background image

  Kathryn Harrison

  
  POCAŁUNEK
  
  Przełożył Mariusz Ferek
  
  DOM WYDAWNICZY REBIS
  POZNAŃ 1998
  
  Ukochanej
  1942-1985
  
  Jesteśmy, my wszyscy, kształtowani i na nowo urabiani przez tych, którzy 
nas pokochali, i chociaż miłość ta może przeminąć, pozostajemy ich dziełem 
- dziełem, którego pewnie wcale nie rozpoznają i które nigdy nie odpowiada 
w pełni ich intencjom.
  
  - François Mauriac, Le Deseert de l'amour (1925)
  
  Spotykamy się na lotniskach, Spotykamy się w miastach, w których nigdy 
dotąd nie byliśmy. Tam, gdzie nikt nas nie rozpoznaje.
  Jedno z nas przylatuje samolotem, drugie przyjeżdża samochodem i 
wyruszamy w tym czy innym kierunku. Okolice, do których się udajemy, są 
coraz mniej realne. - Skamieniały Las, Monument Valley, Wielki Kanion - tak 
surowe, tak piękne i martwe niczym powierzchnie odległych planet ukazane na 
zdjęciach satelitarnych. Pozbawione powietrza, rozpalone, nieludzkie.
  W takich właśnie miejscach ojciec ujmuje w dłonie moją twarz. Odchyla ją, 
całuje przymknięte powieki, szyję. Jego palce błądzą we włosach na karku. 
Na powiekach czuję gorący oddech.
  Bywa, że się kłócimy, bywa, że płaczemy. Szosa przed i za nami ciągnie 
się zawsze bez końca, dlatego może się wydawać, że znaleźliśmy się poza 
czasem i miejscem. Jedziemy do Muir Woods w północnej Kalifornii. Spowita w 
błękitną mgłę droga ginie nam z oczu. Jedziemy Natchez Trace w głębinę 
zielonego lata Missisipi. Drzewa dźwigają liście wielkości mojej głowy; 
płatki koloru kości słoniowej płyną ku ziemi i zakrywają nasze ślady.
  Z dala od rodziny i głównego nurtu czasu, z dala od pracy i szkoły; 
stoimy oparci o stromą, czerwoną skałę tysiąc stóp nad ziemią; klęczymy w 
pieczarze, w której przed dwoma tysiącami lat mieszkali ludzie; przyglądamy 
się, jak jaskinie Karolsbadu wypluwają w purpurowy zmierzch strumienie 
tysięcy nietoperzy - wszystkie te nigdzie i nigdy są naszym jedynym domem.
  
  Wychowują mnie rodzice matki. Mieszkam w ich domu do ukończenia 
siedemnastego roku życia. Tutaj nigdy nie wypowiada się imienia mojego 
ojca, nie uznaje jego istnienia. 
  - Gdzie twój tata? - pytają dzieci.
  - Nie wiem - odpowiadam.
  - Czemu? - dociekają. Na to pytanie również nie potrafię odpowiedzieć.
  Rodzice rozwodzą się, kiedy mam sześć miesięcy. Zostaję z matką i jej 
rodzicami; ojciec odchodzi.
  Jest brakiem obecności, czymś w rodzaju dziury wyciętej przez babkę w 
rodzinnej fotografii. Ona nie pozbywa się całego zdjęcia z wizerunkiem 
osoby, której nie cierpi, lecz wycina niegodziwca niedbale i w pośpiechu, 

background image

używając nożyczek do paznokci.
  Siedzę w nogach jej łóżka i przyglądam się, jak redaguje rodzinne albumy. 
Bierze się do tego z ponurą determinacją, której nie można wytłumaczyć 
niczym innym, tylko walką, jaką prowadzi z moją matką. Często zdarza się, 
że wycina tylko głowy, pozostawiając anonimowe korpusy jako świadectwo jej 
niezadowolenia i braku litości. Gdy dokonuje cenzury, nikt nie jest 
bezpieczny - z albumów usuwa też niezbyt udane wizerunki samej siebie.
  Kilka zdjęć mojego ojca matka trzyma w ukryciu. Czasem, gdy ją o to 
poproszę, pozwala mi popatrzeć na jedno z nich. Na każdej fotografii ojciec 
jest maleńką figurką w garniturze i okularach; nawet jeśli w kadrze nie 
znalazł się nikt poza nim, i tak nigdy nie jest w centrum ani na pierwszym 
planie; sprawia wrażenie przypadkowego widza. Nie mogę dostrzec wyraźnie 
jego rysów.
  
  Zamknięte drzwi sypialni moich dziadków są widoczne już od wejścia do 
domu. Kiedy zjawia się jakiś młody człowiek, aby zabrać matkę na randkę, 
kiedy babka słyszy, że matka wita się z nim i idzie po płaszcz, zaczyna 
krzyczeć z pokoju. Babka ma prawdziwy talent do krzyczenia. Jej wrzaski nie 
są ludzkie. Przedzierają się niczym niszcząca siła przez materię 
codziennego życia - życia, które jeszcze kilka chwil wcześniej otaczało w 
hallu niczego nie podejrzewającego młodzieńca, i naraz zjawia się tu 
wszystko, co mroczne, ponure i barbarzyńskie: zwierzęta z łapami w 
potrzasku, operacje z czasów pozbawionych dobrodziejstwa narkozy, wrzask 
oparzonego dziecka, wołanie dziewczyny gwałconej w lesie, zawodzenie 
wilkołaka, który czując jej zapach, znajduje ją i syci się tym, co dla 
niego zostało.
  Mam cztery lata i gdy słyszę krzyk babki, osuwam się na kolana i pełznę w 
bezpieczne miejsce. Pod stół albo, jeśli daję radę zabrnąć tak daleko, do 
płóciennej szafy lub drewnianej skrzyni.
  
  Matka bez przerwy śpi. Póki mieszka z nami w domu swoich rodziców, śpi, 
kiedy tylko może. Sypia codziennie bardzo długo. Wstaje na śniadanie, ona 
zaś budzi się sześć, siedem godzin później. Gdy śpi, staję przy jej łóżku.
  Obudź się. Obudź. Ta myśl rozbrzmiewa mi w głowie nadzwyczaj głośno. 
Wydaje mi się, że matka musi wstać, że nie może pozostać nieczuła na moje 
prośby. Błagam ją tak żarliwie, tak żarliwie jej pragnę. Nie pojmuję, 
dlaczego ucieka w sen, w nim szuka ukojenia, w nim znajduje schronienie. 
Wiem jedno: nie mogę jej na to pozwolić.
  Oczy ma zamknięte, ukryte pod atłasową maseczką. Jej twarz jest płaska i 
biała, maska płaska i czarna: to mnie przeraża. Sen zmienia tę twarz w 
maskę, w maskę pod maską. Matka oddycha płytko, jakby umierała, jakby już 
nigdy nie miała się obudzić.
  Idę do łazienki, odkręcam kran. Spuszczam wodę w toalecie, chwytam za 
szczotkę i energicznie odkładam ją na półkę, upuszczam but, zamykam z 
trzaskiem drzwi. Staram się, jak mogę, obudzić matkę, ale na wszelki 
wypadek uciekam się do środków, których nie można uznać za celowy atak na 
fortecę jej snu. Bo jak długo nie chce wrócić do przytomności, tak długo 
nie może dostrzec, że jestem, tak długo więc nie istnieję. Kiedy tak stoję 
i przyglądam się, jak śpi, czuję, że za mną świat się rozstępuje, jakby 
otwierała się przepaść. Wiem, że nie mogę się cofnąć od łóżka nawet o cal, 
w przeciwnym razie runę w dół.
  Jeśli starcza mi odwagi, wyciągam dłoń i delikatnie dotykam gładkiej, 

background image

połyskliwej powierzchni czarnej maski. Wygląda niestosownie, niemal 
perwersyjnie, otoczona czarną koronkową falbanką, jak bielizna, którą matka 
wkładała na randkę. Od kilku godzin, odkąd nie śpię, słyszę ptaki; ich 
krzyki brzmią przenikliwie, bezlitośnie.
  Jeśli uda mi się ją zbudzić, nie odzywa się. Chodzi sztywno tam i z 
powrotem po pokoju, jakby była wściekła, patrzy dziko, a na jej twarzy 
maluje się wyraz zdziwienia. Robię się jeszcze mniejsza, wycofuję do kąta 
przy drzwiach, często jednak zdaje się wcale mnie tam nie dostrzegać. Z 
paczki pozostawionej na sekretarzyku wyciąga papierosa i staje przed 
francuskimi drzwiami, które wychodzą na ogród. Paląc, patrzy gdzieś w dal, 
odwrócona do mnie plecami. Światło przenika przez szkło i sprawia, że jej 
sylwetka rysuje się wyraźnie pod cienką, białą koszulą. Dym unosi się z jej 
ust, dłoni. Unosi się powoli, wije, kołysze niczym melodia grana na flecie 
przez zaklinacza węży.
  Kiedy wreszcie na mnie patrzy, jej oczy przypominają dwa puste 
zwierciadła. Nie mogę odnaleźć w nich siebie.
  
  Chociaż spotyka się z innymi mężczyznami, a nawet przyjmuje od nich 
pierścionki zaręczynowe, nadal kocha się romantycznie w moim ojcu, acz na 
odległość. Tak intensywnie koncentruje wzrok na tym nieobecnym, 
niewidzialnym mężczyźnie, że mnie, dziecku, wydaje się, że rzeczywiście 
widuję go w domu dziadków. Przyjrzawszy się dokładnie maleńkim figurkom w 
ciemnym garniturze, zwykle o zmroku dostrzegam widmo podobnego mężczyzny, 
które stoi w cieniach salonu albo sunie korytarzem w stronę sypialni.
  - Jak on wygląda? - pyta przyjaciółka rodziny, kobieta, która miewa 
przebłyski jasnowidzenia i której okulary kołyszą się na łańcuszku z 
błękitnymi szklanymi paciorkami, gdy się nade mną pochyla. - Powiedz mi - 
mówi, zachęcona do działania doniesieniem babki, że widziałam ducha.
  - Nie ma twarzy - szepczę.
  - Anioł stróż! - woła na to.
  - W garniturze? - dziwi się babka. - Anioły z pewnością nie noszą 
garniturów!
  Przeraża mnie ten duch. Nie mówi, nie gestykuluje. Nigdy za mną nie 
podąża, kiedy wybiegam z ciemnych pokoi, w których go niby widuję. Ale 
prowokuje mnie milczeniem, sposobem, w jaki zdaje się na mnie patrzeć. 
Dorastam w obawie przed mrokiem. W nocy potrzebne mi światło, filiżanka 
ovaltine, śpiew dziadka, ustawicznie powtarzane magiczne "K-K-K-Katie" i 
talizman składający się z jedenastu pluszowych miśków rozwieszonych na 
ścianie przy moim łóżku. Mimo wszystko budzę się z krzykiem.
  Może rzeczywiście ojciec przebywa tu duchem: przebywa w naszym domu, 
czeka, spaceruje sobie w salonie między stołami i krzesłami, których nigdy 
nie używamy. Czuję jego obecność. Jego druga żona powie mi po latach, że 
wzięła za męża człowieka, który ciągle ogląda się przez ramię na moją matkę 
i na mnie.
  - Kiedy wyszłam za twojego ojca - oświadczy - od razu wiedziałam, że on 
zawsze będzie w niej zakochany. Że twoja matka jest nieodłączną cząstką 
osoby, w której się zakochałam.
  
  "Człowiek w służbie Boga". Tak ktoś określa mojego ojca. Nie pamiętam 
kto. Na pewno nie moja matka. Jestem dzieckiem, dla którego słowa te znaczą 
tyle, że ojciec ma pewne nadzwyczajne, magiczne właściwości i że jest 
dobry, lepszy od innych ludzi.

background image

  Śle długie listy do matki. Czasem, złożone wewnątrz, są liściki do mnie. 
Ojciec opisuje w nich swoją pracę duchownego. Zabiera grupę młodych 
chrześcijan do slumsów, gdzie pomagają urządzać mieszkania. Malują ściany 
na biało, przynoszą koce, jedzenie i zabawki dzieciom, które ich nie mają. 
Ojciec twierdzi, że ja prawdopodobnie mam wszystko, czego dziecko może 
pragnąć. Wyraża nadzieję, że zdarzy się okazja, abym mogła poznać biednych 
ludzi, bo jakże w przeciwnym razie miałabym się nauczyć wdzięczności?
  List, napisany dwa dni po moich piątych urodzinach, zawiera pytanie, czy 
dobrze się bawiłam. Czy było przyjęcie? Tamtego dnia ojciec przebywał w 
domu ludzi, którzy nie mają dość pieniędzy, aby świętować urodziny. Spotkał 
tam chłopca o wyglądzie aniołka, bardzo inteligentnego, który jednak miał 
zeza. Ojciec próbuje się dowiedzieć, co można zrobić, aby skorygować tę 
wadę.
  Zawstydzona, że nie cierpię mężnie w slumsach i że widzę wszystko 
zupełnie normalnie, eksperymentalnie zaczynam zezować.
  - To ci już tak zostanie, jeśli nie przestaniesz - ostrzega mnie babka. 
Dodaje, że jeżeli gwałtownie zmieni się kierunek wiatru, kiedy będę to 
robiła, zez zostanie mi na zawsze, a wtedy równie dobrze mogłabym oślepnąć.
  Święto Dziękczynienia przychodzi nam spędzić w budujący sposób. W biurze 
pomocy społecznej matka dowiaduje się o pewnej rodzinie, która chętnie 
zgodzi się nas przyjąć w charakterze gości i pozwoli przygotować dla siebie 
posiłek. Odwiedzamy dom, w którym kilkoro dzieci dzieli pokój wielkości 
połowy mojego. Kiedy zbyt szybko dodaję mąkę do sosu i rozsypuję na podłogę 
mieloną gałkę muszkatułową, matka nie złości się na mnie tak bardzo, jak by 
to uczyniła w naszym domu. Nie krzyczy i nie wyrywa mi niczego z rąk.
  Potrawy, które przyrządzamy, znikają w ciszy. Dzieci jedzą szybko i 
łapczywie. Coś mnie ściska za gardło. Wiem, odczuwam to całą sobą, że 
motywem tej wizyty nie jest wielkoduszność, tylko pragnienie mojego ojca, 
abym potrafiła docenić to, za co powinnam być wdzięczna.
  
  Nie pamiętam, abym pisała do ojca, ale na pewno pisałam, bo kiedy umrze 
moja matka, między różnymi papierami znajdę listy od niego, a w nich 
spostrzeżenie, że bardzo ładnie uczę się kaligrafować i składać litery. 
Jeden wyblakły ołówkowy autograf z 20 lutego,  w którym kończyłam trzy 
lata, zawiera podziękowanie za wysłanie walentynkowego serduszka z 
dedykacją "Tacie". Nigdy nie miałam pewności, że nasza córka cokolwiek o 
mnie wie. Ale wie, prawda? Czy jest możliwe, abym spotkał się z nią choć na 
kilka godzin?
  
  Mam sześć lat, kiedy matka się wyprowadza. Ja zostaję. Nie ma jej, ale 
pokój po niej pozostaje taki, jaki był. Podnoszę narzutę i widzę świeże 
prześcieradła na jej łóżku. W szafie wiszą sukienki, których nie lubiła 
dość, by je ze sobą zabrać. Sukienki we wszystkich kolorach: czerwone, 
niebieskie, różowe, zielone. Staję pośród nich. Schylam się pod jedną i 
pozwalam, by otoczyła mnie niczym żółty namiot, namiot w kolorze słońca, 
pachnący kwiatami. Przysuwam twarz do gładkiego materiału, sto razy 
ładniejszego niż jakikolwiek inny przedmiot w tym domu. Jeśli taka sukienka 
nie była warta, by ją zabrać, to czyż ja mogłam mieć nadzieję, że mnie 
zabierze?
  Zaglądam do szuflad i widzę, gdzie trzyma koszule nocne. Ostrożnie 
układam się na jej łóżku z głową na poduszce. Kiedy się podnoszę, wygładzam 
prześcieradła i narzutę. Muszę mieć pewność, że kiedy wróci, nie dowie się, 

background image

że tutaj byłam.
  Przeprowadza się do mieszkania gdzieś w sąsiedztwie. Chce uciec przed 
drapieżnością mojej babki, dlatego nie mówi nam, na której ulicy mieszka, 
ani nie podaje numeru telefonu. Widuje się ze mną często, ale przychodzi i 
odchodzi według własnego widzimisię. Nie chce, aby ją niepokoić dziecięcymi 
dolegliwościami: gorączką, koszmarami, wypadaniem zębów. To pierwsza od 
rozwodu próba rozpoczęcia samodzielnego życia, które wydaje się jej 
zupełnie niemożliwe, póki nie uwolni się od macierzyństwa.
  
  Korespondencja między mną a ojcem ustaje, póki nie zaczynam nauki w 
pierwszej klasie college'u. Po raz pierwszy w życiu mam inny adres niż 
reszta mojej rodziny. Kiedy jestem w szkole, tylko naczelnik poczty może 
wiedzieć, kto nadsyła listy i jak często.
  Listy od ojca są beznamiętne, suche, bez wyobraźni. Niewiele mówią o nim 
samym. Przeważa w nich nużąca teoria wychowania i estetyki. Podobnie jak 
listy, które nadsyłał, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, zawierają głównie 
pouczenia. Gdy je czytam, stojąc na zewnątrz małego pomieszczenia poczty w 
przewiewnym korytarzu, trawi mnie zniechęcenie. Czy to możliwe, aby ktoś 
rzeczywiście myślał w taki sposób? Jest erudytą czy może, jak powiedziałaby 
moja babka, "potwornym nudziarzem"?
  Biorąc przykład z ojca, piszę ostrożne, oszczędne odpowiedzi, najpierw w 
zarysie, potem dokonuję poprawek, w końcu ostateczną wersję składam na trzy 
i zaklejam w nieskazitelnie białej kopercie.
  
  Matka i ojciec poznali się w foyer teatru. Przedstawił ich sobie wspólny 
przyjaciel. Oboje mieli po siedemnaście lat i byli zupełnie niewinni. 
Wiedza o rodzicach działa na mnie tak przemożnie, tak że ja również tracę 
dziewictwo jako siedemnastolatka. Pozbywam się go, jakby już w dniu moich 
narodzin sprawa była całkowicie przesądzona; partnerem jest chłopiec, 
którego doświadczenie dorównuje mojemu.
  To, co nastąpiło po wieczornym przedstawieniu, podczas którego doszło do 
spotkania moich rodziców, nie było niczym niezwykłym: zadurzenie, czułe 
spotkania, ciąża, pospieszne małżeństwo, narodziny dziecka, a potem rozwód 
- a wszystko rozgrywało się w domu rodziców mojej matki. Rodzina ojca 
mieszkała z dala od szkoły z internatem, w której się uczył. Kiedy moi 
rodzice zostali rodzicami, sami byli jeszcze dziećmi bez pieniędzy i 
wykształcenia.
  "Lubi czytać i chodzić na koncerty. Ma nadzieję, że pewnego dnia zostanie 
aktorką dramatyczną" - widnieje napis pod zdjęciem matki w jej kronice 
szkolnej.
  Wiele lat po jej śmierci wycinam odpowiednią stronę, która, oprawiona, 
wisi teraz w mojej pracowni. Czasami zdejmuję ramkę i trzymam ją w 
dłoniach. Przyglądam się dokładnie fotografii i słowom, które znam na 
pamięć.
  Jak na osiemnastoletnią dziewczynę wydaje się niepokojąco spokojna i 
poważna. Jakże wiele uwagi musiała poświęcić sukience i włosom, 
perfekcyjnie wyregulowanym brwiom nad piwnymi oczami. Są niebezpieczne, te 
oczy ze zdjęcia, dwie otchłanie smutku, w które mogę wpaść i utonąć. Wyraz 
twarzy matki zdradza ten sam rodzaj obawy i bezradności, który kojarzy mi 
się z sierotami i uciekinierami, ludźmi pozbawionymi wszystkiego. Jej usta 
są małe, wyraziste, dziewicze, wargi zaciśnięte, by nie budzić pożądania. 
Górna warga układa się w łuk Kupida z taką wyrazistością, że od samego 

background image

patrzenia mój wzrok staje się zamazany, nieostry.
  Czy znam matkę lepiej niż jej dawna przyjaciółka szkolna J. M., która 
przepowiadała jej przyszłość? "Będzie studiować literaturę, język francuski 
oraz dramat" - napisała J. M. To wszystko w pewnym sensie się sprawdziło, 
chociaż matka realizowała cele na własną rękę i nawet nie poszła do 
college'u.
  W obliczu niewyobrażalnych obowiązków, ojciec - mówiono mi, że dziadek 
wołał: "Z czego będziesz je utrzymywał?! Myślisz, że to może się udać?!" - 
podjął pracę jako sprzedawca encyklopedii.
  W bibliotece dziadków na najwyższej półce stoi rząd czerwono-zielonych 
tomów encyklopedii Brytannica. Na okładce pierwszego tomu suplementu 
widnieje rok 1962, następny po moich urodzinach.
  Ile to razy, będąc jeszcze dzieckiem, zdejmowałam jedną z tych ciężkich 
ksiąg, aby przygotować wypracowanie szkolne albo po prostu zaspokoić 
ciekawość? Ile to razy trzymałam w rękach którąś, nie wiedząc, kto sprzedał 
je moim dziadkom? Bawełniany dżin. G. Mendel. Główne produkty eksportowe 
Chin. Taniec pyłkowy pszczół.
  
  Matka i babka mówią płynnie po francusku. Moja matka z tak nienagannym 
akcentem, że dziwią się temu nawet paryżanie. "Niemożliwe" - mówią. - "Na 
pewno mieszkałaś we Francji jako dziecko". Ja, chociaż rozpoczynam naukę w 
wieku dwóch lat, długo nie czynię żadnych postępów. Oprócz przyswojenia 
sobie kilka słów, la table, le croyon, tych, które brzmią podobnie jak w 
angielskim. Testy na inteligencję potwierdzają podejrzenie matki, że brak 
postępów należy przypisać bardziej mojemu uporowi niż brakowi talentu. 
Postanawia mnie złamać. Chcę czy nie, muszę poznać ów język konfliktów. 
Matka i babka używają go do wzajemnych potyczek bądź posługują się nim, by 
sekretnie niszczyć wspólnych wrogów.
  W każdy weekend matka ćwiczy ze mną, korzystając z tekturowych kart jako 
pomocy. Stara się mnie przekupić, grozi mi, pochlebia. Bezskutecznie. Już 
przy najkrótszej galijskiej sylabie wyłączam się, wcale nie celowo, lecz 
najzupełniej bezwiednie. Zamykam się głęboko w sobie, dokąd głosy dobiegają 
jakby z oddali, jakby matka wołała w głąb studni, lecz nie jestem w stanie 
odpowiedzieć. Gniew, a zwłaszcza gniew matki, czyni mnie niemową; 
milczeniem doprowadzam ją do wściekłości. Pewnego razu rzuca karty i uderza 
mnie w twarz.
  W drugiej klasie, po pięciu latach niepowodzeń, przygotowuję się do testu 
z francuskiego w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło. 
Mamy nauczyć się kolorów. Czerwony = rouge. Żółty = jaune. Zielony = vert. 
Spisuję wszystkie odpowiedzi na kawałku papieru, a następnie chowam je go w 
rękawie. Podczas testu dostajemy rysunek klauna trzymającego kiść balonów. 
W każdym z nich jest słowo oznaczające jakiś kolor. Balony musimy właściwie 
pokolorować.
  Kiedy okazuje się, że osiągnęłam doskonały wynik, matkę ogarnia szaleńcza 
radość. Ściska mnie i całuje, kupuje prezenty; i chociaż mam dopiero siedem 
lat, bardzo dobrze pojmuję, jak obciążający jest mój sukces - że miłość 
matki (jak miłość jej matki do niej) zależy od tego, czy się poddam. 
Zaakceptuje mnie, dojrzy, zwróci uwagę, jeśli stanę się dzieckiem, które 
potrafi ją zadowolić.
  - Wiedziałam, że potrafisz! Wiedziałam, że dasz sobie radę. Jeśli tylko 
spróbujesz! - mówi.
  Wyrywam się z jej ramion, szlochając.

background image

  - Nie potrafię! - krzyczę. - Zrobiłam to dzięki temu! - Wyciągam w jej 
stronę papier z nieporadnym tłumaczeniem.
  - Ty... Ty... - wypluwa, tak wściekła, że nie jest w stanie wysłowić się 
w żadnym języku.
  Następnego dnia zabiera mnie do nauczycielki. Kiedy się przyznaję, matka 
zaciska dłoń na moim karku. Potem odwozi mnie do domu, do dziadków. Na 
podjeździe otwiera od wewnątrz drzwi pasażera.
  - Wysiadaj - rzuca. Posłusznie wychodzę z samochodu, ona zaś natychmiast 
odjeżdża.
  Tamtego dnia wpadam w chorobę, której nikt nie potrafi zdiagnozować ani 
wyleczyć. Wszystko zaczyna się od kłopotów z żołądkiem. Trwa tygodniami, 
póki nie podsłucham, jak pediatra mówi babce, że będę musiała iść do 
szpitala, bo jestem bardzo odwodniona. Wówczas dolegliwości przechodzą mi 
tak nagle, jak się rozpoczęły.
  Wracam do szkoły nie tylko szczuplejsza, ale nawet pozornie mniejsza, 
blada, z krótko przystrzyżonymi włosami, aby łatwiej je było pielęgnować 
podczas choroby.
  - Ojej, przecież to nie to samo dziecko! - woła nauczycielka, dyrektor i 
wszyscy, którzy mnie widzą.
  - Jest innym dzieckiem! Co to za dziecko?! - słyszę dziesięć albo więcej 
razy.
  Jestem inna. Uczę się francuskiego. Zawsze bez przyjemności, z jaką 
zajmuję się pozostałymi przedmiotami, ale uczę się na tyle dobrze, że 
potrafię przeczytać francuską powieść. Zdarza się, choć bardzo rzadko, że 
śnię po francusku. Wtedy budzę się rano chora, wymiotuję.
  
  Czy sukcesy ojca kosztują go tak samo wiele jak moje kosztują mnie? Jest 
jednym z tych ludzi, którzy oderwali się od swoich korzeni wystarczająco 
daleko, aby starzy znajomi albo stawiali go za przykład, albo odnosili się 
do niego z pogardą. Ilu jego starych przyjaciół i krewnych - członków 
społeczności, z której pochodzi - pojmuje to, co ja odkryję: że siłą 
napędową jego działania był gniew?
  
  To w ogrodzie, między rabatą z różami a rzędem owocowych drzewek, dziadek 
powiedział ojcu, że pomiędzy nim a matką wszystko skończone, że ojciec może 
zapomnieć o nazywaniu jej swoją żoną. Sprawa była prosta. Jeśli odejdzie 
bez przyczyniania naszej rodzinie dalszych kłopotów, będzie mógł się uważać 
za człowieka wolnego: ugoda rozwodowa nie będzie zawierała pod jego adresem 
żadnych dodatkowych roszczeń.
  Dziadek jasno dał do zrozumienia, że niczego się od niego nie oczekuje. 
Ani łożenia na dziecko, ani odwiedzin.
  Dziadkowie sądzili, że są w stanie położyć temu kres, usunąć skutki 
niefortunnego błędu mojej matki. Rzecz jasna było dziecko, efekt jej 
młodzieńczego buntu, próby sprzeciwienia się rodzicom, zwłaszcza pragnieniu 
jej matki, aby nią kierować. Wprawdzie należało wziąć mnie pod uwagę, lecz 
byłam tylko kosztem, który godzili się ponieść. W każdym razie ojciec 
musiał odejść.
  Wyczerpana kampanią swej matki, zmierzającą do usunięcia męża z jej 
życia, kampanią sprytnie skoncentrowaną na jedynej ekstrawagancji, jaką 
dopuszczały zasady jej wychowania, matka uległa obawie, że z moim ojcem 
będzie zawsze uboga. Ubóstwo było czymś, co babka, sama wychowana przez 
ojca posiadającego fortunę, mogła uważać za położenie rozpaczliwe, niemal 

background image

fatalne.
  Żona kaznodziei! Słyszę pogardę, z jaką babka wypowiada te słowa.
  Najpierwotniejsza dyrektywa, którą mnie i matce wpajali jej żydowscy 
rodzice, głosiła, że mamy się kształtować w opozycji do dzieci z naszego 
otoczenia. Urodzeni w Londynie dziadek i babka mieszkali wszędzie. Zawsze 
uważali Amerykę za kraj wygody, higieny i bezpieczeństwa, gdzie dzieci 
"ciągnięto za uszy", a nie "wychowywano". Co natchnęło matkę, by w 
przypływie buntu wybrać mojego ojca, a z nim jego niemieckich przodków, 
część indiańskiej krwi babki; nie jednego, lecz dwóch dziadków misjonarzy; 
rozbite małżeństwo rodziców, by nie wspominać o bardzo skromnych warunkach, 
w których przyszło im żyć. Dla mojej matki musiał być kimś wyjątkowym, nie 
do odrzucenia, tak samo jak dla jej rodziców - nie do przyjęcia.
  Ojciec, człowiek o nieszczególnym pochodzeniu, musiał mieć dla nich 
respekt za ich uprawnioną europejską łaskawość, dobrobyt i namacalną 
historię, ucieleśnioną w antykach, których nie nabyli, tylko otrzymali w 
spadku. Chociaż sama powinnam wrosnąć w tę powłokę uprawomocnienia, nadal 
boję się dziadków. O ileż bardziej musieli przerażać mojego ojca, wówczas 
dziewiętnastoletniego młodzieńca, który przebywał z dala od domu, a 
pieniądze na ostatni rok nauki w doskonałej szkole przygotowującej do 
college'u nie bez trudu zebrał jego ojciec jako rodzaj rekompensaty.
  Ojciec mojego ojca był uwodzicielem. Często opuszczał żonę i dziecko, 
goniąc za innymi kobietami. Zwieńczenie kariery syna w szkole średniej - 
dyplom ze znakomitej szkoły przygotowawczej, dający szansę na lepszy 
college - miało być formą zadośćuczynienia za wcześniejsze zaniedbania. 
Jednocześnie mój ojciec zyskał szansę spotkania matki i odmiany swojego 
życia. Ale z pewnością w sposób niezgodny z nadziejami jego ojca.
  
  Mam dwadzieścia lat. Wiodę życie wygnańca. Ciągle przebywam na jakimś 
lotnisku, wlokę się za ojcem przez pomieszczenia wyłożone poplamionymi 
dywanami albo wyblakłym linoleum. Ściany wokół nas ostrzegają przed 
nielegalnym przewozem. Strzałki wskazują punkty odbioru bagażu i postoje 
taksówek. Wszędzie są małe, niebieskie tabliczki z międzynarodowymi 
symbolami oznaczającymi bufet, pomoc medyczną, toalety.
  Zmęczeni, znudzeni podróżni, którzy nas otaczają, zgięci w tłocznych 
plastikowych krzesłach, trawią nasze długie pożegnania tak samo jak treść 
czasopism i podłe jedzenie.
  Czy jesteśmy do siebie tak podobni, by rozpoznawali w nas ojca i córkę? 
Czy siedzimy zbyt blisko siebie? Czy trzymając dłoń na moim ramieniu, 
ojciec zdradza swoje intencje? A my? Dlaczego tulimy się do siebie tak, 
jakby nasze rozstanie było nieodwołalne niczym śmierć?
  Ludzie wpatrują się w nas bez żenady, bezpośrednio, obserwują nasze gesty 
i słowa niczym program na ekranie telewizora, który stoi w poczekalni.
  Czasem w sklepiku na lotnisku ojciec kupuje pocztówki, duże, z różami i 
koronkami oraz do kompletu różowe koperty. Przyglądam się, jak na nich 
pisze, nakleja znaczki i wreszcie je wysyła, zatem nasze spotkania nie 
przerywają ich nieustannego napływu na mój adres.
  
  Dorastając niewiele wiem o życiu ojca. Ma nową żonę i inną córkę. Tam, 
gdzie mieszka, pada śnieg. Dokucza mu katar sienny. Ma ogromnego psa, 
malemuta, który kiedyś pożarł kota. Jest doktorem, ale nie lekarzem - ma 
tytuł doktora filozofii. Źródłem tego rodzaju szczegółowych informacji jest 
matka. Sporadycznie pisane listy przestają nadchodzić, więc pozostają 

background image

jeszcze tylko dwie wizyty, podczas których mam okazję przyjrzeć mu się 
osobiście.
  Przyjeżdża latem, kiedy mam pięć lat. On, matka i ja idziemy razem na 
plażę. Ojciec w koszuli z długim rękawem i płóciennych butach wychodzi 
naprzeciw morskiej pianie. Idzie w głąb, a odwraca się dopiero wówczas, gdy 
fala przelewa się już nad jego ramionami. Przyglądam się, jak zmierza po 
piasku do naszego parasola. W butach mu chlupocze, koszula przykleja się do 
ciała, z rękawów kapie. Siada na jednym z naszych rozkładanych krzesełek, a 
woda spływa strumyczkami po aluminiowych nóżkach. Rozkłada ręcznik na swych 
białych kolanach. Najbardziej niepokoi mnie jedno: sposób, w jaki fascynuje 
moją matkę. Kiedy składają sprzęt plażowy i idą w stronę samochodu, jestem 
przekonana, że gdybym za nimi nie poszła, nawet nie zauważyliby mojej 
nieobecności.
  Bierze ze sobą duży aparat fotograficzny i pewnego popołudnia ustawia 
mnie przed obiektywem. Na zdjęciach, które robi, mam sukienkę ze 
ściągaczami w pasie i przy rękawach. Pamiętam tę sukienkę także dlatego, że 
nieprzyjemnie cisnęła mnie w ramiona. We wspomnieniach nie dostrzegam 
różnicy między tą niewygodą a uściskiem jego dłoni o dużych palcach, kiedy 
ustawiał mnie w pozie według niego najodpowiedniejszej.
  Gdy wraca, mam lat dziesięć. Teraz idziemy we trójkę do muzeum sztuki i 
na targ warzywny. W muzeum matka i ojciec trzymają się za ręce, ja podążam 
dobre kilka metrów za nimi. Wszyscy pocimy się, przesuwamy leniwie 
bezwietrznymi galeriami. W pewnym momencie kładę swoje rozgrzane dłonie na 
chłodnej stopie dużego marmurowego posągu Wenus, a mój ojciec obraca się na 
pięcie i gani mnie.
  - Czy nikt cię nie nauczył, że w muzeum nie należy dotykać żadnych 
przedmiotów? - pyta i patrzy z dezaprobatą najpierw na moją matkę, potem na 
mnie.
  Przy lunchu na targu warzywnym moje krzesełko stoi zbyt blisko krawędzi 
stołu. Czuję, że nie mogę oddychać. Podniesienie z ziemi srebrnych 
sztućców, które w zdenerwowaniu upuszczam, zajmuje mi sporo czasu. 
Wyczuwam, że ojciec spogląda na mnie nieco zaintrygowany - oto jego dziecko 
- jednocześnie z odrobiną zadowolenia. Znowu jestem, jak zawsze od dnia 
narodzin, nieruchomym kompromisem prywatności moich rodziców.
  
  Dziesięć lat później - dziesięć lat od dnia, kiedy ze swojego punktu 
obserwacyjnego pod stołem spojrzałam na jego czarne buty - wszystko się 
zmieniło. Ojciec przysyła mi kasety magnetofonowe z nagraniami swojego 
głosu, ja odtwarzam je w samochodzie. Jadę do centrum handlowego położonego 
kilka mil od uniwersyteckiej poczty, blokuję drzwi i paznokciem rozcinam 
taśmę, którą jest sklejone małe, białe pudełko.
  Męski głos wypełnia wnętrze samochodu. Wznosi się, opada, przybiera ton 
prośby, łamie się. "Dziewczynko" - woła do mnie. - "Och, dziewczynko. Moja 
dziewczynko". Jestem w samochodzie sama. Chowam twarz w dłonie i słucham. 
Stałam się jego niewolnicą w nie mniejszym stopniu niż byłam nią wobec 
swojej matki.
  Odtwarzam taśmę ciągle od początku, cofam ją bez ustanku. Mogę słuchać 
ojca, ile razy przyjdzie mi ochota, słuchać, że mnie pragnie.
  Ten głos jest czymś, co chcę zachować na zawsze, i zarazem czymś, czego, 
kiedy już będzie po wszystkim, nie pozwolę sobie słuchać. Jak listy od 
niego i jak fotografie, kasety będą zamknięte w kufrze, co przywróci mu - 
wszelkim oznakom jego istnienia - pierwotny charakter związków ze mną: 

background image

utraconego ojca.
  
