background image

STANISŁAW MACKIEWICZ (CAT)

MYŚL W OBCĘGACH

studia nad psychologią społeczeństwa sowietów

background image

Stanisław Mackiewicz (Cat)

Myśl w obcęgach

Studium nad psychologią społeczeństwa sowietów

Przedmowa: Piotr Niemczyk 

Posłowie: Aleksandra Niemczykowa

Redakcja: Tomasz Boczyński 

Opracowanie graficzne: Jacek Brzozowski 

Skład komputerowy: Marek Jastrzębski

Wyd. 1 - Księgarnia Hoesicka, Warszawa 1931

Wyd. 2 - Księgarnia Św. Wojciecha, Poznań 1932

Wyd. 3 - Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 1935

Wyd. 4 - Wydawnictwo im. L. Zondka, Poznań 1990

Wyd. 5 - Wydawnictwo Polskie KPN, Warszawa 1990

Opracowano na podstawie wyd. 1

Głosy prasy 

przedrukowano na podstawie wyd. 4

W książce zachowano styl Autora uwspółcześniając jedynie pisownię i ortografię

Z powodu złej jakości technicznej pominięto zdjęcie przedstawiające:

Tygodnik humorystyczny drukowany tatarskim jenalifem specjalnie wyśmiewający  

muttów mahometańskich i kułaków tatarskich

Copyright © Aleksandra Niemczykowa i Ryszard Rzepecki 

Warszawa 1998

background image

ISBN 83 - 901583 - 6 – 1

Druk: KAWDRUK

background image

WYCIECZKA DO ZAPOMNIANEGO CZASU

Tylko 

jak przyszli historycy ustanowią prawdą, jeśli jak okiem sięgnąć, ziarnka  

prawdy toną w stosach niesłychanego kłamstwa? Nie 

przesądów i omyłek swego czasu - 

lecz świadomego i przemyślanego kłamstwa?

Nadieżda Mandelsztam, 

Nadzieja w beznadziei, 

s. 31

Zaskakująco zawodna jest ludzka pamięć. Zawsze byłem przekonany, że życia w 

realnym socjalizmie nie sposób zapomnieć. Tymczasem czytając reportaż Mackiewicza, 

zdarzało mi się przecierać oczy ze zdumienia.

Na   przykład   taki   cytat   z   Łunaczarskiego:   „Nigdzie   tak   dobrze   nie   demaskuje 

siebie świat burżuazyjny, jak w dancing - room. (...) Można pomyśleć, że ci wszyscy 

ludzie najęci są po to, aby nogami mięsić jakieś ciasto. I całym zajęciem dyryguje jakiś 

negr   małpopodobny.   Na   jego   znak   całe   stado   zatrzymuje   się   lub   zaczyna   znów 

podrygiwać   i   drygać   nogami”.   Ciekawe,   dlaczego   prawie   70   lat   temu   Mackiewicz 

właśnie  ten cytat  wybrał,  żeby zilustrować  swoją książkę?  Myślę,  że  z tego  samego 

powodu,   dla   którego   ja   go   tutaj   przytaczam.   Żeby   pokazać   agresywność   i   zarazem 

tandetność radzieckiej, wszechobecnej wówczas, propagandy. Bo książka ta jest przede 

wszystkim   o   propagandzie   i   indoktrynacji:   nachalnej,   wręcz   doktrynacji:   nachalnej, 

wręcz chamskiej, totalnej, ale zarazem prymitywnej i niewiarygodnie wprost zakłamanej.

Książkę   Mackiewicza   czyta   się   teraz   trochę   jak   bajkę   o   żelaznym   wilku. 

Zapominamy,  że jeszcze 10 lat temu rzeczywistość, opisywana w  

Myśli w obcęgach, 

działa się z naszym także udziałem. W sklepach na półkach bywał tylko ocet, po podsta-

wowe towary ustawiały się kilometrowe  kolejki, w programach  szkół podstawowych 

obowiązywało wychowanie obywatelskie, którego celem było przekonanie młodzieży o 

wyższości   socjalizmu.   W   mediach   wiało   nudą   przeplataną   wielogodzinnymi 

przemówieniami przywódców.

Rzeczywistość   w   zestawieniu   z   oficjalnymi   deklaracjami   i   pompatycznymi 

tytułami  z pierwszych  stron gazet wydaje się teraz jakimś filmem nakręconym  przez 

stukniętego reżysera.

To   o   tym   także   napisał   Mackiewicz.   Porównuje   rewolucyjne   frazesy  z   nędzą 

background image

ulicy, deklaracje o wolności z prześladowaniami intelektualistów, „kułaków” i popów. 

Zestawia przywódczą rolę klasy robotniczej z obozami koncentracyjnymi i masowymi 

aresztowaniami.   Opisuje   państwo,   które   nie   miało   prawa   funkcjonować,   ale   jednak 

funkcjonowało. Sekret tego zjawiska znajduje autor  

Myśli w obcęgach  

w skuteczności 

indoktrynacji, w całym systemie wychowania, który od żłobka uczył dziecko poddawania 

się woli partii komunistycznej. Szkoła oduczała samodzielnego myślenia. Praca polegała 

nie tyle na robieniu czegoś pożytecznego, ile na realizowaniu zadań.

Znamienne   są   tu   przykłady   Instytutu   Ludów   Północy   (i   rozmowy   z   prof. 

Worobiowem)   czy   sklepu   z   zabawkami.   W   Instytucie   Ludów   Północy   -   z   definicji 

uczącym geografii przedstawicieli 26 narodowości mieszkających pod kołem polarnym - 

uczono faktycznie i wyłącznie o walce klas. W sklepie z zabawkami dominowały gry o 

wielomówiących nazwach: „politlotto”, „dopędzić i przegonić”, „sierp i młot”, „kołchoz” 

i   „bój   awiacyjny”.   Nieuchronnie   przychodzi   do   głowy   porównanie  

z   Rokiem   1984 

Orwella. Tylko że Orwell swoją powieść z 

Rokiem 1984 

Orwella. Tylko że Orwell swoją 

powieść wymyślił, a Mackiewicz opisany świat rzeczywiście obejrzał.

Skuteczność   radzieckiej   reklamy   uzupełniał   terror.   W  

Myśli   w   obcęgach  

znajdujemy opis mechanizmu prześladowania „liszcńców”, czyli ludzi nie przystających 

do rewolucyjnych przemian: rolników („kułaków”), księży i popów, byłych wojskowych 

i inteligentów. Autor zauważa nie tylko terror i aresztowania, ale cały system wypychania 

ich całkowicie poza margines „społeczeństwa”. W świat absolutnej nędzy i nieustannego 

strachu. I w końcu finał: szczegółowy opis morderstwa Mikołaja II i jego najbliższych. 

Zagadkowe   cztery   litery   otwierające   książkę   to   właśnie   inicjały   córek   Mikołaja   II 

zamordowanych w Jekaterynburgu. Opowieść jednego z uczestników zabójstwa, chociaż 

przekazana prymitywnym językiem czekisty, ma w sobie coś wręcz 

mistycznego 

...

Ale nie mogę przecież streszczać całej książki.

Kiedy Mackiewicz pisał w 1931 roku 

Myśl w obcęgach, 

miał nadzieję, że będzie 

to reportaż z jednego konkretnego państwa. Zakładał, że ekspansja sowiecka się raczej 

nie powiedzie i będzie skierowana w stronę Azji. Nawet jeżeli mógł przypuszczać, że 

pisze   nie   o   osobliwym   epizodzie,   wynaturzeniu   historii,   ale   o   trwałym   systemie 

politycznym,  to liczył, że demokracje zachodnie potrafią się obronić. Duże znaczenie 

przypisywał   miejscu   Polski,   która   miała   pilnować   granic   cywilizowanego   świata. 

background image

Historia   potoczyła   się   niestety   inaczej.   To,   co   pisał   w   1931   roku   jak   o   kraju 

egzotycznym, 14 lat później stało się udziałem również jego ojczyzny.

Przewidując przyszłość autor stwierdza, że możliwe są trzy scenariusze:

-   najbardziej   prawdopodobny   -   upadek   komunizmu,   bo   „Nie   można   przecież 

przypuścić, że długo może istnieć społeczeństwo karmione wyłącznie morfiną”;

- drugi, pesymistyczny - zwycięstwo Sowietów nad całym światem i

- trzeci - współistnienie.

W gruncie rzeczy sprawdziły się wszystkie  trzy.  Po drugiej  wojnie światowej 

ZSRR był przecież na najlepszej drodze do kontroli nad całym prawie światem. W jego 

strefie  wpływów  znajdowała  się ponad połowa  Europy,  większość Azji  (z Chinami), 

skutecznie   mieszał   w   Afryce   i   Ameryce   Południowej.   Ze   zdaniem   szefów   partii 

komunistycznej   musiały   się   liczyć   największe   mocarstwa.   O   tym   Mackiewicz   na 

początku lat trzydziestych nie mógł wiedzieć. Ale umiał przewidzieć. Bo zrozumiał, jak 

niebezpieczną bronią może być indoktrynacja.

Piotr Niemczyk

background image

SPEŁNIAM OBOWIĄZEK WOBEC SWOICH PYTAŃ

Wyjeżdżając do Związku Republik Sowieckich uważałem, że dobrze jestem do tej 

podróży   przygotowany.   Znałem   nieźle   historię,   literaturę,   byt   Rosji   przedwojennej; 

historiografię rewolucji ostatniej opanowałem detalicznie, z literaturą i prasą sowiecką 

miałem „styk” - jeśli mówić po bolszewicku - co dzień szczegółowo czytałem, co się tam 

dzieje.   Konstytucję   ZSRR   umiałem   omal   nie   na   pamięć;   czytałem   dzieła   Lenina, 

Trockiego, Łunaczarskiego, Bucharina, Stalina. A jednak każdy dzień pobytu w Rosji 

obecnej  łamał   i  gruchotał  moje  dotychczasowe,  urobione   latami,   o  tej   Rosji  obecnej 

przedstawienia i pojęcia. A jednak każdy dzień pobytu w Rosji obecnej otwierał przede 

mną nowe zagadnienia, nowe problemy, otwierał, podsuwał, wskazywał nowe kwestie do 

zbadania,   odgadnięcia,   zdziwienia.   Przede   wszystkim   zdziwienia.   Czułem   się   jak 

człowiek wpuszczony do ogrodu, który w miarę, jak idzie tym ogrodem, napotyka nowe i 

nowe aleje, ukazujące w swych wylotach coraz nowe i zupełnie inne widoki, otwierające 

w swoich wylotach coraz nowe horyzonty.  Ciągle się trzeba dziwić. Czytelnik, który 

Rosji sowieckiej nie zna, nie wie na przykład, że to porównanie do ogrodu i do alei 

ogrodowych  byłoby w Sowietach określone zupełnie serio jako kontrrewolucyjne lub 

przynajmniej   drobnomieszczańskie.   Czytelnik   nie   wie,   że   czytanie   książek   i   broszur 

wodzów   bolszewickich   nie   może   dać   należytego   pojęcia   o   rewolucyjności   nastrojów 

bolszewickiego społeczeństwa w Rosji, bo ci wodzowie są to ludzie starsi, a ludzie starsi 

wiekiem nie mogą nigdy odzwierciedlić dokładnie tego, co się tam dzieje. Poczciwa i 

długoletnia żona Lenina, pani Krupska, opisuje w swoich wspomnieniach, że Lenin na 

kilka   miesięcy   przed   śmiercią   był   na   jakimś   studenckim   wieczorze   teatralnym. 

Deklamowano Majakowskiego. Lenin zapytał o Puszkina. Odpowiedziano mu:

-

Puszkin jest poetą burżuazyjnym, a Majakowski jest nasz. 

-

Lenin się uśmiechnął:

- Według mnie, Puszkin jest lepszy („Po mojemu Puszkin łuczsze”).

Czytelnik,   nie   znający   Rosji   sowieckiej,   nie   wie,   nie   zdaje   sobie   sprawy,   jak 

dalece te proste, ludzkie, normalne słowa: „po mojemu Puszkin łuczsze”, są niezgodne z 

całą tą atmosferą, w której krytycy literaccy w Bolszewii sądzą każdy przejaw myśli 

artystycznej  w wierszach czy prozie, na scenie, na płótnie, ekranie czy w rzeźbie na 

background image

podstawie „marksistowskiego podejścia” i pod kątem walki klasowej. W tym, co później 

napiszę,  postaram się rozsunąć kurtynę  nad tą niesłychanie  sensacyjną  i niesłychanie 

ponurą dziedziną, którą nazwę „myślą w obcęgach”. Teraz poruszam ten przykład czysto 

okolicznościowo,   powołując   się   na   to,   że   znajomość   prac   drukowanych   wybitnych 

przedstawicieli   bolszewizmu   nie   jest   dostatecznym   materiałem   do   stworzenia   sobie 

obrazu stosunków w bolszewickiej Rosji, tak samo jak nie daje żadnego pojęcia o tym, co 

tam się dzieje, chociażby codzienne czytanie bolszewickiej prasy. Pod tym względem od 

razu, pierwszego dnia pobytu w Rosji, miałem bardzo pouczająca rozmowę z kimś, kto 

znał   rosyjskie   stosunki   dobrze.   Chodziło   o   książki   Panait   Istratiego.   Panait   Istrati   w 

swych trzech tomach  

Vers l'autre flamme  

twierdzi, że robotnikowi w Sowietach dzieje 

się gorzej niż innym klasom społecznym. Mój rozmówca mówił, że to są książki nic nie 

warte, że dają nieprawdziwy obraz stosunków sowieckich.

-   Jak   to!   Przecież   całymi   rozdziałami   składają   się   z   cytat   wziętych   z   gazet 

sowieckich, oficjalnych.

- To nic nie znaczy.

- Jak to?

- Gazeta sowiecka nie podaje nigdy prawdy. Przesadza zawsze, kłamie zawsze. 

Wtedy gdy pisze in plus o sowieckich stosunkach - przesadza lub kłamie. Gdy pisze in 

minus, gdy pisze, że jest źle w transporcie, w fabryce,  tam lub ówdzie - kłamie lub 

przesadza. Wygłasza się hasło: „rozwinąć samokrytykę w takim lub innym kierunku”. 

„Nacisnąć na to lub owo”. I tą masą przesady, którą operuje wtedy prasa sowiecka w 

opisywaniu danego, zaniedbanego działu pracy, starają się bolszewicy podnieść energię 

ludzi, zatrudnionych w tej dziedzinie.

Później miałem możność nieraz się przekonać, o ile słuszny jest ten sąd, że prasa 

sowiecka   z  reguły  nie  oddaje  prawdy,   że  prasa   sowiecka   nie   może  być   uważana  za 

zwierciadło rzeczywistości. To, że specjalnie my, w Polsce, mamy o polityce narodo-

wościowej Rosji sowieckiej tak zupełnie opaczne, tak humorystycznie błędne pojęcie, 

wyjaśniam tylko w ten sposób, iż polscy dziennikarze i politycy urabiają sobie sądy o 

narodowościowej polityce bolszewickiej na podstawie prasy sowieckiej.

background image

PIĘĆ PYTAŃ

Wyjeżdżając do Rosji mówiłem i pisałem: jadę, aby sobie odpowiedzieć na kilka 

zasadniczych pytań. Oto te pytania:

1. Czy w razie wojny ościennej w Rosji obudzi się patriotyzm państwowy, który 

zacznie   pomagać   rządowi   sowieckiemu   w  walce   z   wrogiem,   cudzoziemcem,   czy   też 

przeciwnie, wybuch wojny wywoła kontrrewolucję w Rosji?

2.   Czy   w   walce   pomiędzy   rosyjsko   -   bolszewickim   centralizmem   a   siłami 

decentralistyczno - nacjonalistycznymi zwycięży pierwszy czy też drugie?

3. Jak się przedstawiają wpływy Azji na bolszewicką Rosję?

4.   Jak   wygląda   ta   młodzież,   która   jest   wychowana   „bez   żadnej   moralności”, 

urabiana w pojęciu, że religijność jest jakimś objawem patologicznym w rodzaju histerii 

płciowej?

5.   Jak   się   przedstawia   sprawa   rosyjskiego   „palimpcestu”?   Palimpcest   jest   to 

pergamin   starożytny,   zamazany   przez   wieki   średnie,   aby   zużyć   go   do   napisania 

modlitwy, później za czasów odrodzenia odmyty, oczyszczony, okazany we właściwej 

postaci, z pięknymi wierszami łacińskimi. Mówiłem więc: przecież i w tym, co piszą 

literaci sowieccy, i w filmach, takich jak te, które ilustrują życie Puszkina lub obrazują 

czasy   Iwana   Groźnego   -   przecież   jest   umiłowanie,   pietyzm,   jeśli   nie   tęsknota   do 

historycznej   kultury   rosyjskiej   -   tylko   że   to   wszystko   musi   być   z   góry   zamazane 

czerwonym pokostem.

Po powrocie chciałbym odpowiedzieć na te pytania, lecz jednocześnie czuję, jak 

dalece były one naiwne. Jak sama metoda ułożenia takiego kwestionariusza wypływała z 

nieznajomości   faktycznie   panujących   tam   stosunków.   O   co   mi   chodziło   w   moich 

pytaniach? O uchwycenie statyki bolszewickiej, o uchwycenie momentów, które by nie 

ulegały zbyt wielkiej zmienności. Rozumowałem w sposób następujący: „piatiletka” dziś 

jest, jutro się kończy, położenie ekonomiczne, pozycja konsumenta dziś są takie, jutro 

inne   -   natomiast   te   stany   psychiczne   społeczeństwa   rosyjskiego,   które   chciałbym 

uchwycić   swoimi   pytaniami,   powinny   być   niewątpliwie   czymś   trwalszym.   Jednym 

słowem szukałem rzeczy trwałych, stałych, niezmiennych w Bolszewii.

background image

REWOLUCJA W CAŁEJ PEŁNI. KIPIĄCY KOCIOŁ

Nie   zdawałem   sobie   wówczas   zupełnie   sprawy,   że   dzisiejsza   Rosja,   nie   jest 

państwem zbudowanym przez rewolucję, nie jest państwem, które kilkanaście lat już ma 

nowy ustrój, lecz jest państwem, w którym dziś odbywa się rewolucja, płonie rewolucja, 

dziś ma miejsce wielkie, straszne trzęsienie ziemi wszelkich pojęć, wszelkich poglądów. 

Nie chodzi tu o rozstrzeliwania (których zresztą nie brak), nie chodzi tu nawet o to, że 

walka z „kułakami” i „podkułacznikami” na całym olbrzymim obszarze Rosji rolniczej 

więcej dziś dotyka ludzi niż walka z oficerami i szlachtą w latach 1918 i 1919. Dziś młot 

rewolucyjny wali  w głowy o wiele  większej  liczbowo  gromady ludzi  niż  w czasach 

wojennego komunizmu. Nie trzeba też myśleć, że walka z kułakiem i podkułacznikiem 

ma jakiś charakter bardziej praworządny, mniej rewolucyjny, niż miały owe w latach 

1918 i 1919 szeroko praktykowane wyrąbywania dawnych  żandarmów i policjantów. 

Wtedy,  gdy byłem  w Rosji, i w chwili, kiedy to piszę, i jutro, i pojutrze, na całym 

obszarze Rosji są setki, tysiące  wypadków, że biedota  i batracy napadają na kułaka, 

zabierają mu siano, krowy, konie, łamią mu płoty, burzą mu chałupę, a władze sowieckie 

po takich ekscesach jeszcze biorą poszkodowanego kułaka za łeb i osadzają w izolatorze. 

Więzienia   są   zapełnione   kułakami,   chłopami   prostymi,   a   największą   herezją   jest 

powiedzieć wyraz „włościanin”. „Nie ma włościanina” - wrzasną ci w odpowiedzi - to 

tylko „prawi ukłoniści” używają pojęcia „włościanin”. W każdej wiosce najbiedniejszej 

muszą się znaleźć „kułak i podkułacznik”, jak również „średniak” i „biedota”. Broszury 

sowieckie, jako curiosum świadczące o przestępczych nastrojach niektórych wiejskich 

sowietów, przynoszą wiadomości, że niektóre sowiety odpowiedziały oficjalnie: „u nas 

nie ma kułaków”.

Powiedziałem   jednak,   że   to   przeoranie   socjalno   -   rewolucyjne,   którego   dziś 

świadkami jesteśmy na wsi bolszewickiej, wraz z jego licznymi  ekscesami w postaci 

grabieży,   więzień   i   nawet   krwi,   nie   jest   dla   mnie   najwyraźniejszym   momentem, 

świadczącym o tym, że Rosja przedstawia się dziś jako wielki kocioł kipiący rewolucją. 

Nawet tym, tak niedawno jeszcze aktualnym wywożeniom całej ludności pociągami na 

północ i wyrzucaniom ich tam na „lesozagotowki” (tak postąpiono z polską szlachtą za-

grodową na Białej Rusi) nie przypisuję znaczenia istotnego. Istotne jest to, że obywatel 

background image

sowiecki   od   rana   do   nocy   jest   pobudzany   i   podniecany   nastrojem   rewolucyjnym, 

nastrojem   walki   i   wojen   z   rzeczywistością,   ze   wszystkimi   cechami   towarzyszącymi 

nastrojom  rewolucyjno  -  wojennym,   to znaczy  poczuciem  konieczności   wyładowania 

maksimum energii i poczuciem „teraz lub nigdy”, akcentami histerycznej rozpaczliwości 

przy   zabieraniu   się   do   każdej   pracy,   akcentami   tymczasowości   itd.,   itd.   Nie   tylko 

czerwone płachty z łozungami (hasłami) wiszące na ulicach, dworcach, przystankach, 

tramwajach,   muzeach,   szkołach,   fabrykach,   kuchniach   itp.   wyrażają   te   podniety 

rewolucyjne. Dopiero bliższe poznanie życia w Rosji przekonuje cię, że o ile u nas uczeń 

się   uczy,   aby  umieć,   robotnik   pracuje,   aby  zarobić,   o  tyle   w   Rosji  do   każdej   pracy 

zapędza   indywiduum   ludzkie   nie   wzgląd   na   własny   indywidualny   interes,   lecz   dwa 

czynniki,   z   których   jednym   jest   terror,   drugim   systematyczne   wprowadzanie   tego 

ludzkiego   indywiduum   w   stan   histerii   rewolucyjnej,   w   stan   aktora   deklamującego 

najbardziej   patetyczna   ze   swoich   ról.   I   tym   codziennym,   rewolucyjnym   haszyszem 

społeczeństwo co dzień jest histeryzowane!

Wszystko  jest płynne,  wszystko  jest względne, wszystko  ulega prądowi walki 

rewolucyjnej,   która   płynie   naprzód,   jak   rzeka   podczas   powodzi.   Później   dowiodę   i 

wykażę, że w państwie sowieckim nie istnieje żadna norma jurydyczna w naszym euro-

pejskim pojęciu „istnienia”, działania normy, tak dobrze prawa cywilnego, jak karnego i 

konstytucyjnego.   Dziś   jest   powiedziane,   że   państwo   jest   oddzielone   od   partii,   jutro 

najbardziej zasadniczy dekret finansowy, z mocą obowiązującą, podpisuje generalny se-

kretarz partii. Każda sprawa cywilna, czy karna, rozpatrywana jest w sądzie pod kątem 

widzenia walki klas. W tym państwie przedziwnym nie ma też nauki, bo obiektywizm w 

badaniach naukowych jest wzbroniony, każde dociekanie naukowe musi się opierać na 

doktrynie   marksowskiej.   Z   tego   wszystkiego   widać   więc,   że   poszukiwanie   stałych, 

statycznych  elementów  w dzisiejszej Rosji sowieckiej  jest tym  samym,  czym  byłoby 

mierzenie żelaznym metrem wysokości drewnianej chałupy, objętej płomieniem pożaru 

od pierwszej do ostatniej belki.

background image

WRACAM DO SWOICH PYTAŃ

Widząc więc całą naiwność większości swych pytań, powracam jednak do nich, a 

to dlatego, że będąc naiwnymi wewnątrz Rosji, dobrze oddają te zainteresowania, które 

my, polska publiczność, czujemy wobec Rosji. Powracam do nich, aby na nich rozpocząć 

wyplątywanie z gromady chaotycznych  wrażeń, sprawdzeń i faktów, które ze sobą z 

Rosji   przywiozłem.   Powracam   do   nich,   aby   z   możliwie   krótkich   i   absolutnie 

niewyczerpujących   odpowiedzi   na   nie   uczynić   rodzaj   wstępu   do   studium   o   Rosji 

sowieckiej, aby czytelnik mógł poznać i zrozumieć, że pytanie, które zadane w Polsce 

brzmi   jasno,   przytomnie   i   normalnie,   staje   się   na   terytorium   rosyjskim   pytaniem   do 

niemożliwości   skomplikowanym,   zagmatwanym,   i   aby  dać   na   nie   odpowiedź,   trzeba 

przejść przez dziwne jakieś skurcze psychicznego półobłędu.

background image

CO BĘDZIE W RAZIE WOJNY?

Przede wszystkim: u nas człowiek normalny nie wierzy w wojnę Polski z Rosją. 

Nie dlatego, że jest pacyfistą,  tylko  dlatego, że nie wierzy.  Początkowo starałem się 

Rosjanom, z którymi rozmawiałem, wytłumaczyć i przedstawić, jak myśl o agresji stoi 

naprawdę od nas daleko. Powoływałem się między innymi na tak kapitalny i logiczny 

argument, że już sam charakter naszej polityki wobec Niemiec wyklucza jakąkolwiek 

możliwość przygotowywania przez nas wojny przeciw Rosji. Potem machnąłem na to 

ręką.

W Rosji każdy normalny człowiek wierzy w wojnę. Co więcej, każdy normalny 

człowiek   nie   może   sobie   zdać   sprawy,   dlaczego   my   czy   Europa,   czy   ktokolwiek 

dotychczas na Rosję nie napadł. Ta kwestia wydaje się im tak dziwna, że tłumaczą to so-

bie tylko jakąś perwersyjną chytrością z naszej strony.

Bolszewik rozumuje w ten sposób: z roku na rok jesteśmy niebezpieczniejszym 

nieprzyjacielem. Kilka lat temu można było nas wziąć właściwie gołymi rękami. Czemu 

więc na nas nie napadają, kiedy czas tak wybitnie pracuje na nas?

Rzecz   inna,   że   „niebezpieczeństwo   agresji   mocarstw   kapitalistycznych”   jest 

bolszewikom   potrzebne,   stanowi   ono   ogniwo   w   łańcuchu   takich   rzeczy,   jak 

„wrieditielstwo”, „piatiletka”, „kołchoz”.  Wszystko  to są podobne objawy,  dążące  do 

tego, aby tłum rosyjski trzymać stale w stanie nerwowo - rewolucyjnego napięcia i aby 

zmieniać nową Rosję w ten sposób, aby jej „rodzona matka nie poznała”, aby jej powrót 

do   dawnego   porządku   stał   się   wprost   technicznie   niemożliwy.   Jeżeli   jednak   można 

mówić   o   przesadzie   w   tłumaczeniu   i   propagowaniu   niebezpieczeństwa   wojny,   to 

jednocześnie istnieje rzeczywista, a nie udana obawa przed wojną, coś w rodzaju uczucia 

przedsiębiorczego człowieka, który kończąc wyciąganie pieniędzy z ogniotrwałej kasy, 

boi się, że go przed czasem nadybie policja.

Muszę tu powiedzieć, że zupełnie się zgadzam, iż Rosja 

każdym rokiem staje się 

groźniejszym   nieprzyjacielem.   Nie   dlatego,   że   armia   rosyjska   robi   ogromne   postępy, 

głównie w technicznym przygotowaniu. Nie dlatego, że weszliśmy w „trzeci decydujący 

rok piatiletki”, co do której wyrobiłem sobie bardzo sceptyczne pojęcie.

Natomiast jeśli mówiłem,  że istotną i główną cechą dzisiejszej Rosji jest stan 

background image

rewolucyjnego naprężenia, w którym stale jest utrzymywana, to należy dodać, że drugim 

takim istotnym czynnikiem, kształtującym stosunki w Bolszewii, jest różnica wieku. Po 

prostu różnica wieku fizycznego. Niesłychana różnica pomiędzy tymi,  co znali „stare 

życie”, a tymi, których dzieciństwo wypadło w okresie wojny, pierwsze lata młodości w 

latach walenia caratu na ziemię, młodość dalsza w wirach i odmętach „łozungów”, w 

chaosie rewolucyjnych podniet.

Ci pierwsi z reguły nienawidzą Sowietów, czekają wybawienia od kogokolwiek 

bądź,   sami   niezdolni   do   żadnej   akcji,   głucho   warczą   i   złość   bezsilną   wylewają   w 

tysiącach obelg, rzucanych na ustrój panujący.

Ci drudzy, młodzi, kochają namiętnie władzę sowiecką. Jest to dla nas niepojęte.

Rosja, wielka, żyzna, urodzajna Rosja głoduje, jak ostatni pies. Na ulicy Moskwy 

stoi człowiek i sprzedaje kromkę (nie bochenek, lecz kromkę) chleba, sprzedaje pół kury, 

sprzedaje odrobinę wędliny. W Niżnim Nowogrodzie, mieście patrzącym na wspaniale 

urodzajne niziny przywołżańskie, kupiłem funt czarnego chleba za trzy ruble (około 1,5 

dolara według oficjalnego kursu). Trzeba pamiętać, że nauczycielka w szkole I stopnia 

zarabia 80 rb. miesięcznie! Nic nie jest w stanie opisać nędzy ubraniowej w Rosji, tych 

kobiet chodzących po Moskwie, Petersburgu, Kijowie w nieprawdopodobnie kosmatych 

pończoszyskach lub w męskich skarpetkach, z gołymi łydkami. A to życie w ciągłych, 

czasami do kilometra dochodzących „oczerediach” (ogonkach) literalnie po wszystko! W 

Petersburgu widziałem nawet „oczeredi”  do gazet. A miłe  stosunki mieszkaniowe, w 

których każdy ma prawo do 6 metrów kwadratowych „żiłpłoszczadi”, a jak małżeństwa 

się rozwodzą, to często zostają w tym samym pokoju, gdyż nie ma innego sposobu. Nie 

mówi się tam zresztą „w naszym mieszkaniu”, tylko „w naszym pokoju”. Brak absolutnie 

wszystkiego,   zaczynając   od   pieluszek   dla   dzieci,   poprzez   mleko   i   chleb,   książki   i 

medykamenty, aż do trumny. Magazyny komunalne w Moskwie wydają trumny tylko 

„na prokat” (na przejażdżkę) - nieboszczyka  wiezie się na cmentarz  (oczywiście bez 

popa, bo to jest wzbronione), wyładowuje się do grobu, trumnę odwozi się z powrotem.

I proszę mi wierzyć, że na tle całego tego koszmaru życia codziennego żyje ta 

młodzież   entuzjastycznie   przywiązana   do   ustroju   sowieckiego,   z   dnia   na   dzień 

oczekująca cudów od piatiletki. Każda wojna, każdy ruch kontrrewolucyjny wewnątrz 

Rosji   (w   który   na   razie   nie   wierzę)   spotka   w   tej   młodzieży   wroga   zajadłego,   który 

background image

Sowietów bronić będzie pazurami i zębami.

Bolszewicy zdają sobie sprawę z tej solidarności, która zachodzi pomiędzy ich 

ustrojem a młodzieżą. W Moskwie widzi się tylko  młodzież,  młodzież, młodzież. W 

teatrze   widzi   się   tylko   młode   twarze.   Na   czele   największych   przedsiębiorstw,   na 

najodpowiedzialniej szych stanowiskach spotykamy młodzieńców lub młode dziewczęta. 

Można spotkać wojskowego o randze odpowiadającej naszemu generałowi broni, który 

nie wygląda na więcej niż na lat 25.

Oczywiście,   każdy   inteligentny   czytelnik   zrozumie,   że   jeśli   mówię   o   różnicy 

wieku, jako o rysie istotnym i decydującym, to nie znaczy jeszcze, abym nie widział 

dzieci   w   cerkwiach   (za   co   zresztą   wydala   się   ze   szkoły)   albo   nie   spotykał   starców 

będących   entuzjastami   nowego   ustroju.   Są   to   jednak   po   obu   stronach   wyjątki,   nie 

osłabiające reguły, że młodzi są za Sowietami, starsi przeciw i że czas przenoszący siłę 

liczby z obozu starszych do obozu młodszych jest największym sojusznikiem wojennego 

potencjału Sowietów.

Natomiast   człowiek   starszy   (od   lat   trzydziestu   począwszy),   chłop,   „sowieckij 

służaszczyj”, nawet robotnik z reguły klną Sowiety, życzą im jak najprędszego zgonu. 

To, co się powinno nazywać zdradą stanu, spotyka się w Bolszewii na każdym kroku. 

Każdy dorożkarz, gdy się dowie, że jesteś Polakiem, z reguły pyta się:

- Kiedyż przyjdziecie nas wybawić?

Normalnie tak samo odzywa się chłop, którego się poczęstuje papierosem. Cały 

terror bolszewicki, świetnie działające GPU nie potrafią ustroju sowieckiego obronić od 

tego,   że   się   tego   rodzaju   pytania   słyszy   ciągle.   Wszedłem   do   jednej   cerkiewki, 

przerobionej na stołówkę. Było to na wsi. Cudzoziemca w Rosji poznaje się łatwo, bo 

tylko   cudzoziemcy   noszą   kapelusze   i   krochmalone   kołnierzyki.   Siedziało   tam 

przynajmniej   50   chłopów   i   niewiast.   Jeden   natomiast   wygłosił   do   mnie   mówkę, 

przedkładając, abym namówił „swoich”, aby przyszli z wojskiem i dali im nareszcie żyć 

po ludzku.

Należy więc przypuszczać, że po pierwszych klęskach wojennych rząd sowiecki 

sam się wewnętrznie załamie, nie będzie miał odwagi panować nad społeczeństwem, 

które tak go nienawidzi. Natomiast po pierwszych zwycięstwach, nie wiem, do czego 

może   być   zdolny   rozszalały   entuzjazm   bolszewickiej   młodzieży.   Powtarzam:   co   do 

background image

widoków wojennych czas jest największym sprzymierzeńcem Sowietów.

background image

MYŚL W OBCĘGACH

Obiecawszy,   że   zbuduję   odpowiedź   na   5   pytań,   które   wyliczyłem,   nie   mam 

zamiaru odpowiadać na nie w bezpośredniej kolejności. Pierwej chciałbym przybliżyć 

czytelnika   do   atmosfery   psychicznej,   w   której   żyje   społeczeństwo   bolszewickie,   bo 

dopiero   po   poznaniu   tej   atmosfery   możliwe   jest   zrozumienie,   dlaczego   odpowiedzi 

wypadają tak, a nie inaczej. W Bolszewii co chwila spotykamy się z rzeczami, które 

jeszcze   więcej   nas   śmieszą,   niż   dziwią.   Zaraz   przytoczę   kilka   przykładów   i   jestem 

pewny,   że   każdy   czytelnik   weźmie   je   za   żart,   za   szarżę,   za   karykaturę   stosunków 

sowieckich. Nie będzie chciał wierzyć, że to ktokolwiek mógłby mówić serio, a jednak to 

są rzeczy mówione zupełnie na serio.

Przykład   z   wystawy   nowej   sztuki   francuskiej   w   Moskwie.   Na   ul. 

Kropotkinowskiej   urządzono   wspaniałe   muzeum   z   dzieł   mistrzów   cudzoziemskich 

ostatniej doby, pokradzione z prywatnych pałaców bogaczy rosyjskich. Są tam wspaniałe 

płótna Cézanne'a, van Gogha, Renoira i innych, a z rzeźby takie nazwiska jak Rodin, 

Bourdelle.  Każda   salka  tych   cudownych  płócien  i   rzeźb  ma   swoją  tablicę,   na  której 

objaśnia się obywatelowi zwiedzającemu muzeum wartość danych  obrazów i rzeźb z 

punktu   widzenia   ideologii   marksowskiej   i   walki   klas.   Twórczość   Picassa,   wielkiego 

malarza,   Hiszpana,   zamieszkałego   w   Paryżu,   twórczość   którego   uważa   dotychczas 

Europa za ostatni wyraz poszukiwania nowych dróg w malarstwie, znalazła sobie na tej 

pojaśniającej tablicy definicję następującą:

„Drobonomieszczański charakter Picassa przeżywa bolesne zmiany, w związku z 

tym, że jest on wykładnikiem tych grup małej burżuazji, które są ogarnięte wzrostem 

przemysłu i przechodzą do szeregów burżuazji przemysłowej”.

Przypisanie   biednemu   Picasso   „satanizmu”   byłoby   mniej   śmieszne   niż   taka 

interpretacja „naukowo - ekonomiczna”. Jest to śmieszne dla nas, lecz jeśli się pomyśli, 

że w takich obcęgach socjalistycznego dogmatu dusi się myśl i kulturę ludzi bądź co bądź 

wielkiego narodu, to robi się straszno. Pamiętajmy również, że to jest ta sama droga, po 

której, aczkolwiek z mniejszą konsekwencją, idzie myśl socjalistów całego świata.

