background image

GÜNTER GRASS

IDĄC RAKIEM

Nowela

Przełożył

Sławomir Błaut

in memoriam

background image

1

- Czemu dopiero teraz? - pytał ktoś, kto nie jest mną. Ponieważ matka mi w kółko... 

Ponieważ jak wówczas, kiedy po wodzie niósł się krzyk, chciałem, ale nie mogłem krzyczeć... 

Ponieważ prawda to chyba ledwie trzy linijki... Ponieważ teraz dopiero...

Słowa mają jeszcze ze mną trudności. Ktoś, kto nie lubi żadnych wykrętów, przygważdża 

mnie powołując się na mój zawód. Bo przecież to ja już jako żółtodzioby młodziak, ze słowami 

za  pan brat,  odbywałem  praktykę  w Springerowskiej  gazecie,  niebawem zręcznie  zmieniłem 

front, później na łamach „taz” nielicho przejeżdżałem się po Springerze, potem na żołdzie agencji 

prasowych   ćwiczyłem   się   w   zwięzłości   i   przez   długi   czas   z   pozycji   wolnego   strzelca 

przerabiałem na artykuły siekaninę bieżących  zdarzeń: Aktualności dzisiejszego dnia. Dzisiaj 

aktualne.

Odparłem, że może i tak było. Ale tacy jak ja niczego innego się nie nauczyli. Jeśli mam 

teraz przystąpić do rozprawiania się ze sobą, to wszystko, co mi się ułożyło na opak, pójdzie na 

karb zatonięcia statku, ponieważ ni mniej, ni więcej, ponieważ matka wtedy bliska rozwiązania, 

ponieważ ja w ogóle żyję tylko za sprawą przypadku.

I oto znów jestem na czyichś usługach, na razie jednak wolno mi pominąć moją skromną 

osobę,   bo   ta   historia   zaczęła   się   na   długo   przede   mną,   ponad   sto   lat   temu,   mianowicie   w 

Schwerinie, meklemburskiej stolicy, która rozpościera się pośród siedmiu jezior, uwieczniona 

jest   na   widokówkach   przedstawiających   staromiejski   Schelfstadt   i   wielowieżowy   zamek,   a 

kolejne wojny przetrwała na pozór bez uszczerbku.

Z początku nie sądziłem, że dawno odfajkowana przez historię prowincjonalna mieścina 

mogłaby zwabić  kogokolwiek  poza turystami,  ale  potem ów punkt wyjścia  mojej  opowieści 

raptem nabrał aktualności w internecie. Jakiś anonim podawał informacje osobowe przytaczając 

daty, nazwy ulic i świadectwa szkolne, przed kimś takim, kto jak ja szpera w przeszłości, chciał 

koniecznie otworzyć skarbnicę wiedzy.

Skoro tylko na rynku pokazała się ta aparatura, sprawiłem sobie Macintosha z modemem. 

Mój   zawód   wymaga   owego   dostępu   do   krążących   po   świecie   informacji.   Nauczyłem   się 

obchodzić jako tako z moim komputerem. Wkrótce takie słowa jak browser i hiperlink

1

 przestały 

być   dla   mnie   chińszczyzną.   Klikaniem   myszy   ściągałem   infosy   do   wykorzystania   lub   do 

1

  Większość terminów intemetowyeh  pozostawiono w przekładzie w brzmieniu angielskim, tak jak w 

oryginale noweli Güntera Qrassa (przyp. tłum.).

background image

wyrzucenia, dla fantazji bądź z nudów zacząłem przeskakiwać z jednego chatroomu na drugi i 

reagować na najbardziej niedorzeczne maile, przez krótki czas gościłem też na dwóch, trzech 

pornosites, a wreszcie po chaotycznym surfowaniu natknąłem się na witryny, gdzie tak zwani 

przedwczorajsi, ale i świeżo upieczeni młodzi naziści dawali upust swojej tępocie na stronach 

nienawiści. I nagle - biorąc nazwę statku za słowo poszukiwane - wyklikałem właściwy adres: 

„www.blut - zeuge.de”. Świadek krwi - męczennik. Jakieś „Kamractwo Schwerin” ogłaszało 

gotyckimi   literami   gromkie   hasła.   Same   pamiętliwe   kawałki.   Chciało   się   bardziej   śmiać   niż 

rzygać.

Od tej chwili nie ulega wątpliwości, czyja to krew ma dawać świadectwo. Ale jeszcze nie 

wiem, czy mam najpierw, jak uczy doświadczenie, odtworzyć  jedną, potem drugą sprawę, a 

następnie ten czy tamten życiorys, czy też powinienem raczej na skos wejść czasowi w paradę, 

dajmy   na  to   na   sposób   raków,  które   udają   chód  wsteczny  zbaczając   z   prostego   kursu,   lecz 

całkiem szparko posuwają się naprzód. Pewne jest jedynie tyle: Natura, a ściślej biorąc Morze 

Bałtyckie już przeszło pół wieku temu pogodziło się ze wszystkim, o czym będzie tu mowa.

Na pierwszy ogień idzie ktoś, czyj nagrobek został rozbity na kawałki. Po szkole - mała 

matura   -   zaczęła   się   jego   praktyka   bankowa,   którą   ukończył   bez   wzlotów   i   upadków.   W 

internecie   nie   było   na   ten   temat   ani   słowa.   Tam   na   specjalnie   jemu   poświęconej   website 

urodzony  w  roku   1895  w  Schwerinie   Wilhelm   Gustłoff   odbierał   tylko   hołdy  jako  „świadek 

krwi”. Toteż zabrakło wzmianki o kłopotach z krtanią, o chronicznej chorobie płuc, która nie 

pozwoliła mu wykazać się dzielnością w pierwszej wojnie światowej. Podczas gdy Hans Castorp, 

młody   mężczyzna   z   hanzeatyckiego   rodu,   na   polecenie   swego   twórcy   musiał   opuścić 

Czarodziejską Górę, aby na stronie 994 powieści pod tymże tytułem polec jako ochotnik we 

Flandrii albo rozpłynąć się w literackiej mgławicy, schweriński bank Towarzystwa Ubezpieczeń 

na Życie w roku siedemnastym troskliwie wysłał swego sumiennego urzędnika do Szwajcarii, 

gdzie   w   Davos   miał   się   wykurować   z   trapiącej   go   choroby,   po   czym   w   nadzwyczajnym 

powietrzu do tego stopnia wyzdrowiał, że tylko w jakiś inny sposób można było doprowadzić go 

do śmierci; na powrót do Schwerina, do klimatu północnych Niemiec na razie nie miał ochoty.

Wilhelm   Gustłoff   znalazł   pracę   asystenta   w   obserwatorium.   Po   przekształceniu   tej 

placówki badawczej w instytucję konfederacką awansował na jej sekretarza, któremu wszakże 

starczało czasu, aby sobie dorobić podróżując po kraju w charakterze akwizytora Towarzystwa 

Ubezpieczeń   Sprzętów   Domowych;   przy   okazji   ubocznego   zajęcia   poznawał   więc   kantony 

background image

Szwajcarii. Równocześnie nie próżnowała jego żona Hedwig; nie mając oporów mimo swych 

ultranarodowych   przekonań   zatrudniła   się   jako   sekretarka   u   adwokata   nazwiskiem   Moses 

Silberroth.

Do tego momentu z faktów wyłania się obraz po mieszczańsku statecznego małżeństwa, 

które jednak, jak się okaże, tylko udawało, że prowadzi życie zgodne ze szwajcarskim ideałem 

dorabiania   się;   bo   z   początku   skrycie,   później   całkiem   jawnie   -   na   co   pracodawca   długo 

przymykał   oczy   -   sekretarz   obserwatorium   z   powodzeniem   wykorzystywał   wrodzony   talent 

organizacyjny:   wstąpił   do   Partii   i   do   początków   roku   trzydziestego   szóstego   wśród 

zamieszkałych  w Szwajcarii Niemców z Rzeszy i Austriaków zwerbował blisko pięć tysięcy 

członków, zorganizował w całym kraju w grupy lokalne i zaprzysiągł na wierność komuś, kogo 

Opatrzność wymyśliła sobie na führera.

Landesgruppenleiterem  mianował  go wszelako Gregor Strasser zawiadujący sprawami 

organizacyjnymi Partii. Strasser, który należał do lewego skrzydła, w roku trzydziestym drugim 

na  znak  protestu  przeciwko  bliskim  kontaktom   swego  führera  z wielkim  przemysłem  złożył 

wszystkie   urzędy,   a   w   dwa   lata   później   został   zaliczony   do   uczestników   puczu   Röhma   i 

zlikwidowany przez swoich; jego brat Otto ocalał uciekając za granicę. Z kolei Gustloff musiał 

poszukać sobie nowego wzoru.

Kiedy   w   związku   z   interpelacją   zgłoszoną   w   Małej   Radzie   Gryzonii   funkcjonariusz 

policji  do spraw cudzoziemców  chciał  się  od niego dowiedzieć,  jak on pojmuje swój  urząd 

landesgruppenleitera   NSDAP   w   Konfederacji   Szwajcarskiej,   Gustloff   ponoć   odpowiedział:   - 

Najbardziej na świecie kocham moją żonę i moją matkę. Gdyby mój führer rozkazał mi je zabić, 

to bym go posłuchał.

Ten cytat został zakwestionowany w internecie. Takie i jeszcze inne kłamstwa wymyślił 

w swojej ramocie Żyd Emil Ludwig, można się było dowiedzieć w chatroomie udostępnionym 

przez Kamractwo Schwerin. Natomiast męczennik w dalszym ciągu pozostawał pod wpływem 

idei   Gregora   Strassera.   Gustloff   stale   podkreślał,   że   w   jego   światopoglądzie   wartości 

socjalistyczne znaczą więcej od narodowych. Niebawem między czatowcami rozgorzały walki 

frakcyjne. Wirtualna noc długich noży domagała się ofiar.

Potem jednak wszystkim zainteresowanym internautom przywołano na pamięć datę, która 

miała  świadczyć  o roli  Opatrzności.  Coś, co ja usiłowałem  wytłumaczyć  sobie jako zwykły 

przypadek, wynosiło partyjnego aparatczyka Gustloffa na ponadziemskie wyżyny. 30 stycznia 

background image

1945, z dokładnością co do dnia, w pięćdziesięciolecie urodzin męczennika, zaczął tonąć statek 

ochrzczony   jego   imieniem   i   tym   samym   w   dwanaście   lat   od   przejęcia   władzy,   znowu   z 

dokładnością co do dnia, stał się znakiem powszechnej zguby.

Oto jakby pismem klinowym wyryta w granicie. Przeklęta data, od której wszystko się 

zaczęło, niebywale spotęgowało, doszło do punktu kulminacyjnego, dobiegło kresu. Ja też, dzięki 

matce,   jestem   związany  z  dniem  wciąż   żywej  katastrofy;  natomiast   ona  żyje  podług  innego 

kalendarza i nie uznaje ani przypadku, ani podobnych wszechwyjaśniaczy.

-   A  szkąd!   -   woła   ta,   której   nigdy   nie   nazywam   zaborczo   „moją”,   ale   zawsze   tylko 

„matką”. - Gancegal po kim by są sztatek zwał, i tak na dno by poszedł. Bym tylko wiedżecz  

chczała, co se ten Ruszki myszlał, jak do nas trzy razy pod rząd, rach - ciach - ciach, wygarnącz 

kazał...

Wciąż   jeszcze   tak   gada,   jak   gdyby   od   tamtych   lat   nie   upłynęła   kupa   czasu.   Słowa 

rozwleczone. Zdania przepuszczone przez magiel. Mówi bulwy na ziemniaki, glomza na twaróg i 

pomuchla,   kiedy  przyrządza   dorsza   w   musztardowej   zalewie.   Rodzice   matki,   August   i  Erna 

Pokriefkowie, pochodzili z Kosznajderii, nazywano ich Kośniewiakami. Ona za to wyrastała we 

Wrzeszczu. Pochodzi nie z Gdańska, lecz z tego rozciągniętego, zagarniającego coraz więcej 

sąsiednich pól przedmieścia, którego jedna z ulic nosiła miano Elzy i dla małej Urszuli, zwanej 

Tullą, musiała być całym światem, bo opowiadając, jak to po swojemu nazywa, „sztare dżeje”, 

często wprawdzie wspomina kąpielowe igraszki na pobliskiej bałtyckiej plaży albo wyprawy na 

sanki do lasów na południowym skraju przedmieścia, ale przeważnie zmusza swoich słuchaczy, 

by weszli na podwórko czynszowej kamienicy przy Elzy pod 19 i stamtąd, mijając uwiązanego 

na łańcuchu owczarka Harrasa, do stolarni, której pracy towarzyszyły hałasy piły tarczowej, piły 

taśmowej, frezarki, strugarki i dudniącej szlifierki. - Jak żem telko od żerni odrosła, w garnku z 

klejem mieszacz mnie dawali... - W rezultacie gdziekolwiek mała Tulla stała, leżała, szła, pędziła 

czy przysiadała w kącie, nie odstępował jej legendarny, jak opowiadają, zapach kleju kostnego.

Nie   ma   się   zatem   czemu   dziwić,   że   kiedy   zaraz   po   wojnie   zakwaterowali   nas   w 

Schwerinie, matka wyuczyła się w Schelfstadt stolarskiego rzemiosła. Jako „przesiedlona”, jak 

mawiało się na Wschodzie, prędko dostała się do terminu u majstra, którego walący się warsztat 

z czterema strugnicami i stale bulgoczącym garnkiem kleju miał renomę zasiedziałego. Stamtąd 

niedaleko było na Lehmstrasse, gdzie oboje z matką mieliśmy kryty smołowaną papą dach nad 

głową. Ale gdybyśmy po katastrofie nie zeszli na ląd w Kołobrzegu, gdyby za to torpedowiec 

background image

„Löwe” zawiózł nas do Travemünde lub Kilonii, a więc na Zachód, matka jako „uciekinierka ze 

Wschodu”, jak mawiało się po tamtej stronie, na pewno również terminowałaby u stolarza. Ja 

mówię:   przypadek,   podczas   gdy   ona   od   pierwszego   dnia   uważała,   że   miejsce   naszego 

przymusowego pobytu było nam sądzone.

- A ten Ruszki, co na ichnim ubocze za kapitana beł, to urodziny dokładnie niby kiedy 

miał? Ty przeczeż zwykle wszysztko z detalami wiesz...

Nie, inaczej niż w wypadku Wilhelma Gustloffa - a ściągałem z internetu, co się dało - 

tego nie wiem z detalami. Zdołałem dogrzebać się jedynie roku urodzenia i paru jeszcze faktów 

oraz przypuszczeń, czegoś, co dziennikarze nazywają otoczką.

Aleksander Marinesko urodził się w roku 1913, mianowicie w Odessie, położonym nad 

Morzem Czarnym mieście portowym, które kiedyś musiało być wspaniałe, o czym zaświadczają 

czarno - białe zdjęcia z filmu „Pancernik Potiomkin”. Matka pochodziła z Ukrainy. Ojciec był 

Rumunem i legitymację podpisał jeszcze nazwiskiem Marinescu, nim za bunt został skazany na 

śmierć, ale w ostatniej minucie zdołał uciec.

Jego syn Aleksander wyrastał w dzielnicy portowej. A ponieważ w Odessie blisko obok 

siebie żyli Rosjanie, Ukraińcy i Rumuni, Grecy i Bułgarzy, Turcy i Ormianie, Cyganie i Żydzi, 

mówił mieszaniną różnych języków, która wszakże musiała być zrozumiała dla chłopaków z jego 

bandy.  Aczkolwiek później mocno się starał mówić po rosyjsku, nie bardzo mu się udawało 

oczyszczenie   z   rumuńskich   przekleństw   ojca   swej   rozwodnionej   żydowskimi   wtrętami 

ukraińszczyzny. Kiedy był już matem na statku handlowym, śmiano się z jego żargonu; ale z 

biegiem lat wielu przeszła ochota do śmiechu, choćby w późniejszym okresie rozkazy dowódcy 

okrętu podwodnego brzmiały nie wiem jak komicznie.

Cofnijmy   taśmę   o   lata:   ponoć   siedmioletni   Aleksander   widział   z   dalekomorskiego 

nabrzeża,   jak   resztki   wojsk   „Białych”   i   wyczerpane   walkami   brytyjska   i   francuska   armie 

interwencyjne   w   popłochu   opuszczały   Odessę.   Wkrótce   potem   oglądał   wkroczenie 

„Czerwonych”. Odbywały się czystki. Niebawem wojna domowa na dobrą sprawę ustała. A gdy 

w kilka lat później zagranicznym  statkom znów było wolno cumować w basenie portowym, 

chłopak   podobno   wytrwale,   a   rychło   i   zręcznie   nurkował   w   przybrzeżnych   wodach,   żeby 

wyławiać monety rzucane przez pięknie wystrojonych pasażerów.

Trio   nie   jest   kompletne.   Kogoś   jeszcze   brakuje.   Jego   czyn   wprawił   w   ruch   coś,   co 

wciągało z dużą siłą i było nie do zatrzymania. Jako że chcąc nie chcąc z człowieka rodem ze 

background image

Schwerina   zrobił   męczennika   ruchu,   a   chłopaka   z   Odessy   bohaterem   Ploty   Bałtyckiej 

odznaczonej   Czerwonym   Sztandarem,   ma   po   wsze   czasy   zapewnione   miejsce   na   ławie 

oskarżonych. Takie i podobne zarzuty czytałem, z upływem czasu nabierając apetytu, na wciąż 

tak samo firmowanej homepage: „To Żyd strzelał...”

Mniej jednoznacznie, jak tymczasem wiem, jest zatytułowany pamflet pióra towarzysza 

partyjnego   i   czołowego   mówcy   Wolfganga   Diewerge   wydany   w   roku   1936   nakładem 

monachijskiej oficyny Franza Ehera. Jednakże Kamractwo Schwerin, zgodnie z konsekwentną 

logiką obłędu, miało do powiedzenia więcej, aniżeli zdawał się wiedzieć Diewerge: „Bez Żyda 

na oczyszczonej z min trasie, na wysokości Ustki, nigdy by nie doszło do największej katastrofy 

morskiej wszechczasów. To za sprawą Żyda... To Żyd jest winien...”

W   chatroomie   z   uprawianego   częściowo   po   niemiecku,   częściowo   po   angielsku 

bajdurzenia można było wszelako wyczytać trochę faktów. Jeśli jeden z czatowców wiedział, że 

Diewerge   wkrótce   po   rozpoczęciu   wojny   został   dyrektorem   rozgłośni   radiowej   Rzeszy   w 

Gdańsku, to inny znał jego działalność w okresie powojennym: podobno, skumplowany z innymi 

supernazistami,   choćby   z   późniejszym   deputowanym   do   Bundestagu   z   ramienia   FDP 

Achenbachem, infiltrował liberałów w Nadrenii Północnej - Westfalii. Ponadto, uzupełniał ktoś 

trzeci, ten były hitlerowski propagandzista w latach siedemdziesiątych uprawiał w Neuwied nad 

Renem   dyskretne   pranie   pieniędzy   wpłacanych   pokątnie   na   rzecz   FDP.   Wreszcie   w 

przepełnionym chatroomie jednak kotłowały się jeszcze pytania o sprawcę zamachu z Davos, a 

pewne swego celu odpowiedzi stawiały kropkę nad i.

O   cztery   lata   starszy   od   Marinesko   i   o   czternaście   lat   młodszy   od   Gustloffa   Dawid 

Frankfurter urodził się w roku 1909 w zachodniosławońskim mieście Daruvar jako syn rabina. W 

domu rozmawiało się po hebrajsku i po niemiecku, w szkole Dawid uczył się mówić i pisać po 

serbsku, na własnej skórze odczuwał też jednak powszechną nienawiść do Żydów. To tylko 

przypuszczenie: na próżno próbował się z tym uporać, ponieważ jego konstytucja fizyczna nie 

pozwalała na skuteczną obronę, a zręczne dostosowanie się do sytuacji budziło w nim wstręt.

Z Wilhelmem Gustloffem Dawid Frankfurter miał jedynie tyle wspólnego: jak tamtemu 

doskwierała   choroba   płuc,   tak   ten   od   dzieciństwa   cierpiał   na   chroniczne   zapalenie   szpiku 

kostnego. Ale o ile Gustloff potrafił w Davos raz - dwa wykurować się z dolegliwej choroby i 

później działał energicznie jako zdrowy towarzysz partyjny, o tyle choremu Dawidowi nie mogli 

pomóc żadni lekarze; musiał przejść pięć operacji, ale nic to nie dało: beznadziejny przypadek.

background image

Być może ze względu na chorobę podjął studia medyczne; za radą rodziny w Niemczech, 

gdzie studiowali już jego ojciec i dziadek. Mówią, ze ciągle  niedomagając i z tego powodu 

cierpiąc   na   trudności   z   koncentracją   oblał   egzamin   po   pierwszym   semestrze   oraz   egzaminy 

późniejsze.   Ale   w   internecie   towarzysz   partyjny   Diewerge   w   przeciwieństwie   do   również 

cytowanego pisarza Ludwiga, którego Diewerge stale nazywał „Emilem Ludwigiem - Cohnem”, 

twierdził, że Żyd Frankfurter był nie tylko cherlawym, lecz i żyjącym na koszt ojca - rabbiego 

studentem - obibokiem, w dodatku ubranym fircykowato nicponiem i nałogowym palaczem.

Potem od po trzykroć przeklętej daty zaczął się - świętowany niedawno w internecie - rok 

przejęcia władzy. Nałogowy palacz Dawid we Frankfurcie nad Menem doświadczył  tego, co 

dotyczyło   jego   i   innych   studentów.   Widział,   jak   palono   książki   żydowskich   autorów.   Jego 

miejsce pracy w laboratorium zostało raptem oznaczone gwiazdą Dawida. Z fizyczną bliskością 

buchała na niego nienawiść. I jego, i innych lżyli studenci wrzaskliwie zaliczający siebie do rasy 

aryjskiej. Z tym nie umiał sobie radzić. Tego nie wytrzymywał. Uciekł więc do Szwajcarii i w 

Bernie,   miejscu   jakoby   bezpiecznym,   kontynuował   studia,   aby   ponownie   przepaść   na 

egzaminach.   Wszelako   do   rodziców   pisał   listy   nastrojone   pogodnie   bądź   pozytywnie,   ojcu 

łożącemu na utrzymanie mydlił oczy. Gdy w rok później zmarła mu matka, przerwał studia. 

Może chcąc poszukać oparcia u krewnych odważył się na jeszcze jedną podróż do Rzeszy, gdzie 

w Berlinie patrzył bezsilnie, jak jego stryja, który jak ojciec był rabinem, targał za rudawą brodę 

jakiś młody człowiek krzycząc: „Won stąd, won, Żydzie!”

Podobnie   rzecz   wygląda   w   utrzymanym   w   konwencji   powieściowej   „Morderstwie   w 

Davos”   Emila   Ludwiga,   które   popularny   autor   opublikował   w   amsterdamskim   Querido, 

wydawnictwie emigrantów. Znów Kamractwo Schwerin na swojej website było nie lepiej, ale 

inaczej poinformowane, a powoływało się po raz kolejny na towarzysza partyjnego Diewerge, 

ponieważ   ten   w   swojej   relacji   jako   świadka   cytował   przesłuchiwanego   przez   berlińskich 

policjantów rabina, doktora Salomona Frankfurtera: „To nieprawda, że jakiś wyrostek ciągnął 

mnie za brodę (która zresztą jest czarna, nie ruda) i przy tym krzyczał: „Won stąd, won, Żydzie!”

Nie miałem możliwości ustalić, czy policyjne przesłuchanie zarządzone w dwa lata po 

domniemanym znieważeniu odbywało się pod przymusem. W każdym razie Dawid Frankfurter 

wrócił do Berna i zapewne z kilku powodów był załamany. Z jednej strony ponownie zaczęły się 

nieudane dotychczas studia, z drugiej, i tak już cierpiąc fizycznie na ciągłe bóle, bolał jeszcze nad 

śmiercią matki. Ponadto krótka wizyta  w Berlinie przeradzała się w koszmar, skoro tylko w 

background image

miejscowych   i   zagranicznych   gazetach   czytał   doniesienia   o   obozach   koncentracyjnych   w 

Oranienburgu, Dachau i innych miejscach.

Toteż pod koniec trzydziestego piątego musiała pojawić się i niejednokrotnie powtórzyć 

myśl o samobójstwie. Później, kiedy toczył się proces, w zamówionej przez obronę ekspertyzie 

napisano:   „Frankfurter   z   wewnętrznych,   duchowych   powodów   natury   osobistej   popadł   w 

sytuację psychologicznie nie do utrzymania, z której musiał się wyrwać. Jego depresja zrodziła 

pomysł samobójstwa. Właściwy każdemu instynkt samozachowawczy miast na samego siebie 

skierował jednak kulę na inną ofiarę”.

Na ten temat nie było w internecie pokrętnych komentarzy. Jednakże coraz bardziej rosło 

we mnie podejrzenie, że pod umownym adresem „www.blutzeuge.de” nie skrzyknęła się jako 

Kamractwo Schwerin ostrzyżona na łyso gromada, lecz ukrył się działający w pojedynkę frant. 

Ktoś, kto jak ja zygzakiem węszy za znakami zapachowymi i podobnymi wydzielinami historii.

Student - obibok? Ja też takim byłem, kiedy germanistyka śmiertelnie mnie znudziła, a 

publicystyka w Instytucie Otto Suhra odstręczała nadmiarem teorii.

Na początku, kiedy opuściłem Schwerin, a potem z Berlina Wschodniego przejechałem 

kolejką do Berlina Zachodniego, zadawałem sobie jeszcze sporo trudu, jak obiecałem matce na 

pożegnanie, i wkuwałem jak dziki. Mając szesnaście i pół roku - na krótko przed zbudowaniem 

muru - zacząłem chłonąć zapach wolności, mieszkałem w Schmargendorfie niedaleko Rosenecku 

u ciotki Jenny, szkolnej koleżanki matki, która przeżyła z nią podobno mnóstwo niesamowitych 

rzeczy. Miałem osobny pokój z oknem w dachu. Właściwie to były piękne czasy.

Mansardowe mieszkanie ciotki Jenny przy Karlsbader Strasse wyglądało jak pokój lalek. 

Na stoliczkach,  krzesełkach,  pod kloszami  stały porcelanowe  figurki.  Przeważnie  tancerki  w 

kusych spódniczkach stojące na czubkach palców. Niektóre w śmiałych pozach, wszystkie z małą 

główką na długiej szyi. Ciotka Jenny jako młode stworzenie była baleriną i to dość sławną, aż 

podczas   jednego   z   wielu   nalotów,   które   coraz   bardziej   równały   z   ziemią   stolicę   Rzeszy, 

pogruchotało   jej   obie   nogi,   tak   że   teraz   podsuwała   mi   do   popohidniowej   herbaty   rozmaite 

przysmaki z jednej strony utykając, z drugiej wciąż jeszcze z dużą gracją poruszając rękami. I na 

podobieństwo kruchych figurynek w uciesznej mansardzie jej małą, ruchliwą głowę na chudej 

obecnie szyi stale zdobił uśmiech, który wydawał się zlodowaciały. Często też miewała dreszcze, 

piła dużo gorącego soku z cytryny.

Dobrze mi się u niej mieszkało. Rozpieszczała mnie. A kiedy mówiła o swojej szkolnej 

background image

koleżance - „Moja droga Tulla krętymi  drogami przysłała mi ostatnio liścik...” - przez kilka 

minut kusiło mnie, żeby troszeczkę polubić matkę, to babsko nie do zdarcia; ale potem znowu 

mnie wkurzała. Jej grypsy przemycane ze Schwerina na Karlsbader Strasse zawierały stężone, 

podkreśleniami wyposażane w rygor bezwarunkowości upomnienia, które używając słów matki 

miały „wżącz mnie  do galopu”:  „On muszi  uczycz  są i jesz raz uczycz.  Po to, telko po to 

chłopaka żem na Zachód wyszłała, żeby do czegosz doszedł...”

Mam w uszach dosłowne brzmienie jej kwestii: „Ja to telko po to jesz żyję, aby mój syn 

któregosz dnia nadżeje moje szpełnił...” I ciotka Jenny występując jako tuba swojej koleżanki 

upominała mnie głosem łagodnym,  ale zawsze trafiającym  w sedno. Nie pozostawało mi nic 

innego jak tylko kuć ile wlezie.

Chodziłem wtedy do liceum z hurmą innych uciekinierów z NRD w moim wieku. Co się 

tyczy   państwa   prawa   i   demokracji,   to   musiałem   masę   nadrobić.   Do   angielskiego   doszedł 

francuski, za to nie było już rosyjskiego. Zaczęło mi również świtać, jak dzięki sterowanemu 

bezrobociu funkcjonuje kapitalizm. Nie byłem wzorowym uczniem, ale zgodnie z wymaganiami 

matki zrobiłem maturę.

A i poza tym we wszystkim, co tam mimochodem robiło się z dziewczynami, całkiem 

nieźle   dawałem   sobie   radę,   nie   miałem   nawet   kłopotów   z   forsą,   bo   matka,   kiedy   z   jej 

błogosławieństwem przenosiłem się do wroga klasowego, wcisnęła mi  jeszcze inny adres na 

Zachodzie: - Cosz mnie są zdaje, że to twój ojczec jeszt. To taki mój kuzyn. Nim w kamasze go 

wżęli, brzuch mnie zrobił. W każdym rażę on tak uważa. Napisz kiedy do niego, jako tobie są 

wiedze, jak ju po tamtej sztronie bandżesz...

Nie   powinno   się   porównywać.   Ale   jeśli   chodzi   o   sprawy   pieniężne,   to   niebawem 

powodziło   mi   się   jak   Dawidowi   Frankfurterowi   w   Bernie,   któremu   ojciec   co   miesiąc 

przekazywał na szwajcarskie konto okrągłą sumkę. Kuzyn matki - Panie, świeć nad jego duszą - 

nazywał   się   Harry   Liebenau,   był   synem   stolarza   z   niegdysiejszej   ulicy   Elzy,   od   końca   lat 

pięćdziesiątych mieszkał w Baden - Baden i jako redaktor działu kulturalnego opracowywał dla 

Południowo - Zachodniego Radia nocny program: liryka o północy, kiedy to słuchały już tylko 

schwarzwaldzkie jodły.

Jako  że   nie   chciałem   na   dalszą   metę   siedzieć   na   karku   szkolnej   koleżance   matki,   w 

skądinąd uprzejmym liście, zaraz po końcowym frazesie: „Twój nieznany Ci syn”, wypisałem 

bardzo czytelnie numer mego konta. Co prawda nie odpisał, był widać zbyt dobrze ożeniony, 

background image

wszelako   miesiąc   w   miesiąc   punktualnie   bulił   dużo   więcej,   niż   wynosiła   najniższa   stawka 

alimentów, równe dwieście marek, co było wówczas kupą grosza. Ciotka Jenny nic o tym nie 

wiedziała,   lecz   podobno   znała   matczynego   kuzyna   Harry'ego,   choć   tylko   przelotnie,   jak   ze 

śladami rumieńca w lalkowatej twarzy bardziej wyznała mi niż powiedziała.

Z   początkiem   sześćdziesiątego   siódmego,   wkrótce   po   tym,   jak   wyniosłem   się   z 

Karlsbader Strasse, osiadłem na Kreuzbergu, potem rzuciłem studia i poszedłem na praktykę do 

Springerowskiej „Morgenpost”, skończyło się dobrodziejstwo subsydiowania. Później nigdy już 

nie pisałem do mojego pieniężnego ojca, najwyżej raz wysłałem pocztówkę na Boże Narodzenie, 

nic więcej. Bo niby z jakiej racji. W grypsie, który przyszedł okrężną drogą, matka dała mi do 

zrozumienia: „Ty mu od serca dżękowacz ni muszisz. On ju wie, za co bulicz muszi...”

Nie mogła wtedy pisać do mnie otwarcie, ponieważ z czasem w dużych państwowych 

zakładach kierowała brygadą stolarzy, która według planu produkowała meble sypialniane. Jako 

członkini partii nie wolno jej było utrzymywać kontaktów z Zachodem, a już na pewno nie ze 

zbiegłym   z   NRD   synem,   który   w   agresywnej   prasie   kapitalistycznej   zamieszczał   najpierw 

krótkie,   potem   dłuższe   artykuły   przeciwko   komunizmowi   od   muru   i   drutu   kolczastego,   co 

przysparzało jej dość nieprzyjemności.

Przypuszczałem, że kuzyn matki nie chciał więcej płacić, ponieważ ja zamiast studiować 

pisywałem do Springerowskich brukowców. Na swój zafajdanie liberalny sposób miał przecież 

jakąś tam rację. Ja zresztą wkrótce po zamachu na Rudiego Dutschke zerwałem ze Springerem. 

Byłem odtąd nastawiony dosyć lewicowo. Ponieważ dużo się wtedy działo, pisałem do całej 

masy jako tako postępowych pism i zupełnie dobrze utrzymywałem się na powierzchni, również 

bez subwencji trzykrotnie większej od najniższych alimentów. Ten pan Liebenau tak czy owak 

nie   był   moim   ojcem.   Matka   tylko   go   w  to   ubrała.   Od   niej   wiem,   że   ów   redaktor   nocnego 

programu zmarł na serce pod koniec lat siedemdziesiątych, zanim jeszcze się ożeniłem. Był w 

wieku matki, trochę po pięćdziesiątce.

Zamiast   niego  podała  mi  imiona  innych  mężczyzn,  którzy wedle  niej   wchodziliby w 

rachubę jako ojcowie. Na jednego, który zaginął, mówiono jakoby Joachim albo Jochen, drugi, 

już starszy, który rzekomo otruł psa podwórzowego Harrasa, miał podobno na imię Walter.

Nie, nie miałem prawdziwego ojca, tylko wymienne fantomy. Pod tym względem trzej 

bohaterowie, którzy teraz muszą być dla mnie ważni, byli w lepszej sytuacji. W każdym razie 

matka, przed południem 30 stycznia czterdziestego piątego  okrętując się wraz z rodzicami z 

background image

oksywskiego nabrzeża w Gotenhafen jako siedmiotysięczna któraś, sama nie wiedziała, z kim 

zaszła w ciążę. Ten, którego imieniem ochrzczono statek, mógł wykazać, że jego ojcem był 

kupiec   Hermann   Gustloff.   A   ten,   któremu   udało   się   zatopić   przepełniony   statek,   należąc   w 

Odessie do złodziejskiej bandy, nazywanej podobno „Błatnyje”, bardzo często dostawał lanie od 

ojca   Marinesko,   co   było   zapewne   odczuwalnym   przejawem   ojcowskiej   troski.   Zaś   Dawid 

Frankfurter,   który  udając  się   z  Berna  do  Davos  zadbał   o  to,  by statek  mógł   otrzymać  imię 

męczennika,   miał   za   ojca   nawet   prawdziwego   rabina.   Ale   i   ja,   pozbawiony   ojca,   w   końcu 

zostałem ojcem.

Co też on mógł palić? Juno, papierosy przysłowiowo okrągłe? Albo płaskie orienty? Być 

może, idąc za modą, takie ze złotym ustnikiem? Nie ma jego fotografii jako palacza - oprócz 

późnego   gazetowego   zdjęcia   ukazującego   go   pod   koniec   lat   sześćdziesiątych   podczas 

dozwolonego   mu   wreszcie   krótkiego   pobytu   w   Szwajcarii,   z   zapalonym   papierosem   jako 

starszego pana, który wkrótce będzie miał za sobą urzędniczą karierę. W każdym razie kurzył, 

jak ja, bez ustanku i dlatego w wagonie szwajcarskich kolei usiadł w przedziale dla palących.

Obaj podróżowali koleją. W owym czasie, kiedy Dawid Frankfurter jechał z Berna do 

Davos, Wilhelm Gustloff odbywał podróż inspekcyjną. W jej trakcie utworzył kilka lokalnych 

organizacji zagranicznej NSDAP i nowych baz Hitlerjugend i Związku Dziewcząt Niemieckich, 

w skrócie BDM. Ponieważ jego podróż przypadła na koniec stycznia, zapewne w trzecią rocznicę 

przejęcia władzy wygłaszał do Niemców z Rzeszy i Austriaków w Bernie i Zurychu, Glarusie i 

Zugu   za   każdym   razem   porywające   przemówienie.   Jako   że   już   przed   rokiem   pracodawca, 

obserwatorium, na usilne żądanie socjaldemokratycznych deputowanych dał mu wymówienie, 

Gustloff   mógł   swobodnie   rozporządzać   swoim   czasem.   Wprawdzie   z   racji   agitatorskich 

wystąpień dochodziło raz po raz do protestów szwajcarskiej opinii - w lewicowych gazetach 

nazywano go „dyktatorem z Davos”, a poseł do parlamentu Bringolf domagał się jego wydalenia 

- ale w kantonie Gryzonia i w całej Konfederacji znajdował dość polityków i urzędników, którzy 

wspierali go nie tylko finansowo. Z zarządu uzdrowiska Davos regularnie podsyłano mu listy 

nazwisk przybyłych kuracjuszy, po czym on wybierał spośród nich obywateli Rzeszy i nie tyle 

zapraszał,   ile   wzywał   na   partyjne   imprezy;   nieusprawiedliwioną   nieobecność   odnotowywano 

imiennie i stosowną informację przekazywano odpowiednim organom w Rzeszy.

W trakcie podróży kolejowej palącego studenta, który w Bernie kupił bilet tylko w jedną 

stronę, nie tam i z powrotem, i w czasie, kiedy to późniejszy męczennik zasługiwał się swojej 

background image

Partii, mat Aleksander Marinesko przeszedł już z marynarki handlowej do czarnomorskiej floty 

wojennej, w której dywizjonie szkolnym wziął udział w kursie nawigacyjnym  i potem odbył 

ćwiczenia   przygotowujące   do   podwodnego   pływania.   Jednocześnie   wstąpił   do   organizacji 

młodzieżowej Komsomol i poza służbą - co na służbie nadrabiał wynikami - okazał się pijanicą; 

na pokładzie okrętu nigdy nie tknął butelki. Niebawem Marinesko dostał przydział jako oficer 

nawigacyjny na okręt podwodny, „SC 306 Piksja”; ta jednostka morska wprowadzona do służby 

na krótko przedtem, po wybuchu wojny, kiedy Marinesko był już oficerem na innej łodzi, wpadła 

na minę i zatonęła z całą załogą.

Z Berna przez Zurych, potem wzdłuż różnych jezior. Towarzysz partyjny Diewerge w 

swojej   książce,   która   odtwarza   drogę   podróżującego   studenta   medycyny,   nie   zajmował   się 

opisami krajobrazu. A i nałogowy palacz z trzynastego semestru chyba niewiele dostrzegał ze 

zbliżających się z naprzeciwka, w końcu zacieśniających horyzont pasm górskich, w najlepszym 

razie śnieg pokrywający domy, drzewa i góry oraz zmianę oświetlenia, ilekroć pociąg wjeżdżał w 

tunele.

Dawid Frankfurter wybrał się w podróż 31 stycznia 1936. Czytał gazety i palił. Z rubryki 

„Różne” można było dowiedzieć się coś niecoś o działalności landesgruppenleitera Gustloffa. 

Dzienniki, między innymi „Neue Zürcher”

i   „Basler   Nationalzeitung”,   trzymały   rękę   na   pulsie   i   donosiły   o   wszystkim,   co   się 

równocześnie wydarzało lub zapowiadało jako przyszłe wydarzenie. Na początku roku, który 

miał   przejść   do   historii   jako   rok   berlińskiej   Olimpiady,   faszystowskie   Włochy   jeszcze   nie 

pokonały dalekiego cesarstwa negusa, Abisynii, w Hiszpanii zaś rysowało się niebezpieczeństwo 

wojny. W Rzeszy postępowała naprzód budowa autostrad, a we Wrzeszczu matka miała osiem i 

pół roku. Dwa lata  wcześniej  jej  brat Konrad, głuchoniema  Kędzierzawa  Główka, utopił się 

podczas kąpieli w Bałtyku. Był jej ukochanym bratem. Dlatego w czterdzieści sześć lat po jego 

śmierci mój syn musiał dostać na chrzcie imię Konrad; ale wszyscy mówią na niego Konny, a 

jego przyjaciółka Rosi nazywa go w listach „Connym”.

U Wolfganga  Diewerge można  przeczytać,  że landesgruppenleiter,  zmęczony udanym 

objazdem kantonów, wrócił 3 lutego. Frankfurter wiedział, że przyjedzie on trzeciego do Davos. 

Oprócz   dzienników   czytał   regularnie   wydawane   przez   Gustloffa   partyjne   pismo   „Der 

Reichsdeutsche”,   w   którym   podawano   terminy   planowanych   zdarzeń.   Dawid   znał   życie 

upatrzonej ofiary niemal ze wszystkimi szczegółami. Inhalując nałykał się go do syta. Ale czy 

background image

wiedział   również,   że   małżeństwo   Gustloffów   rok   przedtem   wybudowało   z   oszczędności 

klinkierowy dom w Schwerinie, przezornie umeblowany na planowany powrót do Rzeszy? I że 

oboje gorąco pragnęli syna?

Gdy student medycyny przybył do Davos, spadł świeży śnieg. Na śniegu lśniło słońce i 

uzdrowisko   wyglądało   jak   na   pocztówkach.   Przyjechał   bez   bagażu,   ale   z   mocnym 

postanowieniem.   Z   „Basler   Nationalzeitung”   wyrwał   fotograficzną   podobiznę   Gustloffa   w 

mundurze:   rosły   mężczyzna,   który   spoglądał   z   wytężonym   zdecydowaniem   i   wypadaniem 

włosów dopomagał powstawaniu wysokiego czoła.

Frankfurter   zamieszkał   „Pod   Lwem”.   Musiał   czekać   do   wtorku,   4   lutego.   Ten   dzień 

tygodnia nazywa się u Żydów „ki tow” i uchodzi za dzień szczęśliwy; tę informację wyłowiłem z 

internetu. Na znanej już homepage pod tą datą wspominano męczennika.

W   blasku   słońca   z   papierosem   na   zlodowaciałym   śniegu.   Każdy   krok   chrzęścił.   W 

poniedziałek było zwiedzanie miasta. Kilkakroć po deptaku tam i z powrotem. Nie zwracając 

uwagi jako widz wśród widzów na meczu hokejowym. Niewymuszone rozmowy z kuracjuszami. 

Biały   oddech   wydobywający   się   z   ust.   Nie   wzbudzać   podejrzeń.   Ani   słowa   za   dużo.   Bez 

pośpiechu.   Wszystko   było   przygotowane.   Z   nabytym   bez   trudności   rewolwerem   ćwiczył   w 

pobliżu Berna na strzelnicy Ostermundigen, co było dozwolone. Choć taki słabowity, okazało 

się, że rękę miał spokojną.

We   wtorek,   kiedy   już   klamka   zapadła,   pomógł   mu   wypisany   odpornymi   na   kaprysy 

pogody literami drogowskaz: „Wilhelm Gustloff NSDAP”; od deptaka biegła w bok ulica Am 

Kurpark i prowadziła do domu opatrzonego numerem trzy. Otynkowany na kolor farbki budynek 

z   płaskim   dachem,   z   którego   rynny   zwisały   sople   lodu.   Na   tle   wieczornej   ciemności   stały 

nieliczne latarnie. Nie padał śnieg.

Tyle zewnętrznego widoku. Dalsze szczegóły nie miały znaczenia. Na temat tego, co się 

rozegrało, mogli później wypowiadać się tylko sprawca i wdowa. Ja miałem okazję zobaczyć 

wnętrze   odnośnej   części   mieszkania   na   fotografii,   która   na   wspomnianej   homepage   miała 

ilustrować zamieszczony tekst. Zdjęcie zostało widać zrobione po zamachu, bo trzy duże bukiety 

kwiatów na biurku, stoliku i komodzie, do tego kwitnąca doniczka nadają pomieszczeniu wygląd 

izby pamięci.

Po dzwonku otworzyła Hedwig Gustloff. Młody mężczyzna, o którym później zeznała, że 

dobrze mu patrzyło z oczu, prosił o rozmowę z landesgruppenleiterem. Ten stał w korytarzu i 

background image

rozmawiał  przez telefon  z towarzyszem  partyjnym  doktorem Habermannem z bazy w Tłum. 

Przechodząc   Frankfurter   posłyszał   jakoby   słowa   „żydowskie   świnie”,   czemu   pani   Gustloff 

później   zaprzeczyła:   To   słownictwo   było   jej   mężowi   obce,   jakkolwiek   rozwiązanie   kwestii 

żydowskiej uważał za sprawę nie cierpiącą zwłoki.

Wprowadziła gościa do gabinetu męża i poprosiła, żeby usiadł. Niczego nie podejrzewała. 

Często bez uprzedzenia przychodzili petenci, w tym ludzie podobnych przekonań, którzy znaleźli 

się w potrzebie.

Siedząc   na   fotelu   w   płaszczu,   z   kapeluszem   na   kolanach,   student   medycyny   widział 

biurko, na nim zegar w lekko powyginanej drewnianej obudowie, nad nim zawieszony honorowy 

sztylet SA. Powyżej i po bokach sztyletu czarno - białą i kolorową ozdobę pokoju stanowiło kilka 

rozmieszczonych   w   luźnym   porządku   wizerunków   führera   i   kanclerza   Rzeszy.   Nie   dało   się 

zauważyć żadnego portretu zamordowanego przed dwoma laty protektora, Gregora Strassera. Z 

boku model żaglowca, prawdopodobnie był to „Gorch Fock”.

Następnie   czekający   gość,   który   odmówił   sobie   papierosa,   mógłby   był   zobaczyć   na 

sąsiadującej z biurkiem komodzie aparat radiowy, a obok popiersie führera, albo odlane w brązie, 

albo z gipsu pomalowanego tak, żeby udawał brąz. Sfotografowane cięte kwiaty mogły wypełnić 

wazon   już   przed   zamachem,   troskliwie   ułożone   przez   panią   Gustloff   na   powitanie   męża   po 

wyczerpującej podroży, ponadto jako późny prezent urodzinowy.

Na   biurku   drobiazgi   i   dużo   bezładnie   rozłożonych   papierów,   być   może   raporty 

ortsgruppenleiterów   z   różnych   kantonów,   na   pewno   korespondencja   z   władzami   w   Rzeszy, 

prawdopodobnie parę listów z pogróżkami, jakie w ostatnim czasie często trafiały się w poczcie; 

ale Gustloff nie godził się na policyjną ochronę.

Wkroczył do gabinetu bez żony. Dziarski i zdrów, ponieważ już przed laty wyleczony z 

gruźlicy, podszedł w cywilu do gościa, który nie wstał z fotela, tylko wyciągnąwszy rewolwer z 

kieszeni zimowego płaszcza strzelał na siedząco. Mierzone strzały zrobiły cztery dziury w piersi, 

w szyi,  w głowie landesgruppenleitera.  Osuwając się na tle oprawionych  w ramki  fotografii 

swego führera Gustloff nawet nie krzyknął. Zaraz potem do pokoju wpadła żona, ujrzała najpierw 

rewolwer  skierowany  jeszcze   w  stronę  oddanych  strzałów,   potem   leżącego  męża,  który  gdy 

pochyliła się nad nim, zaczął krwawić ze wszystkich ran.

Dawid Frankfurter, podróżny bez powrotnego biletu, włożył  kapelusz i opuścił miejsce 

swego   przemyślanego   czynu   nie   zatrzymywany   przez   wystraszonych   współlokatorów   domu, 

background image

jakiś  czas   błąkał   się   po  śniegu,   kilka   razy  upadł,   miał   w  głowie   numer   alarmowy,   z   budki 

telefonicznej przyznał się do popełnionego czynu, znalazł w końcu najbliższy posterunek i oddał 

się w ręce policji kantonalnej.

Następujące zdania podał dyżurnemu funkcjonariuszowi do protokołu i później niczego 

nie zmieniając powtórzył  przed sądem: „Strzelałem,  ponieważ jestem Żydem.  W pełni zdaję 

sobie sprawę ze swego czynu i ani trochę go nie żałuję”.

Potem   zadrukowano   mnóstwo   papieru.   To,   co   u   Wolfganga   Diewerge   nazywało   się 

„tchórzliwym mordem”, u powieściopisarza Emila Ludwiga urosło do rangi „walki Dawida z 

Goliatem”.   Te   skrajnie   odmienne   oceny   nie   uległy   zmianie   aż   po   splecioną   cyfrową   siecią 

teraźniejszość. Już wkrótce wszystko, co zdarzyło się od tamtego momentu, pozostawiło za sobą 

sprawcę i ofiarę i nabrało własnego znaczenia. Naprzeciw bohatera biblijnego formatu, który 

czynem o prostej motywacji chciał wezwać swój udręczony naród do oporu, stanął męczennik 

ruchu narodowosocjalistycznego. Obaj przybierając nadludzkie wymiary mieli wejść do księgi 

historii. Sprawca jednakże popadł niebawem w zapomnienie; również matka, kiedy była mała i 

wszyscy mówili na nią Tulla, nigdy nie słyszała o morderstwie i mordercy, sporo natomiast o 

bajkowym statku, który lśnił biało i zapełniony wesołymi ludźmi odbywał długie i krótkie rejsy 

morskie pod auspicjami stowarzyszenia, nazwanego „Kraft durch Freude”.

*

Niem. Kraft durch Freude - Siła przez Radość (przyp. tłum.)

background image

2

Będąc jeszcze żyjącym z alimentów studentem - obibokiem słuchałem na Uniwersytecie 

Technicznym profesora Höllerera. Donośnym ptasim głosem zachwycał on przepełnioną salę. 

Mówił o Kleiście, Grabbem, Büchnerze, geniuszach, którzy szukali ucieczki. „Między klasyką a 

moderną” brzmiał tytuł jednego z jego wykładów. Podobało mi się bywanie wśród młodych 

literatów   i   jeszcze   młodszych   adeptek   księgarstwa   w   Piwnicy   Waitza,   gdzie   czytano   i   w 

nieskończoność roztrząsano nie doszlifowane teksty. Uczestniczyłem nawet przy Carmerstrasse 

w kursie na amerykańską modłę: creative writing. Z tuzin literackich nadziei, były między nimi 

talenty.   Mnie   talentu   nie   dostawało,   o   czym   zapewniał   jeden   z   wykładowców,   który   nas, 

początkujących, chciał zachęcić do epickich prób takimi tematami jak „Telefon zaufania”. Mnie 

stać było ponoć co najwyżej na liche powieścidło. I oto jednak wydobył mnie z niebytu: początek 

mojej spapranej egzystencji to zdarzenie jedyne w swoim rodzaju, wzorcowe i z tego względu 

godne opowiedzenia.

Kilka ówczesnych talentów już nie żyje. Dwa, trzy wyrobiły sobie nazwisko. Mój dawny 

wykładowca natomiast widać do cna się wypisał, bo w przeciwnym razie nie angażowałby mnie 

na murzyna. Ale ja nie chcę dalej iść rakiem. Coś się zacięło, powiedziałem mu, szkoda czasu i 

atłasu.

Przecież to byli  tylko dwaj pomyleńcy,  jeden wart drugiego. Dobre sobie: tamten się 

poświęcił, żeby swojemu narodowi dać przykład bohaterskiego oporu. Po morderstwie Żydom 

nie wiodło się ani trochę lepiej. Przeciwnie: terror był prawem. A gdy w dwa i pół roku później 

Żyd Herszel Grünspan zastrzelił w Paryżu dyplomatę Ernsta von Ratha, odpowiedzią w Rzeszy 

była Noc Kryształowa. A co nazistom, pytam się, przyszło z jednego męczennika więcej? No, 

niech tam, jego imieniem ochrzcili statek.

I już na nowo podejmuję trop. Wcale nie dlatego, że Stary wierci mi dziurę w brzuchu, 

tylko że matka nigdy nie popuszczała. Już w Schwerinie, gdzie ja, ilekroć coś tam poświęcano, 

musiałem  paradować w chuście na szyi  i błękitnej  koszuli, truła mi  głowę: „Jakie to morze 

lodowate beło i jako te dżeczaczki wszystkie główkami do dołu. Ty to opisacz muszisz. Winien 

to   nam   jesztesz,   bosz   szczęszliwie   ocalał.   Ja   tobie   któregosz   dnia   opowiem   ze   wszysztkimi 

detalami, a ty to potem opiszesz...”

Ale ja nie miałem ochoty. Nikt przecież nie chciał o tym słuchać, ani tu na Zachodzie, ani 

tym bardziej na Wschodzie. „Gustloff” i jego przeklęte dzieje przez dziesiątki lat stanowiły tabu, 

background image

poniekąd ogólnoniemieckie. Matka mimo to nie przestawała mnie nagabywać kurierską pocztą. 

Kiedy   rzuciłem   studia   i   zacząłem   pisać   dla   Springera   mocno   prawicowe   kawałki,   mogłem 

przeczytać: „Ten to za odwetowca jeszt. Za nami, wypędzonymi, są ujmuje. Ten to na pewno w 

odczinkach drukowacz bandze, tydżeń w tydżeń...”

A później, kiedy wkurzyłem się na „taz” i resztę lewicowych specjalistów od stawiania 

wszystkiego na głowie, ciotka Jenny, zwabiwszy mnie do Habla przy Rosenecku na szparagi z 

młodymi ziemniakami, na deser zaserwowała matczyne upomnienia: - Moja droga przyjaciółka 

Tulla   nadal   pokłada   w   tobie   wielkie   nadzieje.   Kazała   ci   powiedzieć,   że   twoim   synowskim 

obowiązkiem jest opowiedzenie wreszcie całemu światu...

Wszelako ja w dalszym ciągu trzymałem język za zębami. Nie dałem się uprosić. Przez te 

wszystkie lata, kiedy to jako wolny strzelec pisywałem dłuższe artykuły do pism zdrowotnych, na 

przykład o biodynamicznej uprawie warzyw i szkodach ekologicznych w niemieckich lasach, a 

także   emocjonalne   teksty   na   temat   „Nigdy   więcej   Oświęcimia”,   udawało   mi   się   omijać 

okoliczności   moich   narodzin,   aż   w   końcu   stycznia   dziewięćdziesiątego   szóstego   najpierw 

wyklikałem ultraprawicową homepage Stormfrontu

, wkrótce natrafiłem na kilka wzmianek o 

„Gustloffie”, a potem zaznajomiłem się z Website „www.blutzeuge.de” Kamractwa Schwerin.

Robiłem pierwsze notatki. Nie mogłem wyjść ze zdziwienia. Byłem zdumiony. Chciałem 

się dowiedzieć,  jakim sposobem ten prowincjonalny dygnitarz  - i to poczynając  od czterech 

strzałów w Davos - potrafił przyciągać dzisiejszych internautów. Przy tym homepage zręcznie 

skomponowana. Fotomontaż schwerińskich obiektów. Pomiędzy zdjęciami uprzejme zapytania: 

„Czy chcecie państwo wiedzieć  więcej o naszym  męczenniku?  Czy mamy wam przedstawić 

koleje jego życia, fakt po fakcie?”

Jacy tam my! Jakie tam Kamractwo! Mógłbym się założyć, że ktoś tutaj solo buszował w 

internecie. Ten zasiew sraczkowatobrunatnej barwy wykiełkował w inspektach jednej i tej samej 

główki. Ładnie wyglądało i nie było wcale głupie to, co ten koleś zamieszczał w sieci na temat 

„Kraft durch Freude”. Urlopowe zdjęcia roześmianych uczestników rejsu. Kąpiele u brzegów 

Rugii.

Matka naturalnie mało o tym wiedziała. U niej „Kraft durch Freude” zawsze nazywała się 

tylko  „Kadeef”.  W kinoteatrze  we Wrzeszczu  jako dziesięciolatka  widziała  na „Dźwiękowej 

Kronice Tygodniowej Foxa” to i tamto, ale też „nasz statek Kadeef w dziewiczym rejsie. Poza 

*

Stormfront - homepage - internetowa witryna amerykańskiej skrajnej prawicy (przyp. tłum.)

background image

tym  ojciec  i matka  Pokriefkowie, on jako robotnik i towarzysz  partyjny,  ona jako członkini 

narodowosocjalistycznego   Frauenschaftu,   latem   trzydziestego   dziewiątego   byli   na   pokładzie 

„Gustloffa”.   Niewielkiej   grupie   z   Gdańska   -   wówczas   jeszcze   Wolnego   Miasta   -   dzięki 

specjalnemu zezwoleniu dla Niemców z zagranicy dane było popłynąć w rejs niemal na ostatni 

dzwonek. Celem były w połowie sierpnia fiordy Norwegii, za późno na dokładkę w postaci 

białych nocy.

Kiedy byłem dzieckiem, matka, ledwie odwieczna katastrofa stawała się po raz kolejny 

niedzielnym tematem, podekscytowana zapewniała po wrzeszczańsku, z jakim zachwytem jej 

tatuś opowiadał o norweskiej grupie folklorystycznej i ludowych tańcach prezentowanych przez 

nią na słonecznym pokładzie statku KdF. „A moja mamusza to są szwimbasenu nachwalicz ni 

mogła,   calutkiego   kaflami   wykładanego   w   kolorowe   obrazki,   gdże   później   masa   helferek   z 

krigsmariny   upchacz   są   muszała,   aż   potem   Ruszki   drugą   torpedą   wszysztkie   te   młode 

sztworzenia na sztrzępy porozrywał...”