  Mówię matce, że chcę wysłać ojcu podarunek, coś wykonanego własnoręcznie. 
Z pewnością zależy mi na tym, by mam nadzieję wymazać albo chociaż 
złagodzić fatalne wrażenie, jakie na nim wywarłam podczas ostatniego 
spotkania, kiedy upomniał mnie w galerii rzeźb.
  - Co powiesz o jednym ze swoich obrazów? - sugeruje. W środy po szkole 
chodzę na dodatkowe zajęcia plastyczne.
  - W porządku - zgadzam się.
  Na zdjęciach uczę się tradycyjnej techniki malowania farbami olejnymi. 
Kopiuję istniejące obrazy, często zamieszczone w kalendarzach albo wydarte 
z kart okolicznościowych. Dla ojca wybieram reprodukcję przedstawiającą 
czerwoną stodołę, żółte pole i stogi siana. Kiedy siedzieliśmy po 
przeciwnych stronach stolika na targu warzywnym, ojciec opowiadał, że 
jeżdżąc między dwoma kościołami, w których służy, mija zagrody farmerów.
  Drzwi do stodoły są otwarte, ale nie widać, co jest wewnątrz, jedynie 
czarne cienie. Ołówkiem szkicuję na płótnie zarysy obrazu i przez kolejne 
kilka tygodni maluję żółte siano, czerwony dach stodoły i ściany. Rozwiana 
na wietrze grzywa kłusującego konia, która z początku wydaje mi się trudna 
do namalowania, udaje się znakomicie, a właśnie pozornie łatwa część 
zadania sprawia mi największą trudność. Nie potrafię namalować czarnego, 
prostokątnego cienia w obrębie otwartych drzwi. Wygląda na równy, tymczasem 
jest rozchwiany po obu stronach.
  Muszę dokonać poprawek. Miesiącami pracuję nad drzwiami, starając się 
osiągnąć doskonałość. W pewnym momencie nauczycielka próbuje odebrać mi 
płótno, ale jej nie pozwalam. Z każdym tygodniem cień jest coraz większy i 
większy, a jego zarysy wcale nie stają się bardziej równe. Nic nie pomaga 
taśma maskująca ani równa krawędź. Kiedy się wreszcie poddaję, dostrzegam, 
że usiłując nadać cieniowi doskonały kształt, powiększyłam go do tego 
stopnia, że otwór drzwiowy wypełnia niemal całą stodołę. Siadając przed 
sztalugą, od razu wpadałam w mroczny kwadrat niepewności, którego granice 
usiłowałam określić ciągle od nowa, nigdy nie ustanowiwszy ich właściwie.
  - Nie, tego nie możesz mu wysłać! - powiada moja matka na widok dzieła. - 
Do licha, co się z tym stało?
  - Nie wiem - mówię. - Nie wiem.
  Nie jest w stanie powstrzymać się od śmiechu, bo obraz wygląda bardzo 
zabawnie. Ja nie potrafię powstrzymać się od płaczu.
  
  Przynosi ze swojego mieszkania magnetofon i ustawia go na moim łóżku. 
Jestem już dość dorosła, aby sama pisać. Skończyłam może dwanaście lat, 
lecz aby przesłać wiadomość mojemu ojcu, zamiast z papieru i ołówka mam 
skorzystać z taśmy magnetofonowej. Obiecała mu, że to zrobię. Poucza mnie, 
że jeśli będę gotowa, mogę nadusić kwadratowy przycisk.
  W końcu nudzi ją mój brak zdecydowania. Wychodzi z pokoju. Ruszam za nią. 
Nie chcę zostać zupełnie sama przy ciężkim, czarnym pudle ze srebrnymi 
gałkami. Patrząc na nie, widzę czarny kufer z błyszczącymi stalowymi 
okuciami w rodzaju tych, w których cyrkowy magik zamyka dziewczynę, nim 
przepiłuje ją na pół.
  Chwytam matkę za rękaw, czym wzbudzam jej gniew. Obie bez końca 
próbujemy 
skłonić mnie do powiedzenia czegoś w stronę mikrofonu na końcu czarnego 
przewodu. Nic nie pomaga. Ani groźby, ani obietnice.

background image

  Moje usta jakże są niechętne do współpracy. Podczas nauki pływania same 
otwierają się pod powierzchnią wody i wtedy się dławię. Przy magnetofonie 
zamykają się, unieruchamiają mi język, nie dopuszczają, by wydobyło się z 
nich choćby jedno słowo.
  Pewnego dnia usłyszę zdanie, zdanie magiczne, które sprawi, że zginą 
przeszkody i wszystko stanie się łatwe. Ale nim do tego dojdzie, nie powiem 
nic.
  
  Mam dwadzieścia lat, kiedy to się zaczyna, a zaczyna się od wizyty. Potem 
matka i ja spieramy się, która z nas wpadła na pomysł, aby go zaprosić. Ona 
mówi, że ja. Ja myślę jednak, że ona.
  Minęło dziesięć lat, odkąd go widziałam. Jeśli matka ma rację - jeśli 
pomysł zaproszenia ojca do nas był mój - można to wytłumaczyć ogromną 
ciekawością poznania niemal obcego rodzica, mojej drugiej części, 
pragnieniem wystarczająco silnym, aby przełamać niechęć wywołaną jego 
listami. Może podejrzewam albo mam nadzieję, że za tą ideologiczną 
górnolotnością kryje się namiętność. Że owa zasłona jest czasem wręcz 
niezbędna; niektóre fascynujące stwory należy przechowywać w tej klatce 
wewnątrz klatki ze słów.
  Rodzice spotykali się potajemnie przez lata. W odległych miastach 
rozmawiali o tym, że nowa żona, inne dzieci nie przeszkodzą im uciec, 
pobrać się, spróbować od początku. Lecz ich plany zawsze pozostały tylko 
planami. Matka i ojciec byli ze sobą nie dłużej niż dwa lata, w małżeństwie 
zaś niespełna rok. Rozwiedli się przed pierwszą rocznicą moich urodzin. 
Jeśli podejrzewam, że zbliżająca się wizyta jest jednak pomysłem matki, to 
dlatego, że po pierwsze nie pamiętam, bym ją sugerowała, a po drugie, ona 
już nazbyt długo go nie widziała - zbyt wiele czasu upłynęło od chwili, gdy 
ostatni raz samotnie wyruszyła na tajemnicze wakacje.
  Może prawdziwa jest moja późniejsza konkluzja: matka wykorzystuje jego 
zainteresowania mną i moje nim, aby usprawiedliwić własne plany nawiązania 
ponownego kontaktu. Jeśli rzeczywiście o to chodzi, jakże gorzko przyjdzie 
jej pożałować tego podstępu.
  
  Spotkanie ma się odbyć podczas wiosennej przerwy w zajęciach na pierwszym 
roku college'u, akurat dwa tygodnie po moich dwudziestych urodzinach, 
przypadających w czasie sesji egzaminacyjnej.
  - Nie ma co - powiada mój chłopak, żegnając się ze mną na parkingu przed 
domem akademickim. - Nie będzie łatwo.
  - Tak sądzisz? - pytam. Do tej pory świadomie nie zastanawiałam się nad 
tym. Nad perspektywą spotkania ojca po raz pierwszy od dziesięciu lat, 
zaledwie po raz trzeci w całym moim życiu. Jak zawsze miałam dużo materiału 
do opanowania i w ciągu ostatnich tygodni do późna przesiadywałam w 
bibliotece.
  - Żartujesz sobie? - mówi, na co wzruszam ramionami i uciekam wzrokiem w 
bok, czyli wykonuję jeden z wielu moich wymijających gestów.
  Akurat ten chłopak jest ode mnie starszy, kończy w tym roku studia. 
Uważam, że jest bardzo miły, a cecha ta pozwala mu zająć wyjątkową pozycję 
w krótkiej historii moich chłopców. Był jeszcze dzieckiem, kiedy zmarł mu 
ojciec; nie ma ojczyma. Pozbawiony ojcowskiej opieki przez całe swoje 
życie, wie coś, do czego ja nie jestem w stanie się przyznać: że pewna 
tęsknota w moim życiu musi się koncentrować na owym braku w kolekcji 
rodzinnych portretów. Przecież nie mogę poświęcić wszystkiego mojej matce.

background image

  Jazda do domu trwa siedem godzin. Po drodze ciągle od nowa słucham tego 
samego albumu Rolling Stonesów. Mechanizm odtwarzacza automatycznie 
przewija taśmę, tworząc dźwiękową pętlę. Uporczywe rytmy wypełniają milę za 
milą szarej autostrady i nie pozwalają na dłużej zatopić się w myślach, 
które przemykają się, ślizgają, ulatują niczym wyrzucone plastikowe 
kubeczki i papierki po cukierkach na wietrznych nabrzeżach.
  
  Sypialnia mojej babki: siedzimy we dwie w nogach wielkiego łóżka 
dziadków. Mam sześć, może siedem lat. Babka przed chwilą wzięła kąpiel. Ma 
na sobie halkę i właśnie wciąga jedną ze swych staromodnych pończoch 
powyżej kolana i przypina ją do podwiązki. Jak na kobietę po 
sześćdziesiątce ma nadal wcale zgrabne nogi, świeżą oliwkową skórę - gładką 
i błyszczącą, rzepki małe i ponętne jak włoskie orzechy, aż chce się ich 
dotknąć. Na co dzień używa perfum Chanel No 5 i wkłada sznur pereł, który 
dostała w prezencie od swojego ojca na siedemnaste urodziny.
  - Połaskocz mnie po karku - mówi, a ja posłusznie muskam ją lekko palcami 
w miejscu, gdzie kończą się jej ufarbowane na czarno włosy.
  - Wiesz - mówię - kocham cię najbardziej na świecie. Kocham cię bardziej 
niż mamę.
  Babka zdejmuje moją dłoń ze swego karku.
  - Nieprawda - odpowiada. - Mylisz się.
  Milczę, bo zawstydziła mnie odmową przyjęcia tego, co jej ofiarowałam.
  - Najbardziej kochasz swoją mamę. Tak to już jest ułożone na tym świecie, 
a ty nie powinnaś być wyjątkiem.
  Stwierdzenie babki nie odpowiada prawdzie, wynika raczej z nakazu 
rozsądku. Z pewnością szczerze pragnie, abym ją kochała najbardziej - 
pragnie być pierwszą miłością każdego - ale akurat w tym okresie wiele jej 
sprzeczek z moją matką dotyczy kwestii, czy jedna albo druga swym 
zachowaniem nie uraża moich uczuć. Ponieważ matka wyprowadziła się 
niedawno, być może inspirując ów przypływ uwielbienia, babka wystrzega się 
wypowiedzenia jakiejkolwiek wywrotowej uwagi, którą mogłabym powtórzyć.
  Przyglądam się, jak wciąga i zapina drugą pończochę. Tego popołudnia 
zaczynam się uczyć mądrości zachowywania uczuć dla siebie, dostaję lekcję, 
którą w okresie mojego dzieciństwa wielokrotnie wzmacniają wrogie, 
skomplikowane i zmienne kobiece alianse, tak częste, że w końcu mój talent 
stosowania uników dorównuje umiejętnościom mojej matki. Ona może śpi w 
masce, ale ja, kiedy już jestem nastolatką, mam wewnątrz własną maskę, 
skrywam w niej swoje serce.
  Upomniana przez babkę, siedząc w milczeniu przy jej boku, zaczynam naukę 
definiowania tego, co naprawdę czuję wobec matki - złość pełną rozpaczy i 
obaw za to, że mnie opuściła, złość, która dotknęła mnie astmą i wysypką - 
jako miłość.
  A co z matką, jakże skłonną do posługiwania się tym słowem w jakimś 
liściku do mnie, nie zawierającym nic poza całusami i pustymi "ochami"? Jej 
wściekłość na mnie jest dzika i niepohamowana, wybucha z siłą, która dziwi 
ją tak samo jak mnie. Pewnego razu, jeszcze zanim się wyprowadzi, wchodzę 
jej w drogę. Akurat wybiera się na randkę. Już jest spóźniona, a ja ją 
drażnię. Stojąc razem z nią przed lustrem, sięgam po jedną z jej szminek, 
wówczas ona odwraca się do mnie ze szczotką. Ciosy spadają na mnie 
wszędzie. Ściąga mnie na dół po schodach, uderza, gdzie tylko zdoła 
sięgnąć... w plecy, nogi, głowę. U podnóża schodów wybucham płaczem, z 
początku dlatego, że jestem wstrząśnięta i przestraszona, ale potem, kiedy 

background image

zaalarmowani moim krzykiem nadbiegają dziadkowie, płaczę, aby wpędzić moją 
matkę w kłopoty, płaczę głośniej i dłużej, uczę się potęgi zemsty.
  
  Naszyjniki. Pierścionki. Ubrania. Książki. Przenośne radio stereofoniczne 
i obiektywy do aparatu fotograficznego. Wieczne pióro, w którym pisał w 
college'u. Brzytwa jego dziadka i rzemień do jej ostrzenia w oryginalnym 
cynowym pojemniku z ornamentami na brzegach. Diament, który do kogoś 
należał, ale nie mogę sobie przypomnieć do kogo.
  Niektóre spośród tych prezentów po prostu porozdaję, inne zastawię w 
lombardzie i zaraz po wyjściu na zewnątrz podrę wszystkie pokwitowania. 
Pamiątki rodowe zwrócę, zapakowane starannie w pudełka. Wyślę je pocztą 
jako paczki wartościowe, nie dodając do adresu ani jednej litery. Należą do 
jego dzieci. Nie do mnie, tylko do dzieci, które wychował. Do córek, które 
nadal będą jego, kiedy my już nie będziemy ze sobą rozmawiać.
  
  Prezenty bożonarodzeniowe. Prezenty urodzinowe. Prezenty na Wielkanoc, na 
walentynki, na Halloween. Wszystkie zapakowane w bardzo ładny papier. 
Uważam, aby go nie porozdzierać. Wstążek nie przecinam, rozwiązuje je. 
Ledwie celebrujący tę czy inną okazję, to czy inne święto pójdą spać, z 
pojemników na śmieci wyciągam kolorowe papiery i kokardy. Wygładzam je i z 
powrotem owijam w nie pudełka. W taki sposób zachowuję świadectwa miłości 
mojej matki albo, trafniej, tego, co ona nazywa miłością. Podarunki od niej 
zwykle dostarczają mi wskazówek, w jaki sposób mogłabym wkraść się w jej 
łaski. Jeżeli na przykład daje mi sukienkę w rozmiarze sześć, wiem, że 
powinnam się dostosować, zmienić figurę i pożegnać się z rozmiarem 
dziesięć. Potrafię uczynić z siebie istotę, którą, jak sobie wyobraża, 
mogłaby pokochać, przynajmniej kiedy stoi w sklepie i kupuje sukienkę.
  Miną lata, nim sobie uświadomię, że zachowując tego rodzaju świadectwa, 
jednocześnie dokumentuję inny uczuciowy proces, nie miłość, tylko 
wściekłość, bo zawsze otrzymuję wskazówki pod postacią prezentów i 
ostatecznie je odrzucam. Pod bożonarodzeniowym drzewkiem wydaję stosowne 
odgłosy radości, ale później w samotności, gdy w domu panuje już mrok, 
odwracam swoją reakcję, odrzucam podarunki, pakując je z powrotem, jakbym 
ich nigdy nie otwierała.
  Można tę dwoistą wizję dostrzec w innych obszarach mojego życia. 
Niechętny stosunek do jedzenia jest typowym przykładem w sferze moich 
związków z matką. Czy mając piętnaście lat, przestaję jeść dlatego, że 
chodzi mi o zapewnienie sobie jej szczerego, acz niechętnego podziwu? Czy 
może po prostu chcę stawać się coraz mniejsza i mniejsza, póki nie zniknę, 
stając się prawdziwą córką mojej matki - tą, której nie widzi? Albo czy 
jestem na nią tak wściekła za ciągłe uwagi pod moim adresem na temat wagi, 
że postanawiam nie dać jej w przyszłości żadnego pretekstu do wypowiedzenia 
choćby jednego słowa na temat mojej wagi i rozmiaru ubrań. "Chcesz mieć 
szczupłą córkę?" - pamiętam, że tak myślałam. "To będziesz ją miała. Ja 
zdecyduję, co to znaczy, nie ty". Nie interesuje mnie sugerowane sto 
dwadzieścia funtów, ale dziewięćdziesiąt pięć. I nie rozmiar sześć, tylko 
dwa.
  Szkoda, że nie rozumiałam, na czym polega triumf niejedzenia; gdybym była 
w stanie rozpoznać swoją ekscytację jako wynikającą z zemsty, próby 
odcięcia się od matki, ze sposobu, w jaki się mnie wypiera, kiedy godzinami 
stoję przy jej łóżku, a ona leży z zamkniętymi oczami i twarzą przysłoniętą 
maską.

background image

  Być może początek anoreksji jest odpowiedzią na dążenie do spełnienia 
matczynego ideału; choroba trwa, bo chcę wymazać siebie samą. Kieruje mną 
też głębsza, bardziej zdradziecka i trwała pokusa pozbycia się matki. 
Wymaganiom anoreksji da się sprostać, wymaganiom matki - nie; zatem 
zamieniam matkę na chorobę wraz z całym systemem pokuty i wyrzeczeń, w 
którym jest przewidziana osobna nagroda. I matki są w nim całkowicie 
zbyteczne.
  
  Przyjęcie nad basenem w domu z dziedzińcem i czerwonymi dachówkami. Dom 
należy do architekta, z którym matka się spotyka. Jest w nim siedem 
sypialni, z czego sześć nie używanych. Przebieramy się w tej, która została 
nazwana "pokojem błękitnym". W bladoniebieskiej, kobiecej przestrzeni stoi 
wielkie łoże z baldachimem.
  Niczym bokserzy matka i ja wycofujemy się w przeciwległe kąty sypialni. 
Matka jak zwykle nie znosi pokazywać się nago. Jeśli może, przebiera się w 
ciemności. Przyglądam się, jak wciąga pod sukienkę kostium kąpielowy. 
Pragnę, by spojrzała na mnie, na moje ciało. Nic nie sprawia mi większej 
przyjemności niż rozbieranie się, właśnie teraz, kiedy jestem chuda. 
Codziennie wiele razy zdejmuję ubranie i staję na wadze. W publicznych 
toaletach czekam, póki nie zostanę sama. Podciągam bluzkę i podziwiam w 
lustrze sterczące żebra. Wystarcza mi widok samej siebie, bym się 
zachwyciła, by z podniecenia zadrżały mi ręce. Zdumiewa mnie ciało, które 
stworzyłam. Choć nikt inny go nie podziwia, nie uważam tego za nadmiar 
krytycyzmu, tylko za wyraz prostego faktu, że moje kryteria oceny są zbyt 
osobliwe, aby brali je pod uwagę zwykli ludzie. Ponieważ nie mam chłopca, 
nie ma kto narzekać, że nie pozostawiłam nic miękkiego, czym mógłby 
ucieszyć wzrok i dłonie. Sama jestem swoim kochankiem. Wieczorami kładę się 
naga do łóżka i dotykam się w ciemności, aż w końcu znam na pamięć mapę 
swego niedosytu.
  Poznaję oszałamiający zachwyt morzenia się głodem. Moc rezygnacji ze 
wszystkiego. Siłą woli staję się elfem, który żyje powietrzem, wodą, 
niewinnością.
  
  Właściwie to nie tylko jedzenia się wyrzekam, nie tylko wszelkich chęci, 
wszelkich żądz. Przede wszystkim płci. Głodzę się, aby matce odebrać moją 
seksualność - nie ot tak po prostu sprawiając, aby zniknęły mi piersi i 
biodra, lecz żeby wyschła krew. Jednego na pewno nie może ścierpieć w 
związku z tym, że jestem chuda: nie krwawię. Nie mogę zajść w ciążę, nie 
mogę zatem znaleźć się w niebezpieczeństwie, w jakim znalazła się kiedyś 
moja matka, tracąc nagle cześć.
  W dodatku jest wściekła musiała przecież choć raz usłyszeć przesłanie 
mojego dzieciństwa i okresu dorastania, słowa, które powtarzała mi babka: 
"Nie popełnij błędu matki". Jakże ona musi mnie nienawidzić. W szkole mam 
dobre oceny i ostentacyjnie unikam chłopców. Na pewno sama siebie 
przekonuje, że to, iż wejdę na drogę występku i ona przyłapie mnie na 
gorącym uczynku, jest przynajmniej możliwe. Kiedy odkrywa, że straciłam 
okres, zaczyna mnie ciągać po lekarzach. Jest przy mnie w pokoju porad, a 
nawet w sali badań. Ginekolog przepisuje hormony, specjalista od 
akupunktury wkręca mi w uda igły.
  
  Przed rozpoczęciem nauki w college'u raz jeszcze razem odwiedzamy gabinet 
ginekologa. Matka chce mnie wyposażyć w kapturek, ów ciągle zawodny środek 

background image

antykoncepcyjny. Tylko że żadnego nie można dla mnie dobrać.
  - To niemożliwe bez przerwania hymenu - powiada lekarz po wstępnym 
badaniu. - Przecież pani nie chce tego robić, prawda?
  Matka stoi pod oknem. Waha się. Ja podpieram się na łokciach.
  - Chcę - mówi.
  Mężczyzna posługuje się wieloma zielonymi plastikowymi penisami o coraz 
większych rozmiarach. Kiedy wyjmuje cały ich komplet spod pokrywy 
chirurgicznej tacy z nierdzewnej stali, nie dowierzam własnym oczom. Ta 
zieleń nie przypomina żadnej barwy, która występowałaby w naturze. W takim 
kolorze są pojemniki na odpady chirurgiczne, wymiociny i rozmaite groźne 
instrumenty, które kojarzą mi się z chorobą i śmiercią. Wsuwa je kolejno, 
zacząwszy od najmniejszego, który nie jest większy od jego małego palca. 
Wszystkie od drugiego po ostatni wyjmuje ubrudzone krwią. Dokonuje 
defloracji na oczach mojej matki. Jest położnikiem, człowiekiem, który był 
przy moim porodzie. Czy właśnie dlatego sądzi, że nie ma sprawy, że 
wszystko jest w porządku?
  Leżę na stole, na kolanach mam papierowe prześcieradło, dłonie na oczach.
  
  Naprawa autostrady i objazdy sprawiają, że podróż z college'u do domu 
trwa jeszcze dłużej niż zwykle. U matki jestem akurat w porze obiadowej. 
Zasiadamy do czegoś francuskiego i bardzo ambitnego, czemu musiała 
poświęcić całe popołudnie pracy. Ale i tak podczas posiłku zostawiamy 
telewizor włączony, raczej próbujemy niż jemy to, co przygotowała.
  - Odbierz - mówi matka za każdym razem, kiedy dzwoni telefon. Trochę mnie 
to dziwi - zwykle zachowuje dyskrecję, gdy w grę wchodzi jej prywatne życie 
- kiedy jednak o wpół do dziewiątej telefon odzywa się znowu, nareszcie 
pojmuję. To on, ojciec, chce nam podać numer swojego lotu. Jego głos, 
którego nie słyszałam od dziesięciu lat, wydaje się dziwnie wysoki. 
Później, z czasem, uświadomię sobie, że nie zawsze brzmi w taki sposób, ale 
wznosi się i opada w harmonii z emocjami. Jednakże tej nocy rozmawiamy 
tylko tyle, ile potrzeba, żeby uzgodnić niezbędne szczegóły.
  - Będę miał na sobie brązowy garnitur - mówi.
  - Okay - odpowiadam.
  - Do zobaczenia - dodaje, posługując się słowami, które wydają się 
zwyczajne, lecz zarazem niezwykłe z tego względu, że nigdy nie słyszałam 
ich z jego ust, z ust człowieka, którego w innych okolicznościach 
widywałabym codziennie przez wszystkie lata mojego życia.
  - Okay - rzucam na koniec. - Dobrze. - Ma przylecieć nazajutrz o drugiej 
po południu.
  Ta wizyta burzy cały dotychczasowy porządek. Znika gdzieś wieloletni 
towarzysz mojej matki; nie wiem, dokąd wybywa. Może wraca do żony, z którą 
był w separacji, a z którą nie potrafił się rozwieść. Dziadkowie tylko raz 
przyjmą nas na obiedzie i raz przyjdą do matki na herbatę. W planach na 
resztę weekendu w ogóle nie są uwzględnieni. Nie bardzo wiem, czy uważać to 
za afront, wyraz litości czy tylko wynik praktycznej oceny, na co stać 
wspólnie nas wszystkich.
  Matka i ja idziemy do łóżek, w których spędzamy osobno bezsenną noc. 
Ponieważ nasze sypialnie dzieli zaledwie wąski korytarz, słyszymy, ja każda 
z nas wzdycha i porusza się pod prześcieradłami. W pewnym momencie matka 
wstaje. Słyszę, jak otwiera i zamyka szufladę w swojej łazience.
  
  Moja sypialnia u matki jest pierwszą, jaką urządziła specjalnie dla mnie. 

background image

Umeblowała ją latem tego roku, w którym skończyłam szkołę średnią. Ponieważ 
przeprowadzałam się z domu dziadków do college'u, nie była mi już 
potrzebna. Pokój jest nowoczesny. Jasne barwy pokrycia japońskiego materaca 
wydają się ostrym dźwiękiem na tle stonowanych wariacji beżu w pozostałych 
pokojach. Kołdrę zdobi kwiecisty wzór w niespokojne, jaskrawe goździki, 
które odbijają się niczym echo w żaluzjach okiennych. Do środka wpadają 
pasma porannego światła i układają się w ciepłe plamy na kremowym dywanie. 
Róż i krem stapiają się w kolor, który kojarzy mi się z podrażnionymi 
powiekami, z morzem wylanych łez.
  Na ścianie wisi reprodukcja akwareli Jeana-Michela Folona, malowidła 
przedstawiającego pojedyncze krzesło, które stoi na wzniesieniu w zagajniku 
bezlistnych drzew. Krzesło dorównuje wielkością drzewom i ulega przemianie; 
z drewnianego oparcia wyrastają konary i gałęzie. Albo staje się w pełni 
krzesłem, albo powraca do kształtu drzewa. Sama wybrałam tę reprodukcję. Z 
pewnością dlatego, że w tym obrazie znajduję odbicie istoty mojego 
pragnienia przemiany w coś, czym nie jestem, i że owo dążenie, ucieleśnione 
w krześle - niemym i nieruchomym - jakże jest przy tym znajome. Mimo jego 
piękna, patrzę na nie bez przyjemności. Różowa poświata za wzgórzem jest 
zbyt nikła, by sugerować nadzieję: nie sposób oglądnąć, czy to wschód 
słońca, zachód czy odblask zbliżającego się pożaru.
  Reprodukcja dwakroć odbija się w dużych lustrach wiszących na drzwiach 
garderoby, a cały pokój lśni optymizmem, który ma się nijak do uczuć, jakie 
żywimy z matką względem siebie. Ponieważ większą część wakacji szkolnych 
spędzam u dziadków, tutaj przebywam jedynie w trakcie krótkich wizyt.
  
  Zgadzamy się, że na lotnisko musimy wyjechać o pierwszej, ale ja jestem 
gotowa do drogi na długo przed południem. Nie ma w tym absolutnie nic 
niezwykłego, że przygotowałam się tak wcześnie. Z zasady jestem zbyt 
wcześnie. Na obiad do restauracji docieram zwykle dobrą godzinę przed 
umówionym terminem i muszę spacerować po sąsiednich ulicach albo czekać w 
sąsiednich sklepach, póki nie pokażę się punktualna niemal do bólu. Nic na 
to nie mogę poradzić. Jest to zapewne reakcja na ustawiczne spóźnialstwo 
mojej matki, na to, że byłam ostatnim dzieckiem, które odbierano ze szkoły, 
obozu, kościoła, przyjęć urodzinowych, wizyt u dentysty, lekcji tańca.
  Zawsze zapłakana, zawsze przekonana, że tym razem w ogóle nie przyjdzie, 
zostawi mnie na wieki z dentystą albo rosyjską nauczycielką baletu, która 
metrowym kijkiem biła mnie pod kolanami. Kiedy matka wyprowadziła się od 
dziadków, zobowiązała się, że przynajmniej w połowie koniecznych przypadków 
będzie mnie zawozić i przywozić; tak oto zdarzało się, że w holach i foyer, 
na wilgotnych kamiennych ławach albo winylowych kanapach poczekalni 
powtarzałam w myślach numer telefonu dziadków i adres, pod jaki policja 
powinna mnie odstawić.
  Spóźnialstwo jest u mojej matki skłonnością tak mocno zaawansowaną, że 
wykracza poza granice wszelkiej przyzwoitości. Staje się przyczyną utraty 
pracy, miłości, niepotrzebnych sesji u psychoterapeuty, poza tym sugeruje, 
że matka żyje we własnym domu, osobliwym wymiarze czasu. Spóźniając się - 
nieważne, jak to tam zwał - matka jest niezawodna, dlatego na rodzinne 
spotkania babka z przyzwyczajenia każe jej przychodzić przynajmniej dwie 
godziny wcześniej, a mimo to matka wpada na ostatnią chwilę. Niemal się 
spóźnia. Nie jestem tak praktyczna jak babka; nigdy nie mogę się do tego 
przyzwyczaić.
  

background image

  O 12.45 pukam do drzwi sypialni. Matka wyszła już z wanny, układa włosy, 
ale jeszcze nie zrobiła sobie makijażu. Nie ma na sobie nic prócz 
biustonosza i majteczek. Porozrzucane bluzki i spódnice zakrywają wszystkie 
powierzchnie zwykle idealnie wysprzątanego pokoju.
  Buty wypadają z szafy, jakby je zatrzymano podczas próby ucieczki. Siedzę 
w fotelu na biegunach i obserwuję rozwój wypadków.
  - Dobrze ci w tym - uspokajam matkę po każdej zmianie kreacji, ale ona 
przegląda się w lustrze i kolejny raz wszystko z siebie zdziera. - Proszę - 
mówię. - Jest pierwsza. - Potem, po kilku następnych przymiarkach rzucam: - 
Pierwsza piętnaście.
  - Jedź - odpowiada. - Ja nie mogę. Nie jestem gotowa. - Siada na łóżku, 
nadal rozebrana. Chowa twarz w dłonie.
  - Sama? - pytam. - Nie chcę.
  - Będziesz musiała. Albo też się spóźnisz.
  - Po prostu wrzuć coś na siebie - błagam. - Proszę. Poprowadzę, a ty 
możesz dokończyć makijaż w samochodzie.
  - Nie. - Jedź już.
  Wyruszam o pierwszej trzydzieści. Drętwieję ze strachu, ale nie wiem, czy 
z powodu spotkania sam na sam z ojcem, czy dlatego, że się spóźnię. Mknę 
autostradą. W moich żyłach płynie szeroki strumień adrenaliny. Denerwuję 
się tak bardzo, aż bolą mnie plecy.
  Zatrzymuję samochód i biegnę przez terminal od parkingu do wyjścia. 
Ciężko dyszę. Mężczyzna w jasnobrązowym garniturze - nie w brązowym - 
prostuje się powoli przy fontannie, odwraca i zatrzymuje na mnie wzrok. 
Rozpoznajemy się natychmiast. Niedawno wymieniliśmy aktualne fotografie, 
ale chodzi jeszcze o coś innego: jesteśmy do siebie podobni.
  Zbliżając się do mnie, ojciec ociera mokre usta wierzchem wolnej dłoni. W 
drugiej trzyma czarny, z wyglądu ciężki futerał - aparat fotograficzny, 
wyjaśnia.
  - Spóźniłaś się - powiada. Chociaż samolot również przyleciał po czasie, 
na ziemi jest już od kilku minut.
  - Wiem - mówię. - Przepraszam. Ale na drodze...
  Kłamię, aby usprawiedliwić matkę, jeszcze nagą w biustonoszu i wałkach na 
głowie. Mogłabym ją zdradzić, wyjaśnić, ile ta wizyta dla niej znaczy. 
Choćby tyle, że miała szaleńczy ranek przed lustrem. Nie czynię tego. 
Chronię ją. Nauczyła mnie tego na własnym przykładzie, na przykładzie 
maski, zastrzeżonego numeru telefonu. Nie mogę sobie przypomnieć chwili, 
kiedy nie byłam świadoma kruchości matki. To przecież część mojego 
przekonania o jej nadzwyczajnej wartości. Tak samo wiem, że tylko najlepsze 
filiżanki łatwo pękają.
  W terminalu wyprowadza mnie z tłumu pasażerów witających członków swoich 
rodzin i przyjaciół. Znajduje wolne miejsce przy jednym z ogromnych okien, 
które wychodzą na płytę lotniska.
  - Nie ruszaj się - prosi. - Pozwól mi na siebie popatrzeć.
  Ojciec przygląda mi się tak, jak do tej pory jeszcze nikt mi się nie 
przyglądał. Pożera mnie oczami - oczami, które, jak się w przyszłości 
zorientuję, zwykle są podbiegnięte krwią w taki właśnie sposób. Prawie 
czuję ich dotyk. Ojciec chwyta mnie za ręce. Ujmuje każdą z osobna, 
odwraca, wpatruje się w dłonie. W rzeczywistości wcale ich nie całuje, 
tylko to jego spojrzenie urzeka.
  - Ojej! - mówi. - Obróć się! - Czuję jego wzrok, czuję, jak przesuwa się 
po moim karku, plecach aż do stóp. - Boże - wzdycha, kiedy znowu jestem 

background image

zwrócona do niego twarzą. - O Boże. - Oczy, szkliste od łez, utkwił w moich 
oczach. - Twoje włosy... - odzywa się znowu. - Są... są dłuższe niż sobie 
wyobrażałem. Niż mógłbym sobie wyobrazić. Na zdjęciu, które przysłałaś, 
sięgają ramion.
  Kiwam głową. Nie odzywam się. Jego oczy pozbawiają mnie słów, zdają się 
wysysać powietrze z moich ust, tak że z trudem oddycham.
  Mój ojciec widzi dziewczynę o włosach blond, które sięgają nie tylko do 
pasa, nie tylko do bioder; sięgają do miejsca, w którym opuszkami palców 
dotykałaby swoich ud, gdyby nie krzyżowała rąk na piersi. Nie jestem już 
bardzo chuda - w szkole nauczyłam się jeść - ale - jak gdyby peszyło mnie 
to, że dałam się przyłapać na posiadaniu ciała - ukrywam tyle, ile się 
tylko da.
  W milczeniu idziemy odebrać bagaż i czekamy tam, gdzie metalowe płyty 
taśmociągu kolejno znikają jedna pod drugą, a tymczasem strumień walizek 
mija zakręt. Ojciec sięga po swoje rzeczy i w milczeniu opuszczamy 
terminal.
  Na zewnątrz chwyta mnie za rękę. Czuję, że drżą mu palce.
  - Masz coś przeciwko temu? - pyta.
  - Ależ skąd - odpowiadam. Nie cofam dłoni.
  - Nie jest brązowy - stwierdzam, gdy wsiadamy do samochodu. Mam na myśli 
jego garnitur.
  - Ależ jest - mówi.
  - A nie ma żółtawego odcienia albo khaki?
  - Jest brązowy.
  Podróż z lotniska do domu przebiega przeważnie w ciszy. Nie potrafię 
zaproponować tematu do rozmowy i jednocześnie nie mam odwagi zrobić tego, 
na co mam największą ochotę, to znaczy uciec w muzykę. Ojciec obserwuje 
mnie, odwrócony bokiem na siedzeniu. Jego spojrzenie powstrzymuje mnie 
przed sięgnięciem do pokrętła odtwarzacza stereo. W czasie jazdy popełniam 
błędy, jakie nie zdarzają mi się w normalnych okolicznościach. Moje dłonie, 
zwilgotniałe ze zdenerwowania, ślizgają się na kole kierownicy. Przecinamy 
skrzyżowanie, kiedy sprzęgło ucieka mi spod stopy, silnik gaśnie i 
wstrzymuje ruch w rzędzie samochodów.
  Matka jest w ubraniu, które przygotowała sobie ostatniego wieczoru, w 
czarnych spodniach i swetrze z kremowego kaszmiru, uwydatniającego ciemne, 
błyszczące włosy. Jest rozradowana, może aż za bardzo - jak na mój gust 
śmieje się nieco zbyt przenikliwie. Na piersi ma mały, cudowny medal - 
promienie światła wychodzące z otwartych dłoni Świętej Dziewicy. Rodzice 
obejmują się na krótką chwilę, niemal wstydliwie. Całują się w zamknięte 
usta. Ich nienaturalnie wysunięte wargi układają się w małpi grymas.
  
  Bardzo się staramy, aby nam się to udało, to, czyli nas troje razem. 
Siedzimy w salonie i pijemy mrożoną herbatę.
  - Nareszcie - stwierdza ktoś - rodzina. - W odniesieniu do nas 
odniesienie to - kto je wypowiada? moja matka? ojciec? ja? - z zamierzenia 
ma ironiczny wydźwięk, ale ból, jaki sprawia, bo oznacza przyznanie się do 
niepowodzenia, jest tak intensywny, że potem długo nikt się nie odzywa. 
Matka ucieka do kuchni. Wraca z półmiskiem pełnym serów, warzyw i małych 
sandwiczy. Słowa układa równie uważnie jak jedzenie.
  Gapimy się na siebie zafascynowani. W ciągu paru chwil lata obserwacji 
rozpadają się na minuty. Katalogujemy podobieństwa, różnice. Kim jestem? Od 
szyi w dół repliką matki, ale głowa przypomina głowę ojca. Kształt szczęki 

background image

jest echem zarysu jego szczęki, podobnie kości policzkowe, uszy, brwi. 
Niebywałe, ojciec i ja, kiedy mówimy, robimy dokładnie to samo z rękoma. A 
przecież nigdy nie obserwowałam jego gestów ani nie miałam okazji się ich 
nauczyć.
  Przyglądam się i przysłuchuję, jak rodzice rozpoczynają kłótnię. Nie są w 
stanie zrekonstruować roku, pory roku ani nawet tygodnia, nie wdając się 
przy tym w spór. Nieważne, o czym rozmawiają - o dniu ślubu, moich 
narodzinach - zawsze sprawiają wrażenie, jakby żyli w dwóch różnych, 
odizolowanych, nie powiązanych rzeczywistościach, nie dopuszczając żadnych 
kompromisów, bez próby znalezienia płaszczyzny porozumienia. Kiedy usiłuję 
stworzyć w wyobraźni obraz ich zalotów, muszę składać go po kawałku; choć 
bardzo się staram, aby poszczególne fragmenty do siebie pasowały, i tak 
zawsze otrzymuję coś w rodzaju niekompletnego kolażu - niektóre elementy są 
zbyt duże, inne zbyt małe, a wielu w ogóle brakuje.
  
