background image

Étienne Balibar

Co to jest polityka 

praw człowieka?

Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (Uniwersytet Warszawski)

WARSZAWA 2007

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 2 -

www.skfm-uw.w.pl

„Co to jest polityka praw człowieka?” to fragment 

książki Balibara Masses, Classes and Ideas  (wyd. 

Routledge, New York 1994, s. 205-226). Podstawą 

przedstawianej rozprawy o polityce praw człowieka 

były  wykłady  wygłoszone  w  lipcu  1991  roku  w 

Instytucie   Francuskim   w   Santiago   i   na 

Uniwersytecie Playa Ancha w Valparaiso w Chile.

Podstawa   niniejszego   wydania:   czasopismo 

filozoficzne „Nowa Krytyka” nr 19/2006. Wszelkie 

wstawki w tekście pochodzące od tłumacza ujęte są 

w nawias kwadratowy.

Tłumaczenie z języka angielskiego: Jerzy Kochan. 

Korekta: Piotr Strębski.

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

Od dłuższego już czasu słyszymy w polityce o prawach człowieka, możemy wręcz powiedzieć, że 

polityka i jej różnorodne „podmioty” zostały ponownie przywołane do praw człowieka, ich uniwersalnych 

wartości  i  bezwarunkowej  konieczności.  Prawa  człowieka  stały  się  na  powrót  absolutem  politycznego 

dyskursu.

Jednak   niewiele   albo   praktycznie   nic   nie   słyszy   się   o  polityce   praw   człowieka,   brakuje 

jakiegokolwiek namysłu nad jej stanem, formami i trudnościami

1

. Skąd taka dysproporcja? Otóż, albo takie 

pojęcie uznaje się za oczywiste samo przez się i w związku z tym za niestwarzające żadnych specyficznych 

problemów:  polityka  praw  człowieka  jest,  tautologicznie,  niczym  innym  jak  polityką,  która  po  prostu 

czerpie inspiracje z praw człowieka i stara się je z mniejszym lub większym skutkiem wszędzie efektywnie 

zastosować. Albo też uważa się  politykę praw człowieka  za pojęcie wewnętrznie sprzeczne: ponieważ 

prawa   człowieka  są  jej  absolutem  czy  też  jej  podstawą,  to   pozostają  zawsze,  w  technicznym  czy  też 

pragmatycznym znaczeniu tego słowa, poza czy ponad polityką. Polityka [politics] (la politique) – ujmijmy 

to w sposób charakterystyczny dla części współczesnych filozofów – w sensie prowadzenia polityki czy też 

podporządkowania [subject], włączania nas w politykę nie może być mylona z polityką [political] (le 

politique)   jako   czymś   zinstytucjonalizowanym   czy   teoretycznym.   W   rezultacie   nie   jest   ważne,   czy 

będziemy nad tym faktem ubolewać, czy też będziemy go sobie gratulować, ale musi zostać to powiedziane 

wyraźnie na głos: „nie ma polityki praw człowieka”, „prawa człowieka nie są sprawą polityki”

2

.

A jednak podejrzewam, że sprawy są mniej niewinne, niż może się zdawać i jeśli tak mało słyszy się 

o polityce praw człowieka, to jest tak dlatego, że w bardzo określonej koniunkturze takie pojęcie musi 

stwarzać ambaras. Mogłoby ono całkiem po prostu wydobyć na jaw sprzeczności i zasadniczą słabość 

zarówno samego pojęcia, jak i faktycznego stanu praw człowieka dzisiaj. Czy dyskurs rozpoznania jest 

rzeczywiście tym, czego im brakuje? Co utrzymuje sceptycyzm co do ich niezbędności, a nawet prowadzi 

do ich odrzucenia jako iluzji?

I czy tym, czego brakuje, nie jest raczej sama ta właśnie polityka [politics], oczywiście nie po prostu 

polityka z pamięcią swoich własnych proklamacji, lecz rzeczywista polityka ich realizacji i wprowadzania?

Możliwe, że istnieją koniunkturalne przyczyny takiego stanu rzeczy. Jeśli tak, to sytuację, w której 

zostaje postawiony ten problem, i przeszkody, jakie wyrastają przed nami, należy poddać dokładnej analizie 

z  takiego właśnie punktu  widzenia,  a historię samego  problemu  napisać  od nowa.  Czy polityka  praw 

człowieka kiedykolwiek  istniała? Czyż nie jest ona, jak się powiada, po prostu utopijna? Czy też raczej 

mamy  okazję   obserwować   ją   w   działaniu,   w   mniej   lub   bardziej   czystej  postaci,   mniej   lub   bardziej 

efektywną, w formie – w pewnym czasie w pewnych miejscach – mniej lub bardziej represjonowanej i 

skrępowanej? Jednak jest również możliwe (i dodam na marginesie, że takie jest i moje stanowisko), że 

poza tymi koniunkturalnymi przyczynami istnieją zasadnicze czy, jak niektórzy wolą, logiczne przyczyny. 

Możliwe, że sama idea polityki praw człowieka jest tak silnie obarczona wewnętrznymi trudnościami, że jej 

sformułowanie, i co za tym idzie, konsekwentne, przemyślane wprowadzanie permanentnie napotyka trudne 

do przezwyciężenia aporie. Tak więc pierwszym z naszych zadań, typowo filozoficznym, będzie troska o to, 

żeby nie tracąc z oczu koniunkturalnych trudności, a nawet w celu lepszego stawienia im czoła, być w 

stanie wyjaśnić i przezwyciężyć wszystkie niejasności, zagadki i aporie polityki praw człowieka.

Jest   to   bodaj   jedyny   skuteczny,   unikający   sztucznego  ucinania  problemu  i   w   pewnym  sensie 

autentycznie polityczny sposób udzielenia odpowiedzi na pytanie „Co to jest polityka praw człowieka?”.

1

 Spośród znaczących wyjątków konieczne jest oczywiście przywołanie tekstu, którego autorem jest Claud Lefort, Politics and 

Human Rights, [w:] The Political Forms of Modern Society, red. John B. Thompson, Mass.: The MIT Press, Cambridge 1986, 

ss. 239-272.

2

 M. Gauchem, La Révolution des droits de l’Homme, Gallimard, Paris 1989, s. XXV: „imperatyw praw człowieka odłączył się 

ostatecznie od form polityki” (podkr. – É. B.).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 3 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

O koniunkturze

Na   początek   trzeba   powiedzieć   trochę   więcej   o   koniunkturze.   Scharakteryzuję   ją   za   pomocą 

potrójnego popo końcu „totalizmu”, po tym, jak rozpoczął się kryzys „państwa dobrobytu” [welfare-state], 

po  „powrocie”  wojny.   Ale  w  rzeczywistości  każda  z  tych  sugestywnych  formuł  woła  o  szczegółowe 

uzupełnienia.

Po końcu totalizmu. Nie chodzi tu tylko o, jak mówiło się przez wiele lat, nieodwracalny kryzys 

reżimów, które same siebie nazywały „aktualnie istniejącym socjalizmem”

3

ale o ich powszechny upadek.

Punkt,   od   którego   nie   ma   powrotu,   został   prawdopodobnie   osiągnięty   z   początkiem   lat 

osiemdziesiątych, a może nawet z początkiem siedemdziesiątych wraz z upadkiem tego, co we wspaniałym 

sformułowaniu Regis Debrey nazwał „rewolucją w rewolucji”, znaną inaczej jako wielkie, opozycyjne 

względem siebie ruchy wewnętrznej transformacji politycznej komunizmu czy też „aktualnie istniejącego 

socjalizmu” (szczególnie „Praska Wiosna” i chińska „Rewolucja Kulturalna”). Odtąd krytyka mogła przyjść 

jedynie   z   zewnątrz  bądź   poprzez   odniesienie   do   modelu   zewnętrznego.   Kombinacja   dyktatorskiego 

państwa, ideologicznego oszustwa, korupcji i braku efektywności w decydujących obszarach gospodarki nie 

mogły   prowadzić   do   niczego   innego,   jak   tylko   do   upadku   „systemu”.  Jednak   to   wydarzenie   jest 

ambiwalentne   z   dwóch   powodów.   Po   pierwsze   przede   wszystkim  dlatego,   że   kładąc   kres   negacji 

elementarnych praw i wolności, bez których polityka w ogóle nie istnieje, zniszczyło również (na jak 

długo?)   ideę   czy   wyobrażenie   jakiejkolwiek   alternatywy   dla   porządku   „liberalnych”   państw 

kapitalistycznych. Po drugie, ponieważ my możemy wiedzieć – albo myśleć, że wiemy – co jest burzone, 

ale nie wiemy – i bez wątpienia nie będziemy wiedzieli przez jakiś czas – co jest budowane na drodze do 

„społeczeństwa” czy „państwa”.

Po tym, jak rozpoczął się kryzys państwa dobrobytu. Taka diagnoza jest już banałem, krąży ona na 

forum publicznym i stała się nawet głównym tematem debat prowadzonych przez polityków. Także i tutaj 

istnieją powody, by postawić pytania o daty, a zwłaszcza o to, jakich skutków tego kryzysu można się 

spodziewać. Czy wyznaczanie punktu, od którego nie ma powrotu w „kryzysie państwa dobrobytu” od lat 

siedemdziesiątych, oznacza, że był to punkt, od którego rozpoczęliśmy początek końca pewnej równowagi 

społecznej i politycznej systemu, który szedł ręka w rękę z określonym systemem dystrybucji władzy? Czy 

może też ów moment wyznacza „koniec początku”, fakt, że społeczeństwa kapitalistyczne zdobyły teraz 

instrumenty umożliwiające ochronę przed przekształceniem się ekonomicznych fluktuacji w katastrofę, bez 

jednoczesnego uzyskania – jak na razie – zdolności do skasowania ich społecznych efektów (zamiast tego 

są one wystawiane na pokaz w ograniczonym czasie i przestrzeni)?

Jeśli chodzi o owe skutki, istnieją wszelkie powody, by sądzić, że będą one znacząco odmienne w 

„centrum” i na „peryferiach” światowej gospodarki. Państwo dobrobytu, wypracowany i bardzo nierówny 

rezultat   prosperity,   walk   społecznych   oraz   ich   instytucjonalnej   mediacji,   zawsze   istniało   jedynie   w 

„centrum”.   Jednak   podczas   gdy   prawdą   jest,   że   kryzysowi   temu   towarzyszą   masowe   zjawiska 

dezindustrializacji i bezrobocia, wzmożenia nierówności i „wykluczenia”, „nowego ubóstwa” i regresu 

3

  „Aktualnie istniejący socjalizm” to w tradycji polskiej terminologii „realnie istniejący socjalizm”. Nie był to jednak – jak 

sądzi   Balibar   –   termin  upodobany   przez,   jak  pisze,   reżimy,   które   same  siebie   tak  nazywały.   Jego   historia   jest   bardziej 

skomplikowana. Stwierdźmy na początku, że upadek systemów społecznych „realnego socjalizmu” nastąpił po proklamowaniu 

w latach 70. XX w. budowy,  zbudowania lub   nawet przekroczenia  rozwiniętego  społeczeństwa  socjalistycznego.  Termin 

„realny socjalizm” pochodzi z języka zachodnioniemieckiej lewicy, która w ten sposób podkreślała swój zdystansowany i 

ironiczny stosunek do krajów realnego socjalizmu (zwłaszcza socjalistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej), których 

rzeczywistość   społeczna   odbiegała  od   klasycznych   modeli   teoretycznych   społeczeństwa   socjalistycznego.   Termin  „realny 

socjalizm”   miał   więc   wydźwięk   krytyczny   i   był   oficjalnie   odrzucany   w   krajach  socjalistycznych.   Jednakże   był   również 

przejmowany w tych krajach przez, nielicznych co prawda, lewicowych krytyków stosunków społecznych realnego socjalizmu 

stając się skrótową formą dyskredytacji triumfalnych deklamacji o stworzeniu socjalizmu czy wyższej fazy socjalizmu, tj. 

rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego. W ich mniemaniu wszystkie te kraje pozostawały w tzw. okresie przejściowym 

od   kapitalizmu  do   socjalizmu   i  w   żadnym  z   nich  nie   powstało   jeszcze   społeczeństwo   socjalistyczne,   nie  mówiąc   już   o 

komunistycznym [przyp. tłum.].