Na   Ukrainie   pisuje   bolszewik   patentowany,   człowiek   partii,   towarzyszy 

Chwylewoj. Nie ma jednak szczęścia; co chwila napisze coś takiego, za co musi później 

background image

ogłaszać   „pokajanja”.   Każdy   człowiek   sądzony   w   Bolszewii   musi   się   upokorzyć 

ostatecznie,   wyprzeć   się   samego   siebie,   napisać   i   przeczytać   przed   sądem   „skruchę” 

(pokajanje), gdzie musi w najostrzejszych  wyrazach  napiętnować swoją osobę, swoje 

przekonania,   prace   swego   życia,   oświadczyć   wyraźnie,   że   błądził,   lecz   jednocześnie 

przypisać sobie mnóstwo win, których naprawdę nie popełnił. Te tragikomiczne sceny 

poniżania, nurzania w błocie godności ludzkiej są obrzydliwe i straszne. Ludzie, którzy 

figurowali w ostatnich głośnych procesach, jak Towarzystwo Oswobodzenia Ukrainy, 

proces Prompartii  - Ramzina i towarzyszy,  procesy mieńszewików, w stu procentach 

deklamowali takie akty skruchy. Z pewnym zdziwieniem wspomina się „niedobre, stare 

czasy” - jak dowcipnie powiada w Kijowie jeden Niemiec - czasy cesarsko - rosyjskie, 

gdy na oskarżonego politycznego wydawano co prawda wyrok skazujący, lecz wszyscy, 

biorący udział w procesie, zaczynając od prokuratora, właściwie sugestionowali więźnia i 

sugestionowali   siebie   samych,   że   każdy   idący   pod   sąd   za   przekonania   polityczne   to 

bohater idei.

Otóż   towarzysz   Chwylewoj   robi   jedno   głupstwo   za   drugim,   wreszcie   pisze 

powieść   pt.  

Słonki   {Waldsznepy),  

uznaną   za   niezgodną   z   linią   partii,   omal   za 

kontrrewolucyjną.   I   nic   dziwnego!   W   powieści   tej   znajdujemy   taki   na   przykład 

oburzający passus:

„Słońce   zachodziło   wspaniale   i   płomiennie.   Promienie   jego   tonęły   w   wodach 

wieczorowych Tajtarskiego jeziora. Jezioro stało pośrodku stepu i wydawało się być tak 

samo ciche i odosobnione, osierocone i bezpomocne, jak samo rozstanie. Pachniały trawy 

południowe i zapach ten był jak zawsze ostry i niepokojący. Zdawało się, że to pachnie 

jakiś kraj fantastyczny, który zatrzymał się nad urwiskiem i zamyślił się głęboko”.

Muszę   przyznać,   że   w  pierwszej   chwili   nie   mogłem   zrozumieć,   dlaczego   ten 

krajobrazowy passus miał być kontrrewolucyjny. „Passus jak passus” - pomyślałem w 

tępej swojej naiwności. Kto wie, może i ty tak myślisz, kochany czytelniku? Widzisz, 

jakie z nas matoły. A przecież takie to jasne...

Jak   to!   Mamy   trzeci,   decydujący   rok   piatiletki!   Wszystko   grzmi   i   pęka   od 

naprężonej roboty proletariatu! Wszędzie budują się olbrzymie fabryki! Pędzi naprzód 

uprzemysłowienie kraju - a to bydlę pisze, że wszystko naokoło było ciche i spokojne, że 

„kraj fantastyczny zatrzymał się nad urwiskiem...!”.

background image

Toteż urzędowoprawowierny krytyk  nieszczęsnego Chwylewego p. E. Gorczak 

słusznie o tym passusie napisał z sarkazmem, choć jednocześnie z żalem i goryczą, że 

rzecz tak nieładna wyszła spod pióra towarzysza partyjnego:

„Tak przedstawia towarzysz  Chwylewoj  ogólne położenie  Ukrainy sowieckiej, 

naprężającej   w   sposób   niesłychany   wszystkie   swe   twórcze   siły   dla   walki   o   nową 

socjalistyczną budowę...” (E.F. Gorczak 

Na dwa fronty, 

str. 84).

Literaci bolszewiccy posiadają swój związek, który się nazywa w RSFSR - Rapp, 

na Ukrainie - Uapp, na Białorusi - Bapp, potem jest Tapp (tatarski) i cały szereg innych. 

Te związki są bardzo liczne.  Powiedziano  mi, że Rapp liczy 10 tysięcy osób. Co to 

znaczy? Znaczy, że skupiają one grafomanów z fabryk i spod stodół, piszących na różne 

tematy rewolucyjne. Nic nie może być dziwnego w kraju, w którym Demjan Biedny, 

ponieważ jest robotnikiem, może być uważany za poetę.

Oczywiście,   że   w   takiej   masie   znajdują   się   także   i   talenty   i   to   talenty 

pierwszorzędne.   Ale   naprawdę   wielkie   nazwiska   bolszewickie   znajduję   raczej   w 

bolszewickiej publicystyce. Uważam np. Lenina - z jego stylem mającym w sobie istotnie 

coś   z   uderzeń   młota   -   za   publicystę   pierwszorzędnego.   Świetnymi   publicystami   są: 

Łunaczarski i Radek. Nie dziwię się też, że to, co we współczesnej literaturze rosyjskiej 

jest naprawdę bardziej wartościowego pod względem artystycznym, odsuwa się od tych 

tłumów pisarzy proletariatu i zapisuje się do „związku pisarzy sowieckich”. Są to tak 

zwani towarzysze podróży - „poputcziki” - termin, pojęcie i ludzie, wzbudzający dziś w 

Bolszewii bardzo ożywione dyskusje.

Życie „poputczika” jest ciężkie. Musi od a do zet pisać swoją powieść w sposób 

uwidoczniający, że nie jest mu obcą doktryna Marksa ani też pojęcie wszędzie obecnej 

walki   klas.   „Poputcziki”   mają   też   narzucone   sobie   tematy.   Powinni   pisać   o 

„chlebozagotowkach”,   o   kołchozach,   o   uprzemysłowieniu   kraju,   o   „piatiletce”,   o 

Donbasie, Magnitostroju. Tematów moc. Nie powinni pisać o miłości, a przynajmniej jak 

najmniej,   bo   w   Bolszewii   wbrew   temu,   co   się   o   niej   pisze,   myśli   i   mówi,   panuje 

prawdziwy purytanizm obyczajowy (zabronione jest nawet nie tylko śpiewanie, lecz i 

granie romansów cygańskich, ponieważ uznano, że działają one na człowieka w sposób 

erotyczno   -   podniecający,   a   więc   w   sposób   burżuazyjny).   Zwracam   uwagę,   że 

„poputczik” zależy całkowicie od państwa. Przecież wydawnictwa są w ręku państwa. 

background image

Państwo wyda książkę „poputczika”, tak jak proletariackiego pisarza, tylko wtedy, kiedy 

zechce,   i   w   tylu   egzemplarzach,   ile   mu   się   podoba.   Inaczej   ani   jedno   słowo   jego 

twórczości   literackiej   nie   ukaże   się   w   druku,   bo   chyba   nie   każdy   będzie   próbował 

przesłać   swoją   powieść   do   „białogwardyjskiego”   wydawnictwa   za   granicą.   Gdy   go 

wyrzucą ze związku, traci kartki chlebowe, traci możność pracy, skazany jest właściwie 

na śmierć głodową.

W ostatnich czasach na łamach prasy sowieckiej, zarówno pism poświęconych 

krytyce   literackiej   i   teatralnej,   jak   i   pism   politycznych,   spotykamy   ostrą   nagonkę 

przeciwko „poputczikom”.

W jednej z najbardziej autoryzowanych  enuncjacji czytamy  już pytanie  w ten 

sposób sformułowane: należy się zastanowić, czy samo istnienie pisarzy - poputczików 

jest właściwe w okresie zdecydowanej likwidacji drobnotowarowych gospodarstw.

Ten,   kto   czyta   powieść   rosyjskiego   „poputczika”   za   granicą,   jest   głęboko 

przekonany, że czyta dzieło zdecydowanego komunisty. Tyle tam jest o walce klas, tyle 

błota wylewa się na klasy dawniej wyższe, na burżuazję zachodnioeuropejską, mówi się 

zawsze o parobku kapitalistów Poincare i faszyście Piłsudskim. Dlatego z największym 

zdziwieniem czytamy, że te powieści, które uważaliśmy za komunistyczne, znajdują aż 

tak surową i podejrzliwą ocenę:

„Burżuazyjna literatura jest ujęta w kleszcze dyktatury proletariatu. Posiada ona 

tylko   ograniczone   możliwości   napadania   na   nas.   W   związku   z   tym   musi   się   ona 

wykręcać, przystosowywać się w różny sposób do istniejących warunków. Jednakże nie 

jest   chyba   wypadkiem,   że   w   ostatnich   czasach   urosła   ogromnie   ilość   literatury   o 

charakterze biograficznym. O samym tylko Lermontowie napisano 13 nowel, a w tym 

wzięli udział pisarze, tacy jak Siergiejew - Cieński, Borys Pilniak i inni. Nie jest wy-

padkiem   miłość   niektórych   pisarzy   do   »ludzi   zbytecznych«   lub   do   problematów 

związanych  z erotyką  płciową. Wszystko to jest w końcu końców niczym  innym jak 

specjalną formą oddziaływania burżuazyjnej ideologii, dobierającej się do czytelnika w 

celu odwrócenia jego uwagi od walki społecznej, w celu osłabienia sił proletariatu”.

Następuje wyliczenie nazwisk „poputczików” i czepianie się do różnych ustępów 

w ich powieściach, które mogą być podejrzane o burżuazyjne, jakkolwiek głęboko ukryte 

tendencje.

background image

W końcu tych wywodów dochodzimy do takiego rezultatu:

„Rezolucja CK żądała od nas troskliwego stosunku do »poputczików«, ale teraz 

już   oni   są   nam   niepotrzebni,   już   dali   nam   wszystko,   co   dać   mogli,   dosyć   już   tego 

niańczenia się z nimi. Cała uwaga musi być zwrócona na literaturę prawdziwych pro-

letariuszy!”.

Widzimy   więc,   że   cenzura   państwa   proletariatu   (a   Rosja   jest   dziś   naprawdę 

państwem proletariatu, tam proletariat rządzi faktycznie, to nie bluff, lecz prawda) jest 

daleko   cięższa   niż   cenzura   Cesarzów,   Papieży   lub   każdego   najbardziej   policyjnego 

państwa. Jest to cenzura nawet nie prewencyjna,  bo ona dyktuje temat.  Pisarz po to 

istnieje  w państwie  proletariackim,   aby wykonywać   jego  społeczne  obstalunki.   Tymi 

słowami   wyraźnie   się   to   stwierdza.   Dzieje   się   to   wśród   narodu,   który   wydał 

Dostojewskiego.   Aby   sztuka   mogła   pójść   na   scenę,   musi   być   ona   zagrana   bez   pu-

bliczności   przed   robotnikami   z   jakiejś   jaczejki   fabrycznej   i   dopiero   przez   nich 

akceptowana   może   się   ukazać.   Dzieje   się   to   w   Rosji,   której   teatr,   a   raczej   teatry 

przewyższają teatr paryski talentem, teatr berliński subtelnością, wdziękiem i talentem. 

Wreszcie my w Warszawie mamy tylko wielkich aktorów, oni mają wielkich aktorów i 

wielkie   teatry.   Poza   teatrem   klasycznym,   tradycyjnym,   pierwszorzędnym   mają   teatry 

stworzone   przez   genialnych   pracowników   teatralnych   tej   miary   co   Stanisławski, 

Wachtangow, Traiłow, Meyerhold. Oczywiście, że całym swoim jestestwem zwracam się 

przeciw Meyerholdowi, o którym mówiłem, że doprowadził teatr z powrotem do bałaga-

nu i cyrku, zanim jeszcze wiedziałem, że on sam oświadczył, iż „cyrk jest nieskończenie 

wyższy   od   teatru”.   Sprowadzanie   sztuki   teatralnej   do   szukania   pozy,   do   roli   błazna, 

sprowadzanie jej do nizin jazzbandu i negrów budzi we mnie wszystkie repulsje, lecz 

przyznać  muszę,  że Meyerhold,  ten genialny dekadent teatralny,  oświetla  problematy 

teatralne   w   ten   sposób,   że   błędy   jego   są   życiodajne   w   pracy   teatralnej.   I   te   teatry 

rosyjskie muszą dziś swą krwią i życiem, i pulsem swych aktorek i aktorów ożywiać, 

umożliwiać   artystycznie   próby skasowania   swobodnego  człowieka  i  zastępowanie  go 

przez   sprzężony   z   sobą   w   katorżny   sposób   kolektyw   ludzki,   muszą   pomagać   do 

wypędzania ze sceny i sztuki momentów miłości, zgodnie z obyczajowym purytanizmem 

bolszewickim. Te teatry rosyjskie, bogate w talenty, jak były bogate w klejnoty czapki 

Rurykowiczów,   teatry   subtelne,   miękkie,   mięciutkie   jak   gronostaje   z   płaszczów 

background image

mistycznych Romanowych, muszą teraz przysposabiać na scenę utwory proletariacko - 

chłopskich   pisarzy,   to   znaczy   prymitywy   kulasami   kreślone   na   papierze   przez 

półanalfabetów. Gdzież kto widział bardziej antykulturalną formę niewolnictwa!

Kino!   Oczywiście,   kino   rosyjskie   jest   ponad   poziomem   przeciętnej   produkcji 

europejskiej.   Tematyka   rewolucyjna   czyni   niestrawnym,   nudnym,   przenudnym   sam 

obraz kinowy, lecz cóż za metody, co za wspaniałe, zupełnie słuszne podejście do pracy 

kinowej, jako do' sztuki odrębnej, w której czynnikiem artystycznym nie jest ani aktor, 

ani   fabuła,   ale   czynniki   artystyczne,   tkwiące   w   samej   naturze   kina,   tej   jednej   z 

największych sztuk, mianowicie ruch i światło. Obraz sowiecki w całości nudzi, w swej 

metodzie, a więc i w związanych z nią fragmentach zachwyca, olśniewa. Poza tym kino 

jest sztuką, której atmosfera rewolucyjnego rozhisteryzowania oddaje usługę. Kino jest 

sztuką ruchu, jego napięcie artystyczne często jest proporcjonalne do napięcia ruchowego 

wrażenia. Wreszcie kino jest sztuką wymagającą kolektywu. Kina nie może zrobić jeden 

człowiek,   potrzebna   jest   tu   współpraca   operatora,   inscenizatora,   autora   scenariusza, 

muzyka,   reżysera.   Maniackie   usiłowania   bolszewików   zastąpienia   żywego   człowieka 

kolektywem   znajdują   tu   jakiś   paradoksalny   oddźwięk.   Z   tym   wszystkim   kino 

bolszewickie jest dziś areną walki ukochania sztuki z musem obstalunku społecznego. 

Kino   wlecze   się   w   Rosji   pod   ciężarem   stupudowych   obstalunków   propagandy 

bolszewickiej i dlatego człowiek, który przyjeżdża do Rosji, właściwie niedużo widzi 

prawdziwie pięknych obrazów, lecz tylko czuje, jak piękne mogłoby być to kino. Nie jest 

winą kina, że gdy się zestawia na ekranie sobór Wasyla Błażennego i komin fabryczny w 

celach sumiennej roboty propagandowej, to Wasyl Błażenny porywa więcej artystyczną 

wyobraźnią, a co za tym idzie, dany obraz kinowy ściąga na siebie niezadowolenie i. 

gniew,   że   jest   nieudolny.   Ale   z   całych   sił   odmawiam   prawdziwie   cudnemu, 

propagandowemu   bolszewickiemu   obrazowi  

Pancernik   Potiomkin  

jakiejkolwiek 

łączności z ideologią bolszewicką. Film robi za granicą olbrzymią propagandę komu-

nistyczną,   a   jednak   jego   momentem   kulminacyjnym   i   symbolicznym   jest   ta   rączyna 

dziecka na marmurowych schodach łamana przez ciężki but sołdacki. Jest to szarpnięcie 

sercem humanitarnego człowieka, jest to apel do humanitaryzmu. A co mają Sowiety 

wspólnego z humanitaryzmem? Nic. Są jego zaprzeczeniem!

-   Można   nas   sądzić   tak   czy   inaczej,   lecz   tylko   nie   z   punktu   widzenia 

background image

humanitarnego - słusznie, choć cynicznie powiedział mi dygnitarz sowiecki.

Prawowierna interpretacja bolszewicka tłumaczy, iż mylne jest pojęcie, jakoby 

mogłaby   istnieć   rzecz   artystycznie   piękna,   wyrażająca   tendencje   przeciwne   walce 

proletariatu z burżuazją. Sztuka sceniczna, która by apoteozowała burżuja walczącego Z 

ludem - twierdzą bolszewicy - nie może być  „artystycznie  piękna”. Taka sztuka jest 

wstrętna, a więc i „artystycznie” jest wstrętna, a nie piękna. Bolszewicy zwalczają te 

nieśmiałe   głosy   poputczików,   którzy   gotowi   są   powiedzieć,   że   „aczkolwiek   Aleksy 

Tołstoj czy Karamzin, czy Carlyle byli wrogami proletariatu - to jednak rzeczy ich są 

piękne   pod   względem   literackim,   artystycznym,   pod   kątem   widzenia   sztuki”.   Tego 

rodzaju głosy są uznawane za nieprawowierne, drobnomieszczańskie, kontrrewolucyjne. 

Również zupełnie przez bolszewików jest potępione hasło „sztuka dla sztuki”. Wartość 

sztuki,   wartość   artystyczna   jest   oceniana   i   może   być   według   ideologii   bolszewickiej 

oceniana jedynie na podstawie tego pożytku, który dane dzieło sztuki sprawie rewolucji 

socjalnej przynosi.

Pamiętajmy,  że pożytek przynieść może nie tylko sztuka bolszewicka. Dramat 

kryminalny,   przedstawiający   życie   burżuazji   w   esach   -   floresach   zbrodni,   podejrzeń, 

erotycznych zboczeń, kradzieży, jest sztuką dla bolszewików pożądaną, chociażby był 

napisany nie przez bolszewika. Nasza sentymentalno - romantyczna literatura, w której 

panicz   uwodzi   dziewczynę,   jest   dziełem   dla   bolszewików   wymarzonym,   chociażby 

autorem jego był Stanisław Moniuszko lub katolik i konserwatysta Lucjan Rydel.

Ktoś mnie  się  zapyta,  jak można  w „artystycznym  ujęciu”  przedstawić  walkę 

bolszewików z mienszewikami i jak się to robi, że codzienne zagadnienia ekonomiczno - 

polityczne,   ta   codzienna   treść   życia   sowieckiego,   stają   się   też   treścią   ekspresji 

artystycznej.   Odpowiem   na   to,   że   w   ogóle   to,   co   nazywamy   na   Zachodzie   „życiem 

prywatnym”,   ogromnie   jest   w  Bolszewii   zwężone.   Człowiek,   poza   szklanką   herbaty, 

którą rano ugotowaną na prymusie żłopnie, wtłoczony jest w tryby życia publicznego. 

Jego obiad już zależy od jego stosunku do partii, od orientacji na ten czy inny kierunek 

wśród   najwyższych   władz   sowieckich.   Stąd   łatwość   i   zrozumiałość   wypełniania 

zagadnieniami   życia   publicznego   treści   powieści,   dramatu,   obrazu.   Byłem   na   silnie 

skonstruowanej, z efektami dramatycznymi dużego napięcia, sztuce bolszewickiej 

Chleb. 

W Moskwie gra to teatr Stanisławskiego, w Petersburgu b. Aleksandrynka, w Kijowie 

background image

teatr polski, zamieniając  występujących  w dramacie popów na księży katolickich. W 

dramacie występuje dwóch komunistów, wysłanych na wieś dla ściągania ziarna. Jeden z 

nich   postępuje   źle,   nieprawidłowo,   należy   się   domyślać,   że   to   ukryty   trockista.   Z 

początku cofa się przed oporem wsi i zamiast 12 tys. pudów ziarna, które wieś powinna 

złożyć, wyznacza tylko 4 tys. pudów, potem, gdy otrzymuje kartkę, w której mu grożą 

śmiercią, oburza się i zamiast należnych 12 tys. pudów nakłada aż 15 tys. Drugi komuni-

sta, właściwy, rozumny, postępuje inaczej. Odwołuje on 15 tys. pudów, mające charakter 

kontrybucji,   nakłada   12   tys.   pudów,   lecz   nie   cztery!   -   i   nakłada   nie   na   wszystkich 

mieszkańców wsi, lecz tylko na kułaków, podburzając biedniejszych chłopów przeciwko 

kułakom.   Widzimy   tu   więc   w   udramatyzowanej   formie   walkę   dwóch   typów   w 

bolszewizmie,   jeden   przerzuca   się   od   kapitulacji   przed   wsią   do   obkładania   tej   wsi 

kontrybucją   (trockizm),   drugi   załatwia   ten   problem   według   kierunku   Stalina,   to   jest 

przeprowadzając socjalną dyferencjację wsi.

background image

PISZĘ PRAWDĘ, JEDYNIE PRAWDĘ, WYŁĄCZNIE PRAWDĘ

Poselstwo sowieckie, udzielając mi po dwuletnich zabiegach wizy na wyjazd do 

Rosji (jednocześnie ze mną wyjechała wycieczka przemysłowców polskich, lecz oglądała 

zupełnie co innego niż ja), ubrało motywację udzielenia wizy w piękny komplement co 

do prawdziwości mej pracy dziennikarskiej. „O nas dużo ludzie piszą rzeczy kłamliwych, 

Pan   jest   monarchista,   lecz   pańska   osoba   daje   nam   gwarancję,   że   Pan   napisze   tylko 

prawdę” - oświadczono mi. Muszę wobec tego oświadczyć, że nie napiszę nic takiego, 

czego   bym  na  własne  oczy  nie  widział,   że  każdą  opowiadaną  mi  rzecz   starałem   się 

sprawdzić. Przytoczę zaraz przykład. Opowiadano mi, że jedynym utrzymaniem obecnie 

rzeszy duchownych prawosławnych, którym polikwidowano cerkwie, jest dyżurowanie 

na   cmentarzu.   Przyjedzie   pogrzeb   z   nieboszczykiem   w   trumnie,   wynajętej   na 

przejażdżkę, któremu to pogrzebowi nie wolno nadać na ulicy żadnej cechy religijnej. Je-

śli   rodzina   jest   religijna,   to   duchowny   odprawia   obrzędy   nad   ciałem,   a   pozostali 

duchowni   na   cmentarzu   obdzielani   są   jałmużną.   Zgodnie   ze   swoją   zasadą   chciałem 

zobaczyć   to   własnymi   oczami.   Pojechałem   na   wskazany   cmentarz,   nie   zastałem   du-

chownych,   lecz   na   wejściowej   bramie   widniał   napis:   „Surowo   wzbronione   jest 

pracownikom kultu przebywanie w obrębie cmentarza i na ulicach przyległych do niego. 

Pracownicy   kultu   mogą   się   zjawić   do   pełnienia   obrzędów   jedynie   na   podstawie   in-

dywidualnych zapotrzebowań”.

Wygląda   na   to,   że   ten   zakaz   pozbawia   ostatnich   środków   egzystencji   tych 

nieszczęśliwych  popów - nędzarzy. Szumiały mi jeszcze w uszach słowa słyszane na 

jednym z zebrań: religii się nie prześladuje.

Nie mam żadnego zamiaru pisania rzeczy propagandowej, antybolszewickiej. Raz 

jeszcze   zaznaczę,   że   piszę   rzeczy,   które   widziałem   na   własne   oczy   i   dopiero   gdy 

wyładuję swoje spostrzeżenia, gdy odpowiem na swoje pięć pytań, wypowiem w końcu i 

swoją ocenę bolszewizmu i jego przyszłościowego rozwoju. Teraz jednak na wstępie 

chcę   podkreślić   swój   obiektywizm   i   powiedzieć,   że   w   tym,   co   się   czyta   w 

antybolszewickiej literaturze, jest mnóstwo blagi i bujdy wszelkiego rodzaju. Szerzenie 

nieprawdy o Bolszewii jest zbędne i szkodliwe. Zbędne, bo książki antybolszewickie, 

oparte na przesądach, jednakże nie są w stanie oddać tego koszmaru życia, jak się on tam 

background image

przedstawia. Wyjeżdżając do Bolszewii i budując sobie obraz stosunków tam panujących 

na podstawie propagandowych książek, byłem jednak rozczarowany in minus, to znaczy 

życie w Rosji wydało mi się o wiele gorsze, nieznośniejsze, piekielniejsze, niż mogłem 

sobie   wyobrazić.   Aby   więc   odrysować   ciężar   życia   w   Bolszewii,   zupełnie   jest 

niepotrzebne  uciekać  się do przesady,  trzeba  tylko  dokładnie,  precyzyjnie  odrysować 

właściwy   obraz   stosunków.   Przesada,   blaga,   kłamstwo   są   także   szkodliwe,   bo 

przeinaczają, a często zmniejszają nam niebezpieczeństwo tkwiące w bolszewizmie.

Od   razu   więc   zacytuję   dwa   banalne   przykłady   nieprawdy,   które   często   się 

opowiada o Bolszewii, a więc:

1. Opowiada się o wyjątkowej, nieludzkiej rozpuście, która panuje w Bolszewii. 

To absolutnie nieprawda.

2.   Opowiada   się   chętnie,   że   robotnik   jest   wyzyskiwany   przez   „komisarzy”. 

Robotnik głoduje, a „komisarze” piją szampana. To nieprawda.

Robotnik żyje gorzej niż robotnik w Polsce, nie mówiąc o Anglii, o Niemczech 

etc. Stwierdziłem, że zecer na linotypie w Moskwie żyje nieskończenie, bez porównania 

gorzej niż zecer na linotypie w Wilnie. Ale robotnik w Rosji żyje lepiej niż inne warstwy 

społeczne, jest stosunkowo bardziej uprzywilejowany niż urzędnik sowiecki (sowieckij 

służaszczyj). Robotnik dobrze żyjący u nas stoi jednak na najniższym szczeblu drabiny 

społecznej.   Robotnik   w   Sowdepii,   którego   ubranie,   jedzenie,   mieszkanie,   choroba, 

urodziny i śmierć podlegają koszmarnym warunkom życia ogólnosowieckiego, jednak, 

materialnie   prawie,   a   psychologicznie   bezwarunkowo,   stoi   na   najwyższym   szczeblu 

drabiny społecznej w tym państwie, które stoi na głowie.

Zanim   jednak   przejdę   do   prostowania   naszej   o   bolszewikach   blagi,   muszę 

powiedzieć, że ich blaga, ich kłamstwa mówione o nas przechodzą wszelkie możliwe 

granice. Nie można powiedzieć, że są monstrualne, potworne, należy mówić, że są humo-

rystyczne. Tak np. w oficjalnie wydawanym (wszystko jest zresztą oficjalnie wydawane) 

zbiorku   charakterystyk   cudzoziemców   pisze   się   o   Piłsudskim,   że   prawdopodobnie 

służyłby on chętnie carowi, lecz obraził się na cara za to, że nie zatwierdził mu tytułu 

książęcego,   do   którego   rodzina   Piłsudskich   pretendowała.   Na   każdym   rogu   można 

spotkać   tablice   statystyczne   przedstawiające,   jak   źle,   jak   strasznie   żyje   człowiek   w 

ustroju   kapitalistycznym.   Zwłaszcza   cieszą   się   bolszewicy   z   liczby   bezrobotnych   we 

background image

wszystkich państwach. Gdy się zaś młodzieńcowi bolszewickiemu powie, że bezrobotny 

w Anglii żyje na pewno nie gorzej niż pracujący robotnik w Bolszewii, to ten się śmieje i 

patrzy ci w oczy z głębokim i bezwzględnie szczerym przekonaniem, że rozmawia z 

bezczelnym łgarzem.

Dziwne społeczeństwo, zahipnotyzowane, zsolidaryzowane w kłamaniu w oczy 

cudzoziemcom,   w   kłamaniu   naiwnym,   rozbrajającym,   tak   że   się   czasami   myśli,   że 

doprawdy ma się do czynienia z jakimś obłędem masowym.

Tak na przykład jadę w jednym przedziale z jakimś starszym panem, inżynierem, 

który jest entuzjastą bolszewizmu. Zadaję mu pytanie, które dość często zadawałem w 

Bolszewii:

-   Czemu   Pan   przypisuje   tę   szaloną   dysproporcję,   która   zachodzi   pomiędzy 

cyframi   wygłaszanymi   przez  Panów  o postępach  piatiletki   a  tym,   że  przecież   u was 

niczego absolutnie nie ma?

Słyszałem   potem   interesujące   objaśnienia   na   ten   temat.   Ten   inżynier   jednak 

zdumiał mnie swoją odpowiedzią:

- Konsumpcją naszych warstw. Przed wojną konsumowała u nas tylko wyższa 

klasa społeczna. Teraz Pan pojedzie na wieś i zobaczy Pan na naszych włościankach 

jedwabne pończochy.

Na wsi byłem przedtem i potem, i w różnych miejscach. Oczywiście, nigdzie nie 

widziałem   jedwabnych   pończoch.   Widziałem   natomiast   artystkę   Teatru   Małego   w 

onuczkach. Nie tylko jedwabne, lecz w ogóle jakiekolwiek pończochy do europejskich 

podobne stanowią w Rosji zupełną rzadkość, zupełny wyjątek. Kobiety, które w teatrze 

się widzi w pończochach o europejskim wyglądzie, siadają później na krzesła i na górę 

przywdziewają kosmate pończoszyska sowieckie, aby takiej nadzwyczajności na ulicy 

nie zaplamić.

Oczywiście, nikt nie będzie twierdził, że warunek społecznego szczęścia polega 

na tym, aby na ulicach widać było kobiety w jedwabnych pończochach. Lecz dlaczego na 

tym punkcie to społeczeństwo tak blaguje?

Oto widziałem film pt.  

Okruch cesarstwa.  

Fabuła filmu polega na tym, że jakiś 

osobnik zwariował podczas wojny, ocknął się dopiero w którymś roku istnienia państwa 

socjalistycznego. Idzie więc ulicami Petersburga i nie poznaje miasta. Tam, gdzie były 

background image

marne lepianki, widzi olbrzymie domy. Notabene nowe domy pokazywane w tym filmie 

stoją wcale nie w Leningradzie, lecz w Charkowie. Po drugie, niewątpliwie bolszewicy 

dużo domów pobudowali w dzielnicy robotniczej Petersburga, lecz za to centrum miasta 

świeci walącymi się kamienicami; po trzecie, nigdzie w Rosji nie ma publiczności tak 

ubranej jak ta, którą ogląda na ulicy i w tramwaju bohater tego filmu. Między innymi w 

tym   obrazie   kinowym   wszystkie   kobiety   znów   noszą   te   nieszczęsne   pończochy 

jedwabne.

Siedziałem w tym kinie i nie mogłem wyjść z podziwu. Przecież na to patrzyła 

publiczność moskiewska, która życie swoje zna i widzi, że obraz jest humorystycznie do 

prawdy niepodobny. Jakaż tu hipnoza działa i na autorów filmu, i na publiczność?

Wracam   jednak   do   prostowań   naszych   błędnych   o   Bolszewii   wyobrażeń. 

Zacznijmy od rozpusty erotycznej. Uważam co najmniej za grubą przesadę twierdzenie: 

w Rosji panuje rozpusta. Prawda, prawo nie stawia żadnych ograniczeń rozwodowi i roz-

wody są o wiele częstsze niż w naszych społeczeństwach. Zdarza się, że rozwiedzione 

małżeństwo pozostaje w tym samym pokoju, bo prawo przyznaje każdemu tylko 6 m kw. 

mieszkania (w niektórych miastach więcej), a znaleźć nowe lokum jest trudno. Kwestia 

alimentów jest przeprowadzona bardzo rygorystycznie,  zabezpiecza kobiecie  alimenty 

także w tym wypadku, gdy ona sama nie wie, kto jest ojcem dziecka.

Należy jednak zaznaczyć, że propaganda bolszewicka, teatr, kino najwyraźniej się 

zwracają przeciwko częstym rozwodom. Ludzie często się rozwodzący są wyśmiewani, 

ośmieszani, podobnie jak ci „letuni” i „letunki”, „latacze” i „lataczki”, tj. robotnicy i 

robotnice, którzy chcą często zmieniać fabryki. W filmie, o którym już wspominałem, 

Okruch cesarstwa, 

ów ocknięty z wariacji po wielu latach robotnik odnajduje swoją żonę, 

już jako żonę nowego człowieka. Ten nowy mąż jest dla niej zły, bije ją i maltretuje. 

Żona kocha starego męża. Jednak stary mąż jej nie zabiera do siebie, aby nie zrywać 

sowieckiego małżeństwa. Patrzy tylko na maltretowanie swej żony przez nowego męża, 

zaciska pięści, lecz potem przed oczami staje mu zjawa „socjalistycznej rozbudowy” - 

wzdycha ciężko, lecz z jasnymi oczami idzie do pracy.

W tym obrazie widzimy więc traktowanie małżeństwa omalże katolickie. Ideał 

nienaruszalności   małżeństwa,   nawet   gdy   połączone   ono   jest   z   ciężarem.   Nie   mam 

bynajmniej   zamiaru   utrzymywać,   że   tego   rodzaju   obrazek   może   powstrzymać   jaką-

background image

kolwiek kłótliwą parę od udania się do Zaksu (urząd stanu cywilnego) i zarejestrowania 

tam rozwodu. Lecz ciekawe jest, że ideologia bolszewicka bynajmniej do rozwodów nie 

zachęca. Inaczej jest w kemalistycznej Turcji.

Kwestia spędzania płodu jest rozwiązana radykalnie. Tutaj więc zachodzi wielka 

różnica   pomiędzy   moralnością   bolszewicką   a   katolicką.   Porównując   jednak 

społeczeństwo bolszewickie do wszystkich społeczeństw niebolszewickich, pamiętajmy, 

że o ile stanowisko Kościoła naszego jest dogmatycznie konsekwentne i jasne, o tyle 

stanowisko   wyznań   protestanckich,   a   między   innymi   Kościoła   anglikańskiego,   w   tej 

sprawie wcale wyraźne nie jest. Nie tu więc należy szukać tej cechy, która by pozwalała 

nam mówić o różnicy pomiędzy naszym światem a ich światem. Zresztą, skoro mówimy 

o sprawach spędzania płodu, nie mówmy zbyt głośno, aby się nam nie przypomniały te 

stronice ewangelii, które piszą o faryzeuszach.

Rozpustą,   we   właściwym   tego   słowa   znaczeniu,   nazywamy   rozwiązłość 

obyczajów, ekscesy seksualne itp. Otóż prostytucji W Rosji sowieckiej nie ma, a jeśli 

gdzieś się tuła i kryje, to jednak mowy nie ma o prostytucji tak jawnej, widocznej jak nie 

tylko   w   Paryżu,   Berlinie,   Warszawie,   lecz   w   Londynie.   Poza   tym   całe   nastawienie 

aparatu państwowego skierowane jest na walkę z jakąkolwiek bądź podnietą erotyczną. 

Istnieje w Moskwie music - hall, lecz baletnice są tam ubrane od stóp do głowy. O zaka-

zie   śpiewania   i   grania   romansów   cygańskich   ze   względu   na   to,   że   uznano,   że   są 

erotycznie podniecające, już wspominałem. Tańce są zakazane, młodzież komunistyczna 

może tańczyć tańce przyzwoite - tańce tańczone u nas na balach towarzyskich są tam 

traktowane na równi z prostytucją.

Łatwość zawiązywania stosunków seksualnych! Skąd ta łatwość ma być większa 

niż w Europie? Przeciwnie - powszechna bieda, nędza, stanie ciągłe w kolejkach (a raczej 

kilometrowych   kolejach)   po   wszystko,   złe   odżywianie   -   wszystko   to   są   momenty 

odsuwające, powstrzymujące życie od wchodzenia pod znak wybujałego erotyzmu.

Poza tym chciałbym tę sprawę ująć głębiej i zastanowić się trochę nad tym, co 

wyżej powiedziałem, na „purytańskim” kierunku ideologii bolszewickiej w stosunku do 

podniet erotycznych. Gdy się tam ilustruje burżuazyjną Europę, chętnie się ją ubiera w 

kokoci   negliż.   Panait   Istrati,   właściwie   komunista,   napisał   trzy   tomy   antysowieckiej 

propagandy.   Nazwany   został   przez   komunistów   oszczercą.   A   jednak   Panait   Istrati 

background image

utrzymuje, że mimo wszystkich okropności woli świat sowietów niż świat burżuazji. I 

zupełnie po literacku odpowiedź na pytanie: dlaczego? - zamyka w obrazku, jak mu w 

paryskim domu publicznym pokazywano miłość kobiety z psem.

A   oto   cytaty   jednego   z   najbardziej   utalentowanych   przedstawicieli   myśli 

bolszewickiej,   p.   Łunaczarskiego:   „Nigdzie   tak   dobrze   nie   demaskuje   siebie   świat 

burżuazyjny jak w dancing - room. Ten drewniany, martwy rytm jazz - bandu i wrzaski 

saksofonów, te szarpania i dryganie, jakieś nieobyczajne dreszcze tej gęstwy ludzkiej, 

gdzie   nikt   się   nie   uśmiechnie   po   prostu,   po   ludzku,   świeżo   i   przyzwoicie.   Kobiety 

namalowane, twarze ich są podobne do kolorowych masek. Można pomyśleć, że ci wszy-

scy ludzie najęci są po to, aby nogami mięsić jakieś ciasto. I całym zajęciem dyryguje 

jakiś negr małpopodobny.  Na jego znak całe stado zatrzymuje się lub zaczyna  znów 

podskakiwać i drygać nogami. I gdy po przyglądnięciu się temu balowi kapitalistycznego 

szatana wychodzicie na ulicę, to widzicie wszędzie to samo. Dusza jest wyrwana z tych 

ludzi. W nich nie ma pewności co do dnia jutrzejszego. Foxtrott siedzi u nich w nerwach 

i mięśniach”. .

W metodzie obrzydzania świata kapitalistycznego Łunaczarski zapomina się do 

tego stopnia, że używa wyrazów szatan i dusza. Czy jednak czytając ten ustęp wodza - 

bolszewika, wyraz po wyrazie, nie konstatujemy niemal ze strachem, że budzą się w nas 

nieprawdopodobne jakieś asocjacje z...  

Quo Vadis.  