  Ojciec fotografuje matkę i mnie. Jako znakomity fotograf amator, posiada 
kilka wielkoobrazkowych aparatów i osobiście wywołuje swoje prace w ciemni, 
którą urządził u siebie na terenie parafii. Przyglądam się, jak analizuje 
poszczególne ujęcia i robi zdjęcia matce, ona zaś przygląda się 
identycznemu procesowi z moim udziałem. Chociaż nikt na głos nie liczy, mam 
wrażenie, że bardzo się stara wykonać każdej z nas jednakową liczbę 
fotografii.
  - A może teraz obie razem? - pyta nagle, więc matka i ja siadamy obok 
siebie przed kominkiem.
  To nasze ostatnie wspólne fotografie. Później okaże się, że zostały 
prześwietlone; ojciec nigdy nie zrobi właściwych odbitek, dlatego mam 
jedynie próbne egzemplarze. Mamy na nich pochylone głowy i nie dotykamy 
się. Z tyłu, nad sztucznymi polanami, między naszymi ramionami widać gazowe 
płomienie. Na jednym z ujęć wydaje się, że płoną nasze ubrania, a wyraz 
cierpienia na twarzach wcale nie jest uśmiechem, jak byśmy pragnęły, tylko 
pierwszym grymasem bólu. Jak gdyby ojciec uchwycił moment, kiedy nagle 
uświadomiłyśmy sobie, że zaczął nas trawić ogień.
  
  Przez większą część tygodnia zwiedzamy muzea, ogrody botaniczne i inne
turystyczne atrakcje. Ciągnie nas do tych miejsc cichego wypatrywania i 
wyczerpujących, bezładnych wędrówek, ponieważ gapiąc się na siebie w niemym 
zdumieniu, w mniejszym stopniu wydajemy się i czujemy dziwolągami. Jak się 
okazuje, czas spędzony z dziadkami zamiast wzmagać napięcie, jest momentem 
wytchnienia, rozproszeniem uwagi. Kilka godzin trwa miła, ostrożna rozmowa 
o polityce, uprawianiu ogrodu i książkach, które wszyscy przeczytaliśmy.
  
  W domu matki opóźniamy udanie się na spoczynek możliwie najdłużej. 
Próbujemy czerpać wrażenia z każdej chwili. Ojca fascynuje wszystko, co 
robię - obieram pomarańczę, sznuruję buty, wylewam wodę z konewki na suchą 
ziemię w domowych roślinach. Rano wstaję, aby wyszorować zęby, on podąża za 
mną do łazienki. Opiera się o framugę drzwi i przygląda się, jak z tuby 
wyciskam pastę. Jego badanie ekscytuje mnie i zarazem wyczerpuje. Jak 
wytłumaczyć, że wszyscy uważają mnie za osobę tak interesującą?
  - Zawsze używasz tej marki? - pyta. - Cresta?
  Potakuję. Zauważamy głośno, że moje zęby w kształcie i kolorze są takie 
same.
  - Zawsze nosisz bransoletki? - pyta.

background image

  - Nie - odpowiadam.
  Teraz on potakuje.
  Też mnie urzeka. Właściwie nie wiedziałam wcześniej, jaki jest mój 
ojciec, a objawienie okazuje się z natury kuszące. Zjawia się także 
fascynacja podobieństwem, tym, że przypominamy siebie w sposób, który 
wykracza poza fizyczne analogie.
  - Chodzisz jak twój ojciec - mawiała do mnie matka, kiedy byłam młodsza. 
- Spostrzegłam to, jak tylko stanęłaś i postawiłaś jedną nogę przed drugą.
  - Nie rozumiem - odpowiadałam. - W jaki sposób?
  - Nie potrafię tego wyjaśnić - mawiała.
  I nawet nie próbowała. Czasem mówiła tęsknie, ale zwykle nie był to 
komplement. Wiele z cech tego rodzaju babka i matka zdają się traktować 
jako obcy element - na przykład zamiłowanie do książek albo beznadziejny 
brak zainteresowania modą i tym, co one uważają za przyjemności: robienie 
manikiuru, pielęgnowanie twarzy, wychodzenie na podwieczorek do 
herbaciarni. Czyniły za to odpowiedzialną drugą, rogatą połowę moich genów. 
Zdumiewa mnie odkrycie, że osąd, który poprzednio wydawał mi się 
powierzchowny, okazuje się bardzo trafny. Ojciec nie tylko jest ze mną 
spokrewniony, on wydaje się znajomy jak ja sama sobie. Teraz skłonność do 
uporu, marszowy chód i sposób, w jaki marszczę brwi - wszystkie tego 
rodzaju szczegóły - nie są świadectwem oddalenia, lecz przynależności.
  
  "Piękny jest ten, kto czyni pięknie". Dziadek powtarzał te słowa przez 
całe moje życie, kiedy więc robiłam coś złego, od razu wiedziałam, że 
jestem paskudna.
  W dniu moich urodzin dziadek miał siedemdziesiąt jeden lat. Jako małe 
dziecko często znajdowałam się pod jego opieką. Wysoki, niezwykle 
energiczny mężczyzna, uprawiał ogród, pływał, odwoził mnie do szkoły i 
pomagał w odrabianiu lekcji.
  To właśnie dziadek nauczył mnie jeździć na rowerze. W kieszeni koszuli 
trzymał karteczki i na niby wypisywał mandaty, kiedy zbyt szybko jechałam 
na podjazd albo wpadłam na rabatę. Aby z powrotem wkraść się w jego łaski, 
za karę musiałam wykonać jakieś zadanie. Tej gry w niby-przestępstwa i 
niby-kary nigdy nie miałam dosyć.
  Byłam chłopczycą; dziadka nie odstępowałam, plątałam mu się pod nogami 
tak często, że moje pierwsze przezwisko brzmiało "Cień" jak w tytule Ja i 
mój... Gwizdał fragmenty z wodewilów, ilekroć słyszał, że nadchodzę. 
Ponieważ w domu nikt nie miał więcej cierpliwości niż on, w porze 
zasypiania matka i babka oddawały mnie pod jego opiekę i czasem musiał 
śpiewać nawet kilka godzin, póki nie zasnęłam.
  Przyjaźń ta trwała ku naszej obopólnej radości...
  - Och, dzięki tobie zachowuje młodość! Zachowuje młodość! - powiadali 
jego pomarszczeni przyjaciele, szczypiąc mnie lekko w ucho albo policzek. 
Ale nagle wszystko się zmieniło, kiedy weszłam w okres dojrzewania.
  - Teraz jesteś na to zbyt duża - mawiał dziadek i spychał mnie z kolan. 
Gdy mnie obejmował, nie dopuszczał, aby nasze ciała się dotykały. Dotyczyło 
to zwłaszcza moich piersi i bioder. Domyślam się, że coś podobnego musiało 
się przydarzyć mojej matce, gdy skończyła dwanaście albo trzynaście lat; 
jej ciało zaczęło wysyłać sygnały świadczące o nabywaniu seksualności i 
dlatego stało się niedotykalne. I że to odrzucenie na granicy dzielącej 
dzieciństwo i kobiecość musiało jej sprawiać przykrość tak samo jak mnie.
  Urodzony w 1890 roku dziadek wyznawał iście wiktoriańskie zasady. 

background image

Dorastał w domach, w których nawet zaokrąglone stołowe nogi nie wyglądały 
nigdy spod obrusu. Z pewnością był przewrażliwiony, gdy w grę wchodziło to, 
co nazwałby naszą zwierzęcą naturą. Babka potrafi drwić z jego pruderii, bo 
wiktoriański mores jest dla niej niczym język, którym umie się posługiwać, 
lecz woli tego nie robić. Wypowiada lekceważące aluzje odnoszące się do 
konsekwentnych objawów niewinności dziadka, a kiedy on wyłącza telewizor, 
ponieważ reklama środków higieny intymnej dla kobiet przerwała mu oglądanie 
wiadomości, ze wstrętem odrzuca czasopismo, które do tej pory przeglądała.
  - Dobry Boże! - woła. - Zamierzasz odejść z tego świata w przekonaniu, że 
sprowadził cię nań bocian!
  Cokolwiek pociąga mnie w ojcu, musi choć częściowo znajdować wyjaśnienie 
w ogromnej różnicy, z jaką on i dziadek odnoszą się do mojej kobiecości. 
Jako pięcioletnie albo dziesięcioletnie dziecko, najszczęśliwsze przy boku 
dziadka, który na przykład szczepił drzewko owocowe albo przybijał 
poprzeczkę do karmnika, nie byłam w stanie ściągnąć na siebie uwagi ojca. W 
czasie dwóch poprzednich krótkich wizyt spoglądał na mnie tylko przelotnie, 
gdy podążał wzrokiem za moją matką. Za to teraz, kiedy jestem dorosła, moje 
paznokcie nie są już nierówne i czarne od ogrodowej ziemi, włosy nie są 
krótko przystrzyżone, tylko długie, i zaokrągliły się dawniej płaskie 
piersi - oczy ojca nieruchomieją na mnie. Kiedy odrywa wzrok, robi to 
najwyraźniej niechętnie. Taki rodzaj zaślepienia musi otumaniać, zwłaszcza 
dziewczynę wyćwiczoną w skromności, nauczoną, że cnota skłania bardziej do 
przypisywania sobie brzydoty niż urody.
  
  Pewnego popołudnia po powrocie z galerii głęboko zasypiam, siedząc obok 
ojca na kanapie. Mija godzina, dwie, sama nie wiem, moja głowa niczym 
główka niemowlęcia spoczywa w krzywiźnie jego stawu łokciowego. Podrywam 
się przestraszona.
  - Przepraszam! - rzucam. - Byłam bardzo zmęczona.
  - Och, nie! - powiada ojciec. - Proszę, nie usprawiedliwiaj się! Ja wcale 
tego nie żałuję. - Patrzy na mnie swoimi wygłodniałymi oczyma. - Ramię mi 
zdrętwiało - ciągnie. - Musiałem iść do toalety, ale nie śmiałem się 
poruszyć. Gdyby to zależało ode mnie, siedziałbym i trzymał cię bez 
przerwy, nigdy bym cię nie obudził. Nie wolno mi było ciebie trzymać - 
dodaje. - Wcale. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek było inaczej. Postępowali 
ściśle według planu, który był święty i absolutny. Nie tolerowali żadnych 
wyjątków. Karmili cię, zmieniali pieluchy, odkładali do łóżeczka. Jeśli 
płakałaś, nikt nie miał prawa cię podnieść. - Chodziło mu o niańkę, matkę i 
babkę. - Nie pozwolili mi nawet się z tobą pożegnać. - Ujmuje mnie pod 
brodę i odwraca twarzą do siebie.
  Matka go obserwuje. W pewnym momencie otwiera usta, jakby chciała coś 
powiedzieć, ale zaraz je zamyka. Kiedy ojciec mówi, łzy wypełniają 
żłobienia kurzych łapek w kącikach jego oczu. Nie tyle spływają, ile 
wpadają w błyszczącą sieć linii pokrywających jego twarz, wyżłobionych 
przez słońce, śmiech i smutek. Dotychczas jeszcze nigdy nie widziałam, aby 
mężczyzna płakał.
  
  Oczy mojego ojca: jakie są? Doskonale znam ich barwę - jest taka sama jak 
u mnie albo u matki. Tylko płoną inaczej niż wszystkie inne oczy, które 
widziałam i wcześniej, i później. Płoną jak oczy proroka, szaleńca, 
kochanka. Zawsze błyszczące, nabiegłe krwią, zawsze w absolutnym skupieniu 
zwrócone w moją stronę. Inteligentne, radosne, połyskujące, nawiedzone, 

background image

roziskrzone, urzekające.
  Tego jeszcze nie wiem, nie dopuszczam tej myśli, ale czuję to: ojciec, 
jakże spokojny, jakże intensywnie we mnie wpatrzony, zaczyna powoływać mnie 
do istnienia. Ofiarowuje mi mnie samą. W jego oczach odbija się życie, 
którego nie mogłam dojrzeć w uparcie zamkniętych oczach matki. Patrzę na 
niego, podczas gdy on patrzy na mnie, i w jednej chwili zakochuję się 
rozpaczliwie i bez pamięci. Tej miłości nie sposób oddzielić od 
przejmującego poczucia straty. Gdziekolwiek jestem sama - w sypialni, w 
łazience - płaczę, czasem osuwam się nawet na kolana. Jak sobie poradzić z 
tą nową rozpaczą? Jakże tak może być, że mam dwadzieścia lat, dorosłam bez 
ojca, a teraz nagle spotykam go, gdy jest za późno, gdy dzieciństwo 
bezpowrotnie przeminęło?
  
  Ostatniej nocy, którą spędza z nami ojciec, budzę się po dwóch godzinach 
snu. Siadam na łóżku i sięgam po zegarek leżący na nocnym stoliku. Za 
dziesięć trzecia. W gardle coś mnie drapie, jakby zaczynało się 
przeziębienie. Schodzę po szklankę soku pomarańczowego. Poruszam się 
ostrożnie, aby nie zakłócić ojcu snu w jego pokoju. Gruby dywan na schodach 
tłumi odgłos moich kroków. Kiedy mijam otwarte drzwi gabinetu, widzę, że 
rozkładana sofa jest pusta, ojca na niej nie ma. Zapalam światło w salonie, 
aby się upewnić, czy nie śpi na kanapie, ale teraz już wiem, gdzie jest: w 
łóżku mojej matki.
  Wracam do schodów i siadam na stopniu, aby wszystko spokojnie rozważyć - 
ich niewierność wobec jego obecnej żony i ufnego partnera matki. Czy 
rodzice uważają łączące ich więzi za absolutnie pierwotne, nie podlegające 
dyktatowi zasad, którymi kieruje się większość przeciętnych ludzi? Może są 
przekonani, że dopóki sypiają tylko z sobą, to zachowują wierność, a 
dopiero inne romanse oznaczają zdradę. Sama i samotna po drugiej stronie 
drzwi do sypialni mojej matki odczuwam zazdrość. Odkrywam, że na myśl o 
rodzicach odbywających stosunek seksualny reaguję z nadmierną wrażliwością. 
Fascynuje mnie to i zarazem odpycha.
  Kiedy zapalam światło w kuchni, na blacie dostrzegam karalucha. Nie 
zabijam go. Delikatnie, nie zbliżając się zanadto, umieszczam nad nim 
odwróconą szklankę i pozostawiam problem do rozwiązania matce. Nie cierpię 
insektów, a karaluchów zawsze bałam się szczególnie.
  Kiedy piję sok, widzę, że owad krąży pod szkłem, unosząc się od czasu do 
czasu na tylnych odnóżach, aby dotknąć czystej i gładkiej powierzchni 
zapory przednimi nóżkami i długimi czółkami. Przyglądam się, jak 
niespokojnie szuka przerwy, maleńkiej rysy, zagłębienia w szkle, słowem 
nadziei na wspinaczkę, wydostanie się, ucieczkę. Ale w szkle nie ma 
niczego, co mogłoby spełnić tę rolę.
  Następnego dnia, kiedy matka bierze prysznic, ojciec opowiada o 
wydarzeniach ostatniej nocy.
  - Słyszałem cię - powiada. - Słyszałem, jak schodziłaś po schodach. - 
Pochyla się dyskretnie nad kuchennym stołem. - Zrobiłem to, bo musiałem - 
mówi. - Poprosiła mnie.
  Nic nie odpowiadam, ale oboje wiemy, o czym mowa.
  Nie opisuje ich aktu miłosnego jako czegoś świętego, co byłoby zgodne z 
moimi wyobrażeniami, lecz jako niosący pociechę uczynek. Odpowiada na 
pytanie, którego w ogóle nie wypowiadam.
  - Nie zrobiłem tego dlatego, że chciałem - dodaje.
  Upokorzona ze względu na matkę i wstrząśnięta, że zdradził ją właśnie w 

background image

taki sposób, nie patrzę na niego, tylko na talerz.
  
  Kiedy nadchodzi czas odwiezienia ojca na lotnisko, matka znowu nie może 
się ruszyć. Boli ją głowa.
  Jest przybita i zniechęcona. Ta wizyta, jak wszystkie poprzednie, 
przekonała ją, że straciła lata na nieodpowiednich mężczyzn, na 
nieodpowiednie życie.
  - Odwieź go - mówi. Zdaje się, że i tak bardziej zależy mu na twoim 
towarzystwie.
  Jak podczas poprzedniej rozmowy o wyjeździe na lotnisko w odpowiednim 
czasie, kołyszę się w tym samym fotelu na biegunach, ona zaś siedzi na 
łóżku z twarzą ukrytą w dłoniach. Patrzę na nią i nie jestem w stanie 
wymyślić słów, które mogłabym przerzucić nad przepaścią pomiędzy nami.
  - W porządku - rzucam w końcu i całuję ją w policzek pod przymkniętymi 
powiekami. - Pojadę sama. Możesz zostać.
  Kiedy oświadczam ojcu, że matka nie jedzie, uśmiecha się.
  - Och znakomicie - mówi. - Cieszę się, że będę cię miał dla siebie 
odrobinę dłużej. - Podnosi bagaże.
  - Może powinieneś pójść na górę i pożegnać się - odpowiadam, zdumiona 
jego bezdusznością, sposobem, w jaki zdaje się traktować jej uczucia, skoro 
wystarczyło tak niewiele jak jedno jego spojrzenie, aby śmiertelnie ją 
urazić.
  
  Na lotnisku odkłada aparat fotograficzny, bo chce mnie objąć oburącz.
  - Kocham cię - oświadcza. - Boże, kocham. Raz cię straciłem, lecz teraz 
mam cię z powrotem i już nigdy nie pozwolę ci odejść. - Wypowiada te słowa 
i mocno mnie trzyma, bardzo mocno.
  Jakże on jest prawdziwy i rzeczywisty. Ojciec. Mój ojciec. Słowo stało 
się ciałem.
  - Nie wiesz, jak bardzo cierpiałem, kiedy kazali mi odejść. Nie jesteś w 
stanie sobie wyobrazić, co czułem, tracąc ciebie. - Ujmuje moją twarz w 
dłonie i całuje mnie w czoło, w oczy. - Jak to się stało, że moja córka 
jest tak piękna? - mruczy. - Kiedy na ciebie patrzę, zastanawiam się, czy 
ja przypadkiem również nie jestem przystojny.
  Ojciec wie, że dobrze wygląda. Ma nadwagę, muszę się wysilać, żeby go 
otoczyć ramionami, ale jego rysy - mocno zarysowana szczęka, wysoko 
położone kości policzkowe i długi nos - wyglądają wystarczająco dobrze, aby 
zrekompensować ów naddatek. Uśmiecham się, ale nie odwzajemniam 
komplementu, do czego próbuje mnie sprowokować. Patrzymy na siebie. Każde z 
nas w twarzy drugiego szuka siebie.
  - Co się teraz zdarzy? - pytam i wymieniamy obietnice, że wkrótce znowu 
będziemy razem. - Może latem - sugeruję. - Nie - odpowiada. - Wcześniej. 
Znacznie wcześniej.
  Trzymając mnie pod brodę, przyciąga moją twarz do swojej. Dotyka ustami 
moich ust. Sztywnieję.
  Widziałam to już wcześniej: ojców całujących swoje córki w usta. 
Przyjaciel mojego ojca przez lata całował córkę w ten sposób, a ja się temu 
przyglądałam, nie mogąc oderwać oczu, poruszona tym widokiem. W mojej 
rodzinie takie pocałunki uważane są za tak samo wulgarne jak publiczne 
spluwanie albo nieumycie rąk po skorzystaniu z toalety. Takie zachowanie 
moja babka uznałaby za świadectwo braku odpowiedniego wychowania. 
Potrafiłaby usprawiedliwić tego rodzaju pocałunki, gdyby chodziło o osobę 

background image

wychowaną w jakiejś egzotycznej, zacofanej kulturze, nigdy zaś o 
przyzwoitego Amerykanina.
  Przez system nagłaśniający obsługa lotniska po raz ostatni wzywa 
pasażerów do zajęcia miejsc w samolocie. Kiedy próbuję się odsunąć, czując 
opór dłoni z tyłu mojej głowy - jakże mocno ojciec trzyma mnie przy sobie - 
pocałunek się zmienia. Już nie jest niewinny, już nie stykają się zamknięte 
wargi.
  Ojciec wsuwa język głęboko w moje usta: wilgotny, natrętny, badawczy, 
następnie wstrzemięźliwy. Podnosi futerał z aparatem i uśmiechając się 
pogodnie, dołącza do ostatnich pasażerów znikających w samolocie.
  Ja długo stoję z dłonią przy ustach, gdy tymczasem ocierają się o mnie 
obcy ludzie? Samolot zaczyna kołować, zanim się poruszam. Przez grubą taflę 
szkła przyglądam się, jak startuje, potężną siłą ciągu unosi prosto w 
chmury swój ciężki, lśniący brzuch.
  Przeraża mnie ten pocałunek. Jest czymś złym, a jego niestosowność 
przesądza o tym, że musi pozostać tajemnicą.
  
  W przyszłości będę myślała o tym pocałunku jako o czymś w rodzaju 
przeobrażającego mnie ukłucia, na przykład skorpiona, po którym jad zaczyna 
się przemieszczać z ust do mózgu. Pocałunek stanowi moment, w którym 
zaczynam, powoli, lecz nieuchronnie, zapadać w sen, stopniowo tracić wolę, 
drętwieć. Ojciec zaaplikował mi narkotyk, aby mógł się mną sycić. Abym może 
sama tego pragnęła.
  
  Trasa z domu mojej matki do szkoły bynajmniej nie obfituje w wizualne 
atrakcje. Wygląda jak prosta ścieżka przecinająca płaską, jałową krainę. 
Autostrada jest tak stara, że asfalt przybrał odcień wyblakłej szarości. 
Pęknięcia giną pod czarnymi nitkami smoły. To droga, na której nie widzę 
"znikającego punktu" - nawet kiedy nie jest gorąco. Miraż wody mieni się na 
jej końcu.
  W samochodzie rozbrzmiewa muzyka z albumu Rolling Stonesów, ciągle od 
początku i tak samo głośno jak poprzednio. Poza tym wszystko jest teraz 
inne za sprawą pocałunku. Moje myśli obsesyjnie do niego wracają, lecz 
nigdy się na nim nie zatrzymują.
  Jeden pocałunek. Krótki, pozornie dyskretny, izolowany w czasie moment. A 
mimo to, paradoksalnie, pocałunek stał się olbrzymi. Jest jak potężna, 
błyszcząca ściana pomiędzy mną i wszystkim wokoło, powierzchnia bez żadnej 
rysy, bez żadnej wskazówki, która by ułatwiła zrozumienie. Na wskroś i za 
nią widzę życie, które dawniej wiodłam, ale w jakiś niepojęty sposób 
pocałunek mnie od niego odseparował.
  Nie potrafię się pozbyć wizji karalucha, którego uwięziłam pod szklanką. 
Widzę, jak krąży dookoła najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej.
  
  W szkole o oznaczonej godzinie studenci, których nazwisko rozpoczyna się 
na tę samą literę co moje, mają się zapisywać na zajęcia. Nie robię tego. 
Potem przypada dodatkowy termin, na koniec zaś termin ostateczny, z którym 
jest już związana konieczność wniesienia specjalnej opłaty karnej. 
Opuszczam oba.
  Trzy młode kobiety, z którymi mieszkam, nieustannie wchodzą i wychodzą, 
kręcą się w kółko, zapisują na wykłady, kupują książki, nawiązują kontakty 
z dawnymi przyjaciółmi, poprawiają oceny z egzaminów i prac semestralnych.
  Siedzę w saloniku na krześle z żelaznym winylowym obiciem i nie robię 

background image

nic, czym powinnam się zajmować jako studentka.
  - Co się z tobą dzieje? - pytają mnie koleżanki z akademika. - Stało się 
coś złego? - Bywało, że już wcześniej zachowywałam się dość osobliwie, z 
całą pewnością, ale nie zdarzyło się, bym po prostu siedziała bezczynnie. 
Moje ekscesy, historycznie rzecz ujmując, można określić jako różnorodne 
formy wydatkowania energii.
  - Nic mi nie jest - zapewniam je. - Wszystko jest w jak najlepszym 
porządku.
  W końcu przestają zadawać pytania. Zielone krzesło przy ścianie jest 
miejscem, gdzie spędzam większą część dwóch tygodni, noce i dnie. Śpię 
wyprostowana, trzymając się za podkurczone kolana. W ciągu dnia na udach 
mam rozłożoną książkę. Jeśli ktoś tędy przechodzi - teraz, kiedy urządziłam 
sobie bliżej nieokreślone, nieruchome czuwanie, nikt nie jest skłonny 
zawitać tu na dłużej - udaję, choć nie zawsze, że czytam.
  Kiedy mija tydzień od terminu ostatniej rejestracji, otrzymuję list z 
biura nadzoru studiów. Mam się stawić na spotkanie. Zostanie omówiona moja 
sytuacja.
  - Co się dzieje? - ciągle pyta mój chłopak, wyrażający swój niepokój 
bardziej stanowczo niż koleżanki, z którymi mieszkam. - Co się wydarzyło 
podczas wakacji?
  Opowiadam o zewnętrznej stronie wizyty. Rekonstruuję ją aż do pamiętnego 
pocałunku. Mówię o tym, jak się czuję skrzywdzona, bo utraciłam coś, czego 
nie sposób odzyskać: dwadzieścia lat bez ojca, którego, jak się okazało, 
kocham i który zdaje się tę miłość odwzajemniać.
  Mój chłopak stracił ojca, dlatego zdaje się być nie tylko współczującym 
słuchaczem; nie tylko rozumie, ale cierpi wspólnie ze mną, a to mnie 
zachęca, aby powiedzieć mu to, czego nie powiedziałam nikomu innemu.
  - Coś dziwnego wydarzyło się na lotnisku - mówię. Siedzimy w jego 
samochodzie, zaparkowanym na podjeździe małego domku, który wynajmuje poza 
kampusem. - Przynajmniej tak sobie myślę. A może to wcale nie było dziwne - 
kończę z nadzieją.
  - Co? - pyta.
  - Hm, to było tak: ojciec żegnał się ze mną. Oboje się żegnaliśmy na 
lotnisku. I wtedy... wiesz... Kiedy mnie całował, coś jakby, no, wsunął mi 
język do ust. Uważasz, że to dziwne?
  - Do jasnej cholery, chyba żartujesz! - krzyczy. - Nie, nie wierzę! Tak, 
oczywiście: to jest dziwne! Jest! Jest złe! Powiedziałaś matce?
  Potrząsam głową. Chowam twarz w dłonie.
  Oburzenie mojego chłopaka zachęca mnie do zachowywania jeszcze większej 
tajemnicy. Uświadamiam sobie, że prawdą jest to, co czułam w samochodzie, 
wracając do szkoły - że ten pocałunek odseparował mnie od wszystkiego. To 
nie zarozumiałość ani żadna tam dramatyczna nadinterpretacja. Jeśli zaś 
chodzi o matkę, akurat ona jest ostatnią osobą, której powiedziałabym o 
pocałunku. Najprawdopodobniej zareagowałaby histerycznie albo wręcz 
gwałtownie. Pewnie zadbałaby o to, abym go już nigdy więcej nie zobaczyła. 
A ja przecież nie mogę się z nim nie spotykać. Gdy wtedy odwrócił się i 
odszedł, moje obawy związane z pocałunkiem rozwiały się, w momencie, w 
którym przyszła mi do głowy pierwsza myśl: kiedy? Kiedy go znowu zobaczę? 
Kiedy będziemy razem? Dzwoni codziennie - dzwonek telefonu natychmiast 
podrywa mnie z zielonego krzesła, choć nie są w stanie tego uczynić ani 
zapisy, ani wykłady, ani też moje przyjaciółki - i ciągle od nowa stawiamy 
sobie identyczne pytanie: kiedy?

background image

  Odsłaniam twarz.
  - Pomyliłam się - mówię mojemu chłopcu. - Za bardzo wszystko 
wyolbrzymiłam. Źle opisałam. Właściwie to tak nie było. Może zrobił to 
przez przypadek. - Po troszeczku, odrobinka po odrobince pracuję nad 
zatarciem prawdy.
  Zaniepokojony bardzo mi w tym pomaga. Razem zapominamy o moim zwierzeniu, 
chociaż ściśle rzecz ujmując, ja pracuję nad zapomnieniem tego, co ojciec 
zrobił. To tak samo łatwe, jak łatwe może być wyparcie się. Nie myśl o tym, 
mówię sobie, i nie myślę, ale to zdaje się wymagać ogromnej siły woli.
  
  Brakuje mi zapału do wszystkiego. Jestem w jakimś szoku; świadczy o tym 
zimne, nieprzyjemne odrętwienie - odczucie, które poznałam przed kilku 
laty, gdy jechałam na rowerze i potrącił mnie samochód. Ułożenie ciała na 
zielonym krześle, kolana przyciągnięte do piersi; odpowiadanie na pytania 
innych tylko w myślach, bo nie jestem w stanie nadać brzmienia słowom, 
które słyszę w głowie - takie symptomy miałam także wtedy, gdy leżałam na 
ulicy i nawet do sanitariusza nie mogłam się odezwać. Tylko że teraz 
przyczyna wstrząsu jest inna; zaczynam się jej dopatrywać w jednoczesnym 
odnalezieniu i utracie ojca; jestem rozżalona, ponieważ zaprzepaściliśmy 
wszystkie tamte lata, ponieważ to niesprawiedliwe, że wraca do mnie, gdy 
jest za późno, bo już całkowicie dojrzałam. Nie pozwalam sobie sądzić, że 
choćby część moich uczuć jest reakcją na pocałunek. W ciągu tych dwóch 
tygodni, skulona na zielonym krześle i przykryta starym, niebieskim pledem, 
sama staję się jedną z osób, której za nic nie opowiedziałabym o ojcu, 
który wsuwa mi język do ust.
  
  Istnieje pewne rozwiązanie proponowane studentom, którzy nagle odkrywają, 
że nie chcą być studentami. Nie mówi się o porzuceniu studiów, lecz o ich 
przerwaniu. Jeśli zdążę się zapisać na zajęcia przed upływem pełnego roku 
akademickiego, mogę dokonać immatrykulacji bez potrzeby ponownego starania 
się o przyjęcie.
  - Dlaczego chcesz to zrobić? - pyta mnie prawnik z biura nadzoru studiów. 
Rozmawialiśmy już wcześniej, kiedy pod koniec pierwszego semestru na 
pierwszym roku w wyniku błędu komputera zaginęły wszystkie moje oceny. Jako 
studentka z zewnątrz, nie miałam pojęcia, że razem ze zwykłą korespondencją 
nie otrzymuję różowej kartki ze stopniami - nie mogło mi brakować czegoś, o 
czym w ogóle nie wiedziałam - i byłam wstrząśnięta, kiedy mój przypadek 
został określony jako "bardzo niepokojący". Przecież nie dlatego, że 
opuściłam zaledwie jeden albo dwa wykłady. Chodziło o to, że podczas całego 
pierwszego semestru w ogóle nie odnotowano ani jednej mojej oceny. Jako 
prymuska w szkole średniej, dziecko, które regularnie dostawało torsji ze 
zdenerwowania przed egzaminem z łaciny, ambitna studentka, która w 
pierwszym tygodniu po przybyciu do college'u specjalnie zwróciła się do 
dziekana, aby zgodził się na niezwykle duże obciążenie zajęciami, musiałam 
się rozpłakać. Spędziłam godzinę w tym samym biurze, nim błąd komputerowy 
został wychwycony i poproszono wykładowców o podanie moich ocen.
  - Mam pewne problemy rodzinne - powiadam. - Muszę wszystko przemyśleć. 
Potrzebuję trochę czasu. - Zapewne sobie przypomniał, jak trudno było 
zatamować tamte pierwsze łzy, bo szybko zakończył wywiad.
  - Tak, tak, naturalnie - rzuca pospiesznie. - Wypełnię tylko papiery.
  Uniwersytet zwraca mi czesne oraz opłaty za utrzymanie po potrąceniu sumy 
należnej za dwa stracone tygodnie. Już nie jestem w szeregach studentów i 

background image

nie mogę zostać w akademiku. I choć jestem bliska paraliżu, muszę się 
wyprowadzić.
  
  Odzyskane pieniądze przeznaczam na wynajęcie pokoju w suterenie, izby z 
małym oknem, umieszczonym jakby na siłę pod niskim sufitem, i rurami 
kanalizacyjnymi, splątanymi niczym wnętrzności nad moją głową. Rury pocą 
się i ociekają, wypełniając ciemną przestrzeń macicznym ciepłem. Suterena, 
labirynt zawilgoconych, wyłożonych linoleum pomieszczeń, jest częścią 
starego majątku, zajętego obecnie na kampus. Znajduje się w pobliżu 
budynków, w których mieszczą się instytucje służące wszystkim studentom: 
księgarń, banku, poczty. Za oknami stopy poruszają się to żywo, to wolno.
  Z mojego pokoju w ogóle nie widać nieba. Niczego nie mogę dostrzec przez 
drzewa rosnące na tylnym dziedzińcu. Właśnie na wiosnę insekty atakują dęby 
w kampusie; a jajeczka ciem wypełniają srebrzyste, połyskujące mieszki, 
które zwisają z gałęzi za moimi oknami. Zabłąkane pasma jedwabiu skręcają 
się na wietrze. Przyglądam się im, siedząc na brzegu łóżka.
  Ojciec w dalszym ciągu dzwoni do mnie każdego dnia. Dzwoni z biura, 
odczekawszy, aż reszta personelu rozejdzie się do domów. Za każdym razem 
rozmawiamy po kilka godzin: tym zalotom sprzyja paradoksalna intymność 
telefonicznego kontaktu, zachęta, by powiedzieć cokolwiek, by zdobyć się na 
odwagę, na większą namiętność, beztroskę. Chyba nie byłoby nas na to stać, 
gdybyśmy się spotykali twarzą w twarz. Rozmawiamy o miłości, posługując się 
słowami, jakimi zazwyczaj posługuje się większość ludzi; ale ojciec i ja 
mamy coś bardziej absorbującego niż samą miłość: Ją. Przedmiot miłości. 
Moją matkę. Jego żonę.
  Zamykamy się w granicach wzajemnego współczucia, które mogą odczuwać 
jedynie dwie osoby odtrącone przez tę samą kobietę. Trzymamy się razem 
dzięki niej, przez nasze niewolnicze oddanie i przez złośliwość - dzięki 
osobie, której nie zdołaliśmy ani poznać, ani posiąść. Jest bardziej 
fascynująca niż my oboje, bo zawsze się nam wymyka. Jest tajemnicza, 
podczas gdy my - jedynie zbyt chętni, by się obnażyć.
  
  Za pomocą słów ojciec i ja otwieramy organy miłości. Orientujemy się, 
skąd płynie nasza krew, jak szybko, jak bardzo gęsta i czerwona. Fascynuje 
nas umiejętność przyjmowania bólu. To także kochamy: nasze cierpienie, 
udrękę ludzi o nie odwzajemnionych uczuciach. Gdybyśmy nie lubili cierpieć, 
nie wiedzielibyśmy, kim albo czym jesteśmy. On przez całe swoje życie i ja 
przez połowę mojego myśleliśmy o sobie jako o tych, którzy kochają kobietę 
niezdolną do odpłacenia miłością za naszą miłość.
  
  Ojciec szkaluje matkę i jej rodziców. Bronię ich, choć mnie także 
przysporzyli cierpień. Czuję ulgę, gdy słyszę, że moja młoda, piękna matka, 
którą z zazdrością podziwia grupa moich przyjaciół, jest narcyzem. Że jest 
samolubna i okrutna, jak okrutni i samolubni mogą być tylko ludzie słabi, 
bo okrucieństwo to wszystko, co posiada, by zachować poczucie 
bezpieczeństwa.
  Ojciec demaskuje zgubny trójkąt składający się z babki, matki i mnie. 
Powiada, że bronię matki przed babką; że z kolei ona biernie mnie 
chroni, oferując dystans w wymiarze jednego pokolenia; i że babka 
manipuluje nami dwiema, rozgrywając niepewność córki przeciwko niepewności 
wnuczki.
  Rozbraja mnie, identyfikując ów trójkąt, chociaż sam weń wkracza, niszczy 

background image

go i tworzy nowy, złożony z matki, ojca i mnie. Ojciec zajmuje miejsce 
babki - jeden despota wkracza na miejsce drugiego.
  Zdumiona jego szczerością, wnikliwością ocen, nie dostrzegam tego, czego 
nie chce widzieć - że ojciec sam jest egoistą i narcyzem, że jest 
niebezpieczny.
  Kiedy mówi, siedzi w swoim nieoświetlonym biurze i trzyma stopy na 
biurku. Opisuje mi tę sytuację. Ja leżę skulona na łóżku, także w 
ciemnościach. W trakcie tych wielogodzinnych rozmów w mroku odtwarzamy 
dwudziestoletnią historię, nawzajem wpadamy sobie w słowo, aby potwierdzać 
ciągłe jedno i to samo: nasze rozstanie jest nie do zniesienia. 
Przyznajemy, że moc naszych uczuć zdumiewa nas, a nawet przeraża - jakże 
mimo wszystko możemy wytrzymać z dala od siebie przez tak długi okres?
  Jego głos rozbrzmiewa w ciemności. Pierwszy raz doświadcza czegoś 
takiego, wyznaje mi. Kościołowi, żonie, dzieciom nie poświęca więcej uwagi 
niż ja pozostałej części mojego życia. Odpycha to wszystko od siebie 
dokładnie w tym samym momencie, w którym ja odsuwam się od rodziny, 
przyjaciół, chłopaka; nie chodzę na randki, nie odpowiadam na telefony ani 
na pukanie do drzwi. Rozumie, dlaczego przerwałam studia. A nawet odnosi 
się do tego z aprobatą. Obawia się tylko, że dlatego dziadkowie będą 
przeciwko niemu, przeciwko nam; że będą się starali, aby nie zeszły się 
nasze drogi.
  - Ale stawiamy temu czoło - mówi. - Wszyscy będą musieli wreszcie 
zrozumieć, że teraz ja jestem twoją szkołą. Mnie musisz się nauczyć.
  Pragnienie mojego ojca, abym dowiedziała się o nim wszystkiego, bardzo 
mnie ekscytuje. Nie może być inaczej, skoro jestem dzieckiem ojca, który 
zniknął, i matki tak zimnej, tak skrytej, że opuszczając mnie, nie dała mi 
żadnej szansy nawiązania ze sobą kontaktu.
  - Muszę się z tobą zobaczyć - mówi co wieczór przez telefon. - Muszę 
wymyślić jakiś sposób. Nie mogę dłużej czekać.
  Potem, pewnej nocy, dzwoni i informuje mnie, że ma już bilet na samolot. 
Wspólnota kościelna pokryje koszt jego wyprawy na uniwersytet. Ojciec 
spotka się tam z jakimś profesorem religii. Pieniądze na podróż pochodzą z 
funduszu na ustawiczne kształcenie pastora. Będzie ze mną już za dwa 
tygodnie.
  
