background image

 

 
 
 
 

STANISŁAW PAGACZEWSKI 

Gąbka i latające talerze 

background image

 

 

Rozdział I - BARDZO DŁUGA NOC 

 

Naprzód spadło kilka kropli jakiegoś płynu, a potem puszka po makrelach w oleju. O tym, że to były 
makrele,  a  nie  śledzie  w  sosie  węgierskim,  przekonał  się  profesor  Gąbka  przy  pomocy  latarki 
elektrycznej, którą namacał w kieszeni skafandra. Jedna z kropli zwilżyła zeschnięte wargi profesora. 
Oblizał się i poczuł w ustach smak piwa. 
Nie spał już od pewnego czasu, lecz leżał z zamkniętymi oczyma, usiłując sobie przypomnieć, skąd się 
tu wziął. Mimo grobowych ciemności jedno było jasne: nie spoczywał w swym własnym łóżku, tylko 
na  twardej  i  nierównej  powierzchni,  przypominającej  dno  jaskini.  Nie  miał  na  sobie  piżamy,  lecz 
puchowy skafander z kapturem. Zdrętwiałe od długiego bezruchu nogi tkwiły w spodniach, których 
nogawki ginęły w cholewach gumowych butów. 
Nie ulega wątpliwości - myślał profesor - że jestem w ciemnym pomieszczeniu, które nie ma okien, ale 
za to jakiś otwór, przez który wpadają  puszki z konserw  rybnych. Cóż by to mogło być za miejsce? 
Chyba nie Smocza Jama... 
I nagle uderzył się dłonią w czoło. 
- Już wiem! Że też wcześniej na to nie wpadłem. 
W  tej  samej  chwili  szarpnęła  nim  trwoga  o  przyjaciół.  Snop  światła  omiótł  skalną  pieczarę,  pełną 
ostrych  występów,  półek,  gzymsów,  o  stropie  usianym  stalaktytami.  Na  prawo  od  profesora  leżał 
Smok z głową opartą na kamieniu, na lewo zaś mistrz Bartolini, pochrapujący z lekka przez półotwarte 
usta. Nieco dalej widniała sylwetka księcia Kraka, leżącego na wznak, z szeroko rozłożonymi rękami. 
W świetle latarki błysnął złoty łańcuch, z którym książę nigdy się nie rozstawał. 
Profesor  zerwał  się  i  z  wielkim  trudem  zrobił  kilka  kroków  na  zesztywniałych  nogach.  Bolały  go 
wszystkie stawy i mięśnie. Wykonał szereg głębokich wdechów i ku swemu zdumieniu poczuł zapach 
fiołków. 
Skąd  by  się  tu  wzięły  fiołki?  -  pomyślał  z  niedowierzaniem.  -  To  przecież  niemożliwe,  żeby  w  tej 
ciemności mogły istnieć jakiekolwiek kwiaty. Może to złudzenie? 
Podszedł do Smoka. 
- Hej, hej, obudź się, stary! - zawołał ciągnąc go za ramię. 
Smok usiadł i otworzył oczy. 
- Co się dzieje? 
- Pospaliśmy się jak susły - odparł profesor i skierował się ku Bartoliniemu. Z obudzeniem kucharza i 
księcia nie poszło tak łatwo, ale po dłuższej chwili i oni przetarli zaspane oczy, ziewając przy tym od 
ucha do ucha. 
- Która godzina? - zapytał Krak. 
- Za piętnaście czwarta - odparł profesor. - Ale zdaje mi się, że zegarek stoi. 
Smok rozprostował ramiona. 
- Już dawno się tak nie wyspałem - rzekł z zadowoleniem. - Chyba z dwanaście godzin... 
Profesor nic nie odpowiedział, tylko założył na nos okulary i pochylił się nad puszką. Przyświecając z 
bliska latarką odczytał znajdujący się na niej napis: MAKRELA W OLEJU AROMATYZOWANYM. 
- Dobra rzecz - mlasnął Bartolini. Profesor czytał dalej: 
-  Surowce:  ryby,  olej  roślinny,  ocet,  przyprawy...  Spółdzielnia  Pracy  Rybołówstwa  i  Przetwórstwa 
Rybnego „Certa” w Szczecinie... Cena 11 złotych, data produkcji... 
Nagle  przerwał  i  przez  chwilę  przyglądał  się  puszce  z  niedowierzaniem  i  głęboką  uwagą,  o  czym 
świadczyły zmarszczki, które zarysowały się na jego czole. 
- Co cię tak zatkało? - zapytał książę, masując sobie zesztywniałe kolana. - Puszka jak puszka. Zdaje 
się, że wczoraj jedliśmy jakieś konserwy. 
- To nie nasza puszka - rzekł profesor głosem, w którym dźwięczała niezwykła powaga. - Słuchajcie: 
data produkcji 15 III 1978. 
- Co? Jaki? 
- Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy - powtórzył profesor. 
- Coś ty... - mruknął książę. 
- Wcale nie żartuję. Tu jest wyraźnie napisane 1978 r. A który rok mamy obecnie? 

background image

 

-  Siedemset  siedemdziesiąty  ósmy  -  rzekł  Bartolini.  -  Pamiętam  dobrze,  bo  to  dwudziesta  rocznica 
mojego ślubu z Balbinką. Czy te rybki nie są przypadkiem nieświeże? 
Profesor pokiwał głową przecząco. 
-  Nie,  moi  drodzy,  wystarczy  powąchać  to,  co  w  puszce  zostało.  Obawiam  się,  że  to  my  jesteśmy 
bardzo,  ale  to  bardzo  starzy.  Starsi  o  tysiąc  dwieście  lat  od  chwili,  gdy wybraliśmy  się  na  inspekcję 
garnizonu Śpiących Rycerzy w Górach Skalistego Południa. 
W  głębokiej  ciszy,  jaka  zapadła  po  tych  słowach,  zrodził  się  nagle  daleki  gwar  i  stukot  licznych 
kroków. Jak na komendę podnieśli głowy, bo owe dziwne odgłosy dolatywały z górnej części jaskini. 
- Pst - szepnął Smok i nadstawił swe ogromne uszy, przypominające do złudzenia anteny radaru. - Nic 
teraz nie mówcie. 
Wstrzymali oddechy. 
- Tak - stwierdził Smok po chwili. - Tam, nad nami, idzie dużo ludzi. Ktoś gra na gitarze. Słyszałem 
nawet słowa piosenki śpiewanej przez młode głosy... 
- Jestem głodny - rzekł książę Krak do kucharza. - Masz coś jeszcze w plecaku? 
- Suchary i szynka z żubra. Zrobić kanapki? 
-  Oczywiście.  A  ty,  Baltazarku  kochany,  powiedz,  co  sądzisz  o  tym  wszystkim.  Jest  to  chyba 
najdziwniejsza przygoda w mym życiu. 
-  Nie  tylko  w  twoim  -  powiedział  profesor.  -  Wygląda  na  to,  że  naprawdę  spaliśmy  przez  tysiąc 
dwieście lat. Ale wciąż jeszcze nie mogę w to uwierzyć. 
-  W  takim  razie  jak  wytłumaczyć,  że  wszyscy  mamy  długie  i  w  dodatku  siwe  brody.  No  i  to,  że 
byliśmy przysypani grubą warstwą pyłu... 
- Tak, tak - rzekł profesor kiwając głową. - Nie ma innego wytłumaczenia, ale przez to prawda wcale 
nie jest łatwiejsza do przyjęcia... Choć istnieje odrobina nadziei. 
Krak zerwał się z kamienia. 
- Co masz na myśli? 
- Skoro weszliśmy tutaj, to zapewne będziemy mogli wyjść z powrotem. Może na zewnątrz wszystko 
zostało po staremu? Może tylko w tej grocie czas biegnie inaczej? 
- Oby tak było - westchnął Smok. - Wobec tego szukajmy wyjścia. W tym miejscu robię znak pazurem. 
Obejdziemy całą jaskinię dookoła. 
Po godzinie poszukiwań czwórka przyjaciół pozbyła się resztek nadziei. 
- Ani śladu szczeliny, przez którą weszliśmy tu wczoraj. 
-  Nie  wczoraj,  tylko  1200  lat  temu  -  sprostował  książę.  -  Nic  w  tym  dziwnego,  przez  tak  długi  czas 
skały mogły się obsunąć, a gruz zasypał przejście. 
Gąbka zgasił latarkę. 
-  Musimy  oszczędzać  światła.  Kto  wie,  kiedy  się  stąd  wydostaniemy.  A  więc,  wracając  do  naszych 
rozważań, przypomnijmy sobie, co było przed zaśnięciem. 
- Jedno jest pewne - rzekł Smok - że szukając wejścia do koszar Śpiących Rycerzy zabłądziliśmy w tym 
podziemnym  labiryncie,  a  ponieważ  poczuliśmy  senność,  ułożyliśmy  się  tu  na  spoczynek.  Przed 
zaśnięciem pomyślałem o tym, że po powrocie do Jamy będę musiał naprawić kurek w wannie. Woda 
wciąż kapała, bo nigdzie nie mogłem dostać uszczelek, 
- Widziałem je w sklepie Błażeja Rączki przy placu Wielkiej Ryby - powiedział profesor - ale obawiam 
się, że już ich nie ma, tak jak zapewne nie ma ani Błażeja Rączki, ani placu Wielkiej Ryby. Oczywiście, 
jeśli data na puszce nie jest po prostu wynikiem pomyłki. A może ta spółdzielnia rybacka wykonuje już 
plan 1978 roku? To też jest możliwe. Wtedy odezwał się książę. 
- Od pewnego czasu patrzę ku górze i zdaje mi się, że widzę słaby poblask światła. To może być otwór, 
przez który wleciała puszka. 
- Nie mamy drabiny - rzekł kucharz. 
- Ale ja jestem - ryknął Smok. - Szkoda czasu na gadanie. Na moich ramionach stanie Bartolini, na nim 
książę, a na księciu Baltazarek, jako że jest lekki i szczupły. Do dzieła! 
Po  kilku  nieudanych  próbach  udało  się  wreszcie  sformować  chwiejną  piramidę,  sięgającą  do 
zbawczego  otworu.  Profesor  Gąbka,  z  sercem  mocno  bijącym  z  powodu  wysiłku  i  emocji,  zdołał 
wysunąć  głowę  przez  ciasną  szczelinę  w  skałach.  Odetchnął  świeżym  powietrzem  tak  głęboko,  że 
przez chwilę czuł  zawrót głowy. Jednocześnie zmrużył oczy, gdyż blask bijący z otworu był wprost 

background image

 

bolesny. Dopiero po chwili spostrzegł nad sobą skrawek błękitnego nieba. 
- Co tam widzisz? - krzyczał z dołu książę. 
- Jesteśmy uratowani! Widzę niebo! 
- A przeciśniemy się przez otwór? 
- Chyba tak, ale z wyjątkiem Smoka. 
- Spokojna głowa - mruknęła podpora piramidy. - Nie takie numery odstawiałem. 
Profesor podciągnął się na rękach i po chwili stanął nad otworem. 
- Idą jacyś ludzie! - zawołał do przyjaciół. - Jest ich bardzo dużo. Zaraz tu będą. Hej, na pomoc! Gwar 
głosów przybliżył się. 
- Jeżeli nam nie spuszczą drabinki sznurowej, nigdy stąd nie wyjdziemy - rzekł książę. - Profesor jest 
już wolny, ale my się musimy uzbroić w cierpliwość. 
-  Cierpliwość  jest  cnotą  -  mruknął  Smok  sentencjonalnie  -  a  cnota  powinna  być  nagrodzona.  Tak 
przynajmniej  jest  w  każdym  uczciwym  westernie.  Złaźcie  ze  mnie,  bo  już  ledwo  mogę  ustać. 
Baltazarek nas nie opuści. 
 
* * * 
Tymczasem  profesor  Gąbka  przeciągnął  się  z  ulgą,  poczuwszy  na  swej  twarzy  ciepło  słonecznych 
promieni. Natychmiast otoczył go tłum młodych i w najwyższym stopniu podnieconych turystów. 
- Tam są moi przyjaciele - wskazał ręką na otwór w skałach. - Trzeba ich koniecznie wyciągnąć! 
Ukląkł nad szczeliną i zawołał: 
- Wszystko w porządku. Wyłaźcie! W odpowiedzi usłyszał głos Smoka: 
- Nie da rady. Otwór jest za wysoko. Bez liny ani rusz. 
- Potrzebna będzie lina - rzekł Gąbka, zwracając się do swych wybawicieli. 
- Ba - odparł ktoś. - Któż chodzi z liną na Giewont? 
- Przecież oni nie mogą tam zostać! 
- To jasne. Trzeba sprowadzić goprowców. 
- A co to takiego? - zdziwił się profesor. 
- Goprowcy, czyli członkowie Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Oni mają wszystko 
co trzeba, a w dodatku jeszcze wiele innych rzeczy. 
- A długo to potrwa? 
- Co najmniej dwie godziny - rzekł młody brodacz z zawieszoną na piersiach gitarą. - Ktoś z nas musi 
zejść  do  schroniska  na  Kondratowej  i  sprowadzić  ratowników.  A  przez  ten  czas  pańscy  przyjaciele 
będą sobie mogli przeczytać najnowszy numer „Przekroju”. Tam jest fajna krzyżówka z kociakiem. 
To mówiąc cisnął w otwór zwinięty w rulon tygodnik. 
- Ilu ich tam jest? - zapytał profesora. 
- Trzech. 
- A mają co jeść? 
- Jest jeszcze szynka z żubra - odparł profesor. W tłumie rozległy się okrzyki: 
- Fenomenalne! Mają szynkę! To jakaś znakomicie zaopatrzona wyprawa! 
Przez twarz Gąbki przemknął uśmiech: 
-  Nic  w  tym  dziwnego.  Książę  nigdzie  się  nie  rusza  bez  kucharza.  Bartłomiej  Bartolini  dba  o  jego 
podniebienie. 
Brodacz położył dłoń na plecach profesora. 
- Chyba nie chce pan twierdzić, że tam na dole siedzi mistrz Bartolini? 
- Oczywiście że siedzi - zawołał profesor. - Może w tej chwili chodzi, ale zaręczam wam, że to prawda. 
Brodacz wyraźnie posmutniał. 
- Rozumiem, że ciężkie przejścia mogły trochę nadwerężyć pański system nerwowy. Chyba jednak pan 
wie, że Bartolini jest postacią z telewizyjnego serialu „Porwanie Baltazara Gąbki”. 
- Ale ze mnie gapa - rzekł uczony. - Zapomniałem się przedstawić. Jestem Baltazar Gąbka. 
Brodacz uścisnął podaną sobie rękę. 
- Wojtek. Gitarzysta zespołu Crazy Black Cats, czyli Zwariowane Czarne Koty. Wspaniałe sukcesy w 
kraju i za granicą! Tłumy wielbicieli! Czy chce pan mój autograf? 
- Oczywiście. Ale w tej chwili wolałbym linę albo drabinkę sznurową. 

background image

 

- Koledzy już poszli do schroniska - rzekł brodacz. - Ale czemu pan ze mnie żartuje? 
- Nic podobnego. 
- A jednak żartuje pan - powtórzył brodacz. - Ja naprawdę jestem gitarzystą Czarnych Kotów, ale pan 
nie może być Baltazarem Gąbką. 
Profesor usiadł na kamieniu i westchnął: 
-  Młody  człowieku  -  powiedział  z  powagą  w  głosie.  -  Gdy  goprowcy  wyciągną  z  jaskini  moich 
przyjaciół, przekonasz się, że wcale nie mam zamiaru kpić z ciebie i twoich towarzyszy. Są bowiem na 
świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom. 
-  Chyba  że  po  zjedzeniu  zbyt  wielkiej  ilości  szynki  z  żubra  -  mruknął  półgłosem  Wojtek.  A  głośno 
dodał: 
- No, to czekajmy... 
 
* * * 
Dopiero  wtedy  profesor  Gąbka  znalazł  trochę  czasu,  aby  rozejrzeć się po  tak  dawno nie  oglądanym 
świecie.  Wodził  więc  zachwyconym  wzrokiem  po  górskich  kolosach,  których  ośnieżone  wierzchołki 
odcinały się ostro od ciemnobłękitnego nieba. Głęboko w  dole rozciągała się łąka, w  znacznej części 
pozbawiona już śniegu. Lasy kusiły z dala czystą, jakby świeżo wymytą zielenią. Z każdym oddechem 
czuł przypływ nowych sił. Rzeźwe powietrze działało na niego tak, jak na znużonego wędrowca działa 
kąpiel  w  zimnej  i  czystej  wodzie  potoku.  Wciąż  jeszcze  musiał  mrużyć  oczy  odzwyczajone  od 
słonecznego  światła.  Widząc  to  Wojtek  zaproponował  mu  nałożenie  ciemnych  okularów.  Profesor 
odmówił. 
- Dziękuję, ale wolę oglądać świat w naturalnych kolorach. Tak długo przebywałem w ciemnościach, 
że stęskniłem się już za słońcem. 
- Właśnie, jak długo siedział pan w tej jaskini? - zainteresował się gitarzysta. 
-  Z  moich  obliczeń  wynika,  że  tysiąc  dwieście  lat  -  odparł  profesor  głosem  tak  naturalnym,  jakby 
chodziło o dwa lub trzy dni. 
Na te słowa Wojtek wzruszył ramionami i pomyślał, że lepiej będzie nie zadawać już żadnych pytań 
człowiekowi wyciągniętemu niedawno z otchłani nie znanej nikomu jaskini. Pomyślał też, że człowiek 
ten najwidoczniej kpi sobie z niego - i zrobiło mu się trochę przykro. 
Tymczasem większość uczestników wycieczki, aby wykorzystać piękną pogodę, postanowiła pójść na 
niedaleki już szczyt Giewontu. Na miejscu zostały tylko dwie licealistki - Ala i Ola, oraz jeden bardzo 
tęgi  pan.  Ala  i  Ola  liczyły  na  to,  że  Wojtek  specjalnie  dla  nich  zaśpiewa  piosenkę  pt.  „Zbzikowany 
kotek wyskoczył na płotek”, która na ostatniej giełdzie przebojów uzyskała pierwsze miejsce. Tęgi pan 
stwierdził  zaś,  że  skoro  do  tej  pory  nie  schudł,  to  dalsza  wspinaczka  nie  ma  żadnego  sensu.  Gdy 
Wojtek skończył śpiewać, doleciało spod ziemi stłumione wołanie kucharza: 
- Baltazarku, Baltazarku! 
Profesor zerwał się i podbiegł do szczeliny w skałach. 
- Słucham. 
- Co to może być: najlepszy lekarz?  
Gąbka zadrżał. Czyżby Bartolini oszalał? 
- O czym mówisz? - zawołał w ciemną czeluść. 
- Rozwiązujemy krzyżówkę - odparł niewidoczny Bartolini. - I nie wiemy, co to może być: „najlepszy 
lekarz”. 
- Oczywiście że Koyot. 
- Nie zgadza się. Tylko cztery litery. Pierwsza „c”, a ostatnia „s”. 
- Czas - krzyknął profesor. - Przecież to jasne. Czas jest najlepszym lekarzem! 
- W porządku - odparł kucharz. - A długo będziemy czekać na pomoc? 
- Powinni być za godzinę. Wtedy Gąbka usłyszał głos księcia: 
- To dobrze, bo przez ten czas damy radę krzyżówce, choć jest okropnie trudna. A kto tam śpiewa na 
górze? 
- Wojtek. To miły chłopak. 
- Ma dobry głos. Powiedz mu, że chętnie zaangażuję go do zamkowej kapeli. 
Pomoc  nadeszła  szybko.  Sześciu  ratowników,  obładowanych  linami  i  czekanami,  zabrało  się 

background image

 

niezwłocznie do roboty. Pierwszy wyjechał na powierzchnię książę Krak, następnie kucharz, na końcu 
zaś  Smok.  Z  tym  ostatnim  poszło  nawet  łatwiej,  niż  początkowo  przypuszczano,  gdyż  z  powodu 
długiego  postu  zeszczuplał  na  tyle,  że  wydostał  się  bez  większych  trudności.  Na  widok  osobliwego 
grotołaza,  odznaczającego  się  paszczą  pełną  ostrych  zębów  i  usianym  kolcami  ogonem,  śmiertelna 
bladość pokryła twarze ratowników. Choć byli to ludzie zahartowani w niezliczonych, często bardzo 
niebezpiecznych wyprawach, odskoczyli od niego z okrzykami przerażenia i popychając się nawzajem, 
jęli  szukać  kryjówek  wśród  skał.  Ala  i  Ola  piszczały,  jakby  je  ktoś  obdzierał  ze  skóry,  zaś  tęgi  pan, 
niepomny na swą tuszę, ruszył biegiem ku szczytowi Giewontu, gubiąc po drodze teczkę wypchaną 
smakołykami. Tylko Wojtek żar chował zimną krew i z wyciągniętą ręką podszedł do Gąbki. 
- Przepraszam pana, profesorze - rzekł tonem, w którym można było wyczuć zawstydzenie. - Widzę, 
że  jednak  pan  nie  żartował  ze  mnie.  Teraz  wierzę,  że  są  na  świecie  rzeczy,  o  których  się  nie  śniło 
filozofom. 
- I gitarzystom - dodał Baltazar, przy czym pociesznie mrugnął okiem do młodego człowieka. 
 
 

Rozdział II - PIERWSZE CHWILE 

 
Nazajutrz, a było to dnia l kwietnia 1978 r., wszystkie dzienniki przyniosły sensacyjną wiadomość o 
przeprowadzonej na Giewoncie akcji ratunkowej, w której wyniku uratowano cztery osoby, zabłąkane 
w nie znanej dotychczas jaskini. 
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż uratowani przeżyli w owej jaskini aż 1200 lat 
i że znajdował się między nimi najprawdziwszy Smok Wawelski, który dotychczas uchodził za postać 
wymyśloną przez bajkopisarzy. Co więcej: towarzyszami potwora byli książę Krak, profesor Baltazar 
Gąbka  oraz  mistrz  sztuki  kulinarnej wszech czasów  -  Bartłomiej  Bartolini.  Nic więc  dziwnego,  że  to 
niezwykłe zdarzenie zostało jednomyślnie nazwane największą sensacją Tysiąclecia. Wiadomość o nim 
podały  nawet  zagraniczne  agencje  prasowe,  poczynając  od  Reutera,  a  kończąc  na  agencji  Mniam-
mniam,  reprezentującej  państwo  powstałe  niedawno  na  wyspie  Bumburumbu,  w  Archipelagu 
Homofagów. 
W ciągu kilku godzin wszystkie kwatery w Zakopanem zostały zarezerwowane dla sprawozdawców 
prasowych,  radiowych  i  telewizyjnych.  W  związku  ze  spodziewanym  napływem  gości  Milicja 
Obywatelska  została  postawiona  w  stan  ostrego  pogotowia,  a  kierownicy  wszystkich  restauracji 
zamówili dziesięciokrotnie więcej żywności niż zwykle. Oczywiście nie brakło niedowiarków. Jednym 
z wielu był sprzedawca gazet w kiosku „Ruchu”, pan Mydełko, który ową wiadomość potraktował jak 
primaaprilisowy dowcip. 
-  Nasi  redaktorzy  mają  zbyt  bujną  fantazję  -  powiedział  do  swego  stałego  klienta,  kierownika  stacji 
benzynowej. 
- Nie sądzę - odparł klient. - Mój brat, który jest portierem w hotelu „Kasprowy”, widział Smoka na 
własne oczy. 
- Czy pański brat nie wypił wczoraj zbyt wielkiej ilości alkoholu? 
- Wykluczone. Od dziecka jest abstynentem. A co pan powie na to, że do Zakopanego przyjechał już 
samochód transmisyjny krakowskiej Telewizji? Niech pan obejrzy dzisiejszy „Wieczór z dziennikiem”. 
- To wszystko bajki dla grzecznych dzieci - upierał się sprzedawca. - Przecież dziś jest prima aprilis. 
Natomiast fotograf, przechadzający się po Krupówkach w skórze białego misia, potraktował sprawę z 
innego punktu widzenia: 
- Czuję w tym wszystkim rękę konkurencji - tłumaczył swej żonie. - Któż teraz zechce fotografować się 
z niedźwiedziem, skoro będzie mógł to zrobić z prawdziwym Smokiem? Pójdziemy z torbami, moja 
droga. Ja ci to mówię! 
Profesor  Gąbka  obudził  się  wkrótce  po  wschodzie  słońca.  Choć  łoże  w  apartamencie  hotelu 
„Kasprowy” było znacznie wygodniejsze od pełnego kamyków dna jaskini, uczony nie miał zamiaru 
pozostawać  w  nim  do  południa.  Zawsze  był  zdania,  że  człowiek  powinien  postępować  zgodnie  z 
odwiecznym rytmem przyrody. Nie budząc przyjaciół ubrał się i zbiegł po schodach do hallu. Stało tu 
kilka  wazonów  z  palmami,  których  ogromne  liście  przypominały  mu  dawne  podróże  do  ciepłych 
krajów. 

background image

 

Zupełnie  jak  w  Słonecji  -  pomyślał  ze  wzruszeniem  i  odruchowo  rozejrzą!  się  dokoła  w  nadziei 
zobaczenia  stada  wesołych  małpiszonów.  Zamiast  nich  ujrzał  jednak  człowieka  ubranego  w 
nieskazitelnie skrojony mundur. 
- Dzień dobry panu - powiedział portier, zgiąwszy się w ukłonie. - Jak się spało? 
- Wybornie. Jak na razie mam dość spania i chcę trochę pospacerować. 
- Słusznie. Piękną pogodę mamy w tym roku. 
Gąbka zawahał się. 
- Przepraszam, ale gdzie tu są drzwi? 
- Proszę się zbliżyć do szklanej ściany. 
Profesor posłuchał  rady i  ze zdumieniem spostrzegł, że rozsunęły się przed nim dwie przezroczyste 
tafle. Przekroczył próg i znalazł się na hotelowym podjeździe. Szklane tafle zsunęły się bezszelestnie. 
- Nawet nie trzeba było powiedzieć: Sezamie, otwórz się - mruknął do siebie. - Wspaniały wynalazek! 
A jaka stąd nauczka dla ciebie, mój Baltazarku? Ta, że nie należy się niczemu dziwić, aby nie uchodzić 
za prostaka... 
Słońce różowiło grań Giewontu i wyłaniające się spoza niego obłe kopuły Czerwonych Wierchów. 
W porządku - pomyślał Gąbka. - Góry są takie same jak dawniej. Tysiąc dwieście lat to dla nich pestka. 
Na ile jednak zmienili się ludzie? Sądząc po Wojtku - niewiele. Za moich czasów tacy młodzieńcy jak 
on także lubili grać i śpiewać, a takie kozy jak Ala i Ola zawsze były gotowe do słuchania piosenek. Co 
najwyżej nie goniły w spodniach po Giewoncie, tylko siedziały w domu i zajmowały się tkaniem na 
krosnach... 
Narastające od dłuższej chwili buczenie zwróciło myśli profesora w innym kierunku. Zadarł głowę ku 
niebu i spostrzegł jaskrawą białą kreskę, posuwającą się w stronę Czerwonych Wierchów. Tuż przed 
nią leciał mikroskopijny, silnie błyszczący punkcik. 
- Co to jest? Jakiś wielki ptak, może orzeł? Ale dlaczego tak huczy? I co może znaczyć ta biała smuga? 
Żaden  ptak  nie  potrafiłby  udźwignąć  tak  potężnego  ogona...  Zajęty  obserwowaniem  dziwnego 
zjawiska omal nie wpadł pod koła szybko jadącego samochodu. Kierowca wychylił się przez okienko i 
zawołał: 
- Jak leziesz, gamoniu! 
Samochód zniknął na zakręcie drogi, zostawiwszy po sobie niebieską mgiełkę. 
- Fuj, co za smród - skrzywił  się profesor.  - Nie dość że pędzi jak szaleniec, to jeszcze fatalnie psuje 
powietrze... 
Nauczony doświadczeniem wszedł na chodnik. 
Trzeba się będzie mieć na baczności - pomyślał. - Nie po to przespałem taki kawał czasu, żeby wpaść 
pod samochód, w dodatku prowadzony przez źle wychowanego kierowcę... 
Z powodu wczesnej pory Gąbka spotkał tylko kilku ludzi. Mijając dwie góralki, obładowane bańkami 
z mlekiem, usłyszał fragment ich rozmowy: 
- Moja kumo - mówiła jedna z kobiet. - Pędom wom prowde. Jak na świętyj spowiedzi. Te weredy, co 
to ik naśli wcora na Giewoncie, to diobły. Syćka mieli rogi, ogony i pazury. A najpaskudniejsy z nich to 
som Belzebub. Jesce będzie z tego niescęście! 
- Kuniec świata albo i co gorse - odparła druga.  
- No i tak wyszedłem na diabła - uśmiechnął się w duchu profesor i bezzwłocznie zawrócił w kierunku 
hotelu. 
Gdy wszedł do westybulu, podbiegł ku niemu chłopiec w brązowym uniformie i ruchem ręki zaprosił 
go do małego pokoiku. Zanim Gąbka zdołał zapytać, o co chodzi, chłopiec nacisnął guzik w ścianie, a 
wtedy pokoik drgnął i z cichym szmerem poszybował na szóste piętro budynku. Drzwi się rozsunęły i 
Gąbka wkroczył w długi korytarz. 
- Piąte drzwi na prawo - krzyknął za nim chłopiec i zniknął w windzie. 
Wchodzącego Gąbkę powitał radosny okrzyk Kraka: 
- Jesteś nareszcie! Już się martwiłem o ciebie. 
- Byłem na małym spacerze. A gdzie reszta? 
- Smok szaleje w łazience. Nie słyszysz? 
Istotnie,  spoza  zamkniętych  drzwi  dolatywały  pełne  zadowolenia  pomruki,  zmieszane  z  pluskiem 
wody. 

background image

 

- A Bartłomiej? 
- Poszedł do kuchni, żeby przygotować śniadanie. 
W tej samej chwili na korytarzu rozległy się odgłosy sprzeczki. 
- To oburzające - wołał Bartolini. - Tylko ja mam prawo gotować dla księcia. Kto inny może go otruć! 
- Przysięgam panu, że nie trujemy gości... 
W otwartych nagle drzwiach stanął mistrz patelni w towarzystwie dyrektora hotelu. Na okrąglutkiej 
twarzy kucharza malował się gniew. 
- Co się stało? - zapytał książę. 
-  Może  Jego  Wysokość  wytłumaczy  temu  człowiekowi  -  rzekł  dyrektor  -  że  nie  ma  zwyczaju,  aby 
goście wchodzili do kuchni. 
Bartolini wzniósł ręce w geście świętego oburzenia. 
- Mamma mia! Ja wcale nie jestem jakimś tam człowiekiem, tylko kucharzem dworu książęcego! 
Krak zwrócił się do dyrektora. 
- Proszę wybaczyć - rzekł z ujmującym uśmiechem. - Ale mój przyjaciel nie przywykł jeszcze do nowej 
sytuacji. 
Dyrektor skłonił się: 
-  To  zrozumiałe.  Ale  mogę  zapewnić,  że  śniadanie  będzie  znakomite.  Niedawno  był  tu  ambasador 
Szejkistanu  i  nie  mógł  znaleźć  słów  zachwytu  dla  naszej  kuchni.  A  jest  to  jeden  z  najsłynniejszych 
smakoszy świata. 
- Dobrze, dobrze - udobruchał się Bartolini. -Tylko zaznaczam, że jajka na miękko muszą być gotowane 
przez trzy minuty oraz piętnaście i dwie dziesiąte sekundy! Ani krócej, ani dłużej. 
W drzwiach od łazienki stanął Smok, otulony w biały płaszcz kąpielowy. 
- A ja poproszę o jajka surowe, bo trochę zachrypłem w tej wilgotnej jaskini. Nie musi ich być dużo, 
wystarczy kopa... 
 
Rozdział III - PRACOWITY DZIEŃ 
 
To,  co  się  zaczęło  po  śniadaniu,  przeszło  najśmielsze  oczekiwania  Smoka  i  jego  przyjaciół.  Parking 
przed  hotelem  zaroił  się  od  samochodów,  a  od  strony  miasta  dążyły  tłumy  gapiów,  ściągniętych 
nadzieją obejrzenia egzotycznych gości sprzed dwunastu stuleci. Fotoreporterzy okupowali westybul i 
klatkę schodową, a pracownicy Telewizji uwijali się jak w ukropie, ustawiając kamery i reflektory. Co 
chwila ktoś przewracał się na kablach, które pokrywały podłogę, lampy zapalały się i gasły, dzwoniły 
wszystkie telefony, a dyrektor hotelu bez najmniejszej przerwy odpowiadał na pytania dziennikarzy, 
których interesowało wszystko, co miało związek z niezwykłymi gośćmi. Pytano, co jedli na śniadanie, 
jaki mieli apetyt, czy dobrze spali, czy nie zdumiewały ich różne techniczne wynalazki XX wieku. Jedni 
chcieli wiedzieć, czy Krak sypia w koronie na głowie i czy Bartolini umie przyrządzać włoską potrawę, 
zwaną pizzą, innych zaś interesowało zagadnienie, czy profesor Gąbka zechce przyjąć godność członka 
Akademii Nauk oraz czy Smok zmieści się w fiacie 126 p. 
Najwięcej  pomysłowości  w  zmyleniu  milicjantów,  broniących  wstępu  do  pokoju  nr  5  na  szóstym 
piętrze, wykazał fotoreporter „Świata Młodych”, który w przebraniu kominiarza wydostał się na dach 
hotelu, a następnie, korzystając z drabinki sznurowej, znalazł się na wysokości okna, które na szczęście 
dla niego było szeroko otwarte. Jednym skokiem znalazł się w pokoju, pstrykając bez opamiętania. Na 
widok kominiarza zaopatrzonego zamiast szczotki w aparat fotograficzny Smok ryknął śmiechem, co 
natychmiast zostało uwiecznione na błonie filmowej, podobnie jak zdumione oblicze profesora, który 
w pośpiechu kończył kanapkę z serem. Wykonawszy swe zdjęcia fotoreporter zniknął równie szybko, 
jak się pojawił, unosząc w dodatku autograf Kraka, wręczony mu przez księcia na pamiątkę. 
- Stajemy się sławni - rzekł Smok. - Kto wie, czy nie zaangażują nas do filmu. 
- Mamma mia! - krzyknął Bartolini i klasnął w pulchne dłonie. - Nie miałbym nic przeciwko temu. Jaka 
by to była radość dla Balbinki i moich dzieci z Nasturcją na czele! 
Wypowiedziawszy te słowa, nagle spoważniał. 
- Ale powiedzcie mi, moi kochani, kiedy wrócimy do domu? I czy w ogóle wrócimy? 
Zapanowało milczenie. Pytanie, które Bartolini postawił z taką otwartością, nurtowało ich wszystkich 
od chwili wyjścia z jaskini. Książę ukrył twarz w dłoniach, profesor odwrócił się i nieznacznie otarł łzę 

background image

 

z policzka, a Smok z niezwykłym zainteresowaniem począł oglądać swe pazury. 
Bartolini powtórzył: 
- Wrócimy? 
I nie słysząc odpowiedzi, przeniósł wzrok na okno, ku widniejącej na tle nieba sylwetce Giewontu. Ale 
i ten milczał jak zaklęty. Zresztą nie było w tym nic dziwnego, bo przecież każde dziecko wie o tym, że 
Giewont to zaklęty i w dodatku Śpiący Rycerz. A ci, którzy śpią, na ogół nic nie mówią. 
W sali gimnastycznej szkoły przy ulicy Bartusia Obrochty zgromadziło się kilkaset dzieci. Wiecie sami 
z  doświadczenia,  jak  to  jest,  gdy  na  jednym  miejscu  znajduje  się  tak  wielka  gromada  obywatelek  i 
obywateli  liczących  sobie  od  siedmiu  do  piętnastu  lat.  Jak  wiadomo  Konstytucja  PRL  zapewnia 
wszystkim wolność słowa. Daję głowę (nawet siwą), że nikt jeszcze nie korzystał z tego przywileju w 
takim stopniu, jak zakopiańska młodzież czekająca na czwórkę znakomitych gości! 
Zróbmy  mały  rachunek,  przyjmując,  że  w  ciągu  dziesięciu  minut  oczekiwania  każda  ze 
zgromadzonych 400 osób wypowiedziała tylko 200 słów (czyli bardzo niewiele). Nawet bez pomocy 
komputera łatwo obliczyć, że w tym krótkim czasie padło na sali 80 000 słów, z których co najmniej 
połowa  odnosiła  się  do  Smoka.  Jaki  to  musiał  być  hałas!  Nic  więc  dziwnego,  że  nauczycielki  i 
nauczyciele wyglądali na lekko oszołomionych, starając się zaprowadzić jaki taki porządek. 
Punktualnie  o  godzinie  jedenastej  pan  dyrektor  wprowadził  na  salę  Smoka,  Kraka,  Gąbkę  i 
Bartoliniego.  Nie  czuję  się  na  siłach,  aby  pisać  o  tym,  co  się  wówczas  działo.  Nawet  taśma 
magnetofonowa, na której nagrano przebieg powitania, nie wytrzymała hałasu i zerwała się w kilku 
miejscach. 
Pan dyrektor nie mówił długo, ponieważ był mądrym człowiekiem, a mądrzy ludzie nie lubią tracić 
czasu na gadanie. Wiedział także, że w tej chwili nie on jest najważniejszy, tylko jego goście. Wyraził 
więc  im  wdzięczność  za  przybycie  do  szkoły  oraz  za  zgodę  na  nazwanie  jej  Szkołą  imienia  Smoka 
Wawelskiego! Słysząc to dzieci wpadły w szał radości i zaczęły tak głośno klaskać, że w okamgnieniu 
wyleciały szyby ze wszystkich okien sali gimnastycznej. 
Goście  zasiedli  za  długim  stołem.  Na  znak  dany  przez  panią  bibliotekarkę  czwórka  dziewcząt  i 
chłopców  obdarowała  przybyszów  wiązankami  kwiatów,  a  dyrektor  zapowiedział,  że  teraz  dwóch 
uczniów z siódmej klasy odegra krótką scenkę z książki „Porwanie Baltazara Gąbki”. Jeden z chłopców 
przebrany  był  za  Deszczowca,  drugi  za  Bartoliniego.  Deszczowiec  uzbrojony  był  w  maczugę,  a 
Bartolini  w  swą  słynną  rożnoszpadę.  Walka  zakończyła  się  wspaniałym  zwycięstwem  kucharza,  co 
wszyscy zebrani przyjęli rykiem radości. 
- Nie myślałem, że jestem aż tak sławny - szepnął Bartłomiej do siedzącego obok księcia. - Ci chłopcy 
wyrosną kiedyś na znakomitych aktorów. 
- A teraz - rzekł pan dyrektor - prosimy naszych gości, żeby zechcieli opowiedzieć coś o sobie. Dzieci 
na pewno będą miały wiele pytań. 
Gdy  Smok  podniósł  łapę  na  znak,  że  chce  przemówić,  dzieci  umilkły  jak  na  komendę.  Tylko  mała 
Marysia Chowańcówna z Antałówki pisnęła głośno, bo Antek Rój pociągnął ją za warkoczyk. 
-  Kochane  dzieci  -  zaczął  Smok  -  jestem  szczęśliwy,  że  mogę  się  z  wami  spotkać  w  tak  pięknej  i 
nowoczesnej szkole, która w dodatku od dziś będzie nosić moje imię. 
- My się też cieszymy - krzyknął Wacek Gąsienica z piątej klasy. 
-  To  bardzo  ładnie  z  waszej  strony  -  uśmiechnął  się  Smok.  -  Myślę,  że  się  już  dobrze  znamy,  bo  na 
pewno oglądałyście w telewizji film o naszych przygodach. 
Weronka Pach z siódmej klasy podniosła dwa palce. 
- Słucham - rzekł Smok. - Ale nie mówcie wszyscy naraz, bo zagłuszacie waszą koleżankę. 
- Dlaczego nie przyjechał Don Pedro Carramba de Pommidore? - zapytała Weronka. 
- Don Pedro jest obecnie w Nasturcji, dokąd się udał na zaproszenie senatora Stuk-Puk. Czy są jeszcze 
jakieś  pytania?  Nie  chciałbym  mówić  zbyt  długo,  bo  moi  przyjaciele  też  sobie  chętnie  z  wami 
porozmawiają. 
Wtedy odezwał się drobny, niebieskooki blondynek z czwartej klasy, Józek Ganobczyk. 
- Powiedz mi, Smoku, w jaki sposób zmieścił ci się ogon w samochodzie? Ja czytałem w książce, że to 
był  bardzo  długi  i  mocny  ogon,  którym  przewróciłeś  naraz  aż  trzech  Deszczowców  rotmistrza 
Siąpawicy. 
-  Brawo  -  ucieszył  się  przedstawiciel  smoczego  rodu.  -  Widzę,  że  dokładnie  czytasz  książki  i  masz 

background image

 

10 

dobrą  pamięć.  Otóż  wiedz,  że  mój  ogon  jest  skonstruowany  na  podobieństwo  anteny  teleskopowej. 
Mogę go dowolnie wsuwać i wysuwać, zależnie od potrzeby. 
- Dziękuję - rzekł Józek i zarumieniony z emocji usiadł na ławce między kolegami. 
- A czy ty jesteś prawdziwym smokiem? - zapytała jedna z dziewcząt, ubrana w piękny strój góralski. 
- Jak najprawdziwszym. Udowodnić ci? 
Nie czekając na odpowiedź nabrał powietrza do płuc, wspiął się na palce i po chwili wydał ryk zdolny 
zagłuszyć  nie  tylko  łoskot  halnego  wiatru,  lecz  także  hałas  wszystkich  zakopiańskich  dyskotek 
produkujących się jednocześnie! 
Jak się później okazało, ryk ten dotarł aż do Krakowa, powodując alarm w Straży Pożarnej, a nawet w 
jednostkach ORMO. 
Oczywiście  pytań  było  więcej,  ale  niemożliwością  jest  przytaczanie  wszystkich.  Powiem  tylko,  że 
dzieci interesowały się nawet tym, jak się zwał ulubiony koń księcia, czy Ares miał pchły i dlaczego w 
Dawnych Czasach nie znano gumy do żucia. Ale pisarz, który chciałby napisać w książce wszystko, co 
się da, szybko by uśpił swych czytelników. A kto by wtedy książki czytał! 
W dalszej części spotkania książę Krak mówił dzieciom o polowaniach w Puszczy Niepołomickiej, zaś 
profesor  Gąbka  opowiedział  o  swych  przygodach  w  Krainie  Deszczowców  oraz  o  ciekawych 
zwyczajach  mypingów.  Największy  kłopot  był  z  Bartolinim,  który  stwierdził,  że  nie  ma  nic  do 
powiedzenia po tak znakomitych poprzednikach, jak Smok, Krak i Gąbka. W końcu, uproszony przez 
dzieci,  podyktował  im  przepis  na  kogel-mogel  z  rodzynkami  i  zaśpiewał  po  włosku  arię  z  opery 
„Wesołe kumoszki z placu Szczepańskiego”. 
Rozdawanie autografów trwało przeszło godzinę. Dzieci otoczyły stół tak zwartą gromadą, że naszym 
bohaterom  zabrakło  powietrza  do  oddychania.  Najmłodsza  dziewczynka  dostała  na  pamiątkę  jeden 
kolec ze smoczego grzbietu, a najmłodszy chłopiec piękny guzik z łosiowej kurtki księcia Kraka. 
Zakończenie uroczystości odbyło się przed budynkiem szkolnym. Uproszony przez dyrektora książę 
odsłonił marmurową tablicę, głoszącą, że w dniu l kwietnia 1978 roku Szkoła Podstawowa nr 5 przy 
ulicy  Bartusia  Obrochty  w  Zakopanem  otrzymała  imię  Smoka  Wawelskiego.  Nasi  przyjaciele, 
obdarowani  bukietami  kwiatów  i  żegnani  dźwiękami  góralskiej  kapeli,  udali  się  pieszo  do  Urzędu 
Miejskiego,  gdzie  wkrótce  miała  się  rozpocząć  konferencja  z  dziennikarzami,  reprezentującymi 
najważniejsze dzienniki świata. 
- To jest chyba najpracowitszy dzień w naszym życiu - powiedział Smok obcierając czoło z potu. - Już 
mi łapa spuchła od tych podpisów... 
-  Twój  podpis  jest  Krótki  -  rzekł  z  zazdrością  kucharz.  Ale  ja  mam  dłuższe  nazwisko.  Początkowo 
podpisywałem: Bartłomiej Bariolini, potem Bartolini, a pod koniec stawiałem tylko dwie literki: B.B. 
- Zupełnie jak Brigitte Bardot - uśmiechnął się na to książę. 
- A kto to taki? 
- Nie pamiętasz? Aktorka filmowa. Występowała już w pierwszych latach mego panowania. 
Z  każdą  chwilą  rósł  tłum  przechodniów  otaczających  naszą  czwórkę.  Kierowcy  samochodów, 
zapatrzeni w Smoka, wjeżdżali na latarnie i rozbijali szyby wystaw, na skrzyżowaniach ulic tworzyły 
się  zatory,  kupcy  zamykali  sklepy,  wieszali  na  nich  kartki  z  napisem  „remanent”  i  biegli  oglądać 
egzotycznych gości. Nawet nieufny pan Mydełko z kiosku „Ruchu” uwierzył w istnienie przybyszów 
z Dawnych Czasów. 
Drodzy Czytelnicy! Nie będę was karmić sprawozdaniem z konferencji prasowej, gdyż przerastałoby 
to moje skromne siły. Nie mogę się jednak powstrzymać od zacytowania wypowiedzi profesora Gąbki, 
gdyż  jego  oświadczenie  zabrzmiało  wprost  sensacyjnie.  Pozwólcie,  że  w  tym  celu  skorzystam  ze 
stenogramu spotkania. Sprawa jest bowiem zbyt ważna, by móc sobie pozwolić na literackie fantazje. 
Oto rozmowa profesora z przedstawicielem włoskiego dziennika „Tiribomba”, redaktorem Tuttifrutti. 
Red. Tuttifrutti: Co spowodowało tak długi sen pana i jego przyjaciół? 
Profesor Gąbka: Rozmyślałem o tym dziś w nocy, w hotelu, i doszedłem do wniosku, że trafiliśmy do 
jaskini wypełnionej gazem usypiającym. Od dawna wiedzieliśmy, że we wnętrzu Giewontu znajdują 
się Śpiący Rycerze, których jednak nikt nigdy nie widział. Obecny tu książę 
Krak  postanowił  zbadać  ich  tajemnicę,  i  w  tym celu  wybrał  się  z nami w  Góry  Skalistego  Południa. 
Tuttifrutti: Czyli w Tatry. 
Gąbka: Tak jest. Obecnie nazywacie te góry Tatrami. Długo błądziliśmy w labiryncie jaskiń i korytarzy. 

background image

 

11 

Dwa razy natrafiliśmy nawet na jeziorka, w których woda sięgałaby nam po szyje, gdyby jej Smok nie 
wypił. Z każdą chwilą ogarniała nas coraz większa senność. Wszyscy ziewali na potęgę, a najgłośniej 
robił  to  nas/  kochany  Smok...  Senność  ta  wskazywała  na  to,  że  zbliżamy  się  do  koszar  Śpiących 
Rycerzy.  W  jakiejś  dużej  jaskini  postanowiliśmy  się  przespać,  aby  na  drugi  dzień  dalej  prowadzić 
poszukiwania.  Oczywiście  nikt  z  nas  nie  przypuszczał,  że  sen  potrwa  aż  tysiąc  dwieście  lat!  Ale  to 
drobiazg. Najważniejsze, że po przebudzeniu czujemy się nadal tak młodo jak przedtem. Nawet nie 
przybyło  nam  zmarszczek.  Jaki  z  tego  wniosek?  Ten,  że  ów  usypiający  gaz  o  zapachu  fiołków  ma 
jednocześnie własności konserwujące życie ludzkie. 
Tuttifrutti: To jest największe odkrycie wszystkich czasów! (gwar na sali) 
Gąbka: W tej chwili najważniejszą sprawą jest przeprowadzenie naukowej analizy gazu. W tym celu 
trzeba  pobrać  jego  próbki  i  wykonać  wiele  doświadczeń.  Jeżeli  się  okaże,  że  mam  rację,  zyskamy 
środek na dowolne przedłużanie życia ludzkiego, (oklaski) 
Tuttifrutti: Proponuję, żeby na cześć profesora nazwać ten gaz baltazaronem! ( burzliwa owacja) 
Gąbka: Nie mogę się na to zgodzić. Odkrycia tego dokonałem zupełnie przypadkowo. Wiele ważnych 
wynalazków powstało dzięki przypadkowi. 
Tuttifrutti:  Jest  pan  zbyt  skromny,  profesorze.  Zaręczam,  że  w  ciągu  godziny  cały  świat  będzie  już 
mówić o bałtazaronie - gazie długiego życia. 
Pytaniom  ze  strony  dziennikarzy  nie  było  końca.  Reporter  japońskiego  pisma  „Harakiri”,  pan  Jaki-
Taki,  pytał,  czy  w  Krakostanie  wiedziano  już  coś  o  istnieniu  Kraju  Kwitnącej  Wiśni,  a  wysłannik 
chińskiego radia, Hej-Ping-Pong, zaprosił naszych bohaterów do odwiedzenia swej ojczyzny, w której 
smoki od dawna cieszyły się ogromną sympatią. Dziennikarza z Archipelagu Homofagów szczególnie 
interesowało, czy Smok Wawelski zjadał niegdyś co piękniejsze krakowianki, a redaktor „Przekroju” 
zapowiedział,  że  obecnie  zamiast  krzyżówki  z  kociakiem  w  tygodniku  tym  będą  się  ukazywać 
krzyżówki ze Smokiem. 
Natychmiast  po  zakończeniu  konferencji  wszyscy  dziennikarze  pobiegli  na  pocztę,  aby  zawiadomić 
swe  redakcje  o  największym  odkryciu  XX  wieku.  Jeżeli  jednak  sądzicie,  że  na  tym  zakończył  się 
pracowity dzień, jesteście w grubym błędzie. Odbyło się jeszcze wiele spotkań, rozmów i bankietów. 
Dopiero  późnym  wieczorem  nasza  czwórka,  śmiertelnie  zmęczona,  wróciła  do  hotelu.

