background image
background image

 

Ally Blake 

 

Niedziela w Brisbane 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

- Czy mogę? 

-  Tak?  -  Dylan uniósł  wzrok znad biurka  i popatrzył  na  Erica, swojego  asystenta. 

Znajdowali się w luksusowym biurze na trzydziestym piętrze Kelly Tower. 

- Muszę na parę chwil zająć pana komputer. Mój przyjaciel pracuje dla interneto-

wej gazety i właśnie przysłał mi wiadomość, że powinienem koniecznie coś zobaczyć. 

Na ekranie monitora ukazała się siedziba rodzinnej firmy Dylana. Szeroki podjazd 

odgradzał  Kelly  Tower  od  tłumów  przemierzających  George  Street,  jedną  z  głównych 

ulic Brisbane.  W północnym  narożniku  znajdowała  się  zygzakowata  rzeźba  symbolizu-

jąca wzrost majątków tych, którzy swoje fundusze powierzyli Kelly Investment Group. 

Zazwyczaj  rzeźba  budziła  jedynie  zainteresowanie  gołębi,  dziś  jednak  otaczał  ją 

tłum reporterów z kamerami i mikrofonami. Dylan poczuł ostry ból głowy. Tłum gapiów 

przyglądał się kobiecie przykutej kajdankami do jednego z zygzaków. Czyli znów jakiś 

szalony protest. 

W  głębi  duszy  Dylan  nie  miał  nic  przeciwko  kajdankom,  ale  nie  w  środku  robo-

czego dnia, nie przed siedzibą jego firmy i nie kiedy on, jako szef Media Relations, mu-

siał  stawić  czoło  faktowi,  że  jakaś  wariatka  wybrała  właśnie  tę  rzeźbę,  by  się  do  niej 

przykuć. 

Kobieta miała jasną karnację, ciemne oczy i długie ciemne włosy, które powiewały 

na wietrze, podobnie jak bluzeczka w kolorowe kwiaty, pod którą można się było domy-

ślać wielce ponętnych kształtów. Nie mówiąc o białych spodniach opinających zgrabne 

pośladki. Ani o różowych sandałkach na wysokich obcasach. 

No i te kajdanki... 

Dylan złapał myszkę, by zamknąć stronę, gdy nagły powiew wiatru odsłonił twarz 

kobiety,  która  spojrzała  prosto  w  kamerę  kumpla  Erica.  Dylan  wstrzymał  oddech.  Pa-

trzyły na niego przepiękne brązowe oczy podobne do oczu sarny, otoczone długimi rzę-

sami. Bezbronne. Rozżalone. 

T L

 R

background image

Dylan  poczuł  ucisk  w żołądku.  Zalała go  fala  gorąca, poczuł typowo  męskie pra-

gnienie. A wtedy ona zwilżyła językiem pełne różowe usta i zmrużyła wielkie brązowe 

oczy, jakby flirtowała z kamerzystą. 

Patrzył jak zahipnotyzowany. Wreszcie odzyskał samokontrolę i zamknął przeklętą 

stronę, tłumiąc opiekuńcze instynkty. 

Dotychczas  jedyni  ludzie,  których  otaczał  opieką,  nosili  nazwisko  Kelly.  Krew  z 

krwi. Rodzina musiała trzymać się razem. Jeśli jest się bogatszym od króla Midasa i bar-

dziej  rozpoznawalnym  niż premier,  trzeba  liczyć  się z  tym,  że najwierniejsi przyjaciele 

widzą  w  tobie  przede  wszystkim  przedstawiciela  familii  Kellych.  Dylan  zapamiętał  tę 

lekcję już we wczesnej młodości. Również kobiety, choć wydawały się bezinteresowne, 

w rzeczywistości pragnęły jedynie jego majątku, koneksji i nazwiska, dlatego wiązał się 

wyłącznie  z  tymi,  które  interesowało  tylko  jego  ciało  i  nic  ponadto.  Bez  historii  i  bez 

przyszłości. Przez długie lata nauczył się obojętności i tłumienia uczuć. 

Poderwał się z krzesła i energicznie ruszył ku drzwiom. 

- Szefie, pan wychodzi? - zawołał wystraszony Eric. Gdy Dylan tylko machnął rę-

ką, dodał niepewnie: - Proszę o jakieś instrukcje, nie wiem, co mam robić. 

-  Zostań  tu.  -  Dylan  już  wsiadał  do  windy.  -  I  uprzedź  swoją  matkę,  że  wrócisz 

późno do domu. Mam przeczucie, że to będzie długi dzień. 

 

Wynnie czuła piekący ból w nadgarstkach. 

Tak to jest, jeśli nie wypróbuje się wcześniej nowych kajdanków. Robiła wszystko, 

by nie pokazać, jak bardzo cierpi. Wbijała paznokcie we wnętrze dłoni, w nadziei że za-

głuszy to ból w przegubach, a przede wszystkim uśmiechała się słodko do reporterów. 

- Co KInG pani zrobiła? - zawołał ktoś z tłumu. 

-  W  zeszłym  tygodniu spotkałam się  z prominentnymi urzędnikami, reprezentują-

cymi  zarówno  władze  lokalne,  jak  i  krajowe,  by  ustalić,  co  możemy  zrobić  w  celu 

zmniejszenia negatywnego wpływu poszczególnych obywateli na środowisko naturalne. 

Ci urzędnicy, mający rodziny i reprezentujący klasę średnią, byli pełni entuzjazmu i no-

wych  pomysłów.  Tylko  Kelly  Investment  Group,  największa  firma  w  naszym  mieście, 

posiadająca olbrzymi kapitał i zatrudniająca setki osób, odmówiła choćby krótkiego spo-

T L

 R

background image

tkania.  -  Wynnie  mówiła  coraz  głośniej,  z  każdym  bowiem  słowem  wzrastały  w  niej 

emocje. 

-  A  po  co  jakakolwiek  firma  miałaby  się spotykać  z  kimś takim  jak  ty?  -  zapytał 

ktoś z tyłu głębokim głosem. 

Zagryzła  wargi,  by  się  nie  roześmiać.  Pytanie  zadała  Hannah,  jej  przyjaciółka  i 

współpracowniczka, która kryła się za jakimś reporterem. 

Wynnie przesunęła się do przodu, na ile pozwoliły jej kajdanki. 

- Na pewno pamiętacie lub choćby słyszeliście o ekologach z lat osiemdziesiątych, 

którzy  przykuwali  się do buldożerów niszczących  nasze  lasy.  A  teraz  wyobraźcie sobie 

przemysłowego  giganta  z  dwudziestego  pierwszego  wieku,  firmę  taką  jak  Kelly 

Investment Group. Obecnie to oni stali się zagrożeniem. Są potężni, wpływowi, mają ol-

brzymie  środki.  To  my  oszczędzamy  wodę  i  energię  elektryczną  w  naszych  gospodar-

stwach domowych, to my zbieramy makulaturę, tworzywa sztuczne i szkło. Czyż nie jest 

tak?  - Rozległy się potakiwania i okrzyki aprobaty. Wynnie czuła, że zdobyła  ten tłum. 

To  ją  tak  bardzo  uskrzydlało,  że  zapomniała  o  bolących  nadgarstkach.  -  Czy  wiecie  - 

powiedziała ciszej, zmuszając zgromadzonych, by się do niej zbliżyli - że ta rzeźba jest 

oświetlana  przez  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę?  Nawet  teraz,  choć  mamy  sło-

neczne wiosenne popołudnie, oświetla ją trzydzieści żarówek. Trzydzieści! 

Liczne  pary  oczu  z  potępieniem  omiotły  srebrzyście  połyskującą  rzeźbę.  Wynnie 

odniosła  zwycięstwo.  Jej  zwierzchnicy  zrobili  przegląd  popularnych  sklepów  odzieżo-

wych,  stacji  telewizyjnych, sieci  restauracji,  lecz  wszystkie tropy  prowadziły  w  jednym 

kierunku. Do familii Kellych. Była to najbardziej znana, podziwiana i wpływowa rodzina 

w  mieście.  Posiadała  kolosalny  majątek.  Gdyby  stała  się  pierwszą  firmą  partnerską  dla 

Clean  Footprint  Coalition,  organizacji,  w  działalność  której  zaangażowała  się  Wynnie, 

byłby to niesamowity sukces. 

- Jestem świadomym obywatelem - ciągnęła - jak wy wszyscy, jak moi współpra-

cownicy,  jak  nasze  stowarzyszenie.  Natomiast  Kelly  Investment  Group  wraz  ze  swymi 

klientami to największy buldożer, jaki kiedykolwiek widzieliście. 

- To prawda! - ryknęła Hannah, a tłum jej zawtórował. 

T L

 R

background image

Wynnie  stłumiła  triumfalny  okrzyk.  Boże,  jak  kochała  tę  pracę,  jak  kochała  te 

chwile, gdy czuła, że pobudza ludzi do refleksji nad ich rolą w biegu rzeczy! Miała wte-

dy poczucie, że może naprawić świat. 

Nagle coś zaczęło dziać się z tłumem. Gdy Wynnie odwróciła się gwałtownie, po-

czuła okropny ból w nadgarstkach. Mogła mieć tylko nadzieję, że kamery nie zarejestrują 

strużek potu, które zaczęły spływać jej po karku i między piersiami. 

Nie  musiała  jednak  się  martwić,  bo  wszystkie  kamery  skierowano  ku  wejściu  do 

Kelly Tower. Wynnie już wiedziała, dlaczego zgromadzeni tak nagle przestali się nią in-

teresować.  W  każdym  dobrym  show  aniołowi  musi  towarzyszyć  diabeł.  A  ona  właśnie 

miała spotkać swojego. 

- Panie Kelly! - rozległy się okrzyki dziennikarzy. 

Kelly?  Czyżby  któryś  z  wielkich,  niedostępnych  przedstawicieli  tej  rodziny  miał 

we własnej osobie pojawić się na placu? Odszukała wzrokiem Hannah, która opierała się 

na ramionach stojącego przed nią mężczyzny i próbowała dostrzec, który z Kellych po-

jawił się w drzwiach. 

Wynnie zrobiła przegląd przedstawicieli tej rodziny, których znała z niezliczonych 

artykułów w prasie. Z pewnością nie jest to Quinn Kelly, dyrektor wykonawczy. Nigdy 

nie lubił zgromadzeń, a z czasem stał się większym odludkiem niż sam Elvis. W duchu 

cieszyła  się  z tego.  O jego umiejętności niszczenia rozmówcy  jednym  spojrzeniem  krą-

żyły legendy. 

Brendan  Kelly?  Następny  według  rangi,  prawdziwy  następca  tronu.  Z  tego,  co 

wiedziała na jego temat, nienawidził prasy.  Więc nie był  to  Quinn,  raczej  nie Brendan. 

Pozostawali  młodszy  brat  Cameron,  który  był  inżynierem,  oraz  jego  siostra  Meg.  Jeśli 

nie oni, to został tylko jeden kandydat. Ten, którego zdjęcie powiesiła na drzwiach swo-

jego  biura.  Ten,  co do  którego miała  nadzieję,  że  po długich tygodniach negocjacji po-

może jej zrealizować plany stowarzyszenia, dla którego pracowała. 

Dylan Kelly. Wiceprezes odpowiedzialny za kontakty z mediami. Rywal Brendana 

do tronu. Twarz firmy, uwodziciel fotografowany bezustannie z najpiękniejszymi kobie-

tami podczas różnych imprez, temat niezliczonych plotek. 

T L

 R

background image

Bez  wątpienia  był  to  jeden  z  najprzystojniejszych  mężczyzn  na  całej  planecie. 

Wynnie zaparło dech w piersiach, gdy po raz pierwszy zobaczyła jego zdjęcie. Gdyby nie 

był  przedstawicielem  wielkiej  firmy  będącej  uosobieniem  zła,  pracowałaby  za  darmo 

tylko po to, by go przekonać do sprawy. 

Za jej plecami rozległ się głęboki głos:   

- Panie i panowie! Jak miło widzieć was tu zgromadzonych w tak piękny słoneczny 

dzień.  Gdybym  wiedział,  że  szykuje  się  przyjęcie,  zamówiłbym  dla  wszystkich  poczę-

stunek i napoje chłodzące. 

Śmiechy,  westchnienia  kobiet,  kamery  i  mikrofony  skierowane  w  jedną  jedyną 

stronę, wszystko to uzmysłowiło Wynnie, jak szybko traci swą publiczność. Odetchnęła 

głęboko, szykując się do ataku. Dylan Kelly mógł być najbardziej czarującym mężczyzną 

na świecie, lecz racja była po jej stronie, a ona to udowodni! 

Wreszcie go dostrzegła. Koszula w obowiązkowym niebieskim kolorze. Krawat w 

dyskretne  prążki.  Ciemny  garnitur.  W  niczym  nie  przypominał  wcielonego  diabła.  Im 

bardziej się zbliżał, tym więcej szczegółów rzucało się w jej oczy. Garnitur był doskona-

le skrojony i wspaniale leżał na Dylanie Kellym, który emanował siłą i pewnością siebie. 

Mocna sylwetka, twardo zarysowana szczęka, starannie przystrzyżone, a jednak trochę za 

długie  ciemnoblond  włosy  aż  kusiły,  by  zanurzyć  w  nich  palce,  ujarzmić  je.  Ujarzmić 

tego mężczyznę... Ot, marzenie każdej dziewczyny. 

Jednak uwagę Wynnie przykuły przede wszystkim oczy. Błękitne, z lekko opada-

jącymi powiekami. Oczy, które patrzyły wprost na nią. A raczej w jej duszę, jakby Dylan 

Kelly chciał zadać jej jakieś tajemne pytanie. 

- Co się tu dzieje? - zapytał, spoglądając na zgromadzony na placu tłum. Odczekał 

dłuższą chwilę, po czym odwrócił się w jej stronę. - Co my tu mamy? 

Przypominał drapieżnego  kota tropiącego  ofiarę. Jego  obecność  działała na  Wyn-

nie podniecająco, wiedziała jednak, że jest uosobieniem zła, a jej zadaniem jest zawrócić 

go z tej ścieżki. 

- Dzień dobry. - Zdobyła się na chłodny uśmiech. 

- Jak leci? - zapytał. 

- Świetnie. - Spojrzała w niebo. - Mamy piękną pogodę, nie sądzi pan? 

T L

 R

background image

-  Udało  się  pani  ściągnąć  całkiem  spory  tłum  -  powiedział  wystarczająco  głośno, 

by wszyscy go usłyszeli. 

Telewizyjne  kamery  i  kilkunastu  podnieconych  dziennikarzy,  ten  widok  przypo-

mniał Wynnie, w jakim celu się tu znalazła. 

- Czyżby? - Uśmiechnęła się ironicznie, a tłum zamruczał z aprobatą. - Nie ja, tyl-

ko kajdanki sprowadziły tych ludzi. I pozostali tu, by posłuchać, co mam do powiedze-

nia. 

- A co ma pani do powiedzenia?   

Pomyślała,  że  Dylan  Kelly  właśnie  wykonał  fałszywy  ruch.  Podstawowa  zasada 

przyciągania uwagi opinii publicznej polega na niezadawaniu pytań, na które nie zna się 

odpowiedzi. 

-  Zanim  pan  się  tu  pojawił,  ustaliliśmy,  że  postępuje  pan  w  wyjątkowo  nieodpo-

wiedzialny sposób. Najwyższy czas to zmienić. 

- Nie powinna pani wierzyć we wszystko, co o mnie piszą. - Niby mówił do niej, 

ale tak naprawdę zwracał się do publiczności. - Nie jestem taki zły. Matka nauczyła mnie 

nosić czystą bieliznę, a gdy w wieku dwunastu lat dowiedziałem się od ojca, jak powstają 

dzieci,  wystraszyłem  się  tak  bardzo,  że  od  tamtego  pamiętnego  dnia  jestem  najbardziej 

odpowiedzialnym mężczyzną na tej planecie. 

Rozległy się chichoty kobiet, z których większość wyobrażała sobie bieliznę, którą 

ma na sobie Dylan, oraz jak by to było, gdyby choć raz mogły postąpić z nim w nieod-

powiedzialny sposób. 

Mężczyźni  zresztą  nie  byli  lepsi.  Wynnie  czytała  w  nich  jak  w  otwartej  księdze. 

Mieli ochotę zaprosić go na piwo i miło spędzić w barze czas na męskich rozmówkach. 

-  Panie  Kelly  -  powiedziała  -  przyznaję,  że  w  rzeczy  samej  jest  pan...  odpowie-

dzialny. A ponieważ to, co mówiłam, najwyraźniej wyleciało panu z głowy, muszę stać 

się bardziej konkretna. 

Tłum  zamilkł,  a  Dylan  Kelly  popatrzył  na  nią  przeciągle,  co  dziwnie  na  nią  po-

działało. 

-  Niech  zatem  będzie  pani  uprzejma  wyjaśnić,  czego  właściwie  pani  ode  mnie 

oczekuje. 

T L

 R

background image

-  Chciałabym,  żeby  w prowadzonych  przez  pana interesach był  pan  tak  samo od-

powiedzialny, jak w prywatnym życiu, i zadbał o wpływ, jaki te pańskie interesy mają na 

środowisko naturalne. 

- Droga pani, nie wiem, jak pani wyobraża sobie naszą pracę, zapewniam jednak, 

że po prostu siedzimy przy komputerach i telefonach. Od tego nie giną lasy, choć zdaje 

się to pani sugerować. 

- Owszem, nie bezpośrednio, ponieważ jednak lekceważycie w swych działaniach 

ekologiczne  problemy,  przyczyniacie  się  do  wyginięcia  tychże  lasów.  -  Patrzył  na  nią, 

jakby pragnął zmieść ją z powierzchni ziemi, jednak Wynnie nie ustąpiła choćby o mili-

metr, nie odwróciła wzroku. - Proszę mnie posłuchać, uwzględnić w swych działaniach 

moje  przesłanie,  a  obiecuję,  że  z  oczyszczonym  sumieniem  będzie  pan  lepiej  sypiał  w 

nocy. - Taka fraza musiała zostać wypowiedziana ze śmiertelną powagą, i tak też uczy-

niła Wynnie. 

W tłumie rozległy się śmiechy. Dylan groźnie zmrużył oczy, jakby chciał ją zabić 

wzrokiem, jednak zaraz się uśmiechnął. 

- Sypiam dobrze. 

Uff...  uwierzyła  mu.  Do  tego  wyobraźnia  zaczęła  podsuwać  całkiem  niestosowne 

obrazy. Wynnie szybko się otrząsnęła. 

-  Nie  chciałby  pan,  by  nazwisko  pańskiej  rodziny  symbolizowało  coś  naprawdę 

wielkiego? 

Teraz  to  naprawdę  celnie  trafiła.  Z  oczu  Dylana  Kelly'ego  posypały  się  gniewne 

skry. 

- Zarówno KInG, jak i sama rodzina Kellych przeznaczają miliony dolarów rocznie 

na badania nad źródłami odnawialnej energii i zalesianie - powiedział szorstko i na tyle 

głośno, by zarejestrowały to wszystkie mikrofony. - Więcej niż jakakolwiek inna firma w 

tym stanie. 

-  Wspaniale.  Naprawdę.  Lecz  pieniądze  to  nie  wszystko!  -  odparowała  Wynnie, 

ściągając na siebie  kamery.  -  W  zeszłym  roku  w budynku,  który  znajduje  się za  nami, 

zużywano ponad  czterdzieści  tysięcy  jednorazowych papierowych  kubków  miesięcznie. 

Zużyto  tu  więcej  wody  niż  w  całym  osiedlu,  gdzie  mieszkam,  oraz  tyle  papieru,  że  do 

T L

 R

background image

jego produkcji musiano wyciąć całe hektary starego lasu. Oczekuję od pana obietnicy, że 

zacznie  pan  szukać  jakiegoś  rozwiązania,  które będzie zgodne  z  ekologicznym  przesła-

niem. - Gdy Dylan milczał, serce Wynnie zabiło mocniej z radości. Wygrała tę bitwę. - 

Więc  co  pan na to?  -  Poczuła się  rozluźniona,  nawet uśmiechnęła się  zalotnie.  -  Proszę 

mnie zaprosić do swojego biura na kawę i pogawędkę, a jutro będę niepokoić kogoś in-

nego. 

Wyczuła,  że  tłum  wstrzymuje  oddech  w  oczekiwaniu  na  następny  ruch  Dylana. 

Kiedy wreszcie nastąpił, Wynnie była zadowolona, że niewygodne kajdany utrzymują ją 

w  pionie,  gdyż  w  jego  spojrzeniu  była  tak  potężna  prowokacja,  bił  z  niego  taki  żar,  że 

nogi ugięły się pod nią, a kolana odmówiły posłuszeństwa. 

-  Ma  pani  ochotę  napić  się  kawy  w  moim  biurze?  -  spytał  jedwabistym  głosem 

Dylan. - Trzeba było od razu powiedzieć. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Ochrona  szybko  rozpędziła  gapiów.  Pracownicy  służb  miejskich  i  turyści  wzięli 

udział  w  darmowym  przedstawieniu,  gazety  dostały  niezły  temat,  proekologiczna  kam-

pania  Wynnie  miała  dobry  start.  Wszyscy  byli  zadowoleni.  Wszyscy  oprócz  Dylana, 

który patrzył na Wynnie z niekłamanym obrzydzeniem i złością. 

- To było tanie zagranie - mruknął cicho, by tylko do niej to dotarło. 

Odgarnęła włosy z twarzy. 

- Wolałabym usłyszeć, że było odważne i nowatorskie. 

- Mogłem sprawić, by została pani aresztowana - rzucił szorstko. - To jest własność 

prywatna. 

- Nikt nie jest właścicielem świata, należy do wszystkich. 

Gdy hałaśliwy tłum zniknął, plac wokół rzeźby nie przypominał już targowiska, na 

którym  sprzedaje  się  ryby.  Gdy  Dylan  podszedł  bliżej,  poczuła  zmysłowy  zapach  dro-

giego  płynu  po  goleniu.  Wykręciła  się,  bezskutecznie  próbując  sięgnąć  ręką  do  tylnej 

kieszeni obcisłych spodni. Wciąż przykuta do rzeźby, czując na sobie palące spojrzenie 

błękitnych  oczu,  podejmowała  rozpaczliwe  starania,  by  jej  ruchy  wyglądały  pewnie  i 

profesjonalnie. Wreszcie zdołała wsunąć palce do kieszeni, lecz tylko po ty, by się prze-

konać, że jest pusta. Serce podeszło Wynnie do gardła, gdy przypomniała sobie, że wło-

żyła kluczyk do kieszeni na piersi. Nie miała szans, by go stamtąd wydobyć. Przymknęła 

oczy i odetchnęła głęboko, zanim powiedziała: 

- Czy mógłby pan oddać mi małą przysługę? 

- Chętnie. - Zabrzmiało to wielce obiecująco. 

- Proszę wyjąć z mojej kieszeni kluczyk do kajdanek. 

- Aha, kluczyk... - powiedział po dłuższej chwili milczenia. 

Wynnie zacisnęła powieki. 

- Jest w kieszeni na mojej prawej piersi. Sama nie mogę go dosięgnąć. Więc jeśli 

pan  nie  chce,  żebym  tu  została  na  zawsze...  -  Pozostałe  słowa  utknęły  jej  w  gardle,  bo 

dłoń  Dylana  natychmiast  wślizgnęła  się  do  jej  kieszeni,  a palce  przesuwały  się  po  deli-

katnej tkaninie, pod którą był już tylko biustonosz. Wystarczająco powoli, by przyprawić 

T L

 R

background image

ją o gęsią skórkę, lecz nie na tyle powoli, by mogła oskarżyć go o wykorzystywanie sy-

tuacji. 

Szybko wyciągnął kluczyk. Zdecydowanie zbyt szybko. 

- Czy o to chodzi? 

Kiwnęła  głową  i  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  Ich  kolor  przypominał  niebo  w  jej 

ojczystych stronach.  Dzikie, błękitne  niebo,  które  zobaczyć  można jedynie  w nieskażo-

nych ludzką ręką zakamarkach świata. 

Obróciła się, zaciskając zęby, by Dylan mógł dosięgnąć jej nadgarstków. Uwolnił 

ją, tym razem unikając dotyku. Poczuła rozczarowanie. 

Sycząc z bólu, wysunęła prawy nadgarstek z kajdanek. 

- Wszystko w porządku? - zapytał.   

Wynnie przez  krótką  chwilę  wydało  się,  że  dostrzegła  błysk prawdziwego  zainte-

resowania w jego oczach. Lecz pewnie tylko jej się wydawało. 

- W najlepszym. - Schowała za plecami czerwone, obolałe ręce. - A co z kawą? 

- Nie mam zwyczaju pić kawy z kobietą, o której nie wiem nawet, jak się nazywa. - 

Wyciągnął ku niej dłoń. - Dylan Kelly. 

- Wynnie Devereaux. - Uścisnęli sobie prawice. 

- Francuzka? - zdziwił się. 

- Australijka. 

Dylan spojrzał na nią bacznie, ale się zorientował, że panna Devereaux nie zamie-

rza mu nic więcej wyjaśnić. 

W  rzeczywistości  było  to  panieńskie  nazwisko  jej  babki,  której  zresztą  nigdy  nie 

spotkała.  Zaś  jej  młodszy  brat,  Felix,  gdy  był  małym  dzieckiem,  nie  potrafił  wypowie-

dzieć poprawnie jej imienia i nazwał ją Wynnie. 

Felix. Imię brata wywołało bolesne wspomnienia, przypominało, jak bardzo można 

się pomylić, pokładając w kimś zaufanie. Tak czy inaczej nie zamierzała wyjawiać Dy-

lanowi Kelly'emu ani nikomu innemu, że ma brata. Jak również nie zamierzała zdradzać 

swego prawdziwego nazwiska. 

- Przyszła tu pani z własnej inicjatywy, czy jest może wysłannikiem... podobnych 

sobie? - Ostatnie dwa słowa zabrzmiały jak obelga. 

