background image

ALFRED HITCHCOCK 

 

 

 

TAJEMNICA  

JEZIORA DUCHÓW 

  

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW 

 

(PrzełoŜyła: ANNA IWAŃSKA) 

background image

Kilka słów od Alfreda Hitchcocka 

 

Czy  zaciekawiłby  Was  wrak  statku,  który  zatonął  przed  ponad  stu  laty?  A  piraci,  wymarłe 

miasto  i  wyspa  upiornych  zjaw?  Jeśli  tak,  to  wybraliście  właściwą  ksiąŜkę.  Z  tym  wszystkim 
bowiem zetkną się jej bohaterowie, Trzej Detektywi. 

W  razie  gdybyście  dotychczas  jeszcze  ich  nie  poznali,  pozwólcie,  Ŝe  Wam  ich  przedstawię. 

Przywódcą zespołu jest Jupiter Jones, chłopiec z pewną nadwagą. MoŜna by nawet powiedzieć, 
Ŝ

e jest wręcz otyły. NiezaleŜnie jednak od swej tuszy, Jupiter jest geniuszem logicznej dedukcji. 

Wysoki,  muskularny  Pete  Crenshaw  jest  Drugim  Detektywem.  Często  zrazu  przeciwstawia  się 
szalonym zamierzeniom Jupitera, ale w obliczu niebezpieczeństwa moŜna na niego liczyć w stu 
procentach.  Trzeci  członek  zespołu  to  Bob  Andrews,  do  którego  obowiązków  naleŜy 
gromadzenie  dokumentacji  i  dokonywanie  analiz.  Jest  drobniejszy  i  słabszy  od  dwóch 
pozostałych, ale nie ustępuje im odwagą. 

Wszyscy  trzej  mieszkają  w  Rocky  Beach  —  małym  kalifornijskim  mieście,  połoŜonym  na 

wybrzeŜu  oceanu,  o  kilkanaście  kilometrów  od  Hollywoodu.  Główną  siedzibą  detektywów  jest 
stara  przyczepa  kempingowa,  ukryta  na  terenie  składu  złomu  Jonesa.  Jest  to  przedziwna 
rupieciarnia,  która  naleŜy  do  wujostwa  Jupitera,  cioci  Matyldy  i  wujka  Tytusa.  A  w  owej 
przyczepie  chłopcy  opracowali  plany  przechytrzenia  najbardziej  przebiegłych  złoczyńców  i 
rozwiązali najbardziej skomplikowane zagadki kryminalne. 

Tym razem detektywi będą musieli rozwiązać liczącą juŜ sto lat szaradę. Jaki sekret zawiera 

w  sobie  poŜółkły  list  oraz  odnaleziony  po  wielu  latach  dziennik  pewnego  marynarza?  Czy  w 
sztormową noc, dawno temu, rzeczywiście uratowano z tonącego statku skarb piratów? Kim jest 
tajemniczy  człowiek,  który  zdaje  się  śledzić  chłopców,  szukających  miejsca  ukrycia  tego 
skarbu? 

Przed  Trzema  Detektywami  stoi  zadanie  rozszyfrowania  zagadkowego  przesłania, 

pozostawionego  przez  nieŜyjącego,  i  odkrycie  tajemnicy  Phantom  Lake.  Muszą  ją  nie  tylko 
odkryć, ale dokonać tego na czas! 

Czy trzej młodzi detektywi podołają temu zadaniu? Zabierzcie się do czytania, a dowiecie się 

tego. 

 

Alfred Hitchcock 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Stara skrzynia 

 

— Ach! — wykrzyknął Bob Andrews. — To prawdziwy sztylet malajski! 
Oczy  mu  błyszczały,  kiedy  pokazywał  swym  przyjaciołom,  Jupiterowi  Jonesowi  i  Pete’owi 

Crenshawowi, faliste ostrze długiego noŜa. 

Chłopcy  zwiedzali  właśnie  muzeum,  połoŜone  przy  drodze  o  parę  kilometrów  na  północ  od 

ich  rodzinnego  Rocky  Beach.  Pete  pomacał  ostroŜnie  ostrze  krysu  i  zadrŜał.  Jupiter  z  mądrą 
miną skinął głową. 

—  W  dawnych  czasach  wiele  statków  kursowało  między  Kalifornią  a  Indiami  Wschodnimi 

— powiedział. — Liczne eksponaty tego muzeum pochodzą ze Wschodu. 

Pete  i  Bob  westchnęli  cicho,  kiedy  Jupe  zaczął  swój  wykład.  Ich  zaŜywny  przyjaciel  znał 

wiele interesujących faktów, ale dzieląc się nimi, miał zwyczaj nieznośnie się puszyć. 

Ciocia Matylda przerwała jego wywody, wołając z drugiego końca sali: 
— Bardziej interesuje mnie w tej chwili, dokąd idą te eksponaty, niŜ skąd przyszły, Jupiterze! 

Przestańcie próŜnować, obiboki, i bierzcie się do ładowania cięŜarówki. 

— Tak, ciociu Matyldo — powiedział Jupe potulnie. 
Muzeum  dla  turystów,  które  specjalizowało  się  w  reliktach  dawnych  morskich  wypraw, 

kończyło  działalność.  Ciocia  Matylda  i  wujek  Tytus  nabywali  jego  małą  kolekcję,  Ŝeby  ją 
wystawić  na  sprzedaŜ  w  swoim  składzie  złomu  —  najbardziej  eleganckiej  rupieciarni  na 
Zachodnim WybrzeŜu. 

Skład prowadziła w gruncie rzeczy ciocia Matylda, gdyŜ wujek Tytus wolał rozjeŜdŜać się w 

poszukiwaniu interesującego towaru. Wysoka, postawna, miała ostry język, ale w gruncie rzeczy 
była  pogodną  i  dobroduszną  kobietą.  Widok  chłopców  wzbudzał  w  niej  jednak  tylko  jedno 
pragnienie: Ŝeby natychmiast zagonić ich do pracy! Jupiter, który wychowywał się u wujostwa, 
starał się schodzić jej z drogi.  On i jego przyjaciele mieli mnóstwo własnych waŜnych zajęć w 
związku  z  prowadzoną  agencją  detektywistyczną:  Trzej  Detektywi.  Dzisiejszego  ranka  jednak 
ciocia  Matylda przyłapała ich i nie udało im się  wymigać od pracy. Co  gorsza, spotkało ich to 
zaraz pierwszego dnia zimowych ferii świątecznych. 

Wzdychając, chłopcy zabrali się do wynoszenia rzeczy na dwór, gdzie podawali je Hansowi, 

jednemu  z  dwóch  krzepkich  braci  wywodzących  się  z  Bawarii,  którzy  pracowali  w  składzie 
złomu.  Hans  ładował  wszystko  na  cięŜarówkę  i  na  widok  ponurych  min  chłopców  zaczął 
złośliwie  pogwizdywać  związaną  z  BoŜym  Narodzeniem  piosenkę  „Jingle  Bells”.  Ciocia 
Matylda  przyglądała  się  im  wszystkim  przez  chwilę,  po  czym  poszła  do  właściciela  muzeum, 
pana Acresa, by sporządzić inwentarz. 

Po  jego  ukończeniu  ciocia  Matylda  przyszła  na  zapiecze  pomóc  chłopcom  w  pakowaniu,  a 

pan  Acres  udał  się  do  sali  muzealnej,  gdzie  pojawił  się  właśnie  jakiś  zwiedzający.  Po  chwili  z 
zaplecza dobiegł czyjś podniesiony głos: 

— Nic mnie nie obchodzi, komu pan to przyrzekł! 
— AleŜ, proszę pana... — zaczął pan Acres uspokajająco. 
— To jest moje! — wrzeszczał tamten. — Chcę to natychmiast odzyskać! 
Jego głos był szorstki i chrapliwy, brzmiała w nim nuta pogróŜki. Ciocia Matylda pospieszyła 

do sali, chłopcy ruszyli za nią. Gdy weszli, pan Acres mówił właśnie: 

— Przykro mi, ale sprzedałem wszystko składowi złomu pana Jonesa. Wszystko bez wyjątku. 

background image

Opierał  się  na  rzeźbionej  skrzyni  orientalnej  z  drewna  tekowego,  z  bogato  zdobionymi, 

mosięŜnymi  okuciami.  Przed  nim  stał  niski  męŜczyzna  z  gęstą  czarną  brodą.  Miał  ciemne, 
błyszczące, głęboko osadzone oczy i spaloną słońcem, wysmaganą wiatrami twarz. Nosił grubą, 
marynarską  kurtkę,  ciemnoniebieskie  spodnie  z  poszerzanymi  u  dołu  nogawkami  czapkę 
marynarki handlowej, z wyblakłym, mosięŜnym sznurem. Patrzył na pana Acresa spode łba. 

—  Ja  stanowię  wyjątek,  słyszy  pan?  —  wycedził.  —  Skrzynia  jest  moja  własnością  i 

zamierzam ją stąd zabrać. Ostrzegam pana... 

Pan Acres najeŜył się. 
— Teraz proszę mnie posłuchać, mój panie!... 
—  Na  imię  mi  Jim  —  warknął  nieznajomy.  —  Nazywają  mnie  Java  Jim  i  przywiozłem  tę 

skrzynię z daleka. Kryje w sobie niebezpieczeństwo, słyszysz, człowieku? 

Chłopcy przełknęli  głośno ślinę. Java Jim  zwrócił na nich swe błyszczące oczy  i zaklął pod 

nosem: 

—  Czego  tu  chcecie,  smarkacze?  Spływać  mi  stąd  zaraz,  słyszycie?!  Starsza  pani  teŜ. 

Wynocha stąd! Wszyscy! 

Jupiter rzucił szybkie spojrzenie na ciocię Matyldę i stłumił uśmiech. Twarz cioci miała kolor 

buraka. 

—  Co?!  —  huknęła.  —  Coś  ty  do  mnie  powiedział,  ty  brodaty  klaunie?!  Gdybym  nie  była 

damą, wyrzuciłabym cię stąd własnoręcznie! 

Marynarz, zaskoczony furią postawnej kobiety, zaczął się cofać. 
— Popełnił pan gafę, panie Java Jim — powiedział pan Acres uśmiechem. — Ta pani jest 

właścicielką składu złomu. Skrzynia naleŜy teraz do niej. 

Java Jim zamrugał oczami. 
—  Ja...  tego,  przepraszam  panią.  Mam  wybuchowy  charakter.  Naprawdę  przepraszam,  nie 

chciałem nikogo urazić. Chyba za długo przebywałem na morzu z samymi męŜczyznami. Więc 
kiedy wreszcie znalazłem moją skrzynię, straciłem głowę. 

Cała  wściekłość  zdawała  się  go  opuszczać.  Ciocia  Matylda  uspokoiła  się  takŜe,  równie 

szybko jak przedtem wybuchła. Wskazała brodą orientalną skrzynię, którą otoczyli chłopcy. 

— Jeśli to jest pańskie, to skąd się tutaj wzięło? 
— Ukradziono mi ją, proszę pani — odparł Java Jim. — Jacyś dranie ściągnęli mi ją prosto ze 

statku,  kiedy  zawinęliśmy  do  San  Francisco  dwa  tygodnie  temu.  Sprzedali  ją  później 
handlarzowi starzyzną, ale nim zdąŜyłem do niego dotrzeć, wysłał ją tutaj, więc przyjechałem po 
nią. 

— W takim razie... — zaczęła ciocia Matylda z wolna. 
Tymczasem Bob, który otworzył skrzynię, wskazał na wewnętrzną stronę wieka. 
— Tu jest nazwa „Argyll Queen”. Czy tak się nazywa pański statek? 
—  Nie,  chłopcze.  To  bardzo  stara  skrzynia.  Pewnie  przeszła  juŜ  przez  wiele  rąk.  Ten  napis 

widniał na wieku, kiedy kupiłem skrzynię w Singapurze. 

— Rzeczywiście, dostałem tę skrzynię dopiero wczoraj, pani Jones — odezwał się pan Acres. 

—  Z  San  Francisco,  od  Walta  Baskinsa.  Mam  z  nim  umowę  na  wszystkie  interesujące  dla 
miejscowego muzeum obiekty. Zapomniałem ją uniewaŜnić, kiedy zdecydowałem się wyprzedać 
muzeum. 

— Jestem gotów zapłacić przyzwoitą cenę — wtrącił szybko marynarz. 
— Przypuszczam, Ŝe skrzynia się panu naleŜy — powiedziała ciocia Matylda. — MoŜe pan 

zwrócić panu Acresowi sumę, którą za nią zapłacił... 

Nagle coś zaczęło furkotać we wnętrzu skrzyni. 

background image

— Co... — Bob spojrzał na nią uwaŜnie. 
Rozległ się ostry trzask, coś błysnęło... krótki ostry sztylet przeleciał ze świstem tuŜ koło ucha 

Jupitera i utkwił w ścianie! 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Dawne i nowe niebezpieczeństwa 

 

Wszyscy zastygli na długą chwilę. Wbity w ścianę sztylet dygotał. 
Ciocia Matylda podeszła wreszcie do Jupitera. 
— Nic ci się nie stało? 
Jupe pokręcił głową i opadł wyczerpany na ławę. Sztylet niemal otarł się o jego ucho! 
— Kto tym rzucił? — pan Acres wzburzony zaczął się rozglądać dookoła. 
— Tylko mnie o to nie posądzajcie! — krzyknął Java Jim. 
— N...nikt n.. .nie rzucił — wyjąkał Bob. — To wyskoczyło samo ze skrzyni! 
Pan Acres podszedł do skrzyni i zajrzał do środka. 
—  Mój  BoŜe!  Tu  jest  skrytka  w  dnie!  Otwarta!  Bob  musiał  spowodować  uruchomienie 

otwierającego mechanizmu. 

— A przy otwarciu zwolniła się spręŜyna, na której był umieszczony sztylet — dodał Bob. — 

To jest pułapka spręŜynowa! 

— Na tego, kto znajdzie skrytkę! — dokończył Pete. 
Ciocia Matylda natarła na Javę Jima: 
— Jeśli to pańska robota, kaŜę... 
— Nic nie wiedziałem o tej pułapce! — krzyknął marynarz. 
— Nie — odezwał się nagle Jupiter. Rumieniec wrócił mu juŜ na policzki. Wstał i wyciągnął 

sztylet  ze  ściany.  —  To  sztylet  orientalny,  prawdopodobnie  wschodnioindyjski.  Mogę  się 
załoŜyć, Ŝe pułapka została wmontowana sto lat temu przez piratów z Indii Wschodnich! 

— O rany! — powiedział Pete. 
— Przez piratów? — zdziwił się Bob. 
Jupiter z błyskiem w oku podszedł do skrzyni pochylił się nad mechanizmem spręŜynowym 

skrytki. Tryumfująco skinął głową. 

—  Zobaczcie!  SpręŜyna  i  uchwyt  są  ręcznej  roboty,  bardzo  juŜ  zardzewiały.  Zdecydowanie 

stary  wyrób.  To  jest  typowa  wschodnioindyjska  pułapka  spręŜynowa  dla  zabezpieczenia 
ukrytych kosztowności. Być moŜe robota piratów z Jawy lub Malajów! 

— Jawa jak Java Jim! — zawołał Bob. 
Wszyscy patrzyli na brodatego marynarza. 
— Zaraz, zaraz, to przecieŜ tylko moje przezwisko — bronił się Java Jim. — Nadano mi je, 

bo mieszkałem przez jakiś czas na Jawie. Nic nie wiem o Ŝadnych piratach! 

— Ja nawet nie wiem, gdzie leŜy Jawa — jęknął Pete. 
—  To  taka  duŜa  wyspa  w  Indonezji  —  wyjaśnił  Jupiter.  —  Podobnie  jak  Sumatra,  Nowa 

Gwinea,  Borneo,  Celebes  i  tysiąc  mniejszych  wysp.  Indonezja  jest  teraz  niepodległa,  ale 
przedtem była kolonią, nazywano ją holenderskimi Indiami Wschodnimi. Kiedyś składało się na 
nie  całe  mnóstwo  małych  księstw,  zwanych  sułtanatami.  Rządzili  nimi  sułtani,  którzy  w 
większości byli piratami. 

—  Jak  Sinobrody?  —  zapytał  Pete.  —  Pływali  na  okrętach  z  armatami,  z  trupią  czaszką  na 

banderze i tak dalej? 

—  Niezupełnie,  Pete  —  odpowiedział  Jupiter  nieco  protekcjonalnym  tonem.  —  Tym 

wszystkim  znamionowali  się  piraci  z  Zachodu.  Sinobrody  był  Anglikiem,  jak  wiadomo. 
Wschodnioindyjscy  piraci  nie  mieli  duŜych  okrętów  ani  flag  z  trupią  czaszką,  i  mieli  bardzo 

background image

niewiele armat. Czaili się na setkach indonezyjskich wysp, w małych wioskach, w rozlewiskach 
rzek,  i  wypływali  z  tych  kryjówek  na  niewielkich  łodziach,  a  nawet  tratwach  i  atakowali 
europejskie  i  amerykańskie  statki,  wdzierając  się  na  nie  całą  chmarą.  Z  Zachodu  przybywały 
statki  handlowe  po  pieprz  i  inne  przyprawy,  po  cynę,  herbatę  i  chińskie  jedwabie.  Wiozły 
wyroby  na  sprzedaŜ  oraz  liczne  sakwy  złota  i  srebra  na  zakup  orientalnych  produktów.  Piraci 
grabili monety i broń. Załogi naszych statków rewanŜowały się czasem i napadały piratów w ich 
kryjówkach.  Ci  bronili  się  na  róŜne  sposoby,  między  innymi  przy  pomocy  takich  pułapek 
umieszczanych w skrzyniach z dobytkiem. 

— To znaczy, Ŝe nasi Ŝeglarze kradli z powrotem to, co złupili piraci — powiedział Bob. — 

Czy myślisz, Jupe, Ŝe ta pułapka datuje się z tamtych czasów? 

—  Jestem  tego  pewien.  ChociaŜ...  —  dodał  w  zamyśleniu  —  powiadają,  Ŝe  małe  bandy 

piratów wciąŜ jeszcze grasują na odległych wyspach. 

—  Jupe,  patrz!  —  zawołał  Pete.  Grzebał  starej  skrzyni  i  wyciągnął  teraz  mały,  błyszczący 

przedmiot. — Pierścień! LeŜał w skrytce! 

— Jest tam moŜe coś jeszcze? — zaciekawił się Bob. 
Java Jim odepchnął Pete’a i pochylił się nad skrzynią. 
— Zaraz się zobaczy. Nie, mamy psie szczęście, nie ma nic więcej! 
Jupiter wziął pierścień od Pete’a. Miał zawiły, orientalny wzór wyryty w metalu, który mógł 

być złotem lub mosiądzem, i czerwony, połyskujący kamień pośrodku. 

— Prawdziwy, Jupe? — zapytał Pete. 
— Nie wiem. MoŜliwe. W Indiach mają duŜo złota i klejnotów, ale mają teŜ duŜo sztucznej 

biŜuterii.  RóŜne  świecidełka  sprzedawane  są  przez  miejscowych  Europejczykom,  którzy  nie 
mogli się na nich poznać. 

Java Jim sięgnął po pierścień. 
— Prawdziwy czy fałszywy, naleŜy do mnie, mój chłopcze. Skrzynia została ukradziona mnie 

i  wszystko,  co  się  w  niej  znajduje,  jest  moje.  Proszę  mi  podać  cenę,  jaką  pan  zapłacił 
antykwariuszowi, zwracam ją zaraz i zabieram, co moje. 

— Dobrze, zobaczymy... — zaczęła ciocia Matylda. 
Jupiter szybko wpadł jej w słowo: 
— Nie wiemy, czy to jego skrzynia, ciociu. Nie ma na niej jego nazwiska. Wiemy tylko to, co 

nam powiedział. 

— Zarzucasz mi kłamstwo, chłopcze? — warknął Java Jim. 
— Proszę nam okazać rachunek poświadczający zakup — powiedział Jupiter śmiało. — Lub 

przedstawić świadka, który widział, jak kupował pan skrzynię albo, Ŝe pan miał ją na statku. 

— Wszyscy marynarze z mojego statku widzieli skrzynię! Co ty... 
— Wobec tego — przerwał Jupe stanowczo — proponuję, Ŝebyśmy przechowali skrzynię w 

składzie  złomu  i  przyrzekli  nie  sprzedać  jej  przez  tydzień,  a  pan  w  tym  czasie  dostarczy  nam 
dowód, Ŝe jest pańską  własnością. Jestem  pewien, Ŝe moŜe pan  obyć  się  bez niej przez te parę 
dni. 

— To uczciwa propozycja — odezwał się pan Acres. 
Java Jim patrzył na nich z wściekłością. 
—  Mam  tego  dość,  do  diabła!  Zabieram,  co  moje,  a  wy  tylko  spróbujcie  mi  w  tym 

przeszkodzić! — Przystąpił groźnie do Jupe’a. —Zwróć mi zaraz ten pierścień. Dawaj mi go! 

Jupe zaczął się cofać w stronę drzwi. 
— Czekaj no, ty... — krzyknęła ciocia Matylda. 
— Zamknij się, do diabła! — warknął Java Jim. 

background image

W  otwartych  drzwiach  muzeum  pojawił  się  ogromny  cień.  Po  chwili  na  progu  stanął 

barczysty, jasnowłosy pomocnik Jonesów, Hans. 

— Nie będziesz się w ten sposób odzywał do cioci Matyldy — powiedział. — Przeproś! 
— On chce zabrać Jupiterowi pierścień i ukraść tę skrzynię! —wykrzyknął Bob. 
— Trzymaj go, Hans! — zawtórował mu Jupiter. 
— Mam go! — Hans ruszył na marynarza. 
Java Jim zaklął, pchnął pana Acresa pod nogi Hansowi i pobiegł na zaplecze muzeum. 
— Łapać go! — wrzasnął Pete. 
Hans potknął się o pana Acresa, zatoczył się i wpadł na chłopców. Nim zdąŜyli się pozbierać, 

Java Jim uciekł tylnymi drzwiami. Usłyszeli warkot ostro ruszającego samochodu. Gdy wybiegli 
na dwór, samochód znikał juŜ za stromym wzgórzem, wokół którego szosa zataczała łuk. 

—  Baba  z  wozu,  koniom  lŜej  —  powiedziała  ciocia  Matylda.  —Teraz  moŜemy  spokojnie 

skończyć załadunek. 

— Ciekawe, dlaczego mu tak zaleŜało na tej skrzyni? — zadumał się Bob. 
—  Jestem  pewna,  Ŝe  ocenił  ją  jako  coś  wartościowego  i  próbował  ukraść  —  skwitowała 

sprawę  ciocia  Matylda.  —  Bierzcie  się  do  roboty,  chłopcy.  I  tak  będziemy  musieli  zrobić  dwa 
kursy, za jednym razem nie zdołamy przewieźć wszystkiego. 

Godzinę później cięŜarówka była wypełniona po brzegi. Ciocia Matylda wsiadła do szoferki z 

Hansem, a chłopcy  z pomocą pana Acresa  wcisnęli się na platformę  cięŜarówki. Jupe zamyślił 
się głęboko. 

—  Panie  Acres  —  odezwał  się  z  wolna  —  mówił  pan,  Ŝe  kupiec  z  San  Francisco,  pan 

Baskins,  przesłał  panu  tę  skrzynię,  poniewaŜ  stanowiła  interesujący  obiekt  dla  lokalnego 
muzeum. Dlaczego? 

—  Dlatego,  Jupiterze,  Ŝe  statek  „Argyll  Queen”,  którego  nazwa  jest  widoczna  na  wieku, 

zatonął  sto  lat  temu  u  wybrzeŜy  Rocky  Beach.  Od  czasu  do  czasu  pojawiają  się  w  sprzedaŜy 
róŜne małe przedmioty z tego statku, skupuję je i wystawiam w muzeum. 

— Tak, oczywiście — przypomniał sobie Jupe. — DuŜy statek z osprzętem rejowym, który 

rozbił się na rafie w roku 1870. 

CięŜarówka ruszyła i chłopcy przycupnęli. Jupiter był nadal pogrąŜony w myślach, więc Bob 

i  Pete  zajęli  się  rozmową,  popatrując  na  uciekający  krajobraz.  Powoli  Pete  stawał  się 
niespokojny. Gdy cięŜarówka wjeŜdŜała juŜ do składu złomu, przysunął się do Jupe’a. 

—  Ktoś  za  nami  jechał,  Jupe!  Przez  całą  drogę  posuwał  się  za  nami  zielony  volkswagen, 

który właśnie skręcił w tę ulicę! 

Chłopcy  zeskoczyli  czym  prędzej  z  cięŜarówki  i  wrócili  spiesznie  do  bramy  wjazdowej. 

Zielony volkswagen stał po drugiej stronie ulicy. Nim jednak zdąŜyli się przyjrzeć kierowcy, ten 
ruszył i oddalił się z piskiem opon. 

— O rany! Czy myślicie, Ŝe to był Java Jim? — zapytał Pete. 
— Być moŜe — odpowiedział Jupe. — Ale spod muzeum pojechał w przeciwnym kierunku. 
— MoŜe ktoś jeszcze chciałby zdobyć tę starą skrzynię — podsunął Bob. 
— Albo teŜ interesuje się wrakiem „Argyll Queen” — powiedział Jupiter. Węszył tajemnicę i 

oczy mu pojaśniały. — To moŜe być sprawa dla Trzech Detektywów! Musimy... 

— A więc znów was przyłapałam! — ciocia Matylda pojawiła się nagle za ich plecami. — Ta 

cięŜarówka sama się nie rozładuje. Do roboty, chłopcy! 

Wrócili  potulnie  do  cięŜarówki  i  zabrali  się  do  rozładunku.  Tajemnica  starej  skrzyni  musi 

poczekać! 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Katastrofa „Argyll Queen” 

 

Nim rozładowali cięŜarówkę, minęło południe. Ciocia Matylda udała się do domu po drugiej 

stronie ulicy, Ŝeby przygotować obiad. Chłopcy otoczyli natychmiast starą skrzynię. 

— Obejrzyjmy ją sobie dokładnie w Kwaterze Głównej — powiedział Jupiter. — Zanieście ją 

tam. Mam jeszcze coś do zrobienia. 

Pobiegł gdzieś, zostawiając Boba i Pete’a z cięŜką skrzynią. westchnieniem dźwignęli ją i 

zataszczyli  do  pracowni  Jupe’a,  leŜącej  pod  gołym  niebem  w  naroŜniku  placu  składowego.  Za 
warsztatem pracowni znajdowało się wejście do Tunelu Drugiego, czyli duŜej karbowanej rury, 
która  biegła  pod  górami  rupieci  do  sekretnej  siedziby  Trzech  Detektywów.  Stanowiła  ją  stara, 
uszkodzona  przyczepa  kempingowa,  wyporządzona  odpowiednio  przez  chłopców.  Otulona 
starannie  ułoŜonymi  stertami  złomu  była  niewidoczna  z  zewnątrz.  Wewnątrz  mieściła 
nowoczesne biuro z biurkiem, maszyną do pisania, magnetofonem i telefonem, a takŜe ciemnią 
fotograficzną  i  laboratorium.  Był  tu  takŜe  peryskop,  przez  który  chłopcy  obserwowali  teren 
składu  ponad  stertami  złomu  oraz  róŜnego  rodzaju  ekwipunek  detektywistyczny,  w  większości 
zmajstrowany przez Jupitera. 

Ale w najbardziej przemyślnym urządzeniu Kwatery Głównej kryła się teŜ duŜa wada. Bob i 

Pete zdali sobie z niej sprawę, kiedy przywlekli skrzynię pod Tunel Drugi. 

— Jest za duŜa, Ŝeby się mogła przebić przez wejście do tunelu! —jęknął Pete. 
Usiedli na skrzyni, patrząc na siebie bezradnie. 
— Wszystkie wejścia wymierzyliśmy na nas samych — powiedział Bob smętnie. — ZałoŜę 

się, Ŝe skrzynia nie przeciśnie się przez Ŝadne z nich! 

Właśnie w tym momencie z Tunelu Drugiego wygramolił się Jupe z wielce podekscytowaną 

miną. Bob i Pete przedstawili problem związany ze skrzynią. 

—  Hm...  —  Jupiter  mierzył  wzrokiem  wąskie  wejście  do  tunelu.  —Powinienem  o  tym 

pomyśleć. MoŜe da się ją wnieść przez Łatwe Wejście Trzecie. 

Był  to  najprostszy  sposób  dostania  się  do  przyczepy.  DuŜe,  dębowe  drzwi  otwierał 

zardzewiały  klucz,  ukryty  w  pojemniku  z  innymi  zardzewiałymi  przedmiotami,  a  dalej  krótki 
pasaŜ prowadził do właściwego wejścia do przyczepy, umieszczonego w jej bocznej ścianie. 

— Lepiej zmierzmy najpierw drzwi przyczepy — powiedział Bob. 
— Zanim otworzymy to wejście, musimy poczekać, aŜ nikogo nie będzie w składzie — dodał 

Jupiter. — Chłopaki, odkryłem tymczasem, Ŝe cała historia Javy Jima jest kłamstwem! 

— Rany, Jupe, jak ci się udało to odkryć? — zdziwił się Pete. 
— Zatelefonowałem do handlarza starzyzną w San Francisco, pana Baskinsa. śaden marynarz 

nie sprzedał mu skrzyni, dostał ją z innego sklepu z uŜywanymi rzeczami w Santa Barbara! Oni 
zaś kupili ją od jakiejś kobiety sześć miesięcy temu! 

— Coś takiego! — wykrzyknął Pete. — MoŜe Java Jim nie jest w ogóle marynarzem? 
— Trafna uwaga — przytaknął powaŜnie Jupiter. — Marynarska kurtka i poszerzane spodnie 

mogły  być  tylko  przebraniem.  W  dodatku  niezbyt  dobrym.  Ten  strój  był  za  gruby  jak  na 
południową Kalifornię. Nawet w grudniu. 

— Nie mógł wiedzieć, Ŝe się na nas natknie — zauwaŜył Bob. — Poza tym w okresie BoŜego 

Narodzenia ranki i wieczory są chłodne. 

—  To  prawda  —  przyznał  Jupiter.  —  Natomiast  Java  Jim  był  wczoraj  w  sklepie  pana 

background image

Baskinsa  tylko,  Ŝe  opowiedział  zupełnie  inną  historię!  Twierdził,  Ŝe  jego  siostra  sprzedała 
skrzynię pod jego nieobecność i on chce ją teraz odkupić! 

— Dlaczego potem zmienił tę historyjkę? — zdziwił się Pete. 
— Prawdopodobnie myślał, Ŝe w ten sposób łatwiej nas przekona, Ŝebyśmy zwrócili skrzynię 

—  powiedział  Jupiter.  —  Ale  to,  co  mówił  panu  Baskinsowi,  dowodzi  jednego:  wiedział,  Ŝe 
skrzynię sprzedała sześć miesięcy temu kobieta! Tyle Ŝe dowiedział się o tym niedawno albo teŜ 
dawniej wcale tej skrzyni nie szukał. 

— Dlaczego tak bardzo mu na niej zaleŜy? — zastanawiał się Bob. — PrzecieŜ to tylko pusta 

skrzynia. 

— Był w niej pierścień — zauwaŜył Pete. — MoŜe przedstawiał jakąś szczególną wartość. 
—  Ale  był  tam  tylko  jeden  pierścień,  a  Java  Jim  nawet  nie  wiedział  o  nim,  póki  nie 

odkryliśmy skrytki — powiedział Jupe. 

— MoŜe wiedział, Ŝe coś w skrzyni było — podsunął Pete. 
— A moŜe zaleŜy mu na niej dlatego, Ŝe pochodzi z „Argyll Queen”? Być moŜe wydobyto ją 

z samego wraka! 

Oczy Jupitera błyszczały w specjalny sposób,  który  oznaczał,  Ŝe  chłopiec  wpadł juŜ na trop 

tajemnicy. 

—  Myślisz,  Jupe,  Ŝe  Javę  Jima  interesuje  statek,  który  zatonął  sto  lat  temu?  —  powiedział 

Bob z powątpiewaniem 

— Dlaczego miałby go interesować? — Pete przyłączył się do tych wątpliwości. 
— Nie wiem — przyznał Jupe. — Ale posłuchajcie: skrzynia zawierała tylko ukryty sztylet i 

pierścień  oraz  wymalowaną  na  wieku  nazwę  statku.  Myślę,  Ŝe  powinniśmy  zbadać  historię 
„Argyll Queen”. 

— Towarzystwo Historyczne powinno mieć jakieś materiały na ten temat — powiedział Bob. 
Pete przybrał zmartwioną minę. 
— Muszę pójść z mamą na zakupy świąteczne i pomóc w czymś tam tacie. 
—  A  ja  muszę  pojechać  po  resztę  rzeczy  do  muzeum,  więc  chyba  musisz  to  załatwić  sam, 

Bob — powiedział Jupe. 

— Chętnie — zgodził się Bob. Zbieranie informacji i tak naleŜało do jego obowiązków. 
Niebawem rozległy się nawołujące chłopców okrzyki cioci Matyldy. 
 
Po obiedzie mama posłała Boba po dodatkowy zestaw światełek na choinkę dopiero, więc po 

trzeciej wsiadł wreszcie na rower i pojechał do Towarzystwa Historycznego. Siwowłosa pani za 
biurkiem uśmiechnęła się, gdy przedłoŜył jej sprawę. 

—  „Argyll  Queen,  młody  człowieku?  AleŜ  tak.  Myślę,  Ŝe  mamy  na  jej  temat  sporo 

materiałów.  Statek  rozbił  się  i  zatonął,  co  wznieciło  w  swoim  czasie  wielkie  zamieszanie.  Jak 
zawsze w takich razach, rozeszły się pogłoski o skarbie. 

— O skarbie?! — wykrzyknął Bob. 
— Tak, o złocie, klejnotach i tak dalej. Myślę, Ŝe niewiele w tym było prawdy. Przyniosę ci te 

materiały. 

