, ale uciekasz z Rhode 

Island od 
ś

mierci Eddiego. To nie pomoŜe ci zapomnieć o 

przeszłości. 

-

 

Tak jest łatwiej - mruknęła Ari. - A to wszystko, 

czego 
potrzebuję. 

-

 

Ty i Eddie byliście sobie bliscy, bardzo bliscy i 

wiem, Ŝe 
bardzo go kochałaś. 

Ari w milczeniu skinęła głową. 
-

 

Czas juŜ, Ŝebyś zamknęła ten rozdział swojego 

Ŝ

ycia. 

Osiem lat samotności to dosyć. 

-

 

Nie jestem samotna. 

-

 

Nie? - Peggy uniosła brwi. 

-

 

Nie - powtórzyła stanowczo córka. 

-

 

Masz trzydzieści dwa lata, nie masz męŜa, 

kochanka, 
dzieci. 

 

-  Dziękuję, Ŝe mi to przypominasz. 
Peggy drgnęła. 
-

 

Nie zamierzałam ranić twoich uczuć. Chcę tylko, 

Ŝ

ebyś 

była szczęśliwa. 

-

 

A ja muszę sama decydować o swoim szczęściu. - Z 

tymi 
słowami Ari wyszła z pokoju i poszła na górę. Usiadła na 
łóŜku, 
powtarzając sobie, Ŝe ma trzydzieści dwa lata. Ku swej 
wściekłości 

background image

 

 
czuła  się  jak  trzynastolatka.  Jakim  cudem  rodzina 
mogła  w parę sekund zmienić powaŜną panią profesor  w 
głupiutkie, samotne dziecko? 

Z zadumy wyrwało ją pukanie do drzwi. 
-  Proszę. 
Na progu stała matka. 
-  Chciałam cię przeprosić. To wszystko dlatego, Ŝe 

tęsknimy 
za tobą. 

Ari  ogarnęło  wzruszenie.  Lepiej  być  kochanym  za 

bardzo niŜ wcale. Choć bywały dni, kiedy rola średniego 
dziecka  w  tak  duŜej  rodzinie  omal  nie  doprowadzała  jej 
do obłędu. 

Niecałą  godzinę  później  Max  stał  przed  drzwiami 

domu Simone'ów, czekając, aŜ ktoś je otworzy. Ari musi 
wyciągnąć  go  z  tego  zamieszania.  JednakŜe  kiedy 
otworzyła  drzwi  i  uśmiechnęła  się  do  niego,  a  w  jej 
ciemnych oczach pojawiły się wesołe iskierki, przestał się 
złościć.  Wyglądała  i  pachniała  cudownie,  jakby  właśnie 
wyszła  spod  prysznica.  Miała  na  sobie  róŜową  sukienkę 
sięgającą  kolan.  Max  stłumił  instynkt  jaskiniowca  i  zrobił 
obojętną minę. 

-  Witaj, kapitanie. 

-  Witaj - odparł, zdobywając się na oszczędny 
uśmiech. 
Cofnęła się o krok, by go wpuścić, ale nie ruszył się z 
miejsca. 

-  Nie przyszedłem z wizytą, Ari. Ubiegłej nocy 

zawinęliśmy 
do portu, a ja właśnie wracam z poczty. 

Nie musiał mówić nic więcej. 

-

 

De? 

-

 

Cała sterta. Nie sposób policzyć. 

-

 

Gdzie je masz? - Ari wyglądała na zadowoloną. 

-

 

W samochodzie. Jeszcze ich nie otwierałem. 

-

 

Och, to dobrze. Czekałeś z tym na mnie? 

 

-

 

Wahałem się, czy nie wyrzucić ich do śmieci i 

zapomnieć 
o tym zwariowanym pomyśle. 

-

 

Ale nie zrobiłeś tego. 

-

 

Zacząłem się zastanawiać, co, u diabła, ze sobą 

pocznę, gdy 
wrócisz do Indiany. 

-

 

Do Montany - poprawiła. 

-

 

NiewaŜne. - Wzruszył ramionami. - Pewnie będę się 

czuł 
samotny. 

-

 

Za dziesięć sekund będziesz naprawdę samotny, 

jeśli nie 
przestaniesz mi dokuczać. 

-

 

Chcesz zobaczyć listy? 

-

 

Musisz pytać? 

-

 

To prawdopodobnie bardzo osobiste wyznania. Mogą 

przy 
prawić cię o zazdrość. 

-

 

Postaram się opanować. Chodź, zobaczymy, czy są 

jakieś 
odpowiednie kandydatki. 

Zmarszczył czoło. 

-

 

To nie jest taki dobry pomysł, Ari. 

-

 

No, no, ale z ciebie smaczny kąsek! - zauwaŜyła na 

widok 
stosu listów na skórzanym siedzeniu samochodu Maxa. 
Wzięła 
do ręki jedną z kopert. Pachniała cięŜkimi perfumami - 
Niezłe. 
Zacznijmy od tej. 

-

 

Nie tutaj - mruknął. - Nie mam zamiaru siedzieć w 

tym 
rozgrzanym samochodzie. Nie zamierzam teŜ przeglądać 
tych 
listów w towarzystwie twej rodziny. 

-

 

A więc gdzie? 

-

 

Na pokładzie kutra. 

 

-

 

Teraz? 

Pokręcił głową. 
-

 

W tym tygodniu przypada Święto Floty. 

Jak mogłaby zapomnieć. Święto rybaków w ciągu 
ostatnich 

background image

 

 

dwudziestu  lat  zdobyło  duŜą  popularność  wśród  turystów. 
Z  uroczystości  błogosławienia  łodzi  przerodziło  się  w 
turystyczny weekend z przyjęciami na statkach, paradą w 
zatoce, a nawet biegiem ulicznym na dystansie kilkunastu 
kilometrów. 

-

 

Wiem. 

-

 

Przyjdź na „Lady Million". Spędzimy ten dzień 

razem. 
-

 

Nie przepadam za oceanem - powiedziała z 

nadzieją, Ŝe 
Max zmieni zdanie. 

 

-

 

A więc wyrzucę listy za burtę. 

-

 

Jesteś niemoŜliwy - rzuciła ze śmiechem. 

Max  obchodził  ją  coraz  bardziej.  Jednak  nie 

powinna  się  w  nim  zakochiwać,  nawet  jeśli  był  kimś 
szczególnym,  wspaniałym,  kimś,  kto  zasługiwał  na 
więcej  niŜ  puste  noce  na  morzu  ze  swoimi  kumplami 
rybakami. 

-

 

No, kochanie, co ty na to? 

-

 

Nie jestem twoim kochaniem. 

-

 

Tak mi się powiedziało. 

Ari zastanawiała się przez chwilę. Tak czy inaczej nie 

zostawiono  by  jej  w  spokoju.  Zdecydowanie  wolała 
spędzić  ten  dzień z Maxem. Rodzina działała jej na nerwy 
bardziej niŜ kiedykolwiek. 

-

 

Zgoda - odparła wreszcie. 

-

 

Nie obiecywałem, Ŝe się z którąś z nich umówię. 

Popołudniowe słońce przypiekało ramiona Ari. 
Siedziała na 

pokładzie 

kutra 

obserwowała 

męŜczyznę 

przechylającego  się  przez  reling.  Starannie  pogrupowała 
listy  na  trzy  kupki:  „Nigdy  w  Ŝyciu",  „Być  moŜe"  i 
„Warte  uwagi".  Teraz  wzięła  do  ręki  ostatnią  kupkę  i 
potrząsnęła listami w kierunku Maxa. 

-  Jak myślisz, co to jest? Zbiór wypracowań z siódmej 

klasy? 
Te kobiety chcą cię poznać. 

-  Ale ja nie mam na to ochoty. 
Ari  westchnęła,  połoŜyła  stosik  obok  siebie  i 

poprawiła  górę  Ŝółtego  kostiumu.  Jedno  ramiączko 
wciąŜ się zsuwało,  więc  w końcu dała spokój i zostawiła 
je tam, gdzie było.   

-

 

Spalisz się, jeśli nie będziesz ostroŜna. 

-

 

Jestem ostroŜna. 

-

 

Dobrze się bawiłaś? 

-

 

Tak. - Uśmiechnęła się do Maxa. - To był udany 

dzień. 
- Ku jej zaskoczeniu była to prawda. Spotkała starych 
przyjaciół, 
poznała nowych i na zmianę z Barbarą pełniła na kutrze 
obowiązki gospodyni. Ciekawy dzień, taki, o którym 
opowie po 
powrocie przyjaciołom z uczelni. 

-

 

Mogliśmy popłynąć z resztą towarzystwa na Block 

Island. 
-

 

Nie, dzięki. Wolę tkwić w doku. 

 

-

 

Cuchnie. 

Pociągnęła nosem. 
-

 

Nigdy nie zwracam na to uwagi. 

-  To dobrze. - Podszedł do niej. AleŜ był przystojny, 

w zniszczonych dŜinsach i podkoszulku koloru letniego 
nieba o poranku. - Masz ochotę na kanapkę z indykiem? 

Ari pokręciła głową. 
-

 

Nie jadłeś lunchu? 

-

 

Nie miałem czasu. 

-

 

Byłeś zbyt zajęty rozmowami. 

-

 

Lubię to. 

-

 

Porozmawiasz ze mną? - spytała, świadoma, Ŝe 

stąpa po 
grząskim gruncie, ale okulary słoneczne zakrywały jej 
oczy, więc 
mogła zdobyć się na odrobinę odwagi. 

-

 

Nie o tych kobietach. - Odsunął stos kartek i usiadł 

naprzeciwko Ari, kolanami niemal dotykając jej kolan. 

-

 

UwaŜaj - ostrzegła, zgarniając listy. - Wiatr je 

porwie. 

background image

 

 

-

 

Ś

wietnie. 

-

 

Zawarliśmy umowę. 

-

 

Tak. Pozwoliłem ci otworzyć je, jeśli przyjdziesz. 

-

 

To nie wszystko, Max. 

Zdjął jej okulary i połoŜył na pokładzie. 

-  Nie zamierzam szukać kobiety, której bym pragnął 

tak jak 
ciebie, Ari. NiewaŜne, ile kopert otworzysz, na ile 
kupek je 
podzielisz czy ile ogłoszeń zamieścisz w gazecie. - Jego 
wargi 
były zbyt blisko jej ust, ale Ari nawet nie drgnęła. Po 
prostu 
patrzyła na nie, gdy on ciągnął: - Pragnę ciebie, Arianno 
Simone. 
Musisz to sobie wreszcie uświadomić. 

Lekko dotknęła jego twarzy - nie wiedziała, czy 

chodziło jej o to, by przestał mówić, czy chciała go do 
siebie przyciągnąć. Pamiętała ciepły dotyk tych warg na 
ustach i Ŝar jego ciała tamtej nocy na plaŜy. Wydało jej się, 
Ŝ

e było to tak dawno temu. . Zbyt dawno. 

Lekko  dotknął  jej  warg.  Pocałunek  skończył  się,  zanim 

zdołała  zareagować.  Powtórzył  to  kilkakrotnie,  aŜ  w 
końcu  dotknęła  jego  policzka  w  niemej  prośbie. 
Niebaczna na nic. 

Kiedy  poczuł,  Ŝe  mu  odpowiada,  pogłębił  pocałunek  i 

pociągnął  ją  ku  sobie,  aŜ  wreszcie  osunęli  się  na  twardy 
pokład  kutra.  Uniosła  dłoń  ku  szyi  Maxa.  Niemal  nie 
czuła pod sobą desek ani zwoju lin, który drapał jej łokieć. 

Pocałunek  trwał.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  są jednością  i  Ŝe 

tak będzie juŜ zawsze. 

Niepokojąca  myśl.  Ari  usiłowała  się  opanować,  ale 

czuła,  Ŝe  wpada  w  pułapkę  namiętności.  Choć  ciało 
mó wiło  jej,  Ŝe  pragnie  Masa,  i  to  teraz,  desperacko 
próbowała to zignorować. 

To nie był odpowiedni  moment. A ten męŜczyzna nie 

był właściwym męŜczyzną. 

Uniósł głowę, zupełnie jakby wyczuł jej opór. Błękitne 

oczy spoglądały na nią. Sprawiał wraŜenie szczęśliwego. 

-

 

Widzisz? 

-

 

Co? 

Zawahał  się.  Ari  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  Max  nie  powie 

tego, co zamierzał. 

-

 

Mówiłem ci, Ŝe będziesz się dobrze bawić. 

-

 

Mhm. - Pogładziła jego włosy i westchnęła. - 

Myślę, Ŝe 
powinieneś teraz ze mnie zejść. 

-

 

AleŜ to najlepsza część dnia - leŜeć na tobie na 

pokładzie 
kołyszącego się statku. - Uśmiechnął się szeroko. - 
Nawet nie 
musimy się ruszać. 

-

 

Nie czuję Ŝadnego kołysania - zaprotestowała, ale 

go nie 
odepchnęła. Przez kilka chwil pozwoliła sobie na 
rozkoszowanie 
się dotykiem ciała Maxa. 

-

 

Mmm - zamruczał, pokrywając jej szyję lekkimi 

pocałunkami. - MoŜe to było tylko poboŜne Ŝyczenie. 

-

 

Co by powiedzieli ludzie, gdyby nas teraz zobaczyli? 

-

 

Powiedziałbym, Ŝe upadłaś i sprawdzam, czy się nie 

potłukłaś. - Uniósł głowę i oparł się na łokciu, ściągając 
wolną ręką 
drugie ramiączko kostiumu z ramienia Ari. - Nie widać tu 
Ŝ

adnych śladów - powiedział przeciągle. 

-

 

Dotknij czegoś poza moim ramieniem, a będzie po 

tobie. 
-

 

Zaryzykowałbym. - Ciepła, szorstka dłoń zatrzymała 

się po 
wyŜej łagodnej wypukłości piersi. Palcem obrysował górę  
kostiumu. 

Ari  doszła  do  wniosku,  Ŝe  czas  juŜ  połoŜyć  kres  tym 

igraszkom.  Kochać  się  z  Maxem  byłoby  z  pewnością 
wspaniale, zdawała sobie jednak sprawę, Ŝe pociągnęłoby to 
za sobą coś więcej niŜ jedną wspólną noc. 

-  Przepraszam, kapitanie - odchrząknęła z udaną 

swobodą, 
próbując się uwolnić. 

background image

 

Max  przesunął  się  i  połoŜył  na  plecach,  wpatrzony  w 

ciemniejące niebo. 

-

 

Głodna? 

-

 

O, tak. - Nagle zrobiła się głodna. - A ty? 

-

 

Ja  teŜ. 

-

 

Co wybieramy? 

-

 

MoŜe być włoska kuchnia? - zaproponował po 

namyśle. 
-

 

Dobrze. - Ari pochyliła się i pocałowała go w 

policzek. 
- Zostaniemy przyjaciółmi? 

- Niezupełnie - powiedział przeciągle, obserwując, jak 

Ari  składa  listy  „Warte  uwagi".  -  Co  zamierzasz  z  nimi 
zrobić? 

-

 

Schowam je do twego samochodu. 

-

 

Chodźmy. Pojedziemy do Terminesi. Jeśli nie 

chcesz 
się ze mną kochać, moŜesz mi przynajmniej zafundować 
sandwicza. 

Kupiłaby mu wszystko. Najpierw musiała się przebrać, 

więc  zawiózł  ją  do  domu  i  poczekał,  aŜ  włoŜy  letnią 
sukienkę. Kiedy zeszła na dół, rodzice promienieli. 

-

 

Ładna z nich para, Rusty, jak sądzisz? - Peggy 

wyglądała, 
jakby miała za chwilę eksplodować z nadmiaru szczęścia. 

-

 

Tak - przytaknął ojciec. 

-

 

CóŜ, cieszę się, Ŝe jesteście szczęśliwi. - Przesłała 

im dłonią pocałunek i chwyciła Maxa za rękę. 

-

 

Doprowadzają mnie do szału - mruknęła juŜ na 

zewnątrz. 
-

 

A co ze mną? - spytał Max, kiedy szli przez 

trawnik do 
samochodu. 

Spojrzała na niego. Ciekawe, czy znów Ŝartuje. 
Pewnie tak. 

-

 

Ty teŜ doprowadzasz mnie do szału. 

-

 

To dobrze - zauwaŜył, otwierając przed nią  

drzwiczki. -To 
powinno działać w obie strony. 

 

 

 

Przez  resztę  wieczoru  traktował  ją jak  starszy  brat.  Od 

czasu  do  czasu  Ŝartował,  przedstawiał  ludziom,  którzy 
patrzyli  ciekawie  na  nich  dwoje  siedzących  razem  w 
popularnej  restauracji.  Kiedy  do  zatłoczonego  lokalu 
weszli Roscoe i Ruthie, Max pomachał do nich. 

-  Co robisz? - spytała Ari. 

MoŜe zechcą się do nas przyłączyć - odparł Max. 

Wkrótce do restauracji zajrzeli Joey i Jimmy. Chłopcy 
przy 
stawili do stołu kolejne krzesła. 

-  MoŜe zadzwonisz do moich rodziców i zaprosisz ich, 

Ŝ

eby 

wpadli? 

Max wzruszył ramionami. 

-  PrzewraŜliwiona? 

Ari  roześmiała  się  z  przymusem.  Była  teraz  otoczona 

rodziną.  Powinno  ją  to  zdenerwować,  okazało  się  nawet 
zabawne. 

Ruthie, 

zazwyczaj 

cicha, 

opowiedziała 

historyjkę  o  zupie  rybnej  i  jednym  z  niezadowolonych 
klientów  Peggy  i  wszyscy  pokładali  się  ze  śmiechu. 
Jimmy  i  Joey  naciągnęli  Maxa  na  pizzę,  a  kiedy  do 
restauracji weszli Russ i Karen, Ari poddała się. 

-

 

Brak nam Kevina - powiedziała w pewnej chwili. 

-

 

Opiekunka do dziecka zachorowała - wyjaśniła 

Karen. - 
Jeśli uda im się znaleźć kogoś innego, spotkamy się z nimi 
o dziewiątej w kinie. 

-

 

Co grają? 

-

 

Ten nowy film z Melem Gibsonem. 

Ari  poczuła,  Ŝe  Max  lekko  dotyka  jej  szyi.  Odwróciła 

się ku niemu, ocierając się udem o jego udo. 

-  Masz ochotę iść do kina? - Pogładził ją po 

ramieniu. 
Wyobraziła sobie wbrew woli, jak siedzą razem w 
ciemnej 
sali. Brzmiało to bardziej zachęcająco, niŜ była skłonna 
przy 
znać. 

background image

 

 

-

 

Naprawdę lubię Mela Gibsona. 

-

 

MoŜemy się przyłączyć? - spytał. 

-

 

Czemu nie - odparła Karen. - Im więcej, tym 

weselej. 
Ari nie sądziła, Ŝe będzie się dobrze bawić, a jednak. 
Od lat 

juŜ nie spędziła tyle czasu ze starszymi braćmi. 

Joey  i  Jimmy  teŜ  postanowili  wybrać  się  do  kina  i 

niczym  dzieci  wymieniali  komentarze  i  kłócili  się  o 
praŜoną kukurydzę. 

Po  kinie  stali  w  kolejce  po  lody  i  jedli  je  z  waflowych 

roŜków. Wreszcie przeszli przez ulicę, usiedli na murku i 
gapili  się  na  nielicznych  turystów.  Nawet  kiedy  reszta 
towarzystwa  podąŜyła  do  samochodów,  Ari  czuła  się 
dobrze z Maxem u boku. 

-

 

Dzięki - powiedziała w pewnej chwili. 

-

 

Za co? - zdziwił się. 

Wzruszyła  ramionami,  nie  wiedząc,  jak  to  ująć  w 

słowa.  W  jakiś  dziwny  sposób  w  ciągu  jednego 
zgiełkliwego  letniego  wieczoru  znów  stała  się  częścią 
rodziny. Nie miała pojęcia, jak bardzo jej tego brakowało. 

Miło było wrócić do korzeni. Wiedzieć, Ŝe moŜe, jak w 

piosence,  wyciągnąć  rękę  i  dotknąć  kogoś  bliskiego. 
Dobrze,  Ŝe  przypomniano  jej,  Ŝe  naleŜy  do  rodziny,  bez 
względu na to, gdzie mieszka. 

Montana.  Sam  dźwięk  tego  słowa  sprawił,  Ŝe 

zatęskniła 

ZŁ 

Górami 

Skalistymi 

równinami 

rozciągającymi  się  u  ich  podnóŜa.  Po  powrocie  do  domu 
wślizgnęła  się  do  łóŜka  i  naciągnęła  prześcieradło  na 
nagie ciało. Na skórze osiadła wilgoć. 

Montana. Chłodne, suche powietrze i pogodne dni bez 

mgły.  Zaspy  śniegu  w  zimie,  ostry  wiatr  z  Kanady,  który 
zapierał dech. gdy brnęła uliczkami kampusu na wykłady. 

Próbowała  skoncentrować  się    na  zimie  w  Bozeman, 

lecz  w    jej  myśli  wdarła  się  twarz  Maxa.  Niemal 
Ŝ

ałowała, Ŝe nie leŜy na 

pokładzie kutra rozciągnięta pod twardym ciałem Maxa. Z 
drugiej  strony  była  rada,  Ŝe  nie  posunęła  się  za  daleko  i 
nie 

została 

kochanką Maxa. 

 

Od  końca  lata  dzieliło  ją  tylko  kilka  tygodni.  Musiała 

zachowywać  rozsądek  bez  względu  na  to,  jak  bardzo 
pragnęła bliskości ciała przystojnego kapitana. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Ari zmierzyła wzrokiem stos rupieci na trawniku przed 

domem i westchnęła. 

-

 

Ciekawa jestem, co za masochista wynalazł 

wyprzedaŜe. 
-

 

Pewnie ktoś taki jak my, mający rodziców, którzy nie 

wy 
rzucali niczego przez czterdzieści lat - odparł Roscoe. 

-

 

Wszystko wyceniłam. Górna granica to pół dolara. 

-

 

Z wyjątkiem kijów golfowych taty. 

-  Których nigdy nie uŜywał. - Ari uśmiechnęła się. - 

Raz 
. rybak, zawsze... - Ari umilkła na widok znajomej 
półcięŜarówki, która zatrzymała się przy krawęŜniku. 
Wysiadł z niej Max. trzymając w ręku dwa pudełka 
pączków. 

Nie  wierzyła,  Ŝe  Max  naprawdę  ma  ochotę  dać  się 

wciągnąć  w  garaŜową  wyprzedaŜ  Simone'ów.  Wyszła 
mu  naprzeciw  i  uświadomiła  sobie,  jak  cieszy  ją  jego 
widok.  Wspaniale  wyglądał  w  błękitnych  dŜinsach  i 
grubym beŜowym swetrze. Nagle poczuła się zaniedbana, 
mając  na  sobie  stare  dŜinsy,  wystrzępione  tenisówki  i 
podkoszulek któregoś z braci. 

-  Proszę, kochanie. W polewie czekoladowej, jak 

obiecałem 
- Max podał jej jedno z pudełek. Patrzył przez chwilę na 
jej usta. 
zupełnie jakby się zastanawiał, czy ją pocałować na oczach 
całej 

rodziny,  ale  poprzestał  na  uśmiechu.  -  Brakowało  mi  cię 
wczorajszego wieczoru - szepnął jej do ucha. 

-  Jak  to? 

Przerwał im Joey, który podszedł i poklepał Maxa po 
ramieniu. 

-

 

Nie spodziewałem się, Ŝe zobaczę cię tak rano, 

staruszku. 
-

 

Staruszku? - roześmiała się Ari. 

-

 

Wszystko skończyło się dość wcześnie. - W głosie 

Maxa 
brzmiało ostrzeŜenie. Zastanawiała się, o co chodzi. 
Gdzie byli 
wczoraj wieczorem? 

-

 

Zrobiłem tak, jak obiecałem - powiedział Max, 

zwracając 
się do Ari, kiedy Joeya przywołała matka. 

-

 

To znaczy? 

-

 

Zadzwoniłem do jednej z pań, które 

odpowiedziały na 
: głoszenie. - Max zrobił zakłopotaną miną. 

Ari  nie  wiedziała,  czy  ma  się  śmiać,  czy  płakać.  Nie 

zrobiła  Ŝadnej  z  tych  rzeczy.  Po  prostu  patrzyła  w 
oczekiwaniu. 

-

 

I? 

-

 

Umówiliśmy się na drinka w Coast Guard House. 

-

 

I? 

-

 

Ma szesnaście kotów i osiem psów. Opowiedziała 

mi, jak 
się nazywają i tak dalej. 

 

-

 

Och, Max. 

-

 

Naprawdę lubię zwierzęta, ale dwadzieścia cztery 

to dla 
ranie za duŜo. Jednak okazała się piękna i naprawdę bardzo 
miła. 

-

 

Jest weterynarzem? - Ari z trudem zwalczyła 

ogarniającą 
ją zazdrość. 

-

 

Asystentką weterynarza. Chyba zabiera do domu 

kaŜde 
zbłąkane zwierzę, które ma być uśpione. 

-

 

Arianno! - Głos Peggy niósł się w parnym 

powietrzu. - 
Na ile wyceniłaś to Ŝelazne łóŜko? Chyba odpadła od 
niego metka. 

background image

 

 

-

 

JuŜ idę - odkrzyknęła Ari, usiłując sobie przypomnieć 

cenę 
starego grata. Jeśli Max odpowiedział na jeden z listów, to 
zna 
czy, Ŝe zmienił zdanie. Czy był to list, który wsunęła 
mu do 
kieszeni w ubiegły weekend? Nagle zaczęła się 
zastanawiać, co 
się stało z pozostałymi. Odwróciła się, by go o to 
spytać, ale 
Peggy podeszła cięŜko przez trawnik. 

-

 

Ludzie zaczynają się schodzić, a ja nie mam zbyt 

wiek 
drobnych - powiedziała. 

-

 

WłoŜyłam trochę dwudziestopięcio- i 

dziesięciocentówek 
do szuflady w komodzie. - Ari uspokoiła matkę. - Zjesz 
pączka? 

Peggy pokręciła głową. 

-

 

Na razie nie mam czasu, ale lepiej zanieś je do 

kuchni, bo 
ludzie pomyślą, Ŝe są na sprzedaŜ. 

-

 

Racja. 

Ari dotknęła ramienia Maxa. 

-

 

Napijesz się kawy, zanim się zacznie? 

-

 

Nie mogę zostać, ale przyjadę później. Nie rób 

Ŝ

adnych 

planów na wieczór. 

-

 

Pewnie nie uda mi się uwolnić do wieczora - 

mruknęła na 
widok samochodów zatrzymujących się przed domem. Nie 
spodziewała się takich tłumów na zwykłej wyprzedaŜy. - 
A moŜe 
nawet do północy. 

-

 

Schowaj się w kuchni i zjedz pączka - poradził. 

 

-

 

Wejdziesz ze mną do 

domu? 
Zerknął na zegarek. 
-

 

Zgoda, ale tylko na chwilę. Mam mnóstwo pracy w 

fabryce. 
-

 

Jesteś bardzo zajęty, prawda? 

Max skinął głową, idąc za nią do kuchni. 
-

 

Japończycy to waŜni klienci. Nagle staliśmy się 

między 
narodową firmą. 

-

 

Czy to dobrze? - Nalała sobie kawy. Peggy, 

przekonana, Ŝe 

w  sobotni  ranek  jej  dzieci  muszą  dostać  coś  na 
przebudzenie,  zaparzyła  dzbanek  wystarczający  na 
trzydzieści filiŜanek. 

-

 

Zarabianie pieniędzy jest zawsze korzystne. CięŜko 

jednak 
nadąŜyć z pracą. W tym tygodniu wypłynął Jerry - 
naprawdę nie 
moŜemy sobie pozwolić na trzymanie kutra w porcie. 

-

 

A ty uwielbiasz połowy, prawda? - Ari znała 

odpowiedź, 
zanim spytała. 

-

 

Bardziej niŜ cokolwiek - odparł, muskając jej 

włosy. - 
Chodź tutaj. 

Lepiej nie - pokręciła głową - mam mało czasu. 

Jednak przytulił ją i pocałował mocno w usta, po czym 
wypuścił z objęć. 

-

 

Do zobaczenia wieczorem. 

-

 

Wybiorę następny list - obiecała. 

-

 

Być moŜe - rzucił Max z nic nie mówiącym wyrazem 

twarzy. 

Szybko wyszedł z kuchni, pozostawiając Ari z filiŜanką 

parującej  kawy  i  otwartym  pudełkiem  pączków  w 
czekoladzie.  Nie  oczekiwała,  Ŝe  się  tak  szybko  zgodzi. 
Czy  zabrał  asystentkę  weterynarza  do  domu  i  poszedł  z 
nią  do  łóŜka?  Kobieta  opiekująca  się  tyloma  zwierzakami 
na  pewno  jest  bardzo  miła,  troskliwa  i  współczująca. 
Właśnie taka, jakiej potrzebował. 

Wyjęła  pączka  i  pocieszyła  się  na  myśl,  Ŝe  moŜe 

wieczorem  uda  jej  się  skłonić  Maxa,  by  wszystko 
opowiedział. 

-

 

Arianno, na litość boską! - Do kuchni wszedł przejęty 

Rusty. 
-

 

Witaj, tato. Chcesz pączka? 

-

 

Twoja matka ledwie Ŝyje, a ty siedzisz tu i zajadasz 

pączki? 
-

 

Wszystko wyceniłam, więc wystarczy tylko 

inkasować pieniądze. - Ari machnęła ręką w stronę drzwi. 
- Sześcioro z klanu 
powinno wystarczyć. 

Nie  całkiem  przekonany  Rusty  zajrzał  do  pudełka  i 

wziął pączka. 

background image

 

  

-

 

Widziałem wóz kapitana. 

-

 

Właśnie wyszedł. 

-

 

To dobry człowiek - powiedział ojciec z naciskiem. 

- Nie 
zrań go. 

-

 

Niby w jaki sposób? - zaprotestowała Ari. - On 

wie, Ŝe 
wyjeŜdŜam za - policzyła w myśli - cztery tygodnie. 