T L

 R

background image

Z  torebki  opasującej  biodra  wyjęła  wizytówkę  i  podała  Dylanowi.  Jego  usta  roz-

ciągnęły  się  w  półuśmiechu,  co  na  Wynnie  podziałało,  mówiąc  bez  ogródek,  jak  afro-

dyzjak. Nie była to zdrowa reakcja, jako że Dylan Kelly nie wykazywał specjalnego en-

tuzjazmu  na  perspektywę  spędzenia  z  nią  czasu.  Poza  tym  był  celem  proekologicznej 

kampanii, a nie jakimś napalonym facetem z nocnego klubu. Jednak nic na to nie mogła 

poradzić. Było to prawo natury, nad którym nie miała kontroli. Wetknęła kajdanki za pa-

sek spodni, chowając je za sobą, by nie stały się przedmiotem żartów. Lub, co gorsza, nie 

budziły skojarzeń. 

Dylan przyjrzał się jej z uwagą, zanim przeniósł wzrok na wizytówkę. 

- Zajmuje się pani lobbingiem? - zapytał. 

- Owszem. To lepiej czy gorzej niż to, co do tej pory sądził pan na mój temat? 

- Prawdę mówiąc, nie wiem. - Gestem zaprosił ją do wspaniałego biurowca Kelly 

Tower. 

Wynnie  czuła  się  jak  odurzona.  Akcja  się  powiodła,  szefowie  się  ucieszą.  Będą 

mieli  pierwsze  strony  gazet,  ponadto  niektórzy  reporterzy  są  zainteresowani  dalszym 

ciągiem  tej  historii.  Odniosła  sukces.  A  teraz  miała  przekroczyć  granicę  obozu  wroga. 

Niestety,  nie  miała  przy  sobie  skrupulatnie  przygotowanych  notatek  na  temat  rodziny 

Kellych z rozliczeniem kosztów i planem działań, którymi mogłaby się wesprzeć. W jej 

torebce mieściła się tylko karta kredytowa i klucz od domu. Ale poradzi sobie. W końcu 

wychowała  się  w  hippisowskiej  rodzinie  w  Nimbin,  największej  australijskiej  komunie 

dzieci kwiatów. Mówienie o naturze i ekologii było tym, do czego została powołana. 

Spojrzała na  Dylana. Milczał,  cały  emanował niechęcią. Ciemnoblond  włosy  sek-

sownie rozwiewał delikatny wietrzyk. Niesamowicie błękitne oczy były osłonięte długi-

mi rzęsami i patrzyły na świat z góry, ponad doskonałym, prostym nosem. A do tego te 

usta... 

Wynnie pomyślała, jak bardzo szczęśliwa musi być kobieta, która może całować te 

usta, gdy tylko przyjdzie jej na to ochota. I zaraz ogarnęły ją nieposkromione fantazje... 

Delikatny grymas na twarzy Dylana zdradził Wynnie, że została przyłapana na go-

rącym uczynku. Udała, że przygląda się imponującemu budynkowi, fortecy familii Kel-

T L

 R

background image

lych. Uniosła prawą rękę, by osłonić oczy przed blaskiem słońca odbijającego się w szy-

bach okien ostatnich pięter, gdy przeszedł ją nagły ból. 

Nie uszło to uwagi Dylana, który wyciągnął ku niej pomocne ramię. 

- Czy jest pani pewna, że wszystko w porządku? 

Ujęła lewą ręką klamkę oszklonych drzwi. 

-  Kiedy  już  stanie  pan  u  mego  boku  przed  rzędem  kamer  i  powie  mieszkańcom 

Brisbane,  w  jaki sposób pańska  firma  zmniejszyła  szkodliwy  wpływ  na  środowisko  na-

turalne, oraz zapewni pan telewidzów, jak łatwo pójść w wasze ślady, wtedy będę mogła 

powiedzieć, że czuję się doskonale. Zanim jednak to nastąpi, mogę powiedzieć, że czuję 

się zaledwie tak sobie. 

Otworzyła drzwi i weszła do środka z dumnie uniesioną głową. Cienkie szkło nie 

mogło  zagłuszyć  wybuchu  gardłowego,  zmysłowego  śmiechu  za  jej  plecami.  Wynnie 

zmarszczyła brwi. Dylan Kelly powinien nosić plakietkę z napisem: „Nie zbliżaj się! W 

przeciwnym razie twój apetyt seksualny wzrośnie ponad wszelkie dopuszczalne granice". 

Kilka kroków dalej zatrzymała się, oszołomiona przepychem holu. Ogromna prze-

strzeń  wyłożona  była  marmurową  posadzką  w  złocistym  kolorze,  ozdobioną  misterną 

mozaiką z czarnego marmuru. Wysokie na dwa piętra kolumny, przypominające strażni-

ków pilnujących wejścia, oświetlone były stylizowanymi na zabytkowe gazowymi lam-

pami.  Liczne  łukowate  okna  wpuszczały  do  środka  strumienie  naturalnego  światła.  Ol-

brzymi zegar cierpliwie odmierzał minuty i godziny. 

Było  to  najbardziej  oszałamiające  wnętrze,  w  jakim  kiedykolwiek  się  znalazła.  A 

była zaledwie w holu. 

-  Za  rogiem  jest  kiosk,  w  którym  może  pani  kupić  pocztówkę  z  tym  widokiem  - 

poinformował ją uprzejmie. 

- To nie będzie konieczne. - Zabrzmiało to tak wytwornie, że aż się prosiło o „sir" 

albo „panie hrabio" na końcu zdania. 

- W takim razie czy raczy pani pojechać ze mną na górę? - spytał w podobnym to-

nie. 

No tak. Choć przekroczyła progi jego gniazda, czekało ją wiele ciężkiej pracy. Gra 

się dopiero zaczęła. Jego zadanie było proste - odpowiedzieć „nie" na wszystkie pytania. 

T L

 R

background image

Jej  natomiast  zadanie  było  praktycznie  niewykonalne  -  musiała  przekonać  Dylana  Kel-

ly'ego, by wreszcie powiedział „tak". 

-  Dlaczego  mam  wrażenie,  że  nie  jestem  pierwszą  kobietą,  którą  pan  zaprosił  do 

swego biura na kawę? 

Usiadł  za  masywnym  dębowym  biurkiem,  natomiast  Eric  przyniósł  café  latte  dla 

gościa i słodką małą czarną dla niego. Dylan rozpiął mankiety koszuli i podwinął ręka-

wy, przygotowując się na to, co miało go jeszcze spotkać tego popołudnia. 

- Co się stało z Jerrym? - Wskazał sofę znajdującą się naprzeciw biurka. 

- Z jakim Jerrym? - spytała Wynnie, wciąż stojąc z kubkiem w ręku. 

- Pani poprzednikiem. 

- Ach tak. Już nie pracuje. Teraz ja się tym zajmuję. 

-  Rozumiem...  -  Spotkanie  z  Wynnie  Devereaux  utwierdziło  go  w  przekonaniu, 

które zakiełkowało w nim, gdy zobaczył ją na monitorze.   

Rozpoznał  w  niej  kobietę,  z  którą  chciałby  spędzać  czas  po  długim  dniu  pracy  - 

miniaturową, gorącokrwistą, ze skórą w kolorze świeżej śmietany. Pół godziny spędzone 

w jej towarzystwie przekonało go przy tym, że Wynnie jest najbardziej irytującym stwo-

rzeniem,  z  jakim  dotychczas  miał  do  czynienia.  Była  lobbystką,  jej  zawód  polegał  na 

rzucaniu czaru na innych, a teraz zarzuciła przynętę na jego rodzinę. Musiała być nowa 

w mieście, skoro próbowała zapolować na niego. Już na placu przed biurowcem dał się 

porwać  tym  pięknym  brązowym  oczom.  Znalazła  sposób,  by  przebić  się  przez  jego 

twardą zbroję. I to dokonała tego z rękami skutymi kajdankami. 

Spojrzenie  Dylana  powędrowało  z  jej  ust  ku  maleńkim  dłoniom.  Nadgarstki  były 

czerwone i poobcierane. Aż się wzdrygnął, i od razu zapragnął ukoić jej ból. Zdołał się 

jednak opanować, zanim kolejny raz spytał, czy wszystko w porządku. 

- Jeśli chce pani wiedzieć, gdzie trzymam popiersia młodych fok, które zabijam dla 

zabawy, to są one w moim domu. 

- Obok baryłek ropy, którą wylewa pan nocą do rzeki w akcie nienawiści do czy-

stego środowiska - odparowała z miejsca, uśmiechając się przy tym uroczo. 

- Trafiony, zatopiony. - Też się uśmiechnął. - A więc gdzie pani pracowała, zanim 

trafiła tutaj? 

T L

 R

background image

Znowu  ich spojrzenia się spotkały.  Wbrew samemu  sobie  Dylan szukał  w  oczach 

panny  Devereaux  tej  nutki  bezbronności,  która  wcześniej  go  poruszyła.  Teraz  jednak 

widział tylko błysk inteligencji. Niestety, nie zmniejszyło to siły, z którą na niego działa-

ła. 

- To, skąd przybyłam, nie jest istotne. 

- Jest, jeśli chce pani dokończyć kawę, zanim moja ochrona wyrzuci stąd panią tak 

skutecznie, że upadnie pani na słodki tyłeczek. 

Spojrzała na niego z obojętną wyższością, odstawiła kubek, usiadła powoli i zało-

żyła nogę na nogę. 

Ukrył uśmiech, udając, że szuka czegoś w szufladzie biurka. Poczciwy, stary Jerry. 

Już  dawno  zacząłby  przepraszać,  a  na  koniec  sam  by  się  wyrzucił.  Tyle  że  Dylan  nie 

nazwałby tyłka Jerry'ego słodkim, w ogóle co mu do jego tyłka. Natomiast jeśli chodzi o 

tyłeczek panny Devereaux... 

- Panie Kelly, to, co robiłam wcześniej, jest kompletnie nieważne w obliczu przy-

czyny,  dla  której  znalazłam  się tutaj.  To,  w  jaki sposób zabiegam, by  nazwa stowarzy-

szenia Clean Footprint Coalition znalazła się na ustach wszystkich, może i wygląda nie-

typowo, ale moja misja jest bardzo poważna. CFC skupia porządnych, uczciwych, zaan-

gażowanych  i  nowocześnie  myślących  ludzi.  Dla  nas  jest  jasne,  że  KInG  powinna  stać 

się bardziej ekologiczna. - Przechyliła się w jego stronę, aż jej słodki tyłeczek znalazł się 

na samym brzegu sofy. - Potrzebuję pana. 

Jej lekko chropawy głos odebrał mu dech. Do diabła, naprawdę była dobra. Więcej 

niż dobra. Kusicielka obarczona misją. I po wtóre do diabła - ta kobieta wprawiała go w 

zakłopotanie. 

Gdy  doszła  do  wniosku,  że  już  wystarczająco  omotała  Dylana  Kelly'ego,  usiadła 

głębiej na sofie i dodała z emfazą: 

- Nasza organizacja potrzebuje KInG, a KInG potrzebuje nas. Jesteśmy pewni, że 

jeśli KInG poważnie potraktuje ekologiczne wyzwania, wizerunek firmy stanie się rado-

sny i ciepły, kojarzący się ze szczęściem. 

Na  ekranie  komputera  pojawiło  się  okienko  sygnalizujące  nową  wiadomość  od 

Erica, który informował Dylana, że czeka na niego klient. 

T L

 R

background image

-  Ma pani jeszcze  dwie  minuty.  Proszę powiedzieć bez  ogródek, czego  właściwie 

pani od nas chce. 

- Partnerstwa. 

Nie zdołał powstrzymać się  od śmiechu,  co  jednak nie  rozbawiło  Wynnie.  Wręcz 

przeciwnie, minę miała wielce ponurą... co wydało się Dylanowi bardzo słodkie. 

- Partnerstwa z KInG? - uściślił. 

- Partnerstwa między KInG a Clean Footprint Coalition. 

- Droga panno Devereaux, ktoś musiał zakpić sobie z pani, sugerując, że moja fir-

ma pragnie czy też potrzebuje współpracować z kimkolwiek. 

-  Przecież  już  współpracuje.  -  Patrzyła  mu  prosto  w  oczy.  -  Pańscy  najważniejsi 

klienci to producenci samochodów, benzyny, statków. Najwięksi truciciele na tej plane-

cie. Chciałby pan, byśmy położyli na ten fakt nacisk w naszych materiałach prasowych? 

Ledwie dostrzegalny tik przebiegł przez czoło Dylana. Pomyślał, że choć bez wąt-

pienia Wynnie była cudowną kobietą, miała też zadanie do wykonania. A to zadanie po-

legało na dręczeniu jego rodziny. 

- Więc dlaczego, do licha, nie przykuła się pani przed którąś z tamtych firm? Czy 

przed wszystkimi po kolei? - skontrował gniewnie. 

- Pańska podobała mi się bardziej. - Uśmiechnęła się uroczo. 

- Aha... - Tyle zdołał powiedzieć z tej całej frustracji. 

Jednak gdy Wynnie znów się odezwała, jej głos podziałał na niego kojąco: 

-  Panie  Kelly,  nie  powiedziałam  panu  prawdy,  gdy  obiecałam,  że  jutro  zajmę  się 

kimś innym. Na celu mam jedynie pańską firmę. Każda godzina mojej pracy była i bę-

dzie poświęcona sprowadzeniu pana na właściwą drogę. Więc dlaczego nie mielibyśmy 

sobie nawzajem oszczędzić czasu i zachodu? Moi ludzie dostarczą tu plan oszczędzania 

energii i materiałów. Pan jedynie przeliczy koszty i położy się spać ze świadomością, że 

świat oddycha lepszym powietrzem przy minimalnym wysiłku z pana strony. 

- Dlaczego ja? - zapytał, zastanawiając się w duchu, w czym aż tak bardzo zgrze-

szył, że ta kobieta przyszła go dręczyć. 

- Reprezentuje pan firmę, którą każda inna firma w tym kraju pragnie naśladować. 

Krążą o was legendy, macie ogromne wpływy. Jeśli wykonacie pierwszy krok, inni po-

T L

 R

background image

dążą za wami. Nikt nie zauważy jednej żarówki, która została wyłączona na noc, ale jeśli 

w  Brisbane zgasną  w nocy  wszystkie  żarówki,  będzie to  rewolucja.  -  Odetchnęła, zwil-

żyła usta. - Więc co pan o tym myśli? 

Dylan usiadł wygodnie w fotelu, nie spuszczając z niej wzroku. 

- Myślę, że to wystarczy. Nie lubię pogróżek. Nie lubię, kiedy moja firma i moja 

rodzina znajdują się w centrum zainteresowania karierowiczów. To, co pani zrobiła przy 

pomniku,  to  tandetny  chwyt  reklamowy,  który  wprawdzie  na  jeden  dzień  przyciągnie 

media, lecz to wszystko. Radzę zapalić to swoje zielone ekologiczne światełko gdzie in-

dziej, w przeciwnym razie zgaśnie na zawsze. 

Wynnie  spojrzała  na niego  z zadumą, po  czym  wyprostowała nogi  i  wstała.  Taka 

piękna, taka pociągająca... Dylan musiał uszczypnąć się w ramię, by się opanować. 

Skinęła potakująco głową i powiedziała: 

-  Zrozumiałam  przesłanie,  panie  Kelly  -  oznajmiła  chłodno,  lecz  jej  oczy  niebez-

piecznie rozbłysły. - Nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować panu za poświęcony 

mi czas i pozwolić wrócić do obowiązków. - Ruszyła do wyjścia. 

Dylan podniósł się z fotela i podążył za nią. W połowie drogi położył rękę na dol-

nej części jej pleców, by ją pokierować. Pokierować? Do drzwi wiodła prosta droga. Nie 

cofnął jednak ręki... 

Gdy  Wynnie  była  już  w holu,  odwróciła  się do  Dylana, a jego dłoń prześlizgnęła 

się po jej talii. Poczuł ciepło gładkiej skóry... Gwałtownie cofnął rękę. 

Spojrzała na niego, jakby nie domyślała się jego wzburzenia. 

- Dziękuję za poświęcony mi czas - powiedziała dziwnie miękko. - Proszę mi wie-

rzyć, naprawdę to doceniam. 

Poczuł nagle, że wcale nie chce, by odeszła. 

- I ja dziękuję. Był to najbardziej urozmaicony wtorek od Pucharu Melbourne. 

- Czyżby notowania na giełdzie się potroiły? 

Hol  rozbrzmiał  jego  śmiechem.  Kilku pracowników  zatrzymało  się, by  zobaczyć, 

co się dzieje, jednak Dylan nie zwrócił na nich uwagi. 

- Pracownicy działu prawnego przebrali się tamtego dnia za konie i dżokejów i ro-

zegrali szalony wyścig. 

T L

 R

background image

-  Mam  nadzieję,  że  gdy  będzie  opowiadał  pan  radzie  o  naszym  spotkaniu,  okaże 

pan taką samą werwę i entuzjazm jak dla rozrywek w godzinach pracy - skomentowała z 

sarkazmem, nadal jednak stała w holu, na wypolerowanej drewnianej posadzce, między 

ścianami wyłożonymi tapetą w dyskretny wzór, rzeźbionymi gzymsami i tłumem uwija-

jących się pracowników. 

Nagła myśl uderzyła Dylana jak obuchem. 

Ona  chciała  więcej  niż  tylko  współpracy  między  firmami.  Chciała  jego.  Przestę-

powała  nerwowo  z  nogi  na  nogę,  jakby  się  w  nim  zadurzyła.  Przez  krótką  chwilę  wy-

obrażał sobie,  że jego  ręka  zanurza się w  jej  włosach, przyciąga ją  ku sobie i całuje  do 

utraty tchu. 

Przeraziło  go  to.  Nie  był  mężczyzną,  który  ulega  pierwszej  iskierce  pożądania. 

Wybierał kobiety chłodne, obojętne, a Wynnie Devereaux wcale na taką nie wyglądała. 

Owszem, była energiczna i nieprzejednana, a nawet bezwzględna, czuł jednak, że duszę 

ma równie piękną i czystą, jak wskazywał na to jej wygląd. 

Ale była też lobbystką. 

- W najbliższy weekend posadzę drzewo z myślą o pani. 

- Proszę posadzić tuzin drzew z myślą o pańskich dzieciach. 

-  Nie  mam  dzieci,  a  w  każdym  razie  nic  mi  o  tym  nie  wiadomo.  Do  widzenia, 

Wynnie. 

- Do następnego razu, panie Kelly. - Odwróciła się na pięcie i poszła w głąb holu. 

Dylan zaś nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy dostrzegł kajdanki obijające się o 

jej słodki tyłeczek. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Wynnie z ulgą pozbyła się butów na wysokich obcasach i rozpoczęła masaż stóp, 

ocierając jedną o drugą, zamykając jednocześnie oczy i uciskając palcami powieki. 

- Co robisz? - zapytała Hannah. 

- Próbuję raz na zawsze wymazać z pamięci niektóre fragmenty dzisiejszego dnia. 

-  Przestań!  Byłaś  wspaniała!  Dokonałaś  więcej,  niż  mogliśmy  się  spodziewać. 

Wtargnęłaś do fortecy KInG, a to wyczyn nad wyczyny dla kogoś z CFC! 

- Owszem, to była spektakularna zagrywka. - Wynnie uśmiechnęła się z satysfak-

cją. - Najważniejsze jednak, że rozpoczęliśmy kampanię, w której oskarżamy najbardziej 

wpływową firmę w mieście o umyślne zatruwanie środowiska naturalnego. To naprawdę 

duża sprawa, nie uważasz? 

- Uważam. - Hannah dopiła drinka i zamówiła następnego. - Uważam też, że naj-

lepszym punktem programu była twoja alergia na nikiel. 

Wynnie dotknęła delikatnie zaczerwienionych nadgarstków. 

- To wcale nie jest śmieszne - sarknęła. 

-  A  właśnie  że  śmieszne.  -  Hannah  roześmiała  się  tak  głośno,  że  obecni  w  barze 

spojrzeli na nią, by sprawdzić, co się dzieje. - Najpierw dokonujesz czegoś, czego niko-

mu w CFC przed tobą nie udało się dokonać, a zaraz potem jakiś doktorek oznajmia, że 

nie możesz używać złej jakości kajdanków. Trzeba zadbać o bardziej luksusowe wypo-

sażenie naczelnej kajdaniary CFC. 

-  Przecież  jesteśmy  organizacją  non  profit,  więc  nie  możemy  wydawać  forsy  na 

najlepsze kajdany na rynku. 

Powaga, z którą to oznajmiła, jeszcze bardziej rozbawiła Hannah. 

Wynnie  westchnęła  głęboko,  wdychając  aromat piwa i pachnących  cytryną  roślin 

wypełniających  stojące  wokół  ceramiczne  doniczki.  Był  to  zapach  Australii.  Po  wielu 

latach,  które  spędziła  za  granicą,  czuła  jego  kojące  działanie.  Podobnie  reagowała  na 

ostatnie promienie zachodzącego wiosennego słońca. 

Nareszcie zaczynała się odprężać. 

T L

 R

background image

- Nie jestem pewna, czy duża dawka niklu może budzić pragnienie - powiedziała z 

udawaną już powagą - ale oddam życie za solidnego drinka. 

Ponieważ jednak z powodu bólu nadgarstków dostała kortyzon, musiała zadowolić 

się sokiem ananasowym, który nie mógł sprawić, by choć na chwilę zapomniała o pew-

nym cholernym przystojniaku. 

Barman,  który  przyniósł  napoje,  ozdobił  brzeg  szklanki  unurzaną  w  cukrze  tru-

skawką,  dodał  też  małą  papierową  parasolkę.  A  na  koniec  uśmiechnął  się  tęsknie  do 

Wynnie. 

Był nad wyraz urodziwy, a ona była patologicznie samotna. Jednak jego spojrzenie 

mówiło  wyraźnie, że chodzi mu tylko  o  krótką przygodę, a  ona  w  takich  zabawach  nie 

gustowała. 

Odwróciła się do Hannah, która zanuciła: 

- Wynnie ma nowego chłopaka! 

- Wynnie nie ma nikogo. 

- Daj mu pięć minut, a wróci z różą w zębach i mandoliną w ręku. Zamów następną 

kolejkę, zaoszczędzimy dwadzieścia dolarów. 

- Nie bądź śmieszna. 

-  Dlaczego?  Nowy  facet  w  nowym  mieście.  Cały  miesiąc  harowałaś  nad  naszym 

projektem, więc powinnaś przynajmniej mieć dla kogo rozpuścić włosy. 

Wynnie podniosła rękę do włosów, które były upięte na karku. 

- Miałam je dziś rozpuszczone i tylko zobacz, do czego to doprowadziło. 

- Aha - powiedziała Hannah z przesadnym naciskiem. 

- Co ma oznaczać to „aha"? 

- To wyjaśnia, dlaczego masz taki marny humor, podczas gdy powinnaś skakać z 

radości na myśl o sukcesie, który odniosłaś. 

- Nie skaczę z radości, ponieważ to nie ja piję czwartego drinka. 

Hannah wyciągnęła ku niej palec, udając, że ręce jej się trzęsą. 

-  Osoba,  którą  znalazłam  dla  naszej  firmy  i  o  zatrudnienie  której  walczyłam,  od-

niosła wielki zawodowy sukces, dzięki czemu mogę osiąść na laurach. Aha, poza tym ta 

T L

 R

background image

osoba zadurzyła się w panu Dylanie Przystojnym Wysokim Blondynie Kellym. Muszę to 

opić! 

Wynnie  już  otwierała  usta,  by  zaprzeczyć,  ale  nagle  poczuła  się  ogromnie  zmę-

czona. 

- Mogłaś mnie uprzedzić, że taki cholerny przystojniak z niego. 

- Czy mi się zdaje, czy naprawdę mówisz drżącym głosem? 

- Zdaje ci się - odparowała Wynnie, a potem, nie wiadomo dlaczego, dodała: - Nie 

chodzi tylko o jego wygląd. Jest przenikliwy, skupiony i przebiegły, ale ma też poczucie 

humoru. 

- Słyszałam o tym, ale jestem szanowanym prawnikiem i muszę dbać o dobre oby-

czaje. A ty? Zachowałaś się obyczajnie? 

- Co najwyżej kilka razy odjęło mi mowę, co może sugerować, że chętnie poszła-

bym z nim do łóżka, ale to wszystko. 

Hannah znów dała popis głośnego śmiechu, po czym spytała: 

- Zatem zaprosisz go na randkę? 

- Pod jakim pretekstem? 

- Hm, na kolację, do kina, na tango w pozycji horyzontalnej? 

- To on rozdaje karty. 

- I właśnie dlatego nie chcesz zaprosić go na randkę? 

- Nie. Tak! Także dlatego, że na pewno ma cały tabun kobiet śliniących się na jego 

widok. 

- Hm... - Hannah tym razem uśmiechnęła się kwaśno. 

- Jest strasznym flirciarzem. Flirtował ze mną, z dziennikarkami, z damską gawie-

dzią, a nawet z rośliną doniczkową w swoim biurze. To patologia! 

- No tak, nie mogłaś tego znaleźć w materiałach prasowych, ale krążą o nim różne 

historie... Jak by to ująć?... Należy do tych facetów, którzy chorują na syndrom ograni-

czonego czasu uwagi. 

- To znaczy? 

- To znaczy, że nigdy nie spotyka się dwa razy z tą samą kobietą, choćby była nie 

wiem jak piękna. Zresztą wszystkie są piękne i tak gorące, jak lodowe rzeźby. 

T L

 R

background image

- Hej, zaraz... Uważasz, że jestem gotowa dołączyć do tego grona? Że odpowiadam 

temu opisowi? Chcesz mnie obrazić?! 

Hannah poklepała ją po ramieniu. 

-  Przestań  stroić  fochy,  tylko  pomyśl  o  tym.  W  tym  miesiącu  znalazłaś  czas,  by 

pójść ze mną na kręgle oraz na drinka, a także by obejrzeć film na DVD. Chętnie zrezy-

gnuję  z  tych  wspólnych  atrakcji,  jeśli  wykorzystasz  te  godziny  na  miłosne  szaleństwa. 

Zrób to,  proszę!  Bo nie  widzisz,  ku czemu  zmierzasz?  Ku temu,  że zaczniesz  sypiać  w 

biurze, by nie tracić czasu na dojazdy i skoro świt zacząć pracę. 

