background image

Stephen King: 
Dolina Jeruzalem 
 
Przeło

ż

ył: Michał 

Wroczy

ń

ski 

 
 
 
 

 
2 pa

ź

dziernika 1850 r. 

 
   DROGI BONESIE!  
   Jak to dobrze znale

źć

 si

ę

 wreszcie w 

chłodnym, pełnym przeci

ą

gów hallu w 

Chapelwaite z nadziej

ą

ż

e wreszcie ul

żę

 

pełnemu p

ę

cherzowi. Po podró

ż

y tym 

przera

ż

aj

ą

cym dyli

ż

ansem bol

ą

 mnie 

wszystkie gnaty. Ale najwi

ę

ksz

ą

 rado

ść

 

sprawił mi widok zaadresowanego Twoimi 
niepowtarzalnymi bazgrołami listu, który 
le

ż

y na tym okropnym stoliku z wi

ś

niowego 

drzewa stoj

ą

cym obok drzwi! Zapewniam Ci

ę

ż

e zabior

ę

 si

ę

 do jego odcyfrowywania jak  

tylko zaspokoj

ę

  potrzeby  mego  ciała (w 

ozdobnej łazience na parterze, gdzie 
panuje taki zi

ą

b, 

ż

e a

ż

 para leci z ust).  

   Rad jestem, 

ż

e wyleczyłe

ś

 si

ę

 ju

ż

 z tej 

miazmy, która tak długo m

ę

czyła Ci płuca, 

jakkolwiek bardzo Ci współczuj

ę

 moralnego 

dylematu, jaki miałe

ś

 w zwi

ą

zku z 

podj

ę

ciem decyzji o rozpocz

ę

ciu kuracji. 

Chory abolicjonista lecz

ą

cy si

ę

 na 

słonecznej, ska

ż

onej niewolnictwem 

Florydzie. Niemniej, Bonesie, prosz

ę

 Ci

ę

 

jako przyjaciel, który równie

ż

 był ju

ż

 w 

tej dolinie cienia, my

ś

l przede wszystkim 

o sobie i nie wracaj do Massachusetts, 
dopóki ciało nie b

ę

dzie zupełnie zdrowe. 

Je

ś

li umrzesz, Twój subtelny umysł i ci

ę

te 

pióro b

ę

d

ą

 dla nas stracone, czy

ż

 nie ma 

jakiej

ś

 poetyckiej sprawiedliwo

ś

ci w tym, 

ż

e Południe ma ci

ę

 wyleczy

ć

?  

background image

   Owszem, dom jest tak spokojny i pi

ę

kny, 

jak zapewniali mnie wykonawcy ostatniej 
woli mego kuzyna, ale w pewien sposób 
złowieszczy. Stoi na wysokim, wielkim, 
stercz

ą

cym wzniesieniu jakie

ś

 pi

ęć

 

kilometrów na północ od Falmouth, a 
dziewi

ęć

 od Portland. Za domem rozci

ą

ga 

si

ę

 ponad hektar ziemi, dochodz

ą

cy a

ż

 do 

strasznej, przechodz

ą

cej wszelkie 

wyobra

ż

enia dziczy - jałowce, zbite 

g

ą

szcza winoro

ś

li, krzaki i dzikie pn

ą

cza 

porastaj

ą

ce malownicze skały, które 

oddzielaj

ą

 moj

ą

 posiadło

ść

 od terenów 

nale

żą

cych do miasta. Okropne imitacje 

greckich rze

ź

b spogl

ą

daj

ą

 

ś

lepo ze 

szczytów pagórków, jakby w ka

ż

dej chwili 

miały si

ę

 rzuci

ć

 na przechodnia. Odnosz

ę

 

wra

ż

enie, 

ż

e gust mego kuzyna Stephena 

wyra

ż

ał cał

ą

 gam

ę

 upodoba

ń

, od predylekcji 

do rzeczy nie do zaakceptowania po 
zamiłowanie do przedmiotów kra

ń

cowo 

odra

ż

aj

ą

cych. Jest tu dziwaczny letni 

domek, prawie całkowicie pogrzebany pod 
zwałami szkarłatnego sumaka, i groteskowy 
zegar słoneczny w 

ś

rodku czego

ś

, co 

niegdy

ś

 musiało by

ć

 ogrodem. On wła

ś

nie 

dopełnia miary szale

ń

stwa, jakie tkwi w 

tym dziwacznym krajobrazie.  
   Ale widok rozci

ą

gaj

ą

cy si

ę

 z okien 

salonu rekompensuje wszystko; 
przyprawiaj

ą

ca o zawrót głowy panorama 

skał u podnó

ż

a Chapelwaite Head i samego 

Atlantyku. Olbrzymie, wysuni

ę

te okno 

wykuszowe, obok którego stoi wielka, 
przypominaj

ą

ca kształtem ropuch

ę

 

sekretera, wychodzi wła

ś

nie na t

ę

 stron

ę

Wszystko to stwarza doskonałe warunki i 
wspaniały nastrój, 

ż

ebym zacz

ą

ł w ko

ń

cu 

pisa

ć

 powie

ść

, o której tyle Ci 

opowiadałem [i niew

ą

tpliwie okropnie Ci

ę

 

tym zanudzałem].  
   Dzisiejszy dzie

ń

 był pochmurny, co 

chwila padał deszcz. 

Ś

wiat za oknem jest 

bury - stare i zwietrzałe jak sam Czas 
skały, niebo i naturalnie ocean, który 
bij

ę

 w granitowe zr

ę

by u podnó

ż

a góry, 

powoduj

ą

c nie tyle huk, co jakie

ś

 

wibracje... Kiedy pisz

ę

 te słowa, cały 

czas wyczuwam stopami ka

ż

de uderzenie fal. 

Ogólnie wra

ż

enie nie jest nieprzyjemne.  

Zdaj

ę

 sobie spraw

ę

, drogi Bonesie, 

ż

e nie 

pochwalasz moich samotniczych ci

ą

got, ale 

ś

piesz

ę

 Ci

ę

 zapewni

ć

ż

e czuj

ę

 si

ę

 

ś

wietnie i jestem szcz

ęś

liwy. Jest ze mn

ą

 

Calvin, jak zwykle praktyczny, małomówny i 
niezawodny; ju

ż

 po kilku dniach 

zadzierzgn

ę

ła si

ę

 mi

ę

dzy nami ni

ć

 

background image

sympatii. Zorganizowali

ś

my sobie w 

miasteczku regularne dostawy prowiantu 
oraz cały zast

ę

p kobiet, które maj

ą

 

doprowadzi

ć

 ten dom do porz

ą

dku!  

   B

ę

d

ę

 ko

ń

czył - tyle tu jeszcze mam 

rzeczy do obejrzenia, tyle pokoi do 
zwiedzenia i niew

ą

tpliwie tysi

ą

ce sztuk 

obrzydliwych mebli, które czekaj

ą

ż

ebym 

rzucił na nie czułym okiem. Jeszcze raz 
dzi

ę

kuj

ę

 Ci za serdeczny list i za Twoj

ą

 

nieustaj

ą

c

ą

 przyja

źń

.  

Przeka

ż

 wyrazy sympatii Swojej 

Ż

onie i 

przyjmij moje. 
CHARLES  
 
 
6 pa

ź

dziernika 1850 r.  

 
   DROGI BONESIE!  
   Có

ż

 to za miejsce!  

   Nieustannie wprawia mnie w zdumienie - 
podobnie jak zdumiewa mnie reakcja 
mieszka

ń

ców pobliskiej wioski na wie

ść

 o 

tym, 

ż

e obj

ą

łem je w posiadanie. Jest to 

dziwaczna male

ń

ka osada o malowniczej 

nazwie Preacher's Corners. To stamt

ą

wła

ś

nie Calvin zorganizował cotygodniowe 

dostawy zaopatrzenia; tam równie

ż

 

postanowił zamówi

ć

 odpowiedni

ą

 ilo

ść

 

drewna na zim

ę

. Ale z miasteczka wrócił z 

pochmurn

ą

 twarz

ą

, a kiedy spytałem, co go 

dr

ę

czy, odparł pos

ę

pnie:  

   "Panie Boone, oni uwa

ż

aj

ą

ż

e pan 

zwariował!" Roze

ś

miałem si

ę

 i odparłem, 

ż

zapewne dotarła ju

ż

 do nich wie

ść

ż

e po 

ś

mierci Sary przeszedłem zapalenie opon 

mózgowych... Plotłem wtedy niestworzone 
rzeczy, o czym sam mo

ż

esz za

ś

wiadczy

ć

.  

   Ale Cal zaprotestował twierdz

ą

c, 

ż

nikt tam o mnie nic nie wie poza tym, 

ż

jestem kuzynkiem Stephena, który równie

ż

 

zaopatrywał si

ę

 we wszystko w miasteczku. 

"Powiedziano mi, prosz

ę

 pana, 

ż

e ka

ż

dy, 

kto mieszka w Chapelwaite, albo jest ju

ż

 

wariatem, albo nim zostanie".  
   Jak zapewne sobie wyobra

ż

asz, byłem 

bardzo zakłopotany i zapytałem, sk

ą

d ma te 

zdumiewaj

ą

ce informacje. Wyja

ś

nił, 

ż

powiedział mu o tym ponury i raczej 
zamroczony alkoholem bałwan nazwiskiem 
Thompson, wła

ś

ciciel czterystu akrów ziemi 

poro

ś

ni

ę

tej sosnami, brzozami i 

ś

wierkami, 

z których drewno obrabia wraz z pi

ę

cioma 

synami i sprzedaje je cz

ęś

ciowo do 

tartaków w Portland, a cz

ęś

ciowo 

gospodarzom z przyległych terenów.  

background image

Kiedy Cal, nie

ś

wiadom jego dziwacznych 

uprzedze

ń

, wyja

ś

nił, gdzie ma dostarczy

ć

 

drewno, Thompson gapił si

ę

 na niego z 

otwart

ą

 g

ę

b

ą

 jak sroka w gnat. O

ś

wiadczył, 

ż

e drewno mog

ą

 dostarczy

ć

 jego synowie, 

ale tylko za dnia i to wył

ą

cznie drog

ą

 

biegn

ą

c

ą

 wzdłu

ż

 brzegu morza.  

Cal zapewne 

ź

le odczytał moje osłupienie i 

szybko dodał, 

ż

e facet upił si

ę

 tani

ą

 

whisky i wygadywał jakie

ś

 bzdury o 

wymarłym miasteczku, z którym Stephen miał 
powi

ą

zania... i o glistach! Calvin dobił w 

ko

ń

cu interesu z jednym z chłopaków 

Thompsona. Ten, jak wywnioskowałem z 
opowie

ś

ci, zachowywał si

ę

 raczej gburowato 

i s

ą

dz

ą

c po bij

ą

cym z ust zapachu, daleko 

mu było do trze

ź

wo

ś

ci. Zrozumiałem te

ż

ż

i w samym Preacher's Corners moje 
przybycie spotkało si

ę

 z podobn

ą

 reakcj

ą

Cal dowiedział si

ę

 o tym w sklepie 

kolonialnym od sprzedawcy, ale 
wywnioskowałem, 

ż

e to raczej typ 

plotkarza, który lubi obmawia

ć

 wszystkich 

poza ich plecami.  
   Nie przej

ą

łem si

ę

 zbytnio tym 

wszystkim, poniewa

ż

 wiem, 

ż

e wie

ś

niacy 

lubi

ą

 tworzy

ć

 mity oraz ubarwia

ć

 sobie 

ż

ycie plotkami, a podejrzewam, 

ż

nieszcz

ę

sny Stephen i jego rodzina 

stanowili bardzo wdzi

ę

czny temat. 

U

ś

wiadomiłem Calowi, 

ż

e człowiek, który 

padł trupem przed werand

ą

 własnego domu, z 

cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 musiał sta

ć

 si

ę

 tutaj 

naczelnym tematem rozmów i plotek.  
   Sam dom wprawia mnie w nieustanne 
zdumienie. Bonesie, ma dwadzie

ś

cia trzy 

pokoje! 

Ś

ciany na pi

ę

trach wyło

ż

one s

ą

 

boazeri

ą

, a galeria portretów, cho

ć

 nosi 

wyra

ź

ne 

ś

lady ple

ś

ni, trzyma si

ę

 jeszcze 

całkiem dzielnie. Kiedy przebywałem na 
pi

ę

trze w sypialni, któr

ą

 ostatnio 

zajmował mój kuzyn, słyszałem buszuj

ą

ce w 

ś

cianach szczury; s

ą

dz

ą

c po hałasie, jaki 

robiły, musiały to by

ć

 wyj

ą

tkowo dorodne 

sztuki - chrobot był tak dono

ś

ny, jakby 

tam grasowali ludzie. Zapewniam Ci

ę

ż

nie chciałbym spotka

ć

 si

ę

 w nocy z takim 

stworzeniem, zreszt

ą

 w dzie

ń

 te

ż

 nie. Jak 

dot

ą

d nie natkn

ą

łem si

ę

 jednak ani na ich 

odchody, ani na 

ż

adne nory. Dziwne.  

   Galeria na pi

ę

trze składa si

ę

 z 

kiepskich obrazów, za to ramy warte s

ą

 

zapewne fortun

ę

. Niektóre postacie z 

portretów przypominaj

ą

 Stephena takiego, 

jakim go zapami

ę

tałem. S

ą

dz

ę

 te

ż

ż

zidentyfikowałem mego wuja, Henry'ego 
Boone'a i jego 

ż

on

ę

 Judith; pozostałe 

background image

twarze nic mi nie mówi

ą

. Podejrzewam, 

ż

która

ś

 mo

ż

e nale

ż

e

ć

 do mego znanego wszem 

i wobec dziadka Roberta. Ale rodziny ze 
strony Stephena zupełnie nie znam, czego 
ze szczerego serca 

ż

ałuj

ę

. Ten sam dobry 

humor, który przebijał z listów Stephena 
do mnie i do Sary, dostrzec mo

ż

na w 

twarzach osób na portretach, mimo 

ż

e same 

obrazy s

ą

 w opłakanym stanie. W jaki

ż

 

głupi sposób rozpadaj

ą

 si

ę

 rodziny. 

Karabinowe escritoire, ostre słowa mi

ę

dzy 

bra

ć

mi, którzy nie 

ż

yj

ą

 ju

ż

 od trzech 

pokole

ń

, i Bogu ducha winni potomkowie 

niepotrzebnie patrz

ą

 na siebie wilkiem. 

Nie potrafi

ę

 powstrzyma

ć

 si

ę

 od refleksji, 

ż

e niebywale szcz

ęś

liwie si

ę

 zło

ż

yło, i

ż

 

Tobie i Johnowi Petty'emu udało si

ę

 

skontaktowa

ć

 ze Stephenem, kiedy wydawało 

si

ę

ż

e ja te

ż

 pod

ążę

 

ś

ladem Sary i 

przekrocz

ę

 Bram

ę

... zwłaszcza 

ż

e zło

ś

liwy 

los nie pozwolił mi si

ę

 osobi

ś

cie spotka

ć

 

z kuzynem. Tak chciałbym posłucha

ć

 na 

własne uszy, jak wyst

ę

puje w obronie 

rodowych rze

ź

b i mebli!  

Ale nie pozwól mi tak bezlito

ś

nie obmawia

ć

 

tego miejsca. Stephen wprawdzie hołdował 
innym gustom ni

ż

 moje, ale oprócz nowinek 

wprowadzonych przez niego znale

źć

 tu mo

ż

na 

prawdziwe perły sztuki meblarskiej 
[wi

ę

kszo

ść

 z nich spoczywa na górze 

przykryta płóciennymi pokrowcami]. S

ą

 tam 

ło

ż

a, stoły i ci

ęż

kie, mroczne woluty 

wykonane z drzewa tekowego i z mahoniu, a 
wyposa

ż

enie licznych sypialni i pokoi 

go

ś

cinnych, górnego gabinetu i małego 

salonu posiada jaki

ś

 pos

ę

pny urok. Podłogi 

wyło

ż

one sosnow

ą

 klepk

ą

 l

ś

ni

ą

 jakim

ś

 

tajemniczym, wewn

ę

trznym blaskiem. Panuje 

tutaj aura dostoje

ń

stwa; dostoje

ń

stwa i 

przytłaczaj

ą

cego wszystko ci

ęż

aru 

minionych lat. Nie powiem, 

ż

ebym to lubił, 

ale darz

ę

 szacunkiem. Bardzo jestem 

ciekaw, czy uda mi si

ę

 przystosowa

ć

 do 

tego tak zmiennego, północnego klimatu.  
   Bo

ż

e, ale si

ę

 rozgadałem! Odpisz mi, 

Bonesie, jak najszybciej. Informuj mnie o 
post

ę

pach twej kuracji, a tak

ż

e o 

wiadomo

ś

ciach, jakie dostajesz od 

Petty'ego i reszty. I zaklinam ci

ę

 na 

wszystkie 

ś

wi

ę

to

ś

ci, nie próbuj zbyt 

nachalnie nawraca

ć

 swych nowych znajomych 

z Południa. Obaj doskonale wiemy, 

ż

e nie 

wszyscy, jak nasz dawno ju

ż

 nie

ż

yj

ą

cy 

przyjaciel, pan Calhoun, zadowol

ą

 si

ę

 

jedynie utarczkami słownymi.  
Oddany Ci przyjaciel  
CHARLES  

background image

 
 
16 pa

ź

dziernika 1850 r.  

 
   DROGI RICHARDZIE!  
   Cze

ść

, jak Ci leci? Po przybyciu do 

rezydencji w Chapelwaite cz

ę

sto o Tobie 

my

ś

lałem i po trosze spodziewałem si

ę

 

jakich

ś

 wie

ś

ci od Ciebie... a teraz 

wła

ś

nie otrzymałem list od Bonesa, który 

pisze, 

ż

e przecie

ż

 zapomniałem zostawi

ć

 w 

klubie swego nowego adresu! B

ą

d

ź

 pewien, 

ż

e i tak bym napisał, poniewa

ż

 czasami 

wydaje mi si

ę

ż

e moi prawdziwi i wierni 

przyjaciele s

ą

 wszystkim, co zostawiłem w 

zupełnie normalnym i pewnym 

ś

wiecie. 