Ale jeszcze nie położono stępki pod „Gustloffa”, nie mówiąc o tym, by statek spłynął na 

wodę. Poza tym  muszę się powściągać, ponieważ zaraz po śmiertelnych  strzałach sędziowie 

właściwi   dla   kantonu   Gryzonia,   prokurator   i   obrońca   rozpoczęli   przygotowania   do   procesu 

Dawida Frankfurtera. Rozprawa miała się odbyć w Chur. Jako że sprawca się przyznał, można 

było   liczyć,   że   proces   potrwa   krótko.   W   Schwerinie   natomiast   na   polecenie   z   najwyższego 

szczebla   przystąpiono   do   organizowania   uroczystości,   które   miały   się   odbyć   od   razu   po 

przewiezieniu zwłok i zapaść na trwałe w pamięć narodowej wspólnoty.

Czegóż te mierzone strzały nie wprawiły w ruch: maszerujące kolumny SA, honorowe 

szpalery, niesione wieńce i poczty sztandarowe, umundurowani z pochodniami. Przy głuchych 

dźwiękach   werbli   przechodził   pogrzebowym   krokiem   Wehrmacht,   stała   znieruchomiała   w 

żałobie lub tylko tłocząca się z ciekawości społeczność Schwerina.

Przedtem raczej nieznany w Meklemburgii towarzysz partyjny był tylko jednym z wielu 

landesgruppenleiterów zagranicznej organizacji NSDAP; martwy zaś Wilhelm Gustloff został 

sztucznie wykreowany na postać wprawiającą, jak się zdaje, w zakłopotanie kilku mówców na 

trybunie, bo w poszukiwaniu porównywalnej wielkości z reguły przychodził im na myśl  ów 

supermęczennik, któremu nazwisko wyrobiła pieśń grana i śpiewana przy oficjalnych okazjach - 

a tych było dużo - zaraz po hymnie narodowym: „Sztandar w górze...”

W Davos uroczystości przebiegły jeszcze na małą skalę. Kościół ewangelickiej gminy 

background image

uzdrowiskowej, właściwie kaplica, wyznaczał miarę. Przed ołtarzem stała trumna okryta flagą ze 

swastyką.   Na   niej   leżały   ułożone   na   podobieństwo   martwej   natury   sztylet   honorowy 

nieboszczyka, opaska i czapka SA. Około dwustu towarzyszy partyjnych przybyło ze wszystkich 

kantonów. Do tego przed kaplicą i w jej wnętrzu dawali wyraz swemu nastawieniu obywatele 

szwajcarscy. Dookoła góry.

Raczej skromne nabożeństwo żałobne w cieszącym się światową sławą uzdrowisku dla 

chorych  na płuca było  we fragmentach  transmitowane  przez Radio Niemieckie,  a transmisję 

przekazywały wszystkie rozgłośnie na terenie Rzeszy. Spikerzy wzywali, żeby wstrzymać dech. 

Ale w żadnym komentarzu i w żadnej z wielu mów wygłaszanych później gdzie indziej nie 

wymieniano   Dawida   Frankfurtera   z   nazwiska.   Nazywano   go   odtąd   jedynie   „żydowskim 

skrytobójcą”.   Podejmowane   przez   stronę   przeciwną   próby   pasowania   słabowitego   studenta 

medycyny na bohatera przypisujące mu rolę .jugosłowiańskiego Wilhelma Telia” zostały przez 

szwajcarskich patriotów z oburzeniem odrzucone staranną niemczyzną, wzmogły jednak pytania 

o to, kto stał za strzelającym młodym człowiekiem; rychło za inspiratorów uznano organizacje 

żydowskie. Zleceniodawcą „tchórzliwego mordu” miało być zorganizowane światowe żydostwo.

Tymczasem w Davos czekał pociąg specjalny mający zabrać trumnę. W chwili odjazdu 

biły kościelne dzwony. Od niedzielnego przedpołudnia do poniedziałkowego wieczoru pociąg 

był w drodze, zatrzymując się w Singen po raz pierwszy na obszarze Rzeszy Niemieckiej, a 

potem   na   krótki   uroczysty   postój   w   takich   miastach   jak   Stuttgart,   Würzburg,   Erfurt,   Halle, 

Magdeburg i Wittenberga, gdzie na peronach właściwi dla danego terenu gauleiterzy wraz z 

partyjnymi delegacjami pozdrawiając „składali ostatni hołd” nieboszczykowi w trumnie.

Te   słowa   ze   znaczeniowego   i   dźwiękowego   elementarza   wzniosłości   odkryłem   w 

internecie.   Na   Website   w  przytaczanych   w   dosłownym   brzmieniu   sprawozdaniach   nie   tylko 

pozdrawiano po prostu unosząc prawą dłoń w sposób ogólnie wówczas przyjęty a podpatrzony u 

włoskich faszystów, lecz gromadzono się na peronach i wszelkich żałobnych ceremoniach, żeby 

pozdrawiając   „złożyć   ostatni   hołd”;   toteż   pod   adresem   „www.blutzeuge.de”   upamiętniając 

zabitego cytatami z przemówienia führera i opisami żałobnych obchodów ponadto „złożono mu 

hołd”   niemieckim   pozdrowieniem   przesłanym   z   najnowszego,   nazywanego   cyberprzestrzenią 

wymiaru.   Dopiero   potem   w   oczach   Kamractwa   Schwerin   zasłużyła   na   wzmiankę 

Beethovenowska „Eroica” odegrana przez miejscową orkiestrę.

Bądź   co   bądź   pomiędzy   rozsyłanymi   na   cały   świat   idiotyzmami   trafił   się   akcent 

background image

krytyczny.   Jeden   z   czatowców   prostował   podaną   przez   cytowany   „Völkischer   Beobachter” 

informację   o   salwie   honorowej   oddanej   przez   oddział   Wehrmachtu   na   cześć   żołnierza 

frontowego Wilhelma Gustloffa, zwracając uwagę, że uhonorowanemu w ten sposób ze względu 

na chorobę płuc nie było dane wziąć udziału w pierwszej wojnie światowej, wykazać się odwagą 

na froncie, dosłużyć się Krzyża Żelaznego pierwszej czy drugiej klasy.

Wyglądało na to, że jakiś pedant zakłóca w pojedynkę wirtualne uroczystości. Poza tym, 

co już zakrawało na czepialstwo, w mowie gauleitera Meklemburgii Hildebrandta brakowało mu 

wzmianki   o,   jak   to   zostało   sformułowane,   „narodowo   -   bolszewickich   wpływach”   Gregora 

Strassera   wywieranych   na   męczennika.   W   końcu   od   dawnego   fornala,   który   od   dziecka 

nienawidził wielkich właścicieli ziemskich i z tego powodu po przejęciu władzy przez führera 

oczekiwał bezwzględnej parcelacji szlacheckich majątków, można było spodziewać się choćby 

tylko aluzyjnej obrony dobrego imienia zamordowanego Strassera. Taki był z grubsza ton tych 

utyskiwań. Same przemądrzalstwa, które doprowadziły w chatroomie do kłótni.

Nie dbając o jej wynik, po powrocie na Website, ruszył ożywiony zdjęciami kondukt 

pogrzebowy.   Przy   zmiennej   pogodzie   trasa   wiodła   od   Hali   Widowiskowej   przez 

Gutenbergstrasse, Wismarsche Strasse, potem przez Totendamm i Wallstrasse do krematorium. 

Cztery kilometry przejechała szpalerem złożona na lawecie trumna, zanim z towarzyszeniem 

werbli   zdjęto   ją   w   celu   spopielenia   i   po   błogosławieństwie   udzielonym   przez   duchownego 

spuszczono   do   szybu   pieca.   Na   komendę   po   obu   stronach   znikającej   trumny   pochylono 

sztandary. Ustawione w szyku kolumny poczęły śpiewać pieśń o poległym kamracie i unosząc w 

pozdrowieniu prawe dłonie złożyły ostateczny hołd. Na dodatek oddział Wehrmachtu jeszcze raz 

huknął salwami na cześć frontowego żołnierza, który - jak wyszło tymczasem na jaw - nigdy nie 

przeżył wojny w okopach i któremu został oszczędzony huraganowy ogień czy, jak to brzmi u 

Jüngera, „stalowe burze”. Ach, gdybyż  jednak znalazł  się pod Verdun i w stosownej chwili 

wyzionął ducha w leju po granacie!

Jako że wyrastałem w mieście pośród siedmiu jezior, wiem, gdzie później wmurowano 

urnę w fundament. Stanął na nim czterometrowej wysokości granit, który przemawiał dzięki 

wyrytej na nim klinowatej inskrypcji. Wraz z nagrobkami innych starych bojowników tworzył 

Gaj   Chwały   wokół   specjalnie   wybudowanej   Hali   Chwały.   Ja   nie   pamiętam,   ale   matka   wie 

dokładnie, kiedy to w ciągu pierwszych powojennych lat zostało usunięte, nie tylko na rozkaz 

sowieckich   władz   okupacyjnych,   wszystko,   co   mogłoby   obywatelom   miasta   przypominać   o 

background image

męczenniku. Wszelako mój partner połączony ze mną internetową więzią odczuwał potrzebę 

postawienia   na   nowo   i   w   tym   samym   miejscu   pamiątkowego   kamienia;   z   uporem   nazywał 

przecież Schwerin „Miastem - Wilhelma - Gustloffa”.

Wszystko   przeszło,   minęło!   Któż   wie,   jak   się   wówczas   nazywał   szef   Niemieckiego 

Frontu   Pracy?   Dzisiaj   jako   niegdyś   wszechmocne   osobistości   obok   Hitlera   wymienia   się 

Goebbelsa, Göringa, Hessa. Gdyby w telewizyjnym kwizie zapytać o Himmlera albo Eichmanna, 

to   można   by   się   spodziewać   po   części   prawidłowej   odpowiedzi,   po   części   zaś   bezradnej 

nieznajomości historii; i już czujny prowadzący miałby okazję skwitować lekkim uśmiechem 

fakt, że oto tyle a tyle tysięcy marek przeszło komuś koło nosa.

Ale kto w dzisiejszych czasach, nie licząc mojego produkującego się w sieci webmastera, 

zna Roberta Leya? A to przecież on po przejęciu władzy rozwiązał wszystkie związki zawodowe, 

opróżnił ich kasy, obsadził ich siedziby ekipami grabieżców, a ich członków - były to miliony - 

wcielił   pod   przymusem   do   Niemieckiego   Frontu   Pracy.   To   jemu,   księżycowej   twarzy   z 

kosmykiem opadającym na czoło, przyszło do głowy, żeby wszystkim urzędnikom państwowym, 

następnie   wszystkimi   nauczycielom   i   uczniom,   wreszcie   robotnikom   wszystkich   zakładów 

nakazać codzienne witanie się uniesioną dłonią i okrzykiem „Heil Hitler!” I to on wpadł na 

pomysł, żeby robotnikom i urzędnikom organizować również urlopy, umożliwić im pod hasłem 

„Kraft durch Freude” tanie wyjazdy w Alpy bawarskie i Rudawy, urlopowanie nad Bałtykiem i 

płytkimi wodami Morza Pomocnego, a także krótkie i dłuższe rejsy morskie.

Człowiek pełen energii, bo wszystko to działo się z niepohamowanym impetem, podczas 

gdy równocześnie działy się inne rzeczy i sukcesywnie zapełniały się obozy koncentracyjne. Na 

początku trzydziestego czwartego Ley wyczarterował dla zaplanowanej przez siebie floty KdF 

motorowy statek pasażerski „Monte Olivia” i parowiec „Dresden” o wyporności czterech tysięcy 

ton. Łącznie na obu statkach mieściło się ledwo trzy tysiące pasażerów. Ale już podczas ósmego 

rejsu urlopowego KdF, kiedy to znów podróżni mieli oglądać piękno norweskich fiordów, w 

Karmsundzie   stercząca   pod   wodą   granitowa   skała   rozerwała   burtę   „Dresdena”   na   długości 

trzydziestu metrów, tak że statek zaczął tonąć. Co prawda oprócz dwóch kobiet, które zmarły na 

atak serca, zdołano uratować wszystkich pasażerów, ale tonący statek mógłby był pogrążyć także 

samą ideę KdF.

Nie w oczach Leya. W tydzień później wyczarterował on cztery dalsze statki pasażerskie i 

tym   samym   dysponował   flotą,   która   mając   przed   sobą   widoki   na   rozbudowę   już   w   ciągu 

background image

następnego roku potrafiła zabrać na pokład sto trzydzieści pięć tysięcy urlopowiczów, z reguły na 

pięciodniowe wycieczki do Norwegii, a niebawem też na rejsy atlantyckie na ulubioną przez 

wielu Maderę. Tylko czterdzieści reichsmarek kosztowała Radość przez Siłę, a dziesięć marek 

bilet specjalny na dojazd koleją do hamburskiego portu.

Jako dziennikarz przeglądając  dostępne mi  materiały zadawałem sobie pytanie: Jakim 

sposobem państwo powstałe na podstawie plenipotencji

 i jedyna pozostała partia zdołały w tak 

krótkim czasie nakłonić zorganizowanych we Froncie Pracy robotników i urzędników nie tylko 

do   uległości,   lecz   i   współdziałania,   a   rychło   do   masowego   entuzjazmu   na   urządzanych 

imprezach? Częściowe wytłumaczenie przynosi działalność narodowosocjalistycznej wspólnoty 

„Kraft durch Freude”, którą wielu pamiętających tamte czasy skrycie długo jeszcze wspominało z 

rozrzewnieniem, a matka nawet jawnie: „Wszysztko w mig są ganc odmieniło. Mój tatusz, co to 

u nas w sztolarni telko za helfera beł i po prawdże w nic nie wierzył, to za Kadeef pokroicz by są 

dał, bo z moją mamuszą pierwszy raz w życzu gdżesz pojechacz mógł...”

Muszę tu przyznać, że matka zawsze dużo rzeczy mówiła za głośno i nie w porę. Zrywa z 

czymś albo w czymś trwa nie oglądając się na nic. W marcu pięćdziesiątego trzeciego - miałem 

osiem lat i leżałem w łóżku z zapaleniem migdałków, różyczką czy odrą - w dniu, w którym 

podano wiadomość o śmierci Stalina, w naszej kuchni poustawiała świece i płakała jak bóbr. 

Nigdy więcej nie widziałem jej tak płaczącej. Gdy po latach odsunęli Ulbrichta, zbyła ponoć jego 

następcę stwierdzeniem: „to telko zwykły dekarz”. Ona, zdeklarowana antyfaszystka, ubolewała 

jednak   nad   rozwalonym   gdzieś   około   roku   pięćdziesiątego   kamieniem   upamiętniającym 

Wilhelma Gustloffa i pomstowała na „łajdackie szprofanowanie grobu”. Później, kiedy myśmy 

na   Zachodzie   mieli   terroryzm,   czytałem   w   jej   butelkowej   poczcie   ze   Schwerina,   że 

„Baadermeinhof”,   będący   dla   niej   jedną   i   tą   samą   osobą,   zginął   w   walce   z   faszyzmem. 

Pozostawało rzeczą niepojętą, za kim, przeciw komu była. Ale jej przyjaciółka Jenny, słysząc o 

wypowiedziach  matki,   tylko  się  uśmiechała.  -  Tulla  zawsze   taka   była.  Mówi   to,  czego   inni 

niechętnie słuchają. A czasami troszeczkę przesadza... Na przykład na zebraniu załogi wobec 

zgromadzonych  towarzyszy nazwała  siebie „osztatnią  sztronniczką  Sztalina”,  a w następnym 

zdaniu   zachwalała   bezklasowość   społeczności   KdF   jako   wzór   dla   każdego   prawdziwego 

komunisty.

*

W marcu 1933 zdominowany przez narodowych socjalistów parlament niemiecki, Reichstag, na mocy 

ustawy przekazał na cztery lata swoje ustawodawcze kompetencje kanclerzowi Hitlerowi i jego rządowi. Ustawa 
stała się prawną podwaliną hitlerowskiej dyktatury (przyp tłum )

background image

Kiedy   w   styczniu   trzydziestego   szóstego,   w   hamburskiej   stoczni   Blohma   &   Vossa 

złożono zamówienie na budowę dla Niemieckiego Frontu Pracy i podległej mu organizacji „Kraft 

durch Freude” motorowego  statku pasażerskiego, którego koszty szacowano na 25 milionów 

reichsmarek, nikt nie pytał: Skąd oni biorą taką kupę pieniędzy? Na razie podano tylko liczby: 

pojemność 25 484 tony rejestrowe, długość 208 metrów i zanurzenie 6 do 7 metrów. Najwyższa 

osiągalna   prędkość   miała   wynieść   15,5   węzła.   Obok   417   członków   załogi   statek   powinien 

przyjąć na pokład 1463 pasażerów. Były to w ówczesnym budownictwie morskim standardowe 

dane,   ale   w   przeciwieństwie   do   innych   statków   pasażerskich   przed   nowo   budowanym 

postawiono   wymóg,   żeby   miał   tylko   jedną   jedyną   klasę   pasażerską,   znosząc   przejściowo 

wszelkie różnice klas, co zgodnie z instrukcją Roberta Leya miało stać się wzorem pożądanej 

wspólnoty narodowej wszystkich Niemców.

Było   przewidziane,   że   z   chwilą   wodowania   nowej   jednostki   ochrzci   się   ją   imieniem 

fuhrera,   jednakże   kanclerz   Rzeszy   siedząc   na   owej   uroczystości   żałobnej   obok   wdowy   po 

zamordowanym  w Szwajcarii towarzyszu partyjnym  powziął decyzję, iż projektowany statek 

KdF będzie miał za patrona najnowszego męczennika ruchu; po czym wkrótce po spopieleniu 

zwłok w całej Rzeszy pojawiły się place, ulice i szkoły jego imienia. Nawet fabryka broni i 

innego   sprzętu   wojskowego,   Zakłady   Simsona   w   Suhl,   po   przymusowej   aryzacji   została 

przemianowana,   aby   jako   „Zakłady   Wilhelma   Gustloffa”   mogła   służyć   zbrojeniom   i   od 

czterdziestego drugiego prowadzić filię w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie.

Nie chcę teraz wyliczać, co jeszcze zostało nazwane na jego cześć - najwyżej wymienię 

most Gustloffa w Norymberdze i należący do niemieckiej kolonii Dom Gustloffa w brazylijskiej 

Kurytybie - ale zadaję sobie pytanie podrzucone już przeze mnie do internetu: „Co by się stało, 

gdyby statek, pod który 4 sierpnia 1936 położono stępkę, po spuszczeniu na wodę został jednak 

ochrzczony imieniem führera?”

Odpowiedź   nadeszła   szybko:   „'Adolf   Hitler'   nigdy   by   nie   zatonął,   ponieważ 

Opatrzność...”   i  tak   dalej,  i  tak   dalej.  A  mnie   zaświtała  myśl:   Wtedy  zatem   nie   musiałbym 

występować   w   roli   ocalonego   z   zapomnianej   przez   wszystkich   katastrofy.   Ponieważ 

najnormalniej w świecie wylądowałbym we Flensburgu i tam dopiero zostałbym przez matkę 

wydany na świat, nie byłbym przypadkiem wzorcowym i nie dawałbym okazji do czepiania się 

słów.

„Mój Paulik to cosz nadzwyczajnego!” Od dziecka słyszałem to dyżurne zdanie matki. 

background image

Przykre   to   było,   kiedy   w   rozwlekłej   wrzeszczanskiej   mowie   rozpływała   się   nad   moją 

nadzwyczajnością wobec sąsiadów, a nawet wobec całego partyjnego kolektywu: „Żem od chwili 

jego narodzenia wiedżała, że z tego szkraba kiedysz prawdziwa szława wyrosznie...”

Śmiechu warte! Znam swoje granice. Jestem przeciętnym dziennikarzem, który całkiem 

nieźle   wypada   na   krótkich   dystansach.   Wprawdzie   dawniej   byłem   chyba   mocny   w   snuciu 

wielkich planów - nigdy nie napisana książka miała być zatytułowana „Między Springerem a 

Dutschkem” - ale z reguły na planach się kończyło. Gdy potem Gabi cichcem odstawiła pigułkę, 

ponad   wszelką   wątpliwość   to   ze   mną   zaszła   w   ciążę,   i   zaciągnęła   mnie   do   urzędu   stanu 

cywilnego, ledwie pojawił się wrzaskliwiec, a przyszła pani pedagog wróciła na studia, stało się 

dla mnie jasne jak słonce: Od tej chwili wszystko bierze w łeb. Od tej pory możesz już tylko 

wykazywać się w pracach domowych przewijając dzieciaka i odkurzając mieszkanie. Koniec z 

zadufaniem! Kto mając trzydzieści pięć lat i początki łysiny daje się jeszcze wrobić w dziecko, 

ten przepadł z kretesem. Co to tutaj znaczy: miłość! Ta w najlepszym razie przyjdzie znów po 

siedemdziesiątce, kiedy i tak człowiekowi nic już nie wychodzi.

Gabriela, nazywana przez wszystkich Gabi, nie była ładna, ale pociągająca. Miała coś 

porywającego   i   początkowo   sądziła,   że   potrafi   wytrącić   mnie   z   próżniaczego   truchtania   i 

pobudzić do żwawszego chodu - „Szarpnij się na jakąś rzecz nośną społecznie, coś o zbrojeniach 

i ruchu pokojowym” - i ja wydusiłem z siebie odpowiednie kazanko: moja relacja o Mutlangen, 

rakietach Pershing 2 i siedzących blokadach spotkała się z uznaniem nawet w kręgach jako tako 

lewicowych.   Ale   potem   znów   uszło   ze   mnie   powietrze.   I   w   jakimś   momencie   ona   musiała 

postawić na mnie krzyżyk.

Jednakże nie tylko Gabi, również matka widziała we mnie typowego nieudacznika. Zaraz 

po narodzinach naszego syna i telegraficznym podyktowaniu nam wybranego przez nią imienia - 

„Bezwzględnie musi nazywać się Konrad” - napisała do swej przyjaciółki Jenny całkiem otwarty 

list: „Co za oszoł! Po to na Zachód są przenosził? Żeby mnie taki zawód szprawicz. Czy to 

wszystko ma bycz, co on potrafi dacz z szebie?”

I miała świętą rację. Moja o dobre dziesięć lat młodsza żona nadal konsekwentnie zdążała 

da celu, zdawała każdy egzamin, została nauczycielką gimnazjalną i uzyskała Status urzędniczy; 

ja pozostałem tym, czym byłem. Niespełna siedem lat trwała wytężona frajda, potem skończyło 

się między Gabi a mną.  Zostawiła  mi  mieszkanie  na Kreuzbergu w starym  budownictwie  z 

ogrzewaniem na piece oraz nie dający się niczym poruszyć berliński zaduch, przeniosła się z 

background image

małym Konradem do Niemiec Zachodnich, gdzie miała krewnych w Mölln i niezadługo została 

przyjęta do pracy w oświacie.

Ładnie położone miasteczko, nad jeziorem, w spokojnej strefie przygranicznej, sprawiało 

idylliczne wrażenie. Kraina widokowo całkiem niebrzydka nazywa się chełpliwie „Księstwem 

Lauenburga”. Żyje się tam po staroświecku. W przewodnikach turystycznych piszą, że Mölln to 

„miasto Dyla Sowizdrzała”. A ponieważ Gabi spędziła tam dzieciństwo, szybko poczuła się jak 

w domu.

Ja za to coraz bardziej schodziłem na psy. Nie ruszyłem się z Berlina. Utrzymywałem się 

na powierzchni jako agencyjny skryba. Ponadto zamieszczałem reportaże - „Co się zieleni w 

Zielonym Tygodniu” i „Turcy w Kreuzbergu” - w „Evangelisches Sonntagsblatt”. A poza tym? 

Parę raczej męczących romansów i mandaty za złe parkowanie. No cóż, w rok po odejściu Gabi: 

rozwód.

Mojego   syna   Konrada   widywałem   tylko   podczas   odwiedzin,   a   więc   rzadko   i 

nieregularnie. Zbyt szybko, jak uważałem, wybujały chłopak w okularach, który zdaniem swojej 

matki robił w szkole dobre postępy, uchodził za wybitnie zdolnego i nader wrażliwego. Kiedy 

potem w Berlinie padł mur i pod Mustinem tuż za Ratzeburgiem, miasteczkiem sąsiadującym z 

Mölln, otworzyła się granica, Konny podobno od razu zaczął suszyć głowę mojej byłej, żeby 

pojechała z nim do Schwerina - co oznaczało  dobrą godzinę  samochodem  - odwiedzić  jego 

babcię Tullę.

Tak ją nazywał. Przypuszczam, że na jej życzenie. Nie skończyło się na jednej wizycie - 

na   nieszczęście,   jak   dzisiaj   mówię.   Oboje   z   miejsca   się   zrozumieli.   Już   wtedy,   będąc 

dziesięciolatkiem, Konny mówił nad wiek mądrze. Jestem pewien, że matka zawróciła mu w 

głowie swoimi opowieściami, które przecież rozgrywały się nie tylko na podwórzu stolarni przy 

ulicy Elzy we Wrzeszczu. Nagadała mu o wszystkim, nawet o swoich przygodach w charakterze 

konduktorki tramwaju w ostatnim roku wojny. Chłopak musiał chłonąć jej paplaninę jak gąbka. 

Oczywiście uraczyła go także historią wiecznie tonącego statku. Odtąd Konny albo „Konradżik”, 

jak mówiła matka, był jej wielką nadzieją.

W  tym   czasie   często  przyjeżdżała   do  Berlina.   Przeszedłszy  już  na  emeryturę   nabrała 

ochoty   na   wojażowanie   swoją   trabanciną.   Ale   matka   ruszała   w   drogę   jedynie   po   to,   żeby 

odwiedzić swoją przyjaciółkę Jenny; ja pozostawałem kimś z dalszego planu. Cóż to były za 

spotkania! Czy to w pokoju lalek u ciotki Jenny, czy w mojej kreuzberskiej norze w starym 

background image

budownictwie, mówiła tylko o Konradżiku i swoim szczęściu na stare lata. Jak to dobrze, że 

może teraz bardziej się nim zająć, od kiedy wielki państwowy kombinat stolarski zwinął żagle, 

zresztą z jej pomocą. A ona chętnie pomaga pchnąć sprawy do przodu. Znowu zwracają się do 

niej o radę. A jeśli o wnuka chodzi, to ona ma masę planów.

Ciotka Jenny reagowała na ten nadmiar energii jedynie swym zlodowaciałym uśmiechem. 

A   ja   usłyszałem:   Z   mojego   Konradżika   to   ani   chybi   wielki   człowiek   wyrosznie.   Ni   taki 

popapraniec jako ty...

- Zgadza się - odparłem - ze mnie nic wielkiego nie wyrosło i nic już nie wyrośnie. Ale 

jak widzisz, matko, pod jednym względem się rozwijam - jeśli wolno to nazwać rozwojem - 

mianowicie jako namiętny palacz.

Niczym ten Żyd Frankfurter, dodaję dzisiaj, który jak ja odpalał papierocha od papierocha 

i o którym muszę teraz pisać, ponieważ strzały dosięgły celu, ponieważ budowa statku, pod który 

w   Hamburgu   położono   stępkę,   posuwała   się   naprzód,   ponieważ   na   Morzu   Czarnym   oficer 

nawigacyjny Marinesko pełnił służbę na okręcie podwodnym przystosowanym do pływania w 

pobliżu   brzegów   i   ponieważ   9   grudnia   trzydziestego   szóstego   przed   sądem   szwajcarskiego 

kantonu   Gryzonia   rozpoczął   się   proces   przeciwko   pochodzącemu   z   Jugosławii   mordercy 

obywatela Rzeszy Wilhelma Gustloffa.

W Chur trzej strażnicy po cywilnemu stali przed stołem sędziowskim i ławą oskarżonego, 

który siedział wciśnięty między dwóch policjantów. Na polecenie policji kantonalnej mieli oni 

stale   obserwować   publiczność   oraz   krajowych   i   zagranicznych   dziennikarzy:   obawiano   się 

zamachu, z którejkolwiek strony.

Z powodu natłoku przybyszów z Rzeszy konieczne się stało przeniesienie rozprawy z 

sądu kantonalnego do sali posiedzeń Małej Rady Gryzonii. Obrony podjął się leciwy pan z białą 

szpicbródką, mecenas Eugen Curti. Wdowę po zamordowanym  jako oskarżycielkę posiłkową 

reprezentował znany profesor Friedrich Grimm, który wkrótce po wojnie wywołał sensację swym 

fundamentalnym dziełem „Polityczna sprawiedliwość - choroba naszych czasów”, wobec czego 

nie byłem zdziwiony natykając się w internecie na nowe wydanie książki, rozprowadzane przez 

niemiecko - kanadyjskiego prawicowego ekstremistę Ernsta Zündela, ale tymczasem nakład tego 

pamfletu został podobno wyczerpany.

Mimo   to   jestem   pewny,   że   mój   Webmaster   ze   Schwerina   w   porę   postarał   się   o 

egzemplarz, bo jego strony internetowe były naszpikowane cytatami z Grimma i polemicznymi 

background image

odpowiedziami na - przyznajmy - rozwlekłe przemówienie mecenasa Curtiego. Wyglądało to tak, 

jakby proces miał się odbyć powtórnie, tym razem w wirtualnie przepełnionym teatrze świata.

Później   z   zebranych   przeze   mnie   materiałów   wynikło,   że   mój   solista   obkuł   się   przy 

pomocy „Völkischer Beobachter”. Na przykład raczej marginalna informacja, że gdy w drugim 

dniu   rozprawy  na   salę   sądową   weszła   pani   Hedwig   Gustloff   w  żałobnej   czerni,   obecni   tam 

obywatele Niemiec, garść szwajcarskich sympatyków i przybyli z Rzeszy dziennikarze powitali 

ją na stojąco unosząc dłonie w hitlerowskim pozdrowieniu, została skopiowana z „walczącego 

dziennika   ruchu   narodowosocjalistycznego   Wielkich   Niemiec”.   „V.B.”   zaznaczył   swoją 

obecność nie tylko w ciągu zasługujących na miano historycznych czterech dni rozprawy, lecz 

również w internecie; rozpowszechniane w sieci cytaty z listu surowego ojca do marnotrawnego 

syna też zostały zaczerpnięte z walczącego dziennika, bo list rabina - „Niczego już od Ciebie nie 

oczekuję.   Ty   nie   piszesz.   I   już   nie   musisz   pisać...”   -   był   przed   sądem   przytaczany   przez 

oskarżenie jako świadectwo nieczułości oskarżonego; jemu, namiętnemu palaczowi, pozwalano 

w przerwach na jednego, drugiego papierosa.

Podczas gdy pełniący służbę na okręcie podwodnym oficer Marinesko przebywał albo na 

morzu, albo na przepustce w czarnomorskim porcie Sewastopol i można domniemywać, że w 

związku   z   tym   był   przez   trzy   dni   w   sztok   pijany,   nowa   jednostka   budowana   w   Hamburgu 

nabierała kształtów - młotki nitowniki dzień i noc nadawały ton - a oskarżony Dawid Frankfurter 

siedział   albo   stał   między   dwoma   kantonalnymi   policjantami.   Skwapliwie   przyznawał   się   do 

popełnionego czynu.  W ten sposób pozbawił proces napięcia.  Słuchał siedząc, mówił stojąc: 

Postanowiłem, kupiłem,  ćwiczyłem,  pojechałem,  czekałem,  znalazłem,  wszedłem, siedziałem, 

strzelałem pięć razy. Składał zeznania płynnie, z rzadka się zacinając.

Wyrok przyjął spokojnie, ale w internecie utrzymywano, że „żałośliwie płacząc”.

Jako że w kantonie  Gryzonia  nie było  kary śmierci,  profesor Grimm  z  ubolewaniem 

domagał się najwyższej z możliwych kar: dożywocia. Do ogłoszenia wyroku - osiemnaście lat 

więzienia,   następnie   wydalenie   z   kraju   -   czytało   się   o   tym   wszystkim   on   -   line   w   skrajnie 

stronniczym  ujęciu,  zapatrzonym  w męczennika,  potem  jednak  mój  Webmaster  rozstał się  z 

Kamractwem Schwerin. Może nagle dobrał sobie towarzystwo? Albo znowu przyplątał się ów 

malkontent i przemądrzalec, który już raz zawładnął chatroomem? W każdym razie doszło do 

podziału ról i ścierania się przeciwnych stanowisk.

Ożywającą   raz   po   raz   dyskusję   prowadzili   uczestnicy   przedstawiający   się   jedynie 

background image

imionami,   przy   czym   niejaki   Wilhelm   użyczał   swego   głosu   zamordowanemu 

landesgruppenleiterowi, a niejaki Dawid występował jako niedoszły samobójca.

Można   by   było   odnieść   wrażenie,   że   ta   wymiana   ciosów   odbywa   się   w   zaświatach. 

Tymczasem przebiegała z doczesną gruntownością. W konfrontacji mordercy z zamordowanym 

wciąż wałkowano czyn i jego motyw. Podczas gdy jeden uprawiając propagandę obwieszczał, że 

w momencie procesu było w Rzeszy o 800 000 bezrobotnych mniej niż przed rokiem, i wpadał z 

tego   powodu   w   zachwyt:   „Wszystko   to   można   zawdzięczać   jedynie   führerowi”,   drugi 

oskarżycielsko  wyliczał,   ilu  żydowskich   lekarzy  i  pacjentów  zostało   usuniętych   ze  szpitali   i 

uzdrowisk, i przypominał, że rząd nazistowski już 1 kwietnia trzydziestego trzeciego wezwał do 

bojkotu Żydów, po czym wystawy żydowskich sklepów znakowano złowrogim hasłem: „Żydy, 

do piachu!” I tak to szło, wet za wet. Jeśli Wilhelm chcąc podeprzeć swoją tezę o niezbędnym 

zachowaniu czystości rasy aryjskiej i niemieckiej krwi faszerował sieć słowami führera z „Mein 

Kampf,  to Dawid odpowiadał  fragmentami  „Żołnierzy z bagien”,  relacji, którą były  więzień 

kacetu ogłosił w jednym ze szwajcarskich wydawnictw.

Spór przebiegał śmiertelnie poważnie, zaciekle. Ale raptem ton zelżał. W chatroomie się 

gawędziło. Kiedy Wilhelm zapytał: „Powiedz, dlaczego strzelałeś do mnie pięć razy?”, Dawid 

odparł: „Sorry, pierwszy strzał to niewypał. Były tylko cztery dziury”. Na to Wilhelm: „Zgadza 

się. A kto ci dostarczył rewolwer?” Dawid: „Spluwę kupiłem. I to tylko za dziesięć szwajcarskich 

franeczków”. - „Całkiem niedrogo jak na broń, za którą trzeba by na pewno bulnąć pięćdziesiąt 

franków”. - „Rozumiem. Chcesz powiedzieć, że ktoś mi dał gnata w prezencie. Może nie?” - 

”Jestem   nawet   pewien,   że   strzelałeś   na   zamówienie”.   -   „No   jasne!   Na   rozkaz   światowego 

żydostwa”.

Tak   toczył   się   ich   internetowy   dialog   również   przez   następne   dni.   Ledwo   zdołali 

wykończyć się nawzajem, pojawiały się żarty, jak gdyby to przyjaciele płatali sobie figle. Przed 

opuszczeniem chatroomu mówili: „Cześć, ty sklonowana nazistowska świnio!” i „Trzymaj się, 

gudłaju!” A skoro tylko w ich dwugłos próbował wedrzeć się jakiś internauta z Balearów czy z 

Oslo, natychmiast go wykopywali: „Spływaj!” albo „Wskocz później!”

Obaj byli widać tenisistami stołowymi, bo zachwycali się niemieckim asem ping - ponga 

Jörgiem   Rosskopfem,   który   -  jak  powiedział   Dawid   -  pobił   nawet   chińskiego   mistrza.   Obaj 

zaklinali się, że są za fair play. I obaj okazali się erudytami, którzy nie szczędzili sobie nawzajem 

pochwał, ilekroć któryś wnosił coś nowego: „Bomba! Skąd wytrzasnąłeś ten cytat z Gregora 

background image

Strassera?”   albo   „Nie   wiedziałem,   Dawid,   że   führer   odstawił   Hildebrandta   za   lewicowe 

odchylenie,   a   potem   jednak   na   życzenie   poczciwych   Meklemburczyków   przywrócił   na 

stanowisko gauleitera”.

Można by ich było wziąć za przyjaciół, aczkolwiek niejako z obowiązku nie żałowali 

sobie okazywania wzajemnej nienawiści. Na postawione w chatroomie przez Wilhelma pytanie: 

„Czy gdyby führer z powrotem powołał mnie do życia, to byś znowu strzelał do mnie?” Dawid 

odpowiedział odwrotną pocztą: „Nie, następnym razem ty możesz mnie rozwalić”.

Coś mi zaświtało. I już pożegnałem się z myślą, że to jeden jedyny Webmaster zręcznie 

wypełnia sobą cały upiorny spektakl. Dałem się nabrać dwom żartownisiom, którzy podeszli do 

rzeczy śmiertelnie poważnie.

Później, kiedy wszyscy wciągnięci w sprawę tłumaczyli się niewiedzą i dawali wyraz 

przerażeniu,   powiedziałem   do   matki:   -   Mnie   to   od   początku   wydawało   się   dziwne. 

Zastanawiałem   się,   jakim   cudem   dzisiejsi   młodzi   tak   wariują   na   punkcie   tego   Gustloffa   i 

wszystkiego, co się z nim wiąże? Bo od początku było dla mnie jasne, że to nie jakieś stare 

dziady dla zabicia czasu zabawiają się on - line, no, tacy przedwczorajsi jak ty...

Matka nic się na to nie odezwała. Jak zwykle, kiedy coś jej nie dogadzało, zrobiła minę 

spod znaku nie - ma - mnie - w - domu, to znaczy jej oczy wywracały się do niemożliwości. 

Zresztą   dla   niej   nie   ulegało   kwestii,   iż   coś   takiego   mogło   się   zdarzyć   tylko   dlatego,   że   „o 

'Gusztlofie' latami gadacz nie wolno beło. U nas na Wschodzę to ani mru - mru. A u czebie na 

Zachodzę, jak ju w ogóle o tym gadali, co kiedysz beło, to o innych niedobrych rzeczach, o 

Oszwięczimie i takich tam. Mój Bożulku! Ile to u nas na partyjnym zebraniu szumu beło, jak ja 

żem dobre szłowo o sztatkach  Kadeefu powiedżała, że mianowicie  'Gusztlof’ to bezklasowy 

sztatek beł...”

I od razu po raz któryś przypomnieli się jej rodzice na wycieczce do Norwegii: „Moja 

mamusza to za nic przyjszcz do szebie ni mogła, bo mianowicie w jadalni wszyszcy pasażerowie 

wymieszani jak groch z kapusztą szedżeli, proszci robotnicy jak mój tatusz, ale i urzędnicy i 

nawet partyjne szychy. Muszało bycz jak u nas w Dedeerze, telko jesz piękniej...”

Ta sprawa z bezklasowym statkiem to był rzeczywiście szlagier. Przypuszczam, że to z 

tego powodu stoczniowcy wiwatowali jak szaleni, kiedy 5 maja trzydziestego siódmego nowo 

zbudowania jednostka, wysoka na osiem pięter, została zwodowana. Brakowało jeszcze komina, 

mostku i pokładu namiarowego. Cały Hamburg wyległ na ulice, nieprzebrane tłumy. Ale chrzest 

background image

statku obserwowało z bliska tylko dziesięć tysięcy członków narodowej wspólnoty, zaproszonych 

osobiście przez Leya.

Pociąg specjalny Hitlera  o dziesiątej  przed południem wjechał na dworzec Dammtor. 

Potem   nastąpił   przejazd   ulicami   Hamburga   w   odkrytym   mercedesie,   pozdrawianie 

zgromadzonych to wyprostowaną, to znów ugiętą ręką, pośród wiwatów, ma się rozumieć. Z 

pirsu barkas zawiózł  go do stoczni. Wszystkie  statki stojące w porcie, również zagraniczne, 

wywiesiły flagi. A cała flota KdP, złożona z wyczarterowanych statków, od „Sierra Cordoba” po 

„St. Louis”, stała na kotwicy oflagowana po wierzchołki masztów.

Nie chcę teraz wyliczać, któż to taki ustawiał się w kolumnach, któż to taki na powitanie 

trzaskał obcasami. U stóp trybuny ustawionej z okazji chrzcin tłoczyli się robotnicy stoczniowi 

pozdrawiając go, kiedy wspinał się po schodach. W ostatnich wolnych wyborach, przed czterema 

laty, większość z nich głosowała na socjałów i komunistów. Teraz była już tylko jedna jedyna 

partia; i był führer we własnej osobie.

Dopiero na trybunie spotkał wdowę. Znał Hedwig Gustloff z najdawniejszych czasów 

walki. Zanim  w dwudziestym  trzecim  marsz  na Halę Wodzów w Monachium zakończył  się 

krwawym   niepowodzeniem,   była   jego   sekretarką.   Później,   kiedy   on   odsiadywał   wyrok   w 

landsberskiej twierdzy, ona szukała pracy w Szwajcarii i znalazła męża.

Komu jeszcze wolno było wejść na trybunę? Dyrektorowi stoczni, radcy stanu Blohmowi, 

i szefowi stoczniowego Frontu Pracy Pauly'emu. Oczywiście u jego boku stał Robert Ley. Ale 

także   inni   partyjni   dygnitarze.   Znalazło   się   miejsce   dla   gauleitera   Hamburga   Kaufmanna   i 

gauleitera Schwerina - Meklemburgii Hildebrandta, Kriegsmarine reprezentował admirał Raeder. 

A z Davos nie lękając się długiej podróży przybył Ortsgruppenleiter NSDAP Böhme.

Wygłaszano   przemówienia.   On   tym   razem   nie   zabrał   głosu.   Po   Kaufmannie   mówił 

dyrektor stoczni Blohma & Vossa: - Panu, mój führerze, składam w imieniu stoczni meldunek: 

Statek wycieczkowy, numer budowy 511, gotów do wodowania.

Cała   reszta   skreślona.   Może   jednak   powinienem   wydłubać   kilka   rodzynków   z  mowy 

chrzestnej Roberta Leya. Zaczęło się od hucpiarskiego zawołania: - Ludzie niemieccy! - A potem 

sięgając głęboko w przeszłość Ley wychwalał swoją powstałą z troski o naród ideę „Kraft durch 

Freude”, aby w końcu wymienić jej inicjatora: - Führer wydał mi rozkaz: „Niech pan się postara, 

żeby niemiecki robotnik mógł korzystać z urlopu i tym samym dać swoim nerwom wytchnienie, 

bo choćbym ja dwoił się i troił, byłoby to bezcelowe, jeśliby niemiecki naród nie miał nerwów w 

background image

porządku. Chodzi o to, żeby niemieckie masy, żeby niemiecki robotnik był dość silny, aby pojąć 

moje myśli”.

Gdy nieco  później  wdowa  dokonała   obrzędu  chrztu  wygłaszając  słowa:   „Chrzczę   cię 

imieniem Wilhelma Gustloffa”, radosna wrzawa odpornej nerwowo masy zagłuszyła brzęknięcie 

butelki   szampana   o   dziób   statku.   Odśpiewano   obie   pieśni,   podczas   gdy   nowo   zbudowana 

jednostka zsuwała się po pochylni... A mnie, ocalonemu z „Gustloffa”, przy każdym wodowaniu, 

które obserwuję z bliska z dziennikarskiego obowiązku albo oglądam w telewizji, staje przed 

oczami zatonięcie ochrzczonego przy przepięknej majowej pogodzie i spuszczonego na wodę 

statku.

Mniej więcej w tym czasie, kiedy Dawid Frankfurter siedział już w więzieniu Sennhof w 

Chur, a w Hamburgu roztrzaskiwała się butelka szampana, Aleksander Marinesko przebywał 

albo   w   Leningradzie,   albo   w   Kronsztadzie   na   kursie   dowódców.   W   każdym   razie   został 

przeniesiony   rozkazem   z  Morza   Czarnego   na   wschodni   skraj   Bałtyku.   Już   latem,   w  okresie 

zarządzonych   przez   Stalina   czystek   i   procesów,   które   nie   oszczędziły   admiralicji   Floty 

Bałtyckiej, został dowódcą okrętu podwodnego.

„M 96” należał do starszej klasy okrętów, był przystosowany do rejsów i akcji bojowych 

na   wodach   przybrzeżnych.   W   dostępnych   mi   infosach   czytam,   że   „M   96”   z   dwustu 

pięćdziesięcioma tonami wyporności i czterdziestu pięciu metrami długości był raczej niedużym 

okrętem z osiemnastoosobową załogą. Marinesko długo pozostawał dowódcą tej operującej w 

Zatoce   Fińskiej,   wyposażonej   tylko   w   dwie   wyrzutnie   torpedowe   morskiej   jednostki. 

Przypuszczam,   że   w   pobliżu   wybrzeża   raz   po   raz   ćwiczył   atak   nawodny   i   po   nim   szybkie 

zanurzanie.

background image

3

Podczas gdy trwały prace wykończeniowe obejmujące wnętrza od najniższego pokładu E 

po   pokład   słoneczny,   komin,   pomost   nawigacyjny   oraz   radiostację   i   wzdłuż   bałtyckiego 

wybrzeża odbywały się próby zanurzeniowe, w Chur upłynęło jedenaście miesięcy uwięzienia; 

dopiero potem statek mógł odbić od nabrzeża wyposażeniowego i popłynąć w dół Łaby w próbny 

rejs po Morzu Północnym. Czekam więc, aż zanikną teraźniejsze sekundy i znów będzie można 

puścić taśmę z czasem opowieści. A może mam zaryzykować kłótnię z kimś, czyjego zrzędzenia 

nie sposób puścić mimo uszu?

On żąda wyraźnych wspomnień. Chce wiedzieć, jaka dla mnie jako dziecka gdzieś od 

trzeciego roku życia była matka z wyglądu, z zapachu, w dotyku. Mówi: - Pierwsze wrażenia są 

decydujące dla dalszego życia. - Ja na to: - Nie ma czego wspominać. Kiedy miałem trzy lata, 

ona akurat skończyła terminowanie u stolarza. No dobra, mam przed oczami przynoszone mi 

przez nią z warsztatu wióry i klocki, jakie były poskręcane i jak się przewracały ułożone jeden na 

drugim.   Bawiłem   się   wiórami   i   klockami.   A   poza   tym?   Matka   pachniała   klejem   kostnym. 

Gdziekolwiek stała, siedziała, leżała - o Boże, jej łóżko! - wszędzie utrzymywał się ten zapach. A 

mnie, ponieważ nie było jeszcze żłobków, zostawiała najpierw u sąsiadki, potem w przedszkolu. 

Taki był los pracujących matek w całym państwie robotników i chłopów, nie tylko w Schwerinie. 

Pamiętam grube i chude kobiety, które nami komenderowały, i kaszkę mannę, w której łyżka na 

sztorc stawała.

Ale tego rodzaju okruchy wspomnień nie zadowalają Starego. Drąży dalej: - Za moich 

czasów mniej więcej dziesięcioletnia Tulla Pokriefke miała twarz, na którą składały się kropki, 

przecinek i kreska; a jak wyglądała jako młoda kobieta i czeladnik stolarski, gdzieś od roku 

pięćdziesiątego, kiedy stuknęły jej dwadzieścia trzy lata? Używała szminki? Widywało się ją w 

chustce na głowie czy, jak na mamusię przystało, w garnkowatym kapeluszu? Włosy opadały jej 

gładko czy kazała robić sobie wieczną ondulację? Może w weekendy łaziła w papilotach?

Nie wiem, czy moje informacje zdołają go zaspokoić; mój wizerunek matki z jej młodych 

lat jest wyrazisty i zarazem zmącony. Znam ją tylko białowłosą. Od początku była białowłosa. 

Nie srebrzystobiała. Po prostu tylko biała. Kto matkę o to pytał, ten słyszał w odpowiedzi: - Jak 

mój syn są rodził, to są ształo. Na torpedowcu to beło, co nas wyratował... - A kto gotów był 

wysłuchać czegoś więcej, ten dowiadywał się, że od tej pory, a zatem i w Kołobrzegu, gdzie 

uratowani, matka z noworodkiem, opuścili torpedowiec „Löwe”, była biała jak gołąb. Wówczas 

background image

nosiła włosy półdługie. Ale dawniej, kiedy jeszcze nie zbielała, „niby na rozkaz z samej góry”, 

włosy z natury jakoś tam blond, troszkę rudawe, opadały jej na ramiona.

Odpowiadając na dalsze pytania - on nie popuszcza - zapewniłem mojego pracodawcę, że 

bardzo mało jest zdjęć matki z lat pięćdziesiątych. Na jednym widać, że nosiła swoje białe włosy 

krótko przystrzyżone, na zapałkę. Szeleściły, kiedy je głaskałem, na co mi czasem pozwalała. I 

tak chodzi po dziś dzień jako stara kobieta. Akurat miała siedemnaście lat, jak ni stąd, ni zowąd 

zbielała.   -   A   gdzie   tam!   Matka   nigdy   się   nie   farbowała   i   nie   chodziła   do   farby.   Żaden   z 

towarzyszy w pracy ani razu nie widział jej z granatowoczarnymi  albo tycjanowsko rudymi 

włosami.

- A poza tym? Co jeszcze pozostało w pamięci? Na przykład mężczyźni? Byli jacyś? - 

Chodziło   o   takich,   co   zostawali   na   noc.   Bo   Tulla   Pokriefke   jako   nastolatka   szalała   za 

mężczyznami!  Czy to na plaży w Brzeźnie, czy w jej konduktorskich czasach, kiedy pełniła 

służbę w tramwaju kursującym między Gdańskiem, Wrzeszczem i Oliwą, zawsze kręcili się koło 

niej chłopaki, ale i dojrzali mężczyźni, na przykład urlopowicze z frontu. - Czy później, jak już 

była białowłosą kobietą, to ten bzik na punkcie mężczyzn jej przeszedł?

Co sobie Stary wyobraża! Może myśli, że matka, tylko dlatego że wskutek szoku włosy 

jej posiwiały, żyła jak mniszka? Mężczyzn było aż nadto. Ale długo nie zagrzewali miejsca. 

Jeden był podmąjstrzym murarskim i zupełnie sympatycznym człowiekiem. Przynosił mi rzeczy, 

które ledwo się dostawało na kartki: na przykład wątrobiankę. Miałem już z dziesięć lat, kiedy u 

nas w oficynie, Lehmstrasse 7, siadywał w kuchni i strzelał szelkami. Nazywał się Jochen i 

koniecznie chciał mnie brać na kolana, niby na konną jazdę. Matka nazywała go „Jochen dwa”, 

ponieważ będąc nastolatką znała licealistę, który miał na imię Joachim, ale nazywali go Jochen. - 

Ale on to ode mnie nic ni chczał. Nawet są ni dotknął...

W jakimś momencie  matka  musiała  przeświecić  Jochena dwa, nie wiem dlaczego.  A 

kiedy miałem jakieś trzynaście lat, to po służbie i czasami w niedziele zachodził jeden z ludowej 

policji. Był podporucznikiem rodem z Saksonii, zdaje się: z Pirny. Przynosił zachodnią pastę do 

zębów, colgate, i jeszcze inne skonfiskowane różności. Zresztą też nazywał się Jochen, wobec 

czego matka mówiła: - Jutro numer trzy przyjdże. Bysz czut miły dla niego beł, jak przyjdże... - 

Jochen trzy wylądował za drzwiami, ponieważ, jak mówiła matka, „musowo żenicz są chczał”.

Nie paliła się do małżeństwa. - Ty jeden mnie wysztarczysz - powiedziała, kiedy ja, już 

piętnastoletni,  miałem  wszystkiego  po dziurki w nosie. Nie w szkole. Tam,  poza rosyjskim, 

background image

całkiem dobrze mi szło. Ale miałem dość drylu w FDJ, wykopków, akcji żniwnych, śpiewania w 

kółko o budowie i odbudowie, miałem również dość matki. Nie mogłem już tego słuchać, kiedy 

mi,   przeważnie   w   niedziele,   do   klopsików   z   tłuczonymi   ziemniakami   serwowała   swoje 

„Gustloffowe” gadki: - Wszysztko są rozkolebało. Czegosz takiego to ju są więcej ni zapomni. 

To nigdy nie usztanie. Imer śni mnie są abo i ni śni ten jeden wielki krzyk, co to jak ju szlus beł, 

po wodzie są niósł. I te wszysztkie dżeczaczki pomiędzy lodową krą...

Czasami matka, siedząc po niedzielnym obiedzie przy kuchennym stole z kubkiem kawy, 

mówiła tylko: „Po prawdże to piękny sztatek beł” i ani słowa więcej. Ale jej spojrzenie spod 

znaku nie - ma - mnie - w - domu było dostatecznie wymowne.

Pewnie to i prawda. Kiedy „Wilhelm Gustloff” wykończony wreszcie i cały na biało 

wyruszał w dziewiczy rejs, był podobno od dziobu po rufę pływającym przeżyciem. Słyszało się 

to nawet od ludzi, którzy po wojnie udawali zdeklarowanych od samego początku antyfaszystów. 

A ci, co dostali się na pokład, ponoć schodzili potem na ląd olśnieni.

Już   na   dwudniowy   rejs   próbny,   wszelako   przy   sztormowej   pogodzie,   zaokrętowano 

robotników i urzędników od Blohma & Vossa, a ponadto ekspedientki z hamburskiej spółdzielni 

spożywców. Ale gdy „Gustloff 24 marca trzydziestego ósmego wypływał na trzy dni w morze, 

do   pasażerów   zaliczało   się   okrągło   tysiąc   Austriaków,   przesianych   przez   Partię,   bo   w   dwa 

tygodnie   później   lud   Marchii   Wschodniej   miał   głosować   za   czymś,   czego   dokonał   już 

Wehrmacht sprawnie przeprowadzając inwazję: za anszlusem Austrii. Na pokład weszło również 

trzysta dziewcząt z Hamburga - wybrane członkinie BDM - i grubo ponad setka dziennikarzy.

Tylko dla żartu i dla sprawdzenia siebie usiłuję teraz wyobrazić sobie, jak zareagowałaby 

moja skromna osoba w charakterze dziennikarza, kiedy zaraz na początku rejsu znalazło się w 

programie przyjęcie dla prasy w sali bankietowo - kinowej statku. Co prawda, jak mówi matka, a 

Gabi wie, nie jestem żadnym bohaterem, ale może jednak zdobyłbym się na tyle śmiałości, żeby 

zapytać o sfinansowanie nowo zbudowanej jednostki i majątek Niemieckiego Frontu Pracy, bo 

jak inni dziennikarze powinienem był wiedzieć, że Ley, ten spec od obiecanek, mógł wykręcać 

takie   numery   tylko   z   pomocą   funduszy   zagrabionych   wszystkim   zakazanym   związkom 

zawodowym.

Spóźnione   próby   odwagi!   Jak   znam   siebie,   to   w   najlepszym   razie   wykrztusiłbym 

zakamuflowane pytanie o pozostały kapitał, na co szef podróży KdF, który niczym się nie peszył, 

odpowiedziałby mi z miejsca: Niemiecki Front Pracy, jak przecież widać, ma pieniędzy w bród. 

background image

Już   za   kilka   dni   w   stoczni   Howaldta   będzie   nawet   spuszczony   na   wodę   olbrzymi   statek   o 

napędzie elektrycznym i, jak wolno już teraz przypuszczać, otrzyma na chrzcie imię Roberta 

Leya.

Potem   zaczęło   się   zwiedzanie   statku   przez   całą   hurmę   wyznaczonych   dziennikarzy. 

Dalsze pytania nie przechodziły przez gardło. Także ja, który w ciągu realnej pracy zawodowej 

nie odkryłem żadnego skandalu, nigdy nie wytropiłem trupa w szafie, nie zdemaskowałem ani 

przekrętów z publicznymi pieniędzmi, ani przekupnych ministrów, jako dziennikarz przeniesiony 

w przeszłość trzymałbym język za zębami jak wszyscy inni. Na kolejnych pokładach mieliśmy 

tylko prawo wyrażać obowiązkowe zdumienie. Prócz kabin specjalnych dla Hitlera, dla Leya, 

które wyłączono ze zwiedzania, statek był co do joty urządzony bezklasowo. Aczkolwiek znam 

wszystkie   szczegóły tylko   z fotografii  i  przekazanych   materiałów,  wydaje  mi  się  jednak, że 

byłem tym zachwycony i zarazem spocony z tchórzostwa.

Widziałem przestronny, wolny od uciążliwych nadbudówek pokład słoneczny, widziałem 

kabiny prysznicowe i urządzenia sanitarne. Widziałem i gorliwie notowałem. Później na dolnym 

pokładzie spacerowym mogliśmy cieszyć oczy nieskazitelnie wyszlifowanym lakierem ścian, a w 

salonach orzechową boazerią. Z podziwem oglądaliśmy salę balową, salę strojów, salę Niemiec i 

salę   muzyczną.   We   wszystkich   salach   wisiały   portrety   führera,   który   nad   naszymi   głowami 

spoglądał   poważnie,   lecz   zdecydowanie   w   przyszłość.   W   kilku   z   nich   przyciągał   wzrok 

sportretowany w mniejszym formacie Robert Ley. Ale w przeważającej mierze oprawa wizualna 

składała   się   z   pejzaży   namalowanych   w   stylu   dawnych   mistrzów.   Pytaliśmy   o   nazwiska 

współczesnych artystów i robiliśmy notatki.