- Ej, to nie tak! - Wynnie potrząsnęła głową. - Wreszcie znalazłam pracę, która mi 

odpowiada w stu procentach. Wierzę w naszą organizację, w jej przesłanie. Ta praca to 

dla mnie zaszczytny  obowiązek.  Każda  godzina  poświęcona  temu celowi  daje mi  świa-

domość,  że  i  ja  mam  swój  wkład,  mogę  pomóc...  -  Głos  uwiązł  Wynnie  w  gardle.  Ze 

wszystkich  osób,  którym  mogła  się  zwierzyć  z  potrzeby  naprawy  wyrządzonego  zła, 

Hannah była najwłaściwszą. To ona była z nią w ten dzień, gdy zniknął Felix. Ona po-

mogła  znaleźć  najlepszego  prawnika.  Ale  nawet  teraz,  po  tak  długim  czasie,  Wynnie 

ciężko było wyrzucić z siebie te słowa. Odetchnęła głęboko, po czym dodała cicho: - Nie 

zaproszę Dylana Kelly'ego na randkę. - Mogła wymyślić tysiące pretekstów, był jednak 

jeden prawdziwy  i  nadzwyczaj  ważny  powód.  Wynnie  miała  tę przywarę,  że nałogowo 

poświęcała się dla mężczyzn, a jedynym sposobem, by do tego nie doszło, było unikanie 

sytuacji,  w  której mogło  się  to  zdarzyć.  Nie za  każdym  razem  można  zmienić fryzurę i 

nazwisko, i wyjechać z miasta. Hannah ujęła jej dłoń. 

- Już? 

- Tak, w porządku. 

-  Czyli  nie  miałabyś  nic  przeciw,  gdybym  miała  małą  przygodę  z  Dylanem  Kel-

lym? 

-  Zupełnie  nic  -  mruknęła  Wynnie,  pogryzając  plastikową  słomkę.  -  No  to  lecę. 

Robi  się  późno,  a  muszę  zrobić  zakupy.  -  Podniosła  się  z  krzesła  i  energicznie  zaczęła 

torować sobie drogę przez tłum. 

Hannah również wstała. Nawet w płaskich butach była sporo wyższa od Wynnie. 

T L

 R

background image

- A wszystko dlatego, że żyłaś w przekonaniu, iż słońce świeci dla Feliksa. Wiesz, 

o czym mówię. Tymczasem on okazał się całkiem porąbany. I teraz boisz się, że wszyscy 

mężczyźni są tacy jak on. Tak nie jest, wierz mi. 

Wynnie dostrzegła przejście pomiędzy grupą studentów uniwersytetu i przecisnęła 

się przez nie. Sama. 

Porąbany? Felix nie był po prostu porąbany. Jej młodszy brat, jedyna rodzina, jaka 

jej pozostała, jej piękny chłopiec, który nie potrafił rozdeptać nawet pająka, nagle zrobił 

coś strasznego, obrzydliwego. Zranił ludzi, a to wszystko w imię ratowania planety. A na 

koniec zostawił siostrę, by naprawić wyrządzone zło. I nigdy więcej go nie zobaczyła. 

Wyszła na ulicę i zaczęła rozglądać się za taksówką. 

- Miałaś jakieś wiadomości od niego? - spytała Hannah za jej plecami. 

Oczywiście  wiedziała,  że  chodzi  o jej brata.  Wynnie  potrząsnęła  głową tak  gwał-

townie, że spinka w kształcie motyla wypięła się z włosów. Udało jej się złapać ją, zanim 

upadła na ziemię. Serce zabiło Wynnie w piersi na myśl, że mogła się stłuc. Wtedy stra-

ciłaby  jedyną  pamiątkę  po  swych  wspaniałych,  cudownych  i  nowoczesnych  rodzicach. 

Może być tylko wdzięczna losowi, że umarli i nie zobaczyli, jak Felix się zmienił. 

- Odezwie się, kochanie - powiedziała Hannah. - Nie martw się. Choć prawdę mó-

wiąc, nie wiem, po co. 

- Co ty... 

Hannah uniosła ręce w geście kapitulacji. 

- Dobrze, nie powiem już słowa na ten temat, ale jeśli kiedykolwiek spotkam Fe-

liksa w ciemnej uliczce, zarobi zdrowego kopniaka. 

Nadjechała  taksówka.  Wynnie  schowała  motyla  do  torebki  i  wskoczyła  do  auta, 

podając kierowcy adres mieszkania, które wynajęło jej stowarzyszenie. Przez tylną szybę 

zobaczyła, jak Hannah zatrzymuje następną taksówkę. 

Wyciągnęła się na siedzeniu, westchnęła głęboko i przymknęła oczy. Dylan Kelly. 

Tym  razem  zamiast starać się  wymazać  jego  obraz  z pamięci, pozwoliła  mu tam  pozo-

stać. Cóż, facet działał na nią niesamowicie... lecz kogo chciała oszukać? Byli z dwóch 

różnych  planet.  Ona,  odważna,  hippisowska  ekolożka,  i  on,  wspaniały,  oszałamiająco 

bogaty, korporacyjny gigant. 

T L

 R

background image

Dylan  wstał  od  stołu.  Kolejna  rodzinna  kolacja  właśnie  dobiegła  końca.  Był  po-

twornie objedzony. Wieprzowina w karmelu z sałatką z zielonej papai. Pierś z kaczki w 

marmoladzie  z  czerwonych  pomarańczy  i  pigwy.  Tarta  z  kozim  serem.  Nie  przepuścił 

żadnego dania, jakby próbował nasycić całkiem inny głód. 

Wynnie Devereaux mogła być kłopotem, ale była również sprawczynią bólu w ca-

łym  jego  ciele.  Czuł  na  swoich  policzkach  spojrzenie  jej  wilgotnych,  brązowych  oczu, 

gdy wszedł do łazienki, by się ogolić. Dłoń zachowała pamięć ruchu jej biodra, aż chwy-

cił filiżankę z gorącą kawą, by wymazać to wspomnienie. Bezskutecznie. Miał tysiąc in-

nych spraw do załatwienia, nie mógł jednak o niej zapomnieć. Nie pomagały w tym setki 

telefonów od dziennikarzy, którzy pytali o stosunki jego firmy ze stowarzyszeniem CFC, 

byli też ciekawi, co sądzi o kobiecie, która przykuła się do rzeźby. 

- Na pewno skończyłeś, braciszku? - zapytała Meg, jego młodsza siostra. - Za pięć 

dolarów dam ci wylizać mój talerz. 

- W dniu, który spędzisz na uczciwej pracy, zrozumiesz, dlaczego niektórzy tęsknią 

za  sutymi  kolacjami.  Zwykle  nie  mamy  czasu  na  lunch,  który  dla  innych  stanowi  naj-

ważniejszy moment dnia. 

Pokazała  mu  język  i  wyszła  do  drugiego  pokoju  z  telefonem  przyklejonym  do 

ucha. 

  -  O  ile  dobrze  pamiętam,  ona  ma  prawie  trzydziestkę,  prawda?  -  zwrócił  się  do 

ojca. 

Ale Quinn Kelly już wymykał się z jadalni. Dylan kiwnął głową w stronę Jamesa, 

kamerdynera rodziców, by upewnić się, że ojciec nie udał się przypadkiem na zabronione 

przez lekarzy cygaro. 

Był przekonany, że rodzina zawsze będzie się trzymać razem, jednak musiał zmie-

nić zdanie, gdy ojciec skończył siedemdziesiąt lat. Wtedy na jaw wyszła pewna tajemni-

ca, która poluzowała rodzinny fundament. 

Jego ojciec, prawdziwy król imperium Kelly Investment Group, twórca ich potęgi, 

który sprawił, że rodzina Kellych stała się najbardziej wpływową w całym Brisbane, miał 

poważne problemy z sercem i dwa razy cudem uniknął śmierci. Jednak dla dobra firmy, a 

także po to, by nie drażnić seniora rodu, nikomu o tym nie powiedzieli. 

T L

 R

background image

Tego  wieczoru  rola  Dylana  jako  strażnika  prywatności  rodzinny  stała  się  jeszcze 

bardziej istotna. Był zadowolony, że właśnie jemu ona przypadła. Czuł w sobie potrzebę 

ochrony ich życia prywatnego od dnia, gdy całe Brisbane obudziło się tylko po to, by w 

gazetach  znaleźć  artykuły,  w  których  opisano,  w  jak  drastycznych  okolicznościach  zo-

stały zerwane jego zaręczyny. Gdyby porzucony został ktoś noszący inne nazwisko, nikt 

by nawet nie zwrócił na to uwagi. Tego właśnie dnia zrozumiał, że jego pozycja wysta-

wia go na widok publiczny i obiecał sobie chronić swą rodzinę. 

Pojawił  się  James  i  uspokoił  go,  że  ojciec  jest  posłuszny  medycznym  nakazom. 

Dylan  wreszcie  mógł  się rozluźnić.  Wyrzucił  z pamięci  smutne  wspomnienia i  spojrzał 

na Camerona, swego młodszego brata, który opróżniał butelkę wina wraz ze swoją nie-

dawno poślubioną żoną Rosie, nie spostrzegłszy, że prawie wszyscy wstali już od stołu. 

Minęło wiele minut, a Dylan wciąż patrzył na nich. Z całej rodziny najlepiej doga-

dywał  się  właśnie  z  Cameronem.  Był  fajnym  facetem  i  Dylan  życzył  mu  jak  najlepiej, 

lecz w głębi duszy obawiał się, że Rosie okaże się inną kobietą, niż Cameron sądzi. 

- Czyż nie są słodcy? 

Dylan odwrócił się, by spojrzeć na stojącą za jego plecami matkę. 

- Tak słodcy, że aż zęby bolą. Mamo, kiedy wreszcie zrozumiesz, że zjawienie się 

nas wszystkich na kolacji nie jest jeszcze powodem, by wydawać królewskie przyjęcie? 

Następnym  razem  zostaw porcelanę  od Wedgwooda  w  kredensie.  Wystarczy nam zwy-

kły serwis z Ikei. - Pocałował matkę w policzek i opuścił jadalnię. 

W  salonie  zastał  siedzącego  przy  biurku  Brendana,  który  przeglądał  jakieś  doku-

menty. Był nieuleczalnym pracoholikiem, a od kiedy praktycznie zastępował Quinna, ta 

choroba przekroczyła wszelkie wyobrażenie. 

Dylan  przez  dłuższą  chwilę  przyglądał  się  bratu.  Brendan  był  kiedyś  w  stałym 

związku,  który  skończył  się  dramatycznie.  Odniósł  bolesne  rany,  stał  się  przeraźliwie 

samotny. Chrissy zmarła nagle, zostawiając go z dwiema cudownymi córeczkami, które 

teraz spały na górze niczym aniołki. Dylan wciąż współczuł bratu. 

- To dzisiejsze wydarzenie... - Brendan spojrzał na brata. - Mam nadzieję, że opa-

nowałeś sytuację. 

- Myślę, że tak. 

T L

 R

background image

- Oglądałem wiadomości. Sensacja dnia... Kajdanki? Naprawdę? 

Dylan  się  uśmiechnął.  To  było  silniejsze  od  niego,  nieważne,  że  całe  popołudnie 

próbował wymazać z pamięci pewną kajdaniarę. 

- Nazywa się Wynnie. Żąda od nas, byśmy jej pomogli uratować świat. Zapropo-

nowałem, że zabiorę ją na księżyc, a potem przywiozę z powrotem. 

- Nie zrobiłeś tego... - Brendan surowo zmarszczył brwi. 

- Trochę czasu w moim towarzystwie i ta nawiedzona ekoaktywistka zapomni nie 

tylko o swojej misji, ale nawet jak się nazywa. 

- Dlaczego ci ekoterroryści musieli nasłać na nas kobietę? - Brendan zasłonił oczy 

palcami. 

- Połowa ludzkości to żeński ród, więc nie ma w tym nic dziwnego, ale nie martw 

się.  Bogowie  mnie  kochają.  -  Dylan  usiadł  w  fotelu  i  powiedział  bratu  o  rozmowie  z 

Wynnie, po czym oznajmił: - Owszem, wtargnęła do naszej siedziby, ale zapewniam, że 

już nigdy nie przekroczy progu Kelly Tower. 

- Zatem gra nie jest warta świeczki? - zapytał Brendan. 

- Prawdopodobnie jest, choć po prawdzie nie mam ochoty układać się z kimś, kto 

ima się szantażu. Taki precedens nie jest nam potrzebny. 

Zazwyczaj ponury Brendan nagle uśmiechnął się delikatnie. 

-  Rozumiem...  Chcesz  jej  pokazać,  że  to  ty  jesteś  najgorszym  manipulatorem  w 

tym  mieście.  Największym  i  najgorszym.  Ona  jest  koniem  trojańskim.  To,  że  wprosiła 

się do siedziby firmy, jest naszą porażką, a gdyby się powtórzyło, byłaby to klęska. Czyli 

kordon  sanitarny  dla  tej  całej  Wynnie.  Choć  jeśli  uważasz,  że  lepiej  ją  osaczyć,  to  tak 

zrób. 

Dylan  wiedział,  że  to  już  koniec.  Nigdy  więcej  nie  zobaczy  Wynnie  Devereaux. 

Nie będzie żadnego spotkania ani nawet myślenia o niej. Myślenia o jej włosach, o słod-

ko  pachnącej  skórze,  o  tym,  jak  go  pociąga.  O  tym,  że  choć  powiedziała,  iż  nie  jest 

Francuzką, w jej głosie pobrzmiewał seksowny akcent, który mogła nabyć tylko wtedy, 

gdyby kończyła szkołę w Europie. 

T L

 R

background image

Koniec?  Wynnie  obiecała,  że jeszcze  z  nim nie skończyła.  Był  ciekaw,  jakie nie-

spodzianki szykuje. Był także ciekaw, jakie niespodzianki kryją się pod obcisłą bluzecz-

ką i białymi spodniami... 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Kolano Wynnie podrygiwało nerwowo, a oczy bolały od wpatrywania się w oświe-

tloną  słońcem  frontową  szybę  kawiarni  Morningside.  Rany  od  kajdanek  wciąż  jeszcze 

były  owinięte  bandażami  i  posmarowane  magiczną  maścią.  Musiała  włożyć  skórzaną 

marynarkę z długimi rękawami, by je ukryć. 

Prześlizgnęła  się  wzrokiem  po  kawiarnianych  ścianach  w  ciepłym  pomarańczo-

wym kolorze, po drewnianych krzesłach i fioletowych kanapach, wreszcie zatrzymała się 

na płaskim ekranie telewizora, w którym właśnie pokazywano poranne wiadomości. Ze-

gar w rogu ekranu uświadomił jej, że czeka już od dwunastu minut. 

Dwanaście minut! Mogłaby dłużej pospać albo zrobić coś z cieniami pod oczyma, 

lub choćby się uczesać, zamiast przygładzać niesforne włosy palcami podczas jazdy tak-

sówką. 

To  wszystko  wina  ciepłego  klimatu  w  Brisbane.  Przez  kilka  ostatnich  nocy  nie 

mogła spać. 

Lata spędzone pod inną szerokością geograficzną sprawiły, że cierpiała z powodu 

szoku termicznego. Dopiero nad ranem udawało jej się zasnąć. 

Ale  te  gorące noce były  niczym  w porównaniu z  faktem,  że  dziś,  o siódmej trzy-

dzieści rano, siedziała w kawiarni i czekała na pojawienie się Dylana Kelly'ego. 

Popatrzyła  na  ekran  telewizora  i  zobaczyła  tam  siebie  przykutą  kajdankami  do 

rzeźby.  Przed  nią  krążył  Dylan  Kelly  niczym  lew  czający  się  na  ofiarę.  Ona  zaś  miała 

włosy  rozwiane  wiatrem,  a  oczy  śledziły  każdy  ruch  tego  krwawego  lwa.  Nazwano  ją 

ekowojowniczką, choć nazwa ta zupełnie do niej nie pasowała. Kojarzyła się z pociskami 

z czerwoną farbą, gazem łzawiącym i rozwścieczonym, protestującym tłumem. 

Kojarzyła  się  z  Feliksem.  Ostatni  raz,  gdy  się  z  nim  widziała,  miał  siedemnaście 

lat,  a  w  oczach  wojowniczy  błysk.  Oznajmił podniecony,  że  ze znajomymi  wybiera się 

T L

 R

background image

na  manifestację.  Była  dumna  z  jego  pasji.  Nie  wiedziała,  niestety,  do  czego  może  do-

prowadzić wojna, w której miał wziąć udział jej brat w imię ochrony środowiska. 

Ręką bezwiednie dotknęła motyla, którego przyczepiła do paska od zegarka. 

Jej rodzina była wychowywana w inny sposób. Chodziło o życie w zgodzie z natu-

rą  i  pozostawienie  po  sobie  jak  najmniejszych  śladów.  Pozwalało  to  żyć  w  małej  spo-

łeczności, spójnej z otaczającym ją światem. 

Wynnie chciała pokazać światu, jak szczęśliwy jest taki byt. 

Zadzwonił  dzwoneczek,  do  kawiarni  wkradł  się  promień  słońca.  W  otwartych 

drzwiach pojawiła się męska sylwetka, jednak Wynnie od razu wiedziała, że nie na tego 

mężczyznę czeka. Był drobniejszej budowy. Miał na sobie marynarkę, rozmawiał przez 

komórkę. 

Wynnie rozluźniła się i sięgnęła po kubek z kawą. Zanim jednak zdążyła go pod-

nieść, jej dłoń zacisnęła się w pięść. Mężczyzna nie był sam. Przytrzymał otwarte drzwi i 

pojawił  się  w  nich  inny,  w  jasnoszarej  marynarce,  koszuli  w  delikatne  szare  paski,  bez 

krawata,  w przeciwsłonecznych  okularach  w  platynowej  oprawce. Miał szerokie  ramio-

na,  ciemnoblond  włosy,  mocno  zarysowaną  szczękę  i usta  stworzone do  grzechu.  Prze-

glądał gazetę. Był to Dylan Kelly. 

Nie było sensu przekonywać samej siebie, że to upał wzbudzał w niej to seksualne 

podniecenie.  Wzbudzał  je  on.  Wynnie  złapała  kubek  z  wystygłą  kawą  i  opróżniła  go 

jednym haustem. 

Gdy Dylan uniósł głowę znad gazety, miała wrażenie, że dopiero teraz dotarło do 

niego, gdzie się znajduje. Drugi mężczyzna, w którym rozpoznała Erica, pokazał gestem, 

że idzie po kawę. Dylan kiwnął głową i rozejrzał się po kawiarni. 

Dreszcz oczekiwania przebiegł przez Wynnie, gdy próbowała uchwycić jego spoj-

rzenie. Dylan nie spodziewał się jej w tym miejscu. A jeśli jej nie pozna? - wpadła w pa-

nikę.  Może  tylko  ona  odebrała  ich  poprzednie  spotkanie  jako  coś  niesamowitego,  mi-

stycznego  i  zmysłowego.  Dla  niego  zaś  mogła  przecież  być  tylko  szurniętą  ekolożką, 

którą nie warto zwracać sobie głowy. 

Nagle spojrzenie Dylana znieruchomiało, przez policzek przebiegł nerwowy tik, a 

ręka zacisnęła się na gazecie. 

T L

 R

background image

Wynnie odetchnęła głęboko i zawołała: 

- Znowu się spotykamy! 

U  boku  Dylana  pojawił  się  Eric,  który  spostrzegł,  że  szef  skamieniał.  Spojrzał  w 

tym samym kierunku, zobaczył Wynnie z uniesioną ręką i krew odpłynęła mu z twarzy. 

Nie znaczy  to,  że  oczekiwała  entuzjastycznego powitania  i  całusa  w policzek,  ale 

nigdy  też  w  nikim  jej  widok  nie  budził  tak  gwałtownej  reakcji,  co  dobitnie  okazywał 

Dylan  całym  sobą.  Wynnie  wskazała  niski  kawiarniany  stolik  i  stojące  przy  nim  sofy. 

Miała całe dwa dni na przygotowanie się do tego spotkania i przyniosła ze sobą wszyst-

kie niezbędne dokumenty: statystyki, badania, wyliczenia kosztów. 

-  Jest  pani  bardzo  upartą  kobietą.  -  Niby  mówił  z  powagą,  jednak  jego  oczy  się 

śmiały. 

- Im szybciej zrozumie pan, że nie ustąpię, tym szybciej przestanie pan mnie igno-

rować. 

- Obawiam się, że nie mógłbym pani ignorować, nawet gdybym chciał. Dziś usią-

dziemy tutaj, Ericu. 

- Oczywiście, szefie. - Asystent poszedł zamówić kawę. 

Wynnie nie dowierzała własnemu szczęściu. W marynarce, dżinsach, z café latte w 

żołądku  i  Dylanem  Kellym  obok  ryzykowała  jednak,  że  ulegnie  udarowi  cieplnemu. 

Uznała, że lepiej narazić się na śmieszność, niż zemdleć, i z ulgą zdjęła marynarkę. 

- Co też pani, do licha, zrobiła? - Mocno przejęty delikatnie ujął ją za nadgarstki. 

Serce Wynnie na chwilę się zatrzymało. 

- To przez kajdanki. Bardzo tanie, najgorszy sort, a ja na dodatek, jak się okazało, 

mam alergię na nikiel. Muszę trzy razy dziennie smarować się maścią z kortyzonem. Jest 

pan zadowolony? 

Dylan wybuchnął śmiechem, na co kawiarniani goście odwrócili się w ich stronę z 

ciekawością.  Wszyscy  go  rozpoznali, jeśli  nawet nie jako  Dylana  Kelly'ego,  to  jako  fa-

ceta, który codziennie o siódmej trzydzieści zamawia tu kawę. Ci, którzy wiedzieli, kim 

jest, wpatrywali się w kobietę, która spowodowała ten wybuch śmiechu. Wynnie poczuła 

emanującą ze wszystkich stron zazdrość. Gdybyż tylko wiedzieli, że śmieje się z niej, a 

T L

 R

background image

nie  do  niej,  z  pewnością  zyskałaby  w  ich  oczach  większą  sympatię!  Schowała  ręce  za 

siebie. 

- Wystarczy? - powiedziała przez zaciśnięte zęby. 

-  Na  razie.  A  zatem  czemu  zawdzięczam  niespodziewane  spotkanie?  A  może  to 

tylko zbieg okoliczności, że znalazła się pani w tym miejscu, o tej porze... 

- Panie Kelly... 

- Dylan. Znów razem pijemy kawę, więc nalegam, żebyśmy przeszli na ty. 

Gdyby  Wynnie  nie  dostrzegła  nutki  irytacji  w  błękitnych  oczach,  mogłaby  przy-

puszczać, że Dylan zaproponuje coś więcej. Jednak chorował na syndrom ograniczonego 

czasu uwagi. Innymi słowy, limitował czas poświęcony jednej kobiecie. 

- Chciałabym przedstawić szczegóły naszej współpracy. - Położyła przed sobą sto-

sik dokumentów. 

- Sprawa służbowa... Szkoda... A już myślałem, że sobie miło pogawędzimy w tej 

sympatycznej kawiarence. 

Przez krótką chwilę miała nadzieję, że naprawdę tak myśli. Cóż, stary lis stara się 

ją zbyć miłym słówkiem. 

- Przepraszam, że tak długo to trwało. Znów zapomnieli o cynamonie. 

Spojrzała  na  Erica,  który  ustawił na stole  papierowy  kubek  z  kawą,  cukierniczkę, 

serwetki  i  dzbanuszek  z mlekiem, po czym  usiadł u przeciwległego  krańca  stołu,  wyjął 

laptopa i popatrzył oczekująco na Wynnie. 

Gdy znów zerknęła na Dylana, siedział zaczytany w gazecie, zdając się nie pamię-

tać o obecności szalonej ekolożki. 

Ogarnęło ją zniechęcenie. Może powinna się poddać? Znaleźć inny cel, najlepiej w 

innym  mieście.  To było  zbyt  duże  wyzwanie.  Z drugiej  jednak strony  właśnie  tego po-

trzebowała, by raz na zawsze zagłuszyć wyrzuty sumienia. 

- Cześć. - Uśmiechnęła się przyjaźnie do Erica. 

- Cześć.   

Cóż,  w  porównaniu  z  charyzmatycznym  Szefem  Eric  nie  był  tak...  pociągający. 

Udało się jej nie spojrzeć na Dylana, choć wiedziała, że się uśmiecha. 

- Eric, prawda? Jestem Wynnie. 

T L

 R

background image

- Wiem. 

-  Masz  ładny  garnitur.  Co to  za  tkanina?  -  brnęła dalej, choć bała się,  że  Eric się 

speszy taką bezpośredniością. Ponieważ tylko się na nią gapił, delikatnie dotknęła klapy 

marynarki. 

- Wełna czesankowa. Doskonały wybór, biorąc pod uwagę klimat Brisbane. 

- W przeciwieństwie do skórzanej marynarki - mruknął Dylan, nie patrząc na nią. 

- Czy też mieszkasz niedaleko? - zapytała, wciąż próbując oczarować Erica. 

- W Chapel Hill. 

Wynnie słabo znała Brisbane. Kilka lat temu mieszkała tu przez parę miesięcy, gdy 

studiowała na tutejszym uniwersytecie. Chapel Hill było jednak na trasie autobusu, któ-

rym dojeżdżała na zajęcia z mieszkania wynajmowanego z Hannah i innymi przyjaciół-

mi. 

- To pół godziny jazdy stąd! - Skinęła w kierunku Dylana. - Czy on ci każe jechać 

tak długo każdego ranka tylko po to, byś mu zamówił kawę? 

- Robię to z przyjemnością - odrzekł beznamiętnym tonem Eric. 

- To znaczy, że mu nie każę. - Dylan wreszcie spojrzał na nią. - Jest młody, ma w 

sobie dużo entuzjazmu. To akurat łączy was oboje. 

Wynnie  rzuciła  mu  gniewne  spojrzenie.  Myliłby  się  ten,  kto  nazwałby  go  miłym 

facetem. Uparty, konfliktowy, cyniczny i denerwujący. A jednak miała przemożną chęć, 

by pójść z nim do łóżka. 

