background image

SARAH WEST

Przytul mnie

(Przełożyła: Barbara Gentkowska)

background image

Rozdział 1

Laine zobaczyła ich w bramie parku. Zacisnęła kurczowo  palce na 

brzegu   ławki,   była   bardzo   zdenerwowana.   Mężczyzna   miał   na   sobie 

obszarpane dżinsy i wypłowiały podkoszulek. Był wysoki. Widziała go 

kiedyś   na   zdjęciu.   Obrzuciła   spojrzeniem   niesforną,   jasnobrązową 

czuprynę i pociągłą, wyrazistą twarz, ale całą uwagę skupiła na dziecku. 

Dziewczynka,   trzymając   go   za   rękę,   podskakiwała   rozradowana, 

szczebiocząc i śmiejąc się.

Laine zadrżała. Przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Ileż to czasu 

czekała na ten moment? Miała wrażenie, że przez ostatnie osiem lat - od 

chwili,   gdy   odwróciła   się   od   swego   śpiącego   dziecka   i   pośpiesznie 

opuściła szpital - czekała na to spotkanie.

Nie powinna tu przychodzić. Nie przypuszczała, że będzie to takie 

przykre. Ogarnęło  ją uczucie wszechogarniającej pustki.  Pragnęła tylko 

jednego -   nie zemdleć. Kilka szybkich oddechów... Tęsknym wzrokiem 

wpatrywała   się   w  twarz   dziewczynki  okoloną   długimi   jasnymi  lokami, 

które spływały aż na ramiona. Nie dostrzegła żadnego podobieństwa do 

swojej szerokiej twarzy o wystających kościach policzkowych.

- Tatusiu, jak myślisz, czy będą tam baranki?

Dziecięcy   głosik   przeszył   ją   na   wskroś.   Spojrzała   na   twarz 

mężczyzny. Uśmiechał się z czułością do małej osóbki, a na twarzy miał 

wypisaną miłość do dziecka. To głęboko poruszyło Laine.

- Nie wiem kurczaczku. Chyba tak. Ale Rafferty będzie na pewno.

Jego łagodny i przyjemny głos potrącił w niej jakąś głęboko ukrytą 

strunę. Jak mogła być zazdrosna o kogoś, kto ubóstwiał swą córkę, kto 

background image

wychował   ją   od   niemowlęcia,   a   w   każdą   sobotę   zabierał   ją   do   zoo   w 

pobliskim   parku?  A  jednak   czuła   zazdrość,   dotąd   obcą   jej   racjonalnej, 

chłodnej psychice.

- Kocham Raffertego! Tatusiu, czy możemy wziąć taką owieczkę do 

domu?

- Wiesz, że nasi sąsiedzi nie byliby tym zachwyceni. A poza tym nie 

mamy dość trawy, żeby ją wykarmić.

-   Przecież   moglibyśmy   kupować   dla   niej   jedzenie.   Tak   bardzo 

chciałabym mieć owieczkę.

- Obawiam się łobuziaku, że Fruitcake musi ci wystarczyć.

- Tylko Fruitcake?

Właśnie   ją   mijali.   Ogarnęło   ją   przerażenie.   Czuła,   że   nie   może 

pozwolić im tak po prostu odejść. Jedno spojrzenie to za mało. Musi ją 

poznać, mówić do niej, dotknąć, przytulić... Zupełnie nie zdając sobie z 

tego sprawy wstała i poszła za nimi. Nie była to świadoma decyzja, po 

prostu - impuls.

Pamiętała, że Agencja Adopcyjna starała się za wszelką cenę, aby 

Laine uniknęła tego spotkania.

Czuła się teraz tak, jakby traciła cząstkę samej siebie. Stara rana, 

którą   czas   prawie   uleczył,   otworzyła   się   na   nowo.   Jake   Bennington   - 

dobrze   znała   to   nazwisko,   podobnie   jak   imię   dziewczynki,  Abigail   - 

pokazał karnet i oboje weszli na dziedziniec.

Mała z okrzykiem zachwytu podbiegła do dwóch nowo narodzonych 

jagniąt, łapczywie ssących mleko swej matki.

Laine jak automat szła za nimi.

- Czyż nie są śliczne...?

background image

W   głosie   Abby   słychać   było   radość   ośmioletniego   dziecka   z 

poznania czegoś nowego.

- Oczywiście. Są też bardzo delikatne.

Jake przykucnął obok córeczki i ostrożnie gładził jedno z jagniąt.

Poczuła do niego niechęć, nie wiadomo dlaczego.

- Ja też mogę...?

- Ostrożnie, kochanie. Nie przestrasz ich.

Dwie głowy, mężczyzny i dziecka, pochyliły się nad zwierzątkami. 

Nie było między nimi miejsca dla nikogo obcego.

Laine dyskretnie otarła łzy i w końcu posłuchała głosu rozsądku. Nie 

można tego przedłużać! Zebrała się resztką sił i odeszła.

Przez   cały   weekend   walczyła   sama   ze   sobą.   Przyjechała   do 

Burchester, by odnaleźć córkę. Teraz jednak musi wyjechać.

Ze  znalezieniem   pracy   i   mieszkania   nie   będzie   problemu.   Na 

wykwalifikowanych księgowych z praktyką zawsze jest zapotrzebowanie.

Jednak wciąż nie mogła się zdecydować. Jeśli teraz  wyjedzie, straci 

z Abby wszelki kontakt. Gdyby tu została, mogłaby ją czasami widywać. 

Wiedziała, do której szkoły chodzi, mogłaby ją obserwować na boisku i 

gdy wraca do domu. Po prostu - przelotne spojrzenia, które dają spokój jej 

zgłodniałej duszy. Mogła też widzieć jak dorasta, wychodzi za mąż...

Nie, to tylko przedłużyłoby jej cierpienie! Chyba lepiej nie wiedzieć 

co się dzieje z dzieckiem, lepiej go nigdy więcej nie widzieć.

Jak rozsądna i opanowana była wtedy, gdy podejmowała tę decyzję! 

Jednak   później   nastąpiło   to   okropne   poczucie   winy   i   zrozumienie,   że 

porzuciła coś bardzo cennego!

Przez lata trudnych studiów, pod lawiną faktów i cyfr, starała się 

background image

zapomnieć   o   dziecku.   Jednak   kiedy   nieoczekiwanie   pojawiła   się 

możliwość odszukania córki, skorzystała z niej bez wahania. Teraz właśnie 

zbiera owoce tej decyzji.

Ranek przyniósł ulgę. Przez kilka godzin nie będzie miała czasu, by 

dręczyć   się   myślą   o   trudnych   sprawach.   Musiała   wstać   i   pojechać   do 

centrum Burchester - do Victorian Mansion - gdzie mieściło się biuro jej 

szefa.

Gdy   weszła   do   swego   pokoju,   czekała   na   nią   wiadomość.   Miała 

spotkać   się   ze   swym   współpracownikiem   Rogerem   Prentice.   Miał 

pięćdziesiąt lat, ale był uosobieniem energii. W ciągu ostatnich dni przejął 

na siebie prawie cały ciężar bieżących spraw. Jego gabinet był jak zwykle 

zawalony stosem papierów piętrzących się dosłownie wszędzie.

- Całkiem cię zasypało! - krzyknęła na powitanie. - Jak sobie z tym 

dajesz radę?

Odwzajemnił się zdawkowym uśmiechem.

- Nie narzekam. Siadaj.

Usiadła na wolnym krześle, zakładając nogę na nogę. Miała na sobie 

kremową,   płócienną   spódniczkę,   którą   włożyła   korzystając   z   ciepłego 

wiosennego dnia. W połączeniu z zieloną bluzką tworzyła zestaw bardzo 

kobiecy.

- W piątek po południu, gdy ciebie już nie było, odebrałem telefon.

- Byłam u Jacksona - wtrąciła szybko.

- Wiem. Umówiłem cię z klientem na dzisiejsze popołudnie. Chyba 

jesteś wolna...?

- Nie ma sprawy, choć mam mnóstwo innej roboty. Do środy mam 

oddać sprawozdanie podatkowe dla Jacksona.

background image

-   Ta   sprawa   to   tylko   wstępna   rozmowa.   Facet   nazywa   się   Jake 

Bennington. Ma w okolicy kilka klubów odnowy biologicznej.

Laine   przełknęła   ślinę.   Poprzez   szum   w   uszach   usłyszała   swój 

własny głos.

- Ma tu przyjść?

- Tak. Chce, byśmy udzielili mu porady w sprawach finansowych. 

Chodzi   o   przelew   gotówki.   Ma   z   tym   jakieś   problemy,   a   ty   jesteś 

specjalistką w pożyczkach. Zajmiesz się nim, dobrze?

Wstała. W głowie miała zamęt. Nie wiedziała, co ma myśleć. Była 

zdecydowana   wyjechać,   a   tu   sam   los   postawił   na   jej   ścieżce   Jake'a 

Benningtona.

- Dzięki ci, Roger. Oczywiście, spotkam się z nim.

Zupełnie oszołomiona wróciła do swego gabinetu i ciężko opadła na 

fotel. Patrzyła niewidzącym wzrokiem na zaśmiecone biurko.