Gdy co pewien czas zapraszano na piwo ze świeżo otwartej beczki, uczyłem się unikać 

dekadenckiego słowa „bar” i pisałem później według staroniemieckiego nazewnictwa o „siedmiu 

przytulnych szynkach” na pokładzie statku KdF.

Następnie   zasypano   nas   liczbami.   Dla   przykładu:   W   pomieszczeniach   kuchennych 

pokładu A dzięki supernowoczesnym urządzeniom do zmywania można było doprowadzić do 

lśniącej czystości 35 000 brudnych talerzy. Dowiedzieliśmy się, że na każdy rejs morski zabiera 

się 3400 ton wody pitnej, a za wodociąg służy wysoki zbiornik we wnętrzu jedynego komina. 

Zwiedzając pokład E, gdzie dziewczęta z hamburskiej BDM zajęły, jak mówiono, „pływające 

schronisko młodzieżowe” wyposażone w koje, obejrzeliśmy położoną na tym samym pokładzie 

pływalnię, której basen mieścił sześćdziesiąt ton wody. I dalsze dane liczbowe już przeze mnie 

background image

nie zanotowane. Ten i ów z nas był rad, że oszczędzono nam wyliczania kafelków i elementów 

kolorowej szklanej mozaiki zapełnionej przez dziewice o rybich ciałach i baśniową zwierzynę 

morską.

Tylko dlatego że od czasów mego zdominowanego przez matkę dzieciństwa wiem, iż 

druga torpeda zamieniła  kafelki pływalni  i odłamki mozaiki w pociski, na widok basenu, w 

którym pluskała się czereda dorodnych dziewczyn, mogłoby jednak przyjść mi do głowy pytanie, 

jak głęboko poniżej linii wodnej leży pływalnia. A na górnym pokładzie być może wydałoby mi 

się, że dwadzieścia dwie łodzie ratunkowe to za mało. Ale ja nie dociekałem, nie przywoływałem 

katastrofy, nie antycypowałem tego, co zdarzyło się siedem lat później w lodowatą wojenną noc, 

kiedy na pokładzie było nie, jak przewidywano w czasach pokojowych, zaledwie półtora tysiąca 

osób wolnych od codziennych trosk, lecz około dziesięciu tysięcy dusz, które miały przeczucie 

zagrażającej im śmierci i w trudnej do oszacowania liczbie ową śmierć poniosły; czy to jako 

dziennikarz „Völkischer Beobachter”, czy jako korespondent statecznej „Frankfurter Zeitung” 

wyśpiewałem   natomiast   na   najwyższym   bądź   rzeczowo   przytłumionym   tonie   pean   na   cześć 

szykownych łodzi ratunkowych na statku, jak gdyby były one premią ufundowaną łaskawie przez 

organizację „Kraft durch Freude”.

Nieco później jednak trzeba było jedną z łodzi spuścić na wodę. Wkrótce potem jeszcze 

jedną. I nie działo się to w celach ćwiczebnych.

Podczas swego drugiego rejsu, tym razem do Cieśniny Dover, „Gustloff” trafił na sztorm 

z   północnego   zachodu   i   zmagając   się   ze   wszystkich   sił   ze   wzburzonym   morzem   otrzymał 

wezwanie SOS z angielskiego węglowca „Pegaway”, który miał rozbity luk ładunkowy, złamany 

ster. Kapitan Lübbe, który na początku następnej podróży KdF mającej za cel wyspę Maderę 

zmarł na atak serca, kazał natychmiast wziąć kurs na miejsce wypadku. W ciemnościach w dwie 

godziny   później   wypatrzono   za   pomocą   ruchomego   reflektora   mocno   już   zanurzonego 

„Pegawaya”. Dopiero wczesnym rankiem mimo przybierającego na sile sztormu z północnego 

zachodu udało się spuścić na wodę jedną z dwudziestu dwóch łodzi ratunkowych, którą jednak 

kotłowisko fal rzuciło o burtę statku, po czym z dużymi uszkodzeniami poczęła dryfować. Na 

polecenie   kapitana   Lübbe   niezwłocznie   spuszczono   motorowy   barkas,   któremu   po   kilku 

podejściach   udało   się   zabrać   dziewiętnastu   marynarzy   i   przy   słabnącej   z   czasem   wichurze 

dopłynąć   z   nimi   szczęśliwie   do   „Gustloffa”.   Na   koniec   powiodła   się   próba   odszukania 

zawieruszonej łodzi ratunkowej i ocalenia jej załogi.

background image

Pisano o tym. Krajowe i zagraniczne gazety chwaliły akcję ratunkową. Ale szczegółowo i 

z czasowego dystansu zajął się tym jedynie Heinz Schön. Wykorzystał, jak ja to robię teraz, furę 

gazetowych   relacji   z   tamtych   czasów.   Jego   los,   tak   jak   mój,   jest   złączony   z   nieszczęsnym 

statkiem. Ledwo na rok przed końcem wojny przyszedł na „Gustloffa” jako asystent płatnika. 

Właściwie to Heinz Schön przeszedłszy pomyślnie przez sito morskiej Hitlerjugend chciał dostać 

się do Kriegsmarine,  ale ze względu na wadę wzroku musiał  zamustrować  się w marynarce 

handlowej.   Jako   że   przeżył   zatonięcie   jednostki   będącej   statkiem   pasażerskim   KdP,   potem 

okrętem szpitalnym, następnie pływającymi koszarami i na koniec transportowcem przewożącym 

uchodźców, zaczął po wojnie zbierać i spisywać wszystko, co dotyczyło „Gustloffa” w dobrych i 

złych czasach. Znał tylko ten jeden temat; albo jedynie ten temat zawładnął nim.

Toteż   jestem   pewien:   matka   od   początku   byłaby   rada   Heinzowi   Schönowi.   Ale   jego 

książki,   które   na   Zachodzie   znalazły   wydawcę,   były   w   NRD   niepożądane.   Kto   czytał   jego 

relacje, nabierał wody w usta. Czy to po tej, czy po tamtej stronie informacje Schöna nie miały 

wzięcia. Nawet gdy pod koniec lat pięćdziesiątych z jego udziałem jako konsultanta nakręcono 

film - „Noc zapadła nad Gotenhafen” - echo było umiarkowane. Co prawda całkiem niedawno 

nadali w telewizji program dokumentalny, ale wciąż jeszcze jest tak, jak gdyby nic nie mogło 

przebić „Titanica”, jak gdyby statek „Wilhelm Gustloff” nigdy nie istniał, jak gdyby brakowało 

miejsca na jeszcze jedno nieszczęście,  jak gdyby wolno było wspominać  tylko  tamte, nie te 

ofiary.

Ale ja też nabrałem wody w usta, trzymałem się z daleka, nie udzielałem się, musiałem 

dopiero znaleźć się pod presją. I jeśli teraz, jako ktoś, kto również przeżył, czuję się odrobinę 

bliski Heinzowi Schönowi, to tylko dlatego, że mogę korzystać z jego obsesji. On odnotował 

wszystko: liczbę kabin, olbrzymie ilości prowiantu na drogę, wielkość pokładu słonecznego w 

metrach kwadratowych, liczbę kompletnych i na koniec zdekompletowanych łodzi ratunkowych, 

a wreszcie - rosnącą z każdym książkowym wydaniem - liczbę zabitych i ocalonych.

Jego trud gromadzenia faktów długo pozostawał w cieniu, ale ostatnio Heinza Schöna, 

który jest o rok starszy od matki  i którego z uczuciem ulgi mógłbym  wyobrazić  sobie jako 

upragnionego ojca, coraz częściej cytuje się w internecie.

Niedawno   było   tam   głośno   o   łzawym   kiczu   na   dwadzieścia   cztery   fajerki,   o   świeżo 

nakręconej   w   Hollywood   historii   zatonięcia   „Titanica”,   reklamowanego   jako   największa 

katastrofa morska w dziejach. Przeczyły tej bzdurze przytaczane sucho liczby Heinza Schöna. 

background image

Naturalnie   znajdowały   oddźwięk,   bo   odkąd   „Gustloff   pływa   w   cyberprzestrzeni   i   podnosi 

wirtualne fale, koła prawicowe pozostają on - line ze stronami nienawiści. Rozpoczęło się tam 

polowanie na Żydów. Jak gdyby morderstwo w Davos zdarzyło się wczoraj, skrajni prawicowcy 

domagają   się   „zemsty   za   Wilhelma   Gustloffa!”   Najostrzejsze   tony   -   „Zündelsite”   - 

rozbrzmiewają   z   Ameryki   i   Kanady.   Ale   i   w   niemieckojęzycznym   internecie   mnożą   się 

homepages, które w World Wide Web dają upust nienawiści pod takimi adresami jak „Narodowy 

Opór” i „Thulenet”.

Pierwsza w tej mierze, choć mniej radykalna była on - line „www.blutzeuge.de”. Dzięki 

odkryciu  statku,  który nie  tylko   zatonął,  ale   - jako pomijany milczeniem  -  stał  się  legendą, 

odwiedziło ją tysiąc internautów, a ich liczba wciąż rośnie. I tak mój walczący w pojedynkę 

bojownik,   który  tymczasem   dobrał  sobie  przeciwnika   i  entuzjastę   sportu   występującego   pod 

imieniem „Dawid”, z dumą zakrawającą na dziecinadę obwieszczał całemu złączonemu w sieci 

światu   o   uratowaniu   angielskich   rozbitków   przez   „Gustloffa”.   Jak   gdyby   określone   artykuły 

gazetowe dopiero wczoraj wyszły spod prasy drukarskiej, cytował pochwalne słowa brytyjskiej 

prasy o niemieckiej akcji ratunkowej niczym najświeższą nowinę. Potem chciał się dowiedzieć 

od  swego  oponenta,   czy  odsiadujący  karę   w Chur  żydowski  morderca  Frankfurter  słyszał   o 

bohaterskiej akcji ratunkowej. A Dawid odpalił: „W więzieniu Sennhof siedziało się dzień w 

dzień przy klekoczących krosnach tkackich i miało się mało czasu na czytanie gazet”.

Właściwie   dla   Dawida   powinno   byłoby   teraz   być   rzeczą   ciekawą,   czy   krążący   po 

bałtyckich wodach przybrzeżnych oficer okrętu podwodnego nazwiskiem Marinesko dowiedział 

się o uratowaniu rozbitków z „Pegawaya” przez marynarzy „Gustloffa” i czy przy tej okazji 

pierwszy raz przeliterowano mu nazwę pisanego mu celu. Ale ta kwestia się nie pojawiła. Za to 

Webmaster Wilhelm emocjonował się nieco późniejszym występem „Gustloffa” u angielskich 

wybrzeży w roli „pływającego lokalu wyborczego” z tak teraźniejszym przejęciem, jakby ten 

chwyt  propagandowy okazał się skuteczny dopiero niedawno, nie zaś blisko sześćdziesiąt lat 

temu.

Chodziło   o   referendum   po   dokonanym   już   anszlusie   Austrii   do   Rzeszy   obecnie 

Wielkoniemieckiej.   Mieszkającym   w   Anglii   Niemcom   i   Austriakom   należało   stworzyć 

możliwość   oddania   głosu.   Z   pirsów   w   Tilbury   wyborcy   wchodzili   na   pokład,   a   głosowanie 

odbywało   się   poza   strefą   trzech   mil.   Na   tym   tle   duetowi   Wilhelm   i   Dawid   zachciało   się 

doprowadzić do dyskusyjnego starcia. Jak w tenisie stołowym: stawką był przebieg referendum. 

background image

Wilhelm upierał się, że tajność głosowania gwarantowały ustawione kabiny wyborcze; Dawid 

drwił, ponieważ wśród blisko dwóch tysięcy uprawnionych do głosu doliczono się tylko czterech, 

którzy  wypowiedzieli   się   przeciwko   anszlusowi:   „Dobrze   znamy   te   wyniki:   dziewięćdziesiąt 

dziewięć   i   dziewięć   dziesiątych   procenta!”   Cytując   „Daily   Telegraph”   z   12   kwietnia 

trzydziestego ósmego Wilhelm ripostował: „Nie było żadnych nacisków! I to, drogi Dawidzie, 

napisali Anglicy, którzy zwykle czepiają się nas, Niemców, gdzie tylko mogą...”

Bawiła mnie absurdalna utarczka w chatroomie. Potem jednak jedna z kontr Wilhelma 

zapachniała mi podejrzanie. Zabrzmiała znajomo! Chcąc zdezawuować drwinę Dawida posunął 

się do stwierdzenia: „O wynikach twoich tak zachwalanych demokratycznych wyborów decydują 

jednoznacznie interesy plutokratów, światowego żydostwa. Jedno wielkie oszukaństwo!”

Coś   podobnego   zaserwował   mi   niedawno   mój   syn.   Widywałem   Konny'ego   z   okazji 

odwiedzin i kiedy dla nawiązania z nim rozmowy po ojcowsku wspomniałem mimochodem mój 

artykuł   o   zbliżających   się   wyborach   do   Landtagu   w   Szlezwiku   -   Holsztynie,   usłyszałem:   - 

Przecież   to   jedno   wielkie   oszukaństwo.   Czy   na   Wall   Street,   czy   tutaj:   wszędzie   panuje 

plutokracja, rządzi pieniądz!

Po pierwszym rejsie na Maderę, podczas którego zmarł kapitan Lübbe i od Lizbony na 

resztę podróży dowództwo objął kapitan Petersen, zaczęły się, już pod kapitanem Heinrichem 

Bertramem, letnie wycieczki do Norwegii. Łącznie było ich jedenaście, trwały za każdym razem 

pięć dni i - ponieważ cieszyły się niezwykłą popularnością - szybko się sprzedawały. Również w 

następnym roku należały do programu KdF. I w jedną z tych ostatnich podróży morskich do 

fiordów - przypuszczam, że była to przedostatnia, w połowie sierpnia - pojechali rodzice matki.

Właściwie   to   władze   Partii   we   Wrzeszczu   na   uczestników   wycieczki   do   Norwegii 

upatrzyły sobie majstra stolarskiego Liebenaua i jego żonę, ponieważ majster był właścicielem 

owczarka imieniem Harras, któremu w psiarni policji Wolnego Miasta udało się pokryć sukę, zaś 

z wydanego  przez nią  na świat miotu  wywodził  się ulubiony pies führera Prinz, prezent od 

kierownictwa   gdańskiego   okręgu,   w   związku   z   czym   reproduktora   Harrasa   wymieniano 

kilkakrotnie na łamach „Danziger Vorposten”. Tę baśń matka wyśpiewywała mi od dzieciństwa: 

swoją  psią  historię   wraz  z rodowodem  długim  jak  powieść.  Zawsze  ilekroć   chodziło   o psa, 

chodziło też o małą Tullę. Na przykład mając siedem lat, kiedy jej brat Konrad utopił się podczas 

kąpieli w Bałtyku, matka jakoby ukryła się na tydzień w budzie psa pilnującego stolarni. Przez te 

wszystkie dni do nikogo słowem się nie odezwała. - Nawet żem z jego michy żarła. Ochłapy! No, 

background image

co są takiemu psu daje. To mój tydżeń w psiej budże beł, kiedy to żem ani słowa ni rzekła, tak 

mnie naszego Konrada żal beło. Od urodzenia głuchoniemy beł...

Ale   kiedy   właścicielowi   psa   Liebenauowi,   którego   syn   Harry   był   kuzynem   matki, 

zaoferowano podróż do Norwegii na ulubionym przez wszystkich statku KdP, ten z ubolewaniem 

odmówił, ponieważ stolarnia miała huk roboty: prace wykończeniowe przy barakach w pobliżu 

lotniska.   Zaproponował   kreisleiterowi   Partii   kandydaturę   swego   sumiennego   pomocnika, 

gorliwego   towarzysza   partyjnego   Augusta   Pokriefke   i   jego   żony  Erny.   On   z   firmowej   kasy 

pokryje koszty miejsc w kabinie oraz i tak ulgowych biletów do Hamburga.

- Żebym jesz fotografie miała, co na „Gusztlofie” psztryknięte zoształy, to bym tobie 

pokazacz   mogła,  ile  oni   w te   parę  dni   zobaczyli...  -  W   szczególności   matka  Tulli  podobno 

rozpływała się nad salą strojów, oranżerią, porannym wspólnym śpiewaniem i przygrywającą 

wieczorami okrętową orkiestrą, niestety w żadnym z fiordów nie wolno było zejść na ląd, być 

może   z   powodu   skąpego   w   Rzeszy   wydzielania   dewiz.   Ale   na   jednym   ze   zdjęć,   które   jak 

wszystkie inne migawki przepadło razem z albumem, ,jak na sztatek kryszka przyszła”, można 

było   zobaczyć   roześmianego   i   roztańczonego   Augusta   Pokriefke   pośród   norweskiej   grupy 

folklorystycznej   przybyłej   na   pokład   w   odwiedziny.   -   Mój   tatusz,   co   to   w   zasadzę   całkiem 

wesołym goszczem beł, jak z Norwegii wrócził, to od rana do nocy są zachwycał. Taki ju beł: na 

szto pięczdżesząt  procent. I dlatego  chczał, bym  są za jungmedelkę  zoształa.  Ale ja żem ni 

chczała. Później też ni, jak żeszmy do Rajchu wróczili i wszysztkie dżewczyny do Bedeemu 

wsztąpicz muszały...

Pewnie   to  prawda,   co   twierdzi   matka.   Nie   dała   się   zorganizować.   Wszystko   musiało 

zawsze być dobrowolne. Ale nawet jako członkini SED i wyróżniająca się kierowniczka brygady 

stolarskiej, która wyrabiała tony mebli sypialnianych dla Rosjan, a i później przy wykańczaniu 

wnętrz na osiedlu z wielkiej płyty Grosser Dreesch przeważnie przekraczała plan, przysparzała 

sobie kłopotów, ponieważ wszędzie czuła się osaczona przez rewizjonistów i podobnych wrogów 

klasowych. Ale to, że ja z własnej i nieprzymuszonej woli zapisałem się do FDJ, też jej nie 

pasowało: _ Ni sztarczy, że ja tu dla tych drani tyracz muszę!

Mój syn musiał bardzo wiele wziąć z matki. Muszą to być geny, jak przypuszcza moja 

była.   W   każdym   razie   Konny   nie   chciał   wstępować   nigdzie,   ani   do   klubu   wioślarskiego   w 

Ratzeburgu,   ani  - jak  mu  radziła  Gabi  -  do skautów. Z  jej   ust  usłyszałem:  -  Jest  typowym 

odludkiem,   trudnym   do   socjalizacji.   Kilku   moich   kolegów   -   nauczycieli   mówi,   że   myślenie 

background image

Konny'ego jest nastawione wyłącznie na przeszłość, jakkolwiek na zewnątrz bardzo się interesuje 

nowościami technicznymi, na przykład komputerami i nowoczesnym komunikowaniem się...

A jakże! To matka, wkrótce po spotkaniu tych, co ocaleli, w nadbałtyckim kąpielisku 

Damp,   podarowała   mojemu   synowi   Macintosha   ze   wszystkimi   bajerami.   Miał   zaledwie 

piętnaście lat, kiedy ona go zakaziła. To jej, tylko jej wina, że chłopak się pogrążył. W każdym 

razie   oboje   z   Gabi   jesteśmy   bądź   co   bądź   zgodni   co   do   tego:   z   chwilą,   gdy  Konny  dostał 

komputer, zaczęło się całe nieszczęście.

Nigdy nie miałem przekonania do ludzi, którzy wciąż wpatrują się tylko w jeden punkt, aż 

zacznie się tlić, kopcić, gorzeć. Na przykład do Gustloffa, któremu cel wytyczała jedynie wola 

führera,   albo   do   Marinesko,   który   w   pokojowych   czasach   ćwiczył   się   tylko   w   jednym,   w 

zatapianiu   statków,   albo   do   Dawida   Frankfurtera,   który  właściwie   sam   się   chciał   zastrzelić, 

potem   jednak,   chcąc   dać   znak   swemu   narodowi,   czterema   kulami   podziurawił   ciało   kogoś 

innego.

O   nim,   postaci   smętnego   oblicza,   reżyser   Rolf   Lyssy   w   końcu   lat   sześćdziesiątych 

nakręcił film. Obejrzałem sobie kasetę na ekranie domowego telewizora; w kinach tego czarno - 

białego   filmu   dawno   już   nie   wyświetlają.   Lyssy   bardzo   starannie   obchodzi   się   z   faktami. 

Widzimy,   jak   student   medycyny,   który   na   początku   chodzi   w   berecie,   potem   w   kapeluszu, 

desperacko pali papierosa za papierosem i łyka tabletki. Przy kupnie rewolweru na berneńskim 

Starym Mieście dwa tuziny nabojów kosztują trzy franki siedemdziesiąt. Zanim jeszcze Gustloff 

w   cywilnym   ubraniu   wkroczy   do   swego   gabinetu,   Frankfurter,   inaczej   niż   w   mojej   wersji, 

czekając   wkłada   kapelusz,  przesiada  się  z  fotela   na krzesło  i  potem  strzela  w kapeluszu   na 

głowie.   Zgłosiwszy   się   na   posterunek   policji   w   Davos   i   wyrecytowawszy   swoje   zeznanie 

nieporuszenie,   jak   wyuczony   na   pamięć   szkolny   wiersz,   kładzie   jako   dowód   rewolwer   na 

policyjnym biurku.

Film   nie   mówi   rzeczy   nowych.   Ciekawe   jednak   są   wmontowane   fragmenty   Kroniki 

Tygodniowej  ukazujące przykrytą  flagą ze swastyką  trumnę  w śnieżycy.  Cały Schwerin jest 

zaśnieżony,   podczas   gdy   kondukt   pogrzebowy   przemierza   swoją   drogę.   Odmiennie,   niż   to 

opisywały   sprawozdania,   bardzo   niewielu   cywili   pozdrawia   trumnę   uniesioną   dłonią.   Aktor 

grający   mordercę   Frankfurtera   na   procesie,   posadzony   między   dwoma   policjantami 

kantonalnymi,   wydaje   się   bardzo   drobny.   Mówi:   -   Gustloff   był   jedynym,   którego   mogłem 

dosięgnąć... - Mówi: - Chciałem unicestwić zarazę, nie osobę...

background image

Następnie film pokazuje, jak więzień Frankfurter pomiędzy innymi więźniami dzień w 

dzień pracuje przy krośnie tkackim. Czas upływa. I widać wyraźnie, że w ciągu pierwszych lat 

odbywania kary w więzieniu Sennhof w Chur - kiedy to jednocześnie i jakby w innym filmie 

dowódca   okrętu   podwodnego   Aleksander   Marinesko   w   przybrzeżnych   wodach   wschodniego 

Bałtyku ćwiczył szybkie zanurzenie po ataku nawodnym, a statek KdF „Wilhelm Gustloff raz po 

raz kursował ku fiordom Norwegii i białym nocom - powoli wychodzi on z doskwierającej mu 

choroby kości: Wygląda na dobrze odżywionego, jest pucołowaty i już nie pali.

Naturalnie   w   filmie   Lyssy'ego   nie   widać   ani   „Gustloffa”,   ani   sowieckiego   okrętu 

podwodnego; tylko kilkakrotne przejścia na krosna tkackie poprzez odgłosy ich pracy pozwalają 

się domyślać, że wraz z wydłużaniem się prostej tkaniny upływa czas. I raz za razem lekarz 

więzienny   potwierdza   więźniowi   Frankfurterowi,   że   długotrwały   pobyt   w   zamknięciu   coraz 

bardziej wychodzi mu na zdrowie. Wprawdzie wygląda na to, że sprawca odsiedział już swój 

czyn  i jest teraz  innym  człowiekiem,  ja jednak obstaję przy swoim:  czuję obcość, nie mam 

przekonania do nikogo, kto ma przed oczyma tylko jeden jedyny cel, na przykład mój syn...

Ona   mu   to   wpoiła.   Za   to,   matko,   i   za   to,   żeś   mnie   urodziła,   kiedy   statek   zatonął, 

nienawidzę cię. Również to, że przeżyłem, od czasu do czasu bywało mi nienawistne, bo gdybyś 

ty, matko, kiedy obowiązywało hasło „Ratuj się, kto może”, jak tysiąc innych, bliska rozwiązania 

wypadła  za  burtę,  mimo   pasa  ratunkowego  na brzuchu  zdrętwiała  w  lodowatej  wodzie  albo 

gdyby siła ssąca tonącego przez dziób statku porwała cię w głębinę razem z nie narodzonym 

mną...

Ale  nie.   Nie  wolno  mi,   jeszcze   nie  wolno  mi  przejść  do  zasadniczego  punktu   mojej 

przypadkowej   egzystencji,   bo   statek   miał   jeszcze   przed   sobą   pokojowe   rejsy   KdF. 

Dziesięciokrotnie  opływało  się włoski but,  łącznie  z  Sycylią,  i to ze  schodzeniem  na ląd  w 

Neapolu i Palermo, bo przecież Włochy, jako że wzorowo po faszystowsku zorganizowane, były 

krajem zaprzyjaźnionym; i tu, i tam pozdrawiano się uniesioną prawicą.

Po nocnej jeździe koleją starannie zazwyczaj wybrani pasażerowie wchodzili na pokład w 

Genui. A po opłynięciu półwyspu wracało się z Wenecji pociągiem. Coraz częściej pojawiały się 

grube ryby z Partii i gospodarki, co podważało bezklasowość społeczności podróżującej statkiem 

KdF.   Na   przykład   na   jednym   z   rejsów   wokół   włoskiego   buta   płynął   „Gustloffem”   jako 

zaproszony   gość   słynny   twórca   volkswagena,   który   początkowo   nazywał   się   KdP   -   Wagen; 

profesor Porsche interesował się zwłaszcza supernowoczesną maszynownią statku.

background image

Przezimowawszy w Genui „Gustloff” w połowie marca trzydziestego dziewiątego znów 

zawinął do Hamburga. Gdy w niewiele dni później wszedł do służby „Robert Ley”, flota KdF 

liczyła  trzynaście  statków,   ale  rejsy  wycieczkowe   dla  robotników   i  urzędników  na   razie   się 

skończyły. W nieznanym kierunku i bez pasażerów siedem statków floty, pomiędzy nimi „Ley” i 

„Gustloff”,   popłynęło   w   dół   Łaby   i   dopiero   na   wysokości   Brunsbüttelkoog   zapieczętowany 

dotychczas rozkaz wyjawił cel podróży: hiszpański port Vigo.

Po raz pierwszy statki  miały być  użyte  do transportu  wojsk. Jako że wojna domowa 

dobiegła   końca,   generał   Franco,   a   wraz   z   nim   Falanga   odnieśli   zwycięstwo,   walczący   od 

trzydziestego szóstego po stronie Franco niemieccy ochotnicy z Legionu Condor mogli wrócić do 

kraju.

Oczywiście formacja wojskowa o tej nazwie była dla przeżuwającego wszystko internetu 

nie lada gratką. Wyprzedzając wszystkich „www.blutzeuge.de” donosiła o przetransportowaniu 

88   pułku   lotnictwa   i  artylerii   przeciwlotniczej   do   ojczyzny.   Legioniści   wracali   na   pokładzie 

„Gustloffa” tak współcześnie, jakby to dopiero wczoraj pokonali Czerwonych. Mój Webmaster 

zdawał relację solo, chat - room pozostał zamknięty,  nie dopuszczał do dwugłosu - Wilhelm 

kontra Dawid - którego tematem byłoby zbombardowanie baskijskiego miasta Guernica przez 

nasze junkersy i heinkle, chociaż samoloty tych  typów, czy to w locie nurkowym,  czy przy 

zrzucaniu bomb, stale ilustrowały Website obchodów zwycięstwa.

Z początku rzecznik Kamractwa Schwerin zachowywał dystans historyka wojskowości i 

udowadniał,   że   wojna   domowa   w   Hiszpanii   stwarzała   okazję   do   wypróbowania   nowych 

rodzajów broni, tak jak chociażby przed kilku laty wojna w Zatoce dała Amerykanom szansę 

sprawdzenia nowych systemów rakietowych. Potem jednak recytował na cześć Legionu Condor 

już   tylko   hymny   pochwalne.   Widać   obkuł   się   z   pomocą   solidnie   udokumentowanej   książki 

Heinza   Schöna,   bo   jak   tamten   entuzjastycznie   opisywał   przybycie   statku   i   powitanie 

powracających. I na podobieństwo kronikarza „Gustloffa”, którego wielokrotnie cytował on - 

line,   odgrywał   rolę   naocznego   świadka:   „Na   pokładzie   panował   bombowy   nastrój...”   i 

odnotowywał  „huczne  brawa”,  kiedy legionistów witał  później  feldmarszałek  Göring. Nawet 

„Pruski marsz grenadierów” rżnięty od ucha do ucha, gdy „Gustloff” i „Ley” cumowały przy 

hamburskim dalekomorskim nabrzeżu, zamieścił na swojej Website w postaci zapisu nutowego 

ze wszystkimi tramtadrata.

Podczas   gdy   „Gustloff   pierwszy   raz   posłużył   do   transportowania   wojsk,   a   Dawid 

background image

Frankfurter   w   coraz   lepszym   stanie   zdrowia   odsiadywał   trzeci   rok   w   więzieniu   Sennhof, 

Aleksander   Marinesko   niezmordowanie   kontynuował   swoje   ćwiczebne   rejsy   na   wodach 

przybrzeżnych. W archiwum morskim Floty Bałtyckiej spod Czerwonego Sztandaru znalazł się 

dotyczący okrętu podwodnego „M 96” dokument, z którego można wnosić, że dowódcy udało się 

tak   wyćwiczyć   załogę   w   fingowanym   ataku   nawodnym,   iż   w   końcu   wykonywała   manewr 

zanurzenia w rekordowym czasie 19,5 sekundy; przeciętna osiągana przez inne okręty wynosiła 

28 sekund. „M 96” był przygotowany na wypadek wojny. A także na Website schwerińskiego 

Kamractwa   wyglądało   na   to,   że   z   niejednokrotnie   cytowanym   urywkiem   pieśni:   „Nadejdzie 

kiedyś  pomsty dzień...” jest się wprawdzie jeszcze nie przygotowanym,  ale gotowym  na coś 

nieokreślonego - dzień pomsty?

Mimo to nie mogłem pozbyć się myśli, że to nie jakiś dinozaur w rodzaju matki wałkował 

przedpotopowe kawałki, niestrudzenie bełtał brunatną bryję i puszczał zdartą płytę z triumfami 

Tysiącletniej Rzeszy, lecz całkiem młody człowiek, być może skin inteligentniejszego rodzaju 

albo zacietrzewiony gimnazjalista, popisywał się w sieci swoimi sofizmatami. Ale nie podążałem 

za moimi przeczuciami, nie chciałem przyznać, że pewne sformułowania rozpowszechnianych 

cyfrowo enuncjacji, choćby samo w sobie niewinne zdanie: ,,'Gustloff to był piękny statek”, w 

natarczywy sposób wydawały mi się znajome. Nie był to co prawda oryginalny ton matki, ale...

Co pozostawało, to tykająca, choć wciąż zagłuszana pewność: To mógłby być, nie, to jest 

mój syn, który tu od miesięcy... To jest Konrad, który się... Za tym kryje się Konny...

Długo   ozdabiałem   moje   przeczucia   pytaniami:   To   przecież   nie   będzie   chyba   krew   z 

twojej własnej krwi? Czy to możliwe, żeby ktoś, kto jakoś tam został wychowany w duchu 

lewicowo - liberalnym, zapuścił się tak daleko na prawicowe manowce? Gabi musiałoby to się 

rzucić w oczy - może nie?

Potem wszakże nieznany, jak wciąż jeszcze miałem nadzieję, Webmaster opowiedział mi 

nazbyt dobrze znaną bajkę: „Był sobie kiedyś mały chłopiec, głuchoniemy od urodzenia, który 

utopił się w kąpieli. A jego siostra, która go nieprzytomnie kochała, i później, dużo później 

chciała się ratować przed okropnościami wojny wsiadając na wielki statek, nie utopiła się, kiedy 

statek   pełen   uciekinierów   został   trafiony   trzema   torpedami   wroga   i   zatonął   w   lodowatej 

wodzie...”

Zrobiło mi się gorąco: To on! To mój syn na swojej Website ilustrowanej postaciami 

zabawnych ludzików opowiada bajki całemu światu. Przy tym paple o rodzinnych historyjkach, 

background image

wali prosto z mostu, rezygnuje z kamuflażu: „Owa siostra Konrada, która po śmierci swego 

kędzierzawego brata przez trzy dni krzyczała, a potem przez tydzień milczała, to moja kochana 

babka, której w imieniu Kamractwa Schwerin przysiągłem na jej białe włosy, że będę świadczył 

prawdę,   nic   tylko   prawdę:   To   światowe   żydostwo   chce   nas,   Niemców,   po   wszystkie   czasy 

trzymać pod pręgierzem...”

I tak dalej, i tak dalej. Zadzwoniłem do matki i dostałem ochrzan: - No cosz takiego! 

Latami żesz są naszym Konradżikiem ni zajmował, aż tu raptem cosz ci odbija i na troszkliwego 

tatusza są zgrywasz...

Telefonowałem także do Gabi, wreszcie na weekend pojechałem do Mölln, tej sennej 

dziury, i nawet przyniosłem kwiaty. Okazało się, że Konny jest w Schwerinie w odwiedzinach u 

babki. Kiedy przed moją byłą rozsznurowałem paczkę z dręczącymi mnie troskami, nie słuchała 

nawet minuty: - Zabraniam ci w moim domu wygadywania takich rzeczy i posądzania mego syna 

o kontakty ze skrajną prawicą...

Starałem   się   zachować   spokój,   poddałem   pod   rozwagę,   że   w   Mölln,   tym   skądinąd 

sielankowym miasteczku, trzy i pół roku temu doszło do zbrodniczego podpalenia dwóch domów 

zamieszkałych   przez   Turków.   Wszystkie   gazety   szalały   za   doniesieniami   specjalnych 

wysłanników. Moja skromna osoba też miała swój wkład pichcąc agencyjne wiadomości. Nawet 

zagranica   była   zaniepokojona,   że   w   Niemczech   znowu...   Bądź   co   bądź   były   trzy   ofiary 

śmiertelne. Wprawdzie złapano kilku pętaków, a dwaj sprawcy dostali wysokie kary więzienia, 

ale   mogło   się   zdarzyć,   że   jakaś   nowa   organizacja,   paru   tych   świrniętych   skinów,   szukała 

kontaktu z naszym Konnym. Tutaj w Mölln, a może w Schwerinie...

Roześmiała mi się w nos: - Możesz sobie wyobrazić Konrada u tych wyjców? Poważnie! 

Taki samotnik jak on w hordzie rozrabiaków? Śmiechu warte. Ale takie podejrzenia są nader 

typowe dla tego rodzaju dziennikarstwa, jakie ty uprawiałeś, dla kogo się dało.

Gabi   nie   oszczędziła   mi   przypomnienia,   obfitującego   w   szczegóły,   o   mojej   pracy   w 

Springerowskiej   prasie   sprzed   blisko   trzydziestu   lat,   o   pisanych   przeze   mnie   „paranoidalnie 

napastliwych”   artykułach   przeciwko   lewicy:   Nawiasem   mówiąc,   jeśli   ktoś   ma   w   skrytości 

prawicową szajbę, to właśnie ty, w dalszym ciągu...

Oj, tak, tak! Znam swoje otchłanie. Wiem, ile się trzeba napocić, żeby ich nie odsłonić. 

Ciągle staram się, nie chcę być ani za, ani przeciw. Z reguły zachowuję neutralność. Bo kiedy 

piszę   coś   na   zamówienie,   obojętnie   czyje,   to   tylko   stwierdzam,   tylko   relacjonuję,   ale   nie 

background image

odpuszczam...

Dlatego, chcąc się dowiedzieć, jak sprawy stoją - i to wprost od Konny'ego - zatrzymałem 

się w pobliżu mojej byłej  w hotelu z widokiem na jezioro. Kilka razy dzwoniłem do Gabi, 

chciałem  rozmawiać  z moim  synem.  W niedzielę  wieczorem  w końcu wrócił,  przyjechał  ze 

Schwerina   autobusem.   W   każdym   razie   nie   chodził   w   spadochroniarskich   buciorach,   był   w 

normalnych  botkach do dżinsów i w kolorowym  norweskim pulowerze. Wyglądał właściwie 

miło   i   nie   zgolił   swych   z   natury   kręcących   się   włosów.   W   okularach   sprawiał   wrażenie 

przemądrzalca. Na mnie nie zwracał uwagi, w ogóle mówił mało, zamienił tylko kilka słów ze 

swoją matką. Była sałatka i kanapki, do tego sok jabłkowy.

Ale zanim Konny po wspólnej kolacji zdążył zniknąć w swoim pokoju, dopadłem go w 

korytarzu. Zadawałem ostentacyjnie zdawkowe pytania: Jak idzie w szkole, czy ma przyjaciół, a 

może   przyjaciółkę,   jaki   sport   uprawia,   co   dla   niego   znaczy   drogi   z   pewnością   prezent 

urodzinowy   od   babki,   którego   cenę   z   grubsza   znam,   czy   komputer   i   w   ogóle   możliwość 

nowoczesnego komunikowania się, na przykład internet, otwiera nowe horyzonty, co dla niego, 

jeśli surfuje po internecie, stanowi punkt ciężkości.

Zdawał się słuchać mojej perory. Miałem też wrażenie, że w jego uderzająco małych 

ustach dostrzegam uśmiech. On się uśmiechał! Potem zdjął okulary, włożył je z powrotem i jak 

przedtem przy kolacji popatrzył na mnie jak na powietrze. Jego odpowiedź zabrzmiała cicho: - 

Od kiedy cię interesuje, co ja robię? - Po pauzie - mój syn stał już w drzwiach swego pokoju - 

usłyszałem dopełnienie: - Zajmuję się studiami historycznymi. Wystarczy ta informacja?

Drzwi się zamknęły. Powinienem był zawołać za nim: Ja też, Konny, ja też! Same stare 

historie.  Chodzi o jeden statek. W maju trzydziestego dziewiątego przywiózł do kraju dobry 

tysiąc ochotników ze zwycięskiego Legionu Condor. Ale kogo to jeszcze dzisiaj obchodzi? Może 

ciebie, Konny?

background image

4

Na   jednym   z   namotanych   przezeń   spotkań,   które   nazywa   roboczymi   rozmowami, 

usłyszałem: Właściwie to każdy wątek akcji spleciony czy choćby luźno związany z Gdańskiem i 

okolicą powinien by być jego rzeczą. Do niego zatem i do nikogo innego należałoby zdanie 

sprawy ze wszystkiego, co się tyczy statku, dlaczego tak został nazwany i jakim celom służył po 

wybuchu wojny, a także opowiedzenie w krótszej czy dłuższej formie o zagładzie na wysokości 

Ławicy Słupskiej. Zaraz po ukazaniu się opasłego tomiska „Psich lat” zwaliła się na niego cała ta 

materia. On - a któż inny? - powinien był przenieść ją na papier warstwa po warstwie. Bo nie 

brakowało wskazówek co do losu Pokriefków, z Tullą na czele. Co najmniej można było się 

domyślać, że ta przetrzebiona rodzina - obaj starsi bracia Tulli zginęli na froncie - należała do 

niepoliczonych   tysięcy  uciekinierów,  którzy w ostatniej  chwili   dostali  się  na  przepełnionego 

„Gustloffa”, razem z ciężarną Tullą.

Niestety, powiedział, nic takiego spod jego ręki nie wyszło. To jego zaniedbanie, godne 

ubolewania, co więcej: to jego porażka. Ale on nie chce się wymigiwać, tylko przyznaje, że w 

połowie lat sześćdziesiątych miał dość przeszłości, żarłoczna, mówiąca nieustannie: dziśdziśdziś 

teraźniejszość nie pozwoliła mu w porę na jakichś dwustu kartkach papieru... Teraz jest dla niego 

za późno. W zastępstwie co prawda nie wynalazł, ale po długich poszukiwaniach odkrył mnie na 

listach ocalałych jak znalezisko. Jako osoba o mało wyrazistym profilu mam jednak odpowiednie 

predyspozycje: urodzony, kiedy statek tonął.

Potem dodał jeszcze, że przykro mu z powodu mojego syna, ale nie mógł wiedzieć, że za 

złowieszczą   homepage   „www.blutzeuge.de”   kryje   się   wnuk   Tulli,   chociaż   dla   nikogo   nie 

powinno być zaskoczeniem, że Tullę Pokriefke jako babkę stać na tego rodzaju potomka. Zawsze 

ciągnęło ją do skrajności, a jest, jak widać, nie do zdarcia. Ale teraz, zagrzewał swego pomagiera, 

znów jest moja kolej, muszę opowiedzieć, co się dalej działo ze statkiem po przetransportowaniu 

części oddziałów osławionego Legionu Condor z hiszpańskiego portu do Hamburga.

Krótko   i   węzłowato   można   by   rzec:   A   potem   zaczęła   się   wojna.   Ale   nie   tak   zaraz. 

Przedtem, w ciągu długiego pięknego lata, statkowi KdF dane było na dobrze znanej trasie odbyć 

pół   tuzina   rejsów   do   Norwegii.   Nadal   bez   schodzenia   na   ląd.   Na   pokładzie   znajdowali   się 

przeważnie robotnicy i urzędnicy z Zagłębia Ruhry i Berlina, z Hanoweru i Bremy. Poza tym 

małe   grupy   Niemców   z   zagranicy.   Statek   wpływał   do   Byfjordu   i   pozwalał   fotografującym 

wycieczkowiczom napatrzeć się na miasto Bergen. W programie był również Hardangerfjord, a 

background image

na koniec Sognefjord, gdzie pstrykano nadzwyczaj dużo pamiątkowych zdjęć. Do lipca włącznie 

można   było   podziwiać   jako   dodatkową   atrakcję   i   uwieczniać   jako   przeżycie   białe   noce. 

Pięciodniowy rejs, po niewielkiej podwyżce, kosztował obecnie czterdzieści pięć reichsmarek.

A potem wciąż jeszcze nie zaczynała  się wojna, za to „Gustloff” służył  wychowaniu 

fizycznemu. Przez dwa tygodnie w Sztokholmie odbywały się pokojowe pokazy gimnastyczne, 

„Lingiada”, nazwana tak na cześć Petera Henryka Linga, jak przypuszczam, szwedzkiego ojca 

gimnastyki   w   rodzaju   naszego   Jahna.   Statek   wycieczkowy   zamieszkiwało   ponad   tysiąc 

jednakowo   ubranych   gimnastyków   i   gimnastyczek,   wśród   nich   dziewczęta   ze   Służby  Pracy, 

reprezentacja narodowa w ćwiczeniach na drążku, ale też starsi panowie, którzy wciąż jeszcze 

popisywali się na poręczach, oraz grupy gimnastyczne wspólnoty „Wiara i Piękno” i dużo dzieci 

wyszkolonych w masowych pokazach na stadionie.

Kapitan Bertram nie zacumował w porcie, lecz stał na kotwicy w miejscu z widokiem na 

miasto. Motorowe łodzie ratunkowe w regularnym ruchu wahadłowym przewoziły gimnastyków 

i gimnastyczki. Dzięki temu sportowcy pozostawali pod nadzorem. Nie doszło do incydentów. Z 

posiadanych   przeze   mnie   materiałów   można   wnosić,   że   ta   misja   specjalna   była   sukcesem   i 

przysłużyła  się przyjaźni niemiecko  - szwedzkiej. Wszystkim  osobom kierującym  występami 

gimnastyków   wręczono   ufundowane   specjalnie   przez   króla   Szwecji   pamiątkowe   plakietki.   6 

sierpnia   1939  „Wilhelm   Gustloff”   wpłynął   do  hamburskiego   portu.   Natychmiast   wznowiono 

wycieczkowy program KdP.

Ale potem wojna zaczęła się naprawdę. To znaczy podczas gdy statek po raz ostatni w 

czasach pokojowych trzymał się kursu na wybrzeże Norwegii, w ciągu nocy z 24 na 25 sierpnia 

kapitanowi   doręczono   radiotelegram,   którego   rozszyfrowany   tekst  wzywał   go  do   otwarcia 

zapieczętowanego listu przechowywanego w kajucie kapitańskiej, po czym kapitan Bertram w 

myśl   rozkazu   „QWA   7”   nakazał   przerwać   wycieczkowy   rejs   i   -   nie   budząc   zaniepokojenia 

pasażerów  wyjaśnieniami  -  wziąć  kurs na  port  macierzysty.  W  cztery dni  po  zawinięciu   do 

Hamburga wybuchła druga wojna światowa.

Skończyła się „Siła przez Radość”. Skończyły się morskie rejsy wycieczkowe. Skończyły 

się   pamiątkowe   zdjęcia   i   pogawędki   na   pokładzie   słonecznym.   Skończyła   się   wesołość   i 

skończyło się bezklasowe wymieszanie wycieczkowego towarzystwa. Podległa Niemieckiemu 

Frontowi   Pracy   organizacja   poczęła   się   specjalizować   w   dostarczaniu   rozrywki   wszystkim 

jednostkom   Wehrmachtu   i   na   razie   bardzo   wolno   rosnącej   liczbie   rannych.   Z   teatrów   KdP 

background image

powstały   teatry   frontowe.   Statki   floty   KdF   przeszły   pod   dowództwo   Kriegsmarine,   a   więc 

również „Wilhelm Gustloff, który został przekształcony na statek szpitalny z pięciuset łóżkami. 

W   miejsce   części   zwolnionej   pokojowej   załogi   na   pokładzie   pojawił   się   personel   sanitarny. 

Zielony pas okalający kadłub i czerwone krzyże po obu stronach komina nadały statkowi nowy 

wygląd.

Tak oznakowany, zgodnie z międzynarodową konwencją, „Gustloff” 27 września wziął 

kurs na Morze Bałtyckie, minął wyspy Zelandia i Bornholm i po niczym nie zakłóconej żegludze 

zacumował   w   Gdańsku   -   Nowym   Porcie   naprzeciw   Westerplatte,   o   które   jeszcze   niedawno 

toczyły się walki. Od razu przyjęto kilkuset polskich rannych, ponadto dziesięciu poranionych 

członków załogi trałowca „M 85”, który w Zatoce Gdańskiej wpadł na polską minę i zatonął; 

więcej pacjentów po stronie własnej na razie się nie uzbierało.

A jak przeżył wybuch wojny odsiadujący karę na neutralnej ziemi szwajcarskiej więzień 

Dawid Frankfurter, który mierzonymi strzałami mimowolnie przyczynił się do tego, że statek 

będący teraz statkiem szpitalnym otrzymał taką a nie inną nazwę? Należy przypuszczać, że 1 

września w więzieniu Sennhof w przebiegu dnia nie odnotowano żadnych szczególnych zdarzeń; 

ale po zachowaniu więźniów ponoć można było odtąd poznać, jaka była w danym momencie 

sytuacja  wojskowa, jakie piętno  nosił na sobie Żyd  Frankfurter, jakim poważaniem  w danej 

chwili się cieszył. Z grubsza biorąc odsetek antysemitów w więzieniu odpowiadał chyba temu, co 

dawało  się zaobserwować poza  murami:  w skali  całej  Konfederacji proporcje rozkładały  się 

równo.

I co robił kapitan Marinesko, kiedy najpierw niemieccy, a potem, na mocy paktu Hitlera 

ze   Stalinem,   także   rosyjscy   żołnierze   wkroczyli   do   Polski?   Nadal   był   dowódcą 

dwustupięćdziesięciotonowego okrętu podwodnego „M 96” i ponieważ nie padł rozkaz podjęcia 

działań bojowych, ćwiczył ze swą osiemnastoosobową załogą szybkie zanurzanie we wschodnim 

Bałtyku. Nieodmiennie spragniony pozostał na lądzie pijanicą, którym był zawsze, miał kilka 

historii z kobietami, ale do tej pory żadnego postępowania dyscyplinarnego na karku i zapewne 

marzył o większym okręcie, wyposażonym nie w dwie, lecz więcej wyrzutni torpedowych.

Poniewczasie, jak mówią, człowiek jest mądrzejszy. Teraz to już wiem, że mój syn miał 

luźny kontakt ze skinami. W Mölln było kilku osobników tego pokroju. Z powodu lokalnego 

zdarzenia o skutkach śmiertelnych pozostawali prawdopodobnie pod obserwacją i dawali o sobie 

znać gdzie indziej, w Wismarze albo na większych spędach w Brandenburgii. W Mölln Konny 

background image

pewnie zachowywał dystans, ale w Schwerinie, gdzie bywał nie tylko w weekendy, lecz spędzał 

też   u   babki   część   wakacji,   dla   znaczniejszej   hordy   łysoli,   wzmocnionej   przez   grupy   z 

okolicznych terenów Meklemburgii, wygłosił odczyt, który widać wypadł mu zbyt rozwlekle, bo 

w trakcie wygłaszania musiał go skracać, chociaż jego przygotowane na piśmie wywody były 

poświęcone męczennikowi i wielkiemu synowi miasta.

Bądź co bądź Konny'emu chyba udało się przedtem pozyskać dla swego tematu trochę 

osiadłych tam i - jak zwykle - opętanych hasłami nienawiści i zajadłej niechęci do cudzoziemców 

młodych  nazistów,  bo przez krótki  czas  to lokalne  zbiorowisko nazywało  się „Kamractwem 

Wilhelma Gustloffa”. Jak można było się później dowiedzieć, impreza odbyła się w tylnej sali 

gospody przy Schweriner Strasse.

Członkowie skrajnie prawicowej partii oraz zainteresowani obywatele warstwy średniej 

stanowili blisko pięćdziesięcioosobową publiczność. Matki wśród nich nie było.

Usiłuję wyobrazić sobie mojego syna, jak chudy i wybujały, w okularach i norweskim 

pulowerze, z kędzierzawą głową porusza się pomiędzy łysymi  pałami. On, amator soków, w 

otoczeniu   mięśniaków   uzbrojonych   w   butelki   piwa.   On,   ze   swym   wysokim,   ustawicznie 

załamującym   się   chłopięcym   głosem,   zagłuszany   przez   wrzaskliwców.   On,   samotnik, 

zadomowiony w przesyconym potem zaduchu.

Nie, on się nie dopasował,  pozostał obcym  ciałem  w światku  z reguły odrzucającym 

wszystko, co obce. Nie sposób było żądać od niego nienawiści do Turków, bicia Murzynów w 

wolnych chwilach i wymyślania komu się da od czarnuchów. Toteż jego odczyt nie zawierał 

wezwania   do   przemocy.   Opisując   morderstwo   w   Davos,   które   analizował   ze   wszystkimi 

szczegółami, rzeczowo jak policjant szukający motywu, mówił co prawda jak na swojej Website 

o   domniemanych   mocodawcach   mordercy,   o   „światowym   żydostwie”   i   o   „zażydzonej 

plutokracji”, ale w tekście jego mowy nie znalazły się takie wyzwiska jak „żydowskie świnie” 

czy   zawołania   w   stylu   „Żydy   do   piachu!”   Nawet   żądanie,   żeby   ponownie   postawić   kamień 

pamiątkowy na południowym brzegu Jeziora Schwerińskiego, „dokładnie tam, gdzie od 1937 

wznosił   się   wysoki   granit   ku   czci   męczennika”,   zostało   wysunięte   w   cywilizowanej   formie 

wniosku, odwołującego się do ogólnie przyjętych demokratycznych zwyczajów. Jednakże gdy 

zaproponował zgromadzonym słuchaczom, żeby w tej sprawie domagać się od meklemburskiego 

Landtagu przeprowadzenia referendum, podobno odpowiedział mu szyderczy śmiech. Szkoda, że 

matki przy tym nie było.

background image

Konny  to  przełknął   i  od razu  zaczął  opowiadać  o  statku,  poczynając  od  wodowania. 

Zdarzały mu się przy tym dłużyzny, kiedy omawiał sens i cel organizacji „Kraft durch Freude”. 

Natomiast jego relacja o udziale przekształconego na szpital statku w zajmowaniu Norwegii i 

Danii przez jednostki Wehrmachtu i Kriegsmarine w jakiejś mierze przyciągnęła uwagę piwoszy, 

zwłaszcza   że   do   rannych   na   pokładzie   statku   należało   kilku   „bohaterów   z   Narwiku”.   Ale 

ponieważ po zwycięskiej kampanii francuskiej nie doszło do operacji „Lew Morski”, to znaczy 

zajęcia   Anglii   i   wykorzystania   „Gustloffa”   do   transportu   wojsk,   i   wkrótce   można   już   było 

opowiadać   tylko   o   nudnym   okresie   postoju   statku   w   Gotenhafen,   ta   nuda   przeniosła   się   na 

publiczność.

Mój syn nie zdołał dociągnąć odczytu do końca. Takie okrzyki jak „Dość tego!” i „Co to 

za dyrdymały!” oraz hałas powodowany waleniem butelkami w stoły sprawiły, że dalsze losy 

statku, jego drogę ku zagładzie mógł przedstawić tylko w wielkim skrócie, zaledwie do momentu 

storpedowania. Konny zniósł to z zimną krwią. Jak dobrze, że matki przy tym nie było. Niespełna 

szesnastolatek   zapewne   się   pocieszył;   ostatecznie   w   każdej   chwili   stał   przed   nim   otworem 

internet. Nie ma dowodów na dalsze kontaktowanie się ze skinami.

Nie pasował do ogolonych na łyso. Konny wkrótce potem zaczął przygotowywać referat, 

który chciał wygłosić wobec nauczycieli i uczniów swego mollneńskiego gimnazjum. Zanim się 

z nim upora, lecz nie wygłosi, pozbawiony publiczności, ja nadal będę podążał dotychczasowym 

tropem i opowiem na razie o „Gustloffie” w czasach wojny: wobec braku świeżych pacjentów 

trzeba było jeszcze raz go przekształcić.

Statek   został   wypatroszony.   W   końcu   listopada   czterdziestego   zniknęła   aparatura 

rentgenowska. Zdemontowano sale operacyjne jak również ambulatorium. Na pokładzie już się 

nie uwijały pielęgniarki, nie stały rzędy szpitalnych łóżek. Wraz z większością cywilnej załogi 

lekarze i sanitariusze zostali zwolnieni albo przeniesieni na inne statki. Z mechaników pozostała 

tylko  ekipa  konserwująca maszynownię.  Miast lekarza  naczelnego  rządził  odtąd oficer  broni 

podwodnej  w stopniu  komandora  podporucznika;  jako dowódca  2. dywizjonu  szkolnego  u - 

bootów   decydował   on   o   funkcjonowaniu   mieszkalno   -   szkoleniowego   statku,   który   stał   na 

cumach jako „pływające koszary”. Kapitan Bertram pozostał na pokładzie, ale nie było kursu 

statku, który mógłby wytyczyć.  Wprawdzie na fotografiach, jakie mam przed sobą, wygląda 

imponująco,   ale   mimo   to   był   kapitanem   rezerwowym,   drugorzędnym.   Doświadczonemu 

marynarzowi floty handlowej trudno było trzymać się wojskowych poleceń, zwłaszcza że na 

background image

statku wszystko  się zmieniło. Zamiast portretów Leya  wisiały oprawione w ramki fotografie 

wielkiego   admirała.   Palarnia   na   dolnym   pokładzie   spacerowym   przeobraziła   się   w   mesę 

oficerską.   Duże   sale   jadalne   miały   być   miejscem   spożywania   posiłków   przez   podoficerów   i 

szeregowych. W części dziobowej urządzono pomieszczenia jadalne i mieszkalne dla pozostałej 

załogi cywilnej. Już nie „bezklasowo” stał „Wilhelm Gustloff” przy jednym z nabrzeży polskiego 

portu Gdynia, który od pierwszych dni wojny miał się nazywać Gotenhafen. Przycumował tam 

na lata.

Cztery   kompanie   dywizjonu   szkolnego   mieszkały   na   statku.   W   leżących   przede   mną 

papierach, cytowanych zresztą dosłownie i wzbogaconych materiałem ilustracyjnym w internecie 

- mój syn czerpał ze źródła, które jest teraz moim - zapewnia się, że komandor podporucznik 

Wilhelm Zahn zadbał o twarde warunki szkolenia ochotników. Coraz młodsi podwodniacy - pod 

koniec przyjmowano siedemnastolatków - trafiali na pokład na trzy, cztery miesiące. Po tym 

okresie wielu z nich szło na pewną śmierć, czy to na Atlantyku, czy na Morzu Śródziemnym, czy 

później w trakcie wypadów na wroga na najdalej wysuniętym na północ szlaku do Murmańska, 

którym płynęły amerykańskie konwoje ze sprzętem wojennym dla Związku Sowieckiego.

Upływały lata tysiąc dziewięćset czterdziesty, czterdziesty pierwszy, czterdziesty drugi i 

produkowały zwycięstwa nadające się na komunikaty nadzwyczajne. Poza ciągłym szkoleniem 

kandydatów na śmierć i bezpiecznie wygodną służbą na tyłach frontu pełnioną przez personel 

instruktorski i resztki załogi statku - w kinie okrętowym szły stare i nowe filmy Ufy - nic się nie 

działo w czasie, kiedy to na Wschodzie staczano bitwy w okrążeniu, a na Pustyni Libijskiej 

Afrikakorps zdobywał Tobruk, chyba że występ wielkiego admirała Dönitza z okazji jego wizyty 

na oksywskim nabrzeżu w Gotenhafen uznać za wydarzenie, po którym wszelako pozostały tylko 

oficjalne zdjęcia.