1

  Tuż  za  nią 

zajechała duża ciężarówka wyładowana kwiatami. 
Pierwszą rzeczą, jaką spostrzegli po wejściu do swego pokoju, był leżący na stole telegram: 
„Jutro  rano  przylatuję  specjalnym  samolotem. Niezmiernie  ważna  konferencja.  -  Minister  Przemysłu 
Chemicznego”. 
-  O jejku!  - westchnął  książę.  -  Znowu  konferencja!  Czyżby  wiek  XX był  wyłącznie wiekiem narad  i 
konferencji? 
 
Rozdział IV - NA RATUNEK 
 
Na  wiślanym  moście,  przerzuconym  przez  rzekę  tuż  u  stóp  Wawelu,  zastukały  kopyta  kilkunastu 
koni. 
Gdy  jeźdźcy  znaleźli  się  na  prawym  brzegu  Wisły,  zamkowy  zegar  wydzwonił  godzinę  piątą.  W 
osadzie rybackiej skrzypiały już studzienne żurawie, a zaspani ludzie, przecierając oczy, spoglądali ku 
niebu, które od wschodniej strony z lekka już pojaśniało. 
Na  czele  oddziału  jechał  Janko  z  Kłaja,  dowódca  gwardii  książęcej,  człek  rosły  i  szeroki  w  barach, 
przybrany  w  krótki  barani  kożuszek,  ściągnięty  rzemiennym  pasem.  Na  smagłym  obliczu  dowódcy 
rysował się niepokój, zrodzony już przed kilkoma dniami, kiedy to książę i jego towarzysze nie wrócili 
do  grodu  w  zapowiedzianym  czasie.  Po  trzech  dobach  daremnego  oczekiwania  Janko  postanowił 
wyruszyć na poszukiwania, w obawie że zaszło coś niedobrego. Kraina leżąca między Wisłą a Górami 
Skaliątego Południa pokryta była niemal w całości starą i gęstą puszczą, w której tylko gdzieniegdzie 
tkwiły drobne osady bartników i smolarzy. Wprawdzie kręciły się po lasach grupki rozbójników, ale 
nie one powodowały niepokój dowódcy. Wiedział dobrze, że nawet najsroższy zbój nie ośmieliłby się 
podnieść  ręki  na  księcia  i  jego  przyjaciół,  a  zwłaszcza  na  Smoka,  o  którego  sile  i  odwadze  krążyły 
wśród ludzi pieśni i legendy. O wiele poważniejsze niebezpieczeństwo mogło grozić ze strony dzikiej i 
nieujarzmionej  natury  Słyszał  Janko  o  tym,  że  w  Górach  Skalistego  Południa  często  szaleją  potężne 

background image

 

12 

wichury, kładące pokotem setki i tysiące drzew. Słyszał też wiele o kamiennych i śnieżnych lawinach, 
spadających znienacka ze szczytów, a także o groźnych i lęk budzących burzach z piorunami! Ale po 
cóż myśleć o lawinach i huraganach, skoro przyczyną ewentualnego nieszczęścia mogło być zwyczajne 
złamanie nogi lub żeber albo po prostu choroba, łatwa do wyleczenia w domu, ale niebezpieczna w 
podróży.  Najgorsze  było  to,  że  czwórka  przyjaciół  wyruszyła  w  góry,  jakby  chodziło  o  małą 
podmiejską  przechadzkę  -  bez  lekarza,  pachołków,  a  nawet  bez  krótkofalówki.  Czterem 
wierzchowcom towarzyszyły dwa juczne konie, niosące wory z zapasami  żywności wystarczającymi 
najwyżej na dziesięć dni. Na wieść o zamierzonej wyprawie Janko z Kłaja proponował księciu eskortę z 
gwardzistów, musiał jednak ustąpić, gdyż książę wyśmiał jego obawy i zapewnił, że wróci do grodu 
po  dziesięciu  wschodach  słońca.  Dodał  też,  że  czuje  się  znużony  Bardzo  Ważnymi  Sprawami  i  w 
związku  z  tym  pragnie  trochę  odpocząć,  tym  bardziej  że  już  od  kilku  lat  nie  wykorzystał  żadnego 
urlopu. „Nawet dzieci szkolne - powiedział - mają wakacje i ferie świąteczne. - Zresztą nie jadę sam...” 
Wkrótce  po  minięciu  Wisły  oddział  gwardzistów  dotarł  do  skraju  Puszczy  Myślimickiej.  Na  widok 
drzew  obsypanych  młodziutkimi  listkami  Janko  z  Kłaja  uśmiechnął  się  pod  wąsem  i  pomyślał,  że 
wyglądają  one  tak,  jakby  na  ich  gałązkach  zatrzymały  się  zielone,  przelotne  obłoczki.  Nad  rowami 
złociły się kwiatki podbiałów, przemieszane ze stokrotkami i zawilcami. Niebo pojaśniało, zapowiadał 
się piękny dzień, a ptasi koncert wzmagał się z każdą chwilą. 
Dowódca uniósł rękę. 
-  Za  mną  -  krzyknął  głośno,  ubódł  konia  ostrogami  i  ruszył  galopem.  Grudki  błota  prysnęły  spod 
kopyt, z drzew zerwało się stado wron. Oddział rwał przez las w chrzęście uprzęży i brzęku mieczy, 
odprowadzany  lękliwymi  spójrzeniami  saren  i  pełnym  przerażenia  skrzekiem  żab,  wskakujących  w 
popłochu do licznych kałuż. 
Pierwsze promienie słońca zaróżowiły czuby drzew. 
 
* * * 
Komendant posterunku w Myślimicach, zapytany przez Janka, czy ma jakieś wiadomości o księciu i 
jego towarzyszach, bezradnie rozłożył ręce. 
- Byli tu w drodze do gór, ale od tego czasu nie wiem, co się z nimi dzieje. Zjedli obiad, odpoczęli i 
pojechali dalej. 
- Śniegi w górach srogie? 
- Ho, ho, na chłopa! 
- Niedźwiedzie śpią jeszcze? 
- Pewnikiem... Ale się wnet poczną budzić, a złe będą, bo głodne. 
- Książę nie boi się niedźwiedzi. A zbóje? 
- U nas zbójów nie ma - obruszył się komendant. - Jest jeden, ale już dawno nie pracuje w swym fachu. 
- Co robi? 
- Chodzi do szkół na spotkania z dziećmi i opowiada im bajki o krasnoludkach. Czasem fotografuje się 
z turystami, i tak sobie dorabia do emerytury. Książę pan mówił z nim łaskawie, nawet rękę podał na 
pożegnanie.  Wielgosz,  to  znaczy  ten  zbój,  powiedział  potem,  że  odtąd  nigdy  już  tej  ręki  myć  nie 
będzie. 
- A co słychać w gospodzie „Pod Wesołym Karakonem”? 
-  Barnaba  bardzo  się  już  zestarzał,  ale  żyje.  Jego  wnuczka,  Marysia,  skończyła  szkołę  hotelarską  i 
pomaga dziadkowi. 
- Jedziemy więc dalej - zdecydował Janko z Kłaja. - Może spotkamy księcia w drodze. A ty - zwrócił się 
do komendanta - siedź tu i mniej oczy na wszystko otwarte. 
- Według rozkazu! Ja nawet w nocy zamykam tylko jedno oko. 
Oddział gwardzistów ruszył z kopyta. Droga wiodła teraz brzegiem kamienistej rzeki, która z głośnym 
szumem toczyła wezbrane tającym śniegiem fale. 
Słońce  stało  już  wysoko  na  niebie,  gdy  gwardziści  odbili  od  rzeki  i  zapadli  w  gęsty,  jodłowo-
świerkowy las porastający zbocza wysokiej góry, z dawien dawna Luboniem zwanej. 
 
* * * 
Wieczorem w oberży „Pod Wesołym Karakonem”, stojącej jak wiadomo na Dzikiej Przełęczy, między 

background image

 

13 

Diablakiem a Baranim Wierchem, odbywała się huczna zabawa. Wszystkie okna budynku były jasno 
oświetlone, a z wnętrza dolatywały głośne dźwięki harmonii i skrzypiec. 
Przy  długim  dębowym  stole  zgromadziło  się  jedenastu  byłych  zbójców,  którym  przewodził  herszt, 
znany  jako  Krwawa  Kiszka.  Tak,  tak,  nie  przecierajcie  oczu  ze  zdumienia:  Krwawa  Kiszka,  słynny 
swego czasu dowódca Antyzbójów, mających zwyczaj obdarowywania swych ofiar worami pieniędzy 
i  częstowania  ich  najbardziej  wyszukanymi  potrawami...  Ten  sam,  który  swego  czasu  tak  gościnnie 
podejmował  w  swym  obozie  Smoka,  Koyota  i  Bartoliniego,  udających  się  na  ratunek  profesorowi 
Gąbce.  Mimo  groźnego  przydomka  Krwawa  Kiszka  był  człekiem  łagodnych  obyczajów,  toteż  nic 
dziwnego,  że  po  rozdaniu  całego  majątku  rozwiązał  swój  oddział  i  począł  zarabiać  jako  wytwórca 
drewnianych  zabawek  dla  Cepelii.  Jedni  z  jego  kamratów  zostali  przewodnikami  górskimi,  inni  zaś 
zabrali się do hodowli owiec i produkcji smacznych serków zwanych oszczypkami. 
Raz w roku, w dniu imienin starego oberżysty, byli rozbójnicy zbierali się „Pod Wesołym Karakonem”, 
aby  przy  wtórze  śpiewów  i  muzyki  wspominać  dawne  czasy.  Barnaba,  grzejący  swe  kości  przy 
kominku, brał żywy udział w rozmowie, a Marysia, która była już piękną i zgrabną panną, dbała o to, 
by gościom nie brakowało mięsiwa, miodu ani piwa. 
Krwawa Kiszka, rozgrzany wspomnieniami swych bohaterskich czynów, kończył właśnie opowiadać 
o dawnym spotkaniu ze Smokiem Wawelskim, gdy nagle zastukał ktoś głośno do drzwi oberży. 
- Prosimy, prosimy - zawołał Barnaba. - Gość w dom, Bóg w dom... 
W otwartych podwojach pojawiła się rosła postać Janka z Kłaja, za nią sylwetki kilkunastu wojaków. 
- Witajcie  - rzekł dowódca gwardzistów.  - Nie myślałem, że zastanę w tym pustkowiu tylu zacnych 
kawalerów. 
Zbóje  zsunęli  się  przy  stole,  dając  miejsce  przybyłym.  Obsypani  śniegiem,  zmarznięci  i  zmęczeni 
gwardziści po-rozsiadali się na ławach, rozcierając ręce i chuchając na skostniałe palce. 
- Czego się panowie napiją? - zapytała Marysia. 
- Miodu, oczywiście że miodu - i to grzanego, korzeniami - odparł Janko z Kłaja. - Sroga jeszcze zima u 
was panuje, choć w Grodzie. Kraka przedwiośnie się zaczyna. A cóż to za uroczystość? 
- Imieniny gospodarza - wyjaśnił Krwawa Kiszka. - Spójrzcie tylko na kalendarz, a zobaczycie, że dziś 
jest świętego Barnaby... 
Janko  zerwał  się  z  ławy,  podbiegł  do  oberżysty  i  uściskał  go  tak  mocno,  że  staremu  łzy  w  oczach 
stanęły. 
- Wszystkiego najlepszego - zawołał. - Zdrowia, szczęścia i pomyślności! Wybaczcie, że zapomnieliśmy 
o waszym święcie, ale przywiodła nas tu inna, ogromnie ważna sprawa. 
I w krótkich żołnierskich słowach opowiedział zebranym o celu swego przybycia w Góry Skalistego 
Południa, zapytując, czy nie mają jakichś wiadomości o księciu i jego drużynie. 
- Przecież byli  tu w  zeszłym tygodniu - rzekł Barnaba - przenocowali  w  pokojach na poddaszu i  na 
drugi dzień rano ruszyli ku Giewontowi. Książę mówił, że chce odszukać Śpiących Rycerzy i zapytać 
się, czy im czego nie trzeba. 
-  Nareszcie  coś  konkretnego  -  uradował  się  Janko.  -  Jutro,  skoro  świt,  jedziemy  pod  Giewont. Może 
znajdziemy jakieś ślady. 
- Żadnych śladów nie będzie  - odezwał się Krzywo-nos, jeden z ludzi  Krwawej Kiszki.  - Wczoraj w 
nocy spadły duże śniegi. 
Janko uderzył dłonią w głowicę miecza. 
- To nic, ale wiemy już, gdzie ich szukać. 
Krwawa Kiszka wskoczył  na ławę  i  gwizdnął  przeraźliwie. Na ten znajomy dźwięk zagrała  krew w 
żyłach dawnych rozbójników. 
- Panowie - zawołał dowódca bandy. - Książę pan w niebezpieczeństwie! Tej zimy mnóstwo wilków 
goni po lasach, nie mówiąc już o strachach, widmach i upiorach. Pomożemy go odszukać? 
Odpowiedział mu zgodny chór głosów: 
- Pomożemy! 
Wzruszony Janko podał dłoń byłemu zbójowi. 
- Dziękuję. Wasza pomoc bardzo się nam przyda. Poprowadźcie nas najkrótszą drogą. 
- Bądźcie spokojni - odparł Krwawa Kiszka. - Znamy tu każdą ścieżkę i każdą dziurę. 
-  Za  pomyślność  wyprawy  -  zawołał  Janko  i  jednym  haustem  wypił  pełny  kubek  gorącego  miodu. 

background image

 

14 

Obtarłszy  wąsy  wierzchem  dłpni,  spojrzał  na  zebranych,  i  widząc  w  ich  oczach  błyski  szczerego 
zapału, dodał: 
- I za pomyślność gospodarza. Niech nam żyje sto lat! 
Trzydzieści niezbyt zgranych głosów zaintonowało pradawną pieśń Krakostanu: 
Sto lat,  
Sto lat,  
Niech żyje, żyje nam! 
Słysząc to stado wilków, podchodzących już pod oberżę, w popłochu runęło w las. 
 
* * * 
Autor do Czytelników: 
Wierzycie mi chyba, że chciałbym opisać radosne chwile odnalezienia zaginionych. Że chciałbym wam 
przekazać  wesołe  okrzyki  ratowników  na  widok  księcia,  Smoka,  Gąbki  i  Bartoliniego.  Niestety! 
Prawdy nie wolno fałszować nawet w najlepszych intencjach. Wiem, że przyjemnie by się wam czytało 
o  triumfalnym  powrocie  na  Wawel,  o  dźwiękach  trąb  witających  ukochanego  władcę,  o  wspaniałej 
defiladzie wojów, o wesołych zabawach mieszkańców grodu. Nic z tego! Życie, moi drodzy, nie jest 
usiane  różami  i  nie  składa  się  wyłącznie  z  przyjemnych  zdarzeń.  Im  wcześniej  będziecie  o  tym 
wiedzieć, tym lepiej dla was. 
Prawda zaś jest taka: zaginionych nie odnaleziono. Natrafiono jedynie na szałas, w którym znajdowało 
się sześć książęcych koni. Wynikało z tego, że czwórka podróżników udała się w dalszą drogę pieszo, 
zabrawszy  z  sobą  żywność,  która  mogła  wystarczyć  zaledwie  na  dwa  dni.  Wynikało  też  z  tego,  że 
książę i jego towarzysze liczyli się z krótkim pobytem w siedzibie Śpiących Rycerzy. Dlaczego jednak 
nie  wrócili  w  planowanym  terminie?  Czy  dotarli  do  celu,  czy  też  spotkało  ich  jakieś  nieszczęście? 
Mimo dokładnych oględzin Giewontu Janko i jego ludzie nie odkryli żadnej szczeliny, która wiodłaby 
do wnętrza. Znaleźli wprawdzie wiele grot w skalistym cielsku góry, ale każda, prędzej czy  później, 
kończyła  się  litą  skałą.  Po  trzech  dniach  daremnych  poszukiwań  zmarznięci,  głodni  i  do  cna 
wyczerpani  ratownicy powrócili  do gospody na Diabelskiej Przełęczy, przynosząc Barnabie i  Marysi 
tragiczną  wiadomość.  Po  krótkim  odpoczynku  Janko  na  czele  gwardzistów  wrócił  do  Grodu  Kraka, 
aby  zorganizować  nową  wyprawę  ratowniczą.  Tym  razem  wzięły  w  niej  udział  tysiące  poddanych 
księcia.  Przez  cały  miesiąc  przetrząsano  najtrudniej  dostępne  zakątki  Giewontu  i  jego  okolicy.  Przy 
sposobności  dwóch  giermków  księcia,  Zbyszko  i  Stanko,  dokonało  pierwszego  wejścia  na  północną 
ścianę  góry.  Poszukiwania  prowadzono  dniami  i  nocami,  nie  bacząc  na  śnieżne  lawiny,  oblodzone” 
skały i wściekłe ataki halnych wiatrów. Na próżno! Nawet specjalnie tresowane owczarki nie natrafiły 
na  żaden  ślad  zaginionych.  Wyniosły,  stromy  i  tajemniczy  Giewont  jakby  kpił  sobie  z  wszelkich 
ludzkich  wysiłków.  Rada  Starców,  rządząca  w  zastępstwie  nieobecnego  władcy,  ogłosiła  ogromną 
nagrodę  za  jakąkolwiek  wiadomość  mogącą  się  przyczynić  do  odszukania  zaginionych.  Ale  i  to  nie 
dało żadnego rezultatu. 
Po  upływie  wielu  miesięcy  zgasły  resztki  nadziei.  Na  wezwanie  Rady  Starców  mieszkańcy  Grodu 
Kraka  usypali  własnymi  rękoma  wysoki  kopiec,  który  nazwali  kopcem  Krakusa.  Na  szczycie  kopca 
dzień i noc płonęło ognisko. Jego płomień miał świadczyć przez wieki o tym, że pamięć o księciu i jego 
towarzyszach nigdy nie zagaśnie w sercach teraźniejszych i przyszłych pokoleń! 
 

Rozdział V - NIE MA JAK NARTY 

 
Mimo  pełnego  wrażeń dnia  profesor  Gąbka  długo  nie  mógł  zasnąć.  Leżąc  na  wznak,  z  rękoma  pod 
głową,  nieustannie  rozmyślał  o  trudnym  do  pojęcia  fakcie  przeniesienia  się  czterech  ludzi  do  nowej 
epoki, i to epoki tak odległej od czasów, w których żyli... Jako przyrodnik zdawał sobie sprawę z tego, 
że  wszystko,  co  się  dzieje  na  świecie,  musi  mieć  swą  przyczynę,  którą  prędzej  czy  później  można 
będzie  określić  z  największą  dokładnością.  Wyjaśnienie,  którym  podzielił  się  z  uczestnikami 
konferencji  prasowej,  miało  wszelkie  cechy  prawdopodobieństwa.  Prawdopodobieństwa  -  pomyślał 
profesor  -  ale  nie  całkowitej  pewności.  Dopóki  nie  zbadam  chemicznego  składu  powietrza 
wypełniającego jaskinie Giewontu, nie będę mógł niczego twierdzić w sposób zgodny z wymaganiami 
nauki. Trzeba będzie o tym powiedzieć ministrowi na jutrzejszym spotkaniu. 

background image

 

15 

Rzuciwszy okiem na fosforyzującą tarczę zegarka, poprawił się: 
-  Na  dzisiejszym,  bo  jest  już  pierwsza  trzydzieści.  Leżący  na  sąsiednim  łóżku  Bartołini  poruszył  się 
przez sen i wymamrotał: 
- Bierzemy sześć żółtek i rozcieramy z cukrem... Poczciwy Bartłomiej - pomyślał profesor. - Nawet we 
śnie nie zapomina o tym, że jest kucharzem. Oto nauczka dla  mnie. Ja też nie śmiem zapomnieć, że 
moim  zadaniem  jest  dążenie  do  stałego  odkrywania  prawdy.  Tak  było  przedwczoraj,  przepraszam, 
tysiąc dwieście lat temu, i tak musi być obecnie. 
Za  oknem  srebrzył  się  sierp  młodziutkiego  księżyca.  Na  jego  widok  Gąbka  odczuł  w  sercu  ukłucie 
tęsknoty.  Oczyma  wyobraźni  ujrzał  swój  domek  otoczony  wiśniowym  sadem,  gderliwą,  ale  jakże 
serdeczną  Pelasię  i  wiernego  Aresa,  którego  nie  wziął  na  wyprawę  ze  względu  na  nieodpowiednią 
porę. W górach panowała jeszcze zima i biedne psisko mogłoby sobie łapy odmrozić. Pożegnał się z 
nim  serdecznie  w  myśl  ludowego  porzekadła:  „całuj  psa  w  nos”,  i  wyszedł  z  domu  na  palcach,  nie 
chcąc obudzić kudłatego przyjaciela, śpiącego przed kominkiem. Czyż mógł przypuszczać, że widzi go 
po raz ostatni? 
Ejże  -  pomyślał  uczony,  tknięty  nagłym  przypływem  nadziei  -  czy  naprawdę  po  raz  ostatni?  Może 
jednak  jest  jakiś  sposób  na  powrót  do  dobrych,  starych  czasów?  Dałbym  połowę  swego  życia  za 
odkrycie go. Na razie jednak nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Wynika z tego, że łatwiej jest 
wybrać się na wycieczkę w przyszłość, niż z niej powrócić. Tak jak łatwiej jest rozebrać zegarek, niż go 
z powrotem złożyć. 
To była już ostatnia  świadoma myśl  profesora. Obrócił  się na prawy bok, nasunął  koc na głowę i w 
ciągu sekundy zapadł w mocny, pokrzepiający sen. 
Obudził się o szóstej rano. 
O  tej  samej  porze  ze  startowego  pasa  stołecznego  lotniska  wzbił  się  odrzutowy  samolot,  wiozący 
Ministra  na  spotkanie  z  odkrywcą  baltazaronu.  Ministrowi  towarzyszyły  dwie  sekretarki,  Główny 
Księgowy z komputerem i liczydłem oraz tłumacz z języka urzędowego na polski. 
Natychmiast po starcie samolot wziął kurs na południe. 
Urocza  i  uśmiechnięta  stewardesa  (wiadomo,  że  stewardesy  zawsze  są  takie)  przyniosła  pasażerom 
pierwsze śniadanie. 
 
* * * 
Po  kilku  godzinach  rozmowy  z  ministrem  profesor  Gąbka  wrócił  do  hotelu.  Powitały  go  okrzyki 
przyjaciół: 
- Baltazarek! Baltazarek! 
Gąbka pogłaskał swą kozią bródkę i rzekł z uśmiechem: 
- Stoi przed wami Dyrektor Instytutu do Badań nad Baltazaronem. Jak się wam podobam w tej roli? 
- Ty się nam zawsze podobasz! - ryknął Smok. - Ale powiedz, co było na konferencji? 
- Kruche ciastka i sok z czarnej porzeczki. 
-  Żartujesz,  a  my  tu  podskakujemy  z  niecierpliwości.  Czy  może  dostałeś  Nagrodę  Państwową 
pierwszego stopnia? 
- Skądże znowu. Na to trzeba zasłużyć. Smok złapał się za głowę: 
- Człowieku, czy chcesz przez to powiedzieć, że twoje prace nad żabami i ślimakami są nic niewarte? 
- Może i są coś warte, ale teraz nie o to chodzi. 
- Tylko o co? 
-  O  ten  gaz  z  Giewontu.  Przecież  rozmawiałem  z  Ministrem  Przemysłu  Chemicznego...  No  cóż, 
zaproponowano  mi  objęcie  kierownictwa  Instytutu.  Będę  mieć  do  pomocy  cały  sztab  uczonych, 
wspaniałe laboratoria i duży budżet! 
- Mam nadzieję, że się zgodziłeś - wtrącił książę. 
- A cóż miałem robić? Minister przywiózł gotową już umowę o pracę i nominację na dyrektora. Był tak 
miły, że nie mogłem mu odmówić. Postawiłem tylko dwa warunki. 
- Jakie? 
- Że siedzibą Instytutu będzie Gród Kraka, przepraszam, Kraków. 
- A drugi? 
- Że wy też pojedziecie do Krakowa. Obiecał, że znajdzie dla wszystkich, pracę. Zaraz zatelefonował 

background image

 

16 

do PREZYDENTA MIASTA i polecił mu załatwienie tej sprawy. 
Smok rozpromienił się: 
- Fajny z ciebie kumpel. Zawsze wiedziałem, że rnożna na tobie polegać

v

 

-  Przecież  nie  ruszyłbym  się  ani  na  krok  od  was.  A  teraz  zbierajcie  się,  bo  pojedziemy  kolejką  na 
Kasprowy. Minister dał mi cztery bilety. Niestety sam z nami nie pojedzie, bo zaraz musi wracać do 
stolicy... Ach, bo wy nie wiecie, że stolicą jest teraz Warszawa. 
Bartolini nadstawił uszu: 
- A co to takiego? 
-  Duże  i  piękne  miasto.  Leży  nad  Wisłą,  tak  samo  jak  Kraków.  Ale  dość  gadania,  musimy  iść  do 
Kuźnic, bo do tej kolejki są podobno ogromne kolejki... A po obiedzie przyjeżdża samochód, który nas 
zawiezie do Krakowa. 
- Boję się, czy poznamy nasze miasto - zasmucił się Krak. - Musiało się bardzo zmienić... 
 
* * * 
Książę oparł się dłońmi o poręcz balustrady. Po raz pierwszy w życiu był tak wysoko. Ze wszystkich 
stron wznosiły się poszarpane szczyty Tatr, jedynie na północy otwierał się daleki widok na kotlinę, 
zamkniętą  wałem  lesistych,  łagodnych  gór.  Tam  daleko  panowała  już  wiosna;  granat  szpilkowych 
lasów przerywały jasnozielone polany, tu zaś zima nadal wiodła swe rządy. Strome zbocza, poorane 
głębokimi żlebami, lśniły w słońcu jak lustra. Wiatr zrywał ze skalnych grani pióropusze zmarzniętego 
śniegu i niósł je daleko w doliny. Na zboczach Kasprowego uwijali się narciarze, wyglądający stąd jak 
małe różnobarwne krasnoludki, pozostawiające za sobą zawiłe ornamenty śladów. Było coraz cieplej. 
Na zalanym przez słońce tarasie wylegiwali się ludzie o twarzach pokrytych kremem. 
Książę  zapatrzył  się w  Giewont  z  taką  mocą, jak  gdyby  chciał  przebić  wzrokiem  jego  skalną  bryłę  i 
dojrzeć poza nią to wszystko, co tak nagle zapadło się w daleką, trudną wprost do pojęcia przeszłość. 
Wciąż jeszcze nie mógł się pogodzić z myślą, że nigdy już nie wróci do ukochanego Grodu, do bliskich 
ludzi, do przerwanych i nie dokończonych spraw księstwa, którym poświęcił całe swe dotychczasowe 
życie. 
Tylko się nie roztkliwiać - pomyślał. - Stało się i nie ma na to żadnej rady. Trzeba po męsku pogodzić 
się z rzeczywistością. Za wszystko w życiu czymś się płaci, a więc i za możność przyjrzenia się nowym 
czasom, za możność istnienia w tak innych warunkach. 
Książę drgnął, gdyż poczuł na swym ramieniu czyjąś dłoń. 
-  Domyślam  się,  o  czym  marzysz  -  rzekł  Gąbka.  -  My  wszyscy,  cała  nasza  czwórka,  nie  myślimy  w 
zasadzie o niczym innym jak o powrocie do tego, co do ostatnich dni było naszym domem. Najbardziej 
żal mi Bartłomieja, który już nigdy nie zobaczy swej Balbinki i całej gromadki dzieciaków. On nic na 
ten temat nie mówi, ale jeżeli go znam, przeżywa to najbardziej. Pomyśl tylko, on już nigdy nie ucałuje 
swojej Nasturcji, która była jego najukochańszym dzieckiem. Pamiętasz, jak się cieszył z jej narodzin? 
- A czy myślisz - odparł książę - że mnie jest lekko na duszy? Kochałem przecież moich poddanych tak 
samo, jak Bartłomiej kocha swe dzieci. Ty jesteś w najlepszej sytuacji. Możesz poświęcić się pracy dla 
dobra  ludzkości.  Jeżeli  baltazaron  naprawdę  okaże  się  środkiem  na  nieśmiertelność,  staniesz  się 
największym dobroczyńcą wszystkich czasów. 
- Ale ileż bym dał za to, żeby znów pogłaskać łeb Aresa - szepnął Gąbka, przenosząc wzrok z twarzy 
przyjaciela na wagonik kolejki linowej, wypełniony nową partią narciarzy. 
-  Czy  wiesz  -  powiedział  książę  -  że  oni  przypominają  mi  Bractwo  Kwitnącego  Krokusa?  Są  inaczej 
ubrani, nie śpiewają pieśni, ale tak samo jak oni ciągną ku górom na wiosenny śnieg... - Ale a propos. 
Może byśmy się poszli opalać? 
Nic by jednak nie było z tego projektu, gdyby nie Smok, który na wszelki wypadek zarezerwował aż 
cztery  leżaki.  Nakryty  kraciastym  pledem  i  zaopatrzony  w  ciemne  okulary  wyglądał  bardzo 
malowniczo na tle błękitnego nieba. 
-

:

 Siadajcie - zachęcił ich ruchem łapy. - Należy się nam trochę odpoczynku. 

Profesor z ulgą wyciągnął się na leżaku i przymknął oczy. 
- Nie ma to jak góry, słońce i dobre powietrze... Ale gdzie się podział Bartłomiej? 
- Udaje narciarza - mruknął Smok i wycisnął pół tubki kremu na swe oblicze. 
- A skąd ma deski? 

background image

 

17 

- Pożyczył od kucharza w restauracji i groził, że zjedzie do Kotła Gąsienicowego. 
Jeszcze  Smok  nie  dokończył  swych  słów,  gdy  na  szczycie  Kasprowego,  tuż  przy  budynku 
obserwatorium, rozległy się głośne okrzyki: 
- Brawo, brawo! Tor wolny! Mistrz jedzie! 
Z  gromadki  narciarzy  wyrwała  się  okrąglutka  sylwetka  kucharza  i  pomknęła  po  stromym  zboczu 
błyskawicznie nabierając szybkości. 
- Oszalał! - ryknął Smok, zerwał się z leżaka i podbiegł do bariery. 
W  następnej  sekundzie  Bartolini  stracił  równowagę,  przez  moment  jechał  na  jednej  narcie, 
wyrzuciwszy  kijki  ponad  głowę,  a  następnie  grzmotnął  w  śnieg  z  siłą  armatniego  pocisku! 
Zgromadzeni na tarasie ludzie ujrzeli szybko rosnącą kulę, z której wystawały kijki i czuby desek. Kula 
toczyła  się  po  zboczu  siejąc  popłoch  wśród  narciarzy.  Była  coraz  większa  i  gnała  ze  wzrastającą 
szybkością, podskakując na nierównościach terenu. 
- To samobójstwo! - pisnęła jakaś pani w jaskrawo-żółtym swetrze. 
- Znakomita szkoła jazdy - entuzjazmował się jej towarzysz. - Tak się teraz jeździ na Zachodzie! 
Osiągnąwszy dno Kotła, śnieżna kula rozprysnęła się jak eksplodująca gwiazda. 
Smok zakrył dłonią oczy. 
- To koniec - jęknął z rozpaczą. - Nie ma już Bartoliniego! 
Ale Krak, który odznaczał się doskonałym wzrokiem, gwałtownie zaprotestował. 
- Jest! Żyje! Idzie teraz do wyciągu krzesełkowego. 
Wkrótce na górnej stacji wyciągu zjawił  się Bartolini,  cały, zdrowy i  radośnie uśmiechnięty. Na jego 
tłuściutkiej  twarzy,  pokrytej  kroplami  tającego  śniegu,  malowała  się  taka  radość,  że  na  ten  widok 
wszystkim zrobiło się wesoło. 
- Widzieliście, jak szusowałem? - krzyczał kucharz wtaczając się na taras. - Mógłbym jeszcze szybciej, 
ale śnieg mokry i źle niesie. 
- Jesteś najlepszym narciarzem wśród kucharzy - przyznał książę i wziął go w ramiona. 
-  I  najlepszym  kucharzem  wśród  narciarzy  -  dodał  uszczęśliwiony  profesor.  -  Ale  na  nas  już  czas. 
Kolejka odchodzi za dziesięć minut. 
- Już lecę - zawołał Bartolini - tylko oddam deski koledze. Mówię wam, nie ma jak narty. Ju-hu! 
 

Rozdział VI - DO KRAKOWA! 

 
Wkrótce  po  godzinie  szesnastej  spod  hotelu  ruszyła  nysa,  wioząc  do  Krakowa  czwórkę  naszych 
przyjaciół, którym towarzyszyli dwaj dziennikarze, red. Pisak i red. Mazak. 
Na widok wsi i miasteczek, gęsto rozsianych wzdłuż drogi, goście z Dalekiej Przeszłości nie mogli się 
powstrzymać  od  okrzyków  zdumienia.  Pamiętali  przecież  czasy,  gdy  tę  połać  księstwa  pokrywała 
puszcza, a spotkanie z ludźmi należało do wielkiej rzadkości. Teraz rozciągały się tu uprawne pola i 
sady,  a  wzdłuż  szerokiej,  dwupasmowej  szosy  widniały  liczne  zabudowania.  Jedyną  pamiątką 
dawnych lat była Góra Zbójecka, pokryta mizernym lasem, w którym nawet czterech zbójców miałoby 
trudności  ze  znalezieniem  kryjówki.  Gospodarskie  oko  księcia  radowało  się  na  widok  owiec 
skubiących młodą trawkę, wozów zaopatrzonych w gumowe koła, siewników i traktorów. 
Coraz bardziej oddalały się białe od śniegu góry, coraz więcej było pól pokrytych jasną zielenią ozimin. 
Na  drzewach  przybywało  listków,  a  w  rowach  złociły  się  kaczeńce.  Krak,  nie  przywykły  do  tak 
szybkiej  jazdy,  odczuwał  pewien  niepokój,  ale  nie  zdradzał  się  z  nim  wobec  przyjaciół.  Tylko 
dwukrotnie jechał  samochodem. Pierwszy  raz, gdy  odwiedził chatę  Marcinka  Lebiody  w  Miodunce, 
drugi  raz,  gdy  udał  się  do  Niepołomic,  aby  uzbierać  bukiecik  fiołków. Pojazd skonstruowany przez 
Smoka jechał jednak z szybkością galopującego konia, ten zaś pochłaniał przestrzeń na podobieństwo 
strzały wypuszczonej z łuku... 
W pewnej chwili książę ujrzał coś, co wywołało u niego przyśpieszone bicie serca. Nie była to żadna 
maszyna ani żaden nowoczesny dom, wprost przeciwnie, sprawa  dotyczyła czynności powtarzającej 
się  od  tysięcy  lat.  Oto  wzdłuż  zaoranego,  sąsiadującego  z  szosą  pola  kroczył  człowiek  przepasany 
lnianą  płachtą,  pełną  ziarna.  Był  to  starszy  już  góral,  ubrany  w  obcisłe,  cyfrowane  portki  i  w  białą, 
szeroko rozpiętą na piersi koszulę. 
Na ten widok książę poprosił kierowcę o zatrzymanie samochodu, wysiadł z wozu i przeskoczył rów 

background image

 

18 

dzielący szosę od pola. Ku zdumieniu redaktorów, którzy odprowadzali go wzrokiem, książę wdał się 
w rozmowę z siewcą. Po kilku chwilach Krak przejął z jego rąk płachtę z ziarnem, założył ją na siebie i 
ruszył wzdłuż czekających na zasianie zagonów. Doszedłszy do końca pola, zawrócił i jął się zbliżać do 
szosy, nie zaprzestając swej czynności. Następnie oddał płachtę góralowi, serdecznie uścisnął jego dłoń 
i wrócił do samochodu. 
- Dziękuję - powiedział do kierowcy. - Możemy jechać dalej. 
A zwracając się do redaktorów, dodał dla wyjaśnienia: 
-  Nie  gniewajcie  się  za  to  drobne  opóźnienie  podróży,  ale  co  roku  o  tej  porze  osobiście  zaczynałem 
siewy w moim księstwie. Działo się to prawie nad samą Wisłą, między Wawelem a wzgórzem, które 
nazywaliśmy Skałką. Poczułem się przez chwilę młodszy o 1200 lat... 
Z wysokości Mogilan pasażerowie nysy po raz pierwszy ujrzeli Kraków. 
Głęboko  w  dole,  na  obszernej  równinie,  rozciągało  się  wielkie  miasto.  W  środkowej  jego  części 
widniały  zamkowe  wieże,  na  wschodnim  zaś  krańcu  wysokie  i  bardzo  dymiące  kominy.  Prawie 
połowę nieboskłonu pokrywała chmura, rozpinająca się nad miastem jak płachta ogromnego namiotu. 
- W Krakowie jest burza - zauważył profesor. 
- To nie burza, tylko krakowski smog – wyjaśnił redaktor Mazak. 
- Smog? 
-  Tak  nazywamy  mieszaninę  dymu  i/mgły,  która  często  wisi  nad  naszym  czcigodnym  grodem.  W 
dawnych czasach Kraków miał Smoka, a teraz ma smog. 
Smok (ale ten przez k na końcu) pogardliwie wydął wargi: 
- Głupstwo. Wystarczy, żebym dmuchnął kilka razy i już będzie po nim. 
- Obawiam się, że to nie pójdzie tak łatwo - rzekł z powątpiewaniem redaktor Pisak. 
- Spokojna głowa. Muszę tylko solidnie potrenować. Ujrzawszy miasto książę zadumał się. Jak by to 
było dobrze wjechać na chwilę na zamkowy dziedziniec, ujrzeć wąsatych wojów, usłyszeć skrzypienie 
studziennych  żurawi  i  porykiwanie  bydła  w  oborach.  Zasiąść  przy  dębowym  stole,  wychylić 
powitalny  kielich  miodu  i  zapatrzyć  się  w  płonące  na  kominku  polana.  Wiedział  jednak,  że  były  to 
nierealne  marzenia,  z  którymi  trzeba  się  pożegnać  raz  na  zawsze.  Słońce  wisiało  już  nisko  nad 
horyzontem,  gdy  samochód  zatrzymał  się  na  Wawelu,  przed  budynkiem  mieszczącym  apartamenty 
dla Szczególnie Ważnych Osobistości. 
-  Tu  będziecie  dziś  nocować  -  rzekł  redaktor  Pisak.  -  A  ja  i  kolega  pędzimy  do  redakcji,  gdzie  już 
czekają na nasze sprawozdania. Życzymy wam dobrej nocy! 
Nazajutrz,  od  wczesnego  rana,  tłumy  krakowian  jęły  się  zbierać  na  Wawelu  w  nadziei  ujrzenia 
niezwykłych gości. W szkołach ogłoszono dzień wolny od nauki, co zostało przyjęte takim wrzaskiem 
radości,  że  od  razu  połowa  nauczycieli  zgłosiła  się  do  Kliniki  Laryngologicznej  z  objawami  ostrego 
przytępienia  słuchu.  Długie  pochody  dzieci  wymachujących  chorągiewkami  o  barwach  Krakowa 
dążyły ku wawelskiemu wzgórzu. Kto by myślał, że w powitaniu brała udział tylko młodzież ze szkół 
podstawowych, byłby w dużym błędzie. Jak napisano w „Kronice Krakowa za 1978 r.”, na Wawelu, 
prócz  dorosłych,  zjawili  się  także  przedszkolacy,  licealiści,  a  nawet  studenci  wyższych  uczelni,  ze 
słuchaczami Uniwersytetu Jagiellońskiego na czele. Nie brakło też niemowląt ze żłobków. Rzecz jasna, 
że to najmłodsze towarzystwo podążyło na zamek przy pomocy wózków, popychanych przez mamy, 
ciocie,  babcie  oraz  starsze  rodzeństwo  obojga  płci.  Przybyły  też  delegacje najważniejszych  zakładów 
pracy, przedstawiciele Wojska, Milicji, Straży Pożarnej i Związków Zawodowych. Zwartym szeregiem, 
wraz  z  orkiestrą,  dążył  Ochotniczy  Hufiec  Pracy,  tuż  za  nim  maszerowały  harcerki  i  harcerze  z 
naręczami czerwonych i białych goździków. W całym mieście zabrakło kwiatów, zupełnie jak w Dniu 
Kobiet. Z każdą chwilą gęstniał tłum wypełniający ogromny dziedziniec zamku królewskiego. 
W samo południe nad miastem popłynęły dźwięki dzwonu Zygmunta, rozkołysanego przez piłkarzy 
„Wisły”  i  „Cracovii”,  którzy  na  ten  dzień  zawarli  z  sobą  chwilowy  sojusz.  Zawyły  syreny  licznych 
fabryk i klaksony mniej licznych autobusów MPK. 
Goście z Dawnych Czasów, w towarzystwie Prezydenta Miasta oraz dyrektora Państwowych Zbiorów 
Sztuki na Wawelu, profesora Jerzego Szablowskiego, zjawili się na krużganku I piętra. 
Na  ich  widok  tysiące  krakowian  wzniosły  powitalny  okrzyk,  który  wraz  z  łoskotem  braw  wywołał 
popłoch wśród gołębi miasta! 
Zgodnie z ustalonym już wcześniej programem w imieniu Gości przemówił książę Krak, jako pierwszy 

background image

 