  Przed jego przyjazdem jadę do domu, aby wytłumaczyć się, dlaczego 
zrezygnowałam ze szkoły. Dziadkowie domyślają się: od chwili, gdy na 
horyzoncie pojawił się ojciec, zaczynam niewłaściwie kierować swoim życiem.
  - Porzuciłaś szkołę! - protestują. - Jak mogłaś?! Dlaczego?
  - Nie porzuciłam szkoły, tylko przerwałam naukę - poprawiam ich, ale oni 
nie dostrzegają różnicy.
  Czyżby dziadkowie nie akceptowali powtórnych odwiedzin ojca, bo 
podejrzewają, że okaże się mściwy? Boją się, że w końcu stał się na tyle 
silny, by osiągnąć cel? Odzyskać albo zniszczyć wszystko, co do niego 
należało?
  - Nawet go nie znasz! - wrzeszczy babka, rozwścieczona wiadomością, że 
znowu chcę się z nim spotkać. - Właściwie nigdy nie był dla ciebie ojcem! - 
rzuca.
  - Właśnie dlatego przeżyłam wstrząs. Dlatego muszę z nim pobyć. Dlatego 
potrzebuję przerwy. Powinnam go lepiej poznać, dowiedzieć się, kim jest.
  Nie mogę odpowiedzieć na pytania dziadków dotyczące nagłych oznak mojego 
przywiązania do ojca, gotowości pokochania osoby, której nawet nie znam. Na 

background image

to pytanie sobie samej nie potrafię odpowiedzieć.
  - Przysięgam, wrócę do szkoły we wrześniu - mówię i zapewniam babkę, że 
jeśli wrócę na uniwersytet z doskonałymi ocenami i zapiszę się na 
maksymalną liczbę zajęć, mimo wszystko mam szansę skończyć studia w 
pierwotnie planowanym terminie. - Czy ja kiedykolwiek nie dotrzymałam 
obietnicy?
  Dziadek kręci głową z takim samym brakiem przekonania, jaki rezerwuje dla 
finansowych operacji mojej matki. Przygląda się papierowi, na którym 
spisałam rozkład obowiązkowych zajęć, jakby oglądał jeden z jej 
bezwartościowych weksli.
  - Zdaje się - powiada - że już to zrobiłaś, prawda? Wcale mnie nie pytasz 
o zdanie, a już na pewno nie o pozwolenie.
  - Przykro mi - odpowiadam. - Bardzo mi przykro. Ale wrócę. Obiecuję.
  Zaciska usta w wyrazie dezaprobaty, kiwa głową, nic więcej nie mówi. 
Powiększa się dystans, który dzieli jego ciało od mojego.
  
  - Dlaczego nie wyrzucisz tej okropnej rzeczy? - pyta mnie matka, mając na 
myśli mój ulubiony czarny sweter. Haft strzępi się i gagatowe paciorki 
spadają na kuchenny blat. Gawędzimy sobie, parząc herbatę na kuchence. Kiwa 
głową, kiedy jej oświadczam, że kocham ojca z niepojętą siłą, której nie 
jestem w stanie się oprzeć. Przybita po jego wizycie naprawdę lepiej od 
dziadków rozumie moje pragnienie ponownego spotkania się z nim; 
przynajmniej na razie.
  - Ależ tak! Tak! - powiada, kiedy ją informuję o jego przyjeździe.
  Dochodzimy do porozumienia, że ona jeszcze raz weźmie we wszystkim 
udział, że ojciec i ja przyjedziemy ze szkoły do jej domu.
  Matka patrzy na mnie.
  - Twój ojciec jest jedynym mężczyzną, na którym mi naprawdę zależało - 
mówi.
  Oczywiście już to słyszałam, ale następne wyznanie jest dla mnie 
nowością.
  - Wiesz, tak naprawdę nigdy nie sprawiało mi przyjemności przebywanie z 
żadnym innym mężczyzną - oświadcza. - To znaczy w łóżku. - Kładzie mi dłoń 
na ramieniu; tak ją zaciska, że czuję napór każdego palca z osobna. - Mam 
na myśli uprawianie seksu - dodaje, potem zabiera dłoń i krzyżuje ręce na 
piersiach.
  Nie odzywam się. Jestem zażenowana, odwracam wzrok.
  Stoję tak blisko, że czuję ciepło bijące od jej ciała, oddech, który 
porusza lekko meszek na moim ramieniu. Jeszcze nie wiem, co oznaczają dla 
mnie te rewelacje. Przebiega po mnie zimny dreszcz, co przypisuję 
zdumieniu. Nigdy równie chętnie nie dzieliła się ze mną tak osobistymi 
przeżyciami.
  Dlaczego mi o tym mówisz? - myślę, dziwiąc się w milczeniu. Dlaczego?
  Jeszcze nie wiem, że my, ja i ojciec, zaczniemy to wykorzystywać.
  
  Przygotowując się do odwiedzin ojca, sprzątam pokój w suterenie i 
pożyczam od przyjaciółki śpiwór. Jeżeli się obawiam, że nie spodoba mu się 
miejsce, w którym mieszkam, to niepotrzebnie. Kiedy tutaj dociera, nie 
widzi niczego. Nie widzi niczego prócz mnie.
  - Jesteś moja - powiada, trzymając mnie drżącymi, gorącymi dłońmi. - 
Należysz do mnie.
  Nie może się pohamować, by mnie nie dotykać, by się we mnie nie 

background image

wpatrywać, nie sięgać po moją dłoń, rękaw, włosy. W restauracjach stygnie 
mu jedzenie, kiedy patrzy na mnie natarczywie, a jego dłoń mocno ściska 
moją. Łzy zbierają się za soczewkami jego okularów i spływają cicho po 
policzkach. Przekonują mnie, że prawdą jest to, w co chcę wierzyć: jego 
miłość jest szczera.
  Wieczorem oddaję mu swoje łóżko. Sama układam się w śpiworze rozłożonym 
obok na podłodze.
  - Nie może ci być wygodnie - mówi, ale nie sugeruje, byśmy się zamienili 
miejscami. - Chodź tu - proponuje w zamian, uderzając lekko w powierzchnię 
koca. - Starczy miejsca dla nas obojga. - Pamiętam o pocałunku, dlatego się 
waham. Nie jestem jeszcze gotowa, by znowu walczyć o usunięcie czegoś z 
pamięci.
  Czyżby nie wspominał o naszym rozstaniu na lotnisku, bo zdaje sobie 
sprawę z mojego zakłopotania tym, co się zdarzyło? Nie myślę o pocałunku 
jako o czymś, co on zrobił, lecz jako o czymś, co "się zdarzyło". Udało mi 
się odseparować go od czynu; sprowadziłam pocałunek do fizycznej 
przypadłości, może odruchu, czegoś w rodzaju napadu kaszlu. Jeśli pocałunek 
był nie poddającym się ludzkiej kontroli przypadkiem, to miłość, którą ma 
dla mnie ojciec, nie jest skażona. I nie musze odwracać się od tego, czego 
pragnę.
  Mimo wszystko nie jestem spokojna. O pocałunku myślę bez ustanku. Ilekroć 
mam ochotę porozmawiać o nim z ojcem, okazuje się, że nie jestem w stanie 
otworzyć ust. Nie obawiam się, że powie coś, czego nie chcę usłyszeć. Rzecz 
w tym, że zwodzę samą siebie i czasem już nie wiem, czy w ogóle do czegoś 
doszło. Zadaję sobie pytanie, czy wszystkiego nie wymyśliłam, tworząc 
nasyconą emocjami fantazję, inspirowaną nazbyt wielkim pragnieniem bycia 
podziwianą i kochaną.
  - Chodź tu - powtarza.
  Zostaję na poprzednim miejscu, na podłodze przy jego stopach, zamknięta 
na suwak w śpiworze, złapana w potrzask strachu i zarazem tęsknoty.
  - Proszę - mówi. - Pragnę cię objąć. Nie chcesz, abym to zrobił? Pomyśl, 
ile już lat straciliśmy, pozbawieni swojego towarzystwa. Po co tracić 
więcej?
  Chcę, by mnie obejmował. Chcę zbyt mocno, by trzymać się na dystans. Ale 
kiedy wreszcie znajduję się obok niego, zasypiam, nim otaczają mnie jego 
ramiona. Śpię na pościeli i w śpiworze, a rano, nim się budzi, wstaję i 
biorę kąpiel.
  
  Ojciec zaczyna robić zdjęcia. Powiada, że musi sobie zrekompensować to, 
co nazywa brakiem wyobraźni. Zawsze podróżuje z aparatem fotograficznym, 
ponieważ bez jego pomocy nie umiałby potem odtworzyć widoku miejsc, w 
których przebywał. Utrzymuje, że nie potrafi zrekompensować w głowie 
obrazów, że myśli tylko słowami, tekstem nie ożywionym żadnym zmysłowym 
doznaniem, to znaczy jego wspomnieniem. Próbując zrozumieć, o co mu chodzi, 
przypominam sobie, że kiedyś chciałam sprawdzić coś w encyklopedii 
Britannica. Pamiętam spostrzeżenie, że jej strony są bardzo 
klaustrofobiczne, wiele z nich nie zawiera żadnych ilustracji, od krawędzi 
do krawędzi wypełniają ją czarne litery, a wąskość marginesów nie zachęca 
czytelnika do przeniesienia się w świat wyobraźni. Czy to możliwe, aby coś 
podobnego działo się w głowie mojego ojca? Aby odbywał się tam nieustanny 
pochód artykulacji? I nie było choćby twarzy, kwiatu, izby, w której 
niegdyś spał, nie było zapachu potu ani deszczu, smaku pomarańczy, wina i 

background image

krwi, jedynie słowa, słowa, słowa?
  
  Droga między uniwersytetem a domem matki obfituje w malownicze widoki: 
punkty obserwacyjne, rozpadliny, formacje skalne, wyżłobione rzecznymi 
prądami parowy, sękate, wiekowe korzenie, które trzymają się mocno wielkich 
skał, i klify nad odległą, niespokojną wodą. Nie spieszymy się, poznajemy 
każdy zakątek, tworząc wzorzec, który będziemy powtarzać w ciągu następnych 
lat: ojciec i ja przy skraju drogi niby podziwiamy jakiś widok wart trudów 
podróży, lecz w rzeczywistości jesteśmy całkowicie zaabsorbowani sobą.
  - Siadaj tutaj - powiada, ustawiając mnie do obiektywu.
  - Chcesz, abym się uśmiechnęła? - pytam.
  Patrzy znad aparatu.
  - Po prostu bądź sobą - powiada.
  Nic nie mówię, wtedy wyciąga dłoń, dotyka mojego policzka.
  - Czy wiesz, jaka naprawdę jesteś? - pyta. - Skądże znowu, przecież masz 
dopiero dwadzieścia lat. - Cofa się i podnosi aparat. - Będę musiał pokazać 
ci, jaka jesteś - oświadcza - za pomocą tego. - Migawka trzaska bez 
ustanku.
  Ojciec robi setki zdjęć. Powiada, że są mu potrzebne, bo kiedy nie ma 
mnie przed oczami, to wówczas dzieje się tak, jakbym w ogóle nie istniała. 
Nie może wyobrazić sobie mojej twarzy.
  Od matki, która nie chce mnie widzieć, do ojca, który twierdzi, że 
istnieję tylko wtedy, gdy mnie widzi. Zdaje się, że uważam to za rodzaj 
awansu egzystencjalnego. Z pewnością, skoro już teraz mam wrażenie, że moje 
życie zależy od tego, czy ojciec mnie widzi.
  
  Miałam jedenaście lat, kiedy perska kotka babki wydała na świat kocięta. 
Było ich pięć. Wszystkie płci żeńskiej, białe, doskonałe. Babka obiecała 
podarować mi jedno, to, które sobie wybiorę.
  - Tylko ich nie dotykaj - przestrzegła mnie. - Poczekaj, niech no trochę 
podrosną. Niech przejrzą na oczy.
  Codziennie klękałam przy skrzynce, gdzie leżały ze swoją matką. 
Podnosiłam je kolejno, ujmowałam w dłonie każde ciałko niczym mleko i 
trzymałam tak blisko, że pod swoimi ustami czułam ciepły oddech maleństwa, 
bicie serca. Kocia główka ze sklejonymi powiekami kiwała się bezradnie, 
uderzała w mój policzek, w brodę.
  Zrobiłam to pewnego dnia po szkole. Nie wiem dlaczego. Wiem tylko, że nie 
potrafiłam się powstrzymać. Nie mogłam znieść widoku wiecznie zaspanych 
pyszczków, maleńkich oczu, które nigdy się na mnie nie otwierały. Przez 
tydzień, może nawet dłużej, miałam w rękach pulsujące, ślepe życie. Czułam, 
że coś mnie chwyta za serce. Czułam się tak, jakbym umierała.
  Wzięłam jednego kotka na kolana i kciukami ostrożnie odsunęłam powieki, 
rozdzielając jedną delikatną membranę od drugiej. Serce tłukło mi w piersi, 
pociłam się ze strachu, ale spokojnie dokończyłam gwałtu. Kociak nie wydał 
z siebie żadnego dźwięku, nie walczył;. Można by pomyśleć, że w ogóle mu 
nie zadałam bólu.
  Uniosłam go, aby przyjrzeć się jego oczom, które okazały się 
zaczerwienione, wodniste, znowu zamknięte przed światem. Główka kiwała mu 
się bezradnie tak samo jak poprzednio.
  Choć raz mi się nie powiodło, to i tak nie oszczędziłam pozostałych 
czterech kociąt. Nie potrafiłam się powstrzymać. Skończyłam zajęcie, 
szlochając, a futerko wokół oczu wszystkich kociąt także było wilgotne. 

background image

Maleństwa wyglądały na wyczerpane i zbolałe, podobnie jak ja. Wtuliły się w 
ciepły brzuch matki i zasnęły.
  Nie minął dzień, a opuchły im zamknięte oczy, na nowo zaklejone 
powiekami, których brzegi były czerwone przy białym futerku. Podniosłam 
jedno i próbowałam usunąć żółtą skorupę, która utworzyła się w kąciku 
jednego oka. Nagle wystrzelił w górę robak ropy, a ja, zaskoczona, 
wypuściłam maleństwo z rąk.
  Zdawałam sobie sprawę z tego, że postąpiłam źle, najgorzej w całym swoim 
życiu, zbyt okropnie, by się do tego przyznać. I chociaż powiedziałam 
babce, że chyba coś niedobrego dzieje się z oczami kociąt, nie zdradziłam 
jej co. Wspomniałam tylko, że wydają się dziwne. Ale przy tym wyraźnie 
zadrżał mi głos.
  - Co się z tobą dzieje? - zapytała.
  - Nic - odparłam. - Boli mnie gardło - skłamałam.
  Weterynarz przez tydzień trzymał u siebie kotkę i kocięta. Po powrocie 
ich oczy były otwarte i czyste, jasnobłękitne - wyrażały wyniosłą pogardę 
albo obojętność. Pociągnęłam za sznurek rozwinięty na podłodze, a one za 
nim pobiegły.
  - Wydawało mi się, że chcesz jedno - powiedziała babka, kiedy kocięta 
podrosły na tyle, aby je sprzedać.
  - Nie chcę - odparłam.
  - Dlaczego?
  - Po prostu nie chcę. Zmieniłam zdanie.
  Kiedy jedziemy do domu mojej matki, na tylnym siedzeniu samochodu pełno 
sprzętu fotograficznego - ojciec i ja kłócimy się po raz pierwszy. Nasza 
sprzeczka, jak to bywa w wypadku większości zakochanych, rozpoczyna się od 
nieporozumienia równie absurdalnego jak zaskakującego. Na rogu pewnej 
uliczki, przy małym bistro, gdzie zjedliśmy obiad, spieramy się o cenę 
szamponu. Ojciec utrzymuje, że podczas jego pierwszej wizyty wydałam 
trzydzieści dolarów na butelkę szamponu.
  - Niemożliwe! - oburzam się. - Chyba żartujesz! Też coś, trzydzieści 
dolarów?
  - Obserwowałem cię dokładnie.
  - Pewnie chodziło o trzy dolary. Kiedy to było? Gdzie?
  - Widziałem, jak podawałaś pieniądze kasjerce.
  - Posłuchaj - mówię, dostrzegając zmianę w charakterze rozmowy: od 
trywialnej do śmiertelnie poważnej. - Przez całe moje życie nigdy nie 
wydałam na szampon więcej niż cztery dolary, pod warunkiem, że była to 
bardzo duża butelka.
  - Ależ wydałaś - powiada. Ma zarumienioną twarz. - Widziałem.
  - Przestań. Nawet matka nie wydałaby tyle pieniędzy na szampon. Nie 
przypuszczam, żeby to było w ogóle możliwe.
  Ciągniemy temat, zasadniczy i zarazem absurdalny, aż w końcu jesteśmy 
zbyt zmęczeni, by kontynuować. Żaden argument go nie przekonuje, że mówię 
prawdę. A przecież jako dwudziestolatka w dalszym ciągu buntuję się 
przeciwko ekstrawagancjom matki. Noszę swetry ze sklepów z używaną odzieżą, 
spodnie z wojskowych nadwyżek, a kiedy kupuję szampon, ostentacyjnie wydaję 
dolara pięćdziesiąt na tubę prellu, podczas gdy moja matka płaci dziesięć 
za fiolkę klorany albo po pięć za pół uncji rzadkiego kosmetyku 
wygładzającego skórę. Po dwudziestu latach od chwili, gdy został poniżony 
przez moją rodzinę, latach spędzonych na gorączkowym doskonaleniu się - dwa 
tytuły magistra i jeden doktora na doskonałych uniwersytetach, a do tego 

background image

szybkie wspinanie się po stopniach hierarchii własnego Kościoła - ojciec 
nadal jest uszczypliwy. Karze mnie za skłonność do marnowania pieniędzy, 
którą zamiast matce przypisuje mnie. Kiedy się w końcu poddaję, to nie 
tylko dlatego, że nasza kłótnia nie ma sensu i nie da się rozstrzygnąć.
  - W porządku - ustępuję. - Masz rację.
  Wydaje mi się, że ostatecznie mogę w ten sposób odpokutować za to, że 
zawstydzają go ludzie, którzy mnie wychowali. Bo mimo wszystko doskonale 
wiem, że babka i matka potrafią sprawić, że człowiek czuje się słaby i 
bezbronny.
  
  Ojciec opowiada, że jego święcenia zostały przełożone ze względu na 
obowiązkowe badania psychoanalityczne. Nie jestem wystarczająco 
zainteresowana tymi zwierzeniami, powinnam być bardziej. Chcę, aby mój 
ojciec był doskonały. Podaje mi kilka szczegółów. W jednym z małych 
miasteczek, gdzie służył jako wędrowny pastor - w czasach, które mi 
opisuje, miałam dziesięć lat i właśnie wtedy postanowiłam namalować dla 
niego stodołę - przebił pięścią ścianę kościoła.
  Nawet jego własna inteligencja jest wrogiem, z którym musi się borykać - 
w takim samym stopniu rujnują go liczne talenty, jak i niepowodzenia. 
Umysłem, który finansuje swoją bystrością i elastycznością, mógł bez trudu 
przechytrzyć większość psychiatrów. Z pewnością nie potrzebował wiele 
czasu, by zauważyć, jakie zachowania i które opinie powinien prezentować 
duchowny, które zaś lepiej zachować dla siebie. Jeśli w jego przypadku 
terapia okazała się skuteczna, to dlatego, że w jej trakcie nauczył się, 
jak kreować pożądany wizerunek pastora, nawet jeśli - jak mi wyznaje - ma z 
Kościołem wiele nie rozwiązanych problemów.
  Mimo konfliktów mój ojciec tak bardzo potrzebował jakiegoś sukcesu 
mierzonego zwykłą miarą - by udowodnić dziadkom, że źle postąpili, surowo 
go odprawiając - że ogromnym wysiłkiem woli i z nie słabnącym gniewem 
dokonał wszystkiego, co sobie zamierzył. Jego rana jest równie głęboka jak 
moja, nasz gniew - skierowany przeciwko tej samej osobie.
  Oboje nie dostrzegamy jednego. Żadne z nas nie wie, jak bardzo jesteśmy 
rozgniewani. Może dlatego, że nie mogę się przyznać do tego gniewu, skoro 
nie dostrzegam, co ojciec skrywa przed sobą. A on, znakomicie wyćwiczony w 
oszukiwaniu siebie, odwzajemnia się tym samym.
  Wszystkie emocje, które nas dotyczą, nazywamy miłością.
  
  Do domu matki przyjeżdżamy późno. Od razu odkrywamy, że z trudem 
osiągnięta, niepewna równowaga naszej trójki, naszej "małej rodzinki", już 
nie istnieje.
  Ojciec nie robi już jednakowej liczby zdjęć mnie i matce. Już go na to 
nie stać. W dodatku nie tylko obiektyw aparatu kieruje się w jedną stronę. 
W domu matki ojciec i ja, dwoje gości, porzucamy ją, jeszcze niedawno 
przedmiot naszego poświęcenia, i zwracamy się ku sobie. Wszystko, co 
podczas poprzedniej wizyty sprawiało nam mniejszą lub większą przyjemność - 
wycieczki do galerii, aby popatrzeć na sztukę; wycieczki do ogrodów, aby 
popatrzeć na rośliny; do restauracji, aby popatrzeć na siebie - stało się 
krępujące, i to dosłownie. Potrącamy się, depczemy sobie po palcach, 
potykamy się o donice.
  Obecność ojca zaburza harmonijny spokój w salonie matki, gdzie przedmioty 
są starannie dobrane, tak samo poustawiane, powierzchnie zaś nieskazitelnie 
równe i czyste, gdzie obowiązuje protokół, na mocy którego emocje pozostają 

background image

zawoalowane, a pozycje przybiera się skromne. Nawet kiedy się nie odzywa, 
zachowując powagę, jego ciężkie, białe ciało przekazuje jakiś zmysłowy 
smutek. Jakby ciężar był zjawiskiem bardziej duchowej niż fizycznej natury. 
Ojciec ma grube jak u chłopca ramiona, ale tusza nie pozbawia go seksapilu, 
tylko czyni go typem bardziej androginicznym, przydając męskości elementu 
kobiecego. Jego kończyny są duże i mocne, ale mięśnie obrośnięte tłuszczem, 
który ukrywa ich siłę. Nie cierpi na znaczną nadwagę - w garniturze wydaje 
się raczej duży niż otyły - masywną, męską pierś widać pod cienkim 
materiałem koszuli; ten widok niepokoi. Ma duże, piękne dłonie, jakich nie 
spotyka się często u mężczyzn, wszystkie palce proste, silne, 
wypielęgnowane. Mięsiste stopy także są wypieszczone, kształtnie uformowane 
paznokcie gładko opiłowane. Żartujemy, że jego stopy są znacznie ładniejsze 
niż moje czy matki.
  Dla kobiet pokroju matki albo mnie, wrażliwych na społeczne normy 
określające wzory piękna i płci, jego ciało i całkowicie beztroski sposób, 
w jaki je traktuje, są tak samo obrazoburcze i niepokojące jak jego 
skłonność do płaczu. Wszystko w jego wyglądzie wskazuje na zaspokojone 
pragnienia, zagojone rany. W przeciwieństwie do mojego ciała, zawsze 
wyciszonego, którego pragnienia i bóle nie miały żadnego znaczenia, jego - 
jakże białe, jakże leniwe - jednocześnie fascynuje mnie i odstręcza. Ciągle 
powracam spojrzeniem do ciemnych punktów jego brodawek. Bardzo się różnią 
od wysuszonych monet moich kolegów, ich twardych torsów, chudych brzuchów.
  Podczas posiłków, kiedy wgryza się w posmarowaną masłem kromkę chleba, je 
banana albo nawet coś tak mało opornego jak jogurt, słyszę odgłos 
stykających się zębów. Spotykają się z cichym szczękiem, a ja drżę na ten 
dźwięk, który zdradza siłę jego łaknienia i przypomina o moich 
pragnieniach. O życiu z ukrytą, tłumioną żądzą.
  
  Kiedy tym razem wracam do domu matki po odwiezieniu go na lotnisko - 
żadnych pocałunków, tylko gorączkowy, niezgrabny uścisk - zastaję ją 
spacerującą w salonie dookoła białej sofy.
  - Coś niedobrego dzieje się z nami wszystkimi - powiada. - Czuję to.
  Siadam na sofie, wyczerpana, ze śladami łez na policzkach.
  - Niby co takiego? - pytam, zdradzając niecierpliwość, niechęć, by mnie 
zmuszono do obrony siebie albo jego.
  - Wiesz - mówi - on nie jest normalny. Twój ojciec nie jest normalnym 
człowiekiem.
  - Nie jest? - dziwię się. - Nie rozumiem.
  Nie mam ochoty na tę rozmowę. Nie mam ochoty na rozmowę z nikim oprócz 
ojca, a matka jest wściekła, trudno nie zauważyć. Wygląda tak, jakby 
szykowała się do skoku, panowała nad każdą cząstką siebie poza ciemnymi, 
rozbieganymi oczami.
  - A tak w ogóle - dodaję - to kto jest normalny? - Znacznie później tą 
ripostą posłuży się wobec mnie ojciec.
  - Nie wiem. Po prostu jestem zaniepokojona. Jesteście... jesteście sobą 
zafascynowani... to coś w rodzaju fiksacji. Rozumiem to w twoim wypadku, 
wychowywałaś się bez ojca. Nie dziwi mnie, że on ciebie hipnotyzuje. 
Zresztą, nikogo by nie dziwiło. Ale on... - Matka przerywa i odwraca się. - 
Wiesz - mówi z naciskiem - to wcale nie dotyczy ciebie. To dotyczy mnie.
  "To", wiem od razu - nie istnieje nic bardziej zrozumiałego niż owo 
zwykłe niejasne słówko - oznacza miłość, którą wyraża zachowanie ojca, 
drżące dłonie i gorące spojrzenia. Wszystko, co dostrzegła i co ją 

background image

zaniepokoiło. Jakże niestosowne i pozbawione umiaru.
  Nie może być normalne to, że kocha mnie tak bez reszty, oto co słyszę z 
jej ust. Dowiaduję się, że matka nie tylko mnie nie kocha ani nie podziwia, 
ale na dodatek tak zinterpretuje miłość mojego ojca, że uczyni ją swoją 
własną.
  Krzyżuje ramiona i spogląda na mnie. Uciekam spojrzeniem w bok. Nie chcę 
jej podpowiadać, jakiego rodzaju sprytnymi pociągnięciami można mnie 
pozbawić twardego gruntu pod nogami. Pragnąc zagarnąć dla siebie całe 
oddanie ojca, popycha mnie ku niemu, chce tego czy nie. Bo jeśli ona mnie 
nie kocha, to aby nie runąć w otchłań nie kochanych, muszę trwać przy nim.
  - Nie dostrzegasz tego? - nalega. - Nie rozumiesz, że mam rację?
  Nie odpowiadam. Nie, nie rozumiem. I nie zrozumiem.
  
  Upłyną lata od śmierci matki, nim się przekonam, że miała racje. 
Przeczytam listy, które ojciec do niej wysyłał, kiedy miała osiemnaście, 
dziewiętnaście, dwadzieścia lat - siedemdziesiąt sześć, przechowywanych w 
pudełku po butach Charlesa Jourdana. Ostatni z nich, napisany 22 
października 1970, zawiera słowo "kochanie" w każdym zdaniu prócz jednego.
  Przeczytałam je raz, potem jeszcze raz od początku. Jak wszystkie dzieci 
zawsze będę zainteresowana zalotami swoich rodziców. W korespondencji, 
którą ojciec prowadził z matką, najbardziej zafascynuje mnie nie staromodna 
"inność", nie fakt, że należeli do świata, który różni się od mojego, lecz 
absolutna poufałość. Przeczytam te listy tak, jak oni czytali: jakby 
zostały skierowane do mnie. Listy są pisane tym samym językiem, językiem 
pożądania i posiadania. Zawierają identyczne fragmenty poematów i piosenek.
  Będę płakała, czytając listy, które ojciec pisał do matki, bo znalazłam w 
nich wszystko. Jest w nich wszystko, co - bardzo chciałam w to wierzyć - 
miało należeć do mnie i tylko do mnie, a w rzeczywistości, jak stwierdziła, 
było jej.
    W suterenie wiodę życie niemrawe i wyczerpujące. Projekty badań, 
które opisuję w zarysach dziadkom, są czystym wymysłem. Chodzi o 
to, abym mogła mieszkać w kampusie i wydawać ich pieniądze na 
czynsz. Czas bez zajęć szkolnych wypełnia mi ojciec. Myślę tylko o 
nim, o nikim, o niczym więcej.
  Jest kwiecień. Jest maj. Dni upływają, jeden podobny do 
drugiego. Są ważne tylko wówczas, gdy liczę, kiedy ostatnio 
byliśmy ze sobą albo ile czasu pozostało do ponownego spotkania. I 
jego, i mnie satysfakcjonuje wyłącznie jedno: całkowite posiadanie 
tego drugiego. Ojciec zupełnie nie dba o to, czy nie przyczynił 
się do przerwania przeze mnie nauki, czy nie pozbawił mnie 
przyjaciół; cieszy go każda oznaka niewolniczego przywiązania z 
mojej strony. z kolei ja nigdy nie przejmuję się jego pracą, 
rodziną czy pieniędzmi, które wydaje na rachunki telefoniczne i 
bilety lotnicze zamiast na ubrania dla swoich dzieci.
  Rozpoczęłam osobliwy rozdział mojego życia. Czas nie jest w nim 
rzeczywisty, nie pasuje ani do życia, które wiodłam jako dziecko, 
ani do tego, które kieruję jako kobieta, albo który niczym droga 
prowadzi mnie od jednego do drugiego.
  
  Nosisz imię świętych i królowych - powiedziała pewnego razu 
matka, kiedy byłam jeszcze taka mała, że nie odróżniałam aureoli 
od korony. Jeszcze nie byłyśmy katoliczkami. Należałyśmy do 

background image

Pierwszego Kościoła Chrystusowego, wspólnoty scjentystów. Nad moim 
łóżkiem wisiała tabliczka ze słowami Mary Baker Eddy: "Matko Ojcze 
Boże, z oddaniem szukam Cię. Po drodze świetlistej, która ku Tobie 
wiedzie, biegnę albo idę - wedle woli Twej".
  Krótka modlitwa, którą odmawiałam przed zaśnięciem, przerażała 
mnie. Nie chciałam szybko umierać. Za każdym razem, kiedy mi się 
zdawało, że atak astmy może mnie zabić, jeśli akurat nie myślałam 
o matce, to myślałam o śmierci i Bogu. Tak powstała moja pierwsza 
trójca: Matka, Śmierć, Bóg.
  Do dnia moich narodzin wszystko, co ocalało z żydostwa moich 
dziadków, sprowadzało się do rozróżnienia, co jest "czyste", co 
"nieczyste", co "wybrane", a co "nie wybrane". Matka nigdy nie 
chodziła do świątyni. Wydaje mi się, że uznała wiarę swoich 
przodków za staroświecką i nudną, pozbawioną zwłaszcza blasku 
ukrzyżowania. Spuścizna judaizmu była stara i zwietrzała jak 
zakrzepła krew, podczas gdy krew Chrystusa płynęła żywo każdej 
niedzieli.
  Może pozostała bym odporna na chwytliwe doktryny pani Eddy, 
gdybym jako sześciolatka nie uległa wypadkowi, który sprawił, że 
znalazłam się u biegłej terapeutki scjentystycznej albo 
uzdrowicielki. Ponieważ matka już się wtedy od nas wyprowadziła, 
rano dziadek zawoził mnie do szkoły. Pewnego dnia podróż do szkoły 
została dramatycznie przerwana, gdy zawiodły hamulce starego 
lincolna.
  Przyciskając bezużyteczny pedał, dziadek skręcił z drogi, 
pragnąc uniknąć zderzenia z tyłem samochodu jadącego przed nami. 
Zjechaliśmy z niskiego nasypu, nabraliśmy prędkości, przecięliśmy 
rów i trafiliśmy w drzewo. Przy uderzeniu otworzyły się drzwiczki 
od schowka na rękawiczki. Nie byłam przypięta pasem, więc 
wyleciałam do przodu, skaleczyłam brodę o mechanizm zamka, a w 
dodatku pękła mi szczęka.
  Dziadkowi nic się nie stało. Wyciągnął mnie ze zniszczonego, 
dymiącego samochodu i przycisnął złożoną chusteczkę do mojej 
twarzy. Krew płynęła mi z ust i brody. Zaczęłam płakać, ale 
bardziej ze strachu niż z bólu. Borykałam się z prowizorycznym 
opatrunkiem, kiedy całkowicie przypadkowo dostrzegła nas moja 
matka. Akurat jechała do kancelarii adwokackiej, gdzie pracowała 
jako sekretarka, i zjechała na pobocze. Zmaterializowała się tak 
nagle, wręcz magicznie, i tak zwinnie wyskoczyła z niebieskiego 
samochodu, jakby była aniołem. Wrażenie pogłębiała sukienka, którą 
nosiła tego ranka, z obcisłą górą i szerokim, purpurowym dołem z 
wyszytymi nutami. Ilekroć miała ją na sobie, nie mogłam się 
powstrzymać przed dotknięciem materiału spódnicy. Nuty pobudzały 
moją wyobraźnię, wydawały się tajemnicze, a jeśli matka mi 
pozwoliła, wodziłam palcem po wypukłych, jak gdyby stanowiły kod 
całkowicie inny od muzycznego, na przykład alfabet Braille'a albo 
Morse'a, i oznaczały wiadomość, której nie potrafiłam na czas 
rozszyfrować.
  Matka okazała się niezwykle cierpliwa i delikatna, kiedy 
pomagała mi wsiąść do swojego samochodu. Zostawiłyśmy dziadka, 
który miał poczekać na pomoc drogową, i pojechałyśmy do 
najbliższego centrum pomocy medycznej, gdzie prześwietlono mnie i 

background image

przygotowano do założenia szwów. Jasne światło niemal mnie 
zmuszało do zamknięcia oczu, tymczasem kawałek jednorazowego 
niebieskiego płótna z otworem wyciętym na brodę otulał mnie niczym 
całun, zasłaniając widok matki. Trzymałam ją mocno za rękę, może 
nazbyt mocno, bo po chwili uwolniła się i odłożyła moją dłoń na 
poręcz. Powiedziała, że musi zadzwonić i wyjaśnić, dlaczego nie 
pokazała się w pracy.
  Starałam się być odważna, lecz kiedy usłyszałam, że odchodzi, 
stukając obcasami, opanował mnie zwierzęcy strach. Wierzgając i 
pomagając sobie paznokciami, próbowałam za nią pobiec. Rozumiałam 
tylko jedno: znowu mnie zostawiła, tylko tym razem z obcymi 
ludźmi. Aby mnie powstrzymać, musieli się mną zająć równocześnie 
oboje - lekarz i pielęgniarka. W końcu im się udało. Dostałam 
środek na uspokojenie, rana została zaszyta, a ja, pogrążona we 
śnie, zabrana wreszcie do domu. Tego samego dnia po południu 
obudziłam się z krzykiem, ogarnięta tą samą paniką, którą lek 
przerwał, ale od której mnie nie uwolnił. Matka, szybko wyczerpana 
moim nieustannym płaczem i obejmowaniem ją za szyję, czepianiem 
się nóg, rąk - czego tylko pozwoliła dotknąć - zabrała mnie do 
terapeutki, której nazwisko wybrała na chybił trafił z listy 
zamieszczonej na ostatniej stronie czasopisma scjentystów "The 
Christian Science Journal".
  Terapeutka była siwowłosą kobietą w wełnianym supełkowym 
swetrze, którego dotykałam, kiedy się nade mną modliła. Położyłam 
głowę na jej udach, ona zaś trzymała jedną dłoń na moim czole, 
drugą - nad sercem. Pod nimi - pamiętam je jako chłodne, 
opanowane, a nawet wstrzemięźliwe w gestach - poczułam, że strach 
mnie opuszcza. A potem poczułam się, jak gdyby nagle w czaszkę 
trafił mnie potężny cios objawienia i wypełnił strumień piekącego 
światła. Tamta obca kobieta tajemniczo i nieoczekiwanie pozwoliła 
mi zetknąć się z doświadczeniem, którego nie mogę określić inaczej 
jak zachwyt. Czułam się odseparowana od swego ciała i ziemskich 
spraw. Wydawałam się sobie nie bardziej cielesna niż drżenie 
powietrza nad ogniskiem. Nie potrafiłam znaleźć słów na opisanie 
tego, co się wydarzyło - nigdy ich nie znajdę - i w zdumieniu 
przestałam płakać. Matka odetchnęła z ulgą; ja natomiast, 
sześcioletnia dziewczynka, poznałam pewną niebezpieczną prawdę, 
niebezpieczną zwłaszcza dla kogoś tak młodego i spragnionego 
miłości. Zauważyłam, że transcendencja jest możliwa: że duch może 
pokonać materię i dlatego ja mogę pokonać wszelkie przeszkody, 
które nie pozwalają matce mnie kochać. Że potrafię pokonać siebie.
  