-  Mogłabyś dostać pracę tutaj, w 
college'u. 
Nie chciała martwić ojca. 

-

 

Chodźmy, tato. Zobaczymy, czy juŜ sprzedali twoje 

kije do 
golfa. 

-

 

Przeklęte kije - wymamrotał pod nosem. - Nigdy 

nie mogłem zrozumieć, dlaczego wasza matka myślała, 
Ŝ

e chciałbym 

dostać coś tak beznadziejnego. 

Po paru godzinach na stołach pozostały tylko droŜsze 

rzeczy  i  rupiecie.  Ari  zaczęła  wyrzucać  do  duŜego 
pojemnika  na  śmieci  wszystko  co  wyceniła  poniŜej 
dwudziestu pięciu centów. 

Reszta rodziny znikła. Ruthie i Roscoe pojechali 

montować łóŜeczka dla dzieci, a inni licho wie gdzie. 
Peggy wynajęła wprawdzie kogoś do gotowania zupy, ale 
pojechała do sklepu, się upewnić, czy wszystko w 
porządku. Podwórze przypominało pole bitwy 
pozbawione Ŝołnierzy. Ari nie miała nic przeciwko 
sprzątaniu. Dobrze było mieć jakieś zajęcie. Wreszcie 
usiadła w ogrodowym fotelu i wsadziła nos w ksiąŜkę. 

Na lunch zjadła czarkę zupy rybnej i dwa pączki, a 

wyprzedaŜ dobiegła końca, wypiła dwie puszki coli i 
przeczytała jeszcze jedną ksiąŜkę. Ciekawe, co 
porabia Max. MoŜe do-stał więcej listów? Czy sam 
wybrał list od miłośniczki zwierząt, czy był to ten, 
który wcisnęła mu w ubiegłym tygodniu? O czym 
pisały te kobiety? Czy Max przeczytał wszystkie listy? 

Ojciec wyszedł z domu i podał jej długą białą kopertę. 

-  Do ciebie - powiedział. - Z Montany. 

Ari  spojrzała  na  stempel.  List  przesłano  z  Montany,  ale 

nadano  go  w  Narragansett.  Odniosła  wraŜenie,  Ŝe  nazwisko 
nadawcy  jest    jej  znane.  Rozcięła  kopertę  i  rozłoŜyła 
jaskrawoczerwony  arkusik.  Jej  •  rok  padł  na  ręcznie 
wypisane  zaproszenie  na  spotkanie  z  okazji  piętnasnastej 
rocznicy ukończenia szkoły średniej. 

Przepraszamy  za  tak  późne  zawiadomienie,  ale  nigdy 

nie byliśmy dobrze zorganizowaną klasą, a poniewaŜ nie 
spotkaliśmy  się  przed  pięciu  laty,  niektórzy  z  nas  doszli 
do wniosku, Ŝe piętnastka to znakomita okazja! 

Wpadnij  do  Narragansett  Inn  Lounge  w  piątek 

trzeciego  sierpnia  o  siódmej  wieczorem.  Spotkasz 
starych przyjaciół i przypomnisz sobie czas matur! 

-  Co to takiego, kochanie? 
Ari złoŜyła arkusik i włoŜyła go z powrotem do 
koperty. 
-

 

Zaproszenie na spotkanie absolwentów szkoły 

ś

redniej. 

-

 

A, tak. Zdaje się, Ŝe matka przed kilkoma miesiącami 

dała 
im twój adres. - Poklepał ją po ramieniu. - Powinnaś 
częściej 

 chodzić, odświeŜyć stare znajomości. 

- Pomyślę o tym. - Nie miała serca mówić mu, Ŝe 
to bez 
u. Nie przychodził jej na myśl nikt, z kim chciałaby 
powspominać stare dzieje. 

-

 

Ile dziś zarobiliśmy? - Ojciec przerwał jej 

rozmyślania. 
Ari była wdzięczna za zmianę tematu. 
-

 

Przynajmniej trzysta dolarów. 

-

 

Nie! - Uśmiechnął się szeroko, potrząsając rudą 

brodą. 

 

-

 

To prawda - odpowiedziała mu uśmiechem. - Nie 

miałeś 
pojęcia, Ŝe w domu jest tyle cennych rzeczy, prawda? 

-

 

A pozbyłaś się moich kijów golfowych? 

 

background image

 

 

-

 

Pozbyłam się. - Rozejrzała się wokół. - JuŜ po piątej. 

Powinnam zlikwidować te stoły, ale jestem wykończona. 

-

 

Chłopcy zaraz wrócą. Powiem im, Ŝeby się tym zajęli 

- zaproponował Rusty. - Dość juŜ zrobiłaś. Lepiej idź 
popływać. 

-

 

To nie taki zły pomysł - odparła zadowolona. Chłodna 

morska 
woda to właśnie to, co pomoŜe jej przestać się nad sobą 
rozczulać. 
Weszła do domu, naciągnęła Ŝółty kostium, na wierzch 
włoŜyła 
obszerny podkoszulek, wzięła kluczyki od samochodu i 
ręcznik. 
Kiedy znów pojawiła się w kuchni, ojciec nalewał sobie zupę z 
garnka stojącego na piecyku. - Wrócę za półtorej godziny. 
MoŜe kupię 
sobie sandwicza. Potrzebujesz czegoś? 

Pokręcił głową. 

-  Myślałem, Ŝe wychodzisz wieczorem z kapitanem. 

-

 

Jeśli zadzwoni, powiedz mu, Ŝe będę o 

szóstej. 
Rusty skinął głową zadowolony. 
-

 

Tak, powiem mu. Na pewno zadzwoni. 

MoŜe,  pomyślała  Ari.  A  moŜe  odpowiada  na  kolejny 

list.  PrzecieŜ  o  to  mi  chodzi,  upomniała  się.  Sama  to 
zorganizowałam.  NajwyŜszy  czas  zwalczyć  tę  dziecinną 
zazdrość. 

Przed upływem dziesięciu minut była juŜ na plaŜy. Ari 
lubiła Narragansett o tej porze, bo było prawie puste. 

Matki i dzieci poszły do domu na obiad, narciarze wodni 

wreszcie się zmęczyli, a świeŜo opalone nastolatki były w 

pracy albo na randkach. Stanęła bosymi nogami na 

ciepłym piasku i spojrzała na gładką powierzchnię 

oceanu. Było niemal bezwietrznie, a niebo tworzyło 

wspaniałą kompozycję purpurowych róŜowości i błękitów. 

Jeszcze godzina i będzie zbyt chłodno na kąpiel. Ari rzuciła 

swoje rzeczy na piasek i poszła w kierunku fal, 

rozkoszując się wodą która uderzała ją o kostki i 

rozpryskiwała się na łydkach. 

Brakowało  jej  tego.  Przypomniało  jej  się  tamto  lato, 

kiedy  miała  szesnaście  lat  i  była  na  zabój  zakochana  w 
Eddiem Bartonie. 

 

 Przychodziła  tu  po  pracy  w  Dairy  Queen  i  spłukiwała  z 
siebie  zmęczenie  po  sześciu  godzinach  przygotowywania 
lodowych  deserów  w  sosie  karmelowym  i  napełniania 
waflowych  roŜków.  Ari  rozejrzała  się  wokół  -  nic  się  nie 
zmieniło.  Czuła  się  niemal  tak  jak  przed  piętnastu  laty, 
choć  jej  ciało  przybrało  bardziej  kobiece  kształty,  a  w 
duszy nosiła nie całkiem zabliźnioną ranę. 

Zakazała,  sobie  wciąŜ  bolesnych  wspomnień  i 

zanurkowała  w nadciągającą falę, wślizgując się  pod  jej 
grzywę,  by  wypłynąć  z  drugiej  strony.  Czuła,    jak  się 
odpręŜa. JuŜ dawno nie bawiła się w wodzie. 

Odsunęła  włosy  z  twarzy  i  spojrzała  na  brzeg.  Przy  jej 

porzuconych na piasku rzeczach stał  wysoki  męŜczyzna. 
Max - to mógł być tylko on - pomachał do niej. Zawahała 
się, ale odpowiedziała na pozdrowienie. Ściągnął koszulkę 
i  rzucił  ją  na  piasek.  Za  nią  poszły  klapki.  Jego  czarne 
spodenki  kąpielowe  wyglądały  jak  szorty.  Ari  poczuła 
ulgę  -  nie  mogła  sobie  wyobrazić  Maxa  w  obcisłych 
kąpielówkach, 

które 

nosiła 

większość 

męŜczyzn. 

Przeszedł  szybko  przez  przybrzeŜne  fale,  po  czym  zanur-
kował tak jak Ari i wynurzył się parę metrów od niej. 

Wspaniale 

wyglądał 

ciemnymi 

włosami 

przylepionymi  do  czoła.  W  pewnej  chwili  odgarnął  je  do 
tyłu, potrząsnąwszy głową. Miała wraŜenie, Ŝe brakuje jej 
powietrza. MoŜe za długo przebywa  w  wodzie. Po chwili 
znalazł się obok niej. 

-

 

Wiedziałeś, Ŝe tu jestem? 

-

 

Twój ojciec mi powiedział, gdy zadzwoniłem. - 

Wskazał 
na rząd domów za plaŜą. - Mieszkam tam. Wystarczyło 
wziąć 
lornetkę. Nawiasem mówiąc, powiedziałem mu, Ŝe 
wyjdę po 
ciebie na plaŜę i zabiorę cię na kolację. 

-

 

W kostiumie kąpielowym? 

-

 

No to co? 

-

 

Nie miałam pojęcia, Ŝe tu mieszkasz. 

background image

 

 

-  JuŜ od roku. - Uśmiechnął się szeroko i starł wodę z 

jej 
policzka. - Zawsze jesteś mile widziana. 

-  Dzięki. Często zastanawiałam się, jak te domy 

wyglądają 

w środku. Muszą być piękne. 

-  Mam widok na piękne kobiety pływające po 

frontowym 

podwórzu. 

-

 

Szczęściarz z ciebie. 

-

 

TeŜ tak uwaŜam. - Max uśmiechnął się szeroko. 

 

-

 

Dlaczego przyszedłeś? 

-

 

ś

eby cię znaleźć. - Podpłynął jeszcze bliŜej, jego 

owłosiona noga dotknęła jej nogi. Ari stała zanurzona po 
brodę w wodzie. 
- Masz coś przeciwko temu? 

Dlaczego  dotąd  uwaŜała,  Ŝe  pływanie  w  pojedynkę 

jest zabawne? Tak było stanowczo bardziej intrygująco. 

-  Nic mi nie przychodzi do głowy. 
-  To dobrze. - Max otoczył ją ramionami i przesunął dłońmi 

po 
plecach. Kiedy musnęła piersiami jego tors, przez jej ciało 
przeszedł 
dreszcz. Falująca woda popychała ją ku niemu. Ari 
potknęła się 
i otarła o jego brzuch. Miała dowód, Ŝe Max jej pragnie. 
Było : 
nowe, odurzające doznanie. Próbowała uniknąć dotykania 
go, ale 
zsunął dłonie na jej talię, a fale nie ułatwiały jej wysiłków. 

-  Przepraszam - wyjąkała, zakłopotana. Tak naprawdę 

chciała przycisnąć wargi do jego gładkiego ramienia i 
posmakować, 
soli na skórze. Chciała obwieść językiem twardą krawędź 
obojczyka. Chciała... 

-

 

Nie - mruknął. Uwolnił jej talię i odsunął się o parę 

centy- 

metrów. 

 

-

 

O co chodzi? 

 

-  Jeśli zamierzasz mnie uwieść, nie zgadzam się na 

dwie 

minuty w wodzie. 

-  Dwie minuty? 

Wykrzywił wargi. 

-

 

Prowokujesz mnie. 

-

 

To ty się o mnie ocierasz. Ty mnie chwyciłeś. 

-

 

Trzymam cię, Ŝebyś nie utonęła. 

-

 

Nie zamierzałam... - Kiedy zorientowała się, Ŝe z niej 

Ŝ

ar 

tuje, urwała w pół słowa. Zmęczona przedzieraniem się 
przez 
wodę, popłynęła w kierunku plaŜy. 

-

 

Popływamy? 

-

 

Nie - odparła, gdy się z nią zrównał. - Chcę stanąć na 

piasku. 
-

 

MoŜesz owinąć nogi wokół mnie - zaproponował. - 

MoŜesz złapać mnie za szyję i... 

-

 

A co ty będziesz robił? 

-

 

Ruszę wyobraźnią - westchnął Max i przyciągnął 

ją do 
siebie. - Lubię dotykać twojej skóry pod wodą. 

Ari wiedziała, Ŝe źle robi, ale nie protestowała zbytnio, 

kiedy przyciągnął ją do siebie. 

-

 

MoŜe to nie najlepszy pomysł - zaczęła z wahaniem. 

-

 

Za późno - mruknął, gładząc dłonią jej nagie plecy. 

Zapragnęła roztopić się w jego uścisku. . 

To  woda,  wmawiała  sobie.  Mogła  to  zrzucić  na  wodę, 

gładką skórę, ukryte pod wodą ciało i... 

Przesunął dłonie na jej ramiona i zsunął ramiączka 
kostiumu. 
-  Max-ostrzegła bez przekonania. Ciekawe, co  będzie 

dalej. 
3dyby tylko mogła posmakować jego skóry. Oblizała 
wargi 
: popatrzyła na niego. Krople wody ściekały mu po 
twarzy, po 
-imionach i muskały jej ramiona. Palcami obwiódł górę 
jej kostiumu i wsunął je do środka. 

-  Max - próbowała go powstrzymać. - Przestań 
Ŝ

artować 

ten sposób. 

-  Ja nie Ŝartuję - powiedział. - Chcę poczuć dotyk 

twoich 
piersi przy moim ciele. - Zsunął jej stanik, uwalniając 
piersi. Gdy 

background image

 

 
sutki  dotknęły  jego  szorstkiego  torsu,  Ari  westchnęła  z 
rozkoszy. Max zagarnął jej usta, przyciskając ją do siebie i 
rozdzielając  jej  wargi  językiem.  To  był  głęboki, 
zachłanny pocałunek,  któremu oddali się na bardzo długą 
chwilę. 

Kiedy Max wreszcie uniósł głowę, Ari przylgnęła do jego 

gładkich ramion, zadowolona, Ŝe nie wypuścił jej z uścisku. 
Pewnie  podryfowałaby  na  ocean  jak  bezkręgowa  meduza. 
Trzymał  ją  mocno,  pozwalając  jej  ocierać  się  o  siebie, 
podczas  gdy  on  wytyczył  ścieŜkę  pocałunków  na  jej  szyi, 
odsunął  do  tyłu  jej  cięŜkie  mokre  włosy  i  zlizywał  słone 
krople ze skóry. 

-

 

Chodź ze mną do domu - zaŜądał. 

-

 

Nie mogę - skłamała. 

-

 

MoŜesz wziąć prysznic i przebrać się. 

Ari  nie  miała  nic,  w  co  mogłaby  się  przebrać,  ale 

wiedziała, Ŝe nie o to chodzi. 

-

 

Nie powinnam. 

-

 

Dlaczego nie? 

-

 

Przygoda na jedną noc? 

Oderwał wargi od jej skóry i spojrzał w oczy. 

-

 

Nie o to cię proszę. Nigdy nie prosiłem. 

-

 

Tak - westchnęła Ari. Wiedziała, Ŝe on mówi prawdę. 

- Ale 
tylko to wchodzi w grę. 

-

 

Stać nas na więcej. 

-

 

To nie byłoby w porządku. 

-

 

Nie byłoby w porządku, gdybyś odeszła. 

Słońce  zniŜyło  się.  Ari  czuła  chłód  na  ramionach. 

Szybko poprawiła na sobie kostium. 

-  Nikt nie powiedział, Ŝe Ŝycie musi być 
fair. 
Zmarszczył czoło. 

.- Nie rozmawiasz z jednym ze swoich bratanków, Ari. 

Pragnę cię od tego dnia na Block Island i ty o tym wiesz. 

Nie próbowała zaprzeczać. 

-  Chciałam być uczciwa. 

Potrząsnął głową, jego oczy były nieprzeniknione i 
powaŜne. 

-  No, no, kochanie. Byłaś uczciwa, kiedy mnie 

całowałaś. Negować to, co jest tak widoczne, to 
zaprzeczanie rzeczywistości. 

Ogarnęła ją złość. Poczuła, Ŝe powinna się bronić. 

-

 

Rzeczywistość? Czy po prostu seks? 

-

 

To nieprawda. 

-

 

A więc co? - Przejechała drŜącą dłonią po jego 

torsie. 
- PrzecieŜ nie miłość. 

Na jego twarzy nie drgnął Ŝaden mięsień. 

-

 

Nie? - PoniewaŜ milczała, dodał: - Czemu nie? 

-

 

Nie moŜna się zakochać w jeden dzień. Czy dwa. 

-

 

Ja mogłem. 

Wyślizgnęła się z jego uścisku i skierowała ku plaŜy. 

-  Uciekasz? - zawołał. 

Usłyszała  tylko  to,  bo  pochyliła  się,  by  złapać 

załamującą  się  falę  i  popłynęła  na  niej  do  brzegu.  Kiedy 
jej  brzuch  dotknął  piaszczystego  dna,  otworzyła  oczy. 
Zapomniała  juŜ,  jak  lubiła  wyciągać  się  przed  falą  w 
oczekiwaniu  na  właściwy  moment.  Wówczas  pozwalała 
nieść  się  do  brzegu.  Podnosiła  się  i  znów  wypływała  w 
morze, by zrobić to ponownie. 

Ale  teraz  morska  woda  zatykała  jej  gardło.  Ari 

zakaszlała i stanęła na nogi. DuŜa dłoń Maxa podtrzymała 
ją.  Próbowała  nie  zauwaŜać  jego  mocnych  opalonych  nóg 
w  czarnych  spodenkach  ani  szerokiego  torsu,  który  tylko 
czekał, by wtuliła twarz i ukryła ją w zagłębieniu ramienia. 

-  Marzniesz - powiedział za  jej plecami. 
Okryła ręcznikiem ramiona, odsunęła wilgotne włosy z 

czoła i spojrzała na Maxa. Właśnie naciągał podkoszulek. 
Na tkaninie pojawiły się mokre plamy. 

background image

 

 

-

 

Niezupełnie - zaoponowała, ale nie miała ochoty na 

spory 
-

 

Chodź. Mój dom jest po drugiej stronie ulicy. Nie 

pojedziesz przecieŜ do domu mokra i zapiaszczona. 
Weźmiesz prysznic, a ja zamówię coś na kolację. - 
PoniewaŜ wciąŜ wyglądała na 
niezdecydowaną, rozproszył jej wątpliwości: - śadnego 
uwodzenia, tylko pizza, obiecuję. 

Uśmiechnęła się na te słowa. Max poczuł ulgę tak wielką, 

Ŝ

e  niemal  go  zadławiła.  Podszedł  bliŜej  i    wziął  jej  małą 

dłoń  w swoją. a Ari pochyliła się, by chwycić drugą ręką 
resztę  swoich  rzeczy  i  jego  klapki,  i  poszli  plaŜą  jak  para 
przyjaciół,  wymijając  po  drodze  zamki  z  piasku  i  dziury 
wykopane  przez  dzieci  próbujące  dotrzeć  dc  jakiegoś 
tajemniczego, tylko im znanego miejsca. 

Dołączyli  do  tłumu  turystów  oglądających  wystawy,  po 

czym  weszli  po  schodach  do  domu.  Max  otworzył  drzwi  i 
zaprosił Ari do środka. 

-  Mam nadzieję, Ŝe nie wniosę ci piasku na dywan - 

powie 
działa na widok beŜowego dywanu pokrywającego 
podłogę. 

-  To nie problem. Właśnie dlatego wybrałem ten kolor. 
Wejdź. 
DuŜe, szerokie okna wychodziły na ocean. 

-

 

Wspaniały. - Uświadomiła sobie, Ŝe w luksusowym 

pokoju 
dziennym jest tylko kilka mebli. - Od dawna tu 
mieszkasz? 

-

 

Od roku. 

Weszła w głąb pokoju i podziwiała duŜy morski pejzaŜ 

na ścianie, zanim zauwaŜyła kapelusz. 

-  AleŜ to kapelusz, który zgubiłam na promie! - 
zawołała. 
Max stanął obok niej. 
-  Taki sam. Kupiłem go u Woolwortha, ale zawsze 

zapominałem zabrać z sobą. - Nie powiedział jej, Ŝe 
robił to celowo. 
Kapelusz leŜący na stoliku stwarzał złudzenie, Ŝe Ari 
mieszka tu 
i ma za chwilę wrócić. 

 

-

 

Nie musiałeś tego robić. - Zamierzała odłoŜyć 

kapelusz 
: powrotem na stolik, ale Max wziął go z jej ręki. 

-

 

Chciałem - powiedział cicho, umieszczając kapelusz 

z szerokim rondem na głowie Ari. - WyobraŜałem sobie, 
Ŝ

e kochamy 

się, a ty masz na sobie tylko ten kapelusz i długie 

kolczyki. Udała, Ŝe jego słowa nie robią na niej 
wraŜenia. 

-  Dość niezwykłe jak na 
rybaka. 
Wzruszył ramionami. 

-

 

Te długie noce na statku są trudne. Chciałbym 

podzielić się 
z tobą kilkoma innymi marzeniami. 

-

 

Nie. Dzięki. - Wolała, kiedy Ŝartował. Przynajmniej 

mogła 
udawać, Ŝe obecność Maximiliana Cole'a w jej Ŝyciu jest 
tylko 
miłym urozmaiceniem wakacji. 

Dotknął jej twarzy. Myślała, Ŝe ją pocałuje, ale zamiast 

tego  wyprostował  się  i  ściągnął  jej  kapelusz  z  głowy  z 
taką  samą  łatwością,  jak  go  nałoŜył.  Poczuła  ukłucie 
rozczarowania,  ale  stanowczo  powiedziała  sobie,  Ŝe  tak 
jest lepiej. 

-  Chodź - odezwał się. - PokaŜę ci łazienkę. 

Po  drodze  zerknęła  do  duŜego  pokoju  o  białych 

ś

cianach. Znów jej uwagę przyciągnęły okna wychodzące 

na  morze.  Większą  część  pomieszczenia  zajmowało 
olbrzymie  łóŜko,  a  leŜąca  na  nim  puszysta  kołdra  była 
zadrukowana 

zielonymi, 

białymi 

kremowymi 

trójkątami. W pokoju stały polerowane antyczne komody, 
co tworzyło intrygującą mieszaninę stylów. 

Max pobiegł za jej spojrzeniem. 
-

 

NaleŜały do mojej babci - wskazał gestem dębowe 

meble. 
- W mojej łazience jest jacuzzi,  jeśli chcesz skorzystać. 
Gościnna 
łazienka jest w głębi holu. 

-

 

Wystarczy gościnna - powiedziała. Otworzył drzwi, 

odsłaniając nieskazitelnie czystą łazienkę w kremie i bieli. 
Pogrzebał 
w wąskiej szafie i wyciągnął dwa ręczniki. 

 

background image

-  Powinnaś tu znaleźć wszystko, czego potrzebujesz. 

Moje 

siostry zostawiły tu róŜne rzeczy. 

Siostry. Czy myśli, Ŝe jest tak 
naiwna? Uśmiechnął się szeroko. 

-  To prawda. Jak zjemy, pokaŜę ci ich zdjęcia. 

Była  zadowolona,  Ŝe  moŜe  zamknąć  drzwi  i  mieć  parę 

minut  dla  siebie,  Ŝeby  zebrać  myśli.  W  porządku,  miała 
trzydzieści dwa lata. Bywała w męskich mieszkaniach. 

Ale  to  mieszkanie  naleŜało  do  Maxa,  do  męŜczyzny, 

który  patrzył  na  nią  tak,  jakby  mówił:  Jesteś  moja,  czy 
wiesz o tym, czy 

nie. 

Nie  mogła  tego  zaakceptować.  Za  kilka  tygodni, 

dwudziestego  siódmego  sierpnia,  bez  względu  na 

wszystko, odleci na zachód. 

Z  trudem  ściągnęła  mokry  kostium.  Kolana  wciąŜ 

miała miękkie. MoŜe to z głodu, upierała się. Jednak musi 
być ostroŜna i nigdy więcej nie pływać z Maxem. To było 
stanowczo zbyt zmysłowe doznanie. 

Odkręciła  kurki  i  wyregulowała  temperaturę  wody,  po 

czym  weszła  pod  gorący  strumień  i  zaciągnęła  zasłonkę 
prysznica.  Nie  moŜna  się  zakochać  w  jeden  dzień, 
powiedziała mu. 

Kłamczucha. 
Po raz pierwszy, odkąd rozpoczęła pracę, nie tęskniła 
za powrotem na uczelnię. 

 

ROZDZIAŁ 7 

Po  prysznicu  Ari  chwyciła  ręcznik  leŜący  obok 

umywalki.  Przebywanie  nago  w  mieszkaniu  Maxa 
sprawiało jej dziwną przyjemność. Dość tego. Uznała, Ŝe 
powinna się pospieszyć. 

Do drzwi łazienki zastukał Max. 
-

 

Chcesz szlafrok? 

-

 

Nie, dzięki. 

-

 

Nie moŜesz chodzić owinięta w ręcznik - mruknął 

i za 
milkł. 

Ari  wysuszyła  włosy  i  rozczesała  je  grzebieniem 

znalezionym  w  jednej  z  szuflad.  Na  szczęście  „siostry" 
Maxa zostawiły przy prysznicu szampon i odŜywkę. 

Proszę - zza drzwi dobiegł głos Maxa. - Przymierz 

je. 
Sprawdziła, czy jest dokładnie owinięta ręcznikiem i 
otworzyła drzwi. Na progu stał Max z małym pakunkiem. 

-

 

Zdaje się, Ŝe to się teraz nosi - powiedział z 

błyskiem 
w niebieskich oczach. 

-

 

Dzięki. - Zamknąwszy drzwi, spojrzała na 

przyniesione 
rzeczy. Dwie pary nowiutkich groszkowych spodenek 
bokserskich   w   firmowych   opakowaniach.   
Widywała   studentów 
w dwóch parach takich spodenek jednej na drugiej. 
Przyniósł teŜ 

background image

 

 
czerwony podkoszulek z emblematem druŜyny piłkarskiej 
Uniwersytetu  Nebraski.  W  tym  stroju  poczuła  się  jak 
piętnastolatka.  Zdaje  się,  Ŝe  to  motyw  przewodni  tego 
lata.  Zadowolona,  Ŝe  nogi  jej  wysmuklały  od  chodzenia 
po  schodach  w  domu,  zastanawiała  się  z  roztargnieniem, 
czy Max często podejmuje gości. I znów na  myśl o jego 
„siostrach" poŜałowała, Ŝe nie wie o  nim więcej. 

Po  wyjściu  usłyszała  szum  wody  w  łazience  pana 

domu  Drzwi  do  sypialni  były  otwarte,  a  na  dywanie 
leŜały  zwinięte  mokre spodenki. Szybko zeszła na dół,  w 
obawie,  Ŝe  Max  nagle  zakręci  wodę  i  wejdzie  nago  do 
sypialni. Dlaczego miałby pamiętać o zamykaniu drzwi? 

Ciekawe,  czy  zamówił  pizzę?  Pewnie  tak.  Zawsze 

robił to co powiedział, a przynajmniej Ari nie zauwaŜyła, 
Ŝ

eby było inaczej. 

KrąŜyła  po  pokoju  dziennym,  zerkając  na  ksiąŜki  na 

półkach 

Lubił 

niesamowite 

opowieści, 

ksiąŜki 

szpiegowskie  i  Stephena  Kinga.  Trzeba  odwagi,  Ŝeby 
czytać  Stephena  Kinga,  pomyślała  Nieodmiennie  przy 
lekturze jego powieści umierała ze strachu. 

PoniewaŜ mieszkała sama. 
Bez skrupułów wsadzała nos tu i tam, a kiedy na górnej 

półce 

biblioteczki 

zauwaŜyła 

albumy 

szkolne, 

wyciągnęła  jeden  z  nich.  Przekartkowała  fotografie, 
ciekawa, jak wyglądał Max mając osiemnaście lat. Czesał 
się z przedziałkiem z boku, a w jego spojrzeniu malowała 
się powaga i spokój. Znała ten wyraz twarzy. Dowiedziała 
się teŜ, Ŝe ma na drugie Lloyd, zamierzał iść do college'u, a 
jego ulubionymi zajęciami były futbol, koszykówka i... 

- Znalazłaś coś ciekawego? 

Uniosła głowę i zobaczyła Maxa, bez koszuli i boso, 

tylko w opinających biodra dŜinsach. 

-  Ciekawa byłam, jak wyglądałeś w sześćdziesiątym 

dziewiątym. 

Zrobił dziwną minę. 
-  Nigdy byś mnie wówczas nie pokochała. 
Kochać go? Ari postanowiła udawać, Ŝe nic nie 
słyszała. 
-

 

Właśnie zamierzałam dowiedzieć się, czym się 

wtedy zajmowałeś. 

-

 

Nie pamiętam. - Podszedł do niej i zerknął na 

otwarty album- DruŜyna futbolowa, druŜyna 
koszykarzy i komitet organizacyjny imprez szkolnych - 
przeczytał. 

-

 

To mi wiele nie mówi - zauwaŜyła, wdychając 

zapach 
sosnowego mydła i czystego męskiego ciała. Jego nagi 
tors był 
niebezpiecznie blisko jej ramienia. PoŜałowała, Ŝe nie 
ma na 
sobie biustonosza - najlepiej metalowego. Tylko taki 
uchroniłby 
ją przed delikatnym dotykiem jego skóry ocierającej się o 
cienką 
bawełnę podkoszulka. 

-

 

Co chciałabyś wiedzieć? - Odsunął się i Ari 

poczuła się 
rozczarowana. 

-

 

Nic szczególnego. - Westchnęła. - Dzisiaj dostałam 

zaproszenie na spotkanie z okazji piętnastolecia 
ukończenia szkoły 
i pewnie dlatego zaciekawiły mnie albumy. 

