background image
background image

Sarah Morgan

Zimowy wieczór

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sama skomplikowała sobie życie. 
Miranda  siedziała  na  skale,  pogrążona  w  niewesołych  myślach.  Wpatrywała  się  w 

oblodzone jezioro, obojętna na fakt, że palce rąk i nóg drętwieją jej z zimna. 

Wokół  niej  wznosiły  się  góry  otulone  śmiertelnym  całunem  lodu  i  śniegu,  ale 

pozostawała  obojętna  na  ich  piękno.  Ważniejsze  było,  że  mogła  się  tu  schronić  przed 
błyszczącymi świątecznymi dekoracjami i innymi oznakami powszechnej radości. 

Tutaj, w lodowej głuszy Krainy Jezior, Boże Narodzenie oznacza kilka godzin dziennego 

światła bez żadnego symbolicznego znaczenia. 

Nie powinna płakać. 
Minęło sześć miesięcy. Sześć długich miesięcy. To wystarczająco dużo czasu, by przestać 

opłakiwać  przeszłość  i  zacząć  żyć  na  nowo.  Najwyższa  pora,  aby  się  rozgrzeszyć  za 
niewybaczalną głupotę i naiwność. 

Wydawało  jej  się,  że  świetnie  sobie  radzi.  Jest  niezależna,  dobrze  zorientowana  w 

ciemnych  stronach  ludzkiej  natury.  Najwyraźniej  się  myliła.  Zaśmiała  się  gorzko.  Została 
oszukana i porzucona. Była tak niemądra i łatwowierna! A teraz nienawidzi samej siebie za 
to, że dała się nabrać. 

Pociągnęła nosem i roztarta lodowate policzki przemarzniętymi palcami. Rozczulanie się 

nic nie da. Rzadko sobie pozwalała na momenty słabości. Usiłowała powstrzymać płacz, ale 
nie mogła odnaleźć w sobie zawziętej woli walki. Z jej oczu popłynęły łzy. 

Na  miłość  boską!  Niecierpliwie  otarła  je  ręką.  Co  się  z  nią  dzieje?  Zazwyczaj  się  nie 

rozkleja.  Może  Boże  Narodzenie  sprawiło,  że  widzi  wszystko  z  innej  perspektywy.  Cała  ta 
afirmacja  szczęśliwej  rodziny!  Śmieszne,  że  ją  to  wzrusza.  Ona  przecież  dobrze  wie,  że 
prawdziwe rodziny nigdy nie bywają idealne. 

Nie chciała mieć rodziny!
Lepiej jej było samej. 
Zapomniała o tym, na  krótką  chwilę  straciła  zdrowy  rozsądek.  I to  ona,  choć lepiej  niż 

inni zdawała sobie sprawę, że w życiu można liczyć tylko na siebie. Nigdy nie uzależniała się 
od innych ludzi. Nigdy. A jednak... 

Zacisnęła  zęby.  Nie  będzie  o  tym  myślała.  Przeszłość  nie  ma  znaczenia.  Czyjej  się  to 

podoba, czy nie, przeszłość nie ma już znaczenia. Liczy się tylko przyszłość. Nie wolno drugi 
raz popełnić tego samego błędu. 

Wyprostowała się i wyzywająco podniosła głowę. 
Czas dorosnąć. Koniec z romantycznymi mrzonkami, trzeba się trzymać ziemi. To będzie 

jej noworoczne postanowienie. W życiu nie ma książąt nadjeżdżających na ratunek na białym 
koniu. Zwykli ludzie nie wygrywają milionów w totka. Normalne rodziny nie różnią się od 
patologicznych  i  lepiej  im  się  nie  przyglądać  z  bliska.  Boże  Narodzenie  to  tylko  jeden  z 
trzystu sześćdziesięciu pięciu dni roku i wkrótce minie. 

Nie  ma  najmniejszego  sensu  siedzieć  na  skale  na  kompletnym  pustkowiu  i  żałować

background image

czegoś, co już nie istnieje. Musi się pozbierać i znaleźć lepsze strony swojej sytuacji. 

Coś  zimnego  musnęło  jej  rękę.  Ze  zdziwieniem  zauważyła  padający  śnieg.  Po  raz 

pierwszy uświadomiła sobie, że przemarzła do szpiku kości. Kiedy podniosła głowę, ogarnął 
ją nagły niepokój. Szczyty gór spowijała gęsta mgła. 

Kiedy  wychodziła  ze  swojego  ciasnego,  nieprzytulnego,  wynajętego  niedawno 

mieszkanka, pogoda była znakomita. 

Gdzie się podziało błękitne niebo i słońce?
W  nagłym przypływie paniki  uświadomiła sobie, że  nie ma  pojęcia,  gdzie się znajduje. 

Tak rozpaczliwie pragnęła się wyrwać na otwartą przestrzeń, zostawić daleko za sobą rzędy 
domków  z  choinkami,  ulice  z  bajkową  świąteczną  dekoracją,  niemiły  jej  widok  radosnych 
rodzinnych spotkań, że po prostu wsiadła na odrapany używany rower i jechała tak długo, aż 
pozostawiła  miasteczko  za  sobą  i  znalazła  się  u  stóp  majestatycznych  gór.  Nie  znała  tej 
okolicy, sprowadziła się tu zaledwie tydzień temu. 

Zostawiła  rower  na  opustoszałym  parkingu  i  ruszyła  szlakiem  prosto  przed  siebie, 

zwiedziona złudną obietnicą świeżego powietrza i błękitnego nieba. Tu, pośród szczytów, nic 
nie przypominało jej o Bożym Narodzeniu. Nie czuła się jak jedyna na świecie osoba, która 
musi samotnie przeżyć święta. Tutaj był to dzień jak każdy inny. 

Pomijając  fakt,  że  jej  życie  znalazło  się  w  punkcie  zwrotnym  i  musi  je  na  nowo 

przemyśleć. 

Ale  czas  na  refleksje  minął.  Stanęła  się  w  obliczu  bardziej  palących  problemów.  Musi 

dotrzeć na parking. Jeśli ma znaleźć drogę powrotną, nie ma ani chwili do stracenia. 

Wstała i strząsnęła śnieg z adidasów. Uświadomiła sobie, że jej lekkie sportowe obuwie 

jest w najwyższym stopniu nieodpowiednie. 

Przez  parę  minut  szła,  usiłując  odnaleźć  szlak,  jednak  ścieżka  zniknęła  pod  świeżą 

warstwą  śnieżnego  puchu,  który  z  minuty  na  minutę  przykrywał  ziemię  coraz  grubszym 
kobiercem. Zdradziecka biel pochłonęła drogę do domu. 

Jak mogła być tak nieodpowiedzialna?
Oczywiście, zna odpowiedź. Nie myślała o niczym innym, tylko o własnych kłopotach. 

Tymczasem  wyrósł  przed  nią  prawdziwy  problem – jak  przeżyć.  Temperatura  wyraźnie 
spadła, a ona zgubiła się w kompletnej dziczy i nie miała jak wezwać pomocy. Nikt nie wie, 
dokąd poszła. 

W tym momencie dotarła do niej cała groza sytuacji. Strach ścisnął jej serce i pozbawił 

zdolności logicznego myślenia. 

Pogoda pogarszała się, a ona nie miała pojęcia, jak przetrwać na bezludziu w zimowych 

warunkach. 

Jeśli  będzie  szła  przed  siebie,  równie  dobrze  może  trafić  na  skraj  przepaści,  prosto  w 

objęcia  śmierci.  Pozostanie  w  miejscu  nie  jest  żadną  alternatywą.  Nie  ma  też  ekwipunku 
potrzebnego do wykopania jamy w śniegu, nie ma ze sobą nic ciepłego. 

Wewnętrzny  głos  doradzał  jej,  by  po  prostu  usiąść  i  się  poddać.  Ale  coś  się  w  niej 

poruszyło.  Coś  jej  przypomniało,  że  nie  ma  mowy  o  kapitulacji.  Śmierć  nie  wchodzi  w 
rachubę. Musi żyć. Musi znaleźć drogę powrotną. 

background image

Przeżyje. A kiedy tego dokona, jeszcze raz przemyśli własne życie. 

Jake  szedł  równym  krokiem.  Nagłe  załamanie  pogody  skwitował  uśmieszkiem 

rozbawienia.  Góry.  Są  jak  kobiety – pomyślał,  poprawiając  plecak – nieprzewidywalne  i 
wymagające stałej uwagi i szacunku. 

Pod wieloma względami wolał nieprzewidywalną surową pogodę niż słoneczne ciepło i 

bezchmurne  niebo.  Piesze  wędrówki  i  wspinaczka  przedstawiały  wtedy  większe  wyzwanie: 
walkę ludzkiego rozumu z potęgą przyrody. 

Śnieg chrzęścił pod jego butami, powietrze tamowało oddech w piersi, mróz szczypał w 

policzki. W oddali słyszał bicie dzwonów na kościelnej wieży. 

Boże Narodzenie. 
Powinien być szczęśliwy. 
Kiedy  wychodził,  jasno  świeciło  słońce.  Zjadł  świątecznego  indyka  w  towarzystwie 

swoich serdecznych przyjaciół. Widział, jak ich dzieci z piskiem radości otwierają prezenty 
wyciągane spod ozdobionej świecidełkami choinki. 

Dom  promieniował  radością  i  ciepłem.  Alessandro  i  Christy  wreszcie  pokonali  kryzys, 

który zagroził ich małżeństwu. 

Czuł  ulgę.  Cieszył  się  ich  szczęściem.  Jednak  kiedy  zamknął  drzwi  i  odszedł, 

pozostawiając  za  sobą  ten  sielankowy  obrazek,  dokuczało  mu  uczucie  pustki.  Nic  tak 
skutecznie nie przypomina człowiekowi o jego samotności jak Boże Narodzenie. 

Nie brakowało wokół niego stosownych kandydatek. Nie był próżny, ale dobrze zdawał 

sobie  sprawę  z  tego,  jak  wiele  znajomych  lekarek  i  pielęgniarek  chciałoby  wyzwolić  go  z 
okowów starokawalerstwa. Ale żadna z nich nie była tą wybraną. Oczywiście, umawiał się na 
randki.  Był  zdrowym,  młodym  mężczyzną  i  nikt  nie  oczekiwał  od  niego,  że  będzie  żył  w 
celibacie.  Jednak  niezależnie  od  tego,  ile  kobiet  przewinęło  się  przez  jego  życie  w  ciągu 
minionego  roku,  kolejne  święta  spędzał  samotnie.  Żadna  z  nich  nie  znalazła  drogi  do  jego 
serca. 

Żadna poza Christy, ale ona wyszła za mąż za jego najlepszego przyjaciela i od tej pory 

skutecznie  wybił  ją  sobie  z  głowy.  Alessandro  ma  niebywałe  szczęście.  Christy  jest 
nadzwyczajną kobietą, a ich dzieci są takie ładne... 

Zaklął pod nosem i przyspieszył kroku. 
Co złego w tym, że jest sam? Nic. To święta Bożego Narodzenia z ich rodzinną tradycją 

wywoływały niepożądane myśli. Dlatego właśnie wybrał się na długi spacer, zamiast wrócić 
do swojego pustego domu. Mógłby pojechać na resztę dnia do szpitala, ale i tak spędzał tam 
większość  czasu.  Trudno  prowadzić  jakiekolwiek  życie  towarzyskie,  jeśli  świątek  piątek 
człowiek tkwi na posterunku. 

Szybki  marsz  poprawił  mu  nastrój.  Wyliczał  sobie  w  myślach  powody,  dla  których 

powinien czuć się szczęśliwy. Jest okazem zdrowia, ma świetną pracę w szpitalu, współpraca 
z  górskim  ochotniczym  pogotowiem  ratunkowym  przynosi  mu  satysfakcję.  Nie  powinien 
narzekać. 

Widoczność  stale  się  pogarszała.  Wiedział,  że  pora  zawrócić.  Dobrze  znał  okoliczne 

background image

szlaki  i  miał  ze  sobą  cały  potrzebny  ekwipunek,  ale  wyprawy  ratownicze  nauczyły  go 
respektu do gór. Nie chciał, by koledzy pędzili mu na ratunek, oderwani od rodzinnej biesiady 
przy świątecznym drzewku. 

Już miał zawrócić, kiedy jego uwagę przykuło coś pod grubą warstwą śniegu. Kolorowy 

błysk. Zmrużył oczy, ale nie mógł niczego wypatrzeć w śnieżnej bieli. 

Mógł  uznać,  że  ma  do  czynienia  z  wytworem  wyobraźni,  ale  dwanaście  lat  praktyki  w 

ratownictwie górskim wyostrzyło jego czujność. Podszedł bliżej i stanął jak wryty. 

Nieduża postać, zupełnie przysypana śniegiem, kuliła się w skalnej szczelinie. Dziecko?
Nagle  podniosła  głowę,  a  wtedy  Jake  dojrzał,  że  to  była  kobieta.  W  dodatku  bardzo 

piękna. 

Nie  pamiętał,  aby  kiedykolwiek  widział  tak  niezwykłe,  egzotyczne  oczy.  Ciemne  jak 

owoc  tarniny,  ukryte  pod  długimi  rzęsami  podkreślającymi  bladość  skóry.  Kosmyki 
wilgotnych  czarnych  włosów  otaczały  twarz,  której  owal  i  wyraziste  kości  policzkowe 
wydały mu  się zbliżone  do ideału. W  tej twarzy  przykuwały uwagę usta,  pełne i  wyraziste. 
Ich  kształt  i  intensywny  jasnoróżowy  kolor  mógł  doprowadzić  do  szaleństwa  każdego 
mężczyznę. 

Wyglądała  delikatnie  i  kobieco.  Była  ostatnią  osobą,  którą  spodziewałby  się  znaleźć 

podczas zamieci w górach. 

Śnieg przyklejał się jej do włosów, a całe ciało dygotało. Wystarczyło jedno spojrzenie, 

by pojąć grozę sytuacji. Kobieta z pewnością nie była doświadczoną turystką, przygotowaną 
do wyprawy w góry. To było ostatnie miejsce, w jakim powinna się teraz znajdować. 

Dreszcze  są  dobrym  znakiem,  powtarzał  sobie,  zrzucając  plecak  i  wyciągając  z  niego 

potrzebny ekwipunek. Kiedy ustają, ludzkie ciało nie jest w stanie dłużej wytwarzać ciepła. 
Nie  potrzebował  lekarskiego  dyplomu  i  praktyki  ratownika,  by  zdawać  sobie  sprawę,  że 
dziewczyna jest ofiarą hipotermii. 

Musi  ją  rozgrzać,  zbadać  i  zdecydować,  czy  sam  da  radę  ją  sprowadzić,  czy  będzie 

potrzebował pomocy ratowników. 

– Co tu robisz sama? Gdzie reszta? – Nie było czasu na wymianę uprzejmości i formalne 

prezentacje. Po odpowiedziach dziewczyny będzie mógł ocenić, na ile jest świadoma tego, co 
się dzieje. 

Czyjej znajomi zostawili ją i poszli po pomoc? Czy nie pomyśleli, że ktoś powinien z nią 

zostać? A może i oni są w tarapatach? Przez dłuższy czas nie otrzymał żadnej odpowiedzi i 
zaczął się obawiać, że jej stan jest dużo gorszy, niż mu się na początku wydawało. 

– Jak masz na imię? – Przykucnął przy dziewczynie i ujął jej twarz w dłonie, zmuszając, 

aby na niego spojrzała. – Powiedz, jak ci na imię. 

Utkwiła  w  nim  ciemne  oczy,  a  on  dostrzegł  w  ich  głębi  coś,  co  zmroziło  mu  krew  w 

żyłach. Pustkę i brak nadziei. 

– Miranda. – Jej głos wydawał się cieniutki i bezradny, zanikał w zimowym pustkowiu. –

Jestem sama. 

– Proszę,  usiądź  na  tym.  – Jake  rzucił  na  śnieg  grube  ochraniacze.  – Dobrze  izolują. 

Ubranie nie będzie nasiąkać wilgocią. Musisz coś zjeść. 

background image

Wiedział, że  najważniejsze jest rozgrzać ją  od środka. Musi  jej podać  glukozę  i  gorący 

płyn  oraz  zapobiec  dalszej  utracie  ciepła.  Wcisnął  jej  do  ręki  batonik  i  włożył  na  głowę 
wełnianą czapkę. Czekolada wyśliznęła się z jej palców, dziewczyna zamknęła oczy. 

– Nie jestem głodna. Zmęczona... – wyszeptała. 
– Musisz  zjeść,  Mirando.  To  cię  rozgrzeje.  Otworzyła  oczy  i  spojrzała  na  czekoladę, 

jakby widziała ją pierwszy raz w życiu. Niechętnie ugryzła kawałek. 

Jake zdjął z niej nasiąkniętą wilgocią kurtkę. Stanowiła wątpliwą ochronę przed deszczem 

w mieście, a co dopiero przed śnieżną nawałnicą w górach. 

– Nie zabieraj mi – wymamrotała w bezsilnym proteście, ale mokre okrycie leżało już na 

ziemi, a on wyjmował kolejne rzeczy z plecaka. 

– Musisz  się  cieplej  ubrać,  w  suche  rzeczy.  Włóż  na  siebie  polar,  a  na  wierzch  kurtkę 

przeciwdeszczową. 

Spojrzała  na  ubrania,  które  rzucił  jej  na  kolana,  ale  się  nie  poruszyła.  Pozbierał  je  z 

westchnieniem i  zdecydował,  że  nie  będzie czekał,  aż  ubierze  się sama. Wciągnął jej  bluzę 
przez  głowę,  włożył  ręce  w  rękawy,  powtórzył  tę  czynność  z  kolejnym  polarem  i  wreszcie 
zapiął zamek błyskawiczny zapasowej kurtki. 

Przypominało to ubieranie szmacianej lalki. Była zupełnie bezwładna, nie stawiała oporu. 

Jego  kurtka,  choć  o  wiele  za  duża,  była  przynajmniej  sucha  i  chroniła  przed  przejmującym 
wiatrem.  Owinął  jej  szalik  wysoko  wokół  nosa,  by  ogrzać  powietrze,  którym  oddychała. 
Zastanawiał  się,  co  dalej.  Ewakuacja  helikopterem?  Nie  wchodzi  w  grę  przy  tej  pogodzie. 
Wezwać  ekipę  ratunkową?  Dotarcie  na  miejsce  zajmie  im  parę  godzin,  a  w  tym  czasie 
Miranda zziębnie jeszcze bardziej. 

– Dobrze – pochwalił ją, zadowolony, że zjadła batonik. Podał jej następny i sięgnął do 

plecaka  po  termos.  – Mamy  następujący  wybór.  Możemy  wezwać  ekipę  ratunkową, 
wygrzebać  dół  w  śniegu,  rozebrać  się  i  zaszyć  się  w  jednym  śpiworze,  a  potem  czekać  na 
pomoc. 

– Czy  to  ma  być  nieprzyzwoita  propozycja? – spytała  z  nieoczekiwanym  przebłyskiem 

humoru. 

Coś w jej z lekka cynicznym tonie wywołało jego uśmiech. Zażartowała, a to dobry znak. 
– Wierz  lub  nie,  nie  ma  w  niej  nic  nieprzyzwoitego.  Przemarzniętą  ofiarę  najszybciej 

można rozgrzać, jeśli się ją rozbierze i przytuli do nagiego człowieka. Ludzkie ciepło działa 
lepiej niż kaloryfer. 

Zęby jej szczękały, gdy z wysiłkiem przeżuwała drugi batonik. 
– To najbardziej oryginalny sposób podrywania, jaki zdarzyło mi się usłyszeć, a wierz mi, 

mam pewne doświadczenie. – Głos miała słaby i chrapliwy. – I nie jestem żadną ofiarą. 

Nie pora teraz na przekonywanie, że niewiele brakowało, aby się nią stała. 
– Druga opcja to marsz w dół. Musiałabyś wstać i iść. Dasz radę?
– Oczywiście – odparła  i  wierzchem  dłoni  odgarnęła  śnieg  z  twarzy.  – Co  ty  sobie 

myślisz? Że jestem całkiem do niczego?

Z ulgą pomyślał, że wyraźnie wraca do życia. 
– Wyjaśnij w takim razie, co tu właściwie robisz w taki dzień? Szukasz śmierci?

background image

– Nie.  Rano  było  słońce.  – Mimo  kilku  warstw  ubrania  nadal  szczękała  zębami.  –

Wyszłam na przechadzkę, jak ty. 

– Nie jak ja. – Spojrzał wymownie na jej stopy w lekkich sportowych półbutach. 
– Nie mam innych. Myślałam, że mi wystarczą. 
– Na  szlaku  przysypanym  świeżym  śniegiem?  Rękawiczek  też  nie  masz? – Z 

westchnieniem  sięgnął  do  plecaka.  – Bez  górskich  butów  nie  należy  wybierać  się  w  góry, 
zwłaszcza w środku zimy. Co właściwie sobie myślałaś?

Coś w wyrazie jej twarzy prowokowało go do dalszych pytań, ale przypomniał sobie, że 

chwila zwłoki może drogo kosztować. Nie było czasu na grzecznościowe konwersacje. Podał 
jej ciepłe rękawiczki. 

– Włóż, zanim odmrozisz sobie palce. Czy wiesz, jaka jest dziś temperatura?
– Nie, ale na pewno nie są to Bahamy. Chociaż kiedy wychodziłam, świeciło słońce. 
To często popełniany błąd, pomyślał Jake. Wiara, że bezchmurne niebo zapowiada piękną 

pogodę na cały dzień. 

– Jest Boże Narodzenie. Powinnaś siedzieć przy kominku razem z rodziną i jeść indyka. –

Miał  ochotę  ugryźć  się  w  język,  ale  było  już  za  późno.  Zachował  się  jak  słoń  w  składzie 
porcelany. Jej słowa tylko to potwierdziły. 

– Nie  mam  rodziny – oznajmiła,  jakby  nie  stanowiło  to  większego  problemu.  – Ale 

oczywiście  masz  rację.  Nie  powinnam  wychodzić  w  góry.  Zachowałam  się  głupio.  Jednak 
było tak pięknie i chciałam spokojnie pomyśleć... 

– I  nie  chciałaś  być  sama  w  Boże  Narodzenie.  Nie  musisz  mi  tego  tłumaczyć.  –

Uśmiechnął  się  krzywo.  – Ludzie  odpakowują  prezenty,  których  wcale  nie  chcieli,  od 
krewnych,  których  nie  widzieli  przez  okrągły  rok  i  objadają  się,  by  potem  przez  następne 
miesiące pozbywać się zbędnych kilogramów. 

– To właśnie tu robisz? Unikasz otwierania prezentów i przybrania na wadze? – Spojrzała 

mu prosto w oczy. 

Przez chwilę chęć zamknięcia jej ust pocałunkiem była tak przemożna, że zrobił krok do 

tyłu. To nie jest właściwy czas ani miejsce. A może niewłaściwa kobieta. Nie wiedział, co ją 
gnębi, ale wyraźnie ma problemy. 

– Tak się składa, że kocham góry. To moje ulubione miejsce. 
Wstała z trudem i mocno objęła się ramionami, żeby stłumić dygot. 
– Miałam  szczęście,  że  tędy  przechodziłeś.  Jeśli  wskażesz  mi  kierunek,  poradzę  sobie. 

Przepraszam, że sprawiłam ci kłopot i zjadłam całą czekoladę. Może znajdziesz jej więcej pod 
choinką. 

Był  rozdarty  między  uczuciem  podziwu  i  politowania.  Wiedział,  że  jest  krańcowo 

przemarznięta i zmęczona. Znane mu kobiety wpadłyby w histerię. Miranda była wyjątkowo 
spokojna. Zbyt spokojna. 

– To nie centrum handlowe. Czy zdajesz sobie sprawę, co może ci grozić?
– Tak.  Wystarczająco  dobrze.  Zakładam,  że  panikowanie  mi  nie  pomoże.  Lepiej  coś 

postanowić i trzymać się planu. 

– I właśnie to robiłaś, gdy znalazłem cię przy skale? Snułaś plany?

background image

– Zastanawiałam  się,  która  droga  prowadzi  w  górę,  a  która  w  dół.  Nie  chciałam  się 

pomylić, a w tej bieli wszystko się zlewało. Nie było różnicy między niebem a ziemią. 

– Zamieć  i  mgła.  W  górach  to  niebezpieczne  połączenie.  – Podał  jej  kubek  i  nalał  z 

termosu kremowy płyn. – Wypij. 

– Co to jest? Nie pijam alkoholu, – A ja nie daję alkoholu ofiarom hipotermii. Mógłby je 

zabić. 

– Nie jestem żadną ofiarą. – Spojrzała na niego z gniewem. – Nie nazywaj mnie tak. 
Zastanowiło  go,  dlaczego  to  jedno  słowo  wyprowadzają  z  równowagi  bardziej  niż 

sytuacja, w której się znalazła. 

– Będziesz ofiarą, jeśli się prędko nie rozgrzejesz. To gorąca czekolada. Dodaje energii. 

Przestań  gadać  i  Pij– Gorąca  czekolada?  Masz  w  plecaku  niezwykle  rzeczy.  – Mocno 
trzymała  kubek  i  szczękała  zębami.  – Ubrania  i  gorące  napoje.  Kim  jesteś?  Świętym 
Mikołajem?

– Dobrze wyposażonym alpinistą. 
– Nie wszystkich stać na drogi sprzęt – wymamrotała. 
– Nie  chodzi  o  drogi  sprzęt,  tylko  o  bezpieczeństwo.  Jeśli  nie  jesteś  właściwie 

wyposażona, nie powinnaś tu być. – Usłyszał ostre tony w swoim głosie i zamilkł. Co się z 
nim dzieje? Każdy jest panem własnego losu. Ale to nie zmniejszało jego troski o Mirandę. 

Otrząsnął  się  i  pomyślał,  że  właściwie  nie  rozumie,  skąd  się  wzięło  nagłe  poczucie 

odpowiedzialności za zupełnie nieznajomą osobę. 

– Och...  – Przymknęła  oczy  i  oblizała  się.  – Wspaniałe.  Nigdy  nie  miałam  w  ustach 

czegoś równie pysznego. 

Widok  jej  długich  rzęs  i  pięknych  wydatnych  ust  podziałał  na  niego  jak  afrodyzjak. 

Stanowczo powinien częściej umawiać się na randki. Jest żałosny, skoro odczuwa pożądanie 
na widok półżywej kobiety. 

Wypiła czekoladę, a on wyciągnął z plecaka linę i uprząż. 
– Będziesz mnie opuszczał w dół? – spytała zaskoczona. 
– Przywiążę cię, bo twoje buty nie mają kolców, a ziemia jest śliska. Jeśli się pośliźniesz, 

to cię złapię. 

– Mogę cię pociągnąć za sobą. Powstrzymał się od uwagi, że ma więcej mięśni w jednym 

ramieniu, niż ona w całym ciele. 

– To wykluczone. 
Nabrała powietrza i uśmiechnęła się do niego w wymuszony, sztuczny sposób. 
– Dziękuję za czekoladę i okrycia. Czuję się dobrze. Dam sobie radę sama. Jeśli podasz 

mi adres, dostarczę ci rzeczy zaraz po świętach. 

Patrzył na nią, nie wierząc własnym uszom. 
– Dasz sobie radę sama?
Powinna  czepiać  się  go  kurczowo,  błagając,  by  jej  nie  zostawiał.  Tymczasem  ona 

odprawia  go  z  kwitkiem.  Widać,  że  przepełnia  ją  determinacja,  by  nie  okazać  najmniejszej 
słabości. 

– Jest  mi  już  ciepło  i  nie  potrzebuję  pomocy,  choć  z  przyjemnością  pożyczyłabym 

background image

czapkę. Przepraszam za kłopot. 

– Kłopot? – Z trudem nadążał za tokiem jej myśli. – Mirando, nie masz pojęcia, gdzie się

w tej chwili znajdujesz. Nie masz nic, co pozwoliłoby ci przetrwać kolejną godzinę przy tej 
pogodzie. Jak sobie wyobrażasz schodzenie w dół o własnych siłach?

– Bądź  tak  miły  i  pokaż  mi  szlak.  Powiedz,  czy  mam  skręcić  w  lewo,  czy  w  prawo. 

Reszta będzie prosta. 

– Szlak – rzekł łagodnie – jest pod kilkunastocentymetrową warstwą śniegu. Nie idzie ani 

w lewo, ani w prawo, tylko zakosami. Jeśli zrobisz parę zbędnych kroków w lewo, znajdziesz 
się na dnie doliny szybciej, niż planowałaś. Zboczysz ze szlaku z prawej strony, spadniesz w 
przepaść. 

– Jestem przekonana, że dam radę – upierała się, alę uśmiech znikł jej z twarzy. 
– Ciekaw jestem, w jaki sposób. – Z trudem krył ironię. 
– Umiem  sobie  radzić.  I  zawsze  spadam  na  cztery  łapy.  – Coś  w  jej  głosie  zwróciło 

uwagę Jake’a. 

Czy stara się przekonać jego, czy samą siebie? Zaintrygowany i zbity z tropu potrząsnął 

głową. Raz jest rozmowna, to znowu nieobecna duchem. Jakby przetrwanie nie było sprawą 
najważniejszą. 

Zignorował jej protesty i zapiął pas uprzęży w talii. 
– Nie chcę, żebyś dla mnie rezygnował ze spaceru! Była nieustępliwa w swojej potrzebie 

niezależności. 

Potarł ręką brodę i odwołał się do innych argumentów. 
– Schodzę już w dół. Chcesz czy nie, idziemy w jedną stronę. 
– Jeśli rzeczywiście tak jest... – Ustąpiła. – Po co ci całe to wyposażenie?
– Zawodowe przyzwyczajenie. 
– Jak to?
– Należę  do  górskiego  pogotowia  ratunkowego.  Jeśli  w  tej  chwili  nie  ruszymy  w  dół, 

będziemy musieli wzywać ekipę, a dla mnie będzie to niebywale krępujące. Możesz iść?

Spojrzała z niechęcią na mgłę i śnieg przed nimi. 
– Naturalnie. Jestem tylko przemarznięta. – Potupała nogami, by udowodnić, że nadal jej 

służą. – Daleko do miasteczka?

– Nie zauważyłaś?
– Byłam zamyślona i po prostu szłam przed siebie. Coś w jej głosie znowu obudziło jego 

czujność.  Co  ją  tak  zaabsorbowało,  że  straciła  poczucie  czasu  i  nie  zauważyła  załamania 
pogody? Ale nie skomentował, tylko wskazał głową kierunek. 

Dostosował do niej krok. Na trasie obserwował ją uważnie. Nie była już bliska śmierci z 

przemarznięcia,  jak  wtedy,  gdy  ją  znalazł.  Znajdowali  się  w  pobliżu  parkingu.  Nie  ma 
powodu do zmartwienia. Niepokoił go jednak pusty, nieobecny wyraz jej wielkich ciemnych 
oczu.  Kiedy ruszyli, pogrążyła  się w milczeniu,  patrzyła przed  siebie i  posłusznie szła  tam, 
gdzie jej wskazał. Intuicja mówiła mu, że coś jest nie w porządku. Czemu nie lubi świąt? Czy 
stara się uniknąć widoku cudzego szczęścia?

Bez problemów dotarli na parking. Mgła podniosła się na tyle, że widać było pojedynczy 

background image

samochód. Jego własny. 

– Gdzie stanęłaś?
– Tutaj. – Wskazała ręką. 
– Ukradli ci auto! – wykrzyknął, gdy we wskazanym miejscu nie zauważył niczego. Na 

opuszczonych parkingach takie sytuacje się zdarzają. 

– Nie mam samochodu. Mam rower. 
Teraz dostrzegł stary, przerdzewiały wehikuł oparty o drzewo. Zdjęła z głowy czapkę. 
– Co robisz?
– Oddaję ci ubranie. Dziękuję za pomoc. 
– Poczekaj. – Wcisnął jej czapkę na głowę i drgnął, gdy jedwabiste pasmo zawinęło się 

wokół jego palca. – Nie możesz wracać na rowerze. Jesteś przemarznięta. 

– Rozgrzeję się w... – zawahała się lekko – w domu. 
Czy tylko wyobrażał sobie, że jej głos zadrżał, gdy wymówiła słowo „dom”? Wyłapywał 

różne  niepokojące  sygnały  i  nie  był  pewien,  co  właściwie  znaczą.  Ale  miał  zamiar  się 
dowiedzieć. 

– Jakie masz plany? Spędzasz resztę dnia z przyjaciółmi?
– Nie.  Ale  to  bez  znaczenia.  Poradzę  sobie.  Dlaczego  ktoś  taki  jak  ona  spędza  święta 

samotnie?

Nagle z całych sił zapragnął wyjaśnić, co się stało i dlaczego ma taki bezbrzeżny smutek 

w oczach. A jeszcze bardziej pragnął wziąć ją w ramiona i całować te białe policzki, aż się 
zaróżowią. 

Nie pamiętał już, kiedy ostatnio tak silnie podziałała na niego jakaś kobieta. Chwycił ją za 

rękę i pociągnął za sobą. 

– Idziemy. – Otworzył przed nią drzwi samochodu. – Wskakuj. Przyniosę twój rower. 
Popatrzyła  na  niego  niepewnie,  z  wyraźnym  oporem,  ale  on  uśmiechnął  się  do  niej 

zniewalająco. 

– To Boże Narodzenie, Mirando. Jesteśmy jedynymi ludźmi na świecie, którzy nie mają 

dziś towarzystwa. Proponuję, żebyśmy spędzili święta razem. Rozgrzejesz się, wyciągniemy 
się na miękkiej kanapie i przez cały wieczór będziemy oglądać romantyczne komedie. 

Spojrzała na niego chłodno i pokręciła głową. 
– To nie jest nieprzyzwoita propozycja – zapewnił ją – tylko przyjacielska. Bez ukrytych 

motywów. 

– Każdy ma ukryte motywy. 
– W porządku. Przyłapałaś mnie. Powody są czysto egoistyczne. Nie chcę sam spędzać 

świąt.  To  mnie  przygnębia.  Uratowałem  cię,  teraz  sam  proszę  o  pomoc.  Dotrzymaj  mi 
towarzystwa. 

Jej opór wyraźnie osłabł. Potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić niepożądaną pokusę. 
– To głupie. Ja... 
Przekonanie  jej  wydało  mu  się  teraz  najważniejszą  rzeczą  na  świecie.  Nie  pozwoli  jej 

odejść. 

– Czy masz jakieś inne zobowiązania?

background image

– Nie.  – Piękne  ciemne  oczy  zachmurzyły  się.  Utkwiła  wzrok  w  oddali,  a  potem  nagle 

podjęła decyzję. – Dobrze. Na kilka godzin. 