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 4 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

ruchu związkowego, które zawsze mogą problem tak zwanego „spokoju społecznego” z powrotem postawić 

pod znakiem zapytania, to jednak wątpliwe jest, czy skończy się to walką wszystkich przeciw wszystkim i 

nieograniczonym indywidualizmem. Bardziej prawdopodobne, że w konfrontacji z „Trzecim Światem” albo 

„Południem” [które będą zawierać całość albo część dawnego „obozu socjalistycznego”], spustoszonymi 

przez „deregulację”, rywalizujące lecz współzależne państwa „Północy” bez wątpienia poszukiwać będą 

drogi do zachowania lub rekonstrukcji pewnego poziomu planowania ekonomicznego, zarówno w sektorze 

publicznym,  jak  i   prywatnym.  Dążyć   będą  nie   tylko   do   ulepszenia  instrumentów   finansowych,   które 

pozwolą im na kontrolę koniunktur, lecz również do zachowania dostatecznej korelacji między polityką 

badań ekonomicznych, społecznych, naukowych i technicznych, co stanowi niezbędny warunek władzy. 

Nie ma bynajmniej pewności, że im się we wszystkim powiedzie. Niemniej jednak, jeżeli prawdą jest, że 

państwo   dobrobytu   było   ze   swej   istoty   państwem   narodowym   i   socjalnym   (narodowym,  ponieważ 

socjalnym; socjalnym, ponieważ  narodowym), ktoś mógłby się zdziwić, czy ewolucja tego kryzysu nie 

doprowadzi do zaakcentowania zespolenia tego, co narodowe z tym, co socjalne, co może się zakończyć (w 

minimalnym stopniu wykonalnym) paradoksem społeczeństw, które byłyby ekonomicznie „otwarte”, ale 

„zamknięte” z punktu widzenia praw społecznych oraz organizacji obywatelstwa.

Po powrocie wojny. Definitywnie, choć tym razem wojny w całkowicie innej formie niż ta, która 

nękała nas mniej lub bardziej intensywnie podczas okresu „zimnej wojny” i „równowagi strachu”.

Niezależnie od tego, czy trzymaliśmy się scenariusza katastrofy ufundowanego na ekstrapolacji 

wyścigu   zbrojeń   i   hipotezie   zakładającej   autonomizację   jego   logiki,   czy   też,   bez   adaptacji   tego 

deterministycznego  punktu   widzenia,   poprzestawaliśmy  na   odnotowaniu  stanu   rzeczy   i   strachu  przed 

rosnącą niestabilnością równowagi sił, myśleliśmy, że wojna „powróci” w wymiarze światowym, w formie 

nuklearnej

4

Ewentualność taka w żaden sposób tak po prostu i całkowicie nie znikła; broń wciąż jest, gdzie 

była. Ale powrót wojny zobaczyliśmy w innych formach.

Pierwsza   była  „Wojna   w   Zatoce”  [„Gulf  War”].   Projektowaną  na   początku   jako  konfrontacja 

między dwoma imperializmami – jednym „małym”, ale przez to nie mniej groźnym (Irak), i drugim, bardzo 

dużym,   będącym   na   drodze   do   stania   się   jedyną   „supersiłą”   (Stany   Zjednoczone)   –   technologia   i 

dyplomatyczna impotencja innych krajów zamieniła ją w gigantyczną „godną pożałowania katastrofę” w 

wykonaniu  „międzynarodowej   policji”.  Dziesiątki  tysięcy  ludzi  zginęło  zmiażdżonych  w  kilka  dni  po 

skoncentrowanym uderzeniem broni eksterminacji, jakiego nie znano od czasu drugiej wojny światowej i 

Wietnamu, a tymczasem opinię publiczną obezwładniano poprzez kontrolę spreparowanych telewizyjnych 

obrazów tej wojny. Masakra była kontynuowana potem przez sam Irak jeszcze kilka tygodni, podczas gdy 

zwycięzca i jego sojusznicy patrzyli tylko na to, co się dzieje w wyniku pozostawienia jeszcze Saddamowi 

Husajnowi armii oraz zachęt do rewolty, które prezydent Bush mnożył wśród jego przeciwników.

Teraz natomiast mamy do czynienia z obronną wojną „etniczną” (czy raczej etniczno-religijną), 

aktualnie zamieniającą Jugosławię w krwawą łaźnię, zamieniającą „demokratyczną transformację” (czy 

raczej   „transformację   w   kapitalizm”,   w   zależności   od   interpretacji)   w   rozpętanie   niepojętych 

wspólnotowych nienawiści oraz w regres do przeszłości, którą uważano za definitywnie pokonaną, gdyż co 

najmniej   przez   ostatnie   pięćdziesiąt   lat   była   represjonowana.   Europa   przygląda   się   „bezsilnie”   (a 

przynajmniej tak się nam mówi), nie licząc dolewania oliwy do ognia za pomocą interwencji ekonomicznej, 

„prywatnych” czy „tajnych” dostaw broni statkami lub przemówień niektórych jej duchowych przywódców. 

Wojna ta, bestialska sama w sobie, nie może nie mieć reperkusji gdzie indziej: ale jakie one będą? Czy 

ukonstytuuje ona straszliwe ostrzeżenie dla sąsiednich krajów, w których narastają różne konflikty? Czy też 

będzie sygnałem do rozpoczęcia całej serii „lokalnych” czy „cywilnych” wojen?

Te dwa przypadki nie mogą być ze sobą bezpośrednio łączone: nie są one rezultatem dokładnie tego 

samego procesu, nawet jeśli obydwa są wpisane w skrytą stronę „nowego światowego porządku”. Wciąż 

jednak, wzięte razem, zmuszają nas do refleksji. Słyszy się wiele o rosnącym braku indywidualnego i 

zbiorowego bezpieczeństwa w naszych „postindustrialnych” społeczeństwach – łatwy temat, może i już na 

4

 Zob. E. P. Thompson et al., Exterminism and Cold War, Verso, London 1982 (włączając mój własny udział w debacie lat 

1981-1982, The Long March for Peace, ss. 135-152).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 5 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

wyczerpaniu.   Czyż   jednak   najważniejszą  formą   braku   bezpieczeństwa   nie   jest   ta   właśnie   przemoc, 

militaryzacja i, w ostateczności, banalizacja eksterminacji, która zdaje się mieć miejsce, czyniące o wiele 

trudniejszym nawet określenie odrębnych „stref” i „okresów” pokoju i wojen? A to woła o inną jeszcze 

refleksję: czy faktycznie powinniśmy mówić o „powrocie” wojny? Czy ona kiedykolwiek odeszła? Czy nie 

jesteśmy  przede   wszystkim  przestraszeni  faktem,  iż   poczyniła   ona   kolejny   krok   w   swej   morderczej 

wydajności oraz tym, że przysunęła się bliżej nas? Mówię  nas  tym razem jako mieszkaniec i obywatel 

Europy do was, obywateli Ameryki Łacińskiej, którzy żyją o wiele dłużej z wojną wewnętrzną i zewnętrzną 

albo   blisko   niej.   Czy   nie   jest   to   już   najwyższy  czas,   aby   stawić   czoło   temu,   że   faktycznie   przez 

dziesięciolecia,   a   szczególnie   w   „Trzecim   Świecie”,   pod   przykrywką   stałej   wielkiej   równowagi 

strategicznej, eksterminacja wielka i mała nigdy nie została zastopowana? Nie jest to już więc dalej kwestia 

możliwego  kataklizmu, lecz realnej  wojny, problem wiedzy o tym, jak dać sobie radę, żyjąc z nią i czy 

zaakceptujemy takie życie. Oto główny problem dla polityki i główny problem „praw człowieka”.

Pozostawmy na boku, przynajmniej na chwilę, koniunkturę i powróćmy do tego, co nazwałem 

aporiami   czy   też   wewnętrznymi   trudnościami   samej  idei  polityki   praw   człowieka.   Musi   tu   zostać 

podniesionych wiele problemów, z których każdy wymaga oddzielnej analizy, nawet jeśli mają one wiele 

punktów wspólnych. Dzisiaj chciałbym zająć się tylko dwoma z nich, tymi, które wydają mi się najbardziej 

obiecujące: problemem  granic demokracji  oraz, wzmocnioną pewnym konkretnym przykładem, kwestią 

form własności jako problemem z gruntu politycznym.

Granice demokracji

Każdy może powiedzieć, że takie sformułowanie może kryć wiele aspektów politycznego problemu. 

Są   to,   z   jednej   strony,  ograniczenia   de   facto,   które   wiele   ważą.   To,   co   nazywamy   prawami 

demokratycznymi, stanowi zespół cywilnych wolności oraz indywidualnych i kolektywnych władz, których 

definicja była stopniowo rozwijana od początków powstania instytucji polityki (w Grecji i gdzie indziej), i 

które   uniwersalistyczne   „rewolucje”   końca   XVIII   wieku   „ufundowały”   dokładnie   jako   absolutne, 

„naturalne”   pojęcie   praw   człowieka   –   to   właśnie   te   demokratyczne   prawa   są,   mniej   lub   bardziej, 

rozpoznawane  i  gwarantowane  w  podstawowej   konstrukcji  nowoczesnych  państw.  Powiedzmy  też,   że 

podlegają one w czasie i przestrzeni znaczącym (i niebezpiecznym)  fluktuacjom, to znaczy, że są one 

zdobywane, tracone i zdobywane na nowo w mniejszym lub większym zakresie. Naturalnie nie ma w tych 

fluktuacjach nic losowego czy spontanicznego; nie jest to bowiem zjawisko meteorologiczne. Tutaj, w 

Chile, jesteście wystarczająco tego świadomi, zapłaciwszy drogo za ta wiedzę.

