background image

Vicki Lewis Thompson 

 

B

ĄDŹ MOJĄ WALENTYNKĄ 

(Be mine, Valentine) 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Wszystko zacz

ęło się tamtego dnia, gdy spadł śnieg. Wiele łat później Roxie zastanawiała 

się,  czy  i  to  było  sprawką  starego  Charliego.  Jeśli  jednak  mówił  o  sobie  prawdę, 
wyczarowanie małej burzy śnieżnej w lutym, nawet w środku pustyni, nie wymagało zachodu. 
Niezwykła pogoda mogła być, oczywiście, zbiegiem okoliczności, jak i wszystko, co zdarzyło 
się później.   

 

W pi

ątkowe  popołudnie  całe  Tucson  przykrył  śnieg.  Roxie  nie  mogła  uwierzyć,  że  to, 

zdawać by się mogło, naturalne przyrodnicze zjawisko może spowodować takie zamieszanie. 
Przez  dwadzieścia  siedem  zim  spędzonych  w  New  Jersey  tyle  się  napatrzyła  na  śnieg,  że 
przestał robić na niej wrażenie. Najwyraźniej zupełnie inaczej sprawa miała się z jej kolegami 
z  pracy.  Kilku  rzuciło  się  do  okien  z  pełnymi  niedowierzania  okrzykami,  pozostali  zaś 
wybiegli na ulicę i próbowali chwytać płatki w dłonie.   

Jak dzieci, pomy

ślała Roxie. Interesanci, cierpliwie czekający w kolejkach, poszli w ślady 

urzędników.  Ratusz  niemal  opustoszał.  Roxie  nie  ruszyła  się  od  biurka,  postanawiając  nie 
przerywać pracy.   

Tylko ona zauwa

żyła, że do poczekalni wszedł stary Charlie. W ręku, jak zwykle, trzymał 

swą zniszczoną teczkę.   

–  Co za mi

ła  niespodzianka,  Charlie.  –  Roxie  wstała  zza  biurka,  by  uciąć  sobie  ze 

starszym panem małą pogawędkę. Uważała go za swego najlepszego przyjaciela w Tucson, 
co nie najlepiej świadczyło o jej życiu towarzyskim. Chociaż Charlie był naprawdę przemiły, 
wszyscy dookoła wiedzieli, że to włóczęga.   

Jego domem by

ła  ławka  w  pobliskim  parku,  a  cały  dobytek  trzymał  w  starej  teczce,  z 

którą  się  nigdy  nie  rozstawał.  Jadał  w  pobliskich  bezpłatnych  jadłodajniach.  Musiał  mieć 
jednak jakieś źródło dochodów, skoro każdego ranka przynosił czerwoną różę i wkładał ją do 
wazonu,  stojącego  na  szarym  laminowanym  blacie.  Utrzymywał,  że  to  dla  przyszłych 
małżonków, przychodzących do ratusza złożyć papiery. Zwykle ktoś z pracowników stawiał 
mu w zamian lunch. Ostatnio, po awansie, tym kimś była najczęściej Roxie. Co to za różnica 
przygotować  dwie  kanapki  zamiast  jednej?  Doprawdy  żadna,  poza  tym  bardzo  lubiła 
towarzystwo Charliego. – – Co ci

ę tu dziś sprowadza? – Roxie oparła się o szary blat i posłała 

Charliemu czarujący uśmiech.   

– Jak to co? Te pi

ękne niebieskozielone oczy i wspaniałe rude loki, moja droga.   

–  Daj spok

ój,  Charlie.  Moje  oczy  i  rude  loki  nigdy  przedtem  nie  odciągały  cię  od 

popołudniowej partyjki szachów. Co się stało? 

–  Je

śli  mam  być  szczery,  pogoda  zrobiła  się  paskudna  i  postanowiłem  poszukać 

schronienia w umiarkowanym klimacie twojego biura. – 

Zdjął  wytarty  filcowy kapelusz i 

strzepn

ął resztki śniegu z zatkniętego za wstążkę piórka. – Nie spodziewałem się takiej zimy 

w Arizonie.   

Za ka

żdym razem Roxie była na nowo zaskoczona. Można by przypuszczać, że rozmawia 

background image

z szacownym profesorem jakiegoś europejskiego uniwersytetu. Jednak z bliska wychodziło na 
jaw,  że  rękawy  tweedowej  sportowej  marynarki  są  wystrzępione,  przy  kamizelce  brakuje 
guzika, kieszeń spodni jest rozerwana, a czerwona muszka ma przetarte brzegi.   

Koledzy Roxie zacz

ęli powoli wracać do biura.   

– Wci

ąż pada – oznajmił ktoś radośnie. – Powinniśmy chyba wcześniej skończyć pracę, 

bo jazda do do

mu może być niebezpieczna.   

–  Nigdy nie s

łyszałam, żeby ktoś robił tyle szumu z powodu odrobiny śniegu. – Roxie 

pokręciła głową.   

– To upojenie nieznanym – wyja

śnił Charlie.   

– Masz racj

ę – przyznała Roxie. Po raz setny zadała sobie pytanie, jak taki wykształcony 

człowiek mógł stać się włóczęgą. – Może nie powinnam pytać, ale... co zrobisz, jeśli dziś w 
nocy będzie naprawdę zimno? 

Charlie obrzuci

ł  ją  przenikliwym,  a  jednocześnie  pełnym  aprobaty  spojrzeniem,  jak 

gdyby była jego ulubioną uczennicą, która zadała właściwe pytanie.   

– Nie mam zielonego poj

ęcia – odrzekł, wyjmując z kieszeni śnieżnobiałą chusteczkę, by 

przetrzeć szpilkę w kształcie ósemki, która wpięta poziomo w klapę marynarki, przypominała 
symbol nieskończoności.   

Ju

ż wiele tygodni temu Roxie odkryła, że szpilka jest z prawdziwego złota. Szpilka oraz 

cynowe szachy, które stale nosił w teczce, były prawdopodobnie całym majątkiem Charliego.   

Do tej pory wydawa

ł się zadowolony ze swego losu, ale do dzisiaj zima była wyjątkowo 

łagodna, nawet jak na Tucson.   

– S

ą tu chyba jakieś schroniska – zauważyła – ale, niestety, nie znam żadnych adresów.   

–  Zapewne s

ą przepełnione.  Sądzę,  że wystarczy  mi moja ławka.  Dołożę jeszcze jedną 

warstwę gazet.   

–  To nie brzmi zach

ęcająco.  –  Roxie  wyobraziła  sobie  długą,  mroźną  i  śnieżną  noc, 

Charliego przykrytego tylko gazetami. A jeśli zamarznie na śmierć? Nigdy przedtem zbytnio 
się o niego nie martwiła, ale było dużo cieplej. – Charlie, myślę, że powinieneś zamieszkać u 
mnie, dopóki pogoda się nie poprawi.   

– U ciebie? – Niebieskie oczy Charliego rozb

łysły, pokręcił jednak przecząco głową. – O 

nie, nie chciałbym ci sprawić kłopotu.   

–  To 

żaden  problem.  Osbornowie  mają  nieduży  domek  gościnny.  Nikt  nie  będzie  cię 

krępował.   

– Domek go

ścinny? Nie pamiętam, żebyś o nim wspominała.   

–  Nie by

ło  okazji.  Wybierali  się  do  mnie  rodzice,  skoro  jednak  nic  z  ich  planów  nie 

wyszło, czemu ty nie miałbyś z niego skorzystać? 

– Nie cierpi

ę się narzucać – rzekł z wahaniem Charlie.   

–  Nie ple

ć  głupstw.  –  Roxie coraz  bardziej  zapalała  się  do  swego  pomysłu.  Czuła  się 

osamotniona. Chociaż Osbornowie poznali ją przed wyjazdem z sąsiadami, krępowała się do 
nich chodzić, tym bardziej że nie byli zbyt towarzyscy.   

Mia

ła oczywiście Como, ale przecież to tylko zwierzę. Roxie szukała w myślach jakiegoś 

przekonującego argumentu. Doszła do wniosku, że Charlie powinien czuć się potrzebny.   

background image

– M

ógłbyś mi pomóc przy Como. Ostatnio dziwnie się zachowuje. Zastanawiam się, czy 

nie wezwać weterynarza. Nie chciałabym wydawać pochopnie pieniędzy Osbornów, ale...   

–  Owszem, trudno si

ę rozeznać w potrzebach zwierzęcia, ale czy nie zagalopowałaś się 

trochę?  Mówisz,  jakbym  już  zamieszkał  w  domku  gościnnym,  a  tymczasem  Osbornowie 
mogliby nie życzyć sobie, by zwykły włóczęga kręcił się po domu w czasie ich nieobecności.   

–  Nie jeste

ś  zwykłym  włóczęgą,  lecz  moim  przyjacielem.  Znam  cię  od  pół  roku,  a  od 

dwóch miesięcy jadamy wspólnie lunch. Nie pozwolę, żebyś zamarzł na ławce w parku.   

– To mi

ło z twojej strony, ale...   

–  Poza tym Osbornowie to wspaniali ludzie i z pewno

ścią  okażą  zrozumienie.  Moi 

rodzice znają ich od wieków. Tata i Dave Osborn służyli razem w wojsku. Mogę robić, co 
zechcę, mają do mnie zaufanie. Nie przelewajmy z pustego w próżne. Załatwione! 

– M

ój Boże, cóż za nieodparte argumenty! Czy uczyłaś się prowadzenia negocjacji? 

–  Zgad

łeś. W szkole średniej w Newark byłam mistrzynią w tej dziedzinie. Więc? Czy 

przekonałam cię, żebyś zamieszkał ze mną? 

–  Tak.  –  Zmarszczki na twarzy Charliego wyg

ładziły się w uśmiechu. – Niech cię Bóg 

błogosławi, Roxie Lowell.   

–  Cze

ść, Roxie. – Ciemnowłosy mężczyzna oderwał się od grupki stojącej przy oknie i 

podszedł do nich. – Witaj, Charlie.   

– Dzie

ń dobry, Doug – skinął głową Charlie.   

–  Roxie, wszyscy m

ówią o wcześniejszym wyjściu z pracy, chciałem się więc upewnić, 

czy nasze spotkanie jest aktualne.   

–  Och, Doug, bardzo ci

ę  przepraszam,  przez  całe  to  zamieszanie  kompletnie  o  nim 

zapomniałam.   

–  Tobie, dziewczynie z New Joisey, nie przeszkodzi chyba ta odrobina 

śniegu?  – 

przekręcił nazwę jej rodzinnego stanu, jak zwykle, gdy chciał się z nią podroczyć.   

Roze

śmiała  się  z  przymusem,  żart  bowiem  miał  wąsy  i  brodę  i  dawno  przestał  ją 

śmieszyć.   

– Jasne, 

że nie, ale zabieram dziś Charliego do domu.   

– Mnie nigdy nie z

łożyłaś takiej interesującej propozycji. – Doug zdziwiony uniósł brwi.   

–  Zamieszka w domku go

ścinnym – odparła z naciskiem Roxie. – Poza tym – dodała – 

nie jesteś taki miły jak Charlie.   

– To dlatego, 

że nie dajesz mi szansy – powiedział Doug pół żartem, pół serio. – Roxie, 

czy  mogę  zamienić  z  tobą  dwa  słowa  na  osobności?  –  Ujął  ją  za  łokieć  i  nie  czekając  na 
odpowiedź, odciągnął na bok. – Oszalałaś? – spytał, zniżając głos. – Ten stary może okazać 
się  prawdziwą  pijawką.  Jeśli  go  wpuścisz  za  próg,  to  nigdy  się  go  nie  pozbędziesz,  a 
przynajmniej do powrotu Osbornów.   

– Doug, przesta

ń. On cię może usłyszeć.   

– No i co z tego? – Doug wzruszy

ł ramionami. – To włóczęga.   

–  Doug!  –  Roxie chwyci

ła  go  za  ramię  i  odciągnęła  jeszcze  dalej.  –  Charlie jest 

wspaniałym starszym panem i nie pozwolę, żebyś go obrażał.   

– Musi mie

ć mnóstwo zalet, skoro jadasz z nim codziennie lunch.   

background image

Roxie spojrza

ła na niego zaskoczona.   

– Jeste

ś o niego zazdrosny! 

– Nie o niego, ale o czas, kt

óry z nim spędzasz.   

– Zaprasza

łam cię, żebyś się do nas przyłączył.   

– Wielkie dzi

ęki. On bez przerwy gada o historii.   

– Mnie to fascynuje. Nie zdziwi

łabym się, gdyby kiedyś jej uczył.   

– Czemu wi

ęc nie uczy jej teraz? – prychnął Doug. – Dlaczego sypia na ławce w parku? 

–  Nie wiem. Ludzi dotykaj

ą  nieszczęścia.  Najważniejsze  w  tej  chwili  jest  to,  że  pada 

śnieg, a on nie ma gdzie się podziać. Nie chcę, żeby spędził noc na mrozie.   

– Z pewno

ścią jest do tego przyzwyczajony.   

– Och, doprawdy? – Cierpliwo

ść Roxie miała swoje granice. – Zapewne głodujący ludzie 

również przyzwyczajają się do braku pożywienia? 

– Tego nie wiem, wiem natomiast, 

że to nie twoje zmartwienie. Zresztą, co powiedzieliby 

na to Osbornowie? 

– Pozwolili mi zaprasza

ć, kogo zechcę: rodziców, znajomych. Rodzicom nie uda się teraz 

przyjechać, a ja nie mam przyjaciół, którzy mogliby...   

–  Szkoda, 

że  nie  pomyślałaś  o  mnie.  –  Doug  pogłaskał  Roxie  po  ramieniu.  – 

Dowiedziałbym się, jak wygląda życie na pogórzu, poza tym mielibyśmy czas, żeby się lepiej 
poznać.   

Roxie odsun

ęła  się,  strącając  rękę  Douga.  Lubiła  go,  ale  nie  mogła  zaakceptować  jego 

stosunku do Charliego.   

–  Nie bior

ę  pod  uwagę  takiej  ewentualności  i  ty  dobrze  o  tym  wiesz.  Osbornowie, 

zostawiając mi dom, zakładali, że moi chłopcy  nie będą ze mną mieszkali. Poza tym masz 
dach nad głową, a Charlie go nie ma.   

–  Roxie, uprzedzam ci

ę,  że  będziesz  tego  żałowała.  Dawanie  pieniędzy  na  cele 

dobroczynne to co innego niż branie kogoś pod swój dach.   

– Zgadzam si

ę, to coś znacznie pożyteczniejszego.   

– Roxie obrzuci

ła go wyzywającym spojrzeniem.   

–  Pomagam komu

ś  konkretnemu.  Nie  muszę  się  zastanawiać,  na  co  wydano  moje 

pieniądze. Nie próbuj mnie powstrzymywać, Doug, podjęłam już decyzję.   

– Ojciec ostrzega

ł mnie, żebym nigdy nie sprzeczał się z rudzielcami – rzekł z rezygnacją 

Doug.   

–  To nie ma nic wsp

ólnego  z  kolorem  moich  włosów.  A  teraz  przepraszam  cię,  ale 

musimy jechać z Charliem do domu.   

–  Czy mam rozumie

ć,  że  jutro  wieczorem  będziesz  zajęta?  –  spytał  Doug  przesadnie 

ugrzecznionym tonem.   

Roxie pr

óbowała nie okazać zniecierpliwienia. Przecież lubi Douga, a on ma prawo się 

z

łościć.  Z  powodu  Charliego  zrezygnowała  z  dzisiejszej  randki,  a  Doug  nie  lubi  takich 

niespodzianek.   

–  B

ędę gotowa o siódmej – odparła, po czym wróciła do biurka po płaszcz i torebkę. – 

Chodźmy – zwróciła się do Charliego.   

background image

– Nie akceptuje twojego post

ępowania, prawda? 

– spyta

ł starszy pan.   

– To nie jego sprawa. Nie jeste

śmy małżeństwem, po prostu się spotykamy.   

– Och, Roxie, mam nadziej

ę, że nie bierzesz pod uwagę małżeństwa z Dougiem Kellym.   

–  Owszem, my

ślałam  o  tym,  Charlie  –  odrzekła  Roxie,  obrzucając go szybkim 

spojrzeniem.  – 

To  przystojny  mężczyzna,  ma  stałą  pracę,  a  poza  tym  zwykle  dobrze  się 

czujemy ze sobą.   

– A co z mi

łością?    – – W pewnym sensie kocham Douga. Charlie pokręcił ze smutkiem 

głową.   

–  C

óż, Charlie, mam już dwadzieścia siedem lat. Codziennie przychodzą do nas młode 

pary  pragnące  się  pobrać,  a  ja  im  zazdroszczę.  Chciałabym  założyć  rodzinę,  mieć  dzieci. 
Byłabym dobrą matką.   

–  Jestem tego pewien. –  Charlie podni

ósł przetarty kołnierz marynarki, gdy szli kładką 

nad Pennington Street. – Ale Doug Kelly to nie jest partner dla ciebie.   

– Czemu? – Roxie skierowa

ła się w stronę podziemnego garażu.   

– Skoro do tej pory nie zakocha

łaś się w nim, to znaczy, że ma w sobie zbyt mało miłości, 

by  obudzić  twoje  uczucie.  Oczywiście,  to  nie  musi  być  jego  wina.  Znałem  kilku  Kellych, 
którzy byli świetnymi kochankami, ale Doug...   

– Charlie, o czym ty mówisz? 

– M

ówię o jego nazwisku. Kelly oznacza bowiem wojownika. Czasami nie ma to wpływu 

na ludzi. Zna

łem Edmonda Kelly’ego, który promieniał miłością i nigdy z nikim nie walczył. 

Ale Doug... powiedzmy, że jego nazwisko absolutnie nie pasuje do twojego.   

– Co ma do tego moje nazwisko? – spyta

ła Roxie, otwierając drzwiczki samochodu.   

Charlie zaczeka

ł, aż dziewczyna usadowi się za kierownicą, po czym odpowiedział: 

–  Lowell znaczy tyle co kochana, a to nazwisko doskonale oddaje twoj

ą  osobowość. 

Właśnie dlatego chciałem... zostać twoim przyjacielem.   

–  A ty si

ę  nazywasz  Hartman.  –  Roxie  uruchomiła  silnik  i  wyjechała  z  garażu.  Śnieg 

zalepiał przednią szybę, musiała włączyć wycieraczki.   

–  To raczej proste, prawda? Hart to rogacz. Oczywi

ście,  nie  jest  to  moje  prawdziwe 

nazwisko. Podoba mi się po prostu ten asonans – Chariie Hartman.   

Roxie zaniepokoi

ła się. Hartman to nie jest prawdziwe nazwisko? Nagle obudziły się w 

niej wątpliwości. Czy podjęła słuszną decyzję? Może Doug miał rację, może popełniła błąd, 
proponując Charliemu schronienie? 

– Chariie, chyba nie uciekasz przed wymiarem sprawiedliwo

ści? 

– Na Boga, nie! Naprawd

ę nie musisz się mnie obawiać, Roxie.   

Wyjechali z zat

łoczonego  śródmieścia  i  ruszyli  na  północ  w  kierunku  Santa  Catalina 

Mountains.  Roxie  była  pogrążona  w  myślach.  Przypomniała  sobie  róże,  które  Chariie 
przynosił  codziennie,  jego  nienaganne  maniery  i  trafne  spostrzeżenia.  Nie,  to  z  pewnością 
p

orządny człowiek.   

– Czemu nie u

żywasz swojego prawdziwego nazwiska? Jest trudne do wymówienia? 

–  Co

ś  w  tym  rodzaju.  Czy  ten  śnieg  nie  jest  zachwycający?  Tamten  kolczasty  kaktus 

background image

wygląda, jak gdyby nosił szlafmycę. Pustynia sprawia wrażenie raczej... zaskoczonej. Tak, to 
dobre określenie.   

–  Owszem. Oto moja ulica, Calle de Suenos. –  Roxie w

łączyła  lewy  kierunkowskaz  i 

czekała, aż przejadą samochody z naprzeciwka.   

– Ulica sn

ów. Jaka ładna nazwa.   

– Powinnam si

ę domyślić, że znasz hiszpański.   

– Troszeczk

ę. O, tutaj buduje się coś wielkiego.   

– Tak, tu b

ędzie lecznica.   

– Robotnicy nie wydaj

ą się specjalnie uszczęśliwieni pogodą.   

– Nie przywykli do 

śniegu.   

– Z pewno

ścią. Spójrz na tego mężczyznę na dachu. Podoba mi się jego postawa. Bije od 

niego pewność siebie.   

– Widzisz to z tej odleg

łości? W takiej zadymce? 

– Jasne. W

łaśnie na tle śniegu. Kapitalny facet. Roxie skręciła i zjechała na pobocze.   

– Wzbudzi

łeś moją ciekawość. Pokaż mi go.   

– O tam, na szczytowej belce.   

– Och! – Roxie dojrza

ła go wreszcie. – Przypomina trochę kapitana okrętu.   

– Trafne spostrze

żenie. Porównaj go z Dougiem Kellym.   

– Doug jest urz

ędnikiem. Nie pracuje na budowie.   

–  To nie ma znaczenia. Czy potrafisz wyobrazi

ć  sobie  Douga  stojącego  tam  w  takiej 

pozycji? 

–  Chyba nie –  roze

śmiała  się  Roxie.  –  Doug  zaszyłby  się  raczej  w  ciepłe  miejsce  z 

drinkiem w dłoni.   

– Bez w

ątpienia. Co tam jest napisane na tablicy informacyjnej? Nie mogę przeczytać z 

tej odległości.   

Roxie niech

ętnie oderwała wzrok od mężczyzny na dachu. Charlie miał rację, wyglądał 

rzeczywiście imponująco. W zapadającej szarówce żółty kask lśnił niczym latarnia morska, 
gdy ponaglał pracowników, by chowali materiały przed śniegiem.   

–  „

Przedsiębiorstwo Projektowo-Budowlane Craddocka”. Pod spodem jest jeszcze pełne 

nazwisko właściciela, Hank Craddock, oraz numer telefonu.   

– Za

łożę się, że to ten na dachu.   

– Mo

żliwe. – Roxie obejrzała się jeszcze raz.   

– Craddock to nazwisko dla ciebie.   

– Tak? A co oznacza? 

– Przepe

łniony miłością. – Charlie popatrzył na nią z zadowoloną miną.   

Po burzy 

śnieżnej  nastąpiły  cztery  dni  deszczu,  co  opóźniło  roboty  budowlane.  Hank 

zdecydował, że będą pracować w sobotę. Jego ludzie nie mieli nic przeciwko temu. Godziny 
nadliczbowe  były  dobrze  płatne,  a  praca  na  świeżym,  czystym  powietrzu,  wśród  pięknej 
podgórskiej scenerii nie wydawała się szczególnie uciążliwa.   

Hank nie lubi

ł  zostawiać  swoich  dzieci  na  weekend  z  gospodynią,  czasami  jednak 

okazywało się to konieczne. Dolores była sympatyczną kobietą, ale nie mogła zastąpić Hilary 

background image

i Ryanowi matki.   

Hank lubi

ł  swoją  pracę  i  gdyby  nie  świadomość,  że  dzieciaki  będą  za  nim  tęskniły, 

cieszyłby się nią nawet w sobotę. Odkąd pamiętał, nawet jako mały chłopiec zbierał pogięte 
gwoździe  i  kawałki  budulca,  podkradał  ojcu  młotek  i  spędzał  każdą  wolną  chwilę  na 
konstruowaniu  jaskiń  dla  dinozaurów,  fortów  dla  zielonych  plastykowych  żołnierzyków, 
tuneli  oraz  estakad  dla  kolejek  elektrycznych.  Później,  gdy  już  dorósł  do  narzędzi 
elektrycznych,  urządził  na  nowo  swój  pokój,  umieszczając  łóżko  na  wysokości  dwóch 
metrów.   

Teraz, po latach, nadal lubi

ł dobre narzędzia, a nawet zapach budowy – poruszonej ziemi, 

wilgotnego cementu, świeżej farby. Z rozkoszą wdychał słodkawą woń piłowanego drewna.   

Ka

żdego ranka  robił przegląd budowy z planami w ręku i porównywał z nimi postępy 

prac. Porównywał je również z idealną wizją, którą miał w głowie. Tej szczególnej soboty nie 
był jednak pewien, czy nie doznaje halucynacji. Podczas swego zwykłego obchodu zauważył 
najdziwniejszą  parę  gapiów,  jaką  zdarzyło  mu  się  kiedykolwiek  spotkać  na  placu  budowy. 
Przeszed

ł przez dziurę w ogrodzeniu, by lepiej im się przyjrzeć.   

Starszy m

ężczyzna w niemodnej tweedowej marynarce i sportowym kapeluszu prowadził 

na  lince...  Hank  nie  wierzył  własnym  oczom.  Toż  to  lama,  na  miłość  boską!  Biała  lama  o 
futerku puszystym jak u angory.   

M

ężczyzna i zwierzę pasowali do siebie jak pięść do nosa. Starszy pan powinien mieć na 

głowie  sombrero  i  poncho  albo  też  prowadzić  na  smyczy  angielskiego  teriera.  Hank  miał 
mnó

stwo roboty tego dnia, jednak ciekawość zwyciężyła.   

– Dzie

ń dobry – zawołał, znalazłszy się w odległości paru metrów od niezwykłej pary. – 

Widzę, że wybrał się pan na spacer ze swoją lamą. Ładny dziś mamy dzień.   

–  Wprawdzie to nie moja lama, ale chc

ę,  żeby  zażyła  trochę  ruchu.  Miałem  również 

nadzieję zawrzeć znajomość z panem Hankiem Craddockiem.   

–  To w

łaśnie  ja.  Ale  muszę  pana  rozczarować.  Nie  znam  się  kompletnie  na  lamach.  – 

Hank przyglądał się swemu rozmówcy z coraz większym zaciekawieniem. Maniery i sposób 
wysławiania  się  miał  bez  zarzutu,  ale  ubranie  dość  zniszczone.  Może  zatrudniono  go  do 
opieki nad lamą, choć byłby to najosobliwszy opiekun pod słońcem.   

–  Nie chodzi mi o porad

ę  w  sprawie  lamy  ani  też  w  żadnej  innej,  panie  Craddock. 

Chciałem po prostu zgłosić parę uwag.   

Hank by

ł  przyzwyczajony  do  uwag.  Okoliczni  mieszkańcy  poddali  go  już  nie  jednej 

próbie. Jednak wśród nich nie było chyba starszego pana. W każdym razie go nie zapamiętał.   

– Projekt budynku zosta

ł uzgodniony ze Stowarzyszeniem Właścicieli Domów, obawiam 

się więc, że musi pan zgłaszać ewentualne skargi do nich.   

–  Niech si

ę  pan  tak  od  razu  nie  jeży,  młody  człowieku.  Moje  uwagi  będą  wyłącznie 

pozytywne.  Nie  znam  się  zbytnio  na  budownictwie,  za  to  doskonale  na  ludziach. 
Przyglądałem się pańskiej pracy i jestem pod wrażeniem atmosfery... nazwijmy to, miłości.   

Hank zmarszczy

ł  brwi.  Czyżby  miał  do  czynienia  z  religijnym  szaleńcem?  Może  lama 

jest zwierzęciem ofiarnym jakiegoś nieznanego kultu? 

– Nie bardzo rozumiem, o co panu chodzi, panie...   

background image

–  Charlie Hartman. A chodzi mi o panuj

ący  tu  klimat  życzliwości.  Zaryzykowałbym 

twierdzenie, że kocha pan swoją pracę, panie Craddock.   

– C

óż, dziękuję bardzo. – Hank postukał nerwowo zwiniętymi w rolkę planami po udzie. 

Starszy pan jest pewnie zdrowo s

tuknięty, ale komplement pozostaje komplementem.   

– Mo

że ma to coś wspólnego z pańskim nazwiskiem.   

–  Moim nazwiskiem? Nie s

ądzę. Większość mojej rodziny mieszka wciąż w Dakocie i 

nikt nie pracuje w branży budowlanej.   

–  Nie m

ówię  o  pańskiej  rodzinie,  lecz  o  pańskim  nazwisku.  Craddock  znaczy 

przepełniony miłością. Z pewnością pan o tym wie.   

–  Nie.  –  Hank w 

życiu nie prowadził tak dziwacznej rozmowy. Lama zachowywała się 

bardzo spokojnie. Stała, wpatrując się w niego i poruszając od czasu do czasu długimi białymi 
rzęsami. – Nie miałem pojęcia, że Craddock cokolwiek oznacza.   

– Ale pa

ńska żona. z pewnością wie. Kobiety częściej zwracają uwagę na takie rzeczy.   

– Moja 

żona... – Hank ugryzł się w język. – Nie jestem żonaty.   

– Jaka szkoda – u

śmiechnął się Charlie.   

– Owszem. – Naprawd

ę ma niezłego hopla, pomyślał Hank. – Czy mieszka pan gdzieś w 

pobliżu? – Może starszy pan zabłądził? 

–  Zatrzyma

łem się u kogoś na tej ulicy. – Charlie pokazał palcem. – To śliczna młoda 

kobieta. Nazywa się Roxie Lowell. Może pan ją zna? Ma płomiennorude włosy, mniej więcej 
tej długości. Urocze piegi, a jej oczy przypominają mi barwą Morze Śródziemne.   

–  Co za plastyczny opis! –  Niesamowite spotkanie, pomy

ślał  Hank.  Do  tej  pory  był 

pewien,  że  Calle  de  Suenos  to  najzwyklejsza  ulica,  zamieszkana  przez  przeciętnych,  choć 
nieco grymaśnych ludzi. – Czy to pańska wnuczka? 

–  Nie, po prostu bardzo droga przyjaci

ółka.  Użyczyła  mi  schronienia  w  gościnnym 

domku.   

– I swojej lamy? 

–  W pewnym sensie. Spacer ze zwierz

ęciem jest dobrym pretekstem do zwiedzenia 

okolicy i poznania sąsiadów, prawda? 

– Ee... z pewno

ścią. Musi pan spotykać rozmaitych ludzi, spacerując z tym zwierzakiem.   

– C

óż, musimy już wracać z Como.   

– Como? To jej imi

ę? 

– W

łaśnie.   

– Tak jak Perry? 

– Nie, jak w Como se llama, llama. W skrócie.   

– Sprytnie. Jej imi

ę lama – przetłumaczył Hank, śmiejąc się.   

– Ja te

ż uważam, że to dowcipne. No, Como, lepiej chodźmy już do domu, Roxie będzie 

się o nas martwiła. – Podrapał lamę po nosie, ona zaś przytuliła głowę do jego ręki. – Jest 
bardzo uczuciowa, gdy już się do kogoś przekona.   

– Pa

ńska przyjaciółka Roxie czy lama? 

– Prawd

ę mówiąc, obie.   

– Czy trafi pan do domu? – spyta

ł Hank, z trudem utrzymując powagę.   

background image

– Oczywi

ście. Myślał pan, że zabłądziłem? 

– C

óż...   

–  Wszystko w porz

ądku,  proszę  się  nie  martwić.  Wielu  ludzi  uważa  mnie  za  lekko 

stukniętego.   

– Naprawd

ę nie mam pojęcia czemu. – Hankowi ledwo udało się powściągnąć uśmiech.   

– Ani ja. Zapewniam pana, 

że nie brak mi, jak to się teraz mówi, piątej klepki.   

– Mi

ło mi to słyszeć.   

– Do widzenia, panie Craddock – powiedzia

ł Charlie, dotykając kapelusza.   

– Do zobaczenia.   

– Tak, z pewno

ścią. Chodźmy, Como.   

Hank zaczeka

ł,  aż  Charlie  znajdzie  się  poza  zasięgiem  słuchu,  po  czym  wybuchnął 

głośnym  śmiechem.  Co  za  zabawny  staruszek!  A  jaką  reklamę  zrobił  swojej  gospodyni  – 
śliczna  młoda  kobieta  o  płomiennorudych  włosach  i  oczach  barwy  Morza  Śródziemnego. 
Starszy pan był ogromnie szarmancki, ale biorąc pod uwagę jego wiek, owa „młoda kobieta” 
mogła  mieć  równie  dobrze  koło  sześćdziesiątki,  kilka  podbródków  i  worki  pod 
niebieskozielonymi oczami.   

Gdyby Hank sta

ł na dachu budynku, a nie  na dole, zaspokoiłby  choć częściowo swoją 

ciekawość.  Roxie  właśnie  krzątała  się  w  ogrodzie.  Wykorzystała  nieobecność  Como, by 
wysprzątać małą zagrodę, którą zbudowali dla lamy Osbornowie. Skończywszy pracę, ruszyła 
w stronę domu, zrywając po drodze grejpfruta.   

Roxie zatroszczy

ła się o drzewka owocowe podczas śnieżycy, okrywając je i ogrzewając 

przenośnymi  lampami,  zostawionymi  na  wszelki  wypadek  przez  Osbornów.  Stało  się  już 
rytuałem, że codziennie rano zbierała owoce, którymi dzieliła się z Charliem.   

– Jaki radosny poranek – powiedzia

ł Charlie. Właśnie wrócił i zamykał lamę w zagrodzie. 

– Taka bezwietrzna pogoda przypomina 

mi południowe Włochy.   

– By

łeś tam? – Roxie skorzystała z okazji, by wypytać o jego przeszłość.   

–  O, tak. – Na twarzy Charliego malowa

ło się rozmarzenie. – Zresztą północne Włochy 

też są cudowne. Romeo i Julia kochali je.   

– Romeo i Julia? – Roxie zastanawia

ła się, czy to imiona jego dzieci lub wnuków. Miała 

nadzieję, że nie. Tylko wariat mógłby dać dzieciakom takie imiona. Pewnie chodzi o psy. – 
Kim są Romeo i Julia? 

Otworzy

ł szeroko oczy, wracając do rzeczywistości.   

– To ch

łopiec i dziewczyna, którzy bardzo się kochali, ale... – Zamilkł i pokręcił głową. – 

Nie lubię opowiadać smutnych historii.   

–  Chcesz powiedzie

ć, że ktoś naprawdę dał takie imiona swoim dzieciom? Wobec tego 

nie dziwię się, że miały problemy. Czy byłeś kimś w rodzaju doradcy, Charlie? 

–  Uhm. Ale to by

ło  bardzo  dawno  temu.  Zjemy  śniadanie?  –  spytał,  otwierając 

przeszklone drzwi do kuchni. – 

Chcę ci opowiedzieć o panu Craddocku.   

– O kim? – Roxie op

łukała grejpfruta i przekroiła go na pół. Każdego ranka delektowała 

się chwilą, gdy aromat owocu wypełniał kuchnię.   

–  O Hanku Craddocku, tym, kt

órego  widzieliśmy  na  dachu,  gdy  mnie  tu  wiozłaś 

background image

pierwszego dnia. – 

Charlie powiesił kapelusz na wieszaku przy drzwiach.   

–  Och.  –  Roxie kroi

ła  owoc,  myśląc  o  nieznajomym.  A  więc  Charlie  zdążył  już  go 

poznać. Nie zdziwiło jej to.   

–  Interesuj

ący mężczyzna – mówił dalej Charlie, sadowiąc się przy stoliku ze szklanym 

blatem. – 

Troszczy się o bliźnich. Bał się, że starość osłabiła mi umysł i założę się, że gdyby 

doszedł  do  takiego  przekonania,  odprowadziłby  mnie  do  domu.  Wspomniałem  jednak,  że 
zatrzymałem  się  u  ciebie  i  zapewniłem,  że  nie  brak  mi  żadnej  klepki.  Odbyliśmy  miłą 
pogawędkę. Opowiedziałem mu również o tobie.   

– O mnie? – Roxie przerwa

ła krojenie i bacznie przyjrzała się Charliemu. – Co przez to 

rozumiesz? 

– Nie denerwuj si

ę. Mówiłem same dobre rzeczy. Teraz Roxie zaniepokoiła się naprawdę.   

– Na przyk

ład? 

–  Opowiedzia

łem mu o twoich płomiennorudych włosach i oczach koloru morza. Ach, 

wspomniałem też o piegach. Wygląda mi na faceta, który lubi piegi.   

– Charlie, co ci

ę opętało, żeby zrobić coś takiego? – spytała Roxie, odkładając nóż. – Nie 

mogę uwierzyć, że opowiadałeś kompletnie obcemu człowiekowi, jak wyglądam.   

– Pomy

ślałem, że powinien wiedzieć – uśmiechnął się do niej Charlie. – Teraz będzie o 

tobie myślał podczas pracy.   

– Niew

ątpliwie! Naprawdę czuję się zakłopotana.   

–  Niepotrzebnie, niepotrzebnie –  machn

ął ręką Charlie. – Nic więcej nie powiedziałem. 

Tylko że jesteś bardzo uczuciowa.   

– O m

ój Boże! 

–  Do twarzy ci z tym rumie

ńcem,  ale  naprawdę  nie  masz  powodu  do  zdenerwowania. 

Przecież mówiłem prawdę.   

–  Charlie, czy nie zdajesz sobie sprawy, jak to mog

ło zabrzmieć? Musiał pomyśleć, że 

próbujesz go mną zainteresować.   

–  Bo tak by

ło – odrzekł z niezmąconym spokojem Charlie. – Proponuję, żebyś zrobiła 

dziś mały spacer i poznała go. Jest naprawdę miły.   

– Nie odwa

żę się wytknąć nosa za róg ulicy, dopóki budowa nie zostanie zakończona. – 

Roxie  patrzyła  na  niego  z  irytacją,  choć  z  ust  Charliego  nie  znikał  miły  uśmiech,  który 
zawojował jej serce kilka miesięcy temu. – Och, jestem pewna, że chciałeś dobrze, Charlie, 
ale nie powinieneś plotkować o mnie z obcym człowiekiem.   

– On nie jest obcy. Doskonale znam si

ę na ludziach i wiem, że powinnaś go poznać.   

–  Nawet je

śli  to  prawda,  w  co  wątpię,  nie  mogę  go  poznać  po  tym,  co  o  mnie 

naopowiadałeś! 

– By

ć może przekroczyłem odrobinę pewne granice, ale była to ostatnia deska ratunku.   

– Ostatnia deska ratunku? –  W g

łosie Roxie zabrzmiały ostrzejsze tony. – Czy mógłbyś 

mi to wyjaśnić? 

Charlie za

łożył ręce na piersi i spojrzał jej prosto w oczy.   

– W obecnych okoliczno

ściach nie pozostawało mi nic innego.   

–  W jakich okoliczno

ściach?  –  spytała  niecierpliwie  Roxie.  –  Charlie, albo ty 

background image

zwariowałeś, albo ja! 

– To naprawd

ę niezwykle proste. Dzisiaj jest sobota, jedenastego lutego. Tak więc dzień 

świętego Walentego wypada we wtorek. Roxie, dziecko drogie, mamy coraz mniej czasu.   

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Roxie popatrzy

ła badawczo na Charliego.   

– Naprawd

ę przerażasz mnie, gdy mówisz rzeczy, które nie mają sensu.   

–  Wszystko zyska sens, gdy zrozumiesz, jak wa

żny jest dzień świętego Walentego. Nie 

wolno ci bagatelizować takiego dnia, jeśli zależy ci na małżeństwie.   

– Co chcesz przez to powiedzie

ć? 

–  Pr

óbuję cię ostrzec, Roxie. Gdy kobieta dojrzewa do związku z mężczyzną, z którym 

pragnęłaby dzielić życie, a jestem pewien, że właśnie tak jest z tobą, ów dzień może zaważyć 
na całej jej przyszłości.   

– Wci

ąż nie rozumiem.   

– Smuci mnie niewiedza wsp

ółczesnych ludzi o dniu świętego Walentego. Bez względu 

na to, co o nim wiesz, 

znajdziesz się pod działaniem pewnych sił.   

– Na mi

łość boską, Charlie, jakich sił? 

– Osusz r

ęce, moja droga, i usiądź przy stole, a postaram się wszystko ci wytłumaczyć.   

Roxie pos

łuchała go, sama nie wiedząc czemu.   

–  Gdy jeste

ś  kobietą  –  zaczął  cierpliwie  Charlie,  jak  gdyby  miał  do  czynienia  z 

opóźnionym w rozwoju uczniem – gotową się zakochać, pierwszy wolny mężczyzna, którego 
spotkasz  na  ulicy  tego  dnia,  zostanie  twoim  ukochanym  i  ożeni  się  z  tobą  przed  upływem 
roku. Zdarzają się, oczywiście, wyjątki od tej reguły, ale...   

– Charlie, nie mo

żesz wierzyć w takie przesądy! 

–  Nie u

łatwiasz  mi  zadania,  Roxie  –  rzekł  z  westchnieniem.  –  Przestrzegam  cię,  nie 

traktuj lekko tego, co mówię. Przeklniesz ten dzień, jeśli zbagatelizujesz moje przestrogi.   

Roxie nie  wierzy

ła  w  ani  jedno  słowo,  ale  nie  chciała  zranić  uczuć  starszego  pana. 

Przecież naprawdę pragnął pomóc jej odnaleźć szczęście.   

– Dobrze, Charlie, nie zbagatelizuj

ę. Zatarł z zadowoleniem ręce.   

–  Ciesz

ę  się  bardzo.  Martwi  mnie  tylko,  że  wtorek  jest  normalnym dniem pracy. 

Obawiam się, by pierwszym wolnym mężczyzną, którego spotkasz, nie okazał się Doug Kelly 
o szczurzej twarzy.   

–  O szczurzej twarzy? To naprawd

ę okropne mówić coś takiego o Dougu. Jest całkiem 

przystojny. Mogłabym trafić znacznie gorzej.   

–  W

ątpię. – Charlie wyjął chusteczkę i zaczął polerować złotą szpilkę. – Porównaj go z 

Craddockiem,  którego  spotkałem  dzisiaj.  To  twarz,  której  można  zaufać.  Uczciwe  oczy, 
chyba szare, spokojne spojrzenie.   

– Pos

łuchaj, Charlie. – Roxie położyła dłoń na jego ramieniu. – To miło z twojej strony, 

że  troszczysz  się  o  mnie  i  jestem  pewna,  że  pan  Craddock  jest  bardzo  sympatycznym 
człowiekiem, ale ja go nie znam i nie zamierzam spacerować, żeby go poznać. Zresztą, jeśli 
jest taki wspaniały, z pewnością ma już żonę.   

– Nie, nie jest z nikim zwi

ązany.   

– Spyta

łeś go? 

background image

– Oczywi

ście delikatnie.   

–  Charlie, jeste

ś delikatny jak nosorożec. A zresztą, nieważne... Myślę, że mylisz się co 

do Douga. Może nie jest specjalnie lotny, ale bardzo mnie lubi i jest pod ręką.   

– By

ć może, ale nie potrafi cię docenić. Hank Craddock natomiast...   

– Nie obchodzi mnie, co powiedzia

ł ci pan Craddock. Posłuchaj, on naprawdę może być 

żonaty,  mężczyźni  nie  zawsze  są  prawdomówni  w  tych  sprawach.  Doug  natomiast  jest 
kawalerem, sprawdziłam to.   

– Hank nie k

łamał. Ma zbyt uczciwą twarz.   

–  Charlie, nie b

ądź  naiwny!  –  Roxie  uznała,  że  nadszedł  czas,  by  zdradzić  mu  pewne 

fakty z jej przeszłości. – W New Jersey zakochałam się w mężczyźnie, którego twarz budziła 
zaufanie. Przez trzy długie lata zwodził mnie. Twierdził, że nie może się ożenić, dopóki nie 
odniesie  wystarczających  sukcesów  w  pracy.  Newark  to  duże  miasto  i  udawało  mu  się,  aż 
wreszcie pewnego dnia przypadkiem poznałam jego żonę.   

–  Przykro mi, Roxie –  westchn

ął  Charlie,  klepiąc  ją  po  dłoni.  –  Podejrzewałem,  że 

przeżyłaś  zawód  miłosny.  Nadał  on  głębi  twoim  oczom.  Nie  rezygnuj  jednak  i  nie  trać 
nadziei.   

– Nie mam zamiaru, ale z pewno

ścią będę ostrożna, dopóki nie upewnię się, że ktoś jest 

wolny.   

–  Rozumiem  –  skin

ął  głową  Charlie.  –  Ten  mężczyzna  fałszywie  pojmował  miłość. 

Przypuszczam, że odeszłaś od niego natychmiast? 