-

 

Moje dwudziestolecie minęło w ubiegłym roku. 

Było 
wspaniale. Będziesz się dobrze bawić. 

-

 

Chyba nie pójdę. 

Wyglądał  na  zaskoczonego.  Wyjął  album  z  jej  dłoni, 

rzucił  na  stolik  do  kawy  i  pogładził  jej  ramiona  szerokimi, 
mocnymi dłońmi. 

-  Dlaczego  nie? 
PoniewaŜ  mój  chłopak  umarł,  a  ja  nie  jestem  w  stanie 

stanąć  twarzą  w  twarz  ze  wspomnieniami,  nawet  po  tylu 
latach,  pomyślała  z  zaciśniętym  gardłem.  Uciekła  przed 
ciekawym spojrzeniem Maxa. 

 

background image

 

 

-

 

A czemu miałabym iść? 

-

 

Spotkasz dawnych znajomych - powiedział miękko. 

- Będziesz się dobrze bawić i zobaczysz, na kogo wyrośli 
twoi koledzy. - Dotknął jej twarzy. - Ty wyrosłaś na 
piękność. 

Skrzywiła się. 

-

 

To miło, Ŝe tak myślisz, ale... 

-

 

ś

adnych ale - przerwał. - Powinnaś pójść. 

-

 

Pomyślę. 

Max  obserwował  jej  twarz.  Czy  nie  zdawała  sobie 

sprawy,  Ŝe  im  usilniej  próbowała  ukryć  swoje  uczucia, 
tym bardziej były widoczne? Russ, jej brat, a jego kolega 
szkolny, 

pewnie 

wiedział, 

dlaczego 

jego 

mała 

siostrzyczka  unikała  łodzi  rybackich  i  nie  chciała  być  na 
szkolnym  zjeździe.  Max  chciał,  Ŝeby  Ari  powiedziała 
mu o tym sama, więc na razie dał je; spokój. 

-

 

Zamówiłem pizzę, I paszteciki ze 

szpinakiem. 
Ś

linka napłynęła jej do ust. 

-

 

Uwielbiam paszteciki ze szpinakiem. 

-

 

Tak właśnie myślałem. - Uśmiechnął się szeroko. 

-

 

Dlaczego? 

 

-

 

Po prostu intuicja - skłamał, wzruszając ramionami. 

Peggy 
Simone powiedziała mu pewnego dnia: zafunduj jej 
pasztecik ze 
szpinakiem albo dwa. Max postanowił korzystać z jej rad. 
Czuł. 
Ŝ

e znalazł w Peggy sprzymierzeńca. 

-

 

Dzięki za ubranie. 

-

 

Ładnie wyglądasz - zauwaŜył. Wystarczająco 

ładnie, by 
ś

ciągnąć z niej ubranie i zabrać ją na górę do łóŜka. 

Dotknęła workowatych spodenek. 

-

 

Dostałeś je od 

sióstr? 
Skinął głową. 
-

 

To pewnie miał być Ŝart. 

Ari  doszła  do  wniosku,  Ŝe  nie  będzie  rozmawiać  z 

Maxem  o  bieliźnie,  zwłaszcza  Ŝe  miała  na  sobie  jego 
spodenki. Gorączkowo szukała innego tematu. 

-

 

Moglibyśmy porozmawiać o pogodzie - 

zaproponował 
z uśmiechem. 

-

 

Tak. 

-

 

Albo - dodał - o następnej wyprawie na Block 

Island. 
-

 

Tak? - Nie zaprotestowała, kiedy zbliŜył się i wziął ją 

w raniona. Wiedziała, Ŝe powinna. Powinna się jakoś 
usprawiedliwić, pobiec na parking i pojechać 
dziewięćdziesiątką do domu. 
Ale nie poruszyła się. Poczuła jego ciepłe dłonie. Do licha, 
gdyby 
przynajmniej nie wiedział, Ŝe pod tymi głupimi 
spodenkami 
: podkoszulkiem jest naga. - Ja, no, nie wiedziałam, Ŝe 
chcesz 
nam wrócić. 
 

-

 

Chcę! - Obejmował ją coraz mocniej. - Ale tym 

razem... 
Dzwonek u drzwi przerwał mu w pół słowa. 
-

 

Pizza - szepnęła bez tchu. 

 

-

 

Do diabła - zaklął, wypuszczając ją z objęć. - 

Zgaduję, Ŝe 
woja cnota jest bezpieczna, aŜ zjemy kolację. 

-

 

WciąŜ nastajesz na moją cnotę? 

Towarzyszyła  mu  do  drzwi,  korzystając  z  okazji,  by 

podziwiać jego szerokie opalone plecy. Jeśli czyjaś cnota 
jest  w  niebezpieczeństwie,  równie  dobrze  moŜe  to  być 
cnota Maxa Cole'a. Lubiła widok męskich pleców. Lubiła 
silne ramiona. Lubiła sunąć  palcami  wzdłuŜ  kręgosłupa  i 
wodzić językiem po krzywiznach łopatek... 

Ari  westchnęła.  Była  idiotką.  Kretynką.  Do  końca  lata 

pozostało  zaledwie  parę  tygodni,  a  pójście  do  łóŜka  z 
Maxem  nie  mieściło  się  w  jej  wakacyjnych  planach.  Nie 
był  męŜczyzną  skłonnym  do  kompromisów  -  przeŜywał 
Ŝ

ycie na swój własny sposób i odpowiadało mu, jeśli ktoś 

był gotów to zaakceptować. 

background image

 

 

Nie  będzie  kompromisów  ani  długiego  związku  na 

odległość  Nie  zakocha  się  znów  w  rybaku.  Nie  zaufa 
jeszcze  raz  morzu.  i  nie  będzie  czekać,  aŜ  ukochany 
wróci z kolejnego połowu. 

Max wziął w silne, zręczne dłonie pizzę i białą torbę i 

zamknął  drzwi.  Kiedy  ich  spojrzenia  się  spotkały, 
usiłowała nie pokazać po sobie, co czuje. 

To się staje idiotyczne, uznał Max. Po kolacji wyśle ją 

do  domu.  Dość  tych  gier.  Sterta  nie  odpieczętowanych 
listów  w  rogu  jadalni  tylko  go  draŜniła  -  namacalny 
dowód,  Ŝe  Ari  go  nie  chce  Ŝe  chętnie  przekazałaby  go 
komuś innemu jak uŜywaną kanapę na wyprzedaŜy. 

-

 

O  co chodzi? 

-

 

O nic. - Potrząsnął głową. 

-

 

Wyglądałeś na zmartwionego. 

-

 

Pudełko parzy mnie w palce. - Odwrócił się i 

poszedł do 
kuchni, nie patrząc, czy Ari idzie za nim. Najwidoczniej tak 
było 
bo poczuł zapach kwiatów. To pewnie szampon. Chciał 
wziąć ją 
w ramiona i kochać się z nią przez parę godzin. Do 
diabła, bar- 
dziej odpowiadałoby mu parę dni. 

Czy  wówczas  pozbyłby  się  tej  obsesji  na  jej  punkcie 

Czy  byłby  potem  w  stanie  wejść  na  pokład  kutra  i 
popłynąć na 
zachód? 

A moŜe obijałby się jak mewa w dokach, wdzięczny za 

kaŜdy 

rzucony 

ochłap? 

Max 

zmarszczył 

czoło, 

postawiwszy  ciepłe  pudełko  na  blacie.  Bijący  od  niego 
zapach  nie  podniósł  go  na  duchu.  Na  próŜno  miał 
nadzieję,  Ŝe  gorący  posiłek  odwróci  jego  uwagę  od 
kobiety, która właśnie stanęła obok. 

- Wyjmę talerze. W lodówce jest coś do picia. Nalej 

sobie - burknął. 

Zanim wyjął nakrycia i talerze, Ari postawiła na stole 

puszkę dietetycznej coli i wyjrzała przez okno. 

 

-

 

Pod mieszkaniem jest sklep, tak? 

-

 

Tak. - Przesunął jedzenie na środek stołu. Nie miał 

mat pod 
talerze. Chyba nie będzie jej to przeszkadzało? 

-

 

Jaki? 

-

 

Wynajmuję parter właścicielowi sklepu z 

pamiątkami. - 
Narzucił koszulę wiszącą na oparciu krzesła i bezwiednie 
zapiął 
kilka guzików. - Siadajmy - polecił, podziwiając jej uda. 
Kolana 
teŜ niezłe. Ciekawe, czy ma łaskotki. - MoŜesz zacząć od 
pizzy 
albo szpinaku. Decyduj. 

Gdy  siadała  naprzeciwko,  jej  gołe  kolana  zetknęły 

się na chwilę z jego nogami w dŜinsach. 

-  Najpierw pasztecik. - Sięgnęła do torby. MoŜe 

jedzenie 
pomoŜe jej przestać myśleć o seksie. 

Zadziałało,  niestety  nie  na  długo.  Ari  pomogła 

Maxowi  posprzątać  po  jedzeniu,  co  sprowadziło  się  do 
włoŜenia  naczyń  do  zmywarki  i  wyrzucenia  opakowania 
do śmieci. Zjedli wszystko do ostatniego okruszka. 

-

 

Następnym razem przypomnij mi, Ŝebym 

zamówił do- 
kładki. 

-

 

W porządku - zgodziła się. Ponownie podeszła do 

otwarte- 
go okna. Wiatr przynosił zapach morza. - Piękny 
wieczór. 

Spojrzał ponad jej ramieniem na róŜowiejące niebo. 

-  "Czerwone niebo z rana" - zaczęła recytować znane 

po-. 
wiedzenie. 

-  "UwaŜaj, Ŝeglarzu" - dokończył za nią. - „Czerwone 
niebo 
zachodzie..." 

-  "Raj Ŝeglarza" - szepnęła, wciąŜ wpatrzona w 

horyzont. 
Pogładził delikatnie jej ramię. Marzył, by wziąć ją w 
objęcia, ale 

obiecał. Ŝe nie będzie jej uwodził, i zamierzał 

dotrzymać słowa. Z Ŝalem cofnął się o krok. 

 

background image

 

 

-

 

Chcesz iść na spacer? 

Odwróciła się z zakłopotaną 
miną. 
-

 

Chyba jestem zbyt skąpo ubrana. 

-

 

Dwie pary spodenek i podkoszulek to za mało? 

-

 

Dziwnie się  w  tym czuję. 

 

-

 

Jesteś teraz w Nowej Anglii, kochanie, w 

miejscowość 
wypoczynkowej. CzyŜbyś nie biegała po molo w skąpym 
bikini 
jako nastolatka? 

-

 

Skąd wiesz? 

-

 

Wszystkie dziewczyny takie nosiły. - Uśmiechnął 

się 
wspomnień. - Dla chłopców to była istna tortura. 

-

 

Gdzie się wybierzemy? 

-

 

Pooglądamy wystawy. Zafunduję ci lody. Albo 

mroŜony 
jogurt. 

-

 

W waflowym roŜku? - Skinął głową. - A więc zgoda. 

Tyl 
ko włoŜę sandały. 

Szli  chodnikiem,  trzymając  się  za  ręce.  Wieczór 

był  ciepły.  Przed  kinem  stała  kolejka,  a  po  drugiej 
stronie 

ulicy 

przed 

wejściem 

do 

hiszpańskiej 

restauracji,  kręcili  się  barw-nie  ubrani  turyści.  Ari 
zatrzymała się przy wystawie sklepu z pamiątkami. 

-

 

Szukasz czegoś, co mogłabyś zabrać ze sobą do 

Montany 
-

 

Raczej nie - pokręciła głową. 

-

 

Nie chcesz niczego, co by ci przypominało Rhode 

Island? 
W jego głosie pobrzmiewała gorycz. Zaskoczona Ari 
spojrzała na niego, usiłując dociec, co znaczyły te 
słowa. 
-  Mam wystarczająco duŜo wspomnień - powiedziała. 

I niełatwo mi będzie rozstać się z tobą, dodała w duchu. 

Chciała  znaleźć  oparcie  w  jego  sile,  chciała,  Ŝeby 

rozproszy  jej  samotność  i  kochał  ją.  Nie  przestała  pytać, 
dlaczego  tak  się  dzieje,  ale  wiedziała,  Ŝe  grozi  jej 
niebezpieczeństwo. Była o włos od 

 zakochania  się  w  tym  męŜczyźnie.  A  to  mogło  oznaczać 
tylko kłopoty dla obojga. 

-  Dobrze - odparł swobodnie. - Pospacerujmy więc. 
Ręka w rękę szli zatłoczonym chodnikiem, gapiąc się na 

turystów  i  witryny  sklepowe.  Kiedy  zatrzymała  się  przed 
ekskluzywnym  butikiem,  Max  pociągnął  ją  do  środka. 
Owionął ich zapach lawendy. 

-

 

Co ty wyprawiasz? - zaprotestowała. - Nie mam 

przy so-bie

 

pieniędzy. 

-

 

Zamierzam kupić ci coś na pamiątkę - powiedział z 

psottnym błyskiem w oku. Na pytanie ekspedientki, 
czy moŜe czymś pomóc, odparł: - Tak. Chodzi o 
bieliznę. 

Wytwornie  ubrana  kobieta  uniosła brwi i odrzuciła do 

tyłu  długie  blond  włosy,  mierząc  wzrokiem  nową 
klientkę. 

-  Czy mają państwo na myśli coś szczególnego? 
Za 

chwilę 

go 

spyta, 

czy 

chce, 

Ŝ

eby 

mu 

zademonstrowała coś na

 

sobie. Ari zacisnęła dłoń na ręku 

Maxa. 

-

 

Max! - zaprotestowała szeptem. 

-

 

Bielizna - powtórzył przeciągle. 

Kobieta 

wskazała 

olbrzymi 

kosz 

wypełniony 

róŜnokolorowy-mi fatałaszkami. 

-  Proszę zobaczyć, czy znajdzie się tam coś, co 

mogłoby 
państwa zainteresować. 

Max  podszedł  do  kosza  i  zagłębił  dłoń  w  wiotką 

bieliznę ni-czym w pełną sieć. 

-  Jaki rozmiar? 

Wiedziała,  Ŝe  będzie  ją  męczył,  aŜ  się  dowie,  więc 

powie-działa: 

-

 

Czwórka. 

-

 

Dobrze. - Wyciągnął białe koronkowe majteczki. - 

Co po 
wiesz na to? 

background image

 

 

-

 

Nie są zbyt praktyczne. A ty nie będziesz kupował mi 

bielizny. 

-

 

Przed chwilą narzekałaś, Ŝe musisz nosić moją. - 

Spojrzał 
znacząco na spodenki bokserskie. To samo zrobiła 
sprzedawczyni 

To, zdaje się, taka moda - prychnęła - wśród 

nastolatków 
Ari miała wraŜenie, Ŝe jest naga. Teraz wszyscy troje 
wiedzie 
li, Ŝe ona nie ma nic pod spodem. Ale, na litość boską, 
przecie: 
szorty zakrywały wszystko, co było do zakrycia. Wróci do 
mieszkania Maxa, wysuszy kostium kąpielowy i pojedzie 
do siebie 
I co dalej? Będzie siedzieć w pustym domu i oglądać 
powtórki 
w telewizji? 

-

 

Zawieź mnie do domu, Max. Mam tam mnóstwo 

bielizny 
-

 

ZałoŜę się, Ŝe  nie takiej.-Teraz wyciągnął 

brzoskwiniowe 
majteczki obszyte szeroką koronką w tym samym 
kolorze. - 
Twój kolor. - Spojrzał na metkę. -I rozmiar. 

PoniewaŜ  milczała,  podszedł  z  nimi  do  lady.  Ari 

udawała,  Ŝe  nic  się  nie  stało.  Zerknęła  jeszcze  na  cenę 
misternie  haftowanej  halki  i  postanowiła  poczekać  przed 
sklepem.  Po  chwili  dołączył  do  niej  Max,  ściskając  w 
duŜej dłoni papierową torebkę ozdobioną motywem róŜy. 

-

 

Poprzednio kupiłeś mi szczoteczkę do zębów i 

szczotkę dc 
włosów. 

-

 

Czy to znaczy, Ŝe znów spędzimy razem noc? - 

spytał. 
-

 

Nie licz na to, słodziutki - roześmiała się. 

-

 

A  co z lodami? 

-

 

Na to się zgadzam. - Skinęła głową i wzięła Maxa za 

rękę 
- Nie wiem, co zamierzasz zrobić z bielizną w tej torebce. 

-  Ale ja wiem - powiedział cicho, zaciskając dłoń 

wokół jej 
dłoni. - Pewnego dnia ją z ciebie zdejmę. 

Ciało Ari przeszył dreszcz. Oto stała w kolejce po lody 

wśród  wesołego  wakacyjnego  tłumu,  a  męŜczyzna,  w 
którym tak głupio 

się  zakochiwała,  trzymał  torebkę  z  seksownymi 
majteczkami  :  zamierzał  je  z  niej  zdjąć  w  niedalekiej 
przyszłości. 

To było kuszące. Ale przecieŜ jeśli ich nie  włoŜy, on 

nie będzie mógł ich zdjąć. 

I to miało być pocieszające? 

-

 

Nie  będę  ich nosić - powiedziała na widok jego 

pytającego 
spojrzenia. 

-

 

Nie  musisz.  -  Wyglądał  tak, jakby  

powstrzymywał 
uśmiech. - Pytałem cię tylko, jaki smak wybierasz. 

-

 

A, tak. 

-

 

No więc? 

-

 

Brzoskwiniowy. - Po chwili podał jej wafel 

zawinięty 
w papierową serwetkę. Szybko zlizała słodkie krople. Nie 
było tu 
czym oddychać. Z ulgą wyszła na świeŜe powietrze. 

-

 

Dobre? 

 

-

 

Chcesz spróbować? - Ari podsunęła mu 

roŜek. 
Pochylił się i skosztował odrobinę. 
-

 

Niezłe - mruknął. - Chcesz moich? 

-

 

Co to? - Spojrzała na ciemną mieszaninę w jego 

waflu. 
-

 

Czekolada, orzeszki ziemne i karmel. 

-

 

Nie, dzięki - pokręciła odmownie głową. 

Skręcili w kierunku jego domu. śałowała, Ŝe zostawiła 

tam  swoje  rzeczy.  Najlepiej  byłoby  pójść  prosto  do 
samochodu. Wiedziała, Ŝe to tchórzostwo, ale od czasu do 
czasu  miała  do  tego  prawo.  Weszła  na  schody, 
desperacko  próbując  skończyć  loda  i  
mimo  to  wyglądać 
jak dama. 

-

 

Masz ochotę na coś zimnego do picia? - spytał 

Max po 
zwarciu drzwi. 

-

 

Nie, powinnam juŜ iść. 

-

 

Nie spytałaś mnie o ostatnią porcję odpowiedzi na 

twoje 
ogłoszenie. 

 

background image

 

-

 

Widziałam stos listów na podłodze. 

-

 

Nie otwierałem ich. - Zamknął drzwi i westchnął. - 

Czy 
znów wybierzesz coś odpowiedniego dla mnie? 

-

 

A chcesz tego? 

-

 

Niespecjalnie. 

Ari poczuła dziwną ulgę. To śmieszne. Jak  mogła  się 

cieszyć,  Ŝe  Max  wciąŜ  jej  pragnie?  Dał  temu  wyraz 
niedawno 

na 

plaŜy,  kiedy  jego  dłonie  gładziły  jej  piersi,  a  wargi 
zagarnęły usta. Co by się stało, gdyby się kochali, gdyby 
poddała 

się 

impulsom  i  pragnieniom,  które  tak  usilnie  starała  się 
zignorować...? 

 

-

 

Ari? - Max zbliŜył się, upuściwszy trzymaną w ręku 

papierową torbę na dywan. 

-

 

Słucham? 

 

-

 

Chodź ze mną na górę. 

-

 

Obiecałeś, Ŝe nie będziesz mnie uwodził, pamiętasz? 

-

 

Obiecałem ci pizzę. I dostałaś ją. 

-

 

Słowny jesteś - zaŜartowała. 

-

 

Tak - potwierdził. - Ale ty mogłabyś mnie uwieść, 

ko- 

chanie. 

Naprawdę tego chciała. Te słowa sprawiły, Ŝe kolana 
się pod 

nią ugięły. 

-

 

Na jedną noc. Czy tego właśnie oczekujesz? - Nie 

zmieni 
wyrazu twarzy, więc Ari ciągnęła: - Bo moje Ŝycie 
toczy się 
gdzie indziej, Max. Za parę tygodni wrócę do mego 
ś

wiata, a to 

dobiegnie końca. Nie chcę, Ŝeby któreś z nas cierpiało. 

-

 

Zaryzykuję. - PołoŜył dłonie na ramionach Ari i 

pochylił 

się, by spojrzeć jej w oczy. 

-

 

Max... 

Chłodne  wargi  dotknęły  jej  warg.  Miała  wraŜenie, 

Ŝ

e  ser  przestało  jej  bić.  Kiedy  wreszcie  uniósł  głowę, 

dodał: 

-  Sprawię, Ŝe zmienisz zdanie. 
To niemoŜliwe, myślała uparcie, ale znów ją pocałował. 

Czuła,  jak  ogarnia  ją  płomień.  Chwyciła  go  w  pasie,  by 
nie  upaść,  podczas  gdy  jego  język  badał,  igrał  i  wysyłał 
sygnały do innych wraŜliwych partii jej ciała. 

-

 

Chodź na górę - szepnął. - Marzę o tobie nagiej w 

moim 
łóŜku. 

-

 

Jeszcze nie jestem naga - próbowała Ŝartować, ale te 

słowa 
zabrzmiały jak skarga, nawet dla niej samej. 

-

 

Mam na to sposób - powiedział czule, dotykając jej 

sutka 
przez bawełnianą tkaninę podkoszulka. - Ale to moŜe 
trochę 
potrwać. 

-

 

Nie musisz się spieszyć - szepnęła Ari. Kiedy 

spojrzała mu 
w oczy, zaparło jej dech. PoŜądał jej i chciał, Ŝeby 
wiedziała, jak 
bardzo. Ari zapragnęła wsunąć dłoń za krawędź paska jego 
dŜin- 
sów. Była to kusząca myśl. Uniosła dłoń ku jego piersi. - 
Mo- 
Ŝ

e to zadziała. Uwolnimy się od tej obsesji - zasugerowała 

miękko. - I nie będziemy juŜ musieli się zastanawiać, 
co by było, 
gdyby... 
 

-

 

Ty teŜ się zastanawiasz? 

Zawahała się, ale odparła 
szczerze: 
-

 

Oczywiście. 

Kiedy pogładził delikatnie jej policzek, uniosła twarz. 

-

 

Nie chcę się od ciebie uwolnić, kochanie. - 

Przytrzymał 
kciukiem jej podbródek, by nie odwracała głowy. - Pragnę 
cię od 
tego dnia, kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy. Kochanie się 
z tobą 
niczego nie zmieni. 

-

 

A czy potem nie będzie jeszcze trudniej? - Nie 

podobało jej 
się drŜenie własnego głosu. 

Uśmiechnął się, ale kąciki ust wygięły mu się ku 
dołowi. 
-  Jest tylko jeden sposób, Ŝeby się o tym przekonać. 

background image

-

 

Nie wiem. - Zapragnęła, by jej ciało nie 

reagowało na 
dotyk ust Maxa. Nic z tego. 

-

 

Ja wiem - szepnął tuŜ przy jej wargach. - Zawsze 

wiedziałem. - Z tymi słowami prowadził ją na górę. 

PogrąŜoną  w  mroku  sypialnię  oświetlała  tylko  latarnia 

uliczna.  Max  dotrzymał  obietnicy.  Wolno  ściągnął  jej 
przez  głowę  podkoszulek,  po  czym  dotknął  jedwabistej 
skóry na piersiach. Ari próbowała rozpiąć mu koszulę, by 
jak  najszybciej  dotknąć  jego  torsu.  Kiedy  wreszcie  udało 
jej  się  rozpiąć  guziki,  muskała  jego  pierś  wargami  i 
językiem,  draŜniąc  płaskie  męskie  sutki  i  przytulając 
policzek do ciepłej skóry. 

Max  wśliznął  dłonie  pod  elastyczny  materiał  jej 

spodenek gimnastycznych. 

-  Arianno - szepnął, wtulając wargi w płatek jej 

ucha. - 
. Niech to trwa. - Przycisnął ją do siebie. 

Ari  spojrzała  mu  w  twarz  i  uśmiechnęła  się.  Wreszcie 

czuła się wolna. Nareszcie mogła dotykać, badać, robić to, 
co narastało między nimi od pierwszego dnia. 

-  A więc nie powinnam cię rozbierać? - spytała z 

uśmiechem. 

Westchnął i na chwilę zacisnął palce na jej pośladkach, 

po  czym  przesunął  dłonie  wyŜej  i  pociągnął  za  pasek. 
Ś

ciągnął jej spodenki aŜ do kostek, a ona je niecierpliwie 

zrzuciła. 

-

 

Jesteś piękna - szepnął. 

-

 

Nie musisz tego mówić. Daleko mi do modelki. 

-

 

Jesteś doskonała. - Przejechał dłońmi po wcięciu w 

talii 
i westchnął. - Chciałem cię  tak dotykać, kiedy zobaczyłem 
cię  po 
raz pierwszy. 

-

 

PrzecieŜ byliśmy w kościele. - Z trudem łapała 

powietrze. 
-

 

Cudownie wyglądałaś w tym idiotycznym 

uroczym kapeluszu. 

 

 

 

Jego słowa napełniły ją odwagą. Nie wiedziała, co w nią 

wstąpiło, ale kiedy poczuła na sobie dłonie Maxa, jej 

nieśmiałość gdzieś się ulotniła. 

-

 

Moja kolej. - Sięgnęła do zapięcia jego dŜinsów. 

-

 

No dobrze - westchnął, kiedy wsunęła mu dłoń za 

pasek. 
- Ale to moŜe potrwać trochę krócej, niŜ obiecałem. 

-

 

A gdzie spodenki? Nieładnie, kapitanie Cole - 

Ŝ

artowała, 

by ukryć napięcie. 

-

 

Zapomniałaś, Ŝe ty je nosisz. 

OstroŜnie  odsunęła  suwak.  Nagle  niepewna,  ściągnęła 

mu  spodnie  z  bioder.  Czuła  jego  twarde  ciepło  przy 
swoim ciele. Max wyśliznął się z dŜinsów i odrzucił je na 
bok. 

-

 

To było miłe. Co dalej? - W jego głosie wyczuła 

ś

miech 

i coś jeszcze, rozkosz bycia z kobietą, której pragnął. 

-

 

Nie wiem - odparła. - Ale nie miałabym nic 

przeciwko 
temu, Ŝeby leŜeć. 

-

 

Wspaniały pomysł. - Zrzucił narzutę na podłogę, 

odwrócił 
się i wyciągnął rękę do Ari. Przez ułamek sekundy 
wahała się. 
Wydawał się rozumieć jej wątpliwości. 

-

 

ś

adnych Ŝalów - powiedział. - I Ŝadnych obietnic, 

chyba 
Ŝ

e tego chcesz. 

Pokręciła  wolno  głową,  podziwiając  jego  wspaniałe 

męskie ciało. Pragnął jej, ale dawał jej drogę odwrotu. 

-

 

ś

adnych obietnic - powtórzyła. - Tylko dzisiejsza 

noc. 
-

 

Zgoda. - Max skinął głową. 

Ari  podeszła  i  wzięła  go  za  rękę.  Przyciągnął  ją  do 

swego  ciepłego,  mocnego  ciała  i  pochylił  się,  by  ją 
pocałować. Nagle coś sobie przypomniała. 

-

 

Max? 

-

 

Tak? 

-

 

Ja nie biorę Ŝadnych pigułek. Dość długo byłam 

sama. 

background image

Jego błękitne oczy zalśniły. 

-

 

Ja teŜ. Ale nie martw się. Zatroszczę się o wszystko. - 

Prze 
sunął wargami po jej szyi i skubnął płatek ucha, 
rozbudzając 
dreszcz podniecenia we wraŜliwej skórze. 

-

 

Ari? 

-

 

Tak? - Miała wraŜenie, Ŝe jej ciało płonie. 

-

 

Chodźmy do łóŜka. 

ROZDZIAŁ  

8 

 

Ari  pociągnęła  Maxa  na  materac.  Splątane  ciała 

ogarnął  Ŝar.  Wilgoć  letniej  nocy  osiadła  im  na  skórze. 
Głodne wargi Maxa poznawały słodycz ciała Ari. A kiedy 
zatęskniła, by ją wypełnił, Max odpowiedział pragnieniem 
na  jej  pragnienie.  Zjednoczeni,  kochali  się  przez  długie, 
długie chwile. Ari wygięła się w łuk wstrząsana rozkoszą, 
a  Max  odpowiadał jej  urywanym  oddechem,  aŜ  wreszcie 
bezwiednie zadrasnął zębami skórę na jej ramieniu. 

Skończyło się długo po tym, jak się zaczęło. 
ś

adne nie chciało tego przerwać. 

-  Jesteś pewna, Ŝe to był pierwszy i jedyny raz? - 

spytał 
wreszcie po wielu minutach milczenia, kiedy oddechy 
wyrównywały się, a świat łagodnie wracał na swoje 
miejsce. 

Rozkoszne dreszcze wciąŜ przeszywały ciało Ari. Max 

uniósł się lekko i spojrzał jej w oczy. 

-  Mmm... - Przesuwała dłońmi po wilgotnej skórze 

jego 
pleców. - MoŜe uda nam się coś wypracować. 

-

 

A moŜe pragniesz tylko mego ciała - zaŜartował. 

Zamknęła oczy, próbując zapamiętać brzmienie jego 
głosu. 
-

 

MoŜe masz słuszność. 

background image

-

 

Nie zasypiaj - szepnął, składając lekkie pocałunki 

na jej 
wargach. 

-

 

Za późno - mruknęła sennie. 