Nie   może   być   żadnej  wątpliwości,   że   jedną   z   najważniejszych   części   pojęcia   polityki   praw 

człowieka jest pewien zbiór działań, sił i form – ciężko je opisywać inaczej niż jako formy walki, nawet 

jeśli walka ta jest w swej istocie pokojowa – które pracują w jednym miejscu, aby umocnić, w innym zaś, 

aby przywrócić w jego integralności respekt dla jednostek ludzkich i praw demokratycznych, w opozycji do 

ich  ograniczania  czy  też  ich   tłumienia.  Wszędzie   tam,  gdzie   dysydentów   pozbawia   się  pracy,  więzi, 

torturuje, gdzie policja polityczna (czy nazywa się ona KGB, czy też DINA

5

) szpicluje, porywa i zastrasza 

obywateli,  gdzie   biedne   dzieci  mogą   być   zastrzelone   na  widoku  na  rogu  ulicy,  gdzie  rządzi   rasowa, 

seksualna i religijna dyskryminacja – wszędzie tam prawa człowieka nie istnieją. I od kiedy walka przeciw 

gwałceniu praw człowieka – która sama zaczyna się od jednostek, ale może być tylko kolektywna – z 

definicji tworzy część polityki praw człowieka, odkąd opór ten nigdy się nie kończy, mamy już pierwszy 

element odpowiedzi na nasze pytanie: polityka praw człowieka zawsze już się zaczęła, to jest zawsze już 

polityka   praw   człowieka.   W   tym   też   sensie   jest   możliwe,   że   zawsze   jakaś   będzie,   choćby   tylko 

prewencyjna:   ponieważ   nauczyliśmy  się   sami  uwalniać  od   idei   niepowstrzymanego,  nieodwracalnego 

postępu praw człowieka w biegu historii. Myślę jednak również o innych ograniczeniach, tych, które nie są 

de facto  ograniczeniami narzuconymi przez demokrację, których wymagania są, jeśli nawet nie zawsze 

5

 Direción Nacional de Inteligencia – chilijska tajna policja od 1974 do 1977 r. [przyp. tłum.].

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 6 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

uznawane, to doskonale znane, tych, które są granicami demokracji, granicami jej nieznanego, to znaczy, 

ograniczeniami,  które  odpowiadają   pytaniom  o  to,   jak  daleko  może  i  powinna  ona  sięgać  i  w  jakim 

kierunku, o to, co się stanie, kiedy w porządku jej realizacji, czy tylko potwierdzenia albo konserwacji, 

konieczne stanie się dojście do granic demokracji, intelektualnie i praktycznie.

Stawiam tezę, że pojęcie polityki praw człowieka, w jej specyfice i z jej własnymi trudnościami, 

zaczyna się pojawiać wtedy, gdy, bez opuszczania gruntu polityki – przeciwnie, w centrum polityki i z jej 

własnymi  instrumentami   (innymi   niż   te,   jakimi   rozporządza   religia,   etyka,   nauka   czy   ekonomia)   – 

dochodzimy właśnie do granic demokracji.

Prawdę  mówiąc,   charakteryzował  się   tym  już  u   podstaw  moment  ogłoszenia  Deklaracji  Praw 

Człowieka:   jako   kampania   propagandowa,   akt   upublicznienia   niemający   żadnego   historycznego 

precedensu,   przez   który   zgromadzone  jednostki,   traktowane   jako   reprezentatywne  „ciało”,  publicznie 

nadały sobie swoje własne prawa. Jest to akt wybitnie polityczny. Nawet jeśli nie było to zawsze cenione 

przez filozofię polityczną (ponieważ filozofia polityczna od Platona ma silne skłonności ku „arystokracji”, 

jeśli nie oligarchii), powinniśmy pamiętać, że pojęcie demokracji jest znacząco starsze niż pojęcie „praw 

człowieka”. Demokracja nie potrzebowała takiego fundamentu, takiego pojęcia, aby móc zacząć myśleć i 

organizować samą siebie, nawet jeśli, patrząc wstecz, możemy doczytać się w greckich czy klasycznych 

definicjach  demokracji  idei  prawa   i  sprawiedliwości,  która  nie  może  być  zredukowana  całkowicie  do 

przywileju,   statusu,   przeciwieństwa   wspólnotowych   zobowiązań   i   obywatelskich   powinności   czy 

konieczności obrony

6

. Niemniej jednak, kiedy „prawa człowieka” zostają ogłoszone jako takie, dochodzimy 

do granic demokracji (dlatego też wychodzimy zarazem poza jej zwykłą organizację i wskazujemy na 

warunki jej możliwości), dokładnie wyraża się to w istotowej nieograniczoności charakterystyki demokracji 

(co tworzy całą trudność jej instytucji)

7

. W dodatku, co jest może nawet bardziej znaczące, prawa człowieka 

nie  mogą  być   ogłoszone  bez  ich  od  początku  sformułowania  i   zdefiniowania   jako  praw  człowieka  i 

obywatela.   Właśnie   pojęcie   obywatela,   aktywności   obywatelskiej   –   ponieważ   pojęcie   „biernego 

obywatela”, choć może bardzo na czasie, jest wewnętrznie sprzeczne – bezdyskusyjnie oznacza politykę. 

Nawet nadaje jej swoje imię.

Innymi słowy, deklaracja praw człowieka i obywatela, ta deklaracja praw człowieka i obywatela 

(ponieważ  w  mocnym sensie  jest tylko  jedna, stopniowo  rozwijana z biegiem  historii),  jest radykalną 

operacją dyskursywną, która dekonstruuje i rekonstruuje politykę. Rozpoczyna się ona od doprowadzenia 

demokracji do jej własnych granic, w pewnym sensie opuszczenia pola zinstytucjonalizowanej polityki (to 

jest główny powód odwołań do „natury ludzkiej” czy naturalnego prawa), ale po to, aby natychmiast 

zaznaczyć, że prawa człowieka są nierealne i pozbawione wartości, jeśli nie są prawami politycznymi, 

prawami   obywatela,  a   nawet  nieograniczonym  prawem  wszystkich   ludzi  do   obywatelstwa.  Prawo  do 

autonomii i do ochrony „życia prywatnego” jest samo w sobie prawem politycznym – jest to prawda 

odnowiona przez lekcję historii, jakiej udzielają nam wszystkie współczesne dyktatury. Wcześniej starałem 

się scharakteryzować „propozycję”, która leży u podstaw tej Deklaracji jako „propozycję równowolności” 

[proposition of equaliberty], to jest jako propozycję, która afirmuje uniwersalne prawo do aktywności 

politycznej oraz uznania dla każdej jednostki we wszystkich dziedzinach, w jakich problem kolektywnie 

organizowanego posiadania, władzy i wiedzy się pojawia. Chciałbym ograniczyć się tutaj do ponownego 

podkreślenia trzech następujących punktów:

1. Równowolność oznacza, że polityka jest ufundowana na rozpoznaniu, że zarówno wolność, jak i 

równość nie mogą istnieć bez siebie nawzajem, to znaczy, że likwidacja czy nawet ograniczanie jednej w 

sposób konieczny wiedzie do likwidacji i ograniczania drugiej. Może się to wydawać samo przez się 

6

 Zob. I. Terray, La politique dans la cavarne, Éditions du Seul, Paris 1990.

7

  Mogę tylko zgodzić się ze sformułowaniami Clouda Leforta w tym zasadniczym punkcie: prawa człowieka „przekraczają 

każdą dokładną formułę im nadawaną; oznacza to, że ich sformułowanie zawiera w sobie żądanie ich przeformułowania, albo 

że nabyte prawa są w sposób konieczny wywoływane do wspierania nowych praw... Demokratyczne państwo wykracza poza 

granice tradycyjnie  przypisane do państwa prawa [étate de droit]. Testuje  ono prawa, które jeszcze  nie zostały  przez  nie 

inkorporowane...” (C. Lefort, Politics and Human Rights..., op. cit., s. 258).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 7 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

oczywiste, ale wiemy, że w danych warunkach historycznych konstrukcja form społecznych, które byłyby 

jednocześnie egalitarne i wolnościowe, nie jest oczywista; wprost przeciwnie, jest to przedsięwzięcie, które 

zawsze trzeba rozpoczynać od nowa, jest to  konkretny  problem  par excellence  polityczny i zazwyczaj 

najeżony przeszkodami. W końcu, traktując rzecz filozoficznie (dzięki Spinozie i kilku innym), wiemy, że 

to,   co   taki  stan   rzeczy  implikuje,   to   konieczność  odejścia   od   perspektywy  zakładającej   ograniczony, 

wzajemnie wykluczający się charakter tych praw, w stronę ujmowania ich jako ekspansywnych, wzajemnie 

pomnażających się sił

8

.

2. Równowolność implikuje uniwersalność: w tym sensie nieograniczoność demokracji, o której 

mówiliśmy  powyżej,   oznacza,   że   demokracja   nie   jest   tylko   państwem  konstytucyjnym  uosabiającym 

równość (to znaczy: jednakowe prawa), nieczyniącym różnicy między ludźmi, warunkami czy miejscem w 

hierarchii społecznej swoich własnych członków, ale także historycznym procesem rozciągnięcia praw na 

całą ludzkość. Wiemy jednak, że historyczne państwa są zinstytucjonalizowanymi wspólnotami interesów i 

pożądań, i dlatego też implikują zasadę zamknięcia, jeśli nie wykluczenia (nie mówiąc o ich wewnętrznych 

barierach czy kategoryzacjach, które ze sobą niosą). Tutaj znowu, konsekwentnie, napotykamy zasadniczą 

trudność. Polityka praw człowieka już w chwili narodzin politycznego aktu, jakim jest Deklaracja Praw 

Człowieka i Obywatela, jest polityką uniwersalizacji praw (nie zaś zaledwie moralności, etyki czy nawet 

religii ich uniwersalności).

3.   Równowolność   implikuje,   tak   jak   powiedzieliśmy,   uniwersalne   prawo  do   polityki:   prawo 

każdego  na jego  lub jej własną odpowiedzialność  (co oznacza, między innymi, że nikt nie może być 

uwolniony czy wyemancypowany przez innych, „z góry”, nawet jeśli tym „z góry” będzie samo prawo albo 

demokratyczne   państwo).   Dlatego   też   jest   prawem   każdego   mężczyzny   i   każdej   kobiety   stać   się 

„podmiotem” czy agentem polityki, rozpoczynając od specyficznych form jego lub jej aktywności i życia, 

od dawnych lub nowych form ucisku i poddaństwa, którym on czy ona są podporządkowani. W tym też 

sensie proponowałem, aby uznać – wbrew dobrze utrwalonej tradycji – że słynne wyzwanie z preambuły 

statutu Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników (1864): „Wyzwolenie klasy robotniczej musi być 

dziełem   samej   klasy   robotniczej

9

  powinno   być   odczytywane   jako   wierne   tłumaczenie   projektu 

równowolności, a co za tym idzie – także Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela

10

.

Oznacza to, całkiem konkretnie, że – i historia przez ostatnie dwieście lat stara się sama ustawicznie 

pokazać, w jakim stopniu kwestia ta dotyka sedna sprawy – deklaracje praw nie mogą być ograniczane do 

jakichś wcześniej ustanowionych domen. W konsekwencji wynika z tego, że żadna kategoria społeczna czy 

„problem społeczny”, to znaczy: żaden konflikt interesów czy projekt wyzwolenia wpisany w jakąkolwiek 

społeczną relację nie może być w sposób dowolny wykluczany z polityki. Było to wyraźnie widoczne w 

przypadku niewolnictwa, kolonizacji, w przypadku nierówności płci i zdominowania kobiet, w przypadku 

edukacji oraz powszechnego dostępu do kultury, a także w przypadku eksploatacji pracy najemnej, nawet 

jeśli, we wszystkich tych obszarach, „rewolucjoniści” osiemnastowieczni myśleli, że stworzyli bezpieczną 

8

  Zob.   É.  Balibar,  Spinoza   et   la   politique,  PUF,  Paris  1985;   A.  Negri,  The  Savage  Anomaly:   The  Power   of   Spinoza’s  

Metaphysics and Politics, trans. M. Hardt, University of Minnesota Press, Minneapolis 1991.