– Wiedzia

łam, że powinnam tak postąpić. – Umilkła na chwilę. Cóż, niech pozna również 

jej słabe strony. – Chciał utrzymać nasz związek, częstował mnie oklepaną bajeczką, że żona 
nigdy nie da mu rozwodu, ale on kocha tylko mnie.   

– Da

łaś mu odpowiednią odprawę? 

–  No c

óż,  owszem,  ale...  byłam  naprawdę  zakochana  w  tym  cymbale.  W  Newark 

mogłabym go stale widywać... w każdym razie wtedy, gdy nie był z żoną... Uznałam to za 
zbyt dużą pokusę. Musiałam wyjechać z miasta, żeby się jakoś pozbierać.   

– Aha, dlatego znalaz

łaś się tutaj.   

– Tak, skorzysta

łam z okazji. Przyjaciele moich rodziców potrzebowali kogoś zaufanego 

do opieki nad lamą na czas swego pobytu na Wschodzie.   

– Wci

ąż o nim myślisz? 

–  Przez pierwsze kilka tygodni my

ślałam  o  nim  bez  przerwy  –  odrzekła  po  chwili 

namysłu. – Teraz tylko czasami. Nie dziw się jednak, że jestem podejrzliwa wobec mężczyzn, 
którzy twierdzą, że nie są żonaci.   

– B

ędę się upierał, że powinnaś dać szansę Hankowi Craddockowi.   

Roxie odsun

ęła z uśmiechem swoje krzesło.   

– Lepiej zjedzmy troch

ę grejpfruta.   

–  Zr

ób  przyjemność  staremu  człowiekowi  i  zatrzymaj  się  we  wtorek  na  chwilę  przy 

budowie po drodze do pracy.   

– Daj spokój, Charlie. – Roxie wst

ała i podeszła do zlewu. – Zjesz na śniadanie płatki czy 

może jajka? 

background image

– W moim wieku zdrowiej b

ędzie zjeść płatki.   

– Nie jeste

ś wcale taki stary.   

– Starszy ni

ż myślisz.   

Przykro by

ło patrzeć na jego smutną minę, postanowiła więc zmienić temat.   

– Czy nie s

ądzisz, że Como dziwnie się zachowuje? Wydaje mi się apatyczna.   

Charlie pstrykn

ął palcami.   

– A tak, Como. Wiem, co jej dolega.   

– Co mianowicie? 

– Usycha z mi

łości.   

– Och, Charlie, tylko mi

łość ci w głowie.   

– Podobnie jak Como. To bardzo samotna lama.   

– I tak musi pozosta

ć, dopóki Osbornowie nie powrócą do domu – roześmiała się Roxie. 

Wyjęła mleko z lodówki i włożyła kromki bułki do tostera. – Frań wspominała mi kiedyś, że 
próbowali już skojarzyć Como, ale była wówczas za młoda i nic z tego nie wyszło.   

– S

ą inne lamy w Tucson? 

– S

ądzę, że tak.   

– Wobec tego musimy pilnowa

ć, żeby nie uciekła.   

–  Chyba masz racj

ę.  –  To  „my”  spodobało  jej  się.  Pominąwszy  dziwaczne  naciski,  by 

zawarła znajomość z przedsiębiorcą budowlanym, Charlie był przemiłym kompanem i miała 
nadzieję, że zatrzyma się u niej dłużej.   

Wyj

ęła grzankę z tostera i posmarowała ją masłem orzechowym.   

–  Mo

że  wezwiemy  weterynarza,  żeby  się  upewnić,  czy  nie  dzieje  się  nic  złego  – 

powiedziała, podobnie jak Charlie używając słowa „my”. – Zadzwonię od razu, bo zwykle ma 
bardzo dużo pracy. W sobotę rano przychodnia powinna być czynna.   

– 

Świetny  pomysł.  –  Charlie  wstał  od  stołu.  –  Ty  zadzwoń,  a  ja  skończę  szykować 

śniadanie. Posmarować ci grzankę dżemem truskawkowym czy wiśniowym? 

–  Wi

śniowym. – Podniosła słuchawkę ściennego telefonu w kuchni i wykręciła numer. 

Skończywszy  rozmawiać  z  sekretarką,  uśmiechnęła  się  do  Charliego.  –  Wygląda  na  to,  że 
Doug Kelly nie będzie pierwszym mężczyzną, którego spotkam w dzień świętego Walentego. 
Doktor Babco

ck ma wolny czas tylko we wtorek rano, a potem wyjeżdża na dwa tygodnie. 

Będę w biurze dopiero o pierwszej.   

– Na kt

órą się umówiłaś? – spytał Charlie z wyrazem paniki na twarzy.   

– Na dziesi

ątą.   

– Czy doktor Babcock jest 

żonaty? 

– Nie mam poj

ęcia – roześmiała się Roxie. – Charlie, czy nie posuwamy się zbyt daleko? 

Charlie mrukn

ął coś, czego nie zrozumiała i sięgnął po kawę.   

– Co powiedzia

łeś? 

– Och, nic, moja droga – odrzek

ł, nalewając kawę do kubków. – Zajmę się... to znaczy, 

wszystko będzie dobrze.   

 

We wtorek o wp

ół do szóstej rano Hank krążył po sklepie spożywczym, zastanawiając 

background image

się,  jak  pracujący  rodzice  dawali  sobie  radę,  nim  otwarto  supermarkety  czynne  przez  całą 
dobę.  Hilary  oświadczyła  mu  przed  piętnastoma  minutami,  że  zabrakło  jej  walentynek. 
O

dmówiła  pójścia  do  szkoły,  dopóki  nie  będzie  ich  miała  dla  każdego  trzecioklasisty  oraz 

pewnego chłopca z czwartej klasy.   

Ryan nie m

ógł jej pomóc, ponieważ wykorzystał wszystkie swoje karty. Zresztą Hilary 

nie  podobały  się  te,  które  kupił.  Tak  więc  Hank  stał  teraz  przed  wystawą  pełną 
walentynkowych upominków, starając się odgadnąć, które z nich najbardziej spodobałyby się 
jego  córce.  Wreszcie  wybrał  komplet  kartek  z  rysunkami pluszowych zwierzaków. Hilary 
będzie zadowolona.   

Paczuszka wyl

ądowała w wózku obok mleka w kartonie i soku pomarańczowego. Pewnie 

on  też  powinien  kupić  Ryanowi  i  Hilary  drobne  prezenty?  Sybil  zawsze  tak  robiła. 
Prześlizgnął  się  wzrokiem  po  kartkach  z  nadrukiem:  Dla  mojej  żony.  W  końcu  znalazł 
walentynki dla dzieci.   

By

ły  raczej  stereotypowe.  Sybil  nigdy  by  ich  nie  wybrała.  Zadałaby  sobie  trud  i 

poszukała bardziej oryginalnych, takich, które pasowałyby idealnie do osobowości dzieci.   

Ale Sybil nie by

ło.  Hank  wybrał  z  westchnieniem  różowo-białą  kartę  z  namalowaną 

koronką dla Hilary i podobiznę chłopca z kijem do baseballa dla Ryana. Jego córka uwielbiała 
taniec i lalki, a Ryan wszelkie sporty.   

Hank podpisa

ł obie kartki. Po powrocie do domu okazało się, że miał dobre przeczucie, 

ponieważ dzieci powitały go w progu z wykonanymi własnoręcznie walentynkami.   

– Szcz

ęśliwego dnia Walentego, tatusiu – zawołała Hilary, obejmując go w pasie.   

–  Szcz

ęśliwego  dnia  Walentego,  tatusiu  –  powtórzył  jak  echo  Ryan.  Jego  uścisk  był 

krótszy i bardziej niezręczny. Ostatnio jedynym dłuższym kontaktem fizycznym, na jaki sobie 
pozwalał, były chwyty zapaśnicze. Hank ćwiczył z nim, kiedy tylko Ryan o to poprosił.   

Hank po

łożył torbę z zakupami na stoliku w przedpokoju i przeczytał kartki od dzieci, 

zanim zdjął kurtkę. Ta od Hilary była w serduszka i esy-floresy, a przez środek biegł staranny 
napis: Najlepszemu tatusiowi na 

świecie – dużo szczęścia w dniu Walentego. Ryan narysował 

na kartce koślawe serce, a w środku napisał: Najrówniejszemu z facetów – z miłością Ryan.   

Hank poczu

ł  łzy  pod  powiekami,  opanował  się  jednak,  ponieważ  dzieciom  nie 

spodobałby się widok taty płaczącego nad walentynkami.   

– No prosz

ę, jakich się dochowałem artystów! – uśmiechnął się do nich, odchrząknąwszy. 

– 

Obie kartki są przepiękne.   

– Naprawd

ę uważasz, że moja jest ładna? – spytała Hilary.   

– Taka 

śliczna jak ty, kochanie.   

–  Ja nie jestem 

śliczna.  Mam  zwykłe  ciemne  włosy,  a  Ryan  ma  jasne  po  mamie.  To 

niesprawiedliwe.   

– Wcale nie s

ą „zwykłe ciemne”. Jesteś uroczą brunetką – tłumaczył jej cierpliwie Hank, 

mając  nadzieję,  że  nie  chowa  gdzieś  w  pokoju  butelki  z  wodą  utlenioną.  –  Jest ci w nich 
naprawdę do twarzy, Hilary.   

– Wcale nie. To tobie jest dobrze w ciemnych, tatusiu, nie mnie.   

Hank wiedzia

ł, o co jej chodzi. Chciała być podobna do matki, on zaś w głębi duszy był 

background image

szczęśliwy, że tak nie jest – cierpiałby jeszcze bardziej.   

–  C

óż,  mam  w  tej  torbie  walentynkę  dla  pięknej  brunetki.  Czy  mam  ją  dać  komuś 

innemu? 

– Nie, tatusiu – roze

śmiała się Hilary.   

Hank poda

ł  dzieciom  obie  kartki  i  przyglądał  się,  jak  w  miarę  czytania  życzeń  na  ich 

buziach wykwita uśmiech. Był zadowolony, że nie zapomniał o kupnie walentynek.   

Reszta poranka nie zapowiada

ła  się  równie  przyjemnie.  Gdy  przyjechał  na  budowę, 

okazało się, że część z dostarczonych okien ma nieodpowiednie wymiary. Właśnie szedł w 
stronę  ciężarówki,  by  skontaktować  się  przez  telefon  z  firmą,  która  je  przysłała,  kiedy 
spostrzegł  starszego  pana  z  lamą.  Nie  chciał  być  nieuprzejmy,  ale  nie  miał  nastroju  do 
rozmowy o kobiecie z płomiennorudymi włosami i oczami barwy Morza Śródziemnego. Nie 
dzi

ś.   

–  Du

żo  szczęścia  w  dniu  świętego  Walentego  –  zawołał  starszy  pan,  zbliżając  się  do 

niego.   

– I nawzajem. Przepraszam pana bardzo, ale mam tu ma

ły problem i muszę zadzwonić.   

– Nie widz

ę telefonu.   

– Mam go w ci

ężarówce.   

– Aha.   

W nadziei, 

że nieznajomy zrozumiał aluzję, Hank ruszył szybkim krokiem przez koleiny. 

Gdy jednak wdrapał się do ciężarówki i zatrzasnął drzwiczki, ujrzał, że starszy pan idzie za 
nim. Rzucił kask na siedzenie i zaczął szukać w portfelu wizytówki z numerem firmy.   

Gdy j

ą wreszcie znalazł, pan z lamą stał już obok samochodu, z uśmiechem na twarzy. 

Hankowi wydało się, że lama również się uśmiecha.   

Hank skin

ął uprzejmie głową i podniósł telefon. Sygnału nie było.  Zaklął pod nosem i 

nacisnął kilkakrotnie wyłącznik, ale oprócz trzasków niczego nie usłyszał.   

Starszy pan zapuka

ł w szybę.   

– Tak? – spyta

ł Hank, opuszczając ją.   

– Zdaje si

ę, że ma pan jakieś problemy, panie Craddock? 

–  Niewielkie.  –  Hank cofn

ął  się,  ponieważ  lama  wsunęła  łeb  do  szoferki.  –  Ona nie 

gryzie, prawda? 

– Nie. Je

śli kogoś nie lubi, pluje na niego.   

– Wspaniale.   

– Ale pan nie musi si

ę obawiać. Lubi pana.   

– Ciesz

ę się, ale czy nie mógłby pan zabrać jej stąd? Przysłano mi nieodpowiednie okna, 

a mój telefon nie działa. Muszę szybko znaleźć automat, żeby wyjaśnić nieporozumienie.   

–  Prosz

ę  skorzystać  z  telefonu  Roxie  –  zaproponował  natychmiast  starszy  pan.  –  To 

naprawdę bardzo blisko. Ona z pewnością chętnie panu pomoże.   

Hank zastanawia

ł się chwilę.   

– Rzeczywi

ście, czemu nie? Pojadę tam, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. Tak będzie 

szybciej. Rozumiem, że jest w domu? 

– Tak... Calle de Suenos 4335. 

Łukowate okna, tonące w kwiatach bugenwilli.   

background image

– 

Świetnie. Dziękuję. – Hank uruchomił silnik i wycofał ciężarówkę na ulicę. Starszy pan 

podsunął  mu  naprawdę  dobry  pomysł.  Najbliższy  automat  telefoniczny  znajdował  się 
przynajmniej trzy kilometry stąd, w dodatku najczęściej był zepsuty.   

Znalaz

ł  bez  trudu  wskazany  adres  i  wjechał  na  kolisty  podjazd.  Dom,  najwyraźniej 

budowany  na  zamówienie,  prezentował  się  okazale.  Hank  przygotował  się  na  widok 
zamożnej,  zadbanej  kobiety  koło  pięćdziesiątki  z  ufarbowanymi  na  rudo  włosami  i 
przesadnym makijażem.   

Gdy nikt nie otwiera

ł  drzwi,  zadzwonił  ponownie  i  po  chwili  usłyszał  trzask  zasuwki. 

Bogato rzeźbione drzwi otworzyły się i stanął twarzą w twarz z kobietą o płomiennorudych 
włosach  i  oczach,  które  przypominały  barwą  morze.  Hank  nie  był  nigdy  nad  Morzem 
Śródziemnym,  ale  patrząc  w  oczy  nieznajomej,  pomyślał  o  leniwych  dniach  w  Mazatlan. 
Starszy pan dobrze ją opisał.   

– A wi

ęc dopiął swego – odezwała się.   

– S

łucham? 

– 

Ściągnął tu pana przed przyjściem weterynarza. Jak tego dokonał? 

– Prosz

ę pani – rzekł Hank, unosząc ze zdumieniem brwi – nie mam zielonego pojęcia, o 

czym pani mówi.   

– Czy pan Hank Craddock? 

– Tak, pomy

ślałem, że...   

– Przys

łał tu pana Charlie, prawda? 

– Tak, ale...   

Roze

śmiała  się,  co  zwróciło  uwagę  Hanka  na  jej  delikatne  różowe  usta  i  równe  zęby. 

Zgoda, była pięknością, opis Charliego pasował do niej jak ulał. Najpewniej oboje z Charliem 
byli stuknięci.   

–  Prosz

ę, niech pan wejdzie, panie Craddock –  powiedziała.  –  Myślę,  że  nas  to  oboje 

przerasta.   

–  Czy m

ógłbym  skorzystać  z  pani  telefonu?  –  Hank  postanowił  wyrwać  się  z  tego 

zaczarowanego  kręgu.  –  Telefon  w  mojej  ciężarówce  jest  uszkodzony,  a  ja  muszę  pilnie 
skory

gować zamówienie na okna.   

– Co za zbieg okoliczno

ści. – Wciąż się uśmiechając, zaprosiła go do domu gestem ręki. – 

Oczywiście, może pan skorzystać z telefonu. Najbliższy znajduje się w pracowni.   

Id

ąc za nią  wyłożonym  terakotą holem,  zauważył,  że sięga mu pod brodę. W sam raz, 

pomyślał, po czym skarcił się w duchu za tę myśl. W sam raz do czego? Gdzie mu do niej? 
Jest właścicielką tego domu, co oznacza, że albo go odziedziczyła, albo jest kobietą robiącą 
błyskawiczną karierę.   

Pokaza

ła mu telefon, stojący na dębowym biurku.   

– Prosz

ę bardzo. Będę w kuchni.   

–  Dzi

ękuję.  –  Gdy  ruszyła  w  stronę  drzwi,  poczuł  nagle  nieprzepartą  ochotę 

kontynuowania rozmowy. – 

Szkoda,  że  nie  słyszała  pani,  co  powiedział  o  pani  Charlie  – 

wyrwało mu się, nim zdążył się ugryźć w język.   

–  Powt

órzył mi – odrzekła, rumieniąc się. – Musi mu pan wybaczyć. On naprawdę ma 

background image

dobre chęci, ale...   

– Nie doceni

ł pani. – Hankiem wstrząsnęły jego własne słowa. – Ee... to znaczy, chciałem 

powiedzieć... nie wspomniał, że jest pani taka młoda. – Nieprawda, stary. Powiedział, że jest 
śliczną młodą kobietą, tylko ty mu nie uwierzyłeś.   

– To te piegi. Nie jestem taka m

łoda, jak pan sądzi. Mam dwadzieścia siedem lat.   

U

śmiechnął  się,  słysząc  jej  ton.  Mogłoby  się  zdawać,  że  powierza  mu  straszliwą 

taj

emnicę. Cóż, w jej wieku też uważał się za staruszka. Miała rację – piegi i wysokie, gładkie 

czoło ujmowały jej przynajmniej pięć lat.   

– Ten akcent – powiedzia

ł. – Pochodzi pani z innych stron, prawda? 

– Newark, New Jersey.   

– Co sprowadza pani

ą do Tucson? 

Spodziewa

ł  się,  że  odpowie  mu,  by  pilnował  własnego  nosa,  ale  z  jakiegoś  powodu 

zaspokoiła jego ciekawość.   

– Przyjaciele poprosili mnie, bym zaopiekowa

ła się domem podczas ich nieobecności.   

U

śmiechnął się z wyraźną ulgą.   

– A ju

ż myślałem, że go pani odziedziczyła.   

– 

Ależ nie. – Odwzajemniła uśmiech.   

Hank rozlu

źnił się.  Podświadomie uważał ją za  nieosiągalną,  tymczasem wcale tak nie 

było.  Szybkie  spojrzenie na jej lewą  dłoń  dostarczyło  mu  pożądanej  informacji.  Już  zaczął 
wyobrażać sobie, że mógłby ją zabrać na kolację i na tańce.   

Lubi

ł tańczyć, choć trochę wyszedł z wprawy. W tamtych latach, gdy spotykał się z Sybil, 

taniec  stanowił  jedyny  możliwy  do  przyjęcia  pretekst  do  przytulania  się  i  poznawania 
kobiecego ciała.   

–  Czy ta

ńczyła  pani  kiedyś  swinga w wydaniu country? –  spytał.  –  Jest typowy dla 

naszych okolic. Warto to zobaczyć i...   

U

śmiechnęła się, kładąc mu dłoń na ramieniu.   

– Nie musi mnie pan zaprasza

ć, naprawdę. Pewnie Charlie pana o to poprosił, ale wcale 

nie ma pan obowiązku wybawiania Roxie z rąk Douga Kelly’ego o szczurzej twarzy.   

–  Kogo?  –  Hank ba

ł  się  drgnąć,  by  nie  spłoszyć  jej  dłoni.  Gdy  ją  w  końcu  zabrała, 

westchnął z żalem.   

– Charlie nie wspomnia

ł o nim ani o legendzie związanej z dniem świętego Walentego? – 

spytała.   

–  Najwyra

źniej wie pani znacznie więcej ode mnie. Charlie znalazł się przypadkiem w 

okolicy budowy, akurat w chwili, gdy zepsuł się mój telefon, i zaproponował, bym zadzwonił 
od pani.   

– Czego pan dot

ąd nie zrobił – przypomniała mu.   

– Rzeczywi

ście. Może zrobię to od razu, okna będą w drodze, a pani tymczasem opowie 

mi  o  Dougu  Kellym  o  szczurzej  twarzy  i  dniu  Walentego.  To  z  pewnością  interesująca 
historia.   

–  Sk

ądże,  idiotyczna,  powinnam  była  powściągnąć  mój  zbyt  długi  język.  Po  prostu 

myślałam, że to Charlie namówił pana, by mi pan zaproponował randkę.   

background image

– Nie, nic o tym nie wspomina

ł. Sądzę jednak, że to dobry pomysł. Co pani na to? 

– Ja... zobaczymy. Prosz

ę załatwić telefon.   

– Dobrze. – Wyj

ął portfel z tylnej kieszeni spodni i upuścił go, rozsypując na orientalnym 

dywanie fotografie i wizytówki. – Do licha! – 

Pochylił się, aby je pozbierać.   

– Zdarza si

ę – powiedziała Roxie, schylając się, żeby mu pomóc.   

H anka ucieszy

ła ta chwila bliskości. Podobał mu się zapach jej perfum. Pasował do niej, 

był lekki, a zarazem gorzkawy.   

Gdy podnios

ła  się,  podając  mu  upuszczone  przedmioty,  zdumiała  go  zmiana  na  jej 

twarzy. Zniknął przyjazny uśmiech, a na jego miejscu pojawiła się obojętna mina kobiety z 
gabinetu figur woskowych Madame Tussaud.   

– Czy co

ś się stało? – spytał.   

–  Nic, czego bym si

ę  nie  spodziewała,  panie  Craddock.  I  nie  sądzę,  byśmy  mogli  się 

jeszcze spotkać.   

– Nie rozumiem.   

– Nie szkodzi. A teraz przepraszam, musz

ę zaparzyć sobie kawę. Proszę zatrzasnąć drzwi 

frontowe, gdy będzie pan wychodził. – Obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju.   

Hank nie m

ógł pojąć tej nagłej zmiany nastroju. Jaką straszliwą gafę mógł popełnić? 

Kr

ęcąc  głową,  włożył  wszystko  z  powrotem  do  portfela,  z  wyjątkiem  potrzebnej  mu 

wizytówki. Co za dziwna kobieta z tej Roxie Lowel

l.  Już  myślał,  że  coś  się  zaczyna 

nawiązywać między nimi, a tymczasem wykonała niespodziewanie w tył zwrot.   

Prawdopodobnie wyszed

ł  z  wprawy  w  postępowaniu  z  kobietami.  Przez  ostatnie  lata 

spotykał  się  zaledwie  z  dwiema,  i  to  starymi  znajomymi.  Nie  musiał  stosować  żadnych 
sztuczek.  Gdy  jednak  spróbował  uczynić  znajomość  bardziej  intymną,  zabrakło  fascynacji 
zmysłowej  i  skończyło  się  na  niczym.  Jego  oczarowanie  Roxie  Lowell  to  zupełnie  inna 
historia.   

A jednak nie wiedzie

ć  czemu  zmarnował  szansę.  Pokręcił  głową  i  załatwiwszy  szybko 

sprawę, wyszedł cicho z domu, zatrzaskując drzwi.   

Gdy w kilka minut p

óźniej Charlie wszedł do słonecznej kuchni, uśmiechając się i robiąc 

perskie oko, Roxie wciąż tam siedziała. Popijała kawę, próbując opanować gniew.   

– Co o nim s

ądzisz? – spytał, jak gdyby był pewny odpowiedzi.   

– Mia

łeś rację co do jego wyglądu. Rzeczywiście, to cholerny przystojniak.   

– I? 

– I nic. Jest 

żonaty.   

– Na pewno nie. Nie nosi obr

ączki. Sprawdziłem to, zanim go tu wysłałem.   

– Jak wi

ęc wyjaśnisz, że miał w portfelu zdjęcie z blondynką i dwójką dzieci? 

– Roxie, chyba nie szpera

łaś w jego portfelu? 

– Nie, upu

ścił portfel na podłogę i pomogłam mu pozbierać, to co się wysypało. Wtedy 

zobaczyłam zdjęcie.   

– Przecie

ż powiedział mi, że nie jest żonaty. Mógł się rozwieść.   

– Mo

żliwe, ale rozwodnicy zwykle nie trzymają zdjęć byłych żon w portfelu.   

Charlie postuka

ł się palcem wskazującym w brodę.   

background image

– Nie mog

ę uwierzyć, że się pomyliłem, ale proszę, przekonajmy się. – Podszedł do półki 

i zdjął z niej książkę telefoniczną.   

– Co zamierzasz? 

– Zadzwoni

ć do niego do domu i poprosić panią Craddock.   

– A co zrobisz, je

śli podejdzie do telefonu? 

– Spr

óbuję sprzedać jej dywan lub lampę kwarcową. Nie martw się.   

Roxie odstawi

ła kubek i wstała.   

– Je

śli naprawdę zamierzasz to zrobić, pozwól, że będę słuchała z drugiego aparatu.   

– Tylko nie zacznij kas

łać albo coś w tym rodzaju.   

–  Obiecuj

ę. Idę do pracowni. Zawołaj mnie, gdy już wykręcisz numer, wtedy podniosę 

słuchawkę.   

Wr

óciła do pokoju, w którym przed chwilą rozmawiała z Hankiem i na wspomnienie jego 

obecności ciarki przebiegły jej po plecach.   

Charlie mia

ł rację – jego oczy odzwierciedlały wizję przyszłych konstrukcji, projektów, 

które  istniały  na  razie  tylko  w  jego  wyobraźni.  Roxie  zauważyła  w  nich  również  z 
zadowoleniem błysk zainteresowania, gdy patrzył na nią. Chętnie uwierzyłaby, że jest wolny, 
że być może Charlie znalazł dla niej prezent na dzień  Walentego,  gdyby  nie zdjęcie, które 
wypadło mu z portfela.   

– Podnie

ś słuchawkę! – zawołał Charlie z kuchni.   

Roxie pos

łusznie wzięła do ręki słuchawkę i pomyślała, że przed chwilą trzymał ją przy 

ustach  Hank.  Rzadko  zastanawiała  się  przy  pierwszym  spotkaniu,  jak  też  smakowałby 
pocałunek z nowo poznanym mężczyzną, dziś jednak tak się właśnie stało.   

W s

łuchawce  odezwał  się  głos  kobiety,  mówiącej  z  hiszpańskim  akcentem.  To  z 

pewnością służąca. Kobieta na zdjęciu bez wątpienia była pochodzenia anglosaskiego.   

– Czy mog

ę mówić z panią Craddock? – spytał Charlie. – To bardzo ważna sprawa.   

Roxie poczu

ła, że za chwilę kichnie, i zaczęła masować palcem nasadę nosa.   

– Nie ma 

żadnej pani Craddock – odrzekła kobieta.   

–  Jak to? To chyba jaka

ś  pomyłka.  Pani  Craddock  miała  przewodniczyć  komitetowi 

organizacyjnemu balu dla upośledzonych dzieci.   

Roxie przys

łuchiwała  się  z  uśmiechem  pełnej  inwencji  paplaninie  Charliego.  Trzeba 

przyznać,  że  ma  poczucie  humoru.  W  czasie  weekendu,  piorąc  kilka  należących  do  niego 
drobiazgów, odkryła, że starszy pan nosi slipki w czerwone serduszka.   

– To jakie

ś nieporozumienie – odpowiedziała kobieta śpiewnym głosem. – Pani Craddock 

zmarła dwa lata temu.   

Roxie wci

ągnęła głośno powietrze i zasłoniła szybko słuchawkę dłonią, po czym powoli 

odłożyła ją na widełki, nie słuchając przeprosin Charliego. Zmarła! Jego jasnowłosa żona ze 
zdjęcia nie żyje! Nigdy nie przyszłoby to jej do głowy, była przecież taka młoda...   

Roxie przygryz

ła wargę. Biedne dzieciaki. Na zdjęciu są jeszcze takie małe i bezbronne – 

chodzą  dopiero  do  szkoły  podstawowej.  Dzięki  Bogu,  Hank  wygląda  na  troskliwego  i 
dobrego ojca. Jak o

na  go  potraktowała!  Rzecz  jasna,  nie  miał  pojęcia,  czemu  była  taka 

nieuprzejma.   

background image

– Teraz ju

ż wiesz? – spytał Charlie, opierając się o futrynę drzwi.   

– Czuj

ę się okropnie. Byłam dla niego naprawdę niegrzeczna. Musiał pomyśleć, że jestem 

sekutnicą.   

– Mo

że przejdę się później i wszystko naprawię? 

–  Nie! Wygl

ądałoby  to...  och,  nie  wiem,  co  począć.  Pewnie  myśli,  że  oboje  jesteśmy 

zwariowani.  – 

Osunęła  się  na  skórzany  fotel  przy  biurku.  –  Rozsądnie  myśląca  osoba 

zapytałaby go o zdjęcie, zamiast stroić fochy.   

– Niewa

żne. Wyjaśnię mu wszystko.   

–  Charlie, to na nic. Nie mo

żesz  usprawiedliwiać  mnie  jak  dziecka.  To  ja  muszę  go 

przeprosić. Tylko jak mam to zrobić w obecności jego pracowników? 

– Pozw

ól mi wiec spróbować.   

– Nie, mam lepszy pomys

ł. – Otworzyła szufladę biurka i zaczęła szukać papieru i pióra. 

– 

Napiszę list,  jeśli zgodzisz się go  zanieść.  Przeproszę za moje nieuprzejme zachowanie i 

zaproszę go na kolację, razem z dziećmi, żeby zobaczyły Como. Co ty na to? 

–  My

ślałem raczej o kolacji we dwoje przy świecach, z łagodną muzyką w tle – odparł 

Charlie.   

– Nie, nie zamierzam zaczyna

ć naszej znajomości w ten sposób. Poza tym, on ma dzieci, 

a ja nigdy nie spotykałam się z dzieciatymi mężczyznami.   

– Nigdy przedtem nie pracowa

łaś w ratuszu, a po czterech miesiącach awansowałaś.   

– To zupe

łnie co innego – roześmiała się.   

–  Owszem, ale jeste

ś  inteligentna,  tolerancyjna  i,  oczywiście,  pełna  miłości.  Poradzisz 

sobie z dziećmi.   

– Charlie, zbytnio wybiegasz naprz

ód. Bez wątpienia przeprosiny są niezbędne i kolacja 

wyd

aje się dobrym rozwiązaniem.   

– Ale...   

–  Pos

łuchaj.  W  grę  wchodzi  tylko  kolacja  w  towarzystwie  dzieci.  Jeśli  zaproszę  go  na 

kolację przy świecach, to może oczekiwać, że wylądujemy w sypialni. Tego bym nie chciała. 
Nie lubię pośpiechu w takich sprawach.   

Charlie cofn

ął się, zaskoczony.   

–  Dobry Bo

że! Wcale się tego po tobie nie spodziewałem! Chyba muszę lepiej poznać 

dzisiejsze  obyczaje.  Myślałem  wyłącznie  o  tym,  że  mielibyście  okazję  lepiej  się  poznać, 
gdybyście byli sami.   

–  Mo

że wcale się nie poznamy po tym, co zdarzyło się dziś rano. Pewnie nie przyjmie 

zaproszenia.   

– Och, nie s

ądzę. – Charhe uśmiechnął się tajemniczo.   

– A w

łaśnie, że może. Uraziłam jego miłość własną, a mężczyźni tego nie lubią.   

–  Taki m

ężczyzna jak Hank jest ponad to. Wiem, że gdy ja... Cóż, w każdym razie nie 

zapominaj o najważniejszym.   

– To znaczy? 

– Ko

ści zostały rzucone i twoja romantyczna przyszłość ustalona.   

–  Sk

ądże  –  zaprotestowała  odruchowo,  choć  gdy  myślała  o  Hanku,  zapominała  o 

background image

rozsądku. Ciepłe spojrzenie szarych oczu kazało jej dopuścić myśl, że być może Charlie ma 
rację.   

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Roxie napisa

ła  cztery  wersje,  jak  to  określiła,  „przeproszenia-zaproszenia”, zanim 

wreszcie  zadowoliło  ją  na  tyle,  że  pozwoliła  Charliemu  zanieść  je  Hankowi  Craddockowi. 
Tym  razem  wybrał  się  bez  Como,  ponieważ  spodziewali  się  w  każdej  chwili  weterynarza. 
Gdy  Charlie  wrócił,  niosąc  coś,  co  wyglądało  na  kawałek  drewnianej  konstrukcji,  Roxie 
machała właśnie na pożegnanie odjeżdżającemu doktorowi Babcockowi.   

Poczeka

ła w drzwiach na Charliego.   

– Mam nadziej

ę, że nie zacząłeś zbierać patyków. Mamy dość drewna opałowego i...   

–  Och, nie, moja droga. –  Charlie poda

ł  jej  sporą  sosnową  deskę.  –  To  odpowiedź  od 

Hanka.   

– Czy ten facet nie m

ógł znaleźć kawałka papieru? 

– Zaskoczy

łaś go. Zresztą przeczytaj.   

Roxie przeczyta

ła na głos słowa, napisane starannym charakterem: 

Mam  nadziej

ę,  że  przeczytasz  moją  odpowiedź  od  deski  do  deski.  Bądź  moją 

Walentynką.   

Nie przejmuj si

ę  porankiem.  Nieporozumienia  się  zdarzają.  Z  przyjemnością 

przyjmujemy twoje zaproszenie. Hank.   

Roxie podnios

ła wzrok na Charliego, który przyglądał jej się z zadowoloną miną.   

– Jeste

ś z siebie dumny? – spytała.   

–  Niesko

ńczenie.  Aha,  dałem  mu  twój  numer  telefonu  na  wypadek,  gdyby  chciał 

zadzwonić. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu.   

Roxie wzruszy

ła ramionami.   

– C

óż, jeśli trafisz między wrony...   

– Co maj

ą do tego wrony? 

–  To takie porzekad

ło.  Musisz  popracować  nad  swoim  językiem,  Charlie.  Czasami 

mogłoby się wydawać, że jesteś nie z tego stulecia.   

– Czasami sam si

ę zastanawiam, co tu robię.   

– S

łucham? 

– Nic, nic, moja droga. Czy zamierzasz pos

łać mu walentynkową odpowiedź? 

–  C

óż, nie myślałam o tym. Poza tym jak mam przebić jego żart? – Podniosła do góry 

deskę.   

–  Mo

że coś ci przyjdzie do głowy. A na razie chodźmy do domu – powiedział Charlie, 

ujmując ją za łokieć. – Zmęczyły mnie trochę te spacery. Usiądźmy sobie w kuchni, opowiesz 
mi o wizycie weterynarza. Nie zwróciłaś przypadkiem uwagi, czy miał obrączkę? 

– Owszem, zwr

óciłam. Wszystko przez te twoje głupstwa. Miał.   

– Nigdy za wiele ostro

żności. No, odwaliłem kawał porządnej roboty.   

Roxie pokr

ęciła ze zdumieniem głową.   

– Kto

ś mógłby pomyśleć, że wszystko zaaranżowałeś. To przypadek, że byłam akurat w 

domu, gdy Hankowi zepsuł się telefon. W dodatku ty znalazłeś się na miejscu we właściwym 

background image

czasie. Czysty zbieg okoliczności.   

Charlie usiad

ł na swoim ulubionym kuchennym krześle i otworzył usta, jak gdyby chciał 

coś powiedzieć, po czym szybko je zamknął.   

–  Zamierza

łeś  mnie  przekonywać,  że  to  wszystko  czary,  związane  z  dniem  świętego 

Walentego, prawda? 

– Co

ś w tym rodzaju.   

Roxie nala

ła  do  szklanek  wody,  którą  trzymała  w  butelce  w  lodówce.  Wkrótce  po 

przyjeździe do Tucson odkryła, że z kranów płynie letnia woda.   

– Charlie, musisz si

ę pogodzić z tym, że jestem osobą myślącą racjonalnie, która wierzy 

w fakty, a nie w bajki. Pewnie dlatego dostajesz co wieczór w skórę w szachy. – Uśmiechnęła 
się odrobinę złośliwie.   

– Kilka razy powali

łem cię na obie łopatki.   

– Tak, ale kto wygrywa? 

– Moja droga – odrzek

ł Charlie, popijając wodę – to dla mnie taka przyjemność patrzeć, 

jak twoje oczy błyszczą radością zwycięstwa, że nie mam nic przeciwko przegranej.   

– Och, Charlie. – Roxie roze

śmiała się i uścisnęła mu dłoń. – Jesteś naprawdę przemiły.   

– Staram si

ę. A teraz powiedz mi, co z Como.   

– No c

óż, miałeś raq’ę. Biednej Como przydałby się partner, obawiam się jednak, że musi 

zaczekać na powrót Osbornow. Jestem dziewczyną z miasta i nawet gdyby Osbornowie dali 
mi wolną rękę, nie odważyłabym się bawić w swatkę lamy. To zbyt ryzykowne.   

– Czy my

ślisz, że Osbornowie mieliby coś przeciwko wyswataniu Como? 

– Charlie, daj spok

ój. Musi ci wystarczyć odgrywanie roli Kupidyna wobec ludzi.   

– Ale....   

– Nie, Charlie. – Postuka

ła w deskę, leżącą na kuchennym bufecie. – Na dziś wystarczy. 

Koniec dyskusji.   

– Pami

ętaj, że to najważniejszy prezent walentynkowy, jaki kiedykolwiek dostałaś. Strzeż 

go jak oka w głowie.   

– Czy mam dzi

ś spać z nim pod poduszką? 

– Mo

że.   

– Charlie, przecie

ż żartuję.   

–  Poczekaj troch

ę,  a  przekonasz  się,  Roxie.  Broń  Boże  nie  wyrzucaj  tego  kawałka 

drewna. Czy zdecydowałaś już, co mu wyślesz? 

–  Nie mog

ę  nic  wymyślić.  Przepraszam,  Charlie,  ale  muszę  zadzwonić  do  pracy  i 

zawiadomić ich, że będę dopiero po południu. – Sięgnęła po słuchawkę i nagle wykrzyknęła: 
– Mam! 

– Co takiego? 

– Wiem ju

ż, co dam Hankowi. – Pobiegła do sypialni po torebkę. – Muszę jeszcze iść do 

sklepu – 

wyjaśniła szybko Charliemu. – Trzymaj kciuki, żeby mieli to, czego potrzebuję.   

– Trzymanie kciuk

ów nic nie pomoże, jeśli nie będę wiedział, o co chodzi.   

– Nie szkodzi. Powiem ci p

óźniej – powiedziała, otwierając drzwi garażu. – Przygotuj mi, 

proszę, kilka kanapek do biura. Za moment wracam.   

background image

– Z przyjemno

ścią, moja droga. Masz zamiar dostarczyć tę walentynkę osobiście? 

– To konieczne.   

– Kapitalnie, po prostu kapitalnie. – Charlie u

śmiechał się coraz szerzej.   

Jad

ąc do sklepu z wyrobami czekoladowymi, Roxie rozmyślała o pełnych determinacji 

usiłowaniach Charliego, by wprowadzić Hanka do jej życia. Nie miała pojęcia, czemu tak mu 
na  tym  zależy.  Może  widok  młodych  szczęśliwych  ludzi  po  prostu  czynił  jego  życie 
znośniejszym? 

Zaczyna

ła  zastanawiać  się,  co  pocznie  z  Charliem  po  powrocie  Osbornów.  Po  kilku 

zaledwie dniach  sp

ędzonych  w  towarzystwie  starszego  pana  nie  potrafiła  wyobrazić  sobie 

jego p

owrotu  do  dawnego  trybu  życia.  Rozważała  nawet  ewentualność  zakupu  domu  lub 

mieszkania w mieście, ale wówczas nie zostałoby jej wiele środków na utrzymanie Charliego. 
Może  rzeczywiście  postąpiła  wbrew  logice,  zabierając  go  do  domu  i  przywiązując  się  do 
nie

go. Osbornowie wracają dopiero za pół roku, a przez ten czas wiele się może zdarzyć.   

Gdy wychodzi

ła ze sklepu ze swym czekoladowym zakupem, przypomniał się jej Doug. 

Z pewnością ma dla niej jakiś prezent walentynkowy, a ona nie kupiła mu nawet kartki. W 
d

odatku  przez  ostatnie  trzy  miesiące  wszystkie  sobotnie  wieczory  spędzali  razem,  a  ona 

umówiła  się  na  najbliższą  sobotę  z  innym  mężczyzną,  nieważne,  że  w  towarzystwie  jego 
dzieci. Zdała sobie sprawę, że Doug po prostu ją znużył. Może potrzebny był ktoś w rodzaju 
Hanka, żeby w końcu przejrzała na oczy.   

Zaparkowa

ła obok ogrodzenia i rozejrzała się po placu budowy w poszukiwaniu Hanka. 

Nigdzie  go  nie  zauważyła.  Wzięła  paczuszkę  z  tylnego  siedzenia  i  wysiadła  z  samochodu. 
Onieśmielali  ją  mężczyźni  zajęci  pracą,  na  której  kompletnie  się  nie  znała.  Postanowiła 
jednak  nie  okazywać  tego,  brnąc  przez  koleiny,  pozostawione  w  rozmiękłej  ziemi  przez 
ciężarówki i ciągniki. Dzięki Bogu, nie była jeszcze w butach na wysokich obcasach i stroju 
odpowiednim do pracy.   

Wypatrzy

ła  przystępnie  wyglądającego  mężczyznę  i  skierowała  się  ku  niemu.  Kilku 

robotników  oderwało  się  od  zajęć  i  wlepiło  w  nią  zaciekawione  spojrzenia.  Mężczyzna, 
którego  wybrała,  montował  okno.  Widząc,  że  się  do  niego  zbliża,  odstawił  je  i  spytał 
uprzejmie: 

– Czy mog

ę w czymś pani pomóc? 

By

ła mu wdzięczna za ten sympatyczny gest.   

–  Szukam Hanka Craddocka –  odpowiedzia

ła. Mężczyzna rzucił okiem na paczuszkę w 

jej dłoni.   

Czeka

ła  na  pytanie:  O  co  chodzi?  Gdy  nie  padło,  postawiła  mu  dodatkowy  plus  za 

taktowne zachowanie.   

– Jest tam, w przyczepie – rzek

ł mężczyzna, wskazując głową kierunek. – Czy mam panią 

do niego zaprowadzić? 

–  Dzi

ękuję. Poradzę sobie – powiedziała szybko. Pomyślała, że Hank z pewnością woli 

rozpakować  swój  walentynkowy  podarunek  bez  świadków.  Może  nawet  ma  w  przyczepie 
małą lodówkę. Jeśli nie, może się okazać, że jej pomysł wcale nie był taki dobry.   

Omin

ęła  stertę  materiałów  izolacyjnych  i  ruszyła  w  kierunku  przyczepy  ozdobionej  z 

background image

daleka widocznym napisem: Przedsiębiorstwo Projektowo-Budowiane Craddocka. Pomyślała 
o  podwójnej  odpowiedzialności,  jaka  spoczywa  na  Hanku  –  prowadzi  własną  firmę  i 
wychowuje dwójkę małych dzieci. Z pewnością ma niełatwe życie.   

Zapuka

ła do uchylonych drzwi i usłyszała, jak Hank zapraszają do wejścia. Spotkali się 

tyl

ko raz, ale zapamiętała męski timbre jego głosu.   

– Du

żo szczęścia w dniu świętego Walentego – powiedziała, otwierając drzwi i wchodząc 

do środka.   

–  Roxie! Co za mi

ła  niespodzianka!  –  Wstał  z  uśmiechem,  który  uwidocznił  drobne 

zmarszczki  w  kącikach  oczu.  Nie  miał  na  sobie  kurtki,  a  wysoko  podwinięte  rękawy 
dżinsowej koszuli odsłaniały umięśnione ramiona.   

Patrz

ąc na przystojnego, silnego Hanka, Roxie zastanawiała się, jak mogła kiedykolwiek 

uważać bladego i ulizanego Douga za atrakcyjnego mężczyznę.   

– Twoja walentynkowa kartka by

ła bardzo dowcipna – zaczęła trochę niepewnie. Charlie 

mógł  wierzyć,  że  są  sobie  z  Hankiem  przeznaczeni,  ale  dla  Roxie  był  to  wciąż  obcy 
mężczyzna. Intrygujący, to pewne, ale obcy.   

– Przesadzasz – odpowiedzia

ł. – Gdybyś widziała kartki od moich dzieci! 

– Dosta

łeś walentynki od dzieci? Jakie to miłe.   

– Owszem – rzek

ł miękko. – Mam wspaniałe dzieciaki. – Przyglądał jej się przez chwilę. 