-  A  więc,  Ericu  -  szepnęła  konspiracyjnie  -  czy  Dylan  wtajemniczył  cię  w  nasze 

plany? 

- Ja mam taki plan, że chcę w spokoju przeczytać gazetę - oznajmił marudnym to-

nem Dylan. - Twoje plany są wyłącznie twoje. 

Gdyby wiedział, że do ostatniej minuty planowała najdrobniejsze szczegóły! 

Demonstracyjnie odwróciła się do Erica, jakby tylko jego dostrzegała przy stoliku, 

i położyła przed sobą kartkę z papieru z recyklingu, na której widniała sporządzona lista. 

- Możemy zacząć od zmniejszenia zużycia plastiku, papieru i energii, a w drugiej 

kolejności skupić się na wdrożeniu nowych ekologicznych metod. 

Jako dobry asystent Eric wziął listę i przebiegł ją wzrokiem. 

T L

 R

background image

- Wydaje się to proste - oznajmił po chwili. 

- Bo czyż nie jest? - Wynnie zerknęła na Dylana. 

Uniósł do ust papierowy kubek z kawą, wypił łyk, po czym zaczął tym specyficz-

nym tonem: 

- Ericu... - Patrzył w milczeniu, jak z dłoni asystenta wyślizgnęła się kartka z listą, 

jakby  parzyła  mu  palce.  -  Otóż,  Ericu,  mam  straszne  uczucie,  że  zostawiłem  w  domu 

włączone żelazko. 

Eric poderwał się na równe nogi, chwycił klucze podane przez szefa i w mgnieniu 

oka opuścił kawiarnię. Wynnie i Dylan pozostali sami. 

Zdała  sobie  sprawę,  że  jego  stopa  przylega  do  jej  stopy,  i  że  od  dłuższej  chwili 

wpatruje  się  intensywnie  w  jej  oczy.  Zaczęła  nerwowo  rozglądać  się  po  kawiarni,  by 

umknąć od zmysłowego, błękitnego spojrzenia. 

- Naprawdę zostawiłeś włączone żelazko? - spytała wreszcie. 

Dylan roześmiał się głośno. 

- On jest tak bardzo oddany, odpowiedzialny i pełen entuzjazmu, że nigdy nie za-

daje mi pytań. W dniu, kiedy wreszcie tak postąpi, otrzyma awans. 

- Więc dlaczego go odesłałeś?   

Przechylił się w jej stronę i powiedział takim tonem, jakby zdradzał wielki sekret: 

- Wynnie, nie zdołasz mnie przekonać poprzez Erica. 

- Zatem jak mam to zrobić?   

Jego oczy pociemniały. 

- Przekonujesz mnie, i to bardziej, niżbym sobie życzył. 

Nie  da  się  ukryć,  że  to  niespodziewane  wyznanie  bardzo  na  nią  podziałało.  Całą 

sobą  czuła  wzajemne  pożądanie.  Odetchnęła  głęboko,  by  się  opanować  i  nie  zdradzić 

przed Dylanem, co się z nią dzieje. Udała, że nie zrozumiała ukrytego sensu jego słów. 

- Więc pozwól nam wejść do twojej firmy. Możemy to zrobić w tajemnicy. W no-

cy. Pozwól nam zobaczyć, na jakich zasadach działacie, i wdrożyć ekologiczne metody. 

Zobaczysz, jak duże przyniesie to wam korzyści. Poza tym klienci i całe miasto zaczną 

na was inaczej patrzeć. Przekonasz się, że jesteśmy dla siebie stworzeni. - Gdy jego oczy 

T L

 R

background image

zrobiły się ciemne jak noc, dodała szybko: - To znaczy CFC i KInG są dla siebie stwo-

rzone. 

Cały czas patrzył na nią intensywnie. 

- Wynnie, tracisz czas, pukając do niewłaściwych drzwi. 

- Co mogę zrobić, żebyś zmienił zdanie? - Słowa „zrobię dla ciebie wszystko" za-

wisły w powietrzu. Choć Wynnie ich nie wypowiedziała, lecz Dylan pewnie się ich do-

myślił. 

- Żadne statystyki mnie nie przekonają. Wyobraź sobie, że jestem pitbulem, który 

strzeże wrót domu. Podejdź za blisko, a ugryzę. 

- Podchodzę za blisko. 

- Pewnie tak... - Pochylił się ku niej. 

- Naprawdę podchodzę za blisko? - Zabrzmiało to, jakby pytała samą siebie. 

Dylan przesunął dłoń i poczuła, że ich palce niemal się zetknęły. 

- Wynnie, podeszłaś za blisko już w chwili, gdy pojawiłaś się na placu przed moją 

firmą. - Zawibrowała komórka Dylana. Wyjął ją z kieszeni, spojrzał na wyświetlacz, po-

tem rzucił niecierpliwie: - Tak?... Nie pamiętam. - Rozłączył się, po czym poinformował 

Wynnie: - Eric pytał, w którym pokoju korzystałem z żelazka. 

- Dlaczego nie oddzwonisz i nie powiesz mu, że się... pomyliłeś? 

- Niech się jeszcze trochę pomartwi. Lubi być pożyteczny. 

- Kiedy tylko cię zobaczyłam, wiedziałam, że zawarłeś pakt z diabłem. 

- Być może podpisywałem jakiś cyrograf. - Wstał, znów omiótł Wynnie wzrokiem, 

wyczuwając, jak bardzo jest spięta, zdenerwowana... a może podniecona? Spojrzał na jej 

rozczochrane włosy i zabandażowane nadgarstki. A po chwili przesłonił oczy ciemnymi 

okularami. 

- Z diabłem tak, lecz nie z CFC - mruknęła, po czym dodała głośno: - Bo to nie jest 

ten dzień, w którym podpiszesz umowę z CFC? 

- Wygląda na to, że nie. 

- Pozwól, że powiem coś jeszcze na koniec. Kiedy zabraknie ci wody, kiedy twój 

ogród zamieni się w wysypisko śmieci, kiedy będziesz zmuszony założyć maskę, by móc 

oddychać, wtedy pożałujesz, że nie posłuchałeś pewnej namolnej ekolożki. 

T L

 R

background image

Przez  chwilę  stał  bez  ruchu,  po  czym  się  uśmiechnął  i  zrobił  coś,  czego  Wynnie 

kompletnie się nie spodziewała, a mianowicie wziął projekt umowy i przeczytał pobież-

nie. Owszem, trwało to bardzo krótko, ale wreszcie poświęcił jej uwagę. Może powinna 

wcześniej wspomnieć o ogrodzie? 

Zamierzała kuć żelazo, póki gorące, lecz Dylan odłożył dokument i bez słowa ru-

szył do i wyjścia. W drzwiach odwrócił się i po raz ostatni spojrzał na Wynnie, a w każ-

dym  razie  tak  jej  się  zdawało,  lecz  pewności  nie  miała,  bo  oczy  ukrywał  za  ciemnymi 

okularami. 

Pokiwała smętnie głową. Zdążyła się już boleśnie przekonać, że nie potrafi czytać 

w męskich myślach i sercach. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Minęło kilka dni. Wieczorem, gdy zostały same w biurze, Wynnie i Hannah zasia-

dły przy szklanym stole i gapiły się na przyczepione do drzwi zdjęcie Dylana Kelly'ego. 

W napadzie frustracji Wynnie dorysowała czarne wąsy, kolczyki w lewym uchu, piracką 

chustkę  i  szczerby  po  zębach.  Lecz i tak  nie zatarła  wyrazu tych niebieskich  oczu,  wy-

zywających, kpiących i flirtujących, które sprawiały, że ciarki przeszywały jej ciało. 

- A więc przeczytał projekt umowy? - spytała Hannah. 

- Tylko przejrzał. 

-  To  dobrze.  Żadna  kobieta nie  zdejmie  sukienki  z  wieszaka i nie sprawdzi  ceny, 

jeśli nie spodoba się jej fason. 

- Dylan Kelly nie jest kobietą. 

- Nie, nie jest. - Hannah znów zerknęła na zdjęcie. - I pewnie nie łazi po butikach, 

tylko zamawia ubrania na miarę. Ale dotknął, popatrzył. To dobry znak. Powoli do niego 

docierasz. 

Wynnie się zamyśliła. To ich spotkanie w kawiarni... 

- Hannah, przekaz Kelly'ego był niejednoznaczny. W łagodnej wersji można by go 

tak ująć: „Czekaj na mój telefon". Lecz zarazem pobrzmiewała w nim inna treść: „Daj mi 

święty spokój, bo inaczej zwrócę się do mojego prawnika". 

- Sprzeczne zeznania, moja droga. Drugą część sobie daruję. Naprawdę myślisz, że 

do ciebie zadzwoni? 

- Och, po co ci to mówiłam? - Wstała. - Najwyższa pora wracać do domu. - Pocią-

gnęła Hannah za sobą i ruszyły ciemnym korytarzem do wyjścia. 

- No dobra, Wynnie, mów, co ci naprawdę leży na sercu. Wiesz, że cioci Hannah 

można wszystko powiedzieć, a nawet uzyskać dobrą radę... 

-  Wiem,  wiem,  tyle  że to dość  skomplikowane.  W  każdym  razie  Dylan  Kelly  za-

chowuje się... nie, nie tak, jakby mnie lubił, ale tak, jakby nie chciał mnie zniszczyć. 

- Zaraz, przecież obok zachęty wyczułaś też pogróżkę w jego głosie. 

Wynnie nagle sama sobie wydała się śmieszna 

- Och, już nic nie wiem... 

T L

 R

background image

-  Ustalmy,  że  ta  pogróżka  pochodzi  od  jednego  z  szefów  korporacji.  „Ekolożko, 

odwal się". Lecz co tak naprawdę przekazał Wynnie Devereaux? 

Poczuła się jeszcze żałośniej. 

-  Mój  Boże,  przecież  to  słynny  playboy.  Zaliczył  już  wszystkie  kobiety  w  tym 

mieście poza mną, stąd to zainteresowanie moją osobą - rzuciła cierpko. - Być może oce-

niam go zbyt surowo, ale tak to czuję i nic na to nie poradzę. 

-  Czy  to  źle,  że  cię  jeszcze  nie  zaliczył?  Czy  też  źle,  że  zamierza  to  uczynić?  - 

prowokowała przyjaciółka. 

- Och, daj mi spokój! Kompletnie tego nie ogarniam. 

Śmiech Hannah odbił się echem od ścian pustego korytarza. 

- To dlatego nazywają go czarującym draniem. Oślepia piękną twarzą, ciałem, gło-

sem  i...  wystarczy.  A  kiedy  ty  toniesz w  jego przepastnych  oczach,  on  zabija twój pro-

jekt, zanim jeszcze zdążyłaś podać mu rękę na powitanie. 

- Więc wszyscy go znają z tej strony? A ty właśnie do niego kazałaś mi się zwró-

cić! W dodatku cały czas próbujesz mnie przekonać, żebym się z nim umówiła na rand-

kę. 

- Jestem prawnikiem. Moja praca polega na tym, żeby poznać racje obu stron. Poza 

tym, kochanie, wiesz lepiej ode mnie, że reputacja to zaledwie cząstka prawdy o każdym 

z nas. 

- Owszem, wiem... No cóż, uprzedzałaś mnie, że to czarujący drań, dlaczego jed-

nak dopiero teraz mi mówisz, że jest taki nie tylko prywatnie, ale i w sprawach bizneso-

wych? 

- Po prostu nie lubię plotkować. 

- Och, gadanie... Poza tym uwielbiasz plotkować. 

- Jasne, masz rację. Cóż, wyszło trochę nie tak. Traktowałam to jako kolejną akcję, 

z uwagi na Kelly'ego trochę pikantną, i zbytnio nie liczyłam na sukces. W sumie był to 

raczej taki sobie żart... Do głowy mi nie przyszło, że aż tak się zaangażujesz! 

- Jak mogłam się nie zaangażować? W pracy mówię tylko o nim, z mediami mówię 

tylko o nim, myślę tylko o nim. Doprawdy, czuję już przesyt. - Przyłożyła dłoń do czoła. 

- Mam tego potąd! 

T L

 R

background image

- Jak ja to lubię! - ze śmiechem skomentowała Hannah. - Bogaty, wpływowy, sek-

sowny, wolny facet. Jak ci taki nie pasuje, to co ci pasuje? 

- Dzięki, bardzo mi pomogłaś.   

-  Wynnie,  jesteś  fajna,  ładna,  inteligentna.  Jeśli  polubiłaś  Dylana  Kelly'ego,  to 

znaczy, że na to zasługuje. A jeśli nie jesteś pewna, czy możesz mu zaufać, to zaufaj so-

bie. 

Zaufanie. Zawsze chodzi przede wszystkim o zaufanie. Wynnie ufała tylko sobie, 

inaczej po prostu nie potrafiła. Zresztą nawet z tym ufaniem sobie też nie było tak łatwo. 

Nie potrzebowała dyplomu z psychologii, by wiedzieć, skąd to się wzięło. W najgorszy z 

możliwych  sposobów  została  opuszczona  przez  najbliższą  osobę.  Gdy  była  dzieckiem, 

potrafiła kochać ludzi, utraciła jednak tę zdolność w chwili, kiedy weszła do auli na wy-

dziale socjologii i stanęła twarzą w twarz z dziekanem i grupką policjantów. 

Źle  by  się  stało,  gdyby  teraz  uwierzyła,  że  Dylan  Kelly  może  być  uczciwym, 

przyzwoitym człowiekiem. 

 

W piątkowe popołudnie Dylan udał się do swego biura, gdzie czekał na niego Jack 

Colby, kumpel z lat szkolnych, a teraz najlepszy prywatny detektyw w kraju. 

- Witaj, Jack. 

- Cześć, Dylan. Jak leci? 

-  Za  te  pieniądze,  które  ci  płacę,  powinieneś  wiedzieć  lepiej  ode  mnie  -  rzucił 

cierpko. 

- Co to, humorek nie dopisuje? - odparł kpiąco Jack. 

Ano nie dopisywał.  Od  kiedy  Dylan  spojrzał  w  te  łagodne brązowe  oczy  Wynnie 

Devereaux,  poczuł  się  jakby  na  rozdrożu.  Potężny  impuls  nakazywał  mu,  by  wydać 

Wynnie  stanowczy  zakaz  zbliżania  się  do  rodziny  Kellych,  lecz  inny,  równie  potężny 

impuls pchał go do tego, by zatonąć w czułych objęciach tejże kobiety. 

Do diabła, musiał znaleźć sposób, by się od niej uwolnić! 

Po  namyśle  doszedł  do  wniosku,  że  wcale  nie  jest  sfrustrowaną,  seksowną,  zwa-

riowaną ekolożką, jaką się wydawała na pierwszy rzut oka. W tym kryła się jakaś tajem-

nica. Wynnie na pewno miała jakiś dobrze skrywany, osobisty powód, dla którego wła-

T L

 R

background image

śnie on znalazł się na celu. Kiedy tylko się dowie, w czym rzecz, przestanie być tak in-

trygująca. 

- Wybacz, Jack, to głupie, że wyżywam się na tobie, ale owszem, trochę mnie nosi. 

Więc z czym przyszedłeś? 

- Wynnie Devereaux. Dwadzieścia siedem lat. Brunetka. Brązowe oczy. Szczupła 

budowa  ciała.  Wzrost średni.  Samotna. Ładna.  - Jack  wyjął  kilka  fotografii i położył  je 

na biurku przed Dylanem.   

Pierwsze  zdjęcie  przedstawiało  Wynnie  w  dniu,  kiedy  pierwszy  raz  ją  zobaczył. 

Szła ulicą w towarzystwie blondynki o kręconych włosach. 

Kolejne  fotografie przedstawiały  Wynnie  poważną,  zdziwioną,  roześmianą. Miała 

zabandażowane nadgarstki, co bardzo rozbawiło Dylana. 

Na ostatnim zdjęciu patrzyła prosto w obiektyw. Miała zmarszczone czoło, deter-

minację w oczach, ciemne włosy okalały śliczną twarz. Energia, wola walki... Z Wynnie 

aż biła siła życia. 

Owszem, fajne podobizny, ale nic z nich nie wynika. 

- To wszystko? - Rzucił fotografie na biurko. 

- To początek. W wieku osiemnastu lat zaczęła studiować nauki humanistyczne na 

stanowym uniwersytecie w Queenslandzie. Przedtem uczyła się w domu. Po roku prze-

rwała  jednak  studia  i  wyjechała  do  Paryża,  gdzie  pracowała  na  rzecz  towarzystwa  zaj-

mującego się upiększaniem parków. 

- Rozumiem... - To tłumaczyło obcy akcent pobrzmiewający w jej mowie. 

- Później pracowała dla różnych organizacji, pozyskując fundusze, lobbując w celu 

uzyskania dotacji rządowych. Ostatnią z tych organizacji był Komitet na rzecz Odbudo-

wy Arena di Verona. Pieniądze, które zdobyła, nawet ciebie przyprawiłyby o palpitację 

serca. 

- To wszystko? Po prostu jest utalentowaną, dwudziestosiedmioletnią lobbystką. 

-  Dopiero teraz będzie  ciekawie. Choć posługuje  się dokumentami  wystawionymi 

na  Wynnie  Devereaux,  tak  też  podpisała  umowę  o  pracę,  w  rzeczywistości  nazywa  się 

inaczej. 

- Zatem kim ona, do licha, jest? 

T L

 R

background image

- Sam się przekonaj. Nie chcę ci psuć niespodzianki. - Jack podniósł się z fotela i 

wręczył teczkę z dokumentami. 

Dylan zagłębił się w lekturze, aż dotarł do kopii raportu sprzed kilku lat. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

W  sobotni  wieczór taksówka  wioząca Wynnie  i  Hannah  zatrzymała się przed du-

żym, oszklonym budynkiem Muzeum Queenslandu, rozbłyskującym różowymi i poma-

rańczowymi  światłami.  Z  samochodów  parkujących  wzdłuż  ulicy  wysypywały  się  ko-

biety w letnich wieczorowych sukniach i elegancko ubrani mężczyźni. 

- Bale charytatywne nie są tym, czym były kiedyś - mruknęła z dezaprobatą Wyn-

nie. - Panuje tu nastrój orgii. - Wysiadła z samochodu, dbając o to, by ruszać się jak na 

damę przystało. Może komuś wyda się to przesadą, jednak przy takich okazjach należy 

dbać na przykład o to, by trzymać kolana razem, nie przybierać zbyt swobodnych póz, a 

to ze względu na tłum paparazzich, którzy tylko czekają na jeden fałszywy ruch każdej 

rozpoznawalnej, a więc medialnej osoby.   

Wynnie miała uraz na punkcie fleszy i wycelowanych w nią obiektywów, bo koja-

rzyły się z tą straszną chwilą, kiedy to co prawda opuściła posterunek policji jako wolny 

człowiek, ale ze świadomością, że jej życie się zawaliło. Postanowiła się wziąć w garść. 

W  końcu nie  była  już tą jasną  blondynką  o  krótkich  włosach,  z  mocno  wymalowanymi 

oczyma, ubraną w poncho i kolorowe dzwony. Od tamtego czasu straciła też siedem ki-

logramów. Uśmiechnęła się więc, pomachała w stronę reporterów i operatorów. Cóż, po 

swoim kajdaniarskim wyczynie zyskała na jakiś czas medialną wartość. Do podsuniętych 

dyktafonów rzuciła garść informacji o Clean Footprint Coalition. 

Była ubrana w jedwabną sukienkę w kolorze dojrzałego pomidora, która co prawda 

zakrywała ręce aż do wciąż zaróżowionych nadgarstków, za to sięgała ledwie do połowy 

ud  i  była  tak  obcisła,  że  cały  świat  mógł  podziwiać  zarys  kolczyka  umieszczonego  w 

pępku Wynnie. 

Weszły  do  jasno  oświetlonego  foyer.  W  ogóle  przepych  wystroju  rzucał  się  w 

oczy. 

T L

 R

background image

-  Czy  jakiekolwiek  pieniądze  zostaną  na  działalność  charytatywną?  -  spytała  po 

cichu przyjaciółkę. 

-  To  nie nasza impreza  -  odparła  Hannah.  -  Więc i  nie nasza sprawa. Jesteśmy  tu 

tylko  po  to,  żeby  się  dobrze  bawić  i  potańczyć.  Może  spotkasz  jakiegoś  przystojniaka? 

Wreszcie masz okazję, by zaprezentować się w tej sukience. - Hannah ruszyła dalej wraz 

z rozbawionym tłumem. 

Jednak Wynnie po prostu wrosła w ziemię. Nieopodal niej stał Dylan Kelly.  Wy-

glądał znakomicie w doskonale skrojonym smokingu. Wynnie ogarnęła fala gorąca. 

- Ona tu jest - ktoś szepnął do Dylana. 

Odwrócił się - i ich oczy się spotkały. 

Wynnie nerwowym ruchem sięgnęła do wpiętego we włosy motyla. Wydawała się 

taka bezbronna, delikatna, drobna. 

Dylan porzucił swoje towarzystwo i ruszył ku niej. Poczuła znajomy zapach płynu 

po goleniu. Tak mocno chwyciła torebkę, że zdobiące ją cekiny odcisnęły się na jej roz-

palonych dłoniach. 

- Co taki ktoś jak ty robi w tym miejscu?   

Stanął obok niej, wzrokiem obiegając tłum. 

- Być może wiedziałem, że tu będziesz? Być może przyszedłem zobaczyć ciebie i 

tobie podobnych, by dowiedzieć się, jak można się przed tobą bronić? 

-  Sądzisz,  że  potrzebujesz  pomocy?  Przynajmniej  jak  dotąd,  z  nas  obojga  radzisz 

sobie znacznie lepiej. 

- Trzeba zawsze robić to, co się umie najlepiej. 

Zerknęła na niego. Nie obserwował już tłumu, tylko całą uwagę skupił na niej. 

-  Cena  biletu  wstępu  to  tysiąc  pięćset  dolarów.  Drogo  cię  kosztuje  ten  ekspery-

ment. 

Przysunął się jeszcze bliżej. 

- Mam uczucie, że zdejmowanie z ciebie tej sukienki będzie warte każdego centa, 

którego zapłaciłem. 

Kolana Wynnie zadrżały, ale lata pracy w lobbingu nauczyły ją, jak panować nad 

sobą. 

T L

 R

background image

- Przecież doskonale wiesz, że zawsze możesz umówić się ze mną w moim biurze, 

gdy będę miała na sobie więcej ubrań. - Spojrzała na niego kpiąco. - Tu wszędzie fruwają 

fluidy dobroczynności, co nie bardzo pasuje do twojego stylu. 

- Mój styl ma się całkiem dobrze. 

- Jasne, doceniam to... Dylan, mógłbyś mi zrobić przysługę? 

- Oczywiście. Czego ode mnie oczekujesz? 

- Ci dobrzy ludzie - wskazała dłonią wokół - zapłacili ciężką forsę i zjawili się tu, 

ponieważ zależy im na naturalnych źródłach energii. Postaraj się nie mieć na nich złego 

wpływu, dlatego błagam, uśpij mroczną część swej duszy. 

Wybuchnął tak głośnym śmiechem, że mnóstwo głów odwróciło się w ich kierun-

ku. W oczach wielu kobiet widać było zachwyt, jednak Dylan patrzył tylko na Wynnie. 

- Kochanie - powiedział głośno, nie przejmując się, czy ktoś go usłyszy - mógłbym 

o to samo poprosić ciebie, lecz zrobiłoby się strasznie nudno, nie uważasz? 

Wynnie wiedziała, że musi zmykać od niego jak najdalej. Po chwili rozdzielił ich 

hałaśliwy  tłum.  Śmiech  Dylana,  jego  błyszczący  wzrok,  to,  co  między  nimi  zaiskrzyło, 

zostawiała  za  sobą,  chowała  do  wspomnień,  miłych,  a  nawet  ekscytujących,  ale  tylko 

wspomnień. Taką przynajmniej miała nadzieję. 

Gdy  minister  środowiska,  spuścizny  narodowej  i  sztuki  zakończył  przemowę,  za-

częła grać orkiestra jazzowa. Przygryzając słomkę, Wynnie wpatrywała się w tył głowy 

siedzącego parę stolików dalej Dylana. Odwróciła się i popatrzyła na uśmiechającą się do 

niej znad talerza z karmelowym ciastem Hannah. 

-  Wreszcie  mam  okazję  popatrzeć,  jak  się  zachowuje  w  towarzystwie  sobie  po-

dobnych. Jeśli chcę wygrać, muszę zgromadzić wszelkie możliwe środki. 

Nagle za jej plecami rozległ się znajomy głęboki głos: 

- Wynnie, mogę cię prosić na słówko?   

Przyjaciółka zerwała się na równe nogi i przedstawiła się: 

- Hannah Laskowski. Miło pana poznać. 

Uśmiechnął się przyjaźnie i wyciągnął rękę. 

- Dylan Kelly. Cała przyjemność po mojej stronie. 

T L

 R

background image

- Jestem szefową Wynnie. Wszystko, co ma pan jej do powiedzenia, może pan po-

wiedzieć mnie. Tutaj lub gdziekolwiek indziej. 

-  Dziękuję  za  propozycję,  ale  w  biznesie  zawsze  kontaktuję  się  z  tymi  samymi 

osobami. Im więcej ludzi angażuje się w sprawę, tym łatwiej o pomyłkę - odparł z rów-

nie miłym uśmiechem. 

Wynnie zmarszczyła brwi. 

-  Hannah  zna  słowo  „nie"  we  wszystkich  językach  świata,  podobnie  jak  ja.  Do 

żadnej pomyłki nie dojdzie. 

- Chodź ze mną, a wszystko ci wyjaśnię. - Ujął jej dłoń i pociągnął ją za sobą. 

Odwróciła się, szukając ratunku u Hannah, lecz przyjaciółka siedziała już przy sto-

liku i zajęła się drinkiem. 

- Panie Kelly! - zawołała, uśmiechając się przy tym do tych, których potrąciła, gdy 

torowali sobie drogę przez tłum. 

- Tak, Wynnie? 

- Dylan, powiedziałeś, że chcesz ze mną porozmawiać. 

- Powiedziałem. 