Wizyta odbyła się w marcu czterdziestego trzeciego. Wówczas padł już Stalingrad. Już 

wszystkie linie frontu przesuwały się do tyłu. Jako że panowanie nad przestrzenią powietrzną 

Rzeszy dawno zostało utracone, wojna przybliżyła się również tutaj; ale celem dla dywizjonów 

bombowych   amerykańskiej   8.   floty   powietrznej   było   nie   pobliskie   miasto   Gdańsk,   lecz 

Gotenhafen.   Spłonął   statek   szpitalny   „Stuttgart”.   Zatopiony   został   okręt   -   baza   u   -   bootów 

„Eupen”.   Po   celnych   trafieniach   zatonęło   kilka   holowników,   jeden   parowiec   fiński,   jeden 

szwedzki.  W  doku został   uszkodzony frachtowiec.  „Gustloff”  natomiast  wyszedł   z  opresji  z 

rozerwaną ścianą zewnętrzną prawej burty. Wybuch bomby w wodach portowych nie opodal 

background image

spowodował uszkodzenie: statek trzeba było zadokować. Potem w czasie próbnej żeglugi po 

Zatoce Gdańskiej okazało się, że „pływające koszary” zachowały jeszcze dzielność morską.

Tymczasem dowodzący statkiem kapitan nazywał się już nie Bertram, lecz - jak kiedyś w 

okresie KdF - Petersen. Nie było już zwycięstw, tylko niepowodzenia na wszystkich odcinkach 

frontu wschodniego, trzeba też było opuścić Pustynię Libijską. Coraz mniej u - bootów wracało z 

wypraw na wroga. Wskutek dywanowych nalotów miasta obracały się w perzynę; ale Gdańsk 

stał   jeszcze   ze   wszystkimi   szczytami   i   wieżami.   W   stolarni   na   przedmieściu   Wrzeszcz   bez 

zakłóceń robiono okna i drzwi do obozowych baraków. W tym czasie, kiedy to trudno było nie 

tylko o komunikaty nadzwyczajne, lecz także o masło, mięso, jajka, a nawet owoce strączkowe, 

Tulla Pokriefke objęta obowiązkiem służby na potrzeby wojny została konduktorką tramwaju. 

Była po raz pierwszy w ciąży, straciła jednak maleńki płód, rozmyślnie wyskakując z tramwaju 

w czasie jazdy z Wrzeszcza do Oliwy: kilkakrotnie i zawsze na krótko przed przystankami, o 

czym matka opowiadała mi jak o sportowych ćwiczeniach.

I jeszcze coś zdarzyło się tymczasem. Kiedy Szwajcaria musiała się obawiać, że znajdzie 

się pod okupacją wciąż jeszcze potężnego sąsiada, przeniesiono Dawida Frankfurtera z więzienia 

w   Chur   do   zakładu   karnego   położonego   we   francuskojęzycznej   części   kraju,   dla   jego 

bezpieczeństwa,   jak   mówiono;   a   dowódca   dwustupięćdziesięciotonowego   okrętu   „M   96”, 

Aleksander Marinesko, jako kapitan trzeciej rangi, objął nową jednostkę. Dwa lata wcześniej 

zatopił transportowiec, który według jego danych miał mieć siedem tysięcy ton, a według danych 

sowieckiego kierownictwa floty zaledwie tysiąc osiemset.

Nowy okręt, „S 13”, o którym Marinesko, czy to na trzeźwo, czy w pijanym widzie, 

marzył tak długo, należał do klasy „Staliniec”. Być może to los, nie, przypadek, nie, surowe 

warunki traktatu wersalskiego pomogły mu otrzymać dowództwo nowocześnie wyposażonego 

okrętu. Ponieważ po zakończeniu pierwszej wojny światowej Rzeszy Niemieckiej nie wolno było 

budować okrętów podwodnych, stocznia Kruppa Germania z Kilonii i Zakłady Budowy Silników 

Okrętowych  S.A. z Bremy zamówiły,  według swoich planów i na zlecenie  Reichsmarine, w 

haskim „Ingenieurs Kantoor voor Scheepsbouw” projekt okrętu dalekomorskiego na najwyższym 

poziomie technicznym. Później w ramach niemiecko - sowieckiej współpracy nowa jednostka, 

jak przedtem inne okręty typu „Staliniec”, została zwodowana w Związku Sowieckim i - na 

krótko   przed  niemiecką  napaścią  na  Rosję  -  włączona   do  służby  we  Flocie   Bałtyckiej   spod 

Czerwonego Sztandaru. Ilekroć „S 13” opuszczał bazę Smolny w fińskim porcie Turku, miał na 

background image

pokładzie dziesięć torped.

Na   swojej   website   mój   biegły   w   sprawach   morskich   syn   reprezentował   pogląd,   że 

zaprojektowany w Holandii okręt podwodny to była „solidna niemiecka robota”. Być może. Na 

razie   jednak   kapitanowi   Marinesko   udało   się   jedynie   u   pomorskich   wybrzeży   po   trzech 

chybionych torpedach zatopić ogniem artyleryjskim pełnomorski holownik o nazwie „Siegfried”. 

Stumilimetrowe działo zostało użyte zaraz po wynurzeniu.

Pozostawiam   teraz   statek   tam,   gdzie   stał   sobie,   jeśli   nie   liczyć   nalotów,   w   miarę 

bezpiecznie, wracam idąc rakiem do mojego prywatnego nieszczęścia. Bo to przecież nie tak, że 

od początku można było rozpoznać wyraźnie, dokąd Konrad się zagalopował. W mojej ocenie 

wygibasy   demonstrowane   przezeń   w   cyberprzestrzeni   to   były   nieszkodliwie   dziecinne 

niedorzeczności,   na   przykład   kiedy   porównywał   tanio   ze   względów   propagandowych 

skalkulowane podróże KdF z ofertami dzisiejszej turystyki masowej, z kosztami bidetów na rejsy 

po Karaibach na pokładzie tak zwanych „statków marzeń” albo z wycieczkami TUI, naturalnie 

zawsze na korzyść trzymającego „bezklasowo” kurs na Norwegię „Gustloffa” i innych statków 

Frontu Pracy. To był prawdziwy socjalizm, entuzjazmował się na swojej website. Na próżno 

komuniści próbowali w NRD rozkręcić coś podobnego. Niestety, można było u niego przeczytać, 

ta próba się nie powiodła. Po wojnie nie dokończono nawet budowy wielkiego ośrodka Prora na 

Rugii, zaplanowanego w czasach pokojowych na 20 000 plażowiczów.

„Trzeba teraz”, domagał się, „ruinę KdP wziąć jako zabytek pod ochronę!” i po sztubacku 

spierał   się   potem   ze   swoim,   jak   długo   sądziłem,   wymyślonym   adwersarzem   Dawidem   o 

przyszłość nie tylko narodowej, lecz i socjalistycznej wspólnoty plemiennej. Cytował Gregora 

Strassera,   ale   też   Roberta   Leya   wystawiając   jego   ideom   stopień   „bardzo   dobry”.   Mówił   o 

„zdrowym organizmie plemiennym”, na co Dawid ostrzegał przed „socjalistyczną urawniłowką” 

i nazywał Leya „ubzdryngolonym na okrągło bufonem”.

Śledziłem w internecie niezbyt  zabawną pyskówkę i doszedłem do przekonania: z im 

większym zapałem mój syn wynosił pod niebiosa cudowne dzieło „Kraft durch Freude” jako 

projekt dla przyszłości i mimo wszelkich niedostatków chwalił wysiłki państwa robotników i 

chłopów mające również na oku kwitnący raj wczasów, tym przykrzej przemawiała przezeń jego 

babka. Przebywając w chatroomie Konny'ego miałem stale w uszach niewzruszone bajdurzenie 

przedwczorajszych.

Tak kiedyś matka agitowała mnie i innych. Za czasów poprzedzających moje przenosiny 

background image

na Zachód słyszałem, co wygadywała przy naszym kuchennym stole jako ostatnia stronniczka 

Stalina:   -   I   to   wam   rzekę,   drodzy   towarzysze,   jak   nasz   Walter   Ulbricht   w   młodoszczi   od 

sztolarszkiego   terminu   zaczynał,   tak   i   ja   żem   na   terminowanie   do   sztolarza   poszła   i   kleju 

kosztnego są nawąchała...

Później, po odejściu pierwszego sekretarza, miała ponoć kłopoty. Już nie dlatego, że ja 

dałem nogę z enerdowa, tylko że następcę Ulbrichta miała za hetkę - pętelkę, bo to „cherlawy 

dekarz”, i wszędzie wietrzyła rewizjonistów.

A wezwana na forum organizacji partyjnej podobno o postaci Wilhelma Gustloffa jako 

ofiary syjonizmu wyraziła się mniej więcej tak: „...w tak tragiczny szposób uszmiercony syn 

naszego pięknego miaszta Schwerina”.

Mimo to matka utrzymała swoją pozycję. Była lubiana, a jednocześnie budziła lęk. Jako 

wielokrotnie   odznaczana   przodownica   pracy   miała   duże   zasługi   w   wykonywaniu   planów 

produkcyjnych   i   do   końca   kierowała   swoją   stolarską   brygadą   w   państwowym   kombinacie 

meblowym przy Güstrower Strasse. Jej też zasługą jest to, że liczba kobiet podejmujących naukę 

stolarskiego fachu wzrosła do ponad dwudziestu procent.

Gdy   potem   upadło   państwo   robotników   i   chłopów   i   berlińskie   Powiernictwo   - 

odpowiedzialne za miasto i cały land - otworzyło filię w Schwerinie, matka jakoby maczała palce 

w   restrukturyzacji   i   prywatyzacji   państwowej   wytwórni   kabli,   fabryki   maszyn   do   tworzyw 

sztucznych  i   dalszych  wielkich   przedsiębiorstw,  takich  jak  zakłady  wyposażenia   okrętowego 

Klementa Gottwalda, a nawet swego dawnego kombinatu meblowego. W każdym razie należy 

przypuszczać, że kiedy na Wschodzie zaczął się demontaż wszystkiego, nie przegapiła okazji, 

żeby się odkuć, bo skoro tylko pojawiły się nowe pieniądze, matka nie była zdana wyłącznie na 

swoją emeryturę. A gdy podarowała mojemu synowi komputer z drogim osprzętem, to przez ten 

wydatek chyba nie zbiedniała. Impulsu do takiej szczodrości - wobec mnie była dość skąpa - 

upatrywałem   w   zdarzeniu,   które   co   prawda   nie   wzburzyło   prasowego   bajora   federalnych 

Niemiec, ale dla Konny'ego stało się decydujące.

Zanim przejdę do spotkania ocalałych, muszę wszakże wspomnieć o przykrym  fakcie, 

który chciałby mi wyperswadować ktoś, kto wyrobił sobie nazbyt idealne wyobrażenie o swojej 

Tulli: 30 stycznia dziewięćdziesiątego, kiedy przeklęta data zdawała się odesłana do lamusa, 

ponieważ   wszędzie   tańczono   na   melodię   „Niemcy,   ojczyzna   zjednoczona”,   a   wszyscy   Ossi 

oszaleli na punkcie zachodniej marki, matka uaktywniła się na swój sposób.

background image

Na   południowym   brzegu   Jeziora   Schwerińskiego   niszczało   sobie   myszate   piętrowe 

schronisko młodzieżowe. Zbudowano je na początku lat pięćdziesiątych  i nazwano imieniem 

Kurta Bürgera, starego stalinowca, który wkrótce po zakończeniu wojny przyjechał tu z Moskwy 

jako   wypróbowany   antyfaszysta   i   zasłużył   się   w   Meklemburgii   rządami   twardej   ręki.   I   za 

schroniskiem młodzieżowym „Kurt Bürger” matka złożyła bukiet róż na długich łodygach, mniej 

więcej tam, gdzie kiedyś wznosił się podobno zwrócony w stronę jeziora wielki granit ustawiony 

ku czci męczennika. Zrobiła to po ciemku, punktualnie o dwudziestej drugiej osiemnaście. W 

każdym razie opowiadając później swojej przyjaciółce Jenny i mnie o tej nocnej akcji podała tak 

dokładny czas. Była zupełnie sama i na tyłach nieczynnego zimą schroniska szukała określonego 

miejsca przy pomocy latarki. Długo nie miała pewności, potem jednak pod zasnutym niebem i w 

mżawce zdecydowała: to było tutaj. - Ale ja żem ni dla Gusztlofa z kwiatami przyszła. Takich jak 

on nażistów zakatrupionych szyto - kryto to dużo beło. Ni, to przez pamięcz o sztatku i tych 

wszysztkich   dżeczaczkach,   co   są   wtedy   w   lodowatym   morzu   potopiły,   żem   dokładnie   o 

dwudżestej drugiej oszemnaszcze mój bukiet białych róż złożyła. I żem są popłakała, chocz to' ju 

czterdżeszczi piecz lat...

W   pięć   lat   później   matka   już   nie   była   sama.   Pan   Schön,   dyrekcja   nadbałtyckiego 

kąpieliska Damp oraz panowie z kuratorium „Ratunek na Morzu” wystosowali zaproszenie. Już 

dziesięć lat przedtem w tym samym miejscu doszło do spotkania ocalałych. Wówczas był jeszcze 

mur i drut kolczasty, toteż nikt ze wschodnioniemieckiego państwa nie miał prawa przyjechać. 

Tym razem jednak zjawili się również ci, dla których zagłada statku była czymś, o czym z woli 

państwa  przez  cały  czas należało   milczeć.  Nic  zatem   dziwnego,  że  gości   z nowych   landów 

witano szczególnie serdecznie; pośród ocalałych miało nie być żadnej różnicy dzielącej Ossich i 

Wessich.

W dużej sali bankietowej uzdrowiska wisiał nad sceną transparent, na którym linijka po 

linijce   można   było   przeczytać   różnej   wielkości   literami:   „Uroczystości   upamiętniające   50. 

rocznicę zatonięcia 'Wilhelma Gustloffa' - nadbałtyckie kąpielisko Damp, od 28 do 30 stycznia 

1995”. Przypadkowa okoliczność, że ta data przypomina  jednocześnie o przejęciu władzy w 

trzydziestym trzecim i o urodzinach owego człowieka, który został zastrzelony przez Dawida 

Frankfurtera,   ażeby   naród   Żydów   otrzymał   znak,   nie   doczekała   się   publicznej   wzmianki, 

jednakże w tej lub innej rozmowie, czy to przy kawie, czy w przerwach między imprezami, 

nabrała znaczenia wypowiadanego półgłosem zdania pobocznego.

background image

Mnie matka zmusiła do udziału w spotkaniu. Użyła argumentu nie do odparcia: - Tobie 

wszak też pięczdżeszątka sztuknie... - Naszego syna Konrada sama zaprosiła i ponieważ Gabi nie 

miała nic przeciwko temu, wzięła ze sobą jak trofeum. Zajechała swoim piaskowym trabantem: 

w Damp, pomiędzy okazałymi mercedesami i oplami, to była osobliwość. Puściła mimo uszu 

moją   wypowiedzianą   przedtem   prośbę,   żeby   poprzestała   na   mnie   i   oszczędziła   Konny'emu 

odurzenia przeszłością. Jako ojciec i w ogóle ja się nie liczyłem, bo co się tyczy oceny mojej 

osoby, to matka i moja była, które zazwyczaj się unikały, zgadzały się w pełni: dla matki byłem, 

jak zwykła mówić, „popaprańczem”, od Gabi przy każdej nadarzającej się okazji słyszałem, że 

jestem nieudacznikiem.

Nic  więc  dziwnego,  że  dwa  i  pół  dnia  w  Damp   przebiegło   dla  mnie  raczej   niemiło. 

Sterczałem jak głupek, kurzyłem jak komin. Jako dziennikarz oczywiście mógłbym był napisać 

reportaż, a przynajmniej krótką relację. Prawdopodobnie panowie z kuratorium oczekiwali ode 

mnie   czegoś   w   tym   rodzaju,   bo   z   początku   matka   przedstawiała   mnie   jako   „reportera   od 

Szpringerowych gazet”. Nie zaprzeczałem, ale też nie napisałem nic prócz zdania: „pogoda jest, 

jaka jest”. Niby w jakiej roli miałbym zdawać sprawę? Jako „dziecko 'Gustloffa'„? Albo jako 

ktoś z powołania niezaangażowany?

Matka na wszystko miała odpowiedź. Jako że pośród zgromadzenia rozpoznała kilkoro 

ocalałych, a byli członkowie załogi torpedowca „Löwe” zagadywali ją spontanicznie, korzystała 

z   każdej   okazji,   żeby   przedstawiać   mnie   jeśli   nie   jako   Springerowskiego   reportera,   to   jako 

„dżidżusza, co są poszród nieszczęszcza urodził”. I naturalnie nie zabrakło wzmianki o tym, że 

trzydziestego będzie przecież okazja do świętowania moich pięćdziesiątych urodzin, nawet jeśli 

w programie przewidziana jest na ten dzień godzina cichej pamięci.

Podobno przed zatonięciem statku, ale i nazajutrz było kilka urodzeń, lecz z wyjątkiem 

jednej osoby, która urodziła się dwudziestego dziewiątego, w Damp nie było moich rówieśników. 

Przeważnie spotykali się tylko ludzie starzy, ponieważ niewiele dzieci zostało uratowanych. Do 

młodszej   generacji   zaliczał   się   ówczesny   dziesięciolatek   z   Elbląga,   który   dzisiaj   mieszka   w 

Kanadzie i którego kuratorium poprosiło, żeby przed publicznością opowiedział o szczegółach 

swego ocalenia.

W ogóle z łatwo zrozumiałych powodów jest coraz mniej świadków katastrofy. Jeśli na 

spotkanie w osiemdziesiątym piątym przybyło jeszcze ponad pięciuset ocalonych i ratowników, 

to   tym   razem   zebrało   się   zaledwie   dwustu,   co   skłoniło   matkę,   żeby   mi   szepnąć   podczas 

background image

uroczystości: - Rychło to ju nikt z nas życz ni bandze, telko ty. Ale ty furt szpisacz tego ni 

chczesz, co żem tobie naopowiadała.

Tymczasem to ja, na długo przed upadkiem muru, okrężnymi  drogami przysłałem jej 

książkę Heinza Schöna, nie będę ukrywał: żeby uciec od jej dręczących wyrzutów. A na krótko 

przed spotkaniem w Damp dostała ode mnie kieszonkowe wydanie książki trzech Anglików, 

które ukazało się w oficynie Ullsteina. Ale i ta, jak muszę przyznać, napisana wprawdzie bardzo 

rzeczowo, lecz nazbyt neutralnie dokumentacja katastrofy statku nie mogła przypaść jej do gustu: 

- Dla mnie to wszysztko za mało osobiszczie przeżyte jeszt. To z serca ni idże! - A potem, kiedy 

byłem u niej z krótką wizytą na osiedlu Grosser Dreesch, powiedziała: - No, może któregosz dnia 

mój Konradżik cosz o tym napisze...

Dlatego  wzięła  go ze sobą do Damp.  Przybyła,  nie,  wystąpiła  w długiej  do kostek  i 

zapinanej  pod szyję  sukni z czarnego  aksamitu,  który podkreślał  jej krótko ostrzyżone  białe 

włosy. Gdziekolwiek stała bądź też siedziała przy kawie i ciastkach, była główną postacią. W 

szczególności przyciągała mężczyzn. Jak wiadomo, zawsze tak było. Jej koleżanka szkolna Jenny 

opowiadała mi o wszystkich chłopakach, którzy za młodych lat matki literalnie kleili się do niej: 

ponoć od dziecka pachniała klejem kostnym; a ja twierdzę: nawet w Damp można było poczuć 

ślad tego zapachu.

Byli tam odziani głównie w granatowe sukno starsi panowie, pomiędzy którymi stała w 

czerni, chuda i twarda. Do otyłych siwogłowców zaliczał się były kapitan marynarki i dowódca 

torpedowca   „T   36”,   którego   załoga   uratowała   kilkuset   rozbitków,   a   ponadto   ocalały   oficer 

zatopionego statku. Nadzwyczaj świeża pamięć o matce zachowała się jednak wśród członków 

załogi torpedowca „Löwe”. Miałem wrażenie, jakby panowie na nią czekali.

Otaczali matkę, która po trosze wdzięczyła  się jak dziewczyna, i nie odstępowali jej. 

Słyszałem, jak chichotała, widziałem, jak prężyła się ze skrzyżowanymi rękoma. Ale nie było już 

mowy o mnie i moich narodzinach  w godzinie  zagłady,  tylko chodziło  o Konny'ego. Matka 

przedstawiała leciwym panom mojego syna, jakby to był jej własny; a ja trzymałem się z daleka, 

nie chciałem wypytywania, być może wiwatowania weteranów z „Löwe” na moją cześć.

Z pewnego dystansu rzucało się w oczy,  że Konny, którego znałem jako nieśmiałego 

chłopaka, nader pewnie radził sobie z rolą wyznaczoną mu przez matkę, udzielał zwięzłych, ale 

jasnych odpowiedzi, zadawał pytania, słuchał w skupieniu, odważał się na młodzieńczy śmiech, a 

nawet pozował do zdjęć. Mając blisko piętnaście lat - jego urodziny wypadały w marcu - ani 

background image

trochę   nie   sprawiał   wrażenia   dziecinnego,   przeciwnie,   wydawał   się   dojrzały   do   spełnienia 

zamysłu matki, która postanowiła uczynić go depozytariuszem wiedzy o katastrofie i - jak się 

miało okazać - propagatorem legendy statku.

Odtąd wszystko kręciło się wokół niego. Choć na spotkaniu ocalałych był przecież ktoś, 

kto   urodził   się   na   „Gustloffie”   w   przeddzień   zatonięcia   i   podobnie   jak   ja   otrzymał   książkę 

Schöna z rąk samego autora - matki uhonorowano na scenie bukietami kwiatów - wydawało mi 

się, że wszystko dzieje się po to, żeby wciągnąć mojego syna. W nim pokładano nadzieje. Od 

naszego   Konny'ego   oczekiwano   przyszłych   osiągnięć.   On,   to   nie   budziło   wątpliwości,   nie 

zawiedzie ocalałych.

Matka wystroiła go w granatowy garnitur, do którego kazała mu włożyć krawat noszony 

w college'ach. W okularach i z kędzierzawą czupryną wyglądał jak skrzyżowanie konfirmanta z 

archaniołem.  Nosił się tak, jak gdyby miał  misję do spełnienia,  jak gdyby miał  lada chwila 

obwieścić coś wzniosłego, jak gdyby doznał oświecenia.

Nie wiem, na czyj wniosek na nabożeństwie rocznicowym odprawianym o tej godzinie, 

kiedy to torpedy ugodziły statek, Konrad miał uderzyć w ów zawieszony obok ołtarza dzwon 

wydobyty przez polskich nurków pod koniec lat siedemdziesiątych z tylnego górnego pokładu 

wraku.   Teraz,   z   okazji   spotkania   ocalałych,   załoga   kutra   ratowniczego   „Szkwał”   przekazała 

znalezisko   na   znak   polsko   -   niemieckiego   zbliżenia.   Ale   potem   to   jednak   panu   Schönowi 

przypadło   w   udziale   trzykrotne   uderzenie   młotkiem   w  dzwon   na   zakończenie   rocznicowego 

nabożeństwa.

Asystent płatnika na „Gustloffie” liczył sobie osiemnaście lat, kiedy statek zatonął. Nie 

chcę przemilczać, że jemu, który zebrał i zbadał niemal wszystko, co po katastrofie dało się 

odnaleźć, w Damp okazano niewiele wdzięczności. Kiedy na początku uroczystości wygłosił 

odczyt   na   temat   „Zatopienia   „Wilhelma   Gustloffa”   z   perspektywy   Rosjan”   i   w   trakcie 

wystąpienia stało się jasne, jak często prowadząc swoje badania odwiedzał Związek Sowiecki i 

przy tym spotykał się nawet z bosmanmatem okrętu podwodnego „S 13”, co więcej: z owym 

Władymirem Kuroczkinem, który na rozkaz swego dowódcy wystrzelił trzy torpedy, pozostaje w 

przyjaznym kontakcie, mało tego: zrobił sobie zdjęcie, jak ściska dłoń tego starego człowieka, 

„stracił kilku przyjaciół”, jak to zostało powściągliwie sformułowane przez Heinza Schöna.

Po odczycie zaczęto go ignorować. Dla wielu słuchaczy uchodził odtąd za rusofila. Dla 

nich wojna nigdy się nie skończyła.  Dla nich Rosjanie to były  Iwany,  trzy torpedy to broń 

background image

morderców. Natomiast dla Władymira Kuroczkina „Gustloff” był tonącym statkiem bez imienia 

załadowanym po brzegi nazistami, którzy napadli na jego ojczyznę i wycofując się pozostawiali 

za sobą tylko spaloną ziemię. Dopiero od Heinza Schöna dowiedział się, że po storpedowaniu 

ponad cztery tysiące dzieci utopiło się, zamarzło lub zostało wraz ze statkiem porwanych w 

odmęty. Te dzieci ponoć jeszcze długo śniły się bosmanmatowi raz za razem.

Fakt, że potem jednak to Heinzowi Schönowi dane było uderzyć w odnaleziony dzwon 

statku,   zapewne   trochę   uśmierzył   powziętą   urazę.   A   mój   syn,   który   na   swojej   homepage 

przedstawił całemu światu torpedystę, sfotografowanego wraz z badaczem dziejów „Gustloffa”, 

skomentował ten szczegół tragedii po latach łączącej narody odwołaniem się do rodowodu tak 

celnego   w   wystrzeliwaniu   torped   okrętu   podwodnego;   podkreślał   „wysoką   jakość   solidnej 

niemieckiej   pracy”   i   posunął   się   do   stwierdzenia,   że   tylko   dzięki   zbudowanemu   według 

niemieckich planów konstrukcyjnych  okrętowi Sowieci odnieśli sukces na wysokości Ławicy 

Słupskiej.

A ja? Po rocznicowym nabożeństwie wymknąłem się na spowitą nocnymi ciemnościami 

plażę. Chodziłem tam i z powrotem. Samotnie i z pustką w głowie. Jako że nie było wiatru, 

również Bałtyk uderzał o brzeg ospale i nijako.

background image

5

To gryzie Starego. Właściwie, powiada, to zadaniem jego pokolenia byłoby dać wyraz 

gehennie uciekinierów z Prus Wschodnich: zimowym karawanom ciągnącym na Zachód, śmierci 

w śnieżnych zaspach, zdychaniu na skraju dróg i w przeręblach, skoro tylko od zrzucanych bomb 

i pod ciężarem furmanek zaczynał się załamywać lód na zamarzniętym Zalewie Wiślanym, a 

mimo to od Heiligenbeil coraz to więcej ludzi ze strachu przed rosyjską zemstą przez bezkresne 

śniegowe równiny... Ucieczka... Biała śmierć... Za nic, powiada, nie wolno było przemilczać 

takiej masy cierpienia, pozostawiać unikanego tematu skrajnym prawicowcom, tylko dlatego że 

własna wina była przemożna i okazywanie skruchy przez te wszystkie lata zajmowało pierwsze 

miejsce. To niesłychane zaniedbanie...

Ale teraz ten stary człowiek, który się wypisał, sądzi, że znalazł we mnie kogoś, od kogo 

zamiast niego - „w zastępstwie”, jak powiada - wymaga się, żeby zdał sprawę z wtargnięcia armii 

sowieckich do Rzeszy, z Nemmersdorfu

 i następstw. Zgadza się, szukam słów. Ale to nie on, to 

matka mnie zmusza. I tylko ze względu na nią Stary się wtrąca, również zmuszany przez nią do 

zmuszania mnie, jakby wolno było pisać tylko pod przymusem, jakby na tym papierze nie mogło 

się nic zdarzyć bez matki.

On jakoby znał ją jako istotę nieuchwytną, w żaden sposób nie dającą się jednoznacznie 

określić. Życzy sobie Tulli o niezmiennie rozproszonym blasku i jest rozczarowany. Nigdy w 

życiu, słyszę, nie przyszłoby mu na myśl, że ocalała Tulla Pokriefke rozwinie się w tak banalnym 

kierunku, stając się działaczką partyjną i przodownicą ze wszystkich sił wykonującą plan. Raczej 

należało  się po niej  spodziewać  anarchistycznych  wyskoków,  czynów  irracjonalnych,  czegoś 

takiego jak niczym nie umotywowany zamach bombowy albo przejmujące zgrozą w zimnym 

świetle zrozumienie. Ostatecznie, powiada, to nastoletnia Tulla w wojennych czasach, a więc 

pośród   rozmyślnie   ślepych,   nie   opodal   baterii   przeciwlotniczej   Port   Cesarski   dostrzegła,   że 

biaława spiętrzona masa to ludzkie szczątki, głośno nazwała górę kości po imieniu: - To góra 

koszczi jeszt!

Stary nie zna matki. A ja? Znam ją? Co najwyżej jakieś pojęcie o blaskach i cieniach jej 

*

niemiecka   wieś   w   Prusach   Wschodnich,   obecnie   Majakowskoje.   Pod   koniec   października   1944 

rozpoznawcze   jednostki   pancerne   Armii   Czerwonej   zdobyły   wioskę   i   zamordowały   większość   mieszkańców, 
dopuszczając się przedtem gwałtów i tortur. Kilka dni później wieś została odbita przez Niemców a mord został 
wykorzystany   propagandowo.   Kronika   filmowa   pokazująca   zmasakrowane   ciała   wywoła   panikę   i   rozpoczęła 
eksodus wśród niemieckiej ludności na wschodzie III Rzeszy. Na dłuższą metę, ten dość mało istotny aspekt działań 
wojennych, przyczynił się do wzmocnienia desperackiej woli walki Niemców.

background image

natury ma ciotka Jenny, która kiedyś powiedziała do mnie: „W gruncie rzeczy moją przyjaciółkę 

Tullę można zrozumieć tylko jako niedoszłą mniszkę, naturalnie stygmatyczkę...” Ale tyle się 

zgadza: matki nie sposób ogarnąć. Nawet w partii stawała okoniem. A kiedy ja chciałem prysnąć 

na  Zachód,  powiedziała   tylko:  „No, jeszli  o  mnie  chodzi,  to  szpływaj”  i  nie  wsypała  mnie, 

wskutek   czego   w   Schwerinie   dawali   jej   niezły   wycisk;   nachodziła   ją   nawet   służba 

bezpieczeństwa, nie jeden raz, bez widocznego powodzenia...

Wtedy byłem jej nadzieją. Ale skoro ze mnie nie dało się wykrzesać iskry i tylko czas 

uciekał, zaczęła - ledwo padł mur - urabiać mojego syna. Konny miał dopiero dziesięć albo 

jedenaście lat, kiedy wpadł w ręce swojej babki. A od spotkania ocalałych w Damp, gdzie ja 

byłem tylko zerem na marginesie, on zaś wyrósł na następcę tronu, faszerowała go historiami o 

uciekinierach,   historiami   o   potwornościach,   historiami   o   gwałtach,   których   co   prawda   nie 

doświadczyła   na   własnej   skórze,   które   jednak   od   czasu,   gdy   w   październiku   czterdziestego 

czwartego rosyjskie czołgi przetoczyły się przez wschodnią granicę Rzeszy i wtargnęły na teren 

powiatów Gołdap i Gąbin, opowiadano wszędzie i rozgłaszano, ażeby budzić zgrozę.

Tak   chyba   musiało,   tak   mogło   być.   Tak   mniej   więcej   było.   Gdy  w  niewiele   dni   po 

wypadzie sowieckiej 2. armii gwardyjskiej jednostki niemieckiej 4. armii odbiły miejscowość 

Nemmersdorf, można było powąchać, zobaczyć, policzyć, sfotografować i dla wszystkich kin w 

Rzeszy sfilmować do Kroniki Tygodniowej, ile kobiet zostało zgwałconych  przez rosyjskich 

żołnierzy,   potem   pomordowanych,   poprzybijanych   do   wrót   stodół.   Czołgi   T   34   doganiały   i 

miażdżyły uciekających. Zastrzelone dzieci leżały w ogródkach przed domami i w przydrożnych 

rowach. Zlikwidowano nawet francuskich jeńców wojennych, którzy niedaleko Nemmersdorfu 

musieli pracować na roli, w liczbie czterdziestu, jak podano.

Te i dalsze szczegóły znalazłem pod dobrze już znanym adresem w internecie. Ponadto 

można   było   przeczytać   tłumaczenie   apelu   ułożonego   rzekomo   przez   rosyjskiego   pisarza   Ilję 

Erenburga,   którego  tekst  wzywał  wszystkich  rosyjskich   żołnierzy,   żeby  mordowali,  gwałcili, 

mścili się za spustoszoną przez faszystowskie bestie ojczyznę, za „mateczkę Rosję”. Pod szyfrem 

„www.blutzeuge.de” mój tylko przeze mnie rozpoznawany syn skarżył się językiem oficjalnych 

wówczas komunikatów:  „Tak rosyjscy podludzie rozprawiali się z bezbronnymi  niemieckimi 

kobietami...” - „Tak szalało rosyjskie żołdactwo...” - „Ten terror w dalszym ciągu grozi całej 

Europie, jeśli nie postawi się tamy azjatyckiemu zalewowi...” Na dokładkę zeskanował plakat 

wyborczy CDU z lat pięćdziesiątych, który ukazywał żarłocznego potwora w typie Azjaty.

background image

Te   zdania   i   ilustrowane   ciągi   zdań   rozpowszechniane   w   sieci   i   ściągane   przez   nie 

wiedzieć ilu internautów czytało się jak nawiązanie do aktualnych  wydarzeń, aczkolwiek nie 

mówiło się wprost o bezwładnie rozpadającej się Rosji czy o okrucieństwach na Bałkanach i w 

afrykańskiej Ruandzie. Dla zilustrowania najnowszego w danym momencie programu mojemu 

synowi wystarczały usłane trupami pola z przeszłości; bez względu na to, kto je uprawiał, zawsze 

przynosiły plon.

Pozostaje  mi  tylko  powiedzieć,  że  w tamtych  dniach,   kiedy  to  Nemmersdorf   stał  się 

symbolem   wszelkich   okropności,   zwyczajowa   pogarda   dla   tego,   co   rosyjskie,   zmieniła   się 

raptownie   w   strach   przed   Rosjanami.   Rozpowszechniane   gazetowe   reportaże   z   odbitej 

miejscowości, komentarze radiowe, zdjęcia w Kronice Tygodniowej spowodowały w Prusach 

Wschodnich masową ucieczkę, która od połowy stycznia, od rozpoczęcia wielkiej sowieckiej 

ofensywy, przerodziła się w panikę. Od ucieczki drogą lądową zaczęło się umieranie na skraju 

dróg. Nie mogę tego opisać. Nikt tego nie może opisać. Jedynie tyle: Część uciekinierów dotarła 

do miast portowych, do Piławy, Gdańska i Gotenhafen. Setki tysięcy usiłowały drogą morską 

ujść   zbliżającej   się   coraz   bardziej   okropności.   Setki   tysięcy   -   statystyki   mówią   o   dwóch 

milionach uciekinierów, którzy uratowali się przedostając na Zachód - tłoczyły się, by wejść na 

pokład   okrętów   wojennych,   statków   pasażerskich   i   handlowych;   oblegany   był   także   w 

Gotenhafen przycumowany od lat do oksywskiego nabrzeża „Wilhelm Gustloff”.

Byłbym   rad,   gdybym   mógł   uprościć   sobie   sprawę   tak   jak   mój   syn,   który   na   swojej 

Website   oznajmiał:   „W   spokoju   i   porządku   statek   przyjął   uciekające   przed   rosyjską   bestią 

dziewczęta i kobiety, matki i dzieci...” Dlaczego pominął również zaokrętowanych w sile tysiąca 

ludzi marynarzy u - bootów i trzysta siedemdziesiąt dziewczyn ze służby pomocniczej marynarki, 

jak również artylerzystów z obsługi zamontowanych pośpiesznie działek przeciwlotniczych? Na 

marginesie wspomniał wprawdzie, że na początku i pod koniec na pokład trafili również ranni - 

„Byli   między   nimi   żołnierze   walczący   na   froncie   kurlandzkim,   który   nadal   odpierał   ataki 

czerwonej nawały...” - ale gdy zaczął opisywać zmiany mające przekształcić statek - koszary w 

żeglowny transportowiec, wyliczał co prawda skrupulatnie, ile cetnarów mąki i mleka w proszku, 

ile   zaszlachtowanych   wieprzy   znalazło   się   na   pokładzie,   przemilczał   jednak   chorwackich 

ochotników wojennych, którzy - kiepsko wyszkoleni - musieli uzupełnić załogę statku. Ani słowa 

o niedostatkach aparatury radiowej. Ani słowa o ćwiczeniach na wypadek katastrofy: „Zamknąć 

grodzie!” To zrozumiałe, że uwypuklił pieczołowite urządzenie oddziału położniczego, lecz co 

background image

mu przeszkadzało choćby w napomknięciu o stanie jego bliskiej wówczas rozwiązania babki? I 

żadnej   wzmianki   o   brakujących   dziesięciu   szalupach   ratunkowych,   które   zostały 

odkomenderowane do wytwarzania w porcie zasłony dymnej w czasie nalotów i zastąpione przez 

łodzie wiosłowe o niewielkiej pojemności oraz naprędce ułożone jedna na drugiej i umocowane 

tratwy ratunkowe ze sprasowanego kapoku. „Gustloff” miał być zaprezentowany internautom 

wyłącznie jako statek uciekinierów.

Dlaczego   Konny kłamał?  Dlaczego  chłopak  oszukiwał   siebie  i   innych?   Dlaczego   on, 

zazwyczaj   taki   dociekliwy   pedant,   dla   którego   statek   od   czasów   KdP   aż   po   tunel   wału 

napędowego i najdalszy zakątek pokładowej pralni nie miał tajemnic, nie chciał przyznać, że 

przy   nabrzeżu   nie   stał   ani   transportowiec   Czerwonego   Krzyża,   ani   załadowany   wyłącznie 

uciekinierami   wielki   frachtowiec,   tylko   podporządkowany   Kriegsmarine,   uzbrojony   statek 

pasażerski, na który wtłoczono najrozmaitszą zbieraninę? Dlaczego zaprzeczał temu, co już przed 

laty zostało ogłoszone drukiem i czego dzisiaj nie kwestionują bodaj nawet przedwczorajsi? Czy 

chciał wykreować zbrodnię wojenną i upiększoną wersją rzeczywistych zdarzeń zaimponować 

łysogłowym w Niemczech i gdzie indziej? Czy potrzeba nieskazitelnego bilansu ofiar była w nim 

tak paląca, że na jego Website zgoła zabrakło miejsca dla wojskowego kontrpartnera cywilnego 

kapitana Petersena - komandora podporucznika Zahna i towarzyszącego mu owczarka?

Mogę się tylko domyślać, co zapewne skłoniło Konny'ego do oszukaństwa: pragnienie 

niezmąconego obrazu wroga. A historię z psem jako fakt niezbity usłyszałem od matki; ona 

przecież  już jako dziecko  miała  bzika na punkcie owczarków. Zahn od lat  trzymał  swojego 

Hassana na statku. Czy na mostku, czy w mesie oficerskiej, wszędzie występował z psem. Matka 

mówiła: - Z dołu, gdże żeszmy czekali, ale na górę wejszcz ni mogli, dobrze widacz beło, jak taki 

kapitan ze swoim psziszkiem przy relingu ształ i na nas, uczekinierów, są patrzył. Psziszko kubek 

w kubek do naszego Harrasa podobne beło...”

Ona   wiedziała,   co   się   działo   na   nabrzeżu:   -   Szczisk   beł   i   bałagan   ni   do   opisania. 

Najsampierw  to wszyszczy,  co po schodach na górę wchodzili,  porządnie są zapisywali,  ale 

potem papieru ju ni beło... - Toteż liczba na zawsze pozostanie niepewna. Ale co mówią liczby? 

Liczby nigdy się nie zgadzają. Resztę zawsze trzeba szacować pi razy drzwi. Zarejestrowanych 

zostało sześć tysięcy osób, w tym  około pięciu tysięcy uciekinierów. Ale od 28 stycznia po 

schodkach wciskały się dalsze masy, których już się nie liczyło.

Czy tych, co pozostali bez numeru i bez imienia, było dwa albo trzy tysiące? Tyle z 

background image

grubsza   kartek   na   posiłki   wydrukowała   dodatkowo   okrętowa   drukarnia   i   rozdały 

odkomenderowane   do   pomocy   dziewczyny   ze   służby   pomocniczej   marynarki.   W   takich 

wypadkach nie miało i nie ma znaczenia paręset mniej czy więcej. Nikt nie zna dokładnych 

danych. Toteż nie wiadomo, ile wózków dziecięcych zostało umieszczonych w ładowniach; i 

tylko   w   przybliżeniu   można   oceniać,   że   na   koniec   było   na   pokładzie   cztery   i   pół   tysiąca 

niemowląt, dzieci i nastolatków.

Na ostatku, kiedy już nigdzie nie było miejsca, zostali jednak jeszcze zaokrętowani dalsi 

ranni i ostatni oddział służby pomocniczej marynarki, młode dziewczyny, które - ponieważ nie 

było   już   wolnych   kabin,   a   wszystkie   sale   zamieniono   na   usłane   materacami   obozowiska   - 

zakwaterowano w osuszonym basenie pływackim, a więc na pokładzie E poniżej linii wodnej.

O tej lokalizacji trzeba ponownie i to z naciskiem wspomnieć, ponieważ mój syn nie 

puścił pary z ust na temat wszystkiego, co się tyczyło junaczek ze służby pomocniczej marynarki 

i   śmiertelnej   pułapki   w   basenie   pływackim.   Tylko   generalnie   rozwodząc   się   nad   gwałtami 

fantazjował na temat „młodziutkich panien, których niewinność miała być na statku uratowana 

przed agresją rosyjskiej bestii...”

Kiedy zaserwowano mi tę bzdurę, znów się włączyłem nie ujawniając wszelako faktu, że 

jestem  ojcem.   Skoro  tylko  jego chatroom  był   wolny,  wyraziłem  swoje zastrzeżenia:  „Twoje 

spragnione  pomocy panny nosiły mundury,  nawet  twarzowe. Miały na sobie szaroniebieskie 

spódniczki do kolan i obcisłe żakiety. Z lekka przekrzywione furażerki wieńczyły ich ufryzowane 

głowy. Wszystkie one, czy jeszcze niewinne, czy nie, miały za sobą przeszkolenie wojskowe i 

były zaprzysiężone na wierność swemu führerowi...”

Lecz   mój   syn   nie   chciał   zadawać   się   ze   mną.   Co   najwyżej   ze   swoim   wymyślonym 

oponentem, którego pouczał jak rasista z książeczki z obrazkami: „Dla ciebie jako Żyda będzie 

po wsze czasy niepojęte, jak bardzo wciąż jeszcze boli mnie pohańbienie niemieckich dziewcząt i 

kobiet przez Kałmuków, Tatarów i innych Mongołów. Ale cóż wy, Żydzi, wiecie o czystości 

krwi!”

Nie, tego nie mogła mu wbić do głowy matka. A może jednak? Kiedy na osiedlu Grosser 

Dreesch położyłem jej na stoliku do kawy mój całkiem obiektywny artykuł na temat sporu o 

berliński pomnik holocaustu, opowiedziała mi, że na podwórzu stolarni jej wuja pokazywał się 

ktoś, „taki tłuszczoch w piegi”, kto ponoć psa łańcuchowego narysował prawie do złudzenia 

podobnie: - To gudłaj beł, co mu do głowy czągle takie szmieszne rzeczy przychodziły. Ale telko 

background image

w połowie, mój tatusz wiedżał. Głoszno to rzekł, zanim gudłaja, Amsel mu beło, z naszego 

podwórza przeszwęcził...

Przed południem trzydziestego matce udało się wraz z rodzicami dostać na pokład. - Na 

osztatni   dzwonek   żeszmy   są   załapali...   -   Zaginęła   przy   tym   część   bagażu.   W   południe   na 

„Gustloffa” dotarł rozkaz, żeby podniósł kotwicę i odpłynął. Na nabrzeżu pozostały setki.

- Dla mamuszy i tatusza to naturalnie duży wsztyd beł przez ten mój gruby brzuch. Jak 

telko ktosz z innych uczekinierów o mnie pytał, mamusza mówiła: „Jej narzeczony na froncze 

walczy”. Albo: „Właszcziwie to szlub na odległoszcz miał bycz z narzeczonym, co na zachodnim 

froncze walczy. Żeby go telko ni zabili”. Ale do mnie furt telko o wsztydże mówili. To i dobrze 

są złożyło, bo nasz na sztatku od razu rozdżelili. Mamusza i tatusz na sam dół łajbowego brzucha 

pójszcz muszeli, gdże jesz trochę miejsca beło. Mnie na górę, na oddżał czężarnych wżęli.

Ale   jeszcze   do   tego   nie   doszło.   Znów   muszę   pójść   rakiem   w   tył,   żeby   posunąć   się 

naprzód: jeszcze poprzedniego dnia - a potem przez długą noc - Pokriefkowie siedzieli na swych 

zbyt   licznych   walizkach   i   tobołach,   pośród   ciżby   uciekinierów,   z   których   większość   była 

wyczerpana długą wędrówką. Pochodzili z Mierzei Kurońskiej, Sambii, z Mazur. Ostatnia fala 

uciekła z bliżej położonego Elbląga, przez który przetoczyły się sowieckie czołgi, ale walki o 

miasto, jak się zdawało, jeszcze trwały. Również coraz więcej kobiet i dzieci z Gdańska, Sopotu i 

Gotenhafen  wciskało się między furmanki,  wozy drabiniaste,  wózki dziecięce  i liczne  sanie. 

Matka   opowiadała   mi   o   bezpańskich   psach,   które   nie   mając   wstępu   na   pokład   wygłodzone 

stanowiły zagrożenie na portowych bulwarach. Wschodniopruskie chłopskie konie wyprzęgano i 

w  mieście  albo   pozostawiano   jednostkom   Wehrmachtu,  albo   odprowadzano  do  rzeźni.  Tego 

matka dokładnie nie wiedziała. Poza tym żal jej było tylko psów: - Caluszeńką noc jako wilki 

wyły...

Kiedy Pokriefkowie opuszczali ulicę Elzy, spokrewnieni z nimi Liebenauowie wzbraniali 

się   przed   pójściem   z   uciekinierskim   bagażem   w   ślady   przetrzebionej   rodziny   pomagiera   ze 

stolarni.   Majster   stolarski   za   bardzo   był   przywiązany   do   swoich   strugnic,   piły   tarczowej   i 

taśmowej, szlifierki, zapasu dłużyc w szopie i będącej jego własnością czynszowej kamienicy 

pod 19. Jego synowi Harry'emu, co do którego matka jakiś czas sugerowała, że to być może mój 

ojciec, już na jesieni poprzedniego roku doręczono powołanie do wojska. Gdzieś tam, na jednym 

z   wielu   cofających   się   frontów,   był   pewnie   radiotelegrafistą   albo   strzelcem   piechoty 

zmechanizowanej.

background image

Po   latach   dowiedziałem   się,   że   po   zakończeniu   wojny   Polacy   wysiedlili   mojego 

hipotetycznego dziadka i jego żonę, tak jak wszystkich Niemców, którzy pozostali na miejscu. 

Mówiono, że oboje wkrótce i szybko jedno po drugim zmarli na Zachodzie, prawdopodobnie w 

Lüneburgu,  on przypuszczalnie  z żalu  za utraconą  stolarnią  i wieloma  przechowywanymi  w 

piwnicy czynszówki  okuciami  do okien i drzwi. Pies podwórzowy,  w którego budzie matka 

będąc dzieckiem jakoby mieszkała przez tydzień, dawno już nie żył; przed wybuchem wojny ktoś 

- ona mówi: „kumpel tego gudłaja” - ponoć go struł.

Należy przyjąć, że Pokriefkowie weszli na pokład z jedną z ostatnich grup, wpuszczeni, 

ponieważ   ich   córka   była   w   widocznej   ciąży.   Tylko   August   Pokriefke   musiał   się   liczyć   z 

trudnościami. Kontrolująca bulwary żandarmeria mogłaby go nie przepuścić jako zdatnego do 

volksszturmu. Ale będąc, jak matka mówiła, „kieszonkowym mężczyzną” zdołał się prześliznąć. 

Pod koniec i tak kontrole nie były szczelne. Panował chaos. Na pokład dostawały się dzieci bez 

matek. A niejedna matka musiała ścierpieć, jak w ścisku na trapie dziecko potrącone wypada jej z 

rąk, leci w dół i znika w portowej wodzie między burtą statku a murem nabrzeża. Tu nie pomagał 

żaden krzyk.

Być   może   Pokriefkowie   mogliby   także,   mimo   przepełnienia   uciekinierami,   znaleźć 

miejsce   na   parowcach   „Oceana”   i   „Antonio   Delfino”.   Obydwa   statki   również   cumowały   w 

Gotenhafen   przy   oksywskim   nabrzeżu,   jak   mówiono:   „nabrzeżu   dobrej   nadziei”;   a   te   dwa 

średniej   wielkości   transportowce   dotarły   szczęśliwie   do   portów   przeznaczenia   w   Kilonii   i 

Kopenhadze. Ale Erna Pokriefke uparła się, „żeby nie wiem co”, na „Gustloffa”, ponieważ dla 

niej z lśniącym wówczas biało motorowcem wiązało się tyle przyjemnych wspomnień z rejsu 

KdP   do   norweskich   fiordów.   W   uciekinierskim   bagażu   pomieściła   album   z   fotografiami,   w 

którym znajdowały się też migawki z tej morskiej wycieczki.

Erna i August Pokriefkowie zapewne ledwo poznali wnętrze statku, bo wszystkie sale 

bankietowe i jadalne, opróżniona biblioteka, sala strojów i sala muzyczna - bez jakichkolwiek 

obrazów na ścianach - zmarniały zamienione w gwarne, usłane materacami obozowiska. Nawet 

oszklony pokład spacerowy i korytarze były zatłoczone do cna. Jako że do ludzkiego frachtu 

należały tysiące dzieci, policzonych i nie policzonych, ich wrzawa mieszała się z megafonowymi 

komunikatami; ciągle wywoływano imiona zagubionych chłopców i dziewczynek.

Kiedy   Pokriefkowie   bez   zarejestrowania   weszli   na   pokład,   matkę   rozdzielono   z 

rodzicami.   Tak   zadecydowała   sanitariuszka.   Nie   bardzo   wiadomo,   czy   dyżurne   junaczki   ze 

background image

służby   pomocniczej   marynarki   upchały   małżonków   w   już   zajętej   kabinie,   czy   też   wraz   z 

pozostałym im jeszcze bagażem znaleźli oni miejsce pośród masowych legowisk. Tulla Pokriefke 

miała   już   nigdy   nie   zobaczyć   albumu   z   fotografiami   i   swoich   rodziców.   Zapisuję   to   w   tej 

kolejności,   ponieważ   wydaje   mi   się   pewne,   że   utrata   albumu   z   fotografiami   była   dla   matki 

szczególnie   bolesna,   bo   wraz   z   nim   przepadły   wszystkie   zdjęcia   pstryknięte   familijnym 

kodakiem, na których było ją widać z bratem Konradem, Kędzierzawą Główką, na sopockim 

molo,   z   koleżanką   szkolną   Jenny   i   jej   przybranym   ojcem,   profesorem   Bruniesem,   przed 

pomnikiem Gutenberga w Jaśkowym Lesie oraz kilkakrotnie z Harrasem, owczarkiem czystej 

rasy i słynnym reproduktorem.

Matka   zawsze   mówiła   o   ósmym   miesiącu   ciąży,   kiedy   w   jej   nie   kończących   się 

opowieściach przychodziło do momentu zaokrętowania. Prawdopodobnie to był ósmy. Będąc w 

tym czy innym miesiącu została skierowana na oddział ginekologiczno - położniczy. Znajdował 

się on obok tak zwanej Altany, w której jeden tuż obok drugiego jęczeli ciężko ranni. Za czasów 

KdF Altana cieszyła się popularnością wśród wycieczkowiczów jako swego rodzaju oranżeria i 

mieściła   się   pod   mostkiem   kapitańskim.   Doktorowi   Richterowi,   najwyższemu   stopniem 

oficerowi sanitarnemu 2. dywizjonu szkolnego u - bootów, jako lekarzowi okrętowemu podlegała 

zarówno   Altana,   jak   i   oddział   dla   ciężarnych   i   położnic.   Za   każdym   razem,   kiedy   matka 

opowiadała mi o zaokrętowaniu, mówiła: - Tam wreszcze czepło beło. I gorące mleko glajch 

doształam, z kapką miodu...

Na oddziale położniczym musiał panować normalny ruch. Od początku zaokrętowywania 

urodziła się czwórka niemowlaków, „same chłopaki”, jak słyszałem od matki.

Twierdzą, że „Wilhelm Gustloff” miał na pokładzie za dużo kapitanów. Być może. Ale 

„Titanic” miał tylko jednego, a mimo to już dziewiczy rejs fatalnie się skończył. W każdym razie 

matka mówiła, że na krótko przed wypłynięciem statku zachciało się jej troszkę rozprostować 

nogi i przy tej sposobności, nie zatrzymywana przez wachtę, zaszła - „To telko jedno piętro w 

górę” - na pomost nawigacyjny, „gdże taki sztary wilk morszki z drugim takim, co szpicbródkę 

miał, okrutnie są kłócił...”

Starym wilkiem morskim był kapitan Friedrich Petersen, człowiek z żeglugi cywilnej, 

który w czasach pokojowych miał pod swoim dowództwem kilka statków pasażerskich, w tym i 

przez krótki czas „Gustloffa”, a po wybuchu wojny za przełamanie blokady trafił do angielskiego 

więzienia. Potem jednak z uwagi na wiek został uznany za niezdolnego do służby wojennej i po 

background image

pisemnym  zobowiązaniu się, że nigdy więcej jako kapitan nie wypłynie  w rejs, odesłany do 

Niemiec.   Dlatego   powierzono   mu,   sześćdziesięciolatkowi   z   okładem,   funkcję   „kapitana 

postojowego” na „pływających koszarach” przy oksywskim nabrzeżu.

Tym ze szpicbródką mógł być tylko komandor podporucznik Wilhelm Zahn, który stale 

miał przy nodze swojego owczarka Hassana. Ten były dowódca u - bootów z nader skromnymi 

sukcesami na koncie uchodził za wojskowego szefa transportu na przepełnionym uciekinierami 

statku. Ponadto dla odciążenia starego kapitana, któremu z czasem brakowało praktyki na morzu, 

stali na mostku dwaj młodzi, ale w obrębie Bałtyku doświadczeni kapitanowie, którzy nazywali 

się Köhler i Weiler. Obaj przeszli z marynarki handlowej i z tego względu byli przez oficerów 

Kriegsmarine  z Zahnem na czele  traktowani  bardzo lekceważąco:  jadano w różnych  mesach 

oficerskich i z wielkim trudem nawiązywano rozmowę.

Tak to na mostku skupiały się przeciwieństwa, ale i wspólna odpowiedzialność za trudny 

do określenia fracht statku: z jednej strony był to transportowiec wojskowy, z drugiej zaś statek 

uchodźców i statek szpitalny. Powleczony szarą farbą okrętów wojennych „Gustloff” stanowił 

cel   wymykający   się   jednoznacznym   definicjom.   Jeszcze   bezpiecznie,   jeśli   nie   liczyć   groźby 

nalotów,   stał   sobie   w   basenie   portowym.   Jeszcze   zasygnalizowany   spór   między   zbyt   wielu 

kapitanami   nie   dobiegł   końca.   Jeszcze   kolejny   kapitan   nie   miał   zielonego   pojęcia   o   statku 

wypełnionym dziećmi i żołnierzami, matkami i junaczkami ze służby pomocniczej marynarki 

oraz uzbrojonym w działka przeciwlotnicze.

Do końca grudnia „S 13” stał w doku bazy Smolny, należącej do Bałtyckiej Floty spod 

Czerwonego Sztandaru. Kiedy już okręt miał za sobą przegląd techniczny, został zaopatrzony w 

paliwo, prowiant i torpedy, powinien był popłynąć w rajd na wroga, lecz brakowało dowódcy.

Alkohol i kobiety nie pozwoliły Aleksandrowi Marinesko przerwać pobytu na lądzie i 

wrócić w porę na pokład swojego okrętu przed rozpoczęciem wielkiej ofensywy, która miała 

ruszyć na kraje bałtyckie i Prusy Wschodnie. Poszukiwanie go w burdelach i innych znanych 

wojskowym   gliniarzom   melinach   nie   dało   rezultatu;   okręt   nie   miał   dowódcy.   Mówią,   że   to 

pontikka, fińska wódka pędzona z ziemniaków, pozbawiła go równowagi i wszelkiej pamięci.

Dopiero 3 stycznia wytrzeźwiały Marinesko zgłosił się po powrocie w Turku. Z miejsca 

został przesłuchany przez z podejrzenia o szpiegostwo. Jako że zapomniał wszystkie etapy swego 

przeciągniętego pobytu na lądzie, nie mógł na swoją obronę podać nic poza lukami w pamięci. W 

końcu   jego   przełożonemu,   kapitanowi   pierwszej   rangi   Oriełowi,   udało   się   dzięki   usilnemu 

background image

przywoływaniu   najnowszego   rozkazu   operacyjnego   Stalina   odroczyć   posiedzenie   sądu 

wojennego. Miał on do dyspozycji zbyt mało wypróbowanych dowódców i nie chciał dopuścić 

do   osłabienia   siły   bojowej   swojego   zespołu.   Gdy   nawet   załoga   „S   13”   włączyła   się   w 

prowadzone postępowanie, składając prośbę o ułaskawienie swego kapitana i z punktu widzenia 

NKWD można było spodziewać się buntu, Orieł rozkazał nieodpowiedzialnemu tylko podczas 

pobytów na lądzie dowódcy okrętu wypłynąć natychmiast do Hangö, którego port „S 13” opuścił 

tydzień   później.   Lodołamacze   oczyściły   tymczasem   tor   wodny.   Okręt   przepływając   koło 

szwedzkiej wyspy Gotlandii miał wziąć kurs na wybrzeże krajów bałtyckich.

