background image

 

 

 

Clive Barker  

 

 

Powrót z Piekła 

 

 

 

P

RZEŁO YŁ

: P

AWEŁ 

K

WIATKOWSKI

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Frank tak bardzo zaj ty był rozwi zywaniem zagadki,  e nie usłyszał, kiedy 

zacz ł bi  dzwon. Kostka Lemarchanda była skonstruowana przez prawdziwego 

mistrza. Zagadka polegała na tym,  e w  aden sposób nie mo na było dosta  si  

do  rodka. Mówiono za  Frankowi,  e w  rodku kostki s  cuda. Nie miał poj cia, 

gdzie mog  by  punkty nacisku na którejkolwiek z sze ciu czarnych, 

lakierowanych  cian kostki. Wiedział tylko,  e musi je wcisn ,  eby zwolni  

cz  tej trójwymiarowej laubzegi. 

Frank widział ju  podobne zabawki; głównie w Hongkongu. Były to 

przedmioty w chi skim stylu: metafizyka wtłoczona w kawałek drewna. W tym 

jednak przypadku Francuz nadał chi skiemu geniuszowi technicznemu nowy 

wymiar. Był to pokaz perwersyjnej logiki, całkowicie własnego autorstwa. Je li 

istniał system rozpracowania kostki, nie udało si  Frankowi go odkry . Dopiero 

po kilku godzinach wypełnionych próbami i bł dami, efekt przyniosło 

prawidłowe uło enie kciuków,  rodkowego i małego palca. Ledwie słyszalny 

trzask i wreszcie - zwyci stwo! Segment kostki wysun ł si  spoza pozostałych 

cz ci. 

Frank dokonał zatem dwóch odkry .  

Po pierwsze stwierdził,  e wewn trzne powierzchnie s  doskonale 

wypolerowane. Zamazane, skrzywione odbicie twarzy Franka błyszczało na 

polakierowanej powierzchni. Drugim odkryciem była nast puj ca konstatacja: 

Lemarchand, mistrz w konstruowaniu pozytywek, tak zbudował kostk ,  e 

otwarcie jej uruchamiało mechanizm muzyczny. Kostka zacz ła wybrzd kiwa  

króciutk , banaln  melodyjk . 

Zach cony swoim sukcesem, Frank ze zdwojon  energi  pracował nad 

kostk . Szybko znalazł miejsce, gdzie w wy łobienie zachodziła naoliwiona 

zatyczka. To naprowadziło go na kolejne zawiłe elementy konstrukcji kostki. 

Krok po kroku, Frank obracaj c nast pn  cz stk  kostki lub j  przesuwaj c - 

uruchamiał mechanizm odgrywaj cy dalsze cz ci muzycznej frazy. Kontrapunkt 

melodii rozwijał si , a  pierwotna linia melodyczna zagubiła si  gdzie  w natłoku 

piewnych ozdobników. 

W pewnej chwili dzwony zacz ły bi : monotonnie i ponuro. Frank jednak ich 

nie słyszał, a w ka dym razie nie zdawał sobie z tego sprawy. Gdy zabawka była 

ju  prawie całkowicie zdemontowana, lustrzane wn trze kostki rozst piło si , 

Frank zdał sobie spraw ,  e  oł dek podchodzi mu do gardła. Na d wi k 

dzwonów. 

Na chwil  oderwał si  od pracy. Przypuszczał,  e hałas dochodzi z ulicy, ale 

rychło oddalił to przypuszczenie. Zacz ł pracowa  nad graj c  kostk  krótko 

przed północ . Od tego czasu min ło ju  kilka godzin. Frank nie postrzegł 

upływu czasu, ale nie potrafił nie wierzy  swojemu zegarkowi. Ale przecie  w tym 

mie cie nie było ko cioła, w którym - bez wzgl du na to, jak bardzo zdesperowani 

byliby jego wierni - biłyby dzwony o tej porze. 

Nie. Odgłos dochodził raczej z daleka. Przenikał przez niewidzialne drzwi. To 

wła nie do otwarcia tych drzwi posłu y  miała kostka Lemarchanda. Wszystko, 

co obiecał Kircher sprzedaj c Frankowi kostk , było zgodne z prawd . 

background image

 

Frank znalazł si  na progu innego  wiata - na skraju prowincji niesko czenie 

oddalonej od pokoju, w którym s dził,  e si  znajduje. 

Niesko czenie daleko, ale mimo wszystko - nagle - bardzo blisko. 

Ta my l sprawiła,  e oddech Franka przy pieszył gwałtownie. Przewidywał 

ten moment dokładnie; planował to swoiste „odsłoni cie kurtyny” ka d  cz stk  

umysłu. Lada chwila tutaj b d . Ci, których Kircher nazywał Cenobitami. 

Teolodzy Obrz dku Blizny, Wezwani oderw  si  od swoich eksperymentów nad 

wy szymi stanami rozkoszy. Przyb d  szczyc c si  swym wiekiem wobec tego 

wiata upadku i bł du. 

Pracował nieprzerwanie przez cały ubiegły tydzie , by przygotowa  dla nich 

odpowiednie miejsce. Gołe podłogi zostały solidnie wyszorowane i obsypane 

płatkami kwiatów. Na zachodniej  cianie przygotował dla nich co  w rodzaju 

ołtarza. Aby zjedna  sobie ich sympatie, ozdobił go ró nymi darami. Kircher 

zapewniał go,  e dary te ułatwi  im odprawienie nabo e stw. Były tam ko ci, 

czekoladki, igły... Na lewo od ołtarza stał dzban wypełniony moczem - efekt 

siedmiodniowych zbiorów Franka. Mógł by  potrzebny w razie, gdyby wymagali 

jakiego  spontanicznego gestu samozbezczeszczenia. Po prawej, za rad  

Kirchera, Frank umie cił talerz wypełniony głowami goł bic. 

Dopatrzył ka dej cz ci rytuału inwokacji.  aden z kardynałów, marz cych o 

papieskiej tiarze, nie byłby w tym pilniejszy. 

Ale teraz, gdy odgłos dzwonu przybrał na sile i całkiem zagłuszył pozytywk , 

Frank zl kł si . 

- Za pó no - wyszeptał do siebie licz c,  e w ten sposób zdławi rosn cy strach. 

Urz dzenie Lemarchanda było jednak rozmontowane; ostatni układ 

przekr cony. Nie było ju  czasu, ani na wymówki, ani na  al. Poza tym, czy  nie 

po to ryzykował  yciem i zdrowiem,  eby umo liwi  sobie dokonanie tego 

odkrycia? Nawet teraz droga do przyjemno ci stała otworem dla garstki ludzi, 

którzy o tych rozkoszach wiedzieli. Którzy znali tajemnice przyjemno ci, jakie na 

nowo mogły okre li  granice tego, co dost pne jest zmysłom. Poprzez poznanie 

tych sekretów Frank chciał wyzwoli  si  z otaczaj cego go bł dnego koła 

po dania, uwodzenia i zawodu - a wi c od tego wszystkiego, od czego nie potrafił 

si  uwolni  od pó nej młodo ci. 

Gdyby posiadł t  wiedz , jego  ycie byłoby całkiem inne. Przecie  nikt chyba 

nie mo e pozosta  taki sam po prze yciu gł bi takiego uczucia. 

Goła  arówka zwisaj ca ze  rodka sufitu przygasła i zaraz potem poja niała. I 

jeszcze raz poja niała i przygasła. Ja niała i przygasała teraz w rytm odgłosów 

dzwonów, za ka dym uderzeniem  arz c si  mocniej. Mi dzy uderzeniami w 

pokoju zapadały całkowite ciemno ci. Tak, jakby  wiat, w którym egzystował 

przez dwadzie cia dziewi  lat, przestał istnie . A potem dzwon odezwał si  

znowu.  arówka ja niała  wiatłem tak silnym,  e wydawało si  nie do 

pomy lenia, by kiedykolwiek zamigotała. I przez kilka cennych sekund Frank 

znów stał w znajomym miejscu, a drzwi znów prowadziły po prostu na schody - w 

gór , w dół, na ulic . Za oknami Frank mógłby ju  zobaczy  budz cy si  ranek, 

gdyby tylko miał ch  i sił  oderwa  wcze niej umocowane zasłony. Z ka dym 

odgłosem bicia dzwonów  wiatło  arówki przybierało na sile. Widział wówczas 

urywane obrazy zmieniaj cego si  otoczenia. Na wschodniej  cianie zarysowały 

background image

 

si  p kni cia. Cegły momentalnie zacz ły wysuwa  si  spomi dzy spoin i 

wyskakiwa  na boki. Równie ostro widział przestrze  poza pokojem, sk d 

dobywał si  hałas bij cego dzwonu. Przestrze  wypełniały... ptaki. Olbrzymie 

kosy uwi zione w gwałtownej burzy. Tylko tyle mógł wyczu . Tylko tyle wiedział 

o prowincji, z której przybywały hierofanty: zagubione, kruche, połamane 

rzeczy. Upadały i powstawały na nowo. Swoim strachem przepełniały ciemno ci. 

Wkrótce  ciany znów stały na swoim miejscu, a dzwon zamilkł.  arówka 

zgasła. Tym razem zdawało si ,  e ju  na dobre. 

Frank stał w ciemno ciach. Milczał. Nawet gdyby pami tał przygotowane 

słowa powitania, jego j zyk nie byłby w stanie ich wypowiedzie . Usta mu 

spierzchły. Znieruchomiały. Wtem o lepiło go  wiatło. Tym razem biło od nich: 

od kwartetu Cenobitów.  ciana za nimi zasklepiła si . Cenobici zaj li pokój. 

Razem z nimi w pokoju pojawiały si  i znikały fosforyzuj ce  wiatła, niczym 

odbłyski rybich łusek w morskiej toni. Bł kitne, zimne - bez uroku. Frank był 

zaskoczony,  e nigdy dot d nie zastanawiał si , jak wygl daj  Cenobici. Jego 

wyobra nia - bardzo twórcza, gdy chodziło o oszustwa i kradzie e - w tym 

przypadku zawiodła: umiej tno  zobrazowania sobie tych wa nych b d  co b d  

osób była poza zasi giem jego mo liwo ci. Nawet nie próbował. 

Dlaczego jednak był tak zrozpaczony? Dlaczego bał si  na nich spojrze ? Czy 

to pokrywaj ce ka dy skrawek ich ciała blizny wywoływały jego przestrach? 

Ciała ich były ponakłuwane, poszatkowane, porozszarpywane i jakby potargane 

w popiele. Bił od nich zapach przypominaj cy wanili . Zapach był słodkawy, ale 

mimo to przebijał przeze  dobywaj cy si  z ich ciał odór.  wiatło nasiliło si , wi c 

Frank mógł si  im przyjrze  dokładniej... Mo e z powodu tego  wiatła zdawało 

mu si ,  e nie ujrzał nawet  ladu rado ci czy cho by człowiecze stwa na ich 

okaleczonych twarzach. Tylko rozpacz i dziki głód. Frankowi zbierało si  na 

wymioty. 

- Co to za miasto? - zapytał jeden z czterech.  

Jego płci prawie nie mo na było rozpozna . Odzie , miejscami 

poprzyszywana do skóry, zasłaniała intymne cz ci jego ciała. Absolutnie nic nie 

mo na było wywnioskowa  ani z brzmienia jego głosu, ani z przemy lnie 

zniekształconych rysów. Kiedy mówił, haki przekłuwaj ce mu powieki poruszały 

zawił  pl tanin  ła cuchów przeprowadzonych przez skrawki ciała i ko ci. Ruch 

ła cuchów odsłaniał połyskuj ce mi nie jego twarzy. 

- Zadałem ci pytanie - powiedział przybysz. Frank nie odpowiedział. Nazwa 

miasta była ostatni  rzecz , jak  potrafił sobie przypomnie . 

- Czy zrozumiałe  pytanie? - szorstko odezwała si  posta  obok. Jej głos, dla 

odmiany, był jasny i nami tny, jakby nale ał do urokliwej dziewczyny. Ka dy 

skrawek jej twarzy był misternie wytatuowany. Siatka nakłu  na ka dym 

skrzy owaniu linii poziomych i pionowych przypi ta była do ko ci czaszki. 

Podobny wzór pokrywał j zyk przybysza. 

- Czy ty w ogóle wiesz, kim my jeste my? -zapytała posta . 

- Tak - wydukał wreszcie Frank. - Wiem. 

Oczywi cie,  e wiedział. Sp dził z Kircherem długie noce, zagł biaj c si  w 

aluzje wyławiane z dzienników Bolingbroke'a i Gillesa de Rais. Cała ludzko  

wiedziała o Obrz dku Blizny. On te . 

background image

 

Ale mimo to... oczekiwał czego  innego. Oczekiwał jakiej  oznaki licznych 

wspaniało ci, do których Cenobici mieli dost p. My lał,  e przyb d  z kobiet ; 

namaszczon , sk pan  w mleku. Kobiet  ogolon  i do  siln , by dokona  aktu 

miło ci. Chciał kobiet wyperfumowanych, o udach dr cych z niecierpliwo ci, by 

si  rozewrze . Kobiet o pełnych po ladkach - takich, jakie uwielbiał. Czekał na 

westchnienia. Na omdlewaj ce ciała spoczywaj ce w ród kwiatów, niczym na 

mi kkim kobiercu. Oczekiwał dziewiczych samic, których ka dy zakamarek ciała 

był gotów do ekstazy na jego skinienie. Marzył o kobietach, których umiej tno ci 

wprawi  by go mogły w osłupienie. Jeszcze, jeszcze - do niewyobra alnej 

rozkoszy. Zapomniałby z ch ci  o całym  wiecie w ramionach takiej kobiety. 

yłby nami tno ci , zapomniałby o wzgardzie. Ale niestety. Ani kobiet, ani 

westchnie . Były tylko te bezpłciowe stwory o pofałdowanych ciałach. 

Zabrał głos trzeci z przybyłych. Jego rysy gubiły si  w bliznach - rany wiły si  

po całej twarzy. P cherze przesłaniały mu oczy, a wypowiadane słowa 

przypominały nieartykułowane mamrotanie. Usta były kompletnie 

zdeformowane. 

- Czego chcesz? - zapytał Franka.  

Przyjrzał si  pytaj cemu z wi ksz  dokładno ci  i pewno ci  siebie ni  dwóm 

poprzednim. Strach opuszczał go z ka d  sekund . Wizje zatrwa aj cych scen 

zza  ciany odchodziły w niepami . Był sam na sam z tymi zgrzybiałymi typami. 

Z bij cym od nich smrodem, udziwnionymi odkształceniami. Z rzucaj c  si  w 

oczy słabo ci . Obawiał si  ju  tylko ataku mdło ci. 

- Kircher powiedział mi,  e b dzie tu was pi ciu - powiedział Frank. 

- In ynier przyb dzie tu, kiedy nadejdzie czas - padła odpowied . - Pytamy ci  

wi c raz jeszcze: czego chcesz? 

Frank uznał,  e najlepiej b dzie, je li odpowie im wprost. 

- Chc  rozkoszy - odpowiedział. Kircher powiedział,  e wiecie o rozkoszy 

wszystko. 

- O tak. wiemy - odparł pierwszy z nich. -Wszystko, czegokolwiek pragn łe . 

- Tak? 

- Oczywi cie. Oczywi cie - gapił si  na Franka nienaturalnie odsłoni tymi 

oczami. -A o czym marzyłe ? - zapytał. 

Pytanie postawione prosto z mostu stropiło go. Jak e mogli oczekiwa ,  e 

Frank ubierze w słowa natur  fantazji tworzonych przez jego po danie? Szukał 

odpowiednich słów, kiedy jeden z nich powiedział: 

- Ten  wiat... nie jeste  z niego zadowolony? 

- Nie za bardzo - odpowiedział. 

- Nie jeste  pierwszym, którego m czy trywialno  tego  wiata - padła 

odpowied . - Byli i inni. 

- Niewielu - dorzuciła pokryta siatk  twarz. 

- Prawda. W najlepszym razie garstka. Ale tylko nieliczni o mielili si  u y  

Konfiguracji Lemarchanda. Byli to m czy ni tacy jak ty. Spragnieni nowych 

mo liwo ci. Tacy, którzy słyszeli o naszych umiej tno ciach nie znanych w twoich 

okolicach. 

- Oczekiwałem,  e... - zacz ł Frank. 

background image

 

- Wiemy, czego  oczekiwał - Cenobita zripostował znienacka. - Rozumiemy a  

za dobrze, o co chodzi w twoim szale stwie. Nie ma w tym nic nowego. 

Frank chrz kn ł. 

- Wi c - zacz ł znowu - wiecie, o czym marz . Tylko wy mo ecie da  mi t  

rozkosz. 

Twarz jednego z nich rozwarła si  w u miechu, o ile mo na to tak nazwa . 

Jego usta wygl dały jak pysk pawiana. 

- Nie tak  rozkosz, o jakiej my lisz - brzmiała odpowied . 

Frank chciał mu przerwa , ale stwór w uciszaj cym ge cie podniósł dło . 

- My stawiamy warunki. Mo esz straci  panowanie nad sob  - powiedział 

przybysz. - Warunki, których twoja wyobra nia, cho by trawiona malaryczn  

gor czk , nigdy by nie przewidziała. 

- ... tak? 

- O tak. Z cał  pewno ci . Twoje najbardziej skrajne zboczenia s  dziecinn  

zabawk  w porównaniu z tym, czego mo esz do wiadczy . 

- Czy chcesz w nich wzi  udział? - zapytał drugi Cenobita. 

Frank spojrzał na blizny i haki. J zyk skołowaciał mu na nowo. 

- Czy chcesz tego? 

Na zewn trz, niemal na wyci gni cie r ki, wkrótce b dzie si  budził dzie . 

Dzie  po dniu obserwował z okna tego pokoju budz c  si  ulic . Pakował si  w 

jeszcze jedn  bezsensown  gr . Ale wiedział,  e  wiat nie jest w stanie da  mu ju  

niczego, co by go mogło podnieci . Wysiłek -owszem, tego mógł mie  w bród. Ale 

nie mogło by  mowy o  adnej satysfakcji. Tylko pustka. Nagłe po danie i równie 

nagła oboj tno . Ju  dawno zrezygnował z tego bezowocnego wysiłku. Droga do 

czego  wi cej wiedzie przez odczytywanie dziwnych znaków czynionych przez te 

stwory. Cen  jest tylko ambicja. Był gotów j  zapłaci . 

- Poka cie mi cho  troch  - powiedział. 

- Stamt d nie ma ju  powrotu. Czy to rozumiesz? 

- Poka cie. 

Cenobitom nie potrzeba było dalszych zach t. Kurtyna poszła w gór . Frank 

usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi. Zwrócił twarz w t  stron .  wiat za 

progiem znikn ł. W tym miejscu panowały teraz te same, tchn ce atmosfer  

grozy ciemno ci, z których wyszli członkowie Obrz dku. Obejrzał si  do tyłu, by 

Cenobitów poprosi  o wytłumaczenie. Ale ich ju  tam nie było. Dowodem ich 

niedawnej obecno ci był jednak zmieniony wygl d pokoju. Z podłogi znikn ły 

płatki kwiatów. Wota dzi kczynne na  cianach sczerniały, jakby od gor ca 

niewidocznego płomienia. Odór uderzył go w nozdrza z tak  moc ,  e bał si , i  

zacznie krwawi . 

Ale sw d spalenizny to tylko pocz tek. Wkrótce głowa Franka t tniła niemal 

tuzinem innych zapachów. Perfumy, które poprzednio ledwo wyczuwał, teraz 

nagle przybrały na sile. Zapach kwiatów, farby na suficie i soków drzewa, z 

którego wykonane były deski podłogi. Wszystko to rozbrzmiewało mu w głowie. 

Mógł nawet poczu  ciemno  za drzwiami. Odurzał go smród setek tysi cy 

ptaków. 

Zakrył r k  usta i nos, by powstrzyma  ten istny atak zapachów, ale smród 

potu jego własnej dłoni przyprawił go o zawroty głowy. Chciało mu si  

background image

 

wymiotowa , lecz koniuszki nerwów na całym ciele zacz ły przekazywa  do jego 

mózgu sprzeczne z sob  i coraz to nowe wra enia. 

Zdawało si ,  e czuje, jak pyłki kurzu gwałtownie zderzaj  si  z jego skór . 

Ka dy oddech dra nił wargi. Od ka dego mrugni cia bolały go powieki.  ół  

parzyła w gardle, a włókienko wczorajszego befsztyka, które utkwiło mu mi dzy 

z bami, przyprawiało o potworne bóle. Poczuł pieczenie, gdy mikroskopijnej 

wielko ci kropelka tłuszczu spadła mu na j zyk. 

Uszy tak e odczuwały ze zwielokrotnion  wra liwo ci . Głow  przepełniały 

tysi ce d wi ków. Cz  z nich dobywała si  z jego płuc. Powietrze wiej ce mu 

przez b benki przypominało huragan. Ruchy jelit rodziły seri  przera aj cych 

szelestów. Były te  i inne d wi ki, niezliczone hałasy napadaj ce go ze wszystkich 

stron. Gniewne, podniesione głosy szeptały zakl cia miłosne; wrzaski i ryki, 

urywane piosenki i płacz. 

Co to było?  wiat? Poranne pobudki w tysi cach domów? 

Frank nie potrafił wsłucha  si  w te głosy. Kakofonia d wi ków 

uniemo liwiała jak kolwiek analiz . 

Ale było tam te  co  gorszego. Oczy! O, Bo e na niebiosach! Nigdy nie 

przypuszczał,  e mog  by  a  tak przera aj ce. On, który my lał,  e nie ma takiej 

rzeczy pod sło cem, która mogłaby go przestraszy . Frank a  zatoczył si ! 

Wsz dzie wizje! 

Goły sufit stał si  oniemiaj c  geografi   ladów p dzla. Sploty nitek jego 

koszuli niosły niemo liw  do ud wigni cia gro b . 

Frank zauwa ył,  e w rogu pokoju, na głowie goł bicy, drgn ł jaki  okruch. 

Goł bia głowa mrugn ła do niego porozumiewawczo. O nie! Tego było za wiele! 

Za wiele! 

Przera ony do granic wytrzymało ci Frank zacisn ł oczy. Ale wewn trz było 

wszystkiego jeszcze wi cej ni  tam, gdzie mógł si gn  wzrokiem, gdy miał 

otwarte oczy. Gwałtowne uderzenie wspomnie  poruszyło go do gł bi. Widział, 

jak ssie mleko matki. Zakrztusił si . Czuł czyje  r ce na sobie (czy była to bójka 

czy te  braterski u cisk?). Uchwyt dusił go coraz bardziej i brutalniej. Krótkie 

mu ni cia wra e , wszystkie  wi te nakazy nakre lone doskonał  r k  na korze 

mózgowej łamały go sił  huraganu, powoduj c,  e nie był w stanie o nich 

zapomnie . 

Czuł,  e zaraz wybuchnie. Oczywi cie  wiat poza jego głow  - pokój, ptaki za 

drzwiami - nie był nawet w połowie tak przera aj cy, jak wspomnienia pod 

powiekami. 

Lepiej b dzie, jak otworz  oczy - pomy lał. Powieki jednak odmówiły mu 

posłusze stwa; nie mógł ich podnie . Nie chciały si  odklei . Łzy, jaka  

wydzielina, zaszyły je niczym igła z nitk . 

Przypomniał sobie opowie ci o Cenobitach: o hakach i ła cuchach. Czy by 

poddali go ju  swoim chirurgicznym praktykom? A mo e na zawsze zamkn li 

przed nim  wiat dost pny wzrokowi i uwi zili pod powiekami? Skazali go na 

wieczne do wiadczanie wspomnie ... 

W obawie o własne zdrowie zacz ł błaga  ich, cho  nie był pewien, czy nadal 

s  w zasi gu jego głosu: 

- Dlaczego... - zapytał - dlaczego to robicie? 

background image

 

Echo słów obiło mu si  o uszy, ale nie był w stanie tego usłysze . Zalewało go 

coraz wi cej wra e . Przera aj ce wspomnienia z przeszło ci. 

J zyk zalały obrazy z dzieci stwa - mleko i wstyd. Stopniowo w ród 

wspomnie  zacz ły dominowa  uczucia charakterystyczne dla wieku dojrzałego. 

Oto zobaczył siebie jako dorosłego m czyzn . Miał w sy i mocne r ce. Był silny i 

odwa ny. 

Przyjemno ci wieku młodzie czego owiane były magnetyzmem  wie o ci. 

Lecz w miar  jak przemijały, a delikatne wspomnienia traciły swoj  moc, trzewia 

Franka przepełniały si  coraz to mocniejszymi wra eniami. I oto przyszły znowu. 

Dra niły go tym bardziej,  e dot d spoczywały gdzie  na dnie  wiadomo ci. 

Czuł niewypowiedziany smak na ko cu j zyka. Gorycz, to znów słodycz. Co  

kwa nego i słonego. Czuł piołun, odchody, włosy matki. Widział szybko , słyszał 

t pni cia w gł binach morskich. Czuł ruch miejski, słyszał szum chmur na niebie. 

Gor co plwocin parzyło go w policzek. 

W ród wizji pojawiały si  te , oczywi cie, kobiety. 

Pełne podniecenia i wstydu pojawiały si  przed oczami wnikaj c w jego 

zmysły. Pora ały go kobiecym zapachem, dotykiem, smakiem. 

Czuł si  pobudzony blisko ci  tego haremu, mimo dziwnych okoliczno ci. 

Rozpi ł rozporek spodni i zacz ł dra ni  członka. Chciał raczej pozby  si  

nasienia i tym samym uwolni  si  od potworów ni  znale  w tym jak kolwiek 

przyjemno . Nie do ko ca zdawał sobie z tego spraw , cho  raczej przeczuwał 

to, co si  stało. W miar  jak jego m sko  przybierała na długo ci, stawał si  

coraz bardziej  ałosny.  lepiec w pustym pokoju podniecony przywidzeniami. Ale 

do tortur podobny, nie przynosz cy rozkoszy, orgazm wcale nie spowolnił 

nieubłaganych wizji. Kolana mu znieruchomiały. Upadł. Zawył z bólu upadłszy, 

ale nie rozczulał si  nad sob  wobec nowej fali okropnych wspomnie . 

Obrócił si  na plecy i krzyczał. Krzyczał i błagał o koniec, ale ilo  dozna  

tylko zwi kszyła si . I rosła jeszcze bardziej z ka d  jego pro b  o uwolnienie od 

wizji. 

Błagania zamieniły si  wnet w jeden d wi k. Słowa i sens zostały wyparte 

przez panik . Wydawało si ,  e udr ka nigdy si  nie sko czy. Stracił ju  wszelk  

nadziej . Liczył tylko na to,  e uwolni go  mier . 

Kiedy, pogr ony w rozpaczy, sformułował resztk  sił swoj  ostatni  my l, 

obł d zatrzymał si . Wszystko znikn ło w mgnieniu oka. Bez  ladu! Wizje, głosy, 

dotkni cia, smaki i zapachy. Został znienacka tego wszystkiego pozbawiony. 

Przez kilka sekund w tpił nawet, czy w ogóle jeszcze istnieje. Dwa uderzenia 

serca, trzy, cztery - przekonały go,  e  yje. 

Wraz z pi tym uderzeniem otworzył oczy. W pokoju było pusto. Znikn ły 

goł bie łebki i dzban z uryn . Drzwi były zamkni te. 

Usiadł, nabrawszy nieco animuszu. R ce mu dr ały; bolała go głowa, 

przeguby i p cherz. 

Wtem przyci gn ło jego uwag  poruszenie w drugim ko cu pokoju. W 

miejscu, gdzie przed chwil  było zupełnie pusto, siedziała jaka  posta . Był to 

czwarty Cenobita; ten, który nic nie mówił i który nie pokazał nawet swojej 

twarzy. Teraz jednak nie wygl dał na potwora. Była to kobieta. Bez kaptura i bez 

kr puj cych wi zów. Miała jakby szar  cer , ale cała była l ni ca. Uwag  Franka 

background image

 

przyci gn ły jej krwawe usta. Rozszerzone nogi odsłaniały pulchne podbrzusze. 

