background image

NORA ROBERTS

KLEJNOTY SŁOŃCA

Tytuł oryginału JEWELS OF THE SUN

Idźże, idź! O, ludzkie dziecię!

W dzikiej kniei niechaj cię wiedzie

Dobrej wróżki ręka pewna,

Byś bezmiaru łez i smutku świata tego

Nigdy nie znało.

W. B. YEATES

background image

1

To oczywiste, że postradała zmysły.

Była psychologiem i nie mogła o tym nie wiedzieć.

Wskazywały  na  to  wszystkie  objawy,  które  od  miesięcy  dawały  się  jej  we  znaki. 

Rozdrażnienie, wybuchy złości, sny na jawie, kłopoty z pamięcią. A także brak motywacji i 

energii.

Rodzice skwitowali to na swój sposób - „postaraj się, Jude”. Koledzy zaczęli  zerkać 

na  nią  ukradkiem  -  jedni  z  wyrozumiałym  ubolewaniem,  inni  z  wyraźnym  niesmakiem. 

Doszło  do  tego,  iż  znienawidziła  swoją  pracę,  zniechęciła  się  do  studentów,  wynajdywała 

najdrobniejsze wady u przyjaciół i u krewnych, u współpracowników i przełożonych.

Najzwyklejsze  poranne  czynności  -  wstanie  z  łóżka  i  ubranie  się  -  przerastały  jej 

możliwości,  były  jak  wdrapywanie  się  na  wysoką  górę.  Gorzej,  nawet  z  daleka  nie  miała 

ochoty oglądać tej góry, a co dopiero wspinać się na nią.

A potem ta nagła, irracjonalna decyzja. To było ostatnie ostrzeżenie. Zrównoważona 

dotąd Jude Frances Murray, wrażliwa i oddana córka swoich rodziców, rzuciła pracę.

Nie wystąpiła o urlop naukowy, nie poprosiła o kilkutygodniowe zwolnienie, tylko w 

środku semestru opuściła uczelnię.

Dlaczego? Nie miała najmniejszego pojęcia.

Dla niej był to taki sam szok, jak dla dziekana, współpracowników i rodziców.

Czy zachowała się podobnie dwa lata temu, kiedy rozpadło się jej małżeństwo? Nic z 

tych rzeczy! Kontynuowała swoje codzienne zajęcia - seminaria, wykłady, ważne spotkania -

płynnie  i  bez  zgrzytów,  pomimo  męczących  wizyt  u  adwokatów  i  wypełniania  papierków, 

oznaczających kres związku.

Niewiele  zresztą  po  nim  zostało  i  adwokaci  szybko  się  uporali  z  rozwodem.  W 

małżeństwie,  które  trwa  zaledwie  osiem  miesięcy,  niewiele  jest  zawiłych,  brudnych, 

kłopotliwych spraw. Nie targają nim większe namiętności.

Właściwie  w  ogóle  zabrakło  w  nim  namiętności.  Inaczej  William  nie  zostawiłby  jej 

dla innej kobiety, zanim jeszcze zdążyły się zasuszyć kwiaty z jej ślubnego bukietu.

Ale nie ma powodu, żeby to wałkować po czasie i robić sobie wyrzuty. Jest, jaka jest. 

Albo raczej, jaka była. Bóg jeden wie, jaka jest teraz.

Zawisła  nad  przepaścią,  zajrzała  w  głąb  bezkresnego,  posępnego  morza  monotonii  i 

nudy.  Zakręciło  jej  się  w  głowie,  cofnęła  się,  wygramoliła  znad  tej  przepaści.  I  uciekła, 

background image

krzycząc.

To do niej takie niepodobne.

Już sama myśl o tym przyprawiła ją o palpitacje. Może atak serca byłby najlepszym 

rozwiązaniem?

„Wykładowczyni amerykańskiego college'u znaleziona martwa w wynajętym volvo”.

Taka pośmiertna notatka mogłaby się ukazać na  łamach ,Jrish Times'a”,  który lubiła 

czytać  jej  babcia.  Rodzice  byliby  oczywiście  zaszokowani.  Taki  nieelegancki,  kłopotliwy 

rodzaj śmierci. Zupełnie niestosowny.

Byliby też  oczywiście załamani, ale przede wszystkim  - zaskoczeni. Co też, na miły 

Bóg,  strzeliło  tej  dziewczynie  do  głowy,  żeby  jechać  do  Irlandii,  porzucić  tak  świetnie

zapowiadającą się karierę naukową i śliczny apartament w luksusowym osiedlu nad brzegiem 

jeziora?

Dopatrywaliby się winy w zgubnym wpływie babci.

I  oczywiście  mieliby  rację,  jak  zawsze,  odkąd,  zgodnie  z  planem,  rok  po  ślubie, 

podczas bardzo wytwornego stosunku płciowego, poczęli Jude.

Jude  nie  wątpiła,  że  życie  erotyczne  jej  rodziców  było  zawsze  bardzo  wytworne  i 

wyrafinowane. Przypominało zapewne klasyczne balety, które oboje tak lubili.

Co ona robi? Siedzi w wynajętym volvo z idiotyczną kierownicą po idiotycznej, złej 

strome samochodu i zastanawia się nad seksem rodziców?

Nie pozostało jej nic innego, jak zacisnąć palcami oczy i przeczekać aż obraz zniknie.

Tak to bywa, gdy człowiek wariuje.

Odetchnęła  głęboko  raz  i  drugi.  Większy  dopływ  tlenu  oczyszcza  i  uspokaja  mózg. 

Patrząc  na  to  już  nieco  trzeźwią,  doszła  do  wniosku,  że  ma  dwa  wyjścia.  Może  wyciągnąć 

walizki  z  samochodu,  wejść do  budynku  dublińskiego  dworca  lotniczego,  zwrócić  kluczyki 

ajentowi  o  włosach  czerwonych  jak  marchewka  i  szerokim  na  kilometr  uśmiechu,  a  potem 

zarezerwować bilet powrotny.

Oczywiście, gdyby wróciła, nie miałaby pracy. Na szczęście przez jakiś czas mogłaby 

zupełnie nieźle żyć z oszczędności. Nie miałaby także swojego apartamentu, który wynajęła 

pewnej sympatycznej parze na pół roku, ale na ten czas zamieszkałaby razem z babcią.

Babcia  spojrzałaby  na  nią  swoimi  pięknymi,  wyblakłymi  niebieskimi  oczami  i,  nie 

kryjąc rozczarowania, powiedziałaby: „Jude, kochanie, zawsze dochodzisz do krawędzi tego, 

co ci dyktuje serce. Dlaczego jednak nigdy nie możesz się zdobyć na ten ostatni krok?”

-  Nie  wiem.  Nie  wiem.  -  Zdruzgotana  Jude  zakryła  twarz  rękami,  zakołysała  się 

bezradnie jak dziecko. - To był twój pomysł, żeby tutaj przyjechać, nie mój. Co ja będę robiła 

background image

przez  najbliższe  sześć  miesięcy  w  Faerie  Hill  Cottage?  Nawet  nie  umiem  prowadzić  tego 

cholernego samochodu.

Czuła, jak szloch podchodzi jej do gardła. Odchyliła do tyła głowę, zacisnęła z całej 

siły powieki i przywołała się do porządku jednym dosadnym słowem. Ataki płaczu, napady

złości, sarkazm to tylko różne sposoby odreagowania. Otrzymała odpowiednie wykształcenie, 

żeby  to  rozumieć,  miała  wystarczająco  dużo  doświadczenia,  żeby  to  rozpoznać.  I  nie 

zamierzała się temu poddać.

-  Kolejne  stadium,  Jude,  ty  żałosna  idiotko.  Mówisz  do  siebie,  płaczesz,  jesteś 

niezdecydowana  i  tak  cholernie  sparaliżowana,  że  nie  możesz  uruchomić  silnika  i  ruszyć 

przed siebie.

Prychnęła gniewnie, wyprostowała ramiona.

- Drugie wyjście - mruknęła. - Dokończ to, co zaczęłaś. Przekręciła kluczyk i, modląc 

się w duchu, by kogoś nie przejechać, opuściła parking.

Zaczęła śpiewać, żeby nie krzyczeć z przerażenia, ilekroć dojeżdżała do skrzyżowania 

dróg,  które  Irlandczycy  beztrosko  nazywali  rondami.  Miała  mętlik  w  głowie,  nie  mogła 

odróżnić prawej strony od lewej, oczyma duszy widziała już pół tuzina niewinnych pieszych 

staranowanych przez  jej volvo,  podchwytywała każdą przychodzącą jej  do głowy melodię i 

ryczała ją na całe gardło.

W  drodze  na  południe  z  Dublina  do  hrabstwa  Waterford  wyśpiewywała  melodie  z 

musicali,  irlandzkie  songi  zasłyszane  w  pubach,  a  na  zwężonym  wyjeździe  z  Carlów 

odtworzyła piskliwym głosem partię chóru z Brown Sugar tak głośno, że zaskoczyłaby nawet 

samego Micka Jaggera.

Trochę  się  uspokoiła.  Niewykluczone,  iż  przerażone  krzykiem  celtyckie  bóstwa 

przestały  rzucać  jej  kłody  pod  nogi.  A  może  działo  się  tak  za  sprawą  wszechobecnych 

kapliczek ze Świętą Dziewicą, których pełno było wzdłuż drogi? W każdym razie jazda stała 

się bardziej płynna i niemal przyjemna.

Zielone  wzgórza  lśniły  w  promieniach  słońca  i  pobłyskiwały  jak  wnętrze  muszli, 

ciągnąc się aż po spowite w półmroku masywy gór. Ich przysadziste bryły sięgały perłowych 

chmur nierealnych jak na obrazie.

Piękne  widoki:  wpatrując  się  w  nie,  człowiek  wtapiał  się  w  kolory,  w  kształty,  w 

scenerię, którą stworzył geniusz.

Wystarczyło  tylko  zdobyć  się  na  odwagę  i  oderwać  wzrok  od  szosy,  żeby  dostrzec 

zachwycające,  przyprawiające  o  zawrót  głowy  piękno,  które  rozdzierało  serce,  przynosząc 

jednocześnie ukojenie.

background image

Niewiarygodnie  zielone  pola  poprzecinane  były  nieregularną  siecią  kamiennych 

ogrodzeń,  żywopłotów,  szpalerami  karłowatych  drzew.  Na  łąkach  leniwie  pasły  się  łaciate 

krowy i wełniste owce, a nad nimi górowały poruszające się na traktorach sylwetki ludzi. Tu i 

ówdzie  przycupnęły  białe  domki,  obok  których  trzepotała  na  sznurach  bielizna,  a  na 

dziedzińcach roiło się od różnokolorowych kwiatów.

Nieoczekiwanie,  jak  za  dotknięciem  różdżki,  pojawiły  się  wiekowe  mury 

zrujnowanego opactwa, rzucające wyzwanie polom i niebu, jakby w oczekiwaniu na powrót 

dawnej świetności.

Czy, wspinając się po jego gładkich i śliskich stopniach, poczułaby przemijanie czasu? 

Czy  usłyszałaby  echo  stóp,  które  wydeptywały  niegdyś  te  schody?  Czy,  zgodnie  z  tym,  co 

mówiła babcia, usłyszałaby muzykę, i głosy, wrzawę bitew, płacz kobiet, śmiech dzieci, które 

dawno temu umarły?

Nie  wierzyła  w  takie  rzeczy.  Ale  tutaj,  przy  tym  świetle,  w  takiej  atmosferze, 

wszystko wydawało się możliwe.

Ta kraina ofiarowywała całe swoje bogactwo. Kryte strzechą dachy, kamienne krzyże, 

zamki,  a  zaraz  obok  wioski  i  miasteczka  o  wąskich  uliczkach  i  szyldach  z  gaelickimi 

napisami.

Raz  nawet  zobaczyła  starego  człowieka  idącego  z  psem  skrajem  drogi,  gdzie  rosła 

wysoka  trawa,  a  nieduży  znak  ostrzegał  przed  wiewiórkami.  Zarówno  człowiek,  jak  i  jego 

pies mieli na głowach brązowe kapelusiki, które uznała za absolutnie urocze. Długo jeszcze 

wspominała ten obrazek, zazdroszcząc im takiej prostoty życia.

Pewnie  wędrują  tak  codziennie,  w  słońce  i  w  deszcz,  po  czym wracają  do  domu  na 

herbatę  do  jednej  z  tych  ślicznych  chat  z  krytym  strzechą  dachem  i  ładnie  utrzymanym 

ogrodem. Pies ma własna budę, ale woli leżeć przy kominku u nóg swojego pana.

Ona też chciała wędrować po polach z wiernym psem. A potem usiąść i siedzieć, jak 

długo będzie miała ochotę.

Jakże  obca  była  jej  ta  prosta,  codzienna  wolność.  I  jakże  się  bała,  że  wreszcie  ją 

znajdzie, namaca jej srebrzysty brzeg koniuszkami palców, a potem wszystko popsuje.

Droga  pięła  się  i  wiła  wstęgą  wzdłuż  wybrzeża  Waterford.  Jude  mogła  dostrzec 

skrawki  i  większe  fragmenty  morza  -  jedwabistego  błękitu,  sięgającego  po  horyzont, 

niespokojnej zieleni i szarości, rozbryzgującej się w zakolu rozległej piaszczystej plaży.

Napięcie  ramion  zaczęło  ustępować.  Powoli  rozluźniły  się  zaciśnięte  na  kierownicy 

palce.  To  była  Irlandia,  o  której  opowiadała  jej  babcia,  to  był  ten  koloryt,  ta  sceneria,  ten 

spokój.

background image

To  było  to,  po  co  tutaj  w  końcu  dotarła  -  zobaczyć  miejsce,  w  którym  tkwiły  jej 

korzenie, zanim zostały wyrwane i przeniesione na drugi brzeg Atlantyku.

Była teraz zadowolona, że nie stchórzyła na lotnisku i nic uciekła do Chicago. Czy nie 

pokonała  trzyipółgodzinnej  trasy  bez  najmniejszej  kolizji?  Nie  liczy  się  drobna  wpadka  na 

rondzie,  które  objechała  w  kółko  aż  trzy  razy  i  omal  nie  wyrżnęła  w  samochód  pełen, 

podobnie jak ona przerażonych, turystów.

Przecież wszyscy wyszli z tego cało.

A teraz zbliżała się do celu. Mówiły o tym drogowskazy, kierujące ją do wsi Ardmore. 

Z  drobiazgowej,  starannie  wyrysowanej  przez  babcię  mapy  wiedziała,  że  Ardmore  było 

położoną najbliżej domu osadą. Właśnie tam miała jeździć po zakupy.

Naturalnie babcia dała jej także długą listę nazwisk ludzi, do których powinna zajrzeć, 

dalekich krewnych, których powinna poznać. Z tym jednak można zaczekać.

Pomyśleć tylko, że przez kilka dni nie będzie musiała się do nikogo odzywać, z nikim 

rozmawiać. Że nikt o nic nie będzie ją pytał. Żadnych pogaduszek na temat pracy. Żadnego 

harmonogramu, którego należy się trzymać.

Po  krótkiej chwili błogiego zachwytu wpadła  w  panikę. Na miłość  boską, a więc co 

ma robić przez całe sześć miesięcy?

To  wcale  nie  musi  być  sześć  miesięcy,  uświadomiła  sobie.  To  nie  wyrok.  Nie 

zaaresztują  jej,  jeżeli  wróci  po  sześciu  tygodniach.  Albo  po  sześciu  dniach  czy  sześciu 

godzinach.

Jako  psycholog  powinna  wiedzieć,  że  jej  największym  problemem  jest  nieustanny 

przymus  sprostania  czyimś  oczekiwaniom.  Również  własnym.  Choć  już  pogodziła  się  z 

faktem,  że  jest  o  wiele  lepsza  w  teorii  niż  w  działaniu,  postanowiła  raz  na  zawsze  z  tym 

skończyć, a przynajmniej na czas pobytu w Irlandii.

Znowu  się  uspokoiła,  włączyła  radio.  Strumień  języka  gaelicki  ego,  który  z  niego 

popłynął,  poraził  ją  i  ogłuszył,  pochyliła  się  więc  nad  przyciskami,  szukając  jakiejś 

angielskiej stacji, i zamiast do Tower Hill i do swojego domku, skręciła w drogę do Ardmore.

Nagle,  w  tej  samej  chwili,  jakby  za  sprawą  jakichś  czarów,  otworzyło  się  niebo. 

Deszcz walił o dach, zalewał szyby, podczas gdy ona szukała włącznika wycieraczek.

Zjechała na pobocze.

Wieś była usytuowana na południowej granicy hrabstwa, na styku Morza Celtyckiego 

i Zatoki Ardmore. Słychać stąd było potężne uderzenia fal o brzeg. Rozpętała się prawdziwa 

burza,  dzika  i  bezlitosna.  Wiatr  smagał  o  szyby,  wył  złowieszczo  i  wdzierał  się  przez 

najmniejsze otwory.

background image

Wyobraziła  sobie  wieś,  o  jakiej  opowiadała  jej  babcia  -  ze  ślicznymi  domkami, 

zadymionymi, zatłoczonymi pubami, z plażą, niesamowitymi klifami, zielonymi łąkami.

Ale to miało być urocze, skąpane w słońcu popołudnie, po ulicy mieli się przechadzać 

mieszkańcy wsi, pchający przed sobą wózki z dziećmi o różowych policzkach, a szarmanccy 

mężczyźni mieli przed nią uchylać kapeluszy.

Nie  przewidziała  tak  nagłej,  gwałtownej  wiosennej  burzy,  z  huraganowymi 

podmuchami wichru. Ulice były całkiem wyludnione. Pomyślała nawet, że może nikt tutaj nie 

mieszka. Może trafiła na jakąś obcą planetę, zabłąkała się w innej epoce.

Kolejnym  problemem,  przypomniała  sobie,  była  jej  imaginacja,  która  z  nękającą 

regularnością mieszała się z rzeczywistością.

Oczywiście,  że  mieszkają  tutaj  ludzie,  tyle  że  są  na  tyle  przytomni,  by  się  nie 

szwendać w taki deszcz. Domki są śliczne, ustawione w szeregu jak damy z kwiatami u stóp.

Może powinna poczekać na takie skąpane w słońcu popołudnie i wrócić tu jeszcze raz. 

Teraz  była  zmęczona,  bolała  ją  głowa  i  marzyła  jedynie  o  tym,  by  znaleźć  się  w  jakimś 

ciepłym i przytulnym pomieszczeniu.

Zawróciła i, jadąc bardzo powoli, wypatrywała w strugach deszczu swojego zakrętu.

Nie  miała  pojęcia,  że  porusza  się  po  niewłaściwej  stronie  jezdni,  i  o  mały  włos  nie 

spowodowała czołowego zderzenia. Nadjeżdżający samochód wyminął ją W ostatniej chwili, 

skręcając gwałtownie w bok i rycząc przeraźliwie klaksonem.

Jednak  znalazła  swój  zakręt,  którego  trudno  było  nie  zauważyć  ze  względu  na 

górującą  nad  wzgórzem  potężną  okrągłą  wieżą,  zwieńczoną  ostro  jak  włócznia  kamienną 

iglicą. Przebijając się przez deszcz, sięgała nieba, stojąc na straży starej, pozbawionej dachu 

katedry  pod  wezwaniem  świętego  Declana.  a  także  wszystkich  mogił  i  leżących  na  ziemi 

kamieni nagrobnych.

Przez  chwilę  zdawało  się  jej,  że  widzi  ludzką  postać  odzianą  w  coś  srebrnego. 

Natężając wzrok, omal nie zjechała z tego, co tylko w teorii było drogą. Nerwy odmówiły jej 

posłuszeństwa i nawet już nie miała sił śpiewać. Serce strasznie jej waliło. Drżały ręce, kiedy 

tak wlokła się w żółwim tempie, wypatrując tego człowieka, próbując zorientować się, co on 

tam robi. Ale poza wielką wieżą, ruinami i śmiercią nikogo nie zobaczyła.

Bo  też  nikogo  tutaj  nie  ma.  Kto  by  w  taką  burzę  stał  na  cmentarzu?  To  zmęczony 

wzrok płata jej figle. Musi  jak najszybciej znaleźć  się w jakimś  ciepłym i  suchym miejscu, 

żeby dojść do siebie.

Kiedy droga  zwęziła  się i  zamieniła  w  błotnista, ścieżkę  porośniętą  po  obu stronach 

żywopłotem wysokości człowieka, doszła do wniosku, że zgubiła się na dobre. Zarzuciło ją, 

background image

wpadła w koleiny, wypatrując rozpaczliwie miejsca, jakiegokolwiek miejsca, gdzie mogłaby 

zawrócić.

Na  pewno  ktoś  się  we  wsi  ulituje  nad  nierozgarniętą  Amerykanką,  która  nawet  nie 

potrafi znaleźć drogi.

Zobaczyła  kamienny  murek,  obrośnięty  czymś  w  rodzaju  jeżyn,  który  przy  każdej 

innej pogodzie mógłby wyglądać malowniczo, a także wąski podjazd, który minęła, zanim się 

połapała, że tam właśnie należało skręcić. Bała się cofnąć samochód, żeby nie ugrzęznąć w 

błocie.

Droga  pięła  się  do  góry,  a  koleiny  zamieniły się  w  istne  rowy.  Znowu  ją  zarzuciło. 

Trzęsła się ze  zdenerwowania, szczękała  głośno  zębami,  kiedy wyprowadzała  samochód na 

prostą.  Wreszcie  postanowiła  się  zatrzymać  byle  gdzie  i  zaczekać,  aż  ktoś  się  pojawi  i 

odholuje ją z powrotem do Dublina.

Odetchnęła  z  ulgą  na  widok  kolejnego  podjazdu.  Skręciła  tam,  pozostawiając  na 

murze trochę lakieru, zatrzymała się i oparła głowę na kierownicy.

Była głodna, zmęczona i okropnie chciało się jej siusiu. Będzie teraz musiała wysiąść 

z samochodu w ten ulewny deszcz i zapukać do obcych drzwi. Jeżeli się okaże, że jej domek 

znajduje się daleko stąd, zmuszona będzie skorzystać z tutejszej toalety.

Irlandczycy  słyną  z  gościnności  i  chyba  nie  każą  załatwiać  jej  swoich  potrzeb  pod 

żywopłotem. Wolała jednak nie pokazywać się ludziom tak zdenerwowana.

Zobaczyła we wstecznym lusterku, że z jej zwykle spokojnych zielonych oczu wyziera 

teraz  obłęd.  Włosy  miała  potargane  i  poskręcane  od  wilgoci,  a  twarz  śmiertelnie  bladą. 

Brakowało jej jednak sił, żeby sięgnąć po kosmetyki.

Próbowała  się  uśmiechać  do  lustra.  Pomyślała,  że  ma  trochę  za  szerokie  usta,  co  w 

rezultacie sprawiło, że jej uśmiech przypominał raczej grymas.

Chwyciła torebkę, otworzyła drzwiczki samochodu i wypadła na deszcz. Podbiegła do 

okna, próbując zajrzeć do środka domu.

Wtedy usłyszała trąbienie.

Za  jej  autem  zatrzymała  się  mocno  zardzewiała  czerwona  furgonetka,  której  silnik 

pomrukiwał jak zadowolony kot Jude odgarnęła opadające na twarz włosy i szykowała się do 

udzielenia wyjaśnień, kiedy kierowca wyskoczył z auta.

Był  niewielkiego  wzrostu,  w  podniszczonych,  zabłoconych  kaloszach,  w 

wyświechtanej  marynarce  i  w  znoszonych  roboczych  spodniach.  Kiedy  spod  kaptura 

uśmiechnął się do niej promiennie, stwierdziła, że to nie mężczyzna, lecz kobieta.

W dodatku piękna.

background image

Jej oczy były tak zielone, jak okoliczne mokre wzgórza. Kiedy kobieta podbiegła do 

niej, zachowując wdzięczne ruchy pomimo kaloszy, Jude dojrzała pod kapturem  gęste, rude 

włosy.

- Panna Murray? A więc przyjechałyśmy jednocześnie.

- Tak?

-  Jestem  dzisiaj  trochę  załatana,  bo  Tommy,  wnuk  pani  Dufry,  wpakował  do 

wychodka  połowę  swoich  klocków,  a  potem  spuścił  wodę.  No  i  zrobił  się  z  tego  nielichy 

bałagan!

- Hm. - To było wszystko, co Jude miała do powiedzenia. Dlaczego stoi na deszczu i 

rozmawia z kimś obcym o zatkanej ubikacji?

- Nie znalazłaś swojego klucza?

- Mojego klucza?

- Do frontowych drzwi. To nic, mam swój. Wejdziemy zaraz do środka.

Zabrzmiało to jak poezja.

- Dziękuję - powiedziała Jude, idąc za kobietą do drzwi. - Ale kim ty jesteś?

-  Och,  przepraszam  cię  bardzo!  Jestem  Brenna  O'Toole.  -  Brenna  wyciągnęła 

energicznie  rękę,  złapała  dłoń  Jude  i  dziarsko  nią  potrząsnęła.  -  Babcia  ci  nie  mówiła,  że 

przygotuję dla ciebie dom?

- Moja babcia? To jest mój dom?

- Tak, o ile ty jesteś Jude Murray z Chicago. - Brenna uśmiechnęła się miło, unosząc 

zabawnie lewą brew. - Założę się, że po takiej podróży musisz być bardzo zmęczona.

-  To  prawda.  -  Jude  otarła  ręką  twarz,  podczas  gdy  Brenna  przekręcała  klucz  w 

drzwiach. - A do tego jeszcze sądziłam, że pomyliłam drogę.

- Jednak trafiłaś. Caede mile failte - powiedziała i cofnęła się, żeby przepuścić Jude.

Po tysiąckroć witaj, pomyślała Jude. Tyle jeszcze rozumiała po gaelicku.

W przedpokoju, niewiele większym od werandy, znajdowały się wypolerowane przez 

długie używanie schody. Zaokrąglone u góry drzwi prowadziły do niedużej bawialni, ślicznej 

jak z obrazka, o ścianach w kolorze świeżych biszkoptów, o framugach i innych drewnianych 

wykończeniach w odcieniu miodu, z pożółkłymi lekko ze starości, koronkowymi firankami, 

dzięki którym cały pokój zdawał się skąpany w słońcu.

Meble  były stare  z  wyblakłymi  obiciami  w  biało  -  niebieskie  paski,  z  zapadającymi 

się,  zapraszającymi  do  odpoczynku  poduszkami.  Na  lśniących  stolikach  stały  kryształy, 

rzeźbione  figurki,  miniaturowe  buteleczki.  Szerokie  deski  podłogowe  przykryte  były 

kolorowymi dywanikami, a w kamiennym kominku leżały przygotowane kawałki czegoś, co 

background image

chyba było torfem.

Pachniało ziemią i kwiatami.

-  Jakie  to  urocze!  -  Jude  jeszcze  raz  odgarnęła  włosy  i  zakręciła  się  wkoło.  -  Jak 

domek dla lalek.

- Stara Maude lubiła ładne rzeczy.

Coś  w  tonie  jej  głosu  sprawiło,  że  Jude  przestała  krążyć,  zatrzymała  się,  obejrzała  i 

spojrzała na twarz Brenny.

- Przykro mi, ale nie znałam jej. Lubiłyście się?

- Jasne, wszyscy kochali Maude. Była wielką damą. Ucieszyłaby się, wiedząc, że tutaj 

jesteś. Nie chciałaby, żeby dom stał pusty. Oprowadzę cię po nim.

- Będę ci bardzo wdzięczna, ale najpierw muszę skorzystać z łazienki.

Brenna zaśmiała się.

-  Nic  dziwnego  po  tak  długiej  podróży  z  Dublina.  Na  prawo  od  kuchni  znajdziesz 

maleńką ubikację. Zrobiliśmy ją z tatą zaledwie trzy lata temu. Przedtem stała tam szafa.

Odnalezienie ubikacji nie było trudne. Rzeczywiście była maleńka. Zginając ramiona, 

trącało się łokciami różowe ściany. Lśniła jednak czystością, a z półeczki równiutko zwisały 

pięknie haftowane ręczniki.

Lustro w owalnej ramie  nad umywalką potwierdziło  obawy Jude  co do jej wyglądu. 

Przy filigranowej Brennie poczuła się jak potężna Amazonka.

Zirytowana  takim  porównaniem,  odgarnęła  z  czoła  skręcone  w  grajcary  włosy  i 

wyszła z ubikacji.

-  Och,  sama  bym  to  zrobiła  -  zawołała,  widząc,  że  Brenna  zdążyła  już  wnieść  do 

przedpokoju jej bagaż.

- Po takiej podróży musisz odpocząć. Wniosę twoje rzeczy na górę. Pewnie zechcesz 

zamieszkać w pokoju Maude, jest bardzo przyjemny. A potem nastawimy czajnik, żebyś się 

mogła napić herbaty. I zapalę w kominku. Mamy dzisiaj wilgotny dzień.

Nie  przestając  mówić,  niosła  tak  po  schodach  dwie  olbrzymie  walizki,  jakby  były 

puste. Żałując, że nie poświęcała więcej czasu na gimnastykę, Jude ruszyła za nią ze swoim 

ładunkiem - laptopem i przenośną drukarką.

Brenna  pokazała  jej  dwie  sypialnie.  Oczywiście  sypialnia  Maude,  z  widokiem  na 

ogród,  była  ładniejsza.  Jude  na  widok  łóżka  poczuła  się  tak,  jakby,  lecąc  odrzutowcem, 

wpadła w dziurę powietrzną, a jej ciało zaczęło ciążyć jak ołów.

Ledwie  docierał  do  niej  wesoły  głos  Brenny,  która  informowała  ją  o  pościeli,  o 

ogrzewaniu i kaprysach maleńkiego kominka. A kiedy zeszła na dół, gdzie Brenna nastawiła 

background image

herbatę i pokazywała jej, jak posługiwać się kuchenką, Jude miała wrażenie, że zanurza się 

pod wodę.

Usłyszała coś na temat świeżo zaopatrzonej spiżarni i o tym, co i gdzie można kupić 

we wsi. Stara Maude wolała  palić torfem, ale jest  też  i drewno. Niedawno został  ponownie 

zawieszony telefon, zaś piec kuchenny należy zapalać w taki, a nie inny sposób.

- Ojej, przecież ty śpisz na stojąco. - Brenna podała Jude masywny niebieski kubek. -

Weź go na górę i kładź się od razu. Zapalę jeszcze i w tym kominku.

- Przepraszam, ale mąci mi się w głowie.

-  Poczujesz  się  lepiej,  kiedy  się  wyśpisz.  Gdybyś  czegoś  potrzebowała,  jest  tu  mój 

numer telefonu. Mieszkamy zaledwie kilometr stąd - moja mama, tata i cztery siostry - więc 

gdybyś czegoś potrzebowała, dzwoń albo zajrzyj do O'Toole'ów.

- Cztery siostry?

Prowadząc Jude korytarzem, Brenna znowu się roześmiała.

-  No  cóż,  tata  bardzo  chciał  mieć  syna.  A  teraz  ma  same  kobiety.  No,  maszeruj  na 

górę.

-  Strasznie  ci  za  wszystko  dziękuję.  Wierz  mi,  że  nie  zawsze  jestem  taka., 

.nieprzytomna.

- No jasne, przecież nie co dzień przelatuje się ocean, prawda? Chciałabyś coś jeszcze, 

zanim pójdę?

- Nie... - Oparła się o poręcz, zamrugała oczami.  - Och, zapomniałam. Była tu jakaś 

kobieta. Dokąd poszła?

- Kobieta?

- W oknie. - Zachwiała się i omal nie rozlała herbaty. - Widziałam w oknie na piętrze 

kobietę. Wyglądała przez nie, kiedy tu przyjechałam.

- Jesteś tego pewna?

- Tak. Młoda, bardzo ładna blondynka.

- To musiała być Lady Gwen. - Brenna odwróciła się, przeszła do saloniku i zapaliła 

stos ułożonego torfu. - Nie pokazuje się każdemu.

- Dokąd poszła?

- Pewnie jest tutaj nadal. - Zadowolona, że torf tak łatwo się zapalił, Brenna podniosła 

się, otrzepała kolana spodni. - Jest tutaj od trzystu lat. To twój duch, panno Murray.

- Co?

- Duch. Ale nie przejmuj się nią. Jest nieszkodliwa. To smutna historia. Opowiem ci ją 

innym razem, kiedy nie będziesz taka zmęczona.

background image

Niełatwo było  jej się  skoncentrować.  Bardzo  chciała spać,  ale  sprawa  wydała  się na 

tyle ważna, iż postanowiła ją natychmiast wyjaśnić.

- Chcesz powiedzieć, że dom jest nawiedzony?

- Oczywiście. Babcia ci o tym nie wspominała?

- Nie przypominam sobie. A więc wierzysz w duchy? Brenna ponownie uniosła brew.

- No więc widziałaś ją czy nie? To ci powinno wystarczyć - powiedziała, kiedy Jude 

zrobiła  niewyraźną  minę.  -  Utnij  sobie  drzemkę,  a  wieczorem  przyjdź  do  pubu  Gallaghera, 

postawię ci piwo.

Była tak wytrącona z równowagi, że potrząsnęła tylko głową.

- Nie piję piwa.

-  Jak  to  możliwe!  -  oburzyła  się  Brenna.  -  No  więc  życzę  przyjemnego  dnia,  panno 

Murray.

- Jude - wymamrotała z trudem.

- A zatem Jude. - Brenna błysnęła swoim przepięknym uśmiechem i wyszła na dwór, 

na deszcz.

Nawiedzony dom, pomyślała Jude, idąc po schodach. Irlandzkie nonsensy. Owszem, 

babcia miała w zanadrzu całą masę takich bajeczek, ale to były tylko bajeczki!

Jednak przecież kogoś widziała ...

Nie,  to  sprawa  deszczu,  zasłon,  cieni.  Odstawiła  herbatę,  której  jeszcze  nie  zdążyła 

spróbować, i zaczęła ściągać bury. Nie ma tu żadnych duchów. Jest tylko śliczny domek na 

uroczym niewielkim wzgórzu. I pada deszcz.

Rzuciła  się  na  łóżko,  pomyślała,  że  należy  zdjąć  narzutę,  i  zapadła  w  sen,  zanim 

zdążyła to zrobić.

A  kiedy  spała,  śniła  się  jej  bitwa  toczona  na  zielonym  wzgórzu,  gdzie  miecze 

połyskiwały  w  słońcu  jak  klejnoty,  śniła  o  czarodziejkach  tańczących  w  lesie  przy  blasku 

księżyca, a także o bezkresnym błękitnym morzu, którego fale biją o brzeg.

A wszystkim tym snom towarzyszył cichy płacz kobiety.

background image

2

Kiedy  się  obudziła,  było  już  zupełnie  ciemno,  w  kominku  wypalił  się  torf,  a  to,  co 

jeszcze pozostało, połyskiwało malutkimi rubinowymi węgielkami. Wyglądały jak wpatrujące 

się w nią ślepia.

Nagłe odżyła jej pamięć, rozjaśniło się w głowie. Znajdowała się w Irlandii, w domku, 

w którym jej babcia mieszkała jako dziecko. I drżała z zimna.

Usiadła,  roztarta  zmarznięte  ramiona,  namacała  nocną  lampkę.  Spojrzawszy  na 

zegarek, zamrugała oczami. Była prawie północ. Jej drzemka trwała blisko dwanaście godzin.

Było jej nie tylko zimno. Umierała też z głodu.

Ogień  już  wygasł,  a  ona  nie  miała  pojęcia,  jak  go  rozpalić.  Zeszła  więc  do  kuchni, 

żeby znaleźć coś do jedzenia.

Wokół wszystko skrzypiało, jęczało. Niesamowite wrażenie. Nie bała się duchów, ale 

nie  była  przyzwyczajona  do  takich  domowych  odgłosów.  Podłogi  w  jej  apartamencie  nie 

skrzypiały,  a  jedynym  czerwonym  światełkiem,  obok  którego  musiałaby  przejść,  była 

kontrolna lampka systemu alarmowego.

Ale stopniowo oswoi się z tym.

Okazało się, że Brenna nie przesadzała. W kuchni było dużo jedzenia - w maleńkiej 

jak  dla  lalki  lodówce  i  w  wąskiej,  niedużej  szafce.  Z  puszką  w  ręku  obeszła  kuchnię  i 

dokonała straszliwego odkrycia.

Nie było mikrofalówki.

To poważny problem. Nie pozostaje chyba nic innego, jak wrzucić zawartość puszki 

do  rondla  i  odgrzać  na  kuchence.  Kiedy  się  okazało,  że  nie  ma  także  automatycznego 

otwieracza do konserw, stanęła wobec nowego dylematu.

Stara Maude żyła w całkiem innej epoce.

Kiedy udało się jej otworzyć puszkę ręcznym urządzeniem, postawiła ją na kuchence, 

żeby  odgrzać  zupę.  Wybrała  jabłko  z  misy  na  stole  i  podeszła  do  drzwi  kuchennych. 

Otworzyła je na kłębiącą się mgłę, miękką i delikatną, wilgotną jak deszcz.

Nie  widziała  nic  poza  samym  powietrzem,  którego  bladoszare  warstwy 

przemieszczały  się  w  ciemnej  nocy.  Żadnego  kształtu,  żadnego  światła,  jedynie  smugi  i 

cienie, jakie przybierała mgła. Z duszą na ramieniu postąpiła krok na zewnątrz i w tej samej 

chwili utonęła w mroku.

Poczucie  samotności  było  natychmiastowe  i  całkowite,  głębsze  od  wszystkiego,  co 

background image

dotąd znała. Kiedy jednak wyciągnęła rękę i dotknęła mgły, doszła do wniosku, że nie jest to 

takie przerażające. W pewnym sensie czuła się nawet dziwnie wyzwolona.

Nie znała nikogo. Nikt jej nie znał. Niczego od niej nie oczekiwano poza tym, czego 

sama dla siebie chciała. Tej nocy, tej jednej jedynej cudownej nocy była absolutnie sama.

Usłyszała  coś  na  kształt  pulsowania  nocy, jakieś  niskie,  dudniące  uderzenia.  Czy  to 

fale morskie? A może tak właśnie oddycha mgła? Zaśmiała się do siebie, kiedy usłyszała inny 

dźwięk - miarową, skoczną muzykę.

Piszczałki i dzwonki, flety i gwizdki. Oczarowana nimi omal nie zeszła ze schodów, 

omal nie podążyła za magią tego dźwięku w mgłę niczym idący we śnie lunatyk.

Uświadomiła sobie, że to tylko ozdoby kominów, podobne do dzwoneczków. Chyba 

była jeszcze niezbyt przytomna, skoro zastanawiała się, czy nie wybiec o północy z domu i 

nie powędrować tanecznym krokiem przez mgłę w kierunku tych dźwięków.

Wycofała się do środka, zatrzasnęła drzwi. Kolejny dźwięk, który usłyszała, pochodził 

z kuchni. Zaczynała kipieć zupa.

-  Niech  to  szlag  trafi!  -  Rzuciła  się  do  pieca,  wyłączyła  palnik.  -  Ależ  z  ciebie 

kretynka! Przecież nawet dziecko potrafi odgrzać zupę!

Wytarła  to,  co  wykipiało,  sparzyła  sobie  przy tym  palce,  po  czym  na  stojąco  zjadła 

resztkę zupy, przywołując się do porządku.

Najwyższy  czas,  żeby  przestać  się  miotać  i  wziąć  się  w  garść.  Jest  poważną  osobą. 

Stanie  na  dworze  i  śnienie  we  mgle  o  północy  nie  leży  w  jej  naturze.  Jadła  zupę 

automatycznie,  spełniając  powinność  wobec  ciała  bez  odrobiny  przyjemności,  jaką  daje 

posiłek o północy.

Najwyższy  czas,  żeby  spojrzeć  prawdzie  w  oczy  i  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie, 

dlaczego przyjechała  do  Irlandii. Najwyższy  czas,  żeby  przestać  udawać,  iż  urządziła  sobie 

długie  wakacje,  podczas  których  zbada  swoje  korzenie  i  popracuje  nad  książką  -

ukoronowaniem jej błyskotliwej uniwersyteckiej kariery.

Przyjechała  tutaj,  bo  przeraziła  się  śmiertelnie,  że  jest  na  krawędzi  załamania. 

Towarzyszący jej wieczny stres sprzyjał tylko migrenie, mógł spowodować wrzody żołądka.

Doszło do tego, że nie była w stanie stawić czoła codziennym obowiązkom,  zaczęła 

zaniedbywać studentów, rodzinę i siebie. Wszystkiego miała dość.

Niezależnie  od  przyczyny  tego  jedynym  ratunkiem  dla  niej  była  radykalna  zmiana 

życia. Odpoczynek. Nie mogła okazać publicznie, że jest taka załamana.

Żeby nie przynieść wstydu sobie i swojej rodzinie, która na to nie zasłużyła, uciekła. 

Może postąpiła jak tchórz, ale był to jedyny logiczny krok, na jaki mogła się zdobyć.

background image

A potem, w wieku stu jeden lat, odeszła stara Maude i otworzyły się drzwi.

Wystarczyło tylko w nie wejść. To było odpowiedzialne posunięcie. Potrzebna jej była 

samotność, spokój i cisza, czas na dokonanie przewartościowań.

A  poza  tym  zamierzała  solidnie  popracować.  Nie  potrafiłaby  znaleźć 

usprawiedliwienia dla tej podróży, gdyby nie przygotowała sobie jakiegoś planu. Zamierzała 

poeksperymentować,  napisać  coś,  w  czym  połączyłaby  badania  nad  swoimi  rodzinnymi 

korzeniami z uprawianym przez siebie zawodem. Nawet gdyby nic więcej z tego nie wyszło, 

dokumentowanie  miejscowych  legend  i  mitów,  dokonanie  analizy  psychologicznej  ich 

znaczeń i celów utrzymałoby jej umysł w aktywnej gotowości, nie zostawiając wiele czasu na 

zamartwianie się.

Zbyt  wiele  czasu  straciła  na  nie.  Jej  matka  twierdziła,  że  to  cecha  irlandzka. 

Irlandczycy jak nikt inny potrafią się zamartwiać, więc gdyby poczuła potrzebę pofolgowania 

sobie, nie ma lepszego miejsca na świecie.

Pokrzepiona  na  ciele  i  duchu  Jude  odwróciła  się,  żeby  wstawić  pustą  puszkę  do 

zmywarki, i odkryła, że również tego urządzenia nie ma tutaj.

Krztusząc się ze śmiechu, poszła do sypialni.

Rozpakowała  się,  starannie  porozwieszała  i  poukładała  wszystko  w  ślicznej 

skrzypiącej  szafie,  w  cudownej  starej  bieliźniarce  z  lekko  zapadającymi  się  szufladami. 

Rozstawiła swoje kosmetyki, przyjrzała się z zachwytem starej umywalce i pozwoliła sobie 

na długi prysznic w wannie wspartej na nóżkach w kształcie pazurów, za cienką plastikową 

zasłoną pobrzękującą na zmatowiałych mosiężnych kółkach.

Zanim  zaczęła  szczękać  zębami,  włożyła  piżamę  i  szlafrok,  po  czym  przystąpiła  do 

poważnego  zadania,  jakim  było  rozpalenie  torfu  w  kominku.  Zaskoczona  tak  szybkim 

sukcesem,  przez  dwadzieścia  minut  siedziała  na  podłodze,  obejmując  rękoma  podkurczone 

kolana,  uśmiechając  się  do  wesołego  płomienia  i  wyobrażając  sobie,  że  jest  żoną  farmera 

czekającą na powrót swojego męża z pola.

Potem  udała się na  poszukiwanie  drugiej  sypialni,  żeby  ewentualnie urządzić  w niej 

gabinet.

Pomieszczenie  było  małe  jak  pokój  dla  lalki  z  wąskimi  oknami  od  frontu  i  z  boku 

domu. Po krótkim zastanowieniu zdecydowała, że do pracy lepsza będzie południowa strona, 

z  widokiem  na  dachy  domów  i  wieżę  wiejskiego  kościółka,  a  także  na  rozległą  nadmorską 

plażę.

Kolejnym  problemem  było  wstawienie  tu  czegoś,  co  mogłoby  pełnić  rolę  biurka. 

Przez godzinę szukała odpowiedniego stołu, taszczyła go z saloniku po schodach, ustawiała 

background image

na wprost okna i instalowała na nim swój sprzęt.

Okazało  się,  że  równie  dobrze  można  pisać  przy  kuchennym  stole,  w  pobliżu 

nastrojowego  kominka  przy  grających  różne  melodie  ozdobach  kominowych.  Tyle  że  nie 

wyglądało to zbyt poważnie.

Podłączyła  komputer  do  kontaktu  i  otworzyła  plik,  w  którym  zamierzała  prowadzić 

dzienniczek swojego życia w Irlandii.

3 kwietnia, Faerie Bill Cottage, Irlandia

Przebyłam podróż .

Przerwała na chwilę, śmiejąc się pod nosem. Brzmiało to tak, jakby przeżyła wojnę. 

Zaczęła  kasować,  ale  pomyślała,  że  dziennik  jest  przeznaczony  dla  niej,  może  więc  w  nim 

pisać wszystko, co jej przyjdzie do głowy.

Jazda  z  Dublina  okazała  się  długa  i  znacznie  trudniejsza,  nią  przewidywałam. 

Ciekawe, ile czasu zajmie mi oswajanie się z ruchem lewostronnym. Obawiam się, że nigdy 

tego  nie  opanuję.  Za  to  krajobraz  był  cudowny,  żadna  ze  znanych  mi  ilustracji  nie  jest  w 

stanie  oddać  urody  irlandzkiej  prowincji.  Nie  wystarczy  o  niej  powiedzieć  ,  że  jest  zielona. 

Ani  też  ,  że  jej  zieleń  jest  soczysta  i  wszechobecna.  Może  „lśniąca”  i  „roziskrzona  „  będą 

najtrafniejszymi określeniami.

Miasteczka i wsie są urocze i niewiarygodnie czyste, jakby całe zastępy krasnoludków 

sprzątały i pucowały co noc chodniki i domki.

Zobaczyłam  niewielki  fragment  wsi  Ardmore,  ale  zanim  tam  dojechałam,  rozpadało 

się na dobre, a byłam zbyt zmęczona, by dostrzec coś więcej poza tak powszechną w tym kraju 

czystością , a także urokiem rozległej plaży.

Do chaty trafiłam przez czysty przypadek. Babcia powiedziałaby, że to przeznaczenie, 

ale tak naprawdę to był ślepy los. Położony prześlicznie na niewielkim wzgórzu domek tonie 

w morzu kwiatów, które podchodzą aż pod frontowe drzwi. Mam nadzieję, że potrafię się nimi 

odpowiednio zaopiekować . Niewykluczone, że mają we wsi księgarnię i że znajdę tam jakie 

książki o hodowli kwiatów. Jedno jest pewne, że teraz, pomimo wilgoci i chłodu, są w świetnej 

formie.

Widziałam - a raczej myślałam, że widzę - spoglądającą na mnie z okna sypialni twarz 

kobiety. Przez moment czułam się dziwnie. Nasze oczy jakby się spotkały i przyglądały sobie 

przez  kilka  sekund.  Była  piękna,  blada,  jasnowłosa  i  chyba  cierpiąca.  Oczywiście  to  tylko 

złudzenie, gra świateł, bo przecież tak naprawdę nikogo tam nie było.

Brenna O'Toole, zadziwiająco energiczna i zaradna kobieta ze wsi, zatrzymała się tuż 

za moim samochodem, a w tym, jak zajęła się moimi rzeczami, było coś naturalnego, miłego. 

background image

Jest  wspaniała  -  ciekawe, czy  wszyscy  tutaj  są  równie  wspaniali  -  ma  w  sobie  także  pewną 

szorstkość i  męskość ,  jakie niektóre  kobiety  przejmują  niepostrzeżenie, nie  tracąc  przy tym 

nic z kobiecości.

Mam  wrażenie,  iż  uważa  mnie  za  osobę  nierozgarniętą  i  nieudolną  ,  ale okazała  mi 

dużo pobłażania.

Powiedziała coś, z czego by wynikało, że dom jest nawiedzony przez duchy, ale pewnie 

tubylcy mówi tak o każdym domu w tym kraju. Ponieważ jednak postanowiłam  skorzystać z 

okazji  i  napisać  coś  na  temat  irlandzkich  legend,  mogę  tą  jej  rewelację  potraktować  jako 

punkt wyjścia.

Oczywiście  mój  zegar  biologiczny  jest  zupełnie  rozstrojony.  Przespałam  najlepszą 

część dnia, a kolację zjadłam o północy.

Na zewnątrz jest ciemno i mgliście. Tutejsza mgła przesączona jest światłem  i ma w 

sobie coś , co chwyta za serce.

Wszystko dobrze się ułoży.

Oparła się, westchnęła przeciągle. Tak, pomyślała, wszystko dobrze się ułoży.

O  trzeciej  w  nocy,  kiedy  najczęściej  krążą  duchy,  Jude  umościła  się  w  łóżku  pod 

grubym  pledem,  z  kubkiem  herbaty  na  stoliku  i  z  książką  w  ręku.  W  kominku  żarzył  się 

ogień, mgła powlekała okna. Czy można sobie wymarzyć coś wspanialszego?

I zasnęła z zapalonym światłem i z zsuniętymi na nos okularami do czytania.

Rankiem, gdy bryza przegnała chmury i mgłę, obudziła się w zupełnie innym świecie.

Jarzące się łagodne światło  opromieniło pola i łąki, nasycając  je nieprawdopodobnie 

intensywną zielenią. Słychać było śpiew ptaków. Pomyślała o atlasie, który kupiła, i z którego 

zamierzała nauczyć się rozpoznawać poszczególne gatunki ptaków. Jednak ta chwila była tak 

błoga, iż wystarczyło po prostu stać i wsłuchiwać się w te czyste trele. Nieistotne, jaki ptak 

śpiewa, byle śpiewał.

Chodzenie po bujnej, sprężystej trawie i deptanie jej wydawało się świętokradztwem, 

ale  był  to  grzech,  któremu  Jude  nie  mogła  się  oprzeć.  Na  wzgórzu  obok  wsi  ujrzała  ruinę 

okazałej niegdyś kaplicy poświęconej świętemu Declanowi, a także dominującą nad całością 

wspaniałą okrągłą wieżę. Pomyślała przelotnie o postaci, którą tam ujrzała podczas deszczu. I 

poczuła ciarki na plecach.

Bzdura.  W  końcu  to  tylko  zwykłe  miejsce.  A  do  tego  interesujące  i  historyczne. 

Wiedziała  od  babci  i  z  przewodnika  o  staroirlandzkich  inskrypcjach  znajdujących  się 

wewnątrz kaplicy, a także o romańskich arkadach. Pójdzie tam i obejrzy je sobie. Zaś bardziej 

na  zachód,  o  ile  dobrze  pamięta,  ponad  osadzonym  na  klifach  hotelem,  znajduje  się 

background image

średniowieczna  studnia  świętego  Declana  -  w  otoczeniu  trzech  kamiennych  krzyży  i  z 

kamiennym siedziskiem.

Zwiedzi  ruiny  i  studnię,  wdrapie  się  ścieżką  na  klify  i  może  któregoś  dnia  obejdzie 

cypel. Wedle zapewnień przewodnika widoki stamtąd są tak niebywałe, że zapierają dech w 

piersi. Ale na dzisiaj woli coś spokojniejszego, łatwiejszego.

Wody zatoki skrzyły się błękitem, przybierając na intensywności w miarę oddalenia. 

Na równinnej, rozległej plaży nie było żywej duszy.

Pomyślała, że któregoś  przedpołudnia pojedzie  do wsi, żeby samotnie pospacerować 

po plaży.

Dzisiaj natomiast powłóczy się po wzgórzach i łąkach. Zapomniała, że jeszcze przed 

chwilą  zamierzała  przyjrzeć  się  kwiatom,  zorientować  się  w  otoczeniu  domku,  a  następnie 

zająć się praktycznymi sprawami.

Trzeba  w  drugiej  sypialni  zainstalować  wtyczkę  do  telefonu,  żeby  można  było 

korzystać  z  Internetu.  Musi  zadzwonić  do  Chicago  i  powiadomić  rodzinę,  że  jest  cała  i 

zdrowa. Trzeba też udać się do wsi i sprawdzić, gdzie się robi zakupy i gdzie jest bank.

Ale  na  dworze  było  tak  cudownie,  powietrze  muskało  twarz  niczym  delikatny 

pocałunek,  a  wiaterek  był  dostatecznie  chłodny  i  orzeźwiający,  by  usunąć  pozostałości 

zmęczenia  po  podróży.  Szła,  nie  przestając  się  rozglądać,  aż  na  mokrej  od  deszczu  trawie 

przemoczyła na wylot buty.

Zupełnie jakby stanowiła część obrazu, obrazu ożywionego szelestem liści, śpiewem 

ptaków, zapachem wilgoci, wszystkim, co rośnie.

Nagle ujrzała inne domostwo. Było tuż obok drogi, ukryte za żywopłotem. Wyglądało 

zupełnie nieźle. Urocza kombinacja kamienia i drewna, wystających i zwisających elementów 

z kwiatami, których mnóstwo było również na frontowym i tylnym dziedzińcu. Na zapleczu, 

za  kwietnymi  rabatami,  znajdowała  się  szopa,  którą  jej  babcia  nazwałaby  lamusem,  z 

wywalającymi się na zewnątrz narzędziami i sprzętem mechanicznym.

Na podjeździe zobaczyła pokryty matową szarą farbą samochód, który sprawiał takie 

wrażenie, jakby zszedł z montażowej taśmy na długo przed urodzeniem Jude.

Z boku domu, na ścieżce w słońcu spał wielki żółty pies - albo wydawało się jej, że 

śpi, ponieważ leżał na plecach, z łapami do góry, i wyglądał jak ofiara wypadku drogowego.

Czyżby  dom  O'Toole'ów?  Jude  zobaczyła  wychodzącą  zza  domu  kobietę  z  koszem 

świeżo upranej bielizny i doszła do wniosku, że nie może się mylić.

Kobieta  miała  olśniewające  rude  włosy  i  szerokie,  mocne  biodra,  takie,  żeby  móc 

urodzić pięcioro dzieci. Pies - na dowód, że żyje - przewrócił się w jej stronę i machnął dwa 

background image

razy ogonem.

Jude nigdy dotąd nie widziała, jak wiesza się bieliznę na sznurze. W środku Chicago 

nie  robiły  tego  nawet  najbardziej  gorliwe  gospodynie.  Kobieta  wyjęła  z  kieszeni  fartucha 

klamerki, włożyła je do ust i schyliła się do kosza po powłoczkę. Strząsnęła ją energicznym 

ruchem i przypięła klamerką do sznura. To samo zrobiła z następną sztuką pościeli.

Fascynujące.

Posuwała się wzdłuż sznura bez specjalnego pośpiechu, w towarzystwie żółtego psa, 

opróżniając kosz, podczas gdy to, co już powiesiła, falowało i furkotało na wietrze.

Ten fragment obrazu Jude zatytułowała Wiejska żona.

Po  opróżnieniu  kosza  kobieta  odwróciła  się  w  stronę  rozciągniętego  po  przeciwnej 

stronie  sznura,  zdjęła  z  niego  suchą  bieliznę  z  poprzedniego  dnia,  złożyła  ją  i  w  koszu 

uzbierała się wysoka sterta.

Postawiła  sobie  kosz  na  biodrze  i  odprowadzana  przez  przymilającego  się, 

podskakującego psa poszła z powrotem do domu.

Jude pomyślała, że to całkiem przyjemny sposób spędzania poranka.

Zaś wieczorem, gdy wszyscy się zejdą, dom będzie pachniał gulaszem albo pieczenia 

wołową z przyrumienionymi w sosie kartoflami. Cała rodzina zasiądzie przy stole, na którym

stać będzie pełno różnych przypadkowo dobranych miseczek i talerzy. Będą opowiadali, jak 

spędzili dzień, śmiejąc się i od czasu do czasu karmiąc żebrzącego pod stołem psa.

Duże rodziny to wspaniała sprawa.

Oczywiście małym rodzinom też nie można zarzucić nic złego, dodała natychmiast z 

poczuciem  winy.  Bycie  jedynaczką  ma  swoje  zalety.  Cała  troska  i  uwaga  rodziców 

skierowana była na nią.

Może nawet było zbyt wiele tej troski.

Pomyślawszy to, Jude zawróciła do domu, by bardziej sensownie spędzić resztę dnia.

Natychmiast zatelefonowała do rodziców. Właśnie mieli wyjść do pracy. Powiedziała 

im, że zostaje tu i że z góry się cieszy na czekające ją nowe doświadczenia.

Wiedziała, iż oboje traktują jej nagłą i nieoczekiwaną podróż  do Irlandii jako rodzaj 

eksperymentu,  gwałtowny  zwrot  o  czterdzieści  pięć  stopni  z  drogi,  którą  z  takim 

zadowoleniem podążała od dawna. Nie sprzeciwiali się temu. Po prostu byli zaskoczeni. Nie 

wiedziała, jak wytłumaczyć im swój krok - podobnie zresztą jak sobie.

Myślami będąc przy rodzinie, zadzwoniła do babci Murray. Jej nie trzeba było niczego 

tłumaczyć. Ona  po  prostu  wiedziała.  Z lżejszym  już  sercem zasypała babcię  szczegółami  o 

podróży,  opowiedziała  o  swoich  wrażeniach,  o  radości,  z  jaką  parzyła  w  domku  herbatę  i 

background image

robiła sobie kanapki.

-  Właśnie  wróciłam  ze  spaceru  -  ciągnęła,  przyciskając  słuchawkę  ramieniem  i 

przygotowując  sobie  coś  do  jedzenia.  -  Widziałam  z  daleka  ruiny  i  wieżę.  Któregoś  dnia 

przyjrzę im się z bliska.

- To ładne miejsce - powiedziała babcia. - Czuje się tam jeszcze ducha czasu.

-  Tak,  ale  dzisiaj  wolałam  jeszcze  nie  wypuszczać  się  tak  daleko.  Widziałam  dom 

sąsiadów. Należy chyba do O'Toole'ów.

-  A,  Michael  O'Toole!  Pamiętam  go, jak  był  jeszcze  smarkaczem  -  uśmiechnięty od 

ucha do ucha Mick, który tak zabawnie przymawiał się o herbatę z ciasteczkami. Ożenił się z 

tą  ładną  córką  Logana,  Mollie,  i  spłodzili  pięć  córek.  Ta,  którą  spotkałaś,  Brenna,  jest 

najstarsza z gromadki. Jak się miewa śliczna Mollie?

- Nie podeszłam do niej. Była zajęta rozwieszaniem prania.

- Jeszcze się przekonasz, Jude Frances, że tam nikt nie jest aż tak zajęty, żeby się nie 

móc  na  chwileczkę  oderwać.  Następnym  razem  zajrzyj  do  nich  i  złóż  uszanowanie  Mollie 

O'Toole.

-  Zrobi  się.  Ale  babciu  -  uśmiechnęła  się  do  siebie,  popijając  herbatę  - nie 

powiedziałaś mi, że domek jest nawiedzony przez duchy.

-  Oczywiście,  że  powiedziałam,  dziewczyno. Nie  słuchałaś  taśm,  nie  czytałaś  listów 

ani kartki, którą dołączyłam?

- Nie, jeszcze nie.

-  I  pewnie  sądzisz,  że  babcia  znowu  wymyśliła  jakąś  cudaczną  bajeczkę.  Radzę  ci 

więc, żebyś się najpierw zapoznała z tym, co ci przysłałam. Historia dotyczy Lady Gwen i jej 

zaczarowanego kochanka.

- Zaczarowanego kochanka?

Tak powiadają. Podobno domek wzniesiono na zaczarowanym wzgórzu, pod którym 

znajduje się pomost, a ona wciąż go wypatruje i usycha z tęsknoty, ponieważ powodowana 

rozsądkiem odwróciła się od swojego szczęścia, on zaś je stracił, ponieważ był zbyt dumny.

- To smutne - wyszeptała Jude.

- No cóż, tak to już jest. Niemniej jednak wzgórze jest dobrym miejscem do tego, żeby 

spojrzeć w głąb siebie i posłuchać, czego serce pragnie. Skorzystaj z tego, skoro tam jesteś.

- Zależy mi tylko na tym, żeby mieć odrobinę spokoju.

-  Więc  korzystaj  z  niego,  już  tego  ci  tam  nie  zabraknie.  Ale  nie  stój  zbyt  długo  na 

uboczu i nie przegap życia. Jest znacznie krótsze, niż sądzisz.

- Dlaczego się nie wyrwiesz, babciu, i nie pobędziesz tu ze mną?

background image

- Och, jeszcze tam wrócę, ale ten czas należy do ciebie. Bądź uważna. Dobra z ciebie 

dziewczyna, Jude, ale nie musisz się aż tak pilnować przez cały czas.

- Zawsze mi to mówisz. A może spotkam jakiegoś przystojnego irlandzkiego gagatka i 

przeżyję z nim szalony romans?

- Na pewno by ci to nie zaszkodziło. Połóż ode mnie kwiaty na grobie starej Maude, 

dobrze, kochanie? I powiedz jej, że kiedy będę gotowa, przyjadę ją odwiedzić.

- Powiem jej. Kocham cię, babciu.

Ani  się  obejrzała,  kiedy  zleciał  dzień.  Naprawdę  zamierzała  spędzić  przy  kwiatach 

tylko  parę  chwil.  Chciała  zrobić  bukiet,  wstawić  go  do  wysokiej  niebieskiej  butelki,  którą 

znalazła  w  saloniku.  Oczywiście  zerwała  za  dużo  kwiatów  i  potrzebna  była  inna  butelka. 

Wyglądało na to, że w domu nie ma żadnego wazonu. A potem zasiedziała się na werandzie, 

układając kwiaty i żałując, że nie zna ich nazw. Tak upłynęło jej prawie całe popołudnie.

Zaniesienie  małej  pękatej  butelki  do  gabinetu  i  postawienie  jej  na  stole  przy 

komputerze  okazało  się  nierozważnym  posunięciem.  Ale  przecież  zamierzała  poleżeć  nie 

dłużej niż kilka minut!

Przespała  dwie  bite  godziny  na  nie  zasłanym  niedużym  łóżku  i  obudziła  się 

nieprzytomna i przerażona.

Gdzie  jej  zdyscyplinowanie?  Rozleniwiła  się.  Od  trzydziestu  godzin  tylko  śpi  i 

zajmuje się głupstwami. Teraz znowu jest głodna.

Udając  się  na  poszukiwanie  czegoś  do  przekąszenia,  doszła  do  wniosku,  że  w  tym 

tempie zrobi się gruba, gnuśna i ogłupiała w ciągu tygodnia.

Musi  zaraz  wyjść  z  domu,  pojechać  na  wieś.  Znaleźć  księgarnię,  bank,  pocztę. 

Dowiedzieć się, gdzie jest cmentarz żeby w imieniu babci złożyć wizytę starej Maude. W ten 

sposób jutrzejszy dzień zacznie od przejrzenia taśm i listów, które dała jej babcia.

Najpierw się przebrała, wybierając porządne spodnie, cienki golf i blezer, w których 

poczuła się lepiej niż w grubym swetrze i w dżinsach, których nie zdejmowała od rana.

Potem zabrała się za włosy - musiała je okiełznać, zapleść w gruby, porządny ogon, 

ujarzmiając wszystkie loczki i sterczące kosmyki.

Nie  przesadzała  z  makijażem,  ale  końcowy  efekt  zdawał  się  całkiem  dobry  jak  na 

rundę po wsi.

Nabrała dużo powietrza w płuca i wyszła z domu, by spróbować zdać kolejny egzamin 

w  wynajętym  samochodzie  na  irlandzkich  drogach.  Usiadła  za  kierownicą,  sięgnęła  do 

stacyjki i uświadomiła sobie, że zapomniała kluczyków.

- Na sklerozę jest dobry miłorząb japoński - mruknęła pod nosem, wygrzebując się z 

background image

samochodu.

Po  długich,  nerwowych  poszukiwaniach  znalazła  kluczyki  na  stole  w  kuchni. 

Ponieważ mogła nie wrócić przed zmierzchem, zapaliła światło przed domem i zamknęła na 

klucz drzwi.

Słońce miało się już ku zachodowi, kiedy wrzuciła wsteczny bieg i wyjechała tyłem na 

drogę.

Droga do wsi okazała się krótsza od tego, co zapamiętała z poprzedniego dnia, a także 

o  wiele  bardziej  malownicza  bez  zalewającego  szybę  deszczu.  Żywopłoty  były  obsypane 

pączkami  dzikiej  fuksji  w  kolorze  soczystej  jak  krew  czerwieni.  Rosły  tu  też  krzaki  o 

malutkich białych kwiatkach. Wzięła je za jeżyny, ale później okazało się, że to tarnina.

Ze  wzgórza  na  zakręcie  ujrzała  ruiny  katedry  i  ostrą  jak  włócznia  iglicę  wieży, 

dominujące nad nadmorskim miasteczkiem. Niezależnie od wojen, zarazy i  głodu, przelanej 

krwi, narodzin i śmierci, nie straciły nic ze swojej potęgi. Gotowe na przyjęcie boskiej czci i 

do  odparcia  wroga.  Ciekawe,  co  się  czuje,  stojąc  w  ich  cieniu,  na  ziemi,  która  zna  cenę 

pobożności i bluźnierstwa.

Stwierdziła, że dziwne myśli przychodzą jej do głowy. Otrząsnąwszy się wjechała do 

miasteczka, które będzie jej bazą aprowizacyjną przez najbliższe sześć miesięcy.

background image

3

W  pubie  Gallaghera  światła  były  przyćmione,  a  na  kominku  wesoło  potrzaskiwał 

ogień. W wiosenny deszczowy wieczór taka atmosfera najbardziej odpowiadała klientom. U 

Gallaghera  od  ponad  stu  pięćdziesięciu  lat  ciągle  w  tym  samym  miejscu  klienci  mogli  się 

napić  dobrego  lagera  albo  mocnego  portera,  dostać  solidną  porcję  whisky,  do  której  nie 

dolewano wody, rozsiąść się wygodnie z kuflem lub szklanką.

Kiedy Shamus Gallagher z żoną Meg u boku otworzył w roku pańskim tysiąc osiemset 

czterdziestym drugim tawernę, whisky powinna była potanieć. Ale przecież nawet najbardziej 

gościnny człowiek chce zarobić. I w rezultacie tego whisky podrożała. Jednak, przychodząc 

tutaj, człowiek zawsze mógł liczyć, że się dobrze zabawi.

Kiedy  Shamus  otwierał  swój  pub,  ulokował  w  nim  nadzieje  i  oszczędności  całego 

życia Bywało różnie, częściej chudo niż tłusto, a raz tak powiało od morza, że zerwało dach i 

poniosło go aż do Dungarvan.

Tak przynajmniej mawiali niektórzy, kiedy wypili trochę więcej.

Pub zapuścił korzenie w piaski i skały Ardmore, a miejsce Shamusa za starym barem 

zajął jego pierworodny syn, po nim zaś jego syn i tak dalej.

Pokolenia Gallagherów obsługiwały pokolenia gości, a wiodło się im na tyle dobrze, 

że  mogli  powiększyć  interes,  a  tym  samym  ugościć  więcej  ludzi,  którzy  zaglądali  tutaj 

wieczorem po dniu ciężkiej pracy. Można tu było wypić i zjeść, otrzymać strawę dla duszy i 

dla  ciała,  a  także  ukoić  serce  przy  muzyce,  która  rozbrzmiewała  w  pubie  prawie  każdego 

wieczora.

Ardmore było rybacką osadą, uzależnioną od szczodrości i kaprysów morza. Ponieważ 

miało piękne plaże, żyło także z turystów. Zdane na ich kaprysy.

Pub  Gallaghera  był  jednym  z  punktów  zbornych  miasteczka.  W  czasach  dobrych  i 

złych - gdy łowiono dużo ryb albo gdy morze było wzburzone i tak niemiłosiernie waliło o 

brzegi zatoki, iż nikt nie śmiał ryzykować zarzucania sieci - jego drzwi stały otworem.

Dym  i  opary  whisky,  zapach  gorącego  gulaszu  i  potu  mężczyzn  wsiąkły  głęboko  w 

drewniane  ściany.  Ciemnoczerwone  ławy  i  krzesła  okute  były  poczerniałymi  mosiężnymi 

listwami, zapewniającymi meblom trwałość.

Odsłonięte belki stropowe aż drżały, gdy w sobotnie wieczory muzyka przygrywała na 

całego. Podłoga była pokiereszowana ciężkimi butami, porysowana stołami i krzesłami, tu i 

ówdzie przypalona iskrami z kominka czy z papierosa. Ale było tu czysto, ponieważ cztery 

background image

razy w roku, pucowano lokal do połysku, jak jakiś salon.

Chlubę  pubu  stanowił  bar,  wykonany  ze  szlachetnego,  ciemnego  kasztanowca  przez 

starego Shamusa. Jak powiadają ludzie, pozyskał materiał z drzewa powalonego przez piorun 

w noc świętojańską. Dzięki temu tkwiło w nim trochę magii, a ci, którzy przy nim siadywali, 

odczuwali jej dobroczynny wpływ.

Za barem, na lustrzanej półce, radowały oko rzędy butelek. A wszystkie były czyste i 

błyszczące  jak  nowe  pensy.  Gallagherowie  prowadzili  wesoły,  a  zarazem  wzorowo 

utrzymany bar.

Zmywano plamy, ścierano kurz, nie zdarzyło się też nigdy, żeby podano coś w brudnej 

szklance.

Kominek  opalany  torfem  stanowił  szczególną  atrakcję  dla  turystów,  o  których 

należało  zabiegać,  jako  że  byli  wybredni.  Przybywali  tłumnie  w  lecie  i  na  wiosnę,  by  się 

wygrzewać  na  plażach,  rzadko  pojawiali  się  w  zimie  i  późną  jesienią.  Zaglądali  do 

Gallaghera,  by  wychylić  szklaneczkę,  posłuchać  muzyki  albo  spróbować  któregoś  z 

przyprawionych ziołami pasztetów.

Stali  bywalcy  zachodzili  wkrótce  po  wieczornym  posiłku,  żeby  pogadać  i  napić  się 

piwa. Inni, gdy nadarzały się specjalne rodzinne okazje, przychodzili tu na kolacją. Mógł też 

to  być  kawaler  lub  wdowiec,  któremu  znudziło  się  gotowanie,  lub  taki,  który  chciał 

troszeczkę poflirtować z Darcy Gallagher.

Darcy  z  wielką  wprawą  obsługiwała  salę,  pracowała  za  barem  albo  w  kuchni. 

Ponieważ najmniej z tego lubiła kuchnię, przy każdej nadarzającej się okazji przekazywała ją 

w ręce swojego brata Shawna.

Ci,  którzy  znali  pub  Gallaghera,  wiedzieli,  że  szefem  jest  tu  Aidan,  najstarszy  z 

rodzeństwa - przynajmniej od czasu, kiedy ich rodzice wyrazili chęć pozostania w Bostonie. 

Większość bywalców była zgodna, że po okresie włóczęgi po świecie chłopak ustatkował się 

i że prowadził rodzinny pub w sposób, którego nie powstydziłby się Shamus.

Aidan  był  zadowolony  z  tego,  co  robił.  Nauczył  się  dużo  w  czasie  podróży. 

Powiadano,  że  odziedziczył  niespokojny  duch  po  Fitzgeraldach,  rodzinie  ze  strony  matki, 

która, zanim wyszła za mąż, zjeździła kawał świata, zarabiając śpiewaniem.

Założył  plecak,  gdy  miał  zaledwie  osiemnaście  lat,  i  przemierzył  z  nim  cały  kraj,  a 

potem  udał  się  dalej  -  do  Anglii,  Francji,  Włoch,  a  nawet  do  Hiszpanii.  Spędził  rok  w 

Ameryce, podziwiając góry i płaskowyże zachodu, prażąc się w skwarze południa i marznąc 

do szpiku kości podczas zimy na północy.

Był jak całe rodzeństwo muzykalny, więc śpiewał, żeby zarobić na życie, albo stawał 

background image

za barem. A kiedy zobaczył wszystko, o czym marzył, w wieku dwudziestu pięciu lat wrócił 

do domu.

Przez ostatnie sześć lat prowadził pub, mieszkając nad nim.

I czekał. Nie wiedział na co, ale czekał.

Nawet teraz, nalewając piwo, przysłuchiwał się jednym uchem rozmowie na wypadek, 

gdyby musiał dorzucić jakąś uwagę.

Ci, którzy przyjrzeli mu się z bliska, mogli dostrzec skupienie w jego oczach, jasnych 

jak błyskawica, pod brwiami tak ciemnymi jak bezcenny bar, za którym pracował.

Miał dziką, piękną celtycką twarz - długi, prosty nos, pełne, zmysłowe usta i mocną 

jak u boksera brodą z małym dołkiem pośrodku.

Wyglądał  jak  typowy  zabijaka  -  szeroki  w  barach,  o  długich  ramionach  i  wąskich 

biodrach. We wczesnej młodości nierzadko wdawał się w bójki. Czasem robił to dla zabawy, 

a czasem, żeby wyładować złość.

Był dumny, że w przeciwieństwie do swojego brata Shawna nigdy nie miał złamanego 

nosa.

Kiedy dorósł, przestał szukać zaczepek. Przyglądał się tylko światu i ufał, że znajdzie 

to, na co czeka.

Kiedy Jude weszła do środka, natychmiast zwrócił na nią uwagę. Była taka elegancka 

w  żakiecie,  ze  związanymi  do  tyłu  włosami,  taka  zagubiona  z  wielkimi  oczami,  badająca 

uważnie miejsce jak łania na leśnej ścieżce.

Pomyślał, że jest bardzo atrakcyjna. Ponieważ napatrzył się na różne rzeczy w życiu, 

zwrócił uwagę na jej zdenerwowanie.

Stanęła tuż obok drzwi, jak gdyby chciała już stąd uciekać. Potem wyprostowała się 

dumnie - w tak sztuczny sposób, że aż go to rozbawiło - i podeszła do baru.

-  Dobry  wieczór  -  powiedział  Aidan,  przeciągając  szmatką  po  barze  i  wycierając 

mokre miejsca. - Czym mogę służyć?

Poprosiła o kieliszek białego wina. Kiedy uśmiechnął się w odpowiedzi, nie wiadomo 

czemu serce zabiło jej mocniej. Pomyślała, że wszyscy tutaj są wspaniali.

Nie spieszył się ze spełnieniem jej zamówienia. Oparł się wygodnie o bar, zbliżając do 

niej swą cudowną twarz, przekrzywiając zawadiacko głowę i unosząc brwi.

- Czyżbyś się zgubiła, kochanie?

- Nie, nie zgubiłam się. Czy mogę dostać kieliszek białego wina? Chardonnay, jeśli to 

możliwe.

-  Wszystko,  co  zechcesz  -  odparł,  ale  nie  wykonał  żadnego  ruchu.  -  Nie  jesteś 

background image

przypadkiem amerykańską kuzynką starej Maude, tą, która miała zamieszkać na jakiś czas w 

jej chacie?

- Tak, jestem Jude, Jude Murray. - Automatycznie podała mu rękę, dołączając do tego 

ostrożny uśmiech, który na moment pogłębił jej dołeczki w policzkach.

Aidan  zawsze  miał  słabość  do  dołeczków  na  ładnej  buzi.  Ujął  podaną  rękę  i 

przytrzymał ją, nie przestając wpatrywać się w Jude.

- Witamy w Ardmore, panno  Murray, witamy u  Gallaghera. Jestem  Aidan, a to  mój 

lokal. Tim, podaj pani stołek. Gdzie twoje maniery?

- Och, nie...

Jednak  Tim,  barczysty  mężczyzna  z  szopą  włosów  w  kolorze  i  o  fakturze  stalowej 

wełny, już zszedł ze stołka.

- Bardzo przepraszam. - Przeniósł na nią wzrok znad ekranu telewizora na końcu baru, 

gdzie nadawano wiadomości sportowe, i uśmiechnął się czarująco.

- Chyba że wolisz stolik - dodał Aidan, gdy tak stała, niepewna, co ma robić.

-  Nie,  nie,  dziękuję.  -  Usiadła  na  stołku,  zdenerwowana,  że  stała  się  obiektem 

powszechnego  zainteresowania.  To  właśnie  najbardziej  przeszkadzało  jej  w  prowadzeniu 

wykładów - te  wszystkie twarze  zwrócone  ku niej  w oczekiwaniu  błyskotliwych i  mądrych 

słów.

W końcu puścił jej rękę i zabrał spod beczki półlitrowy kufel.

- Jak ci się podoba Irlandia? - zapytał ją, odwracając się do lustrzanej półki po butelkę 

wina.

- Jest śliczna.

- Święta prawda, i nie znajdziesz tu nikogo, kto by się z tobą nie zgodził. - Nalał jej 

wina, patrząc bardziej na nią niż na kieliszek. - A jak się miewa twoja babcia?

- Bardzo dobrze. Znasz ją?

-  Pewnie,  że  znam.  Moja  matka,  z  domu  Fitzgerald,  jest  kuzynką  twojej  babci  -  w 

trzecim  czy  czwartym  pokoleniu.  W  ten  sposób  my  również  jesteśmy  kuzynami.  -  Trącił 

palcem jej kieliszek. - Slainte, kuzynko Jude.

-  No  tak...  dziękuję.  -  Właśnie  podnosiła  kieliszek,  kiedy  za  jej  plecami  rozległ  się 

krzyk.  Dźwięczny  kobiecy  głos  beształ  kogoś,  wyzywając  od  nieudacznika  o  móżdżku  jak 

głąb  kapusty.  Na  co  poirytowany  męski  głos  odpowiedział,  że  woli  już  być  głąbem 

kapuścianym niż jałową gliną, na której nic nie wyrośnie.

Nikt nie wydawał się zaszokowany krzykami ani przekleństwami, które nastąpiły po 

nich. Potem coś huknęło, aż Jude podskoczyła, oblewając winem rękę.

background image

- To także są twoi kuzyni - wyjaśnił Aidan, sięgając ponownie po jej rękę i wycierając 

ją wprawnym ruchem. - Moja siostra Darcy i mój brat Shawn.

- Czy nie należałoby zobaczyć, o co tam chodzi?

- A o co miałoby chodzić?

Głosy na zapleczu przybrały na sile.

- Rzuć tylko we mnie tym talerzem, żmijo, a przysięgam, że ci...

Groźbę kończyło jakieś szkaradne przekleństwo, po którym natychmiast coś gruchnęło 

o ścianę. W chwilę później zza drzwi na tyłach baru wypłynęła kobieta z pełną tacą jedzenia. 

Była zaróżowiona i miała zadowoloną minę.

- Trafiłaś go, Darcy? - zawołał ktoś z sali.

- Nie, bo nawiał. - Potrząsnęła buńczucznie głową, wzbijając chmurę kruczoczarnych 

włosów.  Było jej  do  twarzy ze  złością.  Łypnęła  hardymi niebieskimi  oczami,  wydęła pełne 

wargi. Kręcąc biodrami, zaniosła tacę do stolika zajętego przez pięcioosobową rodzinę. Kiedy 

siedząca tam kobieta szepnęła jej coś do ucha, Wybuchnęła śmiechem.

Było jej równie do twarzy ze śmiechem, jak i ze złością.

- Potrącę ci z pensji za talerz - poinformował Aidan siostrę, gdy zamaszystym krokiem 

podeszła do baru.

-  Proszę  bardzo.  To  było  warte  każdej  ceny.  Szkoda  tylko,  że  go  nie  trafiłam. 

Clooneyowie chcą jeszcze dwie cole, jedno ciemne piwo i dwa harpy - duże i małe.

Aidan zaczął wypełniać zamówienie.

-  Darcy,  to  jest  Jude  Murray  z  Ameryki,  przyjechała  pomieszkać  w  chacie  starej 

Maude.

- Cieszę  się ze  spotkania. - Złość w oczach Darcy od razu  ustąpiła miejsca żywemu 

zainteresowaniu. Na jej ustach pojawił się olśniewający uśmiech. - Jak sobie radzisz?

- Nieźle, dziękuję.

- Zdaje się, że jesteś z Chicago, prawda? Podoba ci się tam?

- To piękne miasto.

- Pełne eleganckich sklepów,  restauracji. Czym się zajmujesz w Chicago,  to znaczy, 

jak zarabiasz na życie?

- Wykładam psychologię.

-  Naprawdę?  To  świetnie,  przyda  się,  jak  znalazł.  -  W  pięknych  oczach  Darcy 

pojawiły się radosne iskierki, a nawet odrobina złośliwości. - Może znajdziesz czas i zbadasz 

głowę mojego brata Shawna. Coś z nim jest nie w porządku od samego urodzenia.

Złapała  tacę  z  napojami,  którą  podsunął  jej  Aidan,  po  czym  posłała  mu  szeroki 

background image

uśmiech.

- To były dwa talerze. Za drugim razem prawie go trafiłam w ucho.

Odeszła niespiesznie, żeby podać drinki i przyjąć zamówienia przy innych stolikach.

Aidan podstawił pod krany beczki dwa następne kufle, po czym zwrócił się do Jude.

- Nie smakuje ci wino?

- Co?  - Spojrzała w dół,  stwierdzając, że  kieliszek stoi  prawie nietknięty.  - Nie, jest 

dobre.  -  Wypiła  przez  grzeczność,  a  kiedy  się  uśmiechnęła,  jej  dołeczki  znowu  nieśmiało 

ożyły. - Świetne, naprawdę.

- Nie należy się przejmować Darcy i Shawnem.  To prawda, że Shawn jest szybki w 

nogach, ale nasza siostrunia ma potężny cios. Gdyby go chciała trafić, zrobiłaby to jak nic.

W kącie sali ktoś zaczął grać na staroświeckim akordeonie.

- Mam kuzynów w Chicago - powiedział  Tira, stojąc za nią i  czekając cierpliwie na 

piwo. - Dempseyowie, Mary i Jack. Nie znasz ich przypadkiem?

- Nie, niestety.

- No tak,  Chicago jest duże.  Razem  z  Jackiem  spędziliśmy dzieciństwo,  a potem on 

wyjechał do Ameryki do wuja ze strony matki, żeby pracować w fabryce, w której paczkuje 

się mięso. Jest już tam od dziesięciu lat i okropnie narzeka na wiatr i na zimy, ale nie kwapi 

się jakoś z powrotem.

Wziął piwo od Aidana, podziękował i położył miedziaki na barze.

- Aidan, ty chyba byłeś w Chicago?

-  W  przelocie.  Warto  zobaczyć  tamtejsze  jezioro,  wydaje  się  wielkie  jak  morze.  A 

wiatr, który od niego wieje, przeszywa do szpiku kości. Można też tam dostać takie steki, że 

człowiek dziękuje Bogu za to, iż stworzył krowę.

Mówił,  nie  przerywając  pracy,  ustawiając  kolejne  zamówienia  na  tacy  siostry, 

dopilnowując  kurków  przy  beczce,  otwierając  butelkę  amerykańskiego  piwa  dla  chłopca, 

który, sądząc na oko, powinien jeszcze pijać koktajle mleczne.

Muzyka zabrzmiała głośniej, stała się bardziej skoczna. A kiedy Darcy, unosząc tacę z 

baru, zaśpiewała, Jude wytrzeszczyła oczy z podziwu i z zazdrości.

Mniejsza o głos, choć i on był zachwycająco srebrzysty i czysty. Chodziło głównie o 

tę łatwość śpiewania przed tyloma ludźmi. Była to piosenka o starej pannie, która umierała na 

poddaszu. Jak June zorientowała się po spojrzeniach mężczyzn na sali - od dziesięcioletniego 

chłopca Clooneyów po zgrzybiałego starca w najodleglejszym kącie baru - taki los nie groził 

Darcy Gallagher.

Ludzie przyłączyli się do chóru, a piwo z beczki popłynęło strumieniem.

background image

Pierwsza melodia przeszła w następną, zmieniając tylko trochę rytm. Aidan tak gładko 

podchwycił słowa lirycznej piosenki, śpiewając o zdradzie kobiety noszącej czarną aksamitną 

opaskę  na  głowie,  że  Jude  nie  mogła  oderwać  od  niego  oczu.  Miał  równie  mocny  głos  jak 

jego siostra i był równie piękny.

Śpiewając, nalał dużego lagera i mrugnął do niej, popychając szklanicę wzdłuż baru. 

Zalała  ją  fala  ciepła,  poczuła,  że  się  czerwieni.  Miała  jednak  nadzieję,  że  przyciemnione 

światło okaże się jej sprzymierzeńcem.

Chwyciła  swój  kieliszek  takim  gestem,  jakby  często  przesiadywała  w  barach,  gdzie 

rozbrzmiewa muzyka i gdzie piękni jak z obrazka mężczyźni mrugają do niej. Zdziwiła się, że 

kieliszek  jest pełny. Była przekonana, że  już  wypiła  przynajmniej połowę.  Ponieważ  Aidan 

znajdował się teraz z drugiej strony baru, wzruszyła tylko ramionami.

Drzwi, które, jak sądziła, prowadziły do kuchni, otworzyły się ponownie. Na szczęście 

nikt  na  nią  w  tej  chwili  nie  patrzył,  bo  aż  wybałuszyła  oczy.  Mężczyzna,  który  wszedł, 

wyglądał jak żywcem wzięty z ekranu - z jakiegoś filmu o pradawnych rycerzach celtyckich, 

występujących w obronie królestwa i swoich wybranek.