19 

w dziejach władca Wawelu. Wzruszonym głosem podziękował za serdeczne przyjęcie i wyraził radość 
z faktu, że może oglądać tak piękne i wielkie miasto oraz jego nadzwyczaj miłych mieszkańców. 
-  Moi  kochani  -  zakończył  swe  krótkie  przemówienie.  -  Ja  i  moi  przyjaciele  będziemy  naprawdę 
szczęśliwi, jeżeli pozwolicie nam zamieszkać ze sobą i będziecie nas traktować jak członków rodziny. 
Choć pochodzimy z Bardzo Dawnych Czasów, chcemy być tacy sami jak wy, pracować razem z wami, 
bawić się i wypoczywać! 
Nie  muszę  chyba  dodawać,  że  przemówienie  księcia,  jak  zresztą  cała  uroczystość  powitania, 
transmitowane  było  przez  Polskie  Radio  i  Telewizję  oraz  uwiecznione  przez  operatorów  Kroniki 
Filmowej. 
Gdy ucichły ponowne brawa, rozległ się nagle okrzyk, wydany, jak się później okazało, przez Maćka 
Kowalskiego, ucznia V klasy Szkoły Podstawowej nr 91. 
- My chcemy Smoka! 
Na to hasło cały tłum począł zgodnie skandować: 
- My chcemy Smoka! My chcemy Smoka! 
Smok, ująwszy pod ramiona Gąbkę i Bartoliniego, zbliżył się do kamiennej balustrady. 
Tłum szalał z radości. Ludzie machali chorągiewkami i chusteczkami, bili brawo, gwizdali, niepomni 
na ogólnie panującą opinię, iż  krakowianie to centusie i  ponuracy. Mówiono potem, że jedna babcia 
machała  nawet  wilgotną  pieluszką,  ale  nie  udało  mi  się  sprawdzić,  czy  tak  było  w  rzeczywistości. 
Owacjom  nie  byłoby  końca,  gdyby  jeden  ze  sprawozdawców  Radia  nie  zapowiedział,  że  obecnie 
zacznie się na Rynku wielka zabawa, w czasie której będzie można kupić części do fiata 126 p. Po kilku 
minutach na dziedzińcu nie było już żywego ducha: 
Prezydent otarł czoło zroszone kroplami potu i skłonił się gościom. 
A teraz prosimy na mały spacer po Wawelu. Na pewno jesteście ciekawi, jakie tu zaszły zmiany. 
Gdzież się podziały złote od żywicy belki cięte z puszczańskich olbrzymów, ręcznie strugane gonty, 
nabijane kołkami dźwierze, kalenice przypominające ząbki pił, rzeźbione słońca, księżyce i gwiazdy, 
grube  pniaki  częstokołów,  studzienne  żurawie?  Gdzież  zniknęły  stajnie  pełne  rżenia  koni?  Kiedy 
ustało  szczekanie  psów  gotujących  się  do  wyjścia  w  puszczę?  Buczenie  myśliwskich  rogów?  Nocne 
stukanie halabard i okrzyki strażników przechadzających się po krużgankach? 
- Za moich czasów  zamek był  drewniany  - powiedział książę po dłuższej chwili milczenia, w  czasie 
której wodził wzrokiem po murach, dachach i basztach tak innych niż te, które miał w świeżej jeszcze 
pamięci. 
- Tak - przyznał profesor Szablowski. - Ale twoi następcy zbudowali go z kamienia, a później z cegły, i 
dlatego dotrwał do naszych czasów. Ładny? 
-  Wspaniały!  Wyobrażam  sobie,  ile  musiało  być  w  nim  służby...  A  zachowały  się  jakieś  części 
drewniane? 
- Znaleźliśmy niedawno coś, co wygląda na resztki kieratu. 
-  Naprawdę?  -  ucieszył  się  Krak.  -  To  pewnie  ten  sam,  który  służył  do  uruchomienia  radiostacji 
zmajsterkowanej przez Smoka. 
Profesor Szablowski klasnął w ręce. 
-  Świetnie!  Teraz  już  będziemy  wiedzieć,  z  jakiego  czasu  pochodzą  te  czcigodne  resztki.  A  teraz 
chodźmy do Smoczej Jamy. 
- Ona się chyba niewiele zmieniła. 
- Ostatnio została wyremontowana. Zaprowadziliśmy w niej światło elektryczne. 
- Ho, ho - rzekł z uznaniem Smok. - Ja używałem lamp naftowych, a ogrzewałem ją ogniem z własnego 
pyska. 
Kręte,  wykute  w  wapiennej  skale  schody  zaprowadziły  ich  do  jaskini  jarzącej  się  światłem 
różnobarwnych reflektorów. Smok powiódł wzrokiem dokoła. 
-  Tu  stał  mój  tapczan  -  rzekł  wskazawszy  na  jeden  z  kątów  groty.  -  A  po  drugiej  stronie  szafa  z 
książkami. W środku był stół, przy którym pracowałem. 
- Chciałbyś tu znów zamieszkać? 
-  Jeszcze  jak  -  ucieszył  się  Smok,  a  w  jego  oczach  błysnęły  iskierki  radości.  -  Ale  obawiam  się  że  to 
niemożliwe. 
- Dlaczego? 

background image

 

20 

-  Bo  na  mój  widok  wszyscy  turyści  uciekliby  gdzie  pieprz  rośnie  i  miasto  miałoby  z  tego  ogromne 
straty. 
Profesor Szablowski uśmiechnął się tajemniczo: 
- Nie jest tak źle. Przed jaskinią stoi twój pomnik, dzięki któremu ludzie wiedzą, jak wyglądałeś. 
- Mój pomnik? Żartujesz! 
- Mówię zupełnie poważnie. 
Smok z niedowierzaniem pokręcił głową: 
- Nie myślałem, że za życia będę mógł oglądać własny pomnik. Podobny do mnie? 
- Jak dwie krople wody. Oto on! 
Smok  zaniemówił  z  wrażenia,  co, jak  wiemy,  nie  zdarzało  mu  się  zbyt  często.  Przez  dłuższą  chwilę 
milczał, ogarniając wzrokiem postać potężnego jaszczura, wspartego na tylnych łapach i od czasu do 
czasu zionącego z paszczy czerwonym płomieniem. Pomnik stał przed wejściem do Jamy, tuż za nim 
przebiegała droga, a za drogą, o kilka metrów niżej, toczyły się brudne fale Wisły. 
- Wszystko dobrze - rzekł wreszcie Smok. - Ale rzeka zupełnie nie przypomina Wisły z moich czasów. 
Bałbym się z niej wypić choć łyk wody. 
- Masz rację - przyznał Gąbka, wciągnąwszy w nozdrza kwaśną woń rzeki. - Nie zdążyłbyś pęknąć, bo 
już po kilku łykach byłbyś kompletnie zatruty. 
-  I  cała  legenda  na  nic  -  zarechotało  Smoczysko.  -  Ale  mimo  to  chętnie  bym  tu  zamieszkał, 
przyzwyczaiłem się do tej suteryny... 
- Nic łatwiejszego - zawołał na to Prezydent Miasta, który z uwagą przysłuchiwał się rozmowie. - Dziś 
jeszcze  wręczę  ci  przydział  na  to  mieszkanie.  Tylko  przez  jakiś  czas  będziesz  musiał  sypiać  na 
materacu, bo niestety nie dowieźli jeszcze tapczanów. 
- Dziękuję z całego serca - rzekł wzruszony Smok i złożył ukłon Prezydentowi Miasta. - Ale co będzie z 
moimi kumplami? 
- I o tym już pomyślałem - odparł Prezydent i skinął na swego sekretarza, który podbiegł do niego z 
teczką  wypchaną  różnymi  papierami.  -  Oto  dekret  mianujący  księcia  konserwatorem  Państwowych 
Zbiorów Sztuki na Wawelu i przyznający mu apartament na zamku! 
Zanim zdumiony książę zdążył otworzyć usta, Prezydent wręczył mu pismo opatrzone wielką ilością 
pieczęci okrągłych, owalnych, podłużnych i trójkątnych. 
- Czy książę wyraża zgodę? 
- Oczywiście - rzekł Krak. - Jestem zaszczycony tą propozycją, tylko nie wiem, czy dam- sobie radę na 
nowym stanowisku. Wprawdzie studiowałem kiedyś historię sztuki, ale to było tak dawno... 
Prezydent z powagą uścisnął dłoń księcia. 
-  Nie  widzę  lepszego  kandydata.  Oto  właściwy  człowiek  na  właściwym  miejscu.  Jak  wiadomo, 
profesor  Gąbka,  który  objął  już  stanowisko  dyrektora  Instytutu  do  Badań  nad  Baltazaronem,  będzie 
mógł zamieszkać w służbowym bloku na Osiedlu Tysiąclecia. 
- A ja? - wtrącił się do rozmowy milczący do tej pory Bartolini. 
-  Drogi  i  kochany  mistrzu  -  zawołał  Prezydent.-  Czyż  mógłbym  zapomnieć  o  znakomitym 
przedstawicielu staropolskiej sztuki kulinarnej? Gdyby się tak stało, nie byłbym godny przewodniczyć 
Radzie Miejskiej! Czy nie zechciałbyś zostać szefem najlepszej krakowskiej restauracji „Wierzynek”? 
- Mamma mia! - pisnął uradowany kucharz. - Nawet w najśmielszych marzeniach nie brałem tego pod 
uwagę. To jasne, że się zgadzam! 
- Zamieszkasz więc w pięknej i zabytkowej kamienicy na samym Rynku. Zgoda? 
- Zgoda. Po trzykroć zgoda. Ale pod jednym warunkiem... 
- Z góry akceptuję wszystkie warunki. 
- Pod warunkiem, że książę będzie się u mnie stołować. A oprócz niego reszta moich przyjaciół. Nie 
mogę dopuścić do tego, żeby jedli w byle jakiej jadłodajni. 
- Oczywiście, drogi mistrzu - zapewnił go Prezydent Miasta. - Wszystkie głowy koronowane i wszyscy 
wybitni goście zawsze się stołowali u Wierzynka. Nawet słynny podróżnik - Jaś Zielone Ucho! 
- A teraz będą się stołowali „U Bartoliniego” - rzekł z naciskiem kucharz. - Od dziś zmieniam nazwę 
lokalu. Niech mnie mrówka połknie, jeżeli to nie będzie najlepsza knajpa Krakowa. 
Profesor Szablowski dyskretnie spojrzał na zegarek: 
-  Już  pierwsza,  czas  na  obiad.  Dziś  jeszcze,  w  drodze  wyjątku,  zjemy  go  w  Hotelu  Francuskim.  A 

background image

 

21 

potem zawiozę was na Krzemionki i pokażę miasto z kopca Krakusa. 
- Z mojego kopca? - zdziwił się książę. - Nie wiem o niczym podobnym. 
Prezydent pospieszył z wyjaśnieniem: 
- Mamy aż trzy kopce. Jeden nosi imię królowej Wandy, drugi Krakusa, a trzeci Kościuszki. Czy znałeś 
Wandę? 
- Nie - zaprzeczył książę. - Możliwe, że wstąpiła na tron po moim zniknięciu. Czuję, że będę musiał 
przejść skrócony kurs historii. 
-  Przez  jakiś  czas  sądziliśmy  -  ciągnął  Prezydent  -  że  kopiec  na  Krzemionkach  był  po  prostu  twoją 
mogiłą. Po rozkopaniu go nie znaleźliśmy jednak twojego ciała. 
- To całkiem zrozumiałe - roześmiał się Krak. - To ciało stoi obok was i ma wielką ochotę na obiad... 
Po chwili szereg czarnych limuzyn, poprzedzanych przez milicjantów na motocyklach, ruszył wąskimi 
ulicami starego grodu. 
Smok, siedzący obok Bartoliniego, nachylił się ku niemu i szepnął: 
- Jest lepiej, niż przypuszczałem. Zobaczysz, stary, że wszystko będzie okey! Te nowe czasy zaczynają 
mi się podobać. Tylko co oni zrobili z tej Wisły!... 
 

Rozdział VIl - NARADA W BARPIWONM 

 
Mr  Joe  Pietruszka

 

w  miękkim,  ciemnopurpurowym  szlafroku  i  porannych  pantoflach  stał  na  tarasie 

jednej  ze  swych  czterdziestu  ośmiu  willi  i  spoglądał  na  błękitny  ocean,  którego  fale  rozbijały  się  z 
hukiem o przybrzeżne skały. 
Wyspa o tak dźwięcznej nazwie stanowiła własność Pietruszki i jako taka nie figurowała w żadnym 
atlasie  świata  oraz  nie  podlegała  Organizacji  Narodów  Zjednoczonych. Mało  kto  wiedział  o  tym,  że 
Barpiwonia  była  wyspą  sztuczną.  Od  czasu  do  czasu  pirackie  statki  holowały  ją  i  zakotwiczały  w 
różnych  punktach  Oceanu  Niespokojnego,  w  związku  z  czym  ustalenie  jej  położenia  było  ogromnie 
trudne. Tylko taki bogacz jak Joe mógł sobie pozwolić na posiadanie sztucznej wyspy, która w dodatku 
była jednym z najbardziej uroczych zakątków naszego pięknego świata! 
Joe miał wszelkie powody do zadowolenia. Nie dawniej jak przed trzema dniami zlikwidował gang 
Piekielnego  Jima,  pozbywając  się  niebezpiecznego  konkurenta  w  zbożnym  dziele  przemytu 
narkotyków.  Dziś  natomiast  miał  wydać  przyjęcie,  aby  zaprezentować  na  nim  wspaniałą  galerię 
portretów rodzinnych. Wszystkie obrazy namalował słynny artysta, nie biorąc za swą pracę ani grosza. 
Po  prostu  zaufani  ludzie  Joego  powiesili  malarza  w  piwnicy  opuszczonego  domu  w  ten  sposób,  że 
nogi  mistrza  unosiły  się  na  wysokości  jednego  metra  nad  podłogą,  po  której  wiły  się  dziesiątki 
grzechotników.  Gdyby  malarz  nadal  twierdził,  że  za  jego  robotę  ‘należy  mu  się  jakiekolwiek 
wynagrodzenie,  wystarczyłoby  tylko  przecięcie  sznura  -  i  sprawa  byłaby  załatwiona  raz  na  zawsze, 
chociaż  ku  zadowoleniu  tylko  jednej  ze  stron.  Na  szczęście  był  to  człowiek  rozsądny,  a  w  dodatku 
czujący wrodzony wstręt do węży. 
Na wieczorne przyjęcie miało zjechać wielu znajomych Joego, trudniących się podobnymi sposobami 
zdobywania  nie  tylko  majątku,  ale  także  (co  zwykle  idzie  w  parze)  poważania  w  społeczeństwie. 
Żaden  z  nich  jednak  nie  dorównał  Joemu,  który  od  niedawna  stał  się  jedynym  akcjonariuszem 
przedsiębiorstwa, noszącego nazwę „The Kidnappers Corporation Ltd”. 
Nasyciwszy się pięknem przyrody, Joe Pietruszka wrócił do swego zacisznego gabinetu, wyłożonego 
skórami  swych  konkurentów,  i  usiadł  przy  biurku,  aby  przejrzeć  poranną  prasę.  Na  pierwszych 
stronach dzienników czerniły się ogromne tytuły najnowszych depesz. „Gangster Codzienny” donosił 
o pojawieniu się w jednym z krajów Starego Świata prawdziwego Smoka, który dotychczas w opinii 
uczonych  uchodził  za  postać  bajkową  i  legendarną.  „Ilustrowany  Magazyn  Okropności”  przynosił 
szereg  zdjęć  potwora,  wykonanych  przez  swego  specjalnego  wysłannika.  „Wiadomości  Pirackie”, 
organ  Związku  Zawodowego  Piratów  i  Korsarzy,  informowały  swych  czytelników  o  szczegółach 
sensacyjnego  zdarzenia,  zamieszczając  równocześnie  artykuł  znanego  badacza  gadów  kopalnych, 
profesora Archibalda Kluski, z którego wynikało, że odnalezienie żywego smoka może być wstępem 
do prawdziwej rewolucji w dziedzinie nauk przyrodniczych. 
Mr Joe Pietruszka włączył kolorowy i trójwymiarowy telewizor - i oto na ekranie aparatu pojawiła się 
podobizna  Smoka  odnalezionego  żywcem  w  jaskini  góry  zwanej  Giewontem.  Jednocześnie  dał  się 

background image

 

22 

słyszeć głos uroczej blondynki: 
„Używając pasty do zębów firmy Mix i Max będziecie zawsze cieszyć się tak wspaniałym uzębieniem 
jak  ten  znakomicie  wyglądający  przedstawiciel  gadów  jurajskich!”  Przydałby  mi  się  taki  smok  - 
pomyślał  Joe  i  nagle  podskoczył  na  fotelu  jak  sprężyna.  Podbiegł  do  lustra  i  stanąwszy  przed  nim 
wyprostował się dumnie, zakładając prawą dłoń za połę szlafroka. 
-  Nie  ulega  wątpliwości,  że  jestem  podobny  do  Napoleona  -  stwierdził  z  zadowoleniem.  -  Mając 
takiego smoka na własność, mógłbym zapanować nad całym światem, a może nawet nad Kosmosem! 
Tylko człowiek tak genialny jak ja mógł wpaść na podobny pomysł. 
Oczyma wyobraźni ujrzał Smoka w roli szefa swej osobistej gwardii, zapewniającej mu bezkarność i 
pełne bezpieczeństwo. Ujrzał go również w roli cyrkowego aktora, wywołującego entuzjazm widzów 
na  obu  półkulach,  i  tym  samym  przysparzającego  milionów  kasom  towarzystwa  „The  Kidnappers 
Corporation”. Smok jako reklama zabawek produkowanych przez podległe Joemu fabryki! Smok jako 
emblemat  statków  pirackich,  budowanych  w  stoczniach  należących  do  Pietruszki!  Higieniczne 
śliniaczki ze Smokiem! Cumelki „Smok”! Karmelki „Smok”! Teksasy z wyhaftowanym na kieszeniach 
smokiem!  Guma  do  żucia  „Smok-balon”,  krawatki,  chusteczki,  fartuszki  -  wszystko  ze  znakiem 
firmowym „Smok i Pietruszka”. 
Rozpędzone  myśli  Joego  biegły  coraz  szybciej.  Dysponując  Smokiem  można  by  się  pokusić  o 
zawładnięcie  wszystkimi  samolotami  świata,  a  tym  samym  ująć  w  swe  ręce  kierownictwo 
najbogatszych linii lotniczych! Nie, takiej okazji nie wolno zmarnować - a Joe Pietruszka, syn leśnego 
zbója, byłby największym z głupców, gdyby pozwolił komu innemu ciągnąć zyski ze zdarzenia, które 
rozegrało się w jakimś dalekim kącie świata, gdzie wznosi się góra zwana dziwacznie Giewontem. 
Joe nachylił się nad mikrofonem stojącym na biurku i wezwał jednego ze swych zaufanych sekretarzy. 
Dał  się  słyszeć  stukot  drewnianej  nogi  -  i  w  drzwiach  gabinetu  pojawił  się  Bob,  zwany  Dzieciną. 
Wbrew swemu przydomkowi był to okropnie ponury drab, bardziej podobny do pirata na emeryturze 
niż  do  milutkiego  niemowlęcia.  Drewniany  kikut,  czarna  opaska na  prawym  oku  oraz  wetknięty  za 
pas pistolet świadczyły aż zbyt wyraźnie o tym, iż Bob-Dziecina nie zawsze był urzędnikiem. 
Piracki  wygląd  pozwolił  mu  trzykrotnie  na  porwanie  samolotu,  pełnego  bogatych  pasażerów.  Po 
prostu  policja  i  obsługa  lotniska,  widząc  tak  dziwnie  ubranego  pasażera,  ani  przez  chwilę  nie 
przypuszczały,  że  mogą  mieć  do  czynienia  z  prawdziwym  piratem.  Raz  wzięto  go  za  dziwaka, 
lubiącego niezwykłe stroje, kiedy indziej za aktora filmowego, udającego się na zdjęcia do Hollywood, 
na  koniec  zaś  za  człowieka  upośledzonego  na  umyśle.  Tymczasem  Bob  w  czasie  lotu  odkręcał  swą 
drewnianą  i  wydrążoną  nogę  i  wyciągnąwszy  z  niej  pistolet  maszynowy  kazał  pilotowi  lądować  w 
Barpiwonii, gdzie czekał już szef Joe Pietruszka. Pasażerowie, którzy się okupili, wracali bezpiecznie 
do  swych  domów,  ci  zaś,  którzy  twierdzili,  że  nie  .mają  przy  sobie  ani  grosza,  byli  zmuszani  do 
ciężkiej pracy w kamieniołomach, a nawet do niańczenia pirackich dzieci, co stanowiło najgorszą karę! 
- Słucham, szefie - powiedział Bob zachrypniętym głosem. 
- Za godzinę mają się tu stawić: Billy, Killy i Sally. 
- Ale się nie stawią. 
Joe włożył rękę do kieszeni i namacał rękojeść rewolweru. 
- Co to, bunt? 
- Nie - rzekł sekretarz. - Żaden bunt, tylko trudność. 
- Z powodu czego? 
- Billy miał dziś porwać statek pasażerski „Stefan Batory”, płynący z turystami na Wyspy Kanaryjskie, 
i właśnie przed chwilą meldował mi przez radio, że znajduje się w Las Palmas. 
- Niech zostawi go w spokoju i natychmiast przylatuje do mnie. 
-  Billy  ma  bardzo  szybki  samolot,  szefie  -  ale  nie  zdąży  za  godzinę.  Czy  nie  można  by  przesunąć 
terminu odprawy? 
-  Dobrze  -  rzekł  Joe  i  wyjął  rękę  z  kieszeni.  -  Wobec  tego  wyznaczam  odprawę  na  dwunastą  w 
południe. A Sally i Killy? 
- Z nimi będzie łatwiej - odparł Bob. - Sally jest w domu i pisze wypracowanie z rachunków dla swego 
syna, a Killy wyskoczył na chwilę z biura, aby ukraść jakiś samochód. Powiedział, że nie chce wyjść z 
wprawy. 
- Pracowity facet - mruknął Joe z aprobatą. - Muszę mu podwyższyć pobory. A teraz chcę się wykąpać. 

background image

 

23 

Czy w basenie jest świeże błoto? 
-  Oczywiście  -  odparł  Bob.  -  I  świeże  żaby  także.  Z  tym zamiłowaniem  do  kąpieli w  błocie  Joe  miał 
trochę kłopotu. Prawdę mówiąc, wstydził się tej słabości, ale nie mógł znaleźć w sobie sił, aby się jej 
wyrzec.  Chlapanie  się  w  błocie  zawsze  wprowadzało  go  w  dobry  humor.  Co  więcej,  w  czasie  tych 
kąpieli  przychodziły  mu  do  głowy  pomysły  najlepszych  interesów,  które  natychmiast  po  wyjściu  z 
basenu wcielał w życie z właściwą sobie energią. Już dawno doszedł do przekonania, że ową dziwną 
skłonność odziedziczył po którymś ze swych odległych przodków, nie wiedział tylko, po którym. 
Również  i  tym  razem  rozkoszna  kąpiel  dała  spodziewane  rezultaty.  W  ciągu  kilkunastu  minut 
opracował  techniczne  szczegóły  akcji,  której  nadał  nazwę  „Operacja  Smok”.  Spłukując  błocko  pod 
prysznicem,  wiedział  już  dokładnie,  jakie  instrukcje  wyda  swym  trzem  najlepszym  pracownikom  w 
czasie zapowiedzianej na południe odprawy. 
 
* * * 
Narada w gabinecie Pietruszki trwała aż trzy godziny. Przez ten czas spiskowcy wypili beczkę rumu i 
wypalili  wagon  cygar.  Zgodnie  ze  starożytnym  zwyczajem  na  stole  płonęły  świeczki,  okna  były 
zasłonięte czarnymi storami, a z taśmy magnetofonu sączyły się ściszone dźwięki „Tańca szkieletów”. 
- A więc - zakończył naradę szef Barpiwonii - sprawa polega na tym, żeby w sposób dyplomatyczny 
nakłonić Smoka do współpracy z nami. To robota dla mnie. Jeżeli się zgodzi, wszystko pójdzie jak z 
płatka. Jeżeli zaś odmówi (choć nie sądzę, żeby był aż tak głupi), porwiemy go podstępem. Musimy 
być gotowi na wszystko. Gra idzie o wielką stawkę. Jasne? 
- Jak księżyc na nowiu - odparły trzy ponure draby. 
- Są pytania? - dodał Joe.  
Killy podniósł dwa palce: 
- Będzie premia? 
- Pod warunkiem, że wykonacie robotę w terminie. 
- To się rozumie - mruknął Killy. - Czy zawiedliśmy cię kiedy, szefie? 
- Nigdy - skinął głową Joe. - Dlatego jeszcze żyjecie, i to dość luksusowo. Inaczej dawno bym już was 
rzucił na pożarcie rekinom. 
To mówiąc Joe spojrzał na elektroniczny zegarek. 
-  Koniec  odprawy!  Idźcie  teraz  do  stołówki  na  obiad.  Od  jutra  będziecie  jadać  wyłącznie  polskie 
potrawy, czyli bigos oraz kotlety schabowe z kapustą. Nauka języka rozpocznie się pojutrze. Będzie ją 
prowadzić  ten  profesorek  z  Warszawy,  który  od  roku  pracuje  w  kamieniołomie  na  Czarciej  Górze. 
Wprawdzie z wykształcenia jest matematykiem, ale może da sobie radę... Cześć pracy! 
Trzej piraci ryknęli jak jeden mąż: 
- Cześć! 
Po ich wyjściu Joe pogasił świeczki i otwarł okna. Do gabinetu wtargnęło parne, nagrzane powietrze. 
Na horyzoncie zbierały się chmury. 
Będzie burza - pomyślał Pietruszka. - Żeby tylko nie strzelały pioruny, bo bardzo tego nie lubię... 
 
* * * 
Wieczorem, w jasno oświetlonych salonach pałacyku, zgromadzili się zaproszeni goście. Większość z 
nich  przybyła  luksusowymi  samochodami,  zaopatrzonymi  w  pancerze  odporne  na  pociski  „ziemia-
ziemia”. Każdego, kto wchodził do wnętrza willi, rewidowały dwa tresowane goryle, odbierając broń 
w  postaci  rewolwerów,  noży,  zatrutych  szpilek  oraz  jadowitych  węży,  schowanych  zazwyczaj  w 
papierośnicach. Mr Joe i jego małżonka witali swych gości uprzejmymi okrzykami w rodzaju: „Hej” 
lub  „hallo,  stary  drabie”!  Dziesięciu  lokajów  roznosiło  złote  tace  .z  kanapkami  oraz  kieliszki 
napełnione szampanem, pochodzącym z winnic Pietruszki. 
Galeria  przodków  wywołała  zachwyt  zebranych.  Bohaterowie  byli  wymalowani  „jak  żywi”,  a  w 
dodatku w naturalnej wielkości! Każdy obraz został zaopatrzony w tabliczkę, na której widniało imię i 
nazwisko  sportretowanej  osoby  oraz  daty  urodzin  i  śmierci.  Założyciel  rodu,  Hakkon  Bezzębny, 
uwieczniony  został  na  pokładzie  łodzi  dzielnych  wikingów,  zaopatrzonej  w  silnik  odrzutowy. 
Prapradziadek  Joego,  Herman  Jednoręki,  spoglądał  na  świat  z  wysokości  szubienicy,  zaś  słynny  z 
okrucieństwa Ali Ibn Jusuf el Bengazi, postrach Morza Śródziemnego w XVII stuleciu, stał dumnie na 

background image

 

24 

piramidzie wykonanej z kości swych ofiar. Była to naprawdę wspaniała galeria, godna wystawienia w 
salach paryskiego Luwru lub madryckiej El Prado! Nie dziwiłbym się, gdyby w salonach willi Joego 
zaszumiały skrzydła  Historii! Na razie jednak szumiały skrzydła wentylatorów mielących powietrze 
duszne  od  zapachu  perfum  i  dezodorantów,  produkowanych  oczywiście  przez  zakłady  Joego,  a 
rozpryskiwanych obficie przez gromadę lokajów. 
Przyjęcie  zakończyło  się  ucztą,  o  której  nazajutrz  mówiła  cała  Barpiwonia.  Dziwnym  zbiegiem 
okoliczności  dwóch  dżentelmenów,  wyrażających  się  krytycznie  o  portretach,  wyniesiono  z  sali 
jadalnej  prosto  na  cmentarz,  co  jednak  nie  zepsuło  ogólnego  nastroju  entuzjazmu  i  szampańskiej 
zabawy. 
Po  odjeździe  ostatniego  samochodu  Joe  udał  się  na  dobrze  zasłużony  odpoczynek.  Wpierw  jednak 
osobiście pogasił wszystkie światła oraz włączył prąd wysokiego napięcia do otaczającej willę siatki. 
Następnie umył sztuczne zęby, wyciągnął się na wygodnym tapczanie i przed zaśnięciem przeczytał 
kilka stron swej ulubionej książki o przygodach wampira Drakuli. 
 

Rozdział VIII - TAJEMNICZY LIST 

 
W pogodny, pachnący bzami wieczór majowy Smok siedział na ławie przed Jamą i swoim zwyczajem 
pykał  fajeczkę,  spoglądając  na  przeciwległy  brzeg  Wisły.  W  oknach  niedawno  zbudowanego  hotelu 
zapalały  się  coraz  liczniejsze  światła,  przez  most  Dębnicki  przejeżdżały  samochody  i  motocykle. 
Wracali nimi ci, którzy tę piękną wiosenną niedzielę spędzili za murami miasta. 
Za dawnych czasów - rozmyślał - nie trzeba było uciekać z Grodu Kraka na wieś. Powietrze było tu tak 
samo  dobre,  jak  w  Puszczy  Książęcej.  Ileż  to  kominów  dymiło  na  obszarze  miasta?  Pięć,  może 
dziesięć...  Jeden  z  nich,  najwyższy,  należał  do  zamkowej  piekarni,  wypiekającej  wspaniały  żytni 
razowiec  o  chrupkiej  skórce,  drugi  do  wędzarni  imć  pana  Trąby,  trzeci  do  miejskiej  kuźni,  gdzie 
wykuwano  lemiesze  do  pługów  i  zbroje  dla  rycerzy...  Dym  z  owych  kominów  woniał  bukowym 
drewnem, jako że nikt jeszcze nie znał węgla ani gazu. W samym Grodzie drzew rosło co niemiara, nie 
mówiąc już o krzewach i kwiatach, które książę rad wielce widział. Iriha sprawa, że ludzi było zacznie 
mniej  niż  dziś,  a  jedyny  samochód,  jak  wiadomo  napędzany  słoną  wodą,  wcale  nie  psuł  powietrza. 
Siadywali więc ludzie nad brzegami-czystej Wisły, a wędkarze, których nigdy nie brakowało, łowili w 
niej jesiotry, łososie i pstrągi. Ryb tych nie było czuć fenolem jak teraz, toteż nic dziwnego, że Bartolini 
przyrządzał z nich smakowite dania, o których później poeci pisywali wiersze. 
A  oto  on  we  własnej  osobie  -  pomyślał  Smok,  zobaczywszy  kucharza  zbliżającego  się  ku  Jamie  w 
towarzystwie księcia i profesora. 
Bartolini już z daleka machał ręką i wołał: 
- Cześć, stary, masz czas? 
- Ja mam zawsze czas - odparł Smok z uśmiechem. - A szczególnie dla was. 
I robiąc miejsce na ławie, dodał: 
- Klapnijcie sobie. Co nowego? 
- Wszystko jest nowe - rzekł Gąbka. - Na każdym kroku coś nowego. Wyobraź sobie, że dziś po raz 
pierwszy jechałem tramwajem. 
- Takim niebieskim pudełkiem, co samo jeździ po szynach? 
-  Uhm.  Gdy  wszedłem,  wszystkie  miejsca  były  już  zajęte.  Wtedy  zerwał  się  jakiś  okrutnie  wąsaty 
młodzieniec  i  powiedział:  Siadaj  pan!  Odparłem,  że  postoję,  bo  jadę niedaleko.  Na  to  on  podciął  mi 
kolana, przydusił łapą do siedzenia i wrzasnął: Siadaj, wapniaku, jak cię grzecznie proszą! Mówił coś 
jeszcze o przekornych starcach, ale nie słuchałem, bo mi dech zaparło. 
- To był widocznie dobrze wychowany młodzieniec - rzekł Smok. - Ale nie wszyscy są tacy. Widziałem 
dziś  chłopca,  który  ciskał  kamieniami  za  kotem.  Gdy  mu  powiedziałem,  że  postępuje  jak  łobuz, 
pokazał mi język. 
- A co ty na to? 
Smok zrobił zawstydzoną minę. 
- Niestety, ja mu też. A on tak się wystraszył, że wpadł do pokrzyw. 
- Dobrze mu tak-wtrącił książę. - Mam nadzieję, że już nie będzie dokuczać zwierzętom. Czy pamiętasz 
kota Euzebiusza, który sypiał w szyszaku Janka z Kłaja? 

background image

 

25 

- Oczywiście. To był prawdziwy mędrzec. 
- Wszystkie koty są mądre. A co u ciebie? 
- Dostałem dziś ciekawy list - odparł Smok. - Przeczytam go wam, jeżeli wstąpicie do mnie. 
Z  grubej  teczki,  zawierającej  listy,  na  które  trzeba  odpisać,  Smok  wyciągnął  arkusz  papieru  pokryty 
maszynowym pismem: 
 
„Drogi i kochany panie Smoku, zapewne zdziwi się Pan, dostając list od faceta, którego Pan wcale 
nie  zna i  nigdy  nie widział  na własne  oczy. Ale  ja,  Joe  Pietruszka,  znam  Pana  doskonale  z  gazet, 
radia  i  telewizji.  Mam  nawet  album  z  fotografiami,  na  których  jest  Pan,  sam  i  ze  swoimi 
przyjaciółmi. Taki album kosztuje u nas furę pieniędzy, ale Joe ma tych pieniędzy tyle, ile ziarenek 
piasku  jest  na  wszystkich  pustyniach  świata!  Ja  mógłbym  Pana  kupić  za  gotówkę  razem  z  tym 
dziwnym  księciem,  brodatym  profesorem  i  grubym  kucharzem  -  i  jeszcze  by  mi  zostało  na  cały 
ocean coca-coli z lodem.
 
Mogę się założyć o milion zieleńców (tak się zwą pieniądze w moim kraju), że jestem najbogatszym 
człowiekiem na kuli ziemskiej. Ale ja się nie założę, bo po co ma Pan przegrać? Ja Pana nie znam 
osobiście,  ale  już  bardzo  lubię,  bo  jest  Pan  równym  facetem.  Powiem  coś  więcej,  i  może  mi  Pan 
wierzyć, bo Joe Pietruszka nigdy nie kłamie. My jesteśmy poniekąd rodakami, bo pradziadek mojej 
prababki  przywędrował  kiedyś  z  waszego  pięknego  kraju.  Ja  nie  znam  dobrze  waszej  mowy  i 
dlatego  uprosiłem  jednego  profesora,  żeby  napisał  ten  list.  Ten  profesor  jest  wielkim  moim 
przyjacielem  i  nie  chce  się  rozstać  ze  mną  ani  na  chwilę.  On  bardzo  lubi  rąbać  kamienie.  Ja  dla 
niego kazałem rozłupać dynamitem ogromną górę, żeby tylko mógł robić to, na co ma ochotę. Gdy 
człowiek robi to, co lubi, można powiedzieć, że jest szczęśliwy. Prawda? A ja lubię mieć przy sobie 
ludzi szczęśliwych.
 
Gdy tylko  załatwię  różne ważne sprawy, przyjadę, żeby  uścisnąć  Twą  dłoń,  kochany  Smoku.  Nie 
gniewaj się, że piszę jak do swego kolegi, ale u mnie co w sercu, to na języku! Joe
 
Pietruszka chce coś dobrego zrobić dla kraju swego pradziadka. Tylko Ty możesz mu w tym pomóc. 
Na  razie  nie  chcę  nic  więcej  pisać,  resztę  powiem,  gdy  przyjadę.  A  przyjadę  tak  pięknym 
samochodem, że na jego widok oczy Ci zbieleją, choć podobno masz oczy niebieskie. Przywiozę z 
sobą flaszkę pomarańczowego soku ze swych plantacji i wtedy sobie pogadamy.
 
A więc do rychłego zobaczenia! 

Ściskam Cię serdecznie i całuję w koniec nosa 
 
Twój najlepszy przyjaciel  
Joe.” 
 
- Skąd przyszedł ten list? - zapytał Gąbka, w którego głosie zadrgało zaniepokojenie. 
- Z poczty. 
- Ale z jakiego kraju? 
- Nie wiem. 
- Pokaż kopertę. Jaki jest znaczek? 
Na  dużym  i  bardzo  kolorowym  znaczku  widać  było  sylwetkę  staroświeckiego  żaglowca, 
zaopatrzonego w piracką flagę. Pod obrazkiem widniał napis: Barpiwonia, 2 zieleńce. 
- Barpiwonia - rzekł w zamyśleniu profesor. - Nie słyszałem nigdy o takim kraju. Ale te „zieleńce” coś 
mi  przypominają.  Nie  wiem  jeszcze  co,  ale  coś  bardzo  nieprzyjemnego...  Ach,  już  mam!  Przecież 
zieleńcami nazywały się pieniądze w Krainie Deszczowców! 
- Cię choroba - mruknął Smok. 
- Dziwny zbieg okoliczności - rzekł książę do profesora. - Daj mi ten list. 
Przez chwilę dokładnie oglądał arkusz papieru, a potem poprosił o świeczkę. 
- Chcesz go spalić? - zaniepokoił się Smok. - Przecież muszę odpisać. 
- Nie odpiszesz, bo tu nigdzie nie ma adresu nadawcy. Ale jest coś, co mnie bardzo interesuje. 
Mówiąc  to,  książę  kilkakrotnie  przesunął  list  tuż  nad  płomykiem  świecy,  a  następnie  zbliżył  go  do 
swych oczu. 
- Tu jest coś dopisane - rzekł po chwili. - Słuchajcie: „Ten list należy czytać do góry nogami. Życzliwy 
Rodak”. 

background image

 

26 

- Co takiego? - zaniepokoił się Smok. - Przecież ja nic takiego nie przeczytałem. 
- Bo ten dopisek został wykonany sokiem z cebuli - wyjaśnił Krak. - To stary sposób na to, żeby pisma 
nie było widać, dopóki nie ogrzeje się go nad ogniem. 
- Ale jak można czytać list do góry nogami? 
- Chodzi  pewnie o to, że wszystko należy rozumieć odwrotnie. Ktoś, komu ten Joe Pietruszka kazał 
napisał list po polsku, chciał widocznie ostrzec cię, żebyś nie był zbyt łatwowierny. Ten cały Joe bardzo 
mi się nie podoba. To musi być chytra sztuka. 
Smok poskrobał się po głowie, co zawsze czynił, kiedy był bardzo zaaferowany. 
-  Dziwna  historia  -  rzekł  wreszcie:  -  Bardzo  dziwna.  Wynika  z  tego,  że  gdy  ten  Joe  przyjedzie,  nie 
trzeba zbytnio wierzyć jego słowom. 
-  Ja  też  tak  myślę  -  dodał  profesor.  -  Zwłaszcza  że  te  zieleńce  zanadto  mi  się  kojarzą  z  Krainą 
Deszczowców. Musisz się mieć na baczności. 
- Ja się zawsze mam na baczności - powiedział Smok. - Inaczej nie byłbym nieśmiertelny... 
 

Rozdział IX - WIECZÓR AUTORSKI 

 
W przeddzień otwarcia restauracji Bartolini odebrał od krawca garnitur, złożony z szerokich spodni, 
ozdobionej koronkami koszuli oraz fartucha zaopatrzonego w dwie przepaściste kieszenie. W mocno 
nakrochmalonej czapie oraz w białych tenisówkach wyglądał wprost imponująco. Starannie ogolone i 
natarte kremem oblicze promieniowało radością i optymizmem. 
Obejrzawszy  się  ze  wszystkich  stron  w  lustrze,  mistrz  spryskał  ubranie  wodą  kolońską  o  zapachu 
jaśminu i postanowił odwiedzić przyjaciół. Wiedział dobrze, że zastanie ich u Smoka, gdyż w tym dniu 
gospodarz Jamy zawsze urządzał partyjkę bridża. 
Po trzech kwadransach oczekiwania na taksówkę postanowił skorzystać z własnych nóg, tym bardziej 
że piękna pogoda zachęcała do przechadzki. 
Był  ostatni  dzień  juwenaliów.  Miasto  roiło  się  od  rozbawionych  studentów.  Bartolini  spotykał 
Cyganki,  piratów,  Arabów  owiniętych  w  prześcieradła,  a  nawet  Murzynów  o  twarzach 
wysmarowanych przypalonym korkiem. Na chodnikach i jezdniach tańczyły dziewczęta w połatanych 
dżinsach, otulone w firanki lub szale wyciągnięte z babcinych kufrów. Wszędzie było słychać dźwięki 
gitar, ustnych harmonijek, a nawet niezwykle miłe dla ucha odgłosy starych garnków, ciągniętych na 
sznurkach  przez  rozbawionych  młodzieńców.  Kucharz  w  swym  galowym  stroju  nie  budził  żadnej 
sensacji,  gdyż  wszyscy  uważali  go  za  przebierańca.  Początkowo  gniewało  go  to,  ale  później  zaczęło 
bawić.  Poczuł  się  po  prostu  jednym  z  uczestników  ogólnej  zabawy.  W pobliżu  Wawelu  otoczyła  go 
grupa młodych ludzi, z których jedni grali na trąbkach, inni zaś na grzebieniach i bębenkach. Ani się 
spostrzegł, gdy zaczął tańczyć razem z nimi na skrzyżowaniu dwóch linii tramwajowych, co miało ten 
skutek,  że  wkrótce  potworzyły  się  kilometrowe  zatory.  Nad  ulicami,  od  ściany  do  ściany,  wisiały 
girlandy  różnobarwnych  żarówek,  a  na  głowy  tańczących  spadały  z  okien  długie  wstęgi  serpentyn. 
Bartolini poczuł, że ubyło mu co najmniej dwadzieścia lat życia, a zarazem dwadzieścia kilogramów 
wagi. Hasał tak zapamiętale, iż nie spostrzegł, że przygodni tancerze poszli w swoją stronę. Ocknął się 
dopiero wtedy, gdy ujrzał przed sobą milicjanta, wołającego groźnie: 
- Proszę się rozejść, obywatelu! Kucharz zamarł bez ruchu. 
- Z kim? Z Balbinką? 
-  Nie  widzę  tu  żadnej  Balbinki  -  rzekł  strażnik  porządku  publicznego.  -  To  wstyd,  żeby  starszy 
człowiek sam jeden tamował ruch tramwajowy. 
Bartolini w jednej chwili posmutniał. 
- Już idę, panie sierżancie. Bardzo przepraszam, ale zdawało mi się, że jeszcze jestem studentem. 
Milicjant pokiwał palcem: 
- No, no, żeby mi to było po raz ostatni! 
 
* * * 
Smok zgarnął karty ze stolika i schował je do szkatułki wykładanej kością słoniową. 
-  Na  dzisiaj  dość.  Przegrałem  dwadzieścia  lizaków  i  jestem  zupełnie  zrujnowany.  Czas  teraz  na 
bardziej kulturalną rozrywkę. 

background image

 

27 

Profesor zaniepokoił się nie na żarty. 
- Nie zamierzasz chyba poczęstować nas rozrywkowym programem telewizji? 
- Nic podobnego - zastrzegł się gospodarz. - Ale, o ile dobrze pamiętam, obiecałeś nam zeszłym razem, 
że przeczytasz kilka nowych wierszy. 
- Nie wiem, czy się wam spodobają. 
- Ocenimy je surowo i bez kumoterstwa - zapewnił go książę. - Kiedy ty masz jeszcze czas na pisanie 
wierszy? 
Gąbka wyjął z teczki kilka arkuszy papieru opatrzonego nagłówkami Instytutu i przysunął do siebie 
lampę. 
- Odpowiedzią na twoje pytanie - zwrócił się do Kraka - będzie właśnie wiersz, który przeczytam na 
początek. 
 
Kiedy poeci piszą wiersze? 
 
Gdy w beczce pełnej wody  
trzepie się karp księżyca,  
a cisza snem podlana  
wędruje po ulicach, 
 
gdy z łąk nakrytych mgłami  
snuje się siana zapach,  
a noc po bruku chodzi  
na kociomiękkich łapach, 
 
i gdy na niebie gwiazdy  
grają jak srebrne świerszcze,  
wtedy przy blasku świecy  
poeci piszą wiersze. 
 
Milczenie, które zapanowało po ostatnich słowach, przerwał głos Kraka. 
- Dziękuję. Teraz wiem, że dokonasz jeszcze wielu odkryć naukowych. 
- Chwileczkę - przerwał Smok. - Nie rozumiem, co ma piernik do wiatraka, czyli poezja do nauki? 
- Dla mnie to jasne - odparł książę. - Uczony bez odrobiny wyobraźni nie dojdzie w życiu do niczego. 
A gdzie szukać wyobraźni, jak nie u poety? 
Gąbka zamachał rękoma na znak protestu. 
- Nie jestem poetą, tylko zwykłym wierszopisem. To moje hobby, takie samo jak dla jednego bridż, a 
dla drugiego zbieranie znaczków pocztowych. 
-  A  dla  mnie  rozwiązywanie  krzyżówek  -  wtrącił  Bartolini,  szczęśliwy,  że  może  zabrać  głos  w  tak 
poważnej dyskusji. - Czy masz jeszcze inne wiersze? 
- Owszem - ucieszył się Gąbka. - Ale to takie głupstewka, pisane dla odprężenia. Cała ich zaleta, jeśli 
można tak powiedzieć, polega na tym, że są krótkie. 
- Słuchamy, słuchamy... 
- Pierwszy wiersz będzie o wodniku ciekawskim. 
- A cóż to takiego? 
- Wymyśliłem go wczoraj - wyjaśnił autor - gdy zobaczyłem wielką kadź na deszczówkę. 
- Tę samą, w której się trzepał karp księżyca? - zapytał kucharz. 
- Nie, inną. Oto on: 
 
Wodnik ciekawski 
 
Z każdej kadzi na deszczówkę 
wyciągam maleńką główkę. 
Reszty nie widać, bo po co? 

background image

 

28 

I tak to robię nocą. 
A w jakim celu? Chcecie wiedzieć? 
Bo mi się nie chce na dnie siedzieć! 
 
- Ten wiersz spodobałby się w Krainie Deszczowców  - stwierdził książę - bo jest w nim cała beczka 
w

(

ody. A drugi? 

- Ten ma tytuł „O rybaku”. 
- Masz babo placek - zażartował Smok. - Znowu o wodzie. A może napiszesz wiersz o parasolu? 
Książę przyłożył palec do warg. 
- Pst. Nie narzucaj poecie tematów do wierszy. O jajecznicy też można napisać poemat. 
- I to jaki! - zawołał Bartolini. - Zwłaszcza gdy ja ją zrobię! 
Gąbka przetarł okulary i przeczytał: 
 
O rybaku 
Pewien rybak z Przemyśla 
siadł nad Sanem i myślał, 
aż wymyślił rybę, której nie ma. 
No i teraz jest bieda, 
bo jej złowić się nie da, 
ale za to do wiersza jest temat! 
 
- Brawo - rzekł książę. - Oto woda na mój młyn. Pfuj, ja też zaczynam o wodzie. Zaraza jakaś? A czy 
napisałeś coś na temat jedzenia? Nie zapominaj, że słucha cię mistrz sztuki kulinarnej. 
Na twarzy profesora pojawił się tajemniczy uśmiech. 
- Napisałem, a jakże. Ale uprzedzam, że to już ostatni wiersz. Co za dużo, to niezdrowo. 
- Święta racja - mruknął Bartolini półgłosem. 
 
O smoku 
 
Pewien smok z krainy bajek 
ogromnie nie lubił jajek, 
które lekarz przepisał mu na kurację. 
Więc pewnego wieczora, 
gdy znów ujrzał doktora, 
kłapnął paszczą i zjadł go na kolację! 
 