Siedziała na zwałach gnij cych głów ludzkich i u miechała si  zapraszaj co. 

Frank podniecił si  tym niesamowitym poł czeniem  mierci i seksu. Nie miał 

adnych w tpliwo ci,  e to ona osobi cie zgładziła swe ofiary. Za jej paznokciami 

wci  tkwiły resztki ludzkiej skóry. Co najmniej dwadzie cia powyrywanych 

j zyków pokrywało jej namaszczone uda. J zyki chciały jakby w ni  wej . Był 

pewien, i  resztki mózgu spływaj ce z uszu i nozdrzy głów s  dowodem na to,  e 

ofiary doprowadzone były do obł du zanim stosunek seksualny, czy mo e zwykły 

pocałunek, odebrał im ostatnie tchnienie. 

Kircher okłamał go - albo sam został wprowadzony w bł d. W powietrzu 

wisiała atmosfera rozkoszy, nie takiej jednak, do jakiej przywykn  mógł zwykły 

miertelnik. 

Otwieraj c kostk  Lemarchanda, Frank popełnił bł d. Potworny bł d! 

- Ach! Wi c wreszcie sko czyłe   ni  - powiedziała przygl daj c si  Frankowi 

badawczo. - To dobrze. 

Frank le ał na podłodze i ci ko dyszał. J zyki zsun ły si  z nogi, kiedy 

kobieta powstała. 

- Teraz mo emy zaczyna  - powiedziała.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

10 

Rozdział 2 

 

- Nie całkiem tego oczekiwałam - stwierdziła Julia. 

Zapadał zmierzch. Ko czył si  zimny, jak na sierpie , dzie . Nie była to 

najlepsza pora na ogl danie domu, który tak długo stał pusty. 

- Potrzeba tu du o pracy - powiedział Rory. - Od  mierci babci stoi nietkni ty. 

Jestem pewien,  e ona nie brała si  tutaj za nic. 

- Czy dom nale y teraz do ciebie? 

- Do mnie i Franka. Przypadł nam obu w testamencie. Ale kiedy to mojego 

starszego brata widziano po raz ostatni? 

Wzruszyła ramionami, jakby nie pami tała. Ale przecie  pami tała 

doskonale. Było to na tydzie  przed ich  lubem. 

- Mówił mi kto ,  e był tu przez kilka dni zeszłego lata. Wykolejeniec. Ci gle 

gdzie  znika. W ogóle nie przejmuje si  posiadło ci . 

- Ale co b dzie, jak si  wprowadzimy; on si  pojawi i upomni o swoje. 

Spłac  go. Wezm  po yczk  z banku i spłac  go. On na to pójdzie, zawsze 

brakuje mu gotówki. 

Skin ła głow , ale nie wygl dała na przekonan . 

- Nie przejmuj si  - powiedział. Podszedł do niej i obj ł j . 

- Ten dom jest nasz, laleczko. Mo emy go pomalowa , umeblowa  i wypie ci . 

B dzie nam tu jak w raju. 

Spojrzał na jej twarz. Czasami, szczególnie gdy - tak jak teraz - miała 

w tpliwo ci, jej pi kno niemal przera ało go. 

- Zaufaj mi - powiedział z przekonaniem. 

- Przecie  ci ufam. 

- No to w porz dku. A wi c w niedziel  wprowadzamy si . 

 

Nadeszła wreszcie niedziela. Nawet w tej cz ci miasta był to dzie  Bo y. Je li 

jednak wła ciciele tych wspaniałych domów i wypucowanych dzieci nie wierzyli w 

Boga, przestrzegali dnia wolnego. Zasłony w oknach nie były jeszcze odsuni te, 

gdy przyjechała ci arówka Lewtona i zacz to wyładunek. Kilku ciekawskich 

s siadów, pod pretekstem wyprowadzenia psa, przespacerowało si  obok domu 

raz czy dwa. Nikt jednak nie próbował zagadywa   wie o przybyłych. Nikt te , 

oczywi cie, nie zaofiarował si  z pomoc  przy przenoszeniu mebli. Niedziela nie 

była najlepszym dniem na uci liwe prace. 

Julia dogl dała rozpakowywania, a Rory starał si  zorganizowa  wyładunek 

ci arówki. Lewton i Szalony Bob okazali si  tu bardzo pomocni. Musieli zrobi  

cztery kursy, by przewie  wszystkie graty z Alexandra Road. Pod koniec dnia 

jednak sporo klamotów zostało jeszcze w starym mieszkaniu. 

Około drugiej po południu w progu pojawiła si  Kirsty. 

- Przyszłam zobaczy , czy nie mogłabym w czym  pomóc - powiedziała. W jej 

przepraszaj cym głosie mo na było wyczu  wahanie. 

- Lepiej wejd  do  rodka - odparła Julia i wróciła do du ego pokoju. Jego 

wn trze przypominało pole bitwy. Zwyci stwo na nim przechylało si  wyra nie 

na stron  chaosu. Julia przeklinała pod nosem Rory'ego. To było w jego stylu. 

Zaprasza  kogo si  da do pomocy. Kirsty byłaby tu raczej zawad . Jej 

background image

 

11 

marzycielski, wiecznie niezorganizowany sposób bycia nie wprawiał Julii w 

najlepszy nastrój. 

- Co mog  robi ? - zapytała Kirsty. - Rory powiedział,  e... 

- O tak - przerwała jej Julia. - Jestem pewna,  e powiedział. 

- A gdzie on teraz jest? To znaczy... Rory? 

- Pojechał po kolejn  parti  rzeczy.  eby jeszcze bardziej powi kszy  ten 

bałagan. 

- Aha. 

Julia zmi kła jednak: 

- Wiesz, to bardzo miło z twojej strony - powiedziała -  e przyszła  tutaj, ale 

nie s dz ,  eby było co  konkretnego do zrobienia dla ciebie. 

Kirsty z lekka zaczerwieniła si . Mo e była rozmarzona, ale nie głupia. 

- Aha, rozumiem - odparła. - Jeste  pewna? Czy nie mogłabym na przykład... 

to znaczy... mo e chcesz,  ebym ci zrobiła kawy? 

- Kawa! - zawołała Julia i zdała sobie spraw , jak bardzo zaschło jej w gardle. 

- Tak - powiedziała - to  wietny pomysł. 

Oczywi cie, parzenie kawy nie obyło si  bez pomniejszych trudno ci. Nic, za 

co wzi ła si  Kirsty, nie mogło by  całkowicie łatwe. Stała w kuchni i czekała, a  

woda w małym rondlu zagotuje si . Samo odszukanie rondla zabrało jej dobry 

kwadrans. My lała,  e wła ciwie nie powinna tu była przychodzi . Julia zawsze 

patrzyła na ni  jako  tak dziwnie. Tak, jakby była zbita z tropu tym,  e Kirsty 

nie została uduszona zaraz po przyj ciu na  wiat. Teraz Rory poprosił j ,  eby 

pomogła im. A to było chyba wystarczaj ce zaproszenie. Nie odrzuciłaby szansy 

zobaczenia jego u miechu nawet, gdyby miało jej w tym przeszkadza  sto Julii. 

Ci arówka przyjechała po dwudziestu pi ciu minutach. W tym czasie obie 

kobiety wniosły sporo mebli. Wymieniły kilka zdawkowych uwag. Nie miały z 

sob  wiele wspólnego. Julia była słodka i pi kna. M czy ni ogl dali si  za ni  na 

ulicy. Kirsty tymczasem była nieciekaw  dziewczyn . Z oczu mogła wykrzesa  

tyle pi kna, ile Julii zdarzało si  mimochodem. Ju  dawno odkryła,  e  ycie nie 

było wobec niej sprawiedliwe. Ale dlaczego, skoro pogodziła si  z t  prawd , 

okoliczno ci jakby nadal starały si  j  przekonywa  do tego? 

Ukradkiem obserwowała Juli  przy pracy i wydawało si  jej,  e Julia po 

prostu nie potrafi nie by  pi kn . Ka dy jej gest - odgarni cie włosów z czoła 

wierzchem dłoni czy zdmuchni cie kurzu z ulubionej fili anki - wszystko to 

promieniało mimowolnym wdzi kiem. Widz c to, Kirsty rozumiała psi  niemal 

adoracj  Rory'ego dla Julii. A rozumiej c to - rozpaczała tym bardziej. 

Wszedł wreszcie, spocony i zasapany. Popołudniowe sło ce grzało 

niemiłosiernie. U miechn ł si  do niej, prezentuj c garnitur niezbyt równych 

z bów, którym kiedy  nie mogła wr cz si  oprze . 

- Ciesz  si ,  e przyszła  - powiedział. 

- Z ch ci  pomog  - odparła, ale on ju  - patrzył w inn  stron . Na Juli . 

- No, jak leci? 

- Odchodz  od zmysłów - powiedziała do niego. 

- Zaraz b dziesz mogła troch  odpocz  od swojej roboty - powiedział Rory. - 

Tym razem specjalnie w tym celu przywie li my łó ko - za artował i mrugn ł do 

niej konspiracyjnie, ale Kirsty nie zareagowała. 

background image

 

12 

- Czy mog  pomóc w rozładunku? - zaofiarowała si . 

- Lewton i Bob ju  to robi  - padła odpowied  Rory'ego. 

-Aha. 

- Ale ozłociłbym tego, kto poratowałby mnie fili ank  herbaty. 

- Herbaty jeszcze nie znalazły my - powiedziała Julia. 

- O, to mo e jest kawa? 

- Tak - powiedziała Kirsty. - A tamci dwaj te  co  b d  chcieli? 

- To samo, skarbie! 

Kirsty wróciła do kuchni, nalała wody do rondelka i ustawiła go na ogniu. 

Słyszała, jak w korytarzu Rory kieruje wyładunkiem. 

Na zewn trz m czy ni nie li łó ko. Mał e skie. Usiłowała nie dopuszcza  do 

siebie wizji Rory'ego obejmuj cego Juli , ale nie mogła op dzi  si  od tego 

rodzaju wyobra e . 

Wpatrywała si  w wod , ale widziała tylko bolesne obrazy ich wspólnej 

rozkoszy. 

 

Podczas gdy pod domem trójka m czyzn walczyła z opornym łó kiem, Julia 

traciła zapał do pracy przy rozpakowywaniu. Według niej sytuacja przedstawiała 

si  katastrofalnie. Wszystko tkwiło jeszcze w kartonach i skrzyniach po herbacie 

- do góry nogami. Musiała wyci ga  absolutnie zb dne przedmioty, aby dosta  si  

do rzeczy, bez których nie mo na si  było obej . 

Kirsty, nie opuszczaj c swojego miejsca w kuchni, w milczeniu zmywała 

fili anki po kawie. 

Gło no ju  przeklinaj c, Julia zostawiła bałagan takim jaki był i wyszła przed 

dom na papierosa. Oparła si  o otwarte na o cie  drzwi i zaci gn ła si . Był 

dopiero dwudziesty pierwszy sierpnia, ale popołudniowe sło ce nadawało 

otoczeniu specyficzny, zwiastuj cy jesie  kolor. 

Straciła rachub  czasu. Dzie  przepłyn ł jej mi dzy palcami. Dzwony 

wzywały na wieczorne nabo e stwo. Bicie dzwonów rozpływało si  falami po 

okolicy. Poczuła si  bardzo swojsko. Przypomniała sobie dzieci stwo. Nie my lała 

o  adnym konkretnym dniu czy miejscu. Czuła si  po prostu młodo, tajemniczo. 

Nie była w ko ciele od dobrych czterech lat. Od dnia  lubu z Rory'm. Nastrój 

zepsuło wspomnienie tego dnia, albo raczej obietnic, które z sob  niósł, a które 

nie spełniły si . Zgasiła papierosa i wróciła do  rodka. Wewn trz domu było 

jako  ponuro w porównaniu z zalanym sło cem frontem. Nagle poczuła si  

zm czona. Chciało si  jej płaka . 

Zanim mogli pój  spa , musieli jeszcze zmontowa  łó ko. Nie zdecydowali 

dot d, gdzie b dzie sypialnia. Postanowiła,  e rozejrzy si  teraz. Nie b dzie przez 

to musiała wraca  do du ego pokoju na parterze, gdzie krz tała si  wiecznie 

roz alona Kirsty. 

Dzwony wci  biły, gdy otwierała drzwi najwi kszego pokoju na pi trze. Z 

racji swoich rozmiarów wydawał si  najodpowiedniejszym miejscem na sypialni . 

Ale sło ce nie dotarło do jego wn trza. Rolety szczelnie przesłaniały okno. W 

pokoju panował lekki chłód. Przeszła po zaplamionej podłodze do okna. 

Spróbowała podnie  rolet , ale odkryła dziwn  rzecz. Roleta przybita była do 

ramy, skutecznie izoluj c wn trze pokoju od najmniejszych znaków  ycia pełnej 

background image

 

13 

sło ca ulicy. Usiłowała poci gn  rolet . Bez rezultatu. Ten, kto j  tak umocował, 

kimkolwiek by był, wykonał swoj  robot  nadzwyczaj solidnie. 

Tak czy owak, poprosi Rory'ego, kiedy wróci,  eby usun ł gwo dzie 

obc gami. Odwróciła si  od okna i nagle u wiadomiła sobie,  e bicie dzwonów 

wci  wzywa wiernych. Czy by dzisiaj nikt nie przyszedł na nabo e stwo? 

Czy przyn ta - w postaci obietnicy raju - nie była w wystarczaj co 

zach caj cy sposób przymocowana do ksi ego haczyka? Nie zastanawiała si  

nad tym zbyt serio. Ale dzwony biły w najlepsze, rezonuj c pomi dzy  cianami 

pokoju. R ce i nogi obolałe ze zm czenia zdawały si  opada  same z siebie. W 

głowie t tniło jej niemiłosiernie. 

Doszła do przekonania,  e pokój jest okropny. Było tu nie wie o. Zacienione 

ciany zdawały si  jakie  lepkie. Mimo sporych rozmiarów pokoju postanowiła, 

e nie da si  przekona  Rory'emu, aby tutaj znalazła si  ich sypialnia. Niech e ten 

pokój zostanie pusty i niszczeje dalej. 

Ruszyła do drzwi, ale ju  po kilku krokach k ty pokoju jakby zaskrzypiały. 

Nagle zatrzasn ły si  drzwi. Nerwy Julii zadrgały. Była bliska szlochu. 

Nie wpadła w płacz, ale powiedziała do siebie: 

- Do diabła, co mi tam. - I nacisn ła klamk . Przekr ciła j  bez trudu 

(dlaczego niby miałaby mie  z tym kłopot?). Odetchn ła z ulg  i otwarła drzwi. 

Na schodach poczuła ciepło. Mieszkanie zalane było złotawym  wiatłem 

popołudnia. 

Zamkn ła za sob  drzwi i z u miechem pełnym satysfakcji, której przyczyny 

nie mogła lub nie chciała docieka , przekr ciła klucz w zamku. 

Kiedy pu ciła klucz, dzwony zamilkły. 

 

- Ale  kochanie! Tamten pokój jest najwi kszy... 

- Nie podoba mi si , Rory. Jest wilgotny. Mo emy sobie urz dzi  sypialni  w 

tym pokoju z tyłu. 

- Je eli to cholerne łó ko przejdzie przez drzwi. 

- Oczywi cie,  e przejdzie. Dobrze o tym wiesz. 

- Moim zdaniem tracimy najlepszy pokój -zaprotestował, cho  zdawał sobie 

spraw ,  e to ju  było fait accompli

- Mama wie lepiej - za artowała ucinaj c dyskusj . Ognikom w jej oczach 

daleko było jednak do matczynego ciepła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

14 

Rozdział 3

 

 

Pory roku - jak kobieta i m czyzna - t skni  do siebie, w strachu przed 

własn  niesko czono ci . 

Wiosna, je eli przedłu a si  o tydzie  wzgl dem kalendarza, zaczyna łakn  

lata, niezmiennie ko cz c ka dy dzie  obietnic . Lato z kolei wnet zaczyna poci  

si  z wysiłku, by zdoby  co  na ochłod , a nawet najłagodniejsza jesie  m czy si  

swoj  elegancj  i pragnie szybkiego i ostrego mrozu, który pozbawi j  płodno ci. 

Nawet zima - najsro sza pora, najbardziej nieprzejednana, szczególnie gdy w 

lutym sama dostaje g siej skórki - marzy o płomieniu, który ogrzałby j . 

Wszystko przemija z czasem i szuka swego przeciwie stwa, by je przed sob  

uchroni . 

Sierpie  zatem ust pił wrze niowi i nikt przeciwko temu nie protestował. 

Trzeba było nad tym nie le popracowa , ale w efekcie dom na Lodovico Street 

zacz ł wygl da  bardziej go cinnie. Zdarzały si  nawet wizyty s siadów, którzy 

po oszacowaniu nowych lokatorów bez przeszkód mogli im wyzna , jak bardzo s  

szcz liwi,  e numer 55 znów jest zamieszkały. Tylko jeden z nich wspomniał 

Franka twierdz c,  e zeszłego lata mieszkał w tym domu przez par  tygodni jaki  

typek. S siad poczuł si  odrobin  zakłopotany, gdy Rory poinformował go,  e to 

jego brat był tym typkiem. Na szcz cie zmieszanie pokrył bezgraniczny wdzi k i 

uroda Julii. 

Rory rzadko wspominał Franka w czasie mał e stwa, mimo  e przez całe 

dzieci stwo stanowili nierozł czn  par . Julia dowiedziała si  o tym przy okazji 

zwierze  po pijanemu, na jaki  miesi c czy dwa przed  lubem. Rory, 

melancholijnie nastrojony, nieco dłu ej rozwodził si  wówczas o Franku.  ałował 

wówczas,  e ich drogi rozeszły si , kiedy w przeszło  odeszła ich młodo . Coraz 

bardziej  ałował,  e nieokiełznany styl  ycia Franka był przyczyn  zmartwie  

rodziców. Wygl dało na to,  e kiedy ju  Frank, od wielkiego dzwonu, pojawiał 

si , przybywszy z jakiego  odległego zak tka  wiata, gdzie akurat rzuciły go losy, 

zawsze sprawiał ból rodzicom. Rodzina była oburzona opowie ciami o 

przygodach pachn cych kryminałem, o dziwkach i drobnych kradzie ach. Ale 

bywało jeszcze gorzej, albo przynajmniej tak my lał Rory. Czasami Frank 

opowiadał o  yciu w delirium, o pragnieniu prze y  nie uwzgl dniaj cych 

adnych norm moralnych. 

Julia nie do ko ca wiedziała, co wła ciwie rozbudziło w niej ciekawo . 

Mieszanina odrazy i niech ci czy te  ton, w jaki wpadał Rory, opowiadaj c o 

Franku. Jakakolwiek była tego przyczyna, nie mogła oprze  si  pal cej 

ciekawo ci o losy tego szale ca. 

I wówczas, na krótko przed ich  lubem, czarna owca pojawiła si . Frank we 

własnej osobie. Jego sprawy wówczas układały si  nie najgorzej. Na palcach nosił 

złote pier cienie. Cer  miał l ni c  i opalon . W niczym nie przypominał potwora 

z opowie ci Rory'ego. Był pełen ogłady, niczym wypolerowany, szlachetny 

kamie . W okamgnieniu poddała si  jego urokowi. 

Rozpocz ł si  przedziwny okres. W miar  jak zbli ała si  data  lubu, 

spostrzegała,  e coraz mniej uwagi po wi ca swemu przyszłemu m owi. Jej 

my li skupiały si  coraz cz ciej na jego bracie. Nie do ko ca byli ró ni. Było co  

background image

 

15 

wspólnego w ich głosach, swobodnym sposobie bycia, po czym mo na było 

pozna ,  e s  rodze stwem. Ale do zalet Rory'ego Frank wniósł co , czego jego 

brat nigdy mie  nie b dzie: pi kny smutek, niemal godn  rozpacz. 

By  mo e nieuniknione było to, co si  potem stało. Bez wzgl du na to, jak 

bardzo opierałaby si  swoim instynktom, mogła najwy ej opó ni  spełnienie ich 

wzajemnego uczucia. Przynajmniej tak usiłowała si  przed sob  pó niej 

tłumaczy . Ale nawet wówczas, gdy ju  oskar yła siebie sam , nadal 

przechowywała w gł bi duszy, jak najcenniejszy skarb, wspomnienie ich 

pierwszego, a zarazem ostatniego, stosunku. 

Kirsty była tego dnia w domu, te  w zwi zku z przygotowaniami do wesela. 

Przyjechał Frank, a telepatia, pojawiaj ca si  wraz z uczuciem (i razem z nim 

potem bledn ca), podpowiedziała Julii,  e nadszedł ju  ten dzie . Zostawiła 

Kirsty z list  spraw do załatwienia i wzi ła Franka na pi tro pod pretekstem 

pokazania mu swej  lubnej sukni. Tak to wła nie pami tała. On poprosił j ,  eby 

mu pokaza  t  sukni . Julia zało yła woalk   miej c si  na my l o sobie w bieli. 

Frank zza jej pleców uniósł woalk  do góry. Julia zacz ła si   mia .  mia  i 

mia , jakby chciała sprawdzi  sił  jego determinacji. Jej wesoło  nie ostudziła 

go jednak wcale. Nie tracił czasu na miłe, ale zbyteczne pozory. Jej gładkie, 

mi kkie wn trze przyj ło wnet co  znacznie twardszego. Ich zespolenie, pod 

ka dym wzgl dem, mimo jej przyzwolenia, pełne było agresji i 

bezceremonialno ci gwałtu. 

Pami , oczywi cie, polukrowała fakty. Julia w ci gu czterech lat od tamtego 

popołudnia cz sto wspominała tamt  scen . Teraz, gdy o tym my li, traktuje 

si ce jak cenne trofea ich nami tno ci. Dawne łzy s  teraz dla niej dowodem na 

prawdziwo  jej uczu  do niego. 

Nast pnego dnia Frank znikn ł. Zwiał do Bangkoku albo na Wyspy 

Wielkanocne. Tam, gdzie nie musiał ba  si   adnych długów. Wpadła w rozpacz; 

nie mogła jednak na to nic poradzi . Jej rozpacz nie przeszła nie zauwa ona. 

Chocia  nigdy nie było o tym mowy, cz sto zastanawiała si , czy ochłodzenie 

zwi zku z Rory'm, które nast piło wkrótce, nie miało swych korzeni wła nie w tej 

jej rozpaczy. W rozpaczy i w tym,  e my lała o Franku, gdy była w łó ku z jego 

bratem. 

A teraz? Teraz, mimo zmiany domu i szansy na rozpocz cie wszystkiego 

razem i od nowa, wszystko wydawało si  w zmowie, by znów przypomnie  jej 

Franka. 

To nie tylko paplanina s siada przywiodła jej go na my l. Którego  dnia, gdy 

samotnie rozpakowywała ró ne osobiste rzeczy, wpadło jej w r ce kilka albumów 

z fotografiami Rory'ego. Było tam sporo stosunkowo nowych zdj  z ich wakacji 

w Atenach i z Malty. Ale znalazła te  wiele zdj , których nigdy przedtem nie 

widziała. By  mo e Rory trzymał je przed ni  w ukryciu. Zdj cia rodzinne sprzed 

dziesi tków lat. Fotografia rodziców Rory'ego i Franka w dniu  lubu - czarno-

biały wizerunek wypłowiał przez lata. Zdj cia z chrztów, na których dumni 

rodzice chrzestni kołysali niemowl ta opatulone w rodzinne koronki. 

I wreszcie zdj cia obu braci. Patrzyli na ni  wielkimi oczami bawi c si  razem 

w piaskownicy. W szkole - w strojach gimnastycznych, to znów w szkolnych 

mundurkach. A potem, jakby onie mielenie pryszczatym wiekiem dojrzewania 

background image

 

16 

przerzedziło zasoby fotek. A  do czasu, gdy z ropuchy wyłoniła si  ksi niczka 

ju  po stronie  wiata dorosłych. 

Kiedy ogl dała zdj cia Franka w jaskrawych kolorach, błaznuj cego przed 

obiektywem aparatu, na policzki wyst piły jej rumie ce. Zawsze był nieco 

ekshibicjonistycznym młodzieniaszkiem, tyle ile było trzeba by  takim wła nie. 

Zawsze nosił si  a la mode. Rory, w przeciwie stwie do niego, wygl dał 

nieciekawie. Zdawało si ,  e przyszłe drogi  yciowe braci nakre lone były na tych 

wła nie portretach. Franka - jako u miechni tego, uwodzicielskiego kameleona, a 

Rory'ego -jako prawego obywatela. 

Spakowała w ko cu zdj cia. Kiedy wstała, po zarumienionych policzkach 

potoczyły si  łzy. Nie były to jednak łzy goryczy.  al nie miałby najmniejszego 

sensu. Płakała z bezsilnej zło ci. 

Wiedziała teraz z absolutn  pewno ci , kiedy wła ciwie zło  na Rory'ego 

zacz ła go ci  w jej sercu. Wtedy, gdy razem z Frankiem gniotła woalk  na łó ku, 

obsypywana jego pocałunkami. 

 

Raz na jaki  czas zagl dała do pokoju na górze. 

Jak dot d nie urz dzili si  jeszcze na pi trze. Najpierw chcieli zrobi  wszystko 

tam, gdzie  ycie miało bardziej publiczny charakter. Dlatego pokój ten pozostał 

nietkni ty. Wła ciwie „nie przekroczony”, je li nie liczy  kilku jej wizyt. 

Sama nie wiedziała, dlaczego tam chodzi. Nie miała te  poj cia, sk d bior  si  

przedziwne wra enia opanowuj ce j  w pokoju. Było co  w tym ciemnym 

wn trzu, co sprawiało,  e czuła si  tam bardziej wygodnie. Było to co , czego 

obecno ci tam nie potrafiła sobie w  aden sposób wytłumaczy  - kawałek macicy. 

Macicy nale cej do martwej kobiety. 

Czasami, gdy Rory był w pracy, po prostu szła na gór  i siadała w ciszy, nie 

my l c o niczym. W ka dym razie nie my lała o niczym, co mo na było ubra  w 

słowa. 

Te wycieczki wywoływały w niej gł bokie poczucie winy. Starała si  trzyma  z 

daleka od tego miejsca, gdy Rory był w domu. Ale nie zawsze było to mo liwe. 

Czasami nogi same prowadziły j  po schodach do pokoju, cho  wcale nie miała 

na to ochoty. 

Stało si  to w sobot , w dzie  krwi. 

Przygl dała si , jak Rory, kl cz c na podłodze w kuchni, zeskrobuje farb  z 

drzwi. Nagle zdało si  jej,  e słyszy wezwanie dobiegaj ce z pokoju. Zadowolona, 

e Rory na dobre przywi zany jest do roboty, weszła na pi tro. 

Było tu chłodniej ni  zwykle. Ucieszyła si . Przyło yła dło  do  ciany, a potem 

przeniosła ozi bion  r k  na skro . 

- Bez sensu - zamruczała, my l c o m u pracuj cym na dole. Nie kochała go, 

a w ka dym razie nie bardziej ni  on j  (je eli nie bra  pod uwag  bzika Rory'ego 

na punkcie pi kna jej twarzy). Rory heblował  wiat dla siebie, podczas gdy ona 

cierpiała tutaj, w oddali i w osamotnieniu. 

Podmuch wiatru uderzył w drzwi kuchenne na parterze. Usłyszała ich trzask. 

Hałas przeszkodził Rory'emu w pracy i rozproszył jego uwag . Szpachelka 

podskoczyła i wbiła si  gł boko w kciuk jego lewej dłoni. Wrzasn ł, kiedy pojawił 

si  strumie  ciemnej krwi. Szpachelka upadła na podłog . 

background image

 

17 

- Do jasnej cholery! 