Był  gibki  i  szczupły,  w  znoszonych  dżinsach  i  w  czarnym  swetrze.  Miał  czarne  jak 

noc włosy. Marzycielskie, błękitne jak górskie jezioro oczy tryskały humorem. Jego usta były 

pełne i zmysłowe, nos zaś na tyle skrzywiony, że nie mógł uchodzić za ideał urody.

Na  jego  prawym  uchu  zauważyła  zadrapanie,  z  czego  wyciągnęła  wniosek,  że  ma 

przed sobą Shawna Gallaghera, który nie nawiał dostatecznie szybko przed furią siostry.

Przeszedł z wdziękiem przez salę, żeby podać przyniesione na tacy jedzenie. Po czym 

błyskawicznym  ruchem,  tak  że  Jude  wstrzymała  oddech,  spodziewając  się  bójki,  schwycił 

swoją  siostrę,  szarpnął  nią,  zwrócił  twarzą  ku  sobie,  a  następnie  ruszył  z  nią  w 

skomplikowany taniec.

Co  to  za  ludzie,  którzy potrafią obrzucać  się wyzwiskami,  by zaraz  potem  tańczyć i 

śmiać się do siebie?

Publiczność gwizdała i klaskała, wystukując nogami rytm. Kiedy taniec ustał, Darcy i 

Shawn uśmiechnęli się do siebie.

Pocałowawszy mocno siostrę w usta, Shawn odwrócił głowę i obejrzał uważnie Jude.

- No, no, a któż to wyłonił się z ciemności i zajrzał do Gallaghera?

-  To  jest  Jude  Murray,  kuzynka  starej  Maude  -  powiedziała  Darcy.  -  A  to  mój  brat 

Shawn, ten, który na gwałt potrzebuje twojej fachowej pomocy.

-  Ach,  słyszałem  od  Brenny,  że  cię  spotkała  zaraz  po  twoim  przyjeździe.  Jude  F. 

Murray z Chicago.

background image

- Co oznacza to „F”? - zapytał Aidan.

Odwracając się w jego stronę, Jude stwierdziła, że lekko kręci się jej w głowie.

- France s.

-  Ona  widziała  Lady  Gwen  -  oznajmił  Shawn.  Jude  nie  zdążyła  jeszcze  odwrócić  z 

powrotem głowy, gdy w pubie zaległa cisza.

- Widziała ją teraz? - Aidan wytarł ręce serwetką i oparł się o bar. - Coś takiego.

Nastąpiła pełna wyczekiwania przerwa.

-  Nie,  chyba  tylko  wydawało  mi  się,  że  ją  zobaczyłam...  padał  deszcz.  -  Podniosła 

kieliszek, upiła spory łyk, modląc się o to, żeby znowu zagrała muzyka.

- Aidan widział Lady Gwen, gdy spacerowała po klifach. Jude wytrzeszczyła oczy na 

Shawna, a potem spojrzała na Aidana.

- Widziałeś ducha?

-  Tak,  chodzi  i  płacze.  A  ten  dźwięk  aż  przeszywa  serce.  Była  zafascynowana 

dźwiękiem jego głosu. Ocknęła się, potrząsnęła głową.

- Ale przecież chyba nie wierzysz w duchy.

- A dlaczego miałbym nie wierzyć?

- Ponieważ... one nie istnieją.

Roześmiał się donośnym głosem i znów dopełnił jej kieliszek.

-  Zobaczymy,  co  powiesz  za  miesiąc.  Babcia  nie  opowiadała  ci  historii  o 

zaczarowanych Lady Gwen i Carricku?

-  Nie,  ale  mam  ze  sobą  dużo  kaset,  które  dla  mnie  nagrała,  a  także  nieco  listów  i 

pamiętników  związanych  z  mitami  i  legendami.  Zamierzam  napisać  rozprawę  o  irlandzkim 

folklorze i jego roli w psychologii kultury.

- To już jest coś. - Nie zadał sobie fatygi, żeby ukryć wesołość, nie zrobił tego nawet 

wtedy,  kiedy  się  zachmurzyła.  Jeszcze  nie  widział  tak  ślicznie  dąsającej  się  dziewczyny.  -

Wybrałaś doskonałe miejsce na zbieranie materiału do tego pomysłu.

- Powinieneś jej opowiedzieć o Lady Gwen - wtrąciła Darcy. - A także inne historie, 

Aidanie. Ty to najlepiej potrafisz.

- Czemu nie, zrobię to kiedyś. O ile to cię interesuje, Jude Frances.

Była  wytrącona  z  równowagi.  W  dodatku  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  jest  lekko 

pijana. Skinęła z godnością głową.

-  Oczywiście,  chętnie  włączę  do  moich  badań  tutejszy  koloryt  lokalny  i  miejscowe 

historie. Z przyjemnością umówię się na spotkanie - dostosuję się do ciebie.

Znowu ten sam zabójczy uśmiech.

background image

-  Och,  daj  spokój,  nie  bawmy  się  w  takie  formalności.  Wpadnę  po  prostu  któregoś 

dnia i, jeżeli nie będziesz zajęta, opowiem ci parę historyjek.

W  porządku.  Dziękuję.  -  Otworzyła  torebkę,  zaczęła  wyjmować  portfel,  ale  on  ją 

przytrzymał.

- Nie będziesz płacić. Wino jest od firmy, na powitanie.

- To bardzo uprzejmie z twojej strony.

- Mamy nadzieję, że jeszcze zajrzysz - powiedział, kiedy wstała ze stołka.

-  Oczywiście,  że  tak.  Dobranoc.  Wypowiadając  tę  grzecznościową  formułkę, 

popatrzyła  w  stronę  gości  w  barze,  by  po  chwili  znowu  przenieść  wzrok  na  Aidana.  -

Dziękuję.

- Życzę ci dobrej nocy, Jude Frances.

Gdy  wychodziła,  patrzył  na  nią,  machinalnie  nalewając  piwo,  które  ktoś  zamówił. 

Ładna sztuka. Taka spięta, że warto ją... zrelaksować.

Tylko bez pośpiechu. W końcu przecież ma masę czasu.

- Musi być bogata - stwierdziła Darcy z lekkim westchnieniem.

- Dlaczego tak sądzisz?

- To widać po jej ubraniu, jest proste i w najlepszym gatunku. A te małe kolczyki są z 

prawdziwego złota, no i mogę dać głowę, że miała włoskie pantofle.

Nie  zauważył  kolczyków  ani  pantofli.  Zafascynowała  go  jej  kobiecość.  Wyobraził 

sobie, jak zdejmuje opaskę z głowy, a włosy rozsypują się jej na ramiona.

- Może i jest bogata, moja droga Darcy, ale jest samotna i nieśmiała, co tobie nigdy się 

nie zdarza. Za pieniądze nie kupi sobie przyjaciela. Podejdę tam kiedyś i zajrzę do niej.

- Masz dobre serduszko. Uśmiechnęła się szeroko i złapała tacę.

- Gdy wychodziła, nie odrywałeś oczu od jej pupy. Odwzajemnił jej uśmiech.

- Mam dobre oko.

Po  wyjściu  ostatniego  klienta,  gdy  szklanki  zostały  umyte,  podłoga  wyszorowana,  a 

drzwi zamknięte, Aidan stwierdził, że nie ma ochoty ani spać, ani czytać przy kominku.

Zazwyczaj w takie noce, gdy niebo było pokryte gwiazdami, a blady księżyc żeglował 

po wodzie, wybierał się na długie spacery.

Dzisiaj powędrował na klify. To prawda, co powiedział jego brat. Aidan niejeden raz 

widział Lady Gwen, stojącą wysoko na skale, podczas gdy wiatr rozwiewał do tyłu jej jasne 

włosy niczym grzywę pędzącego konia i targał jej oświetlonym księżycem płaszczem.

Gdy  zobaczył  to  pierwszy  raz,  był  dzieckiem.  Najpierw  poczuł  strach,  a  potem  jej 

rozdzierający serce płacz poruszył go do głębi.

background image

Nigdy  nie  odezwała  się  słowem,  ale  patrzyła  na  niego,  widziała  go.  Mógłby  to 

przysiąc na wszystkie świętości.

Dzisiaj  nie  szukał  duchów,  nie  próbował  przywołać  zjawy  kobiety,  która  utraciła 

miłość, zanim ją rozpoznała.

Chciał pospacerować po tej ziemi, na którą powrócił, ponieważ tylko tutaj czuł się jak 

w domu.

Kiedy wspinał się ścieżką;, którą znał na pamięć, czuł tylko nocne powietrze i morze.

W dole, w swojej niestrudzonej, odwiecznej wojnie ze skałą, szumiały fale. Na ciemną 

taflę wody, która nigdy nie pozostawała w bezruchu, padało delikatne światło księżyca. Tutaj 

mógł oddychać swobodnie i rozmyślać, na co brakowało mu czasu podczas dnia.

Obecnie pub należał do niego. Czuł na swych barkach ciężar obowiązków związanych 

z  jego  utrzymaniem.  Decyzja  rodziców  o  pozostaniu  w  Bostonie  -  zaczęło  się  od  tego,  że 

mieli tam pomóc wujkowi otworzyć pub i poprowadzić z nim interes przez pierwsze pół roku 

- nie była aż takim zaskoczeniem.

Ojciec  ogromnie  tęsknił  za  bratem,  a  matka  zawsze  była  skora  do  przeprowadzek  i 

zmian miejsca pobytu. Wrócą tu jeszcze, choćby po to, żeby zobaczyć przyjaciół i pobyć ze 

swoimi dziećmi. A pub Gallaghera kolejny raz przeszedł z ojca na syna.

Aidan zamierzał dobrze zadbać o swoje dziedzictwo.

Darcy nie będzie wiecznie obsługiwać stolików. Pogodził się z tym faktem. Składała 

pieniądze niczym wiewiórka orzeszki. Czmychnie, kiedy uzna, że ma ich dosyć.

Na  razie  Shawn  chętnie  zajmuje  się  kuchnią,  snuje  swoje  marzenia  i  opędza  się  od 

dziewcząt z miasteczka. Aż pewnego dnia trafi na przeznaczoną dla siebie kobietę, bowiem 

taka jest kolej rzeczy.

Jeżeli chce, żeby pub nadal funkcjonował, powinien również sam się ożenić i postarać 

się  o  syna  albo  o  córkę,  jako  że  nie  trzymał  się  aż  tak  kurczowo  tradycji,  żeby  nie  móc 

przekazać interesu dziewczynie.

Ale na to jest jeszcze czas. Przecież ma dopiero trzydzieści jeden lat i nie zamierza się 

żenić  wyłącznie  z  poczucia  obowiązku.  Żeby  złożyć  przysięgę  małżeństwa,  potrzebna  jest 

miłość i namiętność, a także trzeba mieć jednakowe zainteresowania.

Podczas swych podróży przekonał się o tym, że może żyć skromnie, ale nie powinien 

nigdy  wiązać  się  z  kobietą,  która  go  nudzi,  nie  pobudza  zmysłów,  choćby  nawet  miała 

najładniejszą twarz.

Kiedy  tak  rozmyślał,  odwrócił  się  i  popatrzył  na  pofałdowaną  ziemię,  na  łagodne 

wzniesienie,  na  którym  pod  gwiazdami  przycupnęła  chatka.  Z  komina  jak  cienka  mgiełka 

background image

wydobywał się dym, w oknie zaś paliło się światło.

Jude  Frances  Murray!  Co  robisz  w  tym  małym  domku  na  zaczarowanym  wzgórzu? 

Może czytasz jakąś mądrą książkę? A może, kiedy nikt tego nie widzi, wolisz lżejszą lekturę?

Przez ten czas, który spędziła w jego barze, przekonał się, jak bardzo ważne jest dla 

Jude Frances to, co myślą o niej ludzie.

On sam potrzebuje czasu, żeby ustalić, co o niej myśli, co w niej widzi.

Jest  bardzo  podniecająca  z  tymi  ogromnymi  oczami  i  ciasno  związanymi  włosami. 

Spodobał mu się jej głos, jej pedantyczność, która tak dziwnie kontrastowała z nieśmiałością.

Zastanowił się, co by zrobiła śliczna Jude, gdyby zapukał teraz do jej drzwi.

Nie, to nie ma sensu. Przestraszyłby ją tylko. Przecież to nie jej wina, że obudziła w 

nim takie pragnienie.

- Śpij spokojnie - wyszeptał, chowając dłonie do kieszeni i kuląc się przed wiatrem. -

Pewnej nocy, kiedy wybiorę się na spacer, dojdą do twoich drzwi. A wtedy zobaczymy, co z 

tego wyniknie.

Za  oknem  przesunął  się  cień,  odchyliła  się  kotara.  A  potem  stanęła  tam,  jakby  go 

usłyszała. Było za daleko, żeby zobaczyć coś więcej niż samą sylwetkę.

Pomyślał, że może i ona widzi go na skale.

A potem zaciągnęła zasłonę i po chwili zgasło światło.

background image

4

Jude powiedziała sobie, że najważniejsza w życiu jest dyscyplina. Z tą myślą wstała 

następnego ranka z łóżka, przygotowała sobie śniadanie, a następnie wzięła dzbanek z herbatą 

do gabinetu, by zasiąść do pracy.

Nie wybierze się na spacer po wzgórzach, chociaż dzień był taki cudowny. Nie ruszy 

się,  żeby  pomarzyć  przy  kwiatach,  choć  tak  ślicznie  wyglądają,  gdy  spogląda  na  nie  przez 

okno. A już na pewno nie pojedzie do miasteczka i nie spędzi kilku godzin na plaży, choć ten 

pomysł jest tak pociągający.

Jej  pomysł  zgłębienia legend przekazywanych  w  Irlandii z  pokolenia na pokolenie z 

pewnością wart jest zachodu, pod warunkiem, że zabierze się w sposób właściwy do pracy. 

Przecież  sztuka  ustnych  opowieści  na  równi  ze  słowem  pisanym  stanowiła  jeden  z 

podstawowych elementów kulturotwórczych.

Musiała  przyznać,  iż  jej  najgłębiej  skrywanym  pragnieniem  było  pisanie  książek, 

przekazywanie szczelnie ukrytych w sercu słów i obrazów.

Równocześnie  uważała,  że  nie  stać  jej  na  zrealizowanie  tak  niepraktycznej, 

romantycznej,  wariackiej  ambicji.  Ludzie  o  przeciętnych  zdolnościach  powinni  się  trzymać 

spraw bardziej przyziemnych.

Prowadzenie badań, zajmowanie się szczegółami, analizowanie - na tym się znała. To 

było  to,  czego  od  niej  oczekiwano.  Temat,  który  obecnie  wybrała,  był  już  i  tak 

kontrowersyjny  i  świadczył  o  jej  buncie.  Podrąży  więc  i  zbada  psychologiczne 

uwarunkowanie  tworzenia  się  i  trwania  pokoleniowych  mitów,  typowych  dla  kraju  jej 

przodków. W Irlandii roiło się od nich.

Duchy i zwiastunki śmierci, dobre duszki i czarodzieje. Jakże bogata i pełna cudownej 

fantazji  była  celtycka  wyobraźnia.  Powiedziano  jej,  że  domek  stoi  na  zaczarowanym 

wzgórzu, w miejscu, gdzie był niegdyś wspaniały pałac.

Legendy  mówią,  że  śmiertelnik  może  zostać  zwabiony,  a  nawet  porwany  do 

zaczarowanego podziemnego świata i być tam zatrzymany na setki lat.

Czy to nie fascynujące?

Jak  normalni  ludzie,  u  progu  dwudziestego  pierwszego  wieku,  mogą  w  coś  takiego 

wierzyć!

Oto siła oddziaływania mitu na intelekt i na psychiką!

Tej  nocy  omal  sama  w  to  nie  uwierzyła.  Przyczynił  się  do  tego  wiatr  grający  w 

background image

kominie.

A do tego ta postać stojąca na klifach. Sylwetka człowieka, tak wyraźna na tle nieba i 

morza, przyciągnęła jej wzrok i przyprawiła o bicie serca. Mógł to być mężczyzna czekający 

na ukochaną albo opłakujący jej stratę. Jakiś zaczarowany królewicz.

Bardzo romantyczne.

Ktokolwiek  to  był,  ktokolwiek  wędrował  smaganymi  wiatrem  klifami  po  północy, 

musiał być somnambulikiem.

Taki somnambuliczny trans dodawał uroku opowieściom. Można to wykorzystać.

Odłożyła  na  później  taśmy  i  listy  i  pochyliła  się  nad  klawiaturą  komputera.  Zaczęła 

pisać.

Powiadają, że domek stoi na zaczarowanym wzgórzu, na jednym z wielu wzniesień w 

Irlandii,  pod  którymi  w  pałacach  i  zamkach  żyją  zaklęci  ludzie.  Podobno,  podchodząc  do 

zaczarowanego  wzgórza,  można  usłyszeć  muzykę  dobiegającą  z  wielkich  zamkowych 

dziedzińców,  ukrytych  głęboko  pod  warstwą  zielonej  trawy.  A  jeśli  się  wejdzie  na  szczyt, 

zaklęci ludzie mogą porwać człowieka i zmusić go, żeby spełnił ich rozkaz.

Uśmiechnęła się. Oczywiście to wszystko jest zbyt poetyckie i zbyt irlandzkie, jak na 

początek  poważnej  akademickiej  rozprawy.  To  z  tego  właśnie  powodu  na  pierwszym  roku 

studiów  otrzymywała  niższe  oceny.  Błądzenie,  odbieganie  od  tematu,  naciąganie  go  do 

własnych koncepcji - takimi adnotacjami opatrzone były jej prace.

Wiedząc,  czym  dla  jej  rodziców  były  stopnie,  nauczyła  się  unikać  barwnych 

dywagacji.

Jednak teraz nie chodziło o stopnie, a poza tym to tylko szkic. Później zastanowi się, 

co zrobić dalej.

Dzięki  opowiadaniom  babci  wiedziała  dostatecznie  dużo  by  móc  sporządzić  wykaz 

najczęściej występujących mitycznych postaci. Jej zadaniem będzie znalezienie odpowiednich 

historyjek, a także schematu, wedle którego kształtowała się dana postać legendy, i ustalenie 

jej korelacji z psychiką ludzi.

Spędziła  ranek  na  formułowaniu  podstawowych  definicji,  uzupełniając  je  często 

komentarzami  i  zamieszczając  odsyłacze  do  odpowiedników  poszczególnych  postaci  w 

innych kulturach.

Pogrążona  w  pracy  -  pisała  właśnie  charakterystykę  Pisogue  -  irlandzkiej  kobiety  -

wyroczni i szamanki, spotykanej w większości wsi i miasteczek w dawnych czasach - ledwie 

usłyszała pukanie do drzwi. Zawieszając okulary na oblamowaniu swetra, zbiegła na dół. Gdy 

w końcu otworzyła drzwi, Brenna O'Toole wracała już do swojej furgonetki.

background image

- Przepraszam, że przeszkodziłam - powiedziała Brenna.

- Nie, nic podobnego. - To dziwne, że ta kobieta w zabłoconych roboczych butach tak 

ją  onieśmielała.  -  Byłam  na  górze. Cieszę  się,  żeś  zajrzała.  Nie  zdążyłam  ci  wczoraj  nawet 

podziękować.

-  Och,  nie  ma  sprawy.  Zasypiałaś  na  stojąco.  -  Brenna  podeszła  do  werandy.  -

Zadomowiłaś się trochę? Masz wszystko, co trzeba?

-  Tak,  dziękuję.  -  Zauważyła,  że  do  spłowiałej,  nasuniętej  na  oczy  czapki  Brenna 

przypięła nad  daszkiem  malutką  uskrzydloną  postać.  To  niezwykłe,  iż  tego  rodzaju  kobieta 

może nosić podobne maskotki. - Może byś weszła i napiła się ze mną herbaty?

- Dziękuję, ale mam dużo pracy. Chciałam tylko zobaczyć, jak sobie radzisz i czy nie 

trzeba ci czegoś załatwić, skoro tędy przejeżdżam parę razy dziennie.

-  W  tej  chwili  nic  mi  nie  przychodzi  do  głowy.  Z  kim  mam  się  skontaktować  w 

sprawie  założenia  drugiego  gniazdka  do  telefonu?  Urządziłam  sobie  gabinet,  a  chciałabym 

podłączyć modem.

- Modem?  Masz komputer?  - Oczy jej rozbłysły. - Moja siostra Mary Kate  uczy się 

programowania i też ma komputer, ale nawet nie pozwala mi się do niego zbliżyć.

- Interesują cię komputery?

- Chciałabym wiedzieć, jak to działa, a ona się boi, że go rozbiorę na części. Mary też 

ma modem, dzięki któremu wysyła wiadomości  do naszych kuzynów w Nowym Jorku i do 

przyjaciół w Galway. Istne cudo.

- Jeszcze jakie.

-  Przekażę  komu  trzeba  twoją  sprawę  -  ciągnęła  Brenna.  -  Założą  ci  gniazdko. 

Wcześniej  czy  później,  ale  chyba  nie  dalej  niż  w  ciągu  tygodnia.  A  tymczasem  mogę  ci 

załatwić coś prowizorycznego.

-  Świetnie.  Będę  ci  wdzięczna.  Pojechałam  wczoraj  do  wsi,  ale  sklepy  już  były 

zamknięte. Chciałam kupić parę książek o ogrodnictwie.

-  O  ogrodnictwie?  -  Brenna  zdziwiła  się.  Na  co  komu  czytanie  o  roślinach?  -  Nie 

wiem,  czy  znajdziesz  coś  takiego  w  Ardmore,  lepiej  poszukaj  w  Dungarvan  albo  w 

Waterford. A na razie, jeżeli chcesz się czegoś dowiedzieć o tutejszych kwiatach, wystarczy, 

że zapytasz moją mamę. Jest zapaloną ogrodniczką.

Na dźwięk klaksonu Brenna zerknęła przez ramię.

-  Oto  i  pani  Duffy,  a  także  Betsy  Clooney.  Przyjechały  się  przywitać.  Ustąpię  im 

drogę.  Pani  Duffy  na  pewno  przywiozła  ciasteczka  -  dodała  Brenna.  -  Słynie  z  nich.  -

Pomachała wesoło do dwóch kobiet w samochodzie. - Jeżeli czegoś potrzebujesz, krzyknij ze 

background image

wzgórza.

- Dobrze, ale... - Jude przeraziła się, że ma tu zostać z obcymi kobietami. Ale Brenna 

wskoczyła już do swojej furgonetki.

Ruszyła  gwałtownie,  nie  zwracając  uwagi  na  to,  że  jest  tak  ciasno  między 

żywopłotami. Stanęła obok drugiego samochodu, żeby zamienić parę słów z nowymi gośćmi.

Potem furgonetka, podskakując na wybojach, pomknęła w dół, a samochód pani Duffy 

zahamował pod jej domem.

-  Witaj,  panno  Murray!  -  Kobieta  za  kierownicą  miała  jasne  oczy  i  jasnobrązowe 

włosy, które pod grubą warstwą lakieru wyglądały jak błyszczący w słońcu hełm.

Wysiadła z samochodu - biuściasta i biodrzasta, na krótkich cienkich nogach.

Jude,  z  nienaturalnym  uśmiechem  na  twarzy,  powlokła  się  jak  skazaniec  w  stronę 

furtki.  Właśnie  zastanawiała  się  nad  odpowiednią  powitalną  formułką,  kiedy  kobieta 

otworzyła tylne drzwiczki samochodu, w których ukazała się druga osoba.

- Jestem Kathy Duffy, a to Betsy Clooney, moja siostrzenica. Patty Mary, jej matka, a 

moja  siostra,  pracuje  dzisiaj  w  sklepie,  w  przeciwnym  razie  także  by  tu  przyjechała. 

Zaproponowałam dziś rano Betsy, żeby zostawiła małe dziecko pod opieką sąsiadki, podczas 

gdy  dwoje  starszych  będzie  w  szkole,  i  żebyśmy  pojechały do  Faerie  Hill  Cottage  powitać 

amerykańską kuzynkę starej Maude.

Wypięta na Jude przetrząsała tył samochodu, a słowa, które wypowiadała, zdawały się 

wydobywać  z  dolnej  części  jej  ciała,  przesłoniętej  pstrokatą  spódnicą  pełną  czerwonych 

maków.

Kiedy się wykaraskała, była lekko zaczerwieniona. Trzymała w ręku przykrytą paterę i 

promieniała uśmiechem.

- Jesteś podobna do swojej babci - ciągnęła Kathy - takiej, jak ją zapamiętałam, gdy 

byłam młodą dziewczyną. Mam nadzieję, że ma się dobrze.

- Tak, dziękuję. To miło, że zajrzałyście. - Otworzyła furtkę. - Proszę wejść.

-  Chyba  dałyśmy  ci  dość  czasu  na  zagospodarowanie  się.  -  Betsy  wyszła  zza 

samochodu  i  Jude  przypomniała  ją  sobie  z  pubu.  To  ta  kobieta  z  rodziną  przy  jednym  ze 

stolików.

-  Wspomniałam  cioci  Kathy,  że  widziałam  cię  wczoraj  wieczorem  w  pubie 

Gallaghera. I pomyślałyśmy, że może już czas na odwiedziny.

- Byłaś tam z rodziną. Masz bardzo grzeczne dzieci.

- Ależ skąd! - Wcale nie są grzeczne. A ty nie masz dzieci?

- Nie, nie jestem zamężna. Napijecie się?

background image

-  Bardzo  chętnie.  -  Kathy  szła  pierwsza,  najwyraźniej  czując  się  tu  jak  u  siebie  w 

domu. - Posiedzimy w kuchni.

Obie kobiety były bardzo miłe i skore do śmiechu. Kathy Duffy usta się nie zamykały.

Nie  minęła  godzina,  a  Jude  kręciło  się  już  w  głowie  od  imion  i  nazwisk,  od  stopni 

pokrewieństwa  ludzi  w  Ardmore,  od  opowieści  o  waśniach  rodzinnych,  o  weselach  i 

pogrzebach. Katherine Annę Duffy wiedziała o wszystkim i o wszystkich.

- Wielka szkoda, że nie poznałaś starej Maude - powiedziała.

- Babcia bardzo ją lubiła.

-  Były  przyjaciółkami  pomimo  różnicy  wieku.  -  Kathy  pokiwała  głową.  -  Twoja 

babcia mieszkała tutaj  jako  dziewczynka po  stracie rodziców. Moja matka  przyjaźniła się z 

nimi  i  obie  z  Maude  tęskniły  za  twoją  babcią,  kiedy  wyszła  za  maż  i  przeniosła  się  do 

Ameryki.

- A Maude została tutaj sama. - Jude rozejrzała się po kuchni...

- Miała ukochanego i zamierzali się pobrać.

- Tak? I co się stało?

- Nazywał się John Magee. Wiem od matki, że był przystojnym chłopakiem i kochał 

morze. Podczas tamtej wojny poległ we Francji.

To smutne - wtrąciła Betsy - ale i romantyczne. Maude nigdy nie pokochała innego i 

często  o  nim  mówiła,  kiedy  przychodziłyśmy  z  wizytą,  chociaż  już  nie  żył  od  ponad  pół 

wieku.

-  Dla  niektórych -  westchnęła  Kathy  -  istnieje  tylko  jeden  mężczyzna...  Ale  Maude 

żyła tutaj szczęśliwa, ze swymi wspomnieniami i kwiatami.

To jest taki radosny dom - powiedziała Jude i natychmiast poczuła się jak idiotka. Ale 

Kathe Duffy uśmiechnęła się tylko i znów pokiwała głową.

- Masz rację. A ci z nas, którzy ją znali, są szczęśliwi, że mieszka tu teraz ktoś z jej 

rodziny. To dobrze, że jeździsz do wsi, że spotykasz ludzi i poznajesz swoich krewnych.

Krewnych?

-  Jesteś  .spokrewniona  z  Fitzgeraldami.  Pełno  ich  tutaj.  Podobnie  w  okolicy  Old 

Parich.  Moja  przyjaciółka  Deidre,  która  mieszka  teraz  w  Bostonie,  leż  nazywała  się 

Fitzgerald, zanim wyszła za Patricka Gallaghera. Byłaś wczoraj wieczorem w ich lokalu.

- Tak, wiem. - Natychmiast zobaczyła twarz Aidana. Jego uśmiech i niebieskie oczy. -

Podobno jesteśmy kuzynami.

- O ile pamiętam, twoja babcia była kuzynką Sarah, ciotecznej babki Deidre. A może 

była  cioteczną  prababką.  Mniejsza  o  to.  Teraz  lokal  prowadzi  najstarszy  chłopak 

background image

Gallagherów. - Kathy zrobiła długą pauzę, by schrupać jedno z ciasteczek, które przyniosła. -

Miałaś kiedyś na niego chętkę, prawda, Betsy?

- Może i zerknęłam na niego parę razy, kiedy byłam szesnastoletnią smarkulą. - Betsy 

uśmiechnęła się znad filiżanki. - A i on zwrócił na mnie uwagę. A potem wyjechał na tę swoją 

włóczęgę. Wtedy pojawił się mój Tom.

-  Był  narwanym  chłopakiem,  a  i  teraz  ma  w  oczach  coś  takiego,  co  wprawia  w 

niepokój.  -  Kathy  znowu  westchnęła.  -  A  więc  nie  masz  w  Stanach  żadnego  ukochanego, 

Jude?

-  Nie.  -  Pomyślała  o  Williamie.  Czy  kiedykolwiek  uważała  męża  za  swojego 

ukochanego? - Nikogo specjalnego.

- Jeżeli nie są specjalni, to chyba nie warto zaprzątać sobie nimi głowy?

Kiedy już  Jude  odprowadziła  gości do drzwi,  wróciła do tego myślami. William  nie 

był jej wielką miłością. Nie dało się tego porównać z historią Johna Magee i Maude.

A jednak przez jakiś czas jej życie koncentrowało się na nim. Kochała go czy raczej 

chciała wierzyć, że go kocha.

Tymczasem  on  tak  łatwo  i  beztrosko  złamał  złożoną  przysięgę  i  pozbył  się  jej  ze 

swojego życia. Jakie to upokarzające.

Musiała  przyznać,  że  nic  opłakiwałaby  go  przez  tyle  lat,  gdyby  zginął  w  tragiczny 

sposób. Tyle tylko, że byłaby wówczas dzielną, szanowaną wdową, a nie porzuconą żoną.

Co  bardziej  boli:  jego  utrata  czy  zraniona  duma?  Niezależnie  od  odpowiedzi,  nie 

chciałaby,  żeby  coś  takiego  powtórzyło  się  znowu.  Nie  zamierza  wychodzić  za  mąż  tylko 

dlatego, żeby spełnić oczekiwania innych.

Tym razem skoncentruje się na sobie.

Generalnie  nie  ma  nic  przeciwko  małżeństwu.  Małżeństwo  jej  rodziców jest  dobre  i 

solidne, są sobie bardzo oddani. Może nie ma tam oglądanej na filmach dzikiej namiętności, 

za którą tęsknią niektórzy, ale ich związek, zawarty przed Bogiem, w pełni zdał egzamin.

Być może, chciała stworzyć podobny związek z Williamem, ale nie udało się. I to z jej 

winy.

Przyzwyczaili się do siebie, łatwo popadli w codzienną rutynę.

Kolacja  z  Williamem  w  piątkowy  wieczór  o  siódmej  w  jednej  z  trzech  ulubionych 

restauracji. Sobota - wyprawa do teatru albo do kina, późna kolacja i seks bez wzlotów, ale w 

dobrym  guście.  Potem  zdrowy  ośmiogodzinny  sen,  śniadanie,  obiad  i  dyskusja  przy 

niedzielnej gazecie.

Tak  wyglądało  ich  narzeczeństwo,  a  małżeństwo  stanowiło  po  prostu  jego 

background image

kontynuację.

Finał łatwo było przewidzieć.

Tylko  wolałaby,  żeby  to  wyszło  od  niej.  Żeby  to  ona  miała  odwagę  uczynić  coś 

szalonego. Jakaś  namiętna  przygoda w tanim  motelu.  Dorabianie w charakterze  striptizerki. 

Ucieczka, by przyłączyć się do gangu motocyklowego. Bóg wie, co jeszcze.

Wyobraziła  sobie,  jak  opięta  w  śliską  skórę  wskakuje  na  tylne  siodełko  za  jakimś 

krzepkim, wytatuowanym motocyklistą. Parsknęła śmiechem.

-  No  proszę,  jaki  miły  widok  w  kwietniowe  popołudnie.  -  W  przerwie  między 

żywopłotem z rękami w kieszeniach stał Aidan. - Roześmiana kobieta z kwiatami u stóp.

Podszedł  do  furtki.  A  ona  mogła  przysiąc,  że  nigdy  w  życiu  nie  widziała  tak 

przystojnego mężczyzny - z rozwianymi na wietrze gęstymi, ciemnymi włosami, z jasnymi, 

niebieskimi oczami na tle majaczących w oddali klifów.

- Czyżbyś rozmawiała z kwiatami, Jude Frances?

- Nie, oczywiście, że nie. - Podniosła odruchowo rękę, żeby sprawdzić, czy jej włosy 

są w porządku. - Właśnie odwiedziły mnie Kathy Duffy i Betsy Clooney.

-  Spotkałem  je  po  drodze.  Powiedziały,  że  spędziły  miłą  godzinkę  przy  herbacie  i 

ciasteczkach.

- Przyszedłeś ze wsi pieszo?

-  To  nie  tak  daleko,  a  ja  lubię  chodzić.  -  Pomyślał,  że  Jude  jest  speszona  jego 

obecnością.

Chciał, żeby się uśmiechnęła, chciał zobaczyć, jak wyginają się jej wargi, jak ożywiają 

się jej dołeczki.

- Zaprosisz mnie do ogrodu czy mam powędrować dalej?

- Wejdź.  - Sięgnęła  do  klamki  furtki w tym samym momencie  co  on.  Ich dłonie się 

spotkały.

- O czym myślałaś, co cię tak rozśmieszyło?

- Mniejsza o to... Takie sobie głupstewko. Pani Duffy zostawiła trochę ciasteczek i jest 

jeszcze herbata.

Chyba nigdy jeszcze nie spotkał kobiety, którą tak by przerażał sam fakt rozmowy z 

nim. Na próbę przetrzymał jej rękę, podczas gdy ona wyrywała ją.

- I wyobrażam sobie, że chwilowo masz dość jednego i drugiego. Ja od czasu do czasu 

potrzebuję  powietrza  i  wtedy  wybieram  się  na  włóczęgę.  Jeżeli  nie  masz  nic  do  roboty, 

możemy po prostu posiedzieć chwilę na werandzie.

Wyciągnął wolną rękę, przycisnął jej biodro, choć szarpnęła się do tyłu.

background image

-  Jeszcze  chwila,  a  wejdziesz  w  kwiaty  -  powiedział  półgłosem.  -  Szkoda  byłoby je 

podeptać.

- Och! - Odsunęła się od klombu. - Jestem taka niezdarna.

- Tego bym nie powiedział. Tylko trochę nerwowa. - Jej zdenerwowanie sprawiało mu 

dziwną przyjemność.

Odsunął się trochę, zakręcił nią dokoła.

- Pomyślałem sobie - rzekł, prowadząc ją w stronę werandy - że może będziesz chciała 

posłuchać historyjek, związanych z tematem, nad którym pracujesz.

-  Bardzo  chętnie.  -  Odetchnęła  z  ulgą.  -  Dzisiaj  rano  zrobiłam  wstępny  szkic, 

opracowałam też podstawowe założenia.

Zobaczyła, że jej się przygląda.

- O co chodzi?

- O nic. Po prostu słucham. Lubię cię słuchać. Odchrząknęła, utkwiła wzrok w jednym 

punkcie, jakby bała się, że gdy spuści z oczu kwiaty, uciekną jej.

-  Na  czym  to  ja  skończyłam...  na  założeniach.  No  więc,  chcę  się  odwołać  do 

rozmaitych  dziedzin.  Do  elementów  fantazji,  ale  także  do  społecznych  i  kulturowych 

aspektów mitów. Ich roli w tradycji jako rozrywki, paraboli, ostrzeżenia.

- Ostrzeżenia?

-  Tak,  opowiadając  dzieciom  o  zaklętych  bagnach,  matki  chciały  je  ostrzec  przed 

niebezpiecznymi  miejscami,  opowiadając  o  złych  duchach,  wpływały  na  ich  zachowanie. 

Więcej  jest  jednak  opowieści,  które  mają  tylko  wzbudzać  lęk  słuchaczy,  a  nie  oddziaływać 

pozytywnie.

- A które wolisz?

- To zależy od nastroju.

- Często ci się zmieniają?

- Sądzę, że tak.

Poczuła w brzuchu rytmiczne pulsowanie i szybko odwróciła wzrok od Aidana.

Znane  są  historie  o  dzieciach  wykradanych  z  kołysek,  o  zamienianych  dzieciach,  o 

dzieciach  pożartych  przez  wilkołaki.  W  ostatnim  stuleciu  wielu  bajkom  zmieniano 

zakończenie  na  szczęśliwe,  podczas  gdy w  pierwotnych  wersjach  pełno  było  krwi,  śmierci. 

Pod  względem  psychologicznym  stanowi  to  odzwierciedlenie  zmian,  które  się  dokonały  w 

naszej kulturze, jak i tego, czego rodzice chcą dla swoich dzieci - czego mają słuchać, w co 

wierzyć.

- A w co ty wierzysz?

background image

-  Że  bajka  jest  bajką  i  że  takie  szczęśliwe  zakończenie  może  oszczędzić  dzieciom 

nocnych koszmarów.

- A czy twoja matka opowiadała ci bajki o zamienionych dzieciach?

- Nie. Ale robiła to moja babcia. W bardzo zajmujący sposób. Wyobrażam sobie, że i 

ty potrafisz zajmująco opowiadać.

- Opowiem ci coś, jeżeli przejdziesz się ze mną do wsi.

- Przejść się? - Potrząsnęła głową. - To parę kilometrów.

-  Nie  więcej  niż  trzy.  Zrzucisz  trochę  kalorii  po  ciasteczkach  pani  Duffy,  a  potem 

dostaniesz kolację. Mamy dzisiaj w karcie gulasz. Dopilnuję, żeby odwieziono cię do domu.

Spojrzała  na  niego i  znowu  się  odwróciła.  To  wspaniale  wstać  tak  i  pójść,  machnąć 

ręką na plany i założenia naukowe.

- To bardzo kusząca propozycja, ale naprawdę muszę jeszcze popracować.

-  Więc  przyjdź  jutro.  -  Wziął  ją  znowu  za  rękę  i,  wstając  pociągnął,  postawił  ją  na 

nogi. - W sobotni wieczór będzie u nas muzyka.

- Wczoraj też była.

- Przyjedzie paru muzyków z Waterford, grają w tradycyjnym stylu. Spodoba ci się - a 

przecież nie można pisać o irlandzkich legendach, nie znając tutejszej muzyki, prawda? Więc 

przyjdź jutro wieczorem do pubu, a ja zajrzę do ciebie w niedzielę.

- Zajrzysz do mnie?

Znów się uśmiechnął czarująco.

- Żeby ci opowiedzieć historyjkę przydatną do twojej pracy. Odpowiada ci niedzielne 

popołudnie?

- Jak najbardziej.

- A więc życzę ci dobrego dnia, Jude Frances. - Zanim doszedł do furtki, odwrócił się. 

Napotkała jego wzrok. - Przyjdź w sobotę. Lubię na ciebie patrzeć.

Stała jak wryta, kiedy się odwrócił, żeby otworzyć furtkę, kiedy ruszył drogą w dół i 

kiedy zniknął za wysokim żywopłotem.

Patrzeć na nią? Co chciał przez to powiedzieć?

Czy  to  był  rodzaj  zdawkowego  flirtu?  Jego  oczy  nie  wyglądały  zdawkowo.  Zresztą 

skąd mogła to wiedzieć, skoro widziała go zaledwie drugi raz w życiu?

Pewnie  należy  to  traktować  jako  zwykły  odruch  mężczyzny  przyzwyczajonego  do 

flirtowania z kobietami.

Zła na siebie, że zawsze  musi wszystko tak analizować, pomaszerowała z powrotem 

do  domu,  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Każda  kobieta  uśmiechnęłaby  się  do  niego,  kiedy  to 

background image

mówił, poflirtowałyby trochę. Chyba że się jest taką neurotyczka jak ona.

- Tak, Jude F. Murray. Jesteś neurotyczka. Nie potrafisz nawet otworzyć tych swoich 

kretyńskich ust i powiedzieć coś sensownego.

Jude przystanęła, założyła ręce i zamknęła oczy. Przemawiała do siebie, jakby miała 

do czynienia z dwiema różnymi osobami.

Oddychając głęboko, uspokoiła się i doszła do wniosku, że ma ochotę na jeszcze jedno 

z tych lukrowanych ciasteczek, żeby sobie poprawić samopoczucie.

Poszła  do  kuchni,  ignorując  nieśmiałe  wyrzuty  sumienia  przypominające  jej,  że 

kompensuje przykrość żarłocznością. I co z tego? Skoro taki wspaniały mężczyzna, którego 

prawie  nie  zna,  wywołuje  w  niej  taką  burzę  hormonów,  ma  chyba  prawo  pokrzepić  się 

odrobiną cukru?

Złapała  ciasteczko  z  bladoróżowym  lukrem,  po  czym,  słysząc,  że  ktoś  dobija  się  do 

drzwi  od  strony  podwórka,  pobiegła  tam  szybko.  Wrzasnęła  na  widok  kudłatego  pyska  i 

długich zębów, a ciasteczko pofrunęło do góry, odbiło się od sufitu i spadło jej pod nogi.

Oczywiście nie był to żaden potwór, tylko zwykły pies.

- Jezu! Nie ma ani chwili spokoju!

Miał  wielkie  brązowe  oczy, którymi  spoglądał  na  nią  wyczekująco.  Szczerzył  zęby, 

stojąc z wywieszonym jęzorem. Potężne, zabłocone łapska zapaćkały szybę. Kiedy szczeknął. 

Jude aż przysiadła.

Skoro tylko skierowała się do drzwi, pies zniknął. Był tam jednak, kiedy je otworzyła, 

siedział grzecznie na werandzie, walił ogonem i wpatrywał się w nią.

- Czy ty nie jesteś przypadkiem psem O'Toole'ów?

Traktując to chyba jako zaproszenie, wpakował się do kuchni, węsząc i zostawiając po 

drodze  mokre  ślady.  Po  czym  łaskawie  wyręczył  Jude,  zjadając  i  zlizując  z  podłogi 

ciasteczko. Podbiegł do kominka i znowu przysiadł na zadzie.

- Nie zamierzałam dzisiaj palić w tym piecu. - Podeszła bliżej, wyciągając rękę, żeby 

zobaczyć,  jak  pies  na  to  zareaguje.  Kiedy  ją  grzecznie  obwąchał,  a  następnie  szturchnął 

nosem, Jude roześmiała się.

- Coś ty taki mądry? - Spełniając psie życzenie, podrapała go między uszami. Nigdy 

nie miała psa, ponieważ w domu matki były dwa humorzaste syjamskie koty traktowane iście 

po królewsku.

Doszła do wniosku, iż pies regularnie składał wizyty starej Maude i drzemał w kuchni 

przy  piecu.  Czy  psy  odczuwają  smutek  po  stracie  przyjaciela?  Przypomniała  sobie,  że 

obiecała zanieść kwiaty na grób Maude.

background image

Maude  została  pochowana  na  wschód  od  wsi,  wysoko  nad  morzem,  powyżej  drogi 

biegnącej obok  hotelu,  na  tyłach ruin  kaplicy  i  kościoła  świętego Declana.  Daleka droga  w 

malowniczej scenerii. Pod wpływem impulsu wyjęła kwiaty z butelki i zerknęła na psa.

- Chcesz odwiedzić starą Maude?

Pies szczeknął, poderwał się na łapy, a kiedy razem wychodzili kuchennymi drzwiami, 

Jude zastanawiała się, kto kogo prowadzi.

Sceneria  była  prawdziwie  wiejska  i  sielankowa.  Wspinając  się  i  pokonując  kolejne 

wzniesienia,  idąc  razem  z  żółtym  psem  i  z  kwiatami  w  ręku  na  grób  swojej  krewnej,  Jude 

miała wrażenie, iż spełnia cotygodniowy obowiązek. Irlandzka wieśniaczka z wiernym psem 

u boku idąca złożyć uszanowanie dalekiej kuzynce.

No cóż, tak mogłoby w istocie być - gdyby rzeczywiście miała psa i naprawdę  tutaj 

mieszkała.

Przebywanie na świeżym powietrzu, przy lekkiej bryzie, obserwowanie biegającego i 

węszącego  Bóg  wie  co  psa,  wychwytywanie  tych  wszystkich  cudownych  oznak  wiosny  w 

postaci  kwitnących  żywopłotów,  śmigających  i  śpiewających  ptaków  działało  niezmiernie 

kojąco.

Morze grzmiało, klify spowijała  delikatna mgiełka.  Kiedy po wydeptanych ludzkimi 

nogami  stopniach  zbliżała  się  do  kaplicy,  zza  chmur  przedarło  się  słońce,  znacząc  trawę  i 

kamienie złocistymi smugami. Trzy rzucające długie cienie kamienne krzyże okalały studnię 

ze świętą wodą.

Zapamiętała  z  przewodnika,  że  do  studni  przybywali  pielgrzymi  i  obmywali  się  w 

niej... Ciekawe, ilu z nich skrapiało w tajemnicy odrobiną wody ziemię dla przebłagania złych 

mocy pogańskich bożków?

Dlaczego  nie  skorzystać  z  okazji,  pomyślała  i  skinęła  głową.  Sama  by  tak  samo 

postąpiła.

Jakże spokojne i ciche jest to miejsce, pomyślała. A jednocześnie jakże poruszające, 

zdające się przechowywać wiedzę o tym, czym jest życie i śmierć, a także to, co je łączy.

Było ciepło jak w lecie, pachniały rozsiane wśród traw kwiaty, targane podmuchami 

wiatru. Słyszała brzęczenie pszczół i śpiew ptaków, a dźwięk ten był czysty, melodyjny.

Wysoka  i  zielona  trawa  pokrywała  nierówności  terenu.  Jude  zauważyła  kopczyki 

niedużych, nie obrobionych kamieni, które znaczyły znajdujące się tutaj pradawne groby. A 

wśród nich był jeden nowy. Stara Maude wybrała takie miejsce na wzgórzu,  skąd rozciągał 

się  widok  na  szachownicę  miasteczka,  na  błękitny  pas  morza  i  na  zielone  pofałdowane 

wzgórza, ciągnące się aż do gór.

background image

W  wąskiej  szparze  walącego  się  muru  stał  wysoki  plastikowy  dzbanek  pełen 

ciemnoczerwonych kwiatów. Ich widok poruszył Jude. Ludzie na ogół szybko zapominają o 

zmarłych. Ale nie tutaj. Tutaj pielęgnuje się wspomnienia, przynosząc zmarłym kwiaty.

Prosty napis głosił: Maude Alice Fitzgerald. Pod nazwiskiem była wyryta tradycyjna 

postać szamanki, a niżej widniały daty spinające długie, jakże długie życie Maude.

Dziwne  epitafium.  Jude  uklękła  na  stoku  wzgórza.  Leżały  już  tutaj  kwiaty,  nieduży 

bukiecik  fiołków,  które  zaczynały  więdnąć.  Jude  położyła  obok  swoją  wiązankę,  po  czym 

przysiadła na obcasach.

-  Jestem  Jude  -  powiedziała  -  wnuczka  twojej  kuzynki  Agnes.  Tej  z  Ameryki. 

Zamieszkałam na jakiś czas w twoim domku. Jest naprawdę uroczy. Żałuję, że cię wcześniej 

nie  spotkałam,  ale  babcia  opowiadała  mi  często  o  waszych  wspólnie  spędzonych  latach.  O 

tym, jak jej życzyłaś szczęścia, kiedy wyszła za mąż i wyjechała do Ameryki. Ale ty zostałaś 

tutaj, w domu.

- Była wspaniałą kobietą.

Serce  podeszło  Jude  do  gardła.  Uniosła  głowę  i  zobaczyła  przystojnego,  młodego 

mężczyznę.  Miał  długie,  czarne  włosy,  sięgające  prawie  do  ramion.  Zbliżał  się  do  Jude  od 

drugiej strony grobu, uśmiechając się do niej przyjaźnie.

- Tak cicho się poruszasz. Zaskoczyłeś mnie.

- Po świętym miejscu należy chodzić cicho. Nie chciałem cię przestraszyć.

- Nie? Omal nie dostałam zawału. - Odgarnęła włosy z twarzy. - Znałeś Maude?

- Oczywiście, że znałem. Jak już powiedziałem, była to wspaniała bogobojna kobieta. 

Miała takie bogate życie. To dobrze, że przyniosłaś jej kwiaty, ponieważ przepadała za nimi.

- To są jej kwiaty, z jej ogrodu.

- Ach, tak. - Uśmiechnął się szerzej. - To jeszcze lepiej. - Położył rękę na łbie psa, a 

potem spokojnie usiadł obok niego. Jude zauważyła na jego palcu pierścień - ciemnoniebieski 

połyskujący kamień w masywnej srebrnej oprawie. - Długo trwało, zanim zainteresowałaś się 

swymi korzeniami.

Spojrzała na niego, mrużąc oczy od słońca, które jak gdyby świeciło teraz mocniej.

- Jeśli chodzi o mój przyjazd do Irlandii, to chyba masz rację.

- W takim miejscu, jak to, możesz zajrzeć w głąb swojego serca i przyjrzeć się temu, 

co  najbardziej  się  liczy.  -  Teraz  jego  oczy były jak  kobalt.  Intensywne,  hipnotyzujące.  -  A 

potem wybierz - powiedział. - Dobrze wybierz, Jude Frances, ponieważ to dotyczy nie tylko 

ciebie.

Czuła  się  oszołomiona  zapachem  kwiatów,  trawy  i  ziemi.  Oślepiało  ją  słońce, 

background image

bombardując  ognistymi  promieniami,  od  których  piekły  oczy.  Podniósł  się  wiatr,  nagły, 

niezwykle silny.

Przysięgłaby, że usłyszała grające piszczałki.

- Nie wiem, o czym mówisz. - Zamroczona, podniosła rękę do głowy, zamknęła oczy.

- Dowiesz się.

-  Widziałam  cię,  w  deszczu.  -  Jak  dziwnie  kręci  się  jej  w  głowie.  -  Na  wzgórzu  z 

okrągłą wieżą.

- To prawda. Czekaliśmy na ciebie.

- Czekaliście? Kto?

Wiatr  ucichł  równie  gwałtownie,  jak  się  podniósł,  a  muzyka  odpłynęła  powoli  i 

zapadła cisza. Potrząsnęła głową, żeby się docucić.

Ale  kiedy  ponownie  otworzyła  oczy,  nie  było  nikogo,  została  sama  na  tym 

cmentarzysku z wielkim żółtym psem.

background image

5

Aidan nie buntował się przeciwko papierkowej robocie. Nienawidził jej, ale trzy razy 

w  tygodniu,  w  słońce  czy  deszcz,  spędzał  godzinę  albo  więcej  za  biurkiem  w 

pomieszczeniach na górze, przygotowując zamówienia, zestawiając koszty, sporządzając listę 

wypłat, obliczając zyski.

Jedyną pociechą było to, że zawsze wychodził na swoje. Zanim pub przeszedł w jego 

ręce, Aidan nigdy zanadto nie dbał o pieniądze. I zastanawiał się często, czy to nie był jeden z 

powodów, dla którego rodzice skierowali go tutaj. Kiedy podróżował, żył beztrosko z dnia na 

dzień. Ledwo wiążąc koniec z końcem, zaciskając pasa. Nie zaoszczędził ani jednego pensa, 

nie czuł też takiej potrzeby.

Wychowywał  się  we  względnym  dobrobycie,  ale  też  i  pracował  od  wczesnego 

dzieciństwa. Jednak szorowanie podłóg, podawanie piwa i śpiewanie w pubie było niczym w 

porównaniu  z  obliczaniem  ilości  piwa,  które  trzeba  zamówić,  procentu  stłuczek  -  dzięki  ci, 

siostrzyczko Darcy - z żonglowaniem cyframi i wyliczaniem podatków.

Każde takie posiedzenie przyprawiało go o ból głowy, ale choć do siedzenia w domu 

nad księgami rachunkowymi miał nie wiele więcej zapału niż do wyrywania zębów, nauczył 

się tego i odrabiał swoją powinność.

Przy okazji poczuł też większą więź z pubem. Tak, rodzice wiedzieli, co robią. Dobrze 

znali swojego syna.

Spędził  wiele  czasu  przy  telefonie,  negocjując z  dostawcami  najkorzystniejsze  ceny. 

Nie różniło się to aż tak bardzo od handlu końmi. I chyba miał do tego smykałkę.

Cieszył  się,  iż  muzycy  z  Dublina,  z  Waterford,  a  nawet  z  odleglejszych  Clare  i 

Galway,  chętnie  przybywali,  żeby  pograć  u  Gallaghera.  Był  dumny,  że  pod  jego  zarządem 

pub w ciągu czterech lat zdobył sławę lokalu z dobrą muzyką.

Spodziewał  się  także,  że  obecny  sezon  letni,  wraz  z  napływem  turystów,  będzie 

najlepszy  ze  wszystkich  dotąd.  Co  nie  zmienia  faktu,  że  dodawanie  i  dzielenie  nadal 

pozostawało przykrym obowiązkiem.

Myślał o kupnie komputera - ale wtedy musiałby się nauczyć tego draństwa. Już sama 

myśl  o  tym  przerażała  go.  Kiedy  zaś  zaproponował  Darcy,  żeby  ona  nauczyła  się  zasad 

obsługi komputera, zaśmiała się do łez.

Shawnowi  nawet  nie  warto  było  o  tym  wspominać  -  potrafi  zapomnieć  o  zmianie 

żarówki i czytać w ciemności.

background image

Nie zamierzał też zatrudniać nikogo obcego, kiedy pub zaczął przynosić zyski. Więc 

albo  dalej  będzie  pracował  z  ołówkiem  w  ręku  i  z  kalkulatorem,  albo  zdobędzie  się  na 

odwagę i zmierzy się z technologią.

Sądził,  że  Jude  umie  posługiwać  się  komputerem.  Nie  miałby  nic  przeciwko  temu, 

żeby nauczyła go paru rzeczy. Ciekawa byłaby taka wymiana doświadczeń - w jakże zresztą 

różnych dziedzinach.

Chciał ją dostać w swoje ręce. Zastanawiał się, jak smakuje, jaka jest w dotyku. Już 

dawno żadna kobieta nie wywarła na nim takiego wrażenia.

Miał nadzieję, że przyjdzie dzisiaj wieczorem, tak jak ją prosił.

Niech  się  ubierze  ładnie  i  zwiąże  do  tyłu włosy,  żeby mógł  sobie  wyobrażać,  jak  je 

rozpuszcza i mierzwi.

Gdyby Jude wiedziała, o czym myśli Aidan, nigdy nie odważyłaby się wyjść z domu. I 

tak wahała się i kilkakrotnie zmieniała decyzję.

Byłoby nieuprzejmie nie pójść, skoro ją o to proszono.

Będzie wyglądało, że jej na nim zależy.

To tylko okazja do spędzenia wieczoru w miłej atmosferze.

Nie należała do kobiet, które spędzają wieczory w barach.

Tak  ją  zirytował  ten  brak  zdecydowania,  że  postanowiła  pójść  -  dla  samej  zasady  -

choćby tylko na godzinę.

Ubrała  się  w  ciemnopopielate  spodnie  i  w  żakiet,  ożywiając  całość  kamizelką  w 

wąziutkie  paseczki  w  kolorze  burgunda.  Ponieważ  był  to  sobotni  wieczór,  dodała  srebrne, 

dyndające wesoło kolczyki. A ze względu na muzykę postanowiła pójść na całość, dorzucając 

jeszcze parę cieniutkich srebrnych bransoletek z wisiorkami.

Miłość do biżuterii była jej skrzętnie ukrywaną namiętnością.

Kiedy je włożyła, przypomniała sobie pierścień mężczyzny na cmentarzu. Połyskujący 

szafir w masywnej srebrnej oprawie, tak nie pasujący do tutejszej sennej wiejskiej atmosfery.

Był taki dziwny, pojawił się i zniknął bezszmerowo, jakby się jej tylko przyśnił. Ale 

jego twarz i głos zapamiętała bardzo wyraźnie, tak dobrze jak nagły powiew wiatru i zawrót 

głowy.

Ot,  chwilowa  utrata  świadomości  spowodowana  nadmiarem  cukru.  Te  wszystkie 

ciasteczka, które zjadła, nie wyszły jej na zdrowie.

Odsunęła  od  siebie  te  myśli  i  pochyliła  się  nad  lustrem,  żeby  sprawdzić,  czy  nie 

rozmył się jej tusz. Na pewno wkrótce go znowu zobaczy, może jeszcze dzisiaj w pubie albo 

gdy następnym razem zaniesie kwiaty starej Maude.

background image

Podzwaniając  wesoło  bransoletkami,  zeszła  na  dół.  Nie  zapomniała  o  kluczykach, 

oszczędzając  sobie  zbędnego  chodzenia  tam  i  z  powrotem,  co  także  uznała  za  poważny 

postęp. Z zadowoleniem stwierdziła też, że nie pocą się jej dłonie, kiedy w ciemności jechała 

wyboistą drogą.

Zaparkowała  w  zatoczce  w  pobliżu  pubu.  Poprawiając  włosy,  zbliżyła  się  do  drzwi, 

odetchnęła głęboko i weszła do środka.

Omal nie powaliło jej gwałtowne uderzenie dźwięków muzyki.

Piszczałki, skrzypce, głosy solistów, a potem dziki ryk tłumu w refrenie Whiskey in 

the jar. Rytm był tak szybki, brawurowy i  szaleńczy, że ta muzyka natychmiast ją porwała, 

wciągnęła, osaczyła.

To  nie  był  ciemny,  spokojny  pub,  do  którego  wstąpiła  poprzedniego  wieczora. 

Mnóstwo  ludzi  siedziało  teraz  przy  stolikach,  tłoczyło  się  przy  barze,  kręciło  się  po  sali  z 

pełnymi i z pustymi szklanicami w ręku.

Muzycy - że też troje ludzi może robić tyle wrzawy - w roboczych ubraniach, ściśnięci 

na  małym  podium,  przejęli  we  władanie  lokal,  grając  jak  anioły.  Pomieszczenie  pachniało 

dymem, drożdżami i sobotnim mydłem.

Zastanawiała się, czy aby nie weszła w niewłaściwe drzwi ale już po chwili dostrzegła 

Darcy,  z  fantastyczną,  opadającą  chmurą  ciemnych  włosów,  związanych  jaskrawoczerwoną 

wstążką.  Żonglowała  tacą  z  pustymi  kuflami,  butelkami,  pełnymi  popielniczkami,  flirtując 

jednocześnie  z  jakimś  młodym  mężczyzną,  o  twarzy  równie  czerwonej  jak  jej  wstążka, 

onieśmielonym i wniebowziętym, wpatrującym się w nią z zachwytem.

Przechwytując spojrzenie Jude, Darcy mrugnęła do niej i, poklepawszy rozkochanego 

młodzieńca po policzku, utorowała sobie drogę wśród tłumu.

-  Dzisiaj  mamy  tu  duży  ruch.  Aidan  powiedział  mi  że  przyjdziesz  i  że  mam  cię 

wypatrywać.

- To miło z jego strony. Nie spodziewałam się aż takiego tłumu.

- Jak widzisz, muzycy przyciągają tłumy.

- Są wspaniali.

-  Grają  świetne  melodie.  -  Darcy  była  bardziej  zainteresowana  kolczykami  Jude. 

Zastanawiała się, gdzie je kupiła i ile też mogły kosztować. - A teraz chodź, trzymaj się tylko 

mnie a doprowadzę cię w miarę bezpiecznie do baru.

Omijając ludzi, czasem rozpychając się łokciami, śmiejąc się i zwracając do klientów 

po  imieniu,  utorowała  drogę  do  najodleglejszego  krańca  baru  i  ponad  głowami  podała  tacę 

tam, gdzie składało się zamówienia.

background image

-  Dobry  wieczór,  panie  Riley  -  zwróciła  się  Darcy  do  sędziwego  mężczyzny 

siedzącego na ostatnim stołku.

- Witaj, moja mała Darcy - odparł piskliwym głosem uśmiechając się do mej oczyma 

tak, jakby niewiele  nimi  widział,  i  upił  łyk mocnego,  ciemnego  guinnessa.  - Jeżeli  za  mnie 

wyjdziesz, kochanie, uczynię cię królową.

- Więc pobierzmy się w najbliższy piątek, weźmy królewski ślub, bo na taki zasługuję. 

-  Pocałowała  go  w  pergaminowy  policzek.  -  Willu  Riley,  pozwolisz,  że  ta  jankeska  zajmie 

stołek obok twojego dziadka?

- Oczywiście. - Szczupły mężczyzna zeskoczył ze stołka, uśmiechając się promiennie 

do Jude. - A więc jesteś jankeska? Siadaj tu, a my postawimy ci dużego guinnessa.

- Pani  woli wino. - Aidan, który pojawił  się jak spod ziemi, trzymał już kieliszek  w 

ręku.

- To prawda. Dziękuję.

-  Zapisz  to  na  rachunek  Willa  Rileya,  Aidanie.  A  teraz  wypijemy  za  wszystkich 

naszych kuzynów, także tych za morzem.

-  Dobra,  Will.  -  Po  czym  spojrzał  na  Jude  i  powiedział:  -  Zostań  tu  przez  chwilę, 

dobrze? - I odszedł do swojej pracy.

Została. Piła toasty za ludzi, o których nigdy nie słyszała. Ponieważ nie wymagało to z 

jej strony wielkiego wysiłku, wdała się w rozmowę z oboma Rileyami na temat ich krewnych 

w  Stanach.  Sprawiła  im  zawód,  kiedy  przyznała  się,  że  nigdy  nie  była  w  Wyoming  i  nie 

widziała prawdziwego kowboja.

Słuchała wspaniałej muzyki. Znane i obce melodie, porywające, chwytające za serce, 

łatwo  trafiały  do  tłumu.  Nuciła  je  ze  wszystkimi,  uśmiechając  się,  gdy  stary  pan  Riley 

usiłował śpiewać falsetem.

-  Durzyłem  się  w  twojej  kuzynce  Maude  -  oznajmił  pan  Riley  Jude.  -  Ale  dla  mej 

istniał  tylko  Johnny  Magee  -  niech  spoczywa  w  pokoju.  -  Westchnął  głęboko  i  łyknął 

guinnessa. - A pewnego dnia, kiedy jeszcze raz wybrałem się do niej w zaloty, powiedziała 

mi, że nie minie rok, jak się ożenię z panną o jasnych włosach i o szarych oczach.

Uśmiechnął  się  do  siebie,  jakby  spoglądając  w  przeszłość.  Muzyka  ogłuszała,  więc 

Jude pochyliła się, żeby go lepiej słyszeć.

- I nie minął miesiąc, jak poznałem moją jasnowłosą, szarooką Lizzie. Pobraliśmy się 

w czerwcu i byliśmy ze sobą prawie pięćdziesiąt lat, zanim odeszła z tego świata.

- To wspaniale.

-  Maude  wiedziała  różne  takie  rzeczy.  -  Spojrzał  wyblakłym  wzrokiem  na  Jude.  -

background image

Dobre duszki nieraz szeptały to jej do ucha.

- Czyżby? - zapytała rozbawiona Jude.

-  O,  tak,  a  ty  jesteś  jej  krewną,  może  podszepną  coś  i  tobie.  Bądź  czujna  i  nie 

omieszkaj ich wysłuchać.

- Oczywiście.

Przez  chwilę  razem  popijali  i  razem  słuchali  muzyki.  A  potem,  kiedy  Darcy  objęła 

ramieniem kościste barki starego Rileya i razem z nim zaczęła śpiewać piosenkę o wiecznej 

miłości i o stracie bliskiej osoby, oczy Jude przysłoniła mgiełka łez.

Uśmiechnęła się  na  widok  Brenny, która  nalewała  whisky i  operowała  kranikami  za 

barem.  Teraz  była  bez  czapki,  a  jej  gęste,  olśniewające  rade  loki  spadały  swobodnie  na 

ramiona.

- Nie wiedziałam, że tutaj pracujesz.

- Od czasu do czasu, kiedy zachodzi taka potrzeba. Co pijesz, Jude?

- Chardonnaya, ale naprawdę nie powinnam...

Ani się obejrzała, jak Brenna postawiła przed nią kolejny pełny kieliszek.

- W weekendy u Gallaghera bywa tłoczno - ciągnęła Brenna. - Pomagam też w lecie. 

Świetną dziś mamy muzykę, prawda?

- Cudowną.

- A co tam słychać u pana, drogi panie Riley?

-  Wszystko  dobrze,  śliczna  Brenno  O'Toole.  Kiedy  wreszcie  zostaniesz  moją 

narzeczoną i ukoisz moje serce?

- W maju, bo to miesiąc wesołków. - Podała mu pełny kufel. - Miej się na baczności 

przed tym swawolnikiem, Jude, jeszcze ci zawróci w głowie!

- Możesz się zająć drugim końcem baru, Brenno? - Aidan stanął za nią i pociągnął ją 

za ogniste włosy. - Popracuję teraz tutaj, żeby poflirtować z Jude.

- A oto i kolejny swawolnik. Roi się tu od nich.

- Ta to dopiero jest śliczna - wtrącił pan Riley. Aidan mrugnął do Jude.

- Która, panie Riley?

-  Każda.  -  Pan  Riley  zaświszczał,  śmiejąc  się  i  uderzył  chudą  ręką  o  blat  baru.  -

Jeszcze mi się nie zdarzyło widzieć kobiecej buzi, która nie byłaby tak ładna, żeby nie warto 

było ją uszczypnąć. Ta jankeska ma czarodziejskie oczy. Uważaj, chłopcze, bo rzuci na ciebie 

zaklęcie.

- Może już to zrobiła. - Wziął brudne kufle, postawił je w zlewie pod barem i wyjął 

świeże, żeby je napełnić z beczki. - Wychodziłaś na dwór o północy, Jude Frances, zbierałaś 

background image

księżycowe kwiatki i szeptałaś moje imię?

-  Może  -  usłyszała  swój  głos  -  gdybym  tylko  wiedziała,  jak  wyglądają  księżycowe 

kwiatki.

Pan Riley zaczął się tak śmiać, iż przestraszyła się, że zaraz spadnie ze stołka. Aidan 

podał pełne kufle i zainkasował pieniądze. Po czym oparł się o ladę tuż obok i obserwował, 

jak jej oczy robią się coraz większe, a rozchylone ze zdumienia wargi drżą.

- Pokażę ci księżycowe kwiatki, kiedy znów do ciebie zajrzę.

- No cóż. - Nie wiedząc, co odpowiedzieć, zajęła się winem. Może od wina, a może od 

jego  spojrzenia  kręciło  się  jej  w  głowie.  Stwierdziła,  że  powinna  bardziej  uważać.  Kiedy 

Aidan znów sięgnął po butelkę, potrząsnęła głową i zasłoniła ręką kieliszek.

- Nie, dziękuję. Poproszę teraz o wodę.

- Bąbelki?

- Bąbelki? Ach tak, z przyjemnością.

Podał  ją  w  niskiej  szklance,  bez  lodu.  Wypiła  łyk,  obserwując,  jak  podstawia  dwa 

kolejne kufle pod kurki i rozpoczyna metodyczny proces napełniania ich guinnessem.

-  To  trwa  strasznie  długo  -  powiedziała  bardziej  do  siebie  niż  do  niego,  ale  na  tyle 

głośno, że obejrzał się przez ramię, jedną ręką manewrując przy kurkach.

- Akurat tyle, ile trzeba. Któregoś dnia, gdy będziesz w odpowiednim nastroju, naleję 

ci kufel. Przekonasz się, co tracisz, pijąc ten francuski trunek.

Darcy podpłynęła do baru, postawiła tacę.

-  Trzy  czwarte  litra  smithwicka,  duży  guinness  i  dwa  małe  jamesonsy.  A  kiedy  to 

przygotujesz, Aidanie, Jack Brennan chyba już będzie miał dosyć.

- Dopilnuję tego. Która godzina, Jude Frances?

-  Godzina?  -  Przestała  przyglądać  się  jego  rękom  -  były  takie  szybkie  i  sprawne  -  i 

spojrzała na zegarek. - Chryste, już po jedenastej. Nie zdawałam sobie sprawy. - Przesiedziała 

tu trzy godziny. - Muszę wracać.

Aidan skinął głową bez zainteresowania i kiedy Jude szukała pieniędzy, żeby zapłacić 

za swoje drinki, ustawiał na tacy zamówienia złożone przez siostrę.

- Mój wnuk płaci. - Pan Riley położył kruchą rękę na jej ramieniu. - To dobry chłopak. 

Schowaj pieniądze, kochanie.

- Dziękuję. - Podała na pożegnanie rękę, a kiedy podniósł ją do ust, poczuła się bardzo 

wzruszona. - Miło mi było pana poznać. - Zsunęła się ze stołka, uśmiechnęła się do młodego 

Rileya. - Was obu.

Dotarcie  do  drzwi  bez  torującej  drogę  Darcy  okazało  się  trudniejsze  niż  dotarcie  do 

background image

baru. Kiedy wreszcie się jej to udało, była cała spocona, a od szybkich, ognistych dźwięków 

skrzypiec wirowało jej w głowie.

Uznała ten wieczór za jeden z najprzyjemniejszych w swoim życiu.

A potem wyszła na dwór, na nocny chłód, i zobaczyła Aidana, który uniknął właśnie 

potężnego ciosu, zadanego wielką jak konar ręką.

-  Posłuchaj,  Jack  -  przemawiał  rozsądnym  tonem,  gdy  tymczasem  olbrzymi 

mężczyzna  o  niesamowicie  rudych  włosach  ponownie  zacisnął  wielkie  jak  szynki  pięści.  -

Przecież wiesz, że nie chcesz mnie trafić.

- Zrobię to! Jak Boga kocham, tym razem rozwalę ci ten twój wścibski nos. Za kogo 

się masz, żeby mi zabraniać picia w twoim pieprzonym barze, kiedy mam na to ochotę?

- Jesteś już zdrowo wstawiony, Jack, idź do domu i pośpij sobie.

- Uważaj, żebyś sam nie musiał pospać!

Zaatakował,  a  kiedy  Aidan  szykował  się  do  uniku,  Jude  krzyknęła  przerażona.  To 

wystarczyło,  żeby  odwrócić  jego  uwagę  i  żeby  cios  Jacka  wylądował  na  szczęce  Aidana. 

Zachwiał  się  na  nogach  i  odetchnął  z  ulgą,  kiedy  atakujący  jak  taran  Jack  przeleciał  obok 

niego i runął na chodnik.

-  Nic  ci  nie  jest?  -  Przerażona  Jude  popędziła  do  Aidana,  przeskakując  przez 

rozciągniętego  Jacka,  wielkiego  jak  przewrócony  do  góry  dnem  oceaniczny  liniowiec.  -

Krwawią  ci  usta.  Boli?  To  potworne.  -  Jąkając  się  z  wrażenia,  zanurzyła  rękę  w  torbie  w 

poszukiwaniu chusteczki.

Był  zły  i  chciał  powiedzieć,  że  to  jej  wina,  ponieważ  odwróciła  jego  uwagę.  Ale 

wyglądała  tak  ślicznie  i  była  taka  zrozpaczona,  przykładając  właśnie  chusteczkę  do  jego 

boleśnie rozciętej wargi.

Próbował się uśmiechnąć, ale ponieważ bolało jak diabli, skrzywił się.

- Och, co za bydlę. Musimy wezwać policję.

- Po co?

- Żeby go aresztowali. Przecież cię napadł. Spojrzał na nią oburzony.

-  Miałbym  kazać  aresztować  jednego  z  najstarszych  przyjaciół  za  rozkwaszenie  mi 

wargi?

- Przyjaciół?

-  Jasne.  Właśnie  próbował  się  pocieszyć,  pijąc  whisky  -  co  jest  głupie,  ale  w  pełni 

zrozumiałe. Dziewczyna, którą kochał, odeszła z pewnym dublińczykiem dwa tygodnie temu. 

Więc zapija ten swój smutek, a potem wywołuje burdy. Nie miał żadnych złych zamiarów.

- Uderzył cię w twarz. Powiedział, że zamierza rozwalić ci nos.

background image

-  Rano  będzie  mu  przykro  z  tego  powodu  -  tym  bardziej  że  ból  głowy  nie  da  mu 

spokoju.  -  Uśmiechnął  się  znowu,  tym  razem  z  pewnym  namysłem.  -  Zaniepokoiłaś  się  o 

mnie, kochanie?

-  Jak  widać,  zupełnie  niepotrzebnie.  -  Powiedziała  to  z  przesadną  obojętnością, 

zwijając w kulkę zakrwawioną chustkę. - Okazuje się, że wdawanie się w uliczne bijatyki z 

przyjaciółmi najwyraźniej cię bawi.

- Był czas, kiedy istotnie bawiły mnie uliczne bijatyki, ale odkąd wydoroślałem, wolę 

to  robić  wyłącznie  z  przyjaciółmi.  -  Wyciągnął rękę  i  musnął  koniuszkami  jej  związane do 

tyłu włosy. - Dziękuję za okazane mi zainteresowanie.

Postąpił naprzód, a ona zaraz cofnęła się. Westchnął.

- Pewnego dnia nie będziesz miała aż tyle miejsca, żeby się cofnąć, a ja nie będę miał 

pod nogami biednego pijanego Jacka, którym muszę się zająć.

Schylił się i ku zdumieniu Jude podniósł na wpół przytomnego wielkoluda i przerzucił 

go sobie przez ramię.

- To ty, Aidan? - Aha.

- Złamałem ci nos?

- Nie, nie złamałeś, ale rozkwasiłeś mi wargę.

- Pieprzony z ciebie szczęściarz, Gallagher.

- Nie wyrażaj się tak w obecności damy, ty zakuta pało.

- Och, proszę o wybaczenie.

- Obaj jesteście pomyleni - stwierdziła Jude i odwróciła się, żeby pójść do samochodu.

-  Jude  kochanie!  -  Aidan  uśmiechnął  się  szeroko  i  natychmiast  syknął,  gdy  znowu 

pękła mu warga. - Zobaczymy się jutro, powiedzmy o wpół do pierwszej. - Zachichotał tylko, 

gdy, nie zatrzymując się  i  stukając szybko obcasami,  podeszła  do samochodu i,  odwracając 

się przez ramię, spiorunowała go wzrokiem.

- Już poszła? - dopytywał się Jack.

- Odchodzi - powiedział półgłosem Aidan, gdy z fasonem przejechała ulicą. - Nie, nie 

odjedzie daleko.

Mężczyźni  to  prymitywne  istoty.  Nie  ma  dwóch  zdań.  Jude  potrząsnęła  głową  i 

uderzyła dłonią o kierownicę. Pijackie uliczne burdy to mało zabawna forma spędzania czasu, 

a każdy, kto się do nich rwie, powinien natychmiast zostać poddany psychoterapii.

Boże,  przez  niego  wyszła  na  idiotkę.  Stał  sobie  jak  gdyby  nic  i  uśmiechał  się  pełną 

gębą, gdy tymczasem ona tamowała mu krew i coś bełkotała. Pobłażliwy uśmiech wielkiego, 

silnego mężczyzny na widok zwariowanej, rozhisteryzowanej baby.

background image

Jest wariatką i histeryczką. Kiedy Aidan zarzucił sobie tego wielkiego chłopa na ramię 

jak worek z pierzem, coś drgnęło w niej. Gdyby się nie wzięła w garść i nie odeszła, pewnie 

stałaby teraz i piała z zachwytu.

Makabra.

Czy  był  choć  trochę  zakłopotany  tym,  że  oberwał  przy  niej  pięścią  w  twarz?  Nic  z 

tych rzeczy. A czy był zażenowany, kiedy leżącego na ziemi pijanego bałwana przedstawiał 

jej jako swojego starego i bliskiego przyjaciela? Ani trochę.

A teraz najprawdopodobniej stoi znowu za barem i zabawia klientów, opowiadając o 

tym, jak się przeraziła, jak trzęsły się jej ręce.

Bydlak.

Prychnęła ze złości i poczuła się odrobinę lepiej.

Kiedy zahamowała na podjeździe, wyperswadowała sobie, że jej zachowanie było ze 

wszech miar rozsądne. To Aidan Gallagher wyszedł na idiotę.

Księżycowe  kwiatki!  Też  mi  coś!  Trzasnęła  drzwiczkami  samochodu,  aż  echo 

poniosło się daleko w stronę gór.

Prychnęła kolejny raz, wygładziła włosy i ruszyła ku furtce. A kiedy podniosła wzrok, 

ujrzała w oknie kobietę.

- O Boże!

Krew  odpłynęła  jej  z  głowy.  Światło  księżyca  igrało  łagodnie  na  jasnych  drugich 

włosach, na bladych policzkach, rzucało blask na ciemnozielone oczy.

Uśmiechała się pięknym, chwytającym za serce uśmiechem.

Jude  zebrała  całą  odwagę,  przemknęła  przez  furtkę  i  podbiegła  do  drzwi.  Kiedy  je 

szarpnęła, okazało się, że zapomniała zamknąć je na klucz. A zatem gdy była w pubie, ktoś 

musiał wejść do środka. To całkiem proste.

Gdy wbiegła po schodach na górę, drżały jej kolana.

Sypialnia  była  pusta,  podobnie  jak  pozostałe  pomieszczenia,  które  błyskawicznie 

sprawdziła. Jedyne, co pozostało, to słaby zapach kobiety.

Czując  się  nieswojo,  pozamykała  drzwi  wejściowe.  A  gdy  ponownie  znalazła  się  w 

sypialni, zamknęła także te drzwi.

Kiedy  się  rozebrała  i  schroniła  w  łóżku,  zostawiła  zapaloną  lampę.  Upłynęło  dużo 

czasu,  zanim  usnęła.  I  przyśniły  się  jej  klejnoty  rozsypywane  na  niebie,  spadające  do 

srebrzystego worka jeźdźca na skrzydlatym, białym jak śnieg koniu.

Pogalopował  przez  pola  i  góry,  jeziora  i  rzeki,  przez  bagna  i  wrzosowiska  Irlandii. 

Mijał  zamki  i  zabudowania  dworskie,  jak  również  skromne,  pokryte  strzechą  chaty,  a  białe 

background image

skrzydła konia turkotały na wietrze.

Wreszcie  dotarł  do  celu  podróży.  Kopyta  zatętniły  przed  domkiem  na  wzgórzu,  z 

białymi ścianami i ciemnozielonymi okiennicami, z kwiatami w oknach i drzwiach.

Wyszła  do  niego  z  rozsypanymi  na  ramiona  włosami  z  najjaśniejszego  złota  i  z 

zielonymi  jak  łąka  oczami.  A  mężczyzna  ze  srebrnym  pierścieniem,  w  którym  kamień 

błyszczał tak, jak jego oczy, zeskoczył z konia.

Podszedł  do  niej  i  rozrzucił  u  jej  stóp  mnóstwo  klejnotów.  Trawa  zapłonęła 

diamentami.

- Oto wyraz mojej miłości do ciebie - powiedział do niej. - Przyjmij je razem ze mną, 

a dam ci, co tylko mam.

- Namiętne uczucie to jeszcze nie wszystko, podobnie jak twoje diamenty. - Jej głos 

był  spokojny,  opanowany,  a  ręce  trzymała  złożone  na  wysokości  talii.  -  Zostałam 

przyrzeczona innemu.

- Dam ci wszystko. Na zawsze. Chodź ze mną, Gwen, a będziesz żyła wiecznie.

-  Nie  pragnę  pięknych  klejnotów  ani  wieczności.  -  Pojedyncza  łza  spłynęła  po  jej 

policzku,  lśniąca  jak  diamenty  w  trawie.  -  Nie  mogę  opuścić  domu.  Nie  zamienię  mojego 

świata na twój. Za żadne diamenty, za żadną wieczność.

Nie wyrzekł słowa, odwrócił się tylko i dosiadł swojego konia. A gdy unieśli  się do 

nieba, wróciła do domku, pozostawiając diamenty na ziemi, jak gdyby nie były niczym więcej 

jak tylko kwiatami.

I zamieniły się w kwiaty, i okryły ziemię delikatnym, słodkim zapachem.

background image

6

Obudziło  ją jednostajne bębnienie deszczu.  Miała ochotę nakryć się  kołdrą i  zasnąć,

żeby jeszcze raz powrócić do tych barwnych obrazów. Ale nie zdobyła się na to. Nie można 

sobie zanadto pobłażać.

Grunt  to  dyscyplina.  Deszczowy  niedzielny  poranek  trzeba  wykorzystać  na  prace 

domowe. To nie Chicago, gdzie wynajmowała kobiety do sprzątania.

W głębi duszy cieszyła się nawet, że może odkurzać, szorować, wykonywać te drobne 

czynności, dzięki którym poczuje się bardziej u siebie.

Spędziła zatem część poranka na wycieraniu kurzu i przestawianiu różnych ozdóbek i 

bibelotów,  których  pełno  pozostało  po  starej  Maude.  Na  stołach,  stolikach  i  półkach  pełno 

było  ślicznych  obrazków  wróżek  i  wytwornych  czarnoksiężników,  intrygujących kawałków 

kryształów. Większość książek poświęcona była irlandzkiej historii i folklorowi. Jednak stara 

Maude  lubiła  także  romantyczne  powieści.  Zamiast  odkurzacza  Jude  znalazła  staroświecką 

szczotkę na długim kiju, którą oczyściła stopniowo dywany i deski podłogi.

Wyszorowała kuchnię i poczuła wielką satysfakcję na widok błyszczących chromów i 

porcelany.  Poczynając  sobie  coraz  pewniej,  zabrała  się  do  ścierania  kurzu  w  pokojach. 

Zamierzała wkrótce dobrać się do pudełek w szafie. Może nawet jeszcze dzisiaj wieczorem. A 

potem wszystko, co będzie miało jakąś wartość, spakuje i wyśle do babci.

Pozbierała  rzeczy  do  prania.  Czuła  się  trochę  zaniepokojona,  gdyż  jeszcze  nigdy  w 

życiu nie prała. Ale nauczy się tego.

Zaczęła  prać,  nie  wytrzepawszy  uprzednio  rzeczy;  postara  się  o  tym  nie  zapomnieć 

przy następnej okazji.

W zagraconej, przylegającej do kuchni pakamerze znalazła kosz na bieliznę.

Okazało się również, że  nie ma suszarki.  A to  oznacza, że  będzie musiała rozwiesić 

bieliznę  na  sznurze.  I  chociaż  z  zainteresowaniem  przyglądała  się  rozwieszającej  bieliznę 

Mollie O'Toole, zrobienie tego samej było mniej zabawne.

Po  prostu  musi  się  tego  nauczyć.  I  nauczy  się,  zapewniła  siebie.  Obrzuciła  wrogim 

spojrzeniem pralkę.

Na  jej  białej  powierzchni  widniały  plamy  rdzy.  Programowanie  było  bardzo  proste. 

Ponieważ  chciała,  żeby  dobrze  się  wyprało,  nastawiła  na  wysoką  temperaturę.  Zastosowała 

się do instrukcji na pudełku proszku do prania.

Zadowolona  z  siebie,  nastawiła  czajnik  na  herbatę  i  zjadła  garść  ciasteczek  z 

background image

blaszanego pudełka.

W  jej  domku  jest  teraz  czyściutko.  Wszystko  stoi  na  swoim  miejscu,  bielizna  się 

pierze...  Nie  było  już  żadnego  usprawiedliwienia,  żeby  nie  powrócić  do  tego,  co  zobaczyła 

poprzedniej nocy.

Kobieta w oknie. Lady Gwen.

Jej zjawa.

Nie znajdowała żadnego racjonalnego argumentu na podważenie faktu, że widziała tę 

postać, i to dwukrotnie. To było aż nazbyt oczywiste. Tak oczywiste, że nawet przy swoich 

ograniczonych umiejętnościach mogłaby naszkicować twarz, która spoglądała na nią z okna.

Duchy.  Nie  należała  do  tych,  którzy  w  nie  wierzą,  choć  jednocześnie  lubiła  bajki 

babci. A zatem, jeżeli wykluczyć halucynacje, widziała ducha dwukrotnie.

Czy to możliwe, że to kolejny etap załamania, że stoczyła się już nawet w tej wątłej 

krawędzi, której się jeszcze trzymała, opuszczając Chicago?

Ale  przecież  teraz  nie  czuje  się  rozkojarzona.  W  ostatnich  dniach  nie  miała  też  ani 

silnego bólu głowy, ani mdłości, nie czuła nadciągającej depresji.

Nic z tych rzeczy od chwili przekroczenia progu Faerie Hill Cottage.

Czuła się dobrze. Była ożywiona, zdrowa. Prawie szczęśliwa. Pomyślała więc, że albo 

widziała  ducha  i  że  takie  rzeczy  istnieją  -  co  byłoby  równoznaczne  z  koniecznością 

zrewidowania i poszerzenia dotychczasowego sposobu myślenia - albo że przeszła załamanie, 

którego rezultatem jest pogodzenie się z zaistniałym stanem rzeczy.