Reszta świąt wydała mu się nagle bardzo atrakcyjna. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Leżała w wannie wypełnionej gorącą wodą i rozkoszowała się ciepłem docierającym do 

każdego zakamarka jej przemarzniętego ciała. Na krześle po drugiej stronie wielkiej łazienki 
leżał stosik suchych ubrań przygotowanych przez tego mężczyznę. 

Ten mężczyzna... 
Świadomość, że do tej pory nie spytała go o imię, wywołała tylko lekki uśmiech na jej 

twarzy. Pewnie powinno ją to martwić, ale tak nie było. 

Nie bała się obcych. Z doświadczenia wiedziała, że ból zadają najbliżsi. Czyż policja nie 

szuka sprawców morderstwa przede wszystkim wśród krewnych ofiary?

Nie czuła lęku przed obcymi, a zwłaszcza przed mężczyzną, który ją uratował. 
Dobrze,  że  uległa  niespodziewanemu  impulsowi  i  przyjęła  jego  zaproszenie.  Jest 

pierwszy  dzień  świąt,  a  ona  nienawidzi  Bożego  Narodzenia.  Nie  miała  najmniejszego 
powodu, by wracać do swojego pustego, nieprzytulnego mieszkania. 

Nie rezygnowała z samowystarczalności. Zaproszenie jest tylko na jeden dzień. Zniknie 

wraz  z  nadejściem  zmierzchu  i  nigdy  już  tego  mężczyzny  nie  zobaczy.  Nie  będzie  mieć 
najmniejszych  wyrzutów  sumienia,  bo  to  on  uparł  się,  że  pragnie  jej  towarzystwa,  gdyż 
nienawidzi samotnych świąt. 

Dlaczego  tak  atrakcyjny  mężczyzna  uskarża  się  na  samotność?  Już  raczej  by  się 

spodziewała, że kobiety będą się bić o jego towarzystwo. 

Zycie nie zawsze sprawiedliwie rozdaje ludziom to, na co zasługują. Należy jak najlepiej 

wykorzystać każdą chwilę. W tym momencie postępowała zgodnie z tą zasadą. 

Kiedy  już  usprawiedliwiła  we  własnych  oczach  swoje  postępowanie,  mogła  cieszyć  się 

luksusem  pachnącej  olejkami  kąpieli.  Nuciła  pod  nosem,  by  nie  zapaść  w  drzemkę,  ale 
powieki jej same opadały. 

Głupio  by  było  uniknąć  śmierci  z  wychłodzenia  tylko  po  to,  by  utopić  się  w  gorącej 

kąpieli. Wyjęła korek i niechętnie wyszła z wanny. To jedyny sposób, by nie zasnąć. 

Sięgnęła po pozostawiony na oparciu krzesła puszysty ręcznik. Jak cudowne jest uczucie 

rozleniwiającego  ciepła.  Przyjrzała  się  przygotowanym  ubraniom.  Zdecydowała  się  na 
wełniane  spodnie  od  dresów  i  luźny  sweter.  Na  swój  widok  w  lustrze  zaczęła  się  śmiać. 
Wygląda  jak  kot  w  butach.  Spodnie  są  o  ćwierć  metra  za  długie,  a  rękawy  swetra  zwisają 
luźno za koniuszki palców. 

To ją otrzeźwiło. 
Co  właściwie  tu  robi?  Dlaczego  przyjęła  zaproszenie?  Miała  zamiar  odmówić,  ale  w 

mężczyźnie było coś, co sprawiło, że mu uległa. 

Przetarła  zaparowaną  powierzchnię  lustra  i  przyjrzała  się  krytycznie  swojemu  odbiciu. 

Pod oczami miała podkówki. Źle sypia i powinna coś z tym zrobić. Potrzebuje odpoczynku. 
Musi przemyśleć... 

– Mirando?
Jego głos po drugiej stronie drzwi wyrwał ją z zamyślenia tak nagle, że aż podskoczyła. 

background image

– Mogę wejść?
– Tak. Już się ubrałam. 
Na jego widok serce jej podskoczyło. Taki mężczyzna musi przykuwać uwagę wszystkich 

kobiet, i to nie tylko ze względu na widoczną siłę i sprawność fizyczną. Przebrał się w obcisłe 
czarne dżinsy i niebieski sweter podkreślający błękit oczu. Wilgotne włosy świadczą o tym, 
że wziął prysznic. Widocznie w domu jest jeszcze jedna łazienka. 

Spojrzał na nią taksująco, a ona poczuła, że się czerwieni. Potem stwierdziła pulsowanie 

płynnego  ciepła  gdzieś  wewnątrz  swojego  ciała.  Nigdy  jeszcze  nie  doświadczyła  czegoś 
podobnego. 

Mężczyzna przejechał dłonią po karku i zauważył z lekkim rozbawieniem:
– Nie mamy takiego samego rozmiaru. 
– Nie szkodzi. – Podciągnęła rękawy. Ubranie ukrywa przed jego wzrokiem wszystko, co 

chciała schować. 

Nie miała ochoty na tłumaczenia. 
– Podwiń  nogawki,  żebyś  nie  skręciła  karku  na  schodach – poradził  jej,  wyciągając 

kolejny ręcznik ze stosu czystych rzeczy. – Chodźmy. W salonie pali się ogień w kominku. 
Będziesz mogła wysuszyć włosy. 

Posłusznie  poszła  za  nim,  rozglądając  się  ciekawie.  Dom  jest  ogromny,  pomyślała  z 

zazdrością.  Przestronny  i  piękny.  Lśniące  parkiety,  puszyste  dywany,  wielkie  okna.  Całość 
była stylowa i przyjazna. 

– Moja  siostra  jest  dekoratorką  wnętrz – wyjaśnił,  podchwytując  jej  spojrzenie.  – Nie 

mogła się oprzeć pokusie i urządziła mój dom. To się nazywa nadopiekuńczość. 

– Masz  szczęście.  – Wiele  by  dała  za  to,  by  mieć  równie  troskliwe  rodzeństwo,  nawet 

gdyby oznaczało to wtrącanie się do jej życia. 

Okna  salonu  wychodziły  na  ogród  i  trawnik  opadający  aź  do  brzegu  jeziora.  Mgła 

podniosła  się,  śnieg  przestał  prószyć  i  w  oddali  widać  było  góry,  śnieżne  i  majestatycznie 
piękne. 

W kominku trzaskał ogień. Miranda poczuła nieodpartą pokusę, by położyć się przed nim 

na puszystym owalnym dywaniku i mruczeć z ukontentowania jak kot. 

Trudno  było  uwierzyć,  że  ludzie  żyją  w  takich  bajkowych  warunkach,  pomyślała, 

skierowując  uwagę  na  obrazy  zawieszone  na  ścianie.  Wszystko  to  wydawało  się  nierealne. 
Przeciwieństwo jej normalnego życia. 

Jedna  z  fotografii  na  kominku  przedstawiała  młodego  mężczyznę  tarzającego  się  w 

śniegu  z  dwójką  rozbawionych  chłopców.  Trudno  było  nie  rozpoznać  jej  gospodarza  po 
figlarnym uśmiechu, błękitnych oczach i ciemnej czuprynie. Z trudem wydobyła z siebie głos:

– Jesteś żonaty? To twoje dzieci? – Nie chciała usłyszeć odpowiedzi. Dlaczego przyszło 

jej do głowy, że mężczyzna taki jak on jest wolny?

– To moi siostrzeńcy. Nie jestem żonaty. – Utkwił w niej wzrok, czujny i surowy. – Jak 

mogłaś  pomyśleć,  że  zaprosiłbym  cię  tutaj,  gdybym  miał  rodzinę?  Czy  wyglądam  na 
żonatego?

– Pozory mylą. – Miała nadzieję, że nie zauważy nagłego drżenia jej rąk, gdy odstawiała 

background image

zdjęcie na kominek. 

Powinnam  natychmiast  wyjść,  pomyślała,  zbita  z  tropu  nieoczekiwaną  huśtawką 

nastrojów.  Ale  sama  myśl  o  powrocie  do  lodowatej  sypialni  z  gołymi  ścianami,  z  których 
obłazi farba, wystarczyła, aby odebrać jej wszelką ochotę do ruszenia się stąd. Nie spieszyło 
jej się, by wracać do siebie. 

Skoro nie jest żonaty, nic nie szkodzi zostać. Nie robi nikomu krzywdy. 
Tylko na jeden dzień, obiecała sobie. Potem wróci do twardej rzeczywistości. 
Sofa, na której usiadła, była miękka i wygodna, człowiek zapadał się w nią z przyjemnym 

uczuciem, że może zwinąć się w kłębek i zasnąć. 

– To piękny pokój. 
– Dziękuję. Czego się napijesz? Wina? Szampana?
– Proszę o coś bez alkoholu. Sok, może tonik. 
– To przecież święta. Naprawdę nie masz ochoty na coś mocniejszego?
– Dziękuję.  Czeka  mnie  jeszcze  jazda  do  domu.  Piłeś,  nie  jedź.  Nawet  jeśli  jest  to 

zardzewiały przedpotopowy rower. 

Uśmiechnął się i podał jej pełną szklankę. 
– Gdzie jest twój dom, Mirando, i dlaczego nie świętujesz Bożego Narodzenia?
– To  nie  jest  moja  ulubiona  pora  roku – wykręciła  się  i  oboje  wymienili  nieśmiałe 

porozumiewawcze uśmieszki. 

– Za dużo rodzinnego szczęścia w medialnej propagandzie?
– To nonsens. Wszystko po to, żeby ludzie uwierzyli w mit rodzinnej sielanki wymyślony 

przez  specjalistów  od  reklamy.  Wystarczy  poskrobać  po  tej  błyszczącej  powierzchni,  a 
ukazuje się zupełnie inny obraz. 

– Jaki?
– Każda rodzina ukrywa swój mroczny sekret. – Sączyła napój w zamyśleniu. – Weźmy 

typową familię z reklamy jogurtu. 

– Zdrowi, szczęśliwi i uśmiechnięci. Dwoje dzieci  i pies. Słońce zawsze świeci nad ich 

głowami, a nieba nie przykrywa najmniejsza chmurka. 

– Właśnie.  A  chcesz  znać  prawdę?  Ojciec  rodziny  najprawdopodobniej  ma  romans  z 

najlepszą przyjaciółką swojej żony. Ona jeszcze o tym nie wie albo jej to nie interesuje, bo 
sama prowadzi podwójne życie. Pod nieobecność męża pracuje w agencji towarzyskiej i sypia 
z przygodnymi mężczyznami. Przebywanie z nim nie sprawia jej przyjemności. Wyjątkiem są 
chwile, kiedy razem jedzą jogurt przed całą ekipą filmową. 

W  jego  oczach  zamigotało  rozbawienie.  Przechylił  głowę  na  bok  i  spojrzał  na  nią 

przekornie. 

– A dzieci?
Usadowiła  się  wygodniej  na  kanapie,  zastanawiając  się,  dlaczego  tak  dobrze  im  się 

rozmawia. 

– Córka  jest  tak  nieszczęśliwa  z  powodu  braku  zainteresowania ze  strony  rodziców,  że 

regularnie wyprawia się z bandą podobnych sobie wyrostków na drobne sklepowe kradzieże. 
Pali  papierosy  w  szkolnej  toalecie  i  zaczyna  eksperymentować  z  narkotykami.  Jej  młodszy 

background image

brat jest ofiarą okrucieństwa szkolnych kolegów, ale nie zwierzył się nikomu. Nikt z bliskich 
tego nie zauważył, bo są zbyt zajęci ignorowaniem się nawzajem. 

Zatrzymała  się,  by  nabrać  powietrza,  a  on  uniósł  brwi  pytająco.  Rozbawienie  ustąpiło 

miejsca skupieniu. 

– A  pies?  Wygląda  jak  poczciwy,  dobrze  ułożony  labrador.  Chcesz  powiedzieć,  że 

pogryzł sąsiadkę i potrzebuje konsultacji psiego psychiatry?

– Otrzymali niejedno oficjalne upomnienie od policji, bo zanieczyścił chodnik i w nocy 

szczeka  głośno,  budząc  sąsiadów.  To,  że  sprawia  wrażenie  przyjacielskiego  zwierzaka,  nie 
znaczy, że taki jest. Psy, tak jak ludzie, potrafią cię zaskoczyć. 

– To  prawda.  – Przyjrzał  jej  się  badawczo.  – Nakreśliłaś  portret  prawdziwie  piekielnej 

rodzinki. 

– Wydaje  mi  się,  że  raczej  typowej  rodziny  z  sąsiedztwa.  – Przestała  się  uśmiechać.  –

Chciałam  tylko  udowodnić,  że  medialny  obrazek  rozmija  się  z  rzeczywistością.  Rodzina 
rzadko bywa idealna. 

– Mówisz tak z doświadczenia?
Nagle uświadomiła sobie, że powiedziała za dużo. Odsłoniła się bardziej, niż zamierzała. 
Powoli obracał szklankę w palcach, wpatrując się w wirujący płyn. 
– Zgadzam się, że życie rodzinne nie jest proste i łatwe – rzekł z namysłem. – Zgadzam 

się też, że niełatwo znaleźć właściwego partnera i wspólnie pokonywać trudności. Sporo ich 
piętrzy  się  przed  ludźmi  w  dzisiejszym  zabieganym,  nastawionym  na  sukces  i  konsumpcję 
świecie.  Myślę  też,  że  każdy  ma  trochę  inną  definicję  szczęścia  i  czego  innego  poszukuje. 
Dlatego tak ważne jest znaleźć drugą osobę, która podzielałaby twój sposób myślenia i z którą 
można by wspólnie odnaleźć szczęście. 

– Naprawdę sądzisz, że to możliwe? – Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Dlaczego nie?
– To romantyczna wizja związku. 
– Nie zgadzam się. Myślę, że bardzo realistyczna. 
– Wiara w rodzinne szczęście nie jest realistyczna. 
– Najwyraźniej nie spotkałaś nigdy szczęśliwych par. 
– Ty  też.  Nie  możesz  sądzić  po  pozorach.  Musisz  być  w  środku,  żeby poznać  prawdę. 

Masz pewnie przyjaciół, którzy sprawiają wrażenie szczęśliwych. To nic nie znaczy. 

Zmarszczył lekko brwi i dziwny cień przemknął po jego twarzy. 
– Mam przyjaciół, którzy są szczęśliwi. I wiem o tym dobrze. 
– Skąd ta pewność? Nie jesteś z nimi, kiedy zostają sam na sam. Co możesz wiedzieć o 

kłótniach, które toczą w zaciszu sypialni?

– Nic, ale wiem wiele na temat kłótni, które toczą publicznie – zauważył sucho i sięgnął 

po  butelkę,  żeby  sobie  dolać.  – Ona  jest  Irlandką,  a  on  Hiszpanem.  Powiedzieć,  że  ich 
małżeństwo jest burzliwe, i tak będzie eufemizmem. Ale uwierz mi, trudno o szczęśliwszych 
ludzi.  To,  co  innych  by  wystraszyło,  znakomicie  zdaje  egzamin  w  przypadku  tej  pary. 
Właśnie  to  miałem  na  myśli,  kiedy  mówiłem  o  konieczności  znalezienia  swojej  połówki, 
człowieka,  który  podobnie  jak  my  rozumie  i  przeżywa  świat.  Szczęście  jednej  pary  jest 

background image

piekłem innej. 

Miranda poczuła zimny dreszcz. Wiedziała wystarczająco dużo o piekle. Zapadła cisza, a 

potem sprężyny kanapy ugięły się, gdy usiadł obok. 

– Opowiedz mi o sobie. O czym w tej chwili myślisz?
– O  niczym  szczególnym.  – Powiedziała  już  wystarczająco  dużo.  Podała  mu  pustą 

szklankę. – Jeśli jesteś takim romantykiem, czemu się do tej pory nie ożeniłeś?

– Nie  jestem  pewien,  czy  naprawdę  jestem  romantyczny.  Nie  mam  żony,  bo  jestem 

bardzo wybredny, jeśli chodzi o osobę, z którą miałbym dzielić życie. 

Mgiełka  w  jego  oczach  na  chwilę  odebrała  jej  dech.  Ze  złością  przywołała  się  do 

porządku. Już raz straciła głowę dla człowieka z uroczym uśmiechem i gładką wymową. Nie 
zamierzała ponawiać tego błędu. 

– W  moim  odczuciu  największym  problemem  jest  rozziew  między  oczekiwaniami  a 

rzeczywistością. Wszyscy ludzie  mają wady. Jeśli  się spodziewasz, że  twoja rodzina  będzie 
ich pozbawiona, jesteś skazana na rozczarowanie. 

– Możliwe.  – Przypomniała  sobie  nagle,  że  nic  o  nim  nie  wie.  – Czy  zdajesz  sobie 

sprawę, że nawet nie spytałam o twoje imię?

– Jake. Jake Blackwell. – Uśmiechnął się. Pasuje do niego, pomyślała z aprobatą. 
– Nie podziękowałam ci jeszcze za uratowanie mnie w górach, Jake. 
– Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  Dobrze  jest  mieć  towarzystwo  w  czasie  świąt. 

Obiecaj  mi  tylko,  że  nie  wybierzesz  się  więcej  w  góry  bez  odpowiedniego  wyposażenia  i 
samotnie. 

– Mogę  coś  zrobić  w  sprawie  ekwipunku,  jednak  nie  mam  wpływu  na  znalezienie 

doświadczonego przewodnika. Niedawno się tu przeniosłam i nikogo jeszcze nie znam. 

– Znasz mnie. – Ciche stwierdzenie zawisło w powietrzu. 
Coś  w  jego  oczach  spowodowało,  że  serce  jej  zadrżało.  Opanuj  się,  upomniała  sama 

siebie. Zdrowy rozsądek jest ważniejszy niż wzajemna chemia. 

– Jestem  pewna, że  masz  lepsze  rzeczy do  roboty  niż  holowanie  po  górach kompletnej 

nowicjuszki. 

– Niezupełnie.  – Zaśmiał  się.  – Ilekroć  będziesz  miała  ochotę  na  górską  wędrówkę, 

chętnie będę twoim przewodnikiem. 

– Dziękuję – odparła, nie patrząc mu w oczy. Nie chciała przyznać, że już się więcej nie 

spotkają. 

Jest to zupełnie wykluczone. Jej życie wystarczająco się skomplikowało i do tej pory nie 

wie,  czy  uda  się  poskładać  je  w  zborną  całość.  Zresztą  z  jego  strony  były  to  tylko 
grzecznościowe deklaracje wobec świątecznego gościa. 

– Czas na posiłek – zadeklarował. – Pobuszuję w kuchni i przygotuję coś na ząb, a potem 

wyciągniemy się na kanapie i będziemy oglądać usypiająco nudny program telewizyjny. 

Wkrótce przyniósł świąteczne  dania  i  włączył telewizor. Więcej jednak rozmawiali, niż 

oglądali. Miranda nie mogła się nadziwić, jak szybko mija czas. 

Powinna już pójść, myślała niechętnie, ale jakoś trudno jej było się do tego zebrać. Nie 

miała ochoty wracać do zimnego łóżka w wynajmowanym mieszkanku, w którym czuła się 

background image

źle i samotnie. Jedyną zaletą był niski czynsz, a w tej chwili to jest dla niej najważniejsze. 

Kiedy  Jake  poszedł  do  kuchni  po  dokładkę  różnych  specjałów,  przerzucała  bezmyślnie 

kanały, aż trafiła na ogłoszenie fundacji organizującej pomoc dla sierot. Z ekranu patrzyły na 
telewidzów smutne oczy, a głos narratora informował, że to jedno z wielu dzieci czekających 
na adopcję, które kolejną Gwiazdkę spędza bez rodziców. 

Łzy zapiekły ją w oczach. Zamrugała ze złością powiekami. Co u licha się z nią dzieje? 

Doskonale  zna  odpowiedź.  Wie,  jaki  jest  powód  niestabilności  emocjonalnej,  która  ją  tak 
denerwowała, ale wcale nie było jej z tym łatwiej. 

– Płakałaś. Wyglądasz tak smutno. Coś się stało? – spytał z niepokojem Jake. Postawił na 

stole tacę z ciastkami bakaliowymi i przysiadł obok niej. 

Zawstydziła się swojego  braku samokontroli  i  zmusiła  do uśmiechu, niezadowolona, że 

zobaczył ją w tym stanie. 

– Nie płakałam. Jestem tylko zmęczona. – Po części było to prawdą. – Powinnam pójść 

do domu. 

– Z pewnością nie wyjdziesz stąd, zanim nie skosztujesz tych babeczek. A jeśli myślisz, 

że  wypuszczę  cię  w  tym  stanie,  to  mnie  jeszcze  nie  znasz.  Jest  wcześnie.  Mamy  mnóstwo 
czasu.  Bardzo  bym  chciał,  abyś  mi  szczerze  powiedziała,  co  ci  jest.  Czy  to  świąteczna 
depresja, czy coś innego?

– Nie. To zwykła głupota. – Mimo jej wysiłków z oczu znowu poleciały łzy. Przyciągnął 

ją do siebie i przytulił. 

Miał  twarde  mięśnie  i  emanował  siłą  i  bezpieczeństwem.  Trochę  mimowolnie  Miranda 

pozwoliła  sobie  na  moment  słabości  i  luksus  wsparcia  się  na  cudzym  ramieniu.  Tylko  na 
chwilę, obiecała sobie. Nic złego się nie stanie. 

Odsunął ją delikatnie i podniósł palcami jej brodę. 
– Jesteś niewiarygodnie piękna. 
Niski, zachrypnięty głos przejął ją dreszczem. Serce waliło jej w piersiach, gdy zatopiła 

wzrok w błękicie jego oczu. 

Uciekaj, Mirando, powtarzał jej wewnętrzny głos, ale nie była w stanie się ruszyć. 
Jego  wzrok  osunął  się  na  jej  wargi.  Jack  wolno  pochylił  nad  nią  głowę,  po  czym  ją 

pocałował. Najpierw delikatnie, muskając tylko usta, później odważniej, smakując ją i kusząc. 
Zamknęła  oczy.  Świat  wirował  wokół,  a  potem  miała  wrażenie,  że  spada  i  nie  może  się 
zatrzymać. Słyszała tylko pulsowanie własnej krwi. 

W całym dorosłym życiu nie czuła się tak jak w tej chwili. Nie pamiętała już, dlaczego 

płakała. Nie pamiętała o niczym innym. 

– Och. Co ty... Powinnam już iść – mamrotała w złudnej próbie odzyskania kontroli nad 

sytuacją. 

– Zostań. – Jego oddech musnął jej policzek. – Zostań na noc. Spędźmy razem jutrzejszy 

dzień. Nie musisz nigdzie iść. 

Odbierała  go  wszystkimi  zmysłami.  Nie  chciała  tego  czuć.  Uczucia  oznaczają,  że  jest 

bezbronna, a to prowadzi tylko do bólu. 

– Jutro pracuję. Muszę wracać do domu – broniła się bez przekonania. 

background image

Nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie  nazwałby  domem  koszmarnej  nory  z  wilgotnymi 

zaciekami na ścianach i zadeptanym chodnikiem na podłodze. 

– Jutro – szeptał, szukając znowu jej ust. – Wrócisz do domu jutro. 
Gdzie nauczył się całować tak, jakby świat miał się skończyć? Jego pocałunki przenosiły 

ją w zupełnie inne miejsce. Znikały czynszowe kamienice z chodnikami zamiast dywanów i 
ich gburowaci właściciele. Spowijał ją zmysłowy obłok erotycznej obietnicy. Wszystko nagle 
wydawało się idealne, nawet jeśli rzeczywistość jest najdalsza od ideału. 

– Na  górę – poprosił  Jake,  próbując  ściągnąć  z  niej  sweter.  Nagle  zamarła  i  pokręciła 

głową. Nie może mu na to pozwolić. Nie chce, by się zorientował. 

– Nie możemy. 
– Dlaczego?  Przecież  nikt  na  ciebie  nie  czeka.  Jego  ręce  były  takie  ciepłe,  gdy  pieścił 

delikatnie jej plecy. Odepchnęła go od siebie. 

Chciało jej się śmiać i płakać jednocześnie. Dlaczego pojawił się w jej życiu teraz, kiedy 

absolutnie nie ma dla niego miejsca?

– Zapewne powinienem cię przeprosić – wyszeptał jej do ucha. – Ale nie będę tłumaczył 

się z czegoś, co było dobre i właściwe. 

Przygryzła wargi i czekała, aż serce przestanie jej walić w piersiach. 
– Przyniosłeś przed chwilą ciastka, czy mi się tylko wydawało?
– Chcesz zmienić temat? – spytał z niedowierzaniem. 
– Tak. – Mogła sobie tylko życzyć, żeby nie patrzył na nią tak prowokująco, bo  gubiła 

wątek. – Jestem głodna. 

– Jak na drobną kobietkę masz monstrualny apetyt – skomentował, podając jej talerz. –

Można by pomyśleć, że nie jadłaś od miesiąca. Zaśmiała się i wzięła dokładkę. 

– Pyszne. Sam piekłeś?
– Nie  żartuj.  Jestem  tylko  mężczyzną.  Radzę  sobie  w  kuchni,  ale  pieczenie  ciastek  z 

bakaliowym  nadzieniem  przerasta  moje  możliwości.  Zawdzięczamy  to  danie  uprzejmości 
mojej siostry. Podczas ostatniej wizyty napełniła lodówkę w kuchni. 

– To ta, która jest matką dzieci z fotografii?
– Tak. Ma na imię Jessica. 
Miranda westchnęła. Wiele by dała za siostrę, która przed świętami przywozi smakołyki 

własnej roboty. 

Zjadła  kolejne  dwie  babeczki  i  zdecydowała,  że  następna  dokładka  stanowiłaby  grzech 

obżarstwa, więc opadła na kanapę, rozkosznie przejedzona i rozleniwiona. 

– Pięć minut – zdecydowała, przymykając oczy. – Polezę pięć minut i pójdę do domu. 
Ale zanim skończyła mówić, zapadła w głęboki sen. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Telefon wyrwał go z cudownego snu, w którym miękkie usta darzyły go pocałunkami, a 

jedwabiste włosy przysłaniały świat. Protestując pod nosem, sięgnął po słuchawkę. 

– Doktor Blackwell?
Rozpoznał głos starszej położnej z porodówki i z miejsca oprzytomniał. 
– Ruth?
Rozejrzał się wokół i w tym momencie uświadomił sobie, że jest sam. Gdzie się podziała 

Miranda? Zasnęła na kanapie, więc przykrył ją kocem i sam także się zdrzemnął. Ale teraz nie 
było po niej śladu. Słabe zimowe słońce prześwitywało przez okna, a on uświadomił sobie, że 
jest już ranek. 

– Jestem, jestem – odrzekł, gdy ze słuchawki popłynął potok słów. – Co się dzieje?
– Mamy tu zupełny koszmar. Przed chwilą przyjęliśmy kobietę, która zamierzała rodzić w 

domu. To jej piąte dziecko. Poprzednie urodziła przez cesarskie cięcie. 

– Piąte  dziecko?  Cesarskie? – upewniał  się,  jeszcze  zaspany.  Przeciągnął  się,  by 

rozprostować  nogi.  Od  studenckich  czasów  nie  spał  na  kanapie.  – To  nie  jest  dobra 
kandydatka do porodu domowego. 

– W  dodatku  nie  zarejestrowała  się  u  żadnej  położnej – powiedziała  Ruth  wyraźnie 

zdegustowana. – Przyjechała na święta do rodziców męża i teściowa zmusiła ją do zgłoszenia 
się na oddział położniczy. Strasznie trudna pacjentka. Rozhisteryzowana. Nienawidzi szpitali. 
Nie  ufa  lekarzom.  Udało  mi  się  namówić  ją  na  zbadanie  rytmu  serca  płodu  i  jestem 
zaniepokojona lekką arytmią. Wesołych świąt, Jake. 

– Coś jeszcze?
– Ale to ci się nie spodoba. 
– Pierwsza wiadomość też mi się nie spodobała. Mów. 
– Lucy Knight odeszły wody. 
– Do diabła, to dopiero trzydziesty czwarty tydzień. Kiedy to się stało?
– Zadzwoniła rano. Jest już na miejscu. Doktor Hilton robił obchód i chciał ją obejrzeć,

ale powiedziałam, że jesteś w drodze. 

– Dziękuję. Jesteś nieoceniona. 
Taki  kolega  jak  Edgar  Hilton  to  wątpliwa  korzyść.  Był  szanowanym  położnikiem  i 

autorem licznych publikacji, ale znany był też z ingerowania w proces porodu niezależnie od 
tego, czy istniała taka potrzeba, czy nie. Jake często spierał się z nim na ten temat. 

– Ma skurcze? – Z telefonem przy uchu poszedł do kuchni, słuchając wyjaśnień położnej. 

– Proszę ją monitorować. Będę tak szybko, jak to tylko możliwe. 

Nigdzie  nie  było  śladu  Mirandy.  Kiedy  wyszła?  W  nocy  czy  rano?  Ta  kobieta 

zaintrygowała  go  bardziej  niż  jakakolwiek  inna.  A  teraz  zniknęła  jak  sen.  Czy  był  zbyt 
natarczywy? Nie miał pojęcia, gdzie jej szukać. Nie wziął adresu i telefonu, przekonany, że 
będzie na to czas. Nie przewidział, że odejdzie bez słowa. 

Niech to diabli!

background image

Teraz  musi  pojechać  do  szpitala,  by  nie  zostawiać  swojej  pacjentki  na  łasce  Edgara 

Hiltona. Nie podobała mu się też historia o wieloródce, która po cesarskim cięciu planowała 
poród domowy. Zapowiadał się męczący dzień. 

Przed domem stwierdził, że zardzewiały rower zniknął, a za wycieraczką jego samochodu 

była zatknięta kartka z jednym słowem: „Dziękuję”. 

Dziękuję za co? Za ratunek? Za pocałunki?
Żadnego nazwiska, telefonu, adresu. 
Miranda. 
Drugi raz w życiu zdarzyła mu się taka spontaniczna i silna fascynacja kobietą. Pierwszą, 

wiele  lat  temu,  była  Christy.  Stracił  już  nadzieję,  że  ponownie  przeżyje  oszałamiające  i 
cudowne uczucie zauroczenia. Do wczoraj. 

Wszystko  w  Mirandzie  go  pociągało.  Chodziło  nie  tylko  o  erotyczną  atrakcyjność. 

Zawsze  uważał,  że  rozumie  kobiety,  tymczasem  ona  była  zupełnie  nieprzewidywalna. 
Okazała  siłę  i  odwagę  w  sytuacji,  w  której  inne  kobiety  wpadłyby  w  panikę.  Wygłaszała 
cyniczne  opinie  o  sprawach,  które  inne  kobiety  prowokują  do  demonstrowania  ich 
wrażliwości  i  uczuciowości.  Rozmowa  w  górach  świadczyła  o  tym,  że  nie  ma  bliskiej 
rodziny, ale ludzie  na ogół  mają krewnych. Czyżby się  z  nimi  pokłóciła?  Zmarszczył brwi, 
zgniótł kartkę i schował ją do kieszeni. 

Postanowił  odnaleźć  Mirandę.  Wyjaśnić  źródło  jej  tajemniczości.  Co  skrywa  i  przed 

czym się ukrywa? Czego się boi?

Odnajdzie ją, obiecał sobie, gdy zatrzymał samochód na szpitalnym parkingu. 
Jest skomplikowaną osobą, ale między nimi nawiązało się coś silnego i spontanicznego. 

Nie zamierzał tak łatwo zrezygnować. 

Kilka minut później był już na oddziale położniczym. Ruth uśmiechnęła się na powitanie. 
– Nowa fryzura? – zapytał, wskazując na błyszczącą zapinkę we włosach. 
– Odświętna. I nie zamierzam się przejmować sarkastycznymi uwagami. Macie szczęście, 

że  staram  się  przynajmniej  wyglądać  uroczyście,  zamiast  siąść  i  płakać  nad  tym 
pandemonium, z jakim mamy do czynienia. 

– Czy  ja  bywam  sarkastyczny? – zdziwił  się  Jake.  Podniósł  brwi  na  widok  sterty 

papierów  na  swoim  biurku.  Nie  było  go  tylko  jeden  dzień.  Skąd  się  wzięła  taka  masa 
formularzy do wypełnienia? – Jak się czuje Lucy?

– Jest  przerażona.  Jej  poprzednia  ciąża  zakończyła  się  urodzeniem  martwego  dziecka. 

Długo nie mogła dojść do siebie. Boi się powtórki. 

– Skoro odeszły wody, należy się spodziewać, że rozpocznie się poród. Jaka jest sytuacja 

z łóżkami?

– Mam gotowy pokój. Sprawdziłam wcześniej, bo wiedziałam, że o to spytasz. 
– Jestem taki przewidywalny?
– Jesteś  taki  przewidujący.  Dlatego  jesteś  świetnym  położnikiem.  Każdą  kobietę 

traktujesz jak osobę, nie jak przypadek. 

– Miejmy nadzieję, że i tym razem tak będzie. Jak sytuacja z personelem? – Wiedział, że 

cały szpital  został  zdziesiątkowany przez  grypę i  oddział  położniczy  nie  różnił  się  pod  tym 

background image

względem od innych. 

– Panujemy  nad  sytuacją.  Mamy  nową  położną  na  zastępstwo.  Przemiła  dziewczyna. 

Uśmiechnięta i spokojna. Zostanie z nami jakiś czas. 

– To dobrze. Lucy potrzebuje zrównoważonej położnej. 
– Chciałaby, aby poród odbył się siłami natury. 
– Wszyscy tego chcemy – westchnął Jake. – Uważam zresztą, że każde dziecko powinno 

przychodzić na świat w ten sposób. 

– To odkrywcze w ustach położnika – uśmiechnęła się Ruth. 
– Nie wiem, czemu oczekujesz, że będziemy sobie przysparzać roboty – odrzekł. 
– Chciałam tylko powiedzieć, że świetnie się pracuje z kimś, kto nadaje na tych samych 

falach.  Lucy  też  to  czuje.  Wystarczyła  informacja,  że  wkrótce  będziesz,  by  ją  uspokoić. 
Umieściłam  ją  w  jedynce,  bo  są  tam  najbardziej  domowe  warunki.  Nie  krwawi,  ale  ma 
niepokojące skurcze i bóle. 

– Mąż jest z nią?
– Oczywiście. I denerwuje się bardziej niż żona. 
– To zrozumiałe. 
– A przy okazji, jak minęły ci święta?
Przez moment Jake widział przed sobą piękną tajemniczą nieznajomą z burzą ciemnych 

włosów i delikatnymi wargami, które smakowały równie słodko, jak wyglądały. 