Słyszała, co stało si  m owi. Nie zrobiła jednak  adnego ruchu, by mu 

pomóc. Otrz sn wszy si  z mgiełki melancholii, która j  otoczyła, zdała sobie 

zbyt pó no spraw ,  e Rory wchodzi ju  po schodach. Zacz ła poszukiwa  klucza, 

który byłby doskonałym pretekstem wyja niaj cym jej obecno  na schodach. 

Ale Rory stał ju  na progu. Przekroczył go i zmierzał w jej stron . Lew  r k  

trzymał zranion  dło . Krew tryskała z rany, s czyła si  mi dzy palcami i 

ciekała po przedramieniu. Kapała z łokcia dodaj c nowe plamy na ju  i tak 

przybrudzonej podłodze. 

- Co si  stało? - zapytała. 

- A jak my lisz? - powiedział przez zaci ni te z by. - Przeci łem si . 

Twarz i szyja Rory'ego przybrały siny kolor  ciany. Widziała go ju  w takim 

stanie kiedy , kiedy nieomal zemdlał na widok swojej własnej krwi. 

- Zrób co  - wyrzucił z siebie nerwowo. 

- Gł boko si  przeci łe ? 

- Nie wiem - wydarł si  na ni . - Nie chc  na to patrze ! 

Pomy lała sobie,  e wygl da  miesznie. Nie było jednak czasu na zagł bianie 

si  W takie my li. 

Chwyciła jego krwawi c  dło  i obejrzała ran . Była do  spora i ci gle 

krwawiła. Z przeci cia spływała g sta, ciemno zabarwiona krew. 

- My l ,  e b dzie lepiej, je li pojedziemy do szpitala - powiedziała. 

- Mo esz to czym  przewi za ? - zapytał tonem dalekim ju  od zło ci. 

- Oczywi cie. Musz  tylko wzi  czysty banda . Chod ! 

- Nie - odparł, potrz saj c przecz co głow . - Je li zrobi  cho  jeden krok - 

zemdlej . 

- No to zosta  tutaj i zaczekaj chwil  - uspokoiła go. - Wszystko b dzie 

dobrze. 

Julia bezskutecznie szukała jakich  banda y w szafce w łazience, ale 

ostatecznie zdecydowała si  rozedrze  kilka swoich chusteczek do nosa i wróciła 

do pokoju. Rory opierał si  o  cian . Jego spocona twarz połyskiwała, a krew z 

r ki nieprzerwanie powi kszała kału  na podłodze. Czuła zapach krwi w 

powietrzu. 

Uspokoiła go mówi c,  e nie umiera si  od tak niegro nej rany. 

Zabanda owała mu dło  u ywaj c chusteczki, któr  zawi zała w supełek. Powoli 

podprowadziła m a do schodów i sprowadziła na dół. Trz sł si  jak osika. Krok 

po kroku, jak z małym dzieckiem, dotarła z Rory'm do samochodu. 

W szpitalu musieli czeka  prawie godzin  w kolejce osób nie wymagaj cych 

natychmiastowej pomocy. Ostatecznie ran  obejrzano i zszyto. Julia miała kłopot 

z ocen , co w tym całym epizodzie było najbardziej komiczne: jego słabo  czy 

ekstrawagancka, przesadnie wylewna wdzi czno  za jej pomoc. Kiedy zacz ł 

dzi kowa  jej po raz kolejny, powiedziała,  e nie oczekuje podzi kowa , bo to 

naturalne,  e mu pomaga. Było to zgodne z prawd . 

Nie chciała niczego, co mógłby jej da , mo e z wyj tkiem swej nieobecno ci. 

 

background image

 

18 

- Czy usun łe  plamy z tego zawilgoconego pokoju? - zapytała go nast pnego 

dnia. Nazywali go tak od ich pierwszej niedzieli, chocia  nie było tam  ladu 

grzyba, od podłogi po sufit. 

Rory oderwał wzrok od gazety. Szare worki zwisały mu pod oczami. Nie spał 

za dobrze, był nieswój. Przeci ty palec i nocne zmory o  mierci nie dawały mu 

spokoju. Ona, z drugiej strony, spała jak niemowl . 

- Co powiedziała ? - zapytał. 

- Podłoga - powtórzyła. - Na podłodze była krew. Wymyłe  podłog , prawda? 

Potrz sn ł głow  przecz co. 

- Nie - odpowiedział po prostu i znowu zagł bił si  w lekturze. 

- No tak. Ja te  nie - powiedziała. U miechn ł si  do niej pobła aj co. 

- Jeste  po prostu doskonał  hausfrau – powiedział. - Nawet nie wiesz, kiedy 

sprz tasz i czy cisz. 

Temat był zamkni ty. Z zadowoleniem stwierdził,  e Julia ju  nie panuje nad 

tym, co robi. 

Ona za  miała przedziwne uczucie,  e wkrótce ponownie popadnie w 

szale stwo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

19 

Rozdział 4

 

 

Kirsty nienawidziła przyj . Zamiast szczero ci - u miechy. Konieczno  

interpretowania wyrazu czyich  oczu. A co najgorsze - konieczno  rozmowy. Nie 

miała nic do powiedzenia na  aden z tematów, którym ktokolwiek mógłby cho  

minimalnie zainteresowa  si . Widziała ju  zbyt wiele nie wierz cych jej słowom 

oczu gapi cych si  poza ni . Poznała sztuczki pozwalaj ce uwolni  si  od 

towarzystwa nudziarza. 

„Przepraszam na sekundk , ale zdaje si ,  e widz  mojego ksi gowego” - a  

po pijackie zwalanie si  na podłog . 

Ale Rory nalegał, aby przyszła na parapetówk . Obiecał jej,  e b dzie tylko 

kilkoro bliskich przyjaciół. Powiedziała „tak”, wiedz c,  e odmowa poci gnie za 

sob  dobrze znany scenariusz. Zapami tałe szorowanie podłóg w domu 

okraszone samooskar eniami, przeklinaniem własnego tchórzostwa. No i obrazy 

słodkiej twarzy Rory'ego. 

Party nie było tak  udr k , jak si  wnet okazało. Było tylko dziewi cioro go ci 

in toto. Było jej to o tyle łatwiej znie ,  e wszystkich z grubsza znała. Nikt nie 

oczekiwał, aby swoj  osob  u wietniła wieczór. Miała tylko kłania  si  i 

u miecha , kiedy wypadało. A Rory, z r k  wci  zabanda owan , był w swoim 

najlepszym, pełnym szczero ci bonhomie. Zdawało si  jej nawet,  e Neville, jeden 

z kumpli Rory'ego, mrugał do niej znacz co zza swoich okularów. Podejrzenie to 

sprawdziło si  w  rodku przyj cia, kiedy Neville przeniósł si  w jej s siedztwo i 

zapytał, czy interesuje si  hodowl  kotów. Powiedziała,  e nie, ale zawsze 

poci gaj  j  nowe do wiadczenia. Wydawał si  uszcz liwiony. Pod tym w tłym 

pretekstem poił j  likierem przez reszt  wieczoru. Ju  o wpół do dwunastej nie le 

szumiało jej w głowie, ale była szcz liwa. Nawet najmniej  mieszne zdania 

wywoływały w niej ataki  miechu gwałtowniejsze, ni  gdyby poddawana była 

najbardziej wymy lnym łaskotkom. 

Krótko po północy Julia powiedziała,  e jest zm czona i  e chciałaby ju  pój  

spa . Wszyscy odczytali to jako sugesti , by zako czy  imprez , ale Rory nie 

chciał do tego dopu ci . Zerwał si  i nim ktokolwiek zd ył zaprotestowa , 

podolewał wszystkim go ciom alkoholu. Kirsty była pewna,  e zauwa yła grymas 

niezadowolenia na twarzy Julii. Wkrótce jednak rozchmurzyła si , cho  powieki 

szybko zacz ły jej opada . W ko cu raz jeszcze powiedziała dobranoc tłumacz c, 

e przygotowywanie pasztetu na wieczór tak j  zm czyło, i poszła spa . 

Ci, którzy s  pi kni i bez skazy, z łatwo ci  prze ywaj  swoje szcz cie. Ta 

prawda wydawała si  Kirsty niepodwa alna. Jednak dzi  wieczorem alkohol 

sprawił,  e zastanawiała si , czy nie za lepiła jej zazdro . By  mo e ci bez skazy 

s  te  na swój sposób smutni. 

Jej skołowana głowa z trudem oddawała si  takim rozwa aniom i kiedy Rory 

zacz ł opowiada  znany dowcip o jezuicie i gorylu, zakrztusiła si  ze  miechu, 

zanim Rory dotarł do pointy. 

Na górze, Julia słyszała kolejny wybuch  miechu. Rzeczywi cie była 

zm czona, jak twierdziła, ale to nie gotowanie tak j  wyko czyło. Chciała uwolni  

si  od podpitych głupków, których Rory zaprosił na dzisiejszy wieczór. Kiedy  

nazywała ich przyjaciółmi. W istocie byli pretensjonalnymi półgłówkami, 

background image

 

20 

opowiadaj cymi nudne dowcipy. Zabawiała ich przecie  przez kilka godzin, ale 

miała ju  tego dosy . Teraz chciała si  ochłodzi  i poby  w ciemno ci. 

Kiedy tylko otwarła drzwi nie zamieszkałego pokoju, zauwa yła,  e nie jest tu 

tak spokojnie jak poprzednio.  wiatło, padaj ce z nie osłoni tej  arówki na 

korytarzu, o wietliło podłog , na któr  pociekła krew Rory'ego. Teraz deski 

podłogi były czyste, jakby je kto  wyszorował. Poza zasi giem  wiatła z korytarza 

pokój ton ł w mroku. Weszła do  rodka i zamkn ła za sob  drzwi. Zamek 

zatrzasn ł si  za ni . 

Ciemno  była nieprzenikniona. Radowało j  to. Wzrok jej zatopił si  w 

mroku. Chłód  cian działał naprawd  koj co. 

Nagle, z drugiego ko ca pokoju, dobiegł j  jaki  odgłos. 

Nie był gło niejszy ni  szelest karaluchów biegaj cych pod podłog . Odgłos 

ustał po kilku sekundach. Wstrzymała oddech. D wi k pojawił si  znowu. Tym 

razem wydawało si  jej,  e odgłosy maj  swój rytm. Jaki  prymitywny kod. 

Na dole go cie  miali si  do rozpuku. Hałas rozbudził w niej gorycz. Czego by 

nie zrobiła,  eby uwolni  si  od takiego towarzystwa? 

Przełkn ła  lin  i przemówiła do ciemno ci. 

- Słysz  was - powiedziała nie maj c pewno ci, dlaczego wypowiada te słowa, 

ani do kogo je kieruje. 

Skrobanie karaluchów na chwil  ustało, a potem ze zdwojon  energi  

rozpocz ło si  na nowo. Odsun ła si  od drzwi i zbli yła do miejsca, z którego 

dochodził odgłos. Trwał nadal, jakby kto  j  wzywał. 

Łatwo było zgubi  drog  w ciemno ci. Dotarła do  ciany szybciej, ni  tego 

oczekiwała. Uniosła w gór  r ce i zacz ła ociera  dłonie o gipsow  powierzchni . 

ciana nie była jednakowo chłodna. Odnalazła miejsce, według jej kalkulacji 

gdzie  w połowie drogi mi dzy drzwiami a oknem, gdzie chłód był tak 

intensywny,  e musiała oderwa  r ce. Skrobanie ustało. 

Przez chwil  niemal pływała w mroku i ciszy, zupełnie zdezorientowana. I 

wtedy co  poruszyło si  bezpo rednio, przed ni . Było to chyba jednak złudzenie. 

Przecie  nie mogła niczego zauwa y  w ciemno ci. Ale nast pny widok zdumiał 

j . 

ciana  wieciła lub raczej co  płon ło za ni . Zimna iluminacja sprawiała,  e 

cegły nabrały niematerialnego charakteru. Co wi cej, wydawało si ,  e  ciana si  

rozłazi; jej segmenty przesuwaj  si  i zmieniaj  swoje poło enie jakby za 

dotkni ciem magicznej ró d ki. Naoliwione płaszczyzny rozsuwały si  ust puj c 

miejsca ukrytym skrzyniom, których  cianki z kolei zapadały si , odkrywaj c 

coraz to nowe kryjówki. Patrzyła jak zaczarowana. Nie mrugała oczami w 

obawie,  e utraci cho  cz stk  tego przedziwnego widowiska. Kawałki  wiata 

rozpadły si  na jej oczach. 

Wtedy, znienacka, gdzie  w tym skomplikowanym systemie przesuwaj cych 

si  fragmentów, zauwa yła (albo zdawało si  jej to) jaki  inny ruch. Dopiero teraz 

u wiadomiła sobie,  e wstrzymywała oddech odk d pokaz si  rozpocz ł. 

Zaczynała majaczy . Usiłowała zrobi  wydech, by nast pnie wci gn  w płuca 

now  porcj   wie ego powietrza, ale ciało nie stosowało si  do tych prostych 

instrukcji. Gdzie  w jej wn trzno ciach zapłon ł ognik paniki. Hokus-pokus 

zatrzymał si  teraz. Jedna jej cz  podziwiała d wi ki delikatnej muzyki 

background image

 

21 

dobywaj cej si  ze  ciany, ale pozostał  cz ci  „ja” walczyła ze strachem, który z 

wolna podchodził jej do gardła. 

I znowu usiłowała zrobi  wydech i wdech, ale czuła si , jakby jej ciało było 

martwe, a ona tylko z niego wygl dała na zewn trz, niezdolna do oddychania, 

patrzenia, przełykania. 

Widowisko rozsuwaj cych si   cian dobiegło ko ca. Zobaczyła, jak co  

przemkn ło poprzez cegły - zbyt chropawe, by by  tylko cieniem, ale te  i zbyt 

materialne, by uzna  je za zwid. 

Był to człowiek albo co , co kiedy  było człowiekiem. Jego ciało było 

porozdzierane na cz ci i pozszywane znowu. Wi kszo ci kawałków brakowało, 

albo te  były powykr cane i sczerniałe, jakby popalone. Było w tej kupie 

kawałków oko, łypi ce na ni  złowieszczo. Był i p cherz przyczepiony do 

kr gosłupa. Kr gi odarte z mi ni. Do tego jakie  trudne do dokładnego 

zidentyfikowania fragmenty ciała. Oto i cała posta . Ale mimo wszystko to co  

yło. Oko, mimo  e umiejscowione w kupie zgnilizny, obserwowało Juli  cal po 

calu, z góry na dół. 

Nie czuła jednak w jego obecno ci strachu. Rzecz ta była znacznie słabsza od 

niej. Poruszyła si  w swojej celi,  eby usadowi  si  odrobin  wygodniej. Ale było 

to nieosi galne dla stworzenia, które nosiło swoje postrz pione nerwy na 

krwawi cym pał ku. Ka de uło enie ciała musiało przynosi  ból. Julia wiedziała 

to na pewno. Zrobiło si  jej  al tej istoty. A ze współczuciem przyszło 

rozładowanie napi cia. Odetchn ła gł boko, wsysaj c w siebie powiew  ycia. 

Od ył wreszcie złakniony tlenu mózg. 

Kiedy Julia starała si  nawdycha , ile tylko mogła, stwór przemówił. Dziura, 

rozwarłszy si  gdzie  na odartej ze skóry głowie potwora, wydobyła z siebie 

jedno, bezd wi czne niemal słowo. 

Słowem tym było jej imi . 

- Julia - usłyszała z przera eniem. 

 

Kirsty odstawiła swoj  szklank  i spróbowała wsta . 

- Dok d idziesz? - zapytał j  Neville. 

- A jak my lisz? Dok d mog  i ? - odpowiedziała, z wysiłkiem opanowuj c 

rozlu niony alkoholem j zyk. 

- Czy mog  w czym  pomóc? - zagadn ł Rory. Powieki mu si  zamykały, a na 

twarzy malował si  błogi wyraz upojenia. 

- Jestem wy wiczona w czynno ciach domowych - odpowiedziała ni st d, ni 

zow d Kirsty, wzbudzaj c u zgromadzonych niepohamowany  miech. Była 

zadowolona z siebie, jednak dowcip nie nale ał do jej silnych stron. Chwiejnym 

krokiem ruszyła w kierunku drzwi. 

- To jest ostatni pokój na prawo, na ko cu korytarza - poinformował j  Rory. 

- Przecie  wiem - powiedziała i wyszła z pokoju. 

Nie przepadała za uczuciem zamroczenia alkoholem, ale dzisiaj czuła si  w 

tym stanie  wietnie. Nogi miała jak z waty, czuła si  lekko. By  mo e jutro 

po ałuje tego,  e bez oporów wlewała dzi  w siebie alkohol. Ale do jutra było 

jeszcze sporo czasu. Je li chodzi o dzisiejsz  noc, mogła nawet lata . 

background image

 

22 

Odnalazła drog  do łazienki i ul yła p cherzowi. Potem spryskała twarz 

zimn  wod . Była gotowa,  eby rozpocz  drog  powrotn  do pokoju. 

Zrobiła trzy kroki wzdłu  korytarza, kiedy zdała sobie spraw ,  e kto  tam 

wył czył  wiatło, podczas gdy była w łazience. Ten sam kto  stał teraz o kilka 

kroków od niej. Zatrzymała si . 

- Cze ... - powiedziała. Czy to hodowca kotów poszedł za ni  na gór  w 

nadziei,  e udowodni, i  jest facetem z jajami? - Czy to ty? - zapytała nie zdaj c 

sobie sprawy z bezowocno ci takiego formułowania pytania. 

Odpowiedzi jednak nadal nie było. Poczuła si  nieswojo. 

- No przesta ... - powiedziała lekkim tonem, licz c,  e zamaskuje w ten sposób 

swój niepokój. - Kto tam jest? 

- To ja - powiedziała Julia. Miała jednak dziwny głos. Gardłowy; mo e 

płaczliwy. 

- Czy dobrze si  czujesz? - zapytała j  Kirsty.  ałowała,  e nie mo e zobaczy  

twarzy Julii. 

Tak - padła odpowied . - Dlaczego miałabym czu  si   le? 

Wypowiadaj c te kilka stów, Julia wzi ła si  w gar  i zacz ła odgrywa  rol  

osoby beznami tnej. Głos nabrał czystej barwy, podwy szył si . 

- Jestem tylko troch  zm czona - kontynuowała. - Zdaje si ,  e dobrze si  tam 

na dole bawicie. 

- Czy nie dajemy ci spa ? 

- Bro  Bo e! Nie - głos zaprzeczył - po prostu szłam wła nie do łazienki. 

Zamilkła na chwil  i potem dodała: 

- Wracaj na dół i bawcie si  dobrze. 

Teraz Kirsty posun ła si  kilka metrów do przodu w stron  Julii. W ostatniej 

chwili Julia zeszła jej z drogi, unikaj c najdrobniejszego cho by kontaktu. 

-  pij dobrze - powiedziała Kirsty schodz c ze schodów. 

Ale ze strony, gdzie tkwił cie , nie usłyszała ju  odpowiedzi. 

 

Julia nie spała dobrze. Ani tej nocy, ani  adnej ju  nast pnej. 

To, co widziała w pokoju na górze, co słyszała, i, w ko cu, co czuła - 

wystarczyło, by ju  nigdy nie mogła zazna  spokoju. Zaczynała wierzy  w to, 

czego tam do wiadczyła. 

On tam był. Frank, brat Rory'ego tam był. W domu. Był tam teraz i przez 

cały czas, od dawna! Odci ty od  wiata, w którym  yła, oddychała, ale 

wystarczaj co blisko, by utrzymywa  w tły,  ałosny kontakt. Pytania na ten 

temat kł biły si  w jej głowie. Julia nie mogła na nie znale   adnej odpowiedzi. 

Człowiecze resztki w  cianie nie miały ani siły, ani czasu, by wyja ni  swój stan. 

Wszystko, co posta  zdołała powiedzie , zanim  ciany zacz ły si  na powrót 

zamyka , a tynk i farba znowu pokryły je, ograniczyło si  do kilku z trudem 

wypowiedzianych słów: 

- Julia. - A potem po prostu: - To ja, Frank. 

Potem Frank wypowiedział jeszcze tylko jedno słowo: „Krew”. 

Potem znikn ł całkowicie. Pod Juli  ugi ły si  nogi. Na pół opadła, na pół 

wryła plecami w  cian  po przeciwnej stronie pokoju. Kiedy odzyskała 

wiadomo , nie było ju  tajemniczego  wiatła. Nie było te  ledwie  ywej postaci 

background image

 

23 

okutanej w szmaty, kryj cej si  w  cianie.  wiat rzeczywisty znów obj ł władz  

nad sytuacj . 

Ale by  mo e nie do ko ca jednak. Przecie  Frank stale tam był, w pokoju na 

górze. Co do tego nie miała  adnych w tpliwo ci. Mo e nie był widoczny, ale 

czuła jego obecno . Był w pułapce pomi dzy sfer  zajmowan  przez ni  i jakim  

innym miejscem: miejscem, sk d dochodziło bicie dzwonów. Miejscem spowitym 

w ciemno ciach. Czy Frank umarł? Czy o to chodzi? Mimo  e wchłoni ty zeszłego 

lata przez opustoszały pokój, jednak pozostał tam jego duch, czekaj cy na 

egzorcyzmy? A je li tak, to co si  stało z jego ziemsk  powłok ? Tylko dalszy 

kontakt z Frankiem, albo z jego resztkami, da  mógłby odpowied . 

Nie miała w tpliwo ci, w jaki sposób mo e mu u yczy  swoich sił. Dał jej 

jasn  wskazówk . 

Powiedział „krew”. Nie wypowiedział tego słowa jak oskar enie, ale jak 

danie. 

Rory wykrwawił si  w tym pokoju, a plamy pó niej znikn ły. W jaki  sposób 

duch Franka -je li to był on - nasycił si  krwi  brata i w ten sposób zdobyta siła 

starczyła, by wydostał si  ze swojej celi i nawi zał jaki  kontakt ze  wiatem 

zewn trznym. Co zatem jeszcze mogła zrobi , je li nie zwi kszy  ilo ci 

po ywienia? 

My lała o u ciskach Franka, o jego szorstko ci, uporze. Czegó  by nie zrobiła, 

by znów prze y  tamte dawne z nim chwile? I istniała nadzieja,  e b dzie to 

mo liwe. A je li tak i je li mogłaby mu da  to, czego potrzebował - po ywienia, 

czy nie zaskarbiłaby sobie jego wdzi czno ci? Czy nie byłby potem jej 

ulubie cem; uległym albo i brutalnym, w zale no ci od jej kaprysu? My li nie 

dawały jej zasn . Naruszyły spokój, ale i wygnały smutek z jej serca. Zdała sobie 

spraw ,  e przez cały czas była zakochana i za nim t skniła. Je li krew miałaby 

go jej zwróci , dostanie zatem krwi. Bez wzgl du na konsekwencje. 

 

W ci gu nast pnych dni nauczyła si  na nowo u miecha . Rory wzi ł t  jej 

odmian  za dobr  monet . S dził,  e zmiana nastroju wynika ze szcz cia, jakie 

dla niej oznacza nowy dom. Jej dobry humor wywoływał i u niego podobn  

reakcj . Zabierał si  do urz dzania domu z now  energi . 

Powiedział,  e wkrótce zabierze si  do pracy na pi trze. Zlokalizuje wówczas 

ródło wilgoci w wielkim pokoju i przemieni go w sypialni  dla swoje ksi niczki. 

Ucałowała go w policzek, gdy o tym mówił, ale powiedziała,  e si  jej nie  pieszy. 

Mówiła,  e sypialnia, któr  maj  teraz, jest zupełnie odpowiednia. Rozmowa o 

sypialni sprawiła, a chwycił j  za szyje, przyci gn ł do siebie i zacz ł szepta  

dziecinnym głosem do jej ucha ró ne nieprzyzwoito ci. Nie odmówiła. Potulnie 

poszła z nim na gór  i pozwoliła mu rozebra  si . Tak, jak to lubił. Rozpinał 

guziki brudnymi od farby palcami. Udawała,  e ceremonia rozbierania podnieca 

j , ale dalekie to było od prawdy. 

Jedyn  rzecz , która wzbudzała w niej cho  troch  podniecenia, kiedy le ała 

na trzeszcz cym łó ku z jego cielskiem miedzy nogami, było wyobra anie sobie, 

e to Frank si  z ni  kocha. 

Kilkakrotnie jego imi  pchało si  jej na usta. Za ka dym razem nie pozwalała 

im go jednak wymówi . W ko cu otwarła oczy, by powróci  do szarej 

background image

 

24 

rzeczywisto ci. Rory  linił jej twarz pocałunkami. Na dotyk jego ust cierpły jej 

policzki. 

Zdała sobie spraw ,  e zbyt cz sto nie b dzie w stanie tego z Rory'm robi . 

Zbyt wiele wysiłku kosztowało j  udawanie posłusznej  ony: serce by jej p kło. 

Kiedy wi c le ała pod nim, a wrze niowy wietrzyk, dostawszy si  przez 

otwarte okno do pokoju, owiewał jej twarz, zacz ła knu  spisek. Spisek dla 

zdobycia krwi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

25 

Rozdział 5

 

 

Czasami wydawało mu si ,  e wieki całe min ły, kiedy spoczywał w  cianie. 

Wieki, które, jak si  mo e pó niej okaza , s  tylko przemijaj cymi godzinami 

albo nawet minutami. 

Teraz wszystko si  zmieniło; miał szans  st d uciec. Jego duch wpadał w 

radosny nastrój na sam  my l o tym. Była to wprawdzie krucha szansa, co do 

tego nie chciał siebie samego okłamywa . Było wiele powodów, z których całe 

przedsi wzi cie mogło spali  na panewce. Po pierwsze, Julia. Pami tał j  jako 

pospolit , wypindrzon  kobiet , której wychowanie uniemo liwiało prze ycie 

prawdziwej rozkoszy. Miał j , oczywi cie. Jeden raz. Pami tał ten dzie , po ród 

tysi cy, w których prze ywał akt miło ci, z pewn  satysfakcj . Opierała si  mu 

tylko tyle, ile wymagała tego jej pró no . A potem oddała mu si  z tak 

gwałtownym zapałem,  e prawie stracił nad sob  panowanie. 

W innych okoliczno ciach zdmuchn łby j  spod nosa niedoszłemu m usiowi, 

ale braterska solidarno  nie zezwalała na to. Zreszt  w tydzie  lub dwa miałby 

jej ju  dosy  i pozostałby z kobiet , której ciało nie stanowiłoby  adnej dla niego 

atrakcji, a dodatkowo miałby na karku brata. Wszystko to nie było warte 

zachodu. 

Poza tym, były jeszcze nowe  wiaty do zdobycia. Nast pnego dnia pojechał na 

Wschód: do Hong Kongu i Sri Lanki. W pogoni za bogactwem i przygod . 

Znalazł je. Przynajmniej na jaki  czas. Wcze niej lub pó niej wszystko 

przepłyn ło mu mi dzy palcami. Z czasem zacz ł si  zastanawia , czy to 

okoliczno ci pozbawiały go tego wszystkiego, co cenne w  yciu, czy te  on sam nie 

potrafi tego dobra utrzyma . Pogo  my li, skoro tylko rozpocz ła si , przybierała 

coraz wi ksze tempo. Gdziekolwiek si  nie pojawił, znajdował dowody tej 

przykrej prawdy: nie osi gn ł ani nie spotkał niczego w swoim  yciu. Ani  adnej 

osoby, ani stanu ducha czy ciała. Gotów był dla uzyskania tego na najwi ksze 

nawet cierpienia. 