Jake   Bennington!   Stanął   przed   nią   jak   żywy:   wysoki,   szczupły, 

mocny.   Człowiek,   na   którym   można   się   oprzeć.   Był   idealną   reklamą 

systemu odnowy biologicznej, którą propagował.

Huśtając się na krześle myślała, że będzie teraz dla niego pracować. 

Oczywiście!

Wszystko, co miała zrobić, to spotkać się z nim i zająć jego sprawą: 

uczciwie, logicznie, profesjonalnie. Jest po prostu jednym z klientów.

Kiedy   punktualnie   o  trzeciej   zjawił   się   w   jej   pokoju,   musiała 

przywołać cały swój chłodny profesjonalizm, by spokojnie go przywitać. 

Wyglądał   inaczej   niż   wtedy,   w   parku.   W   nieskazitelnym,   szarym 

garniturze   mógłby   być   przykładem   eleganckiego   businessmana. 

Promieniował jakąś tajemniczą siłą i męskością.

background image

- Miło mi pana poznać, panie Bennington.

- Panna Tyson, prawda? Mam nadzieję, że dobrze wymawiam pani 

nazwisko - wyciągnął rękę. - Dzień dobry.

Laine odniosła wrażenie, że znają się od lat. Ku swemu zdziwieniu 

zobaczyła w jego oczach iskierki sympatii.

- Witam pana! Może filiżankę herbaty?

Jego uśmiech przyprawił ją o przyśpieszone bicie serca.

- Chętnie. Dziękuję.

- Proszę usiąść. Za moment wrócę.

Zamówiła   herbatę,   szczęśliwa,   że   chwilowa   przerwa   pozwoli   jej 

odzyskać równowagę.

W  tym  czasie   Jake   postawił  na   podłodze   swą   wypchaną  teczkę   i 

wydobył z niej plik dokumentów.

- Czy zna pani moją sprawę?

- Chodzi o przelew gotówki?

- Zgadza się. Potrzebuję kolejnej pożyczki, ale bank nie chce mi jej 

udzielić bez większej ilości danych i odpowiednich zabezpieczeń.

- Na co pan chce przeznaczyć ten kredyt?

- Chcę wyposażyć klub, który otwieram w przyszłym miesiącu.

- Rozumiem. Ile pan posiada klubów?

- Pięć. Ten będzie szósty.

- A działa pan, jeśli się nie mylę, zaledwie rok?

- Osiemnaście miesięcy. Ma to jakieś znaczenie?

- Za szybko się pan rozwija. To dość powszechny problem.

- No cóż, pani się na tym zna. Co powinienem zrobić w tej sytuacji?

-   Proszę   dać   mi   trochę   czasu.   Zanim   udzielę   porady,   muszę   się 

background image

zorientować w sprawie, także w banku.

-   To   brzmi   optymistycznie,   panno   Tyson,   ale   ja   nie   mam   czasu. 

Wierzyciele depczą mi po piętach.

Laine uśmiechnęła się.

-   Przystopujemy   ich,   przynajmniej   czasowo.   Poczekają,   gdy   im 

powiem, że zgłosił się pan po poradę finansową.

Uśmiechnął się szeroko. Jego pociągłą twarz pokryła siateczka bruzd 

i zmarszczek, tworząc interesujący rysunek.

- To już coś! - znowu się uśmiechał.

Zignorowała   ten   uśmiech.   Odpędziła   głupie   myśli   i   spróbowała 

skupić się na sprawie.

-   Chciałbym  rozwinąć   sieć   klubów   w   miastach   na   terenie   całego 

kraju   -   powiedział   zbierając   się   do   wyjścia.   -   Kultura   fizyczna   jest 

potrzebna. Czy widziała pani któryś z moich klubów?

Laine   zarumieniła   się.   Przypomniała   sobie,   jak   przychodziła   do 

klubu   Burchester,   by   zdobyć   informacje   o   jego   prywatnym   życiu,   o 

miejscach, gdzie najczęściej bywa...

Właśnie tam dowiedziała się o jego sobotnich wizytach w parku.

 - Jeśli chodzi o ścisłość, to byłam w jednym z tutejszych klubów - 

przyznała. - Wspaniały!

- Świetnie! A inne pani widziała?

Potrząsnęła głową. Jake spojrzał na zegarek.

- Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu, moglibyśmy pojechać do 

Birmingham. Mam tam dwa kluby. Obydwa są większe od tutejszego.

- Dobrze - Laine nagle zapragnęła odrobiny szaleństwa. Jake patrzył 

na nią w taki sposób, że serce zabiło jej szybciej. Taki mały wypad w 

background image

interesach, to przecież nic złego - usprawiedliwiała się w myślach. A ze 

sprawą Jacksona na pewno zdąży.

- W porządku - podniosła się z krzesła. - Wprawdzie mam jeszcze 

mnóstwo pracy, ale  skusił mnie  pan. Muszę dużo wiedzieć  o pańskich 

interesach, bym mogła dobrze się nimi zająć.

- Ja zaś muszę wiedzieć wszystko o pani!

Miękko wymówione słowa i ton jego głosu sprawiły, że przeszył ją 

dreszcz. Gdy zdejmowała płaszcz z wieszaka, drżały jej ręce. Nie była 

przygotowana   na   takie   komplikacje.   Ale   taki   miły,   niezobowiązujący 

kontakt na płaszczyźnie interesów pozwoli jej nadal widywać córkę, a tego 

bardzo pragnęła. Zdecydowała się.

W   ostatniej   chwili   ogarnęła   ją   panika.   Jak   mogła   osobiście 

angażować   się   w   związek   z   mężczyzną,   który   był   przez   osiem   lat 

opiekunem jej córki?

Jednak odrzuciła te obawy.

- Nie usłyszy pan nic ciekawego, panie Bennington.

- Proszę mi mówić Jake...

Zostawiła sekretarce wiadomość dokąd się wybiera, po czym wyszli.

- Panie Bennington...

- Jake -  poprawił, otwierając drzwiczki białego sportowego wozu.

Patrzyła,   jak   przekręca   kluczyk   w   stacyjce,   a   potem   -   gdy   silnik 

zapalił - jak wrzuca wsteczny bieg.

- Czy jest jakiś powód, dla którego musimy być tacy  oficjalni? - 

zapytał łagodnie. - Czy nie możemy się bliżej poznać?... Przecież nie jest 

to sytuacja: pacjent_lekarz.

-   Nie   -   zaśmiała   się   z   zakłopotaniem.   -   Zawodowych 

background image

przeciwwskazań nie  ma,  ale  mimo   wszystko  sądzę,  że nie  jest  to  zbyt 

dobry pomysł.

- Więc będę musiał cię przekonać. Twoja sekretarka nazywała cię 

Laine. Czy to skrót od Elaine?

- Nie. Takie imię otrzymałam na chrzcie. Moja matka chciała, żeby 

było niezwykłe.

- Podoba mi się, bo pasuje do ciebie.

Jechali autostradą.

“Boże! - myślała gorączkowo. - Nie chcę zostać stroną w trójkącie”. 

Myśl o tym, że przybrany ojciec Abby jest kobieciarzem spowodowała, że 

poczuła się głupio. Jednak przecież kochał jej dziecko; może należało mu 

wybaczyć tę słabostkę?

Włączył  radio   i   w   samochodzie   rozległ   się   dźwięk   elektrycznych 

gitar. Laine oparła się wygodniej i obserwowała szeroką wstęgę autostrady. 

Jake zjechał w stronę miasta i włączył się w ruch uliczny. Wjechał w jakąś 

uliczkę i zatrzymał wóz przed dużym ośrodkiem.

Uważnie obejrzała szyld nad drzwiami.

- Podobają mi się nazwy, jakie nadajesz swoim klubom.

- “Hygeia”. Pomyślałem, aby wezwać boginię zdrowia!

- Już widzę jak kluby “Hygeia” wyrastają w całym kraju jak grzyby 

po deszczu. To dobrze brzmi.

Ośrodek   wyglądał   wręcz   imponująco.   Nie   miała   żadnych 

wątpliwości, na co poszły pieniądze. Jeśli przy budowie innych klubów 

był tak samo rozrzutny, to nic dziwnego, że miał kłopoty finansowe!

- Pieniędzy tu nie oszczędzano - zauważyła cierpko.

-   Nie   -   powiedział.   -   Włożyłem   w   to   całego   siebie.   Inne   są 

background image

skromniejsze.   Pozostałe   obiekty   wyposażyłem   dokonując   mało   zmian, 

chociaż dręczyło mnie, że muszę oszczędzać.

- Trzeba rozwijać interes stopniowo, w miarę jak będzie przynosił 

zyski.

- Na pewno będzie! - stwierdził z wiarą.

Sala   gimnastyczna   wyglądała   niczym   jakieś   rusztowanie   z   rur   i 

prętów   krzyżujących   się   we   wszystkich   możliwych   kierunkach.   Kiedy 

podeszli   bliżej,   poszczególne   elementy   zaczęły   nabierać   sensownych 

kształtów. Większość przyrządów była zajęta.

Jake   gestem   przywołał   mężczyznę   o   wyglądzie   emerytowanego 

boksera, lekko łysiejącego ze spłaszczonym nosem.

- Jak idzie? - zapytał Jake.

- W porządku, szefie. Wszystko zajęte.

Jake poklepał go po ramieniu.