Pogrążona  w  myślach  Skubnęła  następne  ciasteczko  i  doszła  do  wniosku,  że 

zadowalają ją oba wyjaśnienia.

Słysząc  pukanie  do  drzwi  frontowych,  strzepnęła  okruchy  ze  swetra  i  zerknęła  w 

lustro.  Straciła  rachubą  czasu,  nie  miała  pojęcia,  że  już  minęło  przedpołudnie  -  o 

zapowiedzianych odwiedzinach Aidana celowo nie myślała.

To na pewno on. Dobrze, popracują w kuchni, postanowiła, upinając spinkami włosy i 

idąc  korytarzem  do  drzwi.  Mężczyzna,  który  się  bije  z  pijakami  na  ulicy  i  tak  bezczelnie 

flirtuje z prawie nieznajomymi sobie kobietami, nie pociągał jej w najmniejszym stopniu.

Była  cywilizowaną  kobietą  i  uważała,  że  rozum,  dyplomacja  i  kompromis  powinny 

wystarczyć  do  zażegnania  nieporozumienia.  Mogła  jedynie  ubolewać  nad  kimś,  kto  woli 

korzystać z siły pięści.

Nawet jeżeli ma piękną twarz i wspaniałe mięśnie.

Nie mogła pozostać ślepa na jego urodę.

Nagra jego opowiadania, podziękuje mu za współpracę. I tyle.

background image

A kiedy otworzyła drzwi i ujrzała go stojącego w deszczu, z połyskującymi, mokrymi 

włosami, z uśmiechem gorącym jak lato, zarumieniła się niczym podlotek.

- Witaj, Jude.

- Cześć. - Wywarł na niej takie wrażenie, że dopiero po dobrych dziesięciu sekundach 

dostrzegła  stojącego  obok  niego  ogromnego  mężczyznę,  ściskającego  w  dłoni  bukiet 

kwiatów.

Wyglądał żałośnie w ociekającym deszczem kapturze, z szeroką i bladą jak poświata 

księżyca twarzą z opuszczonymi potężnymi ramionami.

Westchnął tylko, kiedy Aidan z całej siły wbił mu w żebra łokieć.

-  Dzień  dobry,  panno  Murray  -  Jestem  Jack  Brennan.  Obecny  tu  ze  mną  Aidan 

powiedział,  że  wczoraj  wieczorem  zachowałem  się  niewłaściwie  w  pani  obecności. 

Przepraszam za to i mam nadzieję, że mi pani wybaczy.

Spoglądając żałośnie przekrwionymi oczami, próbował jej wcisnąć kwiaty.

- Odrobinę za dużo wypiłem - ciągnął. - Ale to nie usprawiedliwia używania mocnych 

słów  w  obecności  damy.  Chociaż  chyba  nie  wiedziałem,  że  pani  tam  jest,  prawda?  -

powiedział to. zerkając w stronę Aidana.

- Nie. - Zachowała surowy ton głosu, chociaż mokre kwiaty były tak wzruszające, że 

stopniało jej serce. - Był pan zbyt zaabsorbowany, próbując uderzyć swojego przyjaciela.

-  No  cóż,  Aidan  jest  za  szybki,  żebym  mógł  mu  porządnie  przyłożyć,  kiedy  jestem 

wstawiony. - Uśmiechnął się zadziwiająco sympatycznie, po czym ponownie zwiesił głowę. -

Niezależnie od okoliczności, nie ma usprawiedliwienia dla takiego zachowania w obecności 

damy.  Więc  proszę  o  przebaczenie  i  mam  nadzieję,  że  nic  będzie  pani  miała  o  mnie  zbyt 

złego zdania.

- Dobra, starczy. - Aidan poklepał serdecznie przyjaciela po plecach. - Panna Murray 

ma zbyt wielkie serce, żeby chować urazę po tak pięknych przeprosinach.  - Obejrzał się na 

nią, jakby wspólnie zorganizowali tę zabawę. - Czy dobrze mówię, Jude Frances?

Zła była, że tak ją sprytnie wymanewrował. Nie zwracając uwagi na Aidana, skinęła 

głową do Jacka.

-  Nie  mam  o  panu  marnego  zdania,  panie  Brennan.  To  ładnie,  że  wstąpił  pan  i 

przyniósł mi kwiaty. Nie wszedłby pan do środka, żeby napić się herbaty?

Twarz mu pojaśniała.

- To miło z pani strony. Nie chciałbym...

- Miałeś jeszcze zajrzeć w parę miejsc, Jack. Jack ściągnął brwi.

- To nic konkretnego.

background image

-  Ależ  tak  -  Weź  mój  samochód  i  załatw  to.  Uprzedzałem  cię,  że  mamy  z  panną 

Murray coś do omówienia.

-  No  dobrze  -  mruknął  -  Ale  nie  rozumiem,  dlaczego  nie  mogę  się  napić  filiżanki 

herbaty.  Miłego  dnia,  panno  Murray.  -  Z  opuszczonymi  ramionami  i  w  ociekającej  wodą 

czapce powlókł się do samochodu.

- Mogłeś pozwolić mu wejść do środka, żeby nie stał tak na deszczu - rzekła Jude.

- Jakoś nie martwisz się, że i ja stoję na deszczu. - Przyglądając się jej uważnie, Aidan 

przechylił głowę. - Może rzeczywiście żywisz do mnie urazę.

- Nie przyniosłeś mi kwiatów. - Cofnęła się jednak, żeby go wpuścić.

- Pomyślę o tym następnym razem. Sprzątałaś. Pachnie olejkiem cytrynowym, to miły, 

domowy  zapach.  Gdybyś  mi  dała  szmatkę,  wytarłbym  tę  wodę,  żeby  nie  pobrudzić  tak 

ślicznie wysprzątanego domu.

- Potem  sama wytrę.  A  teraz pójdę na  górę po  magnetofon i  po parę innych  rzeczy. 

Popracujemy w kuchni. Możesz tam już wejść.

-  Dobra.  -  Wziął  z  jej  rąk  kwiaty.  -  Wstawię  je  do  wody.  żeby  nie  wyglądały  tak 

smętnie.

-  Dziękuję.  - Sztywny,  grzeczny  ton  głosu  był  jedyną  formą  obrony  wobec  tego 

wysokiego, czarującego mężczyzny. - To zajmie tylko chwilę.

Kiedy znowu weszła do kuchni, kwiaty stały już w jednej z butelek Maude, a Aidan 

wprawnie zaparzał herbatę.

- Zapaliłem w piecu, żeby nie było tak zimno. Nie masz nic przeciwko temu?

- Oczywiście, że nie. - Starała się nie irytować tym, że wszystko, co robił, jej zabierało 

trzy razy więcej czasu. - Usiądź. Naleję herbaty.

- Musi się jeszcze trochę zaparzyć.

-  Wiem  o  tym  -  mruknęła,  otwierając  kredens  i  sięgając  po  filiżanki  i  spodki.  -  W 

Ameryce  również  pijamy  herbatę.  -  Postawiła  filiżanki  na  stole  i  dodała:  -  Przestań  się  na 

mnie gapić.

- Jesteś taka śliczna, kiedy się złościsz i kiedy masz rozpuszczone włosy.

Zaczęła upinać sobie włosy tak gwałtownie, ze aż pokłuła się szpilkami.

-  Może  byśmy  coś  sobie  wyjaśnili  na  wstępie.  To  spotkanie  ma  charakter  czysto 

roboczy.

- Roboczy. - Opanował uśmiech, zachowując kamienną twarz. - Chyba to jednak nic 

złego, jeśli powiem, że jesteś śliczna?

- Nie jestem śliczna i nie chcę tego słuchać. Moglibyśmy już zacząć?

background image

Usiedli.

- Wierzysz w to? No cóż, ciekawe.

- Nie jesteśmy tu po to, żeby rozmawiać o mnie. Wspomniałeś o tym, że znasz pewne 

mity i legendy z tych okolic.

- Parę historyjek. - Rozsiadł się wygodnie na krześle. Pomyślał, że można zacząć od 

tego, a potem przejść do następnego etapu.

-  Niektóre  z  nich  pewnie  też  znasz,  w  tej  czy  w  innej  formie.  Przekazywane  ustnie 

legendy mogą mieć różne wersje w zależności od miejsca i  czasu, ale ich myśl przewodnia 

pozostaje  ta  sama.  Inne  są  realia  w  legendach  Indian  Ameryki  Północnej,  inne  u  chłopów 

rumuńskich,  a  jeszcze  inne  u  Irlandczyków.  Lecz  wszędzie  przeplatają  się  te  same  wątki. 

Sięgnął po dzbanek, żeby nalać sobie herbaty.

-  Istnieją  takie  postaci  jak  Święty  Mikołaj,  Father  Christmas,  Kris  Kringle.  Jeden  z 

nich może wejść przez komin, inny włożyć słodycze do butów, ale istota legendy jest zawsze 

ta sama. Można więc dojść do wniosku, że u jej podstaw leży jakieś prawdziwe wydarzenie.

- Wierzysz w Świętego Mikołaja. Odstawiając czajnik, napotkał jej wzrok.

- Wierzę w magię i wiem, że to, co w niej najlepsze i najprawdziwsze, płynie z serca. 

Jesteś już tutaj od paru dni, Jude Frances. Nie poczułaś magii?

Włączyła magnetofon.

- Atmosfera tego kraju sprzyja niewątpliwie tworzeniu się mitów i przekazywaniu ich 

z  pokolenia  na  pokolenia -  od  pogańskich ołtarzyków  i  ofiar  składanych  bóstwom,  poprzez 

folklor celtycki z różnymi ostrzeżeniami i nagrodami, na który nałożyły się elementy kultury 

zaszczepionej podczas najazdów wikingów, Normanów i tak dalej.

- To sprawa miejsca - upierał się Aidan - a nie ludzi, którzy próbowali je podbić. To 

sprawa  ziemi  -  wzgórz  i  skał.  Z  krwi,  którą  nasiąkła  w  walce  o  przetrwanie.  To  sprawa 

powietrza. To Irlandczycy wchłonęli wikingów, Normanów, a nie na odwrót.

Była w tym duma, dla której miała zrozumienie i szacunek.

-  Co  nie  zmienia  faktu,  że  tamci  ludzie  przybyli  na  tę  wyspę,  że  mieli  stosunki  z 

tutejszymi  kobietami,  przekazali  swoje  nasienie  i  przywieźli  swoje  przesądy  i  wierzenia.  A 

więc Irlandia także je wchłonęła.

- Co było najpierw, opowieść czy opowiadający?  Czy to także stanowi część twoich 

badań?

Pomyślała, że jest bystry i ma ostry język.

- Nie można badać jednego, nie badając drugiego. Ważne jest zarówno, kto opowiada, 

dlaczego i co.

background image

- Zgoda, opowiem ci historię, którą opowiadał mi mój dziadek, jemu zaś jego ojciec, 

jemu jego i  tak  dalej, sięga  więc  niepamiętnych  czasów,  gdy Gallagherowie  osiedlili  się na 

tym wybrzeżu.

-  Opowieść  przekazana  po  mieczu?  -  przerwała  mu  Jude.  -  Częściej  historie  takie 

przekazywane są kolejnym generacjom po kądzieli.

- Też prawda, ale w irlandzkiej tradycji bardowie i harfiarze byli płci męskiej, mówi 

się nawet, że jeden z Gallagherów, który przywędrował tutaj i śpiewał za miedziaka i piwo, 

na  własne  oczy  widział  to,  co  ci  opowiem,  resztę  zaś  usłyszał  z  ust  samego  Carricka, 

królewicza zaczarowanych krain.

I Aidan rozpoczął swoją opowieść.

- Żyła sobie panna o imieniu Gwen. Pochodziła z ubogiej rodziny, ale maniery miała 

dworskie.  Włosy  miała  tak  jasne  jak  promienie  zimowego  słońca,  a  oczy  tak  zielone  jak 

mech.  Wieść  o  jej  urodzie  rozeszła  się  po  całym  kraju.  Była  półsierotą,  jej  matka  bowiem 

zmarła przy porodzie; opiekowała się starym ojcem i dbała o ich chatkę. Robiła więc, co do 

niej należało, i nikt nigdy nie słyszał, żeby się uskarżała na swój los. Tylko od czasu do czasu 

widywano  ją  spacerującą  wieczorem  po  klifach  i  spoglądającą  tak  ponad  morze,  jak  gdyby 

chciała się unieść na skrzydłach i pofrunąć.

Kiedy mówił, zza zasłony deszczu przedarła się delikatna smuga słońca, wpadła przez 

okno i legła między nimi na stole.

-  Nie  potrafię  powiedzieć,  co  się  działo  w  jej  sercu  -  ciągnął  Aidan.  -  Może  coś 

takiego, czego sama nie rozumiała. Nadal prowadziła dom, opiekowała się ojcem i samotnie 

spacerowała po klifach.  Pewnego dnia, kiedy niosła kwiaty na grób matki,  niedaleko studni 

świętego Declana spotkała mężczyznę, to znaczy kogoś, kto wyglądał jak mężczyzna. Wysoki 

i prosty jak struna, miał ciemne, opadające falami na ramiona włosy, a oczy tak niebieskie jak 

dzwonki, których bukiet trzymała w ręku. Zwrócił się do niej po imieniu, a jego głos był dla 

niej  jak  muzyka  i  sprawił,  że  jej  serce  zadrżało.  Natychmiast  zakochali  się  w  sobie  nad 

grobem  jej  ukochanej matki,  a  wiatr  od  morza  szumiał  w  wysokiej  trawie,  jakby to  wróżki 

szeptały.

- Miłość od pierwszego wejrzenia - powiedziała Jude - często pojawia się w bajkach.

- Nie wierzysz, że serce rozpoznaje serce?

Pomyślała, że to dziwne i poetyckie sformułowanie. Dobrze, że nagrała słowa Aidana.

- Wierzę w pociąg od pierwszego wejrzenia. Miłość wymaga więcej czasu.

- Wyzbyłaś się wszystkiego, co irlandzkie - powiedział, potrząsając głową.

- Nie na tyle, by nie docenić romantycznej strony dobrej opowieści. Co było dalej?

background image

-  No  więc,  chociaż  serce  rozpoznało  serce,  na  drodze  ich  związku  pojawiły  się 

przeszkody.  Owym  mężczyzną,  w  którym  zakochała  się  Gwen,  był  Carrick,  zaczarowany 

królewicz  mieszkający  w  srebrnym  pałacu  pod  wzgórzem,  na  którym  stała  jej  chata.  Gwen 

bała  się  czarów  i  zwątpiła  w  swoją  miłość,  ponieważ  nauczono  ją,  żeby  wystrzegała  się 

czarowników i trzymała się od nich z daleka.

Jego głos wznosił się i opadał jak muzyka. Ukołysana nią Jude oparła łokcie o stół i 

położyła brodę na pięściach.

- A jednak pewnej nocy, przy pełni księżyca, Carrick wywabił Gwen z chaty i posadził 

na  ogromnego  skrzydlatego  konia,  który  ich  poniósł  ponad  lądem  i  morzem,  i  pokazał  jej 

cudowne  i  zdumiewające  rzeczy,  które  chciał  jej  ofiarować,  jeżeli  mu  obieca,  że  z  nim 

zostanie. Tak się akurat złożyło, że jej ojciec, który spędzał bezsenne noce, cierpiąc na bóle w 

krzyżu,  zobaczył  swoją  Gwen  z  zaczarowanym  królewiczem,  wzbijających  się  do  nieba  na 

białym, skrzydlatym koniu. Ogarnął go strach, myślał teraz jedynie o tym, by uratować córkę, 

zdjąć z niej zaklęcie. Zabronił jej spotkań z obcym mężczyzną i obiecał rękę Gwen pewnemu 

młodzieńcowi,  który  utrzymywał  się  z  połowów  na  morzu.  Gwen,  darząca  ojca  wielkim 

szacunkiem,  zaprzestała  nadmorskich  spacerów  i  przygotowywała  się  do  ślubu,  jak  jej 

kazano.

Smuga słońca, która tańczyła między nimi na stole, zniknęła, a kuchnia pogrążyła się 

w mroku, oświetlana jedynie słabym odblaskiem z pieca.

Aidan wpatrywał się w Jude, zafascynowany tym, co zobaczył w jej oczach: marzenia, 

smutek, pragnienia.

- Dowiedziawszy się o tym, Carrick wpadł w straszny gniew i zesłał pioruny i wicher, 

które  z  całą  mocą  runęły  na  wzgórza  i  na  morze.  Mieszkańcy  okolicznych  wsi,  farmerzy  i 

rybacy  drżeli  ze  strachu,  tylko  Lady  Gwen  siedziała  spokojnie  w  swojej  chacie,  zajęta 

cerowaniem i naprawianiem ubrań.

- Mógł więc ją zabrać do podziemi - przerwała Jude - i zatrzymać tam na setki lat.

- Aha, więc jednak wiesz, jak to się mogło skończyć. To prawda, że mógł ją porwać, 

ale  w  swojej  pysze  zażądał,  by  przyszła  do  niego  z  własnej  woli.  Jak  widać,  pod  tym 

względem  wysoko  urodzeni  nie  różnią  się  bardzo  od  zwykłych  śmiertelników.  -  Przechylił 

głowę i obserwował jej twarz. - Wolałabyś zostać porwana i uprowadzona, nie mając wyboru, 

czy raczej przeżyć niezwykły romans i być traktowana z najwyższym uwielbieniem?

-  Ponieważ  nie  sądzę,  żebym  stanęła  przed  takim  wyborem,  wolałabym  się  raczej 

dowiedzieć, jak postąpił Carrick.

-  Więc  dobrze,  opowiem  ci,  co  było  dalej.  Kiedy  wzeszła  zorza,  Carrick  dosiadł 

background image

swojego skrzydlatego konia i pomknął ku słońcu. Zebrał z niego rozżarzone ogniki, zrobił z 

nich  olśniewające  blaskiem  diamenty  i  wsunął  je  do  srebrzystego  worka.  I  te  prażące, 

czarodziejskie klejnoty przyniósł do jej chaty. Kiedy wyszła mu na spotkanie, rozsypał je u jej 

stóp i rzekł:

„Przynoszę ci klejnoty słońca, są wyrazem mojej miłości do ciebie. Przyjmij je razem 

ze  mną,  a  dam  ci  wszystko,  co  mam”.  Jednak  ona  odmówiła,  bo  została  już  przyrzeczona 

innemu.  Powstrzymywało  ją  poczucie  obowiązku.  Kiedy  się  rozstawali,  klejnoty  leżały 

rozrzucone w trawie.

- I zamieniły się w kwiaty.

Kiedy Jude zadrżała, wyciągnął do niej rękę.

- Czyżby ci było zimno?

- Nie. - Zmusiła się do uśmiechu i sięgnęła po filiżankę, żeby napić się herbaty.

Znała  tę  historię.  Mogła  ją  sobie  bez  trudu  wyobrazić  -  wspaniałego  konia,  śliczną

kobietę oraz mężczyznę, który nie był z tego świata, a także płomienny blask diamentów na 

ziemi.

Wszystko to widziała we śnie.

- Sądzę, że babcia musiała mi opowiedzieć jedną z wersji tej baśni.

- To jeszcze nie koniec.

- Nie? - Wypiła jeszcze łyk herbaty, żeby się odprężyć. - A co było potem?

- W dniu ślubu Gwen z rybakiem umarł jej ojciec. Mógł już odejść, kiedy się upewnił, 

że  oddał  córkę  w  dobre  ręce.  Mąż  Gwen  wprowadził  się  do  jej  chaty  i  codziennie  przed 

wschodem słońca wypływał na morze, żeby zarzucić sieci. Żyli dobrze i bogobojnie.

Kiedy przerwał, Jude zmarszczyła czoło.

- To chyba jeszcze nie koniec?

Uśmiechnął się, spróbował herbaty. Jak każdy dobry bajarz wiedział, kiedy zmieniać 

rytm, żeby wzmóc zainteresowanie.

-  Tak,  to  jeszcze  nie  koniec.  Jak  pewnie  się  domyślasz,  Carrick  nie  mógł  o  niej 

zapomnieć. Nosił ją w sercu. Ponieważ Gwen wiodła życie tak, jak tego od niej oczekiwano, 

Carrick  posmutniał.  Nie  było  mu  teraz  ani  do  muzyki,  ani  do  śmiechu.  Pewnej  nocy,  w 

przypływie rozpaczy, jeszcze raz dosiadł swojego konia i uniósł się do księżyca. Zebrał jego 

promienie, które zamienił w perły, i wrzucił je do srebrzystego worka. I jeszcze raz przyszedł 

do niej, a ona, chociaż nosiła w łonie swoje pierwsze dziecko, wymknęła się z małżeńskiego 

łoża i wyszła mu na spotkanie. „Oto łzy księżyca  - przemówił do niej. - Są wyrazem mojej 

tęsknoty za  tobą.  Przyjmij  je  razem ze  mną, a  dam  ci  wszystko,  co  mam”.  Gwen,  choć  łzy 

background image

spływały  jej  po  policzkach,  znowu  mu  odmówiła.  Ponieważ  należała  do  innego,  nosiła  w 

sobie jego dziecko i nie mogła złamać złożonej przysięgi. Znowu się rozstali, a perły, które 

leżały na  ziemi,  zamieniły  się  w  księżycowe  kwiatki.  I  tak  mijały lata,  a  Carrick  opłakiwał 

Gwen,  która  robiła  to,  czego  od  niej  oczekiwano.  Rodziła  dzieci,  które  były  jej  radością. 

Dbała  o  kwiaty  i  wspominała  swoją  miłość.  A  choć  jej  mąż  był  dobrym  i  porządnym 

człowiekiem, nigdy nie poruszył jej serca, nie przeniknął do jego najmniejszego zakamarka. 

Gwen  postarzała  się  na  twarzy  i  na  ciele,  tylko  jej  serce  pozostało  młode  i  pełne  tęsknych 

dziewczęcych pragnień.

- To smutne.

- Smutne, ale to jeszcze nie koniec. Ponieważ w zaczarowanym świecie czas płynie w 

innym  rytmie  niż  u  zwykłych  śmiertelników,  pewnego  dnia  Carrick  dosiadł  swojego 

skrzydlatego konia, pofrunął nad morze i zanurkował tak głęboko, żeby dotrzeć do jego serca. 

Uderzenia  serca  morza  wypełniły  jego  worek  szafirami.  Powiózł  je  do  Lady  Gwen,  której 

dzieci  miały  już  własne  dzieci,  której  włosy  stały  się  białe,  a  oczy  przygasły.  Jednak 

zaczarowany królewicz widział w niej tylko pannę, którą kochał i za którą tęsknił. I rozsypał 

szafiry u jej stóp. „Oto serce morza. To wyraz mojej wierności. Przyjmij je razem ze mną, a 

dam ci wszystko, co mam”.

I  tym  razem  Gwen,  mądrzejsza  o  lata  doświadczeń,  zrozumiała,  co  uczyniła, 

przedkładając powinność  nad miłość.  Nigdy nie  zdając się na  głos serca.  A także to,  co on 

uczynił,  ofiarowując  jej  klejnoty,  lecz  zaniedbując  tę  jedyną  rzecz,  którą  by  ją  skłonił  ku 

sobie.

Nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, Aidan ujął rękę Jude. A kiedy spletli palce, 

smuga światła znowu odpłynęła.

- A szło tu bardziej o słowa miłości niż o namiętność, tęsknotę czy nawet  wierność. 

Tego  potrzebowała  najbardziej.  Teraz  była  stara,  zgięta  w  pół,  i  wiedziała  to,  o  czym 

zaczarowany królewicz, nie będąc istotą śmiertelną, nie mógł wiedzieć, że już jest za późno. 

Zapłakała  gorzkimi  łzami  starej  kobiety  i  powiedziała  mu,  że  jej  życie  dobiegło  końca. 

Powiedziała  mu  też,  że  gdyby  zamiast  klejnotów  przyniósł  jej  miłość,  gdyby  zamiast  o 

namiętności, o tęsknocie i o wierności mówił jej o miłości, może by jej serce uległo. Był zbyt 

dumny,  a  ona  zbyt  ślepa,  żeby  dojrzeć  pragnienie  serca.  Jej  słowa  wprawiły  go  w  gniew, 

ponieważ za każdym razem przynosił jej miłość, w jedyny znany sobie sposób. I tym razem, 

przed odejściem, rzucił na nią zaklęcie. Będzie się odtąd błąkała i czekała, jak on, łatami, aż 

spotkają się ich wierne i oddane serca, a ona przyjmie ofiarowane jej dary. Dopiero po trzech 

spotkaniach  i  po  trzykrotnym  przyjęciu  darów  zaklęcie  zostanie  zdjęte.  Dosiadł  konia  i 

background image

pofrunął w noc, a klejnoty u jej stóp znowu zamieniły się w kwiaty. Umarła tej samej nocy, a 

kwiaty  na  jej  grobie  rozkwitają  co  roku,  podczas  gdy  duch  Lady  Gwen,  ślicznej  jak  panna 

młoda, czeka i opłakuje utraconą miłość. Jude zrobiło się dziwnie nieswojo.

-  Dlaczego  więc  nie  zabrał  jej  ze  sobą,  nie  powiedział,  że  to,  co  minęło,  nie  ma 

znaczenia?

- Nie byłoby wtedy morału, że trzeba zaufać sercu i nie odwracać się nigdy od miłości.

Uzmysłowiła sobie, że zbyt mocno wczuła się w tę opowieść.

- Może też wyciągnąć z tego inny morał - że spełniając powinność, zapewniasz sobie 

długie,  ale  niezbyt  porywające  życie.  Klejnoty  nie  są  najważniejsze.  Powinien  był  się 

odwrócić i zobaczyć, jak zamieniają się w kwiaty - kwiaty, które zachowała.

- Jak powiedziałem, cechował go upór. Tak, zachowała jego kwiaty. - Aidan dotknął 

bukietu w butelce. - Była prostą kobietą i podchodziła do życia w sposób nieskomplikowany. 

Ale w tej bajce chodzi o coś więcej.

- To znaczy?

- O miłość. - Ich oczy spotkały się ponad kwiatami. - O miłość, która trwa niezależnie 

od czasu i okoliczności. Teraz czekają, aż spełni się, zaklęcie, t wtedy połączą się w srebrnym 

pałacu pod zaczarowanym wzgórzem.

Jude upomniała siebie, że trzeba oderwać się od baśni i podejść do tego racjonalnie. 

Dokonać prawidłowej analizy.

- W legendach powtarzają się często podobne elementy. Element spotkania i pogoni, 

konieczność  spełnienia  obowiązku,  stawianie  warunków.  Nawet  tam  istnieje  zasada,  że  na 

nagrodę trzeba zasłużyć. Symbolika tej baśni jest bardzo tradycyjna. Osierocona przez matkę 

dziewczyna opiekująca się schorowanym ojcem, królewicz na białym koniu. I odwołanie się 

do żywiołów - słońca, księżyca, morza. Niewiele poświęcono miejsca mężczyźnie, za którego 

wyszła. Służy tylko jako niezbędny do rozdzielenia kochanków instrument.

Kiedy  podniosła  wzrok  znad  gorliwie  sporządzonych  notatek,  stwierdziła,  że  Aidan 

przygląda się jej z największą uwagą.

- O co chodzi?

- Fascynujące jest to, w jaki sposób się zmieniasz.

- Nie wiem, co masz na myśli.

- Kiedy ci o tym opowiadałem, miałaś rozmarzone oczy i byłaś bliska płaczu, a teraz 

proszę  -  siedzisz  sztywna,  zaaferowana  analizowaniem  historii,  która  cię  oczarowała  i 

poruszyła do głębi.

- Właśnie o to chodzi. A poza tym nie miałam rozmarzonych oczu.

background image

-  Przecież  sam  widziałem.  -  Poczuła  ciepło  w  jego  głosie.  -  Masz  oczy  jak  bogini 

morza. Ogromne, zielone. Widziałem je w swojej wyobraźni, kiedy cię jeszcze tutaj nie było. 

Co ty na to?

-  Myślę,  że  masz  łatwość  wymowy.  -  Wstała,  nie  wiadomo  po  co.  Z  braku  innego 

zajęcia  odstawiła  czajnik  na  piec.  -  Dlatego  tak  ciekawie  opowiadasz  bajki.  Chciałabym 

usłyszeć ich więcej, porównać je z bajkami babci, a także z innymi.

Drgnęła gwałtownie, gdy okazało się, że stoi on tuż za nią.

- Co robisz?

-  Na  razie  nic.  -  Pomyślał,  że  ma  ją  już  w  ręku.  -  Cieszę  się  bardzo,  że  mogę  ci 

opowiadać  bajki.  -  Oparł  ręce  o  piec  po  obu  jej  stronach.  -  Jeśli  chcesz  usłyszeć  więcej, 

zajrzyj do  pubu  w  jakiś spokojniejszy wieczór,  znajdziesz  tam  innych,  którzy  też  sporo  ich 

znają.

- Dobrze, zrobię tak.

- Spodobała ci się wczorajsza muzyka?

Pachniał deszczem. Nie wiedziała, co zrobić z rękami.

- Tak. Muzyka była cudowna.

- Wygląda na to, że nie znasz tych melodii. - Był teraz blisko, bardzo blisko, i mógł 

dostrzec  cieniutką  bursztynową  obwódkę,  oddzielającą  jej  źrenice  od  mgliście  zielonych 

tęczówek.

- Znam parę. Napijesz się jeszcze herbaty?

- Nie odmówię. Więc dlaczego ich nie śpiewasz?

- Nie śpiewam? - Ze zdenerwowania zaschło jej w gardle.

- Nie spuszczałem z ciebie oczu przez większość czasu. Nie włączałaś się do śpiewu.

- Nie śpiewam i już. Niech on się wreszcie odsunie. Tchu brak, kiedy stoi tak blisko. -

Może zdarza mi się czasami, kiedy jestem zdenerwowana.

- Naprawdę? - Obserwując jej twarz, przysunął się jeszcze bliżej.

Podniosła ręce, starając się go odepchnąć.

- Co robisz?

- Mam ochotę usłyszeć twój śpiew i w tym celu próbuję cię zdenerwować.

Uśmiechnęła  się  słabo.  Kiedy  próbowała  się  odsunąć,  przywarł  do  niej  jeszcze 

mocniej.

- Aidan...

- Już jesteś trochę zdenerwowana - wyszeptał i wargami musnął delikatnie jej brodę. -

Drżysz  nawet.  -  Kolejne  muśnięcie,  pieszczotliwe,  leciutkie.  -  Uspokój  się,  chcę  cię 

background image

podniecić, a nie przestraszyć.

Jej serce waliło o żebra, dzwoniło w uszach. Kiedy unieruchomił jej ręce, poczuła się 

cudownie słaba w swojej kobiecości.

- Aidan... To jest... Nie myślę...

- O to właśnie chodzi, świetny pomysł. Niech każde z nas przestanie myśleć, choćby 

tylko na chwilę.

Skubnął  jej  dolną  wargę  -  szeroką,  cudownie  gładką  -  przytrzymując  ją  delikatnie 

zębami.  Jude  jęknęła  cicho,  jej  pociemniałe  oczy  pokryły  się  mgiełką.  Nagie, 

niekontrolowane pożądanie przeszyło jej lędźwie.

-  Chryste,  jesteś  taka  słodka.  -  Muskał  palcami  jej  obojczyk.  Sięgnął  po  jej  usta. 

Najpierw spróbował tylko, a potem zaczął się nimi delektować.

Zmysłowe kąsanie przyprawiło ją o utratę tchu..

Drżała,  była  jak  wulkan,  który  w  każdej  chwili  może  wybuchnąć,  jak  czająca  się 

gwałtowna burza. Nadal miała unieruchomione ręce, ale palcami szarpała teraz jego koszulę, 

coraz szybciej.

Usłyszała, że Aidan coś mruczy, a szept ten zderzył się z dźwiękiem jej wzburzonej 

krwi.  Jego  usta  były  takie  gorące  i  wprawne,  jego  ciało  takie  twarde  i  silne.  Leciutkie  jak 

skrzydełka  ćmy  ręce  pieściły  jej  twarz.  Mogła  tylko  dawać  i  dawać,  nawet  jeśli  jakaś 

poruszona, nie znana jej część ponaglała ją i zachęcała do brania.

A kiedy się odsunął, jakby zachwiał się cały jej świat.

Obejmował  rękami  jej  twarz,  czekał,  aż  otworzy  oczy  i  odzyska  ostrość  widzenia. 

Zamierzał  tylko  spróbować,  nacieszyć  się  chwilą.  Przekonać  się.  A  stało  się  inaczej,  stracił 

kontrolę.

- Chciałbym cię wziąć.

Jej ogromne oczy pokryły się mgiełką rozkoszy. Z trudem panowała nad sobą.

- Ja...

- Chodź na górę i kochaj się ze mną.

Oburzyła się o ułamek sekundy wcześniej, nim skinęła głową na znak przyzwolenia.

- Nie mogę! Nie! To całkiem bez sensu.

- Masz kogoś w Ameryce?

- Czy mam? Nie, nie jestem z nikim związana. - Błysk w oczach Aidana sprawił, że 

zesztywniała,  odchyliła  się  nieco  od  niego.  -  Co  nie  znaczy,  że  mogę  tak  po  prostu...  Nie 

sypiam z mężczyznami, których prawie nie znam.

- W tej chwili mam takie wrażenie, jakbyśmy się znali aż za dobrze.

background image

- To tylko fizyczna reakcja.

- Masz rację. - Znowu ją pocałował namiętnie i mocno.

- Nie mogę oddychać.

- Sam mam z tym pewne trudności. - Postępując wbrew naturze, odsunął się trochę. -

No cóż, Jude Frances, coś z tym należy zrobić. Przeanalizujesz to naukowo?

To  fakt,  że  jego  głos  potrafił  wyśpiewać  muzyczne  rytmy  Irlandii,  ale  umiał  też 

chłostać.

- Nie zamierzam przepraszać za to, że nie wskoczyłam z tobą do łóżka. A jeżeli wolę 

funkcjonować na płaszczyźnie intelektualnej, to moja sprawa.

Omal  nie  parsknął  śmiechem,  w  porę  zacisnął  wargi,  po  czym,  wsuwając  ręce  do 

kieszenie, zaczął się przechadzać w ciasnej kuchni tam i z powrotem.

- Czy ty zawsze musisz się zachowywać rozsądnie? - Tak.

Zatrzymał się, zmrużył oczy, a następnie, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, odrzucił do 

tyłu głowę i wybuchnął śmiechem.

-  Niech  to  licho,  Jude,  gdybyś  zaczęła  krzyczeć,  gdybyś  czymś  we  mnie  rzuciła, 

czułbym się znacznie lepiej.

- Nie mam zwyczaju krzyczeć ani rzucać przedmiotami.

- Nigdy?

- Nigdy.

Tym razem uśmiechnął się szeroko.

- Założę się, że potrafię to zmienić. - Postąpił kilka kroków w jej stronę. Złapał luźny 

kosmyk jej włosów i pociągnął go lekko. - Chcesz się założyć?

- Nie. - Zdobyła się na blady uśmiech. - Nie uprawiam hazardu.

-  Nosisz  nazwisko  Murray  i  chcesz  we  mnie  wmówić,  że  nie  uprawiasz  hazardu! 

Przynosisz hańbę całemu swojemu rodowi.

- Jestem taka, na jaką mnie wychowano.

- Założę się o każde pieniądze, że zew krwi zawsze w końcu weźmie górę. - Zakołysał 

się na obcasach, przyglądał się jej z uwagą. - No cóż, chyba powinienem wracać. Spacer w 

deszczu odświeży nieco mój umysł.

Kiedy zdejmował kurtkę z wieszaka, zapytała: - Nie jesteś zły?

- A dlaczego miałbym być zły? Masz prawo odmówić, nie uważasz?

- Tak, oczywiście. - Odchrząknęła. - Jednak wielu mężczyzn miałoby mi to za złe.

- Więc może nie jestem jednym z tych wielu? A niezależnie od tego chcę cię mieć i 

dostanę cię. To nie musi być dzisiaj.

background image

Kiedy otworzyła usta, uśmiechnął się i ruszył do drzwi. - Pomyśl o tym, Jude Frances, 

zanim dostanę cię w swoje ręce.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, długo nie ruszała się z miejsca. I myślała tylko o tym, 

jak to jest, kiedy całym ciałem przywiera się do niego.

background image

7

Zbieram  opowiadania  i  dochodzę  do  wniosku,  że  mój  pomysł  wydaje  się  znacznie 

ciekawszy,  niż  przypuszczałam.  Kiedy  słucham  taśm  przysłanych  przez  babcię,  mam  takie 

wrażenie, jakby siedziała naprzeciwko mnie. Wydaje mi się, że znowu jestem dzieckiem, a ona 

przychodzi do mnie i opowiada mi na dobranoc bajkę .

Legendę  o  Lady  Gwen  poprzedza  stwierdzeniem,  iż  nigdy  nie  opowiadała  mi  tej 

historii.  Chyba  się  myli,  ponieważ  pewne  jej  fragmenty  znałam  już  przedtem,  zanim 

usłyszałam od Aidana.

Stąd też mój sen - opowieść ta tkwiła w mojej podświadomości, a przyjazd tutaj tylko 

wydobył ją na wierzch.

Przerwała pisanie i oparła się wygodniej. Od razu poczuła się lepiej, gdy to napisała. 

Takie właśnie ćwiczenie zadawała swoim studentom na pierwszym roku studiów. Jeżeli masz 

jakiś  problem,  zapisz  swoje  myśli,  zrób  to  w  sposób  naturalny,  bez  żadnej  autocenzury.  A 

potem oprzyj się wygodnie, przeczytaj to i przeanalizuj wnioski, które się narzucają.

Więc  dlaczego  nie  odnotowała  w  dzienniku  spotkania  z  Aidanem?  Dlaczego  nie 

napisała o tym, jak ją osaczył przy piecu, jak ją smakował. Ani słowa o swoich doznaniach i 

myślach.

O Boże! Już na samo wspomnienie ściska ją w brzuchu.

Przecież  to  część  jej  doświadczenia,  a  dziennik  jest  po  to,  by  zapisywać,  z  jakimi 

przemyśleniami i odczuciami się wiążą.

To znaczy, że nie chce poznać swoich myśli i doznań. Ilekroć próbowała to uczynić, 

uczucia brały górę, a z jej przemyśleń wychodziły sentymentalne bzdury.

- Po za tym co w tym nadzwyczajnego? - powiedziała na głos.

Westchnęła i znów położyła dłonie na klawiaturze.

Ciekawe,  że  babci  wersja  legendy  o  Lady  Gwen  jest  prawie  taka  sama,  jak  wersja 

Aidana. Inny jest sposób narracji, ale postacie, szczegóły, charakter opowieści są identyczne.

Klasyczny  przypadek  utrwalonej  i  przekazywanej  ustnie  historii,  świadczący  o 

pietyzmie  ludzi  dla  sztuki  i  ich  trosce  o  zachowanie  jej  w  jak  najczystszej  formie.  A  także 

wskazówka dla mnie, w jaki sposób, na płaszczyźnie psychologicznej, opowieść przechodzi w 

legendę i jak z kolei legenda przyjmowana bywa za prawdę . Śnią o nich.

Znowu przerwała, wpatrując się w ekran.

Nie  zamierzała  tego  napisać.  Myśl  wyrwała  się  sama  i  spłynęła  do  jej  palców.  Ale 

background image

przecież to była prawda. Śnili się jej teraz prawie co noc - królewicz o niezwykłej urodzie, jak 

mężczyzna,  którego  spotkała  przy  grobie  Maude,  i  biały,  skrzydlaty  koń.  A  także  kobieta, 

którą bez wątpienia widziała w oknie domku.

To  oczywiste,  że  obrazy  te  podsunęła  jej  podświadomość.  To  zupełnie  naturalne. 

Wydarzenia z opowieści miały podobno miejsce w domku, w którym zamieszkała, nic więc 

dziwnego, że posiane ziarno zaowocowało takimi snami.

Naprawdę nie ma w tym nic nadzwyczajnego i nie ma się czym przejmować.

Straciła ochotę do pracy, wyłączyła komputer. Od niedzieli nie wychodziła prawie z 

domu  -  żeby  móc  pracować,  a  nie  dlatego,  żeby  kogoś  unikała.  I  chociaż  praca  dawała  jej 

satysfakcję, bywały momenty, że miała jej dość.

Mogła pojechać do Waterford na zakupy, żeby przy okazji zaopatrzyć się w książki o 

ogrodnictwie.  Mogła  zwiedzić  dalszą  okolicę,  zamiast  wędrować  po  wzgórzach  i  łąkach  w 

pobliżu domu. Przecież im częściej prowadziłaby samochód, tym swobodniej czułaby się w 

czasie jazdy.

Samotność  działa  kojąco,  ale  może  też  ciążyć.  A  poza  tym  można  stracić  poczucie 

czasu. Rano musiała zajrzeć do kalendarza, żeby ustalić, jaki dziś dzień - czwartek czy piątek.

Wzięła torbę i klucze. Trzeba porozglądać się dookoła, kupić coś sobie, spotkać się z 

ludźmi. Wzięła też aparat, żeby zrobić trochę fotografii i wysłać je babci w następnym liście.

Na zakończenie zje kolację w mieście.

Gdy  jednak  wystawiła  nogę  za  próg,  wiedziała  już,  że  woli  zostać  tutaj  -  w  swoim 

ślicznym  ogrodzie  z  widokiem  na  zielone  pola  i  łąki,  na  ocienione  góry  i  na  dzikie, 

poszarpane klify.

W końcu nie stanie się chyba nic złego, jeżeli przez pół godziny powyrywa chwasty w 

ogrodzie? Cóż z tego, że jest nieodpowiednio ubrana? Czy nie nauczyła się już prać?

Sweter skurczył się tak, że nadawał się teraz tylko dla lalki, ale poza tym eksperyment 

wypadł całkiem dobrze.

Czy nie potrafi odróżnić chwastów od stokrotek, czy naprawdę trzeba się tego uczyć? 

Nie wyrwie niczego, co ładnie wygląda.

Powietrze było wspaniałe, świeciło słońce, a po niebie płynęły gęste, białe obłoki.

Kiedy żółty pies zaczął się dobijać do furtki, nie mogła się powstrzymać i wpuściła go.

Chcąc mu sprawić przyjemność, poklepała go i podrapała, aż rozwalił się rozkosznie u 

jej stóp.

-  Cezar  i  Kleopatra  nigdy  nie  pozwalają  się  pieścić  -  mruknęła,  mając  na  myśli 

snobistyczne  koty  matki.  -  Nie  pozwala  im  na  to  ich  godność.  -  Roześmiała  się,  gdy  pies 

background image

rozłożył  się  na  grzbiecie  i  nadstawił  do  pieszczot  brzuch.  -  Ty  za  to  nie  masz  ani  krzty 

godności. I właśnie to lubię u ciebie.

Akurat  myślała,  co  by  tu  kupić  atrakcyjnego  dla  psa,  kiedy  na  wyboistej  drodze 

pojawiła się furgonetka Brerury i z piskiem opon zahamowała na jej podjeździe.

- Cześć, widzę, że już poznałaś się z Betty.

- Tak się nazywa?  - Pies  trącał nosem jej rękę, zachęcając do dalszej zabawy. - Jest 

bardzo przyjacielska.

-  Ma  szczególną  słabość  do  dam.  -  Brenna  zastanawiała  się,  dlaczego  ta  kobieta, 

przyłapana na pieszczeniu psa, czuje się taka zakłopotana. - Lubisz psy?

- Na to wygląda.

- W każdym razie, kiedy ci się znudzi, wyrzuć ją za furtkę, a poleci do domu. Nasza 

Betty jest subtelną istotą i nie będzie się napraszać.

- Czy w ten sposób nic odbieram jej twojej mamie?

-  Ma  w  tej  chwili  coś  lepszego  do  roboty,  niż  martwić  się  nieobecnością  Betty. 

Wysiadła nam lodówka. Nie widziałam cię w tym tygodniu w pubie.

- Pracowałam. Prawie nie wychodziłam z domu.

- Ale teraz gdzieś się wybierasz. - Wskazała głową na torbę Jude.

- Chciałam pojechać do Waterford, żeby kupić książki o ogrodnictwie.

-  Po  co  masz  się  wybierać  aż  tak  daleko.  Jedź  do  nas  i  porozmawiaj  sobie  z  moją 

mamą, a ja przez ten czas zajmę się lodówką.

- Nie spodziewa się gości.

-  Drzwi  są  zawsze  otwarte.  -  Brenna  pomyślała,  że  Jude  jest  wyjątkowo  nieśmiała. 

Jednak  Mollie  O'Toole  wyciągnie  z  niej  wszystko,  co  zechce.  -  Nie  marudź  i  chodź  już  -

dodała, po czym gwizdnęła na psa.

Z  radosnym  szczekaniem  Betty  wskoczyła  do  furgonetki.  Jude  szukała  jakiejś 

wymówki,  ale  wszystko,  co  jej  przychodziło  do  głowy,  wydawało  się  naciągane  i 

nieuprzejme.

Z bladym uśmiechem zamknęła furtkę i podeszła do furgonetki.

- Jesteś pewna, że nie będą przeszkadzać?

-  Ani  trochę.  -  Brenna  zaczekała,  aż  Jude  wejdzie  do  środka,  po  czym  cofnęła 

samochód i ostro ruszyła z podjazdu.

- O Boże!

- Co takiego?  - Brenna nacisnęła hamulec tak  gwałtownie, że Jude oparła się ręką o 

tablicę  rozdzielczą,  żeby  nie  rozbić  o  nią  twarzy.  Nie  zdążyła  jeszcze  zapiąć  pasów 

background image

bezpieczeństwa.

- Nie boisz się, że nadjedzie jakiś samochód?

Brenna roześmiała się perliście i klepnęła Jude po ramieniu.

- Przecież nic nie jechało, prawda? Nie denerwuj się, dowiozę cię całą i zdrową. Masz 

śliczne  pantofle  -  dodała.  Choć  nie  była  wcale  pewna,  czy  są  równie  wygodne,  jak  solidne 

półbuty, które miała na nogach. - Darcy chce się założyć, że nosisz włoskie pantofle. Czy to 

prawda?

- Tak, faktycznie.

- Darcy ma oko do tego, co modne, od dziecka. Uwielbia przeglądać żurnale.

- Jest piękna.

- Tak, to u nich rodzinne.

-  To  dziwne,  że  tacy  przystojni  ludzie  nie  są  z  nikim  związani.  -  Wypowiadając  te 

słowa, najoględniej zresztą, jak mogła, sklęła siebie za wścibstwo.

-  Darcy  nigdy  nie  interesowała  się  tutejszymi  chłopcami.  Chociaż  trochę  z  nimi 

flirtuje. Aidan... - Wzruszyła ramionami.

-  Odkąd  wrócił,  sprawia  wrażenie,  jakby  wziął  ślub  z  pubem,  chyba  że  jest  aż  tak 

bardzo  dyskretny.  Shawn...  -  Zamyśliła  się,  a  na  jej  czole,  gdy  skręciła  pod  swój  dom, 

pojawiła się zmarszczka. - Powiedziałabym, że nie dość uważnie przygląda się temu, co ma 

przed nosem.

Pies  dał  susa  z  furgonetki  i  pognał  na  podwórze.  Kiedy  Brenna  wysiadła,  jej  twarz 

była znów pogodna.

- Jeżeli masz zamiar zrobić zakupy w Waterford czy w Dublinie, weź ze sobą Darcy. 

Uwielbia włóczyć się po sklepach, przymierzać ubrania i pantofle, dobierać szminki i pudry. 

Ale  jeżeli  wysiądzie  ci  piec  albo  zrobi  ci  się  dziura  w  dachu...  -  zrobiła  oko  do  Jude, 

prowadzając ją do frontowego wejścia - dzwoń po mnie.

Była  tu  moc  różnobarwnych  kwiatów:  układały  się  w  prześliczny  dywan  przed 

wejściem, okręcały się i pięły po kracie, wylewały się wesoło z kamionkowych czerwonych 

doniczek.

Zdawało się, że rosną, jak popadnie, gdy jednocześnie panował tu porządek. Uroczy, 

uporządkowany nieład.  Weranda była tak wyszorowana, że można by ją  porównać do stołu 

operacyjnego.  I  kiedy  Brenna  pozostawiła  na  niej  brudne  ślady,  Jude  aż  skrzywiła  się  z 

oburzenia.

- Mamusiu! - Dźwięczny głos Brenny poniósł się donośnym echem po ślicznym holu, 

w górę stromych schodów. Zza drzwi wypadł gruby, szary kot i zaczął się ocierać o jej buty. -

background image

Przywiozłam gościa.

Dominowały  tu  kobiece  zapachy.  Jakaś  bliżej  nieokreślona  woń  perfum,  szminki, 

szamponu, ten słodki zapach, który tak często towarzyszy młodym i starszym kobietom.

Zapamiętała  go  z  college'u  i  zastanowiła  się,  czy  to  dlatego  czuje  teraz  ten  nagły 

skurcz żołądka. Była taka nieszczęśliwa, nie uświadomiona, jakże nie na miejscu pośród tych 

wszystkich beztroskich i pewnych swojej kobiecości dziewcząt.

-  Many  Brenno  O'Toole,  powiadomię  cię,  kiedy  ogłuchnę,  będziesz  wtedy  mogła 

krzyczeć  do  mnie,  ile  tylko  zechcesz.  -  Schodząc  do  holu,  Mollie  ściągnęła  krótki  różowy 

fartuszek.

Była nie wyższa niż córka, ale z pewnością tęższa. Włosy miała błyszczące i starannie 

uczesane.  Na  jej  pełnej,  ładnej  twarzy  widniał  miły  naturalny  uśmiech.  Zielone  oczy 

spoglądały przyjaźnie.

- A więc przywiozłaś mi pannę Murray. Podobna jesteś do babci. Jestem szczęśliwa, 

że mogę cię poznać.

-  Dziękuję.  -  Dłoń  Mollie  była  silna  i  twarda  od  pracy.  -  Mam  nadzieję,  że  nic 

przeszkadzam.

- Ani trochę. U O'Toole'ów  zawsze  jest coś do roboty, jak nie to,  to  tamto.  Wejdź  i 

usiądź w saloniku, a ja przygotuję herbatę.

- Nie chciałabym sprawiać pani kłopotu.

-  Jaki  tam  kłopot!  -  Mollie  poklepała  ją  po  ramieniu  dla  dodania  otuchy,  tak  jak  to 

pewnie  robiła  ze  swoimi  córkami.  -  Posiedzimy  sobie  i  porozmawiamy,  podczas  gdy  to 

dziewczę uda się do kuchni. Brenna, chyba już najwyższy czas wyrzucić tę lodówkę.

- Naprawi się.

-  Zawsze  tak  mówicie  z  ojcem,  wiecznie  to  samo.  -  Z  dezaprobatą  kręcąc  głową, 

wprowadziła  Jude  do  saloniku,  gdzie  stało  mnóstwo  świeżych  kwiatów.  -  To  istny  krzyż 

pański z takimi ludźmi, którzy wszystko potrafią naprawić. Brenna, zabawiaj pannę Murray, a 

ja przez ten czas przygotuję herbatę. Potem zajmiesz się tym gruchotem.

- Naprawi się - mruknęła Brenna, kiedy matka nie mogła już jej słyszeć. - A jeśli nie, 

to tym lepiej, prawda?

- Dla kogo?

Brenna rzuciła okiem za siebie.

-  Dla  wszystkiego.  Słyszałam,  że  w  niedzielę  Jack  Brennan  przyszedł  do  ciebie  z 

kwiatami, żeby cię przeprosić.

- To prawda, przyszedł. - Jude usiadła sztywno na brzegu wygodnego fotela. - Czuł się 

background image

strasznie zażenowany. Aidan nie powinien był go do tego zmuszać.

- Chciał się w ten sposób odegrać na Jacku za spuchniętą wargę. - Błyskając chytrze 

oczyma, poprawiła się w fotelu, zakładając jedną nogę na drugą. - A swoją drogą, jak mu się 

to udało? Rzadko się zdarza, żeby ktoś zdołał trafić Aidana Gallaghera.

- To była moja wina. Odwróciłam jego uwagę i wtedy dostał pięścią w twarz, aż mu 

odskoczyła głowa i krew pociekła z wargi. Jeszcze czegoś takiego nie widziałam.

- Nie? - Brenna wydęła wargi. Nawet w tym domu, w którym mieszkały prawie same 

kobiety, często dochodziło do rękoczynów. - Czyżby w Chicago nikt się nie bił?

- W każdym razie ja tego nie widziałam - powiedziała półgłosem. - Czy Aidan często 

bije się ze swoimi klientami?

- Nie, skądże. Chociaż dawniej chętnie wszczynał bójki. Teraz używa tylko perswazji. 

Ludzie wolą z nim nie zadzierać. Gallagherowie są znani z tego, że łatwo wpadają w furię.

-  W  przeciwieństwie  do  O'Toole'ów  -  powiedziała  Mollie,  wnosząc  tacę  z  herbatą  -

którzy w dzień i w noc są promienni jak słońce.

- To prawda. - Brenna poderwała się na nogi i ucałowała matkę w policzek. - Obejrzę 

twoją lodówkę, mamo. Zobaczysz, że będzie chodziła jak nowa.

-  Już  dawno  nie  chodzi  jak  nowa,  od  urodzenia  Alice  Mae,  która  kończy  właśnie 

piętnaście lat.  Pospiesz  się,  nim  mleko  skwaśnieje.  Dobra  dziewczyna  z  tej  mojej  Brenny  -

dodała  po  wyjściu  córki.  -  Wszystkie  są  takie.  Może  trochę  biszkoptów  do  herbaty,  panno 

Murray? Upiekłam je dzisiaj rano.

- Dziękuję. Proszę mnie nazywać Jude.

- Bardzo chętnie, a ty mów do mnie Mollie. To miło mieć znowu sąsiadkę w Faerie 

Hill  Cottage.  Stara  Maude  ucieszyłaby  się,  że  przyjechałaś,  nie  chciałaby,  żeby  dom  stał 

pusty. Nie, nie, nic z tego, grubasie - powiedziała do kota, który wskoczył na oparcie fotela. 

Zepchnęła go, ale przedtem podrapała za uchem.

- Macie cudowny dom. Lubię na niego patrzeć, kiedy spaceruję po polach.

-  Taka  sobie  partanina,  ale  dobrze  się  tu  czujemy.  -  Mollie  ponalewała  herbatę  do 

cieniutkich porcelanowych filiżanek i, uśmiechając się, odstawiła z powrotem dzbanek. - Mój 

Mick ciągle dobudowywał kolejne pomieszczenia, a potem przyłączyła się do tego Brenna.

- Dla tak wielkiej rodziny  potrzebna jest  odpowiednia przestrzeń.  - Jude wzięła dwa 

lukrowane ciasteczka. - Brenna powiedziała, że masz pięć córek.

- Pięć, ale czasem mam wrażenie, że  jest ich dwadzieścia. Brenna to  replika  tatusia. 

Maureen wychodzi za mąż na jesieni i zadręcza nas swymi problemami z narzeczonym. Patty 

zaręczyła  się  niedawno  z  Kevinem  Rileyem  i  pewnie  jeszcze  długo  będziemy  z  nią  mieli 

background image

podobne  zmartwienie  jak  z  Maureen.  Następna  -  Mary  Kate  -  studiuje  na  uniwersytecie  w 

Dublinie  i  zajmuje  się  komputerami.  A  mała  Alice  Mae  spędza  cały  czas  ze  zwierzętami  i 

zmusza  mnie,  żebym  brała  do  domu  wszystkie  chore  ptaszki  hrabstwa  Waterford.  -  Mollie 

przerwała. - Kiedy jednak nie ma tutaj moich córek, strasznie za nimi tęsknię. Jestem pewna, 

że tak samo twoja mama tęskni za tobą, gdy jesteś daleko.

Jude była pewna, że matka o niej myśli, ale czy aż tak bardzo za nią tęskni?

- To... - Urwała, słysząc straszliwe przekleństwa dochodzące z głębi domu.

- Niech cię nagła krew zaleje, ty cholerny gracie. Mam ochotę osobiście zrzucić cię z 

klifu.

- Brenna ma wiele ze swojego ojca we wszystkich dziedzinach - powiedziała Mollie, 

podnosząc  z  gracją  filiżankę  z  herbatą,  podczas  gdy  do  przekleństw  i  pogróżek  jej  córki 

doszły jeszcze  jakieś huki  i  grzmoty. - Jest  wspaniałą, bystrą dziewczyną, tylko nie zawsze 

panuje nad sobą. Powiedziała mi, że interesujesz się kwiatami.

-  Tak.  Niewiele  jednak  wiem  o  ogrodnictwie,  a  bardzo  bym  chciała  utrzymać  w 

dobrym stanie kwiaty koło domku. Zamierzałam kupie parę książek.

Można i tak. Z książek też się nauczysz, chociaż Brenna woli zawsze sama dojść do 

wszystkiego.  Ja  też  mam  nie  najgorszą  rękę  do  kwiatów.  Mogłabyś  się  ze  mną  przejść 

dookoła i zobaczyć, co i jak robię. Jude odstawiła filiżankę.

- Z wielką ochotą.

- Świetnie. Zostawmy więc Brennę i chodźmy. Mogłabym zobaczyć twoje ręce?

- Moje ręce? - Zdumiona Jude wyciągnęła je przed siebie.

- Stara Maude miała takie same dłonie - wąskie i delikatne, z długimi palcami. Mollie 

spojrzała jej w oczy. - Masz dobre ręce do kwiatów.

Kolejna  godzina  była  czystą  przyjemnością.  Nieśmiałość  i  rezerwa  Jude  stopniowo 

zniknęły.

Te  roślinki  z  pierzastymi  listkami,  które  Mollie  nazywała  ostróżkami,  będą  miały 

delikatne,  barwne  kwiaty,  a  te  wdzięczne  dwukolorowe  dzwonki  to  orliki.  Wokół  nich 

rozpleniły się kwiaty o dziwnych i wdzięcznych nazwach, takie jak mydlnica i dziki goździk, 

przewrotnik i melisa.

Wiedziała,  że  zapomni  ich  nazwy  albo  je  pomyli,  ale  jakże  cudownie  być  tak 

oprowadzanym,  dowiadywać  się,  które  z  nich  pokryją  się  kwieciem  na  wiosnę,  a  które 

zakwitną na jesieni, do których przylatują pszczoły, a do których motyle.

Nie krępowała się pytać o różne proste rzeczy.

-  Ze  starą  Maude  wymieniałyśmy  bez  przerwy  rozsady,  sadzonki,  nasiona.  Dlatego 

background image

większość z tego, co tutaj widzisz, rośnie też przed twoim domem. Zajrzę do ciebie któregoś 

dnia,  jeżeli  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  i  zobaczą,  czy  nie  trzeba  czegoś  zrobić  przy 

kwiatach.

- Będę bardzo wdzięczna, zwłaszcza że wiem, jaka jesteś zajęta.

- Jesteś miłą dziewczyną, Jude, i z przyjemnością pobędę z tobą od czasu do czasu w 

ogrodzie.  Jesteś  światową  kobietą.  Nie  miałabym  nic  przeciwko  temu,  żeby  coś  z  tego 

przeszło  i  na  moją  Brennę.  Ma  wielkie  serce  i  bystry  umysł,  ale  jest  taka  nieokrzesana.  -

Spojrzała  ponad  ramieniem  Jude  i  dodała:  -  O  wilku  mowa.  Pokonałaś  w  końcu  te  bestię, 

Mary Brenno?

To była walka na  śmierć i  życie, ale zwyciężyłam.  - Brenna wyłoniła się zza  domu. 

Miała pobrudzony smarem policzek i zaschniętą krew na kostkach lewej dłoni.

- Jeszcze długo pochodzi, mamo.

- Przecież wiesz, że marzę o nowej lodówce.

- Jeszcze wytrzymasz przez rok. - Wesoło pocałowała Mollie w policzek. - Muszę już 

spływać. Obiecałam, że zajrzę do Betsy Clooney i dopilnuję montowania okien w jej domu. 

Jedziesz ze mną, Jude, czy chcesz jeszcze trochę zostać?

- Muszę wracać. Naprawdę było mi bardzo miło, Mollie. Dziękuję.

- Możesz zaglądać, ilekroć będziesz potrzebowała towarzystwa.

- Zajrzę. Och, zostawiłam w domu torbę. Pobiegnę i wezmę ją, jeśli można.

- Wal, nic krępuj się. - Mollie odczekała chwilę. - Jest spragniona pracy - szepnęła.

- Pracy?

- Chce w ten sposób zaistnieć...

- Darcy uważa, że Aidan ma na nią oko.

- Coś takiego!

- Darcy mówiła też, że niedawno uwodził dziewczynę od Duffych.

-  Nie  powinna  szpiegować  swoich  braci  -  oznajmiła  kategorycznie  Mollie,  po  czym 

zerknęła  na  Brennę.  - Którą  z  dziewcząt  Duffych?  Później  mi  opowiesz  -  dodała  szybko, 

kiedy pojawiła się Jude.

- No więc wizyta okazała się nie taka straszna - stwierdziła Brenna, kiedy wsiadły już 

do furgonetki.

- Twoja mama jest cudowna. - Jude odwróciła się i pomachała na pożegnanie Mollie. -

Nie zapamiętam nawet połowy z tego, co mi powiedziała o hodowli kwiatów, ale na początek 

to i tak wystarczy.

- Będzie zadowolona, mogąc z tobą czasami pogadać. Patty też ma rękę do kwiatów, 

background image

ale ostatnio buja w obłokach z powodu Kevina Rileya.

- Ona jest dumna z ciebie i z twoich sióstr.

- Jak to matka.

- Nie wszystkie matki tak to okazują - stwierdziła Jude.

- A ty na pewne  rzeczy zwracasz szczególną uwagę. Nauczyłaś się tego  na studiach 

czy masz to wrodzone?

-  Myślę,  że  jedno  i  drugie.  Zauważyłam,  jaka  była  dumna,  że  potrafisz  naprawić 

lodówkę, chociaż miała nadzieję, że ci się nie uda.

Brenna zaśmiała się, patrząc na Jude.

- Ledwie sobie poradziłam z tym humorzastym pieprzonym gratem. Rzecz w tym, że 

mój  tata  wypatrzył  już  nową,  piękną  lodówkę.  Mają  ją  przywieźć  w  przyszłym  tygodniu.  I 

jeśli  chcemy  sprawić  mamie  niespodziankę,  to  ten  rzężący  grat  musi  jeszcze  trochę 

pochodzić.

- Wspaniale. - Spróbowała sobie wyobrazić reakcję własnej matki, gdyby ją z ojcem 

zaskoczyli nową lodówką. Pewnie nie byłaby zachwycona.

- Gdybym sprezentowała matce nawet najwyższej klasy sprzęt domowy, pomyślałaby, 

że postradałam zmysły.

- Twoja matka jest kobietą wykonującą wolny zawód, jeśli dobrze pamiętam.

- Tak, a twoja jest profesjonalną matką. Zaskoczona Brenna roześmiała się radośnie.

- Och, powtórzę jej to przy najbliższej okazji. Popatrz, kto tam idzie.

Jude  napięła  się  cała,  gdy  Brenna  zahamowała  gwałtownie  i  wychylona  przez  okno 

zawołała do Aidana:

- Widzę, że uciekamy od świata.

- Skąd, dawno z tym skończyłem - powiedział, mrugając okiem i spojrzał na jej rękę 

ze skórą zdartą z kostek. - Coś sobie zrobiła?

- Ta cholerna lodówka wzięła wreszcie na mnie odwet. Aidan spojrzał na Jude.

- A dokąd to śliczne damy zmierzają?

- Właśnie odwożę Jude po wizycie u mojej mamy, a potem pędzę do Betsy Clooney, 

żeby wstawić jej okna.

-  Gdybyście  jutro  z  twoim  tatą  mieli  czas,  przyjdźcie  do  pubu.  Trzeba  coś  zrobić  z 

piecem.

- Dobra, któreś z nas wpadnie i rzuci na to okiem.

- Dzięki. Zamierzam właśnie przejąć w swoje ręce twoją pasażerkę.

- Obchodź się z nią ostrożnie - powiedziała Brenna, gdy przechodził na drugą stronę 

background image

furgonetki. - Bardzo ją lubię.

- Ja też. - Otworzył drzwi, wyciągnął rękę. - Ale przy mnie robi się nerwowa, prawda, 

Jude Frances?

-  Nic  podobnego.  -  Chciała  wysiąść  z  gracją,  ale  nic  z  tego  nie  wyszło,  ponieważ 

zapomniała odpiąć pas bezpieczeństwa.

Aidan  złapał  ją  w  talii  i  postawił  na  ziemi.  Z  tego  wszystkiego  zapomniała 

podziękować Brennie, która machnęła tylko ręką i pomknęła po wybojach.

- Ta dziewczyna prowadzi jak szatan - stwierdził Aidan, ciągle trzymając Jude za rękę. 

- Od tygodnia nie zaglądałaś do pubu.

- Byłam zajęta.

- Ale teraz nie jesteś.

- Jestem, właśnie powinnam, ...

- Zaprosić mnie do środka i zrobić mi sandwicza. - Kiedy jak zahipnotyzowana gapiła 

się  na  niego,  roześmiał  się.  -  Albo,  jeśli  ci  to  nie  odpowiada,  chodźmy  na  spacer.  Idealny 

dzień na przechadzkę. Nie pocałuję cię, jeśli się tego boisz.

- Nie boję się.

- Tym lepiej.

Cofnęła się, kiedy pochylił ku niej głowę. - Nie to miałam na myśli.

- Trudno - odparł i odsunął się. - A więc pozostaje tylko spacer. Byłaś już na Tower 

Hill, obejrzałaś katedrę?

- Nie, jeszcze nie.

-  Przecież  jesteś  tak  ciekawa  wszystkiego?  Chodźmy  tam,  a  opowiem  ci  kolejną 

historię do twojej pracy.

- Nie mam przy sobie magnetofonu.

Powolnym ruchem podniósł jej rękę i musnął ją delikatnie wargami.

- Postaram się więc opowiedzieć ci ją jak najprościej, żebyś mogła zapamiętać.

background image

8

Dzień  był  idealny  na  spacer.  Światło  słońca  tłumiła  cieniutka  warstwa  mgły.  Ponad 

wzgórzami,  pofałdowanymi  polami  i  łąkami  wisiała  srebrzysta  zasłona,  która  z  pewnością 

znaczyła linię deszczu. Załamały się na niej promienie słońca.

Był to taki dzień, który aż się prosił o tęczę.

Łagodna bryza niemal bezgłośnie muskała powietrze, poruszając pachnące świeżością 

liście.

Trzymał ją za rękę w lekki i niewymuszony sposób, dzięki czemu czuła się naturalnie.

Odprężona, na luzie i naturalna.

Czarował ją potokiem słów.

- Żyła sobie kiedyś pewna dziewczyna. Była piękna jak marzenie, cerę miała gładką i 

jasną jak mleko, a włosy tak ciemne jak czarna noc, oczy zaś tak niebieskie jak wody jeziora. 

A  przede  wszystkim  miała  masę  wdzięku,  była  uprzejma,  życzliwa.  Zachwycano  się  jej 

głosem. Kiedy śpiewała, milkły ptaki, żeby jej słuchać, i uśmiechały się anioły.

Gdy się wspięli na wzgórze, morze zaczęło wtórować słowom Aidana.

-  Nieraz  jej  śpiew  niósł  się  ponad  wzgórzami,  konkurując  ze  słońcem.  Ten  dźwięk, 

radosny i czysty jak łza, dotarł do uszu czarownicy i wzbudził jej zazdrość.

- Zawsze musi pojawić się jakaś czarownica - skomentowała Jude, a on tylko zaśmiał 

się pod nosem.

-  Oczywiście,  bez  tego  nie  byłoby  opowiadania.  A  więc  ta  czarownica  miała  czarne 

włosy i  znała tajemne  moce.  Mogła skwasić  świeże  mleko i  sprawić, by  rybacy wyciągnęli 

puste sieci. Chociaż jednak znała różne sztuczki i mogła ze szkaradnej baby zamienić się w 

prawdziwą piękność, kiedy otwierała usta, żeby coś zaśpiewać, nawet skrzek żaby wydawał 

się bardziej melodyjny. I właśnie za ten dar śpiewania znienawidziła naszą pannę i rzuciła na 

nią czary, odbierając jej mowę.

- I znalazło się na to lekarstwo w postaci pięknego królewicza?

- Lekarstwo się znalazło, ponieważ zło zawsze jest przemieszane z dobrem.

Uśmiechnęła  się,  ponieważ  wbrew  wszelkiej  logice  uwierzyła  w  szczęśliwe 

zakończenie.  Nie  tylko  takie  rzeczy wydawały  się  możliwe  w  tym świecie  klifów  i  dzikich 

traw,  morza,  na  którego  ciemnobłękitnej  wodzie  kołysały  się  kutry  rybackie,  i  mocnych, 

splecionych rąk, przekazujących ciepło jej rękom.

- Dziewczyna została skazana na milczenie, nie mogła w piosenkach wyrazić radości 

background image

swojego  serca,  ponieważ  czarownica  włożyła  je  do  srebrnego  puzderka,  które  zamknęła  na 

srebrny kluczyk.

- Dlaczego irlandzkie opowieści zawsze są takie smutne?

-  Smutne?  -  Spojrzał  na  nią  szczerze  zdziwiony.  - Powiedziałbym,  że  są  raczej... 

wzruszające. Poezja nie zawsze musi wyrażać radość.

- Chyba masz  rację. - Odruchowo odgarnęła potrącane przez  wiatr włosy. - Co  było 

dalej?

- Minęło pięć lat, a dziewczyna spacerowała po wzgórzach i polach, i po klifach, po 

których my teraz chodzimy. Wsłuchiwała się w śpiew ptaków, w muzykę wiatru w trawach i 

w głuchy łoskot morza. I wszystko to gromadziła w środku, ponieważ czarownica odebrała jej 

radość życia i czystość głosu.

Kiedy dotarli na szczyt wzgórza z ruinami starej katedry i ostrej jak włócznia okrągłej 

wieży, Aidan odwrócił się ku Jude i palcami strzepnął włosy z jej twarzy.

- Co było dalej? - zapytał.

- Nie wiem, to jest twoja opowieść.

Pochylił się tam,  gdzie  w pęknięciach zmurszałych  kamieni utorowały sobie  drogę  i 

próbowały zakwitnąć małe białe kwiatki. Zerwał jeden i wsunął go jej we włosy.

-  Powiedz  mi,  Jude  Frances,  jaki  byłby  twój  ciąg  dalszy.  Po  chwili  zastanowienia 

wzruszyła ramionami.

-  No  więc  pewnego  dnia  jechał  wzgórzami  przystojny  młodzieniec.  Jego  duży  biały 

koń był bardzo zmęczony, a jego zbroja była matowa i pokiereszowana. Wracał z wyprawy 

wojennej, w której został ranny, a czekała go długa droga do domu.

Jude zamknęła oczy i wyobrażała sobie gęste lasy i rannego wojownika tęskniącego za 

domem.

-  Kiedy  wjechał  do  lasu,  otoczyła  go taka  mgła,  że  z  trudem  słyszał bicie  własnego 

serca. Po każdym uderzeniu czuł, że jego koniec jest coraz bliższy. I wtedy ją ujrzał. Szła ku 

niemu  przez  mgłę,  jakby  się  przeprawiała  przez  srebrną  rzekę.  Dziewczyna  wzięła  go  do 

siebie,  opatrzyła  bez  słowa  jego  rany  i  pielęgnowała  go,  kiedy  majaczył  w  gorączce. 

Wprawdzie  nie  mogła  wymówić  słowa  i  dodać  mu  otuchy,  ale  jej  delikatność  i  łagodność 

zrobiły  swoje.  Zakochali  się  w  sobie  bez  słów,  choć  jej  serce  omal  nie  pękło  z  potrzeby 

przemówienia do niego, wyśpiewania mu swego uczucia. I bez wahania, bez żalu zgodziła się 

odejść  razem  z  nim  do  jego  domu,  który  był  daleko  stąd,  porzucając  swój  własny,  a  także 

swoich  przyjaciół  i  rodzinę  oraz  cząstkę  samej  siebie  zamkniętą  szczelnie  w  srebrnym 

puzderku.

background image

Jude  widziała  to,  czuła,  przechodząc  między  pochylonymi  płytami  nagrobnymi. 

Poniżej  rozciągała  się  zatoka,  baśniowo  błękitna,  z  podskakującymi  na  fali  czerwonymi 

łodziami.

- Co było dalej? - zapytała Aidana.

- Dosiadła z nim konia, zabierając ze sobą jedynie swoją wiarę i miłość, nie prosząc o 

nic w zamian.  I wtedy nagle otworzyło  się srebrne puzderko czarownicy. Wyfrunął z niego 

uwięziony  głos  i  złotym  strumieniem  popłynął  ponad  wzgórzami  do  serca  dziewczyny.  [ 

kiedy  jechała  ze  swoim  ukochanym,  zaśpiewała  głosem  piękniejszym  niż  kiedykolwiek.  A 

ptaki umilkły, żeby jej słuchać, i uśmiechały się anioły.

Jude westchnęła.

- Wspaniała historia.

- Ty mi ją podpowiedziałaś.

Zadrżała na te słowa, znów czując się onieśmielona.

- Ależ skąd.

-  A  jednak  pozostało  w  tobie  coś  irlandzkiego.  Jude  Frances,  czy  pozwolisz  mi  się 

teraz pocałować?

Szybkim ruchem wyśliznęła mu się z rąk.

-  Przez  ciebie  zapomnę,  po  co  tu  przyszliśmy.  Czytałam  o  okrągłych  wieżach,  ale 

nigdy żadnej nie widziałam z bliska.

Aidan powiedział sobie, że należy być cierpliwym.

-  Zawsze  ktoś  próbował  najechać  i  podbić  Irlandię.  Ale  my  wciąż  tutaj  jesteśmy, 

nieprawda?

-  Tak,  wciąż  tutaj  jesteśmy.  -  Przyjrzała  się  uważnie  wzgórzu,  klifowi,  morzu.  -  To 

przepiękne  miejsce.  Czuje  się  tu  przemijanie  czasu.  -  Przystanęła,  potrząsnęła  głową.  -

Zabrzmiało to idiotycznie.

-  Ani  trochę.  To  prawda,  że  czuje  się  jego  wiek  i  świętość.  Jeśli  się  bardzo  dobrze 

wsłuchasz, może usłyszysz, jak kamienie śpiewają o walce i o chwale.

-  Nie  sądzę,  żebym miała  ucho  do  śpiewających  kamieni.  -  Poszła  dalej,  obchodząc 

płyty  nagrobne,  groby  obsypane  kwiatami,  omijając  nierówności.  -  Babcia  lubiła  tu 

przesiadywać.

I z pewnością słyszała ich głos.

- Dlaczego nie przyjechała razem z tobą?

-  Chciałabym,  żeby  tutaj  była.  -  Odwracając  się  w  jego  stronę,  znowu  odgarnęła 

włosy.  Pomyślała,  że  Aidan  pasuje  do  tego  starego,  świętego  miejsca,  do  pieśni  o  walce  i 

background image

chwale.

A czy ona tu pasuje?

Weszła do starych ruin, gdzie niebo nad głową pełniło funkcję sklepienia.

- Mam wrażenie, że udziela mi lekcji, co mam robić.

- Dobrze się uczysz?

-  Być  może.  -  Przesunęła  dłoń  po  rzeźbionych  celtyckich  literach  i  nagle  poczuła 

ciepłe mrowienie w palcach.

- A co chciałabyś osiągnąć?

- To zbyt ogólne pytanie.

- Nie jesteś szczęśliwa?

- Ja... - Ponownie pogładziła ręką kamienie. - Nie czułam się szczęśliwa, wykładając 

na uczelni. W każdym razie w ostatnim okresie. Nie byłam w tym dobra. A to zniechęca.

- Masz jeszcze aż nadto czasu, żeby dokonać nowego wyboru. Sądzę jednak, że się nie 

doceniasz.

Podniosła głowę i spojrzała na niego, po czym wyszła na zewnątrz.

- Dlaczego tak uważasz?

- Ponieważ nieźle cię poznałem.

- Dlaczego poświęcasz mi tyle czasu, Aidanie?

- Bo cię lubię.

-  Nie  znasz  mnie.  Skoro  ja  sama  nie  mogę  się  jeszcze  określić,  tym  bardziej  ty  nie 

możesz mnie znać.

- Lubię to, co widzę.

- A zatem jest to pociąg fizyczny. Uniósł brwi.

- A masz z tym jakiś problem?

- Chwilowo tak. - Postanowiła się jednak odwrócić i spojrzeć mu w oczy. - To jeden z 

tych problemów, nad którymi pracuję.

- Mam nadzieję, że poradzisz sobie z tym szybko i że jeszcze zdążę się tobą nacieszyć.

Aż ją zatkało.

- Nie wiem, co na to odpowiedzieć. Nie prowadziłam nigdy takich rozmów i naprawdę 

nie wiem, co mam odpowiedzieć, żeby nie zabrzmiało to strasznie głupio.

Zmarszczył czoło i zbliżył się do niej.

- Dlaczego coś, co masz na myśli, miałoby zabrzmieć głupio?

- Kiedy jestem zdenerwowana, mówię zwykle same głupie rzeczy.

Wsunął głębiej łodyżkę kwiatka w jej włosy, gdy porywisty wiatr znowu próbował go 

background image

porwać.

- Sądziłem, że śpiewasz, kiedy jesteś zdenerwowana.

-  Robię  jedno  i  drugie,  na  przemian  -  mruknęła,  cofając  się,  żeby  zachować 

bezpieczny w jej mniemaniu dystans.

- Jesteś teraz zdenerwowana?

- Tak, oczywiście! - Wiedząc, że za chwilę zacznie się jąkać, podniosła rękę na znak, 

żeby  się  do  niej  nie  zbliżał.  -  Przestań  wreszcie.  Jeszcze  nigdy  nie  czułam  się  taka 

skrępowana.  Nagły  pociąg.  Powiedziałam,  że  w  to  wierzę,  ale  nigdy  tego  wcześniej  nie 

czułam. Muszę to sobie przemyśleć.

- Po co? - Schwycił ją za nadgarstki i przyciągnął do siebie.

- Lepiej przekonać się o tym w praktyce. Masz nierówny puls.

- Przesunął palcami po jej nadgarstku. - Lubię patrzeć w twoje oczy, kiedy zachodzą 

mgłą i ciemnieją. Dlaczego nie miałabyś mnie pocałować i przekonać się, co będzie dalej?

- Nie jestem w tym taka dobra jak ty. Tym razem roześmiał się.

- Jezu Chryste, kobieto, ale z ciebie numer. Pozwól, że sam zdecyduję, czy jestem w 

tym dobry, czy nie. Podejdź tu i pocałuj mnie. Jude. Cokolwiek się stanie, zależy od ciebie.

Chciała tego. Znowu chciała poczuć jego wargi na swoich ustach, przypomnieć sobie 

ich kształt, dotyk i zapach.

Ciągle  lekko  trzymał  ją  za  ręce.  Wychyliła  się  w  jego  stronę.  Wspięła  się  na  palce. 

Przechylając nieco głowę, przemogła się i musnęła wargami jego usta.

- Zrób to jeszcze raz, co ci szkodzi?

Zrobiła  więc,  była  jak  zahipnotyzowana.  Tym  razem  pocałunek  trwał  dłużej. 

Eksperymentując, Skubnęła lekko zębami jego dolną wargę i usłyszała jakby z bardzo daleka 

swój własny jęk rozkoszy.

Jego oczy były takie niebieskie, takie żywe jak woda na horyzoncie.  I cały jej świat 

zabarwił  się  teraz  na  ten  cudowny  kolor.  Serce  zaczęło  jej  walić,  widziała  jak  przez  mgłę, 

było podobnie jak za pierwszym razem, gdy przyszła na grób Maude.

Wypowiedziała jego imię, westchnęła, a potem objęła go ramionami.

Przeszedł  go  dreszcz  -  od  stóp  do  głów,  a  nagłe  podniecenie,  gwałtowny  wybuch 

energii, które się z niej uwolniły, wzięły go we władanie.

Dotykał  jej  bioder,  pleców,  aż  mocnym  i  szybkim  ruchem  chwycił  jej  włosy. 

Pocałunek  przestał  być  nieśmiałym  muskaniem,  przerodził  się  w  zawziętą  walkę  języków, 

zębów i warg, gdy ciało napierało na ciało, a uderzenia serc zlewały się w jedno.

Zatracała się w kolejnych, coraz gorętszych falach doznań. A może odnalazła tę Jude, 

background image

zamkniętą w środku jak w pułapce - podobną do głosu w srebrnym puzderku.

Później będzie przysięgać, że słyszała śpiew kamieni.

Zanurzyła twarz  w zagłębieniu jego szyi, zachłystując  się jego zapachem  jak świeżą 

wodą.

- To dzieje się za szybko. - Mówiąc to, zamknęła go w swoich ramionach. - Nie mogę 

oddychać, nie mogę myśleć. Nie mogę uwierzyć w to, co się we mnie dzieje.

Leciutko się zaśmiał i ukrył twarz w jej włosach.

- Jeżeli to samo, co we mnie, to niewykluczone, że za chwilę eksplodujemy. Kochanie, 

w ciągu paru minut możemy być z powrotem w twoim domu i tam cię posiądę. Bez wątpienia 

obojgu nam to świetnie zrobi.

- Z pewnością masz rację, ale ja...

- Nie nadążasz. - Chociaż wiele go to kosztowało, odsunął ją lekko, żeby przyjrzeć się 

jej twarzy. Pomyślał, że jest śliczna, ale twarda jak skała. Jak to jest, że ona sama nie zdaje 

sobie z tego sprawy?

A ponieważ tego nie wiedziała, wymagała więcej czasu i czułości.

- Trzeba się będzie do ciebie trochę pozalecać.

Nie potrafiłaby powiedzieć, czy jest bardziej rozbawiona, czy obrażona.

- Nie trzeba.

- Ależ tak. Potrzebujesz kwiatów i czułych słówek, ukradkowych pocałunków, a także 

spacerów przy pięknej pogodzie. Jude Frances pragnie romantycznej przygody, a ja jestem w 

stanie  jej  to  zapewnić.  No,  a  cóż  to  znowu  za  mina?  -  Ujął  ją  za  brodę,  jakby  miał  do 

czynienia z nadąsanym dzieckiem, więc postanowiła się obrazić. - A teraz jeszcze się dąsasz.

-  Wcale  nie.  -  Wyrwałaby  się  z  jego  uchwytu,  ale  go  przezornie  zacisnął,  po  czym 

pochylił się i twardo pocałował ją w usta.

- Jeżeli to nie jest urocza nadąsaną minka, to ja jestem Szkotem. Bo tobie się wydaje, 

że  nabijam  się z  ciebie, a  wcale tak  nie  jest.  Więc dlaczego  ci  nie  odpowiada  romantyczna 

przygoda?  -  Jego  głos  był  teraz  ciepły  i  głęboki.  -  Będę  ci  posyłał  przeciągłe  spojrzenia  i 

rozgrzewające  serce  uśmiechy,  czasami  musnę  ręką  twoje  ramię.  Gorący  i  namiętny 

pocałunek w ukryciu. Dotyk. - Obrysował końcami palców wypukłość jej piersi, co sprawiło, 

że jej serce zamarło.

- Nie przyjechałam tu w poszukiwaniu romantycznej przygody.

„Czyżby? - pomyślał Aidan. - A te mity, legendy i bajki?”

- Tak czy owak, będziesz ją miała. - Co do tego nie miał wątpliwości. - A kiedy będę 

się  z  tobą  kochał,  nie  pożałujesz.  Obiecuję. A  teraz  wracajmy,  bo  tak  na  mnie  patrzysz,  że 

background image

mógłbym złamać obietnicę, którą przed chwilą złożyłem.

- Po prostu chcesz mieć przewagę. Chcesz panować nad sytuacją.

Wziął ją znowu za rękę w najbardziej przyjacielski - i najbardziej kłopotliwy sposób.

- Sądzę, że przywykłem do tego. Ale jeżeli chcesz przejąć inicjatywę i uwieść mnie, 

droga Jude, nie zamierzam się opierać.

Parsknęła śmiechem, nim zdążyła się powstrzymać.

- Jestem pewna, że oboje mamy nad czym popracować.

- Ale zajrzysz do mnie - ciągnął, kiedy już wracali. - Usiądziesz i weźmiesz kieliszek 

wina, żebym mógł na ciebie patrzeć i cierpieć.

- O Boże, prawdziwy Irlandczyk - westchnęła.

- Do szpiku kości. - Podniósł jej rękę i skubnął zębami jej kłykcie. - A tak przy okazji, 

Jude, umiesz bardzo dobrze całować.

- Hmm - mruknęła w odpowiedzi, ponieważ nic nie udało się jej wymyślić.

Poszła jednak do pubu, usiadła i słuchała opowieści. Przez następne dni, kiedy wiosna 

na dobre zagościła w hrabstwie Waterford, Jude często można było zastać w pubie. Wpadała 

tara na godzinę lub dwie wieczorem albo po południu. A potem także inni zaczęli przychodzić 

ze swoimi opowieściami.