– Interesująco. 
– To znaczy? – spytała zdziwiona Ruth. 
– Interesująco – powtórzył, pchnął  drzwi  do porodówki i  stanął w miejscu, nie wierząc 

własnym oczom. Przy łóżku siedziała Miranda i mówiła coś do Lucy. 

Jego Miranda. 
Przez chwilę myślał, że padł ofiarą halucynacji. Te same hebanowe włosy, blade policzki 

i różowe usta. 

Usta, które zdążył tak dobrze poznać. 
Przez chwilę patrzył na nią bezmyślnie, starając się pojąć, skąd się tu wzięła. Nie mówił 

jej, gdzie pracuje, więc nie mogła przyjść w ślad za nim. 

– Oto Miranda Harding. – Wyraz twarzy Ruth  świadczył  o tym, że  zarejestrowała szok 

odbity na jego twarzy. – Jest położną i zastępuje nieobecny personel. 

Położną? Miranda jest położną?
– Witaj,  Mirando.  – Udało  mu  się  powstrzymać  od  zgryźliwego  komentarza  i  z 

satysfakcją zauważył rumieniec na jej policzkach. Nie jest zadowolona z tego spotkania. 

Przygryzł  wargi.  Oczywiście,  nie  spodziewała  się  go  tutaj  spotkać.  Gdyby  wiedziała, 

pewnie  nie  zadałaby  sobie  tyle  trudu,  by  wymknąć  się  po  kryjomu,  nie  zostawiając  nawet 
numeru telefonu. Będą musieli porozmawiać, obiecał sobie w duchu. Im szybciej, tym lepiej. 

– Mirando,  doktor  Blackwell  jest  jednym  z  naszych  lekarzy – przedstawiła  go  Ruth, 

bacznie obserwując jego twarz. – Prowadzi ciążę Lucy. 

Miranda odchrząknęła, ale to Lucy zaczęła mówić i napięcie między nimi stało się sprawą 

drugorzędną. 

background image

– Panie doktorze, przykro mi,  że  wyciągnęłam pana  z  domu  w  czasie świąt. Na pewno 

chciał pan być z rodziną. 

– Niech  się  pani  nie  przejmuje,  Lucy.  Zjadłem  swój  świąteczny  obiad  i  zrealizowałem 

plan na ten rok. W zeszłym tygodniu czuła się pani świetnie. Kiedy zaczęły się problemy?

– W  Wigilię  robiłam  jeszcze  ostatnie  zakupy  w  towarzystwie  mojej  mamy  i  miałam 

lekkie bóle, ale nie przywiązywałam do nich wagi. Natomiast dziś rano odeszły mi wody. 

– Były skurcze?
– Żadnych  od  Wigilii.  Wczoraj  leniuchowaliśmy,  zjadłam  za  dużo  indyka  i  wcześnie 

położyłam się spać. Dzisiaj rano w łazience nagle  trysnęło ze mnie na podłogę. Czułam się 
taka bezradna i zakłopotana. – Przygryzła wargę i spojrzała na niego przerażonymi oczami. –
To niedobrze, prawda? Dziecko będzie wcześniakiem?

– Prawdopodobnie.  Spróbujemy  przetrzymać  je  w  macicy,  dopóki  się  da.  Tymczasem 

zrobimy zastrzyk, który powinien ułatwić dziecku oddychanie, jeśli urodzi się przedwcześnie. 
Obawiam  się,  że  będzie  pani  musiała  zostać  w  szpitalu,  żebyśmy  mogli  przeprowadzić 
konieczne  badania.  – Zwrócił  się  do  Mirandy  sucho  i  oficjalnie.  – Proszę  zaraz  zrobić 
zastrzyk dwunastu miligramów betametazonu. Zatrzymamy pacjentkę na oddziale. 

Unikała patrzenia mu prosto w oczy. 
– Oczywiście. Czy mogę prosić o wpisanie polecenia do karty pacjentki?
Dlaczego  na  niego  nie  patrzy?  Nie  zrobili  nic  poza  pocałunkami.  Czy  to  tłumaczy  jej 

wyraźne zakłopotanie? Wpisał nazwę leku i podał kartkę Mirandzie. 

– Nie będzie pan wywoływał porodu? – spytała Lucy. 
– Na razie nie – odrzekł Jake. – Jeśli przetrzymamy jeszcze tydzień, będzie to z korzyścią 

dla dziecka. Lepszy tydzień w łonie matki niż w inkubatorze. 

Lucy kiwnęła głową z wymuszoną odwagą. 
– Dobrze. 
Usłyszał  drżenie  w  je}  głosie  i  przysiadł  obok  niej.  Ręce  miała  kurczowo  zaciśnięte. 

Delikatnie zamknął je w swoich dłoniach. 

– Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Wiem, że się pani martwi, ale nie spuszczę z pani 

oka,  póki  się  nie  upewnię,  że  nic  złego  się  nie  stanie.  Tymczasem  proszę  odpoczywać.  –
Ponownie  zwrócił  się  do  Mirandy,  która  stała,  odwrócona  do  niego  plecami.  – Chciałbym 
jeszcze zrobić USG. 

– Chodź, Mirando, pokażę ci, gdzie mamy ultrasonograf – poleciła Ruth. 
Jake obserwował Mirandę, zaskoczony, dlaczego odwróciła się do niego plecami. Gdy w 

końcu  stanęli  twarzą  w  twarz,  powód  okazał  się  całkowicie  oczywisty.  Spojrzał  na  jej 
zaokrąglony brzuch i z wysiłkiem wciągnął powietrze. 

– Położne  też  bywają  w  ciąży.  Przyszłe  matki  uwielbiają  to.  Mogą  się  wymieniać 

doświadczeniami.  Miranda  jest  w  szóstym  miesiącu,  ale  zgodziła  się  pracować  w  pełnym 
wymiarze – wtrąciła Ruth. 

Jake poczuł, że twarz mu kamienieje. 
Jego Miranda jest w ciąży. 
Jakim cudem niczego nie zauważył? Przecież jest ginekologiem położnikiem. Codziennie 

background image

ma do czynienia z ciężarnymi kobietami. Gościł we własnym domu dziewczynę w szóstym 
miesiącu i nawet tego nie spostrzegł?

Dobra  robota,  Jake.  Tak  trzymać.  Wszystkie  objawy  miał  jak  na  tacy.  Jej  nadmierny 

apetyt, wyraźne zmęczenie i senność, niespodziewany płacz bez wyraźnego powodu... 

Ale  co  właściwie  robiła  sama  w  górach  w  Boże  Narodzenie?  I  dlaczego  się  z  nim 

całowała, skoro nosiła pod sercem dziecko innego mężczyzny?

Był  wściekły  na  siebie,  a  jeszcze  bardziej  na  nią.  Myślał,  że  jest  piękna,  tajemnicza  i 

pociągająca.  Okazała  się  uwodzicielką  bez  skrupułów.  To  tłumaczyło  cyniczne  uwagi  na 
temat rodzinnego życia. Najwyraźniej pojęcie odpowiedzialności jest jej obce. 

– Czy  myśli  pan,  że  dziecku  nic  nie  będzie?  Niespokojny  głos  Lucy  wyrwał  go  z 

zamyślenia. 

Jake wziął się w garść i uśmiechnął się z wysiłkiem. 
– Sprawdzimy  wszystko  i  będziemy  monitorować  panią  i  dziecko.  Dobrze  będzie,  jeśli 

zmartwienia zostawi pani mnie. W końcu za to mi płacą. 

Miranda  wróciła  z  ultrasonografem.  Na  jej  widok  Jake  odczul  nagłą  potrzebę,  by 

wyciągnąć ją na korytarz i natychmiast zażądać wyjaśnień. Niestety, trzeba z tym poczekać na 
stosowną okazję. Musi z nią porozmawiać, czy jej się to będzie podobało, czy nie. 

Gdzie  był  ojciec  jej  dziecka,  kiedy  spędzała  z  nim  Boże  Narodzenie?  Pokłócili  się? 

Musiał umierać ze zdenerwowania. Przynajmniej on nie mógłby znaleźć sobie miejsca, gdyby 
jego dziewczyna czy żona zniknęła bez uprzedzenia. 

Oczy Jake’a ześliznęły się na jej kształtny okrągły brzuszek i znowu zadał sobie pytanie, 

jakim  cudem  nie  zauważył  go  wcześniej.  Kiedy  zobaczył  ją  pierwszy  raz,  miała  na  sobie 
luźną kurtkę, którą zmieniła szybko na obszerną bluzę, przynajmniej sześć numerów za dużą. 
Wystarczająco obszerną, by ukryć ciążę. Dlaczego kryła się ze swoim stanem?

Jake  z  wysiłkiem  skoncentrował  się  na  badaniu.  Posmarował  skórę  śliskim 

fizjologicznym  żelem  i  przesunął  przetwornikiem  po  zaokrąglonym  brzuchu  pacjentki. 
Przyjrzał się uważnie obrazowi na ekranie. 

– Nie ma powodu do obaw. Dziecko jest w dobrym stanie, ale i tak chcę mieć na panią 

baczenie – oznajmił i wytarł jej brzuch papierowym ręcznikiem. 

– To świetnie. Bo najchętniej zatrzymałabym pana  do  porodu w tym pokoju – wyznała 

Lucy. 

Jake przykrył pacjentkę kołdrą. 
– Proszę się nie martwić – powiedział serdecznie i zwrócił się do Mirandy. – Chcę być 

informowany,  gdyby  coś  się  zmieniło  w  odczytach.  Wrócę  tutaj,  ale  teraz  muszę  zobaczyć 
drugą pacjentkę. 

– Ulokowałam Gail pod dwójką – oznajmiła Ruth. Jake widział po zachowaniu położnej, 

że spodziewa się problemów w trakcie tego badania. W chwili, gdy wszedł do gabinetu, jego 
przypuszczenia  się  potwierdziły.  Mężczyzna  i  kobieta  siedzieli  w  milczeniu,  ale  atmosfera 
była ciężka. Mąż kręcił się bezsilnie, a pacjentka opierała się o poduszkę, blada i spocona. Na 
widok Jake’a wyraźnie zesztywniała. 

– Chcę  jasno  powiedzieć,  że  jestem  tu  wbrew  mojej  woli  i  nie  życzę  sobie  lekarskiej 

background image

interwencji. 

– Nazywam  się  Jake  Blackwell  i  jestem  lekarzem  położnikiem – odrzekł  spokojnie.  –

Słyszałem, że  planowała  pani poród domowy. Rozumiem,  że  pobyt w szpitalu  jest dla pani 
nieprzyjemnym szokiem. 

– Urodziłam  troje  dzieci  w  domu  i  jedno  w  szpitalu.  – Nagły  grymas  na  jej  twarzy 

świadczył  o  bolesnym  skurczu.  Po  chwili  podjęła  wątek.  – Nie  chcę  powtarzać  tego 
doświadczenia.  Wszędzie  ekrany  i  mechaniczne  odgłosy  maszyn.  Natura  tak  tego  nie 
zaplanowała. 

– Zgadzam się z panią – potwierdził Jake. – Należy pozwolić działać siłom natury, chyba 

że dzieje się coś, co zagraża życiu matki lub dziecka. Czasem niestety interwencja lekarza jest 
konieczna.  – Odwrócił  się  do  Ruth  i  spojrzał  pytająco.  – Chciałbym  zobaczyć  wszystkie 
wyniki badań. 

– Dostałam je z rejonowego szpitala – szepnęła Ruth. – Przyślę tu Mirandę. Myślę, że jej 

obecność dobrze wpłynie na pacjentkę. 

Jake  uważnie przyjrzał się  podanym wydrukom.  Odłożył je i  z  uwagą spojrzał  na Gail, 

wiedząc, że musi taktownie przeprowadzić tę rozmowę. 

– Uważam,  że  moim  pacjentkom  należy  się  uczciwa  i  pełna  informacja,  więc  nie  będę 

niczego przed panią ukrywał. 

– Chce pan wywołać poród, żeby zwolnić łóżko dla kolejnej nieszczęsnej kobiety – rzekła 

z otwartą wrogością. 

– Nigdy  nie  przyspieszałem  porodu  sztucznie,  jeśli  życie dziecka  nie  było  zagrożone –

odparł  spokojnie.  W  tym  momencie  do  pokoju  weszła  Miranda.  – Z  pewnością  nigdy  nie 
posunąłbym  się  do  tego,  bo  tak  jest  wygodniej  personelowi  albo  potrzebne  jest  łóżko.  Nie 
zamierzam tego robić teraz ani nigdy. 

– Mam  w  domu  troje  dzieci, które  urodziłam  bez  lekarza.  – Jej  głos  był  na  pograniczu 

histerii,  a  mąż  położył  jej  rękę  na  plecach,  by  się  uspokoiła.  – Przy  czwartym  miałam 
przodujące łożysko i zrobili mi cesarskie cięcie. Co za partacze! Przyplątało się zakażenie i 
ciężko to odchorowałam. 

– Biedactwo! – Miranda pospiesznie przeszła przez pokój. – Świetnie rozumiem, czemu 

tym razem chciała pani uniknąć szpitala. Musi się pani bardzo bać. 

Jake  spojrzał  na  nią  z  uznaniem.  Pod  pozorami  kłótliwości  i  trudnego  charakteru 

zobaczyła przerażoną kobietę. 

– Rozumiemy, że złe doświadczenia spowodowały uraz do porodu w szpitalu. Bardzo mi 

przykro. To duża trauma. 

– To był koszmar. – Gail spojrzała na swojego męża. – Nie powinnam być w szpitalu. I 

nie byłabym, gdyby moja teściowa mnie do tego nie zmusiła. 

– Nie  chciała,  żebyś  rodziła  w  kuchni  na  podłodze – tłumaczył  cierpliwie  mąż,  z 

zakłopotaniem skubiąc sweter, jakby go uwierał pod szyją. 

– Doprawdy bardzo mi przykro, że sprawiam wam wszystkim kłopot, ale teraz chcę już 

iść do domu!

Miranda objęła ją za ramiona. 

background image

– Proszę,  Gail,  niech  pani  wysłucha  doktora  Blackwella.  Obejrzy  panią  i  przedstawi 

swoje propozycje. Nikt nie będzie podejmował decyzji wbrew pani woli. 

– Urodziłam troje dzieci w domu. Proszę podać mi jeden powód, dla którego powinnam 

tu zostać! – GJos kobiety znowu podniósł się histerycznie. 

– Cesarskie cięcie wykonane przy ostatniej ciąży stwarza niebezpieczeństwo, że blizna się 

rozejdzie. To pierwszy powód. Drugim jest arytmia serca pani dziecka. Tutaj możemy wam w 
każdej chwili pomóc. 

– Nierównomierności  w  pracy  serca  pewnie  występują  często – odparowała  Gail 

wyzywająco – tylko  przy porodach domowych nie widać ich na monitorze. A dziecko i tak 
rodzi się zdrowe. 

– Czasem tak jest – potwierdził Jake – ale nie zawsze. Chce pani wziąć na siebie ryzyko? 

Proszę  tylko,  żeby  pozwoliła  pani  Mirandzie  na  monitorowanie  pracy  serca  płodu,  żebym 
upewnił się, jak reaguje na skurcze porodowe. 

– A potem przy pierwszej sposobności zawleczecie mnie do sali operacyjnej i pokroicie, 

bo tak wam wygodniej!

– Dużo  rzadziej  uciekam  się  do  cesarskiego  cięcia  niż  statystyczny  położnik  w  naszym 

kraju. Ale ja też nie będę narażał dziecka tylko po to, by mieć wyższy wskaźnik naturalnych 
porodów. Nie mogę pani obiecać, że nie wykonam operacji, jeśli uznam ją za niezbędną. Ale 
z pewnością skonsultuję z panią tę decyzję. Jeśli nie będzie żadnych przeszkód, poród może 
się odbyć w tym pokoju. To nie jest dom, ale z pewnością zrobimy wszystko, żeby mogła się 
pani zrelaksować. 

Gail  zawahała  się.  Popatrzyła  na  niego,  potem  na  swojego  męża,  zmęczonego, 

zdenerwowanego i całkowicie wytrąconego z równowagi. 

– Sama  już  nie  wiem – powiedziała  niepewnie.  – Czy  rzeczywiście  coś  może  dziecku 

grozić?

– Nie mogę tego rozstrzygnąć bez dalszej obserwacji. 
– Zostanę.  Przynajmniej  na  razie – zgodziła  się  niechętnie.  – Ale  nie  chcę,  żeby  się  tu 

kręciły tłumy praktykantów, którzy będą patrzeć na mnie jak na królika doświadczalnego. 

– Będę  tylko  ja.  Może  pani  na  mnie  liczyć  przez  cały  czas – zapewniła  uspokajająco 

Miranda. 

– Już  to  słyszałam – odparła  Gail  z  goryczą.  – Obie  wiemy,  że  jeśli  mój  poród  będzie 

trwał dłużej niż pani zmiana, przyjdzie tu inna położna. W poprzednim szpitalu zmieniły się 
aż trzy. 

– Tym razem tak nie będzie. Nie odejdę od pani, dopóki dziecko nie przyjdzie na świat. 

Obiecuję. 

Gail zaśmiała się z niedowierzaniem. 
– Jest pani w ciąży. To drugi dzień świąt. Na pewno czeka na panią rodzina. Wystarczy, 

że ma pani dyżur, a co dopiero godziny nadliczbowe. 

– Obiecałam,  że  zostanę  z  panią  do  końca  porodu.  A  teraz  chciałabym,  żeby  się  pani 

wygodnie ułożyła i pozwoliła mi na monitorowanie serca dziecka. 

Jake żałował, że Gail nie była bardziej obcesowa w swoich pytaniach. Może usłyszałby 

background image

coś  na  temat  ojca  dziecka  i  rodziny  Mirandy.  Może  padłyby  odpowiedzi  na  pytania,  które 
kłębiły mu się w głowie. 

– Gdybym  był  potrzebny,  jestem  na  oddziale – rzucił,  wychodząc  z  pokoju.  Poszedł 

sprawdzić, jak się czuje Lucy, a potem zbadał kolejną pacjentkę przyjętą na porodówkę. 

Kiedy znowu zobaczył Mirandę, przyszła do niego zaniepokojona pewnymi objawami u 

Gail. 

– Akcja porodowa rozwija się bardzo wolno. Jak rozumiem, nie będziemy przyspieszać 

porodu zastrzykiem oksytocyny?

– Chcę tego uniknąć. Jak serce płodu?
– Wykazuje  wyraźne  spowolnienie.  – Miranda  podała  mu  wydruki.  – Martwi  mnie,  że 

Gail skarży się na bóle. Mogą to być normalne skurcze, ale mam złe przeczucia. 

Nigdy nie lekceważył instynktownych obaw położnych. 
– Miała poprzeczne cięcie w dolnym odcinku macicy. Nie powinno być powikłań. 
– Bóle,  na  które  się  skarży,  brzmią  niepokojąco.  Nie  przypominają  skurczów 

porodowych. Poród postępuje bardzo wolno, a serce dziecka nie pracuje prawidłowo. 

– Zaraz do niej przyjdę. Obawiam się, że będzie się broniła przed moją interwencją. Czy 

wciąż jest wrogo nastawiona?

– Myślę, że jest bardziej wystraszona niż niechętna. 
– Trudno sądzić po pozorach, prawda?
– Prawdopodobnie. – Zarumieniła się mimo woli. 
– Czeka nas długa rozmowa. 
– Nie ma o czym mówić. 
– Zapewniam cię, że jest, ale najpierw trzeba się zająć Gail. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Miranda zastanawiała się, dlaczego wszystko zawsze obraca się przeciwko niej. 
Kiedy pod wpływem nagłej zachcianki poszła do domu Jake’a, nie spodziewała się, że go 

jeszcze kiedykolwiek zobaczy, a co dopiero, że będzie z nim pracować. 

Teraz już wie o jej ciąży i, jak mogła się spodziewać, wyciągnął fałszywe wnioski. 
Nie mogła go za to winić. Nie znał prawdy, bo mu nic nie powiedziała. Ale też nie miała 

zamiaru przed nim się tłumaczyć. 

Przyjęcie jego zaproszenia było błędem. Nie powinna sobie pozwalać na luksus cieszenia 

się życiem. Naiwnością było myśleć, że nie trzeba za to później płacić. Na szczęście opieka 
nad Gail pochłaniała teraz całą jej uwagę. 

– Nie  jestem  zadowolony.  – Jake  pokręcił  głową.  – Puls  dziecka  słabnie,  a  pęknięcie 

macicy jest realnym zagrożeniem. 

– Nic  mi  nie  będzie – odrzekła  Gail  defensywnie,  choć  krople  potu  i  wyraz  oczu 

zdradzały,  że  bardzo  ją  boli.  – Czytałam  dużo  na  ten  temat  i  wiem,  że  zagrożenie  jest 
minimalne. W żadnym wypadku nie zgadzam się na kolejne cesarskie cięcie. 

– To prawda, że takie powikłania są rzadkie, ale jednak się zdarzają. Niebezpieczeństwo 

grozi nie tylko pani, ale także dziecku. 

Gail spojrzała na niego z nieukrywanym lękiem. Jej oczy napełniły się łzami. 
– Powinnam  była  zostać  w  domu – wymamrotała.  – Wszystko  byłoby  w  porządku, 

gdybym im nie uległa. 

– Nie,  Gail.  Nic  nie  byłoby  w  porządku.  – Miranda  zdecydowała  się  dołączyć  do 

perswazji Jake’a. – Jestem zwolenniczką porodów domowych, ale w tym wypadku jest zbyt 
wiele przeciwwskazań. I myślę, że w głębi duszy sama pani o tym wie. 

– Gdzie będzie pani rodziła? – chlipnęła Gail. 
– Jeszcze nie zdecydowałam. – Miranda poczuła, że oblewa się rumieńcem. – Dopiero się 

tu przeprowadziłam i nie miałam czasu się nad tym zastanowić. 

Nie chciała mówić o tych sprawach przy Jake’u. To było dla niej zbyt intymne. 
Gail nie zdążyła kontynuować tematu, bo nagle złapała się za brzuch. 
– Oj, bardzo boli!
– Skurcz?
– Nie. To zupełnie inny ból. – Kobieta była śmiertelnie blada. 
– Gail, wiem, że to ostatnia rzecz, której by pani chciała, ale muszę panią zabrać na salę 

operacyjną. Nie możemy ryzykować – oświadczył Jake. 

Miranda  pochwyciła  jego  spojrzenie  i  zdała  sobie  sprawę,  że  jest  naprawdę 

zaniepokojony. 

– Rozwarcie ma tylko trzy centymetry – poinformowała go cicho. 
– Wiem. Przenosimy pacjentkę na salę. 
– Sama nie wiem. – Gail ciągle nie była przekonana. 
– Chcę, aby zdrowa matka urodziła zdrowe dziecko. Utrudnia mi pani. Rozumiem pani 

background image

obiekcje, ale proszę mi zaufać. 

– Ja tylko... – zaczęła, po czym znowu złapała się za brzuch. – Dlaczego tak boli?
– Nastąpiło wyraźne spowolnienie tętna dziecka – szepnęła Miranda. 
– Nie możemy dłużej czekać – zadecydował Jake. – Poród będzie pod narkozą. 
Ruth wybiegła, żeby wezwać anestezjologa. 
– Co się dzieje? – dociekała przerażona Gail. 
– Dziecko czuje się dobrze – oznajmił Jake – ale obawiam się, że są problemy z macicą. 

Podejrzewam,  że  to  ona  jest  źródłem  bólu.  Przykro  mi,  ale  nie  widzę  innego  wyjścia.  Nie 
mogę narażać dziecka ani pani. 

– Nie  chcę  operacji.  Śmiertelnie  się  boję  znieczulenia  zewnątrzoponowego.  – Gail  z 

trudem kontrolowała emocje. 

– Zostanie pani uśpiona. Obiecuję, że wszystko będzie w porządku, gdy się pani obudzi –

uspokajał ją Jake. 

Gail trzymała go kurczowo za rękę. 
– Bardzo się boję. 
– Ma pani prawo się bać, ale proszę mi zaufać. Zaopiekuję się panią. 
Miranda  podziwiała  jego  spokój  i  emanującą  z  niego  życzliwość.  Nie  miała  dobrych 

doświadczeń  z  mężczyznami,  ale  w  tym  momencie  mogłaby  powierzyć  Jake’owi  własne 
życie.  Najwyraźniej  rodząca  odczuła  to  także,  bo  bez  dalszych  protestów  kiwnęła  głową  i 
pozwoliła  się  wywieźć  z  pokoju.  Mąż  Gail  zachowywał  się  spokojnie,  choć  był  blady  ze 
zdenerwowania. Ruth zaprowadziła go do poczekalni. 

Miranda trzymała Gail za rękę, kiedy anestezjolog usypiał ją do operacji. Wkrótce stała 

się nieświadoma gorączkowych działań całego zespołu. 

Jake zdążył się przebrać i umyć ręce. 
– Musimy teraz działać szybko. Czy zamówiliśmy krew?
– Tak, sześć pełnych jednostek. Aparat do transfuzji już podłączony. Hematolog zaraz do 

nas dołączy. 

– Ciśnienie wyraźnie spada. Jest jakieś wewnętrzne krwawienie – stwierdził anestezjolog. 
Miranda  patrzyła  zafascynowana  na  szybkie  i  precyzyjne  cięcia,  którymi  Jake  otworzył 

brzuch kobiety. 

– Kleszcze – powiedział krótko i nie patrząc, wyciągnął rękę. Instrumentariuszka podała 

mu kleszcze, a następnie lancet, którym poszerzył cięcie. Uważnie obejrzał macicę. – Bardzo 
krwawi, ale nie widzę skąd. Ssak, proszę. – Usunął skrzepy. – Pęknięcia macicy są niezwykle 
rzadkie. Dlaczego musiało się zdarzyć akurat na mojej zmianie i akurat z pacjentką, która nie 
pozwalała się dotknąć! Dobrze, już jest lepiej. Wreszcie widzę, co się dzieje. 

Miranda  nie  spotkała  do  tej  pory  chirurga  tak  szybkiego  i  pewnego  jak  Jake.  Był

całkowicie  skoncentrowany.  Nie  wykonywał  niepotrzebnych  ruchów.  W  następnej  chwili 
wyjął  już  dziecko  i  łożysko  z  brzucha  matki.  Odetchnęła  z  ulgą,  gdy  usłyszała  skrzekliwy 
płacz noworodka. Jake nie oderwał wzroku od wykonywanej operacji. Odpowiedzialność za 
dziecko przejął już pediatra. 

On koncentrował się na matce. 

background image

– Duża  strata  krwi – zauważył,  badając  macicę,  by  ocenić  stopień  jej  uszkodzenia.  –

Dwadzieścia jednostek oksytocyny w litrze soli fizjologicznej. Sześćdziesiąt kropli na minutę
do momentu obkurczenia się macicy. Kleszczyki. 

Pielęgniarka  podawała  mu  instrumenty,  a  on  sprawnie  zakładał  szwy  i  tamował 

krwawienie. 

– Poprzednie cesarskie cięcie zostało zszyte pojedynczą warstwą szwów. To skróciło czas 

zabiegu,  ale  zwiększyło  ryzyko  pęknięcia  macicy.  Tym  razem  założymy  podwójny  szew. 
Więcej  światła,  proszę.  Siostro,  proszę  osuszyć  ranę.  Jestem  gotowy  do  zakładania 
zewnętrznych szwów. Macica się zwija. Proszę zmniejszyć kroplówkę do dwudziestu kropli 
na  minutę.  Jak  dziecko?  Proszę  o  dobre  informacje,  Howard – zwrócił  się  do  pediatry, 
spokojny, że położnicy już nic nie grozi. 

– To dziewczynka. Dziesięć punktów w skali Apgar. 
Miranda  uśmiechnęła  się  z  ulgą.  Skala  Apgar  służy  do  oceny  pracy  serca,  oddechu  i 

odruchów noworodka zaraz po urodzeniu. Dziesięć punktów jest wartością maksymalną. 

– Dziękuję  wszystkim.  – Jake  skończył  i  zwrócił  się  do  zespołu.  – Możemy  sobie 

pogratulować. Ruth, przekaż pielęgniarkom, że proszę o ściągnięcie mnie o każdej porze dnia 
i nocy, gdyby był najmniejszy ślad infekcji. Gail miała wystarczająco ciężki poród. Musimy 
poprawić jej zdanie o naszej profesji. 

Był  tak  spokojny  i  zrównoważony,  jakby  nie  przeprowadził  przed  chwilą  poważnej 

operacji. Zupełnie jak wtedy, gdy ratował ją w górach. Ocenił sytuację i zrobił wszystko, co 
uznał za konieczne. Panika i Jake Blackwell najwyraźniej do siebie nie pasują. 

Jest świetnym lekarzem, ale nie trzeba specjalnej spostrzegawczości, by zauważyć, że jest 

na nią wściekły. Nie może mieć do niego o to pretensji. 

Miranda obawiała się konfrontacji, więc zwlekała, pomagając Ruth w porządkowaniu sali 

operacyjnej. Siadła potem przy Gail, by upewnić się, czy można ją już przenieść na normalny 
oddział. 

Pod koniec zmiany wróciła na porodówkę, ale po Jake’u nie było ani śladu. Odczuła ulgę 

na myśl, że przynajmniej na razie los zaoszczędził jej trudnej rozmowy. 

– Coś jeszcze mam zrobić? – zapytała. 
– Chyba żartujesz – odparła Ruth. – I tak siedziałaś dłużej, niż powinnaś. Jestem pewna, 

że drugiego dnia świąt masz przyjemniejsze rzeczy do zrobienia. Powinnaś odpocząć. 

– Czuję  się  świetnie.  – Słowo  „wykończona”  lepiej  opisywałoby  jej  samopoczucie,  ale 

ostatnio przyzwyczaiła się już do uczucia zmęczenia. Pracowała bardzo intensywnie, by jak 
najwięcej zaoszczędzić. 

– Dziękuję.  Jesteś  prawdziwym  gwiazdkowym  prezentem – westchnęła  z  ulgą  Ruth.  –

Bałam się, że zostanę na święta bez pielęgniarek, a tu agencja zaproponowała mi położną. 

– Ucieszyłam  się,  że  dostałam  tę  pracę – zwierzyła  się  Miranda.  – Obawiałam  się 

trudności ze względu na mój stan. – Pogłaskała się ręką po brzuchu. 

– Jesteś zdrowa i kompetentna. Tylko to się liczy. Do zobaczenia jutro. 
Miranda ubrała się i poszła wolnym krokiem na parking. Była tak zmęczona, że chciało 

jej się płakać. Bolały ją nogi i głowa, powieki jej opadały. Nagle usłyszała za sobą znajomy 

background image

głos. 

– Uciekasz, Mirando?
Jake opierał się o barierkę. Miał surowy wyraz twarzy. 
– Przestraszyłeś mnie. 
– Dlaczego? Spodziewałaś się tu kogoś innego? Może męża?
Wysoki  i  barczysty,  spoglądał  na  nią  nieprzyjaźnie.  Trudno  było  nie  zauważyć,  że  jest 

zły. Na nią. Nie przypominał już ciepłego i wyrozumiałego lekarza. 

Nie  przypuszczała,  że  widok  jej  ciąży  tak  go  rozgniewa.  Ale  przecież  w  ogóle  nie 

przypuszczała,  że  jeszcze  go  zobaczy.  Wygląda  na  to,  że  drobne  grzeszki  rzucają  długie 
cienie. 

Nie  powinna  była  z  nim  iść  i  z  pewnością  nie  powinna  była  go  całować.  Zignorowała 

oczywiste napięcie i spróbowała zmienić temat. 

– Byłeś  wspaniały  w  sali  operacyjnej.  – Miała  nadzieję,  że  przypomnienie  o  wspólnej 

pracy zmusi go do zmiany tonu, ale jej taktyka nie poskutkowała. 

– Nie  chcę  rozmawiać  o  szpitalu,  Mirando.  Chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  spędziłaś  ze 

mną Boże Narodzenie i całowałaś się ze mną, skoro jesteś w ciąży z innym mężczyzną. 

Nie  miała  siły się  bronić.  Powiał  mroźny wiatr,  a  ona  poczuła,  że  ledwo stoi.  Czeka  ją 

jeszcze  trzykilometrowa  przejażdżka  rowerowa.  Utarczka  z  nim  to  ostatnia  rzecz,  na  jaką 
miałaby ochotę. 

– Możemy o tym porozmawiać innym razem?
– Nie. 
– Dobrze. – Poczuła, że w niej także narasta gniew. 
– Po pierwsze, to ty mnie pocałowałeś. 
– Więc to moja wina?
Skąd  jej  przyszło  do  głowy,  że  jest  miły?  Był  szorstki,  nieprzyjemny  i

1

  budził  strach. 

Jestem kiepskim sędzią ludzkich charakterów, pomyślała ironicznie. Beznadziejnym. 

– Nie powiedziałam, że to twoja wina. 
– Ustalmy  fakty.  Pocałowałem  cię,  ale  odpowiedziałaś  mi  tym  samym.  Jaką  masz 

wymówkę?  Atmosfera  temu  sprzyjała?  Zaszumiało  ci  w  głowie  od  alkoholu,  którego  nie 
wypiłaś? Czy przynajmniej pomyślałaś w tym czasie o ojcu dziecka?

– Do diabla, Jake! – Zmęczenie i rozczarowanie spowodowały, że nie zamierzała dłużej 

się hamować. 

– Nie masz zielonego pojęcia o mnie i moim życiu! Jeden pocałunek nie daje ci prawa do 

prawienia mi morałów. 

Zachwiała się, ale to wystarczyło, by przytrzymał ją za ramiona. 
– Jesteś przemęczona. Co ty wyprawiasz, Mirando? Wczoraj o mało nie wyprawiłaś się 

na tamten świat, a dzisiaj usiłujesz zapracować się na śmierć. Jesteś w ciąży. Powinnaś dbać o 
dziecko. 

Te słowa były kroplą przepełniającą czarę. Ona troszczy się o dziecko. Musi, bo nie robi 

tego nikt inny. 

– Nie potrzebuję pouczeń, jakie mam obowiązki względem mojego dziecka – parsknęła 

background image

jak  wściekła kotka,  wyrywając  się  z  jego  objęć.  – Pracuję  dla  jego  dobra.  Nie  każdy może 
przez całą ciążę leniuchować w łóżku. Nie wtykaj nosa do moich spraw. 

– Sama mnie prowokujesz – odpowiedział z równą pasją. – Musiałem się wtrącić wczoraj 

w górach, kiedy znalazłem cię prawie zamarzniętą na pustkowiu. Muszę się wtrącić dzisiaj, 
skoro pracujesz na moim oddziale. 

