background image

 

David Ferring  

Zrodzony z cienia  

Część druga trylogii 

Konrad  

background image

 

* * *  

Konrad zostaje zakuty w zbroję Chaosu. Demoniczny artefakt zmienia go powoli 

w  potwora,  podobnego  do  tych,  z  którymi  przyszło  mu  walczyć.  Jedyną  nadzieją  na 
ocalenia wydają się być krasnoludy i ich pradawna sztuka…  

* * *  

background image

 

Spis treści  

Rozdział pierwszy ............................................................................................ 4

 

Rozdział drugi ............................................................................................... 18

 

Rozdział trzeci ............................................................................................... 28

 

Rozdział czwarty ........................................................................................... 40

 

Rozdział piąty ................................................................................................ 52

 

Rozdział szósty .............................................................................................. 67

 

Rozdział siódmy ............................................................................................ 79

 

Rozdział ósmy ............................................................................................... 91

 

Rozdział dziewiąty ......................................................................................... 96

 

Rozdział dziesiąty ........................................................................................ 115

 

Rozdział jedenasty ....................................................................................... 129

 

Rozdział dwunasty ....................................................................................... 141

 

Rozdział trzynasty ....................................................................................... 155

 

Rozdział czternasty ...................................................................................... 168

 

Rozdział piętnasty ....................................................................................... 182

 

 

background image

 

Rozdział pierwszy 

Sigmar  stał,  niczym  samotna  skała,  pośród  zielonego  morza  goblinich  łbów. 

Wywijał ogromnym bojowym młotem. Każdy cios rozgniatał na krwawą miazgę kolejną 
głowę.  Ale  gobliny  wciąż  nadchodziły  -  tylko  po  to,  by  paść  ofiarą  świętego  oręża 
krasnoludów. 

Krasnoludy  nazwały  ten  legendarny  młot  Ghalmarazem  -  Rozbijaczem Czaszek. 

Tamtego dnia w pełni dowiódł prawdziwości swego imienia. Raz za razem opadał w dół 
- przy każdym uderzeniu ginął kolejny z obrzydliwych wrogów. 

Przeznaczenie  chciało,  aby  dzień  ten  okazał  się  punktem  zwrotnym  historii, 

dniem, w którym Sigmar, wódz Unberogenów, przywódca ośmiu zjednoczonych ludzkich 
plemion,  stanie  się  znany  jako  Młot  na  Gobliny  -  Sigmar  Młotodzierżca.  W  dniu  tym 
położono  podwaliny  pod  mury  Imperium.  Był  to  też  dzień,  w  którym  gobliny,  orki  i 
wszyscy ich bezbożni sojusznicy zostali wypędzeni ze znanego świata. 

Gobliny  były  odwiecznymi  wrogami  krasnoludów.  Rasy  te  długo  i  zaciekle 

walczyły  o  panowanie  nad  ziemiami  położonymi  między  Morzem  Szponów  a  Górami 
Krańca  Świata.  Wydawało  się,  że  gobliny,  dzięki  liczebnej  przewadze,  zatriumfują.  Po 
wiekach walk krasnoludy zostały zepchnięte do swojej górskiej ojczyzny. Wycofywały się 
przez Przełęcz Czarnego Ognia - odwrót miało osłaniać kilkuset walecznych ochotników. 
Wydawało się, że ta decyzja jest ostatnią nadzieją narodu krasnoludów, choć tylna straż 
żadnej  nadziei  na  ocalenie  mieć  nie  mogła.  Przeznaczeniem  ariergardy  było  umrzeć, 
składając życie w ofierze dla ratowania reszty ludu. 

Ale  armie  goblinów  nie  zmiażdżyły  stawiających  im  czoło  bohaterów  -  zamiast 

tego  same  zostały  unicestwione.  Zablokowane  pomiędzy  krasnoludami  a  ich  nowymi 
sprzymierzeńcami  -  młodą  rasą  znaną  jako  ludzie  -  zielone potwory  zostały 
zmasakrowane, ich poskręcane dala zasiały cala przełęcz cuchnącym dywanem ciał, ich 
cuchnąca krew na zawsze splamiła okoliczne skały. 

To  właśnie  Sigmar  poprowadził  swoje  oddziały  do  zwycięskiej  walki  przeciwko 

wspólnemu  wrogowi.  Gdy  nacierał  przez  zwarte  szeregi  goblinów,  jego  potężny  młot 

background image

zbierał krwawe żniwo… 

* * * 

Ostrze  broni  zataczało  szerokie  łuki.  Po  każdym  ciosie  padała  następna  ofiara, 

wijąc się w męczarniach. Mózgi wypływały ze zdruzgotanych, zielonych czaszek… 

Czuł się niezwyciężony. Nowa siła  wypełniała jego ciało,  duch nasycał się jakąś 

ogromną  mocą,  która  wydawała  się  zawsze  w  nim  tkwić,  choć  objawiła  się  dopiero 
teraz. 

Gobliny wrzeszczały z bólu i usiłowały umknąć przed razami bezlitosnego topora. 

Bały się nie tylko ostrza. Próbowały również uciec przed gwałtowną ulewą światła, które 
nagle  rozjaśniło  ich  podziemne  leże  -  zasłaniały  oczy  przed  błyskiem  gromu, 
wypełniającego ich mroczne królestwo. 

Konrad  rozchylił  wargi,  wyszczerzając  zęby  w  dzikim  grymasie.  Czuł 

przepływającą  przez  ciało  żądze  krwi,  taką  samą,  jaka  rozpalała  jego  prymitywnych 
pradziadów.  Czuł  także,  że  nie  jest  sam.  Niezliczone  pokolenia  przodków  przynaglały, 
zmuszały  do  walki  -  stał  się  już  tylko  widzem  czynionej  przez  siebie  masakry.  Miał 
wrażenie,  jakby  jego  własne  ramiona  należały  do  kogo  innego,  a  toporem  kierowała 
obca siła. 

To  była  jego  noc,  a  zabijanie  piekielnych  goblinów  -  jego  misja.  Zadawał  ciosy 

odruchowo.  Całe  ciało  stało  się  maszyną  zniszczenia,  wyzutą  z  jakichkolwiek  myśli. 
Potrzebował jedynie wyczucia i szybkich reakcji. 

Zwłoki  niezliczonych  wrogów  leżały  porozrzucane  na  podłodze  starożytnej 

świątyni krasnoludów, a ich krew płynęła obfitą strugą. Jak w rzeźni. 

I nagle okazało się, że zabrakło przeciwników. Leżeli zmasakrowani - martwi lub 

umierający. Wszyscy, którym udało się przeżyć, wymknęli się w mrok. Konrad wreszcie 
przestał  zabijać.  Pozwolił  rannym  cierpieć,  dał  śmierci  możliwość  ogarnięcia  ich  dusz. 
Niech umierają powoli, czując ból. 

Dysząc ciężko, oparł się na toporzysku i spojrzał na uczynioną przez siebie jatkę. 

Grymas  morderczej  furii  przemienił  się  w  pełen  zadowolenia  uśmiech.  Otarł  lepką 
posokę,  pokrywającą  twarz.  Nie  była  to  jego  krew,  a  martwi  nie  będą  jej  już 
potrzebowali. 

background image

Powoli  wychodził  z  morderczego  transu.  Spojrzał  na  źródło  światła,  które, 

rozjaśniając w pewnym momencie jaskinie, ocaliło mu życie. Stało się to akurat wtedy, 
gdy pośród sprzyjających goblinom ciemności podziemnego świata począł tracić siły. 

Zdawał sobie sprawę, że owa przemiana nocy w dzień musiała być dziełem Anvili. 

Kurz w dalszym ciągu unosił się z kamieni, które spadły ze sklepienia, po raz pierwszy 
od tysiącleci wpuszczając światło do świątyni. 

Konrad ruszył w stronę cierpiącego Wilka. 
Konrad,  Wilk  i  Anvila  przybyli  w  te  góry  w  poszukiwaniu  zaginionej  świątyni 

krasnoludów, gdzie miała spoczywać ukryta fortuna w złocie i kosztownościach. Zamiast 
tego znaleźli twierdzę goblinów - czy raczej to gobliny ich znalazły. 

Rozdzielili  się  na  czas  poszukiwań.  Wilk  został  schwytany  i  właśnie  miano  go 

złożyć  w  ofierze,  gdy  pojawił  się  Konrad.  Teraz  Wilk  wisiał,  powieszony  za  przeguby, 
nagi, pokryty krwią - własną, ludzką - czerwoną, a nie zieloną. 

Konrad,  idąc  w  kierunku  towarzysza,  uświadomił  sobie  nagle,  że  Wilk  wygląda 

jakoś  inaczej.  Jego  ciało  było  jakby  zniekształcone,  a  kończyny  -  zdeformowane.  Być 
może dlatego, że wciąż zwijał się z bólu, ale jego wytatuowana twarz również wyglądała 
niezwykle,  zupełnie  jakby  miał  wykręconą  szczękę.  I  chociaż  skórę  pokrywała  mu 
skorupa  krwi,  przebijał  spod  niej  gęsty,  zbity  zarost.  Wilk  przypominał  pierwotne 
zwierzę. Konrad czuł, że sam też staje się podobną istotą… 

Wilk  spoglądał  dziwnie,  jakby  nie  poznawał  Konrada  i  w  dalszym  ciągu  obawiał 

się, że będzie torturowany, a w końcu złożony w ofierze. 

- Czy nie słyszałeś, co ci rozkazałem? -  zdołał zapytać słabym głosem. - Miałeś 

zabić  mnie,  a  nie  jego  -  splunął  w  stronę  ciała  czarownika-kapłana  goblinów. 
Zabarwiona krwią ślina wylądowała na pokrytej rytualnymi szramami zielonej twarzy. 

Wilk wydał ten rozkaz, gdy Konrad wszedł do ukrytej jaskini, i gdy zobaczyli się z 

oddali  w  świetle  płonącej  pochodni.  Konrad  wykorzystał  jedyną  pozostała  mu  strzałę, 
aby zastrzelić szamana goblinów, torturującego bezbronną ludzką ofiarę. 

-  Nie  można  mieć  zaufania  do  łuku,  to  chłopska  broń  -  odpowiedział  Konrad, 

powtarzając opinię wyrażoną przez Wilka w dniu ich pierwszego spotkania. 

Oparł  pokryty  krwią  młot  o  ścianę  i  sięgnął  po  nóż.  A  potem  zatrzymał  się, 

background image

patrząc  na  broń,  którą  gromił  wrogów.  Przecież  używał  topora,  a  nie  młota.  Dlaczego 
więc pomyślał, że odstawia młot? 

W  głowie  wciąż  dudniły  mu  odgłosy  walki  i  koszmarne  wrzaski  nieprzyjaciół. 

Słyszał  też  łoskot  eksplozji  i  dudnienie  spadających  skał.  Przesunął  dłonią  po  twarzy, 
ścierając  zalewający  oczy  strumyk  krwi.  To  była  jego  własna  krew.  Raniono  go 
kilkakrotnie  i  krwawił  obficie  z  ran,  ale  właściwie  tego  nie  zauważał.  Takie  obrażenia 
zdawały mu się niczym. 

Za pomocą krisa przeciął liny, którymi przywiązano Wilka do ściany świątyni. Gdy 

pękło ostatnie włókno sznura, ostrze noża rozsypało się na kawałki. Tę broń o falistej 
klindze Konrad posiadał przez połowę życia - wielokrotnie ocaliła go od śmierci. Spojrzał 
na kościaną rękojeść, a potem upuścił ją na ziemię. 

- Sądziłem, że masz zamiar poderżnąć sobie gardło, zanim cię wezmą do niewoli - 

powiedział. Wilk kiedyś przysiągł, że nie da się wziąć żywcem. 

Gdy ściągał przyjaciela na ziemię, Wilk skrzywił się, odsłaniając szpiczaste zęby. 
- Postanowiłem raczej poderżnąć parę ich gardeł - wychrypiał. 
Chwilę później usłyszeli zbliżający się odgłos ciężkich kroków. Spojrzeli na drugi 

koniec jaskini - w stronę ciemnych tuneli, do których umknęły ocalałe stwory. 

Konrad jedną ręką podtrzymywał Wilka,  a drugą sięgnął po zakrwawiony topór. 

Stali  z  Anvilą  ramię  przy  ramieniu,  czekając  aż  wrogowie  wyłonią  się  z  czarnych 
korytarzy. 

Stąpanie  zbliżało  się,  stawało  coraz  groźniejsze,  dudniąc  echem  w  złowieszczej 

ciszy. Musiała się tam znajdować cała armia goblinów - tym razem wędrowcy nie mieli 
żadnych szans. 

- Gdzie są te wszystkie skarby? - spytała Anvila. 
Kobieta-krasnolud  stała  w  wyjściu  z  jednego  z  tuneli  i  rozglądała  się  po  nagich 

ścianach  wysoko  sklepionej  świątyni,  nie  zwracając  uwagi  na  martwe  i  umierające 
gobliny. 

Wreszcie  zapadła  cisza.  Ustały  jęki  umierających.  Wszystkie  zielone  bestie  nie 

żyły  -  albo  były  zbyt  słabe,  by  prosić  o  pomoc.  Zresztą  wkrótce  również  i  te 
dogorywające staną się martwe. 

background image

Konrad  spojrzał  na  leżącego,  nieprzytomnego  Wilka.  Jego  rany  w  końcu  się 

zagoją i o tej przygodzie będą przypominać jedynie nowe szramy. 

Zmiany,  które  Konrad  zaobserwował  w  Wilku,  musiały  wynikać  z  doznanych 

cierpień.  Albo  też  zmysły  samego  Konrada  uległy  zaburzeniu  pod  wpływem  bitewnego 
szału.  Jak  inaczej  bowiem  można  wytłumaczyć  złudzenie,  że  walczył  młotem,  a  nie 
toporem? 

Obserwował mroczne tunele, obawiając się, że hordy obrzydliwych goblinów lada 

chwila powrócą. Światło trzymało je na dystans, ale jak prędko przezwyciężą strach, jak 
prędko uświadomią sobie ilu naprawdę jest wrogów? 

Gdy Konrad zagłębił się w podziemny labirynt, poszukując Wilka i tych, którzy go 

pojmali, Anvila pozostała na powierzchni. Przy pomocy swych technicznych umiejętności 
sprowadziła w mroki podziemi światło dnia. Jasność. 

-  Krasnoludy  oświetlały  swoje  świątynie  układem  soczewek,  przenoszących  z 

powierzchni ziemi światło słoneczne - wyjaśniła Anvila - Na górze znalazłam soczewkę, 
ale była zasypana tonami skał. Wysadziłam je prochem. 

-  Mówiłem  ci,  że  ona  jest  sprytna  -  mruknął  Wilk,  który  na  chwilę  odzyskał 

świadomość, po czym stracił przytomność. 

Konrad zazdrościł mu stanu nieświadomości - sam marzył o śnie. Ale nie wolno 

mu  odpoczywać,  póki  nie  wydostaną  się  ze  świątyni.  Obserwował,  jak  Anvila  bada 
otoczenie.  Nie  mogła  przecież  poszukiwać  skarbu,  na  który  liczył  Wilk.  Jeżeli  w  ogóle 
kiedyś  były  tu  jakieś  pozostawione  przez  krasnoludy  kosztowności,  dawno  już  zostały 
znalezione przez gobliny. 

Anvila  oglądała  kamienie  i  rzeźby,  badała  kolumny  przy  wejściach  do  korytarzy 

odchodzących  ze  środkowej  części  świątyni.  Przesuwała  palcem  po  śladach  niektórych 
runów, próbując odczytać, co napisali przed wiekami jej praojcowie. 

Komnata  musiała  być  wykuta  w  litej  skale,  a  jej  podłogę  i  ściany  wyłożono 

potężnymi,  kamiennymi  blokami.  Dolna  część  pomieszczenia  była  okrągła,  zaś  ściany 
wyginały się łukowato ku górze,  tworząc potężną kopułę o ponad trzydziestometrowej 
wysokości. 

- Kiedyś była tu świątynia krasnoludów - oświadczyła po powrocie Anvila - a teraz 

background image

gobliny  odprawiają  w  niej  swe  ohydne  rytuały.  Musieliście  je  zastać  w  trakcie 
odprawiania jakiejś ceremonii, związanej z ostatnim dniem wiosny - uklękła przy Wilku i 
popatrzyła na miejsce, do którego był przywiązany. 

- Czy jutro jest pierwszy dzień lata? - zapytał łagodnie Konrad. 
Właśnie podczas pierwszego dnia lata odmieniło się jego życie. 
Dokładnie pięć lat temu jego rodzinna wieś została całkowicie zniszczona. Konrad 

był jedynym, który ocalał. 

Potrząsnął  głową  i  zacisnął  mocno  powieki,  starając  się  odgonić  napływające 

wspomnienia  -  przede  wszystkim  wyobrażenia  o  tym,  co  musiało  dziać  się  wtedy  z 
Elyssą. 

Krew,  która  oblepiała  kończyny  i  tors  Konrada,  obrzydliwie  śmierdziała.  Teraz, 

kiedy  Anvila  była  już  przy  Wilku,  Konrad  mógł  w  ruinach  świątyni  poszukać  wody  do 
umycia się. 

W ostatnich latach zabił wiele goblinów, ale żaden z nich nie był tak odmieniony, 

jak te napotkane tutaj. Życie pod ziemią musiało przyczynić się do zmiany ich wyglądu, 
uczynić je mniejszymi i bardziej zgarbionymi, sprawić, że ich skóra stała się bledsza, a 
oczy większe. 

W przeciwieństwie do wielu zwierzołaków, których krew paliła jak kwas, posoka 

goblinów była stosunkowo niegroźna, ale należało jak najszybciej pozbyć się jej śladów 
z poranionego ciała. 

Konrad nie znalazł wody w obrębie świątyni, ale za to odszukał miecz, zagubiony 

w  czasie  walki.  Odwracając  się  w  stronę  Wilka  i  Anvili,  spojrzał  do  góry,  na  wielki 
szklany krąg, wbudowany w kamienną ścianę. Wyglądał jakby składał się z pierścieni o 
różnych wymiarach i grubości. 

Już  odwracał  głowę,  gdy  dostrzegł  w  soczewce  jakiś  ruch.  Patrzył  dalej, 

obserwując,  jak  widoczny  w  niej  kształt  staje  się  coraz  wyraźniejszy.  Wreszcie  ujrzał 
jeźdźca,  człowieka  na  wierzchowcu,  człowieka,  którego  nie  mógł  nie  rozpoznać  - 
wojownik ze spiżu! 

Konrad  nie  wierzył  własnym  oczom.  Minęło  pięć  lat  od  dnia,  w  którym  razem  z 

Elyssą  widzieli,  jak  rycerz  ze  spiżu  przejeżdża  przez  ich  skazaną  na  zagładę  wioskę  - 

background image

milcząca postać, sprawiająca wrażenie jakiejś nadnaturalnej istoty. 

A gdy w dniu spotkania z Wilkiem, Konrad opisał mu jeźdźca, który zjawił się w 

przededniu zniszczenia wioski, ten odpowiedział, że jest to jego brat, brat bliźniak… 

Konrad wciąż dokładnie pamiętał słowa Wilka: „On jest bardziej niż martwy…” 
Od tej pory Wilk nie wspominał już swojego brata i Konrad nie myślał więcej o 

wojowniku ze spiżu. Nie sądził, że kiedykolwiek jeszcze go spotka. 

Czy  jeździec  rzeczywiście  wrócił,  aby  znów  zakłócić  spokój  jego  duszy  -  czy też 

był tylko iluzją? 

- Anvilo! - wrzasnął Konrad, wskazując na szklany krąg. - Czy ty też go widzisz? 
- Tak! - odkrzyknęła. 
- Co to takiego? 
-  Odległy  obraz,  odbity  i  powiększony  przez  soczewki.  Jedna  z  powierzchni 

musiała zostać uszkodzona i, dzięki jakiemuś fenomenowi przekazuje nam ten widok. 

- Czy jest rzeczywisty? 
- Tak. Zapewne znajduje się w odległości kilku mil, u stóp góry. 
Ale w chwili, gdy wypowiadała te słowa, widmowy obraz rozpłynął się we mgle 

soczewek, po czym zniknął. 

Konrad jeszcze przez jakiś czas wpatrywał się w szklany krąg, chociaż nic już nie 

było na nim widać, a potem odwrócił się i pospieszył do miejsca, w którym znajdowali 
się Anvila i Wilk. 

- Muszę iść za nim - oznajmił. 
Kobieta-krasnolud spojrzała na niego, ale nie odezwała się ani słowem. 
- Muszę iść. Takie jest moje przeznaczenie… 
Anvila wzruszyła ramionami. 
- Skoro tak uważasz - idź! 
- A co z Wilkiem? Możesz się nim zaopiekować, pomóc mu się stąd wydostać? 
- Oczywiście. 
- A co z goblinami? 
-  Jestem krasnoludka. A to jest królestwo moich przodków. Wiem, jak sobie 

radzić z goblinami. 

background image

Konrad spojrzał na Wilka, którego oczy otwierały się powoli. Ból i cierpienie, które 

wciąż odczuwał, odbijały się w ich lodowatym błękicie. Utkwił wzrok w twarzy Konrada. 
Oblizał wargi i otworzył usta. 

-  Chaos  -  szepnął.  Wziął  płytki  oddech,  a  potem  powtórzył,  ale  tym  razem 

głośniej: - Chaos! - ostrzegł przyjaciela. 

A potem zamknął powoli oczy i ponownie pogrążył się w nieświadomości, jakby te 

dwa słowa do cna go wyczerpały. 

„Chaos…” 
Było to określenie, które Konrad słyszał wielokrotnie, które często wymawiano na 

ziemiach pogranicza, którego sam używał, ale które każdy rozumiał inaczej. Bez względu 
jednak  na  to,  co  naprawdę  znaczyło,  słowo  to  spowodowało,  że  Konrad  poczuł  zimny 
dreszcz, przebiegający po plecach. 

Wilk  znałby  znaczenie  tego  terminu.  Ale  Wilk  nie  mógł  odpowiedzieć  na  żadne 

pytanie. 

Konrad chciał również dowiedzieć się paru rzeczy o bliźniaku towarzysza: co się z 

nim  stało,  w  jaki  sposób  związał  się  z  siłami  ciemności.  Odwrócił  się  do  Anvili.  Jak 
zwykle nie zareagowała i nie odezwała się ani słowem. 

- Muszę iść - oznajmił. 
- Już mówiłam. Jeżeli musisz - idź! 
Konrad skinął głową i ruszył wolno, kierując się w stronę korytarza, którym Anvila 

weszła  do  świątyni.  Niechętnie  porzucał  towarzyszy,  ale  krasnoludka  była  pewna,  że 
zdoła bezpiecznie wyprowadzić rannego człowieka z legowiska goblinów, a potem z gór. 

Wilk był drugim co do ważności człowiekiem w życiu Konrada, kimś, kto zmienił 

wiejskiego  chłopaka  w  wojownika.  Ale  najważniejsza  była  Elyssa. Jego pierwsza, 
prawdziwa miłość, dzięki której zdobył osobowość, a nawet własne imię. Minęło już pięć 
lat od chwili, gdy została zamordowana, starta z powierzchni ziemi. 

Pięć lat bez jednego dnia. 
A teraz rycerz ze spiżu znajdował się w pobliżu, akurat w piątą rocznicę dnia, w 

którym Konrad i Elyssa go zobaczyli. 

Wilk  często  powtarzał,  że  nie  ma  czegoś  takiego  jak  przypadek  -  wszystko jest 

background image

przeznaczeniem. I Konrad nauczył się wierzyć, że jest to istotnie prawda. 

Musi odszukać jeźdźca. Dopiero wtedy będzie mógł odnaleźć własną osobowość i 

odkryć tajemnicę swojego życia. 

Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na Anvile i Wilka, Konrad odwrócił się i wszedł do 

ciemnego tunelu, który miał wyprowadzić go na powierzchnie. 

Korytarz był zbyt wąski, aby posługiwać się w nim toporem, wydobył więc miecz. 

Zapomniawszy, że stracił nóż, sięgnął po niego lewą ręką. Wypatrując lśnienia wrogich, 
czerwonych  oczu,  które  ostrzegłoby  go  przed  oczekującymi  w  zasadzce, 
zniekształconymi wrogami, wkroczył w ciemność. 

* * * 

Zamrugał,  oślepiony  nagłym  światłem.  Słońce  stało  w  zenicie,  płonąc  żywym 

ogniem na bezchmurnym niebie. W zimie Kislev mógł być najchłodniejszym miejscem na 
ziemi, ale w lecie wydawał się najgorętszym. 

Zrobił  kilka  głębokich  oddechów,  napełniając  płuca  czystym  powietrzem  i 

uwalniając  nozdrza  od  przyprawiającego  o  mdłości  gobliniego  smrodu  podziemnego 
labiryntu. Skórę i ubranie wciąż miał poplamione zieloną krwią, której nie pozbędzie się 
tak łatwo, jak odoru z płuc. 

Zrzucając  większą  część  zabrudzonej  odzieży,  przypomniał  sobie, kiedy po raz 

ostatni  był  pokryty  taką  ilością  wrażej  posoki.  Był  to  ten  sam  dzień,  kiedy  zniszczono 
wioskę. Wtedy, dla bezpieczeństwa, przebrał się, zakładając skórę, zerwaną z zabitego 
zwierzołaka. Potem przyłączył się do szalonych napastników. 

Splunął,  próbując  pozbyć  się  z  ust  smaku  śmierci.  Postanowił  nie  myśleć  o 

przeszłości, ale to było trudne. 

Wkrótce  odnalazł  wielką  soczewkę,  niegdyś  oświetlającą  podziemną  świątynię 

krasnoludów.  Była  okrągła  i  miała  przynajmniej  pięć  metrów  średnicy.  Szlifowana jak 
drogocenny kamień, spoczywała zagłębiona w zboczu góry. Anvila wysadziła skały, które 
od  wieków  przysypywały  wielką  taflę  szkła.  Teraz  soczewka  była  w  wielu  miejscach 
popękana i pokruszona. 

Kilku  fragmentów  brakowało  i  te  zmiany  musiały  spowodować  ów  miraż,  który 

ukazał  mu  wojownika  ze  spiżu.  Odległy  obraz,  uchwycony  przez  jedną  z  brakujących 

background image

płaszczyzn, został przekazany do soczewki na powierzchni i za pośrednictwem systemu 
mniejszych zwierciadeł do znajdującej się w dole jaskini. 

Konrad  podszedł  do  skraju  urwiska  i  spojrzał  w  dół,  starając  się  dostrzec 

położony  poniżej  teren.  Chociaż  jednak  wychylał  się  na  całą  długość  ramion,  niżej 
znajdujące  się  szczyty  przesłaniały  widok.  Z  tak  dużej  odległości  nie  był  w  stanie 
określić, gdzie przebywał jeździec ze spiżu, i w którym kierunku podążał. 

Tylko po odszukaniu właściwego odłamka soczewki mógł mieć szansę ustalenia, 

gdzie znajduje się rycerz. Fragment ten musiał istnieć, ponieważ dzięki niemu zobaczył 
obraz. Gdyby go odszukał, spojrzałby przez niego, jak przez okular lunety, i być może 
zobaczyłby cel poszukiwań. 

Eksplozja prochu użytego przez Anvile skruszyła skałę na tak wiele odłamków, że 

Konrad  uświadomił  sobie,  iż  jego  poszukiwania  niemal  z  góry  skazane  są  na 
niepowodzenie. Ale musiał spróbować. 

Prawie  godzinę  wspinał  się  po  głazach,  grzebał  wśród  pyłu  i  gruzu,  wypatrując 

kawałka  szkła,  ustawionego  w  odpowiednim  miejscu  lub  zaklinowanego  tak,  że  widać 
byłoby przezeń położony w dole teren. Odnalazł wiele fragmentów soczewki, lśniących w 
słońcu jak drogocenne klejnoty, ale żaden z nich nie był tym, którego poszukiwał. 

Wreszcie musiał przyznać się do porażki. A tymczasem, z każdą mijającą minutą, 

wojownik ze spiżu oddalał się coraz bardziej. 

Konrad  tym  razem  wyszedł  na  powierzchnię  inną  szczeliną,  ale  natychmiast 

zorientował  się  w  terenie  i  skierował  kroki  w  stronę  dolnej  części  zbocza.  Spojrzał  na 
południe,  na  szlak,  którym  wspinał  się  z  Anvilą.  Rozpoznał  znajome  miejsca,  a  potem 
popatrzył na mroczniejące pękniecie w skale, przez które wszedł do twierdzy goblinów. 

Przez  chwilę  miał  ochotę  wrócić  i  pomóc  Anvili  w  opiece  nad  Wilkiem,  ale 

uświadomił sobie, że nie ma tam nic do roboty. Nie potrzebowali jego wsparcia. Wyszedł 
na powierzchnię, aby odnaleźć wojownika ze spiżu i to było teraz jego najważniejszym 
zadaniem. 

Tym  samym  niebezpiecznym  szlakiem,  którym  szedł  na  górę,  teraz  zaczął 

podążać  w  dół  zbocza.  Schodzenie  wcale  nie  było  łatwiejsze  od  wspinaczki,  pod 
pewnymi względami sprawiało nawet więcej trudności. Wtedy nie obawiał się o siebie, 

background image

ponieważ za wszelką cenę starał się odnaleźć Wilka - myślał tylko o ocaleniu towarzysza. 

Wtedy  przez  cały  czas  widział  przed  sobą  szczyt.  Wracając  -  tylko  przepaść. 

Długo by spadał… 

W  końcu  dotarł  do  miejsca,  gdzie  tuż  przed  świtem  Anvila  i  Wilk  wpadli  w 

zasadzkę. Nie różniło  się niczym od pozostałych odcinków tego trudnego szlaku, jeżeli 
nie liczyć zmasakrowanych goblinich trupów. Zdążyli zabić całkiem sporo wrogów, zanim 
Wilk został wzięty do niewoli, a Anvila wpadła w szczelinę. Wśród zwłok leżała również 
Północ - koń Wilka. 

Między  zapasami,  które  biały  ogier  wniósł  na  strome  zbocze,  Konrad  znalazł 

bukłak z wodą. Zwilżył gardło. Pozwolił też, by woda spływała mu po twarzy, zmywając 
większą  część  zaschniętej  krwi.  Wytarł  usta  grzbietem  dłoni.  Potem  zabrał  się  za 
wybieranie potrzebnego prowiantu. 

Nie zabrał go zbyt wiele. Wilk i Anvila również będą potrzebowali jedzenia i wody. 

W  jukach  koni  pozostawionych  dalej,  u  stóp  góry,  znajdowało  się  więcej  zapasów  - 
oczywiście  pod  warunkiem,  że  nie  znalazła  ich  jakaś  banda  goblinów albo innych istot 
zamieszkujących tę skalistą krainę. 

Konrad wciąż czuł zmęczenie, ale nie zatrzymał się na długo. Musiał ruszać dalej. 

Podążył w dół poszarpanego zbocza, zbierając po drodze przedmioty, które poprzednio 
odrzucił,  gdyż  spowalniały  wspinaczkę  -  futrzane nogawice, fragmenty zbroi. Wreszcie 
dotarł do miejsca, w którym spędził poprzednią noc. 

Wszystko wyglądało tak samo jak w chwili, gdy dostrzegł, co przydarzyło się jego 

towarzyszom i rzucił się im na pomoc. Konie wciąż były uwiązane, ale Konrad zbliżał się 
do nich ostrożnie, z mieczem w dłoni. Bacznie obserwował skały i głazy. Jednak nigdzie 
nie zauważył wrogów. 

Umył się i dopiero potem zabrał się za bandażowanie ran. Od czasu kiedy niemal 

utracił w walce prawą rękę, każda rana na niej goiła się o wiele szybciej niż reszta ciała. 
Przed  paroma  laty  został  ciężko  ranny  i  wydawało  się,  że  trzeba  będzie  ramię 
amputować.  Jednak  pewien  elf,  dysponujący  uzdrowicielskimi  mocami,  opatrzył  ranę  i 
ocalił rękę. 

Po zabandażowaniu wszystkich obrażeń, i po szybkim zjedzeniu posiłku, Konrad 

background image

osiodłał konia. Zaczął  się zastanawiać, w którym kierunku powinien się udać. Nie miał 
jednak specjalnego wyboru. Musiał kontynuować wędrówkę w dół zbocza. Szlak poniżej 
obozowiska  nie  był  już  tak  stromy  ani  tak  zdradziecki,  ale  nie  można  go  było  nazwać 
łatwym.  Kiedy  przemierzali  tę  część  drogi,  musieli  prowadzić  wierzchowce.  Owinęli  im 
też kopyta szmatami, w celu stłumienia odgłosu uderzania podków o kamienie. Poruszali 
się jedynie nocą, w obawie przed wykryciem. 

Teraz jednak  to  Konrad  był  ścigającym.  Szlak  w  świetle  dnia  wyglądał  równie 

paskudnie jak w nocy. Ale wojownik nie miał czasu, by prowadzić konia za wodze. Teraz 
najbardziej liczyła się szybkość. Musiał ryzykować, że zwierze potknie się i złamie nogę. 
Ale jeżeli nie będzie się spieszyć, rycerz ze spiżu zdoła uciec. 

Po  wydostaniu  się  z  gór  będzie  musiał  podjąć  ostateczną  decyzje,  w  którym 

kierunku  powinien  pojechać.  Wciąż  obserwował  położony  w  dole  teren,  wypatrując 
jeźdźca. Ale nikogo - ani niczego - nie zauważył. Podobnie było poprzednim razem - gdy 
przemierzali  te  drogę,  nie  dostrzegli  najmniejszej  oznaki  bytności  wrogich  hord,  od 
których przecież aż roiło się w tej części Kislevu. Już sam fakt braku wrogów powinien 
wzbudzić  ich  podejrzenia,  ale  trójka  wędrowcowi  była  wdzięczna  bogom  za  każdą 
przebytą w spokoju milę. 

Konrad,  który  wychowywał  się  w  Lesie  Cieni,  gdzie  wróg  czaił  się  za  każdym 

drzewem, wciąż nie mógł przyzwyczaić się do i otwartych przestrzeni gór. Na równinach 
widział  wszystko  w  odległości  wielu  mil.  Gdyby  w  pobliżu  znajdowali  się  jakieś 
zwierzołaki, zapewne zauważyłby je, zanim one by go spostrzegli. Bez przerwy bacznie 
obserwował okolice, ale to nie napastników wypatrywał. Liczył się tylko brat Wilka. 

Wkrótce  uświadomił  sobie,  w  którą  stronę  powinien  podążyć.  Musiał  jechać 

jedyną istniejącą drogą. 

Pięć  lat  temu,  wraz  z  Elyssą,  po  raz  pierwszy  ujrzał  wojownika  ze  spiżu.  A 

następnego  dnia  armia  zwierzołaków  zniszczyła  wioskę  i  wyrżnęła  wszystkich  jej 
mieszkańców. Konrad ocalał jedynie dzięki temu, że opuścił dolinę przed rozpoczęciem 
ataku. 

A jutro znowu nadejdzie pierwszy dzień lata, święty dzień Sigmara. Czy historia 

się  powtórzy?  Czy  dlatego  znalazł  się  tu  tajemniczy  jeździec,  zwiastun  śmierci  i 

background image

zniszczenia? 

Konrad  obawiał  się,  że  tak  właśnie  się  stanie.  Jeździec  ze  spiżu  był  tym,  który 

wytycza szlak, zwiadowcą prowadzącym hordy ciemności do wyznaczonego celu. 

Północny Kislev był pustynnym i niegościnnym miejscem. Obszar, wokół Przełęczy 

Belyevorota pozostawał słabo zamieszkany. Znajdowało się tu kilka niewielkich faktorii, 
parę  małych,  samotnych  wiosek  i  fortów.  Jedynym  liczniej  zamieszkanych  miejsc  była 
kopalnia - i to ona prawdopodobnie stanowiła obiekt ataku napastników. 

Konrad popędził konia, kierując się z powrotem do miejsca, w którym żył niemal 

pięć  lat.  Tyle  czasu  bowiem  wraz  z  Wilkiem  bronili  kopalni  złota  przed  najazdami  z 
północy, dowodząc oddziałem najtwardszych najemników, jacy kiedykolwiek działali na 
przygranicznych  ziemiach.  W  ciągu  dwóch  ostatnich  lat  udało  im  się  odepchnąć 
napastników. Nie ograniczali się do obrony,  przenieśli też działania wojenne na tereny 
przeciwnika. 

A  potem  nastąpiło  oblężenie  Praag.  Najeźdźcy  walczyli  wprawdzie  zaciekle  i  z 

pogardą  dla  śmierci,  ale  napad  ten  sprawiał  wrażenie  pojedynczego,  odosobnionego. 
Jakby miał odwrócić uwagę Kislevitów od czegoś ważniejszego… 

Konrad  nie  miał  na  to  dowodu,  jeszcze  nie  miał.  Przepełniała  go  za  to  żarliwa 

nadzieja,  że  się  myli,  choć  w  głębi  duszy  zdawał  sobie  sprawę  ze  słuszności  swoich 
podejrzeń. 

Jechał  szybko,  wracając  tym  samym szlakiem, którym wraz z dwoma 

towarzyszami  podążał  zaledwie  kilka  dni  temu.  Dawał  kordowi  odpoczywać  tylko  tyle, 
żeby nie padł, a potem znów poganiał zwierzę. Prowadził wyścig z czasem, lecz zachód 
słońca nastąpił o wiele za wcześnie, jak na jego potrzeby. Ciemność nie wpłynęła jednak 
na prędkość jazdy Konrada. Pędził przez noc, aż wreszcie ani on, ani jego wierzchowiec 
nie byli w stanie podążać dalej. 

Był to długi, bardzo długi dzień. Wydawał mu się znacznie dłuższy od dnia, kiedy 

ocknął się przed świtem i ujrzał niebezpieczeństwo, z którym za chwilę mieli spotkać się 
Wilk  i  Anvila.  A  potem  nastąpiła  bitwa  z  goblinami,  w  której  jego  topór  ściął  łby 
dziesiątkom bestii. 

Pogrążając się we śnie, Konrad rozmyślał o jeźdźcu ze spiżu. Czy rzeczywiście go 

background image

widział?  A  może  było  to  złudzenie,  wywołane  bitewną  gorączką,  podobnie  jak 
przekonanie, że walczył młotem? „Ale przecież Anvila również widziała zakutą w zbroję 
postać”  -  uświadomił  sobie  w  chwili,  gdy  zmęczenie  wzięło  wreszcie  górę  i  zaczął 
zasypiać. 

Śniło  mu  się,  że  zabija  gobliny,  które  próbowały  uniemożliwić  mu  dotarcie  do 

rycerza  ze  spiżu.  A  wśród  zniekształconych  stworów  znajdowała  się  dowodząca  nimi 
Elyssą. Rozkazywała zabić Konrada… 

Ocknął  się  gwałtownie,  zlany  potem,  usiłując  dłonią  chwycić  nie  istniejący  już 

kris. Usiadł, patrząc na gwiazdy i dwa księżyce. Dopiero po pewnym czasie położył się 
znowu i zapadł w kolejny niespokojny sen. 

O świcie siedział już w siodle, galopując po równinie, przez pustkę i ciszę, jakby 

był jedyną istotą na całym świecie. 

Pięć  lat  temu  bezbronna  wioska  uległa  kompletnemu  zniszczeniu.  Przecież  to 

nieprawdopodobne,  by  powtórzyły  się  wydarzenia  które  miały  miejsce  tak  dawno  w 
odległym  Ostlandzie.  Kopalnia  była  silnie  ufortyfikowana  i  strzegli  jej  zahartowani  w 
bojach,  czujni  żołnierze,  którzy  w  niezliczonych  potyczkach  i  walkach  zwyciężali 
barbarzyńskie  hordy  z  północnych  Pustkowi.  Obu  tych  sytuacji  nie  można  było 
porównywać. 

Bez względu na to, ilu najeźdźców ginęło, zawsze znajdował się następni, gotowi 

zająć ich miejsce. Jednak w czasie ostatnich dwóch lat nie wydawali się już tak liczni. 
Czyżby zbierali siły, przygotowując wielką inwazję? 

Jednak  w  konfrontacji  z  zawodowymi  żołnierzami  sama  liczebność  napastników 

nie wystarczała. W przeciwnym razie już dawno spustoszyliby Kislev. Zresztą raz udało 
im  się  dokonać  podobnej  sztuki.  Dwa  wieki  temu  opanowali  cały  kraj,  ale  zostali 
wyparci, gdy car Kislevu zawarł sojusz z cesarzem Imperium. Zjednoczonej armie dwóch 
narodów  odrzuciły  napastnika,  zmuszając  go  do  odwrotu  w  granice  mrocznego 
królestwa. 

Jedynym motywem kierującym nieprzyjaciółmi wydawała się być żądza zabijania, 

jakby  tylko  owo  barbarzyńskie  uczucie  uzasadniało  ich  istnienie.  Pragnienie  krwi 
zaspokajali zadając śmierć, zadając śmierć komukolwiek. Często odnosiło się wrażenie, 

background image

że mordowali się nawzajem z taką samą ochotą, z jaką zabijali ludzi zagradzających im 
drogę do serca Kislevu i dalej, do Imperium. 

Jednak  w  dniu,  w  którym  zniszczona  została  wioska  Konrada,  zwierzołaki 

zjednoczyły  się  w  swej  barbarzyńskiej  misji.  Gdyby  dzisiaj  również  połączyły  siły, 
odsunęły  na  bok  waśnie  i  spory,  ludzie  żyjący  w  okolicach  kopalni  byliby  skazani  na 
zagładę. 

Gdy  więc  Konrad  dostrzegł  słup  czarnego  dymu,  unoszący  się  daleko  na 

horyzoncie, wiedział już, że przybywa za późno. 

Rozdział drugi 

Konrad  pędził  dalej  i  dalej,  jeszcze  gwałtowniej  bodąc  konia  ostrogami,  aż 

wreszcie wyczerpany wierzchowiec padł, zrzucając człowieka na ziemię. Zwierzę leżało, 
z sierścią pokrytą krwią i potem i dyszało ciężko, tocząc pianę z pyska. Jego tylne nogi 
kopały  gwałtownie,  jakby  próbował  galopować  dalej.  A  potem  wszelkie  ruchy  ustały. 
Koń był martwy. 

Konrad zatrzymał się jedynie po to, aby podnieść miecz, hełm i tarczę, a potem 

pobiegł dalej, zmuszając obolałe mięśnie do wielkiego wysiłku. 

Znajdował się już w odległości zaledwie dwóch, trzech mil od kopalni, czuł zapach 

dymu, widział płomienie. Chociaż biegł pod wiatr, niczego nie słyszał. Żadnych odgłosów 
walki,  uderzeń  stali  o  stal,  bojowych  okrzyków  wojowników…  Ani  przedśmiertnych 
wrzasków. 

Kopalnia położona  była  w  górzystej  okolicy,  choć  przecież  znajdowała  się  w 

odległości  wielu  mil  od  łańcucha  szczytów,  wyznaczającego  granice  Starego  Świata,  a 
biegnącego  od  Kislevu  na  dalekiej  północy  do  Złych  Ziem  na  południu.  Miasteczko 
kopalniane  leżało  w  dolinie,  pomiędzy  trzema  piętrzącymi  się,  stromymi  turniami, 
połączonymi  solidnymi  liniami  fortyfikacji.  Posiadało  idealną  pozycję  i  strategiczną  i 
obronną. W innym wypadku nigdy nie przetrwałoby tak długo i nie stałoby się centrum 
handlowym całego regionu. 

Na  każdej  z  trzech  turni  wzniesiono  wieże  strażnicze,  z  których  obserwowano 

położone niżej równiny. Teraz wszystkie trzy wieże stały w ogniu, pożerane przez języki 

background image

czerwonych  płomieni.  Dym  wzbijał  się  spiralami  z  każdego  szczytu,  wyglądał  jednak 
niepozornie w porównaniu  z  gęstymi,  czarnymi  kłębami  unoszącymi  się  z  obronnej 
osady. 

Konrad  przypomniał  sobie  pożar,  który  napastnicy  rozniecili,  atakując  jego 

rodzinną  wieś.  Podłożyli  ogień  pod  świątynie  Sigmara,  składając  w  ofierze  swym 
ciemnym bogom wszystkich, którzy  się  w  niej  modlili.  Ale  najlepiej  zapamiętał  nie 
płonącą świątynię, lecz ogień, który strawił dwór - i jego mieszkańców… 

Pędził wtedy w stronę szczytu wzgórza w nadziei, że znajdzie tam Elyssę. Żywą. 

Zamiast  tego  ujrzał  najstraszliwszy  widok,  na  jaki  natknął  się  w  czasie  tej  koszmarnej 
próby.  Pomimo  wszystkich  mordów,  których  był  świadkiem  podczas  ataku,  pomimo 
widoku  ohydnych  stworów,  które  napadły  na  wieś,  najbardziej  w  jego  pamięci  zapisał 
się  obraz  człowieka  kroczącego  bez  szwanku  przez  płonące  piekło,  niegdyś  będące 
dworem. Obraz człowieka, którego nazwał Czaszkolicym. 

Wbrew  swemu  wyglądowi,  nie  mógł  być  istotą  ludzką.  Jak  inne  parodie  życia, 

szalejące po wiosce, był on jedynie człekokształtny. 

Konrad  zdołał  wówczas  zabić  z  łuku  wielu  napastników.  Każdy,  którego  trafił, 

umierał. Ale nie Czaszkolicy. Czarna strzała wbiła się głęboko w jego pierś, ale wyrwał ją 
bez trudu. Nie popłynęła krew nie było też śladu rany. 

Nienaturalnie  chudy  Czaszkolicy  był  pierwszą  spotkaną  przez  Konrada  istotą 

niewrażliwą  na  śmiertelne  rany.  W  ciągu  następnych  pięciu  lat  zetknął  się  z  wieloma 
nieprawdopodobnymi  bestiami,  które  nie  chciały  umierać,  o  ile  nie  zostały  zabite  na 
tuzin rozmaitych sposobów. 

Uśmiercanie  goblinów  przychodziło  bez  trudu,  ale  przecież  zaliczały  się  one  do 

pośledniejszego rodzaju stworzeń zamieszkujących nieludzkie królestwa. Stanowiły część 
Starego Świata - jak krasnoludy, jak ludzie. Nie były odrażającym pomiotem Północnych 
Pustkowi, Pustkowi Chaosu… 

Stamtąd właśnie wywodziły się wszystkie stwory znane pod nazwą zwierzoludzi. 

Nic  naturalnego  nie  mogło  tam  istnieć,  zupełnie  jakby  pustkowia  były  całkiem  innym 
światem. Były to krainy, gdzie rodziło się jedynie zło. 

Stwory, z którymi Konrad stykał się w młodości, były zdegenerowanymi istotami, 

background image

potomkami tych, które przed dwoma wiekami najechały Imperium. Gdy agresja została 
odparta,  ocalałe  stwory  uciekły  w  gęste  lasy.  Były  słabe  i  wolne,  łatwe  do  zabicia  - 
oczywiście w porównaniu z tymi, z którymi Konrad miał do czynienia od chwili przybycia 
na kislevskie pogranicze. 

Niemal  każdy  zwierzołak  wyglądał  inaczej  i  każdego  trzeba  było  likwidować  w 

odmienny sposób. Czaszkolicy przeżył trafienie strzałą w serce - albo w miejsce, gdzie u 
człowieka powinno się ono znajdować. Ale niektóre istoty z pustkowi miały po kilka serc 
i  każde  z  nich  należało  zniszczyć.  Inne  potwory  sprawiały  wrażenie,  że  w  ogóle  nie 
posiadają tego organu… 

Rana,  która  dla  człowieka  mogła  okazać  się  śmiertelna,  dla  niektórych  z  tych 

piekielnych  bestii  była  zaledwie  draśnięciem.  Odcięte  w  walce  kończyny  potrafiły  żyć 
własnym życiem - odrąbana noga przekształcała się w groźnego węża, ręka trzymająca 
broń - w kolejnego wroga. Niektóre z potworów mogły nawet rozmyślnie dzielić się na 
dwoje - dwugłowy wróg stawał się dwoma jednogłowymi. 

Konrada nigdy nie dręczyły  senne  koszmary,  ponieważ  bez  względu  na  to,  co 

mogła  stworzyć  jego  wyobraźnia,  w  życiu  codziennym  miał  do  czynienia  z  o  wiele 
gorszymi wrogami. 

Aby  zachować  siły,  przestał  biec  na  złamanie  karku  i  teraz  podążał  długimi, 

swobodnymi susami. Wkrótce poczuł  piekielny  żar.  Patrząc  na  płomienie,  zastanawiał 
się, co poza trupami znajdzie za objętą ogniem palisadą. 

Poczuł odór palącego się ciała, ludzkiego ciała. Zwolnił na chwilę. Pomyślał - na 

co właściwie liczy? Nie mógł już nikogo ocalić - spóźnił się. Jedynymi żywymi istotami 
były zwierzołaki - jeżeli takie potwory można nazwać istotami żywymi. 

Nie miał żadnego rozsądnego powodu, aby podążać dalej, ale nie była to kwestia 

rozsądku.  Podobnie  jak  wioska,  w  której  się  wychował,  okolice  kopalni  stały  się  jego 
domem. Był u siebie, a najeźdźcy - nie. 

* * * 

Odnalazł pierwsze zwłoki - zwierzołaków, zabitych strzałami obrońców. Im bliżej 

podchodził  do  umocnień,  tym  więcej  ciał  leżało  na  ziemi,  skąpanych  we  własnej  krwi. 
Było  południe  i  napastnicy  leżeli  od  wielu  godzin,  ale  Konrad  zwolnił  kroku,  ostrożnie 

background image

posuwając się wśród trupów. Dobrze znał taktykę najpodstępniejszych wrogów rodzaju 
ludzkiego. Większość stworów była bezmózga, często dosłownie, ale inne mogły udawać 
trupy w nadziei na zaskoczenie nieostrożnej ofiary. 

Dla niektórych z tych piekielnych istot samo słowo „śmierć” nie miało znaczenia. 

W przeszłości zabijał bestie, które po chwili wstawały znowu, jak wypoczęci po drzemce 
ludzie. 

Sam fakt przechodzenia obok nich żywej istoty mógł wywołać odruchową reakcję 

potworów,  skłaniając  do  ostatniego,  wściekłego  ataku.  Były  w  stanie  wyczuć  ciepłą, 
czerwoną krew człowieka, chociaż płyn, który płynął w ich żyłach nawet wówczas, kiedy 
były  potwornym  odpowiednikiem  żyjących  istot,  mógł  mieć  temperaturę  krwi 
jaszczurki… I dowolną barwę. 

Kształty  tych,  między  którymi  przechodził,  były  jak  zawsze  obrzydliwymi 

parodiami  postaci  zwierzęcych  i  ludzkich,  owadzich  gadzich  i  ptasich,  połączonych  ze 
sobą w przypadkowy sposób. Trudno było sobie wyobrazić, jakim sposobem stwory te 
mogły egzystować, nic więc dziwnego, że tak trudno było je pokonać. 

Te  jednak  zostały  zabite  salwami  strzał,  wypuszczonych  zza  wału  obronnego. 

Podobnie, jak pięć lat temu, gdy Konrad sam był w stanie zabić kilku napastników… 

Odsunął  te  myśl.  Przeszłość  odeszła,  równie  martwa  jak  zabite  wtedy  potwory. 

Musiał skupić się na chwili obecnej - i na przeżyciu jej. 

Ostrożnie  przechodził  między  ciałami,  wpatrując  się  w  to,  co  się  przed  nim 

znajdowało. Zamrugał, gdy gryzący dym dostał mu się do oczu. Uniósł tarczę, osłaniając 
twarz  przed  straszliwym  żarem.  W  prawej  ręce  dzierżył  ciężki  topór,  zaś  miecz  nadal 
trzymał w pochwie. 

Trzy  szczyty  były  połączone  solidną  palisadą,  trzykrotnie  wyższą  od  człowieka. 

Przed nią znajdował się głęboki rów, poprzedzony od przedpola zaostrzonymi kołkami, 
sterczącymi  pod  ostrym  kątem.  Do  przełamania  tych  linii  obronnych  potrzebna  była 
pełna determinacji armia - a zwierzołaki stanowiły taką właśnie armię. 

Tworzące  palisadę  pnie  drzew  płonęły,  jednak  główna  brama  wciąż  była 

dokładnie  zamknięta  i  zabarykadowana  podniesionym  mostem  zwodzonym.  Najeźdźcy 
nie wdarli się więc tą drogą. 

background image

Przez rów, ponad palami, do wnętrza samej fortecy prowadziła grobla - grobla z 

ciał… 

W przeszłości Konrad często obserwował, jak zwierzołaki atakowały gromadami, 

nie  przejmując  się  tym,  ile  z  nich  zginie.  Liczyły,  że  przynajmniej  kilku  przetrwa 
wystarczająco długo, by zabić choć jednego człowieka. Dziesięciu poległych, dwudziestu 
czy stu - taka liczba nie miała żadnego wpływu na ich walkę. Nie biły się dla siebie, nie 
posiadały żadnego instynktu samozachowawczego i dlatego były tak niebezpieczne. 

A tutaj wiele setek tych oszalałych istot musiało się poświęcić, ułożyć własne ciała 

jedno  na  drugim  tak  ciasno,  że  same  się  podusiły,  ale  umożliwiły  towarzyszom 
przerwanie zewnętrznego pierścienia obrony. 

Konrad  próbował  wspiąć  się  na  palisadę,  aby  ominąć  tę  obrzydliwą  drogę,  ale 

szalejący ogień zmusił go do odwrotu. Jedynym sposobem było przejście po tym samym 
moście z ciał, przez który poprowadzono szturm. Zaczął wspinać się po śliskim zboczu, 
jego  nogi  zapadały  się,  gdy  stąpał  po  nieludzkich  kończynach  i  torsach.  Koszmarne 
twarze rozgniatał butami, oblepionymi cuchnącym śluzem. 

Dotarł już prawie do szczytu, gdy pokryta łuskami dłoń wyłoniła się z góry ciał i 

chwyciła  go  za  kostkę.  Zareagował  natychmiast.  Ostrze  topora  spadło,  przecinając 
zdeformowaną  rękę  wroga.  Ale  odrąbana  dłoń  zacisnęła  się  jeszcze  mocniej.  Musiał 
oderwać ją żeleźcem topora. Upadła na stos ciał, spazmatycznie zaciskając zakończone 
pazurami palce. Odrzucił ją kopniakiem i skoczył do przodu. 

Znalazł  się  na  szczycie  palisady.  Próbował  przebić  wzrokiem  dym  i  cokolwiek 

zobaczyć. Jako świadek ataku na swoją wioskę widział wiele przerażających obrazów, a 
podczas pięciu lat spędzonych na pograniczu napatrzył się na jeszcze gorsze rzeczy - ale 
w  miarę  jak  wnętrze  fortecy  stawało  się  widoczne,  coraz  wyraźniej  czuł,  że  żołądek 
podchodzi  mu  do  gardła.  Zachwiał  się,  miał  zawroty  głowy.  Zamknął  oczy, 
powstrzymując  wzbierające  wymioty.  Rozpaczliwie  próbował  zaczerpnąć  świeżego 
powietrza.  Ale  go  nie  znalazł.  Atmosfera  była  przesycona  smrodem  rzezi,  odorem 
palących się ciał i rozlanej krwi. 

Wszystkie  drabiny  spłonęły,  więc  Konrad  musiał  zeskoczył  do  środka.  Przerzucił 

tarczę przez ramię, wydobył miecz i ruszył na pobojowisko. 

background image

Każdy  metr  kwadratowy  ziemi  był  splamiony  krwią,  na  każdym  leżało  ciało  - 

ludzkie  lub  nieludzkie.  A  jeżeli  nie  całe  ciało,  to  jego  porąbane  części.  Śmierć  nie 
oznaczała dla pokonanych spokoju… 

Zamordowani,  okaleczeni  i  zmasakrowani  znajdowali  się  wszędzie  -  przybici do 

ścian,  wiszący  na  słupach,  przygwożdżeni  bronią  do  ziemi.  Porozrywani  na  strzępy, 
nadjedzeni,  zachłostani  na  śmierć,  podpaleni.  I  mieli  szczęście  ci,  którzy  zginęli  na 
samym początku walki. 

Niektórzy  zostali  uduszeni  własnymi  jelitami,  inni  zadławieni  wnętrznościami. 

Odcięte głowy, wyrwane kończyny, wydłubane oczy, odrąbane palce, twarze odarte ze 
skóry… lista barbarzyńskich okaleczeń zdawała się nie mieć końca. 

Wiele  odciętych  członków  zostało  specjalnie  poukładanych,  jakby  dla  jakiegoś 

makabrycznego  żartu.  Głowę  krasnoluda  umieszczono  na  brzuchu  kobiety,  wtykając 
szyją  w  otwór,  w  którym  kiedyś  znajdowały  się  wnętrzności.  Odcięte  nogi  górnika 
zastąpiono rękami dziecka. Z piersi najemnika sterczała stopa. Innemu w rozcięte gardło 
powtykano gałki oczne, tworząc jakby naszyjnik z gigantycznych pereł. Każde następne 
ciało zostało zbezczeszczone w ohydniejszy sposób od poprzedniego. To było coś więcej 
niż  rzeź,  więcej  niż  zemsta  czy  efekt  zwykłej  żądzy  krwi  -  to  było  zło,  absolutne  i 
całkowite. 

„Kwintesencja Chaosu” - uświadomił sobie Konrad. 
Żołnierze,  którzy  bronili  kopalni,  skazańcy  wydobywający  rudę,  pilnujący  ich 

strażnicy, krasnoludy-inżynierowie, mieszkające tu kobiety, ich dzieci… martwi, wszyscy 
martwi. 

Mimo tortur, jakim poddano ich ciała,  Konrad  rozpoznał  wielu  najemników. 

Pochodzili  z  każdego  zakątka  Starego  Świata,  a  nawet  z  jeszcze  odleglejszych  krain. 
Żołnierze  fortuny,  którzy  zginęli  setki,  tysiące  mil  od  domu  -  i  którzy  nigdy  nie  sięgną 
fortun, o których marzyli. 

Mieszkańcy  Kislevu,  broniący  swojej  ziemi  ojczystej,  wojownicy  z  każdej 

prowincji,  z  każdego  miasta  Imperium,  z  estalijskich  królestw  i  Bretonii,  z  tileańskich 
miast-państw  i  Księstw  Granicznych,  z  mitycznych  krajów  za  oceanem,  z  Arabii  i 
Południowych Krain, Kitaju i Nipponu - wszyscy oni tworzyli elitarny oddział Wilka. Stali 

background image

się  sojusznikami,  walczącymi  z  tym  samym  wrogiem.  Bili  się  razem,  a  teraz  zginęli 
razem. Większość umarła wolno, w koszmarnych cierpieniach. 

Konrad przygryzł dolną wargę i poczuł wypełniający usta ciepły, miedziany smak 

krwi. Zacisnął dłonie na rękojeściach topora i miecza. Chciał walczyć, zabijać, rzucić się 
w bój, dać upust wściekłości i gniewowi, walcząc ze znienawidzonym wrogiem - ale nie 
było z kim walczyć ani kogo zabijać. 

Poza  szalejącym  ogniem  wszystko  wokoło  było  nieruchome.  Począł  przycichać 

nawet  huk  ognia,  nie mogącego  wyżywić  się  zwęglonym  drewnem.  Wokół  ciał  unosiły 
się muchy, pijąc krew. Kilka wron i sępów krążyło wysoko czekając, aby Konrad odszedł. 
Szczur wychylił się z ruin stajni, ale szybko umknął z powrotem. Wkrótce pojawią się na 
ucztę wilki i inne drapieżniki, przywabione zapachem krwi. 

Na każdego martwego człowieka przypadało kilka ohydnych, nieludzkich trupów. 

Jak w czasie ataku na wioskę Konrada, i tym razem zwierzołaki odłożyły na bok spory i 
zjednoczyły się w celu wspólnego ataku. Konrad nie wiedział czy, tak jak w poprzednich 
wypadkach, po odniesieniu zwycięstwa zwrócili się przeciwko sobie - i nawet go to nie 
obchodziło. 

Ciała  zwierzołaki  były  takie  same,  jak  tych,  z  którymi  wiele  razy  walczył  i  które 

zabijał  -  zmutowanych  stworów,  przypełzłych  z  Północnych  Pustkowi.  Koszmarnych 
istot, które nie miały prawa żyć, które, by przetrwać, kradły ludzkie istnienia, ponieważ 
same nie miały żadnej formy życia. 

Stworzenia pokryte futrem  i  piórami,  z  kolcami  i  łuskami,  o  kłach  i  pazurach, 

dziobach  i  szponach,  skrzydlate  i  z  ogonem;  których  kończyny  stanowiły  broń,  a  ciała 
były bądź jaskrawo, bądź maskująco ubarwione; o odwróconych twarzach albo zupełnie 
bez twarzy; których oczy tkwiły na szypułkach lub w ogóle nie posiadały źrenic; takie, 
które potrafiły sparaliżować człowieka swym pozornym urokiem. 

Konrad już je widział i zabijał wszystkie. 
Ale  były  także  inne,  o  zdecydowanie  subtelniejszych  mutacjach,  takie,  które 

niemal  mogły  udawać  ludzi.  I  czasami  to  robiły,  ponieważ  kiedyś  rzeczywiście  były 
ludźmi… 

Jak  zwierzołaki  zdawały  się  pretendować  do  osiągnięcia  poziomu  ludzkiego,  tak 

background image

samo niektórzy ludzie  zapragnęli stać się zwierzętami. Woleli czcić  mrocznych bogów i 
przemienić  się  w  istoty,  które  były  czymś  o  wiele  gorszym  od  człowieka.  Wśród 
poległych leżało wielu takich ludzkich zaprzańców, z pozoru człowieczego wyglądu, a tak 
naprawdę kryjących efekt mutacji pod szczelnymi zbrojami. 

Konrad  szedł  między  trupami,  trzymając  broń  w  pogotowiu,  pragnąc,  by  choć 

jeden z wrogów dał znak życia i w ten sposób pomógł mu uwolnić się choć trochę od 
szarpiącej nim furii. Ale nie było nikogo żywego. Nawet ścierwojady trzymały się z dala, 
czekając aż wojownik opuści strefę śmierci. 

Nagle uświadomił sobie, że drugi raz udało mu się przeżyć taki atak. I tym razem 

nie było go na miejscu w momencie, gdy zaczynała się walka. Znowu ocalał. 

Wioska  została  starta  z  powierzchni  ziemi.  Gdy  powrócił  po  kilku  dniach,  w 

niczym  nie  przypominała  miejsca,  gdzie  żyli  ludzie.  Wszystkie  budynki  zniknęły,  znać 
było  jedynie  zarysy  fundamentów.  Jeżeli  taki  sam  kataklizm  miał  również  dosięgnąć 
kopalni, powinien odejść stąd, póki może. Ale najpierw musiał jeszcze coś uczynić - coś, 
o czym usiłował nie myśleć od chwili, gdy ujrzał pierwszy ślad dymu na horyzoncie. 

Wejście  do  szybu  sprawiało  wrażenie  zasypanego.  Potężne  drewniane  podpory 

zostały  wyrwane,  a  na  ich  miejscu  widniała  wielka  sterta  kamieni  oraz  zmasakrowane 
ciała - ludzi i zwierzołaki. Każdy budynek w obrębie palisady został splądrowany. Zwłoki 
zwisały  ze  wszystkich  okien,  piętrzyły  się  w  każdym  wejściu.  Większość  drewnianych 
konstrukcji została spalona albo w inny sposób zniszczona. Na miejscu gospody widniały 
jedynie zwęglone belki i poczerniałe kości. 

W  tej  chwili  Konrada  interesowały  tylko  dwa  miejsce  -  galeria nad koszarami 

najemników  i  pokój,  w  którym  mieszkała  Krysten.  Unikał  spoglądania  w  tym  kierunku 
tak długo, jak potrafił, alt w końcu skierował wzrok w stronę nieregularnej konstrukcji, 
sterczącej ze zbocza najbardziej stromej turni. 

Chociaż  dym  buchał  z  większości  okien,  środkowa  część  górne  go  piętra 

wydawała się nienaruszona. Konrad niemal żałował, że cały budynek nie zamienił się w 
pył  i  popiół.  Wtedy  przynajmniej  nie  musiałby  się  wspinać  po  wąskich  schodach,  aby 
ujrzeć to, co wiedział, że tam zastanie. 

Powoli, niechętnie, ruszył w stronę koszar. 

background image

Hol był zasłany ciałami. Schody spływały czerwoną krwią i wielokolorową posoką. 
Wewnątrz było znacznie ciemniej, pomieszczenia wypełniał gryzący dym. Konrad 

zdjął  hełm.  Zostawił  go,  wraz  z  toporem  i  tarczą,  przy  wejściu,  a  potem  zaczął  iść 
między  szczątkami  mebli  a  leżącymi  belkami,  odsuwając  na  bok  zwłoki.  Nie  zwracając 
uwagi  czy  są  trupami  ludzi,  czy  nie,  odrzucał  je  kopniakami  albo  odsuwał  mieczem. 
Zmasakrowane ciała były dla niego już tylko surowym mięsem. To, co stanowiło istotę 
ich człowieczeństwa, dawno uleciało, a dusze przyjęli bogowie. 

Poznawał prawie wszystkich poległych, a przynajmniej tych, którzy jeszcze dawali 

się rozpoznać. Byli to żołnierze, którymi dowodził, i którym ufał, dziewczyny, które znał, 
i z którymi się kochał. 

Nigdzie jednak nie dostrzegał małej postaci o falistych blond włosach, chociaż im 

dalej wędrował przez to miejsce rzezi, tym bardziej było prawdopodobne, że ją znajdzie. 

Każdy  następny  krok  przychodził  z  coraz  większym  trudem,  serce  łomotało 

szybciej niż w czasie biegu w stronę płonącej górniczej osady. Wcześniej udało mu się 
pohamować  mdłości,  teraz  jednak  nie  był  w  stanie  powstrzymać  kłębiących  się  w nim 
emocji. Cały smutek skupił się w jednej łzie, która spłynęła po lewym policzku. 

Kilka dni temu poczuł na wargach słone łzy Krysten, gdy pochylił się nad śpiącą 

przyjaciółką,  aby  pocałować  ją  na  pożegnanie.  Oboje  wiedzieli,  że  nigdy  się  już  nie 
zobaczą i dlatego udawała, że śpi. Zdradziły ją jednak łzy. 

Wtedy,  wyruszając  z  Wilkiem  i  Anvilą  na  poszukiwanie  zaginionej  świątyni 

krasnoludów i ukrytych w niej skarbów, myślał, że nie wróci. Świątynię znaleźli, ale nic 
poza tym. Opuścił Krysten tak samo, jak ją znalazł - samotną. Dawała sobie nieźle radę, 
zanim Konrad pojawił się w jej życiu i uważał, że tak będzie i teraz. Nikt jednak nie był 
w stanie przeżyć tak niezwykłego ataku połączonych hord przeklętników. 

Opłakiwał  nie  tylko  Krysten.  Pamięć  o  Elyssie  zawsze  tkwiła  w  nim mocno, a 

teraz, w tej sytuacji, wspomnienie o niej ponownie owładnęło jego myślami. 