No cóż, istnieje ten czarno - biały film nakręcony pod koniec lat pięćdziesiątych. Ma tytuł 

„Noc zapadła nad Gotenhafen”, a w obsadzie takie gwiazdy jak Brigitte Horney i Sonja Ziemann. 

Reżyser,   Amerykanin   niemieckiego   pochodzenia   nazwiskiem   Frank   Wisbar,   który   nakręcił 

przedtem film o Stalingradzie, korzystał z rad specjalisty od „Gustloffa”, Heinza Schöna. Nie 

dopuszczony   do   wyświetlania   na   Wschodzie   film   szedł   ze   średnim   powodzeniem   tylko   na 

Zachodzie i - jak nieszczęsny statek - popadł w zapomnienie, w najlepszym razie spoczywa w 

archiwach.

Z  przyjaciółką  matki,   Jenny Brunies,  u  której   jako licealista   mieszkałem  wówczas  w 

Berlinie Zachodnim, na jej nalegania - „Moja przyjaciółka Tulla powiadomiła mnie, jak bardzo 

jej   zależy,   żebyśmy   razem   wybrali   się   do   kina”   -   obejrzałem   to   dzieło   i   byłem   mocno 

rozczarowany. Akcja przebiegała wedle wciąż tego samego szablonu. Jak we wszystkich filmach 

o   „Titanicu”   również   w   sfilmowanej   wersji   zagłady   „Gustloffa”   pełna   udręk,   a   na   koniec 

heroiczna   historia   miłosna   musiała   służyć   za   dodatkowy   wątek   i   zapchajdziurę,   jak   gdyby 

zatonięcie   przepełnionego   statku   było   nie   dość   zajmujące,   wielotysięczna   śmierć   nie   dość 

tragiczna.

Romansowe hocki - klocki z czasów wojny. W filmie „Noc zapadła nad Gotenhafen”, po 

o wiele za długim prologu rozgrywającym się w Berlinie, Prusach Wschodnich i jeszcze gdzieś, 

uczestnikami  małżeńskiego trójkąta są: żołnierz na froncie wschodnim jako zdradzany mąż i 

późniejszy ciężko ranny na statku, niewierna żona z niemowlęciem, której udało się dostać na 

pokład,   jako   targana   sprzecznościami   ponętna   kobieta,   i   beztroski   oficer   marynarki   jako 

cudzołożnik, ojciec i wybawca niemowlęcia. Co prawda podczas seansu ciotka Jenny w pewnych 

momentach mogła się popłakać, ale zaprosiwszy mnie po kinie do baru Paris na mój pierwszy 

pernod powiedziała: - Twojej drogiej matce chyba film by się nie podobał, ponieważ ani przed, 

background image

ani po zatonięciu nie pokazano żadnych narodzin... - A potem jeszcze dorzuciła: - Właściwie to 

czegoś tak okropnego w ogóle nie można sfilmować.

Jestem całkowicie pewny, że matka na pokładzie nie miała koło siebie ani kochanka, ani 

żadnego z moich domniemanych ojców. Być może, jak to było i pozostało w jej zwyczaju, nawet 

w zaawansowanej ciąży potrafiła przyciągać uwagę męskiego personelu: ma w sobie jakiś ukryty 

magnes, jak sama mówi: „to coś”. Toteż podobno, ledwie podniesiono kotwice, jeden z rekrutów 

Kriegsmarine i przyszły podwodniak - „taki tam blady chłopaczyna z pryszczami na gębie” - 

poszedł   z   ciężarną   na   najwyższy   pokład.   Wewnętrzny   niepokój   popychał   ją   do   chodzenia. 

Marynarz,   jak   oceniam,   był   chyba   w   wieku   matki,   miał   te   siedemnaście   czy   niespełna 

osiemnaście  lat, kiedy troskliwie  prowadził ją pod rękę po gładkim  jak lustro, bo pokrytym 

lodem   pokładzie   słonecznym.   I   wtedy   matka   swoim   spojrzeniem,   które   niczego   nie   pomija, 

dostrzegła,   że   żurawiki,   bloki   i   zawieszenia   umocowanych   z   lewej   i   prawej   burty   łodzi 

ratunkowych oraz ich poprowadzone po krążkach liny były zlodowaciałe.

Ileż to razy słyszałem jej zdanie: - Jak żem to zobaczyła, ganc łyso mnie są zrobiło. - A w 

Damp, kiedy to ubrana na czarno i szczupła stała w otoczeniu starszych panów i wprowadzała 

mojego syna Konrada w zacieśniony świat ocalałych, doszły do mnie jej słowa: - Naonczas żem 

szkapowała, że przez oblodzenie, jakby co, to z ratunku niczi bandą. Zejszcz ze sztatku żem 

chczała. Jako opętana żem krzyczała. Ale ju za późno beło...

Film, który obejrzałem z ciotką Jenny w kinie przy Kantstrasse, nic z tego nie pokazał, ani 

grud lodu na żurawikach łodzi ratunkowych, ani oblodzonego relingu, ani nawet kry w basenie 

portowym.   Tymczasem   nie   tylko   u   Schöna,   lecz   także   w   kieszonkowym   wydaniu   raportu 

Anglików Dobsona, Millera, Payne'a można przeczytać, że 30 stycznia 1945 panowało lodowate 

zimno: 18 stopni poniżej zera. Lodołamacze musiały w Zatoce Gdańskiej przekuć tor wodny. 

Zapowiadano wzburzone morze i sztormowe wiatry.

Jeśli mimo to zastanawiam się, czy matka nie mogłaby była w porę zejść z pokładu, to 

podstawę do takich rozważań stanowi potwierdzony fakt, że wkrótce po wypłynięciu „Gustloffa”, 

którego z oksywskiego basenu portowego wyprowadzały cztery holowniki, w zawiei śnieżnej 

wyłonił   się   parowiec   przybrzeżny   „Reval”   i   nieuchronnie   szedł   przeciwnym   kursem. 

Przepełniony uciekinierami z Tylży i Królewca statek płynął z Piławy, ostatniego portu Prus 

Wschodnich.   Jako   że   na   dolnym   pokładzie   było   za   mało   miejsca,   uciekinierzy   stali   ciasno 

stłoczeni na górnym. Jak się miało okazać, wielu w trakcie żeglugi zamarzło, zamieniło się w 

background image

stojące bryły lodu.

Gdy   zatrzymany   „Gustloff   spuścił   kilka   trapów,   ci,   co   przeżyli,   zostali,   jak   się   im 

wydawało,   uratowani   przez   duży   statek;   znajdowali   luki   w   stężonym   cieple   korytarzy   i   na 

schodkach.

Czy matka nie mogłaby była skorzystać z trapu w przeciwnym kierunku? Zawsze umiała 

zawracać w porę. Taka okazja! Dlaczego z nieszczęsnego statku nie zejść na „Reval”? Gdyby 

mimo grubego brzucha odważyła się zstąpić w dół, to ja urodziłbym się gdzie indziej - nie wiem, 

gdzie - na pewno jednak później niż 30 stycznia.

Znów ta przeklęta data. Historia, ściśle biorąc: historia, w której sami maczaliśmy palce, 

to zapchany klozet. Spłukujemy i spłukujemy,  a gówno mimo to wypływa.  Na przykład ten 

sakramencki trzydziesty. Jak się mnie uczepił, jak mnie napiętnował. Nic to nie dało, że przez 

cały czas, czy jako uczeń i student, czy jako redaktor gazety i mąż, za żadne skarby nie chciałem 

obchodzić swoich urodzin w gronie przyjaciół, kolegów czy rodziny. Wciąż się obawiałem, że na 

takiej   uroczystości   może   wypłynąć   -   choćby   w   toaście   -   po   trzykroć   przeklęte   znaczenie 

trzydziestego, nawet jeśli wyglądało na to, że ta utuczona ponad wszelką miarę data z biegiem lat 

zeszczuplała, zniewinniała, stała się dniem w kalendarzu jak wiele innych. Podporządkowaliśmy 

przecież słowa obcowaniu z przeszłością: należy ją odpokutować, przezwyciężać, poranię się z 

nią oznacza wysiłek przebolenia.

Ale potem wyglądało na to, jakby w internecie nadal albo znowu trzydziestego, w święto 

państwowe, trzeba było wywieszać flagi. W każdym razie mój syn ukazywał całemu światu dzień 

przejęcia władzy jako czerwoną kartkę w kalendarzu. Na schwerińskim osiedlu z wielkiej płyty 

Grosser Dreesch, gdzie od początku nowego roku szkolnego mieszkał u swojej babki, w dalszym 

ciągu   działał   jako   Webmaster.   Gabi,   moja   była,   nie   chciała   stawać   na   przeszkodzie 

przeprowadzce naszego syna - z dala od przesiąkniętych lewicowością nieustannych matczynych 

pouczeń,   do   źródła   babcinych   podszeptów.   Co   gorsza   odcięła   się   od   jakiejkolwiek 

odpowiedzialności:   „Tylko   patrzeć,   jak   Konrad   skończy   siedemnaście   lat,   więc   może   już 

decydować sam”.

Mnie nikt nie pytał. Oboje rozstali się, jak to zostało powiedziane, „za obopólną zgodą”. I 

tak przeprowadzka znad Jeziora Mollneńskiego nad Jezioro Schwerińskie odbyła się bez hałasu. 

Nawet   zmiana   szkoły,   „dzięki   jego   nieprzeciętnym   wynikom”,   przeszła   ponoć   gładko, 

aczkolwiek bardzo mi trudno wyobrazić sobie mego syna w stęchłym zaduchu szkolnym Ossich. 

background image

- To są uprzedzenia - powiedziała Gabi. - Konny teraz wyżej stawia tamtejszą surową dyscyplinę 

lekcyjną niż nasz szkolny luz. - Potem moja była usiłowała zachować dystans: Jako pedagog 

optujący za swobodnym kształtowaniem woli i otwartą dyskusją jest wprawdzie zawiedziona, 

jako matka musi jednak uszanować decyzję syna. Nawet przyjaciółka Konny'ego - w ten sposób 

dowiedziałem   się   o   mglistym   istnieniu   tej   asystentki   dentysty   -   potrafi   zrozumieć   jego 

postanowienie. Choć Rosi pozostanie w Ratzeburgu, chętnie i możliwie jak najczęściej będzie 

odwiedzała Konrada.

Wierny pozostał mu również partner od dialogu. Dawid, ów albo wyssany z palca, albo 

gdzieś tam istniejący dostarczyciel bodźców, nie przejął się przeprowadzką albo nie zwrócił na 

nią uwagi. W każdym razie kiedy w chatro - omie mojego syna była mowa o trzydziestym, po 

dłuższej przerwie pojawił się znowu z niezmiennie antyfaszystowską retoryką. A i poza tym 

czatowanie przebiegało wielogłosowo: było albo naładowane protestami, albo ślepo afirmujące. 

Trwał istny festiwal gadaniny. Wkrótce tematem stymulującym było już nie tylko mianowanie 

fułirera kanclerzem Rzeszy, ale za jednym zamachem i urodziny Wilhelma Gustloffa: spór toczył 

się o, jak to ujął Konny, „fakt wyznaczony przez Opatrzność”: męczennik miał jakoby wiedziony 

przeczuciem przyjść na świat w dniu przyszłego przejęcia władzy. Tę bajeczkę zaserwowano 

wszystkim czatowcom jako opatrznościowe zrządzenie. Na to realny czy też jedynie wymyślony 

Dawid naigrawał się z upolowanego w Davos Goliata: „Potem to również Opatrzność sprawiła, 

że   statek   ochrzczony   imieniem   twojego   słabosilnego   partyjniaka   zaczął   tonąć   z   całym 

transportem w jego urodziny i z okazji dwunastolecia puczu Hitlera; punktualnie co do minuty w 

dniu urodzin Gustloffa o dwudziestej pierwszej szesnaście rąbnęło trzy razy...”

Tak to wyglądał ich podział ról: jakby wyćwiczony do perfekcji. A jednak coraz bardziej 

podawałem w wątpliwość moje podejrzenie, że to raz za razem klika wymyślony Dawid, jakiś 

homunkulus   wyplata   zdania   spod   sztancy,   choćby   takie:   „Dla   was,   Niemców,   Oświęcim 

pozostanie piętnem winy wypalonym po wsze Czasy...” Albo: „Ty jesteś dobitnym przykładem 

odradzającego   się   zła...”   Albo   zdania,   w   których   Dawid   krył   się   w   liczbie   mnogiej:   „Nam, 

Żydom,  pozostaje nie kończąca się skarga”. - „My, Żydzi, nigdy nie zapomnimy!”  Wilhelm 

przeciwstawiał temu zdania z podręcznika rasizmu, w których „światowe żydostwo” rozsiadło się 

wszędzie, ale szczególnie potężnie na nowojorskiej Wall Street.

Odbywała  się bezlitosna  wymiana  ciosów. Ale  niekiedy wypadali  z roli,  na przykład 

kiedy   mój   syn   chwalił   siłę   uderzeniową   armii   izraelskiej,   natomiast   Dawid   potępiał   osiedla 

background image

żydowskie na ziemiach palestyńskich jako „agresywną aneksję”. Mogło się także zdarzyć, że 

obaj nagle ze znajomością rzeczy zgodnie oceniali mistrzostwa świata w tenisie stołowym. Ich 

indywidualny, raz ostry, to znów kumplowski ton zdradzał, że w wirtualnej przestrzeni spotkało 

się   dwóch   młodych   ludzi,   którzy   przy   całej   rozdmuchiwanej   wrogości   mogliby   zostać 

przyjaciółmi.   Na   przykład,   kiedy   Dawid   tak   zaczynał:   „Halo,   ty   szczeciniasty   nazistowski 

wieprzu! Twoja rzeźna żydowska świnia podsuwa ci tutaj parę rad, jak można by jeszcze dzisiaj 

uczcić   dzień   przejęcia   władzy,   mianowicie   odgrzewanymi   kotletami...”   Albo   kiedy   Wilhelm 

starał się być dowcipny: „Na dzisiaj popłynęło dość żydowskiej krwi. Twój przyboczny kucharz, 

który chętnie podgrzeje ci koszerny brunatny sos, robi teraz pa, pa! i wyłącza się!”

Poza tym  w związku z trzydziestym  obydwu  przychodziły do głowy tylko  rzeczy od 

dawna znane. Wszelako Konny miał nowinę dla swego wrogoprzyjaciela Dawida: „Powinieneś 

wiedzieć, że na wszystkich pokładach przeznaczonego na śmierć statku można było usłyszeć 

ostatnią mowę naszego ukochanego führera”.

Tak   było.   Wszędzie   na   „Gustloffie”,   gdzie   tylko   wisiały   głośniki,   Radio 

Wielkoniemieckie  przekazywało  przemówienie  Hitlera   do narodu.  I  również   na oddziale  dla 

ciężarnych i położnic matka, która za radą siostry oddziałowej położyła się na łóżku polowym, 

słyszała   niepowtarzalny   głos:   „Przed   dwunastu   laty,   30   stycznia   1933,   w   prawdziwie 

historycznym dniu, Opatrzność w moje ręce złożyła los niemieckiego narodu...”

Potem gauleiter Prus Wschodnich Koch rzucił tuzin haseł wzywających do wytrwania. Po 

nich nastąpiła muzyka tragiczna. Ale matka opowiadała tylko o mowie führera: - Jak fyrer o losie 

i podobnych kawałkach gadał, to po mnie rychtik czarki przechodziły... - A czasem po chwili 

milczenia mówiła: - Jako mowy na czmentarzu tego są szłuchało.

Wybiegłem naprzód. Transmisję radiową nadano dopiero później. Statek na jako tako 

spokojnej Zatoce Gdańskiej trzymał kurs na koniuszek Półwyspu Helskiego.

Trzydziesty   wypadł   we   wtorek.   Mimo   długoletniego   przestoju   motory   pracowały 

równomiernie.   Wzburzone   morze,   zadymka.   Na   kartki   jedzeniowe   wydawano   na   wszystkich 

pokładach   wewnętrznych   zupę   i   chleb.   Dwa   stawiacze   sieci   przeciwtorpedowych,   które   dla 

zabezpieczenia miały towarzyszyć  statkowi aż do Helu, rychło nie radziły już sobie z coraz 

gwałtowniejszą   falą,   trzeba   je   było   drogą   radiową   odwołać.   I   również   przez   radio   nadeszła 

wiadomość o porcie przeznaczenia: w Kilonii mieli zejść bądź zostać zniesieni z pokładu przyszli 

podwodniacy   z   2.   dywizjonu   szkolnego,   ranni   i   junaczki   ze   służby   pomocniczej   marynarki; 

background image

wyokrętowanie uciekinierów przewidziano w porcie Flensburg. Wciąż jeszcze panowała zawieja 

śnieżna. Meldowano o pierwszych przypadkach morskiej choroby. Gdy na redzie Helu ukazała 

się także przepełniona uciekinierami „Hansa”, konwój prócz trzech obiecanych okrętów eskorty 

był w komplecie. Ale potem przyszedł rozkaz rzucenia kotwicy.

Nie   chcę   teraz   wyliczać   wszystkich   powodów,   jakie   doprowadziły   do   tego,   że 

zapomniany przez wszystkich, nie, wyrugowany z pamięci, nagle pojawiający się jak widmo w 

internecie nieszczęsny statek kontynuował w końcu żeglugę bez „Hansy”, która miała defekt 

motoru,   pod   eskortą   tylko   dwóch   okrętów   towarzyszących,   z   których   jeden   został   wkrótce 

odwołany. Powiem tylko tyle: ledwie maszyny statku ruszyły na nowo, na mostku zaczął się spór 

kompetencyjny. Czterej kapitanowie spierali się między sobą. Petersen i jego pierwszy oficer - 

również wywodzący się z marynarki handlowej - dopuszczali jedynie prędkość dwunastu mil 

morskich na godzinę. Po zbyt długim przestoju więcej od statku wymagać nie można. Jednakże 

były dowódca u - bootów Zahn obawiając się ataków wroga ze znanej sobie pozycji do strzału 

chciał   przyśpieszyć   żeglowanie   do   piętnastu   węzłów.   Petersen   postawił   na   swoim.   Potem 

pierwszy oficer wspierany przez kapitanów Köhlera i Wellera zaproponował, żeby na wysokości 

Rozewia   popłynąć   co   prawda   zaminowanym,   ale   na   płyciźnie   bezpiecznym   od   okrętów 

podwodnych   szlakiem   przybrzeżnym,   lecz   Petersen,   tym   razem   popierany   przez   Zahna, 

zdecydował się na oczyszczony z min szlak przez głęboką wodę, odrzucając jednak w zupełności 

radę   wszystkich   pozostałych   kapitanów,   żeby   płynąć   zygzakiem.   Tylko   prognozy   pogody 

wydawały się bezsporne: wiatr zachodnio - północnozachodni, siła sześć do siedmiu, skręcający 

na zachodni, pod wieczór spadający do pięciu. Stan morza cztery, zawieja śnieżna, widoczność 

jedna do trzech mil morskich, średni mróz.

O   tym   wszystkim,   o   nieustannych   sprzeczkach   na   mostku,   niewystarczającej   liczbie 

okrętów   zabezpieczających   i   coraz   większym   oblodzeniu   górnego   pokładu   -   działka 

przeciwlotnicze były już niezdatne do użytku - matka nic nie wiedziała. Pamiętała, że po mowie 

führera dostała od siostry oddziałowej Helgi pięć sucharów i talerz ryżu na mleku z cukrem i 

cynamonem.   Z   sąsiedztwa,   z   Altany,   słychać   było   jęki   ciężko   rannych.   Na   szczęście   radio 

nadawało muzykę taneczną, „skoczne melodie”. Przy nich zasnęła. Ani śladu pierwszych bólów. 

Matka sądziła przecież, że jest w ósmym miesiącu.

Nie   tylko   „Gustloff   płynął   w   odległości   dwunastu   mil   morskich   od   pomorskiego 

wybrzeża; sowiecki okręt podwodny „S 13” podążał tym samym kursem. Przedtem, wespół z 

background image

dwiema innymi  jednostkami  Bałtyckiej  Floty spod Czerwonego Sztandaru, w pobliżu miasta 

portowego Kłajpeda, o które toczyły się walki, na próżno czekał na statki wychodzące w morze 

bądź   dostarczające   posiłków   resztkom   4.   armii.   Dzień   za   dniem   na   horyzoncie   nic   się   nie 

pokazywało.   W   trakcie   daremnego   stania   na   czatach   kapitanowi   „S   13”   mogłoby   było 

przychodzić na pamięć toczące się przeciwko niemu postępowanie sądu wojennego, a więc i 

grożące przesłuchiwanie przez NKWD.

Wczesnym rankiem 30 stycznia dowiedziawszy się z radiotelegramu, że Armia Czerwona 

zdobyła port w Kłajpedzie, Aleksander Marinesko nie zawiadamiając swego dowództwa wskazał 

nowy   kurs.   Kiedy   „Gustloff”   przy   oksywskim   nabrzeżu   przyjmował   jeszcze   ostatnie   fale 

uciekinierów - zaokrętowani zostali Pokriefkowie - „S 13” z czterdziestoma siedmioma ludźmi i 

dziesięcioma torpedami na pokładzie zmierzał w kierunku pomorskiego brzegu.

Podczas gdy w mojej relacji dwa okręty zbliżają się do siebie coraz bardziej, ale nie dzieje 

się nic rozstrzygającego, nadarza się okazja, żeby odnotować codzienne okoliczności bytowania 

w  zakładzie   karnym   w  Gryzonii.   Tam   w  ów   wtorek,   jak   w  każdy   dzień   pracy,   więźniowie 

siedzieli   przy   swoich   krosnach.   Skazany   na   osiemnaście   lat   więzienia   morderca   dawnego 

landesgruppenleitera NSDAP, Wilhelma Gustloffa, odsiedział tymczasem dziewięć lat. Wobec 

zdecydowanie odmienionej sytuacji wojennej - ponieważ ze strony Rzeszy Wielkoniemieckiej 

nie groziło już niebezpieczeństwo, został przeniesiony z powrotem do więzienia Sennhof w Chur 

- uznał on, że ma podstawy do wystąpienia z prośbą o łaskę, którą jednak w trakcie ruchów 

okrętów na Morzu Bałtyckim Sąd Najwyższy Konfederacji Szwajcarskiej odrzucił. Ale nie tylko 

Dawid Frankfurter, także statek nazwany imieniem jego ofiary nie znalazł łaski.

background image

6

Mówi, że moja relacja ciąży ku noweli. Nie będę się przejmował literackimi ocenami. Ja 

tylko   relacjonuję:   Tamtego   dnia,   który   z   woli   Opatrzności   czy   jakiegoś   innego   speca   od 

kalendarza miał być ostatnim dniem statku, Rzesza Wielkoniemiecka zdążała już do upadku. 

Dywizje   Brytyjczyków   i   Amerykanów   znajdowały   się   w   okolicach   Akwizgranu.   Nasze 

przetrzebione   u   -   booty   donosiły   wprawdzie   o   zatopieniu   trzech   frachtowców   na   Morzu 

Irlandzkim,  ale na froncie reńskim rósł napór na Colmar.  Na Bałkanach w rejonie Sarajewa 

przybierała na sile działalność partyzancka. Z duńskiej Jutlandii wycofano 2. Dywizję Strzelców 

Górskich dla wzmocnienia wschodnich odcinków frontu. W Budapeszcie, gdzie z każdym dniem 

pogarszała   się   sytuacja   zaopatrzeniowa,   front   przebiegał   tuż   koło   zamku.   Wszędzie   po   obu 

stronach pozostawali zabici, zbierano blaszki rozpoznawcze i rozdawano odznaczenia.

Co jeszcze się działo poza tym, że nie pojawiły się obiecywane nowe bronie? Na Dolnym 

Śląsku   udało   się   odeprzeć   natarcie   pod   Głogowem,   natomiast   wokół   Poznania   sytuacja   się 

zaostrzała.  A pod Chełmnem  jednostki sowieckie  sforsowały Wisłę.  W Prusach Wschodnich 

wróg dotarł do Barsztyna i Biskupca. Do tego dnia, który niczym się nie wyróżniał, zdołano 

wyprawić   z   Piławy   sześćdziesiąt   pięć   tysięcy   cywili   i   wojskowych.   Wszędzie   dokonywano 

bohaterskich   czynów   godnych   pomnika.   Zanosiło   się   na   dalsze.   Podczas   gdy   „Wilhelm 

Gustloff”, płynąc obranym kursem na Zachód, zbliżał się do Ławicy Słupskiej, a okręt podwodny 

„S 13” nadal był złakniony zdobyczy,  w nocnym nalocie na rejon Hamm, Bielefeld i Kassel 

uczestniczyło   tysiąc   sto   czteromotorowych   bombowców   nieprzyjaciela,   zaś   amerykański 

prezydent już opuścił Stany Zjednoczone; Roosevelt był w drodze na konferencję w Jałcie na 

Półwyspie Krymskim, gdzie ten chory człowiek chciał się spotkać z Churchillem i Stalinem, aby 

wytyczając nowe granice przygotować pokój.

Na temat tej konferencji i późniejszej, w Poczdamie, kiedy to Roosevelt już nie żył i 

prezydentem   był   Truman,   znalazłem   w   internecie   strony   nienawiści   i   na   Website   mego 

wszechwiedzącego   syna   dość   zdawkowy   komentarz:   „W   taki   sposób   rozparcelowano   nasze 

Niemcy”   oraz   mapę   Rzeszy   Wielkoniemieckiej   z   zaznaczonymi   stratami   terytorialnymi. 

Następnie syn spekulował, jakie to cuda mogłyby się zdarzyć, gdyby młodzi, bliscy już końca 

szkolenia   marynarze   na   pokładzie   „Gustloffa”   dotarli   szczęśliwie   do   Kilonii,   portu 

przeznaczenia, i tworząc załogi dwunastu lub więcej u - bootów nowej, bajecznie szybkiej, w 

dodatku niemal całkowicie bezszelestnej serii XXIII, wzięli z powodzeniem udział w walce. Na 

background image

jego   liście   życzeń   figurowały   same   bohaterskie   wyczyny   i   komunikaty   nadzwyczajne.   Nie 

znaczy to, że Konny roił poniewczasie o ostatecznym zwycięstwie, był jednak pewien, że gdyby 

nawet   te   cudowne   okręty   podwodne   zostały   zniszczone   przez   bomby   głębinowe,   młodym 

podwodniakom byłaby pisana lepsza śmierć niż godne politowania utopienie się na wysokości 

Ławicy Słupskiej. Również jego oponent Dawid zgodził się ze zróżnicowaną oceną rodzajów 

śmierci, potem jednak wyłożył w sieci swoje obiekcje: „W każdym razie wybierać chłopaki nie 

mogli. Tak czy owak nie mieli szans, żeby najnormalniej w świecie dorosnąć...”

Mam   przed   sobą   zdjęcia   gromadzone   dziesiątkami   lat   przez   ocalałego   z   katastrofy 

asystenta płatnika: wiele formatu legitymacyjnego i jedno duże ukazujące wszystkich marynarzy 

- uczestników czteromiesięcznego zazwyczaj kursu w 2. dywizjonie szkolnym u - bootów, którzy 

stanęli w ordynku na pokładzie słonecznym, ażeby powitać komandora podporucznika Zahna i 

po komendzie „Spocznij!” przyjąć swobodniejszą postawę. Na tej szerokoformatowej fotografii 

można się doliczyć  przeszło dziewięciuset, ku rufie coraz bardziej malejących, marynarskich 

czapek   i   jako   tako   rozróżnić   twarze   aż   do   siódmego   rzędu.   W   głębi   uszeregowana   masa. 

Jednakże ze zdjęć legitymacyjnych spoglądają na mnie raz za razem umundurowani mężczyźni, 

których młodzieńcze rysy są co prawda różne, ale na ogół wydają się jeszcze nie ukształtowane. 

Mają pewnie po osiemnaście lat. Kilku chłopaków sfotografowanych w mundurze w ostatnich 

miesiącach wojny jest jeszcze młodszych. Mój syn, tymczasem siedemnastoletni, mógłby być 

jednym z nich, chociaż Konny ze względu na okulary nie bardzo by się nadawał do podwodnej 

służby.

Wszyscy noszą swoje - trzeba przyznać: twarzowe marynarskie czapki okolone wstążką z 

napisem Kriegsmarine na ukos, przeważnie lekko przechylone w prawo. Widzę zaokrąglone, 

pociągłe, kanciaste jak i pucołowate twarze kandydatów na śmierć. Mundur to ich cała duma. 

Patrzą na mnie poważnie, jak gdyby przeczuwając, że to ich ostatnia sfotografowana mina.

Nieliczne dostępne mi zdjęcia trzystu siedemdziesięciu trzech zaokrętowanych junaczek 

ze   służby   pomocniczej   marynarki   wydają   się   bardziej   cywilne,   mimo   założonych   na   bakier 

furażerek   z   powyginanym   na   przodzie   stylizowanym   niemieckim   orłem.   Staranne   fryzury 

młodych dziewczyn - wiele zapewne po wiecznej lub wodnej ondulacji - zwijają się w loki, 

opadają  modnie  podkręcone.   Trochę  dziewczyn  mogło   być  zaręczonych,  kilka   - zamężnych. 

Dwie lub trzy, które z gładko opadającymi włosami działają na mnie chłodną zmysłowością, są 

podobne do mojej byłej. Taką ujrzałem Gabi, kiedy z pewnym zapałem studiowała w Berlinie 

background image

Zachodnim pedagogikę i z miejsca przyprawiła mnie o zawrót głowy. Prawie wszystkie junaczki 

wyglądają na pierwszy rzut oka ładnie, a nawet ślicznie, u kilku występuje wczesna skłonność do 

podwójnego podbródka. Spoglądają z mniejszą powagą niż chłopaki.  Każda z patrzących  na 

mnie uśmiecha się nie podejrzewając niczego złego.

Jako   że   spośród   grubo   ponad   czterech   tysięcy   niemowląt,   dzieci,   nastolatków   na 

pokładzie nieszczęsnego statku uratowała się niespełna setka, tylko przypadkiem trafiały się ich 

fotografie,   ponieważ   wraz   ze   statkiem   przepadł   uciekinierski   bagaż,   a   w   nim   albumy   z 

fotografiami rodzin zbiegłych z Prus Wschodnich i Zachodnich, Gdańska i Gotenhafen. Widzę 

dziecięce buzie z tamtych lat. Dziewczynki z warkoczami i kokardami we włosach, chłopcy z 

przedziałkiem po lewej lub prawej stronie. Po niemowlętach, i tak wyglądających ponadczasowo, 

nie ma prawie żadnego śladu. Zachowane zdjęcia matek, dla których Bałtyk stał się grobem, i 

tych niewielu, które ocalały, z reguły bez swych dzieci, powstały na długo przed katastrofą albo 

wiele lat po niej, „psztryknięte” z okazji rodzinnych uroczystości, jak mówi matka, która nie ma 

żadnej fotografii - podobnie jak i ja - z wieku niemowlęcego.

Nie uchowały się także podobizny owych starych mężczyzn i kobiet, mazurskich chłopów 

i chłopek, emerytowanych urzędników, wesołych wdówek i wysłużonych rzemieślników, tysięcy 

otumaniałych okropnościami ucieczki starowin i staruchów, którzy zdołali dostać się na pokład. 

Przy   wchodzeniu   na   statek   na   oksywskim   nabrzeżu   zatrzymywano   wszystkich   mężczyzn   w 

średnim wieku, ponieważ mogliby się nadać do ostatnich  zaciągów  volksszturmu.  Pomiędzy 

ocalonymi nie było prawie ludzi sędziwych, pań w podeszłym wieku. I żadna fotografia nie daje 

świadectwa o ciężko rannych uczestnikach walk w Kurlandii, którzy łóżko przy łóżku leżeli w 

Altanie.

Do   garstki   uratowanych   ludzi   starszych   należał   kapitan   statku   Petersen,   dobrze   po 

sześćdziesiątce. Wszyscy czterej kapitanowie o godzinie dwudziestej pierwszej stali na mostku i 

kłócili się, czy słuszne było zapalenie świateł pozycyjnych na rozkaz Petersena, tylko dlatego że 

wkrótce po osiemnastej nadeszła radiotelegramem wiadomość o płynącej z naprzeciwka grupie 

poławiaczy min. Zahn był przeciwny. Tak samo drugi oficer nawigacyjny. Wprawdzie Petersen 

kazał wygasić kilka lamp, ale nie światła burtowe. Tak więc po części tylko zaciemniony statek, 

eskortowany tymczasem jedynie przez torpedowiec „Löwe”, zmagając się w zanikającej śnieżycy 

z silnym  falowaniem,  utrzymywał  kurs i zbliżał  się do zaznaczonej  na wszystkich  morskich 

mapach Ławicy Słupskiej. Zapowiadany średni mróz oznaczał osiemnaście stopni poniżej zera.

background image

Podobno to pierwszy oficer sowieckiego okrętu podwodnego „S 13” wypatrzył dalekie 

światła   pozycyjne.   Bez   względu   na   to,   kto   złożył   meldunek,   w   wieżyczce   płynącego   na 

powierzchni okrętu natychmiast  pojawił się Marinesko. Jak wieść niesie, do obszytej  futrem 

czapki, uszanki, nosił wbrew przepisom nie watowany płaszcz, służbowy strój oficerów okrętów 

podwodnych, lecz narzucony na ramiona wyplamiony smarem kożuch.

W zanurzeniu, podczas długiej żeglugi na napędzie elektrycznym, kapitana informowano 

tylko   o   dźwiękach   wydawanych   przez   małe   statki.   Na   wysokości   Helu   Marinesko   rozkazał 

wynurzyć  się na powierzchnię. Ruszyły dieslowskie silniki. Dopiero teraz usłyszano odgłosy 

statku   napędzanego   przez   bliźniacze   śruby.   Nagła   śnieżyca   dawała   okrętowi   osłonę,   ale 

utrudniała widoczność. Kiedy zamieć zelżała, dostrzeżono kontury oszacowanego na dwadzieścia 

tysięcy ton statku do przewozu wojsk i towarzyszącego mu torpedowca. Nastąpiło to od strony 

morza, z widokiem na prawą burtę transportowca i pomorskie wybrzeże, które można było sobie 

tylko wyobrazić. Na razie nic wielkiego się nie działo.

Mogę się tylko domyślać, co skłoniło kapitana „S 13” do opłynięcia, na dużej prędkości, 

statku transportowego i eskortującego okrętu ryzykownym manewrem od tyłu, aby potem od 

strony wybrzeża, mając pod sobą niespełna trzydzieści metrów głębokości, szukać pozycji do 

ataku. Wedle późniejszych wypowiedzi chciał on dopaść, gdziekolwiek się da, „faszystowskich 

łotrów”, którzy najechali i spustoszyli jego ojczyznę; dotychczas mu to nie wychodziło.

Od   dwóch   tygodni   poszukiwanie   zdobyczy   nie   przynosiło   rezultatu.   Ani   w   pobliżu 

Gotlandii,   ani   nie   opodal   portów   w   Windawie   i   Kłajpedzie   nic   się   nie   nawinęło.   Żadna   z 

dziesięciu torped na pokładzie nie opuściła wyrzutni. Na dodatek niezawodnemu tylko na morzu 

kapitanowi doskwierała chyba obawa, że jeśli wróci z niczym do bazy w Turku czy Hangö, z 

miejsca stanie przed sądem wojennym, którego domagało się NKWD. Można było mu zarzucić 

nie   tylko   ostatnią   pijacką   eskapadę   i   wykraczające   poza   przewidziany   przepustką   czas 

przebywanie w fińskich burdelach; ciążyło na nim podejrzenie o szpiegostwo, a tego obwinienia, 

które   od   połowy   lat   trzydziestych   stało   się   w   Związku   Sowieckim   narzędziem   czystek,   nie 

sposób było odeprzeć. W najlepszym razie mogło go uratować jakieś spektakularne osiągnięcie.

Po blisko dwóch godzinach nawodnej żeglugi manewr uchylający został zakończony. „S 

13” poruszał się teraz równolegle z nieprzyjacielskim obiektem,  który ku zdziwieniu  obsady 

wieżyczki,   mimo   zapalonych   świateł   pozycyjnych,   nie   płynął   zygzakiem.   Jako   że   śnieżyca 

całkowicie ustała, groziło niebezpieczeństwo, iż rozstąpi się pokrywa chmur i w świetle księżyca 

background image

znajdzie się nie tylko transportowy olbrzym i eskortujący go okręt, ale i okręt podwodny.

Mimo to Marinesko podtrzymał decyzję o ataku nawodnym. Dla „S 13” korzystny okazał 

się fakt, że aparatura do namierzania łodzi podwodnych na torpedowcu „Löwe” - o czym na „S 

13” nikt nie mógł mieć pojęcia - była oblodzona i nie odbierała żadnych sygnałów. Angielscy 

autorzy Dobson, Miller i Payne w swojej książce wychodzą z założenia, że sowiecki dowódca 

długo ćwiczył praktykowaną przez niemieckie u - booty na Atlantyku metodę ataku nawodnego i 

mając na względzie ich sukcesy chciał wreszcie zastosować ją sam; atak nawodny pozwala przy 

lepszej widoczności na szybsze poruszanie się i większą celność.

Marinesko wydał rozkaz napełnienia balastów wodą zaburtową aż do momentu, kiedy 

kadłub łodzi był już niewidoczny i tylko wieżyczka wystawała z nadal wzburzonego morza. Na 

krótko  przed  atakiem  z  mostku   namierzonego  obiektu   wystrzelono   jakoby  rakietę   świetlną   i 

widziano rzekomo sygnały migaczy, ale źródła niemieckie - raporty ocalałych kapitanów - tego 

nie potwierdzają.

„S 13” zbliżał się zatem bez przeszkód do lewej burty upatrzonego celu. Na polecenie 

dowódcy   cztery   torpedy   dziobowe   w   wyrzutniach   zostały   nastawione   na   głębokość   trzech 

metrów. Szacunkowa odległość  od nieprzyjacielskiego  obiektu wynosiła  sześćset metrów.  W 

peryskopie   dziób   statku   znalazł   się   na   przecięciu   nitek   celowniczych.   Według   czasu 

moskiewskiego   była   dwudziesta   trzecia   cztery,   według   niemieckiego   równo   dwie   godziny 

wcześniej.

Zanim jednak na tym miejscu padnie rozkaz kapitana Marinesko: „Pal!” i już nie będzie 

można go cofnąć, trzeba włączyć do mojej relacji przekazaną tradycją legendę. Zanim „S 13” 

opuściła port w Hangö, bosman nazwiskiem Pichur ozdobił wszystkie torpedy wymalowanymi 

pędzlem dedykacjami, w tym i te cztery gotowe do wystrzelenia. Pierwsza była przeznaczona 

„Za Ojczyznę”, torpeda w drugiej rurze - „Za Stalina”, w rurach trzeciej i czwartej dedykacje 

wypisane na śliskiej jak węgorz powierzchni brzmiały: „Za naród sowiecki” i „Za Leningrad”.

Tak zadedykowane trzy z czterech torped - ta poświęcona Stalinowi utknęła w rurze i 

trzeba   ją   było   w   pośpiechu   rozbroić   -   po   wydanym   w   końcu   rozkazie   pomknęły   ku 

bezimiennemu z perspektywy Marinesko statkowi, gdzie na oddziale dla położnic i ciężarnych 

przy cichej muzyce z radia matka wciąż jeszcze spała.

Podczas gdy trzy opatrzone napisami torpedy mkną do celu, kusi mnie, żeby wyobrazić 

sobie sytuację na „Gustloffie”. Łatwo odnaleźć junaczki ze służby pomocniczej marynarki, które 

background image

zaokrętowały się na ostatku i zostały zakwaterowane w pozbawionym wody basenie pływackim, 

a  także   w  sąsiadujących   z nim  pomieszczeniach  schroniska  młodzieżowego,  przeznaczonego 

dawniej dla wysyłanych na wakacyjne rejsy członków Hitlerjugend i BDM. Stłoczone siedzą w 

kucki i leżą. Fryzury jeszcze się trzymają. Ale nie ma już śmiechu, nie ma sympatycznych czy 

złośliwych ploteczek. Kilka cierpi na morską chorobę. Tam i wszędzie indziej, na korytarzach 

poszczególnych pokładów, w niegdysiejszych salach balowych i jadalnych czuć wymiocinami. 

Toalety, i tak zbyt nieliczne jak na tę masę uciekinierów i osób związanych z marynarką, są 

zapchane.   Wentylatory  nie   nadążają  z   wysysaniem   fetoru  wraz   ze  zużytym  powietrzem.   Od 

wypłynięcia   statku   wszyscy   zgodnie   z   rozkazem   powinni   mieć   na   sobie   rozdane   kamizelki 

ratunkowe,   ale   z   powodu   coraz   większego   gorąca   wielu   podróżnych   zdejmuje   zbyt   ciepłą 

bieliznę i również kamizelki. Starcy i dzieci narzekają cicho. Nie ma już nadawanych przez 

głośniki   komunikatów.   Wszystkie   hałasy   przytłumione.   Zrezygnowane   wzdychanie   i 

pojękiwanie. Wyobrażam sobie nie nastrój zagłady, lecz raczej jego preludium, zakradający się 

strach.

Tylko na mostku kapitańskim, po odbytej kłótni, nastrój był ponoć do pewnego stopnia 

optymistyczny.  Czterej  kapitanowie  sądzili, że docierając do Ławicy Słupskiej mają za sobą 

największe niebezpieczeństwo. W kabinie pierwszego oficera dowództwo zasiadło do posiłku: 

grochówka z wkładką mięsną. Potem komandor Zahn kazał stewardowi podać koniak. Nadarzyła 

się okazja, żeby wypić za szczęśliwy rejs. U stóp swego pana spał owczarek Hassan. Na mostku 

pełnił służbę tylko kapitan Weiler. A tu czas upływał.

Od dziecka mam w uszach zdanie matki: - Glajch żem są przebudziła, jak pierwszy raz 

pieprznęło, a potem jesz raz i jesz...

Pierwsza torpeda ugodziła dziób statku głęboko pod linią wodną, tam, gdzie znajdowały 

się pomieszczenia załogi. Kto zszedł z wachty, żuł kawałek chleba albo spał na swojej koi i 

przeżył   wybuch,   nie   uszedł   jednak   z   życiem,   ponieważ   zaraz   po   pierwszym   meldunku   o 

uszkodzeniach   kapitan   Weiler   kazał   zamknąć   automatycznie   wszystkie   grodzie   do   części 

dziobowej,   żeby   zapobiec   szybkiemu   zatonięciu   przez   dziób;   akcję   ratowniczą   „Zamykanie 

grodzi”   ćwiczono   na   krótko   przed   wypłynięciem.   Wśród   spisanych   na   straty   marynarzy   i 

chorwackich   ochotników   było   wielu   przygotowanych   w   czasie   ćwiczeń   do   sprawnego 

obsadzania i spuszczania łodzi ratunkowych.

Nikt nie wie, co zdarzyło się nagle, z poślizgiem, ostatecznie w odciętej części statku.

background image

Zapadło mi w pamięć również następne zdanie matki: - Za drugim pieprznięczem to żem 

z łóżka zleczała, taką moc miało... - Ta torpeda z trzeciej rury nosząca na gładkiej powierzchni 

dedykację: „Za naród sowiecki” wybuchła pod basenem pływackim na pokładzie E. Przeżyły 

tylko dwie albo trzy junaczki ze służby pomocniczej marynarki. Mówiły później o zapachu gazu i 

dziewczynach   rozszarpanych   na   strzępy   przez   odłamki   roztrzaskanej   szklanej   mozaiki   na 

przedniej   ścianie   kąpieliska   i   kafelki   basenu.   Na   powierzchni   szybko   przybierającej   wody 

widziało się dryfujące ciała i ich części, kanapki i inne resztki kolacji, także puste kamizelki 

ratunkowe.   Prawie   nikt   nie   krzyczał.   Potem   wysiadło   światło.   Dwie   albo   trzy   dziewczyny, 

których zdjęć legitymacyjnych nie mam, zdołały uratować się na razie wyjściem awaryjnym, za 

którym strome żelazne schody prowadziły na wyżej położone pokłady.

A matka mówiła jeszcze, że „za trzeczim dopiero pieprznięczem” doktor Richter był przy 

położnicach i ciężarnych. - A wtedy to ju są piekło rozpętało! - wołała za każdym razem, ilekroć 

jej opowiadana w nieskończoność historia dochodziła do „numeru trzy”.

Ostatnia  torpeda trafiła  w maszynownię. Nie tylko stanęły silniki statku, nawaliło też 

oświetlenie   wewnętrzne   pokładów   i   cała   technika.   Odtąd   wszystko   rozgrywało   się   w 

ciemnościach. W ostateczności włączone po paru minutach światła awaryjne pozwalały jako tako 

orientować się w chaosie narastającej paniki we wnętrzu statku o długości dwustu metrów i 

wysokości   dziesięciu   pięter,   z   którego   nie   można   było   nadać   sygnałów   SOS:   odmówiły 

posłuszeństwa   także   urządzenia   radiotelegrafu.   Tylko   z   torpedowca   „Löwe”   szło   w   eter 

wielokrotnie powtarzane wołanie: „Gustloff tonie trafiony trzema torpedami!” Na przemian z tą 

wiadomością podawano drogą radiową bez końca, godzinami położenie tonącego statku: Pozycja 

Ustka. 55 stopni 07 północ - 17 stopni 42 wschód. Prosimy o pomoc...”

Na   „S   13”   trafienia   i   dostrzegalne   wkrótce   tonięcie   zaatakowanego   obiektu   zostało 

przyjęte   z   powściąganą   radością.   Kapitan   Marinesko   wiedząc,   że   w   bliskości   wybrzeża, 

zwłaszcza   nad   Ławicą   Słupską,   nie   bardzo   można   było   się   uchronić   przed   bombami 

głębinowymi,  rozkazał przejść z częściowego zanurzenia na całkowite. Przedtem trzeba było 

jeszcze rozbroić torpedę pozostałą w wyrzutni numer dwa; ponieważ utkwiła w niej gotowa do 

detonacji, z włączonym silnikiem napędowym, najlżejsze wstrząsy mogły spowodować wybuch. 

Na szczęście nie doszło do rzucania bomb głębinowych. Torpedowiec „Löwe”, przy wyłączonym 

silniku, obszukiwał reflektorami śmiertelnie trafiony statek.

Na  naszym   globalnym   placu   zabaw,   w  wychwalanym   miejscu   ostatniej   z   możliwych 

background image

międzyludzkiej   komunikacji,   sowiecka   łódź   podwodna   „S   13”   na   bliskiej   mi   ze   względów 

rodzinnych  Website  otrzymała   kategorycznie   brzmiącą   nazwę  „łodzi  mordu”.   A załoga  tego 

okrętu Bałtyckiej Ploty spod Czerwonego Sztandaru została potępiona jako „mordercy dzieci i 

kobiet”. W internecie mój syn grał rolę sędziego. Zastrzeżenia jego wrogoprzyjaciela Dawida, 

któremu przyszło do głowy jedynie ponowne uruchomienie swego antyfaszystowskiego młynka 

modlitewnego z powołaniem się na obecność na statku wysokich rangą nazistów i wojskowych 

oraz   trzydziestomilimetrowe   działka   przeciwlotnicze   na   pokładzie   słonecznym,   nie 

dotrzymywały   kroku zalewowi   komentarzy  napływających   teraz  ze  wszystkich   kontynentów. 

Czatowcy   zgłaszali   się   przeważnie   po   niemiecku,   z   domieszką   okruchów   angielszczyzny. 

Tradycyjne przejawy nienawiści, ale i pobożne nawiązania do Apokalipsy wypełniały mój ekran. 

Wykrzykniki po bilansie okropności. Pośród nich dla porównania liczby ofiar innych morskich 

katastrof.

Często   filmowany   dramat   „Titanica”   starał   się   utrzymać   pierwszeństwo.   Za   nim   szło 

zatonięcie „Lusitanii”, zatopionej w pierwszej wojnie światowej przez niemieckiego u - boota, co 

spowodowało bądź przyśpieszyło przystąpienie USA do wojny. Jakiś odosobniony głos dorzucił 

zatopienie przez angielskie bombowce zapełnionego więźniami kacetu statku „Cap Arcona” w 

Zatoce Neustadzkiej; to zdarzenie nastąpiło w wyniku pomyłki na parę dni przed końcem wojny i 

teraz w internecie z siedmioma tysiącami zabitych wysunęło się na czoło tabeli. Potem zrównał 

się   z   nim   „Goya

.  Ale   w  całej   rywalizacji   między   podawanymi   przez   czatowców   liczbami 

zwyciężył   ostatecznie   „Gustloff”.   Mojemu   synowi   z   właściwą   sobie   gorliwą   skrupulatnością 

udało się na swej website wprowadzić zapomniany statek i jego ludzki fracht do rozproszonej 

świadomości świata, ażeby w postaci szkicowego rysunku z zaznaczonymi trzykrotnie gwiazdką 

trafieniami   torped   rzucał   się   w   oczy   i   odtąd,   jako   katastrofa   sama   w   sobie,   nosił   miano   o 

globalnym znaczeniu.

Jedenaście dni po zatopieniu „Wilhelma Gustloffa”, prawie w tym samym  miejscu, w 

przeciągu   siedmiu   minut   poszedł  na  dno  okręt   szpitalny  „General  Stauben”   trafiony  dwoma 

torpedami  wystrzelonymi  również przez  S 13. Zginęło  ok. 3500 osób z ok. 5000 rannych  i 

uchodźców na pokładzie.

*

trzy   tygodnie   przed   upadkiem   III   Rzeszy,   16   kwietnia   1945   r,   transportowiec   „Goya”   z   ok.   7000 

uchodźców niemieckich z rejonu Zatoki Gdańskiej i nieustaloną liczbą rannych żołnierzy, wypłynął z Helu kierując 
się do Danii. Kilka minut po północy został trafiony dwoma torpedami wystrzelonymi z radzieckiej łodzi podwodnej 
L - 3, przełamał się na pół i zatonął w ciągu czterech minut. Uratowało się 183 osoby.

background image

Ale z tym, co 30 stycznia 1945 od godziny dwudziestej pierwszej szesnaście faktycznie 

działo się na „Wilhelmie Gustloffie”, liczby prześcigające się w cyberprzestrzeni niewiele miały 

wspólnego.   To   raczej   Frankowi   Wisbarowi   w   czarno   -   białym   filmie   „Noc   zapadła   nad 

Gotenhafen”, mimo nadmiernie rozciągniętej ekspozycji, udało się uchwycić coś z paniki, jaka 

wybuchła na wszystkich pokładach, kiedy to po trzech trafieniach statek, z natychmiast zalanym 

dziobem, przechylił się na lewą burtę.

Zemściły się zaniedbania.  Dlaczego  i tak zbyt  nieliczne  łodzie  ratunkowe nie zostały 

przezornie   oczyszczone?   Dlaczego   nie   odladzano   regularnie   żurawików   i   talii?   Na   dobitek 

brakowało   personelu   odciętego   na   przodzie   statku,   być   może   jeszcze   żyjącego.   Rekruci 

Kriegsmarine z dywizjonu szkolnego nie byli zaprawieni w obsługiwaniu łodzi ratunkowych. 

Oblodzony   pokład   słoneczny,   będący   zarazem   pokładem   łodziowym,   gładki   jak   lustro, 

przechylając   się   sprawił,   że   masa   ludzi   napierających   z   górnych   pokładów   zaczęła   się 

ześlizgiwać. Już pierwsi, nie mając oparcia, znaleźli się za burtą. Nie każdy wpadał do wody w 

kamizelce ratunkowej. W panice wiele osób decydowało się teraz skakać. Ze względu na gorąco 

panujące wewnątrz statku większość z tych, co parli na pokład słoneczny, była ubrana za lekko, 

żeby przy osiemnastu stopniach poniżej zera w powietrzu i odpowiednio niskiej temperaturze 

wody - było to dwa czy trzy stopnie plus? - przeżyć szok termiczny. Mimo to skakali.

Z   mostku   nadeszły   tymczasem   rozkazy,   żeby   wszystkich   napierających   skierować   na 

oszklony dolny pokład spacerowy, pozamykać jego drzwi i strzec ich z bronią w ręku w nadziei 

na statki, które przybędą z pomocą. To polecenie zostało ściśle wykonane. Niebawem witryna o 

długości stu sześćdziesięciu sześciu metrów, obiegająca prawą i lewą burtę, więziła z górą tysiąc 

ludzi. Dopiero pod sam koniec, kiedy było za późno, na kilku odcinkach spacerowego oszklenia 

pękły szyby z pancernego szkła.

Tego jednak, co działo  się we wnętrzu  statku,  nie da  się opowiedzieć.  Zdanie  matki 

odnoszące się do wszystkiego, co jest nie do opisania: „Szłów na to ni mam...” mówi to, co ja 

mętnie myślę. Nie próbuję zatem wyobrażać sobie grozy i wtłaczać okropności w wymuskane 

obrazy, jakkolwiek mój pracodawca naciska teraz na mnie, żebym przedstawiał jeden po drugim 

pojedyncze losy, żebym z epicko zamaszystym spokojem i wytężoną intuicją zatoczył wielki łuk 

i w ten sposób, słowami horroru, oddał sprawiedliwość rozmiarom katastrofy.

Próbował tego dokonać czarno - biały film przy pomocy obrazów powstałych w studiach 

background image

filmowych na tle dekoracji. Widać napierający tłum, zatłoczone korytarze, walkę o każdy stopień 

schodów na górę, widać przebranych statystów jako ludzi uwięzionych na zamkniętym pokładzie 

spacerowym, czuć przechył statku, widać, jak woda się podnosi, widać pływających we wnętrzu 

statku,   widać   tonących.   I   widać   na   filmie   dzieci.   Dzieci   rozdzielone   z   matkami.   Dzieci   z 

dyndającą lalką w dłoni. Dzieci zabłąkane w już opustoszałych korytarzach. Na zbliżeniu oczy 

poszczególnych   dzieci.   Ale   nie   dało   się,   jedynie   ze   względu   na   koszty,   sfilmować   przeszło 

czterech tysięcy niemowląt, dzieci i nastolatków, dla których nie było ocalenia, pozostali oni i 

pozostaną abstrakcyjną liczbą, jak te wszystkie inne liczby idące w tysiące, setki tysięcy, miliony, 

które zarówno wówczas, jak i dzisiaj można było i można w dalszym ciągu szacować tylko z 

grubsza. Jedno zero na końcu mniej czy więcej, cóż to znaczy: w statystykach za rzędami liczb 

niknie śmierć.

Ja mogę tylko relacjonować to, co w innym miejscu zostało zacytowane jako wypowiedzi 

ocalałych. Na szerokich schodach i wąskich schodkach rozdeptywano starców i dzieci. Każdy był 

dla siebie swoim bliźnim. Przewidujący starali się ubiec śmierć. Opowiadają o oficerze z kadry 

instruktorskiej, który w przydzielonej sobie kabinie rodzinnej zastrzelił ze służbowego pistoletu 

najpierw   troje   dzieci,   potem   żonę,   a   na   koniec   siebie.   Podobne   rzeczy   mówią   o   partyjnych 

bonzach i ich rodzinach kończących ze sobą w owych kabinach specjalnych, które były kiedyś 

przeznaczone  dla   Hitlera   i  jego  poplecznika  Leya,  a  teraz   stały  się  miejscem  własnoręcznej 

likwidacji. Należy przypuszczać, że Hassan, pies komandora, również został zastrzelony i to 

przez   swego   pana.   Z   broni   palnej   trzeba   też   było   zrobić   użytek   na   oblodzonym   pokładzie 

słonecznym, ponieważ nie usłuchano rozkazu: „Tylko kobiety i dzieci do łodzi!”, w związku z 

czym   uratowali   się   przeważnie   mężczyźni,   a   dowiodła   tego   rzeczowo   i   bez   komentarza 

wieńcząca wszelkie życie statystyka.

Łódź,   na   której   pomieściłoby   się   ponad   pięćdziesiąt   osób,   spuszczono   na   wodę   w 

gorączkowym pośpiechu, obsadzoną zaledwie przez tuzin marynarzy. Z innej łodzi, spuszczanej 

na złamanie karku i w rezultacie wiszącej już tylko na przedniej linie, wszyscy pasażerowie 

wypadli do wzburzonego morza, a ona sama potem, kiedy lina się zerwała, runęła na tych, co 

unosili się na wodzie. Jedynie łódź ratunkową numer cztery, zapełnioną w połowie przez kobiety 

i dzieci, ponoć posadzono na wodzie zgodnie z przepisami. Jako że ciężko ranni ze zwanego 

Altaną prowizorycznego lazaretu i tak nie mieli szans, sanitariusze usiłowali umieścić w łodziach 

kilku lżej rannych: bez powodzenia.

background image

Nawet dowództwo statku myślało już tylko o sobie. Opowiadają o wyższym oficerze, 

który wyprowadził żonę z kabiny na górę i na tylnym pokładzie zaczął usuwać lód z zawieszeń 

motorowej   szalupy,   która   za   czasów   KdP   w   trakcie   rejsów   do   Norwegii   służyła   za   łódź 

wycieczkową. Gdy udało mu się wreszcie oczyścić szalupę, cudem zadziałał elektryczny dźwig. 