Nagrała wiek taśm i zapisała ryzy papieru; sumiennie je wstukiwała i analizowała na 

komputerze, popijając przy tym herbatę, którą polubiła.

Jeżeli czasami pomarzyła sobie o romantycznych przygodach, to przecież nie było w 

tym  nic  złego.  Przecież,  mając  do  tego  bardziej  osobisty  stosunek,  łatwiej  jej  będzie 

zrozumieć rozliczne motywy i znaczenia zasłyszanych opowieści.

Co  nie  znaczy,  że  będzie  wyłącznie  traciła  czas  na  tego  rodzaju  zapisy.  W  pracy

naukowej nie ma miejsca na fantazje. Skończy z tym, gdy tylko dotrze do sedna i uzasadni 

swoją tezę. A potem wygładzi tekst, usunie zbędne dywagacje.

Ale  co  potem  z  tym  zrobić?  Spróbować  opublikować  w  jakimś  fachowym 

czasopiśmie, którego niemal nikt nie czyta? Wykorzystać to na cykl gościnnych wykładów?

Na myśl o czymś takim, nawet w odległej perspektywie, robiło się jej niedobrze.

Przez chwilę omal nie poddała się rozpaczy. Nic nigdy nie wyjdzie z tej pracy, z tego 

pomysłu. Chyba tylko na zasadzie samoobrony mogła wierzyć, że jest inaczej. Nikogo to nie 

zainteresuje, nikt nie podejmie dyskusji na temat przeczuć i zainteresowań zawartych w pracy 

Jude F. Murray.

Przestało to już także być terapią, metodą na wybronienie się przed kryzysem, którego 

nawet nie potrafiła zidentyfikować.

background image

Po  cholerę  te  lata  studiów  i  pracy  w  zawodzie,  skoro  nawet  nie  potrafiła  znaleźć 

właściwych określeń na swoje kryzysy?

Marna samoocena, brak wiary w siebie, nie dająca satysfakcji praca.

Ale co kryło się pod tym? Zaburzenia osobowości? Może i tak, do pewnego stopnia. 

Zagubiła  się  gdzieś,  wypadła  z  szeregu,  aż  to,  co  zostało,  w  czym  by  się  jeszcze  mogła 

odnaleźć, wyblakło, stało się tak nieatrakcyjne, że aż uciekła od tego.

Do czego?

Zdziwiła się, gdy dotarło do niej, że jej palce śmigają po klawiaturze, zapisując myśli 

biegnące w zawrotnym tempie. Uciekła tutaj, gdzie czuje się bardziej naturalnie niż w domu z 

Williamem  czy  w  apartamencie,  do  którego  się  przeniosła,  kiedy  mu  się  znudziła,  a  już  na 

pewno lepiej niż w sali wykładowej.

O  Boże,  jakże  nienawidziła  sali  wykładowej.  Jude  pomyślała,  że  nie  chce  być  tym, 

kim była. Chce czegoś innego. Może to być niemal wszystko, byle nie tamto.

Jak  doszło  do  tego,  że  stała  się  tchórzliwa,  a  co  gorsze  -  taka  żałośnie  nudna? 

Dlaczego  nawet  teraz  podaje  w  wątpliwość  pomysł,  który  tak  bardzo  jej  się  podobał? 

Dlaczego nie mogłaby, choćby przez okres pobytu tutaj, pofolgować sobie, popracować nad 

czymś, co nie ma praktycznego celu?

W  celach  terapeutycznych  warto  się  tego  uchwycić.  Nie  będzie  jej  od  tego  gorzej. 

Czuje, jak wciąga ją pisanie. Lubi komponować słowa, tworzyć z nich obraz.

Oglądanie  własnych  słów  na  ekranie  robi  niesamowite  wrażenie.  Jest  tak 

niewiarogodnie ekscytujące.

Jude  chciała  znowu  czuć  świat  całą  sobą.  Mieć  poczucie  pewności.  A  poza  tym 

znajdowała  głęboką,  prawie  już  zapomnianą  przyjemność  w  fantazjowaniu.  Teraz,  kiedy 

dostrzegała  tlący  się  w  niej  płomyczek,  nie  miało  już  znaczenia,  przez  kogo  została  tak 

stłamszona,  wystarczało,  żeby  przyświecał  jej  w  trakcie  pisania  nawet  jeśli  robiła  to  w 

tajemnicy, żeby pomagał rozniecać wiarę w legendy, w mity, we wróżki i w duchy. Czy jest 

w tym coś złego? W żaden sposób nie może to jej zaszkodzić.

Westchnęła głęboko, zamknęła oczy i poczuła słodką ulgę.

- Tak bardzo się cieszę, że tu przyjechałam - powiedziała na głos.

Wstała,  żeby  wyjrzeć  przez  okno.  Dni  spędzone  tutaj  uciszyły  zbierającą  się  w  niej 

burzę.  Te  małe  chwile  radości  były  bezcenne.  Odwróciła  się  od  okna.  Była  spragniona 

powietrza. Wyjdzie na dwór i tam przemyśli sobie to nowe życie.

Aidan  Gallagher.  Wspaniały,  trochę  egzotyczny  i  nie  wiadomo  dlaczego 

zainteresowany solidną, racjonalnie myślącą Jude F. Murray. Opowiada fantastyczne historie.

background image

Być  może  czas  spędzany  z  Aidanem  nie  był  aż  tak  kojący pomimo  jej  starań,  żeby 

nigdy nie pozostawali sami. Nawet przy ludziach nie przestawał z nią flirtować, spoglądał na 

nią  przeciągle,  uśmiechał  się  tajemniczo,  przełomie  muskał  ręką  jej  ramię,  jej  włosy,  jej 

policzek.

„I  co  w  tym  złego?”  -  zadała  sobie  pytanie,  niosąc  bukiet  świeżych  kwiatów  dla 

Maude,  na  cmentarne  wzgórze.  Każda  kobieta  ma  prawo  do  flirtu.  Być  może  ona,  w 

przeciwieństwie do tych kwiatów, rozkwitała wolniej, ale lepiej późno niż wcale.

Tak  bardzo  pragnęła  rozkwitnąć.  Pomysł  był  równie  niesamowity,  równie 

przerażający, równie podniecający jak pisanie.

Czyż to nie cudowne odkrycie, że lubi, kiedy się z nią flirtuje, kiedy się na nią patrzy 

tak, jakby naprawdę była pociągająca? Na miłość boską, jeżeli zostanie w Irlandii przez sześć 

miesięcy, skończy tu trzydzieści lat. Najwyższy czas uwierzyć w swoją urodę.

Własny  mąż  nigdy  z  nią  nie  flirtował,  a  największym  jego  komplementem  było 

stwierdzenie, że całkiem nieźle wygląda.

-  Kobieta  nie  chce  słuchać,  kiedy  jej  mówią,  że  nieźle  wygląda  -  mruknęła  Jude, 

siadając przy grobie Maude. - Chce, żeby jej mówiono, iż jest piękna, seksowna. Że wygląda 

nieprzyzwoicie. I nieważne, czy to jest prawda. - Westchnęła i położyła kwiaty u wezgłowia 

nagrobka.

-  Mogę  więc  powiedzieć,  że  jesteś  tak  śliczna  jak  kwiaty,  które  przynosisz  w  ten 

piękny dzień, Jude Frances.

Szybko podniosła  wzrok  i  napotkała  śmiałe  niebieskie  oczy  mężczyzny, którego  już 

raz spotkała w tym miejscu. Pomyślała z niepokojem, że oczy te często widuje w snach.

- Poruszasz się tak cicho.

- To miejsce wymaga ciszy. - Ukucnął po drugiej stronie grobu Maude, ozdobionego 

delikatną, miękką trawą i jaskrawymi, wesołymi kwiatami.

Szemrząca woda prastarej studni była jak pogański śpiew.

- A jak ci się żyje w Faerie Hill Cottage?

- Bardzo dobrze. Masz tutaj rodzinę?

Jego pogodne oczy zachmurzyły się, prześlizgując się po kamieniach nagrobnych.

-  Mam  tu  tych,  o  których  pamiętam  i  którzy  pamiętają  o  mnie.  Kochałem  kiedyś 

pannę, której chciałem ofiarować wszystko, co miałem. Ale zapomniałem jej dać swoje serce 

i nie użyłem właściwych słów. - Podniósł głowę i spojrzał na nią z uśmiechem.

- Dla kobiety słowa są bardzo ważne, nieprawda?

Ważne są dla każdego. Bez nich pozostaje niedopowiedzenie, bolesne jak policzek.

background image

- I gdyby mężczyzna, za którego wyszłaś za mąż, nie skąpił tych słów, nie byłoby cię 

tu  dzisiaj,  prawda?  -  Kiedy  ze  zdumieniem  zamrugała  oczami,  uśmiechnął  się  tylko 

niefrasobliwie. - Dziś już wiesz, że byłoby to tylko kłamstwo, że źle go sobie wybrałaś.

Poczuła dreszczyk strachu. Ze zdumienia zabrakło jej tchu. - Skąd wiesz o Williamie?

- Wiem o tym, wiem o tamtym. - Uśmiechnął się znowu. - Zastanawiam się, dlaczego 

wzięłaś na siebie winę za wasze niepowodzenie. Ale w tej sprawie kobiety zawsze były dla 

mnie uroczą zagadką.

Jude pomyślała, że babcia rozmawiała o tym z Maude, Maude zaś z tym mężczyzną. 

Wcale  nie  była  zachwycona  tym,  że  o  jej  osobistym  życiu,  o  jej  kłopotach  dyskutowano  z 

obcym przy herbacie.

-  Nie  sądzę,  żeby  moje  małżeństwo  i  jego  rozpad  mogły  cię  w  jakiś  sposób 

interesować.

Nie zważając na lodowaty ton jej głosu, obojętnie wzruszył ramionami.

- No cóż, zawsze byłem egoistą, a to,  co zrobiłaś  i co robisz, może na dłuższą  metę 

okazać się dla mnie ważne i mieć wpływ na to, czego najbardziej pragnę. Ale wybacz mi, jeśli 

cię obraziłem. Jak już powiedziałem, kobiety stanowią dla mnie zagadkę.

- Sądzę, że to nie ma znaczenia.

- Ma. Czy odpowiesz mi na pewne pytanie?

- Zależy, o co spytasz.

-  Chodzi  mi  o  punkt  widzenia  kobiety.  Powiedz  mi,  Jude,  czy  wolałabyś  garść 

klejnotów, takich jak te...

Odwrócił  dłoń  i  wysypał  z  niej  olśniewającej  jasności  diamenty,  szafiry,  matowo 

połyskujące perły.

- O Boże, skąd...

-  Przyjęłabyś  je,  gdyby  ci  zostały ofiarowane  przez  człowieka,  który wie,  że  zdobył 

twoje serce, czy raczej wolałabyś słowa?

Oszołomiona podniosła głowę. Pomimo oślepiającego blasku kamieni dostrzegła jego 

natarczywe  spojrzenie,  kiedy  wpatrując  się  w  nią,  czekał  na  odpowiedź.  Wypowiedziała 

pierwszą myśl, która jej przyszła do głowy.

- Jakie to słowa?

A wtedy on westchnął, głęboko i przeciągle, jego dumne ramiona opadły, a oczy stały 

się łagodne i smutne.

- Więc to prawda, że tak wiele znaczą. A to...

Rozwarł palce i błyszczące kamienie rozsypały się po mogile.

background image

- To tylko oznaka pychy.

Nie spuszczała oczu z klejnotów, aż zamieniły się w świeże kwiaty.

- Ja śnię - powiedziała słabym głosem. Kręciło jej się w głowie. - Zasnęłam.

-  Obudzisz  się,  gdy  tylko  zechcesz.  -  Mówił  teraz  ostrym  tonem,  z  rosnącym 

zniecierpliwieniem.  -  Rozejrzyj  się  dokoła,  spójrz  trochę  dalej  niż  czubek  własnego  nosa,  i 

słuchaj. Magia istnieje. Ale jej moc jest niczym wobec miłości. Musisz przejść twardą szkołę 

i potrwa długo, zanim się tego nauczysz. Nie popełnij tego samego błędu. Chodzi teraz o coś 

więcej niż o twoje własne serce.

Podniósł  się,  a  ona  zamarła  bez  ruchu.  Kamień  na  jego  palcu  rzucał  takie  błyski,  iż 

zdawało się, że nawet jego skóra zaczęła świecić.

- Niech Finn ma mnie w swojej opiece, ale żeby to wszystko zacząć, muszę się zdać 

na istotę śmiertelną, w dodatku na jankeskę. Magia istnieje - powtórzył. - Więc otwórz się na 

nią.

Rzucił jej ostatnie, zniecierpliwione spojrzenie, w teatralnym geście uniósł  obie ręce 

do nieba i zniknął w powietrzu.

Jude  pomyślała,  że  to  sen.  Halucynacja.  Nic  dziwnego,  skoro  cały  czas  spędza  na 

słuchaniu  bajek.  Twierdziła,  że  są  nieszkodliwe,  ale,  jak  widać,  przekroczyła  już  pewną 

granicę.

Zapatrzyła  się  na  grób,  na  nowe  kwiaty.  A  kiedy  ją  oślepił  blask,  pochyliła  się, 

sięgnęła ostrożnie między płatki i wyłuskała z nich wielki jak piąstka dziecka diament.

Prawdziwy  diament.  Patrzyła  na  niego,  czuła  jego  kształt,  a  także  chłodny  żar  jego 

wnętrza.

Albo  zwariowała, albo  właśnie  odbyła drugą  rozmowę  z  Carrickiem,  zaczarowanym 

królewiczem.

Drżąca, potarła wolną ręką twarz. Tak czy owak zwariowała.

Więc dlaczego jest jej tak dobrze?

Szła  powoli,  zabawiając  się  bezcennym klejnotem  jak  dziecko  ładnym  kamyczkiem. 

Uznała, że musi to wszystko zapisać. Dokładnie i zwięźle. Jak wyglądał, co powiedział, co się 

wydarzyło.

A potem postara się na to spojrzeć z pewnej perspektywy. Jest wykształconą kobietą. 

Z pewnością znajdzie sposób, by odnaleźć w rym wszystkim jakiś sens.

Kiedy  zeszła  ze  wzgórza  i  zbliżała  się  do  domu,  zobaczyła  na  podjeździe  mały 

niebieski samochód i wysiadającą z niego Darcy Gallagher.

Ubrana była w dżinsy i jaskrawy czerwony sweter. Czarne włosy spadały jej na plecy. 

background image

Jude aż westchnęła z zazdrości, chowając jednocześnie diament do kieszeni spodni.

Pomyślała,  że  chciałaby  choć  raz  wyglądać  tak  cudownie  beztrosko  i  być  tak 

absolutnie pewną siebie. Odruchowo dotknęła palcami klejnotu i pomyślała, że za coś takiego 

warto by oddać każdy diament.

Darcy dostrzegła ją i osłaniając oczy przed słońcem pomachała ręką.

- Wracasz ze spaceru? Jest dziś piękny dzień, chociaż na wieczór zapowiadają deszcz.

-  Byłam  u  Maude.  -  Postanowiła  nie  wspominać  o  tym,  że  rozmawiała  z 

zaczarowanym królewiczem, który zostawił jej diament, za który prawdopodobnie można by 

kupić niewielkie państwo Trzeciego Świata, a potem zniknął w powietrzu.

- Napracowaliśmy się z Shawnem, więc wybrałam się na krótką przejażdżkę. Muszę 

trochę  ochłonąć.  -  Przeniosła  spojrzenie  na  pantofle  Jude,  próbując  ocenić  ich  rozmiar  i 

porównać go z własnym. Pomyślała, że ta kobieta ma fantastyczny gust, gdy chodzi o buty. -

Jesteś trochę blada - zauważyła, kiedy Jude podeszła bliżej. - Dobrze się czujesz?

-  Tak,  świetnie.  - Jude  odgarnęła  włosy  potargane  wiatrem  od  morza.  -  Może 

wejdziemy do środka i napijemy się herbaty?

-  Niestety,  muszę  wracać.  Aidan  na  pewno  już  mnie  przeklina.  -  Uśmiechnęła  się 

olśniewająco. - A może byś pojechała ze mną, choćby na krótko, w ten sposób odwróciłabyś 

jego uwagę i zapomniałby mnie złoić za to, że się urwałam.

-  Ale  ja...  -  Pomyślała,  że  teraz  lepiej  nie  zadawać  się  z  Aidanem  Gallagherem.  -

Naprawdę muszę popracować. Chcę sporządzić notatki.

Darcy wydęła wargi.

- Naprawdę lubisz tę pracę?

- Tak. Praca, którą się obecnie zajmuję, sprawia mi ogromną przyjemność.

- Ja natomiast skorzystałabym z każdego usprawiedliwienia, żeby uniknąć pracy. - Jej 

błyszczące oczy z uwagą zlustrowały dom, ogród, a także rozległe, pofalowane wzgórze. - I 

umarłabym tutaj z samotności.

-  Och  nie,  tu  jest  cudownie.  Ten  spokój  i  widok.  I  wszystko.  Darcy  wzruszyła 

ramionami, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę.

- Ty masz Chicago, dokąd możesz wrócić. Uśmiech Jude przygasł.

- Tak. Mam Chicago.

-  Któregoś  dnia  i  ja  tam  pojadę.  -  Darcy  oparła  się  plecami  o  samochód.  -  Zwiedzę 

wszystkie  największe  miasta  Ameryki.  I  objadę  je  pierwszą  klasą,  nie  zabłądzę.  -  Po  czym 

roześmiała  się  i  potrząsnęła  głową.  -  Ale  na  razie  będzie  lepiej,  jeżeli  wrócę,  zanim  Aidan 

wymyśli dla mnie jakąś straszną karę.

background image

- Mam nadzieję, że jeszcze tu wrócisz, gdy będziesz miała więcej czasu.

Wsiadając do samochodu, Darcy rzuciła kolejne olśniewające spojrzenie.

-  Chwała  Bogu,  mam  dzisiaj  wolny  wieczór.  Zajrzę  tutaj  później  razem  z  Brenna  i 

przekonasz  się,  jak  bardzo  potrafimy  być  kłopotliwe.  Wyglądasz  mi  na  taką,  której  można 

trochę podokuczać.

Jude otworzyła szeroko usta, ale nie znalazła żadnej sensownej odpowiedzi. Poczuła 

się wybawiona z kłopotu, kiedy Darcy uruchomiła silnik i pomknęła drogą niemal tak szybko 

jak Brenna.

background image

9

Są  trzy  dziewczyny  -  napisała  Jude,  gryząc  herbatnik  -  a  każda  reprezentuje  jakiś 

szczególny typ tradycyjnie pojmowanej kobiecości. W niektórych opowieściach dwie są złe, a 

jedna  dobra,  jak  w  bajce  o  Kopciuszku.  W  innych  trzy  są  rodzonymi  siostrami  albo 

serdecznymi  przyjaciółkami,  biednymi  i  osieroconymi,  często  też  opiekującymi  się  chorym 

ojcem lub matką .

W  niektórych  wersjach  która  z  kobiet  posiada  magiczne  właściwości.  Prawie  we 

wszystkich  dziewczęta  są  niezwykle  piękne.  Cnota  jest  bardzo  ważnym  elementem, 

wskazującym na to, że seksualna niewinność stanowi podstawowy czynnik legendotwórczy.

Niewinność,  zabłądzenie,  bieda,  uroda.  Te  elementy  powtarzaj  się  w  wielu 

opowieściach, które, przekazywane z pokolenia na pokolenie, stały się legendami. Przenikanie 

się dobra i  zła, ingerencja nieziemskich istot  - oto kolejny wspólny  element.  Występujący w 

opowieści  śmiertelnik  otrzymuje naukę  moralną  ,  którą  musi  sobie przyswoić ,  albo  też  jest 

nagradzany za bezinteresowny uczynek.

Prawie zawsze nagradzane jest piękno i niewinność.

Westchnęła i poprawiła się w fotelu. Jej to nie dotyczy, prawda, ponieważ nie jest ani 

piękna, ani niewinna, nie ma też żadnej szczególnej mocy.

Zresztą  nie  chciałaby  się  przenieść  do  świata  bajek.  Drżała  już  na  samą  myśl  o 

spotkaniu twarzą w twarz z mieszkańcami zaczarowanego wzgórza czy zamku pod chmurami 

ze złym czarownikiem.

To  imaginacja  kazała  jej  wierzyć,  iż  klejnoty  zamieniły  się  w  kwiaty.  Ostrożnie 

wsunęła  rękę  do  kieszeni  i  wyjęła  z  niej  błyszczący  kamień,  żeby  mu  się  jeszcze  raz 

przyjrzeć.

Wmawiała w siebie, że to zwykłe szkło, co prawda pięknie oszlifowane, połyskujące 

jak słońce.

Z jednym należało się pogodzić, a mianowicie z tym, że dzieli dom z liczącym sobie 

trzysta lat duchem. Już samo to wystarczyło, żeby paść z wrażenia. Na temat duchów istniała 

bogata  literatura.  Parapsychologia  nic  cieszy się  powszechnym  uznaniem,  ale  również  paru 

bardzo znanych naukowców twierdziło, że energia wytwarza ludzkie formy, zwane duchami.

Mogła się więc z tym pogodzić. Mogła znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla tego, co 

widziała na własne oczy.

Ale  elfy  i  zaczarowane  istoty...  Nie.  Między  tym,  że  chce  się  w  coś  uwierzyć,  a 

background image

stwierdzeniem,  że  istotnie  się  wierzy,  istnieje  zasadnicza  różnica.  Taka  jak  między 

nieszkodliwym zajmowaniem się tym wszystkim a psychozą.

Nie  istnieją  piękne,  zaczarowane  istoty,  które  wędrują  po  wzgórzach,  odwiedzają 

cmentarze,  by  prowadzić  filozoficzne  dysputy,  a  potem  irytują  się  na  przypadkowo 

napotkanych ludzi.

Nie  istnieją  zaczarowane  istoty,  obrzucające  obce  Amerykanki  królewskimi 

klejnotami.

Ponieważ  nie  było  w  tym  żadnej  logiki,  musiała  uznać,  że  przestała  panować  nad 

własną wyobraźnią - zawsze miała z tym pewien problem.

Musi  kontynuować  normalną  pracę.  Najwyraźniej  pomieszały  się  jej  rozmaite 

elementy i postacie z badań. Być może, są to rezultaty stresu z kilku minionych lat.

Powinna się udać do neurologa i poddać badaniom.

A także odwiedzić dobrego jubilera, który zbada ów kamień.

Tak ją przeraziły oba pomysły, że postanowiła odłożyć wszelkie decyzje na później.

Przynajmniej na kilka dni.

Chciała  pracować,  żeby  oprzeć  się  potrzebie  powędrowania  do  pubu  i  udawania,  że 

nie patrzy na Aidana Gallaghera. Zostanie w domu ze swoimi dokumentami i notatkami, a za 

parę dni pojedzie do Dublina, gdzie znajdzie zarówno jubilera, jak i lekarza.

Pochodzi po sklepach, kupi książki, zabawi się w turystkę.

Popracuje  solidnie  przez  ten  wieczór,  a  potem  przeznaczy  kilka  dni  na  dokładne 

zwiedzanie okolic, miast, miasteczek i wzgórz. Dzięki temu nabierze dystansu do opowieści, 

które zbiera i analizuje, wyrobi sobie własny punkt widzenia.

Pukanie  do  frontowych  drzwi  sprawiło,  że  pomyliła  klawisze  na  klawiaturze.  I 

podskoczyło  jej  serce.  W  pierwszej  chwili  pomyślała  o  Aidanie  i  już  sam  ten  fakt 

wyprowadził  ją  z  równowagi.  Oczywiście,  że  to  nie  Aidan,  powiedziała  do  siebie, 

podbiegając do lustra, żeby sprawdzić fryzurę. Jest już po ósmej i musi być teraz w pubie.

Kiedy jednak zbiegała po schodach, serce jej biło trochę szybciej. Otworzyła drzwi.

-  Przyniosłyśmy  jedzenie.  -  Brenna  wkroczyła  do  środka,  opierając  na  biodrze 

brązową torbę z zakupami. - Biszkopty, chrupki i czekoladę.

- Oraz wino, najlepsze, jakie było. - Darcy zadzwoniła trzymanymi przez siebie trzema 

butelkami i niedbale zamknęła nogą drzwi.

-  No  cóż...  -  powiedziała  zaskoczona  Jude,  ponieważ  nie  potraktowała  poważnie 

zapowiedzi  odwiedzin  Darcy.  Obie  dziewczyny,  paplając  głośno,  zmierzały  już  w  stronę 

kuchni.

background image

-  Aidan  próbował  mnie  wrobić  w  nocną  zmianę  w  ramach  kary  za  to,  że  dziś  się 

włóczyłam.  Kazałam  mu  się  odchrzanić  -  powiedziała  wesoło  Darcy,  stawiając  wino  na 

kontuarze. - Gdybym nie była taka szybka w nogach, przykułby mnie łańcuchem do kraników 

od piwa. Potrzebny nam będzie korkociąg.

- Jest tutaj - wtrąciła Brenna i, uśmiechając się szeroko do Jude, wydostała korkociąg z 

szuflady. - Trzeba było widzieć jego ponure spojrzenie, kiedy opuszczałyśmy pub. „Dlaczego 

nie sprowadzicie jej tutaj i nie wypijecie na miejscu?” - mruczał gniewnie.

-  Kiedy  zobaczył,  że  biorę  trzy  butelki  -  ciągnęła  Darcy,  sięgając  po  kieliszki  -

powiedział, że Jude Frances nie ma mocnej głowy i żebyśmy jej, broń Boże nie upity. Jakbyś 

była jakimś szczeniaczkiem, którego zamierzamy ukradkiem nakarmić łakociami ze stołu. Że 

też mężczyźni mają takie kurze móżdżki.

- Przecież nie ma nic przyjemniejszego od solidnego rauszu. - I Brenna zamaszystym 

ruchem  nalała  trzy  kieliszki.  -  Za  męskie  móżdżki  -  oznajmiła,  wręczając  kieliszek  Jude  i 

wznosząc swój własny.

-  Chwała  im  -  dodała  Darcy  i  wypiła.  A  potem  zwróciła  się  do  Jude:  -  Napij  się, 

kochanie, żebyśmy mogły szczerze podyskutować na temat wzlotów i upadków naszego życia 

seksualnego.

Jude wypiła jeden duży łyk, odetchnęła głęboko.

- Mam w tej dziedzinie niewielkie osiągnięcia. Darcy roześmiała się gardłowo.

- Najwyższy czas, żeby Aidan to zmienił.

Jude  otworzyła  już  usta,  ale  doszła  do  wniosku,  że  zrobi  najlepiej,  jeżeli  napije  się 

wina.

- Nie dokuczaj jej. - Brenna rozerwała paczkę z kartoflanymi chipsami i zanurzyła w 

niej  rękę.  Następnie  mrugnęła  okiem.  -  Najpierw  musimy  ją  upić,  dopiero  potem  ją 

przyciśniemy.

- Kiedy będzie pijana, namówię  ją, żeby mi  pozwoliła  przymierzyć wszystkie swoje 

ubrania.

Mówiły tak szybko, że Jude nie nadążała za nimi.

- Moje ubrania?

- Masz cudowne ciuchy. - Darcy rozsiadła się w fotelu. - Myślę, że niektóre będą na 

mnie jak ulał. Jaki nosisz numer butów?

- Butów? - Jude popatrzyła obojętnym wzrokiem na półbuty, które miała na nogach. -

Siedem i pół, średni rozmiar.

-  To  amerykańska  miara,  poczekaj,  niech  pomyślę..  -  Darcy  wzruszyła  ramionami  i 

background image

upiła łyk wina. - No tak, prawie się zgadza, zdejmij je, żebym mogła zobaczyć, czy na mnie 

pasują.

- Mam zdjąć buty?

- Tak, Jude, Jeszcze parę kieliszków, a będziemy przymierzać spodnie.

-  Czemu  nie?  -  zadała  retoryczne  pytanie  Brenna  z  ustami  pełnymi  chipsów.  -  Ta 

nasza Darcy strasznie lubi się przebierać. Zamęczy cię tym na śmierć.

Nie mając innego wyjścia, Jude usiadła posłusznie i zdjęła buty.

-  Och!  -  Darcy  pomacała  but.  -  Mięciutkie  jak  masełko,  słowo  daję!  -  Spojrzała  do 

góry, a na jej twarzy widać było szczery zachwyt. - Ale będzie zabawa.

- No więc ubzdurał sobie, że skoro parę razy dałam mu się zaprosić na kolację, a także 

pozwoliłam,  żeby  wsadził  mi  język  do  ust  -  co  wcale  nie  było  takie  podniecające  -  to 

powinnam być szczęśliwa i dumna i rozebrać się do naga, żeby ze mną  podokazywał. Seks 

jest  świetną  rozrywką  -  ciągnęła  Darcy,  oblizując  pobrudzone  czekoladą  palce  -  ale  lepiej 

spędzić czas na malowaniu paznokci bądź na oglądaniu telewizji.

-  Mężczyźni  są  przy  tobie  tak  otumanieni  -  powiedziała  Brenna  -  że  nie  wiedzą,  co 

zrobić z rękami. Potrzebujesz cyników i egoistów, takich jak ty sama.

Jude  zakrztusiła  się  winem,  przekonana,  że  zaraz  rozpęta  się  burza,  ale  Darcy 

uśmiechnęła się tylko przebiegle.

- A kiedy go znajdę  - zakładając, że  będzie bogaty jak król Midas - owinę  go sobie 

ciasno  dookoła  tego  palca.  -  Podniosła  do  góry  wskazujący  palec.  -  I  pozwolę,  żeby  mnie 

traktował jak królową.

Brenna parsknęła śmiechem, zgarniając kolejną porcję chipsów.

- A kiedy już to zrobi, będziesz nim śmiertelnie znudzona. Darcy to perwersyjna istota 

- zwróciła się do Jude. - I właśnie to w niej ubóstwiamy. Ja jestem prostą kobietą i walę, co 

myślę.  Szukam  mężczyzny,  który  spojrzy  mi  prosto  w  oczy,  przekona  się,  jaka  jestem.  A 

potem padnie na kolana i obieca mi wszystko.

- Oni nigdy nie patrzą nam w oczy - powiedziała wzburzona Jude, zaskoczona swymi 

słowy.

- Naprawdę? - zainteresowała się Brenna, unosząc brwi i nalewając do pełna kieliszek 

Jude.

- Kobieta jest dla nich odbiciem tego, co znają z własnego życia. Kurwą lub aniołem, 

matką  lub  dzieckiem.  W  zależności  od  tego,  w  jakim  punkcie  się  zatrzymali,  czują  się 

zmuszeni  do  opieki  albo  do  zdobywania.  Albo  wiążą  się  z  nami  z  wyrachowania  -

powiedziała półgłosem. - A potem pozbywają się nas bez żalu.

background image

- I kto mówi, że to ja jestem cyniczna! - zawołała Darcy, uśmiechając się wymownie 

do Brenny. - Czyżby pozbyto się ciebie, Jude?

Jude czuła przyjemne pulsowanie krwi, rozkoszne wirowanie głowy. W całym swoim 

życiu nie spędziła ani jednego szalonego babskiego wieczora.

Sięgnęła po chipsa.

- Przed trzema laty wyszłam za mąż.

- Za mąż? - Brenna i Darcy przysunęły się bliżej.

- Siedem miesięcy później mój mąż przyszedł do domu i ze spokojem oznajmił, iż jest 

mu  bardzo  przykro,  ale  zakochał  się  w  kimś  innym.  Stwierdził,  że  dla  dobra  wszystkich 

zainteresowanych  stron  wyprowadzi  się  jeszcze  tego  samego  wieczora  i  żebyśmy,  nie 

zwlekając, wnieśli sprawę o rozwód.

-  Co  za  podłość.  -  W  przypływie  współczucia  Brenna  nalała  wszystkim  wina.  -

Skurwiel.

- Niezupełnie. Powiedział szczerą prawdę.

-  Pieprzona  szczerość.  Mam  nadzieję,  że  dałaś  mu  wycisk.  -  W  oczach  Darcy 

zapłonęły  złe  iskierki.  -  Zaledwie  pół  roku  małżeństwa,  a  ten  już  jest  zakochany  w  kimś 

innym? No i jak to rozegrałaś?

- Rozegrałam? - Jude ściągnęła brwi. - Nazajutrz wystąpiłam o rozwód.

- Ale za to zabrałaś mu wszystko, co miał.

- Nie, oczywiście, że nie. - Popatrzyła ze zdumieniem na Darcy. - Każdy zabrał to, co 

do niego należało. Wszystko odbyło się w cywilizowany sposób.

Ponieważ  wyglądało  na  to,  że  Darcy  z  wrażenia  odebrało  mowę,  pałeczkę  przejęła 

Brenna.

- Gdyby mnie kto pytał o zdanie, powiedziałabym, że cywilizowane rozwody to rzecz 

najgorsza pod słońcem. Wolałabym awanturę z tłuczeniem naczyń. Gdybym na tyle kochała 

mężczyznę,  że  przysięgłabym,  iż  zostanę  jego  połowicą  do  końca  życia,  musiałby  gorzko 

zapłacić, gdyby mnie porzucił.

- Nie kochałam go. A właściwie sama już nie wiem. O Boże, to straszne, przerażające. 

Dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę.

-  No  cóż,  powtarzam,  że  jest  skurwielem  i  że  powinnaś  go  była  rzucić  na  pożarcie 

psom,  niezależnie  od  tego,  czy  go  kochałaś,  czy  nie.  -  Darcy  wzięła  jedno  z  upieczonych 

przez Mollie O'Toole ciasteczek. - Możesz wierzyć, że niezależnie od tego, z kim bym była, 

ostatnie  słowo  należałoby  do  mnie.  A  gdyby  próbował  mi  się  wymknąć,  płaciłby  za  to  do 

końca swojego życia.

background image

-  Mężczyźni  nie  porzucają  takich  kobiet  jak  ty  -  wtrąciła  Jude.  -  Jesteś  kobietą,  dla 

której porzucają takie jak ja. Nie miałam na myśli nic złego...

- Nie przejmuj się. Można to nawet potraktować jako komplement. - Darcy poklepała 

Jude po ramieniu. - Myślę też, że wypiłaś dość wina, żeby mi pozwolić pobawić się swoimi 

ciuchami. Przenieśmy się więc teraz na górę.

Jude nie wiedziała, co począć z tym fantem. Może dlatego, że nigdy nie miała sióstr, 

które  by  przeczesywały  jej  szafę.  Żadna  z  jej  przyjaciółek  nie  okazywała  szczególnego 

zainteresowania  jej  garderobą,  poza  zwykłymi  uwagami  na  temat  nowego  żakietu  czy 

kostiumu.  Nigdy  też  nie  uważała  się  za  znawczynię  mody  poza  tym,  że  lubiła  klasyczną 

elegancję.

Jednak  stłumione  dźwięki  dochodzące  z  szafy  świadczyły  o  tym,  że  dla  Darcy 

garderoba Jude była jak skarby Aladyna.

- Och, popatrz no tylko na ten sweter! Czysty kaszmir. - Darcy porwała ciemnozielony 

sweter z golfem i z wielką rozkoszą pocierała nim policzek.

-  Idealny  do  noszenia  na  cebulkę  -  zaczęła  Jude  i  chwilę  potem  ze  zdumieniem 

stwierdziła, że Darcy zdejmuje swój sweter.

-  Równie  dobrze  można  sobie  na  to  popatrzeć  w  wygodniejszej  pozycji  -

skomentowała Brenna, kładąc się na łóżku i popijając wino. - To trochę potrwa.

-  Mięciutki  jak  pupka  niemowlęcia.  -  Stając  przed  lustrem,  Darcy  nie  przestawała 

świergotać  - -  Cudowny,  ale  dla  mnie  trochę  za  ciemny.  Sądzę,  że  tobie  będzie  bardziej 

pasował Brenno. - Ściągnęła go energicznie i rzuciła na łóżko. - Przyjrzyj mu się.

Brenna od niechcenia dotknęła rękawa swetra.

- Jest przyjemny w dotyku.

Siadając  na  łóżku,  Jude  przyglądała  się,  jak  Darcy  przymierza  kremową  jedwabną 

bluzkę.

- Więcej tego znajdziesz w drugiej sypialni.

Darcy podniosła głowę jak wilk, który zwęszył owce.

- Więcej?

-  Tak,  tam  są  lżejsze  ubrania  i  parę  koktajlowych  sukni,  które  przywiozłam  na 

wypadek...

- Zaraz wracam.

- Wpadłaś - powiedziała Brenna, gdy Darcy wybiegła z pokoju. - Już jej się nigdy nie 

pozbędziesz. - Odstawiając na bok wino, rozpięła guziki bluzki. Kiedy z sąsiedniego pokoju 

dobiegł radosny pisk, wciągnęła sweter przez głowę.

background image

-  Och,  jaki  cudowny.  -  Zdumiona  przyjemnym  dotykiem  delikatnej  wełny,  Brenna 

podniosła się, żeby się przejrzeć w lustrze. - Tak przylega, że wszystko uwypukla.

- Masz świetną figurę. Brenna kręciła się przed lustrem.

- Byłoby jednak lepiej, gdybym miała trochę piersi.

-  Potrzebny  ci  jest  porządny  biustonosz  -  stwierdziła  Darcy,  wracając  do  pokoju  w 

czarnej koktajlowej sukni, z naręczem ubrań. - Zrób użytek z tego, co dostałaś od Pana Boga, 

zamiast  jęczeć  i  pozwalać,  żeby  ci  byle  jak  zwisały.  Jude,  ta  suknia  jest  rewelacyjna,  ale 

swoją drogą mogłabyś zebrać parę centymetrów w biodrach.

- Jestem od ciebie wyższa.

- Tylko troszeczkę. Masz, włóż to i pozwól nam się obejrzeć.

- Ale ja...

Darcy już zdjęła suknię i stała teraz w samym staniku i rajstopach, Jude sięgnęła po 

suknię. Musiała zmusić się do tego, żeby pokonać wstyd i zdjąć ubranie.

-  Wiedziałam,  że  masz  dobre  nogi  -  zawołała  Darcy,  kiwając  z  aprobatą  głową.  -

Dlaczego je zawsze ukrywasz?

Trzeba to skrócić co najmniej o dwa centymetry, nie sądzisz, Brenna? - Wciąż na wpół 

rozebrana uklękła i podwinęła dół spódnicy. - Można nawet ująć trzy centymetry, a do tego 

włożysz te nowiutkie czarne pantofle z odkrytymi palcami. Będziesz wyglądała zabójczo.

Pokiwała  głową,  po  czym  wstała,  żeby  przymierzyć  popielate,  zwężające  się  ku 

dołowi spodnie.

- Połóż tam tę suknię, później ci ją podwinę.

- Och, naprawdę, niepotrzebnie się fatygujesz...

-  To  będzie  rodzaj  zapłaty  -  powiedziała  Darcy  z  chytrym  uśmieszkiem.  -  Za  to,  że 

pożyczysz mi swoje ubrania.

- Darcy świetnie szyje - zapewniła ją Brenna. - Nie musisz się martwić. - Wyszukała 

sobie czarny blezer.

- Przymierz to - powiedziała Jude, wyciągając marynarkę w drobną zielono - bordową 

kratkę.

- Masz dobre oko. - Darcy, promieniując radością, dała Jude kuksańca. - No, Brenna, 

potrzebna ci jeszcze bardzo krótka spódniczka, a mężczyźni będą padali na twój widok.

- Nie chcę, żeby padali na mój widok. Wystarczy, że ty ich usuniesz z drogi.

-  Kiedy  padnie  już  wielu,  przejdziesz  się  po  ich  ciałach  do  następnych.  -  Darcy 

znalazła  szaroniebieski  kostiumik  i  szybkim  ruchem  włożyła  spódnicę.  -  Podwiniesz  ją  dla 

Aidana. prawda, Jude?

background image

- Co takiego?

- Tę spódnicę też trzeba skrócić. - Powiedz, czy już z nim spałaś?

- Ja... - Cofnęła się, żeby znowu sięgnąć po kieliszek. - Nie, nie spałam.

-  Tak  podejrzewałam.  -  Darcy  obróciła  się,  żeby  zobaczyć,  jak  z  tyłu  leży  żakiet.  -

Sądzę,  że  miałabyś  wtedy  bardziej  błyszczące  oczy.  -  Eksperymentując,  zgarnęła  włosy  do 

góry,  układając  je  to  w  jedną,  to  w  drugą  stronę,  marząc  już  o  pożyczeniu  tych  ślicznych 

dyndających srebrnych kolczyków, które widziała w uszach Jude. - Powiedz, zamierzasz się z 

nim przespać?

- Darcy, jak możesz tak ją peszyć.

- O co ci chodzi? - Darcy rozpuściła włosy i sięgnęła po szpilki. - Wszystkie jesteśmy 

kobietami  i  żadna  z  nas  nie  jest  dziewicą.  Czy  seks  to  coś  złego,  Jude?  Nie  czerwień  się, 

rozkazała sobie Jude.

- Oczywiście, że nie.

-  Podobno  Aidan  jest  w  tym  cholernie  dobry.  -  Roześmiała  się,  kiedy  Jude  wypiła 

duży łyk wina.  - Więc kiedy już  to  z  nim zrobisz,  będziemy z  Brenna  wdzięczne  za  trochę 

szczegółów, ponieważ chwilowo nie mamy żadnych romansów.

-  Z  braku  seksu  przynajmniej  miło  o  nim  trochę  porozmawiać.  -  Brenna  dostrzegła 

bluzkę  w paski i  wyciągnęła ją. -  Z nas  trzech ty masz  chyba największe  szanse na seks  w 

najbliższej  przyszłości.  Mnie  ostatni  raz  omal  się  to  nie  zdarzyło  pół  roku  temu,  kiedy 

zmuszona  byłam  wyrżnąć  Jacka  Brennana  za  obmacywanie  mnie  podczas  ostatniego 

sylwestra - i, prawdę mówiąc, nadal nie jestem pewna, czy nie sięgał po kolejny kufel piwa, 

jak sam twierdził.

Rozłożyła bluzkę, usiadła w samej bieliźnie i nalała wina.

-  Ja  przynajmniej  wiem,  kiedy  mężczyzna  sięga  po  mnie,  a  kiedy  po  piwo.  -  Darcy 

przekrzywiła  głowę  w  lustrze.  Pomyślała,  że  wygląda  całkiem  elegancko.  Jak  dama,  która 

może odwiedzać cudowne miejsca i robić wspaniałe rzeczy. - Na jakie okazje wkładasz taki 

kostiumik, Jude?

- Na ważne spotkania, na wykłady, na lunch.

- Lunch. - Darcy westchnęła. - W jakiejś szykownej restauracji albo w sali balowej z 

kelnerami w białych frakach.

-  Przy  daniu  -  niespodziance,  którym  najczęściej  jest  kurczak  -  dopowiedziała  z 

uśmiechem Jude. - I ze śmiertelnie nudnym prelegentem, ponieważ komitet naukowy nie był 

w stanie znaleźć nikogo innego.

- Mówisz tak, bo dla ciebie to chleb powszedni.

background image

-  Będę  szczęśliwa,  jeżeli  już  nigdy  nie  wezmę  w  tym  udziału.  Marny  był  ze  mnie 

pracownik naukowy.

- Naprawdę? - Brenna dolała Jude do pełna, a potem odszukała swój sweter.

-  Nienawidziłam  przygotowań  do  zajęć,  oceniania  prac,  a  takie  tego,  że  zawsze 

powinnam znać odpowiedź. Nie mówiąc o całym politykierstwie i protokole.

- To dlaczego to robiłaś?

Zdezorientowana  Jude  ponownie  zerknęła  na  Darcy.  Jest  taka  śmiała,  tak  absolutnie 

pewna siebie, nawet gdy stoi tutaj w bawełnianym staniku i w cudzej spódnicy.

- Bo tego po mnie oczekiwano - odparła, przeciągając sylaby.

-  A  ty  zawsze  robiłaś  to,  czego  po  tobie  oczekiwano?  Jude  westchnęła  przeciągle  i 

znowu sięgnęła po wino.

- Chyba tak.

-  No  cóż.  -  W  nagłym  odruchu  sympatii  Darcy  ujęła  twarz  Jude  i  pocałowała  ją.  -

Znajdziemy na to jakiś sposób.

Zanim  opróżniły  drugą  butelkę  wina,  sypialnia  wyglądała  jak  pobojowisko.  Brenna 

była  na  tyle  przytomna,  że  rozpaliła  w  kominku  oraz  przyniosła  ser  i  ciastka.  Usiadła  na 

podłodze i była lekko rozczarowana, gdy okazało się, że buty Jude są na nią odrobinę za duże. 

Nie zamierzała w ruch chodzić, ale były tak bardzo eleganckie.

Jude ułożyła się na łóżku z rękami pod głową i przyglądała się Darcy, która bez końca 

przymierzała różne kreacje.

Co jakiś czas wstrząsała nią lekka czkawka.

-  Za  pierwszym  razem  -  opowiadała  Darcy  -  to  było  z  Declanem  O'Malleyem  i 

przysięgliśmy sobie dozgonną miłość. Mieliśmy po szesnaście lat i nie znaliśmy się na tych 

sprawach. Zrobiliśmy to pewnej nocy na kocu na plaży, gdy oboje po cichu wymknęliśmy się 

z domu. I wierzcie mi, że nie ma nic bardziej romantycznego od turlania się na piasku.

-  To  musi  być rozkoszne  -  rozmarzyła  się  Jude.  wyobrażając sobie  księżycową  noc, 

uderzenie  fal  i  dwa  ciała  opromienione  miłością  i  dokonanym  odkryciem.  -  Co  się  stało  z 

Declanem O'Malleyem?

- No cóż, nasza dozgonna miłość trwała trzy miesiące, a potem każde z nas zajęło się 

swoimi  sprawami.  Przed  dwoma  laty  właśnie  przez  niego  Jenny  Duffy  znalazła  się  w 

kłopotliwej  sytuacji,  więc  się  pobrali,  a  teraz  mają  już  dwie  córeczki.  I  są  chyba  dosyć 

szczęśliwi.

-  Chciałabym  mieć  dzieci.  -  Jude  przewróciła  się  na  bok.  szukając  kieliszka.  -  Gdy 

dyskutowaliśmy na ten temat z Williamem...

background image

-  Dyskutowaliście,  mówisz  poważnie?  -  wtrąciła  Brenna  i  wzięła  kieliszek  od  Jude, 

żeby go napełnić.

-  O  tak,  w  bardzo  racjonalny  sposób.  William  był  bardzo  cywilizowanym 

człowiekiem.

-  Wydaje mi  się, że  Williamowi  przydałby się  porządny kopniak  w  zadek.  -  Brenna 

zwróciła pełny kieliszek, omal nie wylewając jego zawartości na głowę Jude.

- Oczywiście jako nowoczesna, pracująca zawodowo kobieta zachowałam panieńskie 

nazwisko i uniknęłam dzięki temu całego tego zawracania głowy podczas rozwodu. Ale... o 

czym to ja mówiłam?

- Jak bardzo cywilizowany jest ten William.

-  A  więc  William  postanowił,  że  poczekamy  z  tym  pięć,  siedem  lat,  a  jeżeli 

okoliczności okażą się sprzyjające, powrócimy jeszcze raz do dyskusji na temat dziecka. Jeśli 

się  na  nie  zdecydujemy,  wtedy  poczynimy  niezbędne  przygotowania  -  znajdziemy 

odpowiednią pomoc domową, przedszkole, a kiedy już będziemy znali płeć dziecka, ustalimy 

dla  niego  odpowiedni  program  kształcenia,  który  od  razu  wprowadzimy  w  życie  -  aż  do 

college'u.

- Do college'u? - zdziwiła się Darcy. - Jeszcze zanim się dziecko urodzi?

- William był bardzo przewidujący.

- Tylko że z jego głową jest coś nie w porządku.

-  Nie  jest  chyba  aż  taki  zły,  jak  go  przedstawiam.  Jest  znacznie  szczęśliwszy  z 

Allyson. - Ku własnemu zgorszeniu nagle zalała się łzami. - Po prostu małżeństwo ze mną nie 

odpowiadało mu.

-  Skurwiel.  -  Powodowana  współczuciem  Darcy  oderwała  się  od  szafy  i  usiadła  na 

łóżku, żeby objąć ramieniem Jude. - Nie zasłużył na ciebie.

-  Nawet  na  chwilkę  -  zgodziła  się  Brenna,  poklepując  Jude  po  kolanie.  -  Sztywny, 

zadęty podrywacz i skurwiel. Jesteś sto razy lepsza od każdej Allyson.

- Ona jest blondynką - pociągnęła nosem Jude - z nogami aż do uszu.

- I ty masz  cudowne nogi. Wspaniałe. Nie mogę od nich oderwać oczu - stwierdziła 

Darcy.

- Naprawdę? - Jude wytarła nos ręką.

-  Są  bajeczne  -  przytaknęła  Brenna.  -  I  pewnie  za  każdym  razem,  kiedy  kładzie  się 

wieczorem do łóżka, gorzko żałuje, że cię stracił.

- Do diabła z nim. Był nudny jak flaki z olejem. Allyson ma za swoje.

-  Pewnie  nawet  nie  może  się  jej  pozbyć  -  oznajmiła  Darcy,  a  Jude  aż  zapiała  z 

background image

zachwytu.

- Nie miałam nigdy przyjaciółek, które by mnie odwiedzały, upijały się razem ze mną 

i rozrzucały po całym domu moje ubrania.

- Zawsze możesz na nas liczyć. - Darcy uścisnęła ją z całej siły.

Przy  trzeciej  butelce  wina  Jude  opowiedziała  im  o  tym,  co  widziała  -  a  raczej 

wydawało jej się, że widziała - na starym cmentarzu.

-  To  jest  dziedziczne  -  powiedziała  Darcy,  kiwając  ze  zrozumieniem  głową.  -  Stara 

Maude widywała różne rzeczy i często zdarzało się jej rozmawiać z Dobroludkami.

- Och, daj spokój.

Na takie dictum Darcy popatrzyła tylko z ukosa na nią.

-  I  to  mówi  kobieta,  która  dopiero  co  opisała  nam  dwa  spotkania  z  zaczarowanym 

królewiczem.

- Nigdy tego nie powiedziałam. Powiedziałam, że spotkałam tego dziwnego człowieka 

dwa  razy.  A  raczej,  że  wydawało  mi  się,  że  go  widziałam.  Obawiam  się,  że  mam  jakieś 

zmiany w mózgu.

Brenna aż jęknęła.

- Bzdura, jesteś zdrowa jak koń.

- Jeżeli nie ma na to racjonalnego wyjaśnienia, to znaczy, że po prostu zwariowałam. 

Jestem psychologiem i potrafię jeszcze rozpoznać objawy poważnych zaburzeń umysłowych.

- Co też ci przyszło do głowy? - zapytała Brenna. - Na ile cię znam, jesteś najbardziej 

rozsądną kobietą. Moja mama uważa, że może i ja podciągnę się przy tobie. - Uradowana dała 

Jude lekkiego kuksańca w ramię. - Ale lubię cię niezależnie od wszystkiego.

- Naprawdę mnie lubisz?

-  Oczywiście,  że  tak.  Darcy  też  cię  lubi  i  to  wcale  nie  z  powodu  twoich  ślicznych 

ciuchów.

- Oczywiście, że lubię naszą Jude niezależnie od jej ciuchów - odezwała się Darcy. -

Lubię ją także z powodu jej świecidełek. - Aż zatoczyła się ze śmiechu. - Żartuję. Oczywiście, 

że  cię  lubimy,  Jude.  Wesoło  nam  razem,  a  połowa  z  tego,  co  mówisz,  stanowi  dla  nas 

cudowną zagadkę.

- Tak mi miło. - Jude znowu miała oczy pełne łez. - Tak miło jest mieć przyjaciółki, 

szczególnie gdy umiera się na raka mózgu albo odchodzi od zmysłów.

-  Ani  jedno,  ani  drugie.  Zobaczyłaś  zaczarowanego  Carricka  -  postawiła  diagnozę 

Brenna. - Przechadzającego się po wzgórzach ponad swoją czarodziejską, podziemną krainą, 

czekającego na Lady Gwen.

background image

-  Naprawdę  w  to  wierzycie?  -  Teraz  wydawało  się  jej  to  całkiem  prawdopodobne. -

Wierzycie w zaczarowane zamki, w duchy i zaklęcia? I nie mówicie tego tylko po to, żeby mi 

poprawić samopoczucie?

- Oczywiście. - Brenna owinięta w gruby szlafrok Jude sięgnęła po resztki czekolady. 

- O ile wiem, nikt jeszcze nigdy nie udowodnił z całą pewnością, że pod tymi wzgórzami nie 

ma zaczarowanych zamków, o których opowiadają ludzie.

-  Racja! -  Jude  z  entuzjazmem klepnęła  Brennę  po  ramieniu.  -  Wyjęłaś  mi  to  z  ust! 

Legendy  są  nieśmiertelne,  a  często  powtarzane  nabierają  znowu  prawdy.  Historia  króla 

Artura,  po  dodaniu  zaczarowanego  miecza  i  Merlina,  stała  się  legendą.  Wiejskie  znachorki 

stają  się  czarownicami  i  tak  dalej.  Ludzka  potrzeba  wyjaśniania,  dopatrywania  się 

przeciwieństw,  ubarwiania  opowieści  fantastycznymi  elementami  tworzy  legendy,  które 

pewne grupy ludzi włączają do swojej kultury jako fakty.

- Posłuchaj tylko, jak mądrze gada. - Darcy, rozkoszując się jednym z kaszmirowych 

swetrów, który na siebie włożyła, w zamyśleniu wydęła wargi. - Jestem pewna, kochana Jude, 

że  masz  rację, ale  dla mnie  brzmi  to  nieprawdopodobnie. Więc widziałaś  czy nie  widziałaś 

zaczarowanego Carricka w ten konkretny dzień?

- Widziałam kogoś - nie przedstawił mi się.

- I czy ten ktoś zniknął w powietrzu na twoich oczach?

- Chyba tak, ale...

- Nie, nie, żadne ale, trzymajmy się faktów. Więc tak czy tak? Jeżeli z tobą rozmawiał, 

to znaczy, że chce czegoś od ciebie, ponieważ nigdy w życiu nie słyszałam, żeby rozmawiał z 

kimś poza Maude. A ty, Brenna?

- Ja też nie słyszałam. Bałaś się go, Jude?

- Nie, oczywiście, że nie.

-  To  dobrze.  Sądzę,  że  gdyby  chciał  zrobić  ci  krzywdę  albo  spłatać  jakiegoś  figla, 

wiedziałabyś  o  tym.  Pewnie  czuje  się  samotny  i  pragnąłby  mieć  obok  siebie  swoją  damę. 

Trzysta  lat  -  powiedziała  tęsknym  głosem.  -  To  pocieszająca  świadomość,  że  miłość  może 

trwać tak długo.

- Jesteś tak bardzo romantyczna, Brenno. - Darcy ziewnęła i zwinęła się w fotelu. - To 

nic nadzwyczajnego, że  miłość trwa tak długo, jak długo trwa tęsknota.  Ale niech się tylko 

zejdą, od razu zaczną warczeć na siebie.

- Bo nigdy nie trafiłaś na mężczyznę, który byłby na tyle odważny, żeby cię w sobie 

rozkochać.

Darcy wzruszyła ramieniem i wtuliła się w fotel.

background image

-  I  nikomu  nie  zamierzam  dawać  takiej  okazji.  Trzymając  ich  w  ręku,  jestem  górą. 

Jeśli dałabym im władzę nad sobą, poszłabym na dno.

-  Sądzę,  że  chciałabym  się  zakochać.  -  Powieki  Jude  opadły  bezwładnie.  -  Nawet 

jeżeli to boli. Nie można się czuć zwyczajnie, kiedy się jest zakochanym, prawda?

- Nie, ale z pewnością można się czuć głupio - mruknęła Brenna, a Jude zaśmiała się 

cicho i zapadła w sen.

background image

10

Gdy Jude się obudziła, huczało jej w głowie, jakby tańczył ktoś w środku w ciężkich 

chodakach. Mogła  policzyć uderzenia,  każde  najdrobniejsze  stąpnięcie i  wybijanie rytmu w 

skroniach. Z trudem uniosła powieki.

Raziło ją światło.

Wszędzie było pełno ubrań. Rozpoznała wiszącą na abażurze lnianą bluzę. Pomyślała 

najpierw, że przeszła tutaj gwałtowna burza, jakieś tornado.

To by tłumaczyło, dlaczego leży w poprzek łóżka półnaga, z twarzą do dołu.

Wstrzymała oddech, słysząc jakieś dźwięki spod łóżka, a po chwili serce zaczęło jej 

bić gwałtownie. Może to myszy? A może szatańskie laleczki, które odrąbują ludziom ręce i 

nogi, jeżeli nieopatrznie wysuną je w nocy poza łóżko.

Takie upiorne istoty śniły się jej od czasu dzieciństwa.

Tak  czy  owak  musiała  się  przed  tym  obronić.  Na  szczęście  na  poduszce  leżał 

granatowy zamszowy pantofel. Nie zastanawiając się, skąd się tu wziął, chwyciła go gotowa 

do walki.

Zaciskając zęby, wychyliła się z łóżka i podniosła rękę do zadania ciosu.

Na  podłodze  leżała  Brenna,  owinięta  jak  mumia  w  jej  gruby  szlafrok,  z  głową  na 

stercie swetrów zamiast poduszki i z pustą butelką przy boku.

Jude zamrugała powiekami.

Oto niezbity dowód. Butelki po winie, kieliszki, puste naczynia, porozrzucane ubrania.

To nie żaden kataklizm, lecz skutki pijackiego przyjęcia.

Chciało  jej  się  śmiać.  Żeby  nie  obudzić  Brenny,  ukryła  twarz  pod  skotłowanym 

prześcieradłem.

Jej  przyjaciele,  krewni  i  znajomi  byliby  wstrząśnięci,  gdyby  tak  ją  tu  zobaczyli. 

Przekręciła się na drugi bok i szczęśliwa wpatrywała się w sufit. Przyjęcia, na jakich bywała 

w  Chicago,  ograniczały  się  zawsze  do  sztywnych  towarzyskich  spotkań,  z  muzyką  w  tle, 

równie starannie dobraną jak podawane gościom wino.

A jeżeli ktoś wypił za dużo, zachowywano pełną dyskrecję. Pani domu nie rozwalała 

się  nigdy  na  łóżku,  ale  uprzejmie  żegnała  swoich  gości  przy  drzwiach,  a  następnie,  jak 

przystało na dobrą gospodynię, uprzątała pozostawiony bałagan.

Nigdy  też  nikt  nie  spał  skulony  na  podłodze  ani  nie  budził  się  następnego  ranka  z 

kacem.

background image

Tymczasem tutaj było całkiem inaczej. Spodobało się to jej tak bardzo, że postanowiła 

zapisać to w swoim dzienniku.

Zeszła z łóżka, skrzywiła, po czym z bijącym mocno sercem uśmiechnęła się od ucha 

do ucha. Jej pierwszy kac. Niesamowite!

Drżąca z emocji poszła na palcach, chcąc jak najszybciej sięgnąć po dziennik. Potem 

weźmie prysznic i zrobi kawę. Przygotuje śniadanie dla swoich gości.

Ale gdzie, u licha, podziała się Darcy?

Odpowiedź  znalazła  już  po  chwili,  gdy  weszła  do  gabinetu.  Ta  skulona  postać  pod 

narzutą na jej łóżku to z pewnością Darcy. A więc trzeba jeszcze poczekać.

Jude czuła się szczęśliwa, że jej nowe przyjaciółki zostały tu na noc.

Stojąc  pod  prysznicem,  pomyślała,  że  była  to  najlepsza  noc  w  jej  życiu.  Co  za 

cudowne rozmowy, śmiech i wygłupy. Poczuła, że należy do świata tych dwóch kobiet.

Prawdziwa  przyjaźń.  I  żadna  z  nich  nie  zamęczała  jej  pytaniami,  gdzie  chodziła  do 

szkoły, czym się zajmowała, gdzie się wychowywała i dorastała. Wszystkie pytania dotyczyły 

tego, kim jest, co ma do powiedzenia, co czuje.

I wcale im nie chodziło o jej garderobę. Poznając jej ubrania, poznawały ją samą. Czy 

nie powinno jej zatem pochlebiać, że taka piękna kobieta jak Darcy Gallagher zachwyca się 

jej ubraniami?

Wciąż  uśmiechnięta  wyszła  z  wanny,  żeby  się  wytrzeć,  wzięła  też  z  apteczki  dwie 

aspiryny. Zakładając, że wystarczy poszperać na podłodze sypialni, by znaleźć jakieś ubranie, 

owinęła  się  ręcznikiem  i  ociekając  wodą  wyszła  na  korytarz.  I  niemal  w  tej  samej  chwili 

krzyknęła z przerażenia i wybałuszyła oczy na Aidana.

- Przepraszam, że cię przestraszyłem, kochanie, ale naprawdę pukałem - od przodu i 

od tyłu - zanim pozwoliłem sobie wejść.

- Byłam... brałam prysznic.

- Tego się nie da ukryć. A jaka to uczta dla oczu - stwierdził, widząc ją zaróżowioną z 

ociekającymi wodą włosami sięgającymi do ramion.

Potrzeba było silnej woli, żeby nie postąpić kroku naprzód i nie wyciągnąć ręki po taki 

kąsek.

- Ty... nie możesz tu teraz wejść.

-  Drzwi  były  otwarte,  jak  zwykle  w  tych  stronach.  -  Nie  przestając  się  uśmiechać, 

patrzył jej prosto w oczy. Z trudem opanowywał pokusę.

- Zobaczyłem też furgonetkę Brenny przed twoim domem, pomyślałem więc, że są tu 

jeszcze obie z Darcy.

background image

- Tak, ale...

-  Muszę  wyciągnąć  Darcy  -  podaje  dzisiaj  lunch,  wolałbym,  żeby  o  tym  nie 

zapomniała.

- Jesteśmy nie ubrane.

- To także zdążyłem zauważyć, kochanie, i darowałem sobie zbędny komentarz. Ale 

skoro już o tym wspomniałaś, chciałbym powiedzieć, że wyglądasz prześlicznie. Świeża jak 

róża i... - podszedł trochę bliżej - pachnąca jak ona.

- Pocałuj ją wreszcie, Aidanie, i przestań tracić czas. Jude aż podskoczyła, słysząc głos 

Brenny.

- Dobra, dobra, doszedłem do tego, ale po swojemu.

- Nie! - pisnęła Jude i pomknęła do sypialni, żeby złapać jakiś sweter. Zanim jednak 

sięgnęła po spodnie, wszedł tam Aidan.

- Matko Boska! Co się tu działo?

- Nie mógłbyś zatkać sobie ust? Głowa mi pęka. Przykucnął obok.

-  Wiesz  przecież,  dziewczyno,  że  po  winie  boli  głowa,  jeżeli  tylko  trochę 

przeszarżujesz.

- Skoro nie było piwa - mruknęła Brenna.

- W tym rzecz, ale przewidziałem to! Przyniosłem ze sobą miksturę Gallaghera.

- Mówisz serio? - Odwróciła się, podnosząc ku niemu bladą twarz i chwytając go za 

rękę. - Naprawdę? Niech cię Bóg wynagrodzi, Aidanie. Powinno ci się postawić pomnik na 

placu w Ardmore.

- Kiedy się podniesiesz, doczołgaj się do kuchni. Przyniosłem cały dzban na wszelki 

wypadek. - Złożył lekki pocałunek na czole Brenny. - A teraz, gdzie jest moja siostrunia?

- Jest w moim gabinecie - odparła Jude, przyciskając do piersi ubranie.

- Dużo tu jest tłukących się rzeczy?

- Przepraszam, ale nie rozumiem.

- Nie zwracaj uwagi na wrzaski i huki. Zrobię wszystko, żeby ograniczyć szkody do 

minimum.

- Co on chciał przez to powiedzieć? - mruknęła Jude, gdy Aidan opuścił pokój.

- Nic takiego, po prostu Darcy miewa rano zły humor - ziewnęła Brenna.

Przy pierwszym wrzasku Brenna chwyciła się z jękiem za głowę. Zaszokowana Jude 

wciągnęła sweter przez głowę i pobiegła tam, skąd słychać było hałas i przekleństwa.

- Zabieraj łapy, ty parszywa małpo. Kopnę cię tak, że polecisz na księżyc.

- To ja cię kopnę, jeśli się zaraz nie podniesiesz z łóżka i nie pójdziesz do pracy.

background image

Gdy wpadła do pokoju, ujrzała Aidana, który wyciągał z łóżka Darcy ubraną tylko w 

stanik i w majtki.

-  Jak  możesz  tak  ją  traktować!  Przestań  w  tej  chwili!  -  Czując  się  w  obowiązku 

wzięcia w obronę nowej przyjaciółki, Jude skoczyła do przodu. Odwróciło to uwagę Aidana i 

w tej chwili Darcy rąbnęła go sierpowym prosto w krocze.

Jude usłyszała jęk. Z mieszaniną przerażenia i czysto kobiecej ciekawości patrzyła, jak 

Aidan osuwa się na kolana, a Darcy rzuca się na niego jak wilczyca.

- Jezu Chryste! - Robił, co mógł, żeby się obronić przed siostrą, która waliła na oślep, 

szarpała i gryzła. - Któregoś dnia, Darcy Alice Mary Gallagher, zapomnę, że jesteś kobietą i 

wyrżnę cię tak, że długo popamiętasz.

- No to wal, ty wielki byku. - Zacisnęła zęby i odgarnęła włosy z oczu. - Wyrżnij mnie 

teraz.

- Nie chcę złamać ręki na tej twojej buziuni.

I  jak  gdyby  nigdy  nic,  uśmiechnęli  się  do  siebie  szeroko  a  kiedy  poklepał  ją  po 

policzku, na jego twarzy malowała się czułość. Gdy podnosili się z podłogi, Jude patrzyła na 

nich jak zahipnotyzowana.

-  Włóż  coś  na  siebie,  ty  bezwstydnico,  i  ruszaj  do  pracy.  Darcy  próbowała 

uporządkować rozczochrane włosy ani trochę nie zakłopotana stoczoną przed chwilą bójką.

- Jude, czy mogę pożyczyć niebieski kaszmirowy sweter?

- Oczywiście.

-  Och,  jakaś  ty  kochana.  -  Podskoczyła  radośnie  i  cmoknęła  Jude  w  policzek.  -  Nie 

martw się, przed wyjściem posprzątam, co będę mogła.

- Och, nie ma sprawy. Przygotuję kawę.

- Jak to miło z twojej strony. Prawdę mówiąc, wolałabym jednak herbatę.

- Kawa? - ocknął się Aidan, gdy Darcy wypadła za drzwi. - Sądzę, że jesteś mi winna 

przynajmniej jedną filiżankę.

- Winna? Zbliżył się do niej.

- Już drugi raz rozpraszasz mnie podczas walki i obrywam przez ciebie. Och, zrobiłaś 

teraz taką obrażoną minę, a wiem, że chce ci się śmiać.

- Chyba jednak jesteś w błędzie. - Celowo odwróciła głowę. - Ale i tak zrobię kawę.

- A jak się miewa twoja głowa? - zapytał, wychodząc za nią z pokoju i schodząc na 

dół.

- Świetnie.

- Żadnych niezdrowych objawów po wypiciu zbyt dużej ilości wina?

background image

- Może  niewielki ból  głowy. -  Była zbyt dumna,  żeby czuć zakłopotanie.  - Zażyłam 

aspirynę.

- Mam coś lepszego dla ciebie. - Jakby od niechcenia dotknął jej karku. Gdy weszli do 

kuchni,  podszedł  do  lady  i  sięgnął  po  dzbanek,  w  którym  znajdował  się  jakiś  groźnie 

wyglądający czerwony płyn.

- Mikstura Gallaghera. Postawi cię na nogi.

- Wygląda okropnie.

- Ale w smaku jest całkiem niezła. - Wyjął z kredensu szklankę. - Kiedy zarabiamy na 

życie, serwując drinki, to naszym moralnym obowiązkiem jest podanie nazajutrz lekarstwa na 

kaca.

-  Głowa  trochę  tylko  mnie  boli.  -  Podejrzliwie  przyjrzała  się  szklance  z  dziwnym 

napojem.

- Więc wypij tylko trochę, a ja ci przygotuję śniadanie.

- Ty?

-  Nie  zaszkodzi,  jeśli  coś  zjesz,  a  potem  jeszcze  trochę  pośpisz.  -  Podsunął  jej 

szklankę.  Miała  podkrążone  oczy  i  była  blada.  -  A  kiedy  się  obudzisz,  zapomnisz  o 

hedonistycznej orgii z ubiegłej nocy.

- To nie była orgia. Przecież nie było mężczyzn. Uśmiechnął się szeroko i wesoło.

-  Następnym  razem  zaproście  mnie.  Wypij  łyczek,  a  potem  zrób  kawę  i  herbatę.  Ja 

zajmę się resztą.

Nigdy  dotąd  nie  zdarzyło  się,  żeby  tak  przystojny  mężczyzna  przygotowywał  jej 

śniadanie.

To  zabawne,  jak  szybko  i  jak  radykalnie  może  się  zmienić  życie.  Wypiła  łyk, 

stwierdziła, że napar jest całkiem znośny. Dopiła do końca i nastawiła czajnik.

- Jude, nie masz kiełbasy ani bekonu. Rozbawiło ją zaskoczenie w jego głosie.

- Nie, bo nie jadam tego.

- Nie jadasz? Więc z czego robisz śniadanie?

Ponieważ był autentycznie zaskoczony, nawet trochę zdezorientowany, nie mogła się 

oprzeć, żeby go nie pokokietować.

-  Zwykle  wkładam  kawałek  pełnoziarnistego  pszennego  chleba  do  opiekacza  i 

przyciskam małą dźwigienkę.

- Jesz tylko jedną grzankę?

- I pół grapefruita. Albo wypijam filiżankę jakiegoś świeżego soku. Ale od czasu do 

czasu  bywam  tak  głodna,  że  zjadam  cały  obwarzanek  z  niskokalorycznym  śmietankowym 

background image

serem.

- I coś takiego nazywasz śniadaniem?

- Tak, zdrowym śniadaniem.

- Jankeska. - Aidan potrząsnął głową i wyjął z lodówki pojemnik z jajkami. - Dlaczego 

uważasz, że będziesz żyła wiecznie? I po co ci to, skoro odmawiasz sobie tylu elementarnych 

przyjemności życia?

- Ponieważ w ten sposób nie muszę nawet patrzeć na tłuste świńskie mięso.

-  I na ogół  nie dopisuje nam rano humorek, nieprawda?  No cóż,  czułabyś się lepiej, 

gdybyś jadała porządne śniadania. Ale dzisiaj postaram ci się dogodzić.

Chciała  mu  jeszcze  coś  przygadać,  ale  objął  ją  wolną  ręką  odwrócił  do  siebie  i 

pocałował w usta. Ten delikatny pocałunek wyssał z niej wszelkie myśli, które kołatały się jej 

w głowie.

- Musisz to robić przed śniadaniem? - zaprotestowała Brenna.

-  Aha.  -  Aidan  przeciągnął  dłoń  wzdłuż  kręgosłupa  Jude,  najpierw  w  dół,  polem 

znowu do góry. - A także później.

-  Przyjdzie  tu  taki,  narobi  szumu  i  wszystkich  obudzi.  -  Brenna  patrząc  spode  łba, 

ubrana w szlafrok, którym się owinęła wczoraj wieczorem, pomaszerowała prosto do dzbana i 

nalała do szklanki miksturę Gallaghera. Przełykając ją, zmierzyła zaspanym okiem Aidana. -

Czyżbyś robił śniadanie?

- Mam taki zamiar. Coś marnie dzisiaj wyglądasz, Mary Brenno. Może chcesz całusa?

Fuknęła, a następnie uśmiechnęła się do niego szeroko.

- Nie mam nic przeciwko temu.

Odłożył  więc  na  bok  jajka,  podszedł  do  niej  i  biorąc  ją  za  łokcie  ustawił  w  pozycji 

pionowej. Kiedy wydała radosny okrzyk, wycisnął na jej wargach głośnego całusa.

- No i widzisz, od razu wróciły ci rumieńce.

- Kolejna, obok mikstury, niezawodna specjalność Gallaghera - powiedziała Brenna.

- Staram się, jak mogę. Czy moja siostra jest już na nogach?

-  Bierze  prysznic  i  wciąż  cię  przeklina.  Sama  bym  to  robiła,  gdybyś tak  chętnie  nie 

rozdawał całusów.

-  Widać  Bóg  chciał,  żeby  mężczyzna  całował  usta  kobiety,  skoro  tak  łatwo  po  nie 

sięgnąć. Masz kartofle w spiżarni, Jude?

- Sądzę, że tak.

Chętnie  rozdaje  całusy?  Jude  przyłapała  się  na  tym,  że  z  niepokojem  zadaje  sobie 

pytanie,  co  też  może  oznaczać  rozdawanie  całusów  przez  Aidana,  który  właśnie  obrał  parę 

background image

kartofli i postawił je do ugotowania. Czy to znaczyło, że krąży i garściami zgarnia kobiety?

Ma w tym wprawę.

I ten jego wygląd!

Jakie to ma znaczenie? Przecież nic ich nie łączy. Nie chciała żadnych związków.

Chciała jednak wiedzieć, czy jest jedną z wielu, czy też znaczy dla niego coś więcej.

- O czym śnisz? - zapytał ją Aidan.

Drgnęła, mówiąc sobie, że nie wolno się rumienić.

- O  niczym.  -  Zajęła  się  kawą  i  starała  się  nie  okazywać  zdziwienia,  kiedy  Brenna 

buszowała w kredensie w poszukiwaniu talerzy i półmiska.

Jeszcze  nigdy  nie  miała  do  czynienia  z  ludźmi,  którzy  czuliby  się  u  niej  jak  we 

własnym domu. Ze zdumieniem stwierdziła, że całkiem jej to odpowiada.

Nie szkodzi, że Brenna jest bardziej sprawna od najlepszego robota. Nie szkodzi też, 

że Darcy jest taka piękna, iż każda kobieta wygląda przy niej bezbarwnie i nieciekawie.

I mniejsza o to, że Aidan całuje codziennie przed śniadaniem setkę kobiet.

Tak czy inaczej w ciągu  kilku zaledwie tygodni zostali jej przyjaciółmi. I wystarcza 

im taka, jaka jest.

Prawdziwy cud.

-  Dlaczego  jeszcze  nie  czuję  zapachu  smażącego  się  bekonu?  -  zapytała  Darcy, 

wkraczając do kuchni.

- Bo w tym domu nie ma bekonu - odparł jej Aidan.

Jude była zachwycona, gdy Darcy sama nalała sobie kawę.

- Obiecuję, że będzie. Następnym razem.

Wesoły  nastrój  towarzyszył  jej  przez  cały  dzień.  Podczas  śniadania  zapadło  kilka 

decyzji  o  wyprawie  do  Dublina  i  wspólnych  zakupach  z  Darcy,  o  niedzielnej  kolacji  u 

O'Toole'ów, a także o tym, że Aidan ma jej opowiedzieć inne legendy.

Nie poproszono jej, żeby przyszła wieczorem do pubu - rozumiało się samo przez się, 

że przyjdzie. I tak było o wiele lepiej.

W  kuchni  pachniało  smażonymi  kartoflami  i  kawą.  Na  zewnątrz  pobrzękiwały  na 

wietrze ceramiczne ozdoby. Kiedy wstała, żeby jeszcze  nalać sobie kawy,  dostrzegła Betty, 

uganiającą się za zającem po wzgórzach usianych polnymi kwiatami.

Zapamiętywała  to  wszystko,  żeby  wspomnieć  sobie  w  chwili,  gdy  poczuje  się  źle, 

samotna.

Później, kiedy została sama i zabrała się do pracy, miała wrażenie, że dom jest nadal 

przesycony tym ciepłem i energią. Pisała w swoim dzienniku:

background image

To dziwne, że nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak wiele jest rzeczy, których pragnę . 

Brak mi było domu, do którego przyjaciele przychodziliby, kiedy tylko mieliby na to ochotę . 

Może wcale nie szukałam samotności, gdy w popłochu uciekłam do Irlandii. Potrzebowałam 

raczej tego, co działo się tutaj w ciągu ostatnich godzin. Towarzystwa, śmiechu, wygłupów, 

no i, trzeba to przyznać , romansu.

Nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy. A teraz, bez żadnego wysiłku z mojej strony, 

otrzymałam to wszystko naraz.

Czy  nie  zadziałała  tu  magia?  Równie  dobra,  jak  zaczarowane  podziemne  krainy, 

zaklęcia i skrzydlate konie. Zaakceptowano mnie tutaj nie ze względu na to, co robię, ani skąd 

pochodzę.  Zaakceptowano  mnie  za  to,  kim  jestem.  A  co  ważniejsze  -  za  to,  kim  sama 

postanowiłam być.

Kiedy  pójdę  na  kolację  do  O'Toole'ów,  nie  będę  już  nieśmiała,  nie  będę  też 

zakłopotana  i  wyobcowana.  Gdy  pojadę  na  zakupy  z  Darcy,  kupię  sobie  coś 

ekstrawaganckiego i bezużytecznego. Ponieważ to będzie zabawa.

A  kiedy  Aidan  podejdzie  znowu  do  mojej  ogrodowej  furtki,  wezmę  go  sobie  na 

kochanka. Bo go chcę . Bo przy nim czuję coś, czego nigdy przedtem nie czułam. Bezwstydną i 

pełną kobiecość .

I dlatego, że będzie to zabawne.

Pokiwała  z  zadowoleniem  głową,  po  czym  włączyła  komputer  i  zasiadła  w  fotelu, 

żeby przejrzeć fragment swojej pracy. Siedząc ekran, przeglądając zapisane uwagi, oddała się 

rutynowym  dociekaniom  i  naukowym  analizom.  Pogrążyła  się  w  opowieści  o  czarodzieju 

zamieniającym ugory na urodzajne pola, kiedy zadzwonił telefon. Będąc nadal myślami przy 

swojej pracy, podniosła słuchawkę.

- Słucham.

-  Jude?  Mam  nadzieję,  że  nie  przeszkadzam  ci  w  pracy.  Jude  zamrugała  oczami  i 

dostroiła się do tonu matki.

- Nie, nic ważnego. Cześć, mamo. Co u ciebie?

-  Wszystko  w  najlepszym  porządku.  -  Linda  Murray  mówiła  wyraźnym,  nieco 

chłodnym głosem. - Chcemy z  ojcem wykorzystać przerwę międzysemestralną.  Wybieramy 

się do Nowego Jorku, żeby zobaczyć nową wystawę u Whitney'a i pójść do teatru.

-  Świetnie.  -  Uśmiechnęła  się  na  myśl  o  tym,  jak  wiele  radości  czerpią  rodzice  ze 

swego wspólnego życia. Doskonale się dobrali. - Bawcie się dobrze.

- Mogłabyś przylecieć i przyłączyć się do nas, jeśli znudziło ci się życie na wsi.

- Dziękuję za propozycję, ale czuję się tu świetnie. Naprawdę pokochałam to miejsce.

background image

-  Jesteś  tego  pewna?  -  W  tonie  głosu  matki  pojawiło  się  nieznaczne  zdziwienie,  w 

Zawsze miałaś coś z babci, która przy okazji przesyła ci pozdrowienia.

- Ucałuj ją ode mnie.

- Nie uważasz, że ten domek jest zbyt prymitywny?

Jude  pomyślała  o  swojej  pierwszej  reakcji  na  brak  mikrofalówki  i  elektrycznego 

otwieracza do konserw.

Mam  tu  wszystko,  co  trzeba.  Przed  oknami  kwitną  kwiaty.  I  już  zaczynam 

rozpoznawać niektóre ptaki.

To  świetnie.  Masz  taki  wesoły  głos.  Spodziewam  się,  że  spędzisz  trochę  czasu  w 

Dublinie,  skoro  już  tam  jesteś.  Mają  podobno  fantastyczne  galerie.  I  oczywiście  będziesz 

chciała zobaczyć Trinity College.

- Wybieram się do Dublina na jeden dzień i to w tym tygodniu.

To dobrze. Odpoczynek na wsi ma swoje zalety, ale nie możesz trwać w umysłowej 

stagnacji.

-  Prawdę  mówiąc,  pracuję  obecnie  nad  pewnym  zagadnieniem.  I  nie  nadążam  ze 

zbieraniem materiałów. Uczę się także ogrodnictwa.

- Naprawdę? To urocze hobby. Wyglądasz na szczęśliwą, Jude. Tak się z tego cieszę. 

Już nie pamiętam, kiedy twój głos był taki radosny.

-  Wiem,  że  niepokoiliście  się  o  mnie,  i  jest  mi  przykro  z  tego  powodu.  Naprawdę 

jestem szczęśliwa. Sądzę, że potrzebny był mi ten wyjazd.

-  Przyznaję,  że  twój  ojciec  i  ja  niepokoiliśmy  się  o  ciebie.  Wydawałaś  się  taka 

apatyczna i niezadowolona z życia.

- Czułam jedno i drugie.

- Rozwód był dla ciebie ciężkim przeżyciem. Rozumiem to lepiej, niż przypuszczasz. 

To było takie nagłe, wszystkich nas zaskoczyło.

- Ze mną na czele - powiedziała oschłym tonem Jude. - Nie powinien był tego zrobić. 

Nie zrobiłby, gdybym była czujniejsza.

-  Być  może  -  odparła  Linda,  zaskakująco  łatwo  przyznając  jej  rację.  -  Ale  to  nie 

zmienia faktu, że William nie był takim człowiekiem, za jakiego go braliśmy. I to jest jeden z 

powodów, dla których dzwonię, Jude. Uważam, że będzie lepiej, jeżeli dowiesz się o tym ode 

mnie, a nie poprzez różne plotki.

-  O  co  chodzi?  -  Jude  poczuła  skurcz  w  żołądku.  -  Czy  to  dotyczy  Williama?  Jest 

chory?

- Nie, wprost przeciwnie.

background image

Nagła i nieukrywana gorycz w głosie matki niezmiernie zaskoczyła Jude.

- No cóż, to dobrze.

-  Osobiście  nie  potrafiłabym  tak  łatwo  wybaczać,  jak  ty  -  mruknęła  Linda.  -

Wolałabym, żeby się zaraził jakąś rzadką, ciężką chorobą - albo chociaż wyłysiał i dostał tiku 

na twarzy.

Kompletnie  zaskoczona  tak  nietypową  u  matki  spontaniczną  reakcją,  a  także 

przypływem uczucia do niej, Jude wybuchnęła śmiechem.

- To fantastyczne. Kocham cię. Nie miałam pojęcia, że tak go odbierasz.

- Twój ojciec i ja robiliśmy, co mogliśmy, żeby zachowywać się uprzejmie i niczego 

po  sobie  nie  okazywać,  chcąc  w  ten  sposób  ułatwić  ci  sprawę.  Spotykanie  się  z  waszymi 

wspólnymi  przyjaciółmi  i  kolegami  musiało  cię  wiele  kosztować.  Zachowałaś  się  godnie. 

Byliśmy z ciebie dumni.

Jude  pomyślała,  że  w  tym  domu  zawsze  przywiązywano  duże  znaczenie  do  dumy 

płynącej z poczucia godności. Czy mogłaby ich zatem rozczarować, robiąc dzikie awantury, 

wpadając w szał na oczach osób postronnych?

- Doceniam to.

-  Uważam,  że  trzeba  wielkiej  siły,  żeby  chodzić  z  tak  podniesioną  głową  jak  ty.  I 

mogę  się  tylko  domyślać,  ile  cię  to  kosztowało.  Uważam,  że  odejście  z  uniwersytetu  i  ten 

wyjazd były konieczne, żebyś stanęła na nogi.

- Nie sądziłam, że mnie zrozumiesz.

- Oczywiście, że cię rozumiem, Jude. On cię zranił. Nagle wszystko okazało się takie 

proste. Jude poczuła, że pieką ją oczy. Dlaczego nie zaufała, nie uwierzyła, że rodzina trzyma 

jej stronę?

- Myślałam, że mnie potępiasz.

-  Jakże  mogłabym  cię  potępiać?  Prawdę  mówiąc,  twój  ojciec  nawet  zagroził 

Williamowi, że złoi mu skórę. Rzadko kiedy jego irlandzka krew tak bierze górę, ale dobrze 

mu to zrobiło, przynajmniej trochę się uspokoił.

Jude  próbowała  sobie  wyobrazić  dystyngowanego  ojca  nacierającego  na 

dystyngowanego Williama.

- Nawet nie potrafię wyrazić, jak miło mi to słyszeć.

-  Nigdy  ci  o  tym  nie  wspominałam,  bo  chciałaś  wszystko  przeprowadzić  w  jak 

najbardziej  cywilizowany  sposób.  I  mam  nadzieję,  że  nie  sprawię  ci  przykrości,  ale  nie 

chciałam, żebyś o tym usłyszała z innego źródła. Znowu poczuła skurcz żołądka.

- Powiedz wreszcie.

background image

- William  i jego nowa żona również chcą skorzystać z urlopu na uczelni.  Wybierają 

się na Bahamy. William rozpowiada radośnie każdemu, kto chce tego słuchać, że zamierzają 

spędzić  egzotyczne  wakacje,  zanim  na  dobre  osiądą  w  jednym  miejscu.  Jude,  oni  w 

październiku spodziewają się dziecka.

