background image

ANDRZEJ DRZEWIŃSKI 

ANDRZEJ ZIEMIAŃSKI 

ZABÓJCY SZATANA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA WROCŁAW 1989 

background image

Mężczyźni  rozwinęli  się  w  tyralierę  i  powstrzymując  skaczące  do  przodu  psy  ruszyli 

powoli w kierunku rozproszonych budynków. Kilku policjantów 

skupionych  wokół 

furgonetki  skończyło  ładować  karabiny.  Gęsta  para  ich  oddechów  sprawiła,  że  Cleeve 
przypomniał sobie o przenikliwym zimnie i zamknął okno. 

Spojrzał  na  zegarek.  Z  pewnością  siódma  rano  nie  była  tą  porą  dnia,  kiedy  czuł  się 

najlepiej. Usiadł za biurkiem kryjąc twarz w dłoniach, ale trzask otwieranych drzwi i głośny 
okrzyk nie pozwoliły mu się skupić. 

— 

Mam nadzieję, że cię nie obudziłem? — mimo wczesnej pory Bob wyglądał świeżo 

jak zawsze. —  Koniec pracy biurowej, koniec siedzenia na prowincji. Jedziesz do Londynu 

— 

rzucił na biurko skórzaną teczkę. — Ale lepiej się nie ciesz, nie jedziesz na wycieczkę. 

Szykuje się coś większego. 

— 

A więc z deszczu pod rynnę... — Cleeve otworzył teczkę. 

W środku była tylko jedna, w połowie zapisana kartka. 

— H

ej, przecież tu nic nie ma! 

Bob wzruszył ramionami. 

— 

Sam wiem niewiele więcej. W jakiejś zapadłej wiosce, w Szkocji, zaczęły się dziać 

dziwne rzeczy i centrala ściąga wolnych pracowników, żeby się tym zajęli. 

— Co to znaczy „dziwne rzeczy”? 

—  Nie wiem. Po

dobno  wszyscy  mieszkańcy  oszaleli.  Były  też  jakieś  zajścia  z  ekipą 

filmową, która kręci w okolicy tej wsi. 

— 

Pewnie robili za bardzo rozebrane sceny i zgorszeni chłopi popędzili ich widłami. 

Bob zerknął na zegarek i podniósł się z fotela. 

— 

Nie, to coś poważnego. Dowiesz się wszystkiego w centrali. 

— 

Zaraz,  zaczekaj  moment.  Wiesz  może,  dlaczego  zainteresował  się  tym  właśnie 

kontrwywiad? Przecież to sprawa policji. 

— 

Nie mam pojęcia. No to na razie, bardzo się spieszę... — Bob ruszył ku drzwiom. — 

Pospies

z się, wyjeżdżasz przedpołudniowym. 

Cleeve kiwnął głową. 

— 

A... a jak się ta dziura nazywa? 

— 

Mc'Nunns Forest. I uważaj, żebyś sam nie oszalał, jeśli się tam znajdziesz... — głos 

Boba dobiegł już z korytarza. 

Cleeve obejrzał z obu stron trzymaną w ręku kartkę, schował ją z powrotem do teczki i 

odłożył na biurko. Przez chwilę przerzucał bezmyślnie papiery, ale szybko porzucił myśl o 
ich uporządkowaniu przed wyjazdem. Zapalił papierosa i ruszył do okna. 

background image

Tyraliera mężczyzn znikała właśnie za linią zabudowań gospodarczych. Pewnie znowu 

jakaś  samotna  staruszka  wywołała  alarm  twierdząc,  że  widziała  jak  z  lasu  wychodzi 
niedźwiedź albo dzik i grasuje na peryferiach miasteczka. Od kiedy nad pobliskim jeziorem 
stworzono rezerwat, podobne alarmy nie należały do rzadkości. 

Cleeve spojrzał na barometr. 

— 

O  Boże  —  westchnął  w  duchu  —  czy  można  się  dziwić,  że  ludzie  wariują?  Tak 

niskie ciśnienie powinno usprawiedliwiać nawet najgorsze dziwactwa. 

Przesunął ręką po swych coraz bardziej rzedniejących włosach. 

— 

Wezmę aspirynę — pomyślał i zrezygnowany opadł na fotel. 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Szli wąskim korytarzem. Brak okien i białe światło jarzeniówek drażniły Cleeva. Może 

dlatego trochę nieuważnie słuchał sprawozdania Hubbarda. 

— 

Kiedy zbierali filmowców po okolicy, widok był raczej niecodzienny. Pokrwawieni, 

pobici,  zmęczeni  do  nie  przytomności,  a  przede  wszystkim  przerażeni.  Szpital  w  Hallford 
miał pracy na kilka dni. 

Cleeve zerknął na blondynkę stojącą przy automacie z kawą. 

— 

Był tam wtedy ktoś od nas? 

— Nie — 

Hubbard pokręcił rudą czupryną. — Wezwano mnie dopiero następnego dnia, 

byłem tylko przy przesłuchaniach. 

— 

Ci z wioski przyznali się chociaż do czegoś? 

— Praktycznie nie — 

Hubbard zakręcił palcami. — Wspominają, że doszło do scysji, 

ale  nikt  nie  pamięta  jej  przebiegu,  tak  jakby  działali  w  odurzeniu.  Naturalnie  zaprzeczają 
wszystkiemu, nikogo nie bili, nic nie zniszczyli. Do tego niektórzy twierdzą, że to chyba sam 
szatan ich wtedy opętał. 

Zatrzymali się w migoczącym świetle zepsutej jarzeniówki. Z każdym rozbłyskiem na 

najbliższych drzwiach widać było napis „Sala Projekcyjna”. 

— 

Rzeczywiście tak mocno bili? 

— 

Nie  cackali  się.  Trudno  jednak  uwierzyć,  że  dokonali  tego  mieszkańcy  wsi  — 

wpuszczając Cleeve'a do środka dodał — dopiero ten film... 

Człowiek siedzący w fotelu odłożył fajkę i uniósł swoje rosłe ciało. 

— Kopa lat — 

powiedział i uścisnął oburącz dłoń Cleeve'a. — Jeff, twoja gęba nic się 

nie zmieniła. 

Goefrey wyjął wolną ręką papierosa i zanurzył jego koniec w płomieniu zapalniczki. 

— 

Twoja  zaś  coraz  wyraźniej  odzwierciedla  łajdacki  tryb  życia  —  powiedział  i 

wydmuchał kółko dymu nad głowę Crewthera. 

— 

Czy  muszą  panowie  tak  kopcić?  —  wtrącił  się  Hubbard  wymownie  patrząc  na 

smużki dymu. 

Zerknęli na niego, a później na siebie. 

— 

Nie  wiesz  przypadkiem,  Jeff,  o  co  chodzi  temu  człowiekowi z centrali? — 

background image

wymamrotał Crewther sięgając po chustkę. 

— 

Bardzo śmieszne — stwierdził Hubbard, siadając przy stoliku z klawiaturą. W sali 

przygasło światło. 

— 

Jak  wiadomo,  Szkocja  znajduje  się  na  Wyspach  Brytyjskich  i  podlega 

zainteresowaniu naszeg

o urzędu, o co i panów bym prosił. 

Cleeve  z  Crewtherem  westchnęli  unosząc  głowy.  Na  wiszącym  w  rogu  sali  małym 

ekranie ukazała się mapa Szkocji. 

— 

Mc'Nunns  Forest  liczy  około  stu  mieszkańców  i  leży  dwadzieścia  kilometrów  na 

północny zachód od Hallford. Cztery dni temu ekipa z wytwórni Havisa kręciła tam jeden z 

odcinków serialu. 

Obraz zmienił się ukazując okolicę Hallford. 

— 

W czasie zdjęć filmowcy zostali brutalnie napadnięci i pobici przez wieśniaków. Do 

tragedii nic doszło tylko dzięki temu, że nikt nie próbował się bronić. Niestety, obrażenia były 
bardzo poważne. 

Cleeve przechylił się do przodu. 

— 

Czy atakowano również policję? 

—  Nie  — 

Hubbard pstryknął przełącznikiem. — Ludzie z wioski wydawali się nawet 

nie  wiedzieć,  za  co  byli  zatrzymani.  Ale  proszę  popatrzeć  na  kawałek  taśmy,  który  został 
nakręcony podczas ostatniego ujęcia. Widać na nim wystarczająco dużo. 

Z umieszczonego w tylnej ścianie otworu trysnął snop światła. Stosunkowo nieliczne 

smugi dymu świadczyły, że uruchomiona przez Hubbarda wentylacja działa bez zarzutu. 

Na  ekranie  palił  się  ogień.  Człowiek  przywiązany  do  pnia  płonął  jak  nasączony 

benzyną,  a  z  opadłej  na  pierś  brody  unosiły  się  snopy  iskier.  W  tle  widać  było  bryłę 
wiejskiego  kościoła.  Stojąca  przy  pochylonym  krzyżu  grupa  osób  w  ciemnych kapturach 
obserwowała  wleczoną  ku  drzewu  kobietę.  Według  Cleeve'a  była  to  Anetta  Riedl,  aktorka 
znana z nowej wersji „Kaliguli”.  Umazana  czymś brunatnym szarpała  się z całych sił. Nie 
mogła  jednak  przeszkodzić  oprawcy,  który  bez  trudu  przywiązał  jej  ręce  do  najniższych 
gałęzi. Crewther roześmiał się, lecz zaraz umilkł. Mężczyzna na ekranie  przestał krępować 
dziewczynę. Obydwoje patrzyli poza kadr. Było to irytujące nienaturalne. Raptem w zasięg 
kamery  wskoczyło  kilkanaście  osób  uzbrojonych  w  kije.  Aktor  ruszył  w  ich  stronę.  Cios 
człowieka  w  ciemnej,  postrzępionej  marynarce  zalał  go  krwią  i  rzucił  na  ziemię.  Riedl 
krzyczała zapewne z całych sił szeroko otwierając usta. Jej szamotanina była teraz znacznie 
bardziej przekonywująca. Jeden z wieśniaków zbliżył się sztywnym krokiem do przywiązanej 
dziewczyny  i  dobrze  wymierzonym  ciosem  uderzył  ją  kijem  w  bok.  Aktorka  osunęła  się 

background image

zemdlona, lecz grube sznury nie pozwoliły jej opaść na ziemię. 

— 

Miała trzy złamane żebra — szepnął Hubbard. 

Obraz  zadygotał  i  w  zasięgu  kamery  pojawili  się  ludzie  z  obsługi.  Widoczność 

pogarszała się coraz bardziej, musiały gasnąć kolejne reflektory. Jedynie zrzucona na ziemię 
kukła  płonęła  jasną  plamą.  Filmowcy  wycofywali  się  między  domy,  a  tłum  metodycznie 
postępował za nimi. Obraz rozbłysnął i zgasł. 

Hubbard włączył oświetlenie. 

— 

To i tak mała próbka tego, co tam się działo. Pan Crewther ma kopię mojego raportu. 

Crewther wyjął zgasłą fajkę spomiędzy zębów. 

— 

Widzieliście  ich  twarze  —  bardziej  stwierdził,  niż  spytał..—  To  nie  był  atak 

wściekłości, to było zimne okrucieństwo. Ale, na Boga, ono nie pasowało do nich. Ci ludzie, 
to przecież zwykli wieśniacy. 

Cleeve przeniósł wzrok na Hubbarda. 

— Niech pan powie wreszcie w czym rzecz. 

Hubbard pogładził podbródek. 

— Objawy bezprzedmiotowej agre

sji u mieszkańców wioski mają związek z badaniami 

socjopsychologicznymi  prowadzonymi  przed  dziesięciu  laty  przez  profesora  Howarda 
Wickliffa.  Na  ten  trop  wpadł  nasz  ekspert,  doktor  Garth  ze  „School  for  Social  Research”. 
Podejrzewa że ktoś musiał kontynuować badania i teraz eksperymentalnie sprawdzał wyniki. 

— A ten Wickliff? — 

Cleeve ściągnął z wargi resztki tytoniu. 

— 

Zapomniałem powiedzieć — Hubbard uniósł dłoń. — Wyjechał przed dziesięciu laty 

do Stanów, na razie nic więcej nie wiemy. 

Cleeve pokiwał głową. 

—  Teraz pan jest szefem — 

Hubbard  zerknął  mu  w  twarz.  —  Ale  wydaje  się,  że 

najpierw trzeba ustalić, kto prowadzi tego typu badania. 

Cleeve zajrzał do wnętrza paczki papierosów. 

— 

Ten Garth to ktoś z głową? 

— Raczej tak. 

— 

To  dobrze,  niech  więc  sprawdza.  My  zajmiemy  się  Wickliffem  —  spojrzał  na 

Crewthera. Potem zmiął pustą paczkę i wrzucił do kosza. 

Ruchem  głowy  Cleeve  pozdrowił  obecnych  i  zajął  ostatni  wolny  fotel.  Niewielki, 

pozbawiony okien pokój był tak zadymiony, że mimo włączonej na maksimum wentylacji nie 
można było powstrzymać się od mrużenia oczu. 

— 

Słucham panów — zaczął zdławionym głosem. — Mam nadzieję, że ostatni tydzień 

background image

przyniósł wreszcie konkretne rezultaty. 

Crewther uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Cleeve odwrócił głowę. 

— Garth, 

może pan zacznie... 

Młody naukowiec rozprostował złożoną we czworo kartkę. 

— 

Zanalizowałem  bardzo  dokładnie  wszystkie  dostępne  w  archiwach  opisy  badań 

prowadzonych przez profesora Wickliffa. Niestety dane są nadzwyczaj skąpe. Mój raport na 
ten temat mieści się na kilku stronach. 

Garth położył przed Cleevem cienką, plastikową teczkę. 

— 

Dużo  więcej  materiału  dostarczył  mi  artykuł  Wickliffa  zamieszczony  w  jednym  z 

uniwersyteckich biuletynów. Z bibliografii wynika, że w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie 
istniało  aż  czternaście  prywatnych  programów  o  profilu  zbliżonym  do  badań  Wickliffa,  z 
czego sześć finansowanych przez Północnoamerykańską Fundację Rozwoju Górnictwa. 

— Co ma do tego górnictwo? — 

wtrącił Cleeve. 

Garth uśmiechnął się dyskretnie. 

— 

Oczywiście  nic.  Fundacja  jest  sponsorem  wielu  prestiżowych  badań  w  celach 

wyłącznie  reklamowych.  Ale  dlaczego  o  tym  mówię?  Prawie  dokładnie  dziesięć  lat  temu 
Wickliff  nagle  przerwał  swoją  pracę  i,  jak  ustalił  pan  Hubbard,  wyjechał  do  Stanów.  W 
niecały  miesiąc  później  Fundacja  wycofała  się  z  finansowania  wszelkich  programów 
naukowych dotyczących psychologii. 

— 

Rzeczywiście dziwna zbieżność. Co się stało z pozostałymi ośmioma programami? 

— 

Wszystkie  zlikwidowano  sześć  lat  temu,  po  wejściu  w  życie  ustawy  zakazującej 

prowadzen

ia badań, których wyniki umożliwiałyby ingerencję w psychikę ludzką — Garth 

przerwał  na  chwilę  i  również  zapalił  papierosa.  —  Ale to jeszcze nie wszystko. Razem z 
panem Hubbardem ustaliliśmy, że Wickliff jest etatowym pracownikiem Fundacji... 

— 

Może z psychologa przekwalifikował się na górnika... — przerwał mu Crewther. — 

Na to wskazywałyby również uzyskane przeze mnie informacje. 

Wzrok Cleeve'a sprawił, że Crewther szybko stłumił uśmiech. 

— 

Jak tylko pan Garth przekazał mi swój raport — ciągnął — skontaktowałem się z 

odpowiednią instancją amerykańską. 

Szybko przerzucił leżące przed nim papiery. 

— 

I  tak...  Amerykanie  twierdzą,  że  wspomniana  ustawa  jest  w  ich  kraju  ściśle 

przestrzegana i nikt nie prowadzi tam badań o interesującym nas profilu. Wszystkie zespoły 
naukowe fundacji są kontrolowane przez Amerykańską Radę Naukową, tak że jeśli Fundacja 
realizuje jakiś tajny program, robi to poza granicami Stanów. 

background image

— Gdzie? — 

spytał Cleeve. 

Crewther wzruszył ramionami. 

— 

Jedynymi  zagranicznymi  filiami  Fundacji  są  tak  zwane Lotne Ekipy Geologiczne, 

które  sprawdzają  możliwości  ponownego  uruchomienia  starych  kopalni  w  kilku  państwach 
południowoamerykańskich.  Dowiedziałem  się  też,  że  Wickliff  opuścił  Stany  Zjednoczone, 
jednak w której jest ekipie i czy w ogóle znalazł się w jednej z nich, nie sposób określić. 

— 

Czy ma pan listę kopalni, którymi interesuje się Fundacja? 

— 

Tak.  Jest  w  moim  raporcie,  choć  uzyskanie  jej  od  Amerykanów  nie  przyszło  mi 

łatwo... 

Tym razem uśmiechnął się Cleeve. 

— 

Czy można ustalić, w jakim kraju przebywa Wickliff? 

Crewther skrzywił się lekko. 

— 

Trzeba będzie pytać  o to w  ambasadach lub  konsulatach wchodzących w  rachubę 

państw.  Nie  mógł  wyjechać  bez  wizy,  ale...  uzyskanie  jakichkolwiek  informacji  w  tych 
placówkach nie jest łatwe. 

— 

Proszę się jednak dowiedzieć. Oczywiście dyskretnie. To wszystko? 

Crewther skinął głową. 

— A pan? 

Hubbard od razu podsunął teczkę z raportem. 

— 

Niestety nie zdobyłem pełnej listy dawnych współpracowników Wickliffa. 

— 

A lista płac? — przerwał mu Cleeve. 

—  Wickliff sam fina

nsował badania i osobiście płacił za wszystko. Tak że nie znamy 

nawet liczebności jego zespołu. Sądząc z przybliżonej analizy środków, którymi mógł wtedy 
rozporządzać, najprawdopodobniej zatrudniał od dwóch do czterech osób. 

— Iloma nazwiskami pan dysponuje? 

—  Tylko dwoma. Shaffes i Riley. Byli jego 

najbliższymi  współpracownikami.  Riley 

zginął w wypadku samochodowym dwa lata temu. Miejsca pobytu Shaffesa nic udało mi się 
jak dotąd ustalić. Wiem tylko, że żyje i nie opuścił naszego kraju. 

Cleeve siedział nieruchomo przeglądając zawartość teczek. 

— 

Czy ktoś z panów ma coś jeszcze do dodania? 

Nie słysząc żadnego głosu podniósł głowę i rozejrzał się po otaczających go twarzach. 

— 

No cóż, w takim razie dziękuję — uniósł się i zabrał raporty. — Następne spotkanie 

dopiero po odnalezieniu Shaffesa i ustaleniu miejsca pobytu profesora Wickliffa. 

W progu stanął na chwilę, jakby zastanawiając się, czy o czymś nie zapomniał, ale w 

background image

końcu zamknął drzwi i ruszył w stronę windy. Czekała go dużo mniej przyjemna rozmowa, 

lecz 

pocieszał się, że droga do siedziby rządu da mu czas na zebranie myśli. 

Cleeve patrzył uważnie na ministra, lecz jego głowa coraz bardziej przechylała się w 

drugą  stronę.  Nie  miał  do  niej  pretensji.  Pończochy  panny  Scott,  siedzącej  w  fotelu  pod 
ścianą, miały fascynujący połysk. 

—  Tak, panie majorze — 

powiedział  Westland  starannie  zaginając  brzeg  raportu.  — 

Zdaje pan sobie sprawę, jaką wagę do tego przywiązuje rząd? 

Cleeve wyprostował się gwałtownie. 

— Naturalnie — 

odparł, łapiąc dyskretny uśmiech dziewczyny.  

Westland 

poprawiając się w fotelu skinął głową. 

— 

Gdyby  wypadki  miały  się  powtórzyć  —  minister  zawiesił  głos  —  i  to  w  dużych 

aglomeracjach,  konsekwencje  byłyby  nieobliczalne.  Dlatego  na  dzisiejszym  posiedzeniu 
rządu zdecydowano się udzielić panu wszelkich koniecznych uprawnień. 

Cleeve odruchowo zerknął na dziewczynę. 

— 

Łącznie z pozwoleniem na akcję wojskową na terenie obcego państwa? 

Palce Westlanda ponownie przejechały brzeg kartki. 

— 

Jesteście  panowie  pewni,  że  Fundacja  kontynuuje  ten  program  w  Ameryce 

Południowej? — spytał. 

Cleeve sięgnął po papierosa, ale zaraz cofnął rękę przypominając sobie, że minister nie 

pali. 

— 

Oficjalne  badania  finansowane  przez  Fundację  zostały  przerwane  dokładnie  w 

miesiąc  po  przyjeździe  Wickliffa  do  Stanów.  Przyczyną  mogło  być  jedno:  zatrudnienie  go 

jako najlepszego specjalisty w tej dziedzinie i utajnienie 

dalszych  badań.  Ponieważ  takich 

eksperymentów zabraniała wprowadzona później ustawa, trzeba było je przenieść poza teren 

kraju. 

— 

Nie orientuje się pan jeszcze, które z państw wchodzi w rachubę? 

Cleeve zaprzeczył ruchem głowy. 

— Nie, ale to kwestia godzin. 

—  Rozumiem  — 

Westland uniósł leżącą na biurku teczkę. — Wracając do pańskiego 

pytania — 

jeśli zajdzie konieczność, będziecie mogli użyć grupy wojskowej. 

Rzucił sprawozdanie na stół. 

— 

Ale proszę pamiętać, bez względu na to, czy wypadki w Szkocji były pojedynczym 

eksperymentem,  czy też początkiem prowadzonej przeciwko naszemu państwu akcji, nigdy 
więcej nie mogą się powtórzyć. 

background image

—  Rozumiemy to panie ministrze. Dlatego 

właśnie  potrzebna  nam  była  zgoda  na 

działanie grupy specjalnej. 

Westland skinął głową. 

— 

Podobnie  jak  pan  uważam,  że  Fundacja  jest  najpoważniejszym  podejrzanym. Ale 

możliwe, że mylicie się co do Wickliffa. 

Spojrzał na dziewczynę ukazując szereg zębów zbyt prostych, aby były prawdziwe. 

— 

Panno  Scott.  Nasz  drogi  major  z  pewnością  zastanawia  się  czemu  zawdzięczamy 

pani obecność. Myślę, że należy mu to wyjaśnić. 

Dziewczyna dla przybrania wygodniejszej pozycji 

założyła nogę na nogę. 

— 

Kiedy pan minister zlecił mi zebranie materiałów dotyczących Howarda Wickliffa, 

postanowiłam  sięgnąć  do  miejsc,  które  panowie  mogli  przeoczyć  —  wyjęła  plastikową 
kopertę. — Proszę to obejrzeć. 

Cleeve przestał się uśmiechać. 
Wyciągnął rękę i pod przezroczystą osłoną ujrzał gazetowy wycinek. 

— Niech pan przeczyta — 

zachęciła go. 

15  sierpnia  zmarł  śmiercią  tragiczną  profesor  psychologii  Howard Wickliff. Pogrzeb 

odbędzie się we wtorek, 19 sierpnia na cmentarzu św. Antoniego. 

U dołu nekrologu widniał mały znak wieńca. 

— 

Co pan o tym sądzi? — spytał Westland mrużąc oczy. 

Cleeve nie odpowiedział. Zwrócił się bezpośrednio do panny Scott. 

— Z jakiej gazety to pochodzi? 

— 

Z małego prowincjonalnego tygodnika „Avila Week”. W tej miejscowości pracował 

Wickliff przed dzie

sięciu laty. 

— 

Czy w jakiejkolwiek innej gazecie z tego okresu znalazła pani podobny nekrolog? 

— Nie, tylko tutaj. 

— 

Sądzę,  że  kronik  policyjnych  i  miejskiego  rejestru  zgonów  również  pani  nie 

sprawdziła. 

Tym razem odpowiedział Westland najwyraźniej zirytowany dociekliwością Cleeve'a. 

— 

Panna  Scott  czekała  z  tą  informacją  na  pana.  Uważa  pan,  że  nekrolog  nie  jest 

autentyczny? 

Cleeve włożył wycinek do aktówki. 

—  Nekrolog przypuszczalnie jest prawdziwy, natomiast 

treść  z  tych  czy  innych 

względów może być fałszywa. Sprawdzimy to. 

— Dobrze — 

twarze Westlanda i panny Scott były już znacznie spokojniejsze. — Niech 

background image

pan pamięta o znaczeniu całej sprawy. 

Wizyta  w  ministerstwie  zakończyła  się  w  mniej  oficjalnej  atmosferze.  Niewątpliwie 

wpłynął na to również koniak z reprezentacyjnego zapasu ministra. Cleeve mógł stwierdzić, 
że nie był to trunek najgorszego gatunku. 

— 

Obudź się wreszcie, Jeff, słyszysz mnie? — głos w słuchawce przechodził w coraz 

wyższe rejestry. 

— 

Słyszę, słyszę, nie krzycz — Cleeve podciągnął wyżej kołdrę. W pokoju hotelowym 

panował przenikliwy chłód. 

— O 

co ci chodzi w środku nocy? — spytał tłumiąc ziewnięcie. 

— 

Przepraszam,  że  przeszkadzam  o  takiej  porze  —  Crewther  sądząc  po  głosie  był 

świeży i wypoczęty. — Mam nadzieję, że mi wybaczycie... 

— My

? Nie bądź bezczelny. 

— 

Chyba nic powiesz, że śpisz sam. 

— 

Owszem, śpię zupełnie sam! — Cleeve sięgnął po szklankę z niedopitą herbatą. —

To chciałeś usłyszeć? 

— 

Nie żartuj. Jak chcesz, dam ci numery kilku telefonów... 

— 

Daj mi spokój. Chcę wreszcie przespać choć jedną noc od zmroku do świtu. Mów 

lepiej, czego się dowiedziałeś? 

Crewther wymamrotał coś cicho nie mogąc się widocznie pogodzić z tym co słyszy. 

— Wiem gdzie jest Wickliff — 

powiedział wreszcie głośniej. 

— Gdzie? 

— 

Uruchomiłem nasze wszystkie kontakty. Kosztowało to... 

— 

Słuchaj, jest środek nocy, a ja chcę spać. Albo mi powiesz, gdzie go znalazłeś, albo 

to ja cię zaraz znajdę i stanie się coś strasznego. 

— 

Aleś  ty  nerwowy  —  Crewther  najwyraźniej  miał  bardzo  dużo  czasu.  —  Właśnie 

chciałem ci powiedzieć, że Wickliff jest w Boliwii. 

— W Boliwii gdzie?  

—  Tego nie wiem. Najprawdopodobniej siedzi w obozie 

górniczym  należącym  do 

Fundacji.  Obóz  leży  niedaleko  takiego  miasteczka  na  północy  kraju...  —  Cleeve  usłyszał 

szelest kartek. — 

Zaraz podam ci jego nazwę... 

— 

Mniejsza z tym. Masz coś jeszcze? 

— 

Nie, to już wszystko. Śpij spokojnie mnichu. 

— 

Cześć — Cleeve rzucił słuchawkę na widełki i przekręcił się na drugi bok. 

— 

Kto to był? — spytała leżąca obok dziewczyna. 

background image

— 

Pomyłka. Śpij —szepnął. 

— 

Nie  chcę  już  spać  —  panna  Scott  zarzuciła  mu  ręce  na ramiona. —  Mamy  mało 

czasu do rana, jeśli chcesz być punktualny. 

Samochód Hubbar

da  gwałtownie  zahamował  znacząc  asfalt dwoma smugami startej 

gumy. 

O  mało  nie  minął  zjazdu do Alberts  River.  Klnąc  cicho  skręcił  z  głównej,  szosy  w 

stronę  domów  widocznych  za  drzewami.  Pierwsze  zabudowania  były  typowymi 
gospodarstwami rolnymi w dość kiepskim stanie. Dopiero dom stojący w głębi śliwkowego 
ogrodu był tym, którego szukał. Zatrzymał się przed bramą, którą od wewnątrz spinała ciężka 
kłódka.  Następnie  wdusił  guzik.  W  głębi  ogrodu  rozległo  się  ujadanie  i  coś  ciężkiego 

przeda

rło się przez zarośla przybierając kształty wilczura. 

— 

Słucham pana — dobiegł Hubbarda głos skądś i z boku. 

Oderwał  wzrok od psiego  pyska  i  dostrzegł  człowieka.  Stał  na  tle  ogromnego  słońca 

opadającego na krańce wioski. 

— 

Pan sobie życzy? — mimo ponaglenia głos nadal był spokojny. 

— 

Dzień  dobry  —  Hubbard  objął  palcami  pręty  bramy.  —  Szukam pana Keitha 

Shaffesa. Podobno mie

szka, i w każdym razie mieszkał w tej okolicy. 

Człowiek podszedł do psa i położył mu dłoń na łbie. 

— 

Rozumiem, że pan go nie zna. 

Jak na gust Hubbarda mężczyzna uśmiechał się zbyt sztucznie. 

— Nie — 

odpowiedział. — Reprezentuję komisję parlamentarną. Pan Shaffes może być 

przydatny do 

wyjaśnienia pewnej sprawy sprzed kilku lat, już drugi dzień go szukam. 

Hubbard zamilkł i skrzywił się. Zawsze gdy był zmęczony, mówił za dużo. Mężczyzna 

za bramą wyjął klucz z kieszeni i przytrzymał kłódkę. 

— Naturalnie — powie

dział śmiejąc się samymi ustami. — ... człowiek dziwaczeje na 

starość. Proszę wejść. Jestem Shaffes. 

Hubbard zdążył zreferować całą sprawę zanim weszli. Shaffes ruszył zaraz po napoje 

zostawiając go w towarzystwie psa. Patrzyli na siebie aż do powrotu właściciela. 

— 

Od razu odpowiem na pana, jak myślę, podstawowe pytanie — z rozmachem nalał 

soku do szklanki — 

Ten nekrolog był falsyfikatem. 

Jak  aktor  oceniający  wrażenie  wywołane  swą  grą  rozkoszował  się  przez  moment 

widokiem miny Hubbarda. W końcu nachylił się i przesunął w jego stronę kieliszek ginu. 

— 

Mam  nadzieję,  że  pan  tym  nie  gardzi  —  mruknął,  kontynuując  zaraz  normalnym 

tonem. — 

Kiedy Wickliff powiedział nam, to znaczy mnie i drugiemu asystentowi Riley'owi, 

że kończy badania i od nowego roku rezygnuje z naszych usług, Walt wściekł się. Powiedział, 

background image

że wytnie staremu jakiś numer. No i dał do gazety ogłoszenie o śmierci Wickliffa. Było z tym 
trochę  śmiechu,  ale  profesor  i  tak  wyjechał  do  Stanów,  więc  w  gruncie  rzeczy  było  mu 

wszystko jedno. 

Pies zerwał się z legowiska i truchtem zbiegł na trawnik. 

— Rozumiem — 

odezwał się Hubbard obracając w dłoni pusty kieliszek. — A badania? 

Czy podana przeze mnie charakterystyka jest dokładna? 

Shaffes zamruczał coś do siebie. 

— 

Tak, w zasadzie tak. Chodziło nam o zbadanie, czy w wyniku złamania tak zwanego 

„hartu ducha” i naturalnych 

więzi  grupowych  można  przygotować  dowolną  grupę  osób na 

przyjęcie  nowych  odmiennych  zasad  postępowania.  Chcieliśmy  połączyć  efekt 

u

kierunkowujących bodźców zewnętrznych z działaniem pewnej substancji chemicznej. 

— A zdarzenia w Mc'

Nunns Forest mogą mieć związek z waszymi badaniami? 

— 

Na podstawie pańskiego opisu przyznaję, że jest to możliwe. Dokładniej wypowiem 

się po obejrzeniu w Londynie całej dokumentacji. 

— 

Zgadza się pan na wyjazd? 

— 

Tak, jestem ciekawy, czy ktoś kontynuował nasze badania — ściszając głos pochylił 

się nad stolikiem. — chociaż szczerze mówiąc sądzę, że to Wickliff musiał w tym maczać 
palce. Mimo że od czasu wyjazdu przestał w ogóle publikować. 

— 

My też tak uważamy — odparł Hubbard. 

Shaffes patrzył na węszącego przy werandzie wilczura. 

— 

Ja i Riley od początku mieliśmy wątpliwości — zaczął nie odwracając nawet twarzy. 

— 

Nauka dla nauki nie istnieje. Wiadomo było, że w przypadku sukcesu pojawią się chętni 

do wykorzysta

nia naszej metody dla ubezwłasnowalniania całych grup ludzkich, zamieniania 

ich w fanatyków 

oddanych każdej sprawie. 

— Ale w Mc'Nunns Forest... 

Shaffes spojrzał na Hubbarda. 

— 

Prawda,  ludzie  działali  bez  celu.  Z  tym,  że  ten  kto  przeprowadzał  eksperyment, 

prawdopodobnie 

stosował  jedynie  środek  chemiczny,  nie  mając  możliwości  przygotowania 

mieszkańców.  Gdyby  ich  wcześniej  urobiono,  z  pewnością  dałoby  się  wszystkich 
wykorzystać  do  realizacji  dowolnego  celu.  W  Mc'Nunns Forest przypadek  sprawił,  że 
obróciło to się w agresję przeciw filmowcom. 

Krzywiąc twarz przechylił ją w stronę zachodzącego słońca. 

— 

Chciałbym wiedzieć czy to prawda. Jeśli tak — zmarszczył brwi — to kontynuator 

naszych badań posunął się znacznie dalej. 

background image

Opuścił głowę i Hubbard nie wiedział; co ma odpowiedzieć. Czuł się zmieszany siedząc 

na werandzie razem z tym człowiekiem. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

Crewther wyjął z ust ośliniony cybuch fajki. 

— I co? 

— Lecimy do Boliwii — 

Cleeve zatrzymał się przed nim. — Mam potwierdzenie.  

— Kiedy? 

— Dzisiaj w nocy. 

Ruszyli  powoli  wzdłuż  korytarza.  Crewther  wystukiwał  popiół  do  przenośnej 

popielniczki. 

— 

Shaffes też jedzie? 

— 

Uparł się, że musi być tam razem z nami — Cleeve pokręcił w zamyśleniu głową. — 

Z jednej strony jego pomoc  jest nieoceniona — 

jako jedyny może rozpoznać Wickliffa, jest 

lepszym fachowcem w interesującej nas dziedzinie niż Garth, ale... 

— 

Ale ma już pięćdziesiąt osiem lat — wpadł mu w słowo Crewther — a w naszym 

zawodzie to wiek więcej niż emerytalny. 

Zatrzymali się przed drzwiami gabinetu Hubbarda. 

— 

Znam się trochę na medycynie — Cleeve położył rękę na klamce — tak że w razie 

jakiś kłopotów będę mógł mu doraźnie pomóc. Ale upał i nagła zmiana klimatu mogą nam 
zupełnie staruszka rozłożyć... Chodźmy. 

Hubbard, Garth i Shaffes jednocześnie odwrócili głowy. 

— 

Dostaliśmy potwierdzenie? — spytał Hubbard. 

— Tak. Wyruszamy wieczorem. 

—  Wieczorem?  — 

Shaffes wychylił się z fotela. — A paszporty? Wizy? Zdążycie to 

panowie załatwić? 

Cleeve, Hubbard i Crewther, a nawet Garth 

uśmiechnęli się lekko. Hubbard otworzył 

szufladę  i  wyjął  z  niej  cztery  małe  książeczki  z  godłem  państwowym  na  okładce. Potem 

podsze

dł do sejfu. 

— 

Możemy zaczynać? — spytał. 

Razem z Cleevem otworzyli pancerne drzwiczki 

własnymi kluczami. Hubbard wyjął ze 

środka zalakowaną kopertę, złamał pieczęcie i wysypał zawartość na blat biurka. 

— 

Czy  ktoś  chce  się  wycofać?  —  pytanie skierowane było  do  Gartha  i  Shaffesa.  — 

background image

Przypominam panom, że to ostatnia okazja. 

Naukowcy siedzieli nieporuszeni. Dopiero po chwili odezwał się Garth. 

— 

Wie  pan,  kiedy  JennyPam  usłyszała,  że  mam  okazję  zarobić  dodatkowo  trochę 

pieniędzy, zaczęła zbierać katalogi firm zajmujących się sprzedażą domków nad morzem. Nie 
mógłbym jej rozczarować. 

— 

W takim razie zapoznam wszystkich z czekającymi ich zadaniami. Pierwsza grupa w 

składzie:  Cleeve,  Shaffes  i  Garth  odlatuje  dzisiaj  bezpośrednio  do  Boliwii  na  pokładzie 

samolotu n

ależącego  do  Brytyjskiego  Czerwonego  Krzyża.  Dowódcą  grupy,  jak  i  szefem 

całej akcji jest pan Goeffrey Cleeve i od tej pory wszyscy traktuje my jego polecenia jako 
rozkazy.  W  Boliwii  będziecie  panowie  działać  jako  pracownicy  United  Nations  Fund  For 

Drug Abuse Control — 

Hubbard położył na biurku trzy błękitne legitymacje. 

— 

To  zaś  przymocujecie  panowie  nad  lewymi  kieszeniami  tropikalnych kurtek — 

podał im plakietki z napisem UNFDAC i numerami ewidencyjnymi. 

— ONZowskie brygady do niszczenia plantacji narkotyków? — 

spytał Shaffes patrząc 

na sw

oją plakietkę. — Oni działają jawnie? 

— 

Nie do niszczenia, tylko do wykrywania. Personel latający brygad używa plakietek, 

gdyż zapewniają pierwszeństwo obsługi na lotniskach. Mam jeszcze trzy panelowe instrukcje 

dla praco

wników UNFDAC, proszę się z nimi zapoznać. 

Garth otworzył swoją na chybił trafił. 

— 

Liście koki, konopie indyjskie, odmiana złota i biała, sposoby odróżniania... Boże, to 

są setki terminów, nie nauczę się ich w tak krótkim czasie. 

— 

Wystarczy,  że  opanuje  pan  żargon  i  będzie  wiedział  jakich  tematów  unikać  w 

rozmowach z obcymi. 

— 

Czy rzeczywiście jesteśmy na liście płac ONZ? — spytał Shaffes. 

— Nie — 

Hubbard zwrócił się w jego kierunku. — Ale też specjalistów od narkotyków 

będziecie udawać tylko przed górnikami i mieszkańcami pobliskiej wioski. 

— 

A jeśli górnicy zechcą sprawdzić nas w centrali? 

— UNFDAC nie udziela informacji o swoich pracownikach. Nikomu. 

Shaffes skinął głową. 

— Pierwsza grupa — 

ciągnął dalej Hubbard — przesiądzie się w La Paz do samolotu 

lokalnych linii, a w Ri

beralta do awionetki. Symulując awarię wyląduje w pobliżu obozu. Na 

miejscu  powinniście  panowie  zorientować  się  w  miarę  możliwości  o  charakterze 
prowadzonych  przez  Amerykanów  badań,  stwierdzić,  czy  w  obozie  znajduje  się  profesor 

Wickliff 

i czy ma on jakiś związek z wydarzeniami w Szkocji. Jeśli tak, to należy go ściągnąć 

background image

do kraju... 

Hubbard zlustrował otaczające go twarze. 

— 

Za wszelką cenę — dodał. 

Nikt z obecnych nie poruszył się. 

— 

Druga grupa, a więc radiotelegrafista, specjalista mechanik i oficer łącznikowy czyli 

pan  Crewther,  leci  do  Riberalta  razem  z  pierwszą.  Dopiero  stamtąd  dociera  terenową 
ciężarówką  w  pobliże  obozu.  Jej  zadanie  to  utrzymywanie  łączności  z  Londynem  i  grupą 
pierwszą, a także umożliwienie ewakuacji. 

— W ja

kiej odległości od obozu mamy się ukryć? — spytał Crewther. 

— 

Około  trzydziestu  pięciu  kilometrów.  Przyjmując,  że  na  złej  drodze  ciężarówka 

utrzyma  prędkość  czterdziestu  kilometrów  na  godzinę,  powinniście  przybyć  na  wezwanie 

nieco szybciej. 

Crewther pokiwa

ł głową. 

— A komandosi? 

— 

Grupę szturmową przetransportujemy do Peru w pobliże granicy z Boliwią. Stamtąd 

komandosi już w mundurach i pełnym uzbrojeniu przejdą na piechotę granicę i najpóźniej w 
przeciągu pięciu dni dołączą do grupy pana Crewthera. 

— Ilu ludzi liczy grupa szturmowa? — 

spytał Garth. 

— 

Sześciu. Będą uzbrojeni w uniwersalny karabin maszynowy, ręczny granatnik, sześć 

pistoletów  maszynowych

,  granaty  ogłuszające,  granaty  gazowe,  świece  dymne  i naturalnie 

maski przeciwgazowe. 

— Ile osób jest w obozie górników? — 

zainteresował się Shaffes. 