Wielki Bo

ż

e, ale

ż

 los nas rozrzucił! Ty 

jeste

ś

 w Bostonie i wiernie piszesz do The 

Liberator [tak na marginesie, tam równie

ż

 

przesłałem mój aktualny adres], Hanson 
przebywa w Anglii na tych swoich kolejnych 
przekl

ę

tych wycieczkach, a biedaczysko 

Bones leczy płuca w samej jaskini lwa.  
   Dicku, sytuacj

ę

 tutaj zastałem tak

ą

jak si

ę

 spodziewałem, i b

ą

d

ź

 pewien, 

ż

zło

żę

 Ci o wszystkim pełne sprawozdanie, 

kiedy ju

ż

 uporam si

ę

 z pewnymi sprawami, z 

jakimi si

ę

 zetkn

ą

łem w tym miejscu... 

My

ś

l

ę

, i

ż

 pewne wydarzenia, jakie zdarzaj

ą

 

si

ę

 w samym Chapelwaite i w okolicy, 

bardzo zaintryguj

ą

 Twój prawniczy umysł.  

   Na razie pragn

ę

 tylko zapyta

ć

, czy 

nadal interesuj

ą

 Ci

ę

 te sprawy. Czy 

pami

ę

tasz historyka, którego przedstawiłe

ś

 

mi na obiedzie u pana Clary'ego? Nazywał 
si

ę

 chyba Bigelow. Tak czy owak wspominał, 

ż

e jego hobby polega na zbieraniu 

wszelkich strz

ę

pów wiadomo

ś

ci 

historycznych odnosz

ą

cych si

ę

 dokładnie do 

terenów, na których obecnie mieszkam. Moja 
pro

ś

ba zatem brzmi: Czy byłby

ś

 łaskaw 

skontaktowa

ć

 si

ę

 z nim ponownie i poprosi

ć

 

o informacje dotycz

ą

ce folkloru, a nawet 

plotki odnosz

ą

ce si

ę

 do małego, 

opuszczonego miasteczka zwanego DOLA 
JERUZALEM w parafii Preacher's Corners nad 
Królewsk

ą

 Rzek

ą

, która wpada do odległej 

od Chapelwaite o jakie

ś

 osiemna

ś

cie 

kilometrów rzeki Androscoggin. Jest to dla 
mnie sprawa niebywale istotna i byłbym Ci 
bardzo zobowi

ą

zany, gdyby

ś

 zechciał mi 

pomóc.  
   Drogi Dicku, przejrzałem wła

ś

nie ten 

list i widz

ę

ż

e potraktowałem Ci

ę

 dosy

ć

 

skrótowo, za co z całego serca 
przepraszam. Ale zapewniam Ci

ę

ż

e w 

stosownym czasie wytłumacz

ę

 t

ę

 

background image

lakoniczno

ść

, a teraz przesyłam 

najgor

ę

tsze pozdrowienia Twojej 

ż

onie, 

Twoim dwóm wspaniałym synom i, naturalnie, 
Tobie.  
Oddany Ci przyjaciel  
CHARLES  
 
 
16 pa

ź

dziernika 1850 r.  

 
DROGI BONESIE! 
   Pragn

ę

 opowiedzie

ć

 Ci o tym, co mnie i 

Calowi wydaje si

ę

 nieco dziwne [a nawet 

niepokoj

ą

ce] - ciekaw jestem, co Ty na ten 

temat powiesz. Je

ś

li Ci

ę

 to nie 

zainteresuje, potraktuj wszystko jako 

ż

art, który uprzyjemni Ci chwil

ę

 walk z 

komarami.  
   W dwa dni po tym, jak wysłałem do 
Ciebie list, z Corners przybyły do nas 
cztery młode damy w towarzystwie pani 
Cloris, matrony o przera

ż

aj

ą

co 

dystyngowanym wyrazie twarzy, 

ż

eby 

doprowadzi

ć

 dom do porz

ą

dku i wszystko 

dokładnie odkurzy

ć

; w wyniku ich działa

ń

 

ju

ż

 do ko

ń

ca dnia nieustannie kichałem. 

Wszystkie kobiety wykonuj

ą

c swoj

ą

 prac

ę

wydawały si

ę

 spi

ę

te i mocno zdenerwowane; 

jedna nawet cicho pisn

ę

ła ze strachu, 

kiedy nieoczekiwanie wszedłem do salonu na 
pi

ę

trze, który akurat sprz

ą

tała.  

   Zapytałem o to pani

ą

 Cloris. 

(Zdumiałby

ś

 si

ę

, bo odkurzała hall na 

parterze z tak

ą

 zawzi

ę

to

ś

ci

ą

ż

e spod 

starej, spłowiałej opaski wysypywały si

ę

 

jej kosmyki włosów]. Odwróciła si

ę

 w moj

ą

 

stron

ę

 i powiedziała z dziwnym napi

ę

ciem w 

głosie:  
   "Ludzie nie lubi

ą

 tego domu, prosz

ę

 

pana, i ja równie

ż

 go nie lubi

ę

. Ten dom 

zawsze był zły".  
   Na tak nieoczekiwane o

ś

wiadczenie 

straciłem na chwil

ę

 mow

ę

, a wyra

ź

nie 

podekscytowana pani Cloris ci

ą

gn

ę

ła 

dalej:.  
   "Nie chc

ę

 przez to powiedzie

ć

ż

Stephen Boone był człowiekiem niegodziwym, 
poniewa

ż

 skłamałabym; sprz

ą

tałam u niego 

co drugi wtorek przez cały czas, jak tutaj 
mieszkał, podobnie jak sprz

ą

tałam u jego 

ojca, pana Randolpha Boone'a a

ż

 do chwili, 

kiedy on i jego 

ż

ona znikn

ę

li w roku 

tysi

ą

c osiemset szesnastym. Pan Stephen 

był dobrym i sympatycznym człowiekiem i 
pan równie

ż

 sprawia takie wra

ż

enie (prosz

ę

 

wybaczy

ć

 mi moj

ą

 szczero

ść

, ale ja nie 

potrafi

ę

 inaczej mówi

ć

); lecz sam dom jest 

background image

zły, taki zreszt

ą

 zawsze był i 

ż

aden z 

Boone'ów nie zaznał w nim szcz

ęś

cia. Tak 

jest od czasów, kiedy pa

ń

ski dziadek 

Robert i jego brat Phillip w roku tysi

ą

siedemset osiemdziesi

ą

tym dziewi

ą

tym 

poró

ż

nili si

ę

 o jakie

ś

 [tutaj umilkła, 

jakby nagle poczuła si

ę

 winna] skradzione 

przedmioty".  
   Sam popatrz, Bones, jak

ą

 ta miejscowa 

ludno

ść

 ma pami

ęć

!  

   "Dom zbudowano nieszcz

ęś

liwie" - 

powiedziała jeszcze pani Cloris. - "Ludzi 
w nim mieszkaj

ą

cych prze

ś

ladowały 

nieszcz

ęś

cia, na jego podłogach rozlano 

krew [nie wiem, czy wiesz, Bones, 

ż

e mój 

wuj Randolph zamieszany był w wypadek, 
jaki wydarzył si

ę

 na schodach prowadz

ą

cych 

do piwnicy, w którym to straciła 

ż

ycie 

jego córka Marcella; on sam dr

ę

czony 

wyrzutami sumienia, odebrał sobie 

ż

ycie. 

Opisał mi to wszystko Stephen w li

ś

cie, 

jaki przysłał ze smutnej okazji dnia 
urodzin swojej nie

ż

yj

ą

cej siostry], 

zdarzały si

ę

 tu równie

ż

 tajemnicze 

znikni

ę

cia i wypadki.  

   Pracowałam w tym domu od dawna, panie 
Boone, a przecie

ż

 nie jestem ani 

ś

lepa, 

ani głucha. Słyszałam w 

ś

cianach paskudne 

d

ź

wi

ę

ki, prosz

ę

 pana, paskudne d

ź

wi

ę

ki - 

straszliwe łomoty i trzaski, a raz nawet 
dziwne ni to zawodzenie, ni to 

ś

miech. A

ż

 

zmroziło mi krew w 

ż

yłach. Prosz

ę

 pana, to 

mroczne miejsce..."  
   Urwała, najwyra

ź

niej w obawie, 

ż

e powie 

za du

ż

o.  

   Je

ś

li o mnie chodzi, sam dobrze nie 

wiedziałem, czy mam wybuchn

ąć

 

ś

miechem, 

czy wyrazi

ć

 oburzenie, by

ć

 zaintrygowany, 

czy podej

ść

 do tych rewelacji racjonalnie. 

Obawiam si

ę

ż

e wtedy byłem tylko 

rozbawiony.  
   "A czego si

ę

 pani spodziewała, pani 

Cloris?" - zapytałem. - "Pobrz

ę

kuj

ą

cych 

ła

ń

cuchami duchów?"  

   Ona tylko obrzuciła mnie osobliwym 
spojrzeniem.  
   "Mo

ż

e i duchów. Ale to nie duchy 

gnie

ż

d

żą

 si

ę

 w 

ś

cianach. To nie duchy 

zawodz

ą

 i płacz

ą

 jak pot

ę

pie

ń

cy, to nie 

duchy rozbijaj

ą

 si

ę

 i włócz

ą

 w 

ciemno

ś

ciach. To..."  

   "

Ś

miało, pani Cloris" - zach

ę

ciłem. - 

"Skoro ju

ż

 pani opowiedziała tyle, to 

nale

ż

y sko

ń

czy

ć

 to, co si

ę

 zacz

ę

ło".  

   Na jej twarzy pojawił si

ę

 wyraz 

najwy

ż

szego przera

ż

enia i - mógłbym da

ć

 

głow

ę

 - jakiej

ś

 religijnej zgrozy.  

background image

   "Niektórzy nie umieraj

ą

" - szepn

ę

ła. - 

"Niektórzy 

ż

yj

ą

 w półmroku zalegaj

ą

cym 

dziedzin

ę

 Pomi

ę

dzy, 

ż

eby słu

ż

y

ć

... Jemu!"  

   I to wszystko. Przez kilka minut 
próbowałem z kobieciny jeszcze co

ś

 

wyci

ą

gn

ąć

, ale ona zaci

ę

ła si

ę

 w uporze i 

nic wi

ę

cej nie powiedziała. W ko

ń

cu dałem 

spokój w obawie, 

ż

e porzuci prac

ę

.  

Na tym zako

ń

czył si

ę

 ten epizod, ale 

kolejny nast

ą

pił nast

ę

pnego wieczoru. 

Calvin napalił w kominku na parterze, wi

ę

zasiadłem w salonie i kołysz

ą

c si

ę

 sennie 

nad egzemplarzem The Intelligencer 
słuchałem łoskotu nawiewanego wiatrem 
deszczu bij

ą

cego w du

ż

e wykuszowe okno. 

Wpadłem w błogi nastrój, jaki ogarn

ą

łby 

ka

ż

dego, kto wieczorem w tak

ą

 pogod

ę

 

siedzi pod dachem w cieple i w wygodnym 
fotelu. W pewnej chwili w progu stan

ą

ł 

Calvin. Był podekscytowany i wyra

ź

nie 

wystraszony.  
   "Pan nie 

ś

pi, sir?" - zapytał.  

   "Wła

ś

nie prawie zasn

ą

łem" - odrzekłem. 

- "Co si

ę

 stało?"  

   "Odkryłem co

ś

 na pi

ę

trze. My

ś

l

ę

ż

powinien pan to zobaczy

ć

 osobi

ś

cie" - 

odparł, z trudem kryj

ą

c podniecenie.  

   Wstałem i ruszyłem za nim. Wspinaj

ą

si

ę

 po szerokich schodach, Calvin 

powiedział:  
   "Czytałem ksi

ąż

k

ę

 w gabinecie na 

pi

ę

trze... jedn

ą

 z tych dziwnych... kiedy 

usłyszałem w 

ś

cianie hałas".  

   "Szczury" - o

ś

wiadczyłem. - "I to 

wszystko?" Przystan

ą

ł na górze schodów i 

popatrzył na mnie bardzo powa

ż

nie. Lampa, 

któr

ą

 trzymał w r

ę

ku, rzucała tajemnicze, 

ta

ń

cz

ą

ce cienie na ciemne draperie i 

majacz

ą

ce w mroku portrety. Twarze raczej 

łypały na nas z ukosa, ni

ż

 si

ę

 u

ś

miechały. 

Nagle za oknem zacz

ą

ł wy

ć

 wiatr, ale po 

chwili, jakby niech

ę

tnie, ucichł.  

   "To nie były szczury" - powiedział Cal. 
- "To był taki dudni

ą

cy d

ź

wi

ę

k, jakby co

ś

 

szamotało si

ę

 za szafk

ą

 z ksi

ąż

kami, a 

ź

niej rozległ si

ę

 okropny gulgocz

ą

cy 

rechot... okropny, sir. I drapanie, jakby 
co

ś

 chciało si

ę

 wydosta

ć

... dosta

ć

 mnie!"  

   Czy potrafisz sobie wyobrazi

ć

 moje 

zdumienie, Bonesie? Calvin nie jest 
człowiekiem, który daje si

ę

 ponosi

ć

 

odruchom histerycznej wyobra

ź

ni. Zacz

ą

łem 

podejrzewa

ć

ż

e tkwi w tym jaka

ś

 

tajemnica; i to tajemnica bardzo ponura.  
   "I co si

ę

 stało dalej?" - spytałem. 

Ruszyli

ś

my korytarzem i w ko

ń

cu ujrzałem 

padaj

ą

ce z gabinetu na podłog

ę

 

ś

wiatło. Z 

background image

dr

ż

eniem serca popatrzyłem w tamt

ą

 stron

ę

opu

ś

cił mnie cały błogi nastrój.  

   "Drapanie ustało, ale po chwili znów 
rozległo si

ę

 to dudnienie i szamotanie; 

tym razem coraz dalej. Na chwil

ę

 to co

ś

 

si

ę

 zatrzymało i przysi

ę

gam, 

ż

e słyszałem 

dziwny, prawie nieuchwytny dla ucha 

ś

miech! Podszedłem do szafki i przesun

ą

łem 

j

ą

 w nadziei, 

ż

e znajd

ę

 za ni

ą

 jak

ąś

 

przegrod

ę

 albo sekretne drzwi".  

   "I co? Natkn

ą

łe

ś

 si

ę

 na co

ś

 

interesuj

ą

cego?"  

   Cal przystan

ą

ł przed drzwiami do 

gabinetu.  
   "Nie... ale znalazłem to!"  
   Weszli

ś

my do 

ś

rodka i zobaczyłem w 

półce stoj

ą

cej po lewej stronie czarn

ą

 

wn

ę

k

ę

. Ksi

ąż

ki w tym miejscu były tylko 

atrap

ą

. Cal odnalazł skrytk

ę

. Po

ś

wieciłem 

do 

ś

rodka lamp

ą

, ale dostrzegłem jedynie 

grub

ą

 warstw

ę

 kurzu, który musiał si

ę

 tam 

gromadzi

ć

 od dziesi

ę

cioleci.  

"W 

ś

rodku było tylko to" - wyja

ś

nił cicho 

Cal, wr

ę

czaj

ą

c mi po

ż

ółkł

ą

 kartk

ę

 papieru. 

.  
Przed oczyma miałem map

ę

 z delikatnymi, 

cienkimi jak paj

ę

cza prz

ę

dza liniami 

wyrysowanymi czarnym atramentem... map

ę

 

jakiego

ś

 miasteczka lub wioski. Na planie 

umieszczono mo

ż

e z siedem budynków. Pod 

jednym, zaznaczonym wie

ż

yczk

ą

, widniał 

podpis: Zepsuła go glista.  
   W górnym lewym rogu - wedle mapy punkt 
ów le

ż

ał na północny zachód od małej osady 

- narysowana była strzałka. Pod ni

ą

 

czerniał napis: Chapelwaite.  
  "W Corners kto

ś

 wspominał z l

ę

kiem o 

opuszczonym miasteczku zwanym Dola 
Jeruzalem" - powiedział Calvin. - "Wszyscy 
trzymaj

ą

 si

ę

 od tamtego miejsca z daleka".  

   "Ale co to znaczy?" - zapytałem, 
wskazuj

ą

c dziwaczny podpis pod wie

ż

yczk

ą

.  

   "Nie wiem" - odparł.  
   Przypomniałem sobie wystraszon

ą

, ale 

stanowcz

ą

 pani

ą

 Cloris.  

   "Glista..." - mrukn

ą

łem.  

   "Czy pan co

ś

 wie, panie Boone?"  

   "Zapewne... b

ę

dzie zabawnie odwiedzi

ć

 

jutro to miasteczko. Co o tym my

ś

lisz, 

Cal?"  
   Oczy mu rozbłysły i skin

ą

ł głow

ą

Strawili

ś

my blisko godzin

ę

, opukuj

ą

c i 

przeszukuj

ą

ś

cian

ę

 za znalezion

ą

 przez 

Cala skrytk

ą

, ale bez rezultatu. Nie 

powtórzyły si

ę

 równie

ż

 odgłosy, które mi 

opisał.  
   Dali

ś

my sobie wreszcie spokój.  

background image

   Nast

ę

pnego dnia rano ruszyli

ś

my na 

piechot

ę

 przez las. Padaj

ą

cy w nocy deszcz 

ustał, ale niebo ci

ą

gle było szare i nad 

ziemi

ą

 nisko płyn

ę

ły chmury. Kiedy 

poczułem na sobie zaniepokojony wzrok 
Cala, 

ś

piesznie zapewniłem go, 

ż

e je

ś

li 

poczuj

ę

 si

ę

 zm

ę

czony lub droga oka

ż

e si

ę

 

zbyt długa, natychmiast go o tym 
powiadomi

ę

 i zrezygnujemy z całego 

przedsi

ę

wzi

ę

cia. Zabrali

ś

my ze sob

ą

 

pot

ęż

n

ą

 wałówk

ę

, wy

ś

mienity kompas 

Buckwhite'a i oczywi

ś

cie tajemnicz

ą

, star

ą

 

map

ę

 Doli Jeruzalem.  