Każdy, kto przebywał w Bolszewii, 

musi  przyznać,  że repulsje do świata kapitalistycznego  są tam wiązane  i ubierane w 

repulsje do rozpasania erotyczno - płciowego świata kapitalistycznego.

Doprawdy przymknijmy oczy i przypomnijmy sobie Pompeje. Ten cudny okaz 

kultury,   która   doszła   do   przesytu,   do   niepokojącego   dobrobytu,   do   wspaniałego 

bogactwa. Nie można sobie przypomnieć Pompei bez oznak obyczajowego zepsucia, bez 

tych nieprzyzwoitych części ciała ludzkiego, które tam zdobią każde mieszkanie jako 

fresk   czy   gzyms,   jako   znak   szczęścia   na   zewnątrz,   jako   bibelot   czy   złoty   klejnot 

zawieszony na kobiecych  piersiach. I na tle tego dobrobytu, wysokiej  cywilizacji in-

telektualnej   przyszło   chrześcijaństwo,   niosące   obrzydzenie   i   pogardę   do   zepsucia 

obyczajowego.   Porównanie   bolszewizmu   z   chrześcijaństwem   jest   dla   nas 

świętokradztwem,  dla bolszewików bezczelnym  oszczerstwem.  Porównujemy wyżyny 

uduchowienia z padołem materializmu. Porównujemy ducha z materialistyczną doktryną 

background image

Marksa.   Wrócę   do   tego   tematu   -   muszę   do   niego   wrócić,   bo   rozpiętość,   która   leży 

pomiędzy chrześcijańskim krzyżem a bolszewicką gwiazdą, stanowi oś walki ideowej, 

prawdziwej walki między nimi a nami. Lecz na razie odważnie skonstatuję tę analogię, 

że   świat   antyczny   łączył   bogactwo   i   zepsucie   obyczajowe,   podobnie   jak   dziś 

propagatorowie bolszewizmu łączą atak na burżuazję z obrazami nieobyczajowości ero-

tycznej tej burżuazji.

background image

ROBOTNIK Z UKOŃCZONYM FAKULTETEM HISTORYCZNYM

Pisałem o uprzywilejowaniu robotników jako klasy społecznej.

Kto   idzie   do   uniwersytetów,   wyższych   instytutów   naukowych,   politechnik, 

zakładów technicznych?

Przede wszystkim pcha się tam robotnika i robotnicę.

Jak to?

Robotnika i robotnicę, nie w pojęciu pochodzenia z ojca i matki, należących do 

klasy robotniczej, lecz robotnika i robotnicę w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Ten, kto skończył siedmiolatkę i związane z nią trzyletnie technikum, ten z reguły 

nie   jest   kierowany   do   szkoły   akademickiej   -   Wuza   lub   Wtuza   (Wyższej   Szkoły   lub 

Wyższej   Szkoły   Technicznej).   Technikum   jest   jakby   szkołą   zawodową,   są   technika 

pedagogiczne,   rolne   etc.   Natomiast   uniwersytet   i   politechnika   otwarte   są   przede 

wszystkim dla robotnika, który dotychczas pracował w fabryce i z tej fabryki zjawia się 

na uniwersytecie.

Jakże on jest przygotowany?

Skończył „rabfak”, czyli fakultet robotniczy (wieczorową szkołę dla robotników), 

lub jakieś kursy korespondencyjne, wreszcie pierwsze miesiące - jak mi tłumaczono - 

wyższej szkoły służą po to, aby tego robotnika wprowadzić w nauki i uzupełnić mu 

wiadomości, których nie posiada.

Wszystko to nam wygląda na bajkę z tysiąca i jednej nocy. Opowiem praktycznie, 

do  jakich  to  prowadzi  konsekwencji.  Będąc  w Moskwie,   zwiedzam  dawny  monaster 

Doński. Cmentarz przy monasterze,  gdzie leży mnóstwo szlachty i bogatych  kupców 

moskiewskich, jest przeczyszczany, tzn. że tylko niektóre nagrobki są zostawione, inne 

łamane i wyrzucane. Mnisi są rozpędzeni, w samym monasterze - muzeum antyreligijne, 

połączone   z   częścią   zbiorów   dawnego   muzeum   Rumiancewa.   Stare   meble,   trochę 

obrazów niemieckiej, flamandzkiej, włoskiej szkoły. Muzeum było zamknięte, kiedy tam 

przyjechałem. Przespacerowawszy się pod drzewami, które zaczęły puszczać pąki, popa-

trzywszy   na   zrujnowane   groby   z   tytułami   kniaziowskimi,   udałem   się   do   gabinetu 

dyrektora   muzeum,   przedstawiłem   się   mu   jako   dziennikarz   cudzoziemski.   Wobec 

cudzoziemców wszyscy są bardzo uprzejmi w Rosji. „Nie spotkała mnie w czasie moich 

background image

wałęsań się po wielu miastach i wsiach żadna najmniejsza przykrość. Dyrektor muzeum, 

zwyczajny robotnik, okazał gotowość oprowadzenia mnie po muzeum.

Od  razu   poznałem,  że   jak  nakręcona  pozytywka   wypowiada  znane   mi   już  ze 

zwiedzanych poprzednio muzeów bezbożnickich tezy antyreligijne. Opowiada je w tak 

naiwny sposób, że warto powtórzyć.

Podchodzimy do dwóch obrazów z dawnej galerii Rumiancewa.

-   Oto   -   powiada   -   miał   rzekomo   istnieć   jakiś   święty   Jan.   Najlepszym 

świadectwem, że żadnego takiego świętego Jana nie było, jest to, że tu mamy dwa jego 

obrazy - na jednym widzimy go bez brody, na drugim z brodą...

- Może się ogolił - wtrącam nieśmiało.

- Ale gdzież tam, przecież widzi towarzysz, że ma twarz zupełnie inną.

Idziemy   dalej.   Zatrzymujemy   się   przed   obrazem   szkoły   flamandzkiej, 

przedstawiającym św. Rodzinę.

-   Widzi   towarzysz,   z   początku   burżuazja   udawała,   że   Jezus   Chrystus,   który 

rzekomo miał istnieć, miał być proletariuszem, umieszczono go na sianie itd. Później 

wolała wziąć go ze sobą, aby ludowi pokazać, że Jezus trzyma z nimi. Tu widzimy rzeko-

mo świętą rodzinę w zupełnie burżuazyjnym otoczeniu (obstanowkie). Widzi towarzysz 

Dziewę   Maryję   jako   pulchną   burżujkę,   Jezus   wygląda   na   dobrze   wykarmionego 

dzieciaka   z   rodziny   burżuazyjnej.   Naokoło   wszystko   jest   tak   po   burżuazyjnemu 

przytulnie (ujutno), nawet kot miauczy...

Idziemy   dalej.   Przechodzimy   przez   główną   cerkiew   monasteru.   Naczynia 

liturgiczne chrześcijańskie z jakimś złym szyderstwem leżą pomieszane z przedmiotami 

używanymi   w   synagogach   i   meczetach.   Na   kielichy   mszalne   rzucone   są   żydowskie 

chusty, białe z czarnymi szlakami, używane przez żydów przy modłach. Za ikonostasem, 

w części ołtarza wbudowany jest mały meczet muzułmański. Minęliśmy właśnie jedną z 

największych relikwii świata prawosławnego, obraz cudowny Matki Boskiej Dońskiej - 

dziś jest on jednym rekwizytem muzeum antyreligijnego więcej.

Idziemy   dalej.  Wrócimy  tu   jeszcze,   wrócimy  do  tych  zagadnień,   które  bolą  i 

upokarzają.

Dyrektor muzeum prowadzi nas do innego pawilonu. Tutaj wskazuje, że „doszło 

do tego”, że rząd carski nagradzał swoimi orderami samego Jezusa Chrystusa.

background image

Nachylam się. Pod krucyfiksem wisi Krzyż Oficerski Św. Jerzego. Napis wyryty 

na blasze miedzianej głosi, że w order trafiła kula i w ten sposób ocalone zostało życie 

jakiegoś pułkownika, nazwiska którego nie zanotowałem sobie.

Pokazawszy mi po drodze „półobnażoną kobietę szlachecką” - był to nagrobek 

księżny Trubeckiej w pseudoklasycznym stylu z pierwszego dziesiątka lat XIX wieku - 

dyrektor muzeum objaśnia zawieszoną na ścianie grawiurę.

- Tutaj rosyjski, carski orzeł dziobie i drapie francuskiego białego orła.

Ten   francuski   biały   orzeł   był   to   oczywiście   Orzeł   Biały   polski.   Grawiura 

pochodziła z 1863 r., obok były po polsku drukowane patriotyczne wiersze.

Znosiłem cierpliwie te wszystkie zabawne pouczenia dyrektora muzeum, byłem 

zresztą już przyzwyczajony do tego rodzaju objaśnień, lecz oto wypadło z rozmowy, że 

mam   przed   sobą   ni   mniej,   ni   więcej,   tylko   ukończonego   studenta   moskiewskiego 

uniwersytetu fakultetu historycznego.

Czytelnik  rozumie,  że umyślnie  przytaczałem  banialuki,  mówione  przez  mego 

rozmówcę, aby wskazać, jaki był poziom tego jegomościa. Fakultet historyczny!  Nie 

umie odróżnić języka francuskiego od polskiego. Ukończony fakultet historyczny! Go-

rzej, bo właśnie teraz, gdy z nim rozmawiałem, zdawał egzaminy. Zdał już wszystkie, to 

znaczy miał wszelkie „zaczioty” (zaliczenia), brakuje mu tylko dwóch, do których się 

„obkuwa”. Pięknie! Zacząłem z nim rozmawiać  od niechcenia  o historii. Bolszewicy 

uczą   historii   bez   podawania   historycznych   wiadomości,   odrzucają   prawie   całą 

historiografię, a tylko według teorii Marksa dzielą wszystko, co się działo, na pewne 

epoki, na tle walki klas i uciemiężenia klasy pracującej. Jednym słowem socjalistyczny 

idiotyzm.   Ale   nawet   w   tym   zakresie   mój   uczony   nie   orientował   się   wcale.   Z   tym 

wszystkim   nie   wydawał   mi   się   antypatyczny.   Raczej   przeciwnie.   Oczy   gorzały   mu 

miłością do nauki. Opowiadał, jak mu trudno było z początku się uczyć, jak cieszy się z 

tego, że ma posterunek naukowy i to w swojej specjalności. Prawdziwym zawodem tego 

poczciwego matoła była stolarka, lecz przeszedł wojnę w szeregach Czerwonej Armii, 

potem pracował w fabryce, został wysunięty przez kolegów na uniwersytet  i oto już 

ukończył wyższe studia historyczne.

Później miałem sposobność przekonać się, że mój dyrektor muzeum, o ile nie był 

regułą, to w każdym razie nie przedstawiał jakiegoś nadzwyczajnego wyjątku. Na wyższe 

background image

studia   naukowe   bierze   się   ludzi   o   zupełnym   braku   rozwoju   intelektualnego,   lecz 

ponieważ   są   robotnikami,   forytuje   się   ich,   popiera,   przeprowadza   przez   egzaminy.' 

Widziałem   taką   sztukę   w   teatrze,   nazywa   się  

Gwiazdy   świecą.  

Profesor   pyta   się 

kandydatów na uniwersyteckie ławy: „Co to znaczy rewolucja?” Nikt nie umie odpowie-

dzieć.   Wreszcie   jakaś   dziewczyna   odpowiada:   „To,   kiedy   proletariat   burżuazję”.   Na 

podstawie   tej   jednej   odpowiedzi   profesor   przyjmuje   cały   zespół   do   uniwersytetu. 

Uważałem, że to jest tylko symbolika teatralna. Tymczasem było to obrazem rzeczywi-

stości.

Robotnik   tylko   dlatego,   że   jest   robotnikiem,   nie   tylko   może   być   przyjęty   na 

uniwersytet, lecz przyjęty jest w pierwszej kategorii (oczywiście robotnik odpowiednio 

zakwalifikowany przez swoich towarzyszy z fabryki) i dlatego, że jest robotnikiem, koń-

czy uniwersytet.

Z Moskwy do Dzierżyńska  jechałem  w przedziale  klasy pierwszej  z  pewnym 

inżynierem z czasów cesarskich, człowiekiem już siwym,  który był także profesorem 

wyższej szkoły technicznej. Inżynier ten był entuzjastą bolszewizmu.

Pamiętając swą rozmowę z dyrektorem muzeum, powiadam:

- Rozumiem, że nauki jurydyczne czy historyczne dają się łatwiej opanować. Lecz 

jakże udaje się panom ludzi o tak małym przygotowaniu uczyć na politechnikach?

Myślałem jednocześnie:

- To, że ów jegomość pokazywał mi w ten sposób muzeum - to mniejsza. Lecz 

jeśli ktoś podobny buduje u nich most, a ja po tym moście pojadę, to...

Na to mi odpowiedział ów profesor - inżynier:

- Prawda, że niektórzy nasi wychowankowie czasami po skończeniu Wtuza nie 

umieją pisać ortograficznie, nawet tą naszą uproszczoną ortografią. Lecz są to jednak 

inżynierowie. Coś w rodzaju inżynierów amerykańskich. Panuje u nas teraz daleko idąca 

specjalizacja. A jak oni nas kontrolują, jak śledzą - mówił z zachwytem w oczach ten mój 

inżynier - jak każdy nasz wyraz jest podejrzany, czy dobrze my ich uczymy, czy się sami 

nie plączemy.

Wykładów   na  uniwersytetach  rosyjskich  nie  ma  prawie  zupełnie.   Prace  noszą 

charakter   raczej   seminaryjny.   Jest   to   pogawędka   profesora   z   uczniami.   Bywałem   na 

wykładach prawa w uniwersytecie moskiewskim. Obserwowałem istotnie podejrzliwość 

background image

- czy aby wykładający czegoś nie przekręca - o której mi wspomniał ten inżynier.

Sowiety mają już zwarte szeregi czerwonej profesury. Są to przeważnie ludzie, 

którzy ukończyli uniwersytety przed i podczas wojny. Słyszałem o świetnych pracach 

naukowych rosyjskich. Nauka uposażona jest tam wysoko. Niewątpliwie też nie wszyscy, 

nawet robotnicy, kończący wyższe szkoły mają poziom tak niski, jak ten egzemplarz, 

który demonstrowałem. Należy pamiętać, że na uniwersytet idzie „wydwiżeniec”, to jest 

ten, który się wybija. Nie jestem i nie byłem nigdy fanatykiem naszej matury. Wprost 

przeciwnie, uważam, że nasze wykształcenie średnie po części pobudza i rozwija, po 

części przytępia i ogłupia. Wreszcie weźmy ludzi bez wykształcenia w naszym Sejmie. 

Znajdziemy tam takie stworzenia jak posła Smołę z Wyzwolenia, lecz znajdziemy także 

Witosa, którego horyzont myślowy,  którego logiczna, wspaniała inteligencja nad iluż 

góruje intelektualistami. Wielu profesorów uniwersytetu ścigało się swego czasu, aby 

Witosowi podać palto.  Toteż nic  dziwnego, że w Bolszewii zdarzają się inteligencje 

fenomenalne wśród tych robotników, którym pooddawano pierwsze miejsca pod każdym 

względem. Poznałem robotnika, bez wykształcenia, zajadłego zresztą bolszewika, który 

zaimponował   mi   swoją   inteligencją,   swoją   liberalną   a   trzeźwą   metodą   prowadzenia 

dyskusji,   swoimi   wiadomościami   we   wszystkich   dziedzinach.   Był   to   prezes   związku 

zawodowego   robotników   transportu.   Lecz   z   tymi   wszystkimi   zastrzeżeniami,   przy 

najszerszym   i   najliberalnieszym   przedyskutowaniu   wszystkich   możliwości,   które 

bolszewicki system nauki w szkołach wyższych ofiarowuje, sądzę, że jednak ostateczna 

ocena tego systemu  powinna się sprowadzać do stwierdzenia,  że jest to właśnie taki 

nonsens, na jaki od pierwszego wejrzenia wygląda.

Dla okraszenia rezultatów tego systemu znowuż wyładowuje się to maksimum 

blagi, o której wspominałem, że solidaryzuje się w jej powtarzaniu i rozpowszechnianiu 

całe   wierzące   w   bolszewizm   (świadomie   używam   tego   terminu)   społeczeństwo. 

Opowiadano mi, sam tego nie sprawdzałem, lecz wydaje mi się to prawdopodobne, że w 

stoczni  petersburskiej  pęta  się 400 nowo upieczonych  inżynierów  sowieckich,  którzy 

chodzą z pokoju do pokoju, lecz pracy im żadnej dać nie można, bo są do niczego. Tego - 

jak   powiadam   -   nie   sprawdzałem,   lecz   oto   opowiem   szczegółowo,   jak   osobiście 

przyłapałem blagę i to usłyszaną z ust b. poważnego przedstawiciela nauki sowieckiej.

W   szukaniu   odpowiedzi   na   swoje   drugie   i   trzecie   pytanie   (polityka 

background image

narodowościowa  i  Azja)  nie  mogłem   pominąć  instytutu   wschodniego  w  Petersburgu, 

zbudowanego na podstawie cesarskiego instytutu języków wschodu. Udało mi się poznać 

rektora tego instytutu, prof. Worobiewa, uprzejmego i inteligentnego uczonego, który 

częstował  mnie  herbatą  i opowiadał  o swoim zakładzie  niesłychanie  ciekawe  rzeczy. 

Część uczniów ma z Chin, z Indii, zza granic Bolszewii. Dużo Rosjan pracuje także w 

kierunku   znajomości   różnych   części   Azji.   Ludzie   jednak   z   prowincji   azjatyckich   są 

przyjmowani   jedynie   z   biedoty   azjatyckiej.   Środkowoazjatycki   „baj”   (rodzaj   naszego 

małego szlachcica) w żadnym wypadku nie może być studentem tego zakładu. Jak myślę 

o   Azji,   porywają   mnie   zawsze   jakieś   myśli,   jak   gdyby   przestrzenie   tego   lądu   wiały 

swoim wiatrem. Entuzjazmuję się do Azjii. Dowiedziawszy się od prof. Worobiewa, że 

jego instytut ma trzy wydziały: 1) językowy, 2) socjologiczny, 3) ekonomiczny, zadałem 

mu takie pytania:

- Czy nie uważa Pan, że przy rozpatrywaniu takich problematów, jak przyszłość 

lądu azjatyckiego,  nauki wchodzące  w skład  geografii byłyby  niesłychanie  pomocne. 

Zilustruję swą myśl jaśniej. Wyobraźmy sobie, że odkrywa się na mało badanym lądzie 

północnej Azji nową żyłę złota. Oczywiście miałoby to olbrzymi wpływ na ruch ludności 

w pewnym określonym kierunku. Problematy więc naukowo - geograficzne mają więc 

dużo konkretnego do powiedzenia o przyszłości Azji. Czemu panowie tych problematów 

nie badają?

Na to prof. Worobiew mi odpowiedział:

-   My   się   zajmujemy   ludami   południa   Azji,   krajów   zaludnionych   lub 

przeludnionych. Problematy, o które Pan się pyta, bada inny instytut, mianowicie instytut 

ludów północy. Tam Pan spotka opracowywanie problematów geograficznych, bo tam 

istotnie mają do czynienia z Azją wszystkich możliwości.

- Ale w takim razie tam uczą się Rosjanie?

-   Bynajmniej.   Jest   to   instytut   czteroletni,   przyjmowani   są   wyłącznie 

przedstawiciele   ludów   sąsiadujących   z   kołem   polarnym.   W   danej   chwili   jest   tam 

zgrupowane 26 narodowości naszej Północy.

-   Ależ   to   są   ludzie   dzicy,   ci   Aleuci,   Tunguzi,   Jakuci,   Samojedzi,   czyż   mogę 

uwierzyć, że taki człowiek, przywieziony z jurty, w czasie czterech lat dojrzeje do tego 

stopnia,   że   zdolny   jest   do   rozwiązywania   tego   rodzaju   naukowych   problematów,   o 

background image

których mówiłem.

- Ależ owszem.

- Chciałbym to zobaczyć na własne oczy.

Prof.   Worobiew   zaczął   starać   się   o   ułatwienie   mi   wizyty   w   instytucie   ludów 

Północy. Jednak nie udało mu się nic zrobić telefonicznie. Nie było chwilowo w tym 

instytucie ani rektora, ani zastępcy, ani nikogo z profesorów, ani w ogóle nikogo, bo było 

to 30 kwietnia, a nazajutrz 1 Maja. Taką relację dała mi sekretarka prof. Worobiewa.

Byłem tym zmartwiony, bo bardzo chciałem zobaczyć uczonych spod bieguna, 

lecz licząc na swoje szczęście, mimo otrzymanej odpowiedzi, że „tego zrobić się nie da”, 

nikomu   nie   meldując,   pojechałem   jednak   sam   do   instytutu   ludów   Północy,   gdzie 

zostałem wzięty za cudzoziemca, który przyjechał do Petersburga z okazji Święta 1 Maja. 

Nie   miałem   czasu   rozproszyć   tych   poglądów,   tak   mnie   zainteresowały   typy,   które 

zobaczyłem - kobiet i mężczyzn. Wszystko to byli mali ludkowie, których Zagłoba na 

pewno zabrałby się uwędzić i w farze łowickiej jako wotum powiesić - żółte, skośnookie, 

o wargach wydętych, kwadratowych głowach, krzywych nogach. Kobiety były ubrane w 

pończochy,   chłopcy   także   ubrani   na   obraz   i   podobieństwo   pierwszego   obywatela 

sowieckiego - wszystko to przyjęło mnie niesłychanie serdecznie, a było tej „koriawej 

publiki” około 260 osób. Nie neguję zupełnie niesłychanego znaczenia dla Sowietów 

tego,   iż   takie   260   osób   wróci   na   północ,   do   swych   jurt   i   będzie   tam   apostołami 

bolszewickiego   katechizmu   (politgramoty),   lecz   jeśli   chodzi   o   rozwiązywanie 

problematów   geograficznych,   to   muszę   stwierdzić,   że   trzeci   rok   tego   instytutu   z 

trudnością mówił po rosyjsku, a rok czwarty bynajmniej nie z łatwością orientował się w 

czterech działaniach arytmetycznych.

Przekonanie, że robotnik, ponieważ jest robotnikiem, jest zdolny do wszystkiego, 

ma   w   Sowietach   wszystkie   cechy   nastroju   dogmatycznego.   W   Woksie   (wszechzw. 

towarzystwo kulturalnego związku z zagranicą) miałem przyjemność rozmawiać z prof. 

Borozdinem,   znawcą   spraw   narodowościowych.   Dyktował   mi   bibliografię,   którą 

notowałem.   Obok   niego   siedział   robotnik,   specjalnie   wyznaczony   do   spraw   Polski, 

Łotwy, Estonii, Finlandii. Dlaczego - nie wiem, bo żadnym językiem tych państw nie 

mówił, o ich stosunkach nie miał żadnego pojęcia, z zawodu pracował przed wojną w 

drukarni Łapina w Moskwie. W miarę jak prof. Borozdin dyktował mi bibliografię, ten 

background image

„towarzysz”   wtrącał  tytuły   broszur,  które  mu  przychodziły  do  głowy.  Naruszały  one 

wyraźnie   charakter   wskazywanej   mi   przez   prof.   Borozdina   literatury,   ten   jednak 

pospiesznie akceptował wszystko, co robotnik powiedział. Była widoczna ta pospieszna, 

chętna   uniżoność   wobec   zdania   robotnika.   Jakże   głupią   i   śmieszną   jest   ta   psychoza 

wyższości robotnika w każdej dziedzinie.

background image

CZY MOŻNA SIĘ ODŻYWIAĆ MORFINĄ?

W moim kreśleniu tła, na którym dopiero wypływać będą odpowiedzi na męczące 

mnie pytania, muszę w jedno ognisko pozbierać rozproszone wiadomości o codziennym 

życiu   przeciętnego   człowieka   w   Rosji.   Będę   tu   trochę   powtarzał   i   to,   co   się   wie 

powszechnie, i nawet to, co ja sam pisałem. Trudno! Inaczej się tego nie usystematyzuje.

Życie rodzinne, kuchnia rodzinna zanikają. Dzieci jedzą w szkołach, on i ona w 

fabrykach. W Petersburgu pokazywali mi fabrykę - kuchnię na 60 tys. obiadów. Obiady 

te są wydawane z fabryki, z wyjątkiem 12 tysięcy obiadów i kolacji, które spożywają na 

miejscu robotnicy z fabryk najbliższych. Kolejki do tych obiadów były ogromne. Była 

już szósta,  jak zwiedzałem  jadłodajnię, wrota  były  zamknięte,  a przez szklane  szyby 

drzwi widać było mnóstwo ludzi, którzy się dziś nie doczekali. Jadać w tej olbrzymiej 

jadłodajni mogli tylko  robotnicy.  Jedzenie było  takie, jakie jedliśmy jako studenci w 

Warszawie zimą z 1916 na 1917 r. podczas niemieckiej okupacji - jeśli to cokolwiek 

komukolwiek mówi.  Tego dnia była  zupa, mięso  z tartymi  kartoflami  i jakaś słodka 

mączka   na   trzecie.   Była   to   jednak   wzorowa   jadłodajnia,   gdzie   z   dumą   mnie 

oprowadzano.

Robotnikom   wszędzie   starają   się   dać   lepiej   niż   innym   klasom   społecznym. 

Członkowie redakcji „Izwiestii” uważają sobie za zaszczyt, że mogą jadać z robotnikami 

drukarni tej gazety i korzystać z jednego stołu.

Dzieci w szkołach jedzą nierówno. Dzieci biedne są dokarmiane więcej.

Ideologią   sowiecką   jest   wytworzenie   ludzkiego   kolektywu.   Precz   z   życiem 

indywidualnym,   wszelkie   dążenia   do   wygody,   czystości,   porządku   i   odosobnienia   w 

zaciszu domowym mogą się wyrodzić w zmysł burżuazyjny, w perwersję burżuazyjną. 

Jedno z najobrzydliwszych wspomnień, które wyniosłem z Bolszewii, to karta z książki 

pani Krupskiej (żony Lenina),  która opisuje życie  Wiery Zasulicz,  która strzelała  do 

gubernatora i była uwolniona przez sąd przysięgłych  rosyjski (za niedobrych, starych 

czasów   cesarskiej   tyranii   takie   wypadki   były   możliwe   chciałbym   widzieć   dziś   coś 

podobnego!).   Wiera   Zasulicz  po  przyjeździe   z  zagranicy   utrzymywała   swój   pokój   w 

niesłychanym nieładzie, który raził panią Krupską (za co poczułem do niej sympatię). 

Godzin jedzenia pani Zasulicz nie miała, a jak jej kiszki żądały pożywienia, kładła na 

background image

prymus kawałek mięsa, który potem odcinała nożyczkami, i jadła. Muszę przyznać, że 

ten   obraz   kobiety   rznącej   mięso   smażone   nożyczkami   jest   bardziej   wstrętny   niż 

cokolwiek innego z przekonań bolszewickich.

W Mińsku zbudowany jest nowy, wzorowy dom dla robotników. Posiada sale 

klubowe, czytelnię, łaźnię, wszystko ogólne. Rodziny robotnicze mają swoje sypialnie 

oddzielne co prawda, ale tak, że z korytarza wchodzi się nie do jednego pokoju, lecz do 

dwóch. Czyli nikt nie mieszka we własnym pokoju, lecz zawsze w przechodnim. Żadna 

rodzina nie może  być  u siebie, zawsze musi jej ktoś po głowie łazić. W ten sposób 

wdraża się indywiduum ludzkie do życia w kolektywie.

Ja to ubieram w antybolszewicki aforyzm. Car trzymał w kolektywach katorgi, 

tylko pewien promille całego społeczeństwa, bolszewicy - wszystkich.

Dostałem   już   po   dziesięciu   przeze   mnie   ogłoszonych   artykułach   w   „Słowie” 

zapytanie od jakichś państwa, którzy mają dom w Rosji, czy mogą ten dom sprzedać i jak 

mają   wywieźć   pieniądze.   Doprawdy,   że   to   pytanie   mnie   przygnębiło.   Czyżby   moje 

artykuły tak żadnego pojęcia nie dawały o tym, co się w Rosji dzieje? Przecież okres 

Nepu   już   dawno   minął!   Zarządy   domów   są   w   różny   sposób   organizowane,   lecz   w 

każdym   razie   nie   istnieje   prywatna   własność   domu.   Tylko   małe   domki   na 

przedmieściach,   potrzebujące   remontu,   są   czasami   wydzierżawiane   prywatnemu 

przedsiębiorcy, lecz również nie ma to nic wspólnego z właścicielem domu.

Również  nie istnieją: prywatny handel ani przemysł,  ani rzemiosło.  Koncesje, 

które w swoim czasie wydawały Sowiety kapitalistom zagranicznym, są likwidowane, 

wykupywane, szykanowane. Zresztą prywatny handel dopuszczony przez NEP (a który 

Rosji   dostarczał   wszystkiego,   nawet   dosyć   obficie)   został   zlikwidowany   prawie 

wyłącznie drogą nakładania wygórowanych podatków. Artiel (kooperatywa, kooperacja) 

płaci   mniejsze   podatki,   lecz   w  ostatnich   czasach   również   artiel   jest   prześladowany  i 

likwidowany.   Zwłaszcza   węszy   się   pseudoartiel,   to   jest   taką   kooperację,   której   się 

zarzuca, że jest związkiem kilku ludzi prywatnych.

Kto więc jest teraz przedsiębiorcą prywatnym w Sowdepii? Tylko niesłychanie 

drobny   „kapitalista”,   jak   dorożkarz,   jak   jakiś   rzemieślnik   naprawiający   kalosze   lub 

prymusy itd. Ale i ci są gnębieni bezlitośnie. Przed wojną było w Moskwie 6 tys. doroż-

karzy, dziś jest ich 600 i płaci każdy rocznie około 2000 rubli podatków. W maju 1931 r. 

background image

za   pud   owsa   (16   kg)   płacili   25   rubli,   za   pud   siana   26   rubli   (sic!).   Według   kursu 

oficjalnego równa się to 13 dolarom amerykańskim.

Robotnik,   urzędnik,   każdy   członek   jakiegoś   związku   jest   przydzielony   do 

„zakrytawo   raspriedielitiela”.   Jak   to   przetłumaczyć?   Kto   znał   stosunki   galicyjskie 

podczas wojny, powiedziałby - do „konsumu”. Magazyn rozdzielczy wszystkich rzeczy. 

Czy   te   magazyny   istotnie   rzetelnie   obsługują   publiczność?   Odpowiem   na   to   tylko 

obrazkami, które na własne oczy widziałem.

Otworzono nie tak dawno sklepy „na handlowych zasadach”, czyli sprzedaje się 

w   tych   sklepach   wszystkim.   Wyobraźmy   sobie   sklep   o   wielkości   typu   sklepu 

uniwersalnego (w rodzaju naszych braci Jabłkowskich) na kilka pięter. Wchodzi się do 

niego - tłok jak w Wilnie w kościele podczas rezurekcji. Szpilki niema gdzie wetknąć. 

Głowa przy głowie. Co takiego? Okazuje się, że tam, gdzieś na trzecim piętrze, sprzedają 

damskie trzewiki nr 40. Ten cały tłum, liczący przeszło dziesięć tysięcy osób, kłębi się 

tutaj w monstrualnie wielkiej, kilkukilometrowej kolejce po to, aby się docisnąć do tych 

trzewików, sprzedawanych notabene po wysokiej cenie.

Zapyta  czytelnik,  co się robi na innych  piętrach  tego wielkiego sklepu, skoro 

towar sprzedaje się na ostatnim. - Nic. Towaru nie ma. Widziałem sklep nie byle jakich 

wymiarów, który jako cały zapas towaru posiadał trzy,  dosłownie trzy damskie śnie-

gowce. Jedna para i jeden śniegowiec.

Taki tłum, który się kłębi i ciśnie po trzewiki, bynajmniej nie składa się z jakichś 

bogatych cudzoziemców, to jest ten sam tłum sowiecki, na wpół robotniczy, na wpół 

włościański, chusteczkowy, o twarzach „gminnych”, jak by się napisało w 1840 roku. 

Jest to niewątpliwie tłum, który swoje konsumy posiada. Fakt, że się ciśnie i pcha, że stoi 

w kolejkach godzinami, dowodzi tego, że konsum zawodzi.

Są   w   Moskwie   sklepy   przezwane   magazynami   -   muzeami.   Obliczone   są   na 

cudzoziemców; za wysokie ceny sprzedaje się tam masło, wędliny, kawior, wino, ryby 

wędzone etc. Sklepy są zapchane tą samą chusteczkową publicznością. Widać, że za 

ostatnie grosze kupuje trochę masła, odrobinę wędliny. Wątpię, czy mogłoby to mieć 

miejsce, gdyby konsum obdzielał obficie.

Na   rzece   Wołdze,   którą   jechałem   podczas   powodzi   wiosennej   i   gdzie 

wpatrywałem się w cerkwie na górach, w monastery pochowane w sadach, we wszystkie 

background image

te widma i zjawy przeszłości, poznałem nauczycielkę z Samary, bolszewiczkę zajadłą, 

komsomołkę (członkinię związku młodzieży komunistycznej). Patrząc na jej koszulinę, 

która wyzierała z rozpięcia bluzki, zapytałem:

- Co Pani robi, jeśli chce sobie kupić koszulę?

Odpowiedziała mi:

- A w styczniu nam dawali kartki. Ale wtedy nie miałam pieniędzy.

- A jak Pani kupuje, to kupuje Pani taką, jaka się Pani podoba, czy taką, jaką dają.

- No oczywiście, taką, jaką dają. 

Potem dodała:

- Czasem ciężko, strasznie ciężko, że niczego nie ma. Lecz jeśli się pomyśli, że 

naokoło tyle pracy, że powstaje socjalistyczne budownictwo.

Socjalisticzeskoje stroitielstwo - nieudolnie, lecz najliteralniej tłumaczę to przez 

socjalistyczne budownictwo - oto są wyrazy, które tam słychać na każdym kroku.

Do Niżniego Nowogrodu przyjechałem rano i okazało się, że mój okręt, który ma 

mnie wieźć po Wołdze, nie ma w ogóle bufetu na pokładzie. Można dostać tylko wodę 

gorącą do herbaty, resztę trzeba mieć swoje. Na czele małego oddziału wyruszyłem na 

miasto   zdobyć   sobie   prowiant.   Szukałem   szklanki   do   herbaty.   Zaszedłem   do 

państwowego magazynu. Znów sklep kilkupiętrowy. Oto co w nim zastałem: 4 szklane 

wazy do owoców, około 40 do 50 małych statuetek i od 500 do 1000 małych krzesełek 

dla jednorocznego dziecka, na kółkach. Więcej nic, literalnie, dosłownie nic, ani jednego 

przedmiotu.

W  tym   samym  Niżnim  Nowogrodzie,  w  sklepie   z  wiktuałami,   zastałem   dwie 

szynki surowe. Poza tym na półkach stało jakieś kilkadziesiąt jednotypowych pudełek. 

Bardzo żałuję, lecz się nie zapytałem, co było w tych pudełkach.

Raz jeszcze zaznaczam, że były to sklepy - olbrzymy, sklepy kilkupiętrowe.

W   poszukiwaniach   kupna   szklanki   zaprowadzono   mnie   do   antykwariatu. 

Sprzedawano tam staroświeckie szafki mahoniowe, rzeźby marmurowe, obrazy, zbroje. 

Antykwariat był wypchany, znów głowa przy głowie, ścisk kompletny. Znowuż to samo. 

Chusteczkowa publiczność dobijała się o wyszczerbione filiżanki ze starego fajansu - aby 

w nich pić herbatę, kupowała staroświeckie sztućce z odrapaną porcelaną, aby mieć nóż i 

widelec.

background image

Chociaż   w   towarzystwie   dwóch   ludzi   znających   miasto   łaziłem   po   Niżnim 

Nowogrodzie, od 10.00 do 4.00 nie udało mi się kupić szklanki. Natomiast jeden ze 

znajomych moich tragarzy sprzedał mi łyżeczkę do herbaty.

Co mi imponuje w Bolszewii, to pogarda do konsumenta!

Normalną   rzeczą   jest   w   Polsce,   że   na   trybunę   sejmową   włazi   przedstawiciel 

robotników i biada: „robotnik nie ma  co jeść”, wyłazi delegat kmiotków i rozpacza: 

„chłop jest biedny”. W Rosji jest to nie do pomyślenia.

W Bolszewii jest nie do pomyślenia, aby ktoś na zebraniu Cika, czy gdzie indziej, 

skarżył   się,   że   taka   czy   inna   klasa   społeczna   głoduje,   nie   ma   co   jeść,   niedomaga   - 

wrażenie takiego wystąpienia można porównać do wypadku, gdyby ktoś u nas poprosił 

marszałka   Świtalskiego   o   głos   i   powiedział   z   boleśnie   wykrzywioną   miną:   „Wysoki 

Sejmie, mnie strasznie brzuch boli”.

Oczywiście,   że   ból   brzucha   jest   cierpieniem,   jest   nawet   godny   współczucia   i 

litości.   A  jednak   taki   poseł,   który   by  wybiegł   na   trybunę   sejmową,   aby   się  na   taką 

dolegliwość poskarżyć, usłyszałby tylko śmiech.

Jest to bardzo dobry przykład. W ten sposób traktuje się w Bolszewii wszystkie 

dolegliwości,   wynikające   z   panowania   socjalistycznego   systemu.   „Ktoś   głoduje”   - 

„Niech zdycha” - ”Co to może kogo obchodzić”.

Nasz humanitaryzm - oparty na przekonaniu, że jeśli ktoś jest głodny, to reszta 

świata nie ma nic pilniejszego do roboty ani godniejszego uwagi, jak biec temu głodnemu 

smażyć jajecznicę - tam nie istnieje.

- Jesteś głodny, to zdychaj - wyjście znakomite! 