Smok skrzywił się z niesmakiem. - Jak mogłeś napisać coś podobnego. Wiesz, że nie jadam ludzi. 
- To nie jest wiersz o tobie. Ty jesteś zupełnie wyjątkowym smokiem. 
-  Dziękuję  za  komplement  -  powiedział  Smok.  -  Ale  skoro  mowa  o  jedzeniu,  to  może  Bartłomiej 
zdradzi nam, co przygotował na otwarcie lokalu. 
Kucharz otwarł usta, ale Smok nie dopuścił go do głosu. 
- Czekaj, czekaj... Mogę sobie wyobrazić, jakie będzie menu w twojej jadłodajni. 
- No? 
- Ziemniaczanka wiosenna, czyli z przemrożonych kartofli, a na drugie pieczeń strażacka. 
- Jaka? 
- Taka, po której pali w gębie. Ale to nic, bo na deser podasz wodę z kompotu... 
Bartolini zerwał się ze swego miejsca. 
- Panowie! Za chwilę będziecie świadkami morderstwa. Zabiję go! 
Groźba nie zrobiła na Smoku żadnego wrażenia 
- Już wielu próbowało, ale nikomu się nie powiodło. Jednak na wszelki wypadek postaraj się o dobrego 
adwokata. 
Przez  chwilę  zdawało  się,  że  kucharz  eksploduje.  Odruchowo  sięgnął  po  rożen,  ale  zmitygował  się, 
gdyż przypomniał sobie, że dał go do naostrzenia w Spółdzielni im. Mikołaja Kopernika. 

background image

 

29 

Żeby  rozładować  sytuację,  profesor  zmienił  temat  rozmowy.  Jest  to,  jak  wiadomo,  dobry  sposób  na 
uniknięcie wielu zadrażnień i dobrze by było, gdyby pamiętali o nim politycy kłócących się państw. 
-  Jutro  wybieram  się  do  Zakopanego.  Pojadą  ze  mną  dwaj  asystenci.  Musimy  pobrać  próbki 
baltazaronu z jaskini, bo najwyższy już czas przystąpić do roboty. 
- W czym go przywieziecie? - zainteresował się książę, jak zwykle praktyczny i przewidujący. 
- Myślę, że wystarczą bańki na mleko, ustawione dnem do góry - wyjaśnił Gąbka. - Jeżeli dać gumowe 
uszczelki. 
- Ba - mruknął Smok, wypuściwszy z ust wielki kłąb wonnego dymu. - Ale spróbujcie je kupić... 
Zadzwonił telefon. Smok podniósł słuchawkę. 
-  Halo,  proszę?...  Tak,  jestem  przy  aparacie,  słucham...  Radio?  Jeszcze  nie  przywieźli.  Pyta  pan,  czy 
mam  książki  do  czytania?  Niestety,  wciąż  jeszcze  nie  dostałem  półki  bibliotecznej...  Tak,  dobrze, 
bardzo dziękuję. Może być nawet jakiś niezły kryminał... Albo Baśnie Andersena, co pan ma pod ręką. 
Strasznie lubię czytać wieczorami, zwłaszcza gdy pada... Ja też pana pozdrawiam. Cześć! 
Po tych słowach Smok odłożył słuchawkę i zabrał się znowu do fajki, która tymczasem wygasła. 
- Kto dzwonił? 
- Prezydent. Obiecał przysłać mi coś do czytania. 
- Szczęśliwy jesteś, że masz czas na czytanie - westchnął profesor. - Ja mam tyle roboty, że nie mogę o 
tym marzyć. Kierowanie Instytutem to nie zabawka. Tobie dobrze, siedzisz sobie przed Jamą, turyści 
cię fotografują, a gdy masz już dość, to idziesz sobie na kawę do „Jubilata”. Żyć, a nie umierać. 
Smok błysnął kłami w uśmiechu. 
- Toteż ja sobie żyję i nie umieram, czego i wam życzę. 
 

Rozdział X - DZIWNA WIZYTA 

 
Wkrótce po starcie pasażerskiego odrzutowca Barpiwońskich Linii Lotniczych (BLL) Killy wyciągnął 
się  w  wygodnym  fotelu  i  przymknął  oczy.  Czekało  go  wiele  godzin  monotonnego  lotu,  toteż  mógł 
sobie pozwolić na drzemkę, zwłaszcza że w najnowszym numerze „Wiadomości Pirackich” nie było 
nic  godnego  uwagi.  Miał  wprawdzie  przy  sobie  podręcznik  do  nauki  języka  polskiego,  ale  po 
przeczytaniu pierwszego zdania odłożył książkę z wyrazem głębokiego niesmaku. Zdanie to brzmiało 
jak  następuje:  „Trzy  przebiegłe  szczebiotki,  Szczyrzyczanka,  Wytrzyszczanka  i  Przemyślanka, 
przejechały przez Szczebrzeszyn w drodze do Przasnysza. 
Sąsiad  z  prawej  strony  założył  ręce  na  pokaźnym  brzuszku  i  gwizdał  przez  sen  niczym  parowóz 
kolejki  wąskotorowej.  Sąsiad  z  lewej  rozwiązywał  krzyżówkę  w  „Ilustrowanym  Magazynie 
Okropności”. 
Ukołysany jednostajnym szumem silników Killy zapadł w sen, który przeniósł go w lata dzieciństwa. 
Zdawało  się  mu,  że  ma  znowu  dziesięć  lat  i  że  z  gromadą  rówieśników  zabawia  się  w  zbójów  i 
żandarmów. On był oczywiście dzielnym żandarmem, biorącym do niewoli bandę Kaprawego Byka, 
prześladującą  spokojnych  mieszkańców  Arizony.  W  tych  czasach  marzył  bowiem  o  pójściu  w  ślady 
swego wuja, szeryfa, znanego ze swej surowości w stosunku do złoczyńców. 
Nagły wstrząs samolotu zmusił go do otwarcia oczu. W ułamku sekundy zorientował się, że miejsce z 
prawej  strony  jest  puste.  Sąsiad  z  lewej,  z  wyrazem  przerażenia  na  twarzy,  wpatrywał  się  w  drzwi 
wiodące do kabiny pilotów. 
- Co się stało? - zapytał Killy. 
- Obawiam się, że ktoś nas porywa - wyjąkał amator krzyżówek. - Ten facet, który siedział obok pana, 
wszedł nagle do kabiny i zaraz potem samolot zmienił kurs. Coś mi się to nie podoba. 
- Mnie też - przyznał Killy. - Nie lubię być porywany bez pytania o zgodę. Zaraz to sprawdzę. 
Sąsiad pobladł. 
- Tylko ostrożnie! Taki porywacz zdolny jest do wszystkiego. 
- Mnie to pan mówi? - odparł Killy i jednym susem znalazł się przy drzwiach kabiny. Otworzywszy je 
silnym  kopniakiem,  ujrzał  grubaska,  który  stał  tuż  za  pilotem  i  szturchał  go  w  plecy  lufą  pistoletu. 
Niewiele myśląc Killy przyłożył swój pistolet do pleców porywacza. 
- Wracać na miejsce! - krzyknął głosem nie dopuszczającym żadnego sprzeciwu. 
- Ani mi się śni - odparł grubas. - To ty wracaj na miejsce, jeśli ci życie miłe. Lecimy do Meksyku i już. 

background image

 

30 

- Lecimy do Warszawy - wycedził Killy. - Mam tylko dziesięć minut na przesiadkę do Krakowa i nic 
mnie twój Meksyk nie obchodzi. Po co chcesz tam lecieć? 
- Po pewien kaktus, którego nie mam w swej kolekcji. 
-  Rzeczywiście  to  ważny  powód  -  przyznał  Killy.  -  Ale  ja  mam  znacznie  ważniejszą  sprawę  do 
załatwienia w Krakowie. 
-  Panowie  -  rzekł  pilot.  -  Uzgodnijcie  w  końcu,  dokąd  mamy  lecieć,  bo  mi  się  już  całkiem 
pokałapućkało. 
- Do Meksyku - ryknął grubas. 
- Do Warszawy - rozkazał Killy. - Niech pan wraca na dawny kurs. 
- Ani mi się waż - zagroził porywacz. - Naprzód Meksyk, potem Warszawa. Ja muszę mieć ten kaktus. 
Wtedy Killy, nie odrywając pistoletu od pleców grubasa, nachylił się do jego ucha i powiedział cicho, 
lecz wyraźnie: 
- Kochany, czy chcesz się narazić Pietruszce? 
Na dźwięk tego imienia porywacz uczuł, że nogi mu miękną. 
- Nie powiesz chyba, że jesteś człowiekiem Pietruszki? 
-  A  właśnie  że  jestem.  Lecę  z  jego  polecenia  i  raz  jeszcze  radzę  ci  po  dobroci,  żebyś  schował  swoją 
pukawkę. 
- Trzeba było od razu tak mówić - mruknął grubas i chowając pistolet do kieszeni dodał głośno: 
- Wracajmy na stary kurs. Ja tylko sobie żartowałem. Po chwili obydwaj pasażerowie znaleźli się na 
swych miejscach. 
-  Gdybym  wiedział,  że  jesteś  kumplem  Joego,  nigdy  bym  się  na  coś  takiego  nie  odważył  -  rzekł 
grubasek. - Dobranoc. 
- Dobranoc - odparł Killy. - Ale na wszelki wypadek daj mi pukawkę na przechowanie. Kto wie, czy za 
chwilę nie zechcesz lecieć do Rio de Janeiro. 
- Och, nie - zastrzegł się niefortunny porywacz. - Siedziałem tam przez pięć lat w zupełnej samotności i 
mam dość tego miasta na całe życie. 
Dalszy  lot  przebiegał  spokojnie  i  planowo.  Killy  zdążył  przesiąść  się  na  samolot  do  Krakowa,  nie 
omieszkawszy przedtem oddać pistoletu grubaskowi. Obaj panowie uścisnęli sobie dłonie. 
- Do zobaczenia - rzekł uszczęśliwiony, acz niefortunny porywacz. 
- Nie radzę - odparł Killy. - Naprawdę nie radzę... 
 
* * * 
Na  ścianie  dzielącej  pomieszczenie  dla  pasażerów  od  kabiny  pilota  pojawił  się  napis:  NIE  PALIĆ. 
ZAPIĄĆ PASY. 
Jednocześnie w głośnikach zabrzmiał głos stewardesy: 
- Proszę  państwa,  za  kilka  minut  wylądujemy w  Krakowie.  Załoga  kapitana  Skowronka  dziękuje  za 
miłe towarzystwo. Do chwili zatrzymania się samolotu prosimy o nieopuszczanie swych miejsc. 
Killy pochylił się i udając, że zawiązuje sznurowadło, szybko pozbył się okularów, wąsów oraz brody. 
Błyskawicznie zmienił też krawat i perukę. 
Gdy  samolot  podkołował  do  płyty  lotniska,  na  miejscu  zajmowanym  do  tej  pory  przez  człowieka  o 
wyglądzie  profesora  archeologii  śródziemnomorskiej  siedział  osobnik  śmiało  mogący  być 
przedstawicielem ONZ-tu do spraw badania opinii. 
Okazawszy  wopistom  świetnie  podrobiony  paszport,  w  którym  figurował  jako  Alberto  Carnavalini, 
przemysłowiec, wskoczył do taksówki i rzucił kierowcy trzy słowa: 
- Smocza Jama, pręgo! 
Kierowca prztyknął palcem w daszek czapki i z domyślnym uśmiechem zapytał: 
- Italiano? 
- Si, si - odparł Killy, i żeby nie musieć rozmawiać, wrzucił w usta gumę do żucia. Ale kierowca miał 
ochotę na pogawędkę. Wysiliwszy swą znajomość języka włoskiego zdołał wystękać: 
- Roma. Milano. Zofia Loren. Bellissima! Dopiero gdy poczuł między łopatkami lufę pistoletu, zapuścił 
silnik i mruknął: 
- Jakie te ludzie teraz nerwowe... 
Przybywszy do celu, Killy wręczył mu dwa fałszywe dolary i nie czekając na resztę, ruszył ku Jamie. 

background image

 

31 

Miał szczęście. Jej mieszkaniec plewił właśnie grządkę czerwonych tulipanów. Ubrany w ogrodniczy 
kombinezon,  z  głową  nakrytą  słomkowym  kapeluszem  i  z  nieodłączną  fajką  w  zębach,  wyglądał 
bardzo sympatycznie i wcale nie przypominał groźnego potwora. 
Killy, który przed tygodniem zdał egzamin z języka polskiego, skłonił się i powiedział: 
- Dzień dobry. Jaka piękna kwiaty. Szeroką twarz Smoka okrasił radosny uśmiech. 
- Prawda? Pan jest ogrodnikiem? 
- Nie, piratem - odparł Killy i ugryzł się w język. O mało co nie popełnił fatalnego błędu! Ale Smok nie 
dosłyszał słów gościa, bo w tej samej chwili wawelskie zegary jęły wydzwaniać południe. Na wszelki 
wypadek Killy dodał: 
- Och przepraszam. Ale w czasie lecieć czytałem książka o piratach... 
Uścisk smoczej łapy był przerażająco mocny. Killy przez dłuższą chwilę musiał rozcierać swą prawicę. 
- Proszę  do środka  -  rzekł  potwór.  -  Czym  chata  bogata,  tym  rada.  Czego  się  pan  napije?  Jest woda 
źródlana, kefir i sok malinowy. Zrobię panu doskonały cocktail. 
-  Thank  you.  Ja  tylko  na  krótka  chwila.  Jestem  specjalny  wysłannik  ONZ  do  spraw  badania  opinii. 
Zechce pan odpowiedzieć na jedenaście pytań zamieszczonych w ankieta. Dla pana to drobiazg, a dla 
nas ogromnie cenna informacja. 
- Przesada - rzekł Smok wręczając gościowi szklankę z napojem. 
-  Nic  podobnego.  Mamy  już  299  milionów  999  tysięcy  i  999  odpowiedzi.  Brak  nam  tylko  tej 
najważniejszej, pochodzącej od jedyny smok na kula ziemska. 
-  Skoro  tak,  to  zgoda.  Ale  chwileczkę...  Musi  pan  spróbować  kruchych  ciasteczek,  zrobionych 
własnoręcznie przez Bartoliniego. 
Odwrócił się plecami do gościa i zajrzał do lodówki. 
Korzystając  z  tego  Killy  wykonał  szereg  zdjęć  Jamy  przy  pomocy  aparatu  ukrytego  w  guziku 
marynarki. Jednocześnie błyskawicznym ruchem przykleił pod stołkiem niezwykle czuły mikrofon. W 
ten sposób spełnił najważniejszy rozkaz swego szefa. 
-  Na  szczęście  są  jeszcze  cztery  ciasteczka  -  rzekł  Smok.  -  To  niewiele,  ale  wystarczy,  żeby  się  pan 
poczuł zachwycony. 
- Ja już jestem zachwycona z poznanie tak sławna osobistość - powiedział Killy, kładąc dłoń na sercu. - 
Ale  bardzo  mnie  dziwi,  czemu  taka  sławna  osoba  mieszka  w  takie  prymitywne  warunki.  Pan  jest 
jaskiniowiec  XX  wieku!  Brak  światło  dzienne,  mnóstwo  chłód,  wilgoć  i  kamienna  podłoga.  Czy  nie 
mogli dać porządnego mieszkania w drapacz chmur? 
- Mogli - odparł szczerze Smok. - Ale ja nie chciałem. Strasznie lubię tę norę. Czy słyszał pan kiedy, 
żeby smoki mieszkały gdzie indziej niż w jaskini? Killy przecząco pokiwał głową. 
- A widzi pan - zatriumfował gospodarz. Przybysz wyciągnął z teczki drukowany formularz, rozłożył 
go na stole i wygładził dłonią. 
-  Będzie  szybciej,  jeżeli  sam  przeczytam  pytania,  a  pan  udzieli  odpowiedź.  Nie  chcę  zabierać  zbyt 
mnóstwo czasu. Można zaczynać? 
- Proszę. 
- Jeszcze jedna uwaga: odpowiedzi powinny być krótkie i zdecydowane. Zaczynam. 
- Co jadasz na śniadanie? 
- Chleb z masłem i jajko na miękko. 
- Czy lubisz piesze spacery? 
- Ogromnie. 
- Jaki masz numer kołnierzyka? 
- Pięćdziesiąty czwarty. 
- Ulubiony kolor? 
- Niebieski. 
- Czy grasz w szachy? - Słabo. 
- Do ilu rachujesz? 
- Do pięciuset. Dalej już mi się nie chce. 
- Czy istnieją latające spodki? 
- Nie wiem. Musiałbym zapytać się Lema. 
- Ile masz zębów? 

background image

 

32 

- Czterdzieści osiem. I wszystkie prawdziwe. 
- Co to jest poezja? 
- Obiad sporządzony przez Bartoliniego.  
- Czy lubisz zespół Abba? 
- Bardzo. 
- Stan cywilny? 
- Kawaler. 
Killy włożył arkusz do teczki, a długopis do kieszonki. 
-  To  byłoby  wszystko.  Na  razie  -  zastrzegł  się.  -  Opracowanie  ankieta  należy  do  komputer.  Wyniki 
prześlemy listem ekspres. 
- Tylko nie ekspresem- przeraził się Smok. 
- Dlaczego? 
- Bo te idą najdłużej. Przynajmniej u nas. Najlepsza będzie zwykła kartka pocztowa. 
- W porządku - zgodził się Killy, uradowany, że poszło mu tak łatwo. - Życzenie klienta jest dla nas 
rozkazem.  I  jeszcze  jedno,  Mr  Smok.  Bardzo  dziwne,  że  wytrzymuje  pan  to  okropne  krakowskie 
powietrze. Ja twierdzić, że to dlatego, bo macie za mało samochód. 
Zdumienie Smoka nie miało granic. 
- Jakim cudem? Nie rozumiem. 
- Widzi pan - ciągnął Killy - im więcej samochody na ulice, tym lepsze powietrze w miasto. Samochody 
robić  wiatr, a każda samochóda spoza miasto przywozi trochę wiejskie powietrze. No nie? Gdybym 
był władcą od Kraków, to przeprowadziłbym przez miasto dwa ogromne autostrady, po osiem pasy 
każda. Jedna Wschód-Zachód, druga Północ-Południe. Zaraz byłoby czym oddychać. 
- Pan chyba żartuje? 
- Ja mówić całkiem poważnie. Wkrótce wystąpić z taką tezą na zebranie Komiteta Ochrony Środowiska 
w ONZ. No, ale na mnie już czas. 
- Good-bye mr Smok! 
- Good-bye! I szczęśliwej drogi. 
Po  odejściu  gościa  Smok  wrócił  do  plewienia  grządki  tulipanów.  Nagle  zerwał  się,  podskoczył  i 
wybiegł na drogę. Niestety, po miłym wysłanniku ONZ nie było już śladu. 
To straszne - pomyślał mieszkaniec Jamy. - Pomyliłem się z tym numerem kołnierzyka. Noszę przecież 
pięćdziesiąty piąty, a nie czwarty. Ale może to nic ważnego... 
 

Rozdział XI - WYPRAWA PO GAZ 

 
W tym samym czasie, gdy Smok rozmawiał z rzekomym wysłannikiem ONZ, Baltazar Gąbka, wraz ze 
swymi asystentami Piotrem i Markiem, zbliżał się do pamiętnego otworu, w którym po raz pierwszy 
od  dwunastu  stuleci  znów  ujrzał  światło  słoneczne.  Profesorowi  i  jego  pomocnikom  towarzyszyło 
kilkunastu studentów dźwigających różne aparaty naukowe oraz bańki do pobierania próbek gazu. Na 
wieczną  rzeczy  pamiątkę  należy  zaznaczyć,  że  pojemniki  te  ofiarowała  Instytutowi  -  i  to  w  drodze 
czynu społecznego - Centrala Spółdzielni Mleczarskich! 
Tego dnia, podobnie jak w  Krakowie,  panowała w  górach nadzwyczaj piękna pogoda. Z Kalatówek 
przez  Halę  Kondratową  dążyły  na  Giewont  tłumy  turystów,  znaczących  swą  drogę  papierkami  z 
cukierków  i  skórkami  pomarańcz.  Dźwięk  gitar  przeplatały  się  z  tonami  jazzu  płynącymi  z 
niezliczonych tranzystorów. Ta bardzo hałaśliwa, a jednocześnie pstrokata wędrówka ludów wywarła 
jak najgorsze wrażenie na profesorze, pamiętającym ciszę i pustkę Gór Skalistego Południa. 
- Przecież oni wypłoszą wszystkie niedźwiedzie - rzekł do młodszego z swych asystentów, Piotra. 
- Już dawno je wypłoszyli - odparł Piotr. - O ile mi wiadomo, w całych Tatrach zachowało się tylko 
kilka niedźwiedzi, i to w najbardziej niedostępnych miejscach. 
Jeden z nich jest całkiem głuchy, a pozostałe cierpią na przytępienie słuchu. 
- Biedaki - westchnął profesor. - Ale co to? Widzę jednego tam na skale, po prawej stronie. A więc nie 
jest tak źle z nimi. 
Piotr przyłożył dłoń do czoła i spojrzał we wskazanym kierunku. 
- To jest człowiek przebrany za misia - powiedział po chwili.’ - Turyści chętnie się z nim fotografują. 

background image

 

33 

On nawet nieźle zarabia... 
- Ach tak - rzekł profesor ze smutkiem. - No, to chodźmy dalej. 
Wąska  i  coraz  bardziej  stroma  ścieżka  wiła  się  między  potężnymi  głazami,  na  których  tu  i  ówdzie 
zieleniły  się  czapy  mchu.  Obarczony  ciężkim  plecakiem  stąpał  ostrożnie,  ale  wytrwale,  czując  na 
twarzy coraz silniejsze podmuchy wiatru, ciągnącego od bliskiej już szczerby w grani Giewontu. Tuż 
za nim kroczyli Piotr i Marek, o twarzach pokrytych drobnymi kropelkami potu. Choć znacznie młodsi 
od profesora, byli bardziej zmęczeni niż on, ponieważ większą część życia spędzali na ślęczeniu przy 
laboratoryjnych stołach, a wolne od pracy dni za kierownicami swych samochodów. 
Już z daleka można było zauważyć, że przed wejściem do jaskini uformowała się długa kolejka ludzi 
czekających  na  możność  zejścia  pod  ziemię.  Po  przybyciu  na  miejsce  okazało  się,  że  do  wnętrza 
wiedzie wygodna, zaopatrzona w poręcze drabinka. Tuż obok ustawiono kiosk, w którym urzędował 
kasjer sprzedający bilety. Przy okienku widniała tablica z informacją: 
 
Wstęp 20 zł od osoby. Czas zwiedzania 30 minut. Dla wycieczek, wojskowych i młodzieży szkolnej 
50% zniżki. Jaskinię można zwiedzać wyłącznie grupowo w towarzystwie przewodnika. 
 
Z uczuciem ulgi Gąbka zrzucił plecak i rozprostował ramiona. Pozostali uczestnicy ekspedycji poszli 
niezwłocznie za jego przykładem. 
- Do kolejki, do kolejki - rozległy się głosy oczekujących przed jaskinią ludzi. 
-  Jestem  Gąbka  -  rzekł  profesor  -  i  prowadzę  ekspedycję  pracowników  Instytutu  do  Badań  nad 
Baltazaronem. Mamy ważne zadanie do wykonania. 
Dźwięk znanego nazwiska wywołał ogromne wrażenie. W jednej chwili profesor znalazł się w tłumie 
rozgorączkowanych turystów, pragnących z bliska zobaczyć człowieka, którego imię wciąż jeszcze nie 
schodziło  ze  szpalt  dzienników  całego  świata.  Gdyby  w  tym  samym  momencie  zjawił  się  nad 
Giewontem  latający  talerz,  na  pewno nie  wywołałby  podobnej sensacji.  Matki  podnosiły  swe  dzieci, 
aby  pokazać  im  sławnego  człowieka,  młodzi  ludzie  płci  obojga  głośno  dopraszali  się  autografów, 
trzaskały  migawki  aparatów  fotograficznych.  Profesor,  zażenowany  dowodami  uznania,  tłumaczył 
wszystkim, że chętnie postoi w kolejce, ale nikt nie chciał o tym słyszeć. Widząc, co się dzieje, kasjer 
ogłosił: - Na dziś koniec z wycieczkami. Proszę zrobić miejsce dla naukowców! 
- Dziękuję w imieniu Instytutu - rzekł wzruszony profesor. - Postaramy się zakończyć nasze prace do 
wieczora. 
Zgromadziwszy  swych  pracowników  przy  sobie,  w  krótkich  słowach  przypomniał  im  ustalony 
porządek czynności. Następnie nachylił się nad otworem, aby sprawdzić, czy z ciemnej otchłani nadal 
wydobywa  się  charakterystyczny  zapach  kwitnących  fiołków.  Niestety,  w  jego  nozdrza  uderzyły 
najrozmaitsze wonie, prócz tej jednej, najważniejszej. 
- Hm - mruknął uczony, nie wiedząc, co o tym sądzić. - Tak czy owak schodzimy. 
Dno  jaskini  usiane  było  zmiętymi  biletami,  strzępami  gazet  i  puszkami  z  konserw.  Studenci,  z 
wyjątkiem dwóch, którzy pozostali na powierzchni, otoczyli swego mistrza. 
- Czy nie czujecie zapachu fiołków? - zapytał profesor. 
Kilkanaście nosów wciągnęło powietrze do płuc, raz, drugi, trzeci... 
- Nie - zabrzmiała zgodna odpowiedź. 
- A nie jesteście senni? 
- Ani trochę. 
- Dziwne - rzekł Gąbka. - To mogłoby znaczyć, że gaz się ulotnił. 
- Albo jest cięższy od powietrza i leży tuż przy ziemi - poddał Marek. - Trzeba to zbadać. 
I nie czekając na zgodę profesora, położył się na dnie jaskini. 
- Są! Są fiołki! - zawołał. 
Profesor poczuł na plecach dreszcz strachu. 
-  ALARM!  -  krzyknął  -  ALARM!  Natychmiast  założyć  maski!  Inaczej  pośpimy  się  jak  susły.  Dawać 
bańki. 
W ciągu niewielu sekund wszyscy członkowie ekspedycji upodobnili się do jakichś groteskowych istot, 
zaopatrzonych  w  długie  ryje,  zakończone  gumowymi  przewodami.  Istoty  owe,  dzięki  latarkom 
umieszczonym  na  hełmach,  rzucały  na  ściany  jaskini  ogromne,  niekształtne  cienie,  pojawiające  się  i 

background image

 

34 

ginące w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. 
Wyznaczeni  już  wcześniej  pobieracze  gazu  przystąpili  niezwłocznie  do  pracy.  Dobrze  zamknięte  i 
uszczelnione  pojemniki  wędrowały  na  linach  ku  górze.  Robota  szła  sprawnie  i  planowo.  Liczniki 
Geigera  nie  wykazały  żadnych  śladów  promieniowania.  Gdy  wszystkie  bańki  znalazły  się  na 
powierzchni,  Gąbka  dał  znak  umówionym  już  wcześniej  sygnałem,  że  należy  przystąpić  do 
szczegółowego zbadania całej jaskini. Jedni ostukiwali młotkami jej dno, inni badali ściany, zaglądając 
w najbardziej niedostępne zakamarki i fotografując je przy pomocy aparatów zaopatrzonych w lampy 
błyskowe.  Słowem,  każdy  robił  to,  do  czego  się  przygotował  w  czasie  wielokrotnych  prób  w  salach 
Instytutu.  Nikt  nie  myślał  o  odpoczynku,  nikt  nie  spoglądał  na  zegarek.  Zdawało  się,  że  w  tej 
nieforemnej i najeżonej głazami pieczarze czas naprawdę przestał istnieć. 
Profesor, zgodnie ze swym planem, zmierzył temperaturę i wilgotność powietrza zapisując wyniki w 
maleńkim  notatniku,  następnie  zaś  odesłał  na  powierzchnię  chlebak  wypełniony  kamykami, 
pochodzącymi z najniżej położonych części jaskini. 
Gdy  po  wielu  godzinach  wytężonej  pracy  wszyscy  znaleźli  się  znów  pod  gołym  niebem,  słońce 
zniknęło  już  za  horyzontem.  Jeszcze  tylko  wierzchołki  najwyższych  gór  jarzyły  się  czerwonym 
blaskiem jak rozpalone, ale szybko stygnące żelazo. 
Była już noc, gdy grupa naukowców zastukała do drzwi schroniska na Hali Kondratowej. Z wnętrza 
budynku dolatywały dźwięki muzyki. 
- Fajno - ucieszył się jeden ze studentów. - Szafa gra. 
- Co takiego? - zdziwił się Gąbka. 
- Szafa. 
Profesor wzruszył ramionami. 
- Nie rozumiem, co ma szafa do muzyki? Za moich czasów w szafie wieszało się ubrania. Ale grunt, że 
teraz sobie odpoczniemy. 
W otwartych drzwiach zjawiła się barczysta sylwetka kierownika schroniska. 
Profesor uchylił melonika. 
- Dobry wieczór - powiedział uprzejmie. - Prosimy o nocleg dla dziewiętnastu ludzi. 
- Pan chyba żartuje - odparł kierownik i spojrzał niezbyt przychylnie na gromadę młodych ludzi. - Nie 
ma  ani  jednego  miejsca.  Od  dziś  całe  schronisko  jest  zajęte  na  sympozjum  Towarzystwa  Hodowli 
Kanarków 
Harceńskich. Bardzo mi przykro, ale nic na to nie poradzę. 
- - Przepraszam - rzekł profesor. - Czy to jest schronisko? 
- Nie widać tego? 
- No to my prosimy o schronienie przed nocą, która zastała nas w górach. 
- Porządni ludzie nie chodzą nocami po Tatrach. A co hodujecie? 
Baltazar Gąbka poskubał w zamyśleniu swą bródkę. 
- Hm... Można powiedzieć, że hodujemy nowe myśli, hipotezy naukowe, młode pokolenie badaczy... 
-  Ale  nie  hodujecie  kanarków  -  uciął  dyskusję  zniecierpliwiony  już  kierownik.  -  U  mnie  trzeba 
zamawiaj  miejsca  na  pół  roku  naprzód.  Żyjemy  w  epoce  planowania.  Spróbujcie  szczęścia  na 
Kalatówkach,  ale  nie  wiem,  czy  coś  uzyskacie,  bo  tam  jest  znowu  kursokonferencja  magików 
cyrkowych. Żegnam! 
Trzask zamykanych drzwi stanowił bezapelacyjne zakończenie rozmowy. 
- I co teraz? - westchnął Piotr, żegnając się w myśli z dobrą kolacją i wygodnym noclegiem. 
Gąbka rozłożył ręce. 
-  Moi  kochani  -  rzekł  do  swych  towarzyszy.  -  Czuję,  że  w  ten  sposób  zajdziemy  aż  do  Krakowa. 
Zresztą lepiej iść, niż siedzieć. Pogoda sprzyja. 
Jakby na potwierdzenie tych słów spoza gór wychylił się rąbek wschodzącego księżyca. 
Profesor poprawił plecak na ramionach i wymachując zwiniętym parasolem ruszył na czele orszaku. 
 

Rozdział XII - MR JOE PIETRUSZKA W AKCJI 

 
Joe Pietruszka obudził się wczesnym rankiem. Podszedł w pantoflach do okna i otworzył je na oścież. 
Zgodnie  z  wydanym  wczoraj  rozkazem  „Gwiazda  Barpiwonii”  stała  już  pod  żaglami.  Na  maszcie 

background image

 

35 

łopotała  tradycyjna  flaga  piracka,  zacerowana  i  wyprasowana  osobiście  przez  czcigodną  małżonkę 
szefa. 
Joe włączył radio, aby wysłuchać komunikatu o pogodzie. Wszystko zapowiadało się jak najlepiej. Nad 
Barpiwonią panował rozległy wyż, wiatry były pomyślne, a stan morza wprost idealny. 
Pietruszka  ogolił  się  starannie  i  włożył  na  siebie  admiralski  mundur,  przechowywany  w  szafie  na 
specjalnie uroczyste okazje. Nikt będący przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczyłby, że wyprawa po 
Smoka Wawelskiego w pełni zasługiwała na takie miano. 
Po  spożyciu  śniadania  urozmaiconego  butelką  rumu  Joe  zatrzasnął  zamek  podręcznej  walizki 
mieszczącej kolekcję noży i nacisnął guzik dzwonka. W drzwiach stanął Bob-Dziecina. Mimo wczesnej 
pory wyglądał świeżo i elegancko, co samo już świadczyło o wyjątkowości tego dnia, noszącego datę 
13 sierpnia 1978 roku. Promienie słońca odbijały się od wypolerowanej lufy pistoletu i od drewnianej 
nogi,  pociągniętej  bezbarwnym  lakierem.  Czerń  opaski  na  lewym  oku  Boba  mogłaby  śmiało 
konkurować z czernią jego pirackiego sumienia, jeśli Bob posiadałby coś w tym rodzaju. 
- Wóz gotowy? - zapytał Joe. 
-  Tak  jest,  szefie  -  odparł  Bob.  -  Był  tylko  mały  kłopot  z  paskiem  klinowym,  który  musiałem 
wyklinować, ponieważ się zaklinował. 
-  Znieś  mi  walizkę  -  rozkazał  Pietruszka.  -  I  pamiętaj,  że  gdyby  był  jakiś  telefon,  masz  mówić,  że 
popłynąłem na połów rekinów. Ani słowa o prawdziwym celu wyprawy! 
- Ma się rozumieć. Tajemnica służbowa. 
- Idziemy. 
Po chwili czerwony samochód marki „Retro”, model 1914 r., minął bramę ogrodu i ruszył w kierunku 
niedalekiej  przystani.  Jego  drogę  znaczyły  głośne  wybuchy  spalin  i  przeraźliwy  pisk  hamulców  na 
ostrych zakrętach szosy. 
Bob-Dziecina pomachał ręką i krzyknął na pożegnanie: 
- Złam kark, szefie! 
Była  to  tradycyjna  formuła  używana  od  wieków  na  Barpiwonii  w  chwilach  szczególnie  ważnych  i 
podniosłych. 
Bob zamknął bramę i wrócił do willi, aby jak co dzień rozpocząć swą pracę przy sekretarskim biurku. 
Spojrzawszy z odrazą na stos papierów pomyślał nie bez melancholii: 
-  Gdybym  był  młodszy,  wszedłbym  teraz  z  szefem  na  pokład,  aby  przeżyć  jeszcze  jedną  przygodę 
mego pirackiego żywota... 
O  tej  samej  porze  Smok  zasiadł  do  porannej  beczki  mleka,  a  profesor  Gąbka  pochylił  się  w  swym 
laboratorium nad próbką zawierającą mieszaninę baltazaronu ze spalinami fiata. Książę Krak rozłożył 
na swym biurku katalog zabytków Wawelu, a mistrz Bartolini zjawił się w kuchni swej restauracji, aby 
wydać kuchcikom dyspozycje na dzień bieżący. Krótko mówiąc, rozpoczął się normalny dzień pracy, 
pod słońcem świecącym od samego rana w sposób zdolny zaspokoić najwybredniejsze wymagania. 
Wszedłszy na pokład statku, Joe znalazł się przed frontem stojącej na baczność załogi. 
- Czołem, chłopcy! - zawołał mocnym głosem. 
- Człem-ko-szef! - wrzasnęli piraci, co miało oznaczać: czołem, kochany szefie. Głośny okrzyk spłoszył 
stado  sępów,  które  obsiadły  reje  statku  w  oczekiwaniu  na  rychły  żer,  oraz  obudził  czarnego  kota 
drzemiącego na kapitańskim mostku. Bosman Zęza, pełniący ochotniczo funkcję kierownika chóru, dał 
znak batutą - i z trzydziestu męskich piersi wydarły się słowa starożytnego hymnu piratów: 
 
Na wyścigi z huraganem,  
Niespokojnym Oceanem  
nasza łajba rusza w dal! 
 
Nad spienionych wód odmętem  
huczą żagle w mig rozpięte,  
ostrych noży błyszczy stal. 
 
Pod zwałami groźnych chmur  
brzmi pirackich głosów chór,  

background image

 

36 

miauczy głośno czarny kot. 
 
W bryzgach fal i pisku mew,  
na korsarskiej pieśni zew,  
płynie duma wszystkich flot! 
 
Wypijemy z beczki rum,  
poczujemy we łbach szum,  
zdobędziemy cały świat! 
 
Kiedy wrogów braknie już,  
gdy się stępi ostry nóż,  
nasz kapitan będzie rad! 
 
Gdy  przebrzmiały  ostatnie  słowa  hymnu,  rozległ  się  przeraźliwy  szczęk  blaszanych  kubków,  przy 
których pomocy piraci w mig opróżnili dużą beczkę rumu, wytoczoną uprzednio na pokład. Przez ten 
czas  Pietruszka  zdążył  wyjść  na  mostek  i  przyłożywszy  do  ust  tubę  ze  starego  gramofonu,  wydać 
komendę: 
- Na stanowiska! 
Zazgrzytał  łańcuch  wyciąganej  kotwicy,  statek  obrócił  się  dziobem  ku  pełnemu  morzu,  a  wiatr 
wypełnił  żagle.  Gdy  „Gwiazda  Barpiwonii”  minęła  falochron,  zagrzmiało  dwadzieścia  jej  dział, 
ustawionych wzdłuż obydwu burt. Dla ścisłości należy dodać, iż trzy armaty rozsypały się w drobne 
kawałki, ale nie było w tym nic dziwnego, jako że wypożyczono je z muzeum. Pietruszka z rozkoszą 
wciągnął  do  płuc  haust  powietrza  pachnącego  prochem  strzelniczym,  stanął  w  szerokim  rozkroku, 
wziął się pod boki i ryknął ze wszystkich sił: 
- A-hoj, a-hoj, a-hoj! 
Spełniwszy w ten sposób nakazy tradycji, wszedł do swej kajuty, w której czekali na niego Billy i Sally. 
- A teraz już dość komedii - rzekł, wieszając na haku swój admiralski kapelusz.  - Czas zabrać się do 
porządnej roboty. Za chwilę Killy nada swój codzienny raport, 
Sally  włączył  krótkofalówkę.  Trójka  piratów  zgromadziła  się  przy  aparacie.  Punktualnie  o 
umówionym czasie rozległ się w nim głos Killy’ego. 
- Hallo Barpiwonia, hallo Barpiwonia, tu Killy! Jak mnie słyszycie? Odbiór. 
- Hallo Killy, hallo Killy, tu Barpiwonia. Słyszymy cię dobrze. Co nowego? 
- Jestem w pobliżu Smoczej Jamy i udaję pracownika Zakładu Oczyszczania Miasta. Nadajnik mam w 
wózku  na  śmieci,  antenę  zaś  na  kiju  od  miotły.  W  tej  chwili  Krak  Gąbka  i  Bartolini  są  z  wizytą  u 
Smoka. Słyszę każde słowo ich rozmowy. 
- O czym mówią? - zachrypiał Joe do mikrofonu. 
- Chwalą kokosanki Bartoliniego. I narzekają na krakowskie powietrze. 
- To nic ważnego. Każdy krakowianin to robi. Czy mówią coś o baltazaronie? 
- Nie. 
-  Spryciarze  - mruknął  Joe.  - Widocznie  są bardzo  ostrożni.  Rób swoje, my  już  płyniemy. Jutro  o  tej 
samej porze nadasz meldunek. Cześć pracy! 
- Cześć! - odparł Killy. - Gdyby było coś bardzo ważnego, przekażę wiadomość zaraz po śniadaniu. Do 
usłyszenia! 
Pietruszka podszedł do telefonu i połączył się ze sterówką. 
- Kapitanie! - krzyknął do słuchawki. - Zwinąć żagle i uruchomić silnik atomowy. Cała naprzód! 
- Tak jest - odparł służbiście kapitan Łajba. -Cała naprzód! 
Przeraźliwy  ryk  syreny  poderwał  załogę  do  pracy.  W  krótkim  czasie  opustoszały  maszty,  a  statek, 
pchnięty  do  przodu  przez  potężny  silnik,  wyprodukowany,  rzecz  jasna,  w  zakładach należących  do 
Pietruszki, począł pruć fale oceanu z coraz bardziej wzrastającą szybkością. Zarysy wzgórz na wyspie 
stawały się coraz słabsze i bledsze, aż wreszcie roztopiły się zupełnie w błękicie wód i nieba. 
 
 

background image

 

37 

Rozdział XIII - PAMIĘTNE CHRZCINY 

 

Nazajutrz, wczesnym rankiem, „Gwiazda Barpiwonii” zbliżyła się do równika. Z obliczeń wynikało, że 
statek przetnie go w 23,5 sekundy po godzinie 8.15. 
Jak  wiadomo  wszystkim  czytelnikom  książek  marynistycznych,  każdy  człowiek  przekraczający 
równik  po  raz  pierwszy  w  swym  życiu  musi  zostać  przyjęty  przez  Neptuna  do  grona  jego 
wyznawców. Od tego obrzędu, zwanego chrztem równikowym, nikomu nie wolno się wykręcić. 
Tym  razem  sprawa  chrztu  nie  była  jednak  tak  prosta  jak  zwykle.  Z  notatek  kapitana  wynikało 
niezbicie,  że  jedynym  kandydatem  do  owego  chrztu  był  sam...  Joe  Pietruszka!  Każdy,  kto  wie,  jak 
przebiega  podobna  uroczystość,  zrozumie,  że  kapitan  długo  się  zastanawiał,  czy  powiedzieć  o  tym 
swemu pracodawcy. Toteż Łajba odbył wpierw naradę z delegatami załogi, a następnie z najbliższymi 
współpracownikami  Pietruszki  -  Sallym  i  Billym.  Okazało  się  na  szczęście,  że  Joe  jest  w  dobrym 
humorze,  ponieważ  przy  goleniu  gwizdał  arię  ze  swej  ulubionej  operetki  pt.  „Narzeczona  pirata”. 
Można więc było mieć nadzieję, że rozmowa z nim nie skończy się wyrzuceniem kapitana do morza... 
Mimo to Łajba, nim przekroczył próg kajuty Joego, splunął trzy razy za siebie, co w myśl pirackiego 
przesądu  miało  go  chronić  przed  nieszczęściem.  W  kilka  chwil  później  wybiegł  radośnie  na  pokład 
ogłaszając wszystkim, że mr Pietruszka, sławny, wielki i niezwykle bogaty mr Pietruszka, zgodził się 
łaskawie  na  uczestniczenie  w  uroczystości!  Co  więcej  -  dobry  humor  Joego  wyraził  się  też  decyzją 
poczęstowania każdego członka załogi małą beczułką rumu! 
Na wieść o tym piraci wydali okrzyk radości i nie tracąc czasu rozpoczęli przygotowania do chrztu. 
Bosman Zęza przebrał się za Neptuna, a czterech najsilniejszych piratów upodobniło się do diabłów, co 
zresztą  nie  przyszło  im  ze  szczególną  trudnością,  jako  że  od  urodzenia  mieli  dość  szatańskie  rysy  i 
obyczaje... Ubrani jedynie w kąpielówki, posmarowali się smołą, ogony zaś sporządzili z lin służących 
do  cumowania  statku.  Każdy  z  nich  dzierżył  widły  zabrane  z  domu  specjalnie  na  tę  okazję.  Przy 
środkowym maszcie ustawiono fotel dla Neptuna. Przygotowaniom tym patronował z mostku kapitan 
Łajba, wciąż jeszcze obawiając się, że Pietruszka w ostatniej chwili cofnie swą decyzję. 
O godzinie ósmej czterech piratów wtargnęło bez pukania do kajuty Joego. Ich wygląd mógł przerazić 
nawet tak doświadczonego łotra jak Pietruszka. Wykąpani w smole «i wytarzani w pierzu, o włosach 
pomalowanych  minią  na  czerwono,  ciągnący  za  sobą  potężne  ogony,  sprawiali  wrażenie  potworów 
zdolnych do najgorszych okrucieństw. Na ich widok Pietruszka pożałował swej decyzji, ale było już za 
późno  na  wycofanie  się  z  zabawy.  Tego  rodzaju  krok  piraci  potraktowaliby  jako  objaw  strachu,  a 
przecież Joe nie mógł sobie pozwolić na to, by jego podwładni uważali go za tchórza. Chcąc nie chcąc, 
udał się za diabłami na pokład, gdzie czekała już na niego cała załoga statku. 
Na  widok  srogiego  szefa,  poszturchiwanego  widłami  i  popychanego  przez  diabłów,  piraci  zarżeli  z 
uciechy! Oto nadarzyła się im nadzwyczajna sposobność, aby pod pozorem zabawy dać mu solidny 
„wycisk”, nie ponosząc z tego powodu żadnych przykrych konsekwencji. 
Siedzący w fotelu Neptun uniósł swój trójząb, a na ten znak diabli porwali Pietruszkę i cisnęli go na 
pokład jak worek z kartoflami. 
-  Wybacz  nam,  panie  -  wołali,  krztusząc  się  od  śmiechu.  -  Ale  to  nie  nasza  wina,  tylko  statek 
podskoczył na równiku! 
Gdy Pietruszka z trudem się dźwignął, jeden z szatanów  mocnym kopniakiem znów  rozłożył go na 
pokładzie. 
- Teraz musisz pocałować Neptuna w koniec buta! - krzyknął mu do ucha. 
Cóż było robić? Joe poczołgał się do stóp władcy morza i posłusznie wykonał polecenie. Nie wiedział 
jednak nieszczęsny, że końce butów Neptuna były wysmarowane smołą... 
-  W  takim  stanie  nie  możesz  był  sługą  Neptuna!  -  ryknął  jeden  z  diabłów,  w  którym  Joe  rozpoznał 
sternika Mateusza, zwanego przez kolegów Papugą ze względu na haczykowato zakrzywiony nos. - 
Kiedy goliłeś się po raz ostatni? 
- Przed godziną - odparł Joe zgodnie z prawdą, co mu się dość rzadko zdarzało. 
Mateusz-Papuga potarł policzki szefa dłonią oczernioną przypalonym korkiem. 
- Jesteś ohydnie zarośnięty. Czy używasz żyletek Pol-silver? 
- Tak. 
- To widać. Prawdziwy pirat goli się brzytwą. Hej, cieśla, do dzieła! 

background image

 