– 

Wzruszyło  mnie,  że  je  również  zaprosiłaś.  Większość  kobiet,  które  znam,  nie  zrobiłaby 

tego. 

Uważają, że Hilary i Ryan wiecznie plączą się pod nogami. I, szczerze mówiąc, mają 

rację.   

– Ryan i Hilary. 

Ładne imiona. – Miała wyrzuty sumienia. Nie zaprosiła jego dzieci przez 

wzgląd  na  nie,  lecz  po  to,  by  trzymać  Hanka  na  bezpieczną  odległość,  zanim  się  upewni, 
czego spodziewa się po tej znajomości.   

– My

ślę, że spodoba im się Como – dodała.   

– Na pewno.   

– Hm, ja... prosz

ę – powiedziała nagle, kładąc białe pudełko na jego biurku. – To coś w 

rodzaju symbolu. Jeśli nie masz tu lodówki, to klapa.   

– Naprawd

ę mi coś przyniosłaś? 

Jego rozradowana mina poruszy

ła jej serce. Oto mężczyzna, który nie zatracił dziecięcej 

umiejętności cieszenia się z niespodzianki.   

Hank powoli zdj

ął wieczko pudełka.   

– Czy dzia

ła lepiej od tego w mojej ciężarówce? 

– spyta

ł z uśmiechem.   

– Je

śli nie, zjem go.   

–  Nie ma mowy. Masz przed sob

ą  zdeklarowanego  czekoladoholika.  Skąd  o  tym 

wiedziałaś? 

– Nie wiedzia

łam – odrzekła, szczęśliwa, że trafiła w dziesiątkę. – Postanowiłam zaufać 

intuicji.   

– Fantastyczne – powiedzia

ł Hank. – Nigdy w życiu nie miałem czekoladowego telefonu. 

Nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje.   

background image

–  Nie znasz tego ma

łego  sklepiku  niedaleko  stąd?  Mają  foremki  do  czekolady  w 

najrozmaitszych kształtach.   

– S

łyszałem o nim, ale nigdy nie miałem czasu do niego wpaść. Właśnie tam to kupiłaś? 

– Uhm. Mam takiego fio

ła na punkcie czekolady, że odkryłam ten sklep w niecały tydzień 

po przyjeździe do Tucson.   

–  Widocznie los chcia

ł – roześmiał się Hank – żebym poznał niektóre ciekawostki tego 

miasta dzięki kobiecie z New Jersey. Założę się, że przegapiłem mnóstwo rzeczy.   

Roxie ucieszy

ła się, że prawidłowo wymówił nazwę jej rodzinnego stanu.   

– To nie twoja wina. Musisz by

ć ogromnie zajęty.   

– Owszem, ale nale

ży cieszyć się tym, co człowieka otacza. Może uda ci się wyrwać mnie 

z letargu? 

– Sklep z czekolad

ą to jedyna niespodzianka, jaką miałam w zanadrzu.   

–  Chyba 

żartujesz!  Dziewczyna  opiekująca  się  lamą  i  udzielająca  schronienia  takiemu 

ekscentrykowi jak Charlie? À propos, kim jest ten facet? Twoim stryjecznym dziadkiem? 

–  Charlie jest... –  Umilk

ła  i  spojrzała  na  zegarek.  –  O  mój  Boże!  Pewnie  zachodzi  w 

głowę, co też mi się przytrafiło. Muszę przecież iść jeszcze do pracy. Tobie też za długo już 
przeszkadzam.   

– Nie mam nic przeciwko temu – rzek

ł, a jego szare oczy potwierdziły, że to prawda. – 

Gdzie pracujesz? 

– W ratuszu.   

– By

łem tam kiedyś.   

– Mam nadziej

ę, że nic nie zbroiłeś? 

– Nie. Sk

ładałem papiery, gdy zamierzałem się ożenić. Oczywiście, było to na wiele lat 

przedtem, zanim zaczęłaś tam pracować.   

–  Taak.  –  Roxie, cho

ć ledwie znała Hanka, poczuła niemiłe ukłucie zazdrości namyśl o 

szczęśliwych  chwilach, które  wtedy  przeżywał.  –  Naprawdę  muszę  już  iść.  A  więc 
zobaczymy się w sobotę? 

– Ciesz

ę się. – Uśmiechną} się do niej. – Dziękuję za telefon. Mam tu małą lodówkę, w 

której mogę go przechować.   

–  To dobrze – powiedzia

ła, idąc ku drzwiom – ale przyrzeknij, że go zjesz, zamiast mu 

się przyglądać. Czekolada jest pyszna.   

– Zjem, zjem. Nie wystarczy

łoby mi silnej woli, by się powstrzymać. Z drugiej strony nie 

mam ocho

ty niszczyć dowodu.   

– Dowodu? – spyta

ła, przystając.   

– Ze dzi

ęki naszemu spotkaniu ten dzień nabrał szczególnego znaczenia. Dużo szczęścia 

w dniu świętego Walentego, Roxie.   

–  Nawzajem  –  odrzek

ła z uśmiechem. Gdy szła szybkim krokiem do samochodu, miała 

ochotę gwizdać z radości. Jego ostatnie słowa rozproszyły jej nierozsądną zazdrość o żonę i 
skierowały myśli ku teraźniejszości. W końcu to mężczyzna, który sprawdził się już kiedyś 
jako kochający mąż. Może Charlie wie, co robi.   

 

background image

Roxie zaprosi

ła Hanka z dziećmi na piątą, żeby Ryan i Hilary mogli się pobawić z Como 

przed  zmierzchem.  Zastanawiali  się  z  Charliem  przez  cały  tydzień  nad  menu  –  czy  podać 
hamburgery,  żeby  sprawić  przyjemność  dzieciom,  czy  też  przyrządzić  jej  specjalność  – 
kurczaka z pieczarkami, 

żeby  zrobić  wrażenie  na  Hanku.  W  końcu  zdecydowała  się  na 

pieczeń wołową – danie proste, lecz smaczne. Przynajmniej nie będzie musiała kręcić się po 
kuchni, gdy przyjdą goście.   

Charlie zmienia

ł koszulę w domku gościnnym, a Roxie wyszła właśnie spod prysznica, 

gdy zadzwonił telefon. Rozległ się głos Hanka.   

– Przepraszam ci

ę, Roxie, ale możemy się spóźnić. Mieliśmy tu coś w rodzaju... małego 

wypadku.   

– M

ój Boże, co się stało? Czy ktoś się zranił? 

– Nie, nie. Hilary... sekund

ę.   

Us

łyszała jakieś podniecone szepty, wreszcie Hank znów się odezwał.   

–  Jeszcze raz przepraszam. Moja córka ma pewien problem, ale nie pozwala, bym go 

zdradził. Poza tym uparła się, że nie pójdzie z nami. Mógłbym ją zaciągnąć na siłę, ale nie 
chcę zaczynać wieczoru w ten sposób. Spróbuję załatwić opiekunkę i zadzwonię do ciebie.   

Roxie okr

ęciła sznur telefoniczny wokół palca.   

–  Czy to... z mojego powodu? Wiem, 

że niektóre małe dziewczynki nie chcą, żeby ich 

ojcowie...   

–  Nie, nic z tych rzeczy. Czyta

łem  również  o  takich  historiach, ale nie o to chodzi. 

Sprawa jest znacznie prostsza. Hilary tak bardzo chciała przyjść do ciebie, że specjalnie się 
wyszykowała na tę okazję.   

Roxie dos

łyszała dziecięce protesty i zapewnienia Hanka, że nie zdradzi, co się stało.   

– W ka

żdym razie – powiedział Hank do słuchawki – jej plan spalił na panewce.   

– A je

śli nie uda ci się załatwić opiekunki? 

– B

ądźmy dobrej myśli.   

M

ózg Roxie pracował gorączkowo. Co też mogła nabroić Hilary? Makijaż można zmyć, 

ubranie zmienić, a wiec musiała zmajstrować coś z włosami.   

– Hank, czy mog

łabym z nią porozmawiać? 

– Zobacz

ę, co da się zrobić. – Nastąpiła długa przerwa i znowu szepty.   

– Halo? – odezwa

ł się wreszcie cienki głosik.   

–  Cze

ść,  Hilary.  Tu  Roxie.  Doprawdy  bardzo  mi  przykro,  że  nie  możesz  przyjść  i 

z

obaczyć Como.   

– Nie mog

ę, ponieważ wyglądam śmiesznie. Roxie szukała właściwych słów.   

– Wiesz, Hilary, gdy mia

łam siedem lat, obcięłam sobie włosy. Myślałam, że to świetny 

pomysł, ale efekt okazał się żałosny.   

– I co wtedy zrobi

łaś? – padło po chwili pytanie. Bingo, pomyślała Roxie, a więc chodzi 

o włosy.   

– Moja mama pr

óbowała je wyrównać, ale niezbyt jej się to udało, zawiązała mi więc na 

głowie śliczną chustkę. A ty masz jakieś ładne chustki? 

– Mam jedn

ą, która należała do mojej mamy.   

background image

– Spr

óbuj ją zawiązać i przyjdź pobawić się z Como. Zapadła cisza, najwyraźniej Hilary 

rozważała propozycję.   

– Dobrze – zdecydowa

ła – jeśli będę mogła mieć chustkę na głowie przez cały czas.   

– Oczywi

ście. Zatem do zobaczenia wkrótce.   

– Pa.   

Roxie roze

śmiała się, gdy Hilary odłożyła słuchawkę, nie troszcząc się o to, czy jej ojciec 

ma jeszcze coś do powiedzenia. Gdy nie zadzwonił po raz drugi, Roxie wywnioskowała, że są 
już w drodze. W pośpiechu skończyła się ubierać, po czym wróciła do kuchni, by zająć się 
sałatą. Po chwili wszedł tam również sprężystym krokiem Charlie. Nieźle jak na mężczyznę, 
który  musi  mieć  co  najmniej  siedemdziesiąt  pięć  lat.  Nie  chciał  nigdy  zdradzić  swego 
dokładnego wieku, mówił tylko, że „przeżył zbyt wiele zim, by potrafiła je zliczyć”.   

Pomy

ślała  znów  o  trudnym  położeniu  Charliego,  o  tym,  co  by  się  stało,  gdyby  stracił 

swoje nieprzeciętne zdrowie. Musi jakoś się nim zająć, ponieważ w krótkim czasie stał się jej 
bliski jak ktoś z rodziny.   

–  Fiu, fiu, ale

ż  pięknie  się  prezentujesz  –  wykrzyknął  z zachwytem. –  Ten sweter 

morskiego koloru i spodnie idealnie pasują do twoich włosów i oczu.   

Ucieszy

ł ją ten komplement, ponieważ chciała dobrze wyglądać. Biednej małej Hilary też 

o to chodziło, pomyślała z sympatią i współczuciem. Może, jeśli się zaprzyjaźnią, pozwoli jej 
użyć nożyczek do naprawienia szkody. Opowiedziała całą historię Charliemu.   

– Ale przyjd

ą? – spytał, zaniepokojony.   

– Tak, uda

ło mi się namówić Hilary. Poradziłam jej, żeby włożyła ładną chustkę.   

– 

Świetnie.  –  Charlie  zatarł  dłonie  i  uśmiechnął  się  do  niej.  –  Czy w tym wypadku 

posłużyłaś się rozumem, czy intuicją? 

–  Jednym i drugim po trosze –  odrzek

ła,  wkładając  do  lodówki  miskę  z  sałatą.  –  Nie 

martw się, Charlie, to twój wpływ.   

– Nonsens. Zawsze mia

łaś intuicję, trzeba ci było tylko podpowiedzieć, żebyś jej użyła.   

Rozleg

ł  się  dzwonek  przy  drzwiach.  Spojrzeli  na  siebie.  Roxie  poprawiła  włosy  i 

odetchnęła głęboko.   

– Co ci mówi intuicja o dzisiejszym wieczorze, Charlie? 

–  My

ślę,  że  doskonałe  będzie  określenie  z  twojej  kosmicznej  ery.  –  Charlie  przetarł 

chusteczką złotą szpilkę.   

– Mianowicie jakie? – spyta

ła, gdy szli razem ku drzwiom.   

– Wszystkie systemy dzia

łają sprawnie.   

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Roxie otworzy

ła ciężkie, rzeźbione drzwi i ujrzała całą trójkę. Przystojny mężczyzna o 

wyrazistych  rysach  trzymał  za  rękę  dziewczynkę  w  lawendowo-niebieskiej chustce 
zawiązanej na głowie. Obok nich, dość blisko, by czuć się bezpiecznie, a jednocześnie na tyle 
daleko,  by  zaakcentować  niezależność,  stał  jasnowłosy  chłopiec.  Miał  niepewną  minę. 
Ustawili się tak, jak gdyby chcieli zostawić miejsce dla jeszcze jednej osoby.   

Roxie nagle u

świadomiła  sobie,  że  chciałaby  zająć  to  miejsce,  stać  się  członkiem  tej 

rodziny.  Jednak  współczucie  i  instynkt  opiekuńczy  nie  może  zaważyć  na  jej  znajomości  z 
Ha

nkiem.  Powinna  polubić  go  dla  niego  samego,  a  nie  z  powodu  jego  trudnej  sytuacji 

życiowej.   

–  Ciesz

ę się, że przyszliście wszyscy – powiedziała z uśmiechem. – Wejdźcie, proszę, i 

poznajcie mojego przyjaciela, Charliego Hartmana.   

–  A to moje dzieci, Ryan i  Hilary.  –  W g

łosie  Hanka  brzmiała  wyraźna  duma.  – 

Dzieciaki, poznajcie Roxie Lowell, od której dostałem czekoladowy telefon.   

– Zjedli

śmy już słuchawkę – poinformowała Hilary. – Mnie było żal, ale oni stwierdzili, 

że nie można trzymać czekolady w nieskończoność.   

– Hilary! – szepn

ął Ryan, trącając siostrę łokciem. Rozejrzał się po pokoju z uprzejmym 

zainteresowaniem dorosłego. – Widzę, że ma pani telewizor z dużym ekranem.   

– To telewizor Osborn

ów, znajomych, których domem się opiekuję – wyjaśniła Roxie.   

–  Ryan pr

óbuje  zmienić  temat,  ale  ja  naprawdę  nie  chciałam  jeść  czekoladowego 

telefonu.   

–  Rozumiem.  –  Roxie u

śmiechnęła  się  do  dziewczynki.  Mała  spryskała  się  obficie 

perfumami na tę okazję, być może po to, by odwrócić uwagę od swoich włosów.   

–  Kiedy

ś  dostałam  na  Wielkanoc  czekoladowego  zająca  i  wszyscy  chcieli,  żebym  go 

zjadła. – Hilary wróciła do tematu. – Ryan... – przerwała, by spiorunować brata wzrokiem – 
... kazał mi odgryźć głowę. Ale ja nie mogłam.   

– Masz dobre serduszko – rzek

ł Charlie, kiwając z aprobatą głową.   

– Tak, a zaj

ąc rozpuścił się w końcu w szafie – skrzywił się Ryan. – Mama znalazła go 

czwartego lipca w jej kapciach z króliczkami.   

– C

óż – Roxie poczuła, jak zalewa ją znów fala współczucia dla całej trójki – skoro już 

mowa o zwierzętach, to może zanim się rozbierzecie, pobiegniecie do ogrodu, żeby zobaczyć 
Como? 

– Bardzo ch

ętnie – odpowiedziała bez zastanowienia Hilary.   

– Jasne – doda

ł bardziej powściągliwie Ryan. Wyraźnie starał się zachowywać dorośle.   

– Zaprowadz

ę ich, Roxie, a ty skończ przygotowania do kolacji – zaproponował Charlie.   

– 

Świetnie, dziękuję. – Roxie musiała jeszcze przyprawić sos i nakryć do stołu.   

–  Ja pomog

ę  Roxie  –  zaofiarował  się  Hank.  –  Zresztą  poznałem  już  Como.  Idźcie  z 

Charliem, dzieci.   

Prosz

ę,  jakie  to  proste,  pomyślała  Roxie,  jak  szybko  zawarli  sojusz.  Tak  wszystko 

background image

zaaranżowali, żeby walentynkowa para została przez chwilę sama. Nie miała nic przeciwko 
temu, przyda im się trochę czasu dla siebie.   

– Lubi

ę lamy – powiedziała Hilary, biorąc ufnie za rękę Charliego, jak gdyby znała go od 

lat. – 

Głaskałam kiedyś jedną w zoo. Są milutkie.   

–  My

ślę,  że  Como  również  polubi  was  oboje  –  zapewnił  Charlie,  prowadząc  ich  do 

ogrodu.   

Roxie odprowadzi

ła  ich  wzrokiem,  próbując  odgadnąć,  jakiego  rodzaju  szkody  kryje 

chus

tka. Ciemna grzywka wyglądała normalnie. To dobrze, tutaj najtrudniej coś poprawić.   

–  Pomys

ł z chustką był genialny. Dziękuję – powiedział Hank. – Mam nadzieję, że nie 

będzie ci przeszkadzało, jeśli usiądzie w niej do kolacji. Wymogła na mnie obietnicę, że jej na 
to pozwolę.   

Po raz pierwszy, odk

ąd  Hank  wszedł  z  dziećmi  do  jej  domu,  Roxie  odważyła  się 

poszukać jego spojrzenia. Było ciepłe i pełne uczucia. Roxie mocniej zabiło serce.   

– Hilary mo

że jeść kolację nawet owinięta w prześcieradło. To mi nie przeszkadza. Mam 

nadzieję, że w końcu zaufa mi i pozwoli sobie pomóc.   

– W

ątpię, by udało ci się cokolwiek naprawić – roześmiał się cicho Hank.   

–  Nigdy nie wiadomo. Mam wpraw

ę w posługiwaniu się nożyczkami. Może uda mi się 

jakoś wyrównać włosy.   

–  Lepiej nie m

ówmy o tym, bo opowiem ci całą historię, a dałem jej słowo honoru, że 

tego nie zrobię.   

– Teraz ja umieram z ciekawo

ści, co też mogła nabroić, ale szanuję cię za to, że jesteś tatą 

dotrzymującym słowa.   

– Dzi

ęki. Byłaby wściekła, że się wygadałem, i długo nie dałaby mi spokoju. Hilary jest 

pamiętliwa i łatwo nie wybacza.   

–  Ja te

ż  taka  jestem  –  pokiwała  ze  zrozumieniem  głową  Roxie.  –  Dlatego gdy 

pomyślałam, że jesteś żonaty... zresztą, nieważne. Może zdejmiesz kurtkę, skoro nie idziesz 
oglądać Como? 

– Ch

ętnie. Rozumiem, że miałaś przykre doświadczenia? 

–  Tak. Ale zostawmy teraz ten temat. – Wzi

ęła od niego kurtkę i powiesiła ją w szafie, 

przesuwając lekko palcami po miękkim złotawym zamszu. Odwróciwszy się, spostrzegła, że 
ma na sobie stare spodnie kolor

u khaki i jasnobrązową koszulę z rozpiętym kołnierzykiem. 

Nagle  zapragnęła  wtulić  się  w  jego  ramiona  i  pocałować  na  przywitanie.  Zamiast  tego 
zaproponowała mu drinka.   

–  Poprosz

ę o burbona, jeśli masz – odrzekł – ale tylko przed kolacją, ponieważ jestem 

samochodem.   

–  Napijemy si

ę  w  kuchni.  Mam  tam  jeszcze  coś  do  zrobienia,  a  ty  będziesz  mógł 

obserwować przez okno, jak Charlie radzi sobie z dziećmi.   

–  Dobrze, ale my

ślę, że o to nie musisz się martwić. Nigdy nie widziałem, żeby Hilary 

wzięła od razu za rękę kogoś obcego.   

–  Charlie 

łatwo  nawiązuje  kontakt  z  ludźmi  –  powiedziała  Roxie,  wyjmując  butelkę 

burbona z kredensu. – 

Podbił moje serce w ciągu pięciu minut.   

background image

–  M

ówisz, jak gdybyś znała  go krótko. Czy dostałaś go z dobrodziejstwem inwentarza 

razem z domem

, tak jak lamę? 

–  Nie wiem, jak zareagujesz na moj

ą  opowieść  o  Charliem  –  zaczęła.  –  Spotkałam  go 

pierwszego dnia w pracy. – Umilk

ła, wyjmując lód z zamrażalnika.   

– Poczekaj, ja to zrobi

ę. – Hank wziął od niej plastykową tackę i jednym szybkim ruchem 

wytrząsnął z niej kostki lodu. – A więc Charlie pracuje w ratuszu? 

–  Nie, ale przychodzi tam codziennie. –  Roxie w

łożyła lód do szklanek i spytała: – Jak 

mocny? 

– S

łaby.   

Wla

ła po odrobinie burbona do szklanek i dopełniła je zimną wodą z lodówki. Chciała 

podać szklankę Hankowi, gdy nagle cofnęła rękę.   

– To idiotyczne – powiedzia

ła, kręcąc głową. – Nie spytałam cię nawet, jak zwykłeś pić 

burbona.   

–  W

łaśnie tak.  – Hank  wziął szklankę i czekał, aż Roxie podniesie swoją.  – Kieruj się 

dalej intuicją w postępowaniu ze mną, a prawdopodobnie zawsze trafisz w dziesiątkę.   

– Nie rozumiem. – Popatrzy

ła na niego ze zdumieniem.   

– 

Łatwo mnie rozszyfrować.   

– Nie, wspomnia

łeś coś o intuicji.   

–  Ach, tak –  u

śmiechnął  się.  –  Często  kieruję  się  intuicją,  ty  zaś  mówiłaś,  że  na 

pierwszym miejscu stawiasz rozum.   

– Bo tak jest, Hank.   

– Czemu wi

ęc nie spytałaś mnie, z czym lubię pić burbona? 

– Nie wiem.   

– Intuicja? 

Podda

ła  się  z  uśmiechem.  Rozum  nie  miał  nic  wspólnego  z  jej  stosunkiem  do  Hanka 

Craddoc

ka, a jednak jego obecność tutaj była czymś naturalnym i właściwym. Czuła się tak 

jak  kiedyś,  gdy  będąc  jeszcze  dzieckiem,  sadowiła  się  w  słońcu  na  parapecie  okiennym  z 
książką, którą od dawna pragnęła przeczytać.   

– Moja intuicja podpowiada mi r

ównież, że będę cię bardzo lubiła – przyznała.   

–  Moja mówi mi to samo o tobie. – 

Stuknął lekko szklanką o jej szklankę. – Za naszą 

intuicję.   

Skin

ęła głową i upiła łyk burbona.   

– Mia

łaś coś jeszcze do zrobienia, prawda? 

–  Tak  –  odpowiedzia

ła,  niechętnie  wyrywając  się  z  zaczarowanego  kręgu.  –  Sos do 

pieczeni.   

– Czy mog

ę ci pomóc? 

– To zaj

ęcie dla jednej osoby. Będzie mi miło, jeśli dotrzymasz mi towarzystwa.   

– Ch

ętnie. Nie ma nic przyjemniejszego od ciepłej kuchni i smakowitych zapachów. No, 

prawie nic.   

Roxie szybko pochyli

ła  się  nad  piekarnikiem,  by  ukryć  rumieniec,  który  wywołała  ta 

uwaga.   

background image

– Jak radz

ą sobie dzieci? – spytała.   

– 

Świetnie. Ryan prowadzi Como, a Hilary jeździ na niej. Mają doskonałą zabawę.   

– To dobrze. – Roxie wyj

ęła pieczeń i położyła ją na półmisku.   

– Jeszcze mi nie powiedzia

łaś, kim jest Charlie.   

– W

łóczęgą – odrzekła po chwili. Postanowiła nie owijać niczego w bawełnę.   

– Co takiego? 

– Nie 

żartuję, Hank. Zanim sprowadziłam go tutaj, mieszkał na ławce w parku. Czy nie 

zauważyłeś, że jego ubrania są zniszczone? 

–  Jasne. Starsi ludzie cz

ęsto przywiązują się do swoich rzeczy i noszą je, póki niemal z 

nich nie spadną.   

– Roze

śmiał się. – Zresztą nie tylko starsi. Sam mam dżinsy, całe w dziurach, z którymi 

nie mogę się rozstać.   

– Przyjrza

ł jej się uważnie. – Naprawdę mieszkał w parku? 

–  Naprawd

ę.  –  Roxie  upiła  drinka.  –  Gdy  zaczął  padać  śnieg,  przestraszyłam  się,  że 

zamarznie na 

śmierć  na  swojej  ławce.  Zaprosiłam  go  więc,  by  zamieszkał  w  domku 

gościnnym Osbornów.   

– Niech mnie licho. Co ty o nim

–  Niewiele, je

śli  masz  na  myśli  fakty.  Jednak  mam  pewność,  że  ten  człowiek  nie 

skrzywdziłby muchy – odparła Roxie, idąc za jego spojrzeniem. – Dzieci są z nim bezpieczne. 
Daję za to głowę.   

 wiesz? – Hank wyjrza

ł ponownie przez okno.   

– Jestem sk

łonny ci uwierzyć, widząc, jak garną się do niego. Como też go lubi. Trudno 

nie ufać komuś, kogo lubią dzieci i zwierzęta.   

– Poza tym jest taki romantyczny – doda

ła Roxie.   

– Pozna

łam Charliego mojego pierwszego dnia w pracy, gdy przyniósł czerwoną różę.   

– Co zrobi

ł? 

–  Ka

żdego  dnia,  odkąd  tam  pracuję,  przynosi  czerwoną  różę  i  wkładają  do  wazonu. 

Mówi, że to na szczęście dla przyszłych małżonków.   

– Zdumiewaj

ące. – Hank potrząsał swoją szklanką.   

– Sk

ąd bierze pieniądze na kwiaty, skoro jest bez grosza? 

– Nikt, 

łącznie ze mną, nie miał odwagi zapytać go o to. Może otrzymuje jakiś zasiłek.   

– A czy przypadkiem nie... hm, nie przyw

łaszcza sobie gdzieś tych róż? 

– Nie Charlie. – Roxie pokr

ęciła głową. – Jestem przekonana o jego uczciwości.   

–  Nigdy nie zapomn

ę  naszego  pierwszego  spotkania.  Myślałem,  że  to  któryś  z 

m

ieszkańców przyszedł z interwencją. Tymczasem on pochwalił moją pracę i zasugerował, że 

ma to coś wspólnego z moim nazwiskiem.   

–  Wiem. Nie omieszka

ł zrobić uwagi na ten temat, gdy zobaczył je po raz pierwszy na 

tablicy informacyjnej. Przykłada ogromną wagę do nazwisk.   

– Wobec tego musia

ł ci powiedzieć, co oznacza twoje.   

Nie patrz

ąc na niego, Roxie wyjęła mąkę z szafki.   

– Owszem, powiedzia

ł.   

– I? 

background image

– To wszystko jest idiotyczne, nie uwa

żasz? – Zaprawiła sos mąką rozbełtaną w wodzie.   

–  Pewnie tak, mimo to jestem ciekaw. , –  No, dobrze. –  Roxie nie podnosi

ła oczu znad 

brytfanny. – 

Według niego Lowell oznacza kochana – powiedziała cicho.   

– S

łucham? Nie dosłyszałem.   

– Kochana – powt

órzyła nieco głośniej.   

– Hm.   

Poczu

ła mrowienie w karku. Wiedziała, że Hank patrzy na nią i bała się odwrócić, by go 

na tym nie przyłapać.   

–  Nie uwa

żasz  tego  za  dziwny  zbieg  okoliczności?  Według  Charliego  moje nazwisko 

znaczy przepełniony miłością. – Teraz słyszała jego głos z bliska.   

– Tak, ale to czysty przypadek. – By

ła pewna, że wcale tak nie jest.   

– Kochana – powt

órzył Hank z upodobaniem.   

– 

Ładnie brzmi i pasuje do ciebie, Roxie. A co, zdaniem Charliego, jeśli dwoje ludzi o 

takich nazwiskach spotka się w dzień świętego Walentego? 

K

ątem oka widziała, że Hank stoi tuż obok niej. Zebrała się na odwagę i popatrzyła mu w 

oczy.   

– Och, jak 

łatwo przewidzieć, uważa, że jesteśmy sobie przeznaczeni. – Starała się mówić 

lekkim tonem, ale słowa więzły jej w gardle.   

– To interesuj

ące.   

–  To... oczywi

ście,  szalony  pomysł  –  wyszeptała,  bojąc  się  poruszyć.  Coraz  wolniej 

mieszała sos.   

Hank odetchn

ął głęboko i odstawił szklankę.   

– Szkoda, 

że nie znam cię trochę dłużej, Roxie.   

– Dlaczego? 

–  Poniewa

ż  zamierzam  cię  pocałować,  a  niezależnie  od  tego,  co  myśli  na  ten  temat 

Charlie, zapewne uważasz, że na to jeszcze za wcześnie.   

Łyżka wyślizgnęła się jej z drżących palców i wylądowała z pluskiem w sosie.   
– Nie... nie wiem, co my

śleć o tym wszystkim.   

– Nie przejmuj si

ę. Ja również. – Przyciągnął ją delikatnie do siebie. – Z wyjątkiem tego, 

że pragnąłem cię dotknąć od pierwszej chwili. – Ujął ją pod brodę i przybliżył twarz do jej 
twarzy.   

Roxie wspar

ła lekko dłonie o jego pierś, czując miłe ciepło.   

–  Ja te

ż o tym myślałam – przyznała  cicho, patrząc mu  w oczy i przesuwając mocniej 

dłońmi po jego ramionach. – Tłumaczyłam jednak sobie, że prawie się nie znamy.   

– Ale mamy wra

żenie, że jest zupełnie inaczej, prawda? Kiwnęła twierdząco głową.   

– Wszystko jest jak trzeba – powiedzia

ł cicho, przyciągając ją jeszcze bliżej.   

Z bij

ącym sercem Roxie przymknęła oczy i czekała na dotyk jego warg. Poczuła lekkie 

muśnięcie oddechu i zapach burbona. Otoczyła ramionami szyję Hanka i właśnie w chwili, 
gdy ich wargi się zetknęły, dobiegł ich jakiś hałas od strony podwórka. Odskoczyli od siebie 
jak  oparzeni  i  rzuciwszy  się  ku  przeszklonym  drzwiom  do  ogrodu,  omal  nie  zderzyli  się  z 
Hilary.   

background image

–  Moja chustka, moja chustka! –  zawo

łała płaczliwym tonem dziewczynka i przebiegła 

pędem przez kuchnię, szukając jakiegoś ustronnego kącika. – Nie patrzcie na mnie! 

– Hilary! – powiedzia

ł Hank surowym tonem. – Wracaj natychmiast i...   

– Nie mog

ę! – wykrzyknęła i wpadła do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.   

– M

łoda damo, nie wolno ci się tak... – Hank podążył za nią.   

–  Poczekaj.  –  Roxie chwyci

ła  go  za  ramię.  –  To mój pokój. Nie ma tam niczego, co 

mogłaby popsuć. Pozwól jej odzyskać godność.   

Do kuchni weszli Charlie z Ryanem, wymieniaj

ąc uwagi o wypadku.   

– To nie by

ła moja wina – zastrzegł się Ryan.   

–  Oczywi

ście  –  zgodził  się  Charlie.  –  Nie  mogłeś  wiedzieć,  że  Como  zainteresuje  się 

chustką.   

– Ani twoja – doda

ł lojalnie Ryan.   

– Nie, takie rzeczy si

ę zdarzają. Z pewnością nie można również winić Como.   

– Czy ju

ż rozgrzeszyliście wszystkich? – roześmiała się Roxie.   

– Tak bardzo chcia

łem, żeby wszystko poszło gładko. – Charlie miał zmartwioną minę. – 

Czy bardzo się zdenerwowała? 

– C

óż...   

– Jasne, 

że tak. Biedactwo. Każdy by się zdenerwował, gdyby tak sobie zniszczył włosy.   

– Ju

ż wiem – odezwał się Ryan – będziemy udawać, że nic nie zauważyliśmy.   

–  To mi

ło  z  twojej  strony,  że  troszczysz  się  o  uczucia  Hilary  –  powiedział  Hank.  – 

Wątpię, by w to uwierzyła. Przecież wie, że jej sekret się wydał.   

– Ale co si

ę stało? – spytała Roxie. – Czy próbowała rozjaśnić włosy? 

–  M

ówiłem jej, że to głupi pomysł – wyjaśnił Ryan. – Musiałem jechać na rowerze do 

sklepu, żeby kupić jej to świństwo, ponieważ na razie nie wolno jej tam jeździć samej.   

–  Hilary zaproponowa

ła  mu  niezłą  łapówkę  –  dodał  Hank.  –  Odbyliśmy  z  Ryanem 

poważną rozmowę, jak ma postępować w podobnych wypadkach w przyszłości.   

– Nie pos

łuchałbym jej, gdybym wiedział, jak narozrabia. Poza tym to draństwo okropnie 

śmierdzi. Załatwiła tym całą łazienkę i siebie. Dlatego tak się wyperfumowała.   

Nagle Roxie poczu

ła zapach spalenizny.   

–  Mój sos! – 

wykrzyknęła,  podbiegając  do  kuchenki.  Za  późno.  Substancja,  która 

przylgnęła do dna patelni, w niczym nie przypominała smakowitego brązowego sosu.   

–  Tak mi przykro –  powiedzia

ł Hank, zbliżając się do niej. – Jestem pewien, że mięso 

będzie pyszne nawet bez sosu.   

Podnios

ła na niego oczy, wspominając minioną chwilę.   

– Bior

ąc pod uwagę wszystko inne, nie ma to najmniejszego znaczenia.   

– Rzeczywi

ście. – Przytaknął miękko.   

Roxie sta

ła,  uśmiechając  się  do  niego,  dopóki  nie  przypomniała  sobie,  że  nie  są  sami. 

Zerknąwszy  przez  ramię,  spostrzegła,  że  Charlie  i  Ryan  przyglądają  im  się  z 
zainteresowaniem.   

–  Mo

że  nakrylibyście  do  stołu?  –  spytała,  odsuwając  się  od  Hanka.  –  Serwetki  są  w 

górnej szufladzie kredensu w jadalni. Potrzebne nam będzie masło, sól i pieprz. Och, jeszcze 

background image

mleko dla Ryana i Hilary i woda z lodem dla reszty. Kawę zaparzę później.   

–  Chod

ź,  stary  – powiedział Charlie, obejmując chłopca ramieniem i prowadząc  go do 

jadalni. – 

Zostaliśmy zaprzęgnięci do roboty.   

–  Ho, ho! –  odezwa

ł  się  Hank  po  ich  wyjściu.  –  Nie  miałem  pojęcia,  że  masz  takie 

zdolności przywódcze.   

– Czas skierowa

ć nasze spotkanie na właściwe tory. Obiecałam nakarmić twoją rodzinę, a 

Ryan wygląda na bardzo głodnego.   

– On zawsze tak wygl

ąda. Masz rację, musimy zaopiekować się naszym stadkiem. Myślę, 

że następnym razem obędzie się bez dodatkowych atrakcji.   

Na my

śl o „następnym razie” na policzki Roxie wypłynął rumieniec. Pochyliła się więc 

nad lodówką. Wyjęła z niej sałatę oraz sos i podała Hankowi.   

– Prosz

ę, wymieszaj to, a ja porozmawiam z Hilary.   

– Nie musisz tego robi

ć. Pewnie woli, żeby ją zostawić w spokoju.   

– By

ć może, ja jednak spróbuję namówić ją, by zjadła z nami. O ile, oczywiście, nie masz 

nic przeciwko temu.   

– Ale

ż skąd! Nie mogę ci tylko zagwarantować, że będzie w dobrym humorze.   

–  A co mo

żna  zagwarantować,  jeśli  chodzi  o  dziecko?  Pamiętam,  że  ja  też  nie  byłam 

aniołkiem.   

– Szkoda, 

że cię wtedy nie znałem.   

– Ale wtedy nie byliby

śmy tutaj, prawda? 

– C

óż za logika! 

– Uhm. No, zajmij si

ę sałatą, a ja Hilary.   

– Mam nadziej

ę, że wrócisz szybko.   

– Ja te

ż.   

–  Roxie, jest co

ś,  o  czym  powinnaś  wiedzieć.  Hilary  chce  rozjaśnić  włosy,  żeby  się 

upodobnić do matki.   

–  Och.  –  Roxie zrobi

ło się głupio, że Hank wspomina swą żonę w chwilę po tym, gdy 

przyznał  się,  iż  pociąga  go  inna  kobieta.  –  Potrafię  to  zrozumieć  –  powiedziała,  dumna  ze 
swego uprzejmego tonu.   

– Twoja 

żona była bardzo piękna.   

– Owszem.   

Roxie posmutnia

ła,  choć  nie  mogła  się  przecież  spodziewać  innej  odpowiedzi.  Zresztą 

miałaby mu ją za złe. Ważne, że nie jest podobna z urody do jego zmarłej żony. Przynajmniej 
ma pewność, że Hank akceptuje ją taką, jaka jest.   

– Zobacz

ę, co uda mi się wskórać u Hilary.   

– Dzi

ęki.   

Roxie podesz

ła do drzwi swojej sypialni i zapukała.   

– Kto tam? – spyta

ła Hilary.   

Biedne  dziecko, musi pods

łuchiwać,  co  się  dzieje  w  drugiej  części  domu,  pomyślała 

Roxie.  Wiedziała,  oczywiście,  że  rozmawiają  o  niej  i  jej  włosach.  Na  szczęście  mury  są 
grube.   

background image

– To ja, Roxie. Czy mog

ę wejść? 

– Czy to twój pokój? 

– Tak, ale nie musisz mnie wpuszcza

ć, jeśli nie chcesz.   

– Domy

ślałam się, że to twój pokój. Pachnie tobą.   

– Mam nadziej

ę, że to dobrze – uśmiechnęła się Roxie.   

–  Dobrze. Pachniesz o wiele 

ładniej  ode  mnie.  –  Hilary  była  wyraźnie  bardzo 

nieszczęśliwa.   

– Hilary, chcia

łam porozmawiać o tym, jak doprowadzić do porządku twoje włosy.   

–  Tatu

ś  powiedział,  że  nic  nie  da  się  zrobić,  że  muszą  odrosnąć.  Potrwa  to  pewnie  do 

czwartej klasy. Do tego czasu chyba nie będę chodziła do szkoły.   

Jej g

łos  brzmiał  tak  poważnie,  że  Roxie  musiała  zasłonić  ręką  usta,  żeby  się  nie 

roześmiać.   

– Hilary, tatusiowie s

ą wspaniali, ale nie znają się na takich sprawach. Nie sądzę, żebyś 

musiała czekać, aż włosy odrosną.   

– Naprawd

ę? – Nadzieja wyraźnie ożywiła Hilary.   

– Naprawd

ę. Pozwolisz mi zobaczyć? 

– Dobrze. – 

Hilary otworzyła drzwi.   

–  Usi

ądźmy  na  łóżku  i  porozmawiajmy  –  zaproponowała  Roxie,  biorąc  ją  za  rękę  i 

prowadząc w głąb pokoju.   

– Dobrze – powiedzia

ła znów Hilary. – Co powiesz na moje włosy? 

Roxie przyjrza

ła  się  uważnie  dziewczynce  i  zdumiała.  Włosy  Hilary  pokrywały  łaty  w 

czterech kolorach – 

od dziwnego pomarańczowego do ciemnobrązowego.   

– I co? – Hilary podnios

ła na Roxie zmartwiony wzrok.   

– My

ślę, że się uda. – Roxie modliła się o to w duchu. – Moja znajoma, która pracuje w 

salonie  piękności,  na  pewno  ufarbuje  rozjaśnione  pasma  na  twój  naturalny  kolor  i  nic  nie 
będzie widać.   

– Och, nie! – wykrzykn

ęła Hilary. – Chcę rozjaśnić wszystkie. Nie chcę mieć ciemnych 

włosów! 

–  Aha!  –  Roxie zacz

ęła  dostrzegać  rozmiary  problemu.  Wizyta  u  fryzjera  byłaby 

kosztowna, ale Roxie przypuszczała, że Hank chętnie wyłożyłby pieniądze, aby tylko w jego 
domu znów zapanował spokój, a mała skończyła trzecią klasę. Nie wyglądał jednak na ojca, 
który zgodzi się, by jego córka stała się w wieku ośmiu lat „szałową blondynką”.   

–  Czy w salonie pi

ękności  mogą  rozjaśnić  mi  włosy  na  jednakowy  kolor?  –  nalegała 

Hilary.   

Roxie zawaha

ła się. Wkroczyły na śliski teren.   

–  Chyba tak, ale trwa

łoby  to  długo,  kilka  godzin.  Trzeba  siedzieć  bardzo spokojnie, a 

przyjaciółka mówiła mi,  że ten  środek szczypie  w skórę.  Nie wydaje mi się,  żebyś chciała 
przez to wszystko przejść.   

– W

łaśnie, że tak. Mogę siedzieć nawet przez dwa dni, jeśli będzie trzeba.   

– Hilary, twój naturalny kolor jest bardzo 

ładny.   

–  M

ówisz jak tatuś – rzekła Hilary z rozgoryczeniem. – On nic nie rozumie. Jemu jest 

background image

dobrze z ciemnymi włosami, ale mnie nie.   

– Wiesz co, porozmawiam o tym z twoim tatusiem.   

– Czy powiesz mu, 

że będę o wiele ładniejsza w jasnych włosach? 

– Nie, poniewa

ż nie wyobrażam sobie, żebyś mogła wyglądać jeszcze ładniej.   

– Ale

ż mogę – odpowiedziała poważnie dziewczynka.   

– Powiem mu, 

że trzeba koniecznie coś zrobić. Ja też nie chciałabym pójść do szkoły w 

takim stanie. Co powiesz teraz na kolację? 

–  Jestem g

łodna  –  przyznała  Hilary.  Spojrzała  błagalnym  wzrokiem  na  Roxie.  –  Ja 

naprawdę bardzo chcę być blondynką.   

– Wiem, kochanie – Roxie przytuli

ła ją do siebie.   

– Porozmawiam p

óźniej z tatusiem. A teraz chodźmy coś zjeść, dobrze? 

– Chyba tak. Czy po

życzysz mi chustkę? 

– Ch

ętnie, ale chyba nie jest potrzebna.   

– Wygl

ądam śmiesznie, poza tym mogę ją ubrudzić.   

– No to jej nie wk

ładaj. Jesteś wśród przyjaciół.   

– Ryan nazwa

ł mnie punkiem.   

– Powiemy mu, 

żeby tego nie robił – obiecała Roxie, wstając.   

–  Dzi

ękuję.  –  Hilary  zeskoczyła  z  łóżka  i  podeszła  do  komódki.  –  Czy  dostałaś  to  od 

mojego taty? 

– Wzi

ęła do ręki kawałek deski.   

–  Owszem, to taki 

żart. – Roxie nie chciała, żeby Hilary wyciągnęła zbyt daleko idące 

wnioski.   

– On ci

ę lubi, prawda? 

– Chyba tak – odpar

ła Roxie. – Czy to dobrze? 

– Dobrze. –  Hilary od

łożyła prezent od Hanka. Roxie odetchnęła z ulgą, mając uczucie, 

że zdała ważny egzamin.   

– Lubisz ciasto czekoladowe? – spyta

ła, pewna odpowiedzi.   

– Nie lubi

ę. Po prostu uwielbiam.   

– No, to chod

źmy zjeść najpierw kolację, żebyś mogła go spróbować.   

–  Hurra! Ciasto czekoladowe! –  Hilary schwyci

ła  Roxie  za  rękę  i  pociągnęła  ją 

korytarzem. – 

Prędko! – Właściwie wpadły na Hanka.   

– Szed

łem zobaczyć, co się z wami stało.   

– Dyskutowa

łyśmy – wyjaśniła Hilary. – Roxie zamierza odbyć z tobą rozmowę na temat 

rozjaśniania włosów. Biegnę do stołu. Cześć! 

– Hank, ja... – Roxie prze

łknęła nerwowo ślinę.   

–  Niewa

żne  –  powiedział,  kładąc  jej  dłoń  na  ramieniu.  –  Pogadamy  o  tym  później. 

Musimy znaleźć trochę czasu tylko dla siebie. Nie dokończyliśmy pewnej sprawy.   