- Dobra robota, Len.

-   Sauny   są   tam   -   wyjaśnił   Jake.   -   U   góry   jest   druga   sala 

gimnastyczna:   drabinki,   równoważnie,   liny,   materace.   Sporo   ludzi  woli 

tradycyjny rodzaj ćwiczeń.

Mówiąc   to   zaprowadził   ją   na   górę.   Kilku   mężczyzn   trenowało 

szermierkę. Inna grupa ćwiczyła karate czy też judo.

- Wspaniała sala!

- A obok wejścia, widzisz, mamy bufet!

- Zdrowa żywność i żadnego alkoholu?...

- Zgadłaś. Sprzedajemy frytki i różne chrupki. Czy chcesz obejrzeć 

pozostałe budynki? A potem pozwolisz zaprosić się na obiad?

Uśmiechał się. Z jego oczu można było wyczytać, że chce nawiązać 

background image

z   nią   bliższy   kontakt.   Napotkawszy   jego   wzrok   Laine   poczuła,   że   się 

rumieni. Ale za chwilę ogarnął ją chłód. Spojrzała na zegarek.

- Czy twoja żona nie czeka na ciebie? - zapytała.

Twarz   Jake'a   do   tej   pory   tak   bardzo   ożywiona,   w   jednej   chwili 

posmutniała.   Schował   się   jak   ślimak   do   skorupki.   Przymknął   oczy,   a 

zmarszczki wokół ust pogłębiły się...

- Moja żona - powiedział oschle - umarła trzy lata temu, ale dobrze, 

że mi przypomniałaś. Moja córka jest zawsze taka nieszczęśliwa, jeśli nie 

ma mnie w domu wieczorem.

Miała   wrażenie,   jakby   ktoś   zdzielił   ją   obuchem   w   głowę.   Nie 

wiedziała   o   tym!   Podczas   poszukiwań   nie   natknęła   się   na   tak   istotny 

szczegół!

- Jake, tak mi przykro.

Cóż więcej mogła powiedzieć? Wyrazy żalu czy przeprosiny były nie 

na miejscu. Nie znała przecież jego żony, a jego samego poznała dopiero 

dziś.

- Odwiozę cię.

Był uprzejmy, ale poprzednia swoboda zniknęła bez śladu. Schował 

się w sobie, był daleki i chłodny. Podwiózł ją na parking, gdzie stała jej 

toyota i pożegnał się.

- Dobranoc Jake. Zadzwonię, gdy będę miała jakieś dane.

- Zadzwoń do domu. Tam mam swoje biuro.

Nawet nie wysiadł z samochodu. Skinął głową, nacisnął pedał gazu i 

odjechał.   Laine   poczuła   się   jak   ukarana.  Ale   za   co?...   Pytając   o   jego 

żonę?... A może dostrzegł w jej głosie złośliwość?... Że też nie sprawdziła, 

że   jest   wdowcem!   Jednak   świadomość   tego   faktu   wywołała   w   niej 

background image

niezwykłe ożywienie. Nie do wiary! A więc miała szansę zostać przybraną 

matką swojej córki!

Szybko   odsunęła   tę   pokusę.   Czy   naprawdę   chciałaby   zostać   żoną 

Jake'a, czy kogokolwiek innego?

Z drugiej strony sam los stwarzał jej sytuację, że możliwość bycia z 

córką stała się realna! Musi wykorzystać tę szansę. Nigdzie nie wyjedzie. 

Bez względu na konsekwencję, pozostaje w Burchester.

background image

Rozdział 2

Zaparkowała   wóz   i   weszła   na   werandę.   Przez   drzwi   frontowe 

wchodziło się wprost do pokoju wypoczynkowego, który zajmował prawie 

parter   tego   niewielkiego   domku.   Do   pomieszczeń   na   górze   prowadziły 

małe kręcone schodki. Zaniosła rzeczy do swego pokoju i rzuciła je na 

krzesło.

Zeszła na dół. Oparła czoło o chłodną szybę. Słońce właśnie powoli 

zachodziło   i   długi   cień   wypełniał   tę   niewielką   zamkniętą   przestrzeń; 

dywan   delikatnych,   różowo_liliowych   kwiatów   oświetlały   zachodzące 

promienie. Laine uniosła głowę, urzeczona tym pięknem.

Nagle   roześmiała   się   sama   do   siebie.   Odwróciła   się   na   pięcie   i 

podeszła   do   wielkiej   kanapy,   stojącej   na   środku   pokoju.   Z   rozkoszą 

zapadła w miękkie, pluszowe poduchy. Wyciągnęła nogi i założywszy ręce 

pod głowę, rozkoszowała się błogim odpoczynkiem.

Nie ma się czym przejmować! Miała dom, przynajmniej tak długo, 

jak była w stanie spłacać raty. Była szczęśliwa w Burchester. Lubiła swoją 

pracę,   a   dom   był   inwestycją,   którą   lata   studiów   pełnych   wyrzeczeń 

uczyniły   realną.   Tak.   Z   której   strony   by   nie   patrzeć,   pozostanie   w 

Burchester miało sens.

W   nagłym   przypływie   energii   pobiegła   do   kuchni.   Była   głodna. 

Wspomnienie obiadu, który odrzuciła, wywołało w niej lekki żal.

No   cóż,  przeszłości  nie   zmieni,   liczy   się   tylko   jutro!  Jutro,   które 

także może oznaczać bliskie kontakty z córką.

Te   marzenia   i   plany   spowodowały   bezsenną   noc.   Nazajutrz   ostro 

zabrała   się   do   pracy.   Uporawszy   się   z   najpilniejszą   sprawą   Jacksona, 

background image

wzięła się za dokumenty Jake'a. Nie było to łatwe. Panował w nich taki 

bałagan,   że   mało   kto   mógłby   się   w   tym   połapać.   Zawierały   jednakże 

wszelkie   potrzebne   dane.   Uporządkowanie   tego   wszystkiego   zajęło   jej 

środę i czwartek, ale w piątek rano wiedziała już, co zrobić, by uratować 

jego interesy.

Sięgnęła po telefon. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się, co ma 

powiedzieć. Wybierając numer pomyślała, żeby lepiej nie było go w domu, 

ale   gdy   usłyszała   w  słuchawce   kobiecy   głos,   serce   podskoczyło  jej  do 

gardła.

Szybko opanowała się.

- Czy mogę prosić pana Benningtona?

- Niestety, nie ma go w tej chwili. Może coś przekazać?

- Jak mogę się z nim skontaktować? To ważne.

-  Niestety,  to   będzie   trudne,   bo   ma   dziś   do   załatwienia   mnóstwo 

spraw. A kto mówi?

- Nazywam się Laine Tyson z firmy Prentice and Co. Czy mogłaby 

pani   przekazać,   żeby   zadzwonił   do   mnie?   Będę   w   biurze   do   wpół   do 

szóstej.

- Oczywiście, proszę pani. Powinien wrócić do tego czasu.

- Dziękuję. Do widzenia.

“Kim była ta kobieta? - myślała zdenerwowana. - Prawdopodobnie 

gospodyni. Przecież potrzebował kogoś do sprzątania, do opieki nad Abby, 

gdy   był   nieobecny.   Spokojnie!   Bądź   rozsądna!   Denerwować   się   tylko 

dlatego,   że   kobieta   odebrała   telefon!”   Właściwie,   co   to   ją   mogło 

obchodzić? Jednak nie była w stanie ukryć niepokoju nawet sama przed 

sobą,   więc   zanim   około   piątej   zadzwonił   telefon,   siedziała   jak   na 

background image

szpilkach.

- Pan Bennington! - oznajmiła sekretarka.

- Słucham!

- Laine, właśnie dowiedziałem się, że dzwoniłaś.

Z   ulgą   wsłuchiwała   się   w   jego   głos.   Było   w   nim   odprężenie   i 

przyjaźń. Odetchnęła z ulgą i zaczęła mówić, o co chodzi.

- ...Więc jak widzisz, musimy się zobaczyć i to jak najszybciej. Czy 

będzie to możliwe dziś po południu, czy musimy czekać do poniedziałku?

- A może spotkamy się dziś wieczorem lub w czasie weekendu? Czy 

ci to odpowiada?

Ogarnęła ją fala gorąca.

- Oczywiście, jeśli to tylko możliwe, zawsze idziemy klientowi na 

rękę.

- To się nazywa obsługa. Dziś wieczorem, może o ósmej?

- Świetnie. Będę o ósmej.

Odłożyła   słuchawkę.   Ciekawe,   czy  Abby   będzie   już   spała?   Czy 

zobaczę ją?

Znała otoczenie domu, w którym mieszkała jej córka. Przechodziła 

tamtędy kilka razy. Miejsce było raczej opustoszałe, więc nie chciała się 

tam częściej pojawiać, bez wywołania podejrzeń. Park miejski, to zupełnie 

co innego. Właśnie z tego powodu go wybrała, aby ją zobaczyć po raz 

pierwszy. Teraz właśnie zobaczy wnętrze tego szacownego domu! Nawet, 

jeśli tam nie ujrzy Abby, zawsze będzie mogła przywołać obraz miejsca, w 

którym ona przebywa. Wystarczy, że będzie pamiętać ją i JAke'a.

Wzięła się w garść i zajęła się przekopywaniem dokumentów.