Przez  chwilę  słuchał  równego  oddechu;  po  czym 

ostroŜnie  wysunął  się  z  jej  objęć  i  podszedł  do  okna. 
Jeszcze  jedna  bezchmurna  noc.  „Lady  Million"  powinna 
jutro  wrócić  do  portu.  Teraz  kolej  na  niego.  Jerry  kochał 
morze  tak  samo  jak  on,  ale  Barbarę  irytowały  ciągłe 
nieobecności  męŜa.  Z  kolei  fabryka  zabierała  Maxowi 
coraz  więcej  czasu.  Doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe 
nawet  gdyby spędził najbliŜsze dwa  tygodnie za biurkiem, 
nie zdołałby nadrobić zaległości. 

Popatrzył  na  kobietę  śpiącą  w  jego  łóŜku.  Zastanawiał 

się,  czy  nie  okryć  jej  prześcieradłem,  ale  w  pokoju  było 
ciepło. Jak  to  się stało,  Ŝe zakochał  się  w  kobiecie,  która 
nie lubiła łodzi? Nie znosiła morza i mieszkała gdzieś w 
głębi  lądu? To  nie  miało  sensu.  A  jednak,  kiedy  spojrzał 
w  te przejrzyste brązowe oczy.  gdy jej kapelusz odfrunął 
z  wiatrem,  a  ona  roześmiała  się,  był  zgubiony. 
Ostatecznie i nieodwołalnie. 

Z  wahaniem  poszedł  do  łazienki  i  zamknął  drzwi. 

Wszedł  pod  prysznic  i  odkręcił  kurki,  mając  nadzieję,  Ŝe 
szum  wody  jej  nie  zbudzi.  Chciał,  Ŝeby  została  w  jego 
łóŜku tak długo, jak to moŜliwe. Milion lat byłoby  w sam 
raz. 

Teraz pozostawało mu tylko przekonać o tym Ariannę. 

-

 

Muszę iść - powiedziała, przebudziwszy się, gdy 

Max 
wślizgnął się do łóŜka. Zerknęła nad jego szerokim 
ramieniem na 
zielone cyferki zegara w radioodbiorniku. - Późno juŜ. 

-

 

Dopiero jedenasta. 

-

 

Rodzice będą się martwić. 

-

 

Odwiozę cię. 

-

 

PrzecieŜ mam tu samochód. 

 

 

-  Pojadę za tobą. 

Ari  wyczuwała,  Ŝe  Max  będzie  się  spierał  o  wszystko, 

co ona powie. Popatrzyła w jego niezgłębione niebieskie 
oczy.  Nie  chciała  się  kłócić.  Chciała  tylko  pociągnąć  go 
na materac i jeszcze raz się z nim kochać. 

-

 

Zgoda. 

-

 

Nie patrz tak na mnie - poprosił - chyba Ŝe masz 

zamiar 
zostać tu jeszcze godzinę. - Ogarnął spojrzeniem jej nagie 
ciało. 
- Albo dwie. 

-

 

Nie kuś mnie - westchnęła. 

-

 

Dlaczego nie? - Pochylił głowę i skubał wargami 

delikatną 
skórę w zagłębieniu ramienia. 

-

 

Aj! 

-

 

Przepraszam. - Pocałował czerwony ślad. - Nie 

chciałem 
ci sprawić bólu. 

-

 

Nie sprawiłeś. - Ari zarumieniła się, przypominając 

sobie 
draśnięcie jego zębów. 

Kiedy  pochylił  się  nad  nią,  znów  ogarnął  ich  Ŝar. 

Czuła  jego  męskość  przy  udzie,  a  gęste  włosy  na  torsie 
łaskotały jej piersi. 

-

 

Naprawdę musisz juŜ wracać? 

-

 

Ani myślę. - Ari przyciągnęła go jeszcze bliŜej. 

Max  obrócił  ją  na  bok  i  wszedł  w  nią,  wpatrzony  w 

szeroko otwarte brązowe oczy. Przerzuciła nogę przez jego 
biodro,  chcąc  poczuć  go  jeszcze  głębiej.  Jego  powolne 
ruchy  sprawiały  jej  nieopisaną  rozkosz.  Wreszcie 
przewrócił  ją  na  plecy,  uniósł  się  na  łokciach  i  odsunął 
wilgotny lok z jej czoła. 

-

 

Wiedziałem, Ŝe będzie dobrze, ale nie wyobraŜałem 

sobie, 
Ŝ

e aŜ tak - powiedział pieszczotliwie, patrząc jej w twarz. 

-

 

Ja teŜ nie - szepnęła. 

-

 

Mówiłem ci. - Znów zaczął się w niej poruszać. - 

Mówiłem

background image

 

 
-  powtórzył  i  zapadła  cisza,  przerywana  jedynie 
miłosnymi westchnieniami. 

Wyruszyli  dobrze  po  północy.  Droga  była  ciemna  i 

cicha.  Ari  często  spoglądała  w  tylne  lusterko,  w  którym 
widziała  dodające  otuchy  światła  samochodu  Maxa.  Dom 
był  pogrąŜony  w  ciemnościach,  drzwi  kuchenne  i  część 
wjazdu oświetlała tylko jedna lampa. Ari wyłączyła silnik 
i  wysiadła.  Wcisnęła  zrolowany  plaŜowy  ręcznik  pod 
pachę i pomachała do Maxa, który zawrócił i pojechał z 
powrotem do Pier. 

W ciemnej kuchni siedziała Peggy, popijając mroŜoną 
herbatę. 
-

 

Czekałaś na mnie? - Ari poczuła się winna. 

-

 

Nie. - Peggy zaśmiała się cicho. - Nie znoszę tak 

dobrze 
wilgoci jak kiedyś. Kiedy nie mogę zasnąć, w środku nocy 
robię 
sobie coś zimnego do picia. To pomaga. 

Ari usiadła naprzeciwko matki. 

-  Podwórze jest puste.  CzyŜby  chłopcy  pomogli 

tacie 
w sprzątaniu? 

Peggy skinęła głową. 

-

 

Zrobiłaś dobrą robotę. Zarobiliśmy ponad trzysta 

dolarów 
MoŜesz w to uwierzyć? 

-

 

Nie za bardzo. - Ari uśmiechnęła się. - Swoją drogą 

mieliście mnóstwo rzeczy do zbycia. 

 

-

 

Z całego Ŝycia - zamyśliła się matka. - 

Powinnam była 
więcej wyrzucać. 

-

 

W nowym domu będziesz mogła wyrzucać 

wszystko, co 
zechcesz. 

-

 

Fakt. Jestem pewna, Ŝe to polubię. 

Siedziały  tak  w  przyjaznym  milczeniu,  słuchając 

ś

wierszcz;. za domem. Wreszcie Ari spojrzała na zegarek. 

-  Na pewno nie czekasz na chłopców? 

 

-

 

Gdybym to robiła, musiałabym przestać sypiać. Są 

wystarczająco dorośli, by się o siebie zatroszczyć, choć 
przyznaję, Ŝe 
nie było mi łatwo się z tym pogodzić. 

-

 

Będą musieli znaleźć sobie własne lokum, kiedy się 

prze 
prowadzicie, prawda? 

-

 

NajwyŜszy czas. - Peggy skinęła głową i upiła łyk 

herbaty. 
Kostki lodu głośno zabrzęczały. - Ojciec wspominał, Ŝe 
spotka 
łaś się z kapitanem. Dobrze się bawiłaś? 

Ari uśmiechnęła się. Oczy jej błyszczały szczęściem. 

-

 

Tak, myślę, Ŝe moŜna tak powiedzieć. 

-

 

Kochasz go? 

-

 

Nie chcę o tym mówić. 

Peggy przyjrzała się córce z uwagą. 

-  W porządku. Szanuję twoje sekrety, ale ostrzegam 

cię, Ŝe 
kapitan nie pogodzi się łatwo z twoim wyjazdem. 

Ari  wbrew  sobie  chciała  usłyszeć,  co  matka  ma  do 

powiedzenia. 

-

 

Dlaczego nie? Oboje jesteśmy dorośli. Zgodziliśmy 

się, Ŝe 
będziemy przestrzegać reguł gry. 

-

 

Reguł gry - powtórzyła matka, zupełnie jakby Ari 

powie 
działa to w obcym języku. - To nic nie znaczy, Arianno. 
Wolała 
bym, Ŝebyś nie cierpiała. 

-

 

Nie zamierzam. 

-

 

A twój przystojny kapitan? Co z nim? 

-  Chciałabym, Ŝebyś przestała nazywać go 
kapitanem. 
Peggy uniosła brwi. 
-

 

Próbujesz zapomnieć, Ŝe jest rybakiem? śe zarabia na 

Ŝ

ycie 

na morzu? 

-

 

Tak - rzuciła Ari i wstała. - Właśnie o tym chcę 

zapomnieć. 
-

 

Miłość nie wybiera, Arianno. Nie liczy się, jak ten 

ktoś 
zarabia na Ŝycie ani gdzie mieszka. 

background image

 

 

-

 

Nie mówimy o miłości, mamo. 

-

 

A ja myślę, Ŝe mówimy właśnie o tym - upierała się 

Peggy. 
- Kochałaś się z kapitanem. Byłaś w  jego łóŜku, oddałaś 
mu swoje ciało i, jak sądzę, równieŜ serce. Nie traktuj 
tego zbyt lekko. 

-

 

Nigdy tak nie robiłam - szepnęła Ari, uciekając przed 

przenikliwym wzrokiem matki. - Idę spać. Dobranoc. 

Wyszła  z  kuchni  i  pobiegła  na  górę  do  swej  sypialni. 

Szybko  się  rozebrała  i  wślizgnęła  do  łóŜka.  Ale  sen  nie 
nadchodził. Mimo pobudki wczesnym rankiem i pracy przy 
wyprzedaŜy,  mimo  długiego  gorącego  lipcowego  dnia, 
mimo  godzin  spędzonych  na  miłości  z  Maxem,  Ari  nie 
mogła zasnąć. 
Obwiniała o to parne wilgotne powietrze. 

Obwiniała o to drzemkę w łóŜku Maxa. 
Obwiniała wszystko, poza uczuciem zakochania. 

Klimatyzacja to jedyne rozwiązanie, doszła do wniosku 

Ari.  myśląc  tęsknie  o  suchym  wietrze  Montany.  Nie 
mogła  wysiedzieć  w  domu  i  zastanawiać  się,  jak  by  to 
było obudzić się rano w ramionach Maxa, wspólnie wypić 
kawę,  zjeść  śniadanie,  a  nawet  wziąć  prysznic.  Nie 
poprosił jej, Ŝeby została na noc. 

I  tak  nie  zrobiłaby  tego  bez  zawiadomienia  rodziców. 

Jednak tęskniła za widokiem Maxa, chciała spojrzeć mu w 
oczy  i  upewnić  się,  czy  ostatnia  noc  była  naprawdę  tak 
doskonała.  ,  Na  samą  myśl  o  tym  oblała  ją  fala  gorąca. 
Próbowała  skupić  się  na  codziennych  zajęciach.  Peggy 
dała jej listę zakupów. Ar. przede wszystkim zrobiła to, co 
zwykła  robić,  kiedy  była  smutna  zbita  z  tropu  i  miała  na 
zbyciu parę dolarów. Poszła do księgarni 

UboŜsza  o  trzydzieści  siedem  dolarów,  za  to  z  torbą 

wyładowaną  powieściami  w  miękkich  okładkach,  obeszła 
sklepy  w  poszukiwaniu czegoś praktycznego,  wygodnego 
i ciepłego na nadchodzącą zimę. 

Nie  mogła  się  skupić.  Usiłowała  sobie  wmówić,  Ŝe 

znajomość  z  Maxem  to  tylko  wakacyjny  romans. 
Krótka  przygoda.  Tylko  na  jedną  noc.  Ari  skrzywiła  się. 
To nie było w jej stylu. 

Powinna  być  teraz  na  plaŜy.  Ale  niedziela  to  okropny 

dzień  na  plaŜowanie.  Niełatwo  było  znaleźć  kawałek 
miejsca  na  zatłoczonym  brzegu.  Miejscowi  w  weekendy 
zostawali  w  domach,  robili  zakupy,  sprzątali  albo  grali  w 
golfa.  PlaŜę  i  ocean  zostawiali  przybyszom  z  wielkich 
miast. 

Postanowiła  przejechać  koło  tamy,  rzucić  okiem  na 

tłumy  i poczuć lato w powietrzu. Popatrzeć na turystów  na 
promenadzie. 

Przejechała  przez  Pier,  utknęła  w  korku,  spojrzała 

tęsknie  w okno  sypialni  Maxa,  wreszcie pojechała drogą 
wzdłuŜ morskiego brzegu do Galilee. 

Zaparkowała  w  rogu  za  sklepem.  Pokruszone  skorupy 

małŜy  wybielone  słońcem  zachrzęściły  jej  pod  nogami, 
kiedy  wysiadła.  Przez  wejście  do  portu  płynęły  łodzie 
wszystkich  moŜliwych  kształtów  i  rozmiarów.  Powietrze 
pachniało  rybami,  mewy  krzyczały,  szukając  jedzenia,  a 
rybacy i Ŝeglarze wołali do siebie na wodzie. 

Zadowolona,  Ŝe  jest  bezpieczna  na  lądzie,  pchnęła 

oszklone  drzwi  sklepu.  Ruthie,  rozciągnięta  na  leŜance, 
pomachała do niej. 

-

 

Co ty tu robisz? 

-

 

Powinnam odpoczywać - wyznała nieśmiało Ruthie. - 

Ale 
czuję się samotna. 

-

 

A ja na nią uwaŜam, kiedy Roscoe jest na morzu. - 

Peggy, 
zajęta wlewaniem zupy do zamykanego kubka, 
mrugnęła do 
Ruthie. - W końcu powinnam opiekować się moimi 
przyszłymi 
wnuczkami. 

Ari  postawiła  torby  z  zakupami  na  stole,  otworzyła 

lodówkę i wyjęła puszkę z wodą sodową. 

background image

 

 

-

 

Naprawdę myślisz, Ŝe tym razem będzie 

dziewczynka 
mamo? 

-

 

W tej rodzinie potrzeba więcej kobiet. 

-

 

Joey i Jimmy mogą się oŜenić - zauwaŜyła Ari. 

-

 

Niech Bóg ma w opiece kobiety, które ich sobie 

wezmą 
- powiedziała Peggy. - Nie rozsiadaj się tak - ostrzegła, 
widząc 
Ŝ

e Ari sięga po krzesło. - Mam dla ciebie sprawę do 

załatwienia 

-

 

Czy to nie moŜe poczekać? - Ari otworzyła puszkę i 

upiła 
spory łyk. 

-

 

Nie. - Peggy podała jej białą torbę. - UwaŜaj. 

Gorące. 
-

 

Dlaczego mi to dajesz? 

-

 

Szef Cole Products zamówił lunch. 

-

 

Co? 

-

 

CóŜ - Peggy oparła dłonie na obfitych biodrach - 

przecieŜ 
nie Ŝyczysz sobie, Ŝebym nazywała go kapitanem. 

-

 

Dlaczego szef Cole Products nie moŜe przyjść sam? 

-

 

Jest zajęty. A ty nie. - Peggy odwróciła się i 

podeszła dc 
kotła stojącego na kuchence. - Nic ci się nie stanie, jeśli 
zaniesiesz mu lunch. 

-

 

W porządku. 

Schowała  puszkę  z  powrotem  do  lodówki  i  wyszła  ze 

sklepu  śar  buchnął  jej  w  twarz,  ale  wiatr  od  wody 
przyniósł  natychmiastową  ulgę.  Doszła  nierównym 
chodnikiem  do  duŜego  budynku  z  nazwiskiem  Maxa  i 
otworzyła  cięŜkie  metalowe  drzwi  z  napisem:  Własność 
prywatna. Przejście wzbronione. 

Było cicho, choć z jednej strony duŜego pomieszczenia 

mruczało  kilka  duŜych  maszyn.  Czerwony  napis 
,BIUR0" wisiał nad metalowymi schodami. Ari weszła na 
nie, ciekawa, jak wygląda miejsce, w którym Max spędza 
czas na lądzie. 

Usłyszała  jego  głos,  zanim  wsunęła  głowę  we 

wpółotwarte 

drzwi. 

Oczywiście 

wydaje 

polecenia. 

Powinna była się domyślić. 

Czarna  słuchawka  tkwiła  przyciśnięta  do  jego  ucha, 
ciemne  włosy  opadły  mu  na  czoło,  ale  nieobecny,  pełen 
troski  wyraz  oczu  znikł,  gdy  Max  uniósł  głowę. 
Przysunął  się  do  aparatu,  jakby  chciał  juŜ  zakończyć 
rozmowę. 

-  Dobrze. - Po chwili dodał niecierpliwie: - A więc to 

wszystko. - Ari rozglądała się po zagraconym pokoju, 
który Max 
nazywał biurem. - Tak. Tobie teŜ. 

-  Nie zamierzałam przeszkodzić ci w pracy. 
Uśmiechnął się, rzucił słuchawkę na widełki, 
przyciągnął Ari 

; posadził ją sobie na kolanach. 

-

 

Nie przeszkodziłaś. 

-

 

Hej! - zaprotestowała. - UwaŜaj na swój lunch! 

-

 

To wszystko, co dla mnie masz? 

-

 

Tak. - Pocałowała go szybko w usta. - Jest gorący. 

 

-

 

Nie będę ci dokuczać - powiedział i objął ją 

mocniej - bo 
przyniosłaś mi coś do jedzenia. 

-

 

Tylko to, co zamówiłeś. 

Na widok jego miny wszystko zrozumiała. 
-

 

Nie prosiłeś Peggy o zupę, prawda? 

-

 

Nie - odparł. - A powinienem? 

-

 

Bawi się w swatkę - wyjaśniła Ari. - To ona mnie tu 

przysłała. 
-

 

Cieszę się. Myślałem o tobie przez cały ranek. 

-

 

Chciałam zobaczyć, gdzie pracujesz. 

-

 

Rozejrzyj się. - Wyjął z torby kartonik z zupą i 

plastikową 
łyŜkę. - Zjesz ze mną? 

-

 

Nie, dzięki. 

-

 

Na dole jest automat z napojami. Przyniosę nam 

coś do 
picia. 

-

 

Pójdę z tobą. 

-

 

Zajmuję się papierkową robotą. Próbuję nadgonić 

maj 
i czerwiec przed wtorkowym rejsem. 

background image

-

 

Na długo wypływasz? 

-

 

Na ile będzie trzeba. 

-

 

Mam nadzieję, Ŝe nie na bardzo długo - powiedziała, 

unosząc usta, gdy ją objął. - Będę się czuła samotna bez 
ciebie. 

 

-

 

Wrócę na spotkanie twojej 

klasy. 
Odsunęła się i spojrzała mu w 
oczy. 
-

 

Moje spotkanie? 

Dlaczego? 
- Bo idziemy na nie. 
-

 

Nie, nie idziemy. 

Max pocałował ją lekko i powiedział: 
-

 

Wyrzucasz tego lata mnóstwo śmieci. MoŜe czas 

stanąć twarzą w twarz z przeszłością i pozbyć się 
niektórych obciąŜeń. 

-

 

MoŜe to nie twoja sprawa. 

-

 

Chyba nie masz racji. Mam wraŜenie, Ŝe to, co 

trzyma cię 
z dala od rodziny, twoja niechęć do morza, to, od czego 
uciekasz 
zaczęło się właśnie tutaj. 

-

 

A jeśli nawet, co to zmienia? 

 

-

 

Porozmawiaj ze mną, 

Ari. 
Pokręciła głową. 
-

 

Miałeś mi przynieść coś zimnego do 

picia. 
Nie zwrócił uwagi na jej słowa. 

 

-

 

Wiesz, Ŝe nigdy nie pytałaś o moją rodzinę? - Nie 

czekając 
na odpowiedź, ciągnął: - Nie pytałaś mnie o rodziców ani 
o siostry, ani o to, gdzie dorastałem, dlaczego zająłem się 
łowieniem 
ryb i w jakich okolicznościach poznałem Jerry'ego. - 
PołoŜył  jej 
dłonie na ramionach, by się nie odwracała. - Nie pytałaś, 
bo nie 
chcesz zbliŜyć się do mnie, poznać mnie, stać się częścią 
mego 
Ŝ

ycia... 

-

 

Czy ostatniej nocy nie poznawałam cię? - Wolała 

zignorować ostatnią uwagę. 

 

  

-

 

Ostatnia noc musiała się zdarzyć. To początek, nie 

koniec. 
Ale nie zaistniała w próŜni. 

-

 

Czego ode mnie chcesz? 

-

 

Niczego, czego nie moŜesz mi dać, kochanie. 

-

 

Mogę ci dać tylko kilka tygodni. śadnych obietnic, 

Ŝ

adnych Ŝalów, pamiętasz? 

Westchnął,  a  oczy  ściemniały  mu  na  widok  jej 

zdecydowanej miny. 

-  Pamiętam. - Musnął wargami jej usta. Po chwili 

zrobił to 
ponownie, jakby chciał ją o czymś zapewnić. 

Parę  chwil  później  Ari  powróciła  na  ziemię  i  ukryła 

twarz w drelichowej koszuli Maxa. 

-

 

Pójdziesz dziś ze mną na kolację? - spytał. Kiedy 

skinęła 
głową, objął ją mocniej. - MoŜesz zostać na noc? 

-

 

MoŜe. - Jej serce przepełniła radość. 

Puścił  ją,  poprowadził  do  czerwonego  automatu  i 

grzebał  po  kieszeniach  w  poszukiwaniu  drobnych. 
Przycisnął  guzik  i  ma-szyna  wyrzuciła  puszkę  z  colą. 
Dla siebie kupił piwo imbirowe. 

-

 

Oprowadzisz mnie po fabryce? - spytała. 

-

 

Nie. Nie uda mi się nic zrobić, jeśli ty będziesz w 

pobliŜu. 
- Uśmiechnął się. - Rozpraszasz mnie. 

Ari westchnęła i poszła w stronę drzwi. 
-

 

JuŜ zmykam. 

-

 

Przyjadę po ciebie o siódmej. Dzięki za lunch. 

-

 

Podziękuj Peggy. - Ari, nie mając ochoty patrzeć na 

zadowoloną minę matki, wróciła do samochodu i 
pojechała prosto do 
domu. Próbowała nie myśleć o Maximilianie Cole'u. 
Bez po 
wodzenia. Czym mogła usprawiedliwiać letnią 
przygodę? Nie 
było sposobu, zwłaszcza Ŝe absolutnie nie miała 
zamiaru się 
zakochać. 

 

background image

 

 

-

 

MałŜe były doskonałe - powiedziała Ari w 

odpowiedzi na. 
pytanie kelnerki sprzątającej ze stołu. 

-

 

Jeszcze ci się nie znudziły? - spytał Max. 

-

 

Jeszcze nie. - Pokręciła głową. 

Max  nie  mógł  oderwać  od  niej  oczu.  Ciemne  włosy 

opadły  jej  w  falach  na  ramiona,  a  prosta  koralowa 
sukienka  podkreślała  lekko  opaloną  skórę.  Kiedy 
przechyliła głowę i uśmiechnęła się, dobrane do sukienki 
wiszące kolczyki musnęły jej szyję. 

-

 

A co z tobą? - spytała. - Zawsze zamawiasz stek? 

-

 

Prawie. 

-

 

Smakowałaby ci nasza wołowina z Montany. 

-  Nie chcę dziś rozmawiać o 
Montanie. 
Ari odwróciła wzrok. 
-

 

Dobrze. - Upiła łyk wina i odstawiła kieliszek na 

stół. - 
A o czym chcesz rozmawiać? 

-

 

Po pierwsze - powiedział, uznawszy, Ŝe czas 

poinformować Ari o tym, co wynikło z jej absurdalnych 
planów swatania 
- ile tygodni dawałaś to przeklęte ogłoszenie? 

-

 

Kilka - odparła wymijająco. 

-

 

To znaczy? 

-

 

Sześć. 

-

 

Sześć? - Zmarszczył czoło, widząc, Ŝe Ari z 

trudem po 
wstrzymuje śmiech. - W pierwszym tygodniu dostałem 
sześćdziesiąt listów, a wciąŜ napływają nowe. 

-

 

Nie doceniłam twego uroku. 

-

 

Za to przeceniłaś moją cierpliwość. 

-

 

Nie chciałam sprawić ci kłopotu. 

-

 

Dobrze ci tak, za to, Ŝe próbowałaś się mnie pozbyć. 

-

 

MoŜe i tak - przyznała - ale miałam jak najlepsze 

chęć. 
Nie jestem bez serca. 

Max pochylił się ku niej, Ŝałując, Ŝe nie moŜe jej teraz 

pocałować. 

-  Chodźmy do domu, zgoda? 

Podkreślone białymi światłami kontury mostu Newport 

biegnącego przez Zatokę Narragansett do połoŜonego na 
drugim  brzegu  Jamestown  wyglądały  jak  wyszukane 
ś

wiąteczne dekoracje. Ari siedziała obok Maxa, dotykając 

go  udem.  Patrzyli  na  łodzie  pod  mostem  i  światła 
znaczące linie brzegowe obu wysp. Lekka mgła wisiała w 
oddali  nad  wodą,  zachęcając  Ŝeglarzy,  by  wyruszyli  na 
morze. 

-

 

Ile tygodni? - spytał nagle Max, przerywając 

milczenie. 
Wiedziała, o co mu chodzi. 
-

 

Trzy. Dwudziestego ósmego sierpnia muszę być na 

uczelni. 
-

 

To mi daje niewiele czasu. 

-

 

Czasu na co? - spytała wbrew sobie. 

-

 

Na przekonanie cię, Ŝebyś została. 

-

 

JuŜ to przerabialiśmy, Max. 

-

 

To moŜna powtarzać. 

Ari  nie  odpowiedziała.  Nie  chciała  myśleć  o 

przyszłości. Dlaczego nie mógł zostawić wszystkiego tak, 
jak było? 

-

 

To wakacyjna przygoda, Max. 

-

 

Moim zdaniem to coś więcej - powiedział powoli. 

-  Dobrze - zgodziła się, patrząc na jego wyrazisty 

profil 
w ciemności samochodu. - To romans sezonu. 

Rzucił jej krzywy uśmiech i ponownie skupił uwagę na 

drodze przed sobą. 

-  Tak - powiedział cicho. - Myślę, Ŝe tak. 
Reszta  drogi  upłynęła  w  milczeniu.  Ari  miała 

wraŜenie,  Ŝe  bicie  jej  serca  zagłusza  szum  fal.  Chciała, 
Ŝ

eby jej dotykał, obejmował. Miała ochotę oprzeć głowę o 

jego białą koszulę i napawać się zapachem jego skóry, ale 
nie wiedziała, czy rozsądnie 

background image

 

 

 
będzie  wykonać  pierwszy  ruch.  Oczekiwał  po  niej  tak 
wiele  i  zmierzał  do  tego,  by  przeŜyć  rozczarowanie. 
Chciał wszystkiego, jej Ŝycia, wolności i miłości. 

Miłość  była  łatwa.  Ari  dała  mu  wszystko,  co  mogła, 

choć nie uznawała letnich przygód. Westchnęła. Trudno 
było mu się oprzeć. 

-

 

Ari? - zawahał się po otwarciu drzwi. - Jeśli wolisz, 

zawiozę cię do domu. 

-

 

Chcesz tego? 

Jego oczy były ciemne, wyraz twarzy nieprzenikniony. 
-

 

Oczywiście, Ŝe nie, ale nie mam ochoty na gry. 

Kiedy wiatr owiał jej nagie ramiona, stłumiła 
dreszcz. 
-

 

Ja  teŜ  nie. 

-

 

Wiesz, Ŝe cię pragnę. Chcę się z tobą 

kochać. 
Dotknęła jego twarzy. 

 

-

 

Wiem. Ja teŜ cię pragnę. - Bardziej niŜ 

czegokolwiek w 
Ŝ

yciu. 

-

 

Ale? 

-

 

Muszę być w domu o dziewiątej rano. Poniedziałek 

to mój 
dzień obierania ziemniaków. 

-

 

A  ja we wtorek wypływam. - Max pocałował ją w 

rękę. 
Ari  starała  się  ukryć,  jak  bardzo  go  potrzebuje,  jak 

bardzo  chce,  by  poprowadził  ją  do  środka.  Musiała 
udawać  Gdyby  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  go  kocha,  nie 
pozwoliłby jej wyjechać. 

-  Chodźmy. - Wziął  ją stanowczo za rękę. - Nie mamy 

czasu 
do stracenia. 

Miał  rację.  A  więc  dlaczego  jego  słowa  wywołały 

smutek w jej sercu? 

Westchnął  i  przyciągnął  ją  do  siebie.  Poczuła  ciepły 

oddech na policzku. 

 

-

 

Nie skrzywdzę cię, Ari. 

-

 

Wiem - powiedziała zduszonym głosem. - To jedno, 

czego 
jestem pewna. 

Odpiął  guziki  z  tyłu  sukienki  Ari,  gładząc  ciepłymi 

szorstkimi  dłońmi  jej  plecy  i  prześlizgując  się  po 
koronkowej  bieliźnie.  Z  łatwością  odpiął  biustonosz,  a 
gdy sukienka opadła na dywan, zsunął niecierpliwe dłonie 
na jej piersi. Gdy  usta zastąpiły dłonie, sutki  zesztywniały 
pod tą delikatną pieszczotą. 

Potem  dotknął  wargami    jej  szyi,  sunąc    językiem  do 

wiszących koralowych paciorków. 

Chciał  kochać  się  z  nią  z  tymi  długimi  kolczykami  w 

uszach  -  pamiętał  tę  chwilę  na  promie,  kiedy  zdradził 
jej  swoje  imię  i  oparł  się  pragnieniu  dotknięcia 
kołyszących  się  pereł  ocierających  się  o  spowite 
jedwabiem ramię. Oparł się tylko dlatego, Ŝe wierzył, iŜ to 
ona jest byłą przyjaciółką Jerry'ego. 

Rzeczywiście,  zamyślił  się  Max,  wdychając  lekki 

kwiatowy  zapach,  sprawiała  kłopoty,  ale  z  kłopotami, 
które wniosła w jego Ŝycie, powinien sobie dać radę. 