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Charlie zabawia

ł  wszystkich  przy  kolacji  opowieściami  o  egzotycznych  miejscach  i 

ludziach.  Zaimponował  nawet  Roxie,  wspominając  o  swoim  spotkaniu  z  księciem  oraz 
księżną Windsoru na przyjęciu w Nowym Jorku wiele lat temu, a także z Clarkiem Gable i 
Carole Lombard podczas gali w Hollywood. Roxie, tak jak i pozostali uczestnicy kolacji, z 
ciekawością  słuchała  Charliego.  Ilekroć  jednak  napotkała  wzrok  Hanka,  wspominała  nie 
spełniony pocałunek.   

Jeszcze troch

ę,  a  zatraciłaby  się  w  ramionach  Hanka,  nie  zastanawiając  się  nad 

konsekwencjami. Przytulna kuchnia, domowy nastrój i odrobina alkoholu spowodowały, że 
przestała się kontrolować. Jednak po pewnym czasie zaczęła zastanawiać się nad intencjami 
Hanka.   

Dlaczego nie prze

żywała  podobnych  wątpliwości,  całując  się  z  Dougiem  Kellym?  Po 

prostu nie obawiała się, że straci dla niego głowę. Z Hankiem to zupełnie co innego.   

Rozbudzi

ł w niej od razu tak silne emocje! Co się stanie, gdy się na nim zawiedzie? Miała 

za sobą bolesne doświadczenia. Wyjechała z New Jersey, odważając się porzucić mężczyznę, 
którego kochała. Przez sześć miesięcy okrzepła i odzyskała równowagę. Przysięgła sobie, że 
nigdy więcej nie będzie tak nieostrożna. Tymczasem w ramionach Hanka szybko zapomniała 
o danej sobie obietnicy.   

Teraz przed pope

łnieniem głupstwa chroniła ją obecność Charliego oraz dzieci. Jutro rano 

zastanowi  się  nad  całą  sytuacją,  zdecydowała,  i  od  razu  poczuła  się  raźniej.  Jednak  Ryan 
nieświadomie zburzył jej pewność siebie.   

– Czy masz magnetowid? – spyta

ł, kończąc drugi kawałek ciasta czekoladowego.   

– Tak – odpowiedzia

ła Roxie – ale nie mam zbyt wielu kaset.   

– 

Żadnych filmów? 

–  Wy

łącznie  filmy  z  podróży  Osbornów  do  Europy  i  Afryki.  Widziałam  je  i  prawdę 

mówiąc, są trochę nudne.   

– Nigdy nie ogl

ądałem filmu na takim dużym ekranie. Koledzy opowiadali mi, że to coś 

fantastycznego.   

–  Ryan sugeruje nam w sw

ój  niezbyt  subtelny  sposób,  że  na  ukoronowanie  wieczoru 

powinniśmy wypożyczyć kasetę z jakimś filmem – wyjaśnił Hank.   

– Tak! To by

łoby bombowo! – wykrzyknął Ryan.   

– C

óż, myślę, że to da się załatwić.   

– Wypo

życzcie coś z szybką akcją, może „Top Gun”.   

– Nie, lepiej bajk

ę rysunkową – zaprotestowała Hilary.   

–  Tylko prosz

ę  bez  kłótni.  Jeśli  obiecacie,  że  będziecie  zgodni,  wypożyczymy  coś  dla 

was.   

– Mo

że pojedziesz z Charliem, a ja tymczasem posprzątam? – zaproponowała Roxie.   

–  Roxie, moja droga, przecie

ż wiesz,  że  nie  znam  się  na  współczesnych  filmach.  Poza 

tym  napracowałaś  się  już  w  kuchni.  Pojedź,  a  my  z  dziećmi  wszystko  sprzątniemy  i 

background image

pozmywamy.   

– Ale... – Protest zamar

ł jej na wargach, pomyślała, że zabrzmiałby idiotycznie. – Dobrze. 

Dziękuję.   

–  Spojrza

ła na Hanka, który wydawał się zdziwiony jej reakcją. Przecież tego wieczora 

dała mu do zrozumienia, że pragnie tego samego, co on. I w pewnym sensie tak było.   

– Jed

źcie już. – Charlie machnął ręką. – Nie musicie się spieszyć.   

–  Wystarczy, 

że  pozbieracie  wszystko  ze  stołu  –  powiedziała  Roxie,  wstając.  –  Dajcie 

sobie spokój ze zmywarką.   

–  Dobrze, dobrze, nie martw  si

ę o nas. Mam bardzo zdolny zespół, prawda? – Charlie 

uniósł w górę krzaczaste siwe brwi, spoglądając na Ryana i Hilary.   

– Jasne – odpowiedzia

ł dumnie Ryan.   

– Naprawd

ę nie kłopoczcie się o zmywanie – powtórzyła Roxie.   

–  Zobaczymy, zobaczymy. –  Charlie popchn

ął oboje w stronę szafy z okryciami. – Nie 

spieszcie się.   

Roxie rzuci

ła starszemu panu szybkie spojrzenie. Doskonale się orientował, co się dzieje, 

i  był  zachwycony  efektem  swoich  starań.  Roxie  nie  miała  nic  przeciwko  jego  zabawie  w 
swata, 

dopóki nie zdała sobie sprawy z ryzyka z tym związanego.   

– Nie chc

ę się mieszać w wasze sprawy – rzekła Roxie do Hanka po wyjściu z domu – ale 

obiecałam  Hilary,  że  porozmawiam  z  tobą  o  jej  włosach.  Może  nie  musiałaby  czekać,  aż 
odrosną.   

Hank otworzy

ł przed nią drzwiczki samochodu.   

– To znaczy? 

– Dobra fryzjerka potrafi

łaby wyrównać kolor, żeby nie wyglądało to tak okropnie.   

– Chyba rozwa

żę tę propozycję, mimo że początkowo chciałem, by dostała nauczkę.   

– Zosta

ła już wystarczająco ukarana. – Roxie była zadowolona, że ma neutralny temat do 

rozmowy.   

– Oczywi

ście, ona marzy o tym, by być blondynką.   

– Szczerze m

ówiąc, nie podoba mi się ten pomysł – rzekł Hank, siadając za kierownicą.   

– Mnie te

ż nie. Mam pewien plan, ale trochę ryzykowny. Może powiedz jej, że zgadzasz 

się,  by  rozjaśniono  jej  włosy  pod  warunkiem,  że  najpierw  zobaczy,  jak  robią  to  komuś 
innemu. Nie wierzę, że wciąż będzie trwać przy swoim.   

– A je

śli jednak? – Hank wyjechał z podjazdu.   

–  To w

łaśnie  ten  element  ryzyka.  Jeśli  Hilary  z  własnej  woli  nie  zrezygnuje,  to  nadal 

będzie upierać się, że może być ładna jedynie jako blondynka.   

– Jest 

śliczną dziewczynką – rzekł podenerwowanym tonem Hank. – Z pewnością wie o 

tym, w kółko jej to powtarzam.   

–  Jeste

ś jej ojcem – westchnęła Roxie. – Nie wierzy ci,  tym bardziej że nie chcesz jej 

pozwolić na rozjaśnienie włosów.   

– Czy ci

ę to dziwi? 

– Zdaj

ę sobie sprawę, że nie mam doświadczenia w postępowaniu z dziećmi – uprzedziła 

ewentualny zarzut Hanka – 

ale  sądzę,  że  ona  chce  sama  zadecydować  o kolorze swoich 

background image

włosów.   

Hank spojrza

ł na nią z uśmiechem.   

–  By

ć  może  powinienem  posłuchać  praktycznej  Roxie,  kierującej  się  racjonalnymi 

przesłankami. Muszę się chwilę zastanowić.   

Roxie patrzy

ła na niego ze zdziwieniem. Czyżby zamierzał tak łatwo się poddać? 

–  Z drugiej strony, mo

że  po  ostrzyżeniu  nie  byłoby  tak  bardzo  widać  efektów  jej 

działalności. Nie ryzykowałbyś wówczas, że jednak postawi na swoim.   

– Skoro tak uwa

żasz, przychylam się do twojej propozycji.   

– Och, nie, ja... to twoja córka i nie c

hcę namawiać cię do niczego, co mogłoby...   

– Czy nie to w

łaśnie robisz przez cały czas? 

Spojrza

ła na niego i spostrzegła, że się uśmiecha.   

– No c

óż... chyba tak.   

– No wi

ęc wygrałaś. Prawdę mówiąc, jestem ci bardzo wdzięczny, że wzięłaś to na siebie.   

Milczeli przez chwil

ę. Nie potrafiła opanować wzruszenia i współczucia. Zdążyła polubić 

Hanka. Był sympatyczny i wyrozumiały, swobodny w obejściu. Zbyt swobodny. Gorączkowo 
szukała w myślach następnego neutralnego tematu.   

– Nie wiem czemu s

ądziłam, że przyjechałeś ciężarówką – powiedziała.   

– 

Żałuję, że tego nie zrobiłem. Jest tam bardzo wygodne siedzenie – rzekł, sięgając po jej 

dłoń.   

– Dzieciaki lubi

ą ten samochód. Ma lepsze radio.   

Roxie wpad

ła w panikę. Hank realizował swój plan punkt po punkcie. Mogłaby zabrać 

rękę, ale wówczas musieliby o tym porozmawiać, a tego nie chciała.   

– Czy w tym samochodzie r

ównież jest telefon? 

– Mo

że udałoby się jej zadzwonić do domu pod pretekstem sprawdzenia, jak się sprawuje 

Charlie oraz dzieci. Właściwie naprawdę niepokoiła się, co mogą tam sami wyprawiać.   

– Nie, nie ma. Czy jest kto

ś, do kogo bardzo chcesz zadzwonić? 

– Po prostu pomy

ślałam, że moglibyśmy się upewnić, że w domu wszystko w porządku.   

– Aha. – Pu

ścił jej dłoń. – O co chodzi, Roxie? – spytał łagodnie. – Najpierw próbowałaś 

wymówić  się  od  przejażdżki,  potem  chciałaś  koniecznie  rozmawiać  o  Hilary,  a  teraz 
proponujesz, żebyśmy zadzwonili do domu.   

Roxie roze

śmiała  się  nerwowo.  Co  miała  mu  powiedzieć?  Że  jest  mężczyzną,  którego 

mogłaby pokochać, boi się jednak, ponieważ niedawno się sparzyła? 

– Nie wiem. Raz mi si

ę wydaje, że znam cię od wieków, a za chwilę zastanawiam się, jak 

to możliwe, by tak bardzo pociągał mnie ktoś, kogo poznałam cztery dni temu.   

– Ale ci

ę pociąga? – spytał z uśmiechem, ujmując z powrotem jej dłoń. – Masz lodowate 

palce. Czy naprawdę tak się denerwujesz? 

– Nie wiem, jakie s

ą twoje zamiary. – Powiedziała więcej, niż zamierzała.   

– Chodzi ci o dzisiejszy wiecz

ór czy dalszą przyszłość? 

Chcia

ła odpowiedzieć, że i o jedno, i drugie, ale zabrzmiałoby to idiotycznie nawet dla 

niej.   

– Oczywi

ście, że o dzisiejszy wieczór. Przecież dopiero się poznaliśmy.   

background image

– A co z przepowiedni

ą Charliego? Czy ani trochę w nią nie wierzysz? 

– Nie... niezupe

łnie.   

–  Rozumiem. Wobec tego zdradz

ę ci moje zamiary na dzisiejszy wieczór. Wybierzemy 

film,  prawdopodobnie  komedię,  a  potem  zatrzymamy  się  na  spokojnej  uliczce,  żeby 
przekonać się, jak wygląda dalszy ciąg pocałunku.   

Roxie by

ła ciekawa, czy Hank słyszy głośne bicie jej serca.   

– Masz jakie

ś zastrzeżenia? 

– Ja... nie, chyba nie. – Prze

łknęła z trudem ślinę. – I co dalej? 

–  Je

śli nam się to obojgu spodoba – powiedział, śmiejąc się – umówimy się na randkę, 

tym  razem  bez  dzieci.  Dziś  nie  możemy  ich  zawieść,  tym  bardziej  że  to  dzięki  Ryanowi 
możemy spędzić chwilę na osobności.   

– Hank, dzieci z pewno

ścią czekają na film. Może powinniśmy wypożyczyć go i wrócić 

prosto do domu? 

Pog

łaskał ją po dłoni.   

–  By

ć może, ale wówczas nie pocałowałbym cię. Nie chcę wracać do domu, nie znając 

smaku twoich warg, Roxie.   

Podniecenie, kt

óre wzbudziły jego słowa, zagłuszyło niepokój. Przecież jeden pocałunek 

to nie koniec świata.   

– Czy zgadzasz si

ę ze mną? – spytał Hank, wjeżdżając na parking przed wypożyczalnią 

kaset. – 

Bo jeśli wolisz wybrać film i jechać prosto do domu, dostosuję się do ciebie.   

Patrzy

ła na niego, zdając sobie sprawę, że stoi na rozstaju dróg i że zapamięta tę chwilę 

do końca życia.   

– Nie chc

ę jechać prosto do domu.   

–  To dobrze. – Przesun

ął lekko palcem po jej policzku. – Ani ja. Chodź, wypożyczymy 

kase

tę.   

Wybrali z p

ółki jakąś lekką komedię i podeszli do kontuaru.   

– Powinni by

ć zadowoleni – powiedział Hank, sięgając po portfel.   

Gdy znale

źli się z powrotem w przytulnej ciemności lincolna, Roxie nie odezwała się ani 

słowem.  Hank,  również  w  milczeniu,  wyjechał  z  parkingu  i  skierował  samochód  ku  ślepej 
uliczce,  gdzie  powstawał  nowy  kompleks  mieszkaniowy.  Zatrzymał  samochód  i  wyłączył 
silnik.   

– Wyros

łem już z kradzionych pocałunków w samochodzie – powiedział, odpinając pas. 

– Wysiadamy.   

Roxie pos

łusznie odpięła swój pas. Hank wysiadł i otworzył drzwiczki od jej strony.   

–  Chod

ź.  –  Poprowadził  ją  w  kierunku  pobliskiej  budowy.  –  Jeśli  natkniemy  się  na 

nocnego dozorcę, powiemy mu, że kupujemy ten dom i przyszliśmy dokonać wizji lokalnej.   

– 

Ładnie pachnie – powiedziała Roxie, wdychając woń świeżo ciętego drewna.   

–  Uwielbiam to. Mam nadziej

ę,  że  nie  doczekamy  dnia,  kiedy  przestanie  się  używać 

drewna do budowy dom

ów. Uważaj! Jakiś głupek zostawił deskę ze sterczącymi gwoździami. 

– 

Hank pochylił się i odrzucił ją.   

– Za

łożę się, że jesteś pedantem, jeśli idzie o bezpieczeństwo pracy.   

background image

– Owszem. A ta firma zaniedbuje te sprawy. W og

óle bardzo lubię swoją pracę.   

– Postaram si

ę, żebyś był w pobliżu, gdy będę budowała dom moich marzeń – rzekła bez 

zastanowienia Roxie.   

– To bardzo interesuj

ący pomysł.   

– Hank, nie chodzi

ło mi...   

– Hej, nie denerwuj si

ę – rzekł, przyciągając ją do siebie. – Kto wie, co przyniesie nam 

przyszłość? Jesteś bojaźliwym stworzonkiem, Roxie.   

– Chyba tak. – Przesun

ęła palcami po klapach jego zamszowej kurtki.   

Przechyli

ła głowę i spojrzała mu w twarz. Nie widziała w ciemności jej wyrazu. Czy był 

taki solidny, na jakiego wyglądał, czy też jest to maska, pod którą kryje się zwykły łobuz? 
Trzy lata temu nie umiała oceniać ludzi. Czy coś się od tej pory zmieniło? 

Pochyli

ł  się  ku  niej.  Jego  lekko  rozchylone  wargi  powoli  dotknęły  jej  ust.  Ona  jednak 

cofnęła się, przestraszona. Niczego nie przyspieszał, gładził ją po karku, delikatnie chwytał 
zębami  i  drażnił  językiem  jej  wargi,  dopóki  nie  opadło  z  niej  napięcie.  Z  cichym 
westchnieniem przylgnęła do niego, a jej wilgotne usta czekały już tylko na pocałunki.   

Obj

ął ją mocniej i obsypał pocałunkami, które sprawiły, że zaczęła drżeć na całym ciele. 

Jeszcze  raz  przedarł  się  przez  bariery,  które  wzniosła  pomiędzy  nimi.  Rozchyliła  z  jękiem 
usta, pozwalając, by poznawał językiem ich wnętrze.   

Krew 

żywiej krążyła jej w żyłach, nie musiała widzieć twarzy Hanka, by rozumieć jego 

pragnienia, i choć przerażona, sama je odwzajemniała.   

Oderwa

ł się na chwilę od niej, oddychając z trudem.   

– Lepiej... zabior

ę cię do domu. Skinęła w milczeniu głową.   

– Nie chc

ę tego – wyszeptał, przyciągając ją znów do siebie. – Chcę... do licha! – Jeszcze 

raz przywarł namiętnie wargami do jej ust.   

Tym razem wysz

ła mu naprzeciw, oddając pocałunek, uległa, podniecona. Otoczyła jego 

szyję  ramionami  i  zatraciła  się  zupełnie.  Jakaś  ciemna,  prymitywna  siła  pchała  ją  ku 
Hankowi.   

Poca

łunek  przyniósł  radość  i  pragnienie,  które  domagało  się  zaspokojenia.  Czy  to 

możliwe, że uczucie, z którego tak trudno jej było zrezygnować sześć miesięcy temu, było 
zaledwie  zwiastunem  prawdziwej  namiętności?  Oszołomiona,  zajrzała  mu  w  twarz,  gdy 
podniósł głowę, kręcąc nią, jak gdyby coś go ogromnie zdziwiło.   

– Musimy wraca

ć – rzekł pełnym napięcia głosem. – Jesteś... to więcej niż... chodźmy! – 

Ujął ją za rękę i pociągnął łagodnie w kierunku samochodu. – Charlie chyba wie, co mówi – 
mruknął.   

– Chyba... tak – przytakn

ęła.   

Pom

ógł  jej  wsiąść  do  samochodu  i  zapiąć  pas.  Zauważyła,  że  ręce  mu  drżą.  To  tylko 

pocałunek, wmawiała sobie. To wszystko wina przepowiedni Charliego. Hank jest zwykłym 
mężczyzną.  Wszystko  będzie  wyglądało  inaczej  w  świetle  dnia.  Sama  sobie  jednak  nie 
wierzyła.   

Hank usiad

ł za kierownicą i wpatrzył się w przednią szybę samochodu.   

–  Naprawd

ę nie spodziewałem się tego – powiedział. – Jesteś ładna, podobasz mi się i 

background image

miałem ochotę cię pocałować, ale to był grom z jasnego nieba.   

– Wiem. Czuj

ę to samo.   

– Zw

łaszcza że najpierw nie chciałaś ze mną jechać.   

–  Prze

żyłam rozczarowanie. Przeprowadziłam się tutaj, żeby dojść do siebie. Podobałeś 

mi się również i bałam się kolejnego...   

– To by

ł żonaty mężczyzna, prawda? Skinęła w milczeniu głową.   

– Domy

śliłem się z twojej reakcji na zdjęcie. Czy wciąż go kochasz? 

– Nie.   

– Pytam, poniewa

ż nie zniósłbym myśli, że całowałaś się ze mną, myśląc o nim.   

– A ty kogo ca

łowałeś, Hank? 

–  Ciebie.  –  Pog

łaskał  ją  po  policzku.  –  Tylko  ciebie.  I  mam  ochotę  na  coś  znacznie 

więcej. Myślę, że spotkało nas coś wspaniałego, Roxie. Nie przegapmy tego. Kiedy cię znów 
z

obaczę? 

– To zale

ży od ciebie. Ty masz dzieci.   

–  Jako

ś  o  nich  w  tej  chwili  nie  myślałem.  Tak,  obiecałem  im  pomóc  jutro  zbudować 

domek na drzewie. Może wpadłabyś...   

– Mo

że kiedy indziej – powiedziała łagodnie, kładąc mu rękę na ramieniu.   

–  Dobrze  –  odrzek

ł  cicho.  –  W  poniedziałek  mam  zebranie.  Co  powiesz  na  wtorek 

wieczorem? 

– Ch

ętnie – odpowiedziała z bijącym sercem.   

– Przyjad

ę po ciebie o siódmej.   

– Dobrze. – W ustach jej zasch

ło. Cały wieczór tylko z Hankiem. Czuła wciąż na wargach 

jego palące pocałunki. Co się stanie, gdy będą mieli dla siebie wiele godzin? 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Roxie sp

ędziła niedzielny ranek, szorując na kolanach posadzkę w kuchni.   

– Czemu nie chcesz, 

żebym ci pomógł? – spytał Charlie ze skruszoną miną. – Czuję się 

odpowiedzialny za cały ten bałagan.   

– Bo jeste

ś – powiedziała z uśmiechem Roxie. – Nie przejmuj się. Podłoga prosiła się już 

o umycie.   

–  By

łem  pewny,  że  sypiesz  proszek  do  tych  małych  pojemniczków.  Ryan  chciał  użyć 

płynu, ale...   

– Wiem, m

ówiłeś mi o tym wczoraj.   

– Tak, ale nie by

łem pewien, czy mnie słuchasz. Wyglądałaś na trochę... oszołomioną.   

– Och, doprawdy? – spyta

ła z największą nonszalancją, na jaką ją było stać.   

– Po prostu promienia

łaś. – Charlie wysuną] swoje ulubione krzesło kuchenne i usiadł. – 

Ryan i Hilary m

yśleli,  że  wściekniesz  się,  gdy  zobaczysz  cały  ten  rozgardiasz,  i  byli 

zdumieni, że przyjęłaś to tak spokojnie.   

Roxie pochyli

ła głowę, zeskrobując zaschnięte mydliny, które zebrały się w rogu kuchni.   

– Ju

ż powiedziałam, że podłodze przydało się solidne szorowanie.   

– Oczywi

ście, postąpiłbym dokładnie tak samo, włączając w to nawet godny pożałowania 

incydent ze zmywarką. Tak, jestem zadowolony z wykonanej pracy.   

– Pracy? – Roxie wrzuci

ła gąbkę do wiaderka i uśmiechnęła się do niego złośliwie. – Czy 

przypi

sujesz sobie całą zasługę? 

– Niewykluczone. – Charlie wyj

ął chusteczkę i zaczął polerować swoją złotą spinkę.   

–  Mo

że  rzeczywiście  sprowadziłeś  Hanka,  ale  równie  dobrze  mogła  to  być  kwestia 

przypadku.   

Charlie odchrz

ąknął, dając Roxie do zrozumienia, że się z nią nie zgadza, ale jest zbyt 

dobrze wychowany, by się sprzeczać.   

– Mo

że, ale nie lubię pozostawiać niczego przypadkowi. Zwłaszcza gdy w pobliżu kręci 

się ktoś w rodzaju Douga Kelly’ego o szczurzej twarzy.   

– No wiesz, Charlie! Nie przeszkodzi

ło ci to zajadać się czekoladkami, które dostałam od 

niego z okazji dnia świętego Walentego.   

–  Jad

łem  je  wyłącznie  po  to,  by  zmniejszyć  twoje  poczucie  winy,  moja  droga. 

Pomyślałem,  że  możesz  czuć  się  głupio,  pałaszując  czekoladki  od  kogoś,  z  kim  nie 
zamier

zasz się więcej spotykać na gruncie towarzyskim.   

Roxie wzi

ęła się pod boki i obrzuciła go wyzywającym spojrzeniem.   

– Sk

ąd wiesz? 

– A zamierzasz? 

– Raczej nie, ale...   

– A Hank? 

– We wtorek wieczorem – mrukn

ęła Roxie pod nosem, wracając do szorowania podłogi.   

– 

Świetnie. Gdyby jeszcze udało mi się rozwiązać problem biednej Como, poczułbym się 

background image

znacznie lepiej.   

–  Charlie, ostrzega

łam  cię,  żebyś  dał  sobie  z  tym  spokój.  Nic  jej  nie  jest.  Weterynarz 

powiedział, że można poczekać do powrotu Osbornów. Oni powinni mieć ostatnie słowo w 
tej sprawie.   

–  Podejd

ź  tu  do  mnie  i  wyjrzyj  przez  okno.  Czy  nadal  twierdzisz,  że  wszystko  jest  w 

porządku? 

– Co masz na my

śli? 

– Chod

ź, chodź. – Pomógł jej wstać. – Znowu to robi. Usycha z tęsknoty.   

– Och, na mi

łość boską! – Roxie spojrzała przez okno. – Ona po prostu stoi przy płocie i 

wygląda.   

– Stoi tak od wielu godzin. Czy dawniej te

ż tak sterczała całymi godzinami? 

– Nie mam poj

ęcia, nie obserwuję jej każdego ruchu. Może pragnie odmiany. Wezmę ją 

na spacer.   

– Nie, ona t

ęskni do ukochanego. Nie pamiętasz, dokąd zabrali ją Osbomowie, gdy była 

jeszcze za młoda? Może patrzy właśnie w tamtym kierunku? 

– Nie mam zielonego poj

ęcia. Nie będziemy się w to mieszać.   

Charlie spojrza

ł na nią i cmoknął z dezaprobatą.   

– Roxie Lowell, nie zas

ługujesz na swoje nazwisko! 

–  Hej, obieca

łam  ją  karmić,  szczotkować  i  ciepło  do  niej  przemawiać.  Zgodziłam  się 

sprzątać jej zagrodę i mościć świeżą słomą. Nie było mowy o graniu roli Kupidyna.   

– Czy nie by

łoby to miłe? 

– Nie.   

Charlie poklepa

ł ją po ramieniu.   

– Wiem, gdzie jest pies pogrzebany. Na razie nie identyfikujesz si

ę jeszcze z Como. Być 

może niedługo spojrzysz inaczej na jej problem.   

– Co to ma znaczy

ć? 

Charlie nic nie powiedzia

ł, tylko spoglądał na nią z uśmiechem.   

We wtorkowy wieczór, szy

kując  się  na  randkę  z  Hankiem,  Roxie  zaczęła  znów  się 

denerwować. Wolałaby usiąść z Charliem do zwykłej partyjki szachów. Starszy pan zaszył się 
w domku gościnnym z książką o wschodnich zwyczajach małżeńskich, wybraną z bogatej i 
różnorodnej biblioteki Osbornów.   

Ostatnio Roxie zacz

ęła podejrzewać, że może Charlie jest socjologiem, który pisze pracę 

naukową  poświęconą  włóczęgom.  Zdecydował  się  żyć  przez  pewien  czas  tak  jak  oni,  aby 
zebrać  materiał.  Ucieszyłaby  się,  gdyby  to  była  prawda.  Jeśli  jednak  rzeczywiście  jest 
bezdomny, będzie mógł się u niej zatrzymać tak długo, jak zechce.   

Tymczasem jednak zastanawia

ła  się,  co  ma  włożyć  na  spotkanie  z  Hankiem.  Zaraz  po 

przyjeździe była na przyjęciu i wtedy widziała ludzi ubranych w najprzeróżniejsze, nierzadko 
dziw

aczne  stroje.  Postanowiła  zdać  się  na  intuicję.  W  rezultacie  zdecydowała  się  na 

szmaragdową  bluzkę  z  długimi  rękawami,  plisowaną  spódnicę  w  deseń  przypominający 
witraże i buty na niskim obcasie.   

Dok

ładnie o siódmej Hank zadzwonił do drzwi.   

background image

– Doskonale – powiedzia

ł, gdy mu otworzyła.   

–  Doskonale co? –  spyta

ła, patrząc na jego kowbojskie buty, dżinsy i koszulę rodem z 

westernu.  Zauważyła,  że  ma  znowu  zamszową  kurtkę  i  zadała  sobie  w  duchu  pytanie,  czy 
Hank zdaje sobie sprawę, jak seksownie w niej wygląda.   

–  Zobaczysz za dwadzie

ścia minut – dodał, mierząc ją spojrzeniem od stóp do głów. – 

Uwierz mi, pasuje jak ulał.   

Nie mog

ła zebrać myśli, gdy stał tak blisko niej. Przypominała sobie jak przez mgłę, że 

mówił coś o swingu country.   

– Ta

ńce. Teraz pamiętam.   

– W

łaśnie. Swing. Czy udało ci się doprowadzić kuchnię do porządku? 

–  W ko

ńcu tak. – Uśmiechnęła się do niego.  Było to takie łatwe. – Mówiłam ci, że to 

ryzyko zostawić Charliego na gospodarstwie.   

Pog

łaskał ją po policzku, patrząc na nią z czułością.   

–  Powinna

ś  była  pozwolić,  bym  ci  pomógł.  Chętnie  posprzątałbym  połowę  kuchni  w 

zamian za chwile spędzone z tobą.   

– Nie ma mowy. Charlie to m

ój kłopot. Zresztą sympatyczny.   

– W

łaśnie, właśnie, gdzie on się podziewa? 

– Czyta ksi

ążkę w domku gościnnym.   

– A ja marnuj

ę czas na głupstwa. – Hank przyciągnął ją do siebie i pocałował łapczywie, 

jak gdyby nie miał żadnych wątpliwości, że ona tego chce.   

I nie powinien mie

ć,  pomyślała.  Lgnęła  ku  niemu  niczym  przyciągana  magnesem. 

Kompletnie zapomniała, że na wargach ma błyszczyk, że spędziła dziesięć minut nad nową 
fryzurą. Zapomniała o kolacji i tańcach, świat to były ramiona Hanka.   

–  To czyste szale

ństwo – szepnął, odsuwając się na tyle, by móc spojrzeć jej w oczy. – 

Wystarczy, że cię pocałuję, a zapominam o bożym świecie.   

– Ze mn

ą jest podobnie.   

–  Naprawd

ę zarezerwowałem stolik, poza tym chcę zabrać cię na tańce. Chcę tańczyć z 

kimś, kogo... Z kimś takim jak ty.   

By

ła ciekawa, co chciał powiedzieć. Zabrzmiało to jak wyznanie... czego? Jasne, że jej 

pragnął, ale gdy patrzył na nią, w jego oczach tliło się nie tylko pożądanie. Zauważyła to już 
w sobotę, gdy siedzieli przy stole, i potem, gdy oglądali film. I teraz. Ktoś, kto nie wiedziałby, 
że poznali się zaledwie tydzień temu, nazwałby to spojrzeniem pełnym miłości.   

To 

śmieszne, pomyślała. Nie mógł jej kochać, nie mógł się zakochać tak szybko.   

–  Wezm

ę  płaszcz  –  powiedziała,  wyswobadzając  się  delikatnie  z  jego  objęć.  –  Czy na 

pewno jestem odpowiednio ubrana? 

– Wygl

ądasz świetnie, po prostu prześlicznie. Roxie otworzyła szafę i wyjęła płaszcz.   

– Jestem gotowa. Chyba 

że masz ochotę na małego drinka przed wyjściem.   

– Nie, raczej nie. – Pom

ógł jej włożyć płaszcz i pocałował czule. – Najbardziej w świecie 

pragnąłbym zaciągnąć cię do jaskini.   

– Za w

łosy? – spytała, pokrywając śmiechem dreszcz podniecenia.   

– Nie, nigdy nie by

łem zwolennikiem tej metody. Przerzuciłbym cię przez ramię.   

background image

Przyspieszone bicie serca powiedzia

ło jej, że nie miałaby nic przeciwko  temu. Potężna 

siła popychała ją tam, skąd nie było odwrotu. Przestała dbać o konsekwencje, chciała tylko, 
by ją całował.   

– Wracaj

ąc do problemu mojej córki – powiedział Hank, gdy wyszli z domu. – Chciałem 

cię o coś spytać, nim zapomnę. Czy podtrzymujesz swoją propozycję? 

– Zamierzasz jednak zaryzykowa

ć? 

– Tak. Co

ś trzeba zrobić. Nie zdejmuje chustki ani na chwilę. Po dwóch dniach w szkole 

można by pomyśleć, że używała jej do czyszczenia podłogi.   

– Spytam moj

ą fryzjerkę. Może w sobotę? 

– Wspaniale. Zap

łacę za wszystko, mam jednak nadzieję, że wróci do swego naturalnego 

koloru.   

– Hank, nie mog

ę niczego zagwarantować. Nie chciałabym, żebyś...   

– Nie martw si

ę. Nie będę miał do ciebie pretensji.   

– Pom

ógł jej wsiąść do samochodu.   

Ruszyli w kierunku p

ółnocnym.  Po  lewej  stronie  migotały  światła  miasta, po prawej 

majaczył  ciemny  kształt  Catalina  Mountains.  Roxie  żałowała,  że  jechała  tą  samą  drogą 
ubiegłego wieczoru. Przebywanie z Hankiem było czymś tak szczególnym, że wydawało jej 
się, iż wszystko, co robią razem, powinni robić po raz pierwszy.   

Spojrza

ła na jego profil. Przez kilka lat był mężem kobiety, którą kochał. Nie mogła tego 

zmienić. Nie mogła też zmienić faktu, że przez trzy lata jej serce należało do kogoś innego. 
Mimo to miała nadzieję, że uda jej się zacząć wszystko od nowa.   

– Wszystko w porz

ądku? – spytał Hank, biorąc ją za rękę. – Jesteś taka cichutka.   

– W porz

ądku – odpowiedziała, odwzajemniając uścisk. – Co wiesz o lamach? 

– 

Że są spokrewnione z wielbłądami i hoduje je Kim Novak. To wszystko.   

– Kim Novak? Ta aktorka? Naprawd

ę? 

– Tak. Gdzie

ś o tym czytałem. Och, i chyba Michael Jackson ma jedną.   

– Charlie twierdzi, 

że Como tęskni za ukochanym.   

– Naszemu staruszkowi tylko romanse w g

łowie – roześmiał się Hank.   

–  W

łaśnie.  Weterynarz  powiedział,  że  nie  ma  powodu  przejmować  się  nią,  nawet  jeśli 

dojrzała do krycia, ale Charlie w kółko powtarza to samo i budzi we mnie poczucie winy. Co 
ty o tym sądzisz? 

–  Je

śli chcesz,  żebym cię poparł,  to  pytasz niewłaściwą osobę w niewłaściwym czasie. 

Ostatnio mam bardzo pozytywne podejście do spraw miłosnych.   

– Nawet je

śli Osbornowie by się zgodzili, w co wątpię, nie chcę angażować się w miłosne 

życie Como.   

– A moje? – spyta

ł cicho Hank.   

– Zgodnie ze s

łowami Charliego – odparła, rumieniąc się – wszystko zostało zapisane w 

gwiazdach.   

–  Nie pytam Charliego, lecz ciebie. Odpowiedzi udzieli

ło za nią jej ciało, przepełnione 

po

żądaniem.   

– My

ślę, że Charlie wiedział, co mówi – wyszeptała.   

background image

– Ja r

ównież tak sądzę. Ja również.   

Skr

ęcili w drogę wjazdową do Conquistador. Gdy jechali krętym podjazdem na parking, 

Roxie  zorientowała  się,  że  zmierzają  do  „The Last Territory Steakhouse”. Drewniany 
budynek  w  stylu  rustykalnym  przycupnął  na  zboczu  wzgórza  poniżej  całego  kompleksu  o 
wyszukanej architekturze.   

–  Ta knajpka 

żywcem z Dzikiego Zachodu niesamowicie kontrastuje z nowoczesnym 

luksusem – 

powiedział Hank, pomagając jej wysiąść z samochodu.   

Gdy zbli

żali się do restauracji, powitały ich dźwięki muzyki country i zapach smażonego 

mięsa  oraz  prażonej  fasoli.  Hank  zastanawiał  się,  czy  uda  mu  się  cokolwiek  przełknąć. 
Jedyne, na co miał ochotę, to wziąć Roxie w ramiona. Zaprosił ją jednak na kolację, a dobre 
wychowanie nakazywało dotrzymać słowa.   

– G

łodna? – spytał, gdy wchodzili do środka.   

– Bardzo.   

–  To 

świetnie.  Chciałem  cię  jednak  uprzedzić,  że  steki  są  tu  naprawdę  ogromne, 

proponuję więc, żebyśmy wzięli jednego na pół. – Miał nadzieję, że nie wyszedł na skąpca.   

–  Och tak, prosz

ę  –  odrzekła  z  wdzięcznością.  Może  ją  też  obfity  posiłek  napawa 

przerażeniem, pomyślał. To byłby dobry znak.   

Kelnerka poprowadzi

ła  ich  do  stolika  obok  baryłki  pełnej  niełuskanych  orzeszków 

ziemnych. Hank pomógł Roxie zdjąć płaszcz i posadził ją przy stoliku, po czym sam zajął 
miejsce  naprzeciwko.  Stół  był  nakryty  obrusem  w  biało-czerwona kratkę,  pośrodku  stał 
świecznik z czerwonego szkła. Wsparłszy się na łokciach, Hank przyglądał się, jak płomień 
świecy odbija się w niebieskozielonych oczach Roxie. Zastanawiał się, czy choć trochę zdaje 
sobie sprawę, jaka jest piękna.   

–  Kojarzysz mi si

ę  z  Gwiazdką  –  powiedział,  wskazując  na  jej  szmaragdową  bluzkę  i 

biało-czerwony obrus. Chciał jej powiedzieć, że przypomina mu płomiennowłosą boginię i że 
opis Charliego blednie przy oryginale. Jednak nie potrafił znaleźć właściwych słów.   

– Lubi

ę Gwiazdkę – odpowiedziała z uśmiechem.   

–  Ja te

ż. – Hank spojrzał z tęsknotą na guziki, znaczące szlak pomiędzy jej piersiami i 

niknące pod paskiem spódnicy. Nie, właściwie nie chciał traktować jej jak bogini, ponieważ 
boginie są zbyt eteryczne. Roxie zaś jest kobietą z krwi i kości.   

Jej obecno

ść  zapierała  mu  dech  w  piersiach  i  nie  spodziewał  się,  by  mu  się  to  jeszcze 

kiedykolwiek przytrafiło. Miał w kieszeni klucz do pokoju, ale to ona dyktowała warunki. Nie 
miał zamiaru o nim wspominać, gdyby wyczuł w niej wahanie czy obawę.   

Pojawi

ła się kelnerka i oboje zdecydowali, że piwo będzie najodpowiedniejszym napojem 

w  tym  lokalu.  Zamówili  też  jeden  stek  i  dwa  talerze,  by  się  nim  podzielić.  Kelnerka 
przyniosła dwa kufle i koszyczek orzeszków ziemnych.   

–  Za zepsute telefony  –  wzni

ósł  toast  Hank.  –  Bez  nich  moglibyśmy  się  nigdy  nie 

spotkać.   

– Za zepsute telefony – powt

órzyła Roxie, podnosząc kufel do ust.   

Hank poci

ągnął długi łyk i odstawił swój kufel.   

– I pomy

śleć, że pracując tak blisko, mogłem cię nigdy nie spotkać.   

background image

– Nie zastanawia ci

ę, kogo jeszcze przegapiasz każdego dnia? – spytała, zlizując pianę.   

– Nie. Nie dzi

ś. Czy zawsze jesteś taka praktyczna? 

– Zazwyczaj.   

Podziwia

ł  jej  inteligencję  i  umiejętność  widzenia  różnych  stron  każdej  sprawy.  W  tej 

chwili wolał jednak, żeby kierowała się wyłącznie emocjami.   

–  Chod

źmy  zatańczyć  –  wyciągnął  do  niej  rękę.  Zespół  grał  balladę  o  nieszczęśliwej 

miłości,  ale  Hank  postanowił  odrzucić  przesądy.  Ballady  w  stylu  country  rzadko  mówią  o 
czym innym, pomyślał. Najważniejsze, że będzie znów trzymał Rocie w ramionach.   

Na parkiecie przyci

ągnął  ją  blisko  do  siebie.  Roxie  przylgnęła  do  niego,  jak  gdyby 

tańczyli w ten sposób od lat.   

– Mam nadziej

ę, że wiesz, co robisz – powiedział szeptem.   

Odchyli

ła głowę i zatopiła w jego oczach rozmarzone spojrzenie. Przestała kierować się 

rozsądkiem.   

– Ta

ńczę – powiedziała. – A ty co robisz? 

– Och, nic – odrzek

ł. – Po prostu tracę rozum. Myślę, że doskonale zdajesz sobie z tego 

sprawę.   

Przycisn

ęła  się  do  niego  odrobinę  mocniej  biodrami,  jemu  to  jednak  wystarczyło  za 

odpowiedź.  Przepełniła  go  radość.  Flirtowała  z  nim,  drażniła  się,  żeby  wzbudzić  w  nim 
jeszcze większe pożądanie. Z pewnością nie należała do kobiet, które celowo podniecałyby 
mężczyznę po to, by go odepchnąć, gdy poprosi o więcej.   

Przytuli

ła  głowę  do  jego  piersi.  Hank  wdychał  cudowny  zapach  jej  lśniących  włosów. 

Jakże pragnął, żeby wszyscy inni się zdematerializowali, żeby mógł zostać z Roxie sam na 
sam.   

Taniec by

ł rozkoszną torturą. Bliskość Roxie rozbudzała namiętność. Marzył, by się z nią 

kochać. Na razie musiał mu wystarczyć taniec. Mimo wszystko lepiej było tulić ją do siebie, 
czuć jej pełne piersi, nacisk bioder, niż siedzieć przy stole.   

Zesp

ół przestał  grać i Hank  niechętnie wypuścił Roxie z objęć.  Wraz z innymi parami 

nagrodzili 

muzyków  brawami.  Hank  modlił  się,  żeby  następna  melodia  była  również 

powolna, wiedział jednak, że los mu nie sprzyja. Wielu tancerzy nie mogło już się doczekać 
swinga.   

Roxie obserwowa

ła ich przez chwilę, po czym pokręciła głową.   

– Nie potrafi

ę tak tańczyć – stwierdziła z żalem. – Posiedźmy trochę, dopóki nie skończą 

grać.   

–  Naucz

ę cię. Nie tańczyłem już kilka lat, ale spróbujmy. – Pokazał jej kroki i obroty, 

uradowany, że wciąż może jej dotykać. – Świetnie, tylko tak dalej.   

– Czuj

ę się głupio. Wszyscy tańczą jak zawodowcy.   

–  Nie wygl

ądasz wcale głupio. Teraz przybliż się do mnie, obrót i jeszcze jeden obrót. 

Nie masz pojęcia, jak cudownie światło igra w twoich włosach, gdy się okręcasz – wyszeptał. 
– 

Boże, jesteś naprawdę fantastyczna.   

– Za

łożę się, że mówisz to wszystkim swoim uczennicom – rzekła z uśmiechem.   

– Tylko tym, kt

óre mają lamy. – Oczy jej błyszczały, policzki płonęły rumieńcem. Hank 

background image

nabrał pewności, że z Roxie każdy dzień będzie inny, każde przeżycie szczególne. Przestało 
mie

ć dla niego znaczenie, czy wykorzystają dzisiaj klucz, choć rozpaczliwie pragnął się z nią 

kochać. Poczeka, jeśli to konieczne, wiedząc, że ta chwila musi nadejść. Zdał sobie sprawę, 
że  ich  los  został  przesądzony.  Charlie  Hartman,  czy  kimkolwiek  jest  starszy pan, ma sto 
procent ragi.   

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Nim sko

ńczył się drugi taniec, podano im zamówione potrawy. Roxie z apetytem zabrała 

się za sałatki w śmietanowym sosie, solone orzeszki i piwo.   

Jednak najwi

ększy  apetyt  miała  na  szarookiego  mężczyznę  siedzącego naprzeciw niej. 

Taniec  przypomniał  dawne  zmysłowe  pragnienia.  Wzrok  Hanka  nie  wprawiał  jej  już  w 
zdenerwowanie i nie peszył. Wręcz przeciwnie, przyciągał i pobudzał.   

–  A oto nasz stek i dodatkowy talerz –  powiedzia

ł  Hank,  sącząc  piwo.  –  Kiedyś,  gdy 

d

zieliliśmy się jedzeniem z moim bratem, zawarliśmy układ, że jedna osoba kroi wszystko na 

pół, a druga wybiera.   

–  Nie musimy tak robi

ć. – Roxie odstawiła świecznik i podniosła wzrok na kelnerkę. – 

Proszę to postawić na środku stołu, nie będzie nam potrzebny drugi talerz. Dziękuję.   

– To powinno by

ć interesujące – powiedział Hank, nachylając się ku niej.   

– Wygodne.   