Czytałem   już   po   powrocie   referat   p.   Wierzbickiego   o   jego   wrażeniach   z 

Bolszewii. W słowach ostrożnych i może nieco bezbarwnych wypowiada on jednak to, 

co przede wszystkim cudzoziemca (umiejącego po rosyjsku) uderza i oszałamia w Bol-

szewii. Kult pracy, religijne nastawienie wobec pracy, histeria dla haseł pracy. Człowiek 

jest po to, aby pracować, pracować, pracować. Kiedy któryś przygodny współtowarzysz 

podróży   zapytał   mnie:   „co   się   Panu   najwięcej   u   nas   podoba?”   -   mogłem   zupełnie 

szczerze powiedzieć:

- To, że wszyscy mówią o robocie.

U nas w wagonie słychać rozmowy o Brześciu, o podwyżce, obcięciu płac, o 

background image

polityce, o ministrach, o Gdyni, plaży i gdzie kto pojedzie na wakacje. U nich - gdzie się 

jaka buduje fabryka.

Nasz   świat   jest   światem   wypoczynku,   światem   zabawy   w   politykę   i   tenis, 

światem   zjadania   chleba   i   kultury   -   ich   świat   to   świat   histerii,   okrzyków,   haseł   i 

szamotania się z pracą.

Podkreślam:   szamotania   się   z   pracą,   bo   podkreślając,   że   widziałem   kult 

histeryczny pracy, nie wierzę w rezultaty tej pracy.

Piatiletka,   użyjmy   tego   wyrazu,   pomimo   że   na   serio   o   „planie   pięcioletnim” 

mówić   nie   można,   jest   również   jednym   wyrazem   pogardy   dla   konsumenta   więcej. 

Wspomniałem już, że zadawałem z początku wszystkim jedno z tych naiwnych i głupich 

pytań, które każdy cudzoziemiec zadaje w Bolszewii dziesiątkami, dopóki nie zrozumie, 

że w tym świecie, stojącym na głowie, że wśród tego narodu, który zwariował, nie można 

zadawać  pytań  normalnych,  że brzmią  one jak owe:  „co krokodyl  jada na  obiad”, z 

rozkosznej bajki Kiplinga o słoniątku.

Pytałem   mianowicie   o   dysproporcję,   która   zachodzi   pomiędzy   „dostiżenjami” 

(osiągnięciami) piatiletki a tym stanem rynku.

Piatiletka wcale nie jest obliczona na konsumenta, jej celem bezpośrednim wcale 

nie jest zmniejszenie głodu towarowego w Rosji.

Piatiletka jest to uprzemysłowienie Rosji. Wiem o tym, że ma ona tradycje w 

historii cesarskiej Rosji. Wiem, że minister Wyszniewgradzki, poprzednik hr. Wittego na 

stanowisku ministra finansów, powiadał już: „nie dojedim, a wywiezieni” - czyli hasło, o 

które oskarżamy dziś bolszewików. Wiemy, że następcy p. Wyszniegradzkiego również 

gwałtownie popierali rodzimy przemysł i środki na popieranie tego przemysłu ściągali z 

podatków, które ciążyły na chłopach...  

Nichts neus!  

Wszystko to wydawało mi się b. 

ważne i istotne, gdy jechałem do Rosji. Teraz uśmiecham się do tego rodzaju myśli, jako 

właśnie   do   takich,   które   przy   omawianiu   problematów   bolszewickich   są   naukową 

ozdobą, a więc niepotrzebnym balastem.

Nacisk   w   piatiletce   czyniony   jest   na   ciężki   przemysł.   Bolszewia   chce   się 

przygotować, aby móc wytwarzać. Piatiletka ma jej dostarczyć nie towarów, lecz dopiero 

maszyny   i   fabryki   do   wytwarzania   towarów.   Lekki   przemysł   jest   traktowany   tylko 

pomocniczo.   On   również   w   pierwszym   rzędzie   nie   jest   obliczony   na   konsumenta. 

background image

Wyroby lekkiego przemysłu starają się bolszewicy wysłać jako eksport, aby za to dostać 

dolary, a za dolary maszyny. Taki jest schemat piatiletki.

Robotnik w Rosji nie może się uchylać od propagandy. Nie może zatkać uszu na 

politykę.   Przecież   odrywają   go   co   dzień   od   pracy,   aby   mieć   z   nim   obowiązkową 

pogadankę   na   aktualne   polityczne   tematy.   Nie   mówiąc   już   o   tym,   że   mu   się   ta 

propaganda pakuje w czaszkę z każdego kąta, z każdego domu na ulicy, z każdego rogu, 

na którym stoi głośnik radiowy. Jedną z metod, która odpowiada ogólnie panującej tam 

tendencji  do rozhisteryzowania  wszystkich  naokoło, jest tak zwana socjalistyczna  ry-

walizacja. Każdy z nas, kto był w wojsku, pamięta, jak to rywalizowały jeszcze w 1920 r. 

ze sobą 1. szwadron z 2. szwadronem, 3. pluton z 4. plutonem. Otóż bolszewicy zrobili z 

tego uczucia, które jest jednocześnie i kolektywne, i gromadne, i może być utylitarnie 

wyzyskane,   główną   podstawę   swej   metody   pracy.   Na   początku   roku   przedstawia   się 

robotnikom   plan   gospodarczy   do   akceptacji   i   przy   tym   prowokuje   się   różne   cechy 

robotników do rywalizacji „kto więcej”.

Ale tutaj kończy się to, co można uważać za wyrazy uznania dla bolszewików za 

to, że pracują.

W moim przekonaniu, czy bolszewicy istotnie pracują, czy tylko opowiadają, czy 

statystyki   ich   są   prawdziwe,   czy,   jak   mówił   Disraeli,   stanowią   tylko   jedną   z   form 

kłamstwa - jest rzeczą dosyć podrzędną. Moim zdaniem rezultatów ze swej pracy mieć 

nie będą.

Nie jestem ekonomistą i muszę się przyznać, że czasami sobie myślę, gdybym 

miał   brylantowy   talent   Shawa,   to   wyśmiewałbym   nie   doktorów   medycyny,   lecz 

ekonomistów. Ułożyłbym sztukę, w której ekonomiści zapowiadaliby właśnie to samo 

wszystko, co mówili przed wojną i po wojnie, i w tej sztuce te zapowiedzi uczonych 

ekonomistów sprawdzałyby się właśnie tak samo, jak się sprawdzały w rzeczywistości. 

Jako rezonera wprowadziłbym do tej sztuki jegomościa, który by twierdził, że ekonomia, 

mimo wielkich nazwisk i wielkiego autorytetu, którym się cieszy, jest jednak nauką w 

powijakach, znajduje się jeszcze w stadium, w którym medycyna była jakie dwieście lat 

temu. Oczywiście, trzeba mieć talent Shawa, aby takie rzeczy głośno wypowiadać. Zdaję 

sobie z tego sprawę i stąd moja warunkowa i opisowo tchórzliwa forma.

Rozumuję w sposób następujący: bolszewicy mają głód towarowy i twierdzą, że 

background image

pochodzi   to   z   tego,   że   przemysł   rosyjski   był   szczupły,   nie   może   obsłużyć   rynku 

wewnętrznego, a oni, bolszewicy, kupować towarów u świata kapitalistycznego nie chcą 

i nie mogą. W tym wszystkim, przypuśćmy na chwilę, że mają rację. Ale w takim razie, 

cóż z rolnictwem, cóż się dzieje ze środkami spożywczymi?

Przecież   Rosja   eksportowała   środki   spożywcze   i   jadła   dobrze.   Cyfry,   które 

bolszewicy rzucają w tej dziedzinie, są również olśniewające. „Sowchoz - gigant” jeden 

produkuje   106   milionów   pudów   zboża.   „Sowchoz   -   gigant”   jest   na   Kubaniu.   Więc 

dlaczego jest głód w Rosji?

Jak się dzieje, że w tej Rosji, na ulicy w Moskwie ktoś jeden sprzedaje kromkę 

chleba, że w Niżnim Nowogrodzie za funt chleba płaci się trzy ruble, że cała Rosja jest 

głodna, głodna, głodna, jak głodny pies. Rosja! ten kraj - stodoła globu naszego!

Albo postawmy pytanie jeszcze inaczej.

Podróż kolejowa. Bufet na stacji kolejowej. Pasażer dostanie tu talerz jakiejś buzy 

z zielska. U nas pies by tego nie kosztował. Idzie się za budynek stacyjny. Znajduje się 

tam włościanki.  Jedna ma  mleko,  druga jaja, trzecia  chleb, czwarta sadło. Za drogie 

pieniądze,   bo   każda   przyniosła   szmuglem,   bo   każda   może   sprzedać   tylko   tyle,   ile 

przyniosła  za   pazuchą   -  ale  cóż   za  różnica   z  tym,  co   potrafi   nam  dostarczyć  aparat 

państwowy.

Albo jeszcze inaczej.

Przecież   trzy   albo   nawet   dwa   lata   temu   był   Nep,   był   wolny   handel   i   było 

wszystko. Do tego stopnia wszystko, że to, co widzisz naokoło: buty towarzysza z prawej 

strony i suknia towarzyszki z lewej strony - to wszystko kupione było za czasów Nepu, 

dziś donaszane i dziś się odkupić nie da.

W   tym   zestawieniu,   że   system   socjalistyczny   nie   tylko   nie   daje   towarów 

przemysłowych, lecz i kawałka chleba, łyżki masła (masło w Moskwie należy do rzeczy 

najrzadszych, łatwiej, o! tysiąc razy łatwiej! o perfumy niż o masło), i w tym, że gdy 

tylko   system   socjalistyczny   się   cofnie,   to   wszystko   się   znajduje,   widzimy   nie   tylko 

eksperymentalne bankructwo socjalizmu, lecz i horoskopy dla wszystkich bolszewickich 

piatiletek.

Widać, świat jest tak zrobiony, że praca tylko wtedy popłaca, gdy człowiek ma z 

tego   korzyść,   gdy   kierownik,   inicjator,   przedsiębiorca   mają   z   tego   korzyść.   Każdy 

background image

spotkany   na   ulicy   robotnik   w   starszym   wieku   powiada   ci:   „kiedy   pracowałem   na 

choziaina (gospodarza), miałem wszystko, teraz jestem sam gospodarzem i nic nie mam”. 

Słyszałem to wiele razy na własne uszy.

Socjalistyczna rywalizacja i „stroitielstwo”, zapał, propaganda, robotnik, jaczejka, 

praca, praca i jeszcze raz praca, cały ten nastrój, który się wytwarza, to morfina. Widać, 

że korzyść ludzka, i to zwłaszcza korzyść  elementu kierującego pracą, jest dla pracy 

pożywieniem naturalnym. Rosja tego pożywienia naturalnego nie ma, odżywia się tylko 

morfiną. I dlatego i jej praca, i zwłaszcza pracy tej rezultaty mają cechy życia morfinisty.

Na zakończenie opowiem, jak wygląda ulica sowiecka. Wzdłuż domu kolejki, 

kolejki   i   kolejki   bez   końca,   i   do   wszystkiego.   Potem   reszta   trotuaru   i   część   bruku 

ulicznego zajęta zbitym, skondensowanym tłumem. Mrowie ludzi, rzesze ludzi, gęstwa 

ludzi. Chodnik i rynsztok w Moskwie pokryte są tłumem, chyba ze sto razy gęściejszym 

niż   w   Paryżu.   Natomiast   środkiem   ulicy   stosunek   jest   odwrotny.   Na   najbardziej 

ruchliwych ulicach wehikuły jeżdżą w odległości jakich dwustu metrów od siebie. Te 

odrapane,   zmiętoszone,   po   nędzarsku   ubrane   tłumy   koło   odrapanych,   niechlujnych 

domów.   Co   pewien   czas   fetor   nieludzki.   To   restauracja.   Gdy   przyjechałem   do 

Baranowicz, wydawało mi się, jakbym przyjechał do Biarritz. Właśnie takie zrobiło na 

mnie wrażenie to miasteczko, którego zawsze nie znosiłem. Wyglądało mi eleganckie, 

Żydzi na chodnikach wydali mi się być ubrani jak lordowie.

background image

LISZENIEC

O ile sobie przypominam, było to na styczniowej sesji Rady Ligi Narodów w roku 

bieżącym.  Posiedzenia  za  stołem,  postawionym   w  rodzaju oranżerii  koło  hotelu  Ligi 

Narodów, toczyły się jak zwykle nudno, sennie, monotonnie. Dziennikarze wałęsali się 

po wszystkich korytarzach. Wchodzę nagle do sali posiedzenia i słyszę krzyki, hałas. Co 

się stało? Kto zakłóca protokół i specjalny sznyt Ligi Narodów, polegający na tym, aby 

mówić w możliwie senny sposób. Jakiś pan wymachuje rękami. Zaczynam alarmować 

kolegów dziennikarzy. Była to sprawa o niewolnictwo Murzynów po dziś dzień istniejące 

w Liberii.

Scena ta, w której Liga Narodów tyle oburzenia okazała, gdy chodziło o istnienie 

niewolnictwa pod równikiem, i tyle serca dla Murzynów - przypomniała mi się, gdy w 

Bolszewii zaczynałem swe studia nad sprawą liszeńców.

Czy bolszewicki „liszeniec” to to samo co niewolnik? Nie! Ale to też nie to samo 

co   Murzyn.   Liszeńcami   w   Rosji   są   często   ludzie,   którzy   niegdyś   kupowali   obrazy 

cudzoziemskich   mistrzów,   których   pieściła   kultura   i   którzy   pieścili   kulturę,   którzy 

należeli   do   międzynarodowego   środowiska   intelektualistów   Europy.   W   wysiłkach 

intelektualnych   Europy   jest   część   ich   pracy,   pozostały   atomy   ich   mózgu   i   krwi. 

Intelektualiści europejscy na każdym zebraniu, kongresie powinni o nich myśleć jako o 

swoich kolegach.

Liszeniec to nie to samo co niewolnik - to lepiej albo też to gorzej - liszeniec to 

prawie dokładnie to co średniowieczny „wywołaniec”, „banita”. Nie można go sprzedać 

ani zastawić jak niewolnika w Liberii, lecz natomiast państwo pozbawia go możności 

zarobku na każdym kroku, możności pobierania nauki, możności wprost życia. Myślałem 

czasami,   że   gdy  po  raz   drugi   przyjdzie   pod  szklany  dach   genewskiej   Ligi   Narodów 

sprawa negrów w Liberii, czy nie powinienem z miejsc dziennikarskich krzyknąć na całe 

gardło ten jeden wyraz: „liszeniec”.

Liszeniec   nie   ma   prawa   uczestniczyć   w   żadnych   wyborach,   nie   głosuje   przy 

wyborach nawet „wiejskiego sowietu”, liszeniec i jego dzieci nie mają prawa znaleźć się 

w wyższym  zakładzie naukowym; gdy podrobi sobie dokumenty,  aby się tam dostać, 

zostaje   karany   kryminalnie;   liszeniec   nie   może   mieszkać   w   6   głównych   miastach 

background image

związku, jazda koleją liszeńcowi jest niezwykle utrudniona, dzieci liszeńca nie przyjmują 

do szkoły początkowej, bo tam jest zwykle komplet dzieci ludu pracującego, liszeniec nie 

może być członkiem żadnego związku pracującego, czyli nie dostanie żadnej pracy, czyli 

nie dostanie kartek na jedzenie.

Wreszcie nie można co prawda liszeńca zabić dla przyjemności na ulicy,  lecz 

można go pozwać przed sąd, a ponieważ sąd sądzi nie według suchej normy prawa, lecz 

według   dynamiki   rewolucyjnej,   to   prawie   w   każdym   sądzie   prawie   każdą   sprawę 

liszeniec przegra dlatego tylko, że jest liszeńcem.

Spotkałem się w czasie swej podróży z takim wypadkiem. „Biednota” zabrała 

chłopu - liszeńcowi (właścicielowi konia i dwóch krów) siano. Chłop nie miał czym 

karmić swych krów. Sędzia, rozpatrując sprawę według dynamiki rewolucyjnej, kazał 

liszeńcowi, aby oddał krowy swoim grabicielom, motywując to, że skoro nie ma on teraz 

siana, krowy mu są niepotrzebne, ponieważ i tak zdechną.

Drugi   przykład   cytuję   na   podstawie   wydawnictwa   sowieckiego   o   „prawnych 

formach małżeństwa”, gdzie ten przykład wskazany jest jako prawidłowe rozstrzygnięcie 

dla   orientowania   sędziów.   Para   starych,   bezdzietnych   chłopów   przyjęła   na   służbę 

dziewczynę 17 - letnią, którą „pokochali jak córkę”. Dziewczyna jednak po upływie pół 

roku chciała wyjść za mąż za człowieka, który się nie podobał staruszkom. Wymówili 

więc dziewczynie dom. Sędzia kazał tym staruszkom wydzielić dziewczynie część swego 

gruntu, taką, jakby była ich córką, jakkolwiek żadnego aktu „usynowienia” dziewczyny 

nikt ze starej pary nie popełnił. Wystarczyło, że sędzia stwierdził, że przez pół roku stara 

para   chłopska   „kochała”   dziewczynę   jak   córkę,   aby   dynamika   rewolucyjna   zaczęła 

pracować   u   niego   w   takim   kierunku.   Powtarzam,   iż   jest   to   przykład   wyjęty   z 

wydawnictwa urzędowego, objaśniającego sędziów, co mają robić w trudnych sprawach, 

i podany jako przykład do naśladowania.

Liszeniec jest poza prawem, liszeniec jest przedmiotem zemsty społecznej!

Ktoś mnie zapyta:  jakże żyje liszeniec, jeśli nie jest chłopem mającym  trochę 

gruntu, skoro nie może dostać pracy ani chleba?

Jak żyje? O popach żebrzących po cmentarzach, którym i tego teraz zabroniono, 

już wspominałem. Żebrze, ukrywa się, zmienia nazwisko i papiery, potem mu dowodzą, 

że jest liszeńcem, prowadzą do więzienia, wypuszczają, znowu żebrze i kryje się. Zresztą 

background image

to nie jest pytanie, które zdolne jest przyprzeć bolszewika do muru: „z czego ma żyć 

liszeniec?”   Wytłumaczy   ci   spokojnie,   że   Związek   Socjalistycznych   Republik   Rad 

bynajmniej  nie   po  to  istnieje,   aby  opiekować   się  losem  liszeńca,   wprost  przeciwnie, 

Związek Socjalistycznych Republik Rad istnieje po to, aby zlikwidować liszeńca.

Specjalnie mnie zdziwiła rozmowa, którą miałem z rektorem I Moskiewskiego 

Uniwersytetu, panem Kasatkinem.

Było  to jeszcze na początku mojego pobytu  w Rosji. W przeddzień wizyty  u 

rektora byłem na sztuce ilustrującej życie czerwonej studenterii. Okazuje się, że do tej 

studenterii wcisnął się pod cudzym nazwiskiem zakonspirowany,  udający bolszewika, 

jeden liszeniec. Który to z nich? Tego „czerwona studenteria” nie wie, lecz zaczyna 

organizować wywiad. Wreszcie ujawnia się, że tym liszeńcem jest najzdolniejszy z nich i 

robiący   największe   postępy   w   naukach,   asystent   katedry   -   Smoła.   Była   to   scena 

artystycznie   doskonała.   Odzywała   się   muzyka   i   na   scenie   potężne,   liczne   rzędy 

czerwonej studenterii zaczęły tworzyć koło, aby się zamknąć i złapać liszeńca. Liszeniec 

miotał się jak ryba w sieci, biegał po scenie, szukając wyjścia, jak mysz w pułapce. Lecz 

oto, przy dźwiękach wstrząsającej muzyki, koło czerwonej studenterii zacieśnia się coraz 

więcej i więcej, aż wreszcie chwyta go. Teraz nie ucieknie!

Pod wrażeniem tej silnej, bojowej sceny rozbestwiły się we mnie wszystkie niskie 

i podłe burżuazyjne instynkty. Zacząłem z dostojnym rektorem Kasatkinem dyskutować. 

Przecież   to   jest   niesprawiedliwe,   do   diabła   ciężkiego,   nawet   z   punktu   widzenia 

rewolucyjnego. Skąd syn ma odpowiadać za ojca? Skąd wiadomo, że syn liszeńca nie 

będzie komunistą pierwszej klasy? Jak można pozbawiać nauki dlatego, że jego ojciec 

jest   czy   był   bogatszym   chłopem?   Oto   wracam   z   Wielkiego   Muzeum   Rewolucji.   Ze 

statystyk   tam   ogłaszanych   wynika,   że   73%   politycznych   przestępców   byłoby   dziś 

liszeńcami. Rewolucję w Rosji zrobili liszeńcy. Kropotkin był nie tylko synem liszeńca, 

lecz   synem   księcia.   Sam   Włodzimierz   Ilicz   Uljanow   -   Lenin   -   był   szlachcicem, 

szlachcicem dziedzicznym i herbowym.

Wszystkich   tych   burżuazyjnych   bredni   słuchał   rektor   Kasatkin   zupełnie 

spokojnie, z uśmiechem ironicznym, aczkolwiek łagodnym. Potem objaśnił mnie, o co 

chodzi. Prowadzi się walkę socjalną. Walkę z niebywałym natężeniem. Walkę ze starymi 

klasami społecznymi na życie i śmierć. Nie można bawić się w sentymenty. Wychodzi 

background image

się z założenia, że rodzina, nastrój rodzinny, otoczenie oddziaływają na każdego. Tamci 

byli rewolucjonistami. Dobrze! Ale ci mogą nie być, są możliwości, że nie będą. Jeśli 

ktoś zerwał z rodziną i to jeszcze nie daje całkowitej pewności. Nawet - powiedział mi 

rektor Kasatkin - jeśli ktoś nie widział ojca i matki od trzeciego roku swego życia, to my, 

oczywiście, widzimy w tym okoliczność łagodzącą, grubą okoliczność łagodzącą, lecz i 

to nie daje nam pewności. Stoimy na stanowisku, że instynkty klasy ongiś posiadającej są 

groźne nawet wtedy, gdy udzielić się mogą tylko przez krew.

Na moje pytanie, czy zdarza się wyrzucanie studentów lub studentek z czwartego, 

powiedzmy,  roku uniwersytetu dlatego, że się wykryło, iż jest on lub ona dzieckiem 

kułaka, p. Kasatkin wzruszył ramionami i odpowiedział:

- Spłosz da riadom (ciągle).

Pan Kasatkin sam liszeńcem nie jest. Jest on z zawodu nauczycielem wiejskim. 

Teraz, jako rektor Moskiewskiego Uniwersytetu (najzasobniejszej w chwałę i tradycję 

uczelni rosyjskiej), nie ma żadnych kłopotów z autonomią uniwersytecką, gdyż takowa w 

Bolszewii   nie   istnieje.   Profesorów   i   docentów   wyznacza   sam   pan   Kasatkin   i   muszę 

przyznać, że nie wniosłem wrażenia, aby miał jakiekolwiek wątpliwości co do trafności 

swej   oceny   naukowej   w  dziedzinie   wszystkich   fakultetów.   Objaśnił   mnie   jednak,   że 

wśród   profesury   świadomych   komunistów   jest   na   niektórych   fakultetach   tylko   5%. 

Odsetek   ten   podwyższa   się   wśród   dyscyplin   naukowych   związanych   z 

„politgramotnymi” naukami, jak np. socjologia, literatura itd.

Teraz przychodzi pytanie: kto jest liszeńcem?

Pasjonowałem   się   do   sprawy   liszeńców   w   pierwszych   tygodniach   mego   w 

Bolszewii pobytu. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że szukanie „normy jurydycznej” w 

tym państwie jest absolutnie tym samym co w Polsce szukanie wiatru w polu.

Konstytucje   republik   sowieckich   na   pytanie,   kto   jest   liszeńcem,   odpowiadają 

jedno, instrukcje  wyborcze,   również  wydane   jako  podręczniki   oficjalne,  formułują   tę 

sprawę inaczej, w praktyce miałem sposobność stwierdzenia jeszcze czego innego. W 

Moskwie  spotyka  się biura  poświęcone  „przywróceniu  praw”  liszeńcom,  to są biura, 

gdzie liszeniec się zwraca, aby się ze swej banicji oczyścić, jak to można powiedzieć 

językiem Volumina Legum - aby dowieść, że naprawdę liszeńcem nie jest.

„Podstawowymi” - że się tak wyrażę - liszeńcami są: 1) duchowni wszystkich 

background image

wyznań,   2)   ludzie,   którzy   mieli   do   czynienia   z   procesami   politycznymi   za   czasów 

cesarskich, 3) ludzie, którzy eksploatowali pracę najemnika. Na tym tle, jak na kanwie, 

wyszywa się wszystkie możliwości, czasami jaskrawo ze sobą sprzeczne. B. żandarm jest 

oczywistym liszeńcem, chyba że dziś służy w GPU. Inżynier, który pracuje w przemyśle 

sowieckim,   chociażby   kiedyś   był   dyrektorem   fabryki   i   akcjonariuszem,   nie   jest 

liszeńcem. Chłop, który kiedyś najął parobka do pomocy, jest liszeńcem. Każdy obywatel 

ziemski powinien być liszeńcem i jest nim, to nie przeszkadza jednak, że wybitnymi 

bolszewikami na wybitnych urzędach są: jeden polski hrabia, b. właściciel dużych dóbr, i 

jeden polski baron. Nie powiem też, aby w sprawie, kto jest liszeńcem, a kto nim nie jest, 

decydowało   widzimisię   komisarzy.   Jestem   zawsze   przeciwnikiem   upraszczania   sobie 

poglądów - czyniłbym to, gdybym był mówcą wiecowym. Decyduje tu nie widzimisię, 

lecz napięcie i kierunek walki, napięcie i kierunek agitacji bolszewickiej w danej chwili. 

Ten, kto dwa lata temu był  oczywistym  liszeńcem,  może dziś za takiego uznany nie 

będzie, gdyby sprawa jego była otwarta, i na odwrót. Gdy to piszę, ostrze walki zwraca 

się   przeciwko   popom,   mułłom   i   kułakom.   Toteż   każdy   chłop,   który   nie   idzie   do 

kołchozu, a do którego można się przyczepić o cokolwiek, będzie liszeńcem, o ile w 

danej   wsi   bogatszych   nie   ma.   Instytucja   liszeńców   ma   więc   dwojaki   charakter   - 

defensywny i ofensywny.  Defensywny,  bo jest to ścieranie z powierzchni ziemi, a w 

każdym   razie   gniecenie,   ekonomiczne   dławienie,   duszenie   klas   społecznych   podej-

rzanych o nieprzychylny stosunek do Rosji sowieckiej. Jest to duszenie klas mogących 

stać się bazą kontrrewolucji. Ofensywny, albowiem instytucja liszeńców jest, czym na 

ćwiczeniach strzeleckich jest papierowy cel. Dzień codzienny w Bolszewii potrzebuje 

podniety, potrzebuje morfiny politycznej. Liszeńcy są instytucją, na której wyładowuje 

się temperament rewolucyjny.

To   samo,   a   nawet   w   większym   stopniu   da   się   powiedzieć   o   „wrieditielach”. 

Wrieditiel jest to człowiek oskarżony o sabotaż pracy sowieckiej. Znamy wielkie procesy 

wrieditielej, znamy proces Szachtiński, proces Ramzina i tow. itd. Z tego wszystkiego, co 

słyszałem, bolszewicy niesłychanie przesadzają winy wrieditielej. Wreditiel w więzieniu 

podpisuje skruchę i tam również przypisuje sobie przestępstwa, których nie popełnił - tą 

drogą unika kary śmierci bez sądu. Gdyby wrieditelstwo istniało w kraju, który by się 

burzył   protestami   politycznymi,   akcją   terrorystyczną,   w   kraju,   w   którym   organizacja 

background image

polityczna pulsowałaby w każdym podziemiu, uwierzyłbym w to chętnie. Ale w Rosji 

mamy   obraz   zupełnie   inny.   Akcja   kontrrewolucyjna   daje   o   sobie   znać   w   sposób 

minimalny. Mamy ogromną niechęć do władzy, 70 - 80% całego społeczeństwa, całego 

narodu,  żywi  do Sowietów  wyraźną,  otwartą,  rozpaczliwą  nienawiść, lecz  nienawiść, 

która nie umie i nie może się przetworzyć w żadną planową akcję, nienawiść bezsilną. Na 

tym  tle wrieditel?  Tłumaczę  to sobie inaczej  niż bolszewicy.  Uważam socjalistyczny 

system gospodarczy za idiotyzm. Jak on wygląda w praktyce, opisywałem powyżej. Ale 

bolszewicy nie mogą tłumaczyć tłumom, że głód, nędza, brak wszystkiego, katastrofy 

powstają dlatego, że ich system gospodarczy jest idiotyzmem. Więc coś należy znaleźć 

takiego,   aby   tłumom   wytłumaczyć,   dlaczego   są   katastrofy   na   każdym   kroku.   I   oto 

najłatwiejsze, najprzystępniejsze, sytnplicystyczne, tak łatwo trafiające do przekonania 

tłumaczenie: wrieditiel. Są ludzie nienawidzący Sowietów, którzy umyślnie wywołują 

katastrofy. Tłum w to wierzy, momentalnie wierzy. Byłem na takim filmie: 

Zwrotniczy 

jest   winien.  

Była   katastrofa   pociągu,   której   winę   zwala   administracja   kolejowa   na 

zwrotniczego, a naprawdę jest winien naczelnik stacji, dawny urzędnik, któremu gdy 

mówią  „Leningrad”  - to on w myśli  poprawia na „Pietrograd”, a potem na „Sankt - 

Petersburg” i widzi w zjawie siebie w cesarskim mundurze, widzi trotuar elegancki i 

dziewczynki.   W   ten   sposób   agitacja   bolszewicka   znajduje   wytłumaczenie,   dlaczego 

system   gospodarczy   zawala   się   raz   po   raz   w   katastrofach,   i   w  ten   sposób   egzaltuje 

podejrzliwość mas. Robespierre mawiał: „podejrzliwość w polityce jest tym samym co 

zazdrość w miłości - nigdy jej nie jest za mało”. Rosja od dziesięciu lat żyje, rodzi się i 

umiera   w   krwawej,   podejrzliwej,   złej   ekstazie   roku   rewolucji   1793,   tego   „roku 

strasznego”.

background image

ODPOWIADAM NA DRUGIE PYTANIE

Teraz dopiero, po narzuceniu jako tła życia rosyjskiego, mogę się pokusić o to, 

czy   czytelnik   zrozumiał   moją   odpowiedź   na   drugie   pytanie,   które   wyjeżdżając   do 

Bolszewii sobie zadałem.

Jak sobie czytelnik przypomni, brzmiało ono:

Czy   w   walce   pomiędzy   rosyjsko   -   bolszewickim   centralizmem   a   siłami 

decentralistyczno - nacjonalistycznymi zwycięży pierwszy czy drugie?

Powtarzam to pytanie tak, jak je sobie sformułowałem przed wyjazdem do Rosji.

Pytanie to jest z gruntu postawione fałszywie.

Przede wszystkim nie ma w Bolszewii rosyjskiego, bolszewickiego centralizmu, 

lecz   jest   tylko   bolszewicki   centralizm.   Wyrazy:   „poskrobcie   bolszewika,   znajdziecie 

rosyjskiego szowinistę” - dziś już rzeczywistości nie odpowiadają.

To   drugie,   walka,   toczy   się   nie   między   bolszewickim   centralizmem   a   siłami 

miejscowymi,  nacjonalistycznymi,  lecz w 90% Moskwa narzuca prowincjom odrębny 

język, co się spotyka ze sprzeciwem miejscowego społeczeństwa. Daleko większe jest 

napięcie miejscowych społeczeństw (w Kijowie, Charkowie, Mińsku Lit. etc) przeciw 

przymusowej ukrainizacji i białorutenizacji niż drobniutkie, słabiutkie objawy ruchów 

nacjonalistycznych   w   tych   prowincjach,   które   nigdzie   nie   nabierają   charakteru 

masowego.

Po  trzecie,  mniej  więcej   mają   rację  bolszewicy,   twierdząc,   że  prześladują   nie 

nacjonalistów   ukraińskich   czy   białoruskich   (tych   ostatnich   szukać   trzeba   przez 

mikroskop),   lecz   prześladują   kontrrewolucję.   Oczywiście,   rację   mają   z   pewnymi 

zastrzeżeniami. W Bolszewii uczucie narodowe w ogóle jest wzbronione, każde więc 

posiadanie   czy   ujawnianie   uczucia   narodowego   jest   już   z   punktu   działaniem 

antybolszewickim.   Więc   bolszewicy   fałszują   prawdę,   gdy   mówią,   że   nie   prześladują 

nacjonalizmów, lecz mają rację, gdy twierdzą, że nacjonalizm ukraiński prześladują jako 

objaw kontrrewolucji. W każdym jednak razie najwięcej, najostrzej prześladuje się, gnębi 

i katuje właśnie patriotyzm rosyjski, patriotyzm wielkorosyjski.

Każde uczucie  narodowe jest prześladowane, każdy patriotyzm  gnębiony,  lecz 

żaden język. Każdy powinien dostać szkołę w swoim języku rodzinnym, z wyjątkiem 

background image

Rosjan. Jeśli mieszkam w Kijowie i jestem Ukraińcem, Polakiem lub Niemcem, to dla 

dziecka otrzymam szkołę w języku rodzinnym. Jeśli jestem Rosjaninem, to wywierana 

jest na mnie duża presja, abym dziecko oddał do szkoły ukraińskiej.

To samo się dzieje w każdej narodowej republice, nie tylko związkowej, lecz 

autonomicznej, lecz nawet w autonomicznym okręgu (obłasti). Z początkiem przyszłego 

roku szkolnego (1931 - 1932) uniwersytet w Kazaniu będzie statarszczony. Większość 

szkół   jest   statarszczona,   w   tym   roku   będzie   ich   jeszcze   więcej.   Jechałem   z   takim 

nauczycielem   jednej   ze   szkół.   Był   zrozpaczony!   Miał   się   uczyć   po   tatarsku,   choć 

dotychczas nie umiał ani słowa, od lat 20 mieszkając w Kazaniu.

Trzeba   też   wiedzieć,   że   wszystkie   narody,   począwszy   od   Tatarów,   otrzymały 

nowe alfabety. Tatarzy i inne narody miały swoje alfabety, lecz większość narodzików, z 

których niektóre liczą po kilkanaście tysięcy, alfabetów nie miały. Te wszystkie dla nich 

skonstruowane alfabety są to alfabety łacińskie!

Z   tego   powodu   zadałem   jednemu   bolszewikowi,   figurze   odpowiedzialnej   w 

sprawach narodowościowych, takie pytanie:

- Bolszewicy przecież nie popierają uczucia odrębności narodowej, przeciwnie, 

raczej je zwalczają w myśl haseł międzynarodowych. Dawanie nauki dziecku w jego 

języku wynika nie z uznania potrzeby kultywowania odrębności narodowej, lecz z chęci 

ułatwienia człowiekowi ciemnemu pobierania nauki w ogóle, jak to lapidarnie powiedział 

Lenin: „każdemu jest łatwiej czytać w języku własnym niż cudzym”. Wobec tego nie ro-

zumiem,   dlaczegoście,   Panowie,   wprowadzili   właśnie   łaciński   alfabet?   Przecież   ten 

człowiek ze stepów Azji czy z dalekiej Północy jest obywatelem sowieckim? Centrum 

Sowietów mieści się w Moskwie. Należy przypuszczać, że zetknie się on w dalszym 

swoim życiu z językiem rosyjskim, czyli będzie musiał uczyć się alfabetu rosyjskiego, 

czyli że będzie musiał uczyć się dwóch alfabetów zamiast jednego. Przecież będzie go to 

obciążać, utrudniać mu naukę. Dlaczego więc Panowie, wprowadzając, wymyślając dla 

tych ludów alfabety, nie dali im alfabetu rosyjskiego?

Na to wszystko usłyszałem:

-   Odpowiem   na   to   pytanie   również   pytaniem:   czy   sądzi   Pan,   że   my   długo 

będziemy używali naszego alfabetu rosyjskiego? Musiał Pan słyszeć, że mówiono już u 

nas o latynizacji alfabetu rosyjskiego i niewątpliwie to w krótkim czasie nastąpi.

background image

Kijów   jest   miastem   szczerze   rosyjskim.   Chodziłem   tam   dwa   dni   po   ulicach, 

przysłuchiwałem się, nie słyszałem ani razu mowy ukraińskiej. Byłem w dwóch teatrach 

ukraińskich. Nikomu nie przyszło do głowy zwrócić się do mnie inaczej jak po rosyjsku. 

Natomiast z łatwością zebrano dla mnie kilku literatów ukraińskich. Mam wrażenie, że z 

Ukraińcami w Kijowie jest tak jak z Litwinami w Wilnie - jeśli kto bardzo chce, może 

ich   zawsze   kilku   w  jednym   pokoju   zebrać,   ale   usłyszeć   język   ukraiński   na   ulicy   w 

Kijowie jest prawie tak trudno jak litewski w Wilnie!

Natomiast wszystkie urzędy funkcjonują po ukraińsku, objaśnienia w muzeach i 

b. cerkwiach dawane są przez agitatorów przeważnie po ukraińsku, wreszcie szyldy są po 

ukraińsku. Stoi kiosk z gazetami rosyjskimi, kilka gazet ukraińskich leży na boku. Szyld 

nad kioskiem wyłącznie po ukraińsku.

