background image

Bardzo wampirze święta 

- 1 - 

 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 2 - 

Kerrelyn Sparks 

 

2,5 

 

Bardzo wampirze święta 

 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 3 - 

Spis treści 

Streszczenie............................................................................................ - 4 -

 

Rozdział 1 .............................................................................................. - 5 -

 

Rozdział 2 ............................................................................................ - 16 -

 

Rozdział 3 ............................................................................................ - 24 -

 

Rozdział 4 ............................................................................................ - 37 -

 

Rozdział 5 ............................................................................................ - 46 -

 

Rozdział 6 ............................................................................................ - 60 -

 

Epilog................................................................................................... - 71 -

 

 

 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 4 - 

S

S

t

t

r

r

e

e

s

s

z

z

c

c

z

z

e

e

n

n

i

i

e

e

 

 

Maggie O'Brian podejmuje pracę w Vampire Digital Network (DVN) jako 

aktorka  grająca  w  telenoweli  Moda  na  krew.  Głównym  bohaterem  opery 
mydlanej  jest  Don  Orlando  de  Corazon,  najlepszy  wampirzy  kochanek  na 
świecie. Ale kim Don Orlando jest naprawdę? Nawet jego fryzjer nie może mieć 
co  do  tego  pewności.  Maggie  i  Don  Orlando  udają  się  do  Nowego  Orleanu  i 
Teksasu w poszukiwaniu jego tajemniczej i szalonej przeszłości. 

 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 5 - 

R

R

o

o

z

z

d

d

z

z

i

i

a

a

?

?

 

 

1

1

 

 

-  To  koniec  Don  Orlando.  -  Maggie  O'Brian  zmrużyła  oczy.  Łzy 

przysłaniały jej pole widzenia, a wszystko po to, aby jak najlepiej odegrać rolę 
Jessicy  Goodwin,  śmiertelnej  pani  doktor,  beznadziejnie  zakochanej  w 
wampirze. Jak przystało na dobrą aktorkę opery mydlanej, Maggie odwróciła się 
plecami  do  osoby,  do  której  słowa  zostały  skierowane  i  spojrzała  smutno  w 
kamerę. - Nie przychodź tu więcej.  

- Nie mów tak! - Don Orlando stanął u jej boku, uklęknął na jedno kolano, 

ścisnął  jej  dłoń  i  ucałował.  -  Moja  najdroższa  chiquito,  nigdy  nie  pozwolę  ci 
odejść.  

Chiquito? Kto powypisywał te brednie w scenariuszu? Maggie szykowała 

w myślach napaść na scenarzystę, próbując zignorować dotyk ust Don Orlanda 
na kostkach paliczków u dłoni. Święta Maryjo, teraz delikatnie je przygryzł.  

Ale  to  nic  nie  znaczyło.  Tylko  grał.  Plotka  głosiła,  że  naprzygryzał  się 

wielu kobiecych palców w ciągu tych kilku ostatnich lat.  

Łza spływająca po policzku Maggie była warta nagrody Emmy. Niestety, 

brak pulsu wykluczał jej obecność na ceremonii rozdania statuetek. I jak można 
byłoby wręczyć nagrody Emmy grupie aktorów, która nawet tak naprawdę nie 
istniała?  

Jedynie  kilku  śmiertelnych  pracowników  Digital  Vampire  Network 

wiedziało o wampirzych operach mydlanych, zachowywali jednak tę sensację w 
sekrecie.  Śmiertelnicy  wiedzieli,  że  ich  za  długi  język  mógł  zostać  opłacony 
krwią. Dosłownie.  

Maggie wyrwała dłoń z uścisku Don Orlanda.  
- Przepraszam, ale to nigdy nie miało prawa bytu.  
Kiedy Don Orlando wstawał, zrzucił z jednego ramienia czarną, jedwabną 

pelerynę,  ukazując  zarysowane  mięśnie  torsu,  pokrytego  czarnymi,  grubymi 
włosami.  Maggie  wiedziała,  że  ten  ruch  sprawił,  że  setka  wampirzyc  przed 
telewizorami krzyknęła w ekstazie. Powinna wiedzieć. Kiedyś była jedną z nich. 
I jeśli Don Orlando wykona swój numer popisowy, całkiem zdzierając z  siebie 
pelerynę, aby pokazać pełną świetność umięśnionej piersi, to jego fanki zaczną 
mdleć. Bez wątpienia, także kilku fanów.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 6 - 

Maggie podeszła do pustego biurka w jej rzekomym biurze.  
-  Jak  wiele  razy  mam  ci  to  powtarzać?  To  szpital.  Nie  powinieneś 

przychodzić tu bez koszuli.  

-  Nie  mogłem  się  doczekać  spotkania  z  tobą.  -  Jego  głos  brzmiał  równie 

gładko  jak  była  jego  jedwabna  peleryna.  -  A  pielęgniarki  nigdy  na  to  nie 
narzekają.  

-  Przeziębisz  się.  -  Spojrzała  na  niego  ponad  ramieniem.  -  Na  zewnątrz 

pada śnieg. Prawie mamy święta Bożego Narodzenia.  

Wstrząsnął masywnymi ramionami.  
- Choroby dopadające śmiertelnych mi nie zagrażają. Uzdrowię się podczas 

dziennego snu.  

Maggie przycisnęła dłoń do piersi i spojrzała wprost w kamerę numer dwa.  
- Składałam przysięgę, że będę ratować życie. Jak mogłam zakochać się w 

nieumarłym? - Obróciła się stając z nim twarzą w twarz, położyła ręce na biurku 
za nią. Ta poza miała uwydatnić jej obfity biust. - Tak mnie uwiodłeś, prawda? 
Użyłeś  tych  swoich  zdradzieckich  wampirzych  mocy,  aby  kontrolować  mój 
mózg.  

-  To ty  mnie uwiodłaś, swoją dobrocią i szlachetnym sercem.  -  Jego  oczy 

spoczęły na jej piersiach. - Nie potrafię sobie pomóc.  

- Musisz jakoś przeciwstawić się temu.  
Ukłonił się.  
-  Jam  jest  Don  Orlando  de  Corazon,  najwspanialszy  kochanek  w 

wampirzym  świecie.  Żadna  kobieta,  czy  żywa  czy  umarła,  nie  może  mi  się 
oprzeć.  

-  Ale  ja  muszę!  -  Maggie  podeszła  do  kamery  numer  dwa.  -  Ciężko 

pracowałam, aby osiągnąć to, co teraz mam. Lata szkoły medycznej, niezliczone 
godziny  w  pogotowiu  doraźnym.  A  teraz,  jestem  znanym  chirurgiem.  Ludzie 
mnie potrzebują.  

- Jestem z ciebie taki dumny, moja chiquito.  
- Nie mów tak! Nie mogę zniszczyć swojej reputacji. Potrzebuję szacunku 

współpracowników.  Jak  mogę  wplątać  się  w  romans  z  martwym  trębaczem  z 
zespołu mariachi

1

?  

Potarł swój podbródek.  

                                         

1

 Mariachi - rodzaj orkiestr popularnych w Meksyku. Typowi mariachi mają w swoim składzie skrzypce, 

różne rodzaje gitar, mandoliny i trąbki. Orkiestry liczą od 3 do 12 członków, w swoim repertuarze mają zarówno 
kompozycje współczesne, jak i meksykańską muzykę ludową. 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 7 - 

Jestem  doskonałym  trębaczem.  Jednocześnie  najwspanialszym 

kochankiem w wampirzym świecie - przechwalał się dumnie, trzymając rękę na 
pasku od skórzanych spodni.  

Maggie odwróciła się z jękiem.  
- Nie kuś, Don Orlando!  
-  Chodź  ze  mną!  -  Chwacił  ją  w  objęcia.  -  Razem  skomponujemy 

wspaniałą muzykę.  

- Nie, nie, nie! - Potrząsała głową w rytmie wykrzykiwanych słów.  
- Tak, tak!  
Położyła  dłonie  na  jego  piersi,  chcąc  odepchnąć  mężczyznę.  Pierścień  na 

jej małym  palcu zabłysnął złotem  kontrastując z czarnymi jak  węgiel włosami 
na jego klacie.  

Wzmocnił uścisk.  
- Pocałuj i powiedź, że mnie nie kochasz.  
Odwróciła swoją wypełnioną łzami twarz w kierunku kamery numer jeden.  
-  Jesteś  zbyt  okrutny  pozwalając  mi  cierpieć.  Proszę,  pozwól  mi  na 

samotność! - Odepchnęła go mocniej.  

Zatoczył się w tył.  
- Aaaa!  
- Aaaa! - Wrzask Maggie dołączył do jego krzyku, kiedy spostrzegła, co się 

dzieje.  

Wykrzywiając  się  z  bólu,  Don  Orlando  przycisnął  dłoń  do  nagle  gołej 

piersi. Jego  owłosienie było doczepione do prawej dłoni Maggie, wydawałoby 
się, że trzyma martwego szczura z czarną sierścią.  

- Aaaa!  - Potrząsnęła głową.  - Zabierzcie to!  - Włoski zawinęły się wokół 

jej dłoni, zaczepione o pierścionek.  

- Przeklęta kobieta! - Don Orlando skrzywił się pocierając czerwony pasek 

na swojej piersi. - Prawie zdarłaś mi skórę.  

-  Cięcie!  -  krzyknął  Gordon,  reżyser.  -  Charakteryzacja!  Włosy  Orlanda 

mają wrócić na swoje miejsce.  

Maggie spojrzała na gołą klatę Don Orlanda, a potem na kłaki doczepione 

do pierścienia. To była podróbka? Słodka Maryjo, powinna o tym wiedzieć. Jak 
wielu  mężczyzn  mogło  się  pochwalić  dywanikiem  w  stylu  owczarka 
staroangielskiego Bobtail?  

Wyciągnęła to coś zza pierścionka i wręczyła właścicielowi.  
- Przepraszam. Nie chciałam zrobić ci krzywdy.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 8 - 

Usta Don Orlanda wykrzywiły się w uśmiechu, postukał w czerwoną plamę 

na torsie.  

- Może jak pocałujesz nie będzie bolało?  
-  Nie!  -  Maggie  rzuciła  w  niego  piersiowy  tupecikiem.  -  Dlaczego  nosisz 

coś tak idiotycznego?  

Wyglądał na zakłopotanego. Na jakieś pół sekundy.  
- Stwierdzili,  że z większą ilością włosów stanę się bardziej sexy.  - Posłał 

jej koślawy uśmiech.  - Choć teraz, byłbym szczęśliwszy  z powodu posiadanie 
gładkiej piersi.  

Maggie odpowiedziała uśmiechem. Na jakieś pół sekundy. Jej przyjemność 

umarła śmiercią naturalną, kiedy wyhaczyła wizażystkę z chytrym uśmieszkiem 
malującym się na jej twarzy.  

-  Hola, piękna senorito  - wymruczał do dziewczyny. Spłonęła rumieńcem, 

podczas  pokrywania  klejem  gołej  skóry  na  jego  torsie.  -  Moglibyśmy  się 
przenieść do  mojej  przymierzalni?  - Mrugnął.  - Postaramy się  o większą ilość 
lepkiej mazi i wszystko posklejamy. - Dziewczyna zachichotała.  

Maggie zacisnęła dłonie w pięści, pragnąc mu przyłożyć. Słodka Maryjo i 

Józefie,  była  wściekła.  Zawsze  unosiła  się  gniewem,  kiedy  odkrywała,  że 
wielbiony  przez  nią  heros,  Don  Orlando  de  Corazon,  okazywał  się  psem  na 
baby. A teraz, zauważyła, że sprawy mają się nawet gorzej. Był popieprzonym, 
śliniącym się pieskiem.  

Ruszyła  w  kierunku  stolika  z  posiłkiem  i  wzięła  sobie  szklaneczkę 

Chocolood,  zmieszanej  krwi  syntetycznej  i  czekolady,  jednego  z  najlepszych 
wampirzych  napojów.  Zmarszczyła  brwi  widząc  kępkę  włosów  ciągle 
przyczepioną  do  pierścionka.  Wyciągnęła  kłaki,  przypominając  sobie  jak  tata 
dał jej ten pierścionek na Pierwszą Komunię, kiedy miała siedem lat. Później, w 
1872, pierścionek idealnie pasował na czwarty paluszek. Uwielbiała swoją białą 
suknię, pierwszą, która wcześniej nie należała do jej siostry.  

Jako ósmemu dziecku z dwunastodzietnej gromadki, Maggie dobrze znane 

były  głód  i  ubóstwo.  Ale  nie  znała  sekretnego  świata  nieumarłych,  póki  nie 
dołączyła do niego w wieku dziewiętnastu lat. Przerażona, próbowała powrócić 
do  domu,  ale  reakcja  rodziny  była  straszna.  Pokazała  im  pierścionek  i  to,  że 
krzyż  jej  nie  rani.  Dlaczego  jej  wiara  miałaby  się  zmienić  z  powodu  śmierci? 
Ciągle  pozostawała  ukochaną  córeczką  tatusia  zwaną  przez  niego  ‘Maggie 
May’. Ale ojciec wydziedziczył ją, uznając, że jest kreaturą z otchłani piekieł.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 9 - 

Maggie sączyła Chocolood, ignorując ból w piersi. Nie wierzyła, że jej tata 

miał  rację.  Została  zaatakowana.  Jak  Wspaniałomyślny  Bóg  mógłby  obwiniać 
ofiarę?  

Ale później, musiała działać, aby przetrwać musiała gryźć innych. Pastwiąc 

się nad nimi. I strach, że jej ojciec miał racje, otworzył w jej sercu wielką ranę. 
Dzięki Bogu za wynalezienie syntetycznej krewi. O wiele łatwiej było udawać, 
że jest dobrą istotą. Włożyła oczyszczony pierścień na palec przekonując siebie, 
że ma dobre serce, nawet jeśli ono przestaje bić każdego dnia po nastaniu świtu.  

Pięć  lat  wcześniej,  coś  się  zakończyło  w  posępnej  egzystencji  Maggie. 

Jakieś  mądre  wampiry  umożliwiły  nagrywanie  tych  istot  na  taśmę  i  powstało 
Digital Vampire Network.  

Wiele  wampirów  na  całym  świecie  stało  się  o  wiele  szczęśliwsze  dzięki: 

Nocnym  wieściom  i  magazynie  plotkarskim  prowadzonym  przez  Corky 
Courrant,  Na  żywo  wśród  nieumarłych.  DVN  wyprodukowało  także  własne 
opery  mydlane  -  Modę  na  krew,  Wszystkie  wampiry  duże  i  małe  oraz  Kostnicę 
na peryferiach
.  

Potem, pojawił się on. Cztery lata temu, Moda na krew pozyskała nowego 

aktora i po raz pierwszy w długim życiu, Maggie się zakochała. Don Orlando de 
Corazon wskoczył na ekrany telewizorów świecąc w ciemnościach owłosionym 
torsem,  a  przez  te  pożądliwe  oczy,  kobieta  straciła  głowę.  Był  tym  jedynym. 
Jedynym dla niej. I jeśli tylko mógłby się z nią zobaczyć, z pewnością powinien 
rozpoznać w niej pokrewną duszę. To właśnie miłość do niego zaprowadziła ją 
na przesłuchanie DVN. Kiedy zdobyła rolę w Modzie na krew, wyglądało na to, 
że jej sny się spełnią.  

Ale te sny stały sie koszmarem. Przed pierwszym dniem na planie, poznała 

prawdę. Tej nocy w plotkarskim  magazynie, Corky Courrant ujawniła sprośny 
charakter  Don  Orlanda  jako  wielkiego  kobieciarza.  A  Maggie  utknęła  z  nim 
grając doktor Jessicę Goodwin, jeden z podbojów Don Orlanda.  

Próbowała  skupić  się  na  rozwoju  swoich  aktorskich  umiejętności,  ale  za 

każdym  razem,  kiedy  kręciła  z  nim  jakąś  scenę,  jej  serce  chciało  wyskoczyć  z 
piersi.  Jak  w  ogóle  miała  zamiar  pozostać  mu  obojętna,  kiedy  deklarował  jej 
miłość? Ale to było złudzenie. Słodka Maryjo. Nawet jego włosy na klacie były 
fałszywe!  

- Na miejsca! - krzyknął reżyser. - Dokończmy kręcenie sceny.  
Maggie wzięła głęboki wdech. To było to. W tej scenie, Don Orlando miał 

pocałować  doktor  Jessicę.  Jej  pierwszy  pocałunek  z  Don  Orlandem.  To  nie 
dzieje się naprawdę. Prawdopodobnie nie  zna nawet jej prawdziwego imienia. 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 10 - 

Już  stała  w  swoim  rzekomym  biurze  w  szpitalu,  wizażystka  uzupełniła  zmytą 
pomadkę.  

-  Zacznijmy  od  „Pocałuj  i  powiedź,  że  mnie  nie  kochasz”  -  poinstruował 

ich Gordon. - Zagrajcie to.  

Maggie wstrzymała oddech, kiedy Don Orlando podszedł do niej. Uwodził 

ją.  

- Pocałuj i powiedź, że mnie nie kochasz.  
-  Jesteś  zbyt  okrutny  pozwalając  mi  cierpieć  -  wyszeptała  Maggie,  jej 

kolana zmiękły.  

Złapała się jego ramion.  
- Proszę, pozwól mi na samotność.  
- Proszę, pocałuj mnie.  
Czekałam na to cztery lata.  
Przyglądał  się  jej  twarzy,  zagarniając  kobietę  mocniej  w  ramiona. 

Zamknęła oczy i pochyliła się ku niemu. Kiedy jego usta dotknęły jej, zadrżała. 
Był ciepły i delikatny. Chciałaby, aby mógł stać się bohaterem z jej snów. Żeby 
mógł  ją  pokochać.  Zobaczyć  w  niej  dobroć,  miłować  w  sposób,  w  jaki 
potrzebowała. Jakby cuda się zdarzały.  

- Świetnie! - pochwalił ich reżyser. - Cięcie, robimy zdjęcia!  
Z  pomrukiem,  Don  Orlando  pogłębił  pocałunek.  Przejechał  końcówką 

języka po jej wargach, po czym pokrył pocałunkami ścieżkę od jej policzka do 
ucha.  

- Cięcie! - krzyknął Gordon.  
-  Czujesz  to?  -  wyszeptał  Don  Orlando  do  jej  ucha,  delikatnie  ssał  jej 

małżowinę.  

- Powiedziałem cięcie! Dajcie spokój, mamy inne sceny do nakręcenia.  
Maggie ledwie słyszała słowa reżysera. Częściowo dlatego,  że  język Don 

Orlanda  wsunął  się  do  jej  ucha.  A  częściowo  dlatego,  że  jej  serce  biło 
wyjątkowo głośno. Święta Maryjo, był w tym tak dobry jak to sobie wyobrażała. 
Tulił się do jej szyi.  

- Jesteś taka piękna. Moja słodka… Jessico.  
Z jękiem zawodu, zesztywniała. Odepchnęła go.  
- Jestem Maggie!  
Don Orlando uśmiechnął się.  
- Więc czy zechcesz zwiedzić moją przymierzalnię, słodka… Maggie?  
Spoliczkowała  mężczyznę.  Cofnął  się,  jego  oczy  były  szeroko  otwarte  ze 

zdziwienia.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 11 - 

- Dlaczego… dlaczego?  
-  Wszystko  w  tobie  jest  kłamstwem.  Nie  jesteś  najwspanialszym 

kochankiem na świecie. Jesteś największym oszustem na świecie! Jesteś świnią 
i… pozerem!  

Odwróciła się i odeszła.  
 
W swojej przymierzalni, Don Orlando jęczał odrywając fałszywe włosy ze 

swojego  torsu,  pozostawiając  skórę  różową.  Największy  oszust  na  świecie. 
Maggie powiedziała mu prawdę prosto w oczy, cholera.  

Za pierwszym razem, kiedy ją spotkał, kiedy była przesłuchiwana, patrzyła 

na niego z takim podziwem kwitnącym w tych niebieskich oczach. Nie chciała 
go wykorzystać w celu dalszego rozwoju własnej kariery. Jej otwartość na jego 
osobę była najsłodszą rzeczą, z jaką się spotkał od czterech i pół roku życia jako 
wampir.  

Poprosił reżysera, aby ją zatrudnił i dał odpowiednią rolę. Kogoś dobrego 

ze szlachetnym sercem. Kogoś takiego jak Jessica Goodwin. Nie tylko dlatego, 
że pani doktor była wzorem przyzwoitości, ale przede wszystkim chodziło ot o, 
że zakochała się w nim, w Don Orlandzie.  

Ale  kiedy  Maggie  przyjęła  tę  pracę,  stała  sie  zimna  i  niedostępna. 

Ignorowała  jego  zapędy.  Chciał  jej  pokazać,  jak  wygląda  jego  pocałunek.  I  to 
jaki! Sposób, w jakim rozpływała się w jego ramionach… w tym momencie już 
wiedział, że ta oziębłość jest udawana. Ciągle go podziwiała. Chciał wykrzyczeć 
jej  imię  pod  niebiosa,  ale  wiedział,  że  nadal  działają  kamery,  więc  nazwał  ją 
Jessicą.  

A  teraz,  była  smutna.  Musi  ją  przeprosić  i  odzyskać.  Jeśli  tylko  zechce 

ponownie spojrzeć na niego z takim podziwem w oczach, to może sprawić,  że 
jego fałszywa kreacja stanie się łatwiejsza do udźwignięcia.  

Założył na siebie szlafrok i skórzane spodnie, udał sie w kierunku pokoju 

Maggie.  Jak  miałby  jej  zaimponować?  Powie  jej  cokolwiek,  byle  byłoby 
prawdą.  

Chciał jej namiętności, nie litości.  
Zapukał do drzwi.  
- Proszę wejść. - Maggie wydała sie podirytowana, kiedy przekroczył próg.  
Cholera,  powinien  przynieść  kwiaty.  Jako  najwspanialszy  kochanek  na 

świecie, wydawał się kompletnym idiotą.  

Maggie pozostała na swoim miejscu, siedząc przy toaletce.  
- Czego chcesz?  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 12 - 

Żebyś  mnie  kochała.  Nie,  Don  Orlando  nigdy  nie  zachowałby  się  jak 

mięczak.  Był  agresywnym  macho,  a  to  się  sprawdzało.  Potwierdzał  to  stosik 
liścików od fanek. Kobiety kochały Don Orlanda de Corazon, Maggie także.  

-  Nie  mogłem  pozostać  z  dala  od  ciebie,  Margaret  Mary  O'Brian, 

oczarowałaś mnie.  

Parsknęła.  
-  Cóż,  widziałeś  moje  nazwisko  na  drzwiach.  Powinnam  być  pod 

wrażeniem, bo umiesz czytać?  