Odskoczyła i mocno objęła się ramionami, by powstrzymać dygotanie całego ciała. Musi 

poszukać innej pracy. Pokojowa koegzystencja im nie wyjdzie. 

– Popełniłam  błąd,  wychodząc  na  spacer  w  niepewną  pogodę.  I  popełniłam  błąd, 

przyjmując  zaproszenie  nieznajomego.  Wtedy  uważałam,  że  jesteś  nieszkodliwy,  ale  jak 
widać, pomyliłam się. Teraz jadę do domu. 

– Tym? – Patrzył z niedowierzaniem na jej stary rower. 
– Nie  każdy  jest  szczęśliwym  posiadaczem  porsche.  Do  zobaczenia  jutro.  – Niestety, 

dodała w myślach. Miała ochotę zadzwonić do agencji pośrednictwa pracy i poprosić o inną 
ofertę, ale wiedziała, że w promieniu wielu kilometrów jest to jedyna klinika położnicza. Nie 
stać  jej  na  kolejną  przeprowadzkę.  Musi  myśleć  o  sobie  i  dziecku.  Musi  stworzyć dom  dla 
nich obojga. 

Wzmocnił  ją nagły przypływ odwagi  i  instynktu macierzyńskiego. Towarzyszyły jej  od 

momentu  odkrycia,  że  jest  w  ciąży.  Zważywszy  na  okoliczności,  powinna  odczuwać 
przygnębienie i lęk, ale w rzeczywistości była podniecona i szczęśliwa. Wielu rzeczy w życiu 
żałowała, ale zajście w ciążę nie było jedną z nich. 

– Czy to wszystko, co chcesz mi powiedzieć? – Przytrzymał kierownicę, żeby nie mogła 

odjechać. 

– Co  chcesz  usłyszeć? – zapytała  zmęczonym  głosem.  – Że  jestem  nimfomanką,  która 

rzuca  się  na  mężczyzn,  choć  jest  w  ciąży?  Że  jestem  kobietą  lekkich  obyczajów?  Nie 
powinnam była w ogóle korzystać z twojego zaproszenia. 

– Ale to zrobiłaś. 
– Bo się upierałeś. Poza tym – urwała, po czym przyznała się z oporem – nie chciałam 

siedzieć sama w Boże Narodzenie. Czułam się taka samotna. 

– Pokłóciłaś się z mężem?
Mężem? Nie chciała kontynuować tej farsy. 
– Nie jestem mężatką. 
– Partnerem, chłopakiem, ukochanym, czy jak tam go chcesz nazwać. 
Dobry żart. 
– Jestem  wdzięczna  za  pomoc  w  górach.  Wspólny  dzień  też  był  bardzo  miły.  Ale  to 

przeszłość. W święta wszyscy jesteśmy trochę wytrąceni z równowagi. Pomyśl o statystykach 
samobójstw  albo  tych  wszystkich  ludziach,  którzy  robią  z  siebie  głupków  na  firmowych 
przyjęciach. Zapomnijmy o całej sprawie. Muszę wracać do domu. 

– Czy on na ciebie czeka? – zapytał z uporem. 
– Jakie to ma znaczenie? – westchnęła. 
– Chcę wiedzieć, co za mężczyzna pozwala swojej dziewczynie na niebezpieczne górskie 

wędrówki i nie zawiadamia policji, gdy ta nie wraca do domu!

background image

Ten sam mężczyzna, który nie  dba o  to,  że  zrobił  dziewczynie dziecko, przemknęło  jej 

przez myśl. Zagryzła wargi. Nie będzie o nim myślała. Nie jest tego wart. Nie potrzebuje go 
w swoim życiu ani jako partnera, ani jako ojca. 

– To nie twoja sprawa.
– Powiedzmy, że stało się to moją sprawą od momentu, kiedy ci ocaliłem życie, albo od 

chwili, gdy mnie pocałowałaś. Nie możesz jechać do domu na rowerze. Czemu nie przyjechał 
cię odebrać z pracy?

– Na miłość boską, co cię to obchodzi? Dobranoc, doktorze Blackwell. 
Starała się utorować sobie drogę, ale blokował jej przejście. 
– Podwiozę  cię.  Rower  zmieści  się  z  tyłu,  to  już  nie  pierwszy  raz.  – Oddalił  się  w 

kierunku  swojego  samochodu,  a  ona  patrzyła  na  niego  z  mieszaniną  irytacji,  bezsilnej 
frustracji i osłupienia. 

Nie chciała jego troski. Nie prosiła o podwiezienie. Nie życzyła sobie, by wypytywał o jej 

życie. 

– Mirando! – zawołał, gdy schował rower do samochodu. – Wskakuj do auta, zanim tu 

zamarzniemy. 

Nie  miała  wyboru.  Poszła  za  nim  i  wsiadła  do  samochodu.  Musi  szybko  znaleźć  jakieś 

wyjście z tej sytuacji. Jeśli zobaczy, gdzie mieszka, zaczną się dalsze pytania. 

– Dokąd? – Zatrzasnął drzwi i uruchomił silnik. 
– Niedaleko. Najpierw w prawo, a potem skręć w pierwszą przecznicę w lewo. – Poczuła, 

jak dziecko rozpycha się w jej ciele i położyła dłoń na brzuchu. Jakby jej przypominało, że to 
ich tajemnica. – Teraz druga w lewo. Tutaj na rogu wysiądę. – Nie mieszkała w tej okolicy, 
ale nie zamierzała się do tego przyznawać. 

Stali przed rzędem wysokich wiktoriańskich domów. 
– Tutaj mieszkasz? – spytał, wyjmując rower. 
– Dziękuję  za  podwiezienie.  I  będę  wdzięczna,  jeśli  zapomnisz  o  wszystkim.  Do 

zobaczenia w szpitalu – odparła, ignorując pytanie. 

Jego  gwałtowne  protesty  przerwał  dźwięk  telefonu.  Wdzięczna,  że  w  tym  właśnie 

momencie  jest  potrzebny  na  oddziale,  Miranda  szybko  wskoczyła  na  rower  i  zniknęła  w 
ciemności. Piętnaście minut  później, w innej dzielnicy, weszła do maleńkiego mieszkanka i 
oparła rower o ścianę. Na szczęście zajęty rozmową Jake nie pojechał za nią. 

Starannie  zamknęła  drzwi  i  wolno  podeszła  do  łóżka.  Z  rezygnacją  popatrzyła  na 

wilgotny zaciek na ścianie. 

– Dobrze, że cię jeszcze nie ma na świecie, maluszku. – Starała się często rozmawiać ze 

swoim  dzieckiem.  – Na  szczęście  nie  wiesz,  w  jakiej  norze  teraz  mieszkamy.  Przed  twoim 
urodzeniem znajdę coś lepszego. Na razie oszczędzamy. 

Przyszedł jej na myśl przestronny salon u Jake’a.  Nie będzie już  marzyła o tej wielkiej 

wannie  i  ogniu  płonącym  w  kominku.  A  już  na  pewno  nie  o  pocałunkach  Jake’a.  To  była 
chwila zapomnienia i nigdy się nie powtórzy. 

Nie  powinna  mieć  do  niego  pretensji.  Ocenił  ją  po  pozorach,  ale  ona  sama  często 

pochopnie wyciąga wnioski. Fakty, które znał, świadczyły o tym, że rozmyślnie go oszukała. 

background image

Bardzo  dobrze  wiedziała,  jak  bolesne  jest  odkrycie,  że  było  się  obiektem  manipulacji  i 
oszustwa. 

Chciała się bronić, wyrzucić z siebie całą prawdę, ale nie miałoby to najmniejszego sensu. 

Nieważne,  co  Jake  o  niej  myśli.  A  nawet – im  gorzej,  tym lepiej.  Jeśli  uzna  ją  za  niewiele 
wartą, nie będzie się starał do niej zbliżyć. 

Szyderstwo wykrzywiło jej twarz. Cóż za żałosna myśl. Żaden mężczyzna przy zdrowych 

zmysłach nie mógłby na serio zainteresować się kobietą w szóstym miesiącu ciąży. Zwłaszcza 
Jake  Blackwell.  Przez  moment  przypomniała  sobie  jego  delikatność  i  serdeczność  wobec 
pacjentek.  Potem  ciepło,  które  ją  ogarnęło,  kiedy  ją  po  raz  pierwszy  pocałował.  Przykryła 
głowę poduszką, by stłumić głośny jęk. 

Ten  pocałunek!  Płaciła  za  niego  wysoką  cenę.  Jej  długo  uśpione  ciało  przebudziło  się. 

Chciała rzeczy całkowicie nieosiągalnych. 

Zdecydowanym ruchem odgarnęła włosy z twarzy i usiadła. Nie będzie myśleć o Jake’u. 

W pracy dopilnuje, aby ich stosunki ograniczały się do spraw zawodowych. Bez wątpienia on 
również zmieni swoje zachowanie. 

Poczuł się oszukany i to podrażniło jego ambicję. Jutro zobaczy wszystko we właściwych 

proporcjach i będzie ją traktował jak każdą inną położną. I o to jej chodziło. Wyłącznie o to. 

Opadła na poduszkę. Nie zawracając sobie głowy rozbieraniem się, naciągnęła na siebie 

koc i zapadła w sen. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kiedy dotarła na oddział następnego dnia rano, wszyscy byli zabiegani. 
– To niewiarygodne, ile kobiet zgłosiło ale ostatniej nocy – rzuciła jej w przelocie Ruth, 

zajęta  dopisywaniem  kolejnego  nazwiska.  – Chciałabym,  żebyś  poszła  pod  trójkę.  Daisy 
Priest. Bardzo miła osoba, ale to jej pierwsze dziecko i trochę się denerwuje. Wody odeszły, 
rozwarcie dwa centymetry. Myślę, że będzie długo trwało. Jej lekarzem jest doktor Hardwick, 
ale na razie nie będziemy go wzywać. 

Coś  w  tonie  Ruth  spowodowało,  że  Miranda  chciała  zapytać  o  położnika,  ale  starsza 

pielęgniarka zajęła się już innymi sprawami. Miranda poczuła ulgę. To nie Jake prowadzi tę 
pacjentkę. Jego pomoc przy normalnie przebiegającym porodzie nie jest konieczna, ale i tak 
wolała wiedzieć, że nie będzie na niego wpadała na każdym kroku. Ten dzień przerwy był jej 
potrzebny, by się pozbierać po wczorajszej konfrontacji. 

– Zawołaj  mnie,  jeśli  będziesz  miała  jakieś  problemy.  I  jeszcze  jedno.  Pacjentce 

towarzyszy do ula, kobieta opiekująca się rodzącymi. Ma na imię Annie. Była już przy innych 
porodach. Bardzo miła i spokojna osoba. 

Miranda  kiwnęła  głową.  Wiedziała  z  doświadczenia,  że  obecność  zrównoważonej, 

opiekuńczej starszej kobiety dobrze wpływa na pacjentki. 

Kiedy Ruth oddaliła się, wyraźnie zaaferowana nadmiarem obowiązków i niedostatkiem 

personelu,  Miranda  skierowała  się  do  wyznaczonego  pokoju.  Daisy  miała  dwadzieścia  parę 
lat  i  była  blondynką  z  gęstymi  kręconymi  włosami.  Rozmawiała  ze  starszą  kobietą, 
sprawiającą wrażenie solidnej i opanowanej. 

Miranda przedstawiła się, a pacjentka spojrzała wyczekująco. 
– Mam  nadzieję,  że  nie  przeszkadza  pani  obecność  mojej  towarzyszki.  Co  prawda 

niewiele kobiet korzysta z takiej pomocy... 

– Zostałam  uprzedzona – zapewniła  ją  Miranda.  – Na  praktykach  w  Londynie 

stwierdziłam,  że  wiele  kobiet  woli  mieć  przy  sobie  przyjaciółkę  lub  doulę.  Rodząca 
potrzebuje emocjonalnego wsparcia. 

– Chciałam widzieć znajomą twarz, a mój mąż Callum jest beznadziejny, jeśli chodzi o 

opiekę nad chorym. Poszedł do kiosku po gazety, bo przestraszył się skurczów. To żałosne. 

– Wielu mężczyzn nie wie, jak się zachować, gdy ich żona cierpi – potwierdziła Miranda, 

biorąc do ręki kartę zdrowia pacjentki. 

– Przeczytałam wszystkie możliwe podręczniki i obejrzałam liczne filmy instruktażowe –

przyznała  Daisy  z  uśmiechem.  – I  dowiedziałam  się,  że  poród  rzadko  przebiega  zgodnie  z 
planem. Annie powtarza  mi,  żebym się odprężyła  i  współpracowała z  naturą. Dobrze, że  tu 
jest, bo, szczerze mówiąc, doktor Hardwick mnie przeraża. Zawsze jest zirytowany. 

– Jeszcze go nie spotkałam, ale jestem pewna, że nie gniewa się na panią. Może jest tylko 

zbyt poważny. Widzę, że chciałaby pani odbyć poród w wodzie. 

– Przez całą ciążę codziennie pływałam. Bardzo lubię być w wodzie. Moja przyjaciółka 

rodziła w ten sposób i mówiła mi, że jej się podobało. Czy to będzie możliwe?

background image

– Oczywiście,  choć  nie  na  początku.  To  mogłoby  spowolnić  poród.  – Miranda 

postanowiła zasięgnąć informacji, jaka jest polityka szpitala w sprawie porodów w wodzie. 

– W  porządku.  Nie  spieszy  mi  się.  – W  tym  momencie  Daisy  zagryzła  wargi.  – Oj! 

Zaczyna boleć. 

– Pamiętaj  o  oddychaniu.  – Annie  masowała  plecy  młodszej  kobiety.  – Nie  wolno 

wstrzymywać oddechu. 

Miranda przyłożyła rękę do brzucha Daisy, by ocenić siłę skurczu. Przemawiała do niej 

kojącym tonem, gdy tamta pojękiwała i zaciskała pięści. Wreszcie kobieta odprężyła się. 

– Minęło. – Daisy odetchnęła. – Ciekawa jestem, czemu w szkole rodzenia przekonują, że 

wszystko  jest  takie  proste.  Tymczasem  ból  paraliżuje  i  zapomina  się  wówczas  o  dobrych 
radach. 

– Wiele kobiet to mówi. – Miranda wyprostowała się. – Skurcz był bardzo silny. Woda 

rzeczywiście  może  przynieść  ulgę.  Czy  zastanawiała  się  pani  nad  środkami 
przeciwbólowymi?

– Zacznę od wody – odparła Daisy z przekonaniem, szukając wsparcia w Annie. – Może 

będę potrzebowała znieczulenia, ale chcę się przekonać, jak długo dam sobie radę o własnych 
siłach. Boję się, że znieczulenie utrudni mi aktywną współpracę przy porodzie. 

– Pokój dziecinny już gotowy? – spytała Miranda, żeby odwrócić uwagę Daisy. 
– Jest prześliczny. – Kobieta rozpromieniła się. – Jasnożółty, z firankami w tym samym 

kolorze. 

Miranda zbadała pacjentkę, po czym wymknęła się porozmawiać z Ruth. 
– Rozwarcie pięć centymetrów, skurcze silne i regularne. Można ją umieścić w wannie, 

jeśli szpital to aprobuje. 

– Nie  widzę  żadnego  problemu – odrzekła  Ruth  bez  wahania.  – Daisy  jest  idealną 

kandydatką.  Niestety,  nasi  lekarze  nie  lubią  porodów  w  wodzie.  Uczciwie  mówiąc,  doktor 
Hardwick jest im przeciwny, ale musiał się przystosować, bo pacjentki się tego domagały. 

– A doktor Blackwell? – zapytała Miranda i zaraz ugryzła się w język, widząc pytające 

spojrzenie Ruth. 

– Jake? On nie ma z tym żadnych problemów. Nigdy nie spotkałam lepszego położnika, a 

pracowałam  z  różnymi.  Jake  uważa,  że  kobieta  najlepiej  wie,  czego  jej  potrzeba.  Co  za 
kontrast  w  porównaniu  ze  zwyczajami  niektórych  jego  kolegów,  którzy  tylko  patrzą  na 
zegarek i najchętniej sięgnęliby po kleszcze. 

– Chcieliby skończyć jak najszybciej?
– Chodzi  im  o  kontrolę  nad  przebiegiem  porodu.  Szybko  i  bez  komplikacji.  Niektórzy 

boją  się,  że  w  przypadku  urazów  okołoporodowych  zostaną  oskarżeni  o  błędy  w  sztuce 
lekarskiej. 

– Doktor Blackwell nie boi się ryzyka?
– Z pewnością nie ryzykuje bez potrzeby. Jest bardzo dobrym specjalistą i zależy mu na 

dobru  przyszłych  matek.  Pozwala  kobietom  na  rodzenie,  siłami  natury.  Szczerze,  mówiąc, 
gdybym  była  w  ciąży,  wybrałabym  właśnie  jego  na  swojego  lekarza.  A  skoro  już  o  tym 
mowa, gdzie urodzisz?

background image

Miranda zarumieniła się i półświadomym gestem położyła rękę na brzuchu. 
– Uczciwie  mówiąc,  nie  wiem.  Zapewne  tutaj,  skoro  jest  to  jedyny  w  okolicy  oddział 

położniczy. 

– Powinnaś się zapisać do któregoś z naszych lekarzy. 
– Wiem.  – Wykrzywiła  się  zabawnie.  – Mam  to  na  liście  spraw  do  załatwienia.  Nie 

zdecydowałam jeszcze, do kogo. 

– Poproś  Jake’a.  Moim  zdaniem  jest  tu  najlepszy.  Tom  Hunter  jest  także  dobrym 

lekarzem,  popularnym  wśród  pacjentek,  choć  nie  jest  tak  przystępny.  Na  twoim  miejscu 
poszłabym do Jake’a. 

– W żadnym wypadku! – wykrzyknęła, a Ruth spojrzała na nią badawczo. 
– Tak czy owak, nie odkładaj tego. Masz przy sobie wyniki badań?
– Tak. To podręcznikowa ciąża. Żadnych problemów. 
Tylko jej życie jest pasmem problemów i niepowodzeń. Ale to nie ma wpływu na ciążę, 

pocieszała się. Fizycznie jest okazem zdrowia, a lekarzy interesuje tylko to. 

Razem  z  Ruth  przygotowały  kąpiel.  Annie  pomogła  Daisy  wejść  do  wanny.  Napięcie 

ustąpiło z jej twarzy, przymknęła oczy. 

– Czuję się fantastycznie – oznajmiła. 
Miranda  przez  cały  dzień  siedziała  przy  Daisy,  monitorując  pracę  serca  płodu  ręcznym 

wodoodpornym aparatem Dopplera. Pod koniec zmiany wyszła na chwilę, by zamienić parę 
słów z Ruth. Znalazła ją w towarzystwie starszego mężczyzny w garniturze. 

– Doktor  Hardwick,  Miranda,  nasza  nowa  położna  – przedstawiła  ich  sobie  Ruth.  –

Zajmuje się Daisy. 

Lekarz odchrząknął z dezaprobatą. 
– Mam  nadzieję,  że  zbliżamy  się  do  końca  drugiego  etapu.  Wychodzę  wieczorem  na 

proszoną kolację i nie chciałbym być wzywany z powrotem do szpitala. 

Miranda miała ochotę na ostrą ripostę, ale ugryzła się w język i zapewniła:
– Pacjentka czuje się dobrze. Teraz jest w wannie... 
– Chcę, żeby z niej wyszła na czas porodu – zarządził lekarz ostro. – W sześciuset litrach 

wody nie sposób ocenić utraty krwi. 

– Oczywiście. – Miranda postanowiła, że nie da się wyprowadzić z równowagi, choć była 

tego bliska. 

– Wszystko zapowiada prawidłowy poród. Puls płodu... 
– Położnictwo jest nieprzewidywalne, proszę pani – przerwał jej ostro doktor Hardwick i 

zwrócił się do Ruth. – Przez najbliższą godzinę będę w gabinecie. Później przyjeżdża po mnie 
samochód. 

Odwrócił się na pięcie i wyszedł. 
– Przepraszam – powiedziała Ruth. – Kontakty z ludźmi nie są jego najmocniejszą stroną. 
– Współczuję jego paegentkom. Teraz rozumiem, czemu Daisy się go boi. 
– Na  szczęście  wieczorem  będzie  Jake.  Wezwiemy  go  w  razie  potrzeby,  a  Hardwicka 

zostawimy z jego przystawkami. 

– Nie  będzie  żadnych  problemów.  Miranda  miała  jeszcze  pożałować  tych  słów.  Kiedy 

background image

pomogły Daisy wyjść z wanny, kobieta jęknęła i oparła się ramionami o wielką poduchę. 

– Teraz będę klęczała. Tak mi najwygodniej. 
– Już niedługo – powiedziała Miranda, badając położnicę. – Widzę główkę, Daisy. 
Po  jednym  silnym  parciu  pokazała  się  główka  noworodka  i  natychmiast  się  cofnęła. 

Miranda  znała  ten  objaw  z  literatury  i  dobrze  wiedziała,  jakie  im  grozi  niebezpieczeństwo. 
Oblał ją zimny pot. Bez wahania wcisnęła przycisk alarmowy. 

– Daisy, jesteś bardzo dzielna, ale bark dziecka utknął. Potrzebujemy pomocy lekarza. 
Nie  było  czasu  na  odrywanie  doktora  Hardwicka  od  kolacji.  Pomoc  musiała  być 

natychmiastowa. 

– Chciałabym, żebyś się przewróciła na plecy i z powrotem na czworaka. Pomożemy ci z 

Annie. 

Ten ruch mógł spowodować, że dziecko zmieni pozycję, ale w tym wypadku nie odniósł 

skutku. Chwilę potem do pokoju wpadła Ruth, a zaraz za nią Jake. 

– Dwa  parcia  bez  postępów.  Objaw  żółwia.  Pozycja  na  czworaka  nie  pomogła –

zrelacjonowała jednym tchem Miranda. 

Jake naciągnął rękawiczki. Natychmiast zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. 
– Proszę  pomóc  pacjentce  ułożyć  się  na  łóżku,  na  plecach.  Daisy,  niech  pani  nie  prze. 

Spróbujemy manewru McRobertsa. 

Położne  z  obu  stron  zgięły  i  przytrzymały  uda  rodzącej,  a  Jake  zastosował  ucisk 

nadłonowy  i  wtedy,  jak  pod  wpływem  zaklęcia,  wyskoczył  mu  na  ręce  zanoszący  się 
krzykiem noworodek. 

– Ma  pani  dziewczynkę,  Daisy – oznajmił  Jake,  odcinając  pępowinę  i  podając  dziecko 

matce,  zupełnie  spokojny,  jakby  to  był  najzwyklejszy  poród  pod  słońcem.  – Wszystko  w 
porządku.  Dobra  robota,  Mirando.  Dopiero  wtedy  uświadomiła  sobie,  że  instynktownie 
wstrzymywała oddech, i ugięły się pod nią kolana. Była mu wdzięczna za pochwałę, choć nie 
miała pewności, czy na nią zasłużyła. To Jake odebrał dziecko, spokojnie i bez alarmowania 
matki.  Daisy  nie  zorientowała  się  nawet,  jak  dramatyczna  była  sytuacja.  Nagle  ogarnęły  ją 
wątpliwości  co  do  własnych  kwalifikacji.  Co  by  było,  gdyby  Jake  nie  znajdował  się  w 
pobliżu? Jak zareagowałby oderwany do kolacji doktor Hardwick? Nie zdążyłby przecież na 
czas. 

– Jaka piękna – wyszeptała Daisy, niechętnie oddając noworodka pediatrze, który właśnie 

wszedł do pokoju. 

Kiedy  wreszcie  matka  i  dziecko  znalazły  się  w  swoim  pokoju,  Miranda  stwierdziła,  że 

znowu  pracowała  trzy  godziny  dłużej.  Była  wykończona  fizycznie  i  psychicznie. 
Zastanawiała się, skąd wziąć siły na dojechanie rowerem do domu. 

Pchnęła drzwi i zatrzymała się w miejscu. Jake stał oparty o ścianę. 
– Czekałem. Znowu pracowałaś za długo. Czy dobrze się czujesz?
Nie czuła się dobrze, ale co innego mogła mu odpowiedzieć?
– W porządku. 
– Kłamczucha. 
– Jeśli chcesz powtórzyć scenę z ostatniego wieczoru, to nie mam siły. Wiem, że jesteś na 

background image

mnie wściekły, ale... 

– Gniewałem się, to prawda. Ale przemyślałem to, co powiedziałaś, i przyznaję ci rację. 

Twoje życie jest tylko twoją sprawą, choć z niewyjaśnionych dla mnie powodów zależy mi, 
żeby  mieć  w  nim  swój  udział.  Martwię  się  o  ciebie.  Nie  powinnaś  tak  ciężko  pracować  w 
szóstym miesiącu ciąży.  Mam nadzieję, że  twój mężczyzna czeka z  ciepłymi  bamboszami  i 
rozpieszcza cię tak, jak na to zasługujesz. 

Miranda pomyślała o zimnym pokoju i pustej lodówce. Uśmiechnęła się krzywo. 
– Podrzucę cię do domu. 
Nie chciała się przyznać, że wczoraj wcale nie podwiózł jej do domu, ale nie miała siły na 

dalsze spory. Poszła za nim do samochodu i w milczeniu patrzyła, jak przymocowywał z tyłu 
rower. Bez  słowa jechał  tą samą trasą,  co poprzedniego  dnia.  Zatrzymał się na tym samym 
rogu i spojrzał na nią z dziwnym błyskiem w oku. 

– Czy wreszcie powiesz mi prawdę?
– O czym?
– Na przykład o tym, gdzie właściwie mieszkasz, • bo przecież nie tutaj. 
Wyprostowała się, zaskoczona. 
– Nie wiem, o czym mówisz. 
– Myślę,  że  wiesz.  Kiedy  skończyłem  wczoraj  rozmawiać  przez  telefon,  zastukałem  do 

każdego  domu  po  kolei,  pytając  o  położną  o  imieniu  Miranda.  I  wiesz  co?  Nikt  o  niej  nie 
słyszał. Zabawne, prawda?

Przełknęła z wysiłkiem i próbowała mu przerwać. 
– Jake, ja... 
– Zacząłem się zastanawiać, dlaczego kłamiesz w tak prostej sprawie – rzekł spokojnym 

głosem.  – To  oczywiste,  że  jesteś  z  kimś  związana,  ale  nie  rozumiem,  czemu  mnie  ciągle 
okłamujesz. Dlaczego po prostu nie powiesz prawdy?

– Ani razu nie skłamałam! – Gorączkowo myślała, jak się bronić. 
– Siedzimy przed domem, w którym nie mieszkasz. Czy to nie było kłamstwo?
– Nie mam zwyczaju zwierzać się ludziom. 
– Podanie adresu uznajesz za zwierzanie się? – Jego ton nadal był łagodny. 
– Dobrze,  zawieź  mnie  do  domu.  Ale  potem  odjedź.  Nie  mam  powodu  tłumaczyć  się 

przed tobą. 

Jake  zatrzymał się  przez  źle  oświetlonym budynkiem  z  mieszkaniami  na wynajem.  Nie 

mógł  uwierzyć  własnym  oczom.  Lepiej  było  się  tu  nie  zapuszczać  po  ciemku,  a  i  za  dnia 
okolica nie wyglądała lepiej. Co u licha Miranda robi w takim miejscu? Im więcej czasu z nią 
spędzał, tym mniej ją rozumiał. 

– Dziękuję za podwiezienie. – Odpięła pas, ale przytrzymał ją za rękę, zanim zdążyła się 

wymknąć. 

– Nie tak szybko. – Ręce miała szczupłe i chłodne. Lekko drżały. Nagle zrozumiał, że coś 

przed nim ukrywa. Coś istotnego. – Odprowadzę cię do drzwi. 

– Nie ma potrzeby. Poradzę sobie. 

background image

– Powiedziałem, że cię odprowadzę. – Na jego twarzy malował się upór. – Boisz się, że 

twój chłopak podbije mi oko?

Sprawdzał tylko jej reakcję. Wczoraj doszedł do wniosku, że nie ma partnera i teraz jego 

podejrzenia potwierdziły się. Zawahała się i odparła z rezygnacją:

– Mieszkam  sama.  Nikt  ci  nie  podbije  oka.  Ale  i  tak  nie  ma  powodu,  żebyś  mnie 

odprowadzał. 

– Zrób to dla mnie. 
– Tu mieszkam. – Przystanęła przy drzwiach na piętrze. – Do zobac2enia. 
Pchnęła  je,  a  Jake  kątem  oka  zobaczył  puste  wnętrze  z  zaciekami  na  ścianach  i  łysym 

chodnikiem na podłodze. 

W  mgnieniu  oka  podjął  decyzję.  Nie  ma  mowy,  by  ją  tu  zostawił.  Wszedł  za  nią  do 

pokoju,  ignorując  próbę  zamknięcia  mu  drzwi  przed  nosem.  Rozejrzał  się  wokoło  z 
niedowierzaniem. 

– Co u licha robisz w takiej norze? – Uświadomił sobie, że jego słowa są zbyt ostre, ale 

na pewno Miranda zdaje sobie sprawę z tego, że mieszka w okropnych warunkach. 

To wiele wyjaśnia. Na przykład, dlaczego zawahała się, gdy mówiła o „domu”. Nikt przy 

zdrowych zmysłach nie nazwałby tak tego miejsca. 

– Oszczędzam. Teraz już idź. 
– Nie zamierzam. – Dokonując oględzin ponurego wnętrza Jake zauważył, że w pokoju 

było równie zimno, jak na schodach. – Wyjaśnij mi, dlaczego mieszkasz w takich warunkach. 

– Już powiedziałam. Jest tanio. 
– To  mnie  nie  dziwi.  Czy  naprawdę  jesteś  w  tak  dramatycznej  sytuacji?  On  ci  nie 

pomaga?

– Kto?
– Ojciec twojego dziecka. Nawet jeśli nie jesteście już razem, nadal ma obowiązki wobec 

niego.  – Poczuł,  że  narasta  w  nim  gniew  na  nieznanego  mężczyznę.  Miał  ochotę  walnąć 
pięścią w wilgotną ścianę. 

– Nie potrzebuję wsparcia, Jake, radzę sobie sama – oświadczyła z irytacją. 
– Nie chodzi tylko o ciebie, Mirando. – Spojrzał wymownie na jej brzuch. 
– Dziecko ma się dobrze. Nie sądź mnie. Nic o mnie nie wiesz. 
– Chcę  wiedzieć.  Chcę  zrozumieć.  Zostawił  cię? – Nie  powinien  być  wścibski,  ale  nie 

mógł się oprzeć. 

Rzuciła płaszcz na łóżko. 
– Co cię to obchodzi?
Miała prawo zadać to pytanie, lecz on nie znał na nie odpowiedzi. Wiedział tylko, że nie 

może jej tak zostawić. 

Przez moment mierzyła go wzrokiem, wreszcie spuściła oczy. 
– Odszedł, kiedy dowiedział się o dziecku. 
– Honorowy gość. – Nie mógł pohamować się od ironii, ale chętnie odgryzłby sobie język 

na  widok  bólu  w  jej  oczach.  – Przepraszam,  nie  powinienem  był...  – Miał  ochotę  objąć  ją 
mocno i zabrać w bezpieczne miejsce. 

background image

– To już nie ma znaczenia. Dobranoc, Jake. Do jutra. 
Weszła  do  maleńkiej  kuchenki,  w  której  z  trudem  mieściły  się  dwie  osoby.  Projektant 

budynku  powinien  zostać  skazany  na  mieszkanie  w  nim.  Włączyła  czajnik  i  otworzyła 
lodówkę. Były tam tylko jajka i jogurt. 

To przeważyło szalę. 
– Idź, spakuj się. 
Na dźwięk tych słów zatrzymała się z jogurtem w dłoni. 
– Słucham?
Jeszcze  żadna  kobieta  nie  wydała  mu  się  tak  intrygująca  i  niedostępna.  Był  gotów 

zapłacić każdą cenę za zbliżenie się do niej. Do tej pory dbał o swą prywatność. Niezależnie 
od tego, z kim się aktualnie umawiał i jak bliska była to znajomość, nigdy nie zaprosił żadnej 
kobiety,  by  się  do  niego  wprowadziła.  Sam  nie  rozumiał,  skąd  przyszła  ta  nagła  decyzja. 
Zwariowana czy nie, zamierzał się jej trzymać. 

– Spakuj rzeczy. Zabieram cię do siebie. 
– Nie bądź śmieszny. 
– Kochanie,  jesteś  jedyną  kobietą,  której  kiedykolwiek  złożyłem  taką  propozycję,  więc 

przemyśl to raz jeszcze. 

Lekkie rozbawienie, z jakim przyjęła tę ripostę, świadczyło o tym, że nie straciła poczucia 

humoru. 

– Jeśli chcesz mnie uwieść, źle wybrałeś. 
Sam nie wiedział, czego chce, poza jednym. Nie wyjdzie stąd bez niej. Postanowione. 
– Proszę, pojedź ze mną. 
– Zawsze jesteś taki uparty? – westchnęła. 
– Tak – przyznał. – Gdzie jest twoja walizka? Sam cię spakuję. 
– Jake – zaprotestowała słabiej. 
– Zabiorę  cię  stąd,  Mirando, i  od  ciebie  tylko  zależy,  czy  weźmiesz  swoje  rzeczy,  czy 

wyniosę cię stąd, jak stoisz. A oboje wiemy, że moje ciuchy są na ciebie za duże. 

– Czy ktoś ci już powiedział, że jesteś tyranem?
– Nie jestem. Po prostu dobrze wiem, czego chcę i jestem przyzwyczajony, że to osiągam. 
– Ja też wiem, czego chcę. 
– Jesteś zbyt zmęczona, żeby myśleć rozsądnie. 
– Chyba  masz  rację.  Muszę  się  położyć  choć  na  pięć  minut.  – Obdarzyła  go 

przepraszającym uśmiechem. 

– Spakuj  się,  Mirando.  Za  pół  godziny  będziesz  leżała  w  pachnącej  pianie,  a  miękkie 

łóżko będzie na ciebie czekało. 

– Trudno jest ci odmówić. – Wyraz rozmarzenia pojawił się w jej oczach. – Zejdź mi z 

drogi. Muszę przygotować rzeczy na zmianę. 

Sięgała  mu  zaledwie  do  ramienia,  była  krucha  i  delikatna,  a  jednak  w  tej  dziewczynie 

kryła  się  stalowa  wola  i  odwaga.  Była  najbardziej  niezależną  przedstawicielką  swojej  płci, 
jaką kiedykolwiek spotkał. 

– Weź  więcej  ubrań.  Nie  wrócisz  tu,  dopóki  to  miejsce  nie  zacznie  przypominać 

background image

mieszkania. Dziwne, że się nie rozchorowałaś. 