Bob  z  rosnącym  podnieceniem  czekał  w  głównej  sali  Towarzystwa  Historycznego. 

Siwowłosa pani wróciła z wielkim pudłem na akta. 

— Niestety, materiały nie są posegregowane. 
Bob spiesznie zabrał  wszystko do jednej z małych czytelni. Nikogo tu nie było. Usiadł przy 

długim stole i otworzył pudło. 

Włosy  zjeŜyły  mu  się  na  widok  papierów,  broszur,  małych  ksiąŜeczek,  wycinków  z  gazet  i 

background image

magazynów, upchanych  bezładnie. Sięgnął z westchnieniem po pierwszy  z brzegu artykuł,  gdy 
nagle ktoś powiedział za jego plecami: 

— Obawiam się, Ŝe dnia ci nie starczy na przeczytanie tego wszystkiego. 
Bob  obejrzał  się  wystraszony.  Za  nim  stał  drobny  męŜczyzna  w  staromodnym  czarnym 

ubraniu, z kieszonki jego kamizelki zwisała dewizka. Miał okrągłą róŜową twarz, nosił okulary 
bez oprawek. Uśmiechał się do Boba. Jego głos był głęboki, ale brzmiał przyjaźnie. 

—  Profesor  Shay  z  Towarzystwa  Historycznego.  Pani  Rutheford  powiedziała  mi,  Ŝe 

interesujesz  się  katastrofą  statku  „Argyll  Queen”.  Staramy  się  rozbudzać  zainteresowania 
historyczne wśród młodzieŜy. Jeśli chciałbyś poznać tylko podstawowe fakty, moŜe mógłbym ci 
zaoszczędzić długich godzin czytania. 

— Zna pan historię „Argyll Queen”? 
— To nie moja dziedzina. Pracuję tutaj od niedawna, ale jeden z naszych współpracowników 

przygotowuje  opracowanie  dziejów  statku.  Wiele  się  juŜ  od  niego  dowiedziałem.  A  co  ty  juŜ 
wiesz na temat tego statku, młodzieńcze? 

—  Wiem,  Ŝe  „Argyll  Queen”  była  duŜym  Ŝaglowcem  z  osprzętem  rejowym,  Ŝe  zatonęła  u 

wybrzeŜy Rocky Beach w roku 1870 i Ŝe mówiono, iŜ wiozła jakieś skarby! 

Profesor roześmiał się. 
— Pogłoski o skarbie powstają wokół kaŜdego statku, który zatonął, mój chłopcze. Ale data 

się zgadza. 

Profesor usiadł naprzeciw Boba. 
— Statek handlowy „Argyll Queen” pochodzący z Glasgow w Szkocji, był trójmasztowcem z 

pełnym osprzętem i przewoził korzenie i cynę do Indii Wschodnich.  Wyruszył z San Francisco 
w drogę powrotną do Szkocji, a kiedy płynął na południe, na Cape Horn, sztorm zepchnął go z 
kursu. W ciemną grudniową noc uderzył w rafę niedaleko brzegu. 

Sztorm był potworny i tylko niewielu marynarzom udało się ocalić. Większość załogi utonęła 

natychmiast. Dzięki przypadkowi „Argyll Queen” nie poszła od razu na dno. PrzeŜyli ci, którzy 
pozostali na niej do końca. Między innymi kapitan, który opuszcza statek ostatni. 

— Ale skarbu na statku nie było? 
—  Wątpię,  chłopcze.  „Queen”  zatonęła  na  stosunkowo  płytkich  wodach  i  nurkowie 

przeszukiwali  wrak  zarówno  wtedy,  jak  i  wielokrotnie  później.  Nawet  dziś  od  czasu  do  czasu 
ktoś nurkuje w pogoni za skarbem. Jedyne jednak, co kiedykolwiek znaleziono, to kilka monet z 
tamtych  czasów.  —  Profesor  potrząsnął  głową.  —  Nie,  pogłoski  o  skarbie  powstały  z  powodu 
innej tragedii, która wydarzyła się niedługo potem i zdaje się mieć związek z „Argyll Queen”. 

— Co to za inna tragedia, panie profesorze? 
—  Jeden  z  ocalonych,  szkocki  marynarz  nazwiskiem  Angus  Gunn,  osiedlił  się  w  pobliŜu 

Rocky Beach. W roku 1872 został zamordowany przez czterech męŜczyzn. Wszystkich czterech 
morderców zabito w pościgu, nim zdąŜyli wyjawić powód zbrodni. Ale jednym z morderców był 
kapitan  „Argyll  Queen”  i  ludzie  byli  pewni,  Ŝe  chodziło  o  coś,  co  Gunn  zabrał  ze  statku,  być 
moŜe  właśnie  o  jakiś  skarb.  Latami  przeszukiwano  wrak  okrętu,  wybrzeŜe,  kaŜdy  metr  ziemi 
naleŜącej do Gunna, ale nie znaleziono niczego. 

Angus  Gunn,  podobnie  jak  wielu  Ŝeglarzy,  prowadził  dziennik.  Tak  się  złoŜyło,  Ŝe  jego 

potomkowie  ofiarowali  ostatnio  dziennik  naszemu  Towarzystwu  jako  pomoc  do  opracowania 
historii statku. W 1872 roku przeczytał dziennik szeryf, a rodzina Gunna wertowała go przez lata 
w poszukiwaniu jakiejś wzmianki o skarbie. Wszystko na próŜno. Nawet jeśli istniał jakiś skarb i 
jeśli zagarnął go Gunn, jego dziennik nie zawiera w tej mierze Ŝadnej wskazówki. 

Bob zmarszczył czoło. 

background image

— Panie profesorze, a czy ten rzekomy skarb miał pochodzić z Indii Wschodnich? 
—  Tak,  rozeszły  się  wtedy  pogłoski,  Ŝe  chodziło  o  skarby  piratów.  Dlaczego  pytasz?  Czy 

wiesz coś o tym, mój drogi? 

— Mhm... nie... — wyjąkał Bob. — Byłem tylko ciekaw. 
—  Aha  —  profesor  Shay  uśmiechnął  się.  —  A  czy  mogę  zapytać,  dlaczego  interesuje  cię 

„Argyll Queen”? 

—  Bo  my...  my  się  po  prostu  tym  interesujemy.  Z  powodu...  wypracowania  szkolnego  — 

odpowiedział Bob nieprzekonywająco. 

— Oczywiście, to bardzo dobry temat. 
— Przepraszam, panie profesorze, a czy mógłbym zobaczyć ten dziennik i nowe opracowanie 

historii „Argyll Queen”? 

Profesor przymruŜył oko. 
— Potrzebne ci to do szkolnego  wypracowania,  co? Oczywiście,  mój drogi,  zaraz wszystko 

dostaniesz, a jeśli odkryjesz w tym coś nowego, umieścimy twoje nazwisko w przygotowywanej 
nowej publikacji. 

Odszedł  z  uśmiechem,  a  po  paru  minutach  pani  Rutheford  przyniosła  cienki  manuskrypt 

zatytułowany:  „Katastrofa  statku  Argyll  Queen”.  Bob  zabrał  się  do  czytania  obłoŜonego  ceratą 
zeszytu. 

Zmierzchało,  kiedy  Bob  zajechał  na  tyły  składu  złomu.  Skład  otoczony  był  jaskrawo 

kolorowym  płotem.  Pokrywały  go  malowidła  wykonane  przez  miejscowych  artystów.  Na  całej 
tylnej części ogrodzenia rozciągało się malowidło obrazujące poŜar San Francisco w roku 1906. 

Bob  jechał  powoli  wzdłuŜ  płotu,  po  czym  zatrzymał  się  o  jakieś  piętnaście  metrów  od 

naroŜnika.  W  tym  miejscu  na  pierwszym  planie  wymalowany  był  piesek  patrzący  smutno  na 
swój  palący  się  dom.  Detektywi  nazwali  pieska  Korsarzem.  Bob  wyłuskał  z  deski  sęk, 
stanowiący  jedno  oko  Korsarza,  wsunął  przez  otwór  palec  i  zwolnił  haczyk.  Trzy  deski  płotu 
przesunęły  się  w  górę  i  Bob  wprowadził  rower  do  środka.  Była  to  Czerwona  Furtka  Korsarza, 
jedno z sekretnych wejść do składu. 

Za furtką znajdowało się przejście na wprost Kwatery Głównej, ukryte wśród stert złomu, ale 

Bob zdecydował się zajrzeć najpierw do pracowni. Prowadząc rower do frontowej części składu, 
zobaczył Pete’a, który nadchodził właśnie przez główną bramę. 

— Tato kazał mi pracować całe popołudnie — wzdychał Pete. —TeŜ mi ferie świąteczne! JuŜ 

bym chyba wolał chodzić do szkoły. 

Razem poszli do pracowni, osłoniętej stertami złomu. Jupe’a zastali nad orientalną skrzynią. 

Oglądał ją w świetle lampy umieszczonej nad warsztatem. Kiedy Bob zaczął opowiadać, czego 
dowiedział się w Towarzystwie Historycznym, Jupiter przerwał mu machnięciem dłoni. 

—  Zaczekaj  chwilkę  —  wykrzyknął  podniesionym  z  emocji  głosem.  —  Ponownie 

przebadałem całą skrzynię — i zobacz, co tam znalazłem! 

To  mówiąc,  potrząsnął  trzymanym  w  ręku,  zatłuszczonym  zeszytem,  przypominającym 

dziennik, który Bob dopiero co studiował w Towarzystwie Historycznym Wyciągnął więc teraz 
po niego rękę. 

— Ja to wezmę! — rozległ się nagle chrapliwy głos. 
W wejściu do pracowni stał Java Jim i patrzył na nich groźnie. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Drugi zeszyt dziennika 

 

Jupiter skoczył w tył, pod stertę złomu. Pete i Bob zastygli tam, gdzie stali. 
Java  Jim  ruszył  groźnie  na  Jupe’a,  który  kurczowo  przyciskał  do  piersi  oprawiony  w  ceratę 

zeszyt. 

— Pete! — krzyknął. — Plan Numer Jeden! 
Java Jim odwrócił się szybko do Pete’a i Boba. Jego ciemne oczy jarzyły się w wysmaganej 

wiatrami twarzy. 

— Tylko bez sztuczek, dzieciaki! Ostrzegam! 
Twarde spojrzenie marynarza zdawało się przygwaŜdŜać ich do miejsca. Patrzył na nich przez 

chwilę, jakby ostrzegając przed wykonaniem jakiegoś ruchu. Bob i Pete głośno przełknęli ślinę. 
Java Jim uśmiechnął się złośliwie i odwrócił z powrotem do Jupe’a. 

— Teraz daj mi ten zeszyt, chłopcze. 
—  Jesteś  kłamcą  i  złodziejem!  —  krzyknął  Jupiter,  cofając  się  kolistymi  ruchami  w  głąb 

pracowni. 

Java Jim roześmiał się. 
—  Złodziejem?  A  moŜe  jestem  kimś  o  wiele  gorszym?  Licz  się  z  tym,  chłopcze!  Dawaj 

zeszyt! 

Postępował za Jupiterem, który nie przestawał się cofać, dopóki marynarz nie znalazł się tuŜ 

przy jednej ze stert złomu, zwrócony  do niej plecami. Bob i Pete przesunęli się nieznacznie za 
Javę Jima. 

— Teraz, chłopaki! — krzyknął Jupe. 
Bob  i  Pete  schylili  się  i  błyskawicznym  ruchem  wyciągnęli  dwie  długie  deski  spod 

spiętrzonych za plecami marynarza rupieci. Java Jim odwrócił się, klnąc, ale było juŜ za późno! 

— Aaaach! 
Bob  i  Pete  odskoczyli  na  bok,  a  w  tym  momencie  lawina  róŜnych  odpadków  zwaliła  się  na 

Javę Jima!  Runęły na  niego jakieś  deski, spręŜyny z łóŜek, połamane  krzesła, zwoje podartych 
dywanów. Wierzgał, bił rękami, starał się osłonić i uciec równocześnie. 

Bob i Pete, szeroko uśmiechnięci, przyglądali się tej scenie, ale Jupe ich ponaglił. 
— Zwiewamy! — wrzasnął. 
Potykając  się  o  rozrzucone  rupiecie,  wybiegli  z  pracowni  i  pognali  do  biura  składu,  przed 

którym  Hans  zdejmował  właśnie  ostatnią  część  ładunku  z  cięŜarówki.  Za  sobą  słyszeli 
szamotaninę i przekleństwa Javy Jima. 

— Hans! — krzyknął Pete. — Java Jim jest na terenie składu. Napadł tam na nas! 
— Co? — spytał potęŜny Bawarczyk. — Dobra, zobaczmy! 
Ruszyli spiesznie w stronę pracowni. Nie słychać juŜ było szurania i trzasków przerzucanego 

złomu. W półmroku zobaczyli jakąś niską sylwetkę. Ktoś wypadł z pracowni i pobiegł w stronę 
tylnego płotu. 

— Tamtędy ucieka! — wrzasnął Pete. 
— Coś trzyma w ręku! — krzyczał Bob. — Zeszyt! Jupe, musiałeś go upuścić! 
— Nie, to niemoŜliwe — jęknął Pete. 
Hans wykrzyknął: 
— Złapiemy go przy płocie, chłopcy! 

background image

— Nie damy rady — zawołał Jupiter. — Patrzcie, jest juŜ przy Czerwonej Furtce Korsarza! 

Musiał widzieć, jak któryś z was tamtędy wchodził. 

— JuŜ przez nią przechodzi! — lamentował Bob. 
Zwiększyli tempo pościgu. Ale kiedy wypadli przez Czerwoną  Furtkę  Korsarza na ulicę, po 

Javie Jimie nie było śladu! 

— Zielony volkswagen! — wskazał Pete. 
Mały zielony samochód dodał gazu i znikł za rogiem. 
— Uciekł — jęknął Bob. 
— Przykro mi, ale nic wam juŜ nie grozi, a ja muszę wracać do pracy — powiedział Hans. — 

JuŜ prawie pora na kolację. 

Chłopcy  wrócili  do  pracowni.  Z  ponurymi  minami  oglądali  bałagan,  jaki  spowodowało 

uruchomienie pułapki. 

—  Teraz  będziemy  musieli  ułoŜyć  to  wszystko  z  powrotem,  a  Javy  Jima  i  tak  nie 

przyskrzyniliśmy — narzekał Pete. — Uciekł z zeszytem. 

— Uciekł — przytaknął Jupe — ale bez zeszytu! 
Uśmiechając  się,  sięgnął  za  koszulę  i  wyciągnął  cienki  zwój  papierów.  Był  to  zeszyt! 

Brakowało tylko okładki. 

— Kiedy go znalazłem, kartki i tak odrywały się juŜ od oprawy — wyjaśnił z uśmiechem. — 

Po moim okrzyku Plan Numer Jeden Java Jim odwrócił się do was, a ja wtedy wyjąłem kartki, 
wsunąłem je sobie za koszulę. Okładkę podrzuciłem w widoczne miejsce. Była dość gruba, Ŝeby 
Java Jim mógł ją wziąć za cały zeszyt. Dał się nabrać i uciekł z pustą, ceratową okładką! 

Pete rozpromienił się. 
— To się nazywa szybko myśleć, Jupe. 
— Naprawdę szybko — zawtórował mu Bob. 
—  W  pośpiechu  oko  zawodzi  —  powiedział  Jupiter  z  zadowoleniem.  —  Zwłaszcza  o 

zmierzchu. Ale mówiąc serio, myślę, Ŝe Java Jim powiedział nam coś, czego wcale nie zamierzał 
ujawnić. 

— Co takiego nam powiedział, Jupe? — zdziwił się Bob. . 
—  śe  chodzi  mu  o  coś  więcej  niŜ  o  orientalną  skrzynię.  Czy  zauwaŜyliście,  Ŝe  nawet  nie 

próbował jej zabrać, ani teŜ nie domagał się zwrotu pierścienia? 

— Rzeczywiście! — wykrzyknął Pete. Chciał wziąć tylko zeszyt, który ty znalazłeś! 
— Jakby wiedział, Ŝe on był w skrzyni — dodał Bob. 
— Albo jakby co najmniej się spodziewał, Ŝe on tam będzie — powiedział Jupiter. — Myślę, 

Ŝ

e od początku chodziło mu nie o skrzynię, tylko o ten zeszyt. 

— Ale jaki zeszyt moŜe być aŜ tak waŜny? — zapytał Pete. 
—  Ten  zeszyt  jest  dziennikiem,  Pete  —  odparł  Jupiter.  —  Rodzajem  pamiętnika.  Zawiera 

notatki z codziennych zajść i poczynań. Ja... 

— Dziennik? — wpadł mu w słowo Bob. — O rany! PrzecieŜ ja właśnie czytałem dziennik 

jednego z tych, którzy przeŜyli katastrofę „Argyll Queen”. 

Zrelacjonował wszystko, co zaszło w Towarzystwie Historycznym. 
—  W  manuskrypcie  nowej  publikacji  nie  było  nic  istotnego  poza  tym,  co  powiedział  mi 

profesor  Shay,  a  dziennik  opisywał,  co  działo  się  w  Ŝyciu  Angusa  Gunna  przez  okres  około 
dwóch  lat.  Gunn  pisał  o  zatonięciu  statku,  o  tym,  jak  dopłynął  łodzią  na  brzeg  o  świcie,  kiedy 
sztorm przycichł, i o swoich wędrówkach po Kalifornii w poszukiwaniu miejsca, które by mu się 
spodobało i w którym by wybudował dom. 

— Nic nie było o skarbie? — zapytał Pete. 

background image

Bob potrząsnął głową. 
—  Nic  teŜ  o  kapitanie,  ani  o  tym,  Ŝeby  mu  groziło  jakieś  niebezpieczeństwo.  Pisał  tylko  o 

tym, jak budował dom. Strasznie to nudne. 

Ale Jupiter był odmiennego zdania. 
—  Chłopaki,  ten  dziennik  znalazłem  między  ściankami  skrzyni.  Widzicie,  obudowa  jest 

podwójna,  od  wewnątrz  powłoka  jest  cienka,  od  zewnątrz  masywna,  prawdopodobnie  po  to, 
Ŝ

eby  łatwiej  zamontować  skrytkę  albo  teŜ,  Ŝeby  uczynić  skrzynię  wodoszczelną.  Oglądając 

skrzynię,  potrząsnąłem  nią,  a  wtedy  usłyszałem  lekkie  grzechotanie.  Przyjrzałem  się  uwaŜnie 
wnętrzu i zauwaŜyłem, Ŝe w jedną ściankę wstawiono kawałek drewna, róŜnego od reszty. Miało 
trochę inny kolor i odmienne słoje. Wstawkę tę wykonano dawno temu. Wyjąłem, więc tę łatę, 
wcisnąłem w szparę wieszak i wyciągnąłem obłoŜony ceratą zeszyt! 

— Czy myślisz, Jupe, Ŝe ktoś go tam schował? — zapytał Pete. 
— Nie. Myślę, Ŝe ścianka była przez jakiś czas dziurawa i dziennik wpadł tam przypadkowo. 

Potem ktoś naprawił skrzynię i pozostawił dziennik w szparze, nie wiedząc o tym. 

—  Ale  Java  Jim  domyślał  się,  Ŝe  dziennik  jest  w  skrzyni  —  podjął  Pete.  —  Skąd  mu  to 

przyszło do głowy? 

Jupe podał dziennik Bobowi. 
— Przeczytaj stronę tytułową. 
Bob podszedł do warsztatu i w świetle lampy przeczytał: 
— „Angus Gunn, Phantom Lake, Kalifornia, 29 października 1872”. 
— AleŜ to ten sam człowiek, który napisał tamten dziennik! Rozbitek z „Argyll Queen”! 
— Na jakiej dacie kończy się tamten dziennik, Bob? — zapytał Jupiter. 
Bob wyjął swoje notatki. 
—  Zaraz  zobaczę,  poczekaj...  Ostatnia  data  to  28  października  1872!  To  jest  ten  sam 

dziennik! Jego dalszy ciąg, którego nikt nigdy nie widział! 

— MoŜe tutaj Gunn pisze o skarbie? — spytał niecierpliwie Pete. 
—  Nie  —  Bob  potrząsnął  przecząco  głową.  —  Nie  ma  teŜ  ani  słowa  o  kapitanie.  Po  prostu 

pamiętnik, jak ten, który czytał Bob. Go Gunn robił, gdzie spał i to wszystko. 

— Więc dlaczego Java Jim tak bardzo chce go dostać? — zastanowił się Pete. — Myślicie, Ŝe 

wciąŜ idzie tropem tych starych pogłosek? 

— MoŜe wcale nie chodzi mu o dziennik — powiedział Bob. 
Jupiter był pogrąŜony w myślach. 
— Bob — odezwał się  — mówiłeś,  Ŝe pierwszy zeszyt dziennika podarowała  Towarzystwu 

Historycznemu rodzina Gunna niedawno? 

— Tak. Ach, to znaczy... 
— śe wciąŜ mieszkają w sąsiedztwie — dokończył Jupiter. —Chodźmy, chłopaki! 
Wsunął  się  do  Tunelu  Pierwszego.  Tunel  kończył  się  pod  klapą  w  podłodze  Kwatery 

Głównej. Wgramolili się do swojego biura, a Jupe wziął się zaraz do ksiąŜki telefonicznej. 

— Jest. Pani Angus Gunn, Phantom Lake, Road 4! Dawaj naszą mapę, Pete. 
Jupe pochylił się nad mapą, Bob zaś w tym czasie obłoŜył na nowo kartki dziennika. W końcu 

Jupe wykrzyknął: 

— To tutaj w górach! Około pięciu kilometrów na wschód — uśmiechał się promiennie. — 

Jutro, chłopaki, wsiadamy na rowery i jedziemy z wizytą do pani Gunn! 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Atak! 

 

Następnego dnia, gdy chłopcy wyruszyli ze składu złomu, poranek był zimny. Zanim jednak 

dotarli do bocznej drogi górskiej, zrobiło się gorąco. 

— To tutaj — powiedział Pete, ocierając pot z czoła. — Phantom Lake Road. Biegnie prosto 

w góry. 

— Stromo — jęknął Jupiter. — Trzeba będzie prowadzić rowery. Chodźmy. 
Pchali rowery pod górę smołowanej drogi, wijącej się wśród wysokich drzew. Obok płynęła 

mała  rzeka,  pełna  teraz  wartkiej  wody,  wchłanianej  niemal  natychmiast  przez  drzewa, 
porastające suche góry. 

— Ciekaw jestem, skąd  się wzięła nazwa Phantom  Lake — odezwał się  Bob. — Nigdy nie 

słyszałem o Ŝadnym jeziorze w naszych górach. 

Jupe zmarszczył czoło. 
— Faktycznie, Bob, to dziwne. 
— Zdarzają się tu róŜne zbiorniki wodne — zauwaŜył Pete. 
— śaden nie nazywa się Phantom Lake i nie... 
Bob  urwał  na  odgłos  nadjeŜdŜającego  z  góry  auta.  Jechało  szybko,  słyszeli  pisk  opon  na 

zakrętach  na  długo  przedtem,  nim  zobaczyli  samochód.  Wreszcie  ukazał  się  i  pędził  prosto  na 
nich. 

— To zielony volkswagen! — wrzasnął Pete. 
— Czy to Java Jim?! — krzyknął Bob. 
— Szybko! Kryć się! — zawołał Jupe. 
Rzucili  rowery  na  pobocze  i  skoczyli  w  krzaki.  Mały  samochód  przemknął  obok  nich  i 

zahamował z piskiem. Wyskoczył kierowca i zaczął biec ku nim. 

— Hej! — wołał. — Dzieciaki! Zatrzymajcie się! 
To  nie  był  Java  Jim.  MęŜczyzna  wprawdzie  równieŜ  był  niski,  ale  szczuplejszy  i  młodszy, 

miał  wielkie  wąsy  i  dziko  zmierzwione,  ciemne  włosy.  Cały  ubrany  był  na  czarno.  Biegł  ku 
chłopcom, widzieli jego czarne, błyszczące oczy. 

— Czego tu chcecie, dzieci...? 
Chłopcy cofnęli się, a Pete krzyknął: 
— Uciekamy! 
Zaczęli pędzić skrajem drogi. Młody człowiek zawołał ich ponownie pobiegł za nimi. Skręcili 

w zarośla. 

— Kto... kto to jest, Jupe? — wysapał Bob. 
— Na razie wiejmy, potem będziemy gadać! — krzyknął Pete. 
— MoŜe powinniśmy się zatrzymać i porozmawiać z... 
Jupiter  nie  zdąŜył  dokończyć  zdania,  gdy  w  lesie  rozległ  się  nowy  odgłos  —  tętent  kopyt 

galopującego  konia.  Chłopcy  przystanęli.  Po  prawej  stronie  drogi,  spomiędzy  drzew  wypadł 
jeździec. W jego ręce połyskiwało coś długiego. 

— Co... co to? — wyjąkał Pete. 
— Patrzcie! — krzyknął Jupiter. 
Jeździec minął ich łukiem  i  galopował w stronę zielonego volkswagena.  Młody  człowiek ze 

zmierzwioną  czupryną  zawrócił  juŜ  i  pędził  teraz  w  stronę  swojego  samochodu.  Dopadł  go, 

background image

wsiadł  i  ruszył  ostro  w  tumanie  kurzu.  Jeździec  galopował  za  nim  kilkanaście  metrów,  potem 
powściągnął konia i skierował się galopem ku chłopcom. 

Osadził  konia  w  miejscu  i  obrzucił  ich  piorunującym  spojrzeniem.  Był  niski,  tęgi,  miał 

szorstką czerwoną twarz i płomienne niebieskie oczy. Nosił tweedową kurtkę i obcisłe spodnie w 
szkocką kratę. Błyszczący przedmiot w jego ręce okazał się długą, cięŜką szpadą z gardą. 

— Ale my... — zaczął wyjaśniać Jupiter. 
— Milczeć! — ryknął jeździec. — Nie wiem jeszcze, co wy i ten starszy od was chuligan tu 

robicie, ale z pewnością się tego dowiem! 

Pete wybuchnął zapalczywie: 
— My nie jesteśmy tu z... 
— MoŜesz wygadywać swoje kłamstwa na policji! Teraz marsz! 
— AleŜ, proszę pana, my... — zaczął Jupiter. 
— Marsz, powiedziałem! 
Machnął  groźnie  szpadą  i  puścił  konia  prosto  na  chłopców.  Cofnęli  się  i  pomaszerowali 

posłusznie w górę drogi. 

Po dziesięciu minutach droga osiągnęła grzbiet i zaczęła opadać w zalesioną dolinę, otoczoną 

skalistymi  górami.  Na  dnie  doliny  widać  było  staw,  wąski  i  nie  dłuŜszy  niŜ  dwa  boiska 
futbolowe,  a  na  nim  pagórkowatą  wysepkę,  porośniętą  sosnami.  Stało  na  niej  coś,  co 
przypominało latarnię morską — wysoki słup z latarnią na szczycie.  W wąskim kanale między 
wyspą  a  lądem  ułoŜono  szereg  kamieni,  umoŜliwiających  dostanie  się  na  nią  bez  brodzenia  w 
wodzie. 

— To ma być jezioro? — prychnął Pete. 
— Nie gadać! — warknął jeździec. — Dalej, na dół! 
Chłopcy szli spiesznie w dół drogi pod palącym słońcem. Po chwili Pete szepnął: 
— TeŜ mi jezioro! To zwykła kałuŜa! 
U  podnóŜa  góry  droga  zataczała  łuk  i  za  jej  zakrętem  ukazał  się  dom.  Usytuowany  wysoko 

nad stawem, był duŜy, trójkondygnacyjny, wykonany z kamienia obłoŜonego nie wygładzonym 
tynkiem. Pośrodku budynku wznosiła się kwadratowa wieŜa, zwieńczona blankami, co nadawało 
mu  dziwny,  nietutejszy  charakter.  Po  obu  stronach  wieŜy  rozkładały  się  skrzydła  domu  o 
mansardowych oknach. Oplatająca ściany winorośl nie łagodziła surowości stylu. 

—  O  rany!  —  wykrzyknął  Pete  z  cicha.  —  Ten  dom  wygląda  raczej  na  fortecę!  Z  wieŜy 

widać wrogów w promieniu paru kilometrów. 

— Rzeczywiście, to dziwny dom. Zupełnie nie pasuje do tej okolicy — szepnął Jupiter. 
Krępy jeździec zsiadł z konia. 
— Wchodźcie do środka! 
Weszli  do  obszernego  holu.  Na  krytych  boazerią  ścianach  wisiały  kilimy,  stara  broń,  głowy 

łosi i jeleni. Drewnianą podłogę pokrywał wyblakły perski dywan. Wszystko było juŜ wiekowe i 
zniszczone.  MęŜczyzna  zagonił  ich  szpadą  do  ogromnego  pokoju,  wypełnionego  masywnymi, 
zabytkowymi meblami. Było tu chłodno, mimo Ŝe w wielkim kominku płonął ogień. 

Na fotelu przy kominku siedziała drobna kobieta. Stał przy niej rudowłosy chłopiec wzrostu 

Boba. Podobnie jak jeździec nosił wąskie kraciaste spodnie. 

— Złapałeś go, Rory! — wykrzyknął. 
—  Jego  nie  —  odparł  jeździec.  —  Łobuz  uciekł  samochodem.  Ale  zgarnąłem  jego 

wspólników. 

— AleŜ, Rory, to przecieŜ mali chłopcy! — zawołała kobieta. —Doprawdy nie mogą... 
— Zło nie musi się pojawiać przy pełnym wzroście, Floro Gunn. Do diabelskich sprawek są 

background image

dość dorośli. 

Rory skinął na rudowłosego chłopca. 
— Zatelefonuj na policję, Cluny, i raz na zawsze wyjaśnimy sprawę tych wszystkich włamań. 
Jupiter nastawił uszu. 
— Czy ten człowiek z volkswagena włamał się tutaj, proszę pana? A co zabrał? 
Rory roześmiał się. 
— Pytacie, jakbyście nie wiedzieli! 
— Bo nie wiemy! — wybuchnął Pete. — Nigdy nie widzieliśmy tego człowieka! Ale znamy 

ten samochód, bo nas śledził. 

—  Wybraliśmy  się  tutaj,  Ŝeby  porozmawiać  z  panią,  pani  Gunn  —  powiedział  Jupiter 

spokojnie  —  a  kiedy  byliśmy  juŜ  blisko  pani  domu,  minął  nas  ten  człowiek  w  volkswagenie. 
Zatrzymał  samochód,  wyskoczył  z  niego  i  zaczął  nas  gonić.  Nazywam  się  Jupiter  Jones, 
mieszkam przy składzie złomu Jonesa w Rocky Beach, a to są moi przyjaciele: Bob Andrews i 
Pete  Crenshaw.  Na  drodze  zostały  nasze  rowery,  które  stanowią  dowód,  Ŝe  nie  przyjechaliśmy 
tutaj z tym człowiekiem. 

— Flora, powinnaś natychmiast porozumieć się z policją... 
—  Uspokój  się,  Rory  —  przerwała  mu  kobieta.  —  Jestem  Flora  Gunn,  chłopcy;  to  jest  mój 

syn, Cluny, a to mój kuzyn, Rory McNab. Czy mogę wiedzieć, dlaczego chcieliście się ze mną 
zobaczyć? 

— Z powodu skrzyni, proszę pani! — wystrzelił Bob. 
— Nasz skład złomu zakupił starą skrzynię orientalnego pochodzenia — wyjaśnił Jupiter. — 

Wypisana  jest  na  niej  nazwa  „Argyll  Queen”,  sądzimy  więc,  Ŝe  naleŜała  do  pani  przodka, 
Angusa  Gunna.  Od  kiedy  weszliśmy  w  posiadanie  tej  skrzyni,  zachodzą  róŜne  tajemnicze 
zdarzenia. Gdyby zechciała pani powiedzieć nam, co ten człowiek z volkswagena zabrał z pani 
domu, moŜe pomogłoby to nam znaleźć jakieś ich wyjaśnienie. 

Pani Gunn zawahała się. 
—  Prawdę  mówiąc,  chłopcy,  nie  wziął  niczego.  Za  kaŜdym  razem  dzieje  się  to  samo.  Ktoś 

włamuje  się  do  domu,  szpera  wśród  rzeczy,  które  zostały  po  pradziadku  Angusie,  i  nigdy 
niczego nie zabiera. 

— Niczego? — powtórzył Pete z rozczarowaniem. 
— Powiedziała pani za kaŜdym razem. Ile było ostatnio tych włamań? — zapytał Jupiter. 
— AŜ pięć, niestety, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. 
— Zawsze grzebią w rzeczach starego Angusa! — wtrącił się rudowłosy Cluny. — Myślę, Ŝe 

chcą znaleźć... 

— Skarb — dokończył Bob. 
— Mamo, oni teŜ myślą, Ŝe włamywacze szukają skarbu! — wykrzyknął Cluny. 
Pani Gunn uśmiechnęła się. 
—  Ta  stara  legenda  okazała  się  juŜ  dawno  temu  bezpodstawna,  chłopcy.  Cluny  ma  zbyt 

wybujałą wyobraźnię. 

—  Niekoniecznie  musi  to  być  legenda  bezpodstawna,  proszę  pani  —  odparł  Jupiter  i 

opowiedział o Javie Jimie i jego zainteresowaniu orientalną skrzynią. Pokazał teŜ znaleziony w 
skrytce pierścień. 

Pani Gunn obejrzała go. 
— To właśnie znaleźliście? 
—  Niech  zobaczę  —  Rory  McNab  wyjął  jej  pierścień  z  ręki.  —Phi,  mosiądz  i  czerwone 

szkiełko!  Stary  Angus  miał  pudło  pełne  takiej  tandety.  Jesteście  głupcami!  Ludzie  w  kółko 

background image

czytają dziennik starego Angusa i od stu lat szukają skarbu! Bez skutku! 