Z ulgą zakończyła pracę, zabrała swoje rzeczy oraz papiery Jake'a. 

background image

Czuła, że zbliża się nieuniknione.

Ten wieczór będzie kamieniem milowym. Bez względu na to jak się 

sprawy potoczą.

***

Podjechała   przed   dom   Jake'a   i   zatrzymała   się   przed   frontowymi 

drzwiami.

Wysiadła, zabierając z tylnego siedzenia jego dokumenty. Nacisnęła 

dzwonek. Usłyszała czyjeś kroki i dziecięcy głosik uciszający psa.

Drzwi ostrożnie uchyliły się na tyle, by przez wąską szparę mogło 

wyjrzeć dziecko i pies.

Laine przycisnęła do piersi teczkę z dokumentami, zasłaniając się 

nimi jak tarczą. Tak chciała porwać małą w stęsknione ramiona i przytulić. 

Oczy dziewczynki błyszczały ciekawością, ale uśmiechała się w sposób 

wymuszony.

- Dobry wieczór!

- Dobry wieczór! Jestem Laine Tyson. Miałam zobaczyć się z twoim 

tatą.

- Abby! - w głębi domu rozległ się ten niezapomniany głos. - Poproś 

pannę Tyson! Przecież nie wejdzie, gdy stoisz w drzwiach!

Abby odsunęła się i zawołała psa.

- Fruitcake (Fruitcake - tort owocowy), do nogi!

Laine   uśmiechnęła   się.   Napięcie,   które   do   tej   pory   odczuwała, 

zelżało. A więc to była Fruitcake! Od razu było widać czemu ten piesek 

zawdzięcza   swoje   imię.   Jego   piękną,   kremową   sierść   niemal  na   całym 

background image

ciele zdobiły małe brązowe plamki.

Abby miała na sobie błękitną nocną koszulkę w różowe króliczki i 

włosy   związane   gumką.   Drobne   paluszki   wyglądały   z   puszystych 

domowych kapci. Pachniała mydłem i talkiem.

Laine podniosła wzrok na Jake'a stojącego parę kroków dalej.

- Dobry wieczór, Jake.

- Witaj. Abby, teraz, gdy już zobaczyłaś pannę Tyson, możesz iść do 

łóżka. Za pięć minut przyjdę powiedzieć ci dobranoc.

- Czy muszę? - Abby zamknęła drzwi.

- Musisz, naprawdę. Mamy z panną Tyson dużo pracy. No, marsz na 

górę!

- No dobrze - Abby uśmiechnęła się grzecznie. - Dobranoc.

- Dobranoc, Abby. Bardzo się cieszę, że cię poznałam.

Gdyby wiedzieli jak bardzo.

Oboje   patrzyli   na   dziecięcą   figurkę   wdrapującą   się   wraz   z 

nieodstępną Fruitcake po schodach. Jake odwrócił się do Laine.

- Proszę dalej. Daj te papierzyska. Nie sądziłem, że jest tego tak 

dużo. Jeszcze płaszcz...

- Dziękuję.

Zdjęła jasny, lekki prochowiec i podała Jake'owi.

Miała na sobie swoją ulubioną letnią sukienkę z długimi rękawami. 

Wiedziała, że ta żółtobrązowa tonacja odbija się złotym światłem w jej 

włosach, a szeroka, powiewna spódnica podkreśla szczupłość talii i nóg. 

Szeroki   brązowy   pasek   i   długie   kolczyki   z   tygrysiego   oka   dopełniały 

całości.

Jake zaprowadził ją do salonu urządzonego wygodnie i ze smakiem, 

background image

chociaż   meble   i   dywan   wyglądały   na   nieco   podniszczone.   Łagodne 

odcienie zieleni i błękitu tworzyły atmosferę miłego chłodu i zachęcały do 

wypoczynku. Kominek i wiśniowe lampy dodawały ciepłego blasku.

- Może drinka? Szkocka, brandy czy sherry?

- Jeśli można, poproszę brandy z imbirem.

Jake podszedł do baru. Gdy przygotowywał drinki, przyglądała się 

jego   wysokiej,   szczupłej   postaci,   szerokim   barkom   i   wąskim   biodrom. 

Tym razem miał na sobie spodnie od dresu i białą koszulkę gimnastyczną.

Wzięła szklaneczkę z napojem i uśmiechając się podniosła do ust.

- Na zdrowie!

Jake upił nieco i odstawił szklaneczkę.

- Pójdę sprawdzić, czy Abby jest w łóżku. Zaraz wracam.

Laine uśmiechnęła się z przymusem.

- Jest cudowna. Musisz być z niej bardzo dumny.

- I jestem.

Gdy wyszedł, zacisnęła drżące dłonie na szklance, przymknęła oczy 

usiłując powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Musi wziąć się w garść, 

inaczej nic z tego nie będzie.

To nic! To przecież pierwszy raz! Pierwszy raz może rozmawiać ze 

swoim   dzieckiem,   które   kiedyś   musiała   zostawić.   Następnym   razem 

będzie łatwiej. Szczęście, że Jake wyszedł. Przynajmniej miała czas, by się 

uspokoić, opanować wzruszenie.

Dopiła drinka i otarła oczy.

- Za mocne?

- Troszeczkę - z ulgą chwyciła się tego pomysłu. - Nie powinnam pić 

tak szybko.

background image

Jake uśmiechnął się.

- Widzę, że prawie skończyłaś. Zrobić ci jeszcze?

- Nie, dziękuję. Chyba mam dość.

Wziął swoją szklankę i dopił zawartość.

- No to bierzemy się do pracy. Chodźmy do mojego gabinetu. Wezmę 

papiery.

Przeszli do niewielkiego pokoju, w którym stało biurko, parę krzeseł 

i półki z książkami.

- Ciekawy jestem, co takiego wymyśliłaś - powiedział, gdy usiedli.

W  ciągu   następnej   godziny   Laine   omawiała   swoje   wyliczenia.  W 

końcu przeszła do wniosków.

- Jake, nie możesz pozwolić sobie na taką pożyczkę. Nie będziesz w 

stanie spłacać kredytu. Pochłonie to większość twoich dochodów. Nie jest 

to rozsądne!

Jake wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju.

- Nie zgadzam się. Mam już ziemię i budynki. Jeśli nie wykorzystam 

tego, będę płacił czynsz i podatek za nie.

- To prawda, ale możesz zrobić z tych pomieszczeń tradycyjne sale 

gimnastyczne i wyposażać je w nowy sprzęt w miarę osiągania zysku. W 

tym czasie skoncentruj się na zwiększeniu dochodów z dotychczasowych 

obiektów.

Zamyślony Jake nadal przemierzał pokój. Laine zamarła, nie chciał 

przyjąć jej rozwiązania. Jego firma może upaść. “Moja rada ci nie w smak 

- myślała ze złością - a nikt inny lepszej ci nie udzieli. Rób, co chcesz. 

Mnie to nie obchodzi.”

Ale   obchodziło   ją.   Nawet   bardzo.   Nie   tylko   z   tego   powodu,   że 

background image

wszystko co dotyczyło Jake'a, dotyczyło również Abby, ale dlatego, że 

chciała stać się częścią ich życia. Jeśli Jake odrzuci jej ekspertyzę, odrzuci 

również ją.

Przestał chodzić po pokoju.

- Nie podoba mi się twoje rozwiązanie - powiedział szorstko. - Ale 

“nie po to trzymam psa, by samemu szczekać” - jak to się mówi. Zrobię 

tak, jak zaproponowałaś.

Uśmiechnął się, a ona odetchnęła z ulgą.

- To dobrze. Z mniejszą pożyczką nie powinno być trudności.

- Więc postanowione. Napijesz się jeszcze?

- Nie powinnam. Jadę samochodem.

- Więc może kawy? Zostaw to wszystko i chodźmy do salonu.

Laine położyła papiery na biurku, zabierając tylko swoje notatki.

- Usiądź. Zaraz zrobię kawę.

W  chwilę   później   na   stoliku   obok   kominka   bulgotał   ekspress   do 

kawy. Pojawiły się dwie filiżanki, śmietanka, cukier i herbatniki.

Jake   wyciągnął   się   w   fotelu,   uśmiechając   się   do   niej   jak   aktor 

filmowy.

- Powiedz, jak to się stało, że taka piękna kobieta została doradcą 

finansowym?

- A co ma jedno z drugim wspólnego? Zawsze lubiłam matematykę, 

mam ścisły  umysł. Pomyślałam, że szkoda go marnować. Poza tym to 

dobry zawód. Mój ojciec pracuje w księgowości w wielkiej firmie i to on 

podsunął mi myśl o studiach. Chciał, abym była lepsza niż on.

- I udało ci się. Twoi rodzice mieszkają tutaj?

- Nie, mieszkają w Surrey, na południe od Londynu. Teraz rzadko ich 

background image

widuję.

- Brakuje ci ich?

- Czasami, choć nie byliśmy zżyci...

W przeciwnym wypadku nigdy by nie nalegali, żeby porzuciła swoje 

dziecko, bez względu na nią samą i jej odczucia. Gdyby ojciec chciał ją 

przyjąć oraz dziecko wtedy, gdy robiła maturę, a potem zdawała egzaminy 

na pierwszy rok College'u... Wtedy na pewno poradziłaby sobie. Ale nie 

dali jej szansy. Ojciec postawił ultimatum: albo odda dziecko do adopcji, 

albo wyrzucą ją z domu i będzie musiała żyć z zasiłku dla bezrobotnych. 