Również  została  zabita  przez  zwierzołaki,  zamordowana  w  czasie  napaści  na 

wioskę. I, podobnie jak w przypadku Krysten, Konrad opuścił ją, pozostawił, by umarła… 

Nie miał pewności czy Krysten zginęła, ale śmierć Elyssy widział - zdawał sobie 

sprawę, że zginie, chociaż nie wiedział kiedy, ani jak. 

background image

Ale również przewidywał, że Elyssa spowoduje jego śmierć - i pod tym względem 

się mylił. Ona umarła, a on w dalszym ciągu żył. 

Elyssa  i  Krysten,  Krysten  i  Elyssa.  Pod  tak  wieloma  względami  stanowiły  swoje 

absolutne  przeciwieństwo.  Czy  dlatego  właśnie  Kislevitka  go  pociągała?  Bo  była  tak 
całkowicie  inna,  bo  nawet  nie  przypominała  Elyssy?  Elyssa  była  wysoką,  ciemnowłosą 
kobietą, Krysten - drobną blondynką. „A jednak teraz są takie same” - uświadomił sobie. 
- „Obie nie żyją.” 

Odsunął  na  bok  zakrwawioną  zasłonę  i  wszedł  do  pokoju  Krysten.  Na  sienniku 

leżały  zwłoki  żółtoskórego  zwierzołaka,  którego  kocia  twarz  wykrzywiona  była  w 
grymasie bólu. Na środku jego pokrytej sierścią piersi sterczała rękojeść wbitego noża. 

Konrad stał bez ruchu, wodząc wzrokiem po zdemolowanym pokoju. Nie było ani 

śladu  dziewczyny  -  żywej  czy  martwej.  Rozpoznał  nóż.  Był  to  sztylet,  który  wygrał  w 
karty i ofiarował  Krysten,  aby  miała  się  czym  bronić.  Najwyraźniej  spełnił  zadanie. 
Wszystko wskazywało na to, że zdołała uciec, ale jak daleko? 

Wszedł  w  głąb  pokoju  i  szturchnął  leżącego  stwora  klingą,  przecinając  zimne 

ciało.  Cofnął  ostrze  i  wytarł  je  o  futro  zwierzołaka.  Potem,  nie  chcąc,  aby  trup  choć 
chwilę dłużej bezcześcił łoże Krysten, przechylił siennik, zrzucając ciało na podłogę. 

Konrad  znał  każdy  cal  małego  pokoju  i  wiedział,  że  nie  było  w  nim  miejsca,  w 

którym  dziewczyna  mogłaby  się  ukryć.  Pochylił  się  i  podniósł  maleńkie  figurki,  które 
trzymała na półce nad łóżkiem, oraz garść ozdób i drobiazgów - jej jedyne skarby. Półka 
została  oderwana  i  rozbita,  zabrał  więc  i  zatrzymał  te  pamiątki  po  Krysten.  Miał 
wrażenie, że wszystko, co po niej zostało, zamknął w swojej lewej dłoni. 

Prostując się, zauważył lustro - kolejny jego podarunek. Kiedy je dawał, było już 

pęknięte, teraz zaś wisiało przekrzywione, jeszcze bardziej rozbite i zniszczone. 

Spojrzał  w  popękane  szkło  i  przypomniał  sobie  inne  lustro.  Lustro  Elyssy,  w 

którym po raz pierwszy zobaczył swoje odbicie i w którym zdawało mu się, że dostrzega 
spoglądającą na niego inną twarz - twarz jego samego, ale nie takim jaki był, lecz jakim 
mógłby zostać… 

Lustro wisiało tak przekrzywione, że Konrad nie widział swojego odbicia i wcale 

nie  pragnął  je  zobaczyć.  Jego  myśli  opanowała  przeszłość,  ale  nagle  dostrzegł  w 

background image

popękanym szkle jakiś ruch - i błysk światła na ostrzu! 

Odskoczył, rzucił się na ziemię, a nóż wbił się w drewnianą ścianę, tuż nad jego 

głową. Gdyby poruszył się ułamek sekundy później, klinga utkwiłaby w jego gardle. 

Natychmiast  wypadł  przez  drzwi,  ścigając  swego  niedoszłego  zabójcę.  Wydał 

okrzyk  bojowy,  pędząc  za  skuloną  postacią,  która  mknęła  po  zacienionej  galerii. 
Potknęła  się  wreszcie  o  rozrąbane  ciało  i  upadła.  Próbowała  odczołgać  się  dalej,  ale 
drogę jej ucieczki blokowały inne zwłoki. 

- Giń! - warknął Konrad, unosząc miecz. 
- Nie! - wrzasnął przeciwnik. - Nie! Jestem człowiekiem. Jestem człowiekiem! 

Rozdział trzeci 

- Myślałem, że jesteś jednym z nich, panie. Widziałem, jak wspinałeś się tu, na 

górę,  i  pomyślałem,  że  mam  jedyną  szansę  zemszczenia  się  za  wszystko,  co  zrobili, 
prawda? 

Konrad wyciągnął człowieka, który go zaatakował, na dwór, żeby dobrze mu się 

przyjrzeć. Stali teraz w zaułku, gdzie znajdowało się stosunkowo niewiele zwłok i gdzie 
smród śmierci nie był tak straszliwy. 

Był jednym z górników i chyba jedynym człowiekiem, któremu udało się przeżyć 

atak.  Miał  metr  pięćdziesiąt  pięć  wzrostu,  ale  byłby  wyższy,  gdyby  go  nie  przygarbiły 
lata spędzone pod ziemią. Jego niewielka głowa zdawała się być tak głęboko wciśnięta 
w ramiona, jakby w ogóle nie miał karku. Zestarzał się przedwcześnie, miał gęste włosy 
na kończynach i torsie, a te, które rosły na głowie i brodzie, były siwe. Nawet jego skóra 
sprawiała wrażenie szarej od kurzu, który wżerał się w nią pod ziemią. Przez cały czas 
nerwowo kręcił głową, jakby obawiał się, że napastnicy lada chwila powrócą. 

-  Dlaczego  żyjesz?  -  spytał  Konrad.  Nie  dowierzając  siwowłosemu  górnikowi, 

trzymał miecz w pogotowiu. 

- Ukryłem się, co nie? - zerknął na miecz. - Słowo daję, panie. Myślałem, że jest 

pan jedną z tych bestii. 

Zmarszczył długi nos, podnosząc lewą rękę, żeby się podrapać po głowie. Konrad 

zauważył, że górnik zamiast prawej dłoni ma kikut. Musiał ją utracić przed wieloma laty 

background image

- albo w wypadku, albo za karę. 

Wszyscy  górnicy  byli  skazańcami,  wysłanymi  tu  do  odbycia  wyroku.  Niemal 

zawsze był to wyrok dożywotni, niewielu bowiem udawało się przeżyć pracę w kopalni. 
Nigdy  nie  zakuwano  ich  w  łańcuchy,  ponieważ  nie  mieli  dokąd  uciec.  Za  kopalnią 
rozpościerały  się  setki  mil  dziczy  pełnej  zwierzołaków.  Więźniowie  mogli,  bez 
specjalnego wysiłku, zbiec z osady, ale niełatwo było uciec przed tym, co znajdowało się 
poza jej granicami. 

Konrad  patrzył  na  widniejący  wokół  obraz  zniszczenia.  Na  trupy.  Wciąż  szukał 

Krysten, mając jednocześnie nadzieję, że jej nie znajdzie. Ciemne oczy górnika podążały 
za jego spojrzeniem. 

Konrad  odwrócił  wzrok,  a  potem  zerknął  na  swoją  lewą  dłoń,  Wciąż  zaciskał 

pięść, wciąż trzymał w niej bezwartościowe pamiątki po Krysten, które podniósł w chwili, 
gdy  rzucono  w  niego  nożem.  Wbił  sztych  miecza  w  ziemię,  wydłubał  płytki  otwór,  a 
potem wrzucił do niego drobiazgi i zasypał je. 

- Co się wydarzyło? - zapytał. 
-  Świtało  i  szykowaliśmy  się,  żeby  wejść  do  szybu,  panie,  gdy  zaatakowały  nas 

zwierzołaki.  Były  ich  setki.  Tysiące.  Nie  sposób  było  ich  zatrzymać.  Nigdy  niczego 
takiego nie widziałem, no nie? I mam nadzieję, że nie zobaczę. Strażnicy nic nie mogli 
zrobić. Jak powiedziałem, było ich zbyt wiele. To było straszne. Straszne. 

Górnik zmarszczył nos i zadygotał, opowiadając swoją historię. 
-  Przedostały  się  przez  palisadę,  było  ich  coraz  więcej,  wrzeszczały  i  wyły. 

Zabijały  każdego,  kto  próbował  je  zatrzymać.  Inni  górnicy  wzięli  broń  zabitych 
strażników, ale wkrótce oni też już nie żyli. Nie mogłem wiele zdziałać bez ręki, prawda? 
- podniósł kikut. 

- Jakoś dałeś sobie radę z nożem, którym we mnie rzuciłeś - zauważył Konrad, 

zastanawiając się, jak niewiele brakowało, by zginął, by został zabity, nie mając nawet 
możliwości obrony. Jego oko, które ostrzegało go przed niebezpieczeństwem, widząc
co może się w przyszłości zdarzyć, znowu go zawiodło. 

Z  biegiem  lat  Konrad  coraz  mniej  polegał  na  wizjach  przyszłości,  dostarczanych 

przez  lewe  oko.  Nie  potrzebował  żadnych  ostrzeżeń  przed  niebezpieczeństwem.  Tu,  w 

background image

Kislevie,  zawsze  było  niebezpiecznie  -  nie  obawiano  się  tylko  zasadzek,  ponieważ  na 
tych pustkowiach było niewiele miejsc, w których mógł się ukryć napastnik. 

Stał  się  również  żołnierzem,  wyćwiczonym  wojownikiem,  i  jego  umiejętności 

bojowe  wystarczały,  by  zwyciężyć  każdego,  kto  by  go  zaatakował.  Nie  musiał  już 
widzieć,  co  przeciwnik  robi  ułamek  sekundy  wcześniej.  Wyćwiczone  reakcje  i  odruchy 
wystarczały,  aby  dać  sobie  rade  ze  wszystkim,  co  pogańskie  hordy  mogły  rzucić 
przeciwko ludziom. 

-  Jestem  dobry  z  nożem,  prawda?  Zawsze  byłem  -  górnik  uśmiechnął  się, 

odsłaniając poplamione zęby. 

Konrad  zastanowił  się,  za  co  skazano  tego  mężczyznę  i  dlaczego  stracił  dłoń. 

Najprawdopodobniej był rzezimieszkiem z któregoś z miast Kislevu. 

- Mów dalej - ponaglił Konrad. 
- Niewiele mogłem zrobić - wzruszył ramionami. - Albo się ukryć, albo dać zabić. 

Wielu  innych  wpadło  na  ten  sam  pomysł,  panie.  Ale  niewiele  im  to  dało,  co  nie? 
Znaleziono ich i zamordowano -  pociągnął  nosem,  spoglądając  na  scenę  rzezi.  - 
Zamordowano  albo  jeszcze  gorzej.  Ja  wcisnąłem  się  pod  kilka  trupów.  W  ten  sposób 
ocalałem - spojrzał na ślady krwi, które plamiły jego poszarpaną bluzę. 

-  Leżałem  bez  ruchu  przez  wiele  godzin  -  mówił  dalej.  -  A  potem  zobaczyłem 

pana i pomyślałem, że jest pan jednym z nich. Czułem się paskudnie z powodu tego, co 
zrobiłem  -  chowałem  się,  kiedy  wszystkich  innych  zabijano…  I  dlatego  ruszyłem  za 
panem. I to byłoby tyle, panie - wzruszył ramionami i dokładnie przyjrzał się Konradowi. 
- Jak to się stało, że pan nie zginął? 

Konrad popatrzył na górnika - nie miał pewności, czy wierzy w jego opowieść. W 

każdym razie żył i tylko to się liczyło. 

Nie  wiedział  czy  górnik  rozpoznał  go,  czy  nie.  Właściwie  nie  było  ku  temu 

żadnych  powodów.  Dla  Konrada  wszyscy  przymusowi  robotnicy  wyglądali  tak  samo. 
Zapewne dla górnika wszyscy najemnicy byli identyczni. 

-  Byłem  na  patrolu  -  odpowiedział  Konrad.  -  Gdy  ujrzałem  dym,  wróciłem  -  nie 

było  potrzeby  wyjawiania  prawdy,  proste  kłamstwo  powinno  wystarczyć.  -  Jak  się 
nazywasz? 

background image

- Nazywam? 
- Tak. 
- Heinler, panie. 
Odpowiedział  po  króciutkim  wahaniu.  Konrad  pomyślał,  że  pewnie  to  kolejne 

kłamstwo. Obaj wiedzieli, że nie powinni sobie ufać. Jego nowy towarzysz był skazanym 
przestępcą,  ale  jedyna  różnica  między  nim  a  wieloma  najemnikami,  którzy  strzegli 
kopalni, polegała na tym, że dał się złapać. 

-  A  ja  nazywam  się  Konrad.  Wygląda  na  to,  że  jesteśmy  jedynymi  ludźmi  w 

promieniu setek mil. Nie ma potrzeby, żebyś zwracał się do mnie „panie”. 

-  Przepraszam,  panie.  Kiedy  jest  się  więźniem  tak  długo  jak  ja,  każdy  inny  jest 

„panem”. 

-  Zobaczmy,  czy  uda  nam  się  znaleźć  trochę  wody,  Heinlerze,  i  może  coś  do 

jedzenia. 

Przeszukali  osadę,  ale  studnia  była  zanieczyszczona,  pełna  zwłok,  a  wszystkie 

zapasy ze składu kwatermistrza skradziono. Konie ze stajni zniknęły, cała broń została 
zabrana, podobnie  jak  zgromadzona  ruda  złota.  Nigdy  dotąd  taka  zdobycz  nie 
interesowała napastników. Za każdym razem, gdy atakowali konwój, ich jedynym celem 
było zabijanie, nigdy rabunek. 

Konrad dotarł do wysuniętej najdalej na południe turni, a za nim podążał Heinler. 

Wspięli się po stopniach wykutych w skale,  do miejsca, gdzie w  dalszym ciągu dymiły 
szczątki wieży strażniczej i leżały spalone ciała. 

- Skierowali się w tamtą stronę? - zapytał Konrad, a Heinler skinął głową. 
Na  horyzoncie  nie  było  śladu  napastników.  A  więc  podążali  w  kierunku  Praag. 

Konrad zdał sobie sprawę, że wraz z Heinlerem znaleźli się między obcą armią a krajem, 
skąd  wyłoniły  się  piekielne  hordy.  Czy  była  to  powtórka  wielkiej  inwazji  sprzed  dwóch 
wieków,  tak  samo  jak  atak  na  kopalnię  był  powtórką  zniszczenia rodzinnej wioski 
Konrada? 

- Czaszkolicy - powiedział Konrad. 
- Co? 
-  Czy  widziałeś  wśród  tych  stworów  wysokiego  człowieka?  Łysego,  bardzo 

background image

chudego? Mógł być jednym z dowódców. 

- Eeee… 
-  Poznałbyś  go,  ponieważ  zupełnie  nie  przypomina  pozostałych.  Wygląda  jak 

człowiek, zapewne nie ma broni. I może bez szwanku chodzić wśród płomieni. Widziałeś 
go? 

- Tak! Tak! Widziałem, widziałem! 
Konrad spojrzał na Heinlera, nie wiedząc czy mu wierzyć. Górnik potwierdził zbyt 

gorliwie. 

- Bardzo wysoki, bardzo chudy, łysy i wyglądał jak człowiek! - zawołał Heinler. - 

Przysięgam, że to był on! 

Konrad  zdał  sobie  sprawę,  że  podał  zbyt  wiele  informacji  i  Heinler  po  prostu 

powtarza  jego  słowa.  Nie  robiło  to  jednak  żadnej  różnicy,  ponieważ  Konrad  chciał 
uwierzyć. 

Wczoraj rycerz ze spiżu, dzisiaj Czaszkolicy. 
Odwrócił  się,  znowu  spoglądając  na  południe,  w  stronę  Imperium,  w  stronę 

Ostlandu i doliny, w której się wychował. 

-  Wydawał  rozkazy,  prawda?  -  mówił  dalej  Heinler.  -  Był  jednym z  tych,  którzy 

przerwali zabijanie i kazali pozostałych ludzi wziąć do niewoli. 

- Do niewoli? - zapytał Konrad, odwracając się gwałtownie. Schwycił Heinlera za 

bluzę i przyciągnął do siebie. - Wzięli jeńców? 

- Tak - Heinler odsunął się. - Mówię uczciwie, panie! 
- Kogo? Jak wielu? Po co? 
Górnik potrząsnął gwałtownie głową. 
- Nie wiem. Dużo. 
- Mężczyzn? Kobiety? 
- Tak. Mężczyzn. Kobiety. Jednych i drugich. Chyba każdego, kto jeszcze żył i nie 

był ciężko ranny. 

Konrad puścił go. 
Nie  było  sensu  pytać  o  Krysten,  dowiadywać  się,  czy  ją  widział.  Na  pewno 

odpowiedziałby twierdząco, domyślając się, że taką odpowiedź Konrad chciałby usłyszeć. 

background image

Heinler jednak z własnej woli przekazał mu informację o jeńcach. Nie miał pojęcia, że 
Konrad szukał jednej, konkretnej osoby. W obrębie wypalonej palisady nigdzie nie było 
śladu Krysten, co mogło jedynie oznaczać, że zwierzołaki ją zabrały. 

Konrad  chciał  wierzyć,  że  dziewczyna  jeszcze  żyje,  i  że  on  ma  szansę  odkupić 

swoją  winę.  Jeśli  jednak  żyła,  to  nie  na  długo.  Stwory  jedynie  opóźniły  jej  śmierć, 
zachowały przy życiu dla jakichś swych ohydnych celów. 

- Czeka nas długi spacer, Heinlerze - oznajmił. 
- Co? 
- Chyba że wolisz tu zostać. 
Heinler spojrzał na leżące w dole ciała i zmarszczył nos. 
- Dokąd idziemy? - zapytał. 
Konrad wskazał na południe. 
- Tam, gdzie oni - odparł. 
Zabrali  swoją  broń  z  pokoju  Krysten,  ale  nie  mogli  nic  więcej  wziąć,  ponieważ 

wszystko, co mogłoby im się przydać, zostało zagrabione. 

Nóż  Heinlera  wyglądał  jakby  został  własnoręcznie  wykonany  przez  górnika. 

Rękojeść  stanowił  byle  jak  obrobiony  kawałek  drewna,  ostrze  wyklepano  z  kawałka 
metalu. Była to jednak broń - prymitywna, ale broń - niemal zdołała zabić Konrada. 

Sztylet Krysten był wąski, ale o kwadratowym przekroju ostrza - bardzo dobry do 

przebijania  grubych  skór.  Początkowo  należał  do  jednego  z  najemników Wilka, 
milczącego wojownika, który nie zdradził ani swojego nazwiska, ani skąd pochodzi. Był 
na patrolu z czterema innymi żołnierzami - żaden nie wrócił. Właśnie Konrad znalazł to, 
co  z  nich  zostało  -  cztery  ludzkie  ciała,  a  obok  trupy  tuzina  zniekształconych 
napastników,  którzy  urządzili  zasadzkę.  Ale  po  milczącym  najemniku  nie  było  nawet 
śladu,  nic  poza  sztyletem,  który  leżał  na  ziemi  kilka  metrów  od  miejsca  rzezi.  Jego 
zakrwawiony czubek wskazywał na północ. 

Ponieważ Konrad miał swój własny nóż, który tak dobrze mu służył przez wiele 

lat, oddał ten sztylet Krysten. A teraz znowu trzymał go w ręku. 

Razem  z  Heinlerem  wyszli  południową  bramą,  całkowicie  zniszczoną  przez 

zwycięzców. Opuszczona palisada bardzo szybko ulegała zniszczeniu. Niektóre elementy 

background image

umocnień rozpadły się w czasie, gdy Konrad znajdował się w osadzie. Działo się tak nie 
tylko  dlatego,  że  płomienie  strawiły  większą  część  drewna.  Belki  sprawiały  wrażenie 
jakby były całkowicie spróchniałe, jakby postarzały się o wiek w ciągu kilku godzin. Cała 
osada  wyglądała,  jakby  była  nie  zamieszkana  i  zapomniana  od  niezliczonych  lat. 
Wkrótce  wszystko,  co  zostało  wykonane  ludzką  ręką,  rozpadnie  się  w  pył  i  będzie 
rozwiane przez wiatr. 

Słońce wisiało już niżej, ale paliło niemal tak straszliwie jak w południe. Konrad 

zawsze sądził, że obchodzi go tylko jedna dziewczyna. A teraz to się zmieniło - Krysten 
stanowiła najważniejszy cel jego życia. 

Na horyzoncie nie było widać najeźdźców, ale nie potrzebowali doświadczonego 

tropiciela, aby podążać ich śladem. Znaki przemarszu były łatwo widoczne. Co jakiś czas 
natykali się na zniekształcone zwłoki jakiegoś zwierzołaka, zmarłego z ran odniesionych 
w czasie szturmu na osadę. Wiele ciał wyglądało jakby życie uciekło z nich wiele dni, a 
nawet  miesięcy,  temu  -  opuchnięte,  rozkładające  się,  oblepione  rojami  much  i 
pełzającego robactwa. 

Konrad  miał  wrażenie,  że  armia  z  Północy  specjalnie  zostawia  ślady  swojego 

przemarszu, wyrzucając niepotrzebne łupy, zarysowując pnie drzew piastami kół - jakby 
wytyczała  szlak  dla  pościgu.  Ogromną  połać  terenu  pokrywały  dziesiątki  śladów  kół, 
niezliczone  odciski  stóp,  kopyt,  łap.  Rzeczywiście,  musiały  tędy  przejść  tysiące  tych 
przeklętych  istot.  Tropy  mówiły  też,  że  prędkość  kolumny  była  ograniczana  przez 
najwolniejszych członków grupy. 

Mimo bliskości armii, Konrad wciąż miał to samo uczucie, co rano - że jest sam na 

całym świecie. Wprawdzie Heinler znajdował się tuż obok, ale wojownik czuł, że obaj są 
wędrowcami,  którzy  jedynie  przypadkowo  idą  tym  samym  szlakiem.  Nie  byli 
sojusznikami - łączył ich tylko fakt, że obaj są ludźmi. 

Konrad  maszerował  równym  tempem,  a  Heinler  dotrzymywał  mu  kroku.  Górnik 

rzeczywiście musiał być twardzielem. Miał tylko jedną rękę, a musiał nią wykonywać tyle 
samo pracy, co inni skazańcy dwiema. Szedł na bosaka, stopy mu krwawiły i kulał lekko. 
Podobnie  było  z  Konradem  -  jego  buty  nadawały  się  tylko  do  konnej  jazdy.  Nigdy  tak 
długo nie poruszał się w nich na piechotę, ale próbował nie zwracać uwagi na odciski i 

background image

ból  mięśni.  Dopóki  nieprzyjaciel  szedł,  on  musiał  robić  to  samo.  Podążając  uparcie 
naprzód,  zmniejszali  odległość  dzielącą  ich  od  wroga.  Przed  wieczorem  widzieli  już  na 
horyzoncie kurz wzbijany przez wrogą armię. 

Po  tak  wielu  godzinach  marszu  napastnicy  będą  musieli  się  zatrzymać.  Choć 

może, skoro nie są ludźmi, nie potrzebują wypoczynku? 

Odległość między nimi wciąż się zmniejszała. Jak okiem sięgnąć, od jednego do 

drugiego  krańca  horyzontu  okolica  była  pełna  ciemnych  postaci.  Dopiero  po  chwili 
Konrad uświadomił sobie, że wojsko dzieli się na grupy. Część piekielnej hordy podążała 
w  lewo,  część  w  prawo,  a  reszta  szła  dalej,  wprost  na  południe.  Przypuszczał,  że 
rozdzielają siły, aby uderzyć w kilku różnych miejscach. 

Kraj posiadał trzy gęsto zamieszkane rejony: wokół Praag, Erengardu i stolicy - 

Kislevu. Zwierzołaki i ich sojusznicy wkrótce przekonałyby się, że fortyfikacje tych miast 
są  o  wiele  silniejsze  niż  umocnienia  kopalni,  a  obrońcy  liczniejsi.  Być  może  więc  ich 
zamiarem było zaatakowanie mniejszych miast i wiosek, w celu szerzenia leku i paniki w 
całym kraju. 

Albo  te  maszerujące  przed  nimi  bandy  banitów  były  jedynie  strażą  przednią 

przerażającej  zarazy,  która  dopiero  miała  nadejść  -  dziesiątków  tysięcy  wrogich 
stworów, czekających na zew ataku… 

W chwili obecnej Konrad chciał jednak tylko ustalić, który z oddziałów zabrał ze 

sobą Krysten. 

Po  kilku  minutach  zauważył,  że  zatrzymały  się  te  legiony,  które  maszerowały 

pośrodku. Pomiędzy trzema głównymi grupami istniały przynajmniej milowe odstępy, a 
więc było mało prawdopodobne, że rozdzieliły się jedynie w celu rozbicia obozów. Tak 
jak  podejrzewał,  zwierzołaki  musiały  podzielić  swoje  pułki,  szykując  się  do  marszu  w 
trzech  różnych  kierunkach.  A  teraz,  jak  wszystkie  inne  wojska,  rozpaliły  ogniska  i 
zaczynały przygotowania do noclegu. 

Po raz pierwszy od wielu godzin  Konrad  pozwolił  sobie  na  odpoczynek.  Usiadł 

wolno,  dając  wytchnienie  obrzmiałym  kostkom  nóg,  obolałym  łydkom  i  udom, 
zmasakrowanym stopom. Heinler, dysząc ciężko, osunął się obok niego na ziemię. Krew 
sączyła się z jego stóp. Konrad nawet nie chciał myśleć o zdjęciu butów. Czuł, że stopy 

background image

ma mokre i lepkie. Przy każdym kroku słyszał chlupanie potu w butach. 

- Poczekamy, aż zrobi się ciemno - powiedział. - A potem ruszymy dalej. 
- I? 
Górnik w dalszym ciągu nie wiedział, dlaczego Konrad podąża za piekielną hordą, 

chociaż musiał się już czegoś domyślać. Jego uwagi nie mogła umknąć reakcja Konrada 
na wiadomość, że napastnicy nie zabili wszystkich w osadzie, że wzięli jeńców. Poszedł 
jednak za Konradem bez zadawania pytań. Aż do tej chwili żaden z nich się nie odezwał. 
Nie było o czym rozmawiać. 

-  I  wtedy  zobaczymy,  czy  mają  jakąś  niepotrzebną  żywność  i  wodę  -  wyjaśnił 

Konrad. 

W  drodze  ze  zniszczonej  kopami  można  było  znaleźć  mnóstwo  i  jednego,  i 

drugiego - jeżeli wiedziało się, gdzie szukać, a Konrad wiedział. Nie sposób zapomnieć 
umiejętności  zdobywania  pożywienia.  Ale  nie  chciał  się  zatrzymywać,  aby  nie  tracić 
bezcennych minut. Jedzenie i picie miały niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co 
musiał zrobić. Najważniejsza była misja, którą musi wypełnić. 

Na  razie  zamierzał  zbadać  dokładnie  każde  obozowisko,  aby  odnaleźć  to,  czego 

szukał. 

Usiadł, obserwując zachodzące słońce. Z niecierpliwością oczekiwał nocy. 
Nie  chciał  brać  ze  sobą  Heinlera.  Górnik  nie  był  wojownikiem,  nie  wiedział,  jak 

poruszać  się  w  ciemności,  aby  być  niewidzialnym,  nie  potrafił  zaatakować  z  zasadzki 
strażników  i  zabić  ich  po  cichu,  nie  znał  subtelnej  sztuki  przekradania  się  przez 
nieprzyjacielski obóz i podrzynania gardeł tak, aby nie zbudzić śpiącego obok wroga. 

Heinler  zasnął.  Konrad  zostawił  go  samego  i  ruszył  przez  ciemną  noc.  Świeciły 

jedynie gwiazdy. Brakowało jeszcze kilku godzin do chwili, gdy Mannslieb zaleje okolice 
swym  zimnym  blaskiem.  Morrslieb  może  wzejść  wcześniej,  ale  mniejszy  księżyc 
dostarczy mniej światła. 

Zostawiwszy hełm oraz tarcze, Konrad zacisnął topór w prawej, a miecz w lewej 

dłoni  i  ruszył  ostrożnie  w  stronę  migoczących  płomieni  ogniska,  położonego  na 
zachodnim  krańcu  obozu  wroga.  Próbował  nie  myśleć,  co  właśnie  może  pożerać 
barbarzyńska  armia.  Posuwając  się  uważnie  naprzód,  przypominał  sobie,  jak  jego 

background image

rodzinna wieś przeszła na jedną noc we władanie zwierzołaki, i jak to samo musiało się 
dziać w wielu innych częściach świata. Dzień był dla ludzi, ale po zapadnięciu mroku te 
same ziemie znajdowały się w mocy zdeformowanych mieszkańców lasu. 

Teraz  jednak  godzina  nie  miała  znaczenia.  To,  że  wrogowie  byli  stworami 

ciemności,  nie  oznaczało,  że  są  stworzeniami  nocnymi.  Dzikusów  było  wystarczająco 
wielu, aby mogli podjąć wypad o dowolnej porze, nie musieli kryć się w mroku. Uważali 
północ  Kislevu  za  swój  teren  -  a  teraz  wszystko  wskazywało  na  to,  że  mają  zamiar 
opanować resztę kraju. A potem sięgnąć dalej… 

Noc wypełniały hałasy i dziwne zapachy. Armia była na wpół zwierzęca, na wpół 

ludzka,  więc  dźwięki  i  zapachy,  wydobywające  się  z  obozowisk,  były  mieszaniną 
pochodzącą z obu tych światów. Rozlegały się śmiechy i wrzaski - nieludzkie śmiechy i 
ludzkie wrzaski. 

Nawet latem noce w Kislevie są chłodne. Konrad dawno się do nich przyzwyczaił, 

ale nagle przebiegł go dreszcz. Uświadomił sobie, że właśnie owe krzyki spowodowały 
lodowate  ukłucie,  które  przeszyło  go  od  szyi  po  palce  stóp.  Przypomniał  sobie  ofiary 
masakry  w  osadzie  górniczej.  One  również  musiały  krzyczeć,  długo  i  głośno,  pod 
wpływem okropnego bólu - o ile nie obcięto im wcześniej języków albo nie rozerwano 
gardeł. 

Konrad  przysiągł  sobie,  że  dzisiejszej  nocy  zostanie  wymierzona  choć  cząstka 

sprawiedliwości za ohydne tortury, zadane ludziom w kopalni. Wczoraj zabijał tuzinami 
gobliny,  a  teraz  nadchodziła  kolej  na  zwierzołaki.  Atak  będzie  mniej  widowiskowy  od 
wczorajszego, ale nie mniej skuteczny. 

Żałował,  że  nie  ma  już  swojego  krisa,  którym  wiele  lat  temu  zabił  pierwszego 

zwierzołaka. Ocalił wówczas życie Elyssie. Może teraz jego nowa broń dopomoże w ten 
sam sposób Krysten. 

Przysuwał się coraz bardziej do położonego na zachodzie ogniska. Zacznie tutaj, 

a  potem  będzie  się  posuwał  między  wrogimi  od  działami  aż  do  chwili,  gdy  znajdzie 
pojmaną dziewczynę. Albo do chwili, gdy nieprzyjaciel dopadnie jego. 

Byli tak pewni siebie albo może tak głupi, że nie wystawili żadnych straży. Konrad 

bardzo  wolno  podszedł  jeszcze  bliżej,  a  potem  przykucnął,  by  móc  obserwować 

background image

najbliższą  grupę.  Pół  tuzina  groteskowych  istot  siedziało  wokół  ognia.  W  migoczącym 
świetle wyglądały jeszcze obrzydliwiej niż za dnia. Blask płomieni tańczył migotliwie na 
ich zdeformowanych ciałach. 

Niektóre stwory chwilami wyglądały zupełnie jak ludzie, dopóki światło ognia nie 

ujawniło  ich  koszmarnych,  zwierzęcych  cech,  sprawiających,  że  potwory  wyglądały  na 
coś  gorszego  od  zwierząt.  A  potem  światło  zmieniało  się,  kryjąc  w  mroku  ohydę 
jednych, a wydobywając obrzydliwie sparodiowane człowieczeństwo innych. 

Konrad  patrzył,  niemal  sparaliżowany  tym  koszmarem.  Najstraszliwszy  był  fakt, 

że  w  swoim  zachowaniu  tak  niewiele  różnili  się  od  oddziału  najemników,  którym 
dowodził.  Podawali  sobie  po  kolei  dzban  piwa,  śmieli  się,  zapewne  z  jakiegoś 
wulgarnego  dowcipu,  rozmawiali  w  swoim  pogańskim  języku,  niewątpliwie 
przechwalając  się  wyczynami  z  porannej  rzezi.  Nawet  śpiewali  ochrypłymi,  zupełnie 
niemuzykalnymi głosami. 

Konrad nienawidził ich, pogardzał zwierzołakami. Zaprzysiągł sobie, że wszystkie 

umrą i w ten sposób rozpocznie się jego zemsta. 

Wstał wolno, zrobił kilka oddechów i rozprostował ramiona, przygotowując się do 

osobistego odwetu. Uniósł miecz i topór - i zamarł, widząc… 

Odwrócił  się  gwałtownie  w  lewo,  uświadamiając  sobie,  że  z  tej  właśnie  strony 

pojawi  się  niebezpieczeństwo.  Cofnął  się  głębiej  w  mrok.  W  tej  samej  chwili  ujrzał 
wyłaniającą się z ciemności bladą postać, kierującą się w stronę ognia. Ludzką postać - 
wysoką, szczupłą i całkowicie pozbawioną włosów. 

Czaszkolicy! 
Kompletnie  oszołomiony  Konrad  przyglądał  się,  nie  mogąc  wykonać  żadnego 

ruchu. Postać przeszła bezpośrednio przed nim, w odległości kilku metrów. Musi działać 
natychmiast  albo  straci  dogodną  sytuację.  Otrząsnął  się  z  krępujących, 
wyimaginowanych więzów ł skoczył na znienawidzonego wroga. 

Odruchowo posłużył się mieczem - była to broń o wiele precyzyjniejsza od topora 

o podwójnym żeleźcu. A lewa ręka Konrada była równie silna i dokładna jak prawa. 

Sztych  miecza  wbił  się  w  grzbiet  Czaszkolicego,  trafiając  między  żebra,  poniżej 

lewej  łopatki,  tam  gdzie  znajdowało  się  -  albo  powinno  znajdować  -  serce.  Trysnęła 

background image

krew i Konrad natychmiast pojął, że się pomylił. Takiej ilości krwi nie było, gdy kiedyś 
jego strzała odnalazła serce Czaszkolicego. 

Wyszarpnął  klingę,  a  wysoka  postać  upadła  na  ziemię.  Po  krótkich, 

spazmatycznych  drgawkach,  znieruchomiała  zupełnie.  Konrad  zabijał  wystarczająco 
często, aby wiedzieć, kiedy jego ofiara nie żyje. Rozejrzał się szybko wokoło, poszukując 
następnego przeciwnika. 

Konrad kopnięciem przewrócił trupa na wznak. Już wiedział, że to nie mógł być 

Czaszkolicy  -  stwór  umarł  zbyt  łatwo.  Pomimo  mroku  jedno  szybkie  spojrzenie 
potwierdziło jego podejrzenia. Był to po prostu zwykły zwierzołak. Wysoki, chudy, blady 
i  łysy  -  łysy,  ponieważ  włosy  nie  mogą  rosnąć  na  kości.  Na  jego  głowie  nie  było  ani 
skóry, ani ciała. 

A potem Konrad usłyszał nowy dźwięk - obrócił się na pięcie i odskoczył, gdy z 

ciemności  runęła  na  niego  bezkształtna  masa.  Uniósł  topór  i  miecz,  najszybciej  jak 
potrafił,  ale  nie  dość  szybko.  Stwór  przewrócił  go,  zamachnął  się  siekierą,  celując  w 
odsłonięte gardło, upadł na niego… i stoczył się na ziemię. 

Konrad poczuł na twarzy wilgoć. Krew. Ale nie własną. Spojrzał na zwierzołaka. 

W mroku nie widział go dokładnie - jedynie, że był wielki, ciemny… i martwy. 

Z ciemności wyłoniła się następna postać. 
-  Pomyślałem,  że  może  będziesz  potrzebował  pomocy,  no  nie?  -  wyszeptał 

znajomy głos. 

Konrad wstał i wytarł rękawem krew z twarzy, patrząc jak Heinler odzyskuje swój 

nóż.  Nie  doceniał  tego  człowieka.  Jako  górnik  posiadał  przecież  niemal  doskonałą 
umiejętność  widzenia  w  ciemności,  najwyraźniej  też  dysponował  innymi 
umiejętnościami. Nieprzypadkowo przeżył atak na kopalnię, gdy tymczasem inni zostali 
zabici lub pojmani. 

Konrad  spojrzał  w  stronę  ogniska  i  siedzącej  wokół  niego  grupy  nieludzi.  Nie 

spostrzegli, co wydarzyło się w odległości zaledwie kilkunastu metrów. 

Podobnie  jak  blada  postać,  którą  pomyłkowo  uznał  za  Czaszkolicego,  drugi 

napastnik  również  pojawił  się  nie  od  strony  ogniska.  Chwilowo  żądza  krwi  Konrada 
została zaspokojona. Nie musiał zabijać i podejmować zbytecznego ryzyka - jeszcze nie. 

background image

- Czy zechcesz mi powiedzieć, czego naprawdę szukasz? - odezwał się Heinler. 
Konrad wyjaśnił w czym rzecz. 
- No to poszukajmy jej, dobra? - zaproponował górnik. 
-  Chcesz tego? -  spytał  Konrad,  podając  mu  miecz.  W  tej  sytuacji  lepiej  było 

podzielić się bronią. 

Heinler wsunął nóż za pas i przyjął miecz. Konrad w dalszym ciągu trzymał topór 

w  prawej  ręce,  a  w  lewą  wziął  sztylet.  Dyskusja  była  zbyteczna.  Heinler  od  razu 
zrozumiał, co do niego należy, i po raz pierwszy Konrad zaczął się na serio zastanawiać, 
kim naprawdę był jego towarzysz i czym się poprzednio zajmował. Na razie nie zwracał 
jednak  specjalnej  uwagi  na  górnika  ani  na  nic  innego.  Chciał  znaleźć  oddział,  który 
schwytał  Krysten.  Wędrowali  ostrożnie  w  mroku,  kierując  się  w  stront  płomieni 
następnego ogniska i osłaniali nawzajem, zbliżając do celu. 

I nagle ciszę przerwał wrzask Heinlera: 
- Uważaj! 
Konrad odwrócił się natychmiast, ale było już za późno. Poczuł straszliwy cios w 

skroń. Udało mu się zrobić jeden krok w stronę niewidocznego napastnika, zaczął unosić 
ciężki topór, ale w końcu runął na ziemię i ogarnęła go ciemność. 

Rozdział czwarty 

Konrad  uchylił  z  trudem  ciężkie  powieki  i  jego  oczom  ukazał  się  błyszczący 

wysoko na niebie Morrslieb. 

Głowę miał odciągniętą w tył, szyje ściśniętą powrozem, ręce spętane na plecach. 

Stał  nagi  przy  drzewie,  przywiązany  do  pnia.  Znajdował  się  w  tak  samo  beznadziejnej 
sytuacji, jak przed dwoma dniami Wilk -  a  może  w  jeszcze  bardziej  beznadziejnej,  bo 
znikąd nie mógł się spodziewać pomocy. 

Bał się spojrzeć w dół, wlepiał więc wzrok w nieregularny kształt tarczy księżyca. 

Straszliwe  odgłosy  atakujące  uszy  mówiły  mu  o  tym,  co  się  wokół  dzieje  więcej,  niż 
potrzebował wiedzieć. 

W  odróżnieniu  od  Mannslieba,  mniejszy  księżyc,  Morrslieb,  nawet  kiedy  stał  w 

pełni,  światła  dawał  niewiele.  A  było  to  światło  dziwne,  niemal pozbawione blasku. 

background image

Zupełnie  jakby  Morrslieb  był  księżycem  cieniem  rzucającym  mrok  na  świat,  wokół 
którego krąży, odciągającym zeń wszelką jasność, zamiast mu ją dawać. 

Wpatrując się w księżyc, Konrad usiłował pozbierać myśli i oszacować odniesione 

rany. Jego szyja i przeguby były przywiązane do drzewa mocno zaciśniętymi powrozami. 
Czaszkę  rozsadzał  nadal  pulsujący  ból,  efekt  uderzenia,  jakie  otrzymał,  i  w  ogóle  cały 
był  obolały,  jakby  bito  go,  kiedy  stracił  przytomność,  a  potem  wleczono  po  ziemi. 
Otworzyło się kilka ran odniesionych podczas szturmu na warownię goblinów. Od stóp 
do głów zbroczony był zakrzepłą krwią. 

Na razie żył jeszcze, ale wszystko wskazywało na to, że pisana jest mu śmierć w 

męczarniach. 

Oderwał wreszcie oczy od księżyca, rozejrzał się szybko dookoła i jeszcze szybciej 

zacisnął mocno powieki. Nie chciał, by ci, którzy go pojmali, zorientowali się, że odzyskał 
przytomność,  a  poza  tym  wolał  nie  patrzeć  na  sceny  rozgrywające  się  na  oblanej 
księżycową poświatą polanie. 

Łatwiej było jednak zamknąć oczy, niż wyrzucić z myśli te mrożące krew w żyłach 

widoki. Pośrodku kępy drzew wznosił się mały ołtarz. Jego centrum zajmowała postać w 
zarzuconej na pancerz czerwono-czarnej  tunice,  zbrojna  w  potężny  topór  i  trzymająca 
tarcze ze znajomym Konradowi emblematem. Konrad nie raz widział już ten symbol na 
sztandarach  powiewających  nad  legionami  zwierzołaków:  symbol  w  kształcie  litery  X 
przeciętej przez środek poziomą kreską i podkreślonej u podstawy. 

Pod zdobnym hełmem z brązu nie widać było jednak twarzy, panował tam mrok. 

Pusty pancerz siedział w fotelu. Nie, nie w fotelu, lecz na rzeźbionym tronie - bowiem 
zbroja  wyobrażała  zdegenerowanego  boga,  którego  czcił  ten  klan  wyrzutków.  U  jego 
stóp piętrzył się stos kości i czaszek. Ludzkich czaszek. 

Dorzucono doń niedawno świeże ludzkie głowy… 
Wokół  ołtarza  stali  pokornie  zdeprawowani  akolici  upojeni  widokiem  płynącej 

obficie krwi ofiar, które złożyli właśnie swemu krwiożerczemu panu. 

Konrad  widział  to  wszystko  tylko  przez  krótką  chwile.  Widział  również  ofiary. A 

teraz  słyszał  je,  jak  cierpią  niewypowiedziane  męki.  Wrzeszczeli  torturowani,  a  ich 
wrzaski  zdawały  się  dalej  unosić  w  powietrzu,  kiedy  w  końcu  umierali  z  krzykiem  na 

background image

ustach.. 

Zaryzykował  jeszcze  jedno  ukradkowe  spojrzenie,  wypatrując  Heinlera.  Nie 

dostrzegł  go  jednak.  Heinler  nie  stał  przywiązany  do  innego  drzewa,  jego  trup  nie 
spoczywał na kupie bezgłowych zwłok jego głowa nie leżała na ofiarnym stosie u stóp 
odrażającego bóstwa. 

Sunąc  wzrokiem  po  barbarzyńskiej  świątyni,  Konrad  rozpoznał  ostatnią  ofiarę. 

Człowiek  ten  nazywał  się  Hralvan  i  był  najemnikiem  z  Norska,  chyba  najsilniejszym  z 
ludzi  wojowników,  jakiego  Konrad  znał.  Zwykł  dla  żartu  okaleczać  własne  ciało, 
przykładać sobie płonącą pochodnię do kończyn, by zademonstrować swą niewrażliwość 
na ból. 

Ale  po  tej  niewrażliwości  pozostało  tylko  wspomnienie.  Hralvan  był  potężnie 

zbudowany  i  mierzył  siedem  stóp  wzrostu.  Teraz  nie  miał  nóg  i  ćwiartowany  żywcem 
płakał jak chłostane dziecko tyle że to nie łzy, lecz krew płynęła mu z oczu. 

A  te  niewysłowione  męki  zadawały  jego  potężnemu  ciału  dwie  najpiękniejsze 

kobiety, jakie Konrad w życiu widział. Z tym, że nie mogły to już być kobiety; obie miały 
długie, rozwidlone na końcach ogony. 

Nie  licząc  najeżonych  kolcami  metalowych  obręczy  na  szyjach  i  szerokich 

kościanych kolczyków w płatkach uszu, były zupełnie nagie. Nogi miały długie, smukłe i 
zbryzgane krwią. W miarę jak z udręczonej ofiary uchodziło życie, ich skóra pokrywała 
się  coraz  obficiej  czerwienią.  Uśmiechnięte  tańczyły  wokół  Hralvana,  zlizując  krople 
czerwieni z ostrzy, którymi tak zapamiętale wywijały. Noże, podobnie jak ich właścicielki, 
były smukłe i sprężyste. 

Konrad nie był w stanie stwierdzić, ilu wyznawców otacza ołtarz, bo większość z 

nich  stała  w  mroku;  słyszał  jednak,  jak  wyrykują  swój  zdeprawowany entuzjazm i 
rytualne psalmy. 

I  nagle  zaległa  kompletna  cisza:  ucichły  krzyki,  ucichły  jęki,  ucichły  śpiewy  i 

modlitwy. 

Konrad  domyślał  się  dlaczego.  Hralvan  wyzionął  wreszcie  ducha.  Jedna  z 

dziewczyn  trzymała  w  górze  jego  odciętą  od  tułowia  głowę,  z  której  otwartych  ust 
ściekał  strumyczek  krwi.  Po  chwili  głowa  olbrzymiego  Norskańczyka  wylądowała  na 

background image

ofiarnym stosie u stóp opancerzonego idola. 

Nie  było  już  kogo  zabijać,  nie  było  kogo  torturować  na  śmierć  -  z jednym 

wyjątkiem… 

Konrad zacisnął mocno powieki w nadziei, że uznają go za wciąż nieprzytomnego, 

w nadziei, że zrobi to jakąś różnicę, jeśli nawet rzeczywiście tak się stanie. 

Cisza  przeciągała  się,  ale  wyczuwał,  że  dwie  diabelskie  tancerki  suną  lekkim 

krokiem w jego stronę. Zatrzymały się przy nim i twarz owionęły mu ich ciepłe oddechy. 
Po  chwili  wodziły  już  dłońmi  po  jego  ciele.  Palce  miały  lepkie,  wilgotne  od  krwi. 
Potrafiłby udawać dalej nieprzytomnego, nawet gdyby zaczęły go kaleczyć; ale nie był w 
stanie zignorować ich upiornie zmysłowych zalotów. 

Otworzył  oczy  i  przytrzymując  się  pnia  skrępowanymi  rękami,  poderwał 

błyskawicznie obie nogi. Chybił. Krwawe panny odskoczyły z chichotem, a jego omal nie 
udusił powróz zadzierzgnięty na szyi. 

Przemknęło mu przez  myśl, że byłby to o wiele mniej bolesny i szybszy sposób 

zejścia z tego świata. Ale zanim zdążył wprowadzić ją w czyn, jedna z nagich dziewcząt 
obiegła pień i uwolniła mi szyje. W chwile później wolne miał również ręce - ale tylko na 
moment. 

Piękne  oprawczynie  chwyciły  za  kawałki  powroza  zwisają  mu  z  nadgarstków. 

Pomimo że ich twarze przypominały krwawi maski, a długie włosy ociekały posoką, były 
obie  hipnotycznie  pociągające.  Wydawały  się  podobne  do  siebie  jak  dwie  krople  wody 
nie sposób było ich odróżnić. 

Konrad  natarł  na  tę  po  prawej,  ale  odskoczyła  zwinnie.  Jej  nóż  przeciął  ze 

świstem powietrze i ugodził Konrada w przedramię. Stęknął z zaskoczenia i bólu. Kiedy 
wyciekająca  z  rany  krew  zaczęła  skapywać  na  ziemię,  czciciele  wydali  ekstatyczne 
westchnień  i  podjęli  rytualne  śpiewy  na  cześć  ostatniej  ofiary  biorącej  udział  w  ich 
obscenicznej ceremonii. 

Dziewczyna potrząsnęła tryumfalnie nożem, po czym przytknęła sobie ostrze do 

języka, zlizując zeń krew Konrada. Język, podobnie jak ogon, miała rozwidlony. 

Konrad szarpnął lewą ręką, by przyciągnąć do siebie drugą kapłankę. Ta puściła 

powróz,  a  on  stracił  równowagę  i  runął  na  wznak.  Ziemia  była  jak  błoto  po  rzęsistej 

background image

ulewie. Ale to deszcz krwi tak ją rozmiękczył. 

Obie  dziewczyny  dopadły  go  niczym  bliźniacze  czerwone  błyskawice  i  z  jego 

gardła popłynęły dwa strumyczki krwi. Podźwignął się na nogi, a nagie kobiety zaczęły 
pląsać  wokół  niego,  doskakując  na  przemian,  zadając  pchnięcie  lśniącym  nożem, 
odskakuj; i znowu doskakując. 

Szybkie były, nieludzko szybkie. Kobiety prawdopodobnie chętniej wybierano na 

oprawców, bo były subtelniejsze od mężczyzn delikatniejsze, nie zabijały tak szybko, z 
niepotrzebną  siłą.  Ich  ofiary  umierały  powoli,  kropla  po  kropli  wykrwawiały  się  na 
śmierć. 

Wkrótce Konrad był już tak samo okrwawiony jak one, ale to jego własna krew 

czerwieniła  mu  skórę.  Ból,  jaki  cierpiał,  był  powierzchowny  i  wiedział,  że  nie  będzie 
musiał znosić go długo. Na razie oprawczynie tylko się z nim bawiły. Kiedy wezmą się 
poważnie do pracy, będzie po nim. 

Musi przejąć inicjatywę, póki jeszcze czas. Ale żeby wyrównać szanse, potrzebuje 

jakiejś  broni.  Pomyślał  o  zbroi  na  ołtarzu  i  o  potężnym  toporze  w  zakutej  w  żelazną 
rękawicę garści. Ta myśl wystarczyła, by wyzwolić w nim impuls. 

Drogę  do  postaci  na  tronie  blokowała  mu  jedna  z  ogoniastych  dziewcząt.  Kiedy 

na nią runął, odskoczyła zwinnie, tak jak się tego spodziewał. Nie oglądając się na nią 
pobiegł  dalej  w  kierunku  ołtarza,  zdzierając  sobie  po  drodze  kawałki  powroza  z 
przegubów. 

Nie  zwracał  do  tej  pory  większej  uwagi  na  czcicieli  otaczających  diaboliczną 

świątynię. Zajmował go głównie drapieżny duet, i a tamtych i tak ledwie było widać w 
mroku. 

Teraz  drogę  do  upragnionej  broni  zastąpiła  mu  niespodziewanie  grupa 

widmowych  postaci,  które  sprawnie  utworzyły  kordon  wokół  miejsca  składania  ofiar. 
Rąbnął pięścią w jakąś ocienioną twarz usłyszał chrzęst miażdżonej kości. Postać runęła 
na ziemię pozostawiając po sobie wyłom w kordonie. 

Konrad miał już w niego zanurkować, kiedy na ramię spadła mu dłoń w rękawicy. 

Szarpnął  się,  wyrwał,  odwrócił  na  pięcie  i  w  mdłej  poświacie  księżyca  dostrzegł  błysk 
broni.  Tamten  dobywał  miecza.  Niewiele  myśląc  Konrad  wykręcił  mu  dłoń  ściskającą 

background image

rękojeść  i  sam  wyszarpnął  miecz  z  pochwy.  Rękojeść  miała  kształt  zwiniętego  węża. 
Konrad  uniósł  miecz  nad  głowę  i  pomknął  z  powrotem  w  kierunku  bliźniaczych 
oprawczyń. Nagle wąż ożył, rozwinął się i wbił mu zęby w nasadę dłoni. 

Konrad wrzasnął z bólu, wypuścił miecz z ręki i zaczął machinalnie rozcierać dwa 

nakłucia na przegubie. 

Wokół  panowała  kompletna  cisza  i  bezruch.  Ustało  rytmiczne  zawodzenie, 

wszyscy wlepiali wzrok w Konrada. Diabelska para stała za nim, reszta czcicieli otaczała 
kręgiem trzy nagie, zbroczone krwią postaci. 

Ten,  któremu  Konrad  odebrał  miecz,  wystąpił  naprzód.  To  samo  uczyniła  inna 

ciemna  postać,  która  schyliła  się  po  upuszczony  miecz  i  wręczyła  go  właścicielowi. 
Rękojeść znowu była tylko rękojeścią, zwinięty ciasno wąż znowu zastygł w bezruchu. 

Konrad  spojrzał  na  pierwszą  ciemną  postać  ledwie  widoczną  w  mrokach  nocy. 

Zauważył tarczę. Widniał na niej ten sam runiczny symbol, co na tarczy z ołtarza, ale nie 
tylko. I ten drugi herb Konrad rozpoznał. 

- Kastring! - wykrztusił. 
Postać, która wsuwając miecz do pochwy odwracała się, teraz zamarła. Patrzyła 

przez chwilę na Konrada, a potem zbliżyła się do niego powoli. 

- Już dawno nikt mnie tak nie nazwał - powiedział mężczyzna. 
Chociaż stał bardzo blisko, Konrad nie widział jego twarzy, bo ocieniał ją hełm. 
- Kastring - powtórzył. 
- Tak pragnąłem przyglądać się jak umierasz. - Mężczyźni westchnął. - Ale chyba 

powinniśmy  porozmawiać.  Ostatnią  ofiarę  złożyć  jednak  trzeba.  -  Rzucił  władczo  kilka 
słów w jakimś pogańskim języku. 

Konrad nie zrozumiał, co powiedział, ale wyczuł za sobą poruszenie. Obrócił się 

na pięcie w samą porę, by zobaczyć jeszcze, jak jedna z tancerek śmierci machnięciem 
długiego noża ścina  głów swojej towarzyszce. Bezgłowy  trup stał  jeszcze kilka sekund 
bluzgając krwią z szyi, a potem osunął się w błoto. 

Bliźniaczka  podniosła  skrwawioną  głowę  za  włosy  i  zakręciła  nią  młynka, 

opryskując  kaskadami  krwi  wszystkich  widzów  wyrażających  zwierzęcym  rykiem  swój 
entuzjazm. 

background image

Konrad  przeniósł  wzrok  na  mężczyznę,  który  wydał  poleceni  Ponad  jego 

ramieniem  widział  postać  siedzącą  na  ołtarzu.  Pewności  nie  miał,  bo  świeża  krew 
zalewała mu oczy, ale przez chwilę wydało mu się, że zbroja nie jest pusta, że z hełmu 
patrzy na niego czyjaś skryta w cieniu twarz… 

-  Chcesz  się  odświeżyć?  -  spytał  Kastring,  który  najwyraźniej  przewodził  tej 

grupie pogan. 

* * * 

Rodowe nazwisko Elyssy brzmiało Kastring. To dlatego Konrad rozpoznał herb na 

tarczy. Ale którym Kastringiem był ten mężczyzna? 

Nie mógł to być ojciec Elyssy, Wilhelm Kastring, bo tamten zginął wraz z córką. 

To  pewnie  któryś  z  jej  trzech  braci.  Byli  od  niej  starsi;  odeszli  z  doliny  przed 
zniszczeniem  przez  zwierzołaki  wioski  i  dworu. I teraz jeden z Kastringów przewodzi 
bandzie takich bestii. 

Elyssa rzadko opowiadała o swojej rodzinie i Konrad bezskutecznie usiłował sobie 

teraz przypomnieć imiona jej braci. W końcu dał za wygraną. Co za różnica, który to z 
nich, pomyślał. 

Rozpalono ognisko, na szczęście z drewna i  chrustu, nie z ludzkich ciał. Konrad 

siedział  przy  ogniu  i  dygotał.  Był  osłabiony  z  upływu  krwi  i  kompletnie  wyczerpany 
wypadkami  ostatnich  kilku  dni.  Jego  ciało  pokrywała  pajęczyna  bolesnych  ran  i 
zadraśnięć. 

-  Mawiają,  że  znając  czyjeś  nazwisko,  zyskujesz  nad  tą  osobą  władze  -  zagaił 

Kastring, siadając kilka stóp od Konrada. Nie spojrzał na niego, patrzył w płomienie. - 
Sam fakt, że jeszcze żyjesz, dowodzi, śmiem powiedzieć, że w powiedzeniu tym może 
być coś z prawdy. Ale ja, pytając o imię ciebie, nic bym nie zyskał. 

Konrad  przyglądał  się  uważnie  mężczyźnie.  Często  widywał  braci  Elyssy,  ale  to 

było wiele lat temu. Którymkolwiek z nich był ten, bardzo się od tamtego czasu zmienił. 
Nie miał warg, co spowodowało, że wyglądał tak, jakby się wciąż uśmiechał, a z głowy 
wyrastała mu  para zakrzywionych rogów. Jednak nawet w blasku ogniska trudno było 
odróżnić rysy twarzy Kastringa, stwierdzić, gdzie kończą się jego długie, ciemne włosy, a 
zaczyna  gęste,  ciemne  futro,  które  nosił  na  zbroi.  Zresztą  Konrad  wolał  nie  widzieć, 

background image

jakim  jeszcze  przemianom  uległ  ten  człowiek  -  jeśli  w  ogóle  można  go  jeszcze  było 
nazywać  człowiekiem…  Zbliżyła  się  do  nich  jakaś  postać.  Szczupła,  prężna  kobieta. 
Konrad  rozpoznał  w  niej  oprawczynię,  która  przeżyła.  Trzymała  srebrną  tacę  z 
wysadzaną  drogimi  kamieniami  karafką  i  dwoma  kielichami  tej  samej  roboty.  Kastring 
zagadał coś do niej. Postawiła tacę na ziemi i napełniła kielichy jakąś czerwoną cieczą. 
Podniosła  znowu  tacę  i  podsunęła  mu  ją.  Kastring  machnął  niecierpliwie  ręką,  znowu 
powiedział  coś  w  jakimś  niezrozumiałym  języku,  i  dziewczyna  odwróciła  się  z  tacą  do 
Konrada. 

-  Z  przykrością  przyznaję,  że  ona  nie  zna  się  zupełnie na  etykiecie  -  powiedział 

Kastring.  -  Bierz, bierz -  dorzucił,  widząc  wahanie  na  twarzy  Konrada.  Zachichotał 
ponuro. - To nie to, co myślisz, zapewniam cię. To wino, czerwone wino. 

Konrad wziął kielich z tacy, powąchał, posmakował i uspokojony jednym haustem 

wychylił zawartość. 

Dopiero wtedy obserwujący go bacznie Kastring sięgnął po swój kielich i znowu 

zagadał do dziewczyny. Postawiła tacę na ziemi i oddaliła się. 

-  Zamierzałem  wznieść  toast  za  twoje  zdrowie,  ale  ośmielę  się  zauważyć,  że  w 

zaistniałych okolicznościach byłby to, skromnie mówiąc, nietakt. 

Zakręcił kielichem, wciągnął w nozdrza zapach, po czym przystawił sobie kielich 

do zębów  - dolne zachodziły mu na górne - i odchylił  w  tył głowę. Ponieważ nie miał 
warg,  cześć  czerwonego  płynu  pociekła  mu  po  brodzie.  Otarł  kropelki  koronkową 
chusteczką. 

- Nie krępuj się, dolej sobie. - Wskazał na tacę. 
Konrad napełnił kielich po raz drugi, potem jeszcze raz. 
- Był ktoś ze mną - odezwał się - kiedy zostałem pojmany. Co się z nim stało? 
Kastring  wzruszył  ramionami  i  burknął  coś  niezrozumiałego  w  obcym  języku. 

Zwracał  się  pewnie  do  ogromnej  postaci  stojące  kilka  jardów  za  Konradem,  postaci  z 
dziobem, pazurami u rąk i szponami u nóg. Postać odpowiedziała przeciągłym, głośnym 
beknięciem. Kastring znowu wzruszył ramionami, pociągnął łyczek wina, przetrzymał je 
chwilę na języku, przełknął i starł z brody kropelki. 

Konrad nie widział wśród zabitych ciała Krysten, ale wolał nie pytać o jej los. Był 

background image

przekonany,  że  i  tak  nie  powiedziano  by  mii  prawdy,  a  poza  tym  w  okolicy  grasowało 
wiele innych kohort mutantów, które mogły ją pojmać. 

- Skąd mnie znasz? - spytał w końcu Kastring. 
Konrad  wychodził  zawsze  z  założenia,  że  prawdy  należy  w  miarę  możliwości 

unikać. 

- Jestem z Ferlangen - odparł. 
- Ferlangen! Tej nazwy również od lat nie słyszałem. Z twoje go akcentu wnoszę, 

że pochodzisz z tych samych stron Ostlandu, co ja. Mieszkałem kiedyś w pewnej zabitej 
dechami  wiosce  niedaleko  Ferlangen  i  nie  raz  nieźle  się  w  tym  mieście  zabawiłem. 
Często polowaliśmy z Ottem Kreishmierem. Wiesz może, co tam u niego? 

- Nie żyje. 
Kastring  uniósł  kielich  w  milczącym  salucie,  ale  Konrad  nie  wypił.  Kreishmier 

skazał go na śmierć za nielegalne upolowanie królika, a potem został zabity przez Wilka 
w pojedynku. Tak właśnie poznali się z Wilkiem. 

- Dawno wywędrowałeś z Ferlangen? 
- Pięć lat temu - odparł Konrad. - A ty? 
Kastring  milczał  przez  kilka  sekund  i  Konrad  myślał  już,  że  nie  doczeka  się 

odpowiedzi, toteż zaskoczyło go, kiedy tamten w końcu się odezwał: 

- Chyba dawniej. Dokładnie sobie nie przypominam. Ale czyż czas nie jest tylko 

łańcuchem skuwającym nasze życie? Odszedłem stamtąd, bo chciałem zobaczyć świat, 
wielkie miasta, inne krainy. No i zobaczyłem. Potem popadłem w złe towarzystwo i… 

Gdyby  mógł  się  uśmiechać,  prawdopodobnie  by  to  zrobił.  Nie  mógł  jednak, 

pociągnął więc tylko kolejny łyk wina i znowu otarł sobie brodę. Był gładko wygolony, 
nawet  nie  próbował  osłonić  brodą  ust.  Trudno  było  stwierdzić,  czy  wargi  mu  zgniły  i 
odpadły, czy też sam celowo się okaleczył. 

-  No,  ale  opowiedz  mi  coś  więcej  o  Ferlangen  -  podjął.  -  Co  z  Marleną,  siostrą 

Otta? Ona, dufam, żyje jeszcze? 

- Żyła. 
- Sporo wesołych chwil ze sobą spędziliśmy. Przez długi czas łączyła nas zażyła 

przyjaźń. Nasze rodziny o mało się poprzez nas nie połączyły, ale mnie nie uśmiechało 

background image

się jakoś wiązać na stałe. Podsunąłem więc myśl, żeby Otto poślubił moją siostrę. Nie 
wiesz  czasem,  czy  się  w  końcu  pobrali?  Przyznaję,  że  jestem  na  bakier  z  listowną 
korespondencją. A sytuacja, w jakiej się obecnie znajduję sprawiła, że chcąc nie chcąc 
straciłem kontakt z domem - Kastring wzruszył ramionami i sięgnął po karafkę z winem. 

Konrad przewiercał go wprost wzrokiem. 
- To od ciebie wyszedł pomysł wydania za mąż Elyssy? 
- Owszem - Kastring opuścił kielich, nie popijając z niego. - Znasz moją siostrę? 
- Obiło mi się o uszy to imię - odparł szybko Konrad. - Ale chyba się nie pobrali. 

Otto zginął, zanim doszło co do czego. Wypadek na polowaniu. 

- Jaka szkoda. Elyssa zasłużyła sobie na małżeństwo z tym spasionym bydlakiem. 

- Kastring dotknął policzka. Szpeciła go stara blizna biegnąca od lewego oka do szczęki. 
Zauważył już, jak bacznie przygląda mu się Konrad. 

- Moja pierwsza rana odniesiona w walce - zaśmiał się. - Prezent od siostrzyczki. 

Otto  i  Marlena  byli  ze  sobą  bardzo  blisko,  pomyślałem  więc,  że  czemu  ja  i  Elyssa  nie 
mielibyśmy nawiązać tego rodzaju intymnych stosunków. - Pokręcił głową, upił łyk wina, 
otarł usta. - Ale ona była innego zdania. - Znowu się roześmiał, lecz w tym śmiechu nie 
było ani krzty wesołości. 

Elyssa nie wspomniała Konradowi słowem, że napastował któryś z braci; ale ona 

w ogóle mało co mu mówiła. 

-  Skoro  Otto  nie  żyje  -  podjął  Kastring  -  to  Marlena  jest  baronową.  Chyba 

wypadałoby odwiedzić stare śmiecie, kiedy już zawitamy do Imperium. Nie miałbym nic 
przeciwko odnowieni znajomości z Marlena. 

-  Do Imperium? -  spytał  cicho  Konrad.  -  Wybieracie  się  do  Imperium?  -  Od 

jakiegoś  już  czasu  podejrzewał,  że  potępieńcze  armie  zamierzają  przekroczyć  granicę, 
ale łudził się jeszcze, że jest w błędzie 

-  Z  króciutką  wizytą  -  przytaknął  Kastring.  -  Puścić  z  dymem  parę  miast, 

splądrować parę wiosek, wyciąć w pień mieszkańców. - Tym razem nie było wątpliwości, 
że się uśmiecha; resztki warg w kącika ust powędrowały mu w górę. - Za łatwo im się 
ostatnio żyje i za długo już to trwa. Zmiękli jak przejrzały owoc gotów do zerwania. 

Konrad  zadrżał.  Wiedział,  co  może  czekać  bezbronnych  mieszczan  ze  strony 

background image

zwierzołaków,  tych  zahartowanych  w  walce  wojowników  północy,  i  ich  szalonych 
sprzymierzeńców. Zacisnął dłoń na kielichu. 

- Wy… wy łotry! Wy morderczy barbarzyńcy! Wy… ! - Potną snął głową, zbrakło 

mu słów. 

- Komplementów nigdy za wiele. - Kastring pociągnął łyczek wina. - Może nawet 

wpadnę  do  siostrzyczki.  Na  pewno  się  ucieszy.  -  Dostrzegł  błysk  w  oczach  Konrada.  - 
Daj spokój, nie bądź taki staroświecki. Ona chyba nie jest nawet moją rodzoną siostrą. 

- Jak to? 
Kastring ziewnął i oparł się o pień powalonego drzewa. 
-  No,  całkiem  pewien  to  nie  jestem.  Ojciec  nigdy  tego  ni  przyznał,  ale  według 

mnie z Elyssa sprawa jest bardzo niejasna Matka zmarła wkrótce po jej urodzeniu, ale ja 
nie jestem wcale przekonany, że to rzeczywiście ona wydała Elysse na świat, ani że to 
ojciec ją spłodził. Podejrzewam jedno  z rodziców  o spłatani drugiemu jakiegoś, że tak 
powiem, figla. Niewykluczone, że z wzajemnością. 