To coś, co ściskało jej żołądek, dotarło teraz do jej nóg.

- Rozumiem.

-  William  szaleje  z  radości.  Ostatnio  obnosi  się  z  odbitką  sonogramu  i  pokazuje  ją, 

jakby to było zdjęcie rodzinne. Z tej okazji kupił żonie wielki szmaragd. A ona zachowuje się 

tak, jakby była pierwszą kobietą, która ma rodzić.

- Po prostu są bardzo szczęśliwi.

-  Cieszę  się,  że  tak  to  dobrze  przyjmujesz.  Bo  ja  jestem  wściekła.  Mamy  trochę 

wspólnych  przyjaciół,  wytworzyła  się  więc,  ku  jego  radości,  bardzo  niezręczna  sytuacja 

towarzyska. Można się było po nim spodziewać trochę więcej taktu.

Linda  zrobiła  przerwę,  z  pewnością  próbowała  zapanować  nad  złością.  Kiedy  się 

znowu odezwała, mówiła delikatnym, cichym głosem.

- Nie wart był jednej chwili twojego życia, Jude. Żałuję, że nie zdawałam sobie z tego 

sprawy, zanim za niego wyszłaś.

- Podobnie jak ja - powiedziała półgłosem Jude. - Ale nie przejmuj się tym, mamo. To 

przeszłość. Martwię się tylko, że masz przez niego tyle nieprzyjemności.

-  Och,  dam  sobie  radę.  Jak  już  powiedziałam,  nie  chciałam,  żebyś  się  o  tym 

dowiedziała od obcych. Widzę teraz, iż niepotrzebnie się obawiałam, że to cię zasmuci albo 

zrani. Szczerze mówiąc, nie byłam wcale taka pewna, że uporałaś się z tym i on już się dla 

ciebie nie liczy. Ulżyło mi, że jesteś taka rozsądna. Jak zawsze.

-  Tak,  rozsądna  Jude  -  powiedziała,  czując  ściskanie  w  gardle.  -  W  każdym  razie, 

kiedy go znowu zobaczysz, nie omieszkaj przekazać mu moich najlepszych życzeń.

- Zrobię to. Naprawdę się cieszę, że jesteś szczęśliwa, Jude. Skontaktujemy się z tobą 

po powrocie z Nowego Jorku.

- Dobra. Życzę udanego pobytu. Przekaż ojcu najgorętsze uściski.

- Oczywiście.

Kiedy  odwiesiła  słuchawkę,  czuła  się  jak  sparaliżowana.  Odrętwiała.  Całe  ciepło  i 

radość,  miłe  samopoczucie,  które  jej  towarzyszyło  od  rana,  stężało  w  niej  w  coś,  co 

zidentyfikowała jako rozpacz.

William  na  Bahamach ze  swoją  śliczną  nową  żoną.  Zanurzający się  w  olśniewająco 

błękitnej  wodzie,  wędrujący  wzdłuż  białej  jak  cukier  plaży  przy  pełni  księżyca,  oboje 

background image

trzymający się mocno za ręce, z rozmarzonym wzrokiem.

William, odurzony perspektywą ojcostwa, chełpiący się swoją śliczną, ciężarną żoną, 

wertujący  wraz  z  Allyson  książki  o  pielęgnacji  niemowląt,  sporządzający  listę  imion. 

Rozpieszczający  przyszłą  matkę  kwiatami  i  pierścionkiem  ze  szmaragdem,  podający  jej  do 

łóżka w niedzielę świeżo wyciśniętą pomarańczę i croissanty.

Widziała  to  doskonale  -  tak  jej  się  przysłużyła  ta  jej  przeklęta,  wyostrzona 

wyobraźnia! William, z charakterystycznymi dla niego, zapiętymi na małe guziczki różkami 

kołnierzyka,  radośnie  przygarniający  swoją  śliczną  madonnę  podczas  spacerów  po  plaży. 

William  zwykle  pełen  rezerwy  opowiadający  obcym  ludziom  o  mającym  nastąpić 

błogosławionym  wydarzeniu.  William  -  notoryczny  ciułacz  -  wydający  masę  pieniędzy  na 

pierścionek ze szmaragdem. Zbytkowny pierścionek!

Sukinsynu!

Złamała  ołówek  na  pół,  cisnęła  obydwoma  kawałkami  o  ścianę.  Ale  dopiero  kiedy 

wstała z krzesła, waląc nim tak mocno o ścianę, że aż zagrzmiało, stwierdziła, że to, co czuje, 

to nie rozpacz. To była furia. Rozjątrzona, oślepiająca furia.

Brakowało jej tchu, zaciskała pięści. Nie miała w co uderzyć, nie było pod ręką nic, w 

co  by  mogła  walić  do  utraty  przytomności.  Narastająca  w  niej  wściekłość  była  tak 

rozpaczliwa,  tak  dojmująca,  że  rozglądała  się  jak  oszalała  za  czymś  na  czym  by  ją  mogła 

wyładować, zanim eksploduje w jej piersi.

Musiała wyjść, poruszać się, pooddychać, zanim siła tej złości zamieni się w krzyk, od 

którego posypią się szyby w domu. Jak nieprzytomna pognała do drzwi, wypadła na korytarz, 

zbiegła po schodach.

Biegła  po  wzgórzach,  dopóki  nie  straciła  oddechu,  dopóki  nie  poczuła  pieczenia  w 

klatce piersiowej, dopóki  nie zaczęły jej drżeć nogi.  Z pogodnego, słonecznego nieba spadł 

łagodny deszcz, roziskrzył powietrze i zrosił trawę. Powiał silniejszy wiatr, który zabrzmiał 

jak płacz kobiety. A wraz z nim, niczym szept, niosła się muzyka piszczałek.

Znalazłszy się na drodze do Ardmore, Jude kontynuowała marsz.

background image

11

W deszczowy wieczór ludzie w pubie rozsiedli się na krzesłach, rozmyślając sobie o 

czymś  i  prowadząc  rozmowy.  Młody  Connor  Dempsey  wygrywał  na  akordeonie  rzewne 

melodie, podczas  gdy jego  ojciec  sączył  piwo i  roztrząsał  sprawy świata  ze  swoim  dobrym 

przyjacielem, Jackiem Brennanem.

Jack równie gorliwie przykładał się do rozmowy, jak i do piwa.

Na  wszelki  wypadek  stojący  za  barem  Aidan  miał  go  na  oku.  Bywało,  że  Jack  i 

Connor Dempsey senior miewali różne opinie na temat kondycji świata i zdarzało się, że aby 

uzgodnić racje, musieli używać pięści.

Aidan rozumiał tę ich potrzebę, wolał jednak, żeby taka wymiana zdań odbywała się 

poza jego lokalem.

Zerkał  od  czasu  do  czasu  na  ekran  przy  barze,  kontrolując  przebieg  meczu 

futbolowego, na który postawił drobną sumkę.

Marzył o spokojnym wieczorze i zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Brenny i nie 

poprosić  jej,  żeby go zastąpiła.  Chciał  zjeść  kolację  z  Jude.  Tym  razem  w  restauracji,  przy 

kwiatach  i  przy  świecach,  a  także  z  dobrym  winem  o  słomkowym  kolorze,  podanym  w 

ładnych kieliszkach.

Sądził, że jest do tego bardziej przyzwyczajona niż do jajecznicy i smażonych kartofli, 

które przygotował w jej kuchni.

Jest nie tylko słodka i nieśmiała, jest również światową kobietą. Wychowaną w dużym 

mieście i w wyższych sferach. Przyzwyczajoną do mężczyzn, którzy ją zabierają do teatru i 

do eleganckich restauracji. Noszących krawaty i dobrze skrojone garnitury, dyskutujących o 

filmie i literaturze.

No cóż, sam też nie był chyba ignorantem. Czytywał książki i chętnie oglądał filmy. 

Napodróżował  się  więcej  niż  inni  ludzie,  widział  wielką  sztukę  i  wspaniałą  architekturę. 

Niejednego elegancika z Chicago zapędziłby w rozmowie w kozi róg.

Kiedy przyłapał się na tym, że robi groźne miny. potrząsnął głową. Na miłość boską, 

czy to nie wariactwo stawać do współzawodnictwa z jakimś wyimaginowanym mężczyzną? 

Podobnie żałosne wydaje się to, iż ciągle musi myśleć o Jude Murray.

Prawdopodobnie fiksuje na tle seksualnym. Już od dłuższego czasu nie dotykał ciała 

kobiety.  Ilekroć  to  sobie  wyobrażał,  czuł  pod  palcami  ciało  Jude.  A  dzięki  dzisiejszemu 

porankowi obraz jej ciała stał się znacznie wyraźniejszy.

background image

Obraz jej delikatnej białej skóry, z którą tak wyraźnie kontrastował różowy rumieniec. 

Długich smukłych nóg i maleńkiego, seksownego  pieprzyka w miejscu, gdzie zaczynała się 

wypukłość piersi. Ma takie śliczne ramiona, które aż się proszą, by musnąć je wargami.

Jak  się  zawstydziła,  kiedy  ją  dotknął!  Czy  można  się  dziwić,  że  zbzikował  na  jej 

punkcie? Trzeba być martwym, żeby się nie podniecić.

Z jednej strony, pragnął po prostu zwabić ją do łóżka i zabawić się. Z drugiej strony, 

choć niezbyt chętnie, musiał przyznać, że na równi z wyglądem zewnętrznym fascynuje go jej 

intelekt i maniery.

Spokojna  i  nieśmiała,  zawsze  uprzejma.  Aż  chciało  się  przebić  przez  tę  jej  gładką  i 

zewnętrzną warstwę i dotrzeć do tego, co się znajduje pod spodem.

Otworzyły się drzwi. Od niechcenia rzucił okiem i nagle poczuł się tak, jakby go prąd 

poraził.

Weszła Jude. Była przemoczona do nitki, a nie uczesane włosy opadały jej do ramion. 

Miała ciemne oczy, które wyglądały jakoś groźnie. Mógłby przysiąc, że kiedy podchodziła do 

baru, sypały się z nich iskry.

- Chcę się napić.

- Przemokłaś na wylot.

- Bo pada deszcz, a szłam pieszo. - W jej głosie słychać było wzburzenie. Szybkim, 

niedbałym ruchem odgarnęła mokre, ciężkie włosy. Biegnąc, zgubiła gdzieś przepaską. - Co 

w tym nadzwyczajnego? Dostanę coś do picia czy nie?

-  Oczywiście,  że  podam  ci  twoje  wino.  Usiądź  przy  kominku  i  ogrzej  się.  Dam  ci 

ręcznik do włosów.

-  Nie  chcę  kominka.  Nie  chcę  ręcznika.  Chcę  whisky.  -  Rzuciła  to  jak  wyzwanie  i 

stuknęła pięścią o kontur. - Tutaj.

Wyglądała jak mściwe bóstwo morza. Pokiwał głową.

- Jak sobie życzysz.

Sięgnął  po  niską  szklaneczkę  i  na  wysokość  dwóch  palców  nalał  jamesonsa.  Jude 

wypiła  to  tak,  jak  wodę.  Omal  nie  spadła  z  krzesła,  kiedy  poczuła  w  piersi  gwałtowne, 

zatykające oddech palenie. Oczy zaszły jej łzami.

Aidan, jako człowiek znający życie, zachował kamienną twarz.

- Zapraszam cię na górę do siebie, jeśli masz ochotę przebrać się w suchą koszulę.

- Nic mi nie będzie.  - Czuła w brzuchu przyjemne ciepło. Odstawiła szklaneczkę na 

bar, kiwnęła w jej stronę głową. - Jeszcze jedną.

Aidan  pochylił  się  nad  barem.  Z  doświadczenia  wiedział,  że  są  tacy,  który  mogą 

background image

opróżnić  do  dna  butelkę  i  nic  im  się  nie  stanie.  Innych  natomiast  trzeba  w  odpowiednim 

momencie wypchnąć za drzwi.

Skoro Jude już po kieliszku wina szumiało w głowie, to dwie setki whisky zwalają z 

nóg.

- Dlaczego nie powiesz, co cię trapi, kochanie?

- Nie powiedziałam, że coś mnie trapi. Powiedziałam, że chcę jeszcze jedną whisky.

- Nie dostaniesz jej tutaj. Ale zrobię ci herbatę i posadzę cię przy kominku.

Wciągnęła powietrze i wzruszyła ramionami.

- Niech ci będzie, zapomnij o whisky.

- To rozumiem. A teraz usiądź przy ogniu, a ja ci przyniosę herbatę. Potem opowiesz 

mi, o co chodzi.

- Nie muszę tam siadać. - Odrzuciła mokre włosy z twarzy i pochyliła się ku niemu. -

Przysuń  się  bliżej  -  zażądała.  Kiedy  wykonał  polecenie,  a  ich  twarze  dzieliły  centymetry, 

chwyciła w garść jego koszulę.  I powiedziała jasno, zwięzłe, ale na tyle ostrożnie, żeby nie 

podnosić głosu: - Czy nadal chcesz pójść ze mną do łóżka?

- Co takiego?

- Słyszałeś, co powiedziałam. Czy chcesz pójść ze mną do łóżka?

Aidan z trudem panował nad sobą.

- W tej chwili?

- A co w tym złego?  - zapytała. - Czy wszystko musi przebiegać zgodnie  z planem, 

odbywać się wedle tego samego wzorca i jeszcze być przewiązane pieprzoną kokardą?

Ponieważ  tym  razem  zapomniała  ściszyć  głos,  podniosło  się  wiele  głów,  a  ludzie 

zaczęli strzyc uszami. Aidan poklepał delikatnie jej rękę, trzymającą go wciąż za koszulę.

- Schowajmy się w gniazdku, co ty na to, Jude?

- W czym?

- Chodźmy na zaplecze. - Jeszcze raz poklepał ją po ręku, po czym rozprostował jej 

palce. Wskazał drzwi na końcu baru. - Shawn, przyjdź tutaj i postój przez chwilę, dobrze?

Podniósł klapę lady, żeby Jude mogła przejść, a następnie skierował ją w stronę drzwi.

Zaplecze  było  małym  pomieszczeniem  bez  okna,  z  dwoma  wiklinowymi  fotelami, 

które niegdyś należały do jego babki, i z kiwającym się stołem, zrobionym dawno temu przez 

jego ojca. Była tu też stara lampa w kształcie kuli, którą Aidan włączył i karafka z whisky, o 

której zdołał już zapomnieć.

Zaplecze  było  miejscem  przeznaczonym  na  prywatne  sprawy.  Na  coś  takiego  jak 

rozmowa z kobietą, która nagle zapytała go, czy nie chciałby pójść z nią do łóżka.

background image

- Może byśmy... - Tyle tylko zdążył powiedzieć, bo Jude oparła się plecami o drzwi, 

wczepiła  się  rękami  w  jego  włosy  i  gorącymi,  wygłodniałymi  wargami  przywarła  do  jego 

warg.

Zatracił  się  w  rozkoszy  atakowany  przez  nią  tak  gwałtownie.  Napierała  na  niego, 

przykleiła  się  do  niego,  a  jej  ciało  było  jak  rozżarzony  piec.  Aż  dziw,  że  nie  parowało  jej 

mokre ubranie.

Jego  serce  łomotało.  Czuł  narastające  napięcie  między  nimi.  Pachniała  deszczem  i 

whisky. Kręciło mu się od niej w głowie, paliło w gardle.

Jak  przez  mgłę  słyszał  głos  brata,  wtórujący  mu  śmiech  i  jakąś  cichą  melodię.  Z 

trudem przypomniał sobie, gdzie są. Kim są.

- Jude. Zaczekaj. - Krew dudniła mu w głowie, kiedy ją od siebie odsuwał. - To nie 

jest odpowiednie miejsce.

Dlaczego? - Gwałtownie potrzebowała jego, czegokolwiek. - Chcesz mnie, a ja chcę 

ciebie.

Nie  mógł  postąpić  jak  ogier  kryjący  wyrywającą  się  do  niego  klacz.  Bez  żadnego 

uczucia.

- Przestań  w tej chwili. Opanuj się.  - Pogłaskał ją po włosach. - Powiedz  mi,  co się 

stało.

- Nic się nie stało. - Głos jej się załamał. Nietrudno było poznać, że kłamie. - Dlaczego 

koniecznie musiało się coś stać? Chcę tylko, żebyś się ze mną kochał. - Drżała jej ręka, kiedy 

zmagała się z guzikami jego koszuli. - Żebyś mnie dotykał.

Teraz Aidan przyparł ją do drzwi i mocnym ruchem ujął rękami jej twarz, podnosząc 

ją  do  góry.  Jego  ciało  było  spragnione,  ale  serce  i  umysł  podpowiadały  mu  coś  wręcz 

przeciwnego. Należał do mężczyzn, którzy wolą iść za głosem serca.

-  Mogę  cię  dotykać,  ale  nigdy  do  ciebie  nie  dotrę,  jeżeli  mi  nie  powiesz,  co  cię 

niepokoi.

- Nic mnie nie niepokoi - jęknęła i Wybuchnęła płaczem.

- No widzisz, kochanie. - Łatwiej jest pocieszyć kobietę, niż jej się oprzeć. Delikatnie 

przygarnął ją do siebie, kołysał ją w ramionach. - Kto cię skrzywdził, a ghra?

To nic takiego. Takie sobie głupstwo. Przepraszam.

- O nie, to coś poważnego. Powiedz mi, przez kogo jesteś smutna, mavourneen.

Nie  mogąc  złapać  tchu,  wtuliła  twarz  w  jego  ramiona.  Były  jak  poduszka,  w  którą 

można się wypłakać.

- Mój mąż i jego żona wybierają się na Bahamy i będą mieli dziecko.

background image

Odepchnął ją, a słowo to wystrzeliło jak pocisk.

- Co? Masz męża?

- Miałam. - Pociągnęła  nosem, pragnąc, by jej  głowa mogła znowu  spocząć  na jego 

ramieniu. - Porzucił mnie.

Aidan kilka razy odetchnął głęboko, ale nadal wirowało mu w głowie, jakby jednym 

haustem wypił butelkę jaminsonsa. Albo oberwał nią po głowie. - Byłaś zamężna?

-  Formalnie.  -  Machnęła  nerwowo  ręką.  -  Masz  chusteczkę?  Skonsternowany  Aidan 

sięgnął do kieszeni, podał jej chustkę.

- Uważam, że musimy wrócić do początku sprawy, ale najpierw dam ci suche ubranie 

i gorącą herbatę, żebyś się nie przeziębiła.

- Nic mi nie będzie. Powinnam...

- Uspokoić się. Pójdziemy na górę.

- Wyglądam jak  nieszczęście. - Wysmarkała  energicznie  nos.  - Nie  chcę, żeby mnie 

ludzie widzieli.

- Nie znajdziesz tu nikogo, kto sam nie wylałby paru łez, a niektórzy robili to w pubie. 

Wyjdziemy i przez kuchnię dostaniemy się na górę.

Nie zdążyła zaprotestować, kiedy ją chwycił za ramię i skierował do drzwi. Następnie, 

choć trochę się opierała, zaciągnął do kuchni.

- Jude, czy coś się stało? - zapytała zdumiona Darcy i natychmiast umilkła, gdy Aidan 

kiwnął porozumiewawczo głową i wypchnął Jude na wąską klatkę schodową.

Skoro  tylko  dotarli  na  górę,  otworzył  drzwi  i  wszedł  do  niedużego,  zagraconego 

pokoju dziennego.

- Sypialnia jest tam dalej. Rozgość się, a ja tymczasem nastawię herbatę.

Zaczęła mu dziękować, przepraszać, ale on już skierował się ku niskim drzwiom.

Weszła  do  sypialni.  Tu,  w  przeciwieństwie  do  pierwszego  pokoju,  było  porządnie  i 

czysto. Jude podeszła do niedużej szafy, rzucając okiem na wąskie łóżko z granatową narzutą, 

na wysoką szyfonierkę, która wyglądała jak antyk, oraz na wyblakły dywan na pociemniałej 

ze starości drewnianej podłodze.

Znalazła koszulę, równie szarą jak jej nastrój. Wkładając ją, oglądała ściany. W pełni 

świadczyły  one  o  romantycznej  naturze  Aidana.  Plakaty  i  ryciny  dalekich  krain.  Uliczne 

scenki  z  Paryża,  Londynu,  Nowego  Jorku  i  Florencji.  Wzburzone  fale  obrazów 

marynistycznych i wyspy z bujną roślinnością. A także dumne klify i łagodne wzgórza jego 

rodzinnych stron. Wisiały jeden przy drugim, tworząc bajeczną, ekscentryczną tapetę.

Ile  z  tych  miejsc  udało  mu  się  zobaczyć?  Czy  są  takie  kraje,  które  chciałby  jeszcze 

background image

odwiedzić?

Westchnęła na głos, nie bacząc na to, że dźwięk ten świadczył o użalaniu się nad sobą, 

i, wziąwszy swój mokry sweter, wróciła do salonu.

Aidan przechadzał się po nim, a kiedy weszła, zatrzymał się w miejscu. Wyglądała w 

jego  koszuli  jak  skrzat  -  malutka,  nieszczęśliwa,  daleka  od  tych  emocji,  które  się  w  nim 

kłębiły. Bez słowa wziął więc od niej sweter i powiesił w łazience, żeby wysechł.

- Usiądź, Jude.

- Masz prawo być na mnie zły - za ten mój najazd i za to, że się tak zachowałam. Nie 

wiem od czego zacząć...

- Chciałbym, żebyś przez chwilę pomilczała - powiedział i poszedł do kuchni, by zająć 

się herbatą.

Myślał  teraz  tylko  o  tym,  że  była  mężatką.  Drobny  szczegół,  o  którym  zapomniała 

napomknąć.

Był przekonany, że Jude ma niewielkie doświadczenie z mężczyznami, a tymczasem 

okazuje się, iż miała męża, rozwiodła się i jeszcze coś czuje do tego sukinsyna.

Wzdycha za jakimś galancikiem z Chicago, który okazał się na tyle nieuczciwy, że nie 

dotrzymał przysięgi małżeńskiej, gdy tymczasem on, Aidan Gallagher, usycha z tęsknoty do 

niej.

Nalał mocnej herbaty, a do swojej filiżanki dodał trochę whisky.

Kiedy  wszedł  do  salonu,  stała  ze  splecionymi  rękami.  Jej  wilgotne  włosy  wiły  się 

bezładnie, a oczy miała zapłakane.

- Zejdę na dół i przeproszę twoich gości.

- Za co?

- Za scenę, jaką zrobiłam.

Odstawił filiżankę, ściągnął brwi i przyjrzał się jej poirytowany.

-  A  cóż  to  wielkiego?  Nie ma  tygodnia, żeby  coś  się  tu  nie  działo.  Więc usiądź,  do 

diabła, i przestań na mnie patrzeć jak zbity pies.

Kiedy posłuchała, również usiadł i sięgnął po herbatę. Jude upiła łyk, sparzyła sobie 

język i pospiesznie odstawiła filiżankę.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że byłaś zamężna?

- Nie myślałam o tym.

- Nie myślałam? - Odstawił z takim impetem filiżankę, że aż zadzwoniła. - Czyżby to 

tak mało dla ciebie znaczyło?

- Znaczyło bardzo wiele - odparowała w tak spokojny i godny sposób, że aż zmrużył 

background image

oczy. - Znacznie więcej niż dla mężczyzny, którego poślubiłam. Próbowałam nauczyć się z 

tym żyć.

Ponieważ Aidan milczał, znowu sięgnęła po herbatę, żeby zająć czymś ręce.

-  Znaliśmy  się  parę  lat.  Jest  wykładowcą  na  uniwersytecie,  na  którym  również  i  ja 

pracowałam. Miałam wrażenie, że wiele nas łączy. Moi rodzice bardzo go lubili. Gdy poprosił 

mnie o rękę, zgodziłam się.

- Byłaś w nim zakochana?

- Myślę, że tak, ale teraz nie jest to już ważne. Aidan był innego zdania, ale pominął to 

milczeniem. - I co się stało?

- Można powiedzieć, że William wszystko zaplanował. Jest bardzo dokładny, planuje, 

analizuje szczegóły, przewiduje ewentualne pułapki i już z góry stara się ich uniknąć.

Kupiliśmy  dom,  ponieważ  stanowił  dobrą  oprawę  do  przyjmowania  gości,  a  jego 

ambicją był szybki awans na uczelni. Odbyło się wesele - w wąskim gronie, ekskluzywne, w 

dystyngowanej  atmosferze,  ze  wszystkim,  co  trzeba.  Mam  na  myśli  dostawców  i 

organizatorów przyjęcia, specjalistów od kompozycji kwiatowych, fotografów, gości.

Wzięła  głęboki oddech,  a  ponieważ  miała  już  oparzony język, tym  razem  ostrożniej 

napiła się herbaty.

-  Po  siedmiu  miesiącach  przyszedł  do  mnie  i  powiedział,  że  czuje  się 

nieusatysfakcjonowany małżeństwem. Takiego użył słowa. A ja chyba powiedziałam, że jest 

mi przykro. - Zamknęła oczy, przełknęła  gorycz poniżenia. - W pierwszym odruchu prawie 

zawsze przepraszam. Przyjął to łaskawie, jak gdyby się tego spodziewał.

Aidan poczuł, jak bardzo Jude jest zraniona.

- Powinnaś wyciągnąć z tego nauką, żeby tak często nie przepraszać.

-  Możliwe.  W  każdym  razie  wytłumaczył  mi,  że  ponieważ  mnie  szanuje  i  chce  być 

wobec mnie całkiem uczciwy, uważa za stosowne powiedzieć, iż zakochał się w innej. - W 

myślach  dodała:  w  młodszej,  ładniejszej  i  bardziej  błyskotliwej.  -  Nie  chciał  jej  wikłać  w 

cudzołóstwo, więc poprosił, żebym natychmiast wniosła sprawę o rozwód. Sprzedamy dom, 

podzielimy  wszystko  na  pół.  A  ponieważ  rozchodzimy  się  z  jego  powodu,  chce  mi  dać 

pierwszeństwo w wyborze przedmiotów, na których mi zależy.

Aidan  nic  spuszczał  wzroku  z  jej  twarzy.  Już  się  uspokoiła,  miała  spokojne  oczy, 

opanowane ręce. Była nawet zbyt spokojna. Wolał, kiedy zachowywała się w sposób bardziej 

spontaniczny.

- I jak postąpiłaś?

- Dostał rozwód, ponownie się ożenił i każde z nas poszło swoją drogą.

background image

- Zranił cię.

William nazwałby to nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności.

- William jest głupim osłem. Uśmiechnęła się blado.

-  Możliwe.  Ale  to,  co  zrobił,  było  sensowniejsze  niż  utrzymywanie  nieudanego 

małżeństwa.

- Byłaś nieszczęśliwa w małżeństwie?

-  Nie,  ale  nie  byłam  też  szczęśliwa.  -  Bolała  ją  teraz  głowa  i  czuła  się  zmęczona. 

Najchętniej  zwinęłaby  się  w  kłębek  i  zasnęła.  -  Nie  jestem  stworzona  do  przeżywania 

wielkich uczuć.

Zdziwiony  uniósł  brwi.  I  to  mówi  kobieta,  która  tak  namiętnie  rzuciła  mu  się  w 

ramiona, a potem tak gorzko wypłakiwała się w nich.

- Chyba jednak masz prawo do spokoju, prawda, Jude Frances?

- Tak - westchnęła. - Rozsądna, praktycznie myśląca Jude.

- No właśnie, więc skąd ten wybuch?

- To dziecinada.

- Nie taka znów dziecinada, skoro aż tyle dla ciebie znaczy.

- Właśnie dlatego. Powinno mnie to zupełnie nie obchodzić. - Poderwała gwałtownie 

głowę,  a  ogniki,  które  pojawiły  się  teraz  w  jej  oczach,  wydały  mu  się  nawet  intrygujące.  -

Czyż  nie  rozwiedliśmy  się?  Od  dwóch  łat  jesteśmy  rozwiedzeni.  Co  mnie  może  obchodzić 

jego wyprawa na Bahamy?

- No właśnie, dlaczego tak cię to dotknęło?

-  Bo  to  ja  chciałam  tam  pojechać!  -  Wybuchnęła.  -  Chciałam  spędzić  nasz  miesiąc 

miodowy w jakimś egzotycznym, cudownym i nieznanym mi miejscu. Przyniosłam do domu 

masę folderów. Paryż, Florencja, Rimini. Wiele różnych miejsc. Mogliśmy z tego coś wybrać, 

a ja byłabym zachwycona. Tymczasem on widział same przeszkody i jedyne, o czym był w 

stanie mówić, to... to...

Wykonała szybki ruch ręką, gdy na chwilę zabrakło jej słów.

- O różnicach językowych, o szoku kulturowym, o odrębności korzeni. Chryste Panie!

Rozwścieczona poderwała się z krzesła.

- Więc pojechaliśmy do Waszyngtonu, gdzie spędziliśmy godziny, dni, wieki, kręcąc 

się po instytucie smithsoniańskim i uczęszczając na wykłady.

- Chodziliście na wykłady podczas miesiąca miodowego?

- Nazywał to pożywką kulturalną. - Wzniosła do góry ręce i wielkimi krokami zaczęła 

przemierzać pokój. - Zdaniem Williama większość ludzi wiąże z miesiącem miodowym zbyt 

background image

wielkie, często niemożliwe do spełnienia oczekiwania.

- A dlaczegóż by nie? - mruknął Aidan.

- Otóż  to!  - Odrzuciła  głowę, jej twarz  zapłonęła słusznym  gniewem. -  Tylko po  co 

była  ta  cała  mowa  o  wspólnej,  intelektualnej  płaszczyźnie  porozumienia?  To  całe  ostrożne 

stąpanie po znanych, utartych ścieżkach? Do diabła z tym! Powinniśmy byli uprawiać dziki 

seks na jakiejś gorącej plaży.

Aidan w głębi duszy cieszył się, że nie doszło do tego.

- Brzmi to tak, jakbyś się na dobre od niego wyzwoliła, kochanie.

- Nie o to chodzi. - Miała ochotę wyrywać sobie włosy.

Do  głosu  doszła  teraz  irlandzka  krew  Jude  -  kipiała,  gotowała  się  w  sposób,  który 

wprawiłby w dumę jej babcię. - Chodzi o to, że mnie rzucił. Może nie złamał mego serca, ale 

uraził moją dumę, moje ego. Czy jest to jakaś różnica?

- Nie ma żadnej różnicy - odparł spokojnie Aidan.

Fakt, że się zgodził, i to bez chwili wahania, rozognił ją jeszcze bardziej.

- A teraz ten bydlak jedzie tam, dokąd ja chciałam pojechać. I będą mieli dziecko, a on 

się  z  tego  cieszy.  Kiedy  wspominałam  przy  nim  o  dzieciach,  zaczynał  mówić  o  naszej 

karierze, o naszym trybie życia, przeroście populacji, kosztach college'u, sporządził wykres. -

Co?

-  Wykres.  Pieprzony  komputerowy  wykres  uwzględniający  nasze  finanse  i  zdrowie, 

nasz  status  naukowy  i  możliwości  czasowe  na  najbliższe  pięć,  siedem  lat.  Powiedział,  że 

dopiero kiedy zrealizujemy nasze cele, możemy się zastanowić - ale tylko zastanowić - nad 

poczęciem dziecka. Jednak  przez  najbliższe  siedem lat William zamierzał koncentrować się 

na swojej karierze, zabiegać o awans, gromadzić swój idiotyczny dorobek naukowy. - Teraz 

już na dobre ogarnęła ją furia. - To on miał zadecydować, kiedy i czy w ogóle będziemy mieli 

dziecko. Gdyby to od niego zależało, ustaliłby także płeć dziecka. Chciałam mieć rodzinę, a 

on mi dał wydrukowany wykres.

Dusił  ją  płacz  i  znowu  miała  oczy  pełne  łez.  Ale  kiedy  Aidan  wstał,  żeby  do  niej 

podejść, energicznie potrząsnęła głową.

- Myślałam, że nie chce podróżować za granicę, że nie chce mieć dzieci. Myślałam, że 

taki  już  jest  -  praktyczny,  oszczędny,  ambitny.  Chodziło  jednak  o  to,  że  nie  chciał  ze  mną 

pojechać  na  Bahamy.  Nie  chciał  ze  mną  zakładać  rodziny.  Czy  ze  mną  jest  coś  nie  w 

porządku?

- Wszystko jest w całkowitym porządku.

- Niemożliwe. - Wyciągnęła chustkę. - Gdybym była normalna, już bym się postarała, 

background image

żeby ode mnie tak łatwo nie odszedł. Jestem nieatrakcyjna. Znudził się mną zaraz po ślubie. 

Ludzie  nudzą  się  przy  mnie.  Moi  studenci,  koledzy  w  pracy.  Nawet  moi  rodzice  są  mną 

znudzeni.

-  Nie  mów  głupstw.  -  Podszedł  do  niej,  wziął  za  ramiona  i  lekko  potrząsnął.  -  Nie 

jesteś ani trochę nudna.

- Po prostu mnie nie znasz. - Pociągnęła nosem i mocno potrząsnęła głową. - W tym, 

co robię, nie ma nigdy nic ekscytującego, a w tym, co mówię, nic błyskotliwego.

Wszystko we mnie jest takie przeciętne. Sama jestem sobą znudzona.

-  Kto  ci  to  wszystko  nakładł  do  głowy?  -  Potrząsnąłby  nią  jeszcze  raz,  gdyby  nie 

spoglądała  tak  żałośnie.  -  Nie  pomyślałaś  nigdy,  że  to  William  jest  nudny,  z  tymi  jego 

cholernymi  drukowanymi  wykresami  i  z  tą  całą  jego  kulturą?  A  że  twoi  studenci  cię  nie 

uwielbiają? Może uczenie nie jest twoim powołaniem?

Wzruszyła ramionami.

- Jestem chodzącą pospolitością.

-  Jude  Frances,  a  kto  z  własnej  woli  przyjechał  do  Irlandii,  żeby  zamieszkać  w 

nieznanym  sobie  miejscu,  obcować  z  ludźmi,  których  nigdy  wcześniej  nie  spotkał,  i 

zajmować się pracą której nigdy dotąd nie robił?

- To co innego.

- Dlaczego?

- Bo to była ucieczka. Jakie to irytujące i wzruszające zarazem.

- Nie jesteś nudna, ale uparta! Powinnaś uczyć muły. I co w tym złego,  że uciekłaś, 

skoro  to,  gdzie  byłaś  i  co  robiłaś,  nie  odpowiadało  ci?  Czy  zatem  nie  uciekłaś  do  czegoś 

innego? Do czegoś, co ci odpowiada?

- Nie wiem. - Była zbyt zmęczona i obolała, żeby się nad tym zastanawiać.

- Sam też uciekałem. W końcu wylądowałem, gdzie powinienem. - Pochylił się, żeby 

złożyć na jej czole pocałunek. - Podobnie będzie z tobą.

Kiedy ją od siebie odsunął, otarł łzę z jej policzka.

- A teraz posiedź tu sobie, a ja załatwię parę spraw w pubie. Odwiozę cię do domu.

- Nie, nie trzeba. Mogę pójść pieszo.

- Nie będziesz szła w deszczu i po ciemku, zwłaszcza kiedy jesteś w tak złym nastroju. 

Siedź i pij herbatę. To nie potrwa długo.

Wyszedł,  zanim  zdążyła  zaprotestować,  a  potem  postał  chwilę  na  schodach,  żeby 

uporządkować myśli.

Starał się nie mieć jej za złe tego, że nie powiedziała mu o małżeństwie. Należał do 

background image

ludzi,  którzy  poważnie  traktują  takie  zobowiązania.  Małżeństwo  było  dla  niego  czymś,  co 

wiąże na stałe.

Małżeństwo Jude rozpadło się nie z jej winy, ale powinna mu była o tym powiedzieć. 

Dla samej zasady.

Doszedł do wniosku, że nie pozostaje mu nic innego, jak się z tym pogodzić. Będzie 

też musiał bardzo ostrożnie ją traktować, żeby nie rozjątrzyć dawnych ran.

Jezu Chryste, ileż ta kobieta ma problemów!

- Co z Jude? - zapytała Darcy, gdy tylko wszedł do kuchni.

-  Wszystko  w  porządku.  Dostała  taką  wiadomość  z  domu,  która  wytrąciła  ją  z 

równowagi. - Złapał za słuchawkę, żeby zadzwonić do Brenny.

- Och, mam nadzieję, że nie chodzi o jej babcię! - Darcy postawiła tacę, a w jej oczach 

pojawił się niepokój.

- Nie, nic w tym rodzaju. Dzwonię do Brenny, może będzie mnie mogła zastąpić przez 

parę godzin. Chcę odwieźć Jude do domu.

- Gdyby Brenna nie mogła, jakoś sobie poradzimy z Shawnem.

Aidan zawahał się ze słuchawką w ręku, uśmiechnął się.

- Masz dobre serce, Darcy.

-  Lubię  ją  i  uważam,  że  przydałaby  się  jej  odrobina  radości  w  życiu.  Zdaje  się,  że 

dotychczas  miała  tego  jak  na  lekarstwo.  A  to,  że  została  porzucona  przez  męża  dla  innej 

kobiety, gdy jeszcze nie zasuszył się jej ślubny bukiet, też musiał ją...

- Zaczekaj... Wiedziałaś, że była zamężna? Darcy uniosła brwi.

- Oczywiście. - Wzięła tacę z zamówieniem i ruszyła z nią w stronę drzwi. - To żadna 

tajemnica.

- Żadna tajemnica - mruknął, po czym, zgrzytając zębami, wykręcił numer Brenny. -

Cała wieś o tym wie, a ja dowiaduję się ostatni.

background image

12

Do  powrotu  Aidana  i  w  drodze  do  samochodu  Jude  zdążyła  się  uspokoić. 

Zamartwianie się i wstyd na nic się zdadzą. Wpadła jak burza do pubu i rzuciła się na szyję 

Aidanowi. Może za jakieś dwadzieścia albo trzydzieści lat będzie się z tego śmiała, ale teraz 

czuła się niezmiernie głupio.

W dodatku płakała, bełkotała coś, przeklinała. Brakowało tylko, żeby rozebrała się do 

naga i zatańczyła na barze.

Matka gratulowała jej, że zachowała się z taką  godnością. No,  gdyby mama teraz ją 

zobaczyła!

I po tym wszystkim Aidan odwozi ją do domu, i jest dla niej taki uprzejmy.

Na pewno odetchnie z ulgą, gdy się jej wreszcie pozbędzie.

Kiedy  trzęśli  się  po  wybojach,  nie  wiedziała,  jak  ma  się  zachować.  Ale  przecież 

musiała coś powiedzieć. Byłoby tchórzostwem, gdyby tego nie zrobiła.

- Widzisz ją? - powiedziała.

- Kogo?

-  W  oknie.  -  Jude  wychyliła  się,  chwytając  go  za  ramię  i  wpatrując  się  w  postać  w 

oknie swojego domu.

Zadarł głowę i uśmiechnął się lekko.

- Aha. Czeka.  Zastanawiam się, czy nie dłuży jej się czas, czy też może rok jest dla 

niej jak jeden dzień.

Wyłączył  silnik  i  siedzieli  tak  na  bębniącym  o  dach  samochodu  deszczu,  dopóki 

postać nie zniknęła.

-  Naprawdę  ją  widziałeś?  Nie  mówisz  tego  tylko  dlatego,  żeby  sprawić  mi 

przyjemność?

- Oczywiście, że widziałem, zresztą nie pierwszy już raz. - Odwrócił głowę, z uwagą 

przyglądając  się  profilowi  Jude.  -  Nie  czujesz  się  dziwnie,  przebywając  z  nią  pod  jednym 

dachem?

- Nie. Ani trochę. A chyba powinnam się tego lękać. Czasami...

- Co czasami?

Zawahała  się,  czy  warto  zawracać  mu  tym  głowę.  Ale  było  tak  przytulnie  i  miło  w 

ciepłym samochodzie przy jednostajnie padającym deszczu i kłębiącej się mgle.

- Czasami ją czuję. Coś jest w powietrzu. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. I robi mi się 

background image

smutno, ponieważ ona jest smutna. Jego także widziałam.

- Jego?

-  Zaczarowanego  królewicza.  Spotkałam  go,  gdy  poszłam  położyć  kwiaty  na  grobie 

Maude. Wiem, że to brzmi dziwnie i że powinnam się raczej udać z tym lekarza, ale...

- Czy ja się z ciebie śmieję?

-  Nie.  I  chyba  tylko  dlatego  o  tym  opowiadam,  bo  wiem,  że  mnie  nie  wyśmiejesz. 

Spotkałam go, Aidanie. - Poprawiła się na swoim fotelu, a kiedy odwróciła  się ku niemu, z 

emocji błyszczały jej oczy. - Rozmawiałam z nim. Za pierwszym razem myślałam, że to ktoś, 

kto  tutaj  mieszka.  Ale  za  drugim  -  to  było  jak  sen,  jak  trans...  Mam  coś.  Chciałabym  ci  to 

pokazać. Wiem, że musisz wracać, ale zajmę ci tylko minutkę.

- Zapraszasz mnie do środka?

- Tak. Chciałabym...

- Więc mam czas.

Wysiedli z samochodu na deszcz. Była trochę zdenerwowana, kiedy weszli do domku, 

odrzuciła mokre włosy.

- Mam to na górze. Zaraz przyniosę. Napijesz się herbaty?

- Nie, dziękuję.

-  No  to  zaczekaj  -  powiedziała  i  pognała  po  schodach  do  sypialni,  gdzie  wśród 

skarpetek ukryła kamień.

Kiedy  zeszła,  trzymając  go  za  plecami,  Aidan  rozpalał  już  ogień.  Ukucnął  przy 

palenisku, ciepłe światełko rzucało nań swój blask. Na ten widok serce Jude zabiło mocno.

Jest taki przystojny, jak zaczarowany królewicz. Mogłaby tak stać i patrzeć, jak ogień 

barwi jego włosy na czerwono, jak przesuwa się i igra na załamaniach jego twarzy, napełnia 

złotem te cudowne niebieskie oczy.

Nic dziwnego, że się w nim zakochała.

O Boże, zakochała się w nim. Siła tego odkrycia była jak cios zadany prosto w brzuch, 

tak dotkliwy, że omal nie jęknęła. Ile to jeszcze idiotycznych pomyłek popełni tego dnia?

Nie wolno jej zakochać się w tym Irlandczyku, nie może pozwolić, by znowu złamano 

jej serce, nie chce też wyjść na idiotkę. Jemu jest potrzebny ktoś całkiem inny, czego wcale 

nie krył. Potrzebuje seksu, zabawy i podniety. Po co mu taka kobieta o cielęcym spojrzeniu, 

która nie sprawdziła się już w małżeństwie?

Szukał przygody, a to nie miało nic wspólnego z miłością. Gdyby więc chciała być z 

nim, musiałaby najpierw nauczyć się oddzielać te dwie sprawy.

Nie będzie tego komplikowała ani nadmiernie analizowała. Nie zniszczy tego, co jest.

background image

Kiedy więc wstał i odwrócił się, uśmiechnęła się do niego.

- Jak to miło, gdy w deszczowy wieczór pali się w kominku. Dziękuję.

-  Więc  podejdź  tu  bliżej.  -  Wyciągnął  do  niej  rękę.  Pomyślała,  że  może  podejść. 

Najwyżej  się  sparzy.  Szła,  nie  spuszczając  zeń  oczu.  Wyjęła  powoli  rękę  zza  pleców, 

rozchyliła palce. Diament połyskiwał pięknie na jej dłoni.

- Chryste! - Aidan wytrzeszczył oczy. - Co ja widzę?!

- Wysypał je z torby jak cukierki. Klejnoty tak błyszczące, że aż zabolały mnie oczy. 

Widziałam, jak zamieniają się w kwiaty na grobie Maude. Poza tym jednym, który pozostał w 

dawnym  kształcie.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć  -  powiedziała  półgłosem,  mając  na  myśli 

zarówno słowa księcia, jak i ten kamień.

Wziął diament z jej ręki, by go dokładnie obejrzeć przy ogniu kominka.

-  Mieni  się  wszystkimi  kolorami  tęczy.  Jest  w  tym  jakaś  magia,  Jude  Frances.  -

Podniósł na nią wzrok. - Co chcesz z nim zrobić?

-  Nie  wiem.  Zamierzałam  pokazać  jubilerowi,  oddać  do  analizy.  Ale  zmieniłam 

zdanie. Nie chcę go poddawać próbie. Czy nie wystarczy, że go mam? Nie wystarczy sama 

świadomość? W życiu rzadko kierowałam się wiarą. Chcę to teraz zmienić.

- Jesteś mądra i dzielna. I może właśnie z tego powodu dostałaś go na przechowanie. -

Ujął jej rękę. Położył kamień na środku jej dłoni i zagiął jej palce. - Należy do ciebie, wraz z 

całą zawartą w nim magią. Cieszę się, że mi go pokazałaś.

-  Musiałam  się  tym  podzielić.  -  Ściskała  kamień  i  chociaż  wiedziała,  że  to  głupie, 

czuła, że czerpie z niego odwagę. - Byłeś dla mnie taki wyrozumiały i cierpliwy. Nie wiem, 

jak ci się odwdzięczę.

- Nie prowadzę księgi zysków i strat.

- Wiem. Nie powinnam tego mówić. Jesteś najmilszym człowiekiem, jakiego znam.

- Najmilszym? - Tak.

- A także wyrozumiałym i cierpliwym. Uśmiechnęła się.

- Tak.

- Jak brat?

Starała się zachować uśmiech. - No cóż, ja...

-  I  masz  taki  zwyczaj,  że  rzucasz  się  w  ramiona  mężczyzn,  których  traktujesz  jak 

braci?

- Muszę cię za to przeprosić, postawiłam cię w takiej niezręcznej sytuacji.

- Czy ci nie mówiłem, że za często przepraszasz? Odpowiedz tylko na pytanie.

- Prawdę mówiąc, nie rzucałam się dotąd w niczyje ramiona.

background image

- Czyżby to była prawda? No, no, pochlebiasz mi, chociaż był to gest rozpaczy.

-  Tak,  byłam  zrozpaczona.  -  Nagle  kamień  w  jej  ręku  zrobił  się  ciężki  jak  ołów. 

Odwróciła się i odłożyła go na obramowanie kominka.

- A w tej chwili?

- Czuję się świetnie.

-  Więc  spróbujmy  to  jeszcze  raz.  -  Obrócił  ją  ku  sobie,  a  kiedy  otworzyła  ze 

zdziwienia  usta,  pocałował  ją.  Podskoczyła.  Ten  jej  spontaniczny odruch  zawsze  działał  na 

niego podniecająco. - Czy i teraz myślisz, że jestem miły i cierpliwy? - wymruczał i leciutko 

ją ugryzł w szyję.

- W ogóle nie mogę myśleć.

- To dobrze. Wolę cię taką.

- Myślałam, że jesteś na mnie zły albo...

- Znowu myślisz. - Skubnął ją wargami. - Będę cię musiał prosić, żebyś przestała.

- W porządku. Dobrze.

Głośny i przyspieszony oddech, z jakim wyraziła zgodę, rozbudził jego namiętność.

Mavourneen dheelish. Oddaj mi się tej nocy. - Powrócił do jej ust i jeszcze bardziej 

zmącił jej rozbiegane myśli. - Tej nocy. Nie mogę żyć, śniąc tylko o tobie.

- Nadal mnie chcesz? - Zdumienie i radość w jej głosie omal go nie rzuciły na kolana.

- Chcę całą ciebie. Nie każ mi dzisiaj odchodzić.

Do tego miejsca słuchała swego serca. Nadal będzie mu posłuszna.

-  Nie.  -  Zanurzyła  palce  w  jego  włosach,  wyszła  na  spotkanie  jego  wargom  z  całą 

dopiero co odkrytą miłością i namiętnością. - Nie, nie odchodź.

Mógł  położyć  ją  na  podłodze,  wziąć  ją  tam  i  oddawać  się  rozkoszy  przy  ogniu 

kominka. Ponieważ jednak pamiętał o danej obietnicy, objął ją i wziął na ręce. A kiedy ujrzał 

olśnienie w jej oczach, wiedział, że słusznie postąpił.

- Powiedziałem ci, że pierwszy raz nie będziemy się śpieszyć. A ja dotrzymuję słowa.

Nikt  jej  dotąd  nie  nosił  na  rękach.  Romantyczność  tego  gestu  zniewalała.  Kiedy  ją 

niósł  po  schodach,  a  potem  korytarzykiem  do  sypialni,  krew  huczała  jej  w  uszach  niczym 

głuche uderzenia piorunów.

Całe szczęście, że było tak ciemno. Dzięki temu łatwiej ukryć nieśmiałość. Kiedy ją 

posadził na krawędzi łóżka, zamknęła oczy. Wtedy włączył światło.

-  Śliczna  Jude  -  wyszeptał  i  uśmiechnął  się  do  niej.  -  Posiedź  chwilę,  a  ja  zapalę  w 

kominku.

Oczywiście, że tak będzie jeszcze przyjemniej. Splotła dłonie i próbowała opanować 

background image

nerwy,  uciszyć  nieco  pragnienie.  O  Boże,  dlaczego  nie  może  o  niczym  myśleć,  wydusić  z 

siebie  ani  jednego  zdania?  Dlaczego  nie  ma  pod  ręką  jakiejś  seksownej  bielizny,  żeby  się

przebrać i go olśnić?

Nie  mogąc  nic  powiedzieć,  przyglądała  się,  jak  Aidan  zapala  teraz  porozstawiane  w 

różnych miejscach pokoju świece.

- Zamierzałem dzisiaj do ciebie zadzwonić i zaprosić cię na kolację.

Ze zdumienia wytrzeszczyła na niego oczy.

- Naprawdę?

-  Trzeba  z  tym  będzie  poczekać  do  następnego  razu.  -  Zatrzymał  na  niej  wzrok,  a 

widząc  jej  zdenerwowanie,  po  chwili  zgasił  światło.  Pokój  pogrążył  się  w  migoczącym 

świetle świec.

- Nie jestem głodna. Roześmiał się.

- Właśnie zamierzam to zmienić. - Ku jej całkowitemu zaskoczeniu uklęknął i zaczął 

rozwiązywać jej buty. - Ja mam na ciebie apetyt od chwili, kiedy pojawiłaś się w pubie.

Przełknęła  głośno  ślinę.  A  on  delikatnie  przesunął  palcem  po  jej  gołej  stopie, 

sprawiając, że oddech uwiązł jej w gardle.

-  Masz  śliczne  stopy  -  powiedział  Aidan  jakby  od  niechcenia,  a  kiedy  zaczął  je 

całować, śmiały mu się oczy.

Znowu zachłysnęła się powietrzem, a jej palce, niczym szpony, wbiły się w materac.

- Ale muszę przyznać, że wolę twoje ramiona.

- Moje... - Zajął się drugą stopą, sprawiając, że poczuła pustkę w głowie.

- Twoje ramiona. Zachwyciłem się nimi. - Ponieważ to była prawda, wstał i postawił 

Jude  na  drżących  palcach.  -  Są  takie  wdzięczne,  a  przy  tym  mocne.  -  Mówiąc  to,  rozpiął 

guziki koszuli, którą pożyczyła od niego. Żeby trwało to dłużej, zsunął ją tylko z jej ramienia, 

które zaczął pieścić językiem.

- O Boże! - Poczuła żar wewnątrz siebie. Kiedy dla utrzymania równowagi złapała go 

za biodra, zaczął całować jej szyję i podbródek jak człowiek, który degustuje rozmaite dania 

na bankiecie.

Musnął wargami jej usta. drażniąc je, napełniając smakiem, który pobudził jej własne 

nienasycenie. Gdy Aidan usłyszał jej cichy jęk, jeszcze bardziej wzmógł pieszczoty.

Przylgnęła do niego, poruszyła ciałem w rozmarzonym rytmie, podczas gdy jej głowa 

opadła do tyłu w geście poddania. Powiedział, że będzie to długo trwało. I tak właśnie było. 

Przy tańczącym świetle  świec  i  łagodnym, jednostajnym  szumie  deszczu  pocałunki  stawały 

się coraz bardziej namiętne.

background image

Kiedy zdarł z niej koszulę, wydała jęk rozkoszy, a jej palce zaczęły wędrować po jego 

plecach, ugniatając mięśnie.

Ich serca biły jednym rytmem. Te powolne, niepewne ruchy jej rąk przyprawiały go o 

szaleństwo.  Jej  usta  były  delikatne  i  szczodre.  A  to  jak  zadrżała  -  ze  zdenerwowania  i  z 

oczekiwania - kiedy rozpiął jej spodnie i pozwolił im opaść na podłogę, sprawiło, że jeszcze 

bardziej zawrzała w nim krew. Gaelickie słowa czułości wdzierały się do jego mózgu, cisnęły 

się  na  język,  kiedy  wodził  ustami  po  jej  twarzy,  po  jej  szyi  i  znowu  po  tych  cudownych 

ramionach,  aż  jej  drżenie  przeszło  w  dreszcz  rozkoszy,  a  jej  jęk  w  łapczywe  chwytanie 

powietrza.

Wolniej, wolniej, nakazywał sobie. Ale skąd mógł wiedzieć, że pragnienie poniesie go 

tak nagle? W obawie, żeby jej nie przestraszyć, przywarł wargami do zagłębienia jej szyi i tak 

trwał, dopóki się nie uspokoił.

Ona  zaś  szybowała  w  powietrzu,  wstrząsana  zbyt  wielka  ilością  doznań,  żeby 

odnotować  zmianę  rytmu.  Rozmarzona  odwróciła  głowę,  odnalazła  jego  usta  i  znowu 

pogrążyli się w pocałunku. Gdziekolwiek jej dotykał, czuła cudowne gorąco.

Na tym polega kochanie się. Tylko o tym była w stanie myśleć. Nie można tego było 

pomylić z niczym innym.

Musiał  mieć  więcej.  Odrzucił  na  bok  koszulę  i  zachwycił  się  prostym,  białym 

staniczkiem.  Przejechał  koniuszkiem  palca  wzdłuż  jego  górnej  krawędzi,  robiąc  kółeczka 

wokół maleńkiego pieprzyka.

Ugięły się pod nią nogi.

- Aidan!

-  Kiedy  zobaczyłem  dziś  rano  ten  pieprzyk  -  wymamrotał  obserwując  jej  twarz  -

chciałem  go  ugryźć.  -  Gdy  zamrugała  oczami,  uśmiechnął  się  szeroko  i  jednym  ruchem 

rozpiął jej stanik. - To dało mi do myślenia, jakie jeszcze inne seksowne sekrety kryją się pod 

twoją elegancką garderobą.

- Nie mam żadnych seksownych sekretów.

Stanik  upadł  na  podłogę.  Aidan  przeniósł  wzrok  trochę  niżej,  dojrzał  na  jej  skórze 

delikatne zaróżowienie i stwierdził, że jest niebezpiecznie erotyczne.

- Mylisz  się - powiedział spokojnie i  ujął w dłonie jej piersi.  I znowu,  podobnie jak 

poprzednio,  podskoczyła  gwałtownie,  z  wyrazem  zdumienia  na  twarzy.  Eksperymentując, 

potarł kciukami jej sutki i patrzył, jak jej zielone niczym morze oczy robią się szkliste.

-  Nie,  nie  zamykaj  ich  -  powiedział,  kładąc  ją  na  łóżku.  -  Jeszcze  nie  teraz.  Chcę 

widzieć twoją reakcję, kiedy cię dotykam.

background image

I obserwował jej twarz, kiedy ją podniecał, kiedy odkrywał sekrety, których rzekomo 

nie miała. Jedwabista  skóra i  zmierzwione  włosy, a wszystko pachnące deszczem.  Łagodne 

wzniesienia i  subtelne zagłębienia. Kiedy jego  ręce przesuwały się po niej, drżała. A każdy 

sekret był rozkosznym odkryciem dla obojga.

Kiedy ją smakował, nie zostało nic poza jej własnym pulsem i gorącą aureolą jego ust 

na jej skórze.

Oczekująca na spełnienie wygięła się pod jego ręką, kiedy ją sobą przykrył. A kiedy 

ból nabrał słodyczy, a słodycz, stała się nie do zniesienia, wyszła mu naprzeciw. Zaatakował 

ją  ustami,  zamykając  w  nich  jej  krzyk rozkoszy.  Dawał  jej  więcej,  więcej,  aż  oddech  Jude 

przeszedł w łkanie, a ciało spłynęło rozkoszą.

Teraz  jej  oczy,  które  go  tak  fascynowały,  były  niewidzące,  a  skóra  błyszcząca  i 

wilgotna. Również on zapomniał o całym świecie.

Wypowiedział  jej  imię  i  wszedł  w  nią.  Pożądanie  naprzeciw  pożądaniu,  pragnienie 

naprzeciw pragnieniu, silne i głębokie. Powstrzymywał je, aż owinęła się wokół niego.

Złączeni,  poruszali  się  razem, długimi,  mocnymi  pchnięciami,  które  były  pokarmem 

dla  duszy.  Olśniona  uśmiechnęła  się.  Światło  migotało  jak  błyszczący  diament,  kiedy  w 

odpowiedzi jego wargi wyszły na spotkanie jej wargom.

Pomyślała, że to jest prawdziwa magia. Najpotężniejsza. I chwytając się niej, skoczyła 

z nim poza krawędź świata.

Migotało światło świec. Syczał ogień w kominku, deszcz łagodnie bębnił w okno. A w 

jej łóżku znajdował się wspaniały, podniecający, fascynujący, cudowny mężczyzna.

Poczuła się jak kot, który dotarł do rzeki pełnej mleka.

- Tak się cieszę, że William będzie miał dziecko. Aidan odwrócił głowę.

- Co, u diabła, William ma wspólnego z nami?

- Och, nie zdawałam sobie sprawy, że powiedziałam to na głos.

- Nie ma nic gorszego niż myślenie o innym mężczyźnie w takim momencie.

Zatrwożona usiadła na łóżku, zbyt przejęta, żeby pamiętać o swojej nagości.

-  Pomyślałam  tylko,  że  gdyby  moja  matka  nie  powiedziała  mi  o  tym  dziecku,  nie 

przyszłabym do pubu. Właśnie dzięki temu znaleźliśmy się tutaj - dokończyła cichym głosem.

- I tak bym cię dostał.

-  Cieszę  się,  że  to  się  stało  dzisiaj.  Było  tak  wspaniale.  Przepraszam.  To  głupie,  co 

mówię.

-  Nie  uważaj  za  głupią  każdej  myśli,  która  przychodzi  ci  do  głowy.  A  ponieważ  w 

tym,  co  powiedziałaś,  jest  pewien  sens,  uważam,  że  powinniśmy  wznieść  toast  na  cześć 

background image

idealnego zgrania w czasie z potencją Williama.

Poczuła ulgę, rozpromieniła się.

- Też tak uważam, chociaż on nawet w połowie nie jest tak dobry w łóżku jak ty. - I 

natychmiast znów rzuciła na niego przerażone spojrzenie. - Och, co ja mówię?

- Jeżeli sądzisz, że czuję się tym obrażony, to się mylisz - Krztusząc się ze śmiechu, 

Aidan także usiadł i głośno ją pocałował. - Powiedziałbym, że to jest warte kolejnego toastu -

za głupotę Williama, za to, że nie poznał się na klejnocie, który wpadł teraz w moje ręce.

Zarzuciła mu ramiona na szyję, uścisnęła mocno.

-  Nikt  nigdy  nie  dotykał  mnie  w  taki  sposób,  jak  ty.  Nie  myślałam,  że  ktoś  jeszcze 

zechce.

- A ja znowu jestem spragniony. - Zanurzył nos w zagłębieniu jej szyi. - Może byśmy 

zeszli na dół i wzięli wino, a także coś do jedzenia? A potem wrócilibyśmy na górę i zaczęli 

wszystko od początku?

-  Uważam,  że  to  znakomity  pomysł.  -  Zmusiła  się  do  tego,  żeby  nie  czuć 

onieśmielenia,  kiedy  wyszła  nago z  łóżka.  Zobaczył już  wszystko, co  mógł  zobaczyć,  więc 

byłoby teraz głupio obnosić się ze swoją nieśmiałością.

Ulżyło  jej  jednak,  kiedy  włożyła  pożyczoną  koszulę  i  własne  spodnie.  Ale  kiedy 

sięgnęła  po  opaskę  na  włosy,  Aidan  położył  na  jej  ramieniu  rękę,  co  sprawiło,  że  aż 

podskoczyła.

- Dlaczego je wiążesz do tyłu?

- Bo tak wyglądają okropnie.

- Lubię, gdy są w nieładzie. - Wsunął w nie palce i pobawił się nimi. - Taki nieład w 

ślicznym ciemnym kolorze.

- Brązowym. - Zawsze uważała, że jej włosy są równie nieciekawe jak kora drzewa.

- Jak futro norek, kochanie. - Pocałował ją w czubek nosa. - Co my z tobą poczniemy, 

Jude Frances, gdy kiedyś zdejmiesz klapki z oczu i zobaczysz, jaka naprawdę jesteś? Sądzę, 

że  zrobisz  się  strasznie  zarozumiała.  A  teraz  chodź,  taka  jaka  jesteś  -  dodał  i  zaczął  ją 

wypychać z pokoju. - W końcu jestem jedyny, który na to patrzy.

Była zbyt uszczęśliwiona, żeby się sprzeczać, ale postawiła się twardo, kiedy znaleźli 

się w kuchni.

- Ty zrobiłeś śniadanie, więc ja przygotuję kolację - powiedziała i wyjęła wino. - Nie 

umiem dobrze gotować, więc będziesz musiał zadowolić się moim żelaznym repertuarem.

- Co by to miało być?

- Zupa z puszki i grzanki z serem.

background image

- To brzmi jak bajka w deszczową noc. - Wziął wino i usiadł przy stole. - Nie mówiąc 

o przyjemności patrzenia na ciebie, kiedy będziesz to przygotowywała.

- Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę kuchnię, pomyślałam, że jest urocza. A potem 

uświadomiłam  sobie,  że  nie  ma  tu  zmywarki  do  naczyń,  ani  mikrofalówki,  ani  też 

elektrycznego otwieracza do konserw i maszynki do kawy.

Śmiejąc  się  wyjęła  ze  spiżarni  puszkę  zupy  i  zaczęła  ją  otwierać  małym  ręcznym 

otwieraczem.

-  Muszę  przyznać,  że  byłam  przerażona.  Wkrótce  jednak  gotowanie  zaczęło  mi 

sprawiać  prawdziwą  radość  znacznie  większą  niż  w  mojej  kuchni  w  apartamencie, 

wyposażonej  w  najnowocześniejszy  najwyższej  jakości  sprzęt  -  kuchenkę  Jenn  -  Air  z 

automatycznym wyciągiem, lodówkę, Sub Zero z nierdzewnej stali.

Sięgnęła do lodówki po masło i ser.

- Oczywiście nie robiłam niczego skomplikowanego. Zbierałam się na odwagę, żeby 

poeksperymentować  z  proszkiem  do  pieczenia  i  upiec  chleb.  Może  nawet  uda  mi  się  upiec 

prawdziwe ciasto.

- Aż tak się rwiesz do tego.

- Tak - Uśmiechnęła się przez ramię, smarując chleb masłem. - Ale może z tego nic 

nie wyjść, jeśli się tego nigdy wcześniej nie robiło.

- Nie dowiesz się co wyjdzie, dopóki nie spróbujesz.

-  Nie  znoszę  porażek  -  potrząsnęła  głową,  rozgrzewając  patelnię.  -  Wiem  też,  że  to 

moja wada. Właśnie dlatego nie robiłam wielu rzeczy, na które miałam ochotę. Zawsze sobie 

wmawiałam,  że  wszystko  spartaczę,  więc  nawet  nie  próbowałam.  Tak  bywa,  kiedy  się  jest 

niezdarnym i niewydarzonym dzieckiem doskonałych rodziców.

Położyła kromki chleba na patelni i z przyjemnością słuchała jak skwierczały.

- Całkiem nieźle wychodzą mi grzanki z serem, więc nie umrzesz z głodu. - Odwróciła 

się i wpadła na niego.

I  znowu  jego  usta  całowały  jej  wargi.  Gorące,  odrobinę  szorstkie  i  bardzo 

podniecające. Kiedy ponownie pozwolił jej złapać oddech, pokiwał głową.

-  Nie  ma  w  tym  nic  niezdarnego,  podobnie  jak  w  reszcie,  którą  miałem  okazje 

zobaczyć.

Zadowolony wrócił do stołu do swojego wina.

Jude pozbierała się w porę, żeby nie pozwolić wykipieć zupie.

Został na noc, mogła się więc wtulić w jego ciepłe ciało. O wschodzie słońca, kiedy 

wpadające  przez  okno  złociste  światło  zamigotało  w  powietrzu,  jeszcze  po  nią  sięgnął, 

background image

kochając się z nią szaleńczo, po czym pogrążyła się we śnie.

Kiedy się obudziła, siedział obok niej na łóżku z filiżanką kawy w dłoni i głaskał jej 

włosy.

- Która godzina?

- Już po dziesiątej, a ja naraziłem na szwank twoją reputację.

-  Po  dziesiątej?  -  Usiadła  szybko,  wdzięczna  mu  za  to,  że  podał  jej  kawę.  -  Moją 

reputację?

-  Odtąd  jesteś  skazana  na  wieczne  potępienie.  Chciałem  wyjść  o  świcie,  żeby  mego 

samochodu nie widziano pod twoim domem, ale miałem co innego do roboty.

Westchnęła głęboko.

- Przypominam sobie.

- Teraz będą gadali, że chłopak od Gallagherów przygadał sobie jankeskę.

Zaświeciły się jej oczy.

- Będą gadali? To wspaniale. Roześmiał się, pociągnął ją za włosy.

- Pomyślałem nawet, że może ci się to spodobać.

-  Byłoby  jeszcze  lepiej,  gdybym  to  ja  naraziła  na  szwank  twoją  reputację.  Jeszcze 

nigdy nikomu tego nie zrobiłam.

Mogłabym  uchodzić  za  rozwiązłą  amerykankę,  która  sprzątnęła  cię  sprzed  nosa 

wszystkim miejscowym paniom.

-  No  cóż,  skoro  postanowiłaś  zostać  rozwiązłą  kobietą,  wrócę  tu  wieczorem  po 

zamknięciu pubu i będziesz mnie mogła zniesławić.

- Z przyjemnością.

-  Zostaw  przed  domem  zapalone  światło  kochanie.  -  Pochylił  się  i  pocałował  ją.  -

Cholerna papierkowa robota. - mruknął - muszę się z nią uporać. - Będziesz za mną tęskniła, 

prawda Jude?

- Oczywiście.

Gdy  wyszedł,  usadowiła  się  znowu  na  poduszkach,  słuchając  jak  zamyka  drzwi 

samochodu i odjeżdża.

Przez godzinę nic nie robiła, tylko siedziała w łóżku i nuciła.

background image

13

Mam romans.

Jude  Frances  Murray  ma  namiętny  romans  ze  wspaniałym,  uroczym,  seksownym 

Irlandczykiem.  Pisanie  o  tym  sprawia  mi  przyjemność.  Zachowuję  się  jak  pensjonarka; 

mogłabym  w  nieskończoność  wypisywać  jego  imię  w  dzienniku.  Aidan  Gallagher.  To  brzmi 

cudownie.

Jest taki przystojny. Wiem, że zachwycanie się czyimś wyglądem świadczy o ubóstwie 

intelektualnym, ale... No cóż . czy nie mogę napisać tego we własnym dzienniku?

Jego  włosy  są  ciemne,  intensywny  kasztan,  a  światło  słońca  wydobywa  z  nich  lekko 

rudy odcień . Ma wspaniałe niebieskie oczy, a kiedy zwraca je w moją stronę, kiedy na mnie 

patrzy,  co  mu  się  często  zdarza,  robi  mi  się  gorąco  i  błogo.  Ma  wyraziste  rysy  twarzy. 

Uśmiecha się beztrosko, a na brodzie ma malutką szparkę .

Jego ciało... Wprost nie mogę uwierzyć , że było na mnie, pode mną . Jest takie silne i 

twarde, z mięśniami jak z żelaza. Mocarne. Chyba to jest właściwe słowo. Mój kochanek jest 

mocarnie zbudowany. Sądzę , że pora przestać się rozwodzić nad jego powierzchownością.

Inne  jego  zalety  są  równie  imponujące.  Jest  bardzo  miły  i  uprzejmy,  i  ma  wielkie 

poczucie  humoru.  Umie  też  słuchać.  Zdolność  ,  której  grozi  wyginięcie,  a  Aidan  ma  ją  w 

nadmiarze.

Jego więzi rodzinne są głębokie i silne, a jego szacunek dla pracy jest godny podziwu. 

Ma  fascynujący  umysł,  podziwiam  go  też,  gdy  opowiada  różne  historie.  Mogę  go  słuchać 

godzinami.

Ogromnie  dużo  podróżował,  widział  wiele  miejsc,  o  których  ja  tylko  śniłam.  Teraz, 

kiedy  jego  rodzice  zamieszkali  w  Bostonie,  przejął  rodzinny  interes,  a  rolę  głowy  rodziny 

traktuje ze spokojem i raczej nie narzuca swojego zdania.

Aidana  i  mnie  łączy  fizyczny  związek,  a  także  serdeczna  przyjaźń  .  Wiem,  że 

powinniśmy się tym zadowolić .

Nic jednak na to nie poradzę, że się w nim zakochałam.

Stwierdzam,  że  wszystko,  co  dotychczas  napisałam  na  temat  zakochania  się  ,  jest 

absolutną prawda . Powietrze pachnie teraz słodziej, słońce pojaśniało. Gdy chodzę , prawie 

nie dotykam ziemi.

To niesamowite. I cudowne.

Nie  doświadczyłam  dotąd  niczego  podobnego.  Nie  podejrzewałam  siebie  o  takie 

background image

uczucia. Namiętne i oszołamiające, absolutnie zwariowane.

Wiem, że jestem tym, kim byłam. Patrzę w lustro i nadal widzę swoje odbicie. Zarazem 

jednak wydaje mi się, jakby nagle zostały wyeksponowane jakie moje ukryte dotąd części.

Zdaję  sobie  sprawę  ,  że  fizyczny  i  emocjonalny  bodziec,  udział  endorfin  i...  Och,  do 

diabła z tym! Nie ma potrzeby analizowania tego ani szukania dziury w całym. Tak ma być i 

już...

To, jak przychodzi do mnie wieczorem, jest takie romantyczne. Wyłania się z mgły albo 

pojawia  się  w  świetle  księżyca  i  puka  do  moich  drzwi.  Przynosi  mi  polne  kwiaty,  muszelki 

morskie albo liczne kamyczki.

Robi  z  moim  ciałem  rzeczy,  o  których  czytałam  tylko  w  książkach.  Nie,  w  żadnych 

książkach nie potrafiono tego tak opisać.

Czuję  się  jak  rozpustnica.  Można  się  uśmiać.  Jude  Frances  Murray  czuje  seksualny 

pociąg. Nie wykazuję żadnych objawów oziębłości.

Nigdy w życiu nie miałam takiej frajdy.

Nie  miałam  pojęcia,  że  romans  może  dawać  tyle  uciechy. Dlaczego  nikt  mi  tego  nie 

powiedział?

Kiedy patrzę w lustro, czuję się piękna. Kto by przypuszczał - czuję się piękna!

Porywam dzisiaj Darty i jedziemy na zakupy do Dublina. Mam zamiar kupić sobie coś 

ekstrawaganckiego, bez żadnego, ale to żadnego powodu.

Dom Gallagherów był śliczny i stary, położony na skraju wsi, na zboczu niewielkiego 

wzgórza, z widokiem na morze. Gdyby Jude zapytała, dowiedziałaby się, że syn Shamusa -

także o imieniu Aidan - zbudował ten dom w roku swojego ślubu.

Gallagherowie nie utrzymywali się z morza, ale lubili na nic patrzeć.

Kolejne  pokolenia  rozbudowywały  dom,  w  miarę  jak  pozwalały  na  to  finanse.  A 

większość okien wychodziła na morze.

Sam  dom  był  zbudowany  z  ciemnego  drewna  i  z  kamienia  w  kolorze  piaskowym, 

połączonych  ze  sobą  bez  jakiegoś  szczególnego  stylu.  Wydał  jej  się  intrygujący  i 

niepowtarzalny.  Miał  dwie  kondygnacje  i  duży  frontowy  ganek,  który  się  prosił  o  świeżą 

farbę,  oraz  wąską,  wytartą  od  ciągłego  chodzenia  kamienną  ścieżkę.  Okna  składały  się  z 

licznych  szybek  w  kształcie  rombów,  które  chyba  piekielnie  trudno  było  utrzymać  w 

czystości.

Zastanawiała się, jak mogło wyglądać dzieciństwo Aidana w takim wielkim, pełnym 

zakamarków  domu,  tuż  obok  plaży,  a  jednocześnie  na  tyle  blisko  wsi,  żeby  mieć  moc 

przyjaciół.

background image

Wprawnym już okiem Jude wypatrzyła, iż ogród wymaga pracy, ale zdobiła go ładna, 

dzika alejka.

Rozłożony  na  kamiennej  ścieżce  leżał  czarny  kot.  Licząc  na  to,  że  jej  nie  drapnie, 

ukucnęła  i  podrapała  go  między  uszami.  Odwdzięczył  się  jej,  mrużąc  oczy  i  wydając 

zadowolony pomnik, podobny do hamującego na szynach pociągu.

-  To  jest  Bub.  -  We  frontowych  drzwiach  stanął  Shawn  i  uśmiechnął  się  do  Jude.  -

Zdrobnienie od Belzebuba, jako że  to  prawdziwy  szatan.  Zapraszam  cię na herbatę, Jude,  a 

jeśli się spodziewasz, że Darcy będzie gotowa na czas, to znaczy, że jej nie znasz.

- Nie ma pośpiechu. Tym lepiej, ponieważ ona, nawet gdy idzie za róg po mleko, stroi 

się przez godzinę.

Cofnął się do środka, żeby ją przepuścić, po czym krzyknął przez ramię  w kierunku 

schodów.

-  Darcy,  Jude  przyjechała  i  mówi,  żebyś  szybciej  ruszała  tym  swoim  zadufanym 

tyłkiem, jeśli chcesz jechać do Dublina.

- Och, nic takiego nie powiedziałam - oburzyła się Jude i zaczerwieniła, rozśmieszając 

tym Shawna, który zdecydowanym ruchem pociągnął ją do środka.

- Ona i tak nie zwraca uwagi na moje słowa. Mogę cię zatem poczęstować herbatą?

- Nie, dziękuję. - Rozejrzała się wokoło. Z niewielkiego holu wchodziło się do salonu 

pełnego mebli i bibelotów, wygodnie urządzonego.

Oto dom i rodzina. I ciepłe powitanie.

-  Aidan  jest  w  pubie  i  odbiera  dostawy.  -  Shawn  ujął  ją  po  przyjacielsku  za  rękę  i 

pociągnął do salonu. Wreszcie mógł lepiej przyjrzeć się kobiecie, którą jest tak oczarowany 

jego brat. - Jesteś więc skazana na moje towarzystwo.

-  No  cóż,  nie  sądzę,  żeby  to  miała  być  jakaś  katorga.  Kiedy  się  znowu  roześmiał, 

uświadomiła sobie, że jeszcze nigdy nie flirtowała z taką łatwością i tak niewinnie. A już na 

pewno nie z mężczyzną pięknym jak anioł.

- Nie miałem dotąd okazji zamienienia z tobą nawet paru słów.  -  Zaświeciły mu  się 

oczy. - Mój brat trzyma cię tylko dla siebie.

- A ty zawsze jesteś w kuchni, kiedy przychodzę do pubu.

- Gdzie przykuwają mnie łańcuchami. Ale możemy to teraz odrobić.

Zdała  sobie  sprawę,  że  i  on  w  równie  niewinny  sposób  z  nią  flirtuje.  To  jej  nie 

wytrąciło  z  równowagi.  Nie  przyprawiło  o  rozkoszne  pulsowanie  krwi,  jak  podczas 

flirtowania z Aidanem. Ale było jej z rym dobrze.

- Więc zacznę od tego, że powiem, iż macie śliczny dom.

background image

- Czujemy się tutaj szczęśliwi. - Doprowadził ją do fotela. - Darcy i ja mamy dla siebie 

dość przestrzeni.

- Przeznaczony jest dla dużej rodziny, z liczną dzieciarnią.

- Dawniej nie brakowało tu dzieci. Nasz ojciec był jednym z dziesięciorga rodzeństwa.

- Dziesięciorga? Dobry Boże!

Mamy  wujów,  ciotki  i  kuzynów  porozrzucanych  po  całym  świecie  -  Gallagherów  i 

Fitzgeraldów. I ty do nich należysz - dodał z promiennym uśmiechem. - Pamiętam, że kiedy 

byłem małym chłopcem, przyjeżdżali od czasu do czasu całymi gromadami do naszego domu 

i  że  zawsze  musiałem  dzielić  łóżko  z  jakimś  kuzynem  z  Wicklow,  z  Bostonu  albo  z 

Devonshire.

- I nadal się pojawiają?

-  Zdarza  się.  Na  przykład  ty,  kuzynko  Jude.  -  Spodobał  mu  się  sposób,  w  jaki  się 

uśmiechnęła, słodko i troszkę nieśmiało. - Ale teraz przez większość czasu mieszkam tu tylko 

z  Darcy.  I  tak  będzie,  dopóki  jedno  z  nas  nie  postanowi  założyć  rodziny.  Dom  przypadnie 

temu, kto pierwszy się zdecyduje.

- A co na to inni?

- Nic. Taki zwyczaj obowiązuje u Gallagherów.

- I wiecie, że zawsze będziecie tu mile widziani - że to zawsze będzie wasz dom.

-  Zgadza  się.  -  Powiedział  wyczuwając,  że  ona  tęskni  za  własnym  domem.  -  Masz 

dom w Chicago?

-  Nie.  Mam  apartament,  czyli  duże  mieszkanie.  W  doskonałym  punkcie.  Widać  z 

niego ocean.

Wstała  i  podeszła  do  starego  pianina.  Klawisze  były  pożółkłe,  wyszczerbione,  a 

podstawka do nut połamana.

- Kto z was gra?

-  Wszyscy.  -  Shawn  stanął  obok  niej,  położył  długie  palce  na  klawiszach  i  szybko 

zagrał kilka akordów. Instrument może i był rozstrojony, ale miał piękny dźwięk. - Też grasz?

- Odrobinę. Nie za dobrze. - Westchnęła, karcąc się za robienie z siebie ofermy. - Tak.

- A więc grasz czy nie?

- Tak, gram.

- To świetnie, a zatem posłuchajmy. - Przez zaskoczenie posadził ją na ławeczce.

- Nie grałam od miesięcy - zaczęła, ale on już ustawił nuty i usiadł obok niej.

- Spróbuj to.

Ponieważ  zamierzała  zagrać  tylko  parę  akordów,  nawet  nie  sięgnęła  do  torebki  po 

background image

okulary.  Bez  nich  musiała  się  teraz  pochylić  i  lekko  zmrużyć  oczy.  Była  trochę 

zdenerwowana,  wytarła  wilgotne dłonie  o  uda,  perswadując  sobie,  że  to  nie  jest  jeden  z  jej 

dziecięcych recitali, które ją przyprawiały o straszliwe mdłości.

Uśmiechnął się, kiedy, zanim zaczęła grać, dwa razy odetchnęła głęboko.

- Och, jakie to śliczne! - Zapomniała o nerwach, oczarowana romantyczną melodią. -

Jakie przejmujące.

- Też tak uważam. - Słuchając gry Jude, Shawn bacznie się jej przyglądał. Nietrudno 

zrozumieć,  dlaczego  wpadła  bratu  w  oko.  Śliczna  twarz,  spokojny  sposób  bycia  i  te 

zadziwiająco sugestywne, zamglone oczy.

- Naprawdę bardzo dobrze grasz, Jude Frances. Dlaczego się opierałaś?

- Zawsze uważam, że  nie jestem wystarczająco dobra - odpowiedziała mimochodem 

pogrążona w muzyce. - Każdy by to potrafił zagrać. To jest cudowne. Jak się nazywa?

- Jeszcze tego nie nazwałem.

- To ty skomponowałeś? - Przestała grać, wpatrując się w niego osłupiałym wzrokiem. 

Wobec wszystkich artystów czuła nabożny szacunek. - Naprawdę? Shawn, to jest wspaniałe.

- Och, tylko nie zaczynaj mu prawić komplementów. Jest już i tak zbyt zarozumiały. -

Do pokoju weszła Brenna, wsunęła ręce do kieszeni workowatych dżinsów.

- Ona uznaje muzykę tylko wówczas, kiedy pije piwo.

- Kiedy skomponujesz jakąś powstańczą pieśń, wzniosę za ciebie toast.

Dogadywali sobie po przyjacielsku.

- A co ty tu robisz? O ile mi wiadomo, nie było tu żadnej awarii.

- A czy widzisz w moim ręku skrzynkę z narzędziami? - powiedziała rozgoryczona, że 

ten  cholerny,  zaślepiony  dureń  nigdy  nie  spojrzy  na  nią  jak  na  kobietę.  -  Wybieram  się  do 

Dublina z Jude i z Darcy. - Wzruszyła ramionami. - Już mnie zmęczyły nieustanne podchody 

Darcy,  więc  się  poddałam.  -  Odwróciła  się  i  krzyknęła  w  kierunku  schodów.  -  Darcy,  na 

miłość boską, co się tak, do cholery, grzebiesz? Czekam już od godziny.

- Będziesz musiała się teraz wyspowiadać z tego kłamstwa przed ojcem Clooneyem -

odezwał się Shawn - ponieważ dopiero co weszłaś do domu.

-  To  tylko  grzech  powszedni,  a  ona  może  dzięki  temu  zejdzie  przed  upływem 

tygodnia. - Usiadła w fotelu. - Dlaczego nie jesteś w pubie i nie pomagasz Aidanowi odbierać 

towaru. Dzisiaj jest dzień dostaw.

- Ponieważ poprosił, żebym został i dotrzymał towarzystwa Jude, zanim Darcy zrobi 

się  na  bóstwo.  Ale  skoro  tu  jesteś,  wychodzę.  Przyjdź  tu  jeszcze,  Jude  Frances,  i  pograj.  -

Wstał,  uśmiechając  się.  -  To  wielka  przyjemność  móc  słuchać  własnych  melodii  granych 

background image

przez kogoś, kto docenia muzykę.

Ruszył ku wyjściu, zatrzymał się tylko na moment przy fotelu Brenny i naciągnął jej 

czapeczkę na oczy. Szarpnęła ją i nałożyła tak jak trzeba, podczas gdy za nim zatrzasnęły się 

już drzwi frontowe.

- Zachowuje się, jakbym nadal miała dziesięć lat i kopnęła go w tyłek podczas gry w 

futbol.  -  Na  jej  twarzy  pojawił  się  rozmarzony  szeroki  uśmiech.  -  Swoją  drogą  tyłek  ma 

świetny, nie uważasz?

Jude roześmiała się i wstała, żeby uporządkować nuty.

- Reszta też jest niczego sobie. I komponuje cudowną muzykę.

- O tak, ma rzadki talent - Jude odwróciła się zdziwiona.

- Przed chwilą mówiłaś coś wręcz odwrotnego.

-  No  cóż,  gdybym  mu  to  powiedziała,  nadąłby  się  jeszcze  bardziej  i  zrobiłby  się 

zupełnie nieznośny.

- Odnoszę wrażenie, jakbyś go znała od zawsze.

-  Od  zawsze  i  jeszcze  trochę  -  przytaknęła  Brenna.  -  Między  nami  są  cztery  lata 

różnicy, a on pierwszy pojawił się na świecie.

- I byłaś w tym domu tyle razy, że nawet nie zliczysz. Możesz tu przychodzić jak do 

siebie, ponieważ to jest tego rodzaju dom.

Jude  wstała,  żeby  obejrzeć  rodzinne  fotografie,  rozmieszczone  tu  i  ówdzie  w 

przypadkowych  ramkach,  stary  dzban  z  urwaną  pokrywką,  z  mnóstwem  wiosennych 

kwiatów. Tapeta była spłowiała, dywan sfatygowany.

-  Wpadałam  tutaj  jak  do  siebie,  a  Darcy  i  jej  bracia  traktowali  mój  dom  jak  swój 

własny - odpowiedziała jej Brenna. - A od pani Gallagher nieraz dostałam w tyłek, ponieważ 

traktowała mnie tak jak własne dzieci.

Jude w dzieciństwie nie bito. Przemawiano jej zawsze do rozumu, stosując pasywno -

agresywną metodę wychowawczą, odwołującą się do poczucia winy.

- Cudownie byłoby się wychowywać w takim domu, pośród muzyki.

Obeszła  cały  pokój,  dostrzegając  wygodne,  mocno  już  nadszarpnięte  zębem  czasu 

poduszki i podniszczone drewno, nieład i wzory, w jakie układało się światło wpadające przez 

okno.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  przydałoby  się  tu  małe  sprzątanie.  A  jednak  wszystko  tu 

było. Dom, rodzina, tradycja.