— 

Oficjalnie  dwadzieścia  pięć,  ale  podejrzewamy,  że  w  rzeczywistości  mają  tam  co 

najmniej czterdziestu ludzi. 

— 

Sześciu żołnierzy na taką masę? 

Garth nachylił się do Shaffesa. 

— W tych sprawach lepiej zaufajmy fachowcom. Bardziej interesuje mnie, jak do akcji 

zbrojnej przeciwko własnym obywatelom odniesie się rząd amerykański. 

Hubbard  odwrócił  palcem  jedną  z  leżących  na  stole  plakietek  i  dopiero  po  dłuższej 

chwili uniósł głowę. 

— 

Mamy  nadzieję,  że  do  takiej  akcji nie dojdzie. Jednak,  gdyby  tak  się  zdarzyło, 

musimy mieć w ręku dowody, że „górnicy” prowadzą nielegalne badania. Być może uda nam 
się  dojść  do  cichego  porozumienia  z  kierownictwem  Fundacji,  a  jeśli  nie...  Cóż,  bronimy 
bezpieczeństwa naszego kraju. Ale powtarzam, akcja zbrojna to absolutna ostateczność. 

background image

Hubbard trącił plakietkę ponownie. 

— 

Czy jeszcze jakieś pytania? 

Odpowiedziało mu milczenie. 

— 

W takim razie idziemy pobrać sprzęt. 

Wstali,  powoli  prostując  zdrętwiałe  nogi.  Hubbard  poprowadził  ich przez plątaninę 

ciemnych, ponurych korytarzy

. Wyszli z głównego budynku na głęboki betonowy podjazd. 

Minęli  dwie  wojskowe  ciężarówki  zaparkowane  pod  bocznym  wejściem  i  klnąc 

siąpiący  deszcz  schronili  się  wreszcie  w  długim  budynku  z  czerwonej,  kruszącej  się 

miejsc

ami,  cegły.  Stojący  za  drzwiami  sierżant  ze  znakami  służb  kwatermistrzowskich  na 

wypustkach munduru stanął na baczność. 

— 

Dzień dobry panom. 

— 

Cześć Andy — Hubbard skinął głową. — Wszystko gotowe? 

— 

Tak, proszę pana — sierżant rozsunął wewnętrzne drzwi i puścił ich przed sobą. 

Weszli  do  tonącej  w  półmroku  sali  gimnastycznej.  Przyrządy  sportowe  były  jednak 

usunięte, za to w rogu, pod przymocowanymi do ściany drabinkami, leżały wszystkie części 

ich ekwipunku. 

— 

Chyba układał to pedant chory na nerwicę natręctw — szepnął Garth do Shaffesa. — 

Wszystko w równych 

odstępach, jak od przykładnicy... 

Shaffes skinął głową. 

  — 

Zauważył  pan  to?  —  wskazał  na  aparat  przypominający  skrzyżowanie  lasera  z 

bazooką. — Będziemy się bić z Marsjanami? 

— To mikrofon kierunkowy — po

wiedział stojący tuż za nim sierżant. 

Obaj naukowcy odwrócili się jednocześnie. 

— 

Dysponując  dwoma  takimi  mikrofonami  i  urządzeniem  dekodującym,  przy 

bezwietrznej pogodzie można podsłuchać człowieka mówiącego szeptem nawet w otoczeniu 
kibiców skandujących nazwę swojej drużyny. 

— 

Co jeszcze pan przygotował? — spytał Cleeve. 

—  Szerokopasmowe magnetofony, aparaty fotograficzne 

o  dużej  rozdzielczości  plus 

komplet teleobiektywów, zestaw lornetek, noktowizory, wizjery podczerwone... 

— 

A łączność? 

— 

Oprócz  pokładowej  radiostacji  samolotu  pańska  grupa  będzie  dysponować  stacją 

krótkofalową o tak zwanym błądzącym sygnale. 

— Czym? 

— 

Po prostu wtrącił się Hubbard — częstotliwość nadawania będzie się automatycznie 

background image

zmieniała  zgodnie  z parametrami stacji odbiorczej Crewthera. W ten sposób nikt z obozu 
górników nie będzie mógł podsłuchać naszych rozmów, ani ustalić skąd pochodzą. 

— 

A jeśli mają profesjonalny sprzęt nasłuchowy? 

— 

Nie sądzę, żeby mieli. Dla pewności trzeba będzie ograniczyć rozmowy. Kodowanie 

byłoby zbyt uciążliwe. Oczywiście pan Crewther w seansach łączności ze mną będzie musiał 
używać  szyfru.  Między  Boliwią  i  Londynem  może  się  znaleźć  parę  profesjonalnych  stacji 
nasłuchowych... 

Cleeve skrzywił wargi w uśmiechu. 

— Co jeszcze? — 

zwrócił się do sierżanta. 

— 

Pluskwy  i  kusza  do  ich  wystrzeliwania  o  zasięgu  dwustu  metrów.  Rozrzut  na 

maksymalnej odległości może dojść do dwóch metrów. Oczywiście, jeśli nie ma wiatru... 

— Pluskwy? — 

zdziwił się Shaffes. 

—  Miniaturowe mikrofony z 

nadajnikiem.  Cały  sprzęt  mieści  się  w  sześciu 

aluminiowych walizkach — 

sierżant  wskazał  na  szereg  połyskujących  metalicznie 

pojemników.  — 

Są  całkowicie  hermetyczne,  tak  że  ani  owady,  ani  wilgoć  nie  będą 

pr

oblemem. Trzeba tylko pamiętać o dokładnym zamknięciu. 

— Dalej jest sp

rzęt obozowy — wtrącił się Hubbard. — Śpiwory, konserwy, filtry do 

wody pitnej, składane łóżka, maszynki gazowe, tropikalne ubrania... 

— 

Może pan nie wyjaśniać ich zastosowania — Crewther zapalił fajkę. 

Kłąb dymu popłynął w kierunku Hubbarda, który zasłonił ręką załzawione oko i cofnął 

się kilka kroków. 

— 

Może przejdziemy do broni. Jestem już piekielnie głodny. 

Sierżant podszedł do osłoniętej drabinkami ściany. 

—  Oficjalnie zabieracie panowie tylko sztucer  — 

podniósł  ogromną  strzelbę  z 

optycznym celownikiem. — 

To  normalne  wyposażenie  ekip  UNFDAC  na  wypadek 

lądowania  w  dżungli.  W  zapasowym  zbiorniku  na  benzynę  w  awionetce  będzie  ukryty 

karabin wojskowy, a... 

— 

Właśnie, a broń osobista? — przerwał mu Cleeve. 

— Pan dostanie M10 w specjalnej kaburze do mocowania na plecach — 

sierżant podał 

mu ciężki pistolet i paczkę magazynków. 

— 

Dziwnie wygląda — mruknął Garth. 

— To pistolet maszynowy — 

Crewther wziął broń do ręki Cleeve'a i nie wyjmując fajki 

z ust złożył się mierząc w drzwi. 

— 

Taki mały? 

background image

— 

Importujemy  go  ze  Stanów.  To  typowa  broń  szturmowa  na  małej  odległości  — 

Crewther zakręcił nim młynka. — Przy strzelaniu seriami nie jest zbyt celna, tym bardziej, że 
stosunkowo  silny  odrzut  uniemożliwia  precyzyjne  celowanie.  Ale  jak  twierdzi  producent, 

liczba przeciwników nic ma w tym wypadku znaczenia. Jest paskudnie szybkostrzelny. 

— 

W razie czego będę się trzymał pleców pana Cleeve'a. Grunt, żeby nie znaleźć się 

przed nim. 

Crewther  założył  na  krótką  lufę  zatrzaskowy  tłumik  i  wcisnął  magazynek  w  otwór 

kolby. 

— 

Nie słychać, jak strzela? — spytał Shaffes. 

— 

Słychać, słychać. Tłumik łagodzi tylko ostrość dźwięków, jednym z jego zadań jest 

też ukrycie ogni wylotowych w nocy. 

Cleeve oglądał kaburę z szelkami. 

— 

System plecowy... Będę musiał cały czas chodzić w marynarce. 

— 

Ale za to, jeśli zamocuje go pan na wysokości nerek, nikt nie zwróci na niego uwagi. 

Kaburę osłania wyprofilowane okrycie z grubej skóry, tak że nawet jeżeli ktoś poklepie pana 

po pl

ecach nie powinien nic poczuć.  

Cleeve wzruszył ramionami. 

— Panowie — 

sierżant zwrócił się do Gartha i Shaffesa — biorą broń osobistą? 

— Ja nie — Garth po

trząsnął głową. — Nie znam się na tym. 

— 

A ja chętnie — Shaffes wyciągnął rękę po niewielki pistolet. — Będę się pewniej 

czuł. 

— 

To sześciostrzałowy FG kaliber 9 mm. Lekki i bardzo prosty w obsłudze, nie sprawi 

panu kłopotów. 

— 

Znam  się  trochę  na tym —  Shaffes  wsunął  pistolet  za pasek spodni. —  Trzy lata 

służyłem w wojsku. 

— 

Oczywiście  —  sierżant  uśmiechnął  się  prawie  niedostrzegalnie  —  ale lepiej nie 

trzymać go za paskiem. Myślę, że nie dojdzie do ulicznych pojedynków. 

Hubbard spojrzał na zegarek.  

— 

Kończmy, Andy. Mamy bardzo mało czasu. 

Sierżant skinął głową. 

— 

To  już  ostatnie  pozycje.  Indywidualne  środki  obronne.  Każdy  z  panów  dostanie 

sprężynową pałkę i latarkę... 

— 

Taka  mała  pałka?  —  Garth  zwolnił  sprężynę,  która  uruchomiła  teleskopowy 

mechanizm. — 

Rozłożona nie ma nawet trzydziestu centymetrów i jest za lekka, żeby... 

background image

— 

Nie radzę panu dotykać tej kulki na końcu — powiedział cicho Hubbard. — Grozi 

panu porażenie prądem o napięciu czterech tysięcy woltów. 

Garth cicho gwizdnął. 

— 

To śmierć?  

— 

Nie. Zbyt małe natężenie. Ale potężny szok i skurcze są gwarantowane. 

— 

Latarka też razi prądem? 

— 

Nie. Po zwolnieniu bezpiecznika i włączeniu żarówka oraz reflektor unoszą się na 

zawiasach, a pneumatyczny  mechanizm wyrzuca woreczek z piaskiem wraz z wszytym 

ołowianym ciężarkiem. Człowiek ugodzony z odległości dwóch, trzech metrów, czuje się jak 

po ciosie Muhammeda Ali. 

— 

Można tym zabić? 

— 

Raczej  nie.  Piasek  rozkłada  równomiernie  siłę,  tak  że  nie  ma  żadnych  obrażeń 

wewnętrznych, najwyżej mały siniak. Najlepiej mierzyć w tułów. 

— 

Czy można tym świecić? 

— 

Oczywiście. Po strzale żarówka wraca na swoje miejsce i ma pan znowu normalną 

latarkę. 

Shaffes pokręcił głową. 

— 

Czuję się jak James Bond. Dadzą nam panowie trochę czasu przed odlotem? 

— 

Tak.  Proszę  zawiadomić  rodziny  i  załatwić  ostatnie  sprawy,  tylko...  niestety, 

każdemu z panów przez ten czas będzie towarzyszył nasz człowiek. 

— 

Rozumiem. Chcę jedynie zabrać parę osobistych, drobiazgów. 

Hubbard ponownie spojrzał na zegarek. 

— 

Obawiam się, że nie zdąży pan dotrzeć do swojego domu i wrócić. 

Shaffes uśmiechnął się szeroko. 

— 

Jestem bardzo przewidujący. Wszystko złożyłem w przechowalni bagażu na dworcu. 

Cleeve skłonił głowę z podziwem. 

— 

W takim razie spotkamy się za trzy godziny na Heathrow. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

— 

To  straszne  od  początku  narzekać  na  upał,  ale  nie  mogę  powiedzieć,  że  czuję  się 

dobrze — 

Garth zdjął przeciwsłoneczne okulary, powoli roztarł czerwone ślady u nasady nosa 

założył je z powrotem. 

— 

Tutaj jest panu gorąco? — Cleeve oderwał na chwilę wzrok od przyrządów i spojrzał 

na Gartha. — 

W  ciśnieniowej  kabinie  przy  włączonej  wentylacji?  Niech  pan  poczeka,  aż 

wylądujemy. 

Zerknął do tyłu. 

— 

A pan jak się czuje? 

— 

Nieźle — mruknął Shaffes. — Ale nie mogę sobie dać rady z tą mapą. 

Przesuwający  się  daleko  pod  nimi  monotonny,  zielony  krajobraz  nie  pozwalał  na 

rozpoznanie  jakichkolwiek  charakterystycznych  punktów.  Ledwie  odróżnialne  odcienie 
zieleni nie były zaznaczone na mapie, a słabo widoczne z tej wysokości niewielkie pagórki, 
wąwozy i urwiska nie różniły się niczym od siebie. 

—  Niech pan da z tym spokój — 

Cleeve  zajrzał  do  swojego  notatnika.  —  Zaraz 

powinniśmy być na miejscu. 

— 

Wylicza pan pozycję według żyra i zużycia paliwa? Wziął pan poprawkę na wiatr? 

Cleeve skinął głową. 

— 

Przecież to piekielnie niedokładne — wtrącił się Garth. — A jeśli, źle panu ustawili 

żyro? Jakie jest odchylenie między nim, a kompasem? 

— 

Ogromne. Trzysta sześćdziesiąt stopni. 

— 

O Boże... — poderwał się Garth, ale zaraz wściekły opadł na miejsce. — Ciekawe, 

czy również będzie pan żartował, kiedy zabraknie nam paliwa i będziemy musieli skakać. Te 
dwustusześćdziesięciokilowatowe silniki żłopią benzynę jak smoki. 

— Skok nam nie grozi. Nie mamy spadochronów. 

Shaffes i Garth spojrzeli po sobie. 

— 

Ale proszę się nie martwić, już widać górę. 

Shaffes  nachylił  się  usiłując  dostrzec  cokolwiek  między  przednimi  fotelami  i  ramą 

rozdzielającą szyby. W oddali rzeczywiście majaczył, samotny, całkowicie zalesiony szczyt. 

— To na pewno ta góra? — 

spytał. 

background image

— Jedyna w okolicy, Garth, niech pan przygotuje aparat

. Będę schodził. 

Smukły nos samolotu obniżył się, a warkot silników ścichł wyraźnie. Garth wyjął aparat 

z podróżnej torby i ukląkł w poprzek fotela. 

— Po której stronie jest obóz? 

— 

Zaraz będzie po pańskiej. 

Shaffes  ziewnął  starając  się  przetkać  uszy  bolące  wraz  ze  zmianą  wysokości.  W 

gęstwinie pod spodem można już było odróżnić poszczególne drzewa. 

— Sto metrów... uwaga! — 

powiedział Cleeve. 

Ściągnął stery na siebie, a potem odepchnął w bok. 
Dwusilnikowy  Piper  Navajo  łagodnie  położył  się  na  skrzydło,  spod  którego  nagle 

wyskoczyły zabudowania górniczego obozu. Garth raz po raz przyciskał migawkę, a Cleeve 
szarpał  manetką  gazu  tak,  żeby  na  dole  było  wyraźnie  słychać  przerywający  silnik. 
Zabudowania szybko znikły z tyłu, ustępując miejsca niebieskiej powierzchni jeziora. Zaraz i 
ono się skończyło i pod samolotem ukazała się cieniutka nitka drogi. 

— Nie jest zbyt prosta — 

powiedział Shaffes. — Jakiego odcinka pan potrzebuje? 

— 

Długość  lądowania  z  wysokości  piętnastu  metrów  wynosi  ponad  pół  kilometra. 

Potrzebuję idealnie prostej drogi co najmniej tej długości. Nie zejdę niżej przy tych drzewach. 

— 

Może  tam?  —  Shaffes  wyciągnął  rękę  w  kierunku  kilkunastometrowej  wysokości 

urwiska. 

Droga  u  jego  stóp  wydawała  się  prosta  i  jakby  szersza.  Cleeve  przytaknął.  Zdjął 

panoramiczne, lotnicze okulary i lepiej usadowił się w fotelu. 

—  

Z powodu tego zbocza mogą być niespodzianki z wiatrem. Zapnijcie pasy. 

— 

Barkowe też? — spytał Shaffes. 

— 

Po to je zamontowano. Proszę zaciągnąć zaczepy. 

Samolot zatoczył pełne koło, wszedł na oś drogi i zaczął się gwałtownie obniżać. 

— 

Nie za duża prędkość? — Garth skulił się na fotelu drugiego pilota. 

Cleeve  wypuścił  podwozie,  wyrównał  nad  środkiem  drogi  i  lekko  odepchnął  stery. 

Piper  Navajo  o  ponad  dwutonowym  ciężarze  twardo  uderzył  o  ziemię.  Odbił  się,  a  potem 
znowu dotknął podłoża. Cleeve poczuł, że pasy wrzynają mu się w ciało i zobaczył, jak przód 
samolotu gwałtownie pochyla się w dół. 

— 

Schować głowy, kapotujemy! — krzyknął puszczając hamulce i ściągając stery. 

Przód jednak powrócił do poprzedniej pozycji nad podziw łatwo, a samolot toczył się 

dalej. Znowu, tym razem delikatniej, nacisnął pedały hamulców. Potworny pęd zaczął maleć, 
lecz  podskakująca na wybojach maszyna ciągle  zbaczała  to  w  jedną,  to  w  drugą  stronę, 

background image

zmuszając Cleeva do nieustannego manewrowania stopami. Wreszcie, widząc zbliżającą się 
ścianę  lasu,  wyłączył  silniki  i  zablokował  koła.  Ponownie  rzuciło  ich  na  pasy.  Samolot 
zboczył w lewo, obrócił się i z potwornym zgrzytem ryjąc skrzydłem o ziemię znieruchomiał. 
Stali teraz tyłem do kierunku lądowania. 

— 

Zdaje się, że nie będziemy musieli udawać awarii — w zapadłej ciszy głos Shaffesa 

zabrzmiał niespodziewanie głośno. — Dobrze, że już po wszystkim.  

— Nie, to nie na moje nerwy — 

Garth rozpiął pasy i przecisnął się w tył samolotu. 

Otworzył drzwi rozkładając ich dolną część tworzącą schodki. 

— 

Hej, słyszę jakiś motor... Tu coś jedzie! 

Cleeve odblokował i przesunął szybę. W momencie, kiedy z trudem wychylił się przez 

wąskie  okno,  zza  pobliskiego  zakrętu  wyskoczyła  potężna,  rozpędzona  ciężarówka. Jej 

kierowca, 

kompletnie  zaskoczony  widokiem  samolotu,  nawet  nie  usiłował  użyć  hamulców. 

Odruchowo 

szarpnął  jednak  kierownicą,  tak  że  stalowy  zderzak  zdruzgotał  prawy  silnik  i 

łamiąc  skrzydło  odepchnął  samolot  na  przeciwległą  stronę  drogi.  Samochód  zaczepił  o 
poszarpaną ścianę urwiska i ciągnąc za sobą zdarty ze skrzyni bagażowej brezent, zatrzymał 
się kilkadziesiąt metrów dalej. 

— 

Shaffes, żyje pan? — Cleeve rozcierał lekko stłuczony łuk brwiowy. 

„Na szczęście zdjąłem wcześniej okulary” — pomyślał. 

— 

Wszystko  w  porządku  —  dobiegł  go  głos  z  tyłu.  —  Dobrze,  że  nie  rozpięliśmy 

jeszcze pasów. 

— Co z Garthem? 

— 

Zdążył  wyskoczyć przed zderzeniem.  Leży  w krzakach, ale  rusza się. Nic mu nie 

jest. 

Powoli przecisnęli się do tyłu i wydostali na zewnątrz. Od strony ciężarówki nadbiegało 

trzech mężczyzn. 

— 

Żyjecie? Nic się nie stało? — głos wysokiego Amerykanina nie był wyraźny. 

Mówienie utrudniała mu zakrwawiona chustka, którą z całej siły przyciskał do nosa. 

—  W zasadzie nie  — 

Cleeve  tłumiąc  wściekłość  wskazał  na  urwane  skrzydło.  — 

Zapłacicie za to? 

— 

Też coś, a kto nam zapłaci za zerwany brezent i porysowany zderzak?! — odezwał 

się ciemnoskóry Boliwijczyk, najprawdopodobniej kierowca. 

Jego  włosy,  stanowczo  zbyt  jasne  jak  na  rdzennych  mieszkańców  tego  kraju, 

wskazywa

ły,  że  któreś  z  rodziców  nie  miało  nic  przeciwko  związkom  z  białymi.  Drugi 

Amerykanin  w  pomiętej  i  przepoconej  czapce  z  długim  daszkiem  wskazał  na  błękitną 

background image

plakietkę gramolącego się z krzaków Gartha. 

— 

Patrz Mike, oni są z brygad antynarkotycznych. 

— 

Chłopcy,  nie  macie  do  sprzedania  trochę  trawki?  —  zwrócił  się  do  Shaffesa.  — 

Zakurzyłbym sobie. A może coś mocniejszego...? 

Zrobił ruch jakby niewidzialną strzykawką nakłuwał sobie żyłę. Cleeve zbliżył się do 

Boliwijczyka. 

— 

Chyba domyślasz się, że ta droga nie jest autostradą, a twoja prędkość... 

— 

Być  może  to  nie  autostrada  —  przerwał  mu  kierowca  —  ale  już  na  pewno  nie 

lotnisko. A w ogóle, co tu robicie?!  — 

chwycił Cleeva za klapy marynarki, uniósł lekko w 

górę i odepchnął tak, że tamten wpadł z powrotem w otwarte drzwi samolotu. — Kto wam 
kazał wsadzać nos w nie swoje sprawy?! 

— 

Przestań, Jaime! — krzyknął ostro człowiek nazwany Mikiem odrywając na chwilę 

chustkę od nosa, tak że krew pociekła mu po brodzie. 

Wytarł ją i ostrożnie manewrując mokrą chustką zwrócił się do Shaffesa. 

— 

Dlaczego tu wylądowaliście? 

— 

Mieliśmy awarię. Ale co to ma znaczyć?! — wzburzony Shaffes pomógł podnieść 

się Cleeve'owi. 

—  Nic  — 

Amerykanin  spojrzał  na  zegarek.  —  Spieszymy  się.  Możemy  coś  dla  was 

zrobić? 

— 

Wynoście się! — krzyknął Garth. 

— 

Chwileczkę  —  Cleeve  otrzepywał  spodnie.  —  Możemy  skorzystać  z  waszego 

nadajnika? Chyba macie coś takiego w okolicy. Nasz jest do niczego. 

— 

Nie wiem, czy to będzie możliwe. Podrzucić was do miasteczka? 

— 

Nie,  jazda  stąd!  —  wściekły,  pokaleczony  ostrymi  kolcami  Garth  wyjął  z  kabiny 

sztucer i zaczął mocować się z zamkiem. 

Widząc  to  Jaime  podbiegł  do  ciężarówki,  wyszarpnął  z  szoferki  myśliwski  karabin 

Browninga i złożył się błyskawicznie. Mike stanął na linii strzału. 

— 

Spokojnie panowie. Rozstańmy się w zgodzie. 

Obydwaj Amerykanie wycofali się w kierunku samochodu. Po chwili ciężarówka wyjąc 

na niskich biegach 

ruszyła  w  dalszą  drogę,  a  ciągnący  się  za  nią  brezent  wzbijał  tumany 

kurzu. 

— 

Coś  takiego...  —  Garth  z  trudem  panował  nad  rozedrganymi  rękami.  —  Co za 

dranie. 

— Niech pan nie narzeka — 

mruknął Shaffes. — Sam zachował się pan jak... 

background image

— 

Przestańcie  —  przerwał  im  Cleeve.  —  Do zmroki mamy niewiele czasu. 

Wypakujemy nasze rzeczy. 

Garth powoli się uspokajając otworzył tylny bagażniki 

— Co zrobimy Z samolotem? 

— 

Zostawimy tutaj. W tym stanie nikt go nie ukradnie. 

Shaffes  wyniósł  z  kabiny  podróżne  torby.  Z  lekkim  niepokojem  popatrzył  na  sześć 

metalowych walizek ustawionych przez Gartha w jednej linii. 

— 

Może  szkoda,  że  zrezygnowaliśmy  z  propozycji  podwiezienia  —  powiedział 

niepewnie. — Jak daleko jest to miasteczko? 

— 

Jakieś  dwa,  trzy  kilometry.  Walizki  trzeba  spiąć  paskami  i  nieść  po  dwie  na 

ramionach. Bagaż osobisty rozdzielimy między mnie i pana Gartha. 

Shaffes westchnął smutno. 

— 

A  może  coś  się  uszkodziło  i  można  zostawić  trochę  niepotrzebnego  ciężaru?  — 

spytał z nadzieją w głosie. 

— 

Niestety, nie ma śladu żadnego wgniecenia, a wstrząsy nie są groźne dla tego sprzętu 

— 

odparł Cleeve i dodał — Do roboty. 

Shaffes  zatrzymał  się  po  raz  kolejny,  kładąc  walizki  na  ziemi  i  zamieniając  je 

miejscami.  Nie  miało  to  większego  sensu.  Ich  kształt  i  ciężar  były  identyczne.  Cleeve 
mruknął z niechęcią i spojrzał na Gartha. W jego ciemnych okularach odbijała się fantazyjnie 
rozszczepiona  korona  najbliższego  drzewa.  Pod  nim  stał  pierwszy  z  domów.  Nie  był  w 
najlepszym stanie. Cegła z suszonej na słońcu gliny źle znosi ten klimat. 

—  To jadalne? — 

spytał  Shaffes  wskazując  ruchem  głowy  wiszące  przy  ścieżce 

dyniowate owoce. Garth 

pokręcił głową. 

— Biegunka murowana. 

Cleeve rozpiął guzik marynarki. Na jego koszuli mogli dojrzeć ciemne plamy wilgoci.  

— Niewygodnie? — 

Garth wskazał na ukrytą z tyłu kaburę. Cleeve poprawił szelki. 

— 

Ujdzie. Chodźmy szybciej, trzeba znaleźć wolny dom. 

— 

Sądzę  —  sapnął  Shaffes  zarzucając  walizki  —  że  w  centrum  budynki  wyglądają 

lepiej niż ta rudera. 

— W centrum? — 

Cleeve był wyraźnie rozbawiony. — Między sexrewią i bankiem? 

Obydwaj z Garthem uśmiechnęli się półgębkiem. Shaffes nie odpowiedział, udając, że 

obserwuje  nadciągającą  z  zachodu  samotną  chmurę.  Z  dołu  gładka,  u  góry  kłębiasta i 
postrzępiona,  stanowiła  w  jakiś  sposób  replikę  wzgórz  otaczających  miasteczko.  Idąc  po 
spękanej powierzchni ulicy ciągnęli za sobą woal kurzu. Słońce świeciło tutaj jakby mocniej. 

background image

Po kilkudziesięciu metrach Shaffes sapnął radośniej widząc pierwszy murowany dom. Stał w 
dawno  wyschniętym  ogrodzie,  którego  jedyny  ślad  stanowiły  kikuty  drzew.  Obok  pustej 
studni leżały zżarte przez rdzę, nierozpoznawalne urządzenia. Shaffes chrząknął i wyciągnął 
rękę.  Dysząc  przekręcili  głowy.  Na  gliniastym  gruncie  ktoś  wyrył  niewielki  rysunek. 
Przedstawiał jaszczurkę o zakręconym ogonie i spiczastych zębach. 

— Mamy i ludzi — 

powiedział cicho Garth. 

— Tak — 

potwierdził Cleeve kładąc walizki. — Mamy. 

Sekundę  później  i  oni  dojrzeli  tego  człowieka.  Stał  pośrodku  ulicy  z  rękoma 

splecionymi na plecach. Jego ubranie 

złożone z prostych białych spodni i koszuli uzupełniał 

kapelusz tego samego koloru. 

— 

Dzień  dobry  —  krzyknął  Cleeve  i  uniósł  na  moment  głowę,  jakby  dopiero  teraz 

oślepiający blask słońca zaczął mu przeszkadzać. 

Cz

łowiek milczał. 

— 

Jesteśmy ze zwiadu lotniczego pracującego przy ONZ. Mieliśmy wypadek. 

Cleeve  uczynił  krok  do  przodu.  Shaffes  musiał  przypomnieć  sobie  jakiś  film,  gdyż 

wsadził dłoń do kieszeni i zacisnął ją na kanciastym przedmiocie. 

— 

Chcemy  się  tutaj  zatrzymać,  dopóki  po  nas  nie  przylecą  —  krzyknął  Cleeve 

ponownie stukając w plakietkę na marynarce. 

— Czy pan rozumie po angielsku?! — 

dodał po chwili. 

— Tak — 

odparł po dłuższej chwili. — Widzieliśmy wasz samolot. 

— 

To świetnie — Cleeve wskazał na walizki. — Gdzie można się zatrzymać? 

Człowiek  uśmiechnął  się  pod  nosem  i  zanim  zdążyli  zareagować  zrobił  dwa  kroki  w 

bok. Momentalnie zakryły go zarośla rosnące wzdłuż ogrodzenia posiadłości. 

— Hej! — 

krzyknął Cleeve, lecz jego wołanie pozostało bez odpowiedzi. 

Chwycili  bagaże.  Obok  miejsca,  gdzie  zniknął  nieznajomy  zaczynało  się  wąskie 

przejście  pomiędzy  kolczastymi  krzewami.  Czekał  tam  na  nich  przesłaniany  gałęziami 
człowiek w białej koszuli. 

— 

Idźcie za mną — powiedział i odwracając się zniknął powtórnie. 

Maszerowali  szybko,  nie  zważając  na  ostre  kolce,  lecz  i  tak  nie  zdołali  dogonić 

tajemniczego przewodnika. Jedynym 

śladem jego obecności były potrącane przezeń gałęzie. 

Shaffes  unikając  ich  uderzeń  potykał  się  na  pałąkowatych  korzeniach,  klnąc  siarczyście  za 
każdym  razem.  Garth  nie  pozwalał  mu  jednak  na  postój.  Celnymi  pchnięciami walizki 
przypomniał  o  konieczności  marszu.  Kiedy  po  pięciu  minutach  dotarli  do  identycznej  jak 

poprzednia 

ulicy,  przewodnika  już  tam  nie  było.  Jedynie  po  lewe  stronie  dojrzeli jasny, 

background image

wyłożony białym kamieniem plac. 

— Rynek? — 

spytał Garth półgłosem. 

Cleeve kiwnął głową. 

—  Idziemy jeden za drugim — 

nakazał, lecz widząc błysk strachu w oczach Shaffesa 

dodał — spokojnie, nic ma się czym denerwować. 

— 

Byleby oni rzeczywiście nie uprawiali gdzieś tutaj koki — szepnął Garth. 

Cleeve odpowiedział mu uśmiechem. 
Z  bliska  płyty  placu  prezentowały  się  znacznie  gorzej.  Były  spękane  i  poprzesuwane 

przez wciskającą się każdą szczeliną roślinność. Ale nie to zwracało największą uwagę. Pod 
ścianami  domów,  na  ławkach  i  przy  centralnej  kępie  drzew  stali  ludzie,  chyba  wszyscy 
mieszkańcy tego miasteczka. Jakby osłabieni upałem, nawet nie poruszyli się na ich widok. 
Stukając  butami  o  płyty,  Cleeve poprowadził  swoją  dwójkę  ku  grupie  mężczyzn  stojących 
pod koroną największego drzewa. Człowiek w białej koszuli stał tam również, paląc fajkę o 
długim, wytartym przez palce cybuchu. 

— 

Jesteśmy z agendy ONZ — powiedział Cleeve głośno i powoli. 

— 

Oni wam wierzą — odpowiedział człowiek przytykając do główki fajki srebrzysty 

przedmiot. 

— 

Jeśli tak, to gdzie moglibyśmy się zatrzymać? — Cleeve przyglądał się jego ruchom. 

Nic było odpowiedzi i tylko oczy świadczyły, że usłyszał pytanie. 

— 

Czy jest tu jakiś wolny dom nadający się do zamieszkania? 

—  Nie  — 

człowiek  wypuścił  fajkę  z  ust.  —  Wszystkie  domy  wokół  tego  placu  są 

zamieszkałe, nie ma w nich miejsca. 

— A dalsze? 

— 

Nie nadają się — odpowiedź była stanowcza. 

Cleeve, a za nim Gart

h,  rozejrzeli  się  wokół.  Nad  dachami  drżało  powietrze.  Cleeve 

wyciągnął palec w stronę starej bryły zamykającej wschodnią stronę rynku. 

— A to? 

Człowiek nawet nie odwrócił głowy, jakby pewien, co Cleeve ma na myśli. 

— 

To jest kościół. Możecie tam zamieszkać. 

— 

A nabożeństwa? — spytał Garth niepewnie. 

— 

Ksiądz Lope zmarł przed pięciu laty i od tego czasu nikt tam nie chodzi. 

Cleeve miał dość rozmowy i schylił się po walizki. 

— 

A więc zatrzymamy się w kościele. 

Każdy  z  mężczyzn  pokiwał  głową,  tak  jakby  ktoś  naraz  pociągnął  za  niewidzialne 

background image

sznurki. 

— Robert Jarabe — 

odezwał się niespodziewanie człowiek z fajką, kiedy odeszli już o 

parę metrów. 

Cleeve odwrócił głowę. 

— Jestem burmistrzem tego miasteczka — 

powtórzył tamten.  

— 

Goeffrey Cleeve. Postaramy się nie sprawiać kłopotu. 

Wszyscy obecni u

śmiechnęli się w bliźniaczym grymasie. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Shaffes odłożył kupione jeszcze w La Paz gazety, zgasił gazową lampę i zapalił latarkę. 

Ani konserwatywny El 

Diario  ani  katolicka  Presencia  nie  przyniosły  nic,  co  mogłoby  go 

zainteresować,  natomiast  doniesienia o morderstwach,  porwaniach  i  narastającej  fali 
przestępczości sprawiły, że poczuł się nagle nieswojo w mrocznym wnętrzu kościoła. Prawie 
po omacku zszedł wąskimi, krętym schodkami z chóru i wydostał się na zewnątrz. Było dużo 
chłodniej  niż  za  dnia,  ale brak nawet najmniejszego podmuchu  wiatru  ciągle  dawał  się  we 
znaki. Shaffes zapalił papierosa i ruszył w kierunku zardzewiałej, na pół wyrwanej furtki w 
ogrodzeniu ciągnącym się od bocznej ściany kościoła. Przecisnął się przez wąskie przejście i 
ruszył wolno żwirową alejką. Jednak już po chwili wyłaniające się z mroku nierówne rzędy 
połamanych  krzyży  pozwoliły  mu  zorientować  się,  co  to  za  miejsce.  Zrobił  krok  do  tyłu, 

kiedy wzrok jego pad

ł na skuloną pod ścianą kościoła postać. 

— Kto tam jest? — 

zawołał trochę niepewnym głosem. — Mogę w czym pomóc? 

W punktowym świetle latarki Shaffes dostrzegł, że by to młody, najwyżej szesnastoletni 

chłopak  klęczący  przed  wmurowanym  w  ścianę,  osłoniętym  brudną  szybą  wizerunkiem 
jakiegoś świętego. 

— 

Modlisz się? — spytał. 

C

hłopak wolno odwrócił głowę i mrużąc oczy starał się dostrzec twarz stojącego. 

— Po co to robisz? Teraz, po ciemku? 

— 

Pan  ma  swojego  papierosa,  a  ja  mam  Madonnę  —  szepnął  chłopak  ledwo 

dosłyszalnie, tak że Shaffes odruchowo spytał: 

— Co? 

— Ona mnie uratuje. A pana nie... 

— Uratuje! Przed czym? 

Chłopak odwrócił z powrotem głowę i złożył ręce. 

— 

Słyszysz co mówię? — Shaffes czuł się coraz bardziej niepewnie. 

Wobec braku reakcji chłopca z ulgą powitał odgłos kroków na placu przed kościołem. 

Pospiesznie opuścił cmentarz i oświetlił objuczonych plecakami Cleeve'a i Gartha. 

— 

Dobrze, że jesteście — powiedział. — To już wszystko? 

Wskazał na bagaże. Cleeve otarł pot i skinął głową. 

background image

— 

Założył pan antenę? 

— 

Tak. Poszło bardzo łatwo. 

— 

Można wejść na sam szczyt wieży? 

— 

Żadne przejście nie jest zablokowane. Tylko pełno tam kurzu i ptasich odchodów... 

aha, dzwon może się w każdej chwili zwalić, cały trzon podpory jest zbutwiały. 

Garth  machnął  ręką.  Postawił  plecak  i  pociągnął  kilka  łyków  z  opiętej  płótnem 

manierki. 

— 

Oglądał pan moje zdjęcia? — spytał ocierając usta.  

Shaffes 

uśmiechnął się lekko. 

— Potwornie zamazane, prawie nic na nich nie 

widać. 

— 

Polaroidem nie można zrobić dobrych w takich warunkach... 

— Niemniej obóz wid

ać, a raczej nie obóz, tylko wojskową fortecę. Ci pseudogórnicy 

przygotowują się do wojny. 

—  Tak. Nuklearnej — 

wtrącił  się  Cleeva.  —  Wejdźmy  wreszcie  do  środka  i 

porozma

wiajmy poważnie. Musimy... 

 

— 

Zaraz. Jest jeszcze chłopak — przerwał mu Shaffes. 

— Jaki 

chłopak? 

— 

Tu, na cmentarzu. Modlił się jak go nakryłem, ale być może specjalnie tu węszy. 

Cleeve 

spojrzał na niego wymownie, ale posłusznie! wcisnął się za Shaffesem w wąską 

furtkę.  Przeszli  po  ciemku kilka kroków, potem  Shaffes  zapalił  latarkę.  Szeroki,  kamienny 

podest gr

obu, na którym klęczał chłopak, był pusty. Jednak kiedy podeszli bliżej, zauważyli 

wyryty 

w miękkim piaskowcu wizerunek wykręconej w konwulsjach jaszczurki. 

— Jezioro jest fantastyczne — 

powiedział Garth. — Shaffes będzie pluł sobie w brodę, 

że nie poszedł z nami. 

Stali  na  wzgórzu,  w  połowie  drogi  między  miasteczkiem  i  obozem.  Gdyby  się 

odwrócili, mogliby jeszcze 

dojrzeć wieżę kościoła, sterczącą samotnie z puszczy. 

— Niebieskie jak farba — 

mruknął Cleeve. 

Miał rację, lazurową taflę wody otaczały strome skały, które tylko w jednym miejscu 

ustępowały miejsca wyschłemu korytu rzeki. Pośrodku jeziora widać było niewielką wyspę, 
podobną do zielonego kopca. 

— 

Chodźmy — Cleeve ruszył w dół zbocza — mamy jeszcze kawałek drogi. 

Brak ścieżki wskazywał, że mało kto tędy chodzi. Szli, plącząc się we włóknach długich 

traw i zanim trafili na obozową drogę, słońce zdołało się podźwignąć nad horyzontem kilka 

centymetrów. Baraki z falistej blachy o kolorze 

aluminium stały równolegle do płotu, tworząc 

background image

trzy boki prostokąta. Czwarty uzupełniał ciężki, murowany blok, zapewne jeszcze pozostałość 
budynku  kopalni.  Wbite  co  pięć  metrów  słupy  przytrzymywały  siatkę  z  drutu  kolczastego. 
Droga, którą szli, zmierzała prosto do ciężkiej, okutej żelazem bramy. 

— 

Co tam błyska? — spytał Garth i nieznacznie ruszył głową. — To nie lornetka? 

Cleeve przytaknął. 

— 

Już od kilku minut nas obserwują. 

Opuścili  głowy.  Sądząc  po  koleinach,  utrwalonych  w  kiedyś  rozmiękłym,  a  teraz 

twardym  jak  skała  gruncie,  korzystające  z  tej  drogi  ciężarówki  musiały  przewozić  znaczne 
ciężary. 

Selwa 

z  lewej  strony  nagle  urwała  się  i  ponownie  ujrzeli  jezioro. Z tego miejsca 

wydawało się ciemnogranatowe. Tego samego koloru była płaska szopa wsparta tylną ścianą 
o wał tamy. Wydawała się nie należeć do kompleksu obozu. 

— 

Idą — mruknął Garth. — Widać chcą nas przyjąć na udeptanej ziemi.  

Skrzydła bramy rozchyliły się na boki i na ich spotkanie wyszedł szczupły mężczyzna. 

— No tak — 

powiedział cicho Cleeve na znak, że rozpoznaje Amerykanina. 

Człowiek z plastrem na nosie podszedł bliżej i skłonił się. 

— Witam panów — 

zaczął, przesuwając do tyłu siatkowy kapelusz. — Dobrze, że was 

zauważyłem. 

Ruszył nosem jakby sprawdzając, czy jeszcze go boli. 

— Pewnie chcec

ie skorzystać z naszego nadajnika? 

Cleeve nachylił się. 

— 

Chyba należy nam się to, prawda? 