Konrad milczał. Elyssa o niczym takim nie wspominała, ale z drugiej strony, po co 

miałaby  to  robić.  Może  nawet  nie  wiedziała,  Matka  mogła  nie  być  jej  matką,  Wilhelm 
Kastring mógł nie być je ojcem, kto wie, czy którekolwiek z tej dwójki było jej rodzicem? 
Wyglądało na to, że pochodzenie dziewczyny owiane jest taką sapią mgiełką tajemnicy 
jak jego… 

Ciekaw był, czy Kastring słyszał coś o jego nie znanej przeszłości. Mieszkali w tej 

samej  wiosce.  Ojciec  Kastringa  był  dziedzicem  we  dworze  i  powinien  wiedzieć  o 
wszystkim, co się tam działo. Ale skoro Kastring nie zna nawet prawdy o swej siostrze, 
to mało prawdopodobne, żeby wiedział coś o korzeniach bezimiennego sieroty. 

Na  ziemi  obok  Kastringa  leżała  jego  tarcza  ozdobiona  talizmanicznym 

emblematem  mrocznego  bóstwa,  któremu  oddawał  cześć,  oraz  rodowym herbem. Nie 
był to jedyny symbol, jaki Konrad zapamiętał z rodzimej wioski. Przed oczyma stał mu 
wciąż  znak  wytłoczony  na  łuku  i  strzałach,  które  dostał  od  Elyssy,  na  broni,  którą 
znalazła podobno w zapomnianym loszku w dworze Kastringów. 

Kołczan  z  jakiejś  dziwnej,  falistej  skóry,  dziesięć  strzał  i  łuk.  Wszystko  smolisto 

czarne,  wszystko  opatrzone  tym  samym  złotym  symbolem:  pięścią  w  kolczej  rękawicy 

background image

między  grotami  skrzyżowanych  strzał.  Ostatnia  z  tych  strzał  przeszyła  serce 
Czaszkolicemu, a kiedy nieludzka  istota  wyciągnęła  ją  sobie  spokojnie  z  piersi,  nie 
pojawiła się na niej nawet kropla krwi. Ale Czaszkolicy rozpoznał chyba ten złoty symbol, 
tak samo jak Wilk, który zobaczywszy go na czarnym kołczanie,  kazał się natychmiast 
zaprowadzić do zmiecionej z powierzchni ziemi wioski… 

Czyżby ta broń należała do prawdziwego ojca Elyssy? 
- Raz w Ferlangen - zaczął Konrad - widziałem inny herb rodowy. Czarno-złoty. 

Dwie skrzyżowane strzały i pięść w kolczej rękawicy między grotami. Mówi ci to coś? 

Kastring nie odpowiedział od razu. 
- Znajomo mi to brzmi - odezwał się po chwili zastanowienia. 
- Był wytłoczony na łuku, na strzałach i na kołczanie. 
- Tak - Kastring przymknął oczy i przesunął dłonią po czole. - Elf? Czyżby miało to 

jakiś związek z elfem? Przyznaję, że nic innego nie przychodzi mi do głowy. 

Konrad  wpatrzył  się  w  płomienie,  usiłując  się  skoncentrować,  ale  wyczerpanie  i 

osłabienie nie pozwalały mu skupić myśli. 

Elyssa dała mu łuk i strzały, i nadała imię. Wcześniej nie miał żadnego. A teraz jej 

brat,  a  przynajmniej  osoba,  którą  bierze  za  jej  brata,  ostentacyjnie  nie  interesuje  się 
jego imieniem. 

-  Powiedziałeś,  że  znajomość  imion  daje  władze  -  zwrócił  się  do  Kastringa.  - 

Dlaczego nie chcesz poznać mojego? 

Odpowiedzi  Kastringa  zawsze  padały  z  opóźnieniem,  ale  teraz  zwłoka  trwała 

blisko minutę i Konrad zaczynał już podejrzewać, że tamtego zmorzył sen. 

-  Bo  i  tak  niedługo  już  będziesz  je  nosił  -  wycedził  w  końcu  Kastring.  -  Nie 

doczekasz świtu. 

Konrad rozejrzał się niespokojnie. 
- Praktycznie rzecz biorąc już jesteś martwy - dorzucił Kastring. - Nie trzeba było 

zabierać mi miecza. 

Konrad  uniósł  prawą  rękę  do  ognia  i  obejrzał  bliźniacze  nakłucia  na  przegubie. 

Prawą dłoń miał zdrętwiałą, lewą i obie stopę również. Był zmęczony, bardzo zmęczony, 
to wszystko. Zmęczony, przemarznięty i poraniony. 

background image

Nadgarstek nawet mu nie napuchł. Wynikało z tego, że wąż - jeśli w ogóle był to 

wąż  -  nie  wstrzyknął  mu  w  ciało  trującego  jadu.  Ból  odczuł  tylko  w  chwili  ukąszenia. 
Prawdopodobnie była  to jakaś magiczna sztuczka, wzrokowy omam. Nie było żadnego 
gada, żadne zęby nie wbiły mu się w ciało, żaden jad nie dostał się do żył… 

Przed chwilą Konrad marzył tylko o spoczynku, ale teraz ani myślał zamknąć oczu 

i odpłynąć w sen. 

Rozdział piąty 

Konrad  usiadł  gwałtownie,  krzywiąc  się  z  bólu.  Słońce  paliło  straszliwie.  Gardło 

miał  wysuszone,  wargi  popękane,  pokrywała  go  warstwa  zaschniętej  krwi.  Węgle 
ogniska  jeszcze  się  żarzyły.  W  ogólnym  bezruchu  wyróżniały  się  tylko  tańczące  smugi 
szarego dymu. Wszyscy gdzieś poszli. 

Na podstawie wysokości  słońca  ustalił,  że  od  świtu  minęły  przynajmniej  trzy 

godziny. Rzadko kiedy spał tak długo, ale przecież w tym względzie miał jeszcze wiele 
do  odrobienia.  Chociaż  nie  czuł  się  już  tak  straszliwie  wyczerpany,  miał  wrażenie,  że 
gdyby znalazł trochę cienia, bez trudu mógłby zamknąć oczy i przespać resztę dnia. 

Odsunął tę pokusę i spojrzał na przegub dłoni. Ślady po kłach węża zabliźniły się, 

podobnie  jak  rany  na  ramieniu,  zadane  nożem  nieludzkiej  dziewczyny.  Elf,  który 
uratował Konradowi rękę, najwyraźniej dziś ocalił mu również życie. 

Zgodnie  z  tym,  co  powiedział  Kastring,  Konrad  powinien  umrzeć.  Dlatego 

najeźdźcy  go  zostawili  -  uznali,  że  jest  martwy.  Ocaliło  go  jedynie  oddziaływanie 
potężnego eliksiru uzdrawiającego. 

Wstał  i  poszedł,  by  zbadać  obóz  stworów.  Na  pierwszy  rzut  oka  trudno  było 

stwierdzić, że w ogóle tu przebywały. Zniknęły nawet bezgłowe zwłoki ludzi złożonych w 
ofierze.  Krew  wsiąkła  w  ziemię  i  została  wypalona  przez  słońce.  Gleba  wyglądała  na 
bardzo  wysuszoną.  Konrad  ukląkł,  żeby  jej  dotknąć.  Nic  nie  poczuł,  była  równie 
pozbawiona życia jak piasek. Znajdujące się w pobliżu kępy trawy i roślin zbrązowiały, 
zwiędły,  kruszyły  się  pod  dotykiem  dłoni.  Okoliczne  drzewa  pokrywała  zgnilizna  i 
śmierdzące  porosty.  Rozkładały  się  tak  samo  jak  te  w  Lesie  Cieni,  gdy  zamieszkały  w 
nim zwierzołaki. 

background image

Wszystko, czego tknęli się najeźdźcy, ulegało zniszczeniu, nawet ziemia, po której 

stąpali. 

Konrad przesunął palcami po ustach, przypominając sobie kielich, z którego pił, a 

także wygląd warg Kastringa. Zaczął się zastanawiać, dlaczego jego własne usta są tak 
bardzo spieczone. 

Tłumaczył  sobie,  że  to  wynik  braku  wody  i  straszliwego  pragnienia.  Zawsze 

następnego dnia po winie bardzo chciało mu się pić, ale przecież tym razem suszyło go 
zanim spróbował trunku. 

- Okazuje się, że rzeczywiście jesteś tak twardy, na jakiego wyglądasz. 
Konrad odwrócił się gwałtownie. 
W odległości kilku metrów znajdował się Kastring. Siedział na wierzchowcu, który 

kiedyś musiał być koniem. Jego skórę pokrywały czerwone i czarne plamy, boki chronił 
pancerz,  zamiast  kopyt  miał  łapy  z  pazurami,  z  pyska  sterczały  kły  jak  u  psa,  a  ze 
środka czaszki sterczał pojedynczy, spiralny róg. 

Kastring  wyglądał  równie  groteskowo  -  w  świetle  dnia  nie  sprawiał  już  tak 

przerażającego wrażenia. Rogi na jego głowie były jakby częścią hełmu, a dolna część 
twarzy  z  wyszczerzonymi  w  uśmiechu  zębami  przypominała  maskę.  Włosy  zwisały  mu 
do  pasa.  Był  odziany  w  czarne  futro  i  lśniącą,  spiżową  zbroję,  spod  której  wyglądał 
kaftan z czerwonej skóry. U biodra wisiał mu miecz z wężową, rękojeścią, zaś do siodła 
miał przytroczoną tarczę z dwoma herbami 

Konrad cofnął się. 
- Nie bój się - powiedział Kastring. - Zapewniam, że nie mam zamiaru cię zabić. 

Nie teraz. Po prostu pragnę ci zaproponować, abyś przyłączył się do naszej ekspedycji. 

- A jeżeli odmówię?.. 
- Nie masz takiej możliwości. Moja prośba ma charakter rozkazu. Powinieneś być 

martwy, ale nie jesteś - i to mnie intryguje. Przyłączysz się do nas. Będziesz mnie bawił 
opowieściami  o  Ferlangen.  Muszę  się  przyznać,  że  ubiegłej  nocy  byłem  zmęczony,  a 
więc rozmowa ze mną mogła się wydawać niezbyt porywająca Racz mi to wybaczyć. W 
przyszłości poświęcimy wiele godzin na konwersację, do chwili… 

- Do chwili? 

background image

-  Kiedy  umrzesz.  Wszystkie  rzeczy  mają  swój  koniec,  nawet  życie.  Szczególnie 

życie.  Jesteśmy  zrodzeni,  aby  umrzeć.  Fakt,  że  nie  wiemy  kiedy  nastąpi  ostateczny 
koniec,  czyni  nasze  życie  tak  ciekawy.  Jestem  pewien,  że  się  z  tym  zgadzasz?  A 
obiecuje, że twoje życie będzie wyjątkowo interesujące. 

Konrad wyczuł za sobą czyjąś obecność. Odwrócił się. Stała tam pozostała przy 

życiu tancerka śmierci. Już ubrana, miała na sobie sandały i krótką, luźną szatę. Obmyła 
się z krwi. Włosy, które odgarnęła do tyłu i związała na karku, wciąż miały barwę krwi, 
podobnie oczy i drapieżne zęby. 

Na czole miała wyrysowany ten sam symbol, który widniał na tarczy Kastringa. W 

jej  ciele  wycięto  ukośny  krzyż  z  dwiema  poprzeczkami,  pozostawiając  wyraźną, 
purpurową szramę. Kobieta zdawała się o wiele chudsza i już nie tak uwodzicielska, jak 
w upiornym świetle  księżyca,  ale  wcale  nie  stała  się  przez  to  mniej  przeradzająca. 
Kolczasta  obroża  wciąż  opasywała  jej  gardło,  ale  teraz  nosiła  również  naszyjnik,  do 
którego  umocowała  swój  nóż.  Naszyjnik  sprawiał  wrażenie  wykonanego  z  kości,  kości 
ludzkich palców. 

-  Nie  sądzę,  żebyście  byli  sobie  oficjalnie  przedstawieni  -  rzekł  Kastring.  -  To 

Jedwab. A może Satyna. Nigdy nie potrafiłem ich odróżnić. To bez znaczenia. Podobnie 
jak ja, nie musi znać twego imienia. Nie mówi staroświatowym, ale nauczysz się robić 
wszystko, co ci rozkaże. Od tej pory nigdy nie będziecie od siebie dalej niż o metr. Może 
jeszcze  bliżej.  Zapewniam  cię,  że  potrafi  być  bardzo  miłą  towarzyszką.  A  potem, 
pewnego dnia, może wkrótce, a może nie, zginiesz z jej ręki. 

Kastring zwrócił się do dziewczyny, która kiwała poważnie głową. Przez cały czas 

nie  spuszczała  wzroku  z  Konrada,  przyglądając  się  jego  nagiemu  ciału.  Gdy  wódz 
skończył mówić, uniosła klingę noża, pocałowała ją i posłała Konradowi ten pocałunek. 
Wzdrygnął  się,  patrząc  na  jej  wargi  i  przypominając  sobie  rozdwojony  język,  którym 
ubiegłej nocy oblizywała jego krew. 

- Wydaje mi się, że cię lubi - zauważył Kastring. 
Konrad  nie  odezwał  się.  „To  nie  ja  umrę”  -  obiecał  sobie  w  duchu.  -  „Najpierw 

moją dręczycielkę spotka śmierć. Albo ją, albo Kastringa…” 

- Imperium, Ostland, Ferlangen! - zawołał Kastring, szarpiąc wodze wierzchowca. 

background image

- Ukochany kraj rodzinny oczekuje na nasz powrót! - koń stanął dęba, zaczął harcować, 
a potem ruszył galopem na południowy zachód. 

- Mogę dostać coś do picia? - Konrad zwrócił się do strażniczki. - Coś do jedzenia? 

Jakieś ubranie? 

Zobaczył,  jak  jej  ogon  zadrgał.  Rzuciła  kilka  gardłowych  sylab  i  wskazała 

kierunek,  w  którym  podążył  Kastring.  Nie  ruszył  się  z  miejsca,  przyglądając  się  jej 
twardo. Dziewczyna wyciągnęła nóż i przyszykowała go do rzutu. Była zbyt daleko, aby 
zdołał dosięgnąć ją zanim ciśnie sztyletem, ale zbyt blisko, żeby mogła chybić. 

Konrad odwrócił się i poszedł za jeźdźcem. Tancerka śmierci ruszyła jego śladem. 

* * * 

Przybył do Kislevu z Imperium, prowadząc jucznego konia Wilka. A teraz szedł z 

powrotem, tym razem z podążającym za nim krok w krok morderczym cieniem. 

Podróż na południe trwała o wiele dłużej - cały czas poruszali się pieszo, zamiast 

pokonać  część  drogi  łodzią.  Zatrzymywały  ich  też  bezustanne  bitwy, rabunki wsi, 
składanie ofiar z jeńców… 

Konrad  widział  niewiele  z  tych  wydarzeń  i  miał  ograniczony  kontakt  z  pułkiem 

Kastringa.  Ci  żołnierze  nie  przypominali  regularnej  armii  -  spełniającej  rozkazy, 
maszerującej  razem.  Samorzutnie  dzielili  się  na  mniejsze  oddziały,  wybierali  własne 
szlaki, a potem łączyli znowu, aby przeprowadzić atak lub dokonać masakry. 

Pozwolono  mu  ubrać  się  w  odzież  zabraną  ofiarom.  Szybko  jednak  stawała  się 

poszarpana  i  pocięta,  gdy  nie  rozumiał  rozkazów  Jedwabiu  albo  nie  spełniał  ich  z 
należytą  gorliwością.  Całe  ciało  miał  pokryte  małymi  kłutymi  rankami,  jakby  został 
pogryziony przez owady. 

Istniała  niewielka  szansa  ucieczki,  a  jeszcze  mniejsza  -  powodzenia takiej 

ucieczki.  Jedwab  nie  odstępowała  go  ani  na  chwilę.  Oprócz  niej  czuwali jeszcze 
wojownicy Kastringa i zwierzołaki, każdy ogarnięty żądzą zabijania, pragnący ofiar, które 
mógłby złożyć swemu ohydnemu władcy. Trudno było odgadnąć liczbę członków bandy 
Kastringa.  Zmieniała  się  ona  nieustannie  -  zwiększała,  gdy  przyjmowano  nowych 
członków z rejonów, przez które przeszli, i zmniejszała po każdym zbrojnym starciu. 

Czasami  wędrowali  nocą,  kiedy  indziej  ich  przemarsze  miały  miejsce  w  dzień. 

background image

Często szli i dniem, i nocą, a potem zatrzymywali się na dłuższy czas. Dlaczego - Konrad 
nie potrafił zrozumieć. Nigdy nie pytał, a nikt mu niczego nie wyjaśniał. 

Wieźli  niewiele  zapasów.  Nie  mieli  wozów  taborowych,  chociaż  w  oddziale  był 

jeden rydwan. Zawsze pilnowano go niezwykle starannie i Konrad domyślił się, że jest w 
nim przewożona święta spiżowa zbroja, która wieńczyła ołtarz. 

Wojownicy  musieli  zdobywać  żywność,  najczęściej  w  niszczonych  farmach. 

Większość  zdobywców  wędrowała  pieszo,  co  oznaczało,  że  mogli  nieść  niewiele 
pakunków. Niektórzy jechali na koniach, które zaczynały ulegać takim samym mutacjom 
jak  ich  właściciele.  Jeźdźcy  stanowili  elitarny  oddział  -  byli prawdziwymi wojownikami, 
wyposażonymi w doskonałą broń i zbroje. 

Dziwnie  nie  pasowali  do  reszty  zwierzołaków.  Bardziej  przypominali  karnych 

rycerzy  niż  opętanych  żądzą  walki  dzikusów.  Posiadali  swój  własny,  spaczony  kodeks 
rycerski i sprawiali wrażenie ludzi, których jedynym przeznaczeniem jest staczanie walk. 
Swoje wybrane bóstwo czcili, przelewając krew na polu bitwy - własną lub pokonanych 
wrogów. Z drugiej jednak strony zdarzało  się  coś  zupełnie  odmiennego,  gdy  mniejszy 
księżyc  znajdował  się  w  pełni.  Wtedy  zabijani  byli  bezbronni  jeńcy,  których  rytualnie 
torturowano  i  w  koszmarny  sposób  mordowano,  aby  zaspokoić  obrzydliwe  wymogi 
kultów Chaosu. 

Całkowitym  przeciwieństwem  rycerzy  byli  brutalni  człekokształtni,  odziani  w 

szmaty  i  uzbrojeni  w  to,  co  udało  im  się  ukraść.  Pomiędzy  tymi  dwoma  krańcowymi 
rodzajami żołnierzy znajdowała się większość renegatów Kastringa, istot, które nie były 
ani ludźmi, ani potworami, lecz koszmarnymi połączeniami jednych i drugich. 

Z takimi właśnie Konrad najczęściej walczył na granicy. Walczył z nimi i zabijał. 

Monstra,  których  kończyny  stawały  się  bronią;  posiadające  dodatkowe  oczy,  uszy  lub 
usta;  których  twarze  znajdowały  się  na  torsach;  będące  częściowo  owadami  i  mające 
szczypce  zamiast  rąk;  będące  na  poły  ptakami  o  wielkich  skrzydłach  na  grzbiecie; 
będące  po  części  gadami  o  ciele  pokrytym  łuskami.  A  także  inne  istoty  o  zwierzęcych 
łbach na ludzkich tułowiach lub ludzkich głowach na zwierzęcych korpusach. 

Ich  ciała  były  najczęściej  czerwono-czame,  czyli  odznaczały  się  barwami  krwi  i 

śmierci.  Sierść,  pióra,  płetwy  i  skorupy  posiadały  paski  lub  cętki  w  odcieniach  tych 

background image

dwóch  kolorów.  Wiele  z  tych  stworzeń  miało  całkowicie  białe  oczy,  bez  śladu  źrenic. 
Wydawały się ślepe, ale przecież widziały. 

I  wszystkie  były  zjednoczone  pod  tym  samym  symbolem,  który  widniał  na  ich 

sztandarach,  tym  samym  herbem,  który  znajdował  się  na  tarczy  Kastringa,  piętnem 
wyciętym na czole Jedwabiu - występnym znakiem Khorne’a, boga krwi… 

Khorne, jedna z czterech wielkich potęg Chaosu. 
Runiczny symbol był znakiem śmierci, jakby piekielnym podpisem samego Łowcy 

Dusz. 

Jedwab zaświadczała  swoje poddaństwo mrocznemu władcy runicznym piętnem 

wyciętym na czole. Inne stwory nosiły podobne symbole. Wiele miało rogi powykręcane 
na kształt skomplikowanego krzyża Khorne’a. 

Wierni  czcili  Khorne’a  rzezią,  walką  na  polu  bitwy,  krwawymi  ofiarami.  Każdą 

śmierć  zadawano  dla  większej  chwały  Khorne’a  -  ale  nie  tylko  wrogowie  mogli  być 
zabijani. Gdy niezbędna była śmierć, mógł ją ponieść jeden z wyznawców - na przykład 
jak wtedy, gdy Jedwab zabiła Satynę. 

Dla  wyznawców  Khorne’a  każdy  był  potencjalną  ofiarą.  Nie  istnieli  przyjaciele, 

sojusznicy  -  jedynie  przyszłe  ofiary.  Z  każdym  mijającym  dniem  wydawało  się  coraz 
bardziej prawdopodobne, że Konrad stanie się następnym krwawym dowodem hołdu. 

Ale  do  tego  momentu  każdy  następny  dzień,  który  udało  mu  się przetrwać,  był 

kolejnym zwycięstwem. 

Mijały dni, tygodnie, miesiące… aż wreszcie straszliwe pułki przekroczyły granicę 

Kislevu z Imperium i kolejne mile ich przemarszu znaczone zostały śmiercią następnych 
niewinnych istot - albo sojuszników. 

Konrad  złapał  samego  siebie  na  tym,  że  modli  się,  aby  najeźdźcy  znaleźli 

wystarczająco  dużo  ofiar.  Niech  mordują  kogoś  innego, kogokolwiek, aby tylko on 
przeżył  jeszcze  jeden  dzień.  Musiał  przetrwać,  aby  zabić  zarówno  Jedwab,  jak  i 
Kastringa. Początkowo zależało mu tylko na tym, to stanowiło najważniejszy cel, który 
trzymał go przy życiu i pozwalał uczynić następny krok. 

Krysten  zapadła  się  gdzieś  w  ciemne  otchłanie  jego  pamięci.  Już  zaczynał 

zapominać o dziewczynie. Znał ją niecały rok i teraz, za każdym razem, gdy usiłował ją 

background image

sobie wyobrazić, widział obraz Elyssy. Nie chciał pamiętać Krysten, ponieważ czuł, że ją 
zdradził. Gdyby nie odszedł z Wilkiem i Anvilą, może żyłaby w dalszym ciągu. Ale teraz 
niewątpliwie  była  już  martwa.  Najlepsze  dla  niej  by  było,  gdyby  zginęła  w  czasie 
szturmu - uniknęłaby tortur, upokorzenia i straszliwej śmierci przed ołtarzem bóstwa. 

Nigdy nie czuł  bezpośredniego  zagrożenia.  Zupełnie,  jakby  rzeź  ł  przemoc, 

których  był  świadkiem,  nie  miały  z  nim  nic  wspólnego,  jakby  obserwował  wszystko  z 
oddali -  obojętny  widz  rozgrywających  się  wokół  niego  wydarzeń.  Nawet  kary,  którym 
go poddawano, zdawały się mieć bardzo niewiele wspólnego z nim samym. Ciało mogło 
odczuwać ból, ale jego umysł znajdował się gdzieś indziej. Miał wrażenie, że po prostu 
przypadkiem  podróżuje  w  tym  samym  kierunku,  co  wojsko  Khorne’a.  Podążali  tym 
samym szlakiem i tylko to ich łączyło. 

Konrad zdawał sobie sprawę, że taki stan rzeczy może nie potrwać długo, że coś 

musi się zdarzyć - że coś na pewno się zdarzy. Poczucie realności powróci, gdy on sam 
stanie  twarzą  w  twarz  ze  śmiercią,  obiecaną  przez  Kastringa.  Albo  nagle  obudzi  się  z 
transu  w  jakiś  inny  sposób.  Nie  mógł  jednak  wyobrazić  sobie,  co  mogło  spowodować 
takie przebudzenie. 

Nie  wiedział,  dlaczego  Kastring  zachowuje  go  przy  życiu.  Wydawał  się  czerpać 

makabryczną  przyjemność  z  długotrwałej  męczarni  Konrada.  Może,  gdy  dotrą  do 
Ferlangen, zostanie stracony w miejscu, które tamten uważał za swoje rodzinne miasto. 
Wiedział przecież, że Konrad jest żołnierzem, ale pragnął, aby zginął jak zwierzę - pod 
toporem rzeźnika. 

-  Jesteś  weteranem  wielu  bitew  -  zauważył  pewnego  wieczoru,  siedząc 

naprzeciwko Konrada i jego ogoniastej strażniczki. 

Dziewczyna rzucała Konradowi resztki pożywienia. Ręce miał związane za plecami 

i  musiał  jeść  wprost  z  ziemi.  Była  to  łagodna  tortura,  ale  Kastring  i  krwawa  panna 
doskonale się tym bawili. 

-  Spowodowałeś  wiele  śmierci  -  mówił  dalej  Kastring  -  i  dlatego  twoja  własna 

śmierć  ma  o  wiele  większe  znaczenie  niż  kogoś,  kto  sam  nie  odbierał  życia,  nie 
przelewał krwi. Jesteś zbyt cenny, aby złożyć cię w ofierze bez ważnej przyczyny. Sądzę, 
że zachowam cię w zapasie, dla uczczenia jakiejś szczególnej okazji. 

background image

Obserwował, jak Jedwab wylewa na ziemię strumyk wody, a Konrad łapczywie ją 

chłepcze. Potem odezwał się do dziewczyny i nagle jej stopa wcisnęła głowę Konrada w 
błoto, a sztylet dotknął jego gardła. 

-  A  może  nie  -  dodał  Kastring.  Kilka  sekund  później  wydał  następny  rozkaz  i 

Jedwab uwolniła więźnia. 

Kastring  rozkoszował  się  upokorzeniem  Konrada,  wojownika  zamienionego  w 

niewolnika,  nad  którym  sprawowała  władzę  kobieta.  Konrad  czuł  jedynie  nienawiść, 
która nasilała się z każdym mijającym  dniem. Zimną,  wyrachowaną nienawiść, nie zaś 
gwałtowny, wywołany odruchem wybuch. 

Jedwab  i  Satyna  były  dla  niego  zbyt  silnymi  przeciwniczkami  tamtej  pierwszej 

nocy, kiedy był słaby i wyczerpany. Teraz zwyciężyłby obie, ale pozostała tylko jedna. 

Wiedział, że mógłby zabić dziewczynę, mógłby nawet zabić Kastringa, ale często 

zastanawiał  się,  czy  warto  tego  dokonać  za  cenę  własnego  życia.  Wtedy  dochodził  do 
wniosku, że ma zbyt wiele do zrobienia w życiu, że ostateczna zemsta nad wrogami nie 
jest  warta  jego  własnej  śmierci.  Ale  tylko  dopóki  wie,  że  przetrwa  następną  noc.  I 
dopóki wciąż oczekuje na chwilę, o której wiedział, że musi nadejść. 

Niekiedy kilka nocy mijało bez składania ofiar i podczas takiej przerwy zwiększała 

się liczba jeńców. A kiedy kolejny raz nadchodził czas tortur, przywiązywano go za szyję 
i  przeguby,  by  jeszcze  raz  stał  się  jedynym  uwięzionym,  któremu  dane  było  doczekać 
świtu. 

Tylko wtedy był pozostawiany sam - Jedwab odchodziła, aby odegrać swoją rolę 

w obrzydliwej ceremonii.  Ostatecznie  wracała  do  niego,  naga  i  pokryta  krwią, 
podniecona  bólem,  przerażeniem  i  śmiercią,  którą  zadawała  ofiarom.  Wbrew  swemu 
wyglądowi,  o  wiele  bardziej  przypominała  zwierzę  niż  człowieka.  Ogon  i  rozdwojony 
język stanowiły właściwe odzwierciedlenie jej prawdziwej natury. 

-  A  może  powinieneś  się  do  nas  przyłączyć  -  zaproponował  Kastring  przy  innej 

okazji. Był w dobrym humorze po zniszczeniu niewielkiego garnizonu strażników dróg. - 
Zawsze  chętnie  przyjmujemy  dobrych  ludzi.  Chociaż,  oczywiście,  wcale  nie  musisz  być 
człowiekiem, ani nawet dobrym… 

Pomysł był odrażający, ale Konrad udawał, że zastanawia się nad propozycją, a 

background image

jednocześnie obserwował siedzącego po drugiej stronie ogniska Kastringa. Może dzięki 
temu zdoła przeżyć nieco dłużej? 

- Co musiałbym zrobić? - zapytał. 
- Zabić. Co już czyniłeś, jak sądzę. Ale teraz zabiłbyś w świętym imieniu Khorne’a. 

Wiem, że jesteś najemnikiem. Dlatego byłeś w Kislevie. Zabijałeś dla pieniędzy. Jaki w 
tym  sens?  Czy  nie  wolałbyś  zabijać  w  świętej  sprawie,  dla  chwały  największego  z 
bogów? 

Nieprawdą  było,  że  Konrad  zabijał  dla  pieniędzy.  W  czasie,  gdy  pracował  z 

Wilkiem,  nie  otrzymywał  właściwie  żadnej  zapłaty  i  nie  ona  stanowiła  motywację  jego 
działania.  Zabijanie  miało  swój  cel,  ponieważ  chroniło  ludność  północnego  pogranicza 
przed inwazją stworzeń z mroźnych pustkowi, z królestwa Chaosu… 

A teraz znajdował się właśnie wśród tych istot. Przebywając między nimi, żyjąc, 

gdy tak wielu umarło - czuł się jak zdrajca. 

Poganie przerwali pierwszą linię obrony ludzi, przedzierając się przez setki mil na 

ich  terytorium.  A  jednak  trudno  było  to  nazwać  inwazją.  Najeźdźcy  Kastringa  przetarli 
ognisty  szlak  w  głąb  Ostlandii,  najbliższej  prowincji  Imperium.  Dzikusy  nie  próbowały 
ukryć swojej obecności i w rezultacie kierowano przeciwko nim coraz większe siły. 

Początkowo Konrad zastanawiał się, czy jest to część jakiegoś większego planu - 

podkomendni  Kastringa  tworzyli  zasłonę  dymną,  odciągając  oddziały  imperialne, 
podczas  gdy  trzon  legionów  mroku  przygotowywał  się  do  najazdu  gdzie indziej, do 
uderzenia na większe miasta. A jednak taki pomysł byłby chyba zbyt skomplikowany, jak 
na  te  prymitywne  istoty.  Kastring  sprawiał  wrażenie  sprytnego  i  wyrachowanego,  ale 
niewiele  różnił  się  od  stworów,  którymi  dowodził.  Pragnął  jedynie  krwi, zabijania i 
niszczenia. 

Tak  właśnie  utrzymywał  swoją  władzę  -  dostarczając  podwładnym  wrogów  i 

ofiary. Im więcej oddziałów wychodziło przeciwko niemu w pole, tym więcej było okazji 
do rzezi i tym więcej jeńców można było przeznaczyć na ofiary. 

- Kogo mam zabić? - zapytał Konrad, z góry znając odpowiedź. 
-  Sądzę,  że  mamy  kilku  odpowiednich  więźniów  -  odparł  Kastring.  -  Może 

zechcesz  ich  sobie  obejrzeć  i  wybrać  tego,  którego  chciałbyś  ofiarować  naszemu 

background image

wielkiemu panu i władcy. 

Kastring  miał  racje.  Konrad  zabijał  wiele,  wiele  razy.  Ale  nigdy  nie  mordował. 

Wydawało mu się jednak, że teraz nie ma wyboru. Jeżeli nie odbierze życia człowiekowi, 
wtedy  sam  stanie  się  ofiarą.  Nawet  jeżeli  odmówi,  nie  zdoła  ocalić  tego  jeńca.  Ofiara 
umrze  mimo  wszystko.  Konrad  musiał  zabić.  Ale  mógł  zabić  szybko,  dając  miłosierne 
wybawienie natychmiastowej śmierci, zamiast długotrwałego cierpienia podczas tortur. 

- Mają zamiar nas zabić, panie? - zapytała mała postać, przy wiązana tuż obok. 
Był  to  chłopak  w  wieku  około  piętnastu  lat.  Został  przyprowadzony  razem  z 

innymi  jeńcami,  milicjantami,  z  położonego  nieopodal  miasta.  Pozostałych 
odprowadzono  gdzie  indziej,  jego  zaś  odłączono  od  grupy  i  umieszczono  razem  z 
Konradem.  Ubranie  chłopca  było  poplamione  krwią,  twarz  miał  brudną  i  posiniaczoną, 
pokrytą śladami łez. 

- Nie - skłamał Konrad. - Gdyby chcieli to zrobić, już by s tak stało. 
- Co się z nami stanie? 
- Nie wiem - skłamał ponownie. 
Jedwab  kucnęła  bezpośrednio  przed  więźniami.  Uśmiechała  się,  mrucząc 

niemelodyjnie pod nosem i postukując ostrzem noża o kościany naszyjnik. 

- Skąd pochodzicie, panie? Dlaczego zostaliście schwytani? 
Konrad  nic  nie  odpowiedział.  Chciał  uniknąć  jakiejkolwiek  formy  znajomości, 

ponieważ  ze  spojrzenia  czerwonych  oczu  dziewczyny  domyślił  się,  że  chłopak  został 
wybrany jako ten, którego powinien złożyć w ofierze. 

- Chcą nas zabić, panie. Wiem o tym! 
- Nie - powtórzył Konrad, starając się dodać mu otuchy. - Schwytali mnie dawno 

temu, a wciąż żyję. 

- Ona chce nas zabić - stwierdził chłopak, przyciszając głos do szeptu. - Widzę to. 
Jedwab spojrzała na nich, on jednak wbił wzrok w ziemię, starając się nie patrzeć 

jej w oczy. 

- Jest jednym z tych „mutantów”? - wymówił to słowo tak, jakby po raz pierwszy 

ośmielił się go użyć. 

Konrad  zdał  sobie  sprawę,  że  młodzieniec  wie  o  wiele  więcej  niż  on  wiedział  w 

background image

tym samym wieku. Nie słyszał o mutantach, dopóki nie opuścił rodzinnej doliny. 

Mutanci Chaosu. Źródło ich deformacji znajdowało się w skażonych regionach na 

północ od Kislevu. 

- Nie chce umierać, panie. 
- Ani ja - odparł łagodnie Konrad, pamiętając, że ceną jego własnego życia jest, 

najprawdopodobniej, śmierć chłopaka. 

Spojrzał  w  ciemne  niebo,  rozświetlone  jedynie  gwiazdami.  Mannslieb  wzejdzie 

dopiero za kilka godzin. Mniejszy księżyc był o wiele bardziej nieprzewidywalny, zarówno 
pod względem faz, jak i godzin pojawiają się na niebie, ale wszystko wskazywało na to, 
że dzisiejszej nocy Morrslieb będzie w pełni. 

Przerażony  chłopiec  bez  przerwy  mówił,  zadawał  pytania,  a  Konrad  odpowiadał 

lakonicznie. Tymczasem Jedwab obserwowała niebo i czekała, aż wreszcie nieregularny 
kształt  księżyca  uniesie  się  nad  horyzontem.  Wtedy  cisze  rozerwał  koszmarny  wrzask, 
długi, zawodzący krzyk najstraszliwszego cierpienia. 

Zgromadzone  zwierzołaki,  mutanci  i  wojownicy  Khorne’a  powitali  pojawienie  się 

Morrslieba, składając pierwszą ofiarę. 

Chłopak jęknął, a Jedwab się roześmiała. Pozbawiona partnerki, nie zawsze była 

główną  oprawczynią,  chociaż  mało  który  wieczór  śmierci  obywał  się  bez  jej  udziału  w 
krwawej orgii. 

Z miejsca, w którym znajdował się Konrad, nie można było dostrzec ołtarza. Od 

pierwszej  nocy  umieszczano  wojownika  poza  strefą  śmierci,  ale  zawsze  wystarczająco 
blisko, by słyszał wrzaski mordowanych. 

Tej  nocy  znajdował  się  na  skraju  obozu  najeźdźców,  na  samej  krawędzi 

zarośniętego stoku, opadającego w stronę doliny. Słyszał rozlegający się poniżej, odległy 
szum wody. Gdy zaczęła się krwawa ceremonia, mógł skupić uwagę na odgłosach rzeki, 
a nie na krzykach męki. 

Wrzaski dobiegały z oddali, z ofiarnego miejsca. Jęczeć też zaczął siedzący obok 

chłopak. 

- Przestań! - krzyknął Konrad, odwracając się do sąsiada. - Zamknij się! Posłuchaj 

mnie! 

background image

Chłopiec umilkł, wpatrując się w niego rozszerzonymi ze strachu oczyma. W  tej 

chwili bardziej obawiał się Konrada niż oczekującego go losu. 

-  Nic  ci  się  nie  stanie.  Nic  się  nam  nie  stanie.  Dlatego  ze  mną  jesteś.  Dlatego 

odłączyli cię od innych. Nie złożę cię w ofierze. Nie zabili mnie. Nie zabiją też ciebie. 

Chłopak spojrzał na niego i rysy jego twarzy stwardniały. 
-  Jesteś  jednym  z  nich!  -  rzucił  oskarżycielskim  tonem  i  splunął  Konradowi  w 

twarz. A potem się odwrócił. 

„Przynajmniej  będzie  cicho”  -  pomyślał  Konrad.  Ale  wciąż  nie  mógł  zapomnieć 

słów chłopaka: „Jesteś jednym z nich…” 

Na swój sposób chyba miał rację. Konrad przebywał wśród dzikusów od wielu lat, 

a  z  tą  armią  szedł  od  wielu  tygodni.  Gdyby  zmuszono  go  do  zabicia  chłopca, 
rzeczywiście stałby się „jednym z nich” - albo niemal jednym z nich. 

Przecież  Kastring  zaproponował  mu,  aby  przeszedł  na  strony  Khorne’a.  Czy 

zabicie ofiary przed ołtarzem jest równoznaczne z ceremonią inicjacji? Czy bez względu 
na  motywy,  intencje,  mord  okaże  się  pierwszym  etapem  jego  upadku  w  przepaść 
zwierzęcej mutacji? Kastring był kiedyś człowiekiem. W jaki sposób zaczął się, zmieniać? 
Czy  stało  się  to  na  Pustkowiach  Chaosu,  czy  też  mutacje  mogły  dokonywać  się 
wszędzie? 

Czy złożenie ofiary przed ołtarzem oznacza uznanie Khorne’a za własne bóstwo? 

Jeżeli  tak,  życie  Konrada  przestanie  być  już  jego  własnością  -  będzie  zgubiony  na 
zawsze.  A  nie  tylko  jego  życie  było  zagrożone.  Gdyby  przyłączył  się  do  tego 
barbarzyńskiego  plemienia,  Khorne  zdobyłyby  również  prawo  do  jego  nieśmiertelnej 
duszy. 

Żałował, że nie dysponuje większą wiedzą. Nigdy nie był religijny. W Imperium i 

Kislevie modlono się do wielu bogów, ale on nie miał kontaktu ani z ich wyznawcami, ani 
rytuałami. Najwięcej wiedział o Sigmarze Młotodzierżcy, również czczonym jako bóstwo. 
Wilk był członkiem kultu Sigmara i zawsze przed wyruszeniem do walki zanosił modły do 
założyciela Imperium. 

Jedwab wstała i Konrad uświadomił sobie nagle, że panuje cisza. Umarła ostatnia 

ofiara. 

background image

Ostatnia, poza jedną. Albo dwiema… 
Dziewczyna  zrzuciła  sandały,  pozwoliła  też  opaść  na  ziemię  szacie,  zdjęła 

naszyjnik  wykonany  z  kości  ludzkich  palców,  rozpuściła  czerwone  jak  krew  włosy  i 
potrząsnęła  głową,  rozrzucając  je  na  ramionach.  Wypowiedziała  kilka  słów.  Konrad 
rozpoznał polecenie. Mówiła mu, żeby wstał, ale nie zrobił tego. Podskoczyła do niego, 
przykładając ostrze do gardła. Klinga noża skaleczyła mu skórę. Powtórzyła rozkaz. 

Wiedział,  że  go  nie  zabije,  ale  doskonale  potrafiła  zadawać  męczarnie.  Kilkoma 

szybkimi i precyzyjnymi pociągnięciami ostrza mogła spowodować straszliwe cierpienia. 
Ale  zamiast  zajmować  się  Konradem,  odwróciła  się  w  stronę  chłopca,  uderzając  go 
sztychem  w  ramię.  Krzyknął  z  bólu.  Gestem  kazała  mu  wstać.  Posłuchał.  Szybko 
porozcinała jego odzież i teraz stał nagi, z rękami wciąż związanymi na plecach. 

Spojrzała  na  Konrada,  a  potem  wolno  przeciągnęła  czubkiem  ostrza  po  piersi 

chłopaka, na ukos od prawej strony do lewej. Wrzasnął, a z rany zaczęła spływać krew. 
Powtórzyła  tę  czynność,  tym  razem  od  lewej  do  prawej,  nie  spuszczając  czerwonych 
oczu  z  Konrada.  Uświadomił  sobie,  że  wycina  w  ciele  chłopca  znak  Khorne’a  i  będzie 
robić to do chwili, gdy Konrad okaże posłuszeństwo. Poddał się i wstał. Ale Jedwab nie 
przerwała  tortur.  Dwoma  gwałtownymi  cieciami  -  jednym w lewo, drugim w prawo - 
uzupełniła wzór. Tors ofiary lśnił od krwi. 

Chłopak zakołysał się, jakby miał za chwilę zemdleć, ale udało mu się zachować 

równowagę. Przestał krzyczeć i tylko łkał. Nie był poważnie ranny. Jedwab nie chciała 
go zabić. Jeszcze nie teraz. 

Zbliżyła  się  do  Konrada.  Jej  nóż  błysnął.  Skrzywił  się,  gdy  za  karę  rozcięła  mu 

policzek.  Klinga  migotała  dalej  i  po  kilku  sekundach  również  i  on  był  nagi.  Warknęła 
rozkaz  i  Konrad  zaczął  powoli  iść  w  stronę  ołtarza.  Popchnęła  chłopca,  który  również 
ruszył w tę stronę. Wyznawcy oczekiwali - czarne sylwetki okrążające pancerz, będący 
symbolem Khorne’a. Jedna z postaci wysunęła się do przodu. 

-  Ogromnie  się  cieszę,  że  przyjąłeś  nasze  zaproszenie  -  odezwał  się  Kastring.  - 

Czy to nasz gość? 

Chłopak stał nieruchomo, oszołomiony, wbijając oczy w ołtarz, patrząc na czaszki 

i niedawno obcięte głowy, leżące u stóp zakutej w spiż postaci. 

background image

- Mam zamiar cię zabić, Kastring - syknął Konrad. 
- Chyba nie rozumiesz sytuacji - odparł rycerz. - Jedyną osobą, jaką zabijesz, jest 

ten młody dżentelmen. Nie sądzę też, że jest to najwłaściwsza pora, aby mi grozić. Tutaj 
ja grożę. I, jak ci już obiecałem, to ty zginiesz. Kiedyś. 

Jedwab rozciął  wieży  Konrada.  Kastring  podał  wojowników  sztylet.  Gdy  Konrad 

ujął  rękojeść  broni,  poczuł  czubek  noża  Jedwabiu,  dotykający  podstawy  jego  czaszki. 
Gdy Kastring cofnął się o krok, to samo zrobiła Jedwab. 

Konrad  i  chłopiec  pozostali  sami  na  środku  przestrzeni  przed  ołtarzem.  Ziemia 

pod  ich  stopami  była  mokra  od  krwi.  Chłopiec  odwrócił  się  i  spojrzał  na  nóż  oraz  na 
twarz Konrada. 

- Wiedziałem, że jesteś jednym z nich - rzekł bardzo cicho i opuścił głowę. 
Konrad chciał odrzucić oskarżenie, powiedzieć, że zabije go szybko, podczas gdy 

wszyscy inni zadawaliby mu śmierć w powolny i straszliwy sposób. Ale nie było sensu. 
Robił to przecież nie dla dobra chłopaka, ale dla uratowania własnego życia. 

Bałwochwalcy zaintonowali ponurą pieśń. 
- Zrób to! - rozkazał Kastring głosem zagłuszającym świętokradcze pienia. 
Konrad  spojrzał  ku  przemawiającemu  i  rozluźnił  dłoń,  zaciśniętą  na  rękojeści 

noża, sprawdzając jego wyważenie i próbując wyczuć, jak będzie się zachowywał, lecąc 
przez noc - w gardło Kastringa. 

Zanim jednak wykonał  swój  zamysł,  nóż  został  nagle  wytrącony  z  jego  dłoni. 

Jedwab  bez  słowa  rzuciła  się  na  niego  i  odtrąciła  ramieniem  na  bok.  Konrad  stracił 
równowagę  i  runął  w  błoto.  Natychmiast  przetoczył  się  na  bok,  przekonany,  że 
dziewczyna zaraz rzuci się do ataku. Ale jej celem był młody Ostlandczyk… 

Jej  ostrze  wbiło  się  w  pierś  chłopaka,  a  krzyk,  który  wyrwał  się  z  jego  ust,  był 

straszliwy,  długi  i  przeszywający.  Upadł,  a  Jedwab  pochyliła  się  nad  nim,  rozcinając 
głęboko  jego  tors.  Po  kilku  sekundach  wyprostowała  się  gwałtownie.  W  jednej  dłoni 
trzymała nóż, a w drugiej kawałek ludzkiego ciała. Było to serce chłopca. 

Jeszcze bijące serce! 
Rozległ  się  pochwalny  ryk  wyznawców  Khorne’a.  Dziewczyna  z  szacunkiem 

położyła krwawą ofiarę u stóp spiżowej postaci. 

background image

Konrad nie  mógł  odnaleźć  sztyletu.  Wstał  i  natychmiast  dojrzał  ciemną  postać 

zmierzającą w jego stronę. Usłyszał dźwięk miecza, dobywanego z naoliwionej pochwy. 
Wiedział, że jest to miecz z wężem owiniętym wokół rękojeści. 

Cofał się powoli. Zerknął szybko przez ramię, wypatrując kolejnego potencjalnego 

zabójcy.  Kiedy  chwilę  później  spojrzał  przed  siebie,  zobaczył  smukłą  postać 
odgradzającą  go  od  Kastringa.  Była  to  Jedwab.  Stała  odwrócona  w  stronę  swojego 
przywódcy,  grożąc  mu  trzymanym  w  dłoni  zakrwawionym  ostrzem.  Kastring  zatrzymał 
się  i  powiedział  coś  w  pogańskim  języku.  Jedwab  nie  odpowiedziała,  ale  również  nie 
odsunęła się na bok. 

-  Wyraźnie  cię  lubi  -  oznajmił  Kastring.  A  potem  zmusił  się  do  pogardliwego 

śmiechu, schował miecz i zawrócił. 

Jedwab  spojrzała  na  Konrada  i  ich  oczy  spotkały  się.  Z  jakiegoś,  sobie  tylko 

znanego  powodu  zabiła  chłopca,  a  potem  obroniła  go  przed  gniewem  Kastringa.  Ale 
również  ocaliła  życie  Kastringa,  wytrącając  sztylet  z  ręki  Konrada.  Nie  miał  pojęcia, 
dlaczego  zmąciła  przebieg  ceremonii,  chroniąc  go  przed  Kastringiem.  Bez  względu  na 
kierujące nią motywy, jej czyn niewątpliwie zapowiadał zagładę ich obojga. 

Ciemne  kształty  rozpłynęły  się  w  mroku,  pozostawiając  ich  samych,  samych  z 

ciałem młodego Ostlandczyka i zwłokami wszystkich innych ofiar, złożonych w krwawej 
ofierze przed ołtarzem Khorne’a. 

Gdy patrzyli na siebie, Konrad nagle uświadomił sobie, kim kiedyś musiała być - 

człowiekiem. 

I  wiedział  również,  że  to  jest  moment,  na  który  czekał.  Był  to  czas  jego 

przebudzenia. 

Konrad odszedł, za nim ruszyła Jedwab. Była o krok z tyłu, gdy dotarł do cypla 

nad  rzeką.  Odwrócił  się  w  chwili,  gdy  dziewczyna  uniosła  nóż,  i  stał  w  bezruchu,  gdy 
wbijała czubek ostrza w pień drzewa. Klinga zalśniła, dygocąc. Mannslieb zaczął wznosić 
się  na  niebie  -  srebrny  okruch nad horyzontem -  rzucając  jaskrawe  światło,  o  wiele 
silniejsze  niż  mętna  poświata  Morrslieba.  Rzeka  płynęła  głęboko  w  dole.  Konrad 
dostrzegł też inny błysk w głębi doliny. Było to odbicie księżycowego światła na metalu. 

I wreszcie uświadomił sobie, co musi zrobić. 

background image

Dziewczyna  przytuliła  się  do  niego  mocno,  unosząc  twarz  ku  jego  twarzy.  Bez 

względu  na  wszystko,  nienawidził  jej  bezgranicznie,  ale  przypomniał  sobie,  co  myślał, 
gdy  po  raz  pierwszy  zobaczył  ją  i  Satynę  -  że  były  najpiękniejszymi  kobietami, jakie 
widział w życiu. 

Do  tej  pory  zawsze  stawiał  opór  pokusom  jej  ciała,  bez  względu  na  to,  jakim 

torturom poddawała go za karę. Ale z powodu dzisiejszej nocy był jej winien ten ostatni 
hołd, złożony jej utraconemu człowieczeństwu, jej zapomnianej kobiecości. 

Z  zaskoczeniem  poczuł,  że  jej  ciało  jest  ciepłe  i  miękkie.  Próbował  nie  zwracać 

uwagi  na  krew  pokrywającą  skórę,  na  drapieżne  oczy,  na  rozdwojony  język  i  ogon. 
Osunął się na ziemię, pozwalając jej przyjąć dominującą pozycję, jakby w dalszym ciągu 
godził się ze swą niewolniczą rolą. 

Okazywała  swoją  zwierzęcość  w  najmniejszym,  on  zaś  w  największym  stopniu. 

Gdy  krzyknęła,  nie  był  to  lubieżny  wrzask  jakiegoś  mutanta,  ale  wołanie  kobiety, 
doprowadzonej do szczytu namiętności. To on stękał jak zwierzę, kierowane najbardziej 
prymitywnymi instynktami. 

W taki sposób tworzono życie, takie było nie znane pochodzenie Konrada, w taki 

sposób  sama  Jedwab  zaczęła  swoją  prawdziwą  egzystencję,  zanim  jej  ciało  zostało 
skażone Chaosem, jej dusza skradziona i spaczona. 

Konrad  wyciągnął  do  niej  ręce,  po  raz  pierwszy  pozwolił,  aby  wargi  dziewczyny 

dotknęły  jego  ust.  One  również  były  tak  cieple  i  miękkie.  Pocałowali  się  -  i  był  to 
pocałunek śmierci. 

Jedwab westchnęła, gdy wbił jej sztylet w plecy, sięgając ostrzem głęboko, aż do 

serca.  Ich  spojrzenia  spotkały  się  po  raz  ostatni.  Oczy  dziewczyny  były  pełne  łez. 
Odchyliła się do tyłu, uśmiechnęła i umarła z taką łatwością, jakby w dalszym ciągu była 
człowiekiem. 

Konrad chwycił ją, gdy padała, a potem wysunął spod jej ciała, Wydobył ostrze i 

spojrzał w dół, w dolinę, wypatrując widzianego przed paroma minutami błysku światła 
księżycowego na zbroi. 

Zbroi ze spiżu… 

Rozdział szósty 

background image

Konrad biegł na złamanie karku, poza krawędź urwiska, w ciemność, ściskając w 

dłoni  sztylet.  Wreszcie  uciekał  swoim  barbarzyńskim  strażnikom,  ale  co  ważniejsze, 
podążał za tajemniczym rycerzem ze spiżu. 

Dlatego właśnie tak długo pozostał z klanem Kastringa. Przypominało to niemal 

jego dawne widzenie, ale tym razem był całkowicie nieświadomy na czym polega istota 
jego wizji, ponieważ dostrzegł wydarzenie bardzo oddalone w czasie. 

W  dole  nie  widział  już  żadnego  znaku  obecności  jeźdźca,  ale  wynikało  to  z 

panujących warunków. Światło nie rozjaśniało  tutaj mroku  tak dobrze, jak na szczycie 
zbocza, a poza tym zbyt wiele drzew przesłaniało widok. 

Zabił  Jedwab.  Umarła  w  chwili,  gdy  odzyskała  istotę  swego  człowieczeństwa. 

Konrad żałował jedynie, że nie zdołał zgładzić Kastringa. Chociaż uwolnił się od swojego 
czerwonego  cienia,  nie  miał  czasu,  aby  szukać  pomsty  na  dowódcy banitów. O wiele 
ważniejsze było odnalezienie spiżowej postaci widzianej na dnie doliny, dotarcie do niej, 
zanim znajdzie się poza jego zasięgiem. 

Pośliznął  się,  potknął  i  potoczył  dalej,  uderzając  o  jedno  z  drzew  rosnących  na 

zboczu doliny. Nie zwracając uwagi na ból, niemal natychmiast zerwał się z powrotem 
na nogi i znów popędził, ale ponownie zderzył się z młodym drzewem, zagradzającym 
mu  drogę.  Złamało  się,  a  Konrad  kontynuował  szaleńczy  bieg  w  dół.  Znów  stracił 
równowagę i potknął się, ale tym razem nie było pnia, który zatrzymałby jego upadek. 
Toczył się więc i toczył - aż przeleciał nad krawędzią urwiska. 

Gdy  spadał,  widział  pędzący  mu  na  spotkanie  skalisty  grunt.  Ale  w  dole 

znajdowała się również wąska rzeczka - trafił w jej chłodne wody, o włos mijając ostrą, 
kamienną iglicę. Zniknął pod po wierzchnią nurtu, a potem wypłynął z powrotem. Przez 
kilka  sekund  utrzymywał  się  w  pozycji  pionowej.  Zachłysnął  się  lodowatą  wodą. 
Dopłynął do brzegu i wydźwignął na pełną otoczaków plażę. 

Siedział  tam  kilka  chwil,  odzyskując  oddech  i  oglądając  własne  skaleczenia, 

zadrapania i siniaki. W dalszym ciągu zaciskał w ręku sztylet. Było to prawie dokładne 
powtórzenie sytuacji, kiedy wpadł do rzeki uciekając ze swojej wioski - trzymał wtedy w 
ręku kris. Teraz miał jednak tylko nóż. 

W  jaki  sposób  może  stawić  czoło  spiżowemu  jeźdźcowi,  uzbrojony  jedynie  w 

background image

sztylet? W tej chwili jednak nie zawracał sobie głowy takimi rzeczami. Najpierw należało 
odnaleźć tajemniczą postać, 

Pięć  lat  temu  wymknął  się  armii  zwierzołaków,  teraz  udało  mu  się  uciec 

mniejszemu  oddziałowi  najeźdźców.  Kiedy  pomyślał  o  tym,  usłyszał  wysoko  nad  sobą 
odgłosy pościgu… 

Pędzili jego śladem, wywrzaskując okrzyki bojowe ze zwierzęcą wściekłością. Te 

dzikie odgłosy przeszywały nocne powietrze, tak jak broń, którą mieli ze sobą, cięłaby 
ciało Konrada, gdyby go odnaleźli. 

Rozejrzał się wokoło, próbując wzrokiem przebić ciemności. Dostrzegł migotanie 

światła  z  lewej  strony  i  ruszył  w  tym  kierunku.  Pobiegł  wzdłuż  brzegu  rzeki,  ścigając 
postać,  którą  po  raz  pierwszy  ujrzał  pięć  lat  temu.  Kierował  się  w  górę  strumienia, 
przeskakując,  sięgające  wody  ciemne  korzenie.  Miał  kilka  minut  przewagi  nad 
nieprzyjaciółmi,  którzy  o  wiele  ostrożniej  od  niego  schodzili  po  zboczu.  Część 
prześladowców spróbuje odnaleźć inną drogę do rzeki i zablokować oba wyjścia z doliny. 
Zanim zostanie osaczony, musi odnaleźć cel swoich poszukiwań. 

Konrad pędził przez noc, wytężając wszystkie siły. Czuł twardy grunt pod nogami, 

smakował  językiem  zimne  powietrze,  słyszał  płynącą  obok  rzekę,  obserwował  krętą 
dolinę, chwytał nozdrzami ostry odór tropiących go zwierzoludzi - i widział, widział… 

Jego  dodatkowa  świadomość  nie  ostrzegała  go  przed  kłopotami,  nic  mu 

bezpośrednio nie zagrażało. Być może widzenie przyszłości zawodziło go po raz kolejny. 

Nagle  zatrzymał  się  gwałtownie  i  ukrył  za  pniem  szerokiego  drzewa  -  daleko 

przed sobą dostrzegł błysk księżycowego światła, odbitego od metalu. Ostrożnie wyjrzał 
zza drzewa. W odległości stu metrów stał koń, całkowicie okryty spiżowym pancerzem. 
Ale nie było żadnego śladu jeźdźca. 

Konrad  wspiął  się  wyżej  na  zbocze  i,  ukrywając  się  między  drzewami,  szedł 

równolegle  do  rzeki,  zmniejszając  odległość  dzielącą  go  od  wierzchowca.  Poruszał  się 
wolno i cicho. Wydawało mu się, że minęła cała wieczność, zanim znalazł się powyżej 
zwierzęcia. 

Nie miał wątpliwości,  że jest to ten sam wierzchowiec, którego po raz pierwszy 

widział ponad pięć lat temu. Rozpoznał ozdobną  zbroję, w którą  był zakuty  od  łba do 

background image

kopyt.  Nie  było  widać  ani  centymetra  końskiej  skóry.  Łeb  miał  okryty skomplikowanej 
konstrukcji  nagłówkiem,  z  którego  sterczały  dwa  rogi.  Jak  Konrad  sobie  przypominał, 
takie same rogi znajdowały się na hełmie rycerza. Tarcza ciągle tkwiła przytroczona do 
opancerzonego  boku  konia,  a  obok  pionowo  sterczała  długa  kopia,  umocowana do 
tylnego  łęku  siodła.  Nawet  skóra  rzemieni  i  siodła  wyglądała,  jakby  ufarbowano  ją  na 
kolor spiżu. 

Jeździec zsiadł z konia, co oznaczało, że nie mógł już wykorzystać swej przewagi. 

Obciążony zbroją, nie był w stanie zbyt szybko się poruszać. Gdyby Konradowi udało się 
go  zaskoczyć,  mógłby  wbić  mu  sztylet  w  gardło,  wsuwając  ostrze  w  szczelinę  między 
hełmem a obojczykiem. 

Ale  nie  zależało  mu  na  zabiciu  spiżowego  wojownika.  Na  dobrą  sprawę  nie 

wiedział,  czego  naprawdę  od  niego  chce.  Wybadać  go,  zadać  parę  pytań?  Czy 
rzeczywiście był bratem Wilka? 

Ale właściwie, gdzie on się teraz znajduje? 
Nie mógł odejść daleko. Konrad rozglądał się, przebiegając wzrokiem pogrążoną 

w ciemności dolinę. Zauważył, że w wyglądzie konia jest coś dziwnego. Nie poruszał się, 
stał dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej Konrad go zobaczył. Znajdował się metr od 
brzegu  rzeki  i  sprawiał  wrażenie  statuy,  konnego  posągu  wielkiego  wodza.  Konrad 
widywał czasem podobne przedstawienia w wielkich miastach. Z tą tylko różnicą, że w 
tym posągu brakowało jeźdźca. Pomyślał, że pancerny koń przypomina ołtarz Khorne’a - 
pusty, pozbawiony wnętrza pancerz. 

W  innych  okolicznościach  Konrad  obserwowałby  konia  i  czekał,  aż  pojawi  się 

rycerz, ale w tej chwili najważniejszy był czas. Wojownicy Kastringa mogli zjawić się w 
każdej chwili. Konrad spojrzał z siebie na zbocze pagórka i wydało mu się, że dostrzega 
ciemną  sylwetkę  stojącą  na  występie  skalnym,  z  którego  on  sam  niedawno  strzegł 
spiżowego  wojownika.  Na  podstawie  szybkiej  obserwacji  doszedł  do  wniosku,  że 
znajduje  się  obecnie  dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  dostrzegł  błysk 
odbitego  światła  Mannslieba.  Najwidoczniej  widział  wówczas  samego  konia,  a  nie 
jeźdźca. 

Może  wpadł  do  rzeki?  Może  koń  go  zrzucił  albo  spieszony  rycerz  potknął  się  i 

background image

stoczył do wody. Przytłoczony ciężarem zbroi nie mógł się podnieść i utonął. 

Konrad ruszył w dół zbocza, kierując się w stronę konia. I nagle, przy jednym z 

drzew  rosnących  nad  samą  wodą,  zobaczył  zbroję.  Hełm  i  rękawice,  napierśnik  i 
naplecznik, fartuch i taszki, naramienniki i opachy, nabiodrki i nakolanki, nagolenice i 
trzewiki, pas rycerski i miecz w pochwie - wszystko leżało na ziemi. Wyglądało to tak, 
jakby  cały  pancerz  został  pozostawiony,  porzucony.  Ale  gdzie  był  rycerz?  Czy  zdjął 
ciężkie wyposażenie przed snem albo kąpielą? 

Konrad podszedł ostrożnie i uklęknął, aby zbadać spiż. Popatrzył  na konia. Wilk 

powiedział,  że  rumak  jest  bliźniakiem  Północy,  jego  własnego  wierzchowca,  a  Konrad 
wiedział, że biały koń był zabójcą. Ale to zwierzę w dalszym ciągu stało w absolutnym 
bezruchu. 

Konrad  usłyszał  dźwięk,  daleki  okrzyk.  Wstał  gwałtownie  i  cofnął  się  o  kilka 

kroków.  Jeżeli  wołał  właściciel  pancerza,  to  pozbawiony  zbroi  i  oręża  był  właściwie 
bezbronny. Konrad poczuł się pewniej. A potem, w odpowiedzi, rozległ się drugi krzyk - 
wtedy  Konrad  uświadomił  sobie,  że  to  jego  prześladowcy  się  nawołują.  Kilka 
krwiożerczych  bestii  znajdowało  się  w  odległości  kilkuset  metrów  i  podążało  w  jego 
stronę. 

Spojrzał na miecz, wyciągnął po niego rękę, a potem zatrzymał się, przyglądając 

zbroi.  W  czasie  ataku  na  wioskę  przebrał  się  w  skórę  zdartą  ze  zwierzołaka.  „Pancerz 
będzie czymś więcej niż przebraniem” - pomyślał. 

Upuścił  sztylet  i  zaczął  zakładać  zbroję.  Powinien  mieć  spodnią  odzież,  która 

chroniłaby  skórę  przed  otarciami  o  metal,  ale  musiał  sobie  bez  niej  poradzić.  Był 
przecież nagi. Dziwne, ale pancerz nie był zimny. Być może dlatego, że nocne powietrze 
wyziębiło ciało Konrada. 

Zazwyczaj  nałożenie  pełnej  zbroi  było  bardzo  trudne.  Trzeba  było  pomocy  w 

uniesieniu pancerza oraz przy zapinaniu rzemyków i sprzączek, ale Konrad spieszył się i 
być  może  dzięki  temu  dopasowanie  elementów  zdawało  się  przychodzić  bez  trudu. 
Napierśnik  i  naplecznik  były  połączone,  tworząc  kirys,  zaopatrzony  w  fartuch  i  taszki. 
Zarówno osłony rąk, jak i nóg również zostały połączone w całość, łatwo więc było je 
nałożyć i przymocować. 

background image

Zapiął na biodrach pas z mieczem, umocował na szyi obojczyk, nałożył rękawice. 

Podobnie jak wszystkie inne części zbroi, były idealnie dopasowane. Ponieważ schylanie 
się  w  kompletnym  opancerzeniu  mogło  sprawiać  trudności,  Konrad  umieścił  wcześniej 
rogaty hełm na głazie. Teraz go podniósł. 

W  czasie  lat  spędzonych  na  pograniczu  zazwyczaj  walczył  w  jakiejś  zbroi,  ale 

nigdy w pełnej płytowej. Uważał je za zbyt ciężkie i zanadto ograniczające ruchy. Jednak 
spiżowy  pancerz  sprawiał  zupełnie  inne  wrażenie.  Był  wygodny  i  jakby  pozbawiony 
ciężaru. 

Nie  miał  czasu  zastanawiać  się  nad  tym,  ponieważ  tuż  obok  rozległo  się  wycie. 

Odwrócił  się  w  samą  porę,  aby  ujrzeć  dwie  potężne  postaci  pędzące  wzdłuż  brzegu 
rzeki. Byli to psiogłowi degeneraci z oddziału Kastringa. Światło księżyca połyskiwało na 
ich broni. 

Konrad nałożył hełm, opuścił zasłonę i zaczął dobywać miecza. A potem spojrzał 

na  konia.  Zauważył,  że  przy  wierzchowcu  znajduje  się  pochyła  skała,  po  której  może 
wspiąć  się  na  siodło.  Udało  mu  się  jednak  tylko  wdrapać  na  głaz  i  opuścić  na  koński 
grzbiet, gdy zaatakował go pierwszy ze zwierzoludzi. 

Cios miecza trafił go w rękę, a siła uderzenia wgięła blachę, niemal wysadzając 

go z siodła. Wsunął zaopatrzone w ostrogi trzewiki w strzemiona, schwycił wodze i w tej 
samej chwili koń się poruszył. Stanął dęba i uderzając spiżowymi podkowami przewrócił 
atakującego zwierzołaka, po czym wdeptał ohydnego stwora w ziemię. 

Konrad już był pewien, że to bliźniak wierzchowca Wilka. 
Drugi dzikus wskoczył na tę samą skałę, po której Konrad wsiadł na konia, i rzucił 

się na jeźdźca. Konrad zdążył jednak wyciągnąć broń. Jego ramię stanowiło jedność z 
mieczem. Ostrze błysnęło w powietrzu i psia głowa została odcięta od humanoidalnego 
tułowia. 

Wojownik  poczuł  nagłe  uderzenie  gorąca,  zupełnie  jakby  wychylił  kielich 

estalijskiego likworu. Ale nie był to jedynie ciepły smak na jeżyku i w gardle. Żar objął 
całe  ciało  Konrada,  promień  jąć  do  najdalszych  jego  zakamarków.  Najemnik  odniósł 
wrażenie, że źródłem gorąca jest prawa ręka, ta dzierżąca miecz. 

Był rad, że zabił wroga - ta śmierć musiała być przyczyną owego dziwnego stanu. 

background image

Znowu  czuł  ogień  w  żyłach,  podniecenie  bitewne.  Wydawało  mu  się,  że  minęło  wiele 
czasu od  momentu,  gdy  ostatni  raz  trzymał  miecz,  dosiadał  konia,  walczył.  Spojrzał 
przez  wizjer  w  zasłonie  twarzy,  pragnąc  odnaleźć  następnych  wrogów,  których  trzeba 
zabić. Wkrótce ich zobaczył. 