W wieku siedemnastu lat takie ultimatum jest wyrokiem!

Ekspress przestał bulgotać i Jake pochylił się, by napełnić filiżanki.

- Śmietanki?

- Odrobinę i bez cukru.

- Poczęstuj się herbatnikiem.

- Dziękuję. A gdzie są twoi rodzice? - zapytała.

-   Są   za   granicą.   Ojciec   jest   wykładowcą   na   uniwersytecie   w 

Kanadzie.

- To dlatego ty też byłeś kiedyś naukowcem?

Laine przełknęła ślinę. Jak mogła tak się wygadać! Uśmiechnęła się 

niewyraźnie.

-   Bringstone   to   plotkarska   mieścina.   Wiem,   że   zanim   zająłeś   się 

Klubami Odnowy, wykładałeś historię współczesną.

Przecież   mogła   trafić   na   tę   wiadomość   przypadkiem.   Nie   mógł 

podejrzewać,   że   celowo   zbierała   o   nim   informacje,   a   w   Biurze 

Adopcyjnym powiedziano jej o nowych rodzicach jej dziecka.

- To prawda - uśmiechnął się w sposób, który Laine przyprawił o 

background image

drżenie. - Nie wyglądam na naukowca?

- Wyglądasz. Masz inteligentną twarz.

-   Dzięki!   Rzeczywiście,   studiowanie   bawiło   mnie   i   byłem   nawet 

niezłym historykiem, ale wykłady śmiertelnie mnie nudziły. Trzymałem 

się tego, póki żyła moja żona, ale po jej śmierci postanowiłem zmienić styl 

życia.   Potrzebowałem   czegoś   bardziej   aktywnego,   gdzie   mógłbym   się 

sprawdzić jako przedsiębiorca. Stąd Kluby Odnowy.

Laine zdobyła się na odwagę. Musi porozmawiać o jego byłej żonie.

- Powiedz mi, dlaczego ona umarła?

- Umarła na raka - powiedział szorstko. - Powinniśmy się byli tego 

spodziewać. Krótko po naszym ślubie była operowana, ale myśleliśmy, że 

kuracja jest zakończona.

- Potem urodziła się Abby...? - Laine wstrzymała oddech.

- Abby nie jest naszym dzieckiem. Żona moja była tak nieszczęśliwa, 

że nie może mieć dzieci, że zdecydowaliśmy się na adopcję. Wzięliśmy ją, 

gdy miała dwa tygodnie. Kocham ją jednak jak własną córkę.

Ciekawe, jak by zareagował, gdyby powiedziała mu prawdę: “ona 

jest   moja!”   Te   słowa   dźwięczały   jej   w   głowie,   ale   nie   odważyła   się 

powiedzieć ich głośno. Zamiast tego, z bólem wyszeptała:

- Rozumiem.

-  Ciężko   jest  samotnie   wychowywać   dziecko,   ale   kochałem  moją 

żonę i nie mogę zdobyć się na to, by ktoś zajął jej miejsce.

“To wiele wyjaśnia” - myślała Laine upijając z filiżanki duży łyk 

kawy.

- Jak sobie radzisz?  

- Pani  Foale, z którą rozmawiałaś, spędza z nią większość czasu. Jest 

background image

wdową i mieszka z córką. Od poniedziałku do piątku po południu mieszka 

u nas.  W weekendy jest u córki, która właśnie wtedy potrzebuje kogoś do 

dzieci. Układ ten działa nieźle.

Więc to nie przyjaciółka! Słysząc, co mówił o wprowadzeniu kogoś 

innego na miejsce zmarłej żony, nie była tym zdziwiona, jednak mimo 

woli ulżyło jej.

- Biedna kobieta - Laine skryła swoje prawdziwe uczucie pod maską 

sympatii. - Czy ona ma coś w życiu dla siebie?

Jake zmarszczył brwi.

- Ona lubi zajmować się dziećmi. Poza tym w weekendy wyjeżdża z 

rodziną za miasto, nie jest więc żadną męczennicą - dodał.

Na   jej   delikatnej   twarzy   pojawił   się   rumieniec,   gdy   zdała   sobie 

sprawę, że okazała się malkontentką.

-   Przepraszam   -   szepnęła   -   nie   chciałam   krytykować.   Po   prostu 

zdziwiło mnie, że spędza cały swój czas zajmując się cudzymi dziećmi.

- Wielu ludzi to robi. Ja na przykład nie rozumiem, jak matka Abby 

mogła porzucić swoje dziecko? Jaką osobą musiała być? Samolubną babą 

bez serca!

Laine zdrętwiała. Nigdy nie przypuszczała, że ktoś może ją oceniać 

w  ten   sposób.  Tępo   wpatrywała   się   w   filiżankę   zaciśniętą   w  dłoniach. 

Zmusiła się jednak, by powiedzieć:

- A jeśli ona była młoda i nie miała innego wyjścia?

Jake żachnął się.

-   Zawsze   jest   jakieś   wyjście.   Ta   dziewczyna   zdecydowała   się 

porzucić   dziecko,   które   tak   nieodpowiedzialnie   urodziła.   Nie   była 

zamężna, ale co z tego?

background image

Jej zesztywniałe wargi ledwie wymówiły słowa:

- Może nie powinniśmy sądzić jej zbyt ostro. Nie znamy wszystkich 

okoliczności.

Dziękowała   teraz   niebu,   że   nie     wyznała   prawdy.   Czuła   jednak 

wielką   potrzebę   usprawiedliwienia   tego   postępku.   Chciała,   żeby   Jake 

pomyślał   nieco   łagodniej   o   tamtej   dziewczynie.   Niestety,   nie   było   to 

możliwe.   Jeśli   chce   go   widywać,   musi   zachować   swoją   tajemnicę.   On 

nigdy   nie   może   dowiedzieć   się   prawdy.   W   pewnym   momencie 

zorientowała się, że Jake ją uważnie obserwuje. Zdobyła się na desperacką 

odwagę, by wytrzymać to spojrzenie.

- Powinieneś być jej wdzięczny chociaż za to urodzenie, inaczej nie 

miałbyś Abby.

- No tak. Ale nie mogę przejść do porządku dziennego nad faktem, 

że ktoś porzuca swoje dziecko.

- Ona nie porzuciła, ale oddała je. Wam.

Wzruszył ramionami.

- W tej sprawie jesteśmy najwyraźniej odmiennego zdania. Jeszcze 

kawy?

Zapomniała   o   swojej   filiżance.   Szybko   dopiła   resztki   i   podała   ją 

Jake'owi.

- Czy Abby wie, że jest adoptowana? - wykrztusiła z siebie.

Może   nie   powinna   kontynuować   tego   tematu,   ale   musiała   się 

dowiedzieć, czy Abby była świadoma, że ma gdzieś naturalnych rodziców: 

matkę, ojca...

Nadal   trudno   było   jej   myśleć   o   ojcu  Abby;  mężczyźnie,   który   ją 

zostawił w tak trudnym momencie.

background image

Jak   mogła   być   aż   tak   naiwna,   aby   sądzić,   że   atrakcyjny, 

dwudziestodziewięcioletni mężczyzna nie jest żonaty, i że jest naprawdę 

zakochany   w   niedojrzałym   siedemnastoletnim   podlotku?  Ale   wówczas 

była tak zadurzona, że wierzyła we wszystko. Po prostu oddała całą siebie, 

aż do zatracenia. Tak, jak tylko młodość potrafi to robić. Ufała Peterowi 

we   wszystkim,   nawet   jeżeli   chodziło   o   środki   zapobiegawcze. 

Wspomnienie jego twarzy wykrzywionej złością, gdy dowiedział się, że 

jest w ciąży, pozostanie jej na zawsze w pamięci.

- Pozbądź się tego - powiedział wówczas.

- Peter! - wykrzyknęła w zdumieniu. - Nie chcesz naszego dziecka? 

Po prostu pobierzemy się wcześniej niż planowaliśmy, to wszystko.

- Mówię ci, Laine, pozbądź się dziecka. Albo koniec z nami.

-  Ale...   Nie   mogę!   Czy   ty   tego   nie   rozumiesz?   Nie   mogę   zabić 

naszego dziecka! Czy naprawdę nie możemy się pobrać?

- Oczywiście, że nie. Ty idiotko! - Laine z przerażeniem patrzyła, jak 

uprzejmy, troskliwy, kochający mężczyzna zmienia się w zwierzę. - Jestem 

żonaty, więc jak mogę się z tobą ożenić? Laine, jeśli chcesz mieć tego 

bachora, z nami wszystko skończone.

-   Już   jest   skończone   -   powtórzyła   tępo.   Jak   mogłaby   jeszcze   go 

kochać, ufać mu?

Cichy głos Jake'a nagle przerwał wspomnienia.

- Tak. Abby wie o tym.

Wróciła do rzeczywistości. Drżącą ręką podniosła filiżankę do ust.