W toku spuszczania z samej góry uwięzione na pokładzie spacerowym kobiety i dzieci widziały 

przez szyby ze zbrojonego szkła obsadzoną zaledwie do połowy łódź; a pasażerowie szalupy 

widzieli przez moment, jaki tłum ludzi kłębił się za szkłem. Można by było sobie pomachać. To, 

co później działo się we wnętrzu statku, pozostało nie widziane przez nikogo, nie doszło do 

głosu.

Ja wiem tylko, jak uratowano matkę. - Glajch po osztatnim pieprznięczu bóle są u mnie 

zaczęły... - Ilekroć opowiadała o tym za moich dziecięcych lat, myślałem, że słucham wesołej 

przygodowej historii: - No, a wtedy wujek doktor szprycę mnie dał... - Bardzo się bała „kłucza”. - 

Ale potem szlus z bólami beł...

Zapewne to doktor Richter kazał zaprowadzić na śliski pokład słoneczny dwie położnice z 

niemowlętami i matkę, wspierane przez siostrę oddziałową, po czym trzy kobiety usadowiono w 

łodzi, która już oczyszczona wisiała na żurawikach. Z inną ciężarną i kobietą, która przeszła 

poronienie, sam znalazł nieco później miejsce w jednej z ostatnich łodzi - najwidoczniej bez 

siostry oddziałowej Helgi.

Matka mówiła mi, że przy coraz większym przechyle jedno z trzydziestomilimetrowych 

działek przeciwlotniczych  na pokładzie rufowym wyrwało się z uchwytów, przeleciało przez 

burtę i rozwaliło spuszczoną już łódź ratunkową wypełnioną ludźmi po brzegi. - To są tuż koło 

nas ształo. Takie szczęszczę żeszmy mieli...

Opuściłem zatem tonący statek w brzuchu matki. Nasza łódź odbiła i pośród dryfujących 

ciał żywych jeszcze i już martwych ludzi oddaliła się trochę od przechylającej się lewej burty 

statku, z którego teraz, zanim będzie za późno, rad byłbym wycisnąć tę czy inną historyjkę. Na 

przykład tę o lubianym przez wszystkich fryzjerze okrętowym, który od lat kolekcjonował coraz 

rzadsze srebrne pięciomarkówki. I oto skoczył do morza z pełnym trzosem u pasa, aby od razu, 

pod   ciężarem   srebrnych   monet...   Ale   nie   wolno   mi   opowiadać   żadnych   nadprogramowych 

historyjek.

Radzi mi się teraz, żebym się streszczał, nie, mój pracodawca nalega na to. Jako że i tak 

nie udaje mi się ująć w słowa tysiąckrotnego umierania we wnętrzu statku i w lodowatym morzu, 

background image

przedstawić niemieckiego rekwiem albo morskiego tańca śmierci, powinienem się ograniczać, 

przejść do rzeczy. Ma na myśli moje narodziny.

Jeszcze   do   nich   nie   doszło.   W   owej   łodzi,   w   której   siedziała   matka   bez   rodziców   i 

uciekinierskiego bagażu, ale z uśmierzonymi bólami, wszyscy pasażerowie z coraz większego 

oddalenia, kiedy fala wynosiła ich w górę, mieli otwarty widok na tonącego przy przerażającym 

przechyle   „Wilhelma   Gustloffa”.   Jako   że   reflektor   okrętu   towarzyszącego,   który   nie   opodal 

utrzymywał pozycję na wzburzonym morzu, przesuwał się raz po raz po nadbudówkach pomostu 

nawigacyjnego,   oszklonym   pokładzie   spacerowym   i   sterczącym   ukosem   ku   prawej   burcie 

pokładzie słonecznym, ci, co znaleźli ratunek na łodzi, byli świadkami, jak pojedynczy ludzie i 

ludzie skłębieni w gromadę wypadali za burtę. I matka widziała z bliska i widzieli wszyscy, 

którzy   chcieli   widzieć,   ludzi   dryfujących   w   kamizelkach   ratunkowych,   między   nimi   jeszcze 

żyjących, którzy głośno lub ostatkiem sił wzywali pomocy, błagali, żeby ich wziąć do łodzi, i 

innych już martwych, którzy byli podobni do śpiących. Ale jeszcze gorzej, mówiła matka, było z 

dziećmi: - Wszysztkie żle ze sztatku poszpadały, główkami do przodu. Z grubych kamizeli telko 

nóżki do góry szterczały...

I kiedykolwiek później ktoś, choćby czeladnicy z jej stolarskiej brygady albo jeden z tych, 

co przejściowo dzielili z nią łoże, pytał matkę, jakim to sposobem w tak młodym wieku zbielały 

jej włosy, odpowiadała: - To są ształo, jak żem wszysztkie te dżeczaczki we wodze główkami do 

dołu zobaczyła...

Być może dopiero tutaj albo już tutaj zadziałał szok. Kiedy byłem dzieckiem, a matka 

miała parę lat po dwudziestce, obnosiła się ze swymi krótko przyciętymi białymi włosami jak z 

trofeum. Bo skoro tylko padało odnośne pytanie, zaczynało się mówić o czymś, co w państwie 

robotników i chłopów nie było tematem dopuszczalnym: o „Gustloffie” i jego zagładzie. Ale 

czasem niezbyt ostrożnie opowiadała także o sowieckim okręcie podwodnym i trzech torpedach, 

przy czym matka za każdym razem przechodziła na napuszoną niemczyznę nazywając dowódcę 

„S 13” i jego załogę „bohaterami sowieckiej marynarki, z którymi nas, ludzi pracy, łączą więzy 

przyjaźni”.

W czasie, kiedy to według świadectwa matki jej włosy z punktu zbielały - było to chyba 

w   dobre   pół   godziny   po   torpedowych   trafieniach   -   załoga   zanurzonego   okrętu   podwodnego 

zachowywała się cicho i spodziewała się bomb głębinowych, które jednak nie zostały rzucone. 

Żadnego  dźwięku  zbliżającej  się  śruby okrętowej. Nic z  dramatyzmu,  który by przypominał 

background image

sceny  z  filmów   o okrętach   podwodnych.  Ale  bosmanmat   Sznapcew,  którego  zadaniem   było 

wyłapywanie w słuchawkach odgłosów zewnętrznych, słyszał, jakie dźwięki wydawał kadłub 

tonącego  statku:  łomotanie,  skoro  tylko  maszyny   wyrwały   się  z  zakotwienia,  huk,  kiedy  po 

krótkim skrzypieniu  pod ciśnieniem wody połamały się grodzie, i dalsze niezidentyfikowane 

hałasy. O tym wszystkim meldował swojemu dowódcy półgłosem.

Jako że tymczasem została rozbrojona tkwiąca w drugiej rurze wyrzutni i dedykowana 

Stalinowi torpeda, a na okręcie nadal obowiązywała absolutna cisza, bosmanmat ze słuchawkami 

rejestrował   tylko   dalekie   szmery   wydawane   przez   śrubę   poruszającego   się   powoli   okrętu 

eskortującego. Stamtąd nie groziło żadne niebezpieczeństwo. Ludzkich głosów nie słyszał.

Był   to   torpedowiec,   który   na   zwolnionych   obrotach   maszyny   utrzymywał   pozycję;   z 

relingu   obiegającego   jego   pokład   wyławiano   cumami   unoszących   się   na   wodzie   żywych   i 

martwych. Jako że jedyna jolka motorowa była oblodzona, a w dodatku jej silnik nie zaskoczył, 

nie dało się jej użyć do ratowania rozbitków. Wyciągano ludzi jedynie linami cumowniczymi. 

Około dwustu ocalałych trafiło w ten sposób na pokład.

Gdy   pierwsze   z   niewielu   łodzi   ratunkowych,   które   zdołały   odbić   od   z   wolna 

przechylającego się coraz bardziej statku, w smudze światła reflektora dopłynęły do „Löwe”, 

przy wciąż jeszcze silnie falującym morzu trudno było dobić do burty torpedowca. Matka, która 

siedziała   w   jednej   z   łodzi,   mówiła:   -   Raz   nas   fala   ganc   wysoko   wynioszła,   tak   żeszmy   na 

„Leewa” z góry patrzecz mogli, a potem w dół na łeb, na szyję żeszmy zleczeli, a „Leewe” nad 

nami hen w górze beł...

Tylko kiedy łódź ratunkowa była na wysokości relingu, a więc w ciągu sekund, udawało 

się raz za razem przejąć pojedynczych rozbitków. Komu nie udał się skok, ten spadał między 

burty   i   było   już   po   nim.   Ale   matka   dostała   się   szczęśliwie   na   pokład   okrętu   wojennego   o 

wyporności   zaledwie   768   ton,   który   w   roku   trzydziestym   ósmym   został   zwodowany   w 

norweskiej stoczni, otrzymał na chrzcie imię „Gyller”, wszedł do norweskiej służby, a po zajęciu 

Norwegii   w   roku   czterdziestym   jako   zdobycz   wojenna   został   włączony   do   niemieckiej 

Kriegsmarine.

Ledwie dwaj marynarze eskortowca z przeszłością przenieśli matkę przez reling, przy 

czym postradała buty, potem owinęli kocem i zaprowadzili do kajuty pełniącego służbę oficera 

mechanika, ponownie wystąpiły bóle.

Powiedz,   czego   sobie   życzysz?   Nie   chcę   odwracać   uwagi,   jak   by   to   mi   ktoś   mógł 

background image

insynuować: ale zamiast urodzić się z matki na „Löwe”, wolałbym być owym znajdą, którego w 

siedem godzin po zatonięciu statku wyciągnął z wody kuter patrolowy „VP 1703”. Zdarzyło się 

to,   kiedy   już   dalsze   jednostki   przybyłe   na   ratunek,   przede   wszystkim   torpedowiec   „T   36”, 

następnie parowce „Gotenland” i „Göttingen” przy wysokiej fali spomiędzy ziarnistego lodu, 

pojedynczej kry i wielu dryfujących bez życia - wydobyły nielicznych pozostałych przy życiu.

Kapitan kutra patrolowego dostał w Gotenhafen meldunek o sygnałach SOS nadawanych 

nieprzerwanie przez radiotelegrafistę „Löwe”. Natychmiast wypłynął swoją zdezelowaną łajbą i 

trafił   na   usłane   trupami   pobojowisko.   Mimo   to   kazał   wciąż   oświetlać   morze   pokładowym 

reflektorem, aż stożek światła pochwycił jakby pustą łódź ratunkową. Bosmanmat Pick dostał się 

do   niej   i   obok   skostniałych   zwłok   kobiety   i   małoletniej   dziewczyny   znalazł   zamarznięte 

zawiniątko,   które   po   dostarczeniu   na   pokład   „VP   1703”   zostało   uwolnione   od   zewnętrznej 

warstwy lodu, potem rozwinięte, a wtedy ukazało się owo niemowlę, którym ja bym chciał być: 

znajda bez rodziców, ostatni pozostały przy życiu pasażer „Wilhelma Gustloffa”.

Przypadkiem pełniący tej nocy służbę na kutrze patrolowym lekarz flotylli wyczuł słaby 

puls niemowlęcia, podjął zabiegi reanimacyjne, zaryzykował wstrzyknięcie kamfory i nie ustawał 

w staraniach, dopóki dziecko, chłopiec, nie otworzyło oczu. Ocenił niemowlaka na jedenaście 

miesięcy i wszystkie ważne szczegóły, brak nazwiska i nieznane pochodzenie, przypuszczalny 

wiek,   dzień   i   godzinę   uratowania   oraz   nazwisko   i   stopień   wybawcy,   spisał   w   postaci 

prowizorycznego dokumentu.

To by mi odpowiadało: urodzić się nie, jak to się zdarzyło, fatalnego 30 stycznia, lecz w 

końcu lutego, początku marca czterdziestego czwartego w jakiejś zapadłej dziurze w Prusach 

Wschodnich, w najzwyklejszy dzień, z matki nieznanej, spłodzony przez niewiadomego ojca, ale 

adoptowany przez bosmanmata Wernera Ficka, który przy najbliższej okazji - stało się to w 

Świnoujściu   -   oddałby   mnie   pod   opiekę   swojej   żony.   Z   moimi   skądinąd   bezdzietnymi 

przybranymi rodzicami po zakończeniu wojny przeniósłbym się najpierw do brytyjskiej strefy 

okupacyjnej,   do   zniszczonego   bombardowaniami   miasta   Hamburga.   Ale   w   rok   później 

znaleźlibyśmy   mimo   wszystko   mieszkanie   w   Rostocku,   rodzinnym   mieście   Ficka,   które 

znajdowało się w sowieckiej strefie okupacyjnej i również było zniszczone bombardowaniami. 

Od   tej   pory   wyrastałbym   wprawdzie   równolegle   do   mojej   związanej   z   matką   biografii, 

uczestniczyłbym we wszystkim, w machaniu chorągiewkami u Młodych Pionierów, w zbiórkach 

FDJ, byłbym jednak nadal otaczany troską przez Ficków. Rozpieszczany przez ojca i matkę, jako 

background image

znajda, którego pieluchy nic nie chciały powiedzieć o jego pochodzeniu, wychowywałbym się na 

osiedlu z wielkiej płyty, nazywałbym się Peter, nie Paul, jako student budowy okrętów zostałbym 

przyjęty   do   tamtejszej   stoczni   Neptun,   jako   konstruktor   miałbym   do   czasu   przełomu   pewne 

miejsce pracy i w pięćdziesiąt lat po ocaleniu brałbym udział w spotkaniu ocalonych w Damp 

sam, już na wcześniejszej emeryturze, albo z moimi postarzałymi przybranymi rodzicami, witany 

entuzjastycznie   przez   wszystkich   uczestników   spotkania,   pokazywany   na   scenie:   dziecko 

znalezione tamtej nocy.

Ktoś tam, niech będzie, że przeklęta Opatrzność, był temu przeciwny. W żaden sposób 

nie   dało   się   uciec   od   losu.   Nie   miałem   możliwości   przeżyć   jako   bezimienne   znalezisko. 

Torpedowiec „Löwe” w dogodnym momencie przyjął, jak zanotowano w dzienniku okrętowym, 

pannę Ursulę Pokriefke w zawansowanej ciąży. Zapisano nawet godzinę: dwudziesta druga pięć. 

Podczas gdy na wzburzonym morzu i we wnętrzu „Gustloffa” śmierć nadal zbierała żniwo, nic 

już nie stało na przeszkodzie porodowi matki.

Trzeba podtrzymać to zastrzeżenie: Moje narodziny nie były wyjątkiem. Aria „Umieraj i 

powstawaj” miała wiele strof. Bo przedtem i potem dzieci przychodziły na świat. Choćby na 

torpedowcu   „T   36”   albo   na   późno   przybyłym   parowcu   „Göttingen”,   sześciotysięczniku 

Północnoniemieckiego Lloyda, który we wschodniopruskim porcie Piława wziął na pokład dwa i 

pół tysiąca rannych i przeszło tysiąc uciekinierów, wśród nich blisko setkę niemowląt. Podczas 

rejsu   urodziło   się   dalszych   pięcioro   dzieci,   ostatnie   na   krótko   przedtem,   zanim   płynący   w 

konwoju statek dotarł do usłanego trupami pobojowiska, gdzie już chyba nikt nie wołał o pomoc. 

Ale   w   chwili   zatonięcia,   w   sześćdziesiąt   dwie   minuty   po   celnych   torpedach,   jedynie   ja 

wypełzłem z dziurki.

„Co do minuty w tejże samej chwili, jak 'Gusztlof’ na dno poszedł”, jak twierdzi matka 

albo jak ja mówię: kiedy „Wilhelm Gustloff z dziobem pod wodą i skrajnie przechylony na lewą 

burtę   zarazem   zatonął   i   wywrócił   się   do   góry   dnem,   przy   czym   ludzie   ześlizgujący   się   ze 

wszystkich górnych pokładów oraz ułożone jedna na drugiej tratwy, wszystko, co już nie miało 

oparcia, runęło do spienionego morza, kiedy z dokładnością co do sekundy, jakby na rozkaz 

znikąd, zgasłe po torpedowych trafieniach oświetlenie statku raz jeszcze zapłonęło w środku i 

nawet na pokładach, demonstrując każdemu, kto miał oczy - jak za czasów pokoju i KdF - po raz 

ostatni efektowną iluminację, kiedy wszystko znalazło swój kres, urodziłem się podobno całkiem 

normalnie na wąskiej koi oficera mechanika; w położeniu główkowym i bez komplikacji albo jak 

background image

mówiła matka: - To jako po maszle poszło. Po prosztu jako z procy żesz wyszkoczył...

Z   tego   wszystkiego,   co   działo   się   na   zewnątrz   poza   koją,   ona   nic   nie   widziała.   Ani 

iluminacji   wywracającego   się   tonącego   statku,   ani   spadania   skłębionych   ludzkich   ciał   ze 

sterczącej do ostatka rufy. Ale w pamięci matki ja moim pierwszym krzykiem miałem zagłuszyć 

ów niosący się daleko krzyk tysiąca głosów, ten finałowy krzyk, który dochodził zewsząd: z 

wnętrza pogrążającego się kadłuba statku, z trzaskającego pokładu spacerowego, z zalewanego 

pokładu słonecznego, z szybko tonącej rufy i z powierzchni wzburzonej wody, na której unosiły 

się tysiące odzianych w kamizelki ratunkowe żywych i martwych. Z załadowanych do połowy i 

przepełnionych łodzi, z ciasno obsadzonych tratw, które wznosiły się na szczyty fal, to znów 

znikały w dolinach, zewsząd wzbijał się zestrzelony w jedno krzyk i z włączającym się nagle, 

potem gwałtownie zdławionym wyciem syreny okrętowej spotęgował się w upiorny dwugłos. 

Nigdy nie słyszany zbiorowy krzyk ostateczny, o którym matka mówiła i nadal będzie mówić: - 

Taki krzyk to w uszach tobie do końca życzą są zosztanie...

Ciszę po tym mąciło podobno już tylko moje kwilenie. Po przecięciu pępowiny i ja się 

uciszyłem. Kiedy kapitan jako świadek zatonięcia zgodnie z przepisami odnotował ten moment, 

załoga torpedowca zaczęła na nowo wyławiać z morza tych, co przeżyli.

Ale to wszystko nieprawda. Matka kłamie. Jestem pewien, że ja nie przyszedłem na świat 

na „Löwe”... Na zegarze była bowiem... Ponieważ już jak druga torpeda... I po pierwszych bólach 

doktor Richter nie dawał żadnej szprycy, tylko od razu był poród... Poszło gładko. Narodziny na 

pochyłej, skośnej pryczy... Wszystko było pochyłe, kiedy ja... Szkoda tylko, że doktor Richter nie 

znalazł   czasu,   żeby   wypisać   dokument:   urodzony   w   dniu,   na   pokładzie   takiego   a   takiego, 

dokładnie   o   tej   i   o   tej...   A   jakże,   urodziłem   się   w   pozycji   główkowej   i   pochyłej   nie   na 

torpedowcu,   tylko   na   sakramenckim,   ochrzczonym   imieniem   męczennika,   spuszczonym   na 

wodę, kiedyś  lśniąco białym,  ulubionym,  pomnażającym  siłę przez radość, bezklasowym,  po 

trzykroć   przeklętym,   przepełnionym,   wojennoszarym,   storpedowanym,   nieustannie   tonącym 

statku. I po odcięciu pępowiny matka z przewiniętym i okutanym w okrętowy koc noworodkiem, 

podtrzymywana przez doktora Richtera i siostrę oddziałową Helgę, weszła do ratunkowej łodzi.

Ale  ona  nie   chce   porodu  na  „Gustloffie”.   Zmyśla   sobie  dwóch  marynarzy,  którzy  w 

kajucie   oficera   mechanika   odcięli   pępowinę.   Potem   znów   miałby   to   zrobić   doktor,   którego 

jednak w tym momencie nie było jeszcze na pokładzie torpedowca. Nawet matka, która zwykle 

wie wszystko na pewniaka, zajmuje chwiejne stanowisko i prócz „dwóch majtków” i „wujka 

background image

doktora, co jesz na 'Gusztlofie' szprycę mnie dał” wprowadza kolejnego akuszera: jakoby to 

kapitan „Löwe”, Paul Prüfe, odciął mi pępowinę.

Jako że nie mogę udokumentować mojej wersji narodzin, która - przyznaję - jest raczej 

wizją, trzymam się faktów przekazanych przez Heinza Schöna, wedle których doktor Richter po 

północy został wciągnięty na pokład torpedowca. Dopiero potem uczestniczył  w narodzinach 

innego   dziecka.   Nie   ulega   natomiast   wątpliwości,   że   to   lekarz   okrętowy   z   „Gustloffa”   z 

poślizgiem   wystawił   mi   świadectwo   urodzenia,   datowane   na   30   stycznia   1945,   choć   bez 

dokładnego podania godziny. Imię zawdzięczam natomiast kapitanowi Prüfe. Matka rzekomo 

upierała   się,   że   mam   mieć   na   imię   Paul,  „także   samo   jako  kapitan   'Leewa'„   i   na   nazwisko 

niechybnie Pokriefke. Później chłopaki w szkole i w FDJ, ale i znajomi dziennikarze mówili na 

mnie „Pepe”, a ja podpisywałem swoje artykuły tymi inicjałami: P kropka P kropka.

Nawiasem mówiąc chłopak, który urodził się na torpedowcu w dwie godziny po mnie, a 

więc 31 stycznia, na życzenie swojej matki i na cześć śpieszącego na ratunek okrętu nosi odtąd 

imię „Leo”.

O to wszystko, o moje narodziny i o osoby, które na tym czy innym pokładzie miały być 

przy nich pomocne, nie spierano się w internecie; na Website mojego syna Paul Pokriefke nie 

występował nawet pod inicjałami. Całkowite milczenie na temat wszystkiego, co dotyczyło mnie. 

Mój syn mnie pomijał. Nie istniałem on - line. Ale kolejny okręt, który w chwili zatonięcia albo 

w kilka minut po nim eskortowany przez torpedowiec „T 36” dotarł na miejsce katastrofy, ciężki 

krążownik   „Admirał   Hipper”,   wywołał   zataczającą   później   globalne   kręgi   kłótnię   między 

Konradem a jego oponentem, który nazywał się Dawidem.

Faktem   jest,   że   „Hipper”,   również   zatłoczony   ponad   miarę   uciekinierami   i   rannymi, 

zatrzymał   się   tylko   na   krótko,   a   potem   zmienił   kurs   podążając   dalej   w   kierunku   portu 

przeznaczenia,   Kilonii.   Podczas   gdy   Konny   występując   w   roli   eksperta   morskiego   uznawał 

sygnalizowane   przez   okręt   eskortujący   niebezpieczeństwo   ze   strony   okrętu   podwodnego   za 

wystarczający   powód   zmiany   kursu   ciężkiego   krążownika,   Dawid   odpowiadał:   „Hipper” 

powinien był przynajmniej spuścić kilka swoich motorowych barkasów i pozostawić na potrzeby 

trwającej   akcji   ratowniczej.   Poza   tym   w   wyniku   związanych   ze   zmianą   kursu   manewrów 

mającego bądź co bądź dziesięć tysięcy ton wyporności okrętu wojennego, przeprowadzanych w 

bezpośredniej bliskości miejsca katastrofy, duża liczba ludzi dryfujących na morzu znalazła się w 

zasięgu siły ssącej z tyłu jednostki; niemało zostało poćwiartowanych przez śruby okrętowe.

background image

Mój   syn   wszakże   utrzymywał,   iż   wie   dokładnie,   że   aparatura   radiolokacyjna   na 

torpedowcu eskortującym „Hippera” nie tylko wykryła zagrożenie ze strony okrętu podwodnego, 

ale że ponadto „T 36” nie dał się trafić dwom wystrzelonym w jego stronę torpedom. Na co 

Dawid, jak gdyby był wówczas pod wodą, zaręczał, jak nieporuszenie, nie wysuwając peryskopu, 

zachowywał się sowiecki okręt po skutecznym ataku, i że nie wystrzelił już ani jednej torpedy, 

natomiast   wybuchy   bomb   głębinowych   rzuconych   przez   „T   36”   rozszarpały   wiele   osób 

unoszących się na powierzchni w kamizelkach ratunkowych i wzywających pomocy. W epilogu 

tragedii dokonała się masakra.

Nadszedł czas możliwej w internecie swobody totalnego komunikowania się. Mieszały 

się głosy z kraju i z zagranicy.  Odezwał się nawet ktoś z Alaski. Takiej aktualności nabrało 

zatonięcie   dawno   zapomnianego   statku.   Dochodzącym   jakby   z   teraźniejszości 

wołaniem:   ,,'Gustloff’   tonie!”   homepage   mojego   syna   otworzyła   okno   całemu   światu   i 

zapoczątkowała, jak to nawet Dawid sformułował w sieci, „oczekiwaną od dawna dyskusję”. A 

jakże! Każdy powinien teraz wiedzieć i ocenić, co zdarzyło się 30 stycznia 1945 na wysokości 

Ławicy Słupskiej; Webmaster zeskanował mapę Bałtyku i z pouczającą zręcznością przedstawił 

poglądowo wszystkie szlaki morskie prowadzące do miejsca katastrofy.

Niestety oponent Konny'ego pod koniec rozprzestrzeniającego się globalnie czatowania 

nie zrezygnował z przypomnienia, co poza tym oznacza fatalna data i kim był patron zatopionego 

statku, przedstawiając zamordowanie partyjnego aparatczyka Wilhelma Gustloffa przez studenta 

medycyny Dawida Prankfurtera jako „czyn z jednej strony bolesny dla wdowy, z drugiej - z 

uwagi   na   cierpienia   żydowskiego   narodu   -   konieczny   i   dalekowzroczny”,   mało   tego,   nie 

szczędził   słów   uznania   dla   zatopienia   wielkiego   statku   przez   mały   okręt   podwodny   jako 

kontynuacji „odwiecznej walki Dawida z Goliatem”. Zapędzał się, rzucał w połączoną siecią 

przestrzeń   takie   słowa   jak   „dziedziczne   brzemię”   i   „przykazanie   pokuty”.   Chwalił   celność 

dowódcy „S 13” jako godnego następcy strzelającego studenta medycyny: „Odwaga Marinesko i 

bohaterski czyn Prankfurtera nigdy nie mogą zostać zapomniane!”

W   chatroomie   z   miejsca   rozpętała   się   nienawiść.   „Żydowska   hałastra”   i   „kłamcy 

oświęcimscy”   to   były   najłagodniejsze   wyzwiska.   Wraz   z   uaktualnieniem   zagłady   statku   na 

cyfrową   powierzchnię   teraźniejszej   rzeczywistości   wypłynęło   tak   długo   skrywane   bojowe 

zawołanie:   „Żydy   do   piachu!”:   spieniona   nienawiść,   wir   nienawiści.   Mój   Boże!   Ile   się 

nagromadziło, ile narasta z każdym dniem, prze do czynu.

background image

Mój   syn   wszelako   zachowywał   powściągliwość.   Raczej   uprzejmie   dopytywał   się: 

„Powiedz,   Dawid,   czy   to   możliwe,   że   jesteś   żydowskiego   pochodzenia?”   Na   co   przyszła 

wieloznaczna   odpowiedź:   „Drogi   Wilhelmie,   jeśli   ci   to   sprawi   przyjemność   albo   w   czymś 

pomoże, to następnym razem spokojnie możesz posłać mnie do gazu”.

background image

7

Diabli wiedzą, kto matce zrobił brzuch. Raz miał to być jej kuzyn w ciemnej szopie na 

drewno przy wrzeszczańskiej ulicy Elzy, to znów chłopak ze służby pomocniczej lotnictwa w 

baterii przeciwlotniczej Port Cesarski „z widokiem na górę koszczy” - innym razem feldfebel, o 

którym mówiono, że w trakcie spółkowania zgrzyta zębami. Mniejsza z tym, kto ją dmuchał, dla 

mnie jej niejasne wyjaśnienia oznaczały: urodzony i wyrosły bez ojca, aby kiedyś tam zostać 

ojcem.

Bądź co bądź ktoś, kto jest w wieku matki i twierdzi, że znał ją przelotnie jako Tullę, 

łaskawie przyznaje mi prawo do wytłumaczenia w punktach mojej zwichrowanej egzystencji. 

Powiada: Fakt, że nie powiodło mi się z synem, ma co prawda jednoznaczną wymowę, ale jeśli 

już koniecznie chcę, to mój uraz na punkcie narodzin można wziąć pod uwagę jako okoliczność 

łagodzącą ojcowską niemoc. Przy tym właściwy bieg wydarzeń musi wszelako - i to bez względu 

na wszelkie prywatne przypuszczenia - pozostać na pierwszym planie.

Serdeczne   dzięki!   Rezygnuję   z   wytłumaczeń.   Zawsze   czułem   wstręt   do 

podsumowujących ocen. Tyle tylko: Moja skromna osoba istnieje jedynie z woli przypadku, bo 

w kajucie kapitana Prüfe, kiedy ja się urodziłem i mój pierwszy krzyk zmieszał się z krzykiem 

dla matki nigdy nie ustającym, na sąsiedniej koi leżały pod płachtą trzy zamarznięte niemowlęta. 

Później doszły podobno następne: posiniałe od mrozu.

Po tym, jak ciężki krążownik „Hipper” ze swymi dziesięcioma tysiącami ton wyporności 

w rezultacie wykonanego manewru zwrotu rozszarpał i porwał siłą ssącą martwych i jeszcze 

żywych, kontynuowano poszukiwania. Na pomoc obu torpedowcom przybywały co jakiś czas 

dalsze jednostki, obok parowców kilka poszukiwaczy min i stawiacz sieci przeciwtorpedowych, 

na koniec kuter „VP 1703”, który uratował znajdę.

Niebawem  już nic  się  nie  ruszało.  Wyławiano   tylko   martwe  ciała.  Dzieci   z nóżkami 

sterczącymi do góry. Morze nad masowym grobem uspokoiło się w końcu.

Jeśli podam teraz liczby, to nie będą one ścisłe. Wszystko pozostaje w przybliżeniu. Poza 

tym liczby mówią mało. Tych z wieloma zerami nie sposób ogarnąć. Z zasady przeczą sobie. Nie 

tylko liczba wszystkich osób na pokładzie „Gustloffa” nie została przez dziesiątki lat ustalona 

definitywnie - waha się ona od sześciu tysięcy sześciuset do dziesięciu tysięcy sześciuset - także 

liczbę ocalałych trzeba było korygować raz za razem: od dziewięciuset na początku do tysiąca 

dwustu trzydziestu dziewięciu na koniec. Bez nadziei na odpowiedź nasuwa się pytanie: Jakie 

background image

znaczenie ma jedno życie mniej czy więcej?

Pewne jest, że śmierć znalazły głównie kobiety i dzieci; w kłopotliwie przeważającej 

większości uratowali się mężczyźni, w tym wszyscy czterej kapitanowie statku. Petersen, który 

zmarł wkrótce po zakończeniu wojny, pierwszy zadbał o siebie. Zahn, który po wojnie został 

biznesmenem, stracił tylko swego owczarka Hassana. W porównaniu z liczbą z grubsza oceniając 

pięciu   tysięcy   dzieci   utopionych,   zamarzniętych,   zadeptanych   na   okrętowych   schodach, 

narodziny zgłaszane przed i po katastrofie, w tym moje, niewiele ważą; ja się nie liczę.

Ocalałych wyokrętowano przeważnie w Sassnitz na Rugii, w Kołobrzegu i Świnoujściu. 

Niemało spośród tych niewielu zmarło w czasie rejsu. Pewna liczba żywych i martwych musiała 

wrócić   do   Gotenhafen,   gdzie   żywym   przyszło   czekać   na   transport   kolejnymi   statkami   dla 

uciekinierów. Od końca lutego toczyły się walki o Gdańsk, miasto płonęło, opuszczane przez 

tłumy   uciekinierów,   które   do   końca   kłębiły   się   na   nabrzeżach   wokół   przycumowanych 

parowców, promów i kutrów rybackich.

Torpedowiec „Löwe” wczesnym rankiem 31 stycznia zawinął do portu w Kołobrzegu. Z 

matką i jej dzieckiem w powijakach, które miało na imię Paul, z pokładu zszedł Heinz Köhler. 

Był jednym z czterech skłóconych kapitanów zatopionego statku i ledwie wojna dobiegła końca, 

odebrał sobie życie.

Słabych,   chorych   i  wszystkich  z  odmrożeniami   nóg zabrały  sanitarki.  To  typowe  dla 

matki,  że  zaliczyła   siebie  do  chodzących.  Kiedykolwiek   pierwsze  zejście  na  ląd  stawało  się 

epizodem jej nie kończącej się historii, mówiła: - A ja żem telko szkarpetki na nogach miała, aż 

jedna babcza,  co sama  uczekinierką  beła,  parę butów z walizki  w prezencze  mnie  dała. Na 

ręcznym wózku na szkraju drogi szedżała i pojęcza ni miała, skąd my są i co żeszmy przeszli...

Pewnie   to   prawda.   O   zatonięciu   ulubionego   kiedyś   statku   KdF   w   Rzeszy   nie 

poinformowano. Taka wiadomość mogłaby zaszkodzić podtrzymywaniu nastroju wytrwania. Ale 

i   sowieckie   dowództwo   znalazło   powody,   żeby   sukcesu   okrętu   podwodnego   „S   13”   i   jego 

dowódcy nie ogłaszać w codziennym raporcie floty spod Czerwonego Sztandaru.

Mówią,   że   Aleksander   Marinesko   po  powrocie   do   portu   w  Turku   był   rozczarowany, 

ponieważ nie uhonorowano go należycie  jak bohatera, choć kontynuując  wyprawę na wroga 

dwiema celnymi torpedami zatopił kolejny statek, dawny transatlantyk „General von Steuben”. 

Torpedy zostały wystrzelone 10 lutego z wyrzutni na rufie. Piętnastotysięcznik, który płynął z 

Piławy z ponad tysiącem uciekinierów i dwoma tysiącami rannych - znowu te zaokrąglone liczby 

background image

- zatonął w siedem minut przez dziób. Doliczono się blisko trzystu  ocalałych.  Część ciężko 

rannych leżała jeden przy drugim na górnym pokładzie szybko tonącego statku. Zsunęli się ze 

swymi pryczami za burtę. Marinesko, zanurzony na głębokość bojową, kierował tym atakiem 

patrząc przez peryskop.

Mimo to po wpłynięciu okrętu do bazy dowództwo Floty Bałtyckiej spod Czerwonego 

Sztandaru   ociągało   się   z   nadaniem   po   dwakroć   zwycięskiemu   kapitanowi   tytułu   „Bohatera 

Związku Radzieckiego”. Ociąganie przewlekało się. Podczas gdy kapitan i jego załoga na próżno 

czekali na uroczyste przyjęcie - pieczone prosię, dużo wódki - wojna na wszystkich frontach 

toczyła się dalej i na froncie pomorskim zbliżyła się do miasta Kołobrzeg. Na razie matkę i mnie 

zakwaterowano   tam   w   szkole,   o   której   później   mówiła   mi   po   wrzeszczańsku:   -   Choczaż 

przyjemnie czepło tam beło. A sztara ławka szkolna za kołyszkę tobie szłużyła. Żem se myszlała: 

mój Paulik pilnie są uczycz wczesznie zaczyna...

Kiedy   po   ostrzale   artyleryjskim   nie   dało   się   już   mieszkać   w   szkole,   znaleźliśmy 

schronienie   w   kazamatach.   Kołobrzeg   jako   miasto   i   twierdza   miał   zakorzenioną   w   historii 

renomę. Z jego wałów i bastionów stawiano opór za czasów Napoleona, w związku z czym 

staraniem Ministerstwa Propagandy został nakręcony film o wytrwaniu pod tytułem „Kołobrzeg” 

z Heinrichem George w roli głównej i innymi tuzami Ufy. Ten film pokazywano we wszystkich 

jeszcze   nie   zbombardowanych   kinach   okrojonej   Rzeszy:   bohaterska   walka   z   przeważającym 

wrogiem.

I oto w końcu lutego powtórzyła się historia Kołobrzegu. Wkrótce miasto port i kąpielisko 

zostały otoczone przez jednostki Armii Czerwonej i polską dywizję. Pod ogniem artylerii zaczęło 

się wywożenie drogą morską ludności cywilnej i przepełniających miasto uciekinierów. Znowu 

ogromny   ścisk   na   wszystkich   nabrzeżach.   Matka   jednak   nie   godziła   się,   żeby   jeszcze 

kiedykolwiek wsiąść na statek.

- Choczby mnie kijem pędzili, to bym na taką łajbę ni wszadła - mówiła, ilekroć ktoś 

chciał wiedzieć, jak wydostała się z niemowlęciem z oblężonego i płonącego miasta. - No, jąkasz 

dżura imer są znajdże - brzmiała jej odpowiedź. W każdym razie matka również później, nawet 

na wycieczkach zakładowych nad Jezioro Schwerińskie, nie wsiadła już na statek.

W połowie marca obładowana plecakiem i mną przekradła się pewnie przez rosyjskie 

linie; mogło się jednak też zdarzyć, że rosyjscy wartownicy ulitowali się nad młodą kobietą i jej 

oseskiem i po prostu nas przepuścili. Jeśli tutaj, w momencie ponownej ucieczki, nazywam siebie 

background image

oseskiem, to odpowiada to prawdzie tylko w ograniczonej mierze: w piersiach matki nie było 

pokarmu. Mleko nie chciało popłynąć. Na torpedowcu przyszła z pomocą jedna z położnic z Prus 

Wschodnich; miała więcej, niż potrzeba. Potem była to kobieta, która w drodze straciła swojego 

niemowlaka. A i później - dopóki trwała ucieczka i dłużej - ssałem raz po raz obcą pierś.

W tamtym czasie wszystkie miasta wzdłuż pomorskiego wybrzeża były albo zajęte przez 

wroga, albo zagrożone: Szczecin okrążony, trzymało się jeszcze Świnoujście. Dalej na wschód 

padły   Gdańsk,   Sopot,   Gotenhafen.   Posuwając   się   w   stronę   wybrzeża   jednostki   2.   Armii 

Sowieckiej   odcięły   pod   Puckiem   Półwysep   Helski,   a   bardziej   na   zachód   walczono   już   o 

Kostrzyn. Rzesza Wielkoniemiecka kurczyła się ze wszystkich stron. Koblencja, gdzie Ren łączy 

się z Mozelą, znajdowała się w rękach amerykańskich. Ale w końcu runął most w Remagen. Na 

froncie wschodnim Grupa Armii „Środek” donosiła o dalszym przesunięciu w tył linii frontu na 

Śląsku   i   o   coraz   bardziej   krytycznym   położeniu   Festung   Breslau.   Do   tego   wszystkiego   nie 

ustawały naloty amerykańskiego i brytyjskiego lotnictwa bombowego na duże i średnie miasta. 

Podczas gdy ku uciesze angielskiego marszałka lotnictwa Harrisa dymiły jeszcze ruiny miasta 

Drezna, bomby spadały na Berlin, Ratyzbonę, Bochum, Wuppertal... Wielokrotnie celem były 

tamy sztucznych jezior. I wszędzie, ale prąc ze wschodu na zachód, ciągnęli uciekinierzy i nie 

wiedzieli, gdzie się zatrzymać.

Również matka nie miała określonego celu wydostając się z Kołobrzegu ze mną, swoim 

najważniejszym pakunkiem, który stale popłakiwał, ponieważ brakowało mu matczynego mleka, 

potem   trafiając   między   linie   frontu,   nocami   podjeżdżając   kawałek   do   przodu   pociągiem 

towarowym lub łazikiem Wehrmachtu, często jednak człapiąc na piechotę pośród innych, którzy 

szli przed siebie z coraz mniejszym bagażem, nierzadko przy tym leżąc płasko pod ostrzałem 

maszyn lecących lotem koszącym, chcąc wciąż oddalić się od wybrzeża i - stale w poszukiwaniu 

matek z nadmiarem mleka - przebijając się aż do Schwerina. Opowiadała mi o szlaku swojej 

ucieczki raz tak, raz siak. Właściwie chciała iść dalej, za Łabę, na Zachód, ale utknęliśmy w 

niezniszczonej   stolicy   okręgu   meklemburskiego.   Było   to   pod   koniec   kwietnia,   kiedy   führer 

skończył z sobą.

Później,   będąc   czeladnikiem   stolarskim,   otaczana   przez   mężczyzn,   matka,   pytana   o 

ucieczkowy szlak, mówiła: - Bym całe tomy opowiedżecz wam mogła. Najgorszy to lotnicy beli, 

jak tak niżutko nad nami leczeli i ratatata... Ale żem imer farta miała. Co tu gadacz: złego dżabli 

ni wezmą!

background image

Tym   sposobem   przechodziła   do   swego   właściwego   tematu,   którym   nieodmiennie   był 

tonący   statek.   Wszystko   inne   się   nie   liczyło.   Nawet   ciasnota   w   naszym   kolejnym 

prowizorycznym   lokum   -   znowu   szkoła   -   nie   była   dla   matki   warta   skargi,   zwłaszcza   iż 

tymczasem wiedziała, że ze swoim Paulikiem znalazła schronienie w mieście będącym miejscem 

urodzenia owego człowieka, po którym w czasach na pozór pokojowych nazwano nieszczęsny 

statek. Wszędzie widniało jego nazwisko. Nawet szkoła, w której nas zakwaterowano, nosiła jego 

imię. Kiedy dotarliśmy do Schwerina, gdziekolwiek się spojrzało, on był obecny z nazwiska. Na 

południowym brzegu jeziora rozciągał się jeszcze nie zniszczony ów Gaj Chwały utworzony z 

głazów narzutowych, a w nim wznosił się wielki granit postawiony w trzydziestym siódmym na 

cześć męczennika. Jestem pewien, że matka tylko z tego powodu została w Schwerinie.

Jest rzeczą godną uwagi, że odkąd z opóźnieniem, a przecież jakby aktualnie uczczono 

zatonięcie statku i wszystkich zmarłych wedle takiego czy innego sposobu liczenia porachowano, 

oszacowano, podsumowano, potem zestawiono z liczbą ocalałych,  na koniec porównano z o 

wiele   mniej   licznymi   ofiarami   „Titanica”,   w   owych   dziedzinach   internetu,   które   z 

przyzwyczajenia odwiedzałem, przez jakiś czas panowała martwa cisza. Już myślałem, że jego 

system się załamał, uszło powietrze, mój syn ma dość, wraz z tonącym statkiem podszepty matki 

stały się bezprzedmiotowe. Ale spokój był pozorny. Nagle Konny na nowo otwartej home - page 

przedstawił swoją znaną od dawna ofertę.

Tym  razem  przeważały zdjęcia.  Na skąpanej  w szarości, ale  skomentowanej  tłustymi 

literami odbitce cały świat mógł podziwiać sterczący wysoko granit i pod runicznym znakiem 

zwycięstwa odcyfrować wykute klinowatym pismem nazwisko męczennika. Ponadto w bieżącym 

programie znalazły się jako info podkreślające jego znaczenie uszeregowane daty, osiągnięcia 

organizacyjne  i   opatrzone   wykrzyknikami   wypowiedzi  aż   po  dzień   i  godzinę   morderstwa  w 

Davos, uzdrowisku dla chorych na płuca.

Jakby na rozkaz albo pod jakimś innym przymusem zgłosił się Dawid. Z początku jednak 

tematem był nie pomnikowy kamień, lecz morderca męczennika. Dawid obwieszczał triumfalnie, 

że   w   marcu   czterdziestego   piątego   zaszło   coś   korzystnego   dla   siedzącego   w   więzieniu   już 

przeszło   dziewięć   lat   Dawida   Frankfurtera.   Po   bezskutecznej   próbie   wszczęcia   procesu 

rewizyjnego berneńscy adwokaci Brunschwig i Raas złożyli wniosek o ułaskawienie skierowany 

do Dużej Rady kantonu Gryzonia. Adwersarz mojego syna musiał przyznać, że do prośby o 

darowanie w drodze łaski reszty wymierzonej kary osiemnastu lat więzienia przychylono  się 

background image

dopiero 1 czerwca 1945, zatem po zakończeniu wojny. Trzeba było zaczekać, aż potężny sąsiad 

Szwajcarii   powali   się   jakby   bez   życia.   Ponieważ   Dawida   Frankfurtera   po   wypuszczeniu   z 

więzienia Sennhof wydalono z kraju, postanowił on od razu, rozstawszy się z krosnami tkackimi, 

wyjechać do Palestyny, z nadzieją na przyszły Izrael.

Spór wokół tego tematu przebiegał między obu zawziętymi polemistami on - line raczej 

umiarkowanie. Konny oświadczał wielkodusznie: „Izrael jest okej. Właśnie tam było miejsce dla 

żydowskiego mordercy. Mógł się tam przydać, w kibucu czy gdzieś indziej”. W ogóle on nie ma 

nic   przeciwko   Izraelowi.   Nawet   podziwia   jego   bitną   armię.   I   całkowicie   zgadza   się   ze 

zdecydowaniem Izraelczyków w okazywaniu bezwzględności. Nie mają przecież innego wyboru. 

Palestyńczykom i podobnym muzułmanom nie wolno ustąpić ani na palec. Jasne, gdyby wszyscy 

Żydzi, jak wtedy żydowski morderca Frankfurter, spłynęli do Ziemi Obiecanej, uznałby, że to w 

porządku, „wtedy reszta świata będzie nareszcie odżydzona!”

Dawid   zniósł   to   horrendum;   w   zasadzie   przyznał   nawet   mojemu   synowi   rację. 

Najwidoczniej   się   martwił:   Co   się   tyczy   bezpieczeństwa   zamieszkałych   w   Niemczech 

żydowskich   współobywateli,   do   których   on   się   zalicza,   należy   obawiać   się   najgorszego, 

antysemityzm   przybiera   na   sile.   Znów   trzeba   się   zastanowić   nad   wyjazdem.   „Ja   też   chyba 

niedługo   spakuję   walizkę...”   Na   co   Konny   życzył   „szczęśliwej   podróży”,   potem   jednak   dał 

pośrednio do zrozumienia, że sprawiłoby mu przyjemność, gdyby nadarzyła się okazja spotkania 

- nie tylko on - line - z jego wrogoprzyjacielem Dawidem przed tegoż wyjazdem: „Powinniśmy 

się poznać, troszeczkę obwąchać, możliwie niezadługo...”

Zaproponował   nawet   miejsce   ewentualnego   spotkania,   pozostawiając   jednak   otwartą 

kwestię   daty.   Wypadałoby   się   zobaczyć   tam,   gdzie   kiedyś   w   Gaju   Chwały   górując   nad 

wszystkim   stał   granit   i   gdzie   dzisiaj   na   dobrą   sprawę   nic   nie   przypomina   o   męczenniku, 

ponieważ profanatorzy grobów usunęli kamień i Halę Chwały, dokładnie tam, gdzie w niezbyt 

dalekiej   przyszłości   trzeba   będzie   ponownie   postawić   pomnik,   w   miejscu   brzemiennym   w 

historię.

Natychmiast spór rozgorzał na nowo. Dawid był co prawda za spotkaniem gdziekolwiek, 

ale   nie   w   tym   przeklętym   miejscu.   Absolutnie   wypowiadam   się   przeciwko   twojemu 

rewizjonistycznemu relatywizowaniu historii...” Mój syn walił w ten sam bęben: „Kto zapomina 

o historii swego narodu, ten nie jest go wart!” Dawid się z tym zgodził. Potem już tylko wygłupy. 

Opowiadali sobie nawet dowcipy. Jeden - „Jaka jest różnica między E - mailem a Emilem?” - 

background image

pozostał niestety bez pointy. Za wcześnie się wyłączyłem.

Byłem   tam   niejednokrotnie.   Ostatnio   przed   paru   tygodniami,   jak   gdybym   to   ja   był 

sprawcą, jak gdybym musiał wciąż powracać na miejsce przestępstwa, jak gdyby ojciec szedł 

śladem syna.

Z Mölln, gdzie ani Gabi, ani ja nie znajdowaliśmy słów, do Ratzeburga. Stamtąd przez 

Mustin, wioskę, za którą dawniej wraz z pasem śmierci przebiegała granica i zagradzała drogę, w 

kierunku wschodnim. Wciąż jeszcze stare obsadzenie szosy kasztanami jest na dobrych trzystu 

metrach przerwane: po obu stronach ani śladu drzew. Można się domyślać, w jak urozmaicony 

sposób państwo robotników i chłopów starało się ochraniać swój naród.

Skoro miałem już za sobą pozostawione karczowisko, znów po obu stronach obrosłej 

drzewami szosy ciągnęły się aż po horyzont rozległe pola uprawne Meklemburgii. Nieznaczne 

pofałdowanie,   mało   lasów.   Przed   Gadebusch   wjechałem   na   nowo   wybudowaną   obwodnicę. 

Mijałem   składy   materiałów   budowlanych,   centra   handlowe,   płaskie   budynki   sprzedawców 

samochodów,   którzy   smętnie   zwisającymi   flagami   próbowali   ożywić   koniunkturę.   Dziki 

Wschód!   Dopiero   na   krótko   przed   Schwerinern,   szosę   obramowywały   tym   razem   karłowate 

drzewa, okolica zrobiła się pagórkowata. Jechałem między znaczniejszymi  połaciami  lasów i 

słuchałem Trzeciego Programu: Klasyka na życzenie.

Skręciłem potem w prawo na 106 w kierunku Ludwigslust, zbliżałem się do wzniesionego 

w   kilku   koloniach   osiedla   z   wielkiej   płyty   Grosser   Dreesch   -   zamieszkiwało   je   kiedyś 

pięćdziesiąt tysięcy obywateli NRD - i zaparkowałem moją mazdę na kolonii trzeciej, tuż obok 

pomnika Lenina w zatoczce zamykającej Gagarinstrasse. Pogoda się utrzymywała. Deszcz nie 

padał. Bloki mieszkalne stały w szeregu, z czasem wyremontowane i upiększone pastelowymi 

tynkami.

Odwiedzając matkę za każdym razem jestem zaskoczony, że ten olbrzymi monument z 

brązu, dzieło estońskiego rzeźbiarza, wciąż jeszcze stoi. Wprawdzie Lenin spogląda w stronę 

Zachodu, lecz nie ma możliwości wykonać gestu, który by wskazywał cel. Z obiema rękami w 

kieszeniach płaszcza, jak spacerowicz, który pozwala sobie na chwilę przerwy, stoi na płycie 

niskiego   cokołu,   którego   dolny   stopień   obłożony   granitem   ma   lewy   narożnik   również 

obramowany brązem. Wpuszczona w odlew inskrypcja przypomina dużymi literami rewolucyjną 

decyzję: „DEKRET O ZIEMI”. Tylko z przodu płaszcz Lenina nosi ślady farby wykonanego 

sprayem nic nie mówiącego napisu. Trochę gołębich odchodów na ramionach. Jego wygniecione 

background image

spodnie pozostały czyste.

Nie   zabawiłem   długo   przy   Gagarinstrasse.   Matka   mieszka   na   dziesiątym   piętrze   z 

balkonem i widokiem na pobliską wieżę telewizyjną. Nie ominęła mnie jej zawsze za mocna 

kawa. Po odnowieniu mieszkań z wielkiej płyty wzrosły czynsze, do wytrzymania, jak uważa 

matka. O tym, tylko o tym rozmawialiśmy. Ponadto niewiele zostało do powiedzenia. Nie była 

też ciekawa, co mnie, prócz krótkich odwiedzin u niej, sprowadziło do miasta wielu jezior: - Z 

pewnoszczą ni urodziny fyrera. - Data mojego przyjazdu pozwalała domyślać się celu, już w 

drzwiach - odmówiwszy sobie rzucenia okiem na pokój Konny'ego - usłyszałem przecież jej 

komentarz: - Czego tam chczesz? Nic ju z tego ni przyjdże.

Pojechałem Hamburger - Allee, przedtem Lenin - Allee, w kierunku zoo, potem przez Am 

Hexenberg   i   znalazłszy   z   lunatyczną   pewnością   właściwe   miejsce   zaparkowałem   wóz   koło 

młodzieżowego   schroniska.   Na   tyłach   szaro   otynkowanego   budynku   z   wczesnych   lat 

pięćdziesiątych roślinność porastająca południowy brzeg Jeziora Schwerinskiego opada stromo. 

W   dole   widać   ciągnącą   się   tuż   nad   wodą   Franzosenweg,   z   której   chętnie   korzystają   piesi   i 

rowerzyści.

Z czasem zrobił się pogodny dzień. Właściwie to nie kwietniowa aura. Słońce, jeśli tylko 

przedarło się przez chmury, przygrzewało. W pewnej odległości od frontowej strony schroniska 

leżały wciąż nieporuszenie, jak gdyby nic tu się nie stało, omszałe bloki granitu jako pozostałości 

zbyt niedbale uprzątniętego przed dziesiątkami lat Gaju Chwały. Pomiędzy posadzonymi wtedy 

drzewami   cienkopienne   dziczki.   Wyraźnie,   ponieważ   bardzo   skąpo   zasypany,   odcinał   się 

czworoboczny fundament Hali Chwały, której konturów można było tym samym się domyślać, 

aczkolwiek   frontalnie   usytuowane   schronisko   stało   na   przeszkodzie   jakimkolwiek 

wyobrażeniom.   Na   lewo   od   wejścia,   nad   którym   widniało   wypisane   wypukłymi   literami 

nazwisko patrona schroniska, Kurta Bürgera, rozstawiony stół ping - pongowy czekał na grę. W 

drzwiach wisiała lekko przekrzywiona tabliczka: „Od 9 do 16 zamknięte”. Długo jeszcze stałem 

pomiędzy omszałymi  granitowymi  bryłami, z których jedna zachowała nawet resztki pisma i 

wykuty znak runiczny. Znalezisko, z którego wieku?

Kiedy oboje z matką znaleźliśmy schronienie w Schwerinie, wszystko tu jeszcze stało: 

głaz narzutowy obok głazu, nazistowska budowla Hali Chwały i wielki granit z nazwiskiem 

męczennika. Matka widziała to miejsce pamięci już zaniedbane, ale wciąż jeszcze pod opieką 

wykruszającej   się   Partii.   Opowiadała   mi,   że   w   poszukiwaniu   drewna   doszła   aż   do   niskich 

background image

wówczas dębów i buków: - No, tam, gdże władze nas szkierowały, w piecu czym palicz ni beło... 

- Razem z nią szukało opału wiele kobiet i dzieci.

Zanim   jeszcze   3   maja   do   Schwerina   najpierw   z   przyczółka   na   Łabie   na   południowy 

wschód od Boizenburga dotarli czołgami Amerykanie, a potem przyszli Anglicy - „Prawdziwe 

Szkoty to beły” - w Schelfstadt, które pod koniec wojny musiało się już nieźle walić, ze szkolnej 

sutereny przenieśli nas na Lehmstrasse. Z nakazem zostaliśmy skierowani do ceglanego budynku 

z dachem krytym smołowaną papą, który naturalnie stał w głębi podwórza. Rudera stoi do dziś. 

Mieliśmy dwa pokoiki z kuchnią, ubikacja na podwórku. Wstawili nam nawet piecyk żelazny. 

Rura wychodziła przez okno w kuchni. I żeby było czym napalić w piecyku - matka gotowała na 

płycie pokrywy - musiała chodzić daleko w poszukiwaniu drzewa na opał.

Tak doszła do Gaju Chwały. Również gdy w czerwcu wycofali się Anglicy, a przyszła 

Armia Czerwona i została na dłuższy czas, głazy narzutowe z wyrytymi na nich nazwiskami i 

runami stały jeszcze długo; Rosjan to nie obchodziło.

Od spotkania w Poczdamie tak to zostało między zwycięzcami uzgodnione: ugrzęźliśmy 

w   sowieckiej   strefie   okupacyjnej,   matka   nawet   z   własnej   woli,   odkąd   na   największym   z 

pozostałych kamieni, zwróconym w stronę brzegu jeziora, odkryła nazwisko, które nie było jej 

nieznane: - Kamień są zwał jako kiedysz nasz „Gusztlof” nazwany beł...

Kiedy za ostatnią bytnością w Schwerinie stojąc między omszałymi bryłami granitu przed 

rozłupanym   głazem   narzutowym  zdołałem  z  wyrytego   klinowatym   pismem  napisu  odgadnąć 

resztę nazwiska Wilhelma Dahla - z imienia wskutek rozłupania pozostała tylko sylaba „hełm” - 

uległem pokusie, żeby wyobrazić sobie matkę w poszukiwaniu drewna, jak też ona, obładowana 

wiązką gałęzi i chrustu, mogła zobaczyć jeszcze nie tknięty Gaj Chwały i otwartą Halę Chwały. 

Na niespełna tuzinie uszeregowanych głazów odcyfrowała pewnie nazwiska nie znanych sobie, 

ale widać zasłużonych towarzyszy partyjnych - pośród nich kreisleitera Wismaru Dahla. Widzę, 

jak z podziwem, drobnej postury, w dodatku wychudzona stoi przed czterometrowej wysokości 

granitem,   nie  mogę   jednak  odgadnąć   jej  myśli,  które   mogły  się   pomieszać,   gdy  przeczytała 

inskrypcję na kamieniu męczennika. Lecz matka, jak ją znam, nie miała chyba żadnych obaw 

przed wejściem do Hali Chwały pośrodku Gaju.