   Dzie

ń

 był dziwny i pos

ę

pny; kiedy 

posuwali

ś

my si

ę

 przez mroczny, sosnowy 

las, najpierw na południe, a pó

ź

niej na 

wschód, nie słyszeli

ś

my ani jednego ptaka, 

a w zaro

ś

lach nie poruszyło si

ę

 

ż

adne 

zwierz

ę

. Głuch

ą

 cisz

ę

 m

ą

cił jedynie d

ź

wi

ę

naszych stóp i odległy łoskot bij

ą

cego w 

skały przyl

ą

dka oceanu. Towarzyszył nam 

cały czas prawie nadprzyrodzenie ci

ęż

ki 

zapach morza.  
   Po niecałych trzech kilometrach 
natkn

ę

li

ś

my si

ę

 na zaro

ś

ni

ę

t

ą

, niegdy

ś

 

wyło

ż

on

ą

 palami drog

ę

, która ci

ą

gn

ę

ła si

ę

 

mniej wi

ę

cej w tym samym kierunku, gdzie 

zd

ąż

ali

ś

my. Ruszyli

ś

my ni

ą

, co pozwoliło 

zaoszcz

ę

dzi

ć

 sporo czasu. Rozmawiali

ś

my 

niewiele. Pochmurny, ponury dzie

ń

 opadał 

ci

ęż

k

ą

 płacht

ą

, gasz

ą

c w nas całego ducha.  

  Około jedenastej usłyszeli

ś

my szum 

płyn

ą

cej wody. Zaro

ś

ni

ę

ta droga, któr

ą

 

szli

ś

my, gwałtownie odbijała w lewo, a po 

drugiej stronie spienionego, ciemnoszarego 
potoku, niczym jakie

ś

 widziadło, rozsiadło 

si

ę

 miasteczko Dola Jeruzalem!  

   Potok miał około dwóch i pół metra 
szeroko

ś

ci; jego brzegi ł

ą

czyła obro

ś

ni

ę

ta 

mchem kładka. Po drugiej stronie, Bonesie, 
znajdowało si

ę

 przepi

ę

kne miasteczko. 

Naturalnie nieubłagane działanie czasu 
wywarło na nim swoje pi

ę

tno, ale i tak 

zachowało si

ę

 w zadziwiaj

ą

co dobrym 

stanie. Kilkana

ś

cie domów, z jakich znani 

byli purytanie - surowych w swoim 
kształcie, ale mimo to imponuj

ą

cych - 

stało nad stromym brzegiem rzeki. Dalej, 
wzdłu

ż

 zaro

ś

ni

ę

tej chwastami ulicy 

widniały trzy lub cztery budynki. Od biedy 
mogły stanowi

ć

 prymitywne centrum 

handlowe. Jeszcze dalej sterczała iglica 
zaznaczonego na mapie ko

ś

cioła; kłuła 

ołowiane niebo i sprawiała 
nieprawdopodobnie pos

ę

pne wra

ż

enie z 

powodu łuszcz

ą

cej si

ę

 farby i 

zmatowiałego, przekrzywionego krzy

ż

a.  

background image

   "Nazwa pasuje do miasteczka jak ulał" - 
odezwał si

ę

 cicho stoj

ą

cy za mymi plecami 

Cal.  
Przeszli

ś

my mostek, ruszyli

ś

my w stron

ę

 

wioski... i w tym miejscu moja opowie

ść

 

stanie si

ę

 nieco dziwaczna, wi

ę

c przygotuj 

si

ę

, Bonesie!  

   W miar

ę

 jak posuwali

ś

my si

ę

 mi

ę

dzy 

domami, powietrze zdawało si

ę

 przybiera

ć

 

konsystencj

ę

 ołowiu; je

ś

li wolisz, było 

ci

ęż

kie. Budynki znajdowały si

ę

 w stanie 

kompletnego rozkładu - pozrywane 
okiennice, pozapadane pod ci

ęż

arem 

ś

niegów 

dachy, pokryte kurzem okna łypi

ą

ce na nas 

zezem. Cienie rzucane przez dziwaczne 
załomy 

ś

cian i kanciaste przybudówki 

zdawały si

ę

 zamienia

ć

 w jakie

ś

 złowrogie 

jeziora.  
   Najpierw wkroczyli

ś

my do starej, 

zmurszałej karczmy - odnosiłem osobliwe 
wra

ż

enie, 

ż

e nie powinni

ś

my swoj

ą

 

obecno

ś

ci

ą

 zakłóca

ć

 spokoju domów, w 

których zm

ę

czeni ludzie szukali chwili 

wytchnienia i samotno

ś

ci. Zwietrzała 

tablica wisz

ą

ca nad połupanymi drzwiami 

głosiła, 

ż

e był tu ongi

ś

 ZAJAZD I KARCZMA 

POD 

Ś

WI

Ń

SKIM ŁBEM. Wisz

ą

ce na jednym 

zawiasie drzwi zaskrzypiały pot

ę

pie

ń

czo, a 

my weszli

ś

my do pogr

ąż

onego w gł

ę

bokim 

cieniu wn

ę

trza. Smród ple

ś

ni i rozkładu 

zwalał po prostu z nóg. Wydawało mi si

ę

ż

e pod tym zapachem kryje si

ę

 inny jeszcze 

fetor, zawiesisty, morowy odór, zapach 
wieków i zgnilizny. Tak

ą

 wo

ń

 wydziela

ć

 

mog

ą

 jedynie zniszczone trumny lub 

zbezczeszczone grobowce. Jednocze

ś

nie 

przyło

ż

yli

ś

my do nosów chusteczki. 

Obrzucili

ś

my pomieszczenie bystrym 

spojrzeniem.  
   "Bo

ż

e drogi, sir..." - zacz

ą

ł słabym 

głosem Cal.  
   "...nie powinni

ś

my byli tu wchodzi

ć

" - 

zako

ń

czyłem za niego. I tak rzeczywi

ś

cie 

było.  
   Stoły i krzesła stały niczym upiorni 
stra

ż

nicy; zakurzone, z niezatartym 

pi

ę

tnem, jakie wywarły na nich gwałtowne 

zmiany temperatur, z których znany jest 
klimat Nowej Anglii, a jednocze

ś

nie w 

jaki

ś

 sposób w stanie nienaruszonym - 

jakby czekały poprzez milcz

ą

ce, 

nap

ę

czniałe echem dziesi

ę

ciolecia, a

ż

 

wróci ów miniony, dawny czas i kto

ś

 

wejdzie, zawoła, 

ż

eby podano mu kufel piwa 

albo szklank

ę

 gorzałki, rozda karty, po 

czym zaci

ą

gnie si

ę

 wykonan

ą

 z gliny fajk

ą

Wisz

ą

ce na 

ś

cianie obok tablicy z 

background image

regulaminem kwadratowe, małe lustro było 
całe. Rozumiesz, Bonesie? Mali chłopcy 
znani s

ą

 z tego, 

ż

e wsz

ę

dzie si

ę

 dostan

ą

 i 

wszystko zniszcz

ą

. Nie istnieje dla nich 

ż

aden "nawiedzony" dom, który po ich 

wizycie ostałby si

ę

 z całymi szybami bez 

wzgl

ę

du na to, jak niesamowici i 

przera

ż

aj

ą

cy byliby jego rzekomi 

mieszka

ń

cy; dla takich łobuziaków nie ma 

ś

wi

ę

to

ś

ci pogr

ąż

onego w pos

ę

pnym cieniu 

cmentarza, nie ma grobowca, gdzie by si

ę

 

nie wdarli. A z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 w odległym 

od Doli Jeruzalem o niecałe trzy kilometry 
Preacher's Corners urwisów takich jest 
bardzo wielu. A na dodatek wszelkie 
szklane naczynia i cała masa innych 
kruchych i delikatnych przedmiotów, na 
które natkn

ę

li

ś

my si

ę

 podczas naszych 

poszukiwa

ń

 [warte s

ą

 z pewno

ś

ci

ą

 okr

ą

ą

 

sumk

ę

], równie

ż

 pozostały nietkni

ę

te. 

Jedyne zniszczenia, jakich dopatrzyli

ś

my 

si

ę

 w Doli Jeruzalem, dokonane zostały 

przez bezosobow

ą

 Natur

ę

. Wniosek jest 

jasny: Dola Jeruzalem to nawiedzone 
miasto. Ale dlaczego? Mam pewn

ą

 teori

ę

lecz zanim odwa

żę

 si

ę

 bli

ż

ej j

ą

 wyja

ś

ni

ć

najpierw opowiem o dziwnym i niepokoj

ą

cym 

zako

ń

czeniu naszej wizyty w tym upiornym 

miejscu.  
   Przeszli

ś

my na gór

ę

 do cz

ęś

ci sypialnej 

zajazdu. Łó

ż

ka były starannie posłane, 

przy ka

ż

dym stał cynowy dzban na wod

ę

Podobnie kuchnia nie nosiła najmniejszych 

ś

ladów zniszczenia, z wyj

ą

tkiem 

zalegaj

ą

cych wsz

ę

dzie grubych warstw kurzu 

i przenikaj

ą

cego wszystko zapachu 

zgnilizny i rozkładu. Karczma z cał

ą

 

pewno

ś

ci

ą

 dla miło

ś

nika staro

ż

ytno

ś

ci 

byłaby ziemi

ą

 obiecan

ą

. Wspaniały kuchenny 

piec stanowiłby ozdob

ę

 ka

ż

dej aukcji w 

Bostonie i niechybnie osi

ą

gn

ą

łby zawrotn

ą

 

cen

ę

.  

   "I co o tym my

ś

lisz, Cal?" - zapytałem, 

kiedy znów znale

ź

li

ś

my si

ę

 w m

ę

tnym 

ś

wietle pochmurnego dnia.  

   "My

ś

l

ę

ż

e to paskudny interes, panie 

Boone" - odparł płaczliwie.  
   Pobie

ż

nie zbadali

ś

my inne budynki: 

stajni

ę

 przy karczmie, gdzie na płaskich, 

zardzewiałych hakach wisiały sple

ś

niałe 

uprz

ęż

e, sklep z artykułami gospodarstwa 

domowego, magazyn z drewnem, gdzie ci

ą

gle 

jeszcze pi

ę

trzyły si

ę

 stosy sosnowych i 

d

ę

bowych belek i desek, oraz ku

ź

ni

ę

.  

   W drodze do stoj

ą

cego po

ś

rodku 

miasteczka ko

ś

cioła wst

ą

pili

ś

my do dwóch 

domów mieszkalnych. Oba były zabudowane w 

background image

typowym, puryta

ń

skim stylu, a w 

ś

rodku 

natkn

ę

li

ś

my si

ę

 na mas

ę

 przedmiotów i 

sprz

ę

tów, na których ka

ż

dy kolekcjoner 

staroci natychmiast poło

ż

yłby chciwie 

swoj

ą

 r

ę

k

ę

. Oba domy zostały opuszczone i 

przenikał je zapach zgnilizny.  
   Z wyj

ą

tkiem nas dwóch wszystko tam było 

martwe i pogr

ąż

one w bezruchu. Nie 

dostrzegli

ś

my owadów, ptaków ani nawet 

paj

ę

czyn w rogach okien. Tylko kurz.  

   W ko

ń

cu dotarli

ś

my do ko

ś

cioła. 

Pi

ę

trzył si

ę

 nad nami, pos

ę

pny, 

niego

ś

cinny, zimny. Okna były ciemne od 

panuj

ą

cego w 

ś

rodku mroku; wszelka 

pobo

ż

no

ść

 i 

ś

wi

ę

to

ść

 opu

ś

ciły to miejsce 

bardzo dawno. O tym byłem absolutnie 
przekonany. Weszli

ś

my po schodach i 

poło

ż

yłem dło

ń

 na wielkiej, 

ż

elaznej 

klamce. Wymienili

ś

my z Calvinem pos

ę

pne 

spojrzenia. Pchn

ą

łem drzwi. Od jak dawna 

tej klamki nie dotkn

ę

ła ludzka r

ę

ka? Byłem 

pewien, 

ż

e moja jest pierwsza od 

pi

ęć

dziesi

ę

ciu lat; zapewne dłu

ż

ej. 

Zardzewiałe zawiasy przera

ź

liwie 

zaskrzypiały. Smród ple

ś

ni, zgnilizny i 

rozkładu był prawie namacalny. Cal wydał 
zdławiony okrzyk i odruchowo odwrócił 
twarz, pragn

ą

c zaczerpn

ąć

 w płuca 

ś

wie

ż

ego 

powietrza.  
   "Prosz

ę

 pana" - sapn

ą

ł. - "Czy jest pan 

pewien, 

ż

e pan wytrzyma..."  

   "Czuj

ę

 si

ę

 doskonale" - odparłem 

spokojnie.  
   Bones, wcale nie byłem spokojny; 
podobnie jak i teraz. Podobnie jak 
Moj

ż

esz, Jereboam, Increase Mather czy 

nasz Hanson [kiedy jest, naturalnie, w tym 
swoim filozoficznym nastroju] wierz

ę

ż

istniej

ą

 szkodliwe duchowo miejsca, 

budowle, w których kosmiczne dobro 
kwa

ś

nieje i psuje si

ę

. Przysi

ę

gam Ci, 

ż

ten ko

ś

ciół jest wła

ś

nie takim miejscem.  

   Wkroczyli

ś

my do długiego westybulu 

zastawionego zakurzony- mi wieszakami i 
pulpitami ze zbiorami hymnów. W westybulu 
nie było okien. W specjalnych niszach 
stały lampy oliwne. Nieszczególnie godne 
uwagi pomieszczenie, pomy

ś

lałem, ale w tej 

samej chwili usłyszałem, 

ż

e Calvin ze 

ś

wistem wci

ą

ga w płuca powietrze i dopiero 

wtedy ujrzałem to, co on dostrzegł 
wcze

ś

niej.  

   To było odra

ż

aj

ą

ce. Nie 

ś

miem opisa

ć

 

dokładniej tego wspaniale oprawionego 
malowidła. Musi wystarczy

ć

 Ci tylko tyle: 

namalowane było w zmysłowym stylu obrazów 
Rubensa, przedstawiało groteskow

ą

 

background image

trawestacj

ę

 Madonny z Dzieci

ą

tkiem, a w 

tle pełzły i paradowały dziwne, ukryte w 
półcieniu stworzenia.  
   "Bo

ż

e" - szepn

ą

łem. 

   "Tu nie ma 

ż

adnego Boga" - odparł 

Calvin.  
   Jego słowa długo jeszcze wisiały w 
powietrzu.  
   Otworzyłem drzwi prowadz

ą

ce do samego 

ko

ś

cioła. W nozdrza uderzyło nas niezdrowe 

powietrze i odra

ż

aj

ą

cy smród.  

   W nikłym 

ś

wietle popołudnia majaczyły 

ławki ci

ą

gn

ą

ce si

ę

 a

ż

 do ołtarza. Nad nimi 

wznosiła si

ę

 wysoka, d

ę

bowa kazalnica, a 

jeszcze dalej, na skrytym w mroku ołtarzu, 
l

ś

niło złoto.  

   Calvin, który był 

ż

arliwym 

protestantem, z cichym łkaniem wykonał 
znak krzy

ż

a, a ja poszedłem w jego 

ś

lady. 

Owo złoto był to wspaniałej roboty krzy

ż

ale odwrócony do góry nogami - symbol 
Czarnej Mszy.  
   "Musimy zachowa

ć

 spokój" - usłyszałem 

własny głos. - "Calvin, musimy zachowa

ć

 

spokój. Musimy zachowa

ć

 spokój".  

   Lecz cie

ń

 spowił ju

ż

 moje serce i 

obawiałem si

ę

ż

e nigdy nie odzyskam 

spokoju. Raz trafiłem pod mroczny parasol 

ś

mierci i my

ś

lałem, 

ż

e nie mo

ż

e by

ć

 

ciemniejszego miejsca. Ale tu było. Tu 
było.  
   Przeszli

ś

my wzdłu

ż

 głównej nawy, nasze 

kroki wzbudzały rozliczne echa. 
Zostawiali

ś

my za sob

ą

 w kurzu wyra

ź

ne 

ś

lady stóp. A na ołtarzu były inne 

jeszcze, mroczne objets d'art. Nie, nie 
mog

ę

, nie pozwol

ę

 memu umysłowi roztrz

ą

sa

ć

 

tego, co widzieli

ś

my.  

   Zacz

ą

łem wchodzi

ć

 na kazalnic

ę

.  

   "Nie! Panie Boone, nie!" - krzykn

ą

ł 

nagle Cal. - "Boj

ę

 si

ę

..."  

   Ale ja ju

ż

 znalazłem si

ę

 na górze. Na 

pulpicie le

ż

ała olbrzymia, otwarta ksi

ę

ga 

napisana zarówno po łacinie jak i 
niewyra

ź

nymi runami, które na moje 

niewprawne oko były pismem druidzkim albo 
preceltyckim. Zał

ą

czam Ci kartk

ę

 z kilkoma 

narysowanymi z pami

ę

ci symbolami.  

   Zamkn

ą

łem ksi

ę

g

ę

 i popatrzyłem na słowa 

wytłoczone w skórze okładki: De Vermis 
Mysteriis. Moja łacina jest raczej uboga, 
ale wystarczaj

ą

ca, 

ż

ebym zrozumiał tytuł: 

Tajemnica Glisty.  
   Kiedy tylko dotkn

ą

łem ksi

ę

gi, cały ten 

przekl

ę

ty ko

ś

ciół i blada, uniesiona twarz 

Calvina zata

ń

czyły mi przed oczyma. 