Wysoki Mike przestąpił z nogi na nogę. 

— Naturalnie — 

uśmiechnął się. — Tylko jest taka sprawa, że nie chciałbym, abyście 

wchodzili do obozu. 

Cleeve przycisnął wierzch dłoni do czoła i westchnął. 

— 

Co, macie epidemię żółtaczki? 

— Nie, nie — 

Mike uniósł kapelusz i zaczął się nimi wachlować — Widzę, że muszę 

wszystko powiedzieć. 

Cleeve uśmiechnął się. 

— 

Chętnie pana wysłuchamy. 

— Ten wczorajszy tran

sport nie był tak do końca legalny. To znaczy był... — jąkał się. 

—  Ale tu na pustkowiu 

ludzie czasami... i wieźliśmy trochę alkoholu, a szef tego zabrania. 

Jak wejdziecie do obozu, to zaczepi was i 

wszystko się wyda. 

background image

Cleeve spojrzał na Gartha, lecz ten czubkiem buta podrzucał jakiś kamień. Ujął więc 

plakietkę i podsunął pod nos Amerykanina. 

— 

Ale my musimy się z nimi skontaktować. 

— Jasne — 

Mike nałożył kapelusz z powrotem. — zdaję sobie sprawę. 

—  W tym baraku — 

wskazał  w  kierunku  jeziora  —  mamy agregat, a dzisiaj rano 

zamonto

wałem  tam  nadajnik.  Widzicie,  że  o  was  myślałem  —  powiedział  i  skrzywił  się 

boleśnie. 

Kopnięty przez Gartha kamień uderzył go w kostkę.  

—  Przepraszam — 

powiedział Garth, lecz takim tonem, że lepiej byłoby, żeby się nie 

odzywał. 

— No to jak? — 

spytał tamten nachylony nad nogą. — Przecież wam wszystko jedno. 

Cleeve patrzył przez moment takim wzrokiem, jakby Amerykanin był ze szkła. 

— Fakt — 

mruknął. — Nam jest wszystko jedno. 

— 

To świetnie — zamruczał Mike i ruszył w stronę jeziora — I tak za długo tu stoimy. 

Kołysząc  się  jak  maszt  okrętu  szedł  szybko,  najwyraźniej  zapominając  o  trafionej 

kamieniem nodze. 

Gdy doszli do baraku, Garth skrzywił się z niesmakiem.  

— 

Co,  śmierdzi?  —  zaśmiał  się  Mike.  —  Sami nie wiemy  dlaczego.  Chyba  jakieś 

uparte zwierzaki pr

zychodzą z puszczy i paskudzą tutaj. 

— Zwierzaki? — 

Cleeve patrzył, jak tamten otwiera kolejno trzy zamki. 

— Tak, cholera wie, co to jest. 

Kiedy  jednak  weszli  do  środka,  wszelka  dyskusja  o  zapachach  stała  się 

bezprzedmiotowa. Tam po prostu nic było czym oddychać. 

— 

Boże, ale żar — wydyszał Garth cofając się do drzwi. — Ten dach powinien mieć 

jakąś izolację.  

Mike uśmiechnął się życzliwie i odwrócił do Cleeva. Ten zdjął już folię z nadajnika i 

uruchom

ił agregat. 

— Wszys

tko jest podłączone. 

— 

Widzę — Cleeve wyciągnął rękę. — Proszę podać kod i godziny nasłuchu. 

Mike zdjął z gwoździa tabliczkę i położył ją na nadajniku. Potem stanął w wejściu obok 

Gartha. 

— Mike Jones — 

przedstawił się. — Swoją drogą głupio wyszło wczoraj. 

Sięgnął do kieszonki i wydobył płaską paczuszkę gumy. 

— 

Miętowa — zachęcił. — Gasi pragnienie. 

background image

To ostatnie przekonało Gartha. Rozwinął zielony płatek i wsunął do ust. Zastanawiał się 

jeszcze, gdzie rzucić opakowanie, lecz Jones wybawił go z kłopotu. 

— Puszcza zje wszystko — 

powiedział, odrzucając swoje w zarośla. — Za kilka godzin 

nie będzie śladu. 

Cleeve musiał nawiązać łączność, gdyż mówił coś szybko do mikrofonu. Po chwili jego 

głośne pytania przebiły; się nad jazgot papug. 

—  Dlaczego 

ponad  tydzień?!  Oni  chyba  sami  zajmują  się  handlem,  jeśli  tak  traktują 

przedstawicieli ONZ! 

Mike trącił Gartha w ramię. 

— 

Muszę odejść na momencik. Poczekajcie — poprosił i charakterystycznym krokiem 

podbiegł za ścianę baraku. 

— 

Mówił, że to zwierzęta — uśmiechnął się Garth i spojrzał w bok. 

Na usypanej ze skał i ziemi naturalnej tamie siedział rząd ptaków o płaskich dziobach. 

Kręcąc głowami patrzyły na niewidoczną stąd powierzchnię jeziora.  

— Koniec — 

rozległ się za plecami Gartha głos Cleeva i stukot słuchawek o blat. 

Przygładzając zmierzwione włosy Cleeve wynurzył się z półmroku. 

— 

Zdziwiliby się, gdyby widzieli z kim rozmawiałem — powiedział szeptem. — Jakie 

wrażenie? 

Garth wypluł gumę. 

— Mierne. W ogóle nie 

słuchał, a teraz poszedł za barak. 

— Aha — 

stwierdził Cleeve i wyprostował się nienaturalnie, Jones wracał z puszczy. 

— Jestem pewien — 

dodał — że tam w obozie nagrali wszystko. 

Podczas  pożegnania  na  drodze,  tak  jak  prosił  Amerykanin,  w  części  niewidocznej  z 

obozu, Cleeve 

wytłumaczył  mu,  gdzie  się  zatrzymali. Jones nie  był  zaskoczony,  dodał 

jedynie, ni w pięć ni w dziewięć, że może podrzuci im jutro karton piwa. 

Shaffes źle spał tej nocy, a przemykanie się tyłami domów w pełnym słońcu rozkleiło 

go  do  reszty.  Nie  zdziwił  się  więc,  gdy  przechodząc  przez  płot  nadział  się  na 

kilkucentymetrowy 

gwóźdź.  Nie  przejmując  się  tym  podwinął  podartą  nogawkę,  a  potem 

rozejrzał się po podwórku. Ogród i plac należały do dwupiętrowego domu o zabitych deskami 
drzwiach i oknach. W przeciwieństwie do większości budynków, dach miał płaski, a ściany 
urozmaicone  drobnymi  ornamentami.  Częściowo  odłamany  gzyms  leżał  na  ziemi.  W  kącie 

podwórza, obro

śnięty  pnączami,  stał  marmurowy  postument.  Ściskając  paczkę  pod  pachą 

Shaffes ruszył w jego stronę. Nie znalazł otworu, za to odkrył, że obtłuczony posążek daje się 
unieść  w  górę,  odsłaniając  przy tym prostopadłościenną  wnękę.  Zbadał  ją  dłonią,  a  potem 

background image

włożył  pakunek.  Owinięty  folią  błyszczał  w  słońcu,  dopóki  Shaffes  nie  zasunął  figurki. 

Zadowolony 

z  efektu  rozejrzał  się  wokół,  zapamiętując  dokładnie  szczegóły  otoczenia. 

Zwrócił  przy  tym  uwagę  na  niewielką  studnię.  Pośrodku  kamiennego  obramowania 

zainstalowano 

kołowrót,  z  którego  zwisał  gruby  sznur.  Starając  się  kroczyć  po  kamieniach 

będących resztkami ścieżki, Shaffes podszedł i zajrzał do otworu. Studnia nie była głęboka i 
wpadające ukośne promienie słoneczne oświetlały częściowo jej suche dno. 

Z  tyłu  rozległ  się  stukot.  Odwracając  głowę  Shaffes  dojrzał  małego  osła,  który nie 

wiadomo jakim sposobem 

dostał się na ogrodzony placyk. Shaffes usiadł na obramowaniu i 

pogmerał dłonią w poszukiwaniu kamienia.  

— No — 

mruknął groźnie, gdy osioł zbliżył się na odległość kilku kroków. 

Sierść miał skudloną i pozlepianą w strąki. 

— 

Zjeżdżaj! — krzyknął Shaffes i cisnął kamieniem. 

Osioł  jednak  zamiast  uciec,  podskoczył  i  rzężąc  rzucił  się  na  przeciwnika  z 

odsłoniętymi zębami. Tracąc równowagę Shaffes obsunął się do studni i tylko refleks sprawił, 
że  chwycił  za  sznur.  Klnąc  zawisł  na  nim,  obcasami  jedynie  opierając  się  o  brzeg.  Osioł 
podszedł  i  zaczął  obwąchiwać  mu  buty.  Shaffes  nie  wytrzymał.  Kopnął  nogą,  starając  się 
trafić zwierzę w nos. Nie dość jednak, że nie dosięgnął celu, to na dodatek potrącił kołowrót, 

który 

zaczął  się  odwijać  ze  znaczną  prędkością.  Wrzeszcząc  zjechał  do  studni  i  twardo 

uderzył w dno. Milknący tupot świadczył, że przegonił zwierzę, lecz była to mała pociecha. 
Zadzierając  głowę  mógł  się  przekonać,  że  studnia  wcale  nie  jest  taka  płytka  jak  sądził 

poprzednio. Od 

krawędzi  dzieliły  go  co  najmniej  trzy  metry.  Krzyknął  raz  i  drugi  widząc 

niemal,  jak  słowa  ulatują  w  niebo.  Bardziej  zły  niż  przestraszony  zaczął  wypatrywać 
wgłębień w ścianie. Niestety już pierwsza próba wspinaczki zakończyła się niepowodzeniem. 
Z dwoma kamieniami w garści opadł na dno. 

Ponownie krzyknął, lecz zaraz umilkł, gdyż usłyszał czyjś głos. 

— Szatan, szatan. 

Z bólem w karku patrzył w owal nieba, aż wreszcie dojrzał głowę chłopca, właściwie 

jeszcze dziecka. 

Zamachał  rękoma.  Głowa  zniknęła  i  zaraz  potem  coś  wpadło  do  studni. 

Usko

czył  przed  kamieniem,  który  muskając  jego  ramię  zarył  w  piasku.  Shaffes  krzyknął 

ostrzegawczo

, lecz już następna bryła ukazała się na tle nieba i upadła obok jego nóg. Poczuł 

mdlącą  słabość  płynącą  od  żołądka.  Czując  się  tak  krańcowo  bezbronny  miał  ochotę 
przykucnąć i zasłonić głowę rękoma. Nawet pistolet był bezużyteczny. 

— Hej! — 

krzyknął ktoś i Shaffes dojrzał twarz mężczyzny. — Kto tam jest? 

Momentalnie przypomniał sobie ulicę na której widział tego człowieka po raz pierwszy. 

background image

— To ja, Shaffes, z samolotu — 

powiedział rozprostowując zagięte aż do bólu palce. — 

Proszę mnie wyciągnąć, burmistrzu. 

Głowa Jarabe zniknęła. 

— 

Musi pan chwycić za sznur — usłyszał. — Wyciągniemy pana na kołowrocie. 

Przypominając sobie teoretyczne wiadomości oplótł linę udami i mocno przyciskając ją 

do  twarzy,  zaczął  się  unosić.  Kołysanie,  które  rzucało  go  na  ściany,  nic  potrafił  w  żaden 
sposób opanować. Kiedy  głową sięgnął poziom cembrowiny, dojrzał wąsatą,  rozlaną twarz 

drugie

go  mężczyzny.  Stał  w  rozpiętej  koszuli  przytrzymując  kołowrót.  Jarabe  chwycił 

Shaffesa za kołnierz i przeciągnął poza krawędź studni. 

— 

Dlaczego pan tam wchodził? — spytał. 

Shaffes otrzepując zaciekle kurz wzruszył ramionami. 

— 

Głupota, jakiś osioł rzucił się na mnie. 

— Bagual — 

mruknął mężczyzna z wąsem. 

Shaffes spojrzał na niego. 

— 

Tak  się  tutaj  nazywa  zdziczałe  zwierzęta  domowe  —  wyjaśnił  burmistrz.  —  One 

faktycznie są niebezpieczne. 

— Niebezpieczne? — 

prychnął Shaffes. — Niebezpieczny to był ten mały wariat, który 

zrzucił mi na głowę kamienie. 

Jakby cie

ń ironii przemknął przez twarz burmistrza. 

— 

To prawda, że Pedro nas zawołał, ale z kamieniami musi się pan mylić. 

Shaffes pokazał rozdarcie na ramieniu. 

— A to? 

Obydwaj mężczyźni nachylili się. 

— 

Musiały mu się obsunąć spod ręki. 

— 

No chyba widziałem... 

B

urmistrz pokiwał palcem. 

— 

Niech pan uważa na zwierzęta, puszcza jest blisko, a przez nią niejeden zwariował. 

Shaffes rozwarł usta, lecz już nic nie powiedział. Jedynie schylił się i podwinął nogawki 

teraz już dokumentnie zniszczonych spodni. Tęgi mężczyzna zaśmiał się gardłowo, mówiąc 
coś szybko w niezrozumiałym dla niego dialekcie. 

— Angelo zaprasza pana na obiad — 

przetłumaczył burmistrz. 

— Mnie? 

— 

Tak. Prowadzi sklep i mały bar jednocześnie. 

Shaffes poczuł autentyczny  głód i doszedł do wniosku, że nie ma sensu protestować. 

background image

Ruszyli w powrotną drogę. 

tej  porze  dnia  plac  zajmowali  ludzie  i  jaszczurki.  Ci  pierwsi  przesuwali  się  pod 

ścianami domów jakby ustępując  zwierzętom  kamieni  do  wygrzewania.  Kiedy  cała  trójka 
doszła do kilku stolików wystawionych bezpośrednio na chodnik, burmistrz gdzieś zniknął. 
Shaffes  dobrą  chwilę  rozglądał  się  wokół,  lecz  nigdzie  nie  mógł  dostrzec  jego 
charakterystycznej sylwetki w białej koszuli. 

—  Chicha  —  powie

dział  sklepikarz  wciskając  mu  szklankę  żółtopomarańczowego 

napoju. 

Ka

tegorycznym gestem osadził Shaffesa przy stoliku i postawił przed nim obłą miskę 

pełną  fasoli  i  kawałków  mięsa  zanurzonych  w  ostro  pachnącym  sosie.  Shaffes  podniósł 
niepewnie łyżkę. 

— Co to jest? — 

spytał po chwili unosząc głowę. 

Angelo poklepał się jednak tylko po brzuchu i odszedł. 

— Poroto — 

dobiegł czyjś głos zza pleców Shaffesa. — To znaczy fasola. Mięso jest z 

aguti. 

Mężczyzna siedzący przy  następnym stoliku miał płaskie uszy, przylepione do nagiej 

czaszki. Natomiast 

imponujący zarost pokrywał jego klatkę piersiową. 

— 

To też niezłe — dodał unosząc trzymany w dłoni napój. 

Shaffes podniósł łyżkę do ust i spróbował zachwalanej potrawy. Jedzenie było diabelnie 

ostre. 

—  Dobrze pan zna angielski — 

pochwalił nieznajomego, który rozparł się na krześle, 

jakby s

zykował się da dłuższej rozmowy. 

— 

Angelo to wyjątek, u nas prawie każdy zna angielski — odstawił pustą szklankę. — 

Pan z tego samolotu' 

Shaffes kiwnął głową, gdyż usta miał zajęte fasolą. 

— 

Długo tu chyba nie będziecie? 

— Dlaczego pan pyta? 

— O... — 

łysielec spędził muchy ze stołu. — Tak sobie. 

Nagle zmienił ton. 

— Niech pan powie, czy ta nowa droga — 

klepnął się w lśniącą czaszkę — Carretera 

Marginal de la Selva jest 

już podciągnięta do La Paz? 

Shaffes przełknął wyjątkowo twardy kawałek mięsa.  

— Tak, jes

t już skończona. 

Nieznajomy pokiwał głową. 

background image

— 

Jestem kierowcą, a właściwie... — roześmiał się — byłem. 

Widząc pytanie w oczach Shaffesa mówił dalej. 

—  Dopóki nie  przyjech

ali  Amerykanie  jeździłem  ciężarówką  do  miasta  i  na  stację. 

Teraz sami to robią, choć wciąż dostaję od nich forsę. 

— Za co? 

—  Sam nie wiem — 

wzruszył  ramionami.  —  Co prawda  moja  ciężarówka  już  się 

rozsypuje, ale powiedzieli że może im się jeszcze przydać. Obiecali zawiadomić mnie w razie 

potrzeby. 

— Naturalnie — 

Shaffes uniósł szklankę w stronę kierowcy. — Na zdrowie! 

Tamten  pomachał  bezradnie  pustym  szkłem,  więc  Shaffes  wyjął  monetę  i  zastukał  w 

blat. Na migi 

wytłumaczył  sklepikarzowi,  że  chce  postawić  wszystkim  chichi.  Tłuścioch  z 

nieukrywanym  zadowoleniem  przyjął  zaproszenie.  Stuknęli  się  na  nowo  napełnionymi 

szklankami  i 

wypili  do  dna.  Shaffes  otarł  usta.  Żegnany  przyjaznym  pomrukiem  ruszył  w 

stronę kościoła. 

Gdy zaryglował wrota i dostał się na chór, zastał tam tylko Gartha. Wyjętym z zestawu 

fotograficznego 

pędzelkiem odkurzał fragment ściany. 

— Gdzie Cleeve? 

Zapytany nie przerywając swoich czynności pokazał palcem wejście na wieżę. 

— 

Gada z Crewtherem. Co robiłeś? 

Shaffes bąknął zdawkowo. 

— 

Jadłem obiad, a ty co majstrujesz? 

Garth łypnął okiem. 

— 

Był tu wmurowany krzyż konsekracyjny, jeden z dwunastu. 

— 

Tyle ich znalazłeś? 

Nawet nie odwracając głowy Garth westchnął. 

— 

W każdym kościele jest ich dwanaście. 

Skrzypnęły zawiasy i w drzwiach wieży stanął Cleeve.  

— 

Chodźcie — powiedział. — Coś wam pokażę. 

Shaffes  ruszył  za  nimi,  z  obrzydzeniem  dotykając  szczebli  drabiny. Zbyt dobrze 

pamiętał, co zostawiły na niej gołębie. Sapiąc wydostał się na platformę. 

— Tam — 

Cleeve wskazał mroczne cielsko puszczy. — Widzicie? 

Trudno było nie zauważyć. Daleko, na jednym ze wzgórz, żarzył się punkcik ogniska. 

— To obóz? — 

spytał Shaffes. 

— Nie — 

Cleeve pokręcił głową. — Obóz jest za nami. 

background image

Miał rację, ognisko płonęło w bezludnej części puszczy. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

— 

I co spodziewał się pan tam znaleźć? — spytał Garth mrużąc oczy boleśnie oślepione 

dziennym 

światłem. 

Po  wyjściu  z  kopalni  obaj  założyli  ciemne  okulary,  ale  wzrok przyzwyczajony do 

mroku korytarzy, mimo to nie 

chciał adaptować się do ostrego blasku poranka. 

— 

Znalazłem to, co chciałem znaleźć — mruknął Cleeve. 

Złożył aparat, schował go do torby i usiadł na przewróconym wózku koło ocierającego 

łzy Gartha. 

— 

Łaziliśmy  po  tych  cholernych dziurach tylko po to,  żeby  zrobić  zdjęcia? 

Zdewastowane chodniki, nieczynnej windy i cały ten rdzewiejący złom jest aż tak ważny? 

— T

ak. Stanowi dowód, że nikt nie interesuje się kopalnią. 

G

arth rzucił sceptyczne spojrzenie. 

— 

A jeżeli Amerykanie pobrali małe próbki i badają w obozie? W takim przypadku nie 

musieli pozostawić widocznych śladów. 

— 

Siedzą tu zbyt długo, żeby ograniczyć się tylko do próbek. Te zdjęcia są dowodem, 

że wolfram nie interesuje ich zupełnie... Chodźmy, odpoczął pan? 

Garth  kręcąc  głową  podniósł  się  niezdarnie  i  powlókł  za  znikającym  już  między 

drzewami Cleevem. 

Szeroką,  wysypaną  tłuczniem  drogą  dotarli  na  wzgórze, z którego widać  było 

miasteczko. 

— Panie Cleeve, nie tak szybko — 

wysapał Garth. — Może trochę odpoczniemy... to 

słońce... 

Zdjął  z  głowy  związaną  na  rogach  chustkę  i  otarł  nią  twarz.  Ignorując  stojącego  z 

rękami w kieszeniach Cleeva opadł na trawę, starając się ukryć w nikłym cieniu krzaków. 

— 

Cholerne muchy, ależ ich tu jest... 

— 

Wybrał  pan  złe  miejsce  —  twarzy  Cleeva  prawie  nie  było  widać  zza 

smolistoczarnych  szkieł  okularów.  Reszta  ginęła  w  cieniu  szerokiego,  oklapłego  ronda 

kapelusza. 

— 

Coś  tu  strasznie  cuchnie... Nie czuje pan? —  Garth  wiercił  się  odganiając 

obsiadające go muchy. 

background image

— 

O... wskazał ręką kierunek. — Widzi pan ten rój, chyba właśnie stamtąd... 

Cleeve  podszedł  do  niego.  Potem  starając  się  uchylać  przed  kolczastymi  gałęziami 

krzewów wszedł między drzewa. 

— 

Znalazł pan coś? — Garth wstał, ale zbita ściana roślinności nie pozwalała dostrzec 

czegokolwiek. 

Jedynie ogromne, głośno brzęczące muchy wskazywały, że ktoś zakłócił ich spokój. 

— 

Znalazłem, ale niech pan tu nie wchodzi. Zaraz wracam — dobiegł głos z mroku. 

Po chwili z głębokiego cienia wynurzył się Cleeve. 

— 

Chodźmy — ruszył jeszcze szybszym krokiem niż poprzednio. 

— 

Co tam było? 

— 

Zwłoki. 

— 

Jakieś zwierzę? 

— 

Nie, człowiek. Indianin. 

Garth zatrzymał się, ale zaraz dobiegł do Cleeve'a i spytał zdyszanym głosem. 

— 

Mamy go tak zostawić? 

— 

A co pan chce z nim zrobić? — Cleeve nawet nie odwrócił głowy. — Zawiadomimy 

burmistrza. 

— 

Może jeszcze żył? 

— 

Nie. Ciało było w stanie rozkładu, ale... 

— 

Co ale? Co się stało? 

— 

Dziwne, wydawało mi się, że jeśli czyjekolwiek szczątki leżą w puszczy tak długo, 

to powinny przy

ciągnąć  jakieś  zwierzęta.  Tymczasem  ten  Indianin  wydawał  się;  być 

nienaruszony. 

Zapadła cisza. Tuż przed miasteczkiem Cleeve zwolnił wreszcie, pozwalając Garthowi 

przyjść  do  siebie.  Idąc  wolno  przez  puste  ulice  mijali  zrujnowane  domy,  porośnięte 
skołtunioną  roślinnością  gruzowiska  i  puste  placyki  zasłane  szczątkami  drewnianych 

konstrukcji. Gdzieniegdzie 

trafiała  się  nietknięta  elewacja,  a  odłażąca  miejscami z 

przekrzywionych szyldów farba pozwalała jeszcze odczytać zachęcające do najrozmaitszych 

rozrywek napisy. 

— 

Za czasów prosperity musiało to być spore miasto — wysapał Garth. — Ale teraz... 

C

leeve skinął głową w nieokreślonym geście. 

— 

Gdzie się podziali mieszkańcy? Unikają nas, czy co? 

— 

Siedzą w domach. Wychodzenie w taki upał nie należy do miejscowych zwyczajów. 

— 

Mimo wszystko nic podoba mi się tutejsza atmosfera. 

background image

— Przesadza pan — 

Cleeve wzruszył ramionami. 

— 

Już jesteście z powrotem? — nawet nie zauważyli jak nagle obok nich pojawił się 

Shaffes. — 

Myślałem, że wrócicie dopiero przed wieczorem. 

— 

Znaleźliśmy trupa! — wypalił Garth. — Musimy porozmawiać z burmistrzem. 

— 

Widziałem  go  dzisiaj.  Zaprowadzę  was  —  na Shaffesie wiadomość  nie  wywarła 

większego wrażenia. 

Skręcili w jedną z odbiegających od placu uliczek i stanęli przed małym, lecz dobrze 

utrzymanym  domem.  Okute  żelaznymi  sztabami  drzwi  otworzyły  się,  zanim  ktokolwiek 
zdążył w nie zapukać. 

—  Witam panów — 

burmistrz  pospiesznie  zapinał  siatkową  koszulę  —  Czym  mogę 

służyć? 

— 

Znaleźliśmy ludzkie zwłoki — powiedział Cleeve. — Niedaleko kopalni. 

— 

Proszę do środka. Napijecie się panowie herbaty?  

— 

Nie,  nie.  Dziękujemy  za  propozycję.  Spieszy  nam  się  trochę,  chcemy spokojnie 

obej

rzeć nasz rozbity samolot. 

— 

Szkoda.  W  każdym razie zapraszam, skorzystacie  jak  tylko  będziecie  mogli  — 

burmistrz 

uśmiechnął się szeroko. 

— 

Znaleźliśmy trupa — powtórzył Garth. — Słyszy pan? Martwego Indianina. 

— 

Słyszę — burmistrz tym razem skrzywił się lekko.  

— 

Co zamierza pan zrobić? 

— Nic. Wiecie panowie... 

— Jak to nic? 

— 

To znaczy na pewno dam znać zwierzchnim władzom, ale... eeee... Całe miasto jest 

otoczone puszczą... Różni stamtąd przychodzą. Niektórzy chorzy, inni... często bardzo dziwni 

ludzie — 

wzrok burmistrza błądził gdzieś w okolicach ich butów. 

— Dlaczego dziwni? — 

wtrącił się znów Garth. 

— 

No, jacyś jakby chorzy, zmienieni... 

— Czy mieli usztywnione stawy? — 

spytał nagle ożywiony Shaffes — szczególnie w 

dłoniach, wie pan, czy trudno im było cokolwiek chwycić i musieli... Shaffes nagle umilkł i 
wymuszenie kaszlnął kilka razy. 

Wyciągniętą z kieszeni chustką zaczął wycierać nos.  

— 

Nie  wiem.  Ja...  ja  rzadko  wychodzę  z  domu,  bardzo  przepraszam  —  burmistrz 

dotknął  drzwi.  —  Bardzo panów przepraszam, ale  ważne  sprawy  czekają...  Jestem  trochę 
zajęty. 

background image

Cofnęli się kilka kroków, a on zamknął drzwi i słychać było jak przesuwa stalowe rygle. 

— 

Czego się tak przestraszył? — Garth popatrzył na Cleeve'a lecz ten nie zwracał na 

niego uwagi. 

— 

O co panu chodziło z tymi sztywnymi stawami? — spytał. 

Sh

affes zmieszał się wyraźnie. 

— 

Głupie skojarzenie. Kiedyś czytałem o jakiejś chorobie puszczy, ale tamto działo się 

chyba w Afryce, czy gdz

ie indziej. Nieważne... 

— 

Na czym ona polegała? 

— Nie 

wiem. Coś mi się pomyliło, to nie był zresztą artykuł w czasopiśmie naukowym, 

tylko jakaś powieść. Nie pamiętam... 

Shaffes złożył chustkę i ruszył w stronę białej płaszczyzny rynku. 
Siedzieli  w  trójkę  przy  stoliku  i  sennym  wzrokiem  obserwowali  pusty plac.  Jedynie 

Shaffes co chwila 

przesuwał krzesło starając się lepiej schować w cieniu niewielkiej markizy. 

— 

Myśli pan, że lokal jest czynny? — spytał Garth. 

Shaffes  przestał  się  wachlować  połami  koszuli  i  wskazał  głową  na  ciemny  prostokąt 

wejścia.  Zanim  zdążył  otworzyć  usta  pojawił  się  właściciel  baru  rozwiewając  wszelkie 
wątpliwości. 

— 

Chcielibyśmy się czegoś napić — powiedział Cleeve. 

Tęgi mężczyzna skinął głową i znikł zanim zdołali cokolwiek dodać. 

— Co nam tu grozi? Chicha czy Tequilla? — 

Garth przechylił się do Shaffesa. 

Ten wzruszył tylko ramionami zajęty obserwacją małej dziewczynki bawiącej się przy 

rogu najbliższego domu. Było to pierwsze tak małe dziecko, które zobaczyli w tym mieście. 

— 

Nie  było  się  czego  bać  —  powiedział  Cleeve  na  widok  niesionej przez Angela 

butelki opatrzonej dobrze im znaną z reklam etykietą. 

— 

Jak ci się zdaje... przepraszam, jak się panu zdaje, czy to narodowy trunek? — Garth 

wskazał palcem na sprawnie rozlewany do szklanek Bourbon z Kentucky.  

Cleeve odgonił muchy znad swojej głowy. 

— 

Sądzę, że nasi znajomi z obozu wpadają tu czasem. 

Podniósł szklankę i zbliżył ją do ust. 

— 

Na imię mi Jeff — powiedział. — Mówmy sobie „ty”. 

— Allen — 

Garth również uniósł trunek. 

Shaffes uśmiechnął się przysuwając krzesło bliżej stolika. 

— A ja m

am na imię Keith. Napijmy się wreszcie.  

Whisky była dobrze schłodzona i miała przepisowe dwanaście stopni. 

background image

— 

Do tej pory byliśmy chyba jedyną ekipą ONZ w której zwracano się do siebie per 

„pan” — Shaffes za

grzechotał kostkami lodu. 

Odwrócił  się  na  krześle  i  poszukał  wzrokiem  dziewczynki. Niewielkie podwórko za 

rogiem budynku było jednak puste. 

— 

Co robiłeś, gdy byliśmy w kopalni? — Garth rozlał następną kolejkę. 

— 

Zwiedzałem okolicę. Ci tutaj polowali chyba na mamuty. 

— Na co? 

— 

Mamuty albo słonie — powtórzył Shaffes. — Wokół miasteczka jest pełno starych 

pułapek. 

Cleeve 

spojrzał na niego z uwagą. 

— 

Doły z zaostrzonymi palami na dnie? 

Shaffes przytaknął machając lekceważąco dłonią. 

— 

Z tym, że już od dawna nie są zamaskowane. 

— 

Przecież  w  tym  kraju  nie  ma  tak  dużych  zwierząt  —  wtrącił  się  Garth.  —  Może 

łapali w nie pumy, albo świnie. 

— 

Nie, otwory i pale były za duże. 

G

łośny krzyk przerażenia lub bólu sprawił, że obrócili się na krzesłach. 

— To ta dziewczynka — 

powiedział Shaffes. 

Przewracając krzesła rzucili się biegiem w kierunku podwórka. Za rogiem, na ścieżce 

wyłaniającej się z pomiędzy niedalekich drzew leżało zapłakane dziecko. 

— 

Co jej się stało? — spytał Garth. 

Dziewczynka uniosła mokrą od łez twarz, spojrzała na mężczyzn, a potem za siebie. Nie 

była ładnym dzieckiem, i paniczny strach widoczny w jej oczach tylko pogłębiał to wrażenie. 

— 

Może ją coś wystraszyło — powiedział cicho Shaffes. 

Nie  zdążyli  jednak  podejść  bliżej.  Z  tyłu  rozległ  się  tupot  kroków.  Rozsiewając  woń 

potu przebiegł obok nich sklepikarz. .Nie zadając dziecku jakichkolwiek pytań chwycił je i 
uniósł na ręce. 

— 

Co się stało? — spytał Cleeve. 

Angelo nawet nie zwol

nił. Mruknął tylko jakiś niezrozumiały wyraz i wskazał ręką na 

puszczę.  Odwrócili  głowy. W migotliwym cieniu  pod drzewami nie było  widać  niczego 
niezwykłego. 

Cleeve wynurzył głowę z zielonego listowia. 

— 

Stąd świetnie widać obóz, właźcie wreszcie! 

Garth zamocował koniec drabinki i zerknął na Shaffesa. 

background image

— 

To on zwleka, chyba mu ten burbon zaszkodził. 

Shaffes spojrzał z wyrzutem. 

— 

Już idę — stwierdził głucho i chwytając szczebli zaczął się wspinać wzdłuż grubego 

pnia. 

— Nie obijaj aparatów! — 

krzyknął za nim Garth. — Zdecentrujesz soczewki. 

Siedząc na zbitej przez Cleeve'a ławeczce, mieli doskonały widok na całą okolicę. Po 

prawej  stronie, na prze

dłużeniu  linii  baraków  widać  było  jezioro.  Kiedyś  jego  odpływ 

wyżłobił  tu  płytkie,  lecz  rozległe  zagłębienie,  wykorzystane  teraz skwapliwie przez 

Amerykanów jako miejsce pod obóz. 

— 

Co  to  właściwie  za  aparaty?  —  spytał  Shaffes  pomagając  Garthowi  montować 

statyw. 

— 

Podobno znasz się na robieniu zdjęć — Cleeve| zerknął na niego. 

Shaffes odwrócił się gwałtownie, o mało nie spadając z konara. 

— 

Znam się na klasycznych aparatach, nie na magnetycznych. One zresztą, o ile wiem, 

mają gorszą rozdzielczość. 

Cleeve załadował kasetkę dysku.  

— 

Aparaty z generacji „Mavici” były stosowane w sondach kosmicznych i naprawdę 

mają wystarczającą rozdzielczość — kiwnął głową. — Będziesz robił zdjęcia budynku i ludzi, 
którzy się przy nim kręcą. 

Shaffes  spojrzał  na  leżący  gdzieś  w  odległości  trzystu  metrów  ciemny  kształt.  Od 

samego początku wzbudzał ich największe zainteresowanie. 

— 

Ciekawe, co tam trzymają — mruknął Garth. 

— 

Właśnie  próbujemy  się  zorientować.  —  Cleeve  uśmiechnął  się  pod  nosem.  —  W 

każdym razie nie sądzę, żeby to był silos jądrowy. 

Garth zaciskając wargi nakręcił długi tubus. 

— 

Jaką dać ogniskową? — zapytał. 

Shaffes przestał się wiercić i spojrzał z miną fachowca. 

— 

Myślę,  że  powyżej  trzystu  milimetrów  nie  ma  sensu.  Będą  zbyt  wyraźne  drgania 

powietrza. 

— 

Masz  rację  —  Cleeve  przesunął  się  nad  ich  głowami.  —  Wystarczy,  że  będzie 

spłaszczenie  głębi.  Róbcie  tylko  szczegóły,  najlepiej  twarze.  Panoramę  sam  zdejmę 
szerokokątnym. 

Efekt  dalszych  dwóch  godzin  pracy  zawierał  się  w  słowie: fiasko. Mieli naturalnie 

zamiar  przejrzeć  dyski  po  powrocie  do  kościoła,  ale  z  góry  było  wiadomo,  że  nie  znajdą 

background image

rewelacji. Sfotografowali nie więcej jak pięć osób, a do budynku przy puszczy nawet nikt się 
nie zbliżył. 

—  Wystarczy  — 

stwierdził  Cleeve,  kiedy  tarcza  słońca  opadła  na wzgórze. — 

Moglibyśmy co najwyżej zrobić zdjęcia nocne. 

— Ale chyba nic dzisiaj — 

zajęczał Shaffes prostując obolałe plecy. 

Spojrzeli na niego ze z

rozumieniem. Potem, w gęstniejącym już pod drzewami mroku, 

ruszyli  ku  miasteczku.  Nie  chcąc  przechodzić  koło  obozu,  musieli  obejść  całe  jezioro. 
Dopiero  wtedy  docenili  pomysł  Cleeve'a, który oznaczył  zawczasu  drogę  niewielkimi 
szpilkami. Ich główki wydzielały w ciemnościach nieznaczne, czerwono światło. 

Zapadła  noc  i  puszcza  momentalnie  wypełniła  się  zwierzęcym  wielogłosem. 

Zadziwiająco ludzki, skrzeczący rechot odpowiedział jej ze strony jeziora. Udając, że to jest 
im obojętne, maszerowali w milczeniu. Jednak każde trzaśnięcie gałęzi, każdy wrzask ptaka 

wzmocniony rezonansem 

podświadomych lęków sprawiał, że wciągali głowy w ramiona i szli 

bliżej siebie. Słychać było tylko przyspieszone oddechy i szuranie stóp. Raptem spomiędzy 
zarośli wypłynęły kołtuny mgły. 

— Bagna — 

powiedział Cleeve. 

Byli w najdalej wysuniętej na zachód części jeziora. Przylegające tu moczary ciągnęły 

się kilometrami i nawet za dnia nie widać było ich krańca. Srebrne w księżycowym świetle 
zwoje  mgły  spływały  leniwie  w  stronę  jeziora.  Shaffes  zatrzymał  się  i  chwycił  Gartha  za 
ramię. 

— Patrz — 

wydusił. 

Nad  milczącą  płaszczyzną  bagien,  pomiędzy  rachitycznymi  drzewami,  mżyło  jasne 

światło.  Garth  nabrał  głęboko  powietrza.  Nie  trzeba  było  dużej  wyobraźni,  aby  w  bladym 
płomieniu rozpoznać ludzką sylwetkę. 

— Gaz — 

mruknął Cleeve obracając się do tyłu. — To tylko gaz błotny. 

Patrzyli  na  własne  twarze,  oświetlone, nie wiadomo czy  płomieniem,  czy  światłem 

księżyca, a potem ruszyli. Miarowo krocząc szli przez noc ku miasteczku. 

O

dgłos  walenia  w  drzwi  kościoła  powoli  przedzierał  się  przez  barierę  snu,  tak  że 

dopie

ro  po  dłuższej  chwili  Cleeve  otworzył  oczy.  Niechętnie  rozsunął  zamek  śpiwora, 

podniósł się i ziewając zapiął szelki podtrzymujące kaburę pistoletu. 

Uderzenia w drzwi powt

órzyły  się.  Cleeve  założył  marynarkę  i chwiejnym z 

niewyspania krokiem zszedł po ciemnych schodkach. W otwartej bramie stał Mike Jones. Na 
widok Cleeva podniósł z ziemi tekturowe pudło i wszedł do środka. 

— 

Nie chciałem przeszkadzać, szczególnie o tak wczesnej porze — postawił karton na 

background image

jednej z niewielu jako tako stojących ławek. — Przywiozłem obiecane piwo. 

— 

Bardzo dziękuję, ale niepotrzebnie robił pan sobie kłopot... 

— 

Miałem  po  drodze.  Jadę  z  transportem  kawy  do  najbliższej  stacji  kolejowej. 

Chciałbym tam dotrzeć przed zmrokiem, dlatego wyruszam tak wcześnie. 

— Z transportem kawy? 

— 

Tak. Uprawiają ją w tej wiosce, czy raczej w miasteczku. Przejęliśmy dostawy od 

miejscowych kierowców. Ich samochody to już stare pudła. Zbyt często psuły się na trasie. 

Cleeve 

mimo uporczywego ssania w żołądku, przełamał się i zapalił papierosa. 

— Pali pan na czczo? — 

Amerykanin skrzywił się z niesmakiem. — Okropność. 

Cleeve rozciągnął wargi w uśmiechu. 

— 

Mówił pan, że odwozicie tutejszym kawę. To należy  do normalnych obowiązków 

górników? 

— 

Nie, skąd. Często jednak musimy przywozić sprzęt i w tamtą stronę jeździlibyśmy 

pustymi samochodami. Zresztą tej kawy nie ma tak dużo — Jones spojrzał na zegarek. — 
Muszę jechać. Przywieźć panom jakieś gazety! Niestety nie będą zbyt świeże... 

—  Nie, nie... — 

powiedział  odruchowo  Cleeve  i  zrozumiał,  że  strzelił  głupstwo  — 

siedzący tu przymusowo ludzie powinni się nudzić. 

— 

A może papierosy? 

— 

Chętnie, jeśli nie sprawi to panu kłopotu. Keith co prawda ma jeszcze karton, ale nie 

wiadomo, jak długo będziemy tu czekać. 

— 

Oczywiście.  Będę  z  powrotem  jutro  wieczorem  —  Jones  ruszył  w  kierunku 

zaparkowanej przed wejściem ciężarówki. — No to na razie... 

Cleeve machnął ręką. 

— 

Jeszcze raz dziękuję za piwo. 

Przez  chwilę  stał  przecierając  oczy,  potem  podniósł  ciężkie  pudło  i  wrócił  na  górę. 

Garth  gotował  wodę  na  gazowym  palniku,  a  Shaffes  ziewając  golił  się,  klęcząc  przed 
okrągłym oknem tuż nad podłogą chóru. 

— 

Mówił  coś  ciekawego?  —  Garth  wsypał  po  łyżeczce  herbaty  do  plastikowych 

kubków. 

— 

Udawał dobrego wujka. 

Cleeve 

zerwał taśmę blokującą tekturowe wieko, wyjął i otworzył jedną z puszek. 