  Codziennie za Wielkim Kanionem słońce wschodzi i zachodzi, za 
każdym razem wypełniając przestrzeń cieniami w kolorze krwi. Na 
drodze jesteśmy wolni, a mimo wszystko jest to wolność zbyt 
wyczerpująca, aby ją podtrzymywać. Nigdzie nie ma miejsca na 
rozpalenie ognia ani odpoczynek i chociaż na razie tego nie 
zauważamy, usuwamy ze świadomości, zawsze będzie nam towarzyszyła 
wiedza, że prawdą jest to, co czuliśmy podczas pierwszego tygodnia 
spędzonego razem: straciliśmy siebie. Straciliśmy moje 
dzieciństwo, jego ojcostwo i dwadzieścia lat miłości, a tych strat 
nie da się już odrobić. Uciekamy przed tą prawdą, ale przecież nie 

background image

możemy uciekać bez końca.
  Po miesiącach wymiany listów i rozmów przez telefon - dokładnie 
po trzy razy dziennie - z których wszystkie zawierały obietnice 
oddania i prośby o wzajemność, ojciec przygotował mnie na to, 
czego ode mnie żąda.
  - Nie wiem, czy chcę - mówię. - Chyba nie mogę. - Zęby mi 
dzwonią w nagrzanym samochodzie.
  Kiedy wreszcie wydobywa to z siebie, zapada zmierzch. Kanion 
tonie w mroku. Kanion jest rzeką krwi, bo gdy ojciec wypowiada 
słowa, których się obawiałam - "Pragnę się z tobą kochać" - Bogu 
pęka serce, łamie się. Przeze mnie.
  - Kocham cię - powiada ojciec. - Pragnę.
  - I ja ciebie pragnę - szepczę. Błagam, nie każ mi tym płacić - 
proszę bez słów.
  - Czego się boisz? - pyta.
  Obawiam się, że dam mu wszystko, o co tylko mnie poprosi. 
Wcześniej czy później.
  - Piekła - odpowiadam i wcale nie żartuję.
  Śmieje się, aby dać mi do zrozumienia, że jestem dziecinna, 
naiwna. W tym śmiechu lata studiów technologicznych stanęły 
naprzeciw mojej ignorancji w kwestii, czym jest Bóg i Jego gniew.
  - Istnieją zasady, które mają zastosowania do większości ludzi - 
powiada ojciec - ale są ludzie, których owe zasady nie dotyczą. 
Ludzie...
  - Skąd możemy wiedzieć, że ty... że my jesteśmy wyjątkami?
  - Po prostu wiem - stwierdza. - Będziesz musiała mi zaufać.
  
  Ojciec i ja spieramy się o naturę miłości i formy, w jakich się 
ona wyraża. Nasze rozmowy niczym akademickie referaty rozpoczynają 
się od mdłych teorii, łacińskich i greckich słów z 
technologicznych wykładów, od agape i caritas, nie eros. Lecz 
nagle stają się osobiste. Jakże ma się dłużej opierać temu, co do 
mnie czuje? Przecież takim uczynił go Bóg.
  - Bóg mi ciebie dał - powiada.
  Kiedy dochodzi w nim do głosu kaznodzieja, tracę chęć do obrony. 
Słowa, które może innych poderwałyby do biegu, mnie zatrzymują jak 
w potrzasku.
  "Bóg mi ciebie dał". Czy on w to wierzy? Przekonuje mnie, że 
tak, że należę do niego zgodnie ze świętym prawem, jestem jego, by 
mógł ze mną uczynić, co zechce. Nie przychodzi mi do głowy, że to 
wprowadzenie o woli Bożej jest najłagodniejszym, najmniej 
niepokojącym sposobem uwolnienia nas obojga od poczucia winy. 
Nigdy nie kwestionuję jego rozsądku, chociaż w pewnym momencie 
przyszłości łatwiej przyjdzie mi uznać go za szaleńca niż dojść do 
wniosku, że okazał się przenikliwy w ocenie mojego charakteru i 
moich słabości, wiedząc, jakim językiem się posługiwać, jaką pętlę 
ze słów zacisnąć mi wokół szyi.
  W latach, które nastąpiły po wypadku samochodowym, a jeszcze 
bardziej po klęsce na teście z francuskiego, postanowiłam powrócić 
do tego, z czym zetknęłam się na kolanach uzdrowicielki. Przyszło 
mi do głowy, że odnajdę to w szkółce niedzielnej. Byłam jedynym 
dzieckiem przy laminowanym stole, które wykonało zadanie z 

background image

poprzedniego tygodnia, które specjalną niebieską kredą zaznaczyło 
swoją Biblię w białej winylowej okładce i przeczytało odpowiedni 
fragment z Klucza do Pism Mary Baker Eddy. Pozostałe dzieci, 
wystrojone w przypinane krawaty i pastelowe szarfy, siadały 
niedbale, drzemały, podczas gdy ja siedziałam prosto. Ledwie 
nauczycielka kończyła zadawać pytanie, a moja dłoń w białej 
bawełnianej rękawiczce, ciasno zapinanej w nadgarstku, szybko 
wędrowała do góry. Czasem dostrzegałam, że nauczycielka patrzy na 
mnie z czymś, co nawet wówczas wydawało mi się konsternacją. 
Ociężałość innych dzieci, niewłaściwe odpowiedzi płynące beztrosko 
z ust ubrudzonych jedzoną w pośpiechu zimną owsianką były 
najwidoczniej tym, czego się spodziewała. Natomiast niepokoiła ją 
żarliwość, z jaką recytowałam poszczególne wersety, czujna postawa 
na krawędzi czerwonego plastikowego krzesełka dla przedszkolaka.
  Płaszczyzna wiary była jedyna, na której miałam szansę 
przyciągnąć uwagi matki. Ponieważ matka nie przebywała ze mną w 
ciągu tygodnia, dzięki czemu nie musiała reagować na moje co 
bardziej odrażające potrzeby, i ponieważ zawsze wolała lepsze 
kąski, dbałość o mój duchowy rozwój należała do niej. W niedzielę 
po kościele chodziłyśmy na patio pewnej restauracji, gdzie 
siadałyśmy na giętych metalowych krzesłach i jedząc sandwicze 
poprzebijane wykałaczkami, przeglądałyśmy lekcję ze szkółki. 
Kelnerzy flirtowali z matką, mężczyźni z sąsiednich stolików 
uśmiechali się do niej. Zerkali na jej lewą rękę i nie widzieli 
obrączki. Tak samo jak ja zdawali się tęsknić za moją matką - 
która dla mnie już wtedy ucieleśniała piękno młodości, jej lśniące 
włosy i gładkie policzki świadczyły o witalności obcej moim 
dziadkom, potrafiła zrobić mostek i gwiazdę, miała piętnaście par 
butów na wysokich obcasach, każdą w innym kolorze - która wydawała 
się jeszcze bardziej godna pożądania ze względu na swą 
niedostępność.
  Niecierpliwiłam się coraz bardziej. Klucz do Pism nie pomagał. 
Aby po raz drugi doświadczyć ekstatycznego uniesienia, które na 
chwilę uczyniło mnie atrakcyjnym dzieckiem i które stało się moim 
udziałem po przeżyciu cierpienia, zaczęłam w sekrecie umartwiać 
swoje ciało. W warsztacie dziadka ścisnęłam palce w szczękach 
imadła. Kiedy babcia przyniosła do domu deser lodowy firmy 
Baskin-Robbins i usunęła suchy lód, którym był obłożony, 
posłużyłam się szczypcami do sałaty, aby wydobyć z kosza na śmieci 
małe, dymiące kawałki. W zamkniętej łazience na piętrze 
przyłożyłam język do powierzchni suchego lodu i zostawiłam na nim 
trochę skóry. W lustrze ujrzałam krew płynącą z ust tą samą 
magiczną stróżką, która kiedyś sprawiła, że moja matka wyłoniła 
się z ogromnego świata dorosłych i ulicznego ruchu, by się przy 
mnie znaleźć. Dzięki tego rodzaju transformacjom, możliwym poprzez 
wiarę, stałabym się warta jej miłości. Albo inaczej: leżąc na 
kolanach uzdrowicielki, dzięki wierze nie cierpiałabym bardziej z 
powodu opuszczenia mnie przez matkę niż z powodu bólu szczęki.
  Zatem spojrzałam na język w lustrze, poczułam smak krwi i 
poćwiczyłam trochę, żeby nie bolało.
  
  Matka przeszła na katolicyzm, gdy miałam dziesięć lat, a ja 

background image

poszłam za jej przykładem. Szukałam jej nawet wówczas, kiedy ona 
szukała czegoś, czego nie odnalazła u scjentystów. Do Pierwszej 
Komunii przygotowywał mnie ksiądz o nazwisku Gołąb. Choć nosił 
trafne nazwisko, ojciec Gołąb bynajmniej nie był ucieleśnieniem 
Ducha Świętego: palił jak smok, a jego twarz nad białą koloratką 
miała całkowicie ziemski, optymistyczny wyraz. Powtarzając stare 
błędy, zresztą dość podobne do tych, które popełniałam przy nauce 
francuskiego, frustrowałam księdza i złościłam matkę, odpowiadając 
konsekwentnie źle na to samo pytanie.
  - Co takiego staje się ciałem i krwią Chrystusa? - chciał 
wiedzieć ojciec Gołąb.
  - Chleb i woda - odpowiadałam za każdym razem, zastępując święty 
pokarm dziękczynienia więzienną strawą. W końcu pozostaje to jedno 
pytanie spośród pięćdziesięciu, z którymi nie mogłam sobie 
poradzić. Wówczas daje mi spokój. Niemniej powiada: - Bardzo 
przykry błąd. - Patrzy na mnie i na matkę przez welon 
papierosowego dymu. - Mam nadzieję, że to nic nie znaczy.
  Na Boże Narodzenie dostałam komplet z Żywotów świętych. Dwa tomy 
świętych mężczyzn. Przeczytałam je raz i odłożyłam do szuflady. 
Natomiast historie świętych kobiet, także w dwóch tomach, 
starannie studiowałam i nawet z nimi spałam. W książkach 
zamieszczono kolorowe ryciny, zaadaptowane dzieła mistrzów. 
Oślepiona Lucyna. Okaleczona Agata. Małgorzata ściśnięta na śmierć 
pod drzwiami ze stosem kamieni. Perpetua i Felicja poturbowane 
przez dzikie bestie.
  I Dympna, patronka cierpiących na choroby psychiczne. Dympna 
była córką owdowiałego króla iryjskiego, który chciał ją poślubić. 
Uciekła, lecz ją ścigał. Nie chciała się zgodzić, więc obciął jej 
głowę.
  
  Ojciec jest błyskotliwym teologiem. Tylko arogancja mogła go 
takim uczynić. Jego wiara składa się z odpowiedzi, nie z 
wątpliwości. Spotkanie ze mną ojciec charakteryzuje jako pierwszy 
kryzys swej wiary: we mnie znalazł stworzenie bardziej godne 
wielbienia niż Stwórca. Przeraził się, gdy poczuł, że mnie kocha 
bardziej niż Boga. Herezja ta nie utrzymała się zbyt długo, bo Bóg 
oświadczył ojcu, że mu się objawia za moim pośrednictwem.
  - Bóg to uczynił? - pytam. - Skąd wiesz? - Kiedy mówię, 
zasłaniam twarz, nie patrzę na niego, nie mogę. Jestem 
oszołomiona, bliska omdlenia. Gdyby powiedział coś o seksie, nie 
bałabym się do tego stopnia. Jak on może twierdzić, że ma takiego 
sprzymierzeńca? A jeśli może, to jak mam się bronić? Jego Bóg musi 
być inny, bardziej potężny od mojego, który umarł w Kanionie.
  
  Kiedy tym razem wracamy do domu, on do swojego i ja do swojego, 
jest mi lekko na duszy. Dzięki telefonom, listom i taśmom stale 
się upewniam, że ojciec jest tak samo mój na odległość, jak i 
wówczas, gdy zjawia się osobiście. Jednocześnie unikam 
komplikacji. Nie muszę odpierać jego fizycznych awansów ani 
zaprzeczeń, że na nie reaguję. W swoim mieszkaniu nie przyjmuję 
gości i rzadko je opuszczam. Przerwawszy naukę w szkole, straciłam 
kontakt z przyjaciółmi: odsunęłam się od nich, więc oni odsunęli 

background image

się ode mnie. Chociaż mój związek z ojcem nie został skonsumowany, 
jest przecież zauważalnie nienaturalny. Kiedy przebywamy ze sobą, 
bledniemy, wystarczy chwila, a już jesteśmy oblani rumieńcem, drżą 
nam dłonie i bez widocznego powodu płaczemy. Odkąd ojciec 
stopniowo opanowuje moją duszę i ciało, ukrywam się w moim 
podziemnym pokoju. Kiedy zdarza się, że przez okna dostrzegam nogi 
albo słyszę kroki w długim korytarzu prowadzącym do mieszkania, 
nie odpowiadam na dzwonek. Na czworakach wchodzę między łóżko a 
ścianę i czekam, póki intruz nie odejdzie. Czasem tam zasypiam, 
skulona, obejmując kolana rękoma.
  Jak długo będę utrzymywała kontakt z ojcem, nie ważne, gdzie 
zamieszkam, zawsze będę w pokoju podobnym do tego - ciasnym, 
niewygodnym. Obojętnie, na którym piętrze, podłoga będzie zalana 
przygaszonym, mętnym światłem.
  Podejmuję kilka prób ucieczki z sutereny, lecz bez powodzenia. 
Symbolicznie spędzam jedną, czasem dwie noce z moim chłopcem, 
potem wracam, a telefon dzwoni znowu.
  - Gdzie byłaś?! - rzuca ojciec niemal histerycznie, gniewnie 
prycha.
  - Poza domem - odpowiadam.
  - U niego?
  - Tak, u niego.
  Kłótnie o mojego chłopaka nie są szczere, bo rozmawiamy głównie 
o tym, czy jest mnie wart, nie o tym, czy ojciec jest o niego 
zazdrosny. I chociaż nie mówię tego ojcu - nie dam mu tej 
satysfakcji ani nie zrezygnuję z pozorów niezależności - związek z 
moim chłopcem nie przetrwał gwałtownego wtargnięcia ojca w moje 
życie. Za kilka miesięcy mój chłopak odejdzie. W zasadzie nie 
dojdzie do zerwania. Dopuścimy jedynie do tego, aby podjął pracę w 
odległym mieście, i zostaniemy parą na odległość. Oddalenie w 
przestrzeni stanie się wygodnym wytłumaczeniem wyobcowania, które 
w dalszym ciągu odczuwamy jako długotrwałą konsekwencje tamtego 
pocałunku.
  Poza moim chłopcem spotykam się jedynie z najbliższą 
przyjaciółką; nie rozmawiam z nią o ojcu. Zmiany, jakie we mnie 
zaszły w ciągu ostatnich miesięcy, są tak głębokie - chyba żadna z 
nas nie chce przyznać jak bardzo - tak niepokojące, że zwykle 
znajdujemy temat odmienny od tego, co mi się przydarzyło. Zaczynam 
się dowiadywać, co znaczy słowo "niewypowiedziany".
  
  Mimo wszystko póki żyjemy, póty wyrażamy siebie. Posługując się 
słowami bądź obywając się bez nich. Istnieją opowieści o 
szaleńcach, o ludziach nawiedzonych: pismo na powierzchni ich ciał 
zdaje się wskazywać na cierpienie, jakie tkwi wewnątrz. W którymś 
z minionych stuleci przypadek półpaśca bywał przyczyną 
egzorcyzmów.
  Skóra na mojej szyi pokrywa się pęcherzykami wielkości 
zapałczanych główek. Tworzą skupiska po dwadzieścia albo więcej i 
otwierają się, tworząc bolesne owrzodzenia. Nim mija tydzień, 
"wykwity" - jak to określa lekarz - rozprzestrzeniają się na 
ramiona, plecy, dekolt i prawą rękę aż po sam koniec kciuka. 
Infekcja postępuje wzdłuż szlaków nerwowych biegnących od siódmego 

background image

kręgu szyjnego, gdzie zagnieździł się i do tej pory czekał w 
uśpieniu herpes zoster, wirus ospy wietrznej, którym się zaraziłam 
w wieku pięciu lat.
  Ciało ma zdumiewającą pamięć, zdarzenia są zapisane w naszych 
kościach, nerwach, krwi. Na ospę zachorowałam latem, zaraz po 
wyjeździe ojca, który właśnie wtedy złożył nam pierwszą wizytę.
  - Dlaczego to się uaktywniło akurat teraz? - pytam lekarza 
podczas drugiego spotkania. - Czemu teraz, po piętnastu latach?
  - Stres - rzuca. - Fizyczny i psychiczny stres. - Unosi znacząco 
brwi. - Co się wydarzyło w pani życiu? - pyta.
  - Och - odpowiadam - nic takiego. - Mówię, że wyprowadzam się z 
mieszkania, latem zamierzam podróżować, a jesienią wracam do 
college'u.
  - Ma pani niedowagę - oświadcza - Czy prawidłowo się pani 
odżywia, przyjmuje witaminy?
  - O tak, naturalnie.
  - A co ze snem? Dobrze pani sypia?
  - Nie narzekam.
  Marszczy czoło. Wie na pewno, że kłamię. Nie mogę zgiąć szyi. 
Prawe ramię mam tak słabe, że nie nadaje się do użytku, a palców 
prawej dłoni, tej, którą piszę i jem - dłoni woli i celu - nie 
jestem w stanie zamknąć wokół ołówka, łyżki ani zacisnąć w pięść. 
Ból półpaśca jest gorszy niż wszystko, czego kiedykolwiek 
doświadczyłam. Tak okropny, że ubieranie się zajmuje mi godzinę, 
co pewien czas płaczę z bólu.
  Nie istnieje środek na półpasiec, nie w 1981 roku; kuracji, 
która powstrzymuje rozwój wirusa, jeszcze nie opracowano. Mój 
przypadek z konieczności ma typowy przebieg. Lekarz aplikuje mi 
kolejny zastrzyk kortyzonu, przepisuje najnowsze leki i kompresy, 
które mają pomóc wysuszyć wypryski, nim popękają i staną się 
potencjalnym siedliskiem bakterii.
  - Może powinnaś odłożyć podróż - powiada matka, kiedy się 
spotykamy. Mam rękę na temblaku, wokół szyi specjalny kołnierz. 
Ojciec i ja zaplanowaliśmy spotkanie w mieście, w którym on się 
urodził. Bilet lotniczy kupiłam już dawno, zanim zachorowałam.
  - Nie - mówię. - Muszę wyjechać. - I wyjeżdżam.
  Bardzo się boję być z ojcem i zarazem nie mogę się z nim nie 
zobaczyć. Potrzeba ujrzenia go jest silniejsza ode mnie. Mogę się 
jej opierać nie bardziej niż w sytuacji, gdy zstąpiwszy z dachu w 
powietrze, przypomniałabym sobie, oczywiście zbyt późno, o prawie 
ciążenia.
  Ojciec obiecał, że podczas tej wizyty pokaże mi dom swoich 
dziadków, w którym mieszkał jako chłopiec, misjonarski dom o 
murach grubych na trzy stopy. Zjemy obiad w miejscu, gdzie 
zamawiał whisky; będziemy przejeżdżać obok jego szkoły 
elementarnej i spacerować wokół kampusu przy uniwersytecie, na 
który uczęszczał już po rozwodzie z matką. Innymi słowy, 
odnajdziemy okruchy życia, jakie wiódł w czasach, gdy był w moim 
wieku albo młodszy. Jego ojciec nadal mieszka w tym mieście, przy 
okazji poznam więc drugiego dziadka.
  - Potem - powiedział ojciec - pojedziemy do mojej matki. Poznasz 
dwoje dziadków. Zobaczysz, skąd pochodzisz... skąd się wywodzi 

background image

druga połowa ciebie.
  Półpasiec nie przechodzi, kiedy wyjeżdżam, ale za to już od 
tygodnia nie pojawiają się żadne nowe pęcherzyki, a większość 
starych pozmieniało się w strupy. Mogę lekko odwrócić głowę. 
Chociaż prawą rękę mam zbyt słabą, aby dźwignąć plecak, to 
chwilami jestem w stanie posługiwać się palcami.
  - Wystarczająco długo, aby zapisać widokówkę - zapewniam matkę, 
poruszając nimi.
  Na lotnisku żegnamy się zwykłym, oficjalnym pocałunkiem. Czuję 
dotyk suchych ust na czole, nikły zapach perfum Guerlaina.
  
  - Czemu nie mielibyśmy się przejechać z tatą? - pyta mnie 
ojciec.
  Zrobiliśmy wszystko, co do tej pory zapowiedział, a teraz, po 
pracy mieliśmy spotkać się z jego ojcem. Przypominam sobie, że na 
parkingu przed biurem dziadka ojciec powiedział mi trzy rzeczy na 
jego temat. Po pierwsze, w czasach swojej młodości był bardzo 
przystojnym mężczyzną, posiadał taki seksualny urok, że nieznajome 
kobiety podążały za nim ulicą. Chodząc za nim i obserwując, jak 
kobiety wodzą oczami, mój ojciec wpadł kiedyś na parkometr i 
zwalił się z nóg. Po drugie, przed laty na własnym podwórzu 
dziadek zastrzelił człowieka - jakiegoś podglądacza, który gapił 
się na jego żonę. I po trzecie, wolno umiera na raka prostaty, bo 
nie zgodził się na naświetlania, terapię hormonalną, chemioterapię 
i na koniec usunięcie jąder. W ten właśnie sposób ojciec patrzy na 
swojego ojca i identycznie pojmuje własną męskość, na którą składa 
się mityczny urok, gwałtowna seksualna zazdrość, śmiertelna 
seksualna próżność. Ale niestety ja tego nie rozumiem w taki 
sposób; owe historyjki wydają mi się nieco staroświeckie, najwyżej 
tak niebezpieczne jak wielki biały łowca, który już dawno temu 
ostatecznie pożegnał się ze swoją strzelbą. Nie odnoszę wrażenia, 
aby miały ze mną cokolwiek wspólnego.
  W istocie dziadek wydaje się staruszkiem potulnym i 
dobrodusznym. Nie dostrzegam w nim tych groźnych cech, o których 
mówił ojciec. Nie podnosi głosu, nie przechwala się, ale w końcu 
jest już starszy, ma całkiem siwe włosy i sztywno się porusza. W 
samochodzie, kiedy ojciec nie może tego zauważyć, jego dłoń omija 
dźwignię zmiany biegów i zmierza do mojego uda.
  - Ho, ho, ho - powiada. - Przy tobie zaczynam bardzo żałować, że 
nie jestem jakieś trzydzieści lat młodszy. Gdyby to było możliwe, 
znalazłabyś się w nie lada kłopotach.
  Nie mam odwagi na niego spojrzeć ani wymownie się od niego 
odwrócić, więc po prostu patrzę na wprost przez szybę samochodu. 
Kiedy następnym razem musi zmienić biegi, zabiera dłoń z mojej 
nogi.
  Dom dziadka jest niewielki. Chodnik przed bramą popękał. 
Korzenie starych drzew wypchnęły ku górze duże kawałki płyt. 
Wewnątrz jest jego była żona - czwarta albo trzecia, nie jestem w 
stanie rozstrzygnąć. Wygląda na to, że dwa z czterech czy pięciu 
małżeństw zawarł z matką ojca. Eksżona dziadka jest dużą, rumianą 
kobietą po sześćdziesiątce, typu "baranina przebrana za owieczkę", 
jakby ją określiła moja babka. Nosi wysoko upięte loki, a jej 

background image

rozłożyste biodra okrywa opięta, czarna spódnica. Nadal mieszka z 
dziadkiem w jednym domu; wynosi na zewnątrz tacę z mrożoną 
herbatą. Dziadek zabiera nas do szklarni, gdzie prowadzi uprawę 
orchidei. Mała szklana konstrukcja jest wypełniona kolorami, jak 
gdyby wszystkie barwy tego nudnego, szarego miasta zostały 
zamknięte w pulsującej barwami skrzyni. Dziadek jest czarodziejem, 
mistrzem w tej dziedzinie, a jego uśmiech podpowiada mi, że 
doskonale o tym wie. Idę za nim i przyglądam się, jak jego dłonie 
delikatnie odwracają do mnie piękny kwiat. Czy wówczas pamiętam o 
lingwistycznym związku między orchideami a męskimi genitaliami? 
Czy powtarzam w myślach słowo "orchidektomia" i definiuję je jako 
termin chirurgiczny oznaczający usunięcie jąder? Jestem 
przeświadczona, że tak.
  - Spodobał ci się? - pyta ojciec w samochodzie, kiedy wracamy do 
motelu.
  - Lubię kwiaty - odpowiadam.
  - Pytam o niego, o twojego dziadka.
  Odwracam się na siedzeniu i patrzę na ojca.
  - Przystawiał się do mnie - mówię i opisuję okoliczności. Ojciec 
nie zdradza ani zdziwienia, ani dezaprobaty. - Może to dziedziczne 
- sugeruje. - Nie sądzisz? - Wzdraga się, a ja zaczynam się śmiać 
w przypływie czarnego humoru.
  Jemy coś w barze kawowym. W motelu - nieforemnej zabudowie wokół 
zakurzonego podwórza - dzielimy bliźniacze łóżka, zestawione razem 
i przykryte tą samą narzutą. W półśnie pozwalam ojcu całować się 
tak, jak on tego chce, i w odpowiedzi sama go całuje.
  Budzę się w spokojny poranek, jakby nagle poderwały mnie głośne 
dźwięki alarmu. Serce tłucze mi w piersi, kiedy przypominam sobie 
żar tych pocałunków. Nie czuje się winna, jestem raczej zagubiona. 
W zmieszaniu rozglądam się po ponurym pokoju. Przez moment nie 
bardzo wiem, gdzie jestem. W sąsiednim łóżku śpi ojciec. Kiedy 
oddycha, powietrze lekko świszcze mu w nosie.
  Biorę prysznic. Siadam na podłodze w kabinie i przez godzinę 
albo dłużej pozwalam, by spływała na mnie gorąca woda. Serce nadal 
bije mi szybciej. Przyglądam się wodzie, która toczy się do kratki 
ściekowej otoczonej żółtą pianą.
  
  W stanie Nowy Meksyk jest biała pustynia. Jej piękno podlega 
ustawicznym zmianom. To ciągnące się bez końca koryta czegoś 
białego, co wygląda jak śnieg, ale parzy w palce. Noc w noc wiatr 
przesuwa tę biel, kształtuje z niej olbrzymie wydmy i zaspy, tak 
więc między zmierzchem a świtem zmienia się całe oblicze ziemi. 
Gdyby komuś się zdarzyło tu zasnąć, obudziłby się w miejscu, 
którego nigdy wcześniej nie widział.
  Jedziemy tam, bo ojciec chce mnie sfotografować na tle pustyni. 
Ustawia aparat, ja tymczasem klękam w piasku. Ciekawe, mimo 
silnego wiatru, miejsce wydaje się bezwietrzne. Wzdycham i ziewam, 
jakby mi brakowało tlenu. Powierzchnia wokół moich kolan ściele 
się jak płótno. Niczego bardziej nie pragnę, niż zamknąć oczy.
  Po wywołaniu filmu zdjęcia przedstawiają tylko dziewczynę w 
okolicy pozbawionej horyzontu, nie sposób odróżnić ziemię od 
nieba, brakuje jakichkolwiek punktów orientacyjnych. Na jednym ze 

background image

zdjęć widać samochód z opuszczonym dachem, długi, czerwony 
kabriolet mojego ojca.
  - Okropny jak dla kaznodziei - przyznaję, oglądając odbitki. - 
Taki samochód musi budzić złe skojarzenia.
  Wyjmuje mu fotografie z dłoni. Uważnie przyglądam się 
dziewczynie. Ma odwrócony wzrok, długie blond włosy, które 
zasłaniają jej usta. W takim miejscu jak to, wolna jest czy 
stracona? Zdjęcia nie sugerują odpowiedzi.
  
  Od dziecka uczy się nas nazywać Kościół matką. Ojciec, wychowany 
przez babkę misjonarkę, gdy tymczasem jego matka pracowała jako 
sekretarka, musiał słyszeć o tej analogii, będąc jeszcze 
dzieckiem. Jego babka (która miała ponad sześć stóp wzrostu i 
której imponująca postura wpływała łagodząco na wszelkie spory, w 
które bez opamiętania wdawał się jej drobny i kłótliwy mąż) oddała 
go Bogu. Ponieważ opiekowała się nim, z pewnością sądziła, że ma 
prawo nim rozporządzać, i tak oto zanim życie ojca zaczęło należeć 
do niego, wróciła do Kościoła.
  Babka ojca powiedziała mu, że kiedy dorośnie, zostanie 
kaznodzieją. Ta kobieta miała nad nim tak wielką władzę, że jej 
śmierć wcale nie uwolniła go od tych dążeń. W końcu babce 
zawdzięczał wszystko. Lecz nie może znieść braku swobody, poczucia 
kastracji z powodu sutanny, którą zmuszony jest nosić (nazywa ją 
spódniczką); za to buntuje się przeciwko matkom: mojej matce i 
matce mojej matki, która odebrała mu żonę i dziecko; przeciwko 
samemu kościołowi, którego ścianę niegdyś przebił pięścią; i 
oczywiście przeciwko własnej matce, z którą, jak się zdaje, bez 
przerwy walczy o nawet najbardziej trywialne drobiazgi.
  Ojciec i ja musimy pokonać wiele mil, poświęcić parę dni, abym 
mogła poznać jego matkę, czyli moją drugą babkę. Obecnie ma ona 
już trzeciego albo czwartego męża. (Kolejny raz gmatwa mi rachunki 
jej dwukrotne małżeństwo z ojcem mojego ojca.) Mieszkają poza 
miastem w niewielkim skupisku domów położonym na wzgórzu, gdzie 
wieje wiatr tak silny, że na moich oczach porywa wycieraczkę spod 
frontowych drzwi i niesie ją na podwórze. Przez rozsuwane szklane 
drzwi widzę, jak upada, wzbijając tumany kurzu.
  Babka nie jest osobą o łagodnym usposobieniu, ale przecież 
ojciec wcale nie sugerował, że tego mam się spodziewać.
  - Jak się ma twoja rodzina? - pyta ostrożnie, oddzielając swoją 
krew od mojej.
  Podczas obiadu jesteśmy skrępowani. Najczęściej odzywa się 
ojciec. Kiedy przeżuwa i milknie, jego ojczym opowiada dowcipy, z 
których każdy następny jest bardziej obraźliwy od poprzedniego. 
Pochyla się nad talerzem.
  - Dlaczego Żydzi wędrowali czterdzieści lat przez pustynię? - 
pyta, trzymając widelec w jednej pięści, nóż w drugiej.
  - Nie wiem - odpowiadam. - Dlaczego?
  - Bo któryś zgubił miedziaka! - Wybucha śmiechem, a ja 
zastanawiam się, czy nie upatrzył sobie mnie i mojej rodziny na 
przedmiot ataku. W końcu jednak zahacza o wszystkie wyznania i 
rasy.
  Po deserze siedzimy sztywno w salonie, każde z nas na osobnym 

background image

krześle, kanapa pozostaje pusta. Oglądamy w telewizji jakieś 
kryminalne widowisko, potem idziemy spać. Wiatr jęczy i gwiżdże w 
zakamarkach domu. Powstaje dziki, przenikliwy dźwięk. Kiedy ojciec 
wchodzi po cichu do pokoju gościnnego, nadal czuwam. Odchyla 
nakrycie. Robię mu miejsce, oczekując, że położy się i przytuli 
mnie, pragnąc przeprosić za słowa ojczyma, które, jak wiem, wcale 
mu się nie podobały. Żal mi go, bo wyobrażam sobie, że jest mu 
wstyd. Ale ojciec nie kładzie się przy mnie.
  Podnosi skraj mojej koszuli nocnej. Nie odzywa się i ja także 
się nie odzywam. Nie próbuję powstrzymać jego dłoni. Pod koszulą 
nie mam bielizny, on zaś rozchyla moje nogi i pomiędzy nie wsuwa 
rozedrgany język.
  W domu swojej matki! W domu swojej matki! Wciąż od nowa 
powtarzam w myślach te słowa, pewna, że okoliczności tego 
zbliżenia nie mogą być bez znaczenia, choć ja ich nie ogarniam.
  To, co robi, nie wydaje się ani dobre, ani złe; powoduje tak 
doskonały rozdział umysłu od ciała, że zupełnie nie wiem, co 
czuję. Po drugiej stronie głębokiej przepaści moje ciało reaguje 
niezależnie od umysłu. Serce, gdzieś pomiędzy jednym a drugim, 
bije jak szalone.
  Nie odzywamy się nawet jednym słowem. Cała scena rozgrywa się w 
milczeniu, jak gdyby była elementem mrocznych majaków, skutkiem 
gorączki albo działania narkotyku.
  W domu swojej matki.
  Musiał to zrobić w domu swojej matki. Potrzebował siły, która 
dawała mu jej obecność, i musiał tę siłę przezwyciężyć.
  
  Z Algeciras w Hiszpanii do Kopenhagi - trzydzieści siedem 
godzin. Z Kopenhagi do Mediolanu - dwadzieścia dziewięć. Z 
Mediolanu do Monako, dalej do Paryża i Monachium - pięćdziesiąt 
trzy. Mam bilet, który pozwala na jazdę pociągiem bez żadnych 
ograniczeń. Podróżowanie jest jak narkotyk, uciekanie nieodparcie 
wciąga.
  W Europie wydaję jeszcze więcej pieniędzy z sumy wybłaganej od 
dziadków, pragnących teraz pchnąć mnie jakąkolwiek drogą, byle 
tylko dalej od ojca, który, jak wyczuwają, coraz wyraźniej jawi 
się w moim życiu i staje się coraz bardziej niebezpieczny.
  Nieprawda, że tu czy tam, siedząc sobie bezpiecznie w przedziale 
pociągu, specjalnie analizuję moje życie w domu. Ono się 
zwyczajnie samo rozwija niczym kwiat na jednym ze wzgórz, które 
mijamy, niczym fabuła na kolejowych stronach książki albo na 
ekranie. Ojciec znajduje się dalej niż małe krowy i samochody, 
które szybko mijam. Pociąg jednostajnym dudnieniem kołysze mnie do 
snu lub grzechocze tak, że się budzę.
  Nie korzystam ze schronisk młodzieżowych, jeśli nie muszę. 
Wymieniam tylko tyle pieniędzy, ile potrzebuję, aby zapłacić za 
prysznic w dworcowej łaźni i jakiś posiłek w barze. Ekonomiczność 
takiego postępowania wydaje mi się bezpieczna - jakże niewiele 
potrzebuję na utrzymanie - a jaka ulga, jeśli znajduję pretekst, 
by uniknąć rutynowej szarpaniny po przybyciu na miejsce: 
wystawania w kolejce do informacji turystycznej, szukania noclegu, 
brnięcia na miejsce z ciężkim bagażem, męczących wypraw do miejsc 

background image

wartych obejrzenia i do muzeów.
  W pociągach nigdy nie wydaję pieniędzy na opłatę dodatkową za 
kuszetkę. Zwyczajnie umieszczam bagaż na górnej półce i zwijam się 
w kłębek na siedzeniu przy oknie. W gorące dni podnoszę szybę i 
pozwalam, by wiało do środka; gwałtowny pęd suchego powietrza 
wyciska mi z oczu łzy. Nocą, kiedy przejeżdżamy przez miasta, za 
oknami przesuwają się oświetlone izby należące do nieznajomych 
rodzin, prostokąty żółtego światła z ludźmi wokół stołów.
  Czasami popełniam błąd. Albo źle odczytuję drukowany drobnym 
pismem rozkład jazdy Thomasa Cooka, sam w sobie często 
niedokładny, i pociąg nagle kończy trasę w jakimś miasteczku, albo 
wsiadam do niewłaściwego wagonu. Wówczas przednie wagony zmierzają 
do celu, ja z przykrością odkrywam, że zostałam w tylnym, który 
już dalej nie pojedzie.
  Kilka razy przyjeżdżam na miejsce za późno, aby znaleźć nocleg, 
i muszę nocować w poczekalni. Zdarza się, że kiedy zamykają 
dworzec o drugiej w nocy, musze spędzić resztę nocy pod gołym 
niebem. Na zakurzonym placu, w chłodzie, staję się przedmiotem 
zainteresowania miejscowych włóczęgów. Jeśli narażam się na 
niebezpieczeństwo, to nic o tym nie wiem albo wcale mnie to nie 
obchodzi.
  Wyobrażam sobie warianty życia odmienne od tego, które czeka 
mnie po powrocie. Przyjmuję założenie, że nie wracam. Ciągle 
słyszy się opowieść o młodych kobietach, które po prostu nigdy nie 
wracają do domu.
  Z ojcem rozmawiam kilka razy. Dzwonię ze stacji na jego koszt, 
znacznie rzadziej niż obiecywałam. Za każdym razem, kiedy podnosi 
słuchawkę, jest podekscytowany, potem wściekły, w końcu zaś staje 
się płaczliwy.
  - Następnym razem zadzwoń prędzej - powiada. - Nie każ mi czekać 
tak długo.
  - W porządku - odpowiadam. - Nie będę. - Ale nie dotrzymuję 
słowa.
  - Nie pozwól, abym czuł się samotny - mówi. - Nie zostawiaj mnie 
samego z moją miłością.
  Czy dostrzegam, że tymi słowami wyraża historię mojego życia z 
matką: Nie pozostawiaj mnie samej z moją miłością? Czy na chwilę 
milknę? W każdym razie wiem, co czuje człowiek, którego się błaga.
  