38 

Cieśla okrętowy, odgrywający rolę fryzjera, sięgnął do beczki z szarym mydłem i dokładnie rozmazał 
je na obliczu delikwenta. Następnie ujął w dłoń wielki pędzel i zabrał się do roboty. Po chwili gęsta 
piana pokryła całą twarz Pietruszki, który zaczął krztusić się i kichać, co wprawiło piratów w jeszcze 
lepszy humor. Brodate i wąsate chłopy tarzały się ze śmiechu po pokładzie, widząc swego władcę w 
tak  niezwykłej  dla  niego  sytuacji.  Następnie  cieśla  zabrał  się  do  golenia  przy  pomocy  kuchennego 
noża. Zakończywszy tę czynność, przyjrzał się swej ofierze krytycznym okiem i zawyrokował: 
- Teraz musisz się umyć. 
Joe pomyślał z radością, że oto bliski już jest koniec obrzędu, i nie zwlekając pochylił się nad beczką, 
pełną, jak mu się zdawało, czystej wody. W tej samej chwili, pchnięty przez jednego z diabłów, wpadł 
do beczki, zanurzając się w lepkiej i gęstej cieczy, znanej wszystkim gospodyniom pod nazwą pomyj. 
Wszelkie próby wydostania się z pułapki spełzły na niczym, gdyż diabli nasunęli na kadź pokrywę. 
Dopiero  gdy  począł  się  dusić,  wyciągnęli  go  na  pokład  i  obmyli  strumieniami  wody  z  hydrantów, 
służących do gaszenia pożaru. 
Oczywiście nie obeszło się przy tym bez szorowania całego ciała drucianymi szczotkami! 
Dobry  humor  Pietruszki  już  dawno  należał  do  przeszłości.  Godząc  się  na  udział  w  zabawie 
przypuszczał, że zostanie potraktowany z należytym sobie szacunkiem, i ani przez chwilę nie przyszło 
mu na myśl, że może się stać inaczej. Zalewany strugami wody, ciągnięty za nogi po deskach pokładu, 
szczypany i popychany, poprzysiągł swym prześladowcom srogą zemstę. Niestety nie miał czasu na jej 
obmyślenie, gdyż doskoczył do niego sternik Ząbek, któremu z racji nazwiska polecono odegranie roli 
dentysty. Był to silnie zbudowany mężczyzna, o atletycznym torsie i smagłej twarzy okolonej kruczym 
zarostem.  Na  głowie  stale  nosił  biały  turban,  co  upodabniało  go  do  Araba.  Piersi  i  ramiona  pokryte 
miał tatuażem, przedstawiającym żaglowce, palmy i syreny. 
- Ho ho ho! Trzeba wyrwać  aż cztery zęby  - zdecydował  z powagą w głosie.  - Sługa Neptuna musi 
mieć zdrowe uzębienie. 
Gdy  Pietruszka  ujrzał  w  ręce  „dentysty”  straszliwie  zardzewiałe  kleszcze,  wyrwał  się  swym 
prześladowcom, i schowany za masztem jął krzyczeć wniebogłosy: 
- Nie, nie! Wszystko, tylko nie to! 
- Jeżeli za każdego zęba dasz kubek rumu, zostawię ci je w paszczy. 
- Dam nawet po dwa kubki, tylko mi ich nie wyrywaj! Sternik udał, że się namyśla. 
- No, dobrze. Ale od masażu już się nie wykręcisz. Tak się też stało. Obalony na pokład i wymasowany 
wałkami do ciasta, Pietruszka zrezygnował z wszelkich prób oporu i nie reagował zupełnie na mycie 
uszu przy pomocy wyciorów do armat ani na czesanie grabiami. Wypił posłusznie kufel czerwonego 
wina  suto  zaprawionego  pieprzem  i  krzywiąc  się  okropnie  zjadł  kanapkę  z  towotem.  Znał  dobrze 
swych podwładnych i wiedział, że są to ludzie zdolni do najdzikszych pomysłów. W końcu, na znak 
dany przez mistrza ceremonii, obwiązano go sznurami i przy pomocy bloczka wywindowano na reję 
masztu,  gdzie  miał  pozostać  aż  do  chwili  zupełnego  wyschnięcia.  Wisząc  wysoko  nad  pokładem  i 
kiwając  się  w  takt  wahnięć  statku,  mełł  w  zębach  najokropniejsze  przekleństwa  i  obmyślał  sposoby 
ukarania piratów, którzy, jego zdaniem, przekroczyli wszelkie dopuszczalne granice zabawy. 
Po pewnym czasie mistrz ceremonii wydał rozkaz opuszczenia Joego na pokład. Wtedy też zaszło coś, 
czego nie spodziewał się ani Neptun, ani też Pietruszka. Oto jeden z piratów, którego Joe ukarał kiedyś 
tygodniową  głodówką, zakradł  się  niepostrzeżenie w  pobliże masztu  i  jednym  ciosem noża  przeciął 
linę, na  której  wisiał  władca  Bar-piwonii.  Z  głośnym  okrzykiem strachu  Pietruszka  rąbnął  o  pokład, 
przebił  go  i  zatonął  w  czymś,  co  było  białe,  puszyste  i  miękkie.  Oślepiony  i  na  pół  uduszony, 
wygrzebał się ze zwałów pszennej mąki i kichając raz za razem, stanął w środku tłumu ryczących ze 
śmiechu  piratów.  Jak  Barpiwonia  Barpiwonią  nikt  jeszcze  nie  widział  jej  władcy  w  takim  ataku 
wściekłości. 
-  Banda  ohydnych  łajdaków  -  piszczał  prychając  mąką.  -  Synowie  diabła  i  czarownicy!  Wstrętna 
zbieranina  zwyrodnialców!  Przebrała  się  miarka  mojej  cierpliwości!  Popamiętacie  mnie  do  końca 
swego bandyckiego żywota! Za karę nie dostaniecie ani kropli rumu! Po zakończeniu rejsu zakuję was 
w kajdany i wyślę na ciężkie roboty. Odechce się wam wtedy żartów z mojej czcigodnej osoby! 
Nie  dbając  o  wywołane  wrażenie,  Joe  pobiegł  do  swej  kajuty  i  zatrzasnął  drzwi  z  hukiem 
przypominającym armatni wystrzał. 
 

background image

 

39 

Rozdział XIV - BUNT PIRATÓW 

 
Słowa  Pietruszki  wprawiły  piratów  w  osłupienie.  Cofnięcie  obietnicy  było  dla  nich  co  najmniej  tak 
nieoczekiwane,  jak  podwyżka  zarobków.  Po  prostu  nie  mogli  uwierzyć  swym  dawno  nie  mytym 
uszom. Spoglądali na siebie z niedowierzaniem, nie wiedząc, co o tym sądzić. Niektórzy przypuszczali 
nawet,  że  Pietruszka  oszalał.  Jednak  powoli  dotarło  do  ich  świadomości  przekonanie,  że  zostali 
haniebnie  oszukani.  Nie  słuchając  rozkazów  kapitana,  który  ich wezwał  do  powrotu  na  stanowiska, 
zebrali  się  na  dziobie  w  celu  odbycia  narady.  W  chwilę  potem  tłum  runął  po  schodach  w  kierunku 
magazynu.  Pod  uderzeniami  siekier  i  młotów  ustąpiły  mocno  okute  drzwi,  a  rozwścieczona  banda 
rzuciła się do wytaczania beczek z eksportowym rumem. 
Widząc,  co  się  dzieje,  Łajba  poczuł  drżenie  łydek.  Jeszcze  bardziej  się  przeraził,  gdy  ujrzał  piratów 
nabijających  armaty  ostrymi  pociskami  i  kierujących  lufy  dział  ku  sterówce.  Nie  ulegało  już 
wątpliwości, że na statku wybuchł bunt. 
W tym samym momencie do kajuty Joego wpadli Billy i Sally. 
- Jest źle - rzekł Billy bez żadnych wstępów. - Ludzie są wściekli, że nie dostali rumu. Mówią, że ich 
oszukałeś. 
- Zasłużyli na to - warknął Joe, otrzepując się z resztek mąki. - To banda łotrów! 
- Ogłosili bunt - dodał Sally. - Już ostrzą noże! Z pokładu doleciał ryk zmieszanych głosów: 
- Powiesić go! Posiekać na bigos! Wypruć mu flaki! 
- O kim oni mówią? - wyjąkał Pietruszka, czując dziwne zmięknięcie kolan. 
- Obawiam się, szefie, że o tobie. Musimy być gotowi na wszystko. 
Po tych słowach Billy otwarł pancerną szafę i wyjął z niej trzy pistolety maszynowe. 
Tymczasem  we  wszystkich  pomieszczeniach  statku  rozległy  się  dzwonki  alarmowe,  a  z  głośnika 
zainstalowanego w kajucie dał się słyszeć drżący głos kapitana: 
- Mr Pietruszka, sytuacja staje się groźna. Na statku wybuchł bunt. Proszę zamknąć drzwi i nikogo nie 
wpuszczać. Spróbuję przemówić im do rozsądku. 
Sally przekręcił klucz w zamku. Zrobił to dosłownie w ostatniej chwili, gdyż na korytarzu zatupotały 
liczne kroki, a drzwi zatrzęsły się od uderzeń. 
- Otwierajcie, psie syny, ściągniemy z was skórę! Otwierajcie. 
- Ani mi się śni! - ryknął Billy, kierując na drzwi lufę swego pistoletu. - Macie natychmiast wracać do 
roboty! 
W korytarzu zabrzmiał szyderczy śmiech: 
-  Teraz  wy  będziecie  pracować,  przeklęte  nieroby,  obiboki  i  kłamcy.  A  my  będziemy  leżeć  do  góry 
brzuchami i popijać rum. Dość już gadania, otwierajcie, bo inaczej wywalimy drzwi. 
- Dajcie nam pięć minut do namysłu - zaproponował Sally i jednocześnie ruchem głowy wskazał swym 
kolegom drabinkę znajdującą się w jednym z kątów kajuty. Pierwszy wspiął się na nią Joe i uniósłszy 
klapę, wydostał się na małą platformę. Stał tu mały helikopter, pomalowany na czerwony kolor. Tuż za 
szefem  wynurzyli  się  na  platformę  jego  dwaj  przyjaciele.  Nie  tracąc  czasu,  trójka  łotrzyków  zajęła 
miejsce  w  kabinie helikoptera.  Joe  błyskawicznie  uruchomił  silnik  i  maszyna  uniosła  się  pionowo  w 
powietrze. Tymczasem piraci wypchnęli drzwi z zawiasów i wpadli do pustej kajuty. Słysząc warkot 
motoru, wydali ryk wściekłości i rzucili się ku drabince. Przez chwilę szamotali się na niej jak opętani, 
gdyż  każdy  chciał  być  pierwszy  na  pokładzie  nadbudówki.  Jeden  drugiego  ściągał  za  nogi  wśród 
najbardziej wyszukanych przekleństw. Gdy wreszcie wygramolili się z otworu w suficie, było już za 
późno. Joe, Billy i Sally znajdowali się w powietrzu, a przestrzeń między nimi i statkiem zwiększała się 
z każdą sekundą. Wymachujący rękoma napastnicy wyglądali już jak laleczki i jak one byli zupełnie 
niegroźni. Joe położył maszynę w głęboki wiraż. 
- Zbombardujemy ich? - zapytał Billy. 
- Szkoda statku - odparł Pietruszka. - Prędzej czy później wyrżną się sami między sobą. 
- Ale najpierw powieszą kapitana Łajbę - wtrącił Sally. 
- Nie szkodzi - mruknął Pietruszka. - I tak w tym roku miał odejść na emeryturę... 
W  braku  lepszego  zajęcia  Billy  począł  obserwować  morze.  Na  ogromnej  ciemnobłękitnej  przestrzeni 
widniała  biała  kreseczka.  To  była  „Gwiazda  Barpiwonii”.  Spoglądając  na  nią  przypomniał  sobie,  że 
zostawił  w  kajucie  pudełko  z  ulubionymi  landrynkami.  Na  myśl,  że  cukierki  wpadną  w  ręce 

background image

 

40 

zbuntowanych piratów, zrobiło się mu bardzo przykro. 
- Czemu posmutniałeś? - zapytał Sally. - Wyglądasz tak, jakbyś się miał zamiar rozpłakać. 
- Zapomniałem zabrać landrynki... 
-  Ale  ja  nie  zapomniałem  dosypać  do  nich  trucizny  na  szczury  -  pocieszył  go  kolega.  -  Zrobiłem  to 
wtedy, gdy wchodziłeś już na drabinkę. 
- Jesteś genialny! - krzyknął Billy. 
- Zawsze byłem tego samego zdania - odparł skromnie Sally. - Ale ty mnie nigdy nie doceniałeś. 
Wtedy do rozmowy włączył się Pietruszka: 
- Ile mamy paliwa? 
- Mało - rzekł Sally. - Po trzy cygara na osobę. Ale ja mogę nie palić. 
- Durniu, ja pytam o benzynę. 
- Powinno wystarczyć do Abidżanu. 
- W takim razie wylądujemy w Abidżanie - postanowił Joe. - Mam nadzieję, że pamiętaliście o zabraniu 
pieniędzy. 
Billy klepnął się po kieszeni i pobladł: 
- Nie mam przy sobie ani grosza. 
- Ja też nie - jęknął równie przerażony Sally. - Myślałem, szefie, że ty zabrałeś forsę. 
- Ładna historia! - ryknął Joe, tracąc panowanie nad sobą. - Ja też nic nie mam. Mój portfel został pod 
poduszką. Niech was piekło pochłonie! I co teraz będzie? 
Wtedy Billy wpadł na zbawienny pomysł: 
-  Opylimy  helikopter  na  bazarze  i  w  ten  sposób  zdobędziemy  trochę  grosza  na  bilety  lotnicze  do 
Paryża. A w Paryżu mieszka mój wujek, który pożyczy nam pieniędzy na dalszą drogę. 
- W porządku - rzekł udobruchany Joe. - Okazuje się, że czasem dobrze jest mieć wujka w Paryżu. Z 
Paryża do Krakowa już tylko jeden skok. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, jutro wieczór zaprosimy się na 
kolację do Smoka. 
Sally rozpromienił się: 
- Z takim szefem konie można kraść! 
-  To  się  też  kiedyś  robiło  -  rzekł  Pietruszka,  mile  pogłaskany  w  swej  próżności.  -  Żadna  praca  nie 
hańbi... 
 
* * * 
Gdyby  pasażerowie  helikoptera  mogli  zajrzeć  do  wnętrza  statku,  ich  zdumienie,  a  zapewne  i 
wściekłość  nie  miałyby  granic.  Zobaczyliby  bowiem  kapitana  Łajbę  w  najlepszej  komitywie  z 
buntownikami. Zamiast wisieć na maszcie, kapitan popijał rum i wesoło gwarzył ze zgromadzoną w 
mesie załogą. 
Jak do tego doszło? 
Gdy  buntownicy  w  pierwszym  porywie  szału  prowadzili  go  na  pokład  wśród  wyzwisk  i  wrogich 
okrzyków, kapitan ją im tłumaczyć, że nie może być powieszony. 
- Dlaczego nie? - wrzasnęli piraci. - Jesteś człowiekiem Pietruszki i zasługujesz na śmierć. Zawsze byłeś 
po stronie tego wyzyskiwacza! 
- Nie przeczę - przyznał się Łajba. - Ale mam świadectwo lekarskie, z którego wynika, że cierpię na 
łaskotki szyi i dlatego nie mogę być wieszany... 
- Jeśli tak - postanowili oprawcy - to przywiążemy cię do armaty i rozerwiemy w strzępy przy pomocy 
jednego pocisku. 
- To by było lepsze - zgodził się kapitan. - Ale czy nie szkoda kuli armatniej dla takiego łajdaka jak ja? 
Zresztą nie mamy zbyt wiele amunicji, sam wiem o tym najlepiej. 
-  Tak,  to  jest  rzeczowy  argument  -  rzekł  jeden z  piratów.  -  W  takim  razie  wrzucimy  cię  do  morza  i 
będzie po krzyku. 
Łajba przyznał mu rację, ale wysunął nową wątpliwość: 
- W zasadzie byłoby to niezłe rozwiązanie. Ale nie wolno nam zanieczyszczać środowiska naturalnego! 
Barpiwonia niedawno podpisała międzynarodową konwencję w sprawie ochrony mórz i oceanów. 
- No to wymyśl jakiś lepszy sposób. My nie jesteśmy od myślenia. 
- Na razie trzeba zjeść obiad - rzekł kapitan, nie znajdując lepszego argumentu. - Dochodzi południe, a 

background image

 

41 

porządek dnia musi być zachowany. Proszę umyć ręce i do stołu. 
Było to najlepsze wyjście z sytuacji. Dobre jedzenie, okraszone skwarkami i suto podlane czerwonym 
winem, miało ten zbawienny skutek, iż piraci wyraźnie złagodnieli, a nawet nabrali dobrego humoru. 
Widząc  zmianę  nastrojów,  kapitan  wzniósł  toast  na  cześć  buntowników.  Trzymając  w  dłoni  kubek 
napoju mówił: 
- Moi kochani! Oto dzięki wam ziściły się moje najgorętsze marzenia. Przez długie lata śniłem o chwili, 
gdy  diabli  wezmą  naszego  szefa,  oby  mu  ziemia  była  ciężka...  Miałem  już  dość  jego  zwariowanych 
pomysłów  i  zmiennych  humorów.  Prawdę  mówiąc,  już  dawno  podziękowałbym  za  tę  psią  służbę, 
gdyby nie obawa przed utratą zasłużonej i w końcu nie najlepszej emerytury. 
-  A  co  będzie,  jeżeli  szef  wróci  i  zechce  się  z  nami  porachować?  -  zapytał  magazynier  Barnaba, 
ogromny chłop z ogniście rudym zarostem. 
-  Spokojna  głowa  -  uspokoił  go  kapitan.  -  Mam  pomysł,  który  właśnie  chciałbym  z  wami  omówić. 
Sprawę egzekucji możemy chwilowo odłożyć. Co ma wisieć, nie utonie! 
Odpowiedzią był głośny śmiech piratów. Łajba zrozumiał, że wygrał. Ciągnął więc dalej: 
-  Co  powiedzielibyście  na  to,  żebyśmy  założyli  swoje  własne  państwo,  zupełnie  niezależne  od 
Pietruszki? 
- Pomysł jest wspaniały-rzekł bosman Zęza, ten sam, który niedawno odgrywał rolę Neptuna. - Ale w 
tym celu musielibyśmy znaleźć jakąś bezludną wyspę, a takich już chyba nie ma na świecie. 
- A właśnie że są! - krzyknął kapitan. - Wystarczy zwrócić się do Biura Sprzedaży i Wynajmu Wysp 
Bezludnych, które prowadzi mój kumpel z lat młodzieńczych, mr Samuel Mac Korreck! Kiedy ostatni 
raz spotkałem się z nim w Las Palmas, mówił mi, że dysponuje wielkim wyborem bezludnych wysp i 
wysepek na całym świecie. Jedne są umeblowane na wysoki połysk, mają nawet klimatyzację, inne zaś 
są zupełnie pierwotne. 
- Ale na to trzeba mieć furę pieniędzy - powiedział sternik Ząbek. - Mr Mac Korreck jest człowiekiem 
interesu i nie zrobi nam prezentu za Bóg zapłać. 
Kapitan ujął się pod boki i spojrzał na otaczających go piratów: 
- Pieniądze są - rzekł z triumfem w głosie. - Cała pierwsza ładownia zapełniona jest beczkami złotych 
dukatów! 
Bosman Zęza lekceważąco machnął ręką: 
- W tych beczkach jest suszone mięso. Wiem na pewno, bo z ciekawości zajrzałem do jednej z nich w 
czasie ładowania statku. 
- Owszem - przyznał spokojnie kapitan. - Na wierzchu jest mięso, a pod spodem złoto. Sam Pietruszka 
powiedział mi o tym, oczywiście w najgłębszej tajemnicy. Musiałem przysiąc na ząb rekina, że nikomu 
nie pisnę o tym ani słowa. A wiecie, co znaczy przysięga na ząb rekina. 
-  Wiemy,  wiemy  -  przyznali  piraci.  -  Kto  taką  przysięgę  złamie,  godzien  jest  śmierci  w 
najokropniejszych męczarniach. Jesteś bardzo odważnym człowiekiem, jeśli się na to zdecydowałeś. 
- Zrobiłem to tylko z gorącej miłości do was - zapewnił go Łajba. - Pietruszka jest takim bogaczem, że 
nawet nie zauważy tej straty. W krótkim czasie zbudujemy wielką flotę i zaatakujemy Barpiwonię! 
- A Pietruszka będzie myć talerze po naszych ucztach - wykrzyknął z uniesieniem sternik. 
W  chwilę  potem  głośniki  podały  załodze  do  wiadomości,  że  „Gwiazda  Barpiwonii”  bierze  kurs  na 
Wyspy Kana-ryjskie. 
- Hej tam, w maszynie! - krzyknął kapitan do tuby. - Dorzućcie na stos kilka łopatek uranu i w drogę! 
Śmierć frajerom! 
 

Rozdział XV - SMOK CONTRA SMOG 

 
Profesor  Gąbka  zamknął  drzwi  swego  mieszkania  i  wyszedł  na  wieczorny  „spacer  z  pieskiem”. 
Wprawdzie nie miał już pieska, ale zwyczaj ten pozostał mu z dawnych lat, gdy jeszcze żył jego wierny 
i poczciwy Ares, towarzysz podróży do Krainy Mypingów. 
-  Hej,  jakie  to  odległe  lata  -  pomyślał  z  melancholią  profesor  -  a  mnie  się  wciąż  zdaje,  że  wszystko 
zostało po staremu... 
Nagle  uświadomił  sobie,  że  nieśmiertelność,  o  której  ludzkość  marzy  od  początku  swego  istnienia, 
mogłaby dawać szczęście jedynie pod warunkiem, że dzieliłoby się ją ze swymi najbliższymi. Ta zaś, 

background image

 

42 

która przypadła w udziale jemu oraz jego trzem towarzyszom, miała w sobie posmak goryczy. Cóż z 
tego, że żył  Smok, Krak i  Bartolini,  skoro nie było ukochanego brata Hipolita ani  Pelasi, ani  wesołej 
kompanii z gospody „Pod Trzema Gwiżdżącymi Kotami”... Odeszli w niepowrotną przeszłość dzielni 
dworzanie  księcia  Kraka,  niezwykły  zbójnik  Marcin  Lebioda,  życzliwy  senator  Stuk-puk,  a  nawet 
dawniejszy  przeciwnik,  a  później  serdeczny  druh  -  Don  Pedro  de  Pommidore.  Jakże  inny  był  teraz 
Gród  Kraka,  pełen  ludzi,  samochodów  i  tramwajów,  jakże  inne  było  w  nim  nawet  powietrze, 
przesycone  dymem  fabrycznych  kominów,  których  ilość  zdawała  się  przewyższać  ilość  drzew 
rosnących na Plantach... 
Smutne  myśli  profesora  wywołane  zostały  niepowodzeniem  jego  dotychczasowych  badań  nad 
baltazaronem. Z ogromnej ilości wykonanych doświadczeń wynikało jasno, że gaz pobrany z jaskini 
pod  Giewontem  nie  miał  żadnych  właściwości  zapewniających  nieśmiertelność.  Oddychające  nim 
myszy i króliki wcale nie żyły dłużej niż te, które oddychały zwyczajnym powietrzem. Cóż więc było 
powodem, że on i jego towarzysze przespali przeszło tysiąc lat i obudzili się w dobrym zdrowiu? To, 
że tajemnica tej niezwykłej długowieczności nadal była nie wyjaśniona, wprowadzało profesora w stan 
rozdrażnienia. 
Trzeba iść spać - pomyślał i zawrócił w kierunku domu. - Może jutro wpadnę na jakiś pomysł, dzięki 
któremu cała sprawa stanie się jasna i zrozumiała. 
Nazajutrz obudził się z uczuciem, że ma głowę dwukrotnie cięższą niż poprzedniego dnia. 
Czyżbym tak zmądrzał w ciągu jednej nocy? - pomyślał ze zdziwieniem. - To co najmniej wątpliwe. 
Przyczyna musi być inna. 
Spojrzawszy  przez  okno  zrozumiał,  że  istotnie  była  inna.  Świat  tonął  w  gęstej  mgle  o  przykrym, 
kwaskowatym  zapachu.  Blady  krążek  słońca  znikał  chwilami  w  kłębach  dymu,  który  niesiony 
wschodnim wiatrem rozpinał się nad miastem jak ogromna popielata płachta. 
To  jest  smog  -  domyślił  się  Gąbka,  przypomniawszy  sobie  określenie  użyte  przez  jednego  z 
redaktorów.  -  Oto  konsekwencja  rozwoju  cywilizacji,  nie  mówiąc  już  o  zanieczyszczeniu  wód  i 
zatruciu gleby. Jedyna nadzieja w potężnych płucach Smoka. 
Podszedł do telefonu i wykręcił numer Smoczej Jamy. Po chwili w słuchawce rozległ się zaspany głos 
jej mieszkańca: 
- Proszę... 
- Cześć, stary, tu Baltazar. Przepraszam, że budzę cię tak wcześnie, ale czy wiesz, co się dzieje? 
- Nie widzę, bo jeszcze mam oczy zamknięte, ale czuję, że strasznie coś śmierdzi. I głowa mnie boli. 
- Mnie też - rzekł profesor. - Trudno oddychać tym powietrzem. Może byś spróbował dmuchnąć... 
- Z przyjemnością - odparł Smok. - Ale dawno już tego nie robiłem i nie wiem, czy dam radę. 
- Nie bądź taki skromny - uśmiechnął się uczony. - Ale chciałbym być przy tym. 
- Dlaczego? 
- Żeby zebrać materiał do pracy, jaką mam zamiar napisać. 
- Cóż to będzie? 
- Artykuł do pisma „Aura” na temat nowych metod w walce z zanieczyszczeniem środowiska. 
-  Wobec  tego  bierz  taksówkę  i  przyjeżdżaj  do  mnie.  A  ja  przez  ten  czas  zjem  śniadanie  i  wykonam 
kilka ćwiczeń. 
Gdy profesor zajechał przed Jamę, Smok zamknął drzwi na klucz i wywiesił na nich kartkę:  
„Wyszedłem służbowo. Wracam w południe. Przepraszam”. 
-  Jestem  gotów  -  powiedział  do  przyjaciela.  -  Pójdziemy  na  kopiec  Kościuszki,  bo  stamtąd  będzie 
najlepiej dmuchać. 
W drodze na kopiec Gąbka poinformował Smoka o negatywnym wyniku badań nad baltazaronem. 
- Nie ma powodu do zmartwień - rzekł Smok. - Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby różni faceci, w 
stylu  Największego  Deszczowca  lub  pana  Mżawki,  dowiedzieli  się,  że  mamy  środek  na 
nieśmiertelność. Zaraz chcieliby zagarnąć ten wynalazek dla siebie i zrobiłaby się draka nie z tej ziemi. 
- Obawiam się, że właśnie najbardziej z tej ziemi - wtrącił profesor. - Strach pomyśleć, do jakich wojen 
doszłoby na świecie. To jasne. Ludzie potrafią się mordować o byle co. 
-  Niestety  -  westchnął  uczony.  -  Ja  też  o  tym  myślałem  i  doszedłem  do  tego  samego  wniosku.  Ale 
wyobraź  sobie,  że  przy  sposobności  dokonałem  niespodziewanego  odkrycia.  Otóż  baltazaron  w 
połączeniu z benzyną tworzy związek usuwający szkodliwe działanie spalin samochodowych. Co ty 

background image

 

43 

na to? 
Usłyszawszy tę nowinę, Smok stanął jak wryty. 
-  I  ty  to  mówisz  tak  spokojnie?  -  zawołał  z  przejęciem.  -  Przecież  to  genialny  wynalazek!  Wiesz 
przecież, jak spaliny niszczą ludzkie zdrowie. Chodź, niech cię uściskam! 
Nie zważając na zdziwienie mijających ich ludzi, Smok objął przyjaciela i serdecznie go wycałował. 
- Zasłużyłeś na Nagrodę Nobla! Niech mnie kaczka kopnie, jeżeli jej nie dostaniesz. Już moja w tym 
głowa! 
- Wpadłem na to zupełnie przypadkowo - rzekł profesor. 
- Cóż z tego? Zawsze nam mówiłeś, że najważniejsze odkrycia powstawały przypadkiem, 
- Ale w dalszym ciągu nie mam pojęcia, dlaczego my żyjemy tak długo. 
- I na to przyjdzie czas. Zresztą to nie jest takie ważne. Ostatecznie jest nas tylko czterech, a na świecie 
są miliony samochodów, które odtąd nie będą zatruwać powietrza! 
Stanąwszy  na  szczycie  kopca,  obaj  przyjaciele  spojrzeli  na  zadymione  miasto.  Wisiała  nad  nim 
warstwa rudej mgły, w której ginęły wieże Wawelu i licznych kościołów. Złowrogi tuman toczył się 
powoli,  ale  groźnie,  w  kierunku  kopca,  którego  wierzchołek  tkwił  jeszcze  w  stosunkowo  czystym 
powietrzu. 
- Nie można tracić czasu - rzekł Smok. - Wróg nadchodzi... 
I  wzorem  starożytnych  wojów  jął  urągać  przeciwnikowi,  obsypując  go  obelgami,  które  pominiemy 
taktownym milczeniem z uwagi na to, że książka ta przeznaczona jest w zasadzie dla młodocianych 
czytelników, zaś autor nie chce wejść w konflikt z redaktorami Wydawnictwa. 
W trakcie tej perory ściągnął koszulę i odsłonił swój atletyczny tors, pokryty drobną, srebrzystą łuską. 
Jednocześnie stanął w rozkroku i oparł się na mocno wyprężonym ogonie. 
- Mój drogi - zwrócił się do Gąbki. - Obiecaj mi, że jeżeli sprawa się nie uda, nie piśniesz nikomu ani 
słowa. Smok na moim stanowisku nie może się skompromitować. 
- Na pewno dasz radę - zapewnił go Baltazar. - Wiem, co potrafisz. 
Był już najwyższy czas na rozpoczęcie akcji. Bure dymy pokryły znaczną część Błoń rozciągających się 
między miastem a kopcem. 
Z  każdym  oddechem  pierś  Smoka  potężniała  i  w  końcu  stała  się  podobna  do  olbrzymiej  cysterny. 
Gąbka,  choć  znał  Smoka  od  dawna,  nigdy  nie  widział  go  w  równie  wspaniałej  postaci.  Takich 
rozmiarów  potwór  nie  osiągnął  nawet  w  czasie  gaszenia  wielkiego  pożaru  na  Kleparzu.  Profesor 
pożałował, że nie wziął z sobą aparatu fotograficznego. Cóż by to było za zdjęcie! Widząc jednak, że 
przyjaciel nie przestał wciągać powietrza, zaniepokoił się nie na żarty i krzyknął głośno: 
- Dość już, dość! Uważaj, bo trzaśniesz! Smoczysko doszło widocznie do tego samego wniosku, gdyż 
nagle  rozległ  się  przeraźliwy  gwizd  wylatującego  mu  z  paszczy  powietrza.  Gwizd  ten  przeszedł 
natychmiast  w  ryk  startującej  eskadry  odrzutowców.  Gwałtowny  huragan  runął  w  kierunku  miasta, 
przyginając  do  ziemi  nawet  największe  drzewa.  Zerwane  z  nich  liście  zawirowały  jak  wielkie  stada 
ptaków, a z dróg uniosły się kłęby kurzu. 
Tymczasem  Smok,  wypuściwszy  z  płuc  resztki  powietrza,  powrócił  do  normalnych  rozmiarów  i 
wielką, kraciastą chustką otarł swe czoło z potu. 
- Patrz, co się dzieje - zawołał podniecony profesor i wyciągnął rękę ku miastu. 
Wicher dmący z piersi potwora spowodował gwałtowne zawirowanie ciemnej chmury dymu i pyłów. 
Przez  dłuższą  chwilę  toczyła  się  walka  dwóch  prądów  powietrza,  podobna  do  walki  jednakowo 
silnych przeciwników. Ale jeden z nich okazał w końcu swą przewagę. Sina płachta smogu poczęła się 
z  wolna  rwać  na  strzępy  i  cofać  ku  wschodowi.  Na  oczyszczonym  niebie  znów  pojawiło  się  słońce. 
Pokonany wróg przycupnął do ziemi i coraz szybciej znikał za horyzontem. W przejrzystym powietrzu 
zalśniły  bielą  bloki  osiedli  mieszkaniowych,  a  wieże  Wawelu  błysnęły  jasną  zielenią  hełmów.  Na 
południu zarysowała się zębata grań Tatr. 
Baltazar Gąbka podskakiwał z radości jak małe dziecko. 
- Zwycięstwo! Wspaniałe zwycięstwo - wołał z entuzjazmem. - Czegoś podobnego nigdy w życiu nie 
widziałem. Przeszedłeś samego siebie! 
- Nie byłem wcale pewny, że pójdzie mi tak gładko - przyznał Smok, zadowolony z pochwały. 
- Po raz pierwszy od naszego przyjazdu zobaczyłem Tatry - rzekł zdumiony profesor. – Z Grodu Kraka 
widywaliśmy je codziennie. 

background image

 

44 

- No cóż, wtedy powietrze było lepsze. 
Na te słowa Baltazar stanął i chwycił Smoka za rękę. 
-  Czekaj,  czekaj.  Może  właśnie  to  wspaniałe  powietrze  jaskini  pozwoliło  nam  przetrwać  w  zdrowiu 
przez tyle lat? A czy pamiętasz, że przed zaśnięciem napiliśmy się wody z podziemnego źródła? 
- Pamiętam. Tak czystej i smacznej wody nigdy nie piłem. Gąbka rozpromienił się: 
-  Dobra  woda  i  dobre  powietrze  to  przecież  podstawowe  warunki  zdrowia!  Takich  warunków  nie 
mieliśmy nawet w Grodzie Kraka. Bądź co bądź, to także było miasto. - Fakt, że tak zwany baltazaron 
nie  zapewnia  nieśmiertelności,  wynika  po  prostu  z  tego,  że  przez  długie  wieki  powietrze  na  ziemi 
bardzo  się  zepsuło.  Nawet  w  jaskiniach  Giewontu  nie  jest  już  takie  jak  za  naszych  czasów.  Jakie  to 
proste! 
- Każde wielkie odkrycie jest w zasadzie proste - rzekł 
Smok z filozoficzną zadumą. 
Wróciwszy do śródmieścia, dowiedzieli się, że potężny dech rozkołysał wszystkie dzwony kościelne i 
spowodował  chwilowe  zakłócenie  w  programie  telewizyjnym.  W  kilku  najwyższych  budynkach 
wyleciały  szyby  z  okien.  Wieść  o  sukcesie  rozbiegła  się  po  mieście  lotem  błyskawicy.  Uradowani 
mieszkańcy  urządzili  spontaniczną  manifestację,  w  czasie  której  na  cześć  bohatera  odśpiewano  „Sto 
lat”.  Studenci  przybyli  z  transparentami:  „Niech  żyje  Smok”  i  „Precz  ze  smogiem”!  Wieczorem  w 
Smoczej  Jamie  zjawił  się  sam  Prezydent  Miasta,  aby  na  piersi  jej  gospodarza  przypiąć  honorową 
odznakę,  wykonaną  z  24-karatowego  złota!  Do  późnych  godzin  na  ulicach  panował  niezwykle 
ożywiony ruch. Ludzie oddychali z ulgą świeżym i czystym powietrzem. 
A profesor, wróciwszy do domu, nakreślił na kartce papieru wiekopomny wzór, który przeszedł  do 
historii pod nazwą WZORU BALTAZARA. Wyglądał zaś następująco: 
CP + CW = Z 
Czyli: Czyste powietrze + Czysta Woda = Zdrowie. 
W  tym  samym  czasie  na  lotnisku  Orły  pod  Paryżem  wylądował  samolot  AIR  FRANCE,  którym 
przylecieli trzej znani nam dobrze panowie: Sally, Billy i Pietruszka. 
 

Rozdział XVI - CO TO BYŁO?... 

 
Zajęci ważnymi sprawami, zapomnieliśmy prawie zupełnie o mistrzu Bartolinim, z czego jednak nie 
wynika, by nie był on osobistością ważną i sławną. Chcemy więc naprawić ów błąd, aby nie zasłużyć 
na miano niewdzięcznych i niesprawiedliwych. 
Restauracja „U Bartoliniego” z każdym dniem ściągała coraz większą liczbę gości, którzy chwalili sobie 
świetne jedzenie i nie mniej świetną obsługę. Prócz mieszkańców miasta korzystali z niej zagraniczni 
turyści, chcący popróbować specjałów polskiej kuchni. A należały do nich m.in. ziemniaki pieczone w 
prawdziwym ognisku, żytni  razowy chleb oraz gryczana kasza z kwaśnym mlekiem. Szef lokalu, w 
myśl przysłowia, że „pańskie oko konia tuczy”, sam doglądał wszystkiego, pilnując smaku potraw i 
napojów.  Z  tego  też  powodu  wyglądał  coraz  lepiej  i,  co  za  tym  idzie,  ważył  coraz  więcej.  Aby 
schudnąć, sprawił sobie rower i w wolnych od pracy chwilach jeździł na nim po okolicach Krakowa. 
Ulubionym  celem  jego  wycieczek  stał”  się  Ojców,  pełen  pięknych  skał  i  jaskiń.  Jeździł  też  pan 
Bartłomiej  na  Bielany,  a  raz  dotarł  do  Myślenic,  gdzie  z  największą  rozkoszą  chlapał  się  w  czystej 
wodzie Raby. 
Pewnej  niedzieli  wybrał  się  nasz  bohater  do  Tyńca,  leżącego  nie  opodal  Krakowa,  chcąc  obejrzeć 
słynne opactwo, o którym czytał w książce Henryka Sienkiewicza pt. „Krzyżacy”. Pogoda była piękna, 
toteż  pedałując  zawzięcie,  śpiewał  na  głos  swą  ulubioną  piosenkę  o  babie,  która  miała  koguta  i 
wsadziła go do buta. Gdy zaczynał następną zwrotkę: „O mój miły kogucie, jakże ci tam w tym bucie”, 
spostrzegł,  że  znalazł  się  nagle  w  cieniu  czegoś,  co  było  podobne  do  ogromnego  ptaka,  sunącego 
bezszelestnie  tuż  nad  drogą.  Odruchowo  podniósł  głowę  i  zauważył,  że  ptak  trzyma  w  szponach 
człowieka,  rozpaczliwie  machającego  nogami!  Widok  ten  tak  go  przeraził,  że  stracił  panowanie  nad 
kierownicą  i  gruchnął  na  szosę,  nie  zdążywszy nawet  krzyknąć  „mamma  mia!” Po  wykonaniu  iście 
cyrkowego  salta  znalazł  się  w  rowie  pełnym  wody  po  niedawnych  deszczach.  Tymczasem  wielkie 
ptaszysko  wylądowało  z  drugiej  strony  drogi,  widocznie  z  zamiarem  zaatakowania  nowej  ofiary. 
Nieszczęsny Bartolini zrozumiał, że oto nadeszła ostatnia chwila jego życia. Siedząc w wodzie po szyję, 

background image

 

45 

oczekiwał na atak potwora, który zapewne czaił się już do skoku. Nagle rozległ się ludzki głos: 
- Bardzo pana przepraszam, ale to naprawdę nie moja wina. 
Gdy  zdumiony  rowerzysta  odważył  się  na  otwarcie  oczu,  ujrzał  przed  sobą  młodego,  najwyżej 
piętnastoletniego chłopca, który przyglądał się mu z wyraźnym współczuciem w niebieskich oczach. 
-  Czy  stało  się  panu  coś  złego?  -  zapytał  chłopiec,  przybrany  w  żółty  kombinezon  i  czerwony 
plastikowy hełm. 
- Co... co to było? - wyjąkał Bartłomiej. - Gdzie jest ten ptak? 
- Jaki ptak? 
- Ten, który niósł cię w szponach. Chłopiec roześmiał się serdecznie. 
- To nie żaden ptak, tylko lotnia. Leży na łące... Dopiero teraz kucharz zdecydował się na opuszczenie 
mokrej kryjówki. 
- Ale napędziłeś mi strachu - rzekł z ulgą. - Myślałem, że już po mnie. 
Okazało się, że łąka stanowiła lądowisko dla lotniarzy, startujących z niedalekiego wzgórza. Chłopiec 
nazywał się Tomek i był uczniem technikum mechanicznego. Widząc, że rowerzyście nie stało się nic 
złego, pokazał mu swą lotnię, która została wykonana w klubowym warsztacie. 
-  Jeszcze  tylko  kilka  lotów  i  będę  miał  dyplom  -  pochwalił  się  z  dumą.  -  A  potem  wezmę  udział  w 
międzyszkolnych zawodach. Nasz instruktor latał już nawet z samego Giewontu. Zna pan Giewont? 
- Ho, ho, jeszcze jak - rzekł Bartolini i pożegnawszy się z chłopcem, ruszył w dalszą drogę. 
Od tego czasu mistrz Bartłomiej o niczym nie marzył goręcej, jak o lotniarstwie. Zgodnie z zasadą, że 
naprzód należy opanować teorię, zaopatrzył się w  podręczniki i następne wieczory poświęcił na ich 
dokładne  studiowanie. W  tajemnicy  przed  przyjaciółmi  postanowił  bowiem,  iż  nie  spocznie,  dopóki 
nie poleci z wieży Mariackiej na kopiec Krakusa. Wyczynu tego chciał dokonać dla uczczenia urodzin 
księcia, który to dzień przypadał za kilka tygodni. 
 
* * * 
Tymczasem  były władca,  również w  tajemnicy przed  przyjaciółmi,  przygotowywał  się  do  egzaminu 
doktorskiego  z  historii  sztuki.  Mieszkanie  jego,  znajdujące  się  w  południowym  skrzydle  zamku, 
przypominało księgarnię lub bibliotekę. Prócz książek były w nim liczne rzeźby, ryciny i obrazy, które 
Krak  troskliwie  odkurzał  przy  pomocy  miotełki  z  piór  kogucich.  W  kącie  gabinetu  stał  kolorowy 
telewizor, ofiarowany przez uczniów Liceum Ogólnokształcącego noszącego jego imię. Choć wartość 
posiadanych  przez  księcia  dzieł  sztuki  wynosiła  setki  tysięcy  złotych,  Krak  najbardziej  sobie  cenił 
drobną pamiątkę z czasów swego panowania. Był to maleńki kordzik z damasceńskiej stali, o srebrnej 
rękojeści  wykładanej  bursztynem.  W  dawnych  czasach  książę  stale  zabierał  go  z  sobą  udając  się  na 
polowanie do Puszczy Niepołomickiej. Ilekroć spojrzał na niego, przypominał sobie dawne czasy, gdy 
wieczorami zasiadał przy ognisku, aby w gronie towarzyszy omawiać myśliwskie przygody. 
Puszcza Niepołomicka wyglądała wtedy jak ogromne, zielone morze pełne wiekowych drzew, wśród 
których królowały imponujące swą  potęgą dęby. W myśl  książęcego rozporządzenia nie wolno było 
ich  ścinać.  Pokonane  przez  czas  olbrzymy  same  waliły  się  na  ziemię  w  przeraźliwym  trzasku 
pękających  konarów.  Nad  głębokimi  jeziorkami,  zarastającymi  po  brzegach  tatarakiem,  unosiły  się 
stada  dzikich  kaczek.  Nocami  wisiało nad Puszczą  niebo  usiane  tysiącami  gwiazd.  W  słoneczne  dni 
niosły się światem zapachy wszelakich roślin i nieustający brzęk pszczół, znoszących kwietny pył do 
leśnych barci. Ze zbieranego tu miodu sporządzano napój zwany książęcym, którym Krak częstował 
gości,  przybywających  do  niego  z  dalekich  krain.  Wśród  gości  tych  zdarzali  się  nawet  kupcy  z 
tajemniczego  Wschodu,  przywożący  drogie  kamienie,  wonne  olejki,  smaczne  przyprawy  i  lśniące 
złotymi nićmi tkaniny. Niektórzy z nich, wyróżniający się żółtą cerą i skośnymi oczyma, opowiadali 
cuda  o  Kraju  Wielkiego  Smoka,  co  szczególnie  interesowało  mieszkańca  jaskini  pod  Wawelem. 
Większość  tych  przybyszów  ciągnęła  do  grodu  szerokim,  piaszczystym  traktem,  biegnącym  przez 
Puszczę  ze  wschodu  na  zachód.  Jedna  z  książek,  zalegających  biurko  księcia,  miała  na  okładce 
fotografię  starożytnej  figurki,  która  dziwnie  przypominała  postać  współczesnego  kosmonauty. 
Podobieństwo to wynikało przede wszystkim z kulistego nakrycia głowy, zaopatrzonego w dwa duże 
okrągłe  okienka.  Spoglądając  na  ową  okładkę  książę  przypomniał  sobie  pewne  zdarzenie  z  czasów 
swych dawnych polowań. Zapędziwszy się głęboko w  puszczę, spotkał pustelnika, który przebywał 
tam od niepamiętnych lat. Był to człowiek tak stary, iż pamiętał najstarsze drzewa jako młodziutkie i 

background image

 

46 

wątłe roślinki. Częstując Kraka brzozowym sokiem i korzonkami w kruchym cieście, opowiedział mu 
o zdarzeniu, którego był świadkiem wkrótce po zamieszkaniu nad leśnym jeziorkiem. Pewnego dnia, 
gdy wracał wieczorem do domku zbudowanego z kory leśnych olbrzymów, spostrzegł na niebie jakiś 
wielki  krąg,  który  początkowo  wydał  mu  się  wschodzącym  księżycem.  Po  chwili  zrozumiał  swą 
pomyłkę, gdyż rzekomy księżyc, przybrawszy jaskrawo-pomarańczowe zabarwienie, gwałtownie się 
obniżył  i  zawisł  kilka  metrów  nad  ziemią.  Z  tak  niewielkiej  odległości  dziwny  ten  przedmiot 
przypominał  dwa  sklejone  z  sobą  talerze,  zaopatrzone  w  szereg  okrągłych  otworów,  podobnych  do 
okienek.  Wystraszony  pustelnik  schował  się  w  swym  domku  i  tylko  przez  szpary  spoglądał  na 
niezwykłe  zjawisko.  Nie  wydając  żadnego  dźwięku,  jaśniejący  krąg  łagodnie  spoczął  na  trawie,  nie 
opodal  jeziorka.  Po  upływie  piętnastu  minut  pustelnik  ujrzał  czterech  ludzi,  którzy  opuścili  swój 
pojazd i poczęli ostrożnie kroczyć w kierunku wody. Ubrani byli w białe, obcisłe stroje, na głowach zaś 
mieli duże kuliste hełmy. Gdy doszli nad brzeg jeziorka, zatrzymali się, a jeden z nich, zrzuciwszy swe 
ubranie, zanurzył się w nim po szyję. W chwilę potem jego towarzysze uczynili to samo i cała czwórka 
poczęła  broić  w  wodzie  na  wzór  kąpiących  się  dzieciaków.  Potężnie  wystraszony,  ale  i  ciekawy 
pustelnik nie spuszczał z nich oczu. Po kąpieli dziwni przybysze wrócili do wnętrza maszyny, która 
powoli  uniosła  się  w  powietrze.  Przez  jakiś  czas  wisiała  nieruchomo  nad  jeziorem,  następnie  zaś 
przybrała  kolor  zielony  i  błyskawicznie  zniknęła  pomiędzy  zaróżowionymi  przez  słońce  obłokami. 
Dopiero  na  drugi  dzień  mieszkaniec  leśnego  domku  odważył  się  zbliżyć  do  miejsca,  na  którym  stał 
tajemniczy  pojazd.  Jego  zdumienie  nie  miało  granic,  gdy  spostrzegł  duży  krąg  wypalonej  trawy. 
Grzebiąc w niej kijem znalazł małą, metalową kulkę, pokrytą czerwonawym nalotem. 
Na pytanie Księcia, co się z ową kulką stało, starzec przyniósł szkatułkę, mieszczącą cały jego skarb w 
postaci  kilku  starych  monet,  grzebienia  z  kości  mamuta  oraz  zegarka  marki  „Omega”.  Znaleziony 
przedmiot ofiarował księciu na pamiątkę spotkania i na dowód prawdziwości swoich słów. 
- Jak myślisz, panie - powiedział wtedy pustelnik. - Co to było? 
- Nie wiem - odparł szczerze władca. - Naprawdę nie wiem. Pierwszy raz w życiu słyszę, żeby talerze 
latały... 
Wróciwszy do grodu Krak schował kulkę w skarbcu i wkrótce zupełnie o niej zapomniał. 
Obecnie, wspomniawszy swe spotkanie z pustelnikiem, książę pomyślał z żalem: 
- Jaka szkoda, że nie mam jej przy sobie dziś, gdy coraz więcej mówi się i pisze o „latających talerzach”. 
Dziwny jest ten świat, dziwny i wciąż jeszcze tajemniczy, choć ludzie tyle już tajemnic wyjaśnili... 
Do późnej nocy w pokoju paliło się światło. Książę kończył bowiem swą doktorską pracę pt. „Smok 
Wawelski (Draco Cracoviensis) - jedyny w dziejach świata przedstawiciel smoków człekokształtnych, i 
jego wyobrażenia w sztuce pierwotnych Słowian”. 
W  tym  samym  czasie  profesor  Gąbka  pisał  artykuł  o  nowym  zastosowaniu  baltazaronu,  a  Bartolini 
studiował trzeci z kolei podręcznik lotniarstwa. Ciemno było jedynie w Smoczej Jamie, gdyż jej lokator 
miał zwyczaj zasypiać już o dziewiątej wieczorem. I to bez względu na porę roku. 
 