— 

No, no, więcej niż niezłe, chociaż ciepłe — powiedział pociągnąwszy spory łyk. — 

Czy ta studnia, do której 

wpadłeś, była wypełniona wodą? 

— Hm? — 

Shaffes o mało się nie zaciął. 

background image

— 

Można byłoby spuścić na sznurku kilka puszek, żeby się ochłodziły. 

Shaffes wytarł twarz ręcznikiem i rzucił go na brudną podłogę. 

— 

Lepiej zobaczcie, co się dzieje na placu. 

G

arth przykręcił płomień palnika i podszedł do okna. 

— 

Chyba zebrali się, żeby zobaczyć ciężarówkę, albo pogadać z Jonesem. 

— 

Może, tylko ciężarówka już odjechała. A tam? Widzi pan tego człowieka? 

G

arth schylił się i przetarł rękawem zakurzoną szybę.  

— Co on robi? 

— Wymiotuje. Oho, jest i burmistrz. 

Zaciekawiony Cleeve kucnął między nimi, przyłożył do oczu lornetkę. 
Niewielki  tłum  na  przeciwległym  krańcu  placu  otaczał  słaniającego  się  na  nogach 

mężczyznę.  Ten  podtrzymywany  przez  burmistrza  i  jakąś  kobietę,  mówił  coś  pokazując 
najbardziej zniszczoną przez puszczę część miasta. 

— 

Mogę zobaczyć? — Garth wyciągnął rękę po lornetkę. 

—  On jest chyba chory, albo ranny —  powi

edział  Cleeve.  —  Niech  pan  weźmie 

apteczkę. Pójdziemy tam. 

Garth  chwycił  brezentową  torbę  z  małym  znaczkiem  czerwonego  krzyża  i  razem  z 

Shaffesem zbiegł na dół. Zdążyli jeszcze zauważyć jak Cleeve otwiera jedną z metalowych 

walizek.  

Trudno powiedzieć, czy stało się to na ich widok, ale właśnie w chwili, kiedy dotarli do 

grupy osób zebranych na rogu placu, dwóch wysokich mężczyzn odprowadzało chorego w 
boczną  uliczkę.  Zdołali  zauważyć  tylko  jego  sinobladą  skórę  i  drżenie  całego  ciała. 
Trzymający go ludzie z trudem posuwali się naprzód. 

— 

Czy coś się stało? Możemy w czym pomóc? — spytał Garth. 

— 

Dziękujemy, ale już wszystko w porządku... — powiedział burmistrz. 

W tym momencie nadbiegł Cleeve. Kucnął i zawiązał ciągnącą się za butem sznurówkę. 

— 

Może jednak moglibyśmy... 

— 

Nie,  naprawdę  nic  się  nie  stało.  Wdzięczni  jesteśmy  za  gotowość...  —  burmistrz 

ściszonym głosem zaczął coś tłumaczyć grubej, ubranej na czarno kobiecie. 

— 

O co właściwie chodzi? — spytał Shaffes kierowcę, którego rozpoznał w tłumie. 

Tamten wzruszył ramionami. 

—  Vincente zawsze ma pecha — 

powiedział  uspokajająco,  lecz  widać  było,  że jest 

podekscytowany.  —  Prze

straszył  się  czegoś,  może  ktoś  go  napadł...  Nie  wiem  dokładnie. 

Przyszedłem tuż przed wami. 

background image

— 

A kto mógłby nam wyjaśnić? 

Kierowca zmieszał się lekko. 

—  Nie pytajcie — 

powiedział.  —  Po  co  denerwować  ludzi.  Przyjdźcie  do  mnie 

wieczorem, to porozmawiamy. 

Mieszkam  tuż  koło  torreiro,  gdzie  wypala  się  kawę.  Łatwo 

trafić. 

Shaffes skinął głową. 

— 

Chodźmy — mruknął Cleeve. 

— 

Zostańmy jeszcze. Może się czegoś dowiemy — Garth rozglądał się wkoło. 

— 

Chodźmy! — powiedział sucho Cleeve. 

G

arth  zamierzał  zaoponować,  ale  przypomniał  sobie  zdanie wypowiedziane przez 

Hubbarda  przed  odlotem,  więc  tylko  zasalutował  dyskretnie  i  ruszył  w  kierunku  kościoła. 
Cleeve spiorunował go wzrokiem, kiwnął na Shaffesa i zmuszając obydwu do przyspieszenia 

kroku 

wprowadził ich z powrotem do mrocznego wnętrza kościoła. Prawie wbiegli na chór. 

— 

Skąd ten pośpiech? — wysapał Shaffes. 

— 

Zostawiłem pluskwę na placu — Cleeve wyjął mały odbiornik i magnetofon. 

— 

Nie znajdą jej? 

— 

Nie powinni. Wsunąłem ją w jakąś dziurę zawiązując but. 

Cleeve  włożył  kasetę,  zatrzasnął  pojemnik  i  wcisnął  klawisz  zapisu.  Potem  włączył 

odbiornik. 

— ... zw

ołałbym kilku chłopaków i można byłoby zobaczyć — krzyczał ktoś. — Mamy 

tu siedzieć, aż nas zupełnie ogarną?! 

— 

Nie pleć głupstw, Narciso — tym razem głos należał do kobiety. — Dopadną cię i 

skończysz jak Silvestre, albo ten głupi Vincente... 

— 

A co takiego stało się z Silvestre? — Cleeve rozpoznał w mówiącym burmistrza. — 

W końcu nic mu nie jest. 

— 

Tak, nic mu nie jest... Ale normalny już nie będzie. 

— Nie wygaduj bzdur, Rosalina. 

— 

Panu się dobrze śmiać, pan z nim nie mieszka. A ja go znam od dziecka, już dawniej 

często chorował, a teraz gorączka go nie opuszcza. Już się teraz boję wejść do niego w nocy... 

—  A co ty robisz z nim w nocy, stara? — 

głos  był  cichy  i  niewyraźny,  widocznie 

mówiący stał w pewnym oddaleniu od mikrofonu. — Przecież Silvestre mógłby być twoim 

wnukiem. 

— 

Cicho rozpustniku! Tobie tylko to na myśli. Jak jest chory, to w nocy zamykam mu 

okna. Wieczorem jest go

rąco, a nad ranem zimno. 

background image

— 

I czym cię straszy? Budzi się za każdym razem? 

— 

Nie wiem Święta Panienko, nie wiem — krzyknęła kobieta. — Jak wchodzę, on się 

nie rusza, ale obojętnie o jakiej porze by to nie było, ma otwarte oczy... — przerwał jej czyjś 
śmiech — wodzi nimi za mną. Żeby się ruszył, choć drgnął, albo coś powiedział... A on nic, 

tylko patrzy... jak trup. 

Zapadła cisza. 

— 

Rosalina ma rację — powiedział ktoś cicho. — Osaczą nas wszystkich i rozszarpią. 

Nie ma przed tym obrony.  

— Bzdury! — krzy

knął burmistrz. — Dlaczego Amerykanom nic się nie dzieje? 

— Kto wie, kto wie? 

— 

A tych trzech nowych? Łażą w dzień i w nocy, mieszkają sami w pustym kościele i 

nic! 

— 

Jeszcze się doczekają. Zobaczy pan. Już stąd nigdy nie odjadą... 

Podniósł się gwar, nad którym z trudem zapanował burmistrz. 

— 

Ludzie, dajcie spokój! Może się mylimy, może wszystko da się wytłumaczyć? 

— 

Wytłumaczyć?  A  dziecko  Lorenca?  A  co  zobaczył  Vincente,  że  ledwie  żyje  ze 

strachu? 

G

war narastał znowu, tak że trudno było rozróżnić poszczególne słowa. Jednocześnie 

jednak wszystkie odgłosy poczęły cichnąć i zanikać. 

G

arth skoczył do okna. 

— 

Odchodzą, kłócą się i gestykulują, ale burmistrz odciąga wszystkich w głąb ulicy. 

— 

Chyba chce ich usunąć sprzed naszych oczu — mruknął Shaffes. 

G

łośnik umilkł zupełnie. Cleeve wyłączył magnetofon i przewinął taśmę. 

— 

Cóż, to chyba wszystko — zapalił papierosa i usiadł nieruchomo w oparach dymu. 

G

arth i Shaffes patrzyli na niego ale on, unikając ich wzroku, wstał szybko. 

— 

Pójdę po pluskwę — powiedział. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Pochyła, betonowa płaszczyzna zajmowała ponad połowę powierzchni małego placyku 

przylegającego do ocienionej rzadkimi drzewami plantacji kawy. 

— To tutaj? — 

spytał Garth. 

Cleeve skinął głową. Podeszli do ogrodzenia otaczającego jedyny nie zrujnowany dom 

w okolicy. Na ich widok podniosły się dwa psy i w kompletnej ciszy podbiegły do metalowej 

siatki. 

—  Co za ohydne kundle — 

mruknął  Shaffes.  —  Dobre pieski, dobre —  powiedział 

stojąc przy furtce, ale odskoczył zaraz, gdy psy, ciągle nie wydając żadnego dźwięku, oparły 
na niej łapy. 

— Co jest z nimi, do cholery? Dlaczego nie 

szczekają? 

— 

Chyba są tresowane — Cleeve przyjrzał im się bliżej. — Niech pan nie podchodzi, 

musimy... 

Przerwał mu trzask otwieranych drzwi. Łysy kierowca przeszedł przez ogród i otworzył 

furtkę. 

— Witajcie panowie, pr

oszę. Herbata już się parzy...  

Prawie wbiegli do jasnego, dobrze utrzymanego 

wnętrza  małego  domku,  lecz  psy  na 

widok  pana  straciły  wszelkie  zainteresowanie  przybyłymi  i  na  nowo  ułożyły  się  w  gęstej 

trawie. 

— 

Mieszka pan sam na uboczu, a wszyscy skupili się w okolicy placu przed kościołem 

— 

powiedział Garth. — Nie lubi pan towarzystwa? 

Kierowca uśmiechnął się i wskazał im krzesła. 

— Nie jestem sam. Mieszkam z ojcem — 

ustawił przed każdym filiżankę z ciemnym, 

parującym  płynem.  —  Dawniej  odchodziły  stąd  transporty  i  była  to  najruchliwsza  część 

miasta. Ale od kiedy to wszystko s

ię zaczęło, ludzie skupili się w centrum. 

Wzruszył ramionami. 

—  Mnie tam jest wszystko jedno, mam pieski i 

strzelbę  —  wskazał  na  ogromną 

dubel

tówkę wiszącą na ścianie. 

— 

Czego właściwie boją się mieszkańcy? — spytał Garth. 

Kierowca wolno mieszał swoją herbatę. 

background image

— 

Oni boją się Indian... 

— Indian?! 

— 

Tak, chyba tak. Wie pan, to dziwne miejsce. Jesteśmy prawie zupełnie odcięci od 

świata, otoczeni puszczą .. — W tych warunkach łatwo stracić kontrolę nad sobą. 

— Ale... — 

Garth chciał przerwać, kierowca jednak podniósł rękę na znak, że jeszcze 

nie skończył. 

— 

Ludzie  mówią,  że  w  okolicznych  lasach  żyje  plemię,  któremu  ciągle  udaje  się 

uniknąć kontaktu z białymi. 

Garth i Shaffes uśmiechnęli się, ale tamten znowu podniósł dłoń. 

— 

Otóż  mają  oni  podobno  zwyczaj  odprawiać  jakieś  stare  obrzędy,  które  pochodzą 

jeszcze sprzed czasów hisz

pańskich, a nawet sprzed podboju tych terenów przez Inków. W 

ten  sposób  wiążą  się  z  duchami  nocy.  Kogo  jednak  duchy  odrzucą,  kto  nie  dość  gorliwie 
spełnia ofiary, ten zapada na potworną chorobę, która w ohydny sposób zmienia go fizycznie 
i każe mu rozszarpywać każdego napotkanego człowieka. Jeśli napadniętemu uda się uciec, 

le

cz opętany przez duchy zdołał go zranić, wtedy ranny sam zamienia się w monstrum. 

— 

I ludzie w to wierzą? 

Kierowca 

wypił kilka łyków trzymając filiżankę obiema rękami. 

— 

Pan tu stale nie mieszka. Nie miał pan całe życie pod bokiem puszczy ukrywającej 

przemytników, bandytów 

i dzikie zwierzęta. Ja wiem, że jak się żyje w wielkim mieście ma w 

pokoju radio, telewizor i telefon, a za oknem  sklepy, banki, biura i wielu policjantów, to 

trudno w coś takiego uwierzyć, ale... 

Kierowca podniósł się i podszedł do schodów wiodących na piętro. 

— Padre! — 

zawołał — Padre, pokaż panom hiszpański list. 

Przez chwilę nasłuchiwał, ale na górze było cicho. 

— 

Pewnie  już  śpi  —  odwrócił  się  do  siedzących  Anglików.  —  Ojciec ma 

dziewięćdziesiąt lat. 

Podszedł do kredensu i z ogromnej szuflady wyjął starą, skórzaną teczkę. 

— 

List  napisano  po  łacinie  w  siedemnastym  wieku.  Ojciec  znalazł  go  jeszcze  przed 

wojną, a ksiądz, który się nim wtedy opiekował, przetłumaczył pismo na hiszpański. 

Kierowca usiadł z powrotem i otworzył teczkę. Wydostał z niej pożółkły, poplamiony 

pergamin i wymiętą, złożoną we czworo kartkę papieru. 

— Burmistrz, który zbiera stare 

pamiątki, chciał dać ojcu pięćset pesos za ten list. Ale 

ojciec nie sprzedał. Przeczytam go panom. 

— 

Tylko od razu po angielsku, jeżeli nie sprawi to panu kłopotu — powiedział Garth. 

background image

Tamten skinął głową. 

Do brata Augusto Joaqina, sekretarza osobistego biskupa  Ferrary pozdrowienia  — 

kierowca czytał wolno, przerywając na dłużej, gdy nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa. 

Ucieszył mnie Twój ostatni list, drogi Augusto, w którym donosisz, że biskup, oby dobry 

Bóg  natchnął  go  zdrowiem,  czuje  się  już  dobrze  i  wstaje  z  łoża,  aby  msze  odprawiać. 
Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz, po powrocie do misji Santa Elena, ale brat Ignacio 

korzy

stając z opieki dowódcy pewnej wyprawy dogonił mnie z pismem dopiero w selwie, a 

stamtąd jak wiesz, odpowiedzi wysłać nie mogłem. Co do mojego zadania, wyniki jego są nad 
wyraz marne, a to dlatego, że mając związane ręce obowiązującą mnie tajemnicą nie mogę 
rozpytywać  wprost  i  dużo  czasu  zajmuje  mi  delikatne  badanie  świadków.  Z  prawdziwą 
przykrością  donoszę,  że  dotąd  znalazłem jednego  tylko  szlachcica,  który  na  własne  oczy 

widz

iał członków owego plemienia, które w konszachty z diabłem się wdaje. Pozwól bracie, że 

streszczę ci jego historię. 

Otóż Don Nikolas de Luca brał udział w wyprawie Don Felipe Castero, która trzy lata 

temu w trzynastu Hiszpanów 

i stu Indian wyruszyła z Santa Elena kierując się na południe, a 

później  na  zachód.  Złota  nie  znaleźli  w  ogóle,  srebra  zaś  bardzo  mało,  tak  że  wielce  już 
zniechęceni  dotarli  do  miejsca,  gdzie,  jak  wieść  niesie, wspomniane plemię  zamieszkuje. 
Ozdób złotych okoliczna ludność nie miała, za to rumem i winem zachęcona opowiadała, że 

da

lej na zachód dużo srebra znaleźć można. Don Felipe ruszać w tamtym kierunku nakazał, 

ale  część  jego  ludzi,  do których i Don Nikolas  należał,  zdrożonych  dotychczasowymi 
przejściami  na  natychmiastowy  powrót  nastawało.  Dzień  cały  na  kłótniach  wzajemnych 
zeszedł  i  trwałyby  one  dalej,  gdyby  wódz  jakiś,  wcześniej  świecidełkami  obdarowany, nie 
przyszedł i nie ostrzegł przed czcicielami Złego, którzy to w nocy od zachodu uderzyć mogli. 

Za 

radą ojca Gerardo, Don Felipe na koń siadać kazał i z siłą całą pierwszy na poszukiwania 

się udał. Ciemno już było, kiedy na wzgórzu nieopodal zauważono jak pomalowane na czarno 

postacie

, Boga się nie bojąc, obrzędy odprawiają. Indianie towarzyszący Hiszpanom w takie 

przerażenie  popadli,  że  przemocą  ich  z  ziemi  podnieść  nie  było  można.  Co  widząc,  w 
trzynastu jeźdźców tylko, Don Felipe na tamtych uderzył i w dwa pacierze rozproszył, cielce 
obalając, wioskę paląc, a napotkanych, do owego plemienia należących, do nogi wyciął. 

Niestety nazajutrz rano

,  kiedy  wyprawa  wyruszyć  miała  w  dalszą  drogę,  z  krzaków 

wypadł nagle ohydny potwór do człowieka jednak bardziej podobny niż do zwierzęcia i  rzucił 
się na młodego Don Luciana, kuzyna dowódcy. Ten dwakroć wypalił z pistoletów, a następnie 
ciął rapierem. Na nic to się zdało i dopiero Don Felipe zastrzelił monstrum przykładając mu 
lufę muszkietu do głowy. Śmiertelnie ranny Don Luciano zwalił się z konia i skonał wieczorem 

background image

w strasznych męczarniach. Wydarzenie to odnowiło waśnie i spory, tak że następnego dnia 

Don Niko

las ruszył z powrotem do Santa Elena z dwoma towarzyszami, którzy jednak zmarli 

w drodze zapadłszy na błotną gorączkę. 

Tak  kończy  się  opowieść  jedynego  naocznego  świadka,  którego  udało  mi  się  znaleźć. 

Jak zapewne wiesz drogi  bracie, o wyprawie Don 

Felipe  do  dziś  nie  ma  wieści  i  trudno 

przypuszczać, żeby kiedyś jeszcze takowe dotarły. 

W samej misji Santa E

lena  na  temat  wyklętego  plemienia  mówi  się  mało,  a  ludzie, 

którzy,  jak  twierdzą,  powtarzają  relacje  naocznych  świadków,  nic  bliższego  o  owych 
świadkach nie wiedzą. 

Widząc taki stan rzeczy, udałem się we wspomniane strony osobiście, ale ani monstrów, 

ani  śladów  po  nich  nie  nalazłem.  Natomiast  okoliczni  Indianie  święcie  w  nie  wierzą  i  u 
każdego  prawie  kupić  lub  dostać  można  amulety z  części  ciał  jaszczurek,  które  według  ich 
słów przed potworami chronią. 

I  tyle  pragnę  Ci  donieść,  proszę  odpisz  jak  najspieszniej,  a  ja  życzę  by  Pan  Bóg 

zachował Cię w zdrowiu, aż do mojego powrotu. 

Ojciec Rodrigo 

Kierowca odłożył kartkę i kilkoma łykami opróżnił stojącą przed nim filiżankę. Cleeve 

zapalił papierosa i długo bawił się puszczając kółka z dymu. 

— 

Pan wierzy w tę relację? — spytał wreszcie. 

— 

W jej autentyczność? Tak. 

— Nie chodzi mi o to, czy jest prawdziwa, ale czy wierz

y pan w tę legendę? 

Kierowca przetarł chustka spocone czoło. 

— 

Wie pan, coś może w tym być, ale żeby zaraz wariować ze strachu jak wszyscy... 

— 

Sądzi pan, że strach mieszkańców miasta jest uzasadniony? 

— 

Na  pewno  mają  podstawy,  żeby  się  bać.  Ale  też  wiele  w  tym  przesady.  Mnie 

osobiście nie spotkało nic, czego nie mógł bym jakoś wytłumaczyć, ale jeśli wierzyć innym... 
włosy stają dęba na głowie. 

Kierowca wstał i podszedł do ściany. 

— 

Co tam, ja się ich nie boję — zdjął ze ściany dubeltówkę, złamał ją i wyjął ładunki 

— 

Widzą panowie te naboje? Za blisko nic podejdą — obojętnie, szatan, czy Indianie. 

Siedzący roześmieli się. 

— 

No cóż, to miło z pana strony, że tyle nam pan wyjaśnił. I dziękujemy za herbatę, 

była świetna. 

— 

Dalej nie możemy — powiedział Garth i z ulgą opuścił tubę aparatu. 

background image

Cleeve  nie  zdziwił  się.  Mikrofony  kierunkowe,  mimo  wielu  zalet,  przy  pełzaniu  są 

bardzo niewygodne. Nie 

zrażony sapaniem Gartha, przewrócił się na plecy i zsunął torbę. Po 

rozpięciu zamka mógł nałożyć słuchawki na uszy. 

— No — 

trącił wiercącą się koło jego twarzy nogę naukowca. — Celuj tym w okno. 

W  najbliższym  baraku,  leżącym  nie  dalej  jak  dziesięć  metrów za ogrodzeniem, 

okienni

ce  były  uchylone.  Przez  lornetkę  mogli  dostrzec  w  środku  kilka  osób.  Sądząc  po 

ustawionym obok maszcie antenowym mieszkało tam kierownictwo. 

Garth  rozsunął  suchą  trawę  i  zlizując  pot  z  górnej  wargi  wysunął  mikrofon. W tym 

samym momencie Cleeve 

doznał wrażenia, że pękają mu bębenki. Ustawiony na maksimum 

wzmacniacz  sprawił,  że  słuchawki  ryknęły  całą  mocą.  Przekręcił  gałkę  do  minimum  i 
zamykając oczy ustawił rozsądny poziom. Dopiero wtedy rozpoznał ludzkie głosy. Chwilę ich 
nasłuchiwał, a potem szarpnął Gartha ponownie. 

— 

Przestań tym ruszać, do cholery — syknął.  

Ga

rth  musiał  się  zmobilizować,  gdyż  dźwięk  przestał  uciekać,  a  dudniący  pogłos 

zmniejszył się. Cleeve strząsnął mrówkę z klawisza i wdusił go do oporu. 

— 

Czy łącznik z Wiednia wie co wiezie? — spytał czyjś głos. 

— 

Nie,  chyba  nie  myślisz,  że  ktoś  przy  zdrowych  zmysłach  przewoziłby  rdzeń 

plutonowy w zwykłej walizce — odpowiedział drugi mężczyzna, a Cleeve drgnął tak mocno, 
że słuchawki o mało nie spadły mu na ziemię. 

Złapał je i przycisnął oburącz do głowy. 

— 

I tak pójdzie do cementu, więc nawet nie zdąży się rozchorować — włączyła się do 

rozmowy trzecia osoba. Rechot dudnił Cleevowi w uszach. 

— 

O której przyjadą czołgi? — pierwszy głos był wyraźnie niedoinformowany. 

— 

O  zmierzchu,  zaraz  przed  inwazją  —  coś  zaskrzypiało.  —  Panowie,  jesteście  jak 

dzieci. Czy zawsze musicie 

łapać te bzdury na głównym nadajniku obozu? 

Cleeve uniósł oczy, lecz spoza trawy widać było tylko plecy Gartha. 

—  Szefie, to ostatni odcinek — 

zaskrzeczał  ktoś  fatalną  angielszczyzną  —  Zaraz 

załatwią tego podwójnego agenta. 

Cleeve nabożnym gestem zsunął słuchawki z głowy. Chwilę patrzył na własne dłonie. 

— A niech to diabli — 

powiedział w końcu i roześmiał się cicho. 

Dopie

ro wtedy dostrzegł, że Garth cofa się w jego stronę. 

— 

Zmywamy się stąd — usłyszał przestraszony głos. — Dwóch facetów z karabinami 

idzie wzdłuż płotu.  

Cleeve wyłączył magnetofon i uniósł się na łokciu. Dwóch mężczyzn przechodziło nie 

background image

dalej niż trzydzieści metrów od ich stanowiska. Choć mieli tylko jeden karabin, postanowił 
posłuchać rady. Trzymając torbę w jednej dłoni, drugą pchnął Gartha. 

— 

Niżej — syknął, gdyż tamten zaczął się czołgać w pozycji dalekiej od ideału. 

Garth  rozpłaszczył  się  i  po  minucie  wpełznął  pod  niskie  krzewy  na  skraju  puszczy. 

Cleeve odebrał mu mikrofon i pomógł wstać. 

— 

Co widać, Jeff? — wysapał Garth opierając się o drzewo. 

Cleeve wystawił głowę. Strażnicy stali obok ich poprzedniej kryjówki. Jaime, którego 

poznali zaraz po lądowaniu, systematycznie uderzał kijem w druty ogrodzenia. 

— Popatrz — 

Garth chrząknął. — Widzisz co się tam dzieje? 

Cleeve oderwał wzrok od małpiej twarzy Metysa i zerknął na obóz. Do budynku przy 

puszczy  wchodziło  pięciu  mężczyzn,  dwóch  w  białych  fartuchach,  dwóch z torbami 
monterskimi  na  ramieniu.  Ostatni  pchał  przed  sobą  duży,  zamknięty  na  głucho  metalowy 

pojemnik. 

—  Ciekawe  — 

mruknął  Cleeve,  gdy  zamknęły  się  drzwi,  lecz  zaraz  podskoczył 

nerwowo. W zaro

ślach na łące musiało egzystować spore mrowisko. 

Shaffes 

leżał  na  materacu  tuż  przy  oknie  z  witrażem.  W  chustce  na  jego  twarzy 

powsta

wał rytmicznie raz dołek, raz wzgórek. 

—  Zostaw  — 

odezwał się Cleeve do Gartha unosząc wzrok znad smarowanej maścią 

łydki. 

Garth zrobił zakłopotaną minę i wsunął z powrotem antenę, mimo że najwyraźniej miał 

zamiar wetknąć ją Shaffesowi do ust. Okręcił się i spojrzał przez jedno z przetartych miejsc 

na zakurzonej szybie. 

— 

Jaszczurki  już  się  pochowały  —  stwierdził  i  wrócił  do  pozycji,  w  jakiej  spędził 

ostatnie pół godziny. 

Trzymając się za palce u stóp patrzył jak Cleeve naciera kolejne ukąszenia. 

— A ludzie? — 

usłyszał pytanie. 

— 

Słońce prawie zaszło, a tu w nocy nikt nie chodzi. 

Gestem magika wyciągnął grzebień i zaczesał nim włosy. 

— Boli? — 

spytał. 

Cleeve łypnął tylko okiem, a potem wyszarpnął kolejną mrówczą żuchwę. 

—  Crewther ma gorzej — 

sapnął.  —  Siedzi  pośrodku  moczarów  i  nawet  nosa  spod 

siatki nie wychyla. 

—  Ale za to nikogo nie znajdzie — 

odezwał  się  niespodziewanie  Shaffes  i  ściągnął 

chustkę z twarzy. 

background image

Nie wiadomo było czy spał, czy tylko udawał. Przekręcił się na bok. 

— Patrzcie — 

stuknął palcem w szybę. — Tam coś się dzieje. 

Garth  spojrzał  przez  ramię  a  potem  przeszedł  do  małego  okna  u  wejścia  na  wieżę. 

Kiedy wysuwał głowę, posypały mu się na szyję okruchy rdzy. 

— 

Ale ze mnie dureń — usłyszeli niewyraźny głos. — To wcale nie słońce.  

Cleeve zastygł z maścią na palcu. 

— O co chodzi? 

Garth ponownie ukazał się w całości i otrzepał włosy. 

— 

Całe miasteczko wyszło na plac. Chyba coś się pali w pobliżu jeziora. 

Cleeve wytarł ręce i zakręcając tubę podszedł do okna. 

— 

Pożar? 

Zarówno Garth jak i Shaffes pokręcili głowami. 

— Raczej reflektor. S

ilne, białe światło — wyjaśnił Garth. 

Shaffes wyszczerzył zęby. 

— 

Ktoś robi alarm przeciwlotniczy — zachichotał i ledwie zdążył złapać lornetkę. 

Cleeve wieszał na ramieniu pasek wizjera podczerwieni. 

— Sprawdzimy to — 

powiedział i raz jeszcze obrócił się do Shaffesa — Weź pistolet. 

Gdy  wyszli przed kościół, zwrócili uwagę na plac. Kamienie, którymi był wyłożony, 

nigdy  nie  wydawały  się  tak  jasne.  Nad  dachami,  jak  wycięte  z  kartonu,  tkwiły  kontury 
wzgórz. To za nimi było ukryte źródło tej niesamowitej poświaty napełniającej fluorescencją 
całą okolicę. 

— 

Tam są sami mężczyźni — Shaffes kręcił okularem lornetki. — Nic nie mówią, tylko 

patrzą. 

Podmuch wiatru, nio

sący  kwaśny  zapach  drzew,  przetoczył  się  nad  kościołem  i 

przemknął przez plac. 

— 

Chyba się zdecydowali — powiedział Shaffes. — Tak, do diabła, oni tam idą. 

— Powoli za nimi — 

zadecydował Cleeve i zaraz syknął. — Pod ścianą, nie środkiem. 

Shaffes  wzruszył  ramionami,  lecz  posłusznie  skręcił  w  cień.  W  żadnym  z  mijanych 

okien nie paliło się światło, lecz niemożliwe było, aby kobiety i dzieci już spały. Cleeve nie 
był pewien, ale zdawało mu się, że dostrzega za szybami blade kontury twarzy zwróconych w 
tę stronę, gdzie znikał pochód mężczyzn. Z odległości kilkunastu metrów widać było, iż nikt 

nie niesie broni. Trzymali 

się  blisko  siebie  i  prędzej  można  byłoby  powiedzieć,  że  coś  ich 

pcha, niż że to oni sami z własnej woli idą ku światłu. 

—  Stajemy  — 

powiedział  Cleeve  szeptem.  —  Idą  ścieżką  na bagna, my pójdziemy 

background image

prosto przez wzgórze. 

Shaffes wyjętym z kieszeni pistoletem zakręcił niezdarnie młynka. 

— Dlaczego? — 

spytał, lecz Cleeve i Garth ruszyli już ku następnej przecznicy. 

Po piętnastu minutach drogi zatrzymali się dla nabrania oddechu. 

— 

Nie trzeba tyle palić — zaśmiał się Garth. 

Shaffes przytaknął. Zgięty, z rękoma opartymi o kolana stał jak długodystansowiec po 

biegu  i  próbował  dojrzeć  ludzi. Wydawało  mu  się,  że  dostrzega  szereg  ciemnych  sylwetek 
idących przez przełęcz między wzgórzami, lecz równie dobrze mogła to być gra świateł czy 
wyobraźni. Ścieżka na bagna była stąd za daleko. 

— Patrzcie — 

wysapał Garth. 

Spojrzeli  za  ruchem  jego  głowy.  Pomiędzy  widmowymi  dachami  domów  paliło  się 

tylko jedno światło. 

— Kierowca — 

stwierdził Cleeve. — Przynajmniej on jeden nie ulega panice.  

  

—  Tak  —  Garth 

wciągnął  ze  świstem  powietrze.  —  Pewnie  znów  odkrył  jakiś 

dokument. 

Raptem zorientowali się, że w otoczeniu zachodzi jakaś zmiana. Kontury spływających 

wzdłuż zbocza cieni zaczęły się zlewać z mrokiem. 

— Cholera — 

syknął Cleeve. — To się kończy. 

Przerzucił wizjer na plecy i ruszył pod górę. 

— Dogonicie mnie — 

dodał jeszcze półgłosem. 

Shaffes 

rozprostował  plecy.  W  ciemnościach  błysnął  płomień  latarki.  Zatoczył  krąg  i 

spoczął na jego butach. 

— 

Zabrałem  na  wszelki  wypadek  —  powiedział  Garth  i  zakaszlał.  —  Chodźmy, 

denerwuję się. 

Cleeve'

a nie zauważyli na szczycie wzgórza. To on ich spostrzegł i zatrzymał. 

— Po wszystkim — sze

pnął i wycelował korpusem wizjera w dół. — Ci z miasteczka 

już tam są. 

Na  wzgórzu,  obok  atramentowej  powierzchni  jeziora,  jarzył  się  czerwony  punkt.  W 

lornetce nabierał kształtu wydłużonej plamy. Wokół poruszały się ludzkie sylwetki. 

— Co to jest? — 

Garth znów zakaszlał. 

Cleeve zrobił parę kroków, jakby sprawdzając spadek zbocza. 

— 

Ciepły popiół z ogniska — odparł. 

— I 

stąd taka łuna? — Shaffes był pełen wątpliwości. 

background image

—  O nie — 

zaprzeczył  Cleeve.  —  Może  to  nasi  znajomi  bawili  się  halogenówkami, 

zresztą, czy ja wiem? 

Shaffes zatarł dłonie. 

— Schodzimy? — 

spytał. 

— Tak — Cleeve 

zapiął guzik marynarki. — Tam może być ciekawie.  

Schodzenie po stromym zboczu zabrało im więcej czasu niż droga z miasteczka. Mimo 

to, po kilkunastu minutach  podeszli 

wystarczająco  blisko,  aby  rozróżnić  twarze  ludzi 

stojących obok wygasłego ogniska. Lecz nie one były najciekawsze. Uwagę zwracał głęboki 
jar wcinający się w zbocze. Parokrotnie do tej pory obchodzili jezioro, ale nigdy nie zwrócili 

na niego uwagi. Teraz pa

trzyli pod swoje nogi na jasne ściany i dyszeli zaskoczeni. W głębi 

ja

ru, u końca wyłożonej czarnymi płytami ścieżki widać było w jaskini pogańską świątynię. 

Dyskutujący na plaży mężczyźni co chwila kierowali spojrzenia ku jej wnętrzu. 

— Niech to diabli — 

powiedział Shaffes i zrobił krok do przodu. 

Uderzony  jego  stopą  kamień  spadł  kilka  metrów  niżej,  na  czarne  płyty,  odbił  się  i 

ugrzązł  w  popiele.  Mówiący  dotąd  coś  cicho  burmistrz  opuścił  ręce  i  zadarł  głowę.  Inni 

uczynili to samo. 

— Co robimy? — 

spytał Garth ściskając mocniej latarkę. 

Cleeve oderwał wzrok od Shaffesa i rozpiął marynarkę. 

— 

Zejdziemy do środka. 

Śledzeni dziesiątkiem par oczu zsunęli się na brzeg jeziora, gdzie Cleeve przyklęknął 

nad ciepłą plamą popiołu. Ludzie zbici w ciasną grupę śledzili jego ruchy. Nad głowami wiła 
się przezroczysta para oddechów. 

— To nie drewno — 

stwierdził i uniósł się otrzepując dłonie z popiołu. 

Metalowe pudełko z próbką podał Shaffesowi. 

— 

Zajmiesz się tym później — dodał, idąc ku niewielkiej grocie wykutej w skale na 

końcu jaru.  

Tłum  został  na  miejscu.  Garth  i  Shaffes  sprawdzili  to  dokładnie  oglądając  się 

kilkakrotnie za siebie. Kiedy weszli pod skalny okap, oga

rnął ich cierpki zapach mrocznego 

wnętrza. Promienie księżyca nie docierały  tutaj  i dopiero światło latarki natrafiło pośrodku 
sali  na  obły,  kamienny  kształt.  Ołtarz  był  pokryty,  miejsce  przy  miejscu,  zasuszonymi 
skórami jaszczurek. Shaffes wyjął pistolet i stuknął kolbą w  czaszkę małej mumii. Pękła z 
cichym skrzypnięciem. 

— Nie niszcz — szep

nął Garth, a potem głęboko wciągnął powietrze. 

Latarka  Cleeva  oświetlała  najdalszą  skalną  ścianę.  Jej  gładką  powierzchnię  zdobił 

background image

znajomy kształt jaszczurki. Krawędzie głęboko wyrytych w kamieniu konturów były w dolnej 
części rysunku wygładzone jak szkło. Tylko jeden materiał szlifierski ma taką cierpliwość — 

ludzkie palce. 

W  ciszy  wyszli  z  groty.  Na  wąskiej  plaży  zastali  tylko  wdeptane  w  piasek  plamy 

popiołu. 

Słońce  świeciło  mocno  jak  na  tak  wczesną  porę  dnia.  Okrężną  drogą,  starając  się 

trzymać w cieniu rzadkich w tym miejscu drzew, schodzili w dół, w kierunku obozu. Idący z 
tyłu  Garth  potykał  się  co  chwilę  usiłując  poprawić  beznadziejnie  splątane  szelki  i  pasy 
ekwipunku.  Tam,  gdzie  dotykały  ciała,  pocił  się  obficie.  Shaffes  mimo  zbliżającej  się 
sześćdziesiątki palił w marszu papierosa i nie widać było, żeby dokuczało mu cokolwiek. Był 

dzisiaj w dobrej formie. 

— 

Może zatrzymamy się na chwilę? — wysapał Garth. 

— 

Jeszcze  kawałek.  Musimy  zejść  ze  wzgórza  bo...  Uwaga!  —  Cleeve  zręcznie 

uskoczył  za  najbliższe  drzewo.  Shaffes  zatrzymał  się  gwałtownie,  tak  że  Garth  wpadł  na 
niego popychając jednocześnie do przodu. Było jednak za późno, żeby zrobić cokolwiek. Z 

naprzeci

wka wspinał się pod górę Jarabe, zauważył ich, ale wbrew temu, czego można było 

oczeki

wać,  nie  okazał  zdziwienia.  Zatrzymał  się  tuż  przed  Shaffesem.  Długo,  w  milczeniu 

oglądał  ich  wyposażenie.  Wzrok  jego  prześlizgiwał  się  po  magnetofonach, aparatach, 

dalmierzach i teleobiektywach

.  Wreszcie  podniósł  głowę  i  popatrzył  na  opartego  o  drzewo 

Cleeva. 

— 

Wiem, od początku wiedziałem, że nie przybyliście tu przypadkowo — powiedział 

w podnieceniu. — Macie d

o spełnienia misję. 

— 

Ależ skąd — przerwał mu Garth. — Te aparaty to normalne wyposażenie ekip ONZ. 

Burmistrz spojrzał na trzymaną przez niego ogromną tubę kierunkowego mikrofonu. 

— 

Już dawniej domyślałem się, że wysłał was rząd — ciągnął niespeszony. — Tylko 

dla niepoznaki wybrali cudzoziemców. Ale wy wszystko wyja

śnicie, pomożecie...  

— O co panu chodzi? — 

spytał Cleeve. 

— 

Musicie obronić nas przed tymi potworami — burmistrz prawie krzyczał. — Niech 

rząd przyśle tu wojsko! 

— Jakimi potworami? 

— 

Przecież  wiecie,  musicie  wiedzieć.  W  tych  lasach  —  zatoczył  ręką  koło  —  żyją 

Indianie. To szatan, sam szat

an  musiał  ich  opętać.  Te  półzwierzęta,  osaczają  nas  coraz 

bardziej... Panowie, tu się dzieją straszne rzeczy!  

Cleeve 

patrzył spokojnie w twarz burmistrza. 

background image

— 

Wokół  jest  pełno  trupów,  co  chwila  ktoś  się  na  nie  natyka. Przecież  sami 

widzieliście. W nocy coś strasznego przemyka ulicami... Panowie, musicie coś zrobić, to nie 
są moje wymysły, już Hiszpanie podejrzewali... 

— 

Proszę się uspokoić. Co się panu stało? 

— 

Na Boga, nie widzicie co się wokół dzieje? Dawniej myślałem, że to sztuczki band 

guagueros, ale kiedyś zrobiliśmy obławę i ... i spotkaliśmy ich! Wielu ludzi choruje do dzisiaj. 
Panie  Cleeve,  czy  widział  pan  człowieka  tak  przerażonego,  że  szok  może  nie  minąć  już 

nigdy?! 

— 

Czy ktoś został zabity? 

—  Nie wiem... nic, nikt, ale to tylko kwestia czasu! Trupy Indian znajdujemy jednak 

często.  Panowie,  zróbcie  coś,  bo  nadejdą  takie  chwile,  że...  —  burmistrz  schował  twarz w 
dłoniach. — Ratujcie nas, nie pozwólcie... 

Bezwiednie,  ciągle  z  ukrytą  twarzą,  usiadł  przy  ścieżce  kładąc  głowę  na  kolanach. 

Mamrotał coś do siebie coraz ciszej. 

Cleeve  spoglądał  na  niego  przez  chwilę,  potem  dał  znak  ręką.  Omijając  burmistrza, 

powoli ruszyli dalej, Garth idący na końcu, raz po raz oglądał się za siebie. 

— 

Co o tym myślicie? — spytał wreszcie. 

—  W tym stanie psychicznym nic powinien przyspo

rzyć  nam  kłopotów.  Miejmy 

nadzieję, że później nie rozpowie wszystkim o tym co zobaczył — stwierdził Cleeve. 

— Nie chodzi mi o nas, tylko o... 

— Popatrzcie lepiej tam! — 

przerwał mu Cleeve. 

Zwrócili głowy we wskazanym kierunku. 
Wokół kamienia ofiarnego ukrytego w szczelinie świątyni klęczeli lub siedzieli ludzie. 

Była  to  najprawdopodobniej  część  mieszkańców  miasteczka.  Złożone  dłonie  kilku z nich 
pozwalały domyślać się celu zebrania. 