Odniosłem wra

ż

enie, 

ż

e słysz

ę

 niskie, 

background image

monotonnie zawodz

ą

ce głosy pełne jakiego

ś

 

odra

ż

aj

ą

cego, a jednocze

ś

nie 

ż

arliwego 

oczekiwania... a w tle tego d

ź

wi

ę

ku inny 

jeszcze, wypełniaj

ą

cy trzewia ziemi 

odgłos. Nie wiem... ale w tym samym 
momencie ko

ś

ciół wypełnił bardzo 

rzeczywisty d

ź

wi

ę

k, który potrafi

ę

 opisa

ć

 

jedynie jako taki odgłos, jaki musiałoby 
wyda

ć

 co

ś

 ogromnego i niesko

ń

czenie 

makabrycznego, co skr

ę

ciło si

ę

 pod moimi 

stopami. Kazalnica zatrz

ę

sła si

ę

; na 

ś

cianie zadygotał zbezczeszczony krzy

ż

.  

   Wyszli

ś

my jednocze

ś

nie, Cal i ja, 

zostawiaj

ą

c tamto miejsce ciemno

ś

ciom, i 

ż

aden z nas nie odwa

ż

ył si

ę

 odwróci

ć

 a

ż

 do 

chwili, kiedy przekroczyli

ś

my nierówne 

deski przerzuconego nad potokiem mostka. 
Nie powiem, 

ż

e wracali

ś

my biegiem, 

plugawi

ą

c tych tysi

ą

c dziewi

ęć

set lat, 

podczas których człowiek mozolnie pi

ą

ł si

ę

 

w gór

ę

 od stadium ciemnego i pełnego 

przes

ą

dów dzikusa, ale te

ż

 skłamałbym 

twierdz

ą

c, 

ż

e szli

ś

my spacerkiem.  

   I to ju

ż

 wszystko. Nie wolno Ci psu

ć

 

kuracji niepokojem, 

ż

e ponownie zapadłem 

na zapalenie opon mózgowych; Cal mo

ż

za

ś

wiadczy

ć

 o prawdziwo

ś

ci ka

ż

dego mojego 

słowa i potwierdzi

ć

 istnienie tych 

odra

ż

aj

ą

cych hałasów.  

   Tak wi

ę

c ko

ń

cz

ę

ż

ycz

ą

c sobie gor

ą

co 

spotkania z Tob

ą

 [wiem, 

ż

e wtedy, w jednej 

chwili, opu

ś

ciłoby mnie oszołomienie i 

zam

ę

t, jaki panuje obecnie w mojej 

głowie]. Z wyrazami najgor

ę

tszej, 

dozgonnej przyja

ź

ni  

CHARLES  
 
 
17 pa

ź

dziernika 1850 r. 

 
   SZANOWNI PANOWIE!  
   W najnowszym katalogu waszych artykułów 
gospodarstwa domowego (z lata 1850 r.) 
zauwa

ż

yłem preparat pod nazw

ą

 "Zmora 

szczurów". Chciałbym zakupi

ć

 jedn

ą

 (1) dwu 

i półkilogramow

ą

 puszk

ę

 tego 

ś

rodka po 

cenie katalogowej trzydziestu centów 
($0.30). zał

ą

czam opłat

ę

 za przesyłk

ę

Zamówiony towar prosz

ę

 przesła

ć

 na adres: 

Calvin McCann, Chapelwaite, Preacher's 
Corners, Cumberland County, Maine. 
   Z góry dzi

ę

kuj

ę

 za załatwienie tej 

sprawy. 
   Z wyrazami najgł

ę

bszego szacunku 

CALVIN McCANN 
 
19 pa

ź

dziernika 1850 r. 

background image

 
   DROGI BONESIE! 
   Nowy, bardzo niepokoj

ą

cy obrót sprawy. 

   Hałasy w domu wzmagaj

ą

 si

ę

 i nabieram 

coraz gł

ę

bszego przekonania, 

ż

e to wcale 

nie szczury harcuj

ą

 w 

ś

cianach. Calvin i 

ja podj

ę

li

ś

my kolein

ą

, bezowocn

ą

  prób

ę

 

odszukania jakich

ś

 kryjówek albo tajemnych 

korytarzy. Wyra

ź

nie brakuje nam oczytania 

w romansach pani Radcliffe! Cal upiera 
si

ę

ż

e wi

ę

kszo

ść

 odgłosów ma swoje 

ź

ródło 

w piwnicy i tam wła

ś

nie mamy zamiar jutro 

rozpocz

ąć

 poszukiwania. Niepokoi mnie 

ś

wiadomo

ść

ż

e wła

ś

nie w piwnicy tak 

niefortunnie znalazła swój koniec siostra 
kuzyna Stephena. 
   Jej portret wisi w galerii na pi

ę

trze. 

Marcella Bone, je

ś

li artysta dobrze j

ą

 

oddał, była pi

ę

knym stworzeniem o 

melancholijnej urodzie i z tego co wiem, 
nie miała m

ęż

a. Czasami my

ś

l

ę

ż

e pani 

Cloris, ma racj

ę

 utrzymuj

ą

c, i

ż

 jest to 

zły dom. Przej

ą

ł zapewne cały smutek i 

przygn

ę

bienie swoich dawnych mieszka

ń

ców. 

   Ale musz

ę

 ci szerzej opisa

ć

 straszne 

rewelacje, jakie objawiła mi pani Cloris, 
z któr

ą

 dzisiaj po raz drugi rozmawiałem. 

Kobieta owa jest najbardziej zrównowa

ż

on

ą

 

osob

ą

 w Corners, jak

ą

 dotychczas tam 

spotkałem, i postanowiłem odszuka

ć

 j

ą

 po 

innym, bardzo nieprzyjemnym spotkaniu, o 
czym zamierzam Ci opowiedzie

ć

   Dzisiejszego ranka miano dostarczy

ć

 nam 

drewno na opał. Kiedy jednak min

ę

ło 

południe, a drewna jak nie było tak nie 
było, postanowiłem osobi

ś

cie uda

ć

 si

ę

 do 

miasteczka. Zamierzałem odwiedzi

ć

 

Thompsona, z którym Calvin umówił si

ę

 na 

dostaw

ę

   Dzie

ń

 był cudny. Panowała ciepła, złota 

jesie

ń

 i kiedy wreszcie dotarłem na 

miejsce [Cal został w domu, 

ż

eby jeszcze 

raz przeszuka

ć

 bibliotek

ę

 stryja Stephena, 

ale dał mi dokładne wskazówki, jak trafi

ć

 

do Thompsonów], byłem w tak wy

ś

mienitym i 

pogodnym nastroju, 

ż

e postanowiłem 

wybaczy

ć

 Thompsonowi jego niesolidarno

ść

   Obej

ś

cie drwala porastały bujne łany 

chwastów, a wal

ą

ce si

ę

 domostwo wymagało 

generalnego remontu i farby; na lewo od 
stodoły, w zabłoconym chlewie, tarzała si

ę

 

i chrumkała olbrzymia maciora przygotowana 
na listopadowy ubój. Na za

ś

mieconym 

podwórku mi

ę

dzy domem a budynkami 

gospodarczymi jaka

ś

 kobieta, ubrana w 

zniszczon

ą

, kraciast

ą

 sukienk

ę

, karmiła 

kury, rzucaj

ą

c im ziarno z fartucha. Kiedy 

background image

j

ą

 pozdrowiłem, odwróciła w moj

ą

 stron

ę

 

blad

ą

, nieciekaw

ą

 twarz.  

   Nagła zmiana wyrazu jej oblicza z 
całkowitej t

ę

poty i bezmy

ś

lno

ś

ci do 

oszalałego strachu była rzecz

ą

 nader 

interesuj

ą

c

ą

. Pomy

ś

lałem sobie, 

ż

e zapewne 

wzi

ę

ła mnie za samego Stephena, poniewa

ż

 

uniosła dło

ń

 z rozcapierzonymi palcami w 

ge

ś

cie odp

ę

dzaj

ą

cym sił

ę

 nieczyst

ą

 i 

wrzasn

ę

ła. Kr

ę

c

ą

ce si

ę

 u jej stóp ptactwo 

z gło

ś

nym krzykiem spłoszone rozbiegło si

ę

 

po dziedzi

ń

cu.  

   Zanim zd

ąż

yłem cokolwiek powiedzie

ć

, z 

domu wynurzył si

ę

 wielki, klocowaty 

m

ęż

czyzna odziany tylko w długie kalesony. 

W jednym r

ę

ku trzymał strzelb

ę

 na 

wiewiórki, a w drugim kubek. Po 
zaczerwienionych oczach i chwiejnym 
chodzie poznałem, 

ż

e mam do czynienia z 

Thompsonem Drwalem we własnej osobie.  
   "Boone!" - rykn

ą

ł. - "Pieprz

ę

 ci

ę

!"  

   Upu

ś

cił kubek i równie

ż

 wykonał 

magiczny znak. "Przyszedłem" - wyja

ś

niłem 

na tyle spokojnie, na ile pozwalały 
okoliczno

ś

ci - "poniewa

ż

 drewno do mnie 

przyj

ść

 nie chciało. Zgodnie z umow

ą

któr

ą

 zawarł pan z moim..."  

   "Jego te

ż

 pieprz

ę

!"  

   Wtedy po raz pierwszy spostrzegłem, 

ż

pod mask

ą

 fanfaronady i pewno

ś

ci siebie 

skrywa 

ś

miertelny strach. Zacz

ą

łem si

ę

 

powa

ż

nie zastanawia

ć

, czy w stanie takiego 

podniecenia nie u

ż

yje w stosunku do mnie 

broni.  
   "Czy w ge

ś

cie kurtuazji mógłby pan..." 

- zacz

ą

łem ostro

ż

nie. 

   "Pieprz

ę

 twoj

ą

 kurtuazj

ę

!"  

   "Zatem dobrze" - odparłem z godno

ś

ci

ą

na jak

ą

 mnie było w tamtej chwili sta

ć

. - 

"Przyjd

ę

, kiedy pan si

ę

 uspokoi i b

ę

dzie w 

lepszym nastroju".  
   Odwróciłem si

ę

 na pi

ę

cie i ruszyłem 

drog

ą

 w kierunku osady.  

   "Nie wracaj!" - wrzasn

ą

ł za mn

ą

. - 

"Sied

ź

 sobie w domu ze swoim złym! 

Przekl

ę

ty! Przekl

ę

ty! Przekl

ę

ty!"  

   Cisn

ą

ł kamieniem, który trafił mnie w 

rami

ę

. Nie dałem mu tej satysfakcji i nie 

odskoczyłem.  
   Postanowiłem odszuka

ć

 pani

ą

 Cloris i 

przynajmniej wyja

ś

ni

ć

 zagadk

ę

 tak wrogiej 

postawy Thompsona. Jest wdow

ą

 [tak, wiem, 

i nic nie kombinuj ze swatami, Bonesie; 
ona jest o dobrych pi

ę

tna

ś

cie lat ode mnie 

starsza, a i ja nigdy ju

ż

 na czterdzie

ś

ci 

nie b

ę

d

ę

 wygl

ą

dał] i mieszka samotnie w 

uroczym domku usytuowanym nad samym 

background image

brzegiem oceanu. Kiedy si

ę

 pojawiłem, 

rozwieszała wła

ś

nie pranie i szczerze 

ucieszyła si

ę

 z mojej wizyty. Poczułem 

ogromn

ą

 ulg

ę

; to bardzo irytuj

ą

ce uczucie, 

kiedy człowieka pi

ę

tnuj

ą

 za co

ś

, o czym on 

sam nie ma zielonego poj

ę

cia.  

   "Pan Boone" - powiedziała dygaj

ą

c. - 

"Je

ś

li pojawił si

ę

 pan w sprawie prania, 

to musz

ę

 z przykro

ś

ci

ą

 odmówi

ć

. Reumatyzm 

tak mi dokucza, 

ż

e z trudem radz

ę

 sobie z 

własnymi brudami".  
   "Pani Cloris" - odparłem. - "Bardzo 
chciałbym, 

ż

eby to wła

ś

nie pranie było 

przyczyn

ą

 mojej wizyty. Przyszedłem z 

pro

ś

b

ą

 o pomoc. Musi mi pani opowiedzie

ć

 

wszystko, co pani wie o Chapelwaite i Doli 
Jeruzalem, oraz wyja

ś

ni

ć

, dlaczego 

okoliczni mieszka

ń

cy traktuj

ą

 mnie tak 

wrogo i podejrzliwie".  
   "Dola Jeruzalem! A wi

ę

c pan ju

ż

 o tym 

wie".  
   "Wiem" - odparłem. - "W ubiegłym 
tygodniu odwiedziłem tamto miejsce z moim 
przyjacielem".  
   "Bo

ż

e!"  

   Pobladła jak mleko i zachwiała si

ę

Podtrzymałem j

ą

 za łokie

ć

. Oczy wywróciły 

si

ę

 jej białkami do góry i my

ś

lałem, 

ż

zemdleje.  
   "Pani Cloris, przepraszam, je

ś

li 

powiedziałem co

ś

..." "Wejd

ź

my do 

ś

rodka" - 

mrukn

ę

ła. - "Powinien pan o wszystkim 

wiedzie

ć

. Słodki Jezu, znów nadchodz

ą

 złe 

dni!"  
   Nie odezwała si

ę

 wi

ę

cej ani słowem do 

czasu, a

ż

 w swojej słonecznej kuchni 

zaparzyła herbat

ę

. Kiedy stały ju

ż

 przed 

nami paruj

ą

ce fili

ż

anki, dług

ą

 chwil

ę

 

spogl

ą

dała zamy

ś

lonym wzrokiem na ocean. 

Naturalnie i jej, i mój wzrok prawie 
natychmiast spocz

ą

ł na stercz

ą

cym 

wierzchołku Chapelwaite Head, gdzie w 
wodzie przegl

ą

dał si

ę

 dom. Ogromne 

wykuszowe okno l

ś

niło w promieniach 

przesuwaj

ą

cego si

ę

 ku zachodowi sło

ń

ca. 

Widok był wspaniały, ale w jaki

ś

 sposób 

dziwnie niepokoj

ą

cy.  

   Nagle pani Cloris popatrzyła na mnie i 
powiedziała gwałtownie:  
   "Panie Boone, musi pan natychmiast 
opu

ś

ci

ć

 Chapelwaite".  

   Po prostu zd

ę

białem.  

   "Tu

ż

 przed pa

ń

skim przybyciem bardzo 

wyra

ź

nie wzmogła si

ę

 aura zła. Na tydzie

ń

 

przed tym, jak postawił pan nog

ę

 w tym 

przekl

ę

tym miejscu, pojawiły si

ę

 omeny i 

złowieszcze znaki. Halo wokół ksi

ęż

yca; 

background image

olbrzymie ilo

ś

ci lelków na cmentarzu; 

narodziny wyrodka. Pan musi tamto miejsce 
opu

ś

ci

ć

!"  

Kiedy ju

ż

 odzyskałem mow

ę

, odezwałem si

ę

 

najłagodniej jak potrafiłem:  
   "Pani Cloris, to wszystko sny. Kto jak 
kto, ale pani musi o tym wiedzie

ć

".  

   "Czy to sen, 

ż

e Barbara Brown urodziła 

dziecko bez oczu? Albo 

ż

e Clifton Brockett 

natkn

ą

ł si

ę

 w lesie za Chapelwaite, gdzie 

wszystko wi

ę

dnie i traci barwy, na trop 

ś

ladów mierz

ą

cych półtora metra ka

ż

dy? 

Odwiedził pan przecie

ż

 Dol

ę

 Jeruzalem. Czy 

przyzna pan z r

ę

k

ą

 na sercu, 

ż

e nic tam 

nie 

ż

yje?  

   Znów nie byłem w stanie wykrztusi

ć

 

słowa; ci

ą

gle miałem 

ż

ywo w pami

ę

ci tamten 

odra

ż

aj

ą

cy ko

ś

ciół.  

   Pani Cloris zło

ż

yła swoje zdeformowane 

dłonie; zupełnie jakby chciała uspokoi

ć

 

skołatane nerwy.  
   "Słyszałam o tym tylko od swojej matki, 
która z kolei usłyszała to od swojej. Czy 
zna pan histori

ę

 rodziny Boone'ów 

zamieszkuj

ą

cej Chapelwaite?"  

   "Bardzo ogólnie" - odparłem. - "Od lat 
osiemdziesi

ą

tych osiemnastego wieku dom 

nale

ż

ał do rodziny z linii Phillipa 

Boone'a, jego brat, Robert, mój dziadek, 
przeniósł si

ę

 do Massachusetts po wielkiej 

kłótni na temat skradzionych dokumentów. O 
rodzinie Phillipa wiem niewiele poza tym, 

ż

e prze

ś

ladowało j

ą

 pasmo nieszcz

ęść

 

ci

ą

gn

ą

ce si

ę

 z ojca na syna i na wnuki; 

Marcella zgin

ę

ła w tragicznym wypadku, 

Stephen równie

ż

 umarł nagł

ą

 

ś

mierci

ą

Ż

yczeniem mego kuzyna było, 

ż

ebym 

zamieszkał w Chapelwaite, by dom ten 
pozostał w r

ę

kach naszej rodziny i 

ż

eby 

dawne wa

ś

nie pu

ś

ci

ć

 w niepami

ęć

".  

   "Nigdy do tego nie dojdzie" - szepn

ę

ła. 

- "Czy wie pan co

ś

 o przyczynie tamtej 

kłótni?"  
   "Roberta Boone'a przyłapano na 
przetrz

ą

saniu biurka brata".  

   "Phillip Boone był szalony" - odparła. 
- "Paktował z siłami piekielnymi. 
Przedmiotem, który Robert Boone chciał 
zabra

ć

, była blu

ź

niercza Biblia napisana w 

staro

ż

ytnych j

ę

zykach: po łacinie, w 

druidzkim i w kilku innych. Piekielna 
ksi

ę

ga".  

   "De Vermis Mysteriis".  
   Pani Cloris cofn

ę

ła si

ę

, jakby kto

ś

 

uderzył j

ą

 prosto mi

ę

dzy oczy.   

   "Wie pan o tym?"  

background image

   "Widziałem t

ę

 ksi

ę

g

ę

... dotykałem 

jej..."  
   Znów sprawiała takie wra

ż

enie, jakby 

miała za chwil

ę

 zemdle

ć

. Zakryła dłoni

ą

 

usta tłumi

ą

c krzyk.  