9

 K. Marks, Tymczasowy statut Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników, [w:] Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, t. 

16, Książka i Wiedza, Warszawa 1968, s 15.

10

 Zob. także J. Rancierre, Les usages de la democratic, [w:] Aux boids du politique, Osiris, Paris 1990, s. 62: „W ten sposób 

właśnie wyprowadzana jest praca nad równością, która nie może być nigdy po prostu stworzonym przez innych żądaniem czy 

presją,   ale   musi   być   zawsze,   w   tym   samym  czasie,   doświadczeniem   danym   każdemu.   Oto,   co   oznacza   emancypacja. 

Emancypacja jest opuszczeniem kurateli. Ale nikt nie opuszcza  społecznej kurateli inaczej jak osobiście...”. Mogłoby być 

interesujące przedyskutowanie tego odwrócenia etymologicznego znaczenia terminu emancypacja (który przyszedł z prawa 

rzymskiego).   Także   i   wtedy,   gdy   bierze   się   pod   uwagę   –   tak  jak   wcześniej   robotników   –   kobiety.   Zob.   Elizabeth   G. 

Sledziewski, Revolution française: le tourant, [w:] Historie des Femmes en Occident, red. G. Duby, M. Perrot, Pion, Paris 1991, 

s. 49: „[...] zintegrowanie kobiet-obywateli z ciałem politycznym uczyniło z nich twórców decyzji [decision-makers], aktywne 

podmioty rewolucji na równi z mężczyznami: pomysł będący dla wielu w owych czasach nie do zniesienia. Z drugiej strony – 

idea  tworzenia   przez   mężczyzn   praw  cywilnych,   które   emancypują   kobietę,   jest   bardziej   uspokajająca,  ponieważ   w   tym 

wypadku kobiety pozostają wciąż w roli obiektu...”.

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 8 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

ochronę, i nawet jeżeli i dziś jeszcze żaden z tych problemów nie może być uważany za definitywnie 

rozwiązany ani nawet do końca zaakceptowany jako problem polityczny.

Jest  a   fortiori  prawdą   o   proklamacjach   praw,   że   ostatecznie   muszą   się   one   pojawiać   jako 

proklamacje „praw człowieka” albo przynajmniej do tego zmierzają. Jednak nawet jeśli „prawa człowieka” 

muszą, w pewnym momencie, być pojmowane jako „naturalne”, a więc jako bezwarunkowe i niezbywalne, 

to jednak w sposób oczywisty nie oznacza to, że są one pozbawione historycznego charakteru, ani też 

nawet, że ich lista została ustanowiona raz i dla wszystkich, a to dlatego, że lista ta zależy od historii 

„warunków naturalnych”, w których rozwijają się stosunki społeczne. Jest to właśnie historia praktycznego 

odkrywania i ogłaszania jako bezwarunkowego (albo, jak kto woli, prawdy) w danych, zdeterminowanych 

warunkach polityki.

Spróbujmy poddać te kwestie testowi na przykładzie bardziej konkretnego problemu: zagadnienia 

własności.   Wybrałem   je   celowo   spośród   innych   możliwych,   z   powodu   prezentowania   przez   nie 

paradoksalnej  kombinacji   jego  nieaktualności  i   aktualności   –  zasadniczej   nieaktualności,   ponieważ  od 

upadku państw socjalistycznych i partii „ideologiczna” debata nad formą własności inkorporowaną przez 

struktury państwa wydaje się rozstrzygnięta „przez historię”; ale wciąż jeszcze aktualności, jeżeli prawdą 

jest,  że  ze  wszystkich   stron   widać,  jak  praktyka  prowadzi  do  sprzeczności  z  tradycyjnie  nauczanymi 

definicjami  własności,   aż   do   tego  stopnia,   że   staje  się   coraz  bardziej   i   bardziej   trudne   dla   polityki 

powstrzymywanie się od przemyślenia pojęcia własności jako takiej.

Co to jest własność?

Podążając   za   Rousseau,  który   widział   w   niej   źródło   nierówności   między   ludźmi,   Proudhon 

powiedział, że własność jest „kradzieżą”. „Nikt nie będzie zdumiony, że w tej sytuacji demaskował on jako 

absurdalne to, że Deklaracja z roku 1789 umieszczała ją na tym samym planie co wolność, równość przed 

prawem i bezpieczeństwem”

11

. I również my powinniśmy uznać, że problem rzeczywiście tutaj jest: w 

jakim sensie własność jest „prawem człowieka”? W jakim sensie jest ona „prawem obywatela”? Jak należy 

wyjaśnić fakt, że nigdy nie zaprzestano jej przeciwstawiania sprawiedliwości i równości (pod nazwą prawa 

do egzystencji, prawa do zatrudnienia, ostatnio prawa do środowiska etc.)? Chyba że pod homonimem 

terminu „własność” kryją się  d w a  różnie używane pojęcia, odnoszące się do dwóch różnych problemów: 

z jednej strony (art. 2), „naturalne i niezbywalne prawo człowieka”, z drugiej strony (art. 17), „nietykalne i 

święte prawo”, którego „nikt (...) nie może być pozbawiony, poza wyjątkiem, kiedy publiczna konieczność 

(...) w sposób oczywisty tego wymaga”. W ten sam sposób, na przykład, jest przedstawiana wolność w 

artykułach   1   i   2:   jako   uniwersalna   cecha   osób   (która   nie   musi   być   zdobywana),   podczas   gdy   jej 

zastosowanie   do   „komunikacji   myśli   i   opinii”   wymaga   uwzględnienia   zasady   represjonowania 

stwierdzonych   „oszczerstw”   (art.   17).   Niejasne   pozostaje   jednak,   dlaczego   przewidując   praktyczne 

ograniczenia   nałożone  na   prawo   własności   (bądź  odkrywając  wyjątki  od   niego,   jeśli   nie   nadużycia), 

Deklaracja  nie sprecyzowała, o jaką własność chodzi, co jest przedmiotem rozważań (na przykład: czy 

jakieś towary, czy też dobra użytkowe)

12

. Czy jest to kwestia niepewności, braku przewidywania, a może 

nawet   obłudy   albo   utajonej   sprzeczności?   Czy   też   jest   to,   przeciwnie,   sprawa   marginesu   mądrze 

pozostawionego   dla   adaptacji   do   historycznych   warunków,   tak,   że   identyfikacja   obywatela   jako 

„właściciela” nie oznacza tym samym, iż obywatelstwo powinno mierzyć się za pomocą własności? Lecz 

czyż nie to właśnie miało miejsce?

Nic nie jest bardziej oczywiste niż fakt, że debata nad formami, granicami i atrybutami własności 

czy – jak powiedziałby Saint-Simon – nad różnicą między „prawem do własności” [right of property] i 

11

 P.-J. Proudhon, What is Property? An Inquiry into the Principle of Right and of Government (1840), trans. B. R. Drucker, 

Dover, New York 1970, ss. 44-53.

12

  Jest  jasne, że każdy  współtworzy  deklarację Roku I (1793)  i Roku III  (1795)  na swój  sposób,  motywowany różnymi 

intencjami, co wprowadza natychmiast do gry pojęcia dóbr, dochodów,  pracy, przemysłu, służby, zatrudnienia, produkcji, 

porządku społecznego...

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 9 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

„prawem własności” [law of property] – jest debatą polityczną par excellence. Przez ostatnie dwa stulecia 

ludzie tworzyli stronnictwa, „klasyfikowali się” w wyniku atakowania bądź bronienia tego prawa.

Własność jawi się zatem zarówno jako przedmiot sporu, który nadaje polityce maksimum realności 

– dzięki wadze związanych z własnością konfliktów i interesów – jak i to, co permanentnie prowadzi ją z 

powrotem do jej granic i sprawia, że próbuje ona przekroczyć samą siebie: „zarówno” w tym sensie, że 

odnosi się do „pozapolitycznych” (ekonomicznych) ograniczeń, jak i w tym sensie, że odsyła do nagich 

stosunków władzy. Stawką muszą tutaj być prawa człowieka, jednakże wystarczy, że własność jawi się jako 

bardzo dobry przykład prawa  [right – right of property], które przekształcone zostało na powrót albo też 

zawsze   dążyło   do   przekształcenia   się   na   powrót   w   przywilej,   oraz   że   ta   „regresja”   zbiega   się   z 

instalowaniem się polityki w układzie społecznym, dla którego rola odgrywana przez prawa człowieka jest 

tylko symbolicznym, źródłowym odwołaniem.

Już w roku 1789 własność jako wpisana pod hasłami praw człowieka ma w tle ciężkie konflikty 

społeczne: problem środków utrzymania, i, wciąż jeszcze, bardziej fundamentalne prawo do egzystencji

13

. 

W  zakresie,  w  jakim  interpretuje  się  ją  jako  prawo  ekskluzywne,  jako  „prywatną”  własność,  która  w 

praktyce przybiera formę monopolu i której instrumentem jest pieniądz, nadaje ona swoim właścicielom 

absolutną władzę nad życiem innych, która w ostateczności może się stać prawem życia i śmierci. Między 

tymi, których życie jest zabezpieczone własnością i tymi, których ona zabija, mediacja staje się konieczna. 

W   debacie   uczestniczą   ci,   którzy   uznają,  że   ratunek   leży   w   przyznaniu  większej  porcji   władzy  dla 

własności, która mogłaby się stać jedynym tytułem, z którego społeczeństwo mogłoby być rządzone oraz 

nadrzędnym warunkiem  wszystkich innych praw (a kto nie ma pieniędzy, powinien znaleźć sobie pracę, 

jeśli chce jeść!)

14

. Biorą w niej udział także ci, którzy żądają, aby został zapewniony humanitarny bądź 

społeczny odpowiednik własności (bez którego prawo [right] staje się dokładnie kpiną), wreszcie ci, którzy 

uznają, że nie samo prawo do własności powinno być zniesione – ponieważ, pozwólmy sobie zauważyć, 

żadna z partii biorących udział w debacie nie formułuje takiego żądania

15

  – lecz że powinno ono być 

podporządkowane prawu wspólnoty, zasadzie egalitarnej dystrybucji środków egzystencji, fundowanych i 

gwarantowanych przez wspólnotę.

Jednakże zasadnicze przekierunkowanie wytwarza się, kiedy, pół wieku później, kwestia prawa do 

egzystencji   zostaje   zastąpiona   i   rozwinięta   przez   kwestię  prawa   do   zatrudnienia.   Faktycznie   w   tym 

momencie zostaje wprowadzony prawdziwy dylemat, zakazujący odwoływania się do „praw człowieka” 

jako inspiracji jednocześnie przez dwa przedstawione powyżej stanowiska debaty, bądź też zobowiązujący 

je do deklaracji za lub przeciw samej idei polityki praw człowieka.

Dobrze  wiadomo,  że  żądanie  prawa  [right]   do   zatrudnienia,  jeśli   nie  samo  pojęcie,  ma  źródła 

Fourierowskie

16

Fourier i jego następcy zaczynają od faktu, że egzystencja ludzkich indywiduów (nie tylko 

13

  Zob. F. Gautier,  Triomphe et mort du droit naturel en Révolution 1789-1795-1802, PUF, Paris 1992, która szczególnie 

przypomina, jak, poczynając od roku 1789, proklamacja prawa wojennego jest związana z obroną wolności ekonomicznej 

przeciwko popularnym żądaniom dóbr niezbędnych do utrzymania. Z drugiej strony, stanąwszy wobec „nowego despotyzmu” 

bogatych, Robespierre daje „pierwsze teoretyczne przedstawienie naturalnego i uniwersalnego prawa do egzystencji i detonuje 

sprzeczność między wolnością polityczną i naturalnym prawem prywatnej własności dóbr materialnych (...) przedstawia (on) 

jasno drogę, na której właściciele ustawiają się w sprzeczności do Deklaracji-Konstytucji poprzez zawężenie generalnej idei 

własności tylko do dóbr materialnych (...)”. Zob. także E. P. Thompson et al., La guerre du blé au XVIII

e

 siecle. La critique 

populaire contre le libéralisme économique au XVIII

e

 siecle, Éditions de la passion, Paris 1988.