Pani Gunn westchnęła. 
— Rory ma rację, chłopcy. Dziennik starego Angusa mógł zawierać jedyną wskazówkę, gdzie 

szukać skarbu, ale nikt nigdy tej wskazówki nie odnalazł. Obawiam się, Ŝe to wszystko nonsens. 

—  Chyba  Ŝe  nikt  nigdy  nie  czytał  właściwego  dziennika  —  powiedział  Jupiter  i  wyjął  z 

kieszeni kurtki cienki zeszyt. 

W pokoju zaległa cisza. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Głos z przeszłości 

 

— To chyba dalsza część dziennika! — wykrzyknął Cluny. 
— Co to za podstęp? — warknął Rory. 
Pani  Gunn  wzięła  od  Jupe’a  cienki  zeszyt.  Przewróciła  powoli  kilka  stron  i  wróciła  do 

pierwszej. 

—  Nie  ma  tu  Ŝadnego  podstępu,  Rory.  To  jest  bez  wątpienia  pisma  starego  Angusa  i  jego 

podpis. Skąd to macie, chłopcy? 

Jupiter opowiedział, jak znalazł dziennik między ściankami skrzyni. 
— Ten, kto zreperował wewnętrzną ściankę, nie zauwaŜył zeszytu w szparze i nie wiedział o 

skrytce.  Gdyby  ją  wtedy  otworzył,  spręŜyna  by  się  zwolniła  i  pułapka  nie  zadziałałaby  juŜ 
więcej. 

Pani Gunn pokiwała głową. 
— Tak, przypominam sobie teraz tę orientalną skrzynię. Sprzedałam ją przed laty, po śmierci 

męŜa. Musiałam się wtedy wyrzec sporej liczby rzeczy starego Angusa,  Ŝeby związać koniec z 
końcem. Niestety, nie powodzi się nam dobrze, a i utrzymanie tego domu kosztuje duŜo. Dawno 
byśmy go stracili, gdyby nie pomoc i cięŜka praca Rory’ego. 

— Nie stracisz domu, Floro — mruknął Rory. — Bajki o skarbie nie są ci potrzebne. 
— Dalsza część dziennika to nie bajka, panie McNab — powiedział Jupiter. 
—  Mów  mi  Rory,  chłopcze.  Jeśli  Flora  tak  mówi,  przyznaję,  Ŝe  wasz  dziennik  jest 

autentyczny. Ale to nie jest powaŜniejszy dowód na istnienie skarbu od bajania głupców. 

— Ale, Rory — wykrzyknął Cluny — jest przecieŜ jeszcze ten list! 
— Jaki list? — zapytał Jupiter. 
Rory zignorował jego pytanie. Oczy mu się zwęziły. 
— Przeczytajmy lepiej ten dziennik. Podaj mi go, Cluny. 
Chłopiec  wziął  zeszyt  od  matki  i  podał  go  Rory’emu.  Usiedli  razem  na  długiej  ławie  przed 

tlącym się ogniem i zabrali się do czytania. Pani Gunn odezwała się w zamyśleniu: 

— Tak, skoro istniał drugi zeszyt dziennika, musiał znajdować się właśnie w tej skrzyni. Mój 

mąŜ  mówił  mi,  Ŝe  jego  dziadek,  syn  Angusa,  znalazł  w  niej  pierwszy  zeszyt.  Dziadek  Gunn 
wierzył  w  istnienie  skarbu  i  uwaŜał,  Ŝe  wskazówka  zawarta  jest  właśnie  w  dzienniku  starego 
Angusa. Ale jego syn, ojciec  mojego  męŜa, twierdził, Ŝe dziennik nie daje na ten temat Ŝadnej 
wskazówki, a skarb jest tylko legendą. 

— Dlaczego dziadek Gunn tak uwaŜał? — zapytał Bob. 
— Wchodzi tu w grę ten list. Pradziadek Angus... — pani Gunn urwała i uśmiechnęła się. — 

MoŜe powinnam zacząć od początku. Co wiecie o starym Angusie, chłopcy? 

Opowiedzieli to, czego się dowiedzieli o zatonięciu „Argyll Queen” i zamordowaniu Angusa 

Gunna w 1872 roku. 

— Jeśli czytaliście manuskrypt i opracowania, które przygotowuje Towarzystwo Historyczne, 

znacie  prawie  całą  historię  tej  sprawy.  Powtórzyłam  Towarzystwu  wszystko,  czego 
dowiedziałam się od męŜa. Po zatonięciu okrętu Angus wędrował po Kalifornii, póki nie znalazł 
tej doliny. Przypominała mu ona jego rodzinne strony, górzystą Szkocję. Zwłaszcza ze względu 
na ten staw z wyspą. W Szkocji siedziba Gunnów usytuowana jest nad brzegiem długiej zatoki 
zwanej Phantom Loch, czyli Jezioro Duchów. Znajduje się na nim wyspa, którą łączy z brzegiem 

background image

jakby łańcuch ułoŜony z wielkich kamieni, nazywanych Stąpnięciami Widma. Naszą wysepkę na 
stawie  równieŜ  łączy  z  lądem  szereg  ułoŜonych  w  wodzie  wystających  nad  jej  powierzchnię 
kamieni. 

— A więc Angus odtworzył tutaj szkocką siedzibę Gunnów! — wykrzyknął Jupiter. — Teraz 

rozumiem, dlaczego wywiera ona takie dziwne wraŜenie! 

— Słusznie, Jupiterze — przytaknęła pani Gunn. — Pierwotnie siedzibę zbudowano w roku 

1352,  zwano  ją  wtedy  zamkiem,  poniewaŜ  stanowiła  wyłącznie  warowną  twierdzę.  W  owych 
czasach dom musiał słuŜyć do obrony. Dom-wieŜę rozbudowano i przebudowywano przez lata, 
aŜ  stał  się  tym,  co  odtworzono  tutaj.  Oryginalna  budowla  wchłonęła  pozostałości  zamku,  choć 
straciła  charakter  obronny.  Stara  wieŜa  okazała  się  przydatna  w  siedemnastym  wieku,  kiedy  to 
Gunnowie zaczęli wyprawiać się w zamorskie rejsy. Ich Ŝony wypatrywały z niej powracających 
statków. 

— Przypomina mi to wdowią ścieŜkę w Nowej Anglii — wtrącił Bob. 
— Ale co z tym listem, proszę pani? — niecierpliwił się Pete. 
— Po znalezieniu doliny ze stawem, który tak przypominał mu rodzinne strony, Angus zabrał 

się do budowy domu. Budowa trwała niemal dwa lata, wreszcie posłał po Ŝonę i syna. Ale gdy ci 
dotarli tu miesiąc później, Angus juŜ nie Ŝył, zabici zostali takŜe jego mordercy. śona Angusa, 
Laura, znalazła list adresowany do siebie, ukryty w staroświeckim przyrządzie do grzania łóŜka. 

— Przyrząd, którego chyba nikt poza jego Ŝoną nie miał prawa uŜywać! — powiedział Jupe z 

zadowoleniem. 

— Syn Angusa był tego samego zdania — przytaknęła pani Gunn. 
—  Kiedy  zaczęły  się  rozprzestrzeniać  pogłoski  o  skarbie,  nabrał  pewności,  Ŝe  list  został 

napisany po to, by wskazać miejsce, gdzie ukryty jest skarb. Angus zdaje się w nim odsyłać do 
swego dziennika, ale dziadek Gunn nigdy nie znalazł tam Ŝadnej wskazówki na ten temat. 

— Czy moŜemy zobaczyć ten list? — nalegał Pete. 
— Oczywiście, mam go w albumie w mojej sypialni. 
—  Czyli  nie  przechowuje  pani  listu  wraz  z  innymi  rzeczami  starego  Angusa?  —  zapytał 

Jupiter. 

— Nie, nigdy go tam nie przechowywałam. 
Wyszła  z  pokoju  i  po  chwili  wróciła  z  albumem.  Chłopcy  otoczyli  ją,  Ŝeby  odczytać  stary, 

poŜółkły list: 

 
Droga Lauro! 
Będziesz  tu  wkrótce,  ale  lękam  się,  Ŝe  jestem  stale  obserwowany  Muszę  pisać  te  ostatnie 

waŜne słowa ze świadomością, Ŝe mogą je odczytać czyjeś inne oczy. 

Pamiętaj, Ŝe cię kochałem i przyrzekłem dać ci złote Ŝycie. Miej w pamięci to, co kochałem w 

domu,  i  sekret  jeziora.  Idź  za  moim  ostatnim  kursem,  przepatrz  to,  co  w  ciągu  moich  dni 
zbudowałem dla ciebie. Doszukaj się sekretu w lustrze. 

 
Chłopcy popatrzyli na siebie. Po chwili przeczytali list ponownie. 
— Według słów mojego męŜa, dziadek Gunn uwaŜał, Ŝe sformułowanie „złote Ŝycie” odnosi 

się do skarbu, który Angus zostawił Laurze — powiedziała pani Gunn. — Kierując się ostatnim 
zdaniem,  przeszukał  w  tym  domu  wszystko,  co  odbijało  się  w  lustrze.  Kiedy  nic  nie  znalazł, 
uznał,  Ŝe  wskazówka  musi  być  zawarta  w  dzienniku  Angusa  ze  względu  na  zdanie  w  liście: 
„Przepatrz,  co  w  ciągu  moich  dni  zbudowałem  dla  ciebie”.  Ale  Ŝadnej  wskazówki  nigdy  nie 
znalazł. 

background image

—  PoniewaŜ  nie  miał  drugiego  zeszytu  dziennika  —  odparł  Jupiter.  —  List  mówi.  ,,Idź  za 

moim  ostatnim  kursem”.  Kurs  w  marynarskim  języku  znaczy  kierunek,  drogę,  jaką  odbywa 
statek.  Inaczej  mówiąc,  Angus  poleca  Laurze  prześledzić  w  poszukiwaniu  wskazówki  jego 
ostatnie poczynania, a o tych poczynaniach pisze on w drugim zeszycie dziennika. Obejmuje on 
okres ostatnich dwóch miesięcy przed napisaniem listu. Co Angus robił w tym czasie? 

Rory parsknął pogardliwie, rzucił dziennik na podłogę. 
—  Ani  słowa  o  Ŝadnym  skarbie!  Pisze  tu  tylko,  dokąd  poszedł  i  co  zrobił,  Ŝeby  zbudować 

Laurze niespodziankę. 

— Ja teŜ nie znajduję w tym dzienniku Ŝadnej wskazówki co do skarbu — potwierdził Cluny 

ze smutkiem. 

— Ja równieŜ nie mogłem jej znaleźć — przyznał Jupiter. —Ale... proszę pani, co w starym 

rodzinnym domu Angus kochał szczególnie i co to jest sekret Phantom Loch? 

—  Nie  mam  pojęcia,  co  kochał,  Jupiterze,  a  sekret  Phantom  Loch  to  bardzo  stara  szkocka 

legenda.  Głosiła  ona,  Ŝe  w  mgliste,  zimowe  poranki  pojawiało  się  widmo  jednego  z  przodków 
Gunnów.  Stało  na  stromej  skale,  wypatrując  wroga.  Ów  praszczur  Gunnów  został  podobno 
zabity  w  dziewiątym  wieku  przez  wikingów  i  odtąd  strzeŜe  domu  przed  następnym  najazdem. 
Legenda o duchu dała nazwę jezioru. 

— A więc mamy na dokładkę do bajek o skarbie opowieści o duchach — burknął Rory. 
— Dla Javy Jima skarb nie jest wcale bajką! — krzyknął Pete zapalczywie. 
— Ani dla faceta z zielonego volkswagena — dodał Bob. 
— A co mają znaczyć te wszystkie włamania? — wtórował im Cluny. 
Rory popadł w ponure milczenie. Po chwili Jupiter zwrócił się do pani Gunn: 
— Czy duŜo osób zna treść listu i pierwszego zeszytu dziennika? 
— W ciągu tych lat wielu musiało je czytać, Jupiterze. 
— To by więc wyjaśniło włamania. Java Jim musiał wiedzieć o liście i o tym, Ŝe odsyła on po 

wskazówkę  do  dziennika.  Między  ostatnim  zapisem  w  pierwszym  zeszycie  dziennika  a  datą 
ś

mierci  Angusa  minęły  dwa  miesiące.  Java  Jim  domyślił  się  prawdopodobnie,  Ŝe  gdzieś  musi 

znajdować się drugi zeszyt dziennika, i włamał się Ŝeby go odszukać. 

— No to jest kolejnym głupcem — mruknął Rory. 
—  Wcale  tak  nie  uwaŜam  —  Odparł  Jupe  —  Proszę  zobaczyć,  co  Angus  napisał  w  liście: 

„Muszę pisać te ostatnie waŜne słowa ze świadomością, Ŝe mogą je odczytać czyjeś inne oczy”. 
UłoŜył  więc  szaradę,  którą,  jak  myślał,  Laura  zdoła  rozwiązać.  Jestem  przekonany,  Ŝe  Angus 
istotnie ukrył skarb i moŜna go odnaleźć, rozwiązując tę szaradę, kierując się danymi zawartymi 
w drugim zeszycie dziennika! 

Bob, Pete i Cluny poparli go ochoczo. 
— Być moŜe, Jupiterze — zgodziła się z nimi pani Gunn. 
— W jaki jednak sposób my moglibyśmy rozwiązać tę szaradę, skoro Laura nie dała sobie z 

nią rady. A szarada była przecieŜ dla niej przeznaczona. 

— My ją rozwiąŜemy, proszę pani! — wykrzyknął Bob. 
— Rozwiązaliśmy juŜ masę zagadek i tajemnic — dodał Pete. 
Jupiter wyprostował się godnie. 
— Tak się składa, proszę pani, Ŝe wyjaśnianie tajemnic i rozwiązywanie zagadek jest naszym 

profesjonalnym zajęciem. 

Wyjął  z  kieszeni  wizytówkę  Trzech  Detektywów  i  podał  pani  Gunn.  Cluny  czytał  nad  jej 

ramieniem i otworzył szeroko oczy. 

 

background image

 

TRZEJ DETEKTYWI 

Badamy wszystko  

??? 

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones 

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw  

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews 

 

 

Rory  złapał  wizytówkę  i  wlepił  w  nią  wzrok.  Spoglądał  na  chłopców  podejrzliwie.  Nie 

zwracając na niego uwagi, Jupiter wyrzekł z powagą: 

— Pragniemy ofiarować pani nasze usługi. 
— Jak najbardziej — poparł go Pete. 
— Pozwól im spróbować, mamo! — nalegał Cluny. — Ja im pomogę! 
Pani Gunn uśmiechnęła się. 
— Dobrze. A jeśli znajdziecie skarb, z pewnością on nam się przyda. 
— Hura! — wykrzyknęli równocześnie Bob, Pete i Cluny. 
Pani Gunn roześmiała się. 
— A co powiecie teraz na mały poczęstunek? Łowcy skarbów powinni nabrać sił. 
Rory rzucił wizytówkę detektywów na ławę, obok pani Gunn i skrzywił się podejrzliwie. 
— To jakiś podstęp, Floro! 
— Nie sądzę, Rory. 
—  W  kaŜdym  razie  ja  umywam  od  tego  ręce  —  powiedział  Rory  ze  złością  i  zamaszystym 

krokiem opuścił pokój. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Wymarłe miasto 

 

Zaraz  po  drugim  śniadaniu  Rory  McNab  mruknął  pod  nosem,  Ŝe  musi  nazrywać  gałęzi  z 

przydroŜnych sosen na świąteczną dekorację, wyszedł z domu. Chłopcy wrócili z panią Gunn do 
salonu i zabrali się do studiowania drugiego zeszytu dziennika. 

—  ZauwaŜcie,  chłopaki  —  powiedział  Jupiter  —  ze  to  nie  jest  to,  co  nazywamy 

pamiętnikiem.  Angus  nie  notuje  swoich  myśli,  nie  pisze  o  planach,  ani  właściwie  niczego  nie 
opisuje.  W  większości  jego  zapiski  są  krótkie,  jedno-  lub  dwuzdaniowe.  Na  przykład: 
„Pracowałem dzisiaj na podwórzu” albo: „Zobaczyłem orła”. Przypomina to ksiąŜkę pokładową: 
same fakty, pozbawione komentarzy. 

— Pierwszy zeszyt dziennika teŜ jest taki — wtrącił Bob. 
—  Większość  zapisów  nic  nam  więc  nie  mówi  —  ciągnął  Jupe.  —  Ale  Angus  napisał  w 

liście, Ŝeby  iść jego  kursem i czytać, co zbudował w  ciągu swoich dni.  Nie chciał, Ŝeby  Laura 
czytała o wszystkim, co robił, albo tylko dokąd się udał i co budował. 

Cluny zajrzał do dziennika. 
—  Pierwszy  zapis  dotyczy  właśnie  tego:  „Dziś  zacząłem  pracować  nad  niespodzianką  dla 

Laury. Najpierw udaję się do Powder Gulch po ludzi i tarcicę na śluzę”. 

— A więc coś budował! — wykrzyknął Pete. 
— Tak jak pisze w liście — przytaknął Jupe. — Co dalej, Cluny? 
Rudzielec przerzucił kilka stron. 
— Nic  nie notuje przez  dwa tygodnie. Tylko  małe uwagi, jak: „widziałem jastrzębia” i tym 

podobne. Potem udał się na wyspę. 

— Proszę pani, co to było, ta niespodzianka dla Laury? — zapytał Jupiter. 
— Nie mamy pojęcia. MoŜe jakieś meble? 
— Pomyślimy nad tym później — zdecydował Jupe. — Ludzie i drewno na śluzę. Śluza słuŜy 

do zatrzymania wody. Górnicy budowali śluzy słuŜące do wypłukiwania złota z rudy. Cluny, czy 
w Phantom Lake jest jakaś kopalnia? 

— Nigdy o niczym takim nie słyszałem. Chodzi ci o kopalnię złota? 
— MoŜe Angus budował kopalnię potajemnie? — podchwycił Pete. 
—  MoŜliwe  —  zgodził  się  Jupiter.  —  Ale  czuję,  Ŝe  to  nas  nie  prowadzi  do  rozwiązania. 

Angus  powiedział,  Ŝeby  iść  jego  kursem,  jakby  wskazówka  znajdowała  się  tam,  gdzie  on  był. 
Chłopaki, jedziemy do Powder Gulch. 

— Czy to jest gdzieś w pobliŜu? — zapytał Pete. 
— O dwa kilometry stąd, tą samą szosą — powiedział Cluny. 
— Dziwię się, Ŝe o nim nie wiesz, Pete — skarcił go Jupiter. —Jest to raczej sławne miejsce. 

Czytałem o tym. To... 

Bob wpadł mu w słowo: 
— No pewnie! To stare wymarłe miasto! 
— W.. wymarłe miasto? — wyjąkał Pete. — I my mamy tam jechać? 
— Musimy — oświadczył Jupe i wstał. — Jedziemy natychmiast! 
 
Odrapany  drogowskaz  z  napisem:  „Powder  Gulch”  wskazywał  wąską,  bitą  drogę.  Po 

dziesięciu minutach jazdy chłopcy zobaczyli połoŜone w dole wymarłe miasto. 

background image

Zatrzymali  się,  Ŝeby  mu  się  przyjrzeć.  Zrujnowane  stare  chaty  rozrzucone  były  wzdłuŜ 

wyschniętego  koryta  rzeki,  a  przy  jedynej  ulicy  stały  odrapane  budynki  o  wysokich, 
fałszowanych  frontonach.  Na  jednym  z  nich  widniał  napis:  „Saloon”  na  innym  wyraźne  litery 
głosiły: Sklep wielobranŜowy. Przysadzisty, ceglany budynek był więzieniem. Dalej stała kuźnia 
i stajnia koni pod wynajem. Na samym końcu ulicy, u podnóŜa gór, brama prowadziła do kopalni 
złota, wokół której niegdyś wyrosło miasto. 

— ZłoŜa zostały wybrane około roku 1890 i wtedy miasto wymarło — tłumaczył Jupiter. — 

Potem na rzece zbudowano tamę, Ŝeby stworzyć zbiornik wodny. 

Pete westchnął. 
— Co tu moŜemy znaleźć po stu latach, Jupe? 
— Nie wiem — odparł Jupiter. — Jestem jednak pewien, Ŝe Angus Gunn chciał, Ŝeby Laura 

się tu wybrała. MoŜe wydawano tu jakąś gazetę i uda nam się znaleźć gdzieś jej redakcję? 

— MoŜe zachowało się nawet stare archiwum gazety? — powiedział Bob. 
— Mam nadzieję, Ŝe ta wyprawa się źle nie skończy — mruknął Pete. 
— Chodźmy! — ponaglał Jupe. 
Zjechali  w  dół,  na  skraj  wymarłego  miasta  i...  stanęli  jak  wryci!  Wstępu  broniła  zamknięta 

brama. Całe miasto było ogrodzone siatką! 

—  Płot  szczelnie  otacza  całe  miasto!  —  wykrzyknął  Cluny.  —  A  te  napisy  na  budynkach 

wyglądają na świeŜo malowane. Czy myślicie, Ŝe ktoś tu znowu zamieszkał? 

— N...nie wiem — wyjąkał Jupe. 
Nasłuchiwali  jakichś  odgłosów  Ŝycia  w  mieście,  ale  w  Powder  Gulch  zalegała  złowieszcza 

cisza. 

— Chyba musimy przedostać się przez płot — powiedział w końcu Jupe. 
Zsiedli z rowerów i zaczęli się cicho wspinać po siatce ogrodzenia. Kilka chwil później stali 

juŜ po drugiej stronie, patrząc w głąb zapiaszczonej ulicy. 

— Pete, ty i Bob przeszukacie budynki po lewej stronie ulicy — powiedział Jupiter nerwowo. 

—  Cluny  i  ja  pojedziemy  do  więzienia  i  stajni  po  prawej,  a  potem  do  kopalni.  Starajcie  się 
wypatrywać wszystkiego, co moŜe się wiązać z Angusem Gunnem i drewnem na śluzę. 

Bob i Pete kiwnęli  głowami i skierowali się do sklepu wielobranŜowego.  Weszli na palcach 

do środka i stanęli na progu zdumieni. Sklep wyglądał, jakby cofnęli się w czasie o sto lat! Półki 
były  pełne  rozmaitych  artykułów.  Niskie,  mroczne  pomieszczenie  wypełniały  beczki  z 
suszonymi  jabłkami  i  mąką,  narzędzia,  skórzane  uprzęŜe.  Na  ścianach  wisiały  staroświeckie 
strzelby, które błyszczały jak nowe. Długa lada lśniła czystością i nową politurą! 

— MoŜe rzeczywiście ktoś tu mieszka — powiedział Bob cicho. 
— A.. ale nie dzisiejsi ludzie — wyjąkał Pete. — Tu wszystko wygląda jak sto lat temu. To 

jest sklep dla... dla duchów! 

Bob skinął nerwowo głową. 
— Tak tu musiało kiedyś wyglądać. Jakby... jakby nikt stąd nigdy nie odszedł. Nawet... Patrz, 

Pete! Na ladzie leŜy stary rejestr! 

Z  ociąganiem  podeszli  do  lady.  Stara  księga  była  otwarta.  Strony  wypełniały  kolumny 

nazwisk,  przy  kaŜdym  spis  zamówionych  towarów.  Bob  drŜącą  ręką  obrócił  kartki  do  daty  29 
października 1872. Pete odczytał: 

— Angus Gunn, Phantom Lake — 200 desek na śluzę z podporami; 2 beczki mąki; 1 beczka 

wołowiny; 4 skrzynki suszonej fasoli. 

Pete otworzył szeroko oczy. 
— Rany, on nakupił jedzenia dla całej armii! 

background image

— Musiał Ŝywić ludzi, których tu najął — powiedział Bob. — Pewnie ich było duŜo. Widzisz 

coś jeszcze? 

Pete potrząsnął głową. 
— Tutaj nie. 
Wyszli szybko z tajemniczego sklepu. Obok był saloon. 
— W tamtych czasach bar stanowił centrum Ŝycia miasta — powiedział Bob. — Wszyscy się 

w  nim  spotykali,  moŜna  tam  było  zostawić  dla  kogoś  wiadomość.  Angus  prawdopodobnie 
wstąpił wtedy do baru. 

Bar  był  duŜą,  ciemną  izbą,  na  końcu  której  znajdowały  się  drzwi  wiodące  do  pokoi 

sypialnych.  Po  lewej  zobaczyli  bogato  zdobione  pianino,  czyste  i  lśniące.  Za  długim, 
wypolerowanym  barem  stały  rzędy  pełnych  butelek.  W  głębi  okrągły  stół  zastawiony  był 
flaszkami  i  napełnionymi  do  połowy  szklankami.  Wśród  nich  rozrzucone  były  karty,  jakby 
właśnie toczyła się partia pokera. 

— Wszystko... tutaj wygląda podobnie jak w tamtym sklepie — powiedział zaniepokojonym 

tonem Pete. — Jakby górnicy wciąŜ tu byli, tylko wyszli na chwilę i... 

Nie skończył zdania. Bar wypełnił się nagie  gwarem licznych  głosów! Pianino zaczęło  grać 

skoczną melodię, choć nikt przy nim nie siedział! Zabrzęczały szklanki i butelki. Izbą wstrząsały 
krzyki  pijących.  Przy  stole  z  partią  pokera  coś  trzasnęło  i...  ktoś  niby  cień  podniósł  się  z 
krzesła... 

— Stać, przybysze! — groźnie powiedział tubalny głos. 
Ciemna, widmowa postać trzymała w obu widmowych rękach pistolety! 
— Duch — wrzasnął Pete. — Uciekajmy, Bob! 
Wybiegli  ze  starego  saloonu  na  łeb,  na  szyję.  Niewidzialny  tłum  krzyczał  za  nimi  i  pianino 

wciąŜ grało. Pędzili szaleńczo przed siebie, ku wejściu do kopalni. 

Długi  tunel  kopalni  był  oświetlony!  Biegli  w  dół  spadzistego  szybu,  póki  nie  zobaczyli 

Jupitera i Cluny’ego. 

— Jupe! Duch nas zaatakował w... — Pete urwał. 
Stali  zapatrzeni  w  głąb  mrocznego  szybu.  Dobiegał  stamtąd  odgłos  kapiącej  wody,  szczęk 

jakiegoś  mechanizmu  i  dziki,  niemal  szaleńczy  śmiech.  Potem  nastąpił  strzał,  pocisk  jakby 
ś

wisnął tuŜ koło nich i odbił się echem w tunelu za nimi. 

— C...co t...to, Jupe? — wyjąkał Bob. 
Jupe przełknął z trudem ślinę. 
— J.. ja nie wiem. Weszliśmy tu i… i... on do nas strzelił! 
Teraz dopiero Bob i Pete zobaczyli, Ŝe nie dalej niŜ sześć  metrów przed nimi, w mrocznym 

szybie, stał brodaty górnik, w czerwonej wełnianej koszuli, spodniach z koźlej skóry, wysokich 
butach i mierzył do nich ze starej strzelby. 

—  Wiemy,  jak  się  rozprawiać  z  gwałcicielami  prawa!  —  huknął,  a  jego  głos  rozniósł  się 

echem. 

Roześmiał się szyderczo, podniósł strzelbę do ramienia i pociągnął za cyngiel! 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Duch przychodzi z odsieczą 

 

Strzelba wypaliła prosto w chłopców! Następny strzał padł bezpośrednio po pierwszym! 
Blady jak ściana Pete zamknął oczy. 
— Czy... czy mnie trafił? — jęknął. 
Otworzył oczy i spojrzał na przyjaciół. Wszyscy byli bladzi jak śmierć. 
— Chybił! — wykrzyknął Bob. 
— On... on nas tylko straszy — wyjąkał Cluny. 
— Ale co on... — zaczął Pete. 
Brodata  zjawa  roześmiała  się  znowu  dziko,  ponownie  podniosła  strzelbę  i  krzyknęła 

szyderczo: 

— My wiemy, jak się rozprawiać z gwałcicielami prawa! 
I ponownie pociągnął za spust. 
Dwa strzały huknęły jeden po drugim. 
— Znowu chybił — krzyknął Cluny. Posunął się o krok naprzód, wpatrując się w brodatego 

górnika. — Czego od nas chcesz? 

— Czekaj, Cluny! — zawołał nagle Jupiter. — Popatrzcie tylko! 
Wszyscy wbili z lękiem wzrok w starego górnika. Z głębi kopalni wciąŜ dobiegał szum wody 

i warkot jakiejś maszynerii. Po dłuŜszej chwili dało się słyszeć ciche stuknięcie, a potem klekot. 
Górnik roześmiał się i znanym ruchem podniósł strzelbę. 

—  My  wiemy,  jak  się  rozprawiać  z  gwałcicielami  prawa!  —  huknął  i  nacisnął  spust.  Padły 

dwa strzały i... znowu spudłował. 

— To manekin, taka mechaniczna kukła — Jupiter wybuchnął śmiechem. — Chłopaki, to jest 

po prostu automat! Z nagraniem w środku. To, co słyszymy, to tylko taśma! 

— O rany! — wykrzyknął nagle Bob. — Co za dureń ze mnie! Teraz sobie przypominam, Ŝe 

czytałem o tym w gazecie. Remontują Powder Gulch i robią z tego miasta atrakcję dla turystów! 
Będą organizować przejaŜdŜki konne i pokaz westernowy, będzie się ukazywał duch. To dlatego 
postawili ogrodzenie. 

— Oczywiście — powiedział Jupiter zasępiony. — Ja teŜ czytałem o tym jakiś czas temu. 
Pete podszedł do starego górnika i dotknął palcem jego twarzy. 
— Plastyk. Ale wygląda jak prawdziwy. Pewnie nasz duch w barze to teŜ manekin. Umieją je 

teraz robić! 

— Wyglądają jak Ŝywe — przyznał Jupe. — Ale mamy na głowie inne sprawy. Czy któryś z 

was dostrzegł coś, co by nas naprowadziło na plany Angusa Gunna? 

Bob powiedział mu o księdze zamówień w sklepie i o duŜym zakupie Angusa. 
—  Zwoził  Ŝywność  dla  wielu  pracowników  albo  teŜ  na  dłuŜszy  okres  trwania  budowy  — 

rozwaŜał Jupiter. — Wiemy więc, Ŝe to, co budował dla Laury, wymagało duŜej pracy. Ale nadal 
nie wiemy, co takiego budował i gdzie — otworzył stary dziennik. — Pod datą 29 października 
widnieje notatka zbyt krótka, Ŝeby mogła być pomocna. 

— Nie przeszukaliśmy baru — powiedział Pete. 
—  To  nic,  wrócimy  tam  zaraz.  —  Jupiter  zamknął  dziennik.  —Potem  jeszcze  zajrzymy  do 

więzienia. Ówczesny szeryf mógł zostawić jakąś kartotekę. Rozejrzymy się teŜ, czy nie uda nam 
się znaleźć redakcji gazety. 

background image

Ruszyli z powrotem do wyjścia. Bob i Pete dostrzegli tym razem parę rzeczy, które uszły ich 

uwagi,  gdy  wbiegali  do  środka.  W  szybie  stały  rzędem  odnowione  wózki  górnicze,  leŜały  tam 
teŜ  jakieś  narzędzia,  a  całości  dopełniał  jeszcze  jeden  manekin  —  górnik  z  czarną  brodą  i 
kilofem w ręce. 

Pete uśmiechnął się. 
—  Ludzie,  te  plastykowe  kukły  wyglądają  naprawdę  jak  Ŝywe!  Ten  z  kilofem  sprawia 

wraŜenie, jakby... 

Czarnobrody  górnik  wypuścił  z  ręki  kilof,  doskoczył  do  Jupitera,  wyrwał  mu  dziennik 

Angusa i wybiegł z kopalni. 

— Java Jim! — zdumiał się Bob. 
Stali bez ruchu, zaskoczeni nagłą przemianą manekina. Jupiter otrząsnął się pierwszy. 
— Zabrał mi dziennik! Łapać go! 
Z  tupotem  pobiegli  słabo  oświetlonym  szybem.  Wypadli  wreszcie  na  ulicę  zalaną  gorącym 

słońcem popołudnia. 

— Patrzcie tam! — krzyknął Cluny. 
Przysadzisty marynarz odbiegł juŜ daleko, gnał jak opętany. 
— Stój, ty złodzieju! — wrzasnął Pete. 
— Łapać złodzieja! — krzyczał Cluny. 
Java Jim obejrzał się i zarechotał. Przebiegał właśnie koło baru, kiedy na progu pojawiła się 

widmowa postać w czerni, z pistoletami w obu rękach! 

— To nasz duch! — wykrzyknął Pete. 
Java Jim zobaczył groźną, jakby powstałą z grobu postać w drzwiach baru. Rzucił się w bok z 

okrzykiem,  potknął  o  starą  uprząŜ  końską  i  rozłoŜył  się  jak  długi.  Dziennik  wypadł  mu  z  ręki. 
Pozbierał się szybko, próbował biec dalej i znowu się potknął. 

— To złodziej! — wrzasnął Pete. — Łap go! 
Duch spojrzał w stronę chłopców, po czym zszedł po stopniach na drewniany chodnik ulicy i 

skierował się do Javy Jima. Jego pistolety zabłysnęły w słońcu. Java Jim nie czekał. Schronił się 
za  budynki,  dobiegł  do  ogrodzenia,  wdrapał  się  na  nie  i  znikł  wśród  gęstych,  wyschniętych 
zarośli, rosnących wzdłuŜ koryta rzeki. 

Chłopcy zbliŜyli się biegiem do ducha. W dziennym świetle okazał się po prostu męŜczyzną 

w czarnym, kowbojskim stroju. Jupiter podniósł upuszczony przez Javę Jima dziennik. 

—  Nie  powinniście  tu  wchodzić,  chłopcy  —  powiedział  duch.  —Wytłumaczcie  mi,  o  co  tu 

chodzi, i oddajcie mi tę ksiąŜkę, jeśli stanowi własność miasta. 