Koń  zareagował,  zanim  Konrad  dotknął  wodzy  i  ruchem  ciała  wydał  mu 

polecenie. Zawrócił i ruszył cwałem, kierując się w górę rzeki, gdzie, w świetle rzucanym 
przez Mannslieba, pojawiły się zwierzołaki. 

W  ciągu  kilku  minut  Konrad  wytoczył  tyle  samo  krwi,  ile  przelano  podczas 

składania ofiar Khorne’owi - a poległych było jeszcze więcej. 

Jego miecz przecinał noc, rąbiąc i kłując, a spiż ostrza spływał krwią, zamieniając 

przeciwników w trupy. 

Konrad  miał  wrażenie,  że  jest  zupełnie  niewrażliwy  na  ciosy.  Każde  odebrane 

wrogowi  życie  dodawało  mu  energii.  Z  każdą  przelaną  kroplą  krwi  czuł  coraz  większy 
przypływ sił. 

Koń  zdawał  się  dokładnie  wiedzieć,  co  ma  robić  -  Konrad  wcale  nie  musiał  nim 

kierować,  ani  nie  musiał  myśleć,  jak  zabijać  -  było  to  coś  zupełnie  oczywistego  i 
naturalnego. 

Wyznawcy  Khorne’a  atakowali  go  mieczami  i  pałkami,  włóczniami  i  maczugami, 

ale zawsze spotykał ich ten sam los. Umierali. 

Spiżowa  zbroja  przyjmowała  każdy  cios,  który  omijał  tarcze,  ale  żadnemu  z 

mutantów nie udało się zadać ponownego uderzenia Wszyscy padali przeszyci sztychem 
miecza albo z kończynami odciętymi szybkim ostrzem. Kończyli życie, wykrwawiając się 
na śmierć tak samo jak składane przez nich ofiary. 

Nadchodzili z obu krańców doliny. Nie baczyli na los swoich towarzyszy, żaden się 

nie  wycofał.  Atakowali  z  szaleńczym  zapałem,  podnieceni  przelaną  krwią.  Dno  doliny 
zasłane było ich ohydnymi ciałami, trupy innych zostały uniesione skłębionymi nurtami 
rzeki. 

Ostatni  cios  i  Konrad  pchnął  mieczem  w  czoło  kosmatego  potwora  -  czoło,  na 

którym znajdowało się trzecie oko. To była jego ostatnia ofiara. Stwór upadł na ziemię, 
kopiąc i wijąc się w drgawkach, aż wreszcie skonał. 

background image

Zapadła cisza. Zupełna cisza. Nie było krzyków, wrzasków ani jęków rannych. Nie 

było rannych. 

Pomiot  Chaosu  ginął  tuzinami,  stanowiły  one  jednak  drobniutką  część  hord,  z 

którymi Konrad dotarł aż tak daleko - z Kislevu do imperium. Wszyscy zabici stawali do 
walki  pieszo.  Żaden  z  nich  lnie  należał  do  elitarnej  kawalerii,  do  siejących  postrach 
rycerzy. 

I żaden z nich nie był Kastringiem. 
Konrad ruszył na poszukiwanie znienawidzonego przeciwnika. 

* * * 

Kastring musiał domyślić się, że wszyscy wysłani w pościg za Konradem nie żyją. 

Niewątpliwie  słyszał  odgłosy  walki  -  brzęk  broni  i  straszliwe,  przedśmiertne  wrzaski, 
odbijające  się  ponurym  echem  od  zboczy  górskich.  Może  nawet  oglądał  bitwę  ze 
swojego punktu obserwacyjnego. 

Aby  dostać  się  na  wzgórze,  Konrad  musiał  pokonać  długą  drogę  przez  wylot 

doliny.  Nawet  po  tak  uciążliwej  trasie  wierzchowiec  był  w  stanie  wnieść  go  po  bardzo 
stromym zboczu. Najemnik przypomniał sobie Północ, a także fakt, że koń Wilka okazał 
się  jedynym  zwierzęciem  zdolnym  wspiąć  się  po  urwistej  ścieżce  aż  do  zaginionej 
świątyni krasnoludów. 

Noc dobiegała końca, gdy Konrad dotarł na szczyt urwiska. Morrslieb już zaszedł, 

a Mannslieb wkrótce stanie się niewidoczny w promieniach słońca. Na wschodzie niebo 
jaśniało,  zapowiadając  nadejście  świtu.  Najeźdźcy  opuścili  obóz  w  wielkim  pośpiechu. 
Nie mieli nawet czasu pozbyć się bezgłowych trupów swoich ofiar. Jeden z martwych w 
dalszym ciągu miał głowę - był to chłopak zabity przez Jedwab. W jego piersi, w miejscu 
skąd dziewczyna wydarła serce, ziała dziura ze sterczącymi, połamanymi żebrami. Ale, 
podobnie jak inni, wyglądał jakby nie żył już od wielu tygodni, a nie paru godzin. 

Nawet  w  słabym  świetle  brzasku  Konrad  spostrzegł,  że  teren,  na którym 

biwakowały  dzikusy,  jest  całkowicie  pozbawiony  życia.  Wszystko  zaczynało  już  gnić  i 
rozkładać się. Drzewa wkrótce zaczną przypominać poczerniałe, jakby opalone ogniem, 
skamieliny,  a  ziemia  będzie  wyglądać  jakby  zasypano  ją  tonami  soli,  a  nie  zroszono 
krwią  niewinnych  ofiar.  W  tym  miejscu  nigdy  już  nic  nie  wyrośnie.  Chaos  owładnął 

background image

kolejnym kawałkiem Imperium. 

Ale  dlaczego  potwory  odeszły  w  tak  wielkim  pośpiechu?  Czyżby  aż  tak  bardzo 

przelękły się Konrada? To było jedyne wytłumaczenie. Nie zdawały sobie jednak sprawy, 
że  uciekają  przed  swoim  zbiegłym  niewolnikiem.  Przypuszczały,  że  jest  spiżowym 
wojownikiem. 

Konrad nigdy dotąd nie stoczył takiej bitwy. Chociaż zdarzyło mu się zabić więcej 

przeciwników  wtedy,  gdy  walczył  z  goblinami  w  ich  obrzydliwej,  podziemnej kryjówce, 
bitwa  z  wojownikami  Khorne’a  trwała  zdecydowanie  dłużej.  Wielu  wrogów  było 
berserkerami, bez żadnych umiejętności bojowych, ale wśród mutantów znajdowało się 
przynajmniej tyle samo doświadczonych weteranów. 

Powinien  być  zmęczony,  ale  czuł,  że  pozostaje  w  pełni  sił.  Przez  wiele  tygodni 

trzymano go w niewoli, nie karmiono do syta, czuł się przygnębiony i pełen niepokoju. A 
jednak teraz był całkowicie sprawny i czujny, nie odczuwał nawet głodu czy pragnienia. 

Spojrzał  na  ziemię,  wypatrując  tropów.  Dostrzegł  mnóstwo  śladów  kopyt 

prowadzących w różnych kierunkach, wiedział jednak, że Kastring udał się tam, dokąd 
podążył  rydwan  z  ołtarzem  Khorne’a.  Wyżłobione  kołami  bruzdy  skierowane  były  na 
zachód, jeszcze głębiej w serce Imperium. Konrad ruszył w tę samą stronę, odwracając 
się plecami do wstającego słońca. 

Wydało mu się, że upłynęło zaledwie kilka minut, gdy w oddali dostrzegł postacie 

trzech  jeźdźców.  Stali,  zagradzając  mu  dalszą  drogę.  Podejrzewał,  że  stanowią  tylną 
straż,  która  miała  nawiązać  z  nim  walkę,  by  umożliwić  ucieczkę  rydwanu  ze  świętym 
ładunkiem. 

Każdy z jeźdźców dosiadał ogromnego zwierzęcia, istoty, która albo sama niegdyś 

była  koniem,  albo  byli  nim  jej  przodkowie.  Teraz  wierzchowce  miały  rogate  łby  i 
uzbrojone  w  pazury  łapy,  a  pokrywające  je  łuski  i  zbroje  tworzyły  całość.  To  samo 
dotyczyło jeźdźców. Byli odziani w czarno-czerwone, narzucone na ramiona futra, które 
w niezauważalny sposób stawały się ciałem, zaś spiżowe zbroje łączyły się z metalowymi 
kośćmi.  Jeźdźcy  stojący  na  flankach  mieli  na  głowach  zamknięte  hełmy  ze 
skomplikowanymi  ozdobami  nawiązującymi  do  symbolu  Khorne’a,  zaś  między  nimi 
siedział na rumaku posępny i zadumany Kastring. 

background image

W  odległości  pięćdziesięciu  metrów  od  mrocznych  rycerzy  Konrad  zatrzymał 

konia. Nałożył tarczę na lewe ramię, ujmując uchwyt pancerną rękawicą, i dobył miecza. 
Nie oczyścił go z krwi, ale na spiżu nie pozostał najmniejszy ślad posoki, a metal lśnił w 
szkarłatnym blasku świtu. 

- Kim jesteś? - zapytał Kastring. 
Poprzednio  nie  chciał  znać  imienia  swego  więźnia,  więc  Konrad  miał  zamiar 

odpowiedzieć, że nie ma żadnego. Ale zachował milczenie. 

-  Czego chcesz? -  zapytał  Kastring.  -  Któremu  bogu  służysz?  Dlaczego  z  nami 

walczysz? 

Gdy  Konrad  milczał  w  dalszym  ciągu,  Kastring  wydobył  miecz  z  wężową 

rękojeścią.  Jeździec  z  lewej  uzbrojony  był  w  topór  na  długiej  rękojeści,  zaś  rycerz  z 
prawej w morgenstern - kolczastą kulę na łańcuchu. 

I gdy Kastring machnął mieczem, dając znak do szarży, właśnie ta dwójka runęła 

do ataku. 

Zanim  Konrad  zdołał  pokierować  wierzchowcem,  koń  sam  skoczył  do  przodu  i 

zaczął  galopować  w  stronę  wojowników  Chaosu.  Konrad  wjechał  pomiędzy  nich, 
blokując  tarczą  cios  topora.  Łańcuch  morgensterna  zaczepił  o  jelec  jego  miecza,  więc 
mocnym szarpnięciem wyrwał przeciwnikowi broń. Trójka walczących w niecałą sekundę 
przemknęła obok siebie. Kastring nie ruszył się, choć Konrad myślał, że dowódca włączy 
się do starcia. Ten jednak stał nieruchomo i obserwował. 

Wierzchowiec  Konrada  zawrócił  -  to  samo  nakazali  swoim  zwierzętom  obaj 

wojownicy Chaosu. Z grzmotem kopyt popędzili w jego stronę. Jeden w dalszym ciągu 
uzbrojony  był  w  topór,  drugi  wydobył  miecz.  Tym  razem  zwolnili,  i  to  samo  zrobił 
Konrad. Zaatakowali go z obu stron, ale nie próbował uciekać. Zasłonił się tarczą przed 
ciosem topora, a mieczem przed mieczem drugiego wroga. 

Klinga  Konrada  w  fajerwerku  iskier  zablokowała  głownię  broni  przeciwnika. 

Miecze  zderzyły  się  ponownie.  A  potem  jeszcze  raz.  Przy  następnym  ciosie  Konrad  w 
ostatniej chwili odchylił się do tyłu i wraża klinga przemknęła tuż obok. Pchnął sztychem 
- ostrze wbiło się w szczelinę między napierśnikiem a naplecznikiem kirysu, przeszywając 
na  wylot  wojownika  Chaosu.  Gdy  Konrad  wyszarpnął  miecz,  jego  wróg  pochylił  się  do 

background image

przodu, a potem osunął na ziemię. 

Teraz mógł zająć się drugim wojownikiem. Przyjął jeszcze jeden cios na tarcze, a 

potem  opuścił  zasłonę.  Ramie  rycerza  wzniesione  było  do  ponownego  uderzenia,  więc 
Konrad  po  prostu  zadał  pchniecie,  trafiając  w  gardło  tuż  pod  krawędzią  hełmu. 
Przesunął  klingę  w  lewo,  potem  w  prawo.  Hełm,  razem  z  głową  wojownika  upadł  na 
ziemie. 

Reszta  ciała  jeźdźca  pozostała  w  siodle  i  przez  chwile  Konrad  myślał,  że  walka 

jeszcze  się  nie  zakończyła.  Już  nieraz  walczył  z  rzekomo  martwymi  przeciwnikami.  Ale 
po chwili topór, a potem tarcza wypadły z rąk rycerza i bezgłowe ciało runęło wreszcie 
na ziemie. 

Konrad  zobaczył,  że  Kastring  sięga  po  kopie,  której  zębaty  grot  ozdobiony  był 

rozmaitymi talizmanami, zbielałymi kośćmi i kosmykami włosów. Konrad schował miecz i 
też wyjął z tulei kopie. 

Jechali kłusem ku sobie, wolno opuszczając groty. Potem konie przeszły w galop. 

Znad  górnej  krawędzi  tarczy  Konrad  spoglądał  wzdłuż  drzewca  kopii,  widząc  jak 
zmniejsza się odległość między nim a wrogiem. 

Chwile  później  było  już  po  wszystkim.  Spiżowa  tarcza  Konrada  odbiła  grot,  gdy 

tymczasem jego kopia wbiła się w pierś Kastringa, przeszywając go na wylot, jak owce 
nadzianą  na  rożen.  Potem  Kastring  ześliznął  się  z  drzewca  i  upadł  na  ziemie.  Konrad 
podjechał i spojrzał na pokonanego. 

-  Kim  jesteś?  -  wychrypiał  Kastring,  patrząc  na  niego  przenikliwie.  Krew  pieniła 

mu się na wargach i płynęła z rany ziejącej w piersi. 

Wciąż  był  wyzywający,  dumny  i  arogancki.  Dla  niego  przecież  śmierć  w  niczym 

nie  różniła  się  od  zwycięstwa.  Żył,  aby  walczyć  i  tak  właśnie  postanowił  umrzeć  - 
składając  swą  krew  w  ostatniej  ofierze  dla  Khorne’a.  Konrad  żałował,  że  nie  może 
upokorzyć Kastringa, zadając mu hańbiącą śmierć. 

Milczał, obserwując jak Kastring sięga po miecz dłonią poruszającą się z męczącą 

powolnością.  Zanim  jednak  palce  dotknęły  rękojeści,  ręka  opadła  bezwładnie.  Był 
martwy. 

Konrad  nie  poczuł  triumfu,  który  powinien  ogarnąć  go  po  zwycięstwie.  Jak 

background image

wówczas, gdy zabijał mutantów, ogarnęła go fala ciepła, ale to było wszystko. 

Umieścił  na  swoich  miejscach  tarczę  i  kopię,  a  potem  sięgnął  do  hełmu,  by 

podnieść zasłonę. Ani drgnęła. Najwyraźniej musiała się zaciąć. Pchnął ją z całej siły, ale 
znowu  bez  skutku.  Kantem  opancerzonej  dłoni  uderzył  w  dolną  krawędź  osłony.  Na 
próżno. 

Zdał  sobie  sprawę,  że  musi  użyć  więcej  siły.  Głowica  rękojeści  miecza powinna 

nadać się w sam raz. Schwycił za nią i spróbował wyciągnąć broń z pochwy. Nic z tego. 
Być  może  włożył  go  nieprawidłowo,  krzywo  i  dlatego  klinga  się  zaklinowała.  Schwycił 
rękojeść oburącz i szarpnął tak mocno jak potrafił, ale nie był w stanie uwolnić ostrza. 

Jeszcze raz spróbował podnieść zasłonę, ale nic z tego nie wyszło. A kiedy chciał 

zdjąć cały hełm, mocowania nie dały się otworzyć. 

Doszedł do wniosku, że jego poczynania będą bardziej skuteczne, gdy zejdzie z 

konia. Spróbował podnieść się z siodła, ale poczuł, że to również jest niemożliwe. 

Mógł  odrobinę  poruszyć  nogą,  ale  sama  zbroja  ani  drgnęła.  Wyglądało  to  tak, 

jakby jego pancerz stał się częścią zbroi wierzchowca. 

Człowiek, koń i zbroja były jedną całością. 

* * * 

Był spiżowym jeźdźcem. 
Był spiżem, był koniem, był człowiekiem. 
Koń  przenosił  go  tam,  gdzie  było  trzeba,  zbroja  zaś  dostarczała  wszelkiego 

niezbędnego  pokarmu.  Pancerz  odżywiał  się  odbieranym  życiem,  po  czym  siły  witalne 
przekazywał Konradowi. 

Jego  zadaniem  było  odnajdywanie  egzystencji,  niezbędnych  do  nakarmienia 

pancerza, konia i jego samego. Odnajdywał je i odbierał im życie. 

Był  więźniem  spiżowej  zbroi,  ale  zbroja  i  wierzchowiec  potrzebowały  go,  aby 

zadawał śmierć niezbędną dla ich istnienia. W takich chwilach miecz dawał wydobyć się 
z pochwy, dzięki czemu Konrad mógł spełnić swoje zadanie. 

Mimo wszystko posiadał jednak jakiś margines niezależności. Nie musiał zabijać, 

odbierać  życia.  Ale  gdyby  tego  nie  czynił,  pancerz  karmiłby  się  jego  własnym  życiem, 
wysysając  kolejną  część  jego  człowieczeństwa.  Czuł,  jak  spiż  staje  się  częścią  niego 

background image

samego,  a  on  częścią  spiżu.  To  właśnie  stało  się  z  koniem  -  zwierzę  i  pancerz  były 
jednym. 

Taki  los  zapewne  spotkał  poprzedniego  posiadacza  zbroi.  Pancerz  ostatecznie 

wyssał go do końca, a potem ułożył się kusząco, oczekując na następną ofiarę, która go 
na siebie założy. 

Był spiżowym jeźdźcem. 

Rozdział siódmy 

Spiżowy  rycerz  jechał  przed  siebie,  zabijając  za  każdym  razem,  i  gdy  musiał, 

ponieważ tylko tak mógł utrzymać się przy życiu. 

Był  jednak  wojownikiem  i  zabijał  jedynie  w  walce.  W  świecie  wojen  i  bitew,  w 

kraju armii i żołnierzy, ofiar nigdy nie brakowało. 

Wielu żołnierzy padło od jego miecza, wiele zwierzołaków zginęło od ciosu kopii. 
Byli  także  inni,  którzy  oddali  mu  swoje  życie.  Ludzie,  nie  należący  do  żadnych 

zorganizowanych  sił  zbrojnych,  zwierzokształtne  stwory,  które  uważały  go  jedynie  za 
kolejnego wroga, którego należy zabić. Zamiast tego sami ginęli. 

Żadnej  z  tych  śmierci  nie  planował  ani  się  nad  nią  nie  zastanawiał.  Po  prostu 

spełniał swoje zadanie. Był idealną machiną do zadawania śmierci. 

Widział nieprzyjaciela. Walczył z nieprzyjacielem. A potem nieprzyjaciel ginął. 
Jeździec był niezwyciężony, odporny na ciosy. Każde zwycięstwo zapewniało mu 

dalszą siłę do prowadzenia krucjaty przeciwko życiu - ludzkiemu i nieludzkiemu. 

Mijały dni, niezliczone dni i noce, a z każdą chwilą - mile przebytej drogi. 
Spiżowy rycerz podążał dalej. 

* * * 

Miał świadomość tkwiącego gdzieś w głębi bólu. 
Nie był to prawdziwy ból, ponieważ maszyny są odporne na doznania odczuwane 

przez  żywe  istoty.  Ale  przeżywał  odmiennego  rodzaju  cierpienie,  oznaczające,  że 
więżąca go skorupa postanowiła, że znowu nadeszła pora zabijania. 

Musiał uczynić to szybko, w przeciwnym bowiem razie utraci część samego siebie. 

Gdy nie będzie innego źródła pokarmu, Konrad zastąpi następną ofiarę - z tym, że jego 

background image

śmierć trwać będzie wieczność. 

Musi zrzucić z siebie ten ciężar. Musi zabić. 
Za  wąskim  wizjerem  zasłony  hełmu  rozmazywała  się  ciemność.  Oznaczało  to 

rozpoczęcie  kolejnego  okresu  jasności,  czasu,  w  którym  ludzie  i  nieludzie  wędrują  po 
świecie, czasu walki, zabijania i śmierci. 

A tam, przed nim, stała następna ofiara… 
Często tak się działo - nie musiał poszukiwać przeciwników, ponieważ to oni jego 

szukali, aby rzucić wyzwanie. 

Nie poświęcał zbytniej uwagi stojącej przed nim srebrnej postaci, nie słuchał jej 

słów. W końcu wszystkie one były takie same. 

Tym razem jednak sytuacja była nieco odmienna. Choć przeciwnik miał na sobie 

rycerską  zbroję,  stanął  do  walki  pieszo.  Znajdował  się  na  polanie,  między  dwoma 
rzędami drzew, trzymał w jednym ręku miecz, w drugim dużą, owalną tarczę. Spiżowy 
wojownik również wydobył miecz. Jego koń ruszył kłusem, potem przyspieszył, zbliżając 
się do nowego wroga. 

Ale w połowie drogi zwierzę nagle szarpnęło się i zwolniło. Nigdy dotąd tak się nie 

zachowywało,  najwyraźniej  coś  było  nie  w  porządku.  Koń  wkrótce  ponownie  nabrał 
prędkości,  chociaż  wydawało  się,  że  jego  nogi  poruszają  się  w  nieskoordynowany 
sposób. Jeźdźcem szarpnęło, gdy rumak zatoczył się do przodu. Rycerz schwycił mocno 
wodze,  starając  się  kierować  wierzchowcem  pochyleniami  ciała  i  nóg.  Nigdy  dotąd  nie 
musiał tego robić. 

Opancerzona  postać  stała,  nie  zmieniając  pozycji.  Ani  nie  uniosła  miecza,  aby 

atakować, ani tarczy, by się bronić. 

Koń  wraz  z  Jeźdźcem  zbliżyli  się  jeszcze  bardziej,  ale  rumak  znowu  tracił 

prędkość,  a  każda  z  jego  nóg  wydawała  się  poruszać  niezależnie  od  innych.  Rumak 
ciągle  skręcał  w  bok  i  dopiero  po  ostrych  rozkazach  Konrada  przyjmował  właściwy 
kierunek. 

Pojedynczy cios powinien  wystarczyć,  by  powalić  nieruchomą  postać,  więc 

wojownik uniósł miecz - a właściwie spróbował to uczynić… 

Ramię  odmówiło  posłuszeństwa.  Czuł,  jak  mięśnie  się  napinają,  ale  blachy,  w 

background image

które zakuta była ręka, nawet nie drgnęły. Były całkowicie unieruchomione. I nagle koń 
przewrócił się, a jeździec został wyrzucony z siodła. 

Upadł bezwładnie u stóp pieszego rycerza. Nie był w stanie poruszyć głową i jego 

pole  widzenia  ograniczało  się  jedynie  do  wąskiego  wycinka,  w  którym  znajdował  się 
tylko fragment nieba i leżący w odległości kilku metrów koń. 

Dopiero  teraz  uświadomił  sobie,  że  został  oddzielony  od  zwierzęcia.  Po  raz 

pierwszy od… nie mógł sobie przypomnieć, od jak dawna. 

W ogóle bardzo niewiele mógł sobie przypomnieć. Odnosił wrażenie, że on, koń i 

ich zbroje stanowiły całość przez całe życie. Bardzo słabo uświadamiał sobie poprzednie 
istnienie,  fakt,  że  kiedyś  wiódł  niezależne  życie.  Nie  był  w  stanie  przypomnieć  sobie 
żadnego szczegółu z przeszłości. 

Dostrzegł ruch wokół siebie i nieruchomego konia. Kilka małych, ale barczystych 

postaci oglądało jego i zwierze. Ludzie, tacy sami jak on sam… niegdyś. Nie, uświadomił 
sobie  pod  wpływem  odległych  wspomnień  -  krasnoludy.  Te  istoty  były  krasnoludami. 
Czterema krasnoludami. 

Słyszał ich podniecone głosy i basowy śmiech, gdy gratulowały sobie zdobyczy. 

Mówiły niezrozumiale, aż nagle poznał jedno słowo, a potem następne. Rozmawiały w 
swoim języku i dlatego początkowo niczego nie pojmował. Ale przypomniał sobie - albo 
niemal przypomniał - że kiedyś trochę znał krasnoludzki. 

- Czy nie zdarzyło się dokładnie tak, jak przepowiedziałem? - oznajmił inny głos. 
Tym razem zrozumiał wszystko. Był to głos człowieka wypowiadającego słowa w 

jeżyku, który kiedyś był jego własnym. Nie widział jednak mówiącego. 

-  Wszyscy  moi  współcześni  nie  chcą  oderwać  się  od  swoich  bibliotek,  wyjść  na 

prawdziwy  świat.  Wystarcza  im  powtarzanie  tego,  co  czyniono  od  wieków.  Czy  jest  w 
tym jakaś przyszłość? Ha! Przyszłość! Oni są przeszłością, a przyszłością jest właśnie to. 
Ja jestem przyszłością! 

Przemawiający człowiek pojawił się wreszcie w jego polu widzenia. Nosił zbroje. 
- Pomóżcie mi zdjąć ten błazeński strój - polecił, a dwa krasnoludy pomogły mu 

uwolnić się od srebrnego pancerza. 

Zbroja była na niego zdecydowanie za duża i wyraźnie zwiększała jego rozmiary. 

background image

Był  zaledwie  średniego  wzrostu,  choć  w  otoczeniu  czterech  krasnoludów  sprawiał 
wrażenie o wiele wyższego. Miał przetykane siwizną czarne włosy sięgające niemal do 
pasa i tej samej długości brodę. 

Krasnoludy również miały długie brody i włosy, ale rude, nie czarne. Członkowie 

tej rasy przypominali spłaszczone wersje człowieka: ich ciała były krępe, kończyny oraz 
palce - grube i krótkie, nosy - spłaszczone, a oczy - głęboko osadzone. Mieli na sobie 
grubą odzież z mnóstwem pasów i rzemieni, na których wisiała broń i narzędzia. 

Człowiek,  który  był  ich  przywódcą,  spojrzał  na  powalonego  rycerza.  Jeździec  w 

odpowiedzi  mógł  jedynie  bezsilnie  patrzeć.  Żałował,  że  jego  zbroja  nie  daje  się  zdjąć 
równie łatwo jak pancerz zwycięzcy. Spiż więził go w sobie, niczym w lochu. Konrad był 
zamknięty  w  najmniejszym  możliwym  więzieniu,  dokładnie  dopasowanym  do  kształtu 
jego ciała. Nie mógł się poruszyć nawet na milimetr. 

-  A  teraz  zobaczmy,  co  jest  w  środku  -  rzekł  człowiek  i  odwrócił  się  w  stronę 

konia. 

- Jest pan pewien, że to bezpieczne, szefie? - zapytał jeden z krasnoludów. 
- Bezpieczne? A cóż jest bezpieczne? Jeżeli chcesz być bezpieczny, zmień zajęcie. 

Wszystko jest ryzykiem i dlatego musimy ryzykować wszystkim. 

-  Dotarliśmy  już  tak  daleko,  Ustnarze  -  odezwał  się  inny  krasnolud.  -  Już  nie 

możemy się cofnąć. 

-  Tak  -  zgodził  się  trzeci.  -  Czymże  jest  dla  nas  jeszcze  jedna  odrobinka 

spaczenia? - zaśmiał się i podszedł do zakutego w zbroję konia, dokładniej naciągając 
grube rękawice i sięgając po wiszący na pasku łom. 

Czwarty wziął młot oraz dłuto i również podszedł do zwierzęcia. Zaczęli zmagać 

się  ze  spiżem,  starając  się  podważyć  pancerne  płyty.  Pozostali  dwaj  przyłączyli  się  do 
pracy. 

Jeździec mógł tylko obserwować, jak zdejmują spiż ze zwierzęcia. Początkowo nie 

widział zbyt dobrze, ponieważ krasnoludy zasłaniały konia. Wreszcie odsunęły się na bok 
i dojrzał to, na czym jeździł. 

To  był  szkielet.  Z  konia  nie  pozostało  nic,  poza  zbielałymi  kośćmi.  Szkielet, 

wystawiony na światło słoneczne, w niecałą minutę rozpadł się, rozsypując w pył. 

background image

-  Ile  mamy  czasu,  zanim  coś  takiego  nam  się  przytrafi?  -  zapytał  ten,  który 

nazywał się Ustnar. 

- Im szybciej przytrafi się tobie - oznajmił inny krasnolud - tym lepiej! 
Ustnar  z  gniewem  uniósł  młot,  a  potem  dał  upust  złości,  kopiąc  resztki  kości. 

Spod jego buta wzbiła się chmura białego pyłu. 

- Przypuszczam, że w taki sposób wszyscy skończymy - burknął. - Tyle że mnie 

się specjalnie nie spieszy. 

- Z jeźdźcem będzie to samo - rzekł człowiek. - Zdejmijcie zbroję z kości, zbierzcie 

moją aparaturę, a potem będziemy mogli załadować wszystko na wóz i wynieść się stąd. 

Jeden  z  krasnoludów  podszedł  do  jeźdźca,  ukląkł  i  wsunął  koniec  dłuta  pod 

krawędź  hełmu.  „Tak  właśnie  zabija  się  rycerza  w  zbroi”  -  przypomniał  sobie  Konrad, 
sam często tak robił. Dłuto czy sztylet, rezultat będzie taki sam. Umrze. 

Znowu próbował się poruszyć, odezwać, dać jakiś znak, że ciągle żyje uwięziony 

w spiżu. Ale co z tego? Nawet jeżeli dowiedzą się, że nie jest martwy, i tak go zabiją. 

Krasnolud uniósł młot, aby uderzyć w dłuto - i zatrzymał się. Opuścił narzędzie i 

pochylił  nad  wizjerem,  spoglądając  w  oczy  najemnika,  uwięzionego  wewnątrz  hełmu. 
Zmarszczył czoło i wyjął dłuto spod hełmu. 

- Hej, szefie. Chyba powinien pan tu zerknąć. 
- Na co? 
- Przypuszczam, że on jeszcze żyje. Widzę jego oczy. 
Pochyliła  się  nad  nim  kolejna  głowa,  tym  razem  ludzka.  Człowiek  miał  gęstą 

brodę, jak u krasnoluda, ale jego nos był orli, a nie spłaszczony. Blade oczy popatrzyły 
w głąb hełmu. 

- Chyba masz rację - oznajmił człowiek po kilku sekundach. 
- Dajcie zobaczyć. 
Krępy Ustnar odsunął na bok drugiego krasnoluda i pochylił się nad leżącym. 
- Nic nie widzę. 
- Oczy - powiedział człowiek. - Tam są oczy. Jeżeli mnie rozumiesz, zamknij oczy. 
Najemnik przymknął powieki. 
- Otwórz. 

background image

Spełnił polecenie. 
-  To niczego nie dowodzi -  stwierdził  Ustnar.  –  Cokolwiek  znajduje  się  tam  w 

środku nie jest żywe. Jest stworem Chaosu. Powinniśmy go zniszczyć. 

- W tej chwili nie może nam nic zrobić - rzekł człowiek. - Zastanawiam się, czy 

moglibyśmy go stąd zabrać? 

- Nie, szefie! Musimy zachować ostrożność! Zabij tego stwora! 
Ustnar wzniósł młot, ale człowiek odepchnął go i dalej patrzył w wizjer. 
-  Ciekawe  -  powiedział,  jakby  myślał  na  głos.  -  Bardzo ciekawe. Tak. Chyba 

zabiorę ten okaz - uśmiechnął się z satysfakcją. - Cóż za wyzwanie! Połóżcie to na wóz. 

- Szefie! - zaprotestował Ustnar. 
- Zrób, co każę! 
-  Czy  zbroja  go  nie  rozpuści,  zanim  uda  się  nam  dotrzeć  do  Middenheimu?  - 

zapytał krasnolud, który pierwszy zobaczył oczy wewnątrz hełmu. 

-  Nie przypuszczam. Znajduje się  obecnie  w  stanie  spoczynku.  Bez  względu  na 

sytuację,  w  jakiej  jest  ten  nieszczęśnik,  nie  pogorszy  się  ona  do  chwili  przybycia  na 
miejsce. Chyba że umrze wcześniej. 

- Nie możemy zabierać zarazy Chaosu do Middenheimu - zaprotestował Ustnar. 
- Dlaczego? 
- Eee… Złapią nas. Nie uda się nam wyminąć straży. 
-  Ustnarze,  obaj  wiemy,  że  wy,  krasnoludy,  możecie  wchodzić  i  wychodzić  z 

miasta,  kiedy  zechcecie.  Jeżeli  nie  masz  ochoty  pokazać  mi  swoich  tajnych  tuneli,  to 
przynajmniej możesz przenieść mój nowy okaz. 

-  W  następnym  tygodniu  mamy  Karnawał,  szefie  -  zauważył  szybko  inny 

krasnolud. 

- A jaki to ma związek? - zapytał człowiek. 
-  Festiwal  przypada  w  tym  roku  na  jesieni,  szefie.  Już  za  kilka  dni.  Przyjadą 

tysiące  ludzi.  Z  łatwością  przemycimy  tę  rzecz  w  tłumie.  Jeżeli  zechcemy,  będziemy 
mogli udawać, że jest już przebrany na maskaradę. 

Człowiek z namysłem skinął głową, a potem, gdy podjął decyzję, powtórzył ten 

gest energiczniej. 

background image

- Przyprowadźcie wóz. Rozmontujcie cały mój sprzęt - pochylił się i z odległości 

kilku centymetrów spojrzał w wizjer. – Minutę temu mrugnąłeś, choć może nie miało to 
żadnego znaczenia. Postanowiłem jednak spróbować cię stąd wydobyć. Ale zapewniam 
cię, że wcale nie kieruję się altruizmem. Kieruję się własnymi motywami wiążącymi się z 
moim planem. Rozumiesz? 

Jeździec zamknął i otworzył oczy. 

* * * 

Wciąż tkwił uwięziony w spiżowej zbroi, pod tym względem nic się nie zmieniło. 

Przez kilka dni i nocy leżał na dnie wozu, zupełnie nie mogąc się poruszyć. I czuł ból. 

Nie  był  to  ból,  który  znosił  od  tak  dawna,  ale  cierpienie  wynikające  ze 

świadomości  zranienia,  subtelnego  pożerania  przez  zamykającą  go  zbroję.  Spiż  może 
istotnie  stał  się  martwym  metalem,  ale  teraz,  uwięziony  w  nim,  cierpiał  prawdziwe 
katusze.  Jego  skóra  płonęła  w  każdym  miejscu,  które  stykało  się  z  metalem,  czyli 
wszędzie.  Kontakt  był  całkowity  i  dlatego  całe  ciało  miał  ogarnięte  ogniem.  Nie  było 
oswobodzenia  od  tych  tortur,  ponieważ  zbroja  całkowicie  go  unieruchamiała,  nie 
pozwalała poruszyć ani jednym mięśniem, nie pozwalała nawet krzyknąć. 

Nie  miał  chwili  przerwy  nawet  na  sen.  Nie  mógł  spać,  cierpienie  nie  pozwalało 

zasnąć. Nie mógł też liczyć na całkowite ugaśnięcie palącego ognia, ponieważ ci, którzy 
wzięli go ze sobą, najwyraźniej postanowili utrzymać go przy życiu. Wciąż tkwił w tym 
samym więzieniu, chociaż zmienił się strażnik - a rezultaty były nieskończenie gorsze. 

Płonął wiecznym, piekielnym ogniem. 
A jednocześnie, gorejąc wewnątrz zbroi, drżał i dygotał. Był to jedyny ruch, który 

mógł wykonać. 

Było światło i była ciemność, dni i noce, okresy, gdy wóz się poruszał i okresy, 

gdy stał. Słychać było głosy człowieka i krasnoludów. Chcąc zachować zdrowe zmysły, 
próbował skupić się na tym, co mówią, ale prawie natychmiast jego uwagę odwracało 
cierpienie ogarniające całe ciało i duszę. 

Po  minięciu  długiego  wieku  podnieśli  go  i  posadzili  na  koźle  wozu,  tuż  obok 

krasnoluda, który pierwszy zauważył jego oczy. Dwóch innych krasnoludów śmiało się i 
żartowało,  kiedy  zginali  najemnika  w  biodrach  i  kolanach,  aby  doprowadzić  do  pozycji 

background image

siedzącej. Jeden się nie śmiał. 

- To się nie uda, szefie. 
- Nie zwracaj na niego uwagi - oznajmił siedzący obok krasnolud - Jest szczęśliwy 

tylko  kiedy  narzeka.  Dać  mu  kiesę  złota,  kufel  piwa,  piękną  pannę,  a  Ustnar  wciąż 
będzie najnieszczęśliwszym sukinsynem po tej stronie Gór Krańca Świata! 

Najemnik  jechał  na  wozie  razem  z  krasnoludem,  a  pozostała  czwórka 

towarzyszyła  im  konno.  Przez  ostatnie  stulecia  widział  jedynie  niebo.  A  teraz  siedział, 
aby odbyć ostatni odcinek drogi do Middenheimu. 

Przed sobą dostrzegał piętrzącą się skalną iglicę, na której wzniesiono drugie pod 

względem wielkości miasto Imperium - i zastanawiał się, skąd wie, że jest to drugie pod 
względem  wielkości  miasto,  skąd  wiedział  o  Imperium?  Przypomniał  sobie,  że  dawno, 
całe życie temu, ktoś opowiadał mu o Middenheimie, ktoś, kto odwiedził Miasto Białego 
Wilka. Wilk. Wilk? Brzmiało to znajomo, ale co ma wilk do… 

Szczyt wznosił się wysoko ponad otaczającymi go lasami i nawet przez łzy, które 

wiecznie paliły mu oczy, mógł dostrzec  odległe budynki wykute w nieprzyjaznej skale. 
Daleko przed nimi droga wiła się i zakręcała, podążając w stronę piętrzącego się w górę 
miasta, biegła po kamiennych mostach, po ozdobnym wiadukcie. 

- Myśmy to wszystko zbudowali - oznajmił krasnolud. - No, właściwie nie my, ale 

nasi przodkowie. Moi przodkowie. Żadnemu człowiekowi nie udało się zbudować czegoś, 
co  przetrwałoby  tak  długo,  prawda?  Ludzie  uważają,  że  odkryli  to  miejsce.  I  to  też 
prawda, no nie? Góra została nazwana Fauschlag - „Cios Pięści”, chociaż, oczywiście, my 
mamy na nią swoją własną nazwę. Nie nudzę cię, co? Jeżeli tak, po prostu mi powiedz, 
żebym  się  zamknął  -  odwrócił  się  z  uśmiechem,  a  potem  jego  uśmiech  zmienił  się  w 
grymas. 

- Mam nadzieję, że Litzenreich wie, co robi - mówił dalej przyciszonym głosem. - 

Bo  w  przeciwnym  razie  wszyscy  wylądujemy  po  uszy  w  gównie.  I  nie  tylko  my,  jak 
sądzę.  Żałuję,  że  wspomniałem  o  karnawale,  ale  inaczej  namówiłby  nas,  żebyśmy 
przenieśli cię do miasta inną drogą. Słyszałeś o karnawale w Middenheimie? Na pewno 
słyszałeś, wszyscy na świecie wiedzą o karnawale! 

- Czy ty nigdy nie przestajesz mówić, Varsung? - zapytał Ustnar. - Jeżeli już tam 

background image

nie umarł, zagadasz go na śmierć. 

- Bardzo przyjemnie prowadzić kulturalną rozmowę z kimś, kto nie narzeka. 
Ustnar powrócił na swoje miejsce za wozem, gdzie jechały pozostałe krasnoludy. 

Człowiek o nazwisku Litzenreich podążał z przodu, zaś Varsung powoził i wciąż mówił do 
milczącej, zakutej w zbroję postaci; 

Dwa konie ciągnęły wóz w stronę miasta po długim, wijącym się wiadukcie. Ruch 

na drodze  był  ożywiony,  jechały  wozy,  karety,  ludzie  podążali  na  piechotę  oraz 
wierzchem.  W  miarę  zbliżania  się  do  bramy,  tempo  stawało  się  coraz  wolniejsze,  aż 
wreszcie  wszyscy  stanęli  Strażnicy  sprawdzali  wszystkich  pragnących  wejść  do 
Middenheimu. 

Wreszcie Litzenreich dotarł na czoło kolejki. Varsung zatrzymał wóz tuż za nim, w 

cieniu  wysokich  murów  miejskich.  Przy  bramie  stało  dwóch  strażników.  Jeden  z  nich 
przepuszczał przybyszów przez potężne wrota. Drugi leniwie spojrzał na wóz, wbił wzrok 
w  opancerzoną  postać  siedzącą  obok  woźnicy,  a  potem  spojrzał  na  jeźdźców 
otaczających pojazd. 

- Skąd jesteście? - zapytał. 
- Z Middenheimu. Jestem Litzenreich. Ci tam są moimi pracownikami. 
Strażnik skinął głową. 
-  Poznaję  was  wszystkich  -  powiedział.  -  Poza tym w dziwnym  ubranku. Kto to 

taki? Dlaczego się ukrywa? 

- Kto? - spytała Litzenreich. 
- On. Ten w zbroi. 
- Poza tobą nie ma tu nikogo w zbroi. 
Strażnik sprawiał wrażenie zdezorientowanego. Zamknął na chwilę oczy, po czym 

je otworzył. Potrząsnął gwałtownie głową i popatrzył na spiżową postać. 

- Za długo byłem na służbie - mruknął. Dał całej grupie znak, żeby jechać dalej. 

Znaleźli się w Mieście Białego Wilka. 

- Niezły numer, szefie - zauważył Varsung. 
- Nic wielkiego - odparł człowiek. - Mam nadzieję, że nikt z Cechu nie zobaczy, co 

tu mamy. Skręć, gdy tylko znajdziesz spokojny zaułek, a potem będziemy mogli schować 

background image

mojego gościa. 

-  Wreszcie w domu -  rzekł  Ustnar.  -  Będę  szczęśliwy,  kiedy  zejdę  z  tego 

cholernego konia. Nie przypuszczałem, że się nam uda. 

-  Nigdy nie przypuszczasz  -  odparł  Varsung.  -  Czasem  myślę,  że  byłbyś 

szczęśliwszy, gdybyśmy nie wrócili. 

- Uważaj, ty mały… 
- Mały!? Do kogo mówisz, konusie? 
-  Przestańcie  się  kłócić  -  rozkazał  Litzenreich.  -  Mamy  robotę.  To  dopiero 

początek. 

Skręcili  w  wąskie  przejście  i  tam  się  zatrzymali.  Więzień  zbroi  poczuł,  jak 

przenoszą go na tył pojazdu, a potem zapanowała ciemność. Wóz zaczął jechać dalej, 
grzechocząc na bruku żelaznymi obręczami kół. Po jakimś czasie ruch ustał. Podniesiono 
go  i  zabrano  z  wozu.  W  dalszym  ciągu  było  ciemno,  w  dalszym  ciągu  osłaniano  go, 
ukrywano przed ludźmi z Middenheimu. 

Słyszał  odgłos  butów  na  stopniach,  przekleństwa  i  sprzeczki,  otwieranie  i 

zamykanie  drzwi,  echo  kroków  w  korytarzach  i  na  schodach,  znowu  zamykające  się  i 
otwierające  drzwi,  aż  wreszcie  zapanowała  cisza.  Cisza,  a  potem  ujrzał  światło,  wąski 
pasek  blasku  przenikający  do  wnętrza  hełmu.  Leżał  na  plecach,  patrząc  na  odległy, 
brudny sufit. 

Nadal spopielał go ogień, choć jeszcze się opierał płomieniom, które zdawały się 

obejmować zarówno jego ciało, jak i duszę. Mimo to wciąż drżał, zmrożony nieziemskim 
lodem, trzymającym go w bezlitosnym uścisku. 

Pochyliła się nad nim jakaś twarz. Litzenreich. Zajrzał przez wizjer. 
- Mrugnij oczami. 
Zrobił, co mu kazano. Otwarcie i zamknięcie powiek było jedynym ruchem, który 

mógł wykonać. 

- No i co, szefie? 
- Nie wiem. Jest za ciemno. Podaj mi lampę i lustro. 
Odbite  jasne  światło  wpadło  do  wnętrza  hełmu  -  zamrugał.  Mrugał  ciągle,  aby 

dać  znać  temu  człowiekowi,  że  wciąż  znajduje  się  w  środku,  wciąż  żyje,  wciąż  jest 

background image

więźniem. Wydało mu się, że dojrzał w lustrze odbicie własnych oczu i widok ten coś mu 
przypomniał. Próbował uchwycić to wspomnienie, było jednak zbyt ulotne i zniknęło. 

- Tak. On tu jest. 
- Chciał pan powiedzieć, szefie, że to tu jest - Ustnar pochylił się nad hełmem. - 

A jeżeli uda nam się to wyciągnąć, co zrobimy dalej? Będziemy musieli to zabić. Równie 
dobrze możemy zrobić tak teraz, szefie, i oszczędzić sobie wielu kłopotów. 

- Trzeba będzie użyć bardzo dużo spaczenia - oznajmił Litzenreich, nie zwracając 

uwagi na krasnoluda. Obydwaj zniknęli z pola widzenia najemnika. - Będę potrzebował 
wszystkiego, co przywieźliśmy. 

- Wszystkiego, szefie? 
-  Nie  martw  się,  Ustnarze  -  rzekł  Varsung.  -  Zawsze  możemy  dostać  więcej  od 

naszych stałych dostawców. 

Pozostałe krasnoludy roześmiały się. Poza Ustnarem. 
- Do roboty - rozkazał Litzenreich. - Do roboty! 
Leżący  wojownik  słyszał,  jak  człowiek  i  cztery  krasnoludy  krzątają  się  po 

komnacie, słyszał odgłos ostrzonego metalu, poczuł zapach dymu z rozpalonego ognia. 
Słuchał, jak rozmawiają ze sobą przyciszonymi głosami, jakby obawiali się, iż może ich 
podsłuchać.  Próbował  skupić  się  na  wszystkim,  co  się  dzieje,  aby  odwrócić  uwagę  od 
rozrywających go na strzępy wiecznych cierpień. 

W  miarę  jak  upływał  czas,  zdawał  sobie  sprawę,  że  niektóre  jego  zmysły  wciąż 

jeszcze  funkcjonują.  Nie  uświadamiał  sobie  tego  aż  do  tej  pory.  Widział,  słyszał  i  czuł 
zapachy. Zbroja nie była w stanie całkowicie go zniszczyć. I mógł myśleć. 

Kilka słów zostało wypowiedzianych po krasnoludzku - zastanawiał się dlaczego je 

zrozumiał. W przeszłości znał krasnoludy, a zwłaszcza jednego. Ale kogo? Co w lustrach 
było tak ważnego? Niemal widział odbicie samego siebie w szklanej tafli trzymanej nad 
wizjerem. 

Samego siebie? 
- Jak już wcześniej powiedziałem, mam zamiar uwolnić cię z tej zbroi Chaosu, w 

której zostałeś uwięziony - powiedział Litzenreich, spoglądając na najemnika. 

Chaos? Kolejne słowo, które wydawało mu się znajome, ale znaczenia którego nie 

background image

pojmował. 

-  Gdyby  był  jakiś  sposób  podania  ci  środka  przeciwbólowego,  aby  ulżyć  twym 

nieuniknionym mękom, chętnie bym to zrobił. Ale to chyba niemożliwe. Powinienem cię 
ostrzec,  że  ten  eksperyment  przysporzy  więcej  bólu  tobie  niż  mnie  -  uśmiechnął  się  i 
wyprostował. - Zaczynajmy. 

Do nozdrzy wojownika dotarł dziwny odór, zapach, którego nie mógł rozpoznać. 

Widział cienie na suficie, zarysy osób poruszających się wokół. Usłyszał zgrzyt, gdy coś 
przysuwano  do  miejsca,  w  którym  leżał.  Odniósł  wrażenie,  że  nieco  się  ściemniło.  W 
jakiś sposób go okrążano, ale wszystko znajdowało się poza jego ograniczonym polem 
widzenia. 

Słyszał  narastający  hałas.  Zobaczył  wielkie,  lśniące  urządzenie  opuszczane  z 

łukowatego stropu. Wyglądało, jak jakiś wykonany z metalu owad. Było podwieszone na 
szeregu  łańcuchów  i  lin,  a  z  jego  dolnej  krawędzi  wystawały  najrozmaitsze  dźwignie. 
Podobne  były  do  metalowych  szponów.  Zatrzymały  się  kilka  centymetrów  nad  jego 
ciałem. 

Krasnoludy  zaczęły  wsuwać  jakieś  pręty  w  bok  dziwnego  urządzenia  i  przy  ich 

pomocy poruszały sztucznymi pazurami. Dźwignie zginały się w nierównym rytmie, zaś 
szpony zwierały i rozwierały jak palce ręki. Przedmiot przypominał ośmionogiego pająka, 
zawieszonego na pajęczynie łańcuchów. 

Gdy  wszystko  już  wydawało  się  działać  zgodnie  z  oczekiwaniami,  rozległ  się 

grzechot łańcuchów, a stalowy pająk przesunął się w bok i zniknął. 

Najemnik słyszał, jak Litzenreich wydaje krasnoludom polecenia i po chwili pająk 

powrócił na dawne miejsce. W każdym metalowym szponie lśnił instrument - były tam 
młot i piła, dłuto i nóż, szczypce i śrubokręt oraz dwa urządzenia, których nie rozpoznał. 
Płonęły  żarem,  ale  w  samym  środku  każdego  z  nich  znajdował  się  punkt  absolutnej 
czerni, całkowitej ciemności, która zdawała się pochłaniać z najbliższego otoczenia całe 
światło. 

Chcieli  otworzyć  go  przy pomocy tych instrumentów. Nie, nie jego -  spiżowy 

pancerz. 

Ale przecież to on był spiżowym pancerzem… 

background image

Patrzył  z  przerażeniem,  jak  pająk  opuszcza  się  jeszcze  niżej,  a  jego  metalowe 

ramiona  poruszają  się,  kierując  trzymane  narzędzia  w  stronę  więżącego  go pancerza. 
Wydawały się wgryzać w metal, w jego ciało, odrywając spiż, zdzierając z niego skórę. 

Sądził,  że  wcześniej  odczuwał  ból.  Był  on  jednak  niczym  w  porównaniu  z  tym, 

którego doświadczał obecnie. Ogarnęło go cierpienie absolutne, wysublimowana esencja 
udręki. Mógł jedynie zamknąć oczy, aby nie widzieć wykonywanej na nim wiwisekcji. Ale 
nawet  zamknąwszy  mocno  oczy  pełne  zatrutych  łez,  widział  lśnienie  mechanicznego 
owada wdzierającego się w głąb jego ciała. 

Po  raz  pierwszy  od  wielu  wieków  udało  mu  się  wydać  dźwięk,  krzyk 

najstraszliwszego bólu. 

I usłyszał, jak odległy głos mówi: - On nie żyje, szefie. 

Rozdział ósmy 

Wyzwolił się od zbroi. Co więcej, wyzwolił się od własnego ciała… 
Czuł, że się unosi. 
Ale kim był? 
Czym był? 
Czymś więcej niż ciałem, ponieważ właśnie porzucił część siebie samego. 
Jego istota ulatywała z fizycznej formy. Nie miał oczu, ale mógł widzieć. I to, co 

ujrzał, było nim samym - ludzkim kształtem w pancerzu. 

Zdawał się unosić pod sufitem. Metalowy pająk powinien przesłaniać mu widok, a 

jednak mógł patrzeć przez niego, choć nie miał oczu. 

Kilka  kawałków  spiżu  zostało  oderwanych,  odsłaniając  znajdujące  się  pod  nimi 

ciało… Albo to, co było jego ciałem. 

W  dole  leżały  pozbawione  życia  zwłoki.  Niemal  całkowicie  pokrywał  je  pancerz, 

ale mógł widzieć poprzez spiż, widzieć wychudzoną postać. 

Była pokryta czerwoną pajęczyną. Pod przezroczystą skórą widniały arterie. 
Postać była otoczona metalową tarczą, za którą kryło się czterech krasnoludów i 

człowiek.  Ten  ostatni  był  odziany  w  srebrną  zbroję,  krasnoludy  zaś  miały  nałożone 
hełmy i rękawice z metalowej plecionki. 

background image

Krasnoludy poruszały dźwigniami, sterującymi szponami pająka, w których tkwiły 

przyrządy.  Krasnoludy  mogły  obserwować  wykonywane  przez  siebie  czynności  jedynie 
pośrednio, spoglądając w system luster wysuniętych poza metalową przegrodę. 

Jarzące się urządzenia z czarnymi punktami w dalszym ciągu zdejmowały spiżowe 

płyty z jego ciała. 

Ale ciało to nie żyło. On nie żył. Już nie czuł bólu. Nie czuł niczego, ponieważ nie 

odbierał fizycznych bodźców. 

Ale  jego  zmysły  nie  były  już  tylko  fizyczne.  Nie  ograniczało  go  to,  co  mogło 

odczuwać ludzkie ciało. 

Ciało  było  martwe,  ale  nie  on  sam.  Był  czymś  więcej,  o  wiele  więcej  niż  tylko 

ciałem. 

Jego  istota  przetrwała,  to  ona  stanowiła  podstawę  istnienia.  Istniała  jeszcze 

zanim  przyszedł  na  świat  i  została  uwięziona  w  chwili  narodzin  -  tak jak jego fizyczne 
ciało zostało uwięzione w spiżowym pancerzu. 

Teraz  ciało  było  wolne,  chociaż  nastąpiło  to  zbyt  późno.  Uwolnienie  zabiło  jego 

śmiertelne wcielenie. 

Ale także oswobodziło duszę. 
Spojrzał w dół na coś, co od tak dawna było jego częścią, na ciało i kości, dzięki 

którym zamieszkiwał w materialnym świecie. Porzucił je bez żalu, z równą łatwością, jak 
kiedyś zrzucał niepotrzebne ubranie. 

Nie  było  już  żadnego  połączenia  między  ludzką  formą,  którą  zamieszkiwał,  a 

prawdziwą formą bytu. 

Uniósł  się  wyżej,  bez  trudu  przedostając  się  przez  łukowate  sklepienie,  jeszcze 

wyżej, przez skałę, przez stojące na niej budynki, przez sufity, mansardy i krokwie, wzbił 
się w powietrze, wyżej i wyżej. 

W dole leżało Middenheim, miasto wykute w zboczu góry. Przypominało fortecę 

dla lalek. Drogi i wioski, rzeki i lasy, rozpościerały się pod nim jak żywa mapa. 

Daleko poniżej widział setki, tysiące drobnych ruszających się punkcików. To byli 

ludzie, tacy sami jak on kiedyś, za życia. 

I, jak kiedyś, nie miały żadnego znaczenia. 

background image

Gdy  wyrwał  się  z  ciała,  uwolniona  została  również  jego  pamięć.  Przypomniał 

sobie. Przypomniał sobie Wilka. 

To  właśnie  Wilk  powiedział  o  Middenheimie.  Teraz  w  jego  pamięci  pojawił  się 

również krasnolud, który nauczył go walczyć toporem oraz podstaw języka własnej rasy. 

I  przypomniał  sobie  Krysten.  Właśnie  dlatego  ścigał  wrogie  armie,  które 

zniszczyły  kopalnię  i  zgładziły  prawie  wszystkich  mieszkańców  osady.  Poszukiwał 
dziewczyny. 

Z  tej  wysokości,  dzięki  odzyskanym  i  wyostrzonym  zmysłom,  mógłby  bez  trudu 

odnaleźć Krysten - jeżeli jeszcze żyła. 

Ale  po  co?  Miał  wspomnienia  o  dziewczynie,  ale  nie  były  one  jego 

wspomnieniami. Posiadał teraz inną, prawdziwą pamięć Duchowego Świata. 

I tu teraz było jego miejsce. 
Wreszcie,  uwolniony  z  ziemskich  więzów,  zaczął  wznosić  się  coraz  szybciej  i 

szybciej. 

Obserwował,  jak  krajobrazy  zmniejszają  się  i  oddalają  coraz  bardziej,  zobaczył 

pod  sobą  całe  Imperium.  Mógł  nawet  odnaleźć  spustoszone  miejsce  po  wsi,  w  której 
spędził większą część życia. Ale nie miało to żadnego znaczenia - już nie miało. 

Ujrzał  Kislev  i  jego  północne  granice  oznaczone  nienaturalnymi  połączeniami 

barw tam, gdzie zaczynały się Pustkowia Chaosu. 

Morze  Szponów,  Morze  Środkowe,  Wielki  Ocean  Zachodni,  Morze  Południowe, 

błękit,  który  z  trzech  stron  zamykał  zieleń  i  brąz  lądów  Starego  Świata.  Widział  to 
wszystko, a nawet więcej, w tym również ziemie, które nie były umieszczone na żadnej 
mapie lub były umieszczone niewłaściwie przez kartografów, opierających się jedynie na 
opowieściach podróżników. 

Szybował wyżej i wyżej, ponad najbardziej odległymi z odległych krajów, ponad 

baśniowymi kontynentami, wyspami, które nigdy nie zostały nazwane, nigdy nie zostały 
odkryte, ponad nieznanymi morzami i zaginionymi oceanami. 

Były niczym. Cały świat, cała ta cudowna kula była jedynie ziarnkiem piasku. 
Wzniósł  się  nad  planetę  i  dwa  maleńkie  księżyce  -  pyłki  krążące  wokół  ziarnka 

piasku. 

background image

Mknął  dalej  niż  wisiało  słońce,  które  było  niczym  więcej  jak  iskrą  rodzącą 

płomień. 

Dalej, szybciej, wyżej, obok dalszych nic nie znaczących punktów światła, innych 

niesłychanie małych i niezliczonych słońc. 

Do  serca  wszechświata  -  i  jeszcze  dalej,  poza  wszystkie  odległości,  poza  cały 

czas,  aż  miliard  gwiazd  stanie  się  jednością.  A  potem  on  sam  wyblaknie  i  również 
zniknie. 

Był sam w absolutnej pustce. Zagubiony w wiecznej samotności. 
W  całkowitej  ciemności,  bez  żadnego  punktu  odniesienia.  Pozwolił  sobie  na 

wieczne unoszenie, dryfowanie po nieskończonym, widmowym kosmosie. 

Ale  odkrył,  że  nie  może  istnieć  absolutna  nicość.  Poza  wiecznością,  dalej  niż 

nieskończoność,  czuł  jak  nieubłaganie  przyciąga  go  jego  własny  gatunek,  jego 
prawdziwy początek. 

Do oceanu umysłów, morza dusz… 
Błysk  światła  zbliżający  się  coraz  bardziej,  ogromniejący,  rozrastający  się, 

rozsypujący na oddzielne gwiazdy. Kolejna galaktyka. Wszechświat martwych. 

Ale to nie gwiazdy. To były duchy, prawdziwa istota istnienia. 
Tutaj mieszkały istoty bez istnienia. 
Przypomniał sobie, że bywał tu już wcześniej. Wiele razy, niezliczoną ilość razy. 
Okresy  uwięzienia  w  materialnym  ciele  były  niczym  w  porównaniu  z  czasami, 

kiedy zamieszkiwał w wymiarze bez materii, wieczności bez końca. 

A  jednak  nie  było  to  miejsce  pokoju,  wypoczynku.  Pokój  i  stan  spoczynku  były 

niemożliwe. Mogły oznaczać jedynie entropię i absolutny rozkład, całkowitą nieobecność 
- brak wszystkiego. 

I nie mogło być absolutnej pustki. Poza nicością zawsze było coś jeszcze. 
Jak w fizycznym życiu, w którym został uwięziony, również tutaj istniały konflikt i 

walka.  Niektóre  duchy  łatwo  było  zwyciężyć  i  zniszczyć,  inne  tworzyły  sojusze,  by 
pokonać swoich nieprzyjaciół, a działając w ten sposób przyczyniały się do powstawania 
nowych wrogów. 

Nieboskłon  kołysał  się  i  wrzał,  zawsze  niespokojny.  Istnieli  tu  zwycięzcy  i 

background image

przegrani,  niemal  jak  nieistnienie  było  odbiciem  materialnego  świata,  gdzie  życie 
trzymało, jako zakładników, tak wiele duchów. 

Podobieństwa  poszukiwały  się  i  łączyły  w  większe  całości,  potężne  i 

przeciwstawne siły o niezwykłej mocy. Każda z nich była całkowicie wrogo nastawiona 
do wszystkich innych tego rodzaju skupisk. 

Nie  należał  do  żadnej  z  tych  większych  istot,  a  jednak  nie  był  już  całkowicie 

niezależny.  Jedynie  z  jedności  pochodziła  siła  niezbędna  do  zwyciężania  negatywnych 
mocy. 

Uświadomił  sobie,  że  jest  przyciągany  przez  jedną  z  mniejszych  podstawowych 

form. Czując, jak ciepło uroku zwiększa się w miarę zbliżania się do źródła mocy, pędził 
w stronę centrum swojego pożądania. 

I zatrzymał się! 
A potem nagle zaczął się cofać, był odciągany wbrew własnej woli, odrywany od 

swojego prawdziwego przeznaczenia. Walczył i zmagał się, ale bez skutku. Powoli, ale 
nieubłaganie wleczony był przez nieskończoność tam, skąd przybył. 

Prędkość zwiększała się, przyspieszał coraz bardziej i w mgnieniu nie istniejącego 

oka istota, która była jego spełnieniem, zniknęła. 

Był odrywany z jeszcze większym pośpiechem niż wcześniej podążał poza granice 

wszechświata. Leciał przez puste szczeliny przestrzennej matrycy. 

Była to prędkość bez odległości, bez ograniczenia czasowego, bez iluminacji. 
Aż nagle - pojawiło się światło. Migoczące gwiazdy popędziły ku niemu, ogarnęły 

go, pociągnęły ku sobie z jeszcze większą prędkością. 

W końcu zauważył, że kieruje się prosto ku jednej gwieździe, jednemu światu. I 

wtedy uświadomił sobie straszliwą prawdę, o której starał się nie myśleć… 

Widział świat, w którym tak niedawno żył. 
Odszedł  na  eony,  na  nieskończoność  -  nawet w kosmicznych kategoriach -  na 

odległość i czas, gdzie galaktyki umarły i urodziły się znowu. 

Pamiętał, pamiętał wszystko. Swoje życie i śmierć. I wszystko, co wydarzyło się 

pomiędzy tymi punktami granicznymi. 

Więziła go spiżowa zbroja, a potem zginął w cierpieniach. 

background image

Cierpienie… 
Materialne życie oznaczało cierpienie. Od narodzin do śmierci istniał jedynie ból i 

cierpienie. 

Przypomniał  sobie.  Było  to  zaledwie  kilka  lat  życia  -  zaledwie  chwila,  jeżeli 

mierzyć te sprawy we właściwej skali - a jednak ich trwanie zdawało się być wieczne. 

Pamiętał.  Urodził  się  w  wiosce  położonej  wśród  lasów,  tam  wyrastał,  uczył  się 

posługiwania łukiem - swą pierwszą bronią. A potem napad na wieś. Odszedł wcześniej i 
dzięki temu uniknął śmierci, ale Evane została. Gdy powrócił, wszystko było zniszczone 
przez  gobliny.  Odnalazł  swoją  pierwszą  miłość  albo  raczej  to,  co  z  niej  zostało. 
Napastnicy zabrali głowę odciętą od jej tułowia. 

Pamiętał. Pamiętał. 
Pędził  w  dół,  przyciągany  przez  niewidzialną  linę  życia,  którą  tak  bardzo  chciał 

przeciąć, ale której sile nie mógł się sprzeciwić. 

Z powrotem, z powrotem, coraz dalej od wolności, z powrotem do więzienia ciała. 
I,  jak  nowo  narodzony  w  chwili  przyjścia  na  świat,  krzyknął  zarówno  z 

wyzwaniem, jak i poczuciem klęski. 

Rozdział dziewiąty 

Konrad wrzasnął. 
- Ach! - odezwał się czyjś głos. 
Otworzył oczy i natychmiast zorientował się, że z jego  wzrokiem  coś jest nie w 

porządku.  Mógł  patrzeć,  ale  wszystko  wydawało  się  nieco  odmienione,  chociaż  nie  był 
pewien  na  czym  polegała  ta  zmiana.  Pochylała  się  nad  nim  jakaś  postać.  Był  to 
Litzenreich, widział go wyraźnie. 

-  Miałem  właśnie  ogłosić,  że  eksperyment  się  powiódł,  chociaż,  niestety,  jego 

obiekt zmarł - rzekł Litzenreich. - Wygląda na to, że muszę zmienić opinię. 

Wciąż znajdowali się w pomieszczeniu, w którym krasnoludy zaczęły zdejmować 

spiżową zbroję. Z wielkim wysiłkiem Konrad spojrzał w dół, uświadamiając sobie, że to 
pierwszy  ruch,  który  od  tak  dawna  jest  w  stanie  wykonać.  Pancerz  zniknął,  ale  gdy 
najemnik zobaczył siebie, jęknął. 

background image

Ciało  miał  do  tego  stopnia  wychudzone,  że  właściwie  nie  przypominało  jego 

własnego - niewiele różniło się od szkieletu obciągniętego skórą. Czy rzeczywiście skórą? 
Tors  i  kończyny  były  tak  czerwone,  że  sprawiały  wrażenie  jakby  razem  z  pancerzem 
odarto  je  do  żywego  mięsa.  Otworzył  usta,  żeby  się  odezwać,  ale  nie  był  w  stanie 
wymówić ani słowa. Jego wargi zdawały się być sparaliżowane. 

-  Bardzo  cierpiałeś  -  powiedział  Litzenreich.  -  Albo  raczej  bardzo  byś  cierpiał, 

gdybym  ci  nie  podał  uśmierzającego  ból  naparu,  widząc,  że  wciąż  jeszcze  żyjesz.  Nie 
próbuj mówić ani się poruszać. Będzie na to jeszcze dużo czasu. Twoje ciało musi się 
odnowić, a ty powinieneś odzyskać siły. Nadejdzie pora na rozmowy. 

Konrad  zdawał  sobie  sprawę,  że  krasnoludy  poruszają  się  po  zaciemnionej 

komnacie, rozmontowując sprzęt - słyszał dźwięk rozłączanych metalowych części… W 
górze widział przypominające pająka urządzenie, którego szpony zdjęły z niego spiżowe 
blachy. 

Mogło minąć zaledwie kilka krótkich chwil, a jednak wydawało mu się, że opuścił 

ziemie na całą wieczność. 

Ale czas był czymś względnym. Można go było rozciągać i ściskać, zniekształcać i 

zmieniać. W okresie jego podróży w nieskończoność, tutaj, w świecie ludzi, eon wydawał 
się być zaledwie sekundą. 

Znowu tkwił w swoim ciele, chociaż przypuszczał,  że gdy był uwięziony w zbroi 

nie  było  ono  jego  własnością.  Niedawne  metafizyczne  przeżycia  już  zaczynały 
przypominać sen. Rzeczywistość była tutaj, a wszystko, co działo się wówczas, gdy był 
nieprzytomny,  stanowiło  jedynie  ułudę,  w  której  jego  umęczony  umysł  szukał  ucieczki 
od cierpień ciała. 

Nieprzytomny?  A  może  rzeczywiście  umarł  na  kilka  sekund.  Czy  jego  serce  się 

zatrzymało - i znowu zaczęło bić? 