Teraz  mógł  jej  dotykać.  Smakować  kaŜdą  część  jej 

ciała. AŜ do rana. 

Nie  zdawał  sobie  sprawy,  Ŝe  wypowiedział  ostatnie 

słowa głośno, aŜ szepnęła: 

-

 

Co? 

-

 

Do rana - powtórzył. - MoŜemy się kochać do rana. 

Ari  spojrzała  mu  w  oczy.  Na  jej  twarzy  malowała  się 

wyłącznie niewinność. 

-

 

A  więc  dlaczego  tu stoimy? 

-

 

Rozbieram cię, jeśli nie zauwaŜyłaś. 

-

 

ZauwaŜyłam – szepnęła - Teraz moja kolej. 

Wolno  odpinała  mu  koszulę  i  zsuwała  rękawy.  Kiedy 

sięgnęła  do  zamka  błyskawicznego  beŜowych  spodni, 
zatrzymał jej małą 

background image

 

dłoń. Chciał jej powiedzieć, jak bardzo ją kocha, ale 
zrezygnował. Wiedział, Ŝe jego słowa nie byłyby mile 
przyjęte. Zamiast tego przyciągnął jej dłoń do warg i 
wolno pocałował kaŜdy pale: z osobna, po czym pociągnął 
ją w kierunku schodów. To nie by czas na spory. 

Szybko  pozbyli  się  reszty  ubrań.  Minęły  dopiero 

dwadzieścia  cztery  godziny,  jak  się  kochali,  a  im  wydało 
się, Ŝe to dwadzieścia cztery dni. Albo lata. 

Kiedy  upadli  na  łóŜko,  Max  pokrył  ciało  Ari 

pocałunkami  Wydawał  się  wiedzieć,  gdzie  dotykać, 
wyczuwać, co sprawi jej przyjemność. Jego język i wargi 
poniosły  ją  na  skraj  rozkosz)  Kiedy  myślała,  Ŝe  juŜ 
więcej nie zniesie, Max nakrył ją swoim ciałem. 

-

 

Chcę cię poczuć w sobie - szepnęła. 

-

 

Jak sobie Ŝyczysz, kochanie - powiedział cicho. 

Wszedł 
w nią jednym płynnym ruchem. Poddani odwiecznemu 
rytmowi 
przylgnęli do siebie, aŜ świat wokół nich eksplodował. 

Później  w  cichej  ciemności  pokoju  Max  przytulał  Ari 

do  serca.  W  powietrzu  osiadła  mgła,  a  przez  otwarte 
okno  dobiegał  samotny  dźwięk  rogu  ostrzegającego 
Ŝ

eglarzy. 

-

 

Czy tak to robią w Montanie? 

-

 

Nie. - Ari uśmiechnęła się. - W Montanie nigdy 

tak nit 
było. 

-

 

Na pewno w twoim Ŝyciu ktoś był. 

-

 

Tak - odparła. - Właściciel pobliskiego rancza. 

-

 

Co się z nim stało? 

-

 

W ubiegłym roku doszliśmy do wniosku, Ŝe nadszedł 

czas 
by kaŜde poszło w swoją stronę. 

-

 

Cieszę się - szepnął, gładząc dłonią jej aksamitną 

skórę 
Czubki jego palców musnęły biodra, po czym powoli 
wróciły c 
ramion. Dotknął wiszących kolczyków. 

 

 

 

-

 

Zapomniałam je zdjąć - mruknęła. 

-

 

Nie chciałem, Ŝebyś je zdejmo wała. - Max 

spojrzał 
z uśmiechem w jej ciemnobrązowe oczy. - Na ślubie 
Jerry'ego 
odkryłem, Ŝe mam obsesję na punkcie kolczyków. 

 

-

 

Nigdy nie słyszałam o czymś 

takim. 
Uśmiechnął się szeroko. 
-

 

MoŜe jestem wyjątkiem. 

-  Jestem o tym przekonana - zgodziła się - Z 

więcej niŜ 
jednego powodu. Unieś głowę - rozkazała, po czym 
wzięła puszysty biały jasiek i podłoŜyła mu go pod głowę. 

-  Co robisz? - spytał. Poczuł, Ŝe znów ogarnia go 
poŜądanie. 
Ari usiadła na nim i pocałowała go w usta. 
-  Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pokaŜę ci, jak to się 

robi 
na zachodzie. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

-

 

Proszę. - Max podał Ari parujący kubek. - Nie 

martw się 
Nie musisz rozmawiać. 

-

 

Wielkie dzięki. - Ari uśmiechnęła się do niego, po 

czym 
skupiła uwagę na ściskanym w dłoni naczyniu. Siedziała 
otulona 
kocem na miękkiej leŜance na balkonie. Słońce 
usiłowało prze 
drzeć się przez mgłę, a Ari po cichu mu sekundowała. 

Max wrócił do mieszkania. Po chwili z kuchni dobiegł 

brzęk  naczyń.  Pewnie  przygotowuje  sobie  jedno  z  tych 
koszmarnie  wielkich  śniadań,  które  tak  lubi.  Poczuła 
zapach bekonu. Max otworzył drzwi i wysunął głowę: 

-

 

Ari, masz ochotę na jajka na bekonie? Daj znak 

głową na 
tak czy nie. 

-

 

Nie jestem aŜ tak zła - zaprotestowała, odwracając 

się ku 
niemu. Włosy miał jeszcze wilgotne po prysznicu i był 
ubrany 
w znajome błękitne dŜinsy i podkoszulek z 
emblematem Uniwersytetu Nebraski. Wyglądał równieŜ 
na bardzo głodnego. 

-

 

Tak, jesteś. 

 -  A  więc  nie,  jeśli  chodzi  o  śniadanie.  Zjem  wczesny 

lunch w pracy. 

Skinął głową i zamknął drzwi, pozostawiając ją 
spokojowi 

 

 

 

i  ciszy  balkonu.  Przyglądała  się  samochodom,  zauwaŜyła 
kilkoro  zdeterminowanych  amatorów  joggingu  i  trzy 
osoby  z  psami.  Rozparła  się  wygodniej,  dopiła  kawę  i 
leniwie zastanawiała się, czy nie nalać sobie jeszcze. 

W  kuchni  zrobiło  się  cicho.  Nigdy  nie  pytałaś  mnie  o 

rodzinę... bo  nie chcesz stać  się częścią  mego  Ŝycia.  Czy 
Max  miał  rację?  Próbowała  zdobyć  się  na  obiektywizm. 
Co  o  nim  wiedziała?  śe  lubi  solidne  śniadania,  na  wpół 
surowy 

stek, 

kawę 

ze 

ś

mietanką 

prowadzi 

półcięŜarówkę.  Z  powodzeniem  kieruje  fabryką,  jest 
właścicielem kilku kutrów i mieszka nad morzem. 

Zawsze morze. 
W  szkole  średniej  grał  w  futbol  i  jest  wspaniałym 

kochankiem.  Wielkoduszny,  troskliwy,  zdecydowany  i 
uparty. 

Westchnęła.  Znała  przymioty  Maximiliana  Cole'a,  ale 

nie wiedziała, co uczyniło go właśnie takim. 

PowaŜne  rozwaŜania.  O  wiele  za  powaŜne  jak  na 

wakacyjny romans. 

Na drewnianym podeście zadudniły kroki Maxa. 

-

 

Proszę - powiedział uprzejmie, trzymając w 

wyciągniętej 
ręce dzbanek z kawą. - Zapomniałem, Ŝe zwykle 
potrzebujesz 
dziewięciu czy dziesięciu filiŜanek. 

-

 

Trzech - poprawiła, podając mu kubek. - Trzy 

filiŜanki 
czynią ze mnie bardzo miłą osobę. 

-

 

Dzisiejszej nocy byłaś bardzo miła. - OstroŜnie nalał 

gorący płyn i oddał jej kubek. 

-

 

Ty teŜ. 

-

 

Dwie noce z rzędu - podkreślił. - To mogłoby 

wejść w 
nawyk. 

-

 

Mogłoby - zgodziła się, zafascynowana 

zmarszczkami 
w kącikach jego oczu. Dlaczego stał za daleko, by móc 
go do 
tknąć? - Jutro wypływasz w morze, czy tak? 

background image

 

 

-

 

Tak. — Skinął głową, - Jutro będę miał mnóstwo 

zajęć. 
-

 

MoŜe lepiej zacznij się przygotowywać. 

-

 

A moŜe zabiorę cię do łóŜka. 

Ari  udawała,  Ŝe  się  zastanawia.  Spojrzała  na  zegarek, 

odstawiła kawę i uśmiechnęła się szeroko do Maxa. 

-

 

Masz czas? 

-

 

Pospieszę się. 

-

 

Lepiej nie - roześmiała się. 

-

 

A więc nie będę się spieszył. Nie będziesz miała 

siły, by 
podnieść skrobaczkę do ziemniaków. 

-

 

Dobrze. - Ari zrzuciła z siebie koc i wstała. - 

Zaryzykuję. 

Ari pływała kaŜdego wieczora o szóstej. Zakładała ten 

sam  Ŝółty  kostium  kąpielowy,  stawiała  samochód  w  tym 
samym  rogu  parkingu,  szeptała  te  same  modlitwy 
wodzie,  tulącej  się  do  jej  ciała.  Oszczędź  go.  Proszę, 
oszczędź  go.  Te  słowa  przychodziły  jej  do  głowy  za 
kaŜdym razem, kiedy patrzyła na horyzont, zamartwiając 
się,  gdzie  jest  teraz  Max  i  czy  wszystko  u  niego  w  po-
rządku. 

Nienawidziła tego, nienawidziła niepokoju i 
przyprawiającego 

mdłości ucisku w Ŝołądku. Nienawidziła budzenia 

się z lękiem 

kładzenia się spać przy radiowej prognozie pogody. 

Nienawidziła 
siebie za to, Ŝe zachowuje się jak spanikowana wariatka. 

-

 

Powinnaś iść. Będziesz się dobrze bawić. 

-

 

Powtarzasz się  jak zdarta płyta. 

Ari  postanowiła  nie  słuchać  rady  matki.  Peggy  mówiła 

to  samo  przynajmniej  od  ostatnich  dziewięciuset 
osiemdziesięciu  siedmiu  ziemniaków.  Albo  pięciu  dni, 
zaleŜy od tego, jak kto mierzy czas. 

Peggy nie dawała jednak za wygraną. 

 

-

 

JuŜ nie będą produkować płyt. Słyszałam w 

telewizji. Czy 
to nie skandal? 

-

 

Oglądasz za duŜo telewizji. 

-

 

Co mam zrobić z waszymi szkolnymi albumami? 

-

 

Pozbyłam się ich na wyprzedaŜy. 

-

 

Nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie. 

-

 

Kiedy się przeprowadzacie? 

-

 

Na jesieni. Ojciec mówi, Ŝe chłopcy pomogą przy 

przeprowadzce. Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. - Peggy 
westchnęła. 
- Martwię się o ciebie. Jesteś dobrą dziewczyną, Ari, ale 
cza 
sami... 

Ari  spojrzała  ze  złością  na  matkę,  co  sprawiło,  Ŝe  ta 

przerwała w pół słowa. 

-  Czasami co...? 
Peggy  popatrzyła  wymownie  na  pokaleczonego 

ziemniaka w dłoni córki. 

-

 

Nie wiesz, jak się obiera ziemniaki, oczywiście. 

-

 

Oczywiście. Niedobrze mi się robi od tych 

ziemniaków. 
-

 

A więc? Nie musisz tu tkwić. Idź do domu i 

wyszykuj się 
na wieczór. 

•   - Nie mam ochoty. 

-

 

Jeśli chcesz, moŜesz iść do kina ze mną i Roscoe - 

zaproponowała Ruthie. 

-

 

Nie, dzięki. Powinniście się nacieszyć sobą, póki 

jeszcze 
macie szansę. 

-

 

Dzieci mają się urodzić dopiero za sześć tygodni. - 

Ruthie 
potarła krzyŜ. - ChociaŜ czasami zastanawiam się, czy 
się nie 
pospieszą. 

Peggy zmarszczyła czoło z matczyną troską. 
-

 

Powinnaś siedzieć w domu i odpoczywać. 

-

 

Mogę odpoczywać tutaj. Poza tym nie znoszę 

siedzieć  

background image

 
sama.  Roscoe  ma  nadzieję,  Ŝe  uda  mu  się  dostać  do 
tej  ekipy  budującej  nowy  bank.  Wtedy  nocami  byłby  w 
domu. 

Ari  przypomniała  sobie,  jak  jej  starszy  brat  zbudował 

kiedyś bardzo skomplikowany domek na drzewie. 

-

 

Zawsze był najszczęśliwszy z młotkiem i 

gwoździami. 
-

 

Niektórzy męŜczyźni nie są stworzeni do pracy na 

morzu 
- powiedziała Peggy. - Nie ma w tym nic złego. 

-

 

A niektórzy są przekonani, Ŝe nie mogliby się 

zajmować 
niczym innym - mruknęła Ari. 

-

 

Tego nie da się zmienić. - Peggy spojrzała 

ostrzegawczo na 
jedynaczkę. - Ale cięŜko bez nich Ŝyć. 

-

 

Eddie zginął - powiedziała Ari i wstała, by wyjrzeć 

przez 
oszklone drzwi na doki. - To dopiero było cięŜkie. 

-

 

Nie będę się spierać. Ale czas juŜ, Ŝebyś się z tym 

uporała. 
-

 

Myślałam, Ŝe mi się udało. 

-

 

Nie. - Peggy pokręciła głową i poklepała Ari po 

ramieniu. 
—Nie rozumiesz, kochanie? Tylko przed tym uciekasz. 

Później,  kiedy  Ari  stała  w  sypialni,  słowa  matki 

dzwoniły jej w głowie. Uciekasz. Czy to właśnie robiła? 

Ś

ciągnęła z siebie robocze ubranie i włoŜyła sukienkę. 

Przyjęcie  miało  się  zacząć  za  godzinę.  Uciekam?  Jest 
tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. 

Była  to  zupełnie  zwyczajna  grupa,  choć  niektórzy 

uczniowie  z  rocznika  75  sprawiali  wraŜenie  nieco 
skrępowanych  w  hałaśliwej  koktajlowej  sali  popularnego 
klubu.  To  było  rzeczywiście  nieoficjalne  spotkanie,  bez 
wizytówek, balonów i listy uczniów. 

-  Hej, Simone! - zawołał ktoś. 

Ari przebiła się przez tłum. Ostatnie pół godziny uśmiechała 
się do nieznajomych, którzy uprzejmie odpowiadali jej 
uśmiechem. Wesoły męŜczyzna wyciągnął do niej rękę. 

 

-

 

Arianna? Pamiętasz mnie? 

-

 

Johnny Kenyon. Jasne. - Ari, poruszona tym, Ŝe 

kogoś 
rozpoznała, zapomniała o zdenerwowaniu. 

-

 

Wspaniale wyglądasz. Zupełnie się nie zmieniłaś. 

-

 

Ty teŜ nie - skłamała, 

-

 

Co porabiasz? 

-

 

Wykładam na uczelni w Montanie. 

-  Nie wyglądasz na belfra. Pewnie masz męŜa i 
dzieci? 
Arianna pokręciła głową. 

-

 

Jeszcze nie. - Jeszcze nie? No dobrze, jestem 

optymistką. 
Na pewno gdzieś na zachodzie jest jeszcze jeden 
farmer do 
wzięcia, który nie marzy o łowieniu ryb. 

-

 

Od czasu do czasu widuję w mieście twoich braci. 

-

 

Wszyscy mieszkają w Narragansett! - zawołała, 

usiłując 
przekrzyczeć piosenkę Rolling Stonesów dudniącą z 
pobliskiego 
głośnika. 

-

 

Miło było cię zobaczyć! - Spojrzał wymownie na 

głośnik 
i odszedł. 

I co teraz? W takiej sytuacji moŜna co najwyŜej udać się 

do  toalety  albo  zacząć  flirtować  z  barmanem.  Ale 
młodziutki barman był zbyt zajęty, by pozwolić sobie na flirt 
ze starą panną z Montany. Rocznik 75 dobrze się bawił, nie 
ma wątpliwości. 

-  Mogłaś na mnie zaczekać - usłyszała szorstki głos 

przy 
uchu. 

Odwróciła  się.  TuŜ  za  nią  stał  Max,  przystojny  jak 

zawsze  w  błękitnej  koszuli,  ze  świeŜą  opalenizną  na 
twarzy  i  mocnymi  brązowymi  rękami  złoŜonymi  na 
piersi. 

-

 

To nie było konieczne - mruknęła. 

-

 

Nie? 

-

 

Zrozum - oświadczyła stanowczo, usiłując 

przekrzyczeć 
muzykę - prowadziłam własne Ŝycie, zanim poszłam z 
tobą do 

background image

 

 
łóŜka. Mam trzydzieści dwa lata, sama na siebie zarabiam, 
sama podejmuję decyzje i... 

Zaklął,  wziął  ją  za  rękę  i  pociągnął  spiesznie  za  sobą. 

Na  zewnątrz  puścił  ją  i  zaczerpnął  w  płuca  świeŜego 
morskiego powietrza. 

-

 

Tęskniłem za tobą. To były długie, ale uŜyteczne 

cztery 
dni. 

-

 

Co próbujesz udowodnić? 

-

 

To miało być moje następne pytanie - rzucił. - Nie 

planowałaś 
przychodzić na to spotkanie. Dlaczego zmieniłaś zdanie? 

-

 

Później z tobą o tym porozmawiam - odparła Ari, nagle 

zmęczona. Tak strasznie za nim tęskniła, nienawidziła 
kaŜdej minuty, 
którą spędził na morzu. Teraz stał przed nią, silny, 
wspaniały., 
i Ŝywy. A wszystko, co mogła zrobić, to zacząć z nim 
walczyć 
Zupełnie jakby chciała zemścić się na nim za swoją tęsknotę. 
- MoŜesz oszczędzić tej techniki jaskiniowca dla kogoś 
innego. 

-

 

Wiem, ile masz lat, i jestem w pełni świadom, Ŝe 

prowadzisz własne Ŝycie, bo wystarczająco często mi o 
tym przypominasz, ale mogłaś mi przynajmniej 
oszczędzić przychodzenia dc 
twego domu. 

-

 

Nie wiedziałam, Ŝe wróciłeś - skłamała. Kiedy 

wychodziła 
ze sklepu rybnego, kuter Maxa właśnie wpływał do portu. 

-

 

Nie chciałaś, Ŝebym tu przychodził. 

-

 

Skoro tak uwaŜasz, dlaczego przyszedłeś? 

-

 

MoŜe jestem głupi. - Wzruszył ramionami. 

Ari  poczuła  się  winna.  Powinna  zostawić  mu 

wiadomość. Nie zamierzała  go jednak  w  to  wciągać,  nie 
chciała, Ŝeby wiedział o niej zbyt duŜo. Zupełnie jakby ta 
wiedza mogła dać mu nad nią władzę. Władzę, by ranić. A 
moŜe władzę, by leczyć rany. 

-  Słuchaj. - PołoŜyła dłoń na jego mocnym opalonym 

przedramieniu. Czy próbowała powstrzymać go w ten 
sposób od  

wyruszenia  na  wodę?  -  To  nie  moŜe  się  udać.  Ty  jesteś 
wyjątkowo  zaborczy,  a  ja  nie  jestem  przyzwyczajona  do 
takiego traktowania. 

-  Lepiej zacznij się przyzwyczajać - burknął, a oczy 

mu za 
lśniły. - Dobrze ci radzę. 

Bezkompromisowy kretyn. 

-

 

To moje spotkanie i... 

-

 

Myślałem, Ŝe potrzebujesz towarzystwa. 

-

 

Niespecjalnie - skłamała. - Jestem tu od godziny i 

dobrze 
się bawię. 

-

 

Dajesz mi do zrozumienia, Ŝebym się zmył. 

Ari  wzruszyła ramionami. Jedyne, czego teraz chciała, 

to wyjechać z Rhode Island. 

-  Świetnie. 
Nie  mówiąc  nic  więcej,  Max  odwrócił  się,  wszedł  po 

drewnianych  schodach  na  werandę  i  zniknął  we  wnętrzu 
klubu,  pozostawiając  Ari  samą  w  zachodzącym  słońcu. 
Westchnęła,  wsadziła  ręce  w  kieszenie  koralowej 
sukienki i wolno weszła na schody. Zamiast jednak iść do 
ś

rodka za Maxem, poszła na zachodni kraniec werandy w 

kierunku parkingu. 

Max  zamówił  podwójną  szkocką  z  lodem  i  oparł  się  o 

bar. Właśnie pociągnął łyk, kiedy muzyka nagle ucichła i 
mikrofon zaskrzeczał. Podniecony głos zawołał: 

-  Rocznik siedemdziesiąt pięć! 
Rozległy  się  nieliczne  oklaski.  Max  nie  widział,  kto 

mówi,  poniewaŜ  tłum  przy  barze  zasłaniał  mu  widok,  ale 
nie dbał o to. 

Zadał  sobie  mnóstwo  trudu,  Ŝeby  tu  dziś  być,  a  Ari 

zupełnie  nie  doceniła  jego  wysiłków.  Wypije  szkocką  i 
wróci  do  domu.  Dzisiejszej  nocy  w  jego  łóŜku  nie  będzie 
kobiety  -  ciepłej,  namiętnej,  kochającej  Arianny  witającej 
wracającego  do  domu  Ŝeglarza.  Musiał  być  szalony,  mając 
nadzieję, Ŝe to się właśnie zdarzy. 

-  MoŜna prosić o uwagę? - Mówca nie czekał na 
odpowiedź. 

background image

 
-  Chciałbym wam powiedzieć o paru sprawach. Mam do 
odczytania parę listów od kolegów, którzy nie mogli 
przybyć na dzisiejszą imprezę. - Po przeczytaniu listów 
poprosił o uczczenie minutą ciszy tych, którzy zmarli: dwie 
osoby w wypadku samochodowym, ktoś inny na raka i 
niejaki Eddie Barton, którego zmyło 
z pokładu łodzi rybackiej. 

Max  wyprostował  się,  trzymając  uwaŜnie  szklankę, 

Ŝ

eby  Ŝaden  dźwięk  nie  zakłócił  ciszy.  Zmyło  go  z 

pokładu?  Odczekał  kilka  minut,  zanim  zaczął  szukać  w 
tłumie  Ari.  Nie  zobaczył  jej.  więc  stanął  przy  wejściu  do 
damskiej  toalety.  Po  dwudziestu  minutach  odszedł 
pogadać  z  grupą  męŜczyzn,  którzy  pracowali  w  Galilee. 
Szukał  odpowiedzi.  Jeśli  Ari  nie  będzie  chciała  z  nim 
rozmawiać, znajdzie kogoś, kto mu jej udzieli. 

-

 

Uciekłaś! - powiedział, kiedy Ari otworzyła drzwi. 

-

 

Nie uciekłam - odparła potulnie. - Po prostu 

wsiadłam do 
samochodu i odjechałam. Na oczach wszystkich. 

-

 

W samochodzie mam kolację. - Max nie miał ochoty 

wchodzić do domu Simone'ów. Chciał, Ŝeby w rozmowie z 
Ari nic mu 
nie przeszkodziło. - Zjemy u mnie. - Widząc jej wahanie, 
dodał: 

-  Na pewno nie jadłaś kolacji. 

-

 

Nie. 

-

 

A więc w czym problem? 

-

 

Nie ma Ŝadnego. - Ari szerzej otworzyła drzwi. - 

Wejdź do 
ś

rodka. Napiszę kartkę do rodziców. 

-

 

Nie byłaś na ogłoszeniach - powiedział Max, 

patrząc, jak 
Ari szpera w szufladzie w poszukiwaniu ołówka. - A 
moŜe się 
mylę? 

Obojętny  wyraz  jej  twarzy  powiedział  mu,  Ŝe  wyszła 

przed przemówieniem przewodniczącego klasy. 

-  Tak? 

Patrzył na nią uwaŜnie. 
-

 

Eddie Barton zatonął. Uczciliśmy minutą ciszy jego i 

kilkoro innych. - Stała nieruchomo, włosy zasłaniały jej 
profil, kiedy 
pochyliła się nad stołem, pisząc na bloczku papieru. - Ale 
ty juŜ 
wiedziałaś o Eddiem, prawda? 

-

 

Tak - powiedziała cicho. - Wiedziałam o Eddiem. 

-  Opowiesz mi o  tym?-Max podszedł 
bliŜej. 
Spojrzała na niego suchymi oczami.. 
-

 

Kochałam Eddiego przez całą szkołę średnią. 

Jasnowłose 
go, brązowookiego Eddiego. Był moim najlepszym 
przyjacielem 
w szkole podstawowej, prześladowcą na początku średniej, 
a po 
tem moim chłopcem. 

-

 

I? 

-

 

Nie zagrzewałam chłopców do walki na meczach, 

nie by 
łam królową szkolnych balów ani nawet tęgą głową, ale 
byłam 
dziewczyną Eddiego Bartona i miałam zostać jego Ŝoną. - 
Prze 
rwała, by odgarnąć włosy z twarzy, po czym spojrzała na 
Maxa. 
- Pewnie nie chcesz tego słuchać. Kolacja ci stygnie. 

-

 

Jedź ze mną do domu - zaproponował Max, biorąc 

ją za 
rękę. Nie trzeba było geniusza, by domyślić się końca  jej 
opowieści. Bladość Ari zaniepokoiła go. Trzymał mocno 
jej zimną dłoń. 
Nie puścił jej nawet, kiedy brała torebkę, gasiła światło w 
kuchni 
i zamykała drzwi. Zwolnił uścisk dopiero, gdy przekroczyli 
próg 
jego domu. 

Ari,  z  pudełkiem  z  pizzą,  skierowała  się  do  kuchni, 

ale Max złapał ją za ramię. 

-

 

Zjedzmy na górze - zaproponował. 

-

 

W łóŜku? 

-

 

Czemu nie? - Nie odpowiedziała, więc lekko 

ś

cisnął jej 

ramię, zanim ją puścił. - Wezmę coś do picia. Idź na górę. 

Kiedy po kilku minutach wszedł do sypialni, Ari 
siedziała ze 

background image

 
skrzyŜowanymi  nogami  na  łóŜku.  Dopiero  teraz 
zauwaŜył,  Ŝe  zdąŜyła  się  przebrać.  Na  niebieskim 
podkoszulku  z  długimi  rękawami  widniał  Ŝółty  napis: 
Kraina 

Bezkresnego 

Nieba, 

jej 

dŜinsy 

były 

bladoniebieskie,  niemal  białe.  Zdjęła  sandały  i  rzuciła  je 
na dywan. 

Max  ustawił  na łóŜku sześć puszek z dietetyczną colą i 

papierowe  talerzyki  na  pizzę.  Ari  wyjęła  mu  spod  pachy 
rolkę  papierowych  ręczników,  które  miały  posłuŜyć  jako 
serwetki. 

-  Co będzie, jak zabrudzimy 
pościel? 
Max wzruszył ramionami. 
-  Upierzemy. Jedzenie pizzy w łóŜku to jedna z 

przyjemności Ŝycia. 

Ari uniosła juŜ pokrywkę pudełka i zagarnęła kawałek 

na papierowy talerzyk, który podała Maxowi. 

-  Proszę. Smacznego. - Później nałoŜyła sobie, 

zlizując 
przylepiony do palców ser. - Jeszcze ciepła. 

Kiedy zjadła, otworzył puszkę z colą. Max zebrał się w 

sobie, Ŝeby zadać jej kolejne pytania. 

-

 

Szybko wyszłaś z klubu. 

-

 

Niezupełnie. Zostałam tak długo, jak chciałam, a 

potem 
wyszłam. 

-

 

Poprawka, uciekłaś. 

-

 

Myślę, Ŝe to nie w porządku. - Zmarszczyła czoło. 

-

 

Dajmy temu spokój. - Skinął głową. - Opowiedz mi o 

tym. 
jak miałaś wyjść za mąŜ. 

-

 

To nie jest zbyt interesujące. 

-

 

Dla  mnie jest. 

Spojrzała w bok i wytarła dłonie ręcznikiem. 

-  Rodzice nalegali, Ŝebym poszła do college'u, a 

więc za 
trudniłam się na niepełnym etacie jako sekretarka i 
jednocześnie 
studiowałam. Eddie zaczął pływać na trawlerze wuja. 
Pięć lat 

później wciąŜ byliśmy parą i szykowaliśmy się do ślubu. 
Tymczasem Eddie z kuzynami kupił łódź i zaczęli nieźle 
zarabiać. 

-

 

I? 

-

 

To wciąŜ ta sama stara historia, prawda, Max? - Jej 

uśmiech 
nie sięgał oczu. - Była burza. MoŜesz domyślić się reszty. 

-  I wtedy wyjechałaś z Rhode 
Island. 
Pokręciła głową. 
-

 

Nie od razu. Po dwóch latach zrobiłam magisterium 

i zaczęłam się starać o pracę moŜliwie najdalej od Rhode 
Island. 

-

 

Czy wyjazd ci pomógł? 

Spojrzała na niego oczami lśniącymi od łez. 

-

 

Jak cholera. 

-

 

Czy w Montanie nikt nie umiera? 

-

 

Mogę sobie poradzić z lawinami i wypadkami 

samochodowymi. 

-  Skąd 
wiesz? 
Milczała. 

-

 

Nie chcę o tym rozmawiać - powiedziała wreszcie, 

zbierając z łóŜka okruchy. 

-

 

Ludzie umierają, Ari. 

-

 

Wiem o tym. 

-

 

Daj spokój porządkom - polecił, chwytając jej 

nadgarstek. 
- Nie moŜesz uciekać za kaŜdym razem, kiedy tak się 
stanie. 

Spiorunowała go wzrokiem. 

-

 

Do tej pory działało. 

-

 

Daj spokój, kochanie - poprosił. - Przed nami jest 

cały 
ś

wiat. Nie niszcz tego. 

Ari pokręciła głową. 
-

 

Jesteś tylko ty, ja i lato. Lato, które dobiega końca. 

-

 

Ciągle to powtarzasz. Naprawdę wierzysz, Ŝe twój 

wyjazd 
wszystko zakończy? 

background image

 

 

 

-

 

Myślisz, Ŝe mam wybór? 