— Nie, to moje, proszę pana — odparł Jupe. — Przepraszamy, Ŝe weszliśmy przez płot, ale 

prowadzimy pewne dochodzenie, a nie wiedzieliśmy, Ŝe ktoś tu jest. 

Wyjaśnił  następnie,  Ŝe  starają  się  ustalić,  jakie  sprawy  załatwiał  Angus  Gunn  w  Powder 

Gulch. 

— Napędził nam pan niezłego stracha — dodał. 
Duch uśmiechnął się. 
— Postanowiłem wypróbować na was nasze urządzenia.  Sprawuję pieczę nad tym  miastem. 

— Potarł namysłem brodę. — Angus Gunn, mówicie? MoŜe będę mógł wam pomóc. Mam u 
siebie w biurze stare księgi. Jeśli wasz Angus Gunn coś w tym mieście załatwiał, powinno to być 
odnotowane w księgach handlowych lub urzędowych. 

Przeszli przez bar do małego biura. Dozorca otworzył szafkę z aktami. 
—  Wszystkie  nazwiska  ze  starych  ksiąg  zostały  w  ramach  prac  restauracyjnych  wypisane 

alfabetycznie i opatrzone informacjami. Zobaczymy, czy mamy tu coś o Gunnie. 

background image

Odszukał nazwisko i pokiwał głową. 
—  Są  tylko  dwie  informacje.  O  tych  zakupach  w  sklepie,  które  widzieliście,  i  o  anonsie  w 

miejscowej  gazecie  z  roku  1872,  Ŝe  poszukuje  górników  do  krótkoterminowej  pracy.  To 
wszystko. 

— Nic z tego nie wynika — jęknął Pete. — My... 
Przerwały mu nawoływania z ulicy. 
— Halo, chłopcy! Cluny! Hej, chodźcie tutaj! 
— To Rory! 
Przeszli szybko przez bar. Stał przed nim Rory  McNab w towarzystwie pana, z którym Bob 

rozmawiał  w  Towarzystwie  Historycznym  —  profesora  Shay’a.  Mały,  krągłolicy  profesor 
podszedł do chłopców. 

— Napędziliście nam strachu! Natknąłem się na pana McNaba przed bramą, powiedział mi, 

Ŝ

e pewnie tu jesteście, i rzeczywiście znaleźliśmy wasze rowery. Zlękliśmy się, Ŝe coś się wam 

stało. 

— Weszliście tu bez pozwolenia! — naparł na nich Rory. — Wiedziałem, Ŝe napytacie sobie 

biedy. Dlatego pojechałem za wami. 

—  Nic  im  się  nie  stało,  panie  McNab  —  powiedział  dozorca.  —  MoŜe  pana  profesora 

zainteresują wraŜenia, jakie na chłopcach wywarły  nasze efekty techniczne? Profesor  Shay jest 
naszym doradcą historycznym. Towarzystwo uczestniczy w pracach restauracyjnych. 

—  Tak,  pomówimy  o  tym  później!  —  Oczy  profesora  błyszczały  za  okularami.  Machnął 

dozorcy  ręką  na  poŜegnanie  i  zgarnąwszy  chłopców,  ruszył  przed  siebie.  —  Co  z  tym  drugim 
zeszytem  dzienników,  chłopcy?  To  wy  go  znaleźliście?  Myślicie,  Ŝe  skarb  naprawdę  moŜe 
istnieć? Co by to było za odkrycie! Opowiedzcie mi wszystko! 

Jupiter  opowiedział  o  drugim  zeszycie  i  o  zainteresowaniu  nim  Javy  Jima.  Profesor  Shay 

poczerwieniał. 

— Co?! — wykrzyknął. — Ten... ten człowiek! Java Jim, tak mówicie? I on właśnie stara się 

ukraść skarb Gunna? Na pewno chce wszystko zagarnąć i sprzedawać po trochu. To niesłychane! 
PrzecieŜ  ten  skarb  moŜe  mieć  bezcenną  wartość  historyczną!  Zachowany  w  całości  skarb 
piratów  wschodnioindyjskich!  Muzeum  naszego  Towarzystwa  stałoby  się  sławne.  śadnej 
wskazówki jednak tu nie znaleźliście? 

— Właściwie — zaczął Jupiter z wolna — dowiedzieliśmy się tylko, Ŝe niespodzianka, którą 

Angus Gunn szykował dla Ŝony, wymagała duŜej pracy. 

—  Tak,  rozumiem,  ale  nie  tutaj  się  ona  dokonywała,  tylko  w  Phantom  Lake!  Jestem  w  tej 

dziedzinie  ekspertem.  MoŜe  zdołam  wpatrzeć  coś,  co  wy  przeoczyliście,  chłopcy.  Wrzućcie 
rowery do mojego samochodu, pojedziemy razem do Phantom Lake. Utrata tego skarbu na rzecz 
Javy Jima byłaby zbrodnią! 

— Z pana to jest następny głupiec! — fuknął Rory. 
—  Co  tam  pan  moŜe  o  tym  wiedzieć,  panie  McNab.  Myślę,  Ŝe  chłopcy  mają  rację.  No, 

wrzucajcie rowery do bagaŜnika, szybko! 

Brama  była  teraz  otwarta.  Chłopcy  złoŜyli  rowery  za  tylnym  siedzeniem  kombi  profesora. 

Rory ruszył w stronę swojego samochodu, ścigany zaintrygowanym spojrzeniem Jupitera. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Tajemnicze światło 

 

Do  późnego  popołudnia  profesor  Shay  przewędrował  z  chłopcami  całą  dolinę  i  dolną  część 

wzgórz.  Obejrzeli  dzięki  temu  Phantom  Lake  ze  wszystkich  moŜliwych  punktów 
obserwacyjnych.  OkrąŜyli  teŜ  z  podekscytowanym  profesorem  trzykrotnie  dom  i  nie  znaleźli 
absolutnie niczego! 

Zasiedli  wreszcie  w  ostatnich  promieniach  słońca  na  tarasie.  Pani  Gunn  patrzyła  na  nich  ze 

współczuciem. Rory palił fajkę i uśmiechał się złośliwie. 

— Nic tu nie ma — mówił profesor Shay zdeprymowany. — Angus Gunn nie zbudował nic 

oprócz domu, a ten przeszukiwano juŜ wielokrotnie w ciągu tych lat. Nigdzie teŜ nie ma śladu po 
tym drewnie zakupionym na śluzę. 

Rory roześmiał się. 
— Wszyscy macie źle w głowie! Nawet gdyby Angus zbudował coś z tego drewna, dawno by 

się to rozpadło. A jeśli kiedyś miał jakiś skarb, w co wątpię, to go teraz nie znajdziecie. 

— Znajdziemy! — krzyknął Bob. 
—  AleŜ  oczywiście  —  powiedziała  pani  Gunn,  patrząc  surowo  na  Rory’ego.  —  Być  moŜe 

skarb nie okaŜe się prawdziwym skarbem, ale jestem pewna, Ŝe coś znajdziecie. 

— Mamo, mówisz jakbyś równieŜ nie wierzyła w istnienie skarbu! — zmartwił się Cluny. 
Jupiter przeczytał raz jeszcze list starego Angusa. 
— Gdybyśmy tylko znali więcej szczegółów! Jestem przekonany, Ŝe klucz do zagadki gdzieś 

się  tu  kryje  i  to  od  dawna.  Ciekawe  byłoby  się  dowiedzieć  na  przykład,  co  Angus  uwaŜał  za 
szczególnie bliskie i drogie w swoim domu. 

Pani Gunn potrząsnęła głową. 
—  W  tym  czasie,  kiedy  przepatrywaliście  okolicę,  przeczytałam  większość  listów  Laury. 

Pisze w nich wiele o miłości Gunnów do ich ziemi w Szkocji, o wspaniałym widoku na wąskie 
jezioro. Nie ma jednak wzmianki o Ŝadnym konkretnym obiekcie, Jupiterze. 

— Sprawa wygląda dosyć beznadziejnie — powiedział profesor Shay. 
— Przyznaję, Ŝe problem wydaje się bardzo trudny — zgodził się Jupiter z westchnieniem. 
— Nie zamierzasz chyba zrezygnować, Jupe?! — wykrzyknął Cluny. 
— O, nie znasz Jupe’a! On się dopiero rozgrzewa do walki! —pocieszył go Pete. 
— Nie miałabym Ŝalu, chłopcy, gdybyście dali za wygraną — powiedziała pani Gunn. 
— Nie sądzę, Ŝebyśmy juŜ musieli rezygnować — odparł Jupiter. — Stary Angus nie zostawił 

konkretnej wskazówki, a my postawiliśmy dopiero pierwszy krok na drodze poszukiwań. Teraz 
czas na krok drugi. 

Otworzył dziennik Angusa. 
—  Następny  istotny,  jak  się  zdaje,  zapis  pochodzi  z  11  listopada  1872  roku:  „Tego  dnia 

popłynąłem  na  wyspę  cyprysów.  Mało  nie  zatonąłem  na  południowym  zachodzie  i  pełnym 
morzu ze względu na ładunek w łodzi. WielmoŜny pan na wyspie zgodził się na moją propozycję 
i w południe wróciłem do domu bardzo zadowolony. Praca nad prezentem dla Laury posuwa się 
dobrze”. Dalsze zapisy przez okres mniej więcej tygodnia dotyczą codziennych zajęć koło domu. 

— Jupe! On pisze, Ŝe łódź była czymś wyładowana — zauwaŜył Pete. 
— Tak — kiwnął głową Jupiter. — Ta wyspa być moŜe udzieli nam odpowiedzi. 
— Tylko gdzie to jest? — zapytał Cluny. — Nigdy nie słyszałem o Ŝadnej wyspie cyprysów. 

background image

— Ja teŜ nie — przyznał Jupe. — A ty, Pete? 
Pete, który był jedynym w tym gronie Ŝeglarzem i znał okoliczne wody, zajrzał do dziennika 

Angusa. 

— Myślę, Ŝe to nie jest nazwa wyspy. Ona moŜe w ogóle nie mieć dziś Ŝadnej nazwy albo teŜ 

i dawniej nazwy nie miała.  Wszystkie  duŜe wyspy  na tym  kanale  miały  kiedyś  nazwy, więc to 
jest  pewnie  jakaś  mała  wysepka,  połoŜona  niedaleko  wybrzeŜa.  Musi  się  znajdować  gdzieś  tu 
blisko,  skoro  Angus  dopłynął  tam  i  wrócił  w  pół  dnia.  Wygląda  na  to,  Ŝe  naleŜała  do  jakiejś 
rodziny i Ŝe rosną na niej cyprysy. Poszukam jej. 

— Jeszcze dziś ustal, gdzie się znajduje — powiedział Jupiter. — Jutro tam popłyniemy! 
—  Wybiorę  się  z  wami  —  oznajmił  profesor  Shay  Ŝywo.  —  Mam  nieduŜą  łódź,  a  jeśli  to 

niedaleko, moŜemy się nią zabrać wszyscy. 

Rory wstał. 
— Widma, duchy, wyspy bez nazw, człowiek nieŜywy od stu lat! Wszyscy powariowaliście! 
Zszedł z tarasu, a pani Gunn potrząsnęła głową z uśmiechem. 
— Nie przejmujcie się zbytnio Rorym. Jest porywczy i nie uznaje rzeczy niepraktycznych, ale 

to  naprawdę  dobry  człowiek.  Po  śmierci  męŜa  było  nam  cięŜko,  a  Rory  starał  się  przez  cały 
zeszły rok, Ŝeby nasze Ŝycie było łatwiejsze. Myślę, Ŝe teraz jest zmęczony po podróŜy. 

— PodróŜy? — zapytał ostro Jupe. — Czy Rory dokądś wyjeŜdŜał, proszę pani? 
—  Tak,  trzy  dni  spędził  w  Santa  Barbara.  Pojechał  tam  sprzedać  nasze  zbiory  awokado. 

Wrócił dopiero zeszłego wieczoru. 

Jupiter spochmurniał. 
— Kim właściwie jest Rory, proszę pani? Przebywa tu dopiero od roku, prawda? 
— To daleki kuzyn mojego męŜa. Przyjechał ze Szkocji z wizytą i został, Ŝeby nam pomóc. 

To  człowiek  dumny  i  uparty,  nie  przyjmuje  ode  mnie  zapłaty.  Pracuje  u  nas  za  mieszkanie  i 
utrzymanie, jak członek rodziny. 

Jupiter podniósł się i skinął na Boba i Pete’a. 
— Musimy juŜ iść do domu. Robi się późno. 
— Odwiozę was — zaoferował się profesor Shay. 
Rowery znajdowały się juŜ w samochodzie profesora, ruszyli więc bitą drogą w dół, do szosy. 
—  Panie  profesorze  —  odezwał  się  w  pewnym  momencie  Jupe  —  jedno  mnie  zastanawia. 

Skąd Java Jim tyle wie o Gunnach, o liście do Laury na przykład? 

— Nie  wiem, Jupiterze.  Oczywiście  o skarbie rozprawiano  dość powszechnie, ale twój Java 

Jim  nie  wydaje  się  człowiekiem  tutejszym.  Być  moŜe  jest  potomkiem  któregoś  z  ocalałych 
członków załogi „Argyll Queen”. MoŜe nawet samego kapitana? 

— Pewnie! To by wyjaśniało sprawę — powiedział Bob. 
— Chyba tak — zgodził się Jupiter w zamyśleniu. 
Kiedy wysiadali pod składem złomu, zostało im jeszcze pół godziny do kolacji. Przeczołgali 

się przez Tunel Drugi do Kwatery Głównej. 

— Jupe — zagadnął Pete — a właściwie, skąd moŜemy wiedzieć, czy stary Angus potajemnie 

nie budował w Phantom Lake kopalni? 

— Kto wie, Pete. Ale po to, Ŝeby ją znaleźć, potrzebujemy konkretnej wskazówki. Poza tym, 

co by z nią miała wspólnego szkocka legenda o widmie? Albo lustro? 

— Pani Gunn mówiła, Ŝe to szkockie widmo miało jakoby strzec jeziora przed wikingami — 

powiedział  Bob.  —  MoŜe  to  właśnie  miał  Angus  na  myśli.  Widmo  wpatruje  się  w  wodę,  bo 
skarb ukryty jest w stawie! 

—  To  teŜ  jest  moŜliwe  —  przyznał  Jupe.  —  WciąŜ  jednak  potrzebna  nam  jest  wskazówka, 

background image

Ŝ

eby wiedzieć, gdzie dokładnie ten skarb jest ukryty. — Zamilkł na chwilę. — Czy słyszeliście, 

co pani Gunn mówiła o Rorym? 

— Pewnie — odpowiedział Pete. — Jest jej pomocny, cięŜko u niej pracuje. 
— I ma wybuchowy charakter — dodał Bob. — To ci dopiero nowina! 
— Podobnie jak ta, Ŝe przez trzy poprzednie dni nie było go w Phantom Lake! — powiedział 

Jupe. — A to oznacza, Ŝe mógł się znaleźć w Rocky Beach wczoraj, kiedy zaatakował nas Java 
Jim, oraz Ŝe mógł być w muzeum, a dzień wcześniej w San Francisco! 

— Chcesz powiedzieć, Ŝe moŜe pozostawać w zmowie z Javą Jimem i Ŝe obaj chcą odnaleźć i 

wykraść skarb? — zapytał Bob. 

— Tak, on z pewnością wie wszystko o liście, o Phantom Lake. Mógł teŜ się dowiedzieć, co 

ze starych przedmiotów pani Gunn uprzednio sprzedała. 

—  Tak,  mógł  —  powiedział  Jupiter  posępnie.  —  Pete,  chciałbym,  Ŝebyś  dziś  wieczorem 

odszukał wyspę cyprysów. Spotkamy się jutro wszyscy przy łodzi profesora Shay’a. 

 
Po kolacji Jupiter wraz z ciocią Matyldą i wujkiem Tytusem przystrajał choinkę. O dziesiątej 

zadzwonił telefon. Odezwał się Pete: 

— Jupe, to jest wyspa Cabrillo. W roku 1872 naleŜała do starej rodziny o tym nazwisku. Jest 

porośnięta cyprysami. LeŜy o niecałe dwa kilometry od wybrzeŜa, a o trzy od naszej zatoki. 

— Świetnie, Pete! 
Jupiter odłoŜył słuchawkę i udał się na górę do swego pokoju. Nie zapalając światła, podszedł 

do  okna,  Ŝeby  popatrzeć  na  dekoracje  świąteczne  zdobiące  Rocky  Beach.  Przy  wielu  domach 
jarzyły się kolorowe światełka. 

Właśnie zamierzał odwrócić się od okna, gdy jego uwagę przykuł słaby błysk. NatęŜył wzrok 

i  po  chwili  zobaczył  w  tym  samym  miejscu  ponowny  błysk,  a  po  nim  kolejny.  Zaintrygowany 
wpatrywał  się  w  mrok  za  oknem.  Tam,  skąd  dochodziły  błyski,  nie  było  Ŝadnego  domu. 
Pojawiały się one ciągle, raz za razem. Jupe nagle sobie uświadomił, skąd dochodzą — ze składu 
złomu,  dokładnie  z  miejsca,  gdzie  była  ukryta  Kwatera  Główna!  Światło  rozbłyskiwało  w  jej 
wnętrzu i wydobywało się na zewnątrz przez okienko w dachu przyczepy! 

Jupiter  zbiegł  szybko  po  schodach  i  przemknął  się  na  drugą  stronę  ulicy.  Frontowa  brama 

składu  była  naleŜycie  zamknięta.  Dobiegł  do  naroŜnika  płotu,  przy  którym  po  drugiej  stronie 
ogrodzenia  mieściła  się  jego  pracownia.  Znajdowało  się  tu  kolejne  sekretne  wejście  na  teren 
składu — dwie obluzowane, pomalowane na zielono deski. 

OstroŜnie  wśliznął  się  przez  Zieloną  Furtkę  Numer  Jeden  do  pracowni.  Błyski  ustały.  W 

pobliŜu Tunelu Drugiego nikogo nie było. Jupe skradał się wśród stert rupieci do Wejścia Numer 
Trzy. 

Stare drzwi były wyłamane, a za nimi drzwiczki przyczepy stały otworem! 
Jupiter wszedł do wnętrza  i zobaczył, Ŝe  dziennik Angusa Gunna leŜy na  biurku tak, jak  go 

zostawił  jest  otwarty  na  ostatniej  stronie.  Wtedy  zrozumiał,  co  powodowało  błyski  —  ktoś 
włamał się do Kwatery Głównej i sfotografował dziennik! 

Jupiter  zaklinował  drzwi  Wejścia  Trzeciego  i  ruszył  wolnym  krokiem  do  domu.  Teraz  więc 

ktoś jeszcze znał ostatni kurs Angusa Gunna! 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Widmo 

 

Kiedy Pete, Bob i Jupiter jechali na rowerach do przystani, nad zatoką Rocky Beach wisiała 

mgła.  Cluny  czekał  juŜ  na  nich  przy  łodzi  profesora  Shay’a.  DrŜący  w  chłodzie  wilgotnego 
poranka, uśmiechnął się szeroko na widok detektywów. 

—  Rozmyślałem  całą  noc  —  zawołał  —  i  jestem  pewien,  Ŝe  ładunkiem  łodzi  Angusa  był 

skarb! Znajdziemy go dzisiaj! 

— Ja równieŜ jestem dobrej myśli — przyznał Jupiter. — Powinno... 
W  tej  samej  chwili  z  piskiem  opon  podjechał  do  nich  samochód  profesora  Shay’a.  Profesor 

wysiadł i Ŝwawo podbiegł do chłopców. 

—  Przepraszam  was  za  spóźnienie,  ale  mieliśmy  kłopoty  w  Towarzystwie  Historycznym. 

Ktoś się tam włamał  i usiłował ukraść dokumenty  związane z „Argyll Queen”! ZauwaŜono, Ŝe 
nosił czarną brodę! 

— Java Jim! — wykrzyknęli Pete i Bob równocześnie. 
Profesor Shay skinął głową. 
— Wszystko na to wskazuje. 
— Ale dlaczego chciał te dokumenty wykraść? — dziwił się Cluny. 
— Wszyscy przecieŜ znają historię „Argyll Queen”. 
— Ale teŜ wszyscy mogli w niej coś przeoczyć — zauwaŜył Jupe. I opowiedział o intruzie, 

który zeszłego wieczoru sfotografował dziennik w ich Kwaterze Głównej. 

—  A  więc  Java  Jim  ma  teraz  dziennik  Angusa!  —  wykrzyknął  profesor  Shay.  —  Mógł  juŜ 

nas  wyprzedzić  i  dotrzeć  do  wyspy!  —  Utkwił  wzrok  w  spowijającej  ocean  mgle.  —  Jak 
myślicie, chłopcy — dodał — czy moŜemy wypłynąć przy takiej pogodzie?  

Pete skinął głową. 
— W pasie przybrzeŜnym widoczność jest dobra. Mgła gęstnieje dopiero dalej, a pańska łódź 

jest duŜa i mocna. 

— Wobec tego nie traćmy czasu! 
Weszli  na  liczącą  blisko  dziesięć  metrów  długości  Ŝaglówkę,  profesor  zapuścił  silnik 

napędzający  łódź  przy  bezwietrznej  pogodzie.  Po  chwili  wypłynęli  z  zatoki.  Pete  objął  ster  i 
wziął  kurs  na  północ,  równieŜ  profesor  Shay  i  pozostali  chłopcy  stłoczyli  się  w  kabinie.  W 
porannym, grudniowym chłodzie nawet grube swetry nie chroniły ich przed zimnem. 

— Do roku 1890 wyspa Cabrillo nie miała nazwy — wyjaśniał Pete. — Potem nazwano ją tak 

od nazwiska  właścicieli. To naprawdę  mała wyspa, obecnie nie zamieszkana. Od naszej strony 
znajduje się mała zatoczka. 

Wiatr był słaby, więc Pete nie wygasił motoru. Siedzieli milcząc w kabinie, aŜ Pete zawołał: 
— JuŜ ją widać! 
O  kilometr  przed  nimi  majaczyła  we  mgle  mała,  górzysta  wyspa.  W  miarę  jak  podpływali 

bliŜej, coraz bardziej widoczne stawały się porastające ją cyprysy. Spoza jednego z dwu wzgórz 
wyspy wystrzelał wysoki komin. Ponura i skalista, wysepka przybierała we mgle kształty wręcz 
upiorne. Poza wyspą mgła gęstniała, tworząc jakby nieprzeniknioną ścianę, odgradzającą morze. 

Pete wprowadził Ŝaglówkę do osłoniętej zatoczki. Przycumowali łódź do starej, przegniłej kei 

i  wspięli  się  na  brzeg.  Stanęli,  rozglądając  się  po  nagim,  skalistym  lądzie.  Tu  i  ówdzie  rosły 
stare, karłowate cyprysy. Wiatry poskręcały je w groteskowe kształty. 

background image

— O rany, a jakim to cudem moglibyśmy ten skarb odnaleźć, jeśli Angus rzeczywiście go tu 

zakopał? Mógł to przecieŜ zrobić w kaŜdym miejscu! — zasępił się Bob. 

— Nie, Bob,  zastanawiałem się nad  tym  wczoraj wieczorem  — powiedział Jupe. — Jestem 

przekonany, Ŝe nie zakopał skarbu. Po pierwsze, wiedział, Ŝe kapitan „Argyll Queen” depcze mu 
po  piętach  i  świeŜo  skopana  ziemia  łatwo  wskazałaby  miejsce,  gdzie  się  skarb  znajduje.  Po 
drugie,  chciał,  Ŝeby  Laura  skarb  znalazła,  a  juŜ  po  paru  miesiącach  kaŜdy  znak  byłby  zatarty. 
Nie,  myślę,  Ŝe  ukrył  skarb  w  jakimś  specjalnym  miejscu,  które  oznakował  symbolem,  łatwo 
rozpoznawalnym dla Laury. To oznakowanie musiało być czymś odpornym, czymś, co przetrwa 
długo, bo nie mógł być pewien, ile czasu zajmie jej odszukanie tego miejsca. 

— Angus mógł coś tutaj dla Laury zbudować — podsunął Cluny. 
— MoŜe kupił tu na wyspie jakiś kawałek ziemi jako niespodziankę? 
—  Tak,  myślałem  o  tym  —  przytaknął  Jupiter.  —  Będziemy  poszukiwać  jakiejś  budowli  z 

tarcicy albo jakiegoś znaku, który kojarzy się z Gunnami. 

— Dziennik mówi, Ŝeby iść kursem Angusa i przepatrzyć, co  zbudował w czasie swych dni 

—  powiedział  Bob.  —  Te  słowa  stanowią  ogólną  wskazówkę.  Potem  Angus  pisze  o  widmie  i 
lustrze. To teŜ mogą być jakieś znaki. 

—  Właśnie  —  podchwycił  Jupiter.  —  Pisze  teŜ,  Ŝe  przedstawił  pewną  propozycję 

właścicielowi wyspy. Mogło chodzić o ukrycie tutaj czegoś. Najpierw więc zajrzymy do domu, 
którego komin tam widać. MoŜe zachowały się jakieś stare dokumenty? 

Wspięli  się  na  przełęcz  między  dwoma  wzgórzami  i  zeszli  w  osłoniętą  kotlinę.  Stał  tam 

wysoki komin i... nie było niczego poza tym! Z całej budowli został tylko komin z masywnym, 
kamiennym kominkiem, otoczony nagim, skalistym gruntem. 

—  Nie  ma  juŜ  tego  domu  —  westchnął  Pete.  —  Przepadła  szansa  znalezienia  jakichś 

dokumentów czy teŜ lustra. 

— Patrzcie! — wskazał Bob. 
Kamienna  płyta  pośrodku  paleniska  kominka  obsypana  była  dokoła  świeŜą  ziemią.  Płyta 

musiała być podniesiona, a następnie opuszczona z powrotem. 

— Ktoś tu był przed nami! — wykrzyknął profesor Shay. — Sądząc po tej świeŜości śladu, 

był tu całkiem niedawno. 

Rozglądali się zaniepokojeni po niegościnnych wzgórzach z poskręcanymi cyprysami. Tylko 

smugi mgły snuły się przez nie, Ŝywego ducha nigdzie nie było widać. 

— Zobaczmy, co jest pod tą płytą — powiedział Bob. 
Odsunęli wraz z Pete’em cięŜki kamień. Pod spodem było puste zagłębienie. 
— Nic tu nie ma — oznajmił Pete. — I nie wydaje mi się, Ŝeby kiedykolwiek coś tu mogło 

być. Ziemia w tym dole jest sucha i sypka i nie ma na niej Ŝadnych śladów. 

— Ale ktoś myślał, Ŝe moŜe coś tu znajdzie — powiedział Jupe. 
— Popatrzcie, oczyścił całe palenisko, Ŝeby dokopać się do płyty. 
— W zatoczce, do której dopłynęliśmy, nie było innej łodzi, ale dalej, za cyplem, widać było 

małą plaŜę — dorzucił Pete. 

— Rozdzielmy się i przeszukajmy ten teren! — zdecydował profesor Shay. — Tylko bądźcie 

ostroŜni. Ja przejdę przez środek wyspy. Jeśli kogoś zauwaŜycie, krzyczcie i biegnijcie do mnie. 

—  Rozglądajcie  się  jednocześnie  za  jakimś  znakiem  albo  charakterystycznym  miejscem  — 

dodał Jupiter. — Jaskinią, stertą kamieni lub oznakowaniem wyrytym w skale. 

Wszyscy przytaknęli nerwowo. Rozciągnęli się w linię od krańca do krańca małej wysepki i 

ruszyli  na  północ.  W  gęstniejącej  mgle  stracili  się  nawzajem  z  oczu.  Maszerujący  lewym 
skrajem Cluny widział tylko Pete’a. 

background image

Cluny piął się w górę najbardziej na zachód wysuniętego stoku wzgórza. Po lewej miał morze 

i  gęstą  mgłę.  Jej  pasma  gęstniały  wokół  niego  tak,  Ŝe  w  końcu  nie  mógł  juŜ  Pete’a  dojrzeć. 
Zdenerwowany,  wypatrując  tajemniczego  nieznajomego  i  wsłuchując  się  w  najlŜejsze  odgłosy, 
ź

le obliczył krok, upadł i osunął się w dół w lawinie drobnych kamieni. 

— Aaach! — jęknął. Pozbierał się i... zamarł! 
Spoza  kłębów  mgły  patrzyła  na  niego  ze  wzniesienia  widmowa  postać.  Z  diabelskiej, 

spiczastej twarzy sterczał zakrzywiony nos, a jedno tylko, olbrzymie oko wpatrywało się bystro 
w chłopca! 

— Widmo! — krzyknął C luny. — Ratunku! 
Widmo ruszyło ku niemu, wyciągając długą, bezkształtną rękę! 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Intruz 

 

— Ratunku! Na pomoc! — wołał Cluny, osłaniając się przed straszliwym widmem. 
Z mgły wyłonił się zdyszany Pete. 
— Co się dzieje?! 
— Widmo! Tam! — wskazał Cluny. 
Pete  przełknął  głośno  ślinę  i  cofnął  się  na  widok  dziwacznej  postaci.  Jedyne  oko  widma 

zwróciło się teraz ku niemu. 

Po chwili nadbiegł profesor Shay, a po nim zasapany Jupiter i Bob. Stali wszyscy, zapatrzeni 

w widmową postać, gdy wskutek nagłego podmuchu mgła się przerzedziła. 

— To jest drzewo! — wykrzyknął Bob. 
— To jeden z tych poskręcanych cyprysów! — wtórował mu profesor Shay. 
Garbate  widmo  było  po  prostu  skarłowaciałym,  pogiętym  pniem  drzewa,  z  którego  gałęzie 

sterczały  niczym  wyciągnięte  ręce.  Głowę  stanowił  zdeformowany  konar  na  czubku  drzewa,  z 
dziuplą  pośrodku.  Pasma  przesuwającej  się  mgły  stwarzały  wraŜenie,  Ŝe  dziupla  jest  Ŝywym, 
kierującym się w róŜne strony okiem. 

— Ojej! — sapnął Cluny z ulgą. — To wyglądało naprawdę jak widmo. 
Jupiter wykrzyknął nagle: 
—  Chłopaki!  To  rzeczywiście  jest  widmo!  Nie  widzicie?  To  musi  być  znak  pozostawiony 

przez Angusa! 

— Znak? — powtórzył Pete. 
— Naprawdę tak myślisz, Jupe? — zapytał Bob. 
Oczy profesora zwęziły się za okularami. 
— Na Boga, Jupiter moŜe mieć rację! Szukajcie kryjówki pod tym drzewem, chłopcy! Tutaj 

być moŜe ukryto skarb! 

— Będę szukał na lewo od drzewa! — zawołał Cluny. 
— A ja biorę prawą stronę! — przyłączył się Bob. 
—  Wspinaj  się  nad  drzewo,  Jupiterze  —  powiedział  profesor.  —  Ja  obszukam  podnóŜe 

wzgórza. 

Ruszyli  na  poszukiwanie,  jedynie  Pete  pozostał  na  miejscu.  Spojrzał  na  prawo,  potem  na 

lewo, za siebie i w górę. 

— Chłopaki — powiedział z wolna. 
Nie  usłyszeli  go.  Zajęci  byli  grzebaniem  w  ziemi  i  przesuwaniem  kamieni  leŜących  wokół 

drzewa. Profesor Shay badał podnóŜe, posługując się długim kijem. 

— Chłopaki — powtórzył Pete — myślę, Ŝe tu niczego nie znajdziecie. 
Jupiter przestał rozgrzebywać ziemię. 
— Co? Dlaczego, Pete? 
— Lepiej byś nam pomógł szukać! — zawołał Cluny. 
Pete potrząsnął głową. 
— Nie myślę, Ŝeby Angus wybrał to drzewo na znak. 
— Co ty opowiadasz, Pete? — burknął profesor. — Chodź, pomóŜ nam! 
— Popatrzcie tam — Pete wskazał w prawo. — WyŜej, na stoku. Wydaje mi się, Ŝe tam stoją 

dwa następne widma! 

background image

We mgle majaczyły dwa drzewa o widmowych kształtach. 
— A tam widać dalsze trzy! — wskazał za siebie. 
W miarę jak wiatr rozwiewał mgłę, ukazywało się coraz więcej poskręcanych drzew. Przestali 

rozgrzebywać ziemię. Profesor Shay jęknął i odrzucił kij. 

— Wszędzie tu rosną cyprysy i wszystkie wyglądają jak widma! 
Jupiter kiwał smutno głową. 
— Pete ma rację. Zbyt wiele rośnie tutaj drzew-widm, Ŝeby Angus wybrał któreś jako znak. 

Chyba Ŝe... 

— śe co, Jupe? — ponaglał go Pete. 
— Chyba Ŝe Angus jednak zrobił błąd i wybrał jedno z drzew na oznaczenie miejsca ukrycia 

skarbu. Przekopanie wszystkich dookoła zajęłoby kilka miesięcy, a moglibyśmy i tak niczego nie 
znaleźć! 

— Niestety, ponieśliśmy poraŜkę, chłopcy — powiedział profesor Shay. 
— Tak, jeśli rzeczywiście Angus ukrył skarb na wyspie — przytaknął Jupe. — Ale... 
Urwał, gdyŜ nagle po zboczu potoczyła się lawina drobnych i większych kamieni. Spojrzeli w 

górę. Mgła rozwiała się niemal zupełnie, a na szczycie wzgórza wyraźnie ujrzeli ludzką postać. 

— Jeszcze jeden cyprys! — roześmiał się Cluny. 
— PrzecieŜ drzewo nie wywołuje lawiny — zauwaŜył Jupiter. 
— Chyba Ŝeby umiało chodzić! — dorzucił Ŝartobliwie Pete. 
—  A  to  coś  umie!  —  wykrzyknął  profesor  Shay.  —  To  nie  jest  drzewo-widmo,  tylko 

człowiek! Hej, ty tam! Stój! 