Tak,  to  idealne  miejsce  dla  rodziny,  dla  dzieci,  tak  jak  jej  domek  stworzony był  do 

samotności i do kontemplacji.

Wyobraziła  sobie,  że  ściany  tego  domu  przechowują  echa  wielu  głosów  -

background image

podniesionych w złości, radosnych.

Odwróciła głowę, gdy na schodach rozległ się rumor i z rozwianymi włosami zbiegła 

na dół Darcy.

- Długo tak jeszcze będziecie próżnować? - zapytała. - Może byśmy wreszcie ruszyły 

do Dublina?

Podróż  do  Dublina  w  niczym  nie  przypominała  jej  niedawnej  jazdy  w  przeciwnym 

kierunku.  Samochód  rozbrzmiewał  paplaniną  i  Jude  nie  miała  wiele  okazji  do 

zdenerwowania.  Darcy  była  nafaszerowana  lokalnymi  ploteczkami.  Podobno  Maggie 

Brennan wpakowała się z młodym Douglasem O'Brianem w tarapaty, więc wesele odbędzie 

się zaraz po ogłoszeniu zapowiedzi w kościele. A Jack Brennan był tak oburzony tym, że jego 

córka wymykała się z domu do Douglasa, że upił się za trzech i przespał noc pod drzwiami, 

jako że żona zamknęła mu dom przed nosem.

- Słyszałam, że pan Brennan postanowił dopaść Douglasa, a on schował się w stodole 

ojca  -  gdzie  podobno,  jak  na  to  wskazują  poczynione  we  wsi  zakłady,  popełniono  ten 

haniebny czyn - i  czekał aż  kryzys minie.  - Brenna wyciągnęła się na tylnym siedzeniu  jak 

rozleniwiony  kot,  osłaniając  oczy  daszkiem  czapeczki.  -  Nie  trzeba  będzie  długo  czekać,  a 

Maggie  zmieni  zdanie  -  niech  tylko  spuchnie  jej  brzuch,  a  pod  łóżkiem  zobaczy  buty  tego 

niedojdy Douglasa.

- Oboje nie mają jeszcze dwudziestu lat - dodała Darcy, kręcąc głową. - Współczuję 

im takiego startu.

- Czy muszą się pobierać? - zapytała Jude. - Są jeszcze za młodzi.

Darcy wytrzeszczyła na nią oczy.

- Skoro będą mieli dziecko, co mogą innego zrobić?

Jude  powstrzymała  się  od  wymieniania  różnych  innych  rozwiązań.  Przypomniała 

sobie w porę, że przecież znajduje się w Irlandii.

- A ty co byś zrobiła, Darcy - zapytała - gdyby się okazało, że jesteś w ciąży?

- Po pierwsze, uważałabym, żeby nie zadawać się z kimś, z kim nie chciałabym żyć w 

stałym  związku,  gdyby zaszła  taka  potrzeba.  A po  drugie -  powiedziała  po  namyśle -  mam 

dwadzieścia cztery lata i zarabiam, więc nie bałabym się tak bardzo plotek, żebym nie mogła 

samodzielnie wychować dzieciaka, gdybym popełniła błąd.

Przechyliła głowę, bacznie spoglądając na Jude.

- Chyba nie jesteś w ciąży, co?

- Nie! - Z wrażenia Jude omal nie zjechała z drogi. - Oczywiście, że nie.

-  Dlaczego  „oczywiście”,  skoro  przez  cały  ostatni  tydzień  śpisz  co  noc  z  Aidanem? 

background image

Żadne zabezpieczenie nie jest niezawodne.

- Tak, ale...

-  Och,  przestań  ją  straszyć,  Darcy.  Po  prosto  zazdrościsz  jej,  że  to  ona,  a  nie  ty 

regularnie uprawia seks.

Darcy rzuciła kpiące spojrzenie na tylne siedzenie.

- Podobnie jak ty, moja droga.

- Tym gorzej dla nas. - Brenna wyprostowała się, pochyliła do przodu,  opierając się 

łokciami o przednie siedzenia. - Więc opowiedz nam, biednym, samotnym kobietom, o seksie 

z Aidanem. Niezły facet, prawda, Jude?

- Nie opowiem - odpowiedziała ze śmiechem.

- Och, nie rób z siebie świętoszki. - Brenna traciła ją ramieniem. - Powiedz no tylko, 

czy  poświęca  temu  trochę  swojego  drogocennego  czasu,  czy  też  mógłby  zostać  członkiem 

Irlandzkiego Klubu Gry Wstępnej?

- Irlandzkiego Klubu Gry Wstępnej?

-  Nie  słyszałaś  o  tym?  -  zdziwiła  się  Brenna,  gdy  tymczasem  Darcy  parsknęła 

śmiechem.  -  Ich  zawołaniem  bojowym  jest:  „Dogadzaj  sobie  sama,  Bridget”.  A  potem 

wsadzają i wyjmują, zanim zagrzeje im się piwo.

Ku własnemu zdziwieniu Jude Wybuchnęła śmiechem.

- Nic nazywa mnie Bridget, o ile ja nie nazywam go Shamusem.

- Zażartowała. - Darcy udała, że ociera łzę z policzka. - Nasza Jude zażartowała. Cóż 

to za piękna chwila.

- A jaka finezja - dorzuciła Brenna. - Ale powiedz nam. Jude, czy on poświęca temu 

trochę czasu, to znaczy, czy pieści powoli, skubie zębami tam, gdzie trzeba, czy też jest tak 

napalony, że załatwia to szybko i kończy, zanim zdążysz krzyknąć z rozkoszy?

- Nie mogę rozmawiać o tym w obecności siostry Aidana.

- A więc wyrzućmy ją, wtedy mi opowiesz.

-  Dlaczego  nie  miałabyś  mówić  o  tym  przy  mnie?  -  zapytała  Darcy,  nie  zwracając 

uwagi  na  zaskoczone  spojrzenie  Brenny.  -  Wiem,  że  żyje  z  tobą.  Skurczybyk.  Jeżeli  to  cię 

krępuje, potraktuj mnie jak swoją przyjaciółkę, zapomnij na chwilę, że jestem siostrą Aidana.

Przyciśnięta do muru Jude westchnęła.

- No dobrze, powiem tylko tyle, że z nikim nie było mi tak dobrze. William wszystko 

musiał idealnie zaplanować. A przed nim był tylko Charles.

- Charles? Brenno, nasza Jude jest kobietą z przeszłością.

- A kim był Charles? - zareagowała błyskawicznie Darcy.

background image

- Jest specjalistą od spraw finansowych.

- Więc jest bogaty. - Darcy z lubością zaakcentowała to magiczne słowo.

- Jego rodzina  ma pieniądze. Poznaliśmy się,  gdy byłam na ostatnim  roku  college'u. 

Śmiem twierdzić, że fizyczne zbliżenie z nim... No cóż, ostateczny bilans się zgadzał, ale był 

to raczej żmudny proces. Aidan jest... romantyczny.

Jej towarzyszki zaśmiały się tak radośnie, że sama nie zdołała zachować powagi.

- Och, przestańcie. Nie powiem więcej ani słowa.

- To draństwo, żeby nas w ten sposób rozdrażniać. - Brenna pociągnęła Jude za włosy. 

- Nie wymigasz się, póki  nie podasz choćby jednego  malutkiego przykładu świadczącego o 

jego romantyzmie - oczywiście w nawiązaniu do seksu.

- Jednego?

- Będziemy tym usatysfakcjonowane, prawda, Darcy?

- No jasne. Nie prowadzimy dochodzenia na temat jej osobistego życia, prawda?

- No dobrze, niech wam będzie. Za pierwszym razem wziął mnie na ręce i zaniósł na 

górę, do sypialni.

- Jak Rhett i Scarlet.

- Nieźle. - Brenna ułożyła policzek na ramieniu. - Daję mu za to wysoką notę.

- Traktuje mnie tak, jakbym była kimś szczególnym.

- A dlaczego nie? - zapytała Darcy.

-  Nikt  tak  nigdy  nie  robił.  No  więc,  skoro  jesteśmy  przy  tym  temacie  i  tyle  wam 

opowiedziałam,  wyznam  jeszcze,  że  nie  mam  nic...  no  nic  ładnego,  seksownego.  Żadnej 

szykownej bielizny - Pomyślałam, że może mogłybyście mi pomóc coś wybrać.

- Tak się składa, że znam odpowiednie miejsce. - Darcy z emocji aż zatarła ręce.

- Wydałam dwa tysiące funtów na bieliznę. Oszołomiona Jude przeciskała się Grafion 

Street.  Wszędzie  tu  było  pełno  ludzi,  aż  się  od  nich  roiło.  Kupujący,  turyści,  grupy 

nastolatków,  a  co  parę  kroków  muzycy  grający  za  miedziaki.  Wszystko  tu  było 

zdumiewające: dźwięk, kolory, formy. Ale nie tak zdumiewające jak to, co zrobiła.

- Dwa tysiące! Na bieliznę!

- Warta jest każdych pieniędzy - zapiała Darcy. - Zostanie twoim niewolnikiem.

Były obładowane firmowymi torbami, ale według Darcy Jude i tak zachowywała się 

powściągliwie.

- Nie mam siły tego nieść.

- Dawaj. - Darcy wyrwała Jude kilka toreb i wcisnęła je Brennie.

- Już nic więcej nie kupię.

background image

- Chyba masz wolne ręce, prawda? Och! Spójrz na te pantofle. - Darcy przedarła się 

przez zgromadzony wokół trzech skrzypków tłumek i stanęła na wprost obiektu pożądania.

-  Chcę  herbaty  -  mruknęła  Brenna,  po  czym  rzuciła  gniewne  spojrzenie  na  czarne 

pantofle  na  dziesięciocentymetrowych  obcasach,  przy  których  Darcy  stroiła  głupie  miny.  -

Porobią ci się bąble i dostaniesz skurczu, zanim ujdziesz w czymś takim kilometr.

- One nie są do chodzenia, ty idiotko. Będę je miała. - Darcy weszła do sklepu.

-  Nie  doczekam  się  tej  herbaty  -  poskarżyła  się  Brenna.  -  Umrę  z  głodu  i  z 

odwodnienia, a wy nawet nie zauważycie, kiedy padnę przywalona tą stertą toreb, w których, 

pozwolę sobie zauważyć, nie ma ani jednej rzeczy dla mnie.

- Jak tylko przymierzę buty, napijemy się herbaty. A te. Jude, są idealne dla ciebie.

- Nie potrzebuję więcej butów. - Bez sił osunęła się na krzesełko i w tej samej chwili 

jej  wzrok  przykuły  piękne  wieczorowe  pantofelki  w  brązowym  odcieniu.  -  Są  śliczne,  ale 

musiałabym jeszcze mieć do nich odpowiednią torebkę.

- Torebkę. Jezu Chryste!

Kupiła  pantofle  -  i  torebkę  -  a  oprócz  tego  cudowny  żakiet  w  sklepie  na  tej  samej 

ulicy.  A  potem  doszedł  jeszcze  słomkowy  kapelusz,  który  miał  służyć  tylko  do  prac  w 

ogrodzie. Ponieważ były obładowane, przegłosowały przy jednym głosie sprzeciwu Brenny, 

że  zataszczą  zakupy  do  samochodu  i  zamkną  je  w  bagażniku,  by  następnie  wyruszyć  na 

poszukiwanie jakiegoś miejsca, gdzie się posilą.

- Dzięki ci. Najświętsza Panienko, i wam, wszyscy święci. - Brenna ciężko usiadła w 

kąciku  malutkiej  włoskiej  restauracji,  w  której  cudownie  pachniało  czosnkiem.  -  Wezmę 

dużego  harpa  -  złożyła  zamówienie,  gdy  tylko  kelner  skłonił  się  przed  nimi  -  i  pizzę  ze 

wszystkimi dodatkami.

Darcy posłała kelnerowi uśmiech, od którego aż się zatoczył z wrażenia.

-  Weźmiemy  pizzę  i  będziemy  sobie  dziobać  z  dwóch  różnych  zestawów.  Ja  też 

wezmę harpa, ale tylko szklaneczkę.

- Jak uważasz, ale ja muszę mieć do tego grzyby i kiełbasę.

- Świetnie - zgodziła się Darcy. - A ja czarne oliwki i zieloną paprykę. Jude?

- Dla mnie, woda mineralna i... peperoni, i kapary. Niemiłosiernie bolały ją nogi, nie 

pamiętała  nawet  połowy  z  tego,  co  kupiła,  z  głodu  i  nieustannego  gadania  bolała  ją  trochę 

głowa. A mimo to czuła nieopisaną radość.

-  To  mój  pierwszy  dzień  spędzony  w  Dublinie  -  powiedziała  spokojnie  Jude.  -  Nie 

byłam w żadnym muzeum ani w galerii, nie zrobiłam też ani jednego zdjęcia. Nie zwiedziłam 

St. Stephen Green, nie poszłam do Trinity College. To hańba.

background image

- Dlaczego? Dublin ci nie ucieknie. - Darcy przestała na chwilę flirtować z kelnerem. -

Możesz tu wrócić i zrobić wszystko, cokolwiek zechcesz.

-  Chyba  masz  rację.  Tak  będzie  najlepiej.  Już  sobie  wszystko  zaplanowałam, 

przewertowałam  przewodniki  i  opracowałam  trasę,  a  także  dokładnie  obliczyłam  czas. 

Nawiasem mówiąc, zakupy umieściłam na początku listy.

- Więc teraz będziesz musiała odwrócić listę do góry nogami? - Kiedy kelner podawał 

im drinki, Darcy posłała mu kolejny promienny uśmiech.

-  Już  i  tak  wszystko  stanęło  na  głowie.  Zaczekaj.  -  Złapała  Brenna  za  nadgarstek, 

zanim zdążyła ona sięgnąć po piwo.

- Jude, suszy mnie w gardle. Zmiłuj się.

- Chcę tylko powiedzieć, że nigdy nie miałam takich przyjaciółek jak wy.

- Pewnie, bo też i nie ma drugich takich jak my. - Brenna zrobiła do niej oko.

- Nie, chciałam powiedzieć... że nigdy nie miałam naprawdę bliskich przyjaciółek, z 

którymi  mogłabym  się  powygłupiać  na  temat  seksu,  podzielić  się pizzą, wspólnie  wybierać 

czarną koronkową bieliznę.

-  O  Boże,  tylko  się  nie  rozpłacz,  Jude.  -  Brenna  poklepała  dłoń  Jude.  -  Bo  i  ja  nie 

zapanuję nad sobą.

- Przepraszam. - Ale było za późno, ponieważ oczy Brenny lśniły już od łez. - Jestem 

po prostu taka szczęśliwa.

-  Daj  spokój.  -  Pochlipując,  Darcy  upuściła  papierową  serwetkę.  -  My  też  jesteśmy 

szczęśliwe. A więc za przyjaźń.

-  Tak,  za  przyjaźń.  -  Kiedy  zadzwoniły  szklanki,  Jude  przejmująco  westchnęła.  -

Slainte.

A jednak, gdy już sobie zjadły, zobaczyła kawałek Dublina. Wyciągnęła też kamerę i 

delektowała się wdzięcznymi łukami mostów nad imponującą rzeką Liffey, wielkimi koszami 

kwiatów, ozdabiającymi puby.

Przyglądała się ulicznemu artyście, który malował zachodzące nad morzem słońce, po 

czym odruchowo kupiła ten obraz dla Aidana.

Wiele  razy  zatrzymywała  i  ustawiała  Brennę  i  Darcy,  każąc  im  sobie  pozować, 

przekupując je eklerami z cukierni, żeby jeszcze choć trochę pochodzić.

Kiedy  dotarły  na  parking,  ciągle  jeszcze  miała  nadmiar  energii.  Pomyślała,  że 

mogłaby  wędrować  w  nieskończoność.  Kiedy  opuszczały  Dublin,  niebo  na  wschodzie 

pokryło się kolorowymi plamami zachodzącego słońca.

A kiedy już były blisko Ardmore, wzeszedł księżyc i porozrzucał iskierki światła po 

background image

łąkach i polach, rozpostarł wachlarz białych promieni nad morzem.

Nawet gdy podrzuciła przyjaciółki do domu i pomogła Darcy wytaszczyć jej paczki, 

nie była zmęczona. Weszła niemal tanecznym krokiem do domu i dźwigając na  górę torby, 

zawołała radośnie:

- Wróciłam, spędziłam cudownie czas.

I  nie  zamierzała  na  tym  poprzestać.  Pomyślała,  że  najtrudniejszy  będzie  wybór 

właściwej bielizny pod nową jedwabną bluzkę.

Chciała zdążyć przed zamknięciem pubu, żeby poflirtować publicznie z Aidanem.

background image

14

Był zawalony pracą. Tego wieczora odbywał się w szkole pokaz tanecznych kroków, 

po  którym  co  najmniej  pół  wsi  postanowiło zajrzeć  do  Gallaghera na  piwo.  Kilka  młodych 

dziewcząt włożyło z powrotem pantofle do tańca i popisywało się przed jego gośćmi.

Zrobiło się wesoło, tłoczno.

Aidan  obiema  rękami  nalewał  kufle,  prowadził  równocześnie  trzy  rozmowy  i 

obsługiwał kasę. Przeklinał siebie za to, że zwolnił Darcy na cały dzień.

Shawn znikał i wyłaniał się z kuchni, a w miarę jak mu czas pozwalał, pomagał trochę 

przy barze  i  podawał  do  stolików.  Jednak  często  porywano  go do  tańca i  nie śpieszył  się z 

powrotem do pracy.

- Nie jesteś tu na przyjęciu - przypomniał mu Aidan, kiedy Shawn wrócił za bar.

- A mnie się zdawało, że jestem. Przynajmniej wszyscy dobrze się bawią. - Wskazał 

głową na tłum otaczający trzy tancerki. - Na mój gust dziewczyna od Duffych jest najlepsza. 

Ma styl.

- Przestań się gapić i zajmij się obsługiwaniem drugiego końca baru, dobrze?

Shawn uśmiechnął się tylko.

- Tęsknisz za swoją panią? Nie dziwię ci się. Jest urocza. Aidan westchnął, wkładając 

w czyjeś wyciągnięte ręce pełne kufle.

- Nie mam czasu za nikim tęsknić.

- Cóż,  wielka szkoda,  bo właśnie weszła i  pomimo  późnej  pory wygląda  świeżo  jak 

kropla rosy - dodał Shawn, a Aidan błyskawicznie odwrócił głowę.

Starał się o niej nie myśleć, ale niezbyt mu się to udawało.

Teraz jest tu, ze związanymi do tyłu włosami i z uśmiechem przeznaczonym tylko dla 

niego.  Zanim  dotarła  do  baru,  a  jej  uśmiech  zamienił  się  w  śmiech,  aż  zapomniał  o 

nalewanym właśnie guinnessie.

- Co tu się dzieje? - Podniosła głos, krzycząc prawie, i nachyliła się blisko - tak blisko, 

że poczuł jej zapach, przypominający tajemnicę jej ciała.

- Takie sobie małe przyjęcie, jak widzisz. Podam ci wino, gdy tylko będę miał wolną 

choć jedną rękę. - Miał ochotę podnieść ją, przenieść nad barem i przygarnąć do siebie.

Doszedł do wniosku, że właściwie nie miałby nic przeciwko temu, żeby wywołać taką 

sensację.

- No i co, jak było w Dublinie?

background image

-  Och,  cudownie.  Kupiłam  wszystko,  co  weszło  mi  w  ręce.  A  gdy  próbowałam  się 

opierać, Darcy nie dawała mi szansy na odwrót.

-  Potrafi  wydawać  pieniądze  -  powiedział  Aidan  i  nagle  się  zreflektował.  -  Darcy? 

Wróciła? O, dzięki ci Boże. Może przy dodatkowej parze rąk przetrwamy jakoś do końca bez 

burdy.

- Możesz skorzystać z moich rąk. - Co?

-  Mogę  przyjmować  zamówienia.  -  Ledwie  pomysł  ten  zaświtał  jej  w  głowie,  a  już 

chciała wprowadzić go w czyn. - I podawać.

- Kochanie, przecież nie mogę cię o to prosić. - Wyprostował się, kiedy ktoś oparł się 

łokciami o bar i zamówił kufel piwa oraz wodę z bąbelkami.

- Nie prosisz mnie. Sama się o to proszę. Jeśli nawalę, pomyślą najwyżej, że jankeska

jest trochę nieruchawa - wtedy będziesz mógł zawołać Darcy.

-  Potrafisz  być  kelnerką?  -  Uśmiechnął  się  pobłażliwie,  co  tym  bardziej  ją 

zmobilizowało.

- Czyżby to było aż takie trudne? - parsknęła i, żeby postawić na swoim, przepychając 

się poszła w stronę stolików.

-  Nie  wzięła  notesu  ani  tacy.  -  Aidan  spojrzał  porozumiewawczo  na  klienta,  od 

którego  przyjmowała  zamówienie.  -  A  gdybym  teraz  zawołał  Darcy,  to  by  dopiero  zrobiła 

awanturę.

- Kobiety - padła odpowiedź - to niebezpieczne istoty.

-  Co  prawda,  to  prawda,  ale  akurat  ta  jest  z  natury  spokojna.  Razem  pięć  funtów  i 

osiem  pensów.  Jednak  -  ciągnął,  przyjmując  pieniądze  i  wydając  resztę  -  właśnie  takie 

spokojne potrafią poderżnąć ci gardło, ani się obejrzysz.

- Jesteś mądrym człowiekiem, Aidanie.

- Aha. Na tyle mądrym,  żeby nie wołać Darcy i  nie dopuścić, żeby mnie obie naraz 

pobiły.

Poza tym sądził, że już po kwadransie Jude dojdzie do wniosku, iż taka praca przerasta 

jej  możliwości.  W  końcu  jest  przecież  praktyczną  kobietą.  A  później  jakoś  ją  udobrucha, 

podziękuje za to, że chciała mu pomóc, rozbierze do naga i weźmie do łóżka.

Pokrzepiony  taką  perspektywą,  obsłużył  ochoczo  kolejnego  klienta.  I  z  uśmiechem 

czekał na Jude, która przepychała się z powrotem do baru.

- Teraz możesz dostać swoje wino - powiedział.

- Nie piję w pracy - zażartowała. - Potrzebuję dwa duże harpy i szklankę smithwicka, 

dwie  whisky...  paddy, dwie  cole  i  baileysa.  -  Posłała  mu  filuterny  uśmiech.  -  I  chciałabym 

background image

dostać jakiś fartuszek.

- Przecież nie znasz cen.

- Włóż  mi cennik do kieszeni fartuszka. Potrafię dodawać i to całkiem nieźle.  Pójdę 

teraz pozbierać puste kufle, zanim wylądują na podłodze i potłuką się.

Po  kwadransie będzie  miała  dosyć,  pomyślał  znowu,  sięgając po  menu  i  po  fartuch, 

które położył na tacy.

- To miło z twojej strony, że się do tego włączyłaś, Jude Frances.

Uniosła brwi.

- A ty nadal jesteś przekonany, że nic nie potrafią - żachnęła się i odeszła.

-  Ona  ma  styl  -  stwierdził  Shawn,  obserwując,  jak  Jude  uprząta  stolik  i  gwarzy  z 

siedzącą przy nim rodziną - Byłbym szczęśliwy, mogąc ją wyjąć z twoich łap, gdybyś...

Urwał, trochę speszony piorunującym wzrokiem, jakim go poczęstował Aidan.

- Żartowałem tylko - mruknął i przezornie usunął się na drugi koniec baru.

Jude  wróciła,  zaczęła  zdejmować  puste  naczynia  i  ustawiać  na  tacy  pierwsze 

zamówienie.

-  Duży  i  mały  guinness,  dwie  oranżady  i  herbata  z  whisky.  Zanim  Aidan  zdążył 

otworzyć usta, podniosła tacę. Zrobiła to tak niewprawnie, że wstrzymał oddech i ruszył jej na 

pomoc.

Bawiła  się  wybornie.  Była  w  środku  tego  wszystkiego,  była  częścią  tego,  co  się  tu 

działo. Muzyka i ruch, głośne rozmowy, śmiech. Ludzie wołali ją po imieniu i dopytywali się, 

jak  jej  idzie.  Ani  przez  chwilę  nikt  się  nie  dziwił,  że  przyjmuje  zamówienia  i  opróżnia 

popielniczki.

Wiedziała, że brak jej stylu i wdzięku Darcy, ale radziła sobie. Omal nie wylała piwa 

na  pana  Duffy'ego,  ale  wyszła  z  tego  obronną  ręką.  Duffy  złapał  kufel  w  powietrzu 

uśmiechnął  się,  mrugnął  okiem  i  powiedział,  że  będzie  lepiej,  jeśli  wleje  piwo  w  siebie, 

zamiast się nim polewać.

Poradziła sobie także z pieniędzmi i chyba nie popełniła jakiegoś większego błędu. W 

każdym razie już wkrótce jedną kieszeń fartuszka wypchaną miała napiwkami, z czego była 

niezmiernie dumna.

Kiedy pojawił się Shawn i porwał ją do szybkiego tańca, była zbyt zaskoczona, żeby 

czuć zakłopotanie.

- Nie umiem tego tańczyć.

- Potrafisz. Wpadniesz jeszcze i zagrasz moją muzykę, Jude Frances?

-  Bardzo  bym  chciała.  Ale  teraz  już  mnie  puść.  Nie  mogę  złapać  tchu  i  cały  czas 

background image

depczę ci po nogach.

- Gdybyś chciała mnie pocałować, Aidan aż by się zapienił z zazdrości.

-  Naprawdę?  -  Nie  można  się  było  oprzeć  takiemu  uśmiechowi.  -  Pocałuję  cię,  ale 

dlatego, że jesteś taki śliczny.

Kiedy zaniemówił, pocałowała go w policzek.

-  A  teraz  powinnam  wrócić  do  pracy.  Szef  urwie  mi  z  pensji,  jeżeli  nie  przestanę  z 

tobą tańczyć.

- Te chłopaki od Gallagherów wstydu nie mają - powiedziała Kathy Duffy, gdy Jude 

uprzątała  puste  szklanki.  -  I  chwała  im  za  to.  Wystarczą  dwie  energiczne  kobiety,  żeby się 

ustatkowali, ale wtedy przestaną już być tacy interesujący.

- Aidan wziął już ślub z pubem - odezwał się Kevin Duffy, zapalając papierosa. - A 

Shawn z muzyką. Lata upłyną, zanim któryś z nich weźmie sobie żonę.

-  Co  nie  przeszkadza,  żeby  jakaś  sprytna  dziewczyna  próbowała  się  przy  którymś 

zakręcić. - I Kathy zrobiła oko do Jude.

Przechodząc do następnego stolika, Jude zmusiła się do uśmiechu. Postarała się też go 

zachować, kiedy przyjmowała zamówienie. Ale w jej głowie aż się kotłowało.

Czy ludzie myślą, że próbuje usidlić Aidana i złapać go na męża? Dlaczego nigdy jej 

to nie przyszło do głowy?

Czy on także tak uważa?

Spojrzała  na  niego  ukradkiem,  zobaczyła,  jak  żwawo  nalewa  piwo,  prowadząc 

jednocześnie  rozmowę  z  dwiema  z  sióstr  Riley.  Nie,  oczywiście,  że  nie.  Przecież  to  tylko 

zabawa. Jeżeli nawet myśl o małżeństwie przemknęła jej przez głowę, co było dość naturalne, 

nigdy nie zagnieździła się w niej na dłużej.

Prawdę mówiąc, nie chciała tego. Raz już się sparzyła.

Brak zobowiązań i oczekiwań działa wyzwalająco. Darzą się wzajemnym uczuciem i 

szacunkiem, a jeżeli jest w nim zakochana, no cóż... to tym bardziej romantyczne.

Nie zamierza tego psuć. Prawdę mówiąc, zrobi wszystko, żeby to umocnić, wycisnąć 

każdą kroplę przyjemności z czasu, jaki jej pozostał.

- Kiedy obudzisz się, Jude, podaj mi jeszcze jedno duże przed zamknięciem pubu.

-  Słucham?  -  Odrywając  się  od  swoich  myśli,  popatrzyła  w  dół  na  szeroko 

uśmiechniętego Jacka Brennana. - Och, przepraszam.

- Tym razem nie jestem pijany - zarzekł się. - Sam nie wiem, jak mogłem doprowadzić 

się do takiego stanu przez kobietę. Jeżeli chcesz, zapytaj Aidana, czy mogę sobie zafundować 

jeszcze jedno piwo.

background image

Musiała się powstrzymać, żeby go nie pogłaskać po głowie jak wielkiego, kudłatego 

psa.

- Nie czujesz potrzeby złamania mu nosa?

-  Och,  jakby  ci  powiedzieć...  Przyznam,  że  zawsze  miałem  na  to  cholerną  ochotę.. 

Tymczasem to on złamał mi nos.

- Co takiego? To przerażające. Fascynujące.

-  Prawdę mówiąc,  nienaumyślnie  -  zastrzegł  się  Jack.  -  Mieliśmy po  piętnaście  lat  i 

graliśmy w futbol...

- Łatwo przy tym rozkwasić nos koledze?

- No właśnie - rozpromienił się Jack. - Ale nie sądzę, żeby w ostatnim czasie Aidan 

pozwolił sobie na jakąś porządną nawalankę. Jest zbyt zajęty zabieganiem o ciebie.

- Wcale o mnie nie zabiega.

- Więc nie kochasz go?

- Ja... - Co ma mu odpowiedzieć? - Bardzo go lubię. Lepiej już przyniosę ci to piwo. 

Wkrótce będą zamykać.

-  Napracowałaś  się  -  powiedział  Aidan,  zamykając  drzwi  za  ostatnim  maruderem.  -

Usiądź sobie teraz, Jude, dam ci kieliszek wina.

-  Nie  odmówię.  - Musiała  przyznać,  że  to  była  wyczerpująca  praca  -  urocza,  ale 

wyczerpująca.  Bolały  ją  ręce  od  dźwigania  ciężkich  tac.  Nic  dziwnego,  że  Darcy  ma  taką 

piękną sylwetkę.

A jej stopy aż pulsują.

Usiadła ciężko na stołku, rozprostowała ramiona.

W kuchni Shawn robił porządki i śpiewał. Powietrze było niebieskie od dymu i wciąż 

jeszcze ciężkie od zapachu piwa i whisky.

Wszystko to wydało się jej takie ciepłe i swojskie.

- Jeżeli zrezygnujesz z psychologii - odezwał się Aidan, stawiając przed nią kieliszek -

masz u mnie zatrudnienie.

Nie mógł jej sprawić większej przyjemności.

- Prawda, że dobrze się spisałam?

- Na medal. - Wziął jej rękę i pocałował ją. - Dziękuję.

-  Zawsze  unikałam  wydawania  przyjęć  -  zbyt  się  przy  nich  denerwowałam.  A  rola 

kelnerki mi odpowiada. - Zabrzęczała monetami w kieszeni fartuszka. - I jeszcze za to płacą.

-  Posiedź  więc  teraz  i  opowiedz,  jak  spędziłaś  dzień  w  Dublinie,  a  ja  tymczasem 

posprzątam.

background image

- Opowiem, pomagając ci sprzątać.

Wolał  nie  sprzeczać  się  z  nią,  żeby  nie  psuć  jej  humoru.  Okazała  się  szybsza,  niż 

sądził, zakasała rękawy i gdy sam był jeszcze zajęty przy barze i kasie, z wiadrem i szmatą, 

które dostała od Shawna, wzięła się za mycie podłogi pod stolikami.

Przysłuchiwał  się  jej,  głównie  melodii  jej  głosu,  kiedy  opisywała,  co  widziała  i  co 

robiła tego dnia. Słowa nie są aż tak ważne, pomyślał Aidan. Wystarczy jej tylko słuchać, a 

od razu na człowieka spływa ukojenie.

Aidan również wziął się za podłogę, pracując razem z nią. Jakie to zabawne, że z taką 

łatwością  wpadła  w  jego  rytm.  A  może  to  on  dostosował  się  do  niej?  Nie  potrafił  tego 

powiedzieć. W tak naturalny sposób pojawiła się w jego lokalu, w jego świecie. W jego życiu.

Nigdy nie wyobrażał jej sobie dźwigającej tacę czy wydającej resztę. Oczywiście, że 

nie miała w tym wprawy, ale poradziła sobie świetnie. Traktowała to jak zabawę. Przecież nie 

została stworzona do wycierania rozlanego piwa.

Kiedy objął ją w pasie, przytuliła się do niego.

- Jak miło - powiedziała półgłosem.

-  Jeszcze  jak.  Chociaż  zatrzymuję  cię  do  późna  i  pozwalam  ci  wykonywać  brudną 

robotą.

- Dobrze się z tym czuję. Zwłaszcza teraz, kiedy już wszystko ucichło i ludzie udali 

się  do  domów.  Mogę  się  spokojnie  zastanowić  nad  tym,  co  usłyszałam  od  Kathy  Duffy, 

pomyśleć  o  dowcipie,  który  opowiedział  Tom  O'Brian,  a  także  posłuchać  śpiewającego  w 

kuchni  Shawna.  W  Chicago  spałabym  już  o  tej  porze  -  po  sprawdzeniu  prac  studentów  i 

przeczytaniu rozdziału książki dobrze ocenianej przez krytyków.

Przycisnęła rękami jego dłonie, oparła się swobodniej.

- Tak jest znacznie lepiej.

- A kiedy wrócisz... - Przytulił policzek do jej głowy. - Czy znajdzie tam jakiś pub, w 

którym będziesz mogła spędzić wieczór?

Na samą myśl o tym ujrzała opasujące jej przyszłość ponure, grube mury.

- Mam jeszcze sporo czasu. Nie chcę myśleć, co będzie, wolę żyć z dnia na dzień.

- I z nocy na noc. - Odwrócił ją, popłynął z nią w walcu do melodii śpiewanej przez 

Shawna.

- Z nocy na noc. Jestem okropną tancerką.

-  Skądże  znowu.  -  Ciągle  jeszcze  brak  jej  było  śmiałości.  -  Obserwowałem,  jak 

tańczyłaś z Shawnem - a potem go pocałowałaś na oczach całej wsi.

- Powiedział, że zapienisz się z zazdrości.

background image

- Gdybym go nie znał od tej strony, sprałbym go na kwaśne jabłko.

Roześmiała się, zachwycona sposobem, w jaki zawirował pokój, kiedy zakręcił nią w

koło.

- Pocałowałam go, bo jest śliczny. I dlatego, że mnie poprosił. Ty też jesteś śliczny i 

mogę cię pocałować, jeśli poprosisz.

- Skoro tak łatwo rozdajesz pocałunki...

Żeby się podroczyć - czyż to nie cudowne odkrycie, że może się droczyć z mężczyzną 

-  złożyła  niewinny  pocałunek  na  jego  policzku.  Po  czym  kolejny,  równie  delikatny,  na 

drugim. Kiedy się uśmiechnął i nie spuszczał z niej oczu, wspięła się na palcach i przycisnęła 

gorące wargi do jego ust.

Tym razem to on drgnął zaskoczony. Jej pocałunek stawał się coraz bardziej gorący, 

namiętny, jego usta, jego krew i jego mózg pełne były jej smaku.

Oszołomiony przycisnął ją do siebie.

- Wygląda na to, że szybko stąd nie wyjdę. Aidan uniósł głowę.

-  Zamknij,  kiedy  będziesz  wychodzić,  Shawn  -  powiedział,  nie  odrywając  oczu  od 

Jude.

- Zamknę. Życzę ci dobrej nocy, Jude.

- Dobranoc, Shawn.

Pogwizdując, dyskretnie zamknął za sobą drzwi, gdy tymczasem Aidan i Jude stali na 

środku świeżo wyszorowanej podłogi.

- Mam straszną ochotę na ciebie. - Jeszcze raz pocałował jej rękę.

- Bardzo się cieszę.

- Bywają chwile, gdy nie ma się ochoty być dżentelmenem.

-  Więc  nie  bądź.  -  Zalała  ją  gorąca  fala  pożądania.  Zdumiona  własną  śmiałością, 

postąpiła krok do tyłu i zaczęła rozpinać guziki bluzki. - Możesz się zachowywać, jak ci się 

żywnie podoba. Brać wszystko, co chcesz.

Nigdy  nie  rozbierała  się  na  oczach  mężczyzny,  nie  w  taki  sposób,  żeby  wzbudzić 

pragnienie. Jej zdenerwowanie łączyło się z podnieceniem.

Głęboko  wycięty  czarny  koronkowy  stanik,  jakże  erotycznie  kontrastował  z  jej 

mleczną skórą.

- O Jezu. Próbujesz mnie zabić.

- Tylko cię uwodzę. - Zrzuciła pantofle. - To mi się zdarza pierwszy raz. - Bardziej z 

braku  doświadczenia  niż  celowo  powoli  rozpinała  spodnie.  -  Więc...  mam  nadzieję,  że  mi 

wybaczysz niezdarne ruchy.

background image

Z oczekiwania na to, co nastanie, zaschło mu w ustach.

- Nie zauważyłem nic niezdarnego. Wydaje mi się, że jesteś bardzo naturalna.

Miała trochę sztywne palce, ale wreszcie spodnie opadły. Kolejna czarna koronka, tym 

razem mały trójkącik, który się zwężał u dołu i rozszerzał ku biodrom.

Zabrakło jej odwagi, żeby włożyć podwiązki i czarne pończochy, na które namówiła 

ją Darcy, widząc jednak  wyraz twarzy Aidana, pomyślała, że musi koniecznie naprawić ten 

błąd następnym razem.

- Nakupowałam dzisiaj masę rzeczy.

Stała  w  świetle  pubu,  ze  związanymi  do  tyłu  włosami,  z  marzycielskimi  oczami 

morskiej boginki, ubrana tylko w podniecające czarne koronki.

Która część jej ciała była bardziej uwodzicielska?

- Boję się ciebie dotknąć. Jude podeszła do niego.

-  Więc  ja  ciebie  dotknę.  -  Z walącym  sercem  objęła  go za  szyję  i  uniosła  ku  niemu 

usta.

Była  zupełnie  naga,  on  zaś  nadal  w  ubraniu,  a  tulenie  się  do  niego  było  takie... 

podniecające.  Czuła  jego  drżące  ciało,  które  zdawało  się  tłumić  w  sobie  jakąś  szaloną 

gwałtowność i nieokiełznaną potrzebę, i to było takie... wstrząsające.

Zaś świadomość, że może wyzwolić to z niego, działała na nią tak... kojąco.

-  Weź  mnie,  Aidanie.  -  Ocierając się  o  niego,  Skubnęła  zębami  jego  dolną  wargę.  -

Weź wszystko, co chcesz.

Już  panował nad sobą.  Wiedział,  że  jest niedelikatny, i  nic na  to  nie mógł  poradzić, 

ponieważ  miał  szorstkie  dłonie  i  nienasycone  usta.  To,  że  tak  spazmatycznie  i  szybko 

chwytała powietrze, jeszcze go bardziej rozpaliło. Pociągnął ją na podłogę.

Potoczyli się razem, chciał ją wszędzie dotykać. Pragnienie narastało, szarpał ustami 

koronkę na jej piersi.

Wygięła się w łuk, czując pod jego ciężarem rozkoszne mrowienie. Zalało ją nieznane 

poczucie siły, dotarła do niej wspaniała świadomość, że to ona doprowadziła go do stanu, w 

którym stracił kontakt z rzeczywistością.

Samą  swoją  obecnością.  Tylko  dając  mu  siebie.  Czując,  podobnie  jak  on, 

niepohamowaną potrzebę dotykania, szarpała i ciągnęła jego koszulę, aż dotknęła jego ciała. 

To samo zrobiły jej wargi, zęby.

Roznamiętnieni  i  nieprzytomni  przyciągali  się  chciwymi  rękami,  pieścili  się,  dawali 

sobie rozkosz. To nie był cierpliwy mężczyzna ani nieśmiała kobieta, ale para, która pozbyła 

się  wszelkich  konwenansów  i  sięgała  do  tego,  co  pierwotne.  A  Jude  delektowała  się  tym, 

background image

odwzajemniając się Aidanowi z nawiązką.

Pierwszy  orgazm  rozbłysnął  w  niej  i  wystrzelił  jak  słońce.  Aidan  chciał  więcej  i 

jeszcze więcej. Chciał ją zjeść żywcem, pochłonąć, żeby ten jej nieziemski smak pozostał w 

nim na zawsze. Ilekroć zadrżała, ilekroć krzyknęła w zachwycie, myślał: jeszcze. I jeszcze, i 

jeszcze.

Czuł nieprzeparte pragnienie złączenia się z nią, a krew kipiała w nim jak w gorączce. 

Zanurzył się w niej, poruszał się w coraz szaleńczym tempie, kiedy mu wyszła na spotkanie i 

wykrzyknęła  jego  imię.  A  potem  podnosiła  się  i  opadała  razem  z  nim,  ponaglając  go. 

Pociemniało  mu  w  oczach,  aż  jej  twarz,  jej  oczy,  jej  zmierzwione  włosy  spowiła  delikatna 

mgiełka.

A kiedy nawet i to zniknęło, pozostał tylko nagi zwierzęcy instynkt.

Leżała  rozciągnięta  na  nim,  wyczerpana,  obolała,  uśmiechnięta.  A  on  leżał  pod  nią 

oszołomiony, oniemiały.

Te ich tak różne reakcje miały to samo źródło.

Wziął ją na podłodze w pubie. Nic na to nie mógł poradzić; po prostu nie zapanował 

nad  sobą.  Żadnej  finezji  ani  odrobiny  cierpliwości.  Nie  kochał  się  z  nią,  ale  parzył  -  tak 

strasznie prymitywnie.

Był wstrząśnięty swoim zachowaniem.

Myśli Jude biegły tym samym torem. Ale jego zachowanie, a także jej własne, zrobiły 

na niej wstrząsające wrażenie.

Kiedy  usłyszał  jej  przeciągłe,  wieloznaczne  westchnienie,  skrzywił  się  i  doszedł  do 

wniosku, że musi zrobić wszystko, by poczuła się swobodnie.

- Zaniosę cię na górę.

- Aha. - Oczywiście, że na to liczyła, mogliby tam zacząć wszystko od nowa.

- Może chciałabyś wziąć gorącą kąpiel i wypić filiżankę herbaty, zanim cię odwiozę 

do domu?

-  Dobra.  -  Znowu  westchnęła.  -  I  ty  się  wykąpiesz?  -  Pomysł  wydał  się  nad  wyraz 

intrygujący.

- Pomyślałem, że może poczujesz się lepiej.

- Nie sądzę, żeby istniało coś, co mogłoby sprawić, żebym poczuła się jeszcze lepiej.

Przesunął się, a ponieważ była miękka i elastyczna, bez trudu przekręcił ją na siebie, 

tak że wylądowała w jego ramionach jak w kołysce. Kiedy się uśmiechnęła i opuściła głowę 

na jego ramię, potrząsnął głową.

-  Co  też  cię  naszło,  Jude  Frances  Murray?  Nakładasz  bieliznę,  która  może 

background image

doprowadzić człowieka  do białej gorączki,  a potem pozwalasz  mi  na wszystko, na  co mam 

ochotę, i to na podłodze?

- Mam jej więcej.

- Więcej czego?

- Więcej bielizny. Nakupowałam jej całe torby.

- Jezu! Będę nieprzytomny przez tydzień.

- Zaczęłam od czarnej, ponieważ Darcy powiedziała, że najtrudniej ją zniszczyć.

Parsknął tylko śmiechem.

Zadowolona z takiej reakcji przytuliła się mocniej.

- Byłeś jak plastelina w moich rękach. Bardzo mi się to podobało.

- Patrzcie no tylko, jaka zrobiła się przy mnie bezwstydna.

- To prawda, więc teraz ci powiem, żebyś mnie zaniósł na górę - uwielbiam, kiedy to 

robisz,  czuję  się  wtedy  w  pełni  kobietą,  co  mnie  podnieca.  Więc  zanieś  mnie  do  swojego 

łóżka.

- Skoro muszę. - Rozejrzał się wokół, dostrzegł porozrzucane ubrania. Trzeba będzie 

później po nie wrócić.

Kiedy,  po  dłuższym  czasie,  niósł  je  na  górę,  dotykając  po  drodze  palcami  skąpych 

kawałków koronki, pomyślał, że Jude Frances jest zagadkową kobietą. Zagadkową także dla 

samej siebie.

Nieśmiała róża rozkwitła.

Spała  teraz  smacznie  w  jego  łóżku.  Siadając  na  brzegu,  przyglądając  się,  jak  śpi, 

stwierdził,  że  wygląda  tu  na  swoim  miejscu.  Podobnie  jak  na  swoim  miejscu  wyglądała, 

podając drinki  w  jego  pubie,  pracując  w  ogrodzie,  wędrując  po  wzgórzach  w  towarzystwie 

psa O'Toole'ów.

Dlaczego nie mogłaby stać się częścią jego? Dlaczego musi wracać do Chicago, skoro 

tutaj jest szczęśliwa, a on przy niej? Chyba już czas, żeby znalazł sobie żonę i założył rodzinę. 

Cały czas czekał na kogoś? I oto, nieoczekiwanie, weszła w deszczowy wieczór do jego pubu. 

To się nazywa przeznaczenie.

Niewykluczone, że na początku trzeba będzie ją przekonywać.

Po  pierwsze,  wcale  nie  musi  rezygnować  z  pracy.  Nie  wiedział  tylko,  jaki  rodzaj 

zajęcia  mógłby  ją  usatysfakcjonować.  Ale  była  praktyczną  kobietą,  potrafi  więc  rozważyć 

różne możliwości i wybrać to, co najodpowiedniejsze.

Darzy mnie silnym uczuciem, pomyślał, bawiąc się jej włosami. Podobnie jak ja ją. A 

jej korzenie są tutaj. Nawet ślepy dostrzegłby, że kiedy je odnalazła, rozkwitła.

background image

W całym tym rozumowaniu tkwiła żelazna logika, niemożliwe zatem, żeby do niej nie 

przemówiła. A że na myśl o tym czuje lekki skurcz żołądka, to chyba naturalne: przecież nie 

co  dzień  mężczyzna  zastanawia  się  nad  tak  ważnym  krokiem,  którego  konsekwencją  jest 

przyzwolenie na stałą obecność żony i dzieci i wzięcie za nich pełnej odpowiedzialności.

A jeśli nawet spociły mu  się trochę dłonie, to przecież naprawdę nie ma powodu do 

niepokoju. Trzeba tylko przemyśleć szczegóły, omówić je z nią, a potem już od razu ruszyć z 

miejsca.

Zadowolony  wsunął  się  do  łóżka,  przyciągnął  ją,  ułożył  przy  swoim  boku,  tak  jak 

najbardziej lubiła, i odpłynął w sen.

Gdy spał, Jude śniła o nim. Siedział na białym skrzydlatym koniu, prześlizgując się po 

niebie, lądzie i wodzie. A kiedy frunął, zbierał klejnoty słońca i księżyca.

background image

15

To był odważny krok, a ona nie miała ich wielu na swoim koncie. Nie robi nic złego. 

Może to i głupie, i nierozsądne, ale przecież nie zakazane.

A  jednak,  wynosząc  stół  do  ogrodu,  rozejrzała  się  dookoła  z  poczuciem  winy. 

Starannie  wybrała  miejsce  przed  domem,  w  zakolu  ścieżki,  gdzie  werbena  i  bodziszek 

dotykały kamieni.  Na  nierównym  terenie stół  chybotał  się  trochę, było  to  jednak  niczym w 

porównaniu z widokiem, z powietrzem i zapachem.

Wróciła do środka po krzesło i ustawiła je za stołem. A ponieważ nie pojawił się nikt, 

kto by ją zapytał, co też ją naszło i co ma zamiar tu robić, ponownie dała nurka do domu i 

wyniosła laptopa.

Zamierzała pracować na dworze, z radości aż zakręciło jej się w głowie. Tak ustawiła 

swój warsztat, żeby widzieć zarówno wzgórza, jak i żywopłoty, na których jak szalona kwitła 

fuksja. Łagodne słońce przeświecało zza warstwy chmur, przez co światło tworzyło delikatną 

złoto - srebrną tkaninę. Słaba bryza poruszała kwiatami i przynosiła ich zapach.

Zrobiła  sobie  herbatę,  wybierając  w  tym  celu  jeden  z  najładniejszych  dzbanuszków 

Maude.  A  już  kompletną  rozpustą  były  starannie  ułożone  na  talerzu  malutkie  czekoladowe 

ciastka.

Zamierzała pracować z wszystkich sił. Na razie jednak siedziała sobie, sącząc herbatę 

i  wybiegając  marzeniami  ku  wzgórzom.  Był  to  jej  raj.  Skrzeczały  sroki.  Jedna  oznacza 

smutek, dwie - radość.

Zaśmiała się do siebie. Trudno o większą radość i szczęście, jakich doznawała w tej 

chwili. A co może być lepszym przedłużeniem szczęścia, jeśli nie baśń?

Zainspirowana tą myślą, wzięła się natychmiast do pracy.

Wokół  rozbrzmiewała  ptasia  muzyka.  Nad  kwiatami  trzepotały  czarodziejskimi 

skrzydełkami motyle. Pszczoły bzyczały niemrawo, gdy pogrążyła się w świecie czarownic i 

dzielnych rycerzy, elfów i wróżek.

Aż dziw, jak wiele zdążyła już tego zgromadzić. Ze dwadzieścia pięć opowieści, bajek 

i legend. Nie wymagało to wielkiego nakładu pracy. Ale do zakończenia analizy każdej z nich 

było  jeszcze  bardzo  daleko,  nie  ma  więc  czasu  do  stracenia.  Najgorsze  jest  to,  że  w 

porównaniu z melodią i magią bajek, jej własne słowa wydają się takie suche i płaskie.

Może powinna przelać trochę tego bajkowego rytmu w swoją pracę? Czy analiza musi 

być aż tak sucha, taka... naukowa? Nie zaszkodzi, gdy ją trochę ożywi, włączy parę własnych 

background image

myśli  i  odczuć,  a  nawet  parę  własnych  doświadczeń  i  impresji.  Opisze  ludzi,  którzy 

opowiedzieli  jej  te  historie,  a  także  sposób,  w  jaki  je  opowiadali,  miejsce,  w  jakim  się  to 

działo.

Ciemnawy pub,  w  którym  gra muzyka,  gwarną  kuchnię  O'Toole'ów,  wzgórza,  gdzie 

chodzi  na  spacery  z  Aidanem.  Nada  temu  więcej  osobistego  wyrazu,  uczyni  to  bardziej 

realnym.

To powinna być praca literacka.

Splotła patce, mocno przycisnęła dłonie. Była przeciętnym wykładowcą. Może okaże 

się  równie  przeciętną  pisarką,  ale  przynajmniej  będzie  robiła  coś,  co  lubi,  do  czego  aż  się 

rwie.

Poczuła, jakby dodano jej skrzydeł. Położyła ręce na klawiaturze. Brak wiary w siebie 

- jej najwierniejszy towarzysz - sprawił, że jakby usunęło się spod niej krzesło.

Daj sobie spokój, Jude, nie masz talentu do wyrażania tego, co czujesz. Poprzestań na 

tym,  co  umiesz.  A  przynajmniej  nie  licz,  że  ktokolwiek  opublikuje  twoją  pracę.  Już  i  tak 

strasznie sobie pobłażasz. Powróć więc do pierwotnego zamiaru i zajmij się tym wreszcie.

Oczywiście, że nikt nie będzie tego chciał wydać. A materiał, który ma, jest już i tak 

za  obszerny  na  pracę  naukową  czy  na  artykuł.  Najlepiej  byłoby  wybrać  sześć  opowieści, 

przeprowadzić ich analizę zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami, a potem mieć nadzieją, że 

uczelnia zechce to opublikować.

Na  brzegu  stołu  przysiadł  motyl,  zatrzepotał  błękitnymi  skrzydełkami.  Przez  chwilę 

zdawało się, że przyglądają się sobie z jednakowym zainteresowaniem.

I  posłyszała  muzykę,  piszczałki  i  flety,  a  także  szelest  wszystkich  żywopłotów. 

Zdawało się, że dźwięki płyną ku niej ze wzgórz.

Czy w takim miejscu można kierować się rozsądkiem? Przecież doznała już działania 

magii. Trzeba tylko otworzyć się na więcej.

Nie chciało jej się pisać cholernej pracy naukowej. Chciała pisać książkę. Nie trzymać 

się kurczowo tego, co umie i wie, a czego wszyscy po niej się spodziewają. Sięgnąć wreszcie 

po  coś  własnego,  na  co  nigdy  nie  śmiała  się  odważyć.  Porażka  czy  sukces  -  ważne,  żeby 

doświadczyć tego świadomie i na własną rękę.

Kiedy brak wiary w siebie znowu coś jej podszepnął, odtrąciła go bezpardonowo.

Za oknami padało, kłębiły się mgły. W domku, w palenisku mojej kuchni, pobłyskiwał 

ogień.  Kwiaty  w  butelce  ociekały  deszczem.  Gdy  Aidan  opowiadał  mi  tą  bajkę  ,  na  stole 

między nami parowała herbata w filiżankach.

Jego głos był jak jego ojczyzna, pełen muzyki i poezji. Prowadzi w Ardmore pub, który 

background image

od pokoleń należy do jego rodziny. To ciepłe, mile miejsce. Wielokrotnie widuję go za barem, 

przysłuchuję się jego opowieściom, podziwiam, w jaki sposób opowiada, a w tle najczęściej 

gra muzyka, goście zaś popija piwo.

Jest  pełen  wdzięku,  a  jego  twarz  przyciąga  wzrok  kobiet  i  budzi  zaufanie  mężczyzn. 

Kiedy w deszczowe popołudnie siada w zaciszu mojej kuchni, opowiada mi baśnie.

Podniosła  ręce  i  przycisnęła  je  do  warg.  Jej  oczy  błyszczały,  ożywione,  jakby 

zatrwożone dokonanym odkryciem. A więc zaczęła pisać. Boże, czuła się jak pijana.

Zaczęła stukać w klawisze i nie zatrzymała się, dopóki nie zapisała całej baśni Aidana 

o Lady Gwen i o królewicza Carricku.

Ponownie to przeczytała i poprawiła, uwzględniając tym razem sposób jego mówienia, 

dodając  własne  uwagi  i  refleksje,  nie  zapominając  o  cieple  bijącym  z  kuchennego  pieca,  o 

słońcu,  które  zaświeciło,  rzucając  ukośne  promienie  na  stół.  Wprowadziła  jeszcze  szereg 

innych, ciepłych akcentów.

Kiedy  skończyła,  wróciła  do  początku  i  znów  coś  dodała.  Wciągnęła  się  w  to, 

otworzyła  nowy  dokument.  Czyż  nie  potrzebna  jest  do  tego  przedmowa?  Miała  ją  już  w 

głowie. Bez chwili przerwy zapisywała to, co umysł przekazywał palcom.

A w głowie jakby coś śpiewało. Słowa tej pieśni były proste i zdumiewająco cudowne: 

pisze książkę.

Aidan  zatrzymał  się  przy  ogrodowej  furtce  i  patrzył.  Ale  widok!  Jude  siedzi  sobie 

wśród kwiatów i wali w klawisze komputera, jakby od tego zależało jej całe życie.

Na  głowie ma  śmieszny  słomkowy  kapelusz,  który ma  chronić  oczy  przed  słońcem. 

Nasadziła na nos okulary w czarnej drucianej oprawce. Olśniewająco niebieski motyl fruwa 

nad jej lewym ramieniem, jak gdyby odczytywał wyskakujące na ekranie słowa.

Nogą wybija rytm, co wskazywałoby na to, że w głowie ma jakąś melodię. Ciekawe, 

czy jest tego świadoma, czy też muzyka stanowi tylko tło dla jej myśli.

Lekko wygina w uśmiechu wargi, więc zapewne jej myśli są przyjemne. Może będzie 

mu chciała pokazać, co pisze. Czy widzi ją taką przez pryzmat miłości, czy też rzeczywiście 

wygląda oszołamiająco pięknie, jakby emanowała z niej nowa siła.

Nie chciał jej przeszkadzać, więc oparł się o furtkę, trzymając w zagięciu ramienia to 

coś, co dla niej przyniósł.

Ale przerwała nagle, odrywając ręce od klawiszy i przyciskając jedną do serca, jakby 

zakręciło  się  jej  w  głowie.  Spotkali  się  wzrokiem  i  nawet  z  tej  odległości  mógł  dostrzec 

różnorodność malujących się w jej oczach wrażeń. Zaskoczenie na jego widok, a zaraz potem 

niekłamana radość. Następnie leciutkie zakłopotanie.

background image

- Dzień dobry. Jude France. Przepraszam, że przeszkadzam ci w pracy.

-  Och,  no  wiesz...  Wszystko  w  porządku.  -  Uderzyła  w  klawisze,  żeby  zamknąć 

dokument, potem zdjęła okulary i odłożyła je na stół. To nic ważnego - powiedziała, myśląc 

w  duchu,  że  właśnie  jest  to  cały  jej  świat.  -  Pewnie  dziwisz  się,  że  tak  tu  sobie  siedzę  na 

dworze.

- Dlaczego? Dzień jest odpowiedni do tego, żeby posiedzieć na dworze.

-  Tak.  Tak,  idealny.  -  Wyłączyła  komputer,  żeby  oszczędzić  baterie.  -  Straciłam 

rachubę czasu.

Ponieważ powiedziała to tak, jakby spowiadała się księdzu z grzechu, Aidan roześmiał 

się i wolną ręką otworzył furtkę.

- Wydawałaś się zadowolona, jakbyś dopięta twojego. Czy więc warto przejmować się 

czasem?

- Skoro tak uważasz, powiem tylko, że najwyższy czas na przerwę. Sądzę, że herbata 

jest już zimna, ale...

Urwała, kiedy zobaczyła, co przyniósł. Z wyrazem zachwytu w oczach podbiegła do 

niego.

- Och, masz szczeniaczka. Jaki on słodki.

W  drodze ze  wsi piesek zdążył usnąć, teraz  jednak, na dźwięk  głosów, obudził  się i 

poruszył. Najpierw ziewnął potężnie, po czym zamrugał i otworzył brązowe ślepka. Był jak 

biało - czarna kulka, z opadającymi uszkami i wielkimi łapkami, z podwiniętym pod brzuszek 

cienkim ogonkiem.

Ożywił się, warknął zabawnie i natychmiast zaczął się wiercić.

- Och, jakiś ty rozkoszny, jaki śliczny!  I jaki mięciutki  - szeptała Jude,  kiedy Aidan 

podał  jej  szczeniaka.  A  gdy  zanurzyła  nos  w  jego  futerku,  zaczął  ją  natychmiast 

entuzjastycznie lizać po twarzy.

- No cóż, patrząc na was, nie trzeba nawet pytać, czy przypadliście sobie do gustu. To 

miłość od pierwszego wejrzenia, do której nasza Jude ma tak bardzo sceptyczny stosunek.

-  Czy  można  mu  się  oprzeć?  Podniosła  szczeniaka  do  góry,  gdzie  zaczął  się  wić  i 

merdać ogonkiem, jakby się znalazł w siódmym niebie.

-  Suka  Clooneyów  oszczeniła  się  parę  tygodni  temu,  a  ja  uznałem,  że  ten  ma 

najbardziej  zdecydowany  charakter  z  całego  miotu.  Jest  już  samodzielny  i  gotowy  do 

zamieszkania w nowym domu.

Jude ukucnęła, postawiła szczeniaka na ziemi. Piesek wspiął się na łapkach, wdrapał 

na jej nogi i przewrócił się na plecy, nadstawiając do podrapania brzuszek.

background image

- Wygląda na to, iż jest ciekaw wszystkiego, jak go nazwiesz?

- Wybór pozostawiam tobie.

-  Mnie?  -  Spojrzała  do  góry,  po  czym  roześmiała  się,  kiedy  szczeniak  skubnął  ją  w 

palce,  domagając  się  jej  uwagi  i  czułości.  -  Coś  ty  taki  zachłanny?  A  wiec  ja  go  mam 

nazywać?

- Jest twój. Przyniosłem go dla ciebie, o ile tylko zechcesz go przyjąć. Pomyślałem, że 

mógłby ci dotrzymywać towarzystwa na twoim zaczarowanym wzgórzu.

Znieruchomiała.

- Przyniosłeś go dla mnie?

Uwielbiasz  to  żółte  psisko  O'Toole'ów.  pomyślałem  wiec,  że  może  będziesz  chciała 

mieć jakieś własne stworzenie. Ponieważ patrzyła na niego, nie odzywając się słowem. Aidan 

zaczął się wycofywać.

- Jeżeli nie, zatrzymam go dla siebie.

- Przyniosłeś mi szczeniaczka... Aidan przestąpił z nogi na nogę.

-  Chyba  powinienem  był  cię  najpierw  zapytać,  czy  w  ogóle  masz  ochotę  na  psa. 

Doszedłem jednak do wniosku, że zrobię ci miłą niespodziankę...

Jude nagle usiadła na ziemi, porwała szczeniaka w ramiona i Wybuchnęła płaczem.

Im  bardziej  szczeniak  szalał  w  jej  ramionach  i  lizał  ją  po  twarzy,  tym  mocniej  go 

obejmowała i bardziej szlochała.

-  Och,  daj  spokój,  kochanie,  nie  podchodź  do  tego  w  ten  sposób.  No  już  dobrze,  a 

ghra, nic się takiego nie stało. Ukucnął obok niej, wyciągnął chustkę, poklepał ją po ramieniu. 

- To wszystko przeze mnie, od początku do końca.

- Przyniosłeś mi szczeniaczka. - Jej kwilący głos przyprawił psa o pełne współczucia 

skomlenie.

-  Rozumiem  cię.  Tak  mi  przykro.  Powinienem  był  to  przemyśleć.  Ale  w  pubie  też 

będzie mu dobrze. To żaden problem.

- On jest mój! - Kiedy  Aidan sięgnął po psa, przytuliła  go do siebie. - Dałeś mi  go, 

więc jest mój.

- Aha. - Powiedział to jak najbardziej neutralnym tonem. Chryste Panie, ta kobieta to 

istna zagadka. - Więc chcesz go mieć?

-  Zawsze  chciałam mieć  szczeniaczka  -  wyszlochała.  Aidan  poddał  się.  Usiadł  obok 

niej.

- Naprawdę? Więc dlaczego nie miałaś?

Podniosła wreszcie do góry zapłakaną twarz. Wciąż miała oczy pełne łez.

background image

- Moja matka miała koty.

- Rozumiem. Koty też są fajne. Mieliśmy kiedyś jednego.

- Nie, nie, nie. Tamte były takie dumne, humorzaste. To czystej krwi koty syjamskie, 

naprawdę piękne, ale nigdy mnie nie lubiły. Marzyłam o psie, który właziłby na meble, gryzł 

moje buty i kochałby mnie.

-  Na  tym  możesz  polegać  pod  każdym  względem.  -  Uspokojony  poklepał  ją  po 

wilgotnym od łez i psich pocałunków policzku. - Więc nie będziesz mnie przeklinała, kiedy 

zostawi  na  podłodze  kałużę  albo  pogryzie  twoje  śliczne  włoskie  pantofle,  którymi  zawsze 

zachwyca się Darcy?

- Nie. To jest najcudowniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam. - Przytuliła się do 

niego,  przyciskając  rozanielonego  szczeniaka.  -  Jesteś  najcudowniejszym  człowiekiem  na 

świecie.

Obsypała twarz Aidana pełnymi uwielbienia pocałunkami.

Może, przynosząc jej psa, chciał tylko zrobić na niej wrażenie, ale grunt, że zdało to 

egzamin. Nie podejrzewał nawet, do jakiego stopnia zaspokoi jej dziecięce pragnienia.

Ważne, żeby była szczęśliwa.

- Potrzebna jest mi książka - wymamrotała.

- Książka?

- Nie wiem nic na temat wychowywania szczeniaków. Muszę mieć do tego książkę.

Ponieważ była to typowa dla niej reakcja, uśmiechnął się.

- Po  pierwsze, zalecałbym dużą  ilość gazet, na które  mógłby  siusiać,  a także  kłębek 

nici albo sznurek, żeby oszczędzić twoje buty.

- Sznurek?

- Żeby miał co żuć zamiast twoich pantofli.

- To całkiem pomysłowe. - Rozpromieniła się. - Potrzebne mu będzie także jedzenie, 

obroża, zabawki. - Znowu podniosła szczeniaka do góry. - Potrzebuje mnie, jak nikt dotąd.

Chciał już powiedzieć, że i on ją potrzebuje, kiedy podskoczyła do góry i zakręciła się 

w kółko razem ze szczeniakiem.

- Pojadę na wieś i kupię mu wszystko, co potrzeba. Zaczekaj chwilę.

-  Pochowam  rzeczy,  a  ty  zostań  na  dworze  i  zawrzyj  znajomość  z  nowym 

przyjacielem.

Lepiej, że jej tego nie powiedział. Dla obojga było jeszcze za wcześnie, żeby zmieniać 

aktualny stan rzeczy. Jest dość czasu, żeby poruszyć sprawę małżeństwa.

Dość czasu na zastanowienie się, jak to zrobić najlepiej.

background image

Kupiła  mu  czerwoną  obróżkę  i  smycz,  jaskrawoniebieskie  miseczki.  Aidan  znalazł 

kawałek sznurka i zrobił z niego twardy motek. Niezależnie od tego przygotowała cały worek 

innych  przedmiotów,  które  uznała  za  najważniejsze  dla  szczęścia  i  dobrego  samopoczucia 

swojego młodocianego pupila.

Pospacerowała  z  nim  po  wsi  -  a  raczej  była  to  próba  spaceru.  Szczeniak  cały  czas 

szarpał się na smyczy, gryzł ją.

Stwierdziła, że musi jak najszybciej zdobyć podręcznik do nauki tresury.

Spotkała  Brennę,  która  ładowała  skrzynkę  z  narzędziami  do  swojej  furgonetki 

nieopodal położonego za wsią pensjonatu.

- Dzień dobry, Jude, a co my tu mamy? Czy to nie jeden ze szczeniaków Clooneyów?

- Tak, czy nie jest cudowny? Nazwałam go Finn, na pamiątkę wielkiego wojownika.

- Jesteś wielkim wojownikiem? - Brenna ukucnęła. by potarmosić Finna. - Aha, jesteś 

dzielny. - Roześmiała się, kiedy podskoczył i oblizał jej twarz. - I jaki żwawy! Dobry wybór, 

Jude, uważam, że będziesz miała miłe towarzystwo.

- Aidan też tak uważa. Dostałam go od niego. Brenna popatrzyła na nią z uwagą.

- Mówisz poważnie?

- Tak, przyniósł mi go dzisiaj do domu. Jakie to miłe że pomyślał o mnie. Czy Betty 

go polubi?

-  Oczywiście,  Betty  także  uwielbia  towarzystwo.  -  Jeszcze  raz  poklepała  Finna,  po 

czym się wyprostowała. - Będzie zachwycona, mogąc się pobawić ze szczeniakiem. Właśnie 

zamierzałam zajrzeć do pubu na piwo. Nie przyłączysz się do mnie? Ja stawiam.

- Dziękuję, ale... Nie, powinnam zabrać Finna do domu. Zawsze je o tej porze.

Brenna  zakręciła  na  szosie  i  pomknęła  prosto  do  pubu.  Pochwyciła  wzrok  Darcy, 

kiwnęła do niej głową i usiadła w rogu sali, gdzie można było liczyć na odrobinę prywatności.

Darcy podeszła ze szklanką harpa.

- Coś się tak nadęła.

- Usiądź na chwilę. - Starała się mówić cicho, a kiedy Darcy usiadła, nie spuszczała z 

oczu Aidana. - Przed chwilą widziałam Jude spacerującą ulicą z nowych szczeniakiem.

- Postarała się o szczeniaka?

- Szsz... Mów ciszej, bo usłyszy, o czym mówimy.

- Kto usłyszy? - zapytała Darcy świszczącym szeptem.

- Aidan. Wybrał szczeniaka z miotu suki Clooneyów całkiem dorodnego i zaniósł go 

Jude.

- On... - Gdy Brenna znowu ją uciszyła, Darcy konspiracyjnie pochyliła się do przodu. 

background image

- Aidan dał jej szczeniaka? Nawet nie pisnął o tym słówka ani mnie, ani nikomu innemu, o ile 

się orientuję. - Darcy zamyśliła się. Od czasu do czasu dawał dziewczynom jakąś błyskotkę, 

ale musiała być do tego specjalna okazja.

- To też sobie pomyślałam.

- I kwiaty - ciągnęła Darcy. - Zawsze przynosił kwiaty kobiecie, która mu wpadła w 

oko, ale to coś innego.

- To zupełnie coś innego. - Tu już chodzi nie o jakieś tam zabawianie się w łóżku. - By 

zaakcentować swój punkt widzenia, podniosła szklankę i wypiła.

- Jude, dała mu ten obrazek, który kupiła w Dublinie. Może chciał się zrewanżować i 

akurat trafił mu się szczeniak.

- Gdyby chodziło o ofiarowanie jej czegoś w zamian za obraz - swoją drogą uważam, 

że  jest  ślicznie  namalowany  -  dałby  jej  jakiś  drobiazg,  jakąś  błyskotkę, coś  w  tym rodzaju. 

Prezent za prezent. Dając jej szczeniaka, posunął się znacznie dalej.

-  Masz  rację.  -  Darcy  zabębniła  palcami,  zmrużyła  oczy  i  popatrzyła  uważniej  na 

krzątającego się za barem brata. - Myślisz, że się w niej zakochał?

- Poszłabym o zakład, że wszystko zmierza w tę stronę. - Brenna przysunęła się bliżej. 

- Musimy do lego dojść.

- Może wyciągniemy coś z Shawna.

- On jest cholernie lojalny wobec Aidana. Chciałabym ją mieć w rodzinie - oznajmiła 

Darcy.  -  I  wydaje  mi  się,  że  pasuje  do  Aidana.  Jeszcze  nie  widziałam,  żeby  patrzył  tak  na 

jakąś  kobietę,  jak  patrzy  na  naszą  Jude.  Tyle  że  mężczyźni  z  rodziny  Gallagherów  nie 

decydują  się  szybko  na  małżeństwo.  Moja  matka  mówiła,  że  długo  musiała  tłuc  ojca  po 

głowie kwiatami pomarańczy, zanim się zdecydował i poprosił ją o rękę.

- Zostanie tu jeszcze przez trzy miesiące.

- Trzeba więc coś zrobić, żeby się żwawiej ruszał. Oboje myślą o małżeństwie, więc 

nie powinno to być aż tak trudne. Trzeba mu podsunąć tę myśl.

Aidan miał rację. Finn okazał się dobrym kompanem. Wędrował z nią po wzgórzach, 

bawił  się  i  zajmował  sobą, kiedy przystawała,  żeby  podziwiać  polne  kwiaty,  kiedy zrywała 

jaskry i  pierwiosnki,  które zakwitły  na  przełomie  maja i  czerwca.  Lato w  Irlandii niosło  ze 

sobą cudowny strumień ciepła, a powietrze było dla Jude jak poezja.

Przy  łagodnej  pogodzie,  gdy  deszcz  spływał  jak  jedwab,  skracała  spacery,  żeby  się 

później schronić w przytulnym domku.

A kiedy było sucho, wybierała się z Finnem na długie poranne marsze, pozwalając mu 

na dzikie harce wokół cierpliwej i pobłażającej mu Betty.

background image

Niezależnie  od  pogody  -  w  słońce  i  w  deszcz  -  myślała  o  mężczyźnie,  którego 

widziała na drodze z Dublina, wędrującego ze swoim psem.

Finn spał przy palenisku,  podczas gdy ona  przeprowadziła  pierwszą próbę  pieczenia 

chleba. Zakwilił jak dziecko, kiedy obudził się samotnie o trzeciej nad ranem.

Kiedy wykopał dziurę na klombie, musieli odbyć poważną rozmowę, ale doszli już do 

tego, że od dwóch tygodni nie obgryzał jej butów.

Poza jednym jedynym razem, który oboje postanowili puścić w niepamięć.

Pozwalała  mu  hasać,  aż  padał  skonany.  Przy  ładnej  pogodzie  pracowała  na  dworze, 

podczas gdy on chrapał pod krzesłem.

Jej książka! Marzyła, żeby zobaczyć ją w pięknej okładce, z własnym nazwiskiem, na 

półce księgarni.

Utrzymywała  to  w  tajemnicy,  pogrążając  się  w  pracy,  którą  tak  pokochała.  A  na 

dodatek wieczorem robiła szkice ilustracji do opowieści.

Nie była nimi zachwycona. Lekcje rysunku, na które kładli nacisk rodzice, okazały się 

niezbyt owocne. Ale bawiło ją i wciągało rysowanie.

Na wypadek, gdyby ktoś przyszedł z wizytą, starannie chowała swoje szkice.

Była w kuchni i przyglądała się ostatniemu rysunkowi, kiedy usłyszała pukanie, a po 

chwili dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.

Poderwała  się  z  miejsca,  co  spowodowało,  że  Finn  zaczął  szczekać  jak  oszalały,  i 

pospiesznie wsunęła szkice do przeznaczonej na nie teczki.

Ledwie  zdążyła  ją  zamknąć  i  wsadzić  do  szuflady,  kiedy  do  pokoju  weszły  Darcy  i 

Brenna.

-  To  się  nazywa  dzielny,  bojowy  pies.  -  Brenna  przykucnęła  i  zaczęła  bawić  się  z 

Finnem.

- Masz coś zimnego do picia dla strudzonych przyjaciółek, Jude?

- Tak, ale bez alkoholu.

- Pracowałaś? - zapytała Darcy, kiedy Jude otworzyła lodówkę.

- Skończyłam prawie wszystko, co sobie zaplanowałam na przedpołudnie.

- To dobrze, ponieważ Brenna i ja mamy pewien plan w związku z twoją osobą.

-  Naprawdę?  -  Rozbawiona  Jude  wyjęła  drinki.  -  Czyżbyście  już  zamierzały 

powtórzyć zakupowe szaleństwa?

- Zawsze jestem gotowa na zakupy, ale nie, nie o to chodzi. Jesteś tu z nami od trzech 

miesięcy.

- Plus minus - zgodziła się Jude, starając się nie myśleć, że to już półmetek.

background image

- A Brenna i ja doszłyśmy do wniosku, że przyszedł czas na ceili.

Zaintrygowana Jude aż przysiadła. Zawsze lubiła słuchać opowiadań babci o ceili, na 

których  bywała  jako  młoda  dziewczyna.  Dom  aż  pękał  od  jedzenia  i  muzyki.  Tańczono. 

Ludzie tłoczyli się w kuchni, wylewali się na dziedziniec.

- Zamierzacie urządzić ceili?

- Nie. - Darcy pokazała w uśmiechu zęby. - Ty to zrobisz.

- Ja? - Zatkało ją z przerażenia. - Nie potrafię.

-  To  nic  trudnego  -  zapewniła  ją  Brenna.  -  Stara  Maude,  zanim  biedaczka  odeszła, 

wydawała je każdego roku o tej porze. Gallagherowie zapewnią muzykę, znajdzie się wielu 

takich, którzy będą szczęśliwi, mogąc pograć. Każdy przyniesie jedzenie i picie.

- A tobie nie pozostanie nic do roboty, jak tylko otworzyć drzwi i dobrze się bawić -

uspokajała  ją  Darcy.  -  Pomożemy  ci,  a  także  dopilnujemy,  żeby  wiadomość  dotarła  do 

wszystkich.  Za  tydzień  od  tej  soboty  będzie  przesilenie  dnia  z  nocą.  Noc  świętojańska  jest 

idealnym terminem na ceili.

- Za tydzień? - pisnęła Jude. - To za mało czasu. Naprawdę za mało.

- Aż za dużo. - Darcy mrugnęła okiem. - Pomożemy ci we wszystkim, więc nie martw 

się ani trochę. Czy mogłabym pożyczyć twoją niebieską suknię? Tę z wąskimi ramiączkami i 

z żakietem?

- Tak, oczywiście, ale ja naprawdę nie mogę...

- Nie możesz stchórzyć. - Brenna podniosła się z podłogi i usiadła na krześle. - Moja 

mama także jest ci gotowa pomóc. A poza tym dobrze jej zrobi trochę rozrywki, bo Maureen 

zamęcza ją i doprowadza do szału tym swoim weselem. Na twoim miejscu zorganizowałabym 

tańce w saloniku, a beczki z piwem wyniosłabym na zewnątrz od strony kuchni.

- Trzeba też będzie przesunąć meble, żeby zrobić więcej miejsca - wtrąciła Darcy. - A 

jeśli dopisze pogoda, dostawi się trochę krzeseł na dworze.

- Akurat będzie pełnia księżyca. Mama wpadła na pomysł, żeby tylne wejście ozdobić 

świecami, w ten sposób ludzie nie będą się potykać w ciemności.

- Ale ja...

- Namówisz Shawna, żeby zrobił colcannon, Darcy? - przerwała Brenna, zanim Jude 

zdążyła cokolwiek wtrącić.

- Oczywiście, przyrządzi  tego całą furę, a pub ofiaruje  beczkę  piwa i  trochę  butelek 

wina. Twoja mama mogłaby zrobić gulasz barani. Nikt tak go nie robi, jak ona.

- Będzie uszczęśliwiona.

-  Naprawdę  -  Jude  czuła  się  tak,  jakby  szła  na  dno  po  raz  trzeci,  a  jej  przyjaciółki 

background image

rzucały jej z pobłażliwym uśmiechem kotwicę zamiast sznura - nie śmiem prosić...

- Aidan zamknie na ten wieczór pub, więc będę mogła przyjść wcześniej i pomóc we 

wszystkim.

Jude nie pozostało nic innego, jak tylko skapitulować.

- Wydaje mi się, że wszystko poszło dobrze - odezwała się Darcy, gdy obie z Brenna 

wdrapały się z powrotem do furgonetki.

- Czuję się trochę winna, że tak ją przyciskamy do muru.

- Przecież robimy to dla niej.

- Kiedy wychodziłyśmy, jąkała się i była blada, ale i tak nieźle nam poszło. - Śmiejąc 

się, Brenna uruchomiła silnik. - Na szczęście przypomniałam sobie, jak mój ojciec oświadczył 

się mamie podczas ceili właśnie w tym domu. To bardzo dobry znak.

- Przyjaciele dbają o swoich przyjaciół. - Ktoś mógłby ją nazwać lekkoduchem, ale nie 

było solidniejszej przyjaciółki od Darcy, jeśli już kogoś obdarzyła przyjaźnią. - Jest w nim do 

szaleństwa zakochana, a  jednocześnie zbyt nieśmiała,  żeby  nim  pokierować. Postaramy się, 

żeby mieli ten wieczór i muzykę.

Tak popracuję nad nią, żeby Aidanowi oczy wyszły na wierzch z wrażenia. A jeżeli 

numer nie wypali, to... no cóż, trzeba będzie uznać Aidana za beznadziejny przypadek.

-  Jeśli  miałabym  osądzać,  to  powiedziałabym,  że  mężczyźni  od  Gallagherów  są 

jednakowo beznadziejni.

background image

16

-  Jak  mam  wydać  przyjęcie  -  zapytała  Jude  -  skoro  nie  wiem,  ile  przyjdzie  osób? 

Kiedy nie mam żadnego menu, żadnego harmonogramu? Żadnego planu?

Ponieważ  Finn  był  jej  jedynym  słuchaczem  i  nie  kwapił  się  z  odpowiedzią,  Jude 

osunęła się na fotel w swoim nieskazitelnie czystym saloniku i zamknęła oczy. Sprzątała od 

wielu  dni.  Aidan  wyśmiewał  się  z  niej,  radził  też  tak  się  tym  nie  przejmować.  Mówił,  że 

przecież nikt nie będzie przetrząsać kątów w poszukiwaniu kurzu, nie wskaże go palcem, nie 

skaże na banicję za jeden zabłąkany pyłek.

Nic nie rozumiał. W końcu był tylko mężczyzną.

- To jest mój dom - mruknęła pod nosem. - A dom kobiety świadczy o niej. Nic mnie 

nie obchodzi, że zbliża się koniec drugiego tysiąclecia, skoro i tak trzeba to wszystko zrobić.

Przyjmowała  już  wcześniej  gości, miała  nawet  na  koncie  parę  udanych  przyjęć.  Ale 

kosztowało  ją  to  tygodnie,  jeśli  nie  miesiące  planowania  i  przygotowań.  Sporządzała  listy 

gości, tematy rozmów, wyszukiwała dostawców, starannie dobierała przystawki i muzykę.

I zużywała moc środków uspokajających.

A teraz oczekiwano od niej, że tak po prostu rzuci się i otworzy drzwi dla przyjaciół i 

dla nieznajomych.

Wielu  ludzi,  których  nigdy  przedtem  nie  widziała,  zaczepiało  ją  każdego  dnia, 

napomykając o ceili.  Miała nadzieję, że  nie powiedziała  im  żadnych niestosownych  rzeczy, 

ale ich oczy nie przestawały jej prześladować.

To  było jej  pierwsze  ceili.  Pierwsze  prawdziwe przyjęcie, które  wydawała  w  swoim 

domku. Po raz pierwszy podejmowała w Irlandii gości.

Na  Boga,  znajdowała  się  przecież  na  zupełnie  innym  kontynencie!  Skąd  miała 

wiedzieć, co należy robić?

Połknęła aspirynę.

Próbując  się  uspokoić,  spojrzeć  na  sprawy  z  innej  perspektywy,  położyła  głowę  na 

oparciu  fotela  i  zamknęła  oczy.  Przyjęcie  ma  mieć  niezobowiązujący  charakter.  Ludzie 

przyjdą z półmiskami i z tacami, z furą jedzenia. Do niej należy tylko zapewnienie oprawy, a 

domek wygląda ślicznie.

I kogo ona próbuje oszukać? Cała ta sprawa zmierza prosto ku katastrofie.

Domek jest za mały na przyjęcie. Gdyby padało, czy ludzie mają stać na dworze pod 

parasolami,  a  ona  ma  im  podawać  jedzenie  przez  okno?  W  środku  nie  pomieszczą  się 

background image

wszyscy, jeżeli nawet pojawi się tylko połowa tych ludzi, którzy ją nagabywali.

Za  mało  jest  także  miejsc  do  siedzenia.  Za  mało  jest  w  domu  powietrza,  żeby  dla 

wszystkich wystarczyło tlenu.

Co gorsza, kilkakrotnie w ciągu ostatnich kilku dni tak zajęła się swoją książką, że nie 

wykonała  wyznaczonej  na  dany  dzień  pracy.  Po  pierwszej  takiej  wpadce  nastawiła  nawet 

budzik.  Ale kiedy zadzwonił,  wyłączyła go, chcąc tylko dokończyć ten  jeden akapit. Kiedy 

się ocknęła, było już zbyt późno na porządkowanie łazienki.

Ma  się  o  nic  nie  martwić!  W  kółko  jej  to  powtarzano.  Ale  oczywiście  musi  się 

troszczyć o wszystko. To jej rola. Przecież musiała pomyśleć o jedzeniu. To jest jej dom.

Spróbowała  tart,  które  wyszły  twarde  jak  kamień.  Nawet  Finn  nie  chciał  ich  tknąć. 

Druga próba wypadła lepiej - przynajmniej pies je skubnął, choć po chwili wypluł. Ale też nie 

twierdziła nigdy, że jest dobrą kucharką!

Udało jej się zrobić  zapiekankę według przepisu  z książki kucharskiej starej Maude. 

Wyglądała  i  pachniała  zupełnie  nieźle.  Teraz  trzeba  mieć  nadzieję,  że  nikt  się  od  niej  nie 

pochoruje.

W  piekarniku  piekła  szynkę.  Już  trzy  razy  dzwoniła  do  babci,  by  upewnić  się,  jak 

powinien przebiegać cały ten proces. Była taka wielka, skąd więc można wiedzieć, czy jest 

już gotowa? Pewnie będzie surowa w środku i zaszkodzi gościom. Ale przynajmniej zostanie 

podana w idealnie wysprzątanym domu.

Dzięki  Bogu  do  szorowania  podłóg  i  mycia  okien  nie  trzeba  żadnego  talentu. 

Przynajmniej to jedno wykonała bez zarzutu.

Przez  całą  noc  padało,  a  od  strony  morza  przesuwała  się  mgła.  Jednak  nad  ranem 

przejaśniło  się, zaświeciło słońce i  poczuło się ciepło lata, od którego ożyły zarówno  ptaki, 

jak i kwiaty.

Trzeba mieć tylko nadzieję, że pogoda się utrzyma.

Pootwierała  na  oścież  lśniące  okna,  żeby przewietrzyć  dom  i  dać  znać,  że  goście są 

tutaj mile widziani. Do środka wdzierał się zapach róż i pachnących groszków starej Maude. 

Koił napięte nerwy Jude.

Kwiaty!  Poderwała  się  z  fotela.  Nie  ścięła  żadnych  kwiatów,  żeby  ozdobić  dom. 

Wpadła do kuchni po nożyce. Na jej widok Finn zerwał się na nogi i pognał za nią. Stracił 

punkt oparcia na świeżo wypastowanej podłodze, poślizgnął się i wyrżnął łbem o kredens.

Oczywiście trzeba go było utulić i pocieszyć. Szepcząc mu słowa otuchy, wyniosła go 

na dwór.