-

 

A nie masz? 

Patrzył,  jak  walczy,  by  ukryć  swe  uczucia,  jak 

zastanawia  się.  co  powiedzieć.  Chyba  myślała,  Ŝe  moŜe 
zapakować  wszystkie  swoje  emocje  do  walizki.  Walizki 
umieszczonej na górnej półce szafy. 

Ari  uwolniła  rękę  z  uścisku  Maxa  i  czule  pogłaskała 

go po policzku. 

-

 

Nie wiem, Max. Naprawdę nie wiem. 

-

 

MoŜe nie wiesz, kochanie - powiedział i delikatnie ją 

objął. 
Ale ja wiem, pomyślał. 

Gęsty  strumień  łez  wypływał  jej  spod  rzęs  i  znikał  we 

włosach rozsypanych na poduszce. Max przykrył ją swym 
ciałem,  pozornie  nieświadomy  zamętu  jej  uczuć.  Ból 
wspomnień  mieszał  się  z  rozkoszą,  którą  dawał  jej  Max. 
Wreszcie  krzyknęła  i  po  chwili  Max  jej  zawtórował, 
ustami  smakując  słone  łzy  na  jej  skórze  i  tuląc  ją    do 
siebie. 

-  Wszystko będzie dobrze - szepnął. 

Ari  nie  odpowiedziała.  Łzy  ściskały  ją  za  gardło.  Nie 

chciała wybuchnąć szlochem, a z pewnością tak by się stało, 
gdyby zaczęła mówić. Max przekręcił się, nie wypuszczając 
Ari  z  ramion  i  umieścił  jej  głowę  w  zgięciu  łokcia. 
Wdychała  cudowny  zapach  jego  skóry  i  Ŝałowała,  Ŝe  nie 
moŜe  zostać  na  zawsze  w  jego  ramionach.  Wyczerpana, 
zamknęła oczy i cicho płakała, zanim usnęła. 

-

 

MoŜesz teraz rozmawiać? 

-

 

Oczywiście. - Ari skinęła głową. Nie było jeszcze 

ósmej. 
a ona zdołała juŜ w milczeniu wypić pół dzbanka kawy. 
LeŜała 
w zmiętej pościeli, wpółoparta o olbrzymie poduszki. 
Oderwała 
wzrok od intrygujących kopert i listów zaadresowanych 
do Maxa, 

rozsypanych na podłodze obok łóŜka. Dziwne, Ŝe nie 
potknęła się o nie ubiegłej nocy. Max zmarszczył brwi. 

-  No, dalej. Obejrzyj je. W końcu ty dałaś to 
ogłoszenie. 

Ari  pokręciła  głową.  Sam  fakt,  Ŝe  listy  leŜą  w  jego 

sypialni,  działał  jej  na  nerwy.  Czytanie  pewnie 
doprowadziłoby ją do szału. 

-  Dzięki, ale nie. 

Max wziął list o niebieskich brzegach z góry stosu. 

-

 

Proszę bardzo - zerknął na tekst, a potem znów na Ari. 

- Ta 
dziewczyna szuka kogoś lubiącego przygody, mieszka na 
Block 
Island i lubi brać udział w regatach Ŝeglarskich. 

-

 

Wspaniale brzmi. - Ari nie zamierzała pytać Maxa, 

dlaczego odpowiedzi na ogłoszenie znajdują się w jego 
sypialni ani 
dlaczego tak wiele kopert jest otwartych. Na pewno 
niektóre 
przeczytał, zainteresował się nimi. 

-

 

Niezła zdobycz, prawda? - Skinął w kierunku stosu 

kopert. 
-

 

Tak - warknęła, wciąŜ zirytowana. Ta cała sprawa 

to jej 
pomysł. AleŜ z niej idiotka. 

-

 

Nie chcesz ich przejrzeć, wybrać dla mnie idealnej 

kobiety? 
- Uśmiechnął się, kiedy przeszyła go wzrokiem, po czym 
ukląkł 
aa łóŜku i rzucił nie przeczytany list na prześcieradło. - To 
twoja 
zasługa, kochanie. Napisałaś wspaniałe ogłoszenie. 

-

 

Po prostu wymieniłam twoje... potrzeby - 

zaprotestowała, 
odsuwając stopy, by nie zgniótł ich swoim cięŜarem. 

-

 

Ale opisałaś mnie - zaśmiał się cicho. - Sprawiłaś, 

Ŝ

e stałem się skrzyŜowaniem Kevina Costnera i Errola 

Flynna. 

-

 

Kim jest Kevin Costner? - zaŜartowała, 

wpatrując się 
z uśmiechem w ciemne oczy Maxa. Miał rację. 
Sporządziła porywającą charakterystykę męŜczyzny, 
którego czarowi sama nie 
mogła się oprzeć. - Odezwiesz się do tej miłośniczki 
regat? 

background image

 

-

 

Przeciwieństwa się przyciągają. - Nachylił się i 

pocałował 
ją ciepłymi zachłannymi wargami, gniotąc list. Ari ujęła 
jego 
twarz w dłonie, rozkoszując się szorstkością porannego 
zarostu 
Wreszcie uniósł głowę i popatrzył na nią. 

-

 

Dobrze się czujesz? 

-

 

Tak. - Czuła się lekko, zupełnie jakby łzy z ostatniej 

nocy 
rozpuściły cięŜar w jej sercu. Ani spotkanie po latach, ani 
opowiedzenie Maxowi o Eddiem nie zaszkodziło jej. 
Oprócz tego, Ŝe 
piekły ją oczy, przypominając o wylanych łzach. Swoją 
drogą, 
przy pierwszej okazji wepchnie te listy pod łóŜko. Co z 
oczu, t: 
z serca. - Czuję się... o wiele lepiej. 

-  To dobrze. - Max podszedł do okna. Wsadził ręce 

w kieszenie dŜinsów i wpatrzył się w zatokę. 

-

 

A ty? 

Odwrócił się do niej. 
-

 

Zakochałem się w tobie pierwszego dnia. 

Znów wyjrzał przez okno i nie zobaczył, jak drgnęła. 
-  Ja... ja teŜ cię kocham, Max - odpowiedziała cicho, 

zaskoczona swymi słowami. Sufit się nie zawalił, grom 
nie uderzył 
i nie nastąpił koniec świata. 

Gwałtownie odwrócił się od okna i stanął w nogach 
łóŜka. 

-

 

A więc zrób coś z tym.     

-

 

Nie ma nic... 

-

 

Nieprawda - przerwał. - Jest. Zostań w Rhode 

Island. Po 
radzimy sobie. 

Jak? Przestaniesz łowić? Wypływać na morze? 

Odpowiedziało jej milczenie. Błękitne spojrzenie 
przytrzymało jej wzrok przez długą chwilę. 

-

 

To moje Ŝycie. Moja praca. 

-

 

Masz fabrykę. 

-

 

Nie mogę spędzić reszty Ŝycia za biurkiem. 

-  A ja nie mogę spędzić reszty Ŝycia na zastanawianiu 

się, czy 
wrócisz bezpiecznie do domu. 

Wyciągnął do niej ręce, prosząc o zrozumienie. 
-  Nie wiem, jak z tym walczyć, kochanie. Nie moŜesz 

oba 
wiać się, Ŝe zginę, za kaŜdym razem gdy wypłynę na 
połów. 

Dzwonek  telefonu  zabrzmiał  nieprzyjemnie  w  ciszy. 

ś

adne  z  nich  nie  poruszyło  się,  by  go  odebrać.  Kiedy  Ari 

spuściła  wzrok  pod  jego  spojrzeniem,  przeszedł  na  drugą 
stronę łóŜka i podniósł słuchawkę. 

-  Halo. Kiedy? - Spojrzał na Ari. - Tak, jest tutaj. 
Oczywiście. 
-  Co się stało? - Serce jej 
zamarło. 
PołoŜył słuchawkę na widełki. 

-  Ruthie zaczęła rodzić, ale coś jest nie tak i Peggy 

potrzebuje twojej pomocy. 

Ari  wyskoczyła  z  łóŜka,  odgarnęła  nogą  listy  i 

rozejrzała się za swoim ubraniem. 

-

 

Co to znaczy, Ŝe nie wszystko idzie tak jak trzeba? 

-

 

To wcześniaki, złotko. Twoja matka więcej nie 

powiedziała. 
-

 

Gdzie są? W szpitalu okręgowym? 

-

 

Na razie. 

-

 

Co to znaczy? 

-

 

Chyba najlepiej będzie, jak tam pojedziemy i 

wszystkiego 
się dowiemy. 

-

 

My? 

. Max uśmiechnął się i dotknął jej policzka. 

-  Jeszcze to do ciebie nie dotarło? 

background image

ROZDZIAŁ 10 

Wnuczki, na które tak czekali Peggy i Rusty, przyszły na 

ś

wiat;

 

w  niedzielę  o  jedenastej  trzydzieści  dwie.  Dumny 

dziadek  przemierzał  szpitalny  korytarz  w  towarzystwie 
kapitana  Cole'a.  Ru-thie  czuła  się  dobrze,  ale  dzieci były 
malutkie, waŜyły niewiele ponad półtora kilo kaŜde. 

-

 

Zdarzało mi się łapać większe homary - zauwaŜył 

Rusty. 
-

 

Georges Bank - podsunął Max, mając nadzieję, Ŝe na 

parę 
minut oderwie myśli męŜczyzny od dziewczynek. 

-

 

Dorsz długi na metr trzydzieści i homary waŜące 

dwadzieścia kilogramów. - Rusty uśmiechnął się 
szeroko. - Pamiętasz 
tamte czasy, synu? 

Max przytaknął. 
-

 

Teraz wypływamy sto trzydzieści mil w morze i 

nawet 
z czujnikami sieci, które załoŜyłem w tym roku, nie 
wiem, czy 
zdołam złowić wystarczająco duŜo, by spłacić łódź. 

-

 

To nie są juŜ takie pieniądze jak wtedy, synu. - 

Rusty. 
pokręcił głową. - To samo z łowieniem. Moi chłopcy 
mnie nie 
słuchają - chyba mają to we krwi - ale ty jesteś 
sprytniejszy. 

 

-

 

Jestem taki jak wszyscy. - Max wzruszył ramionami. 

-

 

Masz fabrykę po ojcu i udało ci się nawiązać 

kontakty 
zagraniczne. Zamorskie łowiska to przyszłość. 

-

 

Pracuję nad tym - przyznał Max. 

-

 

A  co z moją córką? 

-

 

Nad tym teŜ pracuję, sir - dodał z szacunkiem. 

-

 

OŜenisz się z nią? Szczerze mówiąc, nie podoba mi 

się, Ŝe 
ona u ciebie nocuje, choć jest wystarczająco dorosła, by 
mieć 
własny rozum... 

Max  spojrzał  przez  poczekalnię  na  Ari.  Właściwie  nie 

zdąŜyła się nawet uczesać. Mimo to wyglądała prześlicznie. 
Wyjąwszy  podkoszulek,  który  wywoływał  nieprzyjemne 
skojarzenia z Montaną. 

-

 

OŜeniłbym się z nią, gdyby mnie zechciała. 

-

 

Hm - mruknął Rusty. - Ona jest bardzo niezaleŜna. 

-  Podziwiam ją za to, ale czasem doprowadza mnie do 
szału. 
Rusty pokręcił głową. 
-

 

Nie moŜesz jej przykuć do pokładu, synu. Jeśli ciebie 

chce, 
lepiej, Ŝeby myślała, Ŝe to jej pomysł. 

-

 

Zechce mnie - powiedział stanowczo Max, patrząc na 

zbliŜającą się ku nim Ari, choć wiedział, Ŝe to tylko 
poboŜne Ŝyczenie. Niczego nie mógł być pewny. 

-

 

Lekarz powiedział, Ŝe moŜemy zobaczyć Ruthie, jak 

tylko 
się przebudzi. To było rutynowe cesarskie cięcie. 

-

 

A dziewczynki? 

-

 

Coraz lepiej. Są malutkie, ale silne. 

-

 

Dobra krew Simone'ów - podkreślił Rusty. 

-

 

Pójdę do fabryki. MoŜe uda mi się skontaktować z 

„Peggy Lou" przez radio - zaproponował Max. - Roscoe 
pewnie się 
zamartwia. 

-

 

Na pewno jest w szoku - zauwaŜył Rusty, 

wymieniając 
uścisk dłoni z Maxem. - Zobaczymy, czy uda ci się go 
uspokoić. 

background image

 

 

-

 

Spróbuję. - Max skierował się do wyjścia, ciągnąc za 

sobą 
Ari. - Powiedz mi prawdę - powiedział, kiedy znaleźli się 
przed 
szpitalem. - Jak się mają dzieci? 

-

 

Wszystko w porządku. Zdaje się, Ŝe bliźniaki 

zazwyczaj 
rodzą się wcześniej, więc nikogo to specjalnie nie 
zaskoczyło. 
Lekarz powiedział, Ŝe są dobrze rozwinięte, ale będą 
musiały być 
pod obserwacją przez jakiś czas. 

-

 

To dobrze. - Max westchnął i obrzucił wzrokiem 

budynek. 
- Nie cierpię szpitali. 

-

 

Dzięki za dotrzymywanie towarzystwa tacie. Bardzo 

nam 
brak męskiego wsparcia. 

Spojrzał na jej zmartwioną minę i powiedział: 

-

 

Hej, wszystko będzie dobrze. 

-

 

Wiem. - Głos jej drŜał. - Dziewczynki przejadą do 

szpitala 
miejskiego, a Ruthie wyjdzie za  parę  dni. Mama  będzie ją 
rozpieszczać i o nią dbać. Ruthie nie ma innej rodziny. 

-

 

Rodzina jest waŜna. 

-

 

Tak mówią. A gdzie jest twoja? 

-

 

Stoimy na parkingu w trzydziestopięciostopniowym 

upale, 
a ty wreszcie zadajesz mi osobiste pytanie? Nie mogłaś 
wybrać 
gorszego momentu. 

Ari wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do niego. 

-  Coś taki kapryśny? Nie wyspałeś się? 

-

 

Nie jadłem śniadania, zapomniałaś? Masz ochotę na 

lunch 
-

 

Nie, dzięki. Zostanę tu z tatą. - Wspięła się na palce i 

pocałowała Maxa na poŜegnanie. - Jeśli uda ci się 
skontaktować 
z Roscoe, daj mi znać. 

Skinął głową. 

-

 

Jadę prosto do fabryki. 

-

 

A  ja zajmę się sklepem. Mam wraŜenie, Ŝe mama nie 

nadaje 
się dzisiaj do pracy. Zobaczymy się wieczorem. 

-  Tak.  -  Pocałował  ją  jeszcze  raz.  -  Mamy  wiele  do 

omówienia. 

Chciała  zaprzeczyć,  ale  zanim  wróciła  do  szpitala, 

patrzyła,  jak  Max  idzie  przez  parking,  wsiada  do 
samochodu i odjeŜdŜa. Zobaczy się z nim później, ale nie 
będzie  rozmawiać  o  pozostaniu  w  Rhode  Island. 
Musiałaby 

porzucić 

swoją 

pracę. 

Nie 

była 

to 

najwspanialsza  praca  na  świecie  i  w  Montanie  wiał 
kanadyjski  wiatr,  który  w  styczniu  przenikał  do  szpiku 
kości, ale mimo wszystko... był to jej dom i kochała go. 

Kochała  góry,  tamtejszych  ludzi,  prerię  i  kolacje  ze 

stekiem  w  Three  Bears  Cafe.  Lubiła  bar  za  miastem, 
gdzie w sobotnie noce grała orkiestra. Chętnie sprawdzała 
prace studentów, kiedy śnieg otulał miasto. Doprowadzała 
swych  przyjaciół  z  zachodu  do  szału,  dopingując  New 
England  Patriots  podczas  rozgrywek  futbolowych. 
Lubiła swoje mieszkanie. Jej domem było Bozeman. 

Ari próbowała sobie  wyobrazić Maxa  w Montanie. Na 

próŜno.  Mogła  co  najwyŜej  wyobrazić  go  sobie  w  swym 
łóŜku,  ale  na  tym  koniec.  Zwrot  „jak  ryba  bez  wody" 
pasowałby  do  kapitana  Maximiliana  Cole'a,  gdyby  ten 
kiedykolwiek  próbował  zapuścić  korzenie  na  rozległych 
równinach Montany. 

RozwiąŜemy  to,  powiedział.  Jasne,  wiedziała  jak. 

Musiałaby  porzucić  wszystko  -  pracę,  mieszkanie,  swoje 
zacisze.  Powrócić  do  Rhode  Island,  godząc  się  na  utratę 
niezaleŜności  i  spokoju  ducha.  I  przez  resztę  Ŝycia 
martwić  się  o  męŜczyznę,  którego  fala  mogła  zmyć  z 
pokładu i którego ciała nigdy by nie odnaleziono. 

W  imię  czego?  Miłości?  Ostatnim  razem  się  nie  udało. 

Została sama z dyplomem, ślubną suknią i pustką. 

Dla domu w Pier? W kaŜdy letni poranek siadywałaby 

na  balkonie  i  patrzyłaby  na  ocean  -  sama.  KaŜdego 
wieczora teŜ. Wstrząsające. 

background image

 

 

Dla  brązowookich,  ciemnowłosych  dzieci?  Ari 

odsunęła tę wizję, zanim stała się zbyt kusząca. Gdyby 
wyszła  za  kogoś  z  zachodu,  mogłaby  mieć  wszystkie 
dzieci, jakich pragnęła. 

Poza tym Max nie wspominał o ślubie. 
Szpitalne  drzwi  rozsunęły  się  i  Ari  weszła  do  środka. 

Ojciec pomachał do niej przez hol. 

-  I jak?- Ari pospieszyła ku niemu. 
Rusty zamknął córkę w niedźwiedzim uścisku. 
-

 

Ruthie juŜ się obudziła i czuje się dobrze. Twierdzi, 

Ŝ

e od 

początku wiedziała, Ŝe to będą dziewczynki. 

-

 

Nie ośmieliłaby się rozczarować mamy - 

uśmiechnęła 
się  Ari. 

-

 

Zafundujesz staruszkowi kawę? - Otarł łzy ulgi z 

kącików 
oczu. - Trochę mnie to wszystko przytłoczyło. 

Następnego tygodnia Ari zastępowała Peggy w sklepie, 

kilka  razy  zawiozła  teŜ  Ruthie  do  miasta,  by  bratowa 
mogła zobaczyć swoje maleńkie córeczki. 

Poza  sprzedaŜą  zupy,  jazdami  do  szpitala  i  karmieniem 

kaŜdego,  kto  pojawił  się  w  porze  kolacji,  zdołała 
wysprzątać  sypialnie  na  górze.  Widziała  juŜ  nowy  dom  i 
uznała,  Ŝe  będzie  idealny  dla  rodziców,  jeśli  tylko 
pozbędą  się  jeszcze  trochę  rzeczy.  Przed  powrotem  do 
Bozeman  miała  duŜo  pracy  i  była  zadowolona,  Ŝe  Max 
zostawił ją samą, by mogła się z tym uporać. 

W  czwartek  po  południu  dokonała  ostatecznej 

selekcji  mebli.  Ukończywszy  dzieło,  zeszła  do  kuchni, 
by przygotować kolację. 

-  Idź sobie! Idź stąd! - Peggy zamachała do Ari, 

próbując ją 
wygonić do pokoju dziennego. - Dość juŜ zrobiłaś tego 
lata. Jeśli 
cię za bardzo wykorzystamy, nigdy więcej nie 
przyjedziesz. 

Ari roześmiała się. 

-  Podobało mi się to. 

To była prawda - polubiła poczucie, Ŝe znów naleŜy do 

rodziny.  Pewnie  będzie  jej  tego  brakowało,  kiedy 
odjedzie. 

-  Zajmij się czymś innym - poleciła matka. - Zbyt 

gorąco na 
gotowanie. A najlepiej zadzwoń do kapitana. Niech cię 
zabierze 
na kolację w jakieś sympatyczne miejsce. 

Sympatyczne  miejsce  oznaczałoby  jego  dom.  Jeszcze 

sympatyczniejsze  - łóŜko. Nie chciała przyznać  się  nawet 
przed  sobą,  jak  bardzo  za  nim  tęskni,  ale  na  samą  myśl, 
Ŝ

e mogłaby go zobaczyć, usta same rozciągnęły się  jej w 

uśmiechu. 

-

 

To wspaniały pomysł, mamo. Zaraz to 

zrobię. 
W domu go nie było, więc zadzwoniła do 
fabryki. 
-

 

Cole Products - burknął w słuchawkę. 

-

 

Cześć. 

-

 

Ari? 

-

 

Spodziewałeś się kogoś innego? 

 

-

 

Tkwię w biurze, myślę o tobie i zastanawiam się, 

kiedy uda 
mi się wyciągnąć cię z domu. 

-

 

MoŜe być dziś wieczór? 

-

 

A dokładnie? 

-

 

Kupię coś na kolację i spotkamy się za godzinę. - 

OdłoŜyła 
słuchawkę i zobaczyła uśmiechniętą twarz matki. 

-

 

Nie muszę zostawić dziś światła na werandzie, 

prawda? 
-

 

Czy nie powinnaś być zaszokowana? - Ŝartowała Ari. 

-

 

Twoi bracia wyćwiczyli mnie. Nic mnie juŜ nie 

zaskoczy. 
- Pogładziła córkę po policzku. - Dałabym ci radę, ale 
ty nie 
chcesz rad, więc idź - bądź z Maxem, póki moŜesz. 

Znalazła się w ramionach Maxa, gdy tylko otworzył 
drzwi. 
-  Gnieciesz sandwicze - powiedziała wreszcie, 

niechętnie 
odrywając się od jego nagiego torsu. Pachniał mydłem, a 
dotyk 

background image

 

ciepłej  skóry  przy  policzku  sprawił,  Ŝe  zapragnęła 
pociągnąć go na  dywan. 

-

 

Myślałem, Ŝe ciebie. 

-

 

Wielkie dzięki. - Uśmiechnęła się do niego. 

-

 

CóŜ, upłynęło tyle czasu... 

-

 

Cztery dni? 

Max wzruszył ramionami i wypuścił ją z objęć. 

-  Wydaje się, Ŝe o wiele dłuŜej, kochanie. 

Na myśl o zbliŜającym się  wyjeździe poczuła ból. Jak 

mogła  dopuścić  do  tego,  Ŝeby  zakochać  się  tego  lata? 
Próbowała się uśmiechnąć. 

-  Jesteś głodny? 

W kącikach oczu pokazały mu się kurze łapki, które tak 
lubiła.  - Mogę zaczekać. 

Wyciągnęła dłoń z torbą z włoskimi sandwiczami. 
-  A co powiesz na to? 

- Max wsunął rękę pod jej błękitną obcisłą bluzkę bez 
rękawów. 

-  Nie masz stanika? Podoba mi się 
to. 
- Sandwicze, Max. 

-

 

Weźmiemy je na górę i zjemy później. Jak to się  

stało, 
Ŝ

e nigdy przedtem nie widziałem cię w tej dŜinsowej 

mini-spódniczce? 

-

 

Znalazłam ją podczas sprzątania w szafie. 

-

 

Podoba mi się - mruknął. Przesunął dłoń z piersi na 

talię, 
odpiął guzik i wolno odsunął zamek błyskawiczny. 

-

 

Myślałam, Ŝe chcesz iść na górę. 

-

 

JuŜ nie. - Zsunął spódniczkę z jej bioder, 

pozwalając, by 
opadła na ziemię. 

-

 

A co powiesz na to? - Ari nie czuła się w 

najmniejszym 
stopniu skrępowana, stojąc półnaga w przedpokoju. 
Zrzuciła san 
dały i czekała na reakcję Maxa. 

-  WłoŜyłaś je! 
Postawiła torbę z jedzeniem na krzesło i uśmiechnęła 
się. 
-

 

Czy nie mówiłeś, Ŝe chcesz je ze mnie zdjąć? 

-

 

Pragnę tego bardziej niŜ czegokolwiek na świecie - 

powie 
dział cicho, po czym przyciągnął ją do siebie. Po chwili 
brzoskwiniowe majteczki ześliznęły się na dywan. 

Na szyi czuła ciepłe wargi Maxa. 
-

 

Myślisz, Ŝe zdołamy dojść do łóŜka? 

-

 

MoŜemy spróbować. 

-

 

Zawsze chciałem nieść nagą kobietę na górę do mego 

łóŜka 
- szepnął, wziąwszy głęboki oddech. 

Ari objęła go za szyję. 
-

 

Powinnam umieścić to w ogłoszeniu - wyszeptała. 

-

 

To przeklęte ogłoszenie - zaklął Max, wchodząc 

uwaŜnie 
przez drzwi sypialni - uczyniło mnie pośmiewiskiem 
poczty. 

Ukryła twarz na jego piersi. 
-  PołóŜ mnie, a wynagrodzę ci to. - Rzucił ją na nie 

zasłane 
łóŜko i połoŜył się obok. Światło słoneczne, przytłumione 
stora 
mi, zabarwiło pościel na bladoŜółty kolor. - To nie fair - 
powie 
działa. - WciąŜ masz na sobie dŜinsy. 

-

 

To się da naprawić. 

Ari zatrzymała jego 
rękę. 
-

 

Pozwól mi - powiedziała. - Zrobię to szybciej. 

-

 

Tak ci się tylko zdaje. 

Ari  wsunęła  dłoń  między  tkaninę  a  jego  brzuch  i 

pochyliła  się  nad  nim.  Obiema  rękami  szybko  rozpięła 
guziki. 

-

 

Czy ty nigdy nie nosisz bielizny? - Czubki jej 

palców 
prześliznęły się nad jego męskością i delikatnie 
uwolniły go 
z ciasnych dŜinsów. 

-

 

Nie wtedy, kiedy wiem, Ŝe masz przyjść. - 

Próbował 
usiąść, ale Ari popchnęła go na plecy. 

background image

 

 

-

 

Uhm. - Przez chwilę patrzyła w ciemnoniebieskie 

oczy, 
a potem odwróciła się i zaczęła pokrywać pocałunkami 
jego 
brzuch. - Nigdzie się nie wybieraj. - Jej piersi otarły się o 
sprany 
dŜins. Usłyszała jęk Maxa, potem jego dłonie chwyciły 
ją za 
barki. Przyciągnął ją do siebie i Ari poddała się bez oporu. 

-

 

Moja kolej - szepnął pieszczotliwie tuŜ przy jej 

zarumienionym policzku, po czym ześliznął się z łóŜka i 
zsunął z nóg 
dŜinsy. Mignęły jego mocne, opalone plecy, zanim 
pochylił się 
nad nią. Wargami pochwycił sutek i szarpnął delikatnie, 
wysyłając tajemne prądy przez jej ciało. Zębami przejechał 
po wraŜliwej 
skórze i zajął się drugą piersią. 

Kiedy  chciała  go  objąć,  przytrzymał  jej  ręce  z  lekkim 

naciskiem  i  pochylił  się  nad  nią.  Ari  usiłowała  się 
poruszyć, ale jego ręce wciąŜ ją trzymały. Kiedy zadrŜała i 
wygięła się w łuk, przytulił ją do siebie, aŜ drŜenia ustały. 

-

 

Jesteś moja - szepnął. Wszedł w nią i znieruchomiał, 

dając 
jej czas na zapamiętanie tego wraŜenia, sposobu, w jaki 
pasował 
do jej przytulnego ciepła. - Powiedz to, Arianno. 
Powiedz to 
teraz. 

-

 

Tak. - Ari przejechała dłońmi po jego szerokich 

ramionach 
i zamknęła oczy w ekstazie. 

Zaczął  się poruszać, aŜ  Ari poczuła, Ŝe słodki, znajomy 

nacisk  zbiera  się  i  wybucha,  zostawiając  ją  słabą  i  bez 
tchu w uścisku Maxa. 

Długo,  długo  później  Max  zaciągnął  ją  z  sobą  pod 

prysznic.  Namydlała  go  tak  dokładnie,  aŜ  zabrał  jej 
mydło  i  zaŜądał  tyle  samo  czasu  dla  siebie.  Wilgotna 
jeszcze 

Ari 

owinęła 

się 

jednym 

ze 

szlafroków 

kąpielowych  Maxa  i  przyniosła  torbę  z  sandwicza-mi. 
Usiadła  przy  kuchennym  stole  naprzeciwko  niego, 
trącając  go  bosymi  stopami.  Zajadali  się  mieszanką 
zimnego mięsa,  

warzyw,  ostrej  papryki  i  włoskiego  sosu,  którymi 
nadziano  bułeczki.  Ari  wzięła  puszkę  piwa,  którą  podał 
jej Max. Gorzki napój ochłodził jej usta. 

Po  jedzeniu  usiedli  na  balkonie  i  w  milczeniu 

podzielili  się  kolejną  puszką.  Jakiś  zespół  muzyczny 
zaczął  ustawiać  instrumenty  na  trawniku  po  drugiej 
stronie  ulicy.  Grupki  ludzi  ze  składanymi  krzesłami, 
kocami  i  torbami  z  jedzeniem  ciągnęły  tłumnie  do 
miejskiego parku. 

-

 

To zupełnie tak, jakbyśmy mieli najlepsze miejsca. 

- Ari 
umościła się wygodnie na leŜance. 

-

 

Lepiej, Ŝeby muzyka była dobra, bo jedyny sposób, 

aby 
przed nią uciec, to wsiąść do samochodu i odjechać. 

Ari westchnęła z zadowoleniem. 

-

 

Nie, dzięki. Dobrze mi tu, gdzie jestem. 

-

 

Teraz - uzupełnił Max z goryczą w głosie. 

-

 

Tak - odparła, rzucając mu ostre spojrzenie. - Teraz 

jestem 
bardzo szczęśliwa. 

-

 

A jutro? W przyszłym tygodniu? Miesiącu? 

Zmusiła  się,  by  ukryć  swe  uczucia,  i  odezwała  się  w 

miarę opanowanym głosem: 

-

 

Mam nadzieję, Ŝe jutro będę z tobą. Moje plany na 

przy 
szły tydzień zaleŜą od tego, czy zostaniesz tu, czy 
wypłyniesz 
w morze. 