- Więc rozmawiajmy. - Skrzyżowała ręce na piersi i wysunęła nogę do przodu, sta-

rając się zachować bezpieczny dystans między sobą a nim. 

Jednak właśnie w tej chwili orkiestra zagrała „The Way You Look Tonight" i Dy-

lan przytulił ją do siebie. 

- Co robisz? 

- Po prostu tańcz, w przeciwnym razie wzbudzimy sensację. 

-  Biorąc pod uwagę,  że  oprócz nas nie ma nikogo na parkiecie, i tak staliśmy  się 

niezłym widowiskiem. 

- Więc korzystajmy z okazji! - Przycisnął ją jeszcze mocniej, prowadząc w tańcu. 

Wynnie dała się ponieść chwili. Cały świat wokół zniknął, poczuła się wolna, lek-

ka, cudownie beztroska. 

Nagle poczuła, że Dylan gładzi jej lewy nadgarstek, po chwili zajął się prawym. 

- Już nie bolą? - zapytał. 

- Nie będą bolały tak długo, jak będę się trzymać z daleka od tanich kajdanków. 

T L

 R

background image

- Wiem, gdzie można dostać kajdanki najlepszej jakości. Tylko poproś, a zamówię 

je dla ciebie. 

- Nie wątpię - mruknęła z sarkazmem.   

Obrócił ją wokół siebie i znów znalazła się w jego ramionach. Ten facet naprawdę 

potrafił tańczyć. W ogóle był w każdym calu doskonały. 

- Czy twoja dziewczyna nie zastanawia się, dlaczego nie zabrałeś jej tutaj? 

- Nie mam dziś żadnej randki. 

Wynnie zerknęła na kilka kobiet, które wręcz pożerały go wzrokiem. 

- Myślałam, że twój karnecik balowy jest gruby jak „Wojna i pokój". 

- Dziś wieczór dałem im wolne - odparował ze śmiechem. 

- Jakie to wspaniałomyślne! 

Widziała w jego oczach pożądanie. Nieważne, czy taka była prawda, czy też miała 

omamy, po prostu musiała łyknąć świeżego powietrza... i to sama, jak najdalej od Dylana 

Kelly'ego i jego tulących ją ramion. 

Nie  mogła  jednak  kicnąć  gdzieś  jak  zając  za  miedzę,  dlatego  spróbowała  z  innej 

beczki, przybierając oficjalny ton: 

- Wspomniałeś, że masz do mnie jakąś sprawę. Jak rozumiem, wreszcie przejrzałeś 

na  oczy  i  jako  reprezentant  KInG  jesteś  gotów  porozmawiać  ze  mną,  przedstawicielką 

CFC, o przyszłej współpracy. Proponuję, byśmy gdzieś usiedli i przystąpili do negocja-

cji. 

Przyciągnął ją do siebie, a ona instynktownie przylgnęła do niego. 

- Wiesz co? - szepnął jej do ucha. 

- Tak? 

- Nie jestem pewien, czy sprawiły to te kolorowe światła, a może zawiniły różowe 

serwetki, ale właśnie przeżyłem metamorfozę, w mej duszy rozbłysło, poczułem tchnie-

nie prawdy. I mam już w życiu cel! Będę walczył o legalizację marihuany, zacznę roz-

mawiać  z  delfinami,  a  każdą  kobietę  odzianą  w  naturalne  futro  obleję  czerwoną  farbą. 

Zobaczysz, odmienimy ludzkie serca, odmienimy świat. Zwyciężymy! 

- Ty draniu! - Wyrwała się z jego objęć. 

T L

 R

background image

- Zostań, Wynnie - powiedział cicho, by tylko ona usłyszała. - Wszyscy na nas pa-

trzą  i  jeśli  odejdziesz,  zanim  piosenka  się  skończy,  znajdziemy  się  na  pierwszych  stro-

nach  gazet,  a  wzmianki  o  akcji  charytatywnej  pojawią  się  dwadzieścia  stron  dalej.  Nie 

chcesz chyba, żeby cię za to obwiniali? 

Starała się zebrać myśli. Nie mogła odkryć gry, którą prowadził Dylan. Wiedziała 

jedno.  Tańczył  z  nią  nie  tylko  dlatego,  że  jego  ręce  lepiły  się  do  niej.  Coś  chciał  osią-

gnąć, coś kombinował. Tylko co? 

Jego ręka prześlizgnęła się po czerwonym jedwabiu sukienki w dół pleców, prze-

chylił Wynnie do tyłu w tanecznym skłonie, jej noga splotła się z jego nogą... 

Zaufanie.  Dekadencja.  Obyczajność.  Przyszłość  planety.  Pierwsze  strony  gazet. 

Nagle  wszystko  to  przestało  się  liczyć,  ważny  był  tylko  ten  ogień,  który  widziała  w 

oczach Dylana. Zapragnęła, by ich usta się połączyły... I nagle z tamtego świata dobiegły 

słowa: 

- Kelly, witaj. Byłem pewien, że to ty. 

Wynnie zamrugała. Nie byli już sami na parkiecie. Wywinęła się z ramion Dylana i 

zaczęła  przeciskać  się  przez  tłum,  czując  na  plecach  wzrok  tego  niesamowitego  faceta. 

Gdy  dotarła  do  opustoszałego  stolika,  pomyślała,  że  czuje  się  tak,  jakby  chodziła  na 

czubkach palców wokół krateru czynnego wulkanu. 

-  A  niech to...  -  Zdała sobie sprawę,  że  nie  dowiedziała się,  co  Dylan miał  jej do 

powiedzenia. 

Zaraz  jednak  zrozumiała,  że  nie  ma  to  żadnego  znaczenia.  Ten  taniec  powiedział 

wszystko. 

Wynnie stała w rogu muzealnego foyer. Wspiąwszy się na czubki palców, przepa-

trywała wzrokiem tłum w poszukiwaniu Hannah. 

- Czy to nie Guinevere Lambert?   

Udając,  że  nie  usłyszała  swego  prawdziwego  imienia  i  nazwiska,  obejrzała  się 

dyskretnie i dostrzegła wysokiego mężczyznę, który roztaczał wokół zapach papierosów 

i dawno niezmienianego ubrania. 

- Guinevere, prawda? Widziałem cię na parkiecie z Dylanem Kellym. Nie mogłem 

skojarzyć,  skąd  cię  znam,  aż  nagle  coś  mi  zaświtało.  Dziesięć  lat  temu.  Słodka,  mała 

T L

 R

background image

hippiska Guinevere Lambert, którą policjanci zawlekli z uniwersytetu prosto na posteru-

nek. Jestem Garry Sloane z Allied Press Corps. 

Wynnie dostrzegła, że natręt trzyma w ręku maleńki dyktafon. Gdzie, do licha, po-

działa się Hannah? 

- Sloane, zostaw panią w spokoju!   

Wynnie podniosła głowę i napotkała ziejące furią niebieskie oczy. 

- Kelly, jak miło - zjadliwie odparł Garry Sloane. - Wiem, jak bardzo za mną tęsk-

nisz,  ale  teraz  nie  zajmuję  się  ani  tobą,  ani  twoją  ukochaną  rodzinką.  Bądź  łaskaw  nie 

przeszkadzać i pozwól mi dokończyć pogawędkę z panią. Mam rację, prawda? - zwrócił 

się do Wynnie. 

W  jednym  z  pewnością  miał  rację.  To,  o  czym  chciał  z nią  rozmawiać,  nie doty-

czyło Dylana. 

- Wszystko w porządku - oznajmiła, wzrokiem nakazując, by się nie wtrącał. 

Zignorował ją jednak, pragnąc rozprawić się z dziennikarzem. 

- Sloane... - Patrzył na niego z pogardą. - Dam ci jedną radę. Jeśli szukasz równych 

sobie do pogawędki, to udaj się na śmietnik, gdzie mnoży się robactwo. 

- Ostro sobie poczynamy, co? Nie radzę... 

- Spadaj, śmieciu! Zanim zrobię coś, czego będziesz żałował do końca życia. 

I nagle Sloane wyprowadził cios. Dylan cofnął się, na jego dolnej wardze pojawiła 

się kropla krwi. Oczy mu pociemniały, dłoń zwinął w pięść. 

Wynnie  wcisnęła  się  między  nich.  Musiała  interweniować,  tylu  świadków,  mnó-

stwo kamer... Dylan przyszedł jej z pomocą, pora na rewanż. 

Popatrzyła  na  jego  usta,  z  których  sączyła  się  krew.  Powiodła  po  nich  palcem, 

brudząc go krwią. Dylan w czułym odruchu pocałował jej palec. 

Sloane zniknął. 

- Wszystko w porządku? - spytała. 

- Tak. Na szczęście to nie ja rozpocząłem bójkę. 

- Masz rację. Więc co o tym wszystkim myślisz? 

- Że Garry Sloane to kretyn. 

- To nie jest odpowiedź. 

T L

 R

background image

Zapewne nawet jego własna matka nie potrafiła rozszyfrować jego wyrazu twarzy, 

uśmiechu... Wynnie wiele by dała, żeby znaleźć klucz do jego myśli i by poznać odpo-

wiedź na pytanie, czy jest takim mężczyzną, za jakiego go uważała. By wiedzieć, czy jej 

uczucia nie są oparte wyłącznie na pożądaniu. 

- Dylan... - wyjąkała, zdając sobie sprawę, że zdradzał ją ton głosu. 

- Bez względu na to, czego Sloane chciał od ciebie, wiedz, że najgorszemu wrogo-

wi nie życzę kontaktów z tą kanalią. 

- Czyżbyś uważał mnie za swojego wroga? 

- Dlaczego sądzisz, że w ogóle o tobie myślę? - Uśmiechem okrasił szorstkie sło-

wa. 

- Gdybyś w ogóle o mnie nie myślał, musiałabym zastanowić się nad zmianą pra-

cy. Tymczasem płacą mi za to, co robię, a moi szefowie podkreślają, że całkiem dobrze 

robię to, co do mnie należy. Sama zresztą też tak uważam. 

- W porządku, sporo myślę o tobie. Więcej, niż chciałabyś wiedzieć. Zadowolona? 

Zadowolona? Po prostu oszołomiona... 

Uśmiech spowodował, że z wargi znowu zaczęła mu sączyć się krew. Krew, która 

płynęła  z  jej  powodu.  Wynnie  ogarnęło  poczucie  winy,  a  także  pragnienie,  by  dotknąć 

krwawiącego miejsca, ale zdrowy rozsądek powstrzymał rękę- 

Jednak Dylan ujął jej dłoń i przyłożył do swoich ust. Wodziła po nich palcem, któ-

ry  ześlizgnął  się  na  policzek,  pieściła  szyję,  kark,  aż  wreszcie  zatopiła  dłoń  w  ciemno-

blond włosach. 

- Najlepiej byłoby przyłożyć lód - powiedziała, gdy udało jej się odzyskać równo-

wagę. 

- Też tak sądzę. Tylko gdzie o tej porze znajdę lód? 

Odetchnęła  głęboko,  zignorowała  sygnały  alarmowe,  które  wysyłał  mózg,  i  po-

wiedziała, patrząc Dylanowi prosto w oczy: 

- Może w moim domu? 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Wynnie otworzyła łazienkową apteczkę, gorączkowo szukając czegoś, co mogłoby 

stanowić  pretekst,  dla  którego  przywiozła  Dylana  do  swojego  mieszkania,  zamiast  od-

stawić  go  do  najbliższego  szpitala.  Sam  zaś  Dylan  rozsiadł  się  na  skórzanej  kanapie  w 

malutkim  salonie  i  z  rozkoszą  sączył  whisky  z  lodem,  rozpiąwszy  uprzednio  koszulę  i 

rozluźniwszy  krawat.  Wynnie  odetchnęła  głęboko.  Czy  jakikolwiek  mężczyzna  mógłby 

wyglądać bardziej seksownie, nawet gdyby nie wiedzieć jak się postarał? Sekret Dylana 

polegał na tym, że nie musiał się starać... 

Znalazła waciki do demakijażu, maść, która wędrowała wraz z nią przez trzy kon-

tynenty i z pewnością była już przeterminowana, a także opakowanie plastrów z motylim 

wzorkiem. Zamykając apteczkę, spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Była rozczochrana, 

jakby  ledwie  wstała  z  łóżka,  makijaż  wymagał  poprawienia,  wyglądała  na  zmęczoną... 

Zmęczoną i podnieconą. 

Usłyszała, że Dylan włączył w salonie muzykę. Tylko mężczyzna tak bardzo pew-

ny siebie i swych męskich walorów mógł od razu poczuć się jak u siebie w domu. A ona 

tak bardzo pragnęła poczuć, jak on smakuje. 

-  Zaraz się  wszystko  wyjaśni  - powiedziała  do  siebie, po czym  wyprostowała się, 

chwyciła przygotowane opatrunki, odetchnęła głęboko i otworzyła drzwi łazienki. 

Dylan siedział na kanapie w salonie, sączył whisky z lodem i zastanawiał się, gdzie 

też, do diabła, Wynnie mogła się schować. Mieszkanie było oświetlone wyłącznie świa-

tłem księżyca i świecami porozstawianymi w różnych miejscach. Mogłoby się wydawać, 

że  ma  to  na  celu  stworzenie  zmysłowej  atmosfery,  a  nie  zaoszczędzenie  energii  elek-

trycznej, jak na ekolożkę przystało. 

Uśmiechnął  się  do  siebie.  Wystarczająco  poznał  Wynnie,  by  wiedzieć,  że  jej 

mroczna przeszłość  pozwalała  zrozumieć, dlaczego ukrywa  się pod  innym  nazwiskiem. 

Nie  chodziło  o  tchórzostwo, dwulicowość  czy  hipokryzję.  To  była  racjonalna, choć  za-

pewne bolesna decyzja. 

Gdy już miał udać się na poszukiwania, Wynnie pojawiła się w drzwiach łazienki. 

Czerwoną jedwabną sukienkę zamieniła na luźne szare spodnie i powyciąganą czerwoną 

T L

 R

background image

bluzę. Zrzuciła seksowne buty, była boso. Dylan ponownie się uśmiechnął. Nie zdawała 

sobie sprawy, że spodnie opinają się na niej kusząco, a bluza zsunęła się z ramienia, od-

krywając ramiączko biustonosza. W tym stroju wyglądała jeszcze bardziej seksownie. 

- Ładne mieszkanie - powiedział. 

- Należy do CFC. Pozwolili mi tu mieszkać, dopóki nie znajdę czegoś innego. Jest 

ekologiczne. 

- Świece są wliczone w cenę? 

- Są moje. - W świetle księżyca dostrzegł, że się zaczerwieniła. 

-  Zżera  mnie  ciekawość  -  wskazał  zestaw  plastrów  w  różowe  motylki  -  jakich  to 

nieszczęśliwych facetów przyprowadzasz do domu, by ukoić ich ból. 

- Niestety, twojego bólu... czy raczej potrzeby nie ukoję. 

Dylan  wybuchnął  śmiechem,  co  spowodowało,  że  krew  znowu  zaczęła  płynąć  z 

rozciętej wargi. 

- Kobieto, przestań mnie rozśmieszać, tylko wreszcie spełnij samarytańską powin-

ność. - Wyciągnął się na kanapie. 

- Odpręż się, zaraz się tobą zajmę. 

- Cudownie... - Przymknął oczy. 

A  przecież  miał  zamiar  definitywnie  wyzwolić  się  od  Wynnie  Devereaux,  Gu-

inevere Lambert czy kimkolwiek była. Jednak gdy usłyszał, jak ten łajdak Sloane wypo-

wiada jej prawdziwe nazwisko, postanowił zareagować. Owszem, wynajął Jacka, by po-

znać prawdę  o  namolnej ekolożce  i  wykorzystać  zebrane  fakty  w  celu  ochrony  własnej 

rodziny, ale gdy dojrzał panikę i ból w jej oczach, gdy wyobraził sobie, jak sam by się 

czuł, gdyby ktoś taki jak Sloane obwieścił światu chorobę jego ojca, postanowił jej tego 

zaoszczędzić. 

Poczuł delikatny zapach perfum i otworzył jedno oko. 

Wynnie pochylała się nad nim z wacikiem. 

- W jaki sposób trafiłaś do CFC? - zapytał.   

Zwykle odmawiała odpowiedzi na takie pytania, lecz nie tym razem. 

T L

 R

background image

- Moja przyjaciółka Hannah, którą dziś poznałeś, pracuje w dziale prawnym orga-

nizacji. Potrzebowali nowej kampanii i nowego wizerunku, poprosiła mnie więc, żebym 

do nich dołączyła. Spodobało mi się to, co robią. Nie mogłam odmówić. 

- Dlaczego miałabyś odmówić? 

- Dobrze mi było za granicą. - Przyłożyła wacik do jego ust. 

- W Weronie? 

Mocniej przycisnęła wacik. 

- Wypytywałeś o mnie? 

- Ktoś mi o tym wspomniał. Działałaś na rzecz odbudowy tamtejszej Areny, praw-

da?  Przecież  to  kiedyś  było  miejsce,  gdzie  gladiatorzy  walczyli  z  lwami,  lała  się  tam 

krew. Trudno mi sobie wyobrazić, by taka słodka istota jak ty lubiła takie miejsca. 

-  Wiesz,  że  nasza  ziemia  to  jeden  wielki  cmentarz?  Wiesz,  że  wszędzie  lała  się 

krew,  ludzie  krzyczeli  z  bólu,  umierali?  Wiesz,  że  pod  każdą  szerokością  geograficzną 

podjęto mnóstwo złych, okrutnych, morderczych decyzji?  I popełniono mnóstwo takich 

czynów?  Tego  uczy  historia.  Na  szczęście  możemy  się  uczyć  na  tych  błędach,  by  ich 

nigdy więcej nie popełnić. 

-  Dyżurna  przemowa,  co?  -  skomentował  ze  śmiechem.  -  Swoją  drogą  ciekawe. 

Oburzasz się na okrucieństwo naszych przodków, a sama jak postępujesz? Leżę tu ranny, 

obolały, a ty niby mnie opatrujesz, lecz tak naprawdę robisz mi pranie mózgu, bym pod-

pisał umowę z CFC. 

-  Moralizator  się  znalazł...  Niby  to  nie  wykorzystujesz  każdej  okazji,  by  skłonić 

ludzi do powierzenia kapitałów KInG? 

-  Trafiony  -  mruknął,  dotykając  językiem  zranionego  miejsca.  W  tym  momencie 

spostrzegł, że Wynnie nie spuszcza wzroku z jego ust. Czy wiedziała, jak obsesyjnie od 

tygodnia o niej myśli? Zapatrzył się w nią, próbując odczytać jej myśli. Owszem, detek-

tyw przekazał mu jej dossier, miał jednak wrażenie, że tak naprawdę ona zna go znacznie 

lepiej niż on ją. 

Do czego to wszystko prowadzi? Czy coś się wydarzy? 

Kiedy  popatrzył  w  jej  gorące  miodowe  oczy,  zrozumiał,  że  właściwe  pytanie  nie 

brzmiało „czy?", lecz „kiedy?". 

T L

 R

background image

Pochyliła  się  nad  nim  i  delikatnie  dotknęła  wacikiem  jego  ust.  Ponieważ  się  nie 

skarżył,  uznała,  że  robi  to  we  właściwy  sposób.  Rana  nie  wyglądała  już  tak  groźnie. 

Opuchlizna ustąpiła po przyłożeniu szklanki z whisky z lodem. Wynnie z ulgą pomyśla-

ła, że plaster w różowe motylki jest niepotrzebny. 

Jego wargi reagowały na miękki dotyk... 

Jeśli pisane jej  było  ponieść  karę  za błędy  przeszłości,  teraz  właśnie  nadszedł ten 

moment. Jej pragnienie miało nie zostać zaspokojone, a ona czuła przemożny ból w ser-

cu. 

Lecz  wtedy  położył  rękę  na  jej  biodrze.  Zadrżała,  waciki  opadały  na  podłogę  ni-

czym płatki śniegu. 

- Dylan... - wyjąkała. 

- Wynnie... 

- Co ty robisz? 

- Przecież wiesz. 

- Mhm... - Coś, czego robić nie powinieneś, dodała w duchu, przymykając oczy. 

- A co ty robiłaś przez ten cały czas? 

- Już skończyłam. Niebawem ozdrowiejesz. 

- Kochanie, to zaledwie początek. - Pochłaniał ją wzrokiem, wodząc po niej dłonią. 

- Po co mnie tu przywiozłaś? 

-  Żeby  opatrzyć  twoje  wojenne  rany.  Stanąłeś  w  mojej  obronie.  Zawsze  spłacam 

długi. 

Ze śmiechem pociągnął ją na kanapę. 

- Nie jesteś mi nic winna. - Zanurzył dłoń w jej włosach. - A przywiozłaś mnie tu-

taj, ponieważ to było nieuniknione. 

- Co? - szepnęła. 

- To. 

Objął  ją  mocno.  Uczucie,  które  ogarnęło  Wynnie,  było  czymś  zupełnie  nowym. 

Przylgnęła do Dylana, pragnąc się w niego wtopić. W jej oczach pojawiły się łzy. Nagle 

przypomniała sobie o skaleczonej wardze. Odsunęła się, delikatnie dotknęła jego ust. 

- Wciąż boli? 

T L

 R

background image

- Wcale a wcale. - Wtulił twarz w jej szyję. - Smakujesz niebiańsko... 

I  nagle  wszystko  nabrało  tempa.  Zdarli  z  siebie  ubrania,  sycili  się  nagością,  wy-

zwoleniem,  radością  bożka  Erosa.  Pocałunki,  pieszczoty,  ta  cała  cudowna  gra  wstępna 

dwojga kochanków, którzy dopiero poznają siebie nawzajem. 

Żaden człowiek nie jest doskonały, myślała Wynnie, patrząc zachłannie na Dylana. 

Lecz ten jeden jest... 

Uśmiechnęła się. 

- Co cię tak rozbawiło? - spytał. 

- Kilka dni temu oskarżyłam cię, że podpisałeś pakt z diabłem... 

- Tak, nawet przyznałem się do tego. - Zachichotał. 

- Raczej nie wyglądasz na szatański pomiot. - Jej oczy błyszczały. - Jeżeli już, to 

na  anioła...  -  Omiotła  go  wzrokiem.  -  Cholernie  męskiego  anioła.  Niech  cię  diabli,  ale 

działasz jak narkotyk... 

Niby żartowała, niby podkpiwała, lecz usłyszał w jej głosie szczerość. Fascynował 

ją, zauroczył... i to było dobre, takie na miejscu. 

Bo sam też był zafascynowany i zauroczony. 

Również działała na niego jak narkotyk. 

- Też jesteś niczego sobie, Wynnie... Au! - zawołał, gdy dostał kuksańca w bok. - 

Dobrze, powiem szczerze, jak na torturach. Jesteś piękna i powabna jak anielica. 

Roześmiała się, bo choć niby podkpiwał, usłyszała w jego głosie szczerość. 

A potem połączył ich najbardziej szalony pocałunek. 

Odsunęła się nieco i szepnęła: 

- Co ty ze mną wyrabiasz? Prawdziwy diabeł z ciebie... 

- Ja z tobą? To ty nie masz żadnej litości. Przewaga jest po twojej stronie, aniołku. 

- Tak? Więc ja tu rządzę? 

- No jasne, aniele. 

- A zatem jeśli podsunę ci pewną umowę...   

Jego  oczy  natychmiast  pociemniały.  Wynnie  przestraszyła  się,  że  zrobiła  krok  za 

daleko. 

T L

 R

background image

- Jak mógłbym utrzymać pióro w dłoni, skoro moje ręce są zajęte czymś innym? - 

odparł z uśmiechem, pieszcząc ją czule, namiętnie. Trwało to jakiś czas, aż wreszcie Dy-

lan spytał  z powagą:  -  Czy  wreszcie powiesz  mi szczerze, po  co tak naprawdę  mnie tu 

przywiozłaś? 

- Rzeczywiście chcesz to wiedzieć? 

- Pamiętaj, że jestem diabłem. 

- Dobrze, Dylan... Przywiozłam cię tutaj, bo bardzo tego pragnęłam. To pragnienie 

zrodziło się, gdy tylko cię ujrzałam, jak wychodziłeś z gmachu firmy, a ja stałam przy-

kuta do rzeźby, jakbym była tobie podana na tacy... 

I wreszcie połączyli się z sobą, poszybowali...   

Serce Wynnie, które miało już na zawsze pozostać zamknięte, powróciło do życia. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Dylan  siedział  na  zielonej  kanapce,  podczas  gdy  telewizyjna  charakteryzatorka 

przygotowywała go do cotygodniowego występu w niedzielnym programie. Próbował się 

skoncentrować  na  tym,  co  miał  do  powiedzenia,  jednak  jego  myśli  wciąż  wracały  do 

Wynnie, z którą rozstał się niespełna osiem godzin wcześniej. Prześladował go jej obraz, 

gdy  stała na progu swego mieszkania, ubrana  w  krótką  satynową  koszulkę  ledwie  osła-

niającą nagie ciało, z kaskadą ciemnych włosów spływającą na jej ramiona, podając mu 

usta do pocałunku. 

- Dylan! 

Rylie Madigan, prowadząca program „Daybreak", a zarazem przyjaciółka jego sio-

stry, przywróciła go do rzeczywistości. 

- Tak? O co chodzi? 

- O co chodzi? - oburzyła się. - Czy mi się tylko zdaje, czy też duchem jesteś cał-

kiem gdzie indziej? 

-  Jestem  tu,  gdzie zwykle  bywam  w  niedzielny  poranek.  Zaraz  zwrócę  się  do na-

szych wiernych telewidzów, którzy pragną właściwie zainwestować swe fundusze. 

- Powinnam być u ciebie na prowizji za to, że co tydzień pozwalam ci ich czaro-

wać. 

Miała  rację.  Wszystko,  co  robił,  służyło  interesom  jego  rodziny,  a  ten  program 

zrobił dla niej wiele dobrego. 

Dlaczego zatem poszedł do łóżka z kobietą, której zamiarem było ich ośmieszyć? 

-  Jaka  prowizja?  Przyznaj,  robisz  to  z  dobrego  serca.  Nigdy  nie  próbowałaś  nas 

wykorzystać, Meg się z tobą przyjaźni. - Żartobliwie uszczypnął ją w policzek. 