Była ona wzniesiona z granitowych bloków na płaskiej ziemi. Na gładko wyszlifowanych 

powierzchniach owych kolumn, które podpierały halę po odkrytych bokach, współczesny artysta 

wykuł kontury nadnaturalnej wielkości SA - manów z chorągwiami. Poza tym we wnętrzu Hali, 

background image

która nie była przykryta dachem, znajdowało się dziesięć tablic z brązu z nazwiskami zmarłych. I 

podobno ośmiokrotnie po dacie śmierci jako jej przyczyna figurowało słowo „zamordowany”. 

Posadzka Hali była zanieczyszczona. Wiem to od matki. - Psy tam napaszkudżiły...

Granit ku czci Wilhelma Gustloffa stał jednak poza uszeregowanymi głazami, w miejscu 

dla patrzących z odkrytej Hali Chwały szczególnie eksponowanym. Miało się stamtąd rozległy 

widok na jezioro. Matka patrzyła pewnie w innym kierunku. A mnie przy szukaniu drewna nigdy 

nie było. W czasie zbierania czegoś na opał mnie przy Lehmstrasse przypuszczalnie karmiła 

piersią kobieta z sąsiedztwa; nazywała się pani Kurbjuhn. Matka przecież prawie nie miała piersi, 

później też nie, tylko dwie spiczaste torebeczki.

Tak to jest z pomnikami. Niektóre wznosi się za wcześnie i potem usuwa, skoro minie 

okres   swoistego   bohaterstwa.   Inne,   jak   pomnik   Lenina   na   osiedlu   Grosser   Dreesch,   róg 

Hamburger Allee i Plater Strasse, stoją nadal. A pomnik dowódcy okrętu podwodnego „S 13” 

dopiero   przed   niespełna   dziesięcioleciem,   8   maja   1990,   a   więc   w   czterdzieści   pięć   lat   po 

zakończeniu wojny i w dwadzieścia siedem lat po śmierci Marinesko, stanął w Leningradzie, 

dzisiejszym   Sankt   Petersburgu:   na   trójkątnym   granitowym   słupie   nadnaturalnej   wielkości 

gołogłowe popiersie z brązu przedstawiające człowieka uhonorowanego poniewczasie tytułem 

„Bohatera Związku Sowieckiego”.

Byli oficerowie marynarki, tymczasem już na emeryturze, zakładali w Odessie, Moskwie 

i gdzie indziej komitety i uparcie walczyli o sławę zmarłego w sześćdziesiątym trzecim kapitana. 

W   Königsbergu,   jak   do   zakończenia   wojny   nazywał   się   Kaliningrad,   nazwano   nawet   jego 

imieniem wybrzeże Pregoły za Muzeum Okręgowym. Tak ten bulwar nazywa się po dziś dzień, 

podczas   gdy   schwerińska   Schlossgartenallee,   która   od   trzydziestego   siódmego   nazywała   się 

Wilhelm - Gustloff - Allee, znów pod starą nazwą biegnie opodal niegdysiejszego Gaju Chwały; 

podobnie jak od czasu przełomu Lenin - Allee jako Hamburger Allee koło niezłomnie stojącego 

nadal pomnika przecina osiedle z wielkiej płyty Grosser Dreesch. Bądź co bądź adres matki, 

który sławi imię kosmonauty Gagarina, pozostał sobie wierny.

Zwraca uwagę pewna luka. Po studencie medycyny Dawidzie Frankfurterze niczego nie 

nazwano. Żadna ulica, żadna szkoła nie nosi jego imienia.  Nigdzie nie postawiono pomnika 

mordercy Wilhelma  Gustloffa. Żadna  Website  nie zabiegała  o wystawienie  rzeźby Dawida i 

Goliata, być może na miejscu zbrodni, w Davos. I gdyby wrogoprzyjaciel mojego syna wysunął 

w sieci  tego rodzaju żądanie,  na pewno na stronach nienawiści  zapowiedziano  by usunięcie 

background image

pomnika przez ostrzyżoną na łyso bojówkę.

Zawsze tak bywało. Nic nie trwa wiecznie. Chociaż zaraz po zamordowaniu Gustloffa 

kierownictwo NSDAP w Schwerinie i nadburmistrz miasta nie szczędzili starań, żeby stworzyć 

Gaj Chwały po wieczne czasy. Już w grudniu trzydziestego szóstego, gdy w szwajcarskim Chur 

proces Frankfurtera zakończył się ogłoszeniem wyroku, na polach Meklemburgii szukano głazów 

narzutowych, ażeby można było wznieść z nich mur jako ogrodzenie Gaju Chwały. W instrukcji 

czytamy:  „Do tego celu potrzebne  będą wszelkie  kamienie  naturalne  każdej  wielkości, jakie 

znajdzie   się   przy   budowach   i   na   schwerińskich   polach...”   A   z   pisma   gauleitera   do   spraw 

szkolenia   Rohdego   wynika,   że   stolica   landu   czuła   się   w   obowiązku   wesprzeć   finansowo 

kierownictwo   okręgowe   Partii,   mianowicie   „subwencją   na   pokrycie   kosztów   w   wysokości 

okrągło 10 000 reichsmarek”.

Kiedy 10 września 1949 likwidacja Gaju Chwały oraz przeniesienie zwłok i urn zostały w 

zasadzie   zakończone,   koszty   były   niższe,   bo   pod   zdenazyfikowanym   nagłówkiem   listu 

nadburmistrza można przeczytać: „O poniesionych wydatkach w kwocie 6096,75 marek celem 

dokonania zwrotu powiadamia się rząd landu...”

Wszelako dowiadujemy się również, że „popiołów Wilhelma Gustloffa” nie można było 

przewieźć na cmentarz miejski: „Urna G. wedle zeznań kamieniarza Kröpelina znajduje się w 

fundamencie pomnikowego kamienia. Wyjęcie urny jest w chwili obecnej niemożliwe...”

Doszło do tego dopiero w początku lat pięćdziesiątych, na krótko przed wybudowaniem 

młodzieżowego   schroniska   i   nadaniem   mu   imienia   niedawno   zmarłego   antyfaszysty   Kurta 

Bürgera. W tym czasie bohater wojny podwodnej Marinesko od trzech lat przebywał na Syberii.

Zaraz  po   zawinięciu   „S   13”   do   fińskiego   portu   Turku   od   pierwszego   zejścia   na   ląd 

zaczęły się kłopoty człowieka, który oczekiwał hołdów. Choć teczka z materiałami NKWD, jego 

do tej pory nie rozpatrywane przez sąd przewinienia nadal stanowiły zagrożenie, nie przestawał 

na   trzeźwo   lub   wyzbyty   zahamowań   po   wódce   domagać   się   uznania   swych   bohaterskich 

wyczynów. Co prawda „S 13” został wyróżniony mianem „okrętu Czerwonego Sztandaru”, co 

prawda   wszyscy   członkowie   załogi   okrętu   mogli   sobie   przypinać   do   piersi   Order   Wojny 

Narodowej, otrzymali też inne odznaczenie, ów Order Czerwonego Sztandaru, którego motywem 

są   gwiazda,   młot   i   sierp,   ale   Aleksandra   Marinesko   nie   obwołano   „Bohaterem   Związku 

Sowieckiego”. Co gorsza, w urzędowych raportach Floty Bałtyckiej w dalszym ciągu brakowało 

jakiejkolwiek   wzmianki   o   zatopieniu   dwudziestopięciotysięcznika   „Wilhelm   Gustloff”,   ani 

background image

słowem nie potwierdzono też szybkiego pójścia na dno statku „General Steuben”.

Wyglądało   to   tak,   jak   gdyby   z   dziobowej   i   rufowej   wyrzutni   okrętu   podwodnego 

wystrzelono  torpedy - widma,  które odszukały i trafiły nie istniejące cele.  Dobre dwanaście 

tysięcy zabitych, jakich miał bądź co bądź na swoim koncie, nie liczyło  się. Czy najwyższe 

dowództwo   marynarki   wstydziło   się   z   powodu   trudnej   do   ścisłego   oszacowania   liczby 

utopionych   dzieci,   kobiet   i   ciężko   rannych?   A   może   sukcesy   Marinesko   rozpłynęły   się   w 

zwycięskim  upojeniu  ostatnich  miesięcy   wojny,   kiedy  to   produkowano   bohaterskie   czyny  w 

nadmiarze?   Trudno   było   nie   usłyszeć   jego   hałaśliwego   upominania   się.   Nic   nie   mogło   go 

powstrzymać przed trąbieniem o swoich sukcesach przy każdej nadarzającej się okazji. Zrobił się 

uciążliwy.

Gdy we wrześniu czterdziestego piątego odebrano mu dowództwo okrętu podwodnego, 

wkrótce   potem   zdegradowano   go   do   porucznika,   a   w   październiku   zwolniono   z   sowieckiej 

marynarki, uzasadnienie trójstopniowej dymisji brzmiało: „... z powodu obojętnego i niedbałego 

nastawienia do służby”.

Po odrzuceniu podania o przyjęcie do marynarki handlowej - pretekstem była rzekoma 

krótkowzroczność   jednego   oka   -   Marinesko   znalazł   pracę   jako   zarządca   magazynu,   który 

zawiadywał   przydziałami   materiałów   budowlanych.   Po   niedługim   czasie   mając   zbyt   mało 

dowodów   uznał   za   stosowne   oskarżyć   dyrektora   przedsiębiorstwa   o   przyjmowanie   łapówek, 

przekupywanie działaczy partyjnych, sprzedawanie materiałów na lewo; w związku z tym na 

niego   rzucono  podejrzenie,  że   zbyt  wspaniałomyślnie   rozdzielając  z  lekka  tylko   uszkodzone 

elementy budowlane naruszył prawo. Sąd specjalny skazał Marinesko na trzy lata obozu pracy.

Zesłano   go   na   Kołymę   nad   Morzem   Wschodniosyberyjskim,   w   miejsce   należące   do 

„Archipelagu Gułag”, którego dzień powszedni został opisany. Dopiero w dwa lata po śmierci 

Stalina miał, ujmując rzecz przestrzennie, Syberię za sobą. Wrócił chory. Ale dopiero w początku 

lat sześćdziesiątych wynędzniały bohater wojny podwodnej został zrehabilitowany. Przywrócono 

mu stopień kapitana trzeciej rangi, obecnie już w stanie spoczynku i z prawem do emerytury.

Muszę się teraz powtórzyć sięgając wstecz. Dlatego przypominam tutaj tę scenę: Kiedy 

na Wschodzie i na Zachodzie obwieszczono o śmierci Stalina, widziałem, jak matka płakała. 

Nawet zapaliła świece. Stałem, ośmioletni, przy kuchennym stole, nie musiałem iść do szkoły, 

miałem za sobą odrę albo coś równie swędzącego, obierałem z łupin gotowane ziemniaki, które 

miały trafić na stół z margaryną i twarogiem, i widziałem, jak matka za płonącymi świecami 

background image

opłakiwała   śmierć   Stalina.   Ziemniaków,   świec   i   łez   było   wtedy   skąpo.   W   czasie   mego 

dzieciństwa   przy   Lehmstrasse   i   dopóki   byłem   licealistą   w   Schwerinie,   nigdy   więcej   nie 

widziałem  jej płaczącej.  Kiedy matka  się wypłakała,  miała  swoje nieobecne  spojrzenie spod 

znaku nie - ma - mnie - w - domu, znane również z lat dziecinnych ciotce Jenny. Na podwórzu 

stolarni przy wrzeszczańskiej ulicy Elzy mówiono na to: „Tulla znów wywraca puste gały”.

Po tym, jak już opłakała śmierć wielkiego towarzysza Stalina, a następnie przez dłuższy 

czas   miała   niewidzące   spojrzenie,   były,   wcześniej   przygotowane,   ziemniaki   w   mundurach   z 

twarogiem i kapką margaryny.

W tym  czasie matka  zdała egzamin  na mistrza  i wkrótce w schwerińskich zakładach 

meblowych kierowała brygadą stolarską, która według planu produkowała meble sypialniane i 

zgodnie z wytycznymi  w duchu przyjaźni między narodami zaopatrywała Związek Sowiecki. 

Jakkolwiek   wieloraki   mógł   być   jej   wizerunek   z   owego   czasu,   ściśle   biorąc   matka   do   dziś 

pozostała   stalinówką,   nawet   jeśli,   sprowokowana   przeze   mnie   w   wymianie   zdań,   stara   się 

pomniejszyć   swojego   bohatera,   przedstawić   go   w   jaśniejszych   barwach:   -   On   też   telko 

człowiekiem beł...

I w tym czasie, kiedy Marinesko stawiał czoło klimatowi Syberii i warunkom bytowania 

w   sowieckich   obozach   karnych,   matka   dochowywała   wierności   Stalinowi,   a   ja   w   szeregach 

Młodych   Pionierów   byłem   dumny   ze   swojej   chusty   na   szyję,   Dawid   Frankfurter,   który   w 

więzieniu  wyleczył  się z uznanej za chroniczną choroby kości, okazywał  się przydatny jako 

urzędnik w Ministerstwie Obrony Izraela. Z czasem się ożenił. Później przyszło dwoje dzieci.

I jeszcze coś zdarzyło się w tych latach: Hedwig Gustloff, wdowa po zamordowanym 

Wilhelmie,   opuściła   Schwerin.   Mieszkała   odtąd   po   zachodniej   stronie   wewnątrzniemieckiej 

granicy, w Lubece. Dom z klinkierowej cegły przy Sebastian - Bach - Strasse pod 14, który 

małżonkowie   wybudowali   sobie   na   krótko   przed   morderstwem,   niedługo   po   wojnie   został 

wywłaszczony. Widziałem ten solidny budynek, typowy dom jednorodzinny, w internecie. Na 

swej Website mój syn zdrowo przesadził wysuwając żądanie, żeby w niesłusznie wywłaszczonej 

budowli urządzić „Muzeum Gustloffa” i udostępnić je zainteresowanej publiczności. Potrzeba 

rzetelnie przedstawionej  infermacji wykracza daleko poza Schwerin. Jeśli o niego chodzi, to 

tablica   z   brązu   w   lewo   od   okna   balkonowego   wykuszu   może   nadal   oznajmiać,   że   od 

czterdziestego   piątego   do   pięćdziesiątego   pierwszego   w   wywłaszczonym   domu   mieszkał 

pierwszy premier Meklemburgii, niejaki Wilhelm Höcker. Nie razi go też następująca końcówka 

background image

napisu   na   tablicy   „...po   rozgromieniu   hitlerowskiego   faszyzmu”.   To   jest   po   prostu   fakt,   jak 

faktem pozostaje zamordowanie męczennika.

Mój syn potrafił zręcznie rozmieszczać duże i małe zdjęcia, tabele i dokumenty. Toteż na 

jego Website można było obejrzeć nie tylko przód, ale i tył potężnego granitu wzniesionego na 

południowym   brzegu   Jeziora   Schwerińskiego.   Zadał   sobie   trud   i   obok   sfotografowanego 

ogólnego widoku kamienia pokazał powiększenie zazwyczaj trudnej do odczytania inskrypcji 

wyrytej   na   tylnej   stronie.   Jedna   nad   drugą   trzy   linijki:   „Żył   dla   Ruchu   -   Skrytobójczo 

zamordowany przez Żyda - Umarł dla Niemiec”. Jako że środkowa linijka nie tylko pomijała 

nazwisko sprawcy, lecz ostentacyjnie uznawała wszystkich Żydów za skrytobójców, można było 

przyjąć - i tak też to później zostało zinterpretowane - że Konny uwolnił się od jednostronnej 

manii   skupionej   na   historycznym   Dawidzie   Frankfurterze   i   chciał   zademonstrować   swoją 

nienawiść do „Żyda samego w sobie”.

Ale   to   wytłumaczenie,   a   także   dalsze   poszukiwanie   motywu   nie   rozjaśnia   tego,   co 

zdarzyło   się   po   południu   20   kwietnia   1997.   Przed   zamkniętym   o   tej   porze   i   na   oko   jakby 

wymarłym schroniskiem młodzieżowym rozegrało się coś, co nie było przewidziane, a przecież 

na   mchem   porosłym   fundamencie   dawnej   Hali   Chwały   znalazło   niejako   wyćwiczone 

zakończenie.

Co   skłoniło   wirtualnego   Dawida,   żeby   z   daleka,   z   Karlsruhe,   gdzie   osiemnastoletni 

gimnazjalista   jako   najstarszy   z   trzech   synów   mieszkał   z   rodzicami,   realnie   przyjąć   mgliste 

zaproszenie i pojechać pociągiem do Schwerina? I co skusiło Konny'ego, żeby powstałą przez 

internet, w gruncie rzeczy fikcyjną przyjaźniowrogość przenieść przez autentyczne spotkanie na 

płaszczyznę rzeczywistości? Zaproszenie do przyjazdu tak się przyczaiło w powszedniej sieczce 

słownej ich komunikowania się, że mogło być zrozumiałe tylko dla polemisty występującego pod 

imieniem Dawid.

Skoro schronisko młodzieżowe jako miejsce spotkania odpadło, przystali na kompromis. 

Mieli się zobaczyć tam, gdzie urodził się męczennik. Pytanie za ileś tam punktów, jako że na 

Website mojego syna nie podano ani miasta, ani ulicy, ani numeru domu. Jednakże samo hasło 

wystarczyło znawcy tematu; a Dawid jak Konny, który on - line nazywał się Wilhelmem, był 

obeznany  ze   wszystkimi,  nawet   z  najbardziej   niedorzecznymi  szczegółami  przeklętej  historii 

Gustloffa. Jak się miało okazać, wiedział nawet, że gimnazjum, w którym  Wilhelm Gustloff 

uczył  się do małej matury i któremu po morderstwie, już jako liceum, nadano jego imię, od 

background image

czasów NRD nosi nazwę szkoły Pokoju. Mój syn nie tylko czuł respekt dla rozległej wiedzy 

swego adwersarza, podziwiał też jego „kręćka na punkcie dokładności”.

Spotkali się zatem przy przepięknej wiosennej pogodzie na Martinstrasse pod domem 

numer 2, róg Wismarsche Strasse. Dawid bez szemrania zaakceptował szczególną datę. Do ich 

spotkania   doszło   przed   świeżo   otynkowaną   fasadą,   która   miała   sprawić,   że   czasy   tak   długo 

trwającego upadku pójdą w zapomnienie. Podobno przywitali się podając sobie ręce, i to Dawid 

pierwszy wyciągnął swoją przedstawiając się wybujałemu wysoko Konradowi Pokriefke jako 

Dawid Stremplin.

Potem, na propozycję Konny'ego, w programie była przechadzka po mieście. W trakcie 

zwiedzania Schelfstadt jako jedna z osobliwości została gościowi pokazana nawet owa stojąca 

wciąż   jeszcze   rudera   z   wypalanej   cegły   i   z   dachem   krytym   smołowaną   papą   na   jednym   z 

podwórek Lehmstrasse, gdzie w powojennych latach gnieździliśmy się z matką, podobnie jak w 

dalszym   ciągu   rozwalone   i   już   odremontowane   domy   z   muru   pruskiego   tej   malowniczej 

dzielnicy.  Konny prowadził Dawida we wszystkie miejsca i kryjówki moich młodych lat tak 

zdecydowanie, jakby to były jego własne.

Po kościele Świętego Mikołaja, obejrzanym w środku i z zewnątrz, przyszła naturalnie 

kolej   na zamek  na  Zamkowej  Wyspie.  Wszystko  odbywało   się  bez  pośpiechu.   Mój  syn  nie 

ponaglał.   Zaproponował   nawet   pójście   do   sąsiedniego   muzeum,   ale   jego   gość   nie   okazał 

zainteresowania, zaczął się niecierpliwić, chciał wreszcie zobaczyć teren koło młodzieżowego 

schroniska.

Przechadzając się po mieście zrobili sobie jednak przerwę. We włoskiej lodziarni każdy 

wtrząchnął   sporą   porcję   gelati.   Konny   wystąpił   w   roli   fundatora.   A   Dawid   Stremplin   miał 

przyjaźnie, lecz z ironicznym dystansem opowiadać o swoich rodzicach, fizyku atomowym  i 

nauczycielce muzyki. Mógłbym się założyć,  że mój syn ani słowem nie wspomniał o ojcu i 

matce; na pewno jednak ważna była  dla niego potraktowana aluzyjnie historia ocalenia jego 

babki.

Potem nierówni wzrostem wrogoprzyjaciele - raczej tęgawy Dawid był o głowę niższy - 

przez ogród zamkowy, mijając szlifiernię, podążając Schlossgartenallee, z której otynkowane na 

lśniącą   biel   wille   uczyniły   drogi   adres,   potem   przez   Waldschulweg   zbliżyli   się   wreszcie   do 

feralnego miejsca, które rozciągało się płasko pod drzewami. Początkowo nie było między nimi 

napięcia. Dawid Stremplin pochwalił widok na jezioro. Gdyby na stole ping - pongowym przed 

background image

schroniskiem   leżały   rakietki   i  piłeczka,   być   może   doszłoby  do   meczu;   Konny  i   Dawid   byli 

zapalonymi tenisistami stołowymi i chyba nie przepuściliby nadarzającej się okazji. Możliwe, że 

szybka partyjka nad siatką podziałałaby odprężająco i nadałaby popołudniu inny przebieg.

Potem stanęli na niejako historycznym gruncie. Ale nawet obrosłe mchem bryły granitu i 

kawał głazu narzutowego z wykutym znakiem runicznym i resztką nazwiska nie dały powodu do 

kłótni. Obaj nawet śmieli się na dwa głosy z wiewiórki przeskakującej z buka na buk. Dopiero 

gdy znaleźli się na fundamentach dawnej Hali Chwały i gdy mój syn wyjaśnił swemu gościowi, 

gdzie dokładnie stał pomnikowy kamień, mianowicie za nie istniejącym wówczas schroniskiem 

młodzieżowym, potem dopiero, gdy zasugerował perspektywę na granit, następnie wyrecytował 

nazwisko męczennika na frontowej stronie kamienia, a potem słowo w słowo trzy linijki wykute 

na tylnej stronie, Dawid Stremplin podobno powiedział: - Jako Żydowi nic innego nie przychodzi 

mi do głowy - i trzykrotnie splunął na omszały fundament, a zatem „zbezcześcił”, jak zeznał 

później mój syn, miejsce pamięci.

Zaraz potem padły strzały. Mimo słonecznego dnia Konny miał na sobie skafander. Z 

jednej  z  obszernych  kieszeni,  prawej, wyciągnął  broń i czterokrotnie  strzelił.  Był  to pistolet 

produkcji rosyjskiej. Pierwszy strzał trafił w brzuch, następne w głowę, szyję i głowę. Dawid 

Stremplin bez słowa upadł na wznak. Później mój syn przywiązywał wagę do tego, że trafił tyle 

razy co kiedyś w Davos Żyd Frankfurter, choć nie z rewolweru. I jak tamten z najbliższej budki 

telefonicznej doniósł na samego siebie wykręciwszy numer 110. Nie wracając na miejsce zbrodni 

ruszył na najbliższy posterunek, gdzie oddał się w ręce policji mówiąc: - Strzelałem, ponieważ 

jestem Niemcem.

Po drodze minęły go jadące z naprzeciwka radiowóz i ambulans, obydwa na sygnale. Ale 

dla Dawida Stremplina pomoc przyszła za późno.

background image

8

On, który utrzymuje, iż mnie zna, twierdzi, że ja nie znam krwi z krwi mojej i ciała z ciała 

mego. Możliwe, że nie miałem przystępu do jego najtajniejszych izb tortur. A może nie byłem 

dość sprytny, żeby rozszyfrować tajemnice mojego syna? Dopiero w trakcie procesu zbliżyłem 

się do Konny'ego, co prawda nie na wyciągnięcie ręki, ale na odległość głosu, nie zdobyłem się 

jednak na to, żeby z miejsca dla świadków zawołać coś w rodzaju: „Twój ojciec jest przy tobie!” 

albo: „Nie wygłaszaj odczytów, synu, streszczaj się!”

Pewnie dlatego ktoś obstaje przy nazywaniu mnie „spóźnionym ojcem”. Wszystko, co 

robię uciekając rakiem od siebie, co dość blisko prawdy wyznaję albo wyjawiam jakby pod 

presją, dzieje się w jego ocenie „z opóźnieniem bądź z nieczystego sumienia”.

A teraz, gdy moje wysiłki zostały opatrzone etykietą „Za późno!”, on sprawdza stertę 

mojej   dokumentacji,   ten   stos   karteluszków,   chce   wiedzieć,   co   się   stało   z   lisem   matki.   To 

czekające mnie jeszcze uzupełnienie dla niego, szefa, wydaje się szczególnie ważne: Mam się 

więcej nie ociągać z moją szczegółową wiedzą i opowiedzieć po kolei o lisie Tulli, nawet jeśli do 

tej niemodnej już części garderoby czuję najgłębszą nienawiść.

Zgadza się. Matka miała go od początku i wciąż jeszcze go nosi. Liczyła sobie jakieś 

szesnaście lat i była konduktorką tramwaju, w furażerce i z bloczkiem biletów, pełniącą służbę na 

liniach piątki i dwójki, kiedy na przystanku Strzyża Górna jeden obergefrąjter, który dodatkowo 

wchodzi w rachubę jako mój ewentualny ojciec, jakoby dał jej w prezencie nienaruszonego lisa, 

już spreparowanego przez kuśnierza. - Ż polarnego frontu ranny curyk przyjechał i w Oliwie na 

zdrowotnym   urlopie   beł  -  brzmiał   i  brzmi  krótki   opis  mojego   bądź  co  bądź   wyobrażalnego 

rodziciela, bo ani mocno wątpliwy Harry Liebenau, ani jakiś chłopaczyna ze służby pomocniczej 

lotnictwa nie mogliby wpaść na pomysł, żeby matce dać w prezencie lisa.

I   kiedy   Pokriefkowie   okrętowali   się   na   „Gustloffa”,   ona   weszła   na   pokład   w   tym 

ocieplającym futrzanym kołnierzu wokół szyi. Wkrótce potem, jak statek wypłynął z portu i ona, 

ciężarna,   wsparta   na   ramieniu   młodziutkiego   rekruta   Kriegsmarine,   odważyła   się   krok   za 

krokiem   przejść   po   oblodzonym   pokładzie   słonecznym,   była   w   lisie.   W   zasięgu   ręki   obok 

kamizelki ratunkowej znajdował się lisi kołnierz, gdy leżała na oddziale dla położnic i ciężarnych 

i doktor Richter, zaraz po trzecim trafieniu torpedą i pierwszych bólach, zaaplikował jej zastrzyk. 

I bez niczego - plecak został na statku - tylko w pozapinanej kamizelce i w lisie na szyi matka,  

zanim nią została, wsiadła do łodzi ratunkowej, a przedtem z pewnością sięgnęła najpierw po 

background image

futrzany kołnierz, nie po kamizelkę.

Tak odziana, bez butów na nogach, ale w ciepłym lisie, trafiła na torpedowiec „Löwe”. I 

tylko w czasie rozpoczętego niebawem porodu, a więc w owej chwili, kiedy to „Gustloff” z 

zanurzonym już wcześniej dziobem przewracał się do góry dnem na lewą burtę i tonął, a krzyk 

iluś tam tysięcy zmieszał się z moim pierwszym krzykiem, lisi kołnierz znów leżał zwinięty przy 

niej. Lecz opuszczając torpedowiec w Kołobrzegu matka z niemowlęciem na ręku, o z nagła 

zbielałych włosach, szła wprawdzie w skarpetkach, ale szyję miała owiniętą lisem, który nie 

doznał szoku i ani trochę nie zbielał.

Twierdzi, że podczas nieustannej ucieczki przed Rosjanami z powodu lodowatego zimna 

otulała mnie futrzanym kołnierzem. Gdyby nie lis, na pewno bym zamarzł w ciżbie uciekinierów 

przed mostem na Odrze. Jedynie lisowi - nie zaś kobietom z nadmiarem mleka - zawdzięczam 

życie. - Bez niego bysz za grudę lodu beł... - A obergefrąjter, który podarował jej kołnierz - 

dzieło   jakoby   kuśnierza   z   Warszawy   -   podobno   powiedział   na   pożegnanie:   -   Kto   wie, 

dziewczyno, do czego ci się on kiedyś przyda.

W czasach pokojowych natomiast, kiedy już nie musieliśmy marznąć, rudy lis należał 

tylko do niej, spoczywał w szafie w pudle po butach. Nosiła go przy stosownych i niestosownych 

okazjach.   Na   przykład   jak   dostawała   dyplom   mistrzowski,   potem   jak   ją   odznaczano   jako 

„zasłużoną przodownicę pracy”, nawet na uroczystościach zakładowych, kiedy w programie był 

„wieczór   atrakcji”.   A   gdy   ja   miałem   dość   państwa   robotników   i   chłopów   i   z   Berlina 

Wschodniego chciałem dać nogę na Zachód, odprowadziła mnie na dworzec w lisie wokół szyi. 

Później, dużo później, kiedy po krótkiej wieczności znikła granica i matka była na emeryturze, na 

spotkaniu   ocalałych   w   nadbałtyckim   kąpielisku   Damp   wystąpiła   w   swoim   zawsze 

wypielęgnowanym lisim kołnierzu; wyglądała niezrównanie między nowomodnie wystrojonymi 

paniami w swoim wieku.

A gdy pierwszego dnia procesu, w którym odczytano tylko akt oskarżenia, a mój syn bez 

ceregieli przyznał się do popełnionego czynu nie poczuwając się jednak do jakiejkolwiek winy - 

„Zrobiłem to, co musiałem zrobić!” - matka nie usiadła tam, gdzie z konieczności ramię w ramię 

siedzieliśmy   oboje   z   Gabi,   lecz   demonstracyjnie   zajęła   miejsce   obok   rodziców   trafionego 

śmiertelnie czterema strzałami Dawida, niejako oczywiście miała na sobie lisa, który otaczał jej 

szyję jak pętla. Jego spiczasto zakończony pysk wgryzał się w futro powyżej nasady ogona, tak 

że łudząco prawdziwe szklane oczy, z których jedno przepadło w czasie ucieczki i musiało być 

background image

zastąpione, znajdowały się w położeniu ukośnym wobec jasnoszarych oczu matki, w związku z 

czym podwójne spojrzenie padało stale na oskarżonego albo obejmowało ławę sędziowską.

Zawsze z przykrością patrzyłem na nią, ilekroć nosiła się tak po staroświecku, zwłaszcza 

że lis pachniał nie ulubionymi perfumami matki „Tosca”, lecz przemożnie i o każdej porze roku 

kulkami na mole; czasami wyglądał, bestia, dość parszywie. Ale skoro tylko w drugim dniu 

procesu na  wezwanie sądu wystąpiła  jako świadek  obrony,  nawet ja byłem  pod wrażeniem: 

niczym obsesyjnie odchudzona diwa przy pałająco białej fryzurze miała na sobie ów kolorowy 

kołnierz i swoje pierwsze odpowiedzi, chociaż nie została zaprzysiężona, poprzedzała formułą: 

„Przysięgam, że...”, po czym wszystko, co miała do powiedzenia, mówiła na pozór swobodną, 

acz nieco napuszoną literacką niemczyzną.

W przeciwieństwie do Gabi i mnie, którzy skorzystaliśmy z przysługującego nam prawa i 

odmówiliśmy   wszelkich   wyjaśnień,   matka   była   skora   do   zeznań.   Wobec   kompletu 

sędziowskiego,   to   znaczy   wobec   trzech   sędziów,   przewodniczącego   i   asesorów,   oraz   obu 

ławników przemawiała jak do zgromadzenia zielonoświątkowców. Słuchano jej uważnie, gdy 

przemawiała do sumienia prokuratorowi dla nieletnich: W gruncie rzeczy straszny czyn sprawił 

ból   również   jej.   Od   tego   czasu   jej   serce   jest   rozdarte.   Rozpłatał   ją   ognisty   miecz.   Została 

roztrzaskana przez olbrzymią pięść.

Przy Demmlerplatz, gdzie w schwerińskim sądzie krajowym toczył się proces przed izbą 

karną dla młodocianych, matka prezentowała się jako osoba załamana duchowo. Przeklinała zły 

los, a następnie rozdawała lżejsze i cięższe ciosy, obwiniała niezdolnych do miłości rodziców i 

chwaliła   swego   wnuka,   sprowadzonego   na   manowce   przez   złe   moce   i   diabelski   wynalazek, 

„komputerzysko”, jako chłopca zawsze pilnego i grzecznego, superschludnego, w każdej chwili 

uczynnego   i   nadzwyczaj   punktualnego,   nie   tylko   jeśli   chodzi   o   przychodzenie   na   kolację. 

Zapewniała, że odkąd jej wnuk Konrad przebywa u niej - ta radość jest jej udziałem od jego 

piętnastego roku życia - nawet ona sama przywykła do rozkładania swego dnia z dokładnością co 

do minuty. Tak, ona przyznaje: Komputerzysko z wszystkimi przyległościami to był niestety 

prezent od niej. To nie znaczy, że chłopiec był przez babkę rozpieszczany, wręcz przeciwnie. 

Jako   że   był   tak   niezwykle   mało   wymagający,   chętnie   spełniła   jego   pragnienie   posiadania 

„nowoczesnego sprzętu”. - On przecież  z reguły nigdy niczego  sobie nie życzył!  - wołała i 

przypominała sobie: - Godzinami mój Konradzik mógł się tym aparaciskiem zabawiać.

Potem, potępiwszy mącącą w głowach nowoczesną kołowaciznę, przeszła do właściwego 

background image

tematu. Statek bowiem, o którym do tej pory nikt nie chciał nic wiedzieć, stał się dla wnuka 

powodem   niezmordowanego   wypytywania.   Ale   „Konradzik”   nie   tylko   interesował   się 

zatonięciem „pięknego parowca KdP pełnego kobiet i dzieciaczków” i nie tylko o to wypytywał 

ocalałą babkę, lecz był gotów, między innymi na jej życzenie, dzielić się swymi ogromnymi 

wiadomościami,  „całym  tym  bigosem”,  za pomocą  podarowanego mu  komputera  z calutkim 

światem, aż po Australię i Alaskę. - To przecież nie jest zakazane, panie sędzio. Może nie? - 

zawołała matka i przesunęła łeb lisa na centralne miejsce.

Raczej   mimochodem   zajęła   się   potem   ofiarą   mordu.   Fakt,   że   jej   „Konradzik”   w   ten 

sposób - „mianowicie przez komputerzysko” - zaprzyjaźnił się z nie znanym  sobie osobiście 

chłopcem, nawet jeśli obaj byli często odmiennego zdania, ucieszył ją, ponieważ jej ukochany 

wnuk uchodzi zazwyczaj za samotnika. Taki już jest. Nawet jego związek z przyjaciółeczką z 

Ratzeburga - „ona jest za pomoc u jednego dentysty” - trzeba uznać za dość luźny - „tam nigdy 

nie doszło do czegoś takiego jak seks i tak dalej”, ona to dobrze wie.

Tyle i jeszcze więcej jako świadek obrony powiedziała matka bardzo poprawną literacką 

niemczyzną,   nader   starannie   dobierając   słowa.   Wychwalała   przed   sądem   cechującą   Konrada 

„wrażliwość na kwestie sumienia”, jego „niezłomne umiłowanie prawdy” i „niewzruszoną dumę 

z Niemiec”. Ale gdy prokurator dla młodocianych - ledwie zdążyła zaręczyć, jak mało to dla niej 

znaczy, że komputerowy przyjaciel Konrada był młodym Żydem - zapewnił ją, że od dłuższego 

czasu jest rzeczą wiadomą i udokumentowaną, iż rodzice zamordowanego bynajmniej  nie są 

pochodzenia   żydowskiego,   ojciec   Stremplin   bowiem   urodził   się   w   domu   wirtemberskiego 

pastora,   a   jego   żona   pochodzi   z   chłopskiej   rodziny   osiadłej   w   Badenii   od   pokoleń,   matkę 

ogarnęło widoczne wzburzenie. Gmerała przy lisim kołnierzu, przez sekundy miała to swoje 

spojrzenie spod znaku nie - - ma  - mnie  - w - domu,  potem porzuciła starania  o językową 

poprawność i zawołała: - A to ci oszukansztwo! Przeczeż mój Konradzik wiedżecz ni mógł, że z 

tego Dawida fałszywy Żydżak beł. Taki, co przed sobą i przed drugimi maszkaradę urządzał, 

przy byle okazji jako prawdziwy Żydżak są ceregielił i imer telko o naszej hańbie gadał...

Kiedy   zaczęła   lżyć   zamordowanego   od   „poszpolitych   kłamaczy”   i   „podsztępnych 

fałszywców”,   sędzia   przewodniczący   odebrał   jej   głos.   Naturalnie   Konny,   który   do   tej   pory 

przysłuchiwał   się   lisim   zapewnieniom   matki   z   leciutkim   uśmiechem,   nie   okazał   wcale 

przestrachu   czy   może   rozczarowania,   gdy   prokurator   z   ironiczną   miną   przedłożył,   jak   to 

powiedział, „dowód aryjskiego pochodzenia” Wolfganga Stremplina, który on - line nazwał się 

background image

Dawidem. Mój syn skomentował ten i tak znany sobie fakt ze spokojną pewnością: - To nie 

zmienia  stanu rzeczy.  Jedynie  do mnie  należała  decyzja,  czy osoba znana  mi  pod imieniem 

Dawid   mówi   i   działa   jak   Żyd.   -   Kiedy   sędzia   przewodniczący   zadał   mu   pytanie,   czy 

kiedykolwiek, czy to w Mölln, czy to w Schwerinie, spotkał prawdziwego Żyda, odpowiedział 

zdecydowanym „nie”, dodał jednak: - Dla mojej decyzji było to bez znaczenia. Strzelałem dla 

zasady.

Potem   roztrząsano   sprawę   pistoletu,   który   mój   syn   po   dokonanym   czynie   rzucił   z 

wysokiego południowego brzegu do Jeziora Schwerińskiego i o którym matka wypowiedziała się 

krótko: - Jakże ja mogłabym znaleźć tego gnata? Mój Konradzik zawsze sam sprzątał swój pokój. 

Do tego przykładał dużą wagę.

Zapytany o narzędzie przestępczego czynu mój syn odparł, że spluwa - nawiasem mówiąc 

siedmiomilimetrowy   tokariew   z   zasobów   armii   sowieckiej   -   była   w   jego   posiadaniu   już   od 

półtora roku. Musiał ją mieć, ponieważ groziło mu niebezpieczeństwo ze strony młodocianych 

skrajnych   prawicowców   z   meklemburskiej   prowincji.   Nie,   nazwisk   nie   chce   i   nie   będzie 

podawał. „Nie zdradzę dawnych kamratów!” Powodem zagrożenia był odczyt, jaki wygłosił w 

tamtym czasie na zaproszenie kamractwa o nastawieniu narodowym. Jego temat, „Losy statku 

KdP 'Wilhelm Gustloff od położenia stępki do zatonięcia”, dla części słuchaczy - „wśród nich 

półgłówków nastawionych tylko na żłopanie piwska do upadłego” - był chyba zbyt wymagający. 

Zwłaszcza   jego   obiektywna   ocena   militarnego   wyczynu   dowódcy   sowieckiego   okrętu 

podwodnego, który storpedował statek z ryzykownej pozycji, rozsierdził skinów. Kilku osiłków 

nawymyślało mu później od „rusolubów”, kilkakrotnie groziło mu na ulicy i uciekało się do 

rękoczynów. - Od tego czasu było dla mnie jasne, że z tymi prymitywnymi nazistami człowiek 

nie może stykać się bez broni. Argumenty do nich nie trafiały.

Ów  wspomniany  przed  chwilą   odczyt,  wygłoszony w  początkach   dziewięćdziesiątego 

szóstego w schwerińskiej gospodzie, miejscu spotkań wymienionego kamractwa, w weekend, i 

dwa dalsze referaty, których nie dało się wygłosić, ale których spisane teksty znajdowały się w 

dyspozycji sądu, odegrały w dalszym przebiegu rozprawy szczególną rolę.

Co   się   tyczy   pierwszego   referatu,   to   zawiedliśmy   oboje.   Gabi   i   ja   powinni   byliśmy 

wiedzieć, co się dzieje w Mölln. Oboje udawaliśmy ślepych. Ona jako pedagog, chociaż w innej 

szkole, na pewno by się dowiedziała, dlaczego to jej synowi nie pozwolono wygłosić referatu na 

kontrowersyjny temat z powodu, jak to ujęto, „mylnej tendencji”; ale nie ma co ukrywać: ja też 

background image

powinienem był okazywać mojemu synowi więcej zainteresowania.

Na przykład byłoby możliwe takie rozłożenie moich niestety ze względów zawodowych 

nieregularnych wizyt w Mölln, żebym na zebraniach rodziców mógł był zadawać pytania, nawet 

jeśli doszłoby przy tym do scysji z jednym z tych ograniczonych belfrów. Mógłbym był wołać: 

„Skąd   ten  zakaz?  Gdzie   tu  tolerancja!”  czy  coś  w  tym  stylu.   Być   może   odczyt  Konny'ego, 

opatrzony   podtytułem   „Pozytywne   aspekty   narodowosocjalistycznej   wspólnoty   'Kraft   durch 

Freude'„ wniósłby trochę urozmaicenia w nudne lekcje „wiedzy o społeczeństwie”. Ale ja nie 

byłem   na   żadnym   zebraniu   rodziców,   a   Gabi   uważała,   że   nie   ma   prawa   subiektywnie 

matczynymi zastrzeżeniami utrudniać i tak trudnej sytuacji kolegów nauczycieli, zwłaszcza że 

sama   wypowiadała   się   „kategorycznie   przeciwko   wszelkiemu   bagatelizowaniu   brunatnej 

pseudoideologii” i wobec własnego syna zawsze broniła swego lewicowego stanowiska, często, 

jak musi przyznać, zbyt niecierpliwie.

Nic   nas   nie   uniewinnia.   Nie   można   wszystkiego   zwalić   na   matkę   albo   na   belferską 

ciasnotę horyzontów. I podczas gdy proces się toczył, moja była i ja - ona raczej z ociąganiem i 

nieustannym   powoływaniem   się   na   granice   pedagogiki   -   musieliśmy   przyznać,   że   obydwoje 

zawiedliśmy. Ach, żebym ja, pozbawiony ojca, nigdy nie został ojcem!

Podobne wyrzuty robili sobie zresztą rodzice biednego Dawida, który właściwie miał na 

imię   Wolfgang   i   którego   filosemickie   zachowanie   najwidoczniej   sprowokowało   naszego 

Konny'ego. W każdym razie kiedy Gabi i ja w przerwie rozprawy nawiązaliśmy z początku 

podszytą   zahamowaniami,   potem   jednak   dość   otwartą   rozmowę   z   przybyłymi   do   Schwerina 

małżonkami, pan Stremplin powiedział mi, że to chyba jego czysto naukowa praca w ośrodku 

badań nuklearnych i z pewnością zbyt powściągliwa ocena historycznych zdarzeń doprowadziły 

do wyobcowania, co więcej: do niemoty między nim a synem. W szczególności jego stosunkowo 

chłodne spojrzenie na okres narodowosocjalistycznych rządów nie znajdowało zrozumienia. - No 

cóż, skutkiem było coraz większe oddalanie się.

A   pani   Stremplin   stwierdziła,   że   Wolfgang   zawsze   był   dziwakiem.   Kontaktu   z 

rówieśnikami szukał co najwyżej przy stole ping - pongowym. O bliższych związkach z jakąś 

przyjaciółką nigdy nic jej nie było wiadomo. Ale jej syn już dawno, od czternastego roku życia, 

przybrał imię Dawid i z racji, Bóg świadkiem, aż nadto dobrze znanych zbrodni wojennych i 

masowego   zabijania   do   tego   stopnia   przejął   się   ideami   pokuty,   że   w   końcu   wszystko,   co 

żydowskie, stało się dla niego jakby święte. Zeszłego roku zapragnął dostać akurat na gwiazdkę 

background image

siedmioramienny świecznik. I jakoś dziwnie było patrzeć, jak u siebie w pokoju siedział przy 

swojej alfie i omedze, komputerze, w czapeczce, jaką noszą pobożni Żydzi. - Wiele razy domagał 

się ode mnie, żebym gotowała już tylko koszernie! - W najlepszym razie ona w taki sposób może 

sobie   wytłumaczyć,   dlaczego   jej   Wolfgang   w  swoich   komputerowych   grach   podawał   się  za 

Dawida   wyznania   mojżeszowego.   Jej   napomnienia   -  w  jakimś   momencie   trzeba   skończyć   z 

wiecznymi oskarżeniami - nie docierały do niego. - W ostatnim czasie nasz chłopak odsunął się 

od   nas   na   nieosiągalną   odległość.   -   Dlatego   też   ona   nie   wie,   jak   jej   syn   doszedł   do   tego 

okropnego partyjnego aparatczyka i jego mordercy, studenta medycyny nazwiskiem Frankfurter. 

- Czy za wcześnie przestaliśmy oddziaływać na niego wychowawczo?

Pani   Stremplin   mówiła   z   przerwami.   Jej   mąż   potakująco   kiwał   głową.   Wolfgang 

ubóstwiał tego Dawida Frankfurtera. Jego ciągła gadanina o Dawidzie i Goliacie była co prawda 

dziecinna, ale widać traktowana serio. Młodsi bracia, Jobst i Tobiasz, nabijali się z niego za ten 

przesadny kult. Na biurku Wolfganga stała nawet oprawiona w ramki fotografia młodego jeszcze 

w czasie mordu  w Davos człowieka. Do tego dużo książek,  wycinków  z gazet  i wydruków 

komputerowych. Wszystko to miało chyba związek z tym Gustloffem i statkiem nazwanym jego 

imieniem. - Jakoś to straszne - powiedziała pani Stremplin - co się wtedy stało po zatopieniu. 

Taka masa dzieci. Zupełnie nic się o tym nie wiedziało. Nawet mój mąż, a jego hobby to badanie 

najnowszych dziejów Niemiec. Jemu też brakowało wiedzy o sprawie Gustloffa, aż w końcu...

Rozpłakała się. Gabi również płakała i w swojej bezradności położyła dłoń na ramieniu 

pani Stremplin. Ja też mógłbym był uderzyć w bek, ale ojcowie poprzestali na spojrzeniu, które 

pewnie sygnalizowało wzajemne zrozumienie. Jeszcze kilkakrotnie spotykaliśmy się z rodzicami 

Wolfganga, także poza gmachem sądu. Ludzie liberalni, którzy robili wyrzuty raczej sobie niż 

nam. Zawsze starający się zrozumieć. Jak mi się wydawało, w trakcie rozprawy przysłuchiwali 

się uważnie z reguły zbyt rozwlekłym wywodom Konny'ego, jak gdyby spodziewając się, że od 

niego, mordercy ich syna, usłyszą coś rozjaśniającego.

Dla mnie Stremplinowie nie byli niesympatyczni. On, koło pięćdziesiątki, w okularach, z 

zadbaną   siwą   czupryną,   wydawał   się   typem   człowieka,   który   wszystko   relatywizuje,   nawet 

niezbite   fakty.   Ona,   dobrze   po   czterdziestce,   ale   wyglądająca   młodziej,   skłaniała   się   do 

uznawania   wszystkiego   za   ,jakoś”   niewytłumaczalne.   Kiedy   rozmowa   zeszła   na   matkę, 

powiedziała: - Babka syna państwa jest na pewno osobą godną uwagi, ale robi na mnie jakoś 

niesamowite wrażenie...

background image

O młodszych braciach Wolfganga usłyszeliśmy, że są zupełnie inni. A o szkolne postępy 

swego najstarszego syna, jego słabe wyniki w matematyce i fizyce, ona wciąż jeszcze się martwi, 

jak gdyby Wolfgang był Jakoś” żywy i miał jednak niedługo zdawać maturę.

Siedzieliśmy w jednej z tych po nowemu urządzonych kawiarni na barowych stołkach 

wokół wysokiego okrągłego stolika. Zgodnie zamówiliśmy cappuccino. Nie wzięliśmy ciastek. 

Czasem odbiegaliśmy od tematu, tak jakbyśmy uważali, że powinniśmy mniej więcej rówieśnym 

Stremplinom   wyznać   powody   wczesnego   rozpadu   naszego   małżeństwa.   Gabi   zwięźle 

zaprezentowała pogląd, że nieuchronne rozstania są dzisiaj czymś normalnym i że nie ma co 

orzekać o winie którejś ze stron. Ja zachowywałem powściągliwość i pozostawiłem mojej byłej 

wszystkie jakie takie wytłumaczenia, potem jednak zmieniłem temat i z pewnym zakłopotaniem 

poruszyłem sprawę nie wygłoszonych w Mölln i Schwerinie szkolnych referatów. Natychmiast 

oboje z Gabi zaczęliśmy się kłócić jak w zamierzchłych małżeńskich czasach. Ja twierdziłem, że 

nieszczęście naszego syna - i jego straszne skutki - zostało wywołane przez to, że nie pozwolono 

mu ukazać swojej wizji 30 stycznia trzydziestego trzeciego, a ponadto przedstawić społecznego 

znaczenia narodowosocjalistycznej organizacji „Kraft durch Freude”, ale Gabi mi przerwała: - To 

całkiem zrozumiałe, że nauczyciel musiał powiedzieć „stop”. Ostatecznie, co się tyczy daty, to 

chodziło o przejęcie władzy przez Hitlera, nie zaś o przypadające na ten sam dzień urodziny 

podrzędnej postaci, o której głębszym znaczeniu nasz syn chciał się rozwodzić długo i szeroko, 

zwłaszcza omawiając swój uboczny temat: „Zabytki niechronione”...

Przed sądem odbywało się to tak: w zeznaniach występujących w roli świadków dwóch 

nauczycieli, z których każdy potwierdził dobre lub bardzo dobre wyniki oskarżonego w szkole, 

omawiano referaty nie wygłoszone w Mölln i Schwerinie. Obaj pedagodzy stwierdzili zgodnie - a 

była to w tym wypadku zgodność ogólnoniemiecka - że teksty nie dopuszczone do wygłoszenia 

były w przeważającej mierze skażone ideologią narodowosocjalistyczną, co wszelako wyrażone 

zostało   w   podstępnie   inteligentny   sposób,   na   przykład   przez   propagowanie   „bezklasowej 

wspólnoty   narodowej”,   ale   też   przez   zręcznie   przysposobiony   postulat   „odideologizowanej 

ochrony zabytków” w nawiązaniu do wyeliminowanego nagrobka nazistowskiego aparatczyka 

Gustloffa, którego uczeń Konrad Pokriefke w drugim z niedopuszczonych odczytów zamierzał 

przedstawić jako „wielkiego syna miasta Schwerina”. W imię pedagogicznej odpowiedzialności 

trzeba było zapobiec rozpowszechnianiu takich niebezpiecznych nonsensów, zwłaszcza że - w 

obu   szkołach   -   jest   coraz   więcej   uczniów   i   uczennic   o   skrajnie   prawicowych   sympatiach. 

background image

Nauczyciel   ze   wschodnich   Niemiec   podkreślił   na   zakończenie   „antyfaszystowską   tradycję” 

swojej   szkoły;   temu   z   zachodnich   Niemiec   przyszła   do   głowy   tylko   dość   zużyta   formułka: 

„Tłumcie zło w zarodku!”

Na ogół przesłuchania świadków przebiegały rzeczowo, jeśli pominąć wybuchy matki, a 

także zeznania świadka Rosi, która z płaczem wciąż tylko zaklinała się, jak wiernie będzie w 

dalszym ciągu trwać przy swoim „kamracie Konradzie Pokriefke”. Jako że rozprawy przed izbą 

karną dla nieletnich nie toczą się jawnie, brakowało warunków dla wystąpień nastawionych na 

odzew   publiczności.   Potem   jednak   sędzia   przewodniczący,   który   czasem,   jak   gdyby   chcąc 

złagodzić śmiertelnie poważne podłoże procesu, pozwalał sobie na drobne żarty, dał mojemu 

synowi możliwość naświetlenia motywu swego czynu, co Konny zrobił szczegółowo, złakniony 

swobodnej wypowiedzi.

Naturalnie   zaczął   od   Adama   i   Ewy,   co   ma   oznaczać:   od   narodzin   późniejszego 

landesgruppenleitera   NSDAP.   Podkreślając   jego   organizacyjne   dokonania   w   Szwajcarii   i 

ogłaszając   wyleczenie   się   z   gruźlicy   zwycięstwem   „siły   nad   słabością”   potrafił   wiernie 

sportretować bohatera. Tym samym doczekał się okazji, żeby wreszcie uczcić „wielkiego syna 

stolicy landu, Schwerina”. Gdyby publiczność była dopuszczona, w tylnych rzędach mógłby był 

się rozlec pomruk aprobaty.

Doszedłszy w swoim wystąpieniu - Konrad prędko oderwał się od notatek i materiałów 

do cytowania - do przygotowania i dokonania mordu w Davos przywiązywał  dużą wagę do 

legalnego nabycia broni, która stała się narzędziem przestępstwa, i liczby oddanych strzałów: 

„Podobnie jak ja Dawid Frankfurter trafił cztery razy”. Również podane przezeń przed sądem 

kantonalnym uzasadnienie dokonanego czynu, że strzelał, ponieważ jest Żydem, zostało przez 

mojego syna strawestowane, a potem rozszerzone:

„Strzelałem,   ponieważ   jestem   Niemcem   -   i   ponieważ   przez   Dawida   przemawiał 

odwieczny Żyd”.

Procesem przed sądem kantonalnym w Chur nie zajmował się długo, powiedział jednak, 

że on - w przeciwieństwie do profesora Grimma i partyjnego mówcy Diewergego - nie widzi 

żydowskich podżegaczy do tego czynu. Uczciwie trzeba powiedzieć: Jak on, tak i Frankfurter 

działał „wyłącznie z wewnętrznej potrzeby”.

Następnie   Konrad   dość   obrazowo   odtworzył   odbyty   w   Schwerinie   pogrzeb   na   koszt 

państwa, poinformował nawet o pogodzie, „niewielkie opady śniegu”, i opisując kondukt żałobny 

background image

nie zapomniał nazwy żadnej z ulic. Potem, po nużącej nawet dla cierpliwego sędziego dygresji na 

temat   „sensu,   zadań   i   dokonań   narodowosocjalistycznej   wspólnoty   'Kraft   durch   Freude”', 

przeszedł do położenia stępki pod statek.

Ta   część   przemówienia   przed   sądem   najwidoczniej   sprawiała   mojemu   synowi 

przyjemność.  Posiłkując się rękoma  podawał długość, szerokość i zanurzenie  statku. A przy 

wodowaniu i chrzcie dokonanym przez, jak powiedział, „wdowę po męczenniku” skorzystał z 

okazji,   żeby   oskarżycielsko   zawołać:   -   Tutaj,   w   Schwerinie,   zaraz   po   upadku   Rzeszy 

Wielkoniemieckiej panią Hedwig Gustloff bezprawnie wywłaszczono, a później wypędzono z 

miasta!

Potem omówił życie wewnętrzne statku. Informował o salach bankietowych i jadalnych, 

liczbie kabin, basenie pływackim i pokładzie E. Na koniec podsumował: - Pływający bezklasowo 

motorowiec   „Wilhelm   Gustloff   był   i   pozostanie   żywym   symbolem   narodowego   socjalizmu, 

przykładem po dziś dzień i prawdziwym wzorem na przyszłość po wsze czasy!

Wydawało  mi  się,  jak gdyby   mój   syn   po ostatnim  wykrzykniku   nasłuchiwał  aplauzu 

wyimaginowanej   publiczności;   ale   jednocześnie   pochwycił   chyba   silące   się   na   surowość, 

napominające   teraz   do   zwięzłości   spojrzenie   sędziego.   Relatywnie   prędko,   jak   mógłby 

powiedzieć pan Stremplin, przeszedł do ostatniego rejsu i storpedowania statku. Przerażająco 

wysoką liczbę utopionych i zamarzniętych w wyniku katastrofy nazwał „z grubsza oszacowaną” i 

porównał  z dużo niższymi  liczbami  ofiar  innych  morskich  katastrof.  Potem  wymienił  liczbę 

uratowanych, podkreślił z podziękowaniem zasługi kapitanów, pominął moją osobę, wspomniał 

jednak o swojej babce: - Na sali znajduje się siedemdziesięcioletnia pani Ursula Pokriefke, w 

której imieniu tu i teraz daję świadectwo - po czym matka wstała i białowłosa, w lisie wokół szyi, 

budziła podziw. Także ona występowała jakby przed liczną publicznością.

Jak gdyby chcąc uciszyć słyszalny tylko dla niego aplauz, Konny wypowiadał się teraz 

nader rzeczowo, złożył  hołd zasługom i „mrówczej pracy”  byłego asystenta płatnika, Heinza 

Schöna, i ubolewał nad ciągnącym się przez lata powojenne dewastowaniem wraku „Gustloffa” 

przez nurkujących poszukiwaczy skarbów: - Ale na szczęście ci barbarzyńcy nie znaleźli ani 

złota Banku Rzeszy, ani legendarnej Bursztynowej Komnaty...

W tym miejscu miałem wrażenie, że nazbyt cierpliwy sędzia przewodniczący z aprobatą 

kiwa głową; ale przemówienie mojego syna już biegło jakby samoczynnie dalej. Mówił teraz o 

dowódcy sowieckiego okrętu podwodnego „S 13”. Po długim uwięzieniu na Syberii Aleksander 

background image

Marinesko został wreszcie jednak zrehabilitowany - niestety mógł się tym cieszyć bardzo krótko. 