Rozpocz ła si  droga po równi pochyłej. Prze ył trzy miesi ce depresji i 

rozgoryczenia na granicy samobójstwa. Ale nawet odkryty w ten sposób nihilizm 

nie przyniósł mu ulgi. Je li nie istniało nic, co warte byłoby  ycia, nie istniało te  

nic, dla czego warto byłoby umiera . Bł kał si  mi dzy tymi skrajno ciami, a  

my li ust piły wizjom jakiegokolwiek narkotyku, jaki wpadał mu w r ce. 

Jak dowiedział si  o kostce Lemarchanda? Ju  nie pami tał. Mo e w knajpie, 

mo e w rynsztoku, z ust jakiego  samotnika. Wówczas było to dla niego co  

wielkiego: marzenie o krainie rozkoszy, w której ci, których zm czyły płoche 

przyjemnostki człowieczego bytu, mogli odkry  nowy wymiar rozkoszy. Jaka 

miała by  droga do tego raju? Było ich kilka, jak mu mówiono. Mapy przestrzeni 

mi dzy tym, co prawdziwe, i tym, co prawdziwsze, wykonane przez podró ników, 

których ko ci od dawna ju  kryła ziemia. Jedna z takich map miała si  

znajdowa  w piwnicach watyka skich, ukryta w kodzie teologicznych rozpraw, 

nie czytanych od czasów Reformacji. Inna, w formie dzieła origami, miała by  

rzekomo w posiadaniu markiza de Sade, który u ył jej, b d c wi niem Bastylii, 

jako zapłaty stra nikowi za papier, na którym napisał „Sto dwadzie cia dni 

Sodomy”. Jeszcze inna była dziełem rzemie lnika wytwarzaj cego pozytywki, 

background image

 

26 

zwanego Lemarchandem. Była to wła nie pozytywka tak zaprojektowana,  e 

mo na było bawi  si  ni  przez połow   ycia i jeszcze nie dosta  si  do jej  rodka. 

Opowie ci. Opowie ci. Mimo  e nauczył si  nie wierzy  ju  w nic, było mu 

niezwykle trudno wybi  sobie z głowy t , trudn  do sprawdzenia, prawd . Mijał 

czas, a fantazje wci  szumiały mu w głowie. 

Było to w Düsseldorfie, dok d pojechał przemycaj c heroin . Tam znów 

usłyszał histori  kostki Lemarchanda. Jego ciekawo  raz jeszcze wystawiona 

została na prób . Tym razem jednak tak długo tropił historyjk , a  znalazł jej 

ródło. Człowiek nazywał si  Kircher, cho  pewnie przyznawałby si  jeszcze do 

wielu innych nazwisk. Tak, Niemiec potwierdził istnienie kostki. Owszem, znal 

sposób udzielenia Frankowi pomocy w zdobyciu tajemniczej pozytywki. Za jak  

cen ? Drobne uprzejmo ci; tu i tam. Nic szczególnego. Frank wy wiadczył 

uprzejmo ci, umył r ce i upomniał si  o zapłat . 

Kircher dał mu wskazówki, w jaki sposób najlepiej złama  piecz  na 

wynalazku Lemarchanda. Instrukcje były cz ciowo praktyczne, a cz ciowo 

metafizyczne. Rozwi zanie zagadki polega na podró owaniu. Tak powiedział. 

Kostka, jak si  zatem wydawało, nie była map  drogi, ale drog  sam  w sobie. 

To nowe uzale nienie szybko wyleczyło go z narkotyków i alkoholu. By  mo e 

był inny sposób, by tak nagi   wiat,  eby odpowiadał jego marzeniom. 

Powrócił do domu na Lodovico Street. Do opustoszałego domu, którego  ciany 

były teraz jego wi zieniem. Przygotował si  do podró y. Tak, jak mu to wyło ył 

Kircher. Przygotował si  na przyj cie wyzwania, jakim było rozwi zanie 

Konfiguracji Lemarchanda. Nigdy jeszcze w swoim  yciu nie był tak 

wstrzemi liwy ani tak skupiony na osi gni ciu tylko jednego celu. Przez kilka 

dni, gdy zgł biał tajemnic  kostki, prowadził  ycie, które mogłoby zawstydzi  

wi tego. Cał  sw  energi  spo ytkowywał na przygotowania do ceremonii, która 

miała wkrótce nast pi . 

Był arogancki w post powaniu z Obrz dkiem Blizny. Teraz to widział. Ale oni 

byli wsz dzie - w  wiecie i poza nim. Moce, które zach cały do takiej arogancji, 

czyniły tak, bo ni  handlowały. Ale to by nie wystarczyło,  eby go pogn bi . 

Prawdziwy bł d polegał na przekonaniu, i  jego definicja przyjemno ci pokrywa 

si  z t , któr  uznaj  Cenobici. 

Było zatem tak,  e przynie li mu nieobliczalne cierpienia. Przedawkowali ze 

zmysłowo ci  do tego stopnia,  e jego  wiadomo  niemal popadała w obł d, a 

potem zaserwowali mu do wiadczenia, na których wspomnienie jeszcze dzi  

dostaje konwulsji. Oni za  to wła nie nazywali przyjemno ci . I by  mo e o to im 

chodziło. A by  mo e nie. Z ich sposobem my lenia nie mo na było by  pewnym 

niczego. Byli beznadziejnie m tni i niejednoznaczni. Nie uznawali  adnych 

nagród i kar, dzi ki którym mógłby chocia  liczy  na zel enie tortur. Nie 

obchodziło ich te   adne błaganie o lito . Próbował tego przez wiele tygodni i 

miesi cy dziel cych dzie  dzisiejszy od momentu rozwi zania zagadki. 

Po tej stronie Schizmy nie było miejsca na współczucie. Tutaj królowały 

lamenty i szyderstwo. Czasami (przez godzin  woln  od horroru lub nawet przez 

czas jednego oddechu) zdarzało mu si  płaka  ze szcz cia. Panował tu jednak 

miech: pojawiaj cy si  paradoksalnie w obliczu jakiej  kolejnej tragedii, 

modelowanej przez In yniera, w imi  nieszcz cia. 

background image

 

27 

Wymy lno  tortur rosła. Musiały zosta  kiedy  przygotowane przez umysł 

dokładnie rozumiej cy, co to znaczy cierpie . Wi niowie mieli prawo wgl du w 

wiat, w którym niegdy   yli. Ich cele -kiedy nie prze ywali akurat  adnych 

przyjemno ci - umieszczone były w miejscach z widokiem dokładnie na to samo 

miejsce, w którym rozpracowali kostk . W przypadku Franka był to pokój na 

pi trze, pod numerem pi dziesi t pi  na Lodovico Street. 

Przez wi ksz  cz  roku widok był nieciekawy. Nikt przecie  nie zagl dał do 

domu. A potem wprowadzili si  oni: Rory i  liczna Julia. I znowu zacz ł mie  

nadziej ... 

Słyszał szepty tu i tam,  e istniej  drogi ucieczki; bramy w systemie, które 

pozwalały na skupienie si  w sobie i, dzi ki sprytowi, przeci ni cie si  do pokoju, 

z którego si  przyszło. Je li wi zie  zdołał uciec, nie było sposobu, aby hierofanty 

poszły w  lad za nim. One musiałyby zosta  wezwane na t  stron  Schizmy. Bez 

takiego zaproszenia musiały pozostawa  na progu jak psy, drapi c i drapi c, ale 

bez mo liwo ci wej cia. Dlatego ucieczka, je li zostałaby uwie czona sukcesem, 

przyniosłaby dekret uwolnienia, a wi c całkowite rozwi zanie bł dnego 

mał e stwa zawartego przez wi nia. Nie było w tym zreszt   adnego ryzyka. 

Jaka kara mogłaby by  gorsza ni  my l o bólu bez nadziei na odzyskanie 

wolno ci? 

I los si  do niego u miechn ł. Niektórzy wi niowie opu cili  wiat, nie 

pozostawiwszy jakiegokolwiek znaku, który mógłby posłu y  do odtworzenia ich 

ciał. On za  pozostawił. Jego ostatni  czynno ci , je li nie liczy  krzyku, było 

opró nienie j der na podłog . Martwa sperma stanowiła skromn  pami tk  

istoty jego samego. Było to jednak wystarczaj co du o. Kiedy drogi braciszek 

Rory (słodki Rory) pozwolił szpachelce zrani  si , umo liwiło to Frankowi 

skorzysta  z jego bólu. Znalazł jaki  punkt zaczepienia dla siebie. Teraz wszystko 

zale ało od Julii. 

Czasami, m cz c si  wewn trz  ciany, my lał,  e Julia zl knie si  i pozostawi 

go na pastw  tortur. Albo te  przemy li swoj  wizj  i dojdzie do wniosku,  e było 

to przywidzenie. Je li tak b dzie, nie ma dla niego ratunku. Nie miał do  energii, 

by powtórzy  widowisko, które zaprezentował Julii. 

Ale były jednak oznaki nadziei. Na przykład to,  e powracała do pokoju przy 

dwóch czy trzech okazjach i po prostu stała tam, w milczeniu obserwuj c  cian . 

Nawet wyszeptała kilka słów, kiedy była ostatnio. Złapał jednak tylko ich 

urywane strz py. Było w ród nich słowo „tutaj”. Było te  „czekam” i „wkrótce”. 

Do , by powstrzyma  go od rozpaczy. 

Miał te  inny powód do optymizmu. Ona była stracona, czy  nie? Widział to 

w jej twarzy na dzie  przed tym, jak Rory skaleczył si . Była razem z Rory'm w 

pokoju. Smutek i frustracja bez w tpienia malowały si  na jej twarzy. 

Tak. Ona była stracona. Po lubiła człowieka, którego nie kocha, i nie widzi 

drogi wyj cia. 

No tak, tak to jest. Mogli zbawi  siebie nawzajem; poeci twierdz ,  e tak 

kochankowie winni czyni . Był tajemnic , był ciemno ci , był wszystkim, o czym 

marzyła. I je li tylko go uwolni, b dzie jej słu ył - o tak - a  jej rozkosz osi gnie 

próg w taki sposób, jak osi ga si  wszystkie progi; gdzie silny staje si  silniejszy, a 

słabszy popada w całkowit  słabo . 

background image

 

28 

Rozkosz wówczas stawała si  bólem i na odwrót. On znał to na tyle dobrze,  e 

mógł czu  si  panem w tym  wiecie. Miał nadziej ,  e z ni  b dzie w nim mieszkał 

na zawsze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

29 

Rozdział 6

 

 

W trzecim tygodniu wrze nia zrobiło si  zimno. Arktyczny chłód przyniósł z 

sob  ostry wiatr, pozbawiaj c drzewa li ci w przeci gu zaledwie kilku dni. 

Chłód zmuszał nie tylko do zmiany stroju, ale tak e do zmiany planów. 

Zamiast pieszo, Julia udała si  do miasta samochodem. Pojechała do centrum 

wczesnym popołudniem. Znalazła bar zatłoczony lud mi w porze lunchu. Mimo 

e panował do  du y ruch, nie było tu hała liwie. 

Klienci przychodzili i wychodzili. Młodzi, elegancko ubrani prawnicy i 

ksi gowi rozprawiali o swoich ambicjach i zamierzeniach. Kilku takich, z których 

tylko garnitury czyniły bogaczy, i, co bardziej interesuj ce, nieco samotnych ludzi 

popijaj cych drinki. Julia zebrała niezły plon spojrze  ogl daj cych si  za ni  

m czyzn głównie tych gogusiów w garniturach. Ale dopiero po godzinie, kiedy 

przerwa na lunch w wielu firmach ko czyła si  i trzeba było wraca  do pracy, 

dostrzegła w lustrze,  e kto  bacznie si  jej przygl da. Przez kilka minut badali 

si  wzrokiem. Julia nadal popijała, nie okazuj c najmniejszego zainteresowania. I 

nagle m czyzna wstał i podszedł prosto do jej stolika. 

- Samotne popijanie? - zapytał. 

Chciała uciec. Serce biło jej tak gło no,  e była pewna, i  nieznajomy je słyszy. 

Ale nie. Zapytał, czy ma ochot  na jeszcze jednego drinka. Powiedziała,  e 

owszem. Wyra nie zadowolony,  e jego szturm nie został odparty, zamówił dwa 

podwójne i usiadł obok. Miał czerstw , zarumienion  twarz i przynajmniej o 

jeden rozmiar za du y ciemnogranatowy garnitur. Tylko oczy zdradzały jego 

nerwowo . Chwilami patrzył na ni , ale co sekund  odrywał od niej wzrok i 

obrzucał badawczym spojrzeniem wn trze baru. 

Nie b dzie prowadziła z nim  adnych powa nych rozmów, to ju  

zadecydowała. Nie chciała wiedzie  o nim zbyt wiele. Je eli b dzie trzeba, 

najwy ej zapyta go o zawód i stan cywilny. Poza tym, niech b dzie po prostu 

ciałem. 

Jak dot d nie było niebezpiecze stwa spowiedzi. Spotykała ju  kostki 

brukowe, które były bardziej rozmowne. U miechał si  raz po raz krótkim, 

nerwowym grymasem, ukazuj cym z by zbyt pi kne, by mogły by  prawdziwe. 

Zaproponował kolejne drinki. Odmówiła tym razem, ale zapytała, czy ma czas na 

kaw . A on na to,  e ma. 

- Dom jest tylko o kilka minut st d - odpowiedziała i poszli do samochodu. 

Prowadz c wóz zastanawiała si , dlaczego poszło jej tak łatwo z t  gór  miecha 

siedz c  obok niej. Czy by ten m czyzna ze sztucznymi z bami i beznami tnymi 

oczami był stworzony do roli ofiary? By  mo e. Nie bała si  jednak niczego, bo 

wszystko było zbyt łatwe do przewidzenia. 

Kiedy przekr ciła klucz w zamku i weszła do  rodka, zdało si  jej,  e słyszy 

jaki  hałas w kuchni. Czy by Rory wrócił do domu wcze niej, mo e  le si  

poczuł? Zawołała. Nie było odpowiedzi. Dom był pusty. Prawie! 

Od samego progu, cała rzecz była dokładnie ukartowana. Zamkn ła drzwi. 

M czyzna w granatowym garniturze wpatrywał si  w swoje wypiel gnowane 

dłonie i czekał, a  Julia go ugo ci. 

background image

 

30 

- Czasami jestem bardzo samotna - powiedziała, przemykaj c obok faceta. 

Wymy liła sobie to zdanie wczoraj wieczorem, le c w łó ku. 

Skin ł w odpowiedzi. Na jego twarzy malował si  strach i niepewno ; po 

prostu nie mógł uwierzy ,  e spotyka go takie szcz cie. 

- Czy chcesz jeszcze jednego drinka? - zapytała go. - A mo e od razu 

pójdziemy na gór ? 

Przybysz skin ł znowu. 

- My l ,  e ju  do  piłem. 

- A wi c na gór . 

Zrobił niezdecydowany ruch w jej stron , jakby j  chciał pocałowa . Nie 

miała jednak ch ci na jego zaloty. Umkn wszy mu, zgrabnie wst piła na stopnie 

schodów. 

- Ja poprowadz  - powiedziała. M czyzna potulnie pod ył za ni . 

U szczytu schodów spojrzała na niego do tyłu i zobaczyła, jak chustk  do nosa 

ociera sobie pot z czoła. Zaczekała a  do niej doł czy i potem poprowadziła go do 

pokoju. 

Drzwi stały otworem. 

- Wejd , prosz  - powiedziała. 

Posłuchał polecenia. Skoro znalazł si  w  rodku, musiał przez kilka chwil 

przyzwyczaja  si  do mroku. Jeszcze troch  trwało, zanim dokonał odkrycia: 

- Przecie  tu nie ma łó ka. 

Julia zamkn ła drzwi i wł czyła  wiatło. Na drzwiach zawiesiła jedn  z 

marynarek Rory'ego. W kieszeni ukryty był nó . 

A m czyzna znowu: 

- Tu nie ma łó ka. 

- A co, podłoga ci si  nie podoba? - odparła. 

- Na podłodze? 

- Lepiej  ci gnij marynark . Jest ci za gor co. 

- O, tak - zgodził si , lecz ani drgn ł. Julia podeszła do niego i zacz ła 

rozwi zywa  mu krawat. Trz sł si , biedna owieczka! Biedny baranek 

prowadzony na rze . Kiedy zdj ła mu krawat z szyi, pocz ł  ci ga  marynark . 

Zastanawiała si , czy Frank to widzi. Jej oczy w drowały raz po raz na 

ułamek sekundy w stron   ciany. 

Tak - pomy lała. - On tam jest. I widzi. On wie. Oblizuje usta i dr y z 

niecierpliwo ci. 

„Baranek” przemówił: 

- Dlaczego ty nie... - zacz ł. - Dlaczego ty te ... 

- Czy chciałby  zobaczy  mnie nag ? - droczyła si  z nim. Oczy poja niały mu 

z podniecenia. 

- Tak - powiedział szybko. - Tak, chciałbym. 

- Bardzo? 

- Bardzo. 

Rozpinał guziki swojej koszuli. 

- Mo e zobaczysz - powiedziała. U miechn ł si  do niej cierpko. 

- Czy to jaka  gra? - zagadn ł j  znowu. 

background image

 

31 

- Je li tego chcesz - powiedziała i pomogła mu wydosta  si  z koszuli. Jego 

ciało było blade jak wosk. Klatka piersiowa wydatna, brzuch te . Poło yła mu 

dłonie na twarzy. Pocałował koniuszki jej palców. 

- Jeste  pi kna - powiedział, wyrzucaj c z siebie słowa z wysiłkiem, jakby 

nabrzmiewały mu w gardle od wieków. 

- Naprawd ? 

- Przecie  wiesz. Jeste   liczna. Jeste  najpi kniejsz  kobiet , jak  w  yciu 

widziałem. 

- To bardzo miło z twojej strony - powiedziała i odwróciła si  do drzwi. 

Słyszała jak za jej plecami facet rozpina pasek, a spodnie zsuwaj  si  mu z nóg. 

Tylko tyle i nic wi cej - pomy lała. Nie miała ochoty ogl da  go w adamowym 

stroju. Miała do  patrzenia na niego w tym stanie. 

Si gn ła do kieszeni w marynarce. 

- O Bo e - baranek powiedział z nagła. Nie wyj ła zatem no a, tylko odwróciła 

si  i zapytała: 

- O co chodzi? 

Je li obr czka na palcu nie zdradziłaby jego statusu do tej pory, poznałaby w 

nim  onatego m czyzn  po gaciach, które nosił - workowatych i spranych. 

Bieli nie kupionej mu pewnie przez  on , która od dawna nie my lała o nim jako 

o kochanku. 

- My l ,  e musz  si  wysiusia  - powiedział. - Zbyt wiele whisky - wyja nił. 

Wzruszył z lekka ramionami i skierował si  w stron  drzwi. 

- Tylko na chwileczk  - powiedział do jej pleców. Ale jej r ka trafiła z 

powrotem do kieszeni w marynarce, zanim padły te słowa. Post pił w kierunku 

drzwi. Julia odwróciła si  do niego z rze nickim no em w dłoni. 

Nie był do  bystry, by spostrzec ostrze. Dopiero w ostatniej chwili na jego 

twarzy pojawił si  okropny wyraz, zdziwienia raczej ni  strachu. Był to jednak 

krótkotrwały grymas. W sekund  pó niej ostrze tkwiło w jego wn trzno ciach, 

tn c brzuch jak masło. Julia wyj ła nó  i wpakowała mu go powtórnie w ciało. 

Buchn ła krew. Wydawało si  jej,  e pokój zacz ł si  chwia , a cegły wpadły 

w dr enie na widok wylewaj cego si  z ran strumienia. 

Przez sekund  podziwiała ten fenomen, ale ju  w nast pnej chwili baranek 

przekl ł szpetnie. Zamiast jednak ucieczki spod no a, jak tego oczekiwała Julia, 

facet zrobił krok w jej stron  i wydarł jej nó  z r ki. Nó  poleciał po podłodze i 

zatrzymał si  na  cianie. Teraz facet rzucił si  na ni . 

Chwycił j  za włosy i poci gn ł. Wydawało si ,  e nie chce jej atakowa , ale 

raczej szuka drogi ucieczki - skoro tylko Julia usun ła si  spod drzwi, wypu cił 

p k jej włosów z dłoni. Opadła na  cian  patrz c jak m czyzna mocuje si  z 

klamk , a drug  r k  trzyma si  za poraniony brzuch. 

Teraz działała z szybko ci  pantery. Szybko podbiegła do miejsca, gdzie 

upadł nó  i znów rzuciła si  na swoj  ofiar . Udało mu si  uchyli  drzwi, ale nie 

na tyle, by mógł wyj . Wbiła nó  w jego zaczerwieniony kark. Zawył z bólu i 

wypu cił z dłoni klamk . Wysuwała ju  narz dzie zbrodni z jego szyi i wbiła je po 

raz drugi, trzeci i czwarty. Straciła rachub  co do ilo ci pchni . Jej furia była 

zemst  za to,  e facet nie chciał upa  spokojnie i umrze  po pierwszym ataku. 

Zatacza] si  przez moment po pokoju, j cz c i wyj c. Krew płyn ła g stym 

background image

 

32 

strumieniem po jego torsie i nogach. Wreszcie, kiedy ju  stracił oddech, padł 

ci ko na kolana i zwalił si  na podłog . 

Tym razem była pewna,  e zmysły nie oszukuj  jej. Pokój, lub te  jego duch, 

odpowiedział mi kkimi westchnieniami. 

W oddali bił dzwon... 

Spostrzegła,  e baranek nie daje znaku  ycia. Podeszła do jego ciała i 

powiedziała: 

- Dosy  teraz? 

Potem poszła do łazienki umy  twarz. 

Id c korytarzem posłyszała, jak pokój j czy -nie potrafiła znale  lepszego 

słowa na okre lenie tych odgłosów. Stan ła, wahaj c si  czy nie zawróci . Ale 

krew zasychała ju  na jej dłoniach. Lepka ma  budziła w niej obrzydzenie. 

W łazience zdj ła z siebie bluzk  w kwiaty i najpierw obmyła dłonie, potem 

ramiona i wreszcie szyj . Woda chłodziła j  i głaskała czule jej ciało. Czuła si  

wietnie. Uporawszy si  z myciem, umyła dokładnie nó , spłukała umywalk  i 

wróciła korytarzem do pokoju bez tracenia czasu na wycieranie si  czy ubieranie. 

Nie potrzebowała ani jednego, ani drugiego. 

Pokój buchał gor cem, niczym piec hutniczy. Energia martwego m czyzny 

pulsowała wokół. Ale nie miała szansy dosta  si  zbyt daleko. Krew ju  płyn ła 

strumieniem w stron   ciany, gdzie ukryty był Frank. Ciecz zdawała si  wrze , 

pełzaj c w stron   ciany. Tam za , skoro osi gn ła odpowiedni dystans, znikała 

wsi kaj c bezpowrotnie w podłog . Julia patrzyła jak zaczarowana. Ale to nie 

było wszystko. Co  dziwnego działo si  ze zwłokami. Pozbawiane były ka dego 

warto ciowego elementu. Ciało wpadło w konwulsj , jakby wysysane od  rodka. 

Gazy bł dziły po jego bebechach i w gardle. Skóra wysychała błyskawicznie, 

wprost przed oczami Julii. W pewnej chwili sztuczne z by spadły w tył, do 

przełyku, a dzi sła je okalaj ce pod yły wnet za nimi. 

W kilka chwil było ju  po wszystkim. Cokolwiek mogło mie  w ciele faceta 

warto , zostało zabrane. Resztki nie zaspokoiłyby głodu gromady pcheł. Była 

zauroczona. 

Nagle  arówka zacz ła migota . Spojrzała na  cian . Była pewna,  e  ciana 

zadr y i wypluje ze swych czelu ci jej ukochanego. Ale nic takiego nie wydarzyło 

si .  arówka zgasła. Była tylko smuga  wiatła wpadaj cego do pokoju przez 

nadgryzione ju  z bem czasu rolety. 

- Gdzie jeste ? - zapytała.  ciany pozostały nieme. 

- Gdzie jeste ? 

Nadal cisza. Temperatura pokoju spadała. Na piersiach Julia dostała g siej 

skórki. Rzuciła okiem na zegarek, wci  zapi ty na resztkach r ki 

zaszlachtowanego m czyzny. Tykał jakby nigdy nic, nie odnotowawszy czasu 

apokalipsy swego wła ciciela. Było za dwadzie cia pi ta. Rory powinien wróci  za 

jakie  pół godziny, zale nie od ruchu w mie cie. A Julia miała jeszcze troch  

roboty. 

Zebrawszy granatowy garnitur i inne rzeczy, zgniotła je i wło yła w kilka 

plastikowych worków. Potem poszła po co  wi kszego,  eby zebra  pozostało ci 

po ciele ofiary. Miała nadziej ,  e Frank pomo e jej przy tej robocie, ale skoro on 

si  nie pokazywał, wszystko spoczywało na jej barkach. 

background image

 

33 

Kiedy wróciła do pokoju, unicestwianie resztek ciała ofiary wci  

post powało, ale teraz ju  znacznie wolniej. By  mo e Frank wci  znajdował 

pokarm, który mo na było wycisn  z ciała, cho  miała co do tego w tpliwo ci. 

By  mo e jego osłabione ciało nie miało do  siły, by skutecznie wydobywa  cenne 

k ski. 

Kiedy popakowała wszystko w torb , wa yła ona mniej wi cej tyle, co małe 

dziecko. Zawi zała worek i wła nie miała zej  do samochodu, gdy usłyszała,  e 

drzwi do domu otwieraj  si . 

Odgłosy wyzwoliły w niej panik , której za wszelk  cen  chciała unikn . 

Zacz ła si  trz

, a łzy same popłyn ły jej z oczu. 

- Tylko nie teraz... - powiedziała do siebie, ale uczucie nie znikn ło od samego 

powtarzania. 

W pól drogi po schodach Rory zawołał: 

- Kochanie? 

Kochanie!  miechu warte, ale Julia nie była w nastroju. Była tutaj, je li chciał 

j  znale  - jego kochanie, jego kotu  - z obmytymi napr dce piersiami i trupem 

w ramionach. 

- Gdzie jeste ? 

Zawahała si  czy odpowiedzie , niepewna brzmienia, jaki przybra  by mógł 

jej głos. 

Zawołał po raz trzeci. Głos zmienił si , kiedy przeszedł przez kuchni . Za 

chwil  Rory przekona si ,  e Julia nie gotuje zupy, nie stoi przy kuchence. Potem 

na pewno pójdzie na pi tro. Miała zatem dziesi  sekund, mo e pi tna cie. 

Staraj c si  porusza  bezszelestnie w obawie, by Rory jej nie wykrył, 

przeniosła tobołek do pustego pokoju na ko cu korytarza. Był zbyt mały na 

sypialni  (ewentualnie byłby dobry dla dziecka), wi c u ywali go jako graciarni . 

Znajdowały si  tu na wpół opró nione skrzynki, meble, których nigdzie nie udało 

si  wpasowa , najró niejsze  mieci. Zostawiła resztki ciała m czyzny, by po 

pewnym czasie powróci  po nie. Ukryła je za uszkodzonym fotelem. Zamkn ła 

drzwi na klucz dokładnie w momencie, gdy Rory zacz ł wchodzi  na schody. 

- Julia? Julia, kochanie, jeste  tam? 

W lizn ła si  do łazienki i spojrzała w lustro. Ukazał si  jej zamazany portret. 

Podniosła bluzk , która zwisała z brzegu wanny i zało yła j  na siebie. Nie 

pachniała najlepiej i bez w tpienia była na niej krew, pomi dzy wzorzystymi 

kwiatami, ale nie miała nic lepszego pod r k . 

Rory nadchodził korytarzem. Słyszała jego słoniowaty chód. 

- Julia? 

Tym razem odpowiedziała, nie usiłuj c opanowa  dr enia głosu. Lustro 

potwierdziło jej obawy: musi po ali  mu si ,  e nie jest w najlepszym nastroju. 

Musiała to jako  uwiarygodni . 

- Czy dobrze si  czujesz? - zapytał. Był za drzwiami. 