14

  Oto dlaczego etyczno-polityczna legitymacja czystego liberalizmu jest całkowicie  zależna od postulatu żądającego, aby 

każda jednostka mogła zawsze wyżyć z własnej (jego-jej) pracy.

15

 Zob. A. Sobul, Utopie et Révolution française, [w:] Histoire générale du socialisme, red. J. Droz, RUE, Paris 1972, ss. 195-

254.

16

  Babeuf mówił  już o  „prawie do  zatrudnienia”. Zob.  V. Moiseevich  Dalin,  Grakchus  Babeuf   a la veille et pendant la  

Révolution Française 1785-1794, Progress, Moscow 1987, s. 281 i n. U Fouriera zobacz w szczególności Théorie des quatre 

mouvements et destinées générales (1808), red. S. Debiut, J.-J. Pauvert, Paris 1967, s. 219: „Chciałbym ograniczyć się tylko do 

wskazania tematu, który powinien być przedyskutowany:  prawo do zatrudnienia. Nie mam intencji  otwierania debaty nad 

marzeniami odnowienia tradycji Grecji, nad tamtymi kompletnie absurdalnymi prawami człowieka. Po rewolucjach, których 

wynikiem jesteśmy, musimy uwierzyć, że przychodzi nam stawić czoło nowym kłopotom, z powodu zapominania o pierwszym 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 10 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

ich istnienie, ale także realizacja ich pasji i ustanowienie wzajemnych relacji między nimi) zależy od tej 

chwili od ich bycia „pracownikami”: w sumie proponują, aby prawo do własności interpretować jako 

prawo do otrzymania pracy. Decydujące jest zatem to, że nareszcie posiadacze kapitału nie mogą najmować 

i wyrzucać z pracy [hire and fire] dla swej przyjemności, oraz że w sytuacji zgodnej z ideałem własność 

będzie   organizowana   tak,  aby  stale   gwarantować   wszystkim  obywatelom  ilość   i   rodzaj  pracy,  jakiej 

potrzebują.   W  sytuacji   granicznej   właściciele  kapitału  pełnią   „służbę  publiczną”,  w  służbie  własności 

wszystkich. Jednocześnie równie dobrze wiadomo, że kiedy kwestia ta poddana została dyskusji na forum 

publicznym   przez   rewolucję   1848   roku   we   Francji   jako   kwestia   polityczna,   to   rozstrzygnięto   ją 

negatywnie

17

. Z tego punktu otwierają się dwie drogi: albo, z perspektywy liberalnej, uczynić z praw 

człowieka generalnie metafizyczną gwarancję bezwarunkowej prywatnej własności, co praktycznie równa 

się absolutnej „komendzie” kapitału nad pracą; albo zdemaskować w samym pojęciu praw człowieka jego 

burżuazyjne pojmowanie, załgany dyskurs – w najlepszym razie mistyfikację, w najgorszym – instrument 

eksploatacji. Stąd bierze się socjalistyczny projekt „wyjścia poza” proste prawa indywidualnego człowieka 

poprzez zniesienie „burżuazyjnej” własności i instytucjonalizację własności wspólnej robotników, warunku 

ich „wolnego stowarzyszenia”.

W   pewnym  sensie   taka   dialektyka,  historycznie   zdeterminowana,   jest  wciąż   tylko   negatywną, 

zewnętrzną dialektyką, w której prawa człowieka są przeciwstawiane polityce, i polityka w zamian jest 

przeciwstawiana prawom człowieka. Jest tak bez wątpienia z powodu faktu, że włączone tu od samego 

początku   pojęcia   i   siły   były   rozdarte  pomiędzy   czysto   prawniczą   i   czysto   ekonomiczną   koncepcję 

„własności”. Niemniej jednak rzeczywista historia relacji między „własnością prywatną” i „robotnikiem 

łącznym” (Marks) nie miała śladu tego rozdarcia. Kiedy kwestia prawa do pracy [to employment/au travail

(w   oczekiwaniu  na   ponowne   jej   otwarcie   przez   rewolucje   socjalistyczne   i   ich   reperkusje   w   świecie 

kapitalistycznym)

18

  została rozstrzygnięta na skutek zwycięstwa „burżuazyjnego” stanowiska, rozpoczęła 

się bardziej niewidoczna, z dnia na dzień złożona z postępów i odwrotów historia, która jest historią praw 

pracy [rights of labor/du travail]. Historia ta pokazuje, że w rozwiązaniach wywalczonych w ciężkiej, 

znojnej walce, robotnik – którego siła robocza była kupowana i sprzedawana jak „towar”, który nie mógł 

być uznany za „przedsiębiorczego obywatela” – otrzymuje prawo nie do bycia niewolnikiem, ale prawo by 

stać się znów „człowiekiem” w samym procesie pracy (i w całym swoim życiu w takim stopniu, w jakim 

jego warunki zależą od pracy). Aby to osiągnąć, przerobiono nowoczesne państwo narodowe w państwo 

socjalne, włączając indywidualne i zbiorowe „prawa społeczne” do jego konstytucji, otwierając przestrzeń 

zbiorowych   negocjacji   i   polityczno-ekonomicznych   debat.  Było   to   praktyczne   uznanie  obywatelstwa 

robotnika,   albo,   jak  wolą  inni,  faktu,  że  obywatel  jako  taki  jest  także  robotnikiem.   W  każdym  razie 

decydującym   punktem   jest   to,   że   to   właśnie   państwo   narodowe   zadeklarowało,   iż   nowoczesne 

obywatelstwo jest niemożliwe bez regulacji warunków, w których prawo własności jest praktykowane. W 

gruncie rzeczy, jeśli spojrzeć z odrobiną dystansu, można dostrzec, że ta rodząca konflikty regulacja czy 

„nowa umowa społeczna”, pomimo skandalicznych nieprawidłowości, charakteryzuje zarówno „liberalne”, 

jak  i   „kolektywne”  rządy.   Te  pierwsze  nie   zdołały  całkowicie  uniknąć  własności   kolektywnej   (którą 

musiały odtworzyć jako własność publiczną wszędzie tam, skąd starały się ją usunąć), tak samo, jak te 

drugie nie były w stanie wyeliminować własności prywatnej (musiały one legalizować jej trwanie pod 

groźbą wywołania własnego politycznego kryzysu). Wszędzie wybiła godzina tego, co można by nazwać, 

deformując Fourierowskie określenie, „własnością złożoną” [„composite property”].

i jedynym użytecznym z tych praw: prawie do zatrudnienia, o którym nasi politycy, postępując zgodnie z ich zwyczajem 

omijania zasadniczych problemów z każdej gałęzi badań, nigdy nie nadmieniają...”.

17

 Zob. tekst debaty z 11 i 13 października 1848 r. w Zgromadzeniu Narodowym w Ainsi parlait la France: Les heures chaudes 

de l’Assembée Nationale, red. J.-F. Kahn, Éditions Jean-Claude Simoën, Paris 1978.

18

 Jest dobrze znane, że prawo do zatrudnienia, otoczone przez różne kwalifikacje, jest symbolicznie zapisane w preambule do 

Konstytucji francuskiej z roku 1946 (i potwierdzone w roku 1959), podobnie zresztą jak w  Powszechnej Deklaracji Praw 

Człowieka zaadaptowanej przez Narody Zjednoczone w roku 1948. Traktowane jako odpowiednik obowiązku pracy, stworzyło 

oczywiście jeden z filarów kolejnych konstytucji radzieckich.

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 11 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

Nie  będę  już  dłużej  przeciągał   tej  historii,  której  nowe  epizody  rozgrywają  się  przed  naszymi 

oczyma, ponieważ chciałbym się zatrzymać nad czymś innym: w rzeczywistości liberalny indywidualizm i 

wspólnotowy   socjalizm   mają   wspólne   założenie   utożsamiające   własność   z  nieograniczonym 

dysponowaniem dobrami. (Jest to po prostu relacja między człowiekiem i rzeczą albo człowiekiem i naturą, 

co dokładnie ilustruje to, co Marks nazywał „fetyszyzmem”). Podczas gdy liberalizm przypisuje tę władzę 

do „indywiduum”, socjalizm przypisuje ją „społeczeństwu”, podmiotowi wspólnotowemu, który może być 

uosobiony   w  państwie  albo  w  innych   instytucjach.   Jednakże  takiej  interpretacji   w   żadnej  mierze   nie 

implikuje faktyczny tekst Deklaracji z roku 1789 (której zdumiewającą teoretyczną moc musimy ponownie 

uznać).  Deklaracja  rozpoczyna  się   w   Locke’owskim  stylu   przez  postawienie   kwestii  ogólnego  prawa 

własności, które nie jest oczywiście kolektywistycznej inspiracji, lecz nie redukuje się również do własności 

„prywatnej”. Ta ostatnia, z definicji, dotyczy jedynie dysponowania obiektami przez już dany „podmiot”, 

ukonstytuowany gdzie indziej. Jednak sens wstępnych sformułowań  Deklaracji  służy właśnie temu, by 

określić   jego   istotowe   cechy,   a   zatem  ukonstytuować  ów   „podmiot”,   człowieka-obywatela

19

. 

„Nienaruszalna” własność jest jedną z tych istotowych cech. Co oznacza, że idea człowieka-obywatela, 

który jest „nie-posiadaczem”, jest „pozbawiony własności” czy też nic nie posiada, będzie wewnętrznie 

sprzeczna. Jest oczywiście konieczne, aby własność ta nie była pusta, żeby miała, jak to powiedziałby 

Hegel,   „aktualność”,   czyli   żeby   dotyczyła   dóbr   albo   świadczeń,   środków   produkcji,   przedmiotów 

konsumpcji i korzystania. Ale nawet jeśli wcześniej apropriacja rzeczy została określona, zanim zostało 

zdecydowane, czy będzie ona praktykowana na sposób prywatny albo kolektywny, zawsze jako warunek 

własności  jako   takiej  jawi  się  wolne  dysponowanie  własnymi  siłami  i  ich  zatrudnieniem.  Tylko  takie 

pojmowanie własności, choć wciąż wymagające dookreślenia – tak jak i wolność, równość, opór przeciwko 

uciskowi i bezpieczeństwo, które również muszą zostać dookreślone co do swoich środków i prawnych 

modalności – byłoby naprawdę częścią systemu praw człowieka. Możemy zatem (i to jest to, do zrobienia 

czego niewątpliwie obligują nas obecne okoliczności) otworzyć na nowo dialektykę własności, tym razem 

jako dialektykę wewnętrzną: nie z zamiarem zlikwidowania sprzeczności, lecz aby je uogólnić i wyciągnąć 

z nich wnioski – na kilka sposobów.