Nieznajomy znikł jednak nagle za grzbietem wzgórza. Dobiegł ich tylko tupot jego stóp. 
— Szybko, chłopcy! — krzyknął profesor. — Trzeba go złapać! 
Pędem  ruszył  w  górę  stoku.  Chłopcy  za  nim.  Ze  szczytu  wzgórza  ujrzeli  w  oddali  sylwetkę 

biegnącego. Zataczał łuk ponad zatoczką. 

— Pewnie tam ma łódź! — wysapał profesor. — Odetniemy mu drogę! 
Zawrócili w dół stoku do małej zatoki. Pete i Cluny wyprzedzili pozostałych i dopadli zatoki 

w parę minut. Nieznajomego jednak nie było nigdzie widać. 

—  Tam  jest!  —  krzyknął  Jupe,  który  nie  zdąŜył  jeszcze  zbiec  ze  zbocza  i  miał  stamtąd 

rozleglejszy widok. — Tam po lewej! 

Uciekający znikał właśnie za wzniesieniem po północnej stronie zatoki. Pete i Cluny puścili 

się za nim. Bob i profesor Shay pobiegli łukiem ku wzniesieniu. Daleko w tyle za nimi podąŜał 
zasapany Jupiter. 

Profesor Shay i Bob pierwsi dotarli na szczyt wzniesienia. Zaraz po nich znaleźli się na nim 

Pete i Cluny. W dole rozciągała się krótka, wąska plaŜa. Uciekający siedział juŜ w motorówce. 
Odbijając od brzegu, spojrzał za siebie i wtedy zobaczyli jego twarz. 

— To jest człowiek z zielonego volkswagena! — wykrzyknął Bob. Profesor Shay wpatrywał 

się w szczupłego młodzieńca o zmierzwionej czuprynie. 

— AleŜ to Stebbins! Stój, ty łobuzie! 
Motorówka oddalała się szybko od brzegu. 
— Łotr! — ryknął profesor. — Wracamy do łodzi! 
Puścili się biegiem do  zatoki.  Po drodze spotkali zziajanego Jupe’a,  który  wciąŜ wdrapywał 

się pod górę. Korpulentny przywódca detektywów popatrzył na nich z rozpaczą, kiedy go mijali, 
biegnąc w przeciwnym kierunku. 

— JuŜ nie mogę — jęknął zawracając. 
Zanim Jupe dotarł wreszcie do zatoki, zdąŜyli odwiązać Ŝaglówkę i uruchomić silnik, a Pete 

background image

czekał  gotów  przy  sterze.  W  chwili,  gdy  Jupe  rzucił  się  cięŜko  na  pokład,  Pete  włączył  bieg  i 
wyprowadził szybko łódź na pełne morze. Motorówka była o paręset metrów przed nimi. 

—  Dodaj  gazu,  Pete!  Łap  go!  —  przynaglał  profesor  Shay,  potrząsając  pięścią  w  stronę 

motorówki. — Stebbins, ty złodzieju! 

Zdyszany Jupiter wykrztusił: 
— Pan go zna, profesorze? Tego młodego człowieka z volkswagena? Kto to jest? 
—  To  Stebbins,  mój  dawny  asystent  —  w  głosie  profesora  był  gniew.  —  Absolwent 

uniwersytetu  w  Ruxton,  biedak,  któremu  starałem  się  pomóc.  Ale  on  mnie  okradł!  Usiłował 
sprzedać wartościowe eksponaty z miejskiego muzeum. Musiałem go zwolnić, a sąd wlepił mu 
rok więzienia! 

Motorówka wyprzedzała ich juŜ znacznie, niemal o kilometr. 
— Nigdy go nie dogonimy. Nasza łódź jest zbyt wolna — powiedział Pete. 
Profesor Shay patrzył z wściekłością za malejącą w dali motorówką. 
— Zastanawiałeś się, Jupiterze, skąd Java Jim wie tyle o skarbie i Gunnach. Masz odpowiedź! 

Przypominam  sobie,  Ŝe  Stebbins  Ŝywo  się  interesował  katastrofą  „Argyll  Queen”  i  Angusem 
Gunnem! Pewnie teraz uciekł z więzienia albo teŜ zwolniono go warunkowo. I wrócił na dawny 
trop. Najpewniej działa ręka w rękę z Javą Jimem! To jest niebezpieczny kryminalista! 

— To on musiał sfotografować dziennik Angusa w Kwaterze Głównej — powiedział Bob. 
— Tak — zgodził się Jupe. — Stąd się dowiedział o wyspie. Ale nie znalazł na niej niczego. 

W przeciwnym razie nie zostałby tam, Ŝeby nas obserwować. 

— My teŜ niczego nie znaleźliśmy — zauwaŜył Bob. 
Przygnębieni, milczeli przez resztę drogi. Profesor Shay wciąŜ wypatrywał motorówki, która 

znikła juŜ im z oczu. Nie zobaczyli jej teŜ na przystani, kiedy do niej przybili i oczywiście nie 
było juŜ ani śladu po Stebbinsie i jego zielonym volkswagenie. 

— Powinienem natychmiast zgłosić tego drania  policji — powiedział profesor  gniewnie. — 

PrzecieŜ włamał się do waszego biura. 

— Tak naprawdę to go nie widziałem, proszę pana — zauwaŜył Jupiter. 
— Ale wiesz, Ŝe to był on. Mogę przynajmniej ostrzec policję o poczynaniach tego młodego 

szubrawca. 

—  Co  za  dzień!  —  westchnął  Pete.  —  Przestępca  nam  się  wymknął,  nie  udało  się  znaleźć 

skarbu... 

Profesor potrząsnął głową z namysłem. 
— Przykro mi, chłopcy, ale sprawa wygląda beznadziejnie. Sto lat to szmat czasu. 
— Muszę przyznać, Ŝe robimy małe postępy — zgodził się Jupiter. 
—  WciąŜ  jeszcze  zostały  w  dzienniku  zapisy  z  ponad  miesiąca,  koledzy!  Nie  rezygnujcie 

jeszcze! — prosił Cluny. 

—  Wy  moŜecie  pewnie  kontynuować  poszukiwania,  ale  ja  muszę  was,  niestety,  opuścić, 

chłopcy — powiedział profesor ze smutkiem. — Nie mogę zaniedbywać pracy. Ale będę bardzo 
rad, kiedy się dowiem o waszych odkryciach. 

Odprowadzany  wzrokiem  chłopców,  odszedł  do  swego  samochodu.  Tylko  Cluny  patrzył  z 

nadzieją na detektywów. 

— Jupe, nie dajemy za wygraną, co? — zapytał Pete. 
—  Chodźmy  teraz  wszyscy  na  obiad  —  odpowiedział  Jupiter  z  niewesołą  miną.  —  Chcę 

trochę pomyśleć. Potem pojedziemy do Phantom Lake i postanowimy, co robić dalej. 

Westchnął i dodał: 
— Coś mi się w tej sprawie wymyka z rąk. 

background image

Zgnębieni chłopcy wsiedli na rowery i ruszyli do domu. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Nowe niebezpieczeństwo 

 

Bob kończył właśnie obiad, gdy mama zawołała, Ŝe dzwoni Jupiter. 
— UwaŜam, Ŝe przyjęliśmy zupełnie mylną koncepcję, Bob — oznajmił Jupe z oŜywieniem. 

— Otwiera mi się zupełnie nowe spojrzenie na zagadkę starego Angusa. 

Bob uśmiechnął się. Tym razem nie draŜniły go słowa przyjaciela. To był znowu dawny Jupe, 

zniechęcenie całkowicie znikło z jego głosu. 

— Przychodź zaraz do składu — polecił Jupiter. — Mam pewien plan! 
Bob odłoŜył słuchawkę i poszedł po rower. 
Kiedy  wjechał  na  dziedziniec  składu  złomu,  Jupiter  i  Pete  stali  juŜ  z  Hansem  przy  pikapie. 

Jupe  kazał  mu  załadować  rower  na  platformę,  po  czym  wspięli  się  na  nią  wszyscy  trzej,  Hans 
wsiadł do szoferki i ruszyli. 

—  Powiedziałem  wujkowi  Tytusowi,  zresztą  zgodnie  z  prawdą,  Ŝe  pani  Gunn  ma  trochę 

starych  rzeczy  do  sprzedania  —  wyjaśnił  Jupiter,  ale  nie  dodał  ani  słowa  więcej.  Pete  i  Bob 
wiedzieli, Ŝe nie ma co go wypytywać. Jupe nigdy nie wyjawiał swych odkryć i dedukcji, dopóki 
nie uznał, Ŝe nadszedł właściwy czas. 

Cluny oczekiwał ich na stopniach domu. Jupiter powiedział, Ŝe chciałby porozmawiać z jego 

mamą.  Cluny  zaprowadził  ich  do  stojącej  za  domem  starej  szopy,  zbudowanej  z  kamienia  i 
drewna.  Pani  Gunn  zajęta  była  przesadzaniem  hibiskusa  do  wielkiej  donicy,  wyciosanej  z 
sekwoi. 

— Proszę pani — Jupiter przystąpił do wyjaśniania powodu wizyty — załoŜyliśmy, Ŝe Angus 

przewoził  łodzią  ładunek  stąd  na  wyspę.  Przeczytałem  jednak  zapis  w  dzienniku  ponownie  i 
jestem teraz przekonany, Ŝe było wręcz odwrotnie: przewiózł coś z wyspy tutaj! Czy domyśla się 
pani, co to mogło być? 

Pani Gunn uśmiechnęła się. 
—  Mój  BoŜe,  Jupiterze,  skąd  ja  mogę  to  wiedzieć?  Nie  było  mnie  tutaj  wtedy,  a  od 

wielmoŜnego pana Cabrillo mógł kupić mnóstwo rzeczy. 

Jupiter skinął głową, jakby z góry oczekiwał takiej odpowiedzi. 
— Proszę o tym pomyśleć. Wpadłem na zupełnie nową interpretację słów Angusa. Mówi „idź 

za moim ostatnim kursem, przepatrz, co w ciągu moich dni zbudowałem dla ciebie” — dni, nie 
dzień!  Sądzę,  Ŝe  miał  na  myśli  wszystkie  swoje  ostatnie  wyprawy.  Dopiero  to  wszystko,  co 
wtedy  robił,  złoŜy  się  w  jakąś  sensowną  całość,  jak  w  zagadce-składance.  Musimy  najpierw 
zebrać te wszystkie elementy! 

— Och! — wykrzyknął Pete. — To by wyjaśniało, dlaczego ani wymarłe miasto, ani wyspa 

nie przyniosły nam Ŝadnego rozwiązania! 

— Więc jaki jest nasz następny krok, Jupe? — zapytał Cluny. 
— Mamy przed sobą dwa kroki. — Jupiter wyciągnął dziennik. —21 listopada 1872 Angus 

zapisał:  „Wiadomość  od  braci  Ortegów,  Ŝe  moje  zamówienie  jest  gotowe.  Będę  potrzebował 
duŜego wozu”. A następnego dnia zanotował: „Wróciłem z Rocky Beach z moim zamrowieniem 
złoŜonym Ortegom.  Wykonali świetną pracę.  Wszystko dokładnie na  wymiar, istny cud w tym 
surowym  nowym  kraju!”  Potem,  aŜ  do  następnej  wyprawy,  zapisuje  tylko  zwykłe  lakoniczne 
uwagi,  głównie  o  postępach  w  pracy.  Ale  są  teŜ  dwie  zastanawiające  notatki:  „23  listopada. 
ZauwaŜyłem dwóch obcych w okolicy. śeglarze”. — odczytał Jupiter. — I 28 listopada: „Obcy 

background image

odeszli. Jak myślę, donieść kapitanowi”. 

— Wtedy musiał zauwaŜyć, Ŝe jest obserwowany — powiedział Bob. 
Jupiter skinął głową. 
— Mogę go sobie wyobrazić, samotnego tutaj i czekającego na przybycie Ŝony z synem. Nie 

mógł stąd uciec, był zresztą po prostu zmęczony ciągłym uciekaniem. Być moŜe przeczuwał, Ŝe 
nie zdoła się wymknąć, więc postanowił ukryć skarb. Nie miał wiele czasu, więc wykorzystał to, 
co budował dla Laury, jako wskazówkę dla niej o miejscu ukrycia skarbu. 

— Mówiłeś, Ŝe odbył jeszcze jedną podróŜ — przypomniał Cluny. 
—  Tak,  5  grudnia  zapisał:  „Do  Santa  Barbara  po  ostatni  fragment  niespodzianki  dla  Laury. 

Znalazłem  ładną  rzecz  i  nabyłem  ją  tanio,  bo  niedawno  ogień  strawił  warsztat.  Tak  to  tragedia 
jednego  człowieka  staje  się  korzyścią  dla  drugiego!”  Zastanawiam  się,  czy  Angus  nie  miał 
równieŜ na myśli katastrofy „Argyll Queen” i swojego skarbu? 

Jupiter zamknął dziennik. 
—  Wczoraj  wieczorem  udało  mi  się  ustalić,  czym  zajmowali  się  bracia  Ortegowie.  Mieli 

powszechnie znany w Rocky  Beach skład cegieł i  kamienia  budowlanego.  Angus  kupił więc u 
nich budulec. Firma „Materiały Budowlane Ortegów” wciąŜ istnieje, moŜe mają tam swoje stare 
księgi. 

— Więc jedźmy do nich! — zawołał Cluny. 
—  Tak,  ale  równocześnie  trzeba  teŜ  pojechać  do  Santa  Barbara.  Wiemy,  Ŝe  Stebbins  ma 

fotokopię dziennika, musimy się spieszyć. Rozdzielimy się. Bob i Pete pojadą do firmy Ortegów 
w  Rocky  Beach,  a  Cluny  ze  mną  —  do  Santa  Barbara.  Hans  nas  tam  zawiezie.  Jeśli  zdołamy 
ustalić, co Angus tam kupił, Cluny będzie wiedział, gdzie to coś się znajduje. 

— Czy wujek Tytus zgodzi się, Ŝeby Hans tam z wami pojechał? —zapytał Bob. 
— Jeśli powiemy, Ŝe to przysługa dla pani Gunn, to się zgodzi. — Jupiter uśmiechnął się mile 

i  zwrócił  do  mamy  Cluny’ego:  —  Czy  zechciałaby  pani  sprzedać  nam  trochę  tych  starych 
przedmiotów i poprosić Hansa o podwiezienie syna do Santa Barbara? 

Pani Gunn roześmiała się. 
— Przebiegła sztuka z ciebie, młodzieńcze! Dobrze, zgoda. Mam kilka rzeczy, które mogą się 

spodobać  twemu  wujkowi.  Ale  stawiam  jeden  warunek:  zaniesiecie  mi  tego  hibiskusa  przed 
dom, chłopcy. Zamierzałam zawołać Rory’ego, ale skoro juŜ tu jesteście... 

— Oczywiście! — zgodził się Jupe szybko. — Do roboty, chłopaki. 
Wielka donica z pnia sekwoi była bardzo cięŜka. Odszukali w szopie dwie deski i ustawili ją 

na nich. KaŜdy z chłopców ujął jeden koniec deski i zataszczyli hibiskusa na frontowe schody. 
Właśnie ustawiali donicę na miejscu, gdy nadjechał samochód profesora Shay’a. 

—  Przyjechałem  was  ostrzec,  chłopcy  —  zawołał  profesor,  wysiadając  spiesznie.  — 

Zgłosiłem  Stebbinsa  policji,  a  komendant  posterunku,  Reynolds,  sprawdził  kartotekę  tego 
łobuza. Zwolniono go warunkowo z więzienia sześć miesięcy temu. Włamanie do waszego biura 
jest pogwałceniem przepisów zwolnienia! Stebbins o tym wie i moŜe być bardzo niebezpieczny. 
Jeśli go złapią, trafi z powrotem do więzienia! 

— Sześć miesięcy temu? — powtórzył Pete. — Jupe, właśnie wtedy zaczęły się włamania do 

tego domu! 

— Tak, masz rację.  Myślę... — Jupiter urwał i rozglądając się czujnie, pociągnął nosem. — 

Chłopaki, czujecie? 

Z kolei Pete pociągnął nosem. 
— Dym! Coś się pali! 
— Tam, za domem! — krzyknął Cluny. 

background image

OkrąŜyli pędem dom. Ze starej szopy wydobywały się kłęby dymu. 
— PoŜar! — krzyknęła pani Gunn. 
Jupiter nerwowo obmacywał wszystkie  kieszenie. Popatrzył na swoje ręce, jakby zdumiony, 

Ŝ

e nic w nich nie ma. Oczy rozszerzyły mu się przeraŜeniem. 

— Dziennik! — krzyknął z rozpaczą. — OdłoŜyłem go na bok, kiedy przenosiliśmy donicę! 

Na pewno został w szopie! 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Szalony pościg 

 

Podbiegli  do  szopy.  Dym  wokół  niej  zgęstniał,  ale  na  zewnątrz  nie  było  widać  płomieni. 

Kamienne ściany nie chciały poddać się ogniowi. 

— Pali się tylko drewno w środku! — krzyknął Pete. 
Cluny  pierwszy  ruszył  do  ataku  z  gaśnicą.  Pete  i  Bob  zdarli  z  siebie  kurtki  i  weszli  za  nim 

ostroŜnie do szopy. 

— Płonie tylko sterta drewna! — zawołał Cluny. 
Jupiter,  pani  Gunn  i  profesor  Shay  zostali  na  zewnątrz,  słuchając  syku  gaszonego  ognia  i 

uderzeń  kurtek,  którymi  trzej  młodzi  straŜacy  starali  się  zdusić  płomienie.  Po  chwili  dym  się 
przerzedził,  aŜ  w  końcu  rozwiał  zupełnie.  Pete  wyszedł  z  szopy,  dzierŜąc  tryumfalnie  dziennik 
Angusa. 

— Tylko się trochę osmalił, Jupe! To prawdziwe szczęście, bo był bardzo blisko ognia. 
Jupiter wyjął mu z ręki zeszyt i upewnił się, czy kartki są całe. 
Nagle usłyszeli, Ŝe ktoś ku nim biegnie. To był Rory! Krzyczał wskazując ręką szopę. 
— Ucieka! Tam, za szopą! Widziałem go! Głuptasy, obserwował was jeszcze minutę temu. 
— Spróbujmy go dogonić! — krzyknął profesor Shay. 
Pędzili  przez  dolinę  za  szopą  ku  gęstym  zaroślom  i  drzewom  na  jej  skraju.  Rory  prowadził 

pościg. 

— O tam! — wołał. — Tam, między drzewami! Biegnie do głównej drogi! 
Rozbiegli się wśród drzew, przedzierając się przez gęste krzaki. Profesor Shay odbił w prawo, 

chcąc zagrodzić drogę podpalaczowi. Rory znajdował się gdzieś w przodzie. Pozostający w tyle 
Bob i Jupiter zatrzymali się na chwilę, Ŝeby się rozejrzeć w gąszczu pod szarozielonymi dębami. 

Zapadła nagle cisza, jakby wszyscy goniący zastygli w bezruchu i nasłuchiwali. Ktoś gdzieś 

przed nimi mruknął, Ŝe łajdak się chowa. Jupiter i Bob ostroŜnie ruszyli przed siebie. Uszli moŜe 
pięćdziesiąt metrów w cienistym lesie, kiedy coś trzasnęło w poszyciu. 

— Bob! — szepnął Jupiter, wpatrując się w krzewy. 
Wtem usłyszał tuŜ obok okrzyk, ktoś skoczył na niego i zwalił go z nóg. Szamotali się wśród 

krzyków: 

— Mam go! Chłopaki! Mam go! 
— Ratunku! 
— Pete! — wrzasnął Bob. — To my! Złapałeś Jupe’a! 
— Co? — Jupiter mrugnął oczami, patrząc na siedzącego na nim okrakiem Pete’a. 
— Och! Myślałem... To jest, słyszałem... — zmieszał się Pete. 
— Złaź ze mnie! — Jupiter podniósł się z wysiłkiem i zaczął się otrzepywać — Postaraj się 

najpierw spojrzeć, nim na kogoś skoczysz. 

Pete uśmiechnął się. 
— No, ty teŜ myślałeś, Ŝe to podpalacz, przyznaj się! 
— Ludzie, ale to było zabawne! — śmiał się Bob. 
Kiedy  dołączył  do  nich  profesor  oraz  Rory  i  Cluny,  śmiali  się  juŜ  wszyscy  chłopcy  z 

wyjątkiem  Pete’a.  Ale  profesorowi  nie  było  wcale  do  śmiechu.  Jego  róŜowa,  okrągła  twarz 
nabrała  w  napadzie  złości  wyglądu  wręcz  komicznego.  Rory  równieŜ  popatrywał  na  chłopców 
spode łba. 

background image

— Niech to diabli — zaklął. — Uciekł, ale widziałem go wyraźnie. To był ten Java Jim, taki, 

jak go opisaliście. 

— To był Stebbins, McNab — powiedział profesor Shay — ja go dobrze widziałem... 
— Co pan tam widział, człowieku! — przerwał mu szorstko Rory. 
— Miał brodę i marynarskie ubranie, takie, o jakim chłopcy mówili. 
—  Miał  wąsy,  chce  pan  powiedzieć  —  upierał  się  profesor.  —  Te  czarne  włosy  musiały 

pana... 

— Myśli pan, Ŝe nie poznałbym Stebbinsa, gdybym go zobaczył? 
— Ale... — zaczął profesor, w końcu jednak rozmyślił się. — Pewnie się mylę. Pan go lepiej 

widział. 

— Pewnie, Ŝe widziałem. Nie mam Ŝadnych wątpliwości. 
— No to nie ma czasu do stracenia! — powiedział Jupe nagląco. — Jeśli Java Jim usiłował 

zniszczyć  dziennik  Angusa,  moŜe  to  oznaczać  tylko  jedno:  Ŝe  zdobył  wszystkie  informacje, 
potrzebne do odnalezienia skarbu! Musimy działać szybko. Chodźmy! 

Ruszył przodem przez gęste zarośla w stronę domu. Pani Gunn oczekiwała ich niecierpliwie. 

Na  widok  całego  tego  zamieszania  Hans  wysiadł  z  pikapa  i  wraz  z  nią  czekał  na  rozwój 
wydarzeń. 

— Uciekł, wandal — mruknął Pory. — Złapałbym go, gdybym wcześniej wyszedł z domu. 
— To pan był w domu, panie McNab? — zapytał Jupiter. 
— Ano w domu, chłopcze. Jak poczułem dym, to wyszedłem. 
— To podpalenie naleŜy zgłosić  policji — powiedział profesor  Shay. —  Muszę juŜ wracać. 

Przyjechałem  tylko  po  to,  Ŝeby  was  ostrzec  przed  Stebbinsem.  Mogę  po  drodze  wstąpić  na 
posterunek, Ŝeby powiadomić policję o Javie Jimie i o całej tej oburzającej historii. 

— Tak, lepiej to zrobić — szorstki głos Rory’ego przybrał ton wstrzemięźliwie przyjacielski. 

—  Powinienem  przeprosić  was,  chłopcy.  Nie  Ŝebym  uwierzył,  Ŝe  tu  jest  jakiś  skarb,  ale  widać 
nie tylko wy uwaŜacie, Ŝe jest. Niebezpieczny człowiek, ten Java Jim — potrząsnął głową. — To 
zadanie dla policji. Nie dla was, chłopcy. 

Profesor Shay skinął głową. 
— Zgadzam się z tym. Niestety, chłopcy. 
— Być moŜe... — zaczęła niepewnie pani Gunn. 
— śadne niebezpieczeństwo nam nie grozi, proszę pani — powiedział szybko Jupiter. — Jest 

zupełnie  oczywiste,  Ŝe  Java  Jim  ma  juŜ  wszystko,  czego  mu  trzeba.  Nie  próbował  nas 
zaatakować, a Stebbins uciekł przed nami z wyspy. Chodzi im tylko o skarb, a naszym zadaniem 
jest znaleźć go przed nimi! Bob i Pete są ostroŜni, a Cluny i ja będziemy z Hansem. 

— Mnie się to nadal nie podoba — upierał się Rory. 
— Jestem pewna, Ŝe chłopcy będą rozwaŜni. Są dostatecznie duzi — powiedziała pani Gunn 

spokojnie. 

— Dzięki, mamo! — rozpromienił się Cluny. 
Profesor Shay uśmiechnął się. 
—  Ja  równieŜ  ufam  ich  rozsądkowi,  proszę  pani.  No,  na  mnie  czas.  Będziecie  mnie 

informować o wszystkim, prawda, chłopcy? 

Wsiadł  do  samochodu  i  odjechał.  Rory  z  ociąganiem  pomógł  Hansowi  załadować  wybrane 

przez panią Gunn rzeczy. Potem podszedł do starego forda pani Gunn. 

— Wy wszyscy moŜecie czas marnować, ale ja nie mogę — gderał. — Ogień zniszczył mały 

generator w szopie. Trzeba go naprawić. 

Wycofał forda pod osmaloną szopę, a Pete i Bob ściągnęli swoje rowery z pikapa. 

background image

— Miejcie oczy i uszy otwarte — upomniał ich Jupe, gdy wyruszyli do Rocky Beach. — To 

są dwa końcowe etapy ostatniego kursu Angusa! 

Po czym wspiął się wraz z Clunym do szoferki i Hans ruszył na północ, do Santa Barbara. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Znowu Java Jim 

 

Jupiter siedział w pikapie jak na szpilkach. 
— Prędzej, Hans — ponaglał. — Musimy tam być pierwsi! 
— Dojedziemy na czas, Jupe — uspokajał go Hans łagodnie. — Kto się nadmiernie spieszy, 

moŜe nie dojechać w ogóle. 

Jupiter  odchylił  głowę  na  oparcie  fotela  i  zagryzł  wargi.  Cluny,  który  przeglądał  dziennik 

Angusa, zwrócił się do niego z kwaśną miną: 

— Jupe, właśnie zauwaŜyłem, Ŝe Angus w ogóle nie pisze, dokąd się udał w Santa Barbara. 

Jak moŜemy znaleźć to miejsce? 

— Santa Barbara to duŜe miasto — mruknął Hans. 
— Dość duŜe, Ŝeby posiadać dobrze zorganizowane archiwum miejskie — powiedział Jupiter 

z  zadowoleniem.  —  Angus  podał  nam  jeden  waŜny  fakt,  który  powinien  nas  zaprowadzić  do 
miejsca, do którego się udał. 

— Jaki fakt? — zapytał Cluny. 
— Pisze, Ŝe zakupił coś w zakładzie, niedawno częściowo zniszczonym przez ogień! W roku 

1872 Santa Barbara była na tyle mała, Ŝe miejscowa gazeta z pewnością informowała o kaŜdym 
poŜarze! 

Wczesnym  popołudniem  przedzierali  się  juŜ  przez  rozległe  przedmieścia  Santa  Barbara. 

Redakcja  lokalnej  gazety  „Sun-Press”  mieściła  się  w  pseudomauretańskim  budynku  przy  Dela 
Guena  Plaza.  Recepcjonista  skierował  chłopców  do  pana  Pidgeona  urzędującego  na  drugim 
piętrze. Był to szczupły, uśmiechnięty męŜczyzna. 

—  W  roku  1872?  —  powiedział.  —  Nie,  nasze  pismo  jeszcze  nie  istniało.  Wychodziła  tu 

wtedy inna lokalna gazeta i masz rację, młody człowieku, pisano by w niej o poŜarze. 

— Gdzie moŜemy znaleźć archiwum tamtej gazety? — zapytał Jupiter. 
—  Wszystkie  jej  dokumenty  my  przejęliśmy,  ale,  niestety,  kartoteki  sprzed  1960  roku 

przepadły w czasie trzęsienia ziemi i poŜaru. 

Jupiter jęknął. 
— Wszystkie, proszę pana? 
—  Niestety.  —  Redaktor  zastanawiał  się  chwilę.  —  Ale  moŜe  istnieje  jakaś  szansa.  Znam 

pewnego  starego  dziennikarza,  który  współpracował  z  tą  gazetą  ponad  sześćdziesiąt  lat  temu. 
Zdaje się, Ŝe posiada swoje prywatne archiwum tejŜe gazety. To takie jego hobby. 

— Czy on nadal mieszka w Santa Barbara? — oŜywił się Jupe. 
—  Z  pewnością.  —  Pan  Pidgeon  otworzył  mały  notatnik  na  biurku.  —  Nazywa  się  Jesse 

Widmer  i  mieszka  przy  ulicy  Anacapa  pod  numerem  1600.  Jestem  pewien,  Ŝe  chętnie  z  wami 
porozmawia. 

Wsiedli do pikapa i pojechali pod podany adres. Numerem 1600 oznaczony był mały ceglany 

domek  stojący  w  oficynie  większego  budynku,  na  końcu  długiego  chodnika.  Hans  został  w 
samochodzie, a Jupiter i Cluny poszli spiesznie ścieŜką. Nagle Jupe zatrzymał się. 

Gdzieś trzasnęły drzwi i zza małego domu usłyszeli szybki tupot. 
— Jupe, zobacz! — wskazał Cluny. 
Frontowe drzwi domku stały otworem. Z wnętrza słychać było słabe wołanie: 
— Na pomoc! — I trochę głośniej: — Ratunku! 

background image

—  Coś  się  tam  stało!  —  krzyknął  Jupiter  i  obaj  z  Clunym  puścili  się  biegiem  w  stronę 

budynku. 

Hans wyskoczył z szoferki i pognał za nimi. 
Wbiegli przez frontowe drzwi wprost do małego schludnego pokoju. Okalały go półki pełne 

ksiąŜek. Na ścianach wisiały oprawione tytułowe strony starych gazet. 

— Ratunku! Na pomoc! 
Wołanie  dochodziło  z  drugiego  pokoju,  po  lewej  stronie.  Był  to  gabinet  zawalony  stertami 

wiekowych  gazet  i  czasopism.  Na  biurku  stała  maszyna  do  pisania,  obok  złoŜone  w  pudełku, 
zapisane kartki. 

Na  podłodze  leŜał  stary  człowiek.  Zwrócił  ku  nim  oczy.  Z  ust  ciekła  mu  struŜka  krwi,  na 

policzku miał świeŜą ranę. 

— Mein  Gott —  powiedział Hans.  Podniósł delikatnie staruszka i usadowił w fotelu.  Cluny 

przyniósł szklankę wody. Stary pan wypił ją łapczywie.. 

— Brodaty  męŜczyzna  —  powiedział — Z blizną na twarzy.  W  marynarskiej  kurtce. Kim... 

kim wy jesteście? 

— Java Jim! — wykrzyknął Cluny. 
Jupiter wyjaśnił, kim są i dlaczego tu przyszli. 
— Pan Pidgeon z „Sun-Press” skierował nas do pana. Jeśli to pan nazywa się Jesse Widmer 

— zakończył. 

Staruszek skinął głową. 
— Tak, to ja. Java Jim, powiadacie? Ten człowiek, który na mnie napadł? 
Pan Widmer wziął głęboki oddech; Hans opatrzył mu ranę na twarzy i uśmiechał się do niego 

krzepiąco, zapewniając, Ŝe rana nie jest powaŜna. 

—  Jego  nie  skierowała  tutaj  redakcja  „Sun-Press”  —  odpowiedział  wreszcie.  —  Po  prostu 

wpakował  mi  się  do  domu.  Chodziło  mu  o  poŜar  jakiegoś  sklepu,  mniej  więcej  w  listopadzie 
1872. Mówicie, Ŝe ten brodacz szuka skarbu z „Argyll Queen”? Czy jakiś skarb w ogóle istnieje? 

— A pana interesuje zaginiony skarb z „Argyll Queen”? — zapytał Cluny. 
Pan Wid mer skinął głową. 
—  Interesowałem  się  tym  długi  czas.  Badałem  tę  sprawę  przez  całe  lata.  Zebrałem  sporo 

wycinków na ten temat w moim prywatnym archiwum. 

— I o tym pan opowiedział Javie Jimowi? — zapytał Jupiter. 
—  Nie.  Nie  podobał  mi  się.  Kiedy  mu  odmówiłem  wszelkich  informacji,  uderzył  mnie  i 

zaczął sam przerzucać papiery. Pewnie znalazł to, czego szukał, bo sobie poszedł. Zabrał jakieś 
wycinki z gazet. 

Jupiter jęknął. 
— Wziął pańskie wycinki? Co w nich było? To bardzo waŜne, proszę pana. 
Jesse Widmer potrząsnął głową: 
—  Nie  wiem,  ale  mogę  to  ustalić,  jeśli  chcecie.  Mam  wszystkie  wycinki  na  mikrofilmie. 

Podaj mi to pudełko, chłopcze. 

Cluny wziął z biurka długie, wąskie pudło i wręczył panu Widmerowi. Ten pogrzebał w nim 

chwilę i wyciągnął jeden z mikrofilmów. 

— Tu jest rok 1872. WłóŜ to do czytnika. Tam stoi. 
Jupiter usiadł przed wizjerem i zaczął odczytywać kolejne wycinki, począwszy od września. 
— Tu jest coś! — wykrzyknął. — 15 listopada! „»Wright i Synowie« Kupiectwo Okrętowe, 

uległo powaŜnemu poŜarowi. Ogień strawił magazyn.” To musi być to! 

— Co to jest kupiectwo okrętowe? — zapytał Cluny. 

background image

— Sklep detaliczny z artykułami zaopatrzenia okrętów — wyjaśnił Jupiter. 
— „Wright i Synowie”? Ten sklep wciąŜ istnieje — powiedział pan Widmer. — Znajduje się 

tu, w pobliŜu zatoki. 

— Chodźmy tam, szybko! — ponaglał Cluny. 
— Myślę, Ŝe najpierw trzeba wezwać doktora do pana Widmera — powiedział Hans. 
Stary pan potrząsnął głową. 
—  Nie,  nie  trzeba.  Czuję  się  dobrze.  Sam  zatelefonuję  do  mojego  lekarza.  Wy  schwytajcie 

tego brodacza. To będzie dla mnie najlepsze lekarstwo. Idźcie juŜ, idźcie! 