   "Tak, w Doli Jeruzalem" - ci

ą

gn

ą

łem. - 

"Le

ż

ała na pulpicie w tamtejszym 

straszliwym, zbezczeszczonym ko

ś

ciele".  

   "A wi

ę

c ci

ą

gle jest; ci

ą

gle tam jest". 

- Zachwiała si

ę

 na krze

ś

le. - "A ju

ż

 

s

ą

dziłam, 

ż

e Bóg w Swojej m

ą

dro

ś

ci cisn

ą

ł 

j

ą

 w otchłanie piekielne".  

   "Jaki był zwi

ą

zek Phillipa Boone'a z 

Dol

ą

 Jeruzalem?"  

   "Zwi

ą

zek krwi" - odparła pos

ę

pnie. - 

"Nosił Znak Bestii, cho

ć

 stroił si

ę

 w 

szaty Baranka. Noc

ą

 trzydziestego 

pierwszego pa

ź

dziernika tysi

ą

c siedemset 

osiemdziesi

ą

tego dziewi

ą

tego roku Phillip 

Boone znikn

ą

ł... a wraz z nim wszyscy 

mieszka

ń

cy tego przekl

ę

tego miasta".  

   Powinna była mi powiedzie

ć

 wi

ę

cej; 

najwyra

ź

niej jeszcze co

ś

 wiedziała. Ale 

zacz

ę

ła błaga

ć

ż

ebym ju

ż

 sobie poszedł, a 

jako powód podała, 

ż

e "krew wzywa krew", i 

mruczała pod nosem o "tych, którzy patrz

ą

i o tych, którzy stoj

ą

 na stra

ż

y". Zapadał 

z wolna zmierzch, a pani Cloris była coraz 
bardziej niespokojna, wi

ę

ż

eby j

ą

 sobie 

zjedna

ć

, obiecałem, 

ż

e wszystkie jej słowa 

wezm

ę

 pod gł

ę

bok

ą

 rozwag

ę

.  

   Kiedy wracałem do domu w szybko 
zapadaj

ą

cym zmierzchu, opu

ś

cił mnie cały 

dobry nastrój. Pod czaszk

ą

 tłukło mi si

ę

 

wiele pyta

ń

. Cal przywitał mnie 

wiadomo

ś

ci

ą

ż

e hałasy w 

ś

cianach 

przybrały na sile... co mog

ę

 w tej chwili 

potwierdzi

ć

. Próbuj

ę

 sobie wmawia

ć

ż

e to 

tylko szczury, ale cały czas mam przed 
oczyma twarz pani Cloris.  
   Nad morzem wzeszedł ksi

ęż

yc, opasły, 

pełny, w kolorze krwi, zalewaj

ą

c ocean 

niezdrowym blaskiem. Ponownie wracam my

ś

l

ą

 

do ko

ś

cioła i...  

Ale Ty tego nie zrozumiesz, Bonesie. To 
zbyt szalone. Chyba musz

ę

 i

ść

 spa

ć

. Cały 

czas jestem my

ś

lami z Tob

ą

.  

Wyrazy szacunku  
CHARLES  
 
 
(Poni

ż

szy zapis pochodzi z prywatnego 

dziennika Calvina McCanna) 
 
20-10-1850 r.  
   Pozwoliłem sobie dzi

ś

 rano sforsowa

ć

 

zamek spinaj

ą

cy stronice ksi

ę

gi; zrobiłem 

background image

to przed powrotem pana Boone'a. Cały trud 
na nic; ksi

ę

ga napisana jest szyfrem. 

Podejrzewam, 

ż

e prostym. Zapewne uporałbym 

si

ę

 z nim równie łatwo jak z zamykaj

ą

cym 

ksi

ę

g

ę

 zamkiem. Diariusz. Jestem 

przekonany, 

ż

e napisany został r

ę

k

ą

 pana 

Boone'a. Jak

ąż

 inn

ą

 ksi

ąż

k

ę

 trzymałby na 

najciemniejszej półce w bibliotece i na 
dodatek zamykałby j

ą

 na specjalny zamek? 

Sprawia wra

ż

enie starej, ale kto to wie. 

ź

niej napisz

ę

 wi

ę

cej, je

ś

li czas 

pozwoli; pan Boone koniecznie uparł si

ę

 

zbada

ć

 piwnice.  

Obawiam si

ę

ż

e przera

ż

aj

ą

ce wydarzenia, 

które maj

ą

 tutaj miejsce, mog

ą

 fatalnie 

wpłyn

ąć

 na jego zdrowie. Musz

ę

 koniecznie 

wyperswadowa

ć

 mu t

ę

 wypraw

ę

...  

   Ale wła

ś

nie wraca.  

 
20 pa

ź

dziernika 1850 r.  

 
   BONESIE!  
   Nie mog

ę

 pisa

ć

 Nie mog

ę

 [sic] jeszcze o 

tym pisa

ć

 Ja Ja Ja  

  
 
(Z prywatnego dziennika Calvina McCanna) 
 
20-10-1850 r. 
   Tak jak si

ę

 obawiałem, zapadł ci

ęż

ko na 

zdrowiu...  
   Ojcze nasz, który

ś

 jest w niebie!  

   Nie jestem w stanie o tym my

ś

le

ć

; ale 

mam to wypalone na dnie mojej duszy... ow

ą

 

zgroz

ę

 z piwnicy...!  

   Jestem teraz sam. Na zegarze wybiło 
wpół do dziewi

ą

tej, dom pogr

ąż

ony w ciszy, 

ale...  
   Znalazłem go nieprzytomnego przy stole, 
który słu

ż

y mu do pisania. Teraz 

ś

pi. 

Jak

ż

e szlachetnie i z jak

ą

 godno

ś

ci

ą

 

zachował si

ę

 tam, kiedy przez kilka chwil 

stałem wstrz

ąś

ni

ę

ty i jak sparali

ż

owany!  

   Skór

ę

 ma woskowej barwy i chłodn

ą

dzi

ę

ki Bogu, gor

ą

czka min

ę

ła. Nie wa

żę

 si

ę

 

zabra

ć

 go do miasteczka ani zostawi

ć

 go tu 

samego i pój

ść

 osobi

ś

cie. Ale gdybym nawet 

zdecydował si

ę

 tam wybra

ć

, któ

ż

 przyjdzie 

ze mn

ą

ż

eby mu pomóc? Któ

ż

 przyjdzie do 

tego przekl

ę

tego domu?  

   Och, piwnica. To stwory z piwnicy 
nawiedzaj

ą

 nasze 

ś

ciany!  

 
 
22 pa

ź

dziernika 1850 r 

 
   DROGI BONESIE!  

background image

   To znowu ja, cho

ć

 po trzydziestu 

sze

ś

ciu godzinach stanu nie

ś

wiadomo

ś

ci 

jestem przera

ź

liwie słaby. Znowu ja... 

brzmi to jak ponury, gorzki 

ż

art. Nigdy 

ju

ż

 nie b

ę

d

ę

 sob

ą

. Nigdy. Stan

ą

łem oko w 

oko z szale

ń

stwem i zgroz

ą

 stokro

ć

 

przekraczaj

ą

c

ą

 mo

ż

liwo

ść

 opisania jej 

przez człowieka. A to jeszcze wcale nie 
koniec.  
   S

ą

dz

ę

ż

e gdyby nie Cal, nadszedłby mój 

kres. Cal jest jedyn

ą

 wysp

ą

 normalno

ś

ci na 

tym morzu szale

ń

stwa.  

   O wszystkim ci teraz opowiem.  
   Zaopatrzyli

ś

my si

ę

 w 

ś

wiece, które 

miały nam słu

ż

y

ć

 podczas przeszukiwania 

piwnicy. Dawały silne 

ś

wiatło, zupełnie 

wystarczaj

ą

ce do naszych celów - diablo 

wystarczaj

ą

ce. Calvin wszelkimi sposobami 

starał si

ę

 wyperswadowa

ć

 mi t

ę

 wypraw

ę

powoływał si

ę

 na moj

ą

 długotrwał

ą

 chorob

ę

któr

ą

 niedawno przeszedłem, utrzymywał, 

ż

wystarczy, je

ś

li powykładamy mocne trutki 

na szczury.  
   Ja jednak stanowczo nalegałem, wi

ę

c i 

Calvin w ko

ń

cu musiał ulec. Westchn

ą

ł 

ci

ęż

ko i o

ś

wiadczył:  

   "Skoro pan musi, panie Boone, chod

ź

my".  

   Do piwnicy prowadz

ą

 drzwi zapadowe 

umieszczone w podłodze w kuchni [Cal 
zapewnia mnie, 

ż

e teraz, po tym wszystkim, 

co tam zobaczyli

ś

my, zabił je na głucho 

deskami]. Unie

ś

li

ś

my je z najwy

ż

szym 

trudem.  
   Z ciemno

ś

ci uderzył w nas okropny smród 

niewiele ró

ż

ni

ą

cy si

ę

 od tego, który 

przenikał opuszczone miasteczko nad Royal 
River. 

Ś

wiatło bij

ą

ce z mojej 

ś

wiecy padło 

na strome schody nikn

ą

ce w mroku. Były w 

fatalnym stanie - w jednym miejscu 
brakowało im nawet stopnia i zamiast niego 
ziała czarna dziura... natychmiast 
zrozumiałem, w jaki sposób zgin

ę

ła 

nieszcz

ę

sna Marcella.  

   "Prosz

ę

 bardzo uwa

ż

a

ć

, panie Boone" - 

ostrzegł Cal. Odparłem, 

ż

e cały czas 

uwa

ż

am, i ruszyli

ś

my na dół.  

   Na dole było klepisko i zupełnie suche 

ś

ciany z granitu. Miejsce nie sprawiało 

wra

ż

enia raju dla szczurów; nie było tam 

nic, z czego mogłyby budowa

ć

 gniazda, 

ż

adnych starych pudeł, połamanych mebli, 

stert papieru i tym podobnych rzeczy. 
Unie

ś

li

ś

my 

ś

wiece wysoko nad głowy, 

uzyskuj

ą

c niewielki kr

ą

ś

wiatła, dzi

ę

ki 

któremu mogli

ś

my w miar

ę

 swobodnie si

ę

 

rozgl

ą

da

ć

. Klepisko stopniowo opadało. 

Najwyra

ź

niej znajdowało si

ę

 pod głównym 

background image

salonem i jadalni

ą

 - to znaczy po stronie 

zachodniej. Tam te

ż

 ruszyli

ś

my. Panowała 

głucha cisza. Zaduch stawał si

ę

 coraz 

silniejszy i zdawało si

ę

ż

e mrok napiera 

na nas niczym pos

ę

pna wełna; zupełnie, 

jakby ciemno

ść

 była zazdrosna o 

ś

wiatło, 

które chwilowo, po wielu latach, przej

ę

ło 

władz

ę

 nad jej dziedzin

ą

.  

   Na samym ko

ń

cu granitowe 

ś

ciany 

ust

ą

piły, a w ich miejsce pojawiło si

ę

 

gładkie, matowe, czarne jak smoła drewno. 
Tam te

ż

 ko

ń

czyła si

ę

 piwnica, bo główna 

komora przechodziła w rodzaj niszy. 

Ż

eby 

dosta

ć

 si

ę

 do tej wn

ę

ki, nale

ż

ało skr

ę

ci

ć

.  

   Bez wahania ruszyli

ś

my w tamt

ą

 stron

ę

.  

   Pojawiło si

ę

 przed nami straszliwe 

widmo przeszło

ś

ci. Po

ś

rodku niszy stało 

samotne krzesło, a nad nim zwieszał si

ę

przywi

ą

zany do wbitego w belk

ę

 podporow

ą

 

haka, przegniły konopny sznur zako

ń

czony 

p

ę

tl

ą

.  

   "A wi

ę

c tutaj si

ę

 powiesił" - mrukn

ą

ł 

Cal. - "Bo

ż

e!"  

   "Tak... a u stóp schodów le

ż

ały zwłoki 

jego córki".  
   Cal zacz

ą

ł co

ś

 mówi

ć

; i nagle jego 

wzrok przeniósł si

ę

 na jaki

ś

 punkt za 

moimi plecami. Wtedy zacz

ą

ł krzycze

ć

.  

   Bones, sam nie wiem, jak opisa

ć

 Ci 

widok, który ujrzałem. Jak mam opisa

ć

 

przera

ż

aj

ą

cych mieszka

ń

ców, którzy 

gnie

ź

dzili si

ę

 w naszych murach?  

   Przeciwległa 

ś

ciana odchyliła si

ę

 i 

zamajaczyła w ciemno

ś

ciach, skierowała w 

nasz

ą

 stron

ę

 twarz - twarz o oczach 

czarnych jak sam Styks. Bezz

ę

bne usta 

wykrzywiał przera

ż

aj

ą

cy u

ś

miech; 

wyci

ą

gn

ę

ła si

ę

 do nas 

ż

ółta przegniła 

r

ę

ka. Stwór zakwilił obrzydliwie i 

niepewnie post

ą

pił krok w nasz

ą

 stron

ę

Ś

wiatło mojej latarni padło na...  

   Na jego szyi ujrzałem sin

ą

 pr

ę

g

ę

 

zostawion

ą

 przez sznur! Za potworem 

dostrzegli

ś

my jaki

ś

 ruch. Popatrzyłem w 

tamt

ą

 stron

ę

 i zobaczyłem co

ś

, o czym b

ę

d

ę

 

ś

nił a

ż

 do dnia, w którym w ogóle 

przestan

ę

 o czymkolwiek 

ś

ni

ć

 - zobaczyłem 

dziewczyn

ę

 o bladej, gnij

ą

cej, 

wyszczerzonej w trupim u

ś

miechu twarzy. 

Jej głowa zwieszała si

ę

 pod 

przyprawiaj

ą

cym o obł

ę

d k

ą

tem.  

   Chcieli nas; wiem o tym. Wiem równie

ż

ż

e gdybym nie cisn

ą

ł w stwora latarni

ą

, a 

nast

ę

pnie stoj

ą

cym pod p

ę

tl

ą

 krzesłem, 

maszkary zaci

ą

gn

ę

łyby nas w mrok, 

ż

eby

ś

my 

stali si

ę

 tacy sami jak one.  

background image

   Wszystko, co było dalej, spowija 
lito

ś

ciwy, nieprzenikniony mrok. Na mój 

umysł spadła kurtyna. Ockn

ą

łem si

ę

, jak 

powiedziałem, w swoim pokoju, a obok stał 
Cal.  
   Gdybym mógł, w samej tylko pid

ż

amie i 

kapciach uciekłbym z tego przera

ż

aj

ą

cego 

domostwa. Ale nie mog

ę

. Stałem si

ę

 

pionkiem w jakim

ś

 wi

ę

kszym, mrocznym 

dramacie. Nie pytaj mnie, sk

ą

d o tym 

wiem... po prostu wiem. Pani Cloris miała 
racj

ę

, kiedy wspomniała o krwi, która 

wzywa krew; jak

ż

e

ż

 bliska była prawdy 

mówi

ą

c o tych, którzy patrz

ą

, i o tych, 

którzy stoj

ą

 na stra

ż

y. Obawiam si

ę

ż

rozbudziłem Sił

ę

, co drzemała od półwiecza 

w miasteczku Dola Jeruzalem; Sił

ę

, która 

u

ś

mierciła moich przodków, bior

ą

c ich w 

bezbo

ż

n

ą

 niewol

ę

 jako nosferatu - Nie 

umarłych. Ale jakkolwiek dostrzegam tylko 
ułamek cało

ś

ci, Bonesie, obawiam si

ę

 

czego

ś

 o wiele gorszego. Gdybym 

wiedział... gdybym tylko wiedział!  
 
CHARLES  
 
   Postscriptum. Naturalnie, na razie 
pisz

ę

 to wszystko do szuflady; Preacher's 

Corners izoluje si

ę

 od nas. Nie odwa

ż

yłbym 

si

ę

 uda

ć

 ze swoim pi

ę

tnem na poczt

ę

, a 

Calvin nie zostawi mnie tu samego.  
Niemniej, je

ś

li dobry Bóg dopu

ś

ci, w ten 

czy w inny sposób, list ten do Ciebie 
dotrze.  
C.  
 
 
(Z prywatnego dziennika Calvina McCanna) 
 
23-10-1850 r.  
   Z dnia na dzie

ń

 nabiera sił; 

zamienili

ś

my kilka słów o widziadle w 

piwnicy; zgodzili

ś

my si

ę

ż

e nie była to 

ani halucynacja, ani skutek działania 
ektoplazmy, lecz najprawdziwsza w 

ś

wiecie 

rzeczywisto

ść

. Czy pan Boone, podobnie jak 

ja, uwa

ż

a, 

ż

e odeszli? By

ć

 mo

ż

e. Hałasy 

si

ę

 uspokoiły, ale w powietrzu ci

ą

gle wisi 

co

ś

 złowieszczego, jakby dom spowijał 

mroczny całun. Odnosz

ę

 wra

ż

enie, 

ż

czekamy w złudnym Oku jakiego

ś

 dziwacznego 

Cyklonu...  
   W sypialni na pi

ę

trze, w dolnej 

szufladzie w szafie z 

ż

aluzjowym 

zamkni

ę

ciem, znalazłem paczk

ę

 papierów. 

Korespondencja plus pokwitowania rachunków 
wyra

ź

nie wskazuj

ą

ż

e pokój ten nale

ż

ał 

background image

ongi

ś

 do Roberta Boone'a. Ale 

najciekawszych jest kilka notatek 
zrobionych na odwrocie reklamy m

ę

skich 

czapek z bobrowego futra. Na górze 
napisane jest du

ż

ymi literami:  

 
Błogosławieni ubodzy 
 
Poni

ż

ej widnieje pozorny nonsens:  

bko dohłewmehis bsday 
ehng osrari snaudodzd 
   Jestem pewien, 

ż

e trafiłem na klucz do 

szyfru, jakim napisano ow

ą

 zamykan

ą

 na 

zamek ksi

ę

g

ę

. Z cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 jest to 

prymitywny szyfr stosowany podczas wojny o 
niepodległo

ść

, znany pod nazw

ą

 "sztachety 

w płocie". Kiedy opu

ś

ci si

ę

 co drugie 

"zero.", otrzymamy:  
 
boołweibdy 
łgsainuoz 
 
   Nale

ż

y czyta

ć

 to z góry na dół, a nie 

wzdłu

ż

, i w sumie daje to pocz

ą

tkowy cytat 

z "Błogosławie

ń

stw" *.  