Próbował się skupić, zapisać w myśli wszystko, co mógł sobie przypomnieć z tej 

epickiej, nadnaturalnej podróży. Będzie musiał porozmawiać o  tym później z kimś, kto 
zdoła zinterpretować jego wspomnienia… 

Był jednak pewien, że to, co ostatnio zapisało się w jego pamięci, nigdy się nie 

zatrze.  Najwidoczniej  przypominał  sobie  wcześniejsze  formy  istnienia.  A  jednak  jego 

background image

wspomnienia były  pogmatwane,  nie  w  pełni  dokładne.  Wydawało  mu  się  bowiem,  że 
jednak miał rodziców. Rodziców, których znał. 

Chciałby  mieć  szansę  głębszego  zanurzenia  się  w  warstwy  pamięci,  ponieważ 

mógł teraz dotrzeć dalej niż kiedykolwiek. Gdyby mógł więcej sobie przypomnieć, dałoby 
mu to ważną wskazówkę na temat jego tajemniczej przeszłości. 

I nagle zdał sobie sprawę, że wspomnienia już nie były zapisem jego przeszłości, 

ale dotyczyły kogoś zupełnie innego. W okresie gdy Konrad nie miał rodziców, ta inna 
osoba ich miała. Jego wczesne lata były pod wieloma względami niezwykle podobne do 
tych, które sobie wyobraził - na przykład sposób, w jaki napadnięto i zniszczono wioskę. 
Z tą tylko różnicą, że tak chyba starto z powierzchni ziemi sąsiednią wioskę. A także, że 
napastnikami były gobliny, a nie horda zmutowanych zwierzoludzi. 

I w czasie napadu zginęła nie Elyssa, ale ktoś o imieniu Evane. 
Imię to mocno utkwiło w jego pamięci. Nigdy dotąd go nie słyszał i nie wiedział, 

do  kogo  mogło  należeć.  Dlaczego  wydawało  się  odgrywać  tak  ważną  role  w  jego 
wspomnieniach? Albo wspomnieniach kogoś innego… 

- Dobrze się tobą zaopiekuje - mówił dalej Litzenreich. - Po trudach, jakie sobie 

zadałem, żal by cię było teraz utracić. 

Przesunął palcami po  długiej brodzie, z satysfakcją kiwając głową. Choć w jego 

niechlujnie  ułożonej  brodzie  widać  było  pasma  siwizny,  miał  chyba  zaledwie  około 
czterdziestu lat. Konrad domyślał się, że Litzenreich jest czarownikiem. Tylko mag mógł 
go  uwolnić  z  wiezienia,  jakim  stała  się  zbroja.  Zaiste,  jedynie  mag  był  w  stanie 
zwyciężyć spiżowego wojownika. 

Konrad  znajdował  się  obecnie  w  jego  królestwie,  podziemnym  schronieniu 

wykutym  w  trzewiach  góry,  głęboko  pod  zamieszkaną  częścią  Middenheimu.  Czego 
Litzenreich  od  niego  chciał?  Na  pewno  będzie  musiał  zapłacić  odpowiednią  cenę  za 
swoją wolność. Mag oczekiwał nagrody. Konrad zdawał sobie sprawę, że nie chodzi tu o 
pieniądze.  Z  całą  pewnością  Litzenreich  oczekiwał  innego  rodzaju  zapłaty.  Ceny 
wyznaczane  przez  czarodziejów  zawsze  były  określane  w  innej  walucie  niż  zwykła, 
brzęcząca moneta. 

Uciekł  przed  Kastringiem,  by  zostać  uwięzionym  w  spiżowej  zbroi.  Czy  znowu 

background image

zmienił  jedną  niewolę  na  drugą?  Mógł  być  pewien  tylko  tego,  że  w  tej  chwili  jest 
całkowicie  bezradny  -  może  z  powodu  osłabienia  albo  pod  wpływem  lekarstwa 
podanego mu przez Litzenreicha 

-  Przede wszystkim -  oświadczył  Litzenreich  -  muszę  przenieść  cię  z  mojej 

pracowni.  -  Wezwał  dwa  krasnoludy.  -  Zabierzcie go do ostatniego pokoju we 
wschodnim korytarzu. Bądźcie bardzo ostrożni. 

- Cokolwiek rozkażesz, szefie - oznajmił Varsung. 
Razem  z  drugim  krasnoludem  położyli  Konrada  na  stole  zaopatrzonym  w  kółka, 

po  czym  powieźli  go  niskimi  i  wąskimi  korytarzami.  Litzenreich  szedł  przodem,  aż 
wreszcie otworzył drzwi na końcu najniższego i najwęższego tunelu. Varsung wszedł do 
środka  i  zapalił  lampę,  wiszącą  na  haku,  wbitym  w  skalną  ścianę  małego  pokoiku. 
Konrad został wwieziony do środka i umieszczony na leżącym na podłodze sienniku. 

- Sprowadź Gertraut i Rite - rozkazał Litzenreich i drugi krasnolud odszedł. - Zapal 

ogień - dodał po chwili i Varsung podszedł do kominka, by spełnić polecenie. 

- Tu jest zimno - oznajmił czarownik - a ty musisz leżeć bez przykrycia. Tylko w 

ten  sposób  twoje  rany  będą  się  goiły.  Wymagasz  stałej  opieki.  Ktoś  będzie  przy  tobie 
cały czas i wezwie mnie, jeżeli okaże się to niezbędne. 

Do pokoju weszły dwie kobiety. Obie były szczupłe i jasnowłose. Gdy Litzenreich 

udzielał  im  poleceń,  uważnie  przyglądały  się  Konradowi.  Mag  tłumaczył  im  coś  cicho  i 
dlatego  Konrad  nie  dosłyszał  ani  słowa.  Potem  czarodziej  jeszcze  raz  spojrzał  na 
chorego  i  wyszedł.  Varsung  skinął  Konradowi  głową,  podniósł  kciuk  w  starym 
krasnoludzkim geście pomyślności i podążył za Litzenreichem. Drzwi zostały zaryglowane 
od zewnątrz. 

Konrad powrócił do dawnego ciała, ale był bezradny jak nowo narodzone dziecko 

- i tak też go traktowano. Nie mógł zajmować się sobą i dlatego Gertraut i Rita wszystko 
robiły za niego. 

Czas  mijał  bardzo  wolno.  Głęboko  pod  ziemią  nie  miał  świadomości  mijających 

godzin  i  dni.  Zmieniały  się  tylko  jego  opiekunki.  Słyszał  wtedy  odsuwanie  ciężkiego 
rygla, otwieranie drzwi, a potem dziewczyny się zastępowały. Jeżeli któraś potrzebowała 
pomocy  koleżanki,  wzywała  ją,  pociągając  za  sznur,  który  uruchamiał  umieszczony  na 

background image

korytarzu dzwonek. 

Karmiły go, myły, podawały leki uśmierzające ból. Dziwne, ale w miarę jak skóra 

odrastała na ciele, cierpienia się zwiększały. Odnosił wrażenie, że skóra staje się nową 
klatką,  taką  samą,  jaką  dawniej  była  spiżowa  zbroja.  Z  tą  tylko  różnicą,  że  jest  zbyt 
mała na jego ciało. 

Początkowo nie mógł się poruszać. Dziewczyny, zmieniając się, za każdym razem 

układały go na sienniku w innej pozycji. Wychodząca zabierała ze sobą koc, na którym 
leżał - zaplamiony krwią, płynącą z otwartych ran. W miarę jak odzyskiwał siły, a kości 
przestawały  mu  sterczeć  przez  skórę,  uważał,  aby  nie  poruszać  się  samodzielnie.  Nie 
chciał, aby Litzenreich wiedział, że wraca do zdrowia. 

Konrad  dokonał  jednego  ważnego  odkrycia,  związanego  z  funkcjonowaniem 

własnych zmysłów. Szybko zorientował się, że z jego oczami coś jest nie w porządku. 

Mylił się jednak. Było zupełnie na odwrót. Teraz miał idealny wzrok. Do tej pory 

każde jego oko widziało nieco inaczej. Lewe posiadało umiejętność widzenia przyszłości. 
Mogło  ostrzegać  przed  niebezpieczeństwem,  dostrzegając  przyszłe  zdarzenia. 
Właściwość ta stawała się coraz bardziej nieprzewidywalna i przypadkowa, aż w końcu 
była raczej utrudnieniem niż pomocą. 

A  teraz  już  jej  nie  było.  Czy  miał  na  to  dowód?  A  czy  może  istnieć  dowód 

utracenia  jakiejś  umiejętności?  A  jednak  był  pewien,  że  już  nie  potrafi  przewidywać 
niebezpieczeństwa. 

Kiedy  zniknęła?  W  czasie  uwięzienia  w  zbroi  miał  wrażenie,  że  pozostał  mu 

jedynie wzrok. Być może nawet i on został mu odebrany. Albo utracił dar w momencie 
zdejmowania spiżu. Albo w czasie wyzwolenia z ciała… 

Bez względu na to, kiedy i jak się to stało, Konrad był zadowolony. Od chwili, gdy 

zdał sobie sprawę, że inni nie potrafią przewidzieć niebezpieczeństwa tak jak on, czuł się 
niepewnie. Nikt inny nie posiadł takich umiejętności. Dlaczego właśnie on otrzymał dar, 
który pod pewnymi względami przypominał mutację. A większość mutacji wiązała się ze 
zwierzołakami. Stwory te były zdeformowane i złe, zaś jego własny talent wydawał mu 
się podobnie skażony… 

Od  tej  chwili  musi  liczyć  jedynie  na  swoje  pięć  zwykłych  zmysłów  oraz  na 

background image

umiejętności, które nabył w życiu. Postanowił, że przy pierwszej sposobności skorzysta z 
nich, aby zrealizować swój cel. Uciec. 

Nie  miał  pojęcia,  co  czarownik  dla  niego  szykuje,  ale  wcale  nie  miał  ochoty  się 

tego dowiadywać. Litzenreich odwiedzał go od czasu do czasu, tak samo jak Varsung. 
Próbowali wywołać u niego jakąś reakcję, ale bez skutku. Konrad nawet nie przyznawał 
się, że ponownie jest w stanie mówić. Po prostu leżał nieruchomy i milczący. 

Mógł  jedynie  rozmyślać.  Najczęściej  zastanawiał  się  nad  przeszłością  -  i jego 

własną, i tą tajemniczą, zapisaną w fałszywych wspomnieniach… 

* * * 

Potrzebował  jedynie  ułamka  sekundy.  Wiedział,  że  musi  być  czujny,  ponieważ 

odpowiednia chwila nastąpi - i w końcu tak się stało. 

Najlepiej byłoby spróbować uciec, gdy zamieniały się Gertraut z Ritą, ale wtedy 

nigdy nie były same. Jeden z krasnoludów zawsze im towarzyszył, pilnując drzwi. 

Usłyszał  dźwięk  odsuwania  rygla,  chociaż  Gertraut  zaledwie  godzinę  wcześniej 

zaczęła dyżur. Wszedł Varsung. Za każdym razem, gdy pojawiał się on lub Litzenreich, 
jeden  z  pozostałych  krasnoludów  zawsze  stał  na  zewnątrz,  w  korytarzu.  Tym  razem 
tunel  był  pusty.  Była  to  jedynie  połowiczna  szansa,  ale  dla  Konrada  aż  nadto 
wystarczająca. Varsung stał odwrócony tyłem do niego i rozmawiał z Gertraut. 

Konrad usiadł szybko, odwrócił się i chwycił za rękojeść miecza krasnoluda. Gdy 

tylko ją ujął, kopnął obydwiema nogami, odrzucając Varsunga na bok. A potem zerwał 
się, wyskoczył za drzwi i skręcił w korytarz. Ale, nie wiadomo dlaczego, nogi ugięły się 
pod nim i upadł na ziemię. 

- Cieszę się, że już możesz się ruszać - oznajmił stojący w odległości kilku metrów 

Litzenreich. 

Konrad  w  dalszym  ciągu  trzymał  miecz  Varsunga,  ale  nie  stawiał  oporu,  gdy 

krasnolud wyjmował mu go z dłoni. Zdał sobie sprawę, że został wyprowadzony w pole. 
Wiedzieli,  że  nie  jest  aż  tak  słaby.  Okazało  się  jednak,  że  jest  o  wiele  bardziej 
wyczerpany niż sam przypuszczał. Wstał wolno, czując jak kreci mu się w głowie. 

- Czego ode mnie chcesz? - zapytał. 
- Czego ode mnie chcesz? - powtórzył czarownik. - Tylko tyle? To wszystko? Nic 

background image

innego  nie  masz  mi  do  powiedzenia?  Na  przykład:  „Dziękuję,  że  mnie  uratowałeś?” 
Słowo wdzięczności. Czy kiedyś je słyszałeś? Czy istnieją tam, skąd pochodzisz? 

Konrad oparł się o ścianę i powoli skinął głową. 
- Jak się nazywasz? - zapytał Litzenreich. 
- Konrad. 
- Skąd jesteś? 
- Z wioski położonej w odległości kilku dni drogi stąd, ale przez pięć lat byłem w 

Kislevie. 

- Zabierzcie go z powrotem do środka - rozkazał Litzenreich. 
Varsung i Gertraut pomogli Konradowi wejść do pokoju i posadzili go na sienniku. 

Gertraut nalała do kubka wody. 

- Nie macie jakiegoś piwa? - zapytał Konrad. - Mam dosyć wody. 
- Sądzę, że właśnie wydobrzał, szefie - powiedział z uśmiechem Varsung. 
- Na to wygląda - Litzenreich wszedł do pokoju. - Zostawcie nas. I przynieście mu 

trochę piwa. 

Krasnolud i dziewczyna wyszli. Drzwi zostały zamknięte, ale rygla nie zasunięto. 

Litzenreich, jako mag, nie potrzebował rygli, aby dalej więzić Konrada. Czarownik usiadł 
na jedynym krześle. Zaczęli na siebie patrzeć. Konrad w końcu odwrócił wzrok, nie chcąc 
zostać zahipnotyzowany. 

- Dziękuje - odezwał się wreszcie, chcąc przerwać ciszę. 
I, jakby to był umówiony sygnał, wróciła Gertraut, podała Konradowi kufel pełen 

piwa i wyszła. 

-  Czego  od  ciebie  chcę?  -  odezwał  się  Litzenreich,  powtarzając  wcześniejsze 

pytanie Konrada. - Niczego. 

Konrad wpatrywał się w niego uważnie. Był bardziej podejrzliwy niż kiedykolwiek. 

Czarodziej musiał czegoś chcieć. Otarł usta grzbietem dłoni. 

- Niczego? 
- Kiedy ostatecznie wyzdrowiejesz, będziesz mógł swobodnie odejść. 
- Swobodnie? Dlaczego więc, skoro jestem wolny, drzwi zawsze były zamknięte? 
- Nie chciałem, żeby stała ci się jakaś krzywda. Tylko o to chodziło. Co się stało, 

background image

gdy przed paroma minutami stąd wypadłeś? Przewróciłeś się. Jeszcze nie odzyskałeś siły 
do tego stopnia, aby móc odejść. Gdy tak się stanie, proszę bardzo. 

- Mogę normalnie odejść? 
- Tak, chociaż ten pomysł może się okazać nie najlepszy. 
- Dlaczego? 
-  Dobrzy obywatele Middenheimu zapewne  niezbyt  miło  potraktują  nagiego 

mężczyznę spacerującego po ulicach. Straż aresztuje cię, a zapewniam, że ich gościnna 
jest o wiele mniej sympatyczna niż moja. 

- Mógłbyś mi dać lub pożyczyć jakieś ubranie. 
- Nie sądzę. Chyba już dość dla ciebie zrobiłem, nie uważasz? Przecież nie jesteś 

żebrakiem i nie będziesz prosił mnie o nic więcej. Poza tym mam pewność, że nie jesteś 
złodziejem i nie okradłbyś mnie, zwłaszcza po tych wydatkach, które poniosłem, aby cię 
ocalić. 

- Czy chcesz, żebym ci zwrócił koszty? 
- Wcale nie. Jak sądzę, nie masz środków finansowych. 
- Nie chcesz pieniędzy, ale czegoś innego. Czego? 
Litzenreich wzruszył ramionami. 
-  Jeszcze  nie  mam  pewności.  Jeszcze  nie.  Ale  wiem,  że  jesteś  honorowym 

człowiekiem. Wyświadczyłem ci wielką przysługę - przynajmniej tak mi się wydaje. Nie 
miałeś chyba ochoty pozostawać w tej spiżowej zbroi, prawda? 

Konrad skinął głową. Przypuszczał, że mag już wie, czego chce w zamian, ale nie 

było  sensu  domagać  się  od  niego  odpowiedzi,  której  najwyraźniej  nie  miał  ochoty 
udzielić. 

- W jaki sposób wysadziłeś mnie z siodła spiżowego konia i wydobyłeś ze zbroi? 
- Dwa pytania, ale niemal ta sama odpowiedź - Litzenreich wstał. - Czuję jednak, 

że  musisz  odpocząć  po  niedawnym  wysiłku.  Omówimy  tę  sprawę  nieco  później.  A 
tymczasem - czy jest coś, czego byś pragnął? 

Konrad zastanawiał się przez chwile, zanim odpowiedział: 
- Może książkę? Nudzi mnie bezczynność. Chciałbym coś poczytać. 
Czarownik uniósł brew. Najwyraźniej fakt, że Konrad umie czytać, wywarł na nim 

background image

wrażenie. 

-  Jakiego  rodzaju  książkę?  Poezję?  Coś  naukowego?  Geografia?  Filozofia? 

Historia? 

- Historia. 
- Wybiorę ci coś z biblioteki - Litzenreich wyszedł z pokoju i zamknął drzwi. Ale 

nie zasunął rygla. Po raz pierwszy Konrad był sam. 

Po jakimś czasie wszedł Varsung. Niósł trochę ubrań, a także trzy książki. 
- Dziękuję - rzekł Konrad. - dziękuję za… 
- Za co? - krasnolud zmarszczył brwi. 
- Za zauważenie, że żyję. 
-  Ach,  tak!  Kiedy  tylko  zobaczyłem  twoje  oczy,  wiedziałem,  że  tam  jest  coś 

żywego - potarł plecy w miejscu, gdzie kopnął go Konrad i skrzywił się - Niemal żałuję, 
że zauważyłem. 

Krasnolud  wiele  ryzykował,  pozwalając  Konradowi  odebrać  sobie  miecz.  Nie 

wiedział przecież, czy nie zostanie nadziany na własne ostrze. 

Varsung  spostrzegł,  że  Konrad  spogląda  na  rękojeść  miecza.  Uśmiechnął  się. 

Dobył broń prawą ręką, a potem wbił ostrze w lewą dłoń! Ale gdy tylko sztych dotknął 
skóry, cała klinga rozsypała się jak stłuczone szkło. 

- Chciałbym, żeby Litzenreich był zbrojmistrzem wszystkich moich przeciwników! - 

roześmiał się. 

A więc nie było żadnego ryzyka. Czarownik przygotował ten miecz, aby schwytać 

Konrada w pułapkę. Powinien był się domyślić - krasnoludy zazwyczaj używają toporów. 

-  Moje oczy -  odezwał  się  Konrad,  przypomniawszy  sobie  nagle.  -  Jakiego  są 

koloru? 

Varsung spojrzał na niego podejrzliwie. 
-  To  żaden  podstęp  -  zapewnił  go  Konrad.  -  Chce  wiedzieć,  jakiego  koloru  są 

moje oczy. 

Krasnolud wziął lampę i przysunął się bliżej. Skierował światło na twarz Konrada i 

po kolei przyjrzał się każdemu oku. 

- Są… różne - powiedział. - Początkowo robią wrażenie takich samych, zielonych. 

background image

Ale lewe jest bardziej żółte, niemal złote. 

Konrad skinął głową. Widział obydwoma we właściwy sposób, ale jednak nie były 

identyczne. W dalszym ciągu miały inną barwę. 

- Muszę iść - oznajmił Varsung. - Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, po prostu 

otwórz drzwi i krzyknij. 

Konrad  obserwował  jak  wychodzi,  a  potem  wziął  do  ręki  trzy  książki  i  odczytał 

tytuły  wytłoczone  na  skórzanych  oprawach.  Tytuł  jednej  brzmiał:  „Podzielone 
Imperium”, drugiej: „Lata Rozpaczy:  Wampirza  Cesarzowa”.  Trzecia  nazywała  się  po 
prostu „Sigmar”. 

Wybrał trzeci tom i bliżej przysunął lampę. Jedną z niewielu książek dostępnych 

na pograniczu był obszarpany egzemplarz innej biografii Sigmara Młotodzierżcy. Konrad 
czytał ją kilkakrotnie, chociaż brakowało w niej wielu kartek. 

Otworzył  książkę  na  jednej  z  pierwszych  stron,  a  potem  zaczął  wracać  do 

początku sagi. Ale gdy jego oczy leniwie przebiegały po linijkach, jednym z pierwszych 
słów, jakie zauważył, było znajome imię. 

Brzmiało ono Evane… 

* * * 

Konrad czytał o tym, o czym dotąd nie miał pojęcia. 
Wiedział,  że  Sigmar  urodził  się  dwa  i  pół  tysiąca  lat  temu.  Był  synem  Tafala, 

wodza  plemienia  Unberogenów.  Żył  w  ufortyfikowanej  wiosce  na  południowym  skraju 
Wielkiego Lasu. 

Nie zdawał sobie natomiast do tej pory sprawy z tego, że w pobliżu znajdowała 

się  jeszcze  jedna  wieś.  Jej  przywódca,  a  nazywał  się  Quant,  był  wasalem  Tafala  i 
właśnie on nauczył Sigmara posługiwania się łukiem. Quant miał syna o imieniu Errol, a 
także  córkę,  Evanę.  Trójka  dzieci  dorastała  wspólnie  w  wielkiej  przyjaźni  i,  w  miarę 
upływu  lat,  Sigmar  i  Evane  stali  się  sobie  jeszcze  bardziej  bliscy.  Postanowiono,  że 
pobiorą się, gdy oboje osiągną odpowiedni wiek. Ale wtedy właśnie gobliny zaatakowały 
wieś Quanta… 

Sigmar  pierwszy  dotarł  do  wioski,  ponieważ  będąc  na  polowaniu  dostrzegł 

złowróżbny  słup  dymu.  Cała  osada  została  splądrowana  i  zniszczona,  a  wszyscy  jej 

background image

mieszkańcy  wymordowani.  Odnalazł  ciało  Evane,  ale  obrzydliwi  napastnicy  zabrali  jej 
głowę jako koszmarne trofeum. 

Konrad  uświadomił  sobie,  że  to  ponure  wydarzenie  miało  zasadniczy  wpływ  na 

dalsze życie Sigmara. Dlatego właśnie stał się tak zaprzysięgłym wrogiem zielonych hord 
i  poświęcił  się  ich  zniszczeniu.  Prowadził  jednoosobową  wojnę  z  tymi  monstrami,  a  z 
czasem  stworzył  armię,  która  przyrzekła  bogom  zwyciężyć  gobliny  i  wypędzić  je  ze 
znanego świata. 

Konrad  nie  słyszał  o  Evane  do  chwili  swojej  dziwnej  wizji,  kiedy  to  zdawał  się 

powracać  z  nieskończonej  podróży  przez  wszechświat.  Ale  dlaczego  miałby  śnić  o 
osobie,  której  nie  znał?  Musiał  gdzieś  usłyszeć  jej  imię,  może  od  gawędziarza,  który 
pewnej nocy na kislevskiej granicy opowiadał tę słynną historię. Może dlatego we śnie 
pomylił legendę o Sigmarze z wydarzeniami własnego życia. Atak na rodzinną wieś, w 
czasie  którego  zginęła  Elyssa,  był  przecież  bardzo  podobny.  Jednak  on  nie  odnalazł 
bezgłowych zwłok Elyssy. 

Pomyślał  o  Krysten,  która  na  pewno  już  nie  żyła.  Życie  na  pograniczu  było 

krótkie.  Utracił  tam  tak  wielu  dobrych  ludzi,  tak  wielu  przyjaciół.  Próbował  sobie 
wmówić,  że  Krysten  nie  różniła  się  niczym  od  towarzyszy  walki  -  dzięki  temu 
wytłumaczeniu  jej  utrata  mogła  być  łatwiejsza  do  zniesienia  -  ale  wiedział,  że  to 
nieprawda. 

Konrad  czytał  dalej,  próbując  zatracić  się  w  epickiej  opowieści  o  Sigmarze. 

Doprowadziwszy do sojuszu swoich człowieczych legionów z krasnoludami, odwiecznymi 
wrogami  goblinów,  Sigmar  ostatecznie  zwyciężył  zielonoskóre  hordy  w  bitwie  na 
Przełęczy  Czarnego  Ognia.  Tam  właśnie  Sigmar  zdobył  swój  przydomek  - 
„Młotodzierżca”  -  niszcząc  mnóstwo  ohydnych  istot  swym  legendarnym  młotem 
bojowym, Ghalmarazem. 

Pod  pewnymi  względami,  jak  uświadomił  sobie  Konrad,  jego  własne  życie 

przypominało  losy  Sigmara.  Evane  i  Elyssa  zostały  zamordowane  przez  gobliny  lub 
zwierzołaki.  Obie  były  ofiarami  nasilenia  wrogich  działań  nieludzkich  sił.  Sigmar  żył  w 
jednym  z  najgwałtowniejszych  okresów  w  historii  znanego  świata,  a  w  chwili  obecnej 
kończyła się kolejna era względnego spokoju. Po raz pierwszy od dwóch wieków najazd 

background image

zagrażał samemu Imperium. Jego granice już zostały naruszone przez przeklętą bandę 
Kastringa, a przecież musiało wyruszyć wiele takich drapieżnych oddziałów związanych z 
kultami Chaosu. 

Chaos. Jeszcze raz nastąpił czas Chaosu. 
Podobnie jak Sigmar, Konrad stał się wojownikiem, walczącym przeciwko hordom 

zniszczenia  i,  jak  Sigmar,  stoczył  bitwę  z  goblinami,  kiedy  zapuścił  się  do  ich 
podziemnych  leży,  aby  ratować  Wilka.  Ale,  by  wywrzeć  zemstę  na  zielonej  hordzie, 
zamiast bojowego młota używał topora o podwójnym żeleźcu. 

„Ale Sigmar -  pomyślał  posępnie  -  nigdy  nie  został  schwytany  przez  szalonego 

maga ani uwięziony pod ufortyfikowanym miastem”. 

Konrad  zamknął  oczy  i  zaczął  wspominać.  Używał  topora,  ponieważ  upuścił 

miecz,  wystrzeliwując  strzałę  w  szamana  goblinów.  Topór  okazał  się  bronią  lepiej 
przystosowaną do tego rodzaju walki - przy każdym zamachu odrąbywał łby i ramiona 
nieprzyjaciół.  Gdy  uderzał,  jedna  z  plugawych  istot  umierała  z  wrzaskiem,  a  wtedy 
potężny  topór  czynił  następny  zamach,  wyrąbując  szlak  zniszczenia  wśród 
znienawidzonych wrogów. 

A jednak wówczas wydawało mu się, że walczy młotem… 
Wyrzucił  to  z  pamięci  uznając,  że  lepiej  zapomnieć  o  czymś,  czego  nie  można 

wytłumaczyć,  ale  coś  w  symbolice  owego  wydarzenia  niełatwo  dawało  się  usunąć  ze 
wspomnień.  Przypomniał  sobie,  że  w  czasie  bitwy  był  ogarnięty  szałem,  jakby  jego 
działaniami  kierowała  jakaś  nieznana  moc.  Za  każdym  razem,  gdy  walczył,  instynkt 
wojownika  zdawał  się  przejmować  władzę  nad  ciałem.  Często  odnosił  wrażenie,  że 
myślenie jest zbędne, a walka nie wymaga żadnego wysiłku intelektualnego. Gdyby miał 
czas zastanawiać się, co powinien zrobić, analizować wszystkie pełne szaleńczego ryzyka 
działania,  zbyt  często  by  się  wahał  -  a  wahanie  oznaczałoby  kieskę.  Fortuna  sprzyja 
odważnym. 

Ale w czasie podziemnej bitwy zdarzyło się coś innego. W tym, co zdominowało 

jego poczynania, było coś więcej niż tylko zwykłe odruchy i umiejętności – pojawiło się 
uczucie, że nie sam walczy przeciwko goblinom. Wtedy wyobrażał sobie, że kierują nim 
nieznani  przodkowie,  cały  widmowy  legion,  niknący  w  przeszłości  gdzieś  w  zaraniu 

background image

dziejów. 

Przypominało  to  uczucie,  którego  doświadczył  w  czasie  lotu  między  gwiazdami, 

kiedy  był  przyciągany  do  niewyobrażalnie  świetlistej  istoty,  do  której  w  jakiś  sposób 
należał. 

Krysten zawsze fascynowały sny. Twierdziła, że są drogą, którą ludzie docierają 

do  świata  duchów.  Gdy  ludzie  śpią,  ich  dusze  mogą  swobodnie  wędrować,  a  sny  są 
przygodami  duszy  i  mogą  być  objaśnione  przez  jasnowidzów.  Konrad  nie  podzielał  jej 
przekonań i zawsze pokpiwał z tej głębokiej wiary dziewczyny. 

A  teraz  wątpił.  Nigdy  przedtem  nie  doświadczał  podobnych  wizji,  jak  wówczas 

gdy  zdjęto  zeń  spiżową  zbroje.  W  przeciwieństwie  do  innych  snów,  nie  miały  one 
związku z czymkolwiek, co przeżył na jawie i nigdy już nie powróciły. 

* * * 

Następnego ranka Litzenreich zapytał: 
- W jaki sposób znalazłeś się w spiżowej zbroi? 
Byli  w  pomieszczeniu,  w  którym  Konrad  spędził  tak  wiele  czasu,  powracając  do 

zdrowia. Teraz, gdy nie musiał już udawać, spacerował po pokoju tam i z powrotem. 

Krótko  wyjaśnił,  co  się  stało.  Był  jeńcem  bandy  mutantów  Kastringa,  uciekł, 

znalazł zbroję, nałożył ją, aby się bronić przed bezlitosnym pościgiem. To, co powiedział, 
było prawdą, ale nie wyjawiało wszystkiego. 

Przemilczał,  że  pierwszy  raz  widział  spiżowego  rycerza  pięć  lat  wcześniej,  gdy 

wojownik ten  wjechał  do  jego  wioski;  zataił,  iż  zobaczył  odbicie  jeźdźca  za 
pośrednictwem soczewek w dawnej świątyni krasnoludów. Nie powiedział też, że ścigał 
tajemniczego  jeźdźca.  Nie  powiedział  także,  że  ostatecznie  uciekł  od  wyznawcy 
Khorne’a, gdy tylko dojrzał błysk światła księżyca odbijający się w spiżu. 

Czarownik skinął głową. 
- Jak już powiedziałem, nie mogłeś przebywać w pancerzu zbyt długo, ponieważ 

nie  pozostałoby  wtedy  z  ciebie  nic  poza  kośćmi,  tak  jak  stało  się  to  z  twoim  koniem. 
Zresztą,  z  twojego  poprzednika  nie  ocalały  nawet  kości.  Zbroja  musiała  go  wchłonąć 
całkowicie.  Spiż  żywi  się  życiem  -  życiem  tych,  których  zabija,  lub  życiem  istoty 
przebywającej wewnątrz zbroi. 

background image

- Ale co… co to było? 
-  Twór Chaosu -  odparł  Litzenreich  po  prostu,  jakby  odpowiedź  była  czymś 

oczywistym. - A cóż by innego? Już słyszałem o tym stworze. Włóczył się przez wiele lat 
po  znanym  świecie.  Gdy  doniesiono,  że  jest  niedaleko  Middenheimu,  wysłano  kilku 
Rycerzy-Panter,  aby  zbadali  sprawę.  Dowiedziałem  się,  że  nigdy  nie  wrócili  i 
pomyślałem, że problem jest wart mojego zainteresowania. 

- Dlaczego? 
Litzenreich  popatrzył  na  niego  spod  przymrużonych  powiek,  niemal  jakby  nie 

zrozumiał pytania. 

- Dlaczego? Dlaczego! Bo tam był! 
Pięć lat temu Konrad dowiedział się od Wilka, że spiżowy rycerz jest jego bratem 

bliźniakiem.  Ale  jak  dawno  temu  jego  brat  stał  się  tajemniczym  jeźdźcem?  Czy  on 
pierwszy nosił tę zbroję? Jak wielu innych było uwięzionych w spiżu? 

Prawdopodobnie w zbroi tej przebywało wielu wojowników. Konrad był po prostu 

ostatnim.  I  nieprzypadkowo  ją  znalazł.  Był  prawie  pewien,  że  pancerz  oczekiwał  na 
niego,  zupełnie  jakby  byli  dla  siebie  przeznaczeni,  jakby  los  zaplanował  jego 
przeobrażenie w spiżowego rycerza… 

-  Wydawało  się,  że  wojownik  jest  niezwyciężony  -  rzekł  Konrad.  -  Jak go 

powstrzymałeś? 

Uświadomił sobie, że mówi o rycerzu, jakby był on kimś - albo czymś - innym, nie 

mającym z nim nic wspólnego. Ale była to prawda. Rycerz był spiżową zbroją, a Konrad 
tylko  znajdował  się  w  jej  wnętrzu.  Był  jak  sługa,  który  wykonuje  polecenia  swojego 
pana. 

- Najlepiej walczyć ze stworem Chaosu - odparł Litzenreich - za pośrednictwem 

Chaosu. 

Konrad czekał, aby czarownik mówił dalej. 
-  Spaczeń  -  Litzenreich  wypowiedział  to  słowo  niczym  zaklęcie.  -  Spaczeń  - 

powtórzył,  akcentując  skinieniem  głowy,  jakby  te  dwie  sylaby  były  odpowiedzią  na 
wszystko. 

- Właśnie działanie spaczenia prowadzi do mutacji - wyjaśnił. - Bez spaczenia nie 

background image

byłoby  zwierzołaków.  Spiż  był  zbroją  Chaosu,  wykonaną  przy  pomocy  spaczenia. 
Środkiem  do  walki  ze  spaczeniem  jest  sam  spaczeń.  Podobieństwa  się  odpychają, 
dokładnie tak samo, jak dwa magnesy. 

Konrad  czekał  dalej,  w  nadziei,  że  pozostałe  wyjaśnienia  będą  miały  więcej 

sensu. Fakt, że nic z nich nie rozumie, musiał być widoczny, ponieważ Litzenreich dodał: 

- Zostałem więc następnym, który rzucił wyzwanie jeźdźcowi Chaosu. Zwabiłem 

to  między  szpaler  drzew,  na  których  zawiesiłem  kawałki  spaczenia.  Były  one  tak 
rozmieszczone,  aby  powodować  rezonans  i  potęgować…  -  przerwał  i  spojrzał  na 
Konrada, który zauważył, że mag określił spiżową postać jako „to”, a nie „ty”, a potem 
mówił  dalej.  -  Spaczeń  na  drzewach  zniwelował  działanie  spaczenia  w  zbroi.  Był 
jedynym  czynnikiem  podtrzymującym  dalsze  funkcjonowanie  konia,  więc  wierzchowiec 
upadł. A ponieważ nie byliście jeszcze do końca zespoleni, zostałeś wysadzony z siodła. 
Rozumiesz? 

- Tak - odpadł Konrad i powiedział niemal prawdę. 
-  Gdy  Varsung  przekonał  się,  że  nie  zostałeś  całkowicie  pożarty  przez  zbroję, 

postanowiłem  spróbować  zdjąć  ją  z  ciebie.  Nie  wdając  się  w  techniczne  szczegóły, 
powiem jedynie, że jeszcze raz zastosowałem spaczeń i jeszcze raz odniosłem sukces. 

-  Byłem  uwięziony  w  zbroi  Chaosu  -  rzekł  wolno  Konrad.  Wcale  mu  się  nie 

podobało, w jakim kierunku zmierzają jego myśli. - Czy to musi oznaczać, że zostałem 
skażony Chaosem? 

- Tak - przyznał Litzenreich - ale działała na ciebie nie tylko zbroja. Również i ten 

spaczeń, który był niezbędny, aby cię uwolnić. 

- Powinieneś pozwolić mi umrzeć. 
-  Umrzeć?  -  najwyraźniej  zdezorientowany  Litzenreich  zamrugał  gwałtownie.  - 

Dlaczego? 

- Ponieważ jestem zły. 
Czarownik podrapał się w głowę. 
- Czym jest zło? - zaakcentował to słowo, jakby pochodziło z obcego języka, i nie 

był pewny jego wymowy. 

- Północne hordy, mutanci, zwierzołaki, Chaos! Zło - Konrad wypluł ostatni wyraz, 

background image

jakby  był  trucizną.  I  rzeczywiście  nią  był,  trucizną  swobodnie  płynącą  jego  żyłami, 
powodującą skażenie całego ciała. 

Znał zło. Walczył z nim od pięciu lat, broniąc kopalni i próbując powstrzymać siły 

ciemności na granicach Kislevu. 

- Zapewniani cię, że Chaos i zło nie są synonimami - rzekł Litzenreich. - Zło jest 

dziełem ludzi i nieludzi, a Chaos po prostu istnieje i nie jest ani dobry, ani zły. Jedynie 
sposób, w jaki na nas wpływa, powoduje, że interpretujemy go jako „dobry” lub „zły”. 

Konrad  nie  odezwał  się,  nawet  nie  zareagował.  Przestał  chodzić  po  pokoju. 

Zastanawiał się nad tym, co dzieje się teraz z nim samym. 

- Czy woda jest dobra albo zła? - spytał Litzenreich. - Ani taka, ani taka. Ona po 

prostu jest. Jeżeli ją pijemy, aby ugasić pragnienie, możemy powiedzieć, że jest dobra. 
Jeżeli ktoś w niej utonie, moglibyśmy stwierdzić, że jest zła - chyba że ten, kto w niej 
utonął, jest naszym wrogiem. Ale słowa „dobry” i „zły” nie mają znaczenia absolutnego. 
Ogień jest dobry, jeżeli grzeje nas w zimie, ale zły, gdy niszczy nasze domy. Ogień nie 
jest dobry i ogień nie jest zły. Nie jest ani taki, ani taki. Albo jest taki i taki. 

Konrad  przyglądał  się  swoim  dłoniom,  wypatrując  na  nich  śladów  włosów  albo 

początków  przemiany  paznokci  w  pazury.  Litzenreich  nie  mógł  go  oszukać  mądrymi 
słowami.  Został  zarażony  Chaosem  i  w  jego  ciele  musiały  zacząć  zachodzić  jakieś 
zmiany,  chociaż  nie  mógł  jeszcze  dostrzec  oznak  mutacji.  Gdziekolwiek  patrzył, 
dostrzegał jedynie nową skórę. Nową skórę, pokrytą starymi bliznami. 

-  Pracowałem  ze  spaczeniem od lat -  tłumaczył  Litzenreich.  -  Gdy zostanie 

przedestylowany, jest właściwie nieszkodliwy. Chyba że ktoś go połknie! - roześmiał się. 
-  Ale  nawet  wtedy  prawdopodobieństwo  mutacji  jest  bardzo  niewielkie.  Gdy  znajdę 
wystarczająco  dużo  przydatnych  do  doświadczeń  okazów,  mam  zamiar  ustalić,  do 
jakiego  stopnia  niewielkie.  Myślę  tu  o  pewnej  konkretnej  grupie  -  uśmiechnął  się 
chytrze. - O czym to ja mówiłem? Aha, o spaczeniu. Tak, w stanie sproszkowanym jest 
nieszkodliwy.  Przyznam,  że  niekiedy  musiałem  go  stosować  w  stanie  surowym,  ale 
zawsze podejmowałem niezbędne środki ostrożności. Jestem takim samym człowiekiem 
jak ty, Konradzie. 

- Jesteś czarownikiem. 

background image

- Czarownicy również są ludźmi, chociaż osobiście wole się uważać za człowieka 

nauki  -  Litzenreich  wstał.  -  Przejdźmy  do  mojej  głównej  sali  badawczej  -  podszedł  do 
drzwi, przywołując Konrada gestem, by za nim podążył. 

Szli  wąskimi  korytarzami,  wykutymi  we  wnętrzu  góry,  aż  dotarli  do  miejsca,  w 

którym  Konrada  wydobyto  ze  zbroi.  Pośrodku  sali  stała  grupa  kobiet  rozpuszczających 
rozmaite  proszki  w  pojemnikach  z  płynem.  Potem  przelewały  roztwór  do  szklanych 
butelek  różnej  wielkości.  W  oddalonym  kącie  dwóch  krasnoludów  zajmowało  się 
maleńkimi  kawałkami  metalu.  Konrad  poznał  w  jednym  z  pracujących  Ustnara,  który 
przyglądał mu się kilka sekund, aż wreszcie powrócił do pracy wymagającej precyzji. 

-  W moim odczuciu -  powiedział  Litzenreich  -  określenie  „czarownik”  jest 

pejoratywne, szczególnie w Middenheimie. Od chwili zalegalizowania tej sztuki stała się 
ona coraz bardziej  zacofana  i  ograniczona.  W  dziedzinie  magii  nie  odnotowuje  się 
obecnie  żadnego  postępu.  Cech  czarodziejów  pilnuje  tego  bardzo  czujnie.  Nikomu  nie 
pozwalają  na  doświadczenia  z  nowymi  odkryciami.  Istnieje  tak  wiele  przepisów  i 
nakazów. Nasi poprzednicy osiągali o wiele więcej, działając w tajemnicy - rozejrzał się 
po jaskini. - Tak jak ja. 

Konrad  również  rozglądał  się  wokoło  i  wreszcie  jego  spojrzenie  padło  na 

metalowe urządzenie zwisające z sufitu. Wtedy wyobrażał je sobie jako pająka, którego 
pazury obdzierają z niego spiżową zbroję. Litzenreich mówił dalej, chociaż słuchacz nie 
bardzo zwracał uwagę na jego wypowiedź. Konrad zajęły był przyglądaniem się drzwiom 
i poszukiwaniem jakiejś broni. Nie dawał się zahipnotyzować słowom maga. W dalszym 
ciągu miał zamiar jak najszybciej stąd uciec. 

-  Jedynym powodem zalegalizowania magii -  kontynuował  Litzenreich  -  było  jej 

militarne zastosowanie. Ale czary to coś więcej niż tylko wynajdywanie nowych broni i 
nowych sposobów obrony. Ale spróbuj znaleźć fundusze na badania podstawowe, a sam 
się przekonasz, że to niemożliwe. A jednak właśnie tam dokona się największy postęp. 
Wiesz, że sam muszę finansować wszystkie swoje doświadczenia? A także ukrywać się 
pod Middenheimem w nadziei, że kolegium magii nie zorientuje się, co naprawdę robię. 
Jednocześnie  muszę  tu  przebywać  ze  względu  na  bibliotekę  cechu  i  najrozmaitsze 
drobiazgi, których potrzebuję z uniwersytetu. Rozumiesz? 

background image

- Eee… tak - przyznał Konrad. 
Wiedział  bardzo  mało  o  magii  i  zawsze  z  podejrzliwością  traktował  takie 

nienaturalne moce. Na pograniczu Wilk nie chciał zatrudniać czarodziejów zajmujących 
się magią wojenną. Był bardzo staroświecki i nie wierzył w żadne nowości - na przykład 
w proch strzelniczy. „Nigdy nie ufaj czarodziejom” -  powtarzał  często.  -  „Mamią  cię, 
oszukują, i nawet się w tym nie zorientujesz. Dopóki nie będzie za późno”. 

Konrad jednak miał powód, aby być wdzięczny magii. Jego ramie zostało przecież 

uleczone magią elfów. Prawdopodobnie ten sam czar ochronił go przed jadem miecza z 
wężową rękojeścią. Z opowieści Litzenreicha na temat spaczenia Konrad dowiedział się, 
że właśnie magia uwolniła go od zbroi. Powinien dowiedzieć się o tym więcej, chociaż 
może nie w tej chwili. 

- Zawsze byłeś magiem? - zapytał, chcąc skłonić Litzenreicha, aby mówił dalej. 
-  Oczywiście.  Magia  była  moim  powołaniem.  Wszyscy  moi  przodkowie  to 

czarodzieje. Krążyły pogłoski, że byli pokątnymi magami, chociaż nigdy o tym w gronie 
rodzinnym nie wspominaliśmy. Zasadniczo jestem elementalistą, z poważnym dodatkiem 
alchemii, ale próbuję  sił  w  każdej  z  dyscyplin.  Dlaczego  miałoby  się  je  rozdzielać? 
Kuchmistrz może przygotować wiele potraw, nie ogranicza się do jednego dania - wolno 
pokręcił  głową.  -  Z  lękiem  myślę  o  przyszłości.  Akademie  zadowalają  się 
dyplomowaniem  sprytnych  młodych  czarodziejów, których wcale nie interesuje 
starożytna  sztuka.  Myślą  jedynie  o  pieniądzach,  o  posiadaniu  drogich  domów, 
eleganckich powozów… oraz drogich, eleganckich kobiet. 

- Co się stało ze spiżową zbroją? 
- Co? A, została stopiona. Potrzebny był mi ekstrakt spaczenia. Wiele go zużyłem, 

żeby  zatrzymać  spiżowego  rycerza  i  wyciągnąć  cię  ze  zbroi.  Chodzi  mi  zarówno  o 
spaczeń  surowy,  jak  i  sproszkowany.  Moje  zapasy  wymagają  uzupełnienia,  co  nie  jest 
łatwe, ponieważ zakazane jest nawet posiadanie spaczenia. 

- Czym jest spaczeń? - spytał Konrad, zobaczywszy już wszystko, co chciał. 
-  Na  ten  temat  toczy  się  wiele  dyskusji.  Jak  się  powszechnie  uważa,  jest 

substancją  pochodzącą  nie  z  tego  świata.  Niektórzy  mówią,  że  Morrslieb  jest  cały  ze 
spaczenia,  ale  jak  można  coś  takiego  udowodnić?  Nikt  tam  nigdy  nie  był,  żeby  się 

background image

przekonać. A jeżeli był, nie wrócił, aby o tym opowiedzieć… 

Konrad spojrzał na Litzenreicha i zobaczył, że mag się uśmiecha. 
- Są jednak prostsze sposoby uzyskania spaczenia. Na przykład można go znaleźć 

na Pustkowiach Chaosu. Jak wspomniałem, aktualna teoria głosi, że to spaczeń tworzy 
owe  pustkowia  i  jest  odpowiedzialny  za  wszystkie  mutacje,  które  się  tam  pienią.  To 
fascynujący kamień, a ja dopiero zacząłem badać jego zastosowania. I, oczywiście, ze 
względu na posiadany potencjał mocy uważa się go za rzecz niebezpieczną, a więc jego 
posiadanie jest zakazane. Ale co z tego? - Litzenreich wzruszył ramionami i ciągnął dalej. 
- Magia była kiedyś nielegalna, a teraz jest legalna. Spaczeń jest nielegalny, ale może 
kiedyś  też  stanie  się  legalny.  Obecnie  nie  może  być  używany,  chyba  że  w  służbie 
cesarskiej, cokolwiek to znaczy. Prawo stosuje się jedynie po to, aby przynosiło korzyść 
prawodawcom.  Jeżeli  istnieje  prawo,  które  czegoś  zakazuje,  zawsze  zadaje  sobie 
pytanie:  „Kto  je  uchwalił?”  Nigdy  nie  myl  prawa  ze  sprawiedliwością,  to  zupełnie 
odrębne sprawy. 

Chwilę milczał. 
- Słyszałeś o Bogach  Prawości?  - zapytał  ponownie. - Teolodzy uważają, że oni 

również są tworami Chaosu. Moim zdaniem, Prawo i Chaos używane są w tym samym 
celu  -  aby  płodzić  ignorancję  i  rozpacz,  a  także  utrzymać  przewagę  brutalnej  siły  nad 
rozsądkiem  i  oświeceniem.  Prawa  są  narzucane  przez  naszych  władców,  aby  przy  ich 
pomocy mogli utrzymywać swoją władzę. Dlatego właśnie próbuję nie zwracać uwagi na 
przepisy kolegium magicznego. 

Mówiąc  te  słowa  czarodziej  wolno  szedł  wokół  jaskini,  rejestrując  wzrokiem 

wszystko, co się w niej działo. Wreszcie zatrzymał się i spojrzał na Konrada. 

- Twoje uwolnienie kosztowało mnie mnóstwo spaczenia - oznajmił. 
- Już to powiedziałeś. 
- Potrzebuję go więcej, aby kontynuować badania. 
Konrad już wiedział, co zaraz usłyszy. 
- Chce, żebyś dostarczył mi więcej spaczenia - oświadczył Litzenreich. 
- Skąd mam go wziąć? 
- Może o nich słyszałeś. Nazywają ich skavenami… 

background image

Rozdział dziesiąty 

Konrad istotnie słyszał o skavenach. 
To  właśnie  trzech  szczuroludzi  uniemożliwiło  mu  ucieczkę  z  rodzinnej  doliny  w 

dniu,  gdy  została  zaatakowana  przez  drapieżne  hordy.  Zmusili  go,  aby  zawrócił, 
przyłączył się do szturmu na wioskę oraz był świadkiem straszliwych okrucieństw armii 
zwierzołaków  i  ich  sojuszników.  Być  może  dlatego  nienawidził  skavenów  bardziej  niż 
jakichkolwiek innych stworów Chaosu. A może dlatego, że były tak podobne do ludzi, a 
jednak  tak  odmienne.  Podczas  lat  spędzonych  na  pograniczu  spotkał  bardzo  niewielu 
skavenów. Za każdym razem, gdy tak się stało, ginęli. 

Konrad  w  dalszym  ciągu  nie  ufał  Litzenreichowi  i  przedstawionym  przez  niego 

motywom działania. Zawsze najlepiej było nie ufać nikomu, a Konrad pamiętał, jak Wilk 
ostrzegał go przed czarownikami. Jeżeli Litzenreich chciał rewanżu za pomoc, której mu 
udzielił, i pozwoli Konradowi spłacić dług, wtedy taka umowa była do przyjęcia. Nie miał 
jednak  ochoty  stać  się  wiecznym  dłużnikiem  magika.  Czy  ceną  życia  miała  być 
dożywotnia niewola? 

Krasnoludy  i  ludzie  pracujący  dla  czarownika  nie  sprawiali  jednak  wrażenia 

niewolników.  Krasnoludy  trudno  było  nawet  nazwać  sługami,  ponieważ,  chociaż 
zwracały  się  do  niego  „szefie”,  często  sprzeczały  się  z  magiem,  jak  równy  z  równym. 
Konrad nie  orientował  się,  ilu  ludzi  pracowało  dla  Litzenreicha,  ale  krasnoludów  było 
przynajmniej sześciu. Podziemnych komnat strzegło, lekko licząc, dwunastu ludzi, kilka 
kobiet spełniało rozmaite pomocnicze czynności, a wszystkich karmił kucharz-halfling. 

Czarownik  stworzył  pokaźną  organizację  i  musiał  mieć  jakieś  sposoby  jej 

finansowania. Konrad podejrzewał, że uzyskuje środki z handlu spaczeniem. Skoro ten 
towar  był  nielegalny,  niewątpliwie  można  było  na  nim  zarobić  spore  pieniądze. 
Litzenreich  twierdził,  że  potrzebuje  spaczenia  do  badań,  ale  Konrad  doskonale  zdawał 
sobie sprawę, że może chodzić o coś więcej. 

Nie ulegało wątpliwości, że Litzenreich uratował mu życie,  a Konrad nie należał 

do ludzi, którzy gotowi byli oszukiwać swoich wierzycieli. Tak więc ten jeden raz spełni 
życzenie  maga.  Zachęcała  go  do  tego  również  wiadomość,  że  jego  wrogami  będą 

background image

skaveni, dzięki czemu pojawi się sposobność zabicia kilku obrzydliwych szczuroludzi. 

- Masz - oznajmił Varsung, podając Konradowi miecz w pochwie. - Nie martw się, 

on nie jest taki jak ten, który odebrałeś mi tydzień temu! 

Tydzień.  Tylko  tyle  to  trwało?  Pomimo  normalnego  rytmu  snu,  nie  widząc 

wschodów  i  zachodów  słońca,  wciąż  nie  mógł  zorientować  się  w  upływie  czasu.  Nie 
pozwalano  mu  wyjść  na  powierzchnię,  obawiając  się  zapewne,  że  skorzysta  z  okazji  i 
ucieknie.  Chociaż  już  nie  zamykano  drzwi,  Konrad  w  dalszym  ciągu  był  więźniem.  Nie 
znał układu podziemnych posiadłości Litzenreicha. Istniało tak wiele poziomów komnat, 
tak  wiele  tuneli.  Do  tego  dochodziły  dziesiątki  drzwi do sforsowania. Ale Konrad 
postanowił już, że nie odejdzie, dopóki nie spłaci długu. 

Wciąż  badał  własne  ciało,  starając  się  dostrzec  jakieś  oznaki  zaczynających  się 

przeobrażeń - świadectwa, że zgrubienia skóry przekształcają się w łuski, dowodów na 
zamianę stóp w kopyta, a włosów w futro, wyrastania błon między palcami. Ale niczego 
takiego nie odkrył. 

Wiedział, że dotknięcie broni mutanta niekoniecznie prowadzi do mutacji. Ale bez 

względu na to, jak małe było ryzyko, najlepiej było go unikać i dlatego nigdy nie brano 
tego rodzaju trofeów. A przecież przez niezliczone dni, tygodnie, był uwięziony wewnątrz 
spiżowych blach i niemal stał się częścią zbroi. 

A  jeżeli  spaczeń  był  tak  nieszkodliwy,  jak  twierdził  Litzenreich,  to  dlaczego  w 

czasie zdejmowania spiżu z Konrada mag nosił ochronny pancerz? Dlaczego krasnoludy 
miały  założone  rękawice,  a  wszyscy  znajdowali  się  za  zasłoną,  obserwując  swoje 
czynności za pośrednictwem luster? 

Konrad rozumiał wyjaśnienia Litzenreicha na temat Chaosu, ale i nie był pewien, 

czy  powinien  mu  wierzyć.  Ludzie  używali  słowa  „Chaos”,  aby  wyjaśnić  wszelkiego 
rodzaju  niedające  się  wytłumaczyć  zjawiska.  Jeżeli  Północne  Pustkowia  były  rejonem 
stanowiącym królestwo Chaosu i rodziły się tam mutanty, nic dziwnego, że, ze względu 
na naturę istot, które płodzi, Chaos był uważany za zły. 

Jak inaczej można było określić wraże legiony, które żywiły się ludzkim mięsem i 

piły ciepłą krew, które żyły tylko po to, aby walczyć i grabić, mordować i niszczyć, które 
nie  były  ani  zwierzętami,  ani  ludźmi,  ale  czymś  o  wiele  gorszym…  Jak  inaczej  można 

background image

było je określić, jeśli nie terminem „złe”? 

Konrada  nie  obchodziło,  co  było  tym  „prawem”,  lub  „sprawiedliwością”, 

walczącym z wrogimi siłami. Znajdował się po tej stronie i pod tym sztandarem będzie 
walczył  oraz  -  gdy zajdzie taka potrzeba -  zginie.  Jeżeli  wrogami  Litzenreicha  byli 
skaveni, to w takim razie Konrad był sojusznikiem czarodzieja. 

Większość  czasu  poświęcał  na  odzyskanie  siły  i  sprawności  mięśni.  Litzenreich 

zaproponował  mu  wiele  lektur  -  Konrad nigdy  nie  sądził,  że  istnieje  aż  tyle  książek. 
Czytał je z początku łapczywie, ale ich atrakcyjność wkrótce minęła. Wciąż nie czuł się w 
dobrej formie, ale pragnął działania i mag wreszcie oświadczył, że nadeszła odpowiednia 
pora. 

Konrad dokładnie obejrzał klingę miecza. Była to wspaniała broń wykonana przez 

mistrza.  Sprawdził  jej  ostrość  i  giętkość,  potem  wyważenie,  wypróbował  kilka  cięć  i 
sztychów.  Ciężar  miecza  w  dłoni  przepełniał  go  wspaniałym  uczuciem.  Wsunął  broń  z 
powrotem  do  naoliwionej  pochwy.  Przysiągł,  że  gdy  następnym  razem  jej  dobędzie, 
klinga zakosztuje skaveńskiej krwi. 

Razem  z  czterema  krasnoludami  przygotowywał  się  do  wyprawy  w  kierunku 

głęboko  ukrytego  serca  góry  Middenheim.  Mieli  mu  towarzyszyć  ci  sami  krasnoludzcy 
wojownicy, którzy pomagali Litzenreichowi  w  poszukiwaniach  spiżowego  jeźdźca,  a 
potem  w  zdjęciu  pancerza  z  ciała  Konrada.  Varsung,  Joukelm,  Hjornur…  i  dowodzący 
całą grupą - Ustnar. 

Varsung powiedział Konradowi, że to krasnoludy przeprowadzały takie wyprawy. 

Strażnicy-ludzie znajdowali  się  tu,  aby  chronić  posiadłości  Litzenreicha  przed  wrogami. 
Wydawało  się,  że  ma  ich  i  wielu,  zarówno  w  Middenheimie,  jak  i  pod  nim.  Skaveni 
potrafili  wyczuć  spaczeń,  a  wtedy  próbowaliby  odebrać  go  czarownikowi  -  który 
najprawdopodobniej  im  go  ukradł.  Dlatego  właśnie  trzymał  swoje  zapasy  w  różnych 
miejscach pod miastem, wyjmując go z wyłożonych ołowiem skrzyń tylko wtedy, gdy był 
mu potrzebny. Litzenreich posiadał inne źródła dostaw spaczenia. Substancję tę często 
przemycano  do  Imperium,  ale  było  to  bardzo  ryzykowne  i  przedsięwzięcie. 
Niebezpieczeństwo polegało nie tylko na możliwości mutacji. Karą za handel spaczeniem 
była śmierć, oczywiście zakładając, że skaveni jako pierwsi nie odnajdą przemytników. 

background image

W porównaniu z wymierzaną przez nich karą egzekucja wydawała się bardzo łagodnym 
zabiegiem. Te czynniki powodowały, że cena spaczenia plasowała się grubo ponad ceną 
złota i dlatego właśnie i mag wolał nie płacić przemytnikom. 

Konrad  czuł  się  dziwnie,  nosząc  zbroję,  ale  przynajmniej  wiedział,  że  w  razie 

potrzeby  będzie  mógł  ją  zdjąć.  Skóra  i  metal  pancerza  były  czarne,  co  pomagało 
maskować się w tunelach. Miał na sobie hełm bez zasłony i napierśnik, a poza tym jego 
tors  i  ramiona  chronione  były  długim  kaftanem  kolczym.  Nosił  też  grube  rękawice  i 
okrągłą  tarczę  bez  żadnych  znaków.  Poza  mieczem  uzbrojony  był  również  w  puginał 
zawieszony u biodra. 

Wszystkie  krasnoludy  niosły  topory  oraz  sztylety,  a  ich  uzbrojeniem  ochronnym 

były kolczugi, półpancerze i skórzane tarcze, takie same jak Konrada. Middenheim został 
wzniesiony  przez  ich  przodków,  którzy  wkopali  się  w  górę,  znaną  jako  Fauschlag. 
Krasnoludy, jak to krasnoludy, drążyły wciąż nowe tunele. Cała przestrzeń pod miastem 
i  daleko  wokoło  stała  się  labiryntem  korytarzy.  Litzenreich  zamieszkał  w  jednej  z  jego 
części. 

Labirynt krasnoludów znajdował się pod plątaniną tuneli, które ludzie sporządzili 

dla  własnych  celów  -  piwnic,  kanałów,  dróg  ucieczki  dla  hrabiego  i  miejskich  notabli, 
tajnych skarbców bogaczy i krypt grzebalnych. 

W  dawnych  czasach  cały  znany  świat  połączony  był  tunelami  krasnoludów, 

przebiegały  one  między  wszystkimi  miejscami  ich  zamieszkania.  Pół  wieku  przed 
założeniem  Imperium  Artur,  wódz  Teutogenów,  zaangażował  krasnoludy  i  rozpoczął 
budowę  ufortyfikowanego  miasta.  Później  Artur  został  pokonany  w  pojedynku przez 
wodza Unberogenów, a osiem walczących ze sobą ludzkich plemion zostało ostatecznie 
połączonych przez zwycięzcę - Sigmara. 

W  związku  ze  stosunkowo  niedawnym  założeniem  Middenheimu  wydawało  się 

mało prawdopodobne, aby krasnoludy połączyły miasto ze swoją podziemną siecią. Nie 
zdradziłyby tej informacji żadnemu człowiekowi, podobnie jak zachowywały w tajemnicy 
swoje ukryte wejścia do miasta. 

Wydawało  się  jednak,  że  Middenheim  był  częścią  innego  systemu  korytarzy, 

łączących  każdą  część  Starego  Świata.  Wiele  z  tych  tuneli  było  budowanych  przez 

background image

krasnoludy, ale potem zostały przez kogoś przejęte i rozbudowane. Niewielu ludzi znało 
mroczne istoty, które obecnie zamieszkiwały pod niemal każdym miastem w Imperium, 
a być może na całym świecie. Te groźne stwory zwały się skavenami. 

Litzenreich  opowiedział  Konradowi  o  wiele  więcej  o  szczuropodobnych  istotach. 

Podejrzewał,  i  była  to  powszechna  opinia,  że  są  to  krzyżówki  ludzi  i  szczurów,  a  ich 
mutacja została spowodowana przez spaczeń. Jednak, w przeciwieństwie do większości 
mutantów,  skaveni  byli  mądrzy.  Posiadali  spryt  swoich  zwierzęcych  protoplastów  i 
inteligencję  ludzkich  przodków.  Byli  jak  nowa  rasa,  taka  sama  jak  ludzie,  elfy  i 
krasnoludy. 

Posiadali  swoje  własne  przeklęte  miasto,  Skavenblight,  podobno  ukryte  w  głębi 

moczarów Tilei. Kiedyś było to ludzkie miasto, teraz jednak legło w ruinie. Rozległa sieć 
nor  skavenów  sprawiała,  że  nigdzie  nie  można  było  czuć  się  bezpiecznie.  Początkowo 
mieszkały  pod  opuszczonymi  miastami,  ale  dążyły  do  tego,  aby  wszystkie  pozostałe 
osiedla ludzkie znalazły  się  w  stanie  upadku  i  mogły  służyć  ich  celom.  A  do  tego 
potrzebowały coraz więcej spaczenia. 

-  A  więc,  odbierając  spaczeń  skavenom  -  oświadczył  Litzenreich  -  pomagam 

zachować Middenheim. 

Konrad  nie  był  pewien,  kogo  mag  próbuje  przekonać  -  jego czy  siebie.  Miał 

pewność, że Litzenreich nie był lojalny wobec miasta. Ale Konrad nie potrzebował, aby 
go przekonywano. Był szczęśliwy mogąc zrobić coś, co zaszkodzi skavenom, chociaż nie 
wiedział  tak  do  końca,  po  co  jest  potrzebny  do  tego  zadania.  Nawet  gdyby go tu nie 
było,  krasnoludy  zapuściłyby  się  głęboko  do  podziemnego  świata  w  poszukiwaniu 
bezcennego  spaczenia.  Ale  dodatkowa  broń  zawsze  się  przydawała,  a  czarownik 
wiedział, że Konrad jest zawodowym żołnierzem. 

Właśnie  od  krasnoluda  Konrad  nauczył  się  umiejętności  walki  w  tunelach. 

Krasnolud  był  na  pograniczu  jego  nauczycielem  walki  na  topory  i  przysięgał,  że  tego 
rodzaju  broń  jest  najporęczniejsza  pod  ziemią.  W  tak  ograniczonych  przestrzeniach 
dwuręcznym  toporem  można  było  z  morderczym  skutkiem  zadawać  ciosy na lewo i 
prawo, wymierzać pchnięcia do przodu,  a hakiem wieńczącym żeleźce chwytać wroga, 
po czym rozcinać go na pół. 

background image

Konrad  wolał  jednak  miecz.  W  wąskim  przejściu  samotny  człowiek  mógł  stawić 

czoło  tuzinowi  nieprzyjaciół,  ponieważ  tylko  jeden  z  nich  mógł  w  tym  samym  czasie 
atakować.  Często  samotny  wojownik  miał  przewagę  nad  tuzinem,  ponieważ  pierwszy 
przeciwnik  mógł  być  popchnięty  do  przodu  przez  tych,  którzy  znajdowali  się  za  nim  - 
popchnięty  na  spotkanie  śmierci.  Trudno  było  walczyć,  jeżeli  nie  było miejsca na 
taktyczny odwrót, na to, by cofnąć się i uniknąć ciosu. 

Tunele  stanowiły  naturalne  środowisko  krasnoludów.  Korytarze  idealnie 

przystosowano  właśnie  do  ich  wzrostu.  Lepiej  również  od  ludzi  widziały  w  ciemności. 
Konrad pomyślał, że skaveni trochę przypominają pod tym względem krasnoludy. Nigdy 
dotąd  nie  zastanawiał  się  nad  tymi  podobieństwami.  Być  może  dlatego  właśnie 
krasnoludy  tak  bardzo  nienawidziły  skavenów.  Ale  krasnoludy  nienawidziły  prawie 
wszystkich stworzeń - od elfów po gobliny… 

Jedyną rasą przez nich tolerowaną byli ludzie. Ich sojusz sięgał czasów Sigmara, 

a  teraz  Konrad  kontynuował  te  wojskowe  tradycje.  Zadaniem  małej  wyprawy  było 
odnalezienie  skavenów  mieszkających  pod  Middenheimem  i  odebranie  im  spaczenia. 
Według Varsunga, krasnoludy przeprowadzały już podobne akcje i zdobywały duże ilości 
tej substancji. Skaveni nie spodziewali się, że zostaną zaatakowani na swoim terytorium 
i początkowo łatwo było ich zwyciężać. Ale w miarę upływu czasu rajdy na posiadłości 
szczuroludzi stawały się coraz bardziej niebezpieczne i mniej opłacalne. Ich leża, gdzie 
trzymały spaczeń, były coraz lepiej ukrywane i bronione. 

Obecny  plan  zakładał  przeprowadzenie  szybkiego  rajdu,  zabranie  takiej  ilości 

spaczenia, jaką da się unieść, a potem wykonanie błyskawicznego odwrotu. Miał to być 
nagły, zaskakujący atak i dlatego wyruszało ich tylko pięciu. 

Konrad  nie  potrzebował  pouczeń,  jak  ma  walczyć.  Robił  to  przez  pięć  lat 

spędzonych w Kislevie. Ale w jaki sposób odnajdą spaczeń? 

- Czego mam szukać? - zapytał. 
- Krasnoludy wiedzą - odparł Litzenreich i w związku z tym Konrad zadał to samo 

pytanie Varsungowi. 

Dowiedział się, że spaczeń występuje w dwóch postaciach. Podejrzewano, że jego 

pochodzenie  jest  pozaziemskie.  Większość  znajdowanych  kawałków  miała  rozmiary 

background image

pięści. Był to surowy spaczeń, który występował w czarnym, a nawet ciemniejszym od 
czarnego  kolorze.  Sprawiał  wrażenie,  że  jego  czerń  jest  głębsza  niż  absolutny  mrok  - 
wydawało się, że pochłania światło. 