- Nie podlizuj się. - Trzepnęła go po łapach. - Zaraz ci mina zrzednie. Producenci 

namieszali w programie. 

Gdy  się  obejrzał, dostrzegł  Wynnie  Devereaux,  która  witała  się  z  członkami tele-

wizyjnej  ekipy.  Włożyła  kremową  bluzkę  i  spódnicę  do  kolan  w  tym  samym  kolorze. 

Luźny pasek podkreślał biodra. Z rozpuszczonymi włosami wyglądała jak anioł. On zaś 

T L

 R

background image

miał na sobie szary garnitur, białą koszulę i bordowy krawat. Ot, typowy przedstawiciel 

wielkiej korporacji. 

Nie  wydawała  się  zaskoczona  jego  obecnością  w  studiu.  A  więc  przez  cały  czas, 

gdy  tańczyli  razem,  gdy  przyszedł  jej  z  pomocą,  gdy  ją  rozbierał,  wiedziała,  że  się  tu 

spotkają. I nie zdradziła się ani słowem. 

- Wszystko w porządku? - zapytała Rylie. 

-  Wyglądasz, jakbyś  zobaczył  ducha. Wynnie  zbliżyła  się i  odpowiedziała uśmie-

chem na jego uśmiech. Była spokojna, opanowana i pewna siebie. 

- To nie duch. - Pomyślał, że właśnie zobaczył promień światła. 

Wynnie  robiła  wszystko,  by  nie  dać  po  sobie  poznać,  jak  bardzo  się  denerwuje. 

Gdy  tylko  zobaczyła  Dylana siedzącego  na  zielonej  kanapce, na  luzie,  jakby  przez całe 

życie nie robił nic innego, poczuła, że jej kolana drżą. Wiedziała, że on tu będzie. Ran-

kiem dostała faks ze scenariuszem programu, który przeczytała w taksówce wiozącej ją 

do telewizji. 

- Cieszę się, że mogłaś dziś do nas dołączyć - zwróciła się do niej Rylie. - Nie ma 

to jak świeża krew. 

- Dziękuję. 

- Czytałam o tobie w gazetach. Bardzo bym się ucieszyła, gdybyś dała zaprosić się 

na  lunch.  Chciałabym  poznać  twoje  zdanie  na  pewne  tematy.  -  Rylie  spoglądała  to  na 

Wynnie, to na Dylana, i czuła, że coś jej umyka. 

- To nie jest próba uwiedzenia, niech pani się zgodzi, panno Devereaux. 

Panna Devereaux... Wynnie aż się wzdrygnęła na ten oficjalny zwrot. 

- Ja nie... Oczywiście, że... - mówiła skonfundowana. 

- Nie zwracaj na niego uwagi - ze śmiechem wtrąciła Rylie. - Nie warto. Lubi się 

droczyć z kobietami. A więc jesteśmy umówione? Zaprosimy też Meg. 

- Będzie mi bardzo miło. 

-  Więc  dobrze.  A  teraz  parę  słów  o  naszym  programie.  Wiem,  że  zajmujesz  się 

poważnymi sprawami, ochrona naszej planety i tak dalej, ale pamiętaj, że nasz program 

jest na luzie. Widzowie nie lubią, kiedy jest zbyt poważnie. 

T L

 R

background image

- Myślę, że sobie poradzę - odparła Wynnie, starając się emanować optymizmem, 

choć stremowana była strasznie. I wtedy napotkała spojrzenie niebieskich oczu. W nocy 

te same oczy podziwiały każdy centymetr jej nagiego ciała, teraz jednak patrzyły obojęt-

nie. 

Nie  była  jego  żoną,  narzeczoną  czy  partnerką.  Nie  była  nawet  przyjaciółką.  Po-

winna była się tego spodziewać, przecież ją uprzedzano. To był zaledwie przelotny flirt. 

-  Dziś  mamy  dla  państwa  coś  specjalnego  -  rozległ  się  śpiewny  głos  Rylie  i  do 

Wynnie dotarło, że są już na wizji. - Gościmy w naszym studiu nie tylko Dylana Kelly-

'ego, dyrektora do spraw kontaktów z mediami w Kelly  Investment Group i doradcę fi-

nansowego, ale też Wynnie Devereaux, przedstawicielkę Clean Footprint Coalition, która 

również przyszła nam coś doradzić. Witam was oboje. 

Dylan  uśmiechnął  się  do  kamery,  a  serce  Wynnie  zabiło  szybciej  na  widok  tego 

uśmiechu. 

- Dziękuję za zaproszenie - zwróciła się do Rylie. 

- Czy to prawda, że po raz pierwszy spotkałaś Dylana w dniu, kiedy przykułaś się 

kajdankami do rzeźby przed siedzibą jego firmy? 

Wynnie roześmiała się, po czym odparła: 

-  Owszem.  Na  ogół  ludzie dzwonią  do siebie,  umawiają  się na spotkanie,  rozma-

wiają. Lecz nie wszyscy respektują te zasady. Dlatego się przykułam. 

-  Czyżby  telefon  nie  wystarczył,  by  zwrócić  na siebie uwagę  biznesmena  z takiej 

korporacji jak KInG? W każdym razie Wynnie tak twierdzi. Biorąc pod uwagę, jak wiele 

energii tak duża firma może zaoszczędzić, musiała zastąpić telefon kajdankami. - Rylie 

spojrzała z dezaprobatą na Dylana. - Naprawdę nie odbierałeś telefonów od Wynnie? Jak 

mogłeś? Jest taka miła! 

Dylan  uśmiechnął  się  do  Rylie,  lecz  Wynnie  zdołała  go  już  na  tyle  poznać,  by 

wiedzieć, że marzy o tym, by ją udusić. Nim zdołał jednak wymyślić ripostę, Rylie ata-

kowała dalej: 

-  Taak...  Co  za  wymowne milczenie.  Jak  miła  musi być  kobieta,  która  walczy  na 

rzecz słusznej sprawy, by oddzwonił do niej sam wielki Dylan Kelly? 

T L

 R

background image

Oczy  Dylana  błysnęły  złowrogo,  zaraz  jednak  uśmiechnął  się  zabójczo  i  powie-

dział zmysłowym głosem: 

- Panno Devereaux, od niedawna mieszka pani w tym mieście, więc być może nie 

orientuje się pani, że finansowa instytucja, w tym i nasza, ma za zadanie dbać o interesy 

swych klientów. Jeśli potrzebuje pani porady finansowej, z przyjemnością umówię się z 

panią w dogodnym terminie. 

- Panie Kelly - odrzekła, a jej głos zabrzmiał bardziej chropawo, niżby sobie tego 

życzyła - proszę zarezerwować pokój, a na pewno się zjawię. 

Uśmiechnął  się  do  niej.  Był  to  jego  pierwszy  prawdziwy,  spontaniczny  uśmiech 

tego dnia, piękny, zapierający dech w piersiach i przeznaczony tylko dla niej. 

Rylie odwróciła się od nich i powiedziała prosto do kamery: 

-  A  teraz,  moi  drodzy,  zapoznajmy  się  z  listą  sposobów,  które,  zdaniem  Wynnie, 

pozwolą nam zmniejszyć zużycie energii, a przy okazji zaoszczędzić trochę pieniędzy, a 

następnie  Dylan  powie  nam,  jak  zadbać  o  nasze  oszczędności  przed  świętami  Bożego 

Narodzenia. Lista Wynnie pojawiła się na ekranie. 

Piętnaście minut później Wynnie siedziała w zielonym pokoju, czekając na produ-

centa, by  podziękować  za  zaproszenie do programu,  ale  gdy  drzwi  się  otworzyły,  serce 

podeszło jej do gardła na myśl, że może to być Dylan. 

Jednak  zamiast  niego  weszła  drobna  brunetka  ubrana  w  koktajlową  sukienkę  w 

czekoladowym kolorze, dziwną jak na tę porę dnia. Usiadła na kanapce obok Wynnie. 

- Cześć - powiedziała. - Jestem Meg. Meg Kelly. Nie musiała podawać nazwiska. 

Jej oczy były kopią oczu jej brata. 

- Cześć. 

-  Czekam  na  Rylie,  ale  przyszłam  ci  powiedzieć,  że  bardzo  mi  się  podobał  pro-

gram. Jeszcze nie widziałam, żeby ktoś tak potraktował mojego brata. 

- Czy on tu jeszcze jest? - spytała Wynnie. 

-  Och,  nie.  Wymknął  się  tylnym  wyjściem,  jak  tylko  wyłączono  kamery.  -  Prze-

rwała na  moment.  -  Przyszłam do ciebie jeszcze  w jednej sprawie.  Moi  rodzice  wydają 

dzisiaj  przyjęcie,  kameralna  domowa  impreza,  tylko  rodzina  i  paru  przyjaciół.  Bardzo 

bym chciała, żebyś do nas dołączyła. 

T L

 R

background image

Sens tych słów nie od razu dotarł do Wynnie. 

- Och, nie, nie, nie. Przecież widziałaś program i wiesz, że twój brat i ja nie pałamy 

do siebie sympatią. Jeśli naruszę jego terytorium, gotów mnie zastrzelić. 

- Bzdury. Dylan jest jak pies, tylko szczeka. Zresztą będziesz moim gościem. Poza 

tym  przemawia  przeze  mnie  egoizm,  bo  moja  rodzina  skupi  się  na  kimś  innym  i  przy-

najmniej przez jeden wieczór nie będzie zadręczać mnie pytaniem, dlaczego nie chcę zo-

stać wiceprezesem jednej z największych firm w tym kraju. 

Meg  miała  tę  samą  charyzmę,  którą  posiadał  jej  brat.  Wynnie  poczuła  do  niej 

sympatię, mimo to potrząsnęła odmownie głową. 

- To bardzo miłe z twojej strony, ale nie mogę. 

Meg usiadła wygodniej i zaczęła przyglądać się swym pomalowanym paznokciom 

u stóp. Minęła dłuższa chwila, nim odezwała się ponownie: 

- Wiesz, że mówił o tobie? 

Wynnie, szukając ratunku, chwyciła palcami klamrę w kształcie motyla. 

-  Myślę,  że  w  ostatnim  tygodniu  moje  nazwisko  często  rozbrzmiewało  w  waszej 

firmie. 

-  Być  może,  ale ja nie  zajmuję się  interesami,  więc nic  o  tym  nie  wiem.  To  było 

podczas rodzinnej kolacji. Dylan tak pokierował rozmową, że stałaś się głównym tema-

tem. 

-  Kobieta  w  kajdankach to  zawsze jakaś sensacja.  - Jednak jej serce biło szybciej 

niż zwykle. Być może pomyliła się co do Dylana. Być może to, co się między nimi zda-

rzyło, nie było przygodą na jedną noc. 

- Pewnie to nie moja sprawa - mówiła dalej Meg - jednak przejmuję się moim bra-

tem.  Przez  ostatni  tydzień  był  nie  do  poznania.  Cały  podekscytowany,  rozpierała  go 

energia, nie tak, jak przez kilka ostatnich lat. Myślę, że tobie to zawdzięczamy. Dlatego 

tak bardzo nalegam, żebyś nas odwiedziła. Daj sobie jeszcze jedną szansę. 

Meg Kelly była bystrą kobietą. Wynnie poczuła pokusę, by sprawdzić, czy Dylan 

Kelly jest rzeczywiście taki, jaki jej się wydaje, i by po raz ostatni spróbować nakłonić 

go do podpisania umowy z CFC. 

- Dziękuję. Będzie mi bardzo miło - odparła z uśmiechem. 

T L

 R

background image

-  Świetnie.  Prześlij  mi  swój  adres,  to  przyjadę  po  ciebie.  -  Meg  podała  jej  wizy-

tówkę, na której widniały duża złocona litera „M", numer telefonu komórkowego i adres 

poczty elektronicznej, po czym wstała i dołączyła do Rylie, która już na nią czekała. 

Wynnie pożegnała się z nimi i opadła z powrotem na kanapkę, zastanawiając się, 

jak, do licha, wytłumaczy Dylanowi swoją obecność w jego rodzinnym domu. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Dylan bawił się w ogrodzie w chowanego z bratanicami, córkami Brendana. 

-  Szukam!  -  krzyknął  i  ruszył  na  poszukiwania,  kiedy  dostrzegł  Camerona,  który 

niósł olbrzymi półmisek z przystawkami. Jedzenie pomogło mu ostatnio, kiedy zastana-

wiał się, jak Wynnie może wyglądać bez ubrania. Teraz, kiedy znał już jej ciało, potrze-

bowałby całego zastawionego stołu, by zaspokoić głód. 

- Jesteś ode mnie starszy - powiedział Cameron. - Boję się, że za parę lat będę wy-

glądał jak ty teraz. 

- Masz żonę, dlatego wszyscy i tak myślą, że to ty jesteś starszy. 

-  Miłość sprawia,  że  zawsze  będę młody,  za to ty  wyglądasz jak  zatwardziały  sa-

motnik. Ale nie martw się, zawsze będziesz u nas mile widziany, staruszku. - Cameron 

poklepał go po ramieniu. 

- Daj mi spokój, muszę się zajmować młodymi damami. Tylko fajny wujek może 

to  robić.  Ale  najpierw  mi  powiedz,  gdzie  znajdę  prawdziwe  jedzenie,  nie  jakieś  tam 

przystawki. - Spojrzał na tacę. - Aż mnie skręca z głodu. 

- Musisz trochę poczekać. Meg dopiero się zjawiła. Przywiozła ze sobą przyjaciół-

kę. 

Dylan obejrzał się i zobaczył siostrę w towarzystwie... A to niespodzianka! 

- Co do diabła... Zawsze musisz kpić sobie ze mnie? 

-  Nie  mów,  że  to  któraś  z  twoich  byłych!  -  zawołał  ze  śmiechem  Cameron.  -  A 

może to nowa dziewczyna... - dodał, gdy spostrzegł, że wciąż gapi się w tamtą stronę. 

Dylan uciekł ze studia telewizyjnego, by zapomnieć o pięknej, seksownej Wynnie, 

o pełnych wyrazu oczach, które podczas nagrania powiedziały mu, że nieważna jest gra, 

T L

 R

background image

którą prowadzą w studiu, nieważne są sprawy zawodowe, po prostu nie nasyciła się nim 

jeszcze.  On  również  nie  zdołał  się  nią  nasycić.  Teraz,  gdy  ją  ujrzał  w  głębi  ogrodu, 

wszystkie te uczucia powróciły ze zdwojoną siłą. 

Była  ubrana  w bluzeczkę  w  kolorze  kremowo-jasnoniebieskim,  która  ładnie ukła-

dała  się  na  ramionach  i  podkreślała  krągłe  piersi,  oraz  dopasowane  dżinsy.  Na  nogach 

miała  srebrne  baleriny.  Wydała  mu  się  jeszcze  piękniejsza  niż  zwykle.  Zacisnął  pięści, 

wbijając  paznokcie  we  wnętrze  dłoni.  Wiedział,  że  albo  do  końca  życia  będzie  spędzał 

każdą  noc  z  tą  kobietą,  albo  musi  jak  najszybciej  zakończyć  znajomość.  Z  zamyślenia 

wyrwał go Cameron: 

- Dylan, możesz coś mi wyjaśnić? 

- Słucham? 

- Czy mi się tylko zdaje, czy też twoja twarz promienieje szczęściem? 

Dylan zaczął iść w kierunku Wynnie, ale zatrzymał się, gdy zobaczył, że podeszła 

do niej jego matka. Pocałowała ją w policzek, a Wynnie powiedziała coś, co matkę roz-

śmieszyło. Ponowił próbę, ale w tym momencie pojawił się jego ojciec. Przywitał się z 

Wynnie, a potem zaczął opowiadać jakąś historię, najpewniej o golfie lub o żeglowaniu. 

Słuchała seniora rodu z należną uwagą, we wdzięcznej postawie, jakby wiedziała, że po-

zyskać jego łaski można tylko wtedy, gdy się go utrzymuje w przekonaniu, iż jest fascy-

nujący. 

Napotkał wzrok Brendana, który kiwnięciem głowy wskazał Wynnie. Koń trojań-

ski, któremu już udało się dostać do siedziby firmy, teraz pojawił się w ich największym 

sanktuarium. I była to tylko jego robota. 

Wrócił myślami do dokumentacji, którą otrzymał od Jacka. Wynnie przesłuchiwa-

no przez dwanaście dni z rzędu. Nie dlatego, że była podejrzana o współudział w ataku 

na laboratorium, odmówiła jednak wyjaśnień, gdzie może być jej brat. Przez dwanaście 

dni milczała. Nie poddała się, bo chciała chronić swoją rodzinę. I choć nie była zaanga-

żowana w walkę ekoterrorystów, to jednak jej brat maczał w tym palce. Tego dnia sie-

dem osób zostało rannych, a jedna z nich do końca życia skazana jest na wózek. 

A teraz była tu, w jego domu. 

T L

 R

background image

Meg objęła ją ramieniem i usiadły na trawie. Wynnie rozejrzała się wokół, jej oczy 

napotkały  jego  spojrzenie  i  już  nie  potrafiły  patrzeć  gdzie  indziej.  Delikatny  rumieniec 

oblał jej policzki. 

- Dylan! - zawołała Meg. - Poznałeś już moją nową przyjaciółkę. Porwałam Wyn-

nie z zielonego pokoju po programie Rylie i już ją pokochałam! 

- Jak mogłabyś jej nie pokochać? To prawdziwy klejnot. 

-  Jadąc tutaj,  rozmawiałyśmy  o  jej pracy.  Bardzo  mi  się podobało  to, co  mówiła. 

Jest inteligentna, a ty przecież cenisz inteligencję. Więc dlaczego nie chcesz zrobić tego, 

o  co  cię  Wynnie prosi?  To  takie  trudne  wyłączyć  kilka  świateł  i  zamienić  jednorazowe 

kubki do kawy na szklane? 

Dlaczego właściwie nie chce tego zrobić? 

Wystarczyłoby napisać służbową notatkę, a Eric już by się tym zajął. 

Ale gdy patrzył na Wynnie, kobietę, którą jeszcze tak niedawno trzymał w ramio-

nach, która wdarła się w jego życie i do jego rodziny, wiedział, że nie ma takiej siły na 

tej pięknej, zielonej planecie, która by go zmusiła, by powiedział „tak". 

Wynnie siedziała  w białej altance na  nieskazitelnym trawniku przy  domu rodziny 

Kellych,  popijała  mrożoną  herbatę  i  słuchała  opowiadania  Quinna  o  safari,  jednak  jej 

myśli były skierowane ku Dylanowi, który bawił się w głębi ogrodu z bratanicami. Nagle 

poczuła na plecach jego spojrzenie. Odwróciła się i poszukała wzrokiem jego oczu. 

Być może gdyby miała wcześniej okazję wyjaśnić mu, że to zaproszenie było po-

mysłem  Meg,  a  ona  wcale  nie  miała  zamiaru  ingerować  w jego  życie  rodzinne, nie pa-

trzyłby teraz na nią tak chłodno. 

Jej serce rwało się do niego. Pragnęła kochać go i być kochaną. Nigdy jeszcze do 

żadnego innego mężczyzny nie czuła czegoś takiego. 

Brendan  sięgnął  po  leżącą  na  stole  serwetkę  i  zwrócił  się  do  snującego  swą  opo-

wieść ojca: 

- Tato, nie wiem, czy wiesz, że to właśnie Wynnie przykuła się parę dni temu kaj-

dankami do rzeźby przed naszą firmą. 

T L

 R

background image

Na  dźwięk  tych  słów  zdrętwiała.  Brendan  z  pewnością  nie  był  jej  sprzymierzeń-

cem. Natomiast Meg posłała jej dodający odwagi uśmiech. Jednak cała nadzieja Wynnie 

skupiła się w Quinnie. 

- Ach... - Popatrzył na nią, jakby widział ją po raz pierwszy. - Więc to jest ten koń 

trojański. 

Spojrzała na Meg, szukając pomocy w zrozumieniu tego komentarza, lecz ona tyl-

ko wzruszyła ramionami. 

- Dobrze, panno Devereaux, udało się pani zajść o wiele dalej niż komukolwiek z 

pani poprzedników. Proszę mi wobec tego wyjaśnić, dlaczego mamy tracić czas i wyda-

wać pieniądze na reorganizację firmy, która od wielu lat świetnie prosperuje? 

To była jej ostatnia szansa. Ostatnia szansa, by pozyskać Dylana i w ogóle całą ro-

dzinę  Kellych.  Wyprostowała  się  na  krześle,  położyła  dłonie  na  kolanach,  omiotła 

wszystkich wzrokiem i oznajmiła: 

- Lubię lody. 

- Też je uwielbiam! - poparła ją Meg. - Mogłabym je jeść na śniadanie, obiad i ko-

lację! 

-  Ja najbardziej  lubię  lody  waniliowe  - dorzucił  Cameron,  robiąc słodkie  oczy  do 

swojej żony. 

- Chyba mi coś umknęło? - rozległ się zza pleców Wynnie głos Dylana. 

- Rozmawiamy o lodach - odpowiedziała jego matka grzecznym tonem, jak przy-

stało na kulturalną damę. 

-  Lubię  lody  -  kontynuowała  Wynnie.  -  Ponieważ  jem  ich  dużo,  kupuję  zawsze 

dietetyczne. Moja przyjaciółka Hannah śmieje się, że jeśli chcę naprawdę dbać o linię, w 

ogóle  powinnam  ich  nie  jeść.  Ale  ja  znam  siebie  i  wiem,  że  nie  potrafię  tak  całkiem  z 

nich  zrezygnować.  Tyle  jednak  mogę  zrobić, żeby  jeść  lody  dietetyczne,  minimalizując 

w ten sposób kalorie. - Przerwała na chwilę, posłała uśmiech w stronę Meg i popatrzyła 

znowu  na  Brendana,  Camerona  i  Quinna.  -  To  samo  dotyczy  innych  rzeczy  w  naszym 

życiu. Suszymy ubrania w suszarkach, wieszamy ręczniki na grzejnikach, kupujemy pla-

stikowe  opakowania,  dostajemy  wszystkie  rachunki  na  papierze.  Gdybyśmy  pamiętali, 

by wyłączać urządzenia elektryczne, kiedy ich nie używamy, gdybyśmy oddawali prze-

T L

 R

background image

czytane  gazety  na  makulaturę  i  kupowali  mleko  w  szklanych  butelkach,  gdybyśmy  do-

stawali rachunki pocztą elektroniczną, byłby to krok we właściwym kierunku. - Przy sto-

le  zaległa  cisza.  Serce  biło  jej  szybko,  gdy  próbowała  rozszyfrować  pokerowe  twarze 

swojego  audytorium.  Wzięła  się  w  garść  i  zaczęła  mówić  dalej.  -  Wychowałam  się  w 

miejscu, gdzie ludzie żyli w zgodzie z naturą. Dla mojej rodziny był to sposób na życie, 

więc to dla mnie żadna nowość, ale poza tym jestem taka jak wy. Jem mięso, noszę skó-

rzane buty, lubię łowić ryby. Nie twierdzę, że należy rezygnować ze wszystkiego i jeść 

wyłącznie szpinak, uważam jednak, że możemy wszyscy się postarać, by pomyśleć choć 

trochę o środowisku, a nie tylko o sobie samych. 

- Gdzie się pani wychowała, Wynnie? - spytał Quinn. 

Pytanie  było  tak  nieoczekiwane,  że  nie  wiedziała,  jak  na  nie  odpowiedzieć.  To 

prawda, sama o tym wspomniała, ale nie sądziła, że zostanie zapytana o szczegóły, które 

mogłyby ujawnić fakty z jej przeszłości. 

- W Nimbin. - Głęboki głos Dylana wydawał się dudnić w ciszy. - Wychowała się 

w hippisowskiej komunie w Nimbin. 

-  Coś  ty!  -  wykrzyknęła  Meg.  -  W  krainie  mlekiem  i  miodem  płynącej.  Zawsze 

myślałam, że Nimbin to tylko mit i tak naprawdę nie istnieje. 

- Jej rodzice, gdy tylko się pobrali, przyjechali tam spędzić miesiąc miodowy i zo-

stali w Nimbin na zawsze. Tam wychowywali dzieci, które kształcili w domu. 

- Och - powiedziała pani Kelly - więc pani ma rodzeństwo. 

Wynnie miała poczucie, jakby się zapadała pod ziemię. Uchwyciła się krzesła, by 

się nie przewrócić. Dylan nie wiedział, nie mógł wiedzieć! 

- Ma brata - powiedział Dylan. 

Wynnie  spojrzała  na niego. Jego twarz otaczały  promienie słońca.  Ale  on  nie był 

aniołem. Był diabłem. Uznał, że nadszedł moment, by odkryć swoje karty, i zamierza w 

bezwzględny sposób rozegrać tę partię. 

- Cieszę się - oznajmiła Mary Kelly. - Rodzina jest tym, co mamy najważniejsze w 

życiu. 

Quinn podniósł się z  krzesła i poklepał  Wynnie po  ramieniu.  Jego żona poszła  w 

jego ślady. 

T L

 R

background image

- Podobasz mi się. Może Dylan da się przekonać. Być może warto coś zmienić w 

naszej firmie - oznajmił senior rodu. 

Dylan? Dylan miałby się dać przekonać? - ze złością pomyślała Wynnie. 

Brendan uśmiechnął się do niej, po czym też wstał od stołu. 

-  Dobre  zagranie,  panno  Devereaux.  Bardzo  pomysłowe.  Gdyby  kiedykolwiek 

szukała pani pracy, proszę do mnie zadzwonić. 

-  Poczekaj  na mnie,  zaraz  wracam  -  odezwała  się do  niej  Meg.  -  Świetna  robota. 

Przez całe popołudnie ani razu nie mówili o mnie! 

Cameron  i jego  żona  Rosie  opuścili towarzystwo  już  na  początku  rozmowy  o  lo-

dach, Wynnie została więc sama, próbując ułożyć sobie w głowie wydarzenia z ostatnich 

chwil. Pozwolono jej mówić, pochwalono... i decyzję scedowano na kogoś, kto ma w no-

sie wszystkie jej argumenty! 