-

 

A w przyszłym miesiącu - uzupełnił - będziesz z 

powrotem w Bozeman, zbyt zajęta, by pamiętać moje 
imię. 

Piątka  młodych  długowłosych  męŜczyzn  skończyła 

właśnie  łączyć  kilometry  przewodów  elektrycznych  i 
zagrała kilka nut na gitarach. Perkusista uderzył parę razy 
pałeczkami. 

-

 

To nieprawda, i ty o tym wiesz. Wrócę tu - 

powiedziała. 
-

 

Kiedy? Za rok? - Spojrzał na nią zimnym wzrokiem. - 

Czy 
to ma być pocieszenie? 

background image

  

 

-

 

Max, nie rób tego. - Ari przysunęła się, by go 

dotknąć, ale 
zmieniła zdanie na widok jego zaciśniętych szczęk. 

-

 

A co ze świętami BoŜego Narodzenia? 

-

 

Zwykle wyjeŜdŜam na narty z przyjaciółmi. - 

Duma po 
wstrzymała ją od wyznania, Ŝe z jego powodu planowała 
w tym 
roku przyjazd do domu. Liczyła dni między wyjazdem a 
piętnastym 
grudnia, kiedy wsiądzie w samolot. Było ich dokładnie sto 
dwanaście. - MoŜe byś mnie odwiedził na Święto 
Dziękczynienia? 

-

 

Mniejsza o to - powiedział. - Rozumiem. 

-

 

Jeździsz na nartach? 

-

 

Zawsze wydawało mi się to stratą czasu. 

-

 

Mógłbyś mnie odwiedzić przed śniegami. 

-

 

Muszę zajmować się interesami. 

Ari  nie  chciała  dać  mu  do  zrozumienia,  jak  chętnie 

widziałaby go w Montanie. 

-  Czy nigdy pan nie miał wakacji, kapitanie Cole? 

-  Kilka razy - przyznał. - Na Florydzie. 

 - 

Powinieneś 

spróbować 

Gór 

Skalistych 

zasugerowała głosem miękkim od obietnic. 

Max  pokręcił  głową.  Wiedziała,  Ŝe  nie  ma  sensu  się  z 

nim  spierać.  On  nie  zmieni  zdania.  To  ona  musiałaby 
przyjść do niego - nigdy nie mogłoby być inaczej. Zapadła 
cięŜka  cisza,  przerywana  jedynie  dźwiękami  znanego 
przeboju 

Rolling 

Stonesów 

„Satisfaction". 

Ari 

zastanawiała  się,  czy  nie  powinna  się  ubrać  i  wracać do 
domu. 

-

 

ś

adnych obietnic, Ŝadnych Ŝalów - powiedział cicho 

Max. 
Dotknął dłonią jej policzka. - Kiedyś tak powiedziałaś, 
Ari. Za 
pomniałem o regułach, prawda? 

-

 

Wolno ci - odparła, dziwnie zadowolona, Ŝe nie jest 

juŜ zły 
Uporczywa myśl nie dawała jej spokoju. - Kiedy 
wypływasz? 

-

 

W poniedziałek rano. 

Zaciągnęła  pasek  szlafroka,  wzięła  Maxa  za  rękę  i 

pociągnęła do domu. 

-  Dobrze. To znaczy, Ŝe zostały nam trzy dni. 

Weekend minął szybciej, niŜ wydawało się  to moŜliwe. 

ś

adne  z  nich  nie  wspominało  juŜ  o  przyszłości.  Ari 

wykorzystała  umiejętność  maszynopisania,  by  pomóc 
Maxowi  w  papierkowej  pracy  w  biurze.  Max  wywoził 
ś

miecie  z  sutereny  Simone'ów  na  wysypisko.  Nocami 

kochali  się,  zamawiali  gotowe  posiłki  i  spierali  o  smaki 
lodów. Max przed rejsem dał jej klucze do domu. 

-

 

Weź je - połoŜył pęk kluczy na jej dłoni. - 

Przychodź, 
kiedy będziesz potrzebowała spokoju. 

-

 

Czy próbujesz sprawić, Ŝebym zakochała się 

równieŜ 
w twoim domu? 

-

 

Oczywiście - potwierdził, a jego niebieskie oczy 

zalśniły. 
- Właściwie miałem nadzieję, Ŝe będziesz na mnie czekać 
w piątek wieczorem. 

-

 

Istnieje taka moŜliwość. - Ari uśmiechnęła się, ale jej 

serce 
ś

cisnęła Ŝelazna obręcz na myśl o tym, Ŝe Max znów 

wypływa na 
morze. Zanim miała szansę zaprotestować, jej wargi 
napotkały 
jego usta. 

-

 

Hej, jajogłowa! To do ciebie. 

Ari wytarła dłonie w ścierkę i wzięła słuchawkę od 
Joeya. 

-

 

Ari? Tu Barbara Carter, Ŝona Jerry'ego. 

-

 

Och! Witaj! 

-

 

Max prosił, Ŝebym do ciebie zadzwoniła. Połączył się 

z na 
mi przez radio. Nie wróci przed jutrzejszym rankiem. 

Jakie rozczarowanie. Na wieczór planowała nie tylko 
kolację. 
-

 

Dzięki, Ŝe dałaś mi znać. 

-

 

Miałam nadzieję, Ŝe jeszcze się spotkamy, zanim 

wyjedziesz do Iowa... 

background image

-

 

Do Montany - poprawiła Ari ze śmiechem. 

-

 

W porządku - powiedziała Barbara - do Montany. 

Powinnam pamiętać - kowboje, długie buty, John Wayne? 

-

 

Konie,- zaganiacze bydła i preria. Powinnaś to 

kiedyś zobaczyć. 

-

 

Podobałoby mi się to, Ari. Kto wie, moŜe pewnego 

dnia 
staniemy na progu twego domu i poprosimy o 
przewodnika. 

-

 

Kiedy tylko zechcesz. Czy Jerry wypływa w 

niedzielę? 
-

 

Albo w poniedziałek. - Ari wyczuła nutę strapienia 

w głosie Barbary. - Teraz jest w łóŜku z grypą. Jeśli mu 
się nie polepszy, będę musiała zawieźć go do lekarza. 

-

 

Biedak. Czy mogłabym w czymś pomóc? 

-

 

Nie - odparła Barb, znów pogodnym głosem. - Jest 

twardy. 
Jestem pewna, Ŝe do jutra będzie wszystko w porządku. 

-

 

PrzekaŜ Jerry'emu, Ŝe go pozdrawiam i Ŝyczę 

zdrowia. 

Ari odłoŜyła słuchawkę. Była dziwnie niespokojna. Za 

dziesięć dni wyjeŜdŜała, a nie czuła się tak, jakby czegoś 
dokonała  tego  lata.  Dom  rodziców  był  juŜ  niemal  pusty, 
ale  oni  nie  wykazywali  zbytniego  zainteresowania 
przeprowadzką. 

Popełniła 

idiotyczny 

błąd, 

zakochując 

się 

męŜczyźnie,  który  pragnął  jej  -  nie  mówiąc  o  ich 
wspólnym Ŝyciu - na swoich warunkach. 

Sukcesem  było  to,  Ŝe  obrała  mnóstwo  ziemniaków  - 

ś

wiadczyły  o  tym  pęcherze  na  kciuku  -  przyczyniając  się 

w  ten  sposób  do  powstania  wielu  litrów  zupy  rybnej  i 
powiększając konto bankowe matki na nowe meble. 

Jeszcze  dziesięć  dni  i  będzie  po  lecie.  Ari  zabroniła 

sobie  o  tym  myśleć.  Dziś  wieczorem  albo  jutro  rano 
powróci Max. Będzie czekała w jego domu, moŜe nawet 
w  jego  łóŜku  -  bezwstydnie  -  ale  kiedy  pozostało  tylko 
dziesięć  dni,  fałszywa  duma  czy  skromność  nie  mogły 
stanąć jej na drodze. 

ROZDZIAŁ 11 

-

 

Ari? - Cichy szept tuŜ przy uchu. - Chcesz iść na 

plaŜę? 
-

 

Co? - mruknęła, zakopując się w poduszki. 

-

 

PlaŜa - powtórzył Max, odgarniając poplątane 

ciemne loki 
z twarzy Ari. - Piasek. Woda. Przypływ. Mewy. 
Pamiętasz? 

Kiedy te słowa dotarły do jej zamroczonego mózgu, Ari 

przeciągnęła  się  i  z  trudem  otworzyła  oczy.  Przekręciła 
się na plecy i napotkała rozbawione spojrzenie Maxa. 

-

 

Jesteś w domu! Przypłynąłeś! 

Max skinął głową. 
-

 

A ty leŜysz w moim łóŜku. Podoba mi się to. 

-

 

Próbowałam czuwać, ale, jak widać, nie udało mi 

się. 

 

-

 

Teraz teŜ nie wyglądasz na przebudzoną. - 

Podniósł się 
z materaca. Biały podkoszulek podkreślał świeŜą 
opaleniznę. Ari 
zauwaŜyła teŜ czarne spodenki kąpielowe. - Na dole 
czeka cały 
dzbanek kawy. Zapakuję lunch, a potem podjedziemy po 
twój 
kostium kąpielowy. 

-

 

Nie trzeba. - Ari usiłowała usiąść. - Przywiozłam 

go ze 
sobą, bo wieczorem wyszłam popływać. Słuchaj, Max... 

background image

 

 

Ale Max był juŜ w drzwiach. 
-

 

Wpraw mnie w dobry nastrój, kochanie. To był 

długi rejs 
i chciałbym znów poczuć ziemię pod stopami. 

-

 

Dobrze - obiecała. - Pospieszę się. - Wstała szybko, 

tęskniąc za poranną porcją kofeiny. 

Błękitne niebo wypełniało okno sypialni. Był to jeden z 

tych upalnych sierpniowych dni, które ściągały większość 
mieszkańców  Rhode  Island  nad  wybrzeŜe.  śółty  kostium, 
który  przerzuciła  przez  drąŜek  w  łazience,  juŜ  zdąŜył 
wyschnąć,  więc  wciągnęła  go  i  narzuciła  na  niego 
koralową  sukienkę  plaŜową.  Wreszcie  umyła  zęby  i 
uczesała włosy w luźny koński ogon. 

Kiedy pojawiła się w kuchni, Max wkładał naczynia do 

zmywarki. 

-

 

Zjesz coś? 

-

 

Nie, dzięki. - Nalała kawy do czerwonego kubka. 

Upiła łyk 
i zauwaŜyła stojącą przy lodówce otwartą błękitno-białą 
torbę. 
Zajrzała do niej. W środku było mnóstwo kanapek i świeŜe 
owoce. - Poczekam. - Max zamknął zmywarkę i wytarł 
ręce w papierowy ręcznik. Sprawiał wraŜenie 
zadowolonego z siebie. - 
Widzę, Ŝe zdąŜyłeś juŜ zrobić zakupy. 

-

 

Tak. Lubię budzić się obok ciebie - powiedział. 

-

 

Przykro mi, Ŝe nie słyszałam, jak wróciłeś do domu. 

-

 

Ś

wiatło się paliło, a ty trzymałaś w ręku ksiąŜkę. 

-

 

Historia mego Ŝycia - mruknęła między jednym a 

drugim 
łykiem. 

-

 

Skoro juŜ mówimy o twoim Ŝyciu - wpadł jej w 

słowo, 
opierając się o bufet - dlaczego nie mogłabyś spędzić go 
tutaj? 

-

 

Nie dokuczaj mi. 

Te  słowa  sprawiły  jej  przykrość.  Próbowała  ukryć 

konsternację. Poprosił ją, Ŝeby została w Rhode Island, ale 
Ari  nie  chciała  o  tym  słyszeć.  śycie  z  Maxem 
mogłoby być cudo wne, 

ale 

oczekiwanie 

na 

jego 

powrót 

połowów 

przypominałoby piekło. 

-  Dobrze - powiedział i odwrócił wzrok. - 

Zapomniałem, Ŝe 
nie wypiłaś jeszcze swojej kawy. Proszę - dodał, 
wlewając za 
wartość dzbanka do kolorowego termosu. - Weź ją ze 
sobą. 

RozłoŜyli koc kilka metrów od brzegu i umocowali rogi 

ręcznikami  i  butami.  Ari  rozkoszowała  się  kawą.  Ciepło 
porannego  słońca  wnikało  w  jej  skórę.  Oboje  z  Maxem 
obserwowali ludzi przybywających na plaŜę. 

Max wreszcie przerwał ciszę. 

-

 

Kiedy wyjeŜdŜasz? 

-

 

Mam bilet na dwudziestego siódmego sierpnia. 

Przez długi czas wpatrywał się w milczeniu w linię 
horyzontu. 

-

 

Dzisiaj mamy osiemnasty. W tym tygodniu będę 

pracował 
w fabryce i prawdopodobnie wypłynę dopiero po 
dwudziestym 
siódmym. 

-

 

To dobrze. 

-

 

Ari, pomyśl trochę o zostaniu tu ze mną. 

Wiedziała,  Ŝe  prawdopodobnie  nie  będzie  myślała  o 

niczym innym, ale to nie wpłynie na jej decyzję. 

-

 

To niczego nie zmieni. 

-

 

Nigdy nie wiadomo - Uśmiechnął się do niej. - MoŜe 

zdołam cię oczarować. 

Ari oparła się na łokciach i udawała, Ŝe obserwuje fale. 
-

 

Przeceniasz się. 

-

 

Udało mi się zabrać cię na Block Island, prawda? - 

Kiedy 
potwierdziła skinieniem głowy, ciągnął: - Mógłbym cię 
porwać, 
zrobić coś takiego, Ŝebyś nie zdąŜyła na samolot. 

-  I trzymałbyś mnie boso i w ciąŜy jako jeńca na 
wyspie? 
Udał, Ŝe się nad tym zastanawia. 

background image

 

 

-

 

To nie brzmi najgorzej, prawda? 

-

 

Gdybyś zapewnił mi coś do czytania, pewnie nie 

miałabym 
nic przeciwko temu. 

-  Powinnaś mieć własną księgarnię. 
Zachichotała, zadowolona ze zmiany 
tematu. 
-

 

MoŜe powinnam zostać bibliotekarką, ale wolę 

czytać 
ksiąŜki niŜ je katalogować. 

-

 

I lubisz uczyć. - To nie było pytanie. 

-

 

Oczywiście. Wolałbyś, Ŝeby było inaczej? 

Nie odpowiedział. Spytał ją tylko, czy ma ochotę na 
lunch. Po jedzeniu wzięli się za ręce i poszli brzegiem 
plaŜy. 

-

 

Zostań tutaj. - Max zręcznie wyminął zamek z piasku 

i otaczającą go fosę, nie wypuszczając z dłoni ręki Ari. 

-

 

Nie mogę. 

-

 

To znaczy nie chcesz. 

-

 

A czego ty chcesz, Max? 

-

 

ś

ebyś za mnie wyszła. 

Ari nie spodziewała się, Ŝe Max posunie się tak daleko. 

-  Nie mogę. 

Szli  w  milczeniu,  mijając  piszczące  dzieciaki  i 

chlapiących  nastolatków,  rzucających  plastikowe  krąŜki 
w płytkiej wodzie. 

-

 

Kochasz mnie? 

-

 

Tak - odparła z westchnieniem - ale to niczego nie 

zmienia, Max. 

-

 

Dobrze by nam było razem. 

-

 

Musiałabym wszystko rzucić. Czy przestałbyś 

wypływać 
na morze? 

-

 

To moje Ŝycie, Ari, moja praca. 

-

 

Fabryka to równieŜ twoja praca. 

-

 

Owszem - przyznał. 

-

 

Nie mogę spędzić Ŝycia na zamartwianiu się i 

czekaniu. 

Zbyt  często  widywałam  twarz  matki,  kiedy  nadawano 
ostrzeŜenie  o  sztormie,  a  taty  nie  było  w  domu.  JuŜ  raz 
straciłam kogoś, kogo kochałam, Max. 

-

 

Mnie nie stracisz. 

-

 

Nie moŜna tego zagwarantować. 

-

 

Nie ma Ŝadnej gwarancji, Ŝe nie wpadnę pod 

samochód, 
wracając do domu. 

-  Zgoda, ale co ze mną? Zrezygnuję z pracy 
i... 
Max zatrzymał się i odwrócił ją twarzą do 
siebie. 

-

 

Dlaczego nie mogłabyś wykładać na Uniwersytecie 

Rhode 
Island? 

-

 

To nie jest takie proste. - Patrzyła w jego ciepłe 

niebieskie 
oczy. Szkoda, Ŝe to nie tak łatwe, jak mu się zdaje. 

-

 

Jest, jest. Tak proste jak to, Ŝe ja kocham ciebie, a ty 

mnie. 
Jeśli skupimy się na tym, wszystko się ułoŜy. 

-

 

Wszystko się ułoŜy, bo ja się poddam, czy tak? - 

Ari wie 
działa, Ŝe Max nie zgodzi się na kompromis. Poczuła się 
zmęczona i samotna na samą myśl o tym, Ŝe będzie parę 
tysięcy kilometrów od niego. Nie zamierzała jednak 
przeŜywać bólu po jego 
stracie ani udręki godzenia się z jego trybem Ŝycia. 

-

 

Inne kobiety wychodzą za takich facetów jak ja. 

-

 

Myślisz, Ŝe się nie martwią? - Zatrzymała się i 

spojrzała na 
niego z niedowierzaniem. - CzyŜbyś zapomniał o 
wdowich gankach na dachach tutejszych domów? 
Wiesz, dlaczego tak je 
nazywają, prawda? 

-

 

A r i …  

-

 

PoniewaŜ kobiety, wypatrujące męŜów, nigdy nie 

wiedzą, 
czy nie są juŜ wdowami. 

Doszli do  końca plaŜy. Pasmo  wodorostów owinęło  się 

wokół kostki Ari. Strząsnęła je na bok. 

-  Kocham cię. To się nie zmieni. 

background image

 

 

-  Max... 
Zatrzymał  się,  pochylił  i  podniósł  coś  z  gładkiego 

piasku.  Ari  patrzyła  zaciekawiona.  Kevin,  mając 
dwanaście  lat,  znalazł  w  piasku  pierścionek  z  brylantem. 
Rodzice  wciąŜ  lubili  opowiadać,  jak  próbował  go  dać 
dziewczynce  z  sąsiedztwa,  na  której  chciał  zrobić 
wraŜenie. 

-

 

Patrz. - Max wyciągnął rękę i pokazał jej kawałek 

zielonkawego szkła. Piasek i fale tak długo się nim 
bawiły, aŜ ostre 
brzegi stały się zaokrąglone i gładkie w dotyku. 

-

 

Szkiełko z plaŜy - powiedziała. - Moja babcia 

zbierała ta 
kie rzeczy. 

-

 

To prawdopodobnie pochodzi z butelki, którą ktoś 

wyrzucił 
za burtę przed laty. - Ujął jej rękę i umieścił na dłoni 
kawałek 
szkła nie większy od pięciocentówki. - Śmieć zmienił się 
w coś 
wartego zbierania. Zdumiewające, prawda? 

-

 

Co w tym zdumiewającego? 

-

 

Jak upływ czasu wszystko zmienia. 

-

 

Mówisz teraz o nas? 

Skinął  głową,  bruzdy  na  jego  twarzy  pogłębiły  się, 

kiedy przyglądał się  jej uwaŜnie. 

-  Mogłabyś dać nam trochę czasu, Ari. Czasu, Ŝeby 

wszystko 
się między nami ułoŜyło. 

Wydawało  się,  Ŝe  nie  ma  nic  więcej  do  powiedzenia. 

Wszystko  zmieniło  się  wraz  z  jego  oświadczynami. 
Naturalnie  chciał,  Ŝeby  stało  się  tak,  jak  to  sobie 
zaplanował, nawet nie brał pod uwagę tego, Ŝe on mógłby 
teŜ coś zmienić. 

-  Mogę ci dać wszystko, czego zechcesz, Ari - ciągnął, 

zaciskając jej dłoń na szkiełku. - Mój dom, moją miłość, 
moje serce. 
- Patrzył wyczekująco. - Nie mogę ci jednak dać mego 
Ŝ

ycia, 

a morze jest wszystkim, co znam. Ojciec zostawił mi 
kuter - 
zmarł na serce, kiedy miałem szesnaście lat - i ledwie 
dyszącą, 

trzeciorzędną  przetwórnię  ryb.  Matka  wyszła  ponownie 
za mąŜ i wraz z mymi siostrami wyjechała do Bostonu, ale 
ja  postanowiłem  zostać  i  wykorzystać  to,  czego  nauczył 
mnie ojciec. To wszystko, co miałem i mam. 

-

 

To nieprawda.' 

-

 

Spójrz na mnie, Ari. To ja, Max Cole, rybak. 

Cały ten 
wymyślny elektroniczny sprzęt, nowe kutry i kosztowny 
dom 
w mieście nie zmienią tego. Musisz mnie przyjąć 
takiego, jaki 
jestem, albo zrezygnować. - Wyciągnęła do niego dłoń z 
kawałkiem szkła. - Nie - burknął - zatrzymaj to. Nazwij to 
amuletem. 
Nazwij wspomnieniem tego... jak to powiedziałaś tamtej 
nocy 
w Newport? 

-

 

Romans sezonu - szepnęła. 

-

 

Właśnie. - W jego głosie brzmiała gorycz. - Romans 

sezonu. Pamiętaj, chciałem, Ŝeby przerodził się w coś 
więcej. 

To nie jest coś, o  czym moŜna zapomnieć, pomyślała ze 

smutkiem  Ari.  Ogłosili  milczące  zawieszenie  broni  i 
wrócili  na  swój  koc.  Dzień  wydawał  się  teraz  zepsuty  i 
nawet pyszne soczyste jabłko nie poprawiło jej nastroju. 

-

 

Wrócę za rok. - Chciała pogładzić go po plecach, 

poczuć 
ciepło nagrzanej skóry. 

-

 

Nie chcę kolejnego letniego romansu, Ari. Nie 

zamierzam 
spędzić w ten sposób reszty Ŝycia. 

-

 

W porządku. - Nie miała pojęcia, czemu to mówi, 

skoro 
najwyraźniej nic nie było w porządku. - Nie będziesz 
musiał. - 
Z trudem nabrała powietrza w płuca. - To koniec. 

-

 

Lot dwieście osiemdziesiąt jeden do Chicago. 

Wszyscy 
pasaŜerowie proszeni są o przejście do odprawy. 
Powtarzam, lot 
dwieście osiemdziesiąt jeden do Chicago. 

Ari zarzuciła podręczną torbę na ramię i odwróciła się, 
Ŝ

eby 

background image

 

 

poŜegnać  rodziców.  Peggy  przykładała  chusteczkę  do 
oczu, a Rusty wyglądał, jakby chciał wybuchnąć płaczem 
wraz z Ŝoną. 

-

 

Daj spokój, mamo - prosiła Ari - wkrótce mnie 

odwiedzicie, prawda? PrzecieŜ obiecaliście. 

-

 

Do licha, nie znoszę lotnisk. - Rusty objął córkę. 

-

 

Nigdy - chlipała Peggy - nigdy nie myślałam, Ŝe 

tym razem wyjedziesz. Co na to powie kapitan? 

W  ciągu  ostatnich  dziesięciu  dni  miał  mnóstwo  czasu, 

Ŝ

eby powiedzieć, co tylko chce, pomyślała Ari. Milczenie 

było okrutne, ale zrozumiałe. 

-

 

Wiedział, kiedy odlatuję, mamo. 

-

 

Ostatnio słyszałem, Ŝe „Lady Million" minęła 

Tom's Canyon - podkreślił Rusty. - Nie wiem jednak, co 
z połowem. 

-

 

Lepiej juŜ pójdę. - Ari z trudem panowała nad 

głosem. 
-  Nie chcesz, Ŝebyśmy poczekali z tobą przy 
bramce? 
Ari pokręciła głową. 
-  Kocham was - wykrztusiła i odwróciła się 

pospiesznie. 
Kiedy przeciskała się przez zatłoczony hol Green 
Airport, gula 
w gardle urosła do rozmiaru piłki tenisowej. Długo 
patrzyła przez szklaną ścianę, w nadziei, Ŝe zamajaczy 
jej sylwetka 
wysokiego, ciemnowłosego męŜczyzny o oczach koloru 
morza. 
Chciała, Ŝeby przyszedł poŜegnać się z nią, ale nie miała 
pojęcia, 
jak by na to zareagowała. Tak jest lepiej. Ostre cięcie, 
szybka 
ucieczka. 

Jednak  patrzyła  na  hol  aŜ  do  ostatniego  wezwania  do 

samolotu. 

Odeszła.  Max  stał  za  sterówką  „Lady  Million"  i 

patrzył  na  stertę  ryb  na  pokładzie.  Nie  zwracał  uwagi  na 
krzyki  mew,  trzepotanie  się  ryb  na  pokładzie  ani  na 
miarowe dudnienie silnika. W głowie miał tylko to jedno: 
odeszła. 

Mógłby  być  na  lądzie,  mógłby  spróbować  ją 

powstrzymać,  gdyby  tylko  Jerry  nie  musiał  iść  na 
operację  usunięcia  wyrostka  robaczkowego...  Nie,  to 
niezupełnie  prawda.  Ari  określiła  to  dokładnie  juŜ 
pierwszego dnia: Ŝadnych zobowiązań, Ŝadnych rybaków. 
Dokonała wyboru. On teŜ. To koniec. 

Dym  z  silnika  gryzł  w  oczy.  Max  wszedł  do  sterówki. 

Wcisnął  ręce  w  kieszenie  nieprzemakalnej  kurtki  i  modlił 
się, by ból szybko minął. 

RóŜnica  dwóch  godzin  wymagała  przystosowania.  Ari 

wstawała wcześniej, nabierała ochoty na lunch o dziesiątej, 
a wieczorem zaczynała ziewać przed wpół do dziewiątej. 
Jej  dni  były  długie,  wypełnione  zebraniami  na  wydziale, 
papierkową  robotą,  zapinaniem  planów  zajęć  na  ostatni 
guzik  i  nadrabianiem  zaległości  w  spotkaniach  z 
przyjaciółmi. 

Przez 

całą  jesień 

nie 

powiedziała 

nikomu 

Maximilianie  Cole'u.  Myślała,  Ŝe  tak  będzie  łatwiej.  Bez 
widowni,  bez  współczucia  zakłócającego  niełatwy  proces 
leczenia złamanego serca. Nie miała czasu na podziwianie 
odległych  Gór  Skalistych.  Przejrzyste,  wietrzne  poranki 
Montany  wywoływały  gęsią  skórkę  na  rękach,  kiedy  szła 
na  uczelnię,  a  bezkresne  rozgwieŜdŜone  niebo  nie 
pozwalało  zasnąć,  kiedy  wreszcie  wieczorem  kładła  się 
do  łóŜka.  W  najgorszych  snach  nie  wyobraŜała  sobie,  Ŝe 
okaŜe się  to tak bolesne. 

Telefon  zadzwonił,  kiedy  Ari  skończyła  rozdawać 

przebierańcom  poczęstunki  z  okazji  Halloween.  Dzieci 
zaczęły dzwonić do drzwi, jak tylko zapadł zmrok. 

-

 

Miło było was widzieć! - zawołała jeszcze raz, po 

czym 
podeszła do telefonu. 

-

 

Halo? 

background image

 

 

-

 

Ari - odezwała się Peggy. - Dzięki Bogu. 

-

 

Co się stało? - Poczuła skurcz w Ŝołądku, 

czekając na 
odpowiedź matki. 

-

 

Chodzi o Maxa, kochanie. Pomyślałam, Ŝe powinnaś 

wiedzieć... 

-

 

Co wiedzieć? 

Matka rzuciła pospiesznie w słuchawkę: 

-

 

Była burza i „Lady Million" zaginęła. 

-

 

A Max? 

-

 

Był na pokładzie. Z Jerrym. 

-

 

Kiedy? 

-

 

Dwa dni temu - włączył się ojciec. - WciąŜ jest 

nadzieja. 
Obaj są dobrymi Ŝeglarzami i wiedzą, co robią. 

Ari  wiedziała,  Ŝe  to  nie  zawsze  gwarantuje  przeŜycie. 

Jednak uczepiła się słabej nadziei w słowach ojca. 

-

 

Tak - powiedziała, padając na kanapę. - Max zawsze 

wie, 
co robi. 

-

 

Pomyśleliśmy, Ŝe powinnaś wiedzieć. - Znaczyło 

to: Po 
myśleliśmy, Ŝe powinnaś się przygotować. Głos Peggy 
był taki 
odległy. Ari wiedziała, Ŝe matka próbuje stłumić łzy. - 
Oni potrzebują wszystkich moŜliwych modlitw. 

-

 

Czuję się taka bezradna. 

-

 

Jak my wszyscy, kochanie - mruknął Rusty 

załamującym 
się głosem. - Nie pozostało nic innego, tylko, jak 
powiedziała 
mama, modlić się za ich bezpieczny powrót do domu. 

-

 

Zadzwońcie do mnie, jak tylko będą jakieś... 

wiadomości. 
-

 

Oczywiście - obiecał Rusty. - Cały czas mamy 

włączone 
radio. 

Kiedy  ponownie  rozległ  się  dzwonek  do  drzwi,  Ari 

właśnie  odkładała  słuchawkę.  Z  trudem  podniosła  się  z 
kanapy.  Jej  nogi  były  tak  cięŜkie,  jakby  przywiązano  do 
nich worki z piaskiem. 

 

Przez  następne  półtorej  godziny  rozdawała  słodycze, 
mając  nadzieję,  Ŝe  podekscytowane  dzieci  z  sąsiedztwa 
nie zauwaŜą jej wymuszonego uśmiechu i drŜących rąk. 

Gdy  dzieci  zakończyły  wreszcie  świętowanie,  Ari 

zwinęła  się  w  łóŜku  z  nie  poprawionymi  pracami  z 
angielskiego i telefonem pod ręką. 