  Wracam do szkoły zgodnie z obietnicą złożoną dziadkom. Na 
ostatnim roku college'u mieszkam poza kampusem, w domu, który 
dzielę z czterema koleżankami. Umowa najmu na okres od września do 
czerwca przewiduje, że mieszkania nie będzie zajmowało więcej niż 
cztery osoby; formalnie rzecz ujmując, jedna z nas nie istnieje. W 
umowie najmu nie ma mojego nazwiska; a dom, otwarty na 
niespodziewane wizyty pośrednika w handlu nieruchomościami, ma 
tylko cztery sypialnie i cztery łóżka, z których żadne do mnie nie 
należy. Sypiam albo na kanapie, albo na podłodze. Kilka razy w 
chłodny poranek weekendu zdarza się, że w samej tylko koszuli 
nocnej muszę wymknąć się bocznymi drzwiami na podwórze i czekać w 
zaroślach, póki podejrzliwy agent nie sprawdzi domu lub nie pokaże 
go potencjalnym nabywcom. Mieszkamy w niezwykle miłej okolicy, 

background image

wśród liściastych drzew, a sam dom może być symbolem komfortu i 
normalności charakterystycznej dla amerykańskiej klasy średniej. 
Pewnie dlatego nie mogę znaleźć w nim miejsca dla siebie.
  
  Wyjmuje z wewnętrznej kieszeni marynarki duże wieczne pióro 
marki Mont Blanc. Ojciec najbardziej ceni przedmioty w kształcie 
fallusa. Odsuwa na bok nietknięte talerze z jedzeniem i kładzie na 
stole jedną ze swoich wizytówek. Wręcza mi pióro, które jest 
jeszcze nagrzane od jego ciała.
  - Narysuj dwa przecinające się kręgi - powiada. - Jeden będzie 
reprezentował ciebie, drugi mnie. Obszar wspólny unaoczni nam, jak 
blisko siebie powinniśmy twoim zdaniem żyć. W jakim stopniu łączy 
nas porozumienie. - Prostuje się i krzyżuje ręce na piersi.
  Sięgam po pióro. Powstaje ósemka podobna do tych, jakie 
kreśliłam, będąc dzieckiem, nim nauczyłam się je pisać bez 
odrywania ołówka od kartki: dwa zachodzące na siebie koła o 
niewielkiej części wspólnej. Ojciec potakuje, bierze pióro. W jego 
wykonaniu dwa kręgi wyglądają jak jeden, lecz narysowany dwa razy 
- linie niemal na siebie zachodzą.
  Patrzę na te rysunki, a moje serce zaczyna nagle bić z jakąś 
szaleńczą natarczywością. Zatem prawdą jest to, co powiedziałam. 
Sądziłam, że dramatyzuję, ale on pragnie wszystkiego, całego 
mojego życia. Chce mi zostawić zaledwie cienką jak bańka mydlana 
powierzchnię na granicy. Może skórę na karku, zgrubienie na 
pięcie.
  
  Obawiam się, że zaniepokoi cię to stwierdzenie - czytam w 
postscriptum jednego z listów - ale zmarnowałem całe pudełko 
kopert, zastępując twój adres moim, a mój twoim.
  Nie jestem zaniepokojona tym tak, jak powinnam. Nie dostrzegam, 
że destrukcja jego wewnętrznych granic z pewnością zniszczy moje 
własne. Nie wzdragam się też, jak będę to robić po latach, gdy 
czytam epistoły adresowane do Beatrice - takie pieszczotliwe imię 
wymyślił dla mnie ojciec - którą błaga, by pokierowała nim podczas 
wędrówki przez mroczne kręgi jego duszy. Podobnie ukochana Dantego 
w Boskiej Komedii odkrywała przed poetą to, czego on sam długo nie 
był w stanie dostrzec. Ojciec - wynika z treści listów - znajduje 
w sobie "pustkę", "duchową pustynię" i "czarne dziury", które 
jedynie moja miłość może wypełnić.
  Blisko czterdzieści lat - napisał - pracowałem, aby stworzyć 
człowieka, którym się stałem. Lecz nie wiem, kto albo co kryje się 
za moimi wszystkimi osiągnięciami. Jesteś nadzieją, że wreszcie 
odkryję siebie. Przebiegam wzrokiem po tych słowach, lecz ich nie 
pojmuję. Nie pozwalam sobie uświadomić, że ojciec przyznaje się do 
braku tożsamości.
  Dzwoni trzy razy dziennie.
  - Jak się mam? - pyta, kiedy podniosę słuchawkę. Mówi tak, bo 
podobno jego samopoczucie zależy przede wszystkim od tego, jak 
bardzo go kocham. Beze mnie jego życie pozbawione jest znaczenia, 
celu, przyjemności.
  Czy jako dziecko przerażałam matkę w taki sam sposób, w jaki 
przeraża mnie teraz ojciec? Kiedy stałam przy jej łóżku, czekając, 

background image

aż się obudzi i pozwoli mi się odnaleźć, miała tyle lat, ile ja 
mam teraz. Kiedy więc odbieram jej ojca, dowiaduje się, co to 
znaczy być nią: być młodą i bezbronną, musieć chronić się przed 
drapieżną miłością, która mogłaby ją strawić, pozbawić siebie.
  
  W samochodzie ojciec przemawia, używając próśb i gróźb. 
Przyznałam się, że nadal wymieniam korespondencję z dawnym 
chłopcem, którego dzieli teraz ode mnie dwa tysiące mil. Im 
większa ogarnia złość, im głośniej krzyczy, tym głębiej zapadam w 
milczenie. Nie chodzi o strategię postępowania, raczej o impuls 
zakodowany już dawno jako reakcja na gniew matki, na przykład 
podczas ćwiczeń z francuskiego. Słyszę ostry ton i zapadam w 
odrętwienie. Jakbym się w środku kurczyła, a moja istota stawała 
się niedostępnym rdzeniem, ukrytym głęboko pod powierzchnią ciała. 
Układam w głowie odpowiedzi na oskarżenia, ale nawet nie mogę 
poruszyć ustami. Migają milowe słupki; poruszam się po nużącej 
trajektorii drogi i jego gniewu, nie widać końca ani jednego, ani 
drugiego.
  - Czy to możliwe, że nie dostrzegasz, jak bardzo jestem ci 
oddany? Mówisz, że przeszkadzam ci w studiach, ale nie widzisz, 
jakiego strasznego spustoszenia dokonałaś w moim sercu! Tylko ty 
się dla mnie liczysz!
  Ciągle wracamy do "przejawów miłości". Ojciec musi posiadać mnie 
fizycznie, bo tylko to zapewnia go o moim poświęceniu. Nic innego 
nie wystarczy. Czy bez takiego zapewnienia przestanie mnie kochać? 
Nie pytam.
  Całe to spotkanie zdaje się ociekać łzami. Płaczemy oboje. 
Trudno mi znieść wyczerpanie nerwowe, które towarzyszy opieraniu 
się jego pożądaniu.
  
  Kiedy się poddaję, odczuwam prawie ulgę. Podobnie jak ktoś, kto 
trzyma się krawędzi przepaści resztkami sił i w końcu otwiera 
dłonie. Po udręce oporu, kiedy od dawna było wiadomo, że upadek 
jest nieuchronny, runięcie jest rodzajem spełnienia. Skaczę, nie 
wiedząc, jak szybko spadnę, jak głęboko, jak mocno uderzę o dno.
  Pięć, dziesięć, piętnaście lat później będę pamiętała jedynie 
to, że ojciec się rozbierał, i wstrząs, jaki przeżyłam, 
odkrywając, że nie jest obrzezany. Wychowana w żydowskim 
otoczeniu, nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Chcę czy nie, to 
mi się wydaje obce, nieczyste.
  Widzę go nagiego i w tej samej chwili zapadam w głęboki sen. 
Osiągam stan, którego zapowiedzią był narkotyczny pocałunek na 
lotnisku. W nadchodzących latach nie będę w stanie przypomnieć 
sobie ani jednej sytuacji, gdy byłam z ojcem w łóżku. Zachowam 
jakieś łączne, uogólnione wspomnienie. Będę wiedziała, że on 
zawsze był na górze i że ja zawsze leżałam spokojnie, tak 
spokojnie, jakbym rzeczywiście spadła z dużej wysokości. 
Zapamiętam takie szczegóły, jak kolor dywanu w którymś z pokoi 
hotelowych albo gatunek drzewa rosnącego za oknem. Że ojciec 
zawsze miał na nogach skarpetki, a ja - co tylko mogłam. 
Zapamiętam każdy szczegół z nim związany. Wystarczy, że zamknę 
oczy, a zobaczę, jak układały się włosy na grzbietach jego dłoni, 

background image

myszkę na policzku, linie zmarszczek - każdą z osobna - w kącikach 
oczu. Lecz nie będę w stanie przypomnieć sobie żadnych wrażeń. Nie 
ważne, ile włożę wysiłku, by powrócić do przeszłości, bo i tak 
przy każdej próbie odepchnę od siebie to, co zawsze będzie mi się 
wydawało niemożliwe.
  
  Zasypiam. Uciekam w puszystą ospałość dni. Korzystam z 
selektywnego samo znieczulenia, które pozwala mi się otwierać na 
niektóre sprawy, zamykać na inne. Pojawiają się narkotyki, pojawia 
się alkohol, jest jedzenie, zbyt dużo albo zbyt mało. Chcę tym 
pokonać zmysły. Wcześniej czy później robię użytek z tego 
wszystkiego i może jeszcze z czegoś, o czym nadal nie wiem.
  Reakcją na nieznośne pożądanie jest sen. Nauczyłam się tego od 
matki. Trudno określić, kiedy śpię naprawdę. Dzwoni do mnie 
ojciec. Podnoszę słuchawkę, odpowiadam i po kilku minutach rozmowy 
mimowolnie zasypiam. Nie panuje nad tym, lecz mimo wszystko 
doprowadzam go do wściekłości. Czy może być bardziej radykalny 
unik? Kiedy wracam do przytomności, często nawet po godzinie od 
chwili, gdy w złości odłożył słuchawkę, telefon nadal buczy mi 
prosto do ucha. Żadna strategia, aby to kontrolować, nie przynosi 
pożądanego skutku. Mówię sobie, że zdołam wytrzymać przez czas 
rozmowy. Przy pierwszej oznace zmęczenia przygryzam końce palców 
albo skórę na grzbiecie dłoni. Czarna kawa, No-Doz, amfetamina - 
nic nie powstrzymuje snu. Jak zauroczona osuwam się na podłogę. 
Dziewczyny, z którymi mieszkam, obchodzą mnie dookoła albo 
przechodzą nad moim ciałem, skulonym wokół aparatu. Jeśli muszą 
zadzwonić, wyjmują mi słuchawkę z ręki.
  Śpię nie dlatego, że przeżywam szok z powodu żądzy, jaką 
przejawia mój ojciec - w każdym razie nie szok w sensie czegoś 
nagłego i zaskakującego. Od samego początku wiedziałam, czego ode 
mnie chce. Mimo wszystko jestem tak samo wstrząśnięta jak wtedy, 
kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy. Odwrócił się wówczas od 
fontanny; miał wilgotne usta, kapała z nich woda. Zatem tak, śpię, 
bo jestem wstrząśnięta i boję się. Chcę uniknąć rozważań o 
niegodziwości tego, co robimy - czynu, który mnie określa, który 
wyjaśnia, kim jestem, ponieważ zawiera się w nim cały mój ból, 
złość i pragnienie przeszłości; jest w nim także przyszłość.
  Najbardziej przeraża mnie złość. Śpię, by uciec przed złością. 
Nie na ojca - na matkę. By uniknąć furii do tego stopnia 
niszczącej, że z ochotą odebrałabym matce krótkotrwałą miłość, 
której kiedyś zaznała, ponieważ tak niechętnie i tak długo nie 
chciała mnie kochać choć trochę.
  Jestem wściekła także na siebie. Na dobrą dziewczynę, która 
zawiodła, na szczupłą, spokojną prymuskę, wolną od pragnień, 
dziewczynę, która będzie poprawiała wygląd i dokonywała na sobie 
alchemicznych eksperymentów, byle tylko zyskać miłość matki. 
Zawiodła, więc muszę ją zniszczyć. Zastąpić ją córką tak złą, by 
czyniła rzeczy nie do opisania.
  Jednocześnie mogę rzecz jasna uczynić z siebie ofiarę miłosnych 
żądań ojca. Jednym czynem zniszczyć starego mistrza i zacząć 
służyć nowemu.
  Tylko nie chcę o tym rozmyślać.

background image

  Wolę spać.
  
  Nigdy wcześniej nie byłyśmy ze sobą bliżej, ja i matka.
  Zbliża mnie do niej poczucie winy. Odwiedzam ją, kiedy tylko 
mogę. Dowiaduję się wówczas, że między zdrajcą a zdradzanym 
istnieje niemal intymna więź. Dzięki ojcu wreszcie zaczęłam 
przenikać matkę, zdzierać z niej maski, które nas dzielą. Zbliżam 
się do niej, by oszacować stopień jej podejrzliwości, ona 
podchodzi, żeby zbadać, czego się sama obawia.
  Kiedy u niej jestem, tłucze mi serce, drżą dłonie. Wystarczy 
zapach perfum, złociste pasemko włosów, otarcie się o siebie 
naszych ciał w jej maleńkiej kuchni, ciał oddzielonych zaledwie 
grubością nocnych koszul - którykolwiek z tych drobiazgów - by 
robiło mi się słabo.
  Matka i ja jesteśmy delikatne, uprzejme, obchodzimy się ze sobą 
tak ostrożnie, jak ostrożnie powinni się traktować wrogowie. Nie 
rozmawiamy o nim, tylko obserwujemy się ponad stołem. Dziobię 
jedzenie, które mi przygotowała, jakbym się obawiała, że może mnie 
otruć. Cokolwiek przełknę, zaraz wymiotuję.
  
  W trakcie jednej z wizyt w domu spotykam się wreszcie z tym, na 
co czekałam: oskarża mnie. Muszę z nią iść do gabinetu psychiatry, 
do małego, brązowego pokoju, gdzie zwykle rozmawia o swojej matce. 
Chociaż nie informuje mnie o programie sesji - "tylko 
porozmawiamy" - z pewnością podejrzewam, w jakim kierunku rozwinie 
się ta rozmowa, bo ubrana jestem w coś tak nietypowego, że jeszcze 
teraz się dziwię. Chodzi o sukienkę, którą sobie kupiłam, a potem 
ukryłam w szafie u dziadków, nie wyciągając jej nawet z torby. Tak 
krótką, że nie mogę się pochylić, nie odsłaniając majteczek. Ciało 
opina mi bladopurpurowy materiał z elastycznego weluru. Na 
spotkanie z psychiatrą dodatkowo wkładam buty na wysokim obcasie.
  Kiedy matka odbiera mnie od dziadków, nie mówi nic, tylko 
szeroko otwiera oczy; rumieni się, jakby ją ktoś uderzył. Po raz 
pierwszy widzi mnie w czymś, co nie jest długie, czarne i 
workowate.
  Wystarcza, że wchodzę do gabinetu, siadam na kanapie w kolorze 
kawy, a od razu wyczuwam, że los matki jest przesądzony. 
Dostrzegam to w przygaszonym brązie ścian, w spoconych dłoniach 
psychiatry, nawet w jego niezwykle wąskim, pstrym krawacie. Nigdy 
ostatecznie nie uwolni się od swojej matki; zawsze już będzie 
słyszała krzyki dobiegające zza drzwi sypialni. Babka trzyma ją w 
śmiertelnym uścisku. Czyżby dlatego, że moja matka nie jest tak 
bezlitosna jak ja?
  Przechodzi do rzeczy bez żadnych wstępów.
  - Moim zdaniem utrzymują stosunki seksualne - oświadcza.
  Lekarz odwraca się do mnie, unosi brwi. Zaczynam kłamać. Kłamię 
jak z nut, jak nigdy wcześniej tego nie robiłam i nigdy później 
robić nie będę. Tak w ogóle jestem kiepskim kłamczuchem, lecz tego 
popołudnia, w stroju, który mam na sobie, wszystko udaje się 
znakomicie.
  - Cóż, pozornie to rzeczywiście nie wygląda najlepiej - 
powiadam. - Wiem, dlaczego się martwi. Rzecz w tym... bo... - 

background image

jąkam się. - Do tej pory nie znałam ojca. A teraz pewnie 
przechodzę etap typowy dla wszystkich małych dziewczynek, tylko że 
znacznie później niż większość z nich. - Robię przerwy w 
odpowiednich momentach. Daję tak dobre przedstawienie, że aż się 
boję sama siebie. Czyżby moja osobowość była taka bezkształtna, że 
wystarczy włożyć jakąś sukienkę, aby nadać jej odpowiedni 
charakter? Czy ta dziewczyna, bezwstydna, bez żenady podkreślająca 
płeć, odziana w czerwień - której nie potrafię sobie wyobrazić 
choćby jako przyjaciółki - jest częścią mnie? - Ona ma rację - 
mówię, kiwając głową. - Kocham go, ale przecież... ten... ja 
nigdy... bym... bym tego nie zrobiła.
  Lekarz patrzy na mnie i choć siedzę przed nim w wulgarnej 
sukience, wierzy mi. Wiem, że mi wierzy. Wierzy mi matka. Ojciec 
jest mój, nie jej. Zatem osiągnęłam to, na czym mi zależało, na 
czym myślałam, że mi zależy. Matka została sama. Odebrałam jej 
męża, a teraz jej jedynego sprzymierzeńca, jedyną osobę, z którą 
może dzielić się zmartwieniami i tajemnicami.
  Co do mnie, cóż, zaczyna mnie przygniatać ciężar zadawania ran 
osobie, którą kocham najbardziej. Gdy widzę jej twarz, jak 
obserwuje moje wystąpienie, dostrzegam agonię nadziei, której 
resztki skrywała, wówczas nie tylko moje serce, lecz całe ciało 
pulsuje współczuciem.
  W domu szybko ściągam sukienkę. Biegnę podjazdem do posesji 
dziadków i wyrzucam strój do śmieci. Potem wychodzę na zewnątrz z 
nożyczkami. Staję w mroku i tnę materiał na drobne kawałki. Głowę 
mam pochyloną nad śmietnikiem. Wydaje mi się, że będę płakać, ale 
nie, pojękuję tylko. Gdybym nie wiedziała, że ten odgłos wydobywa 
się z moich ust - gdybym na przykład przebywała w budynku, a on 
dobiegał do mnie z mroku - pomyślałabym, że to jakieś zwierzę 
zdycha na drodze.
  
  Studencka poradnia zdrowia oferuje dziesięć godzin darmowej 
terapii. Psycholog, do którego zostałam przydzielona, jest młody i 
szczery. Ma krótko przystrzyżone włosy, jakby po to, by 
zaprezentować swoją łysą głowę możliwie najuczciwiej. Skóra przy 
jego oczach marszczy się w linie, które jednakowo kojarzą się z 
płaczem i śmiechem.
  - Taa... - powiada w pewnym momencie podczas mojej drugiej 
wizyty. Kładzie mi na kolanach opakowanie jednorazowych 
chusteczek. Rozumiem, że coś nie jest w porządku. Ale naprawdę nie 
będę mógł ci pomóc, jeśli nie zaczniesz mówić.
  Kiwam głową, łzy kapią mi z twarzy na szyję.
  - Cóż - dodaje - dobrze, że wróciłaś. Ale może chciałabyś 
odczekać jeszcze kilka tygodni? Może będzie lepiej, kiedy wrócisz 
w przeświadczeniu, że jednak możesz mówić.
  Kiwam głową. Nie wracam więcej.
  Jakże mam powiedzieć to, co powinnam, temu przyzwoitemu młodemu 
człowiekowi z przyzwoicie ostrzyżonymi włosami, z optymistyczną 
muszką, widzącemu świat w jasnych barwach przez rogowe okulary.
  
  Spędzamy noce w motelach nie tylko obskurnych, ile 
przygnębiających. Obskurność ma swój styl i szyk, których tym 

background image

miejscom brak, pokojom, gdzie wiszą zasłony skrojone z tego samego 
pomarańczowego materiału co narzuta na łóżko; tynk sufitu ma 
fakturę niczym wiejski ser. Farba na ścianach przy otworach 
wentylacyjnych jest szara, układa się we wzór, który zdradza, w 
jakim kierunku porusza się powietrze zanieczyszczone dymem dawno 
zgaszonych papierosów.
  Jedziemy do Lake Havasu blisko zachodniej granicy Arizony, dokąd 
przeniesiono prawdziwy londyński most i zrekonstruowano go nad 
sztucznym strumieniem płynącym przez pustynię. Od spodu widać, że 
na kamieniach wypisano liczby; wskazują porządek, w jakim budowlę 
zdemontowano, a potem na nowo złożono. Po obu stronach 
historycznego przejścia, które prowadzi teraz znikąd donikąd, stoi 
kopia maleńkiej osoby z czasów Tudorów. Sprzedaje się tutaj 
przekąski i karty pocztowe flagą Wielkiej Brytanii.
  Spacerujemy tam i z powrotem po wybrukowanym moście. Pustynne 
słońce parzy nas w głowy.
  - I nie ma mgły - powiada ojciec i wybucha śmiechem. To 
histeria, nie radość. Dla mnie, wychowanej w tradycji Anglii 
wiktoriańskiej, gdzie codziennie o czwartej zasiadano do herbaty, 
rozebranie londyńskiego mostu, przeniesienie i odbudowanie go na 
pustyni Mojave jest logicznym końcem świata.
  Później, przy obiedzie, kłócimy się. Znowu chodzi o to, że 
ojciec chce mną kierować. Spieramy się o każdy rodzaj swobody, 
jaki przejawiam w wyglądzie, w nastroju, w myśleniu. Spieramy się 
o moje ubrania: czy może wyglądać spod nich skrawek nagiego ciała, 
który on uważa za swoją wyłączną własność. Czy "Raj utracony" jest 
najwybitniejszym dziełem, jaki kiedykolwiek napisano i czy aby 
mogło zostać ukończone, warto było pozbawić wolności córki 
niewidomego poety. Spieramy się o niechęć do sporu, jaką 
przejawiam, czy moje milczenie oznacza wrogą strategię. Czy może 
jest objawem zmęczenia i ciągłej konsternacji.
  Ojciec pochyla się nad stolikiem. Ma twarz takiego samego 
kształtu jak ja, tylko znacznie szerszą, na pierwszy rzut oka 
szerszą niż u innych mężczyzn. Z bliska wydaje się nieregularna.
  - Jesteś - powiada, o wiele za głośno jak na restaurację - 
dziwką jak twoja matka.
  Wszyscy, którzy to słyszą, podnoszą wzrok znad talerzy, aby 
przyjrzeć się mężczyźnie, który wyraża się z takim przekonaniem. 
Ojciec trzyma w dłoni nóż. Odkłada go na stół. Czuje, że ze wstydu 
płoną mi policzki. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie wybiec na 
zewnątrz. Ale taki gest pozostałby jedynie gestem. Nie mam 
pieniędzy. Ojciec goniłby mnie po mieście aż do zielonych brzegów 
martwego jeziora. Oczywiście zacząłby płakać, wtedy i ja bym się 
rozpłakała. Tego rodzaju sceny wzajemnych oskarżeń i przeprosin 
kosztują nas bardzo wiele energii i do niczego nie prowadzą.
  Chowam twarz w dłonie; odgradzam ją od spojrzeń wszystkich 
ludzi, którzy sądzą, że patrzą na dziwkę.
  
  Łzy mojego ojca. Podobnie jak oczy, z których spływają, 
zmieniają wszystko. Jego płacz przekonuje mnie, że nie panuje nad 
tym, co robi, i nad tym, czego się ode mnie domaga. Zdaje się 
postępować mimowolnie, tak samo jak moja matka, czego akurat w jej 

background image

wypadku zupełnie nie dostrzegam. Zawsze, choć prawdopodobnie 
niesłusznie, wyposażałam ją w silną wolę, której mnie i ojcu teraz 
brakuje. Czyżby dlatego, że jest niezdolna do płaczu? Matka zawsze 
potrafiła powstrzymać łzy, z suchymi oczami przeżyć wszelkie 
nieszczęścia.
  Nie umiem sobie radzić z cierpieniem, dlatego łzy ojca 
wystarczają, by wszystko usprawiedliwić. Nie mieć mu za złe 
rekwizytów agresji - pistoletów, śrutówek, aparatów 
fotograficznych, samochodów, wiecznych piór - i szlochu, gdy 
mierzy z nich w życie, we mnie, i sposobu, w jaki łzy spływają po 
jego policzkach, kiedy jest nade mną. Tak, te łzy zdobywają mu 
przebaczenie.
  
  Niewidoczna uległość wobec ojca niweczy ostatnie lato, które 
matka, dziadkowie i ja spędzamy razem nad morzem. Nie istnieje 
prywatność w naszym zaniedbanym domku, który wynajmowaliśmy na 
okres wakacji przez wszystkie lata mojego życia. Aby zadzwonić do 
ojca, muszę skorzystać z automatu telefonicznego w pobliskim 
parku. W zawilgoconej budce robię się mała, tak mała, że już 
mniejsza być nie potrafię. Przydeptuję papierową chusteczkę, 
piasek na słuchawce trze o mój policzek, a połączenie jest 
kiepskie i ciągle słychać jakieś trzaski. Wszystko zdaje się 
istnieć tylko po to, by mnie dręczyć, kiedy spoglądam nerwowo 
przez porysowaną, zatłuszczoną szybę, wypatrując, czy dziadek nie 
schodzi ze wzgórza albo czy matka nie wypatruje mnie przez okno 
domku.
  - Nie mogę tego znieść - powiada ojciec. - Nie dam rady. Muszę 
cię zobaczyć.
  Nic go nie satysfakcjonuje, ani telefon nocą, ani dwie rozmowy 
telefoniczne w dzień. Coraz trudniej wymknąć się ukradkiem przy 
każdej okazji, każdego popołudnia. Nikt nic nie mówi, ale wszyscy 
dobrze wiedzą, dokąd idę. Wiedzą, że gdybym dzwoniła do mojego 
chłopca, nie musiałabym się wymykać.
  Za każdym razem, kiedy samotnie wracam po załatwieniu swojej 
sprawy, wszyscy przyglądają mi się w ciszy. Stare drewniane drzwi 
zamykają się za mną z westchnieniem. Dziadek wyłącza pilotem fonię 
telewizora, przerywając odbiór wiadomości, stwarzając mi okazję do 
wypowiedzenia kilku słów wyjaśnień. Babka odkłada magazyn 
ilustrowany, a matka przestaje zajmować się paznokciami i wsuwa 
mały pędzelek do buteleczki z lakierem.
  Czasami rzucam jakąś uwagę, z reguły bardzo błahą.
  - Zbliża się przypływ - mówię. Albo, wróciwszy do domu dłuższą 
drogą, obok targu lub piekarni, przynoszę torbę pieczywa na 
śniadanie. Przechodzę przez miniaturę salonu, starannie odwracając 
głowę, by nie nawiązać z nikim kontaktu wzrokowego. Dziadek 
przywraca telewizji dźwięk, babcia sięga po magazyn, matka znowu 
bierze się do paznokci. W kuchni spokojnie otwieram pojemnik na 
chleb i umieszczam w nim zakupy.
  Miałam piętnaście lat, kiedy w tej samej żółtej kuchni 
wysadziłam stary piekarnik gazowy. Babcia sprawdzając, czy pali 
się stały płomyk, odkręciła kurek i zajrzała do środka: brak. Jak 
zwykle ogień należało zapalić ręcznie. Zakręciła kurek, lecz nie 

background image

do końca. Gaz wydostawał się przez dysze do wnętrza piekarnika, 
ale myśmy tego nie czuli.
  - Podpal, dobrze? - powiedziała kilka minut później, kierując 
wezwanie do którejś z nas, bo obie z matką wróciłyśmy właśnie z 
plaży i szperałyśmy w kredensie. Wzięłam pudełko zapałek z miejsca 
pomiędzy solniczką a pieprzniczką na półce nad piekarnikiem.
  Uwielbiałam używać dużych kuchennych zapałek. Otworzyłam nieco 
drzwiczki, pochyliłam się i niedbałym gestem nastolatki potarłam 
zapałkę o podeszwę sandała. Drzwiczki otworzyły się nagle na całą 
szerokość, uderzając mnie w golenie, pokrywki palników solidarnie 
podskoczyły. Powstał potężny pęd powietrza. Mogło się zdawać, że 
jęknął cały dom. Pomieszczenie wypełniło się płomieniami.
  Nikt się nie odezwał. Babka, matka i ja odwróciłyśmy się do 
środka i zarazem do siebie, jakbyśmy brały udział w jakimś 
egzotycznym obrzędzie. Chwytałyśmy oddech, odpowiadając domowi 
echem. Między nami rozwinęła się ognista sieć. Języki ognia 
polizały wszystko: zasłony, nasze ubrania, włosy. W soczewkach 
okularów babci zobaczyłam płomienie. Potem zniknęły i już było po 
wszystkim. Padłyśmy sobie w ramiona, szlochając ze strachu, 
śmiejąc się z radości. Kiedy się rozdzieliłyśmy i przyjrzałyśmy 
sobie, okazało się, że tylko ja - bo stałam najbliżej piekarnika - 
straciłam rzęsy, brwi, włosy na nogach i rękach, część włosów na 
głowie. Miałam na sobie cieniutką warstwę popiołu, która opadła ze 
mnie, kiedy się tylko poruszyłam.
  - O Boże - powtarzałyśmy. - O Boże.
  Do drzwi podszedł dziadek.
  - Co się stało? - zapytał. Na litość boską co się tutaj stało?
  Nie odpowiedziałyśmy. Śmiałyśmy się, płakały, dotykały nawzajem 
swoich twarzy.
  
  Matka i ja spacerujemy wzdłuż falochronu, który wychodzi w 
morze. Kształtem przypomina linię rzęs. Stara poręcz jest 
miejscami tak zardzewiała, że kruszy się pod naszymi dłońmi i 
pozostawia na nich zabrudzenia przypominające plamy krwi. 
Wpatrujemy się w wodę i prawie się do siebie nie odzywamy, 
dokładnie odosobnione w naszej udręce, zdrajczyni i zdradzona. 
Piasek trzeszczy i wzdycha pod podeszwami butów. Wieje silny 
wiatr, twarze mamy wilgotne od wodnego pyłu. Wolno poruszamy się 
wąską ścieżką. nie podnosimy stóp, tylko przesuwamy je niczym 
starsze kobiety. Wokoło biała piana przykrywa spękaną 
powierzchnię.
  - Spójrz, jaka silna jest woda - mówi w końcu matka. - Któregoś 
dnia wymyje i strąci wszystkie te kamienie.
  Boję się stać z matką na falochronie. Wyobrażam sobie, że 
potykam się i spadam, ulegam bezwładności własnego ciała, 
pragnieniu ucieczki w nieświadomość, uwolnienia się od uczuć. Bo 
zbyt wiele odczuwam - zawsze odczuwałam - a przecież nie mogę żyć 
ciągle ze złamanym sercem, tak samo jak nie mogę bez przerwy żyć w 
znieczuleniu. Gdybym zginęła, runąwszy z falochronu, jako ostatni 
poczułabym zapach gnijących na plaży wodorostów. Jako ostatnią 
ujrzałabym twarz matki, białą, płaską, gładką niczym tarcza 
zegarka ustawionego na godzinę mojej śmierci.

background image

  
  Przez całe lato nigdy nie jest mi dostatecznie ciepło; słońce 
nie ma do mnie w pełni dostępu. Wypływam daleko w morze, chodzę na 
niebezpieczne plaże, gdzie nie ma ratowników. Wypływam przy złej 
pogodzie, gdy deszcz skwierczy i syczy na piasku, wypływam o 
zmierzchu, gdy światło gaśnie i skrzy się na powierzchni morza. 
Płynę pod wodą z zamkniętymi oczami, wykonuję tyle uderzeń, ile 
zdołam. Podczas odpływu wodorosty plączą się wokół moich nóg, 
muszle i kamyki poruszają się z napływem i odpływem wody. Hałasują 
tak, jakby schodziło się kilkaset zębów, żując coś i miażdżąc.
  Pewnego wieczoru płynę do jednej z boi, które wyznaczają granice 
rezerwatu należącego do instytutu oceanograficznego, trzy czwarte 
mili od brzegu. Dotarłszy do celu, próbuję uchwycić się oblepionej 
algami dużej, rozkołysanej metalowej piłki, lecz zupełnie nie mam 
się czego przytrzymać. Fale są wysokie, przysłaniają połyskujące 
na brzegu światła miasteczka.
  Największe niebezpieczeństwo pływania w ciemności polega na tym, 
że przez pewien czas możesz sobie spokojnie płynąć, a potem zostać 
obróconym przez falę i kierować się w stronę otwartego morza, 
wcale o tym nie wiedząc. Po powrocie na brzeg jestem 
przemarznięta. Ranię sobie nogę na skałach i rafie, ale w ogóle 
nie czuję bólu. Tak bardzo mi zimno, że nawet po godzinach 
spędzonych w gorącej kąpieli w dalszym ciągu szczękam zębami.
  Nocą w moim pokoju odkręcam rączkę staromodnej maszynki do 
golenia należącej do dziadka. Spod pokrywki z nierdzewnej stali 
wyjmuję nożyk. Przesuwam ostrzem po ramieniu, gdzie ślady mogłyby 
pozostać nie zauważone. Wcale nie pragnę się ukarać. Chodzi o ból, 
który można opanować, krwawienie dające się zatamować.
  Nie unikam żadnej okazji, aby mnie znowu oskarżyła - jesteśmy 
same, ja i ona - lecz matka nie wykorzystuje żadnej z nich. 
Wzajemnie się obserwujemy.
  
  Nie wyjeżdżam na studia magisterskie. Przenoszę się do Nowego 
Jorku. Naiwnie sobie wyobrażam, że każdy pisarz musi odwiedzić to 
miasto.
  Za mieszkanie płacę miesięcznie pięćset dolarów czynszu. Tyle 
wynosi moja część. Dzielę je z dwiema kobietami. Jest położone na 
Brooklińskich wzgórzach przy Henry Street i byłoby ciasne nawet 
dla jednej z nas. W pokoju z tyłu postanawiamy dobudować 
antresolę. Chcemy tam zmieścić nasze łóżka, aby w pokoju od frontu 
uzyskać więcej przestrzeni użytkowej. Nie mam szczęścia, bo 
przypada mi miejsce na górze. Sufit jest tak nisko nad łóżkiem, że 
nie mogę usiąść, by poczytać, a inaczej nie potrafię zasnąć.
  Powiedziałam rodzinie, że przenoszę się na wschód, aby zostać 
pisarką. Tylko od czego mam zacząć? Moje oszczędności i dwa 
tysiące dolarów, które dostałam od dziadków, wydają mi się sumą 
śmiesznie małą na podbój świata. Chodzę codziennie do biblioteki 
publicznej i robię notatki albo sporządzam fiszki. Pracuję nad 
postmodernistyczną powieścią. Nie bardzo wiem, do czego dąży mój 
bohater, wyznawca egzystencjalizmu, ani czemu się przeciwstawia. 
Centralny problem powieści to osamotnienie i dezorientacja. 
Towarzyszką bohatera jest małpa - niewątpliwie dlatego, że spośród 

background image

wszystkich stworzeń małpy najbardziej przypominają człowieka, choć 
nie potrafią mówić. Ponieważ ojcu skutecznie udało się odgrodzić 
mnie od reszty świata i już nie potrafię sobie wyobrazić przyjaźni 
między ludźmi.
  Długość poszczególnych dni wyznacza moja rozpacz. Zaczynam 
odbywać długie i wyczerpujące spacery donikąd. Po prostu mijam 
przecznicę za przecznicą w Brooklynie albo przechodzę mostem na 
Manhattan. Obok obskurnego salonu piękności w Chinatown niski 
człowieczek z długimi, czarnymi wąsami chce mi dać trzysta dolarów 
za moje włosy. Ujmuję je w dłonie.
  - Nie - mówię.
  - Okay - powiada - pięćset.
  Potrząsam głową. Nawet się nie zatrzymuje. Trzymam grube pasmo 
włosów tak mocno, że pocą mi się dłonie.
  Codziennie spędzam kilka godzin, siedząc na ławce przy alejce i 
patrząc na mosty łączące brzegi East River. Czasem odwracam się do 
domów z tyłu, zastanawiając się, w którym z nich mieszka Norman 
Mailer, jeśli mieszka w nim nadal, i czy to właśnie tutaj dźgnął 
nożem swoją żonę, jeśli była jego żoną. Albo może tylko machnął 
nożem w jej stronę, kimkolwiek była.
  Tylko jedno wprowadza ład do każdej upływającej doby: telefony i 
listy od ojca. Wszystkie zawierają niezmiennie to samo. Kocha 
mnie, odosobnienie jest torturą. Czasem czekam na nadejście listu, 
a kiedy go dostaję, uświadamiam sobie, że nie mogę otworzyć 
koperty, aby odczytać treść.
  Oddałem Ci ciało i krew, oddałem duszę. Bije w Tobie moje serce. 
Mam do ciebie takie samo prawo jak każdy inny, takie samo jakie Ty 
masz...
  Wcześnie rano, późno w nocy, w domu, w bibliotece: słowa mego 
ojca, słowa miłości - tego, co nazywa miłością - podtrzymują efekt 
narkotyczny w każdym układzie, w każdych okolicznościach. Wiele 
lat później wrócę do tych listów, osiemset trzydzieści dziewięć 
stron przechowywanych w zamykanej komodzie. Zdecydowana nareszcie 
się z nimi uporać zapakuję je do walizki i samolotem przewiozę do 
odległego miasta. W pokoju hotelowym zamówię spory dzbanek kawy, 
połknę trzy tabletki No-Doz i porozkładam listy na łóżku, biurku i 
toaletce. Kiedy już je uporządkuję chronologicznie miesiącami, ze 
zdziwieniem zauważę, że kiedyś wiele z nich odłożyłam podczas 
pierwszego czytania, wsunęłam z powrotem do koperty, dochodząc 
najdalej do drugiej z pięciu albo więcej stron.
  Wypije całą kawę, otworzę okno, by wpuścić do środka chłodne, 
świeże powietrze, a potem skulę się na podłodze i będę spała pięć 
godzin. Kiedy się obudzę, pokój będzie wyziębiony, wiatr zdąży 
porozrzucać kartki, których nie mogę czytać. Wrócę do domu, wioząc 
je z powrotem, upchnięte byle jak w walizce. Po raz kolejny nie 
dotrą do mnie słowa: Jesteś całym moim życiem, ja musze być dla 
ciebie tym samym... Zarzucasz mi, że jestem strażnikiem 
uwięzionym; warto, byś poznała definicję wolności... Prosisz mnie, 
abym był twoim ojcem. Cóż znaczy być ojcem?
  