- Od momentu, gdy po raz pierwszy cię ujrzałem, twoje imię wyryło się w 

moim sercu.  

-  To brzmi boleśnie.  - Skłoniła się, chcąc zdjąć szpilki.  - Możesz przestać 

grać. Kamer już nie ma.  

- Ale moja namiętność nadal płonie jak nieugaszalny płomień. Przysięgam, 

że staniesz się moją.  

W jej oczach rozbłysła złość.  
-  Żadna  kobieta  o  zdrowych  zmysłach  nie  zechce  być  twoją.  Kolejka 

oczekujących jest zbyt długa.  

Skrzywił  się  w  duchu.  Maggie  musiała  wysłuchać  kłamstw  Corky 

Courrant, które zostały ujawnione w programie Na żywo wśród nieumarłych.  

- Moje serce należy tylko do ciebie, słodka chiquito.  
- Nie jestem twoim bananem! - Rzuciła butem, celując w jego głowę.  
Z wampirzą szybkością, uniknął pocisku. But uderzył w drzwi.  
- Ay, caramba, jaka ognista! To stawia moje lędźwie w płomieniach!  
- A mnie się zbiera na wymioty!  - Rzuciła w niego kolejnym butem, a ten 

trafił dokładnie w jego pierś.  

-  Auć!  - Obcas wbił  się w podrażnioną skórę.  - Dlaczego  się tak na  mnie 

wściekasz, Maggie?  

- Naprawdę jesteś taki tępy? Naprawdę uwierzyłeś, że ulegnę tym końskim 

zalotom?  

- Końskim?  
-  Czy  w  twojej  głowie  zrodziła  się  jakaś  chora  myśl,  że  zaprowadzisz 

wszystkie kobiety tego świata do łóżka?  

-  To  nie  tak.  -  Posłał  jej  uwodzicielskie  spojrzenie,  łączące  się  z 

zadziornym uśmieszkiem i wygiętą  brwią.  - Nie potrzebujemy  łóżka. Możemy 
być… bardziej kreatywni, nie?  

- Wrrr! - Skoczyła na równe nogi, chwytając szczotkę do włosów i rzucając 

w niego.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 13 - 

Przeklął robiąc unik. Dlaczego to na nią nie działało? Sprawdzało się przy 

każdym innym. Przerwał rozważania, czarny bucior walnął go w głowę.  

- Cholera, jesteś inna. Nie lubisz Don Orlanda.  
Wzdychając, Maggie osunęła się na krzesło.  
- Przepraszam. Tak wiekowa jak jestem, powinnam wiedzieć, że nie należy 

rzucać rzeczami w gniewie.  

Podszedł do niej.  
- Jesteś zła, ponieważ nazwałem cię Jessicą, kiedy się całowaliśmy? Mogę 

wyjaśnić. Myślałem, że ciągle nas kręcą.  

Policzki Maggie stały się różowe, kiedy się odwróciła.  
- Nie chodzi o pocałunek. To… te wszystkie kobiety…  
- Nie możesz wierzyć we wszystko, co plecie Corky. Nie wyjawiła prawdy 

na mój temat.  

- Więc nie miałeś z nią romansu?  
Spochmurniał.  
- To akurat prawda.  
- I zdradzałeś ją?  
- Cóż, tak, ale z właściwych pobudek.  
Maggie prychnęła.  
- Pobudką numer jeden była Tiffany? Ile takich pobudek miałeś?  
-  To  nie  tak  jak  myślisz.  -  Cholera,  nie  miał  zamiaru  powiedzieć  jej 

prawdy. Kto by w to uwierzył? - Mam problem…  

- Wiem. Twoje spodnie. Osunęły się na dół.  
- Nie. To… ja. Nie lubię samotności.  
Prychnęła.  
- Wybacz, że na ciebie nakrzyczałam.  
- Maggie, przebywam w Nowym Jorku od czterech lat, pozostałem wierny 

Corky,  wszystko  stało  się  jakieś  sześć  miesięcy  temu.  To  był  jeden  wyskok, 
byłem zły i sfrustrowany, a Tiffany…  

-  Poczekaj  chwilę.  -  Maggie  wstała.  -  Corky  zaznaczyła,  że  miałeś  setki 

kobiet. Tysiące.  

- Jest wściekła. Mści się na mnie.  
- Dlaczego miałabym w to uwierzyć?  - Maggie przemierzyła mały pokoik. 

- Jesteś kłamcą.  

Cofnął się w kierunku drzwi.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 14 - 

-  Wiem,  że  Don  Orlando  nie  jest  prawdziwy.  Ale  ratuje  mi  skórę.  Daje 

powód do egzystencji. Sprawia, że ludzie mnie kochają. - Westchnął. - Nawet ty 
kiedyś mnie pokochasz.  

Maggie zwolniła zatrzymując się.  
- Myślałam, że kocham, ale to było udawane.  
Przełknął ślinę.  
- Symulacja to wszystko, co mam.  
- Bzdury. Gdzieś tam musi być twoje prawdziwe ja. Jeśli naprawdę kiedyś 

istniało.  

Obrócił się i chwycił za klamkę.  
- Przepraszam. Ja… chciałem, abyś mnie polubiła, ale…  
- Może cię polubię, jeśli dasz mi się poznać. - Maggie podeszła do niego. - 

Kim naprawdę jesteś?  

Oparł głowę  o drzwi i  zamknął  oczy. Nie  mógł tego zrobić. Nie pozwoli 

dostrzec w nim tej pustki.  

- Jam Don Orlando de Corazon, najlepszy…  
-  Przestań.  Jeśli  chcesz,  abym  cię  polubiła,  musisz  być  ze  mną  szczery. 

Pokaż swoje prawdziwe ja.  

- Ale tu nie…  - Jego oczy wypełniły się łzami. Nie  mógł tego zrobić. Nie 

mógł ukazać pustki. Usłyszała już i tak zbyt wiele. To był właśnie powód, dla 
którego nienawidził samotności. Tego bycia z niczym.  

Maggie dotknęła jego ramienia.  
- Co się dzieje?  
Wziął głęboki wdech.  
-  Wiem,  że  Don  Orlando  jest  obłudą.  Corky  wymyśliła  go,  abym  stał  się 

gwiazdą. Przykro mi, że cię znieważył.  

- Więc nie bądź nim - wyszeptała Maggie. - Bądź sobą.  
Prychnął.  
- Chciałbym. Chciałbym być ciebie wart. Chciałbym mieć duszę.  
- Każdy ma duszę.  
- Nie ja. Ja jestem jak biała karta.  
Cofnęła się z przerażeniem w oczach. Oczywiście, że to ją przerażało. Była 

przerażona jego tokiem myślenia.  

Wstrząsnął ramionami. 
-  Może  Corky  będzie  mogła  to  wyjaśnić.  Jeśli  zechce  być  z  tobą  szczera. 

Sprawi jej radość wyjawienie mojego brzydkiego sekretu.  

Maggie posłała mu zmartwione spojrzenie.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 15 - 

- Jakiego sekretu?  
-  Nie  mogę  być  sobą,  skoro  nie  wiem,  kim  jestem.  Te  głupie  role,  które 

gram  są  wszystkim,  co  powstrzymuje  mnie  przed  pogrążeniem  się  w  czarnej 
dziurze nicości.  

- Masz na myśli depresje?  
- Nie. - Don Orlando chwycił za klamkę. - Mam amnezję.  

 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 16 - 

R

R

o

o

z

z

d

d

z

z

i

i

a

a

?

?

 

 

2

2

 

 

 

 

Po  pracy,  Maggie  zawsze  teleportowała  się  do  klubu  nocnego  swoich 

przyjaciółek,  Horny  Devils.  Jej  współlokatorki  rozkręciły  ten  biznes  po 
wygraniu pierwszego reality show stacji DVN. Ale tej nocy, Maggie była zbyt 
zmieszana, aby dzielić ich radość. Ból, jaki ujrzała w oczach Don Orlanda, nie 
dawał  kobiecie  spokoju.  Chodziła  po  swojej  przymierzalni,  rozmyślając  nad 
bieżącymi problemami. Czy naprawdę mógł mieć amnezję? Czy Corky kłamała, 
mówiąc o setkach kobiet, które uwiódł? Maggie nie wiedziała, w co ciężej jest 
jej uwierzyć - we wierność Don Orlanda czy jego luki w pamięci.  

Potrzebowała  większej  ilości  informacji.  A  jedynym  źródłem  wiedzy  w 

DVN  była  Corky  Courrant,  były  ekspert  od  tortur  w  Londyńskiej  Tower

2

  za 

panowania  Henryka  VIII,  a  teraz  bezlitosną  królową  mediów  w  wampirzym 
świecie.  

Maggie  skierowała  się  do  głównych  gabinetów  w  DVN.  Nie  ważne  jak 

bardzo starała się zapomnieć o Don Orlandzie, mężczyzna nadal ją intrygował. 
Zawsze wyczuwała roztaczającą się wokół niego aurę tajemniczości, no i miała 
nosa. On był tajemnicą, nawet dla samego siebie.  Zgrywał  gościa chłodnego i 
zadufanego, ale pod tą skorupą ukrywał się pełen wrażliwości mężczyzna.  

Z  westchnieniem,  Maggie  uświadomiła  sobie,  że  zawsze  przyciągały  ją 

dusze straceńców. To właśnie współczucie, spowodowało, że wstąpiła do Armii 
Zbawienia

3

  w  1884,  co  zaowocowało  atakiem  na  jej  osobę,  atakiem,  który 

uczynił  z  niej  wampirzycę.  Jej  przyjaciele  nazywali  ją  miękkim  sercem 
błogosławienia, ale ona uważała to raczej za fatalną wadę. Teraz, po raz kolejny, 
jej pełna współczucia natura przywiodła kobietę ku nieznanemu.  

                                         

2

 Tower Londyńska była więzieniem, z którego podobno nie było ucieczki, ponieważ wejście było zaraz 

nad wodą - podpływano łódkami i tam prowadzono więźniów do celi. Więziono tu m.in. króla Anglii Henryka 
IV, królową Annę Boleyn, Thomasa More'a, Thomasa Cromwella, Lady Jane Grey, żeglarza Waltera Raleigha, a 
w 1941 r. Rudolfa Hessa.  

3

  Armia  Zbawienia  (ang.  Salvation  Army)  -  chrześcijańskie  wyznanie  protestanckie  o  charakterze 

ewangelikalnym,  metodystycznym  i  uświęceniowym,  zorganizowane  w  sposób  hierarchiczny  na  podobieństwo 
organizacji  militarnych. Doktryna religijna  Armii Zbawienia określana jest  mianem salwacjonizmu. Wyznanie 
znane  jest  z  działalności  charytatywnej.  W  Polsce  zarejestrowane  pod  nazwą  Kościół  Armia  Zbawienia  w 
Rzeczypospolitej Polskiej, jest członkiem Aliansu Ewangelicznego w RP. 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 17 - 

Zapukała w szerokie drzwi naznaczone olbrzymią nalepką Na żywo wśród 

nieumarłych, gwiazda Corky Courrant.  

- Wejść! - zapiszczał ostry głos Corky.  
Maggie wparowała do środka.  
- O, to ty! - Corky uniosła oczy. - Maggie Jakaśtam.  
- O'Brian.  
-  Nieważne.  Właśnie  patrzę,  jak  spoliczkowałaś  tę  kupę  gówna  Don 

Orlanda. To było bajeczne!  

- Że co?  
Corky wycelowała pilota w telewizor i nacisnęła przycisk.  
-  Jeden  z  kamerzystów  właśnie  przekazał  mi  tę  taśmę.  -  Scena,  którą 

wcześniej Maggie odgrywała z Don Orlandem pojawiła się na ekranie. Całowali 
się pomimo, iż reżyser krzyczał cięcie.  

Maggie otworzyła szeroko usta.  
- Jakim cudem…  
-  Słuchaj.  -  Corky  uniosła  dłoń,  aby  ją  uciszyć.  Na  ekranie  telewizora, 

Maggie uderzyła Don Orlanda w twarz, po czym zaczęła swój monolog. Corky 
wybuchła śmiechem, jej duży  biust podskakiwał.  - Uwielbiam  to! Zacznę tym 
mój jutrzejszy program.  

Ciepło napłynęło Maggie do twarzy.  
- Ale to nie powinno zostać nagrane. Gordon powiedział cięcie…  
-  I  co z tego? Chłopcy nigdy nie przestają kręcić, kiedy Don Orlando jest 

na  scenie.  Wiedzą,  że  zapłacę  każde  pieniądze,  aby  złapać  tę  świnię  w 
niedwuznacznej sytuacji. - Corky posłużyła się pilotem, aby wyłączyć telewizor. 
- Więc, zechcesz przyjść jutro do mojego programu?  

- Cóż, ja…  
-  Nie  robię  wywiadów  z  byle  kim.  Ale  jesteś  na  tyle  mądrą  babką,  aby 

wiedzieć jaką szumowiną jest Don Orlando, więc dam ci szansę.  

-  Dziękuje  bardzo.  To  bardzo  uprzejme  z  twojej  strony.  -  Maggie 

podejrzewała,  że  zdobędzie  więcej  informacji,  jeśli  nie  przestanie  grać.  - 
Uważam, że obrzydliwie cię oszukał.  

- I to po tym wszystkim co dla niego zrobiłam! - Oczy Corky błyszczały od 

gniewu. - Sprawiłam, że stał się sławny. Sprawiałam, że stał się bogaty. Dzięki 
mnie jego imię stało się najczęściej wymawianym w całym wampirzym świecie.  

- Niesamowite.  
-  Tak,  właśnie  to  ja  jestem  niesamowita.  Był  niczym,  zanim  się  nim 

zajęłam. Niczym! - Głos Corky drżał od natężenia.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 18 - 

Maggie skrzywiła się.  
- Słyszałam, że nawet nie zna swojego prawdziwego imienia.  
-  Dokładnie!  Był  nic  nie  wartym  włóczęgą,  spacerującym  po  Nowym 

Orleanie. Nawet nie wiedział, który mamy rok.  

- Więc to prawda. Ma amnezję.  
- No i?  - Corky  machnęła odprawiająco ręką.  -  Zajęłam  się nim lepiej niż 

zrobiłby  to  sam.  Nauczyłam  go  jak  ma  się  ubierać,  jak  grać,  jak  się  kochać. 
Wszystko  mi  zawdzięcza.  Jeśli  nie  przechodziłabym  tamtędy  przypadkiem, 
ciągle leżałby w rynsztoku.  

- Jakie to przykre.  
- Można  było nad nim  popłakać! Ale przyprowadziłam  go tu i zrobiłam  z 

niego  gwiazdę.  Wszystko  z  czystej  dobroci  mego  serca.  -  Corky  przycisnęła 
dłoń do piersi, sugerując,  że gdzieś pod tymi olbrzymimi implantami znajduje 
się ten organ. - No i za czterdzieści procent z jego zarobków.  

Maggie zamrugała.  
- Czterdzieści procent?  
-  Dlaczego  nie?  Zainwestowałam  w  niego  wiele  czasu.  To  było  też  w 

kontrakcie. Bydlak może mnie zdradzać do woli, ale ciągle czterdzieści procent 
należy do mnie.  

Maggie  zaczęła  rozumieć,  dlaczego  Don  Orlando  nie  był  szczęśliwy  z 

Corky. Traktowała go jak niewolnika.  

- Jak przypuszczam robił to już od dłuższego czasu.  
-  Ha!  Wiem  o  wszystkim  co  sie  tutaj  dzieje.  Mogę  tworzyć  i  niszczyć 

kariery,  Paniusiu,  uwierz  mi,  właśnie  tak  się  dzieje.  -  Corky  uśmiechnęła  się 
zadowolona  z  siebie.  -  Tylko  ta  głupia  Tiffany  odważyła  się  położyć  łapy  na 
moim Don Orlandzie. Nie daruje im tego.  

Słodka Maryjo! Powiedział jej prawdę!  
- Więc nie był ze setką.  
- Nie, oczywiście, że nie. To taka… licencja artystyczna. Namówiłam kilka 

dupodajek,  aby  powiedziały,  że  z  nim  były,  w  końcu  grają  na  okrągło. 
Uwielbiają rozgłos. Więc, udzielisz mi tego wywiadu czy nie?  

- O, tak. To oczywiste.  
-  Tak  myślałam.  -  Corky  uśmiechnęła  się  głupawo,  odrzucając  do  tyłu 

włosy.  - Czekam na ciebie w studiu nr 2 o ósmej. I lepiej bądź gotowa utopić 
Don Orlanda w dużej ilości gówna.  

-  Nie  ma  sprawy.  -  Maggie  otworzyła  drzwi  chcąc  wyjść,  jednak  się 

zawahała. - Zastanawiałaś się kiedyś, kim on naprawdę jest?  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 19 - 

- To nieudomowiona świnia. Co jeszcze mi potrzebne do szczęścia?  
Wszystko, pomyślała Maggie. Skąd pochodzi? Czy ma gdzieś rodzinę?  
-  Znam  kilku  kolesi  z  Agencji  MacKay’a.  Na  pewno  mogliby  pomóc  mu 

ustalić kim jest.  

-  Po  co  tyle  zachodu?  -  Corky  zaczęła  przeglądać  stertę  papierów, 

prawdziwie znudzona nowym tematem.  

Ale Maggie nagrała się wystarczająco dużo, aby wiedzieć czego trzeba tej 

kobiecie. Właściwej motywacji.  

- Chcesz go poniżyć, prawda?  
-  Tak.  - Corky  podchwyciła  przynętę, rzucając papiery na biurko.  - Znasz 

jakiś jego mroczny sekret?  

-  Jeszcze  nie.  Ale  wyobraź  sobie  jak  podle  musiałby  się  czuć,  gdybyś 

wykopała śmierdzące fakty z jego przeszłości.  

Usta Corky wyszczerzyły się w szerokim uśmiechu.  
- O tak! Możemy zrobić dochodzenie, odkryć jego brzydką przeszłość. Czy 

mogłabyś to dla mnie zrobić jadąc do Nowego Orleanu?  

-  Tak. Mogłabym pojechać tam jako reżyser. Mam doświadczenie. Byłam 

asystentem  reżyserki  przy  reality  show  emitowanym  zeszłego  lata.  -  Maggie 
stwierdziła,  że  w  ten  sposób  mogłaby  kontrolować  treść  raportów,  więc  nie 
pogorszyłaby wizerunku mężczyzny. Don Orlando pewnie chciałby dowiedzieć 
się kim jest, ale nie zasługiwał na świństwa, jakie kłębiły się w umyśle Corky.  

- Świetnie! - Corky stukała długim paznokciem o blat biurka. - Pogadam z 

Gordonem, aby dał ci kilka tygodni wolnego.  

Maggie  uśmiechnęła  się.  Wszystko  się  pięknie  układało.  Jechała  do 

Nowego Orleanu, aby rozwikłać tajemnicę Don Orlanda.  

- Don Orlando także powinien ze mną pojechać. Może natrafimy na coś, co 

przywoła jakieś wspomnienia.  

-  Hmm.  -  Corky  zmarszczyła  czoło.  -  Nie  wiem.  Wolę  jak  pracuje,  bo 

wtedy na mnie zarabia.  

Szef - tyran.  
- Ale jeśli odkryjemy coś naprawdę okropnego, będziemy mogli nagrać jak 

się zmiesza.  

Corky odzyskała animusz.  
- Dobra. Okej, wszystko przygotuję. - Złapała za słuchawkę telefonu. - Do 

jutra.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 20 - 

Maggie promieniała wracając do swojej przymierzalni. Mogła przedzwonić 

do  Connora,  aby  sprawdzić,  czy  mógłby  obyć  się  bez  jednego  umarłego  z 
Agencji MacKay’a. Zastanawiała się także jak bardzo ucieszy się Don Orlando.  

 
- To zły pomysł - zaprotestował Don Orlando następnej nocy.  
Maggie warknęła.  
- Nie chcesz się dowiedzieć kim jesteś?  
-  Nie  kiedy  będą  się  za  mną  włóczyć  kamerzyści,  gotowi  zarejestrować 

każde  ciekawe  odkrycie,  aby  Corky  mogła  mnie  ośmieszyć  przed  całym 
wampirzym światem. Nie ma mowy. To się nie wydarzy.  - Don Orlando ruszył 
w  kierunku  studia  nr  4,  gdzie  Moda  na  krew  była  nagrywana  każdej  nocy. 
Czarna peleryna powiewała u szczytu długich skórzanych butów.  

- Ale to ja będę reżyserem. - Maggie podążyła za nim. - Nie pozwolę ci się 

ośmieszyć.  

Parsknął.  
- Tak. Widziałem cię dziś u Corky.  
- Musiałam zagrać. Zrobiłam to dla ciebie.  
Zatrzymał się i spojrzał jej w twarz.  
-  Dla  mnie?  Spędziłaś  dziesięć  minut  w  jej  programie,  opisując  jak 

cudownie było mnie uderzyć w twarz.  

Maggie zarumieniła się.  
-  Corky  miała  nas  na  taśmie.  Ciężko  byłoby  powiedzieć,  że  tego  nie 

zrobiłam.  

-  Jeśli  tak  bardzo  ci  się  to  podobało,  droga  wolna.  -  Nadstawił  swój 

policzek. - Wiesz, że na to zasłużyłem.  

Maggie przygryzła wargę, aby powstrzymać chichot.  
-  Wolałabym  się  dowiedzieć  kim  jesteś.  A  potem,  jeśli  najdzie  mnie 

ochota, przyłożyć ci ponownie.  

- Jestem pewien, że najdzie. Jestem śmieciem, Maggie. Nie przyszło ci do 

głowy, że moja przeszłość może okazać się naprawdę śmierdząca?  

- A po czym to stwierdzasz? Jesteś młodym wampirem, nieprawdaż?  
Otworzył drzwi do studia i wskazał, że ma iść pierwsza.  
- Zostałem przemieniony około cztery i pół roku temu.  
Przy  stoliku  z  przekąskami  stało  mnóstwo  ludzi,  więc  Maggie 

poprowadziła go do cichszego narożnika.  

- Nie zauważyłeś tego? Tak młody jak jesteś, ciągle możesz mieć rodzinę. 

Nie byłoby cudownie ją znaleźć? Może udałoby ci się spędzić z nimi święta.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 21 - 

-  Prawda.  Teraz  sobie  to  uświadamiam.  Wesołych  świąt  wszystkim!  W 

każdym bądź razie, nie  powiedziałem ci,  że jestem wampirem? Nie  potrzebuję 
przypraw, wystarczy naga szyja…  

- Nie wygłupiaj się! Nie ugryzłbyś członka swojej rodziny.  
-  Właśnie  o  tym  mówię,  Maggie.  Może  ugryzłbym.  Może  odkryjemy,  że 

jestem nic nie wartą kupą gówna. Ostatecznie teraz tylko coś takiego udaję. Co 
jeżeli rzeczywistość okaże się gorsza od gry?  