Konrad uświadomił sobie, że była to substancja, przy pomocy której wydobyto go 

ze  spiżowej  zbroi  -  pamiętał  czerń  w  środkowych  częściach  instrumentów,  którymi 
operowały krasnoludy. Surowego spaczenia  nie dawało się zobaczyć ludzkim okiem ze 
względu na sposób, w jaki wsysał światło. Jego krawędzie można było określić jedynie 
dotykiem. 

Skaveni potrafili również dokonywać transmutacji spaczenia, przerabiając surową 

substancję  w  rafinat,  proszek  znany  pod  nazwą  szarego  spaczenia.  Ten  zaś 
wykorzystywały  gigantyczne  szczury  na  rozmaite  sposoby.  Mogły  go  spożywać, aby 
dodał  im  siły,  albo  wypijać  w  eliksirze  przed  przystąpieniem  do  walki,  aby  podniósł 
umiejętności  bojowe.  Stosowano  go  w  broni,  magii  i  obrządkach  kultowych.  Spaczeń  i 
skaveni byli nieodłączni - a Konrad wraz z krasnoludami miał go im ukraść… 

Szary spaczeń  nie  stanowił  niebezpieczeństwa  dla  ludzi  albo  tak  przynajmniej 

twierdzono. Ale choć Konrad słyszał już tę opinię wiele razy, wciąż nie był pewien, czy 
może  w  nią  wierzyć.  Ufał  tylko  mieczowi,  który  otrzymał  od  Varsunga.  Gdy  myślał  o 
czekającej go bitwie, słyszał jak serce mu łomocze, a krew tętni w żyłach. Jeszcze raz 
czuł się w pełni żywy. 

Cała  piątka  sprawdziła  sobie  nawzajem  czarne  zbroje,  upewniając  się,  że 

wszystkie rzemienie i sprzączki trzymają dobrze i mocno. W każdej tarczy zamontowano 
lampę  oliwną,  umieszczoną  w  zagłębieniu  ze  skórzanych  warstw,  aby  ochronić  ją 
podczas walki. Częściowo osłonięte, nie rzucały zbyt wiele światła, rozsiewając jedynie 
niesamowitą poświatę. 

Konrad zauważył, że Ustnar go obserwuje. 
- Mam nadzieje, że byłeś tego wart - odezwał się krasnolud, wieszając na plecach 

podwójny topór. 

Znajdowali  się  na  najniższym  z  poziomów  posiadłości  Litzenreicha,  jaki  do  tej 

pory  Konrad  zdołał  odwiedzić.  Mag  się  nie  pojawił.  Poza  Konradem  i  czterema 
krasnoludami  było  tu  tylko  dwóch  wartowników,  stojących  przy  ciężkich  drewnianych 

background image

drzwiach na końcu korytarza. Sam tunel był o wiele niższy i węższy od innych, i człowiek 
musiał się schylić, aby nie uderzyć głową w nierówno ociosane sklepienie. 

Obaj strażnicy wyciągnęli kliny spod drzwi, otworzyli je gwałtownie, odskoczyli do 

tyłu i stanęli tuż obok siebie, kierując groty halabard w mrok. Światło latarni wydobyło z 
ciemności jedynie dalszy ciąg tunelu. Ciągnął się prosto, ginąc w ciemności tam, gdzie 
nie sięgał już blask lamp. Żołnierze odsunęli się na bok. 

Varsung pierwszy przeszedł przez drzwi, Konrad był drugi. 

* * * 

Czas  mijał  wolno  i  Konrad  stopniowo  czuł  coraz  większe  napięcie.  Jego  zmysły 

były wyostrzone do ostateczności. Wydobył miecz, aby czymś zająć lepką od potu prawą 
dłoń.  Miał wrażenie, że schodzą do środka  świata, wędrując labiryntem korytarzy, bez 
końca  opadających  spiralą  w  dół.  Niekiedy  trafiali  na  wykute  stopnie,  niekiedy  zaś 
musieli opuszczać się niemal pionowymi, skalnymi rynnami. 

Varsung  prowadził,  nie  wahając  się  ani  chwili,  mimo  że  ciągle  mijali  rozmaite 

skrzyżowania i odgałęzienia. Konrad wkrótce uświadomił sobie, że w razie konieczności 
sam  nigdy  nie  znalazłby  drogi  powrotnej.  Gdyby  wszystkie  krasnoludy  zginęły,  jego 
również spotkałby ten sam los. 

Większość  tuneli  była  wykuta  w  skale.  Ich  ściany  wciąż  były  pokryte  dawnymi 

śladami  narzędzi  zapomnianych  kopaczy.  Niekiedy  widać  było  również  runiczne  znaki 
imion  wycięte  w  skale.  Inne  przejścia  robiły  wrażenie  naturalnych  szczelin,  niewielkich 
pieczar. Dawni górnicy wykorzystali owe pęknięcia w litej skale, jako elementy własnego 
dzieła. 

Niekiedy trafiali również na osuwiska, w wyniku których korytarze były częściowo 

zasypane.  Zawsze  jednak  było  dosyć  miejsca,  by  się  przecisnąć,  ponieważ  wcześniejsi 
użytkownicy,  przechodząc  tedy,  usunęli  większość  przeszkód.  Nie  sposób  było  ustalić, 
kiedy droga została oczyszczona - czy miało to miejsce rok temu, sto lat czy tysiąc. 

Tu  i  ówdzie  sklepienia  wybrzuszyły  się,  jakby  napierał  na  nie  cały  ciężar  góry. 

Nawet  krasnoludy  musiały  zginać  się  wpół,  przechodząc  przez  takie  odcinki.  Gdzie 
indziej wypiętrzony był spąg albo ściany zbliżyły się do siebie - zawsze jednak było dość 
miejsca, aby się przecisnąć. 

background image

Pod nogami leżały nie tylko głazy, kamienie i kurz. Były tam również kości - może 

równie  stare  jak  same  tunele,  a  może  znalazły  się  tu  niedawno,  ogryzione  do  czysta 
przez drapieżniki, których Konrad spodziewał się za każdym zakrętem. 

Potem sztolnie zaczęły się zmieniać. Różnice były bardzo subtelne i początkowo 

Konrad  prawie  ich  nie  zauważył.  Stopniowo  jednak  zaczął  sobie  zdawać  sprawę,  że 
korytarze  nie  są  już  tak  równe  i  dobrze  wykończone,  nie  tak  regularne.  Te  tunele 
musiały być wykonane przez skaveny. 

Przez całą drogę ani on, ani jego towarzysze nie odezwali się słowem. Nie było o 

czym mówić. Wszyscy wiedzieli, co trzeba zrobić, a poza tym zdawali sobie sprawę, że 
każdy  dźwięk  niósł  się  daleko  po  pustych  sztolniach,  dudniąc  coraz  bardziej 
potężniejącym  echem.  Taki  hałas  mógł  ostrzec  skaveny  o  ich  obecności,  podobnie jak 
odbite w skale światło ich ślepych latami. 

Szli dalej, głębiej, coraz bardziej w dół. 
Przez cały czas trzymali się w tym samym szyku. Mieli niewiele okazji na zmiany 

miejsca  i  żadnego  powodu,  aby  to  robić.  Varsung  był  przewodnikiem,  a  Konrad  szedł 
drugi.  Bezpośrednio  za  nim  posuwał  się  Ustnar,  pozostałe  dwa  krasnoludy  zamykały 
kolumnę. 

Nagle  Varsung  zatrzymał  się  i  spojrzał  do  tyłu.  Po  raz  pierwszy  popatrzył  na 

Ustnara.  Miejsce,  w  którym  się  znajdowali,  wydawało  się  niczym  nie  różnić  od  innych 
mijanych do tej pory korytarzy, ale najwyraźniej krasnoludy rozpoznały tę część tunelu. 
Konrad obejrzał się przez ramię i zauważył, że Ustnar kiwa głową. Popatrzył więc znowu 
na  Varsunga,  a  ten  dał  mu  znak  ręką,  żeby  szedł  dalej.  Spełnił  polecenie,  a  po  kilku 
sekundach obejrzał się znowu. Pozostałej trójki nie było nigdzie widać. Konrad i Varsung 
zostali  sami.  Przez  chwilę  zastanawiał  się,  gdzie  poszli  towarzysze.  Czy  czekali,  aby 
sprawdzić, co się stanie, czy ruszyli inną drogą? Grupka była tak nieliczna, że ten podział 
wydał mu się błędem. 

Oblizał suche wargi i grzbietem dłoni otarł pot z czoła. Serce biło mu szybciej niż 

kiedykolwiek,  a  wszystkie  mięśnie  miał  napięte,  gotowe  do  działania.  Wiedział,  że 
wkrótce  coś  musi  się  zdarzyć.  Czuł,  że  chyba  eksploduje,  jeżeli  wzbierające  w  nim 
napięcie nie znajdzie zaraz ujścia. 

background image

Kilka  minut  później  Varsung  zatrzymał  się  znowu.  Wyprzedzał  Konrada  o  jakieś 

dwa kroki, więc najemnik również znieruchomiał, zastanawiając się, co się dzieje. Tunel 
był  bardzo  wąski,  więc  Varsung  całkowicie  zasłaniał  Konradowi  widok.  Zerknął  przez 
ramię, wypatrując błysku światła. Nic nie zobaczył. 

Nagle zauważył, że krasnolud powoli przechyla się do tyłu, padając na ziemię. W 

jego gardle tkwił bełt wystrzelony z kuszy… 

Konrad od razu zorientował się, że Varsung nie żyje. Bez chwili wahania skoczył 

do  przodu,  odrzucił  tarczę  i  schwycił  krasnoluda,  podnosząc  go  z  ziemi.  Ciało  było 
zazwyczaj  o  wiele  lepszą  osłoną  od  tarczy.  Podtrzymywał  wyprostowane  zwłoki  lewą 
dłonią  i  ramieniem,  pochylając  się  jednocześnie,  aby  móc  obserwować  przestrzeń, 
oświetloną lampą Varsunga. 

Nic  nie  było  widać,  poza  krótkim  odcinkiem  wąskiego,  krętego  korytarza.  Czuł 

pokusę, by rozbić lampę, która, jak latarnia morska, zdradzała jego obecność. Ale bez 
jej światła byłby ślepy - tymczasem skaveni nadal mogliby go widzieć. 

Usłyszał przed sobą przypominający westchnienie dźwięk i uderzenie, po którym 

ciało krasnoluda drgnęło gwałtownie. Domyślił się, że był to kolejny bełt. 

Jak teraz powinien postąpić? Mógłby się wycofywać, osłaniając się zwłokami, ale 

zdawał sobie sprawę, że nie zdoła uciec. Zaszedł za daleko i nie wiedział, w jaki sposób 
znaleźć  drogę  powrotną.  Nawet  gdyby  usiłował  biec,  porzucając  ciało,  sytuacja  nie 
uległaby  zmianie  -  po  prostu  jeszcze  szybciej  by  się  zgubił.  Również  pozostanie  w 
miejscu nie miało sensu. Był w sytuacji bez wyjścia. Bez względu na to czy się wycofa, 
czy  zostanie  w  miejscu,  z  całą  pewnością  zginie.  Pozostawało  więc  tylko  jedno 
rozwiązanie, rozwiązanie wojownika - iść naprzód. 

Nie  mógł  dalej  nieść  Varsunga.  Nie  byłoby  problemu,  gdyby  za  pomocą  zwłok 

chciał  chronić  swe  plecy,  jednak  okazały  się  za  ciężkie,  aby  nieść  je  przed  sobą  jak 
puklerz. Sięgnął więc do tyłu, podniósł tarcze z palącą się ciągle latarnią, przeciągnął ją 
do i dopiero wtedy puścił Varsunga. 

Tarcza osłaniała go całkowicie, gdy zginał się wpół. Schwycił topór krasnoluda i 

wsunął go za pas. A potem bardzo wolno, ostrożnie ruszył do przodu, co kilka sekund 
zerkając  nad  krawędzią  osłony.  Jeden  bełt  odbił  się  od  puklerza,  ale  następny  chybił 

background image

jego ucha zaledwie o centymetr. 

Sądząc  po  czasie,  jaki  zajmowało  przeciwnikom  napięcie  i  załadowanie  kuszy, 

przed nim znajdował się tylko jeden strzelec, a korytarz był zbyt wąski, aby zmieścił się 
w  nim  ktoś  poza  kusznikiem.  Może  więc  Konrad  zdoła  go  zlikwidować,  zanim  wróg 
podniesie alarm. Odliczywszy sekundy między strzałami wiedział, że może przebiec kilka 
metrów,  nie  narażając  się,  że  zatrzyma  go  bełt  wystrzelony  z  kuszy.  Poczekał,  aż 
następny pocisk trafi w tarczę, a potem zerwał się i rzucił do przodu. 

Usłyszał  głosy,  nieludzkie  głosy  skavenów,  a  potem  kroki  wielu  stóp  dudniące 

echem po korytarzu. Całe stado pędziło w jego stronę. Strzelec mógł go powstrzymać, 
ale wszystko wskazywało na to, że pozostali mają straszną ochotę dopaść go pierwsi. 

Konradowi  bardzo  to  odpowiadało.  Zatrzymał  się,  chowając  za  tarczą, 

znieruchomiał  i  czekał  na  nadejście  szczuroludzi.  A  potem  skoczył  i  uderzeniem  tarczy 
odrzucił  pierwszego  skavena  na  bok.  Lampa  rozbiła  się,  oblewając  oliwą  futro  stwora, 
które natychmiast zajęło  się  ogniem.  Wył  obrzydliwie,  płonąc  żywcem,  ale  teraz  tunel 
był oświetlony jak nigdy dotąd. 

Drugi stwór nadział się wprost na miecz. 
- To za Varsunga! - zawołał Konrad i splunął w paskudną, wykrzywioną twarz. 
Wrzaski obydwu skavenów połączyły się w koszmarny duet śmierci. Wcześniejsza 

przysięga  Konrada  została  spełniona  -  dobycie  miecza  oznaczało  przelanie  skaveńskiej 
krwi. 

Sekundę  potem  gardło  następnego  skavena  zostało  przecięte  jednym  ciosem 

miecza.  Zabulgotał  umierając,  a  krew  zapieniła  się  na  jego  ustach  i  chlusnęła  z  szyi. 
Najemnik wyszarpnął klingę, a potem wbił ją w pierś następnego stwora. Gorąca krew 
wytrysnęła,  oblewając  całego  skavena.  Konrad  roześmiał  się  triumfalnie.  Czterech 
załatwionych, a setka jeszcze przed nim! 

Miecz Konrada wypruł bebechy piątemu szczuroczłekowi, który upadł  z wyciem, 

gdy tymczasem klinga ścięła głowę następnemu gigantycznemu gryzoniowi. Ciała leżały 
przed  najemnikiem,  jak  kosmaty  wał.  Skaveni  mieli  broń  i  Konrad  czuł  zadawane  mu 
rany, ale nie miało to prawie żadnego znaczenia. Odniesione obrażenia nie wystarczały, 
by go spowolnić. Zazwyczaj zaczynał sobie zdawać z nich sprawę dopiero po walce. 

background image

Szedł  po  zwłokach  wrogów,  depcząc  martwych  i  umierających,  odbijając  ciosy 

tarczą  i  zadając  śmierć  mieczem.  Byli  robactwem,  a  on niszczycielem robactwa. Ich 
istnienia  były  niczym  -  zabijał  ich,  jakby  rozgniatał  insekty.  Nie  musiał  myśleć,  jego 
działania były zupełnie automatyczne. 

Nagle gdzieś zniknęli i miał przed sobą wolną drogę. 
Płomienie trawiące gigantycznego szczura zagasły, ale sztolnia nie była całkowicie 

ciemna.  Rozjaśniał  ją  blask,  widmowa,  zielona  poświata,  która  musiała  pochodzić  z 
samego gniazda skavenów. 

Konrad zatrzymał się dysząc ciężko i otarł z twarzy obrzydliwą krew. Potem ruszył 

wolno przed siebie. Po jakimś czasie korytarz się rozszerzył. Sklepienie uniosło się wyżej, 
spąg  obniżył  i  nagle  Konrad  znalazł  się  na  galerii  usytuowanej  nad  ogromną  jamą, 
przypominającą  scenę  z  piekła.  Poziom,  na  którym  się  znalazł,  wydawał  się  być 
oświetlony  wieńcem  czerwonych  światełek.  Nagle  uświadomił  sobie,  że  każda  para 
światełek to czerwone oczy skavenów. Stwory obserwowały go, ustawione wokół ścian 
podziemnego amfiteatru. Wysoko w górze, z kopulastego sklepienia, zwisały stalaktyty 
przypominające ostrza śmiercionośnej broni. 

Nie  było  odwrotu.  Tu  właśnie  stoczy  swoją  walkę.  Oparł  się  na  zakrwawionym 

mieczu, łapiąc oddech, i spojrzał na wszystkich nieprzyjaciół. Wokół znajdowały się setki 
szczuroludzi ubranych w rozmaite kawałki zbroi i uzbrojonych w zębate noże, miecze i 
włócznie. Ich ciemne stroje były ozdobione runami, futra miały na sobie znaki klanów. 
Te same symbole widniały na postrzępionych sztandarach trzymanych przez chorążych. 

Zauważył,  że  skaveni  nie  byli  jedynymi  istotami  w  obszernej  jaskini.  Daleko  w 

dole  ujrzał  również  ludzi  -  albo  stwory,  które  niegdyś  były  ludźmi.  Ci  niewolnicy 
skavenów  krzątali  się  wśród  pełnych  żaru,  wielkich  palenisk,  wykonując  jakąś  ciężką 
prace. 

Tunel  oświetlały  migoczące  odbicia  zielonych  płomieni.  Panował  ogłuszający 

hałas i straszliwe gorąco. Trudno było dojrzeć, co się dzieje, z powodu gęstych chmur 
duszącego  dymu,  towarzyszących  zachodzącym  w  dole  procesom.  Całe  miejsce 
wyglądało jak dziwaczne i stokrotnie powiększone połączenie laboratorium alchemika z 
kuźnią - prawdziwa pracownia demona. 

background image

Tu  właśnie  surowy  spaczeń  przechodził  destylacje.  Proces  ten  był  tak 

niebezpieczny, że skaveni przy tej trudnej operacji wykorzystywali niewolników. Konrad 
zauważył jednak, że nie wszyscy niewolnicy byli ludźmi. Wśród pracujących znajdowała 
się również pewna liczba skavenów. 

Rozglądając  się  wokoło,  Konrad  przypomniał  sobie,  kiedy  po  raz  ostatni 

znajdował  się  w  takim  podziemiu.  Wtedy  również  miał  przeciwko  sobie  setki 
nieprzyjaciół,  ale  teraz  stosunek  sił  był  jeszcze  bardziej niekorzystny. Topór Varsunga 
był marnym zamiennikiem potężnej broni o dwóch ostrzach, dzięki której urządził rzeź 
troglodyckim goblinom. 

Gdy  spoglądał  na  rozpościerającą  się  przed  nim  scenę,  wydało  mu  się,  że  czas 

stanął w miejscu, ale teraz te zastygłe jak lód sekundy rozpuściły się i znowu nadeszła 
pora walki -  i  śmierci.  Konrad  wiedział,  że  niewątpliwie  będzie  to  i  jego  śmierć,  ale 
nastąpi ona dopiero wtedy, gdy zgładzi jeszcze kilku wrogów… 

* * * 

Ujrzał  postać  w  zbroi,  która  szybkim  krokiem  szła  w  jego  stronę  po  kamiennej 

półce,  na  której  się  znajdował.  Zbliżający  się  nieprzyjaciel  był  uzbrojony  w  miecz  i 
tarczę.  Konrad  zorientował  się,  że  jest  to  człowiek.  Zasłonił  się  tarczą  i  uniósł  miecz. 
Klingi zderzyły się, ale odgłos ten zagubił się w dobiegającej z dołu kakofonii dźwięków. 
Rozpoczęli walkę. 

Tajemniczy  wojownik  był  równorzędnym  przeciwnikiem  dla  Konrada.  Tego 

samego wzrostu i wagi, dysponował taką samą siłą, identycznym uzbrojeniem, zaś jego 
technika  walki  była  bardzo  podobna.  Każdy  cios  Konrada  spotykał  się  z  odpowiednią 
reakcją  -  albo  był  blokowany  uniesioną  tarczą,  albo  parowany  klingą  miecza.  Również 
Konrad potrafił przewidzieć każdy ruch przeciwnika i odeprzeć atak. 

Nigdy dotąd nie pojedynkował się z takim przeciwnikiem. Od nosił wrażenie, że 

obaj  znają  te  same  szermiercze  techniki,  mają  mistrzowsko  opanowane  identyczne 
rozwiązania taktyczne, zupełnie jakby byli szkoleni przez tego samego nauczyciela. Gdy 
ich  miecze  zderzyły  się  z  brzękiem,  klingi  ześliznęły  po  sobie,  a  rękojeści  zetknęły, 
Konrad  znalazł  się  twarzą  w  twarz  z  nieprzyjacielem.  W  mroku  nie  widział  dokładnie 
ocienionych przez hełm rysów twarzy przeciwnika - jedynie to, że jedno oko mężczyzny 

background image

miało inną barwę niż drugie. 

Lewe zielone, prawe złote. Miał wrażenie, że spogląda w lustro… 
I  w  tej  samej  chwili  uświadomił  sobie,  że  walczy  z  samym  sobą,  ze  swoim 

własnym obrazem! 

W  jakiś  sposób  skavenom  udało  się  stworzyć  jego  dopplegangera.  Dlatego 

właśnie  każdy  jego  cios  spotykał  się  z  paradą  i  odpowiedzią  -  ponieważ  on  i  jego 
sobowtór znajdowali się w stanie idealnej równowagi. Pojedynek mógł trwać wiecznie. 
Nie  byli  jednak  lustrzanymi  odbiciami,  ponieważ  jego  przeciwnik  trzymał  miecz  w 
prawej,  a  tarczę  w  lewej  ręce.  Niewiele  znaczący  szczegół  -  Konrad  był  oburęcznym 
szermierzem. 

Mógł  walczyć  sam  ze  sobą,  dopóki  nie  pokonałoby  go  zmęczenie.  Jego  bliźniak 

był niewątpliwie mocniejszy - jego energii nie pomniejszyło uwięzienie w spiżowej zbroi. 
Nie  mógł  więc  zwyciężyć  dzięki  sile,  bo  miał  jej  mniej,  ani  dzięki  umiejętnościom, 
ponieważ posiadali je w takim samym stopniu. Mógł zwyciężyć robiąc jedynie coś, czego 
nie robił nigdy dotąd, stosując całkowicie odmienną taktykę. Innej szansy nie było… 

- Kim jesteś? - zapytał. Znał odpowiedź, ale potrzebował czasu, choćby trochę. 
Ale  nic  nie  zyskał.  Przeciwnik  nie  dał  mu  szansy  na  wypoczynek.  Gdy  Konrad 

parował  ciosy,  jak  wyćwiczony  szermierz,  albo  walił  na  odlew,  niczym  barbarzyński 
wojownik, przez cały czas zastanawiał się, jakiej nie stosowanej dotąd taktyki powinien 
użyć. Nauczył się tak wiele, był szkolony przez tak wielu mistrzów. Co byłoby do  tego 
stopnia  sprzeczne  z  całą  jego  dotychczasową  wiedzą,  że  przekroczyłoby  wszelkie 
oczekiwania przeciwnika? Nadeszła już najwyższa pora, aby coś wymyślić - ale nic nie 
przychodziło mu do głowy… zupełnie nic. 

Machnął  lewą  ręką,  wypuszczając  z  dłoni  uchwyt  tarczy  i  odrzucił  ją.  Ruch  ten 

zdezorientował  przeciwnika,  który  przez  chwile  patrzył,  jak  puklerz  znika  w  mroku.  A 
wtedy Konrad odrzucił również miecz. 

Przeciwnik  znieruchomiał.  Jego  tarcza  i  miecz  nawet  nie  drgnęły,  gdy  Konrad 

kopnął  go  prawą  nogą  w  brzuch  i  pozbawił  równowagi.  Sobowtór  zamachał  rękami, 
chcąc  utrzymać  się  na  nogach.  W  chwilę  później  Konrad  wyrżnął  go  bykiem  w  pierś. 
Pseudobliźniak  upadł  i  Konrad  natychmiast  rzucił  się  na  niego,  ukląkł  z  puginałem  w 

background image

dłoni i wbił go głęboko w szyję dopplegangera. 

Powinna była trysnąć krew. Zamiast niej z rany wypełzły robaki… 
Walczył z trupem. Ale martwy może umrzeć ponownie. Przeciwnik znieruchomiał i 

jedynie setki białych, wijących się larw wypełzało z rany ziejącej w jego szyi. 

Nagle  dwaj  ogromni  skaveńscy  wojownicy  schwycili  Konrada  od  tyłu  i 

szarpnięciem postawili go na nogi. Wytrącono mu sztylet, zdarto hełm, wyciągnięto zza 
pasa topór Varsunga. Kopał trzymających go szczuroludzi po łydkach i próbował się im 
wyszarpnąć.  Aż  poczuł  na  gardle  zimne,  stalowe  ostrze,  trzymane  przez  trzeciego 
wojownika. Konrad odchylił się do tyłu, nie chcąc dopuścić by czubek klingi wbił mu się 
w ciało. Natychmiast rozpoznał broń. Był to sztylet, który podarował Krysten. - Poddaj 
się… - syknął jakiś głos. Wydal mu się znajomy. Istota trzymająca nóż kryła się w cieniu 
i Konrad mógł dostrzec jedynie jej niewyraźne zarysy, ale wydawało mu się, że poznaje 
rozmiary  i  postać.  -  …Konradzie…  Jej  futro  było  szare,  trzymała  sztylet  w  lewej  łapie, 
ponieważ nie miała prawej. To był Heinler. 

Rozdział jedenasty 

Gdy  Konrad  po  raz  pierwszy  spotkał  go  w  kopalni,  Heinler  wydawał  się  być 

człowiekiem. Kiedy teraz przypomniał sobie jego wygląd, był gotów stwierdzić, że jego 
rysy  miały  w  sobie  coś  szczurzego,  ale  obecnie  był  prawdziwym  skavenem  - 
gigantycznym  szczurem,  który  chodzi  jak  człowiek.  Wówczas  musiał  zmienić  swój 
wygląd lub też użyć magii, aby wmówić Konradowi, że jest człowiekiem. Czar iluzji był 
najprostszym rozwiązaniem, ponieważ Heinler był jednym z najpotężniejszych skavenów 
- Szarym Prorokiem. 

Konrad  poznał  dokładnie  te  stwory  dzięki  informacjom  Litzenreicha.  Mag  dbał, 

aby  wiedzieć  jak  najwięcej  o  swoich  wrogach.  Szarzy  Prorocy  byli  skavenami 
potrafiącymi  przerabiać  spaczeń,  dzięki  któremu  zwiększali  swą  moc.  Byli  wielkimi 
magami, bezpośrednimi sługami Trzynastu Władców Rozkładu. 

Owych  Trzynastu  było  najwyższymi  kapłanami  i  przywódcami  potwornych 

szczurów.  Wielu  było  samodzielnymi  władcami,  zarządzającymi  głównymi  centrami 
skaveńskiej  plagi,  ich  podziemnymi  miastami  zepsucia.  Inni  trzymali  się  bardziej  na 

background image

uboczu, byli najdoskonalszymi czarownikami i ekspertami od spraw Chaosu. Trzynaste i 
najzaszczytniejsze miejsce w tej hierarchii najwyższego dowodzenia zastrzeżone było dla 
króla królów -  Rogatego  Szczura,  jednego  z  najpotężniejszych  bóstw  w  panteonie 
Chaosu.  Rogaty  Szczur  był  bliskim  sojusznikiem  innego  spośród  najpotężniejszych 
władców Chaosu: Nurgle’a, boga zarazy i rozkładu. 

Heinler  wysyczał  rozkaz  do  dwóch  krzepkich  skavenów,  trzymających  Konrada. 

Pociągnięto go długim mrocznym korytarzem do śmierdzącej jaskini. Na szyję założono 
metalową obrożę, umocowaną łańcuchem do skalistej ściany. Zupełnie jakby był dzikim 
zwierzęciem, które schwytali i umieścili na uwięzi. Jakby to nie oni, a on był bestią. 

Dwa  szczury  wojownicy  byli  wyżsi  od  Konrada.  Mieli  brązową  sierść,  osłoniętą 

skórzanymi zbrojami i kolczugami. Uzbrojeni byli w krótkie miecze o zębatych klingach. 
Trzymali  je  w  pogotowiu.  Obydwaj  byli  weteranami,  a  ich  kończyny  i  brzydkie  pyski 
pokrywały  stare  szramy.  Jednemu  brakowało  oka  -  pusty  oczodół  zakrył  srebrną 
monetą,  drugi  miał  wyszarpane  uszy.  Na  ich  czołach  wypalony  został  ten  sam  znak  - 
koło,  w  którym  cztery  linie,  wybiegające  z  obwodu,  spotykały  się  w  środku,  tworząc 
odwrócone „Y” z czwartym promieniem, sięgającym do najniższego punktu koła. 

W jaskini było bardzo niewiele światła, ponieważ skaveni nie potrzebowali latarni 

ani  świec,  ale  Konrad  mógł  dostrzec,  że  nie  są  tu  sami.  W  krypcie  widniało  więcej 
zakutych w łańcuchy postaci. Żadna z nich się nie poruszała. Ludzie i nieludzie, wszyscy 
byli martwi, ich zwłoki rozkładały się i rozsypywały w proch albo zmieniały w wysuszone 
mumie, szkielety czy zwykłe stosy kości… 

Pomieszczenie cuchnęło zgnilizną i rozkładem. Konrad poczuł, jak smród dławi go 

w gardle, niemal zwymiotował. 

W  półmroku  Konrad  zobaczył,  jak  Heinler  wyszczerza  zęby  w  grymasie,  który 

mógł być skaveńskim uśmiechem. Miał na sobie czarną, atłasową szatę, spiętą pod szyją 
złotą  broszą  w  kształcie  rogatego  szczura,  skaveńskiego  bóstwa.  Odrzucony  do  tyłu 
kaptur odsłaniał purpurową podszewkę. 

-  Gdy  przybrałem  ludzką  postać  -  rzekł  -  żałowałem,  że  nie  mogę  mieć  twoich 

oczu  -  syczący  głos  był  teraz  całkowicie  odmienny  od  tego,  którego  używał  udając 
górnika-katorżnika - ale człowieka. Czubkiem sztyletu dotknął najpierw lewej, a potem 

background image

prawej dolnej powieki Konrada. 

- A teraz mogę. 
Konrad  gwałtownie  rzucił  się  do  tyłu  i  kopnął  prawą  nogą,  próbując  zmiażdżyć 

klatkę piersiową Szarego Proroka. Ale Heinler odskoczył, a łańcuch przyciągnął Konrada 
z  powrotem  do  ściany.  Dwaj  strażnicy  rzucili  się  na  niego,  okładając  rękojeściami 
mieczy.  Konrad  bronił  się,  trafiając  jednego  stwora  w  szczękę,  ale  bez  skutku.  Został 
obalony  na  ziemię  gradem  ciosów.  Mógł  jedynie  leżeć,  próbując  chronić  głowę  przed 
uderzeniami. 

- Nie, nie - krzyczeli na niego, świszczącymi głosami, parodiami ludzkiej mowy. - 

Przestań, przestań! 

Heinler wydał rozkaz i obaj skaveni się cofnęli. 
-  To  był  żart  -  powiedział  Heinler.  -  Zapewne.  Nauczyłem  się  tego  rodzaju 

poczucia humoru wśród ludzi. 

Postukał  rękojeścią  sztyletu  w  ścianę.  Konrad  zastanawiał  się,  dlaczego  Szary 

Prorok zatrzymał tę broń. 

- Nie wystawiaj ich na próbę - ostrzegł Heinler. - To moi osobiści strażnicy, ale 

jeżeli ich sprowokujesz, mogą ulec pokusie. Czują twój zapach i chcą się dowiedzieć, jak 
smakujesz… 

- Mój zapach - udało się wykrztusić Konradowi. 
Czemu  miałby  pachnieć  inaczej  niż  inni  ludzie?  A  nie  wątpił,  że  wojownicy 

skavenów  już  próbowali  ludzkiego  mięsa.  Przypominali  stworzenia,  z  których  się 
rozwinęli. Szczury pożerały każdego rodzaju mięso - żywe i martwe, świeże i zepsute. 

- Czują zapach spaczenia - wyjaśnił Heinler. 
Na  zewnątrz  jaskini  rozległ  się  okrzyk  i  gdy  Heinler  odwrócił  się,  przez 

prymitywnie wykute wejście wbiegł jeszcze jeden skaven. Przybysz był mniejszy, łaciaty, 
bez zbroi i broni. Konrad zauważył, że ma dwa ogony. Skaveni byli wyjątkowo odporni 
na  mutacje  wywołane  spaczeniem,  ale  też  mogli  podlegać  najrozmaitszym  fizycznym 
zmianom. Dwuogoniasty gryzoń skłonił się przed Heinlerem, a potem zaczął coś bardzo 
szybko mówić. Zanim skończył, Heinler odwrócił się i pobiegł do wyjścia. Dwaj strażnicy 
chcieli  ruszyć  jego  śladem,  ale  Heinler  wykrzyknął  rozkaz  i  jeden  ze  skaveńskich 

background image

wojowników pozostał. 

Strażnik stał w wejściu i patrzył w głąb sztolni. Po chwili powrócił do siedzącego 

jeńca. Konrad usiłował odchylić się do tyłu, ale jego plecy już opierały się o cuchnącą 
skałę.  Zdeformowany  pysk  przysunął  się  bliżej  i  najemnika  owionął  obrzydliwy  oddech 
skavena.  Zauważył,  że  dwa  przednie  kły  stwora  zostały  zastąpione  metalowymi 
szpikulcami.  Długi  język  skavena  wysunął  się  i  przesunął  po  jednej  z  ran  na  policzku 
Konrada, zlizując krew. 

Strażnik się cofnął. 
- Dobrze, dobrze - wysyczał, spoglądając z góry swym jedynym okiem. - My być 

przyjaciele, przyjaciele - wydał straszliwy, kaszlący dźwięk, który chyba był śmiechem. 

Konrad  potarł  policzek  dłonią,  ścierając  lepką  ślinę.  Miał  nadzieję,  że  Heinler 

wkrótce  powróci  z  mroku.  Co  go  skłoniło  do  tak  szybkiego  odejścia?  Sądząc  z 
nieludzkich wrzasków, rozlegających  się  w  oddali,  musiała  zaistnieć  jakaś  niezwykła 
sytuacja. 

W  czasie  bitwy  ze  szczuroludźmi  w  tunelu  Konrad  odniósł  rany,  chociaż  niezbyt 

poważne.  Był  poobijany,  a  całe  ciało  miał  w  siniakach.  Jeden  czy  dwa  mocne  ciosy 
przecięły  kolczugę,  a  prawe  ramię  krwawiło  w  miejscu,  w  którym  metalowe  ogniwka 
zostały rozerwane i przebiły umieszczony pod spodem ochronny, skórzany kaftan. Bolała 
go ręka. Założył ją za plecy i pociągnął wbijającą się w ciało kolczugę. Miał nadzieję, że 
jednooki  szczuroczłek  nie  zauważy  jego  obrażeń,  ale  prawie  natychmiast  uświadomił 
sobie, że skaven wie o jego ranach, nawet nie widząc krwi. 

Konrad  wciąż  dotykał  twarzy,  przypominając  sobie  szorstkie  dotknięcie 

skaveńskiego  języka.  Zbadał  palcami  okolice  oczu,  zastanawiając  się  nad  słowami 
Heinlera. 

Lewe oko nie ostrzegło go przed grożącym niebezpieczeństwem. Nie wiedział, że 

Varsung  i  on  za  chwilę  zostaną  zaatakowani.  Mógł  to  być  doskonały  przykład 
nieobliczalności  jego  kapryśnego  talentu,  który  opuszczał  go  w  najważniejszych 
sytuacjach, ale Konrad zdawał sobie sprawę, że fakt ten ma o wiele większe znaczenie. 
Stanowił jeszcze jedno potwierdzenie, że dar przewidywania opuścił go na zawsze. 

Bez przerwy obserwował strażnika. Spróbowawszy jego krwi, był o wiele bardziej 

background image

groźny od całej reszty swego plemienia. Konrad wiedział, że nie ma żadnej możliwości 
ucieczki i aby obronić się przed tym drapieżnikiem musi przez cały czas pozostać czujny. 
Język strażnika wysunął się spomiędzy spiczastych zębów i oblizał wargi. 

-  Smakować  dobrze,  dobrze  -  zapewnił  Konrada  skaven,  mówiąc  prędko  w 

staroświatowym. - Później więcej, więcej. 

Konrad  zasłonił  ranę  na  twarzy  lewą  dłonią  i  starał  się  nie  zwracać  uwagi  na 

strażnika. 

„Spaczeń”  -  pomyślał.  Skaven  czuł  spaczeń,  którego  Litzenreich  używał,  aby 

wydobyć Konrada ze spiżowej zbroi. 

Siedział  na  zimnym,  wilgotnym  kamieniu,  otoczony  zwłokami  i  kośćmi, 

obserwowany  przez  głodnego,  gigantycznego  gryzonia,  stojącego  w  odległości  dwóch 
kroków.  Przywoływał  w  myślach  wydarzenia,  które  sprowadziły  go  tutaj  -  i wcale nie 
podobał mu się ani tok jego rozumowania, ani wypływające z niego wnioski. 

* * * 

Heinler  powrócił  wreszcie  w  towarzystwie  drugiego  strażnika.  Konrad  wstał, 

przygotowany na wszystko. 

- Litzenreich! - warknął skaven. 
Konrad milczał, starając się nie zdradzić żadną reakcją. 
- Zastanawiałem się, co cię tu sprowadziło, a teraz już chyba wiem. Skradziono 

kilka funtów spaczenia, zarówno surowego, jak i rafinowanego. Wszystko wskazuje na 
to,  że  zabrały  go  krasnoludy,  ale  musiały  pracować  na  zlecenie  Litzenreicha.  A  ty 
odwróciłeś naszą uwagę. 

Konrad w dalszym ciągu się nie odzywał, ale słowa Szarego Proroka potwierdzały 

jego własne przypuszczenia. Litzenreich wysłał go tu, zdając sobie doskonale sprawę, że 
skaveni  wykryją  spaczeń,  który  wchłonęło  jego  ciało.  Wiedział,  że  Konrad  zostanie 
schwytany i zabity - albo spotka go jeszcze gorszy los. Maga nie obchodziło to, co stanie 
się  z  najemnikiem  czy  nawet  Varsungiem.  Obaj  byli  spisani  na  straty.  Ich  jedynym 
zadaniem  było  odwrócić  uwagę  szczuroludzi,  aby  trzy  pozostałe  krasnoludy  mogły 
ukraść spaczeń. 

-  Litzenreich  kiedyś  mnie  bawił  -  mówił  dalej  Heinler.  -  Sam  pomysł,  żeby 

background image

człowiek pracował ze spaczeniem! Może czułem do niego zbyt wiele sympatii, uważając 
go  za  kolegę  po  fachu.  I  zapłaciłem  za  to.  Nie  będę  już  dłużej  go  tolerował.  Musi 
umrzeć! 

Heinler  przytknął  człowiekowi  sztylet  do  gardła  i  przez  moment  wojownik 

przypuszczał, że nadeszła chwila jego śmierci. 

-  Mogę  ci  pomóc  -  oznajmił  szybko.  Gdy  poruszył  szczęką,  czuł,  jak  czubek 

sztyletu wpija mu się w ciało. 

-  Pomóc mi?  -  powtórzył  Heinler  i  rozkaszlał  się  w  skaveńskim  odpowiedniku 

śmiechu. Opuścił jednak nóż. 

- Tak - potwierdził szybko Konrad i otarł z brody kropelki krwi. 
Myślał  przede  wszystkim  o  ocaleniu  własnego  życia.  Nie  był  nic  winien 

Litzenreichowi. Czarownika zupełnie  nie  obchodził  los  Konrada.  Był  dla  niego  ofiarą, 
ceną zapłaconą za zdobyty spaczeń. 

- Nigdy nie dowierzaj człowiekowi - szepnął Heinler. - To pierwsza zasada, której 

uczą się młodzi skaveni. 

Spojrzał  najpierw  w  zielone,  a  potem  w  złote  oko  Konrada  i wojownik 

przypomniał  sobie  groźbę  wydarcia  oczu  -  a  także  sobowtóra,  który  był  lustrzanym 
odbiciem niego samego. Jego bliźniaczy przeciwnik musiał być zatem dziełem Heinlera. 
Ale czy Szaremu Prorokowi udało się stworzyć sobowtóra, czy też Konrad znajdował się 
wówczas pod wpływem czaru skavena i tylko wydawało mu się, że walczy? 

-  Z  kim  się  pojedynkowałem?  -  spytał.  -  Czy  to  byłem  ja?  Ja  sam?  Czy  tylko… 

tylko próbowałem walczyć z własnym cieniem? 

Heinler  spoglądał  na  niego  przez  kilka  sekund  i  Konrad  zastanawiał  się,  czy 

skaven w ogóle zechce odpowiedzieć. W końcu jednak Szary Prorok się odezwał: 

- To byłeś ty, Konradzie. Albo prawie ty. Coś więcej niż odbicie, mniej niż kopia. 

Gdybym wiedział, że przyjdziesz, mógłbym urządzić ciekawy bój, może nawet trwający 
w nieskończoność pojedynek.. 

-  Ale?  -  Konrad  potrząsnął  głową.  Miał  tyle  pytań,  że  nie  wiedział,  od  którego 

zacząć,  a  jednocześnie  nie  był  pewien,  czy  skaveński  czarownik  zechce  cokolwiek 
wytłumaczyć. 

background image

Westchnienie Heinlera było niemal ludzkim dźwiękiem. 
-  Destyluję  spaczeń  -  rzekł.  -  To  moje  zadanie.  Zorganizowałem  proces  tak,  że 

cały system może niemal funkcjonować bez mojego udziału. Co oznacza, że muszę mieć 
jakieś  dodatkowe  zadanie,  którym  powinienem  się  zająć.  Dla  własnej  przyjemności 
podjąłem  się  doświadczeń  nad  reinkarnacją  -  popatrzył  na  otaczające  Konrada  ciała  i 
szkielety.  -  To  miejsce  pod  Middenheimem  jest  doskonałe.  Wkrótce  znowu  rozpocznę 
rekrutację - podniósł głowę, jakby był w stanie zobaczyć niebo, znajdujące się wysoko 
nad miastem. - Mieliśmy tu kilka lat temu trochę kłopotów, ale produkcja znowu zaczęła 
się zwiększać i moja rozrywka staje się dla mnie czymś coraz ważniejszym. 

Konrad wiedział, że ludzie pracujący w tym piekle są martwi. Destylacja spaczenia 

musiała być do tego stopnia niebezpieczna, że przetrwać mogły tylko ożywione zwłoki. 
Stwór, z którym walczył Konrad, również był zombiem, życiem bez życia, któremu tylko 
nadano wygląd wojownika. 

Heinler jednak wspominał, że zjawienie się Konrada było dla niego zaskoczeniem, 

a jednocześnie miał przygotowanego do walki sobowtóra. 

- Czy jesteś pod wpływem czaru Litzenreicha? - zapytał Szary Prorok i zabrzmiało 

to tak, jakby zadawał pytanie sam sobie. - Kim jesteś, Konradzie? 

Ich  spojrzenia  się  spotkały.  Konrad  nie  odzywał  się  przez  kilka  sekund,  bo  nie 

bardzo wiedział, jaką ma dać odpowiedź. Ale nie odwrócił wzroku. 

- Dlaczego zrobiłeś stwora na moje podobieństwo? - zapytał. 
- Przypadek. 
„Nie ma czegoś takiego, jak przypadek” - Wilk powtarzał to wielokrotnie i Konrad 

był  skłonny  mu  wierzyć.  Zbiegi  okoliczności  nie  istnieją.  Wszystko  stanowi  cześć 
większego, niezrozumiałego wzoru. 

- Przekształcałem życie - mówił Heinler - biorąc ożywieńców i nadając im wygląd 

kogoś  innego.  Jeden  z  nich  przypadkowo  okazał  się  podobny  do  ciebie.  Zanim  się 
rozstaliśmy,  wziąłem  nieco  twojej  krwi  i  ciała.  To  wystarczyło,  aby  stworzyć  twojego 
sobowtóra. Prawdę mówiąc, udał mi się doskonale. 

Krew,  ciało.  Gdy  Konrad  odzyskał  przytomność  jako  jeniec  Kastringa,  czuł,  że 

utracił dużo krwi. 

background image

- Oczy ci się nie udały - rzekł. - Były zamienione miejscami. 
- Być może, albo to twoje oczy są ustawione niewłaściwie. 
Aby odwrócić uwagę Heinlera od tego tematu, Konrad stwierdził: 
- Musiałeś wiedzieć, że to ja jestem w tunelu. Dlatego wysłałeś sobowtóra, aby ze 

mną walczył. 

- Stworzyłem podobieństwo człowieka-wojownika. Chciałem się zorientować, jak 

mu się uda walka z drugim człowiekiem. A tym człowiekiem okazałeś się ty, Konradzie. 
Przypadek - powtórzył Heinler. 

Konrad  w  dalszym  ciągu  nie  wierzył  w  przypadki.  Szczurzy  czarodziej  musiał 

kłamać, zapewne wszystko, co powiedział było kłamstwem. Długi rękaw szaty Heinlera 
zakrywał  kikut  jego  prawej  łapy.  Skoro  był  tak  wielkim  magiem  i  potrafił  tworzyć 
imitacje życia, dlaczego nie odtworzył brakującej kończyny? 

Szary Prorok odezwał się po kolei do każdego z dwóch skaveńskich wojowników. 

Odpowiedział mu, a potem bezuchy szczuroczłek wyszedł z jaskini. Przy boku swojego 
pana pozostał jednooki strażnik. 

- Nie wiem, co mam z tobą zrobić, Konradzie - rzekł Heinler. - Czuję, że… - nie 

skończył  zdania.  Pokręcił  tylko  głową  i  był  to  ruch,  który  wydawał  się  zupełnie  nie 
pasować do jego tak bardzo nieludzkiego wyglądu. 

Konrad  czekał  w  nadziei,  że  dalsze  słowa  skavena  rzucą  jakieś  światło  na 

tajemnicę, którą było jego życie. 

- Co robiłeś w kopalni? - zapytał wreszcie. - Chciałeś mnie zabić. 
- Chodzi ci o nóż, którym cisnąłem? Gdybym chciał twojej śmierci, już byś nie żył 

- spojrzał na sztylet i rzucił go w górę. Nóż wirował w powietrzu, ale skaven złapał go 
bez trudu lewą łapą. - dobrze się nim posługuje, prawda? - rzekł głosem niewolnika z 
kislevickiej kopalni. -  Byłem  górnikiem.  Przez  jeden  dzień.  Dopóki  nie  spowiłem  wież 
strażniczych czarną mgłą, dzięki czemu napastnicy mogli zaatakować niezauważeni. 

- Dlaczego przyłączyłeś się do mnie, gdy poszedłem za zwierzołakami? 
Heinler się nie odezwał. 
- Spełniałeś rozkazy Czaszkolicego? 
Szary Prorok w dalszym ciągu nie odpowiadał, ale w wyrazie jego twarzy było coś 

background image

dziwnego. Może wątpliwości? Czy możliwe, aby nie znał odpowiedzi? Być może wiedział 
równie niewiele jak Konrad. Heinler długą chwile wpatrywał się w niego, ale Konrad nie 
odwrócił wzroku. Bez zmrużenia spoglądał w czerwone oczy skavena. 

- Dlaczego mnie nie zabiłeś? - zapytał. - Ty mnie uderzyłeś, prawda? Zawołałeś, 

żeby mnie ostrzec, odwróciłem się, a wtedy mnie ogłuszyłeś. 

Szary Prorok milczał długo, zanim się odezwał. 
-  Wziąłem  twoją  krew.  Wziąłem  twoje  ciało  -  powtórzył  z  naciskiem.  -  To  było 

wszystko, czego chciałem. Tym razem zabiorę więcej, o wiele więcej. 

Odwrócił się i wyszedł z jaskini. Konrad pozostał sam z gigantycznym szczurzym 

wojownikiem. 

* * * 

Czas  mijał.  Otoczenie  i  sytuacja  przypominały  Konradowi  pobyt  w  celi 

Litzenreicha. Kryjówka maga znajdowała się jednak w odległości kilku mil w poziomie i 
pionie,  a  poza  tym  było  kilka  innych  zasadniczych  różnic.  Przykuto  go,  siedział  w 
ciemności, musiał leżeć na twardej skale i nie dostawał nic do jedzenia. Udawało mu się 
zwilżać język i gardło, zlizując wilgoć sączącą się po ścianach. 

Nie  zamykano  drzwi,  ponieważ  ich  nie  było.  Zamiast  tego,  w  pobliżu  zawsze 

znajdował  strażnik.  Często  był  to  jeden  z  dwóch  pierwszych  szczurzych  wojowników, 
którym w myślach nadał przezwiska Bezuchy i Srebrne Oko. Jeżeli pilnował go ktoś inny, 
na  pewno  należał  do  tego  samego  klanu  i  był  napiętnowany  tym  samym  okrągłym 
znakiem.  Nie  widział  ani  razu  żadnego  śladu  szarego  skavena.  Konrad  wykrzykiwał 
wielokrotnie jego imię, w nadziei, że wartownicy zawołają swojego przywódcę, ale bez 
skutku. Być może Szary Prorok nawet nie miał na imię Heinler, a jedynie wymyślił je na 
czas, gdy przybrał ludzką postać. 

Zaczął  zbierać  leżące  w  pobliżu  kości.  Mnóstwo  poniewierało  się  naokoło  i  nie 

musiał  wyciągać  ich  ze  szkieletów.  Rozbijał  kości,  uderzając jednymi o drugie, albo 
pocierał je o ścianę, aż zaczęły mieć ostre czubki i krawędzie. Większość wykorzystał do 
dłubania w ścianie, zupełnie jakby miał nadzieję, że uda mu się wykopać tunel. Skaveni 
wyglądali  na  bardzo  rozbawionych  i  często  widział,  jak  kilku  z  nich  stoi  w  wejściu, 
śmiejąc  się  swoim  kaszlącym  śmiechem.  Nie  przejęli  się  nawet  wtedy,  gdy  próbował 

background image

rozerwać  metalową  obrożę  na  szyi  albo  wydłubać  mocowanie  łańcucha  ze  ściany. 
Wkrótce przestał zajmować się obrożą, ponieważ udało mu się uszkodzić jedynie własną 
szyję. 

Złamał  kilka  piszczeli,  ale  trzpień  w  dalszym  ciągu  mocno  tkwił  w  murze. 

Znajdował się w tym miejscu od wieków i musiały być do niego przykute setki więźniów, 
którzy ostatecznie umarli w tej jaskini. Kiedy nie zajmował się wyłamywaniem twardego 
metalu ze ściany albo drapaniem w skałę, przygotowywał sobie kilka zaostrzonych kości, 
które  mogłyby  posłużyć  jako  broń,  gdyby  któryś  ze  szczuroludzi  znalazł  się  w 
odpowiedniej odległości. Rzadko zbliżali się na tyle, aby sięgnął ich gołymi rękami. 

W ciągłej ciemności, nie był w stanie określić, jak długo jest  już przykuty. Spał 

kilkakrotnie, ale nigdy dość długo, by mieć poczucie upływu czasu. 

Myślał o Heinlerze i ich pierwszym spotkaniu w kopalni. To przez Heinlera stał się 

jeńcem  bandy  Kastringa.  Kastring  był  bratem  Elyssy,  z  którą  widział  po  raz  pierwszy 
spiżowego  jeźdźca.  A  potem  sam  Konrad  został  spiżowym  wojownikiem,  a  Litzenreich 
wyzwolił go ze zbroi. A teraz znalazł się w niewoli Heinlera, który znał Litzenreicha. 

Wszystkie te zdarzenia zdawały  się  łączyć  ze  sobą,  każdy  pojedynczy  epizod 

przypominał  ogniwa  jednego  łańcucha  -  niewidzialnego  łańcucha,  który  trzymał  na 
uwięzi  nieświadomego  swojej  niewoli  Konrada.  Mógł  jedynie  rozmyślać  o  sytuacji,  w 
której  umieścił  go  niewidzialny  pan  losu  i  próbować  ustalić,  gdzie  jest  jego  miejsce  w 
jakimś wielkim wzorze. Nie mógł znaleźć rozwiązania, ponieważ gdyby w dalszym ciągu 
pozostał zapomnianym więźniem skavenów, jego rola w tym większym planie musiałaby 
się  zakończyć.  Był  zagubiony  pod  powierzchnią  świata,  na  którym  rozgrywały  się 
prawdziwe wydarzenia. A on umrze i zgnije, jak wszyscy poprzedni lokatorzy tej 
cuchnącej jaskini. 

Gdy  jak  zawsze  oparł  się  o  wilgotną  skalną  ścianę,  spoglądając  przez  mrok  w 

stronę  nieco  jaśniejszego  wejścia,  nagle  wydało  mu  się,  że  usłyszał  jakiś  głos  za 
plecami. Ale za sobą miał tylko skałę, więc doszedł do wniosku, że ma halucynacje. Z 
głodu mąciło mu się w głowie. 

Niemal  już  zaczął  mieć  nadzieję,  iż  Heinler  powróci,  by  spełnić  swoją  groźbę  i 

zabierze  więcej  jego  krwi  oraz  ciała.  Byłaby  to  o  wiele  szybsza  śmierć,  chociaż 

background image

Konradowi  niezbyt  podobała  się  myśl  o  ożywionym  sobowtórze,  działającym  dalej  po 
jego własnej śmierci. 

A potem znowu usłyszał ten hałas, odległe echo, zdające się wydobywać z samej 

skały.  Oparł  się  znowu  o  ścianę,  przyciskając  ucho  do  nierównej  powierzchni.  Był  to 
odgłos  przypominający  uderzenia  młota  o  dłuto,  zupełnie  jakby  ktoś  drążył  tunel.  W 
pobliżu  musiały  znajdować  się  dalsze  jaskinie,  gdzie  trzymano  innych  więźniów. 
Zapewne któryś z nich uderzał o ścianę kamieniem albo kawałkiem kości, tak samo jak 
robił to Konrad. Było to jedyne możliwe wytłumaczenie. 

Konrad  wstał  i  wyszedł  na  środek  jaskini  tak  daleko,  jak  pozwalał  łańcuch 

umocowany  do  obroży  na  szyi.  Starał  się  poruszać  możliwie  jak  najwięcej,  mimo  że 
zdawał  sobie  sprawę,  iż  traci  przez  to  siły.  Jednak  wszelkiego  rodzaju  działania 
pozwalały  mu  utrzymać  zmysły  w  pełnej  sprawności  i  regularnie  ćwiczyć  mięśnie. 
Przeszedł dwa metry w lewo, a potem dwa metry w prawo, tak daleko, jak pozwalała 
smycz. Przez cały czas widział obserwujące go czerwone oczy Bezuchego. 

Nagle  Konrad  został  ciśnięty  pod  drugą  ścianę,  tuż  obok  wejścia.  Leżał  na 

plecach, patrząc na niski strop. Jaskinię wypełniały kłęby czarnego dymu. Najemnik nie 
pojmował, co się dzieje. 

Pojawił się nad nim krępy kształt. Wydawało mu się, że poznaje tę postać, ale na 

razie  nie  mógł  jej  zidentyfikować.  Widział  poruszające  się  usta,  ale  nie  słyszał  słów. 
Smolisty  dym  utrudniał  widzenie.  Wydawało  mu  się,  że  ogłuchł.  Przybysz  pomógł  mu 
podnieść się na nogi. Krasnolud, to był krasnolud. 

Czuł zawroty głowy, widział, że krasnolud porusza wargami i ponownie potrząsnął 

głową.  Kolejna  krepa  i  brodata  postać  wyłoniła  się  z  poszarpanej  dziury. Eksplozja 
urwała  koniec  łańcucha,  którym  był  przytwierdzony,  ale  również  ogłuszyła  go  na  jakiś 
czas. 

-  Varsung?  -  wrzasnął  głos.  Poznał  podtrzymującego  go  krasnoluda.  Był  to 

Ustnar. 

- Nie żyje - szepnął. - Nie żyje! - krzyknął. 
Drugi krasnolud zamknął na chwile oczy, potrząsnął głową, a potem powiedział: 
- Wynośmy się stąd! 

background image

Zanim jednak Konrad i dwa krasnoludy zdołali uciec przez wysadzony otwór, do 

jaskini wpadła grupa skavenów. 

Ustnar skoczył do przodu, wymachując toporem. Jego ciosy odrąbywały kosmate 

kończyny, zwalały na ziemię pocięte i wrzeszczące gryzonie. Konrad włączył się do walki, 
wymachując  łańcuchem  jak  biczem.  Jego  koniec  owinął  się  wokół  górnej  kończyny 
jednego ze szczuroludzi i Konrad przyciągnął go do siebie. To był Bezuchy. 

Zębata klinga skavena zatoczyła łuk, zmierzając w stronę Konrada, który pochylił 

się, unikając ciosu. Jednocześnie schwycił jedną z kości rozrzuconych na ziemi i wbił ją 
głęboko w pysk gryzonia. 

Stwór  upadł,  upuszczając  broń.  Konrad  podniósł  następną  kość,  jedną  z tych, 

które  zaostrzył,  i  pchnął  nią  w  pierś  skavena.  Z  wijącego  się  ciała  trysnęła  cuchnąca 
krew, ale Konrad wbijał w stwora kolejne odłamki kości,  przybijając go nimi do  ziemi. 
Mimo to skaven drgał i szarpał się dalej, jakby nie chcąc pogodzić się z faktem, że jest 
już martwy. 

- Chodź! - wrzasnął głos. Był to Hjornur, drugi z krasnoludów. 
Ustnar zajęty był zabijaniem skavenów. Cała jaskinia pełna była trupów. Ustnar 

wyglądał  tak,  jakby  zamiast  wycofać  się,  wolałby  zapuścić  się  dalej  w  głąb  korytarzy, 
odszukać innych wrogów i kontynuować rzeź. Konrad znał to uczucie. 

Hjornur  skinął  na  Konrada,  który  zwinął  łańcuch  i  wpełzł  do  tunelu,  popychany 

przez  krasnoluda.  Zobaczył  przed  sobą  następną  postać,  oświetloną  blaskiem  latami. 
Gdy gestem nakazała mu pośpiech, poznał Joukelma. Spełnił polecenie i, tak szybko jak 
potrafił, podążył za krasnoludem, który odwrócił się i ruszył korytarzem. Konrad usłyszał 
za  sobą  jakieś  dźwięki.  Hjomur  i  Ustnar  przybliżali  się,  ale  nie  zwracał  na  nich  uwagi. 
Starał  się  ze  wszystkich  sił  dotrzymać  kroku  niewyraźnej  postaci  krasnoluda 
przeciskającego się wąskim tunelem. 

Rozległ się nagły, grzmiący huk i podmuch powietrza cisnął go do przodu. Krew 

pociekła mu z obu nozdrzy, spowiła go kolejna chmura duszącego kurzu, zmuszając do 
kaszlu.  Ponownie  ogłuszony,  uświadomił  sobie,  że  krasnoludy,  przy  pomocy  kolejnej 
porcji prochu, zawaliły za sobą korytarz, aby uniemożliwić pościg. 

Konrad  podążał  przez  mrok,  ale  każdy  krok  prowadził  go  wyżej,  tam,  skąd  nie 

background image

wiadomo  ile  dni  temu  przybył,  z  powrotem do Middenheimu, do podziemnej pracowni 
Litzenreicha. 

Rozdział dwunasty 

- Dziękuje, że po mnie przyszliście - odezwał się Konrad. 
- Nie przyszliśmy po ciebie - odparł Joukelm. 
- Przyszliśmy po Varsunga - stwierdził Hjomur. 
Konrad już się tego domyślił, ale nie rzekł nic więcej. Nawet wypowiedzenie tych 

pięciu słów było zbyt wielkim wysiłkiem. Wypił jeszcze trochę wody. Obciążone sprzętem 
górniczym, bronią i prochem krasnoludy nie zabierały ze sobą żadnych luksusów. 

Po długiej i meczącej wędrówce dotarli wreszcie do labiryntu pod Middenheimem. 

Konrad  był  tak  wyczerpany,  że  kilkakrotnie  wydawało  mu  się,  iż  nie  będzie  w  stanie 
zrobić następnego kroku, ale krasnoludy, ciągnąc go lub niosąc, pomogły mu przebrnąć 
najgorsze  przeszkody.  Wyglądało  to  tak,  jakby  uważały,  że  muszą  dostarczyć  go  z 
powrotem,  bo  w  przeciwnym  razie  cały  ich  wysiłek  pójdzie  na  marne.  Był  spocony, 
brudny i pokrwawiony, całe jego ciało pokrywały rany, zadrapania i siniaki, ale żył. Był 
wolny i to pozwalało mu znosić ból i zmęczenie. 

Rozebrał się do naga i obmył świeże rany, spłukał z siebie zakrzepłą krew, kurz i 

pot. Na szyi w dalszym ciągu miał metalową obrożę z zardzewiałym łańcuchem, którym 
przykuto  go  do  ściany.  Konrad  przypomniał  sobie  czarne  ogniwa,  zawieszone  na  szyi 
Wilka. Jego towarzysz wyjaśnił, że były częścią łańcucha, na którym go kiedyś trzymano. 
Zachował je, aby pamiętać, jak straszne było więzienie. I by jednocześnie przypominały, 
że lepiej jest umrzeć, niż ponownie dać się wziąć do niewoli. Ale Konrad nie potrzebował 
takiego  mementa,  więc  Joukelm  kilkoma  uderzeniami  młota  w  dłuto  zdjął  mu  z  szyi 
żelazną obręcz. 

- Jak to się stało? - zainteresował się wreszcie Ustnar. 
-  W  mgnieniu  oka  było  po  wszystkim  -  odparł  Konrad,  dokładnie  wiedząc,  o  co 

chodzi krasnoludowi. - Bełt z kuszy. Varsung nawet nie wiedział, co go trafiło. Nie czuł 
bólu. Umarł natychmiast, a ja zabiłem jego zabójcę. 

Ostatnia  cześć  zdania  była  nieprawdą,  chociaż  Konrad  wybił  w  tunelu  tylu 

background image

skavenów, że mógł się wśród nich znaleźć i tamten kusznik. Ustnar wbił w niego wzrok, 
a Konrad wytrzymał jego spojrzenie. 

- Tak się to stało - potwierdził. 
Ustnar  skinął  głową  i  zagłębił  się  w  mrok  jaskini.  Konrad  i  dwa  pozostałe 

krasnoludy przyglądali się, jak odchodzi. 

- Varsung był jego bratem - wyjaśnił Joukelm. 
- Ale nie dlatego wróciliśmy - dodał Hjomur. - Wróciliśmy, bo Varsung był naszym 

towarzyszem. 

Konrad wypił jeszcze trochę wody i zaczął żuć kawałek suchego chleba. Pomyślał, 

że powrót  zabrał im sporo czasu - albo może tak mu się tylko wydawało. Po grabieży 
spaczenia skaveny miały się na baczności, krasnoludy musiały więc odnaleźć inną drogę 
do szczurzego gniazda, a nawet wykuć w skale nowy tunel. 

Był pewien, że Litzenreich nie ma nic wspólnego z odsieczą. Mag wysłał Konrada i 

tego, kto miał mu towarzyszyć, na śmierć. Varsung miał pecha, że na niego wypadło. A 
może Litzenreich sam zaproponował, żeby Varsung towarzyszył Konradowi, podczas gdy 
trzej pozostali mieli podążyć inną drogą? 

Konrad przypomniał sobie o celu wyprawy do królestwa skavenów i zapytał: 
- Zdobyliście spaczeń? 
- Tak - odparł Joukelm. 
- Po co? 
- Po co? - powtórzył Joukelm. 
- Po co to zrobiliście? Dlaczego pracujecie dla Litzenreicha? 
- Pracujemy z nim, nie dla niego - odparł Hjornur. 
- Ale nazywacie go szefem. 
- Tylko żeby mu sprawić przyjemność - stwierdził Joukelm. 
- Ale przecież on wydaje wam rozkazy. Jest szefem. Jemu, nie wam, potrzebny 

jest spaczeń - Konrad spojrzał na towarzyszy. 

- Jesteśmy sojusznikami - wyjaśnił Hjornur. - Zdobywamy spaczeń, a Litzenreich 

go wykorzystuje. 

- Nie, wykorzystuje was. 

background image

- Być może. Ale liczy się skutek. 
- A śmierć Varsunga? Czy nie jest tego wynikiem? 
- Nie - wtrącił Joukelm. - Nikt nie żyje wiecznie. 
- Varsung nie miał na to specjalnej szansy, prawda? - rzekł Konrad. 
- Zawsze są jakieś straty. 
Teraz, gdy odzyskiwał  siły,  zaczynał  czuć  irytację  z  powodu  stosunku 

krasnoludów  do  Litzenreicha.  Czyżby  nie  były  świadome,  że  mag  manipuluje  nimi  dla 
jakichś swoich wątpliwych celów? 

-  Litzenreich  chciał,  aby  skaveni  wiedzieli,  że  tam  jestem.  Potrafiły  wyczuć 

spaczeń,  przy  pomocy  którego  wydostaliście  mnie  ze  zbroi.  Varsung  i  ja  odwracaliśmy 
ich uwagę, żebyście wy mogli go skraść. I dlatego zginął Varsung. Nie chcieliście tego, 
prawda? Dlatego wróciliście, w nadziei, że będzie żył. 

- Liczyliśmy na to - wzruszył ramionami Joukelm. - Ale… 
- Toczymy wojnę - rzekł Hjornur. - Tak samo, jak ty w Kislevie - krasnolud musiał 

słyszeć  od  Litzenreicha  o  latach,  które  Konrad  spędził  na  granicy.  -  Broniłeś  kopalni 
złota, co oznaczało walkę ze zwierzołakami. Każdy, którego zabiłeś, zmniejszył odrobinę 
napór  Chaosu,  choć  może  nie  takimi  motywami  się  wóczas  kierowałeś.  A  my  tutaj 
jesteśmy częścią tej samej wojny. 

Konrad wpatrywał się w rozmówców, nie wierząc własnym uszom. Czy mag rzucił 

na nich czar? 

Reakcja Joukelma i Hjornura była całkowicie odmienna od tej, której oczekiwał. 

Krasnoludy znano z zapalczywości i sądził, że wpadną we wściekłość, gdy dowiedzą się, 
że  Litzenreich  z  rozmysłem  użył  Varsunga  jako  przynęty.  Ustnar,  oczywiście,  wydawał 
się przygnębiony śmiercią brata, ale na tym się skończyło. Pozostała dwójka sprawiała 
wrażenie  całkowicie  obojętnych,  zupełnie  jakby  zachowanie  czarownika  było 
usprawiedliwione. 

Wcale nie zdziwiły ich rewelacje Konrada, że zapach spaczenia ostrzegł skavenów 

o  ich  nadejściu.  Nagle  zrozumiał,  że  powód  był  oczywisty  -  krasnoludy  wiedziały. 
Wiedziały  wszystko  o  spaczeniu  i  jego  działaniu,  a  także,  że  skaveni  mogą  poczuć 
zapach przesyconego spaczeniem Konrada. 

background image

A  co  z  Ustnarem?  Czy  również  zdawał  sobie  sprawę,  że  plan  Litzenreicha  może 

spowodować śmierć jego brata? Na pewno tak, podobnie jak Varsung… 

Jedynym  członkiem  wyprawy,  nieświadomym  tych  wszystkich;  faktów,  był  sam 

Konrad. 