- Pamiętaj tylko, żadnego kopania dziur na klombach, rozumiesz?

background image

Rzucił jej pełne uwielbienia spojrzenie, tak jakby dawał do zrozumienia, że taka myśl 

nawet nie postała mu w głowie.

-  Ani  żadnego  polowania  na  motyle  wśród  bławatków  -  dodała  i  postawiła  go  na 

ziemi, dając mu lekkiego klapsa w pupę.

Wzięła koszyk i zaczęła wybierać najlepsze nadające się do ścięcia kwiaty.

Było  to  zajęcie,  które  ją  zawsze  uspokajało.  Kształty,  zapachy,  kolory,  dobieranie 

najciekawszych zestawów. Wędrowanie wąską kamienną ścieżką wzdłuż kwietników.

Gdyby  miała  zamieszkać  tu  na  stałe,  powiększyłaby  ogród  za  domem.  Od  wschodu 

wzniosłaby niewielki kamienny mur i puściła tam pnące róże, a może zrobiłaby coś w rodzaju 

żywopłotu  z  lawendy.  Na  samym  przodzie  posadziłaby  dalie.  Zaś  po  zachodniej  stronie 

mogłoby rosnąć drzewo, po którym pięłoby się słodko pachnące wino, które po jakimś czasie 

utworzyłoby malowniczy tunel.

Zrobiłaby tam ścieżkę, żeby móc spacerować - obsianą gęsto rumiankiem, tymiankiem 

i orlikiem. Dróżka wiłaby się wśród kwiatów i zewsząd rozciągałby się widok na wzgórza i 

łąki.

Byłaby  tu  też  kamienna  ławeczka,  na  której  wieczorami  po  skończonej  pracy 

odpoczywałaby, wsłuchując się w stworzony przez siebie mały świat.

Byłaby  amerykańską  pisarką,  która  powróciła  do  starej  ojczyzny,  zamieszkała  w 

domku  na zaczarowanym wzgórzu razem  ze  swoimi  kwiatami i  wiernym  psem. A także  ze 

swoim ukochanym.

Oczywiście to tylko fantazja. Minął już półmetek jej pobytu tutaj. Na jesieni wróci do 

Chicago.  Jeśli  nawet  wystarczy  jej  odwagi  i  nie  zrezygnuje  z  pomysłu  złożenia  książki  w 

wydawnictwie, będzie musiała podjąć pracę. Trudno byłoby żyć z oszczędności i z tego, co 

odziedziczyła.

Chyba  wróciłaby  do  nauczania.  Pomysł  prowadzenia  prywatnej  praktyki  był  zbyt 

przerażający. Mogłaby się rozejrzeć za posadą w jakiejś niedużej, prywatnej szkole.

Gdzieś, gdzie, miejmy nadzieję, czułaby kontakt z uczniami. Miałaby też więcej czasu 

na pisanie. Nie wolno teraz rezygnować z tego, co dopiero odkryła.

Mogłaby  się  wyprowadzić  za  miasto,  kupić  nieduży  dom.  Nic  jej  nie  zmusza  do 

mieszkania  w  Chicago.  Mogłaby mieć  tam  gabinet  służący tylko do  pisania.  Zbierze  się  na 

odwagę i zaproponuje swoją książkę wydawnictwu. Nie może pozwolić sobie na tchórzostwo 

w tak ważnej dla siebie sprawie.

I mogłaby przyjeżdżać do Irlandii. Na parę tygodni każdego lata. Mogłaby odwiedzać 

przyjaciół. Spotykać się z Aidanem.

background image

Nie, lepiej o nie myśleć o przyszłości. Należy pielęgnować to, co jest teraz.

Ich drogi się rozejdą. To nieuniknione.

On  będzie  żył  tutaj,  a  ona  pojedzie  do  siebie.  Ale  ma  przynajmniej  tę  radosną 

świadomość,  że  nic  nigdy  nie  wróci  do  poprzedniego  stanu.  Nie  była  już  tą  samą  osobą. 

Wiedziała, że teraz potrafi zbudować sobie życie.

Może być szczęśliwa. Może się realizować. Ostatnie trzy miesiące pokazały, że stać ją 

na wiele. Że może doprowadzić do końca to, co zaczęła.

Gdy  tak  dodawała  sobie  w  myślach  otuchy,  Finn  szczeknął  radośnie  i  pomknął  do 

ogrodowej furtki - prosto przez jej bratki.

- Witaj, Jude. - Mollie O'Toole weszła bez zaproszenia, gdy tymczasem Finn wymknął 

się  na  zewnątrz  i  zaczął  obskakiwać  Betty.  Oba  psy  pomknęły  w  podskokach  w  stronę 

wzgórz, - Pomyślałam, że może trzeba ci w czymś pomóc.

-  Ponieważ  sama  już  nie  wiem,  co  robić,  każda  twoja  sugestia  będzie  dobra.  -

Spojrzała w dół na koszyk i westchnęła. - Ścięłam już za dużo kwiatów.

- Nigdy nie jest ich za dużo.

Mollie zawsze potrafiła powiedzieć to, co trzeba.

- Cieszę się, że tu jesteś.

Policzki Mollie zaróżowiły się z radości.

- Mówisz tak tylko, żeby mi sprawić przyjemność.

-  Mówię  poważnie.  Przy  tobie  zawsze  czuję  się  spokojniej.  Kiedy  jesteś  blisko, 

odnoszę wrażenie, że najgorsze mam za sobą i że już nic złego nie może się zdarzyć.

- Pochlebiasz mi. Czy coś cię teraz niepokoi?

- Wszystko. - Ale mówiąc to, Jude uśmiechnęła się. - Chodź ze mną do środka, żebym 

mogła wstawić kwiaty do wody. Z pewnością natychmiast zwrócisz uwagę na wiele spraw, o 

których zapomniałam.

-  Jestem  pewna,  że  o  niczym  nie  zapomniałaś,  ale  chętnie  wejdę  i  pomogę  ci  przy 

kwiatach.

- Myślałam, żeby je porozstawiać po całym domu, w butelkach i misach. Maude nie 

ma odpowiedniego wazonu.

- Ona tak samo robiła. Postaw wszędzie po trochu. Jesteś do niej bardziej podobna, niż 

sądzisz.

- Ja do niej?

-  Tak.  Pielęgnujesz  kwiaty,  chodzisz  na  długie  spacery,  zaszywasz  się  w  swoim 

domku, ale twoje drzwi stoją otworem dla gości.

background image

- Zawsze mieszkała sama. - Jude rozejrzała się po schludnym, ładnym domku.

-  Bo  jej  to  odpowiadało.  Ale  sama  to  nie  znaczy samotna.  Po  Johnnym  nie  kochała 

żadnego  mężczyzny.  Jak  sama  mówiła,  nie  znalazła  już  żadnego  mężczyzny  godnego  jej 

miłości.  -  Gdy  weszły  do  środka,  Mollie  pociągnęła  nosem.  -  Masz  szynkę  w  piekarniku. 

Pachnie cudownie.

- Naprawdę? - Jude też pociągnęła nosem. - Chyba masz rację. Nie rzuciłabyś na nią 

okiem, Mollie? Jeszcze nigdy czegoś takiego nie piekłam i jestem zdenerwowana.

- Oczywiście, że zerknę.

Otworzyła  piekarnik,  dokonując  inspekcji,  podczas  gdy  Jude  odstawiła  koszyk  i 

stanęła za nią, zagryzając wargę.

- Pięknie się piecze. I jest prawie gotowa - oznajmiła po upewnieniu się, że skórka już 

łatwo  odchodzi.  -  Sądząc  po  zapachu,  goście  nie  zostawią  ci  nawet  skrawka  na  jutrzejszy 

lunch.  Mój  Mick  tak  uwielbia  pieczoną  szynkę,  że  kiedy  się  do  niej  dorwie,  będzie  się  nią 

zajmował bez opamiętania.

- Naprawdę?

Mollie zamknęła piekarnik.

- Jude, nie spotkałam drugiej kobiety, która by z takim niedowierzaniem przyjmowała 

komplementy.

-  Jestem  znerwicowana.  -  Ale  powiedziała  to  raczej  z  uśmiechem  niż  w  formie 

wyjaśnienia.

- Dobrze, dobrze, mam nadzieję, że sama wiesz, jak jest naprawdę. Doprowadziłaś ten 

dom do połysku, nie widzisz tego? Mogę ci udzielić tylko jednej rady.

- Słucham.

-  Kiedy  skończysz  z  kwiatami  i  wyjmiesz  szynkę  do  ostudzenia,  postaw  ją  na  tyle 

wysoko, żeby twój szczeniak nie zdołał się do niej dobrać. Przeżyłam coś takiego i nie było to 

najprzyjemniejsze doświadczenie.

- Świetna rada.

- Potem  pójdź  na górę i  weź gorącą kąpiel. Przesilenie  dnia z  nocą jest  doskonałym 

czasem na ceili, a jeszcze lepszym na romans.

Z macierzyńskim ruchem poklepała Jude po policzku.

- Włóż na tę noc piękną suknię i zatańcz z Aidanem w świetle księżyca. O resztę się 

nie martw.

- Nawet nie wiem, ile będzie osób.

- Co za różnica? Dziesięć czy sto dziesięć...

background image

- Sto dziesięć? - Jude aż zatkało, pobladła z przerażenia.

- Każda z tych osób przychodzi po to, żeby się zabawić. - Mollie sięgnęła po butelkę. -

To jest najważniejsze. Irlandczycy potrafią docenić gościnność.

- A jeżeli będzie za dużo jedzenia?

- Och, to ostatnia rzecz, którą powinnaś cię martwić. - A co...

- Jeżeli żaba zeskoczy z księżyca i wyląduje na twoim ramieniu... - Mollie wzniosła do 

góry ręce. - Upiększyłaś swój dom i przygotowałaś go na przyjęcie gości. Teraz zrób to samo 

ze sobą, a reszta, jak już ci powiedziałam, sama się zrobi.

To  była  dobra  rada,  stwierdziła  Jude.  Nawet  jeżeli  na  początku  nie  była  o  tym 

przekonana.  Skoro  kąpiel  miała  być  niezawodną  metodą  na  odprężenie,  wzięła  ją  w  swojej 

ulubionej  wannie  wspartej  na  pazurach  i  tak  długo  w  niej  zabawiła,  aż  jej  skóra  stała  się 

różowa i błyszcząca, powieki zaczęły opadać, a woda prawie ostygła.

Potem  otworzyła  przywieziony  z  Dublina  krem  i  posmarowała  się  nim  obficie.  Był 

niezawodny i zawsze czuła się po nim bardziej kobieco.

Całkowicie  zrelaksowana  postanowiła  przed  pojawieniem  się  gości  uciąć  sobie 

króciutką drzemkę. Weszła do sypialni i stanęła jak wryta.

- Finn! O mój Boże!

Szczeniak  na  środku  łóżka  toczył  zażartą  walkę  z  poduszkami.  Wszędzie  fruwało 

pierze.  Odwrócił  się  w  jej  stronę,  machając  triumfalnie  ogonkiem  i  trzymając  pokonaną 

poduszkę w zębach.

- Fe! Brzydki pies! - Ruszyła w jego stronę. Czując, że coś jest nie w porządku, Finn 

zeskoczył  z  łóżka,  porywając  ze  sobą  poduszkę.  Posypały  się  kolejne  piórka,  znacząc  jego 

trasę.

- Nie, nie, nie! Stój! Zaczekaj! Finn, wracaj mi tu natychmiast!

Pobiegła  za  nim,  powiewając  połami  szlafroka.  Nim  go  złapała,  zasłał  już  pierzem 

całe schody. A potem popełniła błąd, chwytając poduszką zamiast szczeniaka.

Błysnął  okiem,  obwieszczając  wojnę  o  swoje  trofeum.  Warcząc  zabawnie,  zanurzył 

zęby w poduszce i potrząsając łbem wzbił tuman pierza.

- Oddaj! Co robisz? - Wykonała gwałtowny ruch, żeby go złapać, i poślizgnęła się na 

wypastowanej  i  przysypanej  pierzem  podłodze.  Z  przeraźliwym  krzykiem,  przejechała  na 

plecach przez cały salon.

Usłyszała dźwięk otwierających się drzwi.

- Co ty wyprawiasz, Jude Frances? - Aidan oparł się o futrynę drzwi, gdy tymczasem 

Shawn zerkał zza jego ramienia.

background image

- Nic takiego. - Zdmuchnęła włosy i pióra z oczu.

-  No  popatrz,  myślałem,  że  ciągle  coś  tu  szorujesz  i  polerujesz,  a  ty  tymczasem 

leniuchujesz, bawiąc się z psem na podłodze.

Udało  się  jej  usiąść.  Rozcierała  łokieć,  którym  wyrżnęła  o  podłogę.  Finn  pobiegł  w 

podskokach i złożył łaskawie poduszkę u stóp Aidana.

- O, tak. Daj mu ją.

-  No  co,  załatwiłeś  ją,  koleś,  prawda?  Na  amen.  -  Gratulując  Finnowi  sukcesu, 

poklepał go po grzbiecie, a następnie podszedł do Jude i podał jej rękę. - Nie zrobiłaś sobie 

nic złego, kochanie?

-  Nie.  -  Rzuciła  mu  ponure  spojrzenie.  -  Nie  ma  w  tym  nic  śmiesznego.  -  Odtrąciła 

jego  rękę,  spoglądając  na  Shawna,  który  zaczął  chichotać.  -  Pierze  jest  wszędzie.  Będę 

potrzebowała wielu dni, żeby je wszystkie pozbierać.

-  Możesz  zacząć  od  swoich  włosów.  -  Pochylił  się,  ujął  ją  w  pasie  i  podciągnął  do 

góry. - Są całe przysypane.

- Świetnie. Dziękuję za pomoc. A teraz muszę się wziąć za robotę.

-  Przynieśliśmy  parę  beczułek  z  pubu.  Postawimy  ci  je  z  tyłu  domu.  -  Zdmuchnął 

pióro z policzka Jude i powąchał jej szyję. - Co za zapach - wyszeptał. - Wyjdź stąd, Shawn.

- Nie, ani mi się waż. Nie mam czasu na zabawy.

- i zamknij za sobą drzwi - dokończył Aidan, przyciągając do siebie Jude.

- Wezmę też psa, skoro już zakończył działalność na tym terenie. Chodź, ty bestio. -

Shawn cmoknął na psa i dokładnie zamknął za sobą drzwi.

- Muszę posprzątać ten bałagan - zaczęła Jude.

- Jeszcze jest czas - odparł Aidan.

- Nie jestem ubrana.

- Zdążyłem to zauważyć. - Kiedy dotknęła plecami ściany, przejechał ręką wzdłuż jej 

ciała. - Proszę o pocałunek, Jude Frances. O taki, który zapamiętam przez cały ten najdłuższy 

dzień roku.

Nie miała nic przeciwko temu - zwłaszcza że tak rozkosznie świdrował ją wzrokiem, a 

jego  ciało  było  takie  mocne,  ciepłe,  bliskie.  W  odpowiedzi  uniosła  ramiona  i  objęła  go  za 

szyję.  Po  czym  bez  zastanowienia  odwróciła  go  szybkim  ruchem,  aż  jego  plecy  dotknęły 

ściany, a jej ciało przywarło do niego, miażdżąc mu usta w gorącym pocałunku.

Wydał taki dźwięk, jakby tonął - i to z własnej woli. Ścisnął jej biodra, wpijając w nie 

palce, jak w tamtą noc, kiedy kompletnie stracił panowanie nad sobą. Na wspomnienie tamtej 

chwili  przeszedł  ją  dreszcz  rozkoszy,  odezwał  się  też  w  niej  przemożny,  długo  uśpiony 

background image

instynkt posiadania.

Jest jej, tak długo, jak to trwa. Może go dotykać, brać i smakować. To jej pragnie. Po 

nią sięga. Tylko przy niej tak wali mu serce.

Dotarło do niej, iż jest to największa prawda świata.

Trzasnęły drzwi, ale ona  nie oderwała od niego ust. Nie obchodziło jej, że w każdej 

chwili może tu wtargnąć jakiś obcy człowiek.

-  Jezus  Maria,  Józefie  święty  -  jęknęła  Brenna.  -  Nie  moglibyście  sobie  wymyślić 

innego zajęcia? Gdzie się nie ruszę, zawsze was widzę przykutych do siebie ustami.

- Jest po prostu zazdrosna - powiedziała Jude, wtulając się w szyję Aidana.

-  Myślałby  kto,  że  nie  mam  nic  lepszego  do  roboty,  jak  być  zazdrosną  o  jakąś 

zwariowaną kobietą całującą jakiegoś Gallaghera.

- Chyba jest znowu wściekła na Shawna. - Aidan zanurzył twarz we włosach Jude. Nie 

zamierzał się stąd ruszać przez najbliższych dziesięć lat.

- Wszyscy mężczyźni to zakute pały, a twój brat jest jeszcze większym głupcem niż 

inni.

- Och, przestań już narzekać na Shawna - zaprotestowała Darcy, wpadając jak burza 

do środka. - Co się stało? Pełno tu pierza. Jude, oderwij się od tego człowieka, chyba musisz 

się ubrać, prawda?  Podobnie zresztą jak ja. Aidan wyjdź stąd i pomóż Shawnowi przy tych 

beczkach. Przecież nie może sam wszystkiego robić!

Aidan  odwrócił  głowę  i  przytulił  policzek  do  włosów  Jude.  Widok  jego  twarzy 

wstrząsnął Darcy - przez długą chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, po czym zaczęła 

popychać Brennę w stroną kuchni.

- Wnieśmy lepiej te półmiski i złapmy się za miotłę.

- Przestań mnie pchać. Do jasnej cholery, mam już po uszy tej waszej rodziny.

- Spokojnie, spokojnie, muszę coś sobie przemyśleć. - Wzburzona Darcy odstawiła na 

ladę półmiski, które przyniosła, i zaczęła przemierzać kuchnię. - On jest w niej zakochany.

- Kto?

- Aidan, w Jude.

- Na Boga, Darcy, już to mówiłaś. Czy nie dlatego urządzamy ceili?

- Ale on jest w niej naprawdę zakochany. Widziałaś jego twarz? Chyba muszę usiąść. 

- Usiadła i odetchnęła nerwowo. - Nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak to wygląda. Jak ją 

trzyma! Jaki ma rozkochany wzrok! Brenna,  gdy mężczyzna spogląda tak na kobietę, może 

go ona zranić, może złamać mu serce.

- Jude nie skrzywdziłaby muchy.

background image

- Nie mówię, że to zrobi świadomie. - Z niepokoju aż kurczył jej się żołądek. Aidan 

był jej opoką, nawet przez chwilę nie wyobrażała sobie, że może być tak bezbronny. - Jestem 

pewna, że jej również na nim zależy i że całkowicie zaangażowała się w ten romans.

- Więc w czym problem? Jest tak, jak mówiłyśmy.

- Nie, nie jest tak, jak mówiłyśmy. Brenna, ona jest kobietą wykształconą, z tytułami 

naukowymi,  wychowała  się  w  Chicago.  Ma  tam  rodzinę,  pracę,  eleganckie  mieszkanie. 

Miejsce Aidana jest tutaj. - Ogarnęła ją prawdziwa rozpacz, łzy napłynęły jej do oczu. - Czy 

ty  tego  nie  rozumiesz?  Ani  on  się  tam  nie  przeniesie,  ani  ona  tutaj  nie  zostanie.  Co  też  mi 

przyszło do głowy, żeby ich skojarzyć?

-  Sami  się  skojarzyli.  -  Ponieważ  to,  co  powiedziała  Darcy,  zaniepokoiło  ją  samą, 

Brenna sięgnęła po miotłę. Pomyślała, że najlepiej zrobi, jeżeli zajmie czymś  ręce. - Co się 

stało,  to  się  nie  odstanie.  Nasz  udział  polegał  tylko  na  tym,  że  namówiłyśmy  ją  na 

zorganizowanie tego przyjęcia.

- I wybrałyśmy termin - przypomniała jej Darcy. - Noc świętojańską. To jest kuszenie 

losu. Jeżeli stanie się coś złego, będzie to nasza wina.

-  Zdajmy  się  na  los.  Nic  więcej  nie  da  się  zrobić  -  zawyrokowała  Brenna  i  zaczęła 

zamiatać.

Jude zdecydowała się na niebieską suknię - kolejny zakup z Dublina, na który nigdy 

by się nie zdecydowała, gdyby nie upór Darcy.

Była to  długa,  miękko  układająca  się  suknia,  bardzo  prosta,  bez  ozdób  i falbanek, z 

prostokątnym staniczkiem  na cieniutkich ramiączkach,  spadająca  aż  do ziemi  i  odsłaniająca 

tylko niewielki, ledwie zarysowujący się fragment kostek. A jej srebrzystoniebieski kolor był 

jak światło księżyca w noc świętojańską. W uszach miała małe klipsy z perełkami. Kolejny 

księżycowy symbol.

Bardzo chciała skorzystać z ostatniej rady Mollie i zatańczyć z Aidanem przy blasku 

księżyca.

A właśnie w ten najdłuższy dzień w roku niebo było czyste i piękne, a powietrze pełne 

aromatów.

Matka przyroda postanowiła, że noc świętojańska będzie jednym z jej triumfów.

Jude przysłuchiwała się muzyce, grającej w jej salonie, odbijającej się głośnym echem 

od ścian. Przenikającej przez nie. Jej dom pełen był ludzi, którzy się śmieli i tańczyli.

Triumf przyrody był niczym w porównaniu z jej triumfem.

Zniknęła  już  ponad  połowa  szynki.  Jude  sama  spróbowała  zaledwie  parę  kęsów, 

ponieważ była zbyt podekscytowana, żeby coś jeść czy pić.

background image

Pary tańczyły na korytarzu, w kuchni, a także na podwórzu. Inni bawili się z dziećmi 

lub plotkowali. Przez pierwszą godzinę starała się pełnić honory pani domu, przechodząc od 

grupy  do  grupy,  upewniając  się,  czy  każdy  ma  pełny  talerz  i  kieliszek.  Ale  ludzie  sami 

nakładali sobie wyborne potrawy, których było pełno w kuchni, a także na dworze, na desce 

rozciągniętej pomiędzy krzyżakami do piłowania drewna, którą to konstrukcję zmontował na 

podwórzu jakiś pomysłowy wynalazca.

Dookoła  uganiały  się  dzieci,  inne  garnęły  się  na  kolana.  Zdarzało  się,  że  jakieś 

niemowlę  podnosiło  wrzawę,  domagając  się  mleka  albo  szczególnej  uwagi,  otrzymując 

zarówno jedno, jak i drugie. Ponad połowa twarzy, które się przed nią przesunęły, była jej nie 

znana.

Wreszcie  uczyniła  to,  czego  nigdy  nie  robiła  na  żadnym  wydawanym  przez  siebie 

przyjęciu. Usiadła i włączyła się w ogólną zabawę.

Wciśnięta  między  Mollie  i  Kathy  Duffy  przysłuchiwała  się  jednym  uchem 

komentarzom, zapominając o talerzyku z kawałkiem ciasta na jej kolanach.

Shawn grał na skrzypcach żywe, gorące kawałki, które tak strasznie chciałaby umieć 

zatańczyć.  Darcy,  olśniewająca  w  pożyczonej  czerwonej  sukni,  grała  na  flecie,  a  Aidan  na 

akordeonie. Co jakiś czas zmieniali się instrumentami albo dobierali inny. Fujarka, podłużny 

bębenek, mała harfa przechodziły z ręki do ręki, nie gubiąc rytmu.

Najbardziej  jej  się  spodobało,  kiedy  dołączyli  do  tego  swoje  głosy,  osiągając  tak 

skomplikowaną, tak subtelną i pełną porozumienia harmonię, że aż jej się serce krajało.

Gdy  Aidan  zaśpiewał  o  młodym,  dziewiętnastoletnim  Willie  MacBride,  Jude 

pomyślała o utraconym narzeczonym Maude i nie wstydziła się swoich łez.

Od rzewnych melodii przeszli na szybki, wybijany rytm. Ilekroć Aidan, podchwytując 

jej wzrok, uśmiechał się, czuła się wniebowzięta jak podlotek.

Gdy Brenna przycupnęła u jej stóp i oparła głowę na kolanach matki, Jude podała jej 

talerzyk z ciastem.

- Ile Shawn ma wdzięku i wyrazu, kiedy gra - mruknęła Brenna. - Łatwo zapomnieć, 

że to taka zakuta pała.

- Wszyscy są cudowni. Powinni nagrać płytę. Mogliby grać na estradzie.

- Shawn gra dla przyjemności. Lepiej, żeby nie miał takich ambicji i nie przewróciło 

mu się w głowie.

-  Nie  zawsze  ludzie  chcą  tego  samego  -  powiedziała  oględnie  Mollie  i  pogłaskała 

Brennę po włosach. - Na przykład ja i twój ojciec.

- Im więcej zrobisz, tym więcej będzie zrobione.

background image

- Jesteś zupełnie jak twój ojciec. Dlaczego nie zatańczysz jak twoja siostra, zamiast tu 

siedzieć naburmuszona? Dziewczyno, jesteś O'Toole do szpiku kości.

- Jest też we mnie trochę z Loganów. - Ożywiając się nagle, Brenna poderwała się na 

nogi i złapała matkę za rękę. - Ruszaj więc, mamo, chyba że czujesz się za stara i za słaba i w 

ogóle nie masz siły.

- Jeszcze zobaczysz, jak się tańczy bez zadyszki.

Gdy Mollie zaczęła wywijać, podniosła się radosna wrzawa. Inni tancerze ustąpili jej 

miejsca, klaszcząc i gwiżdżąc.

-  Mollie  była  za  młodu  mistrzynią  w  tańcu  -  powiedziała  Kathy.  -  I  przekazała  tę 

umiejętność swoim córkom. Niezły z nich zespół, prawda?

- Tak - zgodziła się Jude.

Jedna  za  drugą  dziewczyny  Mollie  przyłączały  się  do  tańca,  aż  cała  szóstka  stanęła 

parami  na  wprost  siebie.  Sześć  kobiet,  mieszanina  włosów  blond  i  rudych,  z  opartymi 

zuchwale na biodrach rękami, wywijających nogami. Im szybsza była muzyka, tym szybciej 

fruwały ich nogi, aż Jude straciła dech od samego patrzenia na nie.

Jude była zafascynowana ich więzią rodzinną. Zaś muzyka jeszcze to podkreślała.

Na tradycje kultury składają się nie tylko legendy i mity.

Teraz dotarło to do niej w pełni. Aidan miał rację. Nie może pisać o Irlandii, pomijając 

tutejszą muzyką.

Werble  bojowe  i  śpiewane  w  pubach  piosenki,  ballady  i  fantastyczny,  skoczny reel. 

Do nich także musi dotrzeć, do ich źródeł, do ich ironii, ich humoru i rozpaczy.

Przytuliła do serca to nowe dla niej natchnienie i otworzyła się cała na muzykę.

Zanim  skończyły,  w  pokoju  stłoczyli  się  wszyscy,  którzy  rozeszli  się  po  domu  albo 

powędrowali  na  dwór.  A  ostatnia  nuta,  ostatni  szybki  przytup  zostały  powitane  szalonymi 

brawami.

Brenna zatoczyła się lekko i ponownie usiadła przy nogach Jude.

- Mama ma rację, nie dorastam jej do pięt. Ta kobieta to cud prawdziwy. - Ocierając 

czoło, westchnęła. - Może ktoś się ulituje i da mi piwa.

- Przyniosę ci. Zasłużyłaś na nie. - Jude podniosła się z fotela i próbowała przecisnąć 

się do kuchni. Otrzymała kilka zaproszeń do tańca, od których z uśmiechem się wymówiła, 

usłyszała  komplementy  na  temat  szynki,  co  ją  niepomiernie  uradowało,  a  także  na  temat 

swojego wyglądu, pewnie od gości, którzy zabawili zbyt długo przy beczkach.

Kiedy w końcu dotarła do kuchni, zdumiała się, że tuż za nią stoi Aidan. Wziął ją za 

rękę.

background image

- Wyjdźmy na dwór i pooddychajmy trochę świeżym powietrzem.

- Obiecałam Brennie, że przyniosę jej piwo.

- Jack, zanieś Brennie kufelek, dobrze? - zawołał głośno, ciągnąc Jude w stronę drzwi.

- Uwielbiam słuchać, jak grasz, ale jesteś już chyba porządnie zmęczony.

- Parę godzin muzykowania nigdy mi nie zaszkodziło. Tak to już jest z Gallagherami. 

Nie przestawał jej ciągnąć, mijając grupę ludzi stłoczonych blisko tylnego wyjścia, aż znaleźli 

się na zakręcie ścieżki, gdzie w trawie i w kwiatach płonęły świece. - Ale gdybym grał cały 

czas,  nie  mógłbym  być  z  tobą  ani  też  powiedzieć  ci,  jak  ślicznie  wyglądasz.  Rozpuściłaś 

włosy - powiedział, bawiąc się ich końcami.

-  To  chyba  pasuje  do  sukni.  -  Potrząsnęła  głową,  odrzuciła  włosy  do  tyłu  i  uniosła 

twarz ku niebu. Było teraz ciemnoniebieskie, oświetlone srebrzystymi promieniami księżyca.

Magiczna noc świateł i cieni, podczas której wychodzą na tańce zaczarowane istoty.

- Wprost nie mogę uwierzyć, że wpadłam w taką panikę. Mieliście rację, mówiąc, że 

odbędzie się to bez mojego udziału. I tak się stało. Sądzę, że tak się dzieje ze wszystkim, co 

najlepsze.

Gdy znaleźli się w miejscu, w którym wyobrażała sobie, że mogłaby posadzić drzewo, 

odwróciła się. Dom za nimi - jej dom, pomyślała ciepło i nie bez dumy - był oświetlony jak 

na  Boże  Narodzenie.  Muzyka,  wrzawa,  śmiech,  wylewały  się  z  niego  nieprzerwanym 

strumieniem.

-  Tak  właśnie  powinno  być  -  powiedziała  półgłosem.  -  W  domu  zawsze  musi  grać 

muzyka.

- Zapewnię ci ją, ilekroć zechcesz. - Kiedy się uśmiechnęła, poprowadził ją do tańca, 

tak jak to sobie wymarzyła.

Czy może być coś wspanialszego? Magia, muzyka, światło księżyca. Długi wieczór, w 

którym ciemność trwa tyle, co pstryknięcie palcami.

- Gdybyś pojechał do Ameryki i zagrał swoją piosenkę, natychmiast miałbyś kontrakt 

na nagranie.

- To nie dla mnie. Moje miejsce jest tutaj.

- Tak, wiem. - Odchyliła się i uśmiechnęła do niego. Rzeczywiście nie wyobrażała go 

sobie gdzie indziej. - Twoje miejsce jest tutaj.

A muzyka, światło księżyca oraz magia sprawiły, że słowa popłynęły, zanim je sobie 

przygotował.

-  Twoje  także.  Nie  ma  powodu,  żebyś  wracała.  -  Odsunął  ją  lekko.  -  Tutaj  jesteś 

szczęśliwa.

background image

- Byłam tutaj bardzo szczęśliwa. Ale...

-  To  powinno  wystarczyć,  żeby  tu  zostać.  Czy  jest  coś  złego  w  zwyczajnym 

szczęściu?

Tak ostry ton głosu Aidana wprawił ją w zakłopotanie.

- Nie, ale muszę pracować. Muszę sobie zapewnić utrzymanie.

- Tu także możesz znaleźć pracę, z której będziesz zadowolona.

Pomyślała, że znalazła pracę swojego życia, odnalazła się w pisaniu. Ale niełatwo jest 

za jednym zamachem odrzucić stare nawyki.

-  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  w  Ardmore  istniało  zapotrzebowanie  na  wykładowców 

psychologii.

- Nie lubisz tej pracy.

Była  coraz  bardziej  zdenerwowana.  Poczuła  chłód  i  pomyślała,  że  przydałby  się  jej 

żakiet.

- Tym się zajmuję. Na tym się znam.

- Więc wymyśl coś innego, czym mogłabyś się zajmować. Chcę cię mieć tutaj, Jude, 

przy sobie. Potrzebuję żony.

Serce zabiło jej mocno.

- Słucham?

-  Potrzebuję  żony  -  powtórzył.  -  Uważam,  że  powinnaś  za  mnie  wyjść,  a  o  reszcie 

później pomyślimy.

background image

17

- Potrzebujesz żony - powtórzyła spokojnym głosem, dokładnie akcentując sylaby.

- Tak, potrzebuję. - Może trochę inaczej zamierzał to ująć, ale teraz było już za późno. 

- Potrzebujemy się nawzajem. Pasujemy do siebie, Jude. Nie ma powodu, żebyś wracała do 

życia, które nie daje ci satysfakcji, skoro możesz ją znaleźć tutaj.

- Rozumiem. - Nie, wcale nie rozumiała. To była próba dostrzeżenia czegoś w czarnej 

wodzie. - Więc uważasz, że powinnam zostać i wyjść za ciebie, ponieważ potrzebujesz żony, 

i że jest to dla mnie... szansa na ułożenie sobie życia?

- Tak. - Był zbyt wzburzony, żeby rozszyfrować ton jej głosu. - Powiadam, że mogę ci 

zapewnić  zupełnie  niezłe  utrzymanie,  dopóki  nie  znajdziesz  takiej  pracy,  która  ci  sprawi 

przyjemność. Albo możesz  się zająć prowadzeniem domu,  co też  jest warte uwagi. Pub  nie 

najgorzej  funkcjonuje.  Nie  jestem  biedny  i  chociaż  przywykłaś  do  innego  stylu  życia, 

poradzimy sobie jakoś.

- Poradzimy sobie. To znaczy, że ty... zapewnisz mi utrzymanie, w stylu, do jakiego 

nie  jestem  przyzwyczajona.  Będziesz  mnie  utrzymywał,  a  ja  mam  szukać  sobie  jakiegoś 

zajęcia?

-  Posłuchaj.  -  Brakowało  mu  słów,  żeby  ująć  to  wszystko,  jak  należy.  -  Masz  tutaj 

zapewnione życie, oto, co chcę powiedzieć. Życie razem ze mną.

-  Tak  mówisz?  -  odwróciła  się.  Uważała  Irlandczyków  za  poetów,  za  romantyków. 

Tymczasem drugi raz w życiu dowiaduje się, że powinna wyjść za mąż, ponieważ tak będzie 

dla niej dobrze.

Przecież  William  także  potrzebował  żony.  Żeby  mu  pomogła  umocnić  pozycję, 

podejmowała  gości  i  dobrze  się  prezentowała.  I,  oczywiście,  potrzebował  żony,  żeby  ją 

pouczać, co i kiedy ma robić.

Kiedy  zaproponowano  to  jej  po  raz  pierwszy,  posłusznie  przystała.  Spokojnie, 

potulnie. Wspominała to teraz ze wstydem.

Ale  teraz  stała  mocniej  na  nogach.  Mocniej,  niż  przypuszczała.  Robi  coś  na  własną 

rękę i  zamierza  to  doprowadzić  do końca.  Bez  pobłażliwego kierowania  nią potrafi znaleźć 

własną drogę w życiu.

- Było mi tu dobrze, Aidanie. - Odwróciła się napięta, żeby uważnie przyjrzeć się jego 

twarzy w srebrnym świetle przesuwającego się na niebie księżyca. - Było mi tu dobrze z tobą. 

Ale ja próbuję znaleźć sposób na moje życie.

background image

- Zrobimy to razem. - Ta nagła desperacja zaskoczyła go. - Przecież zależy ci na mnie.

- Oczywiście, że zależy. - Choć nadal starała się zachować miły ton głosu, wewnątrz 

niej wszystko kipiało. - Ale małżeństwo to poważna sprawa, Aidanie. Przeszłam przez nie, w 

przeciwieństwie do ciebie. Nie zamierzam tego powtarzać.

- To śmieszne, co mówisz.

- Nie skończyłam jeszcze. - Teraz jej głos stał się chłodny jak lód. - Nie zamierzam 

tego  powtarzać  -  zaznaczyła  jeszcze  raz.  -  Dopóki  na  tyle  nie  zaufam  samej  sobie  i 

wybranemu mężczyźnie, a także okolicznościom, by móc uwierzyć, że to jest na zawsze. Nie 

chcę zostać znowu odstawiona na bocznicę.

-  Czy sądzisz,  że  zrobiłbym coś  takiego?  -  Chwycił ją  za  ramiona,  ścisnął  mocno.  -

Porównujesz mnie z tym sukinsynem, który złamał złożoną ci przysięgę?

- Nie mam innej skali porównawczej. Przepraszam, że sprawiam ci przykrość. Ale nie 

planuję na razie małżeństwa. Dziękuję ci, że o tym pomyślałeś. A teraz już muszę wracać do 

środka. Zaniedbuję moich gości.

- Do diabła z nimi. Dojdźmy do porozumienia.

- Chyba już  doszliśmy. - Zachowując ten sam sztywny uśmiech, uwolniła się z  jego 

rąk. - Jeżeli nie wyraziłam się dość jasno, postaram się to jeszcze raz zrobić. Nie, nie wyjdę za 

ciebie, Aidanie, ale dziękuję ci, że mnie o to poprosiłeś.

Kiedy  to  wypowiedziała,  na  wzgórzach  zagrzmiało,  a  błyskawica  przecięła  niebo, 

rozszczepiając się na szereg drobniutkich, białych zygzaków. A gdy odwróciła się, żeby pójść 

do  domu,  podniósł  się  wiatr,  wprawiając  w  ruch  jej  porcelanowe  kuranty,  grając  na  nich 

żałośnie.

Również  jej  serce  przepełnione  było  żałością.  Aidan  powiódł  za  nią  wzrokiem. 

Odmówiła mu. Nie był przygotowany na taką ewentualność. Postanowił, że się pobiorą. Była 

jego wybranką.

Nagły, wściekły wiatr wzburzył mu włosy, a powietrze wypełniło się ozonem, kiedy 

kolejna błyskawica jak harpun przeszyła niebo. Stał w samym środku nadchodzącej burzy i za 

wszelką cenę próbował odzyskać trzeźwość myślenia.

Widać nie jest jeszcze gotowa i potrzebuje więcej czasu, a także perswazji. Kłuło go w 

sercu, ale nie warto na to zwracać uwagi. Jude zmieni zdanie, oczywiście, że zmieni. Nawet 

głupi doszedłby do wniosku, że potrzebują się nawzajem.

Musi  ją  tylko  przekonać,  że  będzie  tutaj  szczęśliwa,  że  zadba  o  nią,  jak  tylko  umie 

najlepiej. Że nie dozna przy nim rozczarowania, jakie ją wcześniej spotkało. Jest nieufna, to 

wszystko. Zaskoczył ją, ale teraz, kiedy poznała jego intencje, oswoi się z nimi.

background image

Żaden  Gallagher  nie  zrejterował  z  pola  walki  po  pierwszej  salwie.  Jeszcze  bardziej 

zwierali szyki. A Jude Frances Murray przekona się jeszcze, jak jest nieugięty i wytrwały.

Z  zawziętą  twarzą  poszedł  z  powrotem  do  domu.  Gdyby  podniósł  oczy  do  góry, 

zobaczyłby postać w oknie na piętrze. Postać kobiety o bardzo jasnych włosach opadających 

na ramiona i z błyszczącą jak diament łzą, spływającą po policzku.

Jude udało się dotrwać do końca przyjęcia. Śmiała się, tańczyła, gawędziła. Nie trzeba 

było wielkiego wysiłku, by w tłumie uniknąć kolejnego sam na sam z Aidanem. Trudniej było 

wypchnąć  go  za  drzwi,  kiedy  ludzie  zaczęli  wychodzić  tłumaczyć  mu,  że  jest  zmęczona. 

Powiedziała, że musi się wyspać.

Naturalnie  nie  poszła  spać.  Gdy  tylko  dom  opustoszał,  zakasała  rękawy.  Chciała  o 

niczym nie myśleć, a najlepszym na to sposobem była solidna praca.

Pozbierała  talerze  i  szklanki  z  całego  domu,  pozmywała  je,  wytarła  i  schowała  na 

miejsce.  Trwało  to  parę  godzin,  aż  naprawdę  opadła  z  sił.  Ponieważ  jednak  w  jej  głowie 

ciągle kłębiły się różne myśli, kontynuowała sprzątanie, ścierając, szorując, porządkując.

Raz  wydało  się  jej,  że  słyszy  dochodzący z  góry  płacz  kobiety,  ale  postanowiła  nie 

zwracać  na  to  uwagi.  Było  w  nim  tyle  rozpaczy,  że  i  ją  zapiekły  oczy,  a  to  przecież  do 

niczego nie prowadziło. Jej własne łzy nie pomogą Lady Gwen. Tak jak nie pomogą nikomu.

Ustawiła meble na miejsce, wyciągnęła mechaniczną szczotkę i odkurzyła podłogę. A 

gdy wreszcie udała się na górę i dotarła do sypialni, była blada ze zmęczenia i ledwie widziała 

na oczy.

Ale  nie  płakała,  po  ciężkiej  pracy  czuła  jedynie  fizyczne,  przyprawiające  o  zawrót 

głowy wyczerpanie, Położyła się na łóżku w ubraniu i zmusiła się do zaśnięcia.

Śniło jej się, że tańczy z Aidanem w srebrzystym świetle zaczarowanego księżyca, z 

którego sypią się kwiaty.

Cwałuje  z  nim  na  grzbiecie  białego  skrzydlatego  konia,  ponad  lśniącymi  zielonymi 

łąkami, wzburzonymi morzami i spokojnymi, niewiarygodnie błękitnymi jeziorami.

Oto, co jej ofiarował. Słyszała, jak jej to mówił. Ten zachwycający kraj. Dom, który 

zbudują. Rodzinę, którą założą.

Powiedział, żeby wzięła to wszystko.

Ale odpowiedź brzmiała „nie”, musiała tak brzmieć. To nie był jej kraj. Nie jej dom. 

Nie jej rodzina, I nic tego nie zmieni, dopóki nie znajdzie w sobie siły, wiary, nie przekona się 

o jego miłości.

A  potem  jeszcze  śniła,  że  stoi  w  oknie,  a  deszcz  spływa  po  szybie.  Jest  sama, 

ponieważ we wszystkich obietnicach, które złożył, nie było ani jednego słowa o miłości.

background image

Obudziła się z płaczem, kiedy świeciło ostre słońce.

Z niewyspania czuła zamęt w głowie i była tak słaba, jak gdyby się nagle postarzała. 

Rozpoznała w tym tak dobrze jej znane symptomy depresji. Po rozpadnięciu się małżeństwa 

trwała w takim stanie przez długie tygodnie.

Bezsenne  noce,  niekończące  się  pozbawione  radości  dni,  kumulujące  się  chmury 

nieszczęść, chroniczne skrępowanie.

Teraz będzie inaczej. Teraz panuje nad sytuacją, sama podejmuje własne decyzje. A 

pierwszą z nich będzie utrzymanie się na powierzchni, i to nie tylko przez godzinę.

Zebrała kwiaty, związała je ładną wstążką i w towarzystwie Firma i Betty wyruszyła 

na grób Maude.

Burza,  która  groziła  tej  nocy,  odeszła.  Choć  na  południowym  wschodzie  widniały 

jeszcze chmury, powietrze było cudownie ciepłe. Morze wyśpiewywało swoją pieśń, a jaskry 

na wzgórzach wystawiały główki do słońca. Dostrzegła zająca z białą kitką. Betty rzuciła się 

za  nim  w  pogoń. Po  chwili  wróciła z  wywieszonym językiem,  zawstydzona, że  jeszcze  raz 

dała się skusić na polowanie, na którym nic miała szans.

Pięć  minut  przyglądania  się  obskakującemu  Betty  szczeniakowi  wprawiło  Jude  w 

lepszy nastrój.

Kiedy  dotarła  na  cmentarz,  była  już  spokojna.  Usiadła  więc  i  jak  to  miała  teraz  w 

zwyczaju, zaczęła przekazywać Maude najświeższe nowiny.

- Mieliśmy wczoraj wspaniałe ceili. Wszyscy się cieszyli, że w twoim domku znowu 

rozbrzmiewa  dobra  muzyka.  Dwie  siostry  Brenny  O'Toole  przyprowadziły  swoich 

kawalerów. Wszyscy czworo wyglądali na tak szczęśliwych, że Mollie aż promieniała. A ja 

zatańczyłam  z  panem  Rileyem.  Wydaje  się  taki  stary  i  kruchy,  iż  bałam  się  o  niego,  a 

tymczasem z trudem dotrzymałam mu kroku.

Śmiejąc się, potrząsnęła głową, odrzuciła do tyłu włosy i przysiadła na piętach.

-  Nawet  poprosił,  żebym  za  niego  wyszła,  z  czego  wnioskuję,  że  zostałam  tutaj 

zaakceptowana. Upiekłam szynkę. Nigdy w życiu tego nie robiłam, ale bardzo się udała. Nie 

zostawili  nawet  jednego  skrawka  dla  psów.  Kiedy śpiewał  Shawn  Gallagher  wszyscy  mieli 

wilgotne  oczy.  Nigdy  jeszcze  nie  urządzałam  przyjęcia,  na  którym  ludzie  tak  się  śmieli, 

pokrzykiwali, śpiewali i tańczyli.

- Dlaczego nie opowiesz jej o Aidanie?

Jude  podniosła powoli głowę. Nie zdziwiła  się, gdy po drugiej strome  grobu Maude 

zobaczyła stojącego Carricka. Zaskoczyło ją tylko to, że jego oczy rzucały złe błyski, a usta 

przybrały sarkastyczny wyraz.

background image

- Był też Aidan - powiedziała najspokojniej w świecie. - Grał i śpiewał przepięknie, 

przywiózł też z pubu tyle piwa, że mógłby po nim pływać okręt wojenny.

- Wyprowadził cię na dwór i staliście w blasku księżyca, gdzie poprosił, żebyś została 

jego żoną.

- Tak mniej więcej było.  Staliśmy w blasku księżyca, a on powiedział, że potrzebna 

mu jest żona - i że będę w sam raz. - Jude przeniosła wzrok na szczeniaka, obwąchującego 

jasnobrązowe buty Carricka.

- I co mu odpowiedziałaś?

Jude ułożyła ręce na kolanach.

- Skoro wiesz tyle, to z pewnością znasz i resztę.

- Nie! - Słowo to eksplodowało tak gwałtownie, że aż trawa zadrżała. - Powiedziałaś 

mu „nie”, ponieważ nie masz za grosz rozumu. - Wycelował w nią palec i chociaż dzieliło ich 

kilka  metrów,  poczuła  ukłucie  w  ramię.  -  Miałem  cię  za  inteligentną  kobietę,  o  światłym 

umyśle i dobrych manierach, a także o dobrym, stałym sercu. A teraz widzę, że jesteś płocha, 

bojaźliwa i uparta.

- Skoro masz o mnie tak złe mniemanie, nie musisz przebywać w moim towarzystwie. 

-  Podniosła  się,  zadarła  dumnie  brodę,  po  czym,  kiedy  się  odwróciła,  straciła  oddech  i 

zatoczyła się prosto na niego.

- Pozostaniesz tutaj, gdzie jesteś, dopóki nie pozwolę ci odejść.

Po raz pierwszy posłyszała w jego głosie królewską władczość, grozę i siłę. Chociaż 

czuła, że za chwilę zacznie cała drżeć, nie dawała za wygraną.

- Odejść? Jestem wolną osobą i mogę przychodzić i odchodzić, kiedy mi się podoba. 

To jest mój świat.

Kiedy jego oczy rozgorzały złością, niebo zadrżało i pociemniało.

- Był to mój świat, kiedy twój rodzaj gnieździł się jeszcze w jaskiniach. I będzie mój, 

kiedy po tobie zostanie już tylko proch. Miej się na baczności i zapamiętaj to sobie.

- Dlaczego ja z tobą dyskutuję? Jesteś tylko ułudą. Mitem.

-  I  jestem  równie  prawdziwy  jak  ty.  -  Chwycił  jej  rękę,  a  jego  ciało  było  jędrne  i 

ciepłe. - Czekałem na ciebie trzy razy po sto lat. Jeżeli się pomyliłem i będę musiał czekać na 

inną, zaczynać od początku, przynajmniej chcę wiedzieć dlaczego.

Powiedz  mi,  dlaczego  powiedziałaś  „nie”,  kiedy  ten  mężczyzna  poprosił,  żebyś 

została jego żoną.

- Ponieważ taki był mój wybór.

- Wybór. - Zaśmiał się ironicznie i odwrócił się od niej. - Och wy, istoty śmiertelne! 

background image

Zawsze  przywiązujecie  taką  wagę  do  swoich  wyborów!  A  na  końcu  i  tak  dosięga  was 

przeznaczenie.

- Możliwe, ale do tego czasu idziemy w obranym przez siebie kierunku.

- Nawet jeśli to jest zły kierunek.

Uśmiechnęła się lekko, kiedy się do niej odwrócił. Był wyraźnie zaintrygowany!

- Tak, nawet jeśli to jest zły kierunek. Taka jest nasza natura. Carricku. I nie możemy 

jej zmienić.

-  Czy  go  kochasz?  -  Teraz  z  kolei,  kiedy  się  zawahała,  on  się  uśmiechnął.  -  Nie 

podejrzewam, żebyś chciała skłamać takiej ułudzie jak ja?

- Nie, nie zamierzam kłamać. Kocham go. Uniósł do góry ręce i jęknął.

- Ale nie chcesz do niego należeć?

- Nie chcę należeć do nikogo wyłącznie dla jego wygody. - Mówiła głośno, ożywiona 

nowym  rodzajem  siły.  -  Już  raz  ofiarowałam  się  mężczyźnie,  który  mnie  nie  kochał,  idąc 

wyłącznie za głosem rozsądku...

Zamknęła  na  chwilę  oczy,  uświadamiając  sobie,  że  jeszcze  się  nigdy  do  tego  nie 

przyznała, nawet przed sobą.

- Ponieważ się bałam, że nikt mnie nigdy nie zechce. Bałam się, że będę zawsze sama. 

Ale to już minęło. Uczę się być sama, staram się mieć szacunek do siebie takiej, jaka jestem.

- Czy zatem zdecydowałaś się na samotność?

- Nie. - Tym razem to ona wyrzuciła do góry ręce, zakręciła się w kółko i zaczęła się 

nerwowo przechadzać. - Dlaczego zawsze trzeba mężczyznom tłumaczyć wszystko po kolei? 

Ja  nie  muszę  wychodzić  za  mąż,  żeby  być  szczęśliwa.  A  już  z  pewnością  nie  zamierzam 

zmieniać  życia,  które  dopiero  zaczęłam,  ryzykować  kolejne  małżeństwo  dla  czyjejś 

zachcianki.  Dopóki  nie  będę  pewna,  że  tym  razem  to  ja  jestem  na  pierwszym  miejscu.  Ja, 

Jude Frances Murray.

Podniosła głos, uderzając ręką w piersi. A Carrick zmrużył oczy i zadumał się.

-  I nie ustąpię  ani o centymetr. Właśnie  dlatego,  że  kocham Aidana.  Ale  z  faktu, że 

jesteśmy kochankami, nie wynika jeszcze, że zemdleję z wrażenia, ponieważ on doszedł do 

wniosku, że musi mieć żonę i że jestem tą, którą wybrał. Dziękuję bardzo, ale tym razem to ja 

będę wybierała.

Zaróżowiona  i  zdyszana  wlepiła  wzrok  w  Carricka.  Nigdy  więcej  nie  zadowoli  się 

połowicznością. Wszystko i ani odrobinę mniej.

-  Sądziłem,  że  nie  rozumiem  istot  śmiertelnych  -  po  krótkiej  chwili  odezwał  się 

Carrick.  -  Ale  teraz  uważam,  że  nie  rozumiem  po  prostu  rodzaju  żeńskiego.  Więc  mi  to 

background image

wytłumacz, Jude Frances? Czy nie wystarczy sama miłość?

Odetchnęła spokojnie.

- Wystarcza wtedy, kiedy jest.

- Dlaczego odpowiadasz zagadkami?

-  Ponieważ  sam  musisz  znaleźć  odpowiedź.  Poszeptał  coś  po  gaelicku,  potrząsnął 

głową.

- Bądź ostrożna, jedno słowo może sprawić, że spełnią się wszystkie twoje życzenia 

bądź zostaną zaprzepaszczone. Dokonaj dobrego wyboru. - Po czym zniknął w rozedrganym 

powietrzu.

W  tej  chwili  Aidan  był  nie  mniej  zły  na  kobiety  niż  Carrick  Gdyby  mu  ktoś 

powiedział,  że  jego  ego  zostało  paskudnie  okaleczone,  wyśmiałby  go.  Gdyby  mu  ktoś 

powiedział, że to, co ściska go w gardle, to panika, przekląłby go i nazwał kłamliwym idiotą. 

A tym, którzy sugerowaliby, że ucisk w sercu to ból po zadanej ranie, kazałby się wynieść z 

pubu.

Ale prawda była taka, że  odczuwał to wszystko, a towarzyszyły temu zakłopotanie i 

bieganina myśli.

Był taki pewny, że poznał i rozumiał Jude. Jej myśli, jej serce, na równi z jej ciałem. 

Świadomość, że coś jednak przeoczył, była poniżająca. To prawda, że się zagalopował. Ale 

też nie spodziewał się, że jego propozycja spotka się z tak zdawkową i chłodną odpowiedzią.

Zaproponował jej małżeństwo, a ona uśmiechnęła się i z właściwym sobie wdziękiem 

odparła, że bardzo dziękuje, by zaraz potem wrócić na ceili.

Jego  słodka  i  nieśmiała  Jude  Frances  nie  zająknęła  się  i  nie  zaczerwieniła,  tylko  go 

zmierzyła chłodnym wzrokiem i rozłożyła na obie łopatki. Co nie miało najmniejszego sensu, 

skoro nawet głupi by dostrzegł, że należą do siebie.

Jak  dwa  ogniwa  długiego  i  skomplikowanego  łańcucha.  Mógł  go  sobie  doskonale 

wyobrazić  -  z  całą  jego  ciągłością  i  tradycją.  Kobieta  obok  mężczyzny,  pokolenie  za 

pokoleniem. Była tą, z którą chciał być i z którą utworzyliby kolejne ogniwo tego długiego 

łańcucha.

Ale okazuje się, że do tego potrzebne jest inne podejście, mówił sobie, przemierzając 

pokoje, nie mogąc się skupić i zakończyć codziennej papierkowej roboty. A przecież potrafił 

zalecać się do kobiet i je zdobywać? Niemało się naflirtował i nazdobywał.

Choć robił to w zupełnie innych celach, mógłby teraz nie błądzić jak dziecko we mgle, 

gdy próbował zdobyć sobie żonę.

Usłyszał  kroki  na  schodach,  na  sekundę  przedtem,  nim  Darcy  -  jak  to  było  w  jej 

background image

zwyczaju - wpadła bez pukania.

-  Shawn  traktuje  mnie  jak  dziewczynę  na  posyłki.  Przysłał  mnie,  żebym  się 

dowiedziała,  czy  zamówiłeś  kartofle  i  marchewkę,  pyta  też,  czy  Patty  Ryan  dostarczy  na 

weekend dostatecznie dużo białej ryby.

- Patty obiecała nam świeżą rybę na jutro, a reszta dojdzie w połowie tygodnia. Czy to 

znaczy, że Shawn jeszcze nie zaczął przygotowywać dzisiejszego menu? Dochodzi już wpół 

do drugiej.

- Wczytuje się w jakiś przepis, który dostał wczoraj na ceili od jednej z pań, i dlatego 

zwala całą robotę na mnie. Wyjdziesz stąd i staniesz za barem czy będziesz tak tu siedział i 

gapił się w ścianę?

- Pracowałem - odparł lekko zakłopotany, bo znaczną część czasu przesiedział, gapiąc 

się  w  ścianę.  -  A  gdybyś  kiedykolwiek  miała  ochotę  zabrać  się  za  tę  papierkową  robotę, 

oddam ci ją od razu.

Powiedział  to  takim  tonem,  że  aż  uniosła  brwi.  Mimo  że  zostawiła  tam  Shawna 

samego, usiadła na fotelu i przerzuciła przez oparcie nogi.

- Liczenie zostawiam tobie, skoro jesteś taki mądry i zdolny.

- Więc daj mi teraz spokój, zejdź na dół i zajmij się swoją robotą.

- Należy mi się dziesięciominutowa przerwa. - Uśmiechnęła się do niego zbyt słodko, 

żeby można jej było zaufać. - No i co się tak zamartwiasz?

- Nie zamartwiam się.

Podniosła  rękę  i  bez  większego  zainteresowania  przyjrzała  się  paznokciom.  Aidan 

spacerował między oknem a biurkiem. W pokoju zalegała cisza.

- Zaprzyjaźniłaś się z Jude.

- Tak, zaprzyjaźniłam. - Jej uśmiech nie był już taki słodki. - Choć nie tak bardzo jak 

ty. Posprzeczaliście się? To dlatego tak miotasz się tam i z powrotem i patrzysz spode łba?

- Nie, nie posprzeczaliśmy się. Niezupełnie. - Wsunął ręce w kieszenie spodni. Och, 

jakie to poniżające, ale czy miał jakiś wybór? - Co ona o mnie mówi?

Darcy omal nie parsknęła śmiechem.

- To by było donosicielstwo. Nie jestem kapusiem.

- Dostaniesz za to wolną godzinę w sobotę.

Darcy natychmiast się wyprostowała i chytrze zmrużyła oczy.

- No cóż, od tego trzeba było zacząć. Co chcesz wiedzieć?

- Co ona o mnie sądzi?

- Uważa, że jesteś przystojny, czarujący i, cokolwiek bym o tobie złego mówiła, ona i 

background image

tak wie swoje. Podziwia twoją romantyczną naturę. To, że zaniosłeś ją na górę po schodach, 

było świetnym chwytem. - Widząc jego zbolały wyraz twarzy, zaśmiała się głośno. - Lepiej 

nie pytaj więc na przyszłość, o czym rozmawiają między sobą kobiety.

Udało mu się zapanować nad sobą.

- Chyba nie mówiła... co było później.

-  Mówiła,  o  każdym  westchnieniu  i  szepcie.  -  Nie  mogąc  się  powstrzymać, zerwała 

się, obiema rękami ujęła jego twarz i pocałowała go. - Oczywiście, że nie, ty głuptasie. Jest na 

to zbyt dyskretna - chociaż robiłyśmy z Brenna wszystko, żeby z niej choć trochę wydusić. 

Czym się tak martwisz? Z tego co wiem, Jude uważa cię za najwspanialszego kochanka od 

czasów Salomona i Saby.

-  I  to  wszystko?  Seks,  romantyczna  przygoda  i  paromiesięczne  zauroczenie.  Tylko 

tyle?

Gdy na niego spojrzała, nie było jej do śmiechu.

-  Tak  mi  przykro,  kochanie,  ale  ty naprawdę  jesteś  wytrącony  z  równowagi.  Co  się 

stało?

- Poprosiłem ją wczoraj, żeby za mnie wyszła.

- Naprawdę to zrobiłeś? - Podskoczyła do góry, objęła go mocno. - Ależ to cudownie! 

Jestem taka szczęśliwa! Śmiejąc się, cmoknęła go głośno w oba policzki. - Chodźmy od razu 

do kuchni i powiedzmy to Shawnowi, a także zadzwońmy do mamy i taty.

- Odmówiła mi.

- Będą chcieli przyjechać i poznać ją przed ślubem. A potem. .. Co powiedziałeś?

Kiedy tak wpatrywała się w niego, zrobiło mu się jeszcze smutniej.

- Odmówiła mi.

- Nie mogła tego zrobić.

- Powiedziała to dostatecznie wyraźnie. Była na tyle uprzejma, że nawet podziękowała 

mi za tę propozycję.

- Chyba oszalała? Oczywiście, że chce za ciebie wyjść.

-  Powiedziała,  że  nie  chce.  Powiedziała,  że  w  ogóle  nie  myśli  o  małżeństwie.  To 

wszystko  przez  tego  sukinsyna,  który  ją  zostawił.  Porównała  mnie  z  nim,  a  kiedy  jej  to 

wytknąłem, powiedziała, że nie zna nikogo innego, z kim mogłaby mnie porównać. No cóż, 

lepiej niech już mnie z nikim nie porównuje. Jestem tym, kim jestem.

-  Oczywiście,  że  sto  razy  bardziej  męski  niż  ten  William.  -  Darcy  poczuła  wyrzuty 

sumienia, że tak lekko traktowała ten romans brata. - A może chodziło jej o to, że nie chce 

zrezygnować ze swojego życia w Ameryce?

background image

-  Nie  doszliśmy do  tego.  A  poza  tym dlaczego  nie miałaby zrezygnować,  skoro  jest 

tutaj szczęśliwa jak nigdy przedtem?

-  No  cóż...  -  mruknęła  Darcy,  zastanawiając  się  nad  sytuacją.  -  Do  głowy  mi  nie 

przyszło, że nie ma zamiaru wyjść za mąż.

- Ciągle ma w pamięci to,  co wydarzyło się wcześniej. Najchętniej skręciłbym  za to 

kark temu facetowi. - Jego oczy zabłysły groźnie. - Ale nie chcę jej robić przykrości.

Darcy  pomyślała,  że  będzie  ją  hołubił  jak  skarb  i  troszczył  się,  jak  o  wszystko,  co 

kochał.

- Może jeszcze jej rana jest zbyt świeża. A poza  tym nie wszystkie kobiety marzą o 

ślubie i niańczeniu dzieci.

Chciała wstać i potrząsnąć nim, jakoś go pocieszyć, ale za dużo było w jego oczach 

złości, żeby mógł przyjąć jej pieszczoty.

- Rozumiem, co ona czuje, Aidanie. I wydaje mi się, że to już chyba koniec.

- Żaden koniec, tylko początek.

- Może dla ciebie, ale nie dla każdego. - Usiadła z powrotem, zastukała palcami. - No 

cóż, jestem niezłym obserwatorem, i uważam, że nasza Jude posiada instynkt małżeński, jeśli 

nawet  w  to  nie  wierzy.  Jest  stworzeniem  stadnym,  któremu  nie  dane  było  nigdy  uwić 

gniazdka. Dlatego przyjechała tutaj. Może działaliśmy odrobinę za szybko.

- My?

-  To  znaczy  ty  -  poprawiła  się  Darcy,  mając  na  myśli  uknuty przez  siebie  i  Brennę 

spisek.  -  Ale  stało  się  i  tego  nie  odwrócisz.  Musisz  więc  wykonać  jakiś  ruch  do  przodu. 

Przekonać ją.  -  Znowu się  uśmiechnęła.  - Nie  spiesz  się z  tym za  bardzo,  ale  pokaż  jej,  co 

straci,  jeżeli  nie  weźmie  tego.  co  jej  ofiarowujesz.  Jesteś  Gallagherem,  Aidanie.  A 

Gallagherowie dostają to, czego chcą, wcześniej czy później.

-  Masz  rację.  -  Wziął  się  w  karby.  -  Teraz  już  nie  ma  odwrotu.  Muszę  tylko 

doprowadzić do tego, żeby się oswoiła z tym pomysłem.

Darcy z ulgą poklepała go po policzku.

- Stawiam na ciebie.

background image

18

Nie  spodziewała  się  go,  w  każdym  razie  nie  tak  prędko.  Ale  skoro  Darcy  wykazała 

tyle  dobrej  woli  i  chęci  współpracy,  Aidan  urwał  się  na  parę  godzin  przed  zamknięciem  i 

powędrował do domku Jude.

Od  morza  wiała  bryza,  a  nocne  powietrze  było  jak  balsam.  Zza  przesuwających  się 

szybko  chmur  wyłaniał  się  od  czasu  do  czasu  rój  gwiazd,  które  po  chwili  znów  znikały. 

Księżyc był okrągły jak bania, a jego światło łagodne.

Odpowiednia noc na romantyczne spotkanie z kobietą, którą się chce poślubić.

Przyniósł  jej  pęk  bajecznych  róż  w  delikatnym  różowym  kolorze,  które  ukradł  z 

ogrodu Kathy Duffy. Nie sądził, żeby miała mu za złe tę stratę, skoro chodziło o taką sprawę.

W oknach Jude paliło się światło - ciepły znak powitalny. Tak musi być zawsze, gdy 

się  już  pobiorą.  Będzie  czekała  na  jego  powrót  z  zapalonymi  światłami  służącymi  mu  za 

przewodnika. Już nie dziwił go fakt, że tak bardzo tego pragnie ani że tak jasno to teraz widzi. 

Noc będzie następowała po nocy, rok po roku, aż do kresu życia.

Nie zapukał. Dość szybko zrezygnowali z podobnych formalności. Odnotował fakt, że 

posprzątała  już  po przyjęciu. Jakie  to  do niej  podobne, pomyślał  z  rozczuleniem.  Wszędzie 

było czyściutko i panował ład, tak jak powinno być.

Usłyszał płynącą z góry muzykę i poszedł w jej kierunku.

Była w swoim malutkim gabinecie, nastawiła cichutko radio, a u jej stóp pochrapywał 

szczeniak. Ze związanymi do tyłu włosami szybko przebierała palcami po klawiaturze.

Pragnął  ją  wziąć  w  ramiona  i  zatracić  się  w  niej.  Pomyślał  jednak,  że  w  obecnej 

sytuacji nie byłoby to chyba najwłaściwsze posunięcie.

Perswazja  nie  polega  na  szybkim,  zapalczywym  działaniu  potrzebna  jest  do  niej 

cierpliwość.

Poruszając się cicho, zbliżył  się do Jude,  pochylił  się i  złożył na jej karku  delikatny 

pocałunek.

Podskoczyła,  czego  się  spodziewał.  Objął  ją,  trzymając  w  ręku  kwiaty,  a  jego  usta 

znalazły się przy jej uchu.

-  Wyglądasz  tak  ślicznie,  siedząc  tutaj,  a  ghra,  i  zapracowując  się  do  późna.  Która 

bajka tak cię pochłonęła?

- Och, ja... - Serce miała w gardle. To prawda, że się go nie spodziewała. Myślała, że 

już  w  ogóle  go  nie  zobaczy.  Wiedziała,  że  potraktowała  Aidana  ostro  i  niegrzecznie.  Była 

background image

pewna, że między nimi wszystko skończone.

A tymczasem jest tutaj, przynosi jej kwiaty i szepcze do ucha.

- To jest opowieść o pooka złym duchu i o Patryku McNee, którą opowiedział mi pan 

Riley.  -  Ponieważ  nie  chciała  nikomu  pokazywać  swojej  pracy,  wyłączyła  komputer  i 

powąchała róże.

- Cieszę się, że ci się podobają, ponieważ są kradzione i w każdej chwili mogą mnie za 

to aresztować.

- Zapłacę za ciebie kaucję. - Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Z ulgą, choć i nie 

bez pewnego zdziwienia zauważyła, że nie był na nią zły. - Wstawię je do wody i przygotuję 

herbatę.

Kiedy  wstała,  szczeniak  przeturlał  się  na  drugi  bok,  sieknął,  po  czym  wrócił  do 

poprzedniej pozycji.

- Nie nadaje się na psa obronnego - skomentował Aidan.

- Jest jeszcze mały. - W drodze na dół wzięła od niego kwiaty. - A poza tym nie mam 

tu niczego, co wymagałoby obrony.

Jak  miło  było  powrócić  do  zwykłej  rutyny  -  wzajemnej  życzliwości  i  delikatnego 

flirtu.  Chciała  już  wyjaśnić,  dlaczego  tak  postąpiła  poprzedniego  wieczora,  lecz  dała  temu 

spokój. Po co wracać do czegoś, w czym się nie zgadzają?

Pewnie żałuje, że ją poprosił o rękę, i czuje ulgę, że mu odmówiła. Włożyła róże do 

jasnoniebieskiej butelki.

A gdy spojrzała na zegarek, zmarszczyła brwi.

- Dopiero dziesiąta. Zamknąłeś pub?

- Nie, wziąłem  sobie parę wolnych  godzin. Od  czasu do czasu mam do tego prawo. 

Stęskniłem się za tobą - dodał, kładąc rękę na jej talii. - Nie przyszłaś się ze mną zobaczyć.

- Pracowałam. - Przecież nie wiedziała, że chce ją widzieć. Czyż nie pogniewali się na 

siebie?

- A ja ci przeszkodziłem. Ale już się stało... - Odsunął się. - Nie wybrałabyś się ze mną 

na spacer, Jude Frances?

- Na spacer? Teraz?

-  Aha.  -  Popchnął  ją  w  stronę  drzwi  kuchennych.  -  Jest  tak  pięknie,  że  warto  się 

przejść.

- Ciemno - powiedziała, będąc już na dworze.

-  Jest  księżyc  i  są  gwiazdy.  Opowiem  ci  historię  o  zaczarowanej  królewnie,  która 

wychodziła ze swojego pałacu tylko nocami, a księżyc wskazywał jej drogę. Ponieważ, jak ci 

background image

pewnie  wiadomo,  zaklęcie  może  również  zostać  rzucone  na  istoty  nie  z  tego  świata,  z 

nastaniem dnia królewna zamieniała się w białego ptaka.

Kiedy  wędrowali,  trzymając  się  za  ręce,  opowiadał  o  spacerującej  nocami  samotnej 

królewnie i o rannym wilku, którego znalazła u podnóża klifów.

-  Miał  oczy  zielone  jak  szmaragdy  i  patrzył  na  nią  groźnie,  ale  ponieważ  była  tak 

dobra, przemógł w sobie strach. Zaopiekowała się nim, wkładając całą duszę w opatrywanie i 

leczenie jego ran. Odtąd towarzyszył jej wszędzie, wędrował z nią po wzgórzach i skałach co 

noc,  dopóki  nad  morzem  nie  zaświtał  poranek,  kiedy  to,  trzepocząc  białymi  skrzydłami  i 

przywołując go smutnym głosem swojego zrozpaczonego serca, odlatywała od niego.

- Czy nie było sposobu, żeby zdjąć zaklęcie?

- Zawsze  jest  jakiś  sposób.  -  Podniósł  ręce  Jude  do  ust  i  pocałował  je,  a  następnie 

pociągnął  ją  w  stronę  ścieżki  prowadzącej  na  klify,  gdzie  wiał  wiatr,  a  morze  donośnie 

grzmiało.

Wysokie, dzikie trawy były skąpane w blasku księżyca, a kamyki na ścieżce zamieniły 

się w srebrne monety, zwietrzałe skały zaś w zgarbione elfy. Pozwoliła, by Aidan pomógł jej 

wspiąć się na górę, i czekała na dalszy ciąg opowieści.

-  Rankiem  pewien  młodzieniec  przemierzał  pola  w  poszukiwaniu  pożywienia.  Był 

głodny,  miał  tylko kołczan  ze  strzałami  i  łuk,  zaś  zwierzyny  było  bardzo  mało.  Cały dzień 

podobnie  jak  poprzednie,  uganiał  się  za  umykającymi  zającami  i  sarnami,  aż  nastało 

popołudnie, a głód doskwierał mu coraz bardziej.  I wtedy ujrzał szybującego białego ptaka. 

Naciągnął  łuk,  wypuścił  strzałę  i  zestrzelił  ptaka.  Uważaj  na  kamienie,  kochanie.  Oto  i 

sposób.

- Chyba jej nie zabił?

-  A  kto  mówi,  że  już  skończyłem?  -  Odwrócił  się,  żeby  ją  wciągnąć  na  górę.  -

Nabrzmiały bólem i rozpaczą krzyk ptaka rozdarł mu serce. Młodzieniec ledwie przytomny z 

głodu podbiegł tam i ujrzał  wpatrzone w siebie niebieskie jak woda jeziora oczy. Ponieważ 

znał te oczy, zadrżały mu ręce. I zrozumiał, że to była ona.

Odwrócił  się  i,  biorąc  Jude  pod  ramię,  ruszył  dalej,  a  miriady  gwiazd  mrugały  nad 

nimi.

- I choć prawie konał z głodu, zrobił wszystko, co mógł, żeby opatrzyć ranę, którą jej 

zadał, i zaniósł ją do swojej kryjówki, która znajdowała się na tych klifach. Rozpalił ognisko, 

żeby jej było ciepło, i czuwał przy niej, czekając na zachód słońca.

Kiedy dotarli na szczyt, Aidan otoczył ją ramieniem i razem wpatrywali się w ciemną 

toń  morza.  Przewalały  się  fale,  zalewały  brzeg,  cofały  się  w  tym  samym,  niezmiennym, 

background image

odwiecznym, zmysłowym rytmie.

Czując, że opowieść Aidana ma także swój własny rytm, Jude położyła rękę na jego 

dłoni.

- Co było potem?

- Gdy słońce zanurzyło się w morzu, a noc próbowała dogonić dzień, oboje zaczęli się 

zmieniać. Ptak w kobietę, a mężczyzna w wilka, i tylko na jedną króciutką chwilę zbliżyli się 

do sobie. Zdążyli tylko podać sobie ręce, kiedy dokonała się ich przemiana. I tak przeszła noc, 

a  ona  gorączkowała  i  była  zbyt  słaba,  żeby  stanąć  na  nogach  o  własnych  siłach.  Wilk  nie 

odstępował jej na krok i ogrzewał ją własnym ciałem. - Zmarzłaś? - zapytał, kiedy zadrżała.

- Nie - wyszeptała. - Wzruszyłam się.

- Ale to jeszcze nie koniec. - Minęła noc i znowu nastał dzień, a potem znowu dzień 

zamienił się w noc i zawsze była tylko ta jedna krótka chwila, kiedy wyciągali do siebie ręce, 

by zaraz  się rozdzielić.  A on nadal  jej nie  odstępował,  nic nie  jadł  - ani  jako człowiek,  ani 

jako wilk - i był już bliski śmierci. Czując to, użyła całej mocy, która jej pozostała, żeby mu 

dodać sił i ratować go, nawet za cenę własnego życia. Ponieważ miłość, którą do niego czuła, 

znaczyła dla niej więcej. I znowu świt zaczął połyskiwać na niebie, i zaczęli się zmieniać. I 

znowu wyciągnęli do siebie ręce, wiedząc, że nie ma dla nich nadziei. Ona była przekonana, 

iż  nie  doczeka  już  kolejnego  świtu.  Ale  tym razem  ich  poświęcenie zostało  wynagrodzone. 

Ich dłonie spotkały się, ich palce złączyły i wreszcie spoglądali na siebie jak mężczyzna na 

kobietę,  kobieta  na  mężczyznę.  A  pierwsze  wypowiedziane  przez  nich  słowa  były słowami 

miłości.

- A potem żyli długo i szczęśliwie?

- On okazał się królewiczem z dalekiej krainy i wziął zaczarowaną królewnę za żonę. I 

żyli  razem  aż  po  kres  swoich  dni,  nie  spędzili  osobno  ani  jednego  wschodu  i  ani  jednego 

zachodu słońca.

- Śliczna bajka. - Położyła głowę na jego ramieniu. - Tak jak i śliczne jest to miejsce.

- To moje miejsce. Tak  przynajmniej uważałem, gdy jako dziecko wdrapywałem się 

tutaj, żeby popatrzeć na morze i pomarzyć o miejscach, które chciałem zobaczyć.

- Dokąd chciałeś pojechać?

-  Wszędzie.  -  Przytulił  twarz  do  jej  włosów  i  pomyślał,  że  nigdzie  nie  czuł  się  tak 

dobrze jak tutaj, teraz. Ale z nią było inaczej. - A ty dokąd chciałabyś pojechać. Judei.

- Nie wiem. Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

-  Więc  zastanów  się.  -  Usiedli  razem  na  skale.  -  Ze  wszystkich  miejsc  na  świecie, 

które najbardziej chciałabyś zobaczyć?

background image

- Wenecję. - Nie wiedząc, skąd jej się to wzięło, zaśmiała się w duchu. - Chciałabym 

zobaczyć  Wenecję  z  jej  cudownymi  budowlami,  wspaniałymi  kościołami  i  tajemniczymi 

kanałami.  A  także  winnice  we  Francji,  stare  wiejskie  domy  i  ogrody.  A  także  Anglię. 

Oczywiście Londyn ze względu na muzea, historią, ale przede wszystkim wieś. Kornwalię, z 

jej  wzgórzami  i  klifami.  Pragnęłabym  oddychać  tym  samym  powietrzem,  którym, 

przychodząc na świat, oddychał król Artur.

Żadnych  tropikalnych  wysp,  gorących  plaż,  egzotycznych  portów,  dokąd  na  krótko 

zawijają  statki.  Aidan  odnotował,  że  jego  Jude  szukała  romantyczności  i  tradycji  owianych 

legendą.

- Stąd, gdzie teraz siedzimy, nie jest wcale daleko do tych miejsc. Nie wybrałabyś się 

tam ze mną, Jude?

- No pewnie, wystarczy polecieć dzisiaj wieczorem do Wenecji, a w drodze powrotnej 

zahaczyć o Francję i Anglię.

-  Z  dzisiejszym  wieczorem  mógłby  być  problem,  ale  resztę  już  przemyślałem.  Czy 

odpowiadałby ci wrzesień?

- O czym ty mówisz?

Miał na myśli miodowy miesiąc, ale stwierdził, że na razie lepiej zachować dla siebie 

ten pomysł.

-  O  wspólnym  wyjeździe.  -  Znowu  trzymał  jej  rękę  i  skubał  wargami  jej  palce, 

uśmiechając się przy tym do niej. - Żebyśmy razem obejrzeli miejsca owiane legendą. Pokażę 

ci,  gdzie  został  poczęty  król  Artur  tej  nocy,  kiedy  Merlin  zaczarował  Uthera,  a  Ygraine 

pomyślała,  że  wita  swojego  męża.  Zatrzymamy  się  także  na  jednej  z  farm  we  Francji, 

będziemy  pili  wino,  kochali  się  w  wielkim  łożu  z  pierzyną.  A  potem  powędrujemy  sobie 

wzdłuż kanałów w Wenecji, podziwiając wspaniałe kościoły. Co ty na to, kochanie?

Zabrzmiało to cudownie, magicznie, jak jedna z jego opowieści.

- Niestety, to niemożliwe - odparła Jude.

- Dlaczego?

- Bo... muszę pracować, i ty także.

- Uważasz, że mój pub zapadnie się pod ziemię, a twoja praca gdzieś się ulotni? Czym 

są dwa tygodnie wobec wieczności?

- To prawda, ale...

-  Widziałem  miejsca,  o  których  mówisz.  -  Niespiesznie  zaczął  pieścić  jej  wargi.  -

Teraz chcę je zobaczyć razem z tobą. - Ujął w dłonie jej twarz i stopniowo zatracał się w jej 

smaku, dotyku. - Pojedź ze mną, a ghra - wyszeptał, tuląc ją do siebie, kiedy zadrżała.

background image

- Ja... muszę wrócić do Chicago.

-  Nie  musisz.  -  Jego  wargi  poczynały sobie  coraz  namiętniej  i  władczo.  -  Zostań  ze 

mną.

-  Ale...  -  Nie  mogła  pozbierać  myśli.  Ciągle  traciła  wątek.  Czym  są  w  końcu  dwa 

tygodnie? - A więc we wrześniu?

- Tak. - Podniósł się z miejsca, poderwał ją ze skały, uśmiechając się szeroko, kiedy 

zabrakło jej tchu, i objął ją ramionami za szyję. - Trzymam cię i już cię nigdy nie wypuszczę. 

- Zobaczysz, jak potrafię się zatroszczyć o to, co moje.

O to, co jego? Trochę ją zaniepokoiło takie stwierdzenie, ale nim znalazła odpowiedź, 

ujrzała zbliżającą się postać.

- Aidan - cichutko szepnęła.

Naprężył się, chcąc ją bronić, a kiedy się odwrócił i zobaczył Lady Gwen, znowu się 

uspokoił.

Gdy szła, jej jasne włosy lśniły w blasku księżyca, podobnie jak jej łzy.

-  To  Lady Gwen,  szukająca  miłości,  którą  utraciła.  -  Serce mu  się  krajało  na  widok 

połyskujących na jej policzkach łez.

- Tak jak on. Znowu go dzisiaj widziałam. Rozmawiałam z nim.

- Można wręcz powiedzieć, że spoufalasz się z zaczarowanymi istotami, Jude Frances.

Czuła na twarzy wiatr, zapach morza. Obejmowało ją silne i ciepłe ramię Aidana. A 

jednak to wszystko wydawało się jakąś ułudą która może zniknąć w jednym mgnieniu oka.

- Wciąż prześladuje mnie myśl, że za chwilę obudzę się w swoim łóżku w Chicago, a 

wszystko tutaj to jakiś długi i bardzo niezwykły sen. A wtedy pękłoby mi serce.

- Więc przestań się martwić. - Pochylił się, żeby ją pocałować. - To nie jest sen i daję 

ci na to moje słowo.

- Widok kochanków w tym miejscu musi ją przyprawiać o cierpienie. - Spojrzała za 

siebie. Złociste włosy Lady Gwen fruwały na wietrze, a jej policzki były wilgotne od łez. -

Nie mają nawet dla siebie tej chwili o wschodzie i o zachodzie słońca.

- Jeden wybór może zaważyć na całym losie - może uszczęśliwić albo też zniszczyć 

wszystko.

Kiedy  zaskoczona  podobieństwem  jego  słów  do  słów  Carricka  popatrzyła  na  niego, 

potrząsnął głową.

- Chodź, idziemy stąd. Widzę, że jej widok cię zasmuca.

-  To  prawda.  -  Ponieważ  schodzenie  wymagało  znacznie  większej  zręczności  niż 

wspinanie się, uczepiła się teraz ramienia Aidana. - Chciałabym móc z nią porozmawiać - a 

background image

swoją  drogą  dziwię  się,  iż  potrafię  tak  zwyczajnie  mówić  o  tym,  że  chcę  rozmawiać  z 

duchem. Ale to prawda. Chciałabym ją zapytać, co czuje, myśli, co chciałaby zmienić.

- Sądząc po jej łzach, myślę, że zmieniłaby wszystko.

-  Nie,  kobiety  płaczą  z  byle  powodu.  Gdyby  chciała  zmienić  wszystko,  musiałaby 

zrezygnować z dziecka, które nosiła w łonie, które wychowała i które kochała. Nie sądzę, by 

mogła to zrobić. Carrick żądał od niej zbyt wiele. On tego nie chce zrozumieć. Może uda mu 

się to pewnego dnia, a wtedy odnajdą się nawzajem.

- Poprosił ją tylko o to, czego pragnął, a w zamian chciał jej dać wszystko, co miał.

- Rozumujesz jak mężczyzna.

- No cóż, jestem mężczyzną, jak więc mam myśleć? Rozśmieszyła ją jego irytacja.

-  Dokładnie  tak,  jak  to  robisz.  A  ponieważ  kobieta  myśli  po  kobiecemu,  znamy  już 

powód, dlaczego te dwa rodzaje równie często się kłócą, jak żyją ze sobą w zgodzie.

- Nie mam nic przeciwko sporadycznym kłótniom, bo dzięki nim żyje się ciekawiej. 

Ale  ponieważ  rozumuję  znowu  jak  mężczyzna...  -  Porwał  ją  w  ramiona  i  zamknął

pocałunkiem jej usta.

Jak to możliwe, żeby pocałunek był tak delikatny i zarazem tak gorący? Pogrążyła się 

w nim jak w jakiejś kipieli.

- Chcesz mnie, Jude? Powiedz, czy mnie chcesz?

- Tak, chcę ciebie. Ciągle cię chcę - odparła, tracąc świadomość.

- Kochaj się ze mną. - Gorączkowo ssał jej dolną wargę. - Tutaj, przy blasku księżyca.

Już chciała się zgodzić, kiedy nagle wynurzyła się na powierzchnia i jak nierozważny 

pływak zachłysnęła się powietrzem.

- Tutaj? Na dworze?

Rozśmieszyłaby go jej reakcja, gdyby nie był już zbyt podniecony.

- Tutaj, na trawie, pośród  tchnienia nocy. Wciąż  ją trzymając, wodząc ustami  po jej 

twarzy, wyszeptał:

- Oddaj mi się.

- A jeżeli ktoś będzie tędy przechodził?

- Jesteśmy sami na całym świecie, tylko my. - Dotykał ją i całował. Nie dał jej dojść 

do słowa, kiedy chciała zaprotestować. - Tak bardzo cię pragnę. Pozwól, że ci to udowodnię. 

Chcę ciebie, Jude.

Trawa była taka miękka, a on taki ciepły. Takie pożądanie było czymś cudownym, o 

ileż ważniejszym od rozsądku i skromności. Kiedy zaczął ją dotykać, powoli, bardzo powoli, 

w jego rękach było tyle czułości i delikatności, że zawrzała w niej krew. Muskał wargami jej 

background image

usta, szeptał różne obietnice.

I  nagle  nie  było  już  nikogo  innego  na  świecie,  żadnej  potrzeby  szukania 

usprawiedliwienia.

Podniosła leniwie ręce, kiedy ściągał z niej sweter, a gdy końcami palców wędrował w 

dół jej ciała, jej powieki stały się ciężkie, a ciało bezwładne, Zdjął z Jude pantofle, spodnie, 

rozbierał ją bez pośpiechu, dotykając i zatrzymując ręce w jej ulubionych miejscach, drażniąc 

rozkosznie.

Leżała rozebrana do naga w trawie, w iskrzącym się świetle księżyca. Gdy wyciągnęła 

do niego ręce, uniósł ją do góry.