Znacznie częściej słychać na ulicy w Kijowie język polski niż ukraiński. Istnieje 

tam   zresztą   instytut   polskiej   kultury,   czyli   coś   w   rodzaju   akademii   polskiej,   polskie 

pedagogiczne technikum, dwie kolosalne szkoły polskie, polski wydział na fakultecie 

medycznym,   polski   wydział   przy   instytucie   dramatycznym.   Mapy   narodowościowe 

rozwieszone w muzeach etnograficznych gęsto są zamazane kolorem, wskazującym na 

scałkowaną ludność polską, zamieszkującą spore obszary wsi ukraińskiej. W Kijowie 

teatr polski posiada trupę z 70 aktorów i salę teatralną większa aniżeli reprezentacyjny 

teatr ukraiński. A jakiż cudny jest ten Kijów - jedno z najpiękniejszych miast na świecie! 

Wtedy,   kiedy   byłem,   Dniepr   rozlał   szeroko!   Przepiękny   widok   na   miasto,   na   tego 

„królewicza w płaszczu ze złota  - zieleni”,  otwierał  się z pagórków, na których  stoi 

natchniony święty Włodzimierz, któremu parszywi bolszewicy wetknęli radiowy głośnik 

pod pachę. Cały Kijów oddychał powietrzem Dniepru i pachnął czeremchą. Wszystko 

było przepojone zapachem czeremchy. Wdychałem czeremchę i... przestawałem zupełnie 

rozumieć profesora Strońskiego!

Przeciwko   przymusowej   ukrainizacji   ludności   rosyjskiej,   zamieszkałej   na 

terytorium   Ukrainy,   podnoszą   się   głosy   protestu   wśród   samych   bolszewików.   Są 

„towarzysze”, którzy twierdzą: „Bardzo pięknie, włościanin jest tu ukraiński, lecz przecie 

poza włościaninem jest tu proletariat, proletariat rosyjski, któremu jest trudno przyswajać 

sobie język, którym nigdy nie mówił. Uwzględnijcie słuszne potrzeby włościanina, lecz 

również w dostatecznej mierze potrzeby rosyjskiego proletariatu w szkole, w urzędach, 

background image

nie   forsujcie   ukrainizacji   tam,   gdzie   ona   nie   ma   podstaw,   gdzie   nie   ma   ludności 

ukraińskiej.

Tak przemawiają przedstawiciele „lewego odchylenia”, tak przemawiają Żydzi - 

trockiści.   Żydzi   są   obrońcami   języka   rosyjskiego   na   terenach   wariackich   polityk 

narodowościowych Związku!

Tego   rodzaju   przemówienia   i   rozumowania   zwalcza   się   jak   przemówienia 

trockistów.   W   ogóle   na   całym   terenie   Związku,   w   „profsojuzach”   (związkach 

zawodowych)   i   wszędzie   najwięcej   intensywności   okazują   bolszewickie   koła 

kierownicze   w   zwalczaniu   bynajmniej   nie   jakichś   niezaspokojonych   pretensji   naro-

dowościowych,   jak   się   to   nam   powszechnie   zdaje,   lecz   odruchów   zniecierpliwienia 

ludności rosyjskiej, której na Kubaniu każą mówić po ukraińsku, w Kazaniu po tatarsku, 

w Mińsku Litewskim, Orszy, Mohylewie, Witebsku, Połocku - po białorusku.

Wyjeżdżałem do Bolszewii z gotową teorią, dla której chciałem znaleźć tylko na 

miejscu potwierdzenie i argumenty. Byłem pewny, że tak jak dla Piłsudskiego, Sławka w 

czasach   ich   walki   z   caratem   socjalizm   był   tylko   młotem,   tylko   instrumentem   dla 

wywalczenia niepodległości polskiej, tak antybolszewizm będzie dziś użyty przez siły 

nacjonalistyczne dla rozsadzenia Rosji. Pamiętam, jak wyjeżdżając do Rosji, jeszcze na 

stopniach wagonu twierdziłem, że klucz strategiczny dla przyszłości Rosji to Ukraina; 

jeśli uzyska ona samodzielność - Rosja pęknie, jeśli uda się bolszewikom utrzymać ją w 

ryzie   -   z   łatwością   dadzą   oni   sobie   radę   z   innymi   narodowościami.   Temu   całemu 

rozumowaniu nic nielogicznego nie można było zarzucić, a jakież ono było błędne, jakie 

fałszywe, jakie sprzeczne z rzeczywistością! Nie antybolszewizm jest instrumentem dla 

ruchów   narodowościowych,   lecz   ruchy   narodowościowe   pasożytują   na 

antybolszewizmie.   Chodzi   o   to,   że   większość   społeczeństwa   w   imperium   nie   chce 

bolszewików - czego jednak chce, nie wie samo. Napięcie negatywne w najmniejszej 

mierze nie odpowiada jakimkolwiek ujęciom konstruktywnym.  Ruch nacjonalistyczny 

ukraiński znajduje odzew, ponieważ jest antybolszewicki. Znajduje więc sympatie proces 

Jefremowa i towarzyszy, którym się zresztą prawdopodobnie fałszywie zarzuca knowania 

z niemieckim konsulatem i którym na pewno fałszywie się zarzuca kontakty z Polską, i 

którzy się do tych win nie popełnionych w swoich uroczystych skruchach przyznają. Ale 

to nie znaczy, że każdy poważny antybolszewicki ruch w ogólnorosyjskiej skali, a więc 

background image

centralistyczny, a więc imperialny, nie znajdzie w Kijowie, Charkowie, Odessie, Mińsku 

sto razy więcej odzewu i sympatii, wzbudzi dziesięć i sto razy więcej nadziei.

Pozostaje   jeszcze   tylko   jedno   pytanie,   skąd   wziął   się   taki   naród,   jak 

wielkorosyjski,   który   niewątpliwie   panując   na   całym   obszarze   imperium,   jako   siła 

dominująca, nie z tytułu tradycji i nie tylko jako sukcesor zwycięstw carów i carowych, 

lecz jako rzeczywista dominująca siła - wytęża swe siły, aby własne panowanie okroić, 

aby   obszar   panowania   samego   języka   sztucznie   zwęzić,   aby   innym   narodom   i 

narodzikom na pewnych terenach przewagę zapewnić?

Można sobie tłumaczyć dwojako to zjawisko: mistycznie lub realistycznie.

Mistycznie można sobie powiedzieć, że jest to jednak jedna z form imperializmu 

tego narodu wielkorosyjskiego. Protegując nacjonalizmy, a odbierając im treść tego, co 

się w każdym poczuciu narodowym mieści, łączy te wszystkie narody i narodziki w jeden 

solidarny   pierścień   naokoło   Moskwy   dla   zapewnienia   Moskwie   pierwszorzędnej   roli 

globalnej.

Zbyt to jednak mistyczne, zbyt skomplikowane. Realistyczne tłumaczenie będzie 

inne. Patriotyzm jest to idea, która przeciwstawia się bolszewizmowi. Patriotyzm jest to 

nie tylko idea - to siła. Nie pójdę do tłumaczenia tych dziwacznych zjawisk w Rosji przez 

powoływanie   się   na   to,   że   dyktatorem   Rosji   jest   Gruzin   i   że   mamy   tak   wielu 

obcoplemieńców   i   Żydów   wśród   rządców   tego   nieszczęsnego   narodu.   Unikam 

tłumaczeń,   które   zbyt   wielu   osobom   wydadzą   się   przekonywające   i   trafne.   Wolę 

tłumaczyć   sobie,   że   uważając   patriotyzm   jako   siłę   -   ideę   najbardziej   sobie   wrogą, 

bolszewicy najwięcej muszą się obawiać patriotyzmu wielkorosyjskiego, jako że naród 

wielkorosyjski   jest   nie   tylko   najliczniejszy,   lecz   i   najzdolniejszy,   najbardziej 

utalentowany, jakościowo najsilniejszy.

To, co kiedyś głosili „smienowiechowcy”, że przecież Bolszewią Bolszewią, ale 

jest Rosja w tej Bolszewii i pracując dla Bolszewii, pracuje się tym samym dla Rosji - to 

hasło   niegdyś   przez   komunistów   tolerowane   i   nawet   mile   widziane,   teraz   to   hasło 

uważane   jest   jako   najwięcej   godne   zwalczania,   jako   wróg   bezpośredni, 

najbezpośredniejszy. Obok religii i kułaków dziś prześladuje się w Bolszewii patriotyzm 

rosyjski i w tej akcji nie przebiera się w środkach. Na pewno jednak nie stoimy na ostat-

nim etapie tej walki.

background image

Uzupełnieniem rozważań powyżej wypowiedzianych będzie to, co napiszę o Azji 

w Bolszewii. Rozumiem doskonale, że w tym, co powiedziałem, rozmijam się radykalnie 

z przekonaniami, które są nam miłe i które, jak każda banalność, mają ułatwioną obronę 

swego stanu posiadania.

background image

LAUDETUR IEZUS CHRISTUS

W Szkole imienia Nansena w Moskwie rozmawiałem z dwoma uczniami klasy 

siódmej, reprezentującymi samorząd uczniów w szkole.

- Co zrobicie, jeśli jakiś wasz kolega okradnie kogoś z klasy?

Rozgarnięty   młody   bolszewik   rozszczepia   logicznie   ten   casus   na   sześć 

możliwości. Tłumaczy mi procedurę, jak to będzie rozpatrywane przez komitet klasy, jak 

pójdzie na komitet szkolny, jak wreszcie decyzja uczniów będzie musiała uzyskać zgodę 

kierownictwa  szkoły.  Przewiduje wszystkie  okoliczności  łagodzące, które mogą  zajść 

wobec kolegi, który by popełnił kradzież. Ujawnia stosunek do faktu raczej humanitarny, 

litościwy.

- A co zrobicie, jeśli się okaże, że jeden z waszych kolegów był w cerkwi na 

nabożeństwie i śpiewał razem z chórem?

Chłopiec odpowiada kategorycznie:

- O, dla takiego nie ma miejsca między nami!

Procedura   wyrzucenia   takiego   chłopca   byłaby   o   wiele   uproszczona.   Sprawa 

poszłaby zaraz na komitet szkolny. Na moje naleganie, że przecież i w tym przestępstwie 

mogą być jakieś motywy łagodzące, chłopiec zgadza się, że chyba jeśli ktoś to zrobił dla 

zarobku, z ostatniej nędzy. „Lecz, jeśli się okaże, że cały czas nas oszukiwał, że udawał, 

iż jest naszych przekonań, a naprawdę był to człowiek religijny - wtedy, oczywiście, 

zostanie wydalony ze szkoły”.

Niezwykłe wzruszenie ogarnia człowieka na nabożeństwie w kościele. Czuje się 

tu, że każdy przychodzący na nabożeństwo spełnia akt odwagi, naraża siebie i swoich. 

Oto idzie jakiś stary, bardzo stary pan o lasce, w futrze z pysznym niegdyś bobrowym 

kołnierzem. Dziś futro jest wyliniałe, staremu panu trzęsą się wargi. Oto schodzą się 

kobieciny, mają ze sobą gazetę bolszewicką „Prawdę”, rozwijają tę „Prawdę”, wyjmują 

stamtąd książkę do nabożeństwa, w jakimś naiwnym, dawnym wydaniu z XIX w. Kto 

chce doznać prawdziwie rzewnych i prawdziwie podniosłych wrażeń, niech przyjedzie 

do   Moskwy,   niech   tutaj   pomodli   się   na   mszy   świętej,   o   ileż   bardziej   podniosłej   i 

wzruszającej, ileż bardziej katolickiej niż najwspanialsza ceremonia w bazylice świętego 

Piotra w Rzymie. Ludzie tu przychodzą, narażając wszystko, za ścianami tego kościółka 

background image

panuje przemoc, terror i cała ogromna  siła olbrzymiego  państwa, zwrócona cała  swą 

nienawiścią przeciwko modlitwom, szeptanym w tym kościółku. I modlitwy te wydają 

się   świętsze   niż   gdzie   indziej   i   każdy   sakrament   w   tym   kościele,   w   jego   ubóstwie, 

strachu, grozie, wydaje się być jakiś inny, i aż straszno pomyśleć o tym, który by złamał 

ślub   czy   przysięgę   tu,   w   tych   świętych,   świętych,   po   trzykroć   świętych,   biednych 

ścianach złożoną.

W Petersburgu funkcjonuje osiem kościołów, lecz jest tylko trzech księży. Każdy 

kościół   stanowi   prywatną   własność   państwa.   Może   być   wydzierżawiony   tylko   20 

osobom, które podpiszą, że biorą odpowiedzialność za budynek. Wynika stąd, że wśród 

polskiej ludności Petersburga jest 160 bohaterów! Jednym ze środków represji jest ciągłe 

żądanie remontów i odnawiań kościoła. Kościół św. Katarzyny w Petersburgu jest ciągle 

przymusowo odnawiany. Leżą tam zwłoki naszego króla - może złego, może winnego, 

może ukaranego bardziej, niż zasłużył. Ale złe są dzieci, które nie grzebią i nie pamiętają 

o grobach nawet złych ojców. Sprowadzamy i odbieramy od Moskali skarby sztuki, które 

Stanisław August zbierał, sprowadzamy je na Zamek, do Łazienek, pałaców, które on 

przyozdabiał, budował, gdzie swoją duszę artystyczną włożył. Na jego grobie widzi się 

on już jako stary, stary pan, jak ten, co przychodzi na nabożeństwo w starym futrze. 

Rzeczy jego z Rosji wyjechały do Polski z powrotem - on został. Panie Prezydencie 

Rzeczypospolitej...   tam   w   Petersburgu   na   podłodze   jest   taki   napis   łaciński:  

Rex   et 

Magnus Dux.

Wymagając   tych   remontów   i   odnawiań,   rząd   sowiecki   nie   daje   jednocześnie 

materiału. Przy tym nadzwyczajnym braku opału, który panuje w zimie w Petersburgu, 

wymaga się, aby było w nich ciepło. Jednocześnie na planach Petersburga, które jeszcze 

z czasów Nepu wiszą w klubach petersburskich, szynki, cerkwie i kościoły pomalowane 

są czarną farbą, jako czynniki rozkładu, obok klubów, szkół i domów kultury, które są 

pomalowane   na   czerwono,   przyszłościowym   kolorem.   Księży   strasznie   brak   w 

Bolszewii. Nowych księży nie można wyświęcać, nauka religii zakazana. Na Białorusi 

specjalnie   brak   księży.   Zdarzały   się   tam   ciężkie   wypadki   odstępstwa...   No!   ale   w 

porównaniu   -   nie,   nie,   porównywać   nie   będziemy,   wytłumaczę   później,   dlaczego 

porównywać nie będziemy. Jeśli są jakieś nieliczne smutne fakty upadku w tej strasznej 

walce ze straszną przemocą, która się tam toczy,  to iluż bohaterów, iluż świetlanych 

background image

postaci! Ksiądz Biskup Małecki. Bohater. Będzie niewątpliwie kanonizowany,  będzie 

świętym.   Starzec,   wypuszczony   z   więzienia,   w   którym   siedział   ze   śp.   arcybiskupem 

Cieplakiem   i   śp.   zamordowanym   ks.   Budkiewiczem,   mógł   wyjechać   razem   z 

arcybiskupem do Polski. Odmówił. Pozostał w swej męczeńskiej glorii. Niegdyś patriota 

polski, oświadczył, że jest sowieckim obywatelem, pozostał z tymi najnieszczęśliwszymi 

pod   każdym   względem,   którzy   w   Petersburgu   mieszkają.   Co   więcej.   Z   dumą,   z 

godnością, z wielkością duszy - której nigdzie, prócz na tym terytorium terroru, spotkać 

nie można - pozostał jako lojalny obywatel sowiecki. Do polityki się nie wtrącał - to nie 

jest rzecz kapłana - twierdził. Jego działaniem wielkim, jego posłannictwem świętym, 

było   nieść   pociechę   religijną   spragnionym,   odpędzać   czarne   zwątpienia   od   słabych 

duchem, dawać otuchę, pociechę, słodycz wiary katolickiej. Kilka miesięcy temu bol-

szewicy Biskupa  Małeckiego   aresztowali   - wywieźli,  absolutnie  nie  wiadomo  dokąd. 

Nikt nie potrafił mi wskazać na jakąkolwiek winę, którą by ksiądz biskup wobec władzy 

sowieckiej   popełnił.   Przeciwnie   -   wszyscy   twierdzili,   że   jego   działalność   cechowała 

całkowita wobec władzy sowieckiej poprawność. Bolszewicy aresztowali go bez winy i 

bez pretekstu, czego zwykle nie robią. Nie wiadomo, czy żyje. Liga Narodów opiekuje 

się Murzynami w Liberii.

Nasze   poselstwa   i   konsulaty   nie   mają   najmniejszego   kontaktu   z   kościołami   i 

księżmi,   chociaż   nigdy   bardziej   katolicyzm   i   polskość   nie   były   łączone   ściślej. 

Stanowisko   naszej   dyplomacji   jest   słuszne   i   sami   księża   odrzuciliby   jakiekolwiek 

kontakty, gdyby komuś przyszło do głowy to zaproponować. Nasze poselstwo ogranicza 

się do bywania na mszy. Minister Patek klęczy w prezbiterium każdą sumę niedzielną. W 

ogóle nie wyobrażam sobie człowieka, który by w Rosji opuścił mszę w niedzielę. Raz, 

zamiast   do   polskiego   kościoła,   poszedłem   do   francuskiego.   Mimo   księdza   z   brodą 

zastałem w kościele, poza dyplomatami, wyłącznie polską publiczność. Przed kościołem 

stał   samochód   z   królewsko   -   włoskimi   barwami   i   dwa   auta   z   kolorami   Republiki 

Francuskiej.   Panie   z   ambasady   francuskiej   klęczały   pobożnie,   obok   pań   z   ambasady 

italskiej.

Powiedziałem, że „nie będziemy porównywać”. Nie potrzebujemy porównywać, 

bo i tak każdy prawosławny, każdy bolszewik i każdy inny człowiek w Rosji twierdzi, że 

nasz   Kościół   stoi   co   do   spoistości   swoich   księży   i   swoich   wiernych   poza   wszelkim 

background image

porównaniem z innymi wyznaniami. Ale dlatego, żeby wytłumaczyć, dlaczego nie chcę 

porównywać, muszę zrobić rzecz, której się zwykle w artykułach nie robi - coś w rodzaju 

spowiedzi   z   czegoś,   co   zrobiłem,   a  co   mnie   przejęło   później   wstrętem   do  własnego 

zachowania   się.   Spotkałem   raz   duchownego   prawosławnego,   proszącego   o   jałmużnę. 

Dając mu trochę bezwartościowych rubli sowieckich, których kurs oficjalny jest dolar za 

2 ruble, które ja jednak kupowałem w Warszawie po 3 zł 65 gr dziesiątek, powiedziałem 

po polsku „proszę”. Pop podniósł na mnie oczy.

Zrozumiałem, że nie jest to czas wypominania w jakiejkolwiek formie naszych 

krzywd, doznanych  od Cerkwi prawosławnej . Zbyt  to wielka tragedia, zbyt  straszne 

cierpienia, zbyt okropne upokorzenia.

Z   trzystu   kilkudziesięciu   cerkwi   w   Moskwie   funkcjonuje   tylko   kilkadziesiąt, 

najmniejszych, najbiedniejszych. Cerkiew rozłupana została ha szereg oddzielnych od 

siebie organizacji. Ale ustało już forytowanie niektórych z nich. Dziś wspólne prześla-

dowanie znowu zbliża duchownych nowych, reformowanych z bolszewicka, cerkwi do 

starej, tichonowskiej. Sekty niegdyś były tolerowane - dziś za organizacje sekciarskie 

rozstrzeliwuje   się   ludzi.   W   jednym   z   muzeów   antyreligijnych   widziałem   koszule, 

wyszyte   wszędzie   niezgrabnymi   krzyżykami.   Była   to   sekta   „krzyżaków”,   nosicieli 

krzyża, którzy takie krzyże wyszywali sobie na bieliźnie. Właściciele tych koszul, jak 

głosiło objaśnienie, zostali rozstrzelani. Dawniejsi socjaliści mieli sympatię do sekciarzy, 

którzy opierali się poborowi do armii. Rząd cesarski (niedobre, stare czasy) miał z tymi 

sekciarzami dużo kłopotu. Bolszewicy rozstrzeliwują każdego sekciarza, który nie chce 

iść do armii w imię chrześcijańskiego pacyfizmu. Rozstrzeliwują setkami.

Aby   rozstrzelać   popa,   wystarczy,   jeśli   u   niego   znajdzie   się   trochę   monet   z 

cesarskim   stemplem   lub   na   strychu   zapomnianą   chorągiew   o   barwach   narodowych 

rosyjskich, albo ikonę z napisem, w którym wspominany byłby cesarz. Wszystkie tego 

rodzaju przedmioty, oczywiście przez przypadek, przez zapomnienie, mogą się znaleźć u 

każdego w mieszkaniu. Ale to wszystko nic wobec tego strasznego znęcania się (wyraz 

rosyjski „izdiewatielstwo” - jeszcze lepiej by mi odpowiadał) nad uczuciami religijnymi. 

Przedmioty największego kultu, przedmioty świętych tajemnic religijnych, są umyślnie w 

sposób   hańbiący,   drwiący   poustawiane.   Cudowna   „ikona”   wśród   obrazków   bez-

wstydnych,   pijanych   popów   lub   relikwijne   ciała   świętych   prawosławnych   z   butelką 

background image

wódki, wetknięta pod pachę.

Jadąc do Rosji i znając muzea antyreligijne z opowiadań, wyobrażałem sobie, że 

tam   stosuje   się   łagodną   perswazje,   że   przedstawiając   różne   religie   w   ich   rozwoju 

historycznym - budzi się wątpliwość, czy nasza religia nie jest tym samym co tamte. Ale 

nic   z   tego.   Muzea   religijne   nie   są   skonstruowane   w   celu   perswazji,   lecz   przede 

wszystkim w celu złej, wściekłej, obrzydliwej chęci wyśmiania, wydrwienia religii. Jest 

to znęcanie się nad przekonaniami w bezwstydnie chamskiej formie.

Przejdźmy do zasad ateizmu bolszewickiego.

Pierwszą   jego   cechą   jest,   że   bolszewizm   nie   ogranicza   się   do   nieuznawania 

boskości   Chrystusa   Pana,   lecz   zaprzecza   w   ogóle   istnieniu   Chrystusa   jako   postaci 

historycznej,   jako   założyciela   religii   w   Palestynie.   „Historia   dowiodła,   że   żadnego 

Chrystusa nigdy nie było”.

Wskazuje   się,   że   religie   chrześcijańskie   solidaryzował}'   się   zawsze   z   klasami 

bogatymi, że podniecały militaryzm, że archanioł Michał był rycerzem itd. Całe szeregi, 

całe kolumny drwin na ten temat. Ale gdy się przychodzi do krucyfiksu, do męczeństwa 

Jezusa   Chrystusa,   to   się   twierdzi,   iż   w  ten   sposób   burżuazja   przekonywała   lud,   aby 

cierpiał bezwolnie i biernie. Mówiła mu: „Bóg twój cierpiał biernie i ty musisz cierpieć 

biernie i znosić wszystkie prześladowania”.

Wreszcie  hasło, które na czerwonej  szmacie  zawieszane  jest prawie w każdej 

cerkwi:

„Chrześcijaństwo było zawsze religią eksploatatorów”.

Jakie to śmieszne!

Wahałem   się   w   wyborze   tytułu   dla   tego   artykułu.   Chciałem   pierwej   napisać: 

Ludzie, którzy nienawidzą Chrystusa.

Raz  jeszcze,   jakie   to  śmieszne.   Bruno  Jasieński,   autor   zabawnej   książki  

Pałę 

Paryż, 

wyraża swój zachwyt dla świata antycznej kultury i nienawiść do chrześcijan. A 

przecież pogaństwo patrycjuszowskiej kultury i pierwsze chrześcijaństwo to ruch mas 

niewolniczych. Kto powiedział po raz pierwszy: „kochaj bliźniego Twojego”, kto kazał 

kochać ubogich, biednych, szanować ubóstwo, nędzę? Gdzie by bolszewicy byli, gdyby 

nie to, że bazują swoje degeneracko - terrorystyczne teorie na szacunku proletariusza, 

człowieka ubogiego? Przecież nie oni to wymyślili.

background image

Poganie myśleli inaczej.

Petroniusz do Winicjusza:

„Mamże miłować Bityńczyków, którzy noszą moją lektykę, Egipcjan, którzy palą 

w moich kąpielach? Na białe kolana Charytek, przysięgam ci, że choćbym chciał, nie 

potrafię. W Rzymie jest najmniej sto tysięcy ludzi, mających albo krzywe łopatki, albo 

grube kolana, albo wyschłe łydki, albo okrągłe oczy, albo za wielkie głowy. Czy każesz 

mi ich kochać także? Kto kocha piękność, dla tego samego nie może kochać brzydoty”.

Rzecz   inna,   że   tam,   gdzie   chrześcijanie   mówili:   miłość,   bolszewizm   wsadza 

nienawiść, gdzie chrześcijanin mówił: litość, tam bolszewizm mówi: nienawiść. Gdzie 

chrześcijaństwo dawało słodycz, miłość, zapomnienie, szczęście, tam bolszewizm daje 

materializm, terror, gnój.

Bolszewicy są ludźmi, którzy nienawidzą Chrystusa.

Jest to ich nienawiść największa. Wiedzą, że kłamią, lecz kłamią z największą 

zaciekłością:

„Chrześcijaństwo to religia eksploatatorów”.

Rozmawiałem   długo   z   inteligentnym   wodzem   bolszewików.   Pytałem   się,   jak 

można potwarzyć naukę, która uczyła kochać bliźniego? Powiedział mi:

„My wybaczamy tylko bogom umarłym, Chrystus jest żywym bogiem”.

Tak! Chrystus jest żywym Bogiem.

Nie wolno w Bolszewii dzwonić w dzwony cerkiewne. Pop nie ma prawa do 

życia, nic mu nie wolno, nie ma kartek chlebowych, jest liszeńcem. Dziecko, które się 

modli, jest wyrzucane ze szkoły. Człowiek, który się modli, traci posadę. Na każdym kro-

ku   uczucie   religijne   jest   najpotworniej   obrażane.   Cerkwie   są   walone.   Każdy   obraz 

religijny zamazywany. Mnisi siedzą w więzieniach lub są setkami rozstrzeliwani. A na 

zakończenie dowiaduje się cudzoziemiec, że: „u nas religia nie jest prześladowana”.

Ten, kto się u nas modlić oduczył, kto pacierza zapomniał, niech pojedzie do 

Rosji. Tam mu się wargi same poruszą w modlitwie żarliwej.

background image

KOBIETO, ZDEJM ZASŁONĘ!

Sprawy,  które tu podejmę, należy rzucić na forum dyskusji międzynarodowej. 

Zabrać 

tu głos powinni ludzie, którzy znają nie tylko Bolszewię, lecz znają Azję. Jest to 

niewątpliwie   dla   przyszłości   bolszewizmu   i   dla   przyszłości   świata   cywilizowanego 

sprawa   najważniejsza,   najistotniejsza.   Chodzi   o   to,   gdzie   bolszewizm   jest 

niebezpieczniejszy,   w   Azji   czy   w   Europie?   Gdybym   był   dziennikarzem   angielskim, 

zapewne   miałbym   więcej   o   Rosji   do   powiedzenia,   niż   umiem   to   zrobić.   Lecz   na 

podstawie tego, co zaobserwowałem, gotów jestem budować teorię, że w Azji. Jesteśmy 

bezpośrednim sąsiadem Bolszewii, niebezpieczeństwo bolszewickie grozi jednak przede 

wszystkim państwom mającym swe terytoria w Azji.

Trzecie z moich pytań, z którymi pojechałem do Rosji, brzmiało:

„Jak się przedstawiają wpływy Azji na bolszewicką Rosję?”.

W stosunku do tego pytania już na terytorium bolszewickim przeżyłem  różne 

ewolucje. Z początku uznałem, że pytanie było zupełnie głupie, że żadnych wpływów 

Azji nie ma, prócz mody noszenia „tiubetejek” na głowach. Później nawracałem jednak 

do pierwszej swej intuicji. Obecnie formułuję swą odpowiedź w sposób następujący:

Nie   możemy   mówić   o   wpływie   na   Moskwę   kultury   czy   wpływach   ducha 

narodowego ludów azjatyckich, bo bolszewizm niszczy odrębności kulturalne i niszczy 

przejawy duchowych kultur. Jednakże wpływ Azji na Bolszewię da się usymbolizować w 

wyrazach następujących: Stalin jest o wiele więcej Azjatą, niż był, niż mógł być i niż 

chciał być Lenin.

Przez   cały   wiek   XIX   inteligencja   rosyjska   dzieliła   się   na   zachodowców 

(zapadników)   i   słowianofilów.   Dzisiejsi   Eurazjaci   są   doskonałymi   spadkobiercami 

słowianofilów. Łączność z Europą i odrębność Rosji stanowiły tu tezy sprzeczne. Czym 

jest bolszewizm - zapadniczestwem czy słowianofiłstwem?

Mógłbym   tu   odpowiedzieć,   że   całe   to   pytanie   jest   zbyt   literackie,   zbyt 

burżuazyjne   i   kontrrewolucyjne,   aby   się   nad   nim   zastanawiać.   Chwilkę   jednak 

pozostańmy   z   literaturą.   Oto   genialny   pisarz,   katorożnik   carski   i   genialny   prorok   i 

propagator rosyjskiego monarchizmu (duchowy ojciec czarnej sotni - jak go zdaje się 

Stanisław Brzozowski pierwszy nazwał). Dostojewski w  

Bratiach Karamazowych  

daje 

background image

nam   starego   Karamazowa:   szlachcica   rosyjskiego,   pijaka   i   łajdaka.   W   towarzystwie 

innych pijaków idzie Karamazow przez ulice i spotyka wałęsającą się po rynsztokach 

żebraczkę - karlicę, potworną w swym nieludzkim kalectwie, prócz tego histeryczkę i 

kretynkę.   Pijane   towarzystwo   zastanawia   się,   czy   z   taką   mógłby   kto   spełnić   czyn 

miłosny. Stary Karamazow odpowiada, że gotów podjąć taki zakład.

Z   tej   cuchnącej   sodomii,   ze   związku   starego   zdegenerowanego   szlachcica   z 

obrzydliwą   karlicą   rodzi   się   Smierdiakow,   który   jest   starego   Karamazowa   synem, 

lokajem i mordercą.

Bolszewizm jest niewątpliwie zapadniczestwem. - Ojcem jego był Marks i książki 

niemieckie   czytane   przez   studentów   w   niebieskich   mundurach   i   z   guzikami   o 

dwugłowych   orłach.   Lecz   bolszewizm   jest   przede   wszystkim   Smierdiakowem, 

zjawiskiem, zrodzonym z sodomii pijanego intelektu z histerią chamstwa.

Bolszewizm   to   urbanizacja.   Ideałem   bolszewickiego   raju   -   przyszłości   będą 

fabryki,   maszyny,   las   kominów.   Jak   Mahomet   obiecywał   hurysy,   tak   bolszewizm 

obiecuje ci maszynę potężną nad głową i radiogłośnik nad uchem o każdej godzinie dnia 

i nocy. Przekonanie, że miasto jest więcej warte niż wieś, znalazło w konstytucji SSSR 

swój wyraz jaskrawy i symboliczny. Jeden delegat do ciał centralnych reprezentacyjnych 

wypada na 25 tys. ludności miejskiej i na 125 tys. ludności wiejskiej. A więc robotnik 

wiejski   jest   wart   5   razy   mniej   niż   robotnik   miejski.   To   samo   jest   przy  forytowaniu 

robotników miejskich na urzędy czy do uniwersytetów.

Azji nie można zurbanizować, lecz Azję można zrewolucjonizować. Pisałem już, 

że w uprzemysłowienie Rosji nie wierzę. Widziałem olbrzymie, gigantyczne, wspaniałe 

fabryki.   Podziwiałem   rozmach   w   tej   skali,   w   której   one   się   budują.   Podziwiałem 

„amerykańskość” tempa. A w końcu coś zawsze nie klapuje i całość nie spełnia swego 

przeznaczenia. Nie wierzę, aby przemysł innych krajów mógł być prześcignięty przez 

ludzi,   których   rządy   sprawiły,   że   w   tak   wielkim   rolniczym   kraju   nie   można   dostać 

kawałka chleba, że doprowadzili nędzę i brak wszystkiego do stanu nie widzianego przez 

stulecia, nie widzianego i nie znanego podczas największych klęsk i wojen. Nie wierzę, 

że system socjalistyczny może wyjść z próby zwycięsko, gdy na każdym kroku widzę 

całkowite   zwycięstwo   nad   tym   systemem   pokątnego,   ściganego   strachem   śmierci 

przedsiębiorcy.   Jakiż   wspaniały   symbol,   że   państwo   sowieckie   sadzało   do   więzienia 

background image

spekulantów,   którzy   płacili   włościaninowi   za   ziarno   więcej   niż   państwo   i   potrafili 

przewozić   ziarno   do   głodnych   prowincji.   „Spekulant”   płacił   wytwórcy   więcej, 

szmuglował i jeszcze zaopatrywał głodującą prowincję, czyli ratował głodnych. Za to 

wszystko szedł do więzienia. Przyznam się, że to, że siedzi on w więzieniu, nie jest dla 

mnie   mocnym   argumentem   w   prorokowaniu,   że   system   gospodarczy   Sowietów 

zwycięży.

Dane o „spekulantach” tego typu zostały przeze mnie wzięte z książki  

Rwaczi i 

kombinatory  

-   „praktyki   spekulacyjnego   kapitału”,   wydanej   przez   Komisariat 

Sprawiedliwości Ukraińskiej Socjal. Sow. Republiki.

O ile więc nie wierzę, aby zasady ekonomiki przelękły się i poszły za rozkazami 

zagniewanej rewolucji, o tyle boję się zrewolucjonizowania Azji. Weźmy Azję Północną, 

weźmy przykład tej akademii dla ludzi z koła polarnego, którą powyżej opisywałem. Czy 

rząd   cesarski   myślał   kiedy   o   stworzeniu   sobie   takich   propagatorów   wśród   jurt?   Na 

wodach   lodowatych   wzdłuż   północnego   brzegu   Azji   działają   „kołchozy”   łowu   ryb. 

Widziałem   szczegółowe   sprawozdania   tych   kołchozów.   Gdy   idzie   do   bolszewizmu 

człowiek   Zachodu,   wykwalifikowany   robotnik   fabryczny   musi   dobrze   się   przełamać. 

Musi się rozstać ze swą religią, którą znał i którą się przejął w jej formie wzniosłej, 

filozoficznej, subtelnej, szlachetnej, poetyckiej. Musi się rozstać z dobrobytem, z flaszką 

wina   czy   piwa   -   ze   swobodą   i   liberalizmem   swoich   myśli   i   przekonań,   ze   swoim 

kanarkiem w klatce i białą serwetą na stole, ze swoim futbolem - teraz będzie głodny i 

odrapany i będzie nawet po komunistyczną gazetę stał w ogonku. Ale co ma przełamać w 

sobie   taki   obywatel   koła   polarnego,   członek   „kołchozu”   połowu   ryb   na   Oceanie 

Lodowatym?   Jego   religia,   jego   bożki?   Ależ   to   nie   wytrzymuje   czterech   działań 

arytmetycznych. Szkoła elementarna wywraca w nim jego religię i to, co mu bolszewizm 

daje, te okruchy cywilizacji - wystarczą mu, aby stać się katechumenem poglądów swego 

chlebodawcy. Siła bolszewizmu polega na tym, że uznaje w nim brata. Narody azjatyckie 

były upośledzone, bolszewicy postępują z nimi, tak jak postępowali z tym robotnikiem, 

którego   opisałem,   jak   skończył   fakultet   historyczny   i   został   dyrektorem   muzeum. 

Bolszewicy   biorą   jakiegoś   Kirgiza   czy   Kałmuka   i   robią   go   ministrem.   Wyciągają 

przedstawicieli   azjatyckich   narodowości   na   najwyższe   stanowisko   w   państwie,   tym 

narodowościom dają alfabety, szkoły, uniwersytety. Pewnie, że blagują tylko, że dają im 

background image

maszyny   rolnicze.   Ale   każdy   człowiek   zrozumie,   że   gdy  się   taki   kołchoz,   o   którym 

wspominam,  tam  gdzieś  organizuje,  to  wszystkie  tubylcze  jednostki   inteligentniejsze, 

żywsze, energiczniejsze, więcej wartościowe wciągają się do takiego kołchozu, zaczynają 

w nim pracować. Innymi słowy: system bolszewicki solidaryzuje bolszewizm z selekcją 

ludzi i tę selekcję ludzką przeprowadza. O ile w Rosji kułak czy inteligent jest przeciwni-

kiem bolszewizmu, o tyle wśród tych dzikich plemion to, co bardziej wartościowe, jest za 

bolszewizmem.

Z drugiej strony, zgodnie ze swoją ideologią popierania najniższych, bolszewicy, 

gdy stwierdzą, że na jednym terytorium mają naród bardziej panujący, a drugi narodzik 

poddany temu pierwszemu, to ten ostatni protegują i wszelkimi sztucznymi  środkami 

wypychają   naprzód.   Ale   ta   selekcja   in   minus   działa   podobnie   jak   powyżej   opisana 

selekcja in plus. Wytwarza ośrodki gorącej solidarności z Sowietami na terytorium Azji.

Na   moje   pytanie,   co   jest   groźniejsze   dla   komunizmu   w   Azji,   czy   państwa 

kapitalistyczne, czy też powstające azjatyckie nacjonalizmy - otrzymałem kategoryczną 

odpowiedź od wybitnego bolszewika, że liczą się wyłącznie i jedynie państwa kapitali-

styczne, tj. Anglia, Francja, Japonia, Ameryka. Nie wiem, jak mam oceniać to wyznanie. 

Ale weźmy jeden czynnik najwięcej groźny dla ekspansji Sowietów i przyglądnijmy się 

mu z daleka. Myślę o islamie.