- Powiedzieliśmy jej, gdy była dostatecznie duża. Nie chcieliśmy, by 

dowiedziała   się   od   “pokątnych   życzliwych”.   Wie,   że   bardzo   jej 

pragnęliśmy i że ją kochamy... I ja ją kocham, bardzo.

background image

- Czy ona myśli czasami o swojej prawdziwej matce?

- Nie sądzę. Nigdy o niej nie mówi. Po śmierci Jane dość szybko 

doszła do siebie, więc myślę, że niczego jej nie brakuje.

- Musi jej brakować matki.

- Być może, ale pani Foale jest naprawdę wspaniałą opiekunką.

Ton jego głosu wskazywał, że temat został wyczerpany, więc dopiła 

kawę i zaczęła zbierać się do wyjścia.

- Muszę iść. Daj mi znać, kiedy będziesz rozmawiał z dyrektorem 

banku. Oczywiście, jeśli sobie życzysz, abym była przy tym.

- Dobrze - podniósł się z fotela. - Dziękuję, Laine. Doceniam twoją 

pracę. Będę z tobą w kontakcie.

Dopomógł jej włożyć płaszcz i podał dokumenty. Odprowadzając ją 

do drzwi, był zamyślony. Gdy je otworzył, czuła, że się waha. Mogłaby 

przysiąc, że zastanawiał się nad następnym posunięciem.

-   Dobranoc   -   powiedziała   wyciągając   rękę.   -   Dziękuję   za   dobrą 

kawę.

- Cała przyjemność po mojej stronie - uścisnął jej dłoń.

Znów się zawahał, wokół oczu pojawiły się lekkie zmarszczki.

- Może jednak dasz się zaprosić któregoś wieczoru na kolację?

Laine uśmiechnęła się.

- Chętnie - odpowiedziała szczerze.

- We wtorek?

- We wtorek.

- Zostaw mi swój adres. Wpadnę po ciebie.

Wracała do domu w optymistycznym nastroju. Oczywiście nawet nie 

kryła tego, że zaproszenie sprawiło jej przyjemność, nie udawała też, że 

background image

jest to “zwykłe” zaproszenie.

Jake na pewno sądzi, że to jego magnetyczna osobowość   tak na 

mnie działa. Dowartościowanie jego męskiego “ego” na pewno mu nie 

zaszkodzi. Chociaż, gdyby nie Abby, czy naprawdę tak bardzo zależałoby 

mi na spotkaniu z nim?

Nie miała gotowej odpowiedzi na to pytanie.

background image

Rozdział 3

Była już w połowie drogi do furtki, gdy samochód Jake'a zatrzymał 

się przed jej domem. Ten mężczyzna zburzył w jej życiu zwykły, chłodny 

spokój. Ale tylko przez niego mogła dotrzeć do Abby, swojej córki.

- Co za punktualność!

Uśmiech   i   podziw,   który   dostrzegła   w   jego   brązowych   oczach 

sprawiły, że przez chwilę zabrakło jej tchu.

Musnął   palcami   pęk   szyfonowych   róż   przypięty   do   jej   paska. 

Czerwona wstążka, którą były związane, spływała łagodnie wzdłuż czarnej 

aksamitnej spódnicy, która falowała przy każdym jej ruchu.

- Piękne kwiaty. Pozwól, wezmę twoje okrycie.

Głos odmówił jej posłuszeństwa, więc tylko uśmiechnęła się podając 

mu pelerynkę ze sztucznego futra. Chociaż dzień był słoneczny i ciepły, 

jednak   jej   lekka   bluzeczka   z   głębokim   dekoltem   była   zbyt   lekka   na 

majowy wieczór. Delikatnie położył futro na tylnym siedzeniu i pomógł jej 

wsiąść.

Biała   koszula   w   połączeniu   z   gustownym   krawatem   i   miękkim 

ciemnoszarym   garniturem   nadawała   jego   i   tak   pociągającej 

powierzchowności, jakiś dodatkowy urok.

Laine czuła dreszcz podniecenia. Siedząc obok niego w luksusowym 

samochodzie   była   zdenerwowana   jak   nastolatka   na   swojej   pierwszej 

randce.   Nie   była   pewna,   czego   on   właściwie   spodziewa   się   po   tej 

znajomości.

Przypuszczała, że chodzi mu o mały flirt, bez głębszych zobowiązań. 

Sądziła tak na podstawie tego, co mówił o zmarłej żonie. Wszystko czego 

background image

pragnęła, to móc czasami widywać Abby.

- Pensa za twoje myśli!

Głos Jake'a wyrwał ją z zamyślenia.

- Nie są tyle warte. - Roześmiała się, kryjąc chwilowe zmieszanie. - 

Chociaż może tak. Myślałam o Abby.

- W takim razie są warte więcej - zgodził się z uśmiechem.

- Jak ona się miewa?

- W porządku. Zrobiła na tobie wrażenie?

- Abby i Fruitcake tworzą tak interesującą parę...

Starała   się   mówić   spokojnie,   ale   głos   jej   drżał.   Zdanie   o  Abby 

wyrwało jej się najzupełniej podświadomie. Po prostu chciała rozmawiać o 

córce. Jednak wiedziała, że w ten sposób igra z ogniem. Mogła powiedzieć 

więcej niż zamierzała. Szybko zmieniła temat.

- Kiedy będą szczenięta?

- Najprawdopodobniej za parę tygodni. Co z nimi zrobimy, kiedy się 

urodzą?

Jego   głos   brzmiał  wesoło,   lecz   Laine   wyczuwała   coś  innego   pod 

maską wesołości.

- Nie powinniście mieć z tym kłopotów - stwierdziła. Nagle wpadł 

jej   do   głowy   pewien   pomysł.   -   Sama   chętnie   wezmę   jednego   - 

powiedziała. - Tylko, że nie ma mnie prawie cały dzień w domu... Muszę 

to jeszcze przemyśleć.

- Wspaniale. Jeden biedak z głowy! Muszę pozbyć się też innych. 

Abby pewnie będzie zrozpaczona.

Jake wjechał na główny parking i wyłączył silnik.

- Carlton jest tuż za rogiem. Znasz tę restaurację?

background image

- Słyszałam o niej, ale nigdy tam nie byłam.

Ujął ją pod ramię i poprowadził w kierunku wejścia. Pasowali do 

siebie i tworzyli ładną parę.

- Zadziwiające - podjął rozmowę. - Mężczyźni ustawiają się chyba w 

kolejce, żeby cię zaprosić na kolację?

Ton głosu sugerował, że to miało być pytanie zaczepne. Laine nie 

wiedziała, jak na nie zareagować.

- Jestem w Burchester dopiero kilka miesięcy.

- Naprawdę? - Na szczęście porzucił dalsze rozważania na ten temat. 

- Gdzie przedtem mieszkałaś? W Surrey, z rodzicami?

- Nie. Wyjechałam do Londynu studiować ekonomię i od tego czasu 

nie mieszkam w domu. Wynajmowałam mieszkanie w Sydenham.

- A dlaczego przeprowadziłaś się tutaj?

Właśnie   wchodzili   do   restauracji   i   pytanie   to   pozostało   bez 

odpowiedzi. Miała wprawdzie zmyśloną historyjkę na ten temat, ale mimo 

wszystko czuła się niepewnie.

Kierownik sali powitał Jake'a jak stałego bywalca i zaprowadził ich 

do   osobnego   stolika.   Ciepłe   górne   światło   dawało   przytulną,   intymną 

atmosferę, a małe lampki rzucały romantyczny, różowy blask na stoliki. 

Gdy usiedli, kelner podał im menu.

-   Mają   tu   wspaniałą   sałatkę   z   homara   -   zauważył.   -   Zawsze   ją 

zamawiam, gdy tu jestem. A ty, co wybierasz?

-   Jeśli   tak   zachwalasz   homara,   dam   mu   szansę,   ale   na   początek 

proszę o melona.

Obawiając   się   spojrzeć   mu   w   oczy,   uważnie   studiowała   kartę: 

najpierw   przystawki,   potem   danie   główne.   W   końcu   jednak   podniosła 

background image

głowę.   Napotkawszy   jego   badawczy   wzrok   poczuła   dreszcz,   który 

przeszył jej ciało. Zamrugała powiekami, by wyrwać się spod tego uroku.

Odważyła się w końcu i zaczęła obserwować jego pociągłą twarz o 

interesujących   rysach   i   gorące   spojrzenie   brązowych   oczu.   Zwycięski 

uśmiech błądzący na jego ustach sprawił, że skapitulowała.

Dopiero wtedy Jake pozwolił jej dojść do siebie. Zaczęli rozmowę, a 

Laine zauważyła, że prowadzi ją swobodnie. Poruszyli wszystkie możliwe 

tematy:   od   polityki,   poprzez   historię   i   turystykę   na   żeglarstwie 

skończywszy.

Posiadał jacht kabinowy na Soarze i zachwalał rozkosze spływu w 

dół rzeki, zwłaszcza podczas pięknej letniej pogody.

- Byłabyś tym zachwycona.

Powiedział   to   tak   ciepło,   więc   pomyślała,   że   zaprasza   ją   w   ten 

sposób na jedną ze swych wypraw, ale on zaczął mówić o czym innym.

Czekali na deser i Jake nakrył jej dłoń swoją ręką.