Najważniejszy  z   wszystkich   to   ten,   że   możemy  ponownie   poddać   w   wątpliwość   powszechne 

utożsamianie własności prywatnej i własności jednostki – i w konsekwencji unieważnić ich jednoznaczną 

opozycyjność   wobec   własności   „kolektywnej”,   czy   będzie   to   własność   państwowa,   czy   nie.   Takie 

utożsamianie jest, ściśle mówiąc, fikcją, skuteczną konstrukcją prawniczą, która pozwala na odniesienie 

wszelkiej   ekskluzywnej   możliwości   dysponowania   do   jakiegoś   idealnego  „indywiduum”.   Ale   realne 

funkcjonowanie  tej   kategorii   jest  dokładnie  odwrotne  w   stosunku   do   tego,   co   jest  sugerowane  przez 

prawniczą   ideologię:   właściciele   to   nie   ludzie,   którzy   dzięki   naturze   są   indywiduami   lub   grupami 

indywiduów; właściciele to indywidua, które między innymi podpadają pod ekskluzywną i ograniczoną 

kategorię „prywatnego właściciela” i którzy pod tym warunkiem mogą zawłaszczać w sposób ekskluzywny 

taki a taki obiekt, takie a takie prawo czy władzę. Z tego punktu widzenia własność kolektywna, a w 

szczególności państwowa – dokładnie: za wyjątkiem, kiedy jest to związane ze zobowiązaniami, z celami i 

ograniczeniami  „służby  publicznej”  –   jest  sama  w   sobie   niczym  innym  jak  prywatną  własnością   (co 

zaryzykowałbym   nazwać  kolektywną   prywatną   własnością).   Natomiast   konflikt,   który   może   ją 

przeciwstawiać „prywatnym osobom”, jest tylko konfliktem pomiędzy rywalizującymi wyłącznościami. W 

obu wypadkach jesteśmy świadkami ekspropriacji jednostek w różnych formach triumfu „własności” (który 

jest,   jak   to   dostrzegł   Marks,  nieuniknioną   skłonnością   społeczeństw   ufundowanych   na   wyzysku   siły 

roboczej).

19

  Konfrontacja z francuskim kodeksem cywilnym z roku 1804 jest pouczająca: „Własność jest to prawo do korzystania i 

dysponowania rzeczami w prawie absolutny sposób, pod warunkiem, że użycie takie nie jest zakazane przez prawa i przepisy” 

(art. 544). Przeczytaj w związku z tym kapitalny komentarz E. G. Sledziewski, która podkreśla dystans pomiędzy „rzymską” 

formułą i tekstem z roku 1789, konkludując, że główną funkcją właściwego burżuazyjnego „indywidualizmu” (tego z kodeksu 

cywilnego) jest „oszczędzanie na politykach poprzez aplikowanie «władzy państwowej» bezpośrednio do sposobu traktowania 

indywidualnych interesów” (E. G. Sledziewski, Révolutions du suje, Meridiens-Klincksieck, Paris 1989, ss. 49-59).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 12 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

Konstytutywne   powiązanie   między   własnością  rzeczy  i   własnością  siebie  jest   dwustronną 

aktywnością, przez którą podmiot „formuje” czy też konstytuuje siebie poprzez zaangażowanie się w relacje 

użytkowania, przetwarzania czy korzystania tak z naturalnymi, jak i kulturalnymi obiektami. Łącząc nauki 

Adama Smitha i Hegla, Marks dostrzegł, że aktywność jako taka, jest „relacją społeczną”, to znaczy, że dla 

każdego  indywiduum  jest   realizowana   w   obszarze  społecznym;   że,   w   różnym  zakresie,  jest  również 

wspólna z innymi – normalnie kilku jednostkami czy kilku grupami jednostek (co nie oznacza, że obywa się 

tu bez konfliktu, współzawodnictwa czy antagonizmów). Dalej pokazał on, że aktywność ta zmienia się w 

swoje przeciwieństwo, z ruchu zawłaszczania (apropriacji) w ruch wywłaszczania (ekspropriacji), wtedy, 

gdy   prywatna   własność   znosi   ten   transindywidualny   aspekt  aktywności,   bądź   umiejscawia  go   poza 

zasięgiem indywiduów (kiedy, na przykład, „kolektywne siły” robotników, wraz z ich mocą decyzyjną i 

organizacyjną, są całkowicie przywiązane do kapitału, a konieczność ich własnej organizacji zostaje „z 

powrotem   zrzucona”   na   pracowników   jako   czysto   zewnętrzny   przymus)

20

  Jednak   tutaj   również 

„rozwiązanie” nie może polegać na formalnej kolektywizacji, która jedynie przemieszcza i w ostateczności 

wzmacnia tą separację.

Marks,  ostry   krytyk  ideologii  „praw  człowieka”,   znajduje   się   w   jednej   linii   z   polityką   praw 

człowieka, kiedy, stanowczo występując przeciwko tezie mówiącej o prostej odwrotności przekształcenia 

własności prywatnej w kolektywną, definiuje „wywłaszczenie wywłaszczycieli” jako generalne odnowienie 

indywidualnej własności „na bazie” historycznej „socjalizacji” zrealizowanej przez kapitalistyczny sposób 

produkcji

21

. Jednak dla Marksa – wiernego w tej kwestii teoretycznej tradycji socjalistycznej ideologii oraz 

jej krytyki pracy wyalienowanej – jedynym działaniem, które realizuje podwójne uwłaszczenie, siebie i 

rzeczy,  jest  wyłącznie  praca  wytwórcza.   My  od  tego   czasu  nauczyliśmy  się  rozpoznawać  alienację  w 

konsumpcji i nawet alienację w rozrywce... Z doświadczenia wywłaszczania jednostek z obiektów ich 

konsumpcji czy ich rozrywki możemy wydedukować korespondującą z nim koncepcję uwłaszczenia. Z tej 

perspektywy byłoby konieczne przemyśleć ogólną koncepcję uwłaszczenia, która obejmowałaby wszystkie 

formy relacji „ja” do „rzeczy” (oraz relacje do „innych” za pośrednictwem rzeczy), w stopniu, w jakim się 

to wyraża we własności. Niewątpliwie takie uwłaszczenie wychodzi poza prawnicze ramy i może być 

zrealizowane tylko jako instytucja  stylu życia, stawiająca granice respektowania podziału na publiczne i 

prywatne, pracę i nie-pracę, indywidualną i zbiorową konsumpcję. Jako takie, to właśnie należałoby nazwać 

granicą (do zbadania) polityki.

Ale dialektyka własności musi być podjęta na nowo w jeszcze inny sposób. Nawet jeśli został 

osiągnięty kompromis pozwalający na jej regulację, konflikt pomiędzy przyczyną własności prywatnej i 

przyczyną własności publicznej czy pomiędzy „prawem własności” i „prawem do zatrudnienia” będzie 

zawsze postrzegany w kategoriach dualistycznych, tak jak gdyby możliwa tu była jedynie alternatywa. 

Dlatego też zapomniano, że same warunki tej opozycji zakładają arbitralną decyzję: iż każdy obiekt, każdy 

surowiec czy materiał przetworzony, każda naturalna czy sztuczna (czy nawet niematerialna) „rzecz” jest 

efektywnie   możliwa   do   zawłaszczenia   (przez   indywidua   lub   instytucje)   w   formie   ekskluzywnego 

dysponowania.  Również wbrew  pewnym  trudnym  przypadkom  –  paradoksalnym „wyjątkom” – to, co 

możemy nazwać zasadą powszechnego posiadania

22

 rzeczy, królowało dotąd w sposób niekwestionowany i 

20

 W sercu wyzysku robotników (lepiej: indywiduów „qua” [] robotnikami) znajduje się zatem podział na „pracę fizyczną” 

[manual   labor]   i   pracę   umysłową   [intellectual   labor]   oraz   ich   zróżnicowane   formy,   z   wszelkimi   jego   społecznymi 

konsekwencjami: nierównością wykształcenia, podziałem pracy, prohibicją „horyzontalnej” komunikacji. Wskazuje to, przez 

kontrast, na organiczną funkcję wypełnianą przez aktywność intelektualną w każdym efektywnym zawłaszczaniu, również w 

wypadku samej własności.

21

 Zob. Karol Marks, Kapitał, t. I, Warszawa 1970, s. 840.

22

 Albo w totalne branie w posiadanie: Besitznahme po niemiecku. Hegel wprowadza rozróżnienie między posiadaniem (Besitz

czy braniem w posiadanie i własnością (Eigentum), ale ustanawia między nimi ścisły związek, robiąc z własności prawniczą, to 

jest „obiektywną” formę subiektywnego posiadania. Zob. G. W. F. Hegel, Zasady filozofii prawa, § 45, tłum. Adam Landman, 

Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1969. Z drugiej strony Marks w Kapitale dochodzi do podobnych wniosków, 

kiedy   odwraca   ich   znaczenie,   co   pozwala   mu  na   pojmowanie   posiadania   jako   „społecznej   relacji”.   Zob.   É.   Balibar,  

podstawowych pojęciach materializmu historycznego, [w:] L. Althusser, É. Balibar, Czytanie „Kapitału”, Państwowy Instytut 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 13 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

jawiło się jako następstwo ukonstytuowania się jednostek jako wolnych właścicieli, ich realizowania się w 

własności i poprzez nią.

Odkąd tylko stare teologiczne czy też teologiczno-polityczne pojęcia, takie jak boskie „wspaniałe 

królestwo” czy panowanie nad całą ziemią, straciły wszelkie znaczenie, co zrodziło różne problemy (i 

dzisiaj   przechodzi   dalsze   komplikacje),   a   przede   wszystkim   problem   związany   z   możliwością 

rozszerzającego rozwinięcia owej idei powszechnego posiadania na samą osobę ludzką, szczególnie kiedy 

ludzkie   ciało,   możliwość   świadczenia   przez   nie   usług   oraz   jego   zdolności   włączają   się   do   obrotu 

towarowego. Jednak już nigdy nie została podniesiona kwestia, czy zasada powszechnego posiadania nie 

niesie ze sobą wewnętrznych ograniczeń, to znaczy, czy nie istnieją „obiekty”, które, ze swej natury, nie 

mogą być zawłaszczone czy też, bardziej precyzyjnie: które mogą być zawłaszczone, lecz nie całkowicie 

posiadane. Ale to jest faktycznie pytanie, które powstaje dzisiaj w centrum aporii własności i którego 

reperkusje wydobywają jego wewnętrznie polityczny charakter, i to w taki sposób, że, retrospektywnie, 

czynią jasnym, iż problem ten istniał zawsze, ale był tłumiony albo marginalizowany

23

.

Kwestia ta początkowo pojawia się negatywnie, przy okazji „ekologii” w szerokim sensie, to znaczy 

poprzez rozpoznanie szkód, które „produktywny” bilans ludzkiej pracy obracają w „destruktywny” i ten 

nagle  ujawnia,  że  korzystanie  z  natury  nie  jest  podporządkowane  praktycznie   żadnemu  prawu.  Przez 

„naturę”   należy   tutaj   rozumieć   dokładnie  wszystkie  niezawłaszczalne  środki,   które   są   niezbędnym  i 

nieusuwalnym komponentem każdej „produkcji”, każdej „konsumpcji” i każdej „rozrywki”. Ich egzystencja 

jest   odnotowywana   jedynie   wtedy,   gdy   następuje   ich   brak  (w   wyniku   potencjalnego  czy   trwającego 

wyczerpania   pewnych   podstawowych   „surowców”)   czy   też   kiedy   są   one   przetwarzane   w   odpady 

niemożliwe do usunięcia albo też kiedy produkcja skutkuje efektami zdolnymi zagrozić życiu jednostek i 

życiu ludzkości, których to efektów nie są w stanie kontrolować ani naprawiać właściciele ich „przyczyn”, 

nawet jeśli owi właściciele są supermocarstwami czy wielonarodowymi konglomeratami o światowym 

zasięgu...   Tutaj   więc   właśnie   powstaje   konieczność   zinstytucjonalizowania   i,   przede   wszystkim, 

wyobrażenia sobie możliwości kontroli wykorzystania pewnych surowców czy pewnych „uniwersalnych” 

dóbr, a następnie nadania jej prawnych podstaw w pojęciu takim jak „wspólne dziedzictwo ludzkości”

24

.