Rozdział XVII - FORTUNA KOŁEM SIĘ TOCZY 
 
Wkrótce  po  przylocie  do  Paryża  Joe  pożałował,  że  przed  wyruszeniem  na  wyprawę  nie  zasięgnął 
porady  astrologów.  Wszystko  bowiem  wskazywało  na  to,  iż  przedsięwzięcie  zaczęło  się  pod  złą 
gwiazdą. Jako pirat z dziada pradziada, Pietruszka był przesądny i wierzył, że nic się nie dzieje bez 
woli  gwiazd  i  planet.  Tym  razem  jednak  zlekceważył  rady  swej  małżonki,  która  namawiała  go,  aby 
przed  powzięciem  ostatecznej  decyzji  zwrócił  się  do  Zespołu  Astrologów  z  żądaniem  opracowania 
horoskopu.  Ogarnięty  pragnieniem  jak  najszybszego  zrealizowania  swych  planów,  obawiał  się,  że 
każdy dzień zwłoki może mieć nieobliczalne następstwa. Machnął więc ręką, powiedział, że jakoś to 
będzie, i dał rozkaz wyjazdu. 
Pierwsze  niepowodzenie  spotkało  go  na  morzu.  Był  nim  bunt  załogi.  Drugi  cios  dosięgną!  go  w 
Paryżu. Okazało się bowiem, że kochany wujaszek Billy’ego został skazany na dziesięć lat więzienia za 
obrabowanie banku. Nie było więc od kogo pożyczyć pieniędzy na dalszą podróż. 
Nie  mogąc  opłacić  miejsca  w  hotelu,  trójka  łotrzyków  przenocowała  na  trawie  w  Lasku  Bulońskim. 
Noc  była  chłodna,  a  trawa  wilgotna,  toteż  nad  ranem  pechowi  podróżnicy  wyglądali  jak  z  krzyża 
zdjęci.  Za  resztę  pieniędzy  zdobytych  ze  sprzedaży  helikoptera  zjedli  skromne  śniadanie,  złożone  z 

background image

 

47 

talerza zupy cebulowej i kawałka suchego chleba. 
- Musimy pomyśleć o jakimś uczciwym zarobku - rzekł Joe, wysączywszy resztki zupy. 
- Może zgłosimy się do pracy w Halach Targowych - zaproponował Billy. 
Pietruszka spojrzał na niego z pogardą. 
- Głupi jesteś! Myślę o uczciwym zarobku. Trzeba oskubać jakiegoś faceta albo zrobić skok na bank. 
- To zbyt ryzykowne - rzekł Sally. 
- Jeżeli cię strach obleciał, wracaj do domu. Nie jesteśmy na wycieczce krajoznawczej! 
Przez szyby knajpki, w której toczyła się rozmowa, widniała strzelista sylwetka słynnej wieży Eiffla. 
- Mam pomysł - powiedział Billy. - Chodźmy pod wieżę Eiffla, tam zawsze kręci się mnóstwo bogatych 
turystów.  Być  w  Paryżu  i  nie  wjechać  na  wieżę  to  tak  samo,  jak  być  w  Barpiwonii  i  nie  ujrzeć  jej 
słynnego władcy! 
-  Nareszcie  powiedziałeś  coś  mądrego  -  przyznał  łaskawie  Pietruszka.  -  Choć  muszę  stwierdzić,  że 
ostatnio zdarza ci się to dość rzadko. 
W  niespełna  godzinę  później  Joe  i  jego  podwładni  siedzieli  już  przy  stoliku  wytwornej  kawiarni  w 
towarzystwie  pana  Johna  Samuela  Róllmopsa,  człowieka  wielkiej  tuszy  i  równie  wielkiego  majątku. 
Mr Rollmops, właściciel ogromnych pól naftowych w stanie Teksas, przebywał w Paryżu dopiero od 
dwóch  dni.  Zawarcie  znajomości  z  nim  było  dziecinnie  łatwe.  John  Samuel  stał  przy  swym 
luksusowym samochodzie marki Pontiak i z cielęcym zachwytem wpatrywał się w wieżę Eiffla, której 
strzelista  i  koronkowa  sylwetka  rysowała  się  ostro  na  tle  białych  obłoków.  Przechodząc  koło 
zapatrzonego turysty Pietruszka potrącił go i uniósłszy kapelusza, powiedział uprzejmie: 
- I am sorry, przepraszam. 
- Nie szkodzi - odparł potrącony, nie odrywając wzroku od wieży. 
Joe zatrzymał się. 
- Ładna, co? 
- Wspaniała - rzekł John Samuel. - Szkoda że nie można jej kupić i przewieźć do Teksasu. 
- Dlaczego nie? Wszystko można kupić i sprzedać. 
- W zasadzie tak - przyznał pan Rollmops. - Ale rząd francuski nie sprzeda jej za żadną cenę. Cóż byłby 
wart Paryż bez tej wieży? 
- Rząd nie ma tu nic do gadania - rzekł Pietruszka. - Wieża jest własnością prywatną, o czym wie każde 
dziecko w Paryżu. 
- Niemożliwe! 
- Ale prawdziwe - ciągnął Pietruszka, mrugając porozumiewawczo do swych zdumionych towarzyszy. 
- Ma pan wielkie szczęście, gdyż to ja jestem jej właścicielem. Byłbym szczęśliwy, gdyby zechciał pan 
przyjąć moje zaproszenie na drinka. Opowiem, w jaki sposób się to stało. 
Billy pociągnął szefa za rękaw marynarki. 
- Zwariowałeś? Przecież nie mamy złamanego grosza. 
- Nic się nie bój - odparł szeptem Pietruszka. - Wiem dobrze, co robię. 
Przy  butelce  najlepszego  koniaku  bogaty  nafciarz  dowiedział  się,  iż  Joe  wygrał  niedawno  proces  z 
rządem francuskim i na mocy wyroku sądowego stał się właścicielem wieży, jako jedyny z żyjących 
jeszcze potomków jej konstruktora. Przy drugiej butelce mr Rollmops wyznał, że od dawna marzy o 
tym,  aby  kupić  to  cudo  techniki  z  końca  XIX  wieku,  rozebrać  je  i  przewieźć  do  swego  rodzinnego 
miasta Las Vegas. 
- To świetny biznes - powiedział swym nowym znajomym, do których czuł coraz większą sympatię. - 
Same  bilety  wstępu  pokryją  w  ciągu  roku  koszty  transportu.  Ze  szczytu  będzie  można  skakać  na 
spadochronie,  oczywiście  za  odpowiednią  opłatą.  Na  każdym  spadochronie  będzie  napis:  The 
Rollmops  Petroleum  Company!  Wyobrażacie  sobie,  jaka  to  reklama?  Samobójczy  skok  bez 
spadochronu  będzie  kosztować  dwa  razy  więcej.  Na  szczycie  zainstaluję  dyskotekę,  obserwatorium 
spodków latających i wyrzutnię rakiet ziemia-powietrze! 
Przy  trzeciej  butelce  szlachetnego  napoju  Pietruszka  zaznaczył  mimochodem,  że  od  pewnego  czasu 
nosi się z myślą sprzedania wieży i chodzi mu tylko o to, aby obiekt taki dostał się w godne ręce. Sam 
zaś zamierza spędzić resztę życia w tybetańskim klasztorze na uprawianiu ćwiczeń jogi. 
Przy  czwartej  i  ostatniej  flaszce  obaj  panowie  dobili  targu.  Uszczęśliwiony  nafciarz  wypisał  czek  na 
śmieszną sumę miliona dolarów i wręczył go Pietruszce. 

background image

 

48 

- Pośpiesz się, bo za godzinę zamykają banki i musiałbyś czekać do jutra. 
Słów tych nie trzeba było Joemu powtarzać. Zerwał się z miejsca i rzekł: 
-  Pozwól,  że  skorzystam  z  twojego  wozu,  będzie  szybciej.  A  Billy  i  Sally  zostaną  tu  w  charakterze 
zakładników. 
Milioner roześmiał się. 
- Okey, ale to zupełnie niepotrzebne. Zbyt dobrze z oczu ci patrzy. Wracaj szybko, a my przez ten czas 
zjemy sobie po porcji lodów z rodzynkami. 
Każdy  czytelnik  sensacyjnych  powieści  domyśli  się  łatwo,  że  korzystając  z  nieuwagi  mr  Rollmopsa, 
Billy dosypał mu do lodów dużą porcję środka nasennego, jaki nosił przy sobie na wszelki wypadek. 
Po  kilku  minutach  łatwowierny  nafciarz  z  Teksasu  zasnął  głęboko,  złożywszy  swą  głowę  na 
marmurowym blacie stolika. Wówczas Billy i Sally wynieśli się dyskretnie z kawiarni, zabierając sobie 
na  pamiątkę  jego  książeczkę  czekową,  elektroniczny  zegarek  i  złotą  spinkę  z  krawata.  W  ostatniej 
chwili  Sally  wyrwał  z  notesu  kartkę,  narysował  na  niej  rumaka  i  położył  ją  na  stoliku.  Chodziło 
oczywiście o to, żeby milioner po przebudzeniu się nie miał żadnych wątpliwości, że zrobiono go „w 
konia”. Następnie cała trójka zajęła miejsca w pontiaku 
i pognała do banku, aby zamienić czek na potężną pakę dolarów. 
Późnym wieczorem czarny samochód z trzema pasażerami opuścił  terytorium Francji  i  z szybkością 
200 km na godzinę pomknął autostradą ku wschodowi. 
- Szefie - powiedział sennym już głosem Billy - to jest pierwszy dzień w moim życiu, kiedy nie miałem 
w ustach nic konkretnego prócz zupy cebulowej, koniaku i lodów z rodzynkami. 
Pietruszka zaśmiał się. 
- A o suchym chlebie zapomniałeś? 
Nie usłyszał jednak odpowiedzi, gdyż obaj pomocnicy spali już snem sprawiedliwych rzezimieszków. 
Pietruszka dodał gazu i pomyślał: 
- Fortuna kołem się toczy. A nawet czterema kołami! 
- I zadowolony ze swego dowcipu, zaśpiewał na cały głos: 
 
Raz pewien pirat w barze pił  
rum złoty prosto z beczki,  
a gdy już całkiem opadł z sił,  
powiedział do córeczki:  
córeczko ma, cierpliwa bądź,  
bo jadę na kraj świata -  
i odtąd dziewczę czeka wciąż  
na powrót taty-pirat - . 
 

Rozdział XVIII - RAJ NA KÓŁKACH 

 
Drogą  wiodącą  ku  ruinom  starożytnego  klasztoru  w  Zagórzu  sunęło  czterech  rowerzystów.  Jeżeli 
napiszemy,  że  jeden  z  nich  odznaczał  się  śnieżnobiałą  czapą  kucharską,  nie  będziemy  musieli 
wyjaśniać, kim byli pozostali członkowie grupy. Czytelnicy tej książki nie są bowiem jołopami, którym 
wszystko trzeba kłaść łopatą do głowy. Dzięki temu autor zaoszczędzi sobie roboty, a Wydawnictwo 
papieru. 
Należy  jednak  wyjaśnić  sprawę  owych  ruin  oraz  powód,  dla  którego  czwórka  przyjaciół  dosiadła 
rowerów, obciążonych przymocowanymi do bagażników plecakami. 
Resztki  obronnego  niegdyś  klasztoru  w  Zagórzu  wznoszą  się  na  pagórku,  oblanym  z  trzech  stron 
wodami Osławy. Ta szeroka i płytka rzeka, usiana ogromną ilością płaskich kamieni, stanowi dopływ 
Sanu.  Jej  źródła  znajdują  się  w  pobliżu  południowej  granicy  kraju,  wśród  gęsto  zalesionych  gór, 
pokrytych mieszanym lasem. Nie trzeba więc być detektywem w rodzaju porucznika Colombo, aby się 
domyślić, że czterej rowerzyści wybrali się na krajoznawczą wycieczkę korzystając z pięknej pogody, 
jaka  zapanowała  w  drugiej  połowie  sierpnia.  Jeden  rzut  oka  na  imponujące  swą  wielkością  plecaki 
wyjaśni  nam  w  dodatku,  że  nie  był  to  zwykły  spacer  za  miasto,  tylko  wyprawa  zaplanowana  na 
dłuższy czas. 

background image

 

49 

Jakoż  tak  było  w  istocie.  Nasi  przyjaciele  doszli  zgodnie  do  wniosku,  że  nie  ma  sensu  siedzieć  w 
mieście, podczas gdy większość jego mieszkańców spędza wakacje w górach lub nad morzem. 
Przykład  Bartłomieja,  który  z  zapałem  odbywał  rowerowe  wycieczki,  podziałał  zaraźliwie  na  resztę 
jego kolegów. Wszyscy zaopatrzyli się w rowery i rozpoczęli trening po nadwiślańskich bulwarach. Po 
kilku dniach jeździli już tak dobrze, że mogliby się odważyć na wzięcie udziału w Wyścigu Pokoju. 
- Musimy obmyślić jakąś ciekawą trasę - rzekł Gąbka. 
- Jedźmy nad morze - zaproponował Smok. Bartolini lekko się skrzywił: 
- To za daleko. Lepiej wybierzmy się w Bieszczady. 
- A co to takiego? - zapytał Krak. 
- To piękne góry, pełne lasów i czystych potoków. 
-  Stęskniłem  się  już  za  czystą  wodą  -  westchnął  Smok.  -  Gdy  patrzę  na  tę  czarną  Wisłę,  robi  mi  się 
czarno na duszy... 
- Płynie tam rzeka zwana Sanem - ciągnął Bartolini. - A w górach są wielkie łąki, na których pasą się 
stada owiec. Czytałem o tym w pewnej książce, tylko nie pamiętam jej tytułu. 
Przygotowania  do  wyprawy  nie  zajęły  zbyt  wiele  czasu.  Nie  była  to  bowiem  wyprawa  do  Krainy 
Deszczowców ani też ekspedycja mająca na. celu odnalezienie siedziby mypin-gów. Chodziło tylko o 
miłe spędzenie dwóch tygodni urlopu. 
Teraz  już  wiemy,  dlaczego  nasza  czwórka  znalazła  się  w  okolicy  Zagórza.  Wytrawni  podróżnicy 
przyjechali  pociągiem  do  Sanoka,  a  następnie  przesiedli  się  na  rowery.  Odtąd  jedynym  środkiem 
komunikacji miały być dla każdego z nich dwa kółka... 
- Nie ma to jak rower - cieszył się profesor. - Jedziesz sobie, człowieku, po dobrej drodze, rozglądasz 
się  dokoła  i  słuchasz,  jak  ptaszki  śpiewają.  A  najważniejsze,  że  się  nie  śpieszysz.  Pośpiech  to 
największe utrapienie ludzkości. 
- Baltazarek nawet na wycieczce myśli o ludzkości - zażartował dr Krak. 
(Uwaga  dla  pana  składacza:  Autor  wcale  się  nie  pomylił  stawiając  te  dwie  skromne,  ale  jakże 
wymowne  literki  „dr”.  Trzeba  bowiem  wiedzieć,  iż  Krak  zaledwie  przed  trzema  dniami  otrzymał 
promocje  doktorską  na  Uniwersytecie  Jagiellońskim.  W  dzisiejszych  czasach  doktorat  ma  znacznie 
większe znaczenie niż godność książęca). 
-  Cóż  w  tym  dziwnego?  -  odparł  Gąbka.  -  Człowiekiem  jestem  i  nic,  co  ludzkie,  nie  może  mi  być 
obojętne. 
Było późne popołudnie. Promienie słońca złociły bliskie już mury klasztoru, nad którymi wisiało kilka 
obłoków,  podobnych  do  owiec  pasących  się  na  lazurowej  łące  nieba.  Powietrze  pachniało  nagrzaną 
żywicą  sosen,  miętą  i  macierzanką.  Z  pobliskiego  gospodarstwa  dolatywało  gdakanie  kury, 
ogłaszającej ważny  fakt zniesienia  jajka.  Od  czasu  do  czasu  porykiwały krowy  pasące  się na  zboczu 
wzgórza. Bartolini oparł rower o pień drzewa. 
- Na kolację będzie jajecznica i gorące mleczko! Jesteście głodni? 
- Jeszcze jak - odparł Smok. Było to, jak wiemy, jego ulubione powiedzenie. 
Profesor z uczuciem ulgi wyciągnął się na miękkiej trawie. 
- Marzę tylko o tym, żeby po kąpieli pójść na siano. 
- Jeśli mam być szczery - Bartolini łypnął okiem w kierunku przyjaciela - to mógłbym jeszcze jechać 
przez dwie godziny. 
- Dobrze ci tak mówić, bo z nas wszystkich masz największy trening. 
- Dzięki któremu - dokończył Bartłomiej - straciłem już pięć kilogramów! A po skończonej wyprawie 
będę wyglądał jak Apollo. 
- Oj, to niedobrze - zażartował Krak. - Twój wygląd był dotychczas doskonałą reklamą restauracji, a 
gdy schudniesz, możesz stracić klientelę. 
Tymczasem na podwórko zajechał  wielki wóz wyładowany sianem. Gospodarz wprowadził wóz do 
stodoły i wyprzągł konie, aby je napoić w korycie obok studni. 
Wydelegowany  przez  towarzyszy  książę  podszedł  do  gospodarza  z  prośbą  o  nocleg.  Po  krótkiej 
rozmowie wrócił z radosną nowiną: 
- Wszystko w porządku. Możemy spać na sianie, a na kolację dostaniemy mleko, ser i jajka. Gospodarz 
nazywa się Michał Brzoza. To bardzo miły człowiek. Powiedziałem mu, że jest z nami Smok, ale się 
wcale nie przestraszył. 

background image

 

50 

Po chwili rowery znalazły się w stodole. 
- Nigdy nie myślałem, że będę gościć prawdziwego smoka - rzekł uradowany gospodarz. - Widziałem 
pana w telewizji. Moje dzieci, Marysia i Józek, pasą jeszcze krowy nad rzeką. Spotkacie je może, gdy 
pójdziecie się kąpać. 
Opisywanie  przyjemności  kąpieli  byłoby  podobne  do  ponownego  odkrywania  Ameryki.  Każdy 
przecież  wie,  jak  smakuje  kąpiel  w  słoneczny  i  upalny  dzień.  Dlatego  też  nie  wspomnę  o  tym,  że 
nikomu  nie  chciało  się wychodzić  z  wody, bo  jest  to  sprawa  tak  zrozumiała  jak  wschód  lub  zachód 
słońca... 
Właśnie zachód słońca stał się sygnałem do powrotu. 
Z komina domu Michała Brzozy unosiła się smuga dymu pachnącego bukowym drewnem. 
- Spójrzcie - powiedział Gąbka. - Dym leci prosto do góry, a to znaczy, że jutro też będzie pogoda. 
Okazało się, że Marysia i Józek przygnali już krowy z pastwiska. Gospodyni, która niedawno wróciła z 
pola,  poszła  do  stajenki,  aby  je  wydoić.  Dzieci,  wiedząc  od  ojca  o  przyjeździe  Smoka,  nie  wykazały 
żadnego strachu. 
- Czy ty jesteś smokiem Telesforem? - zapytała Marysia, wpatrując się w niezwykłego gościa oczami 
przypominającymi niezapominajki. 
- Nie. Jestem Smokiem Wawelskim. 
- Wiem! - krzyknął Józek. - To ty byłeś w Krainie Deszczowców, żeby uwolnić profesora Gąbkę! 
Smok uśmiechnął się zadowoleniem. 
- Tak jest. Czuję, że zostaniemy przyjaciółmi. Chodzicie do szkoły? 
- Pewnie że chodzimy - powiedziała Marysia. - Ja do czwartej klasy, a Józek do piątej, bo on jest o rok 
starszy ode mnie. 
- Ale teraz macie wakacje - wtrącił profesor. 
- Jeszcze tylko dwa dni - powiedział gospodarz. - W czwartek zaczyna się już nauka. 
- A za dwa lata pójdę do technikum w Sanoku - pochwalił się Józek. - Będę mechanikiem. Ja już teraz 
umiem jeździć na komarze! 
Gąbka złapał się za głowę: 
- Ojejku! Na komarze? 
- To jest taki motorower - wyjaśnił chłopiec. - Mój wujek kupił go niedawno i jeździ na nim do pracy w 
Sanoku. Tam jest wielka fabryka autobusów. 
- Ach tak - rzekł uspokojony profesor. - Od razu sobie pomyślałem, że taki duży chłopiec nie dałby 
rady dosiąść prawdziwego komara... 
Zaraz po kolacji gospodarz zaprowadził gości do stodoły. 
- Tu macie słomę - powiedział - a tu siano. Śpijcie, gdzie wam będzie lepiej. 
-  Na  sianie,  oczywiście  -  odparł  książę.  -  Za  wiązkę  siana  jestem  gotów  odstąpić  najwspanialsze 
książęce łoże! 
Przez otwarte wrota zajrzał do stodoły sierp młodziutkiego księżyca. 
- Fajno jest - mruknął sennym głosem Bartolini. - Chyba jesteście tego samego zdania... 
Odpowiedziało mu głębokie milczenie. Wszyscy już spali. 
 

Rozdział XIX - PONTIAK NR 979899 

 
O piątej rano wkroczył na klepisko stodoły Bardzo Dumny Kogut i nie zważając na obecność śpiących 
gości zapiał w zupełnie konkursowy sposób: 
- Kukuryku! Kukuryku! 
Bardzo Dumne Koguty są częstym zjawiskiem w naszym kraju, ale zaręczam wam, że niewiele z nich 
odznacza się taką muzykalnością jak kogut Michała Brzozy z Zagórza. 
Zaraz  potem,  jakby  przebudzony  pianiem,  zawył  na  stacji  parowóz  lokalnego  „ekspresu”  Zagórz-
Łupków, wyruszającego na swą trasę o godzinie 5.04. 
W kilka minut później rozległ się dźwięk kościelnej sygnaturki i piekielny jazgot gęsi wypuszczonych 
na wolność przez gospodynię. 
Smok  otwarł  oczy i  odgarnął  z  pyska  garść  siana.  Promień słońca,  który  przecisnął  się  przez  szpary 
między deskami, padł mu prosto na czubek nosa. 

background image

 

51 

- Pobudka! - ryknęło Smoczysko, głosem zdolnym poderwać na nogi całą kompanię piechoty. 
- Co się stało? Tatarzy? - krzyknęła głowa Bartoliniego, zanurzona w sianie po uszy. 
Wtedy, jak spod ziemi, dał się słyszeć zaspany głos profesora: 
- Która godzina? 
Smok rozejrzał się dokoła, ale nigdzie nie dostrzegł najmniejszego śladu Baltazara. 
- Gdzie jesteś? 
- W sianie - odparł uczony. - Zaraz postaram się wypłynąć na wierzch. 
Po chwili słynny biolog, chemik i poeta w jednej osobie ukazał towarzyszom swą kozią bródkę, gęsto 
przetkaną zeschniętymi kwiatami koniczyny. 
- A gdzie szanowny doktor Krak? 
- Tu jestem - rozległ się od strony wrót głos księcia. - Wyście sobie smacznie chrapali, a ja już byłem na 
spacerze i kąpałem się w rzece. Fantastyczna woda! 
Bartolini zsunął się po sianie i stanął bosymi stopami na grabiach. 
- Mamma mia! - pisnął przerażony. - Wstawanie o takiej godzinie powinno być sądownie karane. 
Do stodoły weszła Marysia. 
- Mama proszą do izby na mleko. 
- Powiedz mamie, że zaraz przyjdziemy - rzekł Smok - tylko musimy się obmyć pod studnią. 
- A podpiszesz mi się w pamiętniku? - zapytała dziewczynka. - Bo ja już mam autograf tego pisarza, 
który napisał książkę o tobie. On był w naszej szkole na spotkaniu autorskim. 
- Pewnie że podpiszę - zapewnił ją Smok. - Tylko muszę sobie popić mleka, bo bez tego ani rusz. A 
gdzie jest Józek? 
- Pognał krowy na pastwisko - wyjaśniła. - A ja już nakarmiłam króliki. 
Śniadanie upłynęło w miłym nastroju. Smok nie tylko wpisał się do pamiętnika Marysi, ale narysował 
także  domek  z  dymiącym  kominem,  płotem  i  kilkoma  malwami.  Nad  domem  wisiało  uśmiechnięte 
słońce w towarzystwie uśmiechniętej chmurki. 
Z radiowego komunikatu wynikało jednak, że nie wszystkie chmurki będą się w tym dniu uśmiechać. 
W godzinach popołudniowych mogły się wydarzyć burze, a wiadomo, że burzowe chmury nie są zbyt 
skłonne do wesołych uśmiechów. 
Pożegnawszy gościnnych gospodarzy, nasi rowerzyści ruszyli w dalszą drogę, zdając sobie sprawę z 
tego, że obecnie coraz częściej będą musieli popychać swe rumaki pod górę. 
- To nic - pocieszał ich Bartolini. - Za to z powrotem będziemy wciąż jechać z górki. Tak to bywa w 
życiu. 
- Kochany Bartłomieju - rzekł na to Gąbka. - Widzę, że powoli i ty stajesz się filozofem. 
- A co to jest filozof? - zapytał kucharz, na którego twarzy pojawiły się już pierwsze kropelki potu. 
-  Biorąc  rzecz  dosłownie,  filozof  jest  to  przyjaciel  mądrości  -  wyjaśnił  profesor  ku  pełnemu 
zadowoleniu kolegi. 
Widok  pedałującego  Smoka  wywoływał  wszędzie  dużą  sensację.  Ludzie  przerywali  pracę  i  z 
okrzykami zdumienia wybiegali na drogę, a kierowcy przejeżdżających samochodów pozdrawiali go 
porykiwaniem klaksonów. Jeden fiat zjechał nawet na łąkę, siejąc przerażenie wśród pasących się tam 
krów. 
Okolica  stawała  się  coraz  ciekawsza.  Tuż  za  drogą  biegły  ku  górze  łąki  porośnięte  kępami  drzew  i 
krzaków, a wyżej zieleniła się zbita gęstwa liściastych lasów. Coraz mniej było zamieszkałych domów i 
uprawnych  pól.  Tu  i  ówdzie  widniały  smutne  resztki  dawnych  zabudowań  i  pokryte  pokrzywami 
fundamenty  zmurszałych  chałup.  Z  głęboko  wyciętych  dolinek  pomykały  rwące  potoki,  na  których 
widok rosła w sercach ochota do kąpieli. Ale Smok, który jechał dziś na czele grupy, był nieubłagany: 
-  Za  godzinę  zrobimy  sobie  postój.  Gdybyśmy  się  chcieli  moczyć  w  każdym  strumieniu,  nie 
ujechalibyśmy daleko. 
- Ale chyba zatrzymamy się nad jakąś wodą - jęczał Bartolini. - Ja już całkiem dojrzałem do kąpieli. 
Coraz częściej musieli zsiadać z rowerów, gdyż jazda na nich z każdą chwilą stawała się uciążliwsza. 
W gorącym i przesyconym zapachami powietrzu unosiły się roje kąśliwych gzów. Od czasu do czasu 
mijały ich ciężarówki załadowane pniami grubych drzew. 
-  Mam  pomysł  -  rzekł  kucharz,  zrównawszy  się  z  Gąbką.  -  Na  przyszły  raz  zamontuję  na  rowerze 
zbiornik z wodą i natrysk. Można by się wtedy kąpać, nie schodząc z roweru. Co ty na to? 

background image

 

52 

Rozweselony profesor uzupełnił pomysł Bartłomieja: 
-  A  ja  dodałbym  jeszcze  składany  dach  dla  ochrony  przed  słońcem.  A  na  kierownicy  umieściłbym 
wiatraczek połączony z pedałami... 
Bartłomiej  chciał  coś  odpowiedzieć,  ale  w  tej  samej  chwili  tuż  koło  niego  śmignął  szeroki,  czarny 
samochód z zagraniczną rejestracją. Pęd powietrza omal nie obalił kucharza, który w ułamku sekundy 
zrozumiał, że przekroczył przepisy drogowe jadąc obok Gąbki, a nie za nim. Samochód zrównał się ze 
Smokiem, a następnie wyprzedził go i zjechał na pobocze. Jego kierowca dał znak rowerzystom, aby 
się zatrzymali, a następnie otworzył drzwiczki i wyskoczył na szosę. Smok zahamował przy pomocy 
ogona i spojrzał pytająco na krępego człowieka, który błysnął zębami w serdecznym uśmiechu. 
- Mr Smok, jeśli mnie oko nie myli? 
- Na pewno oko pana nie myli - odparło zaskoczone Smoczysko. - Ale skąd pan mnie zna? 
- Do wszystkich diabłów! - zarechotał mężczyzna. - Nie ma na świecie nikogo, kto by cię nie znał. Co 
za niespodzianka! 
Mówiąc to, podszedł z wyciągniętą ręką do Smoka. 
- Jestem Joe. Czy dostałeś mój list? Smok zmarszczył brwi. 
- Joe? Pan wybaczy, ale ja dostawałem tyle listów, że nie mogę pamiętać ich autorów. 
Mężczyzna w zamszowej kurtce silnie potrząsnął dłonią Smoka. 
- Pisałem w nim, że przyjadę do ciebie takim wozem, że na sam jego widok oko ci zbieleje. 
- A zbielało? 
- Naturalnie! Prawe bardziej niż lewe, ale to drobiazg. Wszystkiego bym się spodziewał, tylko nie tego, 
że cię tu spotkam. Ma się to szczęście! 
- Chwileczkę - wtrącił Krak. - Przypominam sobie, że czytaliśmy kiedyś list podpisany imieniem Joe. 
-  Pamiętam-zawołał  profesor.  -  Pisał  pan  w  nim,  że  chce  pan  zrobić  coś  dobrego  dla  kraju  swych 
przodków. 
- Właśnie, właśnie - Joe ucieszył się. - Ale tylko wy możecie mi w tym pomóc. 
W  ślad  za  kierowcą  wysiadło  z  samochodu  trzech  dżentelmenów.  Wszyscy  trzymali  ręce  w 
kieszeniach spodni, żuli gumę i mieli na głowach czarne, szerokoskrzydłe kapelusze. 
Joe wskazał na nich ręką: 
- To moi bratankowie; Sally, Billy i Killy. Równe chłopaki. 
Trzej panowie jednocześnie skinęli głowami i wyszczerzyli zęby w powitalnym uśmiechu. 
-  Wczoraj  przyjechaliśmy  do  waszego  miasta  - ciągnął  Joe  -  ale już  było  za  późno.  Jakiś  facet, który 
zamiatał ulice przy Smoczej Jamie, powiedział nam, że wybraliście się na wycieczkę w Bieszczady. 
- Jakim cudem zamiatacz ulic mógł o tym wiedzieć? - zdziwił się Bartolini. 
- Nie ma cudów. Jest tylko szczęście! A Joe Pietruszka zawsze ma cholerne szczęście! Jak było, tak było, 
ale się dobrze złożyło - jak mawiała moja babunia. Jakie macie plany? 
- Chcemy pojeździć na rowerach, kąpać się, zbierać grzyby - rzekł Smok. - To wszystko. 
Pietruszka zastanawiał się przez chwilę. 
- Doskonale! Mnie i moim kochanym bratankom także się przyda taki urlop. 
Bratankowie wyprężyli się na baczność i krzyknęli: 
- Tak jest, szefie! To znaczy... wujaszku! 
Joe roześmiał się hałaśliwie. Nawet zbyt hałaśliwie, jak się wydało Gąbce, który od kilku chwil starał 
się  przypomnieć  sobie  coś,  co  mogło  mieć  wielkie  znaczenie.  Zbyt  sztuczna  serdeczność  Pietruszki 
nasuwała dziwne podejrzenia. Ażeby się lepiej zastanowić, odszedł na bok i usiadł nad rowem. 
- Zaraz, zaraz - mruczał do siebie. - Dlaczego niepokoi mnie jego nazwisko? Przecież tak samo dobre, 
jak dajmy na to Gąbka, Marchewka czy Cebula. Różnie się ludzie nazywają. Ale dlaczego przyszły mi 
na myśl te właśnie nazwiska? Gąbka dlatego, że ja się tak nazywam, to jasne. Marchewka dlatego, że 
jest podobna do Pietruszki. Ale Cebula? Cebula?... Już mam... 
Olśniony nagłym przypomnieniem zerwał się znad rowu i podszedł do Kraka, który poprawiał swój 
plecak na bagażniku. Po drodze rzucił okiem na tablicę rejestracyjną samochodu, aby zapamiętać jego 
numer. Na szczęście był bardzo prosty: 979899. Stanąwszy obok księcia rzekł do niego półgłosem: 
- Będę udawać, że ci pomagam. To bardzo ważna sprawa. Tylko zachowuj się normalnie. 
Ściągając rzemienie plecaka Gąbka nachylił się ku przyjacielowi: 
- Czy pamiętasz, jak przy pomocy świeczki ujawniłeś na liście dopisek zrobiony sokiem z cebuli? 

background image

 

53 

Krak omal nie krzyknął z wrażenia, ale zdołał się opanować. 
- Teraz sobie przypominam. Było tam napisane „Ten list należy czytać do góry nogami”. 
- Podpis brzmiał: „Życzliwy Rodak”. Tak? 
- Zgadza się. 
-  Powiedziałem  wtedy  -  ciągnął  Gąbka  przyciszonym  głosem  -  że  z  tym  Joem  trzeba  uważać.  I  oto 
mamy go we własnej osobie! 
- Co radzisz? - zapytał książę, rzuciwszy ukradkowe spojrzenie na Pietruszkę, który w tym momencie 
zapalał cygaro. 
- Jak największą ostrożność - odparł Gąbka. - Zobaczymy, co będzie dalej. Chodźmy teraz do nich. 
Tymczasem Pietruszka kuł żelazo póki gorące. 
- A więc wszystko okey! My pojedziemy przodem i zatrzymamy się w najlepszym hotelu. Jutro kupię 
piękny  domek  i  zamieszkam  w  nim  na  czas  waszego  urlopu.  Będziecie  mogli  z  niego  korzystać  w 
każdej chwili. Widzę, że macie piękne lasy. Zapolujemy sobie na słonie, lwy i hipopotamy! 
Gąbka uśmiechnął się ironicznie. 
- Tu są tylko dziki i jelenie. Ale jeszcze za wcześnie na polowanie. 
Joe wypuścił z ust kłąb dymu. 
- Co za wcześnie? Ja mogę je wszystkie kupić za gotówkę i wystrzelać co do jednego. Ma się tę forsę! 
To mówiąc klepnął dłonią w kieszeń, z której wystawał bardzo gruby portfel. 
- Forsa to nie wszystko - mruknął profesor, czując coraz większą wrogość w stosunku do chełpliwego 
obcokrajowca. 
- A właśnie że wszystko - odparł Joe i pogardliwie spojrzał na Gąbkę, gdyż po raz pierwszy w życiu 
spotkał człowieka o tak dziwacznych poglądach. - Ja mogę kupić te dzikie góry - zakreślił duży krąg 
ręką z tlącym się cygarem - i jeszcze mi zostanie na drobne wydatki. Hę, hę, hę, dobry dowcip, co? 
Trzej bratankowie zawołali jak jeden mąż: 
- Doskonały, drogi wujaszku! 
Po czym włożyli do ust nowe kawałki gumy i poczęli ją żuć w sposób zdradzający zupełną obojętność 
wobec spraw tego świata. W ślad za wujaszkiem zajęli miejsca w samochodzie i zatrzasnęli drzwiczki. 
Pietruszka wychylił się przez okienko i zawołał: 
- Bye, bye, kochani. Do rychłego zobaczenia! 
W chwilę potem czarny pontiak z rejestracją 979899 zniknął za najbliższym zakrętem. 
W kilku słowach Gąbka przypomniał towarzyszom o liście z „cebulowym” dopiskiem. 
-  Trzeba  mieć  tych  facetów  na  oku  -  stwierdził  Smok  poważnie.  -Wujaszek  i  jego  bratankowie 
wyglądają mi na kombinatorów. Taki z niego wujek, jak ze mnie cesarz chiński... 
- No to na koń, moi panowie - zakomenderował książę. - Zbliża się pora obiadu. 
- I burza - dodał Bartolini. - Spójrzcie na niebo. Nad górami rosły olbrzymie obłoki, kształtem swym 
przypominające kowadło. 
Dosiedli rowerów i pomknęli w dolinę, gdzie na obszernej łące stało kilkanaście dużych namiotów. Po 
chwili ujrzeli maszt z biało-czerwoną chorągwią. 
- Ju-hu! - krzyknął uradowany kucharz. - To pewnie obóz harcerski! 
Pędząc  na  złamanie  karku,  nie  zauważyli  nawet,  że  słońce  schowało  się  za  krawędź  sinej,  bardzo 
niesympatycznie  wyglądającej  chmury.  Pierwsze  krople  deszczu  pocętkowały  asfalt  szosy.  Znowu 
zagrzmiało, ale tym razem znacznie bliżej i groźniej. 
Z pełną szybkością wpadli na teren obozu przez bramę, na której widniał napis ułożony z jodłowych 
szyszek: 
HARCERSKI OBÓZ LETNI IM. BARTŁOMIEJA BARTOLINIEGO! 
 

Rozdział XX - „RANCHO TEXAS” 

 
Gdyby tuż przed rowerem Bartoliniego wylądował latający spodek, czcigodny mistrz patelni nie byłby 
ani w połowie tak zaskoczony jak wówczas, gdy minął bramę obozu noszącego jego imię. 
Nie  było  jednak  czasu  na  okazywanie  zdumienia.  Potoki  deszczu  zagnały  rowerzystów  pod  dach 
najbliższego  namiotu.  Gwałtowny  wicher  zatargał  ścianami,  przy  których  ustawione  były  polowe 
łóżka. W liliowym blasku błyskawicy zajaśniały twarze zgromadzonych w namiocie harcerzy. 

background image

 

54 

- Chłopaki! - zawołał jeden z nich. - Na cześć naszych gości: hip, hip, hura! 
-  Hura,  hura,  hura!  -  zagrzmiało  z  kilkunastu  piersi.  Harcerze  wiedzieli  już  o  wyjeździe  czwórki 
rowerzystów  z  Zagórza.  Wiadomość  tę  przekazał  im  kierowca  cysterny  wiozącej  paliwo  do  stacji 
benzynowej. 
- Heca nie z tej ziemi - opowiadał. - Na przodzie zasuwa Smok w meksykańskim kapeluszu na łbie, a 
za  nim  jedzie  facet  w  kucharskiej  czapie.  Prawdziwy  cyrk,  mówię  wam.  Profesorek  ma  na  głowie 
czarny  melonik,  zupełnie  jak  krakowski  dorożkarz,  a  książę  czerwoną  chustkę.  Z  daleka  można  ich 
poznać. 
Decyzja o ochrzczeniu obozu imieniem Bartoliniego zapadła błyskawicznie. Szybko uzupełniono napis 
z szyszek i wystawiono warty, mające zawiadomić o zbliżaniu się niezwykłych turystów. Nadlatująca 
burza  spędziła  jednak  wartowników  do  obozu.  Na  szczęście  ta  sama  burza  spowodowała,  iż 
rowerzyści  znaleźli  się  tam,  gdzie  ich  z  niecierpliwością  oczekiwano.  Był  to  oczywiście  zbieg 
okoliczności, ale zaręczam wam, że w życiu większość zdarzeń jest wynikiem przypadku, niezależnie 
od tego, czy się to komuś podoba, czy nie. 
Rozmowom  i  śpiewom  nie  było  końca.  Harcerze  pochodzili  z  Rybnika  i  znali  mnóstwo  górniczych 
przyśpiewek  i  anegdot,  które  profesor  Gąbka  z  zapałem  notował  w  swym  zeszycie.  Pod  koniec 
spotkania Smok co drugie słowo mówił „pieruna”, wprawiając tym chłopców w nieopisany zachwyt, 
zaś  Bartolini  postanowił  wprowadzić  w  swej  restauracji  znakomite  śląskie  „krupnioki”.  Książę Krak 
żałował  bardzo, iż  za jego  czasów  nie  było harcerzy,  a  profesor  obiecał,  że  jak  tylko  znajdzie  trochę 
czasu, to przyjedzie do Rybnika, aby po raz pierwszy w swym życiu zwiedzić kopalnię węgla. 
Tymczasem po godzinie wyczerpał się zapas prawdziwych piorunów, deszcz ustał tak samo nagle, jak 
się rozpoczął - i spoza chmur ukazało się słońce. Burza przetoczyła się ku wschodowi, a na tle sinej, 
prawie  granatowej  chmury  zabłysnął  hak  wspaniałej  tęczy!  Płynący  za  obozem  strumień  szumiał 
głośniej niż przed burzą. W jego zmąconych falach grzechotały przetaczające się kamienie. Mokra flaga 
owinęła się smętnie wokół masztu. Z obozowej kuchni dolatywał smakowity zapach grochówki... 
Nie  wiem,  czy  to  ważne,  ale  z  obowiązku  kronikarskiego  pragnę  zanotować,  że  goście  zostali 
zaproszeni  na  obiad.  Trzeba  było  jednak  trochę  poczekać,  ponieważ  mokre  drzewo  nie  chciało  się 
palić.  Aby  skrócić  oczekiwanie,  harcerze  odśpiewali  piosenkę  „Szła  dzieweczka  do  laseczka”  przy 
akompaniamencie harmonijek ustnych, gitar i pokrywek do rondli. 
W ostatniej chwili przed odjazdem jeden z chłopców zrobił gościom zdjęcie na tle efektownej bramy. 
Spotkanie zakończyła wymiana adresów oraz gorące obietnice obustronnej korespondencji. 
Okazało się, że po przejechaniu niespełna trzech kilometrów goście znajdą się znów na brzegu Osławy. 
Była to wiadomość niezmiernie miła, gdyż wszyscy marzyli już o kąpieli. 
- Szczęśliwej drogi - wołali zgromadzeni przy bramie chłopcy. - Niech się wam kółka dobrze kręcą! 
- Do zobaczenia w Rybniku! - krzyknął Bartolini z wyżyn swego siodełka. - Przyjedziemy do was na 
krupnioki! 
-  A  teraz  do  kąpieli  -  zakomenderował  Smok,  wyjeżdżając  na  parujący  asfalt  szosy.  -  Pieruna,  daję 
słowo, że przez godzinę nie wyjdę z wody! 
Zanim  Smok  mógł  spełnić  swe  postanowienie,  musieli  usypać  tamę,  gdyż  rzeka  okazała  się  zbyt 
płytka. Dopiero po zbudowaniu prowizorycznej zapory można się było zanurzyć do kolan. Przybrani 
w  kolorowe  kąpielówki  brodzili  więc  w  wodzie,  przetaczali  wielkie  głazy,  a  szpary  między  nimi 
zatykali darnią. Było to bardzo przyjemne zajęcie, o czym wie każdy, kto choć raz kąpał się w górskiej 
rzece.  Woda  była  ciepła,  słońce  mocno  grzało,  a  zwilżone  deszczem  łąki  pachniały  jak  magazyn 
„Herbapolu”.  Z  urwistego  brzegu  przypatrywało  się  im  kilka  krów,  a  na  tle  śnieżnobiałego  obłoku, 
podobnego do potężnej porcji lodów śmietankowych, krążył jastrząb. 
- Dziś będziemy spać w namiotach - powiedział Smok. - Musimy tylko znaleźć dobre miejsce na biwak. 
- I rozpalimy ognisko - dodał uszczęśliwiony profesor. - Okropnie lubię wąchać dym z ogniska. Jest to 
jedyny dym, jaki mi sprawia przyjemność. 
Po niedalekim torze kolejowym przejechał pociąg złożony z kilku wagonów. Czyż jego pasażerowie 
mogli  przypuszczać,  że brojąca w  rzece  gromadka  składa  się  z  tak  sławnych  osobistości?  Większość 
ludzi  sądzi  bowiem,  że sławne  osobistości nie  chodzą,  tylko  kroczą,  nie  jedzą,  tylko  posilają  się,  nie 
mówią, tylko oświadczają. Tak więc nikomu nie przyszło na myśl, że oto jest świadkiem wakacyjnej 
zabawy Przybyszów z Dawnych Czasów... 

background image

 