  Tracę apetyt. Mam kaszel. Codziennie towarzyszą mi obsesyjne 
myśli: czy zobaczyć się z ojcem, kiedy się z nim zobaczyć, kiedy 

background image

nie. Jak bardziej prozaiczne uzależnienia - od alkoholu, od 
heroiny - moje uzależnienie od ojca odebrało mi resztę życia. Nie 
czerpię żadnej przyjemności z zaspokajania tej skłonności, lecz 
mimo wszystko nie potrafię dojrzeć niczego poza nią, poza nim, 
choćby nawet siebie.
  Spędzam wiele czasu w okolicznych butikach, przymierzam ubrania, 
których nie zamierzam kupić. Przyglądam się swojemu odbiciu w 
lustrach. Zawsze mnie ciągnęło do lustra, nie z próżności, ale dla 
nabrania otuchy. Chcę zobaczyć, czy tam jestem. Nie potrafię się 
oprzeć niczemu, co ma właściwości zwierciadła - kałużom, oknom 
sklepowym, powierzchniom czajnika.
  Ten zwyczaj pozostał mi z dzieciństwa. Ma związek z maseczką, 
którą matka zakładała do snu. Aby uwierzyć w siebie, przechodziłam 
od jej łóżka do lustra w drzwiach szafy. Stałam tam długo przed 
swoim odbiciem, aby się tylko upewnić, że istnieję naprawdę, nie 
jestem żadnym złudzeniem optycznym, fantomem, który może się 
rozproszyć niczym para wychodząca spod zasłonki, gdy matka 
nareszcie wstała i brała prysznic.
  Nawet teraz nie patrzę w sklepach na ubranie, tylko nad nimi, na 
swą bladą twarz. Teraz już sama nie wiem, kim albo czym jestem - 
jeśli w ogóle jestem - niezależnie od ojca.
  
  Zatrzymuje się w hotelu położonym w odległości niedługiego 
spaceru od mojego mieszkania. Rezerwacji dokonuję przez telefon i 
nie wyciągam żadnych wniosków z tego, że pokoje są wynajmowane 
tylko na okresy tygodniowe. Po przybyciu na miejsce ojciec jest 
zaskoczony warunkami. Ja również się dziwię, ale jest między nami 
różnica: uważam to za okropnie zabawne, że znalazł się w hotelu 
korzystającym z dotacji publicznych, że w tych warunkach mnie 
posiądzie. Odnoszę wrażenie, że we własnej opowieści znalazłam się 
wreszcie w nieprzyzwoitym miejscu, tu, gdzie jest moje miejsce. 
Kiedy zastanawiam się nad wrażliwością ojca, uderza mnie, że nie 
stać go na to, w każdym razie moralnie.
  Na podłodze hotelowej recepcji leży czerwona wykładzina, jakby 
ktoś zawczasu pomyślał o możliwości zachowania w sekrecie 
ewentualnego rozlewu krwi. Ściany są białe (albo takie były), 
mężczyzna za kontuarem jest czarny i ma złote zęby. Na górze tętni 
życie wszelkiego autoramentu: opojów, robactwa, ćpunów. Siadam na 
łóżku ojca, sprawdziwszy wcześniej prześcieradła, które są w 
istocie czyste. Kiedy ściągam narzutę, unoszą się spod niej opary 
cloroxu.
  Ojciec chce mi zrobić zdjęcia. Mam występować nago. Nie są to 
akty, jak je określa ojciec. Określenie "akt" kojarzy się ze 
sztuką, a zdjęcia, które on mi robi, mają tę właściwość co 
fotografie dokumentujące anomalie medyczne.
  - Pokażę ci, kim jesteś - powiedział po zrobieniu pierwszych 
zdjęć. Na ostatnich fotografiach moja twarz wyraża brak chęci do 
życia, pustkę. Coś podobnego zobaczę po latach na wystawie zdjęć 
przedstawiających żołnierzy rannych podczas wojny domowej. 
Obnażeni, stojący o kulach albo wsparci plecami o ścianę, weterani 
odsłaniają owe miejsca, którędy pociski wtargnęły do ich ciała i, 
czasem, którędy je opuściły.

background image

  Ojciec zawiesza drut między jedną ścianą a drugą, linkę do 
suszenia wilgotnych polaroidowych odbitek. Siedzę na łóżku i 
śmieję się. W dalszym ciągu bawi mnie jego reakcja na hotel. Nie 
potrafię się opanować. Chyba histeryzuję, bo jednocześnie płaczę.
  - Chodzi o to, że... - próbuję z siebie wykrztusić, ale nic z 
tego. Może ojciec śmieje się tylko wtedy, gdy chce się zaadaptować 
do sytuacji, którą inni ludzie uważają za zabawną. Kiedy to robi, 
wydaje z siebie niezbyt adekwatne dźwięki. Nie brzmią właściwie, 
tak samo jak mowa osób głuchych nie brzmi nigdy jak mowa ludzi 
słyszących.
  
  Kapituluję właśnie w tym pokoju, kilka dni później. W porządku, 
mówię sobie, spróbuję. Ojciec zaproponował, że przez rok będzie 
mnie utrzymywał, abym mogła pisać. Będę mieszkała w jego domu i 
korzystała z biura przy jego kościele. Przecież poza nim nie mam 
nikogo, do kogo mogłabym się udać. Ojciec staje między mną a 
resztą mego życia, rodziną, przyjaciółmi, których kiedyś miałam.
  Podobnie jak cały nasz romans, wszystko w tych planach wydaje 
się złe i nieuchronne. Od samego początku musieliśmy się spotykać 
w pokojach takich jak ten, w pokojach dla narkomanów i 
prostytutek, ludzi egzystujących poza marginesem społeczeństwa. 
Czy ojciec rzeczywiście wierzy, że może zabrać mnie do swojego 
domu i swoich dzieci, które widziałam zaledwie w paru dość 
niezręcznych sytuacjach? Że we dwoje jesteśmy w stanie mieszkać 
pośród innych ludzi? Nie stawiam tych pytań. Nie mam życia i woli 
innej niż jego.
  
  Jadę na zachód. Po drodze nie zatrzymuje się na nocleg. Na pewno 
się mylę, ale odnoszę wrażenie, że droga jest nieustannie 
wilgotna, słońce bez przerwy świeci mi w oczy, wiatr i inne siły 
natury sprzysięgły się przeciwko mnie.
  O trzeciej nad ranem w pobliżu kompleksu uniwersytetu Oral 
Roberts w Tulsie wyrasta przede mną czterystustopowa figura z 
kartonu, Jezus w purpurowym płaszczu i koronie, błyszczący 
nadprzyrodzonym światłem. Mijają mnie ciężarówki, rycząc w ciemną 
noc.
  Ile czasu upływa, od kiedy jadłam i spałam? Chyba mam 
przywidzenia. Boję się bardziej, niż jestem w stanie się przed 
sobą przyznać.
  Dziesięć mil za billboardem Jezusa pali się trawa i nikt nie 
próbuje jej gasić. Zjeżdżam na pobocze i wysiadam. Grunt dookoła 
mnie jest czarny. Pożar rozprzestrzenia się. Trzydzieści jardów od 
miejsca, w którym stoję, zaczyna się pas ognia. Opieram się na 
masce, aby obserwować postępy żywiołu.
  Trąbią na mnie kierowcy ciężarówek. Wykrzykują nieprzyzwoite 
uwagi.
  Kiedy przestaję widzieć płomienie, wracam do samochodu, doganiam 
je, zatrzymuję się i znowu wysiadam. Powtarzam to kilkakrotnie aż 
do świtu. Do chwili, gdy słońce podnosi się znad horyzontu i 
sprawia, że wąski pas płomieni przestaje być widoczny.
  
  Nowy dywan na podłodze przykrytej linoleum i reprodukcja jednego 

background image

z moich ulubionych obrazów nie mogą ukryć tego, że w domu ojca mam 
sypiać i ubierać się pozbawiona prywatności, w pokoju oddzielonym 
od kuchni jedynie ażurowymi drzwiami. Poza tym tylko tędy prowadzi 
droga na podwórze, gdzie bawią się dzieci.
  Jak się okazuje, zajmuję tutaj pozycję kogoś w rodzaju młodej 
ciotki albo starszego dziecka, kogoś przygarniętego na pewien 
czas, aby zdobył orientację albo pieniądze, coś niezbędnego do 
podjęcia samodzielnego życia. W każdym razie ostatecznie ojciec w 
ten właśnie sposób wyjaśnia domownikom przyjęcia mnie pod swój 
dach. Dom duchownego wydaje się doskonałym archetypem rodziny z 
klasy średniej, od samego początku zdaje się zapowiadać sytuacje 
komediowe. Żona ojca ma twarz typowej matki z ekranu telewizora, 
kobiety miłej, zapracowanej i nieco szalonej. A jednak jej uśmiech 
nie przysłania faktu, że boi się tak samo jak ja. Toleruje mnie i 
moją obecność, ponieważ podobnie jak ja ulega ojcu. Chyba uważa, 
że znalazłam się w sytuacji, która pomoże mi zachować 
chrześcijańskie zasady i zapewni przyzwoite prowadzenie się. W 
pewnym momencie robi aluzje do rozwiązłego życia w college'u, 
które rzekomo wiodłam. Uświadamiam sobie, że ojciec przedstawił 
mnie jako dziewczynę, która zeszła na złą drogę z powodu 
nadmiernej pobłażliwości dziadków i matki.
  W tym domu mogę się z bliska przyjrzeć rodzinie, za jaką zawsze 
tęskniłam: rodzice są małżeństwem, ojciec ma odpowiedzialną i 
godną szacunku pracę, matka wychowuje dzieci, robi zakupy, gotuje, 
sprząta i uczy w szkółce niedzielnej. W święta wszyscy chodzą do 
kościoła; dzieci biorą udział w rozgrywkach baseballowych Małej 
Ligi i należą do drużyn skautowych, ze szkoły wracają do domu, 
odrabiają lekcje, wypełniają codzienne obowiązki i ćwiczą grę na 
fortepianie. Doprawdy piękny obrazek. Ale jak mam nie kwestionować 
tego, co w innym przypadku uznałabym za szczęście, siedząc przy 
stole obok ojca i wiedząc, co nas łączy?
  
  Z początku wszystko - także moja nieoczekiwana wizyta w kościele 
- przebiega niepokojąco gładko. Potwierdza absolutne panowanie 
ojca nad swoją rodziną i personelem. Nawet młodsze dzieci, 
przecież zazwyczaj gadatliwe, nie zdradzają ani jednym słowem, że 
jestem ich przyrodnią siostrą z rozwiązanego, całkowicie 
nieudanego związku. Po nabożeństwie o jedenastej w nielicznym 
nieformalnym zgromadzeniu przy drzwiach ludzie powtarzają opinię, 
że żona ojca bardzo młodo wygląda. Czy to możliwe, że ma taką 
dorosłą córkę? Pod wpływem jednej z tych uwag żona ojca zerka na 
mnie, po czym obie uciekamy wzrokiem w bok.
  - Naprawdę tak myślą? - pytam potem z wahaniem. Ojciec i ja 
jesteśmy w biurze kościoła; siedzę w dużym skórzanym fotelu, z 
którego dawniej ojciec do mnie dzwonił, kiedy wszyscy pracownicy 
rozeszli się do domów.
  - Sądzą, że jesteś naszą najstarszą córką - odpowiada.
  - Myślisz o sobie i swojej żonie? Córką z tego samego 
małżeństwa, z którego pochodzą pozostałe twoje dzieci?
  - Tak.
  Kiwam głową i już nic nie mówię. Ale jestem zdziwiona i czuję 
się dotknięta. Zbyt łatwo przeszłość poszła w zapomnienie. Matka i 

background image

dziadkowie, dwadzieścia minionych lat - całe moje życie do 
momentu, gdy znowu w nie wkroczył. Jakby ktoś wyciął to wszystko 
ze zdjęć, pozostawiając jeszcze mniej niż nożyczki do paznokci 
mojej babki.
  - Biskup i rada znają prawdę - mówi; chyba potrafi czytać w 
moich myślach. - Ale nikt nie sądzi, że istnieje powód, by to 
obwieszczać całej wspólnocie.
  - Rozumiem. - Spoglądam na blat biurka: nieskazitelnie czysta 
suszka; uporządkowane stosy korespondencji, buteleczka z 
atramentem i wiązka wiecznych piór. Przeraża prostota i ład 
kłamstwa - jak w jego protekcjonalnym kazaniu, będącym wyrazem 
niezachwianej wiary, w żadnym razie wątpliwości czy cierpienia.
  
  Fizyczne kontakty z ojcem sprawiają, że coraz intensywniej 
odczuwam, że za każdym razem odbiera mi cząstkę życia; za każdym 
razem pozostaje mnie odrobinę mniej.
  Jedziemy do kościoła, do miejsca, gdzie tak długo czekał, by móc 
to wreszcie zrobić. Otwiera małe biuro, w którym pozwoli mi teraz 
pracować, i bierze mnie w posiadanie na podłodze przy biurku. Idąc 
za jego przykładem, narzucam temu aktowi religijny kontekst i 
koncentruję się na umartwianiu ciała. Mówię sobie, że mu się 
oddaję, aby się zbrukać, potem zaś, dzięki pokrętnej i karkołomnej 
chrześcijańskiej logice, która wynosi poniżonych, zostanę 
oczyszczona. Zostanę oczyszczona, wystarczy, że uczynię to 
chętnie, wierząc w najwyższą dobroć Boga, który czasem realizuje 
swoje zamiary w sposób zaskakujący i nawet odstręczający, a to 
posługując się żebrakami i trędowatymi, a to ojcem świętej Dympny. 
Jakżeby Dympna mogła zostać męczennicą, gdyby nie było jej ojca? 
Jakżeby inaczej mogła zasłużyć na uwielbienie?
  Żar naszych pierwszych pocałunków wygasł już dawno na 
autostradach; ciężar ojca zdusił namiętność, którą kiedyś 
odczuwałam; udręka codziennych kontaktów doprowadziła mnie do 
takiego stanu, że jestem coraz bardziej bezwolna, coraz bardziej 
milcząca, pozbawiona życia. Kłócimy się.
  - Nie mogę ścierpieć, że mnie jedynie tolerujesz! - krzyczy 
ojciec, a ja chowam twarz w dłoniach, zasłaniam oczy. - Masz 
pojęcie, co przeżywam?! Jak sądzisz, co ja czuję?!
  
  Jestem chora. coraz bardziej dokucza mi kaszel. Któregoś ranka 
okazuje się, że dostałam wysokiej gorączki i nie mam dość siły, 
żeby samodzielnie usiąść na łóżku. Żona ojca musi mi pomóc się 
ubrać.
  Zapalenie płuc. Wiadomość o chorobie przyjmuję z ulgą i pewną 
dozą zainteresowania. Proszę, proszę, niechże to będzie choroba 
śmiertelna - modlę się w myślach. Lub przynajmniej na tyle 
poważna, aby mój los został przekazany w ręce kompetentnych, 
bezstronnych zawodowców.
  - Jestem pewny, że wszystko będzie dobrze - powiada lekarz. 
Prosi ojca, aby na chwilę opuścił pokój. Ojciec wszedł ze mną do 
gabinetu, przyglądał się, jak lekarz opukuje mi plecy, i stał 
między nami, kiedy zostałam poproszona o zdjęcie biustonosza. - Za 
chwilę znowu będziecie razem - dodaje medyk.

background image

  - Czy muszę iść do szpitala? - pytam.
  - Nie - odpowiada. Patrzy na mnie. Łzy mi kapią na papierowe 
kimono.
  Zdjęcia rentgenowskie płuc wiszą za jego głową. Błyszczą moje 
wąskie kości, otoczone przejrzystą cielesną powłoką, serce jest 
trójkątnym cieniem między wypuszczającymi korzenie oskrzelami.
  - Czy istnieje coś, o czym chciałabyś mi powiedzieć? - pyta 
lekarz.
  Potrząsam głową.
  Mężczyzna wzdycha.
  - W porządku - powiada. - W takim razie może następnym razem 
odwiedziłabyś mnie sama - sugeruje. - Może czułabyś się znacznie 
lepiej, gdyby ojciec nie musiał cię przywozić.
  Na nic się zdają moje długie modlitwy o pogorszenie stanu 
zdrowia. Zdecydowanie odmawiam jedzenia i zwracam antybiotyki, ale 
mimo wszystko dochodzę do siebie. Dwa razy dziennie musze położyć 
się na brzuchu i trzymać głowę możliwie blisko podłogi. Żona ojca 
oklepuje mi plecy, a ja krztuszę się i wypluwam flegmę do miski. 
Ten zdawałoby się anachroniczny element procesu rekonwalescencji 
kojarzy mi się gruźlicą z Dickensowskimi slumsami. Jednocześnie 
może uchodzić za rodzaj kary, zwłaszcza że pochodzi z rąk żony 
ojca. Podczas zabiegu fantazjuje niczym małe dziecko. Wyobrażam 
sobie własny pogrzeb, na którym ojciec i matka rozdzierająco 
szlochają.
  
  Zachorowała też moja matka. Tylko że jej kuracja jest 
najnowocześniejsza z możliwych, tak nowoczesna, że wydaje się 
wręcz futurystyczna. Pewnego razu czyta gazetę, bezwiednie 
trzymając dłoń poniżej szyi. Pochyla się nad stołem w kuchni, 
przeglądając stronę poświęconą sztuce. Wtedy w lewej piersi 
odkrywa guz, niewielki, wyraźnie wyczuwalny i twardy. Guz zostaje 
usunięty i określony jako złośliwy. Jednocześnie lekarze pobierają 
tkankę z bezpośredniego sąsiedztwa, w sumie wycinek wielkości 
kurzego jaja.
  Nie mówi mi o tym, póki sprawa nie jest załatwiona. Póki nie 
polecę do niej w odwiedziny. Akurat znowu przebywa w szpitalu, 
przechodząc terapię pooperacyjną. Odchyla koszulę, aby mi pokazać 
pierś. Ułożenie jej dłoni wokół zszytego cięcia kojarzy mi się ze 
znajomym wizerunkiem Chrystusa ukazującego swe krwawiące serce.
  Sina blizna ma związek z radioaktywnym implantem, którego 
zadanie polega na unieszkodliwieniu pojedynczych komórek rakowych. 
Implanty nazywamy "sputnikami", bo wyglądają jak sondy kosmiczne. 
Dwie długie i grube igły z nierdzewnej stali giną pod białą skórą 
wokół sutka, a ich końce wyposażone są w maleńkie, bardzo złożone 
urządzenia.
  Wszyscy boją się dotykać sputników. Nie tylko ja i matka, ale 
także personel szpitalny. Specjalnie zamykany pojemnik na zewnątrz 
łazienki przy jej pokoju oznaczono napisem: NIEBEZPIECZNE ODPADY. 
ODDZIAŁ MEDYCYNY JĄDROWEJ, a młodsze pielęgniarki nie będą chciały 
wchodzić do środka, obawiając się, że radioaktywne 
zanieczyszczenia pozbawią je płodności. Obchodzą szerokim łukiem 
drzwi do tego pokoju.

background image

  - Czy to boli? - pytam.
  - Nie bardzo - odpowiada, przechylając zagadkowo głowę na jedną 
stronę. Patrzy mi w oczy, jakby mnie pytała, jak dalece martwię 
się jej cierpieniem.
  
  Nie potrafię się doliczyć dni ani tygodni, ani nawet miesięcy. 
Nie różnią się od siebie, a wszystkie są stracone, więc wcale nie 
zapomniane, bo ich po prostu nie przeżywam.
  Czytam dużo książek, mijam wiele przecznic, piszę kilka 
opowiadań, następnie je przerabiam. Codziennie tonę. Nie czuję nic 
poza krótkimi spazmami płaczu, po których twarz mam wilgotną, 
jakbym rzeczywiście tylko na jedną chwilę wynurzyła się spod 
powierzchni chłodnego i ciemnego jeziora.
  Samoznieczulenie odbywa się może bezwolnie, ale nie jest ani 
łatwe, ani nie przebiega leniwie. Po raz pierwszy w życiu dostaję 
ciężkiej bulimii, przyjmuje i zwracam pokarm, którego jedzenie 
pomaga mi zabić czas. Nie jestem w stanie pojąć natury tego 
zjawiska, bolesnej parodii głodu i jego zaspokajania czymś, co 
wywołuje uczucie mdłości, tajemniczego rytuału apetytu i 
uzależnienia. Nigdy nie smakuję tego, co jem. Czasem nawet nie 
wiem, co przełykam, póki tego nie zwrócę.
  
  Myślę o odwiedzeniu biskupa, ale obawiam się, że mogę pozbawić 
ojca pracy. Czy nie dosyć zła wyrządziłam jego rodzinie? O żonę 
ojca się nie martwię. Ona mimo wszystko dobrze wie, co się dzieje. 
Pozwala mu na to. Według słów ojca prosi jedynie o to, ażeby 
wykazał dość rozsądku, oszczędzając jej wszelkich świadectw 
romansu z własną córką. Obie jesteśmy siebie warte. Obie nie mamy 
dość siły, aby odmówić jego nieprawdopodobnym żądaniom. Lecz co z 
ich dziećmi? Pokochałam ich najstarszą córkę, która zdaje się 
kochać mnie zupełnie szczerze, choć moja obecność w jej domu 
kosztuje ją bardzo wiele. Pozbawiona pozycji najstarszego dziecka 
zaczyna spędzać coraz więcej czasu w szkole. Waży więcej ode mnie 
i ma dość duże muskuły.
  - Mogłabym cię zbić - powiada, napinając bicepsy tuż pod moim 
nosem, abym mogła im się dokładnie przyjrzeć. - Wierz mi, bez 
problemu dałabym rade przerobić twój wygląd.
  - Bezwzględnie - przyznaję. Wolałabym, żeby podbiła mi oczy i 
rozbiła nos, ale w końcu po tym pokazie brawury słyszę salwę 
śmiechu i na policzku czuję pocałunek. Czy ona wie, dlaczego 
zaczynam płakać, gdy mnie obejmuje? Jak bardzo pragnę być na jej 
miejscu, żeby to przeciwko mnie grzeszono, abym ja nie grzeszyła? 
Jednocześnie zazdrosna i zbulwersowana, dostrzega moje ciężkie 
położenie, chociaż go nie identyfikuje. Jest kilka lat młodsza, 
ale to ona trzyma mnie w ramionach. Może myśli, że oszczędziłam 
jej swojego losu.
  
  Kiedy moja przyrodnia siostra i ja spotykamy się ponownie, 
jesteśmy w środku innego miasta, wiele mil od tamtego miejsca, 
wiele lat od tamtych czasów. Wysyła list za listem do mojego 
wydawcy, aż w końcu decyduję się odpowiedzieć. Mam wobec niej 
pewien dług, którego nie jestem w stanie spłacić. Wiem jednak, że 

background image

byłoby niegrzecznie i tchórzliwie unikać spotkania z nią.
  Umawiamy się przez telefon, co niezbyt gładko nam wychodzi. W 
końcu spotykamy się na stacji kolejowej w pewnym miasteczku, które 
leży gdzieś pomiędzy naszymi domami. Idziemy do restauracji w 
pobliskim centrum handlowym. Mamy zaledwie dwie godziny, aby 
nadrobić dziesięć lat.
  - Przykro mi - mówię. - Istnieje coś, czego ci nigdy osobiście 
nie powiedziałam.
  - W porządku - odpowiada. - Tak jak ja.
  Jest w ciąży z drugim mężem. Przyniosłam jej torbę ubrań, które 
przestały mi być potrzebne, a mogą się przydać kobiecie w okresie 
macierzyństwa. Dowiaduję się, że odeszła z domu rodziców, gdy 
miała osiemnaście lat, tak jak zapowiedziała. Jej pierwszy mąż był 
żołnierzem wyszkolonym do walki wręcz, niestety wykorzystywał 
swoje szczególne umiejętności przeciwko niej. Uciekła od niego i z 
konieczności wróciła na krótko do domu rodziców. Zabrała ze sobą 
kota, z którym sypiała, jeśli zdołała zamknąć się przed mężem w 
sypialni.
  Tymczasem ojciec opuścił Kościół; część czasu poświęcał na 
hodowlę psów obronnych. Te psy zagryzły kota jego córki.
  - Biedne maleństwo przedostało się do klatki, a wtedy one go tam 
rozszarpały - opowiada mi przyrodnia siostra. Nie roni łez, tylko 
lekko drwiąco się uśmiecha.
  - Och, Boże - mówię. Ale tylko tyle. Ironia przechodzi nie 
zauważona, jeśli to jest właśnie ironia.
  Podobne restauracje można znaleźć w każdym centrum handlowym, w 
każdym mieście. Okna wychodzą do wewnątrz, nie na zewnątrz, na 
podłodze kafle, pośrodku misa z roślinami i fontanna otoczona 
ławami, pod świetlikami ludzie w swobodnych pozach. Po drugiej 
stronie przejścia na Sunglass Hut, Foot Locker, sklep z biżuterią 
- miejsca tak typowe, że w ogóle nie kojarzą się ze specyficznym 
miejscem i czasem. Na ich widok można odnieść wrażenie, że nagle 
ulotnił się cały kontekst życia; wydaje mi się, że mogłabym 
znajdować się gdziekolwiek, w dowolnym momencie ostatnich 
dwudziestu lat, że mogłabym przebywać w miejscu, z którego 
uciekłam. Pocę się ze strachu. Czuję, że pot występuje mi pod 
koszulą i tuż przy cebulkach włosów.
  - Musimy iść - rzucam niespodziewanie, wstaję, chwytam za 
torebkę. - Spóźnimy się na pociąg.
  Podnosi się moja przyrodnia siostra.
  - Okay - mówi. Najwidoczniej uważa, że ta nagła decyzja o 
wyjściu jest wynikiem mojej nerwowej natury.
  Jadąc z powrotem, dochodzę do przekonania, że prośba o spotkanie 
i wszystkie jej beznamiętne pytania są częścią pewnego spisku. Że 
bardzo się starała być miła i wyrozumiała, bo weszła w 
porozumienie z ojcem, a kiedy jadłam sandwicza z indykiem, którego 
zwróciłam w pociągu, on mordował mojego męża i porywał dzieci.
  Czyż mogło go satysfakcjonować coś innego poza zniszczeniem 
całego mojego życia, które zbudowałam niezależnie od niego, poza 
pozbawieniem mnie potomstwa? Czy kiedykolwiek godził się na mniej 
niż wszystko?
  Z pociągu dzwonię pod swój numer. Nikt nie podnosi słuchawki. 

background image

Zaczynam płakać, skulona na siedzeniu przed telefonem, z twarzą 
opartą na kolanach.
  - O co chodzi? - pyta jakaś kobieta. - W czym mogłabym pomóc?
  Potrząsam głową. Nie jestem w stanie na nią spojrzeć. W jaki 
sposób powiedzieć komuś obcemu, że dawno temu znalazłam się w 
niełasce? Że zabrnęłam w ciemny las i bardzo się boję, że już 
nigdy nie będę bezpieczna?
  Kiedy wreszcie docieram do domu, okazuje się, że nic się nie 
stało. Ani mężowi, ani dzieciom. Oddycham z ulgą. Płaczę. Muszę 
ich wszystkich dotknąć. Nie mogę się powstrzymać. Choć dzieci 
nigdy nie widziały swojego dziadka, a on też ich nie widział, one 
także czymś płacą, ponieważ ostatecznie ich matka nosi w sobie 
skazę. Nawet z daleka mój ojciec egzekwuje należność.
  - Co się dzieje? - pyta mąż. - Co się stało?
  - Nic - odpowiadam. - Próbowałam się dodzwonić. Nikt nie 
podnosił słuchawki.
  - Och - powiada. - Chyba wybraliśmy się na spacer.
  Patrzymy na siebie, mój mąż i ja, wymieniamy znaczące 
spojrzenia, ale nie wspominamy słowem o tym, że płakałam. W naszym 
związku stworzyliśmy miejsce dla mojego ojca i na to, co się 
wydarzyło między nim i mną. To zamknięte miejsce, psychiczny 
odpowiednik wysokiej półki w kredensie, której prawie nie sposób 
sięgnąć.
  Dzieci dotykają mojej twarzy, włosów. Całują mnie. Dla nich 
jestem doskonała i piękna.
  Uczymy się oczekiwać od rodziców bezwarunkowej miłości, myślę 
jednak, że jest to raczej dar, który otrzymujemy od dzieci. One 
kochają nas bezwarunkowo, nie ważne, kim i jacy jesteśmy.
  
  Jakby dom mojego ojca był czymś w rodzaju poprawczaka - na pewno 
w jakimś stopniu nim jest; zapamiętam okres spędzony z ojcem jako 
wypełniony bolesnymi lekcjami - podczas wakacji spędzanych z matką 
i jej rodzicami wszyscy są dla mnie uprzejmi i bezprzykładnie 
delikatni. Jakbyśmy się umówili, nie wspominamy o ojcu ani słowem; 
udajemy, że nie istnieje. Lecz użalamy się nade mną, nad straconym 
dzieckiem, dzieckiem porwanym przez straconego ojca. Przy każdej 
okazji ekstrawagancko szlochamy: kiedy na ekranie telewizyjnym 
ktoś na niby umiera, kiedy czytamy w gazecie o jakimś odległym 
wypadku. Płaczemy nad drobiazgami: rozlanym mlekiem, przebitą 
oponą, rozbitym radiem.
  
  Po Bożym Narodzeniu matka i ja bez żadnego entuzjazmu robimy 
zakupy. Idziemy na przyjęcie sylwestrowe, którego gospodarzem ma 
być jej przyjaciel. Na tę okazję matka kupuje mi sukienkę; 
wybieram ją w drogim butiku Laury Ashley. Stojąc w sklepie i 
czując na sobie jej spojrzenie, jestem jak dziecko: rozkazuję 
swojemu ciału poddać się temu procesowi z możliwie największą 
godnością, tymczasem sama skrywam się pod powierzchnią, kurczę do 
rozmiarów odpornej na atak drobiny, której już się nie da 
ekshumować. Tak samo toleruję mojego ojca. Co tam ciało, wmawiam 
sobie, ciało nic nie znaczy. Ty nie jesteś ciałem, tylko sercem, 
duszą. One są twoje i nikt nie może ci ich odebrać.

background image

  Sukienka kosztuje majątek i drugi raz jej nie włożę. Powstała z 
pięknego materiału, połyskującej, lekko niebieskiej kraty, lecz 
nie podoba mi się płytki dekolt, dopasowany stan, długie rękawy, 
szeroka szarfa i biała bawełniana haleczka, która powinna wystawać 
kilka cali poniżej brzegu. W czarnych lakierkach i białych 
koronkowych rajstopach, z włosami blond sięgającymi całą stopę 
poniżej przyczepionej z tyłu kokardy wyglądam tak, jak sobie tego 
życzy matka, niczym skromna, śliczna laleczka, niezdolna do 
grzechów, jakie mam na sumieniu.
  Dla siebie matka kupuje czarną aksamitną sukienkę z głębokim 
dekoltem, po czym ruchomymi schodami zjeżdżamy do garażu.
  - Pozwól, że poniosę także twoje rzeczy - mówię, wyciągając 
wolną rękę.
  Nikłe promienie zimowego słońca padają na jej bladą twarz. Matka 
nie wygląda najlepiej.
  - Nic ci nie jest? - pytam.
  - Czuję się zmęczona - powiada. - Po prostu zmęczona. - Tylko 
tak jakoś kuli ramiona i pochyla głowę, że mnie to niepokoi. Nie 
myślę o guzie wyciętym przed rokiem. Nie myślę o raku, ale 
wewnątrz czuję skurcz. Serce trzepocze mi w piersi. Kiedy w 
przyszłości będę wspominać matkę, ten moment na ruchomych schodach 
zakwalifikuję jako chwilę, w której zaczęłam pojmować, że ją 
stracę. Bladość, upiorna przezroczystość jej twarzy zapowiada, że 
dokona się to, czego się zawsze bałam; szepcze, że zniknie 
kobieta, którą tropiłam przez całe swoje życie.
  
  Kiedy się przygotowujemy na przyjęcie, matka podpowiada, jaki 
makijaż mam sobie zrobić, a ja jestem jej posłuszna.
  - Użyj trochę różu - mówi. - Obiecaj, że kiedy nie będziesz 
opalona, zawsze sięgniesz po róż.
  - W porządku - zgadzam się.
  Na przyjęciu bawią się ludzie, których nigdy wcześniej nie 
widziałam. Zebraliśmy się w pięknym szklanym domu z widokiem na 
miasto. Towarzysz matki jest z nami. Zbyt dużo pije, natomiast my 
wcale nie pijemy, jak zwykle zresztą, kiedy jesteśmy we troje. 
Siedzimy nad dziwnie spóźnionym posiłkiem złożonym z ziemniaków, 
wieprzowej kiełbasy i rozmaitych pâtés, nad plastrami egzotycznego 
mięsa krwawiącego na białą porcelanę. Nasza gospodyni, rodem z 
Austrii, zwraca na siebie uwagę, stukając łyżeczką w kieliszek do 
szampana. Obwieszcza, że w jej rodzinnym miasteczku uważa się za 
złowróżbne zjedzenie w sylwestra czegoś co ma skrzydła bądź 
płetwy. Chodzi o to, by w nadchodzącym roku szczęście nie uleciało 
ani nie odpłynęło.
  Matka podnosi na widelcu krążek kiełbasy, jakby chciała spełnić 
toast.
  - Zatem - powiada - chyba jesteśmy bezpieczne.
  Zegar wskazuje północ. Uroczyście się całujemy.
  
  Następnym razem widzę matkę w szpitalu; są tam oboje: ona i 
dziadek.
  - Co się stało? - pytam znad herbaty, siedząc przy kuchennym 
stoliku dziadków.

background image

  - Och - powiada babka - twoja matka przechodzi badania, a 
dziadek złamał nogę, zaczepiwszy o ten przeklęty wąż ogrodowy. - 
Pokazuje przez okno w stronę sadzawki.
  Na zewnątrz, na podłodze werandy przy zwiniętym wężu dostrzegam 
żółtawą plamę. Tam dziadek zwymiotował w szoku spowodowanym 
wypadkiem. Przyglądam się śladowi blisko minutę, może dłużej, 
potem idę po szczotkę, aby usunąć to, czego nie spłukali 
sanitariusze.
  Dziadek dobrze znosi operację kości udowej. Jego 
dziewięćdziesięciotrzyletnią kość lekarze łączą za pomocą czterech 
długich, nierdzewnych gwoździ. Tylko że potem wdaje się gangrena 
od odleżyny na stopie i w rezultacie starannie złożoną nogę trzeba 
amputować. Tę operacje również znosi względnie dobrze. Silne serce 
skazuje go na kilkumiesięczny pobyt w szpitalu i domach opieki, 
gdzie najpierw przestaje dobrze funkcjonować jego żołądek, 
następnie woreczek żółciowy, a potem chyba już wszystko.
  Badanie tomograficzne tłumaczy, dlaczego moją matkę boli krzyż. 
Jest pęknięty. Kręgi zaczynają się kruszyć, zaatakowane przez 
komórki rakowe po przerzutach z chorej piersi. Promienie 
rentgenowskie ujawniły, że uporczywy kaszel nie ustąpi, bo płuca 
są przerośnięte rakiem, tak samo wątroba. Badanie gazometryczne 
krwi wyjaśnia, dlaczego matka bez przerwy czuła się zmęczona: we 
krwi brakowało tlenu.
  