- Nie - powiedziała. - Mdli mnie. 

- O Jezu, kochanie... 

- Zaraz b dzie po wszystkim. 

Nacisn ł klamk , ale ona zamkn ła wcze niej drzwi na zatyczk . 

- Czy mo esz mnie jeszcze przez chwil  zostawi  sam ? 

background image

 

34 

- Czy zadzwoni  po pogotowie? 

- Nie - odparła. - Naprawd  nie. Ale ch tnie napiłabym si  troch  brandy. 

- Brandy... 

- B d  na dole jak najszybciej. 

- Jak Pani sobie  yczy - za artował. Liczyła jego kroki kiedy pod ał ku 

schodom, a potem jak zst pował po stopniach. Kiedy uznała,  e jest ju  poza 

zasi giem jego słuchu, otworzyła łazienk  i wyszła na korytarz. 

Popołudniowe sło ce zachodziło szybko. Korytarz wygl dał jak nie o wietlony 

tunel. 

Z dołu dochodziły odgłosy uderzania butelki w kieliszek. Przeszła tak szybko, 

jak to tylko było mo liwe, do pokoju Franka. 

Z mrocznego wn trza nie dochodził nawet najmniejszy szelest.  ciany 

przestały dr e . Ucichły te  d wi ki dzwonów. Otwarła drzwi; zaj czały lekko. 

Jeszcze nie do ko ca wysprz tała pokój po krwawej robocie. Na podłodze był 

kurz, kurz z ludzkiego ciała. Skrawki wyschni tej skóry. Ukucn ła, by zebra  je 

dokładnie. Rory miał racj . Była rzeczywi cie doskonał  gospodyni ! 

Kiedy powstała, co  poruszyło si  w najciemniejszym k cie pokoju. Spojrzała 

w stron , z której dochodził odgłos, ale zanim zdołała dostrzec majacz cy cie , 

odezwał si  głos: 

- Nie patrz na mnie. 

Był to głos nadzwyczaj utrudzonego człowieka - kogo  wyniszczonego 

prze yciami, ale był to głos człowieka, nie zjawy. Sylaby niosło to samo powietrze, 

którym oddychała Julia. 

- Frank? - powiedziała. 

- Tak... dotarł do niej załamuj cy si  głos. - To ja. 

Z dołu Rory znów zawołał do niej: 

- Czy ju  czujesz si  lepiej? 

- Tak, prawie dobrze - odparła. 

Głos za jej plecami wypowiedział jeszcze: 

- Nie pozwól mu dosta  si  blisko mnie - słowa wypowiedziane były szybko i 

gwałtownie. 

- W porz dku - wyszeptała do niego, a potem do Rory'ego, gło niej: - B d  za 

sekundk . Wł cz jak  muzyk . Co  spokojnego. 

Rory odpowiedział,  e wł czy, i spocz ł na kanapie. 

- Jeszcze nie jestem gotowy, by ci si  pokaza  - powiedział głos Franka. - Nie 

chc ,  eby  mnie ogl dała... nie chc ,  eby ktokolwiek mnie widział w takim 

stanie... nie teraz. 

Na chwil  zamilkł i doko czył: 

- Julio! B d  musiał mie  wi cej krwi. 

- Wi cej! 

- Tak. I to szybko. 

- Ile jeszcze? - zapytała ciemno ci. Tym razem pochwyciła jednak jakie  

zarysy jego wygl du. Nic dziwnego,  e nie chciał si  pokazywa . 

- Po prostu wi cej - powiedział. Mimo  e mówił zaledwie nieco gło niej, ni  by 

szeptał, było w głosie ponaglenie, które j  zmartwiło. 

- Musz  i  - powiedziała, słysz c dobiegaj ce j  odgłosy muzyki. 

background image

 

35 

Tym razem ciemno ci nie odpowiedziały. W drzwiach odwróciła si . 

- Ciesz  si ,  e jeste  - powiedziała. Kiedy zamkn ła za sob  drzwi, posłyszała 

głos podobny troch  do  miechu, a troch  do szlochu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

36 

Rozdział 7

 

 

- Kirsty, to ty? 

- Tak? Kto mówi? 

- To ja, Rory... 

Poł czenie nie było najlepsze, jakby zalało gdzie  kabel telefoniczny. Była 

jednak szcz liwa,  e do niej zadzwonił. Niecz sto mu si  to zdarzało, a kiedy ju  

odzywał si  po drugiej stronie drutu, wyst pował w imieniu swoim i Julii. Ale tym 

razem, nie. Teraz Julia była tematem rozmowy. 

- Co  niedobrego si  z ni  dzieje, Kirsty - powiedział. - Nie wiem, co to jest. 

- To znaczy, jest chora? 

- Mo e. Jest jaka  taka dziwna. I wygl da okropnie. 

- Czy rozmawiałe  ju  z ni  o tym? 

- Ona twierdzi,  e z ni  wszystko w porz dku. Ale widz ,  e nie. My lałem,  e 

mo e ty z ni  rozmawiała . 

- Nie widziałam jej od czasu parapetówy. 

- Jest jeszcze inna sprawa. Ona nawet nie chce wychodzi  z domu. To zupełnie 

nie w jej stylu. 

- Czy chcesz,  ebym... zamieniła z ni  dwa słowa? 

- Mogłaby ? 

- Nie wiem, czy to co  da, ale spróbuj . 

- Nie mów jej,  e dzwoniłem. 

- Oczywi cie,  e nie. Wpadn  do niej jutro. 

(- Jutro. To musi by  jutro. 

- Tak... wiem. 

- Boj  si ,  e si  zatrac , Julio. Staczam si . ) 

- A ja zadzwoni  do ciebie z biura w czwartek. Powiesz mi, co z ni  wła ciwie 

jest. 

(- Staczasz si ? 

- B d  wiedzieli,  e mnie nie ma. 

- Kto? 

- Blizna. Te gnoje, które mnie zabrały... 

- Czekaj  na ciebie? 

- Zaraz za  cian . ) 

Rory powiedział jej, jak bardzo jest wdzi czny, a ona z kolei - e dla 

prawdziwego przyjaciela to drobnostka. Rory odło ył słuchawk  na widełki. 

Teraz oboje opiekowali si  Juli  - cieszyli, gdy czuła si  dobrze, i martwili, 

gdy miała złe sny. 

Była to jedyna rzecz, która ich zacz ła ł czy . 

 

M czyzna nosz cy biały krawat nie tracił czasu. Niemal natychmiast po tym, 

jak ich oczy spotkały si , podszedł do Julii. Zdecydowała jednak, mimo  e do niej 

sam podszedł,  e nie jest odpowiedni. Zbyt silny, zbyt pewny siebie. Po tym, jak 

pierwszy si  opierał, postanowiła,  e b dzie wybiera  staranniej. Tak wi c, kiedy 

Biały Krawat zapytał, co pije, powiedziała mu,  eby dał jej spokój. 

background image

 

37 

Najwyra niej był przyzwyczajony do odmowy ze strony kobiet, gdy  od razu 

wrócił na swoje miejsce przy barze. Julia za  powróciła do swojego drinka. 

Strasznie padało - ju  od trzech dni. W barze było te  mniej klientów ni  

przed tygodniem. Raz po raz jaki  zmokły szczur zagl dał na drinka i po 

kwadransie znikał. A czas gonił. Było ju  po drugiej. Tym razem nie chciała 

ryzykowa ,  e przy łapie j  wracaj cy wcze niej z pracy Rory. Dopiła drinka i 

zdecydowała,  e ten dzie  nie b dzie szcz liwy dla Franka. Wyszła z baru na 

deszcz, rozpostarła nad głow  parasol i ruszyła w stron  samochodu. Od razu 

jednak usłyszała z tyłu za sob  czyje  kroki. Wkrótce Biały Krawat zrównał si  z 

ni  i powiedział: 

- Mój hotel jest niedaleko st d. 

- Aha... - odrzekła tylko i szła dalej. Ale on nie dał si  tak łatwo zby . 

- Jestem tu tylko przez dwa dni - powiedział. Nie ku  mnie - pomy lała. 

- Po prostu szukam towarzystwa... - ci gn ł - nie mam do kogo otworzy  ust. 

- Czy by? 

Chwycił j  za nadgarstek tak mocno,  e prawie krzykn ła. Wtedy wiedziała 

ju ,  e b dzie musiała go zabi . On za  dostrzegał w jej oczach po danie. 

- Do hotelu? - zapytał. 

- Nie za bardzo lubi  hotele. S  takie bezosobowe. 

- Masz lepszy pomysł? - powiedział. Oczywi cie,  e miała. 

Powiesił ociekaj cy wod  płaszcz na stojaku w sieni. Julia zaproponowała mu 

drinka. Na imi  miał Patrick i przyjechał tu z Newcastle. 

- W interesach. Ale nie za dobrze mi poszło tym razem. 

- Dlaczego? Wzruszył ramionami: 

- Pewnie nie jestem zbyt dobry w biznesie. Ot, co! 

- A czym si  zajmujesz? - zapytała. 

- A co ci  to, tak naprawd , obchodzi? - odparł szybko i ostro. 

U miechn ła si  cierpko. Musi go szybko zabra  do pokoju na górze, zanim 

polubi jego towarzystwo. 

- To mo e darujmy sobie w ogóle t  pogaw dk ? - powiedziała. Poszła na 

całego, ale nic lepszego nie przyszło jej do głowy. Wypił jednym haustem reszt  

drinka i pod ył za Juli . 

Tym razem nie zostawiła uchylonych drzwi, ale zamkn ła je na klucz. Faceta 

zaintrygowało to. 

- Ty pierwsza - powiedział, kiedy otwarła drzwi. 

Poszła wi c pierwsza. On za ni . Tym razem postanowiła,  e nie b dzie 

adnego rozbierania. Je li troch  cennej krwi miało wsi kn  w jego ubranie, 

niech tak b dzie. Byle tylko nie dawa  mu szansy na spełnienie tego, co mu chodzi 

po głowie w pokoju, w którym przecie  nie s  sami. 

- Zamierzasz si  pierdoli  tu, na tej podłodze? - zapytał wprost. 

- Masz co  przeciwko? 

- Nie, je li to tobie pasuje - odparł i wpił si  w jej usta, penetruj c jej z by 

j zykiem. Zauwa yła,  e ju  jest podniecony; czuła,  e ju  mu stwardniał. Ale na 

ni  czekała tutaj robota. Musi przela  krew i nasyci  swego podopiecznego. 

background image

 

38 

Przerwała pocałunek i próbowała wy lizn  si  z jego ramion. Nó  umie ciła 

zawczasu w kieszeni marynarki, na drzwiach. Kiedy nie mogła go dosi gn , nie 

czuła si  pewnie wobec m czyzny. 

- Jaki  problem? - zapytał. 

- Nie... - odparła. - Ale nie musimy si  te  tak bardzo  pieszy . Mamy 

mnóstwo czasu! 

Dotkn ła rozporka spodni m czyzny, by go upewni  o swoich zamiarach. Jak 

głaskany pod szyj  pies, m czyzna przymkn ł oczy. 

- Jeste  dziwna, wiesz?... - zauwa ył. 

- Teraz nie patrz - zawołała nagle. 

- Hmm? 

- Zamknij oczy! 

Nie wiedział, o co chodzi, ale posłuchał. Cofn ła si  do drzwi i na wpół 

obróciła, by wyci gn  nó  z kieszeni, a jednocze nie nie traci  faceta z oczu. 

Miał zamkni te oczy i rozpinał wła nie rozporek, kiedy Julia chwyciła 

r koje  no a. 

Nagle cie  poruszył si . 

Usłyszał hałas i natychmiast otworzył oczy. 

- Co to było? - zapytał wpatruj c si  w ciemno ci. 

- Nic - stwierdziła wyci gn wszy bez przeszkód nó  ze skrytki. Odwrócił si  i 

oddalał od niej, id c w poprzek pokoju. 

- Tam kto  jest... 

- Nie! 

-... tutaj! 

Ostatnie słowo zamarło mu na ustach, gdy spostrzegł poruszenie w rogu 

pokoju. 

- Co... Na Boga! Co to jest? 

Wskazał palcem w gł b pokoju. Ona ju  jednak go miała. Zacz ła szatkowa  

mu kark z rze nick  dokładno ci . Krew trysn ła natychmiast g stym 

strumieniem, uderzaj c głucho o  cian . Słyszała odgłosy ukontentowania, 

wydawane przez Franka, a potem skarg  m czyzny: długi i niski j k. Chwycił 

si  za szyj ,  eby zatamowa  upływ krwi, ale zaatakowała znowu. Bez lito ci ci ła 

po palcach, po twarzy. Wreszcie, zachwiał si  i padł na podłog . 

Usun ła si ,  eby nie zawadzi  o jego nogi. W rogu widziała Franka, jak 

kołysze si  wr cz z rado ci. 

- Moja dobra kobietko... - powiedział. 

Nie wiedziała, czy to tylko złudzenie, czy te  rzeczywi cie jego głos był ju  

znacznie wyra niejszy. Przypominał jej głos, który słyszała tysi ce razy, 

rozpami tuj c chwile rozkoszy sprzed lat. 

Nagle u drzwi zadzwonił dzwonek. Zamarła z przera enia. 

- O Bo e - wypowiedziała. 

- Jest wy mienity - odpowiedział cie . - Tak dobry, jakby był martwy. 

Spojrzała na m czyzn  i spostrzegła,  e Frank ma racj .  ył jeszcze i trz sł 

si . 

- Jest naprawd  du y. I dorodny - rozkoszował si  Frank. 

background image

 

39 

Teraz był w zasi gu jej wzroku. Był zbyt łapczywy,  eby dba  o ni . 

Zobaczyła go po raz pierwszy w cało ci. Był parodi  - nie tylko człowiecze stwa, 

ale i parodi   ycia. Odwróciła głow . 

Dzwonek zabrzmiał znowu. Dłu ej ni  poprzednim razem. 

- Id  i otwórz - poprosił Frank. Nie odpowiedziała. 

- No id  - ponaglił j  zwracaj c si  w jej stron . Patrzyły na ni  ja niej ce 

oczy umieszczone w bezkształtnej masie. 

Dzwonek odezwał si  po raz trzeci. 

- Kto  tam jest bardzo nachalny - powiedział, próbuj c teraz perswazji, skoro 

nie usłuchała polecenia. - Naprawd  my l ,  e powinna  zej  na dół i otworzy  

drzwi. 

Przestała mu si  przygl da  i skupiła uwag  na zwłokach na podłodze. 

I znowu usłyszała dzwonek. 

Rzeczywi cie, lepiej było otworzy . Wyszła z pokoju, próbuj c nie słysze  

d wi ków wydawanych przez Franka. Mo e to był agent ubezpieczeniowy albo 

wiadek Jehowy z najnowszymi wiadomo ciami o zbawieniu? Tak, nie miała nic 

przeciwko temu. Dzwonek zad wi czał znowu. 

- Ju  id  - zawołała przez drzwi,  piesz c si  teraz, jakby bała si ,  e przybysz 

sobie pójdzie. Miała pogodny wyraz twarzy, gdy otwierała w ko cu drzwi. 

U miech znikn ł jednak natychmiast. 

- Kirsty?! 

- Mało brakowało i ju  bym sobie poszła. 

- Ja... spałam. 

- Aha! 

Kirsty patrzyła na ni  ze zdziwieniem. Z opisu Rory'ego wynikało,  e 

powinna wygl da  nie najlepiej. Tymczasem było wr cz przeciwnie. Julia miała 

zarumienion  twarz; kosmyki pozlepianych włosów poprzyklejały si  do jej 

spoconego czoła. Nie wygl dała jak kobieta, która dopiero co wstała z łó ka. No, z 

łó ka mo e tak, ale nie ze snu. 

- Zaszłam tylko tak - zacz ła - na pogaw dk ... 

Julia wzruszyła ramionami. 

- Nie jestem pewna, czy wybrała  najlepszy moment - powiedziała. 

- Rozumiem. 

- Mo e mogłyby my si  spotka  pod koniec tygodnia?... 

Kirsty spojrzała za plecy Julii. Ujrzała wilgotny jeszcze m ski płaszcz na 

wieszaku. 

- Czy jest Rory? - zaryzykowała. 

- Nie - powiedziała Julia. - Oczywi cie,  e nie. Jest w pracy. Twarz jej nagle 

przybrała kamienny wyraz: - Czy po to przyszła ?  eby zobaczy  si  z Rory'm? 

- Nie, ja... 

- Nie musisz mnie prosi  o zgod . Rory jest dorosły. Oboje mo ecie robi , co 

si  wam, kurwa, podoba. 

Kirsty nie próbowała ju  si  spiera . Volte face pozostawiła j  w osłupieniu. 

- Id  do domu - powiedziała Julia. - Nie chc  teraz z tob  rozmawia . 

Zatrzasn ła drzwi. 

background image

 

40 

Kirsty jeszcze przez dobr  chwil  stała na schodku trz s c si  cała. Nie miała 

najmniejszych w tpliwo ci, co si  tu działo. Ociekaj cy płaszcz, podniecenie Julii 

- jej zaczerwieniona twarz, jej nagły wybuch gniewu. W domu był kochanek. 

Biedny Rory  le wszystko rozumiał. 

Zeszła ze stopnia i zacz ła i  w stron  ulicy. Głow  wypełniały jej tysi ce 

my li. W ko cu jedna z nich wybiła si  na pierwszy plan: jak o tym wszystkim 

powie Rory'emu? Złamie mu tym przecie  serce, nie miała co do tego  adnych 

w tpliwo ci. A na siebie sam , jako zwiastunk  nieszcz cia,  ci gnie niech . 

Była bliska płaczu. 

Łzy nie pociekły jej jednak, gdy  inne, przedziwne uczucie zaj ło jej uwag . 

Kto  obserwował j . Czuła czyje  spojrzenie z tyłu swej głowy. Julia? Czuła 

przez skór ,  e to nie była Julia. A wi c jej kochanek. Tak, kochanek! 

Wyszedłszy z cienia domu, nie mogła oprze  si  pokusie, by odwróci  głow  za 

siebie i spojrze . 

W pokoju na poddaszu stał przy oknie Frank i spogl dał przez dziur  w 

rolecie, któr  wła nie wydłubał. Kobieta, której twarz z ledwo ci  rozpoznawał, 

gapiła si  na dom. Dokładnie - na okno, za którym stał Frank. Przekonany był,  e 

nie jest w stanie go dojrze , wi c nie przerwał obserwacji. Widywał ju  w  yciu 

niejednokrotnie bardziej zgrabne kobiety, ale co  w braku szyku Kirsty 

zastanowiło go. Z jego do wiadcze  wynikało,  e takie kobiety były cz sto 

znacznie lepszym towarzystwem ni  pi kno ci w rodzaju Julii. Były gotowe na 

takie rzeczy, o jakich pi knotki nigdy by nawet nie pomy lały. No i mo na było 

liczy  na ich wdzi czno  za samo tylko zwrócenie na nie uwagi. Mo e kiedy  tu 

jeszcze wróci ta kobieta. Miał nadziej ,  e wróci. 

Kirsty zlustrowała fasad  domu, ale nic nie zwróciło jej uwagi. Okna były 

albo puste, albo szczelnie zasłoni te. Mimo to dziwne uczucie nie opuszczało jej, 

było wr cz tak silne,  e zakłopotana odwróciła si  i poszła. 

Deszcz rozpadał si  na dobre, gdy szła przez Lodovico Street. Powitała go z 

ulg  - przyniósł jej ochłod  i umo liwił jej płacz. Łez, które płyn ły jej z oczu, nie 

było mo na odró ni  od kropli wody. 

 

Julia, dr c na całym ciele, powróciła na gór . W drzwiach natkn ła si  na 

człowieka z białym krawatem. Lub te  raczej na jego głow . Tym razem, z 

nadmiernej łapczywo ci lub głodu, Frank rozczłonkował całe ciało. Kawałki ko ci 

i wysuszonej skóry walały si  po pokoju. 

Samego smakosza jednak nie było wida . 

Zawróciła do drzwi. Był tam i zast pił jej drog . Min ło zaledwie kilka minut 

od czasu, gdy widziała go, jak z wysiłkiem pochylał si  nad ofiar , by wyssa  z 

niej energi . Przez ten krótki czas zmienił si  nie do poznania. Tam, gdzie dot d 

zwisały zwiotczałe resztki, teraz pr yły si  muskuły. Na nowo została na nim 

nakre lona mapa t tnic i  ył. Pulsowały skradzionym  yciem. Na głowie miał 

nawet troch  włosów; nieco przedwcze nie wobec braku naskórka. 

To wszystko jednak nie poprawiło jego wygl du ani troch . A nawet by  mo e 

pogorszyło. Poprzednio nie mo na było rozpozna   adnej konkretnej cz ci ciała. 

Teraz składał si  z przypadkowych fragmentów tu i tam groteskowo poł czonych. 

Tragedia i rozmiary jego wyniszczenia ujawniły si  ze zdwojon  ostro ci . 

background image

 

41 

Ale nie to było najgorsze. Przemówił. A kiedy zacz ł wypowiada  pierwsze 

sylaby, zorientowała si ,  e jest to bez w tpienia głos Franka. Łamane sylaby 

znikn ły. 

- Wszystko mnie boli - powiedział. 

Jego pozbawione brwi i powiek oczy patrzyły wyczekuj co. Próbowała ukry  

swoje obrzydzenie, ale jednak nie mogła oprze  si  uczuciu zdegustowania. 

- Nerwy znowu działaj  - mówił - ale bol . 

- Jak ci mog  pomóc? - zapytała. 

- Mo e... troch  banda y. 

- Banda y? 

- Pomó  mi si  zło y  do kupy. 

- Je li tylko chcesz. 

- Ale b d  potrzebował jeszcze, Julio. Jeszcze jedno ciało. 

- Jeszcze jedno? - zapytała. - Czy by to jeszcze nie koniec? 

- A co mamy do stracenia? - odparł, przysuwaj c si  do niej. 

Poczuła niepokój wobec jego blisko ci. Czytaj c strach z jej twarzy, 

zatrzymał si . 

- Wkrótce b d  zupełnie normalny - obiecał - a kiedy b d ... 

- Lepiej tu posprz tam - powiedziała, odwracaj c twarz. 

- A kiedy b d , kochana Julio... 

- Rory b dzie tu zaraz. 

- Rory! - wypluł z siebie jego imi . - Mój kochany braciszek! Na Boga, jak 

mogła  wyj  za tego nudziarza? 

Poczuła wzbieraj cy w niej gniew. 

- Kocham go - powiedziała. A po chwili poprawiła si : - My lałam,  e go 

kocham. 

miech na jego twarzy karykaturalnie uwypuklił  mierteln  nago . 

- Czy wierzysz w to, co mówisz? - zapytał. - Przecie  to niezguła. Zawsze taki 

był i zawsze b dzie. Nigdy nie miał zielonego poj cia o przygodzie. 

- Nie tak, jak ty. 

- Nie tak, jak ja. 

Spojrzała na podłog . Mi dzy nimi le ała r ka trupa. Przez chwil  zbierało jej 

si  na wymioty. Przed oczami stan ło jej wszystko, co ostatnio zrobiła, o czym 

marzyła. Podrywanie m czyzn wiod ce nieuchronnie do  mierci. Wszystko dla 

tej  mierci, któr  by  mo e uwie czy uwiedzenie. Pomy lała,  e jest równie 

szalona, jak on. Miała równie chore ambicje, jak on. No tak... ale to ju  si  stało. 

- Uzdrów mnie - wyszeptał do niej. Chropawo  znikn ła z jego głosu. Mówił, 

jak czuły kochanek. - Ulecz mnie, prosz . 

- Zrobi  wszystko, co b d  mogła - odrzekła. - Obiecuj ! 

- A potem b dziemy razem.  achn ła si : 

- A co b dzie z Rory'm? 

- Jeste my przecie  bra mi - powiedział. -Sprawi ,  e ujrzy on w tym m dro  

losu, cud  ycia. Przecie  ty nie nale ysz do niego. Ju  nie. 

- Nie - odpowiedziała z przekonaniem. 

- My nale ymy do siebie. Tego wła nie chcesz, prawda? 

- Tak, tego chc . 

background image

 

42 

- Wiesz, my l ,  e gdybym ciebie kiedy  miał, nie popadłbym w rozpacz - 

mówił. - I nie oddałbym swego ciała i duszy tak tanio. 

- Tanio? 

- Dla przyjemno ci. Dla zmysłów. W tobie... -przysun ł si  do niej. Słowa 

sprawiły,  e nie drgn ła -... w tobie mogłem kiedy  odkry  sens  ycia. 

- Jestem tutaj - powiedziała. Nie my l c o tym wcale, wyci gn ła r k  i 

dotkn ła go. Ciało miał gor ce, wilgotne. Zdawało si ,  e wsz dzie mo na było 

wyczu  t tno; w ka dym p ku nerwów, w ka dym skrawku ciała. Kontakt 

podniecił j . Tak, jakby do tej pory nie całkiem wierzyła,  e jest tam naprawd . 

Teraz było to poza wszelk  dyskusj . Stworzyła tego m czyzn , a raczej 

odtworzyła. Mogła mu da  ciało dzi ki swojemu sprytowi i przemy lno ci. Czuła 

dreszcz, dotykaj c jego wra liwego ciała. Był to dreszcz posiadania. 

- Teraz nadchodzi najwi ksze niebezpiecze stwo - powiedział. Dot d mogłem 

ukry  si  bez kłopotu. Praktycznie rzecz bior c - nie było mnie. Ale to ju  jest 

sko czone. 

- Nie masz racji. O wszystkim pomy lałam. 

- Musimy działa  bardzo szybko. Musz  by  na powrót normalny i silny. Za 

ka d  cen . Zgadzasz si ? 

- Oczywi cie. 

- Potem b dzie koniec twego oczekiwania, Julio. 

Puls przy pieszył w nim na t  my l. 

Padł przed ni  na kolana. Jego nie wyko czone r ce dotykały jej ud, a potem 

ust. 

Zapominaj c o niesmaku, poło yła mu r ce na głowie. Czuła jego niemowl ce 

jedwabiste włosy i gładk  ko  czaszki. 

Skoro rozpacz nauczyła j  wyciska  z kamienia krew, tym razem była pewna, 

e z tej szkaradnej postaci wydob dzie upragnion  miło .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

43 

Rozdział 8

 

 

W nocy rozszalała si  burza. Bez deszczu, ale za to z piorunami. Powietrze 

pachniało jak mokra stal. 

Kirsty nigdy nie sypiała dobrze. Nawet jako dziecko, mimo  e matka znała 

kołysanki zdolne ukołysa  do snu pułk kawalerzystów, nie potrafiła zapa  w 

spokojny sen. Nie, nie  niły si  jej koszmary, a w ka dym razie nie takie, które by 

jeszcze rano pami tała. To była niech  do snu samego w sobie. Co  j  

powstrzymywało od zamkni cia oczu i powolnego wyzbywania si  kontroli nad 

sob . 

Była zatem szcz liwa dzisiejszej nocy dzi ki błyskawicom i gło no wal cym 

piorunom. Miała wymówk ,  eby nie i  do łó ka, tylko popija  herbat  i 

podziwia  spektakl za oknem. 

Miała te  dzi ki temu czas na my lenie, czas na przeanalizowanie problemu 

dr cz cego j  od czasu niefortunnej wizyty na Lodovico Street. Nadal wszak nie 

była ani troch  bli ej rozwi zania. 

Jedna my l szczególnie nie dawała jej spokoju. A je li myliła si ? A je li  le 

oceniła sytuacj ? Co b dzie, je li Julia przedstawi doskonale tłumacz cy j  

dowód niewinno ci? Utraci Rory'ego natychmiast. 

Mimo wszystko, czy mogła milcze ? Nie zniosłaby my li,  e ta kobieta  mieje 

si  za plecami z jej naiwno ci. Na my l o tym krew gotowała si  w jej  yłach. 