–  Taak, podoba mi si

ę.  –  Odkroi!  kawałek  steku,  uśmiechając  się,  gdy  ich  dłonie 

przelotnie się zetknęły.   

– Mm, pycha. – Roxie delektowa

ła się soczystym mięsem.   

–  Nie musisz nic m

ówić, ale wciąż myślę o zawodzie, który przeżyłaś. Chciałbym... to 

znaczy...   

– W porz

ądku, Hank – powiedziała cicho Roxie. – Opowiem ci o nim.   

– Naprawd

ę cię zranił, prawda? – Hank obrzucił Roxie współczującym spojrzeniem.   

–  Prawda. Po pierwsze, zabi

ł moje marzenia. Gdy sobie przypomnę moją paplaninę, ile 

dzieci  chciałabym  mieć,  jaki  dom...  Przez  przypadek  dowiedziałam  się,  że  już  ma  to 
wszystko, a na dodatek żonę.   

Hank zakl

ął głośno.   

–  Wmawia

ł mi, oczywiście, że żona  go nie rozumie, ale w rzeczywistości to ja  go nie 

rozumiałam.   

– Co teraz porabia ta n

ędzna namiastka mężczyzny? 

– Pewnie szuka w New Jersey nowej 

łatwowiernej zdobyczy.   

–  Ma szcz

ęście,  że jest  tak  daleko,  inaczej przefasonowałbym mu  nos.  Ale przecież są 

samoloty.   

– Dzi

ękuję, ale szkoda pieniędzy na bilet.   

– Skrzywdzi

ł cię, mam więc ochotę odpłacić mu tym samym.   

Roxie zatopi

ła  spojrzenie  w  roziskrzonych  gniewem  szarych  oczach.  Oto  mężczyzna, 

który chce otoczyć ją opieką, który się o nią troszczy, któremu najwyraźniej na niej zależy.   

– Chod

źmy zatańczyć – szepnęła.   

Wtuli

ła  się  w  ramiona  Hanka  z  radosnym  westchnieniem.  To  nie  do  wiary,  że  tydzień 

temu jeszcze się nie znali. Kołysali się w takt muzyki, jego ciało było tak blisko. Ogarnęła ją 
fala gorąca.   

– Mi

łość wcale nie musi wszystkiego komplikować – szepnął jej do ucha.   

background image

Wzruszenie chwyci

ło ją za gardło, nie mogła wykrztusić słowa. A więc on też to czuje. 

Piosenka się skończyła, a oni stali na parkiecie, wpatrując się w siebie.   

– Mam ju

ż dość tego miejsca – odezwał się wreszcie Hank. – A ty? 

– Jak na m

ój gust zbyt duży tutaj tłok.   

– Chod

źmy wiec. – Skinął na kelnerkę i szybko uregulował rachunek. Tymczasem Roxie 

poszła po ich okrycia i torebkę. Po chwili podziwiali rozgwieżdżone niebo. Z dala, znad rzeki 
dobiegało wycie kojotów, w stajniach tupały niespokojnie spłoszone konie.   

– Czy chcia

łabyś wybrać się na przejażdżkę? – spytał Hank, obejmując ją ramieniem.   

– Mo

że – odpowiedziała z wahaniem. – A na co ty masz ochotę? 

Odwr

ócił ją ku sobie i położył ręce na jej ramionach, przyglądając się uważnie.   

– Pos

łuchaj, nie wiem, jak na to zareagujesz, ale... zarezerwowałem dla nas pokój. Tutaj. 

Tak mi tylko przyszło do głowy. Jeśli masz jakieś obiekcje, zrozumiem.   

– Zarezerwowa

łeś pokój? – spytała z bijącym sercem.   

– W porz

ądku, pospieszyłem się. Znam cię zaledwie od tygodnia. Zapomnij o tym.   

My

śli  kłębiły  się  w  jej  głowie.  Mogłaby  go  dotykać,  poznawać  tajemnice  jego  ciała, 

poddawać się jego pieszczotom aż do zaspokojenia dręczącego ją pożądania.   

– Nie – wyszepta

ła, przesuwając pieszczotliwie dłonią po policzku Hanka. – Nie chcę o 

tym zapomnieć.   

– Nie chcesz? 

– Nie.   

– A wi

ęc nie myliłem się – westchnął z ulgą, wsuwając dłonie pod jej rozpięty płaszcz i 

przytulając ją do siebie. – A więc zostaniesz ze mną? 

– Chyba tak – odpowiedzia

ła, czując zawrót głowy na samą myśl o tym, że będzie się z 

nim kochać.   

–  Ca

ły  wieczór  myślałem  tylko  o  tym,  że  chcę  cię  całować,  dotykać,  o  tak.  –  Powoli 

zaczął głaskać jej piersi, aż sutki naprężyły się pod materiałem bluzki.   

– Pragn

ę cię, Roxie, pragnę każdego skrawka twego ciała.   

Zadr

żała w jego ramionach. Nogi miała jak z waty.   

– Jest jeden ma

ły... szkopuł – powiedziała, gdy szli do samochodu.   

Spojrza

ł na nią pytającym wzrokiem.   

– Nie bra

łam pod uwagę tego, że możemy... nie jestem na to przygotowana... przestałam 

brać pigułki – wykrztusiła wreszcie.   

– Zostaw to mnie – u

śmiechnął się.   

Ucieszy

ła się, że pomyślał i o tym. Podziwiała odwagę, z jaką robił plany i ufność, jaką 

pokładał w intuicji. Do tej pory nie mogła mu niczego zarzucić.   

łatwością  znalazł  miejsce  na  parkingu,  a  następnie  zaprowadził  Roxie  do  pokoju. 

Speszyło ją to.   

– By

łeś już tutaj – zauważyła, mając nadzieję, że nie przyprowadzał tu innej kobiety.   

– W niedziel

ę – odrzekł, rozwiewając jej obawy.   

– Chcia

łem się we wszystkim zorientować. – Zamknął drzwi na klucz. – Miałem nadzieję, 

że przyda mi się ta wiedza.   

background image

–  To... bardzo mi

łe – powiedziała Roxie, obrzucając roztargnionym spojrzeniem pokój, 

pewna, że nie zapamięta żadnych szczegółów. Wyjrzała przez oszklone drzwi prowadzące na 
nieduży balkon. W dole mieniła się turkusowo woda w ogromnym basenie.   

Hank podszed

ł  do  niej  i  zaciągnął  zasłony.  Rzucił  kurtkę  na  krzesło,  po  czym  pomógł 

Roxie zdjąć płaszcz. Zajrzał jej w oczy.   

– Nawr

ót wątpliwości? 

Roxie zastanawia

ła  się,  czemu  we  wszystkich  pokojach  hotelowych  czuć  zawsze  dym 

papierosowy,  płyn  do  czyszczenia  i  politurę.  Nie  był  to  brzydki  zapach,  po  prostu  zbyt 
znajomy. Kojarzył jej się ze wspomnieniami, które pragnęła pogrzebać na zawsze.   

Odwr

óciła wzrok. Hank nie zasługiwał na to, by go okłamywać.   

– Ten... ee... 

żonaty mężczyzna, z którym widywałam się w New Jersey, zawsze zabierał 

mnie do hotelu. Częstował mnie historyjką o tym, że mieszka z siostrą, która nie uznaje seksu 
przed ślubem.   

– Ten m

ężczyzna ma jakieś imię, Roxie. Jakie? 

–  Mel.  –  Nie wymawia

ła  na  głos  tego  imienia  od  sześciu  miesięcy  i  zdumiała  się,  jak 

łatwo  jej  to  przyszło  teraz.  Chwile  spędzone  z  Hankiem  bez  wątpienia  pomogły  wymazać 
pamięć o dniach pełnych cierpienia. Gdyby znajdowali się w jakimkolwiek innym miejscu, a 
nie w pokoju hotelowym, Roxie w ogóle nie pomyślałaby o Melu.   

– Je

śli jeszcze o nim myślisz, zrozumiem. Ale proszę, nie kochaj się ze mną, dlatego że za 

nim tęsknisz.   

– Nie – zaprzeczy

ła szybko, wspierając się o jego pierś. – To nie to. Przypomniał mi się, 

gdy weszliśmy do tego pokoju, ale z pewnością nie marzę o powrocie do niego.   

– To dobrze. Nie musimy tu zosta

ć. Nie chcę, żebyś wspominała tego bęcwała, gdy po raz 

pierwszy będziemy razem.   

Razem, powt

órzyła w myślach, czując, jak przebiega ją dreszcz.   

–  Poca

łuj  mnie,  proszę  –  powiedziała,  pragnąc,  żeby  z  twarzy  Hanka  zniknął  wyraz 

niepewności. – Kochaj mnie, Hank. Kochaj – powtórzyła.   

Gdy ich usta si

ę  zetknęły,  Roxie  zamknęła  oczy,  wsłuchując  się,  co  jej  szepczą  inne 

zmysły. Poddała się magii jego dotyku, wdychała jego zapach, wsłuchiwała się w nierówny 
oddech, rozchyliła usta, otwierając drogę ruchliwemu językowi.   

Niecierpliwie szarpa

ł  się  z  guzikami  jej  bluzki  i  ta  niecierpliwość  wzmogła  jeszcze  jej 

pożądanie.  Nie  chciał  żadnych  gier,  drażnienia  się,  pragnął  jak  najszybciej  przełamać 
wszystkie bariery. Ona też.   

Pomog

ła mu, potem zajęli się wspólnie jego ubraniem. Po chwili części garderoby walały 

się wszędzie, oni zaś, roześmiani i na wpół przytomni, padli na łóżko.   

–  Roxie, och, Roxie –  mamrota

ł,  sunąc  wargami  po  jej  szyi  i  poznając  dłońmi  każdy 

zakątek jej ciała. – Chcę cię zapamiętać całą. Chcę się ciebie nauczyć. Chcę wiedzieć o tobie 
wszystko.   

J

ęknęła, gdy Hank odnalazł jej pierś i zaczął ją pieścić językiem i wargami. Słyszała tylko 

oszalałe  bicie  swego  pulsu.  Jego  ręce  głaskały  płaski  brzuch,  uda,  wreszcie  dotarły  do 
najbardziej  czułego  punktu,  w  którym  koncentrowało  się  całe  pragnienie,  domagając  się 

background image

natychmiastowego zaspokojenia.   

– Twoje oczy b

łyszczą jak gwiazdy – powiedział, unosząc głowę.   

– Pragn

ę cię – wymówiła ochrypłym szeptem. Jednym ruchem połączył ich ciała. Roxie 

uniosła biodra, z trudem chwytając oddech, jej ciałem wstrząsały dreszcze. W uszach narastał 
szu

m,  zagłuszając  czułe  słowa  Hanka,  on  zaś  poruszał  się  w  niej  rytmicznie,  potęgując  jej 

rozkosz.   

Stopniowo fala emocji opad

ła i Roxie wyczuła,  że Hank przestaje panować nad swymi 

ruchami. Oplotła go nogami i przylgnęła do niego z całej siły. Wreszcie i on osunął się na nią 
z jękiem.   

Oczy jej si

ę zamgliły, gdy uświadomiła sobie, że cały czas myślał o jej satysfakcji, a nie 

własnej.  Pomyślała,  że  nie  musiał  się  o  to  martwić,  ponieważ  działa  na  nią  tak  bardzo,  że 
wprost doprowadza ją do szaleństwa. Gdy są razem, nie potrafi zapanować nad namiętnością.   

A jednak co

ś było nie tak. Zdała sobie nagle sprawę, co ją gryzie. Czy, tak jak obiecał, 

zastosował środki ostrożności? Musiałaby przecież zauważyć.   

Hank poruszy

ł się i uniósł głowę, by spojrzeć na nią. Miał włosy w nieładzie i bardzo 

zadowoloną minę.   

– Jeste

ś cudowna – powiedział.   

–  Ty te

ż  –  odrzekła,  przesuwając  pieszczotliwie  palcem  po  jego  dolnej  wardze.  –  Ale 

mam...  jedno  małe  pytanie.  Obiecałeś  mi  wziąć  na  siebie  sprawę...  środków 
zapobiegawczych. Cz

y coś przegapiłam? 

–  Nie powiedzia

łbym,  że  wiele  przegapiłaś  –  roześmiał  się.  –  Nie  wyjaśniłem  ci 

wszystkiego zbyt dokładnie, prawda? 

Roxie walczy

ła  z  uczuciem  niepokoju.  Mężczyzna  pokroju  Hanka  nie  potraktowałby 

lekko tej sprawy, nie naraziłby jej na ryzyko, pocieszała się.   

– Nie wyja

śniłeś czego? 

–  Na szcz

ęście ten problem mamy z głowy – rzekł, całując ją delikatnie. – Jeśli idzie o 

dzieci, wypadłem z gry.   

Wpatrywa

ła  się  w  niego,  usiłując  zrozumieć,  co  ma  na  myśli.  Nie  może  mieć  więcej 

dzieci? 

– Masz tak

ą minę, jak gdybyś mi nie wierzyła, Roxie. Możesz być spokojna.   

Doprawdy? – pomy

ślała, ogarnięta nagłą paniką. Poczuła się, jak gdyby ktoś nagle zgasił 

lampki na świątecznej choince.   

–  Wobec tego wszystko w porz

ądku  –  powiedziała,  odchrząknąwszy.  –  Po prostu nie 

wiedziałam.   

– Po przyj

ściu na świat Hilary zdecydowaliśmy z Sybil, że wystarczy nam dwójka dzieci, 

a dla mnie operacja była znacznie prostsza. Roxie, czy coś się stało? 

– Nie, nic. – U

śmiechnęła się z przymusem. Myślenie o tych sprawach na obecnym etapie 

znajomości  było  śmieszne  i  przedwczesne.  Na  razie  mogą  cieszyć  się  miłością  bez  ryzyka 
zajścia w ciążę.   

A jednak na dnie duszy pozosta

ł jakiś osad. Od chwili gdy po raz pierwszy pocałowała 

Hanka, marzyła o wspólnej przyszłości. Było w niej miejsce dla dwójki jego dzieci, ale miała 

background image

nadzieję, że na tym nie poprzestaną. Chciała mieć własne dziecko.   

–  Zdaj

ę sobie sprawę, iż niektórzy ludzie uważają, że mężczyzna po takiej operacji jest 

mniej męski – powiedział, nie patrząc na nią.   

–  Och, Hank, wcale tak nie my

ślę!  Uważam,  że  to  bardzo  odpowiedzialna  decyzja. 

Jeszcze bardziej cię za to podziwiam.   

– Co

ś się jednak zmieniło, Roxie. Czuję to. – Badał spojrzeniem jej twarz.   

Prze

łknęła z trudem ślinę. Był zbyt spostrzegawczy i chyba lepiej, żeby rozmawiała z nim 

całkiem szczerze. Nawet jeśli pomyśli sobie, że poluje na męża, to trudno.   

– Dobrze. – Odetchn

ęła głęboko. – Miejmy to już za sobą. Znamy się bardzo krótko, ale 

myślałam już o... przyszłości. Twojej i mojej. Naszej.   

– To mi

łe. Prawdę mówiąc, ja też o tym myślałem.   

– Chodzi o to, Hank, 

że kocham dzieci i zawsze pragnęłam mieć jedno lub dwoje.   

– Rozumiem.   

–  Och, do licha! –  Odwr

óciła głowę. – Nie powinniśmy rozmawiać w tej chwili na ten 

temat, Hank. To idiotyczne.   

– Wcale nie – rzek

ł, głaszcząc ją po głowie.   

– A w

łaśnie, że tak. – Zamrugała szybko, powstrzymując łzy. – Może się przecież okazać 

po kilku randkach, że zupełnie do siebie nie pasujemy.   

– Teraz ty m

ówisz głupstwa. Odwróć się do mnie. Otarła oczy i posłuchała go.   

– Roxie – zacz

ął, ujmując jej twarz w dłonie – żadne z nas nie wierzy, że to ślepa uliczka. 

Być może natknęliśmy się na barierę, ale powinniśmy sobie z tym poradzić.   

–  Wida

ć od razu, w jakiej branży pracujesz – roześmiała się. – Ślepe uliczki, bariery. – 

Jego ciep

ły uśmiech stopił grudkę lodu w jej sercu. – Co pan proponuje, panie budowniczy? 

– 

Żebyśmy porozmawiali o tej sprawie, a nie odkładali ją na później. Poza tym mogłabyś 

spędzać trochę czasu z Hilary i Ryanem. To jeszcze dzieci.   

– Wiem. W dodatku przemi

łe dzieci. – Ale nie moje, chciała dodać, ugryzła się jednak w 

język.   

–  Wiem, 

że  większość  kobiet  pragnie  mieć  własne  dzieci  –  powiedział,  gładząc  ją  po 

nagim ramieniu. – 

Może mimo to uda ci się pokochać moją dwójkę? Nie odpowiadaj od razu. 

Zastanów się nad tym.   

No tak. Czy nie obawia

ła  się,  że  ma  tylko  zapełnić  puste  miejsce  w  tej  rodzinie?  Nie 

chciała teraz o tym rozmawiać, nie miała ochoty na kłótnię.   

–  Hank, naprawd

ę  za  wcześnie  mówić  o  takich  sprawach.  Przed  chwilą  liczyliśmy  się 

tylko my dwoje i nasza 

namiętność. Wciąż czuję się dziwnie, zakładając, że pewnego dnia...   

– Staniemy si

ę mężem i żoną? – dokończył cicho. Spojrzała na niego, czując, jak dreszcz 

przebiega jej po plecach. By

ć żoną Hanka. Ta myśl zachwycała ją, a zarazem przerażała.   

– To bardzo prawdopodobne, Roxie. Bardzo. Przywarli do siebie z rozbudzonym na nowo 

po

żądaniem. Nic nie mogło tego zmienić.   

– Powinnam wraca

ć do domu – wyszeptała.   

– Ja te

ż. Ale tak bardzo cię pragnę, Roxie.   

– I ja ciebie. Pozw

ól mi udowodnić, jak bardzo. Odwróciła go na plecy i pochyliła się nad 

background image

nim.   

G

łaskał  jej  piersi,  aż  sutki  stały  się  twarde  jak  guziczki,  prężyły  się  w  oczekiwaniu  na 

pieszczotę jego warg i języka. Powoli opadła na niego i zaczęła poruszać się w spokojnym 
miłosnym rytmie, pragnąc mu się odwzajemnić, ofiarować mu rozkosz. Poddała się jednak, 
obezwładniona  namiętnością.  Chwycił  ją  za  biodra  i  zmusił  do  przyspieszenia  tempa,  aż 
wreszcie, wstrząsana dreszczem, niemal rozpłynęła się w rozkoszy. Jak przez mgłę usłyszała 
jęk Hanka, świadczący, że nie pozostał za nią w tyle. Opadła bezsilnie na jego szeroką pierś, z 
trudem łapiąc oddech.   

Przez d

ługi czas leżeli w milczeniu. Hank głaskał ją delikatnie po plecach. Gdy wreszcie 

przemówił, w jego głosie pobrzmiewało zdumienie.   

– Kocham ci

ę, Roxie. Bóg mi świadkiem, że zdążyłem cię już pokochać.   

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Roxie zamkn

ęła oczy.   

– To wszystko sta

ło się tak szybko, Hank. Nie potrafię...   

–  Wiem, kochanie. Podejrzewam, 

że  jestem  bardziej  oszołomiony  od  ciebie.  Nie  mam 

zamiaru cię ponaglać. Słowa przyjdą same.  Jeszcze niedawno  uważałaś,  że miłość oznacza 
zdradę i cierpienie. Czuję, że boisz się znowu zawieść.   

– Chyba tak. – Przytuli

ła się do niego z westchnieniem.   

–  On ci

ę  nie  kochał,  Roxie.  Nie  mógł  cię  kochać,  skoro  okłamywał  cię  od  samego 

początku.   

– To prawda, czemu wiec by

łam taka głupia? 

– Nie g

łupia, lecz cudownie ufna. To nie twoja wina. Nie bądź dla siebie taka surowa.   

–  Przez ca

łe  życie  kierowałam  się  logiką.  Gdybym  tym  razem  nie  dała  się  ponieść 

emocjom, cała ta farsa trwałaby bardzo krótko. To właśnie, mnie niepokoi.   

– Dlatego boisz si

ę teraz zawierzyć uczuciom? 

– Nie bardzo potrafi

ę nad nimi zapanować – uśmiechnęła się.   

– Na to licz

ę.   

Zawis

ła  spojrzeniem  na  jego  odprężonej  twarzy,  zastanawiając  się,  czy  kiedykolwiek 

będzie miała dość patrzenia w te szare oczy czy całowania miękkich warg. Będzie szczęśliwa, 
mogąc wpatrywać się w twarz Hanka.   

To by

ło proste, ale miłość do Hanka oznaczała również obcowanie z dwójką jego dzieci i 

najwyraźniej rezygnację z własnych. Inaczej planowała swoje życie...   

Jednak dot

ąd  nikt  nie  wzbudził  w  niej  takiej  namiętności  jak  Hank.  Połączyło  ich  coś 

absolutnie wyjątkowego. Nie może go odepchnąć, nie teraz. Zostanie z nim bez względu na 
to, jakie problemy mogą wyniknąć w przyszłości.   

–  Wiesz  –  powiedzia

ł  cicho,  rozczesując  palcami  jej  splątane  włosy  –  uwielbiam 

obserwować, jak rozmyślasz. Naprawdę cenię twoją inteligencję i rozsądek, ale w życiu jest 
również miejsce na emocje, uczucia.   

Milcza

ła, rozkoszując się delikatnym dotykiem jego palców. Jest w stanie przekonać ją o 

wszystkim, używając jako argumentu pieszczoty.   

– Chyba zrobi

ło się późno.   

– Niestety.   

–  Hank, a twoje dzieci? Mam nadziej

ę,  że  nie  zostawiłeś  ich  z  jakąś  niedoświadczoną 

nastolatką? 

–  Nie. Moja gospodyni Dolores mieszka z nami od poniedzia

łku do czwartku. Nigdy 

jednak nie spędzam nocy poza domem.   

– Musimy si

ę zbierać. Idziesz rano do pracy.   

– Ty te

ż.   

– Tak, ale ja mog

ę zdrzemnąć się nad biurkiem, a tobie mogłoby to grozić wypadkiem.   

W drodze do domu milczeli, porozumiewaj

ąc się tylko dotykiem. Żadne z nich nie miało 

background image

ochoty rozsta

ć się pod drzwiami Roxie, było to jednak nieuniknione.   

– My

ślałem o naszych przyszłych spotkaniach – powiedział Hank, gdy stali, tuląc się w 

objęciach.   

– To wszystko jest nieco skomplikowane. Tutaj Charlie, w moim domu dzieci.   

–  Wiem. Spodziewa

łam  się,  że  zaproponujesz  po  kolacji,  byśmy  przyjechali  do  mnie, 

ale...   

–  Tak. Podj

ąłem  decyzję  w  niedzielę,  dlatego  zarezerwowałem  pokój.  Niestety  i  ta 

możliwość jest ograniczona.   

– Owszem. Nie chc

ę, żebyś kładł się tak późno spać w dni powszednie.   

Obj

ął dłońmi jej pośladki i przycisnął ją mocno do swych bioder.   

– Nawet mimo nagrody? 

Przymkn

ęła  oczy,  poddając  się  wzbierającej  w  niej  namiętności.  Natychmiast  wyczuła 

również jego reakcję.   

– Tak. Nawet mimo nagrody.   

– Och, moja praktyczna Roxie.   

– Nie chc

ę, żeby coś ci się stało.   

– Jeste

ś słodka, wiesz o tym? 

U

śmiechnęła się i pocałowała go w brodę, na której zaczynał się już pojawiać zarost.   

– Co wi

ęc zrobimy? 

–  Co

ś wymyślę. Na pewno. – Zastanawiał się przez chwilę. – Już wiem. Rodzice Sybil 

mieszkają tutaj w mieście. Wielokrotnie zapraszali dzieci na weekend.  Najbliższy odpada z 
powodu  tej  historii  z  włosami,  ale  następny  wchodzi  w  rachubę.  Czy  Charlie  zajmie  się 
Como, gdybyś chciała spędzić weekend w moim domu? 

Ca

ły weekend! Nie mogła sobie wprost wyobrazić takiego szczęścia.   

– Chyba tak. Zapytam go.   

–  My

ślę,  że  się  zgodzi.  Tymczasem  może  spędzilibyśmy  tę  sobotę  z  dzieciakami? 

Miałabyś okazję lepiej je poznać.   

– Boj

ę się – rzekła po chwili wahania Roxie – że ty, a może nawet dzieci, chcielibyście, 

abym zastąpiła twoją żonę. – Nie potrafiła na razie wymówić imienia Sybil. Serce kołatało jej 
w  piersi,  czekała  na  wybuch  gniewu  Hanka,  tymczasem  on  pogłaskał  ją  pieszczotliwie  po 
karku.   

– W przypadku dzieci jest to mo

żliwe – powiedział spokojnie – ale w moim wykluczone. 

Spróbuję wpłynąć na nie, żeby tego również nie robiły. Nie mam ci za złe twoich obaw, ale 
dla mnie jesteś po prostu Roxie. Gdy się dziś kochaliśmy, ani na moment nie zapomniałem, 
kim jesteś.   

Zarzuci

ła mu ramiona na szyję i przytuliła się policzkiem do jego policzka.   

–  Z przyjemno

ścią  spędzę  z  wami  ten  dzień  –  zapewniła.  –  Poproszę  Charliego,  żeby 

popilnował Como, i dam ci znać.   

– Zaufaj mi, Roxie. Prosz

ę, zaufaj mi. – Objął ją jeszcze mocniej.   

Odchyli

ła się i zajrzała mu w oczy, te przepiękne oczy, które miały nad nią taką władzę.   

– Tylko g

łupiec nie miałby do pana zaufania, Hanku Craddocku.   

background image

Nast

ępnego  ranka  Roxie  nie  czuła  wcale  zmęczenia.  Wstała  wcześniej  niż  zwykle, 

dokładnie  w  porze,  gdy  na  placu  budowy  rozpoczynała  się  praca.  Hank  był  tak  blisko! Ta 
my

śl doprowadzała ją do szaleństwa, ponieważ równie dobrze mógłby być na końcu świata. 

Jednak nie chciała kręcić się po budowie, by nie narazić ich na plotki.   

W

łożyła stare dżinsy i postanowiła nakarmić Como przed wyjściem do pracy. Powietrze 

było rześkie, a niebo błękitne niczym oczy syjamskiego kota. Wszystko dziś wydawało się 
Roxie  inne,  zdumiewająco  piękne  –  ogród,  domek  gościnny,  drzewa  cytrusowe,  zagroda 
Como z miniaturową stajnią.   

Zastanawia

ła się, czy Hank ma drzewka owocowe i czy zgodziłby się kupić lampę. Hilary 

i Ryan byliby ogromnie szczęśliwi, a Roxie zdobyła już przecież doświadczenie, zajmując się 
Como.  Na  obrazku,  który  właśnie  wyczarowywała  w  wyobraźni,  znajdował  się  również 
Cha

rlie. Hank bez trudu zbudowałby dla niego mały domek gościnny.   

Zastanawiaj

ąc się nad przyszłością, Roxie pomyślała, że być może Hank ma rację i przy 

Hilary i Ryanie nie odczuje braku własnych dzieci. Charlie też będzie potrzebował jej czułej 
opieki. Próbo

wała  uciszyć  wewnętrzny  głos,  który  mówił  jej,  że  nigdy  nie  będzie  uczyła 

chodzić własnego dziecka, nie ukołysze go do snu. Nie można mieć wszystkiego, życie wciąż 
stawia człowieka przed koniecznością wyboru.   

Widz

ąc Roxie, Como podeszła do ogrodzenia i stanęła przy nim, strzygąc uszami. Roxie 

pogłaskała ją po aksamitnym nosie.   

– Jak si

ę masz, mała – przemówiła do niej czule, zaglądając w przepastne brązowe oczy. 

– 

Życzę ci, żebyś była równie szczęśliwa jak ja dzisiaj. Cierpliwości, twój czas nadejdzie. – 

Roxie wydało się, że lama zamrugała kokieteryjnie długimi białymi rzęsami.   

– Ka

żdy pan lama straciłby dla ciebie głowę – powiedziała, drapiąc ją za uszami. – Jesteś 

tak piękna, że zasługujesz na najlepszego. Osbornowie na pewno go znajdą.   

–  Czy Como nie ma tu nic do powiedzenia? –  dobieg

ł  ją  z  tyłu  głos  Charliego.  –  Z 

pewnością  nie  wierzysz  w  takie  aranżowane  małżeństwa,  o  których  czytałem  wczoraj 
wieczorem.   

– Chodzi ci o ludzi czy o lamy? – spyta

ła Roxie z uśmiechem.   

–  O wszystkie stworzenia. Ka

żdy powinien mieć możliwość wyboru. Spójrz, założę się, 

że on mieszka gdzieś tam – wskazał gestem ręki. – Como zawsze gapi się w tamtą stronę.   

–  Pewnie podoba jej si

ę widok z tego miejsca, a może lubi wystawiać pysk na powiew 

wiatru. A tak naprawdę, to Como potrzebne jest śniadanie i trochę ruchu. Może zabiorę ją na 
spacer.   

– W jakim

ś konkretnym kierunku? – W niebieskich oczach Charliego zamigotały figlarne 

ogniki.   

– Charlie, czy widzisz mnie na wylot? 

– Tak, moja droga, i jest to wspania

ły widok. Rozumiem, że dobrze się bawiłaś wczoraj 

wieczorem.   

–  Tak.  –  Roxie wiedzia

ła,  że  policzki  jej  płoną, ale  nie  mogła  nic  na  to  poradzić.  –  A 

skoro już mówimy o Hanku, chciałam cię poprosić o przysługę.   

– Co tylko sobie 

życzysz.  

background image

– Hank poprosi

ł, żebym spędziła sobotę z nim i jego dziećmi. Czy nie zająłbyś się w tym 

czasie Como? 

– Z przyjemno

ścią. Poczytamy sobie. Czy wiesz, że ona lubi poezję? Zwłaszcza wiersze o 

miłości.   

– Czytasz jej? – spyta

ła zdumiona Roxie.   

–  Przez ca

ły  czas.  –  Wyjął  z  wewnętrznej  kieszeni  marynarki  wystrzępioną  książkę  w 

skórzanej oprawie.   

–  To sonety Szekspira, jej ulubione, ale po

życzyłem  też  kilka  książek  z  biblioteki 

Osbornów. Ednę St. Vincent Millay, Elizabeth Barrett Browning...   

– Nie chc

ę rozwiewać twoich złudzeń, ale Como prawdopodobnie reagowałaby tak samo, 

gdybyś czytał reklamy w gazetach. Myślę, że po prostu lubi słuchać twojego głosu.   

– Mylisz si

ę, Roxie. Próbowałem czytać Kiplinga, ale jej się zdecydowanie nie podobał.   

– Sk

ąd możesz wiedzieć? 

–  By

ła  niespokojna,  strzygła  uszami,  przestępowała  z  nogi  na  nogę.  Nie  wykazała 

odrobiny zainteresowania.   

– Muchy.   

– Nie ma much o tej porze roku.   

– No to mo

że była głodna.   

– Nie. By

ła nakarmiona.   

– Wobec tego... nie wiem podda

ła się Roxie.   

– Ale musi by

ć jakieś logiczne wytłumaczenie.   

– Oczywi

ście. Woli Szekspira od Kiplinga.   

–  Niech ci b

ędzie.  –  Przynajmniej  dziwactwa  Charliego  są  nieszkodliwe.  Nasypała 

lucerny do żłobu.   

– Czy zechcesz jej poczyta

ć, gdy będzie jadła? 

– Zawsze to robi

ę. Wcześnie coś dzisiaj wstałaś.   

– Owszem. – Roxie rysowa

ła wzorki na piasku czubkiem buta.   

– Wystarczy ci czasu, 

żeby przejść do rogu i z powrotem – dodał chytrze.   

– Chyba tak.   

– Czy chcia

łaś mnie jeszcze o coś prosić? 

Roxie obawia

ła  się,  że  jeśli  poruszy  sprawę  weekendu, zdradzi prawdziwy charakter 

stosunków, łączących ją z Hankiem. Inaczej jednak się nie dowie, czy Charlie zechce zająć 
się Como.   

– Nie kr

ępuj się, Roxie. O co chodzi? 

–  Ee... o kolejny weekend. – Rzuci

ła mu ukradkowe spojrzenie. – Dzieci Hanka spędzą 

go u dziadków i...   

– Oczywi

ście – przerwał jej Charlie. – Młodzi kochankowie potrzebują czegoś więcej niż 

kradzione chwile. Zajmę się wszystkim.   

– Ba

łam się, że możesz tego nie pochwalać.   

– Ach, Roxie – zmarszczy

ł twarz w uśmiechu – nie pochwalam wyłącznie działań, które 

biorą się z negatywnych emocji. Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że ty i Hank chcecie być 

background image

razem. O nic się nie martw.   

– Dzi

ękuję ci, Charlie. Jesteś kochany.   

–  Tak  –  odpowiedzia

ł,  kołysząc  się  na  piętach  i  poprawiając  czerwoną  muszkę  – 

rzeczywiście  jestem.  A  teraz  umaluj  się  odrobinę  i  uczesz,  a  ja  poczytam  Como.  Potem 
możesz  iść  na  spacer.  Ostrzegam  cię  jednak,  że  Como  będzie  chciała  iść  w  przeciwnym 
kierunku.   

– A ty uwa

żasz, że tam mieszka jej ukochany.   

– Naturalnie.   

Roxie pobieg

ła z uśmiechem do domu. Nie miała zamiaru zachowywać się tak każdego 

ranka, ale dzisiejszy był przecież wyjątkowy. Musiała zobaczyć Hanka choć przez moment.   

Gdy sz

ła w kierunku placu budowy, zrozumiała, co Charlie miał na myśli, mówiąc, że 

Como woli 

kierunek zachodni od wschodniego. Ledwie udało jej się nagiąć zwierzę do swej 

woli.  Może  rzeczywiście  Como  pamięta  mgliście  kierunek,  w  którym  wieziono  ją  kilka 
miesięcy temu do samca. Trudno, musi zaczekać do powrotu Osbornów.   

Gdy zbli

żały się do rogu, Roxie błyskawicznie wypatrzyła ciężarówkę Hanka, a po chwili 

jego  samego,  za  ogrodzeniem,  w  odległości  jakichś  pięćdziesięciu  metrów.  Rozmawiał  z 
dwoma mężczyznami, pochylony nad planami rozłożonymi na stercie desek. Na wspomnienie 
minionej nocy serce zaczęło jej łomotać w piersi jak oszalałe.   

W

łaśnie gdy pomyślała, że chyba nie uda jej się z nim porozmawiać, podniósł głowę i 

zobaczył  ją.  Nawet  z  daleka  dostrzegła  błysk  uśmiechu.  Powiedział  coś  do  obu  mężczyzn, 
którzy się również odwrócili. Następnie zwinął plany i ruszył w kierunku Roxie.   

Poczu

ła  nieprzepartą  ochotę,  by  podbiec  i  rzucić  mu  się  w  ramiona,  i  zapewne  by  to 

uczyniła mimo wielu gapiów, gdyby nie prowadziła na uwięzi lamy.   

– Cze

ść, ślicznotko. W pierwszej chwili myślałem, że jesteś pustynnym mirażem. W tym 

kraju zdesperowani mężczyźni widzą to, co pragną zobaczyć.   

Odczeka

ła, aż zbliżył się bardziej, wzięła głęboki oddech i powiedziała: 

– Kocham ci

ę, Hank.   

–  Czasami zdesperowani m

ężczyźni  słyszą  to,  co  pragną  usłyszeć.  Czy  mogłabyś 

powtórzyć? 

– Kocham ci

ę, Hank. Właśnie to sobie uświadomiłam.   

Przeby

ł dwoma susami dzielącą ich odległość i ujął jej twarz w dłonie.   

– Nie mog

ę w to uwierzyć – wyszeptał. – Marzenia zwykle nie spełniają się tak szybko.   

– Czasami tak – rzek

ła z uśmiechem.   

– Jestem cholernie szcz

ęśliwym facetem. – Pochylił się nad nią i ucałował czule jej wargi. 

– 

Co  za  wspaniały  początek  dnia!  Miałem  kłopoty  z  koncentracją,  ale  teraz...  –  Pokręcił 

głową. – Nie spodziewałem się takiego hojnego podarunku.   

– Nie zamierza

łam mówić ci niczego szczególnego – Roxie czuła się lekka jak balonik – 

ale wszystko wyda

ło mi się dzisiaj takie inne, czułam, że muszę się z tobą zobaczyć. Kiedy 

szedłeś w moją stronę, wszystko stało się jasne.   

Wpatrywali si

ę w siebie z zachwytem.   

– Widz

ę, że masz przyzwoitkę – powiedział Hank, drapiąc Como w szyję.   

background image

–  Nie chcia

ła  iść  ze  mną.  Myśli,  że  jej  ukochany  mieszka  w  przeciwnym  kierunku, 

przynajmniej tak twierdzi Charlie.   

– Nigdy ju

ż nie zlekceważę żadnego słowa, które wyszło z jego ust.   

– Ani ja – roze

śmiała się Roxie.   

– W

łaśnie, właśnie, a czy poprosiłaś go, żeby zaopiekował się tym stworem? 

–  Tak, i zgodzi

ł się z chęcią. – Roxie popuściła linkę i Como znalazła niewielką kępkę 

chwastów,  które  zaczęła  z  lubością  skubać.  –  Aha, Charlie czyta Como sonety  Szekspira i 
przysięga, że lama uwielbia klasyczną poezję, zwłaszcza miłosną. Hank – dodała po chwili 
milczenia – 

nie zrozum tego źle, ale czy nie sądzisz, że Charlie jest ee...   

–  Niezr

ównoważony? Na pewno niegroźnie. Czasami tacy ludzie widzą rzeczy, których 

inni nie zauważają. Charlie wiedział od razu, że będzie nam ze sobą dobrze.   

– W takim razie przestaj

ę się martwić.   

–  I zacznij planowa

ć.  Rodzice  Sybil  mają  wolny  ten  weekend,  a  nie  następny,  gdybyś 

więc  mogła  iść  z  Hilary  do  fryzjera  wcześnie  rano,  po  południu  odwiózłbym  dzieci  do 
dziadków.   

– W ten weekend? – Roxie przebieg

ł dreszcz podniecenia.   

–  Bardzo si

ę  z  tego  cieszę.  Chyba  nie  doczekałbym  się  przyszłego  tygodnia.  Szczerze 

mówiąc, łamałem sobie głowę, jak tu ukraść parę godzin w czwartek wieczorem.   

– Naprawd

ę? Przecież ustaliliśmy...   

–  Wiem, ale tak bardzo ci

ę pragnę. A zwłaszcza teraz... Mam pomysł, nie, nie obawiaj 

się, nie będzie to pokój hotelowy.   

– Hank, je

śli myślisz o randce na łonie natury, to uprzedzam, że potwornie boję się węży i 

robaków.   

– Nie, to nie to.   

– Naprawd

ę rozbudziłeś moją ciekawość.   

– Chcia

łbym rozbudzić coś więcej – szepnął, puszczając do niej oko. – Czy mogę zatem 

wpaść po ciebie w czwartek? 

– Jasne, nie przegapi

łabym za nic takiej okazji. Co też ty wymyśliłeś? 

– Niczego nie zdradz

ę. Przepraszam cię, ale niestety muszę wracać do pracy.   

– Wiem. Naprawd

ę nie miałam zamiaru zatrzymywać cię tak długo. Chciałam tylko...   

– Na mi

łość boską, nie przepraszaj mnie za najwspanialszą rzecz, jaka mi się przydarzyła 

o

d niepamiętnych czasów. – Przechylił jej głowę i pocałował szybko. – Czwartek o siódmej, 

moja ukochana Roxie o płomiennorudych włosach i oczach barwy morza.   

Nie rusza

ła się z miejsca, odprowadzając go wzrokiem. Odwrócił się i pomachał jej ręką, 

ona zaś odpowiedziała tym samym, następnie odciągnęła Como od kępki chwastów i wróciła 
na wpół przytomna do domu. Jak zdoła wytrzymać te nie kończące się godziny, które dzieliły 
ją od spotkania z Hankiem. Nie miała pojęcia, dokąd zabierze ją w czwartek, ale to było bez 
znaczenia.  Wbrew  temu,  co  powiedziała,  zgodziłaby  się  leżeć  w  samym  sercu  pustyni,  na 
kocu, pośród dzikich bestii, byle tylko Hank tulił ją mocno w ramionach.   

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

W czwartek wieczorem Roxie w

łożyła złocisty welurowy dres. Wciąż podejrzewała, że 

plany  Hanka  są  jednak  związane  z  łonem  natury.  Gdy  przyjechał  po  nią  ubrany  w  dżinsy, 
adidasy i szarą bluzę, doszła do przekonania, że się nie myliła.   

– Pewnie domy

śliłaś się, dokąd jedziemy – powiedział, całując ją na przywitanie.   

– By

ć może. – Cieszyło ją jego zachowanie. We wtorek nie miał pewności, jak potoczy 

się  wieczór.  Dziś  ta  pewność  odzwierciedlała  się  w  jego  oczach,  w  pocałunku,  w  każdym 
geście.   

– Chod

źmy już – ponaglił. – Ostatnie dwa dni wydawały mi się wiecznością.   

– Czy mam wzi

ąć latarkę? 

– Mam 

świece.   

– P

łaszcz? 

– Wystarczy ci dres, a potem sam ci

ę rozgrzeję.   

–  To b

ędzie  dla  mnie  nowe  doświadczenie  –  wyznała  Roxie,  gdy  siedzieli  już  w 

samochodzie.   

– Dla mnie te

ż.   

– Naprawd

ę? 

– Naprawd

ę – roześmiał się. – Czy uważasz mnie za podrywacza? 

– My

ślałam, że może... kiedy byłeś żonaty.   

– Wtedy nie musia

łem uciekać się do takich sztuczek. Muszę przyznać, że planowanie tej 

eskapady  sprawiło  mi  wiele  radości.  Mam  w  bagażniku  kosz  z  przysmakami  i  winem,  na 
wypadek gdyby zechciało nam się tracić czas na coś tak nudnego jak jedzenie.   

Przebieg

ł ją dreszcz oczekiwania. Spojrzała na Hanka w milczeniu.   

–  Mo

że  się  zdarzyć,  że  o  nim  zapomnimy  –  powiedział  Hank,  przyspieszając  na 

skrzyżowaniu.   

Roxie spodziewa

ła się, że pojadą w kierunku Catalina Mountains. Hank jednak skręcił w 

drogę prowadzącą do eleganckiego osiedla mieszkaniowego.   

– Hank, dok

ąd jedziemy? 

– M

ój najlepszy przyjaciel buduje tutaj dom, który zamierza sprzedać za duże pieniądze. 

Wczoraj położyli wykładzinę i będę miał duże kłopoty, jeśli poplamimy ją winem. Ale Ed mi 
zaufał, poza tym ma wobec mnie dług wdzięczności, tak więc dziś wieczorem dom jest mój.   

–  Tw

ój przyjaciel wie, po co był ci klucz? – Roxie spłonęła rumieńcem i pomyślała, że 

wolałaby nie wpaść na faceta o imieniu Ed.   

–  To  sympatyczny cz

łowiek,  Roxie.  Znam  go  i  Joanie  od  lat.  Powiedział,  że  chętnie 

odegra rolę Kupidyna.   

– Chyba nie rozmawia

ł z Charliem? 

–  Raczej nie –  roze

śmiał  się  Hank.  –  Daj  spokój,  Charlie  nie  może  być  sprawcą 

wszystkiego, co nam się przydarza. Nie jest czarodziejem.   

–  Masz racj

ę,  ale  czasami  wydaje  mi  się  to  wszystko  niesamowite.  Nawet  fakt,  że  w 

background image

sobotę  rano  Hilary  będzie  mogła  przyjrzeć  się  rozjaśnianiu  włosów.  Nie  jestem  przesądna, 
ale...   

– Mo

żemy się tylko z tego cieszyć. – Uścisnął jej dłoń. – Czy jest to przeznaczenie, czy 

zbieg okoliczności, będziemy mieć prawie cały weekend dla siebie.   

– Wiem. Czasami szczypi

ę się, żeby sprawdzić, czy mi się to wszystko nie śni.   