Była zaskoczona. Jak daleko sięgała pamięcią, nigdy nie lubiła by 

ktokolwiek, z wyjątkiem matki, jej dotykał. Potem pojawił się Peter i przez 

krótki czas promieniała w jego objęciach.

Nie   zabrała   ręki,   przyjmując   ten   gest   jak   część   miłego   wieczoru. 

Zdumiona myślała, że już kilka razy byli tak blisko siebie: najpierw w 

samochodzie, potem idąc od parkingu w stronę restauracji, teraz ich kolana 

spotykały się pod stołem. Nie miała nic przeciwko temu.

Może drgnęła pod wpływem tych myśli, może z innego powodu, bo 

Jake odważniej ścisnął jej rękę i zaczął delikatnie pieścić wnętrze jej dłoni. 

Nie cofnęła ręki, bo chciała, by to trwało jak najdłużej.

Jego ciemne, brązowe oczy z tęsknotą patrzyły na jej twarz, a Laine 

background image

zastanawiała się, dlaczego on to robi?

Podano   deser   i   prysł   intymny   nastrój.   Jake   wyprostował   się   i 

uśmiechnął.

- Na co masz ochotę?

Spojrzała   na   kuszący   zestaw   i   wybrała   biszkopt   z   kremem,   z 

dodatkiem sherry. Sięgając po łyżeczkę stwierdziła, że od czasu wejścia do 

Carltona ani razu nie pomyślała o Abby, bowiem Jake zaabsorbował ją 

całkowicie. Głos rozsądku mówił: “strzeż się! Taka sytuacja może tylko 

powiększyć   twój   ból.   To   może   być   kolejne   rozczarowanie”.   Czyż   nie 

ostrzegał jej, że nie pragnie trwałych związków? Czy naprawdę chciała 

być z tym człowiekiem? Lata całe nie odczuwała najmniejszej ochoty, by z 

kimkolwiek się wiązać. Co ją tak odmieniło? Czy to rezultat spotkania z 

Abby i wstrząsu, jakiego wówczas doznała?

Pochyliła   się   nad   deserem   próbując   rozeznać   się   we   własnych 

uczuciach. Może Jake pociąga ją dlatego, że jest blisko  Abby i cząstka jej 

tęsknoty za dzieckiem przypada na niego?

On   również   umilkł,   zatopiony   w   swoich   myślach.   Gdy   kelner, 

przywożąc   zestaw   serów,   zmienił   nakrycia,   Jake   wymamrotał   coś 

niezrozumiałego, co miało oznaczać podziękowanie.

Po chwili podszedł do nich kierownik sali.

- Telefon? Już idę. Przepraszam, Laine, muszę się dowiedzieć, czego 

chce pani Foale.

- Oczywiście.

Laine patrzyła jak szedł w stronę bufetu, a serce podchodziło jej do 

gardła. Dlaczego pani Foale dzwoniła do restauracji? Czy to Abby...? Co 

mogło się stać?

background image

Wyraz twarzy Jake'a potwierdził jej najgorsze obawy.

- Co się stało?

- Abby - powiedział poważnie - jest przeziębiona, boli ją gardło i 

gorączka   się   podnosi.   Pani   Foale   wezwała   doktora,   no   i   muszę   iść. 

Przepraszam cię, że nasza kolacja kończy się w ten sposób. Poproszę, by 

wezwano dla ciebie taksówkę.

- Nie kłopocz się o mnie.

Nie chciała narzucać się  Jake'owi.

- Dobranoc, Laine. Dziękuję za miły  wieczór. Musimy  go kiedyś 

powtórzyć. Może wtedy nic nam nie przeszkodzi.

Podniósł jej dłoń do ust. Muśnięcie gorących warg przyprawiło ją o 

drżenie, a na twarzy pojawił się rumieniec.

- Dobranoc, Jake. Ja również dziękuję. Mam nadzieję, że z Abby to 

nic poważnego.

Chciała dodać: “i pozdrów ją ode mnie!”, ale byłaby to być może 

zbytnia poufałość.

Przytrzymał   jej   rękę,   jakby   zupełnie   zapomniał,   że   musi   jechać. 

Uśmiechnął się i odszedł. Patrzyła, jak szybkim krokiem podchodzi do 

bufetu   i   płaci   rachunek.   Wyszedł,   nie   oglądając   się   za   siebie.   Wtedy 

poczuła się osamotniona.

Czy każde zbliżenie będzie się tak szybko i bezlitośnie kończyło? 

Czego więcej mogła się spodziewać? Poznali się dopiero tydzień temu, 

widzieli raptem trzy razy i to w sprawach zawodowych. Z jakiej racji miał 

jej zaproponować, by wróciła z nim do chorego dziecka, które widziała raz 

w życiu i to zaledwie przez kilka minut? Nie miała najmniejszego powodu, 

by być taka nieszczęśliwa.

background image

Jednak   tym   razem   zdolność   logicznego   rozumowania   opuściła   ją 

zupełnie i uczucia wzięły górę. Może właśnie dlatego tej nocy zasnęła z 

dłonią, którą Jake pocałował, przyciśniętą do ust?

 

***

Obudziła   się   wczesnym   rankiem.   Z   niecierpliwością   czekała   na 

rozsądną godzinę, żeby zadzwonić do Jake'a.

“Pytanie   o   zdrowie   Abby   powinno   być   odebrane   jako   zwykła 

uprzejmość” - przekonywała samą siebie, sięgając po słuchawkę. Miała 

wszelkie podstawy, by zadzwonić.

-   Jake?  Tu   Laine.   Chciałam   tylko   zapytać   jak   się   czuje  Abby?   - 

zdawało się jej, że był zdyszany.

- Laine? - w jego głosie brzmiała szczera radość. - Z Abby wszystko 

w porządku. Doktor mówi, że to wietrzna ospa i że za parę dni pojawi się 

wysypka. To raczej nieprzyjemna niż niebezpieczna choroba.

- Chwała  Bogu! Mam nadzieję, że nie  wyciągnęłam cię z łóżka? 

Jakby brakuje ci tchu.

Roześmiał się.

-   Przed   chwilą   biegałem.   Robię   to   każdego   ranka,   zwykle   nieco 

wcześniej. Za późno na spanie.

- Mogłam się domyśleć! Mówiłeś mi, że uprawiasz jogging. Właśnie 

wychodziłam do pracy i chciałam się dowiedzieć, co z Abby. Cieszę się, że 

to nic poważnego.

- Laine, jeszcze raz dziękuję za telefon.

Jechała do pracy uśmiechnięta, nucąc pod nosem jakąś melodię. Nie 

background image

pamiętała, kiedy ostatnio czuła się tak wspaniale!

Ranek  nie  był zbyt  pogodny. Nisko   wiszące  chmury   zapowiadały 

deszcz, ale dziś miasto wydawało się jej wyjątkowo promienne. Jednak 

życie, mimo wszystko, jest cudowne! Abby wkrótce wyzdrowieje, a Jake 

się na nią nie gniewa.

Kiedy weszła do biura, sekretarka już siedziała za biurkiem.

- Dzień dobry, Laine. Wyglądasz na szczęśliwą. Udana randka?

-   Czy   szczęście   zawsze   musi   się   wiązać   z   mężczyzną?   -   Laine 

ściągnęła brwi.

-   To   mi   wygląda   na   ten   rodzaj   szczęścia   -   powiedziała   Jane   z 

tajemniczą miną.

- Możesz myśleć, co chcesz - odparła wchodząc do swego pokoju.

Z   ulgą   zamknęła   za   sobą   drzwi.   Sekretarka   nie   miała   racji.   Była 

szczęśliwa, bo z Abby było wszystko w porządku. Fakt, że Jake był dla 

niej miły, też był ważny, bo jej kontakt z Abby nie zostanie zerwany.

Sama nie chciała przyznać się przed sobą, co jest prawdą.

Kiedy   wyszła   na   lunch,   deszcz   przestał   padać.   Spacerowała   po 

starym   mieście.   Zatrzymała   się,   bo   z   wystawy   patrzyło   na   nią   białe, 

puszyste stworzonko o mądrych szklanych ślepkach. Szybko weszła do 

sklepu. Musiała je kupić.

- Proszę o tego baranka z wystawy...

- Służę pani. Jest dość drogi, bo to ręczna robota.

- Nie szkodzi.

Dla Abby będzie doskonały! Nie namyślając się kupiła zabawkę, a 

potem w sklepie papierniczym ozdobny papier i kartkę okolicznościową.

Zapakowała prezent i wysłała na adres Jake'a. Jak on to potraktuje? 

background image

Baranek był pierwszą rzeczą, jaką mogła kupić swemu dziecku. Nie mogła 

się powstrzymać, bez względu na konsekwencje.

Jednak, gdy wróciła do domu, cała jej euforia zniknęła bez śladu. 

Skąd mogła wiedzieć o tym, że Abby podobały się baranki? Przypadek? 

Czy nie naraża się tym samym na odkrycie, że obserwowała z ukrycia 

córkę? Jake rozpozna to natychmiast!

“Jeśli mnie odrzuci, to trudno...”

***

Dwa dni później, wróciwszy do domu znalazła pod drzwiami list, a 

w nim duże, okrągłe pismo.

Drżącymi   rękoma   podniosła   różową   kopertę.   Pieściła   wzrokiem 

dziecięce pismo, każde słowo, każdą literkę... Poszła do kuchni po nóż, by 

otworzyć list.