Shaffes siedział na ziemi, oparty o pień drzewa i ssał źdźbło trawy. Przed nim leżała 

zrobiona na podstawie zd

jęć mapa obozu. 

— 

No, ile tam metrów zapisać? 

C

leeve stojący obok nawet nie odjął oczu od dalmierza. 

— Poczekaj — 

powiedział. — Jeszcze kreska nic znikła.  

Shaffes na 

powrót  wsadził  trawę  do  ust  i  spojrzał  przez  rozparzone  słońcem  gałęzie. 

Między  barakami  obozu  stała  znajoma  ciężarówka.  Nawet  z  tej  odległości  można  było 
dostrzec  ślady  zderzenia.  Odbity  od  szyby  refleks  światła  raził  go  w  oczy.  Cleeve 
wyprostował się. 

background image

— 

Pisz,  odległość  do  lewego rogu baraku —  dwieście  trzy  metry  dwadzieścia 

centymetrów. 

Shaffes wypluł trawę. 

— 

Odległość dwieście trzy metry, dwadzieścia — powtórzył i postawił kilka znaków na 

mapie. 

Cleeve  przytaknął  rozmasowując  ślady  po  okularze.  Następnie  uniósł  wzrok  na 

przeciwległe zbocze, leżące ponad obozem. 

— Garth powinien 

być za jakiś kwadrans. 

Shaffes masując plecy podniósł się i wyprostował. 

— 

Może być później — pomachał arkuszem mapy. — Sam musiał nanosić odległości. 

— 

Słusznie  —  Cleeve jakby ze  zdziwieniem  przyznał  mu  rację.  —  W takim razie 

wypróbujmy naszą kuszę.  

Kilkoma  ruchami  odkręcił  dalmierz  z  gałęzi  i  wsunął  do  futerału.  Podniósł  z  trawy 

manierkę i pociągnął kilku głębokich łyków. Pustą obrócił do góry dnem i strząsnął krople na 
trawę. 

— 

Przecież masz jeszcze swoją — zdziwił się, widząc wściekły wzrok Shaffesa. 

— 

To była moja — odparł ten głucho i kopnął nogą drugi, pusty pojemnik. — Swoją 

wypiłeś po przyjściu. 

Cleeve zerknął na Shaffesa, lecz szybko odwrócił głowę i schylił się po kuszę. 

— 

Chodźmy,  chciałeś  zobaczyć  jak  to  działa  —  wskazał  palcem  —  weź  torbę  z 

mikrofonami. 

Shaffes 

z niedowierzaniem pokręcił głową, lecz wykonał polecenie. 

W drodze do niewielki

ej polanki, torując drogę pomiędzy lianami, Cleeve wymachiwał 

kuszą jak maczetą. 

— 

To  będą  dobre  cele  —  powiedział  odcinając  nożem  wiszące  na  skraju  lasu 

gruszkowate owoce. 

Dwa ustawił we wgłębieniu dużego głazu, a trzeci przeciął wpół. 

— Masz — 

podał jeden z kawałków Shaffesowi. — To gasi pragnienie. 

Shaffes obwąchał owoc z niedowierzaniem. 

— 

Alen mówił, że to trujące. 

— 

Trujące? — Cleeve zaśmiał się pryskając sokiem. — Gdzie tam. To guayaba, chyba 

cała Ameryka Południowa ją je. 

Najpierw językiem, później zębami Shaffes spróbował miąższu. 

— No, no — 

mlasnął. — Niezłe.  

background image

Cleeve 

przymknął oczy i wytarł pałce w trawę. 

— 

W porządku. Teraz zobaczymy jak działa nasza pukawka. 

Rozpiął zamek i wyciągnął przedmiot, na pierwszy rzut oka przypominający granatnik. 

Była  to  metalowa  rura  z  przymocowaną  kolbą  i  kabłąkiem  spustu.  W  środku,  mierząc  od 
strony wylotu tkwiła otoczona pierścieniem sprężyny właściwa lufa. 

Na  jej  przedłużeniu,  z  końca  kuszy  wystawała  wąska  rura  zakończona  gumową 

nasadką. Cleeve rozłożył umieszczony za kolbą podnóżek i oparł kuszę o ziemię. 

— 

Ściskasz sprężynę? — spytał Shaffes, trzymając w dłoni jeden z pocisków. 

Cleeve skinął głową i kładąc stopę na występie silnym pchnięciem wcisnął dolną rurę. 

— 

To działa na sprężone powietrze? — Shaffes podał mu pocisk. 

—  Nie tylko — 

Cleeve załadował broń — W czasie strzału środkowa lufa skacze do 

przodu, co znacznie z

większa  prędkość  wylotową.  Nie  sądzisz  chyba,  że  mikrofonami 

podsłuchowymi strzela się po paraboli. 

Shaffes pomacał ostry koniec. 

— Fakt — 

stwierdził. — Przecież to ma się wbijać w ściany baraków. 

Cleeve przytakując nakręcił celownik. 

— 

Tu nawet dalmierz nie będzie potrzebny — stwierdził i podrzucił kuszę do ramienia. 

Dźwięk przypominający wystrzał korka z butelki szampana o mgnienie oka wyprzedził 

stukot o kamień. Podeszli do celu. Przestrzelony na wylot owoc guayaby leżał na boku. Za 
nim,  wbity  w  skałę  tkwił  gwóźdź  mikrofonu.  Shaffes  wyrwał  go  lekkim  szarpnięciem  i 
obejrzał stępiony koniec. 

— Nie ma co — m

ruknął. — W blachę wejdzie jak w masło. 

Strząsnął resztki miąższu i zerknął na Cleeva. 

— 

Schowaj  to.  Wyrzuci  się  do  jeziora  —  stwierdził  ten  i  jednym  pchnięciem  nogi 

ścisnął sprężynę. 

— 

Celuj na zbieg, bez żadnych poprawek. 

Wrócili na to samo m

iejsce. Nieudolnie naśladując Cleeva Shaffes stanął w rozkroku. 

— Jeff — 

powiedział opuszczając kuszę. — Lornetka jest obluzowana. 

Cleeve podrapał się za uchem. 

— 

Gdyby była przymocowana na amen, to po strzale miałbyś oko w środku głowy. 

— Aha — 

uśmiechnął się Shaffes. — Taka amortyzacja? 

— Tak — 

odparł Cleeve i nagiął lufę kuszy ku ziemi. — Cicho. 

Chwilę wyławiali płynące zza drzew dźwięki, a potem nie patrząc na siebie pobiegli w 

stronę  obozu.  Skacząc  nad  zwalonymi  pniami  przedarli  się  przez  gałęzie  i  wkrótce  ujrzeli 

background image

scenę jak z Hyde Parku. W środku grupki ludzi stał Garth i gestykulując mówił coś nerwowo. 

Lecz bynajmniej nie prz

emawiał. Z kredowo bladą twarzą zaciskał palce na paskach torby. 

— 

Nie macie prawa mnie rewidować! — krzyczał. — Jestem z agendy ONZ i pracuję 

przy rządzie waszego państwa. Nic was nie obchodzi, co tu robię.  

Któryś  z  Metysów  chwycił  za  futerał  dalmierza,  lecz  Garth  oswobodził  się 

szarpnięciem. Cleeve uniósł kuszę i celując nią na wysokość brzucha zadał pytanie.  

— Jakim prawem go zaczepiacie? 

Momentalnie uwaga wszystkich przeniosła się na niego. Metys z kapeluszem na głowie 

pot

rząsnął trzymanym w ręku kijem. 

— 

Ten człowiek obserwował nasz obóz — powiedział złą angielszczyzną, którą Cleeve 

już raz słyszał. — Ma aparat. Odda film, to wypuścimy. 

—  Gówno mam, a nie aparat! — 

parsknął  Garth  i  odwrócił  się  do  Cleeve'a.  —  Oni 

biorą, no... lornetkę za aparat. 

Cleeve przesunął wzrok o parę centymetrów. 

— 

Słyszycie, on nie ma żadnego aparatu. 

Metys machnął pogardliwie dłonią. 

— 

To czemu, hijos de la chingada, kręcicie się tutaj? 

Garth  nie  zaczepiany  przez  nikogo,  wysunął  się  spomiędzy  Metysów  i  stanął  obok 

Cleeve'a. 

— 

Bo chcemy wiedzieć, czy nie robicie pasty bazy z liści koki — warknął i nerwowym 

ruchem wyciągnął plakietkę z napisem UNFDAC — Od tego jesteśmy. 

Zza pleców tamtych wysunął się Jaime. 

— 

Nie kłamcie, tu nigdzie w pobliżu nie rosną krzewy koki. 

— 

Skończmy dyskusję — Cleeve uczynił ruch, jakby chciał się odwrócić. 

Mrużąc oczy Jaime za kołysał się w miejscu, a potem podszedł w ich stronę. Poczuli 

słodką woń alkoholu. 

— 

Ty nie bądź taki cwany — wycedził Metys, a gdy Cleeve uniósł lufę kuszy, parsknął 

pogardliwie. — Nic zrobisz tego. 

— 

Zgadza się, cuate — wysyczał Cleeve rzucając bron Shaffesowi. — Nie zrobię tego. 

Jaime  widział  w  życiu  z  pewnością  nie  jedno,  lecz  chyba  jeszcze nigdy tak 

błyskawicznego  uderzenia.  Szok  sprawił,  że  nawet  nie  jęknął.  Spojrzał  jedynie  na  swoje 
bezradnie rozrzucone ręce i zwalił się w trawę. 

— Idziemy — 

rzucił sucho Cleeve i odprowadzani milczeniem pogrążyli się w puszczy. 

Dopiero tam, w cieniu drzew zaczęło działać zdenerwowanie. Otarli twarze i z żalem 

background image

zerknęli na puste manierki. 

— 

Żeby to szlag trafił — powiedział Cleeve kręcąc głową. — Musiałeś na nich wleźć? 

Garth przykucnął i wzruszył bezradnie ramionami. 

— 

I tak się domyślali. 

— 

Domyślali, a teraz wiedzą. 

— Ten typ dochodzi do siebie — 

mruknął Shaffes obserwujący przez lornetkę miejsce 

zajścia. 

— 

Właśnie  —  Cleeve  uderzył  pięścią  w  dłoń.  —  Nie  wytrzymałem,  a  tamci  z 

pewnością wiedzą, że ludzie z ONZ nie mają takich odruchów. 

— Wickliff! — 

powiedział raptem Shaffes. 

— Co mówisz? — 

Cleeve odwrócił niechętnie głowę. 

— 

Widzę  Wickliffa  —  powtórzył  chrapliwie.  —  Howarda  Wickliffa, tego, którego 

szukamy. 

Cleeve zerwał mu lornetkę z szyi. 

— Gdzie? 

— Przy tym budynku obok puszczy.  

Lornetka zatoczyła kółko i znieruchomiała. 

— Który to? 

— 

Ten w białym fartuchu. 

— No tak — 

powiedział Cleeve po chwili. — To by się zgadzało. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Garth  przystawił  bliżej  gazową  lampę  uważając,  żeby  nie  poruszyć  chwiejnego, 

składanego stolika. 

— 

No,  już  prawie  gotowe  —  powiedział  rzucając  ołówek.  —  Moja  część  roboty 

skończona. 

Z mrok

u wyłonił się Cleeve. Odstawił trzymaną w ręce puszkę piwa i nachylił się nad 

kalką. 

— 

Nieźle — stwierdził. — Trzeba jeszcze wyznaczyć kąty i punkty ostrzału, a potem 

przerysować na małe kawałeczki kalki. 

— 

Nakładki na mapę? To nie jest zbyt dokładne. 

—  Za 

to wygodniejsze, niż chodzenie z dużymi, szeleszczącymi arkuszami. Poza tym 

jak oświetlić w nocy taką płachtę siedząc tuż pod obozem, tak żeby tamci nie zauważyli? 

— 

A jak oświetlić mapę? Ten sam problem. 

— 

Niezupełnie.  Małe  kawałki  kalki  przykleimy  na  mapę  tak,  że  odnaleźć  je  będzie 

można  na  dotyk.  Do  oświetlenia  takiego  skrawka  wystarczy  ledwie  mżąca  latarka  z 
wymontowaną lustrzanką. 

Garth wzruszył ramionami i podniósł się odstępując miejsce przy stoliku Cleevowi.  

— 

Zostało jeszcze trochę piwa? 

Cleeve pokiwał głową. 

— 

Stoi pod tym małym okienkiem. Tylko nie podepcz Shaffesa. On gdzieś tam rozłożył 

swój śpiwór. 

Garth  prawie  po  omacku  ruszył  w  kierunku  ściany.  Po  chwili  rozległ  się  łoskot 

spadających puszek i stłumione przekleństwa. 

— 

Co tak hałasujecie? — głos Shaffesa przerwało ziewanie. — Jeszcze nie śpicie? 

Słychać było jak Garth na powrót ustawia puszki. 

— Która godzina? — 

spytał Shaffes. — Zdaje się, że... 

— 

Jeff? Chodź tutaj — przerwał mu Garth. — Szybko. 

— 

Co się stało? 

— 

Szybko! Chodźcie obydwaj! 

Cleeve powoli, szurając nogami, zbliżył się do malutkiego okienka. 

background image

— 

Światło! Zgaście światło! 

W  głosie  Gartha  było  coś  takiego,  że  wolno  wygrzebujący  się  ze  śpiwora  Shaffes 

skoczył nagle do stolika i zakręcił zawór lampy. Po chwili stanął za ich plecami. 

— 

Tam  coś  się  rusza...  —  Garth  starał  się  opanować  drżenie  rąk.  —  Na cmentarzu, 

widziałem... — odkaszlnął kilka razy. 

Ogromna  tarcza  księżyca  w  pełni  oświetlała  cmentarz,  niczym  wojskowy  reflektor  z 

niebi

eskosrebrnym filtrem. Pochylone i połamane krzyże, porośnięte chaszczami groby były 

doskonale  widoczne,  poza  partią  cienia  pod  przeciwległym  murem.  Z  tego  cienia  właśnie, 
kiedy  Shaffes  miał  już  rzucić  jakąś  uwagę  pod  adresem  nerwów  Gartha,  wychyliła  się 

ni

ewielka postać. Stanęła pochylona nisko na jednym z grobów, nie wiadomo — rozglądając 

się czy węsząc, potem nagle skoczyła w tył. Mignęła jeszcze przez moment na szczycie muru 
i znikła. 

Shaffes głośno przełknął ślinę. 

— 

Widzieliście to samo co ja? — powiedział cicho przez ściśnięte szczęki. 

— 

Czy to był człowiek? — spytał szeptem Garth. 

— Spokojnie... —

Cleeve wycofał się po omacku spod okna. — Musimy zejść na dół i 

zobaczyć czy zostawił ślady. 

— 

Mamy pójść tam teraz? Po ciemku? — Garth zasłonił oczy przed światłem zapalonej 

przez Cleeve'a latarki. 

— 

Widzieliście?  —  Shaffes  wyjął  z  kieszeni  pistolet.  —  Był  cały  powykręcany  i... 

jakoś tak się trząsł. 

— 

Może ze strachu przed nami? — Cleeve ruszył w kierunku schodów. — Idziecie? 

— 

Nie  ma  z  czego  żartować  —  Garth  chwycił  i  zarepetował  sztucer.  —  To  nie  był 

zwykły człowiek! To był ten zmieniony Indianin. 

Cleeve  odwrócił  się  i  podszedł  powoli  do  Gartha.  Wyjął  mu  z  rąk  sztucer,  otworzył 

komorę zamkową i  wyrzucił ładunek. Potem oddał broń z powrotem i cofnął się tak, żeby 
Shaffes znalazł się również w polu jego widzenia. 

—  Nie wprowadzajcie naboi do lufy — 

powiedział  suchym  głosem.  —  Zawsze 

zdążycie zarepetować, to nie western. Schodzimy na dół jeden za drugim, potem zachowując 

odpowiedn

ie odległości wchodzimy na cmentarz. Zachowywać się cicho i spokojnie. Ostatni 

obserwuje 

wszystko z tyłu.  

— 

Do cholery, nie widziałeś tej postaci na własne oczy? — prawie krzyknął Garth. —

To przez takich ludzi 

jak ty, nigdy nie można zająć się poważnie sprawą, która wykracza poza 

t

ok  tak  zwanego  naukowego  myślenia!  To  tacy  jak  ty  są  zmorą  wszystkich  zjazdów 

background image

poświęconych jakimkolwiek fenomenom... 

— Idziemy! — przerwa

ł mu Cleeve. — I, na litość boską, nie strzelajcie do wszystkiego 

co się rusza. 

Cleeve i Shaffes znikli 

w wąskim wykroju przejścia klatki schodowej. Garth stał chwilę 

dysząc, potem rozejrzał się po mrocznym wnętrzu kościoła i ruszył szybko za nimi. 

Na  zewnątrz  było  dużo  jaśniej.  Przecisnęli  się  przez  wąską  furtkę  i  starając  się 

zachować odstępy ruszyli wolno w kierunku muru. 

— 

To gdzieś tutaj — szepnął Cleeve. 

— 

Chyba  trochę  dalej  —  Shaffes  oświetlił  latarką  jakieś  wykroty  za  linią  ostatnich 

grobów. 

Cleeve pokręcił głową. 

— 

Gdzie on stał? To był jakiś pagórek albo postument.  

Cleeve zbliżył się do wąskiego, porośniętego krzakami nasypu. 

— 

Tutaj. Roślinność jest zadeptana. 

Garth starając się nie machać za bardzo sztucerem włożył do ust papierosa i zapalił go 

jedną ręką. Nagle znieruchomiał, potem kucnął zbliżając zapałkę do ziemi. 

— Jeff

, Keith, chodźcie... 

Kiedy zbliżyli się, zapalił kolejną zapałkę. 

— 

Znalazłem chyba odcisk stopy. 

Shaffes klęknął trzymając latarkę w wyciągniętej ręce. 

— 

Masz jeszcze jakieś wątpliwości? — Garth nie mógł w ciemnościach dostrzec twarzy 

Cleeva. — Chyba nie zaprz

eczysz, że takich śladów nie zostawił normalny człowiek. 

Cleeve długo nie odpowiadał. 

— 

Co o tym myślisz, Keith? — spytał wreszcie. 

Shaffes podniósł głowę. 

— 

Sądząc po odcisku, stopa musiała być... eee... potwornie zniekształcona — wydusił 

niepewnie. — 

A to są chyba ślady pazurów. 

— Wid

zę, nie o to mi chodzi. 

Shaffes wzruszył ramionami. 

— 

Nie bardzo wierzę w tych Indian, ale... Nie wiem co o tym myśleć. 

Przez dłuższą chwilę słychać było tylko ich przyspieszone oddechy. 

— 

Nie da się ukryć, że krąży tu coś dziwnego — Cleeve również zapalił papierosa. — 

Ciągle jednak wolałbym znaleźć jakieś racjonalne rozwiązanie. 

— 

A jeśli ten... ta istota to wynik jakichś eksperymentów? 

background image

— 

Właśnie. 

— 

Powiedzmy,  że  Amerykanie  na  tym  skupili  swoje  wysiłki  żeby...  —  Shaffes 

najwyraźniej  nie  mógł  znaleźć  odpowiedniego  słowa.  —  Albo jest to efekt uboczny ich 

metody... 

— Tak — 

zgodził się Cleeve. — Przypuśćmy, że swoje prace prowadzą w tym dużym 

budynku w obozie. Dlaczego 

tam?  Może  wcześniej  robili to gdzie indziej i bardzo już 

zmienione ofiary eksperymentów zbieg

ły,  wzbudzając  przerażenie  tutejszej  ludności. 

Amerykanie  nie  chcąc  do  puścić  do  powtórzenia  się  historii  przenieśli  wszystko  do 
zamkniętych pomieszczeń, gdzie łatwo jest wszystko kontrolować. 

— 

Bardzo możliwe. 

— 

W takim razie przy zakładaniu podsłuchu musimy szczególną uwagę skupić na tym 

budynku. 

—  Zaraz  — 

wtrącił  się  Garth.  —  A  co  zrobimy  teraz?  Żeby  się  przed  nimi 

zabezpieczyć? 

— 

Allen  ma  rację  —  Shaffes  kiwnął  głową.  —  Powinniśmy  chyba  wymontować 

karabin z samolotu. 

— 

I wziąć druty, kable, akumulator... Zrobimy pułapki. Musimy działać jak najszybciej. 

Cleeve zaciągnął się i powolutku wypuścił dym. 

—  Dobrze  — 

powiedział.  —  Możemy  iść  od  razu,  ale  ktoś  powinien  zostać  przy 

sprzęcie. 

Shaffes i Garth spojrzeli po sobie. 

— 

Nie  możemy  iść  wszyscy?  Walizki  zabezpieczymy  petardami,  eksplodują  przy 

poruszeniu. 

Cleeve 

zastanawiał się chwilę, wreszcie skinął głową. 

— 

W takim razie chodźmy. 

Samolot  stał  tam,  gdzie  go  zostawili,  obłym  nosem  schowany  w  gęstej  roślinności  z 

boku drogi, z otwartymi drzwiami i okolony

m  poszarpaną  blachą  otworem  po  urwanym 

skrzydle.  Cleeve  wcisnął  się  do  środka  i  włączył  oświetlenie  kabiny.  Poza  pokrywającym 
wszystko  kurzem  i  śladami  bytności  drobnych  zwierząt  nic  się  nie  zmieniło.  Z  małego 
schowka wydobył skrzynkę z narzędziami. 

Tymcza

sem Garth wyjął z tylnego bagażnika brezentowy pokrowiec z wielkim napisem 

UNFDAC  i  rozłożył  go  na  ziemi.  Razem  z  Shaffesem  zaczęli  wymontowywać  wszystkie 
łatwo dostępne kable i druty z konstrukcji płatowca. 

C

leeve  miał  dużo  trudniejsze  zadanie.  Potrzaskane  dźwigary  mocujące  skrzydła 

background image

uniemożliwiały  dostanie  się  do  głównego  zbiornika  normalną  drogą.  Zmagając  się  z 
zapieczonymi  śrubami  zdemontował  fragment  podłogi  i  zdjął  pokrywę  chłodnicy  smaru. 
Usłyszał odgłos spadających kropel, jednocześnie poczuł charakterystyczny zapach. 

— Uwaga! — 

krzyknął. — Nie zapalajcie papierosów, cieknie benzyna. Zaraz wszystko 

będzie nią przesiąknięte. 

Shaffes wsadził głowę do kabiny. 

— 

Może w czymś pomóc? 

— 

Nie, dam sobie radę. 

Cleeve  ostrożnie  zdjął  zabezpieczające  uszczelki,  odkręcił  uchwyty  i  wsunął  dłoń  w 

powstałą  wolną  przestrzeń.  Przesunął  palcami  po  śliskim  pokryciu  zbiornika,  wymacał 
awaryjny spust i szarpnął za przymocowany do niego kabel. Struga paliwa chlusnęła mu na 
rękę wypełniając całą kabinę drażniącym zapachem. Wstrzymując oddech wyjął ze zbiornika 
ciężki pakiet, otrząsnął i rozerwał okrywający go plastikowy worek. Szybko złożył wszystkie 
części  karabinu,  zarzucił  na  ramię  podwójne  ładownice  z  magazynkami  i  wyskoczył  na 
zewnątrz. 

— 

Wszystko w porządku? — spytał Garth. 

—  Tak  —  Cleeve spojr

zał  na  brezentową  płachtę  z  rozłożonymi  na  niej  kablami, 

reflektorami i całą masą drobnych, metalowych części. — A wy macie już wszystko!  

Shaffes skinął głową. 

— 

Mamy,  nie  bawiliśmy  się  w  odkręcanie  tylko  cięliśmy jak leci. Jest jednak jeden 

problem. Jak przenieść akumulator do kościoła. 

Cleeve dotknął nogą kanciastej, ciemnej bryły i nacisnął lekko. Nawet nie drgnęła. 

— Trudno, zmontujem

y coś w rodzaju noszy i weźmiemy we trójkę. 

— 

A może taczki — zaproponował Garth. — Kółko wymontujemy z podwozia. 

— 

Za dużo roboty — Cleeve cofnął się do kabiny. — To się w sam raz nadaje. 

Wyniósł wymontowany przedtem segment podłogowy i zdarł z niego wykładzinę. 

— Akurat cztery uc

hwyty. Ten z przodu będzie trzymał dwa, pozostali po jednym. Przy 

zmianach co kilkaset metrów nie powinniśmy się zbytnio zmęczyć. 

Garth skrzywił się i powoli zebrał poukładane części do dwóch toreb. Potem z trudem 

ustawili akumulator na zaimprowizowanych noszach. 

— 

Uwaga! Ktoś idzie! — Cleeve błyskawicznie wrzucił karabin z powrotem do kabiny. 

Garth chciał to samo zrobić ze sztucerem, ale w ostatniej chwili uświadomił sobie, że 

taka broń jest całkiem na miejscu w nocy, w środku puszczy. Nadchodzący też miał strzelbę. 
Po zupełnie łysej czaszce i poprzedzających go psach poznali kierowcę, który pokazywał im 

background image

hiszpański list.  

— Dobry wieczór panom — 

powiedział. — A właściwie dzień dobry, ranek już blisko. 

Szykujecie się do odlotu? 

Roześmieli się. Shaffes wskazał na oderwane skrzydło. 

— 

Zgadza się. Przywiążemy je sznurówkami i zaraz startujemy. Ale pan, widzę, też nie 

może zasnąć.  

Kierowca skinął głową. 

— 

Pieski są ciągle czymś zaniepokojone. Wyszedłem się rozejrzeć. 

— 

Myśli pan, że coś tu grasuje? Jakieś zwierzęta?  

Kierowca wzruszył ramionami. 

— 

Trudno  powiedzieć.  Mogą  być  zwierzęta  bo  nie  dalej  jak  zeszłej  nocy  widziałem 

jaguara — 

usiadł w drzwiach samolotu i wyciągnął paczkę papierosów. 

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować pociągnął nosem i schował paczkę z powrotem. 

— 

A może w okolicy kręcą się guagueros... 

— Kto? 

— 

Poszukiwacze  starożytności  bez  licencji.  Czasem  są  gorsi od bandytów. Wracacie 

panowie do miasteczka?  

— Tak 

— 

Pójdę  z  wami.  Pomogę  to  nieść  —  wskazał  na  akumulator.  —  I w ogóle... w 

czwórkę, z pieskami będzie bezpieczniej. 

— 

Dziękujemy panu — powiedział Cleeve. 

Kierowca  wstał  i  uśmiechnął  się.  —  Proszę  nie  zapomnieć  zabrać  karabinu  do  tych 

magazynków — 

dotknął ładownic na ramieniu Cleeva, a kiedy ten spojrzał zdziwiony, dodał 

— Ja doskonale wid

zę w ciemności.  

Dwa psy obwąchujące dotąd pobliskie zarośla zbliżyły się do nóg swojego pana. 

— 

Ta duża płachta z czarnym napisem, to brezent? 

— Tak. 

Kierowca schylił się i pomacał materiał. 

— Bardzo jest panom potrzebna? 

— 

Nie, niech pan ją weźmie — powiedział Cleeve. 

— 

Chciałbym kupić... 

— 

Proszę ją wziąć, nam się już na nic nie przyda. Służy do przykrywania samolotu na 

dłuższych postojach, ale ten wrak pójdzie już do kasacji. 

— 

Wyremontowałem swoją ciężarówkę i potrzebuj plandeki — kierowca złożył szybko 

background image

ogromny pokrowiec 

i ścisnął go własnym paskiem. — Tu na miejscu nie dostanie się niczego 

takiego. 

— 

Znowu zacznie pan wozie kawę? 

— 

Nie. Wyjeżdżam stąd. 

We  czwórkę  podnieśli  segment  z  akumulatorem  i  ruszyli  w  kierunku  majaczącej  w 

oddali wieży kościoła. Poprzednio nie zwrócili uwagi, że noc ustępowała powoli i zrobiło się 

szaro. 

— 

A więc i na pana atmosfera w tym miasteczku musi źle wpływać, skoro chce pan 

wyjechać — Garth powrócił do przerwanej rozmowy. 

— 

Gdzie tam. Po prostu potwornie się nudzę. Uzbierałem trochę pieniędzy i chciałbym 

otworzyć własny interes, gdzieś  w bardziej cywilizowanych stronach. Ach panowie, żyć w 
mieście i mieć kina, telewizję, masę dziewczyn, móc chodzić na mecze i na wyścigi... Dla 

was to pewnie nic nie znaczy, bo macie to zawsze, ale dla mnie... Od  czasu przybycia 

Amerykanów zarabiam dwa razy tyle co 

dawniej. To straszne mieć tyle pieniędzy i nie móc 

ich wyd

ać. 

— 

A chciałby pan zarobić jeszcze więcej? 

Kierowca spojrzał badawczo na Cleeva. 

— Czemu nie — 

powiedział po chwili. 

— 

W takim razie może się do pana zgłoszę. 

Dłuższy  czas  szli  w  milczeniu.  Poranny  chłód  sprzyjał  szybkiemu marszowi nawet z 

obciążeniem,  tak  że  niezbyt  zmęczeni  dotarli  do  pierwszych  zabudowań.  Niedaleko 
wyłożonego białymi płytami placu napotykali grupę osób skupionych wokół czegoś, co leżało 

na ziemi. 

— 

Zatrzymajcie się — szepnął Cleeve. 

P

ostawili akumulator na ziemi i podeszli do stojących najbliżej. Niewielki tłum stał w 

kompletnym  milczeniu.  Kierowca powoli przepych

ał  się  w  kierunku  centrum  koła 

utworzo

nego  przez  ludzi  torując  drogę  pozostałym.  Nagle  zatrzymał  się  i  ręką  pokazał  coś 

Cleevowi. 

— 

Nie podchodźcie bliżej — Cleeve spojrzał na Gartha i Shaffesa. — Tam leżą zwłoki. 

Zmasakrowane. 

— 

Indianin czy biały? — szepnął Shaffes wspinając się na palce. 

— 

Biały, chyba z miasteczka. Jest strasznie poszarpany. 

Garth cofnął się odruchowo. 

— 

Ma na sobie ślady pazurów? 

background image

— 

Tak. Musiał go dopaść jaguar. 

— 

Jaguar w środku miasta? — Garth, mimo że otoczony ludźmi, zaczął się nerwowo 

rozglądać. —To niemożliwe, zabiło go coś innego.  

— Pan Cleeve ma 

rację — przerwał mu kierowca. — To był jaguar. Mówiłem, że kręci 

się jakiś po okolicy Zresztą w puszczy ich pełno. 

Jakiś chłopak spojrzał na niego prawie z nienawiścią 

— 

To nie był jaguar, Juana dopadli ci Indianie! — krzyknął. 

— Bzdury. 

— Indianie, Indianie, potwory... — 

rozkrzyczał się milczący dotąd tłum. 

Niski, siwy 

mężczyzna przyskoczył do Cleeva i szarpnął jego karabin. 

— 

Macie broń, wybierzemy się w puszczę, my ich nagonimy, a wy wystrzelacie... 

— 

Zamknij  się!  —  wrzasnęła  jakaś  kobieta.  —  Nic  można  ich  gniewać!  Siedźmy 

spokojnie, to może zostawią nas w spokoju. 

Tłum zawtórował jej okrzykami. 

— 

A  wy  wynoście  się  stąd!  Może  to  przez  was  zginął  Juan.  To  wy  kręcicie  się  po 

lasach. Zabierajcie swoje strzelby i uciekajcie! 

Tłum stawał się coraz groźniejszy. 

— 

Wycofujemy się — mruknął Cleeve. 

Starając  się  nie  zwracać  uwagi  na  okrzyki  ludzi  opuścili  największe  zbiegowisko. 

Ostrożnie podnieśli akumulator i szybkim krokiem ruszyli w kierunku kościoła. Nikt ich nie 
gonił. Kierowca pomógł wnieść ciężar na chór i zapalił papierosa. 

— Coraz bardziej jestem zadowolony ze swojej decyzji — 

stwierdził. 

— 

Mówi pan o wyjeździe. 

Kierowca skinął głową. 

— 

Już zupełnie mi się tu nie podoba... Do widzenia panom, pójdę zobaczyć co z ojcem. 

— 

Dziękujemy za pomoc. 

Po chwili jego kroki zadudniły w wąskiej klatce, usłyszeli jak gwizdnął na psy, a potem 

dobiegł ich trzask zamykanej bramy. 

— 

Słuchaj,  Jeff,  co  miałeś  na  myśli  mówiąc,  że  dasz  mu  zarobić?  —  Shaffes  stanął 

obok i również zapalił papierosa. 

— 

Powiedział,  że  ma  sprawną  ciężarówkę.  Gdyby  nasza  uległa  zniszczeniu,  nie 

zostaniemy na lodzie. Poradzicie sobie sami? 

— 

Z czym? Z pułapkami? Tak. Ty wychodzisz? 

— 

Rozejrzę się po mieście, żebyśmy w razie czego nie byli zaskoczeni. 

background image

— Nie przesadzasz? — 

skrzywił się Shaffes. 

— Dmucham na zimne. Rutyna — 

Cleeve zbiegł śladami kierowcy. 

Brama trzasnęła po raz drugi. 
Kiedy wrócił po dwóch godzinach, przed kościołem czekał Garth. 

— 

Idź za mną i rób to co ja — powiedział. 

— 

Zamieniliście tę ruderę w twierdzę? 

— 

Nie śmiej się głupio, tylko patrz uważnie pod nogi. Tu jest pełno kolców. 

Powoli podeszli do schodów i zaczęli wspinać się w górę. 

— 

Uwaga! Piąty schodek, drut na wysokości kostek. 

— 

Cholera, prawie bym się przewrócił. 

— 

Oprócz tego zostałbyś oślepiony lotniczym reflektorem. Jest podłączony do drutu. 

Jeżeli ten kto się przewróci zdoła wstać i osłaniając oczy ręką będzie wchodził dalej, natknie 
się na następny drut, tym razem na wysokości szyi. 

— 

Nieźle. A jeżeli to będzie karzeł i przejdzie pod spodem? 

Garth odwrócił się i spojrzał na Cleeva. 

— 

Wyżej  jest  kabel  przeciągnięty  na  wysokości  kolan.  Szarpnięcie  powoduje,  że  na 

wchodzącego opada metalowa siatka podłączona do prądu. 

— 

Boże,  żebym  tylko  nie  musiał  chodzić  tędy  w  nocy,  kiedy  jestem  zaspany.  Może 

będę nocował na dole. 

— 

Tam są podpiłowane deski, kałuże smaru i w każdej chwili może ci spaść ławka na 

głowę. 

— Majsterkowicze... 

Dotarli wreszcie na gór

ę, gdzie Cleeve z ulgą opadł na swój śpiwór. 

— 

Było coś ciekawego na zewnątrz? — spytał Shaffes. 

— 

Jeżeli  planują  cokolwiek  przeciwko  nam,  to  po  cichu.  Ulice  są  puste  —  Cleeve 

wsunął  się  do  śpiwora  i  zakrył  twarz  kurtką.  —  Macie czas do wieczora —  usłyszeli  jego 
stłumiony głos. — Radzę odpocząć. 

Podchodzili  pod  obóz  w  zupełnych  ciemnościach.  Biały  krąg  księżyca  zdążył  już  się 

wśliznąć za ścianę lasu. 

— 

Stać! — powiedział Cleeve. 

Światło latarki zamżyło  w jego dłoniach. Położył mapę na ziemi. Ślad wilgoci, który 

został na palcach, wytarł o spodnie. 

— Tak — 

mruknął wodząc po nakładce. — To nasz kamień. 

Shaffes  i  Garth  spojrzeli  na  biały  głaz  zaznaczony  na  mapie  jako  punkt  odniesienia. 

background image

Cleeve wyjął kuszę i nałożył noktowizor. Do obozowego płotu było nie dalej jak pięćdziesiąt 
metrów. Za nim widoczne były metalowe ściany baraków. 

— 

Poziom  trzydzieści  stopni  od  naroża,  pion  dwadzieścia  od  podstawy  słupa  — 

przeczytał Garth. 

Cleeve znał dane strzelania prawie na pamięć. Pchnięta nogą kusza wydała cichy pisk. 

Noc żyła różnymi dźwiękami, tak że i ten można było do nich zaliczyć. Przyłożył kolbę do 

ramienia. Z 

jednego z okien, mimo późnej godziny, biła jasna łuna, będąca w rzeczywistości 

odblaskiem 

małej lampki. Punkty pomiarowe zbliżyły się do wartości podanych przez Gartha. 

Pociągnął za spust. Miniaturowy mikrofon z sykiem poszybował w ciemność. Cleeve chwilę 
nadsłuchiwał, potem odsunął hermetyczną komorę, wsunął następny pocisk i ponownie złożył 
się do strzału. 

— 

Poziom pięćdziesiąt od naroża, pion trzydzieści od podstawy. 

Kolejny trzpień zniknął wśród niewyraźnych kształtów obozu. Garth śledził jego lot, a 

p

otem podał mapę wraz i. latarką Shaffesowi. 

— 

Masz, będziesz czytał — wyszeptał i usunął się w bok. 

Wstydził  się  swojej  reakcji  mając  wrażenie,  że  Shaffes  domyśla  się  jego 

nieuzasadnionego lęku. Mimo to nie chciał, aby mapa drżała mu w dłoniach. Rozejrzał się po 
okolicy.  Obóz  spał,  tylko  czasami  dobiegały  niewyraźne  odgłosy  muzyki  jakiejś  nocnej 
radiostacji.  Ciekaw  był,  czy  ten  ktoś  słuchający  radia,  bał  się  tak  jak  on.  Chyba  nie,  miał 
wokół siebie ściany, światło żarówki i głos spikera, a on miał tylko ciemność. 

— Idziemy — 

Shaffes trącił go w ramię. — Nie śpij. 

Ruszył za nimi po uginającej się trawie. Zaciskając zęby starał się przeniknąć zasłonę 

własnej podświadomości. Za jedną myślą uspokajającą przychodziły trzy następne, bardziej 
mroczne. Nie zauważył nawet, kiedy poprzedzający znowu się zatrzymali. Zamyślony wpadł 
na Cleeva. Jąkając przeproszenia uciekł w mrok. 

Naprowadzany chrapliwym szeptem Shaffesa, Jeff 

szpikował  obóz  dalszą  porcją 

miniaturowych mikrofonów. Garth pr

óbował .je liczyć, ale gdzieś przy piątym stracił rachubę. 

Czując się jak po jeździe kolejką w lunaparku, przyklęknął z dłońmi opartymi o trawę. Coś 
uderzyło  w  jego  nogę.  Macając  ręką  odkrył,  że  cały  czas  niesie  przy  boku  torbę  z 

nadajnikiem. Po akcji zama

skują  go na skraju puszczy,  a ten wzmocni sygnały płynące od 

mikrofonów 

i  prześle  je  do  kościoła.  Tam  będą  mogli  wszystko  nagrać.  Myśląc  o  tym, 

rozważając moc nadajników i ich zasięg, uspokoił się. 

—  Gotowe  — 

stwierdził  Cleeve  składając  kuszę.  —  To  będzie  sto razy lepsze od 

mikrofonu kierunkowego. 

background image

— Tak — 

Garth przełknął ślinę. — Nie trzeba będzie podchodzić pod sam obóz. 

Chwycił  podaną  przez  Cleeve  manierkę  i  przechylił  do  ust.  Dopiero  palący  smak  w 

gardle poinformował go, że to alkohol. Zaskoczony zaczął kaszleć i parskać. Cleeve chwycił 
go wpół, ucinając kaszel dłonią. Plecy Gartha uspokoiły się po chwili i Cleeve odsłonił jego 
zaczerwienioną twarz. 

— Przepraszam — 

otarł usta i uśmiechnął się blado. — Myślałem, że to woda. 

— 

Chyba nie słyszeli — Shaffes zaszeptał teatralnie stojąc na pobliskim kamieniu. 

Cleeve machnął ręką. 

— 

W porządku. Mogłem go uprzedzić, co biorę dla rozgrzewki. 

Zaśmiali się cicho. Garth podniósł manierkę, lecz połowa zdążyła się wylać. Cleeve z 

Shaffesem nie pogardzili 

tą  resztą.  Potem,  wyraźnie  pewniejszym  krokiem,  ruszyli  ku 

stanowisku,  skąd  parę  dni  wcześniej  fotografowali  obóz.  Chwilę  krążyli  pod  zbitym 
poszyciem  drzew  starając  się  nic  używać  latarek,  aż  w  końcu  znaleźli  drabinkę.  Cleeve 
gwizdnął zawadiacko i chwytając torbę z nadajnikiem wskoczył na szczeble. Konary, liście i 
pień  zlały  się  z  niewyraźną  sylwetką.  Po  paru  minutach  dobiegło  ich  ciche  przekleństwo. 
Obijając  się  o  gałęzie,  na  ziemię  spadła  pusta  torba.  Shaffes  odskoczył  i  z  dezaprobatą 
spojrzał  na  schodzącego  Cleeva.  Ten  jeszcze  ze  dwa  metry  od  ziemi  puścił  się  drabinki  i 
miękko zeskoczył. 