Jedynym mo liwym wyj ciem było czeka  i patrze . Zobaczy , czy mo na 

zdoby  jaki  niepodwa alny dowód. Je li jej najgorsze przeczucia zostałyby 

potwierdzone, nie miałaby innego wyj cia, jak tylko powiedzie  o wszystkim 

Rory'emu. 

Tak. To była odpowied . Czeka  i patrze , patrze  i czeka . 

Burza przewalała si  godzinami, odmawiaj c jej snu prawie do czwartej nad 

ranem. Kiedy w ko cu zasn ła, był to sen cierpliwego obserwatora. Jasny i pełen 

wizji. 

 

Wichura zamieniła dom w poci g duchów. Julia usiadła na dole i liczyła 

sekundy mi dzy kolejnym błyskiem a uderzeniem pioruna. Nigdy nie lubiła 

burzy. Ona: morderczyni, z  ywym trupem w obj ciach. Tak, to był kolejny 

paradoks, oprócz tych, których kolekcja ostatnimi dniami rosła bardzo szybko w 

jej  yciu. Kilka razy my lała o tym,  eby pój  na gór  i dogodzi  sobie z 

Frankiem, ale wiedziała,  e byłoby to nierozs dne. Rory mógł wróci  lada chwila. 

Był na przyj ciu w firmie; pewnie wróci pijany i - jak wynika z jej do wiadcze  - 

nie najmilszy. 

Wichura wzmagała si . Wł czyła telewizor,  eby zagłuszy  ryk burzy, ale na 

niewiele to si  zdało. 

O jedenastej przyszedł Rory, rozpływaj cy si  w u miechach. Miał dobre 

wie ci. W  rodku przyj cia wzi ł go na stron  szef. Pochwalił go za dobr  prac  i 

zacz ł roztacza  przed nim wspaniałe perspektywy na przyszło . Julia słuchała 

tej opowie ci ze znudzon  min  licz c,  e podekscytowany Rory tego nie 

dostrze e. W ko cu, kiedy sko czył gada ,  ci gn ł marynark  i usiadł obok niej 

na kanapie. 

background image

 

44 

- Biedaczysko - powiedział. - Nie lubisz burzy... 

- Wszystko w porz dku. Nie martw si  - odparła. 

- Jeste  pewna? 

- Tak. Czuj  si  dobrze. 

Nachylił si  do niej i pocałował w ucho. 

- Jeste  cały spocony - zauwa yła z niesmakiem. On jednak nie zaprzestał 

zalotów. 

- Prosz , Rory - powiedziała. - Nie chc . 

- Dlaczego nie? Co ja takiego zrobiłem? 

- Nic - powiedziała, udaj c zainteresowanie programem w telewizji. - 

Wszystko z tob  jest w porz dku. 

- Aaa! Rzeczywi cie! - powiedział podniesionym głosem. - Ty jeste  w 

porz dku, ja jestem w porz dku. Ka de z nas jest w popierdolonym porz dku! 

Wpatrywała si  w migotaj cy ekran. Wła nie rozpocz ło si  wieczorne 

wydanie wiadomo ci: zwyczajna codzienna wi zka bólu i ludzkiego nieszcz cia. 

Rory jednak mówił, zagłuszaj c swoim kazaniem głos spikera. Nie przejmowała 

si  tym wcale. Czy  wiat miał jej cokolwiek do powiedzenia? Chyba nie. To raczej 

ona miała troch  nowo ci, które powinny by  ciekawe dla  wiata. Wie ci o  yciu 

przekl tych, o zagubionej i na powrót odnalezionej miło ci, o tym, co maj  ze 

sob  wspólnego rozpacz i po danie. 

- Julio, prosz  - mówił Rory - po prostu rozmawiaj ze mn ... 

Pro by m a spowodowały,  e spojrzała na niego uwa nie. Wygl dał, jak ten 

chłopiec z fotografii. Gruby i włochaty, ubrany jak dorosły m czyzna, ale w swej 

istocie - ci gle jeszcze chłopi cy, patrz cy niepewnie przed siebie. Przypomniała 

sobie pytanie, które zadał jej Frank: Jak mogła  wyj  za tego nudziarza? Kwa ny 

u miech ozdobił jej twarz, kiedy o tym pomy lała. Spojrzał na ni  ze 

zdziwieniem. 

- Do cholery! Co jest w tym takiego  miesznego? 

- Nic. 

Potrz sn ł głow , zagniewany. Błyskawica pojawiła si  niemal jednocze nie z 

uderzeniem pioruna. W tej samej chwili usłyszeli jaki  hałas na pi trze. Dla 

odwrócenia uwagi Rory'ego, z udawanym zainteresowaniem wlepiła wzrok w 

telewizor, ale to nic nie dało; Rory te  usłyszał hałas. 

- Co to, do cholery, było? 

- Piorun. Wstał. 

- Nie - powiedział. - Co  jeszcze. Był ju  przy drzwiach. 

Dziesi tki mo liwo ci przebiegły jej przez głow , ale  adna nie wydawała si  

odpowiedni . Nieco oszołomiony alkoholem, zacz ł mocowa  si  z klamk . 

- Mo e zostawiłam otwarte okno - powiedziała i te  wstała. - Pójd  zobaczy . 

- Sam mog  pój  - odpowiedział. - Nie jestem kompletnym idiot . 

- Nikt tego nie powiedział - zacz ła, ale on jej nie słuchał. Kiedy wyszedł na 

korytarz, znowu błysn ło i zagrzmiało. Szła za nim. Nast pny piorun uderzył w 

chwil  potem. Musiał trafi  w co  w pobli u, bo usłyszała pot ny trzask. Rory 

był ju  w połowie schodów. 

- To nic nie było! - krzykn ła za nim. Nie odpowiedział. Dotarł ju  na szczyt 

schodów. Szła za nim. 

background image

 

45 

- Nie... powiedziała w przerwie mi dzy jednym piorunem a drugim. Kiedy 

osi gn ła szczyt schodów, czekał tam na ni . 

- Co  nie w porz dku? 

Pokryła zdenerwowanie wzruszeniem ramion. 

- Zachowujesz si  niem drze - odpowiedziała mi kko. 

- Doprawdy? 

- To był po prostu piorun. 

Twarz Rory'ego, o wietlona now  błyskawic , nagle zmi kła. 

- Dlaczego traktujesz mnie jak szmat ? - zapytał. 

- Jeste  po prostu zm czony - odparła. 

- No, dlaczego? - nalegał jak dziecko. - Co ja ci takiego zrobiłem? 

- Ju  dobrze - powiedziała. - Naprawd , Rory. Wszystko jest w porz dku. - W 

kółko powtarzała hipnotyzuj ce banały. 

I znów uderzył piorun. I tym razem te  dał si  słysze  jaki  inny d wi k. 

Przeklinała nieostro no  Franka. 

- Słyszała ? - zapytał Rory. 

- Nie. 

Lekko zataczaj c si , odsun ł si  od niej. Patrzyła, jak znika w cieniu. Błysk 

pioruna na chwil  o wietlił korytarz przez otwarte drzwi sypialni. Lecz po chwili 

ciemno ci zapadły na nowo. Szedł w stron  pokoju. W stron  Franka. 

- Czekaj... - powiedziała i ruszyła za nim. Nie zatrzymał si  i przeszedł jeszcze 

kilka metrów w kierunku drzwi. Kiedy si  z nim zrównała, kładł wła nie r k  na 

klamce. 

Panika, która j  ogarn ła, nasun ła jej my l. Si gn ła r k  i dotkn ła jego 

policzka. 

- Boj  si ... - powiedziała. Spojrzał na ni , zaskoczony. 

- Czego? - zapytał. 

Poło yła mu dło  na ustach, daj c mu posmakowa  swego strachu na palcach. 

- Burzy - powiedziała. 

Widziała, jak wilgotniej  mu oczy w ciemno ci. Albo połknie haczyk, albo 

wypluje go. 

I potem usłyszała: 

- Biedne dziecko. 

Połkn ł, a Julia odetchn ła. Wzi ła go za r k  i odci gn ła j  od klamki. Je li 

Frank znów narobi hałasu, wszystko b dzie stracone. 

- Biedaczysko - powiedział znowu i obj ł j  ramieniem. Miał kłopoty z 

utrzymaniem równowagi. Ci ył jej w ramionach jak ołów. 

- Chod  - powiedziała, odprowadzaj c go od drzwi. Uszedł z ni  kilka 

niepewnych kroków i stracił równowag . Musiała oprze  si  o  cian ,  eby nie 

dopu ci  do upadku Rory'ego. W  wietle błyskawicy ich oczy spotkały si . Wzrok 

m czyzny poja niał z rado ci. 

- Kocham ci  - powiedział, krocz c przez korytarz. Przycisn ł si  do niej 

ci ko, ale nie opierała si . Oparł głow  na jej ramieniu i szeptał co  w jej szyj . 

Całował j  nami tnie. Chciała go z siebie zrzuci . Co wi cej, najch tniej wzi łaby 

go za r k  i pokazała, jak jest blisko potwora walcz cego ze  mierci . 

background image

 

46 

Ale Frank nie był gotów na tak  konfrontacj . Jeszcze nie teraz. Musiała 

znosi  przez jaki  czas pieszczoty swego m a, z nadziej ,  e wnet go opanuje 

zm czenie. 

- Mo e by my poszli na dół? - zaproponowała. 

Wymamrotał co  do jej szyi, ale nie poruszył si . Jego lewa dło  spoczywała 

na jej piersi, a drug  obejmował j  w pasie. Pozwoliła, by wsun ł r k  pod 

bluzk . Gdyby mu teraz odmówiła, zezło ciłby si  na nowo. 

- Pragn  ciebie - powiedział, podnosz c usta do jej ucha. Kiedy , przed laty, 

na takie słowa serce by jej zacz ło skaka  z rado ci. Ale teraz wiedziała lepiej. 

Serce to nie akrobata. Serce to po prostu pompa ss co - tłocz ca. Jej ciało to 

mechanizm wdychaj cy i wydychaj cy, w którym odbywa si  kr enie krwi, a 

pokarm jest trawiony, wchłaniany i wydalany. My lenie o sobie w taki wła nie, 

pozbawiony romantyzmu sposób, sugerowało,  e jej ciało jest tylko zestawem 

ko ci i mi ni. Dzi ki temu jednak łatwiej było jej znie  nieprzyjemne uczucie, 

kiedy Rory zdj ł z niej bluzk  i przywarł twarz  do jej piersi. Zako czenia 

nerwowe zareagowały obowi zkowo na ruchy jego j zyka. Ale dla niej nadal była 

to tylko lekcja anatomii. Stała tak, zatopiona w my lach, i nie ruszała si . 

Teraz Rory zacz ł si  rozbiera . Spostrzegła nabrzmiałego członka, kiedy 

uderzył nim z lekka o jej udo. Rozwarł jej nogi i zsun ł jej majtki tyle tylko,  eby 

mie  do niej dost p. Nie sprzeciwiała si  i bezgło nie przyzwoliła na to,  eby w ni  

wszedł. 

On za  od razu zacz ł j cze . Słuchała tego jednym uchem, daj c mu si  

zabawia . Zamkn ła oczy i usiłowała wyobrazi  sobie lepsze czasy, ale błyskawica 

wybiła j  z tych my li. Otwarła oczy na d wi k grzmotu i zauwa yła,  e drzwi 

pokoju na poddaszu s  teraz lekko uchylone. W w skiej szczelinie mi dzy 

drzwiami i futryn  zauwa yła połyskuj c  posta , obserwuj c  par  mał onków. 

Nie widziała oczu Franka, ale czuła jego wyostrzony zło ci  i zazdro ci  

wzrok. Nie odwróciła oczu, ale wpatrywała si  w cie  nawet wtedy, gdy 

poj kiwania Rory'ego zrobiły si  bardzo gło ne. 

I w ko cu w wyobra ni ta chwila stała si  inn . I znowu le ała na łó ku 

gniot c swoj  sukni   lubn . Mi dzy nogami czarna i wierzgaj ca bestia dawała 

jej posmak miło ci. 

- Biedna kruszynko - powiedział w ko cu Rory i zapadł w sen. Le ał na łó ku, 

wci  ubrany. Julia nie miała najmniejszej ochoty zajmowa  si  rozbieraniem go. 

Kiedy chrapanie przybrało miarowy rytm, zostawiła go tam i poszła do pokoju na 

poddaszu. 

Frank stał koło okna, obserwuj c jak burza przesuwa si  na południowy 

wschód. Zerwał rolety.  wiatło latarni zalało pokój. 

- On ci  słyszał - powiedziała. 

- Musiałem zobaczy  burz  - odpowiedział. - Potrzebowałem tego. 

- Do cholery! On ci  prawie odnalazł. Frank potrz sn ł głow . 

- Nie ma czego  takiego jak „prawie” - powiedział, nie odrywaj c wzroku od 

scenerii na zewn trz, I po chwili dodał: - Chc  tam by . Chc  mie  to wszystko 

znowu. 

- Wiem. 

- Nie, nie wiesz - powiedział. - Nie masz poj cia, jaki głód we mnie siedzi... 

background image

 

47 

- Jutro - powiedziała. - Jutro zdob d  nast pne ciało. 

- Tak. Zrób to. I potrzebuj  jeszcze troch  innych rzeczy. Po pierwsze radio. 

Musz  wiedzie , co si  tu dzieje. I jedzenie: odpowiednie jedzenie.  wie y chleb... 

- Czegokolwiek ci potrzeba. 

-... i imbir. Wiesz, w zaprawach. W syropie. 

- Wiem. 

Rzucił na ni  okiem, ale nie widział jej. Było zbyt wiele do zobaczenia. 

- Nie zdawałem sobie sprawy,  e jest jesie  - powiedział i wrócił do okna i do 

burzy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

48 

Rozdział 9

 

 

Kirsty zauwa yła,  e z okna na pi trze znikn ła roleta. Było to pierwsze jej 

spostrze enie, kiedy nast pnego dnia pojawiła si  na Lodovico Street. Zamiast 

rolet do szyby poprzyklejane były stare gazety. 

Bez trudu wyszukała sobie kryjówk  w zaro lach, za  ywopłotem, z której 

chciała obserwowa  dom, sama pozostaj c niewidoczna. Zaczaiła si  i uzbroiła w 

cierpliwo . 

Niepr dko jednak cierpliwo  jej miała zosta  nagrodzona. Dopiero po dwóch 

godzinach zobaczyła Juli , jak wyje d a do miasta samochodem. Po jakiej  

godzinie wróciła. Kirsty była do tego czasu zzi bni ta do szpiku ko ci. 

Julia nie wróciła sama. Był z ni  m czyzna, którego Kirsty nie znała. Nie 

wygl dał, jej zdaniem, na nikogo z paczki Julii. Z odległo ci wygl dał na faceta w 

rednim wieku; z brzuszkiem i łysiej cy. Kiedy szedł za Juli  do domu, ogl dał 

si  nerwowo za siebie. 

Kirsty nie opuszczała swego dogodnego punktu obserwacji przez nast pny 

kwadrans, nie wiedz c, co robi  dalej. Czy czeka , a  m czyzna sobie pójdzie i 

zagadn  go? A mo e powinna wej  do  rodka i rozmówi  si  z Juli  teraz? 

adna z mo liwo ci nie przypadła jej do gustu. Postanowiła wi c,  e na razie nie 

b dzie nic robi . Dostanie si  tylko nieco bli ej domu i pomy li, co dalej. 

Lecz na nic konkretnego nie wpadła. Podeszła w stron  domu, ale zacz ło j  

co  korci , by zawróci  i odej  st d. Kiedy była o krok od takiej decyzji, 

usłyszała nagle krzyk dobiegaj cy z wn trza domu. 

 

M czyzna nazywał si  Sykes, Stanley Sykes. Nie było to wszystko, co 

powiedział Julii w samochodzie, kiedy jechali z miasta. Dowiedziała si ,  e ma 

on  (Maudie),  e z zawodu jest chiroped . Pokazał jej nawet zdj cia dzieci: 

Rebeki i Ethana. Zdawało si ,  e Julia traci ch  uwiedzenia tego człowieka. 

U miechała si  z lekka. Powiedziała mu,  e jest szcz ciarzem. 

Ale skoro tylko weszli do domu, sprawy zacz ły si  komplikowa . W połowie 

drogi na gór  Sykes nagle oznajmił,  e post puj  grzesznie, obra aj  Pana Boga. 

A On widzi ich serca i widzi ich po danie. Robiła, co mogła, by go uspokoi , ale 

on nie dał si  przekona , skoro ju  raz zacz ł my le  o Bogu. Stracił miłosny 

zapał. Raczej wpadł w gniew. Rzucił si  na Juli  i bez w tpienia skrzywdziłby j , 

gdyby nie głos, który dobiegł do jego uszu z góry schodów. Przestał j  bi  

momentalnie, jakby to sam Bóg go napominał. Wtedy Frank pojawił si  u szczytu 

schodów, w całej swojej chwale. Sykesowi głos uwi zł w gardle, ale mimo to 

próbował uciec. Julia była jednak szybsza. Chwyciła go i trzymała tak długo, 

dopóki nie dopadł go Frank i przygwo dził swoj  ci k  r k . 

Nie zdawała sobie sprawy,  e Frank jest tak silny, do czasu, gdy usłyszała 

trzask łamanych ko ci. Był z pewno ci  silniejszy ni  zwykli m czy ni. Sykes 

wrzasn ł znowu. Aby uciszy  Sykesa, złamał mu z trzaskiem szcz k . 

 

Ponowny krzyk, który dobiegł Kirsty, zamarł znienacka. Usłyszała w nim 

nut  przera enia. Była gotowa rzuci  si  na pomoc, chciała podbiec do drzwi i 

zadzwoni . 

background image

 

49 

Po chwili doszła jednak do wniosku,  e lepiej b dzie, gdy obejdzie dom od 

drugiej strony. Tak te  zrobiła - szła w tpi c w sens ka dego kroku. Była jednak 

pewna,  e ujawnienie si  teraz nic by jej nie dało. Furtka do ogrodu na tyłach 

domu nie była zamkni ta. Prze lizn ła si  przez ni , czuła na ka dy odgłos, 

szczególnie na hałas wywoływany przez własne stopy. Z wn trza domu nie 

dobiegał teraz  aden d wi k. 

Zostawiła furtk  otwart  na o cie  na wypadek ucieczki. Po pieszyła do 

tylnych drzwi. Nie były zamkni te na klucz. Teraz jednak zwolniła nieco. Mo e 

powinna zadzwoni  po Rory'ego, sprowadzi  go do domu? Ale do tego czasu, 

cokolwiek si  działo, ju  by si  zako czyło. Wiedziała doskonale,  e je li Julia nie 

zostanie złapana na gor cym uczynku, z łatwo ci  uwolni si  od jakiegokolwiek 

oskar enia. Nie. Było tylko jedno rozwi zanie: wej  do  rodka. Tak 

pomy lawszy, wkroczyła do domu. 

Wewn trz było zupełnie cicho. Nie było nawet słycha  kroków, dzi ki którym 

mogłaby zlokalizowa  aktorów, których sztuk  przyszła ogl da . Podeszła do 

kuchennych drzwi i przez kuchni  dotarła do jadalni. Skr cało jej  oł dek. W 

gardle zaschło jej nagle tak,  e nie mogła przełkn  nawet  liny. 

Z jadalni przeszła do sieni, a stamt d na korytarz. Nadal nic - ani szeptów, 

ani westchnie . Julia i jej towarzysz mogli by  tylko na pi trze, ale to 

sugerowałoby, i  myliła si  zgaduj c,  e krzyk sprzed kilku minut był krzykiem 

strachu. Mo e był to krzyk rozkoszy? J k orgazmu, a nie paniki? Łatwo si  w 

tym pomyli . 

Drzwi wej ciowe były na prawo od niej, o kilka metrów. Wci  mogła 

spokojnie wyj . Tchórz w gł bi jej duszy kusił ci gle... 

Ale pal ca ciekawo  nie dawała jej spokoju. Chciała dowiedzie  si , chciała 

pozna  tajemnic  tego domu. Ciekawo  rosła z ka dym krokiem. Dotarła do 

szczytu i zacz ła posuwa  si  wzdłu  korytarza. Nagle pomy lała sobie,  e by  

mo e ptaszki wyfrun ły i najspokojniej w  wiecie wyszły drzwiami od frontu, 

podczas gdy ona skradała si  z tyłu. 

Musiała to sprawdzi . Pierwsze drzwi na lewo prowadziły do sypialni; je li 

kochali si  gdzie , to tylko tutaj. Ale nie. Drzwi były uchylone. Zagl dn ła do 

rodka. Łó ko było gładko po cielone. 

I wtem usłyszała niewyra ny krzyk. Tak blisko, tak gło no... Serce zamarło jej 

z niepokoju. 

Wychyliła si  z sypialni i zobaczyła posta  sun c  z jednego pokoju do 

drugiego. Potrzebowała troch  czasu, nim rozpoznała w niej m czyzn , który 

przybył tu z Juli . Wła ciwie poznała go tylko po odzie y. Reszta zmieniona była 

diametralnie. Wygl dał okropnie. Jaka  wyniszczaj ca choroba dopadła go w 

ci gu kilku minut, odk d Kirsty widziała, jak wchodzi do domu wraz z Juli . 

Pozostała z niego tylko skóra i ko ci. 

Zobaczywszy Kirsty, rzucił si  ku niej w nadziei,  e oto nadszedł dla  

ratunek. Zrobił mo e jeden krok w jej stron , kiedy jaka  posta  pojawiła si  za 

nim. Te  sprawiała wra enie,  e toczy j  jaka  choroba. Ciało pokrywały 

poplamione krwi  banda e - od stóp do głowy. Jednak w sposobie poruszania si  

nie mo na było dostrzec  ladu choroby. Wr cz przeciwnie. Posta  dopadła 

uciekaj cego i pochwyciła za szyj . Kirsty wydała z siebie okrzyk, kiedy ten w 

background image

 

50 

banda ach  ciskał bez lito ci swoj  ofiar . Pochwycony m czyzna zdobył si  na 

słaby jedynie sprzeciw, ale wtedy potwór wzmocnił uchwyt na szyi. Ciało 

zatrz sło si  i zachwiało, nogi ugi ły si  bezładnie. Z oczu buchn ła krew. Zacz ła 

wylewa  si  tak e z nosa i oczu. Krople krwi zdawały si  wypełnia  powietrze. 

Kirsty poczuła je nawet na swej skroni. To wyzwoliło j  z bezruchu. Nie miała 

czasu do stracenia. Rzuciła si  do ucieczki. 

Potwór nie gonił jej. Dotarła bez trudu do schodów, ale kiedy postawiła stop  

na stopniu, zawołał na ni . 

Głos potwora... wydał jej si  znajomy. 

- A wi c tu jeste  - powiedział. 

Miał mi kki głos. Mówił tak, jakby j  znał. Zatrzymała si . 

- Kirsty - powiedział. - Poczekaj sekundk . 

Co  jej mówiło,  eby ucieka , lecz mimo wszystko nie ruszyła si  z miejsca. 

Usiłowała sobie przypomnie , czyj to głos, głos dobiegaj cy zza banda y. Wci  

jeszcze zd yłaby uciec, miała kilka dobrych metrów przewagi. Spojrzała na t  

przedziwn  posta . Zwłoki w jej ramionach skurczyły si , zwin ły, jakby zmi ły. 

Bestia rzuciła nimi teraz o podłog . 

- Zabiłe  go - powiedziała. 

Posta  kiwn ła potakuj co. Nie wydawało si ,  eby chciała si  usprawiedliwi . 

- Nie czas, by go  ałowa  - powiedział i post pił w jej stron . 

- Gdzie jest Julia? - zapytała Kirsty. 

- Nie bój si . Wszystko jest w porz dku - powiedział głos. Kirsty prawie ju  

rozpoznawała, do kogo nale ał. 

Kiedy zastanawiała si , posta  zrobiła kolejny krok. Jedn  r k  podparła si  

o  cian , jakby z ledwo ci  utrzymuj c równowag . 

- Widziałem ci  - powiedział - i my l ,  e ty mnie te  widziała . W oknie. - 

Zaciekawienie Kirsty wzrosło. Czy by to co  było tu tak długo? Je li tak, Rory 

musiałby o tym wiedzie ... 

W tym momencie rozpoznała głos. 

- Tak. Pami tasz. Widz ,  e pami tasz... 

A wi c był to głos Rory'ego, albo bardzo podobny. Bardziej gardłowy, pewny 

siebie, ale podobie stwo było niezaprzeczalne. Przera enie sp tało jej nogi, a 

potwór w tym czasie zbli ył si  na niebezpieczn  odległo . 

W ko cu porzuciła swe fascynacje i zacz ła ucieka , ale była ju  bez szans. 

Słyszała jego kroki tu  za swoimi plecami. Poczuła jego palce na swojej szyi. Na 

usta wdarł si  krzyk, ale natychmiast został zdławiony chropaw  dłoni  potwora. 

Nie mogła ani krzycze , ani złapa  oddechu. 

Poci gn ł j  z powrotem. Usiłowała wydrze  si  z u cisku, rozrywaj c 

palcami banda e na jego ramionach. Nie zareagował na jej opór ani troch . Przez 

jedn , przera aj c  chwil  haczyła pi tami o le ce na podłodze zwłoki. Została 

wci gni ta wnet do pokoju, gdzie ł czyli si  umarli z  ywymi. Czuła zapach 

wie ego mi sa i zsiadłego mleka. Popchn ł j  na mokr  i ciepł  podłog . 

Zbierało si  jej na wymioty. Nie opierała si  instynktowi i zwróciła cał  

zawarto   oł dka. Sparali owana swym zachowaniem oraz nadchodz cym 

zagro eniem, nie była w stanie wykona   adnego ruchu. Nie była w stanie 

przewidzie , co j  czeka. Zdawało si  jej,  e jeszcze kogo  spostrzegła k tem oka 

background image

 

51 

(Juli ?) na korytarzu. Drzwi zatrzasn ły si . Było zbyt pó no na wołanie o pomoc. 

Była sam na sam ze zmor . 

Wycieraj c usta, wstała z podłogi.  wiatło dnia przedzierało si  przez gazety 

poprzyklejane do okien, zdobi c pokój słonecznymi plamami. Stwór przybli ył 

si  w chaj c jej ciało. 

- Chod  do tatusia - powiedział. 

W swoim dwudziestosze cioletnim  yciu nie słyszała jeszcze zaproszenia, 

które odrzuciłaby z wi kszym wstr tem. 

- Nie próbuj mnie dotyka ! - krzykn ła ostro. 

Przekrzywił nieco głow , jakby zachwycił si  tym pokazem niezale no ci. 

Przybli ył si  do niej, rechocz c z wyrazem - Bo e oka  jej lito  - po dania na 

twarzy. 

Wycofała si  w róg pokoju, lecz wkrótce nie miała ju  gdzie si  wcisn . 

- Czy mnie pami tasz? - zapytał. 

Potrz sn ła głow . 

- Frank - podpowiedział. - Jestem Frank... Spotkała Franka tylko raz, na 

Alexandra Road. Przyszedł w odwiedziny pewnego dnia, na krótko przed  lubem 

Rory'ego i Julii. Niczego wi cej nie mogła sobie przypomnie . Poza tym,  e 

znienawidziła go od samego pocz tku. 

- Zostaw mnie - powiedziała, kiedy si gn ł r k  w jej stron . Wyczuła jednak 

pewn  subtelno  w dotyku jego dłoni, gdy poczuła je na swoich piersiach. 

- Nie! - wrzasn ła. - Raczej pomó  mi... 

- Co? - powiedział głos Rory'ego. - A co zrobisz? 

- Nic - brzmiała odpowied . Nie mogła nic zrobi , tak jakby  niła koszmar. 

Było tak, jak w jej snach o przemocy i gwałcie, gdzie  w podejrzanych zaułkach 

miasta. Nigdy jednak, nawet w najmakabryczniejszych snach, nie przewidziała, 

e tych koszmarów do wiadcza  b dzie w pokoju, obok którego przechodziła 

dziesi tki razy, w domu przyjaciół. 