   Zanim o

ś

miel

ę

 si

ę

 pokaza

ć

 to panu 

Boone'owi, musz

ę

 najpierw osobi

ś

cie 

dowiedzie

ć

 si

ę

, o czym ta ksi

ę

ga 

traktuje...  
 
 
24 pa

ź

dziernika 1850 r. 

 
   DROGI BONESIE!  
   Zdumiewaj

ą

ce zjawisko - Cal, zawsze tak 

małomówny, je

ś

li nie jest pewien swojego 

[rzadki i pochwały godny rys ludzkiego 
charakteru], odnalazł diariusz mojego 
dziadka, Roberta. Dokument został napisany 
szyfrem, który Cal samodzielnie złamał. 
Skromnie stwierdził, 

ż

e na pomysł 

rozwi

ą

zania wpadł przez czysty przypadek, 

ale podejrzewam, 

ż

e krył si

ę

 za tym upór i 

ogrom wło

ż

onej pracy.  

   Tak czy siak, jak

ż

e

ż

 ponure 

ś

wiatło 

rzuca ten dokument na kryj

ą

ce si

ę

 tutaj 

tajemnice!  
   Wst

ę

pny zapis pochodzi z pierwszego 

czerwca tysi

ą

c siedemset osiemdziesi

ą

tego 

dziewi

ą

tego roku, a ostatni z dwudziestego 

siódmego pa

ź

dziernika tego

ż

 roku... czyli 

cztery dni przed owym dramatycznym 
znikni

ę

ciem, o którym wspominała pani 

Cloris. Diariusz opowiada o pogł

ę

biaj

ą

cej 

si

ę

 obsesji - mało, o szale

ń

stwie - i w 

odra

ż

aj

ą

cy sposób wyja

ś

nia zwi

ą

zek mi

ę

dzy 

moim ciotecznym dziadkiem Phillipem, 

background image

miasteczkiem Dola Jeruzalem a ksi

ę

g

ą

która spoczywa w zbezczeszczonym ko

ś

ciele.  

   Samo miasteczko, wedle relacji Roberta 
Boone'a, powstało wcze

ś

niej ni

ż

 

Chapelwaite (zbudowane w tysi

ą

c siedemset 

osiemdziesi

ą

tym drugim roku) i Preacher's 

Corners (powstałe w tysi

ą

c siedemset 

czterdziestym pierwszym i nosz

ą

ce 

pierwotnie nazw

ę

 Preacher's Rest*). 

Zało

ż

yła je w roku tysi

ą

c siedemset 

dziesi

ą

tym grupa purytan, którzy odł

ą

czyli 

si

ę

 od swego macierzystego ko

ś

cioła. 

Przewodził im surowy fanatyk religijny 
James Boone. Jak

ż

e

ż

 mnie to zaskoczyło! 

Jego koligacje z moj

ą

 rodzin

ą

 nie mog

ą

 

budzi

ć

 najmniejszych w

ą

tpliwo

ś

ci. Pani 

Cloris, w swojej zabobonnej wierze, miała 
racj

ę

 twierdz

ą

c, 

ż

e w tej kwestii rodzinna 

krew ma znaczenie kluczowe. Ze zgroz

ą

 

przypominam sobie teraz jej odpowied

ź

 na 

moje pytanie o Phillipa i jego zwi

ą

zek z 

Dol

ą

 Jeruzalem. Odparła: "zwi

ą

zek krwi", i 

obawiam si

ę

ż

e o to w tym wszystkim 

chodzi.  
   Miasteczko rozbudowywało si

ę

 w cieniu 

ko

ś

cioła, w którym Boone głosił kazania... 

i sprawował władz

ę

. Mój dziadek daje 

równie

ż

 do zrozumienia, 

ż

e James Boone 

utrzymywał intymne zwi

ą

zki z ogromn

ą

 

liczb

ą

 kobiet z miasteczka, zapewniwszy 

je, 

ż

e taka jest wola Boga. W rezultacie 

osada stała si

ę

 anomali

ą

, jaka mogła 

zaistnie

ć

 wył

ą

cznie w takich wyizolowanych 

warunkach i w dziwacznych czasach, kiedy 
wiara w czarownice i wiara w niepokalane 
pocz

ę

cie szły ze sob

ą

 w parze - wypaczone, 

zdegenerowane, przesi

ą

kni

ę

te religijn

ą

 

mani

ą

 miasteczko rz

ą

dzone przez na wpół 

oszalałego kaznodziej

ę

, którego doktryna 

opierała si

ę

 na dwóch ksi

ę

gach: na Biblii 

i na złowieszczym dziele Gaudge'a 
Mieszkanie szatana; społeczno

ść

, gdzie na 

porz

ą

dku dziennym był rytuał egzorcyzmów; 

społeczno

ść

 szalona i kazirodcza, pełna 

fizycznych defektów zawsze temu grzechowi 
towarzysz

ą

cych. Podejrzewam [wierz

ę

ż

Robert Boone był tego samego zdania], 

ż

jeden z synów z nieprawego ło

ż

a Boone'a 

opu

ś

cił Dol

ę

 Jeruzalem [albo został z niej 

wygnany], 

ż

eby szuka

ć

 szcz

ęś

cia na 

południu - i w ten sposób zapocz

ą

tkował 

nasz

ą

 lini

ę

 rodow

ą

. Dobrze wiem na 

podstawie rodzinnych przekazów, 

ż

e gał

ąź

 

naszej rodziny wzi

ę

ła pocz

ą

tek w tej 

cz

ęś

ci stanu Massachusetts, która pó

ź

niej 

si

ę

 oderwała i utworzyła odr

ę

bny stan 

Maine. Mój pradziadek, Kenneth Boone, zbił 

background image

maj

ą

tek na kwitn

ą

cym w tamtych czasach 

handlu futrami. To za jego pieni

ą

dze, 

pomno

ż

one dzi

ę

ki pó

ź

niejszym rozumnym 

inwestycjom w wiele lat po jego 

ś

mierci w 

roku tysi

ą

c siedemset sze

ść

dziesi

ą

tym 

trzecim, zbudowano ten rodowy dom. 
Chapelwaite wznie

ś

li jego synowie, Phillip 

i Robert. "Krew wzywa krew", o

ś

wiadczyła 

pani Cloris. A mo

ż

e Kenneth, rodzony syn 

Jamesa Boone'a, uciekł od szale

ń

stwa swego 

ojca i jego miasteczka, 

ż

eby mie

ć

 synów i 

zbudowa

ć

 dom Boone'ów niecałe trzy 

kilometry od miejsca, w którym wzi

ą

ł 

pocz

ą

tek ród Boone'ów? Je

ś

li tak, czy

ż

 nie 

wydaje si

ę

 słuszne przypuszczenie, 

ż

naszym losem kierowała jaka

ś

 pot

ęż

na i 

niewidzialna Dło

ń

?  

   Zgodnie z diariuszem Roberta, James 
Boone w roku tysi

ą

c siedemset 

osiemdziesi

ą

tym dziewi

ą

tym był ju

ż

 bardzo 

leciwy - i tak rzeczywi

ś

cie musiało by

ć

Je

ś

li to prawda, 

ż

e zało

ż

ył miasto w wieku 

dwudziestu pi

ę

ciu lat, musiał sobie liczy

ć

 

sto cztery lata - niesamowity wiek. 
Zacytuj

ę

 Ci teraz fragment z diariusza 

Roberta Boone'a.  
 
 
4 sierpnia 1789  
   Dzisiaj po raz pierwszy spotkałem tego 
Człowieka, z którym mój Brat tak 
chorobliwie si

ę

 zwi

ą

zał; musz

ę

 przyzna

ć

ż

e ten Boone posiada dziwny Magnetyzm, 

który trwo

ż

y mnie Wielce. Jest naprawd

ę

 

Wiekowy, z biał

ą

 brod

ą

 i w czarnej 

Sutannie, która wydała mi si

ę

 w jaki

ś

 

sposób odstr

ę

czaj

ą

ca. Bardziej 

konfunduj

ą

cy był Fakt, 

ż

e obsiadły go 

Kobiety, niczym jakiego

ś

 Sultana 

otoczonego przez swój Narem; a P. zapewnia 
mnie, nie on jest jeszcze aktywny, 
jakkolwiek to starzec co najmniej 
Osiemdziesi

ę

cioletni... Sam

ą

 Wiosk

ę

 

odwiedziłem dotychczas tylko raz i nie 
chc

ę

 tam pojawi

ć

 si

ę

 wi

ę

cej; na Ulicach 

panuje głucha cisza, a wszystko przenika 
Strach, który Starzec sieje z Ambony. 
Odnosiłem wra

ż

enie, 

ż

e wszystkie Twarze s

ą

 

tam takie same i wydawało mi si

ę

ż

ilekro

ć

 si

ę

 obejrz

ę

, ujrz

ę

 Oblicze 

Starca... wszystkie s

ą

 takie bez wyrazu; 

wyprane z Blasku i Emocji, jakby co

ś

 

wyssało z nich cał

ą

 

Ż

ywotno

ść

: Widziałem 

Dzieci bez Oczu i bez Nosów, Kobiety, 
które bez Powodu łkały, mamrotały, 
wskazywały Niebo i przeinaczały słowa 

background image

Pisma 

Ś

wi

ę

tego, 

ż

eby rozmawia

ć

 z 

Demonami...  
P. 

ż

yczył sobie, abym pozostał na 

Nabo

ż

e

ń

stwie, ale my

ś

l o tym złowieszczym 

Starcu na Ambonie i Słuchaczach 
składaj

ą

cych si

ę

 ze skrzy

ż

owanych ze sob

ą

 

Mieszka

ń

ców Miasteczka, wzbudziła we mnie 

odraz

ę

 i Wymówiłem si

ę

 pod byle Powodem...  

 
   Zapiski, zarówno poprzedzaj

ą

ce ten 

ust

ę

p, jak i nast

ę

pne, opowiadaj

ą

 o 

rosn

ą

cej fascynacji Phillipa osobowo

ś

ci

ą

 

Jamesa Boone'a. Pierwszego wrze

ś

nia tysi

ą

siedemset osiemdziesi

ą

tego dziewi

ą

tego 

roku Phillip ochrzcił si

ę

 w jego ko

ś

ciele 

i został przyj

ę

ty w poczet wiernych. Jego 

brat mówi: Przejmowała mnie Zgroza i 
Przera

ż

enie - mój Brat zmieniał si

ę

 w 

oczach - wydawało si

ę

 zgoła, 

ż

e zaczyna 

by

ć

 podobny do tamtego nikczemnego 

Człowieka.  
   Pierwsza wzmianka o ksi

ę

dze pochodzi z 

dwudziestego trzeciego lipca. Diariusz 
Roberta kwituje to krótko: P., moim 
zdaniem, dzisiejszego wieczora wrócił z 
mniejszej Wioski z Obliczem raczej dzikim. 
Nie odezwał si

ę

 słowem a

ż

 do chwili, kiedy 

szedł Spa

ć

. O

ś

wiadczył wtedy, 

ż

e Boone 

dopytywał si

ę

 o Ksi

ę

g

ę

 zatytułowan

ą

 

"Tajemnica Glisty". 

Ż

eby zadowoli

ć

 P., 

obiecałem mu, 

ż

e napisz

ę

 do firmy Johns & 

Goodfellow i zapytam o t

ę

 ksi

ąż

k

ę

; P. a

ż

 

si

ę

 płaszczył z Wdzi

ę

czno

ś

ci.  

   W notatce z dwunastego sierpnia Robert 
napisał: Otrzymałem dwa listy na Poczcie 
dzisiaj... jeden z firmy Johns & 
Goodfellow w Bostonie. Przysłali Notk

ę

 o 

Ksi

ę

dze, któr

ą

 P. si

ę

 Interesuje. W Kraju 

tym istnieje tylko pi

ęć

 Egzemplarzy. List 

raczej chłodny; rzecz. zastanawiaj

ą

ca. 

Przecie

ż

 Henry'ego Goodfellowa znam od 

Lat.  
 
   13 sierpnia: 
    P. jak szaleniec podniecony listem 
Goodfellowa; nie chce powiedzie

ć

 dlaczego. 

Wyznał tylko, 

ż

e Boone a

ż

 si

ę

 pali, 

ż

eby 

zdoby

ć

 Egzemplarz. Nawet nie staram si

ę

 

zgł

ę

bia

ć

 powodów tego niebywałego 

zainteresowania, poniewa

ż

 Tytuł wydaje si

ę

 

wskazywa

ć

 na nieszkodliwy Traktat naukowy 

z dziedziny ogrodnictwa...  
   Niepokoj

ę

 si

ę

 o Phillipa; z Dnia na 

Dzie

ń

 staje si

ę

 dziwniejszy. Pragn

ę

ż

eby 

nie wracał do Chapelwaite. Lato jest 
upalne, duszne, pełne Omenów.  
 

background image

   W diariuszu Roberta istniej

ą

 jeszcze 

tylko dwie wzmianki o odra

ż

aj

ą

cej ksi

ę

dze 

[chyba do ko

ń

ca nie poj

ą

ł jej znaczenia]. 

Oto fragment notatki z czwartego wrze

ś

nia:  

 
   Napisałem do Goodfellowa list z pro

ś

b

ą

ż

eby w imieniu P. zaj

ą

ł si

ę

 Kupnem tej 

ksi

ąż

ki, aczkolwiek Rozs

ą

dek zakazywał mi 

To czyni

ć

. A1e dlaczego miałbym niby tego 

nie zrobi

ć

? Przecie

ż

 nie kupował za 

kradzione Pieni

ą

dze. Phillip Obiecał mi, 

ż

e da sobie spokój z tym obrzydliwym 

Baptyzmem... ale ci

ą

gle jest taki 

Podekscytowany; zupełnie jakby miał 
Gor

ą

czk

ę

; nie wierz

ę

 mu. Jestem kompletnie 

zbity z Pantałyku...  
 
   I druga notatka, z szesnastego 
wrze

ś

nia:  

 
   Dzisiaj nadeszła Ksi

ąż

ka, a wraz z ni

ą

 

list od Goodfellowa, 

ż

e nie 

ż

yczy sobie 

robi

ć

 ze mn

ą

 wi

ę

cej Interesów... P. był 

podniecony ponad wszelk

ą

 Miar

ę

 - wr

ę

cz 

wyrwał mi Ksi

ę

g

ę

 z R

ą

k. Napisana w 

niepoprawnej łacinie i Pismem Runicznym, o 
którym nic nie wiem. Wolumin ten zdawał 
si

ę

 zgoła wydziela

ć

 przy Dotyku ciepło i 

wibrował w moim R

ę

ku, jakby posiadał jak

ąś

 

obł

ę

dn

ą

 Moc... Przypomniałem P. o 

Obietnicy, 

ż

e b

ę

dzie trzymał si

ę

 od tego 

wszystkiego z daleka, a1e on tylko 
wybuchn

ą

ł odra

ż

aj

ą

cym 

ś

miechem, prawie jak 

Szaleniec, wymachiwał mi Ksi

ę

g

ą

 przed 

Twarz

ą

 i krzyczał w kółko: "Mamy! Mamy! 

Glista! Sekret Glisty!"  
   Teraz wyszedł, podejrzewam, 

ż

e udał si

ę

 

do swego szalonego Benefaktora i Dzisiaj 
ju

ż

 go nie zobacz

ę

...  

 
   O ksi

ę

dze nic ju

ż

 wi

ę

cej nie ma, ale 

wyci

ą

gn

ą

łem pewne wnioski, które wydaj

ą

 

si

ę

 bardzo prawdopodobne. Po pierwsze, 

ksi

ę

ga ta, zgodnie z tym, co powiedziała 

pani Cloris, stała si

ę

 powodem rozstania 

Roberta i Phillipa; po drugie, ksi

ę

ga 

stanowi kopalni

ę

 bezbo

ż

nych inkantacji, 

zapewne pochodzenia druidzkiego 
[Rzymianie, którzy podbili Brytani

ę

, w 

imi

ę

 nauki zachowali w przekazach wiele 

krwawych rytuałów druidów i dlatego 
niektóre z tych piekielnych ksi

ą

g znajduj

ą

 

si

ę

 po

ś

ród zakazanej, 

ś

wiatowej 

literatury]; po trzecie, Boone i Phillip 
zamierzali wykorzysta

ć

 ksi

ę

g

ę

 do swoich 

celów. Zapewne w jaki

ś

 pokr

ę

tny sposób ich 

intencje były dobre, cho

ć

 ja osobi

ś

cie w 

background image

to nie wierz

ę

. Jestem 

ś

wi

ę

cie przekonany, 

ż

e ju

ż

 wcze

ś

niej zwi

ą

zali si

ę

 z jakimi

ś

 

bezimiennymi siłami egzystuj

ą

cymi poza 

naszym Wszech

ś

wiatem... z siłami 

egzystuj

ą

cymi poza naszym Czasem. Ostatnie 

ust

ę

py diariusza Roberta Boone'a rzucaj

ą

 

pos

ę

pne 

ś

wiatło na dwóch moich przodków i 

potwierdzaj

ą

 moje spekulacje. Pozwalam 

sobie jeszcze raz odda

ć

 głos Robertowi:  

 
26 pa

ź

dziernika 1789  

   Okropne Plotki w Preacher 

ś

 Corners; 

Frawley, nasz Kowal, chwycił mnie za Rami

ę

 

i zapytał: "W co wdali si

ę

 twój Brat i ten 

Antychryst?" Goody Randall zaklina si

ę

ż

były Znaki na Niebie wieszcz

ą

ce wielkie 

Nieszcz

ęś

cia. Urodziła si

ę

 Krowa z dwoma 

Głowami.  
   Je

ś

li idzie o Mnie, najwi

ę

kszym moim 

strapieniem jest Szale

ń

stwo mego Brata. W 

ci

ą

gu Jednej Nocy posiwiał, Oczy ma 

nabiegłe krwi

ą

 a ze 

Ź

renic odeszły 

wszelkie przebłyski Zdrowego Rozs

ą

dku. 