– Jestem  silniejsza,  niż  myślisz – odparła  wyzywająco.  Wrzuciła  do  torby  potrzebne 

rzeczy. – Jestem gotowa. Ale nadal myślę, że twoje zachowanie jest idiotyczne. 

– Nie idiotyczne. Rozsądne. – Wziął od niej torbę i pospiesznie otworzył przed nią drzwi, 

jakby w obawie, że może jeszcze zmienić zdanie. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Po raz drugi w tym tygodniu Miranda leżała w dużej wannie wypełnionej ciepłą, pieniącą 

się, pachnącą wodą. 

W  głębi serca wiedziała, że  nie powinna korzystać z  gościnności Jake’a.  Mogła okazać 

większą stanowczość. Tupnąć nogą i powiedzieć „nie”. Jednak Jake był przyzwyczajony do 
stawiania na swoim, a ona nie miała siły na dalsze protesty. 

Która  kobieta  dobrowolnie  wybrałaby  nędzę,  skoro  może  przez  chwilę  pławić  się  w 

luksusie?  Była  tak  zmęczona,  że  jej  mięśnie  zastrajkowały.  Wątpiła,  czy  znajdzie  dosyć 
energii, by wyjść z wanny o własnych siłach. 

W myślach przebiegała jeszcze raz dzisiejsze wydarzenia na porodówce. Czy to była jej 

wina? Czy powinna była przewidzieć, że noworodek ułoży się nieprawidłowo?

Stukanie  do  drzwi  wyrwało  ją  z  zamyślenia.  Jake  wkroczył  do  środka  z  dwoma 

parującymi kubkami. 

– Przyniosłem  coś  na  wzmocnienie.  Zawstydzona  schowała  się  głębiej  w  pianie. 

Dlaczego nie pamiętała, żeby zamknąć drzwi!

– Nie możesz wchodzić bez zaproszenia! Pchnął drzwi ramieniem. 
– Dlaczego? Chciałem sprawdzić, czy nie zasnęłaś. 
Bez  cienia  skrępowania  postawił  oba  kubki  na  koszu  z  bielizną  do  prania  i  sięgnął  po 

czysty ręcznik. 

– Wychodź, dopóki jesteś przytomna i możesz wypić gorącą czekoladę, którą dla ciebie 

przygotowałem. 

– Gorącą czekoladę? – Popatrzyła łakomie na kubki. – Tę samą, którą dałeś mi w górach?
– Właśnie tę. – Przebrał się już w dżinsy i sportową koszulę, chyba ulubioną, bo wyraźnie 

spraną.  Podwinął  rękawy  do  łokcia,  odsłaniając  silne  przedramiona.  – Zanim  się  ubierzesz, 
kolacja będzie gotowa. 

– Ugotowałeś?
– Niezupełnie. Skorzystałem z  pomocy lokalnej  pizzerii. Dużo  kalorii, ale przydadzą  ci 

się. – Przyjrzał się jej uważniej. – Czy dobrze się czujesz? Mam wrażenie, że coś cię gnębi. 

Był spostrzegawczy, musiała mu to przyznać. 
– Martwię się, że zawiodłam w czasie porodu Daisy. Czy powinnam wcześniej zauważyć 

jakieś symptomy?

– Z całą pewnością nie była to twoja wina. 
– Nigdy do tej pory nie widziałam dystocji barkowej. Oczywiście, wiele słyszałam na ten 

temat.  Znam  konieczne  procedury  postępowania.  Ale  nigdy  nie  spotkałam  się  z  nią  w 
praktyce. Zastanawiam się, czy przeoczyłam jakieś objawy. Być może, gdybym wychwyciła 
je wcześniej, dziecko by się nie zaklinowało. 

– Nie  zadręczaj  się – odrzekł  zdecydowanie.  – Znacząca  część  przypadków  nie  ma 

żadnych identyfikowalnych wcześniej czynników ryzyka. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. 

– Kiedy  zobaczyłam,  że  główka  się  cofa,  próbowałam  zmiany  pozycji,  ale  nie 

background image

poskutkowało. 

– Zachowałaś  się  prawidłowo.  Natychmiast  wezwałaś  położnika  na  pomoc,  a  to  było 

najważniejsze. 

– Może powinnam ją od razu położyć w pozycji McRobertsa? Czy leżenie na plecach nie 

zmniejsza ujścia macicy?

– Koryguje lordozę kości krzyżowej i eliminuje jedną z przeszkód. 
– Co by się stało, gdyby zabieg McRobertsa nie poskutkował?
– Nacięcie  krocza  pozwala  na  zmniejszenie  ucisku  na  główkę  i  zwiększenie  pola 

manewru.  Starałbym  się  wyciągnąć  dziecko  za  drugie  ramię,  ale  istnieje  spore  ryzyko 
powikłań. Przestań się już martwić i pij czekoladę. Wszystko się dobrze skończyło. 

Wzięła kubek, zadowolona, że śnieżnobiała piana zapewnia jej skuteczną zasłonę. 
– Poznałam doktora Hardwicka. 
– Z pewnością było to budujące doświadczenie – powiedział Jake przeciągle. 
Zastanowiła  się,  jak  dwóch  tak  różnych  ludzi  może  ze  sobą  współpracować,  skoro  ich 

podejście do położnictwa jest diametralnie różne. 

– Był bardzo nieuprzejmy. 
– To do niego podobne. Pochodzi z czasów, gdy lekarz był bogiem wydającym polecenia, 

które inni posłusznie wykonywali. Obecnie wolimy rozmawiać z pacjentkami i wyjaśniać im, 
co robimy. 

– Co by się stało z Daisy, gdyby cię nie było?
– Mówiąc  szczerze,  Hardwick  skończył  dyżur,  więc  nie  musiał  siedzieć  w  szpitalu. 

Zawsze jest na dyżurze jakiś położnik. Wszystko sprowadza się do tego, czy lekarz czuje się 
odpowiedzialny  za  pacjentkę  i  chce  sam  odebrać  dziecko.  Hardwick  nie  zaniedbuje 
prywatnych pacjentów, a lekceważy tych, którzy trafiają do niego z ubezpieczalni. 

– To okropne. 
– Doprawdy? – Jake  uśmiechnął  się  ironicznie.  – Chciałabyś  mieć  przy  sobie  doktora 

Hardwicka w czasie porodu?

– Zdecydowanie nie. 
– Nie mam nic więcej do dodania. A jeśli rozmawiamy o położnikach, powinnaś pogadać 

z Tomem Hunterem. Jest znakomity. Zaraz będzie pizza. Radzę, żebyś wyszła z wanny, jeśli 
nie chcesz jeść mozarelli z mydlaną pianą. 

– Nie mogę się ubierać, gdy tu stoisz. 
– Mirando, jestem ginekologiem. Widziałem niejedną ciężarną kobietę. 
– Ale nie mnie. 
Krew  napłynęła  jej  do  policzków.  To  gorąca  woda,  przekonywała  sama  siebie.  Nie 

ulegnie  urokowi  kolejnego  mężczyzny,  a  szczególnie  tak  niebezpiecznego  jak  Jake.  Z 
jakiegoś powodu ciągle jest kawalerem, ale ona nie chce zostać jego zdobyczą. 

Chciało  jej  się  śmiać  nad  własną  głupotą.  Jake  nie  zainteresowałby  się  kobietą,  która 

wkrótce  urodzi  dziecko  innego  mężczyzny.  Ona  nie  pasuje  do  kategorii  związków  bez 
komplikacji. W dodatku mało który mężczyzna uważa kobietę w ciąży za atrakcyjną. 

Powiedział  jej, że  jest piękna i  pocałował ją, ale  to  było, zanim  dowiedział się o ciąży. 

background image

Wszystko uległo zmianie. 

– Zostaw  mnie  w  spokoju,  a  za  chwilę  będę  na  dole – prychnęła  zirytowana  jego 

obecnością i własnymi myślami. 

– Jeśli nie zejdziesz w ciągu pięciu minut, wrócę tu. 
– Ktoś ci mówił, że strasznie się rządzisz?
– Słyszę  to  przez  cały  czas.  Ale  to  wina  mojej  profesji.  W  pracy  muszę  podejmować 

błyskawiczne, arbitralne decyzje. Czasem przenoszę to na życie prywatne. 

Popatrzyła  za  nim,  gdy  zamykał  za  sobą  drzwi.  Jake  jest  niesamowicie  atrakcyjnym 

mężczyzną, nie tylko ze względu na swój wygląd. Jego siła i pewność siebie działały na nią 
równie  mocno.  Naprawdę  powinna  uczyć  się  na  błędach.  Nie  należy  poświęcać  tyle  uwagi 
komuś,  kto  jest  całkowicie  nieosiągalny.  Z  mocnym  postanowieniem,  że  będzie  rozsądna, 
owinęła się w wielki puszysty ręcznik. 

Zaróżowiona po kąpieli, z rozchylonymi różowymi ustami, w nocnej piżamie, z włosami 

spiętymi  klamrą  na  czubku  głowy  stanęła  w  drzwiach  kuchni.  Poczuł,  że  coś  go  ściska  w 
dołku. 

– Nie wiedziałem, co lubisz, więc zamówiłem wszystkie możliwe dodatki. 
Zerknęła do pudełka i zaśmiała się. 
– Jako lekarz powinieneś raczej wygłaszać kazania na temat zdrowego żywienia. 
– Uznałem, że najbardziej potrzebujesz kalorii i komfortu. Jedz. Podać ci talerz?
– To jest pyszne. – Poczuła nagle wilczy głód. Obserwował mały różowy język zlizujący 

okruszki z kącika ust i miał ochotę natychmiast ją pocałować. 

– Opowiedz mi historię swojego życia. 
– Słucham? – Zatrzymała się w pół kęsa, zaskoczona. 
Jake był zły na siebie, że przerwał jej jedzenie, ale postanowił pójść za ciosem. 
– Chciałbym usłyszeć, co się stało z ojcem twojego dziecka. Oskarżyłaś mnie o pochopne 

wyciąganie wniosków i z pewnością miałaś rację. Jeśli podasz mi fakty, nie zrobię tego po raz 
drugi. 

– Jesteś bardzo obcesowy. 
– Myślę, że tak jest lepiej. Unikniemy nieporozumień. 
– Jestem  ci  winna  wyjaśnienia,  wiec  umówmy  się  tak.  Opowiem  ci  o  wszystkim,  ale 

potem nie chcę już wracać do tego tematu. 

– Nie jesteś mi nic winna, ale i tak chcę wiedzieć. 
– Dlaczego? Dobre pytanie. 
– Bo  wyglądasz  jak  ktoś,  kto  potrzebuje  przyjaciela.  Może  odnajdę  twojego  byłego  i 

skarcę go za to, że pozwala ci borykać się ze wszystkim samej.

– Nie borykam się. – Spojrzała na niego wyzywająco. 
Uśmiechnął  się,  przypominając  sobie  jej  upór  i  niezależność  w  górach.  Najwyraźniej 

musiała stale udowadniać wszystkim, że potrafi dbać o siebie. A jednak z mokrymi włosami i 
kawałkiem pizzy wygląda tak krucho i niewinnie... 

– Kim on jest, Mirando?

background image

– To głupie, ale poznałam go przez internet. Taka piękna dziewczyna zawiera znajomości 

przez internet?

– Miał na imię Peter. Wydał mi się bardzo miły. Byliśmy jak pokrewne dusze. Mieliśmy 

identyczne  zdanie  na  różne  tematy,  interesowaliśmy  się  podobnymi  rzeczami,  czasem 
wydawało  się  to  aż  niesamowite.  Coraz  częściej  pisywaliśmy  do  siebie.  Potem  kilka  razy 
rozmawialiśmy  przez  telefon,  aż  wreszcie  zdecydowaliśmy  się  spotkać.  Powiedział,  że  ma 
trzydzieści osiem lat. Był znacznie starszy niż ja, ale wtedy się tym nie przejmowałam. 

– Spotkaliście się?
– W  pubie.  Był  świetnym  kompanem,  a  ja...  Prawda  jest  taka,  że  czułam  się  wtedy 

straszliwie samotna i nie zawracałam sobie głowy pytaniami, które powinnam była zadać od 
razu.  Zaczęliśmy  się  umawiać.  Po  miesiącu  przyznał  się,  że  ma  czterdzieści  osiem,  a  nie 
trzydzieści osiem lat. Byłam w szoku. Nie z powodu jego wieku, nie przywiązywałam do tego 
wielkiego znaczenia, ale nie rozumiałam, dlaczego mnie oszukał w tej sprawie. Dlaczego nie 
powiedział mi prawdy. 

– Jak się tłumaczył?
– Obawiał się, że gdyby się przyznał, nie chciałabym się z nim spotkać. 
– Zjedz jeszcze kawałek, zanim przejdziesz do dalszego ciągu. 
– Skąd wiesz, że mam jeszcze coś do powiedzenia?
– Masz to wypisane na twarzy. 
Wolno przeżuwała pizzę, a potem oblizała palce. 
– Po kilku tygodniach namówił mnie... Właściwie nie musiał mnie namawiać, sama tego 

chciałam. 

– Poszliście do łóżka – skończył za nią Jake i nagle stracił apetyt. 
– Chciałabym  móc  powiedzieć,  że  byłam  nieprzytomnie  zakochana,  ale,  mówiąc 

uczciwie,  byłam  przede  wszystkim  bardzo  samotna.  Dlatego  nie  zauważałam  różnych 
drobnych  znaków,  które  powinny  obudzić  moją  czujność.  To  on  dzwonił  do  mnie.  Ja  nie 
mogłam, chyba że na komórkę, która i tak często była wyłączona. Spotykaliśmy się w porach 
dogodnych dla niego. 

– Był żonaty?
– To takie oczywiste? – Wyglądała na zaskoczoną. 
– Namiętność zaślepia. 
– To nie była taka wielka namiętność. – Zaczerwieniła się. – Reszta jest banalna. Zaszłam 

w ciążę. On był przerażony. Nagle wyciągnął zdjęcie żony i czwórki dzieci. I koniec historii. 
– Powiedziała to lekko, ale widać było, że nadal ją to boli. 

– A jak przyjęłaś wiadomość o dziecku?
– Najpierw  się  przestraszyłam  i  uświadomiłam  sobie,  że  jestem  zdana  sama  na  siebie. 

Potem się ucieszyłam. – Uśmiechnęła się ciepło. – Wiem, że w tych okolicznościach to brzmi 
dziwnie, ale naprawdę się ucieszyłam. Poczułam, że wszystko jest na swoim miejscu. 

– Powinien ci płacić alimenty. 
– Nie chcę od niego nic. Przywykłam sama dbać o siebie. Teraz będę dbała o dwie osoby. 
– Dlaczego wybrałaś Krainę Jezior? Co z twoją rodziną?

background image

– Nie  mam  rodziny – odparła.  Wstała  szybko  i  nalała  sobie  szklankę  wody.  Wypiła  ją 

odwrócona plecami. – Zdecydowałam się wyjechać z Londynu i wybrałam Krainę Jezior, bo 
odkąd pamiętam, miałam w głowie jej poetyckie krajobrazy. W szkole uwielbiałam literaturę. 

– Poetyckie? – Nie  zrozumiał,  bo  jego  uwagę  przykuły  raczej  niedopowiedzenia  niż 

odpowiedź. Brzmiała fałszywie. Instynktownie poczuł, że skłamała. Ale dlaczego kłamie na 
temat rodziny? Czyżby pokłóciła się z nimi z powodu ciąży? Czy się ich wstydziła?

– Wordsworth. Mieszkał w tej okolicy. Chyba o tym wiesz?
– Oczywiście. – Uśmiechnął się. – Urodziłem się tutaj. Dla tutejszych mieszkańców jest 

to element lokalnej tradycji. Coś tak oczywistego, że przestaje się o tym pamiętać. 

– Uważałam, że to piękne, sielskie miejsce. Idealne do wychowywania dziecka. I tańsze 

niż Londyn. 

Chciał się dowiedzieć czegoś o jej rodzinie. Było oczywiste, że jeśli żyją, zerwali z nią 

kontakty. Albo ona z nimi. Jake starał się wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji. Na oślep 
wskazać  palcem  punkt  na  mapie  i  od  nowa  budować  swoje  życie  w  tym  obcym  miejscu. 
Zerwać wszystkie więzy, oderwać się od korzeni. 

– Rozumiem, czemu tu przyjechałaś, ale skąd to ohydne mieszkanie?
– Było  dostępne  od  zaraz  i  bardzo  tanie.  Muszę  się  utrzymywać  sama.  Kiedy  dziecko 

przyjdzie na świat, przez pewien czas nie będę mogła pracować. 

– Ile płacisz za wynajem?
Wymieniła  kwotę,  która  wydawała  mu  się  absurdalnie  wysoka  jak  za  taka  norę,  ale 

powstrzymał się od komentarza. 

– Przeprowadź się do mnie, a będziesz płaciła jeszcze mniej. 
– Nie mówisz poważnie. 
– Dlaczego nie? – Machnął ręką w kierunku innych pokoi. – Ten dom jest dla mnie za 

duży, a tobie byłoby tu wygodniej. 

– Nie.  – Coś  niebezpiecznie  zamigotało  w  jej  oczach.  – Nie  potrzebuję  niczyjej  łaski. 

Radzę sobie. Nie lubię być od nikogo zależna. 

Jeśli nie przeprowadzi tej rozmowy dyplomatycznie, Miranda wróci do siebie, zanim on 

zdąży wyrzucić pudełko po pizzy. Oparł się o krzesło i wyciągnął nogi. 

– To dobrze, bo nie mam zamiaru cię uzależniać. Proponuję, żebyś się wprowadziła do 

pokoju, którego nie używam. Możesz mi płacić tyle, ile obecnemu gospodarzowi. 

– Absolutnie nie. 
Zauważył, że się zawahała, i z miejsca to wykorzystał. 
– Dlaczego wolisz płacić za pokój kompletnie obcemu człowiekowi, a nie mnie?
– To duża różnica. 
– Jaka? Z powodu jednego pocałunku?
– To  nie  był  prawdziwy  pocałunek.  Było  Boże  Narodzenie,  czuliśmy  się  samotni  i...  –

Widać było, że najchętniej udawałaby, że taka sytuacja w ogóle nie miała miejsca. 

– Poczuliśmy wzajemne zauroczenie?
– Nie mogłeś do mnie niczego poczuć. 
– Nie? – Fakt,  że  nie  zaprzeczyła  własnemu  zainteresowaniu  jego  osobą,  napełnił  go 

background image

niespodziewaną  radością.  Miał  ochotę  przysunąć  się  do  niej,  ale  bał  się  ją  spłoszyć.  –
Dlaczego nie miałbym się tobą zainteresować?

– Jestem  w  zaawansowanej  ciąży – Z  innym  mężczyzną.  Te  niewypowiedziane  słowa 

zawisły w powietrzu. 

– Ciąża nie sprawiła, że stałaś się kimś innym. Nadal jesteś sobą. 
– Bardzo grubą sobą. 
Miał ochotę się roześmiać, słysząc w jej ustach obiekcje tak typowe dla wielu ciężarnych 

kobiet. 

– Większość mężczyzn uważa, że ciąża przydaje ich żonom urody i atrakcyjności. 
– Nie jestem twoją żoną. 
Powinien  przyjąć  to  z  ulgą.  Zamiast  tego  poczuł  żal,  że  ta  piękna  kobieta  nie  jest  jego 

żoną. Mógłby ją przytulić i pocałunkami rozjaśnić jej smutne oczy. 

– Nie jestem niczyją żoną  i  nie zamierzam  być – zapewniła z  ogniem w  oczach. – Nie 

zamierzam mieć rodziny. 

Czy  chodzi  tylko  o  ukochanego,  który  ją  oszukał,  czy  coś  jeszcze  kryje  się  za  tym  tak 

zdecydowanym stwierdzeniem? Spojrzał wymownie na jej brzuch. 

– Kochanie, czy tego chcesz, czy nie, już masz rodzinę. 
– Dziecko to zupełnie inna sprawa. – Osłoniła brzuch rękami. 
– Nie  ma  czegoś  takiego  jak  typowa  rodzina,  Mirando.  – Spróbował  delikatnie  podjąć 

temat jej lęków i uprzedzeń. – Każdy tworzy ją po swojemu. Rodzina oznacza ludzi, którzy 
mieszkają razem i starają się, by wspólne życie było jak najlepsze. 

– Doprawdy? – Gorycz w jej głosie była trudna do przeoczenia. Nie wiedział, skąd brał 

się cynizm i ból, ale nie powinno ich być. Postanowił zmienić temat. 

– Zamierzasz nadal wspierać swojego gospodarza oszusta czy będziesz płaciła mnie?
– Mówisz poważnie o wynajęciu pokoju?
– Najzupełniej.  – Nie  chciał  brać  od  niej  pieniędzy,  ale  świetnie  wiedział,  że  w 

przeciwnym wypadku odmówiłaby mu bez wahania. 

– Dobrze – zadeklarowała po chwili zastanowienia. – Jeden warunek. Wyprowadzę się po 

urodzeniu dziecka. 

– Dlaczego?
– Nie potrzebujesz pod swoim dachem noworodka, który będzie cię budził w nocy swoim 

płaczem.  Nie  mogę  tu  pomieszkiwać  w  nieskończoność.  Muszę  sobie  znaleźć  coś  na  stałe. 
Miejsce, które mogłabym zamienić w dom. 

Uświadomił  sobie,  że  chce,  by  założyła  swój  dom  tutaj.  Razem  z  nim.  Zupełnie 

zaskoczony  swoimi  reakcjami  i  myślami,  potarł  dłonią  czoło.  Co  za  ironia  losu.  Znają 
zaledwie parę dni. Wiele kobiet, z którymi miał  romanse, robiło aluzje na temat wspólnego 
mieszkania.  Wypracował  sobie  różne  strategie  ignorowania  lub  odrzucania  ich  propozycji. 
Trzymał  kobiety  na  zewnątrz  swojego  domu.  Dlaczego  nagle  za  wszelką  cenę  chciałby 
zatrzymać Mirandę w środku?

– Dobrze. – Wiedział, że nie może się zdradzić ze swoimi pragnieniami, bo dziewczyna 

ucieknie  bez  oglądania  się  za  siebie.  – Traktuj  mój  dom  jako  swój,  dopóki  nie  znajdziesz 

background image

czegoś lepszego. 

– To  bardzo  szlachetnie  z  twojej  strony.  – Nerwowo  przebierała  palcami,  wyraźnie 

zakłopotana. – Nadal nie rozumiem, dlaczego chcesz to dla mnie zrobić?

– Czy musi być jakiś powód?
– A czy nie jest to regułą? – Zaśmiała się szyderczo. – Stawiałabym na aspekt seksualny, 

gdyby nie moja zaawansowana ciąża. 

– Moja motywacja zdecydowanie wykracza poza seksualną atrakcyjność. Nie zamierzam 

owijać  w  bawełnę,  Mirando,  bo  słyszałaś  dosyć  kłamstw.  Sam  nie  wiem,  dlaczego  mi  tak 
zależy,  żebyś  tu  zamieszkała.  Od  pierwszej  chwili  między  nami  zaiskrzyło.  Kiedy  się 
obudziłem  i  stwierdziłem,  że  zniknęłaś,  poczułem  się  zawiedziony  i  zrozpaczony.  Potem 
spotkałem  cię  na  oddziale  i  byłem  w  siódmym  niebie  do  odkrycia,  że  jesteś  w  ciąży.  Mam 
żelazną  zasadę:  nigdy  nie  rozbijam  cudzych  związków.  Byłem  gotów  zrezygnować,  ale 
czułem, że tracę coś niezwykle ważnego. 

Jej oczy były wielkie i czujne. 
– Jake... 
– Pozwól  mi  skończyć.  Potem  odkryłem,  że  nie  masz  nikogo.  Nikomu  nie  wchodzę  w 

paradę. To wszystko zmienia. Dlaczego chcę, żebyś tu zamieszkała? Bo nie mogę pozwolić ci 
odejść. Nie wiem, co to znaczy, ale chcę się dowiedzieć. 

– To zupełne szaleństwo. 
– Naprawdę? – Zazwyczaj umykał przed kobietami, nie chciał dać się schwytać. Cóż za 

złośliwy los, że kiedy spotkał kobietę, na której mu zależy, ona jest w ciąży, boi się mężczyzn 
i koniecznie chce być niezależna. Niektóre z jego wcześniejszych znajomych uznałyby to za 
sprawiedliwość losu. 

– Nie  wiem,  czy  cię  dobrze  rozumiem,  Jake,  ale  ja  nie  szukam  związku.  Nie  chcę 

zakładać rodziny. 

– Mówiłem ci, że już ją masz. 
– Tylko ja i dziecko. Na tym koniec. 
– Jesteś zmęczona – stwierdził łagodnie. Nie był to dobry moment na dopytywanie się o 

przyczyny jej fobii. – Idź do łóżka. Porozmawiamy o tym innym razem. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Nie powinieneś mnie odwozić do pracy – westchnęła Miranda, popijając przygotowaną 

przez Jake’a poranną kawę. – Ludzie zauważą i zaczną plotkować. 

Większość  nocy  przeleżała  bezsennie,  myśląc  nad  jego  słowami.  Chce  ją  zatrzymać. 

Czuła się tym zaniepokojona, ale jednocześnie przepełniona szczęściem. 

– W  ustach  kobiety,  która  przyjeżdża  do  pracy  kupą  złomu,  brzmi  to  nieszczerze.  Nie 

wierzę,  żebyś  się  przejmowała  tym,  co  pomyślą  ludzie.  – Powiedział  to  żartobliwie,  a 
Miranda mimo woli odwzajemniła się uśmiechem. 

Jest  pogodny  z  natury,  pomyślała.  Zapewne  każdy  jego  rozmówca  ma  wrażenie,  że 

uśmiecha się tylko do niego. Nie powinna doszukiwać się ukrytych znaczeń tam, gdzie ich nie 
ma. Musi być ostrożna. Bardzo ostrożna. Nie wolno dać się ponieść marzeniom. 

– Jestem w ciąży, Jake. Ludzie zaczną mieć te same podejrzenia, które zaświtały w twojej 

głowie.  Nie  chcę,  żeby  utarła  się  opinia,  że  jestem  niewierna,  nieuczciwa  czy  pozbawiona 
zasad.  Wiesz,  co  ludzie  gadają  na  widok  ciężarnej  kobiety,  która  zadaje  się  z  mężczyzną, 
który nie jest jej mężem. 

– Sama powiedziałaś w czasie świąt, że pozory mylą, więc jakie to może mieć znaczenie? 

Niech sobie plotkują – odrzekł niefrasobliwie. – Chodźmy już. 

Popatrzyła na niego z rosnącą desperacją. Jest przyzwyczajona do robienia wszystkiego 

po swojemu. Nie wiedziała, jak poradzić sobie z jego niewzruszonym uporem. 

Nie  chciała  kłócić  się  o  głupstwa,  więc  dała  za  wygraną.  Wśliznęła  się  posłusznie  do 

ciepłego i wygodnego samochodu, ale dręczyła ją niepewność. Czego właściwie Jake od niej 
oczekuje? A czego ona spodziewa się po nim?

Niczego,  brzmiała  odpowiedź.  Nie  może  być  mowy  o  poważnym  związku,  a  przelotne 

romanse nie są w jej stylu. 

W pracy nie miała okazji zastanawiać się nad prywatnymi problemami. Przez cały dzień 

była  na  nogach,  a  po  dyżurze  z  ulgą  spostrzegła,  że  Jake  także  już  skończył  i  jest  gotów 
zabrać ją do domu. 

Nie miała siły na spory, wsiadła do samochodu i postanowiła zignorować nieprzyjemne 

uczucie, że ludzie ich obserwują i zaczynają snuć podejrzenia. 

W starym mieszkaniu spakowała resztę rzeczy. Załadowali je do bagażnika. Wyciągnęła z 

kieszeni klucze. 

– Muszę je oddać właścicielowi. 
– Powiedz, gdzie mieszka. Ja to zrobię. 
– Piętro niżej, pode mną. Pójdę sama. Muszę wypowiedzieć najem i wyjaśnić, dlaczego 

rezygnuję bez uprzedzenia. 

– Ja to zrobię – uparł się Jake. Wyjął klucze z jej ręki i wszedł do budynku. 
Nie  powinna  była  na  to  pozwolić,  jednak  nie  miała  siły.  Oparła  się  wygodniej  i  sen  ją 

zmorzył, zanim się obejrzała. 

Obudziła  się,  kiedy  Jake  wsiadał  do  samochodu.  Rzucił  jej  na  kolana  kopertę  z 

background image

pieniędzmi. 

– Co to jest? – spytała, nie wierząc własnym oczom. 
– Twoje  pieniądze.  – Jake  uruchomił  silnik  i  ruszył.  – Gospodarz  przeprasza  za 

skandaliczny  stan  wynajmowanego  mieszkania  i  jako  rekompensatę  zwraca  ci  zaliczkę  i 
czynsz za ten miesiąc. 

– Rozmawiałeś z nim?
– Tak. Przemówiłem mu do rozumu.. 
W tym momencie jej wzrok padł na starte do krwi kostki jego ręki. 
– Uderzyłeś go? Coś ty zrobił, Jake!
– Wpadł mi na rękę. 
– Co w ciebie wstąpiło? – Jej oburzenie i odraza były niekłamane. 
– Nie lubię ludzi, którzy pasożytują na innych. – Oczy zabłysły mu niebezpiecznie. Po raz 

pierwszy nie było w nich śladu wesołości, tylko twarda determinacja. – Porozmawialiśmy po 
męsku i przyznał mi rację. 

– Jak  śmiesz  się  wtrącać! – Była  naprawdę  wściekła.  – Jake,  nie  prosiłam  cię,  żebyś 

odzyskiwał pieniądze. 

Zaparkował samochód pod domem. 
– Mirando, ten facet jest oszustem. 
– To ci nie daje prawa do rękoczynów. Jak mogłeś go pobić!
– Nikogo nie pobiłem. Powiedział parę słów za dużo. Takich, które mi się nie podobały. 

To niebezpieczny brutal. 

– Uderzyłeś go. 
– Broniłem się. Zaatakował mnie. Oskarżył mnie, że chcę go zrujnować. 
Działał w obronie własnej? Zawstydziła się nagle i powiedziała innym tonem:
– Przykro mi, że próbował cię pobić. Nie powinnam cię puścić samego. 
– Dobrze, że spotkało to mnie, a nie ciebie. Następnym razem lepiej wybieraj właściciela 

domu. 

Bez słowa przytrzymał jej drzwi samochodu i poszedł przodem do kuchni. Obserwowała 

jego nieruchomy  profil,  rozdarta  między  poczuciem  winy i  wdzięcznością.  Nikt  jeszcze  nie 
występował  w  jej  obronie  z  takim  oddaniem.  Starał  się  pomóc,  a  ona  okazała  mu  skrajną 
niewdzięczność. Zamiast podziękować, napadła na niego. 

– Przepraszam – powiedziała skruszonym tonem. 
– To ja przepraszam. Myślałem, że robię ci przysługę. 
– I tak było. Nie znoszę tego typa. Na sam jego widok dostaję gęsiej skórki. Po prostu nie 

chcę, żebyś się nade mną litował. 

– Przyjaciele powinni sobie pomagać, chyba się z tym zgadzasz?
– Nie wiem. Uczciwie  mówiąc, nigdy nie miałam  bliskich  przyjaciół. Zawsze z  trudem 

nawiązywałam kontakty. 

Minął miesiąc. Miranda była zadowolona, że zgodziła się na przeprowadzkę. Spała lepiej 

w ciepłym i wygodnym domu. Kilka razy Jake musiał ją budzić, by nie spóźniła się do pracy. 

Wiedziała,  że  powinna  rozglądać  się  za  mieszkaniem,  do  którego  przeprowadzi  się  po 

background image

urodzeniu  dziecka,  ale  miała  nawal  pracy,  a  po  powrocie  do  domu  kładła  się  i  zasypiała 
kamiennym snem. 

Jake  bardzo  pilnował,  by  nie  przekraczać  subtelnej  granicy  przyjacielskich  relacji,  nie 

starał  się  wplatać  do  rozmów  bardziej  personalnych  wątków.  Zabrał  ją  za  to  do  siedziby 
górskiego ochotniczego  pogotowia ratunkowego,  gdzie pokazał jej cały ekwipunek, którego 
używali  w  czasie  akcji  i  wyjaśnił  zasady  bezpiecznego  zachowania  się  w  górach.  Miała 
szczęście, że w Boże Narodzenie odnalazł ją, zanim zdążyła zamienić się w sopel sodu. 

– Masz  ochotę  na  spacer? – zaproponował  któregoś  sobotniego  poranka  w  czasie 

wspólnego śniadania. 

– Ma pan zamiar przyjmować poród w kompletnej głuszy, doktorze Blackwell? – spytała 

zadziornie. 

– Znasz mnie. Uwielbiam wyzwania. – Zaśmiał się, dokładając jej na talerz podsmażone 

plasterki bekonu i nalewając kawę do kubka. 

– Nie musisz mnie obsługiwać. Potrafię sobie przygotować śniadanie. 
– I tak robiłem dla siebie. Dorzucenie na patelnię kilku plasterków więcej wydało mi się 

rozsądne. 

– Będę  gruba  jak  szafa.  A  ty  będziesz  musiał  poszerzać  wszystkie  drzwi,  żebym  się  w 

nich zmieściła. 

– Nie masz na sobie grama tłuszczu. Ten brzuszek to tylko dziecko. 
– Wielkie dziecko. 
– Martwisz się tym?
Nie  pierwszy  raz  zauważyła,  jak  czujnie  wyłapywał  sygnały  świadczące  o  złym 

samopoczuciu  innych  ludzi.  Nic  nie  uchodziło  jego  uwadze  i  naprawdę  go  za  to  lubiła. 
Mężczyźni na ogół są mało spostrzegawczy i niezbyt domyślni w takich sprawach. 

– Szczerze?  Trochę  się  obawiam.  Pewnie  wszystkie  kobiety w  ciąży  lękają  się  porodu. 

Skorzystałam z twojej rady i zgłosiłam się do Toma Huntera. Jest miły. 

– Wszystko w porządku?
– Jestem zdrowa. Niskie ciśnienie, wyraźne i częste ruchy płodu. Lekarz nie przewiduje 

żadnych powikłań. 

– Jest  dobrym  położnikiem.  Nie  tak  błyskotliwym  jak  ja,  ale  nie  mogłabyś  być  moją 

pacjentką. 

– Dlaczego?

Jestem  zaangażowany  emocjonalnie,  a  to  utrudnia  zachowanie  pełnego 

profesjonalizmu. 