W bezowocnym ge cie protestu odepchn ła bł dz c  po jej ciele r k . 

- Nie b d  okrutna - powiedziało potworzysko, na nowo dotykaj c jej ciała. - 

Nie ma si  czego ba . 

- Tam, na zewn trz... - zacz ła, my l c o horrorze, jaki rozegrał si  przed jej 

oczami na korytarzu. 

- Trzeba co  je  - odparł Frank. - Jestem pewien,  e mo esz mi to wybaczy . 

Zastanawiała si , dlaczego w ogóle czuje jego dotyk. 

- To tylko sen - powiedziała do siebie gło no, ale bestia jedynie wybuchn ła 

miechem. 

- Te  kiedy  tak sobie mówiłem - powiedział. Dzie  po dniu. Usiłowałem 

walczy  i uzna ,  e zło to tylko sen. Ale tak si  nie da. Uwierz mi. Nie mo na tak. 

Trzeba wszystko przej . Prze y . 

Wiedziała,  e mówi prawd . Prawd  wcale nie wyzwalaj c . Tak , któr  tylko 

potwory mog  swobodnie głosi . Na pewno nie chciał schlebia  lub kadzi . Nie 

miał  adnej filozofii, z któr  mo na dyskutowa , albo kazania do wygłoszenia. 

Jego odra aj ca nago  była w swoim rodzaju wyszukana. Ona jednak wiedziała, 

e nie b dzie w stanie tego przetrzyma ,  e kiedy jej błagania nie poskutkuj , a 

background image

 

52 

Frank po da  jej b dzie nadal - wyda z siebie taki krzyk,  e cała rozsypie si  w 

drobne kawałki.  

Stawk  był zdrowy rozs dek. Musiała walczy . I to szybko. 

Zanim Frank przywarł do niej, jej r ce pow drowały do góry, do jego twarzy. 

Palce Kirsty wpiły si  w oczy i usta. Ciało pod banda ami miało konsystencj  

ciepłej, pełnej grudek, galarety. 

Bestia wrzasn ła z bólu, zwalniaj c u cisk. Wykorzystuj c dogodny moment 

dziewczyna odepchn ła go od siebie i rzuciła si  do ucieczki w stron  drzwi, z sił  

równ  wiatrowi. 

Frank znowu zaryczał. Nie traciła czasu na kontemplowanie jego ran, ale 

przesun ła si  wzdłu   ciany, nie na tyle ufaj c nogom, by i  po otwartej 

przestrzeni. Zbli yła si  do drzwi. Skradaj c si , przypadkowo potr ciła nie 

zakr cony słoik z syropem i z imbirem, sprawiaj c,  e ciecz i owoce rozprysn ły 

si  po podłodze. 

Frank skierował si  w jej stron . Banda e zwisały z jego twarzy w nieładzie, 

odsłaniaj c dziury przez ni  wyszarpane. W kilku miejscach mogła zobaczy  goł  

ko . Nawet teraz trzymał si  za rany dło mi i ryczał wniebogłosy. Czy o lepiła 

go? Nie była pewna. Nawet je li tak, było to kwesti  czasu, zanim zlokalizuje j  w 

pokoju, a kiedy mu si  to uda, jego gniew nie b dzie miał  adnych granic. 

Musiała dotrze  do drzwi, zanim potwór odzyska orientacj . 

Płonne nadzieje! Nie miała nawet chwili dla siebie. Frank oderwał od oczu 

r ce i zlustrował pokój. Widział j , nie miała w tpliwo ci. Chwil  pó niej rzucił 

si  na ni  ze zdwojon  energi . 

Wokół jej stóp le ało mnóstwo domowego  miecia. Najci sza była 

połyskuj ca kostka. Schyliła si  i podniosła j  do góry. Stan ła wyprostowana. 

Frank ju  był przy niej. Wydała z siebie bojowy okrzyk i z całej siły zdzieliła go 

kostk  w głow . Posłyszała trzask plastiku o ko . Bestia zatoczyła si  do tyłu, a 

Kirsty rzuciła si  w kierunku drzwi, lecz zanim dosi gn ła klamki, cie  skoczył 

ku niej raz jeszcze i odci gn ł j  w tył przez pokój. Frank oszalał ze zło ci. 

Teraz nie my lał ju  o niczym innym, tylko o zem cie. Jego ciosy miały zabi  

dziewczyn . Je li jeszcze  yła, to nie tyle dzi ki zwinno ci, ale raczej przez 

niedokładno  rozw cieczonej bestii. Tak czy inaczej, co trzecie uderzenie 

odczuwała bole nie. Miała dotkliwie poranion  twarz i piersi. Była bliska utraty 

przytomno ci. 

Przypomniała sobie raptem,  e w jej r ku wci  tkwi ozdobna kostka. Kiedy 

uniosła j  do góry, Frank nagle zaprzestał ataków. 

Wyci gn ł do niej r k . Kirsty miała teraz chwilk  na zastanowienie si , czy 

mier  nie b dzie lepszym rozwi zaniem ni  walka. Wtedy Frank powiedział: 

- Daj mi to... 

Chciał jej odebra  pami tk  po swoich ranach, ale Kirsty nie zamierzała 

pozbywa  si  jedynej broni, jaka jej pozostała. 

- Nie - odpowiedziała. 

Za dał po raz drugi. W jego głosie wyczuła wyra ny niepokój. Zdaje si ,  e 

kostka była dla niego zbyt cenna, by miał ryzykowa  odebranie jej sił . 

- Ostatni raz - powiedział. - Bo ci  zabij . Daj mi kostk . 

Wa yła swoje szans . Co miała do stracenia? 

background image

 

53 

- Powiedz „prosz ” - za dała. 

Gor czkowo rozmy lał nad jej propozycj , warcz c gardłowo. A potem, jak 

grzeczne, acz wyrachowane dziecko, powiedział: 

- Prosz . 

To słowo było dla niej wszystkim. Cisn ła kostk  prosto w okno cał  sił  

swoich dr cych ramion. Skrzynka poszybowała ponad głow  Franka, 

roztrzaskała szyb  i znikn ła z widoku. 

- Nie! - wrzasn ł i w ułamku sekundy był przy oknie. - Nie! Nie! Nie! 

Po pieszyła do drzwi. Ka dym krokiem ryzykowała,  e po lizgnie si  na 

resztkach porozwalanych po podłodze. 

Wydostała si  na korytarz. Niemal potoczyłaby si  po schodach, ale jako  

przebiegła a  do sieni bez upadku. 

Na górze odezwała si  bestia. Wołał j  znowu. Ale tym razem nie da si  

pochwyci . Przebiegła przez korytarz do drzwi. Otwarła je i wydostała si  z 

koszmarnego królestwa bestii. 

Na dworze w tym czasie rozja niło si . Sło ce, krótko przed zaj ciem,  wieciło 

pełnym blaskiem. Zasłaniaj c oczy, Kirsty biegła w dół do ulicy. Pod stopami 

usłyszała chrz st tłuczonego szkła. Spostrzegła te  swoj  bro . Podniosła kostk , 

dzi ki której uratowała  ycie, i zacz ła biec. Kiedy dotarła do ulicy, zacz ły 

nachodzi  j  słowa - beznadziejne mamrotanie, gaworzenie, bełkot idioty. 

Fragmenty słów i zda , nazwy tego, co widziała i czuła. Ale na Lodovico Street 

nie było  ywej duszy. Zacz ła biec z całych sił, a  nabrała przekonania,  e jest 

dostatecznie oddalona od zabanda owanej bestii. 

W ko cu, bł kaj c  si  po nieznajomej ulicy, kto  j  zaczepił i zapytał, czy nie 

potrzebuje pomocy. Odrobina uprzejmo ci pokonała j . Nie była w stanie 

wydoby  z siebie jakiejkolwiek składnej odpowiedzi. Jej wyczerpany umysł 

stracił jasno  widzenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

54 

Rozdział 10

 

 

Kirsty obudziła si  we mgle. Przynajmniej takie było jej pierwsze wra enie. 

Ponad sob  widziała doskonale czyst  biel:  nieg na  niegu. Była zasypana 

niegiem, otulona  niegiem. Zdawało si ,  e pustka przepełnia jej gardło i oczy. 

Uniosła r ce. Zbli yła je do twarzy. Pachniały jakim  nie znanym mydłem o 

ostrym zapachu. Teraz zacz ła widzie .  ciany, prze cieradła, lekarstwa obok 

łó ka. Jest w szpitalu. 

Zawołała o pomoc. W kilka godzin, a mo e minut pó niej - nie była pewna - 

kto  podobny do piel gniarki przyszedł i powiedział: 

- Obudziła si  pani - i poszedł poinformowa  swoich przeło onych. 

Nic im nie powie. Zdecydowała w czasie mi dzy znikni ciem piel gniarki a 

przyj ciem lekarzy,  e nie jest to opowie , któr  mo na komu  przekaza . Mo e 

jutro spróbuje znale  słowa, które mogłyby przekona  ich, co widziała. Ale 

dzisiaj? Je li spróbowałaby co  tłumaczy , zmarszczyliby brwi i kazali przesta  

opowiada  bzdury. Spróbowaliby jej wmówi ,  e miała halucynacje. A je li 

upierałaby si , na pewno daliby jej  rodki odurzaj ce, co jeszcze pogorszyłoby 

spraw . Potrzebowała czasu do namysłu. 

Przemy lała to wszystko, zanim przyszli. Je li zapytaj , miała ju  gotowe 

kłamstwo pod r k . Powie im,  e wszystko pami ta jak przez mgł . Nawet nie za 

bardzo pami ta, jak si  nazywa. 

Lekarze kupili kłamstwa i stwierdzili,  e pami  wróci z czasem. A ona na to, 

e ma nadziej . Kazali jej spa . Ona im powiedziała,  e tylko o tym marzy. 

Ziewn ła. Wyszli. 

- Aha - powiedział jeden z nich, kiedy zbierali si  do odej cia - byłbym 

zapomniał. 

Lekarz miał w r ku kostk  Franka. 

- Trzymała to pani w r ku, kiedy pani  znaleziono. Mieli my cholerny 

problem,  eby to pani wydrze  z r ki. Czy to si  pani z czym  kojarzy? 

Powiedziała,  e z niczym. 

- Policja to obejrzała. Na kostce była krew. Mo e pani, mo e nie. 

Zbli ył si  do niej: 

- Czy pani chce j ? - zapytał i dodał: - Została umyta. 

- Tak - odparła. - Prosz . 

- Mo e to pozwoli pani odzyska  pami  -powiedział i postawił kostk  na 

podłodze obok stolika. 

Co teraz zrobimy? - zapytała Julia po raz setny. Człowiek siedz cy w k cie 

nie odpowiedział. Jego zniszczona twarz nie wyra ała  adnego uczucia. 

- Czego ty wła ciwie od niej chciałe ? - zapytała, - Wszystko zepsułe . 

- Zepsułem? - zapytał potwór. Nie wiesz chyba, co to słowo znaczy. 

Przełkn ła gniew. Jego pouczanie denerwowało j . 

- Frank, musimy st d znikn  - powiedziała mi kkim głosem. 

Rzucił jej lodowate spojrzenie. 

- Przyjd  szuka  - powiedziała. - Ona im powie wszystko. 

- Mo e... 

Nic ci  to nie obchodzi? 

background image

 

55 

Kupa banda y wzruszyła ramionami: 

- Obchodzi - powiedział. - Oczywi cie. Ale nie mo emy st d teraz wyjecha , 

kochanie. 

Kochanie! Słowo uderzyło ich oboje. Jak oddech sentymentu i czuło ci w 

pokoju, który znał tylko ból. 

- Nie mog  si  tak nigdzie pokaza  - wskazał na swoj  twarz. - Powiedz sama! 

- rzekł, patrz c na Juli  wyczekuj co. - Po prostu spójrz na mnie. 

Spojrzała. 

- I co, mog ? 

- Nie. 

- Nie - wrócił do kontemplowania podłogi. -Julio! Ja potrzebuj  skóry. 

- Skóry? 

- Wi c mo e... mo e pójdziemy razem pota czy . Czy nie tego chcesz? 

Mówił o ta cu i o  mierci z tak  sam  nonszalancj , jakby obie te rzeczy nie 

miały dla niego prawie  adnej warto ci. Słuchaj c, Julia uspokajała si . 

- Jak? - zapytała w ko cu. Znaczyło to: jak mo emy ukra  skór  i jak 

wytrwa  przy zdrowych zmysłach? 

- S  sposoby - powiedziała rozmyta twarz i posłała jej całusa. 

 

Gdyby  ciany nie były tak przera aj co białe, nigdy by nie podniosła kostki. 

Gdyby był jaki  obraz, na którym mogłaby zatrzyma  wzrok - wazon ze 

słonecznikami, widok na piramidy - cokolwiek, co urozmaiciłoby monotoni  

pokoju. Kirsty byłaby naprawd  zadowolona, gdyby miała co , na co mogłaby si  

gapi . Miała ju  do  pustki, wi c si gn ła pod stolik i podniosła kostk . 

Była nieco ci sza ni  j  zapami tała. Musiała usi

 i dokładnie j  zbada . 

Nie było wiele do ogl dania. Nie było dziurki na kluczyk. Nie było te  zawiasów. 

Bez wzgl du na to, czy ogl dała j  tysi c razy, czy jeden raz - nie potrafiła jej 

otworzy . Była pewna,  e kostka nie jest wykonana z jednej cz ci. Musiał istnie  

sposób, by j  otworzy . Jaki? 

Trzaskała ni  o stolik, potrz sała, ci gn ła, naciskała. Wszystko bez rezultatu. 

Dopiero kiedy obróciła si  na bok, w jasnym  wietle lampy zobaczyła drobne 

szczegóły konstrukcji. Na  cianie kostki były mikroskopijnej wielko ci przerwy, 

gdzie jeden kawałek łamigłówki zachodził na inny. Byłyby całkiem niewidoczne, 

ale zostały tam drobinki krwi, zdradzaj c skomplikowane poł czenia cz ci. 

Pracuj c systematycznie, rozpoznawała konstrukcj , metod  prób i bł dów 

naciskała i popychała cz ci. Po liniach zorientowała si  w ogólnej geografii 

zabawki. Bez nich mogłaby si  ni  bawi  bez rezultatu do ko ca. Mo liwo ci 

manewru były jednak znacznie ograniczone dzi ki odkrytym kraw dziom 

elementów składowych zabawki. 

Przez jaki  czas usiłowała rozpracowa  układank , a  w ko cu jej cierpliwo  

została nagrodzona. Delikatny trzask i nagle oczom jej ukazały si  

polakierowane, l ni ce  cianki wewn trzne. W  rodku była po prostu pi kna. 

Wypolerowane powierzchnie, jak najszlachetniejsza perła, ukazywały kolorowe 

cienie. Zdawało si ,  e poruszaj  si  w  wietle. 

Dała si  te  słysze  muzyka. Prosta melodyjka, dobywała si  z wn trza 

elementów kryj cych mechanizm pozytywki. Zach cona sukcesem, pracowała 

background image

 

56 

nad zabawk  dalej. Mimo  e udało jej si  usun  jedn  cz , reszta ani drgn ła. 

Ka dy segment stawiał wobec jej umysłu i palców nowe zadania. Ka de 

zwyci stwo nagradzane było kolejn  fraz  melodii. 

Zdejmowała ju  czwarty element, kiedy usłyszała bicie dzwonu. Przestała si  

bawi  i spojrzała w gór . 

Co  było nie tak. Albo jej zm czone oczy myliły j , albo mglisto białe  ciany 

poruszyły si  nieco. Odło yła kostk , wstała z łó ka i podeszła do okna. Dzwon 

wci  dzwonił jednostajnym biciem. Odsun ła nieco zasłony. Była noc. Za oknem 

wiał przejmuj cy wiatr. Li cie przewalały si  po trawniku przed szpitalem. 

Jednak odgłos dzwonu nie dochodził z zewn trz. Raczej zza jej pleców. 

Wypu ciła z r k zasłon  i odwróciła si . 

Kiedy spojrzała na pokój, lampka nocna przy łó ku zamigotała niczym  ywy 

ogie . Instynktownie si gn ła po kostk . Fragmenty jej i te dziwne znaki musiały 

mie  z sob  co  wspólnego. Kiedy dotkn ła kawałków kostki,  wiatło całkiem 

zgasło. 

Nie znalazła si  jednak w ciemno ciach. Nie była te  sama. Na ko cu łó ka co  

fosforyzowało. Dostrzegła jak  posta . Ciało, które przekroczyło jej wyobra enie 

- haki, blizny. Kiedy posta  przemówiła, nie miała bynajmniej głosu 

przepełnionego bólem. 

- To si  nazywa Konfiguracja Lemarchanda powiedziała posta , wskazuj c na 

kostk . 

Kirsty spojrzała. Kawałki kostki nie le ały ju  na jej dłoni, ale unosiły si  

kilkana cie centymetrów ponad ni . W cudowny sposób kostka składała si  sama, 

bez niczyjej pomocy. Kawałki wsuwały si  na swoje miejsce po kolei i wreszcie 

cała konstrukcja znów była cało ci . Na wypolerowanych płaszczyznach 

dziewczyna dostrzegała pokrzywione odbicia twarzy duchów poskr canych przez 

zawi  albo nierówno   cian kostki. 

Przybysz znów zacz ł mówi : 

- Kostka jest przeznaczona do rozłupywania powierzchni rzeczywisto ci - 

powiedział. -Jest to rodzaj inwokacji, za pomoc  której mo na powiadomi  o 

czym  Cenobitów. 

- Kogo? 

- Ty to zrobiła  nie wiadomie - powiedział go . - Prawda? 

- Tak. 

- To ju  miało miejsce wcze niej - odpowiedział. - Ale jest na to sposób. Nie 

mo na zamkn  Schizmy, a  nie we miemy tego, co do nas nale y... 

- To chyba jaka  pomyłka... 

- Nie próbuj walczy . Nie masz na to wpływu. Musisz mi teraz towarzyszy . 

Potrz sn ła głow . Miała ju  do  koszmarów na całe  ycie. 

- Nie pójd  z tob , do cholery, nie pójd ... 

Kiedy to mówiła, do pokoju weszła piel gniarka, której nie rozpoznała - 

pewnie z nocnej zmiany. 

- Czy pani mnie wzywała? - zapytała. Kirsty spojrzała na Cenobit , a potem 

znowu na piel gniark . Stali mo e w odległo ci jednego metra od siebie. 

- Ona mnie nie widzi - powiedziała posta . - Ani nie słyszy. Ja nale  do ciebie, 

Kirsty. A ty do mnie. 

background image

 

57 

- Nie - powiedziała. 

- Czy jest pani pewna,  e nic nie potrzebuje? - zapytała piel gniarka. - 

Wydawało mi si ,  e słyszałam... 

Kirsty potrz sn ła przecz co głow . To były przywidzenia, tylko 

przywidzenia. 

- Prosz  i  do łó ka - powiedziała piel gniarka. - Przezi bi si  pani. B d  tu 

za pi  minut. - I wyszła. 

Cenobita za miał si .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

58 

Rozdział 11

 

 

Rory stał w sieni i patrzył na Juli . Swoj  Juli . Kobiet , której kiedy  

poprzysi gł wierno  i miło  a  do  mierci. Zdawało mu si  wówczas,  e nie 

b dzie zbyt trudno dotrzyma  danego słowa. Odk d pami tał, zawsze idealizował 

j .  nił o niej po nocach, a w ci gu dnia pisywał miłosne poezje. Ale wszystko si  

zmieniło. Z czasem najwi cej bólu przynosiły mu te cz ste drobne zmiany. 

Ostatnio zdarzało mu si  wr cz,  e wolałby  mier  pod kopytami dzikich koni ni  

gryz ce go podejrzenie,  e dawno ju  utracił rado   ycia. 

Nie mógł wr cz uwierzy ,  e kiedy  wszystko szło tak doskonale, kiedy teraz 

tak stał i patrzył na ni . Teraz wszystko spowite było cieniem w tpliwo ci. Ton ło 

w brudzie. 

Był zadowolony tylko z jednej rzeczy: wygl dała na zmartwion . Mo e 

znaczyło to,  e w powietrzu wisi jej spowied  wobec niego. Mo e zechce wyrzuci  

wreszcie z siebie swe tajemnice, a on b dzie mógł jej wszystko wybaczy . 

- Wygl dasz na zasmucon  - powiedział. 

Wahała si  przez moment, a potem powiedziała: 

- To bardzo trudne, Rory... 

- Co? 

Wygl dała tak, jakby nawet nie miała siły zacz . 

- Co? - powtórzył. 

Mam ci tyle do powiedzenia. Zauwa ył,  e tak mocno  ciska por cz schodów, 

a  palce zbladły jej całkowicie. 

- Słucham ci  - zaofiarował si . Był gotów znów j  pokocha , je li tylko 

uczciwie powie mu, o co chodzi. - Powiedz mi. 

- My l ,  e lepiej... lepiej jak ci poka  - powiedziała. Wzi ła go za r k  i 

zaprowadziła po schodach na pi tro. 

 

Wiatr przewalaj cy si  po ulicach nie był zbyt ciepły, je liby s dzi  po tym, 

jak piesi podnosili kołnierze i chylili głowy. Ale Kirsty nie czuła chłodu. Czy by to 

jej niewidoczny towarzysz nie dopuszczał zimna do niej, ogrzewaj c j  ciepłem 

ognia, w którym Pradawni palili grzeszników? A mo e była po prostu zbyt 

przera ona, by czu  chłód? 

Ale ona wcale nie czuła strachu. To, co wywracało jej wn trzno ci, było 

znacznie bardziej przejmuj ce. Otwarła drzwi - te same, które otwarł brat 

Rory'ego. I teraz szła rami  w rami  z demonami. A u kresu swej w drówki 

zasmakuje zemsty. Odnajdzie tego, który j  zranił i przeraził. Sprawi,  e poczuje 

si  bezradny tak jak ona wówczas dzi ki niemu. Chciała patrze , jak b dzie si  

wił w m kach. Wr cz b dzie si  cieszyła z tego widoku. Do wiadczenie bólu 

nauczyło j  sadyzmu. 

Szła przez Lodovico Street i rozgl dała si  za jakim  znakiem Cenobity, ale 

niczego nie spostrzegła. Mimo to zbli yła si  do domu. Nie miała  adnego 

gotowego planu: było zbyt wiele spraw, których nie mogłaby przewidzie . Po 

pierwsze, b dzie tam Julia. Kirsty nie miała poj cia, do jakiego stopnia ona była 

w to wmieszana. Chyba nie była niewini tkiem. Ale by  mo e działała pod 

background image

 

59 

przymusem? Najbli sze minuty by  mo e dadz  jej odpowied . Zadzwoniła do 

drzwi i czekała. 

Drzwi otworzyła Julia. W r ku trzymała dług , biał  koronk . 

- Kirsty - powiedziała, wcale nie zmieszana jej widokiem. - Jest ju  pó no... 

- Gdzie jest Rory? - zacz ła Kirsty. Nie takie miały by  jej pierwsze słowa, ale 

jako  tak ju  wyszło. 

- Jest tutaj - odpowiedziała Julia spokojnie, jakby chciała uspokoi  roze lone 

dziecko. - Czy co  si  stało? 

- Chciałabym si  z nim zobaczy  - odpowiedziała Kirsty. 

- Z Rory'm? 

- Tak... 

Przekroczyła próg bez czekania na zach t . Julia nie sprzeciwiła si  i tylko 

zamkn ła za ni  drzwi. 

Teraz Kirsty poczuła chłód. Stała w sieni i dr ała. 

- Wygl dasz okropnie... - powiedziała wprost Julia. 

- Byłam tu tamtego popołudnia - wyrzuciła z siebie. - Widziałam, co si  stało. 

Widziałam! 

- A co tu było takiego do ogl dania? - padło pytanie. Wyraz twarzy Julii nie 

zmienił si . 

- Dobrze wiesz. 

- Ale naprawd  nie wiem, o co ci chodzi. 

- Chc  rozmawia  z Rory'm... 

- Oczywi cie - odpowiedziała Julia. - Ale ostro nie. Nie czuje si  najlepiej. 

Poprowadziła Kirsty przez jadalni . Rory siedział przy stole. Dło mi  ciskał 

szklank  z alkoholem. Obok stała butelka. Na przystawionym obok krze le 

zawieszona była  lubna suknia Julii. Jej widok przypomniał Kirsty koronk  w 

r ku Julii. 

Rory wygl dał bardzo  le. Na twarzy i na włosach miał zaschni t  krew. 

U miechn ł si  do niej ciepło, ale z wyra nym zm czeniem. 

- Co si  stało?... - zapytała. 

- Teraz ju  wszystko jest w porz dku, Kirsty - powiedział. Głos z ledwo ci  

mo na było nazwa  szeptem. - Julia powiedziała mi wszystko... ale teraz ju  jest 

w porz dku. 

- Nie - powiedziała, przekonana,  e Rory nie mo e zna  całej prawdy. 

- Przyszła  tu wczoraj po południu. 

- Tak jest. 

- Troch  niefortunnie. 

- Przecie  ty... ty mnie sam prosiłe ... Spojrzała na stoj c  w drzwiach Juli  i 

potem przeniosła wzrok na Rory'ego: 

- Zrobiłam to, o co mnie prosiłe . 

- Tak. Ja wiem. Wiem. Przykro mi teraz,  e przeze mnie wpakowała  si  w te 

obrzydlistwa... 

- Czy wiesz, co zrobił twój brat? - zapytała. - Czy wiesz, kogo wezwał? 

- Wiem do  du o - odpowiedział Rory. -Wa niejsze jest to,  e ju  po 

wszystkim. 

- Co chcesz przez to powiedzie ? 

background image

 

60 

- Cokolwiek tobie zrobił, ja to naprawi ... 

- Co masz na my li mówi c,  e ju  po wszystkim? 

- Kirsty! On nie  yje! 

(„... dostarcz go  ywego, a mo e nie rozedrzemy ci duszy”.) 

- Nie  yje? 

- Zniszczyli my go. Ja i Julia. Nie było to zbyt trudne. My lał,  e mnie mo e 

zaufa . Widzisz, on my lał,  e krew jest bardziej g sta ni  woda. Ale nie jest. Nie 

zniósłbym,  eby taki człowiek nadal  ył... 

Czuła,  e  oł dek podszedł jej do gardła. Czy Cenobici ostrz  swe haki na 

ni ? 

- Była  tak dzielna, Kirsty. Tak wiele ryzykowała  przychodz c tu... 

(Co  siedziało jej na ramieniu: 

- „Oddaj mi swoj  dusz ”.) 

-... Pójd  na policj , kiedy poczuj  si  troch  lepiej. Spróbuj  im to jako  

wytłumaczy ... 

- Ty go zabiłe ? - zapytała. 

- Tak. 

- Nie wierz  - wyszeptała. 

- We  j  na gór  - powiedział Rory patrz c na Juli . - Poka  jej. 

- Chcesz zobaczy ? - zapytała Julia. 

Kirsty skin ła głow  i ruszyła za ni . 

Na pi trze było cieplej ni  na dole. Powietrze było jakby tłuste, jak paruj ca 

woda po zmywaniu naczy . Drzwi do pokoju Franka były uchylone. Na gołej 

podłodze le ała kupa banda y, spowijaj ca paruj ce jeszcze zwłoki. Szyja trupa 

była roztrzaskana, głowa wyrwana z ramion. Od stóp do głowy pozbawiony był 

skóry. 

Kirsty odwróciła głow  z obrzydzeniem. 

- I co? Zadowolona? - zapytała j  Julia. 

Kirsty nie odpowiedziała, tylko wyszła z pokoju. Powietrze na jej ramieniu 

kotłowało si . 

(- „Przegrała ” - co  powiedziało jej wprost do ucha. 