Ś

mieje si

ę

 do siebie i mamrocze pod nosem 

Co

ś

, co jest Zrozumiale wył

ą

cznie dIa 

niego. Je

ś

li nie przebywa w Doli 

Jeruzalem, cały czas sp

ę

dza w naszej 

Piwnicy.  
   Nad Domem i na Trawnikach pojawiaj

ą

 si

ę

 

roje Lelków Kozodojów; ich Piski mieszaj

ą

 

si

ę

 z Mgł

ą

 napływaj

ą

c

ą

 znad Morza, a 

nieziemski Wrzask wyklucza wszelk

ą

 my

ś

l o 

gnie.  
 
27 pa

ź

dziernika 1789  

Dzi

ś

 Wieczorem, kiedy P. wybrał si

ę

 do 

Doli Jeruzalem, poszedłem za nim. 
Trzymałem si

ę

 w bezpiecznej Odległo

ś

ci, 

ż

eby unikn

ąć

 Wykrycia. Stada Przekl

ę

tych 

Lelków kr

ąż

yły w Lesie, wypełniaj

ą

wszystko przera

ź

liwym, monotonnym 

zawodzeniem. Nie odwa

ż

yłem si

ę

 przekroczy

ć

 

Mostu. Miasto spowijały ciemno

ś

ci i 

ś

wiatło paliło si

ę

 tylko w Ko

ś

ciele, który 

zatopiony był w upiornym, czerwonym Blasku 
zamieniaj

ą

cym wysokie, łukowe Okna w Oczy 

Piekieł. Głosy wznosiły si

ę

 i opadały w 

Diabelskiej Litanii, czasem słycha

ć

 było 

ś

miech, a czasem łkanie. Sama Ziemia 

wydawała si

ę

 p

ę

cznie

ć

 i j

ę

cze

ć

 pod moimi 

stopami, jakby nosiła jaki

ś

 olbrzymi 

Ci

ęż

ar. Uciekłem zdumiony i ogarni

ę

ty 

Przera

ż

eniem. Kiedy biegłem przez 

pogr

ąż

ony w mroku las, uszy kłuły mi 

przeszywaj

ą

ce Wrzaski Lelków.  

 

background image

   Wydaje si

ę

ż

e wszystko zmierza do 

jakiego

ś

 Punktu Szczytowego. Boj

ę

 si

ę

 

Zasn

ąć

 ze wzgl

ę

du na Sny, jakie mog

ą

 

przyj

ść

, ale i boj

ę

 si

ę

 nie spa

ć

 ze 

wzgl

ę

du na przera

ż

aj

ą

ce rzeczy, które mog

ą

 

nadej

ść

. Noc wypełniona jest okropnymi 

D

ź

wi

ę

kami i boj

ę

 si

ę

...  

 
   A jednak czuj

ę

 nieprzepart

ą

 potrzeb

ę

 

pój

ść

 tam ponownie, zobaczy

ć

, zrozumie

ć

Wydaje si

ę

ż

e to sam Phillip mnie wzywa i 

Starzec.  
   Ptaki...  
   przekl

ę

ty przekl

ę

ty przekl

ę

ty.  

 
   Tutaj diariusz Roberta Boone'a si

ę

 

ko

ń

czy.  

   Ale musisz zwróci

ć

 uwag

ę

, Bonesie, 

ż

on sam przyznaje, i

ż

 odniósł wra

ż

enie, 

ż

Phillip osobi

ś

cie go wołał. Ostateczne 

wnioski sformułowałem na podstawie tego, 
co wyczytałem w diariuszu, tego, co 
usłyszałem od pani Cloris, a przede 
wszystkim po obejrzeniu owych 
przera

ż

aj

ą

cych stworze

ń

 w piwnicy - 

martwych, a jednak 

ż

ywych. Nasz ród jest 

nieszcz

ęś

liwy, Bonesie. Ci

ąż

y na nas 

przekle

ń

stwo, którego nie sposób si

ę

 

pozby

ć

... W tym domu i w tamtym miasteczku 

istnieje jaki

ś

 obrzydliwy cie

ń

 

ż

ycia. I 

ponownie zbli

ż

a si

ę

 punkt kulminacyjny 

tego cyklu. Jestem ostatnim z Boone'ów. 
Obawiam si

ę

ż

e to co

ś

 równie

ż

 o tym wie. 

Wie, 

ż

e jestem ogniwem w tym ła

ń

cuchu zła, 

którego umysł ludzki nie jest nawet w 
stanie poj

ąć

. Rocznica przypada w wigili

ę

 

Wszystkich 

Ś

wi

ę

tych - to ju

ż

 za tydzie

ń

.  

   Co mam robi

ć

? Gdyby

ś

 tylko tu był, 

gdyby

ś

 mógł mi doradzi

ć

, pomóc! Gdyby

ś

 

tylko tu był!  
   Musz

ę

 si

ę

 wszystkiego dowiedzie

ć

; musz

ę

 

wróci

ć

 do tego nawiedzonego miasteczka. 

Mo

ż

e Bóg mi pomo

ż

e!  

 
CHARLES  
 
 
(Z prywatnego dziennika Calvina McCanna) 
 
25-10-1850 r.  
   Pan Boone przespał prawie cały 
dzisiejszy dzie

ń

. Twarz ma blad

ą

 i 

wymizerowan

ą

. Obawiam si

ę

ż

e wróci 

gor

ą

czka.  

   Kiedy zmieniałem mu wod

ę

 w karafce, 

ujrzałem na stole dwa nie wysłane listy do 
pana Gransona na Florydzie. Zamierza 

background image

wróci

ć

 do Doli Jeruzalem; je

ś

li na to 

pozwol

ę

, ta wyprawa go zabije. Czy odwa

żę

 

si

ę

 wymkn

ąć

 do Preacher's Corners, 

ż

eby 

wynaj

ąć

 jaki

ś

 powóz? Musz

ę

, ale co si

ę

 

stanie, je

ś

li obudzi si

ę

 pod moj

ą

 

nieobecno

ść

? Je

ś

li wróc

ę

, a jego ju

ż

 nie 

b

ę

dzie?  

   Znów rozlegaj

ą

 si

ę

 hałasy w 

ś

cianach. 

Dzi

ę

ki Bogu 

ś

pi! Jestem przera

ż

ony.  

 
   Pó

ź

niej przyniosłem mu na tacy kolacj

ę

Planuje wsta

ć

 za troch

ę

 i mimo jego 

wykr

ę

tnych zapewnie

ń

, dobrze wiem, co 

zamierza uczyni

ć

. A jednak wybior

ę

 si

ę

 do 

Preacher's Corners. W moich rzeczach 
zostało kilka nasennych tabletek, które 
przepisano mu w czasie jego ostatniej 
choroby. Rozpu

ś

ciłem jedn

ą

 w płynie, który 

wypił nie

ś

wiadom tego, 

ż

e w 

ś

rodku był 

proszek. Znowu 

ś

pi.  

   Przera

ż

a mnie my

ś

l, 

ż

e zostawiam go sam 

na sam z tymi Tworami hałasuj

ą

cymi w 

ś

cianach. Z ka

ż

dym kolejnym dniem hałasy 

te trwo

żą

 mnie coraz bardziej. Zamkn

ą

łem 

go w pokoju na klucz.  
   Da Bóg, 

ż

e kiedy wróc

ę

 z powozem, 

zastan

ę

 go bezpiecznego, w dobrym zdrowiu 

i wci

ąż

 pogr

ąż

onego w gł

ę

bokim 

ś

nie.  

 
   Jeszcze pó

ź

niej ciskali we mnie 

kamieniami! Ciskali we mnie kamieniami jak 
we w

ś

ciekłego psa! Potwory i demony! Ci, 

którzy nosz

ą

 miano człowieka. Tkwimy tu 

jak w wi

ę

zieniu...  

   Ptaki, lelki, zaczynaj

ą

 si

ę

 gromadzi

ć

.  

 
26 pa

ź

dziernika 1850  

 
   DROGI BONESIE!  
   Ju

ż

 prawie zmierzch. Wła

ś

nie si

ę

 

obudziłem. Przespałem niemal dwadzie

ś

cia 

cztery godziny. Jakkolwiek Cal nie 
zaj

ą

kn

ą

ł si

ę

 słowem na ten temat, 

podejrzewam, 

ż

e maj

ą

c na wzgl

ę

dzie moje 

dobro, wsypał mi do herbaty 

ś

rodek 

nasenny. Jest dobrym, oddanym 
przyjacielem, ma jak najlepsze intencje, 
wi

ę

c nic nie powiem.  

   Niemniej moje postanowienie jest 
niezłomne. Jutro te

ż

 b

ę

dzie dzie

ń

. Jestem 

spokojny, zdecydowany, ale odnosz

ę

 

wra

ż

enie, 

ż

e wraca mi gor

ą

czka. Je

ś

li tak 

rzeczywi

ś

cie jest, wszystko musi wydarzy

ć

 

si

ę

 jutro. Zapewne lepiej, 

ż

ebym uczynił 

to dzisiejszej nocy. Ale nawet ognie 
piekielne nie zmusz

ą

 mnie do postawienia 

po ciemku stopy w tamtym miasteczku.  

background image

   Ko

ń

cz

ę

, Bonesie, niech Bóg czuwa nad 

tob

ą

.  

 
CHARLES  
 
   Postscriptum. Znów zacz

ę

ły si

ę

 

wydziera

ć

 ptaki i ponownie dochodz

ą

 owe 

przera

ż

aj

ą

ce szurania. Cal my

ś

li, 

ż

e ich 

nie słysz

ę

, ale ja słysz

ę

 je bardzo 

dobrze.  
 
C.  
 
 
(Z prywatnego dziennika Calvina McCanna) 
 
27-10-1850 r. 
 
   Pi

ą

ta nad ranem  

   Jest nieugi

ę

ty w swoim postanowieniu. 

Bardzo dobrze. Id

ę

 z nim.  

 
 
4 listopada 1850  
 
   DROGI BONESIE!  
   Słaby, ale przytomny. Nie jestem pewien 
daty, lecz kalendarz przypływów i odpływów 
morza oraz wschodów i zachodów sło

ń

ca 

upewnia mnie, 

ż

e w nagłówku listu 

umie

ś

ciłem wła

ś

ciw

ą

 dat

ę

. Siedz

ę

 przy tym 

samym biurku, na którym pisałem do Ciebie 
pierwszy list z Chapelwaite, i spogl

ą

dam 

na mroczniej

ą

ce morze, które pławi si

ę

 w 

ostatnich przebłyskach dnia. Noc nadchodzi 
szybko. Kolejnego zachodu sło

ń

ca nigdy ju

ż

 

nie zobacz

ę

. Ta noc nale

ż

y do mnie; 

ź

niej wszystko zostawi

ę

, cho

ć

 nie wiem, 

jaki b

ę

dzie ten cie

ń

, w który wkrocz

ę

.  

   Z jak

ą

 sił

ą

 fale morskie tłuk

ą

 w skały 

przyl

ą

dka! W ciemniej

ą

ce niebo bij

ą

 strugi 

piany. Ocean sprawia, 

ż

e pod mymi stopami 

dr

ż

y podłoga. W szybie widz

ę

 swoje 

odbicie; twarz mam blad

ą

 jak wampir. Od 

dwudziestego siódmego pa

ź

dziernika nie 

miałem nic w ustach. Nie miałbym równie

ż

 

wody, gdyby tamtego dnia Calvin 
zapobiegliwie nie postawił mi przy łó

ż

ku 

pełnej karafki.  
   Och, Cal! Jego ju

ż

 nie ma, Bonesie. 

Poszedł za mnie, poszedł zamiast tego 
nikczemnika o patykowatych ko

ń

czynach i 

ko

ś

cistej twarzy, którego odbicie widz

ę

 w 

szybie. A jednak mo

ż

e przypadł mu w 

udziale lepszy los; nie dr

ę

cz

ą

 go ju

ż

 sny, 

które w ci

ą

gu tych kilku ostatnich dni 

towarzyszyły mi ci

ą

gle. Pokraczne 

background image

kształty, które czaj

ą

 si

ę

 w koszmarnych 

korytarzach delirium. Nawet teraz trz

ę

s

ą

 

mi si

ę

 r

ę

ce; poplamiłem papier atramentem.  

   Tamtego ranka, kiedy zamierzałem si

ę

 

wymkn

ąć

 chyłkiem z domu, stan

ą

ł przede mn

ą

 

Cal... a wydawało mi si

ę

ż

e jestem taki 

przebiegły. O

ś

wiadczyłem mu wcze

ś

niej, 

ż

zdecydowałem si

ę

 wyjecha

ć

 z Chapelwaite, i 

poleciłem, 

ż

eby udał si

ę

 do odległego o 

jakie

ś

 pi

ę

tna

ś

cie kilometrów Tandrell, 

gdzie byli

ś

my mniej znani, i wynaj

ą

ł 

dwukołowy wózek konny. Zgodził si

ę

, a 

ź

niej widziałem go, jak oddalał si

ę

 

drog

ą

 biegn

ą

c

ą

 wzdłu

ż

 wybrze

ż

a.  

   Kiedy ju

ż

 znikn

ą

ł mi z oczu, szybko 

przygotowałem si

ę

 do wyprawy. Wdziałem 

palto i szalik [zdarzały si

ę

 ju

ż

 

przymrozki; pierwsze zwiastuny 
nadchodz

ą

cej zimy]. Przez chwil

ę

 

zastanawiałem si

ę

, czy nie zabra

ć

 

rewolweru, ale roz

ś

mieszył mnie ten 

pomysł. Co na to mo

ż

e pomóc rewolwer?  

Wymkn

ą

łem si

ę

 kuchennym wyj

ś

ciem. Na 

chwil

ę

 przystan

ą

łem w progu, 

ż

eby jeszcze 

raz rzuci

ć

 okiem na morze i niebo; 

chciałem jeszcze raz odetchn

ąć

 

ś

wie

ż

ym 

powietrzem, poniewa

ż

 niebawem wdycha

ć

 

miałem odór zgnilizny... Chciałem jeszcze 
raz popatrze

ć

 na szybuj

ą

ce pod niskimi 

chmurami mewy.  
   Odwróciłem si

ę

... Przede mn

ą

 stał 

Calvin McCann.  
   "Nie powinien pan tam i

ść

 sam" - 

o

ś

wiadczył.  

   Takiej powagi na jego twarzy nigdy 
jeszcze nie widziałem.  
   "Ale

ż

 Calvinie..." - zacz

ą

łem.  

   "Ani słowa, prosz

ę

 pana! Pójdziemy 

razem i zrobimy to, co musimy, albo sił

ą

 

zawlok

ę

 pana z powrotem do domu. Nie czuje 

si

ę

 pan najlepiej. Nie wolno panu i

ść

 

samemu".  
   Nie potrafi

ę

 odda

ć

 uczu

ć

, jakie mn

ą

 

zawładn

ę

ły: zmieszanie, uraza, 

wdzi

ę

czno

ść

... ale przede wszystkim 

ogromna miło

ść

.  

   W milczeniu min

ę

li

ś

my letni domek i 

zegar słoneczny, min

ę

li

ś

my pokryty 

wodorostami brzeg morza, po czym 
zagł

ę

bili

ś

my si

ę

 w las. Panowała 

ś

miertelna cisza - ptak nie za

ś

piewał, nie 

trzasn

ę

ła gał

ą

zka. Zdawało si

ę

ż

e na 

ś

wiat opadł całun milczenia. Ci

ą

gle tylko 

towarzyszył nam zapach soli oraz płyn

ą

ca z 

oddali delikatna wo

ń

 dymu. Las stał w 

przepysznej szacie jesiennych barw, ale 
moim zdaniem przewa

ż

ał w nich szkarłat.  

background image

   Niebawem zapach soli rozwiał si

ę

, a 

jego miejsce zaj

ą

ł inny, bardziej 

złowieszczy odór tamtego miejsca - smród 
zgnilizny, o którym ju

ż

 wspominałem. Kiedy 

dotarli

ś

my do chybotliwego mostu 

spinaj

ą

cego brzegi Royal River, 

spodziewałem si

ę

ż

e Cal ponownie zacznie 

nalega

ć

ż

eby

ś

my zaniechali dalszej 

w

ę

drówki. Ale on nie odezwał si

ę

 słowem. 

Przystan

ą

ł tylko, obrzucił spojrzeniem 

kłuj

ą

c

ą

 szyderczo niebo iglic

ę

 ko

ś

cioła i 

popatrzył na mnie. Podj

ę

li

ś

my marsz.  

   Przepełnieni l

ę

kiem, ale zdecydowani 

kroczyli

ś

my do ko

ś

cioła Jamesa Boone'a. 

Drzwi były ci

ą

głe rozwarte, jak 

zostawili

ś

my je ostatnim razem, a panuj

ą

cy 

wewn

ą

trz mrok najwyra

ź

niej łypał na nas 

po

żą

dliwie. Kiedy wst

ę

powali

ś

my na 

schodki, poczułem, 

ż

e serce we mnie 

zamiera, a gdy kładłem dło

ń

 na klamce i 

otwierałem drzwi, palce mi dr

ż

ały. Smród w 

ś

rodku był chyba jeszcze gorszy i bardziej 

chorobliwy ni

ż

 poprzednio.  

   Weszli

ś

my do pogr

ąż

onego w półmroku 

przedsionka, a z niego bez chwili zwłoki 
do ko

ś

cioła.  

   Panował tam nieopisany bałagan.  
   Ko

ś

ciół zdemolowało co

ś

 ogromnego. 

Ławki były powywracane, połamane i jak 
bierki ci

ś

ni

ę

te niedbale na stos. 