Chwyciła jego ramię, poczuła pod palcami czarny jedwab.  
- Nie wierzę w to. Jeśli naprawdę byłeś złym człowiekiem, nie martwiłbyś 

się tym.  

Przechylił głowę, przyglądając się jej.  
- Wierzysz, w to, że mógłbym okazać się dobry?  
- Tak. I uważam, że twoja rodzina będzie szczęśliwa mogąc zobaczyć cię… 

we własnej osobie.  

- A co jeśli umarły w rodzinie będzie dla nich czymś nie do zniesienia?  
Maggie zacisnęła palce na jego pelerynie.  
Wynocha z mojego domu, ty bezwstydna kreaturo!  
- Maggie, wszystko w porządku?  
Potrząsnęła głową, starając się pozbyć wspomnień.  
Dotknął jej ramienia.  
- Jesteś tak blada jak ści… - Zmrużył oczy. - Jak było w twoim przypadku?  
Opuściła głowę.  
-  To  było  bardzo  dawno  temu.  Ja…  musisz  wierzyć,  że  wszystko  będzie 

dobrze. Mamy dwudziesty pierwszy  wiek.  Teraz ludzie są bardziej otwarci niż 
byli wcześniej.  

Przybliżył się do niej.  
- Twoja rodzina wyrzuciła cię?  
Skrzywiła się.  
- Nie chce o tym mówić.  
- O, Maggie, tak mi przykro. - Wziął jej dłoń w swoje. - Powinni dostrzec, 

jakie dobre masz serduszko. - Jej serce zabiło mocniej. Czy Don zobaczył to, co 
jej ojciec przeoczył?  

Położyła dłoń na jego piersi.  
-  Dlatego  mi  pomagasz,  prawda?  Ponieważ  jesteś  wspaniałomyślną 

duszyczką. Wyczułem to od pierwszego wejrzenia na ciebie.  

Maggie  nie  mogła  się  skupić.  Topniała  pod  miękkim,  badawczym 

spojrzeniem tych złotych oczu.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 22 - 

- Maggie - wyszeptał, unosząc jej dłoń do ust.  
- O, tu jesteście! - Gordon kierował się ku nim.  
Maggie  wyrwała  rękę  z  uścisku  Don  Orlanda  i  odwróciła  się  w  stronę 

reżysera.  

- Hej.  
- Corky powiedziała mi o waszej podróży do Nowego Orleanu - powiedział 

Gordon. - Chce, abyście wyruszyli jutrzejszej nocy.  

Don Orlando zesztywniał.  
- Jeszcze nie zdecydowałem, czy w ogóle…  
- Musisz pojechać. - Maggie spojrzała na niego błagalnie.  
-  Właśnie  gadałem  ze  scenarzystami  -  kontynuował  Gordon  -  i  już  mamy 

rozwiązanie,  więc  możesz  jechać.  Będziemy  mieć  nowy  scenariusz  za 
trzydzieści minut, potem nakręcimy wszystko tej nocy.  

- Jak wyjaśnicie naszą nieobecność? - zapytała Maggie.  
-  To  niezwykle  proste.  -  Gordon  zaczął  gestykulować.  -  Doktor  Jessica 

pojedzie do Południowej Ameryki, aby rozdzielić bliźnięta syjamskie połączone 
głowami.  W  końcu  jest  najznamienitszym  chirurgiem,  będą  o  nią  prosić, 
zgodzisz się to zrobić nie pobierając żadnych opłat.  

Don Orlando potaknął.  
- To ma sens. Ma takie dobre serce. Zawsze pomoże komuś w potrzebie.  - 

Delikatnie otarł się o rękę Maggie opuszkami palców.  

Spojrzała na niego. Czy opisywał jej charakter? Wstrzymała oddech, kiedy 

przemierzał palcem długość jej paliczka. Stali ze sobą ramię w ramie, ich dłonie 
dotykały jego peleryny.  

- Co o tym myślisz, Maggie? - zapytał Gordon.  
-  To jest… w porządku.  - Próbowała się skoncentrować. Don Orlando nie 

dotykał jej dłoni. On ją badał. - Co się stanie z Don Orlandem?  

Gordon skrzywił się.  
-  To  będzie  trudniejsze.  Będzie  rozpaczał  po  twoim  odjeździe  i  uderzy 

samochodem  w  ścianę  budynku  na  Wall  Street,  to  spowoduje,  że  wpadnie  w 
śpiączkę.  

Maggie zamrugała.  
- Śpiączka? Ale nie powinien się uleczyć podczas dziennego spoczynku?  
Gordon wzruszył ramionami.  
-  To  tylko  telewizja.  Nie  spodziewaj  się,  że  to  będzie  miało  jakikolwiek 

sens. Może leżeć w tym stanie przez kilka dni lub tygodni, to zależy od tego ile 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 23 - 

czasu  będziecie  potrzebować.  Widzowie  będą  szaleć,  martwiąc  się,  że  może 
umrzeć w każdej chwili.  

Don Orlando pokiwał głową.  
- Jeżeli mnie pytacie to może być.  
-  Świetnie!  Idę  zobaczyć  jak  postępują  prace  nad  scenariuszem.  -  Gordon 

odszedł.  

Don Orlando spojrzał na nią.  
- Nie chce jechać z kamerzystami.  
Maggie uśmiechnęła się.  
- Pomyśl, że jedziesz ze mną.  
- Jeśli będziemy tylko my dwoje, o tak. Ufam ci.  
- Cóż, Ian MacPhie także się z nami zabiera. Ale możesz mu ufać.  
- Nie znam go.  
-  Pracuje  w  Agencji  MacKay’a.  Poznałam  go,  kiedy  mieszkałam  w  domu 

Romana Draganesti. Wygląda na niewinnego piętnastolatka, choć stuknęło  mu 
już czterysta lat i naprawdę zna się na tym co robi.  

Don Orlando wziął głęboki wdech.  
- Nie wierzę, że się na to zgodziłem. Jeśli odkryjemy coś okropnego, Corky 

pokaże to całemu wampirzemu światu.  

- Nigdy się nie dowie. Ian i ja zatrzymamy to w sekrecie. Z drugiej strony, 

nie odkryjemy nic strasznego. Będzie świetnie, uwierz mi.  

- Jesteś aniołem, Maggie. Nie było dla mnie żadnej nadziei, dopóki cię nie 

spotkałem. A teraz mam jedną.  

- Że znajdziesz swoją rodzinę?  
- To byłoby miłe, ale nie pamiętam ich, więc nie tęsknię. - Chwycił jej dłoń 

w swoje.  

- Więc, na co liczysz?  
Uniósł jej dłoń do ust.  
- Mam nadzieję, że jak dowiemy się kim jestem, okaże się ciebie wart.  

 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 24 - 

R

R

o

o

z

z

d

d

z

z

i

i

a

a

?

?

 

 

3

3

 

 

 

 

Dwie  noce  później,  Don  Orlando  przyjechał  do  Horny  Devils  ze  swoim 

workiem  z  ciuchami.  W  międzyczasie  jego  oczy  zdążyły  przywyknąć  do 
rozmigotanych  świateł  nocnego  klubu,  otaczały  go  tłumy  skandalicznie 
przyodzianych wampirzyc, które piszczały chcąc być usłyszane pomimo głośnej 
muzyki.  

- Oh, Don Orlando! Uwielbiam twój numer popisowy! Tę twoją pelerynkę!  
- Dlaczego masz na sobie koszulę?  
- Mogę dostać autograf?  
Tysiące  serwetek  zostało  wycelowanych  w  jego  twarz.  Włożył  rękę  do 

kieszeni  płaszcza,  aby  wydobyć  z  niej  długopis,  jednocześnie  lustrując 
dokładnie pomieszczenie w poszukiwaniu Maggie.  

- Ja  pierwsza!  - Serwetka uderzyła w jego nos. Blond wampirzyca ubrana 

jak cheerleaderka stanęła przed nim, blokując mu przejście.  

Mrugnął. Coś mu się nie podobało w cheerleaderkach z kłami.  
Położyła  dłoń  na  jego  ramieniu,  jej  długie  pazury  wbiły  się  w  skórę  jak 

chwytające się go haczyki.  

- Nie potrzebujesz przypadkiem dziewczyny?  
- Nie, dziękuję. - Chciałby publicznie uznać Maggie za swoją dziewczynę, 

ale pewnie wtedy rzuciłaby kolejnym butem w jego głowę. Choć troszczyła się 
o niego,  prawda?  Zorganizowała tę wycieczkę, aby odkryć kim on jest.  Gdzie 
się teraz podziewała?  

-  Wystarczy,  drogie  panie!  -  Potężna  kobieta  o  purpurowych  włosach 

krzyknęła  ponad  muzyką.  -  Nie  chcecie  przegapić  przecież  występu  naszego 
nowego tancerza.  

Ze  zwycięskim  okrzykiem  cheerleaderka  puściła  jego  ramię  i  ruszyła  w 

podskokach  w  kierunku  sceny.  Dołączyła  do  niej  inna  kobieta,  podrygując  w 
rytmie  muzyki.  Kurtyna  uniosła  się  ukazując  mężczyznę  w  indiańskim 
pióropuszu,  pomalowanego  farbą,  mającego  na  sobie  jeszcze  jakieś  szmatki. 
Kobiety zaczęły piszczeć.  

Don Orlando odetchnął głęboko. Dzięki Bogu nie był juz w centrum uwagi.  
Uśmiechnął się do purpurowłosej kobiety.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 25 - 

- Jesteś jedną z przyjaciółek Maggie? Myślałem, że ją tu spotkam.  
-  Jest  w  biurze,  czeka  na  ciebie.  -  Kobieta  zmierzyła  go  zwężonymi 

oczyma. - Więc, jesteś tym sławnym Don Orlandem.  

- Tak, a pani? - Wyciągnął ku niej dłoń.  
Ścisnęła  ją  i  przyciągnął  do  siebie  tak  nagle,  że  rzemień  od  jego  torby 

zsunął się z ramienia mężczyzny.  

- Jestem Vanda, i jeśli skrzywdzisz Maggie, przyjdę po ciebie.  
-  Nigdy  jej  nie  skrzywdzę.  -  Przynajmniej  nie  celowo,  ale  martwił  się,  że 

prawda  o  nim,  jaką  mogła  odkryć,  okaże  się  rozczarowująca.  Wsunął  swoją 
torbę z powrotem na ramię.  

- Wpuść mnie! - Dało się słyszeć młody głosik przy drzwiach.  
- Spadaj - odrzekł bramkarz. - Jesteś nieletni.  
- Mam czterysta siedemdziesiąt dziewięć lat, głupcze.  
- Hugo! - krzyknęła Vanda. - W porządku. Wpuść go.  
Ogromny ochroniarz cofnął się, burcząc.  
- Cóż, wygląda na dwunastolatka.  
- Nie - syknął młody wampir wchodząc do klubu.  
Nie,  nie  wyglądał.  Don  Orlando  stwierdził,  że  nowoprzybyły  musi  mieć 

więcej  niż  piętnaście  lat.  Czarne,  kręcone  loki  kontrastowały  z  jego  jasną 
karnacją, czerwony klit w szkocką kratę szeleścił, kiedy mężczyzna się ku nim 
zbliżał.  

- Ty to pewnie Ian MacPhie.  
-  Aye,  a  ty  musisz  być  Don  Orlando.  -  Wymienili  uściski,  po  czym  Ian 

zwrócił się do Vandy. - Wyglądasz równie uroczo, co zawsze. - Ujął jej dłoń z 
zamiarem pocałowania.  

Ze śmiechem, zabrała rękę, jednocześnie czochrając mu włosy.  
- Chodź. Maggie czeka.  - Ruszyła w stronę biura.  - Dzięki za pomoc przy 

śledztwie.  

Don  Orlando  zauważył,  że  oczy  Szkota  poruszały  się  zgodnie  z  ruchem 

bioder Vandy.  

-  Lubię  być  zajęty.  To  sprawia,  że  nie  myślę  o…  różnych  rzeczach.  -  Ian 

był zajęty obserwowaniem kobiety na scenie wykonującej dziwne wygibasy.  

Don  Orlando  przypuszczał,  że  pod  zwrotem  „różne  rzeczy”  kryły  się 

kobiety. Pewnie nie za różowo rysowała się możliwość spędzenia wieczności na 
ujarzmianiu szalejących hormonów piętnastolatka.  

-  Rozmawiałem  ze  znajomym  z  Nowego  Orleanu  staniej  nocy.  Niedługo 

powinien  dać  znać.  Mam  numery  telefonów  do  osób  z  całej  Ameryki.  -  Ian 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 26 - 

poklepał  skórzany  woreczek  zawieszony  u  jego  pasa.  -  Możemy  się 
teleportować praktycznie do każdego miasta.  

-  To dobrze.  - Szczególnie dlatego,  że Don Orlando nie miał pojęcia skąd 

pochodzi.  

Vanda zatrzymała się przed drzwiami, aby się pożegnać.  
- Powodzenia przy poszukiwaniu siebie. - Po czym zwróciła się do Iana.  - 

Zachowuj się w Nowym Orleanie, słodziaku.  

Ian wyglądał na rozdrażnionego.  
- Jestem starszy od ciebie.  
Roześmiała się.  
-  Wiem,  ale  wyglądasz  tak  słodko.  -  Poklepała  jego  policzki,  po  czym 

odeszła.  

Ian warknął, po czym pchnął drzwi otwierając je.  
-  Don  Orlando,  Ian!  -  krzyknęła  Maggie,  kiedy  przekroczyli  próg.  Stała 

przy  biurku,  w  dłoni  trzymała  słuchawkę  od  telefonu.  -  Colbert  GrandPied 
właśnie dzwoni. Już się przebudził.  

-  Dobrze.  Idę  pierwszy.  -  Ian  podszedł  do  Maggie  i  chwycił  słuchawkę.  - 

Colbert, mów. Jestem w drodze.  

Sylwetka  Iana  wyblakła,  potem  cała  jego  postać  zniknęła.  Don  Orlando 

znał ten manewr w teorii. Wampiry mogły teleportować się na dłuższe dystanse 
używając głosu, j jako łącznika. Jednak nigdy wcześniej sam na a sobie tego nie 
praktykował. Kiedy Corky teleportowała go do Nowego Jorku, był wygłodzony 
i zaszokowany.  

- Gotowy? - zapytała M Maggie.  
Przysunął  się  do  telefonu,  wsłuchując  w  głos  Colberta  naznaczony 

francuskim  akcentem.  Zalała  go  fala  strachu.  Co  on  robił,  wracał  do  Nowego 
Orleanu? To  był dom jego najgorszych koszmarów,  miejsce,  w którym utracił 
pamięć i śmiertelność.  

- Maggie - wyszeptał - to trudne.  
Jej niebieskie oczy wyrażały czystą troskę.  
-  Nie  martw  się.  -  Odłożyła  słuchawkę  na  widełki,  przełączając  na 

głośnomówiący.  Głęboki głos Colberta wypełnił pomieszczenie. Kiedy już nie 
wiedział, co jeszcze może powiedzieć, zaczął śpiewać. - Au Claire de la Lune

4

.  

Maggie  założyła  sobie  pasek  od  torby  podróżnej  na  ramię,  po  czym 

chwyciła Don Orlanda za ręce.  

                                         

4 Francuska piosnka ludowa zaczynająca się od słów Au clair de la lune, co można tłumaczyć jako Przy 

świetle księżyca.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 27 - 

- Idę z tobą. Podążymy razem, krok w krok.  - Uśmiechnęła się. - Będziesz 

miał mnie dość po tym wszystkim.  

- Nie, nigdy. - Mocniej ścisnął jej dłonie skupiając się na głosie Colberta. - 

Nie zasługuję na ciebie Maggie.  

- Zasługujesz na szczęście. - Jej sylwetka powoli zaczęła się zamazywać.  
Szczęściem jest bycie z tobą - taka była jego ostatnia myśl, przed tym jak 

wszystko  stało  się  czarne.  Ciągle  wyczuwał  jej  obecność,  słyszał  także  głos 
Colberta,  głos,  który  stawał  się  coraz  głośniejszy  i  bliższy.  Donośny  odgłos 
stuknięcia obcasami o podłoże zasygnalizował dotarcie na miejsce. Ian był tam 
także,  stał  obok  Colberta.  Ciało  Maggie  zamigotało,  po  czym  jego  kontury 
wyostrzyły się, ciągle trzymała go za ręce.  

- Bonsoir, mon ami  - Colbert kiwnął do niego, po czym uśmiechnął się do 

Maggie. - Enchanté, ma petite. Ty jesteś?  

Moja.  Don  Orlando  poczuł  dziwną  zaborczość  w  stosunku  do kobiety.  W 

Wiedział,  że  Colbert  jest  znany  z  umiejętności  uwodzenia  pięknych  pań,  więc 
przycisnął się bliżej Maggie i objął ją ramieniem.  

Uśmiechając się, spojrzała na niego, po czym odwróciła się do Colberta.  
- Jestem Maggie O'Brian. Dziękujemy za możliwość pobytu tutaj.  
- Cała przyjemność po mojej stronie, chérie. - Colbert ukłonił się z gracją. - 

Ian  wyjawił  mi,  że  przybyliście,  a  aby  odkryć  prawdziwą  osobowość  Don 
Orlanda.  

-  Tak.  -  Don  Orlando  położył  swoją  torbę  na  podłodze  i  rozejrzał  się  po 

pomieszczeniu.  Znajdowali  się  w  opuszczonym  magazynie.  Puste,  rozwalone 
klatki zajmowały pokój. Zapach kawy gryzł się z odorem pleśni i kurzu. Ten widok 
różnił się ę od wnętrza piwnica winnicy, którą pamiętał. - Przenieśliście się?  

-  Oui  -  westchnął  Colbert.  -  Nasza  ukochana  winnica  została  zalana  przy 

ostatnim huraganie. Zbyt wiele rzeczy uległo zniszczeniu - wiele wartościowych 
antyków i nasze ukochane trumny.  

- Tak mi przykro - wyszeptała Maggie.  
-  Na  szczęście  znalazłem  ten  stary  magazyn,  przechowywano  tu  kiedyś 

kawę. - Colbert wskazał na ściany. - Ciągle widać ślady na murach, poziom, do 
którego  dotarła  woda,  ale  drugie  piętro  okazało  się  bezpieczne  i  dość  brudne. 
Najważniejsze  jest  to,  że  nie  ma  tu  okien,  ani  żadnych  dodatkowych  wyjść. 
Rząd przydzielił nam kilka kocy i łóżek, ale nie jest już tak jak kiedyś.  

- Poczekaj - przerwał Don Orlando - otrzymaliście pomoc od rządu?  
Colbert wzruszył ramionami.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 28 - 

-  Odwaliłem  całą  papierkowa  robotę,  wypełniłem  odpowiednie  druczki.  - 

Rozejrzał  się  po  pomieszczeniu,  zatrzymując  się  na  balkoniku  otaczającym 
drzwi. - I tu się teraz ukrywamy za dnia.  

Ian  wskazał  na  stosik  drewna  pod  balkonikiem.  -  Tu  były  schody? 

Zniszczyliście je?  

- Oui. Teraz żaden śmiertelnik nie będzie nas niepokoił podczas dziennego 

spoczynku.  

Ian pokiwał głową.  
-  Dobry  plan.  Więc,  jeśli  nie  macie  nic  przeciwko,  chciałbym  rozpocząć 

śledztwo.  

-  Oczywiście.  -  Colbert  uśmiechnął  się  nieznacznie  do  Don  Orlanda.  - 

Musze przyznać, że byłem ciekawy co do prawdziwego ja naszego Buciorka.  

- Buciorka? - zapytała Maggie.  
Don Orlando skrzywił się. To wszystko zaczynało być żenujące.  
-  Nie  wiedzieliśmy  jak  go  nazwać  -  wyjaśnił  Colbert  -  więc  daliśmy  mu 

ksywkę od butów, jakie nosił.  

- Jakie buty? - zapytał Ian.  
- Ze skóry aligatora, jak mniemam.  
-  Nie,  chodziło  mi  o  rodzaj  -  nalegał  Ian.  -  To  były  trapery,  obuwie 

turystyczne…  

- Ach. - Pokiwał głową Colbert. - To były kowbojskie buty.  
Don Orlando zamrugał.  
- Jestem… jestem kowbojem?  
- Nie pamiętasz swoich butów? - zapytała Maggie.  
Zazgrzytał zębami.  
- Nie, jakbyś nie wiedziała, mam amnezję.  
Prychnęła.  
- Wiem, ale  musiałeś  mieć te  buty na nogach w  momencie  przemiany, po 

tym jak straciłeś pamięć.  

-  Rozumiem  cię,  chérie  -  ustąpił  Colbert.  -  Ale  Scarlett  i  Tutciorce  nie 

podobał się styl ubrań Buciorka, więc przed przemianą go przebrano. Był wtedy 
nieprzytomny, nic dziwnego, że niewiele pamięta z tego okresu.  

-  Scarlett  i  Tutciorka?  -  Maggie  spojrzała  na  Don  Orlanda  ze  złością.  - 

Przemieniły cię dwie kobiety?  

Don Orlando jękną.  
- To długa historia.  
- Czekaj - przerwał Ian - wciąż masz jego stare ciuchy?  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 29 - 

Colbert potarł dłonią swój pomarszczony podbródek.  
-  Może.  Kiedy  się  ewakuowaliśmy  zabraliśmy  ze  sobą  ile  się  dało. 

Musiałbym zapytać Giselle.  

- Zrób to - polecił Ian.  - Może jego ubrania coś nam podpowiedzą. Muszę 

także przesłuchać Scarlett i Tutciorkę.  

- Musisz? - wyjęczał Don Orlando.  
- Ależ oczywiście. - Colbert uśmiechnął się do Don Orlanda. - Oczekiwano 

twojego  przyjazdu  z  wypiekami  na  twarzy.  Prawie  nastąpiły  omdlenia  z 
podekscytowania.  

- Mhm, znam tę dziwną tendencję do omdleń - warknął Don Orlando.  
Colbert roześmiał się.  
- Sprowadzę je i pójdę po  Giselle. A bientôt, mes  amis.  - Przeniósł się na 

balkonik, po czym otworzył drzwi. - Scarlett, Tutciorko, chodźcie!  

Odpowiedziały mu wysokie piski.  
Maggie posłała Don Orlandowi zawistne spojrzenie.  
- Nie powiedziałeś mi o swoich dziewczynach.  
Don Orlando rozważał wspięcie się na jedną z klatek.  
-  Jest  tutaj!  Nasz  malutki  Buciorek  powrócił!  -  Szczupły  wampir  wybiegł 

na balkon. Opuścił głowę i spojrzał prosto na Don Orlanda, jego purpurowe usta 
wykrzywiły się w szerokim uśmiechu.  