– Ja tego nie robi

ę – powiedział Hank, pomagając Roxie wysiąść i wręczając jej klucze do 

domu. – 

Jeśli to sen, niech trwa dalej. Otwórz drzwi, ja wezmę koszyk.   

– A co z s

ąsiadami? Nie zdziwi ich światło i czyjeś głosy? 

– Domy stoj

ą od siebie tak daleko, że nawet nie zauważą.   

Roxie otworzy

ła obydwa zamki i nacisnęła mosiężną klamkę. Echo ich kroków odbijało 

się w wyłożonym terakotą holu.   

– Kt

órędy? – spytała, gdy jej oczy przywykły do ciemności.   

–  T

ędy,  do  salonu.  Przez  okno  sączy  się  światło  księżyca,  tak  że  świece  będą  nam 

niepotrzebne.   

–  Hank sprowadzi

ł ją po trzech schodkach w dół. Stanęli przed kominkiem w kształcie 

ula. Postawił wiklinowy kosz w palenisku i odwrócił się ku Roxie.   

– Co o tym my

ślisz? 

–  Wszystko pachnie nowo

ścią.  –  Spojrzała  na  majaczące  w  ciemności  belki  sufitu.  – 

Podoba mi się ten dom i jego klimat.   

– Ed zna si

ę na rzeczy. – Hank wyjął z koszyka miękki koc.   

– Rozumiem, dlaczego si

ę przyjaźnicie.   

Hank roz

łożył koc w kwadracie księżycowego światła, po czym przyciągnął ją do siebie.   

– Idealne miejsce, by ci

ę kochać – powiedział, układając Roxie na kocu.   

– I ciebie – szepn

ęła, lgnąc do niego całym ciałem. Hank modlił się, żeby to nie był sen. 

Tulił Roxie, wdychał zapach jej skóry, całował jej wilgotne usta, pieścił piersi.   

J

ęknęła,  gdy  ścisnął  palcami  naprężony  sutek.  Każdy  mężczyzna  marzy,  żeby  kobieta 

pragnęła go tak bardzo, pomyślał. Serce Roxie waliło jak młotem, gdy smakował językiem 
głębię jej ust.   

–  Roxie, Roxie –  szepta

ł  jej  imię  między  pocałunkami.  Przerwał  tylko  na  chwilę,  by 

ściągnąć jej bluzę przez głowę. Jej nagie piersi bieliły się w świetle księżyca. Pozostawienie 
reszty ubrania wydało mu się świętokradztwem, zsunął jej więc z bioder spodnie i majteczki.   

– Bo

że! Jakże kocham cię właśnie taką. Uśmiechnęła się zmysłowo, kusząco.   

– B

ędziesz mógł kochać mnie lepiej, jeśli sam zdejmiesz ubranie.   

Pos

łusznie wykonał polecenie, nie spuszczając z niej wzroku. Opadł z powrotem na koc, 

błogosławiąc  w  myśli  przyjaciela  za  to,  że  położył  taki  puszysty  dywan.  Mógł  się  kochać 
namiętnie z Roxie, bez obawy, że sprawi jej ból.   

Muska

ł ją lekko palcami, jak gdyby była kosztownym naczyniem z porcelany. Zaczął od 

szyi, potem sunął dłońmi po jej rozgrzanej skórze, aż zamknął w nich obie piersi.   

Wpatrywa

ł się w jej twarz. Rozszerzone źrenice Roxie ciemniały, gdy błądził palcami po 

jej  ciele,  pieszcząc  napięty  brzuch.  Rozchyliła  wargi,  oddychając  coraz  szybciej.  Gdy  jego 
dłonie powędrowały niżej, Roxie niespokojnie poruszyła biodrami.   

background image

– Hank – szepn

ęła, mówiąc mu spojrzeniem, czego pragnie.   

– Zaraz, kochanie – obieca

ł, całując jej szyję. Poznawał wargami jej ciało, sprawdzając, 

ile sam jest w stanie wytrzymać. Drażnił sutki zębami, aż wreszcie zamknął usta na jej piersi. 
Roxie zanurzyła palce w jego włosach, prężąc ciało i mrucząc jakieś zaklęcia. Hank z trudem 
panował nad sobą, chciał jednak, żeby zapamiętała tę noc do końca życia.   

Jego wargi odby

ły  tę  samą  podróż  co  dłonie.  Jej  smak  sprawił,  że  niemal  przestał  się 

kontrolować. Roxie wiła się, aż musiał chwycić ją za biodra.   

–  Hank... teraz, prosz

ę,  Hank....  –  wykrzyknęła.  Nie  mając  siły  opierać  się  dłużej  jej 

namiętnym  prośbom,  uniósł  się  i  wszedł  w  nią  głęboko.  Nic  nie  byłoby  w  stanie  go 
powstrzymać.  Dygotała  pod  nim,  poruszali  się  w  szalonym  rytmie,  aż  wreszcie  obojgiem 
wstrząsnął spazm rozkoszy.   

Ju

ż  nie  wiedział,  ile  razy  szepnął,  że  ją  kocha,  ile  razy  usłyszał  od  niej słowa  miłości. 

Nigdy, przenigdy nie będzie miał tego dość.   

Obj

ął ją mocniej i przekręcił się razem z nią na bok, tak że leżeli twarzą w twarz.   

– Kocham ci

ę – powtórzył jeszcze raz. – Wydaje mi się, że to najważniejsze, co mam ci 

do powiedzenia. Kocham cię, kocham cię, kocham cię.   

– Ja te

ż cię kocham – wymówiła chrapliwym szeptem. – I jest to najważniejsze, co mam 

ci do powiedzenia.   

Patrzy

ł na nią w milczeniu przez długą chwilę.   

– M

ógłbym tylko dodać jedną rzecz.   

– Tak? – spyta

ła cicho.   

– Wyjd

ź za mnie. Nie odpowiedziała.   

– Mo

że... może jeszcze nie jesteś przygotowana na tę propozycję.   

– Hank, ja...   

– C

śś. Nieważne. – Położył jej palec na wargach. – Kochasz mnie i to na razie wystarczy. 

Nie myśl o niczym więcej.   

 

A jednak ta my

śl  zaprzątała  głowę  Roxie  przez  cały  czas  –  gdy popijali wino i jedli 

sałatkę oraz mięso z plastykowych pojemniczków, gdy odpoczywali, znużeni miłością, gdy 
jechali z powrotem do domu, gdy siedziała w piątek przy swoim biurku w pracy.   

Nie mog

ła przestać myśleć o  propozycji Hanka, ponieważ omal nie powiedziała „tak”. 

Gdyby się wtedy nie odezwał, w następnej chwili zgodziłaby się zostać jego żoną. A jednak 
miał rację. Nie była jeszcze gotowa.   

Nie mia

ło to nic wspólnego z Hankiem. Był dla niej ideałem męża i kochanka. Ale Roxie 

słowo „małżeństwo” zawsze kojarzyło się ze słowem „rodzina”. A tu dostawała w prezencie 
gotową  rodzinę,  bez  możliwości  jej  poszerzenia.  Musiała  nagle  stać  się  matką  dla  Ryana  i 
Hilary

, a zapomnieć o tym, że mogłaby mieć własne dziecko. Nie było to łatwe.   

Charlie nie robi

ł  żadnych  uwag  przez  cały  piątek,  dopóki  nie  usiedli  wieczorem  do 

zwykłej partyjki szachów. Po pierwszych trzech ruchach roześmiał się i poklepał Roxie po 
ręce.   

– Mo

że wypożyczymy film na dziś wieczór? 

background image

– O co chodzi? – Roxie zmarszczy

ła brwi.   

– Grasz dzisiaj po obu stronach szachownicy. Przed chwil

ą zrobiłaś ruch moją królową.   

– Naprawd

ę? 

– Co si

ę stało, Roxie? 

–  Dobrze, powiem ci. –  Roxie postanowi

ła  zasięgnąć  rady  u  doświadczonego  i 

życzliwego jej człowieka. – Wczoraj wieczorem Hank poprosił mnie o rękę.   

– Wspaniale! Tak si

ę cieszę. – Charlie rzeczywiście promieniał radością. – Nie martw się, 

że tak krótko się znacie. Ten związek będzie trwały. Możesz mi zaufać, Roxie.   

– Nie to mnie martwi, Charlie. Prawd

ę mówiąc, mam uczucie, jak gdybym go znała przez 

całe życie. Chodzi mi o dzieci.   

– 

Świetnie sobie radzisz z Hilary i Ryanem. Musicie się wszyscy do siebie przyzwyczaić, 

z  pewnością  będzie  wiele  potknięć,  ale  nie  zapominaj,  że  one  również  noszą  nazwisko 
Craddock  i  są  pełne  miłości.  Pragną  przelać  ją  na  kogoś  poza  ojcem,  ty  zaś  odczuwasz 
naturalną potrzebę wychowywania dzieci. To bardzo dobry układ.   

–  Nie rozumiesz, Charlie. Hilary i Ryan nie stanowi

ą  największego  problemu,  chociaż 

muszę  się  zastanowić,  czy  jestem  gotowa  stać  się  z  dnia  na  dzień  matką  ośmiolatki i 
dziesięciolatka. Myślę jednak, że wszystko się rzeczywiście ułoży. To miłe dzieciaki.   

– Jasne, przecie

ż Hank jest ich ojcem.   

– Z pewno

ścią to również zasługa ich matki – powiedziała Roxie z nikłym uśmiechem.   

– Oczywi

ście. Przypuszczam, że była wspaniałą kobietą. Czy to ci spędza sen z powiek, 

Roxie? 

–  Szczerze m

ówiąc,  trochę.  Skoro  była  dobrą  żoną  i  matką,  zawsze  istnieje 

niebezpieczeństwo,  że  będą  chcieli  zrobić  z  niej  świętą.  Tak  się  czasami  dzieje.  Nie 
zapominaj, że Hilary chce rozjaśnić włosy, żeby się do niej upodobnić.   

– By

łoby niedobrze, gdybyś ty chciała ją naśladować. Znam cię, nie będziesz żyła w jej 

cieniu.  Poza  tym  ciebie  z  Hankiem  połączyła  namiętność,  jakiej  żadne  z  was  dotąd  nie 
doświadczyło.   

–  Przyznaj

ę,  jeśli  o  mnie  chodzi,  jest  to  prawda,  ale  skąd  możesz  wiedzieć,  co  czuje 

Hank? Myślę, że bardzo kochał swoją żonę.   

– Owszem, ale ty go op

ętałaś, a to coś zupełnie innego. Sam mi powiedział dzisiaj rano.   

– Rozmawia

łeś z nim? 

–  Kr

ótko.  Poszedłem  się  przejść,  gdy  brałaś  prysznic.  Odbyliśmy  przyjacielską 

pogawędkę, podziękował mi za to, że was zetknąłem. Zwierzył mi się, że jesteś najbardziej 
fascynującą ze znanych mu kobiet, zarówno umysłowo, jak i fizycznie.   

– O m

ój Boże! – Roxie zaczerwieniła się na wspomnienie wczorajszej nocy z Hankiem. – 

Trudno mi sobie wyobrazić, że powiedział ci to wszystko.   

– Dlaczego? Doskonale si

ę rozumiemy.   

–  Skoro tak, czy wspomnia

ł  ci  również,  że  jeśli  się  pobierzemy,  rodzina  nam  się  nie 

powiększy, ponieważ nie może mieć więcej dzieci? 

– S

łucham? – Życzliwy uśmiech powoli znikał z twarzy Charliego.   

–  To w

łaśnie zaprząta moje myśli przez cały dzień, Charlie. Widzisz, Hilary i Ryan to 

background image

wspaniałe dzieciaki, ale nie moje własne. Zawsze pragnęłam mieć dziecko. Kocham Hanka, 
więc chciałabym mieć dziecko z nim, a to niemożliwe.   

– Niemo

żliwe? Nie rozumiem.   

–  Z pewno

ścią  słyszałeś  o  sterylizacji.  Po  przyjściu  na  świat  Hilary  Hank  i  jego  żona 

zdecydowali się nie mieć więcej dzieci i Hank poddał się operacji.   

– Ale, Roxie, mam nadziej

ę, że mimo to może...   

– Tak – odpowiedzia

ła Roxie, piekąc raka – ale nie będzie z tego dzieci. Wielu mężczyzn 

poddaje  się  teraz  takiemu  zabiegowi.  –  Spojrzała  na  Charliego.  Gdyby  ten  problem jej nie 
dotyczył,  rozśmieszyłby  ją  widok  jego  skonsternowanej  miny.  –  A  więc  widzisz,  że  mój 
walentynkowy kochanek nie jest tak idealny, jak sądziłeś.   

Charlie otar

ł czoło chustką i westchnął.   

– Przekl

ęta nauka – mruknął do siebie. – Jak mam jej dotrzymać kroku? Kłopoty zaczęły 

się już wówczas, gdy jakiś idiota wynalazł pas cnoty.   

– Charlie. – W g

łosie Roxie brzmiała troska. – O czym ty, do licha, mówisz? 

Spojrza

ł na nią nie widzącym wzrokiem.   

–  Musi by

ć  na  to  jakaś  rada.  –  Wstał  od  stolika  i  podszedł  do  regałów,  zapełnionych 

książkami. – Przecież Osbornowie muszą mieć encyklopedię zdrowia. O, jest. – Sięgnął do 
kieszeni po okulary i zaczął nerwowo wertować strony.   

Roxie przygl

ądała mu się zdumiona.   

– No w

łaśnie! – Charlie zamknął z trzaskiem książkę i podszedł do niej. – Jest na to rada 

– 

oświadczył triumfującym tonem. – Medycyna uczyniła ogromne postępy.   

Roxie siedzia

ła  z  otwartymi  ustami.  Trzeba  przyznać,  że  nie  wzięła  pod  uwagę  tej 

możliwości, ale czy może prosić o to Hanka? 

– Czy to rozwi

ązuje twój dylemat, Roxie? 

– Nie jestem pewna. Takie operacje nie zawsze si

ę udają.   

– Ta si

ę uda. Ty i Hank będziecie mieli dziecko, którego pragniecie.   

– O to w

łaśnie chodzi. Nie wiem, czy Hank chce mieć jeszcze jedno dziecko.   

– Ale to wa

żna sprawa dla ciebie, prawda? Byłaś okropnie roztargniona przez cały dzień. 

Musisz po prostu spytać o to Hanka. Jestem pewien, że wszystko będzie dobrze.   

–  Jeste

ś niepoprawnym  optymistą, Charlie. – Mimo wszystko Roxie poczuła się lepiej, 

wiedząc, że istnieje jakieś rozwiązanie.   

Zadzwoni

ł  telefon  i  Roxie  pobiegła  go  odebrać,  w  nadziei,  że  to  Hank.  Postanowiła 

jednak nie poruszać sprawy dziecka przez telefon.   

– Roxie? Tu m

ówi Frań – odezwał się kobiecy głos. – Co słychać? 

–  Och, wszystko 

świetnie,  po  prostu  świetnie.  –  Roxie  nie  rozmawiała  z  Osbornami, 

odkąd Charlie się wprowadził, i dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę, ile rzeczy wydarzyło 
się w tak krótkim czasie. – Zaprosiłam starego przyjaciela. Mieszka w domku gościnnym.   

– Bardzo dobrze. M

ówiliśmy, że możesz zapraszać, kogo chcesz. Jak się miewa Como? 

–  Dobrze. Wezwa

łam  weterynarza,  ponieważ  wydawała  mi  się  trochę  apatyczna. 

Powiedział, że jest w okresie rui.   

–  Naprawd

ę?  Wspaniale.  Dave  i  ja  myśleliśmy  o  tym,  żeby  doprowadzić  ją  do  samca. 

background image

Wybraliśmy  jej  nawet  najdroższego.  Nie  mogę  wprost  się  doczekać  powrotu.  Co  nowego 
poza tym? 

–  Och, nic szczególnego.  – 

Roxie nie podjęłaby się tłumaczyć Frań, jak to się stało, że 

zakochała się po uszy w ciągu dwóch tygodni. – Jak tam podróż? 

–  Prawd

ę mówiąc, jesteśmy już trochę zmęczeni, ale chyba jakoś wytrwamy do końca. 

Zapowiedziałam Dave’owi, że następna podróż będzie krótsza. Może się starzeję, ale brakuje 
mi mojej kuchni i łazienki.   

– Potrafi

ę to zrozumieć. Macie prześliczny dom.   

–  Mamy szcz

ęście,  że zechciałaś się nim zaopiekować. Jesteś pewna, że Como nic nie 

dolega? 

– Weterynarz zapewnia

ł mnie, że wszystko jest w porządku.   

–  Nie miej 

żadnych  skrupułów  i  wezwij  go  ponownie,  gdyby  to  było  konieczne.  Nie 

wahaj się wydać pieniędzy, które ci zostawiliśmy.   

– S

ądzę, że to nie będzie konieczne. Como jest zdrowa.   

–  Po prostu usycha z t

ęsknoty  –  roześmiała  się  Frań.  –  Dobrze,  uściskaj  ją  od  nas. 

Zadzwonię znów za kilka tygodni. I dziękuję ci za wszystko.   

–  Nie ma za co. Do widzenia. –  Roxie odwiesi

ła słuchawkę i wróciła do salonu, gdzie 

Charlie siedział znów przy stoliku do szachów. – To była Frań Osborn. Powiedziałam jej, że 
mój bliski przyjaciel mieszka w domku gościnnym i że Como jest w okresie rui.   

– I 

że się zakochałaś? 

– Nie. Nie wspomnia

łam o tym.   

– Aha. – Obrzuci

ł ją uważnym spojrzeniem. – Wciąż trudno ci w to uwierzyć, prawda? 

– Chyba tak.   

–  Nie szkodzi. Ten weekend powinien rozproszy

ć twoje wątpliwości. A co powiedziała 

na temat Como? 

– By

ła zachwycona. Wybrali już dla niej samca i doprowadzą ją do niego po powrocie do 

domu.   

– To brzmi do

ść arbitralnie.   

– Charlie, to przecie

ż lama.   

–  Stworzenie, kt

óre  docenia  Szekspira,  nie  powinno  być  traktowane  tak  lekceważąco. 

Como jest bardzo wrażliwa.   

Roxie zaj

ęła miejsce naprzeciwko starszego pana.   

–  Wra

żliwa czy nie, nie jest własnością ani moją, ani twoją, i Osbornowie mają prawo 

decyzji w jej sprawie. – 

Zauważywszy buntowniczą minę Charliego, dodała: – Naprawdę tak 

uważam, Charlie.   

– Oczywi

ście, moja droga. Oczywiście – uśmiechnął się starszy pan.   

background image

RO

ZDZIAŁ 10 

 

Hank przyprowadzi

ł  Hilary  do  domu  Roxie  nazajutrz  przed  ósmą  i  powierzył 

dziewczynkę jej opiece z takim zaufaniem, że Roxie poczuła się wzruszona.   

–  Jak d

ługo  będę  musiała  przyglądać  się  rozjaśnianiu  włosów  u  tamtej  pani?  –  spytała 

Hilary w drodze do salonu piękności.   

–  Moja fryzjerka Georgia powiedzia

ła, że zajmie to dwie do trzech godzin. Oczywiście, 

nie  będziesz  musiała  siedzieć  tam  przez  cały  czas,  chyba  że  definitywnie  zdecydujesz  się 
rozjaśnić swoje włosy. – Roxie obrzuciła szybkim spojrzeniem siedzącą obok dziewczynkę. 
Lawendowo-

niebieska chustka po pięciu dniach była już mocno przybrudzona.   

–  Wobec tego b

ędę  musiała  siedzieć  do  końca.  –  Hilary  westchnęła  z  rezygnacją.  – 

Postanowiłam, że od dziś jestem blondynką.   

–  C

óż, jak chcesz. – Roxie zastanawiała się, czy Hilary mimo wszystko odważy się na 

całą operację. Była pełna determinacji, ale Georgia zapewniła Roxie, że proces rozjaśniania 
jest  wystarczająco  nieprzyjemny,  by  dziewczynkę  zniechęcić.  Georgia,  Roxie  i  Hank  byli 
pr

zygotowani na obie ewentualności. Gdyby Hilary zdecydowała się jednak na rozjaśnienie 

włosów, Roxie miała zadzwonić do Charliego, który z kolei zawiadomiłby Hanka.   

Roxie zaparkowa

ła w centrum handlowym, w tym samym miejscu, gdzie zatrzymali się z 

Hankiem, 

by wypożyczyć kasetę wideo.   

– Jeste

śmy – powiedziała, wyłączając silnik.   

– Znam to miejsce. Wypo

życzamy tutaj filmy.   

– Masz racj

ę. No, jesteś gotowa? 

– Tak. – Hilary rado

śnie pokiwała głową. Wyskoczyła z samochodu, uśmiechnięta, pełna 

oczekiwania.   

Roxie zrobi

ło się przykro, że radość dziecka szybko zgaśnie. Trudno, Georgia opisała jej 

ze szczegółami cały proces rozjaśniania włosów i Roxie upewniła się, że nie jest to zabieg 
stosowny dla ośmiolatki.   

Georgia przywita

ła się z nimi.   

–  Prosz

ę, usiądź tutaj – wskazała Hilary miejsce, rozczesując długie do ramion, ciemne 

włosy klientce około czterdziestki. – Judy zgodziła się, żebyś przyglądała się temu, co robię.   

– Bardzo wam dzi

ękuję – powiedziała Roxie. – Hilary marzy o rozjaśnieniu włosów, ale 

nie ma po

jęcia, z czym to się wiąże.   

–  To nic przyjemnego –  stwierdzi

ła,  krzywiąc  się,  Judy.  –  Na twoim miejscu 

poczekałabym kilka lat, kochanie.   

– Nie chc

ę czekać – oznajmiła Hilary, ściskając kurczowo dłoń Roxie. – Chcę mieć jasne 

włosy już dziś.   

Georgia rzuci

ła Roxie uspokajające spojrzenie.   

– Wobec tego zaczynamy.   

Hilary usiad

ła na obrotowym krześle i natychmiast wykorzystała jego właściwości.   

– Pami

ętaj – powiedziała Georgia, przerywając na chwilę swoją pracę – że gdy będziesz 

background image

siedziała na miejscu Judy, nie będzie ci wolno tak się kręcić. Lepiej zacznij ćwiczyć siedzenie 
bez ruchu.   

Hilary natychmiast si

ę uspokoiła.   

– Dobrze – rzek

ła potulnym tonem.   

Roxie opar

ła  się  o  ścianę,  myśląc,  jakie  to  szczęście,  że  Georgia  jest  matką  dwóch 

cór

eczek i umie postępować z dziećmi.   

– To pierwszy etap. – Georgia odkr

ęciła tubkę i wycisnęła gęsty płyn na pasmo włosów 

Judy.   

– Fu, ale

ż to śmierdzi! – wykrzyknęła Hilary, zatykając sobie nos.   

– Nie ma na to rady – odrzek

ła Georgia, nie przerywając pracy.   

– To cuchnie o wiele gorzej od p

łynu, którego sama użyłam – dodała Hilary przez nos. – 

Jak długo trzeba to trzymać? 

– Och, do

ść długo.   

–  Powiem ci jeszcze co

ś – wtrąciła Judy, trzymając ręcznik przy nosie. – To świństwo 

szczypie, gdy dostanie się do skóry.   

– Bardzo? – spyta

ła Hilary z przerażeniem.   

– Mniej wi

ęcej jak po użądleniu pszczoły.   

– Kiedy

ś mnie użądliła – wstrząsnęła się Hilary.   

– Ojej, to naprawd

ę ohydny zapach, prawda? 

– To amoniak – wyja

śniła Georgia. – Do rozjaśnienia potrzebny jest silny środek.   

– Nie wiedzia

łam, że to aż tak śmierdzi. – Hilary zasłaniała nos i usta stulonymi dłońmi.   

– Czy br

ązowa farba też tak brzydko pachnie? 

–  spyta

ła  od  niechcenia  Roxie,  jak  gdyby  nie  omówiły  dokładnie  całego  tematu  przez 

telefon.   

– Ale

ż nie – pokręciła głową Georgia. – Przypomina raczej klej Elmera.   

– Mamy w domu klej Elmera.   

Roxie nie odezwa

ła się, pozwalając, by zapach amoniaku nadal torturował Hilary. Sama 

ledwie mogła go znieść, oczy miała pełne łez, zastanawiała się, jak Georgia może pracować 
przez cały czas z tak silnymi chemikaliami.   

– Jak d

ługo jeszcze? – spytała po chwili Hilary, odrywając dłonie od buzi i natychmiast z 

powrotem ją zasłaniając.   

–  Przynajmniej p

ół godziny. Czy Roxie nie mówiła ci, że w sumie trwa to około trzech 

godzin? 

– M

ówiła, ale nie wiedziałam, że tak strasznie śmierdzi.   

– A ile czasu zajmuje na

łożenie ciemnego koloru? – spytała Roxie.   

– Je

śli ktoś siedzi bardzo spokojnie, pół godziny.   

– To niezbyt d

ługo. – Hilary była wyraźnie zaskoczona.   

–  Oczywi

ście,  musiałabyś  najpierw  skończyć  włosy  Judy,  prawda,  Georgio?  –  spytała 

Roxie, znając z góry odpowiedź.   

– Nie, niekoniecznie. Mog

łabym robić obie głowy jednocześnie.   

– Ale Hilary przecie

ż nie chce...   

background image

–  A w

łaśnie, że chcę! – Dziewczynka zeskoczyła z krzesełka. – Ten smród jest nie do 

wytrzymania! 

Roxie westchn

ęła z ulgą. Plan się powiódł. Pomyślała, że skoro kryzys minął, może sobie 

poczytać czasopisma w poczekalni. Znalazła przynajmniej trzy artykuły na temat rodzin, w 
których oj

ca  lub  matkę  zastępuje  ojczym  lub  macocha.  Autorzy  zapewniali,  że  z czasem 

dzieci, otoczone mi

łością  i  opieką,  adaptują  się  do  nowej  sytuacji.  Roxie  wcale  w  to  nie 

wątpiła.  Ryan  i  Hilary  po  śmierci  matki  już  musieli  się  przystosować  i  być  może  zniosą 
zmian

ę łatwiej niż ona. Czeka ją wejście do „gotowej” rodziny, w której wszystko będzie jej 

przypominać, że jej miejsce zajmowała kiedyś inna kobieta.   

Dzieci t

ęskniły za matką, zawsze będą za nią tęskniły, ale Roxie wiedziała, że nieżyjąca 

Sybil będzie miała coraz mniejszy wpływ na ich życie, a ona nie zawsze będzie czuła się jak 
intruz.   

Potem przypomnia

ła  sobie  uwagę  Charliego,  że  lekarze  mogliby  przywrócić  Hankowi 

płodność i tym samym dać im szansę na dziecko.  Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym 
bardziej 

zapalała się do tego pomysłu. Pragnęła mieć dziecko z Hankiem, poza tym Hilary i 

Ryan zyskaliby braciszka lub siostrzyczkę.   

Roxie zamkn

ęła z westchnieniem ostatnie czasopismo i odłożyła je na stolik. Nie widziała 

Hilary ze swojego miejsca, ale słyszała wesoły głos, szczebiocący coś do Georgii.   

Łatwo ją będzie pokochać, pomyślała. Miała nadzieję, że dziewuszka szybko odwzajemni 

jej miłość. Nie może jednak oczekiwać tak gorącego uczucia, jakim darzyła rodzoną matkę, 
dlatego powinna mieć własne dziecko.   

Wtem us

łyszała  chichot  dziewczynki  i  okrzyki  zachwytu  Georgii.  Po  chwili  obie 

wkroczyły do poczekalni.   

–  M

ój  Boże,  jaka  ty  jesteś  śliczna!  –  zawołała  Roxie.  Georgia  nie  tylko  przywróciła 

Hilary  jej  naturalny  kolor  włosów,  lecz  znacznie  je  skróciła  i  wymodelowała,  co 
wyeksponowało duże szare oczy.   

– Mimo 

że nie jestem blondynką – dodała z dumą Hilary.   

– 

Świetnie, naprawdę świetnie. – Roxie wyjęła z torebki pieniądze, które dał jej Hank, i 

wręczyła je Georgii.   

– Dzi

ękuję. Mnie też się wydaje, że wyszło nieźle. To urocza młoda dama.   

– No, Hilary, musimy si

ę pospieszyć. – Roxie spojrzała na zegarek. – Twój tata z Ryanem 

zaraz się zjawią u mnie w domu.   

–  Nie mog

ę  się  doczekać,  żeby  im  pokazać  moje  włosy.  Nie  uwierzą,  że  tak  ładnie 

wyglądam. Potem pochwalę się babci i dziadkowi.   

–  Oczywi

ście.  –  Roxie  nie  myślała  dotąd  o  rodzicach  Sybil,  a  przecież  i  oni  stanowią 

część  tej  rodziny.  Jeśli  zgodzi  się  wyjść  za  Hanka,  wkrótce  ich  pozna.  Z  pewnością  będą 
wspominać dawne czasy. Miała nadzieję, że jakoś to wytrzyma.   

W drodze powrotnej do domu spogl

ądała wciąż na Hilary, która naprawdę wyglądała jak 

nie  to  samo  dziecko.  Gdy  dotarły  do  domu  Osbornów,  powitał  ich  Charlie,  wykrzykując 
słowa zachwytu nad dziewczynką, a zanim Roxie zdążyła wstawić volvo do garażu, nadjechał 
Hank z Ryanem.   

background image

Hilary rzuci

ła się w ich stronę.   

– Tatusiu, tatusiu, zobacz, jaka jestem teraz pi

ękna! 

Na twarzy Hanka odmalowa

ło się takie zdumienie i radość, że Roxie poczuła ogromną 

satysfakcję. Jakie szczęście, że udało jej się pomóc. Pochwycił Hilary w objęcia i uśmiechnął 
się do niej.   

– Zawsze by

łaś piękna.   

– Nieprawda, ale teraz jestem. To dzi

ęki Georgii.   

– Naprawd

ę wyglądasz inaczej, Hil – powiedział Ryan.   

– Ale czy 

ładnie, Ryanie? Wyglądam ładnie? 

– Tak, chyba tak. Dobrze ci z kr

ótkimi włosami.   

– Tatusiu, czy mog

ę zobaczyć Como, zanim pojedziemy do dziadków? 

– Ja te

ż chciałbym do niej pójść – dodał Ryan.   

– Z przyjemno

ścią zaprowadzę ich do zagrody – powiedział Charlie. – Como z pewnością 

się ucieszy.   

– Dobrze.   

Gdy ca

ła trójka udała się do ogrodu, Hank podszedł do Roxie i ujął ją za ramiona.   

– Dzi

ękuję ci. Cieszę się, że twój plan się powiódł.   

– Chwilami 

śmiertelnie się bałam.   

–  Co

ś  ty?  Przecież  to  tylko  włosy.  –  Uśmiechnął  się.  –  Byłem  przygotowany  na 

najgorsze.   

–  Mówisz tak teraz, 

kiedy  wszystko dobrze się  skończyło. Poza tym jesteś ojcem, a ja 

obcą osobą.   

Zajrza

ł jej głęboko w oczy.   

– Jak na obc

ą osobę odwaliłaś niezły kawał roboty.   

– Ja... dzi

ęki. – Zaczerwieniła się z zadowolenia.   

–  Nie mog

ę się już doczekać, żeby odstawić dzieciaki do dziadków i wrócić po ciebie. 

Spakowałaś się już? 

– Prawie.   

– To dobrze. Zaraz je st

ąd zabiorę i wrócę za pół godziny.   

Rzeczywi

ście  pół  godziny  później  Roxie  siedziała  w  lincolnie  Hanka.  Zostawiła 

Charliemu coś do jedzenia i numer telefonu Hanka, tak na wszelki wypadek.   

Gdy ruszyli w drog

ę, zaczął siąpić deszcz.   

–  Ach  –  ucieszy

ł  się  Hank  –  deszcz, zgodnie z moim zamówieniem. Deszczowe dni 

sprzyjają romantycznemu nastrojowi.   

–  W Newark nienawidzi

łam deszczowych dni, ale tutaj jest ich tak mało, że zmieniłam 

zdanie.   

–  Przeszkadza mi tylko, gdy op

óźniają  się  prace  na  budowie,  ale  zdarza  się  to  bardzo 

rzadko. Przeważnie świeci słońce.   

– Chyba 

że pada śnieg. – Roxie popatrzyła na niego z czułością.   

– Tak – roze

śmiał się Hank.   

– Czy zdajesz sobie spraw

ę, że gdyby nie śnieg, moglibyśmy się nie spotkać? Mogłabym 

background image

nie  zaprosić  Charliego,  by  zamieszkał  w  domku  gościnnym,  a  wtedy  nie  wypatrzyłby  cię, 
stojącego na belce. Uważał, że wyglądasz wspaniale.   

–  Wspaniale? A rozs

ądna,  praktyczna  Roxie  pewnie  zastanawiała  się,  kim  jest  idiota, 

który nie ma dość rozumu, by schować się przed śnieżycą.   

– Prawd

ę mówiąc – powiedziała cicho – ja też uważałam, że jesteś wspaniały.   

– Czy

żby? 

– Powiniene

ś już wiedzieć, że jeśli idzie o ciebie, przestaję myśleć racjonalnie.   

Mijali podobne do siebie, starannie utrzymane domy. Z powodu deszczu podw

órka były 

puste, ale Roxie wyobrażała sobie, że zwykle w sobotnie popołudnie panuje na nich ożywiony 
ruch, dorośli wykonują różne prace, a dzieci jeżdżą na rowerach lub grają w piłkę.   

– Jeste

śmy – oznajmił Hank, skręcając w podjazd jednego z bliźniaczych domów.   

–  Sympatycznie tu, Hank –  pochwali

ła  Roxie,  zastanawiając  się,  czy  patrzy  na  swój 

przyszły dom. Mimo woli porównała go z domem pośród krzewów mimozy, do którego Hank 
zabrał ją w czwartek. Czuła się jak zdrajczyni, ale musiała przyznać, że tamten podobał jej się 
nieporównanie bardziej. Ale dom się nie liczy. Ważni są ludzie.   

– Nie musz

ę ci mówić, że nie jest to dom moich marzeń – powiedział Hank, otwierając 

automatyczn

e drzwi garażowe. – Sybil i ja zamierzaliśmy się przeprowadzić, ale ona umarła. 

Nie  mogłem  w  tym  momencie  robić  tego  dzieciom,  poza  tym  sam  straciłem  serce  do 
przeprowadzki. – 

Zaparkował samochód obok ciężarówki i wyłączył silnik.   

– Hank, to bardzo 

ładny dom. Gdy wrócą Osbornowie, ucieszę się, jeśli będzie mnie stać 

na dom odpowiednio duży dla mnie i Charliego.   

– Masz zamiar opiekowa

ć się Charliem nawet po powrocie Osbornów? 

– Tak – odrzek

ła, patrząc mu w oczy. – Nie pozwolę, by znów znalazł się na ulicy.   

Hank namy

ślał się chwilę, po czym skinął głową z aprobatą.   

– W porz

ądku – powiedział, sięgając po torbę z jej rzeczami.   

Roxie u

śmiechnęła się. Właśnie uzgodnili coś bez zbędnych dyskusji. Hank zaakceptował 

pomysł  włączenia  Charliego  do  rodziny,  jeśli  się  pobiorą.  Może  zatem  mieć  nadzieję,  że 
równie łatwo przekona go do dziecka. Roxie cieszyła się z góry na cudowny weekend.   

Hank pom

ógł  jej  wysiąść  z  samochodu  i  zaprowadził  przez  wewnętrzne  drzwi  do 

nieskazitelnie czystej kuchni, utrzymanej w niebiesko-b

iałych  barwach.  Kuchnia  wyglądała 

sympatycznie, ale Roxie miała ochotę zdjąć zasłony w krówki i gąski i zastąpić je bajecznie 
kolorowymi  meksykańskimi  materiami.  Osbornowie  byli  zafascynowani  Wschodem,  tutaj 
znalazła  atmosferę  wiejskiego  domu.  Ciekawe,  czy  ktokolwiek w Tucson lubi 
po

łudniowozachodni styl, który tak jej odpowiadał.   

– I jak? 

Odwr

óciwszy się, napotkała badawcze spojrzenie Hanka.   

– Szczerze? 

– Szczerze. – Postawi

ł jej torbę na krześle. Roxie uznała, że nie może go oszukiwać. Nie 

czuła się tu jak w domu. Był to dom innej kobiety, urządzony według jej gustu. Musiał sam to 
zauważyć.   

Gdy jednak wpatrywa

ła  się  w  jego  twarz,  zastanawiając  się,  co  mu  odpowiedzieć, 

background image

zrozumiała, że wszystko to jest nieważne. Kogo obchodziłoby, jak wygląda pokój, jeśli jest w 
nim  taki  mężczyzna?  Nigdy  nie  widziała,  żeby  ktoś  wyglądał  lepiej  w  spranych  dżinsach, 
sportowej  bluzie  i  rozpiętej  do  połowy  kurtce.  W  jego  ramionach  czuła  się  jak  w  niebie. 
Powoli zdjęła płaszcz i podeszła do niego.   

– My

ślę – powiedziała – że strasznie dawno mnie nie całowałeś.   

– Niesko

ńczenie dawno – zgodził się, biorąc ją w ramiona. – Chyba upadłem na głowę.   

– Nie pozw

ól, żeby to się jeszcze kiedyś powtórzyło.   

– Mo

żesz się nie obawiać – obiecał, całując ją zachłannie.   

Natychmiast ogarn

ęła ją namiętność. Rozpięła do końca jego kurtkę i przylgnęła do niego 

całym ciałem.   

G

ładziła jego szyję, następnie musnęła ucho lekką pieszczotą. Pocałunek stawał się coraz 

gorętszy,  gwałtowność  Hanka  przyspieszyła  bicie  jej  serca,  wzmogła  jej  pragnienie 
połączenia się z ukochanym.   

Oderwa

ł się od niej na chwilę i powiedział głosem ochrypłym z pożądania: 

– Nigdy nie kocha

łem cię w pełnym świetle dnia.   

– Nie.   

– Chyba to polubi

ę.   

– Ja te

ż.   

Zaprowadzi

ł ją do sypialni, zdjął kurtkę i rzucił ją na krzesło. Pościelone łóżko czekało na 

nich, zdawało się zapraszać ich do miłości. Drżała z podniecenia, gdy rozpinał jej bluzkę, a 
potem stanik.   

– Jestem zazdrosny o ten skrawek koronki – szepn

ął, obejmując dłońmi jej piersi.   

–  Nie powiniene

ś – odpowiedziała, przyciskając mocniej jego dłonie. – Wiesz, że wolę, 

gdy ty je trzymasz.   

–  Chc

ę  czegoś  więcej.  –  Wyprężyła  się,  gdy  pochylił  głowę  i  pochwycił  wargami 

sterczący sutek. Jęknęła z rozkoszy, zamykając oczy.   

Jak przez mg

łę docierało do niej, że rozpina jej spodnie, które opadły na podłogę. Wsunął 

dłoń pod elastyczny materiał jej majteczek.   

–  Och!  –  wykrzykn

ęła,  gdy  jej  dotknął.  Nigdy  nie  pragnęła  tak  bardzo  pieszczoty 

mężczyzny,  nie  poddawała  się  jej  tak  bezwstydnie.  Gdy  przerwał,  krzyknęła  znowu,  tym 
razem na znak 

protestu, on jednak wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko.   

Po

łożył ją na świeżym prześcieradle, zdjął jej buty, potem majteczki. Stał przez dłuższą 

chwilą,  przyglądając  się,  gdy  tak  leżała  w  pełni  swej  urody,  zarumieniona  pod  jego 
spojrzeniem.   

– Wprawiasz mnie w zak

łopotanie – wyszeptała.   

–  Nie mia

łem  takiego  zamiaru  –  powiedział,  siadając  obok  i  głaszcząc  po  policzku.  – 

Jesteś taka piękna, a zawsze było ciemno i nie mogłem się nacieszyć twoim widokiem.   

– Ale ty jeste

ś taki... wymagający.   

–  Co do budynkó

w,  a  nie  ludzi.  Zresztą  nawet  najbardziej  wymagający  mężczyzna 

znalazłby przyjemność w patrzeniu na ciebie.   

Wsun

ęła mu dłoń pod bluzę.   

background image

– Zdejmij to – za

żądała. – Zdejmij wszystko. Ja też chcę na ciebie patrzeć.   

Hank pos

łusznie ściągnął bluzę, po czym wstał, by rozpiąć spodnie. Rozebrał się przed 

nią bez odrobiny skrępowania i pozwolił jej patrzeć.   

Po raz pierwszy napawa

ła się widokiem jego muskularnego męskiego ciała, przesunęła 

spojrzeniem  po  ciemnych  włosach  na  klatce  piersiowej,  zauważyła  pieprzyk  pod  żebrami, 
płaski brzuch, wgłębienie pępka, męskość.   

Podszed

ł powoli do łóżka i usiadł obok niej.   

–  Nie mamy ju

ż  żadnych  tajemnic  –  powiedział,  drażniąc  lekko  palcami  jej  sutek.  – 

Widzisz sama, jak bardzo cię pragnę.   

– Tak. – Wyci

ągnęła rękę, by go popieścić. – Ty też jesteś piękny.   

Zanurzy

ł palce w jej włosach i przyciągnął ją do siebie.   

– Pragn

ę... – przewrócił ją na plecy i wsunął się w nią – ... tego.   

Nigdy nie czu

ła  się  taka  swobodna.  Gdy  byli  zespoleni,  wszystko  wydawało  zupełnie 

naturalne, poru

szali się w zgodnym rytmie, by w końcu dać się ponieść fali uniesienia.   

– C

śś, kochanie. – Hank otarł Roxie łzy rozkoszy.   

– Jest nam tak cudownie razem – szepn

ęła.   

– Tak. – Uca

łował jej drżące wargi.   

– Nie chc

ę tego stracić. – Łzy wciąż spływały po jej policzkach.   

– Straci

ć? O czym ty mówisz, Roxie. Będziemy się kochać bardzo, bardzo długo.   

– Wiem, ale ja pragn

ę... – Wciągnęła ze świstem powietrze. – Pragnę mieć twoje dziecko.   

– Nie mog

ę ci go dać – rzekł po chwili.   

–  Skutki operacji... mo

żna  odwrócić.  Milczenie  zawisło  nad  ich  radością  niczym  szary 

welon.   

–  Nie ma 

żadnej  gwarancji,  że  się  uda  –  powiedział  z  naciskiem.  –  Lekarze postawili 

sprawę jasno, gdy się na to decydowałem.   

–  Przynajmniej spróbujmy  – 

rzekła,  patrząc  na  niego  błagalnym  wzrokiem.  –  Mam 

przeczucie, że wszystko dobrze się skończy.   

Zamkn

ął oczy i przytulił czoło do jej czoła.   

– Och, Roxie, nie pro

ś mnie o to. Otoczyła jego szyję ramionami.   

– Ja... rozumiem, 

że nie masz ochoty poddawać się kolejnej operacji, ale...   

– Nie o to chodzi. Operacja to doprawdy g

łupstwo.   

– Wi

ęc? – Czekała w napięciu na odpowiedź.   

–  M

ógłbym spróbować, gdybym chciał. – Zamilkł na długą, pełną udręki chwilę. – Ale 

prawda jest taka, że nie chcę.   

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Roxie ogarn

ęła rozpacz, zatruwając wspomnienie cudownych chwil, które spędzili.   

– Nie chcesz mie

ć więcej dzieci? – spytała, łudząc się, że źle go zrozumiała.   

–  Nie, nie chc

ę.  –  Hank  odwrócił  się  na  plecy  i  wlepił  wzrok  w  sufit.  –  Podejmując 

decyzję, wziąłem pod uwagę wiele rzeczy. Tak praktyczna osoba jak ty, Roxie, powinna być 
ze mnie dumna.   

– Co, na przyk

ład, brałeś pod uwagę? 

–  Och, wiele rzeczy, takich jak mo

żliwość  śmierci  jednego  lub  obojga  dzieci. 

Postanowiłem nie wywoływać wilka z lasu. Zastanawiałem się też, co stałoby się,  gdybym 
utracił Sybil i zdecydował się na powtórne małżeństwo. Czy chciałbym mieć jeszcze jedno 
dziecko z nową żoną? Odpowiedź brzmiała: nie. I nie zmieniłem zdania.   