Ale czymże jest to pojęcie, jak nie powrotem wspaniałego królestwa [Bożego], z tą jedną różnicą, że 

nie ma ono teologicznej podstawy, że nie jest już atrybutem osoby transcendującej prawa i życie polityczne, 

ale jest konstytuowane na świecki czy też immanentny sposób przez założone u podstaw porozumienie 

samych ludzi. Wspólne dziedzictwo ludzkości jest zatem, dokładnie inaczej niż pieniądze, tym, co może być 

nazwane,   parodiując   Marksa,   „powszechną   nieekwiwalentnością”.   Wspólnym   dziedzictwem   nie   jest 

bowiem ani własność prywatna, ani publiczna, ani kolektywna, tylko powszechna własność „bez podmiotu” 

czy bez jakiegokolwiek podmiotu poza fikcyjnym podmiotem zjednoczonej ludzkości

25

, fikcją, która jest 

doskonale realna  od momentu, gdy stała się warunkiem jakiegokolwiek zawłaszczania i jest tłumaczona 

Wydawniczy, Warszawa 1975, ss. 326-365, i, nie tak dawno, T. Andréani, De la société à l’histoire, Méridiens-Klincksieck, 

Paris 1989, 2 tomy, ss. 397-403.

23

  Rozważania,   które   teraz   nastąpią,   zawdzięczają   wiele   przedstawionej   jakiś   czas   temu   przez   C.   B.   Macphersona   idei 

„politycznej   teorii   własności”,   chociaż   różnią   się   w   szczegółach,   głównie   w   kwestii   znaczenia   wpływu   na   zmiany 

historycznego kontekstu. Idea Macphersona zakłada, że polityczne fundamenty prawa własności wchodzą z powrotem do gry 

od momentu, gdy – w „quasi-rynkowych” społeczeństwach, w jakich żyjemy – ekonomia i społeczna ewolucja wymagają ruchu 

od własności jako „prawa do wykluczania” do własności jako „prawa do niebycia wykluczonym” z dostępu do pewnych dóbr, 

a wskutek tego do własności jako „prawa do przyjaznego [kind] społeczeństwa”. Zob. Democratic Theory, Essays in Retrieval

The Clarendon Press, Oxford 1973, ss. 133-140, a również komentarz, jaki napisał Carlos Ruiz,  Tres Criticas a la Téoria 

Elitista de la Democracia, „Opciones”, Revista de Centro de Estudios de la Realidad Contemporanea, Academia de Ilumanisrno 

cristiano, Santiago de Chile, nr 6 (1985), ss. 87-105, który pokazuje, jak blokada refleksji nad własnością konserwuje iluzje 

separacji między ekonomią i polityką.

24

 Zob. R.-J. Dupuy, La communauté internationale entre le mythe et l’histoire, Economica, UNESCO, Paris 1986, ss. 159-170. 

Zob. też idem, Réflexions sur le patrimoine commun de l’humanité, „Droits” nr 1 (1986), ss. 63-71.

25

 Dupuy mówi w tym wypadku o „konfliktowej wspólnocie”. „Podmiot” staje się więc procedurami uzgadniania i wzajemnej 

kontroli, wspieranymi przez cząstkową równowagę sił pomiędzy indywiduami a nade wszystko podmiotami kolektywnymi 

(firmy, państwa, ewentualnie organizacje).

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 14 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

przez restryktywne ograniczenia nałożone na prywatną czy publiczną własność, pojmowane jako wyłączne 

prawo   dysponowania.  W   tym  sensie  własność   powszechna   stanowi   zatem  niewątpliwie   ograniczenie 

„prawa własności” w imieniu zewnętrznych etycznych, ekonomicznych czy politycznych zasad. Niemniej 

jednak, będąc daleko od reprezentowania rozszerzonego zastosowania zasady totalnego posiadania, pojęcie 

to w swym przeciwieństwie wyznacza tylko jej granicę: niemożliwość podporządkowania wszystkiego 

prawu wyłącznej własności. Nie ma ona nic wspólnego z publicznym zawłaszczaniem, z narodową bądź 

ponadnarodową własnością państwową, w której warunkach „społeczna” władza może w sposób wyłączny 

dysponować pewnymi dobrami. Reprezentowałaby raczej formę, w której własność może się stawać jeszcze 

raz właściwie „niezbywalna” dla „człowieka”, w rozumieniu zarówno jednostki, jak i wspólnoty.

To jest aspekt negatywny. Powinniśmy jednak odnotować, że jest to samoograniczenie własności, o 

której tu mowa, i że może ono być tylko rezultatem społecznego układu sił i ich instytucjonalnej mediacji – 

i w ten sposób pojawia się natychmiast aspekt pozytywny. Co więcej, to, o czym mówimy, to rzeczywiście 

własność, moment zawłaszczania rzeczy; ale ta własność polega na regulacji ludzkiego oddziaływania na 

„naturę” – czy jeszcze lepiej, polega ona na wzajemnej kontroli wspólnej aktywności ludzi (czy też grup 

ludzi) oddziałujących na naturę. Rzeczywistą treścią uniwersalnej własności przyrody nie jest nic innego jak 

uniwersalna polityka mediacji interesów i celów publicznej i prywatnej własności. Coraz bardziej i bardziej 

ujawnia się, że nie może to być osiągnięte za pomocą środków jednostronnych czy autorytarnych. W końcu 

może ona potencjalnie zawierać nowe praktyki polityczne, przekraczanie przez demokrację własnych granic 

(i wielu barier), ponieważ nie może istnieć bez partycypacji bądź wkładu wszystkich „właścicieli”, nawet 

najbiedniejszych i najbardziej uciskanych.

Omówiłem do pewnego stopnia kwestię, która dotyka wielu debat, ale bez rozwijania jej dla niej 

samej. Chciałbym na koniec wskazać na inne podejście, za pomocą którego pojawia się dzisiaj prawdziwe 

rozpoznanie   własności   uniwersalnej,  a   mianowicie   efekty  „mechanizacji   inteligencji”,   nieodłączne   od 

upowszechnienia  środków  komunikacji.  W  rzeczywistości  aktywność  intelektualna,  albo   lepiej:  aspekt 

intelektualny ludzkiej aktywności, który towarzyszy całej technologii i całej kulturze, zawsze był w relacji 

sprzeczności do własności prywatnej. Każde zawłaszczanie zakłada intelektualną aktywność, co przejawia 

się przez uczenie reguł, znajomość technik, wymianę informacji etc. Ale „materiał” tej aktywności (czy 

będzie   on   nazywany   „ideami”,   „świadomością”,   „wiedzą”,  czy   „dyskursem”)   jest   w   takim   stopniu 

transindywidualny,   że   umyka   ekskluzywnej   własności   lub   też   zawsze   niesie   ze   sobą   choćby   nie-

ekskluzywne  pozostałości.  W  zawartości  pojęcia  „ekskluzywnej  wiedzy”,  prywatnego  czy  publicznego 

„monopolu”  wiedzy,  znajdujemy  sprzeczność  samą  w  sobie

26

.  Ta  przeszkoda  w  posiadaniu  może  być 

niemniej jednak obchodzona na różne sposoby, które są w równym stopniu związane z relacjami dominacji 

i z technicznymi wynalazkami: tym więc, co staje się obiektem własności, są środki tej aktywności albo jej 

komunikacji (radiowe i telewizyjne sieci, prasa, domy wydawnicze, ale także szkoły, biblioteki, centra 

badawcze, nawet maszyny do pisania...) i jej produkty (podporządkowane systemowi praw autorskich czy 

publicznej  dystrybucji).  Jednakże  techniki   pomocy  myśli  i  komunikacji   globalnej  w  „realnym  czasie” 

sprawiają, że większość tych narzędzi staje się nieoperacyjna. Powodują one również wzrost ilości tego, co 

nie może być posiadane ani opanowane, co nie kładzie kresu zawłaszczaniu, lecz staje się jego warunkiem. 

Dane i metody są niepowstrzymanie „rozsiewane”; „rodowód” rezultatów naukowych i technologicznych 

badań nie da się dłużej określić w ekskluzywnym stylu – nie może również, jako konsekwencja, być tak 

określana  własność   obiektów,  które  zawierają   w  sobie  wielkie   ilości   skrystalizowanej  wiedzy.   Różne 

jednostki doświadczają tej sytuacji, która ponownie stawia pod znakiem zapytania to, co Paul Henry nazwał 

„postulatem indywidualności procesu  myślenia”

27

, zarówno jako dyspozycji,  jak  i wyzwolenia. Wielcy 

kolektywni   właściciele   (firmy,  państwa)   uważają   to   zjawisko  za   zagrożenie,   co   sprawia,   że   próbują 

kontrolować jego efekty poprzez reintrodukcję monopolistycznych i sekretnych praktyk, połączonych z 

26

 Zob. É. Balibar, Intellectuels, idéologues, idéologie, „Raison présente” nr 73 (1985), ss. 23-38.

27

 P. Henry, On ne remplace pas un cerveau par une machine, [w:] Intelligence des mécanismes, mécanismes de l’intelligence

red. J.-L. Le Moigne, Fayard/Fondation lliderot, Paris 1986. Zob. też P. Lévy, Les technologies de l’intelligence: l’avenir de la  

pensée d l’ère informatique, La Découverte, Paris 1990, ss. 193-194: „Consciousness is individual, but thought is collective”.

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 15 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

praktykami   ekskluzywnego   szkolenia   i   rozwojem   pracowniczej   „lojalności”   dla   jednostek,   które   są 

nosicielami wiedzy albo agentami jej wykorzystania bądź przekazywania etc.

Jak mogliśmy tutaj znów zaobserwować, problem jest czysto polityczny: aby posiadać, konieczne 

jest, aby  wiedzieć, ale żeby wiedzieć, niezbędne jest zintegrowanie w kosmopolitycznych instytucjach, 

które   są   coraz   to   mniej   i   mniej   „odłączone”   (jak   powiedziałby   Arystoteles)   od   sieci   machiny 

komunikacyjnej i rozdarte napięciem pomiędzy tworzeniem podziałów a otwartością, autorytaryzmem i 

demokracją. Staje się zatem niemożliwe w praktyce, a również coraz trudniejsze do wyobrażenia w teorii, 

aby  postawić   po   jednej  stronie   prawo  własności,   które   dotyczyłoby   tylko   rzeczy,   bądź  też  jednostki 

zajmujące się „administracją rzeczami” (wraz z societas rerum sędziów starożytności), a po drugiej stronie 

sferę  vita   activa  (Hannah   Arendt),   która   byłaby   sferą   „władzy   człowieka   nad   człowiekiem”   oraz 

obowiązków  człowieka  względem  człowieka,  sferą  tworzenia  „opinii  publicznej”  i  konfliktu  ideologii. 