55 

 
* * * 
Joe  Pietruszka  włączył  radio  w  tej  samej  chwili,  gdy  spiker  czytał  wiadomości  o  wyczynie  oszusta, 
który  pewnemu  milionerowi  z  Teksasu  sprzedał  w  Paryżu  wieżę  Eiffla  za  okrągłą  sumę  miliona 
dolarów,  a  następnie  ulotnił  się  wraz  ze  swymi  wspólnikami,  zabierając  na  pamiątkę  luksusowy 
samochód swej ofiary. Komunikat kończył się stwierdzeniem, iż sprawą tą zainteresował się Interpol. 
Następnie  z  głośnika  popłynęła  melodia  „Kapitańskiego  tanga”,  dedykowana  przez  pannę  Franię 
młodszemu marynarzowi Kukułce, pływającemu na trasie Gdynia-Hel i z powrotem. Joe uśmiechnął 
się od ucha do ucha. 
- Słyszeliście? 
„Bratankpwie” odpowiedzieli jednogłośnie: 
- Tak jest, kochany wujaszku. Ale z Interpolem nie ma żartów. 
- Wiem o tym - odparł szef. - Ze mną też nie ma żartów. Pamiętacie sprawę Rudego Goryla? 
Rudy Goryl był agentem Pietruszki, działającym w Australii. Wioząc na życzenie szefa kopę strusich 
jaj,  złakomił  się  w  drodze  na  jedno  i  sporządził  sobie  jajecznicę  ze  szczypiorkiem.  Za  karę  został 
zesłany  na  jedną  z  gór  lodowych  dryfujących  po  Atlantyku,  aby  przez  resztę  życia  topić  lód  przy 
pomocy chuchania. 
Wiemy już, że jeśli temat rozmowy nie jest przyjemny, należy go zmienić. Toteż Killy zwrócił uwagę 
szefa na stojący przy szosie zajazd „POD RUMCAJSEM”. 
Znając profesję pasażerów pontiaka możemy być pewni, że do płukania gardeł nie używali bynajmniej 
wody  mineralnej,  lecz  napojów,  których  konsumpcja  jest  surowo  zakazana  wszystkim  kierowcom 
pojazdów mechanicznych. Ponieważ płukanie „Jasiem Wędrowniczkiem” nie dało rezultatu, dobrana 
czwórka  przystąpiła  z  kolei  do  płukania  gardzieli  „Białym  Koniem”.  W  trakcie  tych  leczniczych 
zabiegów  lunął gwałtowny deszcz i  trzeba było zacząć kurację od początku. Przy akompaniamencie 
gęsto bijących piorunów piraci spożyli wytworny obiad, zakończony poziomkami ze śmietaną. 
Bezpośrednio po burzy czarny pontiak ruszył w dalszą drogę. 
Pełen  fantazji  Pietruszka  wyobraził  sobie,  że  jest  oto  na  mostku  pirackiego  statku,  ciskanego  przez 
potężny  sztorm  o  sile  2  stopni  Beauforta!  Jako  doświadczony  żeglarz,  doszedł  do  przekonania,  że 
jedynym sposobem na uniknięcie katastrofy będzie przeczekanie sztormu w jakiejś spokojnej zatoczce. 
Toteż niewiele myśląc (bo myślenie sprawiało mu teraz dużą trudność), zjechał z asfaltowej szosy na 
boczną  drogę,  wiodącą  do  wymarzonego  azylu.  Ta  śmiała  decyzja  spotkała  się  z  entuzjastyczną 
aprobatą  „bratanków”,  którzy  podobnie  jak  szef  wyobrazili  sobie,  że  są  na  pokładzie  „Gwiazdy 
Barpiwonii”. Kręta i  wąska droga wiodła  przez las,  brzegami  głośno szumiącego potoku. Samochód 
tańczył na śliskiej nawierzchni, podskakiwał na wybojach i niebezpiecznie ocierał się o żelazne bariery 
licznych  mostków.  W  pewnej  chwili  Pietruszka  dostrzegł  z  lewej  strony  silny  błysk  światła.  W 
normalnych  warunkach  zrozumiałby,  że  jest  to  odbicie  promieni  słonecznych  w  oknie  małego 
drewnianego  domku,  stojącego  na  zboczu  wzgórza.  Teraz  jednak  uznał,  że  jest  to  światło  latarni 
morskiej  na  Przylądku  Samotnego  Kościotrupa,  stanowiącym  południowy  cypel  Barpiwonii.  Ryknął 
więc głośno: „Ster na lewą burtę”, i skręcił kierownicę o 90 stopni. Efekt był piorunujący! Samochód 
zarył nosem w skarpę, a pasażerowie zbili się nagle w trudny do rozplatania kłąb. Gwałtowny wstrząs 
otrzeźwił ich do tego stopnia, że po wydobyciu się z samochodu stwierdzili, iż znajdują się w pobliżu 
pięknego domku, otoczonego pełnym kwiatów ogródkiem. 
- Przydałoby się nam coś takiego - powiedział Sally, rozcierając sobie guz na czole. 
Joe spojrzał we wskazanym kierunku. Rzekoma latarnia morska stała w odległości kilkunastu metrów 
od  drogi  i  robiła  wrażenie  domku,  przeznaczonego  na  miłe  spędzenie  wakacji.  W  pobliżu  nie  było 
widać żadnych innych zabudowań. 
- Owszem - przyznał. - Możemy go kupić. 
- Nie wiadomo, czy jest do sprzedania - rzekł milczący dotychczas Billy. 
- Cena nie gra roli - mruknął szef. - Przecież muszę przyjąć tych łapserdaków w porządnym miejscu. 
(Nie musimy chyba wyjaśniać, kogo miał na myśli, mówiąc o łapserdakach. Wiadomo przecież, że dla 
Joego łapserdakiem był każdy człowiek nie mający tylu co on pieniędzy...). 
Wydobywszy  samochód  na  drogę,  co  zajęło  im  prawie  pół  godziny,  czterej  panowie  ruszyli  w 
kierunku domku. Na drewnianej bramie prowadzącej do ogródka widniał napis: 

background image

 

56 

 
RANCHO TEXAS 
 
Joe  obciągnął  na  sobie  wdzianko  i  energicznie  pchnął  furtkę.  Na  powitanie  gości  wyszedł  z  domu 
mężczyzna w średnim wieku. 
- Czego sobie panowie życzą? - zapytał. 
- Chcę kupić ten domek - rzekł Pietruszka bez żadnych wstępów. 
- To się wspaniale składa! - krzyknął gospodarz. 
- To jest domek składany? 
-  Ależ  nie!  Mówię,  że  się  dobrze  składa,  bo  ja  go  chcę  właśnie  sprzedać.  Ale  proszę  do  środka,  nie 
będziemy przecież rozmawiać na dworze. Napijemy się kawy... 
- O tak, kawa bardzo się przyda - rzekł Pietruszka. Gospodarz wyglądał na uszczęśliwionego. 
- To się nazywa mieć szczęście! Nie myślałem, że tak szybko znajdę kupca. Dziś wieczorem wracamy 
do miasta, a na przyszły rok chcemy spędzić wakacje nad morzem. Bo ja tu jestem z żoną i dziećmi. 
Nie  sądzę,  żeby  szczegóły  transakcji  mogły  interesować  Czytelników  dysponujących  środkami 
pozwalającymi na zakup porcji lodów lub gumy do żucia. Dość, że po upływie kwadransa „Rancho 
Texas”  przeszło  wraz  z  umeblowaniem  do  rąk  Pietruszki,  w  zamian  za  grubą  paczkę  dolarów, 
stanowiących  do  niedawna  własność  mr  Johna  Samuela  Rollmopsa.  Obydwie  strony  były  bardzo 
zadowolone, Najmniej entuzjazmu wykazały dzieci gospodarza - Darek i Mariola - dla których rancho 
było wymarzonym miejscem zabaw w Indian i ludożerców. 
Po upływie godziny dotychczasowi właściciele domu odjechali swym fiatem do dalekiego miasta. Mr 
Joe Pietruszka zasiadł w fotelu przed telewizorem, aby obejrzeć „Kobrę”, pt. „Ofiara grzechotnika”, i w 
spokoju wypalić wonne hawańskie cygaro. 
A  Killy  zasiadł  za  kierownicą  pontiaka  z  poleceniem  jak  najszybszego  odszukania  Czterech 
Zwariowanych Rowerzystów i sprowadzenia ich do „Rancho Texas”. 
Nie było to trudne zadanie. Swego czasu, udając zamiatacza ulicy przed Smoczą Jamą, Killy umieścił 
pod  siodełkiem  roweru  Smoka  miniaturowy  nadajnik,  pracujący  na  ściśle  określonej  fali.  Aparacik 
działał  bez  zarzutu,  dzięki  czemu  gangsterzy  byli  poinformowani  o  każdorazowym  miejscu  pobytu 
Smoka i jego przyjaciół. Akcja rozwijała się planowo i miała wszelkie widoki powodzenia. 
Wydostawszy się na asfaltową szosę Killy dodał gazu, nie zważając na to, iż po wypadku samochód 
miał  tylko  jeden  reflektor  i  połowę  przedniego  zderzaka.  Sygnały  nadajnika  wskazywały,  iż  Smok 
znajduje  się  w  odległości  zaledwie  kilkunastu  kilometrów.  Spotkanie  z  nim  mogło  więc  nastąpić  w 
bardzo krótkim czasie. 
 

Rozdział XXI - PRZYJEMNY BIWAK 

 
Nawet najmilsza kąpiel musi mieć swój koniec pomyślał profesor i pomaszerował na brzeg, aby lec na 
kocu  i  osuszyć  się  w  promieniach  słońca.  W  ślad  za  nim  pośpieszyła  reszta  towarzystwa.  Najdłużej 
moczył się Bartolini, nucąc pod nosem włoską piosenkę „Wróć do Sorrento”. Ale i on w końcu dostał 
gęsiej skórki, co skłoniło go do opuszczenia rzeki. 
Ciepło oraz przyjemne bulgotanie wody szybko uśpiły czwórkę przyjaciół. Bartoliniemu przyśniła się 
córeczka Nasturcja. Bawiła się wielką, kolorową piłką na łące pełnej kwitnących maków. Zdawało mu 
się, że wystarczy wyciągnąć rękę, aby pogłaskać dziewczynkę po ciemnych i krętych włosach, ale gdy 
tylko  spróbował  to  uczynić,  Nasturcja  lekko  odbiła  się  od  ziemi  i  wskoczyła  na  obłoczek,  sunący 
spokojnie  po  błękitnym  niebie.  Spróbował  uczynić  to  samo,  ale  widocznie  podskoczył  zbyt  mocno  i 
wylądował  na  drugiej  chmurce,  która  niesiona  przeciwnym  wiatrem  oddalała  się  coraz  bardziej  od 
obłoku  z  Nasturcją.  Daremnie  wyciągał  swe  krótkie  i  pulchne  ręce,  odległość  między  nimi  rosła  z 
każdą  chwilą.  Zrobiło  mu  się  tak  smutno,  że  usiadł  na  skraju  chmury  i  zapłakał.  To  go  obudziło. 
Spojrzał na zegarek i zorientował się, że jest już piąta po południu. 
- Wstawajcie! - zawołał do przyjaciół. - Czas jechać dalej. Musimy przecież znaleźć miejsce na biwak. 
Smok usiadł i przetarł zaspane oczy. 
-  Otwieram  naradę  produkcyjną  -  rzekł  po  chwili,  gdy  już  całkiem  oprzytomniał.  -  Jako  ludzie 
nowocześni  musimy  działać  planowo  w  myśl  zasad  naukowej  organizacji  pracy.  Proponuję 

background image

 

57 

następujący  porządek  dzienny:  referat  zasadniczy  na  temat  warunków  koniecznych  do  założenia 
pierwszorzędnego biwaku. 
- Potem dyskusja - dodał profesor, wpadając w żartobliwy ton Smoka. 
- I wolne wnioski - uzupełnił książę. - Zebranie bez wolnych wniosków nic nie jest warte. 
- Oczywiście - zgodził się Smok. 
- Kto wygłosi referat? - zapytał kucharz. 
- Ja - odparł Smok. - Ogromnie lubię wygłaszać referaty. A więc do roboty. Udzielam głosu samemu 
sobie. Czy są jakieś sprzeciwy? 
Sprzeciwów nie było, wobec czego Smok przystąpił do referowania sprawy. 
- Przede wszystkim musimy się ulokować z dala od szosy. Nie lubię spać, gdy samochody jeżdżą mi 
po głowie. 
- Brawo - krzyknął Bartolini.  
Smok spojrzał na niego surowo. 
- Proszę nie przerywać. Po drugie: w pobliżu musi być źródełko, żeby można było ugotować zupę i 
herbatę. Po trzecie: gałęzie na ognisko. Po czwarte... Hm, czy nie wiecie, co ma być po czwarte? 
- Strumyk, który ukołysze nas do snu. 
-  Zgoda.  Strumyk  musi  być  koniecznie.  Bez  tego  ani  rusz.  Skończyłem.  Otwieram  dyskusję  nad 
referatem. 
Książę wyciągnął dwa palce: 
-  Po  tak  wszechstronnym  i  wyczerpującym  referacie  stawiam  wniosek  o  dokonanie  wizji  lokalnej. 
Siadajmy na rowery i jedźmy szukać idealnego miejsca pod obóz. 
Wniosek przyjęto większością głosów, przy jednym wstrzymującym się. Był nim Gąbka, który tak się 
zapatrzył na kroczącego za rzeką bociana, że zapomniał o naradzie. 
Nikogo to nie zdziwiło. Baltazar zawsze był zdania, że „kle-kle” najzwyklejszego boćka jest znacznie 
ciekawsze od „ple-ple” wielu ludzkich narad. 
Wyjechali więc na szosę, aby zgodnie z podjętą uchwałą wyszukać Idealne Miejsce na Biwak. 
Zasługa  odkrycia  go  przypadła  w  udziale  Smokowi,  który  nadal  jechał  na  czele  grupy.  Wkrótce 
spostrzegł on wylot małej dolinki, utworzonej przez strumyk wpadający do rzeki. Brzegiem strumyka 
wiodła wąska ścieżka, ginąca za skalnym urwiskiem. 
- Jedziemy w tę dolinkę - zawołał. - Byle dalej od szosy. 
Tuż za urwiskiem ścieżka skręcała w  prawo i wyprowadzała na niewielką polankę usianą krzakami 
jałowca. Było tu niezwykle zacisznie i spokojnie. 
- A gdzie źródełko? - zapytał zawiedziony profesor. 
-  Trudno,  mój  drogi  -  odparł  Smok.  -  Będziemy  gotować  na  wodzie  ze  strumyka.  Jest  przecież 
cudownie czysta, bo leci prosto z lasu. A spanie będzie na sto dwa! 
W niedługim czasie na polanie stanęły dwa żółte namioty, a przed nimi  wyrósł  potężny stos gałęzi. 
Bartolini  wydobył  z  plecaka  zapasy  żywności,  a  książę  zabrał  się  do  ostrzenia  patyków,  na  których 
miano piec kiełbasę. Smok nadmuchał materace, co było dla niego drobnostką, po czym syty chwały 
usiadł na pniu i zapalił fajeczkę. 
A  profesor,  zaopatrzony  w  mały  reporterski  magnetofon,  wybrał  się  na  spacer  w  górę  strumienia, 
zapowiadając  powrót  za  pół  godziny.  Gdy  nie  wrócił  w  oznaczonym  terminie,  pośpieszył  za  nim 
książę  Krak,  który  wiedział,  że  Baltazar  traci  na  spacerze  poczucie  czasu  i  przestaje  spoglądać  na 
zegarek. 
Przecisnąwszy  się  przez  zarośla  łopianów,  przypominających  uszy  słoni,  książę  znalazł  się  nad 
brzegiem strumienia.  Nisko wiszące słońce, przesiane przez gałęzie drzew,  oświetliło mu niezwykły 
widok.  Oto  Baltazar  Gąbka,  tkwiąc  w  wodzie  po  kolana,  pochylał  się  nad  głazami,  przez  które 
przelewały się spienione fale. Na szyi profesora wisiał magnetofon, a w ręce błyskał krążek mikrofonu. 
Nie ulegało wątpliwości, że uczony nagrywa szum potoku. 
Po chwili Baltazar wyprostował się i wrócił na brzeg. Gdy spostrzegł księcia, uśmiechnął się z lekkim 
zażenowaniem, jakby przyłapany na gorącym uczynku. 
- W Zagórzu nagrałem pianie koguta - rzekł do przyjaciela. - Mam też gdakanie kwoki i gęganie gęsi. 
Brakowało mi szumu wody. 
- O ile sobie przypominam, masz też kasetę z kumkaniem żab. 

background image

 

58 

Baltazar ostrożnie włożył magnetofon do torby. 
- Nie tylko - pochwalił się. - Pewnego dnia w maju wyszedłem na wieczorny spacer w okolicę mojego 
osiedla. Zachował się tam mały lasek, rosnący na starym forcie. I wyobraź sobie, że udało mi się nagrać 
śpiew  słowika!  Gdy  połączę  te  wszystkie  taśmy,  będziemy  mieć  miłą  muzykę  na  jesienne  i  zimowe 
wieczory. 
-  Musisz  jeszcze  nagrać  owcze  dzwoneczki  -  zaproponował  książę.  -  A  także  szczekanie  psów 
pasterskich i beczenie baranów. 
- Oczywiście. Zmontuję z tego symfonię pt. „Głosy wsi polskiej”. 
- Nie zapomnij jednak o pykaniu traktorów i buczeniu młockarni - dodał Krak - bo to także są głosy 
wsi polskiej. Za naszych czasów mógłbyś nagrać skrzypienie studziennych żurawi, ale obawiam się, że 
dziś mielibyśmy z tym duży kłopot. 
- Są jeszcze gdzieniegdzie - odparł profesor. - Ale już bardzo rzadko. 
Obaj przyjaciele usiedli nad urwiskiem w blasku odbitego od wody słońca. Lekki wietrzyk przyniósł z 
łąk zapach wyschniętego siana. 
- To by nie było takie trudne-rzekł nagle Gąbka do siebie. 
Krak spojrzał na niego ze zdziwieniem: 
- O czym mówisz? 
-  O  baltazaronie  -  wyjaśnił  profesor.  -  Wiesz  przecież,  że  baltazaron  dodany  do  benzyny  zupełnie 
usuwa szkodliwe działanie spalin. 
- O tym wie już każde dziecko w Polsce. 
-  Przyszło  mi  teraz  na  myśl,  że  do  tej  mieszanki  można  by  dodać  trochę  zapachu  siana.  Czy 
wyobrażasz sobie, jak przyjemnie zrobiłoby się na ulicach miast? 
Książę zerwał liść mięty, roztarł go na dłoni i powąchał. 
- Można by też dodać olejku miętowego... 
-  A  może  jeszcze  różanego?  -  zaśmiał  się  Gąbka  -  niestety  taka  mieszanka  byłaby  za  droga,  a  stacje 
benzynowe zamieniłyby się w perfumerie. 
- Wracajmy - rzekł książę. - Czuję dym. Bartolini pichci już kolację. 
Wieczorem  spoza  krawędzi  wzgórza  wypłynął  księżyc  i  posrebrzył  wody  strumienia,  rozłożyste 
gałęzie świerków, zwilżone rosą kamienie oraz strzeliste krzaki jałowców. 
Bartolini dorzucił chrustu do ogniska, a Smok począł przebierać palcami po strunach gitary. Po chwili 
z  jego  ust  popłynęły  słowa  piosenki,  którą  lubił  nucić  w  dawnych  czasach,  siedząc  na  ławce  przed 
Jamą. 
 
Znam psa, który chce być skowronkiem,  
znam kota, co się chce zamienić w biedronkę,  
znam wronę, która chce być świnką,  
i chłopczyka, który chce zostać dziewczynką. 
 
Znam Kasię, która chce być Krysią, 
znam Hankę, która chce być Wisią, 
znam Zbyszka, który pragnie być Władkiem, 
nawet wnuka, który chce być swym dziadkiem. 
 
Lecz ja smokiem chcę zostać na zawsze,  
życie smoka jest dla mnie najciekawsze.  
Chcę mieć ogon swój własny,  
pod Wawelem kąt ciasny 
chcę, by łuski me lśniły jak złoto, brylanty,  
chcę w Wiśle wciąż pływać, 
ładne kwiatki z łąk zrywać,  
a wieczorem na spacer iść sobie  
przez Planty... 
 

background image

 

59 

Gdy przebrzmiały ostatnie słowa piosenki, do uszu siedzącej przy ogniu gromadki doleciał okrzyk: 
- Wonderfull! Wspaniałe! Nie wiedziałem, że pan Smok tak fajno śpiewać. 
Słowa  te  wyszły  z  ust  mężczyzny  w  czarnym,  szerokoskrzydłym  kapeluszu.  Niespodziewany 
przybysz stanął w kręgu światła rzucanego przez ognisko i wtedy poznali w nim jednego z bratanków 
Pietruszki. 
- Co pan tu robi? - zapytał książę. 
-  Długo  was  szukać  i  na  szczęście  znaleźć  -  odparł  mężczyzna  w  czarnym  kapeluszu.  -  Kochany 
wujaszek  zapraszać  Iwas  do  „Rancho  Texas”.  On  już  kupić  ekstra  bungalow  z  garaż  i  telewizor  i 
czekać na mister Smok and company. 
- Niech pan siada - powiedział profesor. 
-  Dziękuję.  Ja  stać,  żeby  nie  poplamić  spodnie.  To  bardzo  blisko,  piętnaście  kilometrów.  Naprzód 
będzie zajazd „Pod Rumcajsem”, potem droga w lewo aż do sam „Rancho Texas”. 
- Proszę powiedzieć drogiemu wujaszkowi - rzekł Smok - że bardzo dziękujemy za zaproszenie, ale 
przyjedziemy dopiero jutro przed południem. Dziś tu będziemy spać. 
- Jak chcecie - odparł przybysz niezbyt grzecznym tonem. - Ale czy wy się nie boicie wilki? 
Na te słowa Bartolini podskoczył jak oparzony: 
- Mamma mia! Bać się wilków, kiedy jest z nami Smok Wawelski? Pan chyba żartuje. 
- Dobra, dobra - rzekł bratanek Pietruszki. - To ja wrócić do „Rancho Texas” i powiedzieć wujaszkowi, 
że jutro wy tam być. Dobranoc. 
- Dobranoc, dobranoc. I niech pan sam uważa na wilki... 
- Ja mieć broń, to się nie bać wilki. Good-bye! Gdy wysłannik milionera zniknął za krawędzią skały, 
Smok odłożył gitarę i przeciągnął się, aż mu chrupnęło w stawach. 
- Bardzo chciałbym wiedzieć, w jaki sposób ten facet trafił do nas. Przecież to spory kawałek od szosy. 
- Może zauważył ognisko? 
-  Wątpię.  Jesteśmy  za  pagórkiem  i  z  drogi  nas  nie  widać.  Ciągle  mi  się  zdaje,  że  już  go  kiedyś 
widziałem. 
- Widziałeś go dziś rano - rzekł książę. 
- Nie, to nie to... Chodzi o głos i sposób mówienia. Wszystko razem jest bardzo dziwne. Jutro muszę się 
mu dokładnie przyjrzeć. 
Z tymi słowy wczołgał się do namiotu. 
- Ja już śpię i wam radzę zrobić to samo. 
 

Rozdział XXII - CO BYŁO POD SIODEŁKIEM... 

 
O  wschodzie  słońca  Smok  obudził  się  ł  delikatnie  opuścił  namiot,  aby  nie  potrącić  śpiącego  jeszcze 
Kraka. 
Tuż przy ziemi leżała mgła, ale zaróżowione wierzchołki drzew rysowały się na tle czystego nieba. W 
porannej  ciszy  słychać  było  wyraźnie  bulgotanie  wody  w  strumieniu.  Z  daleka  doleciał  sygnał 
parowozu, a po chwili stukot kół pociągu jadącego za lasem. 
Zgodnie ze swym zwyczajem Smok wykonał codzienną porcję ćwiczeń gimnastycznych, a następnie 
wykąpał  się  w  potoku.  Włożywszy  na  siebie  dres,  powędrował  z  biegiem  strumienia  i  po  kilku 
minutach dotarł do szosy. 
- Tak - powiedział do siebie. - Ten podejrzany bratanek nie mógł stąd widzieć naszych namiotów ani 
ogniska. W takim razie skąd wiedział, jak do nas trafić? Oto jest pytanie! 
Rzeźwe  powietrze  pachniało  mgłą,  wilgotną  trawą,  mchem.  Na  gałązkach  krzewów  srebrzyły  się 
pajęcze nitki. W olszynowym zagajniku skrzeczała sroka. Korzystając z tego, że szosa była pusta, Smok 
przebiegł  truchcikiem  kilkaset  metrów.  Zadowolony,  że  nadal  jest  w  doskonałej  formie,  wrócił  do 
obozu i  zabrał się do czyszczenia  roweru przy pomocy suchej i  miękkiej szmatki. Aby ułatwić sobie 
pracę, postawił rower kołami do góry i wtedy ujrzał coś, czego się zupełnie nie spodziewał. Oto pod 
siodełkiem  znajdowało  się  jakieś  maleńkie  pudełeczko,  przymocowane  dwoma  skrzyżowanymi 
paskami przylepca. 
Ki diabli? - pomyślał. - Przecież ja tego tu nie umieściłem... 
Oderwał przylepiec i stwierdził, że pudełeczko jest zrobione ze sztucznego tworzywa. Niewiele myśląc 

background image

 

60 

zmiażdżył je w swych potężnych zębach. 
Wewnątrz  znajdowała  się  płytka  z  laminatu,  pokryta  dziwnym  deseniem  różnobarwnych, 
przecinających się linii, miniaturowe cewki i wałeczki oraz maleńki krążek, przypominający pastylkę 
jakiegoś lekarstwa. Smok obejrzał to wszystko, a nawet powąchał i przyłożył do ucha. 
- Hm - mruknął. - Nie powiem, żebym był mądrzejszy niż na początku. Wiem tylko jedno, że to coś nie 
należy do normalnego wyposażenia roweru. 
Schował aparacik do kieszeni i postanowił obudzić przyjaciół. 
Co cztery głowy, to nie jedna, choćby taka duża jak moja - pomyślał nie bez słuszności. 
Wypełzali z namiotów, przecierając sklejone, snem oczy. 
-  Mamy  dziś  22  sierpnia,  imieniny  Cezarego  i  Tymoteusza  -  mówił  żartobliwie  Gąbka,  na 
podobieństwo radiowego spikera. - Pogoda zapowiada się piękna, Polska znajduje się w zasięgu wyżu 
znad Skandynawii... 
- Nie wygłupiaj się - rzekł Smok - tylko patrz, co znalazłem pod siodełkiem roweru. 
- Co to? 
- Ja też chciałbym wiedzieć. 
Profesor założył na nos okulary i obejrzał zdemolowany nieco aparacik. Po chwili podniósł wzrok na 
Smoka. 
- Czy pamiętasz ten film w telewizji o gangsterach? To było jakieś trzy tygodnie przed wyjazdem na 
wyprawę. Gangsterzy obrabowali bank i chcieli prysnąć za granicę. 
- Do czego zmierzasz? 
- Coś mi świta w łepetynie, więc pozwól, że skończę, bo jak ucieknie, to żegnaj, Karolu... Tam był taki 
detektyw, któremu udało się zdobyć zaufanie bandytów. Uważali go za swojego. 
- Nadal nic nie rozumiem. 
- Czekaj, czekaj. I ten facet założył pod zderzakiem samochodu szefa miniaturowy nadajnik radiowy. 
Gnali do granicy po górskich drogach, a za nimi policja... A skąd policja wiedziała, gdzie ich szukać? 
- Już nic nie musisz mówić! - ryknął Smok, dla którego nagle wszystko stało się jasne i zrozumiałe. - 
Teraz już wiem, dlaczego ta cholerna Pietruszka dogoniła nas na szosie i w jaki sposób ów bratanek 
trafił wczoraj do naszego obozu. O, łajdaki! 
Zgrzytnął zębami, aż po obecnych przeszedł dreszcz, i odebrał aparat z rąk Gąbki. 
- Sprawa jest poważna - powiedział książę. - Jesteśmy przez nich śledzeni. Tylko nie wiem, w jakim 
celu. 
-  To  się  wkrótce  okaże  -  rzekł  Smok  zdecydowanym  tonem.  -  Zaraz  po  śniadaniu  jedziemy  do  tego 
„Rancho  Texas”  czy  jak  mu  tam.  I  nich  mnie  drzwi  ścisną,  jeżeli  do  wieczora  pan  Pietruszka  nie 
znajdzie się w kryminale! 
- Razem ze swymi  bratankami - dodał Bartolini.  -  Czuję, że będzie niesamowita draka, ale mogę się 
założyć o tabliczkę czekolady, że zrobimy ich na szaro. Mamma mia! 
- Oni są uzbrojeni - zauważył rzeczowo książę. 
-  My  też!  -  krzyknął  kucharz  i  wywinął  młynka  swą  rożnoszpadą. -  Przydała  się w  walce  z  Wirem-
Siąpawicą, to przyda się i teraz w walce z panem Pietruszką! 
W  godzinę  po  wyjechaniu  na  szosę  ujrzeli  gospodę  „Pod  Rumcajsem”.  Na  parkingu  stało  kilka 
samochodów, a z komina budynku unosiło się błękitne pasemko dymu. 
- Wkrótce powinna być droga w lewo - rzekł książę. - Musimy uważać, żeby jej nie minąć. 
Po przejechaniu dwóch kilometrów spostrzegli drogowskaz z napisem „Rancho Texas”. 
-  Skręcamy  -  zawołał  Smok.  -  Wprowadzam  stan  ostrego  pogotowia!  Znajdujemy  się  na  terytorium 
wroga! 
 
* * * 
Killy przyłożył odbiornik do ucha. Usłyszał szereg wysokich, szybko powtarzających się sygnałów: pi, 
pi, pi, pi... 
- Już zjechali z szosy. 
Sally  bez  słowa  odbezpieczył  pistolet  i  schował  go  do  kieszeni.  Billy  uczynił  to  samo.  Następnie 
obydwaj włożyli do ust nowe kawałki gumy do żucia. 
Joe Pietruszka rozparł się wygodnie w fotelu. 

background image

 

61 

-  Jest  teraz  dziesiąta  godzina.  Wkrótce  powinni  być  na  miejscu.  Zanim  się  rozgoszczą  i  odpoczną, 
będzie południe. Potem zawiozę ich na obiad do gospody „Pod Rumcajsem”. Popołudnie przeznaczam 
na  spacer  i  ewentualną  drzemkę.  Decydującą  rozmowę  ze  Smokiem  wyznaczam  na  godzinę 
dwudziestą. Zegarki sprawdzone? 
- Tak jest, szefie. 
- Dobrze. Teraz musicie zniknąć. Powiem, że poszliście na grzyby. Koszyki macie? 
- Tak jest, szefie. 
- W porządku. O dwudziestej musicie być w oznaczonym miejscu. Gdy załatwię Smoka, nadam wam 
sygnał „Biedroneczki są w kropeczki”. Co wtedy macie zrobić? 
-  Postarać się  o  ciężarówkę  i  jak  najszybciej  przyjeżdżać. Ale chwileczkę,  szefie, co  zrobimy  z resztą 
towarzystwa? 
Pietruszka pogardliwie wydął wargi. 
- I ty się mnie o to pytasz? Gdy im zagrożę zabiciem Smoka, zgodzą się na wszystko, czego od nich 
zażądam. Te głuptaki poszłyby za nim nawet w ogień. Zapakujemy bractwo do ciężarówki i pryskamy 
za granicę. Ja pojadę przodem i przekupię celników. Zrozumiano? 
- Tak jest, szefie. 
- A więc spływajcie - rzekł Joe i władczym ruchem ręki wskazał im drzwi. 
Po  chwili  trzech  ponurych  drabów  w  szerokoskrzydłych  kapeluszach  zniknęło  między  drzewami 
pobliskiego lasu. Pietruszka zapalił cygaro i założył nogę na nogę. 
Pół godziny relaksu dobrze mi zrobi - pomyślał i przysunął do siebie kieliszek napełniony francuskim 
koniakiem, pochodzącym, rzecz jasna, z zapasów mr Johna Samuela Rollmopsa. 
Na stole, w kryształowym flakonie, pysznił się bukiet jesiennych astrów. 
To powinno wywrzeć dobre wrażenie - pomyślał, przypominając sobie ładny ogródek przed Smoczą 
Jamą. - Słowianie są sentymentalni, a Smok jest przecież czystej krwi Słowianinem. 
Goście  przybyli  w  przewidywanym  czasie.  Na  dźwięk  rowerowych  dzwonków  Joe  zerwał  się  z 
miejsca i stanął na drewnianym ganeczku. 
- Witajcie, kochani - zawołał wylewnie. - Proszę do środka. Czym chata bogata, tym rada. 
- Że bogata, to widać-szepnął Smok do siebie. - Ale kto będzie rad, to się jeszcze okaże. 
 
* * * 
Trójka rzezimieszków maszerowała przez las, jeżeli nieustanne potykanie się o korzenie drzew można 
nazwać marszem. Killy narzekał na ciasne lakierki, a Sally przeklinał na głos kapelusz, który zrywany 
gałęziami drzew wciąż spadał mu z głowy. 
- Strasznie dziki ten kraj - mruczał Billy. - Któż to widział, żeby leśne ścieżki nie były asfaltowane! Ani 
jednej lampy, ani ławeczki, żeby można było odsapnąć. 
- Dotychczas myślałem, że nogi są po to, żeby naciskać pedał gazu - stęknął Sally - a nie po to, żeby 
łazić po takich bezdrożach. 
- Szef nie płaci nam za myślenie, tylko za posłuszeństwo - pouczał go Killy. - Ile razy muszę ci o tym 
przypominać? 
Od  czasu  do  czasu  schylali  się,  aby  zerwać  kilka  grzybów,  o  których  oczywiście  nie  mieli  żadnego 
pojęcia. Najłatwiej było o muchomory, toteż wkrótce nazbierali ich tyle, że mogliby wytruć wszystkie 
muchy w promieniu stu kilometrów. Chodziło im o to, aby w razie spotkania z jakimś gajowym lub 
leśnikiem wyglądać na spokojnych letników, bawiących się niewinnym grzybobraniem. 
Konieczność  wielogodzinnego  pętania  się  po  lesie  wprowadziła  ich  w  tak  zły  humor,  że  co  chwila 
rozpoczynali  kłótnie  o  byle  głupstwo.  Każdy  z  nich  marzył  w  skrytości  ducha,  aby  jak  najszybciej 
zasiąść wokół suto zastawionego stołu i przy butelce rumu wspominać dawne dobre czasy. 
Szefowi  to  dobrze  -  rozmyślał  Killy,  sprawdzając  kurs  przy  pomocy  kompasu.  -  Siedzi  sobie  w 
gospodzie  „Pod  Rumcajsem”  i  omawia  interes  z  tymi  dziwakarni,  a  ty,  człowieku,  włócz  się  po 
wertepach i ślizgaj po błocie. Ech, życie, życie... Cała nadzieja w tym, że ten głupi Smok zbaranieje do 
reszty, kiedy szef zadzwoni mu przed uchem kieską pełną złota. 
-  Gdybym  ja  był  na  miejscu  szefa  -  rzekł  w  pewnej  chwili  Sally  -  tobym  się  nie  bawił  w  żadną 
dyplomację, tylko stuknąłbym Smoka młotkiem w łeb i do worka! 
- Pewnie że tak byłoby najlepiej - przyznał Billy. Wydostawszy się wreszcie z lasu w okolicę asfaltowej 

background image

 

62 

szosy,  trójka  „bratanków”  legła  w  cieniu  krzaków,  aby  rozprostować  utrudzone  marszem  kości. 
Miejsce idealnie nadawało się do urządzenia zasadzki. Droga wiodła ostrymi zakosami do góry, a w 
pobliżu nie było żadnych zabudowań. 
- Do wieczora mnóstwo czasu - rzekł Killy. - Możemy sobie uciąć drzemkę. 
To  mówiąc  nastawił  budzik  na  godzinę  19.30  i  nakrywszy  twarz  kapeluszem,  zamknął  oczy.  Sally  i 
Billy uczynili to samo. 
 
* * * 
Mimo  usilnych  starań  nie  udało  się  Pietruszce  namówić  swoich  gości  do  zamieszkania  w  „Rancho 
Texas”.  Nocleg  pod  namiotami  tak  im  zasmakował,  że  postanowili  rozbić  obóz  w  pobliżu  domku 
milionera. 
- Mam kolorowy telewizor - kusił ich Pietruszka. - Możemy sobie obejrzeć festiwal w Sopocie. 
- Jeszcze czego - oburzył się Gąbka. - Wolę słuchać koncertu świerszczy. 
- Oddaję wam do dyspozycji swoją łazienkę... 
- To jest niezły pomysł - zgodził się Smok. - Chętnie wykąpię się w ciepłej wodzie. Ale spać będę w 
namiocie. 
- A gdzie są bratankowie? - zapytał książę. 
- Poszli na grzyby - wyjaśnił Joe. - Jeżeli przyniosą, możemy je usmażyć. Nie macie pojęcia, jak ja lubię 
grzyby. Co najmniej tak samo jak was. 
- Z tą tylko różnicą - uśmiechnął się Gąbka - że my jesteśmy niejadalni. 
Milioner wyglądał na zachwyconego. 
-  Wonderfull!  Profesorze,  jest  pan  najdowcipniejszym  człowiekiem  pod  słońcem.  Czuję,  że  razem 
potrafimy zawojować cały świat. 
- Naprzód należałoby go zapytać, czy chce być przez nas zawojowany - rzekł profesor. - Co do mnie, 
mam pewne wątpliwości w tym względzie. 
- Postaram się je rozproszyć - zakończył rozmowę Pietruszka. - Zapraszam więc do siebie na godzinę 
dwudziestą.  Spędzimy  uroczy  wieczór.  Od  dawna  marzyłem  o  tej  chwili.  Moi  bratankowie  będą 
zachwyceni. Aha, i jeszcze jedno, nie musicie przebierać się w wieczorowe stroje. 
- To dobrze - rzekł Smok - bo nasze garnitury oddaliśmy do chemicznej pralni... 
 

Rozdział XXIII - DECYDUJĄCA ROZMOWA 

 
Bartłomiej powiesił kociołek z wodą nad ogniskiem i usiadł na kamieniu dzierżąc w ręce najnowszy 
numer „Płomyczka”, kupiony jeszcze przedwczoraj w Sanoku. 
Wzrok kucharza padł na stronę z rozrywkami umysłowymi. 
Doskonale - pomyślał - nigdy nie należy pomijać sposobności do wyćwiczenia swego umysłu. Przez 
ten czas woda się zagotuje i będzie można zrobić herbatę. 
Smok, Gąbka i Krak rozłożyli się obok na kocach. 
- Jak myślicie - zapytał kucharz - kto to może być: „legendarny założyciel Krakowa”? 
- Oczywiście że Krak - rzekł profesor. 
- Z tym zastrzeżeniem - uzupełnił książę - że wcale nie jestem osobistością legendarną. 
- Ale do tej pory uchodziłeś za postać z legendy. Po prostu nie wszyscy ludzie oswoili się jeszcze z 
prawdą. Co tam jest dalej? 
- Miasto Rzym po łacinie - przeczytał Bartłomiej. - Z tym będzie kłopot, bo nie znam łaciny. 
- Ale ja znam - powiedział książę. - Napisz ROMA. 
- Już piszę! Kochani, cóż bym zrobił bez was? A teraz następny punkt: część ciała na cztery litery. 
- OKO - ryknął Smok, bardzo z siebie zadowolony. 
- Zwariowałeś? Oko ma tylko trzy litery. 
- Racja - zawstydził się Smok. - To może NOGA? Są cztery litery. 
- Nic z tego - zmartwił się kucharz. - To słowo musi się zaczynać na literę K. 
Zapanowało  milczenie,  które  po  chwili  przerwał  odgłos  silnego  klapnięcia.  To  Smok  uderzył  się  w 
kark, spędzając z niego końską muchę. 
-  Pisz  KARK  -  zawołał  do  Bartłomieja.  -  Zaczyna  się  na  K  i  ma  cztery  litery.  Ale  teraz  ja  dam  ci 

background image

 

63 

zagadkę. Co to jest: zaczyna się na literę „w”, ma też cztery litery, kipi i zalewa nam ognisko? 
- WODA - ryknął kucharz, zerwał się z miejsca i odstawił kociołek na bok. 
- Zaraz będzie podwieczorek - powiedział i w pośpiechu wsypał do wrzątku całą paczkę herbaty. 
- Człowieku! - krzyknął Smok. - Po tak mocnej herbacie nie zmrużymy oka tej nocy! 
Były to prorocze słowa, ale oczywiście nikt z obecnych nie miał o tym najmniejszego pojęcia... 
- W czyim plecaku jest cukier? 
-  Chyba  w  mdim  -  rzekł  Gąbka.  -  Zaraz  sprawdzę.  Wydobywszy  z  głębi  plecaka  puszkę  z  cukrem, 
profesor nagle pobladł i trzymając ją w ręce, wyjąkał: 
- A gdzie mój magnetofon?  
Smok przerwał krajanie chleba. 
- W twoim plecaku. 
- Nie ma go! 
- Mamma mia! - zawołał Bartolini. - Zobacz dokładnie. 
- Nie ma go, nie ma - powtarzał Gąbka z rozpaczą. - Musiał zostać na ostatnim biwaku. 
-  Wczoraj  wieczorem  nagrywałeś  szum  strumienia  -  rzekł  Krak.  -  Pamiętam,  że  przyniosłeś 
magnetofon do obozu. 
- Tak, przecież potem nagrałem jeszcze piosenkę Smoka. Sprawdźcie swoje plecaki. 
Po chwili na kocu znalazła się cała zawartość plecaków. Magnetofonu jednak nie było. 
- Wracamy po niego - zdecydował książę. - Jestem przekonany, że nikogo tam nie było po nas. 
- Pojadę z wami - postanowił kucharz, któremu widok twarzy Baltazara omal nie wycisnął łez z oczu. - 
A może Smok chce jechać? 
- Wolałbym tu zostać i zastanowić się spokojnie nad wieczorną rozmową z Pietruszką. Tylko wróćcie 
na czas. 
- Bez plecaków pojedziemy szybko. 
- Co za dureń ze mnie - rozpaczał profesor. - Jak można być tak roztargnionym! 
-  Wielcy  uczeni  często  bywali  roztargnieni  -  pocieszył  go  książę.  -  Czytałem,  że  jakiś  znakomity 
wynalazca ugotował na miękko swój zegarek, patrząc na trzymane w ręce jajko... No to jedziemy! 
- Szerokiej drogi! - krzyknął za nimi Smok. 
Po odjeździe przyjaciół usiadł na miejcu Bartoliniego i zadumał się. 
Ciekaw  jestem  -  pomyślał  -  jaką  minę  zrobi  mister  Pietruszka,  gdy  pokażę  mu  pudełeczko. 
Przypuszczam, że nie będzie to mina zbyt mądra... 
 
* * * 
Podczas gdy „zbzikowani rowerzyści” rozbijali swe namioty na pobliskiej łące, Pietruszka, ukryty za 
firanką,  obserwował  ich  przez  lornetkę.  Doświadczonym  okiem  gangstera  pierwszej  klasy  oceniał 
atletyczną sylwetkę Smoka, obliczając w myśli dawkę obezwładniającego środka, który trzeba będzie 
mu zaaplikować w wypadku odmowy współpracy. 
Wyjazd Kraka, Gąbki i Bartoliniego niezmiernie go ucieszył. 
Oto woda na mój młyn - pomyślał radośnie. - Teraz albo nigdy! 
Opuścił swój punkt obserwacyjny i powędrował do Smoka. 
-  Może  wpadniesz  do  mnie  -  zaproponował,  starając  się  nadać  swemu  głosowi  jak  najzwyklejsze 
brzmienie. 
- Chętnie. Ale muszę pilnować obozu. 
- Nic mu nie grozi. Widać go dobrze z domu. A dokąd to pojechali twoi przyjaciele? 
- Po magnetofon. Baltazar zostawił go na poprzednim biwaku. 
- No to chodźmy... 
Zaprosił swego gościa do zajęcia miejsca w wygodnym fotelu, sam zaś poszedł do kuchni po koktajl. 
Smok z przyjemnością spojrzał na bukiet astrów. 
Może oceniam go niesprawiedliwie. - pomyślał o gospodarzu - Człowiek, który lubi kwiaty, nie może 
być łotrem. 
Joe wniósł szklanki z brunatnym napojem, w którym pływały kostki lodu. 
-  Piję  na  twoje  zdrowie  -  powiedział.  -  I  na  zdrowie  twoich  kumpli.  Szkoda  że  nie  jesteście 
Barpiwończykarni. 

background image

 

64 

- Dlaczego? 
-  Barpiwonia  byłaby  dumna  z  takich  obywateli.  Ale  nic  straconego.  W  każdej  chwili  możecie  nimi 
zostać. 
- Jakim cudem? 
- Nie trzeba cudu. Pojedziecie ze mną do Barpiwonii i ja to załatwię. 
- Nie mógłbym żyć w kraju, w którym nie ma Wawelu, Smoczej Jamy i hejnału z wieży Mariackiej - 
rzekł Smok i wypił kilka łyków zimnego płynu. 
- Urządzę was tak, że do końca życia nie zaznacie żadnych kłopotów. 
- Teraz też nie mamy żadnych kłopotów. Joe usiadł naprzeciw Smoka. 
- Chyba żartujesz. Mógłbyś zrobić wielką karierę, a tymczasem siedzisz w jakiejś norze i pozwalasz się 
oglądać szkolnym wycieczkom. 
- Ja bardzo lubię dzieci. 
- U mnie będziesz ich mieć do syta, na śniadanie, obiad i kolację! 
- Zwariowałeś? Ja dzieci nie jadam. I prószę cię, żebyś nie obrażał Smoczej Jamy. Tu się urodził mój 
tata, tata mego taty i tata taty mego taty! 
- Pomyśl  też  o  swoich  kolegach  -  ciągnął  nie  zrażony Pietruszka.  -  Taki Krak  mógłby  u  mnie  zrobić 
wielkie  pieniądze  choćby  za  samo  pokazywanie  się  na  jarmarkach.  Przecież  to  prawdziwy  książę,  a 
takich nie ma już wielu na świecie. Za jedno uściśnięcie swej ręki mógłby brać po pięć zieleńców! 
-  Powiedzmy,  że  masz  słuszność  -  rzekł  Smok.  -  Ale  musisz  przyznać,  że  Baltazar  ma  znakomite 
warunki do pracy. A Bartolini prowadzi najlepszą restaurację w kraju. Wątpię, żeby chcieli pojechać do 
tej jakiejś Barpiwonii. 
- Zrobią, co im każesz. 
- Nie mogę im nic rozkazywać. To wolni ludzie! Pietruszka pominął tę uwagę milczeniem, gdyż nie 
wiedział, co na nią odpowiedzieć. Aby pokryć chwilowe zmieszanie, napełnił znów szklanki. 
- Smakuje ci? 
- Owszem. Co to? 
-  Gonokoka-kola  -  wyjaśnił  gospodarz.  -  Mojej  produkcji.  Ach,  gdybyś  ty  zechciał  ze  mną 
współpracować! 
- To co? 
- Zrobilibyśmy z całego świata taki sam raj, jakim jest Barpiwonia! Czy wiesz - mówiąc to przysunął się 
z fotelem do Smoka - czy wiesz, że my dwaj moglibyśmy zrobić największy biznes wszystkich czasów? 
Całe życie marzyłem, żeby mieć takiego współpracownika - zapalał się coraz bardziej. - Gdybyś ty był 
ze mną, nikt nie ośmieliłby się pisnąć, że Joe Pietruszka to zwykły gangster i wyrzutek społeczeństwa. 
Wszyscy by się nas bali! 
Smok skrzywił się z niesmakiem. 
- Chcesz uszczęśliwiać ludzi przy pomocy strachu? To nieładnie. 
-  Ładnie  czy  nieładnie,  drobiazg.  Ale  skutecznie.  Żebyś  wiedział,  ile  ja  zieleńców  wydałem  na  tę 
podróż! A Joe Pietruszka nigdy nie marnuje pieniędzy na głupstwa. 
Wtedy Smok zrozumiał, że przyszedł  czas na mocny cios. Wyjął  z kieszeni  aparacik znaleziony pod 
siodełkiem roweru i zapytał prosto z mostu: 
- Nawet na takie? 
Zaskoczony Pietruszka na chwilę zaniemówił. Ale natychmiast odzyskał tupet i roześmiał się: 
- Ach, o tym mówisz? To niewinna zabawka... Po prostu nie chciałem tracić czasu na szukanie cię po 
tym dzikim kraju. 
Tego już było Smokowi za wiele. Poczuł, że kolce zaczynają mu się jeżyć na grzbiecie. 
- Pozwól więc sobie powiedzieć, że, po pierwsze, ten kraj wcale nie jest tak dziki, jak ci się wydaje, a po 
drugie, że w ten sposób nie zdobywa się zaufania. 
Powstał i cisnął aparacik na stół. 
- Szkoda czasu na takie rozmowy - ciągnął podniesionym już głosem. - Wylazło szydło z worka! Tobie 
wcale  nie  chodzi  o  szczęście  ludzi,  tylko  o  twój  własny  interes.  Nie  ze  mną  takie  numery,  mister 
Pietruszka! Żegnam pana. 
- To twoje ostatnie słowo? 
- Tak. Życzę panu spokojnej nocy i przyjemnych marzeń. 

background image

 

65 

To mówiąc, skłonił się dwornie w myśl reguł demokratycznego savoir-vivre’u i ruszył ku drzwiom. 
Milioner nieznacznie wsunął rękę do kieszeni i wydobył z niej strzykawkę, napełnioną żółtą cieczą. 
- To naprawdę twoje ostatnie słowo? - powtórzył powoli i wyraźnie. 
Smok, nie odwracając się, ujął za klamkę. 
- Już raz powiedziałem. 
Błyskawicznym ruchem gangster wbił igłę w odsłonięty kark Smoka i nacisnął tłoczek strzykawki. 
- A więc masz! 
Smok,  stojący  już  w  progu,  uczynił  pół  obrotu,  próbując  Chwycić  Pietruszkę  za  rękę.  Gangster 
odskoczył i ukrył się za stołem. 
- A kuku! - zawołał. - Już za późno! 
I  oto  ostatni  smok  na  świecie,  bohater  tysiąca  baśni  i  poematów,  zachwiał  się  i  gruchnął  na  dywan. 
Domek zatrząsł się jak pod uderzeniem halnego wiatru. 
- Dawka była dobra - mruknął Pietruszka i wyciągnął z szuflady krótkofalówkę. 
- Tu Joe, tu Joe, jak mnie słyszycie? Odbiór. 
W miniaturowym głośniku zachrypiał głos Killy’ego: 
- Tu Killy, tu Killy, słyszę cię dobrze. Odbiór. 
- „Biedroneczki są w kropeczki”. Zrozumiałeś? 
- Okay, zrozumiałem. 
Smok leżał nieruchomo, pozbawiony wszelkiego czucia. Pietruszka trącił go końcem buta. 
- Następna rozmowa odbędzie się w Barpiwonii - rzekł ze złośliwym uśmiechem. - Wtedy już będziesz 
śpiewał inaczej. 
Schylił  się  i  wyciągnął  spod  tapczanu  długi  stalowy  łańcuch  produkcji  Barpiwońskich  Zakładów 
Metalurgicznych imienia Hakona Bezzębnego. 
- Ze mną jeszcze nikt nie wygrał, a co dopiero taki głupi, naiwny i nieżyciowy facet... 
Z tymi słowy przystąpił do systematycznego krępowania bezbronnej ofiary. 
Zagrzmiało. O szyby uderzyły pierwsze krople deszczu. 
 