Jupiter  wahał  się  tylko  chwilę.  Uśmiechnął  się  w  podzięce  do  pana  Widmera  i  wyszli 

spiesznie. Pojechali do zatoki i odnaleźli staroświecki sklep „Wright i Synowie” w bocznej ulicy, 
niemal tuŜ nad wodą. 

W sklepie przywitał ich starszy pan: 
— Czym mogę słuŜyć? 
— Czy ma pan księgi handlowe z 1872 roku? — wystrzelił Cluny. 
— Staramy się dowiedzieć... — zaczął tłumaczyć Jupiter. 
—  Jeśli  jesteście  kumplami  tego  brodatego  łotra,  który  tu  był  przed  chwilą,  wynoście  się 

natychmiast! — ostro przerwał mu starszy pan. 

—  To  nie  jest  nasz  przyjaciel,  proszę  pana  —  odparł  Jupiter  i  wyjaśnił  pokrótce,  czego 

szukają. 

— Angus Gunn, co? A więc tak jak powiedziałem temu bezczelnemu typowi, trzęsienie ziemi 

zniszczyło nasze stare księgi. 

Jupiter poczuł się zdruzgotany. 
— Więc nie ma sposobu, Ŝeby się dowiedzieć, co Angus Gunn kupił tutaj w 1872 roku? 
Starszy pan potrząsnął głową. 
—  ChociaŜ  moŜe...  poczekajcie  tutaj.  Pogrzebię  w  naszym  magazynie.  Potrwa  to  pięć, 

dziesięć minut. 

Wspiął  się  po  paru  stopniach  do  drzwi  z  napisem  „Pomieszczenia  prywatne”,  otworzył  je  i 

znikł za nimi. 

Hans, rozmiłowany podobnie jak wujek Tytus w oryginalnych starociach, zaczął rozglądać się 

po  sklepie.  Cluny  podszedł  do  modelu  statku  na  wystawie,  a  Jupe  czekał  niecierpliwie  na 
miejscu. Nagle Cluny spojrzał przez szybę wystawową i wytrzeszczył oczy. 

— Jupe! — szepnął nagląco. 
Jupiter poczuł się do niego szybko. 
— Co się stało? 
— Ktoś tam stał i obserwował sklep. 
— Gdzie? — Jupiter szukał wzrokiem. 
— Na samym końcu ulicy! Kiedy patrzyłem na niego, schował się za róg ostatniego budynku. 

MoŜe to był Java Jim?! 

Jupiter  spojrzał  w  głąb  sklepu.  Starszy  pan  jeszcze  nie  wrócił,  Hans  był  zaabsorbowany 

starym zegarem okrętowym. Jupe skinął na Cluny’ego i wyszli ze sklepu. 

— Zobaczymy. MoŜe uda nam się go znaleźć. 
Szli w stronę zatoki, trzymając się blisko ścian budynków i rozglądając się bacznie. Na końcu 

ulicy wyjrzeli ostroŜnie za róg. Cluny wykrzyknął z cicha: 

— Jupe! Popatrz! Zielony volkswagen! 
Mały  samochód  stał  po  przeciwnej  stronie  szerokiego  bulwaru  nad  zatoką.  Dalej,  poza 

samochodem  niski,  wąsaty  młodzieniec  szybkim  krokiem  przechodził  przez  mokry  piasek  ku 

background image

wyciągniętej na skraj plaŜy drewnianej barce. 

— To nie jest Java Jim. To Stebbins! — powiedział Jupe. 
Obserwowali młodego człowieka, póki nie zniknął za zagrzebaną częściowo w piasku barką. 

Widzieli, Ŝe kiedy wchodził za barkę, jego usta poruszały się, jakby coś do kogoś mówił. 

— Spotyka się tam z kimś, Cluny. 
— MoŜe z Javą Jimem? 
— Idź za mną — powiedział Jupe zawzięcie. 
Dowódca detektywów przeszedł przez szeroki bulwar i zbliŜał się do barki od strony burty. 
— Jeśli Stebbins rozmawiał tam z Javą Jimem, moŜe uda się nam ich podsłuchać — szepnął. 

— Dowiemy się w ten sposób, co planują. Chciałbym teŜ wiedzieć, jak Java Jim trafił do Jesse’a 
Widmera. 

PrzyłoŜył palce do ust, gdy stanęli przy barce i nasłuchiwał z natęŜeniem. Ale z drugiej strony 

barki nie dobiegał Ŝaden dźwięk. 

— To za daleko — szepnął Cluny. — Spróbujmy wyjrzeć na drugą stronę. 
— Nie. MoŜemy wpaść na nich. Zakradniemy się górą. 
Jupiter wskazał drabinę, przymocowaną do burty barki. Mieli trochę trudności ze wspinaniem 

się  po  niej,  poniewaŜ  plaŜa  opadała  w  stronę  wody  i  barka  była  przechylona.  Wreszcie  Jupe 
dźwignął się jakoś przez burtę. Cluny  za  nim.  Szli na palcach,  trzymając  się blisko siebie,  gdy 
nagle  przegniłe  deski  pokładu  zapadły  się  pod  nimi  z  trzaskiem.  Spadli  jak  kamienie  w  czarną 
otchłań! 

— Uff! — sapnął Jupiter, gdy wylądowali w czymś miękkim i mokrym. 
— Stare worki — wystękał Cluny. — Spadliśmy na stertę worków! 
Zagrzebani  w  workach  odzyskiwali  powoli  oddech,  po  czym  zeszli  ze  sterty,  stanęli  na 

pochyłej podłodze i rozejrzeli się dookoła. Znaleźli się w ładowni barki, ciemnej i wilgotnej, dno 
miała na wpół przegniłe. Trochę światła wpadało przez szczeliny w burtach i przez postrzępioną 
dziurę w pokrywie luku, przez którą wpadli. Znajdowała się ponad trzy metry nad ich głowami! 

— Poszukaj czegoś, po czym moŜna by się wspiąć — powiedział Jupe. 
Obeszli wokół oślizgłą ładownię.  Poza stertą worków nie było w  niej nic; ani  skrzynek,  ani 

desek, ani lin, ani drabin! Coś małego czmychnęło w ciemny kąt. Szczur! 

Cluny spojrzał na Jupitera. 
— Nie ma stąd wyjścia, Jupe. 
— Sprawdźmy jeszcze raz! Od początku do końca! 
Przeszli  całą  długość  spadzistej  podłogi  i  zatrzymali  się  na  skraju  zalegającej  tam  wody. 

Jupiter przełknął głośno ślinę. 

—  Cluny,  spójrz  na  ściany.  Ślady  po  wodzie  sięgają  wysoko.  W  czasie  przypływu  ta 

nieszczelna ładownia prawie kompletnie wypełnia się wodą! 

Wrócili biegiem pod dziurę w luku. 
— Zacznijmy wołać! — krzyknął Cluny. 
Wtem  otwór  nad  nimi  przesłonił  cień  i  po  chwili  pojawiła  się  w  nim  twarz.  Młoda,  wąsata 

twarz! 

— Nie zdzierajcie sobie gardeł — powiedział Stebbins ponuro. — Nikt tu zimą nie zachodzi a 

na bulwarze jest za duŜy ruch samochodowy, Ŝeby was ktoś usłyszał. 

Chłopcy bez słowa patrzyli w błyszczące oczy kierowcy zielonego volkswagena. 
— Chcę z wami porozmawiać, dzieciaki — powiedział Stebbins. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Parę słów za duŜo 

 

Bob  i  Pete  dojechali  do  składu  materiałów  budowlanych  Ortegów  wczesnym  popołudniem. 

Smagły  męŜczyzna  ładował  cegły  na  cięŜarówkę.  Kiedy  powiedzieli  mu,  Ŝe  mają  kilka  pytań 
dotyczących dawnych właścicieli, braci Ortegów, otarł pot z czoła i uśmiechnął się szeroko. 

— Ach, ci sławni bracia Ortegowie! Najlepsi za dawnych czasów kamieniarze w Kalifornii. 

Jeden  z  nich  był  moim  pradziadkiem.  Jestem  Emilio  Ortega  —  westchnął  cięŜko.  —  Teraz  ja 
jestem najlepszym w całym stanie kamieniarzem, ale nikt juŜ nie potrzebuje dobrze obrobionych 
kamieni. Są zbyt drogie. 

— Więc pan wszystko wie o dawnych braciach Ortegach? — zapytał Bob. 
— Pewnie. Co chcecie wiedzieć, muchachos? 
— 22 listopada 1872 roku sprzedali Angusowi Gunnowi ładunek czegoś. Chcemy wiedzieć, 

co to było. 

— Caramba! — wykrzyknął Emilio Ortega. — Chcecie wiedzieć, co ktoś kupił w 1872 roku? 

Ponad sto lat temu? 

— To zbyt dawno? — zmartwił się Pete. 
— Nie będzie pan mógł nam pomóc? — zapytał Bob z zawodem. 
— Ponad sto lat! — powtórzył Ortega ze zgrozą, po czym roześmiał się i puścił do nich oko. 

—  Pewnie,  Ŝe  mogę  wam  pomóc!  Ortegowie  mają  najlepszą  księgowość  w  stanie  Kalifornia. 
Chodźcie za mną. 

Zaprowadził  ich  do  biura  składu  i  wziął  się  do  przetrząsania  drewnianych  szafek  na  akta. 

Spośród  poŜółkłych  teczek  w  głębi  szafki  wyciągnął  w  końcu  jedną,  zdmuchnął  z  niej  kurz  i 
połoŜył z uśmiechem na biurku. 

— Mówicie, Ŝe zakupu  dokonano 22 listopada.  Angus Gunn? Dobra, zobaczymy, co tu... o, 

jest!  „Angus  Gunn.  Phantom  Lake.  Specjalne  zamówienie:  tona  ciętego  granitu.  Zapłacone 
gotówką i odebrane”. 

—  Tona  granitu  —  powtórzył  Pete.  —  Ale  jakiego  granitu?  To  znaczy,  jakiego  rodzaju 

kamieni? 

Pan Ortega potrząsnął głową. 
— Tego tu nie  ma. Zapisano tylko wagę  kamieni. To było  zamówienie specjalne i po  cenie 

sądząc, nie były to po prostu zwykłe kamienie. Tyle moŜna wywnioskować. 

— Jakiego rodzaju zamówienia specjalne składano w owych czasach, proszę pana? — zapytał 

Bob. — Co to w ogóle było zamówienie specjalne? 

— Hm — pan Ortega podrapał się w brodę. — MoŜe to oznaczać, Ŝe chodziło o coś więcej 

niŜ o zwykłe kamienie, wybrane z naszego kamieniołomu. MoŜe miały mieć określoną wielkość 
lub  kształt  albo  jakieś  specjalne  wykończenie.  Mogły  być  poddane  szczególnej  obróbce  po 
wydobyciu  z  kamieniołomu.  Ale  cena  jest  za  niska  jak  na  polerowany  kamień.  Czy  ten  Angus 
Gunn wybudował moŜe jakąś wykładaną kamieniami ścieŜkę? 

— ŚcieŜkę? — zdziwił się Pete. 
— W tamtych czasach wykładano ścieŜki kamieniami. DuŜymi, płaskimi kamieniami. 
— Nic nam o tym nie wiadomo — powiedział Bob. 
— Więc mogły to być rozmaite kamienie, duŜe albo małe. Na ściany domu, fundamenty, bruk 

albo coś tam jeszcze. — pan Ortega wzruszył ramionami. — Czy to waŜne, jakie miały rozmiary 

background image

i kształt, chłopcy? 

— Tak, proszę pana! — odpowiedzieli zgodnie. 
Pan Ortega skinął głową. 
—  Okay,  na  rachunku  jest  numer  zamówienia.  Kamień  pochodził  pewnie  ze  starego 

kamieniołomu na wzgórzach. Nie korzystamy z niego teraz zbyt często, ale trzymamy tam stróŜa 
i to stare zamówienie moŜe wciąŜ znajdować się w jego biurze. 

— O rany! — wykrzyknął Bob. — Czy moŜemy się tam wybrać? 
— Oczywiście. — Pan Ortega wytłumaczył, gdzie znajduje się kamieniołom. 
—  AleŜ  to  tylko  parę  kilometrów  za  Phantom  Lake  —  ucieszył  się  Bob.  —  Po  drodze 

wstąpimy zobaczyć, czy Jupe i Cluny juŜ wrócili. 

W tym jednak czasie Jupe i Cluny wpatrywali się w wąsatą twarz Stebbinsa, spoglądającego 

na nich przez dziurę w pokładzie barki. 

— Nie mamy zamiaru z tobą rozmawiać! — zawołał Cluny odwaŜnie. — Wiemy, kim jesteś! 
Na twarzy Stebbinsa pojawił się niepokój. 
— Co wiecie? 
—  Wiemy,  Ŝe  jesteś  złodziejem  i  Ŝe  profesor  Shay  posłał  cię  do  więzienia  —  powiedział 

Jupiter  zapalczywie.  —  Wiemy  teŜ,  Ŝe  w  pogoni  za  skarbem  Angusa  Gunna  złamałeś  reguły 
warunkowego zwolnienia! 

— Policja teŜ o tym wie! — dodał Cluny. 
Stebbins  odwrócił  głowę  i  rozejrzał  się  wokół.  Potem  znowu  skierował  na  nich  uwaŜne 

spojrzenie. 

— A więc to wam powiedział profesor Shay? Jak doszło do tego, Ŝe z nim współpracujecie, 

chłopcy? 

—  On  współpracuje  z  nami  —  skorygował  Jupiter.  —  To  my  znaleźliśmy  drugi  dziennik 

Angusa. Ten, który sfotografowałeś! 

— Wy znaleźliście... — Stebbins zawahał się. — Czego dowiedzieliście się w tym sklepie? 
— Myślisz, Ŝe ci powiemy? — zawołał Cluny. 
— Dlaczego nie zapytasz swojego wspólnika, Javy Jima? — odparował Jupe. 
— Java Jim? Co wiecie o nim, dzieciaki? 
—  Wiemy,  Ŝe  obaj  chcecie  zagarnąć  skarb!  —  krzyknął  Cluny.  —  Ale  nie  uda  się  wam! 

Pokonamy was... 

—  Pokonacie  nas  w  poszukiwaniach?  —  wpadł  mu  w  słowa  Stebbins.  —  A  więc  nie 

znaleźliście jeszcze skarbu. Profesor Shay równieŜ nie wie, gdzie on jest. Ale myślicie, Ŝe Java 
Jim wie. 

— MoŜe Java Jim nie mówi ci wszystkiego — zauwaŜył Jupiter i uśmiechnął się. — Trudno o 

honor wśród złodziei, Stebbins! 

—  Złodzieje?  Jeśli  wam  powiem...  —  Stebbins  urwał  i  potrząsnął  głową.  —  Nie,  nie 

uwierzylibyście moim słowom... 

Urwał znowu i wpatrywał się w nich przez chwilę. Nagle w jego oczach pojawił się błysk. 
— Było was czterech. Gdzie są tamci dwaj? 
— Chciałbyś to wiedzieć, co! — krzyknął Cluny. 
Jupiter roześmiał się. 
— A nie mówiliśmy, Ŝe cię ubiegniemy?! 
— Ubiegniecie... — powtórzył Stebbins i nagle się uśmiechnął. — Więc wy dwaj jesteście na 

ostatnim etapie, tak? Tamci dwaj są w składzie Ortegów! Dzięki, chłopcy! 

Jupiter jęknął. Niechcący powiedział Stebbinsowi, gdzie są Bob i Pete! Młody wąsacz patrzył 

background image

na  niego  chwilę  z  uśmiechem,  po  czym  znikł.  Słyszeli  jego  kroki,  kiedy  przechodził  przez 
pokład barki, zeskoczył z niej na piasek i oddalił się szybko. 

Zamknięci w ładowni, Jupiter i Cluny patrzyli, jak woda podpełza coraz bliŜej. Nie było jak 

się stąd wydostać. Zaczęli krzyczeć. 

 
Bob  i  Pete  wrócili  do  Phantom  Lake  późnym  popołudniem.  Pani  Gunn  wyszła  im  na 

spotkanie. 

— Nie, Jupiter i Cluny nie wrócili jeszcze — odpowiedziała na ich pytanie. 
Powtórzyli jej, czego się dowiedzieli w składzie Ortegów. 
— Tona specjalnych  kamieni? — zdziwiła się pani Gunn. — Do  czego,  na Boga?  MoŜe  na 

fundamenty tego domu? 

— Nie, proszę pani. Dom był juŜ wtedy zbudowany — powiedział Pete. 
— Czy moŜe wie pani o jakiejś innej budowli z kamienia, gdzieś tutaj? — zapytał Bob. 
Pani Gunn zastanawiała się przez chwilę i potrząsnęła głową. 
— Absolutnie nic nie przychodzi mi na myśl. 
— Musi coś być! — upierał się Pete. — Stary Angus coś musiał... 
Urwał, gdyŜ na drodze pojawił się samochód. MoŜe pikap? Niebawem okazało się, Ŝe jest to 

stary ford pani Gunn. Zatrzymał się przed domem. Wysiadł Rory, wynosząc mały generator. 

— Nie  ma  rzetelnej roboty w dzisiejszych czasach —  gderał. — Całe popołudnie musiałem 

czekać na naprawę! 

—  Rory,  czy  przypominasz  sobie,  Ŝeby  tu  było  coś  z  kamienia?  —zapytała  pani  Gunn.  — 

Budowla, na której trzeba całej tony kamieni? 

— Z kamienia? — Rory zmarszczył czoło. — Całej tony tego? 
Bob i Pete powiedzieli mu o zamówieniach Angusa. 
— Nic takiego sobie nie przypominam. Mówicie, Ŝe w kamieniołomie mogą powiedzieć coś 

więcej o kształcie i rozmiarach tych kamieni? — spytał Rory. 

Bob skinął głową. 
— Tylko Ŝe robi się późno. Na rowerach nie zajedziemy tam przed zmrokiem. 
— Zawiozę was — zaoferował się Rory. — Muszę pojechać po coś w tamtą stronę. Podrzucę 

was na miejsce, a wrócicie sobie na rowerach. 

Było wciąŜ jasno, kiedy Rory wysadził ich pod głównym wejściem do starego kamieniołomu 

i odjechał. 

Kamieniołom był głębokim, rozległym wykopem o średnicy co najmniej dwustu metrów, na 

którego  dnie  stała  woda.  Wszędzie  wokół  sterczały  kamienie,  połyskując  w  promieniach 
zachodzącego  słońca.  Zbocze  góry  nad  dołem  było  pocięte  szeregiem  biegnących  łukiem 
tarasów  przypominających  schody.  Przeciwległy  koniec  kamieniołomu  odbiegał  od  stoku, 
przecinało  go  tylko  na  kilka  tarasów-stopni.  Na  najmniejszym  z  nich  znajdowała  się  kamienna 
chata, a przed nią stała zaparkowana cięŜarówka. W chacie paliło się światło. 

— Dozorca jest jeszcze! — powiedział Pete. 
Zeszli na dolny taras i ruszyli w stronę chaty. Nie uszli jeszcze połowy drogi,  gdy w chacie 

zgasło światło, wyszedł z niej jakiś człowiek i wsiadł do cięŜarówki. Zaczęli krzyczeć: 

— Hej! Proszę pana! 
Ale  tamten  był  za  daleko  i  warkot  silnika  zagłuszył  ich  wołanie.  Puścili  się  biegiem. 

CięŜarówka  wyjechała  juŜ  jednak  na  drogę  nad  kamieniołomem  i  się  oddaliła.  Gdy  dopadli 
chaty, zastali drzwi zamknięte głucho na kłódkę. 

— Za późno — jęknął Pete. 

background image

Bob  oglądał  chatę.  Miała  cztery  okna  z  okiennicami  zablokowanymi  od  zewnątrz  grubymi 

deskami, wsuniętymi w uchwyty. 

— MoŜe uda nam się jakoś dostać do środka i znaleźć to zamówienie. Pan Ortega wie, Ŝe tu 

jesteśmy. 

Pete odblokował okiennicę. 
— Bob! Okno nie jest zamknięte! 
— Mamy szczęście. Włazimy. 
Wdrapali  się  przez  okno  do  wnętrza  chaty.  Znaleźli  się  w  biurze  zastawionym  starymi, 

drewnianymi  meblami.  Pete  podszedł  do  szafek  na  akta  i  odszukał  tę,  która  była  oznaczona 
kartką:  „1870—1990”.  Otworzył  ją,  przerzucił  kilka  teczek  i  wyciągnął  jedną  z  datą  1872. 
PołoŜył ją na biurku i obaj z Bobem pochylili się nad nią. 

Na zewnątrz rozległy się ciche kroki. 
— Co to? — Bob odwrócił się szybko do okna. 
Otwarta okiennica zamknęła się z trzaskiem. Usłyszeli szuranie deski, wsuwanej w uchwyty. 

Następnie kroki oddaliły się spiesznie. 

Byli uwięzieni! 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Wieczorne hałasy 

 

Ostatnie promienie słońca padały skośnie przez postrzępioną dziurę w pokrywie luku. Jupiter 

i  Cluny  ochrypli  od  krzyku.  Usiedli  pod  ociekającą  wilgocią  ścianą  w  górnym  końcu  barki  i 
patrzyli, jak woda przypływu powoli zbliŜa się do nich. 

— Jak myślisz, Jupe, ile czasu nam zostało? — zapytał Cluny cicho. 
— MoŜe jeszcze ze dwie godziny. Ktoś nas niedługo znajdzie. 
— Jak dotąd, nikt nas nie usłyszał — powiedział zgnębionym głosem Cluny. 
— W końcu przecieŜ nas usłyszą. Hans na pewno nas szuka juŜ od dawna. 
— Ale on nie wie, Ŝe jesteśmy w barce. Nigdy tu nie zajrzy! 
— Za parę minut zaczniemy znowu krzyczeć. Ktoś nas na pewno usłyszy. 
— Tak, pewnie — powiedział Cluny z powątpiewaniem. 
Minęło parę minut, ale Jupiter nie zaczął krzyczeć. Wpatrywał się w coś z namysłem. 
— Cluny — odezwał  się wreszcie  — widzisz tę szafkę? Jest wprawdzie przybita do  ściany, 

moŜe jednak uda nam się ją oderwać. Drewno juŜ zbutwiało. 

Cluny potrząsnął głową. 
— Za niska. Nie sięgniemy z niej do otworu. 
— Nie zamierzam się po niej wspinać. Jeśli ją oderwiemy od ściany i płasko ułoŜymy, moŜe 

się utrzymać na wodzie, a my podpłyniemy na niej do otworu! 

Obaj  zerwali  się  z  miejsca  i  brodząc  w  wodzie,  dobrnęli  do  szatki.  Była  dobudowana  do 

ś

ciany  ładowni  i  przybita  gwoździami  do  podłogi.  Nerwowo  rozglądali  się  za  czymś,  czym 

dałoby się ją podwaŜyć. 

Nad  głowami  chłopców  zadudniły  raptem  cięŜkie  krok,.  Ktoś  szedł  przez  pokład  wolno  i 

ostroŜnie, jakby się skradał. 

— Jupe! — wykrzyknął Cluny. — Ktoś... 
—  Ciii!  —  uciszył  go  Jupiter.  —  Nie  wiadomo,  kto  to  jest.  Od  dłuŜszego  czasu  nie 

krzyczeliśmy. Nikt nie mógł nas słyszeć i przyjść teraz z pomocą. 

Cluny  kiwnął  głową.  Obaj  wstrzymali  oddech  i  nasłuchiwali.  CięŜkie  kroki  zbliŜały  się 

ostroŜnie do wyłamanych desek w pokrywie luku. Potem umilkły i zapadła cisza. 

— Jupiter! Cluny! — rozległo się wreszcie wołanie. To był Hans! 
— Hans! — wrzasnął Jupiter. — Tu jesteśmy, na dole! — Dobrnęli pod otwór w górze. 
— Wyciągnij nas stąd! — wołał Cluny. 
— Zaraz, poczekajcie — odpowiedział Hans. 
Odszedł,  a  po  chwili  usłyszeli  odgłosy  wyłamywanego  drewna.  Zaraz  potem  przez  otwór 

wsunęła się drabina oderwana z burty barki. Jupiter i Cluny wdrapali się czym prędzej na pokład. 

— Co za radość cię widzieć, Hans! — wykrzyknął Cluny. 
—  Wszędzie was szukałem po waszym  zniknięciu ze sklepu  — powiedział Hans powaŜnie. 

— Nie powinniście się oddalać beze mnie. 

— Jak nas znalazłeś? — zapytał Jupiter. 
—  Najpierw  szukałem  po  ulicach,  lodziarniach,  gdzie  się  dało.  Potem  wróciłem  do  sklepu, 

gdzie spotkałem chłopca, który mi powiedział, Ŝe was widział na barce. 

— Jakiś chłopiec widział nas na barce? — zdziwił się Cluny. 
— Właśnie — przytaknął Jupiter w zamyśleniu. — Czy został tam, w sklepie? 

background image

—  Nie,  poszedł  sobie.  —  Aha,  pan  Wright  ma  dla  was  wiadomość.  Rozmawiał  ze  swoim 

ojcem, zupełnym staruszkiem. Ten mu powiedział, Ŝe nie ma moŜliwości, Ŝeby dowiedzieć się, 
co Angus Gunn kupił w roku 1872, ale Ŝe da się tę rzecz odszukać w domu Gunnów. 

— W jaki sposób? — zapylał Jupe z oŜywieniem. 
—  Mówił,  Ŝe  w  tamtych  czasach  kaŜdy  artykuł  w  ich  sklepie  był  opatrzony  mosięŜną 

tabliczką,  na  której  było  wygrawerowane:  „Wright  i  Synowie”.  Musicie  tylko  poszukać 
przedmiotu z taką tabliczką. 

— Jedziemy więc do domu szukać! — naglił Cluny. 
— I to szybko — zgodził się Jupiter. — Właśnie sobie przypomniałem. Stebbins wie, dokąd 

pojechali Pete i Bob! MoŜe im grozi niebezpieczeństwo! 

 
Kiedy  Hans  zatrzymał  pikapa  na  podjeździe,  w  oknie  domu  Gunnów  jarzyła  się  choinka. 

Jupiter  i  Cluny  pobiegli  do  środka.  Hans  ruszył  za  nimi  wolnym  krokiem  i  najpierw  poszedł 
zatelefonować  do  wujka  Tytusa.  Pani  Gunn  siedziała  sama  w  salonie.  Ogień  na  kominku 
rozpędzał wieczorny chłód. 

—  Mamo!  —  zawołał  Cluny  od  progu.  —  Czy  mamy  w  domu  coś  opatrzonego  mosięŜną 

tabliczką „Wright i Synowie”? 

Wyjaśnił następnie, czego dowiedzieli się w Santa Barbara. 
— A więc nie udało się wam dowiedzieć, co tam kupił stary Angus. 
—  Pani  Gunn  ściągnęła  brwi.  —  Mówisz  o  przedmiocie  z  mosięŜną  tabliczką?  Na  wielu 

starych  rzeczach  Angusa  są  mosięŜne  tabliczki.  To  było  ogólnie  przyjęte  w  dawnych  czasach. 
Ale nie przypominam sobie niczego od „Wrighta i Synów”. 

— Wysil pamięć, mamo, proszę! — nalegał Cluny. 
— Czy Bob i Pete juŜ wrócili? — zapytał Jupiter. 
—  Tak.  Wrócili  powiedzieć  mi,  Ŝe  Angus  kupił  u  Ortegów  tonę  granitowych  kamieni.  Nie 

dowiedzieli  się  jednak,  jakiego  rodzaju  były  te  kamienie,  jakie  miały  kształty  i  rozmiary,  więc 
Rory zawiózł ich do kamieniołomu Ortegów i pojechał dalej w jakiejś sprawie. Ale.,. 

—  Nie  wrócili  jeszcze  stamtąd?  —  przerwał  jej  Jupiter,  spoglądając  na  zegar.  Była  prawie 

siódma. 

— Ani oni, ani Rory. Ale... 
Nagle rozległ się dziwny hałas. Dobiegał gdzieś z oddali, za domem. Hans wszedł właśnie do 

salonu i przystanął, nasłuchując. 

Odgłos brzmiał jak walenie młotem. Głęboki huk Ŝelaza uderzającego w kamień. 
—  Słyszeliście?!  —  wykrzyknęła  pani  Gunn.  —  O  tym  starałam  się  wam  powiedzieć, 

chłopcy. Słyszę te odgłosy niemal od godziny. Jestem nimi zaniepokojona. Co to moŜe być? 

— Brzmi to tak, jakby ktoś rozwalał ścianę — powiedział Hans. 
Ale nikt tu nie mieszka w pobliŜu. Nic tam nie ma, poza... — pani Gunn urwała. 
— Poza czym, mamo? — zapytał Cluny. — Ja nigdy nie widziałem nic po tamtej stronie. 
—  MoŜe  nigdy  jej  nie  zauwaŜyłeś.  Stoi  tam  stara  wędzarnia.  Nie  uŜywano  jej  od  czasów, 

kiedy twój ojciec był dzieckiem. ZdąŜyłam o niej zupełnie zapomnieć. 

— Wędzarnia? Kamienna wędzarnia? — zapytał Jupiter. 
— Chyba tak. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, była obrośnięta winoroślą i nigdy się jej 

bliŜej nie przyglądałam. 

— Hans, weź latarnię z pikapa! — zawołał Jupiter. 
Hans  przyniósł  latarnię,  a  pani  Gunn  poprowadziła  ich  zarośniętą  ścieŜką  przez  zarośla. 

Wieczór był zimny, jak to bywa w grudniu w Kalifornii. Szli ścieŜką dobry kilometr, aŜ dotarli 

background image

do starej drewnianej chaty. 

—  Za  czasów  dziadka  Gunna  mieszkali  tu  pracownicy  —  objaśniła  pani  Gunn.  —  Dlatego 

wędzarnię postawiono w jej pobliŜu. 

— Czy zbudował ją stary Angus, proszę pani? — zapytał Jupiter. 
—  Nie  jestem  pewna.  Myślę,  Ŝe  raczej  dziadek  Gunn,  syn  Angusa  —  przystanęła,  próbując 

dojrzeć coś w ciemnościach. — Wędzarnia powinna być gdzieś tutaj. 

Nie  było  juŜ  słychać  walenia  młotem.  Pani  Gunn  skręciła  ze  ścieŜki  między  krzewy,  które 

były  zdeptane  i  połamane.  Przedzierali  się  przez  nie  do  wędzarni,  ale...  znaleźli  tylko  stertę 
kamieni! 

— Ktoś ją zburzył! — wykrzyknęła pani Gunn. 
— Ktoś szukał w niej skarbu! — wtórował jej Cluny. 
— Myślę, Ŝe to robota Stebbinsa — powiedział Jupiter. — MoŜe takŜe Javy Jima. Obaj mogli 

godziny temu wrócić z Santa Barbara. Skąd się dowiedzieli o tej wędzarni? 

Hans podniósł leŜący na ziemi młot kowalski. 
— Rękojeść wciąŜ ciepła — mruknął. 
Nasłuchiwali  z  natęŜeniem,  ale  Ŝaden  dźwięk  nie  zakłócał  juŜ  wieczornej  ciszy.  Jupe  w 

ś

wietle latarni oglądał uwaŜnie ruinę wędzarni. 

—Ściany  były  zbudowane z solidnego  kamienia —mówił  z  wolna. — Sądząc  po  wyglądzie 

cegieł  ogniotrwałych  w  palenisku  i  w  nim  nic  nie  ukryto.  Wszędzie  tu  pełno  pająków.  — 
Rozejrzał się dookoła. — Nie ma Ŝadnych śladów, które by wskazywały, Ŝe stąd coś wyciągano. 

Cluny myszkował wśród rozrzuconych kamieni. 
— Jupe, na jednym kamieniu jest jakiś napis! 
Hans podszedł z latarnią. Jupe starł pył z kamienia i odczytał: „C. Gunn 1883”. 
— To dziadek — powiedziała pani Gunn. — Na imię miał równieŜ Cluny. 
Jupiter uśmiechnął się. 
— Więc to nie stary Angus zbudował wędzarnię. Skarb nie mógł tu być ukryty. Zabieramy się 

stąd. 

Na podjeździe obok pikapa zastali samochód profesora Shay’a. Sam profesor stał na schodach 

domu, drŜąc z zimna w swym lekkim ubraniu. 

—  Za  zimno  dziś  jak  na  Kalifornię  —  powiedział  z  uśmiechem.  —  Przyjechałem  zapytać, 

czyście się dowiedzieli czegoś dzisiaj, chłopcy. Opowiedzcie mi szybko. 

W  ciepłym  salonie,  z  buzującym  na  kominku  ogniem  i  choinką,  Jupiter  opowiedział  o 

wyprawie do Santa Barbara. 

— Chodziło o jakiś przedmiot opatrzony mosięŜną tabliczką? A Java Jim i Stebbins byli tam 

obaj? — dumał profesor. — Czy znaleźliście juŜ tę tabliczkę? 

— Jeszcze nie — odpowiedział Cluny. — Właściwie nie zaczęliśmy nawet szukać. 
—  Czekamy  wciąŜ  na  Boba  i  Pete’a.  —  Jupiter  opowiedział  o  ich  wyprawie  do  składu 

Ortegów i spojrzał z niepokojem na zegar. — Rory ich tam zawiózł, ale... O! Przyjechali! 

Na podjeździe zatrzymał się stary ford. Wysiadł Rory i zacierając ręce, szedł do frontowych 

drzwi. Był sam. 

— Gdzie jest Bob i Pete? — zapytała pani Gunn, gdy wszedł do salonu. 
—  Pewnie  tam,  gdzie  ich  zostawiłem.  W  kamieniołomie  —  burknął  Rory  i  zwrócił  się  do 

Cluny’ego: — No i co, powiodło się poszukiwanie wiatru w polu? 