- Chcę ci rozwiązać włosy, lubię, kiedy są w nieładzie. - Ściągając przepaskę, patrzył 

jej w oczy. - Pamiętasz pierwszy raz?

- Tak, pamiętam.

Teraz już wiem, co lubisz. - Przylgnął wargami do jej ramienia, z lubością wzburzył 

jej włosy, okrywając nimi swą twarz niczym jedwabną, pachnącą zasłoną. - Połóż się znowu 

na trawie i pozwól mi się pieścić. Dam ci wszystko, co mam.

Obsypywał  ją  długimi,  zmysłowymi  pocałunkami,  które  poruszały  jej  duszę, 

wydobywając z niej ciche jęki. A przy każdym takim dźwięku sięgał dalej i głębiej.

Mógłby gwałcić, ale wolał wabić i nęcić. Powolne, czule pieszczoty przyprawiały ją o 

drżenie. A on przedłużał chwilę.

Zatraciła się w nim, w tym rozkosznym, oszałamiającym gąszczu zmysłów i doznań. 

W chłodzie trawy i w dotyku gorącego ciała, w niosącej różne zapachy bryzie i namiętnym 

szepcie, w mocnych rękach i cierpliwych wargach.

Patrzyła  na  przesuwający  się  nad  głowami  księżyc,  na  tę  lśniącą  białą  kulę  na 

granatowym  niebie,  ściganą  przez  strzępiaste  wstęgi  chmur.  Usłyszała  pohukiwanie  sowy, 

niski,  nie  znoszący  sprzeciwu  krzyk,  którego  echo  wdarło  się  w  jej  krwiobieg,  gdy  tak  ją 

ponaglał i prowadził na ten pierwszy, wznoszący się coraz wyżej szczyt.

Wyśpiewała jego imię, wstępując jeszcze wyżej, gdy niczym wodospad runęła na nią i 

zalała wysoka, gorąca fala.

- Wznieś się wyżej. - Chciał zobaczyć jej podniebny lot, mieć pewność, że potrafi ją 

porwać tak daleko, aż jej oczy staną się nieprzytomne i niewidzące, a jej ciało rozedrgane. -

Wznieś się wyżej - powtórzył jeszcze i poniósł ją zapalczywiej, niż zamierzał.

Była teraz  jednym pożądaniem, eksplodującą gwiazdą. Natężenie rozkoszy, którą  jej 

dawał, było takie intensywne, takie nieoczekiwane po dotychczasowej delikatnej czułości, że 

jej ciało uniosło się bardzo gwałtownie w proteście i upojeniu. A to, co się z niej wyrwało, to 

background image

nie był jęk, tylko krzyk.

-  Aidan.  -  Uchwyciła  się  go,  żeby  nie  stracić  równowagi,  ponieważ  jej  świat  jakby 

oszalał. - Nie mogę.

- Jeszcze. - Pociągnął ją do tyłu za włosy, miażdżąc jej wargi. - Jeszcze, aż nic w nas 

nie zostanie.  - Ręce,  które  potrafiły być  tak  delikatne, wpiły się  w  jej biodra  i  uniosły ją.  -

Powiedz, że chcesz mnie w środku. Mnie i nikogo innego.

- Tak. - Nie wiedziała, co się dzieje, była jednym wielkim szlochem. - Ciebie i nikogo 

innego.

- Więc mnie weź.

Ściągnął ją na siebie, aż się nim wypełniła, aż dosięgło ją najwyższe spełnienie. Kiedy 

znowu  się  wygięła,  jej  ciało  srebrzyło  się  w  świetle  księżyca.  Jej  włosy  opadały  w  dół  jak 

ciemne strugi deszczu. Uniosła ramiona w geście poddania, wplatając palce we włosy.

Wtedy jej ciało zaczęło się kołysać, poruszać, domagać.

Teraz ona miała władzę, panowała nad każdym smagnięciem rozkoszy. A kiedy jego 

ciało  poddało  się  jej  rytmowi,  pokazała,  co  potrafi.  Kiedy  go  dotykała,  drżały  mu  mięśnie. 

Kiedy  pochyliła  się,  by  dręczyć  jego  usta,  jego  oczy  stawały  się  ciemne  jak  noc.  Niski, 

basowy jęk, który się z niego wydobywał, przyprawił ją o triumfalny śmiech.

Śmiało ujęła jego ręce i położyła je na swoich piersiach.

- Dotykaj mnie. Dotykaj mnie tam, gdzie zechcę. Kierowała jego delikatnymi rękami, 

odnajdując  na  swojej  śliskiej  skórze  rozkosz  ich  dotyku,  doprowadzając  go  coraz  bliżej  i 

bliżej nad krawędź przepaści.

Czuła,  jak bezradnie rzuca się pod nią, słyszała jego zdławiony oddech  i,  poruszona 

swoim własnym dokonaniem, podążyła za nim.

To on drżał, to  jego ręce opadły bezwładnie,  gdy pochyliła się i  obcałowywała jego 

usta. A kiedy przywarła wargami do jego szyi, poczuła jego szaleńczy puls.

Z okrzykiem triumfu odgięła się do tyłu i wyrzuciła wysoko ręce.

-  O  Boże,  to  cudowne!  Ludzi  powinni  się  zawsze  kochać  na  dworze.  To  takie... 

wyzwalające.

- Wyglądasz jak zaczarowana królewna.

- Bo tak też się czuję. - Odrzuciła do tyłu włosy i popatrzyła na niego z uśmiechem. -

Pełna  magii  i  cudownych  sekretów.  Tak  się  cieszę,  że  nie  czujesz  do  mnie  złości.  Byłam 

pewna, że będziesz na mnie zły.

- Zły? Za co? - Wykrzesał  z  siebie tyle energii,  że  usiadł i  objął ją, aż  przywarli do 

siebie piersiami. - Zachwycasz mnie taka, jaka jesteś.

background image

Wtuliła się w niego, nadal jeszcze uskrzydlona rozkoszą chwili.

- Nie byłeś mną zachwycony wczoraj wieczorem.

- Nie, ale skoro już załagodziliśmy nieporozumienie, nie mamy się czym martwić.

- Załagodziliśmy nieporozumienie?

- Aha. A teraz włóż na siebie sweter, zanim się przeziębisz.

- Co masz na myśli... - Urwała, kiedy naciągał jej sweter przez głowę.

- No, jesteś ubrana, zdejmę go, kiedy znajdziemy się w domu.

- Aidan, co miałeś na myśli, mówiąc, że załagodziliśmy nieporozumienie?

- To, że jest już wszystko w porządku. - Uśmiechając się, wziął ją na ręce i poniósł w 

stronę domu. - Weźmiemy we wrześniu ślub.

- Co? Zaczekaj.

- Zaczekam aż do września. - Popchnął łokciem ogrodową furtkę.

- Nie weźmiemy żadnego ślubu we wrześniu.

- Och, weźmiemy, z całą pewnością. A potem ruszymy w podróż, obejrzeć te miejsca, 

o których mówiłaś.

- Aidan, ja nie mówiłam tego poważnie.

-  Ale  ja  mówię  poważnie.  -  Znowu  się  do  niej  uśmiechnął  zadowolony,  że  znalazł 

sposób,  który  pozwalał  mu  panować  nad  sytuacją.  -  Poczekam,  bo  wiem,  że  musisz  to 

rozważyć pod każdym kątem, kochanie. I tak oboje wiemy, o co nam chodzi.

- Postaw mnie.

- Nie, jeszcze nie. - Wszedł do środka i zaczął ją nieść po schodach.

- Nie wyjdę za ciebie we wrześniu.

- No cóż, to tylko kwestia paru miesięcy, więc już niedługo się przekonamy, kto ma 

rację.

- Ta niezbita  pewność  siebie, jest wprost obraźliwa.  Uważasz  mnie za  idiotkę, która 

nie wie, o co jej chodzi?

-  Nie  uważam  cię  za  idiotkę,  wprost  przeciwnie.  -  Poszedł  z  nią  do  łazienki.  -

Uważam,  kochanie,  że  jesteś  jedną  z  najmądrzejszych  kobiet,  jakie  znam.  Tyle  że  trochę 

upartą, ale mnie to nie przeszkadza. - Podniósł ją trochę, żeby mogła odkręcić kran prysznica.

- Tobie to nie przeszkadza - powtórzyła.

-  Ani  trochę.  Podobnie  jak  nie  przeszkadzają  mi  gromy,  sypiące  się  w  tej  chwili  z 

twoich oczu. A nawet uważam, że to działa... stymulująco.

- Postaw mnie, Aidanie.

- W porządku. - Postawił ją w wannie, prosto pod strumieniem wody z prysznica.

background image

- Niech cię jasna cholera!

- Nie martw się o sweter, zajmę się nim. - I śmiejąc się, podczas gdy ona szarpała się i 

wierzgała, zdjął go z niej i rzucił na podłogę.

- Nie dotykaj mnie. Muszę to sobie uporządkować.

-  Już  to  sobie  ułożyłaś  w  głowie,  tak  jak  ja.  A  ja  mówię,  iż  chcę,  żeby  było  po 

mojemu,  ty  zaś  się  upierasz,  że  ma  być  inaczej,  choć  sama  nie  wiesz  jak.  -  Odgarnął  jej  z 

twarzy mokre włosy. - Ale skoro jesteś taka pewna swojego, tym bardziej nie masz się czym 

przejmować, więc cieszmy się razem spędzanym czasem.

- Nie o to chodzi...

- Chcesz powiedzieć, że nie cieszy cię przebywanie ze mną?

- Oczywiście, że tak, ale...

- A więc może nie wiesz, czego chcesz?

- Oczywiście, że wiem.

Uśmiechając się, przytknął wargi do jej czoła, do jej skroni.

- Więc co jest w tym takiego złego, że nawet nie chcesz mi dać szansy?

-  Nie  wiem.  -  Widziała  jednak,  że  przerażała  go  ta  jej  chłodna  kalkulacja.  -  Nie 

rozmawiamy  tutaj  o  jakiejś  zachciance  czy  kaprysie,  Aidanie.  Podchodzę  do  tego  bardzo 

poważnie i nie zamierzam zmienić swojego zdania.

- W  porządku, żeby więc  się stało zadość irlandzkiej tradycji, załóżmy się. Stawiam 

sto funtów, że zmienisz zdanie.

- Nie zakładam się w takiej sprawie.

Wzruszył beztrosko ramionami, po czym sięgnął po mydło.

- Obawiasz się straty...

- Nie obawiam się - prychnęła jak kotka. - Niech będzie dwieście funtów.

- Stoi.

Żeby przypieczętować zakład, pocałował ją w czubek nosa.

background image

19

To niepoważne. Jak mogła założyć się o to, czy wyjdzie czy nie wyjdzie za niego za 

mąż? Śmiechu warte! Irytujące i trochę żenujące.

Skłoniła ją do tego złość, która już sama w sobie była dość dziwna. Przecież z natury 

ma łagodne usposobienie.

Oczywiście powinna zapomnieć o tym zakładzie. Nie będzie się przecież ośmieszać i 

wracać do tej sprawy.

Na  razie  ma  o  czym  myśleć  -  czekają  ją  obowiązki  domowe  i  praca.  Trzeba  wziąć 

Finna  na  spacer  i  zwrócić  półmiski  Mollie.  Zadzwoni  do  domu  i  dowie  się,  co  słychać  u 

rodziny. A potem, o ile pogoda pozwoli, wyniesie się z pracą na dwór.

Chciała  zapisać  baśń,  którą  wczoraj  opowiedział  jej  Aidan.  Czuła  już  w  głowie  jej 

rytm,  widziała  oczyma  wyobraźni  białego  ptaka  i  czarnego  wilka.  Powątpiewała  tylko,  czy 

potrafi to oddać wystarczająco dobrze. Ale przynajmniej musi spróbować.

Pozbierała  naczynia,  włożyła  do  pojemnika  lukrowane  ciasteczka,  które  upiekła. 

Gotowa  do  wyjścia,  rozejrzała  się  za  psem.  Akurat  siusiał  pod  kuchennym  stołem.  I 

oczywiście zabrakło mu paru centymetrów, żeby wycelować w gazetę.

-  Nie  mogłeś  jeszcze  chwili  zaczekać?  -  Zachichotała,  kiedy  radośnie  pomachał 

ogonkiem, po czym odstawiła naczynia, żeby się zająć kałużą.

Kiedy ją wycierała, podbiegł do niej w susach i oblizał jej twarz. Powarkiwał przy tym 

zabawnie.  Tak  ją  rozśmieszył,  że  zapomniała  go  skarcić.  Przytulanie  go  sprawiało  obojgu 

jednakową przyjemność,  spędziła  więc  jeszcze  dziesięć  minut  na miętoszeniu  psa, drapaniu 

po brzuszku i zanurzaniu nosa w jego futerku.

Oczywiście, że go psuję, tego nie da się ukryć. Ale kto mógł przypuszczać, że znajdzie 

w sobie tyle miłości do ofiarowania?

- Mam już prawie trzydziestkę - mruknęła, bawiąc się długimi, jedwabistymi uszami 

Finna. - Pragnę mieć dom. Pragnę mieć rodzinę. Chcę założyć ją z mężczyzną, kochającym 

mnie do szaleństwa. - Przytuliła psa,  który się  wił  na wszystkie strony, chcąc ją polizać  po 

ręku.  -  Nie  stać  mnie  na  kolejny  kompromis.  Nie  mogę  zadowolić  się  byle  czym  tylko 

dlatego, że nie spodziewam się niczego lepszego w życiu. Więc...

Podniosła Finna, żeby potrzeć o niego nos.

- Teraz liczymy się tylko ty i ja, kolego.

Gdy  otworzyła  kuchenne  drzwi,  wypadł  jak  strzała.  Uwielbiała  patrzeć,  jak  pędzi  -

background image

darowała mu nawet ten sprint przez kwiaty.

Kiedy  go  ostro  przywołała  po  imieniu,  zatrzymał  się  w  miejscu  i  omal  nie 

przekoziołkował. Uznała to za postęp, nawet gdy się okazało, że zrównał z ziemią jeden rząd 

żeniszka.

Finn  przygnał  do  niej,  zaczął  zataczać  koła  wokół  jej  nóg,  po  czym  pobiegł 

zygzakiem,  wąchając  wszystko,  co  go  zainteresowało.  Wyobraziła  go  sobie,  kiedy  osiągnie 

swój  pełny  wzrost  -  duży,  piękny  pies,  z  ogonem  jak  bicz,  uwielbiający  gonitwy  po 

wzgórzach.

O Boże, co ona z nim zrobi w Chicago?

Potrząsnęła  głową,  odpędzając  od  siebie  kłopotliwe  myśli.  Nie  warto  się  dręczyć 

czymś, co tylko zepsuje przyjemność spaceru.

Powietrze  było  krystaliczne,  a  słońce  płynęło  między  chmurkami  w  stronę  Anglii. 

Rzuciła  okiem  na  zatokę  Ardmore  -  ciemnozielone  wzgórza  schodzące  faliście  ku  morzu. 

Gdyby przystanęła, mogłaby w tej rozedrganej ciszy usłyszeć nawet muzykę. Turyści tłumnie 

wylegną  dzisiaj  na  plaże.  Pojawi  się  też  trochę  miejscowych,  o  ile  wygospodarują  wolną 

godzinę.

Młode  matki  pozwolą  swoim  pociechom  brodzić  po  wodzie,  nabierać  piasek  do 

czerwonych  plastikowych  wiaderek.  Powstanie  dzisiaj  wiele  zamków,  które  później  zmyje 

woda.

Ciągnące się wzdłuż drogi żywopłoty uginały się od kwiatów, a trawa pod jej nogami 

była  sprężysta  i  połyskiwała  poranną  rosą.  Góry  na  północy  przygarbiły  się  pod  ciężarem 

chmur, które usiadły na  ich szczytach. A zielone,  cudowne wzgórza  zdawały się  ciągnąć w 

nieskończoność.

Uwielbiała  ten  widok,  uwielbiała  proste  i  nieskalane  piękno  tej  ziemi,  ruiny  starych 

zamków,  zniszczonych  nie  przez  wodę,  ale  przez  czas  i  nieprzyjaciół.  Przywodziły  jej  na 

myśl  rycerzy  i  damy,  wielkich  królów,  wesołych  służących  i  przebiegłych  szpiegów.  I 

oczywiście magię, guślarstwo, pieśni zaczarowanych krain.

I  wiele  baśni,  o  poświęceniu  z  miłości,  dla  sławy,  o  triumfie  serca  i  honoru,  o 

rzuconych zaklęciach i ich odczarowaniu.

W  takim  miejscu  jak  to  można  spędzić  lata  na  zbieraniu  ich,  na  ich  tworzeniu  i 

przekazywaniu dalej. W takie srebrzyste poranki jak ten mogłaby wędrować i fantazjować, w 

deszczowe popołudnia zaś pisać i opracowywać zebrany materiał. Wieczorami natomiast, po 

dobrze  spełnionym  dniu,  siadałaby  w  fotelu  i  wpatrywałaby  się  w  ogień  kominka, 

wyobrażając  sobie  różne  obrazy,  albo  też,  gdyby  potrzebowała  zgiełku,  towarzystwa  i 

background image

muzyki, zachodziłaby do pubu.

To byłoby cudowne życie, ciekawe, piękne, pełne marzeń i snów.

Otrząsnęła  się,  zaskoczona  tą  myślą,  a  jeszcze  bardziej  tym,  że  taka  myśl  w  ogóle 

mogła powstać  w  jej  głowie. Może  tu  zostać,  nie tylko  przez  trzy miesiące,  ale  na  zawsze. 

Może pisać opowiadania - te, które usłyszała, a także własne, do czego zawsze zdawała się 

mieć skłonności.

Nie, oczywiście, że nie może. Co też jej przychodzi do głowy? Zaśmiała się, ale jakoś 

nerwowo  i  nieprzekonująco.  Musi  wrócić  do  Chicago  zgodnie  z  planem,  znaleźć  pracę  w 

jakiejś  znanej  sobie  dziedzinie,  nie  oddawać  się  mrzonkom.  Powiedzieć  sobie  wyraźnie,  że 

cała ta reszta jest czymś kompletnie nieodpowiedzialnym.

-  Dlaczego?  -  zapytała  głośno  sama  siebie.  -  Oczywiście,  że  jest  jakiś  powód. 

Mnóstwo powodów. Mieszkam w Chicago. Zawsze tam mieszkałam.

Przecież nigdzie nie zostało powiedziane, że musi mieszkać w Chicago. Przecież nie 

przykuto jej łańcuchem, żeby się nie mogła ruszyć z miejsca.

-  Oczywiście,  że  nie,  ale...  muszę  pracować.  A  niby  czym  się  zajmuje  od  trzech 

miesięcy?

To  nie  jest  prawdziwa  praca.  -  Czuła  niepokój  w  żołądku,  a  serce  podeszło  jej  do 

gardła i dziwnie łaskotało. - Po prostu bawię, się tym.

Dlaczego?

Zamknęła oczy.

- Ponieważ to lubię. Lubię wszystko, co się z tym wiąże. Nagle na tym porośniętym 

trawą wzgórzu doznała olśnienia.

- Dlaczego nie mogę robić czegoś, co kocham, nie obwarowując tego natychmiast całą 

masą ograniczeń? Dlaczego nie mogę mieszkać tam, gdzie czuję się lepiej niż gdziekolwiek 

indziej? Kto, jeśli nie ja sama, ma decydować o moim życiu?

Wóz albo przewóz - wreszcie może się uprzeć przy czymś, czego pragnie dla siebie.

Przemyśli to  szczegółowo.  Przyspieszając  kroku,  udała,  że  nie  słyszy  wewnętrznego 

głosu, który ją ponaglał do natychmiastowego działania, od zaraz, zanim sobie znajdzie jakąś 

wymówkę. To będzie milowy krok w jej życiu.

Ucieszyła  się,  widząc  po  drugiej  stronie  wzgórza  domek  O'Toole'ów.  Musi  się 

rozerwać, zająć czymś chociaż na chwilę.

Na  sznurze  suszyła  się  już  bielizna,  zupełnie  jakby  Mollie  robiła  pranie  przez 

dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Kwiaty  w  ogrodzie  kwitły  nieprzytomnie,  a  szopa  przy  domu  była  jak  zawsze 

background image

zagracona.  Betty  przerwała  poranną  drzemkę  i  zaszczekała  na  powitanie.  Finn  z  głośnym 

ujadaniem jak błyskawica pognał w jej stronę.

Jude dotarła już na skraj podwórza, kiedy otworzyły się kuchenne drzwi.

- Witaj, Jude - Mollie pomachała do niej ręką. Coś wcześnie jesteś dzisiaj na nogach.

- Nie tak wcześnie jak ty, sądząc po tym, co tu widzę.

- Gdybyś miała dom pełen rozszczebiotanych dziewcząt i mężczyznę, któremu trzeba 

podać herbatę, zanim otworzy oczy, nie miałabyś wielu okazji do wylegiwania się w łóżku. 

Wejdź do środka, napijesz się herbaty i dotrzymasz mi towarzystwa, gdy będę piekła chleb.

-  Przyniosłam  twoje  półmiski,  a  także  trochę  ciasteczek,  które  wczoraj  zrobiłam. 

Wydaje mi się, że są odrobinę lepsze od mojego ostatniego wypieku.

- Spróbujemy je do herbaty i porównamy.

Otworzyła  na  oścież  drzwi.  Kiedy  Jude  weszła  do  środka,  powitały  ją  ciepło  i 

przyjemne zapachy - a także stukanie Brenny, stojącej z narzędziami nad kuchennym zlewem.

- Już prawie skończyłam, mamo.

- Tym lepiej.  - Mollie  podeszła  do zlewu.  - Mówię ci Jude,  jestem jak szewc, który 

chodzi bez butów. I mój maż, i córka wciąż tylko dłubią przy czymś u innych, gdy tymczasem 

u mnie wszystko się psuje.

- No cóż, widać za mało nam płacisz - powiedziała Brenna i dostała od matki lekkiego 

kuksańca.

- Za mało płacę, tak? A kto pożarł dziś rano górę jaj i stos grzanek z dżemem?

- Zrobiłam to wyłącznie po to, żeby zapchać usta i nie musieć rozmawiać z Maureen o 

jej  weselnych  planach.  Ta  dziewczyna  doprowadzi  nas  wszystkich  do  szału  -  o  byle  co  się 

dąsa, marudzi i wybucha płaczem bez żadnego powodu.

- Samo wyjście za mąż jest dostatecznym powodem do zmartwień. - Mollie postawiła 

herbatę  i  ciasteczka,  ruchem  głowy  zaprosiła  Jude,  żeby  usiadła,  po  czym  z  powrotem 

zanurzyła ręce w dzieży z ciastem. - Kiedy na ciebie przyjdzie pora, będziesz jeszcze gorsza.

Też  coś.  Gdybym  pomyślała  o  małżeństwie,  zaciągnęłabym  faceta  do  księdza, 

wypowiedzielibyśmy formułkę i byłoby po wszystkim. Bez tych cudów - sukni, dodatków i 

kwiatów, bez zastanawiania się, jaka pieśń ma być zagrana. Miesiące przygotowań na jeden 

tylko dzień, dla sukni, której już się nigdy nie włoży, kwiatów, które zaraz zwiędną, i pieśni, 

które i bez tego można śpiewać o każdej dowolnej porze.

Odskoczyła od zlewu i zamachnęła się kluczem nasadowym.

- A jak pomyślą o kosztach tego wszystkiego. To po prostu grzech!

- Och, Brenno, ty romantyczna idiotko. - Mollie dosypała więcej mąki do ciasta. - Ten 

background image

jeden jedyny dzień to początek życia i wart jest każdej minuty, każdych pieniędzy. - Niemniej 

westchnęła lekko. - Chociaż przebywanie z nią i znoszenie jej humorów bywa męczące.

-  Otóż  to.  -  Brenna  wsadziła  klucz  do  sfatygowanej  skrzynki  z  narzędziami  i 

wyprostowała  się,  żeby  sięgnąć  po  ciasteczko.  -  Popatrz  na  naszą,  Jude.  Spokojna  aż  miło. 

Nie  zanudza,  czy  chce  mieć  białe  czy  różowe  róże  w  swoim  bukiecie.  -  Brenna  ugryzła 

ciasteczko i opadła ciężko na krzesło. - Jesteś rozsądną kobietą.

- Dziękuję. Staram się. Ale o czym ty mówisz?

- O różnicy między tobą a moją rozkapryszoną siostrą. Obie będziecie brały ślub, ale 

czy  ty  krążysz  po  domu,  czy  załamujesz  ręce  i  co  dwie  minuty  zmieniasz  zdanie  na  temat 

zapachu tortu weselnego? Oczywiście, że nie.

- Nie - wycedziła Jude. - Nie, ponieważ ja nie planuję wesela.

- Nawet jeżeli  zdecydujecie się z  Aidanem na skromną  ceremonię - nie  wiem tylko, 

jak  to  zrobisz,  skoro  on  zna  co  drugą  osobę  w  promieniu  najbliższych  stu  kilometrów  -  to 

wesele jednak pozostanie weselem.

Jude odetchnęła głęboko.

- Skąd ci przyszło do głowy, że wychodzę za Aidana?

-  Wiem  to  od  Darcy.  -  Brenna  wychyliła  się  po  kolejne  ciasteczko.  -  A  ona 

dowiedziała się o tym od samego delikwenta.

- Który okazał się bałwanem.

Na tak ostry ton jej głosu Brenna zamrugała oczami, a Mollie przestała miesić ciasto. 

Brenna już chciała otworzyć usta, kiedy Mollie rzuciła jej porozumiewawcze spojrzenie.

- Lepiej zatkaj buzię ciastkami, dziewczyno, i nie wtykaj nosa w cudze sprawy.

- Ale Darcy powiedziała...

- Może Darcy źle zrozumiała.

- Nie, nie sądzę - powiedziała Jude. Dławiło ją w gardle z wściekłości. Nie mogąc tego 

wykrztusić z siebie odsunęła się od stołu i wstała. - Skąd w tym człowieku aż tyle podłości, aż 

tyle arogancji?

- Większość  się z  tym rodzi  - odparła Brenna,  przechylając  głowę i  krzywiąc się na 

syk matki.

-  Wiesz,  Jude,  ja  sama  myślałam,  iż  macie  się  ku  sobie  Mollie  powiedziała  to 

uspokajającym  tonem,  spoglądając  z  prawdziwą  sympatią  na  Jude.  -  Kiedy  dowiedzieliśmy 

się o tym wczoraj od Brenny, nikt z nas nie był zaskoczony, byliśmy bardzo zadowoleni.

-  Powiedziałaś  im...  -  Jude  oparła  się  o  stół,  patrząc  Brendę  w  oczy. -  Powiedziałaś 

całej swojej rodzinie?

background image

- No cóż, nie widziałam...

- Komu jeszcze? Ilu jeszcze osobom powtórzyłaś tę idiotyczną plotkę?

-  Ja...  -  Brenna  sama  miała  porywczy  temperament,  rozpoznała  więc  niebezpieczne 

błyski  w  oczach  Jude.  -  Nie  pamiętam  dokładnie.  Prawie  nikomu.  Zrozum,  jak  bardzo 

ucieszyłyśmy się z Darcy. A ponieważ tak lubimy ciebie i Aidana, uznałyśmy, że ceili może 

trochę przyśpieszyć bieg wypadków.

- Ceili?

-  Noc  świętojańska,  księżyc,  to  wszystko.  Pamiętasz,  mamo?  -  Odwróciła  się  do 

Mollie, rozpaczliwie szukając u niej ratunku. - Pamiętasz, opowiadałaś nam, jak tatuś ci się 

oświadczył,  kiedy  tańczyliście  przy  świetle  księżyca  podczas  ceili.  I  że  to  właśnie  miało 

miejsce w domu starej Maude.

-  Pamiętam.  -  Z  łagodnym  uśmiechem  poklepała  Brennę  po  ramieniu.  -  Chciałaś 

dobrze, tak?

- My... oj! - Brenna złapała się za nos, w który dostała prztyczka od matki.

-  A  to,  żebyś  nie  wsadzała  więcej  nosa  w  sprawy  innych  ludzi  -  nawet,  jeśli  masz 

najlepsze zamiary.

- To nie jej wina, - Jude podniosła ręce. - To wina Aidana. Jak on może  opowiadać 

siostrze, że się pobieramy? Przecież mu odmówiłam! Bardzo wyraźnie, i to kilka razy.

- Odmówiłaś - odezwały się chórem Brenna i Mollie jednakowo zaskoczone.

- Teraz widzę, do czego on zmierza, przejrzałam go. - Zakręciła się na pięcie i znowu 

zaczęła  przemierzać  kuchnię.  -  Potrzebuje  żony,  a  ja  mu  odpowiadam,  ponieważ  sądzi,  że 

brak  mi  charakteru.  Tymczasem  pomylił  się  grubo.  Mam  charakter.  Może  nie  za  często  z 

niego korzystam, ale go mam. Nie wyjdę za Aidana ani za nikogo. Nikt mi więcej nie będzie 

mówił, co mam robić, gdzie mieszkać, jak żyć. Już nigdy, przenigdy.

Mollie z zainteresowaniem przyglądała się wzburzonej twarzy, na której pojawiły się 

wypieki, i zaciśniętym pięściom Jude. Pokiwała głową.

-  To  mi  się  podoba,  brawo.  A  teraz  może  byś  tak  usiadła,  napiła  się  herbaty  i 

opowiedziała nam - jako że jesteśmy twymi przyjaciółkami - co się właściwie stało?

-  Powiem,  co  się  stało.  A  potem  ty  -  dodała  z  wymierzonym  w  Brennę  palcem  -

pójdziesz  do  wsi  i  opowiesz  każdemu,  jakim  ciężkim  idiotą  jest  Aidan  Gallagher  i  że  tak 

łatwo nie dostanie Jude Murray.

- Mogę to zrobić - zgodziła się Brenna, uśmiechając się na wszelki wypadek.

- Świetnie. - I Jude usiadła, żeby im opowiedzieć całą historię.

Wyrzucenie  z  siebie  tego  wszystkiego  przed  przyjaciółkami  bardzo  jej  pomogło. 

background image

Wyparowała  z  niej  najgorsza  złość,  umocniła  się  w  swoim  postanowieniu  i  była 

usatysfakcjonowana tym, że obie kobiety oburzyły się na skandaliczne zachowanie Aidana.

Zanim  wyszła,  uściskały  ją  i  pogratulowały  dzielnej  postawy  wobec  tego  nędznika. 

Nie  mogła  oczywiście  wiedzieć,  że  zaraz  po  jej  wyjściu  matka  i  córka  wyciągnęły  po 

dwadzieścia funtów każda i postawiły je na Aidana.

Nie dlatego, żeby nie sympatyzowały z Jude, albo żeby nie były przekonane, iż ma na 

tyle rozumu, że wie, co robi. Nie, wierzyły po prostu w przeznaczenie.

Brenna  pojechała  do  miasteczka,  żeby  powiedzieć  Darcy,  jakim  to  okropnym 

bałwanem jest jej brat - i żeby zacząć zakłady.

Szczęśliwa  i  nieświadoma  niczego  Jude  wróciła  do  domu  z  lżejszym  sercem, 

podniesiona  na  duchu.  Nie  zamierza  się  konfrontować  z  Aidanem.  Powiedziała  sobie,  że 

szkoda  na  to  jej  czasu  i  trudu.  Zachowa  się  spokojnie,  niewzruszenie,  i  tym  razem  to  on 

zostanie upokorzony.

Zadowolona  z  siebie  udała  się  prosto  do  telefonu  w  kuchni  i  bez  chwili  wahania 

przystąpiła do realizowania kolejnego kroku.

Pół godziny później siedziała za stołem, z głową opartą na rękach.

A więc zrobiła to.

Jej  apartament  zostanie  wystawiony  na  sprzedaż.  Ponieważ  para,  która  tam 

zamieszkała,  dowiadywała  się  już  o  możliwość  kupienia  go,  pośrednik  był  dobrej  myśli, 

uważał, że  transakcję szybko da  się sfinalizować.  Zabukowała lot  na koniec  miesiąca,  żeby 

załatwić na miejscu wszystkie formalności, wysłać drogą morską albo zmagazynować to, co 

chciała zatrzymać, resztę zaś sprzedać lub rozdać.

Tylko  tyle  pozostało  jej  z  całego  życia,  które  zbudowała  zgodnie  z  oczekiwaniami 

innych ludzi. Trwając w tej pozycji, wstrzymując oddech, próbowała określić swoją reakcję 

na to, co zrobiła.

Panika? Żal? Depresja?

Nic  z  tych  rzeczy.  Stało  się  to  tak  łatwo,  może  nawet  za  łatwo,  jakby  pozbyła  się 

kolosalnego  ciężaru.  Poczuła  ulgę.  Ulgę,  niecierpliwe  oczekiwanie  na  mające  nastąpić 

zdarzenia, satysfakcję, że wreszcie postawiła na swoim.

Nie  mieszka  już  w  Chicago.  Teraz  mieszka  w  Faerie  Hill  Cottage,  w  hrabstwie 

Waterford. W Irlandii. Rodzice chyba zemdleją.

Na myśl o tym przycisnęła obie ręce do ust, żeby powstrzymać śmiech. Pomyślą, że 

postradała  zmysły.  I  nigdy,  ale  to  nigdy  nie  zrozumieją,  że  to,  co  zrobiła,  było  właśnie 

cudownym  powrotem.  Powrotem  do  zdrowych  zmysłów,  dotarciem  do  własnego  serca, 

background image

znalezieniem miejsca na ziemi.

A także, pomyślała lekko oszołomiona, odnalezieniem własnego celu.

- Babciu, odnalazłam siebie. Odnalazłam Jude F. Murray w niecałe sześć miesięcy. Co 

ty na to?

Telefon  do  Nowego  Jorku  był  już  trudniejszy.  Ważniejszy  od  całej  symboliki 

sprzedaży mieszkania, która oznaczała tylko pieniądze. Telefon do Nowego Jorku był równie 

ważny jak jej przyszłość.

Nie  była  pewna,  czy  znajomi  z  college'u  jeszcze  ją  pamiętają.  Zadzwoniła.  Holly 

Carter  Fry,  pośredniczka  w  sprawach  wydawniczych,  powiedziała  Jude,  że  bardzo  jej  się 

podoba pomysł takiej książki, i poprosiła Jude o przysłanie próbki pracy.

Ponieważ  na  samą  myśl  o  zrobieniu  czegoś  takiego  rozbolał  ją  brzuch,  Jude  z 

wysiłkiem podniosła się z miejsca i poszła na górę. Drżały jej palce, kiedy usiadła do pisania 

listu  przewodniego,  niemniej  jednak  zmusiła  się  do  logicznego  myślenia  i  napisała  go, 

uprzejmie i rzeczowo.

Tylko raz musiała przerwać dla złapania oddechu.

Wybrała  trzy  pierwsze  opowiadania  i  prolog,  słowa,  które  kosztowały  ją  wiele 

wysiłku,  w  które  włożyła  serce.  Zbierało  jej  się  na  płacz,  kiedy  wkładała  swoje  rysunki  do 

dużej miękkiej koperty.

Wysyłała za ocean swoje serce, ryzykując, że zostanie złamane. Oby tak się nie stało. 

Popatrzyła  przez  okno.  Lepiej  po  prostu  udawać,  że  wszystko  przewidziała,  że  właśnie 

nadszedł  ten  dzień.  A  może  lepiej  nadal  utwierdzać  się  w  przekonaniu,  że  to  jest  tylko 

zabawa, eksperyment, do którego nie przywiązuje aż tak wielkiego znaczenia?

Gdy wyśle kopertę, nie będzie odwrotu, nie będzie udawania, nie będzie już takiego 

poczucia bezpieczeństwa.

Tak  to  jest,  tak  było  zawsze.  Łatwiej  sobie  powiedzieć,  że  się  nie  jest  w  czymś 

dobrym.  Bezpieczniej  jest  wierzyć,  że  się  nie  jest  zdolnym  i  bystrym.  Gdy  się  podejmuje 

jakąś próbę, zawsze grozi porażka.

Poniosła porażkę w małżeństwie, także jako wykładowca - dwie sprawy, do których z 

pewnością się nadaje.

Ale  było  tyle  innych  rzeczy,  o  których  marzyła,  ale  nie  próbowała  ich  realizować. 

Powtarzając  sobie  zawsze,  że  musi  się. kierować  rozumem,  bo takie  są  oczekiwania  wobec 

niej.

Ale  głębiej,  jeszcze  głębiej  tkwiła  świadomość,  że  jeżeli  się  nie  powiedzie,  będzie 

musiała z tym żyć. A na to zawsze brakowało jej odwagi.

background image

Ponownie  rzuciła  okiem  na  kopertę.  Teraz  ma  odwagę.  Tym  razem,  jeżeli  nie 

zrealizuje marzenia, jeżeli nie zaryzykuje, nie będzie mogła z tym żyć.

-  Życz  mi  szczęścia  -  powiedziała  półgłosem  do  kogoś  niewidzialnego  i  złapała 

kopertę.

Trzeba  jak  najszybciej  przestać  o  tym  rozmyślać,  doszła  do  wniosku,  jadąc  do 

miasteczka.  Wyśle  to,  a  potem  zapomni,  obiecywała  sobie.  Nie  będzie  codziennie  cierpieć 

męczarni, drżeć z niepokoju, wyobrażać sobie wszystkiego, co najgorsze. O efekcie dowie się

wkrótce, a jeżeli okaże się, że nie jest to na tyle dobre... postara się zrobić lepiej.

Czekając  na  decyzję,  będzie  kontynuowała  pisanie  książki.  Tak  ją  wygładzi  i 

wypoleruje, aż zacznie błyszczeć jak brylant. A potem... zacznie pisać następną. Tym razem 

będą  to  jej  własne,  przez  nią  wymyślone  historie.  Rusałki  i  przeistaczające  się  postacie, 

czarodziejskie butelki. Gdy odblokuje swoją wyobraźnię, sprawy ruszą w takim tempie, że nie 

będzie w stanie nadążyć.

Szumiało jej w uszach, kiedy zaparkowała przed pocztą. Serce jej biło tak szybko, że 

aż bolało w piersi. Kolana jej się uginały, gdy otwierała drzwi.

Urzędniczka  na  poczcie  miała  śnieżnobiałe  włosy,  a  cerę  świeżą  jak  młoda 

dziewczyna. Przywitała Jude radosnym uśmiechem.

- Witam, panno Murray. Co słychać dobrego?

- Nie może być lepiej, dziękuję. - „Kłamczucha, kłamczucha, kłamczucha - huczało jej 

w głowie. - Jeszcze chwila, a dostanę mdłości i na dobre się upokorzę”.

-  Trzeba  przyznać,  że  śliczny  dziś  dzień.  Takiego  lata  dawno  nie  było.  Może 

przyniosłaś nam szczęście.

- Chciałabym bardzo. - Z uśmiechem na twarzy, który, jak podejrzewała, przypominał 

bardziej przedśmiertny grymas, Jude położyła kopertę na kontuarze.

- Widzę, że wysyłasz coś do przyjaciółki w Ameryce.

- Tak. - Zachowała uśmiech, gdy kobieta odczytywała adres. - Dawna przyjaciółka z 

college'u. Teraz mieszka w Nowym Jorku.

- Mój wnuk Dennis z żoną i rodziną też mieszkają w Nowym Jorku. Denis pracuje w 

jakimś  wytwornym  hotelu  i  dobrze  zarabia,  wnosząc  i  wynosząc  ludziom  bagaże  z  windy. 

Powiada, że niektóre pokoje wyglądają jak w pałacu.

Jude  nie  przestawała  się  uśmiechać,  choć  sprawiało  jej  to  wiele  trudu.  Po  trzech 

miesiącach  wiedziała  już  dobrze,  że  na  poczcie,  podobnie  jak  wszędzie  w  Ardmore,  nie 

można uniknąć pogaduszek.

- Lubi swoją pracę?

background image

- Och,  jeszcze  jak,  a  jego  śliczna  żona  do  przyjścia  na  świat  ich  drugiego  dziecka 

pracowała u fryzjera.

- Ach tak. Chciałabym, żeby to dotarło do Nowego Jorku możliwie jak najszybciej.

- Jeżeli to ma być specjalna przesyłka, to będzie trochę drożej kosztować.

- W porządku. - Kiedy sięgnęła po portfel do torby, czuła się tak, jakby poruszała się 

w przezroczystym syropie.  Obserwując jak przez  mgłę ważenie koperty, podliczanie kosztu 

przesyłki, podała urzędniczce banknoty i odebrała resztę w bilonie.

- Dziękuję.

- Nie ma za co. Czy twoja nowojorska przyjaciółka przyjedzie na twoje wesele?

- Słucham?

-  Nie  wątpię,  że  zjawi  się  twoja  rodzina,  ale  miło  by  było  mieć  obok  sobie  także 

starych przyjaciół, prawda?

Szum  w  głowie przeszedł  w  natrętne,  uporczywe  buczenie.  Zdenerwowanie  ustąpiło 

miejsca wściekłości. Stała, nie mogąc wydobyć z siebie słowa.

- Mój John i ja pobraliśmy się już prawie pięćdziesiąt lat temu, a ja nadal tak wyraźnie 

pamiętam dzień ślubu. Lało jak z cebra, ale mnie ani trochę to nie przeszkadzało. Zebrała się 

cała moja rodzina, a także Johna, i wypełniliśmy po brzegi niewielki kościół, tak że zapach 

wilgotnych ubrań był prawie tak mocny jak zapach kwiatów. A mój tatuś, niech spoczywa w 

pokoju, płakał jak dziecko, kiedy prowadził mnie nawą, ponieważ byłam jego jedyną córką.

- To urocze - wydusiła z siebie Jude, kiedy złapała oddech. - Ale ja nie wychodzę za 

mąż.

-  Och,  daj  spokój,  czyżby  między  zakochanymi  doszło  już  do  sprzeczki?  -  na  wpół 

żartem obruszyła się urzędniczka. - Nie przejmuj się rym, kochana, to jest tak naturalne jak 

deszcz.

-  Nie  pokłóciliśmy  się.  -  Czuła,  że  jeszcze  trochę,  a  dojdzie  tu  do  takiej  awantury, 

jakiej jeszcze na świecie nie było. - Po prostu nie wychodzę za mąż.

-  Słusznie,  daj  mu  nauczkę  -  powiedziała,  mrugając  okiem.  -  Każdemu  z  nich  się 

przyda, a w rezultacie będą tylko lepszymi mężami. I koniecznie porozmawiaj z Kathy Duffy 

na temat tortu weselnego. Robi pyszne, a śliczne jak z obrazka.

- Nie potrzebuję tortu - wycedziła przez zęby Jude.

- Dajże spokój, czy uważasz, że skoro wychodzisz za mąż drugi raz, nie należy ci się 

tort? Każda panna młoda zasługuje na niego. A co do sukni, powinnaś porozmawiać z Mollie 

O'Toole, podobno znalazła dla swojej córki jakiś cudowny sklep w Waterford.

-  Nie  potrzebuję  tortu  -  powiedziała  Jude,  z  trudem  zachowując  cierpliwość  -  ani 

background image

sukni, ponieważ nie wychodzę za mąż. Dziękuję.

Odwróciła  się  na  pięcie  i  pomaszerowała  do  drzwi.  Kiedy  wyszła  i  znalazła  się  na 

chodniku, odetchnęła głęboko i spojrzała na szyld pubu Gallaghera.

Nie może tam teraz wejść, wykluczone. Gdyby to zrobiła, zabiłaby go.

A niby dlaczego nie miałaby tego zrobić? Zasłużył na śmierć.

Długimi,  dokładnie  odmierzonymi  krokami  skierowała  się  do  pubu.  I  otworzyła  z 

impetem drzwi. - Aidanie Gallagher!

W  pubie,  który  pękał  w  szwach  od  miejscowych  i  turystów,  przybyłych  tu,  by  coś 

przekąsić  i  wypić,  zapadła  martwa  cisza.  Za  barem  Aidan  przestał  nalewać  piwo.  Kiedy 

wkroczyła do baru ze świdrującym jak laser wzrokiem, odstawił kufel na ladę. Nie wyglądała 

na  łagodną,  senną  kobietę,  z  którą  pożegnał  się  o  świcie.  Kobietę  miękką  jak  jedwab  i 

usatysfakcjonowaną. Teraz miała krwiożerczy wygląd.

- Wpadłam tylko na jedno słowo - oznajmiła mu. Nie podejrzewał, żeby mogło to być 

coś miłego.

- Dobrze, zaraz przyjdę na górę, gdzie porozmawiamy sobie na osobności.

-  Nie  chcę  żadnej  osobności.  Zapomnij  o  tym.  -  Odwróciła  się  w  stronę  sali.  Tym 

razem  nie  czuła  zakłopotania  na  widok  wpatrzonych  w  nią  twarzy,  nie  przyprawiło  ją  to  o 

żadne  paskudne  uczucie  pustki  w  brzuchu.  Tym  razem  ich  widok  tylko  ją  rozgrzał  i 

potęgował wściekłość.

-  Zapraszam  wszystkich  do  wysłuchania  tego,  co  mam  do  powiedzenia,  ponieważ 

każdy z was, jak tu siedzicie, tak żywo interesuje się moimi sprawami. Pozwólcie, że powiem 

jasno  i  wyraźnie  -  nie  zamierzam  wyjść  za  mąż  za  tego  pawiana  ucharakteryzowanego  na 

mężczyznę.

Parę  osób  parsknęło  śmiechem,  a  kiedy  zobaczyła  otwierające  się  drzwi  kuchni, 

odwróciła się kolejny raz.

- Nie chowaj się za drzwiami. Shawn, nie krępuj się, chodź tutaj. Nie przyszłam tu w 

twojej sprawie.

- Dzięki ci Boże i za to - powiedział półgłosem i jako lojalny brat stanął obok Aidana.

- Tworzycie śliczny obrazek. I ty także - powiedziała, pokazując palcem na Darcy. -

Mam  nadzieję,  że  oboje  macie  więcej  rozumu  niż  wasz  brat,  któremu,  ponieważ  jest  tak 

przystojny, wydaje się, że kobiety mdleją na jego widok.

- Daj spokój, kochanie.

- Nie nazywaj mnie żadnym kochaniem. - Stanęła na palcach, sięgnęła ręką przez bar i 

walnęła  go  pięścią  w  pierś.  -  I  nie  używaj  wobec  mnie  tego  protekcjonalnego  i 

background image

doprowadzającego do szału tonu, ty.,, sakramencki durniu.

Teraz  już  zapłonęły  jego  oczy,  a  groźba  wybuchu  zawisła  w  powietrzu.  Aidan  dał 

znak ręką Shawnowi, żeby stanął przy kranach, i spojrzał na Jude.

- Chodźmy i dokończmy to na górze.

- Nigdzie z tobą nie pójdę. - Jeszcze raz wyrżnęła go pięścią w pierś, znajdując dziwną 

przyjemność w przemocy. - Nie zastraszysz mnie.

- Zastraszyć cię? Chciałbym wiedzieć, kto tu kogo straszy, przecież to ty mnie walisz?

-  Stać  mnie  na  jeszcze  więcej.  -  Nagle,  ku  własnemu  zdumieniu,  a  nawet  lekkiemu 

przerażeniu, stwierdziła, iż rzeczywiście jest gotowa zrobić mu krzywdę. - Jeżeli sądzisz, że 

opowiadając na prawo i lewo każdemu, kto tylko tego chce słuchać, iż wychodzę za ciebie za 

mąż, wpłyniesz na zmianę mojej decyzji, to jesteś w błędzie. Nie będę tolerowała pouczania 

mnie, co mam zrobić ze swoim życiem.

Znowu odwróciła się w stronę sali.

- Byłoby dobrze, gdyby to do was dotarło. To, że z nim sypiam, nie znaczy jeszcze, że 

na jego pierwsze pstryknięcie palcami polecę zamawiać weselny tort. Sypiam, z kim mi się 

podoba.

- Jestem do dyspozycji - zawołał ktoś z sali, wywołując lawinę śmiechu.

- Dość tego. - Aidan uderzył ręką o bar, aż podskoczyły szklanki. - To jest prywatna 

sprawa. - Przecisnął się obok Shawna i podszedł do niej. - Na górę, Jude Frances.

- Nie. - Zadarła dumnie głowę. - Widzę, że wciąż czegoś nie rozumiesz.

- Na górę - powtórzył i chwycił ją mocno za ramię. - To nie jest właściwe miejsce.

- To twoje miejsce - przypomniała mu. - Zabierz tę rękę.

- Porozmawiamy na osobności.

- Nie mamy o czym, powiedziałam już swoje. - Kiedy się szarpnęła, próbując wyrwać 

ramię, zaczął ją ciągnąć na zaplecze. Fakt, iż się na to ośmielił, że ludzie rozstępowali się, by 

im zrobić drogę, że był na tyle silny, by ją wlec tam, gdzie sobie życzył, sprawił, że coś w niej 

pękło w środku. Puściły ostatnie hamulce.

-  Powiedziałam,  żebyś  zabrał  rękę,  sukinsynu.  -  Poprzez  czerwoną  mgłę,  która 

przesłoniła jej oczy, nie wiedziała już, co się dzieje, poczuła tylko, że jej zaciśnięta w pięść 

ręka wylądowała gwałtownie na jego twarzy.

- Jezu! - Zobaczył gwiazdy, a ból był nie mniej potworny niż szok spowodowany tym, 

co zrobiła. Instynktownie przycisnął rękę do nosa, kiedy polała się z niego krew.

- I trzymaj je z daleka - powiedziała z najwyższą godnością, gdy w pubie ponownie 

zapadła cisza. Odwróciła się i wyszła, nim rozległy się oklaski.

background image

-  Masz,  przyłóż  to.  -  Shawn  podał  mu  ściereczkę.  -  Ależ  ona  ma  piekielny  prawy 

sierpowy.

-  Jeszcze  jak.  -  Musiał  usiąść  i  Darcy  doholowała  go  do  wolnego  stolika.  -  Co  za 

diabeł w nią wstąpił? - Nie obchodziły go nowe zakłady i stawki, które natychmiast pojawiły 

się  na  parkiecie  małżeńskim,  i  przyjął  z  wdzięcznością  podany  mu  przez  Shawna  lód. 

Wpatrywał się zdumiony w zakrwawioną ściereczkę.

-  Tej  kobiecie  udało  się  to,  czego  nikt  nie  dokonał  w  ciągu  trzydziestu  jeden  lat. 

Złamała ten mój cholerny nos.

background image

20

- Nie będę się za nią uganiał, nie jestem szczeniakiem. Shawn kontynuował smażenie 

ryb i chipsów, podczas gdy Aidan przykładał w kuchni lód do uszkodzonego nosa.

- Już to mówiłeś z dziesięć albo dwanaście razy w ciągu ostatnich dwudziestu minut.

- Więc dobrze, powtarzam to po raz ostatni.

- Świetnie. Bądź sobie sakramenckim, zakutym idiotą.

- Tylko ty już nie zaczynaj. - Aidan opuścił woreczek z lodem. - Bo jeszcze oberwiesz 

zamiast niej.

- Proszę bardzo, wal, ile zechcesz. Ale od tego nie staniesz się mniejszym idiotą.

- Dlaczego uważasz, że jestem idiotą? Jeszcze nie było tu takiej, która by weszła tak 

bezczelnie  do  pubu  -  w godzinie  szczytu  -  napyskowała  na  mnie,  a  na  koniec  rozwaliła  mi 

nos.

- Tu cię boli,  prawda?  - Shawn zsunął na talerze kawałki usmażonej  na złoto ryby i 

porcje  chipsów,  dodając  po  łyżce  sałatki  z  kapusty  i  kładąc  na  wierzch  trochę  zielonej 

pietruszki.  -  Że  po  tylu  latach,  po  tylu  chwalebnych  walkach,  pokonała  cię  o  połowę 

drobniejsza od ciebie kobieta.

- Po prostu miała fart, że mnie trafiła - mruknął Aidan, cierpiąc nie tylko z bólu, ale i z 

powodu zranionej dumy.

- Raczej cię zaskoczyła  - poprawił Shawn. - A ty jesteś wyjątkową ofermą  - dodał i 

zakręcił się na pięcie, żeby zanieść zamówienia.

-  To  się  nazywa  rodzinna  lojalność.  -  Aidan  podniósł  się  z  miejsca  i  podszedł  do 

kredensu, żeby wygrzebać stamtąd trochę aspiryny. Twarz bolała go piekielnie.

Pewnie w innej sytuacji byłby pełen podziwu dla popisu Jude, ale w ten chwili jakoś 

nie mógł go z siebie wykrzesać.

Zraniła go nie tylko w twarz, zraniła jego durną i serce. Jeszcze nigdy żadna kobieta 

nie zraniła mu serca i nie wiedział, co z tym począć. Zrozumiał, przynajmniej częściowo, że 

tamtego wieczora podczas ceili spartaczył sprawę. Ale był przeświadczony, nieomal pewny, 

że naprawił to wszystko wczoraj wieczorem.

Romantyczna  sceneria  i  pieszczoty,  wytrwałość  i  perswazja.  Czego  jeszcze  może 

chcieć kobieta, do diabła! Przecież pasują do siebie, każdy to widzi!

Każdy, tylko nie Jude Frances Murray.

Jak to jest, że ona go nie chce, skoro on jej tak pragnie, że aż mu dech zapiera? Jak 

background image

ona może nie widzieć, że przeznaczone jest im wspólne życie, skoro dla niego jest to tak jasne 

jak słońce.

Wszystko  to  ma związek  z  jej pierwszym małżeństwem.  Ale skoro on już  się z  tym 

pogodził, dlaczego ona nie może?

- Jest po prostu strasznie uparta - powiedział, gdy Shawn wrócił do kuchni.

- No to znakomita z was para.

- Nie nazwałbym uporem dochodzenia do czegoś, co się uważa za słuszne.

Shawn  pokręcił  tylko  głową  i  zaczął  przygotowywać  sandwicze.  Mieli  tu  dziś  istny 

kołowrót.  Ludzie siedzieli  w pubie dłużej  niż  zwykle.  Ciągle  wchodził  ktoś  nowy, ciekawy 

nowinek. Shawn i Darcy poprosili Michaela O'Toole'a i Kathy Duffy, żeby ich wsparli przy 

barze, i Brenna była już w drodze. Nie należało liczyć na to, żeby w najbliższym czasie Aidan 

miał nastrój do nalewania piwa i prowadzenia rozmów.

- Są sposoby i sposobiki na załatwienie takiej sprawy z kobietą - powiedział Shawn po 

chwili.

- Dużo ty wiesz o kobietach.

- Założę się, że więcej od ciebie - jak widzisz, mnie jeszcze żadna nie wyrżnęła pięścią 

w twarz.

- Mnie też nie, aż do dzisiaj. - Nos, choć niemal już odmrożony, bolał i pulsował, jak z 

całej siły uderzany perkusyjny kocioł. - Czy to normalna reakcja u kobiety, którą poprosi się o 

rękę?

- Powiedziałem ci przecież, że chodzi o sposób proszenia.

- A ile znasz takich sposobów? - zapytał Aidan. - Chciałbym też wiedzieć, dlaczego to 

ma być moja wina?

-  Ponieważ  widać  jak  na  dłoni,  że  ona  cię  kocha  i  że  oczekuje  w  zamian  miłości.  I 

gdybyś nie pochrzanił tego wszystkiego, nie odmówiłaby i nie rozkwasiła ci nosa.

Podczas  gdy  Aidan  gapił  się  na  niego  z  otwartymi  ustami,  Shawn  wyszedł  z 

następnym zamówieniem. Aidan chciał za nim pobiec, ale doszedł do wniosku, że cała wieś 

miała  dzisiaj  wystarczająco  dużo  uciechy.  Chodził  więc  niecierpliwie  tam  i  z  powrotem, 

czekając na powrót Shawna.

Tym razem Shawn przyniósł puste kufle, które wstawił do zlewu.

- Można cię poprosić, żebyś to łaskawie pozmywał? Mam kolejne zamówienie na rybę 

i chipsy.

-  Może  i  schrzaniłem  to  za  pierwszym  razem  -  zaczął  Aidan.  -  Przyznaję.  Nawet 

rozmawiałem o tym z Darcy.

background image

- Z Darcy? - Shawn wzniósł oczy do nieba. - Teraz już bez cienia wątpliwości mogę 

oświadczyć, że jesteś idiotą.

- Jest przyjaciółką Jude, a także kobietą.

-  Tylko  że  bez  krztyny  romantyzmu.  Daruj  już  sobie  to  zmywanie,  zajmę  się  tym 

później - ciągnął, panierując rybę w mące. - Siadaj i opowiadaj, jak się do tego zabrałeś.

Aidan nie przywykł, by młodszy brat udzielał mu wskazówek, i wcale nie był pewien, 

czy akurat będą mu odpowiadały. Ale tonący brzytwy się chwyta.

- Za którym razem?

-  Niezależnie  od  tego,  ile  ich  było,  zacznij  od  pierwsze  go.  -  Shawn  wrzucił  rybę  i 

kartofle na olej i zaczął przygotowywać następną porcję sałatki z kapusty.

Pracując, słuchał Aidana bez słowa komentarza. Kiedy skończył swoje, a Aidan wciąż 

mówił, podniósł palec do góry, zmuszając go do milczenia, i wyszedł znowu, żeby obsłużyć 

gości.

- To by było na tyle. - Gdy wrócił, usiadł tym razem, oparł ręce na stole i popatrzył na 

brata. - Powiem ci, co myślę, i nie potrwa to dłużej niż dziesięć minut. Ale najpierw muszę ci 

zadać  pytanie.  Czy  w  tym  całym  mówieniu  jej  o  tym,  czego  pragniesz  i  jak  to  będzie  w 

przyszłości, zdarzyło ci się wspomnieć, że ją kochasz?

-  Oczywiście,  że  tak.  -  Nieco  skonsternowany  Aidan  poruszył  się  na  krześle.  -  Ona 

wie, że ją kocham. Mężczyzna nie prosi kobiety, żeby została jego żoną, jeżeli jej nie kocha.

-  Po  pierwsze,  Aidanie,  wcale  jej  nie  poprosiłeś,  ale  oznajmiłeś  jej  to,  a  to  całkiem 

inna  sprawa.  Poza  tym,  jak  sądzę,  ten,  który  ją  o  to  poprzednio  poprosił,  nie  kochał  jej,  w 

przeciwnym razie nie złamałby przysięgi przed upływem jednego roku. I chyba ona nie ma co 

do tego wątpliwości?

- Nie, ale...

- Więc powiedziałeś jej czy nie?

- Może nie. Niełatwo jest wykrztusić z siebie coś takiego.

- Dlaczego?

-  Bo  nie  -  mruknął  Aidan.  -  Nie  jestem  jakimś  chrzanionym  jankesem,  żeby  ją 

zostawić  w  ten  sposób.  Jestem  Irlandczykiem,  który  dotrzymuje  słowa,  katolikiem,  który 

traktuje małżeństwo jak sakrament.

-  Już  dobrze,  dobrze,  już  widzę,  jak  ją  to  przekona.  Małżeństwo  z  tobą  to  sprawa 

honoru i religii, gwarancja, że jej nie zostawisz.

- Nie to miałem na myśli. - Zaczynało mu się kręcić w głowie. - Mówię tylko, że może 

mi zaufać, ponieważ jej nie skrzywdzę, tak jak tam została skrzywdzona.

background image

- Chodzi o coś więcej, Aidanie - ona ufa, że będziesz ją kochał tak mocno, jak nigdy 

dotąd nie była kochana.

- Od kiedy to stałeś się taki bystry?

- Od prawie trzydziestu lat przyglądam się ludziom i unikam sytuacji, w jakiej ty się 

znalazłeś. Uważam, że bardzo jej brak miłości i szacunku.

- Żywię do niej i jedno, i drugie.

-  Wiem  o  tym.  -  Shawn  uścisnął  ramię  brata.  -  Ale  ona  o  tym nie  wie.  Czas,  żebyś 

spokorniał. Wiem, że to będzie najcięższa próba dla ciebie. Ona to także będzie wiedziała.

- Powiadasz, że mam się czołgać.

Tym razem Shawn uśmiechnął się szeroko.

- Twoje kolana jakoś to zniosą.

- Mam nadzieję. Chyba nie będą bardziej bolały niż złamany nos.

- Zależy ci na niej?

- Bardziej niż na czymkolwiek.

- Więc jeśli jej teraz tego nie powiesz, jeśli nie ofiarujesz jej swojego serca, Aidanie, 

jeśli  nie  przecierpisz  tego  dla  niej  i  nie  dasz  jej  czasu,  żeby  nabrała  zaufania,  nigdy  nie 

będziesz jej miał.

- Może mnie znowu odprawić.

- Może.  -  Shawn  wstał,  położył  rękę  na  ramieniu  Aidana.  -  To  jest  ryzyko.  Ale  nie 

przypominam sobie, żebyś się kiedykolwiek bał i nie podjął wyzwania.

-  A  więc  jeszcze  raz  muszę  spróbować.  -  Aidan  położył  rękę  na  ramieniu  brata.  -

Naprawdę się boję. Przespaceruję się, jeśli nie jestem tu niezbędny. Może rozjaśni mi się w 

głowie, zanim ją odwiedzę. - Po czym ostrożnie dotknął palcami nosa. - Bardzo źle wygląda?

- Och - zadrwił dobrodusznie  Shawn - będzie jeszcze  gorzej. Ręka bolała jak diabli. 

Gdyby nie była tak zajęta przeklinaniem, mogłaby się zaniepokoić, że coś tam sobie złamała. 

Ale skoro mogła ją jeszcze zacisnąć w pięść, należało przypuszczać, iż jest to stłuczenie po 

uderzeniu w twardą jak beton głowę Aidana Gallaghera.

Chwyciła za słuchawkę i zmieniła rezerwację lotu. Wyjedzie nazajutrz. Nie dlatego że 

Aidan  zmusił  ją  do  ucieczki,  nic  z  tych  rzeczy.  Chciała  po  prostu  udać  się  do  Chicago, 

załatwić szybko to, co było do załatwienia, i zaraz wrócić.

Potem na dobre zainstaluje się w Faerie Hill Cottage i będzie żyła długo i szczęśliwie, 

robiąc  to,  co  postanowiła,  wtedy,  kiedy  będzie  miała  na  to  ochotę,  i  z  tym,  kogo  sama 

wybierze. Zaś jedyną osobą, która nie znajdowała się na liście ewentualnych kandydatów, był 

Aidan Gallagher.

background image

Zadzwoniła do Mollie i uzgodniły, że zaopiekuje się ona Finnem.

Z góry już za nim tęskniąc, wzięła go na ręce i przytuliła z całej siły.

-  Będzie  ci  wspaniale  u  O'Toole'ów.  Zobaczysz.  I  wrócę  tak  szybko,  że  nawet  nie 

zauważysz, ze mnie nie było. Przywiozę ci prezent. - Pocałowała go w nos.

Ponieważ  nie  miała  nastroju  do  pracy,  poszła  na  górę,  żeby  się  spakować.  Nie 

potrzebowała wiele. Nawet gdyby cała sprawa miała potrwać kilka tygodni, ma dość ubrania 

w Chicago. Ograniczy się do podręcznej torby i laptopa. Z takim bagażem będzie się czuła jak 

prawdziwa kosmopolitka.

Gdy  już  się  znajdzie  na  pokładzie  samolotu,  usiądzie  wygodnie  z  kieliszkiem 

szampana i sporządzi listę spraw do załatwienia.

Namówi  babcię,  żeby  pobyła  z  nią  w  Irlandii  do  końca  lata.  Postara  się  przekonać 

rodziców, by ją odwiedzili i przekonali się na własne oczy, jak mieszka i jaka jest szczęśliwa.

Pozostałe sprawy to już same konkrety. Sprzedaż samochodu, mebli, wysłanie drogą 

morską paru najbardziej ulubionych przedmiotów. Aż dziw, że przez te wszystkie lata zebrało 

się tak mało rzeczy, które naprawdę kochała.

Stawiając swój bagaż pod drzwiami szafy, pomyślała, że trzeba zlikwidować rachunki 

bankowe. Załatwić parę nie dokończonych spraw na uczelni. Zmienić adres. Wystarczy na to 

tydzień. Najwyżej dziesięć dni. I będzie to miała za sobą.

Do sfinalizowania sprzedaży apartamentu wystarczy poczta i telefon.

Wszystko gotowe. Rano zawiezie Mollie Finna i klucze, a potem uda się do Dublina. 

Rozejrzała się dookoła, zastanawiając się, jak spędzić resztę czasu.

Popracuje  teraz  w  ogrodzie.  Zostawi  go  w  idealnym  stanie,  bez  jednego  chwastu  i 

zwiędłego kwiatka. Później jeszcze raz pójdzie do Maude, żeby ją poinformować, iż wyjeżdża 

na parę dni.

Ciesząc  się  z  pomysłu,  wzięła  narzędzia  ogrodnicze,  wcisnęła  kapelusz  na  głowę  i 

ruszyła do pracy.

Aidan nic zamierzał zachodzić na grób Maude, ale potem skręcił tam. Może u Maude 

znajdzie odrobinę zrozumienia dla sytuacji, w jakiej się znalazł?

Przykucnął i musnął palcami kwiaty, które pozostawiła tu Jude.

- Często cię odwiedza. Ma gorące i szczodre serce. Chcę wierzyć, że na tyle gorące i 

na  tyle  szczodre,  że  ofiaruje  mi  odrobinę.  Jest  twoją  krewną  -  dodał.  -  I  chociaż  cię  nie 

znałem, gdy byłaś młodą kobietą, słyszałem, że miałaś żywy, porywczy charakter. Doszedłem 

do  wniosku,  że  wrodziła  się  w  ciebie  i  podziwiam  ją  za  to.  Teraz  idę  się  z  nią  zobaczyć  i 

jeszcze raz ją poprosić.

background image

- Więc nie popełniaj tych samych błędów.

Aidan podniósł głowę i spojrzał w surowe, zielone oczy. Wyprostował się powoli.

- Kto by pomyślał, że ty naprawdę istniejesz.

- Jestem tak prawdziwy jak dzień - zapewnił go Carrick. - Dwukrotnie ci odmówiła. 

Jeżeli znowu to powtórzy, nie przysłużycie mi się w niczym, a mój czas pójdzie na marne.

- Nie idę jej prosić, żeby się tobie przysłużyć.

- Niemniej pozostała mi tylko ta jedna szansa. Więc weź to pod uwagę. Nie mogę się 

uciec do czarów. Nawet mnie tego nie wolno robić. Ale mam dla ciebie radę.

- Mam ich dość na dzisiaj, dziękuję.

- Przyjmij więc jeszcze tę jedną. Miłość, nawet jeżeli ją obiecujesz, to nie wszystko.

Zirytowany Aidan przeciągnął ręką po włosach.

- Więc co jeszcze potrzeba, do diabła? Carrick uśmiechnął się.

-  To  słowo  wciąż  jeszcze  z  trudem  przechodzi  mi  przez  gardło.  Ale  chodzi  o 

kompromis.  A  teraz  idź,  byś  zdążył,  gdy  ona  znajduje  się  jeszcze  pod  urokiem  swoich 

kwiatów.  Może  na  tym  skorzystasz.  -  Półuśmiech  przerodził  się  w  szeroki  uśmiech.  -

Potrzebna ci będzie każda pomoc.

- Dziękuję bardzo - powiedział półgłosem Aidan, chociaż jego rozmówca zniknął już 

w srebrzystym, rozedrganym powietrzu.

Aidan ruszył w stronę domku Jude.

-  Mój  własny  brat  nazwał  mnie  zakutym  idiotą.  Obrażają  mnie  i  szydzą  ze  mnie 

zaczarowane istoty. Kobiety grzmocą mnie w twarz. Ile jeszcze zniewag można przełknąć w 

ciągu jednego cholernego dnia?

Gdy tak mówił do siebie, niebo pociemniało i zagrzmiało złowieszczo.

- Och, rób, co ci się podoba. - Podniósł głowę i spojrzał wrogo na niebo. - Nie boje. 

się twoich gróźb. Najważniejsze, żebym się jakoś uporał z własnym życiem.

Wsunął do kieszeni ręce i starał się zapomnieć o obolałej twarzy.

Chciał już zapukać do drzwi kuchennych, kiedy przypomniał sobie słowa Carricka, że 

zastanie ją przy kwiatach.

Oddychając powoli, żeby uspokoić nerwy, obszedł dom.

Śpiewała.  Podczas  ich  całej  znajomości  nigdy  jej  nie  słyszał  śpiewającej. 

Utrzymywała, że robi to tylko wtedy, gdy jest zdenerwowana.

Śpiewała  swoim  kwiatom  i  poruszyła  tym  jego  serce.  Miała  słodki,  niepewny  głos, 

świadczący o nieśmiałości, choć przecież wiedziała, że nikt jej nie słyszy.

Wyglądała  ślicznie,  gdy  tak  klęczała  obok  kwiatów,  śpiewając  spokojnym  głosem  o 

background image

samotności  wśród  łudzi  w  biesiadnej  sali,  ubrana  w  słomkowy  kapelusz  z  rondem 

osłaniającym twarz, ze śpiącym szczeniakiem, zwiniętym w kłębek na ścieżce tuż obok.

Zdawała się nie dostrzegać kłębiących się w górze ciemnych chmur, zapowiadających 

burzą.  Stanowiła  pewny  i  jasny punkt  tego niewielkiego  zaczarowanego  świata  i  gdyby nie 

był w niej już zakochany, podbiłaby teraz jego serce.

Po  prostu  całą  duszą  należał  do  niej.  Wiedział,  że  decydując  się  na  ten  krok, 

podejmuje największe ryzyko, jakie może wziąć na siebie mężczyzna.

Postąpił krok do przodu i wypowiedział jej imię.

Poderwała  głowę,  spotkali  się  wzrokiem.  Było  mu  przykro,  gdy  ten  łagodny  i 

zadowolony wyraz zniknął z jej twarzy, a jego miejsce zajęła chłodna, nieprzejednana złość, 

Ale przecież mógł się tego spodziewać.

- Nie mam ci nic więcej do powiedzenia.

- Wiem o tym.

Rozbudzony Finn zaczął go witać radośnie. Robił to, czego Aidan oczekiwał od Jude. 

Tak bardzo chciał, żeby podbiegła, rzuciła mu się w ramiona spragniona jego czułości.

Aż trudno pomyśleć, że jest to ta sama kobieta, która dawała mu tyle rozkoszy, gdy ją 

traktował po trosze jak małego szczeniaczka.

-  Chciałbym  ci  powiedzieć  parę  rzeczy.  Po  pierwsze,  że  jest  mi  przykro  i  że 

przepraszam.

To ją poruszyło, ale nie na tyle, żeby zmiękła.

- Świetnie. A więc i  ja przepraszam za  to, że  cię uderzyłam. Miał spuchnięty nos, a 

krwawy  ślad  podszedł  mu  już  pod  oczy.  Czy  to  naprawdę  ona  zrobiła?  Uznała  ten  fakt  za 

przerażający i za bezwstydnie podniecający.

- Złamałaś mi nos.

- Ja? - Jej pierwszą reakcją było przerażenie i nawet zrobiła krok w jego stronę, lecz w 

porę się zreflektowała. - No cóż, zasłużyłeś sobie.

- Tak, to prawda. - Spróbował się uśmiechnąć. - Będą tu o tobie mówić przez długie 

lata.

- Jestem pewna, że niedługo znajdą inny, ciekawszy temat do rozmów. A teraz, jeżeli 

już skończyłeś, wybacz, że cię nie będę zatrzymywała. Muszę to skończyć, a także zająć się 

jeszcze masą rzeczy przed jutrzejszym wyjazdem.

- Wyjazdem? - Poczuł, że ogarnia go panika. - Dokąd?

- Wracam rano do Chicago.

- Jude... - Zrobił krok naprzód i zatrzymał się, speszony ostrzegawczym błyskiem jej 

background image

oczu. Chciał uklęknąć, żeby prosić i błagać. - Czy jesteś tego pewna?

- Tak, jestem. Mam umówione spotkania.

Odwrócił się. Musiał się jakoś pozbierać - Spojrzał na wzgórza, w stronę wsi, morza. 

Domu.

- Czy wyjeżdżasz z mojego powodu?

- Ponieważ tego chcę.

- W porządku. - Shawn uprzedzał go, że musi spokornieć. Odwrócił się i powoli szedł 

do  niej.  -  Jest  kilka  rzeczy,  które  chciałbym  ci  powiedzieć.  Proszę  tylko,  żebyś  mnie 

wysłuchała.

- Słucham.

-  Już  zaczynam  -  powiedział  prawie  szeptem,  -  Proszę  cię  o  jeszcze  jedną  szansę, 

nawet  jeżeli  na  nią  nie  zasługuję.  Proszę  cię,  żebyś  mi  wybaczyła  sposób,  w  jaki  to  już 

dwukrotnie ująłem, i wysłuchała, jak ujmę to teraz. Jesteś silną kobietą, ale nie upartą. Więc 

proszę cię, żebyś tylko na chwilę odłożyła na bok złość, tak żebyś się mogła przekonać...

Kiedy urwał skonfundowany, potrząsnęła tylko głową.

- Nie wiem, o czym mówisz. Przyjęłam twoje przeprosiny, a ty przyjąłeś moje.

- Jude. - Chwycił jej rękę, ścisnął tak mocno, że ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. 

- Nie wiem, jak to zrobić. Na samą myśl o tym, co chcę powiedzieć, kurczy mi się żołądek. 

Nigdy przedtem nie miałem z tym problemu, nie rozumiesz? Nie brakuje mi słów. Znam ich 

całą furę, ale gubię się przy tobie, ponieważ waży się moje życie.

Dotarło do niej, jak bardzo go zraniła. Nie tylko fizycznie. Wymierzyła policzek jego 

osobowości, poniżyła go przed jego przyjaciółmi i rodziną. A on mimo to przepraszają.

- Odłóżmy to teraz na bok i zapomnijmy o tym, co się stało.

-  Nigdy  nie  powiedziałem  wszystkiego  i  na  tym  polega  problem.  -  W  jego  oczach 

pojawiła  się  teraz  złość.  Ponad  ich  głowami uderzył  piorun,  zagrzmiał  jak  ołowiane  kule.  -

Słowa  mają  magiczną  moc.  Są  jak  zaklęcie  i  jak  klątwa.  Niektóre,  najlepsze  z  nich,  raz 

wypowiedziane zmieniają wszystko. A ja ich nie wypowiedziałem, mając tchórzliwą nadzieję, 

że  ty  pierwsza  się  zmienisz,  a  że  ja  dopasuję  się  później  do  ciebie.  Za  to  także  cię 

przepraszam. Naprawdę pragną się tobą zająć i dbać o ciebie. - Podniósł rękę do jej policzka. 

- Nic na to nie poradzę. Chcę, żebyś była szczęśliwa.

- Jesteś dobrym człowiekiem, Aidanie.

- To nie ma nic wspólnego z dobrocią. Kocham cię, Jude. Zobaczył, jak zmieniają się 

jej  oczy,  a  to,  że  pojawiły  się  w  nich  zdumienie  i  ostrożność,  świadczyło  tylko  o  tym,  jak 

bardzo źle postąpił. Nie pozostało mu nic innego, jak obnażyć swoje serce.

background image

- Straciłem dla ciebie głowę. Od pierwszej chwili, kiedy cię ujrzałem, a może, w jakiś 

niewytłumaczalny  sposób,  jeszcze  wcześniej.  Jesteś  dla  mnie  wszystkim.  Nie  było  żadnej 

takiej kobiety przedtem i nie będzie później. Ugięły się pod nią nogi, ale nie miała na czym 

usiąść.

- Nie jestem pewna... nie wiem. O Boże!

- Nie będę cię ponaglał. Dam ci tyle czasu, ile będziesz potrzebowała. Proszę cię tylko 

o jakąś szansę. Załatwię wszystkie sprawy na miejscu, a potem przyjadę do Chicago. Mogę 

tam otworzyć pub.

- Co?

- Jeśli tam jest twoje miejsce...

-  W  Chicago?  -  Już  nie  istniało  dla  niej  nic  poza  tym  mężczyzną  który  trzymał  ją 

kurczowo  za  rękę  i  wpatrywał  się  w  jej  oczy,  jakby  wszystko,  czego  pragnął  na  świecie, 

koncentrowało się w tym jednym punkcie. - Opuściłbyś Ardmore i przyjechał do Chicago?

- Pojechałbym wszędzie, żeby móc być z tobą.

- Zaczekaj chwilę. - Uwolniła rękę, żeby podejść  do ogrodowej furtki i  oprzeć się o 

nią.

Kochał ją. I dlatego mógłby zrezygnować ze swojego domu, ze swojej ojczyzny, żeby 

pojechać  za  nią.  Nie  prosząc  jej,  żeby  była  taka,  jak  on  sobie  tego  życzy,  jaką  chciałby  ją 

widzieć. Wystarczała mu taka, jaka jest.

Co więcej, sam jest teraz taki, jak ona tego chciała.

To cud.

Nie, nie, nie oczekuje aż takiej miłości, nie chce być kochana tak mocno, tak głęboko, 

tak rozpaczliwie. Najważniejsze, że zasługują na siebie, na życie, które stworzą.

Musi tylko odpowiednio do tego podejść.

Przecież odnalazła już siebie samą.

Kiedy się odwróciła, jej serce biło równo, spokojnie i pewnie. Nie do końca wiedział, 

jak ma potraktować ten jej uśmieszek.

- Powiedziałeś, że potrzebujesz żony.

- Bo tak jest, o ile to ty nią zostaniesz. Będę czekał tak długo, jak tylko zechcesz.

- Rok? - Uniosła brwi. - Pięć, dziesięć lat? Ściśnięty żołądek skręcał mu się jak wąż.

- No cóż, mam nadzieję, że przekonam cię wcześniej. Pomyślała, że marzenie wymaga 

ryzyka. I odwagi. I oto jej najgłębsze marzenie może się spełnić, należy dać tylko odpowiedź.

- Powiedz mi jeszcze raz, że mnie kochasz.

- Całym sercem, całym sobą, kocham cię, Jude Frances.

background image

- To brzmi bardzo przekonująco. - Patrząc mu  w oczy, szła  ścieżką w jego stronę. -

Kiedy zdałam sobie sprawę, że czujesz do mnie sympatię, pomyślałam, że mogłabym przeżyć 

romans,  coś  namiętnego,  szalonego  i  zuchwałego.  Nigdy  czegoś  takiego  nie  miałam,  i  oto 

znalazłeś się ty - wielki, wspaniały Irlandczyk. Czy i ty tego chciałeś?

- Ja... myślę, że tak. - Poczuł na plecach dreszcz paniki. - Ale nie tylko o to chodziło!

- A więc dobrze się składa, ponieważ problem polega na tym, że nie jestem stworzona 

do  szalonych  przygód  na  dłuższą  metę.  Wiedz  zatem,  że  już  tej  pierwszej  nocy,  kiedy 

wniosłeś mnie po schodach, byłam w tobie zakochana.

- A ghra. - Ale kiedy wyciągnął do niej ręce, potrząsnęła głową i cofnęła się o krok.

-  Nie,  jest  jeszcze  coś.  Wracam  do  Chicago  nie  po  to,  żeby  tam  zostać,  ale  żeby 

sprzedać apartament i uporządkować sprawy, żeby móc się tu przenieść na stałe. Nie robiłam 

tego dla ciebie i nadal dokonuję tego wyboru nie dla ciebie, ale dla siebie. Chcę pisać. Piszę 

książkę.

-  Książkę?  -  Stwierdziła  ze  zdumieniem,  że  jego  twarz  pojaśniała  z  dumy.  To 

przesądziło o wszystkim. - To cudownie. Jesteś do tego stworzona.

- Skąd wiesz?

-  Ponieważ  widzę,  że  jesteś  szczęśliwa.  I  masz  talent  narracyjny.  Już  ci  to  kiedyś 

mówiłem.

Tak - odparła ze spokojem. - Mówiłeś, zanim jeszcze odnalazłam to w sobie.

- Tak się cieszę.

-  Zawsze  chciałam  pisać,  ale  nie  miałam  na  to  odwagi.  Teraz  wziąłem  się  do  tego 

poważnie. - Dodała w duchu,  że  odwagi starczy  jej na wszystko.  - Chcę  pisać i  zamierzam 

osiągnąć sukces. Chcę tu pisać. To jest teraz moje miejsce. Mój dom.

- Więc naprawdę nie wyjeżdżasz na stałe?

- Wyjeżdżam, ale nie na długo. Tyle że nie zamierzałam wracać do ciebie. Znalazłam 

tu moje miejsce. Moje miejsce, Aidanie. Znalazłam też cel mego życia.

- Dobrze to rozumiem. - Wyciągnął ręce i dotknął lekko jej włosów. - Rozumiem, bo 

sam byłem taki. Czy rozumiesz, że chcę dla ciebie wszystkiego?

- Wiem, że znalazłam swoje miejsce, swój cel, a teraz znalazłam ciebie. A więc wrócę 

do  ciebie.  I  będę  dobra,  bardzo  dobra,  we  wszystkim.  -  Tym  razem  wyciągnęła  ręce,  ujęła 

jego  głowę.  -  Ofiarowałeś  mi  słowa,  Aidanie,  i  ich  magię.  Zwrócę  ci  je.  Bo  zaczynamy 

wszystko teraz z tej samej płaszczyzny.

Zamilkła  w  oczekiwaniu  na  pojawienie  się  obaw  i  wątpliwości,  ale  jedynym 

uczuciem, które ją ogarnęło, była radość.

background image

- Nie było nikogo wcześniej - powiedziała spokojnie. - Choć chciałam, żeby był, bo 

bałam się samotności. Teraz nauczyłam się być sama i ufać sobie samej, czuć się dobrze w 

swoim towarzystwie. Nie chcę przychodzić do ciebie słaba i bezwolna, gotowa zawsze robić 

to, co mi każesz.

Z bijącym nieprzytomnie sercem dotknął lekko rozbitego nosa.

- Pierwsze wyniki są już widoczne, kochanie. Roześmiała się.

-  Kiedy  cię  wezmę,  nie  będzie  już  później  nikogo  innego.  -  Wyciągnęła  rękę.  -  Na 

zawsze, Aidanie, albo nigdy.

- Na zawsze. - Ujął jej ręce, podnosząc do ust najpierw jedną, potem drugą. Westchnął 

i uklęknął przed nią.

- Co robisz?

- Wreszcie robię to, jak należy. I moja duma nic na tym nie traci - powiedział, a cała 

miłość, jaką miał w oczach, skierowana była do niej. - Nie mam worka z klejnotami słońca, 

żeby ci je sypnąć do stóp. Mam tylko to.

Sięgnął do kieszeni i wyjął pierścionek. Obrączka była cienka i stara. Nieduży brylant 

rozbłysnął w promieniu światła.

- Należał do matki mojej matki. Bardzo go cenię, choć jest tak skromny. Proszę, cię, 

żebyś go przyjęła, a wraz z nim również mnie, bo moja miłość do ciebie nie zna granic. Bądź 

moja, Jude, tak jak ja należę do ciebie. Zbudujmy wspólne życie na równych prawach.

Obiecała  sobie,  że  nie  będzie  płakać.  W  takiej  chwili  chciała  mieć  pogodne  oczy. 

Mężczyzna, którego pokochała, klęczał u jej stóp i ofiarowywał jej wszystko.

Uklękła razem z nim.

-  Przyjmę  pierścionek  i  przyjmę  ciebie.  Będę  was  traktowała  jak  największy  skarb. 

Należę do ciebie, Aidanie, tak jak ty należysz do mnie. - Wyciągnęła rękę, żeby mógł wsunąć 

na  jej  palec  pierścionek,  symbol  składanego  w  ofierze  serca.  -  A  życie,  które  zbudujemy, 

zaczyna się już teraz.

Kiedy włożył jej na palec pierścionek, chmury zniknęły, a promienie słońca spłynęły 

na ziemię, błyszcząc jak klejnoty.

Klęcząc  tak  pośród  kwiatów  nie  dostrzegli  przyglądającej  się  im  z  okna  postaci, 

tęsknego wzroku, jakim na nich patrzyła.

Objęli się. Ich usta się spotkały. Aidan aż syknął, kiedy dotknęła jego nosa.

-  Och!  Przepraszam!  -  Jude  odsunęła  się  i  poklepała  go  po  policzku,  z  trudem 

powstrzymując śmiech. - Chodźmy do domu, przyłożymy na to trochę lodu.

-  Znam  lepszą  kurację.  -  Wstał  i  wziął  ją  w  ramiona.  -  Przy  odrobinie  uwagi  zda 

background image

świetnie egzamin.

- Na pewno jest złamany? Popatrzył na nią zezem.

-  Ponieważ  tak  się  składa,  że  to  dotyczy  mojej  twarzy,  nie  mam  co  do  tego 

wątpliwości. I nie widzę powodu, dla którego miałabyś się aż tak cieszyć. - Zatrzymując się 

przy drzwiach, pocałował  ją w czoło.  - A skoro  tak, Jude  Frances, uważam, iż  to  właściwa 

chwila, żeby ci przypomnieć, że jesteś mi winna dwieście funtów.

- A ja uważam, że powinieneś się postarać, żebym była tego warta.

Podniosła  dłoń,  obserwując  przez  chwilę,  jak  brylant  mieni  się  w  słońcu.  A  potem, 

wysuwając się przed Aidana, wyciągnęła rękę i otworzyła drzwi.