— Gotowe — 

stwierdził. — Dostał ktoś? 

Shaffes pokręcił głową. 

— 

Nie, ale tyle brakowało — pokazał rozwierając na kilka milimetrów kciuk i palec 

wskazujący. 

Cleeve skierował światło na włosy i ubranie. Wszystko miał pokryte miękką, brudzącą 

pajęczyną. 

— 

To głupi pomysł, wchodzić tam w nocy — zaśmiał się pokazując umazane żywicą 

palce. 

Przytaknęli  i  spojrzeli  za  siebie.  Coś  niewielkiego,  lecz  panicznie  przerażonego 

przedzierało się z szelestem przez krzaki. Mrok krył zarówno ofiarę jak i napastnika. 

— Jaguar? — 

Shaffes obejrzał się nerwowo. 

—  Nie  — 

Cleeve trącił palcem lufę jego pistoletu. — Schowaj to. Nie ten kaliber — 

dodał, kładąc dłoń na pasku sztucera. 

Wypatrując czerwonych plamek ruszyli w powrotną drogę wokół jeziora. Dopiero teraz, 

o tej porze nocy mogli 

w  pełni  docenić  bogactwo  puszczy.  Świsty,  burczenia,  spłoszone 

posapywania unosiły się wokół tworząc jedyne w swoim rodzaju brzmienie. W krzakach, w 

background image

koronach drzew i w norach coś chodziło, pełzało, trzeszczało goniąc się i zjadając. Wszystko 
przesączone ciężkim zapachem wilgotnej gleby. Życie i rozkład sąsiadowało ze sobą co krok. 
Garth  czuł  to  tak  głęboko,  że  nawet  gdyby  chciał,  nie  potrafiłby  ująć  słowami.  Z  na  wpół 
zamkniętymi oczami szedł coraz wolniej. Dopiero niespodziewany plusk i szybkie zmarszczki 
fal płynące po wodzie wyrwały go z rozmyślań. Opuścił latarkę. 

Stał zanurzony do połowy łydek w czarnej cieczy pokrytej gronami pęcherzy. Skierował 

światło przed siebie. Nie było nikogo, jedynie oślizły łeb zwalonego pnia miarowo wychylał 
się ponad powierzchnię. 

— 

O Boże — szepnął. — Bagna. Zgubiłem ich. 

Wokół było pusto, ani śladu Cleeve'a czy Shaffesa. 
Uniósł  ręce  do  twarzy.  Pamiętał  jak  szli  wzdłuż  jeziora.  To  niemożliwe,  żeby  nie 

zauwa

żyli, kiedy się od nich odłączył. Szedł ostatni, jak zwykle, żeby pilnować tego łamagę, 

Shaffesa. 

— Cholerny dziad — 

załkał i wykrzywił twarz do płaczu. 

Było znacznie ciszej niż w puszczy. Wszędzie ciemność, nawet gwiazd nie było widać. 

Nie miał pojęcia, gdzie jest jezioro, gdzie obóz. Zacisnął zęby na dłoni. 

— Tylko spokojnie, spokojnie — 

wyszeptał i pchnięty impulsem zrobił krok do przodu. 

Potem  jeszcze  jeden.  Przy  każdym  ruchu  ze  zmąconego  mułu  unosił  się  ostry, 

szczypiący zapach. Krąg światła wydobył z mroku kilka dużych liści. Pływały po opalizującej 
powierzchni objuczone gromadą białych robaków. Zrobił parę kroków w bok i raptem zastygł 
jak manekin. Z ciemności dobiegł wyraźnie miarowy plusk i oddech. Oddech skradającego 
się stworzenia. 

— Jeff! — 

krzyknął i rzucił się do ucieczki. 

Był pewien, że to coś ruszyło za nim. Machając rękami, grzęznąc w błocie, biegł przed 

siebie wielkimi krokami

. Stwór za nim mógł być wszystkim: jaguarem, strażnikiem obozu, a 

nawet tym potwornym, powyk

ręcanym monstrum z cmentarza. 

Potknął  się  na  zatopionym  korzeniu  i  upadł  rozbryzgując  zastałą  wodę.  Odór 

fermentacji wyrzucił go na powierzchnię. Łapczywie chwytając powietrze spojrzał za siebie. 
Cisza i bezruch. Dygotał rozumiejąc, że jego wróg również mógł się zatrzymać i czeka teraz 
na dalszą reakcję. Nagle Garth poczuł pustkę w dłoni. Nachylił się lecz uderzając twarzą w 
kożuch zawiesiny, szybko zrozumiał, że latarka jest stracona. Sięgnął ręką i wyjął drugą, a 
zarazem ostatnią broń, elektryczną pałkę. Pokonując drżenie rąk rozłożył ją, ale nie wdusił 

przycisku. 

— Woda — 

załkał opuszczając broń. — Wszędzie woda. 

background image

Pałka była praktycznie bezużyteczna. Tu na bagnach, tak samo poraziłaby Gartha, jak i 

jego przeciwnika. 

Przetarł oczy nasiąkniętym jak gąbka mankietem koszuli. Teraz, bez latarki 

kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zdawało mu się, że dostrzega z lewej strony 
zarys  drzew.  Wyprostował  się  gwałtownie  uwalniając  pęcherzyki  gazu. W tym samym 
momencie dobiegły go dwa krótkie plaśnięcia, jakby ktoś policzkował wodę. Nie sądził, że 
tak  łatwo  wpadnie  w  panikę,  ale  to  co  ostatnio  słyszał  o  opętanych  przez  szatana... 
Przerażenie odebrało mu oddech. Ślizgając się na grząskim mule skoczył do przodu. Wpadł 
na następny korzeń, lecz tym razem zachował równowagę. Mokre ubranie kleiło się do ciała 
ciążąc jak skorupa. Uda owiał chłód, znak, że poziom bagna opada. Dno stawało się mniej 
muliste. Raptem na jego drodze wyrosło drzewo. Nieludzki charchot za plecami przyspieszał 
reakcję Gartha. Kierując się bardziej instynktem niż wzrokiem chwycił za najniższą gałąź i 
podciągnął ciało. Nic zważając na cieknące z ubrania strugi wody, wspinał się tak wysoko jak 
było  to  możliwe.  Potem  usiadł  w  rozwidleniu  cienkich  gałęzi  i  spojrzał pod  nogi.  Do  pnia 
świszcząc i sycząc chrapliwie coś się zbliżało. Aby powstrzymać malaryczny dygot, chwycił 
za kołyszący się pień drzewa, lecz nie na wiele to się zdało. Gwałtowny wstrząs rzucił go na 
gałęzie rozgniatając wargi. Poczuł słony, zmieszany z drzewnym pyłem, smak krwi. Nieznany 
dręczyciel chciał  go  zrzucić  w  dół.  Zacisnął  mimowolnie  dłoń  na  wciąż  trzymanej  w  ręku 
pałce.  Dopiero  kiedy  spadała,  wytrącona  następnym  wstrząsem,  zrozumiał,  że  zdążył 
uruchomić  kondensator.  Pałka  z  pluskiem  wpadła  do  wody,  tuż  obok  prześladowcy. 

Zwielokrotniony impuls 

elektryczny  musiał  być  niewyobrażalnie  silny.  Stwór  zawył 

nieludzkim  głosem  i  jak  kamień  zwalił  się  w  błoto.  Fontanny  mułu  wyrzucane  jego 

chaotycznymi ruchami 

uderzyły o drzewo. Garth zrozumiał, że nie ma ani chwili do stracenia. 

Licząc  na  to,  że  kondensator  zdążył  już  się  naładować,  zjechał  wzdłuż  pnia  i  zeskoczył  w 

bagno.  Jedynie 

lekkie  mrowienie  świadczyło  o  obecności  pałki.  Omijając  tarzającą  się  w 

szoku postać ruszył w kierunku puszczy. Jęki towarzyszyły mu do samych drzew. 

Nie był pewien, ale wydawało mu się, że rozpoznaje okolicę. Za drzewami widać było 

wolną przestrzeń, mogło to świadczyć o obecności jeziora. Ocierając twarz z błota ruszył w 
tamtą stronę i nawet nie zszedł ze ścieżki, kiedy dojrzał przed sobą promień latarki. Pierwszy 
rozpoznał Gartha Shaffes świecąc mu wprost w oczy. 

— 

Do diabła! — powiedział na cały głos. — Jak ty wyglądasz? 

Garth roześmiał się tak mocno, że aż zabolały go szczęki. 

— 

Cześć — powiedział osłaniając twarz. — Trochę się zgubiłem. 

Następnie ugięły się pod nim kolana i gdyby nie Cleeve, pewnie upadłby na piasek. 

— 

Źle się czujesz? — spytał. 

background image

Garth pokręcił głową.  

— 

Nie, to tylko zmęczenie. 

Ostrożnie kładąc drżące stopy stanął między nimi. Jaśniejszy pasek nieba na wschodzie 

świadczył,  że  muszą  się  spieszyć,  jeśli  chcą  zdążyć  przed  świtem.  Ale  sądząc  po  tempie, 
jakim ruszyli, nie zależało im na tym specjalnie. 

Cleeve kończył ustawiać magnetofony i odpowiadając nawet nie odwrócił głowy. 

— 

Zgadza się, ktoś cię gonił, ale nie wymagaj, abym był jasnowidzem. 

Garth siedzący na stopniach klatki schodowej przyciągnął karabin do siebie. 

— 

Mógł to być strażnik z obozu — wyszeptał. — Albo uciekinier od nich, to nawet 

chyba bardziej. 

Cleeve zaczął wsuwać kasety w kieszenie magnetofonów. 

— 

Czemu jesteś taki pewien, że to nie było zwierzę? — spytał. 

Karabin zatoczył krótki łuk i Garth zajrzał do lufy. 

— Nie — 

odparł z przekonaniem. — To niemożliwe, głos był zbyt ludzki. 

Pokręcił głową i z trzaskiem wsunął magazynek. 

— 

Mój Boże, ten ktoś mógł się naprawdę utopić. 

Cleeve nie 

wypuszczając kasety z ręki odwrócił się do niego. 

— Trudno powiedzi

eć, raczej nie — zrobił dwa kroki. — A tym nie majstruj, denerwuje 

mnie. 

Wyjął karabin z rąk Gartha, odłączył magazynek i rzucił wszystko na posłanie Shaffesa. 

Garth podciągnął kolana pod brodę. 

— 

Mam nadzieję, że nie znajdą latarki i pałki — powiedział. 

Cleeve zaprzeczył. 

— 

Nie martw się. Jak wpadły do bagna, to nikt ich nie znajdzie. 

Uniósł walizkę i rzucił w stronę Gartha małe pudełko.  

— Nasmaruj sobie nogi. 

Garth spojrzał na etykietę i wzdrygnął się. 

— 

Dużo było pijawek? 

Cleeve uśmiechnął się szeroko. 

— 

Jak Keith sypnął solą, odpadło co najmniej pół kilograma. 

Podwinięte  nogawki  Gartha  odsłoniły  zaczerwienione  ślady,  przypominające  drobne, 

kąśliwi pocałunki. Ich obrączki sięgały aż ud. 

— Przynajmniej nie grozi ci epilepsja — 

powiedział Cleeve, potem przyłożył palce do 

ust. — 

No, zaczynamy podsłuchiwać. 

background image

Magnetofony ruszyły jednocześnie nagrywając  od tej pory  wszystko, co miało zostać 

powiedziane w obozie, a 

w  każdym  razie  w  pobliżu  mikrofonów.  Cleeve  siadł  na 

rozkładanym krześle i nasunął słuchawki. Rękę położył na przełączniku. Garth oparł głowę o 
ścianę, lecz nawet nie zdążył przymknąć oczu, kiedy zadudniły kroki. Zaraz potem rozległ się 
wrzask i przekleństwa. Trzymając dłoń przy czole Shaffes wtoczył się na chór. 

— 

Nic nie słyszycie?! —jęknął masując czerwoną pręgę. — O mało mi łba nie obcięło. 

Garth splótł ręce na brzuchu. 

— 

Trudno cię nie słyszeć — stwierdził.  

Shaffes zamachał obydwoma rękami na raz. 

—  Nie to — 

zawołał  i  pociągnął  Cleeva  na  sznur  słuchawek.  —  Naprawdę  nie 

słyszycie, co się dzieje na placu? 

Cleeve zamrugał nieprzytomnie oczami i spojrzał na Gartha. 

— Czego on chce? 

Shaffes aż podskoczył. 

— 

To  ten  sklepikarz  Angelo  poszedł  zbierać  owoce  do  puszczy  i  podobno  coś  go 

napadło. Widziałem jak wracał pokrwawiony, miał chyba złamaną rękę. 

Garth podszedł do okienka i wychylił się na zewnątrz. 

— No i co? — 

Cleeve odłożył słuchawki. 

— Jak to co?! — 

Shaffes uniósł głos. — Oni zupełnie zbzikowali, chcą go wypędzić z 

miasta. Ten 

zwariowany burmistrz bredzi coś o legendzie. 

— Matko Boska! — 

usłyszeli głos Gartha. — Oni go ukamienują. 

Spojrzeli  za  siebie.  Twarz  Gartha  była  blada.  Zza  jego  pleców,  przez  otwarte  okno 

wpadał zwielokrotniony głos tłumu. 

— 

No  i  co  się  gapicie,  trzeba  coś  zrobić!  —  krzyknął  i  wybiegł  na  środek 

pomieszczenia. 

Chwilę szukał czegoś wzrokiem, a potem runął w czeluść klatki schodowej. 

— Druty! — 

ryknął Shaffes, krzywiąc się przy tym boleśnie. 

Nie wiadomo, czy okrzyk pomógł, czy też Garth miał po prostu szczęście. W każdym 

razie z tupotem przebiegł przez nawę i trzasnął bramą. 

—  Co tak stoisz! — 

wrzasnął  Cleeve  jakby  mało  było  hałasu.  —  Przyprowadź  go. 

Chcesz, żeby narozrabiał? 

Shaffes otworzył na moment usta, lecz w końcu ruszył za Garthem. 

— Nic nie róbcie! — d

opadł go przy wyjściu okrzyk Cleeva. 

Osłaniając oczy dojrzał biegnącego Gartha i puścił się jego śladem. Wiatr słał mu na 

background image

spotkanie  strzępy  wrzasków.  Ktoś  krzyczał  cienkim,  proszącym  głosem.  Shaffes  wpadł  w 
cień  drzew  i  stanął  ciężko  dysząc.  Obok  jak  skamieniały,  oburącz  trzymając  się  pnia,  stał 
Garth. Sądząc z wyglądu, nie był w stanie uczynić czegokolwiek. 

— 

Jeff każe ci wracać — wysapał Shaffes. 

— Niech mi da spokój — 

usłyszał cichą odpowiedź.  

Shaffes chrząknął. 

— 

Nie widzisz, że oni powariowali? 

—  Widz

ę  —  odparł  Garth  z  taką  goryczą,  że  i  Shaffes  musiał  podążyć  za  jego 

wzrokiem. 

Plac  spowijała  cisza.  Tłum  odwrócony  do  nich  plecami  w  milczeniu  śledził  skręconą 

pod murem postać. Ślady krwi będące odbiciami rąk, twarzy i pleców pokryły tynk wysypką 

plam. O

bok  leżał  przewrócony  kosz.  Owoce  przemieszały  się  z  kamieniami.  Umęczony 

człowiek  zajęczał  pokazując  rozbite  usta.  Z  wysiłkiem  pokonując  ciężar  otyłego  ciała 
sklepikarz wstał na równe nogi. Tłum nawet nie drgnął. Człowiek wyciągnął rękę lecz zaraz 

skrzywi

ł się boleśnie, jakby palce napotkały niewidzialny mur. Wczepił je we włosy i zgięty 

wpół,  pobiegł  w  głąb  ulicy  ku  puszczy.  Tłum  jakby  westchnął  i  momentalnie  rozpadł  się. 

Ludzie pat

rząc  pod  nogi,  unikając  wzajemnych  spojrzeń,  uciekli  do  domów.  Shaffes 

pot

rząsnął Garthem. 

— 

Chodźmy, nic nie zrobimy. 

Ten z wysiłkiem rozplótł ręce obejmujące pień. 

— 

A co do tej pory zrobiliśmy? 

Nagły krzyk wybawił Shaffesa z odpowiedzi. 

— 

Pamiętajcie,  każdego  musimy  przegnać!  —  zadudnił  głos  ze  środka  pozostałej  na 

placu kilkuosobowej grupy. — 

Każdy napadnięty przez złych jest stracony. 

Garth uniósł się na palcach, jakby koniecznie chciał dojrzeć mówcę, ale nie musiał tego 

robić. Wysoka postać burmistrza była doskonale widoczna. Równie dobrze musieli ją widzieć 
stojący w progach domów mieszkańcy. 

— 

Nie wolno być litościwym. Inaczej szatan przeniknie pomiędzy nas. 

Burmistrz zamilkł i zgarbił się. Z otaczającej go grupki mężczyzn odrywała się jedna 

sylwetka  po  drugiej,  tak  że  wkrótce  został  sam.  Garth  pozwolił  oderwać  się  od  pnia  i 
poprowadzić  w  stronę  kościoła.  Szedł  zgarbiony,  w  jakiś  sposób  przypominając  sylwetkę 
burmistrza, który wciąż stał na pustym, rozpalonym słońcem placu. Dopiero kiedy pochłonęło 
ich wnętrze budowli i noga za nogą weszli na chór, napięte nerwy Gartha nie wytrzymały. 

— Jeff! — 

krzyknął. — Dlaczego nic nie robimy?! 

background image

Cleeve miał słuchawki na uszach lecz gestykulacja Gartha wyjaśniała wszystko. 

— 

Widziałem z okna — powiedział i odwiesił kabłąk na poręcz. — Nie podoba mi się 

to, tak jak tobie, ale nic nam nie 

wolno robić. 

— Dlaczego? Dlatego, 

że musimy zdobyć jakieś zafajdane opisy doświadczeń? 

C

leeve chwilę masował uszy zanim odpowiedział. 

—  Tak. 

Właśnie  dlatego,  a  także  dlatego,  że  nie  ma  sposobu,  aby  im  pomóc.  Co? 

Pójdziesz  w  puszczę  i  będziesz  strzelał  do  tych, którzy uciekli Amerykanom, czy  może 
będziesz tłumaczył ludziom, że wierzą w bzdury? 

Garth odwrócił się plecami i oparł dłonie na balustradzie. Cleeve czekał przez moment 

na dalsze słowa, lecz kiedy nie padły, ponownie nałożył słuchawki. Garth obrócił się właśnie 

wtedy. 

— 

Słuchaj ich, podsłuchuj! — krzyknął niespodziewanie i skoczył ku magnetofonom. 

Shaffes chciał go powstrzymać, ale odrzucony mocnym pchnięciem upadł na posłanie. 

Jego jęk zlał się z grzechotom leżącej tam broni. Cleeve zerwał się na równe nogi lecz Garth 
nie miał zamiaru niszczyć magnetofonów. Jedynie z furią wduszał klawisze głośników. 

— 

Żarcie  dają  coraz  gorsze...  ciśnienie  spada...  a  ta  ruda mówi wtedy do mnie... nie 

sądzę,  aby  ten  związek  miał  aż  takie  własności  ulatniające...  podaj  do  cholery  —  głosy 
wpadały, zlewały się tworząc obłędny korowód dźwięków. 

Garth uniósł oczy sponad tego chaosu i syknął. 

— 

Słuchajcie i niech wam bokiem wyjdzie. 

Potem,  już  powoli,  z  opuszczoną  głową  poszedł  do  wejścia  na  wieżę.  Gdy  Cleeve 

wyłączył  głośniki,  usłyszeli  jeszcze  miarowy  jęk  szczebli  i  kroki  na  podeście.  Potem  i  to 
umilkło.  

— Co mu jest? — 

spytał Shaffes, zerkając przy tym na plecy w poszukiwaniu siniaków. 

Cleeve uniósł wargi w smutnym uśmiechu. 

— Ni

e bądź głupi. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

Kompletna cisza panująca w miasteczku powodowała, że Garth z trudem opanowywał 

senność. Cleeve drzemał w składanym krześle nie czując nawet, że słuchawki osunęły mu się 
na  szyję.  Shaffes,  którego  zadaniem  była  zmiana kaset, wydawał  się  uśpiony  monotonnym 
szumem  pracujących  magnetofonów.  Potworny  upał  panujący  mi  zewnątrz  docierał  do 

chronionego grubymi murami 

wnętrza tylko pośrednio, ale i tak suche powietrze wypełnione 

zapachem  gnijącego  drewna, kurzu i ptasich odchodów  drażniło  w  gardle.  Garth  uniósł 
opadające powieki! 

— 

Nie śpisz? — Shaffes również otworzył oczy. 

Garth zaprzeczył ruchem głowy. 

— Masz papierosa? 

— 

Są w torbie pod oknem. 

Shaffes podniósł się ociężale i szurając nogami zbliżył się do okna. 

— 

Mam już dość — mruknął Garth. 

— 

Dość? Czego? 

— Tych Indian, potworów, atmosfery w tym zabitym deskami miejscu... wszystkiego... 

Shaffes zerknął na niego znad zapalonego papierosa. 

— 

Pomyśl o gratyfikacji — powiedział niewyraźnie. 

— 

Co mi z pieniędzy, jak zostanę przez coś zżarty? 

— 

Żona dostanie i będzie cię miło wspominać. 

— 

Daj mi spokój z żoną. — Garth opuścił twarz między dłonie. — Chcę wrócić cało do 

Londynu. 

Shaffes schylił się przykładając prawie twarz do szyby.  

— 

Coś jedzie. 

Garth również usłyszał cichy warkot ciężarówki. 

— Widzisz ich? To Amerykanie? 

— 

Tak, chyba tak. Ale... Jasna cholera! Oni są uzbrojeni. 

Shaffes odskoczył od okna i zaczął szarpać ramię Cleeva. Tamten skrzywił się powoli 

unosząc głowę. 

— 

Spałem? — spytał przecierając oczy. 

background image

— 

Zaraz będziemy tu mieli kupę uzbrojonych Metysów . 

Cleeve chwiejąc się na nogach, podszedł do okna. Z zaparkowanej tuż przy cmentarnej 

bramie ciężarówki wyskakiwali uzbrojeni w myśliwskie strzelby mężczyźni. 

— 

Zachowują się dość spokojnie — powiedział Cleeve. — To chyba nie najazd.  

— 

W takim razie po co im broń?  

— 

Zobaczymy. Zejdę tam, może chcą porozmawiać? 

— 

A jeśli odkryli nasze mikrofony?! — Garth chwycił i odbezpieczył latarkę Shaffesa. 

— Spokojnie. 

Czekajcie na mój znak i pod żadnym pozorem nie schodźcie na dół. 

Cleeve 

włożył marynarkę żeby zakryć szelki i przytrzymywaną przez nie kaburę. Potem 

wolno,  omijając  druty  zszedł  na  dół.  W  na  pół  otwartej  bramie  kościoła  stało  dwóch 
Amerykanów.  Cleeve  nie  widział  ich  dotąd.  Poznał  natomiast  Boliwijczyka  o  wyjątkowo 

jasnych 

włosach, wyróżniającego się ze sporej grupy Metysów za ich plecami. Jaime też go 

poznał i patrzył teraz Cleevowi prosto w twarz, uśmiechając się lekko. Nie był to przyjemny 
uśmiech. 

— 

Witam panów. Czym mogę służyć? — powiedział Cleeve. 

Biali, a za nimi kilku M

etysów, wsunęli się do wnętrza kościoła. 

— 

Przyszliśmy zasięgnąć fachowej porady — zaczął jeden z Amerykanów. — W końcu 

mamy przecież przed sobą specjalistę od narkotyków. Prawda? 

— I 

do tego potrzeba wam tylu ludzi z bronią? 

— 

Oni zawsze z nami chodzą — Amerykanin przesunął palcami po swoich czarnych 

wąsach. — Chciałbym zadać kilka pytań. 

— 

Słucham. 

— Ile jest odmian krzewów koki? 

—  Dwie  —  Cleeve 

gorączkowo  usiłował  przypomnieć  sobie  przeczytane  w 

informatorze  wiadomości.  —  Erythroxylon  z  dużą  zawartością  alkaloidów i Erythroxylon 

novogranatensis. 

— To podstawowe odmiany, a mi chodzi o wszystkie. Ile ich jest? 

— 

Kilkanaście. 

— 

A nie dwieście pięćdziesiąt? 

— Co to? Egzamin? — 

Cleeve spojrzał Amerykaninowi w oczy, ale tamten nie cofnął 

wzroku. 

— 

Za ile można tu, w Boliwii, kupić kilogram pasty bazy, czyli siarczanu kokainy?  

— 

Zależy gdzie i kiedy pan kupuje — odpowiedział dyplomatycznie Cleeve. 

— 

Chodzi mi o średnią cenę, tak mniej więcej. 

background image

Od pięciuset dolarów do tysiąca — strzelił Cleeve. 

— 

To znaczy, że człowiek, który chciał nam sprzedać kilogram za dwa tysiące sześćset 

chciał nas oszukać? 

— 

Tak, ale handel czymś takim jest zakazany i... 

— Co to jest „cato”? — 

przerwał mu Amerykanin. 

— 

A co znaczą te pytania? 

— 

Tylko tyle, że jak agenta ONZ do spraw narkotyków wie pan o nich zastanawiająco 

mało. 

— To nie 

pańska sprawa — Cleeve był coraz bardziej zdenerwowany. 

— 

Owszem,  moja.  Skontaktowaliśmy  się  z  centralą  UNFDAC.  Co  prawda  nie 

udostępnili  nam  żadnych  materiałów  dotyczących  swoich  ekip,  ale  powiedzieli,  że  przyślą 

helikopter

, aby sprawdzić, czy ktoś się pod nich nie podszywa. 

— 

Pan kłamie... 

— Nie — 

ciągnął Amerykanin — i radzę wam wynosić się stąd! 

— Mam takie samo prawo przebywania w tym miejscu jak pan — 

powiedział Cleeve 

siląc się na spokój. 

— Doprawdy? 

Jeśli nie przestaniecie węszyć... 

Amerykanin nic zdołał dokończyć. Z tyłu wysunął się Jaime i krzyknął: 

— Dla jakiej szmaty pracujecie, pismaki?! 

— 

Nie jesteśmy dziennikarzami... 

—  A kim? — 

Metys podniósł do góry trzymane w ręku sznury zakończone kulistymi 

ciężarkami i zakręcił nimi w powietrzu.  

— 

Brać go, chłopcy! 

Cleeve 

rozpoznał groźną w tych stronach broń boleadoras, ale zanim zdołał cokolwiek 

zrobić, sznur oplótł mu nogi nie pozwalając się ruszyć. 

Jaime 

skoczył w jego kierunku, wyprowadzając cios prawą pięścią. Cleeve uchylił się i 

przewrócił na brzuch podcinając przeciwnika. Błyskawicznie wyjął i odbezpieczył M10. 

— Padnij! — 

ryknął Amerykanin rozpoznając broń. 

Jaime  chwycił  rękę  Cleeva.  Dłuższą  chwilę  szamotali  się  leżąc,  wreszcie  Cleeve 

uderzając obiema nogami zrzucił go z siebie. Szybko odwrócił się w kierunku nadbiegającej 
pomocy i pociągnął za spust. Tamci w pełnym pędzie runęli na podłogę tak, że seria pocisków 
przeleciała nad nimi rozłupując kilka desek w lewym skrzydle bramy. 

— Garth, Shaffes! Uwaga! — 

Cleeve czołgał się w kierunku najbliższego konfesjonału. 

Słyszał  jak  leżący  w  okolicy  bramy  ludzie  repetują  broń.  Podniósł  szybko  pistolet  i 

background image

posłał w ich kierunku drugą serię. Potem, korzystając z krótkiej chwili, gdy tamci opuścili 
głowy rozplątał krępujące go sznury i skoczył kryjąc się za konfesjonałem. 

Shaffes  czekał  na  górze  wychylony  przez  barierkę  chóru.  Dopiero  kiedy  usłyszał 

strzały,  chwycił  sztucer  i  stanął  u  wylotu  krętych  schodów,  ale  salwa,  a  potem  szybkie, 
pojedyncze  detonacje  uniemożliwiały  usłyszenie  czegokolwiek.  Głośny  łoskot 
przewracającego się na klatce schodowej ciała i nagły błysk lotniczego reflektora powiedziały 
mu,  że  ktoś  chce  wejść  na  górę.  Shaffes  strzelił  w  tamtym  kierunku,  z  dołu  jednak 
odpowiedział mu huk i brzęk tłuczonego reflektora. Wtedy odskoczył w bok, żeby nie być 
widocznym w jasnym prostokącie wejścia i zaczął strzelać na oślep, przez cienkie deski klatki 

schodowej. 

Garth 

widząc  czołgającego  się  Cleeva  podpełzł  do  pozostawionego  przez niego 

wojskowego karabinu i z trudem 

mocując  się  z  opornym  żelastwem  zamontował  łukowy 

magazynek.  Skoczył  z  powrotem  do  barierki,  odciągnął  suwadło  i  wychylił  się  na  drugą 
stronę.  Nagły  łoskot  tłuczonego  szkła  za  plecami  sprawił  jednak,  że  opadł  na  zwinięte 
materace.  Metysi  stojący  na  placu,  żeby  pomóc  kolegom  wewnątrz,  zaczęli  ostrzeliwać 
okrągłe  okno  frontowej elewacji. Wysokoenergetyczne pociski z myśliwskich  Browningów 
masakrowały okiennice, odrywając z nich ogromne kawały drewna. W jednej chwili podłoga 
pokryła się odłamkami szkła i cegieł. 

—  Odpowiedz im, Garth! — 

Shaffes  dusząc  się  w  pyle  i  odbitego  od  ścian  tynku 

usiłował przekrzyczeć kanonadę. — Strzelaj, są odsłonięci! 

Garth starając się trzymać głowę jak najniżej podszedł do rozrywanego pociskami okna. 

Bał się wyjrzeć, a z miejsca w; którym stał nie mógł dostrzec nikogo. Z tyłu jednak znowu 
rozległ się brzęk spadających szyb. Tym razem ktoś usiłował dostać się do środka przez okna 

w lewej 

ścianie. Garth doskoczył ponownie do barierki, oparł o nią lufę i szarpnął za spust. 

Karabin  nagle  ożył,  w  potwornym  huku  starał  się  wyrwać  mu  z  ręki  i  jak  najgorszy  wróg 
kopał  z  całej  siły  w  ramię.  Seria  pocisków  ryjąc  głębokie  bruzdy  w  ścianach,  wyjąc 

rykoszetami i rozry

wając  na  występach  murów  napełniała  cały  kościół  gęstym  pyłem  i 

kurzem.  Garth  patrzył  przerażony  jak  z  lufy,  zamka,  ze  wszystkich  otworów  i  szczelin 
karabinu  wydobywa  się  dym.  Odruchowo  zamykając  oczy  jeszcze  raz  przycisnął  spust. 
Głowy  w  rozbitych  oknach  znikły,  a  postacie,  które  wcześniej  zdążyły  skoczyć  do  środka 
rozbiegły się po całym kościele w poszukiwaniu kryjówki. Jakiś Metys ogłuszony hukiem, z 
zalepionymi pyłem oczami, krążył w kółko po prezbiterium szukając wyjścia. Garth sięgnął 

po nowy magazynek. W chwili kiedy go 

zakładał  zauważył  jak  eksploduje  jeden  z 

magnetofonów, potem drugi, a ciężka, metalowa walizka unosi się nagle w górę. 

background image

— 

Uważajcie! — dobiegł go głos Cleeva. — Strzelają w górę na oślep przez podłogę 

chóru! 

Shaffes 

rzucił  się  w  kierunku  walizek,  ale  zawadził  nogą  o  nadajnik  i  upadł.  Nie 

zwracając  uwagi  na  rozdarte  spodnie  dotarł  do  nich  wreszcie  na  czworakach.  Wyłamując 

prawie 

metalowe zamki otworzył kilka wyrzucając zawartość na podłogę. Po dłuższej chwili 

dopiero 

natrafił na płaskie, tekturowe pudło. Podpełzł do barierki i starając się nie wychylać 

zaczął rzucać na dół petardy. Huk eksplozji zlał się z trzaskiem wyłamywanej bramy. Z tyłu 
ciężarówki, która w nią wjechała, zeskoczyło kilku Metysów i rzuciło się w kierunku pozycji 
Cleeva.  Desperacki  szturm  załamał  się  jednak,  kiedy  wpadli  między  powiązane  drutami 
ławki.  Kilka  podciągniętych  do  góry  na  sznurach  ciężkich  desek  opadło  na  nich  wzbijając 

nowe tumany kurzu. 

— 

Wycofujemy się, wycofujemy! — ryczał jeden z Amerykanów. 

Metysi  ślizgając  się  w  kałużach  smaru,  ogłuszani  przez  eksplozje petard, uciekali 

bezładnie pod ogniem karabinu Gartha. 

— Nie zamykaj oczu, idioto! Celuj! — 

krzyczał Shaffes. — Strzelasz za wysoko! 

Ciężarówka wyjąc i kłapiąc przestrzelonymi przez Cleeva oponami ruszyła na zewnątrz 

ciągnąc  za  sobą  fragment  konstrukcji bramy. Metysi i Amerykanie wskakiwali  do niej w 
biegu, ciągnąc za ręce, kołnierze i włosy swoich co bardziej oszołomionych kolegów. Garth 
podbiegł do małego okienka w bocznej ścianie i oddał długą serię w kierunku cmentarnego 

muru. 

— 

Nie strzelać! — krzyknął Cleeve. — Wstrzymać ogień! 

Garth  wychylił  się  ostrożnie  przez  okno,  ale  zauważył  już  tylko  znikającą  w  bocznej 

ulicy dymiącą ciężarówkę, Cofnął się i założył nowy magazynek. Zapadła cisza powodowała 
bolesne dzwonienie w uszach. Dysząc ciężko minął otępiałego Shaffesa, który siedział pod 
barierką ze wzrokiem wbitym w podłogę i zszedł na dół. 

— 

Co się stało? — wymamrotał. — Jeff, co się stało? 

Stojący obok posiekanego przez kule konfesjonału 
Cleeve spojrzał niezbyt przytomnie. 

—  Oni pojechali, tak? — 

Garth  chciał  powiedzieć  coś  jeszcze  ale  nie  mógł 

powstrzymać ataku kaszlu. 

Cleeve zdjął tłumik ze swojego M10, potem założył go z powrotem. 

— 

Shaffes żyje? — spytał. 

— Tak — Garth dopiero te

raz spostrzegł, że ocieka potem i nie może ustać na nogach.  

Oparł się o jakiś filar i osunął na ziemię. 

background image

— Jeff, tam na górze jest wszystko rozbite, okno, 

podłoga, schody... Dwa magnetofony 

są... i walizka, Keith wyrzucił sprzęt... 

Cleeve otarł mokrą twarz rozcierając na niej brud w długie szare pasma. 

— Panowie! Panowie, nie strzelajcie! — 

usłyszeli głos z zewnątrz. 

— To ja — 

do środka wsunął się ostrożnie łysy kierowca, ściskając oburącz przenośną 

apteczkę. 

— 

Słyszałem wszystko i przybiegłem pomóc. Czy jest ktoś ranny? 

— Chyba nie — 

Cleeve znowu zdjął i założył tłumik. 

Kierowca patrzył przerażony na rozorane pociskami ściany, potrzaskane ławki i rozbite 

okna. Przyłożył do ust chusteczkę, a rękawem wycierał co chwilę załzawione oczy. Wirujący 

w powietrzu ku

rz i pył, rozjarzony wpadającym przez wszystkie otwory, ostrym, słonecznym 

światłem  oślepiał  uniemożliwiając  dokładniejszą  obserwację.  Kierowca  potykając  się  o 
rozrzucone wszędzie łuski, paczki naboi i tuleje petard wybiegł na świeże powietrze.  

— Do chole

ry, przecież nie możemy teraz siedzieć spokojnie i tylko podsłuchiwać — 

pieklił się Shaffes. — Powinniśmy wezwać Crewthera i dać wycisk tym łajdakom. 

Cleeve 

odsunął słuchawkę z jednego ucha. 

— Co? 

— Zaatakujemy obóz! 

— 

Uspokój się — Cleeve włożył słuchawki i przełączył odbiornik na inny kanał. 

— 

Posłuchaj mnie... 

—  Dajcie mi spokój obydwaj — 

przerwał  Cleeve.  —  Tam teraz wrze jak w ulu. 

Nare

szcie mam szansę dowiedzieć się czegoś konkretnego, a wy wrzeszczycie jak opętani. 

Garth podszedł do rozbitego okna i spojrzał na tonący w mroku plac. 

— 

Nasz  szef  zamierza  chyba  czekać,  aż  tamci  znowu  tu  przyjdą  i  tym  razem  nas 

wykończą — powiedział. 

— 

Właśnie — zgodził się Shaffes. — Albo zaraz spacyfikujemy obóz, albo będzie po 

nas. 

— Bzdury — Garth odwr

ócił się od okna — tak czy owak będzie po nas. Jedyna szansa 

to natychmiastowy powrót do Anglii. 

— 

Nie po to tu przyjechaliśmy... 

— Cisza? — 

krzyknął Cleeve. — Złapałem ważną rozmowę. 

Nachylił się i włączył głośnik odbiornika. 

— 

Nie  Turner,  już  nie  —  rozległ  się  cichy,  chrapliwy  głos.  —  Połączyłem  się 

bezpośrednio z L.A. Przewodniczący Rady Nadzorczej podziela moje zdanie. 

background image

— To nie ma nic do rzeczy — 

drugi głos brzmiał mniej wyraźnie. Najprawdopodobniej 

mówiący był bardziej oddalony od mikrofonu. 

—  Owszem, 

ma. Miller był przy rozmowie i może potwierdzić. Stary chce, żebyśmy 

zwinęli interes. Wściekł się, kiedy usłyszał o tej awanturze. 

— 

Delikatne określenie, mało nas nie rozstrzelali. To nie był mój pomysł, a poza tym 

mieliśmy  ich  tylko  postraszyć  i  zmusić  do odejścia  —  dopiero teraz Cleeve rozpoznał  w 
mówiącym wąsatego Amerykanina, który dowodził grupą Metysów. 

— Tymczasem to oni was wystraszyli — 

odezwał sic pierwszy głos. — Trudno. Wiemy 

przynajmniej, że to nie dziennikarze. 

— 

Jasne, że nie. Mieli karabiny maszynowe i rzucali w nas granatami. Cud, że nikt nie 

został zabity... Słuchaj Buckner, nie rób takiej miny, bo mnie szlag trafi. Trzeba było iść z 
nami i samemu nastawiać głowy. 

— 

W porządku, nie przejmuj się. Powiedz mi lepiej, kim oni są według ciebie? 

— Funkcjonariuszami FBI. 

— Z angielskim akcentem? 

— 

To dla zmylenia. Przecież mówiłem ci, że w UNFDAC pracuje wielu Anglików. 

— 

Dobrze, przypuśćmy, że jest jak mówisz... 

—  To fachowcy — 

drugi  głos  był  teraz  wyraźniejszy;  albo  Turner  zbliżył  się  do 

mikrofo

nu, albo mówił coraz głośniej. — Jestem przekonany, że węszą dla FBI, nawet jako 

najemnicy, jeśli, jak sądzisz, ta szacowna organizacja boi się wypuszczać własnych agentów 
poza swój teren działania. 

— 

W  porządku.  Jak  myślisz,  czy  oni  zorientowali  się,  że  obiektem  eksperymentu  są 

mieszkańcy miasteczka? 

Shaffes i Garth doskoczyli 

do głośnika. 

—  Nie wiem — 

odparł Turner. — Bardziej męczy mnie pytanie, dlaczego ten kretyn 

Wickliff nie pozwolił przerwać eksperymentu w momencie przybycia tych obcych. 

—  Wickliff t

wierdzi,  że  nie  można  naruszyć  ciągłości  urabiania  psychicznego 

mieszkańców  tej  dziury.  Poza  tym  nie  powinni  się  zorientować,  że  ktoś  celowo  straszy 

tubylców

, zresztą nawet gdyby się zorientowali i tak by im to nic nie dało. Przecież metoda 

Wickliffa nie polega 

wyłącznie  na straszeniu... Nie przerywaj mi, wiem co chcesz 

powiedzieć,  ale  w  końcu  zastosowano  tylko  chwyty,  które  przybysze  mogli  zinterpretować 
realnie.  Są  tu  tak  krótko,  że  mogli  widzieć  jedynie  porozrzucane  przez  nas  zwłoki  Indian, 
świątynię, kilka rysunków jaszczurek, dziwne światła i zapachy. Nie powinni odgadnąć, że to 

my podsycamy 

ty bzdurną, hiszpańską legendę. 

background image

— 

Mogli widzieć przerażonych ludzi. 

— 

Ale nie zobaczyli tego, co ich nastraszyło. 