Odra

ż

aj

ą

cy krzy

ż

 le

ż

ał pod wschodni

ą

 

ś

cian

ą

, a dziura w murze 

ś

wiadczyła, z 

jak

ą

 sił

ą

 nim rzucono. Lampy oliwne 

powyrywano z obudowy, tote

ż

 opary tranu 

mieszały si

ę

 z okropnym smrodem, który 

przenikał całe miasteczko. A wzdłu

ż

 nawy 

głównej, jak upiorny 

ś

lubny kobierzec, 

ci

ą

gn

ę

ła si

ę

 smuga czarnego błota 

wymieszanego z posok

ą

. Prowadziła do 

ambony - jedynej nienaruszonej rzeczy w 
ko

ś

ciele. Na pulpicie, znad blu

ź

nierczej 

Ksi

ę

gi, spogl

ą

dało na nas nieruchomymi, 

szklistymi oczyma zar

ż

ni

ę

te jagni

ę

.  

   "Bo

ż

e" - szepn

ą

ł Calvin.  

   Podeszli

ś

my w tamt

ą

 stron

ę

, unikaj

ą

jak ognia szlamu na posadzce. Nasze kroki 
budziły rozliczne echa, które zmieniały 
odgłos st

ą

pania w czyj

ś

 grzmi

ą

cy 

ś

miech.  

   Na podwy

ż

szenie weszli

ś

my jednocze

ś

nie. 

Jagni

ę

 nie zostało zar

ż

ni

ę

te czy 

zagryzione. Co

ś

 lub kto

ś

 tak mocarnie je 

ś

cisn

ą

ł, 

ż

e stworzeniu pop

ę

kały naczynia 

krwiono

ś

ne. Krew rozlewała si

ę

 odra

ż

aj

ą

c

ą

g

ę

st

ą

 kału

żą

 na ołtarzu i spływała do jego 

podstawy... ale na samej ksi

ę

dze zalegała 

tylko cienk

ą

, przezroczyst

ą

 warstw

ą

 i 

background image

zawiłe runy widoczne były niczym przez 
kolorowe szkło!  
   "Czy musimy jej dotyka

ć

?" - spytał 

niewzruszony Cal.  
   "Tak. Musz

ę

 j

ą

 zabra

ć

".  

   "Po co?"  
   "

Ż

eby zrobi

ć

 to, co nale

ż

ało uczyni

ć

 

sze

ść

dziesi

ą

t lat temu. Zamierzam j

ą

 

zniszczy

ć

".  

   Odci

ą

gn

ę

li

ś

my martwe jagni

ę

; zwłoki 

upadły na posadzk

ę

 ze wstr

ę

tnym, 

mlaszcz

ą

cym d

ź

wi

ę

kiem. Zbrukane krwi

ą

 

stronice zdawały si

ę

 wydziela

ć

 własny, 

szkarłatny blask.  
   W uszach zacz

ę

ło mi dzwoni

ć

 i szumie

ć

ze 

ś

cian 

ś

wi

ą

tyni płyn

ą

ł niski, monotonny 

ś

piew. Widz

ą

c skrzywion

ą

 twarz Cala, 

poj

ą

łem, 

ż

e on równie

ż

 to słyszy. Ziemia 

pod stopami zadr

ż

ała, jakby przybywał 

mieszkaniec tego nawiedzonego ko

ś

cioła, 

ż

eby broni

ć

 swej własno

ś

ci. Struktura 

normalnej przestrzeni i czasu zdawała si

ę

 

p

ę

ka

ć

 i łama

ć

. Ko

ś

ciół wypełnił si

ę

 

widmami, l

ś

ni

ą

c piekielnym blaskiem 

odwiecznego, zimnego ognia. Wydawało mi 
si

ę

ż

e dostrzegam przera

ż

aj

ą

c

ą

 i 

zniekształcon

ą

 posta

ć

 Jamesa Boone'a, 

ta

ń

cz

ą

cego wokół spoczywaj

ą

cego na wznak 

ciała kobiety, a tu

ż

 za nim ujrzałem mego 

ciotecznego dziadka Phillipa, nowicjusza, 
odzianego w czarn

ą

 sutann

ę

 z kapturem. W 

dłoniach trzymał nó

ż

 i puchar.  

   Deum vobiscum magna vermis...  
   Widniej

ą

ce na stronicy ksi

ę

gi słowa 

zadr

ż

ały i wykrzywiły si

ę

, pławiły si

ę

 w 

ofiarnej krwi, nagrodzie dla stwora, który 
przybył spoza gwiazd...  
   

Ś

lepi, wymieszani ze sob

ą

 wierni 

kołysali si

ę

 w zapami

ę

tałym, demonicznym 

modlitewnym ruchu; ich zdeformowane twarze 
wypełnione były 

ż

arliwym, odra

ż

aj

ą

cym 

oczekiwaniem...  
Teraz łacin

ę

 zast

ą

pił starszy j

ę

zyk, 

pochodz

ą

cy z czasów, kiedy nie było 

jeszcze Egiptu i piramid, pochodz

ą

cy z 

czasów, kiedy Ziemia stanowiła jeszcze 
kul

ę

 kipi

ą

cego w pustej przestrzeni 

gazu...  
   Gyyagin vardar Yogsoggoth! iierminis! 
Gyyagin! Gyyagin! Gy- yagin!  
   Pulpit zacz

ą

ł dr

ż

e

ć

 i p

ę

ka

ć

, unosi

ć

 si

ę

 

w powietrze...  
   Calvin wrzasn

ą

ł i uniósł rami

ę

ż

eby 

zasłoni

ć

 twarz. Cały ołtarz i absyda 

ko

ś

cioła trz

ę

sły si

ę

 pot

ęż

nym, mrocznym 

ruchem, jak okr

ę

t ciskany przez burz

ę

Porwałem ksi

ę

g

ę

 i trzymałem j

ą

 w 

background image

wyci

ą

gni

ę

tych r

ę

kach; odnosiłem wra

ż

enie, 

ż

e spali mnie 

ż

arem sło

ń

- ca, spopieli, 

o

ś

lepi.  

   "Niech pan ucieka!" - wrzasn

ą

ł Calvin. 

- "Niech pan ucieka!"  
   Ale stałem jak słup soli i obca istota 
wypełniła mnie niczym staro

ż

ytne naczynie, 

które czekało przez lata... przez całe 
pokolenia!  
   "Gyyagin vardar!" - wrzasn

ą

łem. - 

"Sługa Yogsoggotha, Bezimiennego! Glisty 
spoza Przestrzeni! Po

ż

eracz Gwiazd! 

Niszczyciel Czasu! Verminis! Oto nadchodzi 
Godzina Spełnienia! Czas Zapłaty! 
Verminis! Alyah! Alyah! Gyyagin!"  
   Calvin pchn

ą

ł mnie. Zachwiałem si

ę

ko

ś

ciół zawirował mi przed oczyma i 

upadłem na posadzk

ę

. Uderzyłem głow

ą

 w 

kraw

ę

d

ź

 przewróconej ławki i czaszk

ę

 obj

ą

ł 

mi ogie

ń

... ale umysł jakby mi 

przeja

ś

niał.  

   Po omacku si

ę

gn

ą

łem po zapałki, które 

ze sob

ą

 zabrałem.  

   Ko

ś

ciół wypełnił dobiegaj

ą

cy z trzewi 

ziemi grzmot. Ze 

ś

cian i z sufitu zacz

ą

ł 

płatami odpada

ć

 gips. Zardzewiały dzwon na 

wie

ż

y ko

ś

cielnej odezwał si

ę

 zdławionym, 

diabelskim kurantem, współczuj

ą

c

ą

 

wibracj

ą

.  

   Zapłon

ę

ła zapałka. Dotkn

ą

łem ni

ą

 ksi

ę

gi 

w tej samej chwili, kiedy eksplodował 
pulpit i roztrzaskał si

ę

 na drzazgi. Na 

jego miejscu rozwarła si

ę

 otchła

ń

. Cal 

zachwiał si

ę

 na jej kraw

ę

dzi, wyci

ą

gn

ą

ł 

ramiona, otworzył usta w przera

ź

liwym 

krzyku, który zapami

ę

tam do ko

ń

ca swoich 

dni.  
   I wtedy napłyn

ę

ło olbrzymie, szare, 

drgaj

ą

ce cielsko. Smród przechodził 

wszelkie wyobra

ż

enie. Była to olbrzymia, 

wylewaj

ą

ca si

ę

, zawiesista, pokryta 

p

ę

cherzami galareta, monstrualny, 

odra

ż

aj

ą

cy kształt, który bił w niebo 

prosto z najgł

ę

bszych otchłani ziemi. I 

wtedy te

ż

, w nagłym, straszliwym 

przebłysku, poj

ą

łem to, o czym nie 

wiedział 

ż

aden człowiek. Spostrzegłem, 

ż

był to zaledwie jeden pier

ś

cie

ń

, jeden 

tylko segment potwornej glisty, która 
pozbawiona oczu przez lata trwała w 
sklepionej pieczarze mroku pod tym 
odra

ż

aj

ą

cym ko

ś

ciołem!  

   Ksi

ę

ga w moim r

ę

ku płon

ę

ła jasnym 

płomieniem, a Stwór krzyczał nade mn

ą

 

bezgło

ś

nym wrzaskiem. Trafiony koszmarnym 

ciosem Calvin z przetr

ą

conym karkiem 

background image

przeleciał przez cały ko

ś

ciół jak 

szmaciana lalka.  
   To co

ś

 zapadało si

ę

... Stwór zapadał 

si

ę

, zostawiaj

ą

c jedynie olbrzymi

ą

 dziur

ę

 

otoczon

ą

 zwałami czarnej piany, a 

powietrze rozdarł pot

ęż

ny krzyk i okropne 

mlaskanie, które gin

ę

ły w jakiej

ś

 ogromnej 

dali. W ko

ń

cu zapadła cisza.  

   Popatrzyłem pod nogi. Z ksi

ę

gi pozostał 

tylko popiół.  
   Zacz

ą

łem si

ę

 

ś

mia

ć

, potem zawodzi

ć

 jak 

zraniona bestia.  
   Opu

ś

cił mnie cały zdrowy rozs

ą

dek, 

usiadłem na podłodze, ze skroni płyn

ę

ła mi 

krew, krzyczałem i mamrotałem co

ś

 w tym 

bezbo

ż

nym mroku, a Calvin le

ż

ał 

rozci

ą

gni

ę

ty w odległym k

ą

cie, spogl

ą

daj

ą

na mnie nieruchomymi, l

ś

ni

ą

cymi oczyma, w 

których zakrzepł wyraz najwy

ż

szej trwogi.  

   Nie mam najmniejszego poj

ę

cia, jak 

długo znajdowałem si

ę

 w tym stanie. Nie 

potrafi

ę

 tego okre

ś

li

ć

. Ale kiedy wróciła 

mi zdolno

ść

 jasnego my

ś

lenia, otaczaj

ą

ce 

mnie cienie wydłu

ż

yły si

ę

; zapadał zmrok. 

Uwag

ę

 moj

ą

 przykuł ruch w dziurze wybitej 

w posadzce ko

ś

cioła.  

   Po

ś

ród potrzaskanych desek podłogi 

pojawiła si

ę

 dło

ń

.  

   Szale

ń

czy rechot zamarł mi w gardle. W 

jednej chwili miejsce histerii zaj

ę

ła 

zgroza. Poczułem, 

ż

e z głowy odpływa mi 

cała krew.  
   Ze straszliw

ą

, m

ś

ciw

ą

 powolno

ś

ci

ą

 

gnij

ą

ca posta

ć

 wydobywała si

ę

 z ciemno

ś

ci, 

odwracaj

ą

c w moj

ą

 stron

ę

 połow

ę

 czaszki. 

Na czole, po gołym mi

ę

sie spacerowały 

robaki. Zgniła sutanna zwisała krzywo z 
próchniej

ą

cych obojczyków. Tylko oczy były 

ż

ywe - czerwone, pełne szale

ń

stwa jamy 

spogl

ą

dały na mnie z wyrazem czego

ś

 wi

ę

cej 

ni

ż

 szale

ń

stwo; spogl

ą

dały na mnie pełne 

pustego 

ż

ycia niezmierzonych pustek poza 

granicami naszego Wszech

ś

wiata.  

   Stwór przyszedł, 

ż

eby zabra

ć

 mnie na 

dół, w ciemno

ść

.  

   I wtedy, skrzecz

ą

c, uciekłem. 

Zostawiłem ciało mego wieloletniego 
przyjaciela w tamtym miejscu 

ż

ywej zgrozy. 

Biegłem tak długo, a

ż

 powietrze w moich 

płucach i mózg w czaszce stały si

ę

 niczym 

rozpalona magma. Biegłem tak długo, a

ż

 

dotarłem do tego nawiedzonego i 
splugawionego domu, do mego pokoju, gdzie 
upadłem i jak martwy le

ż

ałem a

ż

 do 

dzisiaj. Biegłem, poniewa

ż

 nawet mimo 

szale

ń

stwa, jakie mnie ogarn

ę

ło, mimo 

ż

stwór był animowanym w przera

ż

aj

ą

cy sposób 

background image

trupem, dostrzegłem w nim rodzinne 
podobie

ń

stwo. Ale nie był to ani Phillip, 

ani Robert, których portrety wisz

ą

 w 

galeii na pi

ę

trze. Owo gnij

ą

ce oblicze 

nale

ż

ało do Jamesa Boone'a, Stra

ż

nika 

Glisty!  
   Ci

ą

gle 

ż

yje gdzie

ś

 w spl

ą

tanych, 

pozbawionych 

ś

wiatła otchłaniach 

rozci

ą

gaj

ą

cych si

ę

 pod Dol

ą

 Jeruzalem i 

Chapelwaite... Spalenie ksi

ę

gi fatalnie 

pokrzy

ż

owało mu szyki, ale istniej

ą

 

przecie

ż

 inne jeszcze jej kopie.  

   Niemniej stanowi

ę

 bram

ę

 i jestem 

ostatnim człowiekiem, w którego 

ż

yłach 

płynie krew Boone'ów. W imi

ę

 dobra 

ludzko

ś

ci musz

ę

 umrze

ć

... i przerwa

ć

 raz 

na zawsze ten ła

ń

cuch.  

   Niebawem utopi

ę

 si

ę

 w morzu, Bonesie. 

Moja podró

ż

, podobnie jak opowie

ść

dobiega ko

ń

ca. Niech Bóg zawsze ma Ci

ę

 w 

Swej opiece.  
 
CHARLES  
 
   Owe osobliwe papiery dotarły w ko

ń

cu do 

pana Everetta Gransona, do którego były 
adresowane. Podejrzewano nawrót zapalenia 
opon mózgowych, które pierwotnie dotkn

ę

ło 

Charlesa Boone'a po 

ś

mierci 

ż

ony w roku 

tysi

ą

c osiemset czterdziestym ósmym, a 

ź

niej sprawiło, 

ż

e zwariował i 

zamordował swego towarzysza i 
wieloletniego przyjaciela, pana Calvina 
McCanna.  
   Notatki w prywatnym dzienniku pana 
McCanna s

ą

 fascynuj

ą

cym przykładem 

fałszerstwa, bez w

ą

tpienia spreparowanego 

przez Charlesa Boone'a w celu 
uwiarygodnienia swoich paranoidalnych 
iluzji.  
   W co najmniej dwóch miejscach Charles 
Boone przeliczył si

ę

, Po pierwsze, kiedy 

"ponownie odkryto" (u

ż

ywam naturalnie 

terminu historycznego) Dol

ę

 Jeruzalem, 

posadzka w absydzie ko

ś

cioła, jakkolwiek 

zbutwiała, nie nosiła 

ś

ladów 

ż

adnej 

eksplozji ani jakich

ś

 szczególnych 

zniszcze

ń

. Chocia

ż

 starodawne ławki były 

powywracane, a kilka okien wybitych, z 
cał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 jest to dziełem wandali z 

s

ą

siednich miasteczek dokonanym w ci

ą

gu 

kilku ostatnich lat. Po

ś

ród starszych 

mieszka

ń

ców Preacher's Corners i Tandrell 

wci

ąż

 wprawdzie kr

ążą

 pewne pogłoski o 

Doli Jeruzalem (zapewne w tamtych czasach 
była to nieszkodliwa miejscowa legenda, 
która wywarła tak straszliwy skutek na 

background image

chory umysł Charlesa Boone'a), ale one nie 
maj

ą

 z cał

ą

 spraw

ą

 nic wspólnego.  

   Po drugie, Charles Boone wcale nie był 
ostatnim przedstawicielem swego rodu. Jego 
dziadek, Robert Boone, spłodził 
przynajmniej dwoje dzieci z nieprawego 
ło

ż

a. Pierwsze zmarło w niemowl

ę

ctwie. 

Drugi syn przyj

ą

ł nazwisko ojca i osiedlił 

si

ę

 w miasteczku Central Falls w Rhode 

Island. Jestem ostatnim potomkiem tej 
gał

ę

zi rodu Boone'ów; dalekim krewnym 

Charlesa Boone'a. Papiery te s

ą

 w moim 

posiadaniu od dziesi

ę

ciu lat. Przedstawiam 

je do wgl

ą

du publicznego z okazji obj

ę

cia 

w posiadanie naszego gniazda rodowego, 
Chapelwaite, w nadziei, 

ż

e w gł

ę

bi duszy 

Czytelnik odniesie si

ę

 ze współczuciem do 

nieszcz

ę

snej, zabł

ą

kanej duszy Charlesa 

Boone'a. Na tyle, na ile mog

ę

 stwierdzi

ć

w jednym miał on racj

ę

: miejsce to 

gwałtownie wymaga interwencji 
eksterminatora.  
   W 

ś

cianach, s

ą

dz

ą

c po d

ź

wi

ę

kach, 

grasuj

ą

 olbrzymie szczury.  

Podpisano:   
James Robert Boone.  
2 pa

ź

dziernika 1971 r.  

 
 
KONIEC 
 
* Biblia, to jest Pismo 

Ś

wi

ę

te Starego i 

Nowego Testamentu. Warszawa 1975, 
Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo 
Biblijne. Ewangelia 

ś

w. Mateusza 5, 

Błogosławie

ń

stwa, 3.  

 
* Dosłownie: Dom Kaznodziei.