Don  Orlando  odpowiedział  grymasem.  Huragan  nie  zniszczył  ubrań 

Scarlett.  Miał  on  na  sobie  zwykłe  białe,  skórzane  mini  i  czarne  dziurkowane 
pończochy.  Czerwony  staniczek  pasował  do  czerwonego,  pokrytego  piórami 
szala owiniętego dookoła jego szyi. Duże stopy mężczyzny zostały wepchnięte 
w czerwone lakierki.  

-  Święta  Maryjo  i  Józefie  -  wyszeptała  Maggie.  Jej  torba  upadła  na 

podłogę.  

- Cholera - wymamrotał Ian, cofając się.  
-  Juuhu,  Bucioreczku!  -  Wampir  pomachał  do  Don  Orlanda  szalem. 

Obrócił się.  

- Tuciorko, przestań martwić się pomadką. Nie każ Buciorkowi czekać.  
- Nadchodzę! - oznajmił głęboki męski baryton.  
- Nie musisz się spieszyć - jęknął Don Orlando.  
Maggie obróciła się ku niemu, promieniejąc.  
- Tuciorka i Buciorek? Musieliście tworzyć urocza parę.  
- Nawet tak nie myśl - wymamrotał Don Orlando. - Nie tworzyliśmy, wierz 

mi.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 30 - 

-  Bucioreczek!  -  Wampir,  mający  na  sobie  czerwony,  aksamitny  kostium, 

wyskoczył  na  balkon.  Futerko  pokrywało  obrzeża  koszulki,  wcięcie  dekoltu  i 
zakończenia  rękawów.  Biały,  duży  pompon  wieńczył  czapeczkę  Świętego 
Mikołaja,  jaką  założył,  a  mocno  zaostrzone  i  zakręcone  butki  (w  iście  elfim 
stylu) zostały udekorowane dzwonkiem.  - Buciorku, wyglądasz  olśniewająco.  - 
Przyjął odpowiednią pozę. - Czy mój nowy strój nie jest uroczy? Wyglądam jak 
model.  

- Tak, to oczywiste - mruknął Don Orlando.  
Scarlett  i  Tuciorka  spłynęły  na  dół,  długi  szal  powiewał,  a  dzwoneczki 

dzwoniły przy każdym ruchu. Wylądowali z gracją na ziemi, po czym ruszyli w 
stronę Don Orlanda. Stał nieruchomo, kiedy go objęli i pocałowali w policzki.  

- O co chodzi? - zaskowytał Scarlett. - Żadnych uścisków ani buziaków?  
Don Orlando poklepał go po ramieniu.  
- Miło was znów widzieć.  
Tuciorka dotknął oczu koronkowa chusteczką, którą wyciągnął z rękawa.  
-  Nasz  mały  chłopczyk  wrócił  do  domu.  Zaraz  zemdleję,  po  prostu  to 

wiem.  

-  Oh,  kochany.  -  Scarlett  posłał  Tuciorce  srogie  spojrzenie.  -  Nie  wolno 

smucić  Buciorka,  skoro  w  końcu  tu  jest.  -  Obrócił  się  ku  Don  Orlando 
obdarzając  go  uśmiechem.  -  Jesteśmy  z  ciebie  tacy  dumni!  Nasz  malutki 
Buciorek sławną gwiazdą małego ekranu.  

Tuciorka pociągnęła nosem.  
- Kocham twoją pelerynę.  
-  Oh,  ja  też!  -  Scarlett  podszedł  bliżej.  -  Ale  powinniśmy  o  tym  pogadać. 

Czy  to  zawsze  musi  być  czarna  peleryna,  słodziaku?  Fiolet  lub  śliwka  byłby 
wspaniały.  

-  Przepraszam.  -  Ian  uniósł  dłoń  w  celu  skupienia  na  sobie  uwagi.  - 

Musimy  zająć  się  sprawą.  Więc,  czy  to  prawda,  że  jesteście  tymi,  którzy 
przemienili Don Orlanda?  

- Oh, mój…! - Tutciorka przyjrzała się Ianowi.  - Twój młody przyjaciel w 

seksownym kilcie i uroczym akcencie jest bardzo… mrau. - Zadrżał. - Nie wiem 
czy powinienem czuć się przerażony czy podniecony.  

Don Orlando odchrząknął.  
-  Pozwólcie,  że  przedstawię  wam  moich  przyjaciół  z  Nowego  Jorku.  Iana 

MacPhie i Maggie O'Brian.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 31 - 

- Oh, tak! - Scarlett uścisnęła dłoń Maggie i potrząsnęła nią.  - Ty jesteś dr 

Jessica z Mody na krew. Uważamy, że to wspaniałe, iż jedziesz do Południowej 
Ameryki, aby pomóc tym bliźniętom syjamskim.  

- Ale ja… - zaczęła Maggie.  
-  Jak  tylko  o  tym  pomyślę  zaczynam  płakać.  -  Tuciorek  otarł  oczy.  - 

Powiedź mi, czy operacja odbędzie się bez nieprzyjemnych wypadków?  

Maggie posłała Don Orlandowi zadziwione spojrzenie.  
- Ach, tak, bliźniaki mają się świetnie.  
- Oh, niech Bóg im błogosławi! - Scarlett docisnął rękę do płaskiej piersi.  
-  Jestem  ta  szczęśliwy,  że  zaraz  zemdleję  od  nadmiaru  radości  -  dodał 

Tusiorka.  

-  Możemy  wrócić  do  spraw  ważnych?  -  zapytał  Ian.  -  Żadnego  mdlenia, 

dopóki was nie przesłucham.  

- Oh, jest taki potężny. - Zadrżał Tusiorka.  
-  Jesteś  taka  uroczą  dziewczyną.  -  Scarlett  odgarnął  niesforny  kosmyk  z 

twarzy  Maggie.  -  Wiesz,  niewielu  osobom  do  twarzy  z  kokiem.  Ale  jeżeli 
mógłbym  doradzić,  to  z  pewnością  większe  natężenie  niebieskiego  światła 
byłoby dla ciebie lepsze. Jak myślisz, Tusiorko?  

- Tak, to uwydatniłoby głębię błękitu jej oczu.  
- Sprawa! - krzyknął Ian. - Jeszcze przed wschodem słońca, błagam.  
- Oh, jakie z ciebie dzikie zwierze  - zamruczał Tusiorka pochylając się ku 

Ianowi. - Jak dziki szkocki żbik.  

- Tylko mnie dotknij, a złamię ci rękę - warknął Ian, splatając ręce. - Więc, 

jesteśmy  tu  aby  odkryć  tożsamość…  Buciorka.  -  Jego  usta  zadrżały 
niebezpiecznie. Maggie zachichotała.  

Don Orlando zmierzył ich oboje wzrokiem.  
- Który z was znalazł Buciorka? - zapytał Ian.  
-  Ja  -  zeznał  Scarlett.  -  Tuciorka  i  ja  spacerowaliśmy  po  Placu  Jacksona. 

Wypiłem trochę butelkowanej krwi na obiad, więc nie byłem głodny. Ale kiedy 
ujrzałem  słodkiego,  malutkiego  Buciorka  siedzącego  na  schodach  katedry. 
Wydawał  się  taki  smutny  i  piękny  z  tymi  poskręcanymi  czarnymi  włosami  i 
złotymi oczami, nie mogłem się powstrzymać. Stwierdziłem, że mały gryzek nie 
zaszkodzi…  

- Ugryzłeś go? - Maggie była przerażona.  
- Cóż… tak. - Policzki Scarlett stały się różowe kontrastując z purpurą ust. 

- Ale Tusiorka także go ugryzł.  

Tusiorka posłał przyjacielowi pełne niedowierzania spojrzenie.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 32 - 

-  Cóż,  nie  mogłem  pozwolić,  aby  tylko  on  się  dobrze  bawił.  Jednak 

mężczyzna  był  tak  okropnie  smutny,  jak  umierająca  Dama  Kameliowa.  Jak 
mielibyśmy się powstrzymać?  

Scarlett westchnął.  
- Obawiam się, że byliśmy trochę napaleni.  
-  Trochę?  -  Don  Orlando  spojrzał  na  nich  ze  złością.  -  Sprawiliście,  że 

straciłem świadomość.  

- Ale tylko i wyłącznie dlatego, że nam się spodobałeś! - zawołał Tusiorek.  
-  Nie  zrobiliśmy  tego  tak  od  razu.  -  Scarlett  zdmuchnął  różowe  piórka 

sprzed ust.  

-  Wszystko  było  w  porządku,  dopóki  nie  zaczęliśmy  wymazywać  ci 

pamięci. Wtedy odkryliśmy, że nic nie pamiętasz.  

- I wtedy Scarlett zaproponował pewne rozwiązanie - dodał Tusiorka.  
- Ja zaproponowałem? - prychnął Scarlett. - Zgodziłeś się na to.  
- Jakie rozwiązanie? - zapytał Ian.  
Tusiorka zwiesił głowę.  
- Wiem, że nie powinniśmy…  
- Nie powinniście - warknął Don Orlando.  
Różowe wargi Scarlett zadrżały.  
- Mówiliśmy, że cię bardzo przepraszamy.  
Tusiorka otarł oczy chusteczką.  
-  Błagaliśmy  o  wybaczenie,  ale  wyjechałeś  do  Nowego  Jorku  z  tą 

odrażającą babą i zapomniałeś o nas. Nawet nie wysłałeś kartki.  

- Oh, jakie to smutne.  - Maggie poklepała  Tusiorkę  po ramieniu.  - Jestem 

pewna, że wam wybaczył. - Posłała Don Orlandowi pełne wyrzutu spojrzenie. - 
Wybaczyłeś, prawda?  

- Maggie, oni mnie zamordowali!  
Wzruszyła ramionami.  
- I? Miałeś po prostu zły dzień.  
- Co?  
-  Nie  chciałam  być  nieczuła.  -  Ścisnęła  jego  dłoń.  -  Ale  każdy  z  nas 

popełnił  jakieś  zbrodnie.  Taka  jest  nasza  natura.  Jeśli  chcesz  być  szczęśliwy, 
musisz to przeboleć i im wybaczyć. Przed tobą wspaniała przyszłość.  

Tusiorka pokiwał głową.  
- Powinieneś jej posłuchać. To bardzo mądry doktor.  
- Wystarczy spojrzeć na to, jak ocaliła te bliźnięta z Południowej Ameryki - 

dodał Scarlett pociągając nosem.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 33 - 

Don  Orlando  westchnął.  Tusiorka  i  Scarlett  wciąż  utożsamiali  Maggie  z 

lekarką, którą grała w serialu, ale mieli rację. Sobie znanym sposobem, Maggie 
uzdrawiała  jego  duszę.  Miała  rację.  Ciągłe  wyrzucanie  win  czyniło  go 
nieszczęśliwym.  

Spojrzał  na  Tusiorkę  i  Scarlett.  Obydwoje  pociągali  nosami,  ich  wargi 

drżały, oczy były przepełnione żalem.  

-  W  porządku,  wybaczam  wam.  Tak  naprawdę  czerpię  radość  z  bycia 

wampirem.  

- Naprawdę? - Scarlett otarł łzy z zaróżowionych policzków.  
- Tak. - Don Orlando obrócił się do Maggie i chwycił jej dłonie. - Jeśli nie 

zostałbym  wampirem,  nie  spotkałbym  tej  pięknej,  niesamowitej  i  mądrej 
kobiety. Maggie, jesteś warta śmierci.  

Kobieta otworzyła usta i rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Kiedy przyciągną 

ją  do  siebie,  chętnie  poddała  się  jego  dłoniom.  Trzymał  ją  mocno,  całując 
czubek głowy. Więc jeśli nic nie pamiętał, to co? Mógłby zbudować wieczność 
na wspomnieniach z własnego życia z Maggie.  

- Oh, mój! - Scarlett podekscytował się. - To takie romantyczne.  
- Oh, tak! - Tusiorka położył dłoń na czole. - Zaraz zemdleję.  
-  Nie,  nie  zemdlejesz  -  ostrzegł  Ian.  -  Nie  powiedzieliście  nam  o  tym 

rozwiązaniu.  

-  Oh,  jesteś  taki  władczy  -  jęknął  Tusiorka.  -  Jak  szkocki  terier  pilnujący 

kości.  

- Mmm, bardzo długiej kości. - Scarlett uśmiechnął się figlarnie, patrząc na 

kilt Iana.  

- Rozwiązanie? - warknął Ian.  
-  Cóż,  nie  musisz  być  aż  tak  czuły  na  tym  punkcie.  -  Tusiorka  posłał  mu 

spojrzenie pełne bólu. - Chcieliśmy, aby Buciorek był taki jak my.  

- Był wampirem? - zapytał Ian.  
-  Nie.  -  Don  Orlando  spojrzał  na  swoich  stwórców.  -  Chcieli,  abym  był 

dokładnie  taki  jak  oni.  Zabrali  moje  ciało  do  winnicy  i  ubrali  w  cholerną 
sukienkę.  

Tusiorek zadrwił.  
- Nie powinieneś na nas warczeć. Podobno nam wybaczyłeś.  
- I to była bardzo ładna sukienka - dodał Scarlett. - Suknia w kolorze kości 

słoniowej z ornamentem paciorkowym na staniku.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 34 - 

-  To  była  pieprzona  sukienka  -  warknął  Don  Orlando.  -  Obudziłem  się 

kolejnej  nocy  i  dowiedziałem,  że  jestem  nieumarłym  i  miałem  na  sobie 
sukienkę!  

Maggie szeroko się uśmiechnęła.  
- To nie było zabawne - jęknął Don Orlando.  
-  Jestem  pewna,  że  wyglądałeś  uroczo.  -  Maggie  objęła  go  w  pasie  i 

mężczyzna zapomniał, że miał być wściekły.  

-  Więc…  -  Ian  zmarszczył  brwi  w  dezaprobacie.  -  Wasze  rozwiązanie 

polegało  na  zabraniu  śmiertelnika  pozbawionego  pamięci,  przemienieniu  go  i 
udowodnieniu, że jest gejem transwestytą?  

Tusiorka prychnął.  
-  Nie  chcieliśmy  zabrzmieć  tak  makiawelicznie

5

.  Daliśmy  mu  naszą 

najlepszą suknię.  

-  Od  Very  Wang

6

  -  dodał  Scarlett.  -  A  ten  brutal  rozdarł  ją,  kiedy 

zdejmował strój.  

Ian mrugnął do Don Orlanda.  
- Rozumiem, że ich mały eksperyment się nie powiódł?  
- Nie. Nawet nie pamiętając niczego, wiedziałem, że nie jestem taki.  
Ian spojrzał na balkonik i otworzył usta. Don Orlando nie był zaskoczony. 

Giselle  zazwyczaj  wywierała  na  mężczyznach  olbrzymie  wrażenie.  Stała  na 
balkonie,  ubrana  w  błyszczącą  białą  suknię,  blond  włosy  opadały  na  plecy 
kobiety. Trzymała w rękach zwinięte ubrania.  

-  Bonsoir.  -  Uśmiechając  się  spłynęła  w  dół.  -  Znalazłam  stare  ubrania 

Buciorka.  

Przeszła obok nich, skierowała się w stronę siedziska.  
Dwa  krzesła  i  złota  sofa  stały  obok  małego  stoliczka.  Giselle  odłożyła 

ciuchy na stolik, po czym usiadła na krześle. Scarlett i Tusiorka podeszli do niej 
i usadowili się razem na kanapie. Maggie i Ian podążyli za nimi. Don Orlando 
wziął dwie torby, swoją oraz Maggie, i położył je przy wolnym krześle.  

-  Dziękujemy  za  znalezienie  ubrań.  -  Ian  uśmiechnął  się  i  chwycił  dłoń 

Giselle. - Jestem Ian MacPhie z Nowego Jorku.  

                                         

5

  W  traktacie  Książę  Niccolo  Machiavellii  stwierdził,  że  w  polityce  najważniejsze  są  racje  wyższe  (np. 

państwa) i  aby je uzyskać  można korzystać z  wszelkich dostępnych środków (także podstępu i okrucieństwa) 
„Macie bowiem wiedzieć, że są dwa sposoby walki - trzeba być lisem i lwem” Makiawelicznie oznacza tyle, co 
moralnie dwuznaczne, nacechowane hipokryzją. 

6

  Vera  Wang  (ur.  27  czerwca  1949)  -  projektantka  mody  pochodząca  z  Chin,  zamieszkała  w  Nowym 

Jorku.  Tworzyła  stroje  dla  łyżwiarek  figurowych,  m.in.  dla  Nancy  Kerrigan  i  Michelle Kwan,  a  także  suknie 
ślubne dla gwiazd. 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 35 - 

- Enchantée. - Wyrwała rękę z jego uścisku, zanim ją pocałował.  
Z westchnieniem, Ian zajął się rzeczami ułożonymi na stoliku.  
Scarlett w szczypki wziął gładką koszule kowbojską.  
- Odrażające.  
Natomiast  Don  Orlando  podniósł  buty.  Były  znoszone  i  niechlujne.  Czy 

naprawdę mógł być kowbojem?  

-  Interesujące  -  Ian zabrał ze stołu  pasek i  przyglądał się sprzączce.  - Jest 

duża. - Maggie przybliżyła się do Iana, aby mieć lepszy widok.  

- Co jest wykute na przedzie? Dziki koń?  
- Mustang. - Don Orlando zamrugał zdając sobie sprawę, że słowo to samo 

wypłynęło z jego ust. Naprawdę musiał być kowbojem.  

Ian odwrócił sprzączkę.  
-  Tu  jest  coś  napisane.  WYSTAWA  BYDŁA  I  RODEO  1999.  Może  się 

przydać.  -  Odwrócił  się  do  Giselle.  -  Macie  tu  jakiś  komputer,  z  którego 
mógłbym skorzystać?  

- Tak, na drugim piętrze. - Wstała. - Zaprowadzę cię tam.  
- Dziękuje. -  Ian podążył za  Giselle na balkon, po czym podleciał w górę. 

Scarlett i Tusiorka ruszyły na przód z wampirzą szybkością, chcąc rzucić okiem 
pod  kilt  Iana.  Don  Orlando  chrząknął.  Zakłopotani  mężczyźni  spojrzeli  na 
siebie.  

Ian zerknął w dół.  
-  Musicie  popracować.  Pewnie  są  tu  jakieś  wskazówki,  ruszcie  głową.  - 

Podążył za Giselle i zamknął za nimi drzwi.  

- Jakie wskazówki? - Buty Tusiorki zadzwoniły, kiedy on i Scarlett wrócili 

na kanapę. - Zawsze się zastanawiałem jak doszło do tego, że straciłem pamięć. 
- Don Orlando usiadł na jednym z krzeseł.  

- Jego umysł był pusty, kiedy go znaleźliście? - zapytała Maggie Tusiorkę i 

Scarlett.  

Przytaknęli.  
-  Więc  tamtej  nocy  musiałem  wszystko  zapomnieć  -  wywnioskował  Don 

Orlando.  

- Dokładnie - zgodziła się Maggie. - To musiało się dopiero co stać, pewnie 

zostały  ci  w  głowie  jeszcze  jakieś  wspomnienia.  Wszystko  musiało  się 
wydarzyć blisko miejsca twojego znalezienia.  

- Gdzieś we Francuskiej Dzielnicy? - zapytał Tusiorka.  
Maggie obróciła się do wampira siedzącego na kanapie.  
- Czy Don Orlando miał jakąś ranę głowy lub coś w tym stylu?  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 36 - 

-  Nie,  był  idealny  -  skrzywił  się  Scarlett.  -  Zawsze  sądziłem,  że  z  tym 

wszystkim mają związek - zniżył głos do szeptu - ciemne moce.  

Tusiorka jęknął i przycisnął dłonie do piersi.  
- Nie powoduj mojego omdlenia.  
Don Orlando oparł się o oparcie krzesła, czując strach wyciekający każdym 

porem jego skóry.  

- Masz na myśli magię? - zapytała Maggie. - Albo wiedźmy?  
Scarlett i Tusiorka wymienili zmartwione spojrzenia i zadrżeli.  
- Mają na myśli voodoo - wyszeptał Don Orlando.  
- A to działa? - zapytała Maggie.  
- Działa, jeśli w to wierzysz - wyszeptał Tusiorka.  
Maggie spojrzała na Don Orlanda.  
- Wierzyłeś w to?  
- Nie wiem. Nie pamiętam.  
-  Cóż.  -  Maggie  uniosła  głowę.  -  Ja  się  nie  boję.  Jeśli  jego  amnezja  jest 

skutkiem  rzuconego  zaklęcia,  to  istnieje  także  przeciwzaklęcie.  Musimy 
odnaleźć kogoś, kto się na tym zna, i zobaczyć, co może zrobić.  

Scarlett otworzył usta.  
- Nie zaciągniesz mnie na spotkanie z kapłanem voodoo.  
Maggie posłała mu surowe spojrzenie.  
- Nie pójdziesz nawet dla Buciorka?  
Tusiorka chwyciła rękę Scarlett i mocno ją ścisnęła.  
-  Zabierzemy  was  do  Francuskiej  Dzielnicy,  gdzie  są  lokalne  sklepy,  ale 

nie wejdziemy do środka.  

- Bardzo dobrze. - Maggie wstała. - Chodźmy.  
Don  Orlando  uśmiechnął  się.  Jaką  zaciętą  wojowniczką  byłą  ta  kobieta. 

Nie wyobrażał sobie wieczności czy choćby jednej nocy bez niej. Jego uśmiech 
wyblakł,  kiedy  zrozumiał  potęgę  swoich  uczuć.  Był  zakochany  w  Maggie 
O'Brian.  

Kobieta spojrzała na niego z troską.  
- Wszystko w porządku?  
- Nigdy nie było lepiej. - Chwycił jej dłoń. - Chodźmy.  

 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 37 - 

R

R

o

o

z

z

d

d

z

z

i

i

a

a

?

?

 

 

4

4

 

 

 

 

-  Święta  Maryjo,  zaraz  nogi  mi  odpadną.  -  Maggie  przykucnęła  pod  starą 

latarnią uliczną. Musiało być kilka minut po trzeciej nad ranem, a oni zwiedzali 
sklep  za  sklepem.  Scarlett  i  Tusiorka  pozostawili  ich  samych  sobie  przy  ulicy 
Bourbon,  kiedy  mijali  lokal,  w  którym  skąpo  ubrany  mężczyzna  tańczył  na 
ladzie baru.  

Don  Orlando  przyjrzał  się  dokładnie  krótkiej,  czarnej  spódniczce,  nogom 

wciśniętym w czarne legginsy i czarnym butom na wysokich obcasach.  