— 

Mylisz się. Kilku strażników parę dni temu wpadło na idiotyczny pomysł zagrania na 

nerwach tych Anglików

,  czy  kim  oni  są.  Namówili  Leviego,  żeby  pokazał  im  się  na 

cmentarzu, w kompletnym przebraniu wampira. 

Garth słysząc to usiadł na podłodze. Włożył papierosa do ust, ale zapomniał go zapalić. 

— 

Zresztą to i tak nie ma znaczenia, skoro musimy uciekać — kontynuował Turner. — 

Szkoda, że nie zdążymy wypróbować preparatu Wickliffa. 

— 

Nie żałuj, preparat jest do niczego. Cały eksperyment to tylko próba. Przecież przede 

wszystkim  chodziło  nam  o  opracowanie metody psychicznego urabiania, nad preparatem 
popracujemy później. 

— 

Ależ  Buckner,  ci  ludzie  już  są  urobieni,  nie  możemy  zostać  jeszcze  kilka  dni  i 

sprawdzić... 

— Nie! W nocy i rano demontujemy wszystkie 

urządzenia. Najpóźniej jutro w południe 

musimy b

yć w drodze.  

— Ale... 

— 

Nie ma co dyskutować na ten temat, Turner. Wydaj odpowiednie rozkazy i pakuj się 

szybko. Nie chcę mieć jutro na karku senackiej komisji. 

Rozległ  się  łoskot  odsuwanego  krzesła  i  trzask  zamykanych  drzwi.  Cleeve  wyłączył 

głośnik. 

— Co 

innego będziesz miał jutro na karku — mruknął. 

— 

Dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy — powiedział Shaffes. 

Zapalił zapałkę i przysunął ją do twarzy Gartha. Ten zapomniał co zrobił przed chwilą i 

włożył do ust następnego papierosa. 

— 

Którego mam ci zapalić? — spytał Shaffes. — A może obydwa? 

Garth wściekły rzucił papierosy na ziemię. 

— 

Co zamierzasz zrobić, Jeff? 

Cleeve podniósł głowę i zdjął słuchawki. 

— 

Keith, ty sprawdzałeś radiostację i antenę. Są w porządku? 

— Tak. 

— 

Dobrze. Nawiążę łączność z Crowtherem. Jutro o świcie zajmiemy obóz. 

— 

Słusznie. Od razu tak mówiłem — powiedział Shaffes. 

— 

Chyba żartujesz — Garth zastąpił Cleevowi drogę. 

— 

Nie, mówię poważnie. 

background image

— 

Jeff, przecież wiemy już wszystko. Co jeszcze chcesz zdobyć? 

Cleeve spojrzał na zegarek.  

— 

Później ci wytłumaczę. 

— Powiedz teraz! 

— 

Chyba pamiętasz jakie mamy zadanie. Punkt pierwszy: nie dopuścić do powtórzenia 

się  wydarzeń,  które  miały  miejsce  w  szkockiej  wiosce.  Punkt  drugi:  dowiedzieć  się  jaki 
związek miał z nimi Wickliff i sprawdzić czego dotyczą jego badania. I punkt trzeci: jeśli to 
będzie możliwe, wrócić z Wickliffem lub z jego dokumentacją, albo z jednym i drugim. Czy 
muszę  jeszcze  tłumaczyć,  że  jeśli  nie zaatakujemy  jutro,  to  nie  wypełnimy  żadnego  z  tych 

punktów? 

Cleeve zniecierpl

iwiony odsunął Gartha i zaczął się wspinać na wieżę. 

— 

Nie  ma  się  czego  bać  —  mruknął  Shaffes.  —  Ludzie  Crewthera  odwalą  za  nas 

brudną robotę. 

Garth nie zareagował. Krążył, chodząc od ściany do ściany dopóki nie wrócił Cleeve. 

— I co? — 

spytał, kiedy tamten otrzepywał marynarkę. 

— 

Komandosi są w drodze. Będą mniej więcej za godzinę. 

— Nie masz zbyt zadowolonej miny — 

wtrącił się Shaffes. 

— 

Niestety,  Crewther  podsłuchał  rozmowę  z  lotniskiem  prowadzoną  przez  załogę 

przelatującego  w  pobliżu  transportowca  typu  Galaxy.  Nawigator  twierdził,  że  odkrył  na 
radarze pogodowym bardzo duże skupisko chmur, przesuwające się w naszym kierunku. 

— 

Będzie padać deszcz? 

— 

Deszcz? Z rozmowy wynikało, że możemy się spodziewać potopu. 

— 

Dalej chcesz przeprowadzić jutro akcję? 

— 

Tak. Na pogodę nic nie poradzimy — Cleeve zamyślił się przez chwilę. — Trudno, 

pakujcie się. 

Shaffes  zatrzasnął  walizkę  i  wciąż  klęcząc  na  podłodze  wsunął  papierosa  do  ust. 

Wyglądało, że w tym tempie upora się ze swoim zapasem jeszcze dziś. 

— 

Daj odpalić — powiedział niewyraźnie do Gartha. 

Przytknął rozżarzoną końcówkę do swojego papierosa i zaciągnął się mocno. 

— 

Dużo masz jeszcze roboty? — spytał. 

Garth wsunął na ślepo niedopałek między wargi. 

— 

Trochę. 

Shaffes wstał i zerkając na zegarek podszedł do Cleeve'a.  Ten z ołówkiem w zębach 

wpatrywał się w mapkę obozu. 

background image

— 

Zejdę na dół — powiedział. — Jak nadejdzie Crewther, to przynajmniej nie rozbije 

łba o to pobojowisko. 

Cleeve 

łypnął okiem i uniósł przegub do oczu. 

— 

Będzie najwcześniej za pół godziny — stwierdził nie wypuszczając ołówka z zębów. 

Shaffes otarł czoło rękawem. 

— 

Duszno tutaj. Zejdę teraz, zdążę wypalić papierosa. 

Cleeve 

uniósł obydwie dłonie. 

— Rób jak chcesz. 

Ostrożnie stawiając nogi na podziurawionych kulami stopniach Shaffes zszedł na dół. 

Blas

k z chóru rozlewał się po sklepieniu migotliwym światłem. Pod nogami chrupało szkło i 

wciąż  śmierdziało  kordytem.  Minął  rozwaloną  bramę  i  stanął  na  placu.  Duszne  powietrze 
sprawiało, że z każdą minutą było mu coraz trudniej oddychać. Odrzucił niedopałek i zerkając 
na jasny owal wybitego witraża ruszył w kierunku ściany najbliższego domu. Księżyc nisko 
wiszący  nad  dachami  rzucał  słabe  światło  w  tunelu  ulicy.  Shaffes  miał  do  przebycia  nie 
więcej niż sto metrów, lecz zgięty pod ciężarem nocy nie potrafił iść szybko. Wybite szyby, 
pourywane szyldy i wiejąca zewsząd pustka przyprawiały go o nieprzyjemne kłucie w sercu. 
Ale doszedł w końcu do znajomej willi i dysząc otarł twarz. Nic miał pojęcia, czy to nerwy, 
czy  też  zapowiadana  zmiana  pogody.  Między  ścianą  budynku i płotem  była  półmetrowa 
szczelina. To tędy musiał wejść na podwórko ten zwariowany osioł. Idąc jego śladem, Shaffes 
wciągnął  brzuch  i  prześlizgnął  się  na  drugą  stronę.  Tam  ominął  rozpadające  się  fragmenty 
gzymsu i dojrzał oświetlony księżycowym światłem prostokąt podwórza. Odszukał wzrokiem 
obtłuczony posążek i zaklął. Miejsce pod postumentem nie było puste. Klęczał tam nie znany 
mu  mężczyzna.  Jego  gołe  plecy  pokrywała  jakaś  paskudna  wysypka.  Shaffes  mruknął  coś 
bezgłośnie,  wyjął  pistolet,  ale  został  na  miejscu.  Stało  to  się  za  sprawą  przedmiotu  jaki 
mężczyzna  uniósł  nad  swoją  głowę.  Był  to  krótki  bicz.  Jego  rzemienie  uderzyły  ostro. 
Mężczyzna skurczył się, lecz uderzył raz jeszcze. Shaffes zrozumiał pochodzenie wysypki. 

— 

Co tu się dzieje do cholery?! — krzyknął. 

Mężczyzna  podskoczył  jak  na  sprężynie  ukazując  rozognione  oczy.  Potem  przechylił 

się i nagłym gestem uniósł rozczapierzone palce. 

— Fuera! — 

wrzasnął. — Fuera diablo! 

Obserwując  ze  zgrozą  mimikę  mężczyzny,  Shaffes  zacisnął  dłoń  na  pistolecie.  Usta 

człowieka  wykonywały  drobne,  nieskoordynowane  ruchy.  Wyciągnął  znów  dłonie  i 
zachrypiał. 

— 

Kim jesteś? 

background image

Shaffes  miał  dość.  Szczękając  nerwowo  zębami  uniósł  broń.  Tamten  nie  czekał. 

Skomląc  okręcił  się  wokół,  a  potem  jednym  susem  dopadł  ogrodzenia.  Wskoczył  na 

sztachety. 

— 

Zły, zły! — krzyknął i zniknął. 

Shaffes  nasłuchiwał  milknących  odgłosów  ucieczki,  a  później  oparł  się  o  postument. 

Zawsze  bał  się  wariatów,  a  człowiek  który  tu  klęczał,  już  dawno  musiał  utracić  granicę 
normalności. Odłożył pistolet i zaczął wycierać dłonie w chustkę. Było to bez sensu, jako że 
materiał był tak samo wilgotny jak jego czoło. Poczekał, aż przestanie mu dzwonić w uszach i 
pchnął  figurkę.  Owinięty  w  folię  pakiet  był  na  miejscu.  Shaffes  uniósł  twarz  do  księżyca, 
jakby dziękując opatrzności i wsunął zawiniątko pod koszulę. Jego kroki szybko zastukały na 
kamieniach. Chciał zdążyć przed przyjściem Crewthera, a także chciał się pozbyć natrętnego 
uczucia,  że  czyjeś  oczy  obserwują  go  z  okien  domu.  Drapiąc  plecy  wysunął  się  na  ulicę  i 
pobiegł w stronę kościoła. 

Ciężko łapiąc powietrze dopadł rynku i dla przywrócenia normalnego oddechu stanął 

przy murze. Łagodne światło księżyca uspokajało, więc dopiero po chwili doszedł go odgłos 
rytmicznych uderzeń. Zmarszczył brwi rozpoznając stukot wbijanych gwoździ. Pochylony, z 
ręką  wsuniętą  do  kieszeni  zrobił  kilka  kroków.  Nikły  promyk  światła  zaprowadził  go  na 
miejsce, gdzie chudy człowiek z maczetą na plecach zabijał deskami okna swego domu. Tak 
był  zajęty  pracą,  że  nawet  nie  zauważył  Shaffesa.  Lecz  w  jego  ruchach  było  coś 

nienormalnego. Ciosy 

padały  z  taką  gwałtownością  jakby  zależało  od  nich  czyjeś  życie. 

Shaffes z rozwartymi 

ustami  wycofał  się  w  głąb  placu,  czując,  że  wystarczy  tylko  chwila, 

żeby i jemu udzieliła się panująca wokół histeria. 

— 

Ostrożnie, tu trzeba podnieść nogę — usłyszeli głos Shaffesa. — Tak, teraz uwaga 

na głowę, o, dalej już nic nie ma... Może pan iść spokojnie. 

Potężna  sylwetka  Crewthera  wypełniła  całkowicie  wąskie  przejście  u  szczytu  klatki 

schodowej. Cleeve 

uśmiechnął się na jego widok. 

—  Nareszcie koniec twojego obijania — 

powiedział. — Mam nadzieję, że kierowany 

wyrzutami sumienia sam odwalisz ostatnią część roboty. 

— 

Chcesz  powiedzieć,  że  siedzenie  w  tych  krzakach  było  przyjemne?  Od  czasu  jak 

przeżyłem nalot myśliwców bombardujących w Gujanie sądziłem, że już nic co lata nie jest w 
stanie mnie przestraszyć. Niestety, nie wziąłem pod uwagę komarów — Crewther podszedł 
do barierki ograniczającej chór i oświetlił wnętrze kościoła silną latarką. 

— 

Niezłą przeprawę mieliście — mruknął. 

—  Powinien pan jutro ich za to... — 

zaczął  Shaffes,  ale  nie  dokończył  napotykając 

background image

wzrok Gartha. 

— Masz wszystko? — 

spytał Cleeve. 

Crewther skinął głową. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i rozdał obecnym 

płaskie pakieciki zabezpieczone dokładnie zaklejonymi plastikowymi workami. 

— 

To paszporty i bilety lotnicze. Opuścimy ten kraj jako turyści. Broń i sprzęt zostaną 

zniszczone gdzieś w puszczy, a wasze zdjęcia, taśmy magnetofonowe i ewentualnie zdobytą 
dokumentację przewiezie kurier dyplomatyczny. 

Crewther wyjął i nabił fajkę. 

— 

Ależ spadło ciśnienie — powiedział. — Mogę zrobić sobie trochę kawy? 

Wskazał na gazową maszynkę. 

— 

Czuję, że zaraz zasnę na stojąco. 

Cleeve podał mu zapałki. 

— 

Jeśli nie zrobi ci to różnicy, napijemy się później. Chciałbym porozmawiać z twoim 

specjalistą od łączności. 

— 

Dobrze, zaraz cię zaprowadzę. Masz już gotowy plan ataku na obóz? 

— 

Powiedzmy, że mam dopiero plan ramowy.  Muszę ustalić parę rzeczy z dowódcą 

komandosów i... Słuchaj Crewther, mówisz dobrze po hiszpańsku? 

— Tak. 

— 

A potrafisz naśladować boliwijski akcent? 

— 

Myślę, że tak, to nic trudnego. 

Cleeve uśmiechnął się lekko. 

— 

Chodzi mi o takie naśladowanie, żeby nawet miejscowi nie zdołali się zorientować. 

— Wiesz... — 

Crewther zapalił fajkę. — Wszystko zależy od warunków i od tego, czy 

będą  mnie  podejrzewać  już  wcześniej,  czy  też  będą  pewni,  że  jestem  prawdziwym 
Boliwijczykiem.  Jeśli  ktoś  jest  z  góry  o  tym  przekonany  nie  tropi  pomniejszych  potknięć 
mówiącego...  

— 

W  porządku.  To  trochę  ułatwia  sprawę  —  Cleeve  rozłożył  mapę.  —  Popatrz, tu 

będzie czekała dodatkowa ciężarówka, tak na wszelki wypadek. 

— 

Aha, to ten łysy kierowca, o którym wspomniałeś? 

— Tak. 

Shaffes i Garth również nachylił się nad mapą. 

— A gdzie jest nasz samochód? — 

spytał Shaffes. 

—  Tu, na skraju miasta — 

powiedział  Crewther.  —  Ale nad ranem przesuniemy go 

bliżej obozu. Tak, Jeff? 

background image

Cleeve skinął głową. 

— 

Przyszło mi na myśl, że nasi ludzie chyba za bardzo będą się rzucać w oczy, gdyby 

zauważył ich ktoś postronny... 

— 

Myślisz, że rozpozna narodowość żołnierzy po rodzaju broni? 

—  Nie, raczej nie. Ale komandosi powinni 

zrezygnować  z tradycyjnego uczerniania 

twarzy i pomalować je w nieregularne, zielonobrązowe plamy na wzór amerykański. 

— 

Mhm. Jest to jakiś pomysł — Crewther majstrował przy swojej fajce. — Mogliby też 

zrezygnować z siatek na hełmach i okryć je brezentowymi opinkami w barwach ochronnych, 

tak jak Amerykanie. 

— 

Masz coś takiego ze sobą? 

Crewther wzruszył ramionami. 

— 

Można będzie zaimprowizować. Brezent jest — spojrzał na zegarek. — Chodźmy. 

Jeśli  chcesz  ustalić  przed  świtem  dokładny  plan,  musimy  się  pospieszyć.  A  panowie  — 
zwrócił się do Gartha i Shaffesa — moglibyście przespać się parę godzin. 

— 

Nie sądzę, żeby zasnął — powiedział cicho Garth. 

— 

Radzę jednak spróbować. Jutrzejsza noc upłynie nam w drodze. 

Cleeve  złożył  mapę  i  ruszył  na  dół  za  Crowtherem.  Wyszli  na  pusty  plac,  tonący  w 

kompletnych 

ciemnościach. 

—  Rany boskie, co za pogoda — 

szepnął  Crewther.—  Czuję  się  jakbym  miał  pełno 

waty w głowie. 

— 

Fakt, czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Barometr leci na łeb na szyję. 

Starali się iść szybko. W panującej wokół idealnej ciszy każdy krok odbijał się głośnym 

echem. Nie było słychać ani buczenia owadów ani innych, zwykłych odgłosów nocy. 

— 

Słuchaj,  czy  ten  łącznościowiec  potrafi  wejść  na  falę  Amerykanów  i  podać  przez 

radio... 

— Czekaj — 

Crewther zatrzymał się i odwrócił. — Słyszysz? 

— Co? 

— 

Ktoś wyszedł z kościoła. 

— 

Gdzie? Nie widzę. 

— 

Teraz znikł za rogiem domu. 

Dłuższą chwilę patrzyli w tamtym kierunku. 

— 

Musiało ci się wydawać... 

— 

Nie. Jestem pewien, że coś widziałem. 

Cleeve machnął ręką. 

background image

— 

Może to ktoś z naszych wyszedł na chwilę. Spytamy po powrocie. 

Crewther  spojrzał  na  Cleeva,  ale  nie  dostrzegł  wyrazu  jego  twarzy. Wolno ruszyli w 

dalszą drogę.  

background image

ROZDZIAŁ 9 

Buckner oparł dłonie o słup ogrodzenia i spojrzał ponad drzewa. Niebo na wschodzie 

było jaśniejsze zwiastując nadchodzący świt. Ryk pracującego na wysokich obrotach silnika 
skierował jego uwagę na wyjeżdżającą za bramę kolejną ciężarówkę. Nie przygotowani do 

pospiesznej 

ewakuacji musieli załadowywać wozy ponad normę. Ustawiali je na drodze poza 

obozem, był to pomysł  Turnera. W sumie słuszny, im mniej sprzętu na terenie obozu, tym 
mniejszy bałagan. 

— Panie Buckner — 

rozległ się głos Jonesa. — Słyszał pan co mówią w radiu? 

Buckner  przetarł  oczy  i  lekko  się  uśmiechnął.  Lubił  tego  wiecznie  zaaferowanego 

zaopatrzeniowca. 

— 

O strzałach w La Paz. 

Jones strzepnął swój siatkowy kapelusz. 

— 

Tak,  i  o  odwołaniu  wszystkich wojskowych z urlopów.  Podobno  są  też  kłopoty  z 

komunikacją lotniczą. 

Buckner przestał przyglądać się niebu i uśmiechnął się raz jeszcze. 

— 

Nie martw się i lepiej pogoń ludzi do roboty. To tylko niezależna radiostacja. Oni 

zawsze mówią różne rzeczy. 

— F

akt, ale inni milczą, albo są cholerne zakłócenia. 

Grupka  Metysów  leżała  przy  ścianie  baraku  i  leniwie  ssała  źdźbła  trawy.  Buckner 

popatrzył w tamtą stronę. 

— 

Trzeba ich pogonić, nie za to im płacimy. 

Jones wciągnął głowę w ramiona. 

— 

To ciśnienie. Spada jak cholera. 

— 

Będzie deszcz? 

— 

Pewnie tak, ale przez te zakłócenia nie można złapać prognozy. 

Buckner ponownie przetarł oczy. 

— 

Wilson poszedł wysadzić świątynię? 

— 

Tak, wziął dwójkę naszych. 

— To dobrze — 

Buckner zatarł dłonie. — Chodź, pogonimy tych pasożytów. 

Przez najbliższe pół godziny faktycznie udało im się przyspieszyć prace. Turner zdjął 

background image

połowę  strażników,  którzy  i  tak  zasypiali  przy  bramie,  dzięki  czemu  demontowano  i 
załadowano główny agregat. Jedyny kłopot był z Wickliffem, który uparł się, że nie wyjdzie 

ze  swego  baraku 

dopóki  nie  opracuje  wniosków.  Twierdził,  że  musi  to  zrobić  tutaj,  na 

miejscu. 

Kiedy Buckner przekonywał go po raz trzeci o konieczności natychmiastowego oddania 

papierów, do laboratorium 

wpadł  Turner.  Nie  bacząc  na  dobre  wychowanie  chwycił  za 

dzbanek Wickliffa i pijąc jednym tchem opróżnił go do dna. 

— 

No tak, dorobiliśmy się — Stwierdził ocierając wąsy. 

Buckner zerknął przez okno na ciężkie chmury sunące zza puszczy. 

— O czym mówisz? 

— 

Niejaki  pułkownik  Neri  dokonał  dziś  w  nocy  zamachu  stanu.  Wszędzie  straszny 

burdel. 

Zza  ściany  baraku  słychać  było  głośne  okrzyki,  przeplatane  hiszpańskimi 

przekleństwami. 

— 

Kto to podał, rządowa radiostacja? 

— Tak. 

Dali krótkie oświadczenie. Teraz komentują niezależni. Zakłócenia, to zdaje się 

robota francuskiego 

systemu zagłuszania. 

— 

Skąd wiesz? 

— 

Niezależni  mówili  o  tym.  Pewnie  wykorzystano  go  dla  utrudnienia  łączności 

oddziałom prorządowym. 

Wyszli na dwór. Teraz,  przy zachmurzonym niebie b

yło  tu  jeszcze  posępniej  niż  w 

nocy. 

— 

Czemu oni tak wrzeszczą?! — krzyknął Buckner do otoczonego Metysami Sigela. 

Niski szatyn o szczurzej twarzy ruszył ku niemu rozgarniając tłum rękami. 

— 

Podniecają się zamachem i chcieliby już być w domach. 

— 

To w czym problem? Jak szybciej będą pracować, to szybciej tam będziemy. 

Sigel wykrzywił twarz w cynicznym uśmiechu. 

— 

Tak,  tylko  że  boją  się  teraz  jechać.  Mówią,  że  w  czasie  zamachów  różne  bandy 

włóczą się po kraju. 

— 

Przecież mamy broń — syknął Turner. 

— 

Ale według nich można również natrafić na jakąś jednostkę wojskową. 

— Wojsko — 

żachnął się Turner. — Czołgów się boją, czy co? 

— 

Tak,  señor,  oni  mogą  mieć  czołgi  —  odpowiedział  niespodziewanie  Capio, 

najstarszy z Metysów. 

background image

Turner zrobił tak głupią minę, że Sigel nie mógł się powstrzymać od chichotu. Buckner 

zerknął  na  nich  i  ciężko  westchnął.  W  powietrzu  wisiała  taka  niemoc,  że  najchętniej 
machnąłby na wszystko ręką i poszedł spać. 

—  Powiedz im — 

odwrócił ciężko głowę do Capio — że dostaną za jazdę do stolicy 

dodatkowe miesięczne wynagrodzenie.  

Szmery Metysów ucichły jak nożem uciął. 

— 

Tylko niech się spieszą z załadunkiem, bo niedługo będziemy mieli ulewę. 

Tubylcy powoli, ale już z nowymi siłami rozeszli się po obozie. Jones i Sigel ruszyli za 

nimi chcąc wykorzystać chwilowy zapał... 

— 

Właśnie  skończyłem.  —  Powiedział  niespodziewanie  Wickliff  stając  w  drzwiach 

baraku z dzbankiem w ręku. — Czy coś się stało? 

Turner udając, że obserwuje latające wśród drzew papugi, nawet nie drgnął. 

—  Musimy 

jak  najszybciej  dostać  się  do  La  Paz  —  wyjaśnił  Buckner.  —  Póki jest 

jeszcze bałagan. 

Wickliff zerknął podejrzliwie na Turnera,  a potem, tuląc dzbanek do siebie, ruszył w 

kierunku zbiornika ze słodką wodą. Buckner odprowadzał go wzrokiem i dlatego zdziwił się 
widząc,  że  Wickliff  nagle  staje  i  omal  nie  wypuszcza  naczynia  z  rąk.  W  następnej  chwili 
ujrzał biegnącego Metysa. 

— Panie Buckner — 

sapał machając kapeluszem. — Armia, armia przyszła! 

Wytrzeszczając oczy dostrzegł dwie wojskowe bluzy. 

— 

Mówiliśmy,  że  to  teren  prywatny,  ale  oni  nie  słuchali  —  Metys  tłumaczył  się 

jękliwie. — Pytali tylko o magazyn broni. 

Dopiero teraz Buckner zrozumiał, gdzie kieruje się dwójka żołnierzy. Klnąc soczyście 

rzucił  się  w  stronę  murowanego  budynku  rozpychając  po  drodze  zagapionych  Metysów. 
Zresztą Amerykanie byli nie lepsi. Sigel stał na ciężarówce i przyglądał się tępym wzrokiem, 
jakby nie wierzył w to, co widzi. 

— 

Kto wam pozwolił wejść na nasz teren? — ryknął Buckner i zahamował, z trudem 

łapiąc równowagę. 

Dziesięć  centymetrów  od  jego  brzucha  tkwił  wylot  karabinu.  Palce  żołnierza  mocno 

obej

mowały kolbę. Buckner z niemą wściekłością dostrzegł, że oficer zatrzymuje się przed 

wejściem do magazynu. Mieli tam prawie całą broń. 

—  Zajmuj

emy  budynek  w imieniu kapitana Galeano reprezentującego na tym terenie 

pułkownika Neri — powiedział z dumą oficer, kładąc dłoń na kaburze. 

Buckner spojrzał na karabin, sponad którego patrzyły czujne oczy. 

background image

— 

Jesteśmy w tym kraju na mocy umowy z rządem... 

— 

Na mocy umowy z obalonym reżimem — przerwał sucho Boliwijczyk. — To już nie 

ma znaczenia. Dopóki nie zadeklarujecie się na piśmie po stronie pułkownika Neri, nikt nie 
ma prawa opuścić obozu. 

Buckner zrobił krok do przodu, lecz lufa uniosła się na wysokość jego torsu. Żołnierz 

uśmiechnął się tak, iż nie można było mieć wątpliwości co zrobi przy następnym kroku. 

— 

Oszaleliście  —  stwierdził  Buckner  i  odszukał  wzrokiem  Turnera.  —  Co z 

łącznością? 

Turner wzruszył ramionami i charakterystycznym gestem uderzył dłonią o dłoń. 

— 

Nie słychać nawet rządowej rozgłośni.  

— 

Zakłócenia to wasza robota? — Buckner odwrócił się do oficera, który mocując się z 

drzwiami sprawdzał, czy są zamknięte. 

— 

Na tego typu pytania nie będę odpowiadał — odparł i wyciągnął dłoń. — Proszę o 

klucze. 

Buckner  pomyślał,  że  dostanie  zaraz  zawału.  Nie  zważając  na mrowienie palców 

wyszarpnął klucz i cisnął pod nogi Boliwijczyka. 

— 

Chcę rozmawiać z waszym przełożonym — powiedział z naciskiem. 

Oficer schylił się, a potem oparł o futrynę. 

—  Kapitan Galeano stacjonuje w miasteczku i nie 

sądzę, aby miał czas  rozmawiać z 

wami.  Ale  jeszcze  dziś  wieczorem  powinna  tu  przybyć  nasza  jednostka.  Sądzę,  że  z 
pułkownikiem Gomezem dojdziecie do porozumienia. 

Buckner czując niesmak w ustach splunął na piasek i rozcierając ślad nogą odwrócił się. 

— 

Jeśli  to  możliwe  —  usłyszał  tym  razem  przymilny  głos  oficera.  —  To  proszę 

przynieść dla mnie i szeregowca coś do jedzenia. Od doby nic nie mieliśmy w ustach. 

—  Naturalnie  — 

Buckner wykrzywił się w obleśnym uśmiechu. — Cała przyjemność 

po naszej stronie. 

Zdawało mi się, że żołnierz spojrzał na niego z ironią, lecz nie miał czasu zastanawiać 

się nad tym. 

— Turner, Sigel — 

syknął. — Idziemy. 

Przeszli  przez  plac  obozowy  i  weszli  do  baraku,  przed  którym  stała  wciąż 

niezdemontowana antena odbiorcza. 

— Ale gówno... — 

jęknął Turner opadając na biurko. — Najpierw te sukinsyny z FBI, 

teraz to. 

Sigel wyjrzał przez okno.  

background image

— 

Stoją  tam  i  nic  nie  robią  —  powiedział  wściekłym  szeptem.  —  Jakby cyrk 

przyjechał. 

Buckner z wysiłkiem oderwał czoło od framugi. 

— Ile mamy teraz broni? 

—  Bez tej w magazynie?  — 

spytał  Sigel,  lecz  spiorunowany wzrokiem Turnera 

odpowiedział rzeczowo. — Cztery karabiny są u strażników. 

Buckner skinął głową. 

— 

Dobrze, mam pomysł. 

Turner obejrzał pod światło pustą butelkę po wodzie.  

— 

Chcesz ich kropnąć z daleka? 

—  Nie  —  ton Buck

nera  świadczył,  co  sądzi  o  tym  pomyśle.  —  Powietrze jest tak 

wilgotne,  że  byłoby  słychać  strzały  w  miasteczku.  Trzeba  ich  wziąć  przez  zaskoczenie,  i 
potem  prysnąć  zanim  przyjedzie  jednostka.  Głowę  dam,  że  zanim  się  połapią,  dawno 
będziemy za granicą. 

— 

A nie lepiej przeczekać? Chłopcy z FBI też będą mieli problemy. 

— 

Nie, kazano nam zniknąć, to znikniemy. 

Sigel oparł się plecami o okno. 

— Co proponujesz? 

—  Ty  — 

Buckner wskazał na Turnera — wyjdziesz za obóz ze strażnikami, tymi co 

mają  broń.  Weźmiecie  jedną  ze  stojących  na  drodze  ciężarówek.  Trochę  ją  rozładujcie. Ja 
powiem  oficerowi,  że  zaraz  wraca  do  obozu  pełnomocnik  Fundacji  i  tylko  on  ma  prawo 
podpisać zobowiązanie. Podjedziecie tyłem, możliwie jak najbliżej magazynu, a jak podejdę i 
odrzucę plandekę, wyskoczycie przykładając im lufy do łbów. Nie powinni pisnąć.  

Mina  Turnera  świadczyła,  że  nie  uważa  planu  za  genialny, lecz akurat nie ma nic 

lepszego do zaoferowania. Sigel 

podrapał się po swoich zapadniętych policzkach. 

— 

A może lepiej do tego żarcia, co chcą, dosypać im czegoś? — Buckner z Turnerem 

rzucili jednakowe spojrzenia. 

— 

Ty chyba razem z Metysami słuchałeś tej powieści szpiegowskiej w radiu? 

Policzki  Sigela  stały  się  jeszcze  bardziej  zapadnięte.  Odwrócił  twarz  do  okna  i  zaraz 

głośno zaklął. Odwrócili się. Na dworze stała jednolita ściana deszczu. 

— 

Jeśli któryś z tych śmierdzieli schowa się do baraku to osobiście łeb mu rozwalę — 

wysyczał Buckner. — Mają stać i odwracać uwagę żołnierzy, dopóki nie przyjedziecie. 

Odpowiedział mu wściekły jazgot kropel deszczu walących o metalowy dach. 
Deszcz  padał  w  takim  tempie,  że  glina,  dotąd  twarda  jak  kamień,  momentalnie 

background image

przeistoczyła się w tłustą maź. Wokół zbierały się brunatnożółte kałuże, woda łączyła niebo z 
ziemią nieprzerwanym potokiem. Jedynie fakt, że deszcz okazał się ciepły, a nawet w jakimś 

stopniu od

świeżający mógł pocieszać przemokniętych ludzi. Nie mniej odgłos nadjeżdżającej 

ciężarówki został powitany szmerem radości. Jedynie stojący przy murze Boliwijczycy zostali 
obojętni. Sztywno wyprostowani, chronili ciała pod niewielkim występem dachu. Ciężarówka 
jechała wolno, buksując na zakrętach. 

— 

Pan Smith zaraz wszystko wyjaśni! — krzyknął Buckner starając się, aby jego głos 

wypadł jak najnaturalniej. 

Oficer  skinął  głową  i  z  uwagą  obserwował  jadący  u  jego  stronę  samochód. 

Bombardujące  brezent  krople  wydawały  odgłos  dorównujący  głośnością  pracy  silnika. 

Buckner 

uśmiechnął się pod nosem. Wydawało mu się, że przez zalewaną deszczem szybę 

kabiny dostrzega porozumiewawczy grymas kierowcy. 

—  Panie  Smith!  — 

krzyknął  idąc  wzdłuż  skrzyni  ładunkowej  —  Ci  panowie  już 

czekają. 

Zapadając  się  po  kostki  w  mazi  szarpnął  plandekę  w  górę.  Cztery  sylwetki  w 

maskujących  strojach  opadły  na  ziemię  i  z  czterech  pistoletów  rzygnął  strumień  pocisków. 
Wyrzucone  z  sykiem  fontanny  błota  opryskały  zgromadzony  tłum.  Nim  Buckner  dostał 
potężny  cios  w  tył  głowy,  zdołał  dostrzec  na  wozie  pięć  skrępowanych postaci. Crewther 
zrzucił  kurtkę  armii  boliwijskiej  i  wyciągnął  automat.  Towarzyszący  mu  mechanik  odpiął 
mapnik i złapał rzucony z wnętrza wozu pistolet maszynowy. 

— 

Ręce, w górę, razem! — czwórka opiętych w battledressy postaci zagarniała ludzi w 

jedno miejsce. 

Dowódca  oddziału,  porucznik  Leslie,  ominął  ogłuszonego  kierowcę  i  z  dwójką 

komandosów pobiegł w stronę baraków. Nie mogło tam być więcej jak dziesięć osób. Obok 
masztu radiowego stał szczurzy osobnik z nożem w dłoni. 

— 

Rzuć to! — wrzasnął Leslie. Sigel upuścił broń i zadarł ręce do góry.  

— Tam! — 

Leslie pokazał lufą. — Dołącz do nich. 

Osłaniając twarz kołnierzem Sigel pobiegł we wskazanym kierunku. Zaraz potem łoskot 

granatów  ogłuszających  wyrzucił  z  okien  fontanny  szkła.  Leslie  obejrzał  się  na  narożny 
barak. Zgodnie z planem Crewther rozkładał podnóżek ciężkiego karabinu. Jego seria szybko 

przeko

nała  grupkę  Metysów,  że  najbezpieczniejszym  miejscem  jest  zbiegowisko  koło 

ciężarówki. Ludzie trzymani w szachu przez dwójkę Crewthera stali ciasno jeden przy drugim 
i w takim tłoku nawet ktoś najbardziej przedsiębiorczy byłby bezradny. 

— Spokojnie! — 

ryknął mechanik stając w rozkroku na dachu szoferki. — W deszczu 

background image

źle celuję... 

Z automatu opartego o 

jego zgięte ramię wyleciał kolisty rój pocisków. Ludzie deptali 

się wzajemnie schodząc im z drogi. Deszcz zalewał oczy zwiększając dezorientację. 

Kolejna fala eksplozji 

wstrząsnęła placem i wróciła odbita od drzew. Leslie był pewien, 

że przez najbliższych kilkanaście minut każdy, kto był w baraku, nie będzie pamiętał nawet 
własnego imienia. Szok pourazowy przy granatach ogłuszających jest krótki, lecz intensywny. 

Kil

ku Amerykanów, których nie zdążyli zagarnąć, krążyło po placu ogłupiałych, niezdolnych 

do jakiejkolwiek  reak

cji.  Dołączono  ich  do  ludzi  wyrzuconych  z  pomieszczeń  i po trzech 

minutach od 

rozpoczęcia akcji obóz był zajęty. Leslie wysunął ze szlufki na ramieniu palec 

rakietnicy. 

Zerwał  nasadkę  i  skierował  go  pionowo  w  górę.  Plan  Cleeve'a  powiódł  się  w 

całości.  

background image

ROZDZIAŁ 10 

— 

Losy uciekinierów, którzy schronili się na terenie ambasad, nie są znane, nic jednak 

nie potwierdza 

pogłosek  o  złamaniu  zasady  eksterytorialności  przez  któregokolwiek  z 

walczących ugrupowań. Według ostatnich doniesień wydaje się jednak, że plan taki istniał, a 

jego  autorem 

był Rudolf Schenker, legendarny terrorysta, pozostający podobno na usługach 

sztabu operacyjnego 

pułkownika Neri. 

Zza wzgórza, ledwie widoczna w strugach deszczu, ukazała się rakieta sygnalizacyjna. 

Cleeve włączył wycieraczki i przysunął twarz do szyby. 

— 

Otrzymaliśmy  właśnie  informacje,  że  wojskom  rozłamowym  po kilkugodzinnym 

oblężeniu udało się opanować obóz wojskowy Fort Chimena. Na południu kraju... 

— 

W porządku. Może pan przestać — Cleeve odsunął brezent odgradzający szoferkę 

od skrzyni ciężarówki. — Obóz jest opanowany. 

Specjalista od łączności z ekipy Crewthera opadł z ulgą na fotel. 

— 

Ależ  boli  mnie  gardło.  Jeszcze  chwila,  a  straciłbym  głos.  —  wychrypiał.  — 

Wyłączyć też zagłuszanie? 

— 

Tak. I proszę zabezpieczyć radiostację. Jedziemy. 

Cleeve 

włączył  starter.  Silnik  od  razu  zaskoczył.  Dziesięć  kół  zabuksowało  lekko, 

rozbryzgując gęste błoto, ale napęd na wszystkie trzy osie sprawił, że ciężarówka bez trudu 
wjechała  na  wzgórze.  Sunąc  wolno  z  powodu  ograniczonej  widoczności  minęli  rząd 
amerykańskich samochodów i przez otwartą, podwójną bramę wjechali do obozu. 

Shaffes wyskoczył pierwszy i podbiegł do grupy jeńców. Za nim wyszli Cleeve i Garth. 

— Crewther, macie wszystkich! — 

krzyknął Cleeve. 

Crewther chwycił za klapy najbliższego Amerykanina. 

— Ilu jest ludzi w obozie?! 

— 

Pięćdziesięciu sześciu proszę pana. Dwudziestu naszych, a reszta to obywatele tego 

kraju. 

Crewther przesunął wzrokiem po zbitej gromadzie ludzi. 

— 

Brakuje trzech, gdzie są? 

— 

W pobliżu świątyni. Mają ją zdemontować, a jak nie starczy czasu, wysadzić. 

— Poruczniku! — 

krzyknął Crewther. 

background image

Leslie doskoczył do rozmawiających. 

— 

Proszę natychmiast kogoś po nich wysłać. 

— 

Sierżancie! —porucznik strząsnął krople gromadzące się na okapie hełmu. — Wiecie 

gdzie jest świątynia? 

— 

Tak, sir. Widziałem na mapie. 

— 

Sprowadźcie stamtąd trzech ludzi. Pospieszcie się! 

Żołnierz mimo ciągle gęstniejącego deszczu i hamującego ruchy błota ruszył biegiem w 

kierunku bramy. Shaffes 

ciągle  lustrował  twarze  jeńców.  Cleeve  nie  zwracając  na  niego 

uwagi podszedł do Turnera. 

— 

Gdzie trzymacie dokumentację? — spytał. 

Tamten odwrócił głowę i nic nie powiedział. 

— 

No, słucham? 

Po  twarzy  Turnera  spływały  strumyczki  wody,  zmoczone,  gęste  włosy  zbiły  się 

ukazując prawdziwy kształt czaszki. Cleeve skinął na najbliższego żołnierza. 

— Gdzie jest dokumentacja? — 

spytał tamten nawet nie podnosząc automatu. 

—  Tam, tam, tam! — 

krzyknął  Turner  wskazując  na  ostatni  barak.  —  I dajcie mi 

spokój! Mam dość wszystkiego — dokończył już ciszej. 

— Nie tylko ty — 

wyrwało się Cleeve'owi. — Garth, Shaffes! Chodźcie! 

W  tym  właśnie  momencie  Shaffes  wyszarpnął  z  kieszeni  pistolet.  Cleeve  poszedł  za 

jego  wzrokiem.  Gdzieś  w  środku  tłumu  podniósł  się  z  ziemi,  niewidoczny  dotychczas, 
profesor  Wickliff.  Trzymając  się  obiema  rękami  za  głowę,  co  było  charakterystycznym 
gestem  ofiar  granatów  ogłuszających,  zaczął  przeciskać  się  w  kierunku  Turnera. Nagle 
znieruchomiał. Na widok Shaffesa twarz jego skurczyła się w grymasie strachu. Roztrącając 
ludzi rzucił się do tyłu. Shaffes zarepetował pistolet i zrobił kilka kroków w bok, żeby mieć 
wolne pole ostrzału. 

— Stój! — 

ryknął Cleeve. 