– Dlaczego  tak  mówisz?  Przecież  jestem  tylko  twoją  lokatorką? – Niespodziewane 

wyznanie zaalarmowało ją. 

Przyjrzał się jej z namysłem, ale jego niebieskie oczy nie ujawniały uczuć. 
– Skoro  już  skończyłaś,  możemy  wybrać  się  na  spacer.  Trochę  wysiłku  fizycznego  na 

powietrzu dobrze ci zrobi. Jeśli Tom ci tego nie powiedział, na pewno to jeszcze zrobi. 

– Jake.  – Nie  zamierzała  tak  łatwo  porzucić  poprzedniego  tematu.  – Mieszkamy  razem 

już od miesiąca i zauważyłeś chyba, że daleko mi do ideału. Jestem uparta, niezależna i poza 

background image

pracą bez przerwy śpię. 

– Senność  minie  po  urodzeniu  dziecka,  a  jeśli  chodzi  o  twoją  niezależność,  to  tak  się 

składa, że bardzo mi się ta cecha podoba. – Poderwał się od stołu. – Zostawmy sprzątanie na 
potem. W lutym pogoda często się zmienia. Teraz świeci słońce, wykorzystajmy je. 

Poszła za nim, świadoma, że rozmowa nie została zakończona. 
– Jake – zaczęła znowu. 
– Mirando,  jesteś  pewna,  że  chcesz  to  kontynuować?  Jeśli  zadasz  mi  pewne  pytania, 

udzielę  na nie uczciwej  odpowiedzi. Wtedy zaczniesz  udowadniać, że  nasz  związek  nie ma 
szans, a ja będę się z tobą spierać i w rezultacie stracimy szansę na miły spacer. Zostawmy to. 
Na razie. 

Na razie? Wyraźnie zasugeruje, że nadal żywi do niej jakieś uczucia... 
Przygryzła wargi. Miał rację, powinna unikać niebezpiecznych tematów. 
– Włóż buty. Zawiążę ci sznurowadła. 
– Poradzę sobie sama. – Włożyła sweter, na to bluzę i kurtkę. – Zaraz się upiekę. 
– Tylko  w  domu.  Na  dworze  jest  mróz.  Wybierzemy  płaski  teren,  żebyś  się  nie 

przemęczyła. 

– Uważasz mnie za słabeusza?
– Nie, za kobietę w siódmym miesiącu ciąży. – Zapiął jej kurtkę pod szyją i podał czapkę. 
– Zniszczę sobie fryzurę. 
– Kobiety! – Teatralnie przewrócił oczami. – Lepsze przyklepane włosy niż hipotermia, 

moja droga. 

Pojechali  nad  jezioro,  którego jeszcze  nie  widziała,  i  zaparkowali  samochód.  Dzień  był 

piękny,  świetna  widoczność,  mroźne,  ale  orzeźwiające  powietrze.  Śnieg  chrzęścił  im  pod 
nogami. Nie mogła się powstrzymać, by z dziecinną radością nie wydeptać świeżego szlaku w 
dziewiczej bieli. 

– Wiem, że zaraz wygłosisz uwagę na temat swojej niezależnej natury, ale bezpieczniej 

będzie, jeśli się mnie przytrzymasz, zanim upadniesz i coś sobie złamiesz – ostrzegł, biorąc ją 
pod ramię. 

– To tylko pretekst, aby mnie dotknąć – zażartowała. 
– Kiedy uznam, że nadszedł właściwy czas, nic mnie nie powstrzyma przed dotknięciem 

ciebie, i nie będzie to nad pokrytym lodem jeziorem – zapowiedział miękko. 

Patrzyła  na  niego  zahipnotyzowana  wyrazem  jego  oczu.  Był  najprzystojniejszym 

mężczyzną,  jakiego  znała,  wręcz  nieprzyzwoicie  atrakcyjnym.  Nogi  się  pod  nią  ugięły,  a 
serce  trzepotało  w  piersi.  Ich  głowy  zbliżyły  się  do  siebie.  Ostatnią  rzeczą,  którą 
zarejestrowała,  zanim  zamknęła  oczy,  były  jego  wargi.  Pocałował  ją,  a  ona  przyjęła  to  tak 
naturalnie jak pierwszego dnia, w czasie świąt Bożego Narodzenia. 

Nikt nie mógłby mu się oprzeć, pomyślała leniwie. Ma takie ciepłe i pociągające wargi. 

Całował ją bez pośpiechu, uwodzicielsko. Zachwiała się i mocno chwyciła jego kurtki, a on 
objął ją i przytulił. 

Cały  świąt  wirował  wokół  nich.  Zagubiła  się  w  krainie  nieznanych  jej  dotąd  doznań. 

Dopiero  kiedy  wypuścił  ją  z  objęć,  uświadomiła  sobie,  że  ciszę  przerywa  ostry  dźwięk 

background image

dzwonka telefonu komórkowego. 

Jake zaklął pod nosem, przytrzymał Mirandę jednym ramieniem i sięgnął drugą ręką do 

kieszeni. 

Miała ochotę udusić osobę, która przerwała im w takim momencie. Może powinna być jej 

wdzięczna, powiedziała sobie, kiedy udało jej się odzyskać panowanie nad sobą. Zbyt łatwo 
traci głowę dla Jake’a. Niezależnie od lekcji, jaką dało jej życie, jej siła woli rozpływała się 
pod wpływem jego magnetycznego uroku. 

– Mamy problem.  – Jake  rozłączył  się  i  schował  komórkę  do  kieszeni.  – Jakaś  kobieta 

pośliznęła  się  gdzieś  nad  jeziorem  i  zwichnęła  nogę  w  kostce.  Wygląda  na  to,  że  jesteśmy 
najbliżej. Musimy ruszać na pomoc. 

– Mam ci pomóc w górskiej akcji ratunkowej? – W jej głosie zabrzmiało niedowierzanie. 
Odwrócił się i spojrzał na nią z uznaniem. 
– Zawsze wiedziałem, że kobieta w zaawansowanej ciąży będzie świetnym nabytkiem dla 

naszej ekipy. – Pieszczotliwym gestem pogładził jej policzek. – Nie jesteśmy w górach i nie 
będzie to zbyt trudne, ale nie zostawię cię tu ani nie pozwolę ci samej wracać do samochodu. 
To  oznacza,  że  oboje  idziemy  na  poszukiwanie  naszej  zbłąkanej  turystki.  Zadzwoniła  na 
telefon alarmowy kilka minut temu. Jeśli szef ratowników ma rację, powinna się znajdować 
niedaleko stąd. Przeniesiemy ją na noszach do szosy, a tam będzie już czekała karetka. 

– Nie  mamy  noszy.  Chyba  że  ukrywasz  je  w  swoim  magicznym  plecaku,  razem  z 

termosem z gorącą czekoladą. 

– Moi koledzy przywiozą ze sobą nosze. – Roześmiał się. – My tylko udzielimy tej pani 

pierwszej pomocy i upewnimy się, że nic jej nie grozi. 

Po piętnastu minutach Jake zamachał ręką. 
– Widzę ją. Tam, pod drzewem. 
– Jest skulona na ziemi. Mam nadzieję, że nie stało się nic poważnego. 
Kobieta uśmiechnęła się blado na powitanie. 
– Myślałam, że nikt inny nie będzie tak niemądry, by wybrać się dziś na przechadzkę, ale 

na szczęście się pomyliłam. 

– Nazywam  się  Jake  Blackwell,  jestem  z  górskiego  pogotowia  ratunkowego.  –

Przykucnął  przy  niefortunnej  turystce,  by  obejrzeć  jej  nogę.  – Niedługo  panią  stąd 
zabierzemy. Koledzy są już w drodze. Jak się pani nazywa?

– Verity  Williams.  Tak  mi  wstyd.  Zawsze  sarkałam  na  ludzi,  którzy  potrzebowali  w 

górach pomocy. Uważałam ich za lekkomyślnych i źle przygotowanych. 

– Wypadki  zdarzają  się  nawet  najostrożniejszym.  Chciałbym  przyjrzeć  się  skręconej 

kostce. – Rozwiązał sznurowadła i ostrożnie zsunął z nogi zimowy trzewik. 

– Strasznie boli – jęknęła Verity i kurczowo ścisnęła rękę Mirandy. Jej stopa była sina i 

opuchnięta. 

– Jestem pewien, że to tylko zwichnięcie, a nie złamanie – orzekł Jake po dokładniejszych 

oględzinach. 

Wyjął  z  plecaka  opatrunek,  linę  i  nóż  i  zaczął  przygotowywać  prowizoryczną  szynę. 

Działał szybko i pewnie. 

background image

– Mirando, sprawdź puls w stopie. Wygląda na to, że ruch i czucie są zachowane. Sądzę, 

że  krążenie  też  jest  prawidłowe,  ale  chciałbym  się  upewnić.  – Przyłożył  telefon  do  ucha  i 
przekazał innym ratownikom wskazówki, jak najszybciej dostać się na miejsce. 

– Verity, będą tu za kwadrans. Proszę jeszcze trochę wytrzymać. 
– Kwadrans? – zdziwiła się Miranda. – Nam dotarcie tutaj zajęło blisko godzinę. 
– Ratownicy  górscy  nie  są  w  ciąży – przypomniał  jej– Będziecie  mieli  dziecko? –

rozpromieniła się Verity. – Och, szczęściarze. To cudownie. 

– Niezupełnie, dziecko jest... – zaczęła Mirandą, ale nie zdążyła skończyć. 
– Nie  możemy  się  doczekać – wtrącił  Jake  i  przykrył  ramiona  Verity  swetrem 

wyciągniętym z plecaka. – To najlepsze, co mogło nam się przydarzyć. 

Miranda  nie  rozumiała,  dlaczego  nie  sprostował  tego  oczywistego  nieporozumienia. 

Otworzyła usta, ale Jake zamknął je pocałunkiem. 

– Zbieram się na odwagę, żeby się jej oświadczyć, ale wciąż z tym zwlekam w obawie, że 

da mi kosza. 

Wyjść za mąż za Jake’a? Mirandzie odebrało mowę, a Verity westchnęła wzruszona. 
– Nie chcesz zostać jego żoną? – zapytała ciekawie. 
– Nie znamy się wystarczająco długo – odparła. Uświadomiła sobie, jak głupio to brzmi 

w ustach ciężarnej kobiety i zawstydziła się. Przecież nie może wyjaśniać, że ojcem dziecka 
jest ktoś inny. 

– Kiedy  poznałam  mojego  męża,  już  po  pięciu  minutach  znajomości  wiedziałam,  że 

wyjdę tylko za niego. Kiedy się spotka tę właściwą osobę, nie ma sensu czekać – zwierzyła 
się Verity. 

– Też tak uważam – uśmiechnął się Jake. Spojrzała na niego, jakby mogła zajrzeć w głąb 

najskrytszych myśli. Dlaczego wszystko, co dla niej jest tak skomplikowane, jemu wydaje się 
takie proste?

Czy rzeczywiście chciałby się z nią ożenić?
Jake  był  pogrążony  w  rozmowie  z  Verity.  Dyskutowali  na  temat  małżeństwa,  dzieci  i 

życia generalnie. Kiedy zaczął jej opowiadać na temat technik wspinaczkowych, uświadomiła 
sobie, że chce odwrócić uwagę rannej kobiety od bolącej nogi. 

Radość uszła z niej jak powietrze z przekłutego balonika. Zupełnie nie rozumiała swojej 

reakcji.  Przecież  nie  chce  za  niego  wyjść.  Dlaczego  więc  myśl,  że  oświadczyny  były 
przedstawieniem odegranym dla rannej turystki, tak bardzo ją przybiła?

– Nadchodzi  odsiecz – zażartował  Jake  na  widok  kolegów,  którzy  dotarli  właśnie  na 

miejsce. 

Ze sprawnością świadczącą o długoletnim stażu złożyli nosze i w mgnieniu oka byli już 

gotowi do przetransportowania Verity do karetki. 

– Nie  nadążę  za  nimi – stwierdziła  Miranda – więc  już  teraz  się  pożegnam.  Mam 

nadzieję, że pani noga szybko wydobrzeje. 

– A ja mam nadzieję, że przyjmie pani oświadczyny tego młodego człowieka. Nieczęsto 

spotyka się mężczyzn takich jak on. Nie powinna go pani wypuszczać z rąk. 

– Zgadzam się. Zdecydowanie powinna się mnie trzymać. – Jake,  ignorując ciekawskie 

background image

spojrzenia kolegów, pożegnał się z nimi i teraz zbierał swoje rzeczy. 

– Nie przeszkadza ci, że zaczną plotkować? – spytała z marsem na twarzy. – Pozwoliłeś, 

aby  Verity  myślała,  że  dziecko  jest  twoje  i  chcemy  się  pobrać.  Jak  daleko  chciałeś  się 
posunąć, żeby odwrócić jej uwagę od wypadku?

– Mówiłem prawdę. Szaleję za tobą, Mirando, a dziecko jest częścią ciebie. Przestań się 

łudzić, że ciąża zmienia cokolwiek w moim stosunku do ciebie. 

Szaleje  na  jej  punkcie?  Poczuła,  że  znowu  ma  głowę  w  chmurach.  Wróciło  uczucie 

podniecenia i szczęścia, ale je brutalnie stłumiła. 

– Może ci się wydawać, że dziecko nie robi różnicy, ale to złudzenie, które niewiele ma 

wspólnego z rzeczywistością. 

– Myślisz, że nie znam się na dzieciach?
– Znasz się na odbieraniu porodów. Poród to nie to samo co opieka nad niemowlęciem. –

Szczególnie wtedy, gdy niemowlak jest cudzy. 

– Mam  chrześniaków  i  siostrzeńców.  Jestem  bardzo  doświadczonym  wujkiem  i  ojcem 

chrzestnym. 

– Ale potem wracasz do swojego idealnego, zacisznego domu. To nie to samo! Czy masz 

pojęcie, co małe dziecko zrobiłoby z twoją kremową kanapą?

– Tak. – Zdecydowanie zbagatelizował jej obiekcje. – Mój chrześniak Ben stale rozlewa 

na nią jakieś picie. 

– Zawsze chcesz mieć ostatnie słowo – westchnęła. 
– Jestem uparty, to prawda. Ale jestem również bardzo cierpliwy. – Spoważniał nagle. –

Nie chcę na ciebie naciskać. Będę czekał, aż sama zrobisz pierwszy krok. 

– Z pewnością go nie zrobię – ostrzegła. Otworzył przed nią drzwi samochodu. 
– W  takim  razie,  aniele,  przed  nami  kilka  frustrujących  miesięcy.  Na  szczęście  wokół 

pełno jest zamarzniętych jezior, do których mogę się rzucić w desperacji. 

Dotrzymał  słowa,  ich  stosunki  wróciły  na  przyjacielską  stopę.  Przez  następne  dwa 

tygodnie  razem  pracowali,  razem  jedli  kolacje,  gawędzili  o  wszystkim,  ale  ani  razu  jej  nie 
pocałował. Ona też go nie pocałowała. 

Po co, skoro to do niczego nie prowadzi. 
Niezależnie od palącej pokusy, nie chciała się narażać na cierpienie i rozczarowanie, gdy 

ten związek się skończy, a to nieuchronne. Zawzięła się i udawała, że nie odczuwa dreszczu 
podniecenia na jego widok, odwracała od niego wzrok, kiedy jedli razem posiłki i ani razu nie 
dotknęła go, choć potrzeba fizycznego kontaktu była niemal bolesna. 

Jake pracował bez przerwy. Wracał do domu tylko po to, by wziąć prysznic i ogolić się 

przed powrotem do szpitala. Nieustannie zachwycała ją jego cierpliwość i serdeczność wobec 
pacjentek,  połączone  z  imponującą  wiedzą.  Stale  uczyła  się  od  niego  nowych  rzeczy  i 
stwierdziła,  że  nabrała  pewności  siebie.  Bardziej  też  ufała  własnym  instynktom  i  szybciej 
podejmowała decyzje. 

Pewnego dnia przywieziono na oddział młodą kobietę w ciąży z objawami podobnymi do 

grypy. Miranda pomagała jej się rozebrać przed badaniem. 

background image

– Nigdy w życiu nie miałam tak strasznego bólu głowy – skarżyła się pacjentka, kuląc się 

na łóżku. – Czuję się paskudnie. 

– Zaraz przyjdzie lekarz – uspokajała ją Miranda, dotykając delikatnie czoła kobiety. 
Zaniepokoiło  ją,  że  była  rozpalona  i  miała  szkliste  oczy.  Zamierzała  właśnie  nacisnąć 

przycisk wzywający dyżurnego położnika, kiedy do pokoju weszła stażystka, doktor Belinda 
Morris. 

– Biedactwo – skomentowała współczująco. – Przeziębienie  jest zawsze  męczące, a już 

szczególnie dla kobiety w ciąży. 

Najwyraźniej  lekarka  nie  była  zaniepokojona  stanem  Cathy.  Miranda  z  wysiłkiem 

odpędzała narastający w niej lęk. Być może jest po prostu przeczulona i w każdej nietypowej 
sytuacji włącza  jej się dzwonek alarmowy. Teraz  jej uwagę zwróciła czerwona wysypka  na 
ciele kobiety. 

– Od jak dawna ma pani tę wysypkę, Cathy?
– Nie  pamiętam – wymamrotała  pacjentka  z  trudem.  Oddychała  płytko,  z  wyraźnym 

wysiłkiem. 

– Wirusowe wysypki często towarzyszą grypie – stwierdziła krótko Belinda. – Z czasem 

ustąpi. 

Miranda pomyślała, że chciałaby mieć tę pewność. Nagle niepokój wrócił wzmożoną falą. 
– Chyba powinnyśmy wezwać doktora Blackwella na konsultację. 
– Jest  teraz  na  zebraniu.  Zatrzymamy  pacjentkę  na  obserwacji  i  zobaczymy,  jak  się 

rozwinie  sytuacja.  Dam  Jake’owi  znać – oznajmiła  młoda  lekarka  z  lekko  protekcjonalną 
miną. 

Kiedy  zamknęły  się  za  nią  drzwi,  Miranda  jeszcze  raz  uważnie  obejrzała  skórę  Cathy. 

Wirusy  powodują  wysypkę,  powtarzała  sobie.  Pod  wpływem  nagłego  impulsu  wzięła 
szklankę z nocnego stolika i przycisnęła denko do skóry. Wysypka nie zbladła. 

Bez  chwili  wahania  przycisnęła  dzwonek  alarmowy.  Jeszcze  raz  zmierzyła  temperaturę 

pacjentki. 

– Zadzwoń natychmiast po doktora Blackwella. Trzeba jej podać dożylnie penicylinę. To 

sprawa nie cierpiąca zwłoki – zwróciła się do Ruth, która wpadła do pokoju. 

Chwilę  później  dołączył  do  nich  Jake.  Dawno  nie  poczuła  takiej  ulgi  na  czyjś  widok. 

Emanowały  z  niego  siła  i  spokój.  Zdała  mu  sprawozdanie  z  objawów.  Nie  wymówiła  słów 
„zapalenie opon mózgowych”, by nie przestraszyć pacjentki. 

– Mamy pod ręką penicylinę? – Jake wyciągnął rękę po strzykawkę i sprawdził zawartość 

ampułki. 

– Cathy,  podamy  pani  antybiotyk,  a  potem  pobierzemy  krew  do  analizy.  Czy  jest  pani 

uczulona na penicylinę?

Chora  wolno  pokręciła  głową.  Jake  skończył  robić  zastrzyk,  kiedy  do  pokoju  weszła 

Belinda. 

– Proszę zrobić posiew i przygotować kroplówkę – polecił jej sucho. – Ruth, połącz mnie 

z  Geoffem  Mastersem,  naszym  specjalistą  od  chorób  zakaźnych.  Muszę  się  z  nim 
skonsultować. 

background image

– Nie mieliśmy  jeszcze  przypadku ciężarnej  pacjentki  z  zapaleniem opon – opowiadała 

później  Mirandzie  Ruth,  kiedy  przebierały  się  przed  wyjściem  do  domu.  – Na  zakaźnym 
zebrało  się  całe  konsylium.  Stan  pacjentki  wyraźnie  się  poprawił.  Wszystko  dzięki 
błyskotliwości  pewnej  położnej.  To  słowa  Jake’a,  nie  moje.  Dał  niezłą  burę  doktor  Morris. 
Chciał wiedzieć, czemu nie wezwała go od razu. 

Miranda wyjęła z szafki swoją torebkę. 
– Może bała się wywołać go w trakcie zebrania. 
– Ty nie miałaś takich obiekcji. 
– I dzięki Bogu – odezwał się od drzwi Jake. 
– Nie powinieneś tu wchodzić! To szatnia położnych – zbeształa go Ruth. – Mógłbyś tu 

zastać jakieś rozebrane kobiety. 

– Nie tracę nadziei! – Jake uśmiechnął się szeroko. 
– Jak się czuje Cathy? – spytała Miranda. 
– Dużo  lepiej.  I  to  dzięki  tobie.  Gdyby  nie  twoja  błyskawiczna  interwencja,  choroba 

mogłaby mieć dużo groźniejszy przebieg. 

– Czy Miranda nie powinna dostać antybiotyku? Miała kontakt z chorą – zaniepokoiła się 

Ruth. 

– Ryzyko  jest  minimalne.  Zmierzyłam  jej  tylko  temperaturę.  Zresztą  prawie  od  razu 

została przeniesiona na zakaźny – zauważyła rozsądnie Miranda. 

– Ze względu na ciążę nie chcę podawać ci antybiotyków. Geoff Masters zgadza się ze 

mną – uspokoił ją Jake. – Chodźmy już do domu, Mirando. 

– Jake niezwykle szlachetnie udostępnił mi pokój w swoim domu do czasu, kiedy znajdę 

coś na stałe – wyjaśniła Miranda w odpowiedzi na nieme pytanie w oczach Ruth. 

– Co u licha sprawiło, że pomyślałaś o zapaleniu opon? – spytał Jake w drodze do domu. 

– Ani lekarz rodzinny, ani nasza stażystka nie rozpoznali choroby. 

– Widziałam już podobną wysypkę u małego pacjenta na pediatrycznym. 
– Szczęśliwie się złożyło. – Zaparkował na podjeździe. – Weź kąpiel, a ja w tym czasie 

coś upitraszę. 

– Dzisiaj ja gotuję. – Miranda odpięła pasy i z trudem wysiadła z samochodu. Brzuch z 

każdym  dniem  stawał  się  większy.  – Ty  się  przebiegnij.  Weź  prysznic.  Zanim  skończysz, 
będę gotowa. 

Kuchnia  była  piękna  i  przestronna.  Miranda  z  zazdrością  przejechała  dłonią  po 

kuchennym  blacie.  W  takim  otoczeniu  pitraszenie  sprawiało  jej  przyjemność.  Otworzyła 
lodówkę, wyjęła kurczaka i warzywa i zaczęła je kroić na małe kawałki. Kiedy Jake wrócił z 
dwora, podsmażała na patelni czosnek z imbirem, a reszta składników była przygotowana do 
rzucenia na gorący olej. 

– Cudownie  pachnie.  – Z  wyraźną  przyjemnością  nachylił  się  nad  kuchenką.  –

Chińszczyzna?

– Mam nadzieję, że będzie ci smakowało. Szybko się to robi. 
– W takim razie wezmę tylko prysznic i nie będę się golił. Wrócę za trzy minuty. 
Kiedy  stanął  w  drzwiach  z  jeszcze  mokrymi  włosami  i  wyraźnym  cieniem  zarostu  na 

background image

twarzy, nie wyglądał jak powszechnie szanowany lekarz. Wydal jej się bardziej nieobliczalny, 
niebezpieczny... i atrakcyjny. 

– Uwielbiam  obserwować,  jak  przygotowujesz  posiłki.  Jesteś  taka  pomysłowa.  Czy  to 

matka nauczyła cię gotować?

Miranda wyraźnie zesztywniała. 
– Nie. Nauczyłam się sama. – W milczeniu nałożyła mu na talerz dużą porcję. 
– Mówiłaś, że nie masz rodziny. Co się z nimi stało?
Odłożyła widelec, jakby nagle straciła apetyt. 
– Prawdę mówiąc, mam rodzinę. – Dławiło ją to słowo, ale nie chciała go okłamywać. –

Po prostu nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. 

– Nie  chcesz  o  tym  mówić – skomentował  łagodnie.  – Dobrze,  zmienimy  temat.  Mnie 

nauczyła  gotować  moją  siostra.  Powiedziała,  że  nie  może  już  patrzeć,  jak  rujnuję  sobie 
żołądek. 

– Mówiłeś o siostrzenicy i siostrzeńcach. To znaczy, że jest mężatką?
– Wyszła za architekta. Pracowali nad jednym projektem, tak się poznali. 
– Mieszkają daleko?
– Wystarczająco  daleko.  – Pochylił  się,  sięgnął  po  widelec  i  podał  jej.  – Jeśli  nie 

zaczniesz jeść, nakarmię cię siłą. 

– Dlaczego tak powiedziałeś? Przecież jesteście sobie bardzo bliscy? – zapytała, powoli 

skubiąc kawałek kurczaka. 

– Jesteśmy  bliźniętami.  To  prawda,  jesteśmy  sobie  bliscy.  Czasem  za  bardzo.  Lubi  się 

wtrącać do mojego życia. 

– Na przykład urządzając twój dom?
– Ten rodzaj wtrącania  się świetnie znoszę. Nie lubię, kiedy próbuje organizować moje 

życie  prywatne.  Często  zaprasza  mnie  na  kolację  tylko  po  to,  żeby  mnie  poznać  ze  swoją 
niezamężną lub aktualnie rozwiedzioną znajomą. 

Miranda nie mogła się powstrzymać od uśmiechu. 
– Trudno jest zawrzeć nowe znajomości. To taki sam dobry sposób, jak każdy inny. 
– Nie znasz mojej siostry. Jej wyobrażenie o idealnej kobiecie niezupełnie pokrywa się z 

moim. 

– Jaki  jest  twój  ideał  kobiety? – spytała  i  natychmiast  pożałowała  tego  pytania,  kiedy 

zobaczyła utkwione w niej niebieskie oczy. 

– Siedzi przede mną. 
– Jake... – Zawstydzona, spuściła wzrok. 
– Wiem, co chcesz mi powiedzieć. Znamy się za krótko, jesteś w ciąży i nie interesują cię 

mężczyźni, bo związki zawsze źle się kończą. 

– Czytasz w moich myślach? – Była zaskoczona, że trafił tak bezbłędnie. 
– Myślę,  że  rozumiem  kobiety  lepiej  niż  większość  mężczyzn.  Nie  tylko  mam  siostrę 

bliźniaczkę,  ale  w  moim  zawodzie  stale  rozmawiam  z  kobietami,  które  są  w  ciąży,  a  tym 
samym  ich  emocje  bywają  bardzo  rozhuśtane.  Mam  niezłe  wyobrażenie  o  argumentach, 
których  używasz,  choć  nie  rozumiem  ich  do  końca,  bo  ciągle  nie  ufasz  mi  na  tyle,  żeby 

background image

opowiedzieć mi o swojej rodzinie. Mam nadzieję, że to się z czasem zmieni. 

– To niemądre. Co może ci się we mnie podobać?
– Nie masz o sobie zbyt wysokiego mniemania, prawda?
– Dlaczego mężczyzna taki jak ty miałby się interesować kobietą taką jak ja? To nie ma 

sensu. 

– A jaki niby jestem? Powiedz, to interesujące. 
– Jesteś  mądry  i  bardzo  przystojny.  Dobrze  o  tym  wiesz.  Wiele  kobiet  marzy  o  takim 

partnerze. Nie potrzebujesz kogoś tak... – przerwała i zawahała się nad właściwym słowem –
skomplikowanego. 

– Wiesz,  że  nie  lubię  rutyny  i  przewidywalności.  Interesuje  mnie  wszystko,  co 

skomplikowane. 

– Musisz sobie uświadomić, że do niczego między nami nie dojdzie. Nigdy. 
– Już  doszło – odrzekł.  – Jest  między  nami  silna  więź.  Nie  możesz  temu  zaprzeczyć. 

Rozumiem, że dla ciebie to trudna decyzja, więc zamierzam cierpliwie czekać. 

– Cierpliwość nas do niczego nie doprowadzi. Nie tylko dla mnie to trudna decyzja. A ty? 

Masz ponad trzydzieści lat i jesteś samotny. Sądzę, że również boisz się stałego związku. 

– Nie boję się poważnie zaangażować i chcę małżeństwa na całe życie. Jestem po prostu 

bardzo, ale to bardzo wybredny. 

– Byłeś kiedyś zakochany? – zapytała, zanim zdążyła się zastanowić. 
– Tak. Jeden jedyny raz – odparł prosto. 
– I co się stało? Zawahał się na chwilę. 
– Zanim zdążyłem jej wyznać miłość, zakochała się w innym. Być może nie zmieniłoby 

to  niczego,  ale  przyrzekłem  sobie  wtedy,  że  jeśli  kiedykolwiek  spotkam  kobietę,  na  której 
będzie mi tak nieprzytomnie zależało, powiem jej o tym natychmiast. 

Nałożył parę kęsów na widelec i podniósł do jej ust. 
– Jedz, kochanie. To dla dziecka, jeśli nie dla ciebie. 
Dlaczego  ten  moment  był  tak  niesamowicie  intymny?  Ton  jego  głosu,  spojrzenie 

niebieskich  oczu.  Czułość,  z  jaką  karmił  ją  własnym  widelcem.  Wszystko  razem 
spowodowało, że oblała się rumieńcem. 

Jeśli jest taki wybredny, dlaczego wybrał właśnie ją? Nie miała cech charakteru, których 

poszukuje  się  w  kobiecie.  Chciała  wiedzieć  więcej  o  jego  pierwszej  miłości.  Ale  nie  miała 
prawa  wypytywać,  skoro  nie  zamierzała  ujawnić  swoich  tajemnic.  Zresztą  nie  może  z  nim 
być.  To  bez  znaczenia,  że  jest  cierpliwy,  że  nie  boi  się  komplikacji.  Nawet  to,  że  szczerze 
mówi o swoich uczuciach. Ich związek nie ma przyszłości. 

Nie narazi swojego dziecka na coś, co musi się źle skończyć. Nawet dla tak nieodparcie 

atrakcyjnego mężczyzny jak Jake Blackwell. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dlaczego zawsze zakochuje się w nieosiągalnych kobietach? Nigdy nie spotkał kogoś tak 

skomplikowanego  i  nieufnego  jak  Miranda.  Jakim  cudem  jest  pełna  energii  i  zawzięcie 
niezależna,  a  jednocześnie  wzruszająco  wrażliwa  i  delikatna?  Co  w  przeszłości  zdruzgotało 
jej  poczucie  własnej  wartości?  Jakie  były źródła  żelaznej  determinacji,  by polegać  tylko  na 
sobie? Cecha genetyczna czy może wpływ rodziny?

W  jej  przeszłości kryły się  tajemnice,  których  nie  chciała ujawnić.  Trudno  jest  rozwiać 

lęki i obawy, skoro się nie zna ich przyczyny. Ale jeszcze zdobędzie jej zaufanie. Cierpliwość 
jest kluczem, który otworzy zamknięte drzwi. 

Został  wezwany  na  oddział  położniczy  do  Pauli  Webb,  przyjętej  dwa  dni  wcześniej  z 

powodu przedwczesnego pęknięcia pęcherza płodowego. 

– Skurcze  zaczęły  się  przed  godziną.  To  dopiero  trzydzieści  pięć  tygodni  ciąży,  panie 

doktorze – wyszeptała zdenerwowana pacjentka. 

– Wszystko będzie w porządku. Serce dziecka bije mocno i równo. Proszę zmartwienia 

zostawić mnie. Mówiłem już, po to tu jestem. 

– Chcę rodzić naturalnie. 
– Ja  też  tego  chcę.  – Spojrzał  na  Mirandę.  – Jest  sześciocentymetrowe  rozwarcie.  Nie 

powinno być problemów. 

– O której kończy pan dyżur? – spytała z niepokojem pacjentka. 
– Na pewno nie wyjdę, dopóki pani nie urodzi. Jake opuścił pokój, a pacjentka spojrzała 

za nim z wdzięcznością. 

– To taki miły człowiek. Jedna z moich przyjaciółek zapisała się do doktora Hardwicka. 

W  czasie  całej  ciąży  nie  widziała  go  ani  razu.  Doktor  Blackwelł  przyjmował  mnie  zawsze, 
kiedy tego potrzebowałam, a teraz zapewnił, że zostanie do końca porodu. 

– Jest świetnym położnikiem – potwierdziła Miranda. 
Przez  całe  popołudnie  monitorowała  postępy  akcji  porodowej  u  pacjentki.  O  piątej 

zaczęły się bóle parte. Miranda wcisnęła brzęczyk, by wezwać pomoc na końcówkę porodu. 

– Wszystko w porządku? – spytał Jake, który pojawił się bez zwłoki. 
– Widzę główkę – oznajmiła Miranda. – Jeszcze jedno parcie i nowy człowiek będzie na 

świecie. 

Pediatra  przyszedł,  gdy  dziecko  opadło  prosto  na  jej  ręce.  Noworodek  zaniósł  się 

płaczem, a Miranda umieściła go w ramionach matki. 

– Oto pani synek, Paulo – powiedziała, a oczy młodej matki wypełniły się łzami. 
– Jest taki śliczny – szepnęła do męża, który obejmował ich ramieniem. – Kocham cię, 

Mikę. 

– Też cię kocham, dziecinko. Jesteśmy teraz prawdziwą rodziną. – Głos męża łamał się za 

wzruszenia. 

Miranda poczuła dławienie w gardle. Co się z nią dzieje? Nigdy nie była sentymentalna, 

ale trudno oprzeć się wzruszeniu na widok młodej, kochającej się pary. 

background image

W drodze na parking wyznała Jake’owi:
– Cieszę się, że wszystko poszło gładko. To taka przemiła rodzina. 
– Żadnych  cynicznych  komentarzy? – droczył  się  z  nią.  – Nie  powiesz  mi,  że  on  ją 

zdradza, a ona go nienawidzi?

– Nie. Myślę, że są szczęśliwi i cieszę się z tego. Bałam się, czy wszystko pójdzie gładko. 

Skąd wiedziałeś, że nie będzie komplikacji?

– Nigdy nie można mieć pewności, ale miałem dobre przeczucia. 
– Dlaczego?  Mam  wrażenie,  że  zawsze  wiesz  z  góry,  kiedy  sprawy mogą  przybrać  zły 

obrót i reagujesz z wyprzedzeniem, żeby do tego nie dopuścić. 

– To doświadczenie. 
– Nie  panikujesz?  Przecież  w  mgnieniu  oka  sytuacja  może  się  zmienić,  a  nigdy  nie 

straciłeś zimnej krwi. 