Jeszcze w 1927 r. pisałem studium o współczesnej Turcji. Nienawidzę Kemala 

Paszy. Jest to realizator obrzydliwego nacjonalizmu w formie o wiele obrzydliwszej niż u 

samego Wilsona. Nacjonalizmem nazywam doktrynę, że wystarczy mieć odrębny język i 

etniczną wspólność, aby tworzyć samodzielne państwo. Nacjonalistyczna Turcja wyrzuca 

ze   swego   terytorium   narodowości,   jak   wypędziła   Greków,   ucieleśnia   ideał   „państwa 

narodowego” w całej  antyhistorycznej  bezmyślności.  Dawna Turcja, z kalifem,  który 

miał   wpływy   na   cały   świat   muzułmański,   była   typowym   przykładem   państwa 

imperialistycznego,   obecna   Turcja   jest   rekordowym   przykładem,   do   czego   prowadzi 

idiotyzm   nacjonalistyczny.   Ten   nacjonalizm   występuje   tam   na   właściwym   tle 

antyhistorycznym,  bezwzględnie demokratycznym, antyreligijnym.  Islam jest w Turcji 

prześladowany tak samo jak prawosławie w Rosji. O ile więc dawna Turcja była źródłem 

potężnym   dla   aspiracji   islamu,   o   tyle   teraz   stamtąd   właśnie   wbija   się   islamowi 

walczącemu z bolszewizmem nóż w plecy.

background image

Trzeba znać różnicę pomiędzy młodoturkami a kemalistami. Młodoturcy to byli 

reformatorzy, było to coś w rodzaju naszych „patriotów” z epoki 3 Maja, ale młodoturcy 

nie   chcieli   niczego   się   wyrzekać   ze   swych   imperialistycznych,   wielkopaństwowych, 

historycznych tradycji. Enver - Bej poległ w wojnie z bolszewikami w Azji Środkowej w 

1922.   Kemal   Pasza   za   cenę   niepodległości   kawałka   czysto   tureckiego   wyrzekł   się 

wszystkiego.   Istnienie   Kemala   to   jeden   z   czynników   niesłychanie   ułatwiających 

bolszewikom ich ekspansję w Azji.

Islam   niewątpliwie   mógłby   być   taką   zaporą   przeciw   bolszewickiej   ekspansji, 

jakich   mało   znajduje   komunizm   w   Azji.   Dowodem   jest   choćby   to,   że   o   ile   z 

prawosławiem rozprawił się bolszewizm okrutnie i radykalnie, o tyle wobec islamu cofa 

się   w   niektórych   punktach.   W   niektórych   krajach   Kaukazu   i   Średniej   Azji   Sowiety 

uznawały nawet małżeństwa zawarte według szariatu, a w Dagestanie przez pewien czas 

takie małżeństwa szariackie były formą obowiązkową, której poddawać się musieli nawet 

komuniści.   Teraz   tego   już   nie   ma,   lecz   islam   w   życiu   obyczajowym   i   publicznym 

odgrywa jednak daleko większą rolę niż prawosławie.

Ale cóż ma islam poza sobą? Kemala, który go prześladuje i niszczy, Amanulaha, 

który miał być Piotrem Wielkim, ale skończył nie na Petersburgu, tylko na skandalu, 

szacha Rizę, który musi przede wszystkim walczyć z ciasnym retrogradztwem własnego 

duchowieństwa. Retrogradztwo - ciemne, zacofane, tępe duchowieństwo islamu i innych 

wyznań azjatyckich - to jedna strona medalu. Drugą zaś będzie fakt, że nacjonalizmy, 

które się tam rodzą i mają być tą żywą siłą Azji, są tylko nacjonalizmami, czyli ruchami 

zbiorowego   egoizmu,   bez   wyższych   idei,   czyli   ruchami   nie   uduchowionymi,   jak 

kamalizm właśnie. Dlatego może mają rację bolszewicy, gdy mówią, że jedno, co się tam 

liczy, to państwa kapitalistyczne.

Wspomnieliśmy o retrogradztwie w Persji, w Afganistanie. Retrogradzi islamu 

toczą walkę z emancypacją kobiet, taką jak toczyli nasi konserwatyści, dopóki się nie 

przekonali, że gdy kobieta dostaje prawa wyborcze, to głosuje na księdza, Hindenburga i 

za księciem Walii. Sowiety, przeciwnie, całą siłą solidaryzują się z emancypacją kobiety 

muzułmańskiej. Dochodzą do wyników zupełnie imponujących! W Uzbekistanie 60% 

przewodniczących sowietów wiejskich to kobiety. Będę następnie tłumaczył, że kobieta 

jest tymczasowym tylko „poputczikiem” Sowietów. Na razie jednak można o kobiecie 

background image

azjatyckiej   powiedzieć   sowietom:   „przez   nią   powstajecie”,   przedtem,   niż   powie   się: 

„przez   nią   zginiecie”.   Zdejmują   z   kobiety   „czadrę”,   zasłonę   i   znajdują   w   niej 

sojuszniczkę potężną.

Ostatecznie więc odpowiem na pytanie o wpływ Azji na Bolszewię, powołując się 

na   to,   że   zagadnienia   azjatyckie   odgrywają   w   SSSR   o   wiele   większą   rolę   niż   w 

cesarstwie. Byłem zawsze przekonany, że z trzech dróg politycznej ekspansji Rosji: Za-

chód,   Polska   (Katarzyna   II),   Bałkany   (Aleksander   II   i   Sazonow),   Wschód   azjatycki 

(Witte, a przede wszystkim Wilhelm II jako doradca Mikołaja II) - najwłaściwszą była 

dla Rosji ta droga ostatnia. Po niej właśnie kroczą Sowiety - na razie. Wpływ  Azji? 

Odpowiem   obrazowym   aforyzmem.   Dostojnik,   wiceminister,   minister   cesarski   często 

jeździł do Nizzy, dostojnik sowiecki często jeździł do Taszkientu, Samarkandy, Czyty.

background image

CZCZONE ZWŁOKI CZY WOSKOWA LALKA?

Z tego, co pisałem, czytelnik już sobie ułożył odpowiedź na moje trzecie pytanie: 

jak wygląda młodzież wychowana w przekonaniu, że uczucie religijne to coś w rodzaju 

histerii   płciowej.   Nauki   prawdziwej   młodzież   ta   widzi   niedużo.   Nauki   humanitarne 

polegają na dawaniu uczniowi odpowiedniej umiejętności do wyciągania wniosków, do 

swobodnego   stawiania   diagnozy   i   hipotezy.   W   Bolszewii   nauka   nie   ma   nic   z   tym 

wspólnego.   Tam   uczyć   się   to   znaczy   umieć   objaśniać   wszystko   -   począwszy   od 

wykopalisk archeologicznych, a kończąc na obrazach Picassa - walką klas i stosunkiem 

do produkcji. Przypomina to więc nie naukę właściwą, lecz raczej scholastykę, dialektykę 

religijną, jakiej uczono w zakonnych szkołach średniowiecznych. Zabawne przykłady w 

rodzaju: „ile aniołów może się zmieścić na głowie od szpilki”, znów odrastają w tej 

tragihumoresce socjalistycznej. Rolę, którą w sądach spełnia „dynamika rewolucyjna”, 

która   od   sędziego   żąda,   aby   wyrokiem   swoim   nie   szedł   w   kierunku   wymiaru 

sprawiedliwości, jak się tego żąda u nas, lecz w kierunku pogłębiania rewolucji, rolę tę 

wobec   nauki   spełnia   wymaganie   „dialektyki   rewolucyjnej”,   to   jest   nagięcia   każdej 

naukowej obserwacji do teorii Marksa i komplikacji Lenina.

Rezultat tego rodzaju scholastyki socjalistycznej jest w naszym pojęciu opłakany. 

Dzieci w szkołach umieją bardzo mało. Ale bolszewicy mogą triumfować. Dzieci, które 

wyszły   ze   szkoły   bolszewickiej,   nie   potrafią   rozumować   inaczej   jak   właśnie   tak,   że 

wszystko trzeba tłumaczyć walką klas. Kładę nacisk na te wyrazy „nie potrafią”, kładę 

ten nacisk z całą siłą, na jaką mnie stać, wzywam czytelnika, aby się przejął, że dzieci te 

nie potrafią.  One nie potrafią wytłumaczyć  sobie Szekspira inaczej  jak na podstawie 

Marksa,   nie   potrafią   zrozumieć   chrześcijaństwa   inaczej   jak   rodzaju   jarmarcznego 

oszustwa dla zamydlenia oczu klasom pracującym, one nie potrafią myśleć, tak jak my 

myślimy swobodnie, niezależnie, bez narzuconej na mózg czapki żelaznej.

Dziecko jest od zupełnego maleństwa wciągane w krąg pojęć bolszewickich. Oto 

są tytuły gier w magazynie zabawek dziecinnych: „politlotto”, „dopędzić i przegonić”, 

„sierp i młot”, „kołchoz”, „bój awiacyjny” itd.

Wpływ rodziny na dzieci jest ograniczony w czasie. Dziecko powinno spędzać 

czas swój w szkole, a przedtem w żłobku. Tam też jada. Jednak sieć szkolna nie obejmuje 

background image

należytej ilości dzieci, wbrew statystykom sowieckim. Po samej Moskwie wałęsają się 

dzieci, które do żadnej szkoły z powodu braku miejsca przyjęte nie zostały. Co zaś do 

żłobków,   to   muszę   powtórzyć   następującą   swoją   obserwację.   Zwiedziłem   wspaniały 

„dom kultury” dla robotników petersburskich koło Bramy Narwskiej. Dom został wy-

budowany   przez   bolszewików,   imponuje   swoimi   rozmiarami,   jest   tam   pięć   sal 

widowiskowych,   po   2000   miejsc   każda.   Dom   jest   na   ogół   obliczony   na   20   tysięcy 

robotników. „Każda kobieta - tłumaczył mi oprowadzający - która tu przychodzi, może 

na czas swojego odpoczynku zostawić swe dziecko w specjalnym żłobku naszego domu”.

Zobaczyłem, jak ta każda kobieta wygląda, gdy z kolei zaprowadzono mnie do 

tego żłobka. Były to dwie salki, z których każda mogła pomieścić nie więcej od 15 do 20 

dzieci.  Stało tam kilka łóżeczek  i dwa czy trzy stoliki, trochę krzesełek.  Zdziwiony, 

pytałem, gdzie są inne pokoje. Dowiedziałem się, że to jest cały żłobek. Jest to obrazek 

bardzo dla sowieckich stosunków charakterystyczny. Robi się coś, co na zewnątrz tak 

imponuje swoim rozmiarem, a na wewnątrz wszystko „nie klapuje”.

W szkołach zbiera się ciągle wśród dzieci ankiety. Jest to użytkowanie małego 

dziecka dla celów sieci szpiegowskiej. Dziecko musi wypełnić ogromne kwestionariusze, 

wypełnione   mnóstwem   szczegółowych   pytań   co   do   sposobu   życia   rodziców. 

Kwestionariusze te są materiałem dla GPU. Dziecko nie zdaje sobie nawet sprawy, jak 

często denuncjuje swoich rodziców.

W Bolszewii wytworzył się stosunek do starszego pokolenia pełen politowania. U 

nas się mówi: „on tego nie rozumie, to przecież dziecko”, w Bolszewii w identyczny 

sposób mówi się i myśli: „to jest człowiek starszy, on tego zrozumieć nie jest w stanie”. 

Stan faktyczny, że starsze pokolenie jest wrogiem bolszewizmu, musiał się tu odbić i 

dlatego komunista partyjny nie wstydzi się tego, że jego stary ojciec i stara matka nie są 

komunistami. „No trudno - oni wszystkiego nie są w stanie zrozumieć”. W stosunkach 

politycznych starość występuje jako okoliczność łagodząca zupełnie podobnie, jak nasz 

kodeks karny nieletność uważa za stan pomniejszający winę.

Na   przystanku   Kołosowo,   pomiędzy   Stołpcami   a   Niegorełoje,   stoi   pociąg. 

Zardzewiała   brama   żelazna   nad   torem   kolejowym   rzuca   zardzewiałe   żelazne   słowa: 

„Pozdrowienie pracujących Zachodu”. Do wagonu wsiada czterech gepistów (GPU) w 

czapkach filcowych, zakończonych ostro w górze. Coś jest w tych czapkach z tajemnic 

background image

Tybetu, coś ze snów o okrucieństwie Iwana Groźnego. Szynele do kostek. Wchodzą jako 

wierna   straż   rewolucji.   Tam,   po   naszej   stronie   stała   tablica   schowana   w   zielonych 

krzakach, na białym tle głosił amarantowy napis: „Niech żyje Rzeczpospolita Polska”.

Uważam to za niezręczność  z naszej  strony.  Napis tego  rodzaju pomniejsza i 

nasze   znaczenie,   i   rolę   tej   granicy,   której   pilnujemy.   Na   uniwersalizm   sowiecki 

odpowiadamy hasłem, które posiada znaczenie tylko dla nas, obywateli polskich. Jak 

gdybyśmy tylko dla nas pilnowali tej granicy. Dlatego proponuję białą tablicę z krzaków 

usunąć,   a   równie   śmiało,   jak   bolszewicy,   przerzucić   przez   tor   kolejowy   bramę   z 

winogron   -  jako  symbolu   dostatku,   jako  przeciwieństwa   tej   koszmarnej   nędzy,   która 

panuje w państwie socjalistycznym. Na bramie tej umieścić słowa: „U nas zaczyna się 

swobodne życie swobodnego człowieka”.

Przecież według ideału  sowieckiego  jednostka sobie nie obiera pracy,  zajęcia, 

zawodu, lecz jej się to z góry wyznacza. Komunista zawsze to robi, co mu partia każe. 

Pan Arens, naczelnik wydziału prasowego w bolszewickim min. spr. zagr. który zawsze 

był dyplomatą, raptem został wysłany na Ural na kontrolera finansowego jakiejś fabryki. 

Bez   winy  z   jego   strony  -   a  tylko,   jak   mi   opowiadano   (absolutnie   nie   wiem,   czy   to 

prawda), w związku z plotkami o udziale p. Arensa w porwaniu generała Kutiepowa. To 

się   nazywa   „porządek   dyscypliny   partyjnej”   i   nikt   nie   śmie   protestować,   gdy   go 

przerzucą Bóg wie gdzie, na stanowisko zupełnie inne, do roboty, o której nie ma pojęcia 

lub   która   jest   o   wiele   niższa   od   jego   kwalifikacji.   Obok   tego   „porządku   dyscypliny 

partyjnej”   istnieje   inny   jeszcze   porządek,   mianowicie   „nadładunku   partyjnego”. 

„Partijnaja   nagruzka”   wymaga,   aby   każdy   komunista,   komsomolec,   student,   uczeń   i 

nawet   członek   związku   zawodowego   pełnili   pracę,   za   którą   nie   dostają   żadnego 

wynagrodzenia. Jest to praca czasami bardzo uciążliwa. Może do niej należeć tak dobrze 

ciąganie   worków   na   plecach   przy   wyładowywaniu   wagonów,   jak   łapanie 

„bezprizornych” po różnych dziurach.

Ci,   którzy   Rosji   nie   znali,   a   sądy  swe   o  narodzie   rosyjskim   wypowiadają   na 

podstawie dziejów powszechnych, nie wiedzą, jak dalece indywidualistą był inteligent 

rosyjski   -  Puszkin,   Lermontow,   Szczedrin,   Turgieniew,   Aleksy  Tołstoj,  Lew   Tołstoj, 

Czechow   -   ależ   to   indywidualiści,   anarchiści.   Nie   pozwalali   sobie   nic   narzucić, 

krytykowali ciągle siebie wewnętrznie, czy dosyć są swobodni. Czasy wojny japońskiej. 

background image

Oficer   armii   rosyjskiej   -   będący   jednocześnie   powieściopisarzem,   zresztą 

powieściopisarzem   II   klasy,   autorem   nie   mogącym   sobie   żadnych   praw   rościć   do 

nadczłowieczeństwa - pisze nowelę, w której apoteozuje szpiega japońskiego. Szpieg ten 

dostaje   się   do   domu   publicznego,   przez   sen,   spoczywając   koło   dziewczyny,   woła: 

„Banzaj”.   To   go   zdradza.   Prostytutka   wydaje   go   swemu   kochankowi,   szpiclowi   z 

ochrany. Japończyk wyskakuje z domu publicznego przez okno, łamie nogę, lecz nadal 

zachowuje się jak bohater. Powtarzam: Japończyk w tej noweli występuje bohatersko, 

cały czas znać było ciepłą sympatię autora, znać było podziw autora dla swego bohatera. 

Taką nowelę pisywał oficer rosyjski podczas wojny japońskiej. Ciężko odpokutowała 

inteligencja rosyjska za tę anarchiczność myśli, za brak zmysłu państwowego, za zdradę 

swego Cesarza. Lecz to, co się dziś widzi, cóż za kontrast.

Jako na obrazek kontrastowy z tym  rozpasanym  liberalizmem noweli Kuprina 

powołam   się   na   taki   przykład.   Przez   całą   szerokość   kamienicy   widnieje   wstęga   z 

napisem: „Toczy się czystka z aparatu budowy domów w Moskwie”. Co to znaczy? To 

znaczy,  że   w instytucji  budowy  domów   bada  się,  czy  który  z   pracowników  nie  jest 

przypadkiem   liszeńcem,   czy   nie   pochodzi   z   kułaków,   czy   naprawdę   jest   przekonań 

komunistycznych?   Oczywiście,   podczas   czystki   najmniejsza   przyczepka,   minimalne 

podejrzenie będzie sankcjonowało wydalenie, a więc i utratę prawa do kart chlebowych 

etc. Bo i tak trzeba się wylegitymować odpowiednią ilością wydalonych pracowników. 

Ale, że „czystka” toczy się, tego się nikt nie wstydzi, przeciwnie - o tym się krzyczało 

wesoło, radośnie, triumfalnie, wielką czerwoną wstęgą przez całą szerokość kamienicy. 

Ludzie, radujcie się. Czystka się toczy.

I w starej Rosji tułała się myśl, że trzeba mieć jakąś młodzież, zsolidaryzowaną z 

ustrojem. Służyły ku temu zakłady wychowawcze, uprzywilejowane, jak korpus paziów, 

liceum,   szkoła   prawa.   Namiastką   wychowywania   w   przywiązaniu   do   dynastii   było 

wychowanie   w   uwielbieniu   tradycji   szkolnych,   w   uczuciach,   że   koleżeństwo   szkoły 

wojskowej   czy   pułku   jest   to   rzecz   święta.   Ale   to   wszystko   razem   nie   wytrzymuje 

żadnego   porównania   z   tym,   co   jest   obecnie.   Uprzywilejowana   młodzież   wydawała 

spośród siebie książąt Kropotkinych, założycieli międzynarodowego anarchizmu, a jak 

dużo miała racji Ces. Aleksandra Teodorówna, gdy twierdziła, że to Wielcy Książęta 

zrobili rewolucję w Rosji.

background image

Dzisiejsza młodzież robotnicza w szkołach czuje także, że jest uprzywilejowana. 

Tylko numeryczne znaczenie tego przywileju jest zgoła inne. Cechami tej młodzieży jest 

antyreligijność i przywiązanie do ustroju Sowietów.

Dopiero na terenie SSSR człowiek w ostry i przejmujący sposób odczuwa, jak 

wielką tragedią jest starość. Granica starczego wieku jest tam obsunięta bardzo nisko. Lat 

trzydzieści.   Człowiek   trzydziestoletni   dobrze   pamięta   czasy   przedwojenne,   dobrobyt, 

swobodę   „woluntarystyczną”   (bo   tak   się   po   bolszewicku   nazywa   to,   co   nazywamy 

swobodą ruchów i życiem swobodnym), swobodę myślenia, pisania, sztuki - w ogóle 

dobrze pamięta te niedobre stare czasy,  czasy cesarskiej tyranii, politycznego ucisku. 

Porównuje   je   z   czasami   „swobody”   bolszewickiej...   nie   rozumie   młodego   pokolenia. 

Wszystko się tak zmieniło. Jest taki dramat Czechowa, gdzie stary służący płacze, gdy w 

ogrodzie   wycinają   stare   drzewa   wiśniowe.   Taki   dramat   przeżywa   człowiek 

trzydziestoletni   w   Rosji   obecnej   na   każdym   kroku.   To   go   postarza.   Stoimy   wobec 

fenomenu,   że   okoliczności   życiowe   uprawiają   intensywny   proces   starzenia   ludzi 

przedwojennych. System bolszewicki to swego rodzaju masowy Woronow a rebours.

Młode pokolenie nie ma  kątów porównania, jest przekonane, że dawniej było 

gorzej, czuje się uprzywilejowane. Romantyzm, idealizm, erotyzm, uczucia dla kobiety, 

trójkąt   małżeński   -   to   są   wszystko   cechy,   którymi   pogardza.   Ideologię   bolszewicką 

rozszerza  i  ukonsekwentnia  ponad  głowami  swoich nauczycieli.  Pisałem  o uczuciach 

koleżeństwa. Jak wszystko w starej Rosji, święcie pielęgnowane uczucia koleżeństwa 

zwracały się przeciwko przełożonym, przeciwko władzy. W nowej szkole nowej Rosji 

nie ma „podpowiadań”, nie ma tego, aby koledzy pomagali sobie nawzajem oszukiwać 

naukę.   Przeciwnie.   Na   to   miejsce   wystąpiła   „samokrytyka”.   Pisałem   już   o 

socjalistycznych   rywalizacjach   jako   o   potężnym   czynniku   psychologicznym,   który 

wprzęgła   maszyna   sowiecka   do   swej   pracy   w   atmosferze   rewolucyjnej.   Nie   należy 

zapominać o drugim przykładzie tej samej metody. Jest nią „stiengazieta”. Każda klasa w 

szkole   ma   swoją   gazetę   ścienną,   w   której   omawia   zachowanie   się   swoich   kolegów, 

wytyka   im   błędy,   krytykuje   siebie.   Ten   system   samokrytyk   i   gazet   ściennych   jest 

wszędzie,   w   urzędach,   w   fabrykach,   nawet   w   wojsku,   każda   kompania,   bateria   czy 

szwadron mają swoją gazetę ścienną. Widziałem gazetę ścienną w redakcji „Izwiestii”. 

Redagowana   była   przez   zecerów.   Tego   dnia,   jak   ją   oglądałem,   jeden   ze 

background image

współpracowników   redakcji   napisał   artykulik,   w   którym   ciągle   powtarzał   wyraz 

„wzrost”, „rósł”, „rosną” itd. Artykulik ten był przyklejony,  powtarzające się wyrazy 

były   podkreślone,   a   obok   była   narysowana   jaskrawa   karykatura   autora   błędów   sty-

listycznych,   a   nad   wszystkim   widniał   nagłówek:   ,jak   »rósł«   towarzysz   X”.   Istotnie, 

„towarzysz X” (nazwiska sobie nie zanotowałem) był na karykaturze przedstawiony z 

wyciągniętą szyją i podskakujący na nóżkach.

Bolszewizm,   socjalizm   -   te   rzeczy   obecny   ustrój   ukonsekwentnia,   czyli 

sprowadza do oczywistego absurdu. Mówi się o zniesieniu pieniędzy, próbowano wieś 

zamienić na komunę życiową, dąży się do tego. Ale w jednym, jedynym miejscu bol-

szewicy nie są konsekwentni. Oto zniesienie własności, życie w kolektywie, do którego z 

takim trudem i z takim cierpieniem chcą bolszewicy zmusić każdego swego obywatela - 

nie da się, moim zdaniem, przeprowadzić bez wspólnoty kobiet, bez nieuporządkowanej 

poligamii i poliandrii. Tego jednak nie ma i linia rozwoju stosunków pod tym względem 

idzie raczej w kierunku odwrotnym, reakcyjnym.

Przyczyną jest kobieta.

Nie   dlatego,   abym   wierzył   w   to,   że   kobieta   instynktownie   staje   w   obronie 

monogamii. Nie! Kobieta walczy tu nie o swego własnego męża, lecz o swoje własne 

dziecko. Nawodnienie Bolszewii „bezprizornymi”  już mija. Bezprizornych prawie nie 

ma, w porównaniu do tego, co było dwa lata temu. Zresztą bezprizorni w dużej części 

byli dziećmi ludzi wytrąconych z życia normalnego przez czasy wojennego komunizmu, 

ludzi rozstrzelanych. Kobieta uzyskała w Bolszewii równouprawnienie nie tylko prawne, 

bo w tym państwie norma jurydyczna nie ma żadnego znaczenia, lecz równouprawnienie 

faktyczne. Nawet oficerem w armii może być kobieta i jest kobieta. Widziałem oficerów 

kawalerii - kobiety. Lecz już pisałem, że moim zdaniem ten sojusz trwa tylko do czasu. 

Bolszewicy dziś za największych swoich wrogów uważają: ideę wielkomocarstwowości 

rosyjskiej (wielikodierżawnoje tieczienje) oraz instynkty małomieszczańskie. Tego, co 

się nazywa małomieszczańskim instynktem, nie wypędzi się z kobiet. Tutaj rewolucja 

stanie przed ścianą nie do przekroczenia. Kobieta nie wyrzeknie się posiadania małego 

dziecka na własność.

Wyrazy   idealizm,   idealista   są   na   terenie   Sowietów   wyrazami   obelżywymi   i 

obraźliwymi.   Na   zebraniu   literatów   komunistycznych   powiedziałem:   ,ja   idealistami 

background image

nazywam ludzi, którzy głodują, którzy nie mając w co się ubrać, wszystko to znoszą z za-

pałem,   dlatego   że   idzie   naprzód   piatiletka!”.   Istotnie,   inaczej   nie   mogę   nazwać 

bolszewików   jak   idealistami.   Samo   istnienie   tego   olbrzymiego   państwa,   które 

dobrowolnie   wije   się   w   męczarniach   koszmarnej   nędzy,   jest   dowodem,   że   ten,   kto 

twierdził,   że   życie   klas,   społeczeństw,   narodów   regulują   względy   ekonomiczno   - 

materialne, jest ostatnim głupcem. Gdyby tak było, skądże by się wzięło to zjawisko 160 

milionów ludzi żyjących dobrowolnie w nędzy?

Tak   samo   teza,   że   epoka   religii   minęła,   nie   znajduje   sobie   potwierdzenia   w 

państwie Sowietów. Czytelnik europejski nie zawsze wie, co to są „moszczi”. Jest to 

ciało świętego zabalsamowane, do którego odbywały się pielgrzymki pobożnych. „Ta 

sama religia, te same moszczi” - mówiła mi ze skrzywieniem ust jedna dama w Moskwie. 

Istotnie - przed mauzoleum Lenina, które jest pośrodku „krasnoj płoszczadi”, ciągnie się 

kolejka chcących oglądać zabalsamowane ciało wodza aż do cerkwi Wasyla Błażennego 

i tam się jeszcze zagina. I tak od śmierci proroka dzień w dzień, dzień w dzień. Ileż to 

dziesiątków milionów ludzi przeszło koło szklanego sarkofagu. Ale nie nad tym chciałem 

się zastanawiać. Oto głucha, uporczywa wieść utrzymuje, że Lenin leżący tam, któremu 

nie wolno się dobrze przypatrywać, nie jest Leninem, ale tylko manekinem z wosku. Nie 

chcę  roztrząsać,  czy to prawda, czy nieprawda.  Chodzi o to, że  głoszenie  tej  wieści 

stanowi w Moskwie zbrodnię stanu najcięższej kategorii. Gdyby się jednak okazało, że to 

prawda, że to tylko manekin, to znaczenie takiego sprawdzenia nie byłoby dla Sowietów 

sprawą   o   charakterze   muzealnym.   O,   bynajmniej!   Byłaby   to   sprawa   polityczna 

największej wagi, sprawa konstytucyjna, sprawa ustrojowa. Jakoś to wszystko nie da się 

ułożyć w formy państwa i społeczeństwa wyłącznie materialistycznego.

background image

PALIMPCEST

Ktoś wymyślił, a mnóstwo ludzi powtarza, że z muzeami bolszewicy obchodzą 

się   kulturalnie.   Jest   to   największe   głupstwo,   jakie   można   powiedzieć.   Bolszewicy, 

istotnie, nie posiekali Rembrandtów z Ermitażu w paski i nie rozdali ludności na onuce. 

Jeśli ktoś to uważa za zasługę, to nie będziemy się z nim kłócili. Ale już meble z pałaców 

carskich   są   wynoszone   do   klubów   robotniczych   i   tu   oczywiście   niszczone   przez 

publiczność.   Ale   już   Pałac   Zimowy   w   Petersburgu   z   jego   pięknymi   posadzkami 

zmieniony   na   muzeum   rewolucji,   co   dzień   tłuczony   tysiącami   bucisk,   niszczony 

bezmyślnie i obrzydliwie. Wreszcie najładniejszy gobelin, najładniejszy obraz może być 

w   każdej   chwili   zastawiony,   zasłonięty   przez   tablicę   z   przyklejonymi   groszowymi 

fotografiami   rewolucyjnymi.   Objaśnianie   arcydzieł   sztuki   we   wszystkich   pięknych 

muzeach   Rosji   odbywa   się   wyłącznie   na   płaszczyźnie   propagandy   antyreligijnej   i 

antyburżuazyjnej.

Dodajmy do tego sprzedaż płócien i arcydzieł sztuki szeroko uprawianą przez 

bolszewików.   Przedmioty   sztuki   są   wywożone   za   granicę   i   tam   sprzedawane,   aby 

uzyskać pieniądze na uprzemysłowienie kraju.

Zachowam swój obiektywizm do końca. Przyjechałem do Moskwy i Petersburga 

prosto   z   Rzymu.   Tkwiły   mi   w   pamięci   ruiny   świątyń,   łaźni,   budowli   pogańskich, 

rozbierane,  łamane  przez  wyzwolone  chrześcijaństwo. Także  tam zginęło  dużo,  dużo 

przedmiotów sztuki kultury antycznej.

Tylko jest różnica.

Chrześcijaństwo burzyło to, co się sprzeciwiało idei ducha. Bolszewizm burzy i 

dławi to, co się sprzeciwia najbardziej materialistycznemu pojmowaniu świata.

Śmieszni   jednak   są   ci   ludzie,   jak   Bruno   Jasieński,   którzy   nienawidzą 

chrześcijaństwa, są bolszewikami, zachwycają się światem pogańskim, światem kultury 

antycznej.   Cóż  to   za  śmieszne,   głupie   nieporozumienie.  Świat  antyczny  był   światem 

kultury, światem artystycznego piękna. Bolszewizm całą siłą swej gruboskórnej ideologii 

zwraca   się   właśnie   przeciwko   takiemu   światu.   Bolszewizm   jest   zaprzeczeniem,   jest 

walką z kulturą artystyczną, kulturą rozmyślań o pięknie. Pogaństwo dla wybudowania 

jednego budynku gotowe było posłać na śmierć tysiące niewolników. Bolszewizm dla 

background image

ocalenia jednej fabryki gotów jest oddać na zniszczenie nie jedną katedrę w Reims, lecz 

wszystkie katedry Europy i wszystkie rzeźby świata.

Nie ma większego rozpięcia jak świat antycznej kultury i niszczyciele wszelkiej 

kultury, dobrobytu, swobody człowieka - bolszewicy.

Chciałbym   odpowiedzieć   na   swoje   piąte   i   ostatnie   pytanie   o   palimpceście. 

Czytelnik znalazł już jednak sobie sam rozwiązanie w tym, co pisałem o „poputczikach”, 

i w tym, co pisałem o polityce narodowościowej Sowietów. Widzieliśmy, że literatura i w 

ogóle   sztuka   są   podporządkowane   w   sposób   gruboskórny   wymaganiom   propagandy 

walki klas oraz aktualnym potrzebom państwa sowietów. Sztuka wolna jest gnębiona, a 

specjalnie gnębione jakiekolwiek objawy związku ideowego z dawną literaturą rosyjską. 

W  stosunku do  mniejszości   narodowych  bolszewicy  uprawiają  politykę,   którą  nazwę 

„Demjanowa   ucha”.   Tymi   słowami   nazwał   Kryłow   swoją   bajkę,   w   której   gościnny 

gospodarz tak uracza swego gościa zupą z ryby, tak wpycha w niego coraz to nowe łyżki 

tego przysmaku rosyjskiego, że gość, nieszczęśliwy, ucieka i od tego czasu... gościnnego 

Demjana   nigdy   nie   odwiedza.   Mniejszości   narodowe,   od   największej,   bo   ukraińskiej 

począwszy, w dziedzinie językowej otrzymały od Sowietów więcej, niż mogły strawić. 

Kazano   Rosjanom   rodowitym   na   terytoriach   uznanych   za   mniejszościowe   mówić   po 

ukraińsku, białorusku, tatarsku, kazano im mówić w narzeczach, które wczoraj jeszcze 

nie miały swego alfabetu. W ten sposób, powtarzam, dano mniejszościom narodowym w 

dziedzinie językowej więcej, niż te mogły strawić. Lecz za tę cenę zabito w nich rozwój 

właściwego   nacjonalizmu,   właściwego   patriotyzmu.   Zrealizowano   hasło   Stalina,   że 

powstająca kultura tych narodowości będzie narodowa co do formy, sowiecką w treści.

Tego z Rosjanami zrobić nie można. Była oczywiście niemożliwą jakakolwiek 

polityka   „rozszerzania”   praw   językowych   języka   rosyjskiego.   Poza   tym   siła   i  jakość 

narodu   wielkorosyjskiego   nie   da   się   porównać   z   innymi   narodami   Sowietów. 

Neopatriotyzm rosyjski zawisł nad głową Sowietów jak miecz Damoklesa. Nie mówię, 

aby   ten   ruch   neopatriotyczny   rosyjski   w   Sowdepii   dziś   istniał.   Pisałem   już,   iż   to 

społeczeństwo jest w 70% wrogo usposobione do władzy, lecz zupełnie bezsilne, bierne. 

Ale ten patriotyzm może się odrodzić. Mogą przyjść wstrząśnienia, które go obudzą. 

Jedyną sukcesorką ideologii bolszewickiej, nawet wśród młodzieży, może być rosyjska 

ideologia wielkomocarstwowa. Osobiście gotów jestem ryzykować przypuszczenie, że z 

background image

podkładem historycznym, wielbiącym Iwana III i Piotra, a nawet Mikołaja I, z odcieniem 

monarchicznym.

Jadąc   do   Bolszewii,   rozmawiałem   z   jednym   z   bolszewików,   oficjalnie 

mieszkających   w   Warszawie,   tłumacząc   mu   swoją   teorię   palimpcestu,   że   pod   górną 

warstwą   bolszewicką   znajdę   w   Bolszewii   dolną   warstwę   starorosyjską,   niezmiennie 

rosyjską.   Nie   wiedziałem   wtedy,   że   zapowiedź   takich   poszukiwań   brzmiała 

prowokacyjnie,   że   chciałem   dowodzić   istnienia   tego,   co   najbardziej   jest   gnębione   i 

prześladowane. Również nosiłem się przed wyjazdem do Rosji z zamiarem napisania 

szkicu   o   jednym   ze   współczesnych   powieściopisarzy   sowieckich,   pt.  

Szlacheckie 

szczenię.  

Pisarz   ten   napisał   dużo   rzeczy   antyburżuazyjnych,   lecz   oto   ja   chciałem 

wykazywać, że w smugach jego pióra znajduje nitki, które usprawiedliwią mój tytuł. Nie 

napiszę takiego artykułu przez prostą ludzką przyzwoitość. Pisarz, o którym myślałem, 

już był aresztowany, a mój artykuł byłby przygotowaniem aktu oskarżenia, które by sobie 

przetłumaczyło GPU. 

Tyle co do palimpcestu.

background image

TERROR

Czy mogą przyjść wstrząśnienia na Sowiety, które by zachwiały ich potęgą?

Przyznam   się,   wolę   o   Bolszewii   podawać   informacje   niż   budować   teorie   i 

hipotezy. Tak trudno konstruować hipotezy, stojąc na tym wulkanicznym gruncie, gdzie 

ziemia drży pod nogami, gdzie wszystko co chwila się zmienia.

Przypuszczam jednak, że terror centralny, że rzucanie bomb na członków rządu, 

na   WCiK,   na   instytucje   i   urzędy   centralne   moskiewskie   zrobiłoby   swoje.   Bardzo 

przepraszam nasze MSZ, że w stosunku do państwa sąsiadującego z nami puszczam się 

na tak drażliwe rozmyślania. Ale po pierwsze w Moskwie napatrzyłem się i nasłuchałem 

tylu zachęt do rewolucji wszechświatowej i tylu urągań naszemu państwu, że gdybym 

wprost   nawoływał   do   terroru,   to   jeszcze   bym   był   kryty   zasadą   wzajemności,   i   to   z 

nawiązką. Lecz ja tego nie czynię tylko z obowiązku sprawozdawcy, rozpatrując pytanie: 

„co się stanie z Sowietami?”, chcę przewidzieć wszystkie możliwości.

Przypuszczam, że terror centralny,  odpowiednio intensywnie stosowany,  byłby 

bolszewikom o wiele więcej  zaszkodził, niż zaszkodziły rządowi rosyjskiemu bomby 

miotane swego czasu w Plehwego, Sipiagina etc. Różnica polega na poczuciu pewności 

władzy. Bolszewicy nie mają w swym państwie silnych organizacji antybolszewickich. 

Rząd cesarski był podminowany organizacjami wywrotowymi. A jednak rząd cesarski 

był   władzy   pewny.   Przeceniał   o   wiele   swe   znaczenie.   Cesarz   Mikołaj   II   jeszcze   w 

Tobolsku obawiał się, że go Niemcy chcą porwać, aby podpis jego na traktacie brzeskim 

otrzymać. Mieliśmy tu więc przesadne poczucie władzy. Otóż rzecz dziwna! Bolszewicy 

nie   tylko   tego   uczucia   nie   mają,   lecz   ciągle   mówią   i   myślą   o   niebezpieczeństwach 

grożących  ich  władzy.  Niebezpieczeństwo  obalenia  bolszewizmu  ma  coś z  widziadła 

sennego, nie wiadomo skąd powstaje, ale męczy i dusi jak koszmar nocny.