- Takie nogi mogą doprowadzić do kraksy.  
Jęknęła.  
- Jestem za mała.  
- Jesteś piękna. - Skupił się na jej różowym sweterku.  
Łobuz. Maggie ciągle nie mogła wyjść z szoku, jakiego doznała na wieść, 

że  w  Nowym  Orleanie  nie  czekała  na  niego  żadna  dziewczyna.  Tusiorka  i 
Scarlett  potwierdzili  tę  informację.  Teraz  już  rozumiała,  dlaczego  uciekł  z 
Nowego  Jorku  z  Corky.  Biedny  facet  po  prostu  tęsknił  za  życiem  i  nową 
tożsamością, która nie obejmowałaby Buciorka, nieudanego eksperymentu.  

Święta  Maryjo,  lubiła  go.  To  było  coś  więcej  niż  zwykłe  lubienie.  Był 

słodki i opiekuńczy. Silny, choć wrażliwy. Ale najważniejsze było to, że uważał 
ją za osobę wyjątkową. Piękną i dobrą.  

Z  westchnieniem,  rozejrzała  się  po  otoczeniu.  Na  nierównym  chodniku 

utworzyły  się  kałuże,  pozostałość  po  świeżych  opadach.  Ciepłe  powietrze 
owiewało  jej  skórę.  Była  zmartwiona.  Zmartwiona  tym,  że  bezwarunkowo 
straciła głowę dla Don Orlanda. Co jeśli okaże się, że jest żonaty?  

-  Chyba  byliśmy  w  każdym  sklepie  przy  tej  ulicy  -  marudziła.  Byli  w 

zwyczajnych  sklepach  z  pamiątkami,  koszulkami,  szalami  z  piór,  różańcami  i 
maskami.  Wycofała  się  w  cień.  -  Gdzie  się  podziewają  kapłani  voodoo,  kiedy 
ich potrzeba?  

- Nie wiem. - Don Orlando wziął ją za rękę. - Znajdźmy Tusiorkę i Scarlett. 

- Ruszył chodnikiem w dół.  

- Idziemy w dobrym kierunku? - Po drodze minęli tyle uliczek, że Maggie, 

aby rozpoznać ich położenie, musiała się rozejrzeć.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 38 - 

- Tak. Ulica Bourbon jest tam. - Don Orlando wskazał na prawo. - Możemy 

dojść do niej tą boczną aleją.  

Skręcili  w  wąską,  boczną  uliczkę,  światło  paliło  się  wewnątrz  jednego  z 

przydrożnych sklepików.  

-  Sprawdziliśmy  to  miejsce?  -  Maggie  zwolniła,  chcąc  się  przyjrzeć 

wystawionym  eksponatom.  Niezwykłym  rzeczom  -  paciorkom  i  szalom.  Był 
tam mały wypchany aligator w czapce Świętego Mikołaja. - Oh, zobacz.  

Don Orlando zacmokał, kiedy zauważył pudło z laleczkami voodoo.  
-  Ekonomiczne  pudło.  Dwadzieścia  cztery  laleczki  voodoo  po  okazyjnej 

cenie.  

-  Święta  Maryjo.  Za  jednym  zamachem  trzymasz  w  szachu  wszystkich 

swoich wrogów. Wejdźmy.  

Pchnął  drzwi  otwierając  je.  Malutki  dzwoneczek  zabrzęczał  nad  ich 

głowami.  

- Halo?  
Maggie  weszła  za  nim  do  środka.  Drzwi  zamknęły  się  ponownie 

wprawiając dzwoneczek w ruch. Na zapleczu paliło się słabe światło. Po jednej 
stronie  leżały  zwykłe  pamiątki,  jednak  na  jednej  ze  ścian  wisiały  szklane 
gabloty. Podeszła bliżej, aby mieć lepszy widok.  

- Ugh! - Cofnęła się. Na półkach stały szklane słoiki wypełnione rzeczami, 

które przypominały marynowane wnętrzności zwierząt.  

- Wygląda na to, że dobrze trafiliśmy - powiedział Don Orlando.  
- Zależy czego państwo szukają  - z tyłów pomieszczenia przemówił męski 

głos.  

Maggie sapnęła, przybliżając się do Don Orlanda.  
Dało się słyszeć trzask zapalanej zapałki, po czym mały płomień zaczął się 

przemieszczać się od jednej świeczki na drugą, dopóki trzy duże, blade świece 
nie oświetliły tyłów pomieszczenia. Świeczki były ustawione na ladze, za którą 
stała ciemna postać.  

Don Orlando chrząknął.  
- Może nam pan pomóc?  
Mężczyzna skłonił głowę.  
- Zazwyczaj klienci przebywający tu o trzeciej nad ranem potrzebują mojej 

pomocy.  -  Jego  głos  był  głęboki,  wręcz  hipnotyzujący.  -  Przybliżcie  się,  abym 
mógł was zobaczyć.  

Maggie  podążyła  za  Don  Orlandem,  kiedy  ten  ruszył  w  stronę  lady 

wchodząc w światło świeczek.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 39 - 

Nagle ciemna postać zesztywniała.  
- Pierce?  
Don Orlando zatrzymał się.  
- Do mnie mówisz?  
-  Oczywiście.  Nie  pamiętasz…  -  Otworzył  szeroko  oczy.  -  Oh,  Boże,  nie 

pamiętasz.  -  Potarł  dłonią  łysinę.  -  Sklep  jest  zamknięty.  Wróćcie  jutro.  - 
Zdmuchnął świeczkę.  

- Czekaj! - Don Orlando stanął przy nim. - Wiesz kim jestem.  
- Nie, nie. Pomyliłem cię z kimś innym.  -  Zdmuchnął kolejną świeczkę.  - 

Idźcie. Sklep jest zam…  

-  Nie!  -  Don  Orlando  chwycił  ostatnią  świeczkę  i  odciągnął  ją  od 

właściciela sklepu. - Powiedź mi, kim jestem.  

Mężczyzna potrząsnął głową.  
- Mówiłem już, nie znam cię.  
-  Znasz.  -  Don  Orlando  podał  świeczkę  Maggie,  po  czym  wychylił  się  za 

ladę, chwytając mężczyznę za koszulę i podnosząc go nad podłogę. - Mów.  

-  Cholera  -  wycharczał  mężczyzna.  -  Skąd  w  tobie  tyle  siły?  Okej. 

Wszystko wyśpiewam. - Zachłysnął się powietrzem, kiedy wylądował na ziemi. 
- Rany, gościu. Wiesz chociaż jak masz na imię?  

- Nic nie pamiętam.  
- Cholera! - Uderzył w ladę płaską dłonią. - Mówiłem jej, że napar wyjdzie 

zbyt silny, ale czy ona kiedykolwiek mnie słucha? Nieeee. Użyła trzech skrzydeł 
nietoperza,  a  nie  dwóch  jak  nakazywała  książka.  Trzy!  I  to  oko  traszki…  - 
Uniósł dłonie ku niebu i potrzasnął głową. - Nie powinna go w ogóle dodawać. 
Powiedziałem jej, że sama się prosi o kłopoty.  

-  Wystarczy!  -  Don  Orlando  wziął  do  Maggie  świeczkę  i  odstawił  ją. 

Płomień zamigotał, dzikie cienie pojawiły się na słoikach o dziwnej zawartości. 
- Kim jestem?  

- Masz na imię Pierce. Pierce O'Callahan.  
Don Orlando posłał Maggie zdziwione spojrzenie.  
- Jestem Irlandczykiem?  
Właściciel ponownie przeklął pod nosem.  
- Mówiłem, że to wyjdzie zbyt silne. Zawsze wpląta mnie w jakąś kabałę.  
Don Orlando spojrzał na niego.  
- Kim ty jesteś?  
- Durand Dérangé. - Z westchnieniem, podszedł do ściany i zapalił światło.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 40 - 

Słoiki  w  fioletowym,  fluoroscencyjnym  świetle  wyglądały  nawet  bardziej 

diabolicznie. Maggie mogła w nich dojrzeć dokładnie zarysowane gałki oczne i 
stópki zwierząt.  

-  W  jaki  sposób  wymazaliście  pamięć  Don  Orlandowi?  Chciałam 

powiedzieć,  Pierce’owi.  -  Chwilę  zabrało  jej  przyzwyczajenie  się  do  jego 
nowego imienia.  

-  Co  ważniejsze  -  dodał  Pierce  -  możesz  przyrządzić  inny  napar,  abym 

odzyskał pamięć?  

- Ach, gościu. Nie sądzę. Jak już się stało, to musi trwać.  
Pierce pochylił się nad ladą.  
- Kobieta, która sporządził napój, może cofnąć klątwę?  
Durand uciekł oczyma na lewo.  
- Nie wiem, gdzie ona jest. Zabrała się stąd przed huraganem i nie wróciła.  
- Kim ona jest? - jęknął Pierce.  
- Moją siostrą. Désirée. - Ponownie spojrzał na lewo.  
Maggie  zerknęła  w  tym  kierunku  i  zauważyła  ramkę  ze  zdjęciem 

umieszczoną pomiędzy dwoma słoikami. Zmrużyła oczy, aby lepiej widzieć.  

- Desiree jest szalona. Czegokolwiek będzie chciała, dostanie to.  - Durand 

wzruszył ramionami. - A chciała ciebie, koleś.  

To  jasne  jak  słońce.  Maggie  warknęła  w  głębi  ducha.  Nawet  jako 

śmiertelnik, Don Orlando, eee… Pierce, przyciągał  miliony dziewcząt. Zdjęcie 
stojące na zakurzonej półce przedstawiało piękną kobietę o świecącej brązowej 
skórze,  mającą  na  sobie  białą  letnią  sukienkę.  Obok  niej  stała  mała 
dziewczynka, także w białej sukience.  

- Czy to Desiree?  
- Nie patrz na to. - Durand skoczył na lewo, chwycił zdjęcie i cisnął je pod 

ladę. Spojrzał na Pierce’a. - Powiedziałem ci kim jesteś. Idź już.  

Co on ukrywał?  
- Dlaczego nie pozwolisz Pierce’owi zobaczyć zdjęcia?  - zapytała Maggie. 

- Może to przywróci mu pamięć.  

-  Nie,  nie.  -  Durand  potrząsnął  głową.  -  Zdjęcie  nie  pomoże.  Dziewczyna 

kompletnie wymazała mu pamięć.  

-  Dlaczego?  -  Pierce  uderzył  pięścią  w  ladę.  -  Co  jej  uczyniłem,  że 

zasłużyłem na amnezję?  

- Nic, koleś.  - Durand wstrząsnął ramionami.  - Desiree wpadła do kuzyna, 

do Dallas. Wybrali się razem na rodeo. Tam cię poznała i ubzdurała sobie, że cię 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 41 - 

zdobędzie.  Nie  pytaj  dlaczego.  Nigdy  wcześniej  nie  fantazjowała  na  temat 
kowboi.  

- Więc byłem kowbojem? - zapytał Pierce. - Startowałem w rodeo?  
- Pewnie. Słyszałem, że byłeś niezły.  
- Pierce zaczął się umawiać z twoją siostrą? - zapytała Maggie.  
-  Nie,  nie.  -  Durand  potrzasnął  głową.  -  Pierce  nawet  nie  wiedział  o  jej 

istnieniu, dopóki  nie  wlała  mu  do  piwa  napoju  miłosnego.  Nieszczęśliwie,  jej 
napary zawsze okazywały się za mocne.  

-  Więc,  zmusiła  Pierce  do  miłości?  -  Maggie  zacisnęła  dłonie  w  pięści. 

Dobrze, że Desiree nie przebywała teraz w mieście.  

-  Ta  -  kontynuował  Durand.  -  Biedny  Pierce  kompletnie  poddał  się 

zaklęciom. Kiedy jej się znudził wróciła do domu, ale on przyjechał tu za nią. W 
końcu, całkiem nim zmęczona, zadecydowała, że wymaże siebie z jego umysłu.  

Maggie mocniej zacisnęła pięści. Jak jakaś kobieta mogła się znudzić Don 

Orlandem?  

Pierce przeklął.  
- Nie pozbyła się tylko swojej osoby z mojego umysłu, ale wszystkiego.  
- Przykro mi, koleś. - Durand zwiesił głowę. - Powiedziałem jej, że dodanie 

oka traszki będzie przesadą.  

-  I naprawdę nie wiesz, gdzie  ona jest?  - Maggie zastanawiała  się czy nie 

wejść w jego umysł i rozstrzygnąć, czy mówi prawdę.  

-  Uciekła  przed  huraganem.  Poznała  jakiegoś  arystokratę  z  Hollywoodu, 

który powiedział, że uczyni z niej gwiazdę - skrzywił się Durand. - Pozostawiła 
mnie sprzątanie całego bałaganu, pracę w tym przeklętym sklepie.  

Śmiech Pierce'a był przepełniony bólem.  
- Wygląda na to,  że twoja siostra jest cudowną dziewczyną. Cieszę się,  że 

jej nie pamiętam. - Ruszył w kierunku drzwi.  

Maggie już chciała podążyć za nim, ale nagle w głowie zaświtała jej pewna 

myśl. Coś jej umknęło. Zatrzymała się i spojrzała na Duranda.  

- Kim jest ta mała dziewczynka na zdjęciu?  
Mężczyzna głośno przełknął ślinę.  
- Nie wiem, o czym mówisz.  
-  Mała  dziewczynka  na  zdjęciu,  stojąca  obok  Desiree.  -  Maggie  podeszła 

do Duranda. - Kim ona jest?  

-  To…  to  kuzynka.  Mamy  ich  wiele.  -  Chwycił  pęk  kluczy.  -  Musze 

zamknąć sklep.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 42 - 

Maggie  zebrała  myśli  i  skupiła  się  na  łysej  głowie  Duranda.  Szturmem 

zdobyła  jego  umysł.  Złapał  oddech  i  jęknął.  Klucze  wypadły  mu  z  reki  i  z 
brzdękiem  upadły  na  podłogę.  Maggie  podeszła  do  niego,  jednocześnie 
wyciągając obrazy z jego myśli.  

Durand zaczął sie cofać, póki nie uderzył plecami w ścianę.  
- Oh, Boże. Jesteś istotą nocy.  
-  Więc  wiesz  co  mogę  zrobić  -  wyszeptała  Maggie.  Przeszukiwała  jego 

myśli, odnalazła obraz Desiree z dzieckiem.  

-  Cholera.  -  Durand  spojrzał  na  Pierce’a.  -  Ty  także?  Dlatego  jesteś  taki 

silny.  -  Chwycił  słoik  z  szafki  za  nim  i  wysypał  jego  czerwoną  zawartość  na 
ladę w równej linii.  

Nagle Maggie została wyrzucona z jego głowy. Jak on to zrobił?  
- Kim jest ta mała dziewczynka?  
Pierce dołączył do niej.  
- Powiedź nam prawdę, Durand.  
Durand uniósł głowę.  
-  Nie  możecie  zmusić  mnie  do  mówienia.  Nie  możecie  przekroczyć  linii, 

nawet myślami. Nie możecie mnie skrzywdzić.  

-  A  ty  nie  możesz  się  wiecznie  przed  nami  ukrywać  -  warknął  Pierce.  - 

Pokaż mi zdjęcie.  

- Cholera. - Durand przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą. - Desiree 

zawsze wpędza mnie w kłopoty. Nie skrzywdzisz jej?  

-  Nie  mam  nic  do  twojej  siostry  -  powiedział  miękko  Pierce.  -  Pokaż  mi 

zdjęcie.  

Ze zrezygnowanym westchnieniem, Durand wręczył Pierce’owi zdjęcie.  
- Ta mała dziewczynka ma na imię Lucy.  
Maggie zerknęła na zdjęcie.  
- Jest piękna.  
Pierce  potarł  kciukiem  piękną  twarz  dziecka.  Była  bardzo  podobna  do 

niego.  

- Jestem jej ojcem?  
Durand skrzywił się.  
- Tak jesteś.  
 
Po powrocie do magazynu, Maggie z ulgą odkryła, że Colbert wybudował 

dwie łazienki na drugim piętrze  - jedną dla panów, drugą dla pań. Kiedy brała 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 43 - 

prysznic,  jej  myśli  były  skupione  na  Don  Orlandzie.  Znaczy  się  Pierce’owi. 
Pierce’owi O'Callahanowi, który miał piękną córeczkę Lucy.  

Ścisnęło  się  jej  serce  w  piersi.  Oh,  jak  ona  pragnęła  dzieci!  Ale  było  to 

niemożliwe,  jeśli  posiadało  się  macicę,  która  z  przyczyn  oczywistych  była  za 
dnia martwa.  

Stanęła pod natryskiem i pozwoliła gorącej wodzie spłynąć po jej ciele. Jak 

mogła być tak samolubna? Powinna być szczęśliwa dla Pierce’a. Zakręciła wodę 
i wytarła się ręcznikiem. Koniec końców taki był cel jej misji, prawda? Odkryć 
jego  prawdziwą  tożsamość  i  postarać  się  odnaleźć  jego  rodzinę?  Powinna  się 
cieszyć. Więc dlaczego zbierało jej się na płacz?  

Maggie  wyciągnęła  z  torby  pidżamę  i  założyła  ją  na  siebie.  Po  czym 

rozczesała mokre włosy, odstawiła torbę i poczłapała do łóżka, które przydzielił 
jej Colbert.  

Zauważyła,  że  Pierce  także  ma  mokre  włosy  po  wziętym  prysznicu; 

mężczyzna  siedział  przy  komputerze  i  przeglądał  coś,  co  Ian  znalazł  w 
Internecie.  Ian  był  w  pobliżu,  rozmawiał  z  Giselle.  Pochylił  się  do  przodu  i 
wyszeptał kilka słów do jej ucha. Nagle kobieta cofnęła się i spoliczkowała go.  

Maggie jęknęła. Inne wampiry wymieniły rozbawione spojrzenia.  
- Nie zadaje się z dziećmi! - Giselle ruszyła w kierunku łazienki.  
Maggie odsunęła się na bok, pozwalając jej przejść, po czym podeszła do 

Iana.  

- Jesteś cały?  
Wzruszył ramionami jakby o to nie dbał, choć jego czerwona twarz mówiła 

coś zupełnie innego.  

-  Ciągle  to  samo.  Albo  nie  są  zainteresowane,  ponieważ  sądzą,  że  jestem 

dzieckiem, albo  są zainteresowane, ponieważ jestem taki  młody, co jest nawet 
gorsze.  

- Tak mi przykro - wymamrotała Maggie.  
Pierce wstał i poklepał go po ramieniu.  
-  To  moja  wina.  Powinienem  cię  ostrzec.  Giselle  jest  kobietą  Colberta. 

Uderzyłaby każdego chłopaka, który zabiegałby o nią, nie patrząc na jego wiek.  

- Oh. - Ian wyprostował się. - Dzięki.  
Maggie  uśmiechnęła  się  do  Pierce'a,  wdzięczna  za  próbę  poprawienia 

Ianowi humoru.  

Ian wziął głęboki wdech.  
-  Wracając  do  sprawy.  Ustaliłem,  że  Pierce  O'Callahan  wygrał  zawody 

jazdy na oklep w 1999.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 44 - 

Maggie posłała Pierce'owi zadziwione spojrzenie.  
- Jestem pod wrażeniem.  
Wstrząsnął ramionami.  
- Nie pamiętam tego.  
-  I  zlokalizowałem  ranczo  rodziny  O'Callahan  w  Teksasie  -  kontynuował 

Ian. - Około godzina jazdy od Dallas, więc jutrzejszej nocy teleportujemy się do 
Dallas.  Już  nas  tam  oczekują,  zgodzono  się  nawet  wypożyczyć  Pierce’owi 
samochód, więc będzie mógł pojechać na ranczo. Pamiętasz jak się jeździ?  

-  Nie  wiem.  -  Pierce  przejechał  ręką  po  swoich  zwilżonych  włosach, 

marszcząc brwi.  

-  Prawdopodobnie  sobie  przypomnisz,  kiedy  usiądziesz  za  kółkiem  - 

powiedział Ian.  

To  było  to,  pomyślała  Maggie.  Nic  dziwnego,  że  chciało  jej  się  płakać. 

Jutro,  Pierce  pojedzie  na  rodzinne  ranczo,  a  krewni  powitają  go  z  otwartymi 
ramionami. Jej praca będzie zakończona. Wróci sama do Nowego Jorku.  

- Ian, pomożesz mi odnaleźć córkę? - zapytał Pierce.  
- Oczywiście - odpowiedział Ian.  
-  Idę do łóżka. Dobrej nocy.  - Maggie  poczłapała do łóżka, kiedy Pierce i 

Ian układali plan znalezienia Lucy.  

Minęła  choinkę,  zauważyła  leżące  pod  nią  prezenty.  Poczuła  się  taka 

samotna. Usiadła na łóżku. Pierce już jej nie potrzebował. Miał córkę i rodzinę. 
Zakopała się w koce. Słońce musiało mieć się ku wschodowi. Czuła się strasznie 
senna. W pokoju wampiry już weszły do łóżek i pogasiły małe lampki. Jedynym 
światełkiem rozświetlającym pokój była mała gwiazdka na czubku choinki.  

- Będziesz miała coś przeciwko, jeśli przesunę swoje łóżku bliżej twojego? 

- wyszeptał Pierce.  

Obróciła się i zauważyła go przy posłaniu. Zaprzeczająco kiwnęła głową.  
- Nigdy  ci się nie odwdzięczę, Maggie.  - Wskoczył do łóżka i  okrył ciało 

do pasa kocami. Ściągnął przez  głowę  koszule i rzucił ją na ziemię przy łożu. 
Miał  szerokie  ramiona,  nie  to,  żeby  go  obserwowała.  Światło  było  zbyt 
stłumione. Musiała zmrużyć oczy, aby dostrzec brązowe, kręcone włosy na jego 
piersi.  

-  Więc  jednak  masz  włosy  na  torsie.  Czy  brąz  jest  twoim  naturalnym 

kolorem?  

-  Tak.  -  Rozciągnął  się  na  łóżku.  -  Corky  stwierdziła,  że  seksowniej 

wyglądam z czarnymi włosami, z dużą ich ilością na klacie.  

Maggie ziewnęła, czując kolejne nawoływanie Morfeusza.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 45 - 

- Corky jest głupia. Lubię cię takiego jakim jesteś.  
Poprawka: Kocham cię.  
-  Jesteś  aniołem,  Maggie.  -  Wyciągnął  do  niej  rękę  i  chwycił  dłoń.  - 

Przywróciłaś  mi  moje  stare  życie.  I  cel  egzystencji.  Wiem,  co  powinienem 
zrobić. Muszę odnaleźć rodzinę i córkę.  

I  nie  było  dla  niej  miejsca  przy  realizacji  tego  podniosłego  celu.  Maggie 

zabrała rękę.  

-  Cieszę  się  twoim  szczęściem.  -  Przewróciła  się  na  drugi  bok,  więc  nie 

mógł zobaczyć łez w jej oczach.  