–  Nie rozumiem –  rzek

ła  Roxie  drewnianym  głosem  –  jak  mogłeś  postanowić  coś 

podobnego.   

–  To  proste. Mam dwoje dzieci, kt

óre ogromnie mnie absorbują i sporo kosztują. Poza 

tym wyrosłem już z pieluszek, wstawania w nocy, kolki i ospy wietrznej. Ryan i Hilary stają 
się  z  każdym  dniem  coraz  bardziej samodzielni i nie uśmiecha  mi  się  perspektywa 
zajmo

wania się znów całkowicie zależnym ode mnie maleństwem.   

–  Nawet...  –  prze

łknęła z trudem ślinę – ... nawet gdy wiesz już, jak wiele to dla mnie 

znaczy? 

– Roxie, pos

łuchaj. – Hank przewrócił się na bok i wsparł głowę na dłoni. – Jeśli za mnie 

wyjdziesz, a 

mam nadzieję, że tak się stanie, będziesz miała pełne ręce roboty przy Ryanie i 

Hilary. Będziemy spędzać dużo czasu we czworo, żebyś mogła ich lepiej poznać, pokochać. 
Widzisz sama, jak wypełnione życie nas czeka. Nie potrzebujemy jeszcze jednego dziecka.   

–  My? Jak mo

żesz mówić za mnie? – Jej rozpacz przerodziła się w gniew. – Ty miałeś 

swoją szansę, by trzymać na rękach nowo narodzone maleństwo. Widziałeś, jak wyrzynał mu 
się pierwszy ząbek, słyszałeś pierwsze słowo. Nie rozumiesz. Ja też chcę to przeżyć.   

– Namalowa

łaś uroczy obrazek rodzicielskich przyjemności, ale nie zapominaj o stałych 

obowiązkach, karmieniu, przebieraniu, zmienianiu pieluszek. Masz rację, przeszedłem przez 
to wszystko i wiem, że to mnóstwo pracy.   

–  Cieszy

łaby mnie każda chwila takiej pracy, ponieważ byłoby to nasze dziecko, Hank. 

Czy nie chcesz mieć ze mną dziecka? 

Obj

ął ją w pasie i przyciągnął do siebie.   

– Chc

ę ciebie, Roxie. Dzieci to rzecz przejściowa, ale małżeństwo, jeśli masz szczęście, 

jest  na  zawsze.  Wiem,  że  to  brzmi  trochę  egoistycznie,  ale  Ryan  i  Hilary  są  już  w  takim 
wieku, że mogą spędzić noc poza domem, tak jak dzisiaj. A malutkie dziecko oznaczałoby 
zaczynanie wszystkiego od początku.   

Roxie zesztywnia

ła w jego ramionach.   

– Mo

że tego właśnie pragnę. Zacząć wszystko od początku. Może nie chcę wprowadzić 

się do twojego urządzonego od a do zet świata i zostać twoją beztroską towarzyszką zabaw.   

background image

–  Nie przekr

ęcaj  moich  słów,  Roxie.  Mamy  szansę  uniknąć  obowiązków,  w  których 

ugrzęźliśmy z Sybil, cieszyć się sobą i naszą miłością.   

–  Widz

ę teraz jasno, czego pragniesz – powiedziała Roxie, uwalniając się z jego objęć. 

Wstała z łóżka. – Najwyraźniej źle oceniłam sytuację. Myślałam, że jedyną przeszkodą jest 
twoja operacja.   

– Nie podejmuj

ę pochopnie decyzji. Może wyciągnęłaś takie wnioski, biorąc pod uwagę 

tempo,  w  jakim  poprosiłem  cię  o  rękę.  Zapewniam  cię  jednak,  że  wiedziałem,  co  robię, 
poddając  się  operacji,  podobnie,  jak  wiem  dobrze,  co  robię,  prosząc  cię,  byś  została  moją 
żoną.   

– 

Żoną? – Sięgnęła po ubranie. – Nie sądzę, by chodziło ci o żonę. Miałeś już jedną, która 

szybko  przestała  być  atrakcyjna,  ponieważ  została  matką  i  nie  mogła  zawsze  zaspokajać 
twoich potrzeb. Może tobie chodzi o... konkubinę.   

–  Roxie!  –  Hank wyskoczy

ł  z  łóżka  i  stanął  przed  nią,  wspaniały  w  swej  nagości, 

gniewny. – To obrzydliwe, co mówisz! 

– By

ć może, ale logika podpowiada mi, że mam rację.   

– Do diab

ła z twoją logiką! – Chwycił ją za ramię i odwrócił twarzą ku sobie. – Kocham 

cię i nie chcę patrzeć, jak się zapracowujesz na śmierć przy trójce dzieciaków.   

– Nie doceniasz mnie. Nie jestem tchórzem.   

– Ja te

ż nie! – huknął. – Ale mam więcej doświadczenia i jestem realistą. Wystarczy, że 

musimy przystosować się do nowej sytuacji z Ryanem i Hilary! 

–  Mam wra

żenie – powiedziała, walcząc z łzami – że żadne przystosowanie nie będzie 

konieczne.   

– Roxie, nie dr

ęcz nas.   

– Dlaczego nie? – 

Łzy popłynęły jej z oczu. – Poco ciągnąć dalej nasz związek, skoro ja 

wiem,  jak  bardzo  pragnę  dziecka,  a  ty  nie  chcesz  nawet  o  nim  słyszeć?  Będziemy  tylko 
zadawać sobie ból, Hank, ponieważ problem nie przestanie istnieć.   

– Niekoniecznie – powiedzia

ł cicho. – Poznasz i pokochasz moje dzieci.   

– Nie – pokr

ęciła głową. – To twoje pobożne życzenia, ale ja chcę własnego dziecka.   

– Bardziej ni

ż mnie? 

Łzy przesłoniły jej postać Hanka.   
– Nie wiem. Mo

że... może tak.   

– Nie mog

ę uwierzyć... – nie dokończył zdania, ponieważ zadzwonił telefon.   

–  Odbierz, prosz

ę  –  powiedziała  Roxie,  zapinając  bluzkę  drżącymi  palcami.  – 

Skończyliśmy już rozmowę.   

Spojrza

ł na nią, po czym podszedł do telefonu i podniósł słuchawkę.   

– To Charlie – powiedzia

ł, odwracając się do Roxie. – Chce mówić z tobą.   

Roxie patrzy

ła  tępo  na  słuchawkę  w  dłoni  Hanka.  Charlie  był  ostatnią  osobą,  z  którą 

miała ochotę rozmawiać. To on był winien wszystkiemu.   

–  Lepiej podejd

ź  do  telefonu.  –  Wyciągnął  do  niej  słuchawkę.  –  Jest bardzo 

zdenerwowany.   

– Charlie, czy co

ś się stało? – spytała, podnosząc słuchawkę do ucha.   

background image

– Och, Roxie, moje dziecko, czuj

ę się naprawdę okropnie. Miałaś rację, powinienem był 

spocząć na laurach, gdy zetknąłem was z Hankiem.   

– Charlie, o co chodzi? – zatrwo

żyła się nagle Roxie.   

– O Como. Nie... nie ma jej.   

– Jak to jej nie ma? 

–  To moja wina. Przeczyta

łem  jej  kilka  pięknych  sonetów  i  zabrałem  na  spacer. 

Koniecznie chciała iść w kierunku zachodnim, poszliśmy więc i... och, Roxie, tak mi przykro.   

– Charlie – z trudem wykrztusi

ła Roxie – ona żyje, prawda? 

– Ale

ż tak, dzięki Bogu, tak. Przynajmniej żyła, gdy ją ostatnio widziałem.   

– To gdzie jest teraz? 

– Nie wiem. Gdy mi si

ę wyrwała, próbowałem dotrzymać jej kroku, ale ona jest bardzo 

szybka, Roxie. Gdy straciłem ją z oczu, wróciłem do domu i znalazłem kluczyki do twojego 
samochodu.   

– O m

ój Boże.   

–  Nie denerwuj si

ę. To tylko małe wgniecenie. Ale skrzynka na listy Osbornów jest w 

opłakanym  stanie.  I  posterunkowy  chciał  mi  zabrać  prawo  jazdy  za  poruszanie  się 
nieprawidłową stroną ulicy, tylko że ja nie mam takiego dokumentu. Posterunkowy Grundy 
jest tutaj ze mną. Czy chcesz z nim rozmawiać? 

– Nie, to znaczy tak, ale osobi

ście. Gdzie jesteś? Czy cię aresztowali, Charlie? 

– Nie, chyba nie. Jestem w kuchni. Posterunkowy Grundy przywi

ózł mnie tutaj, ponieważ 

nie pozwolono mi więcej prowadzić twojego samochodu.   

– Zaraz tam b

ędę, Charlie. Zaczekaj na mnie.   

–  Posterunkowy Grundy powiedzia

ł  to  samo.  Nie  chciałem  wam  przeszkadzać,  mam 

nadzieję, że ty i Hank...   

– Nie szkodzi – przerwa

ła mu. – Za chwilę będę.   

– Dobrze, Roxie. Bardzo mi przykro, moja kochana. Roxie rzuci

ła słuchawkę na widełki i 

powiedziała do Hanka, który był już prawie ubrany: 

–  Musisz mnie natychmiast zawie

źć  do  domu.  Como  uciekła.  Charlie  próbował 

prowadzić mój samochód i został zatrzymany przez policję.   

– Dobry Bo

że! 

Roxie w

łożyła buty i wyszła z pokoju.   

– Po

śpiesz się – rzuciła przez ramię.   

Hank pod

ążył za nią, wkładając kurtkę. Roxie stała przy drzwiach z torbą w ręku.   

– Nie masz zamiaru wr

ócić tutaj? – spytał.   

– Nie, Hank. Musz

ę zająć się wszystkim.   

– Mo

że to nie potrwa długo. Pomogę ci.   

– Nie musisz. Jestem pewna, 

że masz mnóstwo spraw do załatwienia.   

–  Uspok

ój  się,  Roxie.  Mam  zamiar  ci  pomóc  w  sprawie  Charliego  i  Como.  Im  więcej 

osób będzie jej szukało, tym prędzej się znajdzie.   

– Masz oczywi

ście rację. Doceniam twoją troskę.   

– Sko

ńcz z tą uprzejmą gadką – rzekł, wprowadzając ją do garażu. – Wolałbym, żebyś na 

background image

mnie nakrzyczała.   

– Wobec tego mo

że lepiej w ogóle przestanę się odzywać.   

– Mo

że.   

W

óz  policyjny  stał  przed  domem,  nie  opodal  rozbitej  skrzynki.  Charlie  musiał  w  nią 

uderzyć,  a  następnie  po  niej  przejechać.  Szczęście,  że  nikogo  nie  zabił,  pomyślała Roxie. 
Myśl  o  Charliem  za  kierownicą  jej  samochodu  przejmowała  ją  przerażeniem.  Musiał  być 
naprawdę zrozpaczony, skoro się na to odważył.   

Hank zatrzyma

ł samochód. Roxie szybko wyskoczyła i pobiegła w stronę domu. Znalazła 

Charliego i posterunkowego Grundy’

ego w kuchni. Siedzieli naprzeciw siebie i przyglądali 

się sobie nieufnie. Obaj wstali na jej widok.   

– Panna Lowell? – Policjant by

ł szczupły i nerwowy, nosił wąsy, prawdopodobnie żeby 

wyglądać  poważniej.  Mógł  mieć  najwyżej  dwadzieścia  dwa  lata.  –  Czy  zna pani tego 
mężczyznę? – spytał.   

– Tak, oczywi

ście.   

– Czy wie pani, 

że nie ma prawa jazdy ani też doświadczenia w prowadzeniu samochodu? 

– Tak, bardzo przepraszam za wszystko. Charlie wpad

ł w panikę, gdy uciekła mu lama... 

Miał dobre intencje, jestem tego pewna – powiedziała, słysząc odgłos kroków Hanka.   

– Gdzie samochód? – 

spytał Hank.   

–  Niedaleko  –  odpowiedzia

ł  policjant.  –  Na  szczęście  szybko  go  wypatrzyłem. 

Samochody omijały go z lewej i z prawej, ale nikt go nie stuknął.   

– Dzi

ęki Bogu – wyszeptała Roxie.   

–  Samoch

ód  stoi  na  parkingu  i  jest  zamknięty,  panno  Lowell,  ale  ma  chyba  świeże 

wgniecenie po lewej stronie. Muszę wiedzieć, czy chce pani wnieść oskarżenie, ponieważ pan 
Hartman najwyraźniej nie miał pani pozwolenia na prowadzenie samochodu.   

– Na mi

łość boską, nie.   

–  A wi

ęc  sprawa  skończy  się  na  dwóch  mandatach,  zakładając,  że  pani  samochód  jest 

ubezpieczony.   

– Jest ubezpieczony. O jakich mandatach pan mówi? 

–  Za jazd

ę  po  niewłaściwej  stronie  ulicy,  sześćdziesiąt  pięć  dolarów,  i  prowadzenie 

s

amochodu bez ważnego prawa jazdy – czterdzieści. Czy polisa ubezpieczeniowa jest w pani 

samochodzie? 

–  Tak, ale mam kopi

ę  w  sypialni.  –  Roxie  chciała  jak  najprędzej  skończyć  z 

formalnościami i skoncentrować się na poszukiwaniu Como.   

– Ja zap

łacę oba mandaty, Roxie – powiedział Hank. – I naprawię skrzynkę.   

– Nie b

ądź śmieszny. Ja odpowiadam za Charliego.   

– Tak, ale nic by si

ę nie wydarzyło, gdybym...   

– Porozmawiamy o tym p

óźniej – powiedziała, zaciskając zęby. Popatrzyła na Charliego, 

który spoglądał to na nią, to na Hanka z zatroskaną miną. Zorientował się, że coś między nimi 
zaszło.   

Wr

óciła szybko z polisą ubezpieczeniową i wręczyła ją policjantowi.   

– Rozumiem, 

że musimy załatwić formalności – powiedziała – ale bardzo niepokoję się o 

background image

zaginioną lamę. Czy mógłby pan nam jakoś pomóc? 

Policjant wyrwa

ł mandaty z bloczka i podał Charliemu, żeby je podpisał.   

– Podam kolegom meldunek przez radio, prosz

ę pani, ale nie mogę obiecać, że ta sprawa 

będzie miała pierwszeństwo. – Wyjął notatnik z kieszeni na piersi.   

– Prosz

ę opisać to zwierzę.   

–  Ma pi

ękne brązowe oczy i uwielbia sonety – wtrącił Charlie. – Jest bardzo łagodnego 

usposobienia i gdyby nie była zakochana, nigdy nie...   

– Chwileczk

ę, proszę pana. – Policjant postukał piórem w notatnik i zwrócił się do Roxie 

z niemą prośbą w oczach. – Kolor? 

–  Bia

ła  –  odpowiedziała  szybko.  –  Dorosła  lama  płci  żeńskiej,  o  imieniu  Como. 

Przypomina trochę wielbłąda bez garbu. One...   

– Wiem, jak wygl

ąda lama – przerwał jej policjant.   

– By

łem w zoo. W jakim kierunku się udała? 

– Na zachód – 

odpowiedział natychmiast Charlie. – Jestem pewny, że gdzieś tam mieszka 

jej ukochany. Od wielu dni tęskniła i pomyślałem...   

–  Ukochany? –  Policjant spojrza

ł na Roxie z miną świadczącą o tym, że powątpiewa w 

zdrowie psychiczne Charliego.   

– Ona jest w okresie rui – wyja

śniła Roxie cicho.   

–  Och.  –  M

łody  człowiek  zaczerwienił  się.  –  Cóż,  jak  już  obiecałem,  przekażę  tę 

wiadomość  kolegom,  ale  nie  ręczę  za  skutek,  może  poda  pani  komunikat  przez  radio  i 
telewizję.  Nie  możemy  tracić  zbyt  wiele  czasu  na  poszukiwanie  zaginionych  zwierząt.  – 
Podał  kopie  mandatów  Charliemu.  –  I  żadnego  prowadzenia  samochodu,  panie  Hartman, 
dopóki nie zrobi pan prawa jazdy.   

Charlie wyprostowa

ł się i rzekł z godnością: 

–  M

łody człowieku, nie zamierzam nigdy więcej usiąść za kierownicą takiego pojazdu, 

chyba że udoskonalą mechanizmy kierownicze.   

– Tak, prosz

ę pana. – Policjant przygryzł wargę i szybko wyszedł.   

– Co teraz robimy? – spyta

ła Roxie. – Rzeczywiście powinniśmy podać komunikat przez 

radio i telewizję, ale jak najsprawniej zorganizować poszukiwania? 

– Kto

ś musi zostać tutaj, na wypadek gdyby odnaleziono Como – myślał na głos Hank. – 

Pojedziemy na poszukiwanie ciężarówką, bo jest wyposażona w telefon.   

– Dobrze. – Roxie od

łożyła na bok sprawy osobiste. Hank miał naprawdę dobry pomysł. 

– 

Sprowadź  ciężarówkę,  a  my  z  Charliem  obdzwonimy  stacje  radiowe,  telewizyjne  i 

schroniska  dla  zwierząt.  Gdy  wrócisz,  pojadę  z  tobą,  a  Charlie  będzie  dyżurował  przy 
telefonie.   

– Dobrze. Zaraz wracam. – Hank obr

ócił się na pięcie i wybiegł.   

– Roxie, nie masz poj

ęcia, jak mi przykro – rzekł Charlie, dotykając jej ramienia.   

– My

ślę – rzuciła Roxie, wertując książkę telefoniczną. – Pogadamy później.   

Poda

ła  mu  pierwszy  numer.  Gdy  rozmawiał,  wypisała  na  kartce  cały  szereg  numerów 

stacji radiowych i telewizyjnych oraz schronisk dla zwierząt.   

–  Prosz

ę – wręczyła kartkę Charliemu. – Poszukam jeszcze notesu Frań, choć obawiam 

background image

się,  że  zabrała  go  ze  sobą  do  Chin.  Jej  przyjaciółka  może  wiedzieć,  gdzie  doprowadzono 
Como do samca po raz pierwszy.   

– S

łuszny tok rozumowania, Roxie. – Charlie zaczął wykręcać kolejny numer z listy.   

Uda

ło  jej  się  znaleźć  jakiś  stary  notes  z  telefonami,  obawiała  się  jednak,  że  jest 

nieaktualny. Do czasu jej powrotu do kuchni Charlie zdążył załatwić dużą część telefonów.   

– I co? – spyta

ła, gdy odłożył słuchawkę. – Pomogą? 

–  O, tak. Bardzo sympatyczni ludzie. Jeden z prezenter

ów  powiedział,  że  otwiera 

specjalną „linię zaginionej lamy” dla ludzi, którzy widzieli Como.   

– Mam nadziej

ę, że to pomoże i że ją znajdziemy. Wiem, że kosztowała Osbornów sporo 

pieniędzy, ale nie o to chodzi. Kochają ją jak własne dziecko. Jeśli coś jej się stanie, nigdy mi 
tego nie wybaczą.   

– Roxie, to ja jestem wszystkiemu winien.   

– Nie, Charlie. Obarczy

łam cię zbyt wielką odpowiedzialnością.   

– Tak bardzo chcia

łem, żebyście mieli z Hankiem trochę czasu dla siebie. To było częścią 

planu.   

–  Nie przejmuj si

ę,  Charlie.  Dzwoń  dalej.  Gdy  skończysz,  dam  ci  jeszcze  notatnik  z 

numerami  przyjaciół  Osbornów.  Zadzwoń  pod  wszystkie,  może  ktoś  wie  coś  o  samcu,  do 
którego doprowadzono kiedyś Como. I do weterynarza.   

Poorana zmarszczkami twarz Charliego wydawa

ła się starsza niż zwykle.   

– Po prostu musimy j

ą znaleźć – powiedział, wykręcając numer kolejnej stacji radiowej.   

Wkrótce nadjech

ał  Hank.  Na  wszelki  wypadek  zostawili  Charliemu  numer  telefonu  w 

ciężarówce i obiecali sami zadzwonić, gdyby się czegoś dowiedzieli.   

– Charlie m

ówił, że gdy ją widział po raz ostatni, biegła w kierunku zachodnim Sunrise 

Drive, tak? – spyta

ł Hank, gdy ruszyli w drogę.   

– Tak. Mam nadziej

ę, że zmieniła trasę. Ruch jest...   

– Roxie umilk

ła.   

–  Po pierwsze, musimy zawierzy

ć jej instynktowi – powiedział Hank. – Zakładamy, że 

skręciła w boczną ulicę  i biegła nadal  w kierunku zachodnim. Mogła kierować się na pole 
golfowe.   

– Mam nadziej

ę. Chyba że poszła wąwozem w góry. A wtedy...   

– Nie my

śl o tym. Nie uciekła dawno, ktoś na pewno ją widział. Lama na wolności będzie 

budziła ogólną ciekawość.   

– Chyba masz racj

ę.   

–  Musimy zacz

ąć myśleć tak jak ona – uznał Hank. – Co zrobiłabyś na miejscu Como, 

gdybyś chciała podróżować na zachód, a ulica byłaby bardzo ruchliwa? 

–  Hank, nie potrafi

ę  myśleć  jak  lama.  Mam  w  ogóle  kłopoty  z  myśleniem,  ponieważ 

okropnie się martwię.   

– Uspok

ój się, Roxie. Połączenie twojej logiki i mojej intuicji może dać niezłe rezultaty.   

– Dobrze, spr

óbuję. Po pierwsze, chyba odbiła w prawo. Nie wierzę, żeby przebiegła na 

drugą stronę ruchliwej szosy.   

– Zgadzam si

ę, ale gdzie? 

background image

– Nie wiem. Przejechali

śmy już kilka ulic, ale nie wyglądały zbyt zachęcająco... zaczekaj, 

Hank, tam! Spójrz na te kwiaty i kaskadę. Mogło jej się chcieć pić.   

– To jest pomys

ł. Może strażnik przy bramie coś zauważył.   

– A obok mamy pole golfowe. Gdybym by

ła Como, skręciłabym w tym miejscu.   

– Widzisz? – u

śmiechnął się do niej. – Wiedziałem, że potrafisz.   

– Nie mamy 

żadnej gwarancji, że się nie mylę. – Nie poddała się czarowi tego uśmiechu. 

Szukają wspólnie Como, ponieważ tak nakazuje rozsądek. Gdy ją znajdą, o co się modliła, ich 
znajomość dobiegnie końca.   

Stra

żnik przy bramie wyraźnie się ożywił, gdy wspomnieli o białej lamie.   

–  A wiec to by

ła lama. Widziałem zwierzę, które przybiegło tutaj, by napić się wody z 

kaskady. Próbowałem je złapać, niestety, bezskutecznie.   

– Hank, ona jest tutaj! – wykrzykn

ęła Roxie.   

– Raczej by

ła – powiedział strażnik. – Uciekła przez pole golfowe.   

– Czy mo

żemy dostać się na to pole? – spytał Hank.   

– W

ątpię. To teren prywatny.   

–  Ta lama jest niezwykle cennym zwierz

ęciem  –  nalegał  Hank.  –  Zapłacimy  za 

korzystanie z pola golfowego.   

– C

óż, proszę pana, karta członkowska klubu kosztuje kilka tysięcy dolarów.   

– Z pewno

ścią musi być jakiś inny sposób. Czy mogę zadzwonić do kierownika? 

Stra

żnik zastanawiał się przez chwilę, po czym rzekł: 

– Tak, my

ślę, że to możliwe – powiedział wreszcie. Roxie czekała niecierpliwie na wynik 

rozmowy.   

Dobieg

ł  ją  śmiech  Hanka  i  strzępy  przyjacielskiej  pogawędki.  Po  chwili  Hank  był  z 

powrotem.   

– I co? – spyta

ła, gdy wjechali przez bramę.   

– Dostaniemy elektryczny w

ózek, ale nie wolno nam przeszkadzać graczom.   

– Cudownie! Jak go przekona

łeś? 

– Powiedzia

łem mu, że kupiłem tę drogą białą lamę w prezencie ślubnym dla mojej żony. 

Przez nieuwagę zapomniałem zamknąć bramę i cholerny zwierzak uciekł od razu pierwszego 
dnia. Wspomniałem, że żona zagroziła, iż będzie spała w domku gościnnym przez następne 
czterdzieści lat, jeśli nie odnajdę lamy. Wygląda na to, że wszyscy chcą usuwać przeszkody z 
drogi prawdziwej miłości.   

– M

ój Boże, mówisz zupełnie jak Charlie.   

– Powiedzia

łem ci kiedyś, że dobrze się rozumiemy.   

–  Wobec tego mo

że  powinieneś  wiedzieć,  że  to  Charlie  sprawdził,  iż  skutki  twojej 

operacji można cofnąć.   

– A wiec starszy pan nie jest idea

łem. Zauważyłaś, że nigdy nie mówi o swojej rodzinie? 

Podejrzewam, że jest kawalerem, a skoro nigdy nie zmieniał pieluszek, nie ma prawa udzielać 
rad na temat dzieci.   

–  My

ślę,  że  on  udzielił  zupełnie  innej  rady,  a  mianowicie,  że  naprawdę  kochający  się 

ludzie powinni iść na kompromis.   

background image

Hank zatrzyma

ł ciężarówkę przed biurem kierownika i wyłączył silnik.   

– To dzia

ła w obie strony – stwierdził, otwierając drzwi ciężarówki. – Idziemy? 

– Tak. I ja b

ędę prowadziła wózek.   

– Prosz

ę bardzo.   

Roxie nigdy dot

ąd nie kierowała elektrycznym wózkiem i szybko przekonała się, że lekki 

pojazd błyskawicznie nabiera rozpędu na dość stromym zboczu. Hank chwycił się kurczowo 
wspornika kabiny, gdy omal nie zderzyli się u podnóża wzniesienia z innym wózkiem.   

– Czy ju

ż kiedyś to robiłaś? – spytał łagodnie, gdy Roxie udało się jakoś wymanewrować 

i posuwali się dalej ścieżką, dopóki nie zrównali się z mężczyzną szykującym się właśnie do 
uderzenia.   

– Setki razy – burkn

ęła. – Hej, proszę pana! – zawołała do samotnego gracza.   

–  Roxie, on w

łaśnie  brał  zamach  –  zauważył  Hank,  krzywiąc  się,  gdy  piłeczka 

wylądowała w koronie pobliskiego drzewa. Mężczyzna zaklął soczyście.   

– Prosz

ę pana, czy nie widział pan tutaj białej lamy? – wołała dalej Roxie.   

M

ężczyzna odwrócił się i oparł na kiju golfowym.   

– Jasne – odkrzykn

ął. – I dwa różowe słonie, i czerwoną zebrę. A teraz, czy pozwoli pani, 

że będę kontynuował grę? 

– Bia

ła lama, o, takiej wysokości – nie dawała za wygraną Roxie. – Ostatnio widziano ją 

na tym polu golfowym, a my musimy ją koniecznie znaleźć.   

–  Nie, nie widzia

łem  białej  lamy,  ale  dam  pani  pewną  radę,  młoda  damo.  To  bardzo 

trudne pole, ma mnóstwo natura

lnych  nierówności  i  przeszkód.  Proszę  ich  jeszcze  nie 

przysparzać, dobrze? 

– Dobrze. Przepraszam. – Roxie, przygn

ębiona, ruszyła dalej ścieżką. – Bardzo martwię 

się o Como – powiedziała do Hanka.   

– Wiem. Po prostu zaczekaj, a

ż ktoś uderzy w białą piłeczkę i wszystko będzie dobrze.   

– Nie znam si

ę na golfie... Hank! Widzę tam coś białego! – Skręciła gwałtownie w lewo i 

ruszyła prosto przez pole.   

– Uwaga! – rozleg

ł się krzyk mężczyzny.   

– Roxie, schyl g

łowę! – zawołał Hank.   

Roxie pos

łuchała go i w tej samej chwili piłeczka golfowa uderzyła o wspornik kabiny, 

po czym wylądowała na kolanach Hanka.   

–  Wspaniale  –  j

ęknął Hank. – To ten  sam facet,  w dodatku mamy  teraz jego  piłeczkę. 

Biegnie do nas, wściekły jak diabli.   

–  Nie szkodzi. Po prostu j

ą  odrzuć.  Hank,  to  była  ona.  Wciąż  kieruje  się  na  zachód, 

widzisz? 

– Przebijesz opony na kaktusach, je

śli będziesz dalej jechać na przełaj.   

Roxie zatrzyma

ła gwałtownie wózek.   

– Wobec tego b

ędę ją ścigać piechotą.   

– Nie. – Hank chwyci

ł ją za ramię. – Nie w tych butach. 

– Ale...   

– Zaczekaj. Czy widzisz tam skupisko domów? 

background image

– Tak. My

ślisz, że to jest właśnie cel jej podróży? 

– Miejmy nadziej

ę. Zawracaj, podjedziemy ciężarówką do tego osiedla.   

Zawr

ócili, odprowadzani przekleństwami zdenerwowanego gracza. Roxie pomyślała, że 

czekają niezła bura od Hanka.   

– Ciekawe, czy to, co si

ę wydarzyło, może być poczytane za przeszkadzanie graczom? 

– Nie. Raczej za wzbogacenie gry w twórcze wyzwanie.   

– Dzi

ękuję, że nie zwalasz wszystkiego na mnie. Nie wiem, czy zniosłabym to teraz.   

–  Zapominasz, 

że cię kocham – powiedział cicho.  Serce jej się ścisnęło. Czy  gdyby ją 

naprawdę kochał, nie chciałby zostać ojcem jej dziecka? 

Gdy ruszyli w stron

ę osiedla, zadzwonił telefon. Był to Charlie z wiadomością, że znalazł 

znajomych Osbornów, któ

rzy mają samca lamy.   

– Wiesz, gdzie mieszkaj

ą? Z adresu wynika, że w osiedlu, do którego jedziemy.   

– 

Żartujesz.   

– Absolutnie nie. Widocznie Como wie, czego chce.   

– Hank wykr

ęcił podany przez Charliego numer.   

–  Czy m

ówię  z  panią  Griffith?  –  Milczał  przez  chwilę.  –  Tak,  właśnie  dzwonił  pan 

Hartman. Widzieliśmy Como kilka minut temu, biegnącą przez pole golfowe. Jeśli pojawi się 
u państwa, proszę bardzo o uwiązanie jej. Już po nią jedziemy.   

Pani Griffith czeka

ła obok przywiązanej do ogrodzenia Como i głaskała ją po szyi. Como 

wydawała  się  całkiem  zadowolona,  ponieważ  po  drugiej  stronie  ogrodzenia  znajdował  się 
przystojny czarny samiec, z którym trącali się nosami.   

– Czy widzisz to, co ja? – spyta

ła Roxie. – Charlie miał rację.   

– Czy zamierzasz pozwoli

ć kochankom, by dzielili dzisiejszej nocy tę samą zagrodę? 

– Jasne, 

że nie. Nie chcę kłopotów z brzemienną lamą. Za duże ryzyko.   

– Wprawdzie trudno tu upatrywa

ć analogii, ale czuję to samo, gdy myślę o twojej ciąży.   

– Masz racj

ę, analogia jest zbyt odległa. W porządku, Hank, nie mam prawa krytykować 

twojego sposobu my

ślenia,  ale  ponieważ  się  z  nim  nie  zgadzam,  lepiej  będzie,  jeśli 

zakończymy  naszą  znajomość,  zanim  znów  sprawimy  sobie  ból.  Bardzo  ci  dziękuję  za 
pomoc,  ale  gdy  odstawimy  Como  do  domu,  pożegnamy  się  i  nie  będziemy  się  więcej 
widywać.   

– Je

śli tego właśnie chcesz – powiedział.   

– W

łaśnie tego.   

 

Przewiezienie Como do jej zagrody i odzyskanie samochodu Roxie zaj

ęło około godziny. 

Nim  Hank  odjechał,  zaproponował  jeszcze  raz,  że  zapłaci  oba  mandaty  Charliego. Roxie 
odmówiła.   

–  Como wygl

ąda  świetnie  –  powiedziała  w  jakiś  czas  później  Roxie,  czesząc  miękkie 

futro lamy. – 

Możesz już przestać się martwić.   

–  Rzeczywi

ście  –  zgodził  się  Charlie,  okrążając  lamę,  która  wodziła  za  nim 

ciemnobrązowymi oczami. – Może posłuchałaby trochę poezji po swoich przygodach.   

– Mo

że – uśmiechnęła się Roxie.   

background image

Charlie wyci

ągnął  swoje  ulubione  sonety  Szekspira  i  zaczął  czytać  na  głos.  Roxie  nie 

mogła powstrzymać łez, słuchając tych romantycznych strof.   

Charlie od

łożył szybko książkę, okulary i podszedł do niej.   

–  Roxie, moje dziecko, powiedz mi, prosz

ę,  co  się  stało  –  rzekł,  kładąc  jej  dłoń  na 

ramieniu. – 

Czuję, że coś okropnie smutnego zaszło między tobą a Hankiem, i bardzo mnie to 

martwi.   

Roxie spojrza

ła  w  jego  poczciwą,  zasmuconą  twarz  i  omal  nie  straciła  panowania  nad 

sobą. Zaczęła energicznie szczotkować Como, żeby się nie rozpłakać.   

– Chyba jednak Hank nie b

ędzie moim walentynkowym prezentem – powiedziała.   

– Dlaczego? Wszystko uk

ładało się tak pięknie.   

– Charlie – odpowiedzia

ła drżącym głosem – czy nie uważasz, że dziecko jest wyrazem 

miłości dwojga ludzi? 

– C

óż, chyba tak.   

– A co powiedzia

łbyś o mężczyźnie, który nie chce się na nie zgodzić, mimo że... wie, iż 

kobieta, którą kocha, bardzo pragnie maleństwa? – Roxie objęła szyję Como i rozpłakała się 
żałośnie.   

–  Och, moja kochana. –  Charlie poklepa

ł ją niezręcznie po ramieniu. – Tak mi przykro. 

Może sprawy nie wyglądają tak źle. Może Hank musi przyzwyczaić się do tej myśli.   

– Gdyby mnie kocha

ł, nie musiałby przyzwyczajać się do tej myśli. Gdyby mnie kochał, 

pragnąłby mieć ze mną dziecko. Nie chcę go więcej widzieć! – Znów przytuliła się do Como, 
lama zaś trąciła ją nosem, jak gdyby ją pocieszała.   

– O m

ój Boże, o mój Boże. Dwie miłosne historie ze smutnym zakończeniem – westchnął 

Charlie. – 

Może to prawda, że już się nie nadaję. Sugerowano mi przejście na emeryturę, ale 

nie chciałem o tym słyszeć. Uparcie czepiałem się powiedzenia: „Miłość zwycięża wszystko”, 
ale teraz nie jestem już tego taki pewny. Nie wiem, po prostu nie wiem.   

– Charlie, o czym ty, u licha, mówisz? – 

spytała Roxie, ocierając łzy. – Jaka emerytura? 

– Taki by

łem pewny ciebie i Hanka – mówił dalej starszy pan. – Dzięki wam odzyskałem 

wiarę w prawdziwą miłość, rozproszyliście moje obawy, że wyszła już z mody. Ale teraz... – 
Pokręcił smutno głową. – Przykro mi kończyć moją karierę zawodową niepowodzeniem.   

Roxie od

łożyła zgrzebło i stanęła przed Charliem.   

– Jak

ą karierę? Pleciesz znowu, jakbyś nie miał piątej klepki, Charlie. Nie strasz mnie.   

–  Chyba ju

ż czas, żebyś się dowiedziała. Chociaż niechętnie wyznam ci prawdę po tym 

wszystkim, co się stało.   

– Jak

ą prawdę? – Wpatrywała się w niego z drżeniem. – Kim jesteś? 

Zdj

ął z głowy kapelusz i wykonał dworski ukłon.   

– 

Święty Walenty we własnej osobie. Do usług.   

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Roxie patrzy

ła na niego z niedowierzaniem, niezdolna wymówić słowa.   

–  Oczywi

ście  mi  nie  wierzysz.  Cóż,  miałem  zamiar  powiedzieć  ci  o  tym  w  bardziej 

szczęśliwych okolicznościach. Może wówczas dałabyś wiarę moim słowom.   

– M

ój Boże, jesteś szalony – wyszeptała.   

– To ca

łkiem możliwe po tylu wiekach wypełniania tego samego zadania.   

– Naprawd

ę wydaje ci się, że jesteś świętym Walentym, prawda? 

–  Wierz mi, 

że  w  tej  chwili  wolałbym  być  starym  poczciwym  Charliem Hartmanem, 

włóczęgą, którego przygarnęłaś. Nie musiałbym wówczas brać na siebie odpowiedzialności 
za to niepowodzenie.   

– Jakim sposobem mo

żesz być za to odpowiedzialny? Nie mogę się doczekać, kiedy mi 

wyjaśnisz.   

Charlie machn

ął ręką w kierunku dwóch wyściełanych krzeseł, ustawionych pod domem 

na kamiennej posadzce.   

– Mo

że usiądziemy na chwilę i wszystko ci wyjaśnię.   

– Dobrze – odrzek

ła Rorie, idąc za nim. – Ja też mam ochotę usiąść.   

–  No wi

ęc  –  zaczął  Charlie,  gdy  już  zajęli  miejsca  –  dawno, dawno temu, może  w 

trzynastym lub czternastym wieku odkryłem, że przebranie włóczęgi pozwala poruszać się tu 
i  tam  bez  zwracania  na  siebie  uwagi.  Zjawiam  się,  załatwiam  sprawę  i  znikam.  Wszyscy 
uważają,  że  sympatyczny  wagabunda  po  prostu  ruszył  w  dalszą  drogę.  I  rzeczywiście  tak 
robię, po to, by zetknąć kolejną parę kochanków.   

– Nie wierz

ę, że tego słucham. – Roxie pokręciła głową.   

– Przyby

łem do Tucson dla jego ciepłego klimatu – opowiadał dalej Charlie, nie zrażony 

jej sceptycyzmem.   

–  Zacz

ął mi trochę dokuczać artretyzm. Gdybyś została w Newark, moja droga, pewnie 

byśmy  się  nie  spotkali.  Martwię  się  o  biednych  kochanków  w  chłodniejszych  rejonach, 
dlatego myślałem o wyszkoleniu młodszego asystenta. – Popatrzył ze smutkiem na kamienną 
posadzkę. – Teraz może się to okazać niepotrzebne.   

– Chcia

łabym być przy tym, gdy kogoś poprosisz, by zgodził się zająć to stanowisko.   

–  Jednym z kandydat

ów jest Geoff Chaucer. Zaimponowała mi jego spostrzegawczość. 

Zauważył, iż ptaki dobierają się w pary czternastego lutego. Mimo to moim faworytem jest 
Karol, książę Orleanu. Oczywiście, pamiętasz, kto to taki.   

– Oczywi

ście.   

– Co za facet. Zapocz

ątkował nową modę, wysyłając żonie list miłosny z twierdzy Tower 

w dniu świętego Walentego.   

– Tak, to fascynuj

ące – przytaknęła Roxie, postanawiając włączyć się do zabawy.   

– W ka

żdym razie, wracając do czasów współczesnych, ciebie wybrałem natychmiast.   

– Z powodu mojego nazwiska.   

– Tak, i niebezpiecze

ństwa, które nad tobą zawisło w osobie Douga Kelly’ego o szczurzej 

background image

twarzy.   

–  Ach tak, Doug. Musz

ę przyznać, że kimkolwiek jesteś i cokolwiek zrobiłeś, jestem ci 

wdzięczna, że odwróciłeś od niego moje myśli. Mogłam popełnić fatalny błąd.   

– To prawda. Moim celem by

ło szybko znaleźć ci odpowiedniego partnera. Gdy ujrzałem 

Hanka Crad

docka, byłem pewny, że świetnie się nadaje.   

– C

óż... – Oczy Roxie znów napełniły się łzami.   

– Wci

ąż nie mogę uwierzyć, że się pomyliłem.   

–  Charlie, nie mog

łeś przewidzieć, że tak się to skończy. – Roześmiała się przez łzy. – 

Zabrzmiało  to,  jak  gdybym  ci  uwierzyła.  Rozumując  logicznie,  mogłeś  zaaranżować  to 
wszystko, będąc po prostu kochanym, poczciwym Charliem Hartmanem.   

– Nie wszystko. Najtrudniej posz

ło mi z telefonem.   

– Wydaje ci si

ę, że zepsułeś telefon Hanka tamtego dnia? 

–  Nie wydaje mi si

ę.  Po  prostu  to  zrobiłem.  Roxie  wpatrywała  się  w  Charliego  przez 

długą  chwilę.  Potwierdziły  się  jej  obawy.  Biedny  Charlie  był  naprawdę  szalony,  choć 
niegroźny dla otoczenia. Wciąż żywiła do niego sentyment. Miał rację co do Douga. To nie 
był odpowiedni dla niej mężczyzna. Przekonała się o tym dobitnie po poznaniu Hanka. Nie 
żałowała ani jednej spędzonej z nim chwili. Było jej ciężko na duszy, że ich znajomość tak się 
zakończyła. Jednak u boku Hanka doświadczyła wspaniałych przeżyć i tylko to się liczyło.   

– Widzisz wi

ęc sama, Roxie, jeśli zerwaliście ze sobą, nadaję się tylko na emeryturę.   

– I co to oznacza? 

– Nie wiem – odrzek

ł Charlie, przyglądając się swoim dłoniom, złożonym na kolanach. – 

Nigdy nie byłem na emeryturze.   

– Mo

żesz zostać ze mną, wiesz o tym.   

– Jak gdybym by

ł naprawdę Charliem Hartmanem? 

– Tak – skin

ęła uroczyście głową. – Jak gdybyś był Charliem.   

– Zastanowi

ę się nad tym, Roxie. Jesteś naprawdę kochana, że tyle ze mną wytrzymałaś. 

Sprawiłem ci mnóstwo kłopotów.   

– Na szcz

ęście szkody dadzą się naprawić – powiedziała Roxie. Z wyjątkiem złamanego 

serca, dodała w myślach.   

Charlie odchyli

ł klapę marynarki i spojrzał w dół na złotą szpilkę.   

–  Je

śli  pójdę  na  emeryturę,  sprzedam  tę  szpilkę.  Może  wystarczy  przynajmniej  na 

zapłacenie moich mandatów.   

– Zawsze chcia

łam cię spytać o tę szpilkę, Charlie. Skąd ją masz? 

–  Jest zwi

ązana z moją pracą. Gdy uda mi się pomyślnie wykonać zadanie, darowuję ją 

szczęśliwej parze i dostaję nową.   

– Czy ona co

ś oznacza? – Roxie zastanawiała się, po co zadała kolejne pytanie. Po chwili 

uświadomiła sobie, że rozmowa z Charliem zmniejsza trochę ból, który przeszywał jej serce.   

– To w

ęzeł miłości – odpowiedział Charlie. – Symbolizuje miłość bez początku i końca. 

Oznacza również nieskończoność.   

– Tyle wiem.   

– I, rzecz jasna, z

łoto nigdy nie traci blasku.   

background image

– Jest 

śliczna, Charlie, ale wątpię, czy uda ci się dostać za nią tyle, żeby wystarczyło na 

mandaty. Zatrzymaj szpilkę. Sięgniemy do pieniędzy, które zaoszczędziłam na wpłatę na dom 
w mieście. Musimy naprawić też skrzynkę i samochód.   

– Tak, ale naruszysz swój fundusz.   

– B

ędziemy mieli kilka miesięcy na odrobienie strat. No, nie wiem jak ty, ale ja na dziś 

mam dość problemów.   

– Racja, moja droga, racja. – Wsta

ł i poprawił muszkę. – Może odświeżyłbym się trochę 

przed kola

cją.   

–  Dobry pomys

ł.  –  Roxie  podniosła  się  z  trudem  z  krzesła.  Czuła  się  jak  stuletnia 

staruszka. – 

Zjemy wobec tego kurczaka, którego upiekłam dla ciebie, i otworzymy butelkę 

wina.   

– 

Świetnie.   

Roxie trzyma

ła się do chwili, kiedy znalazła się sama w sypialni. Zobaczyła walentynkę 

od Hanka leżącą na komodzie i jej opanowanie prysnęło.   

– Dlaczego, Hank, dlaczego? – szlocha

ła. – Dlaczego nie możemy pragnąć tego samego? 