  Oboje powoli umierają, a kiedy do tego dochodzi, wracam do nich 
i do babki.
  Spędzam teraz dwa tygodnie w domu ojca, następne dwa tygodnie w 
domu matki, na przemian - tyle czasu jestem w stanie wytrzymać w 
każdym z tych miejsc i znieść cierpienie, które się z tym wiąże. W 
domu dziadków babka i ja śpimy w tym samym pokoju. Zajmuję 
bliźniacze łóżko dziadka przysunięte do jej łóżka. Między 
poduszkami trzymamy telefon, na wypadek, gdyby w nocy ktoś 
zadzwonił z jednego albo drugiego szpitala; leżąc w mroku, 
uświadamiam sobie, że od lat wobec nikogo nie czułam takiej 
bliskości.
  Codziennie w porze podwieczorku odwiedzamy dziadka. Zanosimy mu 
herbatę w termosie i dwa ciastka w plastikowej torebce. Przez 
ponad czterdzieści lat o tej samej porze babka z dziadkiem 
zasiadali do herbaty. I oczywiście zamierza to robić do ostatniego 
dnia jego życia.
  Wieczorem spotykamy się z matką. Oglądamy telewizję. Odbiornik 
stoi na przykręconej do ściany półce powyżej naszych głów. 
Śledzimy losy bohaterów oper mydlanych, takich jak Dallas albo 
Dynastia, widowisk, w których ludzie często krzyczą lub szlochają, 
a moja matka i ja płaczemy wraz z nimi. Babka nie płacze na jawie, 
ale pewnej nocy słyszę, że płacze przez sen. To dziwny dźwięk, 
cichutkie "aaa-aaa-aaa", jakie wydają z siebie szczeniaki albo 
niemowlęta, gdy szukają piersi matki. W każdym razie to jest 
płacz. Jej twarz jest wilgotna, łzy wypływają spod przymkniętych 
powiek. Czasem nawet przerywa, aby coś powiedzieć.
  - Och, nie, nie, nie - przez sen wypowiada słowa, które 
interpretuję jako modlitwę, bo przypominają mi refren, który 

background image

ciągle rozbrzmiewa w mych myślach.
  
  - Jeśli fantazjuję na temat własnej śmierci, jeśli ją sobie 
wyobrażam, czy to oznacza, że mam skłonności samobójcze?
  - Jak często?
  - No cóż, na pewno kilka razy w ciągu godziny.
  Lekarz krzywi się, przeciera oczy. Kiedy mu tłumaczę, że ojca i 
mnie łączy "ten, tego, mmm, związek nie bardzo, mmm, platoniczny", 
nie zdradza obrzydzenia, wyłącznie znużenie.
  - Mhm - powiada, biorąc głęboki oddech. - Rozumiem - dodaje. 
Jego westchnienie sugeruje, że domyślał się tego już wcześniej.
  - Czy to nie okropne? - pytam po chwili milczenia.
  - Nie jest pan wstrząśnięty? - chcę wiedzieć przy innej okazji.
  Lecz on nie odpowiada. Nie wypytuje o moralność, jedynie o 
odczucia i funkcje organizmu.
  Trafiłam do niego, ponieważ obawiam się o swoje życie. Bo ojciec 
przechowuje w domu rewolwer i nauczył mnie, jak się nim 
posługiwać. Na razie nie odważyłam się na nic więcej, tylko go 
załadowałam; powsuwałam naboje do odpowiednich komór i 
zatrzasnęłam bębenek. Zauważyłam broń w dłoni, ale potem 
ostatecznie odłożyłam do osobnych szuflad i broń, i naboje.
  - Chcesz umrzeć? - pyta lekarz.
  Nie potrafię sobie wyobrazić dalszego życia. Nie jestem w stanie 
myśleć o życiu bez matki. Wiem, że śmierć dziadka wywoła we mnie 
żal, ale odejście matki jest czymś nazbyt ważkim, nazbyt 
nieprawdopodobnym, bym w ogóle brała je pod uwagę.
  - To przez was! - wyje któregoś razu; język jej się rozwiązał po 
przyjęciu morfiny. - Odbieracie mi życie, ty i twój ojciec!
  Nie! - myślę. Nie tylko tobie. Nam! Nam wszystkim! Nigdy 
wyłącznie tobie.
  
  Czasami jest przekonana, że umrze właśnie tej nocy. Wtedy 
zostaję w szpitalu. Siadam na krześle przy łóżku albo staję obok. 
Przyglądam się jej i małej butli, z której zieloną, poskręcaną 
rurką płynie do nosa tlen. Pewnego razu matka chwyta mnie za rękę. 
Ma zamknięte oczy, szuka jej po omacku, wypowiada moje imię.
  - Jesteś tu? - pyta.
  - Tak - odpowiadam.
  - Zawsze tu jesteś, prawda?
  Jej głos brzmi ciszej od szeptu. Powstał z tchnienia niczym głos 
ducha.
  - Tak - potwierdzam. Nawet kiedy jestem z nim, stoję tu przy 
twoim łóżku. Zwłaszcza wtedy.
  - Wiesz co - mówi. - Kiedy umrę, będziesz na mnie bardzo zła. - 
Potem nie mówi już nic więcej.
  Ściskam jej palce, lekko nimi potrząsam. W tych słowach jest 
prawda, którą dostrzegam, lecz nie rozumiem ich istoty. Chyba masz 
rację, myślę. Ale upłynie sporo czasu, zanim do nich wrócę. Wiele 
lat po jej śmierci mój gniew ostygnie na tyle, że będę w stanie go 
dotknąć.
  Lekarz przepisuje mi lek antydepresyjny, który mam zażywać 
codziennie przed zaśnięciem. Powiedziałam mu, że jestem przerażona 

background image

własną lekkomyślnością, skłonnością do samodestrukcji. W domu 
babki, w biurku, z którego korzystałam, gdy chodziłam do szkoły, 
jest dwanaście kapsułek seconalu. Wszystkie są stare, a ich 
czerwone żelatynowe osłonki kleją się do siebie. Zaczęłam je 
zbierać, kiedy miałam czternaście lat. Podkradałam je z apteczki 
po jednej albo po dwie. Jednakże tuzin kapsułek nie na wiele się 
zda. Dawniej miałam ich czterdzieści, potem jedną zgubiłam. 
Pewnego razu o północy podjęłam próbę, przyjmując w sumie 
dwadzieścia siedem sztuk, które popiłam szklaneczką whisky, lecz 
to było wszystko, co zdołałam przełknąć, zanim zaczęłam 
wymiotować. Nawet nie zemdlałam.
  - Jesteś trochę zbyt blada - zauważyła babka następnego ranka.
  - Chyba coś mnie bierze - oświadczyłam.
  - Co się stało z twoim okiem?
  - Nie mam pojęcia. Musiałam na nim spać. - Moje prawe oko było 
czerwone w prawym kąciku, bo kiedy miałam torsje, pękła w nim 
jakaś żyłka. Obserwując babkę, jak mi się przygląda, doszłam do 
wniosku, że nie podejrzewa, co się wydarzyło w mojej łazience 
przed kilkoma godzinami.
  
  Kiedy lekarz pyta, czy chcę umrzeć, odpowiadam, że martwię się o 
siebie, ale nie wspominam o pigułkach nasennych, ponieważ za 
bardzo jest mi wstyd. Nie zrozumiem tego uczucia, póki nie upłyną 
lata, póki nie uświadomię sobie, że bardziej przeklęta od 
samodestrukcji jest moja skłonność do dyskrecji, doskonała 
umiejętność ukrywania niemal wszystkiego, co mam w sercu - realna 
groźba, że ja też mogę skończyć jako kobieta zamknięta we własnym 
potrzasku jak matka. Połknęłam tabletki, ponieważ z każdej strony 
szczelnie otaczała mnie mgła rozpaczy. Nie widziałam niczego, co 
było na zewnątrz. Chociaż wówczas minął rok od naszej wizyty u 
ginekologa, który założył mi kapturek, łącze te dwa wydarzenia. 
Wydaje mi się, że połknęłam seconal, aby moje ciało umarło wraz z 
całą resztą, którą uśmiercono tamtego dnia: dziewczęcą 
niewinnością, nadzieją, wreszcie z wiarą, że można być bezpiecznym 
wszędzie i z każdym.
  
  Lek, który lekarz mi przepisuje, Desyrel, paradoksalnie czyni 
życie możliwym, ale zarazem - w granicach mojej świadomości - nie 
do zniesienia.
  - Moje życie - oświadczam ojcu - jest do niczego. Mówię 
poważnie, do niczego.
  - Posłuchaj - powiada. Siedzimy przy stoliku na parkingu 
niedaleko drogi, w miejscu, gdzie kierowcy ciężarówek zatrzymują 
się na kilka godzin snu.
  Jeśli chodzi o seks, to cóż, nie musimy tego robić. Dzięki niemu 
możemy wyrazić, że oboje jesteśmy sobie oddani. Skoro tobie to nie 
odpowiada, pewnie znajdziemy inny sposób.
  Lecz cóż innego może tak dobrze odpowiadać naszym potrzebom jak 
to nałogowe, pozbawione radości połączenie, posługiwanie się 
zmysłami do uzewnętrzniania naszych pragnień? Pod tym względem 
wcale się nie różnimy od innych ludzi. Moje ciało pod nim, 
wygłodzone, bez życia, jakże wymownie wyraża to, czego ja nie 

background image

mogę: jestem głodna, jestem martwa. Martwa, bo kolejna wobec 
matki, i martwa dla niego. Martwa w reakcji na to, że posługuje 
się swym dużym ciałem, aby odgrodzić mnie od świata.
  Jedna za drugą przejeżdżają ciężarówki. Podmuchy powietrza 
porywają pasma moich włosów, unoszą je między nasze twarze.
  Nie chcę abstynencji, chcę wyzwolenia.
  - Posłuchaj - mówię. - A jeśli pewnego dnia zapragnę mieć męża, 
dzieci, rodzinę jak inni ludzie? Być kochana jak inni.
  - Jacy ludzie? - pyta.
  - Inni. Ludzie, którzy różnią się od ciebie i ode mnie. - 
Spoglądam na niego. - Po prostu normalni.
  - Kto jest normalny? Normalność jest matematyczną abstrakcją. 
Nie przystaje ani do ludzkiej osobowości, ani do więzi, które 
ludzi łączą.
  - Przecież dobrze wiesz, o co mi chodzi! I wiesz, że się 
starałam. Dałam ci wszystko, o co poprosiłeś. Czuję się taka 
samotna na tym świecie, chociaż nie twierdzę, że takie były twoje 
intencje. Nie pozwolisz mi nikogo mieć, nikogo oprócz ciebie. Ty 
jednak masz innych. Masz rodzinę.
  - Nie możesz się spodziewać, że opuszczę dzieci - powiada 
ojciec.
  - Nie, pewnie, że nie. Wcale tego nie chcę. Ale co ze mną? Ja 
też jestem twoim dzieckiem.
  Ojciec patrzy na mnie.
  - W twoim wypadku jest już za późno.
  - O czym mówisz?
  - Mówię, że popełniłaś błąd. - Pochyla się. - Przecież 
rozmawialiśmy o tym. Że nasze błędy są trwałe. Że nie możemy 
odwołać naszych postępków.
  - Tak - odpowiadam. - Wiem.
  - Zatem - powiada, składając ręce. - Uczyniłaś, co uczyniłaś, a 
uczyniłaś to ze mną. Teraz już nie będziesz mogła mieć nikogo 
więcej, bo nie zdołasz dochować naszej tajemnicy. Komuś o tym 
powiesz, nieważne komu, a on ledwie się dowie, od razu cię 
zostawi.
  Widzę ojca. Słyszę słowa, które wypowiada. I jak bardzo w nie 
wierzę, tak bardzo go nienawidzę.
  
  - To niezgodne z zasadami - mówi siostra.
  - Wiem - przyznaję.
  - Po prostu tego nie robimy. - Idzie szybko, porusza się 
energicznie w ruchomych płaszczyznach bieli: białej sukience, 
białym rozpinanym swetrze, białych nylonowych rajstopach, białych 
butach.
  - Z kim powinnam rozmawiać, aby otrzymać zezwolenie?
  - Proszę poczekać - rzuca i zostawia mnie za drzwiami 
przeszklonego biura.
  Po kilku beznamiętnych próbach przebłagania szpitalnych 
administratorów, gdy odsyłano mnie od jednego parawanu do 
drugiego, w końcu udaje mi się dostać do kostnicy. Zgody 
udzielono, bo stosownie do treści dokumentów, ciało dziadka 
zostanie zabrane ze szpitala prosto do krematorium, nie będę więc 

background image

już miała innej okazji, aby je zobaczyć. "Ale - jak zaznacza 
mężczyzna, który zapisuje moje dane - robimy wyjątek, absolutny 
wyjątek".
  Dziadek leży w lodówce, w osobnej szufladzie. Dłonie zaciśnięte 
w pięści trzyma pod brodą, jakby tak się ułożył dopiero wtedy, gdy 
się znalazł w tym bardzo chłodnym pomieszczeniu. Usta ma otwarte, 
jakby protestował przeciwko przejmującemu chłodowi.
  Spodziewam się, że powinien mnie przerażać widok zwłok, do 
których z taką determinacją starałam się dotrzeć, ale gdzież tam. 
Twarz i dłonie pod prześcieradłem są także znajome, że czuję 
przypływ wzruszenia. Siostra zostawia mnie z dziadkiem, 
stwierdzając, że wróci za jakiś czas. Klękam obok. Składam głowę 
na jego piersi jak kiedyś, gdy byłam mała. Dotykam brwi, policzka, 
siwej szczeciny.
  Widzę te same co dawniej jasnoniebieskie oczy; źrenice wydają 
się zamglone, jak gdyby znowu zaciągnięte kataraktą, którą 
usunięto przed laty. Długo wpatruję się w te oczy. Ich widok 
zdumiewa mnie i uczy, dlaczego zamyka je przedsiębiorca 
pogrzebowy.
  Chociaż kokietowałam śmierć, kpiłam z niej, nieodpowiedzialnie 
igrałam z życiem, właściwie nie wierzyłam, że jestem śmiertelna, 
póki nie usiadłam obok zimnego ciała dziadka, nie dotknęłam, nie 
powąchałam i nie objęłam go. przez cały czas właśnie brak wiary 
sprawiał, że byłam lekkomyślna. Godzina spędzona z dziadkiem, na 
klęczkach przy długiej szufladzie, zmienia moje życie. Otrzeźwia 
mnie pocałunek, który składam na jego sztywnym policzku, pomaga mi 
wrócić do przytomności, inaczej niż tamten usypiający pocałunek 
ojca na lotnisku. Przechodzę przemianę. Od człowieka, który sądzi, 
że może sobie pozwolić na trwonienie czasu, do osoby, która wie, 
że choćby miała żyć wiele, wiele lat, będzie to zawsze za krótko.
  - Nic pani nie jest? - pyta siostra. Właśnie wróciła i wsuwa z 
powrotem szufladę.
  Nowa wiedza sprawia, że drżą mi ręce. Wytrzeszczam oczy.
  - Zapytałam, czy nic pani nie jest - powtarza.
  - Och - odpowiadam - nie, dziękuję.
  
  Na nabożeństwie poświęconym pamięci dziadka rabin wymienia 
kolejno wszystkich jego przodków. Każe zgromadzonym stać, gdy 
wzywa nas, byśmy wiedli godne życie. Przypomina o zapaleniu 
lampek, bo nabożeństwo odbywa się akurat tuż po święcie Chanuka. 
Mamy pielęgnować pamięć o moim dziadku, który zmarł podczas Święta 
Świateł, iść naprzód promienni i sprawiać, aby nasze życie toczyło 
się po jasnych drogach, nie mrocznych.
  Sentymentalnie brzmią te słowa. Wypowiada je obcy człowiek, ale 
i tak mnie wzruszają. Jeśli żałobnicy widzą, że jestem 
wstrząśnięta, gdy rozmyślam, że moja obecność na pogrzebie jest 
hańbiąca, jeśli dostrzegają gorące łzy na moich policzkach, gdy 
pojmuję, jak mroczne stało się moje życie - cóż, pewnie tłumaczą 
te łzy jako wyraz smutku, uczucia znacznie prostszego niż to, 
które mnie ogarnia.
  - Co robisz? - pyta babka, kiedy dzień później zastaje mnie przy 
kuchennym stole. Wszędzie wokół mnie leżą papiery. Przeglądam 

background image

teczki, których nie otwierałam od lat.
  - Przygotowuję podania na studia - powiadam.
  Patrzy na mnie.
  - Naprawdę? - mówi. Siada na krześle po przeciwnej stronie 
stołu. - Dokąd? - dodaje po chwili.
  Wymieniam miasta, gdzie szkoły są zlokalizowane, wszystkie z 
dala od domu ojca. Kiwa głową.
  - Zrobić ci herbaty? - proponuje.
  Napełnia czajnik wodą. Żadna z nas nie ubiera w słowa tego, co 
się dzieje. Że podnoszę te kawałeczki mojego życia, które 
upuściłam przed laty. Nie możemy wyrazić tego, czego na razie nie 
wiemy: że śmierć dziadka rozpoczęła proces mojego wyzwolenia i że 
zakończy go śmierć matki.
  
  - Słuchaj - powiedział ojciec w samochodzie - kiedy odjechaliśmy 
z parkingu dla ciężarówek - istnieje tylko jedna osoba, która 
mogłaby dać ci dość siły, byś mnie opuściła.
  I chociaż przejechaliśmy zaledwie około mili, znowu zjechał i 
zatrzymał samochód na poboczu. Zdjął okulary i oparł się czołem o 
kierownicę. Spojrzałam na niego.
  - Ty? - zapytałam w końcu.
  - Tak - odrzekł.
  
  Kiedy byłam małym dzieckiem, matka siadała przy toaletce i 
szczotkowała mi włosy. Toaletka przy każdym boku miała osobne 
lustro i kiedy odwracałam głowę w prawo albo w lewo, widziałam nas 
obie zwielokrotnione bez końca. W tej przestrzeni nieskończoności 
dostrzegałam przesłanie o nieskończoności w wymiarze czasu: 
nieważne, czy patrzyłam w przeszłość czy w przyszłość, zawsze 
widziałam siebie stojącą tak posłusznie jak to tylko możliwe pod 
ruchliwymi dłońmi matki. Ja o ona, złączone więzami, które zawsze 
nas określały, próbami uczynienia ze mnie dziecka zasługującego na 
jej podziw i miłość. 
  Wiele koszmarów, w których występuje matka, dotyczy włosów. Ona 
mi je obcina, farbuje na rudo albo czarno, zamyka mnie w wieży 
wybudowanej z łazienkowych kafli, gdzie ściany są zbyt śliskie, 
aby się po nich wspiąć. Jak w wypadku Roszpunki moje włosy są tak 
długie, że to nie może być bez znaczenia. Zawsze bardzo mi 
zależało na tym, by mieć nadmiar włosów, dzięki czemu mogłam 
wskazać granicę, powiedzieć matce, że dla jej satysfakcji pozwolę 
zmienić tylko tyle siebie i ani odrobinę więcej.
  Przez lata włosy symbolizowały mnie, to, jak bardzo różnię się 
od matki: długie kontra krótkie, blondynka kontra brunetka. 
Pochłaniała mnie troska o nie, odcinanie nożyczkami do paznokci 
rozdwojonych końców. Im dłuższe rosły, tym więcej szczotkowania 
potrzebowały, zwłaszcza od czasu, gdy już nie chciałam ich splatać 
w warkocz ani spinać.
  - Są zbyt długie - narzeka matka, a wtedy muszę zapuszczać je 
dalej i nigdy nie są odpowiedniej długości, by mnie zadowolić.
  Ojciec jest tak samo oddany moim włosom jak ja. Przez kilka 
ostatnich lat on mi je podcina. Nie ma zaufania do innych. Boi 
się, że ktoś nie poprzestanie na minimum, więc spędza całe godziny 

background image

na kolanach i posługuje się nożyczkami w absolutnym skupieniu.
  Lecz przez ostatnie miesiące życia matki jej pragnienia 
przedkładam ponad ojca i swoje. Jeśli życzy sobie różowych 
chusteczek higienicznych, nie białych, posłusznie wychodzę i 
kupuję je. Przynoszę jedzenie z odległych restauracji, wazelinę w 
tubce, nie w słoiczku, francuskie czasopisma, szwajcarską 
czekoladę. Spełniam każdą jej zachciankę. Wymyślamy sprawy,, 
których załatwienie pochłania sporo czasu, pozwala mi okazać chęć 
sprawienia jej przyjemności i zarazem oszczędza nam swojego 
towarzystwa.
  Fryzjer ściąga mi włosy gumką i obcina je, tak jak go proszę, 
tuż powyżej. W szpitalu kładę na łóżko odcięty koński ogon, długi 
na dwadzieścia trzy cale. Matka dotyka go.
  - Tak - powiada - najwyższy czas.
  Ścięcie włosów i wręczenie ich matce jest czynem dość złożonym i 
ma pokłady znaczeń. Są sprawy, o których muszę matce powiedzieć, 
nim umrze, nim mnie opuści; przemawiam wiec ciałem, które mi dała, 
które nosiła w sobie.
  Oczywiście jest w tym miłość i gniew: wroga kapitulacja. Swoje 
włosy poświęcam matczynej wizji córki, reliktowi dziewczyny, która 
żyła, aby ją zadowolić, i która już żyć nie będzie, bo bez matki 
żyć nie może. Jeśli nie czekam, aż matka będzie martwa, aby złożyć 
włosy w trumnie, to dlatego, że nie chcę stracić ostatniej okazji 
zyskania jej aprobaty. Zaznaczenia, że nadal bardzo mi na tym 
zależy - wystarczająco, by w końcu oddać jej tę cząstkę siebie, 
którą zawsze starałam się zachować poza jej zasięgiem.
  - Odwróć się - powiada, kiedy staję w nogach łóżka, a ona wciska 
niewielki guzik, który sprawia, że unosi się podgłówek. - No tak - 
mówi, gdy znowu jestem zwrócona do niej twarzą. - Oto się 
zjawiłaś. Od lat nikt, kto na ciebie patrzył, nie widział nic poza 
włosami. - Pokazuje na koński ogon. - Zamierzasz go zachować? - 
pyta.
  - Po co? - mówię, ona zaś wzrusza ramionami.
  Kończy się na tym, że go wyrzucam. Połyskująca masa ginie w 
jednym ze szpitalnych pojemników na śmieci.
  Długie włosy są niezaprzeczalnym symbolem seksualności. Były 
ochroną mojej kobiecości, kiedy zrezygnowałam z piersi i okresu. 
Ścinając włosy, chciałam zakomunikować matce, że to samo zrobiłam 
z życiem seksualnym. Pozbywając się ich, składam obietnice, że 
kiedy umrze, związek łączący jej córkę i męża nie będzie już 
trwał.
  Jakże jestem zdziwiona, kiedy po latach odwiedzam belgijskie 
Geel i tam w kościele Świętej Dympny oglądam fragment ołtarza. 
Rzeźba Jana van Wavre z początku szesnastego wieku przedstawia 
ojca Dympny, który obcina córce włosy, długie pasmo w kolorze 
blond, takie same jak moje, jeśli tylko rzeźba choć trochę 
przystaje do rzeczywistości. Z tym, że ja swojemu ojcu nie 
pozwalałam mieć ani włosów, ani mojego życia.
  - Och! - mówi ojciec, kiedy mnie widzi po postrzyżynach. - Mój 
Boże - dodaje. - Dobry Boże. - Bardziej ubolewa nad tymi włosami 
niż nad wiadomością, że zostałam przyjęta na studia, że za kilka 
miesięcy wyjeżdżam.

background image

  - Jak mogłaś mi je odebrać! - krzyczy.
  
  Rak kości należy do najbardziej bolesnych spośród nowotworów, 
lecz przynosi także osobliwe ukojenie. Kości matki w ciągu 
ostatnich tygodni jej życia ulegają tak daleko posuniętej 
destrukcji, że miejscami niemal się rozpuszczają. Wówczas do 
krwiobiegu dostaje się wapń - dosyć wapnia, aby uśmierzyć ból i 
sprawić, że podawanie morfiny staje się zbędne. Procesy chemiczne 
śmierci uwalniają ją od fizycznego cierpienia i obaw. Każdego dnia 
śpi coraz dłużej i głębiej, aż w końcu zapada w śpiączkę. Ma 
zamknięte oczy i już nie reaguje na głosy wokół siebie.
  Patrzę na nią i od razu sobie przypominam, że kiedy miałam pięć 
lat i ona spała, zdjęłam jej maskę. Delikatnie, starając się jej 
nie obudzić, przesunęłam maskę na czoło, a potem, ponieważ nie 
mogłam znieść widoku zamkniętych oczu... tego, że matka ma ciągle 
zamknięte oczy i wcale na mnie nie patrzy - próbowałam zrobić to 
samo z jej powiekami. Bardzo delikatnie uniosłam jedną z nich. 
Natychmiast się obudziła, zła.
  - Ja... ja... - szepnęłam, cofając się. - Chciałam do ciebie.
  - Już nigdy więcej tego nie rób! - rzuca. - Nie dotykaj mnie!
  Po tym zdarzeniu zamykała drzwi, ilekroć zamierzała się położyć. 
Przez wiele miesięcy o tym pamiętała, ale zdarzyło się pewnego 
dnia, że zapomniała. Rano, kiedy poruszyłam gałką, drzwi się 
otworzyły. Wtedy wróciłam na swoje dawne miejsce przy łóżku. 
Stałam cichutko, nie dotykałam jej, tylko czekałam. Czekałam, 
czekałam.
  
  - Proszę tu poczekać - powiada przedsiębiorca pogrzebowy. - Za 
momencik ją wystawimy.
  Kiedy wraca, ma na sobie marynarkę, jak gdyby moje spotkanie z 
ciałem matki wymagało pewnej oprawy. Idę za nim do głównego 
pomieszczenia, które przypomina bibliotekę. Stoi tu duży fotel, a 
na półkach, nie do wiary, encyklopedia Britannica, rząd tomów 
oprawionych w czerwoną imitację skóry, takich samych jak te, które 
ojciec sprzedał kiedyś moim dziadkom. Nad trumną wiszą różowe 
żarówki. Takich zwykle używała matka, bo sądziła, że dodają jej 
urody.
  Czekam przy drzwiach, póki przedsiębiorca nie wyjdzie. By do 
niej podejść, czekam, aż będę sama. Jakże jest mała w trumnie, 
którą dla niej wybrałam. Leży głęboko wewnątrz. Aby pogładzić ją 
po włosach, szorstkich i nagle posiwiałych, muszę daleko wyciągnąć 
rękę. Policzki ma zimne, suche, pokryte różem. Zamknięte oczy i 
usta. Kiedy się pochylam, czuję zapach płynu używanego do 
balsamowania.
  Dotykam piersi, ramion, szyi; całuje czoło, koniuszki palców; 
przykładam ciepły policzek do chłodnej twarzy; a kiedy to robię, 
coś przede mną ustępuje: tamta ściana, śliska, niewidzialna, nie 
do sforsowania. Cokolwiek mnie dzieliło od życia, od życia, które 
wiodłam, zanim spotkałam ojca - szczątki tego, co powstało w 
jednej chwili przez tamten pocałunek - naraz obraca się w ruinę. 
Spazmatycznie wzdycham i ściskam palce matki.
  - Och, Boże, przepraszam, przepraszam - mówię. - Mój Boże, Boże, 

background image

to koniec, po wszystkim.
  Sięgam pod dolną część wieka trumny, szukam zasuwki, ale jej nie 
znajduje. Wsuwam rękę możliwie najdalej, nad kolanami, nad 
brzegiem białej sukienki. Pragnę dotykiem poznać całą postać, 
pragnę wziąć w dłonie stopy.
  Nie mogę matki objąć; jest zbyt ciężka, by ją podnieść, materiał 
sukienki zbyt śliski. Płacze. Łzy kapią na jej twarz i włosy, 
dłonie rozplatają się, wypuszczają krucyfiks i prostują się wzdłuż 
boków.
  Zostaję z ciałem matki przez godzinę, może dłużej. Stoję przy 
trumnie, póki się nie zmęczę, potem przysuwam krzesło i siadam. 
Kiedy wychodzę na zewnątrz, jadę do domu babki po to tylko, by za 
chwilę z powrotem wsiąść do samochodu i wrócić do domu 
pogrzebowego. Pytam przedsiębiorcę, czy byłby tak uprzejmy i 
zechciał jeszcze raz wystawić ciało mojej matki w głównej sali.
  - Znowu? - upewnia się, najwyraźniej zniecierpliwiony.
  Kiwam głową.
  - Proszę - mówię. Jeszcze raz, ostatni, musze stanąć przy niej, 
dotknąć jej włosów, policzka. Jeszcze tylko raz musze się upewnić, 
że to prawda: czar prysł, wyzwoliła mnie jej śmierć.
  
  Na pogrzebie ojciec pomaga dźwigać trumnę. On także wie, że to 
koniec. Spogląda na mnie i widzi, że już do niego nie należę. Może 
wyczytać w moich oczach, których spojrzenie beznamiętnie 
wytrzymuje jego wzrok, że jego oczy już nie wydają mi się namiętne 
ani nawet tajemnicze, jedynie nabiegłe krwią, zmęczone. 
Przysłaniają je zmrużone powieki, kiedy na mnie patrzy, a ja 
patrzę na niego, i pojmuję, że wie.
  O dziwo, ta świadomość nie prowokuje łez ani jego, ani moich. 
Czy bez matki w charakterze świadka nie jestem w stanie go 
oczarować? To jedno z wielu pytań, których nigdy ojcu nie stawiam, 
które się nasuwa po tym, jak ze sobą zrywamy, nagle i ostatecznie. 
Podczas rozmowy telefonicznej. A wówczas żadne z nas nie płacze, o 
nic nie prosi, nie wypowiada słowa "kocham".
  - Czyżby miałby to być wybór w rodzaju "wszystko albo nic"? - 
pytam. Dlaczego akurat ja miałabym wyrazić to, co jak wiem, jest 
prawdą: nie możemy zacząć od początku, musimy się pożegnać. 
Nieporadnie staram się zmniejszyć nasze udręki, uciekając się do 
sarkazmu. - Nie miałbyś ochoty dla odmiany spróbować czegoś 
bardziej konwencjonalnego? Rozumiesz, od czasu do czasu telefon, 
kartka na urodziny?
  - Czyżbyś mnie jeszcze nie znała? - odpowiada ojciec głosem tak 
spokojnym i lodowatym, jakiego u niego jeszcze nie słyszałam. - 
Nie znasz odpowiedzi?
  - Owszem - mówię - znam.
  Czego innego nauczyły mnie ostatnie lata, jak nie tego, że 
ojciec nie bierze nawet odrobiny mniej niż całą mnie?
  - Co wybierasz? - odzywa się po długiej chwili milczenia.
  - Nic - brzmi moja odpowiedź. - Wiesz przecież, że muszę wybrać 
nic.
  Jego żona pakuje rzeczy, które zostawiłam w jego domu, a babka 
płaci, by do mnie wróciły.

background image

  - Dzięki Bogu - mówi, kiedy proszę ją o pieniądze.
  Użycza głosu słowom, które nadal dźwięczą mi w uszach: "Dzięki 
Bogu, wreszcie jest po wszystkim".
  
  Po długim okresie modlitw o uwolnienie - błagania losu o 
wybawienie, bo bez interwencji losu sama nie potrafiłabym tego 
dokonać - nie spodziewam się, że nasze rozstanie będzie bolesne. 
Lecz utrata ojca będzie mnie martwić; będzie mnie ranić i już 
nigdy nie przestanie. Nie ucieknę od tego, jak nie ucieknę od 
miłości do matki i wyrzutów sumienia, że tak bardzo ją 
skrzywdziłam.
  Utrata ojca prześladuje mnie tak samo jak w odległej 
przeszłości, kiedy widziałam mężczyznę bez twarzy, który chodzi po 
korytarzach naszego domu. Gdzieś w świecie jest ojciec, którego 
nie mogę poznać. Dawniej był obcy, bo nieobecny, a teraz, gdy go 
poznałam i on poznał mnie, reszta mojego życia zależy od tego, czy 
będziemy od siebie dość daleko.
  
  Po modlitwie nad grobem ojciec i ja stoimy w milczeniu przy 
trumnie wiszącej nad otwartym, mrocznym dołem chwilę przed 
opuszczeniem. Kwatera ma podwójne dno. Babka wykupiła ją z myślą, 
że pewnego dnia na górze spoczną jej szczątki.
  Ale po latach, gdy babka umiera, lekceważę jej życzenie, aby 
zostać pochowaną w tym samym grobie. Polecam poddać jej ciało 
kremacji i sama rozsypuję prochy. Nie pozwolę jej spocząć na wieki 
nad moją matką. Nie pozostawię matki na wieczność pod tym 
ciężarem.
  
  Na płycie nagrobnej znajduje się tylko imię matki, jej nazwisko, 
data urodzenia oraz śmierci. Kiedy płyta jest gotowa, od razu robi 
mi się przykro, że nie dodałam słowa "Ukochana".
  W dniu, kiedy zamówiłam tablicę, dzień po śmierci matki, 
usiadłam obok babki w biurze przedsiębiorstwa pogrzebowego i 
przejrzałam ciężką księgę ze zdjęciami rozmaitych wzorów. Wybrałam 
granit na brązie i starannie dobrałam typ liternictwa. Ale 
pozostawiłam puste miejsce pod datami, bo tamtego popołudnia 
wydało mi się, że nie zasłużyłam na użycie jedynego słowa, które 
mogło być tam wyryte. Słowa prawdziwego.
  "Ukochana".
  
  Nie prowadzę dziennika snów, ale 7 lutego 1995 roku przyśniło mi 
się coś tak niezwykłego, że tego dnia zaznaczam datę w kalendarzu, 
pisząc "Matka". Nie musze zapisywać, co się w tym śnie dzieje. 
Wiem, że zawsze będę pamiętała wszystko bardzo dokładnie.
  Matka odnajduje mnie w kuchni. Jest jeden z zimowych poranków. 
Właśnie przygotowuję śniadanie dla mojej rodziny. Na górze wszyscy 
jeszcze śpią. Wzdrygam się, kiedy podnoszę wzrok znad stolnicy i 
widzę ją. Boje się. Wszystkie sny, w których występuje matka, są 
koszmarami. Ale tym razem wydaje się przyjazna, niemal pełna 
entuzjazmu. Światło, które przenika przez szklane drzwi i pada na 
nią, jest doskonale czyste i białe - to odbite od śniegu promienie 
słońca. Ma na sobie dopasowany, granatowy kostium, starannie 

background image

skrojony z materiału tak ładnego i lśniącego, że aż bije w oczy. 
Dziwię się, że przychodzi do mnie wiele lat po śmierci, i 
jednocześnie fascynuje mnie każdy szczegół jej obecności. Klapy 
kostiumu - jakże są doskonałe! Chcę ich dotknąć, dotknąć jej, ale 
nie chcę, żeby zniknęła. Pragnę pokazać jej moje dzieci, ale boję 
się ryzykować wyjścia z kuchni albo spłoszenia jej głośnym 
wołaniem.
  Mimo wszystko duch nie znika, świeci zupełnie realnie. Mam 
rozdwojoną świadomość, która czasem występuje w snach, i w tym 
śnie dokonuję spostrzeżenia, że duch matki naprawdę jest ze mną, 
że nie byłabym w stanie sfabrykować ludzkiej obecności wyłącznie z 
tęsknoty.
  - Och, mamo - mówię w końcu, ale nie ośmielam się jej dotknąć - 
jesteś taka piękna i masz na sobie najpiękniejsze ubranie. - 
Wzrusza ramionami na ten komplement, jakby nie obchodził jej 
własny wygląd i jakby w ogóle nie dbała o tego rodzaju sprawy. A 
ja wiem, że obie myślimy tylko o jednym: jak to było na końcu, gdy 
rak wykradł jej młodość, urodę, zakpił sobie z próżności.
  Nie dzieje się nic szczególnego, ale i tak wszystko wychodzi na 
jaw. Matka i ja przyglądamy się sobie uważnie. Zaglądamy sobie w 
oczy głębiej niż kiedykolwiek w życiu. Nie spieszymy się. Nasze 
twarze dzieli zaledwie kilka cali. Nie poruszamy się, nie mrugamy. 
Kiedy patrzymy, wyraża się wszystko, co kiedykolwiek czułyśmy, 
lecz czego nigdy żadna z nas nie wypowiedziała. Jej młodość, 
egoizm i brak szczęścia; moja młodość, mój egoizm i brak 
szczęścia. Nasza samotność. Wzajemne zdrady.
  W tym śnie czuję, że ona mnie wreszcie poznaje i ja odwzajemniam 
jej się tym samym. Czuję, że przestajemy mieć nadzieję na inną 
córkę, na inną matkę.
  
  Podziękowania
  Mam dług wdzięczności wobec Amandy Urban i Kate Mediny za ich 
niezłomną wiarę i wsparcie, wobec Janet Gibbs za to, że zechciała 
słuchać, i Dawn Drzal, że zgodziła się czytać, wobec Jill Simonsen 
za jej przyjaźń i wobec Colina za wszystko.