Pisząc tak,  znowu myślę  wyłącznie  o „starych”  bolszewikach. Zwracałem  już 

uwagę, że między starymi  bolszewikami  a młodzieżą  bolszewicką zachodzi  ogromna 

różnica.   Młodzież   bolszewicka   wyprzedziła   swoich   wodzów   w   przyjęciu   ostatnich 

konsekwencji doktryny i jej stosowania. Młodzieży się oddaje coraz liczniejsze i coraz 

wyższe posterunki w pracy państwowej, co znaczy w Bolszewii: w pracy w ogóle. Lecz 

przecież najwyższe stanowiska, powiedzmy „sownarkom” SSSR, czyli Rada Ministrów 

background image

w   Bolszewii   dotychczas   jeszcze   obsadzona   jest   ludźmi   starymi.   I   na   tych   to   ludzi 

padające   bomby   zrobią   wrażenie.   Nie   chcę   bynajmniej   upraszczać   zjawiska,   mówić 

„przestraszą się” - czy coś podobnego. Wobec jednak poczucia „niepewności władzy”, 

które ci ludzie noszą w sobie (ciągłe myśli o wojnie, o umacnianiu władzy, o zamachach 

na władzę wewnątrz kraju), ci ludzie przy widoku bomb załamią się psychicznie, jak się 

załamał swego czasu Ludwik Filip, jak się załamał Alfons XIII.

Wtedy to, co stanowi dziś centrum władzy, stanie się centrum paniki. Panika ta 

promieniować   będzie   od  punktu  centralnego,   od  nerwów  władzy,   od  mózgu  władzy. 

Może to sparaliżować cały organizm.

Za pięć, za dziesięć lat młodzież obejmie już wszystkie stanowiska w Sowdepii. 

Tak w sprawie niebezpieczeństwa wojny, jak i niebezpieczeństwa terroru czas pracuje na 

bolszewików.

Raz jednak chciałbym powtórzyć, aby jak najwięcej swoją myśl uwypuklić, że 

ogromna   ilość   myśli   i   pracy   skierowana   jest   przez   bolszewików   ciągle   i   ciągle   na 

zabezpieczenie swej władzy. Kołchozy, piatiletka, zreorganizowanie przemysłu - cóż to 

jest pod kątem widzenia psychologicznym? Tym samym co owo przewożenie z miasta do 

miasta mebli, zabranych u osób prywatnych. Tak samo, jak już dziś nikt nie odszuka w 

Związku Sowieckim swego krzesła czy swojej komody, którą zostawił w Woroneżu, tak i 

cała   Rosja   jest   zmieniona   tak,   aby  jej   „rodzona   matka   nie   poznała”,   aby  powrót   do 

„starych czasów” był technicznie niemożliwy.

Co do niebezpieczeństwa terroru, to zdaje się, że bolszewicy mogą się go nie 

obawiać.   Jest  wprost  niepodobieństwem  zorganizować   na emigracji   czy  w Bolszewii 

spisek, który by nie miał w swym środowisku prowokatora. Dawne partie rosyjskie także 

miały prowokatorów moc, a bolszewicy ten system wysoce udoskonalili. Dawny rząd 

cesarski   postępował   z   przestępcami   politycznymi   w   rękawiczkach   -   oczywiście   w 

porównaniu z dzisiejszym.  Wreszcie za czasów caratu przestępca polityczny nosił na 

sobie pewne moralne „tabu”. Pomagał mu się ukrywać każdy szlachcic, każdy kupiec, 

każdy   inny   burżuj   -   chociaż   był   to   człowiek   dążący   do   zniszczenia   burżuazji. 

Dzisiejszego   kontrrewolucjonistę   pierwszy   spotkany   komsomolec   czy   komsomołka 

chwycą za gardło.

Nie   wierzę,   aby   emigracja   rosyjska   na   serio   była   siłą   zdolną   do   walki   z 

background image

Sowietami.   Zresztą   słyszałem   wersję,   że   gen.   Kutiepow   przygotowywał   walkę 

terrorystyczną   i   dlatego   został   porwany.   Bolszewicy   porwą   lub   zabiją   każdego,   kto 

będzie naprawdę niebezpiecznym przeciwnikiem. To należy do tych wersji, o których się 

mówi: 

si non e vero, e bene trovato.

background image

PRZYSZŁOŚĆ

Raz jeszcze powtórzywszy swoją niechęć do zajmowania się teoriami o Rosji, 

zamiast   informacjami   o   Rosji,   muszę   jednak   uszeregować   swoje   wrażenia   i 

przypuszczenia.

Co się stanie z tym imperium?

1. Najbardziej prawdopodobny mimo wszystko wydaje mi się upadek Sowietów z 

powodu   jakiegoś   bardzo   trudno   dającego   się   przewidzieć   kataklizmu.   Nie   można 

przecież przypuścić, że długo może istnieć społeczeństwo karmione wyłącznie morfiną. 

Te   ciągłe   zmiany,   ta   rewolucyjność   wprowadzana   w   życie   codzienne   są   przecież 

psychologicznie tym samym co morfina. A to zabija, a nie usposabia do życia.

2.   Drugą   ewentualnością   jest   zwycięstwo   Sowietów   i   idei   bolszewickiej   nad 

całym globem. Prowadzą ku temu dwie drogi: infekcja, którą nazwę krótkowzrocznością 

kupiecką,   a   która   zatruwa   defensywę   naszego   świata   wobec   bolszewickiej   agresji,   i 

infekcja, którą nazwę ideową, a która ułatwia bolszewikom ofensywę ideową w głąb 

naszego świata.

3. Trzecią byłaby możliwość współistnienia, współżycia świata kapitalistycznego 

i bolszewickiego. Z taką rewolucyjnością, jak dziś, współżycie naszych światów możliwe 

jest może lat 10, może piętnaście, dwadzieścia. W końcu skończy się na agresji z ich 

strony. Zarówno Nep, jak i piatiletki to są właściwie tylko „pieredyszki” z ich strony.

background image

INFEKCJA KUPIECKA

Jest   to   mój   osobisty   pogląd   na   dzieje   psychologii   politycznej   średniowiecza, 

czasów   nowożytnych   i   czasów   naszych,   którego   nie   chcę   tu   ani   uzasadniać,   ani 

pogłębiać. Dzielę tę psychologię na szlachecko - militarną i mieszczańsko - kupiecką. 

Podział   ten   idzie   od   wieków   średnich.   Twórczą   politycznie   była,   moim   zdaniem, 

pierwsza psychologia. Odpowiada ten mój podział podziałowi ambicji władzy i żądzy 

pieniędzy.   Moim   zdaniem   nie   ekonomika,   lecz   polityka,   czyli   zagadnienia   władzy, 

rządziła światem. Polityka, czyli władza, stwarzała dopiero taką czy inną koniunkturę 

gospodarczą. Najwybitniejszym przedstawicielem psychologii militarnej był Napoleon. 

Czasami największej hegemonii ducha kupieckiego są czasy obecne, od traktatu wersal-

skiego 1919 r. począwszy.

Przechodząc z gruntu aforyzmów na grunt felietonu, zacytuję tu wierszyk, który 

znalazłem w pamiętnikach jednej z najbardziej ciekawych osobistości politycznych  w 

Polsce. Wierszyk ten tak właśnie rysuje stosunek psychologii militarnej do kupieckiej, 

jak ja to rozumiem. Bardzo głęboki jest ten wierszyk, zresztą oparty na Puszkinie.

Wsio majo - skazał bułat 

Wsio majo - skazało złato

Wsio woźmu - sakzał bułat 

Wsio kuplu - skazał złato 

Paszoł won - skazał bułat

I pajdu - skazało złato

Wszystko moje - orzekł miecz 

Wszystko moje - rzekło złoto 

Wszystko wezmę - orzekł miecz 

Wszystko kupię - rzekło złoto 

Pójdziesz precz - orzekł miecz 

A no pójdę - rzekło złoto.

background image

Torysi i liberałowie są w jednych i tych samych stronnictwach. Czasami tych, co 

są tylko reprezentantami psychologii pieniądza, uważa się za konserwatystów. W Polsce 

stronnictwo   prawicowe   -   „Narodowe”   -   jest   jednocześnie   skrajnie   probolszewickim 

stronnictwem w polityce międzynarodowej. Uważam jednak tych tylko za prawdziwych 

konserwatystów, którzy te zmieszane między sobą elementy potrafią rozróżnić.

Kupiec   jadący   do   Bolszewii   nie   rozumie,   że   reprezentuje   stronę   nierówną, 

nierównie słabszą. On chce tylko zarobić, on tu przyjechał tylko ze swą wagą kupiecką. 

Ma do czynienia z człowiekiem zakutym jak w żelazo w swoją ideologię agresji socjali-

stycznej.

background image

INFEKCJA IDEOWA

Powołam się tutaj na przykład blisko mnie obchodzący, bo na przykład wrażenia, 

które   uczyniły   moje   artykuły.   Prawda,   że   posiałem   prawdę,   bo   uważałem,   że   każde 

przeinaczenie   prawdy   zwiększa   niebezpieczeństwa,   które   nam   grożą   ze   strony 

bolszewizmu. Ale właśnie dlatego, że pisałem prawdę, przedstawiłem całą ohydę życia 

bolszewickiego,   tego   człowieka,   którego   nie   tylko,   że   jest   głodny   i   źle   odziany,   ale 

przede wszystkim ma myśl trzymaną w obcęgach. Człowieka trzymanego w najgorszej 

katordze, bo katordze myśli.

I   oto   ze   strony   poważnej,   ze   strony   jednego   wielkiego   człowieka   słyszałem 

zdanie, że moje studia działały zachęcająco do bolszewizmu. Czytałem wreszcie artykuł 

jednej pani, w którym ona, wyrażając się o mojej osobie bardzo pochlebnie, czyni ze 

mnie wprost propagatora bolszewizmu.

Nie umiem sobie tego zjawiska inaczej wytłumaczyć, jak bakcylem infekcyjnym 

bolszewickim,   swego   rodzaju   chorobą   mózgową,   którą   można   spotkać   u   ludzi 

zajadających białe bułki i pijących kawę z kożuszkiem nad Sekwaną, nad Wisłą, nad Ta-

mizą. Anatol France, ten wielki poganin, chwalił bolszewizm! Skąd powstaje ten bakcyl? 

Mam   śmiałość   powiedzieć,   że   z   przesytu   dobrobytu.   Tu   u   nas   mówi   się   o   nędzy, 

bezrobociu, kryzysach ekonomicznych, sytuacji katastrofalnej. Pojedźcie do Bolszewii. 

Wtedy to wszystko, co się u nas dzieje, nazwiecie jednym wyrazem: przesyt dobrobytu.

background image

POJEDŹCIE DO BOLSZEWII

Raz jeszcze: pojeździe do Bolszewii. Jakże na tamtym terytorium wydadzą się 

wam małe nasze spory.

Litwa   kowieńska   -   przecież   to   państwo   według   bolszewickiej   terminologii 

kułackie, państwo, gdzie każdy się modli, państwo katolickie.

Niemcy - państwo chrześcijańskie, kulturalne. Jakże niepotrzebnie, jakże dziwnie 

wyglądają te spory wobec tego niebezpieczeństwa, które nam stamtąd grozi.

background image

PRZYPADKOWA ROZMOWA W POCIĄGU

Kilka słów o książce Sokołowa: 

Morderstwo cesarskiej rodziny rosyjskiej.

Po oswobodzeniu Jekaterynburga od bolszewików władze rosyjskie w dniu 30 

lipca   zleciły   sędziemu   śledczemu   do   spraw   wagi   szczególnej,   panu   Nemetkinowi, 

przeprowadzenie   śledztwa   w   tej   sprawie.   Pan   Nemetkin   był   sędzią   rezydującym   w 

Jekaterynburgu i nie chciał prowadzić tej sprawy bez wymaganej przez rosyjski kodeks 

procedury, zlecenia prokuratora odnośnego sądu. Następcą jego był członek sądu, pan 

Siergiejew,   a   tego   znów   następcą   był   sam   Sokołow,   sędzia   śledczy   sądu   w   Omsku. 

Badania swe, charakteru ściśle sądowo - śledczego, wraz jednak ze swymi, osobistymi 

rozważaniami o charakterze historycznym, a nawet historyczno - politycznym, wyłożył w 

książce, której tytuł powyżej cytowałem.

Na wstępie tej książki pan Sokołow podkreśla z naciskiem:

„Nie   pretenduję   do   znajomości   wszystkich   faktów   ani   też   ujawnienia   prawdy 

całej. Twierdzę tylko, że ze wszystkich jestem jedynym, który do tej prawdy podszedł 

najbliżej”.

Do   tych   słów,   pisanych   w   roku   1924,   historia   nic   już   nie   mogła   dodać.   Nie 

możemy   przecież   ani   na   chwilę   brać   poważnie   fantastycznych   dziejów   pani 

Czajkowskiej, pretendującej do tego, iż jest córką Mikołaja II Anastazją, jakkolwiek nie 

mówiącej ani po rosyjsku, ani po angielsku, nie pamiętającej nazwy żadnego miasta w 

Rosji,   prócz   Petersburga,   wreszcie   zdemaskowanej   przez   rodzoną   siostrę   jako   Anna 

Szanckowska   ze   Śląska.   Ustalone   przez   pana   Sokołowa   wyniki   dochodzeń,   dzięki 

niezwykłemu zbiegowi okoliczności, trzeba kilku szczegółami uzupełnić.

Pan   Sokołow   ustalił   nazwiska   straży,   która   pilnowała   rodzinę   cesarską   w 

Jekaterynburgu,  i nazwiska te znajdujemy w jego książce.  Dotyczą  one jednak tylko 

oddziałów sformowanych w fabryce Złokasowowów oraz fabryce Syssert. Według badań 

pana Sokołowa oddziały te na kilka dni przed popełnieniem morderstwa były odsunięte 

do   pełnienia   służby   zewnętrznej   w   ogrodzie   koło   częstokołów,   natomiast   służbę 

wewnętrzną,   pilnowanie   bezpośrednie   cesarza   i   jego   rodziny,   objęli   czekiści.   Kiedy 

dokładnie to się stało, pan Sokołow tego nie ustalił, powiada on tylko na 172 stronicy 

swojej książki, że w pierwszych dniach lipca dotychczasowy komendant domu Ipatjewa, 

background image

Awdiejew,   został   zamieniony   przez   Jakuba   Jurowskiego,   którego   pomocnikiem   był 

niejaki Nikulin. Następnie pan Sokołow pisze, że kilka dni później dołączyło się do nich 

(Jurowskiego i Nikulina) dziesięciu ludzi, którzy zamieszkali na parterze w pokojach nr 

2, nr 4 i nr 6.

Nazwisk   tych   panu   Sokołowowi   nie   udało   się   ustalić.   Ustala   on   jednak   na 

dalszych kartach swej książki, że byli to czekiści i że pod przywództwem Jurowskiego 

dokonali samego aktu zbrodni. Pan Sokołow uważa za ich przywódcę Jakuba Jurow-

skiego - Żyda. Książka jego zawiera, moim zdaniem, zbyt mało danych, aby przeczyć 

temu, czego się dowiedziałem, że właściwym dowódcą bandy tych czekistów był nie 

Jurowski, lecz niejaki Griszka Suchorukow. Imię Griszka byłoby więc dla ostatniego 

Cesarza   Wszechrosji   prawdziwie   fatalne.   Mój   rozmówca   wymienił   mi   nazwisko 

Jurowski, lecz nie jako „głównego”. Muszę tu zauważyć, że Sokołow bardzo podkreśla, 

że wśród tych dwunastu czekistów było kilku Łotyszy, wypowiada przypuszczenie, że 

był tam jeden Węgier, cytuje wierszyki napisane na ścianie po niemiecku. Specjalnie 

pytałem  się o Węgra. Mój rozmówca  wytłumaczył  mi, że żadnego Węgra i w ogóle 

żadnego   byłego   jeńca   wśród   nich   nie   było.   Był   to   „północny   oddział   karzący”   - 

„Siewierno - karatielnyj otriad czeka”. Sądzę, że nacisk, który czynił pan Sokołow na 

obecność   cudzoziemców   wśród   bandy   morderczej   cesarza,   bez   przytaczania   zresztą 

istotnych danych po temu, wynikał z patriotyzmu pana Sokołowa - przed którym schylam 

głowę. Boleję nad tym, że te iluzje będę rozsiewał i raz jeszcze zaznaczę, że używając 

wyrazu „iluzje”, używam go bez cienia złośliwości, lecz z największym szacunkiem i 

szczerym współczuciem. Oświadczam, że rozumiem doskonale patriotyzm monarchiczny 

nieszczęśliwej starej Rosji.

Skoro jestem przy omawianiu sentymentów pana Sokołowa, muszę w charakterze 

dygresji   oświetlić   jeszcze   jedną   hipotezę   pana   Sokołowa,   którą   wyłuszcza   w   swojej 

książce, zresztą nie stosującą się do terenu bezpośrednich jego badań sądowo - śledczych, 

to znaczy do terenu Jekaterynburga. Otóż przez całą książkę pana Sokołowa przewija się 

przekonanie, że niejaki Jakowlew, który wiózł cesarza, cesarzową i wielką księżniczkę 

Marię, był agentem niemieckim, który chciał ocalić cesarza. Ponieważ jednak okazało 

się,   że   cesarz   oferty   niemieckiej   nie   przyjął,   więc   Jakowlew   porzucił   cesarza   w 

Jekaterynburgu. Nie wdając się w bliższy rozbiór tej hipotezy, opowiem tylko, że za-

background image

pytałem się mego rozmówcę, czy znał Jakowlewa, który wiózł cesarza z Tobolska do 

Jekaterynburga.   Odpowiedział   mi,   że   znał,   i   podał   mi   nawet   obecny   adres   tego 

Jakowlewa, mianowicie mieszka on w miejscowości Szartasz na Uralu, o ile pamiętam, 

nad jeziorem tego nazwiska, zajmuje się ogrodnictwem.

Pan   Sokołow   w   swej   książce   stwierdza,   że   autentycznego   przebiegu   samego 

morderstwa opisać nie może, a tylko dochodzi do niego na podstawie badania samego 

wnętrza ubikacji, w której akt morderstwa został dokonany, oraz na podstawie zeznań 

świadków,   z   których   jednak   żaden   nie   był   naocznym   świadkiem   mordu,   a   tylko 

powtarzał przed władzami sądowo - śledczymi to, co słyszał o nim z drugich czy trzecich 

ust. Żadnego członka bandy czekistów, którzy dokonali aktu morderstwa, pan Sokołow 

na oczy nie widział, pan Sokołow również nie znał nazwisk tych ludzi, z wyjątkiem 

Jurowskiego   i   Nikulina.   Pan   Sokołow   nie   zna   wreszcie   momentu,   skąd   i   kto   dał 

Jurowskiemu (którego mylnie uważa za szefa bandy) rozkaz dokonania mordu.

Moje   wiadomości   ten   moment   przynoszą.   Okazuje   się,   że   Mikołaj   II   i   jego 

rodzina zostali zamordowani przez przypadek, przez nieporozumienie.

Powiedziawszy to wszystko, przystąpię do najdokładniejszego opisu wydarzenia, 

które dało mi w ręce te wiadomości.

Dnia   5   maja   1931   roku   wsiadłem   w   Kazaniu   do   pociągu   pocztowego,   który 

wychodził z Kazania o 8.40 według czasu tamtejszego i który przybył z 40 - minutowym 

opóźnieniem.   W   wagonie   miękkim   jechali   razem   ze   mną   aktorzy   teatru   małego   i 

artystycznego   (Moskowskij   chudożestwiennyj   teatr),   którzy   wracali   z   objazdu 

kołchozów. Nie byli oczywiście to aktorzy pierwszorzędni tych zespołów teatralnych, 

lecz specjalna „brygada”, jak oni mówili, wysłana dla propagandy na głuchą wieś. Jeden 

z tych aktorów był dawnym „bezprizornym”, jeden z nich był świadkiem najciekawszych 

momentów naszej rozmowy. Dowiedziałem się nawet nazwiska tego aktora, człowieka 

starszego,   który   twierdził,   że   znał   swego   czasu   mecenasa   Lednickiego.   Nazwisko   to 

brzmi: Aleksy Mikołajewicz Fogt.

Mój   rozmówca   był   nie   aktorem,   lecz   jechał   na   jakiś   zjazd   do   Moskwy   ze 

Swierdłowska. Jak to często  bywa  w Rosji, w podróży rozmawiał  dużo  ze mną...  Z 

początku nie przypisywałem specjalnego znaczenia do tego, co on mówi i jakkolwiek 

pokazywał   mi   swoją   legitymację,   jako   członka   „gorsowieta”   (rady   miejskiej)   w 

background image

Swierdłowsku, nie zwróciłem uwagi nawet na jego nazwisko. Dopiero później, gdy się 

dowiedziałem, że jest przewodniczącym  komisji dla „czystki” byłych partyzantów, że 

mieszka   w   domu   dla   byłych   czekistów   w   Swierdłowsku   i   że   przez   całą   wojnę 

wewnętrzną rosyjską był członkiem „Siewierno - karatielnawo otriada czeka”, zacząłem 

mu się pilniej przypatrywać i pilniej uważać na to, co mówił. Pokazał mi wtedy swoją 

legitymację przewodniczącego komisji „czystki”. Nazwisko jego brzmiało Makkiadan.

Muszę tu objaśnić, że Swierdłowsk znaczy tyle, co Jekaterynburg. Jest to nowa 

nazwa miasta Jekaterynburga.

Opowiadania   Makkiadana   w   wagonie   w   ciągu   doby,   którą   z   nim   spędziłem, 

brzmiały mniej więcej następująco:

Jest Mołdawianinem z pochodzenia. Tęskni do Mołdawii, chce się tam dostać, 

lecz jego władze nie dają mu paszportu zagranicznego. W Mołdawii ma ojca lat 94 i 

matkę lat 82, których chciałby zobaczyć. Posiada też krewnych w Polsce, jakiś adwokat 

Gąberski, który mieszka w Lublinie i jest żonaty z panną Jankowską z Kiszyniowa, która 

jest jego krewną.

Opowiadał mi także o swojej żonie, córce weterynarza z Petersburga, i która sama 

posiada zootechniczne wykształcenie. Jak jechał w 1920 czy w 1921 roku (nie pamiętam) 

wagonem   czeka   na   czele   oddziału   czeka   i   jak   zaprosił   do   tego   wagonu   „panienkę” 

(barysznię),   jak   jej   tam   palcem   nie   tknął,   jak   później   ona   przyjechała   do   niego   do 

Jekaterynburga,   jak   mieszkali   razem,   lecz   bez   niczego,   jak   później   ona   mu   się 

oświadczyła. Ma teraz dwoje dzieci. Starszego synka trzeba oddawać do szkoły, lecz 

członkowie   domu   czekistów   własnej   szkoły   nie   posiadają,   a   kolejowcy,   do   których 

szkoły chciał go oddać, nie chcą dziecka niekolejowca przyjąć. Pomstował na to.

Podczas wojny był trzy razy ranny. Pokazywał mi bliznę na lewym ręku od kuli, 

która   przeszyła   mu  rękę   na  wylot.  W   wojsku  cesarskim   podczas  wielkiej   wojny  nie 

służył. Ma lat 38. Posiada złoty zegarek, jako prezent od Trockiego.

W pewnym momencie rozmowy wyraził żal, że nie byłem we Swierdłowsku, że 

nie widziałem domu Ipatjewa. 

Wtedy błyskawica przeszła mi przez mózg:

- A wyście tam byli... wtedy?

- A kakże (a no chyba).

background image

Wtedy zaczął mi opowiadać po kolei wszystko.

Wieczorem   przyszła   depesza   do   Biełoborodowa   z   Bażienowa,   to   jest 

miejscowości   położonej   o   50   wiorst   od   Jekaterynburga.   Depesza   ta   donosiła,   że 

nieprzyjaciel   napiera,   i   zawierała   na   końcu   frazes   „rymitie   nadleżaszczyja   miery” 

(przedsięwziąć odpowiednie środki).

Suchorukow nas wtedy zebrał wszystkich dwunastu, co zrobić, pan rozumie, że 

zabić cesarza to nie to, co zabić mnie lub pana. Ja nie brałem udziału w dyskusji, miałem 

gardło   spuchnięte,   mówić   nie   mogłem,   no   i   zdecydowaliśmy:   „trzeba,   żeby   dusza 

wyszła”.   Biełoborodow   nazajutrz   jechał.   Zobaczył,   co   się   stało,   że   wszyscy   zabici. 

Dopiero nas wymyślał. Wszystkich was rozstrzelać trzeba - mówił. Matem nas krył.

- A Jurowski tam był? - zapytałem.

- Był. O 12.00 w nocy przyszedł Suchorukow do nich i powiedział im, że tu się 

będzie robiła dezynfekcja w tych pokojach. Rozumie Pan, on tak sobie powiedział o 

dezynfekcji. Ale oni coś przeczuwali, o, przeczuwali. Stałem na schodach, jak schodzili. 

Mikołaj, jego żona, cztery panienki. Takie piękne były...

Pamiętam, jak wzdrygnąłem się, gdy Makkiadan powiedział: „Takie piękne były”. 

Pomyślałem   o   uczuciu   człowieka,   patrzącego   na   te   cztery   dziewczęta   -   księżniczki, 

prowadzone na rzeź.

- Tak było ze służbą. Sama siebie na śmierć skazała. Myśmy powiedzieli: „służba 

niech wyjdzie”, a oni: „nie pójdziemy”. Doktór też był. Botkin. „No, nie pójdziecie, tak 

czort z wami”. Pan rozumie, że rozstrzelać 12 osób to nie to samo co 7. Myśmy tamtych 

chcieli   wyprowadzić   przed   dom   i   powiedzieć:   „Idźcie   do   wszystkich   diabłów”.   To 

nieprawda, żeby kto się znęcał. Nic. Nawet „matem nikt nie pokrył”. Niech mi na tę rękę 

ołów się naleje, jeśli nieprawdę mówię.

Mowa tu jest o ordynarnym, cynicznym przekleństwie rosyjskim.

- Kiedy powiedzieliście służbie, że może iść?

- A o czwartej rano. O 12.00 sprowadziliśmy z góry na dół. Oni się rozebrali, 

położyli spać. O 4.00 rano weszliśmy i Suchorukow mówi: „teraz możecie iść”. Oni „nie 

pójdziemy”.

- A mówiono, że czytano wyrok, mówiono, że powiedziano cesarzowi „musimy 

was rozstrzelać”, a on powiedział: „czto”.

background image

- Gdzież tam. Nic podobnego. Strzelano i już.

- A cesarz nie trzymał cesarzewicza na ręku?

- Przeciwnie, Mikołaj pierwszy upadł. Wszyscy byli w koszulach, panienki miały 

na koszulach kaftaniki z flaneli. Jedną panienkę trafiła kula w ramię, do niej strzelano 

dwa   razy,   a   do   chłopca   (cesarzewicza)   strzelano   cztery   razy.   On   jakoś   zesztywniał, 

skostniał, wreszcie trafiono mu tu (Makkiadan pokazał na część czaszki nad uchem).

W tych kaftanikach znaleźliśmy potem mnóstwo brylantów.

- A jakże z ubraniem? przecież znaleziono części ubrania obok spalonych ciał?

- Ubranie powieźliśmy razem spalić.

- A opowiadano, że bagnetami zabito pokojówkę i jedną z księżniczek?

- Niech mi tu naleją ołowiu na rękę, jeśli tak było. Nic podobnego. Nikt bagnetem 

nie tknął, nie ruszył.

W głosie Makkiadana zabrzmiał ten sam szczery patos co poprzednio, gdy mówił, 

że nikt się nie znęcał i „matem nie krył”. Jak gdyby zabić kogoś bagnetem było zgoła 

czym innym niż wystrzałem broni palnej.

Potem opowiadał mi jeszcze krótko szczegóły palenia ciał - o ile mogłem się 

zorientować,   bo   byłem   trochę   zdenerwowany   tym,   co   słyszałem   -   takie   same   jak   u 

Sokołowa.

Nie   pamiętam   już,   kiedy   rozmowa   zeszła   na   Wielkiego   Księcia   Michała 

Aleksandrowicza. Makkiadan powiedział:

- Zabity on był w 11 dniu po Mikołaju. Zabity był na dziedzińcu duchownego 

seminarium.

O   ile   wiem,   jest   to   również   pierwsza   wiadomość   o   miejscu   zamordowania 

Wielkiego Księcia Michała Aleksandrowicza. Dotychczas znanym było tylko miasto, w 

którym widziano go po raz ostatni, to jest Perm.

background image

TRZY PRZYCZYNY KATASTROFY. CESARZ

„Przypadkowa rozmowa w pociągu” zupełnie przypadkowo też znalazła się w 

cyklu   moich   spostrzeżeń   o   Bolszewii.   Narusza   ona   charakter   publicystyczny   tych 

studiów, jest kartką wyrwaną z reporterki. Niech jednak zostanie jako klamra pomiędzy 

uwagami   o   Bolszewii   a   tymi   kilkoma   słowami   uwag,   które   chcę   powiedzieć   o 

„zatopionej   Rosji”.   Jak   do   tego   doszło?   Rewolucja   lutowa,   przygotowana   aktem 

terrorystycznym   z   udziałem   jednego   z   Wielkich   Książąt   (morderstwo   Rasputina), 

złączyła wszystkie warstwy społeczeństwa rosyjskiego przeciwko jednemu człowiekowi, 

a raczej jednej parze małżeńskiej. Wywracając ten słup, który stał na drodze normalnego 

rozwoju Rosji, wszyscy tak się naprężyli, że razem ze słupem wywróconym polecieli w 

przepaść.

Na   tym,   co   się   czyta   o   Cesarzu   Mikołaju   II,   i   na   tym,   co   nas   dochodzi   z 

opowiadań ludzi, którzy go znali, ciąży straszna klątwa. Człowiek ten był samodzierżcą 

jednej szóstej części globu. Każde jego słowo było czynem mogącym mieć gigantyczne 

znaczenie dla życia tysięcy ludzi. Każdy jego błąd, nieuwaga, niedopatrzenie strasznie się 

mściły na ludziach. Dlatego tak dużo jest wyzwisk rzucanych na osobę Mikołaja II nie ze 

strony rewolucjonistów, lecz przez byłych ministrów. Lecz będziemy względniejsi niż 

przedstawiciele najwyższej, rosyjskiej biurokracji.

Mikołaj II był gentlemanem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jego „partia” - jeśli 

można tego określenia użyć - przedstawiciele skrajnej reakcji, wśród której nie brakło 

ludzi   niesłychanie   inteligentnych   -   patrzyła   na   wojnę   z   Niemcami   jako   na   głupią 

awanturę. On sam, będąc do szpiku kości reakcjonistą, rozumiał doskonale, co znaczy 

wojna   pomiędzy   ostatnimi   konserwatywnymi   monarchiami   w   Europie.   W   miarę 

postępów  wojny musiał   to rozumieć  coraz   dobitniej.  Ale jak  zdecydowanie,  z  jakim 

wstrętem odrzucał podczas wojny wszelkie propozycje pokoju, uważając, że nie może 

zdradzić sojuszników. Było coś z Pawła I, z jego pojęć o honorze maltańskim, w tym 

obłąkaniu, z którym Mikołaj II prowadził wojnę, gubiąc Rosję, tron i siebie. Pochylimy 

tu   głowę   przed   jego   pojęciem   o   słowie   cesarskim,   lecz   nie   przed   przenikliwością 

polityka.   Na   obronę   polityczności   jego   stanowiska.   Na   obronę   polityczności   jego 

stanowiska można jednak dodać, że cała inteligencja rosyjska uważała idiotyczną - jak 

background image

słusznie ją z rosyjskiego punktu widzenia nazywał hr. Witte - wojnę z Niemcami za 

zbawienną dla Rosji.

Wszystko, co pisałem o Bolszewii, pisałem metodą wyłapywania grubych linii 

podkreślenia   cech   istotnych,   dominujących,   rządzących   psychologią   Sowietów. 

Przytaczałem   szczegóły   jedynie   jako   ilustrację   do   tego,   co   bym   nazwał   „ideami 

panującymi”. W krótkiej  charakterystyce  ostatniego  Cesarza chciałbym  zastosować tę 

samą metodę, poprzestać na enuncjacji cech istotnych w psychologii Mikołaja II. Był to 

więc człowiek miłujący życie rodzinne, który gdyby nie był Cesarzem, nigdy by się ży-

ciem publicznym nie zajmował, a od wszystkich naokoło żądałby tylko, aby jego i jego 

rodzinę pozostawiono w całkowitym odosobnieniu. Los, wypadki, ludzie, naród rosyjski 

postąpili zupełnie inaczej, prześwietlili jego życie osobiste, wszystko, co każdy człowiek 

ma prawo zachować dla siebie, każdą rzecz najintymniejszą ogłosili, pokazali, wydrwili 

przed światem całym.

Drugą cechą zasadniczą Mikołaja II był mistycyzm. Jest to cecha dziedziczna w 

rodzinie   Romanowów.   Ale   Mikołaj   II   był   mistykiem   największym,   większym   niż 

Aleksander I.

Opowiada   Izwolski,   jak   za   pierwszej   rewolucji   rosyjskiej   forty   zbuntowanego 

Kronsztadtu ostrzeliwały flotę i jak on, jako minister spraw zagr. składał w Peterhofie 

Cesarzowi raport o sprawach konsularnych w Persji. Cesarz słuchał bardzo uważnie, a 

armaty Kronsztadtu groziły nie tylko koronie Mikołaja II, ale jego życiu i życiu rodziny, 

gdyż  w razie  zwycięstwa  rewolty,  droga do stolicy byłaby odciętą.  Dopiero,  gdy po 

ukończeniu raportu Cesarz przez dużą taflę okienną spojrzał na morze i dymy wystrzałów 

-   zapytał   się   go   Izwolski,   czemu   jest   tak   spokojny.   Otrzymał   odpowiedź,   która 

zabrzmiała wyjątkowo poważnie, że cesarz rosyjski jest przekonany, że los jego teraz, tak 

samo jak zawsze, leży w ręku Boga.

Mikołaj II żywił głębokie przekonanie, że czeka go los tragiczny. Toteż wybuch 

rewolucji i detronizację powitała jego rodzina z uczuciem ulgi: „Już się stało”.

Pochodnymi od mistycyzmu  były dwie cechy. Jedna dobra, druga zła. Dobrą” 

było   wielkie   poczucie   cesarskiej   odpowiedzialności.   Ta   niewrażliwość,   spokój 

niewzruszony, godność, z którą Mikołaj II przyjmował najgorsze wiadomości, ten głos 

spokojny, którym, siadając do śniadania, powiedział: „ciekaw jestem, jak długo bronić 

background image

się będzie jeszcze Port Artur”, gdy jednocześnie kładł pod serwetę depeszę o zdobyciu 

Portu Artura przez Japończyków, ten spokój, z którym przyjmował wszystkie obelgi i 

szykany   po   detronizacji   -   wszystko   to   płynęło   z   przekonania,   że   nie   jest   zwykłym 

człowiekiem, lecz istotą, której Pan Bóg wyznaczył posłannictwo nadzwyczajne. Wiara 

ta żyła z dziecinną naiwnością czy też z podziwu godnym mistycznym przekonaniem w 

psychice Mikołaja II.

Obok poczucia odpowiedzialności mistycyzm Cesarza stworzył w nim wiarę w 

lud   rosyjski.   Cesarza   Mikołaja   II   można   nazwać   swego   rodzaju   demokratą, 

chłopomanem. Nikt nie może być zupełnie wyzwolony spod wpływów swego wieku, 

swej epoki. Mistycyzm Mikołaja i jego żony był średniowieczny. Cesarzowa całowała 

ręce jakichś pustelniczek, które od 50 lat się nie myły. Ale ta średnio wieczność trochę 

była pomalowana Tołstojem. Mikołaj II, reakcjonista, średniowieczny mistyk, na wiele 

rzeczy   miał   pogląd   podobny   do   Tołstoja.   Nienawidził   ochotników   jednorocznych   w 

wojsku, bo to inteligencja. Kochał szeregowca! Kochał i wierzył w lud rosyjski. Widział 

w nim ostoję swojego pochodzącego od Pana Boga posłannictwa.

Mieliśmy   w   niepodległej   Polsce   premiera,   który   się   zajmował   puszczaniem 

spodeczków   na   seansach   spirytystycznych.   Stosunek   Mikołaja   II   do   Rasputina   był 

stosunkiem głębszym. W głowie - wypełnionej średniowieczną mistyką, podejrzliwością 

do własnego otoczenia, tak zrozumiałą u samodzierżcy, wreszcie ową literacką „wiarą w 

lud”,   będącą   chorobliwą   cechą,   będącą   zabobonem   przedwojennego   pokolenia   - 

ulokował   się   kult   Rasputina,   jako   nadczłowieka,   jako   bezpośredniego   wyobraziciela 

religijnych i wszelkich innych poglądów całego rosyjskiego ludu.

Teraz przejdźmy już bezpośrednio do katastrofalnej roli, którą odegrał Mikołaj II 

w życiu państwa rosyjskiego. Oczywiście, że tymi wszystkimi cechami, które poprzednio 

wyłuszczyłem, Mikołaj II był bardzo daleki od przekonań, poglądów wyznawanych za 

czasów jego panowania przez całe społeczeństwo rosyjskie. Kąt odchylenia wyobrażeń 

Mikołaja był niesłychanie wielki w stosunku do świata wyobrażeń inteligencji rosyjskiej. 

Była to przepaść, której przeskoczyć się nie dało. Z jakimkolwiek innym członkiem tej 

dynastii na tronie Rosja miałaby więcej szans uniknięcia katastrofy, która ją spotkała. 