Nie zraŜony Cluny opowiedział mu, czego się w tym mieście dowiedzieli. 
—  Ale  nie  zaczęliśmy  szukać  czegoś  opatrzonego  taką  tabliczką,  bo  Bob  i  Pete  dotąd  nie 

wrócili. Poza tym ktoś zburzył starą wędzarnię — zakończył. 

background image

—  Jaką  wędzarnię?  A  tak,  zapomniałem  o  niej  —  Rory  spojrzał  na  zegar.  —  Ci  chłopcy 

jeszcze nie przyszli? Powinni wrócić juŜ dobrą godzinę temu. 

— To była kamienna wędzarnia? — zainteresował się profesor Shay. — Ale przecieŜ nikt nie 

mógł wiedzieć, Ŝe Angus zwiózł tutaj tonę kamieni. Chyba Ŝe... 

— śe ten ktoś rozmawiał z Pete’em i Bobem — dokończył Cluny. 
—  Albo  teŜ  był  u  Ortegów  —  dodał  Jupiter  i  opowiedział,  jak  wygadał  się  nieopatrznie 

Stebbinsowi.  —  Najbardziej  niepokoi  mnie  to,  Ŝe  Stebbins  i  Java  Jim  mogli  się  dowiedzieć 
równieŜ o kamieniołomie. Któryś z nich mógł się tam udać za Pete’em i Bobem! 

—  Co?!  —  profesor  Shay  zerwał  się  z  miejsca  —  Bob  i  Pete  mogą  być  teraz  w  tęgich 

opałach, mogło im się nawet coś stać! Spieszmy się! 

Wszyscy wybiegli czym prędzej z domu. 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Ostatnia wskazówka 

 

Stary  kamieniołom  srebrzył  się  w  zimnym  świetle  gwiazd,  jego  dno  zaś  tonęło  w 

przepastnych  ciemnościach.  Zaparkowali  samochody  przed  wejściem,  przy  którym  Rory 
zostawił Boba i Pete’a. Nigdzie nie było widać Ŝadnego światła. 

— Poszukajmy jakichś śladów — powiedział Jupiter. 
Rozejrzeli się po wierzchołku kamieniołomu. Wkrótce Rory znalazł rowery. 
— Tam, gdzie je zostawiłem — zauwaŜył ponuro. — Musieli zejść do kamieniołomu. Jakby 

się wybrali dokądś indziej, to by je zabrali. 

OstroŜnie  schodzili  po  kamiennych  tarasach,  które  w  świetle  ich  latarek  wyglądały  jak 

gigantyczne schody. Po powierzchni wody, na dnie wykopu przesuwały się fantastyczne refleksy 
ś

wiatła. Profesor Shay popatrzył na wodę u ich stóp i wzdrygnął się. 

— Jeśli się obsunęli tam, w dół... 
— Proszę tego nawet nie mówić, profesorze — powiedział Cluny drŜącym głosem. 
Jupiter  szukał  na  wysokiej  skalnej  ścianie  z  drugiej  strony  tarasu  kredowych  znaków 

zapytania — symboli detektywów. śadnego nie zobaczył. 

— Jeśli byli śledzeni, nie wiedzieli o tym — powiedział. —W przeciwnym razie zostawiliby 

znaki zapytania, Ŝeby mi wskazać swoją drogę ucieczki. Zawsze mamy przy sobie kredę. 

—  Nie  jestem  pewien,  czy  to  dobry  znak,  Jupiterze.  Mogli  zostać  zaskoczeni  —  zauwaŜył 

profesor Shay. 

Nikt  nie  odpowiedział  na  tę  ponurą  uwagę.  Maszerowali  w  milczeniu  tarasem  w  połowie 

wysokości  kamieniołomu.  Kierowali  światła  latarek  i  latarni  w  dół  i  w  górę.  Widzieli  tylko 
kamienne stopnie, skręcone, stare drzewa, wyrastające ze szczelin skalnych i sterty obsuniętych 
kamieni. 

Małe  zwierzątka  przemykały  gdzieś  w  ciemnościach.  Dwukrotnie  wąŜ  przeciął  im  drogę  i 

wśliznął się pod kamienie Z drzewa zerwał się duŜy ptak i pofrunął cięŜko w górę kamieniołomu 
Był to ptak-łowca, pewnie sowa uszatka w pogoni za zdobyczą. 

WciąŜ  nie  znaleźli  ani  śladu  Boba  i  Pete’a,  nie  usłyszeli  Ŝadnego  dźwięku  poza  odgłosami 

wydawanymi przez zwierzęta. OkrąŜyli niemal cały kamieniołom, nim wreszcie usłyszeli jakieś 
odmienne dźwięki! 

— Słyszycie? — spytał Hans szeptem. 
Coś metalowego pobrzękiwało niedaleko przed nimi. 
— Widzicie coś? — zapytał cichutko Cluny. 
— Nie — wymamrotał profesor Shay. 
Teraz usłyszeli tarcie drewnem o metal i o inne drewno. 
— Patrzcie tam! — wykrzyknął Jupiter z cicha. — Tam na dole jest chata! 
Wskutek podniecenia bezwiednie podniósł głos. Przy chacie rozległ się łoskot, a potem ktoś 

zaczął biec. Rory oświetlił latarką drobną sylwetkę, zmierzającą szybko do stojącego w pobliŜu, 
małego samochodu. 

— To Stebbins! — krzyknął profesor Shay. — Nie dajcie mu tym razem uciec! 
— Bob! Pete! — wołał Jupiter. 
— Odciąć mu drogę, głupcy! — wściekał się Rory. 
— Stebbins! Stój! — wrzeszczał profesor Shay. 

background image

Szczupły  młodzieniec  dopadł  juŜ  swego  volkswagena,  wskoczył  za  kierownicę  i  ruszył  z 

impetem. Oddalił się bitą drogą, nim zdąŜyli dobiec w pobliŜe chaty. 

— Uciekł! — lamentował profesor. — Uciekł, drań! 
Jupiter nie martwił się o Stebbinsa. 
— Gdzie są Bob i Pete? Co on z nimi zrobił? 
Cluny z trudem przełykał ślinę. Hans i profesor milczeli. Jupe wpatrywał się w ciemności. 
— Bob! Pete! — krzyczał i jego głos rozchodził się upiornym echem wśród wysokich ścian 

kamieniołomu. 

Echo powtarzało bez końca krzyki Jupe’a, gdy wtem odpowiedziało mu inne wołanie. 
Wszyscy zastygli. 
— To oni! — wykrzyknął Cluny. 
— Jupe! — powtórzyło się wołanie. — Jesteśmy tu, we wnętrzu chaty! 
— Patrzcie! W chacie pali się światło! — spostrzegł profesor Shay. 
Wokół  jej  drzwi  i  okien  pojawiły  się  nagle  obwódki  światła.  Jupe  opuścił  się  na  taras,  na 

którym stała chata. Pozostali poszli w jego ślady. Pobiegł do drzwi i zaczął szarpać kłódkę. 

— Frontowe okno, Jupe! — wrzasnął Pete. — Odblokuj okiennicę! 
Rory skoczył do okna, wyciągnął deskę z uchwytów i otworzył okiennicę na ościeŜ. W oknie 

ukazały się uśmiechnięte twarze Boba i Pete’a. 

— O rany! — powiedział Pete. — JuŜ myśleliśmy, Ŝe utknęliśmy tu na całą noc albo dłuŜej! 
—  Ktoś  usiłował  się  tu  dostać!  —  wtórował  mu  Bob.  —  Dlatego  zgasiliśmy  światło. 

Najpierw próbował rozbić kłódkę, potem zaczął wyciągać deskę z okiennicy. 

— To ten łajdak Stebbins! — wykrzyknął profesor Shay. 
—  Tak,  to  on  musiał  was  tu  zamknąć  —  stwierdził  Rory.  —  Teraz  wrócił,  nie  wiedzieć  po 

kiego licha, ale go przepłoszyliśmy. 

— Wychodźcie chłopcy — powiedział Hans. 
Bob potrząsnął głową. 
— Nie, najpierw wejdźcie tu, do środka. Odkryliśmy ostatnią wskazówkę! 
W podnieceniu gramolili się wszyscy przez okno. Hans ledwie się przez nie przecisnął. Gdy 

znaleźli się wreszcie w małym biurze, Bob i Pete wskazali otwarty segregator na biurku. 

— „Specjalne zamówienie numer 143” — czytał głośno Jupiter. —„Dla A. Gunna przesłać do 

składu dziesięć kwadratowych, równo przyciętych kamieni, granit”. 

Jupiter spojrzał na pozostałych. 
— Dziesięć kwadratowych kamieni? 
—  Po  sto  kilo  kaŜdy  —  powiedział  Pete.  —  Razem  tona.  Co  Angus  chciał  zrobić  z 

dziesięcioma duŜymi kamieniami? Zbudować z nich jakiś monument? 

Jupiter potrząsnął głową zdezorientowany. 
— W Phantom Lake nie ma Ŝadnego monumentu — powiedział Rory. 
— MoŜe go postawił gdzie indziej? — rozwaŜał profesor Shay. 
— MoŜe zbudował Laurze pomnik w jakimś mieście — podsunął Cluny. 
— Nie — powiedział Jupiter z namysłem. — Jestem przekonany, Ŝe niespodzianka dla Laury 

znajduje  się  gdzieś  w  Phantom  Lake.  Z  tego,  co  Angus  napisał  w  dzienniku,  nie  wynika  nic 
innego. Zawsze wracał do domu pracować nad niespodzianką dla Laury. 

— Wobec tego, chłopcy, to, co zbudował, jest gdzieś ukryte — zadecydował profesor. — Nie 

moŜe być inaczej. Ukrył to tak sprytnie, Ŝe nikt się na to nigdy nie natknął. 

— Albo — odezwał się Bob — jest to coś tak oczywistego, Ŝe po prostu nie zwróciliśmy na 

to  uwagi!  Przypomina  mi  się  opowiadanie  Poego  o  skradzionym  liście.  Mogliśmy  cały  czas 

background image

patrzeć na to i nie widzieć, bo znajdowało się tuŜ pod naszym nosem! 

—  Z pewnością jest jeszcze coś, czego nie wiemy — powiedział gorzko profesor Shay. 
—  Wiem  jedno  —  rzekł  na  to  Pete.  —  Jest  późno  i  jestem  głodny.  Chodźmy  do  domu  coś 

zjeść. 

Wszyscy się roześmiali. 
— Chodźmy wszyscy do mnie — zaprosił Cluny. — Zatelefonujecie do rodziców,  koledzy. 

Mama nam zrobi świetną kolację, a my w tym czasie przystąpimy do rozwiązania zagadki! 

—  To  rozsądna  propozycja  —  uśmiechnął  się  profesor  Shay.  —Czy  pani  Gunn  zechce 

równieŜ nakarmić podstarzałego łowcę skarbów? 

—  Na  pewno  zechce,  panie  profesorze  —  odparł  Cluny.  Wrócili  tarasami  do  wyjścia  i 

pozostawionych  przy  nim  samochodów  i  rowerów.  Bob  i  Pete  załadowali  swoje  rowery  do 
pikapa i usadowili się w nim wraz z Jupe’em i Clunym. Kiedy juŜ ruszali, Pete powiedział: 

—  Wiem  jeszcze  jedną  rzecz,  Jupe.  Mówiłeś,  Ŝe  ta  sprawa  to  jak  zagadka-składanka. 

Wszystkie elementy razem dają odpowiedź. No to teraz mamy juŜ te elementy. Trzeba je tylko 
złoŜyć do kupy! 

background image

ROZDZIAŁ 18 

 

Jupiter wie! 

 

Pani Gunn dopilnowała tego, by jej goście najpierw zjedli spokojnie kolację. Dopiero potem 

przeszli do salonu porozmawiać o sprawie. Profesor Shay zaczął krąŜyć po pokoju. 

— Musimy rozwiązać tę zagadkę, chłopcy, bo Stebbins i Java Jim ukradną nam skarb sprzed 

nosa. Jest teraz jasne, Ŝe pracują do spółki. 

—  Nie  mamy  na  to  dowodu,  panie  profesorze  —  powiedział  Jupiter  z  namysłem.  —  Ale 

zgadzam  się,  Ŝe  zagadkę  rozwiązać  trzeba.  Znamy  wszystkie  jej  fragmenty,  dziennik  i  list 
Angusa, a jestem pewien, Ŝe Angus tak ułoŜył swoją szaradę, Ŝeby Laura mogła ją rozwiązać. 

— Tak — zgodził się Rory. — Tu ci przyznam rację. To jest zagadka dla osoby, która Ŝyła 

przed stu laty. Staraliście się, chłopcy, ją rozwiązać, ale mówiłem od początku, Ŝe ona jest dziś 
nie do rozwiązania. 

—  Tak  mówisz,  jakbyś  nie  chciał,  Ŝebyśmy  znaleźli  skarb,  Rory!  —zawołał  Cluny 

zapalczywie. 

—  No  to  go  znajdź  i  niech  juŜ  raz  będzie  temu  wszystkiemu  koniec!  —  powiedział  Rory 

ponuro. 

Jupiter połoŜył sobie list Angusa na kolanach i otworzył dziennik. Bob, Pete i Cluny skupili 

się wokół niego. 

—  Mamy  więc  wszystkie  cztery  etapy  ostatniego  kursu  Angusa,  wszystkie  dni,  które 

zbudowały niespodziankę dla Laury — podsumował Jupe. — Teraz musimy ustalić, na co nam 
wskazują  i  jak  się  to  ma  do  sekretu  Phantom  Lake,  czyli  do  legendy  o  widmie.  Musimy  się 
przekonać, co lustro ma z tym wszystkim wspólnego. 

Pete westchnął. 
— Tak, tak, zostało nam tylko parę drobiazgów do wyjaśnienia. 
Jupe ciągnął dalej, ignorując Ŝart Drugiego Detektywa. 
— Po pierwsze, Angus udał się do Powder Gulch po deski na śluzę, podpory i po górników. 

Sądząc  z  ilości  jedzenia,  które  kupił,  miał  dla  górników  duŜą  pracę  do  wykonania.  Po  drugie, 
popłynął  na  wyspę  Cabrillo,  zaproponował  coś  właścicielowi  i  ten  się  na  to  zgodził.  Wrócił  z 
wyspy  z  jakimś  ładunkiem.  Po  trzecie,  kupił  dziesięć  stukilowych  kamieni  od  braci  Ortegów  i 
przetransportował  je  tutaj.  Po  czwarte,  pojechał  do  Santa  Barbara  kupić  u  „Wrighta  i  Synów” 
ostatni  fragment  niespodzianki  dla  Laury.  Było  to  coś,  co  niemal  na  pewno  moŜna  znaleźć  na 
statku, poniewaŜ tylko takie rzeczy sprzedawali „Wright i Synowie” w tamtych czasach. Jest to 
przedmiot opatrzony mosięŜną tabliczką z nazwą sklepu. 

Rory zaśmiał się ze swojego miejsca przy oknie. 
— ZłóŜcie to wszystko razem i ruszajcie dalej, gońcie widmo, co go nawet w tym kraju nie 

ma! A jak juŜ złapiecie waszego ducha, powiedzcie mu, Ŝeby się przejrzał w lustrze! 

Bob poczerwieniał. 
— Rany, to naprawdę brzmi jak... 
Pani Gunn ściągnęła brwi i zwróciła się do Jupitera: 
— Kiedyście byli w kamieniołomie, przeszukałam dom, ale nie znalazłam niczego z tabliczką 

od „Wrighta i Synów”. Zupełnie nie wiem, co to mogło być. 

Jupiter potrząsnął głową ze smutkiem. 
— Cokolwiek by to miało być, jestem przekonany, Ŝe wszystkie zakupy Angusa składają się 

background image

na  jedną  całość.  Wszystkie  razem  tworzą  ową  niespodziankę  dla  Laury.  Zgodnie  z  listem 
Angusa, wiąŜe się ona z tym, co szczególnie lubił w domu. Tylko co to mogło być? 

— Coś duŜego — powiedział Cluny z nadzieją. 
— Co Angus zrobił z tą tarcicą? Gdzie ona jest? — zapytał profesor Shay. 
— A kamienie? — dodał Bob. — Gdzie je umieścił? Takie duŜe kamienie trudno ukryć. 
—  Słuchajcie!  —  zawołał  Pete.  —  Co  górnicy  umieją  robić  najlepiej?  Jupe,  ty  zawsze 

powtarzasz:  myślcie  o  najprostszym  wyjaśnieniu.  Górnicy  najlepiej  umieją  kopać!  Wykopali 
jakąś duŜą dziurę, uŜyli drewna i kamieni na wzmocnienie jej ścian! MoŜe zbudowali podziemną 
komnatę? 

Profesor Shay przestał chodzić tam i z powrotem po pokoju. 
— DuŜą dziurę? W ziemi? 
— Czemu nie? — zapytał Pete. — To by było dobre miejsce na ukrycie skarbu. MoŜe Angus 

kupił u „Wrighta i Synów” mosięŜną klamkę albo latarnię do oświetlania komnaty? 

— Ale co by mu było potrzebne z wyspy Cabrillo? — zapytał Jupiter. — Poza wszystkim, nie 

wydaje  mi  się,  Ŝeby  ukryta  komnata  była  wielką  niespodzianką  dla  Laury.  Pamiętaj,  Ŝe  Angus 
najpierw planował niespodziankę, a potem ukrył w niej skarb. 

Profesor Shay stał bez  ruchu  aŜ do momentu,  gdy  Pete powiedział o duŜej dziurze w ziemi. 

Teraz podszedł do okna, przy którym siedział Rory. 

— Czy widział pan gdzieś coś, co by wskazywało na istnienie takiej komnaty, McNab? 
— Nie, nigdy — mruknął Rany — To brednie! 
Profesor  patrzył  przez  okno  na  mały  staw  i  ciemne  drzewa.  Nagle  odwrócił  się  z 

błyszczącymi oczami. 

— Na Boga, myślę, Ŝe Pete ma rację! Górzysta Szkocja jest pełna ukrytych jaskiń i grot. List 

mówi, Ŝeby pamiętać, co Angus szczególnie kochał w Szkocji, a pani, pani Gunn, nie wie, co to 
było. MoŜe była to... 

—  Sekretna  podziemna  grota,  w  której  spotykali  się  z  Laurą  w  młodości!  —  wpadł  mu  w 

słowa Jupiter. — Grota, o której tylko Laura mogła wiedzieć! 

—  I  którą  Angus  odtworzył  tutaj  —  podjął  profesor.  —  Z  wyspy  Cabrillo  mógł  przywieźć 

stare hiszpańskie meble i dywany do ukrytej groty! 

— A takŜe lustro! — dodał Bob. 
Profesor Shay przytaknął w uniesieniu. 
—  Myślę,  Ŝe  znaleźliśmy  rozwiązanie,  chłopcy!  Grota  jest  najwidoczniej  dobrze  ukryta,  a 

wejście do niej prawdopodobnie zarosło chwastami i krzewami przez sto lat. Ale je znajdziemy! 
Jutro z samego rana zaczniemy przeczesywać kaŜdy centymetr Phantom Lake! 

— Zacznijmy jeszcze dzisiaj! — wykrzyknął Pete. — Mamy przecieŜ latarki. 
Profesor Shay potrząsnął głową. 
— Z pewnością wiele po ciemku nie znajdziemy. Poza tym wszyscy jesteśmy zmęczeni. Po 

dobrze przespanej nocy będziemy duŜo sprawniejsi. 

—  Skarb  nie  ucieknie,  chłopcy.  Cluny  powinien  iść  do  łóŜka  natychmiast  —  powiedziała 

zdecydowanie pani Gunn. 

— Ale Stebbins pewnie się tu kręci! I Java Jim teŜ! — protestował Cluny. 
—  Wątpię,  Ŝeby  im  udało  się  coś  znaleźć  po  nocy  —  pocieszył  go  profesor.  —  Trzeba 

zaryzykować zwłokę do rana, chłopcy, jeśli w ogóle moŜna mówić o jakimś ryzyku. 

Chłopcy  z  ociąganiem  przyznali  mu  rację.  Wiedzieli,  Ŝe  decyzja  profesora  jest  słuszna,  ale 

czekanie przez całą noc wydawało się takie długie! 

— Czuję, Ŝe i tak nie będziemy dobrze spać — powiedział Pete. 

background image

— Rozmyślajcie więc o wszystkich moŜliwych sposobach ukrycia tej podziemnej komnaty — 

odparł profesor Shay. — A jutro spotkamy się tutaj i zabierzemy do poszukiwań. 

— Szukajcie sobie beze mnie — powiedział Rany apatycznie. — Mam dość tych nonsensów. 
Profesor  Shay  odjechał  pierwszy.  Pete,  Bob  i  Jupiter  pomogli  Hansowi  załadować  meble, 

wybrane  przez  panią  Gunn  dla  wujka  Tytusa.  Potem  wspięli  się  wszyscy  trzej  na  tył  pikapa  i 
ruszyli do Rocky Beach. 

Jechali jakiś czas w milczeniu. Wreszcie Jupiter zapytał: 
— Jak byście oznaczyli wejście do takiej podziemnej komnaty? 
Pete się zastanowił. 
—  MoŜe  układając  jeden  na  drugim  część  tych  duŜych  kamieni.  Tak,  Ŝeby  wszystko 

wyglądało naturalnie, ale Laurze dało do myślenia. 

—  Albo  zasadziłbym  drzewo  —  powiedział  Bob.  —  Jakiś  specjalny  gatunek,  który  mają  w 

Szkocji. 

— Tak, to moŜliwe, Bob — przyznał Jupe. 
—  A  moŜe  to  było  lustro!  —  wykrzyknął  Pete.  —  Umieszczone  na  ziemi  lub  drzewie  tak, 

Ŝ

eby Laura mogła je zobaczyć z określonego miejsca! 

— Na przykład z okna, przy którym siadywała w domu — podjął Jupiter. — Albo ze szczytu 

wieŜy! 

— O rany! — wykrzyknął Bob. — KaŜde z tych przypuszczeń jest moŜliwe i załoŜę się, Jupe, 

Ŝ

e któreś jest słuszne! 

Jupiter skinął głową, spoglądając na pierwsze zabudowania Rocky Beach. 
—  Tylko  jedno  nie  daje  mi  spokoju  —  powiedział  z  wolna  —  Angus  mówi  w  liście,  Ŝeby 

pamiętać  o  tajemnicy  Phantom  Lake,  czyli  o  widmie,  które  czuwa  nad  jeziorem.  Nie  widzę 
związku ukrytej groty z tą legendą. 

— MoŜe zobaczymy, jaki ma związek, jak ją znajdziemy — zauwaŜył Pete. 
— Tak, prawdopodobnie masz rację — zgodził się Jupiter. 
Hans  odwiózł  Boba  i  Pete’a  do  ich  domów  i  pojechał  do  składu  złomu.  Jupiter  był  zbyt 

podekscytowany,  Ŝeby  pójść  spać.  Zrobił  sobie  gorącą  czekoladę  i  opowiedział  wujostwu  o 
wydarzeniach  dnia.  Po  wysłuchaniu  go  wujek  Tytus  poszedł  obejrzeć,  co  Hans  przywiózł  od 
pani  Gunn.  Ciocia  Matylda  stwierdziła  z  pełnym  przekonaniem,  Ŝe  ukryta  podziemna  grota 
stanowi świetne rozwiązanie zagadki. 

— Jestem pewna, Ŝe rano ją znajdziecie. A teraz marsz do łóŜka młody człowieku. Myślisz o 

wiele lepiej, kiedy jesteś wypoczęty. Zmykaj! 

Jupiter  długo  leŜał  bezszelestnie,  patrząc  na  świąteczne  światła  Rocky  Beach  za  oknem. 

Wreszcie  zaczął  zapadać  w  sen  wśród  rozmyślań  o  ukrytej  komnacie,  wielkich  kamieniach, 
drewnie na śluzę, wyspie Cabrillo, na którą Angus popłynął po... 

Nagle usiadł na łóŜku, wyprostowany jak struna! Mrugał oczami, wciąŜ na wpół przytomny. 

Za  oknem  było  ciemno,  ale  zegarek  wskazywał  ósmą  rano.  Z  dachu  dobiegało  równomierne 
bębnienie i uprzytomnił sobie, Ŝe pada ulewny deszcz. 

Ale nie przejmował się tym. Siedział zapatrzony w upojeniu w przeciwległą ścianę. Znał juŜ 

rozwiązanie zagadki Angusa Gunna. 

background image

ROZDZIAŁ 19 

 

Zagadka rozwiązana 

 

Jupiter ubrał się i zatelefonował do Boba i Pete’a. Poprosił, Ŝeby przyszli za piętnaście minut 

do składu. Znalazł juŜ rozwiązanie! 

— Co za ciemniak ze mnie — mówił — powinienem dawno się tego domyślić. Pospieszcie 

się! 

Potem zatelefonował do Phantom Lake. 
—  Myślę,  Ŝe  wiem,  gdzie  jest  skarb,  Cluny  —  oznajmił  zaspanemu  chłopcu.  —  Weź  kilof, 

łopatę i płaszcz przeciwdeszczowy i czekaj na nas. Hans nas przywiezie. 

Zbiegł  na  dół  do  kuchni  i  zjadł  szybko  talerz  płatków  zboŜowych.  Dopijał  właśnie  mleko, 

kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił profesor Shay. 

—  Jupiter?  LeŜałem  w  łóŜku  bezsennie  i  myślałem  o  tej  ukrytej  komnacie.  Przyszło  mi  na 

myśl, w jaki sposób Angus mógł oznaczyć miejsce, gdzie ją zbudował! Widmo... 

— Nie ma Ŝadnej ukrytej komnaty, profesorze — przerwał mu Jupiter. — Jestem pewien, Ŝe 

znalazłem rozwiązanie! 

— Co? Więc to nie jest Ŝaden ukryty pokój? Tylko co? Mów, Jupiterze! 
— Powiem panu na miejscu. Proszę się z nami spotkać nad jeziorem. 
— Ubieram się natychmiast! 
Dziesięć minut później Trzej Detektywi stali juŜ, ociekając deszczem na placu składu złomu. 

Pete  i  Bob  z  trudem  panowali  nad  sobą.  Gdy  tylko  podjechał  Hans  cięŜarówką,  wspięli  się  na 
krytą platformę i napadli Jupe’a. 

— Jakie masz rozwiązanie?! 
— Gadaj! 
—  Dobrze  —  powiedział  Jupiter  z  irytującym  uśmiechem.  —  Zasnąłem,  a  teoria  ukrytej 

komnaty  nie  dawała  mi  we  śnie  spokoju.  Musiało  mi  się  nagle  przypomnieć  to,  co  Bob 
powiedział wczoraj w drodze powrotnej do domu i wtedy wszystko zrozumiałem! 

Pete jęknął, podskakując od wstrząsów cięŜarówki. 
— A co takiego Bob powiedział? 
—  Powiedział  —  zaczął  Jupe  uroczyście,  folgując  swemu  zamiłowaniu  do  dramatyzowania 

—  Ŝe  być  moŜe  Angus  zasadził  jakiś  specjalny  gatunek  drzewa  w  Phantom  Lake.  I  jest  to 
dokładnie to, co Angus zrobił! 

— Posadził jakieś specjalne drzewo? — zdumiał się Pete. 
— Nie takie, jakie znał ze Szkocji, jak myślał Bob, ale takie, które by nasunęło Laurze myśl o 

rodzinnym domu. Popłynął na wyspę Cabrillo i kupił jeden z tych poskręcanych cyprysów, które 
wyglądają jak widma! Zaszczepił widmo w Phantom Lake! 

— O rany! — wykrzyknął Bob. — Zostało nam tylko odszukanie w Phantom Lake cyprysa! 
— Ale gdzie szukać? — zmartwił się Pete. — Tam są całe hektary porośnięte drzewami. 
—  Dowiesz  się  tego  z  reszty  szarady.  —  Jupe  promieniał.  —  Pomyślcie  raz  jeszcze  o 

wszystkich  jej  elementach.  Pierwszy:  górnicy  i  tarcica  na  śluzę  z  Powder  Gulch.  Miałeś,  Pete, 
absolutnie rację. Górnicy najlepiej umieją kopać i wykopali istotnie wielką dziurę. Jeśli chodzi o 
drzewo na śluzę, jest tylko jedna istotna rzecz, którą kompletnie przeoczyliśmy. Dlaczego Angus 
potrzebował właśnie takiej tarcicy? Nie zwykłego drewna czy desek na oszalowanie, takie jak w 
kopalni, ale właśnie drewna na śluzę? 

background image

Pete westchnął. 
— Dlaczego, Jupe? 
—  PoniewaŜ  takie  deski  są  specjalnie  wyprofilowane  i  tak  do  siebie  dopasowane,  Ŝeby  nie 

przepuszczały wody! Śluza w czymś zatrzymuje wodę, a Angus jej uŜył, Ŝeby wodę od czegoś 
odciąć! 

Bob otworzył szeroko oczy. 
— Od czego, Jupe? 
—  Od  duŜej,  długiej  dziury,  którą  kazał  wykopać  górnikom.  Na  czas  trwania  robót  trzeba 

było  utrzymać  tę  dziurę  suchą.  Następnie  kupił  dziesięć  wielkich  kamieni  i  zrobił  z  nich 
przejście. Na wyspie Cabrillo kupił cyprys, a u „Wrighta i Synów” latarnię okrętową! 

— Wyspa na stawie! — wykrzyknęli Bob i Pete równocześnie. 
— Tak jest! —— tryumfował Jupiter. — Angus zbudował małą wyspę w Phantom Lake! To 

była  ta  niespodzianka  dla  Laury.  Wszyscy  myśleli,  Ŝe  stary  Angus  znalazł  po  prostu  staw  z 
wyspą,  przypominający  jezioro  w  jego  rodzinnych  stronach.  Ale  tak  nie  było.  On  tę  wyspę 
zbudował.  Pierwotnie  znajdował  się  tam  pewnie  jakiś  mały  półwysep,  wcinający  się  w  staw. 
Angus postawił po obu jego stronach zapory z tarcicy i przekopał przezeń kanał. Wpuścił potem 
ponownie wodę do przekopu i ułoŜył w niej dziesięć wielkich kamieni, imitujących „Stąpnięcia 
Widma”. W taki sposób powstała wyspa. Latarnię od „Wrighta i Synów” umieścił na słupie, co 
miało przypominać latarnię morską, i odtworzył legendę o widmie, zasadzając skręcony cyprys. 

— I tak oto zbudował miniaturę tego, co kochał w domu, czyli widok na jezioro. To był jego 

prezent — niespodzianka dla Laury. 

—  Jupiter  przerwał  dla  nabrania  oddechu.  —  Później,  kiedy  pojawił  się  kapitan  z  „Argyll 

Queen” z towarzyszami, Angus wykorzystał wyspę na miejsce ukrycia skarbu. Jako wskazówkę 
zostawił list i drugi dziennik. 

Bob  i  Pete  milczeli  w  podziwie  dla  szarady  mądrze  ułoŜonej  przez  Angusa  i  sprytnego  jej 

rozwiązania przez Jupitera. 

— Czy nikt się nie zorientował, Ŝe wyspa została sztucznie utworzona? — zapytał wreszcie 

Bob. 

— Nikt, poza Angusem i górnikami, którzy ją odcięli od lądu — odparł Jupiter. — Do pracy 

w kopalniach najmowali się w tym czasie głównie włóczędzy, nieraz zbiegowie. Do czasu, gdy 
wszyscy  zaczęli  poszukiwać  ukrytego  skarbu,  większość  zatrudnionych  przy  tych  pracach 
wyniosła się prawdopodobnie gdzie indziej. Rodzina Angusa uznała, Ŝe wyspa jest naturalna, a o 
najęciu górników nie wiedzieli, bo nigdy nie czytali drugiego dziennika. 

— Dopiero my znaleźliśmy dziennik, a teraz odnajdziemy skarb! —zakończył Pete. 
— Jestem tego zupełnie pewien — stwierdził Jupiter. 
—  Jedna  tylko  rzecz  pozostaje  dla  mnie  niejasna  —  powiedział  Bob.  —  Co  miał  Angus  na 

myśli pisząc, Ŝeby dostrzec sekret w lustrze? 

— MoŜe chodziło mu o staw, o lustro wody? — podsunął Pete. 
— Myślę, Ŝe mogę to takŜe wyjaśnić — Powiedział Jupiter. — Ale najpierw chcę pójść nad 

staw... 

Tymczasem  cięŜarówka  skręciła  juŜ  na  boczną  drogę  do  Phantom  Lake  i  w  tym  momencie 

Hans zahamował gwałtownie. Chłopców rzuciło do tyłu. Pozbierali się i zeskoczyli z cięŜarówki. 
Hans zdąŜył juŜ wysiąść i biegł teraz drogą. 

Dojechali  do  ostatniego  zakrętu,  domu  nie  było  więc  jeszcze  widać.  Za  kępą  sosen,  na 

Ŝ

wirowym  poboczu  drogi,  stał  samochód  profesora  Shay’a.  Przednie  drzwi  były  otwarte,  na 

skraju fotela siedział profesor. 

background image

Obok stał Cluny i pochylał się nad nim. 
Hans dobiegł do samochodu. 
— Czy coś się panu stało, profesorze? 
— Chy... chyba wszystko w porządku — profesor obmacywał sobie szczękę. Gdy nadbiegli 

chłopcy, powiedział: — To był Java Jim! Parę minut temu, jechałem właśnie do Phantom Lake i 
go zobaczyłem. Próbowałem go zatrzymać, ale mnie uderzył i uciekł między drzewa! 

— Java Jim? Nie mamy więc ani chwili do stracenia! — wykrzyknął Jupiter — Cluny, bierz 

narzędzia, szybko! 

background image

ROZDZIAŁ 20 

 

Sekret w lustrze 

 

Pani  Gunn  popatrywała  za  nimi,  maszerującymi  w  deszczu  nad  staw.  Hans  i  profesor  Shay 

nieśli ze sobą narzędzia. 