Po raz pierwszy, Maggie z radością powitała zapomnienie dziennego snu.  

 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 46 - 

R

R

o

o

z

z

d

d

z

z

i

i

a

a

?

?

 

 

5

5

 

 

 

 

Pierce kątem oka spojrzał na Maggie, która usiadła na miejscu pasażera w 

SUV-ie, który wypożyczono mu w Dallas. Prawie nic nie mówiła w ciągu całej 
jazdy,  pomijając  czytanie  wskazówek  Iana,  czy  uważne  studiowanie  mapy 
Teksasu, którą trzymała na kolanach. Coś ją martwiło, czuł to, ale nie wiedział 
co to było.  

Spojrzał  w  boczne  lusterka.  Przez  ostatnie  dwadzieścia  minut,  nie  było 

nikogo innego na trasie oprócz nich.  

- Daleko jeszcze?  
Chwyciła  kartkę  ze  wskazówkami  Iana.  Dzięki  światłu  rzucanemu  przez 

księżyc  w  pełni  oraz  jej  wyostrzonemu  wampirzemu  wzrokowi  była  zdolna  je 
przeczytać.  

- Niedługo powinniśmy wjechać na krajową drogę nr 3. Jeżeli zaraz potem 

skręcimy w prawo będziemy już dojeżdżali do rancza O'Callahanów.  

- Świetnie. - Pierce sięgnął pomiędzy siedzenia i otworzył małą przenośną 

lodówkę. - Lepiej najpierw coś zjedzmy.  

- Okej. - Wyciągnęła zimną butelkę Chocolood.  
Natomiast mężczyzna zabrał się za krew syntetyczną typu 0.  
- Na zdrowie.  
Nic nie powiedziała, jedynie wzięła łyk swojej Chocolood i wyjrzała przez 

okno.  

Co, do jasnej cholery, było nie tak? Pierce wypił połowę płynu z butelki, 

po czym odłożył ją do uchwytu na kubek.  

-  Maggie,  jesteś  rozczarowana  tym,  że  okazało  się,  iż  jestem  zwykłym 

kowbojem z Teksasu?  

- Nie. Ja… bardzo się cieszę.  
- Nie brzmisz zbyt szczęśliwie. Myślałem,  że lubisz  Irlandczyków. Jestem 

tego  rodzaju  chłopakiem,  którego  można  zabrać  do  domu  i  przedstawić 
rodzicom.  

- Tylko moi rodzice umarli około sto lat temu. I nigdy nie byliby przychyli 

żadnemu niumarłemu. Nawet ja nie dostąpiłam tej łaski.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 47 - 

-  Przykro  mi,  że  cię  nie  przyjęli.  Ty…  nigdy  nie  mówiłaś  mi,  jak  to  się 

stało, że zostałaś przemieniona.  

Upiła kolejny łyk napoju, bojąc się na niego spojrzeć.  
- Tu musimy skręcić. - Wskazała na wąską uliczkę przed nimi.  
- Mam nadzieję, że kiedyś mi o tym opowiesz. - Chciał, aby transformacja 

kobiety  nie  dokonała  się  gwałtem.  Pragnął,  aby  była  zdolna  mu  zaufać  i  go 
pokochać.  Ale  mógł  poczekać,  aż  będzie  na  to  gotowa.  To  była  jedna  z  zalet 
bycia wampirem. Mógł czekać nawet sto lat, jeśli zaistniała taka potrzeba.  

Skręcił SUV na wiejską drogę. Ian miał rację. Jak tylko usiadł za kółkiem, 

przypomniał  sobie  jak  się  jeździ.  Rozejrzał  się  po  okolicy,  poczuł  przypływ 
dumy. Znajdowali się już na ziemi O'Callahanów.  

-  Byłam  wolontariuszką  w  Armii  Zbawienia  -  wyszeptała  Maggie.  - 

Weszliśmy  na  obszar  nieprzyjaciela,  zostałam  oddzielona  od  grupy.  Zapadła 
noc, zgubiłam się.  

Pierce odwrócił się ku niej.  
- Zostałaś zaatakowana?  
- To było bardziej jak… - Urwała.  
Spojrzał przed siebie i zamarł. Coś wybiegło na ulicę. Nacisnął hamulec.  
Maggie  krzyknęła.  Rozbrzmiał  pisk  opon,  duże  zwierzę  wpadło  w  krzaki 

po prawej stronie jezdni.  

Pierce na chwile pozostał nieruchomy, czekał aż jego serce się uspokoi.  
- Co to, do cholery, było?  
Maggie wzięła głęboki wdech.  
- Myślałam, że w to uderzymy.  
Ustawił prosto SUV i wpatrzył się w przestrzeń pod dużym dębem.  
- Patrz! To jest tam!  
Dostrzegł  wilkopodobne  zwierzę  uciekające  na  czterech  łapach.  To  coś 

szybko podniosło się na dwie kończyny i zawyło do księżyca.  

- Jest duże - wyszeptała Maggie.  
Włochate stworzenie opadło na cztery łapy i pognało przed siebie.  
Pierce potrząsnął głową. Mógłby przysiąc,  że w tej części Teksasu nie ma 

wilków. Ruszyli naprzód, uważając na dzikie zwierzęta.  

Po lewej stronie drogi wzniesiony został płot, nagie drewno potrzebowało 

kolejnej  warstwy  farby.  Dwie  ceglane  kolumny  flankowały  wjazd  w  boczną 
aleję. Zardzewiała żelazna tablica łączyła oba słupy. Były na niej napisane trzy 
słowa „RANCZO RODZINY O'CALLAHAN”.  

To było to. Dom.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 48 - 

Skręcił na podjazd, w końcu po tej długiej podróży docierając do domu.  
Budynek był duży, biały, w wiktoriańskim stylu z ciemnymi okiennicami i 

trzema  wieżyczkami.  Drugie  piętro  zostało  zakryte  płaskim  dachem.  Światełka 
choinki migotały w szerokim oknie po prawej. Schodki przed domem wiodły na 
szeroki ganek. Cały dom stał na częściowo widocznych fundamentach. Nawet o 
północy, Pierce mógł powiedzieć, że budynek potrzebował remontu, dodatkowo 
jedna z okiennic była wykrzywiona.  

Nagle  przeraził  się,  że  ranczo  było  w  takim  stanie  z  powodu  jego 

zniknięcia. Czy rodzina mogła być na niego zła o pojawienie sie po pięciu latach 
nieobecności?  

- Jak tu pięknie - wyszeptała Maggie.  
Podobał jej się? Co za ulga.  
-  Nie  masz  nic  przeciwko  temu,  co  odkryliśmy?  Mam  na  myśli  fakt,  że 

okazałam się kowbojem z Teksasu?  

- Z tajemniczym dzieckiem? - Spojrzała na niego z uśmiechem. - Wiesz, to 

brzmi  jak  niezła  historia  z  opery  mydlanej.  A  Pierce  to  idealne  imię  dla 
wampira. Takie z kłem.  

-  Ta.  -  Stanął  przed  domem,  studiując  zaniedbany  budynek.  -  Może 

przybyłem, aby ocalić ranczo.  

- Możesz też być długo poszukiwanym księciem z Europy.  
Parsknął wyciągając kluczyki ze stacyjki.  
- Tak, a może mój ojciec to ukrywający się arabski szejk.  
Maggie roześmiała się.  
- I mogę się założyć, że masz złego brata bliźniaka.  
W tej właśnie chwili, frontowe drzwi zostały otworzone i na ganek wyszedł 

wysoki mężczyzna.  

Maggie jęknęła.  
- Święta Maryjo! On wygląda tak jak ty.  
Bliźniak? Pierce otworzył szeroko usta.  
Mężczyzna uniósł strzelbę i krzyknął:  
- Wynocha stąd!  
Zły brat bliźniak? Pierce wymienił z Maggie zaszokowane spojrzenia.  
- Zniż się i pozostań w aucie. - Sięgnął do klamki.  
- Co robisz? - Maggie skurczyła się na siedzeniu. - Zastrzeli cię.  
- Nie sądzę, że  mógłby  mnie zabić.  - Pierce szybko otworzył drzwi. Choć 

mógł sprawić, aby bolało jak cholera.  

- Mówiłem, abyś odjechał! - Mężczyzna odblokował broń.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 49 - 

- Czekaj! - Pierce przeszedł przed SUV. Reflektory samochodu nie zostały 

jeszcze wyłączone, więc stał w pełnym blasku. - Nie poznajesz mnie?  

Mężczyzna  cofnął  się  z  jękiem.  Broń  wypadła  z  jego  dłoni  i  wypaliła  z 

głośnym bum. Pierce schował się za SUV. Maggie krzyknęła.  

-  Słodki  Jezu!  -  Mężczyzna  zbiegł  po  schodach,  ale  zatrzymał  się  zanim 

dosięgnął ziemi. - Pierce, jesteś cały?  

Starsza, chuda kobieta wyjrzała na ganek.  
-  Patrick,  co  się  tu  dzieje,  do  cholery?  Boże  dopomóż,  jeśli  zastrzeliłeś 

Boba, ja…  

- Nie! - Patrick wskazał na SUV. - To Pierce! On wrócił!  
- Co? - Gapiła się na SUV, jej usta były otwarte.  
Pierce wyprostował się i pomachał kobiecie.  
- Cześć.  
-  Pierce!  -  pisnęła  kobieta.  Obróciła  się  do  Patricka  i  trzepnęła  go.  - 

Strzelałeś do własnego brata?  

- Nie chciałem. To był wypadek.  
- Jestem cały. Naprawdę. - Pierce ruszył w kierunku ganku.  
Kobieta zeszła ze schodów i otoczyła go ramionami.  
- Pierce! Ty żyjesz!  
Tak jakby. Jednak to nie był najlepszy czas, aby zagłębiać się w szczegóły 

dotyczące sposobu jego egzystencji. Także uściskał kobietę.  

- Mama?  
Odepchnęła go zmieszana.  
- Nie jestem twoją matką.  
- Oh, przepraszam. - Cofnął się.  
- Nie pamiętasz mnie? Jestem ciocia Betty.  
- Ach, miło cię zobaczyć. Po prostu, ja…  
-  Cóż,  nie  podejrzewałam  cię  o  to.  -  Ciocia  Betty  położyła  dłonie  na 

biodrach i spojrzała na niego. - Najpierw, wyjeżdżasz bez słowa, pozostawiając 
nas  samych  sobie  na  pięć  lat,  a  teraz  zachowujesz  się  jakbyś  nas  nie  znał. Po 
całym tym obnoszeniu się…  

- Cierpię na amnezję!  
Jego brat jęknął. Ciotka zmarszczyła długiego nochala.  
- To jak mleko z magnezem, wiesz Magnezja?  
-  Nie,  ciociu  Betty  -  wymamrotał  Patrick.  -  Amnezja.  To  znaczy,  że 

niczego nie pamięta.  

Maggie wyszła z SUV.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 50 - 

- To prawda. Pierce cierpi na amnezję od pięciu lat.  
Ciocia Betty zmrużyła oczy.  
- A jakim diabłem ty jesteś?  
Pierce objął Maggie ramieniem.  
- To moja dobra przyjaciółka, Maggie O'Brian.  
- Phi - prychnęła ciocia Betty. - A jej imię to pamiętasz.  
Patrick otworzył przednie drzwi i krzyknął:  
- Mama! Pierce wrócił! - Pozwolił drzwiom się zatrzasnąć, ponownie stanął 

na ganku. Pierce zastanawiał się czy pomiędzy nim, a jego bratem nie było jakiś 
niesnasek. Patrick nawet nie uścisnął mu dłoni.  

- Jesteśmy bliźniakami?  
Patrick roześmiał się. Ciocia Betty parsknęła.  
- Nie wiesz, że to ty jesteś najstarszy z rodzeństwa?  
- Ma amnezję - przypomniał jej Patrick. - Jesteś ode mnie trzy lata starszy, 

Pierce, choć na to nie wygląda.  

Oczywiście. Kiedy stał się nieumarłym, przestał się starzeć.  
Krótko  ścięta,  ciemnowłosa  kobieta  wybiegła  na  ganek  i  jęknęła,  kiedy 

zobaczyła Pierce’a.  

-  Santa  Maria!  -  Zbiegła  ze  schodów.  -  Pierce  Alejandro!  Myślałam,  że 

nigdy więcej cię nie zobaczę. - Chwyciła go w objęcia i się rozpłakała.  

Pierce Alejandro? Posłał Maggie zaszokowane spojrzenie nad głową matki. 

W jego żyłach płynęła hiszpańska krew. Maggie uśmiechnęła się.  

Poklepał matkę po plecach.  
- Ty jesteś moją matką, tak?  
- Milcz. - Cofnęła się. - Nie pamiętasz?  
- Ma amnezję - krzyknął Patrick z ganku.  
Jego matka była zaskoczona.  
- W ogóle nas nie pamiętasz?  
- Nie, dlatego nie było mnie tak długo. Dopiero wczoraj dowiedziałem się, 

że nazywam się Pierce O'Callahan.  

Jego matka wyglądała nawet na bardziej zmieszaną.  
- Więc kim byłeś wcześniej?  
- On nic nie pamięta! - krzyknął Patrick. - Ma amnezję!  
-  W  rzeczywistości,  pamiętam  ostatnie  cztery  i  pół  roku.  Wszystko  przed 

tym to pustka.  

Ciocia Betty spojrzała na niego z ukosa.  
- Więc zwiedzałeś sobie świat, kiedy my przymieraliśmy głodem?  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 51 - 

-  Nie  głodowaliśmy!  -  zaprotestowała  jego  matka,  ponownie  przytuliła 

Pierce’a.  -  Nie  martw  się,  pobrecito.  Jesteś  w  domu,  teraz  wszystko  będzie 
dobrze.  

Poklepał  matkę  po  plecach.  Zaczął  podejrzewać,  że  jego  rodzina 

spodziewała  się,  iż  ocali  ranczo.  Ale  jak  mógł  to  zrobić  skoro  nie  znał  się  na 
farmerstwie?  

-  Lepiej  wejdźmy  do  środka  -  krzyknął  Patrick  z  ganku.  -  Tu  nie  jest 

bezpiecznie.  

Pierce wziął Maggie za rękę.  
-  Mamo,  chcę  abyś  poznała  Maggie  O'Brian.  Pomagała  mi  odkryć  moją 

tożsamość. Bez niej nie wróciłbym do domu.  

Oczy Maggie napełniły się łzami.  
- Cieszę się, że mogłam pomóc.  
Jego matka wzięła ją w objęcia.  
-  Dziękuję,  dziękuję,  dziękuję.  Jesteś  aniołem,  który  przyprowadził  mi 

mojego  syna  z  powrotem.  -  Maggie  wróciła  w  objęcia  kobiety.  -  Mów  mi 
Dorotea - pouczyła ją matka Pierce'a. - Zawsze będziesz mile widziana w moim 
domu. Niech Bóg ci błogosławi, dziecko.  

- Nie stójcie tam! - krzyknął Patrick z ganku. - Szybko, do domu!  
Musiało  istnieć  jakieś  niebezpieczeństwo.  Z  jakiego  innego  powodu  jego 

brat stałby z bronią?  

Pierce poprowadził Maggie do  góry po schodach, idąc za  matką i ciotką. 

Jak tylko dotarł na ganek, jego brat zamknął go w niedźwiedzim uścisku.  

- Cieszę się, że wróciłeś. - Patrick poklepał go po plecach.  
Pierce uśmiechnął się, uświadamiając sobie, że żył w dobrych stosunkach z 

bratem.  

- O co chodzi z tą bronią?  
- To nic takiego. - Patrick posłał zdenerwowane spojrzenie matce i ciotce. - 

Ale nie powinniście tej nocy przebywać na zewnątrz.  

Kiedy  przemierzali  korytarz  Pierce  wymienił  z  Maggie  zdziwione 

spojrzenia. Skręcili na prawo wchodząc do salonu.  

- Usiądźcie. - Dorotea wskazała na długą sofę z pulchnymi poduchami.  
Pierce  i  Maggie  razem  usiedli  na  kanapie.  Patrick  zajął  miejsce  blisko 

choinki, mając dobry widok przez szerokie okno. Na przeciwległej ścianie stała 
szeroka szafka wypełniona książkami, drobiazgami i starym telewizorem. Jego 
matka  i  ciotka  usiadły  po  obu  stronach  kanapy  na  kasztanowych  krzesłach  z 
podłokietnikami.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 52 - 

Maggie zmarszczyła brwi patrząc na broń Patricka.  
-  Coś  jest  nie  tak?  Na  drodze  widzieliśmy  dziwne  stworzenie.  Pierce 

prawie w nie uderzył.  

Dorotea jęknęła. Ciocia Betty skoczyła na równe nogi.  
- Jakie stworzenie?  
- Nie jestem pewna. - Maggie przekręciła pierścień na małym palcu. - Było 

duże, wilkokształtne.  

- Uderzyliście w nie? - wrzasnęła ciocia Betty.  
-  Nie,  nie  -  uspokoił  ją  Pierce.  -  Zwierzęciu  nic  nie  jest.  Tylko  nas 

przestraszyło.  

-  Oh.  -  Ciocia  Betty  wróciła  na  krzesło,  jej  twarz  była  blada.  Patrick 

zagderał coś o klątwie, patrząc przez okno.  

- Co się dzieje? - zapytał Pierce.  
-  Musicie  być  głodni.  -  Dorotea  wstała  i  skierowała  się  w  stronę  drzwi.  - 

Przygotuję coś do jedzenia.  

- Nie, dzięki - odpowiedział Pierce. - Jedliśmy w drodze.  
Dorotea podtrzymał drzwi.  
- Coś do picia?  
Maggie uśmiechnęła się.  
- Piliśmy w samochodzie, ale dziękujemy za troskę.  
- Oh. - Dorotea klapła na krzesło.  - Więc, powiedź  mi, Pierce. Co robiłeś, 

kiedy cię nie było?  

- Byłem w Nowym Jorku.  
- Jest sławnym aktorem - dodała Maggie.  
Ciocia Betty prychnęła.  
- Niezbyt sławnym. Nie widziałam go w żadnym filmie.  
- Gra Don Orlanda de Corazona w operze mydlanej DVN.  
-  Oh,  cudownie!  -  Dorotea  rozpromieniła  się.  -  Chyba  nie  mamy  tego 

kanału. Nigdy nie mogliśmy pozwolić sobie na dodatkowe opłaty.  

Pierce pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach.  
- Bądź ze mną szczera. Czy ranczo ma kłopoty?  
Jego matka westchnęła.  
- Mieliśmy ciężkie chwile, ale one już są za nami.  
Patrick prychnął.  
- One nigdy nie będą za nami.  
Ciocia Betty uniosła ręce.  
- To nie jest wina Boba. Nie może nic na to poradzić.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 53 - 

- Kim jest Bob? - zapytał Pierce.  
-  To  mój  mąż, a twój wujek.  - Ciocia Betty spojrzała na niego.  - Nauczył 

cię jazdy konnej. Nic nie pamiętasz?  

- Dajcie mu odpocząć - warknął Patrick. - Ma amnezję.  
-  Cóż,  mam  nadzieję,  że  pamięta  jak  należy  zajmować  się  bydłem  - 

odwarknęła się ciocia Betty. - Skoro ty boisz się opuszczać ten dom.  

Patrick zesztywniał.  
- Nic na to nie poradzę. To przez klątwę.  
- Przesądne bzdury. - Ciocia Betty wydęła wargi.  
- Klątwa? - zapytał Pierce.  
- Nie  martw się tym.  - Dorotea pospieszyła do Pierce’a i usiadła na fotelu 

obok niego. - Jesteśmy wdzięczni Bogu za twój powrót. I to w tym świątecznym 
okresie!  

-  Założę  się,  że  Pierce  jest  zbyt  mądry,  aby  wierzyć  w  klątwy  - 

wymamrotała ciocia Betty.  

Nie był tego taki pewien. Koniec końców, napar kapłana voodoo wymazał 

jego pamięć.  

- Jaka klątwa?  
- Gryząca klątwa. - Patrick odłożył bron na ławę stojącą przy ścianie. - Nie 

waż się opuszczać tego domu. Jeśli to zrobisz, ostrzegam, zostaniesz ugryziony.  

Dorotea cicho wyszeptała Pierce'owi na ucho:  
- Twój brat boi się opuścić dom.  
- Nie boje się. - Patrick zmarszczył brwi. - To podpowiada mi mój nos. W 

jaki sposób ojciec zginął trzy lata temu?  

Dorotea westchnęła.  
- Został ugryziony przez grzechotnika przebywając kilka mil od domostwa. 

Pobrecito

7

. Nie wrócił na czas do domu.  

- Tak mi przykro. - Pierce chwycił dłoń matki.  
- Co się przydarzyło wujowi Bobowi i Rosalindzie? - kontynuował Patrick. 

- Powiem ci co. Zostali ugryzieni!  

- Kim jest Rosalinda? - zapytał Pierce.  
- To twoja siostra. - Dorotea popatrzyła na niego. - Jej także nie pamiętasz?  
-  Na  miłość  Boską,  chłopak  ma  amnezję!  -  Patrick  uniósł  dłonie  z 

frustracji.  

-  Przepraszam.  -  Dorotea  pogłaskała  Pierce'a  po  włosach.  -  Ciągle 

zapominam. - Nagle uniosła dłoń ku niebu. - Santa Maria. Czy to jest zakaźne?  

                                         

7

 W tłum. biedactwo. 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 54 - 

- Nie - uspokoił ją Pierce. - Jesteście bezpieczni.  
Patrick prychnął.  
- Ta, tak długo, aż nie zostaniemy ugryzieni.  
Pierce wymienił z Maggie zmartwione spojrzenia. To nie był dobry czas na 

przyznanie, że są wampirami.  

- Gdzie jest Rosalinda? Chciałbym ją zobaczyć.  
- Poszła… wyszła - wymamrotała Dorotea.  
- Nic jej nie jest - wyszeptała ciocia Betty. - Zawsze wraca do domu.  
Patrick chwycił broń i podszedł do okna.  
- Zawsze nocami siedzimy razem.  
Co tu się, kurwa, działo?  
- Gdzie ona jest? - zapytał Pierce.  
Dorotea wzruszyła ramionami, po czym się rozpogodziła.  
-  Cudownie  jest  mieć  cię  z  powrotem  na  święta!  Z  pewnością,  los  się 

odwróci, Bóg nam teraz błogosławi.  

Pierce  spojrzał  na  zegarek  i  szafę  z  książkami.  Czwarta  piętnaście  nad 

ranem. Potrzebują godziny, aby wrócić do Dallas.  

- Cóż chyba powinniśmy się zbierać.  
- Nie!  - Dorotea wstała.  - Musisz zostać na Boże Narodzenie! Na zawsze! 