Własność (dominium) przywraca dominację (imperium). Administrowanie rzeczami prowadzi ponownie do 

rządzenia  ludźmi  (o  ile  w  ogóle  kiedykolwiek  je  zostawiło).  Forma,  w  jakiej  „intelektualna  własność 

ludzkości”   zostaje   zinstytucjonalizowana,   poddana   kontroli,   dystrybuowana   i   rozwijana,   staje   się 

warunkiem każdego grupowego chwilowego, lokalnego dysponowania jej obiektami i produktami. Niech 

nie będzie tu żadnych nieporozumień: pojawianie się własności uniwersalnej, w jej różnych formach, w 

żaden sposób nie kładzie kresu żadnym istniejącym formom własności, pomiędzy które, od początku epoki 

nowoczesnej,   rozdzielone  są  obiekty  mogące  być  przedmiotem  posiadania.  Nie  kładzie  również  kresu 

otaczającym   własność   antagonizmom   politycznym,   polaryzującym   życie   społeczne,   kiedy   kolejne 

zastrzeżenia wobec prywatnej własności są afirmowane: prawo do egzystencji i prawo do zatrudnienia, jako 

warunek ich efektywności, wołają o to, aby całość bądź też część prawa własności została przeniesiona na 

państwo. Antagonizmy te pokazują, że  całe  „prawo własności” [property law], które dzieli własność na 

publiczną   i   prywatną   domenę   i   przez   to   reguluje   w   określony   sposób   hierarchiczne   relacje   między 

własnością, pracą, społecznym bezpieczeństwem i środowiskiem, w sposób zdeterminowany bazuje na 

określonej   dystrybucji   władzy.  Natomiast   tym,  co   ukazują   współczesne   debaty  dotyczące   wspólnego 

dziedzictwa ludzkości czy monopolu na informacje (i technologię), są wewnętrzne ograniczenia zasady 

całkowitego  posiadania.   Wywołują   one  jako  reperkusję   „ogólne”  pojmowanie  prawa   własności,   które 

fundamentalnie, we wszystkich swych wymiarach, pozostaje procesem międzyjednostkowym. Jakikolwiek 

byłby mechanizm rozdziału dóbr, indywidualny czy wspólnotowy, wynika stąd  już zawsze polityka  w 

rozdziale   na   lub   mediacji   pomiędzy  różnymi   formami  własności,   z   których   żadna   nie   jest   w   stanie 

wyeliminować   innych.   Tak   więc   w   pewnym   sensie   również   sama   polityka   jest   niczym   innym   jak 

permanentną mediacją między tymi różnymi formami własności, prywatną i publiczną, ekskluzywną i nie-

ekskluzywną.

To stawanie-się-polityczną przez własność, bez czego nie mogłaby ona być faktycznie traktowana 

jako jedno z „praw człowieka” (ponieważ nigdy nie implikowałaby „praw obywatela”), zaczęło się już w 

chwili,   kiedy   jej   dystrybucja   okazuje   się  kluczem  do   dystrybucji   środków   egzystencji   i   samej  pracy 

(ponieważ ta ostatnia nie jest tylko środkiem egzystencji, ale także środkiem zdobywania na przykład 

godności osobistej czy „niezależności” i w związku z tym – środkiem pozwalającym na wydostanie się 

spod   stanu  społecznej  „kurateli”).  Potwierdza  się  to,   kiedy  pojęcie  „uniwersalnej  własności”,  poprzez 

narzucenie  ograniczeń   na   zasadę   całkowitego   posiadania,   otwiera   się  na   aktywne  obywatelstwo  jako 

warunek  skutecznego  zawłaszczania  przyrody.  Wciąż  jednak,  dopóki  pojęcie  to  jest  postrzegane  tylko 

negatywnie, jako symptom impotencji (chyba, że poprzez inwersję projektowana jest w nowego rodzaju 

mistycyzm   natury   –   co   wydaje   się   niebezpieczeństwem   niektórych   ze   współczesnych   doktryn 

ekologicznych),   jesteśmy  zmuszeni   mówić   nie   tylko  o   blokadzie,  konflikcie  czy  antagonizmie,   ale  o 

prawdziwej aporii polityki. I nie możemy dzisiaj stwierdzić, że znaleźliśmy naszą drogę wyjścia z tej aporii; 

możemy jedynie powiedzieć, że sama się ona nam narzuca, tak, że jeśli jest ignorowana – dalej jest, jeśli zaś 

będzie stłumiona – nie będzie więcej polityki.

...Być  może  jaśniej  teraz  widać,  w  jakim  sensie  myślałem,  że  można  powiedzieć,  iż  właściwa 

definicja praw człowieka, która określa ich politykę, nie może być oderwana od historii, która w pewnym 

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 16 -

www.skfm-uw.w.pl

background image

Étienne Balibar – Co to jest polityka praw człowieka? (1994 rok)

sensie   jest   właśnie   historią   „natury   ludzkiej”,   czy,   jeśli   preferowany   jest   inny   słownik,   „stosunków 

społecznych”. W rzeczywistości jedynym słownikiem, jaki jest tutaj naprawdę odpowiedni, jest słownik 

polityki. Dlatego właśnie pozwolę sobie na podsumowanie przez powiedzenie, że polityka praw człowieka 

idzie do granic demokracji i prowadzi demokrację do jej granic, aby je rozszerzyć do tych obszarów, 

których nie byłaby ona nigdy w stanie podbić czy też zająć w wyniku aprobaty prawniczych gwarancji dla 

praw cywilnych i obywatelskich. Jakkolwiek ważne mogą to być cele, polityka praw człowieka musi, po to, 

by osiągnąć je w danym momencie historycznym, rozszerzyć prawa człowieka albo ewentualnie wynaleźć 

je jako prawa obywatela (co implikuje ich konceptualizację, deklarację i ich wprowadzenie).

Ta operacja wynalezienia praw czy też ciągłego wprawiania ich historii na powrót w ruch, bez czego 

koncepcja  polityki   praw  człowieka   w   mocnym   sensie   jest  bez   znaczenia,   jest  z   definicji  ryzykowną 

operacją. Niesie ze sobą ryzyko intelektualne, ale także praktyczne, a nawet egzystencjalne. Zakłada ona 

zawsze, czy się to komu podoba, czy nie, że istniejący porządek społeczny został zakwestionowany, nawet 

jeśli będzie to demokratyczny i prawny porządek konstytucyjnego państwa, który, w pewnych granicach i w 

pewnym polu, instytucjonalizuje wolność i równość. Musimy nie bać się, po raz kolejny użyć tego terminu: 

zakłada to akt insurekcji, w sensie, w jakim insurekcja (która jest czymś więcej niż rewoltą i wszystkim, 

tylko nie rebelią) przeciwstawiona jest stabilności konstytucji, co więcej – przygotowuje ją i funduje. W 

insurekcji, nawet będącej pod kontrolą, pozbawionej przemocy, stawką jest konieczność i ryzyko nie tylko 

popularnej najwyższej władzy, ale przede wszystkim, jeszcze raz, popularność władzy. Taka jest w końcu 

aporia czy w każdym razie trudność polityki praw człowieka: ryzyko rozchwiania władzy, która tworzy i 

odwołuje  konstytucyjne  prawa   poprzez  wynajdywanie  nowych  praw  albo  rozszerzanie  istniejących,  w 

ramach demokratycznego porządku. Jest to ryzyko, które pojawia się, kiedy już stało się jasne, że proste 

przystosowanie praw do różnych „ewolucji społeczeństwa” (ewolucji rynku, technologii i sił wytwórczych, 

moralności, wierzeń etc.) jest niemożliwe. Jest to ryzyko kolektywnego błędu z nieskończenie większymi 

konsekwencjami niż te, które mógłby przynieść błąd jakiejkolwiek jednostki. Jest to ryzyko możliwości 

bycia   zmuszonym  do   konfrontacji   z   wielorakimi  formami  przemocy   „broniącego  się”  ustanowionego 

porządku, a także, co jest niewątpliwie nawet trudniejsze, zmuszonym do konfrontacji z konsekwencjami i 

efektami „kontrprzemocy”, w której tak wiele rewolucyjnych wysiłków zostało straconych (co oznacza, że 

możliwości te są w sposób tragiczny nieskończenie blisko siebie i nieskończenie daleko od polityki praw 

człowieka). Ale jest to ryzyko, bez którego każde prawo, nawet prawo ludzi do istnienia, bezpieczeństwa i 

pomyślności, może być bezpowrotnie stracone

28

.

28

 Do tej kwestii będę musiał jeszcze powrócić: w sensie jej treści, jej zmienności, całokształtu problematyki aporii polityki 

praw człowieka. Jest to grobowiec  moralności i legalizmu, równie dobry, jak jej abstrakcyjna odwrotność.  W świecie, w 

którym dysproporcje w bogactwie idą ręka w rękę, teraz bardziej niż kiedykolwiek, ze zdolnością anihilacji wroga, w świecie, 

w którym główna granica (czy nazwiemy ją Północ/Południe, czy w inny sposób; przecież „południe” jest wszędzie), zmierza 

do separacji  dwóch humanistyk  [humanities], tej, która jest stale podporządkowana [subjected] przemocy i tej, która staje 

przeciwko niej, polityka praw człowieka nie może być „nonviolent” z zasady. Bądź co bądź nie może też zawieść w wyjściu 

poza nie, zgodnie ze sławnym powiedzeniem, głoszącym, że przemoc (mas, uciskanych)  jest „akuszerką  każdego starego 

społeczeństwa, brzemiennego nowym” (Kapitał, t. I, op. cit., s. 828). Nie jest tak dlatego, że wrażenie stałego dysponowania 

środkami przemocy wobec uciskanych systematycznie obraca się przeciwko nim, ale dlatego, że siła nie może już dłużej być – 

jeśli kiedykolwiek mogła – uważana za środek i zmierza do tego, aby stać się warunkiem egzystencji. Dawno już dystynkcja 

między bezpieczeństwem i niebezpieczeństwem, publiczną i prywatną przemocą, przemocą ekonomiczną i militarną, a nawet 

między  ludzką przemocą i „naturalnymi” nieszczęściami zaczęła się zacierać, problem nie może być też dłużej po prostu 

upraszczany do regulacji przemocy  (przez  prawo), wypędzenia jej (przez państwo)  czy też eliminacji jej przyczyn (przez 

rewolucję): jest to kwestia organizacji „antyprzemocy” [„antiviolence”], chodzi o zainstalowanie w centrum polityki społecznej 

„walki”   przeciwko   wielorakim   i   współzależnym   formom  przemocy.   Chciałbym   wierzyć,   że   to,   co   dzisiaj   nazywa   się 

pasywnością czy też zniechęceniem mas, jest przypisane nie tyle jakiemuś „końcu ideologii” czy też historii, ile ekstremalnej 

niepewności perspektyw i strategii w tym nowym rodzaju „walki”. (W tej sprawie zob. pierwszą próbę jej podjęcia w toczącej 

się debacie w mojej rozprawie: Violence et politique: Quelques questions [w:] Le passage des frontières: Autour de l'oeuvre de  

Jacques Derrida, red. Marie-Louise Mallet, I Paris: Galilée, w druku.)

© Studenckie Koło Filozofii Marksistowskiej (UW)

- 17 -

www.skfm-uw.w.pl