Czy zawsze będzie dotknięty tym przekleństwem? A może skażenie ustąpi wraz z 

upływem lat? Musiał zapytać Litzenreicha. Miał nadzieje, że już nigdy nie spotka się ze 
skavenami,  ale  skoro  potrafiły  poczuć  jego  zapach,  będą  go  poszukiwały  z  powodu 
spaczenia, którego tak bardzo pożądały. 

Chociaż  Konrad  cieszył  się  z  odzyskanej  wolności,  nie  podobał  mu  się  jednak 

sposób,  w  jaki  został  wykorzystany  przez  Litzenreicha.  Mag  wykorzystał  również 
krasnoludy. Wiedziały o tym, a jednak pozostały lojalne. Wszystko to nie miało sensu, 
ale Konrad był przyzwyczajony do klęski logiki w obliczu bezsensu. 

* * * 

Po przespaniu niezliczonej liczby godzin i zjedzeniu pierwszego normalnego 

posiłku  Konrad  został  poprowadzony  przez  labirynt  tuneli  na  wyższy  poziom.  Wracał  z 
krasnoludami do miejsca, w którym przebywał czarownik. Strażnicy przepuścili ich i cała 
czwórka  weszła  do  centralnej  komnaty.  Litzenreich  zajmował  się  składaniem  jakiegoś 
dziwnego urządzenia z miedzi. Ledwie na nich spojrzał. 

-  Potrzymaj to -  odezwał  się  do  Joukelma  i  krasnolud  pospieszył,  by  spełnić 

polecenie. 

Konrad  podszedł  i  stanął  przed  magiem.  Litzenreich  musiał  przecież  wiedzieć  o 

schwytaniu go przez skavenów, ale nawet gdy skończył swoje zajęcie, nie zwracał uwagi 
na  Konrada.  Nie  zainteresował  się  też  krasnoludami.  Nawet  jeżeli  nie  wiedział  o  ich 
powtórnej  misji,  musiał  zauważyć,  że  przez  jakiś  czas  byli  nieobecni.  Zachowywał  się 
jednak tak, jakby nic się nie zdarzyło. 

Gdy Konrad był zakuty w łańcuchy, często zajmował się wymyślaniem rozmaitych 

wyrafinowanych sposobów zabicia Litzenereicha. Teraz jednak sam pomysł takiej zemsty 
wydawał się być czymś pustym. W szale bitwy, gdy krew jest rozpalona, zemsta stanowi 
idealną  motywację,  impuls  do  działania.  Jeżeli  towarzysz  zostaje  zabity  albo  ciężko 
ranny, wojownik stara się odnaleźć i zabić tego, kto jest za to odpowiedzialny. 

background image

Myśl  o  zemście  pomogła  Konradowi  przetrwać,  ale  teraz  płomienie  gniewu 

wygasły  i  już  nie  czuł  takiej  wrogości  do  maga.  Być  może  był  to  wpływ  krasnoludów, 
spokoju, z jakim traktowały to wydarzenie. Konrad nie był w stanie z zimną krwią szukać 
pomsty. Przeszłość minęła i została zamknięta. Zaś on znajdował się i na wolności i to 
było  najważniejsze.  Nic,  co  zrobiłby  Litzenreichowi,  w  żadnym  stopniu  nie  zmieniłoby 
sytuacji.  Zabicie  maga  nie  uchroniłoby  go  przed  dalszymi  zagrożeniami,  ale  nie  miał 
zamiaru prowadzić jakichkolwiek dalszych interesów z Litzenreichem. 

Zamierzał  odejść  stąd  w  ciągu  godziny.  Przede  wszystkim  potrzebował  nowego 

ubrania, broni, konia i pieniędzy. Powiedział o tym magowi, gdy tylko wyszedł z nim z 
centralnej  komnaty,  pozostawiając  krasnoludom  ukończenie  skomplikowanej  plątaniny 
miedzianych  rurek,  które  sprawiały  wrażenie  modelu  systemu  tuneli,  przez  które  tak 
niedawno wędrowali. 

-  Pieniądze?  -  rzekł  czarownik.  -  Pieniądze?  -  zmarszczył  czoło,  jakby  usłyszał 

zupełnie nieznane słowo. Nie mam pieniędzy - próbował wyminąć Konrada, ale ten dalej 
zagradzał mu drogę. - Możesz sobie iść, gdziekolwiek zechcesz. 

- Zbroja, ubrania, hełm, tarcza, miecz i koń - powtórzył Konrad. 
- Nie jestem ci nic winien. 
- Próbowałeś mnie zabić. 
- Nieprawda. 
- Wysłałeś mnie do tuneli skavenów, wiedząc, że wyczują spaczeń. 
- Tak. 
- Próbowałeś mnie zabić - powtórzył Konrad. 
-  Nie  i  nie  rozumiem,  dlaczego  narzekasz.  Przecież  żyjesz.  Na  twoim  miejscu 

raczej bym się nie uskarżał. 

- Żyję tylko dlatego, że uratowały mnie krasnoludy. Ale nie przyszły po mnie, a po 

Varsunga, który zginał. 

- Tak przypuszczałem. 
- Wiesz, że był bratem Ustnara? 
- Wszystkie krasnoludy są braćmi. 
- Jego prawdziwym bratem. 

background image

- I co z tego? 
Litzenreich  ocalił  mu  życie  i  omal  nie  spowodował  jego  śmierci.  Jedno 

równoważyło drugie. Początkowo mag chciał, aby Konrad zapłacił mu za wyzwolenie ze 
zbroi, przynosząc spaczeń - i pod tym względem był w dalszym ciągu jego dłużnikiem, 
pomimo roli, jaką odegrał w wyprawie do kryjówki skavenów. 

- Odejdę, gdy tylko zapłacisz  tyle, ile mi się należy za przyniesienie spaczenia - 

oświadczył. 

- Ale przecież nic nie przyniosłeś. Wtedy nie wróciłeś. 
- Ale wróciłem teraz. A gdybym nie poszedł, gdyby Varsung nie zginął, tamci trzej 

nie zdobyliby spaczenia. 

- Niekoniecznie - odparł Litzenreich i ponownie usiłował go wyminąć. 
Konrad po raz pierwszy dotknął czarownika, opierając dłoń o jego pierś. 
- Nie sądzę, by grożenie mi było rozsądnym posunięciem z twojej strony - rzekł 

Litzenreich. 

I Konrad przypomniał sobie, z kim ma do czynienia. Z magiem. 
Nawet bez broni byłby w stanie zabić Litzenreicha w niecałą sekundę. A martwy 

czarodziej nie może rzucić zaklęcia. Konrad opuścił rękę, zastanawiając się, jak szybko 
Litzenreich  zdołałby  stworzyć  osłonę.  Czyjego  reakcja  byłaby  szybsza  od  refleksu 
wyszkolonego wojownika? Czy mag zdążyłby przed śmiercią rzucić jakiś zabójczy czar? 

- Wcale nie musisz odchodzić - oznajmił Litzenreich - Mogę ci tutaj dać wszystko, 

czego potrzebujesz. 

-  Ha!  Proponujesz  mi  pracę?  Może  chcesz,  żebym  wrócił  i  pozwolił  skavenom 

ponownie wyczuć mój zapach, aby krasnoludy mogły zabrać jeszcze więcej spaczenia? 
Może  jestem  żołnierzem,  który  żyje  z  miecza,  Litzenreich,  ale  nie głupcem.  Odchodzę, 
zanim skaveni tu dotrą. 

- Zanim skaveni tu dotrą? - powtórzył mag i po raz pierwszy spojrzał na Konrada, 

a nie obok niego. - Co chcesz przez to powiedzieć? 

-  Wybierają  się  po  ciebie.  Mają  już  dość  kradzieży  spaczenia.  Mają  zamiar  cię 

zabić. 

- To tylko twoje domysły - Litzenreich nie pytał, ale stwierdzał fakt. 

background image

- Wiedzą, kim jesteś, Litzenreich, i zapewne wiedzą, gdzie jesteś. Chcą cię zabić, 

a ja nie zamierzam być tu, kiedy się zjawią. 

Po raz pierwszy na twarzy czarownika pojawiło się zmieszanie. Jak gdyby nigdy 

nie  brał  pod  uwagę  możliwości,  że  skaveni podejmą  przeciwko  niemu  jakieś  działania. 
Jakby  wierzył,  że  zdoła  ich  okradać  bez  końca,  a  oni  nie  uczynią  nic,  by  mu  w  tym 
przeszkodzić. 

- To twoje domysły? - tym razem w jego głosie zabrzmiały pytanie i niepewność. 
- Nie. Powiedział mi Heinler. 
- A kim jest ów Heinler? 
- Ich przywódcą. Szarym Prorokiem. 
Litzenreich spojrzał na niego z wyraźnym niedowierzaniem. 
- Powiedział ci to Szary Prorok? Nie bądź śmieszny. 
Konrad wzruszył ramionami. 
-  Chyba  cię  nie  lubi,  Litzenreich.  Oznajmił,  że  zapłacił  już  za  to,  co  dla  niego 

zrobiłeś.  A  teraz,  kiedy  twoje  krasnoludy  wróciły  na  dół,  znów  zabiły  kilku skavenów i 
wysadziły  tunel.  Heinler,  jak  sądzę,  będzie  jeszcze  mniej  przychylnie  do  ciebie 
nastawiony. 

- Naprawdę rozmawiał z tobą Szary Prorok? 
Konrad skinął głową. 
- Może robić różne rzeczy. Jest jednym z ich czarowników, takim jak ty. 
- Nikt nie jest taki, jak ja! - Litzenreich stał nieruchomo kilka sekund, wpatrując 

się w przestrzeń, a potem podniósł nagle prawą rękę. - Nie ma łapy? 

- Tak. Znasz go? 
- Gaxar. Znałem go pod tym imieniem, gdy odciąłem mu łapę. A więc wrócił? 
- Odciąłeś mu łapę? Czarami? 
-  Nie…  -  Litzenreich  zamilkł  na  chwilę,  jakby  próbując  przypomnieć  sobie 

odpowiednie słowo - …mieczem. 

- Jeżeli jest czarownikiem - Konrad poruszył temat, który wcześniej tak bardzo go 

intrygował  -  to dlaczego  nie  zrobił  nic  ze  swoją  ręką?  To  znaczy,  łapą.  Może  ożywiać 
zmarłych, dlaczego więc nie ożywił brakującej łapy? 

background image

- Jest takie stare porzekadło: „Magiku, ulecz się sam”. Paradoksalne, ale tego, co 

czarodzieje mogą zrobić dla innych, często nie są w stanie uczynić dla samych siebie - 
Litzenreich wolno pokręcił głową, jakby zastanawiał się nad tą tajemnicą. - Mówiłeś, że 
ożywia martwych? 

Konrad  zrelacjonował  mu,  co  widział  w  gnieździe  skavenów  i  co Heinler -  albo 

raczej  Gaxar,  jeżeli  było  to  jego  prawdziwe  imię  -  opowiedział  mu  o  swojej 
nekromantycznej sztuce. 

- Znowu tworzy sobowtóry? - rzekł Litzenreich, słysząc o pojedynku, który Konrad 

stoczył ze swoim dubletem. Stał nieruchomo i nie mrugając zupełnie oczami wpatrywał 
się w Konrada. 

Ale Konrad nie o tym chciał rozmawiać. Uświadomił sobie, że próby przekonania 

czarownika  są  tylko  stratą  czasu.  Nie  dostanie  od  Litzenreicha  niczego.  Będzie  musiał 
sam wziąć potrzebne mu rzeczy. W wartowni powinna być broń, jakaś zbroja i odzież na 
zmianę, a także coś na tyle cennego, aby można to było sprzedać lub wymienić na konia 
po dotarciu na powierzchnię Middenheimu. 

Odwrócił się plecami do czarodzieja. Zupełnie nie orientował się w układzie tuneli. 

Mógł jedynie badać poszczególne korytarze do chwili, gdy znajdzie to, czego potrzebuje. 
Wkrótce  drogę  zagrodziły  mu  solidne,  drewniane  drzwi.  Odsunął  rygle  i  ruszył  prosto, 
ale  w  dalszej  części  tunelu  nie  było  żadnych  pomieszczeń.  Dostrzegł  jedynie  kolejną 
furtę. 

Gdy dotarł do niej, ujrzał, że nie ma zamka ani rygli, ale przekonał się, że została 

zabezpieczona o wiele solidniej. Nie mógł wydostać się z posiadłości Litzenreicha, dopóki 
czarodziej  mu  na  to  nie  pozwoli  Odwrócił  się  i  ruszył  z  powrotem.  Zostawił  pierwsze 
drzwi  otwarte  i  widział,  że  mag  w  dalszym  ciągu  stoi  w  końcu  korytarza,  oświetlony 
blaskiem lampy, umieszczonej na znajdującym się obok niego kinkiecie. 

I  nagle,  w  momencie  gdy  znalazł  się  w  drzwiach,  usłyszał  za  sobą  głośną 

detonację.  Przypominała  odgłos  gromu.  Odwrócił  się  w  samą  porę,  aby  zobaczyć 
błyskawicę… 

Ciężka, drewniana furta na końcu tunelu rozsypała się na tysiące drzazg. Trafiło 

go kilka odłamków, a gwałtowny rozbłysk oślepił. Wiedział, jak brzmi i pachnie wybuch 

background image

prochu, ale tym razem przyczyna eksplozji  była  inna.  To  nie  fizyczna  siła  z  taką 
łatwością zniszczyła potężną przegrodę. 

Odruchowo zasłonił oczy rękami, a kolczuga i skórzana zbroja, które wciąż miał 

na  sobie,  uchroniły  go  przed  ostrymi  drzazgami.  Kiedy  mrugał,  zaczynając  odzyskiwać 
wzrok  po  oślepieniu  gwałtownym  rozbłyskiem,  dostrzegł  w  kurzu  i  dymie  niewyraźny 
zarys jakiejś istoty. Pokryta była futrem i trzymała miecz. Skaven! 

Choć  był  wciąż  na  wpół  oszołomiony,  zaatakował,  uzbrojony  jedynie  w  oręż 

swoich prymitywnych przodków -  ręce  i  nogi.  Stwór  nie  spodziewał  się,  że  przeciwnik 
może być tak blisko, więc Konrad miał przewagę wynikającą z zaskoczenia. Rzucił się do 
przodu,  stosując  metody  walki,  których  nauczyli  go  na  pograniczu  mistrzowie  ze 
Wschodu. Kantem dłoni uderzył w kark napastnika. 

Stwór upadł i but Konrada opadł gwałtownie w dół, miażdżąc mu gardło. Podniósł 

miecz swojej ofiary i zauważył, że nie jest to zębata klinga, jaką zazwyczaj posługiwali 
się skaveni. Spostrzegł również, że napastnik ma pod futrem zbroję… 

W tej samej chwili pojawił się w tunelu następny przeciwnik. Miecze zderzyły się i 

gdy oczy Konrada w pełni odzyskały zdolność widzenia, zorientował się, że nie walczy ze 
skavenem. Był to człowiek, który na zbroję i hełm miał zarzuconą wilczą skórę. Konrad 
wiedział,  że  nie  może  to  być  prawdziwy  człowiek,  lecz  zapewne  jeden  z  ożywieńców 
Gaxara. Gdy jednak przeciwnik upadł śmiertelnie ranny, z jego rany wyciekła czerwona 
krew, a nie robaki. 

„Wilcze futro” -  pomyślał  nagle  Konrad,  skrzyżowawszy  broń  z  następnym 

napastnikiem. A Middenheim jest Miastem Białego Wilka. Uświadomił sobie, że muszą to 
być miejscowi żołnierze. Już nie atakował tak zapamiętale, starając się jedynie bronić. 
Nie chciał żadnych kłopotów z miejskimi władzami. W końcu miał zamiar wydostać się z 
posiadłości  Litzenreicha  właśnie  przez  Middenheim.  Ale  po  zabiciu  dwóch  tutejszych 
żołnierzy raczej nie mógł się spodziewać przychylności władz. 

-  Litzenreich!  -  wrzasnął  głos  zza  pleców  przeciwnika  Konrada.  -  Jesteś 

aresztowany za nielegalne używanie spaczenia! Każ swoim ludziom się poddać! 

Słownik Konrada nie zawierał zwrotu „poddać się”. Byłby szalony, oddając miecz 

po zabiciu dwóch towarzyszy swojego obecnego przeciwnika. W wielu przypadkach 

background image

poddanie oznaczało natychmiastową egzekucję. Poza tym zostałby uznany za sojusznika 
Litzenreicha, a karą za posługiwanie się spaczeniem była śmierć. 

Usłyszał za sobą odgłos szybkich kroków i natychmiast rozpoznał ich rytm. Tylko 

krasnoludy  biegały  w  taki  sposób.  Chwilę  później  przyłączył  się  do  niego  Ustnar. 
Niezadowolony,  że  Konrad  wyraźnie  oszczędza  przeciwnika,  przecisnął  się  do  przodu. 
Jego topór dwukrotnie zatoczył łuk i żołnierz upadł z nogami obciętymi poniżej kolan. 

Pojawili  się  także  Joukelm  i  Hjornur.  Cała  trójka,  nacierając  w  głąb  korytarza 

ścieżką,  wycinaną  w  szeregach  napastników,  przeszła  się  po  rannym  żołnierzu. 
Krasnoludy  były  urodzonymi  mistrzami  wojny  w  tunelach.  Konrad  spojrzał  na 
wojownika, wijącego się i wrzeszczącego z bólu. Mógł jedynie możliwie szybko skrócić 
jego  męki.  Była  to  pierwsza  lekcja,  udzielona  mu  przez  Wilka,  gdy  najemnik  dobił 
drwala, który z zasadzki napadł na Konrada w stajni w Ferlangen. Oparł sztych miecza o 
gardło żołnierza, a potem nacisnął z całej siły. Wojownik szarpnął się i krzyknął po raz 
ostatni, a potem znieruchomiał i umilkł, gdy dwa strumienie krwi wytrysnęły z jego ust i 
gardła, łącząc się z czerwoną strugą, płynącą z obciętych kończyn. 

Konrad  cofnął  się,  poszukując  Litzenreicha.  Znalazł  go  w  centralnej  komnacie. 

Całe  pomieszczenie  przypominało  piekło  i  przez  chwilę  Konrad  zastanawiał  się,  w  jaki 
sposób napastnicy mogli dotrzeć tutaj tak szybko. Dopiero po chwili domyślił się, że jest 
to  dzieło  samego  czarownika.  Litzenreich  stał  w  niezagrożonej  części  jaskini,  a  wokół 
niego szalały płomienie. Niszczył wszelkie dowody swojej działalności, wszystkie księgi i 
notatki, całe wyposażenie, mechanizmy i aparaturę. 

Konrad  musiał  się  wycofać  z  łukowatego  przejścia,  odepchnięty  bijącym  z 

wnętrza  pracowni  żarem,  ale  mag  stał  nietknięty  wśród  dokonywanego  przez  siebie 
spustoszenia.  Mógł  użyć  swej  mocy  w  celu  odparcia  napadu,  wolał  jednak  zatrzeć 
wszelkie  ślady  tajnej  działalności,  prowadzonej  w  kryjówce  pod  miastem.  Konrad 
doskonale wiedział, że działając w ten sposób mag się nie uratuje. Sam fakt zniszczenia 
dokumentacji  prowadzonych  prac  był  wystarczającym  dowodem.  Litzenreicha  czekała 
kara śmierci - podobnie jak Konrada. 

Czarownik  wyszedł  spokojnie  ze  stworzonego  przez  siebie  piekła  i  spostrzegł 

przyglądającego mu się Konrada. 

background image

-  Nie  mogę  wykorzystać  owoców  mego  geniuszu  -  oznajmił  beznamiętnie.  - 

Wyniki  moich  wieloletnich  badań  należą  tylko  do  mnie!  A  ja  wciąż  posiadam  to,  co 
najważniejsze - postukał się palcem w czoło. 

Czterej wartownicy przecisnęli się obok nich, aby dołączyć do walki. 
- Wracajcie na stanowiska! - rozkazał Litzenreich. - Spróbuję przedrzeć się inną 

drogą! 

- Przynajmniej to nie skaveni - zauważył Konrad. 
- Mam wrażenie, że wolałbym skavenów - odparł mag. - Widziałeś, jak rozpadły 

się  drzwi?  Ci  tak  zwani  czarownicy  z  Middenheimu  boją  się  stawić  mi  czoło  i  dlatego 
wysyłają najemników, oddziały straży miejskiej. 

Konrad  uświadomił  sobie,  że  mają  niewielkie  szanse,  skoro  całe  miasto-forteca, 

wojsko i czarownicy zawarli przeciw nim przymierze, 

- A co z twoją magią? - zapytał Konrad. 
-  Moi  rywale  połączyli  siły,  aby  ograniczyć  moją  moc. Wyczuwam ich 

przeciwdziałanie.  Mam  wrażenie,  jakby  postawili  przegrodę  między  mną  a 
Middenheimem. Nie mogę rzucić żadnego czaru przeciwko intruzom. 

- A więc możemy tylko walczyć. 
- Walczyć? O nie, nie. Może powinienem spróbować im wyjaśnić, opowiedzieć o 

skavenach, ostrzec, że wszystko się powtarza. 

Konrad przestał go słuchać. Takie rozwiązanie zmusiłoby go do poddania się, co 

oznaczało  zamianę jednej formy uwięzienia na drugą. Musiał uciec, a domyślał się, że 
krasnoludy znają tajne wyjścia z Middenheimu. 

- Skaveni! - rzekł. - Otóż to! Jesteśmy wzięci w dwa ognie. Musimy straż miejską 

naprowadzić na skavenów i zmusić, aby zaczęli walczyć ze sobą, nie z nami. 

- W jaki sposób? 
Skaveni byli tajemniczą rasą i niewielu ludzi wiedziało  o ich istnieniu. Być może 

nawet hrabia Middenheimu nie zdawał sobie sprawy, że pod jego włościami znajduje się 
terytorium wroga. Wstrętne istoty, kryjące się w najgłębszym mroku, stanowiły o wiele 
większe  zagrożenie  niż  Litzenreich.  Konrad  musiał  w  jakiś  sposób  zwrócić  uwagę 
dowódców  sił  zbrojnych  miasta  na  to  niebezpieczeństwo.  Garnizon  rzuci  wszystkie  siły 

background image

do walki z gigantycznymi szczurami - a tymczasem on dyskretnie się ulotni. 

Trzeba było naprowadzić middenheimskie oddziały na skavenów. Gniazdo gryzoni 

było za daleko i żołnierze nie mieliby ochoty ścigać Litzenreicha i jego ludzi w panującym 
na dole mroku. Gdyby jednak dowiedzieli się o istnieniu podziemnego miasta skavenów, 
do zniszczenia zagrożenia zostałaby wysłana cała armia. 

- Heinler… to znaczy Gaxar… mówił coś o nowych rekrutach - przypomniał sobie. 

-  Miał  na  myśli  zwłoki.  Skaveni  mają  zamiar  wkrótce  po  nie  przyjść.  Gdzie  mogą  je 
znaleźć? 

- Morrspark - rzekł Litzenreich. - Katakumby. 
- A więc tam pójdziemy - stwierdził Konrad. - I żołnierze muszą pójść za nami. 

Rozumiesz? 

-  Może  nie  jestem  wojownikiem  -  oznajmił  Litzenreich  -  ale  to  nie  oznacza,  że 

jestem głupcem. 

* * * 

Middenheim nie mógł się już dalej rozbudowywać. Jego granicami były krawędzie 

góry.  Płaskowyż  miał  nie  więcej  niż  mile  kwadratową  powierzchni,  co  oznaczało,  że 
ziemia  była  na  wagę  złota.  Było  zbyt  mało  miejsca  dla  żyjących,  a  prawie  wcale  dla 
umarłych. Biedacy po prostu zrzucali zwłoki krewnych z Urwiska Westchnień. Ci, którzy 
mieli dla nich więcej szacunku - i pieniądze - płacili za kremacje lub pochowanie ciał u 
stóp góry. Jedynie najbogatszych stać było na miejsce w kryptach pod Morrspark. 

Było  to  miejsce,  w  którym  klan  krasnoludów  drążących  granit  dotarł  do 

powierzchni.  Morrspark  stanowił  najstarszą  cześć  miasta,  od  której  rozchodziło  się 
więcej sztolni niż z jakiegokolwiek innego miejsca w Middenheimie. W miarę upływu lat 
wiele  korytarzy  uległo  zawaleniu  i  w  rezultacie  powierzchnia  dostępna  do  pochówków 
stała się jeszcze bardziej ograniczona, a cena za miejsce odpowiednio wzrosła. 

Pogrzeby odbywały się na powierzchni - dopiero potem zwłoki znoszono w głąb - 

ale dostęp do cmentarza był możliwy nie tylko od strony naziemnej. 

Krasnoludy  Litzenreicha  wiedziały,  w  jaki  sposób  dotrzeć  tam  przez  walący  się 

labirynt tuneli - długi i krety szlak, gdzie wędrówka wiązała się z przechodzeniem przez 
niektóre odcinki ścieków miejskich. Miejskie oddziały zostały zatrzymane na jakiś czas, a 

background image

potem  pozwolono  im  podążyć  za  obrońcami  -  w  taki  jednak  sposób,  aby  nie  domyślili 
się, że są rozmyślnie prowadzeni. 

Joukelm i Ustnar szli  na  czele  grupy  uciekinierów  składającej  się  z  jeszcze 

jednego krasnoluda, kilku strażników, kobiet - wśród których były również Gertraut i Rita 
- kucharza, a także czarownika i Konrada. Najemnik wciąż nie mógł się zorientować, ilu 
krasnoludów  pracowało  dla  maga,  ponieważ  niektórzy  musieli  zostać  z  Hjornurem  i 
pozostałymi  strażnikami,  aby  opóźniać  pościg.  Oddziały  z  Middenheimu  naciskały.  Z 
oddali dobiegały odgłosy walki, dudniące echem w plątaninie tuneli - szczęk uderzającej 
o siebie broni, krzyki rannych i umierających. 

Joukelm i Ustnar zatrzymali grupę w korytarzu, czekając aż przyłączą się do nich 

ostatni z obrońców. Pościg musiał znaleźć się w katakumbach zaledwie kilka sekund po 
nich, aby zobaczyć kradnących trupy skavenów - jeżeli ci w ogóle tam będą… 

Konrad  chciał  uciec  z  Middenheimu  i  wciąż  miał  taką  szansę.  Ale  jeżeli  przed 

ucieczką mógł zabić kilku skavenów, nie wahał się ani chwili. 

Pojawiła  się  reszta  uciekinierów.  Pozostało  ich  bardzo  niewielu  -  trzech ludzi i 

jeden  krasnolud.  Nie  był  to  Hjomur.  Odgłosy  pościgu  rozbrzmiewały  coraz  bliżej. 
Refleksy światła latarń pojawiły się przy następnym zakręcie tunelu i Konrad obawiał się, 
że hieny cmentarne zastały spłoszone całym tym hałasem. Ale jednak były! 

Konrad wpadł do jaskini umarłych i zobaczył w oddali kilku skavenów. Wyjmowali 

świeże  zwłoki  z  kamiennych  trumien,  wpuszczonych  w  zagłębienia  wykute  w  skale. 
Szczuroludzie zamarli, przygwożdżeni nagłym rozbłyskiem latarni. 

Wszelkie  rozkazy  były  zbędne.  Strażnicy  i  krasnoludy  rzucili  się  do  przodu,  gdy 

tymczasem skaveni cisnęli trupy i usiłowali wymknąć się tunelem, przez który tu weszli. 

-  Zwierzołaki!  -  wrzasnął  Konrad,  przypuszczając,  że  słowo  „skaven”  może 

strażnikom nic nie mówić - Rozejm! W imię Ulryka! Rozejm! 

Middenheim było miastem Ulryka, Miastem Białego Wilka, i dlatego żołnierze mieli 

wilcze skóry narzucone na zbroje. Pierwszy wojownik wyłonił się z korytarza, gotów do 
zadania  ciosu  Konradowi,  który  stał  z  opuszczoną  klingą.  Za  żołnierzem  pojawił  się 
oficer.  Popatrzył  za  plecy  Konrada,  na  bandę  zwierzołaków,  bezczeszczących  święte 
miejsca pod jego miastem. 

background image

- Naprzód! - rozkazał kapitan, a jego żołnierze wypadli z tunelu, rzucając się do 

bitwy ze szczuroludźmi, włączając się do walki u boku krasnoludów i ludzi Litzenreicha, 
już toczących bój z pasożytniczą sforą. - Zostańcie tu - ostrzegł, spoglądając zarówno na 
Litzenreicha, jak i na Konrada. 

Szybko  dołączył  do  swoich  podwładnych.  Kilku  żołnierzy  zostało,  okrążając 

czarownika i Konrada. Najemnik mógłby im umknąć, zabijając kilku, ale nie miałoby to 
sensu. Zresztą i tak nie miał dokąd uciekać. 

Ze sztolni wyłonił się niski, tęgi mężczyzna. Nie miał na sobie munduru, ale nosił 

ciemną odzież ozdobioną runicznymi symbolami. W ręku trzymał rzeźbioną, drewnianą 
laskę, zakończoną złotym kółkiem. Konrad podejrzewał, że jest to czarownik, trzymający 
różdżkę. Przybysz stanął i popatrzył na Litzenreicha, który odpowiedział mu spojrzeniem. 

Tymczasem wybito do nogi wszystkich skavenów. Było ich stosunkowo niewielu i 

likwidacja  przebiegła  szybko.  Gdy  masakra  dobiegła  końca,  grupa  Litzenreicha  oddała 
broń żołnierzom z Middenheimu. 

- Miecz - odezwał się rozkazującym tonem kapitan, wróciwszy do Konrada. Był w 

mniej  więcej  tym  samym  wieku  co  on,  a  na  jego  gładko  wygolonym  lewym  policzku 
widniała pojedyncza, elegancka szrama. Była to blizna po pojedynku, którą chlubił się, 
jakby  była  medalem  za  męstwo.  Najprawdopodobniej  nigdy  dotąd  nie  walczył  z 
prawdziwym wrogiem. Nawet teraz na jego mundurze nie było śladu skaveńskiej krwi, 
zaś klinga jego miecza nie była zbroczona ich posoką. 

Konrad  spotykał  już  takich  jak  on.  Stopnie  oficerskie  kupowały  im  rodziny.  Ich 

arogancja  i  brak  doświadczenia  często  powodowały  większe  straty  niż  mogłoby  to 
wynikać  z  działań  nieprzyjaciela.  Możliwość  utracenia  miecza  była  dla  takiego  oficera 
ważniejsza niż śmierć żołnierza, do którego należała broń. 

- Potrzebuję go - odparł Konrad z przesadnie wiejską wymową, ale nie podniósł 

broni.  -  Te  stwory  nazywają  się  skaveni,  a  tunele  pod  Middenheimem  są  ich  pełne. 
Przedłużcie rozejm, a zaprowadzimy was do ich kryjówki i będziecie mogli ich zniszczyć. 
Uwięźcie nas, a wtedy skaveni zniszczą miasto. 

- To prawda - rzekł Litzenreich, zwracając się do middenheimskiego maga. 
-  Rzeczywiście,  prawda  -  powtórzył  mag,  patrząc  na  kapitana.  Przysunął  się  do 

background image

Litzenreicha i zaczęli rozmawiać. 

- Chcę mówić z waszym dowódcą - powiedział Konrad, nie zadając sobie nawet 

trudu,  aby  spojrzeć  na  kapitana.  -  Musimy  działać  natychmiast.  Jeden  czy  dwóch 
skavenów mogło uciec i powiadomić resztę swojej hordy. 

- Wiem o skavenach - odparł kapitan, pohamowując gniew. 
Spojrzał na nekropolie, na porozrzucane w oddali zwłoki ludzi i nieludzi. Przywołał 

gońca. 

- Krasnoludy znają najszybszą drogę na powierzchnię - zauważył Konrad. 
Z  wyraźną  niechęcią  oficer  wyraził  zgodę  i  Ustnar  poprowadził  chorążego  z 

powrotem do tunelu. Towarzyszyli im dwaj żołnierze, których zadaniem było pilnowanie 
krasnoluda. 

- Bez względu na to, co się stanie - odezwał się kapitan do Konrada przyciszonym 

głosem  -  gdy  rozejm  dobiegnie  końca,  będziesz  trupem.  Ten  miecz  należy  do  mojego 
pułku. 

Konrad spojrzał na broń, którą trzymał  w dłoni. Nie miał do niej  pochwy, która 

pozostała przy ciele zabitego przez niego pierwszego żołnierza. 

- Nie - odparł. - Należy do mnie. 

Rozdział trzynasty 

Dowództwo wojsk Middenheimu wysłało na wyprawę do podziemi tylu żołnierzy, 

ilu  mogło  -  cześć  garnizonu,  członków  straży,  grupę  najemników,  pewną  liczbę 
zakonnych rycerzy Białego Wilka, a także paru Rycerzy-Panter. Nawet bez swoich koni ci 
elitarni jeźdźcy bardzo chcieli wziąć udział w obronie rodzinnego miasta. 

Grupa  Litzenreicha  szła  na  czele  długiej  kolumny.  Krasnoludy  przewodziły.  Na 

nich  spadł  cały  ciężar  prowadzenia  akcji  i  one  miały  ponieść  największe  straty, 
osłaniając middenheimskich wojowników w czasie pierwszej fazy ataku. 

Konrad  chciał  wymknąć  się  w  czasie  drogi  na  dół.  Dokonał  więcej  niż  trzeba  i 

miasto  mogło  już  bez  niego  zająć  się  skavenami.  Był  pewien,  że  Litzenreich  miałby 
ochotę uniknąć uczestnictwa w działaniach wojskowych. Jeden z krasnoludów mógł ich 
bezpiecznie  przeprowadzić  przez  plątaninę  tuneli  i  wyprowadzić  na  powierzchnię  góry. 

background image

Ale  wyglądało  na  to,  że  mag  chciał  zbadać  lochy  skavenów  w  nadziei,  że  zdoła 
dowiedzieć się, w jaki sposób surowy spaczeń destylowany jest na szary proszek. 

Aby  zapobiec  dezercji  członków  grupy  Litzenreicha,  za  każdym  z  nich  szedł 

miejski  żołnierz.  Kapitan  wybrał  sobie  miejsce  za  Konradem,  który  wcale  się  tym  nie 
przejął.  Gdyby  miał  ochotę,  bez  trudu  wymknąłby  się  aroganckiemu  oficerowi. Ale nie 
było dokąd iść i dlatego schodził prowadzącą spiralnie w dół sztolnią. Już niemal się do 
tego  przyzwyczaił.  Przed  nim  szły  jedynie  krasnoludy  i  ich  strażnicy,  Litzenreich 
znajdował się bezpośrednio za kapitanem. 

Konrad  nie  zmartwił  się  groźbą  kapitana,  chociaż  zadowolony  był  z  ostrzeżenia. 

Wyjawienie  zamiarów  było  ze  strony  kapitana  głupotą,  podobnie  jak  głupie  były  same 
jego zamiary. Konrad walczył, zabił jednego z ludzi kapitana i zabrał mu miecz. I co z 
tego? Zabił również drugiego middenheimskiego żołnierza i skrócił cierpienia trzeciego, 
okaleczonego przez Ustnara. Wszystko to zdarzyło się podczas walki, a jednak kapitan 
chyba  uważał,  że  popełnione  zostało  morderstwo.  Dlaczego  potraktował  to  aż  tak 
osobiście? 

Jeden z ludzi kapitana musiał  zabić  Hjornura.  Krasnolud  ocalił  Konradowi  życie, 

ale najemnik nie czuł potrzeby odszukania i  zgładzenia zabójcy Hjornura. Pamiętał, co 
niedawno myślał o zemście. W czasie bitwy wojownik mógł polować na tego, kto zadał 
śmiertelny  cios  towarzyszowi.  Ale  nie  wówczas,  gdy  walka  dobiegła  końca  -  być  może 
dlatego, że przeciwnicy rzadko kiedy tak szybko stawali się sojusznikami. 

Ostrożnie  schodząc  stromo  opadającym  tunelem,  Konrad  zdał  sobie  sprawę,  że 

być  może  wkrótce  nadarzy  się  okazja  dokonania  zemsty.  Nigdy  nie  wyruszyłby  na  te 
wyprawę, aby szukać Gaxara, ale istniała możliwość, że wkrótce znowu znajdą się blisko 
siebie. W takiej sytuacji zrobi wszystko, aby zemścić się na Szarym Proroku. 

Przypomniał  sobie,  co  Litzenreich  powiedział  mu  na  temat  różnicy  między 

sprawiedliwością  a  prawem.  Być  może  tego  właśnie  szukał  -  nie odwetu, lecz 
sprawiedliwości.  Gaxar  był  odpowiedzialny  nie  tylko  za  trzymanie  go  w  ciemnym, 
wilgotnym lochu. Ten zdradziecki nieczłowiek również ogłuszył Konrada, oddając go w 
ten sposób w niewolę Kastringa. 

Konrad  chciał  nie  tylko  zabić  Gaxara  -  przedtem  pragnął  go  przesłuchać.  Im 

background image

dłużej  o  tym  myślał,  z  tym  większą  niecierpliwością  oczekiwał  na  kolejne  spotkanie  z 
szarym  skavenem.  Miał  nadzieję,  że  nie  wszystkie  gryzonie  uciekły.  Musiały  zdawać 
sobie sprawę, że wysłano przeciwko nim karną ekspedycję. Czy staną do walki, czy też 
podwiną ogony i uciekną w najgłębsze tunele mrocznego królestwa? 

Konrad  wiedział,  że  jeżeli  nie  znajdą  skavenów,  rozejm  z  middenheimskimi 

żołnierzami natychmiast wygaśnie. Dopiero wtedy będzie musiał się martwić grożącą mu 
śmiercią. Na razie wyrok uległ zawieszeniu. Kapitan nie pchnie go w plecy. Najwyraźniej 
uważał się za rycerza, dla którego honor był równie ważny jak samo życie. Widać było, 
że nigdy nie służył na pograniczu. Nie spełni swojej groźby, dopóki bitwa pod ziemią nie 
dobiegnie końca. Przy pewnej dozie szczęścia zostanie zabity przez skavenów, a jeżeli ta 
doza szczęścia będzie nieco większa, Konrad zdoła uniknąć podobnego losu. 

Nowy miecz zatknął za pas. Musiał bardzo uważać, aby pokonując najtrudniejsze 

fragmenty drogi, nie skaleczyć się o nagie ostrze. Wciąż był ubrany w tę samą skórzaną 
zbroję  i  kolczugę,  jak  na  pierwszej  podziemnej  wyprawie,  ale  nie  miał  hełmu  i  tarczy. 
Posiadał  jedynie  miecz  -  elegancką  broń  o  ozdobnym  jelcu  i  wygrawerowanym  na 
gardzie  symbolu  wilczej  głowy.  Na  płazach  głowni  widniały  dziwne  hieroglify  - 
najprawdopodobniej  dewiza  pułku,  zapisana  w  starodawnym  języku.  Może  brzmiała: 
„Lepsza  śmierć  niż  hańba”.  Konrad  uśmiechnął  się  na  te  myśl,  ponieważ  nie  miał 
żadnych innych powodów do radości 

Ogarnęło  go  pragnienie,  by  wrócił  dar  widzenia  przyszłości  Był  wprawdzie 

kapryśny, ale zawsze lepszy niż nic. W wąskim i ciemnym tunelu, idąc między dwoma 
middenheimskimi żołnierzami, nie było co oglądać zwykłym wzrokiem. 

* * * 

Na samym czele szedł Joukelm, ale nie on zginął jako pierwszy. Wrzaski rozległy 

się z tyłu, odbijając się potężniejącym echem o ściany wąskich sztolni. 

Skaveni  wiedzieli,  że  ich  włości  zostały  najechane  i  zareagowali  w  odpowiedni 

sposób,  obsadzając  zewnętrzną  linie  obrony  oddziałami  samobójców.  Kryli  się  w 
bocznych  korytarzach,  by  wypaść  z  nich,  zabijając  i  raniąc  wielu  ludzi,  zanim  zostali 
zlikwidowani. 

Przygotowali  również  pułapki.  Pozwolili  przez  nie  przejść  pierwszej  grupie,  ale 

background image

potem podłoga komory zapadła się gwałtownie i kilkunastu żołnierzy wpadło do jamy, 
pełnej  zaostrzonych  pali.  Inne  ofiary  szczuroludzi  zginęły  pod  tonami  skał  zawalonego 
chodnika.  Wojsko  z  Middenheimu,  pod  komendą  krasnoludów,  w  ciągu  kilku  minut 
zdołało  nad  jamą  przerzucić  most  i  zlikwidować  zawał.  Przednia  straż  zatrzymała  się, 
czekając na dołączenie reszty oddziału, i wtedy została zaatakowana. 

Joukelm stał na czele kolumny i tym razem nadeszła jego kolej, by zginąć. Został 

zabity w taki sam sposób, jak Varsung -  bełtem  wystrzelonym  z  kuszy.  Większość  ze 
stojących przed Konradem pochyliła się, szukając osłony. Następnym, który zginął, był 
żołnierz stojący bezpośrednio przed Konradem. Bełt trafił go w oko z taką siłą, że grot 
przebił tył czaszki i hełm. 

Głowa Konrada była następna w kolejności. Zrobił krok do przodu i pochylił się, 

podnosząc  z  ziemi  tarczę,  upuszczoną  przez  zabitego  żołnierza.  Przypuszczał,  że  nie 
spodoba się to kapitanowi, ale martwy nie potrzebował już tarczy ozdobionej symbolem 
białego  wilka.  Konrad  doszedł  do  wniosku,  że  poznaje  oświetlony  migoczącą  latarnią 
fragment  podziemnego  labiryntu.  Wprawdzie  wszystkie  wyrąbane  w  granicie  tunele 
wyglądały identycznie, ten jednak przypominał miejsce, w którym zginął Varsung. Jeżeli 
się  nie  mylił,  wielka,  centralna  jaskinia  powinna  być  już  blisko.  Wytężył  wzrok, 
wypatrując  niesamowitej,  migoczącej  poświaty,  wydobywającej  się  z  pieców  do 
destylacji spaczenia. 

- Ustnar! 
- Co? 
- Jesteśmy prawie na miejscu? 
- Tak. 
- Po następnej strzale biegniemy. 
- Dobra. 
Kolejny  bełt  syknął  obok  Konrada.  Korytarz  lekko  zakręcał,  więc  pocisk 

roztrzaskał  się  o  skalną  płaszczyznę.  Gdyby  tunel  był  prosty,  następną  ofiarą  kusznika 
stałby się kapitan. 

-  Naprzód!  -  wrzasnął  Konrad,  rzucając  się  do  przodu  za  Ustnarem,  dwoma 

krasnoludami,  których  imion  nie  znał,  i  trzema  middenheimskimi  żołnierzami.  Wkrótce 

background image

zostało  już  tylko  dwóch  middenheimczyków,  ponieważ  trzeci  zginął  od  bełtu 
wystrzelonego przez ukrytego kusznika. 

Poprzednim razem po strzałach kusznika Konrad został zaatakowany przez stado 

skavenów  i  teraz  również  spodziewał  się  usłyszeć  tupot  pędzącej  zgrai.  Zamiast  tego 
nagle rozbłysło światło. Znaleźli się na otwartej przestrzeni - a czekali na nich wszyscy 
skaveni… 

Konrad  się  pomylił.  Był  to  inny  tunel  -  zamiast  wyjść  na  galerię,  znaleźli  się  na 

dolnym poziomie ogromnej centralnej jaskini. 

Zanim  Konrad  dotarł  do  końca  korytarza,  pozostali  dwaj  żołnierze  i  jeden  z 

krasnoludów  już  nie  żyli.  Ustnar  i  drugi  krasnolud,  wymachując  toporami,  bronili  się 
przed szaleńczo atakującymi skavenami. Konrad pchnął mieczem jednego szczuroczłeka. 
Na ziemi leżało już kilka trupów gryzoni, ale żywych wciąż było dużo, o wiele za dużo. 
Ponownie pchnął sztychem i kolejny skaven zginął z przeszytym sercem. Potem u boku 
Konrada  pojawił  się  kapitan,  zabijając  swojego  pierwszego  wroga.  Być  może  nie  był 
wcale tak niedoświadczony, jak przypuszczał Konrad. 

Litzenreich wyszedł z tunelu. Był nie uzbrojony i Ustnar natychmiast stanął przed 

magiem, osłaniając go własnym ciałem. Jednemu skavenowi udało się go wyminąć, po 
czym  rzucił  się  na  czarodzieja.  Litzenreich  wyciągnął  prawą  rękę,  jakby  zadawał 
pchniecie  mieczem.  Mimo  że  nawet  nie  dotknął  skavena,  szczuroczłek  nagle 
znieruchomiał, skamieniały w pozycji przygotowania do pchnięcia włócznią. W następnej 
chwili topór Ustnara zdjął mu głowę z ramion. 

Z  wylotu  tunelu  wysypywali  się  następni  middenheimczycy.  Większość 

atakujących przebyła pułapki i zasadzki i zaczęła teraz spychać brązową hordę. Konrad 
zauważył jednak, że skaveni zbyt chętnie ustępują pola, świadomie prowokując ludzi, by 
ich ścigali. Zwolnił kroku i popatrzył wokoło, zastanawiając się, gdzie może być Gaxar i 
w jaki sposób do niego dotrzeć. 

Ogromna jaskinia przypominała wielką, pogańską świątynię, w której środku stał 

monstrualny metalowy mechanizm Gaxara - podobizna złego boga, plującego ogniem i 
dymem.  Brakowało  jednak  akolitów,  ożywieńczych  niewolników  kultu  spaczenia, 
odprawiających  obrządki  przy  tym  gigantycznym  ołtarzu.  Ustawiony  na  kamiennym 

background image

podwyższeniu  idol  nie  przyjmował  ofiar  w  milczeniu.  Potężne,  zazębiające  się  koła  i 
połączone  dźwignie,  którymi  był  ozdobiony,  przez  cały  czas  poruszały  się,  wściekle 
wirując, przesuwając się w górę i w dół, do przodu i do tyłu, tam i z powrotem. 

Gdy Konrad był uwięziony w sąsiedniej jaskini, przyzwyczaił się do nieustannego 

łoskotu.  Teraz  jednak  hałas  był  o  wiele  słabszy,  żar  nie  palił  tak  bardzo,  blask  nie 
oślepiał,  a  tryby  i  drążki  nie  poruszały  się  tak  szybko.  Bóstwo  zdawało  się  zapadać  w 
sen. Najwidoczniej, wiedząc, że nastąpi szturm, musiano zawiesić prace w tej piekielnej 
kuźni. 

I nagle zaatakowali martwi. 
Ożywieńcy,  którzy  byli  niewolnikami  skavenów,  nagle  stali  się  oddziałem 

bojowym.  Było  ich  tak  wielu,  że  nie  potrzebowali  broni.  Wyłonili  się  z  przeciwległych 
tuneli, otoczeni brzęczącymi, tłustymi muchami, i powoli kuśtykali do przodu, spychając 
napastników samą swoją masą. Większość ożywieńców łatwo dawała się zniszczyć, ale 
na ich miejsce zawsze pojawiali się nowi. Konrad miał nadzieję, że wśród żywych trupów 
nie zobaczy samego siebie, ale w poruszanym nekromantyczną mocą legionie nie było 
jego sobowtóra. 

Nie  tylko  ożywieni  ludzie  destylowali  spaczeń  dla  swoich  szczuropodobnych 

panów.  Skaveni  zamienili  w  niewolników  również  wielu  swoich  pobratymców,  którzy 
teraz  przyłączyli  się  do  walki  przeciwko  napastnikom. Byli nie tylko uzbrojeni w 
najprzeróżniejszą  broń,  ale  również  przykuci  do  siebie  łańcuchami.  Stanowili  oddziały 
samobójców - ich zagłada była równie nieuchronna jak zniszczenie ożywieńców. Widząc 
ich żelazne obroże i zardzewiałe łańcuchy, Konrad nie był w stanie powstrzymać myśli o 
swej własnej niewoli. Byli takimi samymi więźniami jak on, ale świadomość tego faktu 
nie powstrzymywała go przed ich zabijaniem. 

Skaveńscy  niewolnicy  ginęli,  dołączając  do  rozpadających  się  zombie, 

spróchniałych  szkieletów,  gnijących  trupów,  rozkładających  się  ghouli  i 
zabalsamowanych mumii. Jedni i drudzy padali na ziemię, tworząc wał, który zagradzał 
drogę middenheimskim wojownikom i ograniczał im swobodę ruchów. 

I  wtedy  pułapka  się  zatrzasnęła.  Z  góry  sypnęło  gradem  strzał.  Wielu  ludzi 

zginęło, zanim uniesiono tarcze, tworząc z nich dach. 

background image

Nie był on jednak w stanie ustrzec wojowników przed następną, straszliwą bronią 

skavenów.  Z  któregoś  z  górnych  poziomów  trysnął  język  żółtego  ognia,  oblewając 
strumieniem płonącej lawy stłoczonych w dole wojowników. Tarcze i zbroje topiły się w 
żarze.  Ponad  połowa  żołnierzy  zginęła  niemal  natychmiast,  spalona  w  swoich 
pancernych  skorupach.  Inni  umierali  dłużej,  płonąc  żywcem  wśród  koszmarnych 
krzyków. 

Middenheimczycy  podnieśli  tarcze,  tak  jak  ich  uczono.  Konrad  nie  zrobił  tego  i 

uratował życie. Płynny ogień nie spłynął po nim i udało mu się uniknąć płomieni. 

Większość skutych łańcuchami skavenów i ożywieńców również stała się ofiarami 

ognistej  kuli.  Niektórzy  zaczęli  płonąć,  inni  rozsypywali  się  od  żaru.  Część  zombie 
zachowała  swą  parodię  życia  i  paląc  się  maszerowała  wśród  ogólnego  chaosu,  jakby 
przyciągana  przez  mdlący  smród  zwęglonych  ludzkich  ciał.  Nie  były  w  stanie  wydobyć 
głosu i nie czuły bólu, a więc nie mogły ani nie musiały krzyczeć. 

Litzenreich spojrzał  w  stronę skavenów obsługujących ognistą  broń. Widać  było 

tylko dwóch, stojących na górnej galerii. Jeden miał umocowaną na plecach drewnianą 
beczkę,  a  drugi  trzymał  jakieś  mosiężne  urządzenie  przypominające  bogato  zdobioną 
trąbę.  Celował  nią  w  dół,  szykując  się  do  odegrania  następnej  bezgłośnej  solówki 
płomiennej śmierci. 

Mag uniósł obie ręce, kierując je w stronę skalistej półki. Z czubków jego palców 

strzeliła  błyskawica.  W  chwilę  później  śmiercionośna  baryłka  eksplodowała,  oblewając 
obu  skavenów  płonącą  cieczą.  Paląc  się  jak  pochodnie,  runęli  w  otchłań.  Na  jej  dno 
upadły jedynie ich zwęglone kości. 

Litzenreich zatoczył się do tyłu. Konrad pomyślał, że został ranny, ale czarodziej 

tylko oparł się o ścianę jaskini, jakby odpoczywając po ogromnym wysiłku. 

Straszliwy  żar  miotacza  ognia  skavenów  spowodował,  że  twarz  Konrada  była 

poparzona i pokryta pęcherzami, a głownia miecza rozgrzała się do czerwoności. Gorąco 
ogarnęło również rękojeść, paląc nawet przez rękawicę - musiał odrzucić broń. Poszukał 
wzrokiem następnej, a potem wyjął miecz z garści trupa. 

Były  to  zwłoki  kapitana.  Przypadła  mu  w  udziale  śmierć,  w  której  niewiele  było 

chwały.  Brzuch  miał  rozpruty,  a  jego  wnętrzności  zmieszały  się  z  bebechami 

background image

wypatroszonego skavena.  Leżeli,  spleceni  w  upiornym  uścisku,  jak  perwersyjni 
kochankowie. 

- Dziękuję - rzekł Konrad. 
Miecz  był  taki  sam  jak  poprzedni  i  Konrad  tak  samo  niszczył  nim  następnych 

ożywieńców. Z nowej głowni spadały robaki i różne padlinożerne owady. Trupi zaduch 
mieszał  się  z  odorem  palonych  ciał,  tworząc  szatański,  zmuszający  do  wymiotów 
zapachy. 

Konrad  spostrzegł,  że  Litzenreich  odzyskał  siły  i  przedziera  się  przez  martwą 

hordę.  Jeszcze  trzymające  się  na  nogach  ożywione  zwłoki  wydawały  się  od  niego 
odsuwać.  Towarzyszył  mu  Ustnar,  którego  topór  spadał  na  nielicznych  ocalałych 
skaveńskich  niewolników.  Mag  wpatrywał  się  w  dziwaczne  urządzenie,  w  którym 
destylowano  spaczeń.  Wyglądało  jak  powiększenie  któregoś  z  jego  własnych, 
skomplikowanych aparatów. 

Z  tunelu  już  przestały  wyłaniać  się  dalsze  oddziały  wojsk  Middenheimu.  Czyżby 

ocaleli  jedynie  ci,  którzy  znajdowali  się  tutaj?  A  może  posiłki  kryły  się  w  korytarzach? 
Gdzie są skaveni? Nawet łucznicy, którzy mieli tak łatwy cel, oddali tylko jedną salwę. 
Konrad  rozejrzał  się  wokoło.  Nigdzie  w  pobliżu  nie  było  ani  jednego  szczuroczłeka. 
Wycofali się w tym krótkim momencie, który upłynął między wypuszczeniem pocisków z 
łuków a wystrzeleniem z ognistej broni. I już nie wrócili. 

Skaveni nie mogli już uciec. Na pewno przygotowywali kolejny podstęp. Konrad 

czuł się niepewnie. Dalsze niszczenie ożywieńców nie miało sensu. Chciał wspiąć się na 
górę,  ale  ściany  były  zbyt  strome.  W  którymś  z  korytarzy  na  dole  jaskini  musiały  być 
stopnie prowadzące w górę. Rozpoczął poszukiwania. 

Trzecie łukowato sklepione przejście prowadziło do wykutych w skale spiralnych 

schodów.  Zaczął  wspinać  się  po  nich  ostrożnie.  Wciąż  nie  było  najmniejszego  śladu 
obecności skavenów. Ale nawet jeżeli nie byli w stanie go zobaczyć, mogli wyczuć jego 
zapach. 

Dotarł  na  następny  poziom,  zatrzymał  się,  nasłuchiwał  chwilę,  potem  znowu 

wszedł  wyżej  i  powtórzył  całą  operację.  Na  czwartym  poziomie  wydało  mu  się,  że 
znalazł  się  na  wysokości  tunelu,  którym  za  pierwszym  razem  wszedł  do  legowiska 

background image

skavenów. Gdyby idąc wzdłuż skalnej półki, udało mu się obejść całą jaskinię, powinien 
odnaleźć zarówno wejście, jak i tunel, którym powleczono go w dół. 

Udało mu się, ale zanim do tego doszło, spotkał Srebrne Oko. Popatrzyli na siebie 

-  po  raz  pierwszy  Konrad  widział  wielkiego  skavena  w  tak  dobrym  oświetleniu.  Teraz 
dopiero  zorientował  się,  że  w  jego  oczodole  tkwi  nie  srebrna  moneta,  ale  coś,  co 
zdawało poruszać się jak rtęć - kawałek spaczenia. Język Srebrnego Oka wysunął się zza 
metalowych kłów i oblizał pokryte bliznami policzki. 

Konrad  zadrżał,  przypominając  sobie  jego  szorstki  dotyk.  Ciął  mieczem. 

Szczuroczłek podniósł tarczę, metal zadzwonił o metal. Konrad ze zdumieniem spojrzał 
na widniejący na puklerzu znak. 

Tarcza  miała  kształt  wydłużonego  trójkąta,  była  czarna  ze  złotym  herbem. 

Rysunek  na  niej  przedstawiał  pięść  w  pancernej  rękawicy,  umieszczoną  pomiędzy 
skrzyżowanymi  strzałami.  Ten  sam  herb,  który  znajdował  się  na  łuku  i  strzałach 
otrzymanych od Elyssy! 

Jego  zaskoczenie  było  tak  całkowite,  że  zadany  przez  Srebrne  Oko  nagły  cios 

mieczem niemal go wypatroszył. Sztych zębatej głowni przeciął kolczugę oraz skórzany 
kaftan i Konrad poczuł krew płynącą z rozciętej skóry. Zamachnął się mieczem, podniósł 
tarczę  i  zaczął  walczyć.  Był  lepszym,  szybszym  i  zręczniejszym  wojownikiem.  Skaven 
przewyższał go jedynie ciężarem, ale Konrad mógł wykorzystać to na swoją korzyść. Był 
przekonany,  że  wygra  ten  pojedynek  i  zabije  Srebrne  Oko.  Ale,  podobnie  jak  w 
przypadku Gaxara, nie chciał go zabijać - jeszcze nie. 

Chciał go przesłuchać, zapytać, skąd wziął te tarcze. Była poobijana, zardzewiała, 

wykonana z metalu, a nie z warstw twardej skóry. Znać było, że używano jej w wielu 
walkach. Skaveni byli rabusiami i swoje zbroje montowali z rozmaitych skórzanych oraz 
metalowych elementów, wynajdywanych na pobojowiskach i zabieranych trupom. 
Zapewne Srebrne Oko w ten sam sposób zdobył swoją tarczę. Mógł ją także ukraść. Ale 
gdzie i komu? 

Konrad tylko się bronił i stwór wykorzystywał swoją przewagę, spychając go do 

tyłu.  Na  razie  nie  było  szans  na  rozmowę.  Należeli  do  odmiennych  ras  i  Srebrne  Oko 
znał zaledwie kilka ludzkich słów. Konrad musiał mieć jako tłumacza szarego skavena. 

background image

Mógł jedynie liczyć na to, że uda mu się schwytać obu i zmusić do udzielenia odpowiedzi 
na pytania. Ale nawet jeżeli zdołałby ich złapać, to czy powiedzieliby prawdę? 

Sytuacja  była  beznadziejna.  Równie  dobrze  mógł  zabić  Srebrne  Oko. 

Przynajmniej zabierze tarczę jako łup. 

Za  plecami  Srebrnego  Oka  rozległ  się  głos  innego  skavena.  Przeciwnik  naciskał 

Konrada coraz mocniej, zadawał pchnięcie za pchnięciem, opierał czarno-złotą tarczę o 
puklerz człowieka, spychając go ku krawędzi skalnej półki. Kątem oka Konrad dostrzegł 
postać, pojawiającą się na szczycie kamiennych schodów. To był Litzenreich. 

Niewidoczny skaven zawołał jeszcze raz i Srebrne Oko warknął coś w odpowiedzi. 

Za nim znajdował się tunel - był szerszy niż inne, ale tak samo ciemny. W mroku dał się 
dostrzec ruch. Z cienia wyłonił się drugi skaven, zbliżając się coraz bardziej. Gaxar. 

Szary Prorok nie był sam. Obok niego posuwał się człowiek - zgarbiona, naga i 

blada postać. Gaxar dzierżył w ręku łańcuch, założony na szyję ludzkiej istoty, zupełnie 
jakby trzymał na smyczy psa. 

Konrad  przysiągł  sobie,  że  jeniec  długo  nie  pozostanie  w  niewoli.  Dwaj  skaveni 

umrą, a więzień zostanie oswobodzony. 

Przybył  Litzenreich,  stanął  kilka  kroków  od  Konrada  i  spojrzał  na  Gaxara. 

Skaveński czarodziej nie odwrócił wzroku. 

Wydarzenia te odwróciły na chwilę uwagę Konrada i wtedy Srebrne Oko uderzył. 

Wojownik  cofnął  się,  aby  uniknąć  ciecia,  ale  w  tej  samej  chwili  skaven  cofnął  miecz  i 
zamachnął się tarczą.  Zaskoczony Konrad  został trafiony w ramie i odrzucony do  tyłu. 
Zachwiał  się,  rozkładając  ramiona,  aby  utrzymać  równowagę,  nie  wiedząc,  jak  daleko 
jest do skraju przepaści. 

Podtrzymała go silna dłoń. Stał za nim Ustnar. 
- Mamy iść, szefie? - zapytał Litzenreicha. 
Gaxar i jego więzień zniknęli już w mroku. Teraz Srebrne Oko ruszył ich śladem. 

Konrad szarpnął się w tę samą stronę. 

- Nie - powstrzymał go Litzenreich. 
Konrad  stanął,  niezadowolony,  że  pozwalają  Gaxarowi  uciec.  Ale  znajdował  się 

przed nimi nie zbadany labirynt tuneli, a Konrad nie miał pojęcia, jak wiele stworów się 

background image

w nim kryje. Nie posiadał też latarni, był ranny. Gdyby poszedł dalej, zapłaciłby za ten 
krok życiem. A była to zbyt wysoka cena za zemstę - czy nawet za sprawiedliwość. 

- Dokąd? - zapytał. 
-  Altdorf  -  odparł  Litzenreich,  a  potem  zwrócił  się  do  Ustnara.  -  Czy  jest  ktoś 

jeszcze? 

- Nikt z naszych - rzekł krasnolud. 
Konrad  odwrócił  się,  podszedł  do  krawędzi  i  spojrzał  na  dno  wielkiej  jamy. 

Przypominała  masowy  grób,  pełen  martwych  i  powtórnie  martwych  ludzi,  skavenów  i 
ożywieńców  Gaxara.  W  dole  pozostało  nie  więcej  niż  kilkunastu  middenheimskich 
żołnierzy. 

- Dlaczego do Altdorfu? - zapytał. 
- Bo tam mieszka cesarz - wyjaśnił Litzenreich. 
Konrad czekał na ciąg dalszy. 
- Widziałeś, kto to był? - dodał mag, gestem ręki wskazując kierunek, w którym 

uciekł skaven. 

- Gaxar - odparł Konrad. 
- Nie, nie chodzi mi o skavena, tylko o człowieka, którego ze sobą prowadził. To 

był cesarz… 

* * * 

Konrad spojrzał  w  górę,  na  niebo.  Było  szare  i  pokryte  ciężkimi,  ciemnymi 

chmurami.  Deszcz  wisiał  w  powietrzu,  podmuchy  zimnego  wiatru  wdzierały  się  przez 
dziury w odzieży, ale dla Konrada był to piękny dzień. 

Po  raz  pierwszy  od  niezliczonych  tygodni  znalazł  się  na  powierzchni ziemi. 

Pierwszy  raz  jego  wzrok  nie  zatrzymał  się  na  granitowej  ścianie.  I  po  raz  pierwszy  od 
jeszcze  dłuższego  czasu  był  wolny.  Wyzwolony  z  labiryntu  tuneli  pod  Fauschlag,  ze 
spiżowej zbroi, od ś dowodzonej przez Kastringa bandy czcicieli Khorne’a. 

Rozłożył  ręce,  a  potem  podskoczył  najwyżej  jak  potrafił.  Długo  i  głośno 

wykrzykiwał  swoją  wdzięczność,  będącą  mieszaniną  niczym  nie  skrępowanej  radości  i 
zwykłego, ludzkiego szczęścia. 

Obejrzał się na Middenheim, który zdawał się wyrastać prosto ze skalistej turni. 

background image

Uświadomił  sobie,  że  nigdy  dotąd  nie  widział  tego  miasta.  Przez  wizjer  w  spiżowej 
zasłonie dojrzał przelotnie mury obronne i kilka ulic, ale potem okryto go i zaniesiono do 
podziemi. I zaledwie minutę temu wciąż jeszcze znajdował się pod ziemią. 

Wyszedł  z  jaskini,  ziejącej  w  skalistym  zboczu  w  odległości  mniej  więcej  trzech 

mil od Miasta Białego Wilka. Jeszcze parę minut temu biegł na spotkanie powiększającej 
się plamki dziennego światła, widniejącej u wylotu tunelu. Biegł coraz szybciej, nie chcąc 
pozostawać więźniem podziemi ani sekundy dłużej niż było to konieczne. 

Słysząc  za  sobą  odgłos  kroków,  odwrócił  się  i  patrzył,  jak  Litzenreich  i  Ustnar 

wychodzą  na  zewnątrz  i  wspinają  się  kilka  metrów  na  równy  grunt.  Krasnolud 
przeprowadził  ich  szeregiem  tuneli,  daleko  od  podziemnego  pola  bitwy.  Większość 
middenheimskich wojsk została zmasakrowana, ale chyba wykonały one swoje zadanie. 
Skaveni zostali wypędzeni z mrocznego królestwa - przynajmniej na jakiś czas. 

Konrada  interesował  tylko  jeden  skaven  -  Srebrne  Oko,  który  miał  tarczę 

opatrzoną  tajemniczym  herbem,  od  dawna  fascynującym  Konrada.  Minęło  ponad 
dziesięć  lat  od  chwili,  gdy  Elyssa  wręczyła  mu  czarny  łuk,  dziesięć  strzał  i  kołczan  z 
karbowanej skóry. Dar był nagrodą za ocalenie jej przed zwierzołakiem, pierwszym tego 
rodzaju  stworem,  którego  zabił.  W  ciągu  następnych  lat  zniszczył  niezliczoną  liczbę 
mutantów o najrozmaitszych rozmiarach i wyglądzie. Teraz już wiedział, że wszyscy byli 
sługami Chaosu. 

Tarcza  ze  złotym  herbem  była  jedyną  rzeczą  łączącą  Konrada  z  przeszłością,  z 

życiem  w  rodzinnej  wiosce.  Nawet  gdyby  nie  zdołał  się  dowiedzieć  niczego  o  tarczy, 
musiał ją mieć. Nie mogła dłużej znajdować się w łapach skavena. 

W  czasie  długiego  i  męczącego  wychodzenia  z  miasta  skavenów  nie  było 

możliwości prowadzenia rozmowy, dlatego dopiero teraz Konrad powiedział: 

- To nie był cesarz. 
- Nie on sam - odparł Litzenreich, opierając się o skalistą ścianę i dysząc ciężko - 

ale  niewątpliwie  jego  sobowtór.  Gaxar  potrafi  ożywiać  zwłoki  i  może  im  również 
nadawać inny wygląd. 

Konrad  doskonale  o  tym  wiedział,  wszak  musiał  walczyć  ze  swoim  bliźniakiem 

stworzonym  przez  Gaxara.  Ale  sobowtór  cesarza?  Trudno  mu  było  w  to  uwierzyć, 

background image

chociaż Gaxar musiał uważać swojego więźnia za bardzo ważnego. Nie zabrał ze sobą 
żadnego z pozostałych wskrzeszeńców, a więc być może Litzenreich mówił prawdę. 

- Widziałem cesarza, gdy byłem w Altdorfie - dodał mag. 
-  Powiedziałeś,  że  musi  kierować  się  do  Altdorfu.  Ale  dlaczego?  To  stolica 

Imperium, tam mieszka cesarz. Ale… 

- Przychodzi mi do głowy tylko jeden powód, dla którego skaveni stworzyli replikę 

cesarza.  Po  to,  aby  zastąpić  go  sobowtórem  -  tworem  Chaosu.  Już  kiedyś  tego 
próbowali. 