Nie masz drugiego takiego domu. Nie możemy pozwolić ci odejść.  

- Tak mi przykro - wtrąciła Maggie - ale Pierce musi mnie odwieźć.  
- Bzdura! - Dorotea zakreśliła koło wokół stolika i usiadła obok Maggie.  - 

Także  musisz  zostać.  Jesteś  aniołem,  który  przyprowadził  z  powrotem  mojego 
syna. Zawsze będziesz mile wdziana w tym domu.  

Maggie zamrugała oczami.  
-  Dziękuję.  Tak  bardzo  pani  dziękuję.  -  Posłała  Pierce’owi  pełne  uczucia 

spojrzenie.  Pomyślał,  że  martwi  się  znalezieniem  dobrego  miejsca  na  dzienny 
spoczynek. Kwatery w Dallas byłyby najbezpieczniejsze.  

-  Lepiej  zawiozę  cię  do  Dallas.  -  Jej  uśmiech  wyblakł.  Czy  w  jej  oczach 

zaszkliły się łzy? Cholera, powiedział coś nie tak.  

- Nie możesz jechać! - Dorotea po raz kolejny wstała.  
- Twoja córka! - Ciocia Betty skoczyła na równe nogi. - Musisz zostać, aby 

ją zobaczyć.  

Pierce otworzył szeroko usta.  
- Moja… moja córka? Jest tutaj?  
- Tak! - Dorotea się rozpogodziła. - Przyniesiesz ją, Betty?  
- Oczywiście. Dajcie mi chwilę. - Ciocia Betty wyszła do przedpokoju.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 55 - 

Dorotea położyła obie dłonie na obfitym biuście.  
- Zasnęła oczekując Świętego Mikołaja. Ale wydarzył się piękniejszy cud! 

Jej  tatuś  wrócił  do  domu.  -  Zmarszczyła  brwi,  kiedy  Pierce  wstał.  -  Nie 
wiedziałeś,  że  masz  dziecko?  Wstydź  się.  Wychowała  cię  na  lepszego 
człowieka.  

- Na miłość Boską! - krzyknął Patrick. - Ma amnezję!  
-  Nie,  wiedziałem  o  Lucy  -  zeznał  Pierce.  -  Prawdę  mówiąc,  wiem  od 

wczoraj. Myślałem, że jest z matką.  

Dorotea skrzywiła się.  
-  Z  tą  okropną  kobietą.  Nie  zasłużyła  na  Lucy.  Porzuciła  la  pobrecita  jak 

niechcianego  gato

8

.  Jedynie  dlatego,  że  mężczyzna,  z  którym  aktualnie  się 

związała nie chciał dziecka.  

Maggie prychnęła oburzona.  
- To okropne!  
- Wiem. - Dorotea uniosła głowę, kiedy usłyszała poruszenie na schodach. 

Położyła palce na ustach. - Nie mówiliśmy o tym z Lucy.  

-  Oczywiście,  że  nie.  -  Pierce  ruszył  w  stronę  korytarza,  nie  mogąc  się 

doczekać pierwszego spotkania z córką. Serce stanęło mu w gardle, kiedy ujrzał 
ją  na  szczycie  schodów.  Jej  czarne  kręcone  włoski  były  potargane,  duże 
brązowe oczy zaspane, usta zasłonione dwoma palcami, a jej piżama w postacie 
z  Ulicy  Sezamkowej  przekrzywiona.  W  całym  swoim  życiu  nie  widział 
piękniejszego  dziecka.  Jego  serce  przepełnione  miłością  opadło  na  miejsce, 
mężczyzna miał poczuciem pełności.  

Maggie i Lucy. Kochał te najcenniejsze kobiety w jego życiu.  
Ciocia Betty pomagała śpiącej dziewczynce zejść ze schodów.  
- Wszyscy ją podziwiamy. - Nawet twarz Betty złagodniała. - Przywróciła 

radość temu domowi.  

- Daję temu wiarę. - Pierce uklęknął przed córką.  
Lucy stanęła przed nim i zdjęła palce z ust.  
- Nie jesteś Świętym Mikołajem.  
-  Nie.  Jestem  twoim  ojcem.  -  A  ona  była  jedynym  dzieckiem,  jakie  on  i 

Maggie  mogli  mieć.  Status  nieumarłego  wykluczał  posiadanie  dzieci.  -  Jesteś 
cudem.  

- Nie, jestem Lucy.  
Z uśmiechem na ustach przytulił ją.  
- Przyszedłeś ze Świętym Mikołajem?  

                                         

8 W tłum. kocur  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 56 - 

-  Nie.  -  Wyprostował  się.  -  Z  aniołem.  -  Wskazał  na  Maggie  siedzącą  na 

kanapie, obserwującą ich ze łzami w oczach.  

Lucy przeszła przez salon i stanęła przed Maggie.  
- Jesteś śliczna.  
Łza spłynęła po policzku Maggie.  
- Ja uważam, że to ty jesteś piękna  
- Jestem śpiąca. - Lucy wspięła się na kanapę i położyła głowę na kolanach 

Maggie.  

Maggie  delikatnie  pogłaskała  ją  po  głowie.  Pierce  poczuł  jak  jego  serce 

mięknie.  Po  raz  pierwszy  odkąd  pamiętał  wszystko  było  takie  jak  trzeba.  Był 
szczęśliwy.  

- Jaki uroczy obrazek stworzyliście. - Dorotea stanęła przy szafie. - Zrobię 

wam zdjęcie.  

- Nie! - Pierce ruszył w stronę kanapy. Cholera! Jeśli jego matka miała 35 

mm obiektyw, on i Maggie nie byliby przez niego widoczni.  

Maggie posłała mu przerażone spojrzenie.  
- Eee… błysk światła może obudzić Lucy - wymamrotał pokrętnie.  
-  Tak  -  przytaknęła  Maggie.  -  Możemy  zobaczyć  jakieś  zdjęcia?  Może  to 

przywróci Pierce'owi pamięć.  

- Dobry pomysł! - Dorotea zabrała albumy z półki.  
Pierce wypuścił wstrzymywane powietrze i usiadł przy Maggie.  
Dorotea przysiadła obok nich i podała im album.  
-  Ach,  to  mój  ulubiony.  -  Obniżyła  niżej  książeczkę,  aby  Pierce  i  Maggie 

mogli  zobaczyć  zdjęcie.  -  Halloween.  Rosalinda  była  księżniczką.  Patrick 
Robinem, a Pierce Batmanem.  

Maggie z ukosa spojrzała rozbawiona na Pierce’a.  
- Czarna peleryna?  
- Tak. - Dorotea uśmiechnęła się. - Pierce zawsze miał słabość do peleryn.  
Maggie uśmiechnęła się.  
- Interesujące.  
Pierce  zastanawiał  się  jaki  wpływ  na  jego  nowe  życie  miała 

podświadomość.  Przywiązanie  do  peleryn.  Upodobanie  do  kobiet  z  krótkimi, 
ciemnymi włosami. Jak jego matka i Maggie.  

Patrick spojrzał na zdjęcie.  
-  Pamiętam  te  kostiumy.  Używaliśmy  ich  do  zabawy  w  jaskini.  Pierce 

zazwyczaj mówił: „Do jaskini nietoperza, Robinie”.  

Dorotea prychnęła.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 57 - 

-  I  wracaliście  do  domu  cali  w  nietoperzym  gównie.  Zniszczyliście  te 

kostiumy.  -  Zaczęła  przewracać  stronice  albumu,  aż  nie  dotarła  do  kolejnego 
zdjęcia. - Kolejny rok. Patrick jako Spiderman, a Pierce jako Zorro.  

Maggie roześmiała się.  
- Kolejna czarna peleryna?  
Dorotea kontynuowała przeglądanie albumu.  
-  Większość  zdjęć  przedstawia  Pierce  z  końmi.  Wygrywał  medale  już  w 

wieku dziesięciu lat. Potem w szkole wyższej, odnalazł inną pasję.  

Uśmiech Maggie wyblakł.  
- Masz na myśli dziewczyny?  
- Oh, nie. - Dorotea zacmokała. - Był nieśmiały w towarzystwie dziewcząt. 

Kochał swoją kapelę. I muzykę.  

Pierce zamrugał zaskoczony.  
- Potrafię grać na jakimś instrumencie?  
-  Oczywiście.  -  Dorotea  wyciągnęła  ku  nim  album.  -  Tu  jest  w  swoim 

stroju grajka. Czyż on nie jest przystojny?  

-  Bardzo  przystojny.  -  Maggie  przysunęła  się  bliżej.  -  Słodka  Maryjo, 

trzymasz trąbkę.  

Trąbkę? Pierce i Maggie wymienili zdziwione spojrzenia. Nic dziwnego, że 

Don Orlando grał na trąbce w kapeli mariachi.  

Kiedy Lucy zasnęła, wtulona w ciało Maggie, Dorotea dalej kontynuowała 

pokazywanie im zdjęć.  

-  Robi  się  późno  -  wyszeptała  Maggie,  po  czym  ukształtowała  w  głowie 

myśl. - Możemy się teleportować do Dallas, ale ciężko będzie to wyjaśnić twojej 
rodzinie.  

- Masz rację. - Zerknęła na zegarek. Piąta piętnaście. - Maggie i ja jesteśmy 

zmęczeni  podróżą.  Jest  tu  gdzieś  miejsce,  w  którym  moglibyśmy  spocząć? 
Ciemny pokój bez okien?  

- Żadnych okien? - Dorotea zamknęła album spoczywający na jej kolanach.  
-  W  piwnicy  jest  łóżko  -  zaoferowała  ciocia  Betty.  -  Ale  tylko  jedno.  - 

Ściągnęła usta w dezaprobacie.  

- W piwnicy jest kilka okien. - Dorotea odłożyła albumy na półkę. - Ale są 

bardzo małe. Jestem pewna, że nie będą wam przeszkadzać.  

- Mam uczulenie - wyjaśniła Maggie. - Jakiekolwiek wystawienie skóry na 

działanie promieni słonecznych może okazać się bardzo bolesne.  

Betty chrząknęła.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 58 - 

- Myślałam, że jesteście zbyt bladzi. I rzeczywiście tak jest. Trochę słońca 

dobrze wam zrobi.  

Pierce skrzywił się.  
-  To  może  wydąć  się  dziwne,  ale  oboje  cierpimy  na  pewne  schorzenie  i 

potrzebujemy odpoczynku i kompletnej ciemności.  

Betty prychnęła.  
- Coś kręcicie.  
Patrick zacmokał.  
- Zawsze są jaskinie.  
- Nie bądź głupi - oburzyła się Dorotea. - W jaskiniach są nietoperze. Oraz 

ich odchody.  

Patrick przytaknął.  
- Z naszym szczęściem, jeden z tych nietoperzy mógłby ich ugryźć.  
Dorotea uniosła głowę.  
- Mamy schron! Jest tam bardzo ciemno.  
- Brzmi świetnie. - Pierce wstał. - Gdzie on jest?  
- Blisko garażu. To miejsce, w którym się chowamy na wypadek tornada. - 

Dorotea potarła nos. - Ale to nieodpowiednie miejsce do spania. Żadnego prądu 
czy ogrzewania  

- Będzie dobrze - nalegała Maggie.  
-  Dziękujemy.  -  Pierce  delikatnie  uniósł  głowę  Lucy,  tak  aby  Maggie 

mogła wstać. Wsunął poduszkę pod głowę córki i pocałował ją w czoło.  - Do 
zobaczenia jutro, malutka.  

Dorotea potrzasnęła głową.  
-  To  okropne.  Jak  możemy  wam  pozwolić  spać  w  ciemnej  dziurze  pod 

ziemią, kiedy my będziemy się cieszyć wygodnymi łóżkami w domu?  

Ciocia Betty chrząknęła.  
- Wątpię, że będzie im zimno.  
-  Nic  nam  nie  będzie,  mamo  -  zagwarantował  jej  Pierce.  -  Naprawdę 

potrzebujemy egipskich ciemności. I będziemy spać cały dzień, nie niepokojeni.  

-  Cały  dzień?  -  zapytała  Dorotea.  -  Ale  jutro  jest  gwiazdka.  Musisz 

zobaczyć jak  Lucy  będzie  otwierać prezenty. Obiad  planowałam na trzecią po 
południu.  

Pierce posłał Maggie zmartwione spojrzenie.  
- Jesteśmy… zmęczeni.  
Ciocia Betty prychnęła.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 59 - 

-  Mówię  poważnie  -  nalegał  Pierce.  -  Musicie  dać  mi  słowo,  że  nie 

przekroczycie progu schronu przed zachodem słońca.  

Dorotea przeczesała ręką siwiejące włosy.  
-  Świetnie.  Będziemy  mieć  Bożonarodzeniowy  obiad  o  siódmej 

wieczorem.  

- Dziękuję. - Pierce pocałował matkę w policzek. - Teraz zaprowadźcie nas 

do tego schronu.  
 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 60 - 

R

R

o

o

z

z

d

d

z

z

i

i

a

a

?

?

 

 

6

6

 

 

 

 

Maggie podeszła do SUV, kiedy Pierce i jego matka udali się do schronu. 

Wyciągnęła  z  przenośnej  lodówki  dwie  butelki  i  wsadziła  je  do  swojej  torby. 
Wiedziała,  że  Ian  i  ich  przyjaciele  z  Dallas  będą  się  martwić,  więc  z  komórki 
zadzwoniła do Iana.  

- Nie kłopocz się zlokalizowaniem Lucy. Jest tutaj. - Maggie zauważyła, że 

Patrick obserwuje ją przez okno. - Dzieje się tu coś dziwnego.  

- Na kształt czego? - Głos Iana stał się ostrzejszy.  
-  Nie  wiem.  Możesz  przejrzeć  lokalną  prasę,  co  do  dziwnych  kreatur 

włóczących  się  na  wolności?  -  Odwróciła  się  w  kierunku  SUV  w  momencie, 
kiedy  futrzane  zwierzątko  wyskoczyło  zza  tylniego  koła.  -  Święta  Maryjo!  - 
Maggie wycofała się z jękiem.  

- Co się stało? - zapytał Ian. - Widzisz tę przerażającą kreaturę?  
Maggie przycisnęła dłoń do piersi.  
- Nie, królika.  
Króliczek  przysunął  się  ku  niej,  marszcząc  nos  i  dokładnie  lustrując  ją 

brązowymi oczkami.  

-  Straszysz  mnie  małym  króliczkiem?  -  zapytał  Ian.  -  Już  miałem  się  do 

ciebie teleportować, aby zabić krwiożerczego potwora.  

Maggie roześmiała się.  
- Zaskoczył mnie. - Podeszła do zwierzątka, ale ono uciekło w stronę domu 

i przecisnęło się pomiędzy kratami pod schodami.  

Dom wymagał remontu. Maggie wiedziała,  że Pierce będzie chciał pomóc 

swojej  rodzinie.  Ale  ona  także  chciała  pomóc.  Chciała  stać  się  częścią  tego 
miejsca, równie mocno jak on. Dorotea powitała ją z otwartymi ramionami, ale 
to  Pierce  musiał  poprosić  kobietę,  aby  została.  A  jedyną  rzeczą,  którą  jej 
zaproponował, była podwózka do Dallas.  

Musiała  udowodnić  swoją  wartość,  mogła  to  zrobić  pomagając 

odrestaurować budynek.  

- Ian, możesz sprawdzić wysokość cen nietoperzego nawozu naturalnego?  
- Nawozu naturalnego?  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 61 - 

- Tak. Daj mi odpowiedź jutrzejszej nocy. - Rozłączyła sie i pospieszyła do 

schronu. Wycie  posłyszane  z  oddali  wywołało  gęsią  skórę  na  jej  plecach.  Nic 
dziwnego, że króliczek się schował.  

Dorotea stała przy wejściu, uścisnęła Maggie.  
- Jesteście pewni?  
-  Tak.  Nic  nam  nie  będzie.  -  Maggie  założyła  na  ramię  pasek  od  torby  i 

weszła  na  drabinę.  Poniżej  Pierce  latarką  oświetlał  im  drogę.  Gdy  byli  w 
połowie drabiny, Dorotea zamknęła właz.  

- W końcu sami. - Pierce odłożył latarkę na półkę.  
Maggie  położyła  torbę  na  zimnym  linoleum  pokrywającym  podłogę  i 

wyjęła z niej dwie butelki syntetycznej krwi.  

- Mam dla nas przekąskę.  
-  Świetnie.  -  Pierce  otworzył  butelkę  i  zaczął  pić.  -  Jesteś  najlepsza, 

Maggie. - Położył butelkę na półce obok latarki i zaczął rozkładać śpiwory.  

Naprawdę uważał,  że jest najlepsza? Jeśli tak, dlaczego nie świadczył jej 

dowodów miłości i nie prosił jej o rękę? Nie, on po prostu ukucnął na podłodze i 
zajął się rozpinaniem śpiworów.  

Oh  no  cóż,  było  późno.  Już  mogła  poczuć  senność.  Dobrze,  że  wszystko 

przygotowywał.  

Rozejrzała  się  po  małej  piwnicy.  Przy  ścianie  stały  szafy,  których  półki 

były zapełnione słoikami z wodą. Przy innej ścianie, stojącej naprzeciwko tej, 
kilka  szafek  było  wysuniętych  do  przodu,  nie  dotykały  one  cegieł.  Na  ich 
półkach stały słoiczki z żywnością.  

Weszła za szafę i wyjęła swoją pidżamę z torby. Była wilgotna od zimnych 

butelek,  które  tu  przyniosła.  Zmarszczyła  nos.  Jeśli  byłaby  na  tyle  odważna, 
wyskoczyłaby  zza  szafy  kompletnie  naga  i  pokazała  Pierce'owi,  że  naprawdę 
jest najlepsza.  

Warknęła  w  duchu.  Nie  wiedziała  nic  na  temat  uwodzenia.  Swój  jedyny 

kontakt z seksem miała około sto lat temu, kiedy to wampir użył na niej swoich 
mocy,  aby  odebrać  jej  krew,  dziewictwo  i  śmiertelność.  Był  bardzo  delikatny, 
ale jednak ją kontrolował. Zmusił ją do myślenia,  że to, co robi jest przyjemne, 
jednak następnej nocy, kiedy się obudziła, była martwa i przerażona. Wtedy nie 
wydawało się to przyjemne.  

Przez ostatnie sto lat, kilka razy uprawiała seks wampiryczny, ale nigdy nie 

chciała  uprawiać  miłości  w  sposób  fizyczny.  Nigdy  nie  chciała  ryzykować 
nawiązania więzi emocjonalnej z mężczyzną. Aż do teraz.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 62 - 

Szybko się rozebrała i wskoczyła w wilgotne spodnie od pidżamy. Co jeśli 

Pierce odrzuciłby ją? Zawsze jej dziękował, ale ona pragnęła jego  miłości, nie 
wdzięczności. Porównał ją do anioła. Czy chciał w ten sposób podkreślić, że nie 
pożąda jej jako kobiety?  

Poczuła  kolejne  nawoływanie  snu.  Jeśli  zamierza  go  uwieść,  powinna 

zrobić  to  szybko.  Założyła  górę  od  pidżamy  i  odwróciła  się  patrząc  pomiędzy 
puszkami i słoikami, próbując rozstrzygnąć, co robi mężczyzna.  

Siedział na ich śpiworach i ją obserwował.  
Jęknęła, ujawniły się jej staroświeckie poglądy.  
- Jak śmiałeś!  
Uśmiechnął się.  
-  Nie  martw  się.  Tu  jest  duża  rolka  papieru,  no  i  kompletnie  zasłania 

najlepszą część.  

Puls Maggie przyspieszył. Był zainteresowany nią jako kobietą. Rozluźniła 

się.  

Jego spojrzenie ślizgało się po jej ciele.  
- Jesteś piękna, Maggie.  
- We flanelowej pidżamie? - Przejechała dłonią po wilgotnym  materiale.  - 

Jest trochę mokra.  

- Więc powinnaś ją zdjąć, aby nie złapać przeziębienia.  
Prychnęła.  
- Teraz brzmisz jak Don Orlando.  
Pierce potrząsnął głową.  
- Don Orlando odszedł. - Wstał. - Jesteśmy tu tylko ty i ja.  
Jej  serce  przyspieszyło.  Spuściła  głowę  i  zobaczyła  jakie  przygotował  im 

łoże. Otworzył śpiwory i ustawił je jeden przy drugim, tak, że tworzyły łącznie 
jeden materac. Na jednym jego końcu spoczywały dwie poduchy, a na drugim 
koce.  

Poczuła rozlewającą się w jej wnętrzu falę ciepła.  
- Planowałeś uwiedzenie mnie?  
-  Tak.  -  Rozpiął  dżinsy  i  rzucił  je  na  podłogę.  -  Wiem,  że  zasługujesz  na 

coś lepszego Maggie.  Zasługujesz na najlepszy apartament w hotelu Plaza lub 
Ritz.  

- To jest w porządku.  - Bardziej niż w porządku. Obserwowała grę mięśni 

jego torsu, kiedy ściągał przez głowę koszulkę.  

-  I  zasługujesz  na  kogoś  lepszego  niż  biedny  kowboj,  który  ma  bardzo 

dziwną rodzinę.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 63 - 

-  Lubię  twoją  rodzinę.  -  Wstrzymała  oddech,  kiedy  ujrzała  spore 

wybrzuszenie  na  przedzie  jego  bawełnianych  slipów.  Święta  Maryjo  i  Józefie, 
teraz nie myślał o niej jak o aniele.  

Włożył kciuki za elastyczną gumkę i powoli ściągnął majtki.  
-  Nie  chcę  cię  pospieszać,  ukochana,  ale  nie  pozostało  nam  wiele  czasu 

zanim zabierze nas dzienny sen.  

Oblizała usta. Tak, pragnęła go, ale co z miłością? Dlaczego nie powiedział 

tego, co musiała usłyszeć? Odwróciła się jak tylko jego slipy upadły na podłogę.  

- Kochasz mnie?  
- Boże, tak.  -  Złapał ją i obrócił twarzą do siebie.  - Zawsze cię  kochałem, 

Maggie. Kochałem cię jako Don Orlando. Uwielbiam cię jako Pierce. Nie wiem 
jak miałbym spędzić wieczność bez ciebie. Cholera, nie wyobrażam sobie jednej 
nocy bez ciebie.  

-  Oh,  Pierce.  -  Chwyciła  jego  twarz  w  dłonie.  -  Złapałeś  mnie  na  zwykłe 

„Boże, tak”. Tak bardzo cię kocham.  

Jego usta pożerały jej z taką mocą, że ledwie mogła złapać oddech, kolana 

się  pod  nią  uginały.  Zanim  się  spostrzegła,  leżeli  na  rozłożonym  materacu, 
Pierce  obsypywał  jej  twarz  i  szyje  pocałunkami.  Gładziła  dłońmi  plecy 
mężczyzny,  rozkoszując  się  ciepłotą  jego  ciała  i  wyraźnie  zarysowanymi 
mięśniami.  