 

Okaza

ło  się  jednak,  że  Roxie  nie  ma  pięciu  miesięcy  na  odtworzenie  swoich 

oszczędności. Zaledwie w kilka dni po uregulowaniu rachunków zatelefonowali Osbornowie 
z  wiadomością,  że  wkrótce  wracają.  Doszli  do  wniosku,  że  sprawa  Como  jest  dla  nich 
ważniejsza od kontynuowania podróży. Prosili Roxie, by pozostała w ich domu tak długo, jak 
będzie chciała.   

–  Przenosz

ę  się  jutro  z  powrotem  do  parku  –  oznajmił  Charlie,  gdy  usłyszał,  że 

Osbornowie wracają nazajutrz wieczorem.   

–  Charlie, nie chc

ę, żebyś tam wracał. Osbornowie nie będą mieli nic przeciwko temu, 

żebyś został, dopóki nie zbiorę pieniędzy na dom dla nas.   

–  Nie ma mowy. Osbornowie mog

ą  chcieć  zaprosić  kogoś  do  domku  gościnnego.  Nie 

wypada mi ich krępować. Zresztą pogoda jest przepiękna, Roxie. Ławka nie jest wcale złym 
wyjściem.   

–  Och, Charlie. –  Roxie westchn

ęła,  wiedząc,  że  jego  decyzja  jest w gruncie rzeczy 

słuszna. Sądziła, że Osbornowie nie mieliby nic przeciwko jego obecności, nie była jednak 
całkowicie pewna. Mogliby nie zrozumieć, dlaczego przygarnęła włóczęgę z parku. – Ale to 
tylko na krótki czas – 

powiedziała. – Zanim zaczną się letnie upały, z pewnością uda mi się 

załatwić mieszkanie z klimatyzacją.   

– Jeste

ś taka kochana. – Patrzył na nią zamglonymi ze wzruszenia oczyma. Potem klasnął 

w dłonie. – Został nam jeszcze jeden wspólny wieczór. Myślę, że będzie to wieczór mojego 
triumfu szachowego.   

Roxie otar

ła łzy.   

– Akurat – powiedzia

ła, uśmiechając się dzielnie.   

W czasie gry walczy

ła z ogarniającym ją przygnębieniem. Najpierw odepchnęła Hanka, 

teraz  odchodzi  Charlie,  który  tak  wspaniale  rozumiał  jej nastroje od czasu tamtego 
nieszczęsnego weekendu. Za dwadzieścia cztery godziny, gdy przyjadą Osbornowie, będzie 

background image

musiała robić dobrą minę do złej gry, inaczej narazi się na kłopotliwe pytania.   

Żałowała,  że  nie  ma  dość  pieniędzy,  by  przeprowadzić  się  do  domu  w  mieście. 

Mieszkanie u Osbornów oznaczało konieczność przejeżdżania obok placu budowy dwa razy 
dziennie.  Miała  nadzieję,  że  serce  przestanie walić  jej  jak  młotem  za  każdym  razem,  gdy 
mignie jej postać Hanka.   

Pozwoli

ła wygrać Charliemu w szachy, potem zaś oboje stwierdzili, że zostało im jeszcze 

trochę roboty przed przyjazdem Osbornów. Roxie postanowiła uprać po raz ostatni wszystkie 
rzeczy Charliego, on zaś miał tymczasem wysprzątać domek gościnny. Roxie wiedziała, że 
zajmie 

mu to niewiele czasu, bo Charlie nie pozostawiał po sobie bałaganu.   

Roxie 

źle  spała  tej  nocy.  Rano  nakarmiła  Como  i  ukryła  się  w  domu,  gdy  Charlie 

przyszedł  pożegnać  się  z  lamą.  Nie  zniosłaby  teraz  ich  widoku  razem.  Charlie  kazał  jej 
obiecać, że będzie czytała Como poezję. Roxie obawiała się, że nie będzie w stanie dotrzymać 
słowa. Zbyt dużo by to ją kosztowało.   

Wreszcie byli gotowi do wyj

ścia. Zniszczona teczka Charliego z całym jego dobytkiem 

oraz jedzeniem, które wepchnęła mu na siłę Roxie, leżała na tylnym siedzeniu samochodu.   

– We

ź koc, Charlie – powiedziała Roxie, buszując w szafie i odwlekając chwilę wyjazdu. 

– 

Jest stary, Osbornowie pozwolili mi go używać na pikniki. Kupię im nowy.   

– Dzi

ękuję, ale byłoby mi za ciężko. Nie będzie potrzebny.   

– No to we

ź chociaż moją poduszkę.   

– Roxie – dotkn

ął lekko jej ramienia – poduszki też nie potrzebuję. Dobrze jest, jak jest.   

– Nie mog

ę tego znieść, Charlie. – Popatrzyła na niego przez łzy. – Myśl, że spędzisz noc 

sam w parku, doprowadza mnie do szaleństwa. Zostań. Osbornowie na pewno nie będą mieli 
żadnych  zastrzeżeń.  Nie  sądzę,  by  chcieli  kogoś  zapraszać  od  razu  po  powrocie.  Proszę, 
Charlie.   

– Nie, musz

ę iść. Zaufaj mojemu instynktowi w tej sprawie.   

Roxie wiedzia

ła,  że  starszy  pan  nie  zmieni  zdania.  Jedyne  wyjście  to  znaleźć  jak 

najszybciej mieszkanie.   

– No to chod

źmy, zanim się kompletnie rozkleję.   

– Dobrze, ale chcia

łbym cię jeszcze prosić o małą przysługę.   

– Co tylko zechcesz, Charlie.   

– Zatrzymaj si

ę na chwilę przy budowie i pozwól mi się pożegnać z Hankiem.   

Wszystko, tylko nie to, pomy

ślała  Roxie.  Jednak  nie  mogła  odmówić  jedynej  prośbie 

najlepszego przyjaciela.   

– Dobrze, ale nie mamy wiele czasu.   

– Zajmie mi to tylko chwil

ę.   

Gdy zatrzyma

ła  się  obok  ogrodzenia,  wypatrzyła  Hanka  od  razu,  jak  gdyby  miała 

zamontowany w głowie radar. W tej samej chwili on ją również zobaczył i ruszył w kierunku 
samochodu.   

–  B

łagam  cię,  idź  do  niego,  Charlie  –  wyszeptała.  –  Nie  pozwól  mu  podejść  do 

samochodu.   

– Jak sobie 

życzysz, moja droga.   

background image

Gdy Charlie wysiad

ł  z  volvo,  Hank  przystanął  i  czekał  na  niego.  Znajdowali  się  zbyt 

daleko, by Roxie mogła usłyszeć, co mówią, ale żaden z nich ani razu  się nie uśmiechnął. 
Hank dwukrotnie pokręcił głową w odpowiedzi na energiczną gestykulację Charliego. Roxie 
przypuszczała, że rozmawiają o niej.   

W ko

ńcu uścisnęli sobie dłonie, a Hank poklepał Charliego po ramieniu. Potem odszedł, 

Charlie zaś wrócił do samochodu.   

– To wszystko – powiedzia

ł. – Dziękuję.   

By

ła  ciekawa,  o  czym  rozmawiali,  ale  pomyślała,  że  nie  ma  prawa  pytać.  Charlie nie 

kwapił się, żeby uchylić rąbka tajemnicy, tak więc jechali do śródmieścia w milczeniu. Roxie 
zauważyła, że wiosna zbliża się milowymi krokami i ucieszyła się ze względu na Charliego.   

W ogr

ódkach pojawiły się pierwsze wiosenne kwiatki. W innych okolicznościach Roxie 

cieszyłaby  się  tą  feerią  kolorów.  W  Newark  zimy  trwały  bardzo  długo,  a  ostatnio  miasto 
nawiedziła potężna śnieżyca. Dziś jednak było jej wszystko jedno. Wciąż miała przed oczami 
Hanka  rozmawiającego  z  Charliem.  Hank  kręcący  głową,  Hank  mówiący:  „nie”.  „Nie”  dla 
dziecka, „nie” 

dla wspólnego życia z Roxie, „nie” dla miłości.   

Nie mia

ła ochoty wysiadać z samochodu, ponieważ wiedziała, że to oznacza rozstanie z 

Charliem.   

– Chod

źmy, moja droga. Spóźnisz się do pracy. Dziękuję ci za podwiezienie – powiedział 

Charlie, uchylając kapelusza.   

– Och, Charlie! – Roxie u

ściskała go serdecznie. – Nie chcę, żebyś odchodził.   

– Zobaczymy si

ę niedługo, gdy przyniosę różę, a potem w porze lunchu.   

– Wiem, ale...   

–  Nie przejmuj si

ę,  Roxie.  Jakoś  to  będzie.  Głowa  do  góry.  Muszę  iść  do  kwiaciarni, 

wybrać  najpiękniejszą  różę.  Oczywiście,  jeśli  przestanę  wykonywać  moje  obowiązki  jako 
święty Walenty, nie będę już tego robił.   

Roxie ogarn

ął  smutek.  Choć  brzmiało  to  jak  czyste  wariactwo,  wolała,  żeby  Charlie 

wierzył,  że  jest  świętym Walentym. Jego dziecinna wiara w potęgę  prawdziwej  miłości 
dodawała  mu  szczególnego  blasku,  który  gdzieś  nagle  zniknął,  a  Roxie  chciała,  żeby 
powrócił. To brak realizmu, skarciła samą siebie. Charlie żył w świecie marzeń, przez krótki 
czas ona również. W realnym świecie miłość nie wystarczyła, by przezwyciężyć trudności.   

Odchrz

ąknęła i spróbowała się uśmiechnąć.   

– Na razie nie przestawaj przynosi

ć róż – poprosiła.   

– Nie – zgodzi

ł się Charlie. – Na razie nie przestanę.   

– Do widzenia, Charlie.   

– Do widzenia, moja droga. Dzi

ękuję za przygarnięcie takiego nieznośnego staruszka.   

Pokr

ęciła głową, nie mogąc wykrztusić słowa. Charlie chyba zrozumiał, uchylił jeszcze 

raz kapelusza, po czym odwrócił się i pomaszerował w stronę parku. Szedł szybkim krokiem, 
z  podniesioną  głową.  Niósł  swą  podniszczoną  teczkę  tak  dumnie,  jak  gdyby  zawierała 
pokaźny pakiet papierów wartościowych albo projekt ważnego programu badawczego. Roxie 
nigdy nie kochała go bardziej niż w tej chwili.   

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Powr

ót Osbornów przyniósł jedną pozytywną zmianę w życiu Roxie. Odzyskała zaufaną 

przyjaciółkę, której mogła się zwierzyć. Roxie pragnęła od razu opowiedzieć Frań o Hanku, 
ponieważ  jednak  codziennie  rano  wyruszała  do  pracy,  musiała  zaczekać  do  sobotniego 
popołudnia. Dave właśnie wybrał się z przyjaciółmi pograć w golfa.   

Fra

ń  i  Roxie  postanowiły  spędzić  popołudnie  na  nawożeniu  i  przycinaniu  drzewek 

cytrusowych.  Powietrze  było  balsamiczne.  Ciszę  przerywało  tylko  brzęczenie  pszczół, 
zbierających  nektar  z  kwiatów  pomarańczy  i  grejpfruta.  Nie  było  nawet  Como,  którą 
przeniesiono  na  tydzień  do  zagrody  ukochanego.  Roxie  opowiedziała  o  tym  Charliemu, 
którego bardzo ucieszyła ta nowina, chociaż nadal martwił się o Roxie i Hanka.   

Gdy pracowa

ły z Frań w ogródku, Roxie szukała pretekstu, by zacząć rozmowę. Wreszcie 

przyszła jej do głowy najprostsza w świecie myśl.   

– Wydajecie si

ę z Dave’em tacy szczęśliwi, tacy wciąż zakochani – powiedziała. – Nawet 

po... właśnie, po ilu latach? 

– Dwudziestu sze

ściu. – Frań roześmiała się. – Świadczą o tym moje siwe włosy.   

– Dave’owi si

ę podobają. Słyszałam, jak mówił, żebyś ich nie farbowała.   

– Wiesz, czym mi zagrozi

ł? Że kupi sobie perukę, jeśli je ufarbuję.   

–  To dlatego, 

że oboje podobacie się sobie tacy, jacy jesteście – uśmiechnęła się Roxie. 

Wyrwała kupkę  I chwastów spod drzewa i spytała nieśmiało: –  Frań, przepraszam,  jeśli to 
zbyt osobiste pytanie, ale czy nigdy nie chcieliście... mieć dzieci? 

– Jeszcze jak. To ja nie mog

łam ich mieć. Odwiedziliśmy niezliczonych lekarzy, ale nic 

nie dało się zrobić.   

– A nie my

śleliście o adopcji? 

–  Ci

ągle  się  gdzieś  przenosiliśmy  –  powiedziała  Frań,  przycinając  gałęzie  –  i nie 

mogliśmy  przebrnąć  przez  sprawy  papierkowe.  Wreszcie  daliśmy  sobie  spokój. 
Podsumowaliśmy wszystkie plusy naszego życia – wzajemną miłość, swobodę, brak obciążeń 
finansowych, i stwierdziliśmy, że jesteśmy szczęśliwi, mimo że nie mamy dziecka.   

– I nigdy nie 

żałowaliście? 

–  Nie. Na szcz

ęście,  Dave  wolał  mnie  od  kogoś,  kto  obsypałby  go  potomstwem.  – 

Podniosła  głowę  i  spojrzała  na  Roxie.  –  Dzieci  są  miłe,  ale  rzadko  zostają  przy  tobie.  W 
końcu  liczy  się  przede  wszystkim  ten  ktoś,  za  kogo  wyjdziesz  i  z  kim  spędzisz  życie.  – 
Przyglądała jej się przez chwilę badawczo. – A teraz pozwól, że ja ci zadam osobiste pytanie. 
Kim on jest? 

Roxie otworzy

ła usta ze zdumienia.   

– Aha, czyli tak jak my

ślałam. Czy opowiesz o tym starej ciotce? 

Roxie opar

ła się na łopacie.   

– Tak – powiedzia

ła. – Marzę o tym od wielu dni. Opowieść popłynęła jak rzeka. Roxie 

nie pominęła niczego, nawet roli Charliego i jego zapewnień, że jest świętym Walentym, a 
także ucieczki Como.   

background image

– Fiu, fiu! – zagwizda

ła Frań. – Chiny nie były nawet w połowie tak podniecające.   

– Mam nadziej

ę, że nie jesteś na mnie wściekła za sprowadzenie tutaj Charliego.   

Fra

ń odłożyła nożyce i podeszła do Roxie, by ją uściskać.   

–  Oczywi

ście,  że  nie.  Może  chciałabyś  go  tu  mieć  z  powrotem?  Domek  gościnny  nie 

będzie nam pewnie potrzebny przez całe lato.   

–  Zapytam go, ale w

ątpię,  czy  przyjmie  zaproszenie.  Wtedy  się  zgodził,  ponieważ  był 

przekonany,  że  pomaga  mi  znaleźć  odpowiedniego  mężczyznę.  Myślę,  że  gdy  wszystko 
spaliło na panewce, poczuł się bezużyteczny. Opowiada wciąż o emeryturze.   

– M

ój Boże – roześmiała się Frań – jakie wspaniałe zajęcie sobie wymyślił.   

– Jest kochany, prawda? Wiem, 

że brak mu piątej klepki, ale lubię go takim, jakim jest. 

Nie chcę, żeby poszedł na emeryturę.   

– Zatem jedynym sposobem, 

żeby go od tego powstrzymać, jest pogodzenie się z panem 

Craddockiem.   

– Nawet je

śli oznacza to rezygnację z mojego marzenia o dziecku? 

–  A z jakiego marzenia rezygnujesz w tej chwili? Roxie nie odzywa

ła  się  przez  długą 

chwilę.   

–  Masz racj

ę  –  powiedziała  w  końcu.  –  Życie  bez  Hanka  jest  okropnie  smutne.  Jeśli 

poślubię  jakiegoś  miłego,  ale  nudnego  faceta  tylko  dlatego,  że  chce  mieć  dzieci,  to  co  mi 
zostanie, gdy one odejdą? 

– No w

łaśnie.   

– Ale, Fra

ń, ja tak bardzo pragnę mieć dziecko Hanka.   

–  Wiem  –  westchn

ęła Frań.  – Naprawdę to rozumiem. Ale rozumiem też jego. Ma już 

dwójkę dzieci.   

Zapad

ło milczenie. Roxie zastanawiała się nad swoim wyborem.   

– Chyba – powiedzia

ła w końcu – wolę mieć Hanka bez dziecka, niż nie mieć go wcale.   

– Chyba? Tu nie ma miejsca na chyba, Roxie.   

– Bardzo za nim t

ęsknię. – Roxie popatrzyła na potężny masyw górski. – Jest mężczyzną, 

o jakim można tylko marzyć – szarmanckim, hojnym, twórczym, seksownym...   

– Czy s

łuchasz samej siebie? – spytała Frań.   

–  Kocham go, Fra

ń. Ponad wszystko. – Odetchnęła głęboko. – Nie pozwolę, by spór o 

dziecko nas rozdzielił.   

– M

ądra dziewczynka.   

Roxie poczu

ła nagły przypływ radości.   

–  Szkoda, 

że nie podjęłam decyzji wcześniej, zaoszczędziłoby to nam wszystkim wielu 

zmartwień.   

– Nie b

ądź dla siebie taka surowa. Trudno zrezygnować z własnych marzeń. Wiele kobiet 

nie zdecydowałoby się na to.   

– Tylko 

że one nie mają takiego mężczyzny jak Hank.   

– Sko

ńcz już z zajęciami w ogródku – powiedziała Frań, zabierając jej łopatę – i odszukaj 

mężczyznę swoich marzeń. Gdy już wszystko sobie wyjaśnicie, przyprowadź go tutaj, żebym 
mogła go poznać.   

background image

– Stokrotne dzi

ęki. – Uściskała Frań. – Moja matka nie doradziłaby mi lepiej.   

– Twoja matka mia

łaby pretensje za udzielanie takich rad. Nie zapominaj, że pozbawiasz 

ją wnuków.   

– Och, nie zapominam. – Roxie podnios

ła owoc grejpfruta, który spadł z drzewa, jeden z 

ostatnich w tym sezonie. – 

O tym też myślałam, ale to nie jest najważniejsze, prawda? 

– Prawda.   

– Nic nie jest wa

żne, jeśli ma się właściwego mężczyznę.   

– Id

ź po niego, Roxie.   

Roxie podrzuci

ła owoc wysoko w górę i zręcznie go pochwyciła.   

– Mam nadziej

ę, że mi się to uda.   

Niestety na budowie nie by

ło  dziś  nikogo,  a  telefon  w  domu  Hanka  nie  odpowiadał. 

Roxie dzwoniła co pół godziny aż do dziesiątej. Dave został wtajemniczony w całą historię i 
podnosił wzrok znad książki za każdym razem, gdy maszerowała przez salon do telefonu, po 
czym pytał, czy udało jej się dodzwonić.   

Po dziesi

ątej  Roxie  biła  się  z  myślami,  czy  może  zadzwonić  jeszcze  raz.  Gdy  się 

zdecydowała o wpół do jedenastej, Hank podniósł wreszcie słuchawkę.   

– Roxie? – spyta

ł niespokojnie. – Czy coś się stało? 

– Nie – odpowiedzia

ła drżącym głosem. – Muszę z tobą porozmawiać. Osobiście.   

– Czy co

ś się przydarzyło Charliemu? A może Como? 

–  Nie. Zastanawia

łam  się,  czy  nie  moglibyśmy...  spotkać  się...  jak  najszybciej.  – 

Przełknęła z trudem.   

– Oczywi

ście. Przyjechałbym natychmiast, ale dzieci śpią i nie mogę ich zostawić. Może 

ty wpadłabyś do mnie? 

–  C

óż,  ja...  –  Roxie  rozważyła  tę  ewentualność  i  stwierdziła,  że  to  nie  jest  dobre 

rozwiązanie. – A jutro? – spytała.   

– Przyjad

ę po ciebie o dziesiątej – odpowiedział natychmiast.   

– A co z Hilary i Ryanem? Czy uda ci si

ę załatwić tak szybko opiekunkę? 

– To ju

ż moje zmartwienie, Roxie. Bądź gotowa o dziesiątej.   

– Dobrze. I dzi

ękuję ci.   

– Wiesz, 

że przeszedłbym po rozżarzonych węglach, żeby się z tobą zobaczyć – rzekł po 

chwili milczenia. – 

Nie musisz mi więc dziękować.   

– Hank, ja... – Chcia

ła mu powiedzieć o swej decyzji i przeprosić go za to, co się stało, 

ale pomyślała, że to rozmowa nie na telefon. – Do zobaczenia jutro o dziesiątej. Dobranoc, 
Hank.   

Nazajutrz wia

ł  ciepły  pustynny  wiatr,  który  przepędził  drobne  obłoczki  z  błękitnego 

nieba. Hank przyjechał dokładnie o dziesiątej. Chcąc ukryć zdenerwowanie, Roxie zaciągnęła 
go natychmiast do kuchni i przedstawiła Frań i Dave’owi, który miał wyraźnie rozbawioną 
minę.   

– Mi

ło cię poznać – powiedziała Frań. – Napijesz się kawy? 

– Dzi

ękuję, ale musimy jechać. – Hank rzucił Roxie szybkie spojrzenie.   

–  Tak, rzeczywi

ście  –  przytaknęła.  Wychodząc  z  kuchni,  pomachała  radośnie  Frań  i 

background image

Dave’owi. – 

Dokąd właściwie jedziemy? 

Hank nie odpowiedzia

ł,  tylko  uśmiechnął  się  do  niej.  Jego  uśmiech  kompletnie  ją 

rozbroił, ruszyła szybkim krokiem ku drzwiom, bała się bowiem, że nie bacząc na obecność 
Osbornów, rzuci mu się na szyję i zacznie błagać, żeby się z nią ożenił.   

Dzie

ń  był  tak  ciep ły,  że  miała  na  sobie  tylko  lekki  sweter  koloru  czekolady  i  beżową 

wełnianą spódnicę, Hank zaś włożył szary półgolf i jasne spodnie. Roxie, która nie widziała 
go od kilku tygodni, nie mogła oderwać od niego wzroku.   

Zauwa

żyła  drobiazgi,  które  przedtem  uszły  jej  uwagi  –  kształt  ucha,  mały  pieprzyk  na 

policzku,  silne  dłonie  –  wszystko  było  jej  takie  drogie.  Miała  nadzieję,  że  to  prawda,  co 
powiedział o rozżarzonych węglach, że wciąż ją kocha na tyle, by wybaczyć jej ostre słowa 
sprzed dwóch tygodni.   

– Czy znalaz

łeś kogoś do dzieci? – spytała.   

– Przysz

ła Dolores. Wprawdzie ponarzekała sobie, ale obiecała, że zajmie się dziećmi tak 

długo, jak będzie trzeba. Musiałem przyrzec, że zabiorę ją i jej chłopaka na kolację.   

– Ja powinnam za to zap

łacić.   

– Nie pozwoli

łaś mi zapłacić mandatów Charliego, więc bądź cicho, Roxie.   

– Czy jeste

ś na mnie bardzo zły? 

– Nie – odpowiedzia

ł cicho, skręcając w boczną drogę.   

Westchn

ęła z ulgą. Nie wyglądał na mężczyznę, który żywiłby urazę.   

–  Jedziemy do domu twojego przyjaciela, prawda? –  Pozna

ła  drogę,  mimo  że  za 

pierwszym razem jechali późnym wieczorem.   

– Tak. Nie ma tam dzi

ś nikogo i Ed chętnie dał mi klucz. Myślę, że próbuje sprzedać mi 

ten dom.   

Serce Roxie zabi

ło  mocno,  jak  gdyby  Hank  mógł  rzeczywiście  serio  rozważać  kupno 

domu i j

ak gdyby jego decyzja miała coś wspólnego z nią. Ale przecież wspomniał przedtem, 

że dom jest bardzo drogi, nie ma co wiec budować zamków na lodzie.   

–  Jest ju

ż  wykończony?  –  spytała,  gdy  podjechali  pod  frontowe  drzwi.  Sterty  desek 

zniknęły, a duże okna lśniły czystością.   

–  W zasadzie tak –  odrzek

ł  Hank.  –  Wprawdzie  Ed  chce  jeszcze  zagospodarować 

otoczenie, ale sam dom jest już gotowy.   

Spojrzenie Roxie przesun

ęło się po pełnych harmonii liniach domu zbudowanego w stylu 

Santa Fe. Była nim po prostu oczarowana. Wszystko jej się w nim podobało, duże rzeźbione 
drzwi, belki wkomponowane w otynkowaną fasadę.   

Zatopiona w my

ślach, nie zauważyła, że Hank wysiadł z samochodu, dopóki nie otworzył 

drzwiczek po jej stronie. Pomógł jej wysiąść, po czym puścił jej dłoń, jak gdyby nie chciał 
pozwalać sobie na zbyt wiele.   

– Podoba ci si

ę? – spytał.   

– Tak – przyzna

ła ostrożnie.   

– Dzi

ś rano wpłaciłem zadatek.   

Popatrzy

ła na niego szeroko otwartymi oczyma.   

– Je

śli naprawdę podoba ci się ten dom, chciałbym, żebyśmy wszyscy tu zamieszkali – ty, 

background image

ja, Ryan, Hilary i, oczywiście, Charlie. – Po chwili milczenia dodał: – I maleństwo.   

Zdezorientowana, potrz

ąsnęła głową, próbując zrozumieć wszystko, co powiedział.   

– I kto? – wyszepta

ła, chwytając się ręką za serce.   

– By

łem w zeszłym tygodniu u chirurga. Gotów jest zrobić drugą operację, kiedykolwiek 

się do niego zgłoszę.   

– Nie mog

ę w to uwierzyć. – Kręciło jej się w głowie, miała uczucie, że wszystko to jej 

się  śni.  –  Przygotowałam  sobie  małą  mowę  o  tym,  jak  to  odkryłam,  że  jesteś  dla  mnie 
najważniejszy, a ty mówisz mi...   

– 

Że  się  myliłem  –  powiedział,  biorąc  ją  w  ramiona.  –  Chcę,  żebyśmy  mieli  dziecko, 

Roxie.   

– Zaczekaj chwil

ę. Nie wymagam od ciebie poświęcenia, nie chcę, żebyś potem żałował...   

–  Nie obawiaj si

ę,  przemyślałem  wszystko  podczas  wielu  nieszczęśliwych  nocy  bez 

ciebie.  W  końcu  wyciągnąłem  stare  albumy  ze  zdjęciami  z  okresu  wczesnego  dzieciństwa 
Ryana i Hilary. Zdałem sobie sprawę, jak bardzo był szczególny. Zasługujesz na to, żeby to 
wszystko przeżyć, a i ja zasługuję, by przeżyć to z tobą. Powoli zaczęło docierać do niej, że 
Hank mówi najzupełniej poważnie.   

– Naprawd

ę zmieniłeś zdanie – powiedziała.   

– Tak.   

Rado

ść wybuchła w niej jak gejzer.   

–  Och, Hank, Charlie oszaleje z rado

ści. Poza tym nie przejdzie na emeryturę. Musimy 

mu zaraz o tym powiedzieć.   

– No, mo

że nie zaraz. – Hank przyciągnął ją do siebie.   

– Ale nied

ługo.   

– Jutro – zaprotestowa

ł Hank, całując jej szyję. – Zabierzemy go na lunch, gdy przyjadę 

do ratusza złożyć papiery. Dzisiaj mam inne plany.   

– Ale Hank, jest 

środek dnia.   

–  Nie znasz jeszcze dok

ładnie tego domu – zauważył, wsuwając jej dłonie pod sweter i 

głaszcząc ją po plecach. – Na przykład nie wiesz, że okna w sypialni mają żaluzje.   

– Bardzo rozs

ądnie.   

– Sam to zasugerowa

łem – oznajmił, patrząc jej w oczy. – Ten dom spodobał mi się od 

początku, ale nie miałem bodźca, żeby go kupić, dopóki nie poznałem ciebie.   

– Odk

ąd kochaliśmy się w nim, nie mogłam sobie wyobrazić, że będzie należał do kogoś 

innego.   

– Ja r

ównież, ale później wynikły... pewne problemy.   

–  My

ślę  –  powiedziała,  przytulając  się  do  niego  z  całych  sił  –  że  już  je 

przezwyciężyliśmy.   

– Z wyj

ątkiem jednego, który domaga się natychmiastowego rozwiązania – dodał Hank. – 

Pewien  starszy  pan  powiedział  mi,  że  jestem  przepełniony  miłością.  Byłem  ogromnie 
sfrustrowany przez ostatnie tygodnie, ponieważ nie mogła znaleźć ujścia.   

– Za nic w 

świecie nie chcę, żeby był pan sfrustrowany, panie Craddock.   

– To dobrze – szepn

ął, zamykając jej usta chciwym pocałunkiem.   

background image

 

Po kilku pe

łnych szczęścia godzinach Hank i Roxie postanowili, że nie zatrzymają swojej 

słodkiej tajemnicy dla siebie. Charlie musi zaczekać do jutra, ale Ryan i Hilary powinni dziś 
dowiedzieć się o małżeńskich planach ojca.   

Zdecydowali, 

że  Hank  ogłosi  im  nowinę  sam,  żeby  dzieci  nie  były  skrępowane 

obecnością Roxie.   

– A je

śli nasza decyzja im się nie spodoba? – spytała Roxie, gdy wracali do Osbornów.   

– Wtedy zastanowimy si

ę, jak sobie z tym poradzić – odpowiedział Hank. – Ale nie mogą 

nam dyktować, co mamy robić.  Zresztą chyba niepotrzebnie się martwisz. Dzieci cię lubią, 
pytały mnie nawet, czemu tak dawno cię nie widziały.   

– Tak, ale od tego jeszcze daleko do oznajmienia im, 

że zostanę ich macochą.   

–  Nie m

ówię,  że  to  będzie  bułka  z  masłem,  ale  zobaczysz,  że  przystosują  się  bardzo 

szybko.   

– Okropnie si

ę boję.   

–  To dlatego, 

że  nie  znasz  ich  tak  jak  ja.  Wszystko  będzie  dobrze.  Wieczorem 

wybierzemy się razem na spaghetti.   

– Nie zmuszaj ich, dobrze? Zrozumiem, je

śli nie zechcą jeść ze mną kolacji.   

– Do niczego nie b

ędę ich zmuszał. Tak czy owak zadzwonię do ciebie. – Uśmiechnął się 

do niej. – Uszy do góry.   

– W og

óle się nie denerwujesz? 

–  Mo

że  trochę  –  odparł.  –  Myślę,  że  wszystko  się  ułoży.  –  Hank  uścisnął  dłoń  Roxie, 

mając  nadzieję,  że  ją  przekonał.  Teraz  musiał  jeszcze  przekonać  siebie.  Modlił  się,  żeby 
dzieci okazały się wystarczająco dojrzałe, by go zrozumieć.   

Poca

łował Roxie na pożegnanie przed drzwiami Osbornów i pojechał do domu, czując się 

jak rycerz, który rusza do walki o swą ukochaną.   

W domu zap

łacił Dolores i zwolnił ją na resztę dnia. Potem poprosił Hilary i Ryana do 

kuchni, która była tradycyjnym miejscem ich narad.   

– O co chodzi, tato? – spyta

ł Ryan, siadając na swoim krześle.   

– Mam nowin

ę dla ciebie i Hilary – zaczął ostrożnie Hank.   

– Jak

ą nowinę? – spytała zaciekawiona Hilary.   

– Poprosi

łem Roxie, żeby za mnie wyszła, i zgodziła się.   

Dzieci patrzy

ły na niego w milczeniu. Hank powstrzymał się od uwag. Dał im czas do 

namysłu.   

– To znaczy, 

że ona będzie naszą mamą? – spytał Ryan.   

– Tak i nie, Ryanie. Matki nie da si

ę zastąpić. Jestem pewien, że Roxie zechce zajmować 

się  wami,  tak  jak  to  robią  matki,  ale  sama  mi  powiedziała,  że  nigdy  nie  będzie  próbowała 
zająć miejsca waszej mamy.   

– Czy b

ędzie mieszkała tutaj? – spytała Hilary, okręcając pasmo włosów wokół palca.   

–  No c

óż, mam jeszcze jedną nowinę. – Hank uświadomił sobie, jak wiele oczekuje od 

swych dzieci.   

– Kupi

łem nowy dom.   

background image

– Nowy dom? Bomba! – wykrzykn

ął Ryan. – Kiedy możemy go obejrzeć? 

–  Kiedykolwiek zechcecie –  odrzek

ł  Hank,  któremu  ciężar  spadł  z serca. –  Co o tym 

myślisz, Hilary? 

– Jak wygl

ąda mój pokój? Czy jest większy od obecnego? 

–  Wi

ększy. Przynajmniej ten, który według mnie ci się spodoba. – Hank zrozumiał, że 

rozmowa  o  domu  jest  dla  dzieci  łatwiejsza  od  rozmowy  o  macosze.  I  w  tej  chwili  było  to 
nawet wygodne.   

–  Chod

źmy  –  powiedziała  Hilary.  –  Wezmę  tylko  moją  Barbie.  Ona  też  chce  obejrzeć 

moją nową sypialnię.   

– Tak, chod

źmy, tato – poparł ją Ryan. – To nie jest daleko stąd, prawda? To znaczy, nie 

będziemy musieli zmieniać szkoły? 

–  Nie.  Pos

łuchajcie,  dzieciaki  –  powiedział  z  duszą  na  ramieniu  –  czy nie macie nic 

przeciwko temu, żebyśmy zabrali po drodze Roxie? 

– Oczywi

ście, że nie, tato – rzekł niedbale Ryan.   

– Roxie jest w porz

ądku.   

– Ale

ż tatusiu – dodała Hilary, zatrzymując się w połowie schodów – Roxie musi jechać. 

Na pewno też chce zobaczyć dom, skoro zamierzacie się pobrać.   

Hank roze

śmiał się i potrząsnął głową.   

– Masz racj

ę, Hilary. – Był szczęśliwy. Jego dzieci nadspodziewanie szybko i bez oporów 

zaakceptowały  zarówno  kupno  nowego  domu,  jak  i  małżeństwo.  Z  uśmiechem  podniósł 
słuchawkę telefonu.   

 

Nazajutrz Roxie wprost nie mog

ła się doczekać, kiedy zjawi się Charlie ze swą różą. Gdy 

go zobaczyła, serce jej się ścisnęło na widok jego smutnego uśmiechu. Ale dziś wszystko się 
zmieni.   

Podesz

ła do niego szybkim krokiem.   

– Witaj, Charlie.   

– Ho ho, ale

ż pięknie dzisiaj wyglądasz – powiedział, kładąc na blacie swój kapelusz.   

–  Nic dziwnego –  powiedzia

ła.  –  Hank  i  ja  zamierzamy  się  pobrać.  Składamy  dzisiaj 

papiery.   

Na pomarszczonej twarzy Charliego odmalowa

ło  się  najpierw  niedowierzanie,  potem 

zachwyt. Zrobił coś, na co sobie nigdy przedtem nie pozwalał. Wbiegł za kontuar i gorąco 
uściskał Roxie, która roześmiała się radośnie.   

– Zaskoczyli

śmy cię, co? 

– To najmilsza niespodzianka, jaka mnie kiedykolwiek spotka

ła.   

–  Czy wiesz, 

że w tym samym czasie, gdy doszłam do wniosku, że Hank jest dla mnie 

najważniejszy, on postanowił, że jednak powinniśmy mieć dziecko? 

– Cudownie. Ka

żde z was było gotowe poświęcić się dla drugiego. Będziecie więc mieli 

dziecko? 

– Hank nalega, 

żebyśmy spróbowali – odrzekła Roxie, zniżając głos, świadoma, że mają 

audytorium.   

background image

– Gdyby si

ę jednak nie udało, to trudno. Będę miała Hanka. Zobacz, co mi przysłał dziś 

rano do pracy.   

– Zaprowadzi

ła Charliego do swego biurka i otworzyła płaskie pudełko.   

–  Ale

ż  to  gigantyczny  płatek  śniegu!  –  wykrzyknął  Charlie,  zaglądając  do  środka.  – 

Bardzo dowcipnie.   

– To bia

ła czekolada. Kupił w tym samym sklepie, w którym ja kupiłam telefon.   

– Przypuszczam, 

że to symbol dnia, w którym po raz pierwszy zobaczyłaś Hanka.   

– Nie tylko. Napisa

ł mi, że płatki śniegu, podobnie jak ludzie, różnią się od siebie. Chciał 

mi jeszcze raz dać do  zrozumienia,  że kocha mnie dla mnie samej,  że nie zapełniam tylko 
pustego miejsca po Sybil. 

Mam  jeszcze  jedną  nowinę  –  kupujemy nowy dom, Charlie, i 

będziemy  mieszkali  tam  wszyscy  razem,  ty  też.  Dopóki  Hank  nie  wybuduje  domku 
gościnnego, zamieszkasz w wolnym pokoju.   

Niebieskie oczy Charliego b

łysnęły tajemniczo.   

– Jeste

ś zbyt dobra, Roxie. Nie wiem, co powiedzieć.   

–  Po prostu zg

ódź się. Ślub ma się odbyć za dwa tygodnie, co pozwoli moim rodzicom 

otrząsnąć się z szoku i kupić bilety na samolot. Ach, i zabieramy cię dzisiaj na lunch, tylko 
załatwimy formalności. Spotkamy się przy twojej ławce.   

– Dobrze – rzek

ł powoli Charlie, patrząc na nią.   

– Czy sprawi ci to k

łopot? 

– Nie, oczywi

ście, że nie. O której przyjdziecie? 

– Oko

ło wpół do pierwszej, ale jeśli godzina ci nie odpowiada, możemy...   

–  Nie, nie, Roxie –  powiedzia

ł,  kładąc  dłoń  na jej ramieniu. –  Będę  gotów  o  wpół  do 

pierwszej.   

– 

Świetnie. No, muszę wracać do pracy, zanim mnie wywalą.   

– Tak. – Charlie wyci

ągnął do niej rękę. – Życzę tobie i Hankowi wiele szczęścia.   

– Wiem o tym. – Roxie u

ścisnęła jego dłoń. – Do zobaczenia.   

Hank przyjecha

ł do ratusza o dwunastej, a za pięć wpół do pierwszej szli, trzymając się za 

ręce, w kierunku parku.   

– Dok

ąd pójdziemy na lunch? 

–  Mo

że do „El Charro”? To niedaleko, a Charliemu z pewnością spodobają się portrety 

sławnych osobistości z autografami. Może kogoś znać.   

– 

Świetnie. – Hank rozejrzał się wokoło, gdy dotarli do parku. – Która ławka należy do 

Charliego? Nie widzę go.   

–  Tamta. M

ówiłam  mu,  że  będziemy  o  wpół  do  pierwszej  i  przyszliśmy  dokładnie  na 

czas. Gdzie on się podziewa? 

– Nie mam poj

ęcia. Myślałem, że będzie na nas czekał.   

Dozorca, kt

óry wypróżniał właśnie kosze na śmieci, przerwał na chwilę pracę i popatrzył 

uważnie na Hanka i Roxie. Zbliżył się do nich na odległość głosu i zawołał: 

– Czy to wy jeste

ście przyjaciółmi Charliego? 

– Tak. – Przestraszona Roxie podbieg

ła do niego.   

– Czy co

ś mu się stało? 

background image

– Nic mi o tym nie wiadomo – odpar

ł mężczyzna.   

–  Ale prosi

ł  mnie,  żebym  dał  wam  to.  –  Wyjął  pogniecioną  kopertę  z  tylnej  kieszeni 

spodni.   

Roxie wzi

ęła od niego kopertę, ale nie otworzyła jej.   

– Gdzie on jest? – nalega

ła.   

–  Nie wiem –  wzruszy

ł  ramionami mężczyzna.  – Powiedział, że rusza w dalszą drogę. 

Chyba zrobiło się dla niego za gorąco. Przepraszam, ale mam mnóstwo roboty.   

– On nie m

ógł odejść. – Roxie patrzyła na Hanka błagalnym wzrokiem. – Nie odszedłby 

bez pożegnania.   

– Nie wiem, Roxie. Mo

że lepiej otwórz kopertę.   

Dr

żącymi palcami Roxie rozdarła kopertę, omal nie upuszczając złotej szpilki w kształcie 

ósemki.   

– Och, Charlie – wyszepta

ła. – Powiedziałeś mi, że zawsze na koniec dajesz w prezencie 

złotą szpilkę.   

– Na koniec czego? – spyta

ł Hank.   

– Ka

żdego pomyślnie wykonanego przez świętego Walentego zadania. Za każdym razem 

dostaje nową szpilkę.   

– Roxie, czy chcesz powiedzie

ć, że wierzysz...   

– Nie wiem. Nic ju

ż nie wiem.   

– Co jest jeszcze w kopercie? 

–  List.  –  Roz

łożyła  kartkę  papieru.  –  Papeteria  w  najlepszym  gatunku.  Gdzie  mógł  ją 

kupić? 

– Pewnie tam, gdzie kupuje z

łote szpilki.   

– Sp

ójrz na ten złoty napis na górze. Znasz łacinę? 

–  Nie. Ale mo

że  się  domyśle.  Amor  znaczy  miłość  a  vincit  –  pewnie  coś  w  rodzaju 

niepokonana.   

– Oczywi

ście – wykrzyknęła Roxie. – Miłość zwycięża wszystko. Posłużył się kiedyś tą 

maksymą.   

– Czytaj.   

 

Kochani. Wykonałem swoje zadanie. Muszę się przygotować do następnego. Zostawiam 

was,  wiedząc,  że  czeka  was  piękna  wspólna  przyszłość,  ponieważ  otrzymaliście  magiczne 
błogosławieństwo w dniu świętego Walentego. Przez krótką chwilę bałem się, że czar przestał 
działać, ale teraz odzyskałem wiarę i muszę kontynuować moją podróż. Pozdrówcie ode mnie 
Como  i  powiedzcie  Osbornom,  że  woli  Szekspira  od  Kiplinga.  Moje  najlepsze  życzenia. 
Święty Walenty (Charlie Hartman)”.   

 

Roxie z

łożyła powoli list i włożyła go z powrotem do koperty.   

– Sama nie wiem, w co mam wierzy

ć – powiedziała.   

–  A ja wiem. Wierz

ę,  że  Charlie  Hartman,  kimkolwiek  jest,  dał  mi  szansę  pokochania 

wspaniałej kobiety i dzięki Bogu nie zaprzepaściłem jej. Nie ma dla mnie znaczenia, czy jest 

background image

świętym Walentym, czy też nie. Nasza miłość jest prawdziwa i to się liczy.   

– B

ędzie mi go brakowało, Hank.   

– Mnie te

ż. – Otoczył ją ramieniem i poprowadził przez park. – Ale mamy całe życie na 

to, by się wzajemnie pocieszać, kochanie.   

background image

EPILOG 

 

Kierowca ci

ężarówki był gadatliwy, toteż podróż mijała Charliemu bardzo szybko.   

– Musi by

ć przyjemnie – mówił kierowca – tak sobie podróżować, kiedy tylko przyjdzie 

ochota. W Tucson robi się za gorąco, wybiera się pan w góry, żeby przeczekać lato. Nie musi 
pan żyć według żadnego rozkładu. Niezłe życie, staruszku.   

–  Rzeczywi

ście,  nie  narzekam.  Ale  myli  się  pan  co  do  rozkładu.  Do  września  muszę 

poczynić pewne przygotowania.   

– Przygotowania? – Kierowca by

ł wyraźnie zaintrygowany.   

– Tak, i to bardzo gruntowne. Musz

ę stworzyć bazę do działania, zlokalizować i znaleźć 

odpowiednich ludzi.   

– Czy to rodzaj jakiej

ś oszukańczej gry? 

– Ale

ż skąd. Moje cele są czysto filantropijne.   

– Skoro pan tak twierdzi.   

–  Ale wszystko musi przebiega

ć  zgodnie  z  rozkładem.  Nie  wolno  mi  zlekceważyć 

nieprzekraczalnego terminu.   

– Jakiego terminu? 

– Oczywi

ście czternastego lutego, młody człowieku. To najważniejszy dzień w roku dla 

zakochanych. – 

Charlie rozparł się wygodnie na siedzeniu i dodał:   

– Nadal. 


Document Outline