– Widzę problem i staram się go rozwiązać. Włóż moją kurtkę, trzęsiesz się z zimna. 
– Innym kobietom w ciąży zawsze jest ciepło. Tylko ja bez przerwy marznę. 
– Może  dlatego,  że  mamy  środek  zimy,  a  od  lunchu  nic  nie  jadłaś.  Mam  nadzieję,  że 

jesteś głodna, bo zabieram cię na prawdziwą ucztę. 

– Wychodzimy do restauracji?
– Jedziemy na kolację do moich przyjaciół. Christy wspaniale gotuje. 
– Nie mogę się u nich pojawić ni stąd, ni zowąd. Nie znam ich. 
– Ja ich znam. 
– Jak mnie przedstawisz?
– Jako przyjaciółkę? Lokatorkę? A jak byś chciała? – Zatrzymał samochód, posłał jej ten 

łagodny uśmiech, który doprowadzał ją do szaleństwa, i wysiadł. 

Wlokła się za nim niechętnie, na usta cisnęły jej się setki pytań, ale żadnego nie zadała, 

bo drzwi otworzyły się i stanęła w nich piękna rudowłosa kobieta. 

– Mam nadzieję, że jesteście głodni, bo zaszalałam kulinarnie. 
– To  chciałem  usłyszeć.  Żadnego  lunchu,  nienasycony  apetyt.  ,  Witaj,  aniele,  jak  się 

miewasz? – Pocałował kobietę w policzek. Miranda zatrzymała się w miejscu, nagle ogarnięta 
burzą emocji, których wcale nie chciała odczuwać. 

Kim jest ta rudowłosa piękność?
Dlaczego ją to tak wzburzyło? Jake ma prawo mieć przyjaciółkę czy dziewczynę. 
Starała się zracjonalizować swoje odczucia, gdy za plecami kobiety pojawił się przystojny 

brunet i powiedział głosem żartobliwym, ale nie uznającym sprzeciwu. 

– Blackwell,  ręce  z  daleka  od  mojej  żony.  Żony?  Napięcie  nagle  opuściło  Mirandę. 

Wieczór był przemiły. Ożywiona konwersacja i wyrafinowane potrawy. Po zjedzeniu łososia 
w  kremowym  ziołowym  sosie  Miranda  odniosła  do  kuchni  naczynia  i  tam  przyparła  ją  do 
ściany Christy. 

– Gdzie poznałaś Jake’a?
– Pracujemy razem – odparła, zachowując dla siebie historię ich pierwszego spotkania w 

górach. 

– Mieszkam u niego. Jesteśmy przyjaciółmi, nic więcej – wyjaśniła pospiesznie. Christy 

background image

spojrzała na nią badawczo. Potem odwróciła się, by wyjąć z lodówki szklaną misę z sałatką 
owocową. 

– Czy mogę zapytać o dziecko, czy jest to temat tabu? – Balansując z misą na jednej ręce, 

otworzyła szufladę i wyjęła dużą łyżkę. – Jeśli grzeszę brakiem taktu, zignoruj pytanie. 

– To siódmy miesiąc,  ale  nic mnie  już  nie łączy z  ojcem dziecka – wyjaśniła  Miranda, 

machinalnie głaszcząc się po brzuchu. – Nasz związek był krótki, bo mój ukochany okazał się 
żonaty.  Nie  wiedziałam  o  tym  na  początku  znajomości.  – Zależało  jej,  by  Christy  znała 
prawdę. 

– Biedactwo. To musiało być straszne. Na szczęście teraz masz Jake’a. 
– Nie mam Jake’a. Nie jest tak, jak myślisz. On tylko... 
– Nie może oderwać od ciebie oczu – skończyła za nią Christy. – Nigdy nie widziałam, 

żeby był kimś tak oczarowany, a znam go od dawna. Bardzo się cieszę. Alessandro i ja nie 
mogliśmy się doczekać, kiedy pojawi się w jego życiu kobieta. 

– Jestem tylko jego lokatorką. 
– O ile wiem, Jake nie ma żadnych problemów finansowych, więc musi mieć ważniejsze 

motywy,  skoro  zaprosił  cię,  żebyś  z  nim  zamieszkała.  Jesteś  też  pierwszą  kobietą,  którą 
przyprowadził do nas na kolację, a to wiele mówi. – Wychodząc z kuchni, Christy rzuciła na 
zakończenie: – Jake miał wiele dziewczyn, ale żadnego poważnego związku. Pamiętaj o tym. 

1 bądź dla niego dobra. 
Nagle, bez cienia wątpliwości, Miranda już wiedziała. To Christy była pierwszą miłością 

Jake’a.  Kiedy?  Nie  uganiałby  się  za  mężatką.  W  salonie  powitało  je  uważne  spojrzenie 
Jake’a. 

– Długo was nie było. Wszystko w porządku?
– To  moja  wina.  Zadawałam  jej  niedyskretne  pytania.  Jak  to  między  nami  kobietami –

odrzekła Christy. 

Już w samochodzie, podczas powrotnej drogi do domu, Jake usprawiedliwił się:
– Przepraszam, jeśli Christy była zbyt obcesowa. Nie przyszło mi do głowy, że zacznie ci 

zadawać pytania o ciążę, ale pewnie ten temat musiał wypłynąć. 

– Jest bardzo miła i nie była wścibska. 
– A jak ci się podobał Alessandro?
– Trochę mnie onieśmielał – przyznała szczerze, myśląc, jak często otwarcie spierał się ze 

swoją żoną. 

– Większość kobiet uważa, że trudno mu się oprzeć. Śródziemnomorski typ i te rzeczy. 
– To była ona, prawda? Twoja pierwsza miłość?
– Dlaczego tak myślisz?
– Powiedziała w kuchni coś, co świadczy o autentycznej trosce o ciebie. 
– Po to sie ma przyjaciół. Byłem po uszy zakochany w Christy, ale to było wiele lat temu. 
– Czy ona o tym wie?
– Tak. I co zabawne, powiedziałem jej o tym stosunkowo niedawno, tuż przed świętami. 

Ona  i  Aleksandro  przechodzili  trudne  chwile.  Chciałem  jej  przypomnieć,  że  łączy  ich  coś 
wyjątkowego. Coś, o co warto walczyć. Zrezygnowałem z niej, bo widziałem, że są dla siebie 

background image

stworzeni. 

– Wierzysz  w ideały?  Czy nie jest  to  zbyt  romantyczne podejście  do  życia?  Większość 

związków nie wytrzymuje próby czasu. 

– Nie powiedziałem, że są idealni, ale że są dla siebie stworzeni. To dwie różne rzeczy. 

To ich wady sprawiają, że pasują do siebie tak dobrze. 

– Przyznaję, że nic nie rozumiem – zaśmiała się Miranda. 
– Oboje mają ogniste temperamenty i czasem ciskają w siebie talerzami. Ale świetnie się 

rozumieją.  Kochają  się  szczerze  i  w  ich  przypadku  wybuchowy  związek  świetnie  się 
sprawdza. 

– Nie myślałeś nigdy o tym, żeby zostać terapeutą małżeńskim?
– Nie.  To  przygnębiające  zajęcie.  Zbyt  wiele  par  nigdy  nie  powinno  było  się  pobrać. 

Zrobili to ze złych powodów. Ich małżeństw nie da się uratować. 

Miranda w pewnej chwili rozpoznała okolicę. 
– Czy  to  nie  jest  mój  stary  dom?  Zapomniałam  oddać  właścicielowi  zapasowe  klucze. 

Zatrzymajmy się na chwilę. 

– Nie możesz wysłać ich pocztą?
– To nam zajmie minutę. 
W mieszkaniu właściciela nie było nikogo. Bez problemu wrzucili klucze do skrzynki na 

drzwiach. Wracali już do samochodu, gdy Miranda zatrzymała się w pół kroku.

– Co to było? Ten dziwny dźwięk? Słyszysz?
– Pewnie szczękanie moich zębów. Chodźmy już, Mirando. Jest strasznie zimno. 
– Poczekaj.  Słyszę  to  znowu.  – Nadstawiła  uszu  i  wydało  jej  się,  że  dochodzi  do  niej 

ciche miauczenie. 

– To kot. Zdecydowanie kot. 
– Nie wiem. Brzmi jakoś dziwnie. 
– Mirando, na miłość boską. Zamarzniemy tutaj. 
– Poczekaj minutkę. – Bez dalszej zwłoki skierowała się do bocznego wejścia. Na ziemi 

leżała  porzucona  reklamówka.  Miranda  rozejrzała  się  wokół,  szukając  zwierzęcia,  które 
wydawało ten dziwny odgłos, ale nic nie dostrzegła. Pomyślała, że kot zdążył schronić się w 
ciepłym miejscu i odwróciła się, by wrócić do samochodu, gdy ponownie usłyszała kwilenie. 

Tym  razem  bez  wątpliwości  zidentyfikowała  źródło  dźwięku.  Na  widok  zawartości 

reklamówki wydała z siebie okrzyk zgrozy. 

– Och, nie! Jake, chodź tu szybko!
Protesty zamarły mu na ustach na widok czegoś, co trzymała w dłoniach. 
– Mój Boże! – wykrzyknął z niedowierzaniem. – Oddycha?
Miranda przytulała do siebie sinego z zimna noworodka. 
– Tak,  ale  ledwo,  ledwo.  To  dziewczynka.  Ktoś  ją  tutaj  przed  chwilą  zostawił.  Trzeba 

znaleźć matkę. 

– Musimy  natychmiast  zawieźć  dziecko  do  szpitala – orzekł  Jake.  W  biegu  wybierał 

numer  na  swoim  telefonie.  – Schowaj  ją  pod  ubraniem,  Mirando,  tak  by  się  grzała o  twoje 
ciało. Włączę ogrzewanie w samochodzie. Zadzwoniłem na oddział. Będą już przygotowani. 

background image

Miranda odwróciła się w kierunku ciemnej klatki schodowej. 
– Ale gdzieś jest jej matka... 
– Dziecko ma w tej chwili pierwszeństwo. Wrócimy tutaj, obiecuję. 
Wkrótce  noworodek  został  bezpiecznie  umieszczony  w  inkubatorze,  pod  opieką 

pediatrów,  a  Miranda  i  Jake  udzielali  informacji  policjantom,  którzy  zostali  wezwani  do 
szpitala. 

– Dziecko jest bardzo przemarznięte i odwodnione – stwierdził dyżurny lekarz. – To cud, 

że znaleźliście je w porę. Jeszcze trochę, a umarłoby z powodu hipotermii. 

– Nie było owinięte w nic ciepłego? – zdziwił się policjant. 
– Nie. – Miranda pokręciła głową. – Zostało włożone do reklamówki. 
– W taką noc jak dzisiejsza? Co sobie myślała ta wyrodna matka!
– Jestem  pewna,  że  w  ogóle  nie  myślała – zauważyła  Miranda  drżącym  głosem.  –

Działała pod wpływem szoku. 

– Miranda ma rację – potwierdził Jake. – Kobieta jest najprawdopodobniej przerażona i 

kompletnie  sama.  Myślę,  że  mamy do  czynienia  z  nastolatką,  która  potrzebuje  pomocy.  Im 
prędzej ją znajdziemy, tym lepiej. 

Policjant zamrugał oczami i odchrząknął. 
– Mają państwo rację. Natychmiast rozpoczniemy poszukiwania w okolicznych domach, 

skontaktujemy się z lokalnymi rozgłośniami radiowymi i stacją telewizyjną. 

– Pielęgniarki zastanawiały się, czy nie chciałaby pani nadać jej imienia – zaproponował 

pediatra Mirandzie. – To pani ją znalazła. 

– Bonnie. To takie śliczne małe stworzonko – odrzekła Miranda z lekkim uśmiechem. 
– Będziemy w kontakcie. Jeśli stan dziecka się pogorszy, proszę nas informować – rzekł 

policjant i opuścił szpital. 

– Musimy ją znaleźć, Jake. Matkę dziecka. 
– Ależ  Mirando,  jesteś  zmęczona,  a  policja  i  tak  będzie  indagować  mieszkańców 

okolicznych  domów – zaprotestował  słabo,  ale  przerwał  na  widok  jej  pełnej  determinacji 
twarzy. 

– Policja  nie ma pojęcia, co to  znaczy być przerażoną  nastolatką. Ona kryje się  gdzieś, 

umiera ze strachu i pewnie potrzebuje pomocy lekarza. – Wiedziała, że Jake zastanawia się,
dlaczego  jej  reakcja  jest  tak  ekstremalna,  ale  było  jej  wszystko  jedno.  Nie  zamierzała  się 
tłumaczyć. 

– Dobrze. – Z desperacją przejechał ręką po włosach. – Wrócimy tam i rozejrzymy się. 

Ale tylko na godzinę. 

Na miejscu stały już  dwa radiowozy. Miranda  podniosła kołnierz  i szczelniej zawiązała 

szalik. 

– Gdzie jest latarka?
– W schowku. 
Wysiadła  z  samochodu  i  poszła  w  przeciwną  stronę  niż  bloki  mieszkalne,  oświetlając 

sobie drogę latarką. 

– Dokąd idziemy? – zawołał za  nią Jake. – Czy nie powinniśmy zapukać  do lokatorów 

background image

najbliższych domów?

– To robią w tej chwili policjanci. Myślę, że bez skutku. 
– Dlaczego? Przecież tutaj porzuciła dziecko. 
– Chciała,  żeby  je  znaleziono!  To  nie  znaczy,  że  sama  chce  być  odnaleziona.  Pomyśl, 

Jake. Gdyby nie ukrywała ciąży, zgłosiłaby się do szpitala czy domu samotnej matki. Pewnie 
unika ludzi. Może nawet mieszka w okolicy, może mieszkają tu jej rodzice, ale w tej chwili 
jest ukryta gdzieś w parkowej alejce i zastanawia się, co ma ze sobą zrobić. 

– Rozminęłaś się z powołaniem – uznał Jake. – Lubisz oglądać programy kryminalne w 

wolnych chwilach? Skąd wiesz, że jest w parku?

– To  miejsce,  gdzie  zwykle  przesiaduje  młodzież.  – Popchnęła  półotwartą  bramę  i 

zatrzymała  się,  oświetlając  przestrzeń  przed  sobą.  – Tu  z  brzegu  jest  plac  zabaw  dla 
najmłodszych.  Głębiej  są  kępy  krzaków  i  drzew.  Nastolatki  ukrywają  się  tam,  kiedy  w 
tajemnicy przed dorosłymi palą papierosy. 

– Skąd wiesz? – zapytał Jake, ale nagle urwał. – Popatrz tam, na prawo. Widzisz?
– Ktoś siedzi na ziemi. Och, Jake! Jestem przekonana, że to ona! – wykrzyknęła Miranda, 

wpatrując się we wskazanym kierunku. Podbiegła szybko do samotnej postaci. Światło latarki 
padło na mokrą od łez, zapuchniętą twarz. 

– Zostaw mnie. Chcę być sama – wyszlochała dziewczyna. 
Miranda przyklękła przy niej bez wahania. 
– Nie bój się. Jestem położną. Ze szpitala. Znaleźliśmy tu w okolicy noworodka. Czy to 

twoje dziecko, skarbie?

Jakby w odpowiedzi na serdeczne słowa dziewczyna rozpłakała się rozpaczliwie. 
– Nie płacz – pocieszała ja Miranda, przytulając mocno. – Proszę, nie plącz. Pomożemy 

ci. Nie zostawimy cię samej. 

– Nie  wiedziałam,  co  się  dzieje.  – Dziewczyna  łkała,  krztusiła  się,  więc  trudno  było 

zrozumieć, co mówi. – Tak strasznie bolało. A teraz przyjechała policja. Dziecko nie żyje, a 
mnie wsadzą do więzienia. Zabiłam je. 

– Twoja córeczka żyje. Nie pójdziesz do więzienia. Nikogo nie zabiłaś. 
– Była  zakrwawiona  i  sina.  Nie  ruszała  się.  Wiedziałam,  że  nie  żyje.  Zostawiłam  ją  w 

torbie – mówiła nastolatka, do której wciąż nie dotarły słowa Mirandy. 

– Noworodki  czasem  tak  wyglądają  – uspokajała  ją  Miranda.  – Masz  śliczną  córeczkę. 

Jest  w  szpitalu,  pod  dobrą  opieką.  Zabierzemy  cię  tam.  Lekarz  musi  cię  obejrzeć. 
Potrzebujesz pomocy. 

Jake przykucnął obok nich, a dziewczyna, która nie widziała go do tej pory, cofnęła się 

gwałtownie. 

– To policjant?
– Nie, lekarz. Jak ci na imię? – spytała Miranda. 
– Angie – wychlipała  nastolatka.  – Czy  dziecko  naprawdę  czuje  się  dobrze?  Nie 

chciałam,  żeby  mu  się  stało  coś  złego.  Umierałam  z  przerażenia,  kiedy  stwierdziłam,  że 
umarło. 

– Pojedziemy do szpitala i sprawdzimy, czy nie grożą ci powikłania poporodowe. Później 

background image

przyjdzie  pracownik  socjalny,  żeby z  tobą  porozmawiać  o  dziecku.  Wtedy postanowisz,  co 
chcesz zrobić. 

– Nie mogę jej zatrzymać. 
– W tym stanie nie powinnaś podejmować żadnych decyzji. Ile masz lat?
– Szesnaście. Nie chcę iść do szpitala. Zawiadomią mojego ojca. 
– To coś złego?
– Nie  wiem.  Chciałam  powiedzieć  mamie,  ale  się  bałam.  Ale  teraz  już  nie  dbam,  że 

będzie krzyczała. Zadzwoni pani po nią?

– Chodźmy do szpitala. Obiecuję, że ci pomogę – zapewniła Miranda. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Miranda  została  przy  Angie  podczas  wszystkich  badań  i  czekała  z  nią  na  przyjazd 

rodziców. 

– Proszę mnie nie zostawiać – błagała Angie i trzymała jej rękę tak kurczowo, że trudno 

by ją było wyrwać. 

Jake upominał Mirandę, że jest już późno, że powinna odpocząć i że zrobiła już wszystko, 

by pomóc dziewczynie. Ona jednak nie była w stanie wyjść i zostawić nastolatki samej, bez 
opieki  osoby,  która  się  nią  troskliwie  zajmie.  Siedziała  przy  niej  wytrwale,  pocieszała  ją  i 
zapewniała,  że  wszystko  się  jeszcze  ułoży.  Kiedy  wreszcie  młoda  pacjentka  trochę  się 
uspokoiła, do pokoju weszła położna, prowadząc matkę Angie. Kobieta najwyraźniej została 
wyrwana ze snu i zarzuciła na siebie to, co miała pod ręką. Była zatroskana i zdenerwowana. 

– Córciu?
Miranda  poczuła,  że  wzruszenie  ściskają  za  gardło.  Co  przyniesie  przyszłość?  Co  się 

stanie  z  Bonnie,  która  śpi  cichutko  w  łóżeczku  w  sali  noworodków,  nieświadoma,  że 
najbliższe godziny rozstrzygną o całym jej życiu?

– Mamusiu? – Głos dziewczyny zabrzmiał cienko i dziecinnie. – Jest mi bardzo, bardzo 

przykro. 

– Nie wierzę własnym oczom! Co ty najlepszego zrobiłaś, dziewczyno? – Matka zakryła

usta ręką, a Angie przestała panować nad łzami. 

– Przepraszam,  nie  gniewaj  się.  Nie  krzycz  na  mnie.  Naprawdę  nie  chciałam.  Nie 

wiedziałam,  że  tak  się  stanie – szlochała  tak  rozpaczliwie,  że  oczy  Mirandy  napełniły  się 
łzami i objęła ją opiekuńczo. 

Ale to nie było potrzebne. Matka Angie w mgnieniu oka znalazła się przy córce. 
– Nie płacz, aniołeczku. Mamusia jest tutaj i wszystko będzie dobrze. Poradzimy sobie. 

Powinnaś była mi o wszystkim powiedzieć, głuptasku. 

Annie zanosiła się płaczem. 
– Nie wiedziałam jak. Myślałam, że się rozzłościsz. Ojciec mnie zabije.  – Tuliła się do 

matki, a ta kręciła głową. 

– Twój ojciec nikogo nie zabije. Martwi się o ciebie, kwiatuszku. Żałuję, że nam nic nie 

powiedziałaś.  Jak  ja  mogłam  nie  zauważyć? – Spojrzała  bezradnie  na  Mirandę,  wyraźnie 
zszokowana przebiegiem wydarzeń. – Myślałam, że przytyła i strofowałam ją, że nie powinna 
być  takim  łakomczuchem,  ale  nie  przyszło  mi  do  głowy...  – Głaskała  córkę  po  włosach. 
Miranda instynktownie wyczuła, o czym kobieta myśli. Jej mała dziewczynka jest już matką. 

– Co ja mam robić, mamusiu?
– Zastanów  się,  czego  byś  chciała,  kochanie.  Niezależnie  od  tego,  jaką  podejmiesz 

decyzję, będziemy cię wspierać. 

Angie miała szczęście. Matka nie starała się dyktować jej, co ma robić, nie zmuszała do 

niczego. Chciała pomóc córce, aby ona sama podjęła odpowiedzialną, dorosłą decyzję. 

– Chcę  ją  zatrzymać.  – Dziewczyna  popatrzyła  na  matkę  niepewnie.  – To  niemądre, 

background image

prawda?  Nie  widziałam  jej  jeszcze,  ale  chciałabym  ją  zatrzymać.  Nie  mogłam  przestać 
płakać, kiedy myślałam, że umarła, a teraz, skoro żyje... 

– Dlaczego niemądre? – Kobieta wyprostowała się. – To nasza krew. Oczywiście, że ją 

zatrzymamy. Jesteśmy rodziną. 

Była druga w nocy, gdy Jake w końcu namówił Mirandę na powrót do domu. Martwił się 

o nią. Była wyraźnie wyczerpana. Przygotował jej kubek gorącej czekolady. 

– Wypij i połóż się. Ustaliłem już z Ruth, że jutro masz wolne. Muszę dopilnować, żebyś 

nie kiwnęła nawet palcem, więc ja też zostanę jutro w domu. Oboje na to zasługujemy. 

– Dobrze. – Wydawało się, że go nie słucha. Nie tknęła czekolady, wpatrywała się tylko 

w trzymane w ręku naczynie i kożuszek formujący się na mleku. 

Delikatnie wyjął kubek z jej dłoni. Sen jest najważniejszy. Zaprowadził ją na górę, pod 

drzwi jej sypialni. 

– Podziwiałem  twoje  podejście  do  Angie.  Wygląda  na  to,  że  ta  historia  dzięki  tobie 

skończyła się dobrze. 

– A mała? Jakie życie ją czeka? – Miranda spojrzała na niego smutnymi wielkimi oczami

– Dobranoc, Jake. 

Kiedy  zatrzasnęła  drzwi,  z  trudem  opanował  odruch,  by  wedrzeć  się  do  jej  pokoju  i 

porwać  ją  w  ramiona.  Patrzył  na  zamknięte  drzwi  i  zastanawiał  się,  co  się  z  nią  dzieje. 
Dlaczego z takim smutkiem mówiła o nowo narodzonej dziewczynce?

Nie wiedział, co powinien zrobić. Może po prostu jest zmęczona. Ciężarne kobiety mają 

prawo być przeczulone. 

Niech się prześpi. Porozmawiają rano. 
Nad ranem obudziły go niespodziewane hałasy dochodzące z kuchni. Wciągał dżinsy na 

schodach, potykając się o nogawki. Miranda siedziała przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach. 
Nie widział jej oczu, ale po drganiu ramion odgadł, że płacze. 

– Mirando? Kochanie moje, co się stało?
Nie  odpowiedziała,  ale  gdy  po  dłuższej  chwili  podniosła  głowę,  zaskoczył  go  bolesny 

wyraz jej oczu. 

– Nie  mogę  przestać  myśleć  o  Bonnie.  Ma  matkę,  która  jest  za  młoda,  żeby  się  nią 

opiekować, i nie ma ojca. Jak będzie wyglądało jej życie?

– Angie wydała mi  się na bardzo miłą  dziewczyną, a jej matka... – zaczął  zakłopotany, 

niepewny, co chciałaby usłyszeć. 

– Angie sama jest jeszcze dzieckiem, Jake! – wykrzyczała. – Dzieckiem! Powinna bawić 

się z przyjaciółkami, zdawać egzaminy w szkole, snuć marzenia o przyszłości. Zamiast tego 
będzie  prowadziła  życie  dojrzałej  kobiety!  Czy  ty  w  ogóle  rozumiesz,  co  to  znaczy  mieć 
dziecko w wieku szesnastu  lat? – Głos jej drżał. – Dziecko to wielka odpowiedzialność dla 
dorosłej  osoby,  a  co  dopiero  dla  nastolatki.  Całe  życie  zmienia  się  nieodwracalnie.  Nie 
możesz robić tego co rówieśnicy. Inni się uczą, ty zmieniasz pieluchy. Inni umawiają się na 
randki, ty  popychasz  wózek.  Nikt  cię  nie  rozumie.  Twoi  rówieśnicy  chodzą  do  szkoły  i  na 
prywatki.  Wszystkie  matki,  jakie  znasz,  są  mężatkami  z  gromadką  dzieci.  Zostaje  ci 

background image

samotność. 

Jej reakcje były zbyt emocjonalne, nawet jeśli się wzięło pod uwagę zmęczenie i ciążę. 
– Nie mówisz o Angie i Bonnie, prawda? Podsunął jej pudełko chusteczek. Wytarła nos. 

Jej długie rzęsy były mokre. Miał ochotę ukołysać ją w ramionach. 

– Nie  zwracaj  na  mnie  uwagi.  To  była  wyjątkowo  męcząca  noc.  Powinnam  wrócić  do 

łóżka. 

– Nie zaśniesz w tym stanie. Wyrzuć to z siebie, Mirando. Powiedz mi, co cię dręczy. –

Zawahał  się  na  chwilę  i  zebrał  się  na  odwagę.  – Zastanawiam  się,  dlaczego  ta  historia  tak 
bardzo  cię  wzburzyła?  Skąd  tyle  na  ten  temat  wiesz?  Czy  to  samo  przydarzyło  się  tobie? 
Byłaś młodocianą matką, której życie tak barwnie opisałaś?

– Matką? – Wyglądała  na  zaskoczoną  jego  domysłami.  – Nie,  Jake.  Byłam  tym 

dzieckiem. 

Przez moment milczał ze wzrokiem utkwionym w jej twarzy, całkiem osłupiały. 
– Moja matka urodziła mnie, kiedy miała szesnaście lat – wyjaśniła, widząc, że ciągle nie 

dotarło to do niego. 

Dopiero teraz zobaczył wszystkie sprawy we właściwym  świetle. Zrozumiał, czemu tak 

rozpaczliwie usiłowała znaleźć matkę Bonnie. 

– Porzuciła cię?
– Miałam  więcej  szczęścia  niż  Bonnie.  Mama  włożyła  mnie  do  pudełka  wyścielonego 

ręcznikiem. Byłam w całkiem dobrym stanie, kiedy mnie znaleziono. Napisała nawet list. 

Ścisnęło go w dołku. Z trudem powstrzymał się, by jej nie przytulić. Dobrze rozumiał, że 

nie może zepsuć tego momentu szczerości. Miranda potrzebuje rozmowy, a nie pocieszenia. 

– Znaleźli ją?
– Tak. Sytuacja była bardzo krępująca dla moich dziadków. Ich wypieszczona jedynaczka 

zeszła z drogi cnoty. A takie wiązali z nią nadzieje. Była najlepszą uczennicą w klasie i do 
tego śliczną dziewczyną. Świat stał przed nią otworem. Zrobiła jeden błąd i pojawiłam się ja. 
Ale postąpili tak, jak im nakazało sumienie. Przygarnęli mnie i wychowywali. Mieszkałam z 
nimi do chwili, kiedy moja matka wyszła za Keitha. 

– To był twój ojciec?
– Nie. Mama nigdy mi nie powiedziała, kto nim był. Może zresztą jestem owocem jednej 

nocy. Czy wiesz,  jakie to zostawia  w człowieku ślady? Czasem  patrzę na siebie w lustrze i 
zastanawiam się: Czy mam jego oczy? Czy to jego usta?  To dziwne uczucie, jeśli nie masz 
pojęcia, jak wyglądał twój ojciec. 

– Twoja mama wyszła za mąż. 
– Tak, i znalazła znakomitą partię. Keith był wziętym adwokatem, postacią ogólnie znaną 

i  szanowaną.  Z  zewnątrz  wyglądaliśmy  na  szczęśliwą  rodzinę.  – Jej  głos  przesycony  był 
goryczą. Jake spojrzał na nią pełen złych przeczuć. 

– A naprawdę? Opowiedz mi o swoim ojczymie. 
– Kochał moją matkę, a  w każdym razie  kochał  ją po swojemu. Niestety,  ta miłość  nie 

obejmowała mnie.  Byłam  żywym dowodem  jej  błędu. Jedyną  czarną  plamą  w jej  idealnym 
życiorysie. Wszystko robiłam źle. Potrafił mi to okazać, a miewał paskudne napady gniewu. 

background image

– Krzyczał na ciebie? Czy on cię... 
– Bił? O to chciałeś zapytać? Tak, i to często. Ale wszystkie kuksańce i razy nie bolały 

mnie  tak  bardzo,  jak  jego  pogarda  i  złośliwość.  Nie  mógł  znieść  mojego  widoku  i  to  było 
bardzo bolesne. 

– Czy ktoś o tym wiedział?
– Nie chciałam się skarżyć moim koleżankom. Zresztą nikt by mi nie uwierzył. Wszyscy 

mi  zazdrościli.  Wielki  dom,  wakacje  w  egzotycznych  miejscach.  Keith  potrafił  się  dobrze 
maskować, ale był  tak nieprzewidywalny, że bałam się zapraszać kogokolwiek do domu, w 
obawie  przed  jego  złością.  W  gniewie  potrafił  być  straszny.  Stopniowo  stawałam  się  coraz 
bardziej samotna. Wszyscy myśleli, że zadzieram nosa i jestem snobką. Nie wiedziałam, jak 
pozyskać  względy  rówieśników.  Zresztą,  mówiąc  uczciwie,  trudno  było  mnie  lubić.  Sama 
siebie nie lubiłam. Keith skutecznie podważył moją wiarę w siebie. 

– To  dlatego  byłaś  tak  zbulwersowana  faktem,  że  uderzyłem  właściciela  domu –

uświadomił sobie nagle Jake, pocierając ręką czoło. Miranda była maltretowanym dzieckiem. 
Na myśl o tym krew się w nim zagotowała. 

– Myślę, że tak. Nie znoszę przemocy pod żadną postacią. 
– Twoja matka nie reagowała na to?
– Moja matka nie chciała, żeby cokolwiek zagroziło jej pozycji społecznej. Poruszała się 

w  kręgach  towarzyskich,  które  przed  zamążpójściem  były  poza  jej  zasięgiem.  Musiała 
opuścić szkolę jako szesnastolatka, miała nieślubne dziecko, a oto ożenił się z nią znakomicie 
sytuowany  adwokat.  Ogromne  osiągnięcie.  Moja  matka  była  bardzo  ambitna.  Bardzo  jej 
zależało na opinii innych ludzi. Małżeństwo z Keithem wymazało błędy przeszłości. 

– Usprawiedliwiała jego zachowanie?
– Tłumaczyła, że ma bardzo stresującą pracę i nie powinnam go denerwować. 
– Nigdy się nie skarżyłaś? Nauczycielom? Lekarzowi rodzinnemu?
– Nasz  lekarz  był  jego  partnerem  do  tenisa.  – Miranda  pokręciła  bezradnie  głową.  –

Starałam się go nie irytować. Niestety, irytowała go sama moja obecność. Schodziłam mu z 
drogi  i  próbowałam  być  niewidzialna.  Nauczyłam  się  polegać  tylko  na  sobie.  – Wzruszyła 
ramionami. – Nie ma co wspominać. To już zamierzchła przeszłość. Nie myślę na ten temat. 
Nie mam ochoty być ofiarą. 

– Zerwałaś z nimi kontakt?
– Wyprowadziłam  się  z  domu,  kiedy  tylko  mogłam.  Nie  starali  się  mnie  zatrzymać. 

Oczywiście, dzieciństwo zostawiło ślady w mojej psychice. Psychoanalityk powiedziałby, że 
właśnie dlatego zakochałam  się w Peterze. Podświadomie poszukiwałam  w moim  partnerze 
ojca. – Uśmiechnęła się gorzko. – Co za ironia losu. Zarówno Keith, jak Peter byli na swój 
sposób najdalsi od idealnej postaci, którą sobie wymyśliłam. 

– Jaki jest twój wymarzony ojciec?
– Po  prostu  bez  wad.  Uwielbia  swoje  dzieci  do  tego  stopnia,  że  są  dla  niego 

najważniejsze. Cieszy się ich osiągnięciami i chroni je przed złem. A kiedy na nie patrzy, w 
oczach ma miłość. 

Tyle  w  niej  było  smutku,  że  Jake’a  zakłuło  w  sercu.  Najwyraźniej  nigdy  nie  doznała 

background image

wszechogarniającej i bezwarunkowej miłości rodziców. 

– A co powiedziałby psychoterapeuta o naszym związku?
– Między nami nic nie ma. 
– Cieszę się, że mi opowiedziałaś o swoim dzieciństwie, bo teraz lepiej rozumiem, czemu 

się  ciągle  wycofujesz.  Boisz  się,  że  nie  będę  w  stanie  pokochać  twojego  dziecka  tak,  jak 
kocham ciebie. 

– Proszę, przestań. Wcale mnie nie kochasz. Nie jestem tego warta. 
– Dlaczego?  Bo  nie  kochał  cię  twój  ojczym?  Bo  nie  broniła  cię  własna  matka?  To  nie 

znaczy, że nie da się ciebie pokochać, tylko że byłaś nieszczęśliwym dzieckiem. Ale zły los 
można odmienić i najwyższy czas, żeby się to zdarzyło tobie. 

Bez  chwili  wahania  pocałował  ją,  wlewając  w  ten  gest  całą  czułość  i  współczucie. 

Słodkie i miękkie wargi ustąpiły pod naporem jego ust. Gorąca fala pożądania rozpaliła jego 
ciało, ale panował nad sobą, nie chcąc wykorzystywać momentu jej słabości. Była teraz taka 
bezbronna i krucha. Dlatego całował ją delikatnie i niespiesznie. Smakował jej obawę i lęk, 
jej opór. A potem zarzuciła mu ramiona na szyję i odpowiedziała śmiało i zdecydowanie. Jej 
pocałunek odbierał mu rozum i wolę. 