Nagle  dostrzegła  Dylana.  Stał  tuż  przy  niej.  Jego  spojrzenie  nie  miało  żadnego 

wyrazu. 

- I tak nie mieli zamiaru dać mi szansy, prawda? - zwróciła się do niego. 

- Oczywiście, że nie. 

- A ty pozwoliłeś mi wygłosić tę całą przemowę, wiedząc, że to i tak nie ma sensu! 

I skąd, do licha, znasz te wszystkie fakty z mojego życiorysu? 

- Kazałem zebrać informacje na twój temat.   

Krew w jej żyłach zastygła. 

- Co kazałeś zrobić? 

- Nie ma po co robić z tego afery, Wynnie. Mogę pójść o zakład, że i ty zbierałaś 

informacje o mnie, zanim wzięłaś mnie na swój cel. 

- Czyli kiedy odgrywałeś bohatera i stanąłeś w mojej obronie podczas wczorajsze-

go balu, wiedziałeś o mnie wszystko? Chciałeś po prostu zachować te informacje dla sie-

bie... 

Tym  razem  nie  zaprzeczył.  Wilgotna  trawa  skrzypiała  pod  jej  stopami.  Wynnie 

wracała w myślach do wcześniejszych rozmów z Dylanem, do chwil, kiedy zapewniał, że 

jej ciało jest najpiękniejszym cudem natury. 

T L

 R

background image

- Tylko mów prawdę. Tutaj i teraz - rzuciła gniewnie. - Czy przez cały ten czas by-

ła to tylko gra? - Jej serce rwało się ku niemu, w głębi duszy błagała go, by przerwał tę 

ciszę. - Od kiedy podszedłeś do mnie na placu przed twoją firmą, od kiedy po raz pierw-

szy uśmiechnąłeś się do mnie, kiedy wysłałeś Erica, by sprawdził, czy wyłączyłeś żelaz-

ko, kiedy tańczyliśmy, kiedy opatrywałam twoje usta, kiedy... W każdej z tych chwil ba-

wiłeś się mną? 

Policzki mu drgnęły. 

- Czy kiedykolwiek dałem do zrozumienia, że jest to coś więcej niż gra? 

Lecz Wynnie wciąż wracała do chwil, które spędzili razem. Mężczyzna, który po-

trafi tak namiętnie kochać, nie może być do końca zły. 

- Dylan... - powiedziała błagalnie.   

Lecz jego spojrzenie pozostało zimne. 

-  Wczoraj  w  nocy  oboje  wiedzieliśmy,  co  robimy  -  odezwał  się  wreszcie.  -  Wal-

czymy  po  różnych  stronach  barykady.  To,  co  się  stało  między  nami,  było  po  prostu 

chwilowym zawieszeniem broni. Niczym więcej. I nie ma w tym nic złego. 

Musnął palcami jej  włosy. Jego spojrzenie znowu stało się  gorące.  Przyciągnął  ją 

do siebie i zanim zdołała złapać oddech, pocałował ją dziko, namiętnie. 

- Wiedziałam, że jesteś twardy - powiedziała, gdy już udało jej się odzyskać zmy-

sły. - Ale nie sądziłam, że jesteś tak okrutny. Bez względu na to, jak bardzo chciałeś się 

mnie pozbyć, nie powinieneś był posłużyć się seksem. 

Z jego oczu znowu powiało chłodem. 

- Kotku... 

-  Nie  jestem  kotkiem.  Nie  jestem  ciałem,  którego  zadaniem  jest  jedynie  ogrzać 

twoje łóżko. Najwyraźniej nie jestem też dla ciebie na tyle ważna, żebyś zapamiętał moje 

imię. 

- Pamiętam, Guinevere... 

Rzuciła się do tyłu jak rażona piorunem. 

- O ile się nie mylę, posiadasz na mój temat wszelkie możliwe informacje. Musisz 

też wiedzieć, że potrafię wybaczać nawet tym, którzy mnie zranili. Jeśli jednak chodzi o 

ciebie, to nie mogę doczekać się dnia, kiedy będziesz smażył się w piekle. - Odwróciła 

T L

 R

background image

się  na  pięcie  i  zaczęła  uciekać.  Jak  zwykle  czuła  na  plecach  gorące  spojrzenie  Dylana, 

teraz jednak nie budziło w niej pożądania. 

Tym razem było to pożegnanie. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

W  czwartkowe  popołudnie  Wynnie  otworzyła  furtkę  do  małego  ogródka  przed 

domem  i  ruszyła  powoli  wąską  alejką  ku  drzwiom.  Pod  powiekami  czuła  piasek,  gdyż 

nocami nie mogła spać, a stopy piekły od długich godzin spędzonych w butach na wyso-

kich obcasach. Przez te dni rzuciła się w wir pracy i zadzwoniła w setki miejsc, próbując 

umówić  się  na  spotkanie  z  przedstawicielami  wszystkich  najważniejszych  firm  w  mie-

ście. 

Otworzyła  skrzynkę  pocztową  i  wyjęła  z  niej  korespondencję,  a  następnie  otwo-

rzyła  drzwi,  weszła  do  mieszkania  i  włączyła  automatyczną  sekretarkę,  by  odsłuchać 

wiadomość sprzed paru dni. 

Z małego głośnika rozległ się głos Meg:   

- Widziałam, jak się całujecie, ale nie martw się, wszyscy byli zajęci swymi spra-

wami  i  tylko  ja  byłam  tego  świadkiem.  Muszę  ci  powiedzieć,  że  to  super!  Dylan  jest 

wspaniały, ale potrzebuje kogoś takiego jak ty, kto będzie mu wskazywał właściwy kie-

runek. Do zobaczenia wkrótce! 

Wynnie  nacisnęła  na  inny  przycisk  i  przytrzymała  go  palcem,  aż  licznik  pokazał 

„zero wiadomości". 

To  jest  kara  za  wszystkie  błędy,  które  popełniła  w  życiu.  Minęły  już  cztery  dni. 

Cztery  dni,  od  kiedy  po  raz  ostatni  widziała  Dylana,  jego  zmysłowy  uśmiech,  słyszała 

jego głos. Tymczasem serce wciąż bolało tak bardzo, jakby rozstała się z nim zaledwie 

przed chwilą. 

Zaczęła  przeglądać  korespondencję.  Spośród  rachunków  wysunęła  się  kolorowa 

widokówka. Zaparło jej dech w piersiach. 

Felix! 

T L

 R

background image

Kartka  przedstawiała  plażę.  Zielone palmy,  lazurowe  morze, biały  piasek.  Tahiti? 

Nie musiała jej odwracać, by wiedzieć, że miejsce na tekst jest puste. Tak było za każ-

dym razem: pocztówki bez jednego słowa, adres napisany obcą ręką, znaczki z różnych 

stron świata. Znowu została ukarana. Miała kogoś, kto był dla niej najbliższą osobą, kto 

powinien ją wspierać, tymczasem nie miała z nim żadnego kontaktu. Wszystko, co miała, 

to naręcze pustych widokówek. 

Rzuciła  pocztówkę  na  stos  korespondencji,  powlokła  się  do  kuchni,  znalazła  bu-

telkę czerwonego wina i skierowała się do sypialni. 

Wynnie  siedziała  po  turecku  na  środku  łóżka,  wciąż  ubrana  w  krótką  czarną  su-

kienkę, która zsuwała się z ramienia. Opróżniała trzeci kieliszek wina. Na prawej nodze 

leżał telefon, na lewej - kartka od Feliksa. W ręku trzymała stary paragon, na którym by-

ły nabazgrane cyferki. Wpatrywała się w nie już od dobrej godziny. Nagle odstawiła kie-

liszek na nocny stolik, wzięła telefon i wybrała numer. 

Jeden sygnał. Drugi. 

- Halo. 

- Dylan? - spytała z trudem. 

- Wynnie - odezwał się po dłuższej chwili milczenia. 

Dźwięk jego  głosu podziałał  na nią  kojąco. Przymknęła  oczy, po jej policzku po-

toczyła się łza. 

-  Przepraszam,  że  dzwonię  tak  niespodziewanie,  ale  telefonowałam  do  Meg  i  to 

ona dała mi twój numer. - Sądziła, że jej głos brzmi w miarę normalnie, ale musiał wy-

chwycić w nim jakąś niepokojącą nutę. 

- Wynnie, czy coś jest nie tak? Jak się czujesz? Co się stało? 

- Nic się nie stało. Chciałam po prostu o coś cię zapytać. To nie ma związku z pra-

cą, ale jest ważne i nie może czekać. 

- Pytaj. 

Z oczu zaczęły jej płynąć łzy. 

- Chodzi o mojego brata... Czy wiesz, gdzie on jest? 

- Wynnie... 

T L

 R

background image

-  Nie  obchodzi  mnie,  skąd  to  wiesz.  Nie  obchodzi  mnie,  czy  znasz  mój  PIN  do 

konta  w  banku,  stopnie  ze  szkoły  podstawowej  i  rozmiar  stanika.  Ale  muszę  wiedzieć, 

gdzie  jest  Felix.  Muszę  go  zobaczyć,  muszę  z  nim  porozmawiać.  Więc  jeśli  wiesz  co-

kolwiek, powiedz mi! 

- Gdzie jesteś? 

- W domu. 

- Nigdzie się nie ruszaj, zaraz tam będę. - Rozłączył się. 

Rzuciła  telefon  na  łóżko  i  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Na  co  liczyła,  dzwoniąc  do 

Dylana? Był jej zupełnym przeciwieństwem! 

A jednak kiedy go potrzebowała, zjawił się... 

Kwadrans później spacerowała na bosaka w tę i z powrotem po salonie. Jej niepo-

słuszne serce biło szybciej niż zwykle. Nie widziała Dylana od czterech dni, a teraz była 

podekscytowana, prawie nieprzytomna z emocji. 

Odetchnęła  głęboko.  Otworzy  mu  drzwi,  pokaże,  że  wszystko  z  nią  w  porządku, 

wytłumaczy, że wypiła o jeden kieliszek wina za dużo - niech myśli o niej, co chce - a 

wtedy sobie pójdzie. 

Otworzyła drzwi, spodziewając się ujrzeć korporanta w garniturze, jednak w progu 

stał facet ubrany w białą koszulkę, staromodny blezer i stare dżinsy wypchane na kola-

nach.  W  garniturze  był  bardzo  przystojny,  ale  dopiero  ten  nonszalancki  strój  naprawdę 

podkreślał cały jego urok. 

- Dylan... Przepraszam. Wracaj do domu. 

- Nie odejdę, dopóki nie upewnię się, że z tobą wszystko w porządku. 

- To ciebie nie dotyczy. 

Poczuła lekkie ukłucie w sercu, gdy nie zaprzeczył. 

- Tak czy inaczej, jestem tutaj, dlaczego więc nie wpuścisz mnie do środka? - Wy-

jął zza pleców opakowanie lodów orzechowo-czekoladowych. - Nigdy nie powiedziałaś 

mi,  jaki  smak  lubisz  najbardziej,  ale  to  są  ulubione  lody  Meg,  szczególnie  gdy  ma  zły 

dzień. 

Wzięła od niego lody i wsadziła pod pachę. Zimne opakowanie działało kojąco na 

rozpalone zmysły. 

T L

 R

background image

- Nie powinnam była dzwonić do ciebie. 

- Ale zadzwoniłaś. 

Dylan Kelly wiedział o niej wszystko. Nawet Hannah znała tylko fragmenty jej hi-

storii i nawet się nie domyślała, jak wielkie ma poczucie winy. Tymczasem on wiedział i 

to. A ona była tak bardzo zmęczona utrzymywaniem tajemnicy. 

- Przygotuję kawę. Lody zaraz się rozpuszczą. - Wpuściła go do środka. 

Siedzieli  przy  stole.  Wynnie  podciągnęła  nogi  i  oparła  podbródek  na  kolanach. 

Czarna  sukienka  zsunęła  jej  się  z  ramienia.  Ciemne  włosy  były  zebrane  z  tyłu.  Nigdy 

jeszcze nie wyglądała tak pięknie, tak bezbronnie. 

- Kiedy Felix był mały  - zaczęła - nie potrafił wymówić imienia Guinevere, więc 

nazwał  mnie  Wynnie.  Kiedy  policja  puściła  mnie  wolno,  wiedziałam,  że  muszę  zacząć 

nowe życie i zmienić imię i nazwisko, gdyż poprzednie zostały zszargane we wszystkich 

gazetach, wybrałam to właśnie imię i przyjęłam panieńskie nazwisko babki. 

- Guinevere to piękne imię. Francuskie?   

Popatrzyła na niego, uśmiechając się lekko. 

- Myślę, że to starofrancuskie imię, ale nic więcej na ten temat nie wiem. Dlaczego 

wciąż się pytasz, czy mam francuskie pochodzenie? 

- To twój akcent. 

- Aha. Wiem tylko, że Guinevere znaczy uczciwa i łagodna. Podoba ci się? 

- Nawet nie pytaj. A Felix? 

- Szczęśliwy. - Gdy Dylan zmarszczył brwi, dodała: - Felix znaczy szczęśliwy i ta-

ki był jako dziecko. Radosny, otwarty, najsłodszy na świecie. Jednak gdy zmarli nasi ro-

dzice,  ja  przeprowadziłam  się  do  miasta,  by  zacząć  studia,  a  on  został,  by  dokończyć 

szkołę. I wpadł w środowisko fanatyków, którzy uznali Nimbin za hodowlę rekrutów dla 

swojej armii... - Urwała gwałtownie. 

- Co się dalej stało? 

Wiedział to wszystko, bo wielokrotnie przeczytał otrzymaną od Jacka dokumenta-

cję,  jednak  Wynnie  musiała  wreszcie  wyrzucić  to  z  siebie.  Taki  akt  oczyszczenia,  eks-

piacji, pogodzenia się z tym, co się stało i nigdy się nie odwróci. 

T L

 R

background image

Dlatego  zadzwoniła.  I  mimo sygnałów alarmowych,  które  wysyłał  jej mózg,  wie-

działa, oboje wiedzieli, że bezpieczniej będzie, jeśli powie to Dylanowi niż komukolwiek 

innemu. 

-  Włamał  się  do  uniwersyteckiego  laboratorium,  żeby  uwolnić  króliki  doświad-

czalne. Laboratorium zostało zdewastowane, chemiczne odczynniki pomieszane. Doszło 

do wybuchu. Rannych zostało siedem osób. Jeden mężczyzna... Dylan, jeden mężczyzna 

stracił władzę w nogach. Policja i media nazwały to ekoterroryzmem. Cała akcja została 

nagrana przez kamery ochrony. Pokazali mi fragmenty, te z Feliksem... A ponieważ nie 

mogli go znaleźć, zabrali mnie. 

- Dokąd mógł pojechać? 

-  Nasi  rodzice  mieli  pieniądze,  zanim  zamieszkali  w  Nimbin.  Ten  kapitał  został 

zainwestowany,  pracował  przez  te  wszystkie  lata,  więc  Felix  ma  za  co  podróżować. 

Ukrywać się do końca życia... 

- Miałaś jakieś wiadomości od niego?   

Drgnęła jej powieka. Domyślił się, że walczy sama ze sobą. Rozumiał to doskona-

le. Rodzinę trzeba chronić. 

-  Gdyby  tak  było,  musiałabym  natychmiast  powiadomić  policję  -  odezwała  się 

wreszcie. 

-  Jednak  co parę  miesięcy  dostaję  widokówkę.  - Pokazała  Dylanowi  kartkę,  która 

nadeszła  tego  dnia.  -  Czyli  mój  brat  wie,  gdzie  jestem  i  co  robię,  ale  nie  daje  żadnej 

wskazówki o sobie. 

- To od niego? - Wziął kartkę do ręki i odwrócił. Zmarszczył brwi, gdy zobaczył, 

że jest pusta. Więc tak wyglądają podziękowania dla siostry, która najprawdopodobniej 

ocaliła mu życie... 

Ta  kobieta  miała  charakter.  To,  co  zrobiła  dla  brata,  sposób,  w  jaki  odbudowała 

swoje życia z gruzów, to wszystko było godne najwyższego szacunku i podziwu. 

A teraz zaufała jemu. 

-  Nigdy  jeszcze  nie  opowiedziałam  nikomu  tego,  co  teraz  tobie  -  powiedziała  ci-

cho. 

- Rozumiem, dlaczego. 

T L

 R

background image

- Dzięki temu, czego się teraz dowiedziałeś, możesz doprowadzić do tego, że będę 

musiała opuścić to miasto. Wiesz o tym, prawda? 

- Tak, ale wtedy nie mógłbym spać spokojnie. 

Nie mógł oderwać oczu od Wynnie. Od niedzieli, po tym fatalnym, zakończonym 

totalnym fiaskiem spotkaniu, robił wszystko, by wypędzić ją z myśli. Starał się skoncen-

trować na pracy, która od lat dawała mu tyle satysfakcji, na tym, co mówił do niego Eric, 

lecz  tak  naprawdę  myślał  tylko  o  niej.  Prześladował  go  jej  obraz,  gdy  przykuła  się  do 

rzeźby tymi śmiesznymi kajdankami, gdy niespodziewanie pojawiła się któregoś ranka w 

kawiarni,  gdzie  zwykł  pijać  kawę.  Wspominał,  jak  bardzo  wierzyła  w  to,  co  robi.  Jak 

namiętnie mu się oddała, gdy uznała, że to jest to, czego sama pragnie. Bez chwili waha-

nia  przyszedł,  gdy  go  potrzebowała.  A teraz  zapragnął  okazać się  tym  człowiekiem, za 

jakiego go uważała. 

Ujął jej drobną dłoń, popatrzył prosto w oczy. 

- Tak mi przykro, że nie wiem, gdzie on jest.   

Poczuł, jak jej ręka staje się zimna. 

- No tak... - Odetchnęła głęboko. - Więc to na tyle. - Wyjęła swoją dłoń, odsunęła 

się. 

- Nawet nie próbuję zrozumieć, przez co musiałaś przejść, ale i moje brudy zostały 

kiedyś publicznie wyprane. 

- Nie wiedziałam... - Podparła policzek ręką i czekała, co Dylan jeszcze powie. 

- Byłem kiedyś zaręczony. Nazywała się Lilliana Girard. 

- Francuzka? 

- Dałaby sobie uciąć palec, żeby tak było, ale nie. 

- Przepraszam, nie mogłam się oprzeć. Mów dalej. 

- Byliśmy razem przez trzy lata. Sześć tygodni przed ślubem dowiedziałem się, że 

w  pewnym  nocnym  klubie  opowiadała,  w  którym  to  europejskim  kurorcie  zamieszka, 

gdy już dostanie miliony po naszym rozwodzie. 

-  Okropne!  Ale  jesteś  pewien,  że  to  nie  był  żart?  Dziewczyny  opowiadają  takie 

bzdury, gdy wypiją o jednego drinka za dużo. 

T L

 R

background image

- Gdyby chodziło tylko o alkohol... Po zerwanych zaręczynach zaczęli przychodzić 

do mnie ludzie i opowiadali, co słyszeli, mówili też o długach, które zaciągnęła, a porę-

czeniem było to, że niedługo zostanie panią Kelly. Teraz jest mi jej żal. Spędzić trzy lata 

z mężczyzną, którego się nie kocha, tylko po to, by zdobyć apanaże związane z jego na-

zwiskiem! 

- A ty nie mogłeś zmienić tożsamości, jak ja to uczyniłam. 

- Nie mogłem. - Popatrzył jej głęboko w oczy. - Ot, cała historia. 

Zapadła cisza, wreszcie Wynnie powiedziała cicho: 

- Dylan... dziękuję. 

- Za co? 

- Za to, że przyszedłeś. Że nie przedłużałeś złudnej nadziei, jeśli chodzi o Feliksa. 

Że opowiedziałeś mi o Lillianie. - Przymknęła na moment zmęczone oczy. - Zrobiło się 

późno. 

- To prawda... - Walczył ze sobą, by nie porwać jej w ramiona. 

Uśmiechnęła  się,  wstała  z  krzesła  i  skierowała  się  ku  drzwiom  wyjściowym.  Po-

dążył za nią. 

- Jesteś pewna, że wszystko w porządku? 

- Tak. 

Jednak  jej  spojrzenie  mówiło  coś  innego.  Wiedział,  jakie  słowa  cisną  się  jej  na 

usta. 

- Wynnie - powiedział ostrzegawczo. 

- Nie chcę dziś w nocy być sama. - Jej głos się załamał. 

Jak to wyznanie podziałało na niego! 

-  Lilliana  miała powody,  żeby  mnie nie  kochać. Jestem  łajdakiem bez serca, pra-

coholikiem, nie mam żadnych zasad, myślę tylko o sobie. Rzadko nawet mówię, że za-

dzwonię następnego dnia. To, że mnie prosisz, bym został, nie znaczy wcale, że to zro-

bię. 

Uniosła  się  na  palcach  i  oparła  dłoń  na  jego  piersi.  Ta  cudowna,  piękna  kobieta 

widziała w nim nie tylko jednego z rodziny Kellych. Widziała w nim mężczyznę, który 

jej może pomóc zbawić świat. 

T L

 R

background image

- Nie chcę dziś w nocy być sama - powtórzyła. 

- Zatem nie będziesz. 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Wynnie wzięła Dylana za rękę i bez słowa poprowadziła do sypialni. Białe meble, 

biały  len,  białe  lilie  w  szklanej  wazie.  Jedynym  kolorowym  akcentem  była  rozłożysta 

palma w rogu pokoju. 

Gdy Dylan wyjął z włosów Wynnie spinkę w kształcie motyla, ciemne loki rozsy-

pały  się  na  jej  plecach.  Pocałował  ją  czule,  namiętnie.  Pragnął  jej  tak  bardzo,  pragnął 

właśnie takiej, w chwili jej największej słabości. 

Wspięła się na palce i oddała mu pocałunek. A przecież starał się zapomnieć, jak 

smakują jej usta. Teraz jednak wiedział już, że nigdy nie będzie potrafił z niej zrezygno-

wać. Ten pocałunek odkrywał wszystkie jej myśli - złość na Feliksa, frustrację, niepew-

ność własnych uczuć do niego i jego uczuć do niej. Objął ją ramionami, oboje padli na 

łóżko. 

- Zaczekaj - powiedziała. 

Patrzył, jak zdejmuje przez głowę sukienkę. 

I oto była przed nim naga, mając na sobie zaledwie parę cieniutkich czarnych maj-

teczek. 

Lecz  zanim  zdążył  jej  się  przyjrzeć,  objęła  go  i  przytuliła  do  siebie.  Zdał  sobie 

sprawę, że teraz on ma na sobie zbyt wiele ubrań, lecz szybko temu zaradził. 

Wynnie była na nim, pełna pożądania, dominująca, spragniona. 

Przewrócił  ją  na  plecy.  Gdy  zmarszczyła  brwi,  niezadowolona  z  tej  zamiany  ról, 

szepnął: 

- Zaufaj mi, proszę. 

Zaczął  ją  całować.  Delikatne  nadgarstki,  małe  zagłębienie  w  kąciku  wspaniałych 

ust. A później językiem zaczął pieścić piersi. Znał ją tak dobrze. Znał każdy błysk roz-

koszy w jej oczach, jej krzyk spełnienia, znał ją tak dobrze, jakby była stworzona, by to 

T L

 R

background image

on właśnie dawał jej rozkosz. On i nikt inny. Jej instynktowne reakcje na jego pieszczoty 

były cudowne. 

Wiedział, że zaraz znajdą się w niebie. Lecz co dalej? 

Ona pomyślała o tym samym. 

Kochali się zapamiętale, wiedząc doskonale, że to ostatni raz. 

Kiedy się obudził, spostrzegł, że nie znajduje się we własnym łóżku. Rozejrzał się 

wokół. Kaskada jedwabistych ciemnych włosów na białej poduszce. Nagie plecy oświe-

tlone blaskiem księżyca. Wynnie... 

Wyciągnął rękę, chcąc jej dotknąć, ale zatrzymał się w porę. Już sam fakt, że się z 

nią  kochał,  był  wystarczającym  dowodem  egoizmu.  Wynnie  zasługiwała  na  kogoś  lep-

szego niż on. 

Poszedł do kuchni i się ubrał. Jego wzrok padł na kartkę od Feliksa. Gdyby Jacko-

wi udało się znaleźć tego dzieciaka, skręciłby mu kark za to, co zrobił siostrze. Znalazł 

długopis i napisał na odwrocie: 

Słońce świeci. Bawię się dobrze. Żałuję, że ciebie tu nie ma. 

Odłożył kartkę na miejsce i opuścił dom Wynnie. 

Opuścił jej życie. 

Bo przecież przyrzekł sobie, że zawsze będzie chronił własną rodzinę, bez względu 

na to, jakich poświęceń z jego strony będzie to wymagać. 

 

W piątek Wynnie spóźniła się do firmy. W głowie jej huczało. 

Widokówka, pół butelki wina, pół opakowania lodów, Dylan, widokówka... Udało 

się jej wstać z łóżka tylko dlatego, że tak bardzo była oddana swej pracy. Zastanawiała 

się, jak wytrzyma kolejny dzień wypełniony telefonami do prezesów różnych firm, któ-

rzy nie będą chcieli poświęcić jej swego cennego czasu. 

Ostatniej  nocy...  Gdy  rano  zobaczyła  tych  parę  słów  na  widokówce  od  Feliksa, 

domyśliła się, co Dylan chciał jej przez to powiedzieć. Wiedział, dlaczego była tak bar-

dzo oddana bratu. Przede wszystkim rodzina, mówiły te słowa. Miał na myśli i ją, i sie-

bie. Choć Wynnie teraz czuła, że ma złamane serce. 

T L

 R

background image

Pokonała ostatni zakręt korytarza i weszła do swojego biura. Czekała ją tam owacja 

na  stojąco.  Zaskoczona  Wynnie  cofnęła  się  parę  kroków,  potrącając  stojącą  donicę  z 

drzewkiem morwowym. 

- Gdzie się, do licha, podziewałaś? - zawołała Hannah. 

-  Miałam  coś  do  załatwienia  -  odpowiedziała  Wynnie,  myśląc  równocześnie,  że 

zaspała,  ponieważ tej  nocy  uprawiała namiętny  seks  z potencjalnym  klientem, który  co 

prawda nie jest jej facetem, ale w którym jest zakochana po uszy. - Czy możesz mi wy-

jaśnić, co tu się właściwie dzieje? 