- Musimy się pospieszyć. - Rozpiął górę od jej pidżamy.  
- Rozumiem.  
- Taka piękna. - Wziął sutek kobiety w usta.  
To  było  piękne.  Maggie  nie  była  świadoma  tego  jak  piękne  mogło  się 

okazać  uprawianie  miłości.  Ledwo  oddychała.  Ledwo  formułowała  myśli.  Jej 
skóra  płonęła  w  każdym  miejscu,  w  którym  jej  dotknął.  Było  jeszcze  ciepło, 
ogromna potrzeba rodząca się pomiędzy jej nogami.  

- Szybciej.  
Ściągnął z niej spodnie i ulokował się pomiędzy jej udami.  
-  Wybacz  mi,  że  wszystko  dzieje  się  tak  szybko.  -  Wsunął  w  nią  palec  i 

poruszył nim.  

Maggie jęknęła.  
- Oh, Boże, zostało ci wybaczone.  
- Jesteś taka  mokra.  - Rozmazał  miłosne soki na fałdkach płci kobiety, po 

czym zaczął ją smakować.  

Podskoczyła,  wypychając  w  górę  biodra.  Święta  Maryjo,  naprawdę  był 

najwspanialszym  kochankiem  w  wampirzym  świecie.  Straciła  kontrolę.  Jego 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 64 - 

język  nie  przestawał  słodkiej  tortury,  ucztując  na  jej  ciele,  pochłaniając  ją. 
Krzyknęła,  kiedy  dopadł  ją  orgazm,  nurzając  się  w  powodzi  słodkiej 
przyjemności.  

- Weź mnie. - Założyła mu ręce na ramiona, nogami oplotła go w tali.  
Wszedł w nią.  
-  Chciałbym  mieć  całą  noc.  -  Na  jego  twarzy  malowało  się  zmęczenie. 

Także je czuła. Sen nadchodził, zabierając jej świadomość.  

- Jeszcze tylko trochę. Proszę.  
Zagryzł zęby i zaczął pompować. Unosiła biodra, zgrywając się z ruchem 

jego  pchnięć.  Jeszcze  tylko  trochę.  Proszę.  Czuła  narastające  w  jej  ciele 
napięcie.  

Przyspieszył,  jego  oddech  przeszedł  w  sapanie.  Nagle,  przy  ostatnim 

głębokim  zanurzeniu,  zesztywniał  i  krzyknął.  Opadł  na  nią,  jego  głowa  legła 
obok jej.  

- Boże, kocham cię.  
- Ja też cię kocham. - Kiedy zabrał ją sen, czuła jedynie słodkie pulsowanie 

w miejscu, gdzie ich ciała nadal pozostały złączone.  

 
Pierce  obudził  się,  czując  jak  spazmy  radości  przelewają  się  przez  jego 

ciało. Otworzył oczy w momencie, kiedy i Maggie powracała do życia.  

Za nimi dało się słyszeć krzyk.  
Maggie otworzyła oczy i także zaczęła krzyczeć. Pierce spojrzał za siebie. 

Młoda  dziewczyna  stojąca  przy  ich  łóżku  wrzeszczała  ile  sił  w  płucach, 
nawołując jego matkę.  

-  Wystarczy!  -  Pierce  chwycił  koc,  aby  okryć  siebie  i  Maggie,  po  czym 

usiadł. Cholera. Mieli nie przychodzić przed zachodem słońca.  

-  Myślałam,  że  jesteście  martwi!  -  Młoda  kobieta  wskazała  na  niego 

palcem.  

Dorotea złożyła razem dłonie, modląc się.  
- To cud! - Upadła na kolana i wybuchła płaczem.  
Młoda  kobieta  przyklękła  obok  Dorotey,  ściskając  ją.  Posłała  Pierce’owi 

zmieszane spojrzenie.  

- Mogłam przysiąc, że jesteście martwi.  
- Kim jesteś? - zapytał Pierce.  
-  Twoją  siostrą,  Rosalindą.  Matka  nie  pozwoliła  mi  tu  zejść  przed 

zachodem słońca, ale nie mogłam czekać. Musiałam cię zobaczyć, ale kiedy tu 
weszłam zastałam was martwych. - Zakryła twarz dłońmi i zaszlochała.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 65 - 

Świetnie.  Zaczął  swoje  nowe  życie  od  przestraszenia  członków  rodziny. 

Spojrzał  na  Maggie,  aby  zobaczyć  jak  ona  się  miewa.  Jej  twarz  była  blada, 
pospiesznie  zapinała  bluzkę  od  pidżamy.  Jego  matka  i  siostra  były  zapłakane, 
mógł  wyczuć  przyspieszony  puls  kobiet,  zapach  krążącej  krwi.  Zerknął  na  do 
połowy pełną butelkę na półce. Musiał coś zjeść.  

- Dlaczego krzyczycie? - warknęła z góry ciocia Betty.  
- Oni żyją! - Rosalinda wstała, ciągle płacząc.  
- Co? - wrzasnęła ciocia Betty. - Już nie są martwi?  
-  Żyją!  -  Rosalinda  podeszła  do  drabiny  i  spojrzała  w  górę  na  ciotkę.  - 

Zadzwoń pod dziewięć - jeden - jeden i odwołaj karetkę.  

-  To  cud  -  westchnęła  Dorotea  podnosząc  się  na  nogi.  -  To 

Bożonarodzeniowy cud.  

- Mogę wyjaśnić - jęknął cicho Pierce. Czy naprawdę mógł to zrobić?  
-  Nie  ma  takiej  potrzeby.  -  Roześmiała  się  Rosalinda,  ocierając  łzy  z 

twarzy. - Jest dość oczywiste co wy dwoje robiliście przez cały dzień.  

Maggie skrzywiła się.  
- Tak naprawdę my… spaliśmy prawie przez cały dzień.  
- Ta, naprawdę - prychnęła Rosalinda.  
- Byliśmy nieprzytomni - dodał Pierce.  
-  Przez  pół  godziny?  -  Otworzyła  szeroko  oczy.  -  Łał.  Chciałabym  mieć 

takie orgazmy.  

Dorotea jęknęła.  
- Rosalinda!  
Pierce dopadł ostry głód. Jego rodzina musiała się stąd szybko wynieść.  
-  Proszę,  idźcie  do  domu.  Maggie  i  ja  zaraz  się  tam  zjawimy,  wtedy 

wszystko wam wyjaśnimy.  

-  Bardzo  dobrze.  -  Dorotea  i  jej  córka  wymieniły  spojrzenia.  -  Wszyscy 

mamy co wyjaśniać.  

Po  ich  wyjściu,  Pierce  rzucił  się  na  butelkę  stojąca  na  półce.  Wypił  cały 

płyn,  kiedy  Maggie  zajęła  się  swoją  porcją.  Kiedy  zaspokoili  głód,  zaczęli  się 
ubierać.  

Mężczyzna zapiął spodnie.  
- Nie wiem jak mam im to powiedzieć.  
Maggie chwyciła jego dłoń i ścisnęła.  
- Będę tam z tobą. Na dobre i na złe.  
- Dziękuje. - Pocałował jej dłoń. - Gotowa do wyjścia?  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 66 - 

-  Tak.  -  Wsunęła  pasek  od  torby  na  ramię  i  ruszyła  za  nim  w  kierunku 

drabiny.  

Kiedy szli do domu, Pierce zauważył swojego brata na ganku.  
-  Jesteś  cały?  -  Patrick  zbiegł  ze  schodów,  ale  zatrzymał  się  na  ostatnim 

stopniu.  Na  jego  twarzy  był  widoczny  wstyd.  -  Chciałbym  nie  być  takim 
cholernym tchórzem. Wejdźcie. Obiad jest gotowy.  

-  Dajcie  mi  chwilę.  -  Maggie  pobiegła  do  SUV  i  wzięła  dwie  ostatnie 

butelki krwi.  

Jak tylko weszli do przedpokoju, Lucy podbiegła do nich, obdarzając parę 

olbrzymim uśmiechem.  

- Chcecie zobaczyć, co przyniósł mi Święty Mikołaj?  
- Za chwilę. - Pierce podniósł ją i pocałował w policzek.  
Lucy zachichotała.  
- Dużo śpicie.  
- Obawiam się, że to prawda. - Pierce zaniósł ją do jadalni. Wyplątała się z 

jego ramion i wspięła na przystrojone krzesło.  

Wysoki mężczyzna w kamizelce wszedł do pokoju.  
- Jestem wujek Bob. Cieszę się, że wróciłeś.  
-  Ja  także.  -  Pierce  uścisnął  mu  dłoń.  -  A  to  jest  Maggie.  -  Położył  jedną 

rękę na tali kobiety.  

Dorotea,  Rosalinda  i  ciocia  Betty  skończyły  ustawiać  jedzenie  na  stole  - 

indyka, tłuczone ziemniaki, różne sałatki.  

Wujek Bob zajął miejsce na końcu stołu.  
- Mam nadzieję, że jesteście głodni. Dziewczyny kuchciły cały dzień.  
Pierce wymienił z Maggie zmartwione spojrzenia. Kobieta szybko położyła 

dwie butelki syntetycznej krwi obok ich talerzy.  

- Wszyscy siądźcie. - Dorotea usadowiła się na drugim krańcu stołu z Lucy 

po swojej jednej stronie i Rosalindą po drugiej. Patrick usiadł pomiędzy siostrą, 
a ciotką. Pierce ulokował się obok Lucy, Maggie usiadła przy nim.  

-  Podziękujmy  Bogu  -  powiedziała  Dorotea,  wszyscy  wyciągnęli  dłonie 

nad  jedzenie.  -  Dzięki  Ci,  Panie,  za  Lucy,  która  wniosła  wiele radości  do  tego 
domu. Dzięki Ci za  zesłanie Pierce’a i Maggie. Mojego syna,  który  zaginął, a 
teraz wrócił. Amen. - Dorotea złożyła dłonie ze łzami w oczach.  

-  Teraz  jedźmy.  -  Wujek  Bob  nałożył  na  talerz  kawałek  indyka,  po  czym 

podał go Maggie. Ona oddała talerz Pierce’owi, a ten ułożył go przed Lucy.  

- Coś nie tak? - zapytała Dorotea. - Nie jecie?  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 67 - 

-  Jesteśmy na specjalnej diecie  - wymamrotała Maggie  otwierając butelkę 

Chocolood. Wlała sobie trochę płynu do szklanki.  

- Nie spodziewałam się tego  - warknęła ciocia Betty.  - I to po całej naszej 

dziennej harówce przy piecu.  

-  Jedzenie  jest  przepyszne.  -  Wujek  Bob  pożarł  całą  pierś  indyka  na  dwa 

kęsy.  

Pierce otworzył swoją butelkę i upił łyka.  
-  W  noc,  kiedy  straciłem  pamięć,  wydarzyło  się  coś  jeszcze.  Zostałem 

zaatakowany.  

Patrick wlepił oczy w swój talerz.  
- Ugryziono cię?  
- Tak.  
-  Cholera!  -  Patrick  uderzył  pięścią  w  stół.  -  Wiedziałem,  to  przez  tę 

cholerną klątwę.  

- Nie przeklinaj przy stole - wymamrotała Dorotea. - Mów dalej, Pierce. Co 

się stało?  

To było trudne.  
-  Zostałem  przemieniony  w  wampira.  -  Rozejrzał  się  po  twarzach 

towarzyszy,  ale  napotkał  jedynie  puste  spojrzenia.  Przynajmniej  nie  zaczęli 
krzyczeć. Czy nie zaatakowali go srebrną zastawą.  

- Jesteś pewien, kochany? - zapytała Dorotea.  
- Nie sądziłam, że coś takiego istnieje - wymamrotała Rosalinda z pełnymi 

ustami.  

- To prawda - potaknęła Maggie. - Pierce i ja jesteśmy wampirami.  
Nagle  przy  stole  zrobiło  się  cicho,  wszyscy  zaprzestali  jeść.  Pierce 

zastanawiał się, kiedy wreszcie zaczną krzyczeć.  

- Ach, cóż. - Dorotea wzruszyła ramionami. - Nikt nie jest idealny.  
- To prawda - dodała ciocia Betty.  
- Podasz mi ziemniaczki - poprosił wujek Bob.  
Pierce zamrugał podając wujowi miskę ziemniaków.  
- Nie jesteście źli? Maggie i ja jesteśmy jakby… martwi za dnia.  
-  Ha!  -  Rosalinda  uśmiechnęła  się  zadowolona.  -  Wiedziałam,  że  miałam 

rację.  

Patrick zmarszczył brwi.  
- Nie ugryziecie nas, prawda?  
-  Nie.  Pijemy  syntetyczną  krew.  -  Pierce  zademonstrował  im  to  upijając 

kolejny łyk z butelki.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 68 - 

Z  torby  Maggie  doszło  ich  ciche  dzwonienie.  Wyjęła  z  niej  komórkę  i 

przeprosiła  wszystkich.  Nawet  rozmawiając  z  przedpokoju,  Pierce,  dzięki 
swojemu wampirzemu słuchowi, mógł ustalić, że rozmawia z Ianem.  

Reszta  jego  rodziny  powróciła  do  posiłku.  Wujek  Bob  przygryzał  udko 

indyka. Rosalinda jadła sałatkę.  

-  Powinniśmy  wyremontować  schron  i  przystosować  go  dla  ciebie  - 

powiedziała Dorotea krojąc mięso.  

-  Byłoby  świetnie.  Dziękuję.  -  Pierce  wziął  głęboki  wdech,  wypuścił 

powietrze z ulgą. - Całkiem nieźle przyjęliście tę nowinę,  

Ciocia Betty wzruszyła ramionami.  
- Jesteśmy rodziną.  
- I dziękujemy Bogu, że wróciłeś do domu - dodała Dorotea.  
-  Zaoszczędziłem  trochę  pieniędzy  -  zaoferował  Pierce.  -  Możemy  je 

wydać na remont.  

- Oh, cudownie! - zawołała Dorotea.  
- Możemy zakupić krowy - dodała ciocia Betty.  
- Dlaczego powinniśmy?  - zapytał Patrick. - I tak zostaną zjedzone jak ich 

poprzedniczki. Taki nasz los. Nic nas nie ocali.  

- Nie mów tak - prychnęła Betty. - On nic na to nie poradzi.  
Wujek Bob uderzył pięścią w stół.  
- Pracowałem na tym ranczu od maleńkości. Budowałem je gołymi rękami. 

Naprawdę myślisz, że dobrze jest być osobą, która to wszystko niszczy?  

- Spokojnie, spokojnie. - Betty przytuliła męża.  
- O co chodzi? - zapytał Pierce.  
Zapadła cisza.  
- Dobre wiadomości! - Wróciła Maggie ze śmiechem na ustach. - Wiem jak 

ocalić ranczo. Możemy zarabiać sprzedając nietoperze łajno jako nawóz.  

-  Maggie,  jesteś  wspaniała!  -  Pierce  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Ciągle 

będziesz mnie kochać jak stanę się gównianym farmerem?  

Roześmiała się.  
- Oczywiście.  
Wujek Bob odchrząknął.  
- Będę szczęśliwy mogąc ci pomóc opchnąć to gówno.  
- Dzięki. - Pierce odwrócił się do Patricka. - Także możesz pomóc.  
Patrick zbladł.  
- Na zewnątrz nie jest bezpiecznie.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 69 - 

- Nie pozwolę cię skrzywdzić, Patrick. Zaufaj mi.  - Pierce chwycił widelec 

i wygiął go w kółeczko.  

Patrick  otworzył  szeroko  oczy.  Także  spróbował  zmienić  kształt  widelca, 

ale nie mógł.  

- Łał, jesteś bardzo silny.  
-  Mam  wyostrzony  wzrok,  słuch  oraz  nadludzką  siłę.  Mogę  lewitować, 

teleportować  się  i  kontrolować  ludzkie  umysły,  jeśli  zajdzie  taka  potrzeba. 
Będziesz ze mną bezpieczny, Patricku.  

Mężczyzna spojrzał na wujka Boba.  
- Możesz kontrolować zwierzęta?  
- Chyba tak. Pomożesz mi, Patrick?  
Przełknął ślinę.  
- Spróbuję. Ale nie możemy niczego robić w pełnię księżyca.  
- Dlaczego nie? - zapytał Pierce.  
- Ponieważ w każdą pełnię, tracimy kolejną krowę - wyjaśnił smutno wujek 

Bob.  

-  Nic na to nie poradzisz  - wyszeptała Betty.  - Jeśli nie wziąłbyś jednej z 

naszych krów i poszedł do sąsiadów, zastrzeliliby cię.  

Wujek  Bob  zabijał  krowy?  Pierce  potarł  ręką  głowę,  zdumiony,  nagle 

przypomniał  sobie  wilkopodobne  stworzenie.  Maggie  jęknęła  i  spojrzała  na 
niego. Myślała o tym samym. Spojrzeli oboje na wujka Boba.  

Mężczyzna westchnął.  
-  To we  mnie prawie uderzyliście na drodze. Zmieniam się o każdej pełni 

księżyca.  

- Nie sadziłam, że wilkołaki istnieją - wyszeptała Maggie.  
-  A  ja  nie  sądziłem,  ze  wampiry  istnieją  -  odpowiedział  Bob.  -  Ale  nie 

jestem wilkołakiem. Nie ma wilków w tej części Teksasu. Ugryzł mnie kojot.  

Pierce zamrugał.  
- Jesteś więc kojotołakiem?  
- Ta - przytaknął wujek Bob.  
-  To  klątwa  - jęknął Patrick.  - Wszyscy zostaniemy  pogryzieni. Rosalindę 

także dopadło przeznaczenie  

Maggie jęknęła.  
- Także jesteś kojotołakiem?  
Odłożyła marchewkę, którą pochrupywała.  
- Mnie ugryzł królik wielkouchy.  
Maggie ponownie jęknęła.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 70 - 

- Wczorajszej nocy byłaś tym królikiem?  
Rosalinda pokiwała głową z uśmiechem.  
- Byłam ciekawa ciebie.  
-  Teraz,  kiedy  wszystkie  nasze  sekrety  wyszły  na  jaw  -  Dorotea  posłała 

Pierce’owi zmartwione spojrzenie - nadal cieszysz się z odnalezienia rodziny?  

- Tak. Cieszę się, że akceptujecie mnie takiego, jakim jestem.  
Jego matka uśmiechnęła się smutno.  
- Zawsze będziemy cię kochać. Tak funkcjonuje rodzina.  
Pierce wstał i wsunął krzesło pod stół.  
-  Więc  mam  nadzieję,  że  w  tej  rodzinie  jest  miejsce  na  jeszcze  jednego 

członka.  - Uklęknął przy Maggie i wziął jej dłoń w swoje ręce.  - Kocham cię, 
Maggie.  Czy  porzucisz  życie  gwiazdy  filmowej  i  zostaniesz  żoną  biednego 
gównianego farmera?  

- Tak! - Zsunęła sie z krzesła prosto w jego ramiona.  - Tak, zostanę twoją 

żoną.  
 

 

background image

Bardzo wampirze święta 

- 71 - 

E

E

p

p

i

i

l

l

o

o

g

g

 

 

 

 

Miesiąc później…  

- To koniec, Don Orlando. - Maggie stała przy łóżku w wyimaginowanym 

szpitalu na planie serialu Moda na krew. Pierce leżał na nim milczący, udawał, 
że  jest  w  śpiączce.  -  Możemy  się  nigdy  więcej  nie  zobaczyć.  -  Kobieta 
odwróciła się od łóżka i spojrzała  wprost w  kamerę numer dwa.  - Opuszczam 
kraj. W Południowej Ameryce jest tylu chorych ludzi, którzy mnie potrzebują. - 
Maggie ponownie stanęła z Don Orlandem twarzą w twarz. - Ale zanim wyjadę, 
jest  jedna  rzecz,  którą  muszę  zrobić.  -  Wzięła  go  za  rękę  i  pochyliła  się  nad 
łóżkiem.  - Muszę ci  powiedzieć, co tak naprawdę do ciebie czuję. Nie ma dla 
nas przyszłości. Jesteś najwspanialszym kochankiem w wampirzym świecie, a ja 
znanym chirurgiem i śmiertelniczką. Nasza miłość nie ma prawa bytu. - Usiadła 
przy  nim,  przyciskając  jego  dłoń  do  piersi.  -  Jednak  zawsze  będę  cię  kochać, 
Don Orlando.  

Jęknął  i  obrócił  głowę.  Maggie  skoczyła  na  równe  nogi,  puszczając  jego 

dłoń.  

- O mój Boże. Istny cud! On wychodzi ze śpiączki!  
-  Jessica  -  wyszeptał,  otwierając  oczy.  -  Wróciłaś  do  mnie.  -  Chwycił  jej 

dłoń.  

Odsunęła się od niego, smutno spoglądając w kamerę numer jeden.  
- Muszę iść. Wyjeżdżam do Południowej Ameryki.  
- Więc pojadę tam z tobą. - Mężczyzna usiadł na łóżku.  
- I odejdziesz z zespołu mariachi?  
-  Poradzą  sobie  beze  mnie.  Ponad  to  słyszałem,  że  Południowa  Ameryka 

cierpi na niedobór mariachi.  

Usiadła obok niego na łóżku.  
- Ale tutaj jesteś sławny. Porzucisz to wszystko dla mnie?  
-  Kocham  cię,  Jessico.  Gdziekolwiek  pójdziesz,  podążę  za  tobą.  - 

Przyciągnął ją, tak, że wpadła w jego ramiona.  

- Także cię kocham, Don Orlando.  
- Więc moje życie jest kompletne. - Jego usta znalazły się na jej.  

background image

Bardzo wampirze święta 

- 72 - 

Maggie  objęła  go  rękoma,  rozkoszując  się  ostatnim  pocałunkiem  Don 

Orlanda.  

- Znakomicie! - krzyknął reżyser. - Cięcie!  
Pierce  pogłębił  pocałunek,  wsuwając  język  do  jej  ust.  Maggie  jęknęła  i 

przysunęła się bliżej mężczyzny.  

- Powiedziałem cięcie!  
Pierce obsypał pocałunkami szyję kobiety, ocierając się o jej ucho.  
- Kocham cię, Maggie O'Callahan.  
Westchnęła zadowolona.  
Pierce  odchylił  się  i  posłał  jej  zawadiackie  spojrzenie  Don  Orlanda, 

oczywiście jednocześnie uniósł jedną z brązowych brwi.  

- Moglibyśmy się przenieść do mojej przymierzalni?  
Ze  śmiechem,  Maggie  wyszła  ze  studia  wraz  ze  swoim  mężem, 

najwspanialszym kochankiem w wampirzym świecie.