Dopiero  po  chwili  Konrad  pojął  potworność  teorii  Litzenreicha.  Wreszcie  skinął 

głową.  Plan  sprawiał  wrażenie  wyjątkowo  podstępnego  i  sprytnego,  dokładnie 
odpowiadającego taktyce, jaką mogliby zastosować skaveni. 

- Jak daleko jest do Altdorfu? - zapytał. 
- Mniej więcej trzysta mil - po raz pierwszy odezwał się Ustnar. Czy rzeczywiście 

mogła  istnieć  podziemna  droga,  sięgająca  aż  do  następnego  miasta  gryzoni  pod 
Altdorfem? Czy właśnie tam w ostatniej chwili skierował się Gaxar? 

- Proponuję, abyśmy wędrowali wspólnie - rzekł Litzenreich. - Możemy wzajemnie 

sobie pomóc. 

Konradowi  niezbyt  podobał  się  pomysł  towarzyszenia magowi. Teraz, kiedy 

uzyskał  wolność,  chciał  być  całkowicie  niezależny.  Już  wcześniej  postanowił,  że  nie 
będzie miał nic wspólnego z Litzenreichem. Nie zdarzyło się nic takiego, co wpłynęłoby 
na zmianę tej decyzji. 

- Nie chcę iść do Altdorfu. 
- Chcesz. Dlatego pytałeś, jak jest daleko. 
Zastanawiał  się,  co  myśli  czarodziej  na  temat  motywów  jego  wyprawy  do 

Altdorfu. Zemsta…? 

Konrad wzruszył ramionami. 
- Nigdy tam nie byłem - doszedł do wniosku, że nie powie Litzenreichowi o herbie 

ze strzałami i pancerną pięścią. - A dlaczego ty chcesz tam iść? 

- Muszę zacząć moje badania w jakimś innym miejscu. Mieszkałem już kiedyś w 

Altdorfie, dobrze nadaje się do moich celów. O ile wiem, pod tym miastem również żyją 

background image

skaveni.  Będę  miał  świeże  źródło  spaczenia.  A  że  nie  sądzę,  aby  było  szczególnie 
korzystne, gdyby cesarz został marionetką skavenów, może uda mi się zniweczyć spisek 
Gaxara… 

Konrad zdał sobie sprawę, że może to być jedyny sposób na odnalezienie Szarego 

Proroka. A tam, gdzie znajduje się Gaxar, będzie też Srebrne Oko - a także tajemnicza 
tarcza. 

- W którą stronę idziemy? - zapytał. 
- Na południowy zachód - odparł Litzenreich i wskazał kierunek gestem ręki. 
- Trzysta mil? Jak się tam dostaniemy? Nie mamy ani koni, ani pieniędzy. 
-  Zapomniałeś  o  mojej  profesji, Konradzie -  rzekł  Litzenreich.  -  Krasnolud, 

wojownik, czarodziej. Tworzymy wspaniały zespół. Zgadzacie się ze mną? 

- Tak, szefie - oświadczył krasnolud. 
Wojownik  skinął  głową,  ale  powtórzył  jedynie  pierwszą  połowę  wypowiedzi 

krasnoluda. 

Rozdział czternasty 

Droga  między  Middenheimem  a  Altdorfem  była  jedną  z  najważniejszych  arterii 

komunikacyjnych  w  Imperium.  Podróżowali  nią  dyliżansem.  Konrad  nigdy  dotąd  nie 
jechał  takim  wehikułem,  a  ponieważ  dyliżans  był  dobrze  resorowany,  najemnik 
początkowo  cierpiał  na  nudności.  Pod  koniec  pierwszego  dnia  podróży  zdążył  jednak 
przyzwyczaić się do kołyszącego ruchu. 

Co wieczór razem z Litzenreichem i Ustnarem jadali obiady w zajazdach, w 

których  dyliżans  zatrzymywał  się  na  noc.  Raczyli  się  najlepszymi  potrawami,  a  potem 
wędrowali  do  miękkich  łóżek.  Po  pierwszej  bezsennej  nocy  Konrad  wolał  spać  na 
podłodze.  Rankiem  zjadali  śniadanie,  by  potem  znowu  zająć  miejsca  w  pojeździe  i 
rozpocząć następny etap podróży do stolicy. 

Czarownik  okazał  się  pożytecznym  towarzyszem  podróży,  potrafiącym  zadbać  o 

wszystkie  szczegóły.  Wyglądało  na  to,  że  pasażerowie  powinni  byli  płacić  za  okazaną 
gościnność - posiłków i noclegów nie wliczano w cenę przejazdu. Litzenreich nie płacił za 
nic,  nawet  za  dyliżans,  ale  dzięki  swoim  magicznym  talentom  umiał  przekonać 

background image

wszystkich, że to zrobił. 

W podobny sposób zdobył również świeże ubrania dla całej trójki i Konrad mógł 

wreszcie wyrzucić swoją poplamioną odzież. Miał ją na sobie od momentu, gdy po raz 
pierwszy  zapuścił  się  w  tunele  prowadzące  do  gniazda  skavenów.  Przyjemnie  było 
wykąpać się i przebrać w coś czystego. Jego rany i oparzenia goiły się stopniowo, zaś na 
prawej ręce proces ten postępował szybciej. 

Doskonale teraz rozumiał, dlaczego czarodziej nie potrzebuje pieniędzy, skoro nie 

ponosząc żadnych kosztów mógł zdobyć wszystko, czego potrzebował. Wszystko, prócz 
spaczenia… 

W  czasie  długich  dni  podróży  Konrad  znowu  zaczął  zastanawiać  się  nad  celem 

swojej  wizyty  w  Altdorfie.  Ponieważ  rozmyślania  na  ten  temat  były  jedynym  jego 
zajęciem, miał coraz większe wątpliwości co do sensu tej podróży. Nawet jeżeli Gaxar i 
Srebrne  Oko  rzeczywiście  udali  się  do  stolicy  Imperium,  w  jaki  sposób  zdoła  odnaleźć 
skavenów i tajemniczą tarczę? Gdyby nawet udało mu się schwytać i przesłuchać obu 
szczuroludzi, zapewne nie zdradziliby mu, co wiedzą o puklerzu. 

Czy rzeczywiście tarcza aż tak bardzo go obchodziła? Przecież był to tylko stary 

kawał  metalu.  Miał  dla  niego  znaczenie  jedynie  umieszczony  na  niej  złoty  herb,  który 
przypominał  przeszłość,  życie  przed  opuszczeniem wioski. Z tego wczesnego okresu 
pragnął zachować w pamięci jedynie dziewczynę o imieniu Elyssa. A do tego nie była mu 
potrzebna  zardzewiała  i  poszczerbiona  tarcza.  Elyssa  na  zawsze  pozostanie  w  jego 
pamięci. 

Skąd  pochodziła  broń,  którą  mu  dała?  Dlaczego  miał  ją  -  a raczej niektóre jej 

elementy - Wilhelm Kastring? Łuk, kołczan i strzały zostały Konradowi przekazane chyba 
na  przechowanie.  Ktoś  jeszcze  musiał  otrzymać  tarcze.  Konrad  uświadomił  sobie,  że 
muszą istnieć inne fragmenty uzbrojenia, ozdobione tym samym wzorem. Powinien być 
miecz w pochwie, sztylet i pas, wykonany z takiej samej karbowanej skóry jak kołczan. 
A może jeszcze hełm i napierśnik albo nawet kompletna zbroja? 

Strzały,  które  otrzymał  od  Elyssy,  nie  przypominały  zwykłych  pocisków,  jakie 

zwyczajny  łucznik  zabrałby  na  wojnę.  Były  idealne,  dokładnie  takie  same  i  każda 
stanowiła dzieło mistrza. Należały do kogoś bogatego i znaczącego. Choćby fakt, iż dwie 

background image

skrzyżowane  strzały  były  częścią  heraldycznej  kompozycji  dowodził,  jak  ważną  rzeczą 
było  dla  właściciela  łucznictwo,  chociaż  pancerna  rękawica,  uzupełniająca  znak,  na 
pewno  nie  należała  do  wyposażenia  łucznika.  Tę  sprzeczność  można  było  tłumaczyć 
jedynie  faktem,  że  herb  należał  do  jakiegoś  księcia  lub  wodza  i  nosili  go  wszyscy 
pozostający w jego otoczeniu. 

Ale Konrad wiedział, że tarcza, łuk i strzały należą do jednego kompletu i kiedyś 

miały  tego  samego  właściciela.  Uczucie  to  nie  było  tak  zdecydowane,  jak  wówczas, 
kiedy widział, i zapewne nie było sposobu, aby się upewnić co do jego prawdziwości. 
Ale  gdy  po  raz  pierwszy  ujrzał  tarczę,  odniósł  wrażenie,  że  i  ona  należy  do  kompletu. 
Próbował  utwierdzać  się  w  tym  przekonaniu,  chociaż  w  miarę  upływu  czasu  tracił 
początkową pewność. 

Zrozumiał,  że  dar  widzenia  przyszłości  utracił  na  zawsze.  Być  może  to  spaczeń 

pozbawił go dodatkowego zmysłu. Uwalniając go ze spiżowego pancerza, substancja ta 
ograniczyła  jego widzenie do normalnego,  typowo ludzkiego.  Teraz wiedział  już o tym 
na  pewno,  ale  nie  czuł  żalu.  W  przyszłości  będzie  musiał  posługiwać  się  pięcioma 
normalnymi zmysłami, jak każdy inny człowiek. Albo jak większość ludzi… 

Pozwolił Wilkowi wyrzucić czarny kołczan, cisnąć go w popioły dworu, w którym 

żyła  -  i  umarła  -  Elyssa.  Wilk  prawdopodobnie  znał  ten  znak,  ale,  z  jakiegoś  powodu, 
Konrad nigdy nie zadawał  mu  pytań  na  ten  temat.  Ani  też  nigdy  nie  pytał  go  o 
spiżowego jeźdźca. Obydwie sprawy wydawały się teraz tak bardzo ważne, choć swego 
czasu sprawiały wrażenie nic nie znaczących. Należały do przeszłości Konrada, o której 
tak bardzo chciał zapomnieć - a jednak nagle jeszcze raz stały się częścią jego życia. 

Co się stało z Wilkiem? Czy porzucił pogranicze i wrócił do Imperium? Altdorf był 

jego  rodzinnym  miastem  i  być  może  powrócił  do  stolicy.  Ale  pewnie  tylko  na  krótko  - 
wszak  Wilka  szybko  zaczynało  nudzić  nieróbstwo  i  natychmiast  podążał  tam,  gdzie 
można  było  znaleźć  walkę  i  niebezpieczeństwo.  Po  zniszczeniu  kopalni  zwierzołaki 
skierowały  się  na  północ.  W  porównaniu  z  ilością  wojsk,  jakie  mógł  wystawić  Kislev, 
napastników  było  stosunkowo  niewielu.  Ale  od  tej  pory  z  Północnych  Pustkowi  mogło 
nadciągnąć ich o wiele więcej. Banda Kastringa przeniknęła daleko w głąb Imperium, a 
przecież nie tylko ona przekroczyła granicę. Może Wilk znowu walczył na pograniczu? 

background image

Nie  miał  żadnej  szansy  na  odzyskanie  kołczanu,  który  Wilk  tak  lekceważąco 

odrzucił na bok. Łuk pękł wiele lat temu, wszystkie strzały zostały wystrzelone. Ostatnia 
trafiła  w  pierś  Czaszkolicego,  a  ten  wyciągnął  ją  i  złamał.  Ale  dopiero  wtedy, 
przypomniał sobie Konrad, gdy łysy nieczłowiek obejrzał herb. 

Czaszkolicy stał w wejściu płonącego domu Kastringa, a pięć lat później Konrad 

napotkał  jednego  z  braci  Kastringów.  Kiedy  zapytał  go  o  herb  ze  strzałami  i  pięścią, 
Kastring odparł, że jego zdaniem ma on coś wspólnego z elfami. Ale równie dobrze mógł 
kłamać. 

Bez względu na to, czy pierwszym posiadaczem był elf, czy człowiek, tarcza nie 

powinna dłużej pozostawać w łapach skavena. Należy się jemu, chociaż Konrad zdawał 
sobie sprawę, że ma niewielkie szanse na jej odzyskanie. Zwłaszcza teraz, po ostatnich 
spotkaniach  z  wielkimi  gryzoniami.  Zabił  tylu  szczuroludzi,  że  mógł  uznać  stare 
porachunki za wyrównane. 

Czy Litzenreich mówił poważnie, twierdząc, że ma zamiar powstrzymać skavenów 

przed zamienieniem cesarza na sobowtóra? Konrad zdecydowanie popierał ten zamiar, 
ale z całą pewnością wystarczyłoby jedynie przekazać ostrzeżenie ochronie imperatora. 
Wyglądało  na  to,  że  mag  planował  osobiście  pokrzyżować  plany  swojego  dawnego 
wroga, Gaxara. 

Konrad  wciąż  nie  był  w  pełni  przekonany,  że  żałosna  postać,  którą  widział  w 

podziemnym  królestwie  skavenów,  była  istotnie  sobowtórem  cesarza.  Gaxar,  stosując 
krew  i  ciało  Konrada  w  nekromantycznej  recepturze,  stworzył  z  czyichś  zwłok  jego 
replikę.  Czy  w  przypadku  cesarza  uzyskanie  tych  składników  byłoby  równie  proste? 
Konrad mógł jedynie wierzyć Litzenreichowi na słowo, że takie są właśnie plany Gaxara. 
A przecież czarodziej tak sam nie zasługiwał na zaufanie jak Szary Prorok. 

Historie,  które  opowiadał  podróżnym  w  dyliżansie,  były  całkowitym  kłamstwem, 

ale im bardziej niewiarygodnie brzmiały, tym bardziej w nie wierzono. Konrad prawie się 
nie odzywał w czasie jazdy, a udział Ustnara w najrozmaitszych rozmowach był jeszcze 
mniejszy. 

Kilka mil za Middenheimem Litzenreich stanął przed nadjeżdżającym dyliżansem i 

zatrzymał  pojazd.  Woźnica,  dwaj  strażnicy  i  pięciu  pasażerów  w  żaden  sposób  nie 

background image

skomentowali  tego  wydarzenia.  Nawet  ci  dwaj,  którzy  musieli  opuścić  swoje  miejsca 
wewnątrz  pojazdu  i  jechać  na  dachu  dyliżansu,  nie  zgłaszali  żadnych  sprzeciwów. 
Najwyraźniej czarownik usunął cały ten epizod z ich umysłów, podobnie jak był w stanie 
przekonać wszystkich właścicieli zajazdów, że zapłacił za każdy nocleg. 

Obserwując  talent  Litzenreicha,  Konrad  zastanawiał  się,  czy  on  też  został 

ubezwłasnowolniony przez maga. Czy Litzenreich go zahipnotyzował? Czy dlatego jechał 
do Altdorfu? W takim razie, czego mag od niego chciał? Konrad postanowił, że gdy tylko 
dotrą do stolicy, ucieknie od Litzenreicha. Nie było sensu robić tego w tej chwili, gdy byli 
już tak blisko celu. A jeżeli nie zdoła się uwolnić, będzie to dowodem, że naprawdę jest 
pod  wpływem  zaklęcia  Litzenreicha.  Zastanawiał  się  jednak,  czy  sam  fakt,  że  jest  w 
stanie analizować ten problem oznacza, że jednak nie jest… 

Wkrótce się przekona. Spędzali tę noc w zajeździe „Pod Siedmioma Szprychami”, 

który był ostatnim przystankiem na drodze do stolicy. Teraz, gdy podróż prawie dobiegła 
końca,  woźnica  i  obaj  strażnicy  wyglądali  na  bardziej  rozluźnionych.  Dyliżans  jechał  z 
jednego końca Wielkiego Księstwa Middenlandu na drugi, po regularnie patrolowanych 
drogach, ale nawet centrum Imperium nie było wolne od drapieżników Chaosu. 

Stolicą Imperium Sigmara był Reikdorf, który później przemianowano na Altdorf. 

W czasie dwóch i pół  tysiąca lat, które minęły od tej  pory,  ośrodek władz centralnych 
przenosił  się  kilkakrotnie.  Lokalizacja  stolicy  zależała  od  równowagi  sił  i  politycznych 
powiązań rozmaitych państw tworzących Imperium. Teraz jednak Altdorf po raz kolejny 
stał  się  jego  stolicą.  Gdy  dyliżans  pokonał  ostatni  zakręt  drogi  i  wyjechał  z  lasu 
Darkwald, miasto po raz pierwszy pojawiło się przed oczami Konrada. 

Miasto,  otoczone  potężnymi,  białymi  murami  o  wierzchołkach  pokrytych 

czerwonymi  dachówkami,  zostało  wzniesione  na  wyspach,  położonych  w  widłach  rzek 
Reik  i  Talabek.  Reik  był  żeglowny  aż  do  Marienburga  i  Morza  Szponów,  więc  port 
altdorfski  zapełniały  zarówno  morskie  jednostki,  jak  i  rzeczne  barki.  Ale  ich  wysokie 
maszty  ze  zwiniętymi  żaglami  wydawały  się  maleńkie  w  porównaniu  z  dwoma 
dominującymi  nad  miastem  budynkami,  dwoma  najwspanialszymi  gmachami  w  całym 
znanym świecie - Pałacem Cesarskim i katedrą Sigmara. 

Gdy  dyliżans  minął  północną  bramę  i  wjechał  do  miasta,  Konrad  bez  przerwy 

background image

gapił się na budynki i ludzi na ulicach. Z wyjątkiem widzianego przelotnie Middenheimu, 
największym miastem, jakie znał do tej pory, był Praag, który jednak nawet nie umywał 
się  do  Altdorfu.  Największe  miasto  Imperium  było  miejscem  pełnym  niewysłowionych 
cudów. 

Pojazd  zatrzymał  się  i  Konrad  wyskoczył  z  niego  jako  pierwszy.  Gdy  stanął  na 

ziemi,  spojrzał  na  bruk  pod  swoimi  stopami.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy  rzeczywiście 
pod  stolicą  ludzi  rozciąga  się  inne  miasto  -  położona  głęboko  pod  ziemią  kryjówka 
skavenów. A potem zauważył, że centralny plac jest pusty. Albo niemal pusty - dyliżans 
został  otoczony  pierścieniem  żołnierzy.  Większość  stanowili  halabardnicy,  ubrani  w 
czerwone czapki, długie kurty koloru ochry, czerwone nogawice i brązowe buty. Trzymali 
broń  poziomo,  zwróconą  grotami  w  stronę  dyliżansu  -  a  także  Konrada,  Litzenreicha  i 
Ustnara. 

W  obrębie  murów  miejskich  nikt  poza  wojskowymi  nie  miał  prawa  nosić  broni, 

której ostrze przekraczałoby określoną długość, i dlatego Konrad zawinął swój miecz w 
płaszcz. Teraz jednak schwycił za rękojeść i odrzucił osłaniający broń materiał. Nie miał 
już tarczy, którą zostawił w czasie wychodzenia z labiryntu skavenów. Ustnar ściskał w 
dłoniach rękojeść topora. Konrad zerknął na Litzenreicha, oczekując, że wykorzysta swą 
moc, by zmienić układ sił na nieco bardziej korzystny. Czarodziej jednak tylko przyjrzał 
się szykowi żołnierzy, zwracając szczególną uwagę na dwie postacie, które nie miały na 
sobie  mundurów.  Altdorf  dysponował  swoimi  własnymi  magami.  Litzenreich  wzruszył 
ramionami. Ustnar zrozumiał ten znak i opuścił broń. 

Halabardnicy  ruszyli  do  przodu,  zacieśniając  pierścień  wokół  dyliżansu.  Konrad 

wiedział, że sytuacja jest beznadziejna, chociaż nigdy dotąd świadomość tego faktu nie 
powstrzymywała go od działania. 

- To o nich nam chodzi - usłyszał głos. - Nie o ciebie. 
Konrad  odwrócił  się  i  spojrzał  na  żołnierza,  który  się  odezwał.  Był  to  sierżant  - 

mocno  zbudowany  mężczyzna  w  spiżowym  hełmie  z  pióropuszem  koloru  kobaltu, 
szkarłatnym  mundurze  i  wypolerowanym  spiżowym  półpancerzu.  Na  napierśniku  miał 
wygrawerowany rysunek komety o dwóch ogonach, jeden ze znaków Sigmara. Miecz 
wisiał mu u biodra. Wśród tak wielu zbrojnych nie musiał wydobywać broni. 

background image

Konrad zastanawiał się chwilę, ilu altdorfskich żołnierzy zdołałby zabić, zanim by 

go pokonali, ale jednak opuścił klingę. 

* * * 

Wiadomość z Middenheimu mogła dotrzeć do Altdorfu przed podróżnymi w różny 

sposób.  Władze  Miasta  Białego  Wilka  mogły  wysłać  kurierów  do  sąsiednich  miast  albo 
przekazać  informację  o  zbiegach,  wykorzystując  sieć  imperialnych  wież  semaforowych. 
Sygnały  musiały  zostać  rozesłane  do  wszystkich  miast  i  miasteczek,  ponieważ  trudno 
było  przewidzieć,  w  którym  kierunku  udał  się  Litzenreich.  Czarodziej 
najprawdopodobniej  został rozpoznany w jednym z zajazdów, z którego dano  znać  do 
stolicy. 

Ci,  którzy  ocaleli  z  ataku  na  kryjówkę  skavenów,  nie  mogąc  odnaleźć  ciała 

Litzenreicha, zorientowali  się,  że  mag  uciekł.  Z  Middenheimu  wysłano  więc  polecenie, 
aby aresztować go razem z towarzyszącymi mu krasnoludami, o których wiadomo było, 
że  pomagały  czarodziejowi  w  doświadczeniach  ze  spaczeniem.  Nie  było  nakazu 
zatrzymania Konrada, ponieważ nikt w Middenheimie nie miał pojęcia o jego istnieniu. 
Przynajmniej nikt z żyjących. 

Litzenreicha  i  Ustnara  zakuto  w  kajdany,  załadowano  na  wóz  i  odwieziono. 

Sierżant  i  dwaj  żołnierze  odprowadzili  Konrada  z  Konigplatzu  i  powiedli  dalej  przez 
zatłoczone  ulice.  Kiedy  ponownie  zawinął  miecz,  pozwolono  mu  go  nieść.  Nie  był 
jeńcem,  ale  miał  wrażenie,  że  nie  jest  również  wolnym  człowiekiem.  Konrad  bardzo 
uważał, aby nie maszerować równo, noga w nogę, ze swoją eskortą. 

Zastanawiał się, dokąd go prowadzą, ale postanowił nie pytać. Na razie podziwiał 

znajdujące  się  na  wprost  niego  dwa  największe  budynki  miasta.  Nawet  oglądane 
osobno,  byłyby  imponujące.  Razem  zaś  stanowiły  coś  absolutnie  wspaniałego  i  choć 
miały  całkowicie  odmienny  kształt  i  konstrukcje,  to  mimo  wszystko  doskonale  się 
uzupełniały. 

Katedra  Sigmara  umieszczona  była  po  lewej  stronie.  Jej  gigantyczna,  centralna 

kopuła  lśniła  złoceniami  w  promieniach  wczesnego,  zimowego  słońca.  Tuż  obok 
znajdował  się  Pałac  Cesarski,  góra  wzniesiona  z  granitowych  bloków  przywiezionych z 
Przełęczy  Czarnego  Ognia,  miejsca  największego  triumfu  Sigmara.  Wierzchołki  obu 

background image

budowli wznosiły się dokładnie na tej samej wysokości, dzięki czemu żaden z nich nie 
dominował nad drugim. 

Altdorf  był  miastem  Sigmara  i  w  całej  stolicy  widać  było  oznaki  składanego  mu 

hołdu.  Wieża  pałacu  zwieńczona  była  wielką  repliką  Ghalmaraza,  wielkiego  młota 
bojowego,  który  należał  do  nieśmiertelnego  bohatera.  Potężną  kopułę  cerkwi  ozdabiał 
wzór,  składający  się  z  ośmioramiennych  gwiazd,  symboli  ośmiu  ludzkich  plemion 
zjednoczonych przez Sigmara. 

Gdy Konrada wprowadzono przez bramę w budynku, który stanowił część murów 

obronnych,  na  dziedziniec,  długi  cień  pałacu  zasłonił  wiszące  nisko  nad  horyzontem 
słońce. W końcu weszli do wartowni, gdzie kilku żołnierzy siedziało przy ogniu palącym 
się  na  kominku.  Rozmawiali  i  śmiali  się,  nie  zwracając  specjalnej  uwagi  na  Konrada  i 
jego  eskortę.  Dwaj  żołnierze  towarzyszący  sierżantowi  zdjęli  zbroje  i  przyłączyli  się  do 
towarzyszy. 

-  Siadaj  -  polecił  sierżant,  zajmując  miejsce  za  grubo  ciosanym  stołem.  Zdjął 

hełm i położył go na blacie. Był siwowłosym weteranem, a szramy na jego twarzy były 
prawdziwymi bliznami po ranach odniesionych w bitwach. 

- Obejrzyjmy sobie dokładnie twój miecz. 
Konrad  usiadł  naprzeciwko  niego,  położył  broń  na  stole  i  odwinął  ją.  Sierżant 

przyjrzał się dokładnie wilczej głowie wygrawerowanej na gardzie. 

-  Tamci dwaj -  oznajmił  -  złamali  cesarskie  prawo.  A  ty,  jak  widzę,  złamałeś 

prawo middenheimskie. Wygląda na to, że ukradłeś miecz. 

Było oczywiste, że rozpoznał broń middenheimskiego pułku, a cesarskie prawo, o 

którym  wspominał,  musiało  dotyczyć  posługiwania  się  spaczeniem.  Być  może  sierżant 
nie wiedział dokładnie, na czym polega przestępstwo Litzenreicha. Może nawet nigdy nie 
słyszał o spaczeniu. W końcu Konrad dopiero niedawno dowiedział się o jego istnieniu. 

- Kupiłem go od krasnoluda - wyjaśnił  - tego, którego  aresztowaliście. Czy on i 

jego  towarzysz  są  niebezpiecznymi  zbrodniarzami?  Złamali  cesarskie  prawo?  Miałem 
wrażenie,  że  jest  w  nich  coś  podejrzanego.  Z  moim  poprzednim  mieczem  uciekł 
zwierzołak. Zaklinował mi się w jego czaszce. 

Sierżant wolno pokiwał głową. Był wyraźnie rozbawiony. 

background image

-  Powiadają,  że  posiadanie  to  dziewięć  dziesiątych  prawa.  W  związku  z  tym 

posiadanie ukradzionej broni jest w dziewięciu dziesiątych równie złe jak jej kradzież. 

-  To  middenheimski  miecz.  Powiedziałeś,  że  obejmuje  go  prawo  Middenheimu. 

Jaki ma to związek z Altdorfem? 

-  Lubimy  sprawiać  przyjemność  naszym  sojusznikom.  Zwrócimy  im  miecz,  ale 

pozostaje pytanie, czy zwrócimy im również ciebie? 

- Po co? Kupiłem go od krasnoluda, możecie go zapytać. 
Konrad  nie  miał  wątpliwości,  że  tego  nie  zrobią.  Gdziekolwiek  znajdował  się 

Ustnar  i  Litzenreich,  na  pewno  będą  im  zadawać  o  wiele  ważniejsze  pytania.  Altdorf 
słynął z doskonałości swojego systemu prawnego. W czasie przesłuchań obaj więźniowie 
będą  torturowani  mniej  niż  gdziekolwiek  indziej  w  Imperium.  Będą  też  mieli  proces, 
zanim zostaną straceni. 

Nie oczekiwał, że sierżant uwierzy w jego opowieść o mieczu, ale najważniejsze, 

aby nie podejrzewał,  że  jest  jakiś  związek  między  nim  a  Litzenreichem.  W  Altdorfie 
wiedziano jedynie, że podróżowali tym samym dyliżansem. 

- Świadectwo przestępcy nie ma żadnego  znaczenia -  odparł sierżant. - A  jeżeli 

odeślę miecz, będzie tyle wyjaśnień, tyle papierkowej roboty. 

- W takim razie niech go pan nie odsyła. 
-  Nie,  powinienem  to  zrobić.  Jeżeli  w  Middenheimie  znaleźliby  miecz  cesarskiej 

gwardii, mam nadzieję, że również by go odesłali. Gdybym cię oddał razem z mieczem, 
sam  byś  odpowiedział  na  ich  pytania.  Mam  wrażenie,  że  byłby  to  najrozsądniejszy 
sposób. Co o tym sądzisz? 

Konrad  nic  nie  powiedział.  Gdyby  odesłano  go  do  Middenheimu,  nawet  pod 

zbrojną eskortą, bez wątpienia zdołałby uciec jeszcze przed dotarciem do miasta. Ale nie 
miał ochoty na opuszczenie Altdorfu, przynajmniej na razie. 

Sierżant  przypatrywał  mu  się  dziwnie  i  uśmiechał  bez  przerwy.  Wyglądał,  jakby 

nie traktował tego przesłuchania zbyt poważnie, ale Konrad nie rozumiał żartu. 

- Gdyby - dodał po chwili sierżant - miecz znalazł się w posiadaniu, powiedzmy, 

cesarskiego gwardzisty, taki człowiek byłby absolutnie poza jakimkolwiek podejrzeniem. 

Konrad wreszcie pojął, o co chodzi, ale w dalszym ciągu nie odzywał się słowem. 

background image

-  Robota  porządna,  dobre  godziny  -  sierżant  z  trzaskiem  położył  na  stole  złotą 

koronę - godziwa płaca. 

-  Cesarska gwardia? -  zapytał  Konrad,  spoglądając  na  nienaganny  mundur 

żołnierza:  wypolerowany  spiż,  hełm  z  pióropuszem,  guziki  z  masy  perłowej,  ozdobna 
plecionka, skomplikowane odznaki. 

-  Nie  wiem,  czy  mam  ochotę  być  malowanym  żołnierzykiem.  Maszerować  na 

defiladach,  stać  w  budce  wartowniczej,  wymachiwać  sztandarem,  a  nie  mieczem, 
zawsze być wymuskany i wyglansowany, jak jakaś ozdóbka. 

-  Nie  jesteśmy  malowanymi  żołnierzami,  Konradzie!  Jesteśmy  najlepszymi 

wojownikami w Imperium, jesteśmy lojalną strażą przyboczną cesarza! 

Konrad popatrzył na niego, zastanawiając się, skąd sierżant zna jego imię. 
- Byłem ubiegłej zimy w Praag - otrzymał nieoczekiwaną odpowiedź. - Pamiętasz 

mnie chyba. Mam na imię Taungar. 

Konrad  kiwnął  głową.  Oczywiście,  że  pamiętał  Praag.  Jak  mógłby  zapomnieć 

oblężenie? Ale nie musiał pamiętać altdorfskiego sierżanta, chociaż Taungar go poznał. 

-  Bez  względu  na  to,  dlaczego  tu  przybyłeś  -  rzekł  Taungar  -  najlepiej zrobisz 

zaciągając  się  do  gwardii.  To  najlepsza  szansa  dla  każdego  wojownika.  I  mówię  o 
prawdziwym wojowniku -  nie  do  defilowania  i  parad.  Wiem,  że  jesteś  człowiekiem, 
jakiego potrzebujemy. 

- Albo? 
Taungar wzruszył ramionami i popatrzył na miecz ze znakiem wilka. 
- Czy dostane inny miecz? 
-  Ustaliliśmy,  że  strażnicy  najlepiej  spełniają  swoją  role,  gdy  są  uzbrojeni  - 

Taungar  sięgnął  za  siebie  i  zdjął  z  kołka  pas  z  przywieszonym  mieczem  w  pochwie. 
Położył go na stole, obok middenheimskiego miecza i złotej monety. 

Konrad  zacisnął  w  dłoni  rękojeść  z  białej  kości  i  wydobył  klingę  z  naoliwionej 

pochwy. Na gardzie widniał znak cesarskiej korony. Popatrzył na koronę na mieczu, na 
złotą koronę na stole i lewą dłonią wziął pieniądz. 

- Przyjąłeś cesarską zapłatę, Konradzie. Teraz musisz złożyć przysięgę wierności. 

Wstań. 

background image

Konrad  podniósł  się  i  powtórzył  rotę,  zaklinając  się  na  Sigmara,  że  będzie 

posłusznie  i  lojalnie  służyć  cesarzowi,  a  jeżeli  trzeba  będzie,  odda  życie  w  służbie 
Imperium. 

- Witaj - rzekł Taungar, wyciągając rękę. 
Konrad  przełożył  miecz  do  lewej  dłoni  i  wyciągnął  prawą.  Obaj  mężczyźni 

uścisnęli się za przeguby. 

Konradowi  przychodziły  do  głowy  najrozmaitsze  pytania,  ale  ich  nie  zadał. 

Wkrótce sam będzie w stanie dowiedzieć się wszystkiego, co go interesowało. Jeżeli zaś 
chodzi  o  pozostałe  kwestie,  to  nie  zamierzał  przebywać  tu  aż  tak  długo,  aby  poznać 
odpowiedzi. 

* * * 

Konradowi  obcięto  włosy,  tak  że  nie  wystawały  już  spod  hełmu.  Musiał  się 

również  ogolić  -  po raz pierwszy od opuszczenia Kislevu -  ponieważ  tylko  oficerom 
pozwalano na noszenie bród. Następnie wydano mu mundur. Każdy żołnierz otrzymywał 
taki sam, bez względu na to, czy był surowym rekrutem, czy starszym oficerem. Różniły 
się  tylko  kolorem  długiego  pióropusza  na  hełmie.  Im  wyższa  ranga,  tym  ciemniejszy 
odcień niebieskiego - od akwamaryny po indygo. 

Konrad  nie  musiał  stać  na  posterunku.  Taungar  miał  dosyć  podwładnych  do 

pełnienia  służby  wartowniczej.  Ale  nawet  żołnierze  z  posterunków honorowych  musieli 
nauczyć się czegoś więcej niż tylko musztry paradnej oraz stania nieruchomo jak posągi. 
Konrad został zatrudniony jako instruktor szermierki. Nie oznaczało to wcale, że zdołał 
uniknąć swojej porcji ubierania się w paradny mundur czy też czyszczenia pancerza, tak 
aby w polerowanym spiżu mógł ujrzeć swoją pokrytą szramami twarz. Przypominał sobie 
wtedy chwilę, kiedy po raz pierwszy zobaczył swe oblicze w lustrze Elyssy. 

Prawie  już  przywykł  do  noszenia  czystej  odzieży,  do  stukotu  obcasów  na 

marmurowych posadzkach pałacu. Świadomość, że jest się jednym z wielu, że wypełnia 
się te same zadania, świadomość podporządkowania się ustalonemu rozkładowi zajęć, w 
którym  wiadomo  było,  kiedy  nastąpi  pora  posiłku,  odpoczynku  czy  snu  -  bardzo 
podnosiła  na  duchu.  Nie  trzeba  było  myśleć,  ponieważ  wszystko  było  rozplanowane  - 
należało wyłącznie wykonywać polecenia. 

background image

Nawet  jego  zajęcia  instruktorskie  miały  swój  określony  rozkład,  chociaż  Konrad 

usiłował je urozmaicać, wprowadzając nieoczekiwane elementy. Był to jedyny okres, gdy 
pełniąc służbę nie miał na sobie munduru, podobnie jak szkoleni przez niego żołnierze. 
Ćwiczeniom fechtunku towarzyszyły kurz i pot, a mundury musiały pozostawać zawsze 
czyste. 

Konrad  szkolił  nie  tylko  żołnierzy,  ale  i  sam  się  doskonalił  w  sztuce  walki.  W 

czasie  służby  na  pograniczu  zapoznał  się  z  wieloma  rodzajami  broni,  ale  cesarska 
zbrojownia dostarczała  tak  rozmaitego  uzbrojenie,  że  można  było  nauczyć  się  nowych 
technik i sposobów walki. 

Kilkakrotnie  Konrad  był  wysyłany  do  pałacu,  aby  pełnić  służbę,  jako  członek 

warty honorowej, w czasie zwijania i rozwijania cesarskich sztandarów o zmierzchu i o 
świcie.  Z  bastionów  o  wysokości  siedemdziesięciu  metrów  widać  było  wyraźnie  całe 
miasto - drogi, porty, rzeki, kanał do Weissbruck, okoliczne lasy, sąsiednie wsie, odległe 
góry.  Z  wyżej  położonego  punktu  obserwacyjnego  -  na  wieży  -  widok  był  jeszcze 
bardziej rozległy i dlatego zawsze ustawiano tam wypatrywaczy. 

Wnętrza  budynku  sprawiały  równie  wielkie  wrażenie  jak  monumentalne  mury 

oglądane z zewnątrz. Sale były przestronne, drzwi ogromne, schody i korytarze szersze 
niż  drogi,  sufity  znajdowały  się  wyżej  niż  dachy  zwykłych  budynków.  Sprawiało  to 
wrażenie jakby pałac został zbudowany dla gigantów. 

Posągi  wszystkich  poprzednich  cesarzy  były  trzy  razy  większe  od  człowieka. 

Olbrzymie  postacie  stały  wzdłuż  pierwszego  westybulu  od  schodów,  przy  głównym 
wejściu.  Dalsze  komnaty  były  poświecone  kolejnym  władcom.  Historia  ich  panowania 
została przedstawiona na obrazach ilustrujących każde istotne wydarzenie i tworzących 
fryz biegnący naokoło całego pokoju. Ponad obrazami znajdowały się bogato haftowane 
gobeliny  ukazujące cesarza w chwilach triumfu, podczas koronacji, jako wielkiego 
wojownika,  polującego  na  najstraszliwsze  stwory,  odnoszącego  słynne  zwycięstwa. 
Konrad dowiedział się jednak z ksiąg Litzenreicha, że większość tych wspaniałych dzieł 
więcej  zawdzięczała  wybujałej  wyobraźni  artystów  niż  faktom  opisanym  w  kronikach 
historycznych. 

Każdy  westybul  zawierał  podobiznę  któregoś  z  cesarzy  -  zwyciężającego  hordy 

background image

zwierzołaki, staczającego pojedynki ze straszliwymi wrogami. Zawierał też najrozmaitsze 
trofea ze wszystkich stron Imperium, a nawet z całego znanego - i nie znanego - świata: 
złote  ozdoby  i  drogocenne  klejnoty,  dziwaczne  zwierzęta,  niezwykłą  broń,  pamiątki  z 
czasów  zapomnianych  wojen  i  wypraw.  Wiele  z  tych  przedmiotów  przez  wieki  uległo 
zniszczeniu i nie dawało się już rozpoznać. Z niektórych pozostały zaledwie kupki pyłu, 
ale w dalszym ciągu, ze względu na wiek, otaczano je czcią. 

W  centrum  każdej  komnaty  na  prostym,  kamiennym  cokole  spoczywały 

oświetlone naturalnym światłem, padającym z okrągłych witraży w suficie, pozostałości 
po cesarzach. Były to trumny ze zwykłych metali i złota, z granitu i marmuru. Trafiały 
się  nawet  szklane  sarkofagi,  w  których  widać  było  pozłacane  szkielety.  Wiele 
piedestałów  stało  pustych,  ponieważ  były  poświęcone  cesarzom,  którzy  panowali, gdy 
stolica  nie  znajdowała  się  w  Altdorfie  i  zostali  pochowani  gdzie  indziej.  Ostatni  cokół 
również  był  pusty,  ponieważ  nikt  nie  znał  miejsca  spoczynku  Sigmara.  Zgodnie  z 
legendą,  gdy  dni  założyciela  Imperium  dobiegały  końca,  odjechał  ku  włościom 
krasnoludów, aby oddać Ghalmaraza jego poprzednim właścicielom. Żaden człowiek już 
więcej nie oglądał Młotodzierżcy. 

Jedyna  znana  pamiątka  z  czasów  panowania  Sigmara  była  umieszczona  na 

honorowym miejscu - spoczywała na czarnej, pluszowej poduszce. Była to wykonana z 
kości  słoniowej  rękojeść  sztyletu,  który  władca  miał  przy  sobie  w  czasie  bitwy  na 
Przełęczy Czarnego Ognia. W ciągu tysiącleci głownia noża zmieniła się w rdzawy pył. 

Przy każdej kolumnie, w dzień i w nocy, stali żołnierze z cesarskiej gwardii. Byli 

nie  tylko  strażą  osobistą  cesarza,  ale  -  dosłownie  -  strażnikami  każdego  cesarskiego 
ciała. Konrad rzadko kiedy widywał w pałacu kogoś poza strażnikami. Budynek był tak 
wielki, że mogła się w nim ukryć cała armia. Jedynie z rzadka dostrzegał ubranego w 
liberie sługę zajętego jakimiś obowiązkami. 

Jednym  z  powodów  panującej  w  pałacu  ciszy  i  pustki  mogła  być  nieobecność 

cesarza.  Dopiero  po  tygodniu  Konrad  się  o  tym  dowiedział.  Cesarz,  razem  ze  świtą  i 
większością  straży,  odbywał  oficjalną  wizytę  w  Talabheimie.  Popłynął  na  imperialnym 
jachcie, odbywając około trzystumilową podróż w górę rzeki Talabec. 

Konrad zastanawiał się, czy Gaxar nie dowiedział się o tym i zamiast udać się do 

background image

Altdorfu,  nie  podążył  podziemną  drogą  skavenów  do  położonego  na  północnym-
wschodzie miasta-państwa. 

Dwanaście  dni  minęło  od  przybycia  Konrada  do  stolicy.  W  tym  czasie  dokonał 

bardzo wiele. Ale w kalendarzu prawniczym dwanaście dni jest bardzo krótkim okresem i 
wiedział, że Litzenreich i Ustnar wciąż tkwią w celi pod miejskimi koszarami. 

Zostali  aresztowani  za  złamanie  cesarskiego  prawa,  ale  zatrzymania  dokonała 

miejska  milicja.  Armia  Altdorfu  i  cesarska  gwardia  były  odrębnymi  jednostkami  bardzo 
zazdrośnie  strzegącymi  swoich  prerogatyw.  Stała  armia  Altdorfu  zasadniczo  była 
rekrutowana spośród  obywateli  samej  stolicy,  chociaż  mieszkańcy  okolicznych 
miejscowości w Reiklandzie również mieli prawo zaciągać się na służbę. Z kolei żołnierze 
gwardii  cesarskiej  pochodzili  ze  wszystkich  prowincji  i  państw-miast Imperium, nie 
wyłączając samego Altdorfu. 

Ponieważ Litzenreich i Ustnar byli oskarżeni o złamanie cesarskiego prawa, zostali 

zaaresztowani  przez  cesarskie  wojsko.  Dlatego  właśnie  Taungar  i  kilku  jego  ludzi 
znajdowali  się  wśród  żołnierzy  oczekujących  na  przybycie  dyliżansu.  Uciekinierzy  z 
Middenheimu zostali jednak zabrani do aresztu przez miejską milicje. 

Po ustaleniu miejsca, w którym trzymani byli więźniowie, nadeszła pora, aby ich 

stamtąd  wydostać.  Był  im  to  winien.  Gdyby  chodziło  tylko  o  Litzenreicha,  mógłby 
pozostawić  go  swojemu  losowi,  ponieważ  uważał,  że  zrobił  dla  czarodzieja 
wystarczająco  dużo.  Jednak  Ustnar  i  trzy  inne  krasnoludy  uwolniły  go  z  jaskini 
skavenów.  Tamci  trzej  już  nie  żyli,  ale  Konrad  mógł  obecnie  spłacić  swój  dług  temu, 
który ocalał. 

Zapadał  zmierzch,  gdy  Konrad  zszedł  ze  służby  i  wyszedł  przez  główną  bramę 

fortu. Strażnicy przyglądali mu się spokojnie, sądząc, że ma przepustkę. Skierował się na 
północ szerokim mostem, wzdłuż którego stały pomalowane posągi wojowników, bogów 
i  mitycznych  stworów.  Podążył  w  stronę  koszar  armii  Altdorfu.  Dni  stawały  się  coraz 
krótsze, w miarę jak zima dawała się coraz bardziej we znaki, i był zadowolony z ciepła, 
które dostarczał mu długi płaszcz. 

Zniknął  w  ciemnym  i  wąskim  zaułku.  Tam  zdjął  z  głowy  spiżowy  hełm.  Kilka 

sekund  później  wyszedł  z  powrotem,  a  na  jego  hełmie  widniał  purpurowy  pióropusz. 

background image

Konrad stał się oficerem gwardii cesarskiej. 

Rozdział piętnasty 

Pierwszy strażnik spojrzał leniwie, gdy Konrad wchodząc na dziedziniec minął go 

bez  słowa  i  skierował  się  prosto  do  wartowni,  która,  jak  wiedział,  znajdowała  się  na 
wprost. 

-  Chce  się  widzieć  z  dowódcą  straży  -  oznajmił  żołnierzowi  stojącemu  przy 

wejściu. 

- Oficer! - wrzasnął wartownik. - Obcy przy bramie! 
Kilka  sekund  później  w  drzwiach  pojawił  się  oficer  zapinający  pas  z  mieczem. 

Spojrzał  na  Konrada  i  natychmiast  wyprostował  się,  strzelił  obcasami  i  zasalutował 
energicznie.  Konrad  oddał  honory,  ale  bardziej  niedbałym  gestem.  Gwardia  cesarska 
zawsze uważała się za coś lepszego od armii Altdorfu, ale chociaż Konrad był w obecnej 
chwili równy stopniem z dowódcą warty, nie dysponował tu żadną władzą. 

- Cóż mogę dla pana zrobić? - spytał oficer. - Czyżby gwardii cesarskiej skończyła 

się pasta do butów? 

- Mam tu nakaz - oznajmił Konrad, wydobywając pergamin zza pazuchy kurtki. - 

Na jego  podstawie  mam  zostać  dopuszczony  do  jednego  z  waszych  więźniów. 
Krasnoluda, którego trzymacie tu w areszcie. 

Rozwinął zapieczętowany pergamin sprawiający wrażenie bardzo oficjalnego. Miał 

nadzieję,  że  oficer  nie  potrafi  czytać,  ponieważ  był  to  kwatermistrzowski inwentarz 
zbrojowni cesarskiego garnizonu. 

- Macie takiego więźnia? - zapytał. 
Oficer udawał przez chwilę, że studiuje dokument, a potem skinął głową. 
- Tak, ale o co chodzi? 
-  O  zupełnie  inną  sprawę,  nie  tę,  z  powodu  której  został  aresztowany. 

Przypuszcza się, że ukradł miecz w jednym z middenheimskich pułków. 

- Słyszałem o tym mieczu. 
Oficer  przyglądał  się  Konradowi,  który  doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  bez 

brody  i  w  gwardyjskim  mundurze  musi  wyglądać  zupełnie  inaczej  niż  w  chwili 

background image

aresztowania  Litzenreicha.  Brody  pozwalano  nosić  jedynie  cesarskim  oficerom,  ale  nie 
było to obowiązkowe. Wiadomość o ukradzionym mieczu musiała dotrzeć z gwardii do 
armii.  Oba  rodzaje  wojsk  rywalizowały  ze  sobą,  ale  poszczególni  żołnierze 
niejednokrotnie się przyjaźnili. 

- Musimy dopilnować, aby miecz został zwrócony. 
- Oczywiście - przytaknął oficer. 
-  Mam  obowiązek  przesłuchać  więźnia,  aby  się  dowiedzieć,  w  jaki  sposób  broń 

znalazła się w jego posiadaniu. 

- Można to załatwić. 
- Doskonale. Pozostawiam panu sporządzenie pełnego zapisu przesłuchania wraz 

z kopiami dla mnie i władz w Middenheimie. Musi pan również zadbać o wszystkie inne 
szczegóły,  skompletowanie  dokumentów  i  przekazanie  miecza  do  Middenheimu, 
oczywiście za pokwitowaniem. Czy wszystko jasne? 

- Ess… 
- Wie pan, jak się sprawy mają. Im coś wydaje się prostsze, tym bardziej okazuje 

się skomplikowane. 

Oficer spojrzał w górę, jakby szukając natchnienia w niebie. 
- Ile to potrwa? - zapytał. 
- Niedługo - stwierdził Konrad, uderzając obciągniętą w rękawicę prawą pięścią w 

lewą dłoń. 

Oficer uśmiechnął się. 
- Będę musiał panu towarzyszyć. To mój obowiązek. 
- Oczywiście. 
- I nie chciałbym, żeby miał jakieś ślady po tej wizycie. 
Poprowadził  Konrada  do  budynku  z  cegły,  wziął  wielki  pęk  kluczy  i  zawołał 

jeszcze jednego strażnika, aby im towarzyszył. 

Żołnierz  niósł  latarnię  w  jednej  ręce,  a  klucze  w  drugiej.  Prowadził  ich  przez 

kolejne wąskie korytarze, których ceglane ściany po jakimś czasie ustąpiły kamiennym. 
Przeszli przez kilka ciężkich, solidnych drzwi, które za nimi zamykano. Przy każdych stał 
strażnik. 

background image

Układ  drzwi  przypominał  Konradowi  kryjówkę  Litzenreicha.  Znowu  był  głęboko 

pod powierzchnią ziemi. Ale tym razem tunele były szerokie i wysokie, a wykute w skale 
schody  zostały  wydeptane  przez  niezliczone  pokolenia  strażników.  Także  cel  wędrówki 
nie znajdował się w odległości wielu mil, ale tuż za zakrętem. 

Wiedział, że nie zdoła przedostać się z powrotem przez te drzwi i straże, ale nie 

miał zamiaru wracać tą samą drogą. Żołnierz otwierał zamki po kolei, a oficer szedł za 
Konradem. Mijali wiele przejść - zamykających tunele i prowadzących do zakratowanych 
cel. Wszystko wskazywało na to, że najważniejsi więźniowie trzymani byli na najniższym 
poziomie - na co Konrad bardzo liczył. 

Żołnierz  przekręcił  klucz  w  zamku  kolejnych  drzwi,  otworzył  je  -  i  wypadł  przez 

nie wartownik, który stał z drugiej strony. Konrad dobył miecza, usłyszał, że oficer robi 
to samo. Strażnik ukląkł przy zwłokach i Konrad również się nad nimi pochylił. Na ciele 
nie  było  żadnego  śladu  po  broni.  Zwłoki  były  jeszcze  ciepłe,  śmierć  nastąpiła  nie  tak 
dawno temu. 

- Czy oni są tutaj? - zapytał Konrad. 
- Te dwoje drzwi na końcu. 
Konrad zagłębił się w mrok, za nim podążył oficer. Dalszą część tunelu zamykały 

kolejne ciężkie odrzwia, przed nimi jednak, po obu stronach korytarza, widniały jeszcze 
inne.  Wszystkie  były  zamknięte  i  zaryglowane.  Zerknął  przez  zakratowane  okienko 
pierwszych drzwi i odezwał się tak cicho, aby oficer nie mógł rozróżnić słów. 

- Litzenreich? - szepnął. - Ustnar? 
Z żadnej celi nie padła odpowiedź. 
-  Klucze!  -  zawołał  oficer.  -  Otworzyć  drzwi!  -  żołnierz  spełnił  polecenie.  -  Do 

środka! 

Strażnik wydobył miecz i trzymając latarnię przed sobą wszedł do pierwszej celi. 

Za nim podążyli Konrad i oficer. Pomieszczenie było puste. Cela naprzeciwko również. 

- Nie mogli wydostać się tamtędy - powiedział Konrad, wskazując w stronę trupa. 

- Musieli uciec tędy - klingą miecza wskazał drzwi zamykające korytarz. 

-  W jaki sposób wyszli z cel? -  zapytał  przyciszonym  głosem  oficer.  -  Jak zabili 

tego żołnierza? 

background image

- Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Ale niech pan każe otworzyć tamte drzwi, 

zanim będą mieli dość czasu, żeby uciec. 

- Nie możemy iść tamtędy. 
- Dlaczego? 
-  Drzwi  są  zamknięte.  Nie  mamy  klucza.  Od  kiedy  tu  służę,  nigdy  ich  nie 

otwierano. 

Jak dotąd, podziemne wiezienie było dokładnie takie, jak Konrad się spodziewał. 

Dowiedział  się  o  wszystkim  od  jednego  z  cesarskich  gwardzistów,  który  poznał  plan 
lochów od nadzorcy. Konrad miał zamiar dotrzeć aż tutaj, pozbyć się eskorty, wydobyć 
Ustnara i Litzenreicha  z  cel,  a  potem  polecić  czarodziejowi  otworzyć  ostatnie  drzwi. 
Wyglądało  jednak  na  to,  że  Litzenreich  sam  się  uwolnił  przy  pomocy  magii.  Usunął 
zaklęcie,  które  czarownicy  z  Altdorfu  rzucili,  aby  uczynić  cele  odporne  na  magię 
zamkniętych w nich więźniów. 

Konrad  pchnął  ciężkie  drzwi,  które,  według  oficera,  nigdy  nie  były  otwierane. 

Uchyliły się, zgrzytając zardzewiałymi zawiasami. Były o wiele grubsze od innych, a ich 
stare drewno połączone było solidnymi pasami metalu. Popatrzył na oficera, który skinął 
głową i wziął latarnię od strażnika. 

- Idziemy dalej - oznajmił oficer. - Sprowadź tylu ludzi, ilu zdołasz i tak szybko, 

jak możesz. Przekaż polecenie, aby zablokowano wszystkie wyjścia ze ścieków. 

Żołnierz odwrócił się i pobiegł z powrotem. Jego klucze pobrzękiwały, gdy znikał 

w  ciemności.  Konrad  popatrzył  przed  siebie.  Tunel  biegł  dalej,  widoczny  do  miejsca, 
gdzie  sięgało  migoczące  światło  latami.  Był  węższy  i  bardziej  stromy  od  poprzednich 
korytarzy. 

- Gdzieś tam jest podziemna rzeka - wyjaśnił oficer z Altdorfu. - Spływają do niej 

rynsztoki i ścieki. Potem wpada do Reiku, ale już poza murami miasta. 

Konrad  wiedział  o  tym  -  zaplanował,  że  podziemny  ściek  będzie  ich  drogą 

ucieczki.  Czy  czarownik  i  krasnolud  skierowali  się  w  tę  stronę?  Musieli  tak  zrobić,  nie 
mieli przecież innej drogi. 

Oficer wszedł do tunelu, a za nim ruszył Konrad. Było wilgotno, zimno i odnosiło 

się wrażenie, że panujący tu mrok pochłania światło lampy. Poruszali się ostrożnie, a w 

background image

otaczającej ich ciszy każdy krok rozlegał się echem. Po jakimś czasie Konrad zauważył, 
że  już  nie  schodzą  w  dół.  Tunel  zaczął  biec  poziomo.  Na  twarzy  poczuł  powiew 
powietrza. Gdzieś przed nimi musiało się znajdować wyjście na zewnątrz. 

Poczuł nie tylko przewiew, ale dostrzegł również odległy błysk światła i usłyszał 

jakiś dźwięk… 

Konrad  spodziewał  się  usłyszeć  szum  wody  pędzącej  po  skałach  ukrytej  pod 

miastem  rzeki.  Ale  ten  odgłos  nie  był  żadnym  naturalnym  dźwiękiem.  Konrad  zadrżał, 
ale nie z zimna. 

Oficer zatrzymał się i zerknął do tyłu. 
- Co to takiego? - wyszeptał. 
Konrad wzruszył ramionami. Zdjął rękawice i zatknął je za pas. 
- To mi się nie podoba - dodał oficer. - Może powinniśmy poczekać na posiłki? 
Konrad  nic  nie  odpowiedział,  a  gdy  usiłował  przecisnąć  się  obok  oficera,  ten 

znowu  ruszył  przodem.  W  miarę,  jak  posuwali  się  dalej,  światło  stawało  się  coraz 
jaskrawsze,  a  hałasy  głośniejsze.  Był  to  jakiś  zwierzęcy  dźwięk,  przypominający  płacz 
wielu setek dzieci łkających i krzyczących z głodu. 

Ale Konrad wiedział, że te odgłosy nie były wydawane przez ludzi. Czuł suchość w 

ustach, jego ciało zlane było potem, a rękojeść miecza tkwiła w mokrej dłoni. 

Oficer  zatrzymał  się  nagle  i  Konrad  nieomal  na  niego  wpadł.  Dowódca  patrzył 

wprost  przed  siebie,  na  jaskinię,  która  się  przed  nimi  ukazała.  Konrad  również  stanął, 
spoglądając  na  niezwykły  obraz  roztaczający  się  przed  ich  oczami.  Krypta  obwieszona 
była  iskrzącymi  się  fosforescencją  stalaktytami,  których  widmowy  blask  oświetlał  całą 
ohydną scenę. 

- Konrad! - wysyczał znajomy głos. - Czekaliśmy na ciebie. 
Litzenreich i Ustnar leżeli na ziemi. Byli nadzy i ukrzyżowani. Ich  dłonie i kostki 

nóg przybite były gwoździami do skały. 

Ale  nie  były  to  ich  jedyne  rany.  Po  umęczonych  ciałach  jeńców  spływały 

czerwone strumyczki sączące się z niezliczonych skaleczeń. Zakneblowano ich, aby nie 
mogli krzyczeć. 

Konrad zorientował się, że pozostawiono między nimi wolne miejsce - dla niego. 

background image

Obok leżały na kamieniu gotowe do użycia, potężne gwoździe. 

Wokół  leżących  postaci  kłębiło  się  mnóstwo  nagich,  humanoidalnych  istot  - 

małych,  bezpłciowych  i  bezwłosych.  Niemal  przypominały  dzieci,  których  płacz  -  jak 
wydawało się Konradowi - słyszał. Ale pod żadnym innym względem nie były do dzieci 
podobne. 

Wokoło  znajdowały  się  dziesiątki  karłów  o  wielkich,  zniekształconych  głowach, 

ogromnych,  różowych  oczach  i  ciałach  białych  jak  u  robaków.  Byli  jakąś  odmianą 
troglodyckich  zwierzoludzi  o  długich  jeżykach,  ostrych  kłach,  napęczniałych  cielskach  i 
krótkich  ogonach.  Ich  skóra  pokryta  była  łuskami,  a  na  końcu  każdej  kończyny 
znajdowały się trzy szpony. Przepychali się i tłoczyli, gorączkowo pragnąc napić się krwi 
z  ran  czarownika  i  kransoluda.  To  właśnie  te  monstra  wydawały  owe  okropne 
zawodzenia, wycia pełne pożądania żywego ciała. 

Krwawiące  rany  ofiar  wydawały  się  być  śladami  ukąszeń  troglodytów.  Stwory 

zaczęły już kanibalską ucztę. 

Był  tu  też  Srebrne  Oko.  Stał  blisko  Gaxara,  trzymając  przed  sobą  tarczę  z 

tajemniczym  złotym  herbem.  Wysunął  język,  a  Konrad  przypomniał  sobie  pocałunek 
skavena, gdy gryzoń zlizywał jego krew. 

Znajdowały  się  tu  również  jakieś  inne  stwory,  ale  Konrad  nie  widział  ich 

dokładnie.  Stały  na  wysokiej,  skalnej  półce  z  drugiej  strony  jaskini,  jak  widzowie 
czekający na przedstawienie. 

Konrad  dostrzegł  to  wszystko  w  niecałą  sekundę  -  tę  samą  sekundę,  w  której 

przerzucił  miecz  do  lewej  dłoni,  a  prawą  sięgnął  do  kabury  ukrytej  pod  płaszczem. 
Wydobył nową broń, wycelował i wystrzelił. 

Była to jednoręczna kusza o precyzyjnie wykonanym mechanizmie, składającym 

się  z  mosiężnych  kółek  i  stalowych  trybów.  Piętnastocentymetrowy  bełt  tkwił  już  na 
miejscu,  cięciwa  z  drutu  była  naciągnięta.  Konrad  ćwiczył  z  tą  bronią  przez  ostatni 
tydzień. 

Gaxar mógł być Szarym Prorokiem, ale nie miał wystarczająco szybkiego refleksu, 

aby  się  uratować.  Pocisk  trafił  go  w  prawe  oko,  odrzucając  do  tyłu.  Próbował 
wyszarpnąć  bełt  prawą  ręką  -  ale  przecież  nie  miał  prawej  dłoni.  Bez  najmniejszego 

background image

dźwięku przewrócił się i zastygł w bezruchu. 

Rozległ  się  straszliwy  wrzask,  ryk  do  tego  stopnia  mrożący  krew  w  żyłach,  że 

Konrad  na  chwilę  zamarł.  Krzyczał  Srebrne  Oko,  zrozpaczony  po  śmierci  swego  pana. 
Szczuroczłek  rzucił  się  w  stronę  Konrada,  ale  oficer  z  Altdorfu  zastąpił  mu  drogę.  Ich 
miecze  zaczęły  o  siebie  uderzać.  Konrad  odrzucił  kuszę  i  skoczył  do  przodu,  tnąc 
mieczem  pierwszego  z  atakujących,  karłowatych  drapieżników.  Odcięta  głowa  stwora 
wrzeszczała, lecąc przez kryptę. 

Konrad zabijał blade obrzydlistwa rojące się w jaskini. Skakały na niego ze skał, 

usiłując  wbić  mu  pazury  w  twarz.  Inne  chwytały  go  za  nogi,  szarpiąc  ciało  i  próbując 
przewrócić  swoją  masą.  Odrzucał  je  kopniakami,  odrywał  od  siebie,  ciął  i  uderzał 
sztychem, rozdeptywał. Dźwięki, przy akompaniamencie których umierały, były jeszcze 
gorsze od odgłosów ich uczty. 

Dotarł do Litzenreicha i pochylił się, wyrywając mu knebel z ust.  W czasie, gdy 

był  tym  zajęty,  kilku  skarłowaciałych  mutantów  skoczyło  na  niego  i  omal  nie  stracił 
równowagi. Przy tej ilości wrogów, gdyby znalazł się na ziemi, nie miałby najmniejszej 
szansy. 

- Magia! - wrzasnął - Czar! 
- Uwolnij mi rękę - poprosił słabym głosem czarownik. 
Konrad  odrzucił  sprawiający  mu  ból  ciężar.  Jego  miecz  zawirował.  Kilka 

zniekształconych  głów  odpadło,  rozbryzgując  naokoło  krew.  Znowu  pochylił  się,  na 
próżno usiłując wyciągnąć palcami gwóźdź z prawej dłoni maga. 

- Ręka, pociągnij rękę. 
Konrad  spełnił  polecenie,  i  choć  na  ćwieku  pozostały  fragmenty  kości  oraz 

skrwawionego  ciała,  dłoń  maga  odzyskała  swobodę  ruchów.  Czarownik  krzyknął, 
podniósł  gwałtownie  prawą  rękę,  a  jego  wrzask  obniżył  tonację,  przemieniając  się  w 
zaklęcie. Z zakrwawionego wskazującego palca strzeliła błyskawica. 

Inkantacji  odpowiedział  szaleńczy  wrzask,  gdy  pierwszy  z  dręczycieli  przemienił 

się w ognistą kulę. Potem zaczął płonąć następny, potem jeszcze jeden, aż całą jaskinię 
wypełnił odór spalonego mięsa. 

Konrad  przeszedł  teraz  do  Ustnara,  zabijając  po  drodze  następnych 

background image

przygarbionych troglodytów. Wsunął klingę pod główkę ćwieka, tkwiącego w przegubie 
krasnoluda, oparł sztych o ziemię i podważył gwóźdź. Ustnar wyciągnął uwolnioną rękę, 
schwycił  jednego  z  napastników  za  gardło  i  zgniótł  mu  grdykę.  Tymczasem  Konrad 
wyrywał gwóźdź z jego drugiej dłoni. 

Obrzydliwych  stworów  było  coraz  mniej,  ale  mimo  wszystko  atakowały  z  taką 

samą  szaleńczą  wściekłością.  W  czasie,  gdy  Konrad  oswobadzał  drugą  nogę  Ustnara, 
Litzenreich  samodzielnie  zdołał  się  uwolnić  i  wstać.  Miecz  Konrada  pękł  na  pół,  w 
momencie, gdy ostami ćwiek wyłaził ze skały. 

Rozejrzał  się  wokoło.  Oficer  z  Altdoru  leżał,  wygląd  jego  skulonego  ciała 

świadczył, że nie żyje. Nie było widać Srebrnego Oka ani Gaxara. Skaven musiał uciec, 
zabierając  ciało  pana  Postacie  na  skalnej  półce  również  zniknęły.  Wszyscy  pigmejscy 
mutanci  albo  już  nie  żyli,  albo  stawali  się  ofiarami  ognistej  zemsty  Litzenreicha  i  teraz 
umierali  w  płomieniach,  wypełniając  powietrze  odorem  spalonych  ciał.  Konrad, 
Litzenreich i Ustnar stali, spoglądając na siebie. Krew ciekła z ich ran. Byli sami wśród 
śmierci i zniszczenia. Jedynymi dźwiękami były ich ciężkie oddechy i dziecięce kwilenie 
śmiertelnie rannych bestii. 

Aż  nagle  rozległ  się  jeszcze  inny  odgłos.  Dobiegał  z  głębi  jednego  z  tuneli 

prowadzących  do  krypty.  Konrad  rozpoznał  go  bez  trudu  -  były  to  bojowe  okrzyki 
wojowników Chaosu. Te zwierzołaki nie są karłowate ani bezbronne, a przybędą w takiej 
liczbie, że nie da się ich policzyć. 

- Rzeka! - rozkazał Konrad. - To nasza jedyna szansa wydostania się stąd! 
Podbiegli  do  brzegu.  Rzeka  wydawała  się  niczym  nie  różnić  od  innych,  a  jej 

pokryta pianą woda pędziła korytem wyżłobionym w skale i znikała w niskim otworze na 
skraju krypty. 

- Nienawidzę wody! - oznajmił Ustnar. A potem do niej wskoczył. 
Zniknął  pod  powierzchnią  i  pojawił  się  po  kilku  sekundach  w  połowie  drogi  do 

ściany  krypty.  Litzenreich  zdawał  się  wahać,  Konrad  szturchnął  go  więc  ramieniem. 
Czarownik wpadł do wody, a potem jego podskakująca na falach głowa zniknęła w głębi 
tunelu. 

Konrad  odrzucił  hełm,  zerwał  płaszcz  i  ściągnął  półpancerz,  zrzucił  kopniakiem 

background image

jeden but, ale na pozbycie się drugiego nie starczyło już czasu. Dostrzegł w jednym z 
korytarzy  błysk czerwonych oczu, potem pojawiła się następna para, a  za nią kolejna. 
Nadeszła pora.  Wskoczył do rzeki i nie wynurzał się, pozwalając, aby nurt niósł go ku 
tunelowi. 

Na chwilę przed zniknięciem w otworze Konrad uniósł głowę nad powierzchnię i 

rozejrzał  się.  Na  skalnej  półce  w  dalszym  ciągu  znajdowały  się  dwie  postacie.  Teraz 
mógł je dokładnie zobaczyć. 

Jedną z nich był Czaszkolicy. 
Tym razem nie mógł się mylić. Mimo upływu pięciu lat pamiętał go, jakby to było 

wczoraj. To samo chude ciało, ta sama łysa głowa, która zdawała się nie mieć ciała na 
kościach. 

U jego boku stał ktoś, kogo Konrad również nie widział pięć lat, ktoś, kogo także 

nigdy nie mógłby zapomnieć, chociaż z zupełnie innego powodu. Była obecnie starsza, 
ale poznał ją natychmiast. 

Na  krótką  chwilę  ich  oczy  się  spotkały.  Jego  -  zielone  i  złote,  jej  -  czarne jak 

węgiel. 

Elyssa… 

background image

  


Document Outline