-  Przez  cały  ranek  było  tu  prawdziwe  piekło.  Telefony  się  urywały,  bez  przerwy 

nadchodziły faksy i mejle. 

- I co z tego? 

Hannah  wyciągnęła  ręce, jakby  chciała  wręczyć  Wynnie niewidzialną  nagrodę  za 

udział w telewizyjnym show. 

- Zadzwonił Eric Carlisle z Kelly Investment Group i powiadomił nas, że zaakcep-

towali  wszystkie  punkty  zaproponowanej  przez  ciebie  umowy.  Poinformował  również, 

że będzie osobą odpowiedzialną z ich strony za CFC/KInG joint venture. 

Ponownie rozległy się wiwaty, na głowę Wynnie posypało się konfetti wykonane z 

pokruszonego  makaronu  z  chińskich  zupek,  typowego  lunchu  w  CFC.  Gdy  zaczęły 

strzelać korki szampanów, wymknęła się do łazienki, oparła o chłodną umywalkę i pró-

bowała  zapanować  nad  przyśpieszonym  oddechem.  Odgarnęła  włosy  z  twarzy  i  przyj-

rzała się swemu odbiciu w lustrze. Wyglądała nadspodziewanie dobrze, nie przypomina-

ła kogoś, kto właśnie powrócił z podróży do piekła i do nieba. Sprawdzała się w tej pra-

cy, potrafiła przekonać ludzi, by wierzyli w to, co im mówiła. Nikt nie domyślał się, co 

naprawdę dzieje się w jej duszy. Nikt... oprócz Dylana. Jemu wystarczyły zaledwie trzy 

słowa powiedziane przez telefon. 

Do łazienki weszła Hannah i spytała: 

- Co się dzieje, kochanie? 

- To długa historia. 

Hannah zamknęła drzwi na zasuwkę. 

- Szampan leje się strumieniami. Nawet nie zauważą, że nas nie ma. Mamy czas. 

T L

 R

background image

Wynnie  odwróciła  się  do  przyjaciółki  i  oparła  plecami  o  umywalkę.  Starała  się 

mówić  zwięźle,  pomijając  niektóre  szczegóły.  Nie  wspomniała  o  Feliksie  i  jego  kartce 

ani o narzeczonej Dylana. Zresztą nie potrafiła znaleźć właściwych słów, by opowiedzieć 

Hannah o swojej rodzinie, choć przyjaciółka zawsze była z nią w najtrudniejszych chwi-

lach.  A  przecież  wczoraj,  gdy  opowiadała  o  tym  Dylanowi,  słowa  płynęły  gładko  z  jej 

ust, aż dziwiła się, że mogło jej się to kiedykolwiek wydawać trudne. 

- No tak - powiedziała Hannah. 

- A teraz dostałam to, o co walczyłam. Zdobyłam dla CFC najważniejszego klienta. 

Mogłabym chodzić po biurze dumna jak paw. 

- Ale nie chodzisz... 

- Nie zapracowałam na to. To prezent na pocieszenie. - Dylan chciał jej w ten spo-

sób podziękować... - Jestem idiotką. 

- Nieprawda. Stary wyga z ciebie. 

-  I  wiesz  co?  Jestem  zła!  Zła  na  niego,  że  załatwił  to  w  ten  sposób.  Przez  Erica. 

Gdyby tak wielu ludzi nie było w to zaangażowanych i gdyby nie był to tak fantastyczny 

układ, porwałabym tę umowę na strzępy i zjadła kawałek po kawałku, stojąc przed jego 

cholerną firmą! 

- Nie bądź śmieszna. Raczej oddałabyś ją na makulaturę. - Hannah przysiadła obok 

niej na brzegu umywalki. - Chcę cię pocieszyć. To twardy mężczyzna, z twardej rodziny. 

A ty jesteś bardzo, bardzo miękka. 

Wynnie oparła głowę na ramieniu przyjaciółki. 

- Myślę, że powinnam zafundować sobie długi weekend. 

- Też tak uważam. - Hannah pchnęła ją lekko. - Idź i nie wracaj przed środą. Wy-

tłumaczę cię. 

Wynnie  dała  jej  całusa  w  policzek  i  szybko  zniknęła,  by  Hannah  nie  zdążyła  się 

rozmyślić. 

Szła chodnikiem, wiosenne słońce ogrzewało jej twarz. Zastanawiała się, czy Dy-

lan ma świadomość dobra, które uczynił, podpisując tę umowę. Nie dla niej, ale dla ca-

łego  miasta.  Miała  co  do  tego  wątpliwości.  Tak  bardzo  pragnęła  zadzwonić  do  niego, 

podziękować, pogratulować, pocałować go, wszystko równocześnie. Ale on składał się z 

T L

 R

background image

samych przeciwieństw. Poza tym był superprzystojny i stanowił dla niej wyzwanie. Jed-

nak nie za to go kochała. Kochała go za jego zasady. Za to, że był lojalny wobec swoich 

bliskich. Był wszystkim, cokolwiek mogła sobie wymarzyć. 

Lecz on nie chciał tego dostrzec. 

A ona nie mogła mu tego powiedzieć. Pałeczka była teraz w rękach jej współpra-

cowników i Erica. Wynnie wiedziała, że Dylan już do niej nie zadzwoni. 

W niedzielny poranek Dylan wyglądał przez olbrzymie okno swego biura. Miał na 

sobie  ubranie  z  poprzedniego  dnia.  W  głowie  mu  huczało.  W  dodatku  nie  było  Erica  i 

sam musiał sobie zrobić kawę. 

Nagle zadzwonił telefon. 

Przez  ostatnie  dni  wciąż  miał  nadzieję,  że  gdy  podniesie  słuchawkę,  usłyszy  jej 

głos. Usłyszy, że Wynnie go potrzebuje i pragnie, a także chce, by stał się lepszym czło-

wiekiem. Ona jednak była rozsądna i na pewno się domyśliła, że tych kilka słów na kart-

ce ma stanowić pożegnanie. Już nigdy nie zadzwoni do niego. W dodatku czyniąc Erica 

osobą odpowiedzialną za współpracę z CFC, spalił za sobą ostatni most. 

Telefon znów zadzwonił. Dylan podniósł słuchawkę. 

- Słucham! - wrzasnął. 

- Mówi Garry Sloane z Allied Press Corps. 

Dylan zacisnął palce na słuchawce. Miał ochotę udusić kablem od klawiatury tego 

kretyna,  który  lata  temu  pierwszy  opisał  we  wszystkich  gazetach  najgorszy  dzień  jego 

życia. Jednak wtedy trudno by mu było pozostać na stanowisku szefa Media Relations. 

- Sloane - mruknął, z przyjemnością zdając sobie sprawę, że jest na świecie ktoś, 

kogo nienawidzi bardziej niż siebie samego w tej chwili. - Musiałem przegapić te kwiaty 

i czekoladki, które mi wysłałeś w ramach przeprosin za ostatni weekend. 

- Taak... Są w drodze - zadrwił dziennikarz. 

- Czego chcesz? 

- Chciałbym, żebyś dołożył swój komentarz do pewnej historii. 

- Mów. 

T L

 R

background image

-  To  nie  jest nowa  historia.  Dotyczy  pewnej  kobiety,  która nazywa  się Guinevere 

Lambert. Parę lat temu miała poważne kłopoty z prawem, a teraz stała się ulubienicą na-

szego miasta. Znasz ją pewnie lepiej jako Wynnie Devereaux. Mam mówić dalej? 

- Nie przez telefon - odrzekł Dylan, podczas gdy jego mózg pracował na zdwojo-

nych obrotach. Spojrzał na zegarek. - Spotkajmy się za trzy godziny w moim biurze. Do 

tego czasu nie waż się komukolwiek o tym wspomnieć.   

- Lepiej będzie dla ciebie, żebyś miał coś naprawdę ciekawego. 

- Lepiej będzie dla ciebie, żebym nie poszedł do sądu ze skargą za rozbitą wargę, 

bo będzie cię to kosztować równowartość mojego konta w banku. 

- Za trzy godziny - przypomniał Sloane.   

Dylan z wściekłością rzucił słuchawkę, która rozpadła się na dwie części. 

T L

 R

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

W poniedziałkowy poranek Wynnie, zamiast iść do pracy, popijała zieloną herbatę 

i patrzyła na swój mały zielony ogródek. Słońce mocno świeciło, niebo było błękitne, a 

lekki  wietrzyk  przyniósł  ze  sobą  zapach  okolicznych  kwiatów.  W  tym  czasie  Brisbane 

stawało się najpiękniejsze. Raz w życiu miała okazję tego doświadczyć. Było to parę lat 

temu, zanim Felix wpadł, a jej życie legło w gruzach. Przyroda jednak ani wtedy, ani dziś 

nie była w stanie uleczyć jej złamanego serca. 

Nie mogła już dłużej odwlekać tej chwili. Odstawiła szklankę z sokiem pomarań-

czowym i sięgnęła po leżącą na stole gazetę. Jej ręce drżały, gdy ją przerzucała. Wreszcie 

jej wzrok padł na własną fotografię i krótki artykuł przedstawiający prawdziwą historię. 

Była to przepustka do bezrobocia, do ośmieszenia i pogardy. 

Przymknęła  oczy  i  próbowała  sobie  wyobrazić,  że  jest  w  jakimś  miłym  miejscu. 

Tym miejscem były silne, opiekuńcze ramiona Dylana, które jednak nie potrafiły uspo-

koić bicia zrozpaczonego serca. Wynnie uszczypnęła się w rękę. Wystarczy. 

Kiedy  zadzwonił  Sloane, próbując  wyciągnąć  z niej informacje  na temat jej prze-

szłości, kazała mu spadać. Po dwudziestu minutach bezcelowego szwendania się po do-

mu  zatelefonowała  do swych szefów  z CFC  i  wszystko im  opowiedziała,  równocześnie 

składając  rezygnację.  Potem  zadzwoniła  do  pewnej  dziennikarki,  którą  poznała  przy 

okazji historii z kajdankami, i zaoferowała jej wyłączność. 

Pora  przestać  uciekać  przed  przeszłością,  przed  pragnieniami.  Nie  jest  Feliksem. 

Nigdy  nie skrzywdzi  innych, dążąc  do celu.  Jej  rolą  jest niesienie  pomocy.  Ale  jest też 

kobietą, której potrzeby mają prawo zostać zaspokojone i których za każdym razem nie 

powinna rujnować przeszłość. 

Odetchnęła głęboko i ponownie otworzyła gazetę. Tym razem jej wzrok zatrzymał 

się na fotografii Quinna Kelly'ego. Nad zdjęciem widniał duży napis: 

Król umiera, niech żyje nowy król! 

Wynnie  z  zapartym  tchem  zaczęła  czytać.  Quinn,  wspaniały  ojciec  Dylana,  ma 

poważne problemy z sercem. W ciągu ostatnich miesięcy przeszedł dwa zawały. Od tego 

czasu nie zarządza już firmą, co do tej pory było ukrywane przez rodzinę. 

T L

 R

background image

Dzwonek alarmowy zadzwonił w mózgu Wynnie. Dlaczego prawda wyszła na jaw 

właśnie dzisiaj? Zastanowi się nad tym za chwilę, najpierw dokończy lekturę. 

Całostronicowy  tekst  odwoływał  do  krótszych  artykułów  w  środku  gazety. 

Wszystkie były  poświęcone  zdrowiu  Quinna,  który  robił  dobrą  minę, choć  od miesięcy 

firmą  po  cichu  zarządzał  Brendan.  Jeden  z  artykułów  zawierał  komentarz  Mary  Kelly. 

Było  też  zdjęcie całej  rodziny,  zrobione  niedawno,  jak się domyśliła,  gdyż  była na nim 

świeżo poślubiona żona Camerona. 

Największą uwagę Wynnie zwróciło imię Dylana, które pojawiało się wielokrotnie. 

Tak często, że można było przypuszczać, że to on sam jest autorem artykułu. Sprawdziła 

nazwisko w stopce. 

- Garry Sloane - mruknęła. - Ten bydlak Garry Sloane... 

Nagle  wszystko  stało  się  jasne.  Nie  tylko  ona  miała  sekret.  Ten  padalec  Sloane 

musiał  zadzwonić  do  Dylana  zaraz  po  tym,  jak  mu  kazała  spadać.  A  Dylan  z  jakiegoś 

powodu wolał wyjawić swoją tajemnicę, aby chronić Wynnie. 

Chronić ją... 

Poderwała się z krzesła, wciągnęła dżinsy i bluzę, nie bacząc, że wkłada ją na pi-

dżamę. Wsunęła pierwsze z brzegu buty. Czerwone szpilki. 

Nie wybiła jeszcze siódma rano. 

Czy to poniedziałek? Tak, poniedziałek. A zatem doskonale wiedziała, gdzie o tej 

porze znajdzie Dylana. 

 

Dylan stał w kolejce po kawę z dodatkowym cynamonem wściekły jak diabli. Za to 

stanie był gotów odwołać awans Erica. 

Gdy  usłyszał  malutki  dzwoneczek  u  drzwi  wejściowych  do  kawiarni,  poczuł,  że 

musi się odwrócić. Burza loków w kolorze czekolady, wielkie brązowe oczy i latające w 

powietrzu feromony. 

Wynnie. 

Wiedział, dlaczego przyszła. Prawdę mówiąc, liczył na to, że gdy przeczyta artykuł 

poświęcony jego ojcu, odezwie się do niego w ciągu najbliższych dni. Może nawet tego 

T L

 R

background image

popołudnia. Albo jeszcze przed lunchem. A gdyby tego nie zrobiła w ciągu dwóch naj-

bliższych godzin, zamierzał pojawić się z gorącą kawą w jej domu. 

- Wynnie - powiedział, starając się zapanować nad głosem. Jej usta, skóra były na 

wyciągnięcie ręki. Nie śmiał marzyć, że jeszcze kiedykolwiek znajdzie się tak blisko tej 

kobiety. 

- Nie nazywaj mnie Wynnie - szepnęła. 

- Jakiego więc imienia mam używać? 

- Nie zmieniaj tematu - syknęła. - Co ty zrobiłeś? 

Wokół nich gromadziło się coraz więcej gapiów. Młody mężczyzna wyjął komórkę 

i ponad ich głowami rozległ się dźwięk aparatu fotograficznego. Barmanka podchwyciła 

spojrzenie Dylana i dyskretnie wskazała tylne wyjście. Ujął Wynnie za ramię i pociągnął 

ją w stronę kuchni, a następnie zapasowych drzwi. 

- O co pytałaś? - powiedział, gdy znaleźli się na małym podwórku. 

Wyjęła gazetę. 

- Twój ojciec jest poważnie chory. 

- Wiem o tym. 

Jej twarz złagodniała. 

- Tak mi przykro. Powiedz mamie, że jeżeli mogę w czymkolwiek pomóc... 

- Dziękuję. 

Popatrzyła mu w oczy. Jej spojrzenie wyrażało uczucia, które żywiła do niego. 

Nagle mocno klepnęła Dylana w ramię. 

- Och, przestań już! Myślisz, że nie wiem, co zrobiłeś? Cholerny Garry Sloane za-

dzwonił najpierw do mnie. Z ważnych powodów utrzymywałeś stan zdrowia ojca w se-

krecie. 

- Byłoby nie w porządku wobec ludzi, gdybyśmy nie powiedzieli im prawdy. 

- Ludzi? - powtórzyła, patrząc mu głęboko w oczy. - Jakich ludzi? 

-  Przyjaciół,  kolegów, inwestorów,  całego  świata  biznesu.  Postąpiłem tak,  jak na-

leżało postąpić. 

- Ale właśnie wczoraj? Chcę usłyszeć z twoich ust, dlaczego właśnie wczoraj. 

T L

 R

background image

- Masz rację... - Włożył ręce do kieszeni, by nie porwać Wynnie w ramiona. - Slo-

ane zadzwonił do mnie wczoraj rano. Powiedział, że ma zamiar napisać o tobie artykuł i 

chciał, bym dorzucił swój komentarz. Musiałem zrobić wszystko, co w mojej mocy, by 

do tego nie dopuścić. 

- Ale dlaczego? 

Dylan zrobił krok w jej kierunku. 

-  Wynnie,  kochanie, przecież  wiesz,  dlaczego.  Wiesz  od dawna.  Zrobiłem to dla-

tego, że jesteś ode mnie odważniejsza i silniejsza. Jesteś uczciwsza, niż ja kiedykolwiek 

będę. - Ujął jej rękę. Nie cofnęła jej. Ujął drugą, myśląc, że dzieli ich już niewielka prze-

strzeń.  -  Zwołałem  naradę  rodzinną  i  powiedziałem,  że  przyjmuję  twoją  propozycję 

umowy  pomiędzy  CFC  i  KInG, ponieważ  to  mądre  i niezbędne posunięcie. Powiedzia-

łem im również, że nadszedł czas, byśmy przestali się ukrywać w czterech ścianach i że 

jeżeli chcemy się rozwijać jako firma i jako rodzina, musimy się pozbyć wszystkiego, co 

nas hamuje. 

- Powiedziałeś im to wszystko? 

Dylan przysunął się bliżej. Tak blisko, że musiała unieść głowę, by spojrzeć mu w 

oczy. Poczuła ogarniające ją pragnienie. 

- Powiedziałem im to wszystko i usłyszałem westchnienie ulgi. 

- Czyli wszystko w porządku? Z twoją rodziną oczywiście. Nie są na ciebie źli? 

- Jest nawet lepiej niż w porządku. Powiedziałem im też, że nie było mi łatwo pod-

jąć tę decyzję. I że Garry Sloane zmusił mnie do podjęcia jej w ułamku sekundy. - Głos 

mu  lekko  drżał,  gdy  mówił  dalej:  -  Powiedziałem,  że  spotkałem  kobietę,  z  którą  chcę 

spędzić  resztę  życia.  I  że  zrobię  wszystko,  by  jej  udowodnić,  że  jestem  takim  człowie-

kiem, za jakiego mnie uważa, choć wcześniej robiłem coś zupełnie odwrotnego. Powie-

działem im, że to ty jesteś tą kobietą. 

- Mój Boże... 

Kolana  ugięły  się  pod  nią,  lecz  Dylan  trzymał  ją  mocno  w  objęciach.  Jej  ciało 

przylegało do jego ciała. 

T L

 R

background image

-  Wynnie  Devereaux  -  kontynuował  -  zakochałem  się  w  tobie.  Zakochałem się  w 

tobie,  kiedy  cię ujrzałem przykutą  kajdankami do  rzeźby, śmiejącą się  i udającą,  że nic 

się nie dzieje, podczas gdy nadgarstki cię paliły. 

W jej oczach pojawiły się łzy. Dylan delikatnym ruchem starł je z delikatnych po-

liczków. 

- Kochasz mnie? - wyjąkała. 

- Kocham cię. Kocham cię aż do bólu.   

Ujęła jego dłoń. 

- Ja też cię kocham. 

- Wiem o tym, moja piękna. Wiem, że mnie kochasz. - Gdy Wynnie uśmiechnęła 

się, przepełniły go radość i szczęście. Tak wielkie, że nie wiedział, jak sobie z tym pora-

dzi. - Wracając do rzeźby. Myślałem rano, żeby ją zabrać i postawić w naszym ogrodzie. 

Będzie to coś, co sąsiedzi będą nienawidzić. 

- Naszym ogrodzie? - powtórzyła. 

Dylan  się  zawahał.  Po  raz  pierwszy  odkrył  swoje  serce  i  nie  był  pewien,  czy  nie 

stało się to za szybko. O ile w ogóle taki akt mógł stać się za szybko. 

- Nie jestem pewien, czy CFC pozwoli ci postawić tę rzeźbę w ogródku przed do-

mem, który jest w końcu ich własnością. A mój dom jest bardzo duży. 

- Ile ma pokoi? - Uśmiechnęła się zalotnie. 

Gdy Przyciągnął ją bliżej, westchnęła, na co temperatura jego ciała podskoczyła o 

dwa stopnie. 

- Wiele. Zbyt wiele. Ale na początek wystarczy, jeśli poznasz jeden. 

- Masz na myśli kuchnię? 

- Jest tam całkiem wygodna ławeczka, z której kiedyś będziemy mogli skorzystać, 

ale na początek wystarczy moja sypialnia. 

- Twoja sypialnia? 

- Jeśli się zgodzisz, będzie to nasza sypialnia. - Zwilżył językiem zaschnięte usta. 

- Nasza sypialnia... Nie masz pojęcia, jak bardzo mi się to podoba. 

- Taaak... - Otarł się delikatnie nosem o jej nos. - Myślę, że mam... 

T L

 R

background image

Zbliżyła twarz do jego twarzy. Pocałunek był niespieszny, zmysłowy, czuły. Roz-

budził w nich pragnienie czegoś więcej, czegoś bardziej gorącego, namiętnego, głębsze-

go. Dylan rozpiął jej bluzę, delikatnie dotknął piersi. 

Wynnie odsunęła go lekko i powiedziała: 

- To się dla mnie dobrze składa, ponieważ prawdopodobnie stracę pracę, a zatem i 

mieszkanie. Gdy  ty  opowiedziałeś swoją historię Garry'emu  Sloane'owi,  ja  opowiedzia-

łam moją znajomej dziennikarce. I po tajemnicy. 

- Kochanie, zrobiłaś to wszystko, by chronić brata. W CFC pracują mądrzy ludzie i 

nie pozwolą ci odejść z powodu zdarzenia, w którym nic nie zawiniłaś. 

Zanurzył  nos  w  jej  włosach,  a  ona  uczepiła  się  jego  ramion,  świadoma,  że  to,  co 

najpiękniejsze, wciąż jest jeszcze przed nią. 

- A twoja rodzina? Jest dla ciebie tak ważna i... jest ważna dla mnie. 

Kiedy powiedział im o swych uczuciach dla Wynnie, zareagowali śmiechem, pła-

czem, uściskami, ślubnymi planami. Dylan pomyślał, że musi ją przygotować na spotka-

nie ze swymi w gorącej wodzie kąpanymi krewnymi. 

- Brendan chce cię zatrudnić. Tata chce cię adoptować. Mama chce cię przedstawić 

wszystkim znajomym. Meg chce cię zapytać, gdzie kupujesz ciuchy. Tylko Cameron jest 

tak zajęty żoną, że pewne nawet nie pamięta, że cię poznał. 

- Chciałabym, żeby i Felix był tutaj i żebyś mógł go poznać... 

- Chciałem zostawić to na później... 

- Na później? 

- Mógłbym tej twojej dziennikarce opowiedzieć koniec tej historii. Rozmawiałem z 

kolegą, który pracuje w biurze federalnego prokuratora. W miarę prowadzenia śledztwa 

odkryli, że udział Feliksa w tym, co się wtedy wydarzyło, był znikomy. Został zwerbo-

wany pod sam koniec, nie uczestniczył w planach i niewiele zrobił na miejscu. 

- Zostanie uniewinniony? Ale nawet nie wiemy, gdzie się ukrywa. 

-  Jack,  mój  kumpel  detektyw,  go  znalazł.  Rozmawiał  z  nim  i  Felix  wie  już  o 

wszystkim. W tej chwili jest w samolocie. Będzie tu jutro. 

Łzy, które nabiegły jej do oczu, nagle zniknęły. W ich miejsce pojawiła się nieopi-

sana radość. 

T L

 R

background image

- Och, Dylan... Mówiłam ci, że jesteś dobrym człowiekiem. 

-  Mówiłaś.  I  wyobraź sobie,  że  z  jakiegoś powodu  w  to  uwierzyłem.  -  Pocałował 

ją, a ona objęła go rękami za szyję. - Dobrze, byłaś jednym z powodów. Drugim był Eric. 

Nazwał mnie kretynem. 

- Powiedział ci to w twarz? Dlaczego? 

- Dlatego, że pozwoliłem ci odejść. A potem zwolniłem go ze stanowiska mojego 

asystenta  i  przeniosłem  do  działu  rozwoju.  Lepsze  wynagrodzenie.  Więcej  swobody. 

Przysłał mi kwiaty. Zwariowany dzieciak. 

- Nie tak bardzo zwariowany - powiedziała nieco ochrypłym głosem, gdyż w tym 

czasie jego kciuk pieścił jej pierś.   

Poddała  się  tej  pieszczocie,  a  Dylan  przytulił  ją  do  siebie,  myśląc,  jak  bardzo  ta 

kobieta  zawładnęła  jego  światem  i  jakimś  cudem  sprawiła,  że  znów  zaczął  cieszyć  się 

życiem. Będą razem do ostatnich dni, co za cudowna perspektywa. Kochał ją, kochał jej 

żywy temperament, odwagę, a także brak rozwagi. Zapaliło się dla niego światło, które 

nigdy już nie miało zgasnąć. 

Popatrzył w brązowe oczy, które zawsze mówiły mu tak wiele. 

-  Historia  mojej  rodziny,  którą  opowiedziałem  w  gazecie,  była  miłosnym  listem 

adresowanym do ciebie. 

- Musiałeś to zrobić w gazecie? 

- Nazywam się Kelly - odparł z uśmiechem. - Nie potrafię inaczej. 

Dłoń Wynnie gładziła jego włosy. 

- Kocham cię, Dylanie Kelly. I nie dlatego, że mnie chroniłeś, ale dlatego, że zaw-

sze wiedziałam, iż tak postąpisz. 

- Nawet jeśli jestem draniem i pracoholikiem pozbawionym zasad, który dba tylko 

o własne interesy? 

- Zachowaj to dla innych. Dla mnie jesteś piękny, szczodry, lojalny i kochający. 

Słowa Wynnie sprawiły, że zaczął w to wierzyć. Ujął jej twarz i uniósł, by Wynnie 

popatrzyła mu prosto w oczy. 

- Kiedyś powiedziałaś, że jedna osoba czyni różnicę, ale setka ludzi może zmienić 

świat. Chyba przeceniłaś ludzi. Bo ty jedna sprawiłaś, że cały mój świat się zmienił. 

T L

 R

background image

Przytulił ją i pocałował. Głęboko, gorąco, z miłością. 

 

 

T L

 R


Document Outline