Skoczył w jego kierunku, ale Shaffes zdążył złożyć się i strzelić, a potem sam rzucił 

pistolet  w  najbliższą  kałużę.  Trafiony  w  pełnym  biegu  Wickliff  uderzył  z  ogromną  siłą  w 
ścianę baraku, a potem osunął się w dół znacząc ją długim pasmem krwi. 

— 

Coś ty zrobił! — krzyknął Cleeve. 

— 

Uciekał... 

— 

Przecież by nie uciekł! Co to ma znaczyć? 

— 

Nie wiem. Uciekał. 

Cleeve d

yszał wściekłością. 

background image

—  Jeszcze pogadamy. Zobaczysz... Zobaczysz co to 

znaczy  łamać  rozkazy.  A  teraz 

jazda po dokumentację. Przejrzeć i posegregować. Garth, idź za nim. 

Garth i jakby skruszo

ny Shaffes powlekli się we wskazanym przez Turnera kierunku. 

— Poruczniku, niech pan zobaczy co z nim jest.  

Deszcz siekł ciągle z niesłabnącą siłą. Cleeve czuł, że jest cały przemoknięty i coraz 

bardziej boli go głowa. Przyłożył rękę do czoła. Crewther zbliżył się od tyłu. 

— 

Chyba nam coś nie wyszło — mruknął. — Co mu przyszło do głowy? 

Cleeve spojrzał na niego, lecz nie odpowiedział. Kilku Metysów obserwujących zajście 

zaczęło szeptać między sobą. 

—  Panowie!  — 

odezwał  się  nagle  jeden  z  nich.  —  Nie  strzelajcie!  Jesteśmy 

Boliwijczykami i zawsze 

popieraliśmy pułkownika Neri. 

— 

Zamknij  mordę  —  warknął  stojący  obok  Sigel.  —  Nie  widzisz,  że  to  wcale  nie 

wasza armia?! 

—  Panowie! My nie mamy z nimi nic wspólnego — 

Metys  wskazał  na  Sigela.  — 

Zostaliśmy wynajęci... 

— 

Zamknij się! 

— 

... a oni trzymają z rządem. To znaczy z obalonym... 

— 

Milczeć! — krzyknął któryś z komandosów. 

Szmery w tłumie ustały. Szum ulewy nasilał się z każdą chwilą. Deszcz był tak gęsty, 

że  nie  można  było  nawet  dostrzec  odległej  zaledwie  o  kilkaset  metrów  naturalnej  tamy 
odgradzającej jezioro od dawnego koryta rzeki, w którym stał obóz. Gdzieś z boku pojawiła 
się postać porucznika dźwigającego bezwładne ciało.  

— I co? — 

spytał Cleeve. 

— 

Żyje. Trzeba go położyć w suchym miejscu. 

Crewther  otworzył  drzwi  baraku.  Wspólnymi  siłami  ułożyli  Wickliffa  na  podłodze 

magazynu. 

— 

Skoczę po apteczkę — powiedział Crewther. 

—  Nie trzeba, jest tutaj — 

Cleeve  zdjął  z  półki  i  otworzył  dużą  torbę  oznaczoną 

czerwonym krzyżem. 

— 

Dostał w lewy bok, ale bardzo nisko — powiedział porucznik. 

Rozciął bagnetem koszulę leżącego i odsłonił ranę. 

— 

Kula  przeszła  na  wylot.  Ciekawe,  czy  rana  jest  czysta.  Chodzi  mi  o  wewnętrzne 

organy. 

— 

Nie  wsadzę  mu  tam  palca,  mam  brudne  ręce.  —  Cleeve  oblał  bok  Wickliffa 

background image

środkiem dezynfekującym. — Ale w tym miejscu nie ma chyba nic ważnego. 

— 

Tak, wyliże się z tego. Popatrz na kolor krwi — wtrącił się Crewther. — Ale zrób 

mu zastrzyk przeciwtężcowy, błoto zanieczyściło brzegi rany. 

Cleeve  skinął  głową.  Szybko  zrobił  kilka  zastrzyków,  a  potem  założył  opatrunek. 

Wickliff jęczał i mamrotał coś niewyraźnie. Kiedy podnieśli mu głowę i ułożyli na zwiniętym 
kocu otworzył oczy. 

— 

Przecież, przecież... — starał się podnieść rękę do czoła. 

Mówił coś lecz słowa zlewały się w niezrozumiały bełkot. 

— 

Słucham? — Cleeve pochylił się. 

— 

Wickliff... Wickliff nie żyje. 

—  No, ni

e jest tak źle — roześmiał się Crewther. — Zapewniam pana, że najdalej za 

miesiąc opuści pan szpital. 

Leżący spojrzał na niego półprzytomnie. 

— Ja... — 

nie mógł złapać oddechu. — Ja jestem... 

— 

Spokojnie, proszę się nie denerwować, panie Wickliff. 

—  Ja jestem Keith Shaffes — 

wykrztusił wreszcie ranny. — Kiedy dowiedziałem się, 

że profesor Wickliff zginął w płonącym laboratorium, wyjechałem do Stanów... 

Cleeve i Crewther pochylili się nad leżącym. 

— 

Już dawniej miałem taki zamiar, ale kiedy usłyszałem o jego śmierci...podszyłem się 

pod  niego,  było  mi  łatwiej...  Z  miejsca  dostałem  tę  pracę  w  Fundacji  —  głowa  leżącego 
opadła z powrotem na poduszkę z koca. 

Cleeve zaklął. 

— 

Kim jest w związku z tym facet, który przyjechał z nami? Do cholery, czułem, że 

jest 

w nim coś dziwnego, ale... 

Porucznik skoczył do drzwi. 

— 

Sprowadźcie natychmiast naszych naukowców! Szybko! 

— 

Ładnie wyglądamy — Crewther wyjął fajkę, ale zaraz schował ją z powrotem. — 

Czy to pan jest autorem tych zajść w szkockiej wiosce? 

Ranny spojrzał na niego półprzytomnie. Potem zaprzeczył ruchem głowy. 

— 

Więc kto? Pan nie, a Wickliff nie żyje. 

— 

Mówiłem, że... byłem o tym przekonany. Ale to przecież Wickliff strzelał do mnie. 

Cleeve  opadł  na  podłogę.  Chciał  coś  powiedzieć,  ale  otworzyły  się  drzwi  i  wszedł 

Garth. 

— Gdzie ten drugi? — 

spytał porucznik. 

background image

— 

Shaffes? Wziął najważniejszą część dokumentacji i poszedł. Mówił, że chce to panu 

pokazać — Garth zbliżył się do Cleeva. — Nie ma go tutaj? 

— 

Można  się  było  tego  spodziewać  —  powiedział  Crewther.  —  To  nie  był  Shaffes 

tylko Wickliff — 

zwrócił się do Gartha. — Ile minut temu opuścił pana? 

— 

Garth potrząsnął głową. 

— 

Kto mógł przypuszczać... 

— 

Kiedy od pana wyszedł?! 

— 

Nie wiem. Jakieś piętnaście, dwadzieścia minut temu. 

— 

Ma pan łączność z wysłanym żołnierzem? — Crewther spojrzał na porucznika. — 

On jeden ma przewagę czasu nad Shaffesem... tfu, Wickliffem. Musi pójść do miasteczka. 

Porucznik  sięgnął  po  krótkofalówkę.  Po  chwili  usłyszeli  zniekształcony  przez  mały 

głośnik, zasapany głos. 

— 

Sierżant Dowson na linii. 

— 

Sierżancie, poprzednie zadanie jest nieaktualne, idźcie do miasteczka i ukryjcie się 

przy  głównej,  przelotowej  drodze.  Przejmijcie  człowieka  z  naszej  grupy,  który 
najprawdopodobniej będzie starał się uciec tamtędy z dokumentacją. 

— Tak jest. 

Lesie odłożył krótkofalówkę. 

— 

A jeżeli pójdzie przez las? — spytał. — Albo przez trzęsawiska wokół jeziora? 

Cleeve wzruszył ramionami. 

— 

Musiałby przedzierać się przez dżunglę. Chyba jest na to za stary.  

— 

Ale  nie  był  za  stary,  żeby  wyprowadzić  nas  w  pole  —  wtrącił  Crewther.  — 

Rozumiesz coś w jego machinacji? 

— 

Owszem, teraz się domyślam. Trochę za późno. 

— 

Wiesz po co pozorował własną śmierć? 

Cleeve zapalił papierosa. 

— 

Najprawdopodobniej  bał  się  coraz  większego  zainteresowania  swoimi badaniami. 

Chciał  się  ukryć  i  zatrzeć  za  sobą  ślady.  Po  wyjeździe  nie  mającego  o  niczym  pojęcia 

Shaffesa, razem z drugim asystentem Rileyem w tajemnicy kontynuowali badania. 

— 

Przecież, skoro program nie istniał oficjalnie, nic mieli żadnych dotacji. 

— 

Tajemnica  była  ważniejsza.  Godząc  się  na  dotacje  Wickliff  musiałby  zgodzić  się 

również na konieczność pisania sprawozdań, kontrole, komisje finansowe i cały aparat z tym 
związany.  Dlatego  też  pozbawiony  dopływu  większych  sum  opracował  przede  wszystkim 
swój środek psychotropowy, który później dla próby zastosował w Szkocji. 

background image

— 

Ale jak trafił do nas? 

— 

Hubbard  go  znalazł.  Wickliff  wiedział,  że  w  jego  sprawie  musi  być  prowadzone 

śledztwo,  liczył  się  też  z  możliwością,  że  odpowiednie  służby  dotrą  w  końcu  do  niego. 
Dlatego też nie podał Hubbardowi pierwszego lepszego nazwiska, tylko przedstawił się jako 
Shaffes. Chciał być jak najbliżej śledztwa, sądził bowiem, i słusznie, że sami poprosimy go o 
współpracę jako jednego po śmierci Rileya fachowca tej branży w kraju. 

— A wyjazd tutaj? 

— 

Już na zebraniu w ośrodku kontrwywiadu dowiedział się, że ktoś w Boliwii prowadzi 

prace  o  podobnym  profilu.  I  to  ktoś  z  pieniędzmi,  a  więc  mogący  opracować  skuteczną 
metodę  urabiania  psychicznego,  której  mu  brakowało.  Domyślał  się,  że  opisująca  ją 

dokumentacja 

będzie jednym z naszych celów i zgłosił się na ochotnika. 

— 

To tylko domysły. Zresztą bardziej interesuje mnie... 

Pytanie Crewthera przerwał brzęczyk krótkofalówki. Porucznik Leslie włączył odbiór. 

— 

Tu  sierżant  Dowson,  sir  —  rozległ  się  stłumiony  głos.  —  Jestem w miasteczku. 

Niestety, ulice są puste. Doszedłem aż do placu przed kościołem. Nie zauważyłem żadnego 
śladu ściganej osoby... 

— 

Mówcie głośniej sierżancie — odezwał się porucznik. — Bardzo źle was słychać. 

— 

Niestety nie mogę, sir. Mam na twarzy maskę przeciwgazową. 

— 

Maskę? Dlaczego? 

— 

Teren wokół zasłany jest wprost trupami ptaków, jaszczurek i owadów. 

— 

Co jeszcze zauważyliście? 

— 

Na  głównym  placu  widać  ślady  eksplozji,  jego  powierzchnia  pokryta  jest  jakąś 

substancją. Pod jedną ze ścian stoi bateryjny magnetofon włączony na cały regulator. O ile 
dobrze zrozumiałem, głos z taśmy oskarża Amerykanów o szarganie wszystkich świętości i 

budzenie 

złych sił, a sam obóz przedstawia jako siedlisko szatana. 

Leslie spojrzał pytająco na Cleeve'a. 

— Niech w

eźmie próbkę tej substancji, magnetofon i niech wraca. 

Porucznik powtórzył rozkaz do mikrofonu. 

— 

Zbierajcie się panowie, idziemy. 

— 

Myślisz, że to sprawa Wickliffa? — spytał Crewther. 

— 

A czyja? Zostawił na placu bombę z czasowym zapalnikiem i pracujący magnetofon. 

To  swoje  przesłanie  nagrał  na  samym  końcu  taśmy  tak,  że  przez  ściśle  określony  czas 
przewijała się w ciszy. Cholerny cwaniak. 

— 

Co chciał przez to osiągnąć? 

background image

— Nie wiem — 

Cleeve zatrzymał się w progu — Ale wiem, gdzie teraz jest. Ponieważ 

nie ucieka przez miasteczko

, musiał pójść na wzgórze, gdzie czeka ten łysy kierowca. 

Cleeve odrzucił niedopałek i podnosząc kołnierz zanurzył się w ścianie deszczu. 

— 

Już go mamy! — wycedził. 

Kolebiąc się na boki i rozrzucając pióropusze wody półciężarówka Crewthera wspinała 

się  na  wzgórze.  Głębokie  wcięcia  dużych  i  grubych  kół  ratowały  ją  przed  zsuwaniem. 
Trzymając  się  pałąka  ramy  Cleeve  patrzył  ponad  plandeką.  Wiedział,  że  Wickliff  nie  miał 

w

iększego wyprzedzenia, jak kwadrans. Z boku gotującą się w deszczu powierzchnię jeziora 

zakrył  skraj  puszczy.  Drzewa  straciły  w  ulewie  kolory.  Wszystko  było  mdłe  i  sine,  jak  za 
matową szybą. 

—  Jest!  — 

krzyknął Leslie i na wpół wysunął się z kabiny. Cleeve również dostrzegł 

zbliżającego  się  w  ich  stronę  człowieka.  Biegł  wolno,  dokonując  cudów  dla  zachowania 

równowagi. 

— To nie Wickliff — 

Cleeve osłonił oczy. — To nasz łysielec. 

—  Panie Cleeve! — 

machał energicznie ręką zatrzymując ciężarówkę. — Jest tu pan 

Cleeve? 

Jeff  zeskoczył  na  pobocze.  Kierowca  oparł  się  o  maskę  wozu  i  przetarł  dłonią  swoją 

nagą czaszkę. 

— 

Przybiegł — wysapał w końcu. — Ale nie Amerykanin, tylko pana kumpel. 

Wydobył spod pachy mokry i pozlepiany plik kartek. Cleeve przytrzymał mu rękę. 

—  Tak, mój kumpel — 

potwierdził i unosząc kartki uśmiechnął się do Crewthera. — 

Gdzie on jest. 

Łysy chwycił się oburącz za głowę. 

— 

Jak przyleciał, zbaraniałem, ale miałem moją strzelbę, więc kazałem mu się położyć. 

Ale to wariat, rozrzucił papiery i wskoczył do ciężarówki — kierowca miał łzy w oczach. — 
Innego  bym  kropnął,  a  w  tej  sytuacji  nie  wiedziałem  co  zrobić.  Mówił  pan  przecież,  że 
najważniejsze są papiery. 

Leslie wkładał kartki do plastikowej torby. 

— 

Dobrze, że Shaffes notował wszystko ołówkiem — mruknął. 

Cleeve pociągnął kierowcę za sobą i prawie wrzucił na skrzynię. 

— 

Pojechał  prosto,  tą  drogą?  —  wskazał  palcem  i  zaraz  chwycił  się  burty,  gdyż 

Crewther ostro ruszył do przodu. 

Leżąc na brzuchu kierowca przytaknął. 

— Panie Cleeve — 

wystękał. — Ten Shaffes to sprytny człowiek, naprawdę sprytny. 

background image

Ciężarówka wjechała na odcinek wysypany tłuczniem i wyraźnie zwiększyła szybkość. 

Gdzieś  z  prawej  nadleciał  zduszony  grzmot  i  Leslie  odwrócił  się  do  Cleeve'a.  Ten  skinął 
głową. 

— To ta trójka Amerykanów. 

Samochód 

wierzgnął  dwa  razy  i  stanął.  Byli  na  szczycie  wzgórza.  Crewther  nie 

zdejmując rąk z kierownicy wymownie spojrzał przed siebie. Na przeciwległe zbocze, już za 
domami miasteczka, wspinała się ciężarówka. Jej jasna plama była doskonale widoczna nawet 

przy tej  pogodzie

.  Cleeve  przewinął  się  pod  plandeką  i  trzymając  ramy  uniósł  lornetkę  do 

oczu. 

— To on? — 

Leslie wysunął się na deszcz. 

Cleeve opuścił lornetkę. 

— Nie rozumiem — 

powiedział. — Na co on liczy? Przecież jego ciężarówka to grat. 

Leslie przyłożył dłoń do okapu hełmu. 

— 

Ma nie więcej jak dziesięć minut przewagi. Za pół godziny będziemy go mieli — 

stwierdził fachowym okiem. 

Chcieli wejść do wozu, lecz powstrzymał ich gest Crewthera. W dole na prawo od nich 

wyłoniło  się  z  puszczy  dwóch  mężczyzn.  Dopiero  po  chwili  zauważyli  trzeciego,  którego 
tamci dwaj ciągnęli za sobą. 

—  To Amerykanie — 

stwierdził  porucznik  przecierając  szkła.  —  Ktoś  ich  nieźle 

urządził. 

Rozpaczliwe  wołania  i  chaotyczny  bieg  kazały  przypuszczać,  że  tamci  są  porządnie 

wystraszeni. Niesione 

ciało  sunęło  bezwładnymi  dłońmi  po  glinie.  Słaniając  się  wbiegli  na 

drogę. 

—  Ci z miasteczka zwariowali — 

wychrypiał  pierwszy  z  Amerykanów.  —  Musicie 

zawrócić do obozu, oni zaraz przetną wam drogę. 

Najwyraźniej brali ich za swych kolegów z obozu, choć wydawało się to niemożliwe. 

Przestali nawet 

podtrzymywać rannego, który opadł bezwładnie w błoto. Spod rozerwanego 

policzka płynęła zmywana deszczem krew. Oka w ogóle nie było widać zza opuchlizny. 

Nikt się nie odezwał, nie zareagował w żaden sposób. W końcu Amerykanie schylili się 

po jęczącego kolegę i położyli na platformie. Cleeve nie pozwolił im tam wejść. 

— 

Dokładnie — chwycił mężczyznę za koszulę. — Co się stało? 

Człowiek  obejrzał  się  za  siebie  i  uniósł  rękę.  Ze  strzaskanego  zegarka  została  sama 

koperta. 

— 

Nadeszli, kiedy już mieliśmy odpalać — pokazał puszczę. — Wilson krzyczał, żeby 

background image

nie schodzili do 

świątyni, ale byli jak głusi. 

Amerykanin wytarł krople wody płynące po twarzy. 

— 

Wtedy  detonowały  ładunki,  chyba  nikomu  nic  się  nie  stało,  ale  tamtym  zupełnie 

odbiło. Rzucali kamieniami i Wilson zsunął się ze zbocza. Uciekliśmy. 

Cleeve pomógł mu wejść na skrzynię i podszedł do szoferki. 

— 

Już chyba wiecie, na co ten sukinsyn liczył — stwierdził kiwając głową. 

Leslie odpowiedział ściągnięciem brwi. 

— Ciekawym 

preparatem bawił się Wickliff. 

Crewther oderwał czoło od kierownicy. 

— Gonimy, czy wracamy? 

Cleeve podniósł lornetkę do oczu. 

— 

Problem  z  głowy  —  mruknął  po  chwili  z  wściekłością.  —  Następni  dołączają  do 

zabawy. 

Na niebie, poprzedzany tłumionym warkotem, ukazał się helikopter. Leciał prosto w ich 

stronę. 

— To ci z UNFDAC — 

Cleeve pokazał na Amerykanów. — Przecież ich wezwali. 

Leslie strzyknął śliną. 

— 

Będą kłopoty, tam musi być policja. 

— Tam jest policja — 

stwierdził głucho Cleeve. — Widzę hełmy. 

Raptem za

szła  zaskakująca  zmiana.  Wirując  łopatami  helikopter  pokazał  im  brzuch  i 

ostro zawrócił w stronę ciężarówki Wickliffa. Przypadli do lornetek. 

— A to co znowu? — 

zdziwił się Leslie. 

Chwilę  przyglądali  się  jak  śmigłowiec  ściga  Wickliffa.  Nagle  ciszę  przerwał  śmiech 

Cleeve'a. 

— 

To  ten  drań  —  poklepał  po  łysinie  wysuniętą  spod  brezentu  głowę  kierowcy.  — 

Przypatrzcie się plandece. 

Dopiero  teraz  dostrzegli,  że  zabrany  z  samolotu  brezent  opinający  wóz  Wickliffa  ma 

wielkie  czarne  litery  UNFDAC.  Helikopter  osiadł  przed nim na szczycie wzgórza. Przez 
lornetki widać było kilka sylwetek wyskakujących na drogę. 

— 

Sądzę, że już się nim zajmą — stwierdził Crewther. — Właź do wozu, wracamy. 

Cleeve poczekał, aż samochód zawróci i wskoczył na stopień szoferki.  

— 

Zwiał im w puszczę — powiedział wypuszczając lornetkę. — Nic tu po nas. 

Ciężarówka  sunęła  w  dół  wzgórza  jak  torpeda  i  Crewther  miał  wielkie  trudności 

usiłując ją zatrzymać. Ale musiał zahamować. Machając dłonią biegł w ich stronę człowiek w 

background image

oliwkowym hełmie. Przy każdym kroku bagnet i ładownice podskakiwały mu na udach. W 
zdjętej opince hełmu sierżant Dowson niósł małe zawiniątko. Trzymał je wyraźnie z dala od 

siebie. Wyhamowali jedynie 

na tyle, aby zdążył wskoczyć na tył wozu. 

Ciężarówka zatrzymała się przed barakiem. 

— 

To  ja  już  będę  szedł  —  kierowca  spojrzał  na  ostro  siekący  deszcz  i  przykrył 

pozbawioną włosów głowę kapeluszem. 

—  Jeszcze moment — 

Cleeve  wyjął  z  wewnętrznej  kieszeni  cienką,  podłużną 

książeczkę. 

Nabazgrał na jednej z kartek kilka cyfr, wyrwał ją i podał kierowcy. 

— 

Muszę jeszcze odzyskać swoją maszynę — powiedział tamten. 

Potem zerknął na czek i cicho gwizdnął. 

— 

Chociaż właściwie już nie muszę — roześmiał się. 

— 

To jest także za zachowanie dyskrecji. 

— 

Oczywiście,  może  pan  na  mnie  liczyć.  Dziękuję  —  kierowca  wyśliznął  się  z 

szoferki, machnął na pożegnanie ręką i pobiegł w kierunku lasu. 

Garth popatrzył na Cleeva. 

— 

Będziemy odbijać Wickliffa? 

— Po co? 

— 

Przecież on wszystko o nas powie, policja boliwijska... 

— 

Bez przesady. Musiałby zgłupieć, żeby mówić prawdę — Cleeve wytarł zaparowaną 

przednią szybę. — Wickliff wie, że gdyby przyznał się do działalności w obcym wywiadzie 
grozi mu kara śmierci, a jeśli przyzna się, na przykład, do przemytu narkotyków, czy czegoś 

takiego

... W tym kraju są łagodne przepisy pod tym względem. Posiedzi trochę i wyjdzie. 

— 

A  jeżeli  policja  zorientuje  się  w  tym  wszystkim?  Przecież  słyszałeś  o  śladach  w 

miasteczku. 

Cleeve uśmiechnął się lekko. 

— 

Nieobecny jest zawsze winny. Nic prostszego jak zwalić winę na Amerykanów. To 

co zna

jdą w obozie, będzie świadczyć na jego korzyść. 

— 

Więc nic dla niego nie zrobimy? 

Cleeve 

wzruszył ramionami. 

— 

W  wypadku  Wickliffa  nasza  pomoc  ograniczałaby  się  do  zamiany  więzienia 

boliwijskiego na angielskie. 

Zresztą  wypowiadanie wojny temu krajowi nie leży  w  moich 

kompetencjach. A policja przecież reprezentuje rząd. Poza tym wykonaliśmy nasze zadanie. 

Mamy 

dokumentację,  próbkę  substancji  uaktywniającej,  wszystko  zostało  wyjaśnione  i  nie 

background image

sądzę, aby w przyszłości mogły gdzieś powtórzyć się wypadki znane nam z Mc'Nunns Forest. 
Chodź — trzeba powiedzieć Amerykanom, żeby zwijali się stąd. Nie chciałbym, żeby wpadli 
i zaczęli zeznawać.. 

Cleeve wyskoczył z szoferki, podniósł kołnierz i ruszył do Turnera. Tamten jednak nie 

zwrócił  uwagi  na  niego.  Z  niezwykłym  skupieniem  patrzył  w  kierunku  wejścia  do  obozu. 
Cleeve odwrócił się w tamtą stronę. 

— 

Brama! Zamknąć bramę! — krzyknął. 

Dwóch komandosów i jakiś Amerykanin skoczyli wykonać rozkaz. Ciężkie, drewniane 

ramy z rozpiętym na nich drutem kolczastym zamknęły się tuż przed czołem gęstego tłumu 
mieszkańców miasteczka. Żołnierze i cywil cofali się powoli. 

— 

Cholera, i co teraz będzie? — zaniepokoił się Crewther. 

— 

Nic. Ogrodzenie jest silne, a my mamy broń — Cleeve podszedł do porucznika. — 

Proszę  zebrać  swoich  ludzi  i  powiedzieć  jeńcom,  że  mogą  wynosić  się  z  obozu.  Jak 

najszybciej! 

— Uwaga! — 

krzyknął ktoś z tyłu. 

Skupiony  pod  płotem  tłum  naparł  tak  mocno,  że  dwa  najbliższe  bramy  słupy 

przewróciły  się,  rwąc  wiążące  je  druty.  Z  powstałego  kłębowiska  ciał  wyskoczyło  kilku 
mężczyzn  i  rzuciło  się  do  przodu.  Cleeve  widział  dokładnie, jak jeden z komandosów 
przewróciwszy kilku ludzi wraca szybkim biegiem między baraki. Drugi, zaskoczony od tyłu, 
kopnął napastnika w goleń, a potem z półobrotu zadał mu straszliwy cios w splot słoneczny. 

Tamten po

woli podniósł ręce i ruszył znowu w kierunku żołnierza. 

— 

To niemożliwe! — wyrwało się Crewtherowi. 

— Stój! — 

komandos podniósł swój pistolet. 

Czerwieniejąca  coraz  bardziej twarz napastnika wskazywała  że  nie  mógł  odzyskać 

oddechu. Ale 

szedł dalej. 

— Stój! — 

mimo ciągłego szumu deszczu słychać było trzask odwodzonego zamka. 

— Stój! 

Znowu żadnej reakcji. Krótka seria oddana z odległości jednego metra rzuciła wreszcie 

przeciwnika  na  ziemię.  Z  powodu  maskującego  makijażu  nie  można  było  dostrzec wyrazu 
twarzy  żołnierza.  Cleeve  spostrzegł  jednak,  że  tamten  nie  może  oderwać  wzroku  od  ciągle 
poruszającego się ciała, usiłującego wstać z ziemi i znów iść do przodu. 

Dużo gorzej poszło Amerykaninowi. Jakiś czarnowłosy, krępy mężczyzna chwycił go 

od 

tyłu za gardło i w kompletnej ciszy wbijał w nie palce. Crewther podbiegł w tamtą stronę. 

Nie potrafił jednak rozewrzeć chwytu. Szybko wyjął z kieszeni pistolet i z całej siły uderzył 

background image

napastnika 

kolbą w głowę. Potem drugi raz, jeszcze mocniej. Twarz Amerykanina stawała się 

sina. Crewther 

odbezpieczył  pistolet  i  przytknął  lufę  do  skroni  napastnika.  Potem  odwrócił 

wzrok  i  pociągnął  za  spust.  Razem  z  żołnierzem  odciągnęli  krztuszącą  się  ofiarę  między 
baraki. Tymczasem tłum zdążył się uporządkować i ruszył ławą ku środkowi obozu. 

— 

To opętani! — rozległo się z grupy Boliwijczyków. 

— 

Zatrzymajcie się! — krzyknął Cleeve przykładając do ust zwinięte dłonie. — Jeśli 

natychmiast nie opuścicie tego terenu, otworzymy ogień! 

Odległość między linią ludzi i pierwszymi barakami szybko malała. 

— 

Stać! Ostrzegam po raz ostatni, zaraz otworzymy ogień! 

Poza chlupotem wody i pluskiem błota pod nogami idących panowała kompletna cisza. 

— Uwaga rkm! Seria ostrzegawcza.  

Żołnierz  na  dachu  ustawił  swój  karabin  pochylając  lufę  lekko  w  dół.  Potem  ułożył 

taśmę z nabojami. 

— Ognia! 

Ostry jazgot wystrzałów zlał się z gwizdem pocisków przelatujących tuż nad głowami 

ludzi. Nie wywołało to żadnej reakcji. 

— 

Cholera, przecież nie pozabijamy wszystkich! — krzyknął Crewther. 

Cleeve spojrzał na niego. 

— W nogi. Strzelaj w nogi — 

powiedział do żołnierza. 

Karabin  zaszczekał  krótkimi  seriami.  Kilka  osób  upadło,  ale  następne  nieprzerwanie 

parły naprzód. 

— 

Stratują nas! — krzyknął jakiś Metys. —Święta Panienko, stratują. 

Kilku  ludzi  zaczęło  się  cofać.  Jeden  z  komandosów  podniósł  wyżej  swój  pistolet 

maszynowy.  Oparł  kolbę  o  ramię  i  wycelował  dokładnie.  Rozległ  się  huk  pojedynczego 
strzału. Idący na przedzie smagły chłopak upadł trafiony w udo. Zanim jednak ogarnęła go 

reszta, 

podniósł się i zataczając ruszył dalej. 

— Zginiemy wszyscy! — 

ryknął ktoś z tyłu. 

Metysi i Amerykanie zaczęli uciekać w stronę jeziora. 

— Co robimy? — 

spytał Crewther. 

— 

Nie  mam  pojęcia.  Nie  wiem,  czy  żołnierze  zdecydują  się  na  strzelanie  wprost  do 

takiej liczby ludzi — Cleeve dostr

zegł wahanie na twarzach komandosów. 

— 

A może użyć granatów ogłuszających? 

— Na wolnej przestrzeni? — 

wtrącił się Leslie. — Nie będzie zbyt dużego efektu. 

— 

Musimy ich skupić razem. I to szybko. 

background image

— Dowson! — 

krzyknął Cleeve. — Widzicie te beczki? 

— Tak jest. To chyba olej i benzyna. 

— 

Weźcie granatnik i przygotujcie się. Terence, Davies, do samochodów! Zatoczycie 

koło i wykonacie manewr oskrzydlający. Reszta do mnie! 

Dwie ciężarówki ruszyły w bok wyrzucając fontanny błota. Żołnierz z rkm zeskoczył z 

dach

u  i  razem  z  drugim  zaczął  przygotowywać  ładunki  ogłuszające.  Samochody  zawróciły 

pod  płotem  i  teraz  koło  przy  kole,  warcząc  silnikami  na  niskich  biegach  jechały  powoli 
mierząc w bok tłumu. 

— 

Dowson, już! 

Gruba  rura  granatnika  zadrgała  w  rękach  sierżanta.  Pocisk  z  ładunkiem  burzącym 

eksplodował  dokładnie  w  środku  stosu  metalowych  beczek.  Głośny  wybuch,  a  potem 
szalejące  morze  płomieni  zagrodziło  tłumowi  drogę  w  lewo  i  w  tył.  Z  prawej  strony,  po 

skosie

,  nadjeżdżały  ciężarówki  przypierając  ludzi  do  ścian  baraków.  Jedyna  wolna,  wąska 

droga wiodła między ścianami z falistej blachy wprost na Cleeve'a i jego grupę. 

— Granaty, uwaga... — 

Cleeve zasłonił uszy obiema rękami. — Teraz! 

Dwaj komandosi rzucili swoje ładunki. Niezwykle silne eksplozje targnęły powietrzem. 

Nacierający ludzie padali, kotłowali się krępując sobie nawzajem ruchy, tarzali się w błocie 
usiłując jednak przeć naprzód. Kolejne granaty eksplodowały tuż nad tym kłębowiskiem. 

— 

Wydaje  się,  że  jeszcze  moment  i  sytuacja  będzie  opanowana  —  powiedział 

porucznik. — 

Szok jednak nie potrwa długo. Dobrze byłoby przystąpić do ewakuacji.  

— Tak, ale... 

— 

Amerykanie wracają! — krzyknął Crewther. 

— 

Już  po  strachu,  czemu  nie  mieliby  wracać  —  mruknął  Garth  starając  się  ukryć 

szczękanie zębów. 

— Patrz! — Cleeve odwróc

ił się dopiero teraz i zamarł na chwilę. 

Tuż za pędzącymi w największym popłochu sylwetkami wznosiła się kilkumetrowa fala 

brudnej, błotnistej wody. 

— 

Tama puściła! — krzyknął. — Pod ściany! Kryć się za barakami. 

Żołnierze wykonali rozkaz błyskawicznie. Specjalista od łączności z ekipy Crewthera 

przewrócił się jednak, a Garth wpadł na niego. Leżąc na ziemi zauważył jeszcze, jak ściana 
wody wali się na uciekających. Potem wtulił twarz w miękki grunt. Potworna fala przewaliła 
się  nad  nim,  a  szybki  denny  prąd  pociągnął  go  w  przeciwną  stronę.  Oszołomiony  zaczął 
pracować  rękami  i  nogami.  Wreszcie  dusząc  się  wypłynął  na  powierzchnię.  Zaraz  jednak 
poczuł  bolesne  uderzenie  w  kolana.  Poziom  wody  obniżył  się  do  kostek,  potem  znowu 

background image

podniósł, sięgając w zależności od miejsca do kolan lub do pasa. Garth przetarł piekące oczy i 
wstał podciągając się na przewróconej skrzyni. Widział, jak ostry nurt niesie kilku Metysów 
wprost na kotłujący się w płytkiej wodzie tłum tubylców. 

— Wyco

fywać się! — ryczał Cleeve. — Wszyscy do samochodów! 

Garth  ruszył  w  kierunku  ciężarówki  Crewthera,  ale  ostry  ból  w  nodze  zmusił  go  do 

opadnięcia  na  czworaki.  Jeden  z  żołnierzy  i  jakiś  Amerykanin  chwycili  go  za  ramiona  i z 
trudem wepchnęli na tył wozu. 

—  Ni

e  idźcie  tam!  —  krzyczał  Cleeve  do  grupy  Metysów.  —  Tamte  ciężarówki  nie 

zapalą, były pod wodą. 

Jacyś ludzie potykając się i przytrzymując wzajemnie uciekali w kierunku zupełnie już 

rozbitej bramy. Crew

ther  skoczył  za  kierownicę,  włączył  starter  i  ruszył  ostro,  starając  się 

wymanewrować zagrażających im znowu tubylców z miasteczka. Garth chwycił za kołnierz 
kogoś rozpaczliwie uczepionego burty samochodu. Gdzieś z boku dwie ciężarówki zderzyły 
się z łoskotem, ale zaraz odskoczyły od siebie wyjąc na wstecznych biegach. Daleko z tyłu 
zagdakał  pistolet  maszynowy,  Terenowa  ciężarówka,  buksując  wszystkimi  kołami,  minęła 
bramę. 

— 

Są wszyscy? — wykrztusił Cleeve. 

Mechanik, który do tej pory nie 

zdjął kurtki boliwijskiej armii, obejrzał się do tyłu. 

— Tak, chyba tak. 

Tam biegnie jeszcze jeden żołnierz. Jak zwolnisz, zaraz tu będzie. 

Crewther lekko nacisnął hamulec. 
Kiedy  wyjechali  na  wzgórze,  deszcz  przestał  padać.  Chmury  uniosły  się  wyżej, 

ukazując  w  pełni  szerokie  rozlewisko  biegnące  wzdłuż  starego  koryta  rzeki.  W  płynącej 
wodzie, u stóp wzgórza, przesuwały się sylwetki tubylców przesłaniane dymem z płonących 
beczek.  Zarówno  komandosi,  jak  i  uczepieni  burt  Amerykanie  przyglądali  się  temu  z 
fascynacją. 

— No — 

Leslie uderzył jednego z nich automatem po dłoni. — Złazić. 

Opadli na ziemię i przeskakując płynący drogą potok brudnej wody stanęli na poboczu. 

Z dołu dobiegło kilka kolejnych eksplozji. 

— 

Podpalają magazyn — stwierdził Crewther i pomógł Cleevowi wejść na maskę. — 

To im chyba na razie wystarcza. 

Wyjąc silnikami ciężarówki Amerykanów forsowały wzgórze. Kilku Metysów biegło za 

nimi z krzykiem, choć nikt ich już nie ścigał. Tłum w obozie zajęty był zrywaniem blach, 
demolowaniem  pomieszczeń  i  zajadłym  rozbijaniem  porzuconych samochodów. Pale 

ogrodzeni

a już dawno zostały wyrwane i ciągnąc za sobą girlandy drutu spływały z wodą. 

background image

Cleeve potarł nie ogolony podbródek. 

— 

Powiedz, co będzie z tymi ludźmi? — spytał cicho Crewthera, lecz ten nie usłyszał 

pytania. 

— Widzisz? — 

trącił Cleeve'a. — Śmigłowiec jest pusty. 

Odwrócił głowę. Przez szkła lornetki rzeczywiście nikogo nie było widać. Ciężarówka i 

helikopter stały opuszczone tak jak przed godziną. 

— 

Chyba wciąż za nim gonią... 

— Kto wie? — Clee

ve uśmiechnął się. —To naprawdę sprytny człowiek. 

Mijały ich kolejne ciężarówki. Mignęła obandażowana głowa Bucknera i niemiłosiernie 

wysmarowany błotem Sigel. Jedynie Jones pomachał im ręką. 

— 

Mają dość — usłyszeli głos porucznika. 

Stał przy masce, zaczepiwszy dłoń i automat. Był wyraźnie zadowolony z siebie. 

— Jak z Shaffesem? — 

spytał Cleeve.  

Leslie zadarł głową. 

— 

Wyżyje — wyszczerzył zęby i dodał — ale zwiewają 

Crewther postukał palcem w lornetkę. 

— Popatrz. 

Twarz Cleeva ściągnęło zaskoczenie. Ciężarówka Wickliffa zawróciła koło helikoptera 

i zaczęła zjeżdżać w ich stronę. 

— To on? 

—  Nie  — 

Crewther  pociągnął  nosem  i  kichnął.  —  Bez  przesady.  To  nasz  łysielec. 

Widać nie mógł sobie darować straty. 

Uśmiechnęli się, lecz Crewther ponownie schował twarz w rękawie. 

— Na zdrowie — 

powiedział Cleeve. 

Kiwnął głową. 

— Chyba je

dnak będzie katar. 

— Niekoniecznie — 

Cleeve uniósł dłoń. 

Nad  puszczą  wyjrzała  zza  chmur  tarcza  słońca.  Momentalnie  wszystko  ożyło 

rozbłyskując kolorami i refleksami kropel wody. 

— Zobaczysz — 

Cleeve powąchał wyciągniętą z kurtki paczkę papierosów i cisnął ją w 

błoto — Za godzinę ziemia wyschnie. 

Wziął papierosa od Crewthera, ale nie włożył go do ust. 

— 

Do diabła — szepnął nagle, kładąc dłonie na dachu ciężarówki. 

Crewther  zaciągnął  się  dymem  i  dopiero  wtedy  spojrzał  za  jego  wzrokiem.  Papieros 

background image

zawisł mu między wargami. 

Widoczna  stąd  tafla  jeziora  zdążyła  już  znacznie  opaść.  Spod  wody,  przy  wysepce, 

wyłoniły  się  kamienne  bloki.  Płaski  dach  budowli  przecinał  gigantyczny  grzebień 
przedstawiający  stylizowaną  jaszczurkę.  Zielone  ściany  oblepione  płaskorzeźbami  zwierząt 
ociekały wodą. 

— 

Coś takiego — wyszeptał Crewther mrużąc oczy od słońca. — Więc jednak była... 

Cleeve spojrzał nieprzytomnym wzrokiem. 

— 

Nie  znam  się  dokładnie  —  powiedział.  —  Ale nie przypominam sobie podobnej 

architektury. 

Już widać było grube słupy kolumnady, z których spoglądały na nich twarze dziwnych 

maszkar.  Mimo  słońca  oczodoły  i  usta  pozostawały  ciemne,  kryjąc  jakąś  zamierzchłą 
tajemnicę. 

— 

Panowie turyści! — ryknął Leslie. — Jedziemy! 

Crewther zeskoczył rozchlapując błoto i wsunął się za kierownicę. Dał Cleevowi czas 

na zejście, a potem dwukrotnie zatrąbił. Cleeve uśmiechnął się odruchowo i przechodząc na 
tył ciężarówki ciężko skoczył na burtę. Wóz ruszył. 

Jeff patrzył na rozświetloną słońcem bryłę świątyni i miał wrażenie, że kończy się coś, 

co  na  dobrą  sprawę  jeszcze  się  nie  zaczęło.  Widzieli  jakieś  cienie,  usłyszeli  parę  szeptów, 
drobnych, niepewnych wiadomości jakby z innego świata. 

— Niesamowite — 

zdążył jeszcze powiedzieć, zanim błękitna plama jeziora skryła się 

za drzewami. 


Document Outline