Niezadługo potem zmarł na raka...

Ani słowa oskarżenia. Nie słyszało się, jak przedtem w internecie, nic a nic o „rosyjskich 

podludziach”. Za to mój syn zaskoczył sędziów i ławników, a chyba i prokuratora, prosząc o 

przebaczenie   ofiarę   morderstwa,   Wolfganga   Stremplina   jako   Dawida.   Zbyt   długo   na   swojej 

Website oceniał zatopienie „Wilhelma Gustloffa” wyłącznie jako mord na kobietach i dzieciach. 

Dzięki   Dawidowi   wszelako   doszedł   do   przekonania,   że   dowódca   „S   13”   słusznie   uznał 

bezimienny dla siebie statek za obiekt wojskowy. - Jeśli ma tu być mowa o winie - zawołał - to  

trzeba   oskarżyć   najwyższe   kierownictwo   Kriegsmarine,   trzeba   oskarżyć   wielkiego   admirała. 

Dopuścił do tego, że prócz uciekinierów zaokrętowano masę personelu wojskowego. Zbrodniarz 

nazywa się Dönitz!

Konrad zrobił pauzę, jak gdyby musiał przeczekać poruszenie na sali sądowej, okrzyki 

słuchaczy. Ale może tylko szukał kończących słów. Wreszcie powiedział: - Przyznaję się do 

swego czynu. Ale proszę Wysoki Sąd o uznanie dokonanej przeze mnie egzekucji za coś, co 

można pojąć jedynie na szerszym tle. Wiem: Wolfgang Stremplin był na krótko przed maturą. 

Niestety ja nie mogłem się na to oglądać. Chodziło i chodzi o rzecz większej wagi. Stolica landu, 

Schwerin, musi w końcu szczególnie uczcić swojego wielkiego syna. Wzywam do tego, żeby na 

południowym   brzegu   jeziora,   tam,   gdzie   ja   na   swój   sposób   oddałem   cześć   męczennikowi, 

wznieść monument, który nam i przyszłym pokoleniom będzie przywoływał na pamięć owego 

Wilhelma Gustloffa, skrytobójczo zamordowanego przez Żyda. Tak jak przed kilku laty w Sankt 

Petersburgu   jako   Bohatera   Związku   Sowieckiego   uhonorowano   pomnikiem   dowódcę   okrętu 

podwodnego Aleksandra Marinesko, należy też uczcić człowieka, który 4 lutego 1936 oddał 

życie, ażeby można było wreszcie uwolnić Niemcy od żydowskiego jarzma. Nie boję się uznać, 

że po stronie żydowskiej również istnieją powody, aby albo w Izraelu, gdzie Dawid Frankfurter 

zmarł w osiemdziesiątym drugim, albo w Davos uczcić rzeźbą owego studenta medycyny, który 

czterema   mierzonymi   strzałami   dał   znak   swojemu   narodowi.   A   może   tylko   tablicą   z   brązu, 

byłoby to całkiem okej.

W końcu sędzia przewodniczący nie wytrzymał: - Starczy już tego! - Po tym cisza na sali. 

Wyjaśnienia mojego syna, nie, jego erupcja nie pozostała bez następstw; wygłoszona mowa nie 

mogła jednak wpłynąć ani na złagodzenie, ani na zaostrzenie wyroku, bo sąd w potoku słów 

Konny'ego   dosłuchał   się   pewnie   obecnego   w   nich   i   logicznie   zazębiającego   się   szaleństwa; 

background image

urojeń, które bardziej czy mniej przekonująco zostały zanalizowane przez biegłych.

W istocie nie mam wysokiego mniemania o tej niby to naukowej pisaninie. Być może 

jednak ów ekspert, który jako psycholog specjalizował się w anomaliach życia rodzinnego, nie 

był  całkiem daleki  od prawdy,  tłumacząc postępek Konny'ego, nazwany przezeń „samotnym 

czynem desperata”, pozbawioną ojca młodością oskarżonego i w sposób naciągany dopatrując się 

przyczyn także w moim narodzeniu się i dorastaniu bez ojca. Dwie inne ekspertyzy poruszały się 

po równie wydeptanych ścieżkach. Nic, tylko polowanie na upatrzonego w rodzinnym rewirze. 

Na koniec winien był zawsze ojciec. Tymczasem to Gabi, której przyznano prawo do wyłącznego 

wychowywania   dziecka,   nie   powstrzymała   swego   syna   przed   przenosinami   z   Mölln   do 

Schwerina, wskutek czego ostatecznie wpadł w szpony matki.

Ona, tylko ona jest winna. Wiedźma w lisim kołnierzu. Od dawien dawna błędny ognik, o 

czym wie ktoś, kto zna ją z dawnych czasów i kogo na pewno coś z nią łączyło. Bo gdy tylko 

zacznie gadać o Tulli... Wpada w rozmarzenie... Plecie mistyczne androny... Jakiś kaszubski czy 

kośniewiacki wodnik, Thula, Duller albo Tul, był jakoby jej chrzestnym.

Z   przechyloną   główką,   tak   że   jej   srebrzystoszare   spojrzenie   zgrało   się   ze   szklanymi 

oczyma lisa, matka wpatrywała się w biegłych przedkładających swoje opinie. Siedziała sobie i 

słuchała  nieporuszenie,  jak moja  ojcowska zawodność towarzyszy  niczym  lejtmotyw  całemu 

szeleszczeniu  papierzysk  tworząc miłą  jej uszom muzykę.  Ona występowała  w ekspertyzach 

tylko na marginesie. Oto próbka: „Skądinąd życzliwa babcina opieka nie mogła zagrożonemu 

młodzieńcowi zastąpić ojca i matki. W najlepszym razie można przyjąć, że ciężki los babki, jej 

ocalenie   w   poważnym   stanie   i   poród   w   obliczu   tonącego   statku,   miał   na   wnuka,   Konrada 

Pokriefke, wpływ z jednej strony kształtujący, z drugiej - wskutek intensywnie wyobrażanego 

sobie współuczestnictwa - destrukcyjny...”

Ten   karb   wycięty   przez   ekspertów   usiłował   pogłębić   obrońca.   Pełen   dobrych   chęci 

mężczyzna   w   moim   wieku,   zaangażowany   przez   moją   byłą,   któremu   jednak   nie   udało   się 

pozyskać zaufania Konny'ego. Ilekroć mówił o „nierozważnym i niezamierzonym postępku” i 

starał się złagodzić postawiony zarzut z morderstwa na zwykłe zabójstwo, mój syn niweczył 

wszelkie wysiłki swego obrońcy wyznając z własnej woli: - Nie spieszyłem się i byłem przy tym 

zupełnie   spokojny.   Nie,   nienawiść   nie   grała   żadnej   roli.   Moje   myśli   były   natury   czysto 

rzeczowej. Po pierwszym, oddanym niestety zbyt nisko strzale w brzuch trzy kolejne strzały były 

mierzone. Niestety posłużyłem się pistoletem. Rad byłbym, jak Frankfurter, mieć do dyspozycji 

background image

rewolwer.

Konny   brał   odpowiedzialność   na   siebie.   Za   szybko   wybujały,   w   okularach   i   z 

kędzierzawą czupryną stał przed sądem jako oskarżyciel samego siebie. Wyglądał młodziej niż 

na siedemnaście lat, mówił jednak nad wiek mądrze, jak gdyby zbierał życiowe doświadczenie na 

przyśpieszonych kursach. Na przykład nie godził się na obarczanie współwiną swoich rodziców. 

Z pobłażliwym uśmiechem mówił: - Moja matka jest całkiem okej, mimo że działała mi często 

na nerwy ciągłym gadaniem o Oświęcimiu. A mojego ojca sąd powinien szybko zapomnieć, jak 

ja robię to od lat, po prostu go zapomnieć.

Czy   mój   syn   mnie   nienawidził?   Czy   Konny   był   w   ogóle   zdolny   do   nienawiści? 

Kilkakrotnie   wypierał   się   nienawiści   do   Żydów.   Ja   skłaniam   się   do   mówienia   o 

uprzedmiotowionej nienawiści Konrada. Nienawiść na małym ogniu. Podgrzewana na okrągło. 

Nienawiść rozmnażająca się beznamiętnie, obojnaczo.

A może mogłoby być tak, że obrońca wcale się nie mylił interpretując rozniecony przez 

matkę maniacki kult Wilhelma Gustloffa jako szukanie namiastki ojca? Poddał pod rozwagę fakt, 

że małżeństwo Gustloffów było bezdzietne. Szukającemu Konradowi Pokriefke nadarzyła się 

tym   samym   luka   możliwa   do   wirtualnego   wypełnienia.   Ostatecznie   nowa   technologia,   w 

szczególności internet, pozwala na taką ucieczkę z młodzieńczej samotności.

Za tym przypuszczeniem przemawia to, że skoro sędzia w tym punkcie rozprawy udzielił 

Konny'emu   głosu,   ten   entuzjastycznie,   mało   tego:   bardzo   ciepło   mówił   o   „męczenniku”. 

Powiedział: - Odkąd moje badania wykazały, że zaangażowanie społeczne Wilhelma Gustloffa 

pozostawało pod wpływem bardziej Gregora Strassera aniżeli führera, tylko w nim widziałem 

wzór dla siebie, co na mojej home - page wielokrotnie znajdowało dobitny wyraz. Męczennikowi 

zawdzięczam moją wewnętrzną postawę. Pomszczenie go było dla mnie świętym obowiązkiem!

Gdy   po   tej   wypowiedzi   prokurator   dla   nieletnich   dość   natarczywie   wypytywał   go   o 

przyczyny jego pogardy dla Żydów, odparł: - Widzi pan to najzupełniej błędnie! Ja w zasadzie 

nie mam nic przeciwko Żydom. Ale podobnie jak Wilhelm Gustloff reprezentuję pogląd, że Żyd 

pośród narodów aryjskich jest obcym ciałem. Niech oni wszyscy wyjadą do Izraela, gdzie jest ich 

miejsce. Tutaj są nie do zniesienia, tam pilnie się ich potrzebuje do walki z wrogim otoczeniem. 

Dawid Frankfurter miał całkowitą rację podejmując decyzję, by po wypuszczeniu z więzienia 

wyjechać zaraz do Palestyny. To było najzupełniej okej, że znalazł później pracę w Ministerstwie 

Obrony Izraela.

background image

W toku procesu można było odnieść wrażenie, że spośród wszystkich, którzy zabierali 

głos, jedynie mój syn mówi prosto z mostu. Szybko przechodził do rzeczy, ogarniał całość, na 

wszystko miał gotowe rozwiązanie i precyzyjnie ujął swoją sprawę, podczas gdy oskarżenie i 

obrona,   w   trójcy   jedyni   eksperci,   a   także   sędzia   wraz   z   asesorami   i   ławnikami   błądzili 

nieporadnie   w   poszukiwaniu   motywu   popełnionego   czynu,   przywołując   Boga   i   Freuda   jako 

drogowskazy. Wciąż usiłowali oni z „biednego chłopaka”, jak się wyraził obrońca, uczynić ofiarę 

stosunków   społecznych,   rozbitego   małżeństwa,   jednostronnie   pojmowanych   w   szkole   celów 

nauczania i bezbożnego świata, w końcu nawet, na co odważyła się moja była, obwinie „geny 

przekazane Konradowi przez babkę za pośrednictwem syna”.

O właściwej ofierze czynu, niedoszłym maturzyście Wolfgangu Stremplinie, który wyrósł 

on   -   line   na   Żyda   Dawida,   przed   sądem   prawie   się   nie   mówiło.   Wstydliwie   pomijany, 

występował tylko jako cel ataku. Toteż obrońca uznał za stosowne przypisać mu prowokacyjne 

upozorowanie fałszywych faktów. Co prawda nie padło stwierdzenie: „sam sobie winien”, ale 

kryło   się   w   takich   pobocznych   zdaniach   jak:   „Ofiara   wręcz   się   narzucała”.   Albo:   „Nader 

nieostrożne było przeniesienie sporu internetowego do rzeczywistości”.

W   każdym   razie   sprawca   spotykał   się   z   większym   współczuciem.   Chyba   dlatego 

małżeństwo Stremplinów wyjechało jeszcze przed ogłoszeniem wyroku. Zrobili to zapewniwszy 

uprzednio Gabi i mnie w kawiarni naprzeciwko gmachu sądu, że zbyt surowe ukaranie naszego 

syna nie byłoby po ich myśli  i na pewno nie po myśli  Wolfganga. - Czujemy się wolni od 

jakiejkolwiek chęci zemsty - powiedziała pani Stremplin.

Gdybym   uczestniczył   w   procesie   z   racji   zawodu,   to   znaczy   jako   dziennikarz, 

krytykowałbym wyrok wydany po zmianie kwalifikacji czynu na zabójstwo jako „za niski”, jeśli 

nie zgoła „skandal sądowy”; a tak, z dala od poczucia dziennikarskiego obowiązku i skupiony 

wyłącznie na moim synu, który nieporuszenie przyjął siedem lat więzienia dla nieletnich, byłem 

przerażony.  Stracone lata! Będzie ich miał dwadzieścia cztery,  jeśli przyjdzie  mu odsiedzieć 

całość   kary.   Przez   codzienne   obcowanie   z   kryminalistami   i   prawdziwymi   skrajnymi 

prawicowcami zgruboskorniały, będzie potem wprawdzie żył na wolności, lecz przypuszczalnie 

znów wejdzie w konflikt z prawem i powtórnie trafi do więzienia. Nie! Ten wyrok jest nie do 

przyjęcia!

Konny jednakże nie chciał skorzystać ze wskazanej przez obrońcę możliwości starania się 

o rewizję procesu i uchylenie wyroku. Mogę tylko przytoczyć słowa, jakie miał wypowiedzieć do 

background image

Gabi:   -   Po   prostu   trudno   skapować,   że   dostałem   zaledwie   siedem   lat.   Żyda   Frankfurtera 

zapudłowali wtedy na osiemnaście, z czego wszakże odsiedział tylko dziewięć i pół...

Mnie, zanim go zabrali, nie chciał widzieć. I jeszcze na sali sądowej wziął w objęcia nie 

swoją matkę, tylko babkę, która mimo pantofli na wysokim obcasie sięgała mu do piersi. Kiedy 

musiał   iść,   obejrzał   się   raz   jeszcze;   być   może   szukał,   na   próżno,   rodziców   Dawida   bądź 

Wolfganga.

Kiedy wkrótce po tym  staliśmy przed gmachem sądu na Dremmlerplatz i ja mogłem 

wreszcie włożyć sobie papierosa w usta, zobaczyliśmy rozwścieczoną matkę. Zdjęła lisa i wraz z 

tym futrzanym  kołnierzem na oficjalne występy porzuciła napuszoną literacką niemczyznę:  - 

Przeczeż to żadna szprawiedliwoszcz! - Wściekle wyrwała mi papierosa z kącika ust, rozdeptała 

go w zastępstwie czegoś tam, co należało unicestwić, z początku krzyczała, a potem mówiła w 

podnieceniu: - To jedno wielkie szwińsztwo! Szprawiedliwoszczi ju ni ma. To ni chłopaczynę, to 

mnie przyszkrzynicz powinni. No, bo to niby ja żem jemu najpierw komputerzyszko, a potem 

szpluwę   na   osztatnią   Wielkanoc   w   prezencze   dała,   bo   te   łyse   pały   mojego   Konradżika   są 

czepiały. Raz to zbity na kwaszne jabłko do domu przyszedł. Ale ni płakał, nic a nic. A szkąd! 

Dawno ju w mojej komodże se leżał. Glajch po przełomie na ruszkim targu żem go kupiła. 

Całkiem tani beł. Ale w sądzie nikt mnie ni pytał, no, szkąd są niby ta szpluwa wżęła...

background image

9

Znak zakazu postawiony od samego początku. On stanowczo mi zabronił spekulowania 

na temat myśli Konny'ego, inscenizowania myślowego spektaklu na podstawie tego, co sobie 

przypuszczalnie myślał, ewentualnego zapisywania rzeczy, które w głowie mojego syna mogłyby 

dojść do głosu i nadawałyby się do zacytowania.

Mówi:   -   Nikt   nie   wie,   co   myślał   i   nadal   myśli.   Żadne   czoło,   nie   tylko   jego,   nie 

przepuszcza. Strefa zamknięta. Ugór dla łowców słów. Bezcelowe jest otwieranie czaszki. Poza 

tym nikt nie wypowiada tego, co myśli. A kto tego próbuje, kłamie już w pierwszym półzdaniu. 

Zdania, które zaczynają się tak: Myślał w owej chwili... albo: Jego myśli błądziły... zawsze były 

protezami. Nic nie jest szczelniej zamknięte niż głowa. Nawet wzmożone tortury nie wymuszą 

kompletnych zeznań. Ba, nawet w sekundzie śmierci możliwe są myślowe oszustwa. Dlatego też 

nie możemy wiedzieć, co sobie myślał Wolfgang Stremplin, kiedy kiełkowała w nim decyzja, 

żeby wystąpić w internecie w roli Dawida, albo co dosłownie działo się w jego głowie, gdy stojąc 

przed   schroniskiem   młodzieżowym   „Kurt   Bürger”   widział,   jak   jego   wrogoprzyjaciel, 

występujący on - line pod imieniem Wilhelma, teraz, jako Konrad Pokriefke, wyciąga pistolet z 

prawej kieszeni skafandra i po pierwszym strzale w brzuch trzema następnymi strzałami trafia go 

w głowę i w zamknięte w niej myśli. Widzimy tylko to, co widzimy. Powierzchnia nie mówi 

wszystkiego, ale mówi dostatecznie dużo. Zatem żadnych myśli, również takich wymyślonych z 

opóźnieniem. W taki sposób, oszczędni w słowach, szybciej dojdziemy do końca.

Jak to dobrze, że nie przeczuwa, jakie to myśli całkiem wbrew mojej woli wypełzają z 

lewych   i   prawych   zwojów   mózgowych,   przerażająco   nabierają   sensu,   wyjawiają   strzeżone 

lękliwie tajemnice, kompromitują mnie, napełniają trwogą, tak że staram się prędko myśleć o 

czymś  innym.  Pomyślałem na przykład o prezencie dla Neustrelitz, o czymś, co usiłowałem 

wymyślić sobie dla mojego syna, o drobnym upominku stosownym na pierwsze odwiedziny.

Jako   że   z   biura   wycinków   dostałem   wszystkie   gazetowe   sprawozdania   komentujące 

przebieg procesu, miałem przed sobą fotografię Wolfganga Stremplina z „Badische Zeitung”. 

Wyglądał na niej miło, ale niczym się nie wyróżniał. Może abiturient, na pewno ktoś w wieku 

poborowym. Uśmiechał się i miał jakiś smutek w oczach. Ciemnoblond włosy, lekko faliste, były 

bez przedziałka. Młody mężczyzna w rozpiętej pod szyją koszuli, z głową przechyloną w lewo. 

Być może idealista, który myślał nie wiadomo o czym.

Nawiasem mówiąc komentarze do procesu mojego syna wypadły, co się tyczy objętości, 

background image

zaskakująco skromnie. W czasie rozprawy w obu częściach już zjednoczonych Niemiec doszło 

do szeregu przestępstw popełnionych przez skrajnych prawicowców, między nimi do usiłowania 

zabójstwa Węgra w Poczdamie przy użyciu kijów bejsbolowych i pobicia emeryta w Bochum ze 

skutkiem śmiertelnym. Ustawicznie i wszędzie atakowali skini. Przemoc o podłożu politycznym 

stała się tymczasem codziennością, podobnie jak apele przeciwko prawicy; a także ubolewanie 

polityków, którzy w zdaniach pobocznych dostarczali zbrodniarzom opakowaną hubkę.

Może też jednak być, że bezsporny stan rzeczy, według którego Wolfgang Stremplin nie 

był Żydem, zmniejszył zainteresowanie toczącym się procesem, bo z początku, zaraz po fakcie, 

w całym kraju ukazywały się wytłuszczone nagłówki: „Zastrzelony współobywatel żydowskiego 

pochodzenia!” i „Tchórzliwy mord z nienawiści do Żydów!” Podobnie brzmiał obcięty przeze 

mnie podpis pod fotografią: „Najnowsza ofiara antysemickiej przemocy”.

I tak to za pierwszą wizytą w zakładzie karnym dla młodocianych - mocno podniszczonej 

budowli,  która prosiła  się o rozbiórkę  - w kieszeni  mojej  marynarki  w charakterze  podarku 

znalazło się gazetowe zdjęcie Wolfganga Stremplina. Konny powiedział nawet: dziękuję, gdy mu 

podsunąłem złożoną tylko raz odbitkę. Wygładził ją, uśmiechnął się. Nasza rozmowa przebiegała 

opornie, ale bądź co bądź on ze mną rozmawiał. Siedzieliśmy w rozmównicy naprzeciwko siebie; 

przy innych stolikach inni młodociani przestępcy również mieli gości.

Jako że odczytywanie myśli z czoła mojego syna zostało mi zabronione, powiem jedynie, 

że w zetknięciu ze swoim ojcem okazał się jak zwykle zamknięty w sobie, ale nie niechętny. 

Zaszczycił mnie nawet pytaniem o moją dziennikarską pracę. Opowiadając mu o reportażu na 

temat   sklonowanej   w   Szkocji   cudownej   owieczki   Dolly   i   jej   twórcy   zobaczyłem,   jak   się 

uśmiecha. - To na pewno zainteresuje mamę. Pasjonuje się przecież genami, zwłaszcza moimi.

Potem   usłyszałem   o   możliwości   grywania   w   ping   -   ponga   w   więziennej   świetlicy   i 

dowiedziałem   się,   że   dzieli   celę   z   trzema   innymi   nieletnimi,   „zbakierowane   typy,   ale 

nieszkodliwe”. Ma on, jak mówił, własny kąt ze stołem i półką na książki. Poza tym możliwa jest 

nauka zaoczna. - Raz coś nowego! - zawołał. - Zrobię maturę za kratkami! Pod czujną strażą, 

żebym się ściągać nie ważył. - Nie bardzo mi się podobało, że Konny silił się na dowcipy.

Kiedy   wychodziłem,   zastąpiła   mnie   jego   przyjaciółka   Rosi,   która   już   wyglądała   na 

zapłakaną  przychodząc,  jak w żałobie,  cała na czarno. Ogólne przychodzenie i wychodzenie 

charakteryzowało   dzień   odwiedzin:   łkające   matki,   zakłopotani   ojcowie.   Strażnik,   który   dość 

niedbale kontrolował prezenty, przepuścił fotografię Wolfganga jako Dawida. Przede mną na 

background image

pewno była u niego matka, być może razem z Gabi; a może obie odwiedziły Konny'ego jedna tuż 

po drugiej?

Czas   upływał.   Ja   nie   karmiłem   już   cudownej   owieczki   Dolly   papierem   drzewnym, 

deptałem po piętach innym  sensacjom. I mimochodem bez wielkich hałasów dobiegła końca 

jedna   z   moich   krótkotrwałych   romansowych   historii   -   tym   razem   chodziło   o   fotografkę 

specjalizującą się w zdjęciach chmur. Potem był w kalendarzu znowu dzień odwiedzin.

Ledwie   usiedliśmy   naprzeciw   siebie,   mój   syn   opowiedział   mi,   że   w   więziennym 

warsztacie oprawił w szkło i powiesił pod półką na książki kilka fotografii: - Jasne, również tę 

Dawida.   -   Poza   tym   oszklone   zostały   dwie   fotografie,   które   należały   do   materiałów   z   jego 

Website i na życzenie przyniesione  zostały mu  zapewne przez matkę.  Chodziło o odbitki, z 

których każda przedstawiała kapitana trzeciej rangi Aleksadra Marinesko, ale które, jak mówił 

mój syn, nie mogłyby być bardziej do siebie niepodobne. On ściągnął sobie kopie z internetu. 

Dwaj   entuzjaści  Marinesko  twierdzili,   że  to  właśnie  oni  mają  w swojej  witrynie   prawdziwe 

zdjęcie. - Zabawny spór - powiedział Konny i spod niezniszczalnego norweskiego puloweru 

wyciągnął odbitki oprawione jak fotografie rodzinne.

Zostałem rzeczowo pouczony: - Ten z okrągłą twarzą koło peryskopu jest wystawiony w 

petersburskim Muzeum Marynarki. A ten tutaj z kanciastą twarzą, co stoi na wieżyczce swojego 

okrętu, to ma być prawdziwy on. W każdym razie istnieją pisemne dowody, że ta fotografia jako 

oryginał została podarowana fińskiej prostytutce, z której usług Marinesko wiele razy korzystał. 

Dowódca „S 13” miał przecież słabość do kobiet. Ciekawa rzecz, co po takim gościu zostaje...

Mój syn długo jeszcze mówił o swojej małej galerii portretów, do której należały jedno 

wczesne   i   jedno   późne   zdjęcia   Dawida   Frankfurtera;   późne   ukazuje   go   jako   starego   i 

niepoprawnego   palacza.   Jednego   portretu   brakowało.   Już   chciałem   zrobić   sobie   maleńką 

nadzieję, gdy Konny, jak gdyby umiał czytać w myślach swego ojca, dał mi do zrozumienia, że 

kierownictwo   więzienia   niestety   nie   zezwoliło   mu   na   ozdobienie   celi   „ostrym   jak   brzytwa 

zdjęciem męczennika w mundurze”.

Najczęściej   odwiedzała   go   matka,   w   każdym   razie   bywała   tam   częściej   niż   ja.   Gabi 

przeważnie   stawało   na   przeszkodzie   „związkowe   zawracanie   głowy”;   zasuwała   honorowo  w 

sekcji  „Wychowanie  i   Nauka”.  Żeby  nie  zapomnieć   o  Rosi:  przyjeżdżała  bardzo   regularnie, 

wkrótce już nie była zapłakana.

W   bieżącym   roku  miałem   do  czynienia   z   wszczętą   wcześnie   w  całym   kraju  wrzawą 

background image

wyborczą,   to   znaczy   jak   wszyscy   żurnaliści   próbowałem   wróżyć   z   fusów   permanentnego 

wypytywania wyborców; treściowo cały ten szum niewiele dawał. W najlepszym razie można 

było przewidywać, że ten pastor Hintze ze swoją „kampanią czerwonych skarpetek” przysłuży 

się   PDS,   lecz   nie   zdoła   uratować   Grubego,   który   potem   też   przepadł   w   wyborach.   Dużo 

jeździłem, przeprowadzałem wywiady z deputowanymi do Bundestagu, biznesmenami średniego 

szczebla, nawet z kilkoma republikanami, bo skrajnej prawicy przepowiadano więcej niż pięć 

procent. W Meklemburgii - Pomorzu Przednim byli oni bardzo aktywni, aczkolwiek z nader 

umiarkowanym powodzeniem.

Nie pojechałem do Neustrelitz, ale przez telefon usłyszałem od matki, że jej „Konradżik” 

ma   się   dobrze.   Przytył   nawet   o   parę   funtów.   Poza   tym   „awanszował”,   jak   się   wyraziła,   na 

kierownika kursu komputerowego dla nieletnich przestępców. - No, sam wiesz, w tej dżedżinie 

imer asem beł...

Wyobraziłem więc sobie mojego syna, jak - z czasem pucołowaty - według najnowszej 

instrukcji obsługi uczy swoich współwięźniów komputerowego abecadła, zakładałem wszelako, 

że pensjonariusze zakładu karnego dla młodocianych nadal nie będą mieli dostępu do internetu; 

w   przeciwnym   razie   kilku   przestępców   według   wskazówek,   jakich   im   udzielił   Webmaster 

Konrad Pokriefke, mogłoby znaleźć wirtualną drogę ucieczki: rejterada w cyberprzestrzeń.

Ponadto   dowiedziałem   się,   że   drużyna   tenisa   stołowego   neustrelitzczan,   w   której 

występował   mój   syn,   grała   i   wygrała   z   reprezentacją   zakładu   karnego   dla   młodocianych 

Plötzensee. W sumie: uznany wyrokiem sądu za zabójcę i tymczasem już pełnoletni syn wielce 

zajętego dziennikarza miał pełne ręce roboty. Zaraz na początku lata zdał zaoczną maturę z oceną 

jeden przecinek sześć; posłałem telegram: „Gratulacje, Konny!”

A potem dostałem wiadomość od matki: Przeszło tydzień była w polskim Gdańsku. Po 

powrocie   do   Schwerina,   gdzie   ją   odwiedziłem,   można   było   usłyszeć:   -   Po   Dancigu   żem 

naturalnie pochodziła, ale najwięcej żem we Wrzeszczu są nałażiła. Wszysztko są tam zmieniło. 

Ale dom przy Elzy jesz sztoi. Nawet balkony ze szkrzynkami na kwiaty wszysztkie jesz na 

miejszcu są...

Pojechała na wycieczkę autokarem. - Ganc tanio dla nas beło! - Grupa wysiedleńców, 

kobiet i mężczyzn w wieku matki i starszych, skorzystała z oferty agencji turystycznej, która 

organizowała tak zwane „podróże nostalgiczne”. Matka mówiła: - Pięknie beło. To Polaczkom 

przyznacz   trzeba,   dużo   odbudowali,   wszysztkie   koszczoły   i   takie   różne.   Telko   pomnika 

background image

Gutenberga ju ni ma, co go żeszmy w dżeczińsztwie Kułtejnbekiem zwali i co w Jaszkowym 

Lesze glajch za Grochową Kopą ształ. Ale w Brzeźnie, gdzie żem przy pięknej pogodzę beła, 

znowu prawdziwe kąpieliszko jeszt jak dawniej...

Potem jej spojrzenie spod znaku nie - ma - mnie - w - domu. Ale po krótkim czasie na 

nowo ruszyła zdarta płyta: Jak to było dawniej, jeszcze dawniej, bardzo dawno, na podwórzu 

stolarni albo jak w lesie lepiło się śniegowego bałwana, albo co się w wakacje działo na plaży 

nad Bałtykiem, „kiedy żem jesz chuda jako patyk beła”... Ze zgrają chłopaków dopływała do 

wraku   okrętu,   którego   nadbudówki   od   początku   wojny   wystawały   z   wody.   „Ganc   głęboko 

żeszmy w pordzewiałej łajbie nurkowali. A jeden z chłopaków, co najgłębiej nura dawał, Jochen 

mu beło...”

Zapomniałem spytać matkę, czy w czasie nostalgicznej podróży, mimo letniej pogody, 

miała w bagażu swojego sakramenckiego lisa... Ale dopytywałem się tylko, czy w Gdańsku - 

Wrzeszczu i gdzie indziej była z nią ciotka Jenny. - Niii - odparła matka - jeżdżycz ona ni chcze. 

Przez wzgląd na nogi i w ogóle. Za mocno by jej żal beło, powiedżała. Ale drogę do szkoły, co 

żeszmy nią z moją przyjaczółką chodziły, to żem kilka razy tam i ż powrotem przeszła. Tym 

razem dużo krótsza mnie są wydała.

Jeszcze więcej wrażeń z podróży zaraz po powrocie musiała matka zaserwować na gorąco 

mojemu   synowi,   ze   wszystkimi   szczegółami   poczynionego   także   mnie   wyznania:   -   I   w 

Gotenhafen żem też beła, samuszeńka. Z grubsza biorącz tam, gdże nas okrętowali. Wszysztko w 

myszlach   żem   se   przedsztawiła,   i   te   wszysztkie   dżeczaczki   główkami   do   dołu   w   lodowatej 

wodze. Płakacz żem powinna beła, ale żem ni mogła... - Znowu to spojrzenie nie - ma - mnie - w 

- domu. Potem była już tylko mowa o „Kadeefie” - Po prawdże to przeczeż piękny sztatek beł...

Toteż nie było w tym nic zaskakującego, że za następną wizytą w Neustrelitz - zaraz po 

wyborach do Bundestagu - ujrzałem produkt maniackiego majsterkowania. Pudło z elementami 

konstrukcji, którymi  posłużył  się mój syn, to był prezent zakupiony z pewnością z funduszy 

matki.

Coś   takiego   można   znaleźć   w   działach   zabawek   domów   towarowych   tam,   gdzie   na 

regałach   leżą   dobrze   posegregowane   i   poukładane   jedno   na   drugim   pudła   z   modelami   do 

składania znanych egzemplarzy, które mogą latać, jechać, pływać. Nie sądzę, żeby kupowała w 

Schwerinie.   Szukała   i   znalazła   pewnie   albo   w   hamburskim   Alsterhaus,   albo   w   berlińskim 

KaDeWe. W Berlinie często bywała. Ostatnio miała golfa i w ogóle jeździła dużo oraz - co się 

background image

tyczy sposobu jazdy - ryzykownie; matka wyprzedza dla zasady.

Jeśli przyjeżdżała do Berlina, to nie po to, żeby odwiedzić mnie w moim kawalerskim 

bałaganie   na   Kreuzbergu,   tylko   żeby   w   Schmargendorfie   ze   swoją   przyjaciółką   Jenny 

„powszpominacz   sztare   dżeje”   i   do   kruchych   ciasteczek   napić   się   musującego   Czerwonego 

Kapturka. Od przełomu obie widywały się tak często, jak gdyby trzeba było coś nadrobić, jak 

gdyby należało powetować sobie stracone lata z czasów muru. Były szczególną parą.

Kiedy matka odwiedzała ciotkę Jenny - a mnie wolno było być świadkiem - zachowywała 

się nieśmiało  i udawała małą dziewczynkę, która niedawno zrobiła jej brzydki kawał. Teraz 

chciała naprawić szkodę. Co do ciotki Jenny natomiast to wydawało się, że wybaczyła wszystko, 

co przed wielu laty stało się złego. Widziałem, jak kuśtykając obok głaskała matkę. Szeptała przy 

tym:  - Już dobrze, Tulla, już dobrze. - Potem obie milczały.  I ciotka Jenny piła swój sok z 

cytryny na gorąco. Jeśli matka w ogóle kogoś jeszcze kochała prócz Konrada, który utonął w 

kąpieli, i Konny'ego, który trafił do więzienia, to właśnie swoją szkolną przyjaciółkę.

Od początku lat sześćdziesiątych, kiedy to zamieszkiwałem pokoik w schmargendorfskim 

mansardowym mieszkaniu, nie został tam przestawiony żaden mebel. Wszystkie porozstawiane 

bibeloty, choć nie pokrywają się kurzem, tchną zamierzchłym czasem. I jak u ciotki Jenny każda 

ściana, nawet te ukośne, wytapetowana jest baletowymi zdjęciami - ona, znana pod pseudonimem 

artystycznym Angustri, jako Giselle, w „Jeziorze łabędzim” i w „Coppelii”, smukła jak topola 

solo bądź obok swych również szczupłych baletmistrzow - tak matka jest w środku i z wierzchu 

oklejona wspomnieniami. I jeśli, jak mówią, wspomnienia można wymieniać, to przy Karlsbader 

Strasse można było kiedyś i można nadal znaleźć punkt wymiany tego trwałego towaru.

Zatem z okazji przyjazdu do Berlina - przed albo po wizycie u ciotki Jenny - w KaDeWe 

wyszukała   w   ofercie   dla   majsterkowiczow   bardzo   określony   model.   Ani   wodnopłatowiec 

Dorniera   „Do   X”,   ani   model   czołgu   Königstiger,   ani   pancernik   „Bismarck”,   który   został 

zatopiony już w czterdziestym  pierwszym,  ani ciężki krążownik „Admirał Hipper”, który po 

zakończeniu  wojny pocięto  na złom,  nie  wydały się jej  stosownym  prezentem.  Nie wybrała 

niczego wojskowego; najbardziej przypadł jej do gustu statek pasażerski „Wilhelm Gustloff”. 

Prawdopodobnie nie korzystała z niczyich rad, bo matka zawsze sama wiedziała, czego chce.

Mój syn musiał chyba postarać się o pozwolenie, żeby wolno mu było zademonstrować 

niezwykły przedmiot w rozmównicy. W każdym razie dyżurny strażnik życzliwie skinął głową, 

gdy   więzień   Konrad   Pokriefke   przyszedł   obładowany   modelem   statku.   To,   co   zobaczyłem, 

background image

poruszyło szpulę myśli, które splątały się w kłąb. Czy to się nie skończy? Czy ta historia zaczyna  

się wciąż na nowo? Czy matka nie może przestać? Co ona sobie przy tym myślała?

Do Konny'ego,  teraz już pełnoletniego,  powiedziałem:  - Bardzo ładny.  Ale właściwie 

powinieneś już wyrosnąć z wieku odpowiedniego do takich zabawek, może nie? - A on przyznał 

mi   nawet   rację:   -   Wiem.   Ale  gdybyś   ty,   jak  miałem   trzynaście   albo   czternaście,   dał   mi   na 

urodziny „Gustloffa”, to nie musiałbym teraz nadrabiać dziecinnych zaległości. Ale robótka była 

przyjemna. A czasu mam dość, może nie?

Zarzut okazał się celny. I podczas gdy ja jeszcze go przeżuwałem i zastanawiałem się, czy 

zajęcie się przeklętym statkiem jako zwykłym modelem do składania, w dodatku pod ojcowskim 

kierunkiem, nie powstrzymałoby mojego syna przed najgorszym, on powiedział: - Poprosiłem o 

to   babcię   Tullę.   Chciałem   mieć   plastycznie   przed   oczami,   jak   statek   wyglądał.   A   wygląda 

całkiem fajnie, może nie?

Od dziobu po rufę statek „Kraft durch Freude” prezentował się w całej swojej piękności. 

Mój syn złożył to bezklasowe marzenie wycieczkowiczów z wielu części. Jaki przestronny i nie 

zatarasowany żadnymi nadbudówkami był pokład słoneczny! Jak elegancko stał na śródokręciu 

jedyny   komin,   lekko   przechylony   ku   rufie!   Wyraźnie   rozpoznawalny   oszklony   pokład 

spacerowy! Pod pomostem nawigacyjnym oranżeria nazywana Altaną. Zastanawiałem się, gdzie 

we wnętrzu statku mógłby być pokład E z basenem pływackim i policzyłem łodzie ratunkowe: 

żadnej nie brakowało.

Konny wstawił lśniący bielą model statku w specjalnie sporządzone przez siebie druciane 

rusztowanie. Kadłub pozostał widoczny aż po stępkę. Wyraziłem swój podziw, choć podszyty 

ironią, dla pracowitego majsterkowicza. Zareagował na moją pochwałę chiehotliwym śmiechem, 

wyczarował z kieszeni pudełeczko po pastylkach, w którym, jak się miało okazać, trzymał trzy 

czerwone nalepki wielkości mniej więcej feniga. I czerwonymi plamkami oznakował kadłub tam, 

gdzie torpedy dosięgły celu: jedną plamkę nakleił na lewą burtę części dziobowej, następną w 

miejscu, w którym i ja zlokalizowałbym we wnętrzu statku basen pływacki, trzecia plamka była 

przeznaczona  dla   maszynowni.  Konrad  robił   to  uroczyście.  Pokrył  tułów  statku  stygmatami, 

przyjrzał się swemu dziełu, był najwidoczniej zadowolony, powiedział: - To była precyzyjna 

robota - a potem raptownie zmienił temat.

Mój syn chciał wiedzieć, na kogo głosowałem w wyborach do Bundestagu. Odparłem: - 

Na pewno nie na republikanów - po czym przyznałem się, że już od lat żaden lokal wyborczy nie 

background image

potrafił   mnie   skusić.   -   To   znów   typowe   dla   ciebie:   nie   mieć   absolutnie   żadnych   własnych 

poglądów - rzucił, sam jednak nie chciał  zdradzić,  przy kim jako młody wyborca  głosujący 

korespondencyjnie postawił krzyżyk. Ja, podejrzewając wpływ matki, stawiałem na PDS. Ale on 

tylko   się   uśmiechnął   i   zaczął   rozmieszczać   na   dziobie,   rufie   i   topach   obu   masztów   małe, 

wykonane   widać   własnym   przemysłem   flagi,   które   czekały   na   to   w   innym   pudełeczku. 

Odtworzył w miniaturze nawet emblemat KdF i flagę Niemieckiego Frontu Pracy; nie zabrakło 

też tej ze swastyką. Statek oflagowany. Wszystko grało, tylko u niego znowu nie grało nic.

Co robić, kiedy syn odczytuje zakazane, od lat trzymane w areszcie domowym myśli ojca, 

za jednym zamachem bierze w posiadanie i nawet wprowadza w czyn? Zawsze starałem się nie 

podpadać przynajmniej politycznie, wystrzegać się niewłaściwych wypowiedzi, zachowywać na 

zewnątrz pozory poprawności. Nazywa się to samodyscypliną. Czy to w gazetach Springera, czy 

w „taz”, wciąż tańczyłem, jak mi zagrali. Byłem nawet dość przekonany do tego, co wychodziło 

mi   spod   pióra.   Bić   pianę   nienawiści,   cynicznie   zmieniać   fronty,   dwie   czynności,   które   na 

przemian   przychodziły   mi   z   łatwością.   Ale   nigdy   nie   wybiegałem   przed   szereg,   nigdy   w 

artykułach   wstępnych   nie   wytyczałem   kursu.   Temat   poddawali   inni.   Tak   to   trzymałem   się 

złotego   środka,   nigdy   nie   zapędziłem   się   ani   całkiem   w   lewo,   ani   całkiem   w   prawo,   nie 

wychylałem   się,   płynąłem   z   prądem,   pozwalałem   się   unosić,   musiałem   utrzymać   się   na 

powierzchni; no cóż, pewnie się to wiązało z okolicznościami moich narodzin; tym dawało się 

wytłumaczyć niemal wszystko.

Potem jednak mój syn nawarzył piwa. Właściwie to nie była niespodzianka. Tak musiało 

się stać. Po wszystkim, co Konny zamieścił w internecie, naplótł w chatroomie, ogłosił na swojej 

homepage,   mierzone   strzały   oddane   na   południowym   brzegu   Jeziora   Schwerińskiego   były 

ostateczną konsekwencją. Siedział teraz w więzieniu dla młodocianych, zwycięstwami w ping - 

pongu i prowadzeniem kursu komputerowego zyskał sobie uznanie, mógł się pochwalić zdaną 

maturą, już teraz, o czym szepnęła mi matka, dostawał z gospodarki propozycje na później: nowe 

technologie!   Wydawało   się,   że   będzie   miał   przyszłość   w   bliskim   już   nowym   stuleciu,   robił 

wrażenie pogodnego, wyglądał na dobrze odżywionego, mówił całkiem  rozsądne rzeczy,  nie 

przestał jednak wznosić chorągwi jak chorągiewki. To może tylko źle się skończyć, myślałem 

niejasno i szukałem rady.

Na  początek,   ponieważ   taki   byłem   skołowany,   nawet   u  ciotki   Jenny.   Starsza   pani   w 

swoim pokoiku dla lalek lekko trzęsąc głową wysłuchała wszystkiego, z czego zwierzyłem się 

background image

mniej  czy bardziej szczerze.  Przed nią można było  się wywnętrzyć.  Przywykła  do słuchania 

zwierzeń, prawdopodobnie od młodości. Skoro już wyjawiłem większość z tego, co mi leżało na 

wątrobie, obdarzyła mnie swym zlodowaciałym uśmiechem i powiedziała: - To jest zło, które 

chce się wydostać. Moja przyjaciółka z lat młodości Tulla, twoja droga matka, zna ten problem. 

Ojej, ile to razy jako dziecko musiałam cierpieć przez jej wybuchy. A także mój przybrany ojciec 

-   ja   przecież,   co   wtedy   musiało   być   trzymane   w   tajemnicy,   pochodziłam   podobno   od 

prawdziwych Cyganów - no cóż, ten trochę zdziwaczały profesor, którego nazwisko, Brunies, 

przyszło mi nosić, musiał poznać Tullę od jej złej strony. U niej to była czysta swawola. Ale źle 

się skończyła.  Po doniesieniu tatę Bruniesa zabrali... Trafił do Stutthofu... Na koniec jednak 

prawie wszystko odwróciło się ku dobremu. Powinieneś z nią pomówić o swoich troskach. Tulla 

na samej sobie doświadczyła, jak gruntownie człowiek może się zmienić... Pognałem więc na 

łeb, na szyję z Berlina A 24 i zjechałem z autostrady na Schwerin. A jakże, rozmawiałem z 

matką, o ile można z nią było rozmawiać o moich wciąż skotłowanych myślach. Siedzieliśmy na 

dziesiątym piętrze odnowionego wieżowca z wielkiej płyty przy Gagarinstrasse na balkonie z 

widokiem na wieżę telewizyjną; w dole nadal stał Lenin z brązu i spoglądał na Zachód. Jej 

mieszkanie   wydawało   się   nie   zmienione,   ale   matka   ostatnio   odkryła   na   nowo   wiarę   swego 

dzieciństwa.   Poczuła   się   katoliczką   i   w   rogu   bawialni   urządziła   coś   w   rodzaju   domowego 

ołtarzyka, na którym pośród świec i plastykowych kwiatów - białe lilie - stał wystawiony obrazek 

Matki Boskiej; obok szokowała wszelako fotografia poczciwie palącego fajkę towarzysza Stalina 

w białym ubraniu. Ciężko było wpatrywać się w ten ołtarzyk i nic nie mówić.

Przywiozłem to, co matka lubiła: pszczele żądełka i makowiec. Ledwie wyrzuciłem z 

siebie niemal wszystko, ona powiedziała: - O naszego Konradżika za bardzo martwicz są ni 

muszisz.   On   biedy   se   napytał   i   teraz   za   to   szedżi.   A   jak   na   wolnoszcz   wyjdże,   to   sicher 

prawdziwym radykałem bandze, jako ja żem taką radykałką beła, kiedy mnie właszni towarzysze 

od osztatnich sztronniczek Sztalina wymyszlali. Niii, jemu ju nic złego są ni sztanie. Nad naszym 

Konradżikiem imer anioł sztróż czuwa...

Zrobiła „puste gały”, po czym patrzyła już normalnie i przyznała rację swej przyjaciółce 

Jenny, która znów miała dobrego nosa: - Co w nas szedżi, w głowie i wszędże, to złe wydosztacz 

są muszi...

Nie,   od   matki   nie   można   było   uzyskać   rady.   Jej   białowłose   myśli   pozostały   krótko 

przystrzyżone. Ale do kogo jeszcze mogłem się zwrócić? Może do Gabi?

background image

Ponownie przejechałem dobrze mi już znany odcinek ze Schwerina do Mölln i jak za 

każdym przybyciem byłem zdumiony skromnym pięknem tego miasteczka, które chlubiąc się 

przeszłością powołuje się na Dyla Sowizdrzała, ale chyba nie zniosłoby jego figli. Ponieważ 

moja   była   miała   ostatnio   przyjaciela,   człowieka,   jak   mówiła,   „bardzo   miłego,   łagodnego   i 

drażliwego...”, spotkaliśmy się w sąsiednim Ratzeburgu i zjedliśmy coś - ona po wegetariańsku, 

ja   sznycel   -   w   „Seehofie”   z   widokiem   na   łabędzie,   kaczki   i   niezmordowanego   perkoza 

dwuczubego.

Po tym, jak na wstępie poprzedzonym frazą: „Bóg mi świadkiem, że nie chciałabym cię 

urazić”   -   obarczyła   mnie   odpowiedzialnością   za   wszystko,   co   się   tyczy   naszego   syna, 

powiedziała:   -   Wiesz,   od   dłuższego   czasu   nie   znajduję   z   chłopakiem   porozumienia.   On   się 

zamyka.   Nie   przyjmuje   miłości   i   podobnych   uczuć.   Z   czasem   doszłam   do   przekonania,   że 

głęboko w nim, i to aż po ostatnie myśli, wszystko jest z gruntu zepsute. Ale kiedy przypomnę 

sobie twoją panią matkę,  domyślam  się, co przez jej  szanownego syna  odziedziczył  po niej 

Konrad. Tu nic się nie da zmienić. Nawiasem mówiąc podczas mojej ostatniej wizyty twój syn 

odżegnał się ode mnie.

Potem dała do zrozumienia, że ze swoim „serdecznym, a przy tym mądrym i bywałym w 

świecie” partnerem chce zacząć nowe życie. Należy się jej ta „mała szansa” po tym wszystkim, 

co przeszła. - I wyobraź sobie, Paul, mam dość siły, żeby rzucić palenie. - Zrezygnowaliśmy z 

deseru. Ja, przez wzgląd na nią, odmówiłem sobie kolejnego papierosa. Moja była uparła się, że 

zapłaci za siebie.

Próba   zasięgnięcia   rady   u   Rosi,   oddanej   przyjaciółki   mojego   syna,   wydaje   mi   się   z 

późniejszej perspektywy co prawda śmieszna, ale też pouczająca, wskazująca w przyszłość. Już 

następnego dnia, który był dniem odwiedzin, spotkaliśmy się w neustrelitzkiej kawiarni, krótko 

po jej widzeniu z Konnym. Jej oczy już nie mokre od łez. Włosy zazwyczaj luźno opadające 

zawiązane   w   węzeł.   Jej   ustawicznie   gotowa   do   poświęceń   postawa   wyprężona.   Nawet   jej 

niespokojne dłonie, raz po raz daremnie szukające w sobie samych oparcia, leżały obecnie na 

stole zaciśnięte w pięści. Zapewniła mnie: - Jak pan postąpi jako ojciec, to pańska sprawa. Co do 

mnie, to zawsze będę wierzyła w dobro w Konnym, choćby się działo nie wiem co. On jest taki 

silny, taki nadzwyczajnie silny. A ja nie jestem jedyna, która mocno, bardzo mocno wierzy w 

niego - i to nie tylko w myślach.

Odrzekłem, że z tym wewnętrznym dobrem jest coś na rzeczy. Ja w zasadzie też w nie 

background image

wierzę. Chciałem powiedzieć jeszcze więcej, usłyszałem jednak jakby na zakończenie: - To nie 

on, to świat jest zły.  - Nadszedł czas, żebym  zgłosił się na wizytę  w zakładzie  karnym  dla 

młodocianych.

Po raz pierwszy dane mi było odwiedzić go w celi. Powiedziano, że Konrad Pokriefke 

dobrym sprawowaniem i wzorową postawą społeczną wyjednał sobie to jednorazowe specjalne 

zezwolenie. Jego współwięźniów nie było, pracowali, jak usłyszałem, w ogrodzie. Konny czekał 

na mnie w zajmowanym przez siebie kącie.

Ten   zakład   to   waląca   się   rudera,   ale   mówią,   że   w   planie   jest   postawienie 

nowocześniejszego budynku. Z jednej strony sądziłem, że jestem z biegiem czasu uodporniony 

na niespodzianki, z drugiej bałem się nagłych inspiracji mojego syna.

Kiedy   wszedłem   i   najpierw   zobaczyłem   tylko   poplamione   ściany,   siedział   w   swym 

norweskim pulowerze przy stole przysuniętym do ściany i nie podnosząc wzroku odezwał się: - 

No, tato?

Mój syn, który nieoczekiwanie powiedział do mnie „tato”, nieznacznym gestem wskazał 

na półkę z książkami, spod której, czego nie dało się ogarnąć jednym spojrzeniem, usunięto, 

zdjęto wszystkie oprawione w ramki fotografie - tę Dawida jako Wolfganga, młodego i starego 

Prankfurtera,   obie   przypisywane   dowódcy   okrętu   podwodnego   Marinesko.   Nic   nowego   nie 

zawisło w miejsce fotografii. Bacznym spojrzeniem przebiegłem grzbiety książek na półce: jak 

można się było spodziewać, dużo rzeczy historycznych, coś niecoś o nowych  technologiach, 

pomiędzy tym dwa tomy Kafki.

Nie puściłem pary z ust na temat usuniętych fotografii. A on też zdawał się nie oczekiwać 

żadnego   komentarza.   To,   co   nastąpiło   potem,   przebiegło   szybko.   Konrad   wstał,   z   drucianej 

podpory, która stała na środku stołu wyjął nazwany imieniem Wilhelma Gustloffa i oznakowany 

trzema czerwonymi plamkami model statku, ułożył kadłub przed rusztowaniem, tak że leżał na 

lewej burcie jakby w przechyle, po czym bez pośpiechu lub wpadania we wściekłość, raczej z 

premedytacją zaczął gołą pięścią rozwalać dzieło swego majsterkowiczowskiego trudu.

Musiało to być bolesne. Po czterech, pięciu uderzeniach krwawił brzeg jego prawej dłoni. 

Skaleczył  się pewnie o komin, łodzie ratunkowe, obydwa maszty.  Mimo to walił dalej. Gdy 

kadłub statku nie chciał ostatecznie ulec jego uderzeniom, wziął wrak oburącz, przekręcił na bok, 

uniósł na wysokość oczu i spuścił na podłogę z nasączonych olejem desek. Następnie rozdeptał 

to, co pozostało z modelu „Wilhelma Gustloffa”, na koniec ostatnie łodzie ratunkowe, które 

background image

wyskoczyły z żurawików.

- Zadowolony teraz, tato? - Potem już ani słowa. Jego wzrok poszukał zakratowanego 

okna,   utkwił   w   nim.   Plotłem   sam   nie   wiem   co.   Coś   pozytywnego.   „Nigdy   nie   należy 

rezygnować” czy „Zacznijmy wspólnie jeszcze raz od początku” albo jakąś bzdurę zasłyszaną w 

amerykańskich filmach: „Jestem z ciebie dumny”. Nawet na odchodnym mój syn nie wydusił z 

siebie słowa.

W   parę   dni   później,   nie,   już   nazajutrz   ktoś   -   on,   w   którego   imieniu   idąc   rakiem 

posuwałem się naprzód - poradził mi, żebym pilnie zajrzał do internetu. Powiedział, że za sprawą 

kuknięcia   myszą   być   może   znajdzie   się   odpowiednie   zakończenie.   Dotychczas   żyłem 

wstrzemięźliwie:   tylko   to,   czego   wymagał   zawód,   co   pewien   czas   jakieś   porno,   nic   więcej. 

Odkąd Konny siedział, panowała cisza w eterze. Nie było już także Dawida.

Długo musiałem surfowaó. Często wprawdzie miałem w oknie nazwę przeklętego statku, 

ale nic nowego czy ostatecznie kończącego. Ale potem wyszło coś gorszego, niż się obawiałem. 

Pod tym szczególnym adresem po niemiecku i po angielsku przedstawiała się website, która jako 

„www.kamractwo   -   konrad   -   pokriefke.de”   agitowała   za   kimś,   kto   wykazuje   się   wzorową 

postawą   i   wiernością   ideałom   i   z   tego   powodu   jest   więziony   przez   znienawidzony   system. 

„Wierzymy w Ciebie, czekamy na Ciebie, pójdziemy za Tobą...” I tak dalej, i tak dalej.

To się nie kończy. To się nigdy nie skończy.

background image

Mroźna   noc,   zawieja   śnieżna,   wzburzone   morze   i  tonący   statek   z   tysiącami   ludzi   na 

pokładzie to sceneria opisanej w Idąc rakiem tragedii „Wilhelma Gustloffa”, storpedowanego na 

Bałtyku w końcowej fazie drugiej wojny światowej, 30 stycznia 1945. Zatopienie tego statku 

płynącego   z   Gdyni   (przemianowanej   wówczas   na   Gotenhafen)   do   Kilonii   to   największa 

katastrofa morska w dziejach - zginęło w niej od siedmiu do dziewięciu tysięcy ludzi, cywilnych 

uciekinierów z Prus Wschodnich i Pomorza Gdańskiego oraz wieluset żołnierzy - mężczyzn i 

kobiet.

Najnowsza książka Guntera Grassa wydana w Niemczech u schyłku tegorocznej zimy 

wywołała wielkie poruszenie w ojczyźnie pisarza i poza jej granicami, od Francji i Polski po 

Chiny i Stany Zjednoczone. Autor mówi tu pełnym głosem o sprawach, o których przez długie 

lata mówiło się - nie bez powodu - głosem ściszonym: o cierpieniach doznanych w ostatniej 

wojnie przez Niemców a pozostających w cieniu cierpień zadanych innym.

W   splecionej   misternie   z   wielu   wątków   opowieści   Gunter   Grass   dokonuje   literackiej 

rekonstrukcji okoliczności i tła wydarzeń sprzed lat i podejmuje spór o miejsce tej tragedii w 

świadomości współczesnych. Przeszłość, zapominana lub pamiętana na różne sposoby, żyje w 

ich   psychice,   jest   przedmiotem   zażartych   dyskusji,   wpływa   na   ich   postępki.   Groźne   jest 

zapomnienie, ale jeszcze groźniejsza zła, jednostronna, zaślepiona tendencyjnością pamięć, która 

prowadzi w książce do krwawego rozstrzygnięcia.

Przerażająca śmierć tysięcy pasażerów „Wilhelma Gustloffa” mieściła się w okrutnych 

regułach   wojny   narzuconych   światu   przez   hitlerowskie   Niemcy.   Warto   o   tym   pamiętać 

współczując ofiarom tragedii.

W  serii   dzieł   wybranych   Guntera  Grassa  oficyna   POLNORD  Wydawnictwo  OSKAR 

opublikowała następujące utwory  Listopadia (1994), Blaszany bębenek  (1994),  Turbot  (1995), 

Kot i mysz  (1996),  Miejscowe znieczulenie  (1997)  Psie lata  (1998),  Moje stulecie  (1999),  

dziennika ślimaka  (1999),  Wróżby  kumaka  (1999),  Spotkanie w Telgte  (2000),  Rozległe pole 

(2000), Szczurzyca (2001), Rzeczy znalezione Dla tych, co me czytają (2OO2)