— Bądźcie ostroŜni! — zawołała. — I starajcie się nie przemoczyć! 
Chłopcy  skinęli  głowami  i  zanurzyli  się  spiesznie  w  zarośla  obrastające  staw.  W  wąskim 

kanale  stawu  połyskiwały  obmyte  deszczem  „Stąpnięcia  Widma”.  Przemierzyli  je  susami  i 
stanęli na maleńkiej, porosłej sosnami  wyspie.  Miała nie więcej jak trzysta metrów szerokości, 
wznosiły się na niej dwa pagórki kilkumetrowej wysokości. 

—  Legenda  mówi,  Ŝe  widmo  z  wysokiej  skały  wypatruje  jeziora  wikingów  —  powiedział 

Jupiter.  —  Skręcony  cyprys  powinien  więc  zostać  zasadzony  w  jakimś  wysokim  punkcie  na 
skraju wyspy! 

ObrzeŜem  wyspy  dotarli  aŜ  na  jej  drugi  koniec.  Deszcz  spływał  po  ich  płaszczach  i 

kapeluszach,  pojedyncze  krople  ściekały  im  wzdłuŜ  szyi  po  plecach.  Wspięli  się  na  małe 
wzgórze, na którym stał słup z zawieszoną na nim latarnią. Pete przyjrzał się jej z bliska. 

—  Jupe  miał  rację!  Do  latarni  przytwierdzona  jest  mosięŜna  tabliczka  z  napisem  „Wright  i 

Synowie”! 

— Poszukajmy teraz cyprysa — ponaglał Jupiter. — Nie musimy daleko szukać. 
— Tam jest! — wykrzyknął profesor Shay. 
Mały, skręcony cyprys, identyczny jak te, które oglądali na wyspie Cabrillo, rósł o jakieś pięć 

metrów  od  słupa  z  latarnią.  Wśród  deszczu  przypominał  zupełnie  widmo  z  sękatą  głową  i 
długimi,  chudymi  ramionami,  wyciągniętymi  w  stronę  wody.  Stał  tu,  cierpliwie  wypatrując 
nadciągających wikingów. 

Pete obejrzał się na dom, stojący na wprost wykopanego przez Angusa kanału. 
— Patrzcie. Cyprys jest kompletnie schowany za większymi krzewami. Nic dziwnego, Ŝe go 

nigdy nie zauwaŜyliśmy, patrząc od strony domu. 

Jupiter skinął głową. 
—  Prawdopodobnie  wtedy,  kiedy  go  Angus  zasadził,  był  doskonale  widoczny,  ale  te 

karłowate cyprysy rosną bardzo wolno. Pewnie nawet metra mu nie przybyło przez te sto lat, w 
czasie których inne drzewa wzbiły się wysoko. 

— Mniejsza z tym, Jupe! Bierzmy się do kopania! — zawołał Pete. 
Bob rozglądał się wokół cyprysa. 
— Javy Jima nie było tu jeszcze. Nie ma Ŝadnych śladów. 
Cluny wziął kilof od Hansa. 
— Chodź, Pete. Przekopiemy wokół... 
— Nie — przerwał mu Jupiter. — Tutaj nie będziemy kopać. 
Wszyscy patrzyli na niego. 
—  PrzecieŜ  list  mówi,  Ŝeby  pamiętać  o  tajemnicy  Phantom  Lake.  To  musi  znaczyć,  Ŝeby 

szukać tam, gdzie jest widmo — powiedział profesor Shay. 

—  List  mówi  takŜe  „zobacz  sekret  w  lustrze”  —  przypomniał  mu  Jupiter.  —  Angus  chciał 

powiedzieć, Ŝeby patrzeć na odbicie widma w lustrze. 

— Tu nie ma Ŝadnego lustra, Jupe — zauwaŜył Pete. 
—  Nie,  Angus  nie  rozumiał  tego  polecenia  dosłownie.  Chodziło  mu  o  to,  Ŝeby  zobaczyć 

background image

sekret  jak  w  lustrze.  Lustro  wszystko  odwraca!  Dawał  więc  do  zrozumienia,  Ŝeby  odwrócić 
widmo  w  celu  znalezienia  skarbu!  —  Jupe  spojrzał  na  stare,  karłowate  drzewo.  —  Widmo 
spogląda i wskazuje na staw. Musimy je więc odwrócić i szukać skarbu w kierunku przeciwnym 
do  jego  wyciągniętych  rąk!  Przechodząc  od  słów  do  czynów,  Jupiter  stanął  przed  małym 
cyprysem i patrzył z tego punktu wzdłuŜ cienkiej, wyciągniętej jak ramię gałęzi. Bob stanął obok 
niego. 

— Wiele nie zobaczymy w tym deszczu — powiedział. — Za ciemno dzisiaj. 
— Daj mi latarkę, Cluny — zawołał Jupiter. 
Cluny  podał  mu  silną  latarkę,  Jupe  zapalił  ją  i  przyłoŜył  do  gałęzi.  Jasny  snop  światła  padł 

poprzez smugi deszczu na płaską połać gęstego poszycia. Jupiter skoczył w tym kierunku. 

— Chodźcie szybko wszyscy! — zawołał. 
Zbiegli  ze  wzgórza  na  jego  płaskie  podnóŜe.  Teren  był  gęsto  zarośnięty  i  pozbawiony 

wszelkich  charakterystycznych  punktów.  Nie  było  tu  Ŝadnego  miejsca,  gdzie  miałby  być 
zakopany skarb. Niczego, co by się rzucało w oczy... aŜ do tej chwili! 

Stali jak wryci, wpatrując się w powyrywane krzewy i ziejącą wśród nich dziurę! 
— JuŜ go nie ma! — krzyknął Cluny. 
— Ktoś domyślił się wszystkiego przed tobą, Jupe — jęczał Pete. 
Profesor Shay pochylił się i podniósł z ziemi mosięŜny guzik. 
— Java Jim! Dlatego mnie uderzył i uciekł. JuŜ miał skarb! 
— Trzeba natychmiast zawiadomić policję! — powiedział Hans. 
Pobiegli  szybko  po  „Stąpnięciach  Widma”  do  domu.  Jupiter  poprosił  panią  Gunn,  Ŝeby 

zatelefonowała  na  posterunek  policji  w  Rocky  Beach  i  dała  znać  jego  komendantowi, 
Reynoldsowi, Ŝe Trzej Detektywi potrzebują pomocy. Trzeba zatrzymać Javę Jima! 

— My pójdziemy tam, gdzie pana zaatakował, profesorze. MoŜe odnajdziemy jakiś trop! 
Gdy tylko znaleźli się na poboczu drogi za zakrętem, gdzie stał samochód profesora Shay’a, 

zaczęli przeszukiwać, w  świetle latarek,  teren wokół. Na Ŝwirze przy samochodzie  nie znaleźli 
Ŝ

adnych  śladów.  Profesor  wskazał  miejsce  trochę  bardziej  oddalone.  Tam,  w  wilgotnej  ziemi, 

widniały  odciski  butów.  Przecinały  błotniste  miejsce,  kierując  się  wprost  na  szosę.  Profesor 
westchnął. 

— Musiał mieć przy szosie samochód. Uciekł, chłopcy! 
Jupiter przypatrywał się śladom. 
— Są bardzo płytkie. Czy Java Jim niósł coś, kiedy go pan zobaczył? 
— Nie, Jupiterze. Widocznie miał juŜ skarb w samochodzie i tylko po coś wrócił. Obawiam 

się, Ŝe juŜ go nie znajdziemy. 

— Być moŜe — powiedział Jupiter z wolna, idąc z powrotem do samochodu profesora. Nagle 

przystanął i rozejrzał się. — Gdzie jest Rory? 

— Rory? — powtórzył Cluny. — Nie widziałem go od rana. Lubi wczesne przechadzki. 
W oczach Jupitera pojawił się błysk. 
— Cluny, mówiłeś, Ŝe Rory pracuje u was dopiero od roku. Jak on się tutaj w ogóle znalazł? 
—  N..  no,  zjawił  się  po  prostu  pewnego  dnia  z  listem  od  naszych  znajomych  ze  Szkocji. 

Wiedział wszystko o naszej rodzinie i o dawnej siedzibie. 

— KaŜdy mógł się tego dowiedzieć! — powiedział Pete zdecydowanie. — Jupe, czy myślisz, 

Ŝ

e Rory współdziała z Javą Jimem? A moŜe to on jest Javą Jimem? 

— Jest tego samego wzrostu i tuszy. Od początku starał się nas powstrzymać od poszukiwań 

Ilekroć Java Jim usiłował odebrać nam dziennik  Angusa, Rory przebywał poza Phantom  Lake. 
W wymarłym mieście zjawił się zadziwiająco szybko po ucieczce Javy Jima! 

background image

— Wiedział, Ŝe jesteśmy w kamieniołomie bo sam nas tam zawiózł — przyłączył się Bob. — 

On  pierwszy  usłyszał  od  nas  o  owej  tonie  kamieni.  Mógł  nas  zamknąć  w  chacie  i  pojechać  do 
Phantom Lake Ŝeby zburzyć wędzarnię. Nie miał jeszcze pojęcia, jak duŜe były te kamienie! 

— Ale myśmy widzieli Stebbinsa przy tej chacie — powiedział profesor Shay. 
— Tak — zgodził się Jupiter — ale Stebbins usiłował rozbić kłódkę na drzwiach. Gdyby to 

on zamknął Boba i Pete’a, wiedziałby, Ŝe nie weszli do chaty drzwiami. I... 

Jupiter urwał i zamyślił się. 
— Chłopaki, czy  kiedy  ścigaliśmy wczoraj podpalacza, któryś z was  go  faktycznie widział? 

— zapytał wreszcie. 

Chłopcy wymienili spojrzenia. śaden nikogo nie widział! 
—  Ścigaliśmy  go,  bo  Rory  powiedział,  Ŝe  widział  Javę  Jima  —  mówił  dalej  Jupe  —  ale 

zastanawiam się teraz, czy to prawda. Czy w ogóle widział kogokolwiek? 

— Chcesz więc powiedzieć, Ŝe to Rory  podłoŜył ogień w  szopie, a potem  udawał, Ŝe widzi 

Javę Jima, bo sam jest Javą Jimem? —zapytał Bob. 

— Profesor Shay teŜ widział uciekającego — wtrącił Cluny. 
—  I  myślał,  Ŝe  to  Stebbins  —  powiedział  Jupiter.  —  Panie  profesorze,  czy  rzeczywiście 

widział pan kogoś uciekającego po poŜarze, czy tylko zdawało się panu, Ŝe kogoś widzi? 

—  Stebbins  wciąŜ  zaprzątał  moje  myśli  —  odparł  profesor  z  wolna.  —  Ale  teraz 

uświadamiam  sobie,  Ŝe  istotnie  nikogo  nie  widziałem!  Rory  twierdził,  Ŝe  to  był  Java  Jim,  ja 
jednak widziałem.., to znaczy myślałem, Ŝe widzę Stebbinsa. 

— To Rory jest złodziejem! — wykrzyknął Pete. — Rory wziął... 
— A co takiego Rory ukradł? — zagrzmiał czyjś głos. 
Z deszczu wyłonił się Rory i patrzył na nich wściekle. 
—  Uch!  —  Jupiter  przełknął  głośno  ślinę  i  oparł  się  cięŜko  o  maskę  samochodu  profesora. 

Latarka wypadła mu z ręki. Schylił się, Ŝeby ją podnieść. 

— Hans! — krzyknął ostro profesor Shay. — Trzymaj Rory’ego, Ŝeby nie uciekł! 
Jupiter  podniósł  się.  Na  jego  twarzy  malował  się  dziwny  wyraz.  PołoŜył  ponownie  rękę  na 

masce samochodu profesora. 

— Nie, Hans — powiedział nagle. — To nie Rory. Myliłem się. 

background image

ROZDZIAŁ 21 

 

Skarb z „Argyll Queen” 

 

Hans patrzył na Jupe’a z wahaniem. 
— Nie odstępuj Rory’ego, Hans! — rozkazał profesor Shay. — O czym ty mówisz, Jupiterze? 

Właśnie udowodniłeś, Ŝe to Rory... 

— On nas zamknął w kamieniołomie, Jupe! — wykrzyknął Pete. 
— On podłoŜył ogień w szopie i rozwalił wędzarnię! — wykrzyknął Pete. 
Rory zbladł nagle. 
— Co? Przepraszam, ale... 
— Nigdzie nie pójdziesz — Hans ujął go mocno za ramię. 
Jupiter potrząsnął głową. 
—  Rory  podpalił  szopę,  zamknął  w  chacie  Boba  i  Pete’a  i  przeszukał  wędzarnię.  Starał  się 

przeszkodzić w znalezieniu skarbu. Ale nie on jest Javą Jimem i nie on zabrał skarb. 

— Mówisz więc, Ŝe to Java Jim i Stebbins? — zapytał profesor. 
— Java Jim tak, ale nie Stebbins — odparł Jupiter. — Stebbins nie chce skarbu. Myślę, Ŝe w 

pewnej  mierze  starał  się  nam  pomóc.  Kiedy  się  włamał  do  Kwatery  Głównej,  nie  ukradł 
dziennika  Angusa,  co  udaremniłoby  nam  dalsze  poszukiwania.  Sfotografował  go  tylko.  Co 
najwaŜniejsze, zawsze widzieliśmy Stebbinsa po natknięciu się najpierw na Javę Jima. On śledził 
zarówno Javę Jima, jak i nas! Myślę, Ŝe w Santa Barbara chciał tylko porozmawiać z nami, ale 
go  wystraszyliśmy.  Sądzę,  Ŝe  to  on  wysłał  tamtego  chłopca  z  baru  do  Hansa,  Ŝeby  go 
zawiadomić, Ŝe jesteśmy uwięzieni w barce. A kiedy widzieliśmy go w kamieniołomie, usiłował 
uwolnić Boba i Pete’a. 

— UwaŜasz więc, Ŝe Java Jim działał sam? — zapytał Pete. 
— Tak i nie, Pete — odparł cicho Jupiter. 
— Co przez to rozumiesz, Jupe? — zdziwił się Cluny. — Jak mógł... 
—  Java  Jim  jest  dziwnym  człowiekiem  —  przerwał  mu  Jupiter.  —  Zdaje  się  być 

cudzoziemcem,  a  jednak  świetnie  zna  te  strony.  Zjawił  się  w  składzie  złomu  zaraz  po  pobycie 
Boba w Towarzystwie Historycznym. Z niewiadomych powodów włamał się do Towarzystwa w 
dniu  naszej  wyprawy  na  wyspę  Cabrillo.  W  Santa  Barbara  nie  szukał,  jak  my,  starych 
dokumentów  w  „Sun-Press”,  ale  poszedł  wprost  do  pana  Widmera.  Skąd  wiedział  o  jego 
prywatnym archiwum? 

— Słusznie! — wykrzyknął Bob. — Skąd wiedział? 
—  Wiedział  o  panu  Widmerze,  poniewaŜ  jest  znawcą  historii  naszego  regionu  —  Jupiter 

patrzył  teraz  w  oczy  profesorowi  Shay’owi.  —Nie  tylko  Rory  zjawił  się  w  wymarłym  mieście 
zaraz  po  ucieczce  Javy  Jima.  Pan  równieŜ,  profesorze!  Profesor  Shay  jest  uczonym 
specjalizującym się w lokalnej historii i jest Javą Jimem! On ukradł skarb dzisiejszego rana! 

Profesor Shay roześmiał się. 
—  Wolne  Ŝarty,  Jupiterze!  Nie  czuję  się  dotknięty  tym  podejrzeniem,  mój  chłopcze,  mylisz 

się jednak całkowicie. Zresztą, jestem o wiele za mały, Ŝeby być tym bandytą. 

—  Nie,  proszę  pana,  jest  pan  tylko  szczuplejszy.  Gruba,  marynarska  kurtka  wyrównała 

róŜnicę. 

— A jak zdołałem ukraść rano skarb, leŜąc w łóŜku w domu? 
—  Zeszłego  wieczoru,  kiedy  Pete  wpadł  na  pomysł  z  dziurą  w  ziemi,  dostrzegł  pan 

background image

rozwiązanie  zagadki,  nim  ja  je  zobaczyłem.  Wrócił  pan  nad  ranem  do  Phantom  Lake  i  znalazł 
skarb,  prawdopodobnie  w  ten  sam  sposób,  co  ja,  przykładając  latarkę  do  gałęzi  cyprysa. 
Przechodząc  ze  skarbem  koło  domu  Gunnów,  usłyszał  pan  telefon.  Podkradł  się  pan  blisko  i 
podsłuchiwał, Ŝeby się upewnić, czy rozmowa telefoniczna nie okaŜe się dla pana niebezpieczna. 
Wtedy  właśnie  usłyszał  pan,  jak  Cluny  powtórzył,  Ŝe  mamy  rozwiązanie  i  Ŝe  zaraz 
przyjedziemy. Gdyby pan uciekł a my znaleźlibyśmy pustą dziurę, podejrzenie mogło skierować 
się później na pana. Ale jeśli stworzyłby pan pozory, Ŝe mityczny Java Jim zabrał skarb i uciekł, 
nikt by pana nigdy o nic nie podejrzewał. Policja szukałaby Javy Jima! Wśliznął się pan więc nie 
zauwaŜony do domu, zatelefonował do mnie, udając, Ŝe dzwoni od siebie i następnie oczekiwał 
pan  nas  przy  drodze.  Sam  pan  zrobił  te  ślady  w  błocie  i  wmówił  nam,  Ŝe  to  Java  Jim  pana 
zaatakował. 

Wszyscy  patrzyli  teraz  na  profesora.  W  oddali  rozległy  się  syreny.  Samochód  policyjny 

nadjeŜdŜał szosą. 

Profesor Shay uśmiechnął się. 
— Potrafisz to wszystko udowodnić, chłopcze? 
— Tak, proszę pana poniewaŜ popełnił pan duŜy błąd. Powiedział pan o ósmej rano, Ŝe jest u 

siebie w domu, a potem, Ŝe przyjechał tu  krótko  przed nam.  Lało dziś jak z cebra długo przed 
ósmą. 

— Padało? — profesor roześmiał się. — Nie widzę... 
—  Ziemia  pod  pańskim  samochodem  jest  sucha,  a  silnik  samochodu  jest  zupełnie  zimny. 

Musiał pan przyjechać grubo przed ósmą. 

Profesor  wydał  okrzyk  wściekłości,  odwrócił  się  i  zaczął  biec  w  stronę  szosy.  Syrena 

policyjna wyła juŜ na drodze. Shay zboczył w stronę drzew. Wtem z mokrych zarośli wynurzyła 
się  drobna  sylwetka  i  skoczyła  na  profesora.  Rozpoczęła  się  szamotanina,  a  w  tym  samym 
momencie  nadjechał  samochód  policyjny  i  zatrzymał  się  na  poboczu.  Dwaj  policjanci 
pochwycili walczących. 

Chłopcy, Hans i Rory podbiegli do samochodu policyjnego. Komendant Reynolds z wyrazem 

zdumienia na twarzy wpatrywał się w profesora i... Stebbinsa! 

— Co się tu dzieje, chłopcy? — Czy ten młody człowiek, który się bił z profesorem Shay’em, 

to Stebbins? Czy to on jest złodziejem? 

—  Jestem  Stebbins,  ale  nie  ja  jestem  złodziejem,  lecz  Shay!  —wykrzyknął  młodzieniec  z 

bujną czupryną. 

— On ma rację, komendancie — powiedział Jupiter. — Złodziejem jest profesor Shay! 
Wyjaśnił komendantowi, jak odkrył tę prawdę. 
—  Przypuszczam,  Ŝe  Stebbins  nigdy  złodziejem  nie  był  —  dodał.  —  Zapewne  dawno  temu 

odkrył zamiary profesora, ten zaś sfabrykował przeciw niemu fałszywe oskarŜenie, Ŝeby się go 
pozbyć. 

—  To  prawda!  —  przytaknął  Stebbins.  —  Kiedy  zwolniono  mnie  warunkowo  z  więzienia, 

wróciłem tu, Ŝeby udowodnić swoją niewinność, i dlatego śledziłem profesora. 

— Jeśli zabrał pan skarb, profesorze — powiedział surowo komendant — radzę powiedzieć 

nam od razu, gdzie on się znajduje. Ułatwi pan sobie tylko sprawę. 

Profesor Shay wzruszył ramionami. 
—  Zgoda.  Jupiter  wygrał.  Pod  tylnym  siedzeniem  mojego  samochodu  jest  zagłębienie.  Tam 

znajdziecie wszystko. 

Wrócili do samochodu profesora Shay’a, po czym dwaj policjanci  podnieśli tylne siedzenie. 

Wyciągnęli  następnie  marynarską  kurtkę  i  czapkę,  zabłocone  wysokie  buty,  grube  spodnie  i... 

background image

maskę z czarną brodą, blizną i włosami! 

— Po prostu wciągał to wszystko na głowę — powiedział komendant Reynolds. — Wkładał 

czapkę, kurtkę, zmieniał głos i był Javą Jimem! 

Ale  nikt  go  nie  słuchał.  Stali,  wpatrzeni  w  to,  co  znajdowało  się  pod  przebraniem:  w 

połyskującą  masę  kosztowności.  Były  tam  pierścienie,  bransolety,  naszyjniki,  wysadzane 
klejnotami sztylety i kasetki, złote monety. Łup wschodnioindyjskich piratów, skarb zrabowany 
z licznych statków i osad! 

— O rany! — wykrzyknął Pete. — To musi być warte miliony! 
— Fantastyczne — powiedział Rory. 
Nagle profesor Shay wybuchnął: 
—  To  moje,  słyszycie?!  —  krzyczał.  —  Nie  jestem  złodziejem!  Angus  był  złodziejem! 

Ukradł to moim przodkom! Ja jestem potomkiem kapitana „Argyll Queen”! 

— O tym zadecyduje sąd — powiedział komendant Reynolds stanowczym tonem. — Wątpię, 

Ŝ

eby mógł pan po stu latach poprzeć dowodami swoje roszczenia. Zresztą, pański kapitan teŜ to 

ukradł piratom. A oni pierwsi wszystko to innym ukradli. Moim zdaniem, skarb naleŜy teraz do 
pani  Gunn.  Być  moŜe  nie  jest  pan  w  pełni  tego  słowa  złodziejem,  ale  i  tak  pójdzie  pan  do 
więzienia za włamywanie się do cudzych domów i czynne zniewaŜanie ludzi! 

— A takŜe za fałszywe oskarŜenia wobec Stebbinsa! — dodał Bob. 
Komendant skinął głową. 
— Zabierzcie go! 
Odprowadzono profesora Shay’a do samochodu policyjnego. Pozostali wraz z komendantem 

Reynoldsem poszli do domu Gunnów po skrzynkę na kosztowności, które komendant musiał na 
razie  zatrzymać  jako  dowód  rzeczowy.  Podekscytowany  Cluny  opowiedział  matce,  co  się 
zdarzyło. Pani Gunn była oszołomiona. 

— A więc skarb istniał i wyście go znaleźli? — pytała. — Nie mogę w to uwierzyć. 
— Tak, mamo, i skarb jest nasz! Jesteśmy bogaci! 
Pani Gunn uśmiechnęła się. 
—  To  się  okaŜe.  Ale  przede  wszystkim,  dziękuję  wam,  chłopcy.  Jesteście  doprawdy 

ś

wietnymi detektywami! 

Chłopcy promienieli ze szczęścia. 
—  Jupe  —  zaczął  Pete  z  wolna  —  nie  mogę  jednego  zrozumieć.  Profesor  Shay  był  Javą 

Jimem  i  od  początku  chciał  dobrać  się  do  skarbu  przed  nami,  ale  ty  twierdzisz,  Ŝe  to  Rory 
podpalił  szopę,  zamknął  nas  w  kamieniołomie  i  robił  wszystko,  Ŝeby  nam  przeszkodzić. 
Dlaczego? 

Jupiter uśmiechnął się szeroko. 
— Nie jestem pewien, Pete, ale chyba moje domysły są słuszne. Myślę, Ŝe Rory chciałby się 

oŜenić z panią Gunn i obawia się, Ŝe ona go nie zechce, kiedy się stanie bogata! 

Pani Gunn spojrzała na Rory’ego ze zdziwieniem. Hardy Szkot poczerwieniał jak burak. 
— AleŜ Rory — uśmiechnęła się pani Gunn — nigdy bym się tego nie domyśliła. 
Wszyscy uśmiechali się do niego. Rory spłonął jeszcze głębszym rumieńcem. 

background image

ROZDZIAŁ 22 

 

Alfred Hitchcock gratuluje 

 

Alfred Hitchcock patrzył na Trzech Detektywów w zadziwieniu. 
—  Niewiarygodne.  Skarb  przetrwał  sto  lat,  a  wy  znaleźliście  go,  pokonując  niesłychane 

trudności! 

Chłopcy  siedzieli  w  salonie  znanego  reŜysera,  co  stało  się  juŜ  tradycyjnym  obrządkiem  na 

zakończenie  kaŜdej  sprawy  prowadzonej  przez  młodocianych  detektywów.  Pan  Hitchcock  był 
ich  przyjacielem  i  mistrzem.  Przynosili  mu  sprawozdania  Boba  z  kolejnych  przygód, 
dyskutowali nad nimi, a pan Hitchcock opatrywał je wstępem. 

— Prezentowanie tej sprawy będzie dla mnie prawdziwą przyjemnością — powiedział. 
— Dziękujemy panu i pragniemy się czymś zrewanŜować — odparł Jupiter z powagą. Schylił 

się  do  leŜącej  na  podłodze  torby  i  wydobył  z  niej  zdobny  klejnotami  sztylet  malajski.  — 
Otrzymaliśmy to od pani Gunn jako nagrodę. Broń z pirackiego skarbu do pańskiej kolekcji. 

— Dzięki, Jupiterze. Dodam to do galerii pamiątek prowadzonych przez was spraw. Ale czy 

zostało coś jeszcze dla was? 

— O tak. Pani Gunn podarowała nam równieŜ pierścień, który znaleźliśmy w skrytce skrzyni. 

Okazał się dosyć wartościowy. 

—  To  dobrze.  Powiedzcie  mi  teraz  coś  więcej  o  profesorze  Shay’u.  Czy  istotnie  jest 

potomkiem kapitana „Argyll Queen”? 

—  Tak,  to  prawda  —  odparł  Jupiter.  —  Jest  teŜ  naprawdę  historykiem  i  był  w  młodości 

marynarzem.  Te  oba  zainteresowania,  historią  i  morzem,  skłoniły  go  do  studiów  nad  dziejami 
własnej rodziny, dzięki czemu odkrył legendę o skarbie Gunna. Podjął pracę w naszym regionie, 
Ŝ

eby wszcząć poszukiwania skarbu piratów. Stebbins zorientował się w jego poczynaniach, więc 

Shay spreparował przeciw niemu fałszywe oskarŜenie i posłał go do więzienia. Kiedy pani Gunn 
podarowała  Towarzystwu  Historycznemu  pierwszy  zeszyt  dziennika  Angusa,  Shay  zorientował 
się,  Ŝe  brak  w  nim  zapisów  z  ostatnich  dwu  miesięcy  Ŝycia  Angusa,  tak  jak  podejrzewałem. 
Domyślił się, Ŝe gdzieś musi się znajdować drugi zeszyt dziennika. Wielokrotnie włamywał się 
do  domu  Gunnów  i  przeszukiwał  dobytek  Angusa.  Wytropił  teŜ  rzeczy,  które  pani  Gunn 
sprzedała. Kiedy spóźnił się z przechwyceniem starej skrzyni w San Francisco, przybył w ślad za 
nią  do  tutejszego  muzeum  i  tam  natknął  się  na  nas.  Właściciel  muzeum,  pan  Acres,  znał  go,  a 
profesor  nie  Ŝyczył  sobie,  by  ktokolwiek  domyślił  się,  Ŝe  chce  zagarnąć  skarb,  uŜył  więc 
przebrania  Javy  Jima.  Stworzył  tę  postać  od  chwili  pojawienia  się  skrzyni,  bojąc  się 
zdemaskowania. 

Kiedy  przyłączył  się  do  nas  w  poszukiwaniach  —  ciągnął  Jupiter  —  tak  dalece  chciał  nas 

przekonać o istnieniu Javy Jima, Ŝe zmyślił historię o jego rzekomym włamaniu do Towarzystwa 
Historycznego. To był błąd, gdyŜ z chwilą kiedy się domyśliłem, Ŝe Shay moŜe być złodziejem, 
ta historia wydała mi się oczywistym kłamstwem. Java Jim nie miał Ŝadnego powodu włamywać 
się do Towarzystwa Historycznego. 

—  To  typowe  dla  przestępcy  —  wtrącił  pan  Hitchcock.  —  Nadmiernie  się  stara  być 

przebiegły. 

—  Profesor  Shay  nie  jest  prawdziwym  przestępcą  —  powiedział  Bob.  —  Zaślepiła  go 

chciwość  i  teraz  swojego  czynu  Ŝałuje.  Pani  Gunn  uznała,  Ŝe  istotnie  ma  on  podstawy  do 
pewnych  roszczeń  i  chce  oddać  profesorowi  jedną  trzecią  skarbu.  Shay  opłaci  z  tego  swoją 

background image

obronę  w  procesie.  Większą  część  skarbu  pani  Gunn  ofiarowała  Towarzystwu  Historycznemu, 
dla wzbogacenia jego zbiorów. 

— Pani Gunn jest doprawdy wspaniałomyślną osobą — zauwaŜył reŜyser. — MoŜe profesor 

Shay się zmieni na lepsze. Czy grozi mu więzienie? 

—  Ani  pani  Gunn,  ani  my  nie  wnosimy  oskarŜeń  —  odpowiedział  Jupiter.  —  Włamań  do 

domu Gunnów nie moŜna udowodnić. Będzie jednak sądzony za swoje najgorsze uczynki, to jest 
za krzywoprzysięstwo i oszustwo kryminalne przy oskarŜeniu Stebbinsa. 

Pan Hitchcock skinął głową. 
— Więc Stebbins śledził profesora, starając się udowodnić swoją niewinność? 
—  Tak  jest  i  za  wszelką  cenę  chciał  się  dowiedzieć,  co  teŜ  profesor  wie  o  skarbie  — 

powiedział  Pete.  —  Widział  go,  jak  uciekał  z  ceratową  okładką  ze  składu  złomu  w  przebraniu 
Javy  Jima  i  jak  później  tę  okładkę  wyrzucił.  Zobaczył,  Ŝe  jest  pusta,  ale  domyślił  się,  Ŝe  musi 
istnieć  drugi  zeszyt  dziennika.  Nie  wiedział  jeszcze,  Ŝe  my  go  mamy.  Dlatego  próbował  go 
szukać w Phantom Lake. Rory zobaczył go i przegonił. 

—  Mogę  się  domyślić,  co  nastąpiło  dalej  —  wtrącił  reŜyser.  —  Stebbins  widział  was, 

chłopcy,  z  dziennikiem.  śeby  wiedzieć,  jak  rozwinie  się  sytuacja,  sfotografował  ten  dziennik. 
Naprawdę chciał wam pomóc, ale obawiał się, Ŝe uwierzycie raczej profesorowi niŜ jemu. 

— Tak dokładnie było — przytaknął Bob. — Stebbins wiedział, Ŝe wierzymy w kaŜde słowo 

profesora  Shay’a.  Chodził  więc  za  nami,  Ŝywiąc  nadzieję,  Ŝe  znajdzie  przeciw  niemu  jakiś 
dowód, przy okazji pomagając nam w trudnych sytuacjach. 

—  Stebbins  jest  wolny  od  wszelkich  zarzutów  i  odzyskał  pracę  w  Towarzystwie 

Historycznym! — dodał Jupiter. 

— Wspaniale! — ucieszył się pan Hitchcock. — A co z romantycznym Rorym? 
—  No  więc  —  Jupiter  uśmiechnął  się  —  przyznał,  Ŝe  chce  poślubić  panią  Gunn.  Starał  się 

nam przeszkodzić z obawy, Ŝe ona nie zechce takiego biedaka jak on. 

— A co na to mówi pani Gunn? — zapytał reŜyser. 
— Powiedziała, Ŝe się namyśli — zachichotał Pete. 
— To znaczy, Ŝe powie tak — stwierdził pan Hitchcock. — Świetnie się spisaliście, chłopcy. 

Gratuluję! 

Podnieśli się, gotowi do wyjścia, gdy pan Hitchcock zatrzymał ich. 
— Twoje  dedukcyjne  rozumowanie, Jupe, było znakomite,  ale uderzyło  mnie jedno.  MoŜna 

znaleźć inne wyjaśnienie, dlaczego ziemia pod samochodem profesora Shay’a była sucha. Mógł, 
na  przykład,  zatrzymać  się  w  tym  samym  miejscu  przedtem  Java  Jim,  a  przy  deszczowej 
pogodzie silnik stygnie szybko. 

— To prawda — przyznał Jupiter. — Ale kiedy się domyśliłem, Ŝe profesor Shay i Java Jim 

to ta sama osoba, przypomniał mi się gorszy błąd profesora. 

— Co takiego? 
—  Kiedy  Rory  podpalił  szopę,  udawał  potem,  Ŝe  widzi  uciekającego  Javę  Jima.  Profesor 

upierał  się  jednak,  Ŝe  to  był  Stebbins.  Oczywiście  nie  widział  nikogo,  ale  kłócił  się  z  Rorym 
zawzięcie. Wiedział bowiem... 

—  śe  Rory  nie  mógł  widzieć  Javy  Jima  —  dokończył  pan  Hitchcock.  —  Sam  był  przecieŜ 

Javą Jimem! 

—  Tak  —  uśmiechnął  się  Jupiter.  —  To  samo  potknięcie  omal  mu  się  nie  przydarzyło  w 

chwilę przed tym, jak zauwaŜyłem, Ŝe pod jego samochodem było sucho. Musiał więc być Javą 
Jimem! 

Po  wyjściu  chłopców  pan  Hitchcock  zapalił  cygaro  i  w  zamyśleniu  patrzył  na  widok  za 

background image

oknem.  Odczuwał  coś  w  rodzaju  współczucia  dla  kaŜdego  przestępcy,  któremu  przyjdzie  się 
zmierzyć z Jupiterem Jonesem!