Nie była w stanie wyobrazić sobie martwego Maxa. Nie 

mogła  dopuścić  do  siebie  myśli,  Ŝe  Max,  Jerry  i  załoga 
„Lady  Million"  znaleźli  śmierć  gdzieś  w  mrocznym 
oceanie.  Nie  płakała,  nie  jadła,  z  łóŜka  wychodziła  tylko 
do  łazienki.  Nie  przeglądała  się  w  lustrze,  w  obawie  Ŝe 
ujrzy tam prawdę i będzie musiała zmierzyć się z bolesną 
rzeczywistością kolejnej utraty. 

Nie  mógł  zginąć.  Nie  Max.  Nie  Maximilian  Cole  z 

kurzymi łapkami w kącikach oczu, liniami śmiechu wokół 
warg, mocnym ciałem, które tak cudownie dopasowywało 
się do jej ciała, kiedy się kochali. Pełen Ŝycia męŜczyzna, 
który  uwielbiał  lody  czekoladowe,  na  wpół  surowy  stek  i 
spacery po plaŜy, nie mógł być martwy. 

Wreszcie  otworzyła  szufladę  komody  i  rozwinęła 

bawełnianą  szmatkę  wciśniętą  w  pudełko  na  biŜuterię. 
Popatrzyło  na  nią szkiełko z plaŜy. Zacisnęła je mocno  w 
dłoni. Kocham cię, Max. Wiesz o tym? Bądź bezpieczny i 
zdrowy. Wróć do domu. Te słowa były jedyną modlitwą, 
która przychodziła jej do głowy. 

Ari bezlitośnie oceniała prace do świtu, potem napiła się 

kawy,  aŜ  nadszedł  czas  wyjścia  z  domu.  Wcisnęła 
szkiełko  w  kieszeń  sztruksowego  Ŝakietu.  Z  niechęcią 
odchodziła od telefonu, ale wiedziała, Ŝe matka ma numer 
na  uczelnię.  Wsiadła  do  samochodu  i  przejechała  pięć 
kilometrów  dzielących  ją  od  uniwersytetu,  modląc  się  o 
bezpieczeństwo załogi „Lady Million" i ich powrót. 

Dzień  wlókł  się  w  nieskończoność.  Czwartkowe 

spotkanie wykładowców przeciągnęło się do siedemnastej, 
po czym zebrani 

 

background image

 
poszli  na  drinka  do  pobliskiej  restauracji.  Odrętwiała  ze 
zmartwienia  i  wyczerpania  Ari  wymówiła  się  bólem 
głowy i wróciła do swego cichego mieszkania. 

Na  automatycznej  sekretarce  mrugało  światełko,  ale 

zanim  Ari  była  w  stanie  wysłuchać  informacji, 
naszykowała sobie rum z colą, podkręciła termostat na 23 
stopnie  i  zmieniła  buty  na  zniszczone  klapki.  Usiadła  na 
sofie i wypiła drinka, po czym wcisnęła guzik. 

-  Kochanie, tu mama. Jesteś tam? Nie ma jeszcze 

Ŝ

adnych 

wiadomości, ale straŜ przybrzeŜna wciąŜ czuwa. 
Zadzwonię do 
ciebie później. 

Ari  wysłuchała  pozostałych  informacji  -  wszystkie 

miejscowe,  niewaŜne  -  ale  nie  miała  odwagi  sama 
zadzwonić do rodziców. 

Nie  mogła znieść  myśli, Ŝe znów się  to zdarzy.  Chciała 

wrócić  do  domu.  Być  moŜe  jej  obecność  mogłaby 
wszystko  zmienić.  Tak  jakby  samą  siłą  woli  mogła 
sprowadzić kuter bezpiecznie do portu. Jak to powiedziała 
matka? Był sztorm... 

JuŜ kiedyś to słyszała. 
Tego  ranka  kupiła  gazetę  i  przeczytała  o  wiatrach  na 

wschodnim  wybrzeŜu  od  Nowego  Jorku  do  Maine. 
Zbadała  mapę  pogody.  Pewnie  w  telewizji  mogłaby 
zobaczyć  zdjęcia  kolejnego  huraganu  na  Atlantyku,  ale 
nie chciała włączać wiadomości. 

Telefon dzwonił długo i przenikliwie, zanim Ari 

podniosła słuchawkę. . , -  H a l o ?  

-  Witaj, kochanie. 

Ari zacisnęła telefon w dłoniach i przycisnęła go do 
ucha. 

-

 

Mama? 

-

 

Wszystko dobrze. Są bezpieczni. 

Łzy ulgi wypełniły jej oczy i popłynęły po policzkach. 

 

-

 

Są... w domu? 

-

 

Jeszcze nie. Zwiało ich z kursu na kanadyjskie wody. 

Tamtejszym władzom trochę czasu zajęło 
skontaktowanie się z pracownikami straŜy przybrzeŜnej, 
poniewaŜ burza teŜ ich dopadła. 

Nie mogła powstrzymać głośnego 
szlochu. -. Przepraszam - zdołała 
wykrztusić. 

 - W porządku, Ari, wyrzuć to z siebie. Tylko Bóg jeden 

wie, przez jakie piekło dziś przeszłaś. 

-

 

Miałam zamiar przyjechać do domu. 

-

 

WciąŜ moŜesz - zauwaŜyła Peggy radośnie. 

-

 

Nie. - Ari zaczerpnęła tchu. - To nie byłby dobry 

pomysł. 
-

 

W przyszły weekend przeprowadzamy się do 

nowego do 
mu - włączył się ojciec. - W sam raz na święta. 

-

 

I - wtrąciła się Peggy - kupiłam nową brązową 

kanapę, 
o której ci mówiłam. 

-

 

To wspaniale. - Max jest bezpieczny, powtarzała w 

myśli. 
-

 

Będziemy mieć ten sam numer telefonu. 

-

 

A zaraz po Nowym Roku zabieram twoją matkę na 

Florydę. 
-

 

To wspaniale - powtórzyła Ari, mając wraŜenie, Ŝe 

głos 
ojca dobiega z końca tunelu. Max jest bezpieczny. 

-

 

Odpoczniesz tu, Ari. Pomyśl o przyjeździe do 

domu na 
BoŜe Narodzenie. Dziewczynki powinny zobaczyć swoją 
matkę 
chrzestną. 

-

 

Dobrze, mamo. Spróbuję. Do zobaczenia. 

-

 

Ari? 

-

 

Tak? 

-

 

Czy chcesz, Ŝebym przekazała jakąś wiadomość 

kapitanowi? Mogłabym mu powiedzieć, Ŝeby do ciebie 
zadzwonił - zasugerowała Peggy z nadzieją w głosie. 

-

 

Nie. Ja... skontaktuję się z nim za parę tygodni. 

Peggy nie spierała się. Ari odłoŜyła słuchawkę. Miała 
słuszność

background image

 

 

rezygnując  z  miłości  do  kapitana.  Cały  czas  wiedziała  o 
bólu,  jaki  ta  miłość  moŜe  sprawić.  Miała  słuszność, 
porzucając Maxa i wracając w Góry Skaliste. 

Ale w końcu i tak cierpiałaś? 
Nigdy więcej. 
Zawsze. 

Długo  chodziła  po  swym  maleńkim  mieszkaniu,  aŜ 

wreszcie zapadła w głęboki sen i śniła o falach i wietrze, 
burzach na morzu z purpurowymi wiatrami falującymi jak 
prześcieradła  na  uśmiechniętej  twarzy  Maxa.  Oczywiście 
był  szczęśliwy,  bo  na  pokładzie  jego  maleńkiej  łodzi 
wiosłowej leŜały sterty złotych rybek, a wspaniała syrena 
i jej kotka siedziały zwinięte u jego bosych stóp. 

-

 

Wesołych Świąt! 

-

 

Wzajemnie, Ruthie. Co tam u dziewczynek? 

-

 

Ś

liczne. I co dzień większe. 

-

 

Dzięki za zdjęcia. Oprawiłam je i postawiłam na 

biurku. 
A co u Roscoe? - Był to typowy maraton telefoniczny w 
stylu 
Simone'ów. Międzymiastowa, co dziewięćdziesiąt 
sekund inny 
głos i hałas w tle. 

-

 

Stoi obok mnie. Poczekaj chwilę. 

-

 

Hej, Ari. - W słuchawce zabrzmiał głos brata. - 

Oglądasz 
mecz? 

-

 

Jeden z nich - przyznała Ari. - Ale nie wiem 

który. Co 
u was słychać, poza bliźniakami? 

-

 

Wspaniale. Dostałem pracę przy budowie - we 

wnętrzach. 
Któregoś dnia widziałem w Pier twego przyjaciela. 

-

 

Jakiego przyjaciela? 

-

 

Maxa Cole'a. Pomachałem mu, ale chyba mnie nie 

zauwaŜył. Pomagał komuś prowadzić psy. 

CzyŜby Max związał się z asystentką weterynarza? 
-

 

CóŜ... - Ari zastanawiała się nerwowo, co 

powiedzieć. 
- To miłe. 

-

 

Jasne. Miał ich na smyczy chyba z pięć. Cześć, Ari! 

- za 
wołał i podał słuchawkę kolejnej osobie. 

Ari  rozmawiała  z  braćmi,  szwagierkami  i  bratankami, 

zanim Peggy wzięła słuchawkę. 

-

 

Skąd dzwonicie? 

-

 

Ze starego domu. Karen wkrótce rozpoczyna 

malowanie. 
Ma mnóstwo planów. Cieszę się, Ŝe odpowiada im to 
miejsce. 

-

 

A co u was? Lubicie wasz nowy dom? 

-

 

Och, jestem tak szczęśliwa jak skorupiak podczas 

przypływu. Co z BoŜym Narodzeniem? Przyjedziesz do 
domu, prawda? 

-

 

Jeszcze nie wiem, mamo. 

-

 

Jeśli nie masz pieniędzy... 

-

 

Nie chodzi o pieniądze. Dam ci znać w 

przyszłym tygodniu. 

-

 

Zgoda. - Peggy westchnęła. - Dasz mi znać. 

-

 

Obiecuję. 

-

 

W „Narragansett Times" jest artykuł o Cole'u. 

Przysłać 
ci go? 

-

 

Jasne. - Ari chciała, by zabrzmiało to zdawkowo. Nie 

miała 
pojęcia, czy chce wiedzieć coś więcej o sprawach 
Maxa. - 
O czym? 

-

 

Głównie o fabryce. Max w tym miesiącu wyjeŜdŜa 

do Japonii, by nauczyć się od nich pakowania owoców 
morza i ryb. 

-

 

CóŜ, to dobrze. - Przynajmniej nie będzie 

wyprowadzał 
psów na spacer. 

-

 

Poczekaj, tu jest ojciec. Do widzenia, kochanie. 

-

 

Do widzenia - odparła Ari, ale matka juŜ przekazała 

słuchawkę Rusty'emu. 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

- A r i ?  
-

 

Witaj, tato. 

background image

-

 

Zasypało cię tam śniegiem? 

-

 

Nie. Wszystko dobrze. - Przez parę minut gawędziła 

z ojcem, po czym połoŜyła słuchawkę. Chciałaby być tam 
w środku 
uroczystości, zamiast tkwić tu i pozwalać, by futbol w 
telewizji 
zagłuszał panującą w mieszkaniu ciszę. 

BoŜe  Narodzenie  w  Rhode  Island  stawało  się  coraz 

bardziej kuszące. Chciała zobaczyć, jak rodzice urządzili się 
w nowym miejscu, posłuchać o planach Karen w związku ze 
starym domem i po-przytulać bliźniaczki. Byłoby zabawnie 
zobaczyć  na  własne  oczy  swych  hałaśliwych  bratanków 
odpakowujących prezenty. 

PrzecieŜ nie musi koniecznie spotkać Maxa. Nie musi 

do niego dzwonić, wpadać do biura z ciastem z owocami 
czy  śpiewać  kolęd  przed  jego  drzwiami.  Nie  musi  się  w 
ogóle  z  nim  widzieć,  jeśli  nie  będzie  chciała.  Miała 
swoją  szansę  na  Ŝycie  z  Maximilianem  Cole'em  i 
przekreśliła ją. 

A jeśli, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, spotka go 

w  kinie  albo  przy  tamie,  prawdopodobne  zdoła  się 
powstrzymać  przed  proszeniem,  by  zabrał  ją  do  domu, 
kochał i nigdy juŜ nie wypływał w morze. MoŜe uda  jej się  
to    bez  Ŝadnych  kłopotów  -    tuŜ    po  tym,  jak  weźmie  Góry 
Skaliste i przeniesie je do Rhode Island. 

ROZDZIAŁ 12 

-  Przyszedł prezent dla ciebie. - Peggy podała córce 

paczkę 
owiniętą w kolorowy papier. - UwaŜaj, cięŜki. 

Ari obejrzała pudełko w  poszukiwaniu wizytówki. Na 

karcie o złoconych brzegach wypisano wyłącznie jej imię. 

-

 

Nie mogę otwierać prezentu dziewięć dni przed 

gwiazdką. 
-

 

Oczywiście, Ŝe moŜesz - skinęła Peggy. - Tak 

jest na 
pisane. 

Rzeczywiście  na  opakowaniu  ktoś  nabazgrał:  Otworzyć 

przed świętami. Tajemnicza sprawa. Ari zastanawiała się, 
czy  długa  podróŜ  nie  zmąciła  jej  myśli.  Samolot 
wystartował  z  lotniska  O'Hare  z  pięciogodzinnym 
opóźnieniem, poniewaŜ musiano odśnieŜać pasy startowe. 
Była na nogach od piątej, a ostatnie dziewiętnaście godzin 
w drodze. 

-

 

Poczekam - powiedziała, kładąc cięŜkie pudło z 

powrotem 
pod choinkę. - Dom wygląda wspaniale. 

-

 

Polubiliśmy go - zauwaŜył Rusty. 

-

 

A co powiesz na kanapę, Ari? Doskonale pasuje do 

zasłon, 
prawda? 

background image

 

Ari skinęła głową, a ojciec poklepał ją po ramieniu. 
-  Jutro pokaŜę ci mój warsztat w garaŜu. Przed 

gwiazdką 
dostałem od chłopców na prezent wyrzynarkę i teraz robię 
wnuczkom konie na biegunach. 

Ari  obejrzała  dom  i  z  pomocą  matki  rozpakowała 

walizki, z których jedna była pełna prezentów. 

-

 

Nie mogłam duŜo przywieźć ze sobą, pomyślałam 

więc, Ŝe 
przez resztę tygodnia pochodzę po tutejszych sklepach. - 
Zerknęła w okno. Za szybą unosiły się płatki śniegu. - Jeśli 
dziś w nocy 
nie będzie śnieŜycy. 

-

 

Twój samolot zdąŜył w samą porę. I to jest 

najwaŜniejsze. 
- Peggy poklepała Ari po policzku. - Jesteś za chuda. 
Zrobić ci 
kanapkę? Jadłaś w samolocie? Dobre było? 

-

 

Nie, tak, nie, ale dziękuję. Chyba wezmę prysznic, 

a potem... 

-

 

Dobrze. Zrób się na bóstwo. 

-

 

Nie zamierzam pracować aŜ tak cięŜko - 

zaprotestowała 
Ari ze śmiechem. - Chcę po prostu zdjąć z siebie te 
ciuchy 
i przebrać się w coś, co nie pachnie tak, jakbym nosiła to 
przez 
ostatnie dwadzieścia godzin. 

-

 

Dobrze - powiedziała znów Peggy, popychając ją 

do łazienki. - Zrobię herbaty, a potem otworzysz swój 
prezent. 

Dwadzieścia  minut  później  Ari  usiadła  na  nowej 

kanapie,  postawiwszy  tajemnicze  pudełko  na  stoliku  do 
kawy. 

-  Naprawdę uwaŜacie, Ŝe powinnam je 
otworzyć? 
Rusty wzruszył ramionami. 
-

 

Daj spokój, Peg. Skoro ona nie chce, nie moŜesz jej 

zmuszać. - Odwrócił się do córki. - Wypij herbatę, 
kochanie. Ten 
prezent leŜy pod choinką od trzech dni. Myślę, Ŝe moŜe 
poleŜeć 
trochę dłuŜej. 

-

 

Czy ktoś to dostarczył? 

 

Peggy zmarszczyła czoło. 

-

 

LeŜał na progu. To wszystko, co wiem. Nie chcesz 

prezentu? A więc go nie otwieraj. 

-

 

Doprowadzacie mnie do szału. - Ari pociągnęła za 

srebrną 
kokardę, po czym ściągnęła papier. Peggy i Rusty pochylili 
się do 
przodu w swych fotelach. 

-

 

I  co? 

-

 

Chwileczkę, mamo. Tu jest około setki kulek z 

polistyrenu. 
Chyba nie chcesz, Ŝeby rozsypały się na dywanie? 

-

 

NiewaŜne. Co jest w tym pudełku? 

Ari  wyjęła  z  pudełka  słój.  Po  małych  skazach  w 

szkle  poznała,  Ŝe  jest  bardzo  stary.  Jego  zawartość 
zaparła  jej  dech.  Wewnątrz  kryły  się  setki  szkiełek  z 
plaŜy.  Zielone,  białe,  niekiedy  niebieskie  odłamki 
wypełniały staromodny apteczny słój. 

-  Wygląda jak słój na słodycze - zauwaŜył Rusty. - A 

co jest 
w środku? 

Ari  uniosła  pokrywkę  i  włoŜyła  dłoń  do  środka. 

Powitał ją słaby zapach morza. Przed paroma miesiącami 
Max wcisnął jej takie szkiełko do ręki. Mogłabyś dać nam 
trochę  czasu,  powiedział.  Czasu,  by  sprawy  między  nami 
się ułoŜyły. 

Ale ona nie dała mu tego czasu. Uciekła, zamiast stawić 

czoło swym obawom i wątpliwościom. 

-

 

Kto jej to przysłał? - Rusty spytał Ŝony. 

-

 

Ona wie. 

Ari uniosła głowę znad słoja i spojrzała na rodziców. 
-

 

To na pewno Max. Nie mam pojęcia, jak to 

wyjaśnić. 
-

 

Nie musisz nic wyjaśniać - powiedziała Peggy. - On 

jest na 
zewnątrz, czeka na ciebie na werandzie. Mam nadzieję, 
Ŝ

e nie 

zamarzł na śmierć. 

Rusty wyglądał na zakłopotanego. 

background image

 

 

 

-  Co on, u licha, robi przed domem? 

Kiedy  Ari  zerwała  się  z  kanapy,  rozrzucając  wokół 

kolorowe papiery, Peggy mrugnęła do męŜa. 

-

 

Zadzwoniłam do niego. 

-

 

Dlaczego więc nie zapukał, na litość boską? 

Ari  po  omacku  poszukała  wyłącznika  przy  bocznym 

wejściu.  Ujrzawszy  zarys  szerokiej  sylwetki  Maxa, 
otworzyła  drzwi  i  wyszła  na  zimną  noc,  pragnąc  jak 
najszybciej go dotknąć. 

-  Max? - Pobiegła ku niemu. Był opatulony grubą 

Ŝ

eglarską 

kurtką, miał gołą głowę, a jego ciemne włosy przyprószył 
ś

nieg. 

Nie mogła odczytać wyrazu jego oczu. 

-

 

Otworzyłaś paczkę? 

Ari skinęła głową. 
-

 

Miałam tak zrobić, prawda? 

 

-

 

Tak, naturalnie. - Wyciągnął rękę. Ari postąpiła 

krok na 
przód i wsunęła dłoń w jego dłoń. 

-

 

Uwielbiam to. - Chciało jej się płakać ze 

szczęścia, Ŝe 
znów moŜe go dotykać. 

-

 

Chodź - powiedział, kierując się w stronę schodów. - 

Pojedziesz ze mną. 

-

 

Max... - zaczęła protestować. - Wejdź do środka. 

-

 

Nie. Tym razem dasz mi czas, Ŝebym powiedział 

wszystko, 
co musi być powiedziane. 

-

 

Jestem w szlafroku, na litość boską. - Chłód 

przenikał 
przez gumowe podeszwy jej klapek. - I bez butów. 

Max z łatwością wziął ją na ręce. 

-

 

Teraz nie zamoczysz nóg. 

-

 

Marznę. - Objęła go za szyję, ale przesiąknięta 

ś

niegiem 

kurtka dawała niewiele ciepła. 

-

 

Ja teŜ. Za chwilę włączę ogrzewanie w samochodzie. 

-

 

Chyba nie wybieramy się na Block Island? 

- Myślałem o tym - uśmiechnął się do Ari i ucisk w jej 
sercu 
zelŜał - ale do mnie jest bliŜej. 

-

 

A co z moimi rodzicami? Myślą, Ŝe jestem z tobą 

na we 
randzie. 

-

 

Peggy wie, dokąd się wybieramy. Wie teŜ dlaczego. 

-

 

Ale  ja  nie wiem. 

-

 

Dowiesz się za parę minut. - Postawił ją na 

chwilę na 
chodniku, otworzył drzwiczki samochodu i pomógł jej 
wsiąść. 
Ari była zadowolona, Ŝe włoŜyła nowy szlafrok z 
morelowej 
pikowanej satyny ozdobiony koronką. Koszula pod nim 
teŜ była 
niezła, kupiona z myślą o snuciu się w niej po domu w 
ś

wiąteczny poranek. 

-

 

Ładny kolor - zauwaŜył, kiedy światła rozjaśniły 

wnętrze 
pojazdu. Zapalił silnik i pojechali w milczeniu do Pier. 
Ari patrzyła, jak śnieg uderza o szyby. Chciała wierzyć, 
Ŝ

e wszystko 

będzie dobrze, ale nie miała śmiałości. 

Kiedy  Ari  weszła  do  pokoju  dziennego,  odniosła 

wraŜenie,  Ŝe  wraca  do  domu.  Max  objął  ją  i  trzymał  w 
mocnym uścisku. Ledwie mogła oddychać. Przylgnęła do 
niego,  zastanawiając  się,  czy  potrafi  ująć  w  słowa  to,  co 
czuła, wiedząc, Ŝe on jest bezpieczny. 

-

 

Tak się martwiłam - szepnęła w jego kurtkę. 

-

 

Obiecałem sobie, Ŝe jeśli my - i „Lady Million" - 

wrócimy 
do domu w jednym kawałku, pojadę za tobą - szepnął 
Max. 
- Przywiozę cię z powrotem i sprawię, Ŝe zostaniesz. 

Odsunęła się nieco i spojrzała w jego pociemniałe oczy. 

-

 

Nie moŜesz mnie zmusić do pozostania, Max. 

-

 

Wiem - miał smutny głos - ale mogę cię kochać. 

-

 

To niczego nie rozwiąŜe. 

-

 

Na pewno nas rozgrzeje - uśmiechnął się. 

-

 

Punkt dla ciebie. 

background image

 

 

-

 

A więc chodź. - Otoczył ją ramieniem i poprowadził 

w kie 
runku schodów. - Mam dla ciebie niespodziankę. 

-

 

Skąd wiedziałeś, Ŝe przyjeŜdŜam do domu? 

-

 

Twoja matka to niewyczerpane źródło informacji. 

-

 

Nie powinno mnie to dziwić - mruknęła Ari, kiedy 

Max 
otwierał drzwi do sypialni. W rogu naprzeciwko łóŜka stała 
jasno 
oświetlona choinka. Poza tym pokój był pogrąŜony w 
mroku. 

-

 

Nastrojowo, prawda? 

-

 

Uwielbiam to. - Podeszła i wciągnęła w płuca 

delikatny 
sosnowy zapach. - Sam ją ubrałeś? 

-

 

A dlaczego miałbym tego nie robić? 

-

 

Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Słyszałam, Ŝe 

wyprowadzałeś psy na spacer. 

-

 

To prawda. Próbowałem udawać, Ŝe twój wyjazd 

mnie nie 
obszedł. 

-

 

W porządku. Zastanawiałam się tylko - musnęła 

palcami 
igiełki - czy odpowiedziałeś jeszcze na jakieś listy? 

-

 

Tak. 

Odwróciła się gwałtownie. 

-  Tak? 

Max  przejechał  dłońmi  po  jedwabistej  tkaninie 

szlafroka, pieszcząc ramiona Ari. 

-

 

Odpowiedziałem na wszystkie. Napisałem, Ŝe 

jestem juŜ 
zajęty. 

-

 

Dlaczego? 

-

 

PoniewaŜ jest tylko jedna kobieta, którą chciałbym 

porwać. 
Nawet jeśli ona woli kowbojów. 

-

 

Ona juŜ od dawna nie widywała Ŝadnych kowbojów. 

I nigdy więcej nie ucieknie. 

Jego  wargi  spoczęły  na  ustach  Ari,  budząc  znajomy, 

uwodzicielski  Ŝar.  Po  chwili  rozwiązał  jej  pasek  w  talii  i 
ś

ciągnął szlafrok 

 z  ramion.  Palcami  skubnął  koronkowy  kołnierzyk 
koszulki,  po  czym  wziął  jej  twarz  w  dłonie  i  wpatrzył  się 
w ciepłe, brązowe oczy. 

-

 

Wyjdziesz za mnie? 

-

 

Wiele o tym myślałam przez ostatnie tygodnie. 

-

 

No  i? 

-

 

Przeraziłeś mnie na śmierć, Max. Bałam się, Ŝe 

cię juŜ 
nigdy nie zobaczę. 

Łzy, zbierające się w jej oczach, raniły mu serce. 
-  JuŜ nigdy nie zrobię ci czegoś takiego, kochanie. 

Obiecuję. 

Potrząsnęła  głową,  zmuszając  go,  by  oderwał  dłoń 

od jej twarzy. 

-

 

Nie moŜesz tego zrobić. To część twego Ŝycia, a ja 

muszę 
to zaakceptować.        

-

 

Nie. 

-

 

Nie? - Ari patrzyła na niego wyczekująco. 

-

 

Ja teŜ podjąłem pewne decyzje. Barbara jest w 

ciąŜy - 

mało nie poroniła, kiedy nasz kuter zaginął. Jerry 

i ja uświadomiliśmy sobie, Ŝe byliśmy o krok od utraty 
wszystkiego. Postanowiliśmy sprzedać ,,Lady Million" i 
zainwestować więcej czasu 
i pieniędzy w fabrykę. Chciałbym równieŜ zająć się 
ochroną tarlisk, Ŝeby w następnych latach nie brakowało 
ryb. Czy to brzmi 
głupio? 

Skinęła głową. 

-

 

Brzmi wspaniale. 

-

 

Czy masz coś przeciwko zamieszkaniu tutaj? 

-

 

Nie. - Ari pomyślała o pięknych pokrytych 

ś

niegiem górach, które zostawiła za sobą. - Wiem, gdzie 

będziemy jeździć na 
wakacje. 

Uśmiechnął się szeroko. 

background image

-

 

MoŜe stanę się jednym z tych niedzielnych 

rybaków. 
-

 

To dobrze. Nauczysz chłopców łowić ryby. 

-

 

Twoich braci? 

Objęła go w pasie i uśmiechnęła się. 

-  Twoich synów. 

EPILOG 

Jerry  Carter  nie  spuszczał  z  oka  swego  najlepszego 

przyjaciela 

przemierzającego 

nerwowo 

kamienną 

posadzkę prezbiterium. 

-  Historia się powtarza, prawda? 

Max  zmarszczył  czoło,  wcisnął  ręce  w  kieszenie 

białych spodni i dalej chodził w tę i z powrotem. 

-

 

Jesteś pewien, Ŝe nie widziałeś, jak wchodziła? 

-

 

Zaraz sprawdzę - powiedział przeciągle Jerry i 

zerknął na 
drzwi. - Nie, jeszcze nie. Ale kościół jest pełen. 

Max spojrzał na zegarek. 

-

 

Pięć po dwunastej. Spóźnia się. Ona się nigdy nie 

spóźnia. 
-

 

Lubię śluby w czerwcu, a ty? - Przez szmer tłumu w 

ś

wiątyni przedarło się kwilenie dziecka. - No, no, skądś 

znam ten 
płacz. 

Max prawie się uśmiechnął. 
-

 

Chyba powiedziałeś memu synowi chrzestnemu, 

Ŝ

eby się 

przyzwoicie zachowywał. 

-

 

Barbara karmi go co chwila, więc powinien być 

cicho. To 
o ciebie się martwię. Za parę minut Ari będzie szła przez 
kościół. 
- Organy przestały grać i ksiądz stojący na stopniach 
ołtarza dał 
znak obu męŜczyznom, by do niego dołączyli. Jerry 
kontynuował 
swój monolog: - Zebraliśmy się tutaj, by ujrzeć was 
dwoje złączonych świętym węzłem małŜeńskim. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Przestań, na litość boską. - Max nie odrywał 

wzroku od 
głównej nawy. Organy znów zaczęły grać, a środkiem 
kościoła 
kroczyły druhny w brzoskwiniowo-białych sukniach. 

Muzyka znów się  zmieniła i  goście  wstali  na powitanie 

panny młodej. Kiedy w drzwiach pojawiła się Ari, wsparta 
na  ramieniu  ojca,  Max  miał  wraŜenie,  Ŝe  serce  wyskoczy 
mu  z  piersi.  Znajomy  kapelusz  z  szerokim  rondem  - 
podarunek  Maxa  dla  panny  młodej  -  ocieniał  twarz  Ari 
przed  słońcem,  które  zaglądało  przez  witraŜowe  okna  i 
opromieniało  jej  wiktoriańską  suknię  z  wysokim 
kołnierzem. 

Jerry szturchnął go w Ŝebra. 

-  Czy  to  ona? 

Z  bukietu  białych  róŜ  w  dłoni  Ari  spływały  morelowe 

wstąŜki,  a  ciemne  loki  muskały  zarumienione  policzki. 
Była  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek  widział. 
Max  zastanawiał  się  nerwowo,  czy  będzie  w  stanie 
przemówić,  kiedy  przyjdzie  czas  na przysięgę  małŜeńską. 
Wziął  głęboki  oddech  i  nie  zauwaŜył,  Ŝe  Rusty  mruga  do 
niego przez łzy. 

-  Tak - powiedział ze ściśniętym gardłem. - To 

ona. Ta 
w białym kapeluszu.