Mikołaj  II nie  miał  zupełnie  zmysłu  realizmu,  był  to umysł  fantastyczny,  gotowy w 

każdej chwili uwierzyć w każdą polityczną bajkę. Tacy ludzie zdarzają się nie tylko na 

background image

tronach, lecz w życiu codziennym, a nawet bardzo często w życiu politycznym, tylko 

oczywiście   nie   przynoszą   tyle   szkody.   W   naturze   Mikołaja   II,   w   jego   naturalnym, 

chłopięcym   ugrzecznieniu   wobec   wszystkich   tkwił   także   strach   wyjątkowy   przed 

zrobieniem komuś przykrości. Gotów był wszystkim ustąpić, wszystkim dogodzić. Są to 

cechy   natury   słabej,   a   natury   słabe   mają   również   skłonność   do   wpadania   w   drugą 

ostateczność, w upór, ślepy, bezmyślny, bezwzględny. To właśnie stało się z Mikołajem 

II. Słabość, bezwolność, niemoc w zakresie właściwego rozkazodawstwa połączyły się u 

niego z paroksyzmami bezwzględnego uporu.

Wszystkie te jego cechy charakteru doprowadziły do tego, że istotnie za czasów 

Sttirmera i Protopopowa Rosja znalazła się w ślepym zaułku.

Z chwilą detronizacji Mikołaj II stał się odkupicielem swoich win i monarchii. Te 

cechy charakteru, które - gdy był  władcą - powodowały katastrofę, teraz przeciwnie, 

wychodziły na dobre. Z godnością, ze spokojem Mikołaj II czekał na śmierć. Jak kwiaty 

podane artystce, tak krew przelana w związku z jakąś ideologią - zachęca i pobudza. Te 

biedne panienki, którym kule przebiły ciepłe od snu koszule i flanelowe kaftaniki, swą 

śmiercią więcej się monarchizmowi zasłużyły niż Alfons XIII swoimi wywiadami po 

gazetach i objaśnieniami. Jako dziennikarz, emocjonalnie związany z ideą monarchiczną, 

chciałem to jaskrawo na tych szpaltach podkreślić.

background image

INTELIGENCJA ROSYJSKA

Powiedziałem   ostrożnie,   że   z   innym   cesarzem   miałaby   Rosja   więcej   szans 

uniknięcia   rewolucji.   Gdyby   nim   był   Mikołaj   Mikołajewicz,   byłby   rządził   jako 

samodzierżca,   ale   samodzierżca   utalentowany   i   popularny,   gdyby   był   Michał 

Aleksandrowicz brat Cesarza - mieliby Rosjanie Cesarza konstytucyjnego, podobnego w 

swym   zachowaniu   się   do   Króla   Jerzego   V,   gdyby   miał   być   nim   Konstanty 

Konstatynowicz - Europa miałaby monarchę mecenasa sztuki, kogoś w rodzaju słynnego 

w   historii   literatury   Wielkiego   Księcia   Weimaru.   Ale   czy   te   wszystkie   „gdyby” 

odwróciły koło historii? Inteligencja rosyjska miała taki brak zmysłu państwowego, a 

raczej tak antypaństwowe instynkty! Wyrazem inteligencja określają różne narody różne 

grupy osób. W Rosji termin ten miał znaczenie najszersze. Obejmował on wszystkich, 

kto nie był wyraźnie „ludem”, aż po najwyższe szczyty biurokracji, zresztą wyłącznie. To 

znaczy,   że   do   inteligencji   nie   należeli   chłop,   robotnik   i   rzemieślnik,   oraz   minister, 

dyrektor   departamentu   policji,   generał   głównodowodzący.   Ale   kupiec   czytający 

Dostojewskiego, ale oficer chodzący do teatru wszystko to była inteligencja. Otóż na 

usprawiedliwienie całej tej inteligencji można chyba to powiedzieć, że ona - jak sam Mi-

kołaj II - przeceniała znaczenie i siłę samodzierżawia. Dlatego każdy, kto jej w walce z 

jedynowładztwem   pomagał,   stawał   się   jej   „poputczikiem”   -   mówiąc   dzisiejszym 

językiem rosyjskim.

Każda   antypaństwowa   organizacja   znajdywała   sympatie   wśród   inteligencji 

rosyjskiej.   Polski   ruch   strzelecki   nie   miał   wcale   pieniędzy.   Polska   miała   dużo   ludzi 

bogatych, dużo ludzi ofiarnych, lecz nikt nic nie chciał dać, bo ruch strzelecki w tych 

czasach   był   zbliżony   do   socjalistów.   Piłsudski   w   swojej   robocie   niepodległościowej 

musiał   się liczyć  z  każdym  dosłownie  głosem.   Z historii   stronnictw  socjalistycznych 

rosyjskich wiemy, że partie te rozporządzały tysiącami. Nie tylko z policji tajnej płynęły 

te tysiące złotych rubli, którymi obracali socjalrewolucjoniści, organizując swe zamachy 

terrorystyczne.   Szły   one   z   kieszeni   bogatych   fabrykantów,   właścicieli   ziemskich, 

zamożnych   adwokatów,   lekarzy,   wszystkich   tych,   którym   się   rewolucja   tak   od-

wdzięczyła.   Szczegłowitow,   cesarski   minister   sprawiedliwości,   więziony   przez 

bolszewików   w   fortecy   św.   Piotra   i   Pawła,   spotkał   na   spacerze   więziennym   p. 

background image

Tereszczenkę,   ministra   rządu   ks.   Lwowa,   bogacza,   który   uprzednio   znany   był   z 

subsydiowania ruchu rewolucyjnego. Szczygłowitow mu powiedział: „powiadają, że Pan 

zapłacił   pięć   milionów   rubli,   aby   trafić   tutaj.   Jaka   szkoda,   że   o   tym   wcześniej   nie 

wiedziałem. Osadziłbym tu Pana darmo”.

Anegdota ta ma symboliczny charakter.

Pamiętam   artykuł   w   „Rieczi”,   organie   partii   kadetów,   w   stulecie   bitwy   pod 

Możajskiem,   zwycięstwa   nad   Napoleonem.   Kadetów   należy   uważać   za   przeciętną 

inteligencji rosyjskiej. W artykule tym „Riecz” nie umiała nic innego napisać jak to, że 

żołnierz francuski czuł się tak w Rosji jak żołnierze rosyjscy w Mandżurii. Daleko mu 

było od Ojczyzny, więc dał się pobić. Oto wszystko, co potrafił w stulecie wielkiej swej 

państwowej chwały pomyśleć sobie inteligent rosyjski. Tylko tyle umiał powiedzieć o 

najważniejszym dla Rosji problemie azjatyckim.

Inteligentowi rosyjskiemu zdawało się tylko, że myślał antyrządowo, naprawdę 

myślał antypaństwowo. Kulminacyjnym objawem atrofii zmysłu państwowego jest dla 

mnie chwila, kiedy po rozwiązaniu I Dumy Stołypin zwrócił się do stronnictw Dumy, a 

przede  wszystkim  do  kadetów   z  propozycją  utworzenia  gabinetu  o  cechach   na  wpół 

parlamentarnego rządu. Cesarz Mikołaj II był dla tej myśli pozyskany przez Trepowa. 

Już   ten   jeden   fakt   zdejmuje   z   ostatniego   Cesarza   dużą   dozę   odpowiedzialności   i 

przerzucają na kadetów, którzy te propozycje odrzucili! Doprawdy raz jeszcze powiem, 

że na ich wytłumaczenie tylko ten można podnieść motyw, że przeceniali oni znaczenie i 

siłę jedynowładztwa, że uważali to jedynowładztwo za jedynego swego wroga, że byli 

pewni, iż po upadku jedynowładztwa rządy kraju przejdą w ręce inteligencji, że nie śniło 

się im, jakie siły bestialskie tkwią w wariackich głowach rosyjskich wywrotowców. Dla 

nas, Polaków, oczywiście najlepiej, iż ten sojusz geniusza Stołypina z parlamentem nie 

doszedł   do   skutku,   ale   doprawdy   pomimo   całej   litości,   na   którą   dziś   zasługuje   ten 

inteligent, czy to jako łachmaniarz - liszeniec w Bolszewii, czy jako szofer wożący w 

Paryżu Amerykanów do nocnych lokali - chce się powiedzieć pod jego adresem: 

Tu l'as 

voulu Georges Dandin.

Wyobraźmy sobie, żeby Mikołaj II, gdy został Cesarzem, zamiast  przybijać z 

żoną obrazki na ścianach w swoich pokojach, pojechał do politechniki petersburskiej i 

wygłosił mowę do młodzieży: „Zbyt długo kłóciliśmy się. Mamy tyle w Rosji do roboty. 

background image

Wszyscy  wyprzedzili   nas.  A mamy  kraje  olbrzymie,   które  czekają   na  pracę,   pracę   i 

jeszcze raz pracę. Mamy Azję, z której zrobić musimy Amerykę”. Oczywiście, gdyby 

miał nerwy i wolę Piotra I, mógłby jeszcze w 1894 r. zrobić w Rosji wszystko. Ale tego 

od nikogo nie można wymagać. Najlepsze jednak intencje i najrozumniejsze posunięcia 

przeciętnie   inteligentnego   władcy   rozbiły   się   o   antypaństwowe   instynkty   inteligencji 

rosyjskiej.

background image

UNE STUPIDE AVENTURE

Tak nazwał wielki mąż stanu, Sergiusz Witte, wojnę rosyjsko - niemiecką. Dla 

nas jest ona błogosławiona, bo nam dała niepodległość. Z punktu widzenia rosyjskiego 

była   ona   szaleństwem,   „awanturą   idiotyczną”,   Europę   wprowadziła   w   niewolę 

amerykańską.

Ekspansja państwa powinna się rozwijać w kierunku, który dla państwa może być 

najbardziej korzystny i tam, gdzie opór jest najmniejszy. Zwrócenie się Rosji przeciwko 

Niemcom nie mogło nawet w razie zwycięstwa nic dać Rosji, natomiast Rosja natykała 

się tu na opór największy.

Tłumaczenie, że Rosji chodziło o Bałkany, że z Niemcami walczyła Rosja tylko 

jako z sojusznikiem Austrii, nie zwalnia Sazanowa od zarzutu polityki błędnej. Należało 

pierwej Niemcy od Austrii odciągnąć drogą różnych koncesji, jeśli się chciało uprawiać 

plany bałkańskie.

Ale co dawała Rosji polityka bałkańska? Czy można porównać te korzyści, które 

Rosja mogła znaleźć dla siebie na Bałkanach, z tym,  co mogłaby dać jej Azja, przy 

rozumnej  polityce?  Moim  zdaniem  już  polityka  Aleksandra II jest  tylko  spóźnionym 

wykonaniem planu naszego Króla Władysława IV. Władysław IV, gdyby zrealizował 

swe   plany,   stworzyłby   z   Polski   wielkie   imperium.   Za   czasów   Sazanowa   Bałkany 

posiadają już zupełnie inną wartość.

Dowodem   słuszności   tezy,   iż   jedynym   racjonalnym   kierunkiem   ekspansji 

Moskwy jest Azja, jest współczesna polityka bolszewików i jej sukcesy.

Porównajmy   teraz   przyczyny   katastrofy   Rosji   z   naszym   położeniem.   Zamiast 

władcy w rodzaju Mikołaja II posiadamy na czele narodu człowieka geniuszu. Zamiast 

antypaństwowych, anarchicznych instynktów inteligencji rosyjskiej, dzięki Piłsudskiemu, 

krzepnie u nas idea „wszystko dla państwa”. To są nasze plusy. Natomiast obawiam się 

porównywać   metody   polityki   zagranicznej   obu   państw.   Wydaje   mi   się,   że   podobnie 

jednomyślnie prowadzimy podobnie błędną politykę zagraniczną.

background image

GŁOSY PRASY

PRZEDMOWA DO TRZECIEGO WYDANIA

Książka p. Stanisława Mackiewicza o Rosji sowieckiej rozeszła się w Polsce już 

w dwóch wydaniach. W Anglii ukazało się jej angielskie wydanie pt. 

Minds in Fetters. 

Poniżej zamieszczamy polskie, rosyjskie, białoruskie, ukraińskie, niemieckie i angielskie 

głosy prasy o tej książce. Są to urywkowe zdania wyjęte z artykułów, felietonów lub 

sprawozdań.

...   Według   podróżniczych   wrażeń   Mackiewicza,   pogłębionych   doskonałą 

znajomością przedbolszewickich stosunków w Rosji, reżim sowiecki do dziś dnia nie jest 

całkiem mocny...

„Arbeiter Zeitung” (Wiedeń)

Mówiąc o przyszłości Rosji, autor wyraża przypuszczenie w istocie najbardziej 

prawdopodobne,   że   sytuacja   obecna   zakończy   się   jednak   wskutek   jakiegoś 

nieprzewidzialnego zawalenia się Sowietów.

„Aberdeen Press”

Za to są ustępy tego artykułu równie niecodzienne, jak ów nagłówek  

Laudater 

Iesus Christus.  

Jest coś wielkiego w słowach o prześladowaniu religijnym, o biednym, 

opuszczonym kościele w czerwonej stolicy, w którego murach modły wiernych wskrze-

szają dzień w dzień pamięć pacierzy, szeptanych w mrokach katakumb. Wybucha nagle 

przesłoniętą codziennością religijność i przelewa się w ustępach, zakończonych gorzkim 

bryznięciem sarkazmu.

„Czas”

Pozornie jest to po prostu jeszcze jedna książka o Rosji sowieckiej, ale naprawdę 

jest pod wieloma względami zasadniczo od tych wszystkich różna.

„Catholic Times”

background image

...   cały   ten   przeraźliwy   nonsens   ustroju   sowieckiego,   stwarzający   terrorem, 

niewolnictwem i dumpingiem fikcję uprzemysłowienia Rosji, opisany jest przez p. St. 

Mackiewicza w sposób mistrzowski, prześcigający wyrazistością i jasnością wszystko, co 

kiedykolwiek o Sowietach zostało napisane.

Adam Romer „Dzień Polski”

Książka   zaglądająca   za   kulisy   faktów   Rosji   bolszewickiej   i   odróżniająca 

rzeczywiste siły działające w tym kraju.

„Derbyshire Times”

Russian   Minds   in   Fetters  

jest   to   tytuł   niesłychanie   interesującej   książki   którą 

właśnie przeczytałem.

Mam nadzieję, że książka ta trafi do sflaczałych rąk tych ciekawskich pisarzy i tak 

zwanych intelektualistów i ciężkich zarozumialców, co jadą do Rosji, a gdy im pokażą 

programowe widoki (portrety) i napchają niezgrabnymi oficjalnymi kłamstwami, wracają 

do Anglii, pełni nerwowego podniecenia.

Książka   ta   nie   jest   bynajmniej   propagandową   książką   antybolszewicką,   jest 

podaniem   faktów,   przetykanym   wielu   ścisłymi   rozważaniami   na   temat   całego 

eksperymentu. Tu i tam autor ośmiesza absurdalną sowiecką propagandę i śmieje się z 

dziecinnego gadania partyjnych przedstawicieli. Ale mimo to nie można powiedzieć, aby 

nie doceniał niebezpieczeństwa tego burzycielskiego ruchu.

„Daily Express”

... istotna wartość książki p. Stanisława Mackiewicza zawiera się w szczególnej 

wrażliwości na objawy konkretne, które autor chwyta w ich bezpośrednim ujęciu i nie 

rozprasza w doktrynerskich formułach.

Tadeusz Grużewski „Express Poranny”

... można nie podzielać zapatrywań p. Mackiewicza, lecz każdy musi przyznać, że 

zna on do głębi Rosję i jest obdarzony darem obserwacji bardzo trafnej.

„L'Echo de Varsovie”

background image

... jego stosunek do bolszewickiej Rosji jest szczególnie rycerski i tak poprawny, 

że należy zalecić go wszystkim innym dziennikarzom.

„Glasgow Evening News”

... pan Mackiewicz z temperamentem jurnego komsomolca zwalcza ten przesąd i 

piętnuje jego wierutną bajkę ...

... Czyż nie uderzyło ich to w oczy, że o prawdzie życia sowieckiego piszą tylko 

konserwatyści czy monarchiści i to ze stemplem B.B. ...

Jan Urbach „Głos Poranny” (Łódź)

...   Nie   wpadajmy   w   defetystyczny   pesymizm   ani   w   narkotyczny   optymizm. 

Poznawajcie   istotne   cele   ludzkości,   jako   też   ich   groźne   wykoślawienia.   Ku   temu 

pierwszemu posłużą nam prace Wrońskiego, ku temu drugiemu - rozumna książka p. 

Mackiewicza.

Czesław Kozłowski „Gazeta Literacka” Kraków

...   Znane   wrażenia   z   Rosji   sowieckiej   wybitnego   publicysty   Stanisława 

Mackiewicza   w   jego   głośnej   książce  

Myśl   w   obcęgach,  

lepiej   niż   opracowania 

dotychczasowe, bo bezpośredniej i zwłaszcza obiektywniej pozwoliły nam wniknąć w 

istotę niebezpieczeństwa od Wschodu.

Kazimierz Czachowski „Ilustrowany Kurier Codzienny”

...   Spostrzeżenia   o   płynności   i   nieustającej   zmienności   warunków   życia 

społecznego i indywidualnego jest bodaj najcenniejszą zdobyczą książki p. Mackiewicza. 

A.Ch. „Kurier Polski”

... Umysłowość p. Mackiewicza żywa, czujna, bystrą, elastyczna ... Czyta się też 

te wspomnienia jednym tchem; a każda nowa stronica przynosi nowe zaciekawienie.

Adam Grzymała - Siedlecki „Kurier Warszawski”

...   Wrażenia   z   kilkudniowej   podróży,   zdobyte   dzięki   śmiałym   inwestygacjom, 

background image

przenikliwemu darowi obserwacji, znajomości Rosji przedwojennej oraz historii Rosji 

bolszewickiej,   mają   bez   porównania   więcej   wartości   od   impresji   Duhamela,   Fabre   - 

Luce, Berauda i tylu innych.

Maria Czapska „Kobieta Współczesna”

Autor niewątpliwie starał się być uczciwym i prawdomównym i nie ukrywa wcale 

swych silnych zasad monarchicznych i rzymskokatolickich.

„Listener”

Jedną z najbardziej interesujących i najbardziej chętnie czytanych książek o Rosji, 

ostatnio wydanych - a lista książek traktujących o tym przedmiocie powiększa się stale ...

Istotną   cechą   Rosji   dzisiejszej   -   zdaniem   autora   -   jest   stan   rewolucyjnego 

naprężenia,   w   którym   utrzymuje   się   stale   cały   kraj.   Społeczeństwo   jest   tam 

„sprowadzone do stanu chronicznej histerii”. Wszystko jest w stanie płynnym, wszystko 

jest względne.

„Liverpool Post”

Był   (autor)   tak   „fair”   wobec   Sowietów,   że   podobno   oskarżono   go   w   jego 

Ojczyźnie o schlebianie bolszewizmowi. A przecież po przeczytaniu jego książki ...

„Mantnose”

... Najciekawsze i najbardziej wartościowe w 

Myśli w obcęgach 

jest to, co autor 

pisze o duchowej wiwisekcji, której ulega w Sowietach ludzka psychika i ludzki intelekt.

„Meta” (tyg. ukraiński, Lwów)

Metaforyka tytułu od razu wprowadza w styl dziełka, obiecując mowę obrazową - 

ale   więcej   zachęciłby   może   do   lektury   sam   temat   ostatniego   pisemka   p.   Stanisława 

Mackiewicza.

„Myśl Narodowa”

... Ta otwartość wyróżnia korzystnie jego książkę z potopu wydawnictw, pisanych 

background image

w   stylu   „liberalnym”,   z   obłudnym   pochlipywaniem   i   obsmarkiwaniem   się.   Wileński 

monarchista   nie   ukrywa   swojej   bezwzględnej   wrogości,   nie   ukrywa,   że   chodziło   mu 

przede wszystkim o zbadanie zdolności obronnej społeczeństwa ZSRR.

„Miesięcznik Literacki” (komunistyczny)

... jest to książka pełna szlachetnego niepokoju o to, czy to, co pisze, istotnie 

odpowiada prawdzie.

„Nothern Whig”

...   dlatego   też   książkę   Mackiewicza   uważamy   za   bogatą   zdobycz   literatury 

politycznej o Sowietach, może jedną z najciekawszych książek, które ukazały się na ten 

temat w literaturze europejskiej ...

Czesław Ołtarzewski „Polska Zbrojna”

... Książka iskrzy się wprost bystrymi spostrzeżeniami i uderzającymi ujęciami w 

dziedzinie obyczajowo - społecznej przede wszystkim.

Stanisław Stroński „Polonia” (Katowice)

... Nie brak w tej książce ani znamiennej dla Mackiewicza pasji, ani chaotycznego 

braku   linii,   ale   jest   żywe   wyczucie   rzeczywistości,   barwność,   szczerość   i 

bezpośredniość ...

Czesław Ołtarzewski „Republika” (Łódź)

Literatura antybolszewicka to szereg wyzwisk i banalnych twierdzeń o wyuzdaniu 

płciowym, o wyzysku robotników przez komisarzy itd. Od tego szablonu odstępuje praca 

Stanisława Mackiewicza.

Trudno jednak w literaturze ostatnich czasów o bolszewizmie rosyjskim znaleźć 

tak twardych i dobitnych sądów o Rosji bolszewickiej, jak w książce St. Mackiewicza.

Władysław Studnicki „Słowo”

Pan   Mackiewicz   w   przeciwieństwie   do   każdego   innego   pisarza,   piszącego   o 

background image

bolszewickiej Rosji, nie tylko stara się o bezstronność, aleją osiąga.

„Spectator”

Wśród ostatnich tak licznych książek o Rosji najbardziej interesująca jest 

Myśl w 

obcęgach.

„Truth”

Nowa książka o Rosji sowieckiej, o której piszemy, tym się różni od tamtych, że 

podchodzi   do   niej   z   psychologicznego   punktu   widzenie:   jej   autorowi   chodzi   o 

zobrazowanie skutku, jaki na rosyjskim narodzie wywarł ów eksperyment.

Faktem jest, że na żaden kwestionariusz, naszkicowany za granicami Rosji, nie da 

się łatwo odpowiedzieć. Rosja jest niewystarczająco statyczna, by z nią móc postępować 

tą metodą. Pan Mackiewicz mówi: „Jest to wielki kocioł, wrzący rewolucją”.

„The Times”

... Pozwoli bowiem zorientować się, czy skrystalizowane tam pojęcia i idee nie 

występują przypadkiem już i u nas w formie na razie embrionalnej i gdzie się ukrywają. 

Felietony p. Mackiewicza, dalekie od takiej myśli, pisane szczerze i obiektywnie, dają 

doskonałe pole dla tych poszukiwań niebezpiecznych laseczników społecznych.

Bolesław Żarski „Wiadomości Literackie”

... Młody wileński poseł, piłsudczyk Mackiewicz, przed kilkoma miesiącami w 

swojej oryginalnej, wspaniale napisanej książce o Rosji, która się stała jedną z najwięcej 

mających   powodzenie   książek   w   polskiej   literaturze   powojennej,   odmalował   nam 

wzrastające   niebezpieczeństwo   państwa   Sowietów   dla   Polski   i   całej   Europy, 

niebezpieczeństwo, wobec którego wszystkie inne troski na plan drugi stąpić muszą...

Imanuel Birnbaum „Vossische Zeitung”

Panie   Mackiewicz!   Należy   pamiętać,   że   takich   pierwszych   spotkanych 

komsomolców i komsomełek mamy w Związku cztery miliony, a w czasie najbliższym 

będziemy ich mieli pięć milionów.

„Zwiazda” (komunistyczna, Mińsk Lit.)

background image

... p. Mackiewicz dał nam do zrozumienia, że jest przede wszystkim artystą  - 

artystą dla którego momentem decydującym jest jego własny temperament i cechująca 

każdego artystę niezaspokojona ciekawość!

Irena Zdanowiczowa „Życie Nowogródzkie”

Wśród tych  licznych  głosów prasy jest jednak jeden, który autorowi  

Myśli w 

obcęgach  

sprawił   przyjemność   największą.   Jest   głos   białoruskiego   poety   Franciszka 

Olechnowicza, człowieka, który 7 lat siedział w obozie koncentracyjnym  na wyspach 

Sołowieckich. Człowiek ten pisze:

„Przyznam się, że długo nie mogłem się zdecydować na przeczytanie książki p. 

Mackiewicza.   Niedawno   wróciłem   ze   ZSRR,   wrażeń   swych   jeszcze   nie   zdążyłem 

wykorzystać literacko, obawiam się przeto, by cudze wrażenia nie weszły w kolizję z 

mymi   własnymi,   by   fałszywe,   jak   przypuszczałem,   oświetlenie   życia   »w   państwie 

budującego się socjalizmu« nie zataiło świeżości mych wspomnień, nie sugerowało mi 

cudzych   myśli.   Wreszcie   zacząłem   rozcinać   kartki   leżącej   przede   mną   broszury   i 

wszystkie 137 stronic przeczytałem... »jednym tchem«.

Spostrzeżenia,   myśli   i   wrażenia   zawarte   w  

Myśli   w   obcęgach  

nie   tylko   nie 

kolidowały z mymi wspomnieniami, lecz przeciwnie, żywiej je wskrzeszały, uwypuklały, 

dopełniały.

Nie przypuszczałem nigdy, by w tym kraju, gdzie prawda tak jest starannie przed 

okiem cudzoziemca ukrywana, dziennikarz polski przemierzający przestrzenie ZSRR w 

wygodnym   ekspressie,   zdołał   poza   wystawionymi   mu   na   każdym   kroku   przed   oczy 

»dostiżenjami«, ujrzeć sedno rzeczy. Zdolności obserwacyjne autora wprowadziły mnie 

w zdumienie”.

background image

STANISŁAW Z JAŃCZA MACKIEWICZ HERBU BOŻAWOLA, 

PSEUDONIM CAT

Podane   powyżej   uzupełniające   dane   „...   z   Jańcza...   herbu”   mają   być 

wyróżnieniem   tego   właśnie   Mackiewicza   spośród   ogromnej   rzeszy   Mackiewiczów, 

zamieszkałych dawniej i dzisiaj na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, z których 

wielu bywało (także obecnie) redaktorami rozmaitych pism.

Stanisław Mackiewicz (Cat) - czyli kot, który chodzi własnymi drogami i nigdy 

nie wiadomo kędy - z opowieści Rudyarda Kiplinga - długoletni redaktor naczelny i 

wydawca  konserwatywnego  „Słowa” w Wilnie  i autor  

Myśli w obcęgach  

oraz wielu 

innych książek i artykułów (nie tylko drukowanych w wileńskim „Słowie”), urodził się w 

Petersburgu 18 grudnia 1896 r. Ojcem jego był Antoni Mackiewicz - wilnianin, matką 

Maria   z   Pietraszkiewiczów   -   krakowianka   z   kręgu   Młodej   Polski.   Dziadkowie: 

Mackiewicz   i   Pietraszkiewicz   -   obaj   za   działalność   niepodległościową   ukarani   przez 

rosyjskich zaborców podobne mieli losy: Mackiewicz zmarł na Syberii, zesłany tam po 

roku   1863,   Pietraszkiewiczowi,   skazanemu   na   karę   śmierci   za   udział   w   spisku 

Konarskiego   zamieniono   karę   na   dożywotnią   służbę   „w   sołdatach”.   Zesłano   go   na 

Kaukaz, gdzie wykazał się taką odwagą, że nie tylko został odznaczony, ale również 

amnestionowany   -   co   mu   pozwoliło   na   osiedlenie   się   w   Krakowie   i   założenie   tam 

rodziny.  Dzieciństwo Stanisława, tak jak i jego rodzeństwa: Seweryny (Orłosiowej) i 

Józefa,   upłynęło   na   zaznajamianiu   się   z   historią   Polski   przez   nieustanne   podróże 

pomiędzy Wilnem i Krakowem. Ta Jagiellońska „oś historii” odbiła się niewątpliwie na 

poglądach   Stanisława   Mackiewicza.   Dodatkową   „lekcją”   uniwersalizmu   były   bliskie 

kontakty Mackiewiczów z rodzinami dwóch sióstr (spośród czterech) ojca które wyszły 

za mąż za Litwinów aktywnych w walce o narodową tożsamość. W dyskusjach przy 

„rodzinnym stole” kształtowały się talenty polemiczne zgromadzonej młodzieży.

Działalność dziennikarsko - niepodległościową zaczął Stanisław Mackiewicz w 

Wilnie  jeszcze  w czasach  gimnazjalnych,  przed pierwszą  wojną światową. W  grupie 

młodzieży mistrzem był starszy o lat parę Mieczysław Niedziałkowski. W czasie wojny 

Mackiewicz  rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim - co mu nie 

przeszkadzało   w   udzielać   się   w   organizacjach   niepodległościowych,   za   co   został 

background image

aresztowany i osadzony w więzieniu - skąd dość szybko zbiegł.

Następnie znalazł się w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w czasie 

wojny polsko - bolszewickiej w oddziale Jerzego Dąmbrowskiego (13 Pułk Ułanów). W 

czasie urlopu w lutym 1920 roku wziął ślub w katedrze św. Jana w Warszawie z Wandą 

Krahelską.

W tym czasie: wojny i małżeństwa, współpracuje z pismami konserwatywnymi: 

krakowskim i poznańskim.

Wraca   do   Wilna,   gdzie   1   sierpnia   1922   roku   ukazuje   się   pod   jego   naczelną 

redakcją   konserwatywno   -   monarchistyczny   dziennik   „Słowo”.   Nie   wypełnia   mu   to 

całkowicie czasu, bo udziela się także i w organizowaniu słynnego zjazdu w Nieświeżu 

(październik 1926 r.) i posłuje na Sejm w latach 1928 - 1935.

W   okresie   poprzedzającym   II   wojnę   światową   ogłasza   szereg   artykułów 

alarmujących   opinię   publiczną   brakami   w   uzbrojeniu   Polski   -   wobec   grożącego   jej 

niebezpieczeństwa. W rezultacie zostaje zesłany w kwietniu 1939 r. na kilka tygodni do 

Berezy   Kartuskiej.   Ciekawe,   że   wszyscy   jego   przeciwnicy   -   których   swym   ostrym 

piórem   łatwo   obrażał   -   ujmują   się   za   nim,   protestując   przeciwko   takim   metodom 

ograniczania „wolności słowa”.

Ostatni   numer   „Słowa”   ukazuje   się   18   września   1939   r.,   gdy   bolszewicy 

zajmowali Wilno. W tymże dniu Stanisław Mackiewicz opuszcza swe ukochane miasto 

na zawsze - jadąc do Kowna, a stamtąd do Paryża.

Pierwszą   zimę   II   wojny   spędza   w   Paryżu   jako   członek   I   Rady   Narodowej   i 

wydawca tygodnika „Słowo” (21 I 1940 - 9 VI 1940). Po upadku Francji przedostaje się 

do Anglii. Tam, poza udzielaniem się w sprawach politycznych, przesiaduje godzinami w 

British Museum - pisząc książki:  

Historia Polski 1918 - 1939, Dostojewski, Klucz do  

Piłsudskiego,   Lata  nadziei.  

Będąc   w  opozycji  do  rządu  Sikorskiego,  za  jego  zbytnią 

uległość wobec Aliantów w rozmowach polsko - radzieckich, rozpoczyna w roku 1941 

wydawanie broszur polemicznych. W latach 1946 - 1952 wydaje pismo pod znaczącym 

tytułem „Lwów i Wilno”. W roku 1952 wydaje książkę o Królu Stanisławie Auguście. 

Jest członkiem III Rady Narodowej, a w latach 1951 - 1954 wiceprezesem IV Rady 

Narodowej w Londynie.

7   czerwca   1954   roku   zostaje   powołany   na   premiera   polskiego   rządu 

background image

emigracyjnego (pozostaje nim, a także ministrem spraw zagranicznych do 21 VI 1955). 

W   emigracyjnym   plebiscycie   „Wiadomości”   w   1955   r.   na   najulubieńszego   pisarza 

emigracji zajmuje pierwsze miejsce przed swym bratem Józefem Mackiewiczem.

14 czerwca 1956 r. Stanisław Mackiewicz wraca do Polski. Ten tragiczny powrót, 

świadczący o klęsce toczonych przez niego walk o Polskę i jej kształt, kwituje słowami: 

chcą   zademonstrować   rodakom,   że   w   niczym   nie   mogą   i   nie   powinni   liczyć   na  

dotrzymanie umów przez aliantów.

Zaraz po jego przyjeździe wchodzimy do warszawskiej, obszernej restauracji - 

ludzie   zgromadzeni   przy   stolikach   wstają   i   biją   brawo.   Ale   Mackiewicz   wydaje 

Londyniszcze 

i w dużym stopniu traci swą popularność emigracyjnego premiera, ponie-

waż, jak sam mówi: 

Polacy kochają Anglików.

Wraz z rodziną objeżdża „nową Polskę”, wygłasza odczyty, nawiązuje kontakty. 

Ten stan trwa krótko. W rezultacie wiąże się z „Paxem” i pisuje do pism paxowskich. 

Uważa, że siłą główną mogącą w Polsce przeciwstawić się sowieckiemu zniewoleniu jest 

Kościół,   ale   ważne   jest   też,   by   się   uniezależnić   ekonomicznie   od   państwowego 

monopolu, a tę rolę w pewnym stopniu spełnia PAX.

Nie mieści się jednak w polskiej rzeczywistości, ciężko choruje, zaczyna pisać 

pod pseudonimem do paryskiej „Kultury”. Jest jednym z inspiratorów i. sygnatariuszy 

„listu   34”   (marzec   1964   rok).   W   listopadzie   1965   r.   zostaje   „ukarany”   przez   Sąd 

Dziennikarski   przy   Oddziale   Warszawskiego   Stowarzyszenia   Dziennikarzy   Polskich 

skreśleniem z listy członków (podpisany:  Rzecznik Dyscyplinarny O. Andrzejewska). 

Prawie   jednocześnie,   bo   także   w   listopadzie   1965   r.   wpływa   oskarżenie   przeciwko 

Stanisławowi  Mackiewiczowi  z Generalnej  Prokuratury o przestępstwo z  art. 23 § 1 

dekretu z 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy 

państwa.

W związku ze śmiercią oskarżonego sprawa ta zostaje umorzona. Po odzyskaniu 

niepodległości (w 1992 roku) - Stanisław Mackiewicz został zrehabilitowany.

W   ostatnim   okresie   życia   dotknął   go   również   zakaz   publikacji   prasowych.   A 

jednak mimo dręczących go chorób i represji, w ciągu prawie dziesięciu lat pobytu w 

PRL napisał szereg książek, które zostały wydane, głównie w Insytytucie Wydawniczym 

PAX, a także w PIW i Czytelniku.  

Londyniszcze  

Warszawa 1957,  

Muchy chodzą po 

background image

mózgu  

Kraków 1957,  

Zielone oczy  

Warszawa 1958,  

Był Bal  

Warszawa 1961,  

Polityka 

Becka  

Paryż  1964,  

Europa in flagranti  

Warszawa 1965,  

Herezje i prawdy  

Warszawa 

1969. Już po śmierci wydano wybór pism opracowanych przez żonę i córki: 

Odeszli w 

zmierzch 1916 - 1966 

Warszawa 1968, 

Kto mnie wołał, czego chciał 

Warszawa 1972. Po-

nadto opublikowano jeszcze dwa wybory publicystyki: 

Kto mnie nie chciał? 

Sztokholm 

1982   i  

Teksty  

Warszawa   1989.   Ukazała   się   także   ostatnia   napisana   za   życia   autora 

książka  

Dom Radziwiłłów  

Warszawa 1990. Prace te cieszyły się popularnością o czym 

świadczą liczne wznowienia i przedruki.

Stanisław Mackiewicz umiera 18 lutego 1966 r., pochowany został na cmentarzu 

Powązkowskim w Warszawie, wbrew swemu pragnieniu, by go pochowano w Wilnie 

przy grobach ojca i matki na cmentarzu Rossa.

W   czasie   pogrzebu   żegnali   go   pięknymi   przemówieniami:   młodszy   kolega   z 

Uniwersytetu  Stefana  Batorego w Wilnie  Lech Beynar  (Paweł Jasienica)  i  przyjaciel 

Mackiewicza, Aleksander Bocheński, autor 

Dziejów Głupoty w Polsce.

Aleksandra Niemczykowa

background image

Przedmowa...........................................................................................................3

Spełniam obowiązek wobec swoich pytań...........................................................6

Pięć pytań.............................................................................................................8

Rewolucja w całej pełni. Kipiący kocioł.............................................................9

Wracam do swoich pytań...................................................................................11

Co będzie w razie wojny?..................................................................................12

Myśl w obcęgach...............................................................................................15

Piszę prawdę, jedynie prawdę, wyłącznie prawdę.............................................22

Robotnik z ukończonym fakultetem historycznym...........................................28

Czy można się odżywiać morfiną?....................................................................35

Liszeniec............................................................................................................43

Odpowiadam na drugie pytanie.........................................................................49

Laudetur Iezus Christus.....................................................................................54

Kobieto, zdejm zasłonę!.....................................................................................60

Czczone zwłoki czy woskowa lalka?.................................................................65

Palimpcest..........................................................................................................71

Terror.................................................................................................................74

Przyszłość...........................................................................................................76

Infekcja kupiecka...............................................................................................77

Infekcja ideowa..................................................................................................79

Pojedźcie do Bolszewii......................................................................................80

Przypadkowa rozmowa w pociągu....................................................................81

Trzy przyczyny katastrofy. Cesarz.....................................................................87

Inteligencja rosyjska..........................................................................................91

Une stupide aventure..........................................................................................93

Głosy Prasy Przedmowa do trzeciego wydania.................................................94

Posłowie...........................................................................................................101