– Nie  powinniśmy  tego  robić – szepnęła.  – Złożyłam  przyrzeczenie  noworoczne,  że 

przestanę szukać miłości. 

– Nowy Rok  był wieki temu. Najwyższy czas złamać to  postanowienie.  – Od wczesnej 

młodości  nie  czuł  tak  nieprzepartego  pociągu  do  kobiety.  Stwierdził,  że  traci  nad  sobą 
kontrolę. – Chodźmy na górę, Mirando. – Wziął ją na ręce, ignorując jej protesty. 

W  sypialni  zasłony  były  rozsunięte,  przez  okno  wpadało  światło  księżyca.  Całował  ją 

powoli, w uniesieniu. Dotykał najdelikatniej, jak potrafił. Wiedział, że Miranda zasługuje na 
najpiękniejszą noc miłosną. 

Jej  piersi  były  idealnie  pełne,  jak  soczyste  owoce.  Nie  mógł  powstrzymać  okrzyku 

zachwytu. 

– Jesteś taka piękna. 
– Jestem taka gruba. 
Chociaż pragnienie pulsowało w jego żyłach, jej nieśmiała prośba o miłosne zaklęcia, tak 

wzruszająco kobieca, wywołała uśmiech na twarzy Jake’a. 

– Mój  skarbie,  czy  jeszcze  nie  wiesz,  jak  bardzo  cię  pragnę?  Od  pierwszej  chwili,  od 

pierwszego spojrzenia. Zatraciłem się w twoich oczach. 

Przywarła do niego. Usta miała wilgotne od pocałunków, włosy rozsypane na ramionach. 

Jej piękno odebrało mu mowę. Nie wiedział, jakimi słowami wyznawać miłość. Umiał tylko 
pokazać  całym  sobą,  wielbiąc  każdy  skrawek  ciała  Mirandy  wargami,  językiem,  palcami. 
Docierał do ukrytych zakamarków, których dotyk budził najpierw ciche protesty, a potem jęk 
ekstazy. Wciąż przekraczał nowe granice intymności, marząc tylko, aby te chwile zamieniły 
się w nieskończoność, tak były doskonałe. 

Czuła  jego napięte  mięśnie, jego podniecenie i  odpowiadała mu  pieszczotami,  poznając 

erotyczną mapę jego ciała. 

– Jake, proszę. – Jego imię było w jej ustach jak szloch lub modlitwa. – Proszę... 

background image

Wiedział, czego chce Miranda, o co prosi, ale przedłużał miłosną torturę, aż doprowadził 

ją na szczyt ekstazy. Miał wrażenie, że sam za chwilę eksploduje, więc opadł na łóżko i starał 
się odzyskać resztki samokontroli. 

Zarzuciła nogę na jego brzuch i wyprostowała się. Patrzyła na niego z góry. Jej policzki 

płonęły, włosy opadały gęstą zasłoną, w oczach był uwodzicielski błysk. 

– Możemy to zrobić?
Miał przebłysk świadomości, że zadała to pytanie poważnie. Starał się myśleć jak lekarz, 

a nie jak kochanek. 

– Będę  delikatny.  Obiecuję.  Czy  już  ci  powiedziałem,  że  jesteś  niezwykła?  I 

niewiarygodnie piękna?

– Potrzebujesz okularów. 
– Potrzebuję  ciebie.  – Przytrzymał  jej  biodra  i  pomógł  jej  usadowić  się  wygodnie. 

Hamował gwałtowne ruchy wbrew wyraźnym zachętom. 

Zdesperowana i niecierpliwa odepchnęła jego ręce, przytrzymała mu ramiona nad głową i 

przejęła  inicjatywę.  Z  niecierpliwą  desperacją  opadła  na  niego,  przyjmując  go  głęboko  w 
siebie i rujnując jego plany, że wszystko odbędzie się łagodnie i powoli. Mógł tylko poddać 
się  jej  woli.  Tańczyła  nad  nim  swój  erotyczny  i  uwodzicielski  taniec,  aż  cały  jego  świat 
rozpadł się na atomy. Została tylko ona i niesamowite doznania, którym był poddany. Chciał 
prosić, by zwolniła, ale umiał wydać z siebie jedynie nieartykułowane jęki zachęty. Jego ciało 
przejęło  kontrolę  nad  nim,  mógł  tylko ulec  tej  pierwotnej  sile,  która  wyniosła  go na  orbitę. 
Towarzyszyły mu ciche krzyki jej triumfalnego spełnienia i spazmatyczne drżenie jej ciała. 

Kiedy się obudziła, zobaczyła, że ją obserwuje. 
– Dzień dobry – szepnął i nachylił się, by powitać ją pocałunkiem. – Dobrze spałaś? Czy 

wiesz, że cię kocham? Jesteś piękna, mądra i dobra i chciałbym, żebyś została moją żoną. 

Jego żoną?
Nie wiedziała, czy to sen, czy jawa. Patrzyła w niebieskie oczy mężczyzny i pomyślała ze 

smutkiem, że w jej życiu nic nie przychodzi łatwo. Nieważne, jak bardzo go kocha i jak on 
kocha ją – nie ma prawa powiedzieć „tak”. Ze względu na dziecko musi mu odmówić. 

– Nie, Jake. 
– To nie jest trudne, Mirando. Zaufaj swemu sercu. Przecież mnie kochasz. 
Tyle w nim było wiary i pewności siebie, a ona musi zadać mu cios. 
– Zależy mi na tobie – powiedziała powoli. – Jesteś wspaniałym przyjacielem. 
– Przyjacielem? Ostatnia noc niewiele miała wspólnego z przyjaźnią. 
– Ostatnia noc nie powinna się zdarzyć. Wyjawiłam ci rzeczy, jakimi się nigdy i z nikim 

nie dzieliłam. Byłam zmęczona i roztrzęsiona. 

– Chcesz powiedzieć, że cię wykorzystałem? – spytał z niedowierzaniem. 
– Nie,  chcę  powiedzieć,  że  potrzebowałam  pocieszenia  i  wsparcia.  – Zamilkła,  a  on 

westchnął. 

– Mirando,  przyjacielskim  gestem  pocieszenia  było  podanie  ci  chusteczek  do  nosa  w 

kuchni  i  gorąca  czekolada  przed  snem,  której  zresztą  nie  wypiłaś.  To,  co  nas  połączyło 
minionej nocy, to był gorący seks i dobrze o tym wiesz. 

background image

Wspomnienia  rozgrzały  ją,  więc  zamknęła  oczy,  aby  je  zablokować,  wrócić  do  twardej 

rzeczywistości. Jake położył jej palec na wargach. 

– Przestań,  Mirando.  Nie  chcę,  abyś mi  powtarzała,  że  nie  możesz  za  mnie  wyjść,  bo 

jesteś w ciąży. Nie chcę o tym słuchać. Powitam twoje dziecko z radością. Zamierzam być dla 
niego  tym  idealnym  tatusiem,  o  którym  zawsze  marzyłaś.  Adoptuję  je  i  będę  kochał  jak 
własne, jeśli tylko mi na to pozwolisz. 

Miranda walczyła z pokusą. Kochała Jake’a, nie miała żadnej wątpliwości. Kochała go, 

bo był wyjątkowym człowiekiem. Ale nic nie mogło zmienić faktu, że nosiła w sobie dziecko 
innego mężczyzny i lepiej niż ktokolwiek inny rozumiała implikacje tej sytuacji. 

– To  zawsze  będzie  stało  między  nami – wyszeptała.  – Jeśli  nie  teraz,  to  kiedyś  w 

przyszłości. Jeśli dziecko będzie niegrzeczne, zaczniesz mieć nas dosyć. 

Zobaczyła błysk gniewu w jego oczach. 
– Chcę jedną  rzecz ustalić raz na zawsze. Nie jestem twoim ojczymem i  nigdy nim nie 

będę.  Nie  jestem  też  ojcem  twojego  dziecka,  na  szczęście,  bo  tego  faceta  nie  lubię  i  nie 
szanuję. Kocham cię, Mirando, i kocham twoje dziecko, bo jest cząstką ciebie. Moja miłość 
jest  bezwarunkowa.  Nikt  nie  może  zagwarantować,  że  w  życiu  rodzinnym  nie  pojawią  się 
jakieś  komplikacje.  Dzieci  bywają  nieposłuszne  i  nie  ma  w  tym  niczego  niezwykłego. 
Czasem  będę  zirytowany,  bo  jestem  tylko  człowiekiem,  tak  jak  ty.  Ale  nigdy  nie  będę 
żałował, że jestem jego ojcem i nie przestanę go kochać. Nigdy też nie zazna mojej karzącej 
ręki. Jestem skłonny do rękoczynów tylko wtedy, gdy ktoś fizycznie zagraża członkom mojej 
rodziny. 

– Wiem,  że  w  twoich  oczach  wszystko  jest  proste,  Jake,  ale  nie  mogę  ryzykować. 

Miniona noc nie powinna się zdarzyć. Wyprowadzę się. 

Nie była w stanie patrzeć mu w oczy, tyle w nich było bólu. Powtarzała sobie w duchu, że 

podjęła  słuszną  decyzję.  Jest  odpowiedzialna  za  dobro  trzech  osób.  Chce  im  oszczędzić 
rozczarowań i dramatów. Wielkim wysiłkiem woli wstała z łóżka i wyszła z pokoju. 

Miała  wrażenie,  że  przepłacze  resztę  życia.  Nie  mogła  się  uspokoić.  Gdy  zamknęła  za 

sobą drzwi do łazienki, nie powstrzymywała już łez. 

Wiedziała, że postępuje słusznie. 
Ale jeśli ma rację, dlaczego jest jej tak ciężko?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

W następnych tygodniach zima się nasiliła, a Miranda czuła się bez przerwy zmęczona i 

nieszczęśliwa. 

Myślała,  że  wypocznie,  kiedy  przestanie  pracować,  ale  stwierdziła  tylko,  jak  bardzo 

brakuje jej przyjaźni okazywanej przez koleżanki i kolegów z oddziału położniczego. Miała 
wrażenie, że zna ich całe życie. Po raz pierwszy czuła się gdzieś jak w domu. 

Nie  mogła  dłużej  mieszkać  u  Jake’a  i  desperacko  przeszukiwała  rubryki  ogłoszeń  w 

lokalnych  gazetach.  Znalazła  mieszkanko,  które  jej  się  podobało,  ale  było  do  wynajęcia 
dopiero  od  późnej  wiosny,  a  ona  nie  mogła  czekać  tak  długo.  Musiała  się  gdzieś 
wyprowadzić. 

Jake  starał  się  jej  niczego  nie  utrudniać.  Był  dla  niej  niezwykle  miły,  co  sprawiało,  że 

sytuacja stawała się jeszcze bardziej kłopotliwa. 

Piła właśnie kawę i zbierała siły, by obejrzeć kolejne mieszkanie w okolicy, gdy rozległo 

się pukanie do drzwi. Stała przed nimi Christy z koszyczkiem w ręku. 

– Witaj, bawię się w Czerwonego Kapturka – powitała ją radośnie, wchodząc do środka. 

– Rano upiekłam ciasteczka z moją córeczką Kąty i pomyślałam sobie, że może miałabyś na 
nie  ochotę.  W  ostatnim  miesiącu  ciąży  byłam  nieustannie  głodna,  a  nie  miałam  siły  na 
gotowanie. Znajdziesz też chleb, bułeczki i sery z delikatesów. 

– Jak to miło z twojej strony. 
– Jest  też  prawdziwy  powód  mojej  wizyty.  Mogę  nastawić wodę  na  herbatę? – Christy 

zdjęła płaszcz i powiesiła go na krześle. 

– Naturalnie. Jaki powód? – Miranda przyjrzała się drugiej kobiecie uważnie, ale nie była 

w stanie wyczytać z jej twarzy niczego. 

– Martwię się o Jake’a. 
– Dlaczego? Co się stało? – Nagle przeszył ją niepokój. 
– Pojawiłaś  się  w  jego  życiu.  Jest  w  tobie  zakochany,  a  mam  podstawy  sądzić,  że  nie 

odwzajemniasz  jego  uczucia.  Jest  bardzo  nieszczęśliwy.  Drażliwy,  marudny  i  wiecznie 
wściekły. Zupełnie nie przypomina naszego opanowanego i wyrozumiałego przyjaciela. 

– Wydaje mu się, że jest we mnie zakochany, ale... 
– Jeśli  sugerujesz,  że  Jake  ma  problemy  z  rozpoznawaniem  własnych  uczuć,  być może 

wcale  go  nie  rozumiesz.  On  znakomicie  wie,  czego  chce  od  życia  i  nigdy  się  nie  myli. 
Podejmuje  decyzję  i  nie  zmienia  zdania.  Wiedział  od  początku  studiów,  że  chce  być 
położnikiem,  i  miał  rację.  Jest  to  specjalizacja  dla  niego  stworzona.  Tak  samo  jest  z 
kobietami. Nie zakochuje się łatwo. 

– Był zakochany w tobie. 
– Myślę,  że  tak,  przez  krótki  czas.  – Christy  przekroiła  bułeczkę  i  posmarowała  obie 

części masłem. – To jeden z największych komplementów, jakie kiedykolwiek usłyszałam, bo 
Jake podchodzi do miłości serio i nie traci głowy na widok ładnej buzi. Kiedy się zakochuje, 
sprawa jest naprawdę poważna. A teraz zakochał się w tobie. 

background image

– Masz rację. Może tak jest. Ale ja mam dziecko z innym mężczyzną. 
– Wiem. – Christy położyła posmarowaną bułeczkę na talerzu i podała jej. – Jedz. Jake 

ciągle się martwi, że nie odżywiasz się wystarczająco dobrze, więc obiecałam zadbać o to do 
porodu. 

– Nigdy  nikt  nie  okazał  mi  tyle  życzliwości  co  Jake.  – Miranda  uśmiechnęła  się  z 

wdzięcznością. 

– Nie?  Więc  korzystaj  z  tego.  Bierz,  ile  możesz.  On  pragnie  tego  dziecka,  Mirando. 

Pragnie go tak bardzo jak ciebie, czy jesteś w stanie w to uwierzyć?

– Myślę, że jest o tym przekonany,  ale nikt  nie potrafi przewidzieć własnych reakcji  w 

przyszłości. Dziecko nie jest jego i nic nie może zmienić tego faktu. 

– Jake  jest  najbardziej  zrównoważonym  i  rozsądnym  facetem,  jakiego  możesz  spotkać. 

Czy kiedykolwiek widziałaś, żeby stracił głowę?

– Nie. Zawsze jest opanowany. Superman, można by rzec. 
– Jake dobrze wie, kim  jest i czego chce. A chce ciebie i dziecka.  Przemyśl to jeszcze. 

Zastanów się, co odrzucasz. 

– A co będzie, jeśli po pewnym czasie będzie zmęczony obecnością ruchliwego i pełnego 

życia stworzonka w swoim domu? Jeśli za dwa lata zmieni zdanie?

Christy  przyglądała  jej  się  uważnie  przez  dłuższą  chwilę,  jakby  ważąc  w  głowie 

argumenty. 

– Jeśli  zadajesz  mi  to  pytanie,  najwyraźniej  wcale  nie  znasz  Jake’a – odparła  wreszcie 

spokojnie i założyła płaszcz. – Jest dobrym człowiekiem. Między nami mówiąc, wiele kobiet 
próbowało  go  złowić.  Ze  wszystkich,  z  którymi  się  umawiał,  wybrał  ciebie.  Powinno  ci  to 
pochlebiać.  Muszę  już  jechać.  Zaczyna  padać  śnieg,  a  Alessandro  pewnie  już  się  niepokoi. 
Nie odprowadzaj mnie. 

Miranda  siedziała  w  kuchni.  Za  oknem  zapadał  zmrok.  Jake  zadzwonił  wcześniej  i 

uprzedził,  że  będzie  w  domu  bardzo  późno.  Brakowało  jej  go.  Przywykła  do  jego  stałej 
obecności.  Lubiła  jego  towarzystwo  w  pracy  i  w  domu.  Ostatnie  wspólne  dni.  Za  dwa 
tygodnie miała się przeprowadzić do nowego mieszkania. 

Wiatr  gwizdał  za  oknem,  a  ona  po  raz  kolejny  rozważała  wszystko,  co  Christy 

powiedziała jej o Jake?

Wiele kobiet próbowało go złowić. 
Ze wszystkich wybrał ciebie. 
Nagle  dotarło  do  niej,  że  Christy  miała  rację.  Każe  mu  płacić  za  grzechy  innych 

mężczyzn.  Tymczasem  Jake  nie  jest  taki  jak  jej ojczym. Nie  jest  taki  jak  Peter.  Jest  silny i 
przystojny,  troskliwy  i  zdecydowany.  A  ona  szaleje  za  nim.  Dlaczego  odrzuca  szansę  na 
szczęście, skoro jest w nim zakochana i nie wyobraża sobie życia bez niego?

Podjęła  decyzję.  Gdy  tylko  Jake  wróci  do  domu,  porozmawia  z  nim.  Powie  mu,  że 

zmieniła zdanie. Nie zamierza dłużej uciekać przed miłością. Chce, żeby adoptował dziecko. 
Chce, żeby byli rodziną. 

Nie mogła usiedzieć na miejscu. Nagle stało się bardzo ważne, by Jake dowiedział się, co 

background image

do niego czuje. Kręciła się między salonem i kuchnią. Oglądała właśnie zdjęcia na półce nad 
kominkiem, gdy poczuła silny ból. 

Było to tak niespodziewane, że krzyknęła zaskoczona. Starała się panować nad oddechem 

do ustąpienia bólu i udało jej się krok za krokiem dotrzeć do kanapy. 

Termin  ma  dopiero  za  miesiąc.  Może  były  to  skurcze  Braxton-Hicksa,  symptom 

przygotowywania się organizmu do porodu. Odczuwała je już wcześniej, choć nigdy nie były 
tak  silne.  Dwie  minuty  później  uświadomiła  sobie,  że  się  myli.  Jej  ciało  przeszył  kolejny 
bolesny skurcz. Nie była w stanie oddychać ani wydać z siebie głosu. Przyklękła i starała się 
opanować. 

Czyżby  zaczął  się  poród?  Zachciało  jej  się  śmiać.  Przecież  jest  położną.  Powinna 

wiedzieć, co się z nią dzieje. 

Musi zadzwonić. Z trudem podeszła do telefonu, ale nie było sygnału. Połączenie zostało 

odcięte. 

Uświadomiła sobie, że musi sobie poradzić sama. Rzuciła poduszki z kanapy na podłogę i 

usadowiła się na nich, by oczekiwać na kolejne skurcze. 

Wszystko będzie dobrze, powtarzała sobie. Kiedy poczuła pod palcami znajome napięcie 

macicy,  była  przygotowana  i  oddychała  zgodnie  z  instrukcją,  powtarzaną  niezliczonym 
kobietom, które uczęszczały na jej kursy w szkole rodzenia. 

Intensywność  bólu  odebrała  jej  dech  w  piersi.  Zrozumiała  nagle,  dlaczego  rodzące 

potrzebują przy sobie kogoś przyjaznego. Kogoś, kto zapewnia miłość i psychiczne wsparcie. 

– Mirando?
Otworzyła  oczy  i  wtedy  dostrzegła  Jake’a  stojącego  w  wejściu.  Jego  ciemne  włosy 

przyprószone  były  śniegiem.  Dotarł  do  niej  powiew  zimnego  powietrza,  zanim  zamknął 
drzwi. 

– Kiedy  się  zaczęło? – Już  był  przy  niej.  Bez  zbędnych  słów  zorientował  się,  co  się 

dzieje. 

– Niedawno, ale bardzo intensywnie. Jeden skurcz przychodzi po drugim. To już poród, 

choć miesiąc za wcześnie. 

– Czemu nie zadzwoniłaś?
– Telefon nie działał. 
Zalała  ją  kolejna  fala  bólu.  Tym  razem  nie  była  już  sama.  Jake  podpierał  ją  silnym 

ramieniem, spokojnym głosem chwalił i przypominał o oddechu. 

Ból  minął.  Odpoczywała.  Jake  sięgnął  po  telefon,  ale  nadal  nie  było  sygnału.  Również 

komórka nie działała normalnie. 

– Co myślisz o porodzie domowym?
– Denerwuję się. 
– Nie jest to zbyt pochlebne. Jestem położnikiem. To mój chleb powszedni. 
– Nieprawda.  Twoją  domeną  są  komplikacje  i  powikłania,  a  nie  naturalne  porody.  To 

położne się na nich znają. – Miranda usiłowała żartować, by rozładować atmosferę. 

– Jestem  pewien,  że  przebrnę  jakoś  przez  zwykły  poród.  Muszę  cię  zbadać,  żeby 

wiedzieć,  jakie  jest  rozwarcie.  Jeśli  dziecko  ma  się  wkrótce  urodzić,  powinienem  nastawić 

background image

kotły  z  wrzącą  wodą,  przynieść  naręcza  wykrochmalonych  prześcieradeł  i  wykonać  wiele 
innych bezsensownych czynności przedstawionych w filmach. 

Jego dobry humor i pewność siebie bardzo ją pokrzepiły. Wyszedł umyć ręce i wrócił z 

zapowiedzianą stertą czystych ręczników i lekarską torbą. 

– Jake! – jęknęła.  – Czuję  główkę! – Nagle  gdzieś  zniknął  wstyd, chciała  tylko,  by  jej 

pomógł.  – Wszystko  się  dzieje  za  szybko.  Ratuj  dziecko.  Co  będzie,  jeśli  ma  pępowinę 
zakręconą wokół szyi? – Potok słów przerwał jej kolejny atak i potrzeba parcia tak silna, że 
mogła jedynie dostosować się do tego, co podpowiadało jej własne ciało. 

– Jest  główka,  Mirando.  Nie  przyj.  Nie  przyj  teraz,  aniele.  Trzeba  ziać.  Moja  dzielna 

dziewczynka. Wszystko będzie dobrze. 

Nowy  skurcz  targnął  jej  ciałem,  potem  przyszła  ulga,  a  w  pokoju  gniewnie  wrzasnął 

noworodek. Miranda opadła na poduszki, ogarnięta porażającym szczęściem. 

– Dziecko jest zdrowe? – Poród miał niezwykle szybkie tempo. Nie byłaby w stanie go 

kontrolować, gdyby nie obecność Jake’a. 

– Dziewczynka.  Maleńka,  absolutnie  śliczna.  Jest  zdrowa.  – Podał  jej  dziecko  i  wydał 

polecenie głosem wypranym z emocji. – Przystaw ją do piersi, Mirando. Nie mam przy sobie 
żadnych  leków.  Nic,  żeby  wspomóc  obkurczanie  się  macicy.  Sięgniemy  po  sposób 
wymyślony przez naturę. Podaj jej pierś. 

Miranda rozumiała  jego intencje, ale uraziło  ją, że prawie nie spojrzał  na  dziecko. Jake 

obawiał się, że dostanie krwotoku, a telefony nie działały i nie było możliwości, by ją szybko 
dostarczyć do szpitala. 

Nie  zachowywał  się  jak  ojciec  asystujący  przy  porodzie.  Był  lekarzem  wykonującym 

swój zawód. 

Dziecko  bez  żadnej  zachęty  łapczywie  przyssało  się  do  sutka.  Miranda  westchnęła 

uspokojona. Teraz wszystko już będzie dobrze. I było. Łożysko wyszło łatwo. Jake otarł czoło 
i po raz pierwszy się uśmiechnął. 

– Nie wiem, czemu położne robią tyle szumu wokół siebie. To łatwizna. Umyję tylko ręce 

i wstawię tu dodatkowe kaloryfery. W pokoju jest za zimno. 

Wrócił z komórką przy uchu. 
– Telefon już działa. Obie na pierwszy rzut oka wyglądacie świetnie, ale i tak chcę was 

wyekspediować do szpitala. Tylko na dzisiejszą noc. A przy okazji... odsłuchałem wiadomość 
na  automatycznej  sekretarce.  Właściciel  mieszkania,  które  chcesz  wynająć,  informuje,  że 
będzie dostępne wcześniej, niż się spodziewał. Możesz się tam wprowadzać, kiedy chcesz. 

Czekała, że będzie kontynuował ten temat i powie jej, jak bardzo chce, by z nim została, 

ale znowu wyszedł. Przygotował w tym czasie rzeczy potrzebne jej w szpitalu. 

Ani razu nie wziął dziecka na ręce. 
To  oznacza  tylko  jedno.  Zmienił  zdanie.  Już  jej  nie  chce.  Na  próżno  walczyła  z 

rozczarowaniem i przygnębieniem. 

Było późne popołudnie, kiedy Jake wszedł na oddział z misiem i bukietem kwiatów. 
Zebrał  się  na  odwagę,  by  tu  przyjść.  Miał  zamiar  wręczyć  Mirandzie  kwiaty, 

pogratulować jej i wyjść, zanim po raz kolejny zrobi z siebie kompletnego idiotę. 

background image

Uśmiech  zamarł  na  jego  ustach,  gdy zobaczył,  że  pokój  jest  pusty.  W  pierwszej  chwili 

pomyślał,  że  przyszedł  za  późno,  ale  ziewnięcie  z  łóżeczka  upewniło  go,  że  leży  w  nim 
dziecko. Tylko po Mirandzie nie było śladu. 

– Cześć,  maluszku – szepnął,  nachylając  się  nad  noworodkiem.  Dotknął  policzka 

dziewczynki jednym palcem. – Czas, żebyśmy się wreszcie lepiej poznali. 

Miranda  zatrzymała  się  w  drzwiach  łazienki  z  oczami  utkwionymi  w  Jake’u. 

Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z jej obecności. Przemawiał do dziecka. Dotykał je. 

– Nie przyjrzałem  ci się  wczoraj dobrze, bo martwiłem  się o twoją mamusię. Ale teraz 

wszystko jest dobrze. Na pewno ją uszczęśliwisz. To dobrze, bo na to zasługuje. 

– Jake? – odezwała się nieśmiało, wychodząc z cienia. – Nie wiedziałam, że się o mnie 

niepokoiłeś. 

– Podsłuchiwałaś, a to była rozmowa prywatna. – Uśmiechnął się blado. 
– Czym się martwiłeś? Byłam pod opieką najlepszego położnika. Nic złego nie mogło mi 

się stać. 

– Nigdy nie odbierałem porodu kobiety, którą kocham. Cały obiektywizm diabli wzięli. 

Balem się śmiertelnie. 

– Kobiety, którą kochasz? – Serce w niej podskoczyło. 
– Nie  przyszedłem  się  spierać,  Mirando.  – Wręczył  jej  kwiaty  i  położył  na  łóżku 

pluszowego misia. 

– Wiem, że niedługo będziesz w domu, ale kobiety w szpitalu powinny dostawać kwiaty. 

Pójdę już. Obowiązki czekają. 

– Mogą poczekać jeszcze chwilę. – Przytuliła kwiaty do piersi i zapytała: – Od tej nocy, 

kiedy się kochaliśmy, nie powiedziałeś mi, że mnie kochasz. Wczoraj po narodzinach dziecka 
prawie na  małą  nie  patrzyłeś.  Myślałam,  że  zepsułam  wszystko między  nami.  Że zmieniłeś 
zdanie. O dziecku i o mnie. 

– Jakie to ma znaczenie, co czuję, Mirando? – zapytał przygnębiony. 
– Dla mnie ma. – Głos jej się łamał. Miała nadzieję, że córeczka nie obudzi się i będzie 

mogła powiedzieć wszystko, co leży jej na sercu. Ale Jake odezwał się pierwszy. 

– Nie  miałem  zamiaru  nic  mówić.  Poród  jest  wielkim  wysiłkiem,  trzeba  czasu,  żeby 

kobieta  doszła  po  nim  do  równowagi.  Nie  chciałem  teraz  poruszać  tego  tematu,  ale  skoro 
pytasz, będę szczery. Nie przyjrzałem się małej, to prawda. Nie miałem odwagi. Gdybym się 
roztkliwił,  wszystkie  moje  próby,  aby  zachować  zimną  krew  i  dystans,  diabli  by  wzięli. 
Urodziłaś  bardzo  szybko,  Mirando.  Wiem,  ile  powikłań  mogło  ci  grozić.  Chciałem  mieć 
pewność, że jesteś bezpieczna. Musiałem być skoncentrowany. 

– Dlatego sprawiałeś wrażenie takiego dalekiego i niezaangażowanego emocjonalnie?
– To była tylko samoobrona. Bałem się, że na widok słodkiej małej kruszyny zakocham 

się w niej i będzie mi jeszcze trudniej. Wystarczy, że stracę ciebie, nie chciałem stracić także 
jej. Wkrótce się wyprowadzisz i zabierzesz małą, a ja nie wiem, jak cię zatrzymać. Jak mam 
ci udowodnić, że kocham ciebie i twoją córeczkę?

– A  ja  myślałam,  że  jest  za  późno,  że  cię  straciłam.  Przez  całą  minioną  noc  nie 

przestawałam  wyobrażać  sobie,  jak  mówisz  do  mnie  te  słowa.  Bałam  się,  że  to  już  tylko 

background image

marzenia. 

– Nie musiałaś marzyć. Przecież dobrze wiesz, co do ciebie czuję. 
– Bałam  się,  że  zmieniłeś  zdanie.  Byłeś  taki  zimny  i  profesjonalny.  Myślałam,  że  nie 

możesz się doczekać, kiedy pozbędziesz się nas z domu. 

– W  pewnym  sensie  tak  było.  Chciałem  jak  najszybciej  dostarczyć  ciebie  i  dziecko  do 

szpitala.  Zrobić  badania,  mieć  pewność,  że  nic  wam  nie  grozi.  Poza  tym  wyraźnie 
powiedziałaś, dlaczego nie chcesz się ze mną wiązać. 

– To  nieprawda.  – Pokręciła  głową.  – Powiedziałam  ci  o  moich  obawach  i  fobiach. 

Wmawiałam sobie, że muszę chronić dziecko za wszelką cenę. Nie powiedziałam ci tylko, że 
cię kocham. Wiedziałam o tym od wielu tygodni, ale nie chciałam się przyznać, bo wtedy nie 
zaakceptowałbyś mojej odmowy. 

– Dlaczego, skoro mnie kochasz, nie chcesz za mnie wyjść?
– Moim obowiązkiem jest zapewnienie córce szczęśliwego życia. Dlatego obiecywałam 

sobie, że nigdy się z nikim nie zwiążę. Ale ostatnio uświadomiłam sobie, że popełniam błąd. 
Moja córka będzie szczęśliwa, jeśli będzie miała fantastycznego ojca. Ciebie. Chciałam ci to 
powiedzieć już wczoraj, ale zaczęłam rodzić. 

Przez moment stał jak wmurowany. Potem jednym skokiem przemierzył pokój i porwał ją 

w ramiona. 

– Nie  wierzę  własnym  uszom!  Planowałem  kolejne  posunięcia  z  precyzją  kampanii 

napoleońskiej.  Wymyślałem  dziesiątki  sposobów  przekonania  cię,  że  powinnaś  za  mnie 
wyjść. 

– Nie  potrzebujesz  wytaczać  armat.  Poddaję  się.  – Zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję.  –

Ufam ci, Jake. Kocham cię. 

– A  ja  kocham  ciebie.  – Pocałował  ją  z  pasją,  jakby  chciał  ją  o  tym  przekonać.  – Jak 

mogłaś myśleć, że jestem niestały w uczuciach?

– Odepchnęłam cię. Uznałam, że dałeś za wygraną. 
– Nie  rezygnuję  tak  łatwo,  kochanie.  – Spoważniał  nagle.  – Musisz  zrozumieć  jedno. 

Niezależnie od tego, co się stanie, nigdy nie przestanę kochać ciebie i dziecka. Nigdy. 

– Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy.
– Musisz się do tego przyzwyczaić, bo zamierzam w kółko powtarzać te wyznania. A jak 

to się stało, że zmieniłaś zdanie?

– Od początku wiedziałam, że cię kocham. Zmieniło się tylko tyle, że postanowiłam ci o 

tym  powiedzieć.  Wczoraj  przyszła  do  mnie  w  odwiedziny  Christy.  Solidnie  mi  nagadała. 
Kiedy wyszła, przemyślałam wiele spraw. 

– Jakich spraw?
– Jesteś  najlepszym  człowiekiem,  jakiego  znam.  Jesteś  silny  i  godny  zaufania.  Skoro 

chcesz być dobrym ojcem, zamierzasz podjąć ciężar odpowiedzialności, to mogę polegać na 
twoim słowie. 

– Dziecko nie  kojarzy  mi  się z  ciężarem odpowiedzialności, Mirando.  Uważam, że  jest 

prawdziwym darem – oświadczył, patrząc w kierunku łóżeczka. 

W tym momencie niemowlę, jakby czując, że o nim mowa, obudziło się i zaczęło kwilić. 

background image

Miranda uśmiechnęła się. 

– Będziesz jej ojcem. Najwyższy czas, żebyście się lepiej poznali. 
– Jak chcesz ją nazwać? Nie możemy mówić o niej „dziecko”. 
– Czy możemy nazwać ją Hope? Hope, czyli nadzieja. 
– Hope  Blackwell.  – Wymówił  to  powoli  i  kiwnął  głową.  – Dobrze  brzmi.  Skąd  ci 

przyszło to do głowy?

– Dałeś  mi  nadzieję.  Kiedy  spotkaliśmy  się  w  dniu  Bożego Narodzenia,  byłam na  dnie 

rozpaczy. Zmarznięta, zagubiona i kompletnie samotna. A wtedy z mgły wyłoniłeś się ty. Od 
tej pory, niezależnie od okoliczności, zawsze trwałeś przy mnie. Wszystko się odmieniło na 
lepsze. Przekonałeś mnie, że szczęśliwa rodzina to więcej niż iluzja. 

Wyjął maleńką Hope z łóżeczka. 
– Więc dałem ci nadzieję, a ty dajesz mi Hope? Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Patrzyła, 

z jaką czułością Jake piastuje dziecko. Jak mogła mieć wątpliwości? Chciało jej się śpiewać 
ze szczęścia. Wzięła córeczkę i zaczęła ją karmić. 

– Zadzwoń do właściciela mieszkania i powiedz mu, że już nie chcę go wynająć. 
– Nie ma potrzeby. Już  to zrobiłem – przyznał się Jake. – Nie mogłem pozwolić  na to, 

żebyś się wyr prowadziła. 

– Czy wiesz, że jesteś manipulatorem? Można by nawet powiedzieć, aroganckim despotą

– stwierdziła z rozbawieniem. 

– Jestem stały w uczuciach. – Pocałował ją w czubek nosa. – Jestem w tobie zakochany, 

Mirando.  Dziecko  tylko  wzmaga  moją  determinację,  żeby  się  z  tobą  ożenić.  Moje  dwie 
dziewczyny. Kocham was. 

– My ciebie też.