- Wiem - wymamrotała.) 

Zacz ł bi  dzwon. Na ni , na pewno. Po pieszyła w dół schodami, modl c si , 

eby jej nie zabrali, zanim nie dosi gnie drzwi. Je li maj  jej wydrze  serce, niech 

Rory tego nie widzi. Niech zapami ta j  w dobrej formie: z u miechem na ustach, 

a nie błaganiem. 

Julia, id c za ni , zapytała. 

- Dok d si   pieszysz? 

Skoro nie było na to  adnej odpowiedzi, kontynuowała: 

- Nie mów nic o tym nikomu - nalegała. -Jako  sobie z tym poradzimy: ja i 

Rory. 

Jej głos odci gn ł Rory'ego od drinka. Pojawił si  na korytarzu. Rany zadane 

przez Franka wygl dały znacznie powa niej ni  Kirsty my lała. Twarz była 

poorana w kilkunastu miejscach, a skóra na szyi - pofałdowana. Kiedy do niego 

podeszła, chwycił j  za r k . 

- Julia ma racj  - powiedział. - Pozwól nam zło y  meldunek, dobrze? 

background image

 

61 

W tej chwili było wiele rzeczy, o których chciała mu powiedzie , ale nie miała 

na to czasu. Bicie dzwonów przybrało na sile w jej głowie. Kto  zarzucił jej p tl  

na szyj  i zaciskał z wolna. 

- Jest ju  za pó no... - wyszeptała do Rory'ego i wzi ła z powrotem r k . 

- Co chcesz przez to powiedzie ? - zapytał, kiedy szła do drzwi. - Nie odchod , 

Kirsty. Jeszcze nie odchod . Powiedz mi, co ci  dr czy. 

Nie mogła powstrzyma  si ,  eby raz jeszcze nie rzuci  na niego okiem w 

nadziei,  e sam odczyta z jej twarzy cały jej  al. 

- Ju  w porz dku - powiedziała słodko, maj c nadziej ,  e go tym uspokoi. - 

Naprawd . 

Rory rozwarł szeroko ramiona: 

- Chod  do tatusia - powiedział. 

Nie zabrzmiało to naturalnie w jego ustach. Niektórzy chłopcy nigdy nie 

dorastaj , by by  tatusiami, bez wzgl du na to, ile dzieci mog  spłodzi . 

Kirsty oparła si  r k  o  cian ,  eby si  uspokoi . 

To nie był Rory. Ten, kto to mówił, nie był Rory'm. To był Frank. Nie 

wiedziała jak, dlaczego, ale... to był Frank. 

Czaszk  rozsadzał jej huk dzwonów, lecz starała si  skupi  my li na tym 

odkryciu. Rory u miechał si , wyci gaj c do niej ramiona. Mówił te  co , ale nie 

była w stanie rozró ni  słów. Mi kkie ciało jego twarzy nadawało słowom 

brzmienie, ale dzwony zagłuszały wszystko. W efekcie była im za to wdzi czna. 

Nie dała si  zwie  pozorom. 

- Wiem, kim jeste ... - powiedziała nagle, niepewna, czy jej słowa s  słyszalne, 

czy nie. Miała jednak pewno ,  e mówi prawd . Ciało Rory'ego było na górze. 

Spowite banda ami Franka. Ukradziona skóra była teraz nawleczona na ciało 

jego brata. A mał e stwo zostało zerwane przelewem krwi. Tak! Tak było! 

P tla na szyi zaciskała si . Zostały jej chwile, zanim zostanie zaci gni ta w 

nico . Zdesperowana, skoczyła z powrotem w stron  potwora o twarzy Rory'ego. 

- To ty! - powiedziała. 

Twarz u miechn ła si , nie trac c pewno ci siebie. 

Zamierzyła si  na niego r k  i usiłowała uderzy . Cofn ł si , unikaj c jej 

dotyku. Dzwony biły nieubłaganie, kotłuj c jej mózg pod sklepieniem czaszki. 

Znowu wyci gn ła r k  do przodu. Tym razem nie udało mu si  odskoczy . 

Schwyciła go za twarz. Paznokcie wpiły si  w mi so policzka. Skóra, z tak  

pieczołowito ci  naci gana na kształty, zsun ła si  troszk , niczym mi kki 

jedwab. Oczom jej ukazało si  silnie ukrwione ciało. 

Julia za jej plecami zacz ła krzycze . 

I nagle dzwony ucichły. Nie! Nie ucichły, ale nie biły ju  w głowie Kirsty, lecz 

w całym domu. 

wiatła na korytarzu zaja niały nadspodziewanie mocno i nagle całkiem 

zgasły. Przez chwil , kiedy zapadły całkowite ciemno ci, słyszała łkanie, by  mo e 

dobywaj ce si  z jej własnych ust. A potem jakie  przera aj ce widowisko, jakby 

pokaz ogni sztucznych, zacz ło rozgrywa  si  na  cianach i na podłodze. Korytarz 

ta czył.  ciany po kolei zacz ły gi  si , łama  i wywija . Wszystko w szale czym 

tempie i w blasku ognia. 

background image

 

62 

W pewnej chwili, w  wietle kolejnego rozbłysku, zobaczyła,  e Frank zbli a 

si  do niej. Z twarzy zwisały mu fragmenty fizjonomii Rory'ego. Odskoczyła i 

umkn ła do du ego pokoju. U cisk na jej gardle zel ał. Najwidoczniej Cenobici 

dostrzegli swój bł d. Wkrótce, miała nadziej , wkrocz  do akcji. Czekała a  

zaprowadz  ład w tej farsie pomylonych to samo ci. Teraz ju  nawet nie chciała 

widzie  m czarni Franka. Miała ju  dosy . Zamiast tego chciała uciec tylnymi 

drzwiami z domu i pozostawi  Franka na ich pastw . 

Ale jej optymizm był krótkotrwały. Fajerwerki z korytarza dotarły te  i do 

jadalni. W ich  wietle zobaczyła,  e ten pokój zwariował tak e. Co  przesuwało 

si  po podłodze, jak kurz na wietrze. Krzesła wznosiły si  i opadały. By  mo e 

była niewinna, ale tajemne siły nie miały głowy do takich bzdur. Wiedziała,  e 

je li zrobi jeszcze jeden tylko krok, to narazi si  na ich zemst . 

Jej wahanie ułatwiło Frankowi dotarcie do uciekaj cej dziewczyny. Kiedy 

tylko wyci gn ł do niej r ce, rozbłyski w korytarzu ustały i wymkn ła si  mu pod 

osłon  ciemno ci. Lecz jej rado  trwała krótko. Nowe  wiatła rozja niły 

korytarz. Znów jej dopadał, tarasuj c drog  ucieczki. 

Dlaczego nie zabierali go, na miło  bosk ? Czy  nie przyprowadziła im go, 

zgodnie z obietnic , i nie zdemaskowała? 

Frank rozpi ł marynark . Za pasem miał okrwawiony nó . Wyci gn ł go i 

skierował w stron  Kirsty. 

- Od tej chwili - powiedział nacieraj c na ni  - jestem Rory... 

Nie miała wyboru, tylko cofa  si  w stron  drzwi. 

- Rozumiesz? Jestem Rory. I nikt nigdy tego nie b dzie wiedział lepiej ode 

mnie! 

Pi tami dotkn ła brzegu schodka, lecz nagle poczuła na sobie jeszcze inne 

dłonie. Wyci gały si  do niej przez por cz i zaciskały na jej włosach. Odwróciła 

twarz. To była Julia, oczywi cie. Odci gn ła z kamienn  twarz  głow  Kirsty do 

tyłu, odsłaniaj c gardło. Nó  Franka był tu , tu . 

W ostatniej chwili Kirsty wyci gn ła ramiona do góry i wykr ciła r k  Julii. 

Zwaliła j  z jej stanowiska o trzy stopnie wy ej. Julia straciwszy równowag  

zachwiała si  i poleciała w dół. Ostrze no a w dłoni Franka było zbyt blisko, by 

miał czas usun  je. Nó  przeszył jej pier  jak masło. Julia j kn ła i skulała si  ze 

schodów z łomotem. Nó , wyrwany z r ki Franka, stoczył si  wraz z ciałem. 

On jednak prawie tego nie zauwa ył. Oczy skierował na o wietlan  coraz to 

nowymi błyskami Kirsty. Nie miała innej drogi ucieczki ni  tylko na gór . Po ród 

fajerwerków i bicia dzwonów ruszyła przed siebie, schodami pod gór . 

Widziała,  e Frank nie od razu za ni  ruszył. Błagania Julii o pomoc 

odwróciły jego uwag  od dziewczyny. Podszedł do jej ciała, w połowie drogi 

mi dzy drzwiami i schodami. Wyci gn ł nó  z jej piersi. Krzyczała i płakała z 

bólu. Frank na kl czkach obszedł j . Uniosła r k  w oczekiwaniu na ostatni 

u cisk miło ci przed skonaniem. Frank poło ył jej rami  pod głow  i przybli ył 

si  do niej. Kiedy ich twarze niemal zetkn ły si , Julia z przera eniem odkryła,  e 

jego zamiary dalekie s  od współczucia. Otwarła usta do krzyku, ale on zamkn ł 

je swymi i zacz ł wysysa  po ywienie. Kopn ła powietrze. R kami usiłowała 

chwyci  pust  przestrze . Wszystko na nic. 

Oderwawszy oczy od tej przera aj cej sceny, Kirsty czołgała si  na gór . 

background image

 

63 

Na pi trze nie było jednak  adnej prawdziwej kryjówki. Nie było te   adnej 

drogi na zewn trz, chyba  e przez okno. Po tym, co Kirsty widziała przed chwil , 

była gotowa nawet na to. Upadaj c połamie sobie pewnie wszystkie ko ci, ale 

przynajmniej nie dosi gnie jej  mier  z r ki potwora. 

Zdawało si ,  e fajerwerki przygasaj . Korytarz spowijały g ste ciemno ci. 

Człapała raczej wzdłu   cian ni  szła, palcami odnajduj c drog . 

Na dole Frank sko czył z Juli  i znów ruszył w po cig. 

Kiedy wst pił na schody, znowu zacz ł powtarza  swe obrzydliwe 

zaproszenie: 

Chod  do tatusia. 

Była przekonana,  e Cenobici obserwuj  te sceny nie bez rozbawienia. Doszła 

do wniosku,  e nie wł cz  si , dopóki na arenie nie pozostanie tylko jeden z 

gladiatorów: Frank. Była tylko zak sk  do ich prawdziwej przyjemno ci. 

- Gnoje... - zaszlochała maj c nadziej ,  e j  usłysz . 

Doszła prawie do ko ca korytarza. Dalej była tylko graciarnia. Nie wiedziała, 

czy okno jest tam dostatecznie du e, by mogła si  przez nie wydosta . Je li tak, 

skoczy. Skoczy i przeklnie ich wszystkich: Boga i Szatana, i wszystko, co 

pomi dzy nimi. Skoczy w nadziei,  e spadnie na beton.  e jej koniec b dzie 

szybki. 

Frank znów j  wołał; był prawie u szczytu schodów. Przekr ciła klucz w 

zamku, otwarła drzwi do graciarni i weszła do  rodka. 

Tak. Było okno. Nie było na nim  adnych zasłon, a  wiatło ksi yca 

przelewało si  po zwaliskach niepotrzebnych nikomu rzeczy, pudeł i mebli. 

Załamana ju  kompletnie, przedarła si  do okna. Było lekko otwarte, by pokój 

mógł si  wietrzy . Usiłowała odsun  górn  jego cz , by powi kszy  szczelin , 

ale ło yska po bokach były przerdzewiałe. Okno ani drgn ło. 

Szybko zatem rozejrzała si  za kryjówk . Liczyła kroki na schodach - mniej 

ni  dwadzie cia, a wi c Frank jeszcze ma troch  do przebycia. Wzi ła do r ki 

worek le cy obok fotela, ale z przera eniem odkryła,  e w  rodku jest martwe 

ciało. M czyzna, dokładnie po wiartowany, le ał tam wybałuszaj c na ni  

dzikie, zastygłe w bezruchu oczy. Nogi stykały si  z policzkiem. Ju  miała 

krzykn  z przera enia, gdy posłyszała kroki Franka. 

- Gdzie jeste ? - zapytał. 

Zatkała sobie usta r k , by powstrzyma  okrzyk obrzydzenia. W tym 

momencie klamka w drzwiach została naci ni ta. Odskoczyła z pola widzenia i 

ukryła si  za przewróconym fotelem. Przełkn ła swój krzyk. 

Drzwi otworzyły si . Słyszała zm czony oddech Franka. Słyszała mi kki 

odgłos jego kroków na podłodze. Potem znowu usłyszała skrzypienie drzwi i 

Frank wyszedł. Zamek trzasn ł, zaskakuj c. Cisza. 

Czekała licz c do trzynastu, potem wychyliła si , niepewna, czy Frank 

rzeczywi cie poszedł. Bała si ,  e zaczaił si  tylko w oczekiwaniu na jej 

niezr czno . Ale nie. Nie było go tu. 

Zatrzymywanie oddechu i krzyku przyniosło teraz najmniej oczekiwany efekt 

uboczny: czkawk . Pierwsze czkni cie było tak niespodziewane,  e Kirsty nie 

zd yła poło y  sobie dłoni na ustach. Rozbrzmiało, jak ładowanie strzelby. Nie 

słyszała te  odgłosów wskazuj cych na to,  e Frank zamierzał zej  ze schodów. 

background image

 

64 

Wydawało si ,  e jest poza zasi giem słuchu. Podeszła raz jeszcze do okna, 

mijaj c po drodze trumn  z worka. Czkn ła po raz drugi. Trzeci i czwarty raz 

odezwało si  czkni cie, kiedy bezskutecznie mocowała si  z opornym oknem. 

Przez moment rozwa ała ewentualne rozbicie szyby i wezwanie krzykiem 

pomocy. Rychło jednak porzuciła ten zamiar. Frank przełykałby jej oczy w 

momencie, w którym ktokolwiek z s siadów zdołałby si  cho  troch  rozbudzi . 

Powróciła do drzwi i uchyliła je złorzecz c skrzypi cym zawiasom. Ani  ladu 

po Franku. Przynajmniej na ile jej oczy mogły dostrzec cokolwiek w ciemno ci. 

Ostro nie otwarła drzwi nieco szerzej i znowu była na korytarzu. 

Ciemno ci zdawały si  by   ywym ciałem; czuła na sobie grobowe pocałunki. 

Zrobiła trzy kroki. Nic. Czwarty. Te  nic. Kiedy postawiła nog  po raz pi ty, 

ciało jej popełniło samobójcz  gaf . Czkawka! R ka nie zd yła nawet drgn . 

Tym razem odgłos dotarł do jej prze ladowcy. 

- Aaaa! Tu jeste  - odezwał si  cie . Frank wypadł z sypialni i zagrodził jej 

drog . Był złakniony po ywienia. Wydawał si  szeroki jak cały korytarz. Cuchn ł 

mi sem. 

Nie miała nic do stracenia. Krzykn ła z całych sił, kiedy j  dopadł. Jej 

przera enie jakby dodatkowo podniecało potwora. Była o włos od ostrza no a, ale 

rzuciła si  w bok i zauwa yła,  e raptem znalazła si  w pobli u pokoju Franka. 

Był tu  za ni , zachwycony perspektyw  łowów. 

Wiedziała,  e w tym pokoju jest okno. Sama je przecie  rozbiła kilka godzin 

temu. Ale ciemno ci były nieprzeniknione. Nie widziała kompletnie nic. Nie 

docierał nawet blask ksi yca. Zdawało si ,  e Frank zagubił si  tak samo. 

Zawołał na ni ; wezwaniu towarzyszył  wist przeszywanego no em powietrza. W 

prawo i w lewo, w lewo i w prawo, Frank szukał Kirsty, tn c przestrze  przed 

sob . Post puj c do przodu nagle poczuła,  e nog  haczy o banda e. W nast pnej 

chwili omal nie upadła, zatrzymawszy si  na czym . Nagle utraciła równowag  i 

jednak zwaliła si  ci ko na podłog . Nie. Nie na podłog . Pod ni  le ało o lizłe, 

zimne ciało Rory'ego. 

- Tutaj jeste  - powiedział Frank. Ci cia no a przybli yły si  na kilka 

centymetrów do jej głowy. Ale ona nie przejmowała si  teraz nimi. Poło yła r ce 

na ciele na podłodze.  mier  była niczym Wobec bólu po stracie ukochanego. 

- Rory - zaj czała, z dum  my l c,  e jego imi  b dzie na jej ustach, kiedy 

umrze. 

- Tak jest! - zawołał z triumfem Frank. -Rory! 

Fakt,  e imi  Rory'ego zostało ukradzione wraz z jego skór , był 

niewybaczalny. Zawrzał w niej gniew. Skóra to nic takiego; nawet  winie i w e 

j  maj . Składała si  przecie  z martwych komórek,  cieraj cych si  i 

wyrastaj cych na nowo. Ale imi ? To było zakl cie, które przywołało 

wspomnienia. Nie pozwoli na to, by Frank uzurpował sobie prawo do imienia 

Rory'ego. 

- Rory nie  yje - powiedziała. Własne słowa zaskoczyły j , ale te  przywiodły 

na my l pewien pomysł. 

- No, mała! - zawołał Frank. 

Czy przypadkiem Cenobici nie czekali, a  Frank sam wypowie swoje imi ? 

Czy przybysz nie wspomniał o tym,  e Frank musi si  wyspowiada ? 

background image

 

65 

- Ty nie jeste  Rory'm - powiedziała. 

- Tylko my to wiemy - padła odpowied . -Nikt wi cej... 

- Kim wi c jeste ? 

- Biedaczysko. Tracisz zmysły, prawda? 

- A wi c kim jeste ? 

- Ale  ty jeste  ciekawska... 

- Kim jeste ? 

- Daj spokój, dziecino - odparł. Przybli ył si  do niej w ciemno ci. Twarz 

przysun ł do jej twarzy. - Wszystko idzie tak dobrze, jak tylko mo e... 

- Tak? 

- Tak. Frank jest tutaj, dziecinko. 

- Frank? 

- Wła nie tak. Bo Frank, to ja! Wypowiadaj c te słowa zadał jej pchni cie, ale 

ona, przewidziawszy to, usun ła si  w ostatniej chwili. W sekund  pó niej dzwon 

znowu zacz ł bi , a goła  arówka na suficie zaja niała nowym  wiatłem. Kirsty 

zobaczyła Franka obok ciała brata. 

Zerwał si  na nogi i ju  miał si  na ni  rzuci , gdy odezwał si  głos. 

Wypowiedział jego imi . Delikatnie, jakby uspokajał przestraszone dziecko: 

- Frank. 

Twarz Franka znieruchomiała po raz drugi tej nocy. Przemkn ł przez ni  

wyraz zdziwienia. Był przera ony. 

Powoli odwracał głow  w stron , z której dobiegał głos. Był tam Cenobita. 

Jego haczyki błyszczały. Za nim Kirsty dostrzegła trzy inne pokrzywione, 

pokawałkowane postacie. Frank rzucił spojrzenie w stron  Kirsty. 

- Ty to zrobiła  - powiedział. 

Skin ła głow . 

- Wyno  si  st d - powiedział do niej jeden z przybyłych. - Teraz to ju  nie 

twoja sprawa. 

- Ty dziwko! - krzykn ł Frank. - Suko! Pierdolona, zakłamana kurwo! 

Wyzwiska towarzyszyły jej a  do drzwi. Kiedy poło yła r k  na klamce, 

usłyszała,  e j  goni. Odwróciła si  i ze zgroz  ujrzała go oddalonego mo e o 

stop . Wzniesiony w gór  nó  mógł w ka dej sekundzie zatopi  w jej ciele, gdy 

wtem znieruchomiał, niezdolny do  adnego ruchu. Nawet o milimetr. 

Cenobici zatopili ju  w nim swe haki. Wbili je w mi nie r k, nóg, twarzy. Do 

haków przyczepili ła cuchy. Słycha  było cichy odgłos, jak mi so stawiało opór 

ci gn cym go ła cuchom i rozdzierało si  z lekka. Usta Franka rozwarły si  

nienaturalnie. Szyja i klatka piersiowa ziały otworami. 

Nó  wysun ł mu si  z r ki i spadł na podłog . Wyrzucił z siebie ostatnie, 

nieskładne przekle stwo pod jej adresem. Ciało kurczyło si  i skr cało. Cal po 

calu ci gn li go na  rodek pokoju. 

- Id  - powiedział Cenobita. Kirsty i tak nic ju  nie mogła zobaczy  z 

widowiska. Przesłaniała ich krwawa fontanna. Usłuchawszy rady otworzyła 

drzwi, kiedy Frank za jej plecami zacz ł wrzeszcze  z bólu. 

Gdy wst piła na korytarz, tynk posypał si  z sufitu. Dom chwiał si  w 

posadach. Musiała i  szybko. Wiedziała,  e skoro demony s  na wolno ci, z 

domu mo e nie pozosta  nawet  lad. 

background image

 

66 

Mimo  e nie miała zbyt wiele czasu, nie mogła odmówi  sobie przyjemno ci 

spojrzenia po raz ostatni na Franka. Jakby chciała si  upewni ,  e ju  nie b dzie 

jej prze ladował. 

Frank konał. Przeszyty hakami w dziesi ciu lub wi cej miejscach, ryczał 

wniebogłosy. Nawet teraz na jego ciele pojawiały si  nowe rany. Rozpostarte na 

podłodze, pod  arówk , jego ciało ponaci gane było do granic wytrzymało ci i 

coraz bardziej było rozszarpywane. 

Nagle krzyk ustał. Nast piła przerwa w katuszach. I wówczas, w ostatnim 

akcie nieposłusze stwa, uniósł z wysiłkiem pokiereszowan  głow  i spojrzał na 

ni . Ich oczy spotkały si . Jego wzrok zdawał si  pała  cał  zło ci  i nienawi ci  

wiata. 

W odpowiedzi ła cuchy zostały naci gni te mocniej, ale Cenobitom nie udało 

si  ju  wydoby  z Franka jakiegokolwiek krzyku. Wywalił tylko j zyk w stron  

Kirsty i zaraz go schował. 

Wtedy rozpadł si  na cz ci. 

Członki zostały oddzielone od torsu, głowa od ramion. Kirsty zatrzasn ła za 

sob  drzwi. Co  ci kiego z łomotem uderzyło w nie zaraz potem. Pewnie jego 

głowa. 

Schodziła ostro nie po rozpływaj cych si  schodach. Ze  cian dobiegało j  

wycie wilków, dzwony biły na trwog . Wsz dzie, w g stniej cym jak dym 

powietrzu, pojawiały si  duchy zranionych ptaków, pozszywanych, ale 

niezdolnych do lotu. 

Dotarła na dół i zacz ła i  korytarzem na parterze, ale kiedy znalazła si  w 

bezpo rednim zasi gu wolno ci, usłyszała,  e kto  wypowiada jej imi . 

To była Julia. Na podłodze wida  było rozmazan  smug  krwi. Znaczyła ona 

drog  przebyt  przez Juli  po tym, jak Frank porzucił j  pół yw . 

- Kirsty!... - zawołała znowu. Był to głos pełen  alu, bólu i bezradno ci. Kirsty 

nie mogła si  opanowa  i pod yła za nim do jadalni. 

Meble wydawały si  poopalane. Popiół pokrywał zw glony dywan. Tam 

wła nie, na  rodku pobojowiska, siedziała panna młoda. Jakim  nadludzkim 

wysiłkiem Julia zdołała na siebie wło y  sukni   lubn  i nało y  na głow  welon. 

Suknia była potarmoszona i brudna, ale Julia wygl dała na swój sposób pi knie, 

mo e cz ciowo poprzez fakt,  e otaczała j  brzydota ruiny domu. 

- Pomó  mi - powiedziała. Dopiero w tym momencie Kirsty zdała sobie 

spraw ,  e głos nie dochodził spod woalki, ale spomi dzy nóg dziewczyny. Suknia 

odsłoniła teraz głow  Julii. Umieszczona była na poduszce z marszczonego 

jedwabiu, otoczona nadpalonymi włosami. Jak mogła mówi , skoro odł czona 

była od płuc i krtani?! Ale mimo to - mówiła. 

- Kirsty - powiedziała błagalnym głosem i westchn ła. Głowa kołysała si  na 

łonie Julii to w jedn , to w drug  stron . 

Kirsty mogła jej pomóc. Mogła te  rzuci  głow  o  cian  tak,  e mózg 

rozprysn łby si  wkoło. Nagle welon podniósł si , jakby niesiony niewidzialnymi 

palcami. Pod nim co   wieciło.  wiatło nat ało si  coraz bardziej. Gdy  wiatło 

było ju  zupełnie jasne, odezwał si  głos. 

- Jestem In ynierem - westchn ło  wiatło. Nic wi cej. Tylko tyle. 

wiatło nadal stawało si  coraz silniejsze i coraz bardziej o lepiaj ce. 

background image

 

67 

Kirsty nie czekała, a  straci wzrok. Odwróciła si  i skierowała z powrotem do 

drzwi. Przebijała si  przez  cian  ptaków. Dr ała ze strachu przed oszalałymi z 

w ciekło ci wilkami. Wyszła przez frontowe drzwi w chwili, gdy sufit zacz ł si  z 

wolna obni a . 

Powitała j  noc - czysta ciemno . Oddychała gł bokimi haustami, biegn c w 

stron  ulicy. Była to jej druga ucieczka z tego domu. Prosiła Boga,  eby nigdy nie 

było trzeciej. 

Na rogu Lodovico Street odwróciła si . Dom nie poddał si  siłom szalej cym 

wewn trz. Stał tak spokojnie jak grób. Nie... Spokojniej ni  grób. 

Kiedy znów zwróciła si  przed siebie, jaki  przechodzie  potr cił j  nagle. 

Zawołała zdziwiona, ale  piesz ca posta  znikn ła ju  w półmroku budz cego si  

witu. Zanim znikn ł jej z oczu, obejrzał si  i zobaczyła jego  wiec c  jasnym 

wiatłem głow . Był to In ynier. Nie miała czasu, by si  mu dobrze przyjrze ; 

znikn ł w ciemno ci, pozostawiaj c tylko odbłysk w jej oczach. 

Dopiero wtedy zrozumiała cel tego zderzenia. In ynier wcisn ł w jej dło  

kostk  Lemarchanda. 

Elementy jej powierzchni były nieskazitelnie poł czone z sob  i wypolerowane 

na wysoki połysk. Nie sprawdzała tego nawet, ale była pewna,  e tym razem nie 

tak łatwo b dzie znale  rozwi zanie zagadki. Nast pny odkrywca nie b dzie miał 

adnych wskazówek. Czy jednak do czasu, gdy kto  j  rozwi e, jej wła nie 

powierzono misj  przechowywania kostki? Najwidoczniej tak. 

Obróciła j  w dłoni. Przez króciutki moment wydawało jej si ,  e dostrzega 

zarysy duchów na lakierowanej powierzchni. Twarze Julii i Franka. Odwróciła j  

znowu, szukaj c twarzy Rory'ego, ale bezskutecznie. Gdziekolwiek zatem był, nie 

było go w kostce. Istniały jeszcze inne zagadki i łamigłówki. By  mo e ich 

rozwi zanie mogło naprowadzi  j  na  lady Rory'ego. Mo e krzy ówka, której 

hasło otwarłoby bramy raju; mo e laubzega, której zło enie dawało dost p do 

Krainy Czarów. 

B dzie jak zwykle czekała i obserwowała.  ywi  b dzie nadziej ,  e pewnego 

dnia trafi w jej r ce taka łamigłówka. A je li nie uda si  jej czego  takiego zdoby , 

nie popadnie w rozpacz. Ze strachu,  e kojenie złamanych serc nie jest zadaniem, 

które mo na wykona . Bez wzgl du na to, ile ma si  czasu. I bez wzgl du na to, 

jak  m dro  si  posi dzie.