Rozdział XXIV - SZYBKI REFLEKS KUCHARZA 

 
Magnetofon leżał na trawie w pobliżu miejsca, na którym jeszcze rano stał namiot Gąbki i Bartoliniego. 
- Jest! - krzyknął książę. - Byłem pewny, że go znajdziemy. Możemy wracać. 
- Zostańmy chwilę - zaproponował profesor, szczęśliwy z pomyślnego obrotu sprawy. - Mamy jeszcze 
trochę czasu, a tu jest tak przyjemnie. 
Zdjęli trampki i zanurzyli stopy w wodzie strumienia. 
- Nie tylko ty jesteś roztargniony - mówił Bartolini, poklepując Gąbkę po plecach. - Wyobraź sobie, że 
pewnego razu tak się zamyśliłem o mojej Balbince, że zrobiłem kogel-mogel z solą zamiast z cukrem. 
Gość, który go spróbował, omal nie wyskoczył przez okno na środek rynku. 
-  Szkoda  że  nie  ma  z  nami  Smoka  -  powiedział  książę.  -  Byłby  tak  samo  uradowany  jak  my  z 
odnalezienia zguby. 
Profesor nacisnął klawisz magnetofonu. 
- Zaraz go usłyszycie: 
 
Lecz ja smokiem chcę być na zawsze, 
życie smoka jest dla mnie najciekawsze. 
Chcę mieć ogon swój własny, 
pod Wawelem kąt ciasny, 
chcę, by łuski me lśniły jak złoto, brylanty... 
Chcę w Wiśle wciąż pływać, 
ładne kwiatki z łąk zrywać,  
a wieczorem na spacer iść sobie  
przez Planty. 
 
Miłą piosenkę zakończył efektowny akord gitary oraz oklaski słuchaczy. 

background image

 

66 

Gąbka zatrzymał taśmę. 
-  No  cóż,  chyba  będziemy  jechać.  Ściemnia  się.  Wydostawszy  się  na  szosę  spostrzegli,  iż  połowę 
nieboskłonu pokryła czarna chmura. 
-  Fiu,  fiu  -  zagwizdał  profesor.  -  Zdaje  się,  że  nas  zdrowo  poleje.  To  dlatego  było  dziś  tak  parno. 
Musimy dobrze ciągnąć. 
- Cała naprzód - zakomenderował wesoło książę. - Kierunek „Rancho Texas”! 
- Chwileczkę - zawołał na to Gąbka. - Coś się stało z moim rowerem. 
- Co takiego? 
- W tylnym kole nie ma powietrza. Czuję, że jadę na samej rafce. 
- Na szczęście mam pompkę - odezwał się książę. - Może to nic groźnego. 
Niestety sprawa wyglądała nad wyraz poważnie. Pompowanie dętki nie dało żadnego rezultatu. 
- Trzeba załatać dętkę - zdecydował Krak. - Musiałeś wjechać na jakiś gwóźdź. 
-  Ba,  ale  czym  łatać?  -  zmartwił  się  uczony.  -  Apteczka  rowerowa  została  w  obozie.  Jest  w  plecaku 
Smoka. Zapasowych dętek też nie mamy. Co za pech! 
- Rzeczywiście - rzekł kucharz. - Tylko czekać, jak się zacznie ulewa. Ale mam pomysł, wezmę cię na 
ramę. 
- A co z rowerem? Przecież go nie zostawimy. 
- Jeszcze czego - obruszył się książę. - Ja go poprowadzę wolną ręką. Jakoś dojedziemy. 
- Raczej dopłyniemy - mruknął profesor. - Już pada. 
W jaskrawym świetle błyskawicy zalśnił mokry asfalt szosy. Przeraźliwy łoskot ogłuszył pechowych 
rowerzystów. 
- Ładnie się zaczyna - rzekł Bartolini. - Było nie było, jedziemy. Na szczęście nie jesteś zbyt ciężki. 
-  Bo  jeszcze  nie  namokłem  -  zażartował  Gąbka,  choć  po  prawdzie  wcale  mu  nie  było  wesoło.  -  „To 
wszystko  przeze  mnie  -  pomyślał.  -  Gdybym  nie  zgubił  magnetofonu,  siedzielibyśmy  teraz  w 
namiotach”. 
Jechali z wysiłkiem, gdyż droga wiodła teraz pod górę. 
- Zmęczyłeś się? - zapytał profesor. 
- Troszeczkę - sapnął kucharz. - Nie wiem, na jak długo starczy mi sił... 
Deszcz  wzmagał  się  z  każdą  minutą.  Byli  już  zupełnie  przemoczeni,  strugi  wody  spływały  im  z 
włosów na oczy, mokre spodnie przyklejały się do nóg. 
Bartoliniemu  zaczynało  brakować  tchu.  Rozpoczęli  więc  pieszą  wędrówkę,  starając  się  nie  myśleć  o 
tym, że od obozu dzieli ich jeszcze wiele, wiele kilometrów. Krok za krokiem przebijali się przez gęstą 
ścianę ulewy. 
- Zaśpiewajmy coś - zaproponował książę. - Szybciej nam czas zleci. Raz, dwa, trzy! 
 
Szła dzieweczka do laseczka,  
do zielonego... 
 
Drżące  ognie  błyskawic  wydobywały  z  ciemności  wstęgę  drogi,  obramowanej  nie  kończącym  się 
lasem. 
- Dobrze że nie jesteśmy z cukru - żartował kucharz - bo inaczej nie byłoby już po nas ani śladu. 
Osiągnąwszy  szczyt  wzniesienia,  znów  dosiedli  rowerów.  Tym  razem  Gąbka  wziął  na  ramę 
Bartoliniego, mimo jego protestów. 
-  Musi  być  sprawiedliwość  -  rzekł  profesor.  -  Zresztą  muszę  się  trochę  rozgrzać,  bo  czuję,  że  mam 
dreszcze... 
W pewnej chwili na plecach jadącego przed nimi Kraka zamigotało jakieś światło. 
- Za nami jedzie samochód-zawołał Gąbka. - Jeżeli ciężarówka, to może nas weźmie. 
Zeskoczyli z rowerów i poczęli machać rękami. Dwa silne reflektory zbliżały się bardzo szybko. W ich 
blasku  było  widać  gęste  strugi  deszczu,  rozpryskujące  się  na  asfalcie.  Samochód  zatrzymał  się  z 
głośnym piskiem hamulców. 
Podbiegli ku niemu. Ku swej radości spostrzegli, że jest to wóz przeznaczony do transportu mebli. Z 
szoferki wychyliła się twarz kierowcy. 
- O co chodzi? 

background image

 

67 

- Możecie nas zabrać ze sobą? - krzyknął książę. - Mamy zepsuty rower. Jedziemy do „Rancho Texas”. 
- Hallo, boys, przecież my się znamy - odparł kierowca: - Jestem Killy, bratanek pana Pietruszki. Byłem 
u was wczoraj. Co wy tu robić? 
Zdumienie przemoczonych rowerzystów nie miało granic. 
- Burza nas zaskoczyła. Wracamy do obozu. Killy zwrócił się do siedzących obok niego mężczyzn: 
- Ptaszki same lecą nam do sieci. Załatwimy wszystkich za jeden zamach. Brać ich! 
Billy i Sally wyskoczyli z samochodu. W ich rękach zamigotały pistolety. 
- Włazić do paki, ale już! 
- Hola - zawołał Krak. - Co to ma znaczyć? Jak wy się zachowujecie? 
- Szkoda czasu na gadanie, czas to pieniądz - ryknął groźnie Sally - zabawa się skończyła. 
- Poskarżymy się wujowi - pisnął Bartolini. - Chyba jesteście pijani. Szkoda, że Smoka nie ma z nami. 
Odpowiedzią łotrzyków był ironiczny śmiech. 
-  Zaraz  zobaczycie  waszego  Smoka  -  krzyknął  Billy.  -  Już  mu  szef  dał  radę.  Jesteście  wszyscy  w 
naszych rękach. No, włazić do paki, bo leje jak z cebra. 
- To niesłychane - oburzył się profesor. - Ja protestuję! My do was jak do przyjaciół, a wy... 
- Przyjaciele się skończyli - rzekł Sally. - Szkoda każde słowo. 
Bartolini spojrzał nagle na niebo i głośno krzyknął: 
- Mamma mia, co to? 
Obaj gangsterzy odruchowo zadarli głowy. Wtedy kucharz pchnął na nich rower, ścinając ich z nóg. 
Wspomagany  przez  Gąbkę  przydusił  ich  do  asfaltu.  Zaskoczeni  bandyci  wypuścili  z  rąk  pistolety. 
Krak jednym kopnięciem posłał je do rowu i uzbrojony w rowerową pompkę wdarł się do szoferki. Po 
krótkiej walce wypchnął kierowcę z samochodu i skoczył na niego jak kowboj ujarzmiający dzikiego 
mustanga. 
-  Bij!  wal!  rąb!  kłuj!  -  darł  się  w  zapale  Bartolini,  w  którego  wstąpił  bojowy  animusz.  Billy, 
poczęstowany prawym sierpowym, legł nieruchomo na mokrej szosie. Tymczasem profesor krępował 
ręce drugiego zbója przy pomocy paska, wyciągniętego ze swych spodni. 
-  Ratunku,  biją!  -  wrzeszczał  Killy,  nadaremnie  próbując  wyśliznąć  się  z  silnych  ramion  księcia. Ale 
Krak, przyzwyczajony do mocowania się z niedźwiedziami, nic sobie z tego nie robił. 
- Biją, biją - przyznał Bartolini, który przyszedł księciu na pomoc. - Może mają częstować cukierkami? 
Nie minęło nawet sześćdziesiąt sekund, gdy wszyscy gangsterzy leżeli rządkiem na szosie, skrępowani 
czym się dało. Zwycięzcy zawlekli ich na skraj rowu. 
W wirze zaciętej walki nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że deszcz ustał. 
- A teraz gadajcie, co się stało? - rozkazał groźnie książę. - Tylko mówcie całą prawdę, bo szkoda czasu. 
Łamaną  polszczyzną,  przerywaną  szlochaniem,  Killy  opowiedział  im  o  tym,  co  zaszło  w  „Rancho 
Texas” po ich wyjeździe. 
- Szef uśpił Smoka - zakończył swą relację - aby go w tej pace zawieźć do Barpiwonii. I co teraz będzie 
z nami? 
Trójka zwycięzców naradzała się przez chwilę półgłosem. 
- Co będzie z wami? - rzekł wreszcie Krak. - Przywiążemy was do drzew i pojedziemy uwolnić Smoka. 
- A nie zabijecie nas? 
- Przecież nie jesteśmy bandytami - uspokoił go książę. - Ale możecie być pewni, że zadzwonimy na 
Milicję, a ona już się wami zajmie. 
Po chwili trójka łotrzyków została przywiązana do drzew przy pomocy znalezionych w samochodzie 
sznurów. 
Rewizja kieszeni przyniosła łup w postaci krótkofalówki i trzech czarnych masek. 
- To będą dowody rzeczowe w procesie - postanowił profesor. - A gdzie kapelusze? 
- W szoferce - skwapliwie poinformował go Sally. 
- Przydadzą się nam chwilowo... I jeszcze jedno, skąd macie ten samochód? 
-  Pożyczyliśmy  -  przyznał  potulnie  Billy.  -  A  kierowcę,  który  nie  chciał  się  na  to  zgodzić, 
przywiązaliśmy do drzewa. 
Profesor, książę i kucharz zajęli miejsca w samochodzie. Bartolini przekręcił kluczyk w stacyjce. 
- A teraz gazu! - krzyknął i włączył pierwszy bieg. 
- Od kiedy masz prawo jazdy? - zdziwił się Gąbka. 

background image

 

68 

-  Nie  mam.  Ale  jakoś  to  będzie.  W  czasie  wyprawy  do  krainy  mypingów  Smok  dał  mi  kilka  lekcji. 
Trzymajcie się mocno, bo pojedziecie z demonem kierownicy! 
Gangsterzy odprowadzili ich ponurymi spojrzeniami aż do najbliższego zakrętu. 
Spoza chmur ukazał się księżyc. 
- Warto by się przespać - mruknął Sally. - W tej chwili nie mamy nic lepszego do roboty. 
 

Rozdział XXV - CZARNA DZIURA 

 
Gdyby  myśli  i  pragnienia  pasażerów  mogły  się  przyczynić  do  zwiększenia  szybkości  samochodu, 
zdobyczny wóz meblowy gnałby co najmniej z szybkością rakiety kosmicznej. Ale i bez tego star, który 
dwukrotnie  w  ciągu  pół  godziny  zmienił  właściciela,  pożerał  przestrzeń  niczym  rajdowy  porche 
Sobiesława  Zasady. Ostre zakręty i wzniesienia nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. W ciągu 
krótkiego  czasu  Bartolini  złamał  tyle  przepisów  kodeksu  drogowego,  że  gdyby  mu  przyszło  płacić 
mandaty, do końca życia nie wygrzebałby się z długów. 
Jasno oświetlona gospoda „Pod Rumcajsem” śmignęła do tyłu. Bartolini pochylił się ku przodowi, aby 
nie przeoczyć drogowskazu z napisem „Rancho Texas”. Z głośnym piskiem opon samochód skręcił na 
boczną  drogę,  pełną  kałuż  i  wybojów.  Zdemolowawszy  bariery  kilku  mostków  i  rozwaliwszy  kilka 
znaków drogowych, ciężarówka wypadła na polankę z namiotami. 
- Stój - krzyknął książę. - Jesteśmy na miejscu! 
-  Wiem  o  tym,  ale  muszę  nawrócić  -  odparł  Bartolini  i  skręcił w  lewo,  rozszarpując  oba  namioty  na 
strzępy.  Samochód  podskoczył  jak  piłka  i  znów  znalazł  się  na  drodze.  Kierowca  z  całą  siłą  nacisnął 
pedał hamulca. Trójka pasażerów stuknęła głowami o przednią szybę. Byli u celu! 
- Maski i kapelusze-wrzasnął kucharz. - Pietruszka nie śmie nas poznać, bo inaczej zabije Smoka. 
- Chodźcie szybko, niedorajdy - krzyczał oczekujący ich na ganku Joe.- Brać smoka i do paki! Spieszcie 
się! 
Biegnący na przodzie Bartolini schylił się, pchnął bandytę głową, jak byk atakujący toreadora, i wpadł 
do wnętrza domu. Zbity z nóg Pietruszka rozciągnął się na deskach werandy, nie zdążywszy nawet 
krzyknąć. Silny cios napastnika i zdumienie wywołane nagłym atakiem, odebrały mu na chwilę mowę. 
- Idioci! - wrzasnął wreszcie. - Smoka macie brać, a nie mnie. Pijani jesteście czy co? 
Nie mówiąc ani słowa, książę i profesor zdjęli kapelusze i ściągnęli maski z twarzy. 
W  świetle  bijącym  z  okna  domu  Pietruszka  zrozumiał,  że  wszystko  przepadło.  Oto  zamiast  swych 
podwładnych  miał  przed  sobą  Gąbkę  i  Kraka,  którego  surowe  spojrzenia  nie  wróżyły  mu  niczego 
dobrego. 
Powstał z desek, otrzepał ubranie, poprawił krawat i wolnym krokiem wszedł do mieszkania. 
Bartolini, klęcząc przy Smoku, płakał rzewnymi łzami. 
-  Coś  ty  mu  zrobił,  coś  ty  zrobił?  -  jęczał  kucharz,  zupełnie  załamany  widokiem  przyjaciela,  który 
obwiązany łańcuchem leżał nieruchomo na dywanie. 
Pietruszka cisnął kluczyk na ziemię i usiadł przy stole. 
- Możesz go rozwiązać - powiedział. - Nic mu nie będzie, pośpi sobie tylko przez dziesięć dni. 
- Za to ty posiedzisz dziesięć lat - rzekł książę. Joe spojrzał na niego spode łba. 
- Porozmawiajmy jak mężczyźni. Ile chcecie? 
- Nie rozumiem. 
- Nie będę się targować. Odpalę wam sporą sumkę, a wy puścicie mnie wolno. Zgoda? 
Bartolini uniósł się i z zaciśniętymi pięściami podskoczył do Pietruszki. 
-  Ty  podła  kreaturo!  -  krzyczał  w  napadzie  wściekłości.  -  Ty  skrzynio  gnijącej  kapusty,  ty  grzmęciu 
chacharowaty!  Gdybym  nie  chciał  sobie  rąk  powalać,  to  bym  cię  tak  poczęstował  po  tym  zbójeckim 
łbie, że rodzona małżonka by cię nie poznała. Że też taka zgaga chodzi po tym pięknym świecie! ‘ Krak 
położył mu dłoń na plecach. 
- Uspokój się, Bartłomieju. Szkodą twoich nerwów. Załatwimy to zgodnie z prawem. 
Ujął w dłoń słuchawkę telefonu i wykręcił numer najbliższego posterunku MO. 
-  Halo,  Milicja?  Tu  mówi  książę  Krak.  Dzwonię  z  „Rancho  Texas”;  Proszę  natychmiast  aresztować 
groźnego przestępcę. Jego trzej pomocnicy są przywiązani do drzew w lesie, przy drodze. Znajdziecie 
ich łatwo, tylko pośpieszcie się, bo inaczej drzewa mogą uschnąć z obrzydzenia. Dziękuję. 

background image

 

69 

Odłożył słuchawkę i zwrócił się do przyjaciół: 
- Będą tu za dwadzieścia minut. 
Obwiązanie Pietruszki łańcuchem i przymocowanie go do krzesła nie zajęło im wiele czasu. Mieli już 
wprawę. Wiadomo, że trening jest połową sukcesu. 
Gąbka włączył telewizor. 
- Żeby ci się nie nudziło, obejrzyj sobie transmisję z Sopotu. Dziś jest koncert laureatów. 
- Litości! - zawołał Joe. - Nie bądźcie aż tak okrutni! 
- A teraz szybko do szpitala - zarządził książę. - Nie wiadomo, czym go ten drab poczęstował. 
Z trudem wynieśli bezwładnego Smoka i umieścili w pace samochodu. 
- Ja zostanę przy nim - rzekł profesor - i będę robił sztuczne oddychanie. A wy siadajcie do szoferki. 
Walimy setką na sygnale. Każda chwila jest droga. 
Bartolini wcisnął pedał gazu aż do deski. Żeby tylko nie spotkać lotnej z radarem - pomyślał i mocno 
ujął w dłonie kierownicę. 
 
* * * 
Latający  talerz  „HORTEX”,  przeznaczony  do  patrolowania  planety  Ziemia,  otrzymał  ze  swej  bazy 
wiadomość, że Naczelny Zarząd Komunikacji  Transgalaktycznej zezwala załodze, złożonej z Javoxa, 
Siluxa i Castrola, na przekroczenie czasoprzestrzeni. 
-  Dobra  nasza,  chłopaki!  -  ucieszył  się  dowódca  Javox.  -  Urzędnicy  z  NZKT  doszli  widocznie  do 
przekonania, że należy się nam jakieś małe urozmaicenie patrolu. - Czuję, że znowu wykąpiemy się w 
jeziorku, nad którym mieszka pustelnik z hecną brodą. Jaki to był wiek ziemskiej ery? 
- O ile pamiętam, ósmy - odparł nawigator Silux, odznaczający się ogniście rudą czupryną, opadającą 
mu lokami aż na kark. - Mogę to sprawdzić w komputerze. 
- Dobrze  - zgodził się dowódca.  - Jeśli  to bydlę znowu nie nawali. Najwyższy już czas posłać go na 
emeryturę.  Pamiętasz,  jak  zeszłym  razem  na  pytanie  „która  godzina”  odpowiedział  bezczelnie,  że 
możemy zadzwonić do zegarynki, bo on ma ważniejsze sprawy na głowie? 
Silux  zaprogramował  maszynę.  Po  serii  zgrzytów  i  szumów  na  seledynowym  ekranie  komputera 
OMO ukazała się odpowiedź: 
- Ósmy. Albo siódmy. 
- Do licha! - zdenerwował się młodszy Kosmita Castrol. - To nie jest żadna informacja. Wyreguluj go. 
Silux kopnął aparat, a następnie dołożył mu pięścią w okolicy układu scalonego. 
- Siódmy - jęknął komputer. - Zażartować nie można? 
- Kiepskie żarty - mruknął Javox. - W siódmym wieku pustelnik był jeszcze w przedszkolu i nie miał 
brody. Zabraliście kąpielówki? 
- Oczywiście. 
- No, to lećmy. Przełóż wajchę na ósmy wiek. 
- Tak jest - rzekł Silux. - Przekładam. 
W kabinie zapanowało chwilowe milczenie. Nawigator zwolnił z zaczepu strzałkę cofacza stuleci i w 
skupieniu obserwował zbliżanie się jej do cyfry VIII. Castrol, nie mając na fazie nic lepszego do roboty, 
włożył do ust miętowy cukierek i ssał go powoli, z błogim wyrazem okrągłej, niemal dziecięcej twarzy. 
Nagle  zaszło  coś  nieoczekiwanego.  Strzałka  zatrzymała  się  w  pobliżu  ósemki,  a  w  następnej  chwili 
ruszyła w przeciwnym kierunku, z wyraźnym zamiarem powrotu do dwudziestki. 
- Co u licha? - zdenerwował się Javox. - Przecież to jest nowy, eksportowy cofacz! Połącz się z bazą. 
- Halo baza, halo baza, tu „Hortex”. Coś złego dzieje się z nami. 
Ale mimo wielokrotnego powtórzenia formuły z bazy nie nadeszła żadna odpowiedź. Natomiast Javox 
oderwał się od swego fotela i poszybował pod sufit kabiny. To samo stało się z pozostałymi członkami 
załogi. 
- Komendancie!  - zawołał  Castrol. - Nic innego, tylko antygrawitacja przestała działać! Mój  cukierek 
lata razem z nami. 
- To złap go. 
- Nie mogę. Jest za daleko. 
Przez  dłuższą  chwilę  koziołkowali  w  ciasnej  przestrzeni  kabiny,  i  nagle,  jak  na  komendę,  gruchnęli 
wszyscy  na  podłogę.  Javoxowi  udało  się  w  przelocie  rzucić  okiem  na  tarczę  cofacza.  Strzałka  stała 

background image

 

70 

spokojnie na dwudziestce. 
- Wróciliśmy w dwudziesty wiek - stwierdził dowódca, rozcierając sobie potłuczoną nogę. - Już wiem, 
co to było. 
Zajęli znów swe miejsca. 
- Jakiś nowy kawał komputera? - zapytał Castrol. 
- Tym razem nie - odparł dowódca. - Wpadliśmy w „czarną dziurę”. Ale jej tu wcale nie powinno być. 
Przed startem sprawdziłem wszystkie mapy. 
- Musiała powstać w ostatniej chwili - rzekł Silux. Ale Javox pokiwał głową z niedowierzaniem: 
-  Myślę,  że  jest  inna  przyczyna.  Po  prostu  faceci  z  NZKT  zapomnieli  umieścić  ją  na  mapach.  Do 
chrzanu z taką robotą. 
- Dobrze że to trwało krótko - wtrącił Silux. - Mój pradziad Pralux siedział kiedyś w czarnej dziurze 
przez trzy doby. I znaczy, tylko jemu tak się zdawało. W rze-czywisto4< l minęło wtedy 150 lat, dzięki 
czemu, wróciwszy do domu, mógł zatańczyć na moim weselu. 
-  Tak,  w  czarnych  dziurach  panują  zupełnie  zwariowane  stosunki  -  potwierdził  dowódca.  -  Nie  ma 
innej rady, tylko trzeba lądować w XX wieku i spokojnie sprawdzić całą aparaturę. 
- Mam! - krzyknął nagle Castrol. 
- Co takiego? 
- Cukierka. Znalazłem go pod fotelem komendanta. 
-  Lądujemy  -  zarządził  Javox.  -  Wprawdzie  nie  było  tego  w  planie,  ale  sytuacja  jest  wyjątkowa. 
Przygotować  się  do  manewru  XYZ/234

2

.  Musimy  znaleźć  jakąś  mało  zaludnioną  okolicę.  Najlepsza 

byłaby Antarktyda. 
Na ekranie komputera ukazał się napis: 
- Nie trzeba żadnej Antarktydy. Pod nami są Bieszczady. Góry, lasy i bardzo mało ludzi. Można siadać. 
- Mówisz poważnie? - zaniepokoił się Javox. 
- A co? - odparł OMO przechodząc na fonię. - Myślisz, że znów żartuję? To by było nieciekawe. 
- Patrzcie państwo - rzekł Javox. - Widzę, że czarna dziura dobrze ci zrobiła. Zmądrzałeś... 
Latający talerz rozjarzył się pomarańczowym światłem W jego blasku zamajaczyła łąka mająca służyć 
za lądowisko. „HORTEX” osiadł miękko wśród wysokiej trawy. 
- Założyć hełmy i skafandry z materii międzygalaktycznej - Powietrze na Ziemi jest z każdym rokiem 
gorsze.  Nie  możemy  narażać  się  na  zatrucie.  Ja  wyjdę  pierwszy,  po  mnie  Silux.  Młodszy  Kosmita 
Castrol zostanie w talerzu i skontroluje przyrządy. 
-  Jak  zawsze  -  mruknął  pod  nosem  asystent.  -  Zwalają  na  mnie  najgorszą  robotę,  a  sami  idą  na 
wagary... 
 

Rozdział XXVI - PIERWSZY KONTAKT 

 
W słabym świetle kieszonkowej latarki, przy akompaniamencie trzasków i wstrząsów, trwała walka o 
życie Smoka. Tak, o życie. Wprawdzie Pietruszka zapewnił, że Smok został tylko uśpiony na dziesięć 
dni,  ale  czy  można  było  wierzyć  słowom  szefa  bandy  gangsterów?  Czy  istniała  pewność,  że  użyty 
przez niego środek nie wywoła żadnych groźnych następstw? 
Toteż Gąbka nie przerywał wysiłków, aby przywrócić Smoka do przytomności, i bez przerwy stosował 
sztuczne  oddychanie,  według  wskazówek  zawartych  w  czytanej  niegdyś  broszurze  pt.  „Pierwsza 
pomoc w nagłych wypadkach”. Daremnie! Smok wciąż leżał bez czucia, a jego tętno było niepokojąco 
słabe. 
- Smoczku, Smoczusiu kochany - rozpaczał uczony. - Nie śpij tak mocno, zbudź się! Pokaż, że jesteś 
wspaniałym, potężnym smokiem, który zawsze wychodzi zwycięsko ze wszystkich niebezpieczeństw. 
Tymczasem  samochód  gnał  po  szosie  lśniącej  w  blasku  księżyca,  zarzucał  na  zakrętach,  warczał  i 
zgrzytał,  spadał  jak  kamień  w  dolinki  i  wdzierał  się  na  wzniesienia.  Bartolini  coraz  sprawniej 
manewrował przekładnią biegów, a serce rosło mu na myśl, że lekcje pobrane u Smoka nie poszły na 
marne. 
Z głośnym wyciem klaksonu śmignęli obok namiotów harcerskiego obozu, zostawili za sobą miejsce 
pierwszego spotkania z Pietruszką i nie zmniejszając szybkości na zakrętach, wypadli z lasu miedzy 
łąki, nad którymi wisiała cienka warstwa mgły. 

background image

 

71 

Ucho kierowcy wyłapało jakieś niepokojące stuknięcia, dolatujące spod maski wozu. 
- A, niech to diabli! - syknął kucharz przez zaciśnięte zęby. - Silnik nawala. 
Ledwo  wyrzekł  te  słowa,  motor  zazgrzytał  i  stanął.  Rozpędzony  samochód  przejechał  jeszcze 
kilkadziesiąt metrów i zatrzymał się. 
Bartolini wyskoczył na drogę i w przystępie rozpaczy chwycił się za głowę. 
- Mamma mia! Nic nie poradzę, bo nie znam się na silnikach. 
W tym samym momencie z wnętrza wozu dobiegł głośny okrzyk profesora: 
- Smok żyje! 
Jednocześnie rozległo się gwałtowne łomotanie. 
- Otwierajcie! 
Bartolini i książę błyskawicznie znaleźli się przy drzwiach paki. 
Profesor wyskoczył na drogę. 
- Smok się obudził, nic mu nie jest! 
W ślad za nim ukazała się zwalista postać Smoka. 
- Co się tu dzieje? - rzekło Smoczysko, ziewnąwszy od ucha do ucha. - Tak dobrze mi się spało. Gdzie 
ja jestem? 
Porwali go w ramiona, nieprzytomni wprost z radości i szczęścia. Oto znów był z nimi, zdrów i cały, 
tylko nieco oszołomiony i zaspany. 
- O jejku, nie uduście mnie - bronił się ze śmiechem. - Co to wszystko ma znaczyć? 
Przekrzykując się wzajemnie, objaśnili go o tym, co niedawno zaszło w „Rancho Texas”. 
- Ten łotr uśpił cię. Miałeś być porwany. Wieziemy cię do szpitala! 
- Ach tak, teraz sobie przypominam, że pokłóciłem się trochę z panem Pietruszką. Zaskoczył mnie od 
tyłu, poczułem ukłucie w kark i nagle film mi się urwał... 
-  Powiedział,  że  będziesz  spał  przez  dziesięć  dni.  Smok  potarł  dłonią  czubek  nosa,  co  znaczyło,  że 
myśli niezmiernie intensywnie. 
- Już wiem! - krzyknął po małej chwili. - Musiał źle obliczyć dawkę. No, i nie wziął pod uwagę, że mam 
cholernie grube łuski na karku. Na co się tak gapisz? 
Słowa  te  skierował  do  kucharza,  który  z  wybałuszonymi  oczyma  spoglądał  w  kierunku  dziwnych 
postaci, zbliżających się od strony łąki. 
Pojawienie się ludzi nie było jednak tak dziwne, jak ich wygląd. Przybysze mieli na sobie białe obcisłe 
skafandry i wielkie kuliste hełmy zaopatrzone w szybki, za którymi widniały ich twarze, rozjaśnione 
seledynową poświatą. Zatrzymawszy się na skraju drogi, unieśli ręce jak gdyby w geście powitania, a 
następnie wskazali nimi na łąkę. 
Zdumieni pasażerowie ciężarówki spojrzeli w tym kierunku. 
W odległości niespełna stu metrów spoczywał na łące jakiś ogromny dysk, promieniujący łagodnym 
światłem o pomarańczowej barwie. 
- No, to cześć - jęknął Bartolini. - Jeszcze tylko brakuje czarownicy na miotle... 
-  Oni  wyraźnie  chcą,  żebyśmy  poszli  za  nimi  -  wyszeptał  profesor,  opanowany  przemożną  chęcią 
znalezienia się w kręgu światłości. - Czuję, że dzieje się ze mną coś niezwykłego. 
- Skoro tak grzecznie proszą, to chodźmy - odparł Smok i przeskoczył przez rów. - Mam nadzieję, że 
nie są to ludzie Pietruszki. 
- Na pewno nie - odparł Baltazar. - Oni są już nieszkodliwi. 
Krok za krokiem zbliżali się do spoczywającego na łące przedmiotu. 
-  A  może  to  jakiś  nieznany  samolot,  który  musiał  przymusowo  lądować?  -  przemknęło  przez  myśl 
księciu.- A ci ludzie to piloci, nie znający naszego języka. 
I  nagle  zatrzymał  się  w  miejscu,  gdyż  z  zakamarków  pamięci  wychylił  się  ku  niemu  obraz  starego 
pustelnika,  mówiącego  mu  o  tajemniczym  kręgu,  który  osiadł  kiedyś  na  brzegu  puszczańskiego 
jeziorka.  Przecież  to  pustelnik  ofiarował  mu  małą  czerwoną  kulkę,  znalezioną  wśród  wypalonej 
trawy... 
Tymczasem przyjaciele znaleźli się już w kręgu pomarańczowego światła. 
Widocznie  nadszedł  czas  PIERWSZEGO  KONTAKTU  -  pomyślał  książę  i  energicznym  krokiem 
dołączył do swoich towarzyszy. - W końcu musiało to kiedyś nastąpić. 
Baltazar Gąbka postawił nogę na stopniu metalowych schodków. Przez ułamek sekundy zawahał się, 

background image

 

72 

po czym, jakby pchnięty niewidzialną siłą, szybko wbiegł do wnętrza pojazdu NIE Z TEJ ZIEMI. 
 

Rozdział XXVII - ...l NARESZCIE OSTATNI 

 
Usiedli  w  wygodnych  fotelach  wskazanych  im  przez  Kosmitów.  Wnętrze  „talerza”  przypominało 
kabinę  pilotów  nowoczesnego  odrzutowca.  Pełno  tam  było  najrozmaitszych  zegarów,  przekładni, 
wyłączników i różnobarwnych wtyczek. Centralne miejsce zajmował niewielki srebrny ekran. - Może 
nam pokażą jakiś nowy film Daenikena? - szepnął książę do Baltazara. - Albo jeszcze coś ciekawszego? 
Gospodarze ściągnęli z głów hełmy i zajęli miejsca naprzeciw swych gości. Ich twarze były podobne do 
ludzkich,  z  tą  tylko  różnicą,  że  promieniowała  z  nich  delikatna  poświata,  przypominającą  blask 
zasłoniętego obłokami księżyca. 
Smok nachylił się ku profesorowi. 
- Po jakiemu będziemy gadać z tymi dziwakami? 
- Nie mam pojęcia. 
Nagle z głośnika nad ekranem popłynęły słowa wypowiedziane poprawną polszczyzną. 
-  Dobry  wieczór  państwu.  Jestem  robot  OMO.  Będę  waszym  tłumaczem.  Za  moim  pośrednictwem 
odbędziecie rozmowę z Javoxem, Siluxem i Castrolem. No, i ze mną, to jasne. Jesteśmy mieszkańcami 
jednej z planet systemu Syriusza. Reszta stanowi na razie tajemnicę służbową. 
- Cię choroba - mruknął Smok, ale urwał, skarcony spojrzeniem Baltazara. 
- Możecie zadawać pytania - ciągnął OMO. - Bądźcie tylko uprzejmi mówić powoli i wyraźnie. Jestem 
już stary i trochę źle słyszę. 
-  Czy  jesteście  naszymi  przyjaciółmi,  czy  wrogami?  -  zapytał  profesor.  -Jest  to  bowiem  zagadnienie 
niepokojące  ludzkość  od  czasu  zaobserwowania  pierwszych  latających  talerzy,  określanych  skrótem 
UFO. 
- Mówi komendant Javox. Pojęcie „wróg” już dawno wykreśliliśmy ż naszego słownika. 
- Co chcecie od nas usłyszeć? 
- Czy napijecie się czegoś? 
- Z rozkoszą - rzekł Smok. - Macie oranżadę? 
- Możemy służyć jedynie śmietanką z Drogi Mlecznej z truskawkami. 
- Bardzo prosimy... 
W  mgnieniu  oka  na  niskim  stoliczku  zjawiły  się  plastykowe  kubki  z  napisem  „HORTEX”,  a  w 
powietrzu rozszedł się zapach świeżych truskawek. 
- Mówi Starszy Kosmita Silux: dlaczego jeden z was wygląda inaczej niż reszta? Czyżby to był gość z 
innej planety? 
Tym razem odpowiedział książę: 
- Nic podobnego. To Smok Wawelski, nasz rodak. 
- Mówi Młodszy Kosmita Castrol: nie wiedziałem, że smoki żyją jeszcze w XX wieku. 
- Bo ja wcale nie jestem z XX wieku - wyrwał się Smok. - Ja i moi przyjaciele pochodzimy z BARDZO 
DAWNYCH  CZASÓW  i  tylko  przypadkiem  znaleźliśmy  się  w  czasach  dzisiejszych.  To  bardzo 
skomplikowana historia, jak w ogóle wszystko, co ma związek z czasem. 
-  Mówi Javox:  to niesłychanie  ciekawe!  Sądziliśmy,  że jesteście ludźmi z  XX  stulecia.  Z jakiego więc 
czasu pochodzicie? 
-  Z  ósmego  wieku  -  wyjaśnił  profesor.  -  Przedostaliśmy  się  do  współczesności  przez  jaskinię  w 
Giewoncie. Giewont to taka góra, w której mieszkają Śpiący 
Rycerze. 
-  Wiem  -  odparł  Javox.  -  Są  oni  ekipą  Kosmitów  z  bardzo  dalekiej  galaktyki.  Będą  spać,  dopóki  nie 
przyjdzie odpowiednia pora na przebudzenie. Czy smakuje wam śmietanka z Drogi Mlecznej? 
- Jeszcze jak! - mlasnął Smok. - Jest po prostu szałowa. Można sobie dolać? 
- Bardzo proszę. Wracam do tematu: jako ludzie z Dawnych Czasów, nie potraficie nam odpowiedzieć 
na  wiele  pytań  dotyczących  współczesności.  To  zrozumiałe.  Powiedzcie  jednak,  czy  jesteście 
zadowoleni z dwudziestego stulecia? 
-  I  tak,  i  nie  -  odparł  szczerze  Baltazar  Gąbka.  -  Są  osiągnięcia  wspaniałe  i  zadziwiające,  ale  są  też 
sprawy, które 

background image

 

73 

budzą przerażenie. 
- Ma pan rację, profesorze - powiedział Javpx. - To się zgadza z naszymi obserwacjami. A teraz kieruję 
pytanie do szanownego gościa w białej czapce: co się panu podobało najbardziej? 
-  Juvenalia  -  krzyknął  kucharz,  uradowany,  że  może  rozmawiać  z  prawdziwym  przybyszem  z 
Kosmosu. 
- A najmniej? 
- Tramwaje. Są okropnie hałaśliwe! 
-  A  teraz  jeszcze  jedno  pytanie  -  rzekł  komendant  Javox,  którego  słowa  OMO  przetłumaczył  z 
zadziwiającą  szybkością.  -  Jakie  jest  wasze  najgorętsze  życzenie?  Mam  na  myśli  najbardziej  osobiste 
pragnienia. 
Bartolini nie zastanawiał się ani przez sekundę. 
- Chcemy wrócić do swoich - i nagle urwał, gdyż wzruszenie ścisnęło mu gardło. Powiódł oczyma po 
twarzach  swych  przyjaciół  w  obawie,  czy  nie  wyczyta  w  nich  nagany  za  wtrącanie  się  do  spraw 
wzniosłych i poważnych. 
- Wiedziałem o tym już wcześniej, ale chciałem się upewnić. Nasz analizator podświadomości mógł się 
uszkodzić w czasie przejścia przez czarną dziurę. Widzę jednak, ż nic mu się nie stało. Słuchajcie teraz 
uważnie: ponieważ mamy zamiar zrobić małą wycieczkę do waszych czasów, możemy was podrzucić 
do domu. Zgoda? 
-  Zgoda  -  ryknął  Smok,  nie  panując  nad  swoją  radością.  -  Ta  jakaś  analiza  podświadomości  była 
zupełnie zbyteczna. U nas co w sercu, to na języku! 
Ale Javox chciał się upewnić: 
- Nie będziecie żałować? 
- Nie - rzekł Gąbka. - Wyniki badań nad baltazaronem zostawiłem na widocznym miejscu w Instytucie. 
Moi asystenci będą je mogli zastosować w praktyce. 
- W porządku - zamknął dyskusję Javox, który jako dowódca statku miał najwięcej do powiedzenia. - 
Lecimy do Grodu Kraka. Na wszelki wypadek zapnijcie pasy. Załoga na stanowiska! Obsługę cofacza 
stuleci powierzam Młodszemu Kosmicie Castrolowi. Gotowi? 
- Tak jest, gotowi - zameldował uszczęśliwiony Castrol i ujął w dłoń gałkę aparatu. 
- Przepraszam, czy można zapalić fajeczkę? - zapytał Smok, który zawsze to robił, gdy był w dobrym 
humorze. 
Z  odpowiedzią  pośpieszył  tym  razem  robot  OMO,  rad  wielce,  że  i  on  będzie  mógł  wziąć  udział  w 
rozmowie: 
- Oczywiście że można. Tylko nie wiem, czy warto, bo to nie potrwa długo. Zapamiętajcie moje słowa: 
to nie! potrwa długo. 
- Nie gadaj tyle - syknął Javox. - Zaczynam odliczanie: dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, 
cztery, trzy, dwa, jeden, zero. UWAGA - START! 
 
* * * 
Nie poczuli najmniejszego wstrząsu. Smok pykał spokojnie swą fajeczkę, a Gąbka z zainteresowaniem 
obserwował ekran, na którym pojawiły się dziwne zygzaki, przypominające rysunki małego dziecka. 
Przez  ułamek  sekundy  zamigotało  na  nim  zdanie  ALA  MA  KOTA,  które  zaraz  ustąpiło  miejsca 
informacji TO LAS, A TO LIS. 
Profesor  pomyślał,  że  jest  to  zapewne  szyfr  służący  do  porozumiewania  się  talerza  z  jakąś  bazą  w 
kształcie półmiska, ale Castrol wyprowadził go z błędu tłumacząc, że robot OMO cierpi na chwilowe 
zaburzenia psychiczne, związane z niedawnym przejściem przez czarną 
Na tablicy rozdzielczej zamigotało czerwone światło. 
- Jesteśmy na miejscu - powiedział Javox. 
Dwie płyty srebrzystego metalu rozsunęły się bezszelestnie, a do wnętrza kabiny wtargnęło rzeźwe, 
pachnące sianem powietrze. 
 
-  Nie  musimy  zakładać  skafandrów  –  powiedział  komendant.  -  To  już  nie  jest  dwudziesty  wiek.  W 
imieniu załogi dziękuję za miłe towarzystwo i życzę wszystkiego dobrego. Tylko nie budźcie Śpiących 
Rycerzy. Jeszcze czas. A teraz pozwólcie, że uścisnę wasze ręce. 

background image

 

74 

I oto znów stali na swej rodzinnej ziemi, pod niebem usianym gwiazdami, nie mogąc wciąż otrząsnąć 
się z oszołomienia, wywołanego przejściami ostatnich godzin. 
Javox, widoczny na tle oświetlonego wnętrza pojazdu, pomachał im ręką na znak pożegnania. 
Ogromny  dysk  uniósł  się  w  górę  lekko  i  bezgłośnie  jak  kolorowy  dziecięcy  balonik.  Po  kilku 
sekundach nie można go już było odróżnić od tysięcy gwiazd sierpniowej nocy. 
- Czy to sen? - powiedział do siebie profesor Gąbka. 
- Nie, to nie sen - odparł Krak. - Mam jeszcze w ręce kubek, z którego piliśmy śmietankę z Mlecznej 
Drogi. A zresztą spójrz, jesteśmy pod Wawelem, obok starej, poczciwej Smoczej Jamy. 
Zaledwie  wyrzekł  te  słowa,  rozległ  się  w  pobliżu  znajomy  dźwięk  strażniczego  rogu.  Odpowiedział 
mu drugi, pochodzący ze szczytu zamkowej wieży. 
Uścisnęli się serdecznie. 
- Lecę do domu! - krzyknął uradowany kucharz. Do Balbinki i dzieciaków. To dopiero będzie dla nich 
niespodzianka! 
- A ja do Aresa  - szepnął  wzruszony profesor. - Mam nadzieję, że Pelasia  dbała  o jego żołądek i  nie 
karmiła go wyłącznie makaronem, w którym psisko nie gustuje. 
- Czy uwierzycie - uśmiechnął się Smok, wskazując na tlącą się jeszcze fajkę - że paliłem ją przez 1200 
lat? Przecież znów mamy 778 rok naszej ery... 
Daleki zegar wybił jakąś godzinę. Nad uśpionym grodem popłynęła melodia hejnału. 
- Dobranoc - powiedział Krak i ziewnął z całego serca. - Należy się nam odpoczynek. 
Autor jest tego samego zdania, toteż z wielką radością pisze na ostatniej kartce słowo KONIEC!