W środku była różowa kartka z ilustracją do bajki “O czym szumią 

wierzby”. Podobnie jak adres, list był również starannie wykaligrafowany. 

Przeczytała go jednym tchem:

“Droga Panno Tyson,

Dziękuję za prezent. Nazwałam baranka Larry. Tatuś mówi, że to 

niezbyt oryginalnie, ale mnie się podoba. Kocham go bez względu na to, 

jak się nazywa. Wczoraj w nocy Fruitcake urodziła szczenięta. Jest ich 

sześć. Tatuś mówił, że może Pani weźmie jednego. Mam nadzieję, że tak, 

ale będzie Pani musiała poczekać osiem tygodni, bo tyle czasu muszą być 

ze swoją mamą. Dziękuję za Larry'ego.

Kochająca Abby”.

background image

Przeczytała   list   kilka   razy.   Ogromny   krzyżyk   pod   podpisem   miał 

oznaczać   chyba   pocałunek.   Przycisnęła   to   miejsce   do   ust,   po   czym 

położyła kartkę na stole i starannie wygładziła załamania. To będzie jej 

najdroższa pamiątka. Rzecz, którą dotykała jej Abby.

“Czyżby to był powód, dla którego cieszyła ją pieszczota Jake'a - 

zaczęła się nagle zastanawiać. - Czyżby   to była świadomość, że te ręce 

przed paroma godzinami gładziły jej dziecko...?”

Możliwe.   Sama   nie   wiedziała,   co   naprawdę   do   niego   czuje. 

Przebywanie   w   jego   towarzystwie   sprawiało   jej   przyjemność,   że   jego 

dotyk   ekscytował,   a   jednocześnie   dawał   poczucie   bezpieczeństwa. 

Podobał się jej. Był to ten typ mężczyzny, który zawsze ją pociągał: silny, 

a jednak czuły, dobrze zbudowany, ale inteligentny. Mężczyzna, którego 

nawet mogłaby poślubić... gdyby nie był przybranym ojcem Abby. Cóż, 

kolejna komplikacja scenariusza jej życia...

Czekała na telefon od niego, ale nie dzwonił. Sama nie chciała tego 

robić. Abby była już na pewno zdrowa, więc nie miała żadnego pretekstu, 

nawet   służbowego.   Sprawa   Jake'a   została   zakończona   właściwie   już   w 

czasie pierwszej wizyty.

Minęło   dziesięć   dni.   Dziesięć   dni,   w   czasie   których   Laine   coraz 

bardziej podupadała na duchu. Aż pewnego ranka Jane zaanonsowała, że 

przyszedł pan Bennington. Na jego widok jej serce zabiło szybciej. Wstała, 

by   go   przywitać.   Jej   drobna   dłoń   prawie   zniknęła   w   jego   szczupłej, 

opalonej ręce.

Oboje byli bardzo spięci.

- Witaj, Laine - jego szeroki uśmiech spowodował, że zmarszczki 

wokół   ust   stały   się   wyraźne.   -   Miło   cię   znowu   widzieć!   Wybacz,   że 

background image

wcześniej się nie odezwałem, byłem zajęty. Jestem dopiero teraz.

- Ach, tak. Zapewne organizowałeś nowy klub?

- Owszem, ale nie tylko to. Twoje cyferki dały mi sporo do myślenia. 

Zrozumiałem, że zaciąganie pożyczek na taką skalę, niestety, prowadzi do 

upadku.

- Siadaj - powiedziała wskazując mu krzesło.

Sama   zajęła   miejsce   za   biurkiem.   Uznała,   że   powinna   zachować 

pewien dystans.

- Cieszę się, że cię przekonałam.

Jake usiadł zakładając nogę na nogę.

- Potrzebowałem kapitału, którego nie musiałbym spłacać od razu. 

Zacząłem więc zastanawiać się i w końcu skontaktowałem się z pewnym 

bogatym przyjacielem mojego ojca.

- Żeby pożyczyć od niego? - spytała z przekąsem.

- Nie. Prosiłem, żeby zainwestował w moje przedsięwzięcie. Mam 

dobrą hipotekę. Dotychczasowa działalność też rozwijała się pomyślnie, 

więc  nie  musiałem go  długo   przekonywać.  Doszedłem do  wniosku,  że 

warto   zaryzykować.   On   będzie   udziałowcem,   a   ja,   za   ustalone 

wynagrodzenie, zajmę się prowadzeniem interesu. Zyski będziemy dzielić 

równo, choć początkowo większość pójdzie na dalszą rozbudowę firmy.

- To brzmi wspaniale. Czy już podpisaliście umowę?

- Wczoraj - uśmiechnął się widząc jej zdumioną minę. - Nie martw 

się.   Może   i   jestem   hazardzistą,   ale   na   pewno   nie   głupcem. 

Skontaktowałem   się   z   moim   prawnikiem,   który   dokładnie   sprawdził 

umowę.   Nie   ma   w   niej   żadnych   niejasności,   żadnych   kruczków.   Ben 

Harvers to uczciwy businessman.

background image

- W takim razie jego wsparcie finansowe będzie nieocenione. Bardzo 

się   cieszę.  Wiem,   co   to   dla   ciebie   znaczyło.   Jakie   są   twoje   najbliższe 

plany?

-   Chcę   wyposażyć   mój   ostatni   nabytek.   Widzisz,   sukces   całego 

przedsięwzięcia   zależy   od   tego,   czy   każdy   z   moich   klubów   będzie 

oferował   to,   czego   żaden   inny   ośrodek   tego   typu   nie   jest   w   stanie 

zapewnić. Chodzi o wystrój, o pracowników, o sprzęt. Jeśli wejdziesz do 

któregokolwiek   z   domów   handlowych,   to   już   na   pierwszy   rzut   oka 

wyrabiasz   sobie   zdanie   o   całej   sieci,   o   towarze   i   o   usługach,   które   ci 

oferują. Chcę, żeby w moim przypadku było tak samo.

Tak. On wiedział czego chce i Laine była pewna, że mu się uda. Był 

to   ten   typ   mężczyzny,   który   odnosi   sukces   we   wszystkim,   za   co   się 

weźmie.

-   No   cóż,   teraz,   gdy   jesteś   wielkim   posiadaczem,   chciałabym 

usłyszeć,   że   odegrałam   choćby   drobną   rolę   w   twoim   sukcesie   - 

powiedziała z uśmiechem.

- Drobną? Myślę, że zrobiłaś dla mnie dużo. Pokazałaś mi właściwy 

kierunek, a to jest wręcz nieocenione.

- Cieszę się, że mogłam ci pomóc.

-   W   sprawie   prowadzenia   ksiąg   rachunkowych   powiedziałaś 

wszystko, Laine, ale nie poznałem twego systemu tak dobrze, żeby go 

wprowadzić   u   siebie.   Mogłabyś   się   tym   zająć?   Możesz   to   jakoś 

usystematyzować?

- Oczywiście, ale nie za darmo...

- Nie dbam o koszty, byle tylko ktoś wykonał tę robotę. Poza tym, 

chciałem zainteresować cię swoją osobą i moimi planami.

background image

- Czyżby? - spojrzała na niego podejrzliwie. Bawiła się piórem, by 

ukryć drżenie rąk. Co on właściwie chciał przez to powiedzieć?

- Laine! To, że nie odzywałem się tyle czasu wcale nie oznacza, że 

nasz wspólny wieczór nie sprawił mi przyjemności. Naprawdę, miałem w 

związku z interesami mnóstwo spraw na głowie. A w dodatku Abby była 

chora...

Abby! Całkiem o niej zapomniała...

-   Jak   ona   się   czuje?   -   spytała   szybko,   mając   nadzieję,   że   nie 

zauważył jej przeoczenia. Jak to się stało, że widok Jake'a wymiótł jej z 

głowy każdą inną myśl?

-   Swędzi   ją   skóra   i   jest   trochę   nieznośna.   Doktor   mówi,   że   to 

świadczy   o   rekonwalescencji.   Prawdopodobnie   pójdzie   do   szkoły   w 

przyszłym tygodniu. Pani Foale jest bardzo dzielna, zajmuje się Fruitcake i 

szczeniętami i w ogóle wszystkim.

- Ach tak! Abby pisała mi w liście...

-   To   miło   z   twojej   strony,   że   o   niej   pamiętałaś.   Abby   była 

uszczęśliwiona - Jake mówił to tak ciepło. - Ale to nie było konieczne. Ta 

zabawka musiała być bardzo droga?

- Nie ma sprawy - powiedziała sztywno. Co on sobie myśli? Wbrew 

temu, co twierdził, wydawało się, że cieszy  się z tego, że przysłała tę 

zabawkę.

Spojrzał na zegarek.

- Jest wpół do szóstej. Może pojedziesz ze mną odwiedzić Abby? 

Mogłabyś   zobaczyć   młode   Fruitcake.   Są   jeszcze   bardzo   małe,   ale   już 

bardziej przypominają psy niż obdarte ze skóry króliczki.

- Chę... chętnie. Dziękuję! - Serce waliło jej jak młot.

background image

Jego uśmiech całkowicie ją  zniewalał.

Uporządkowała biurko, zabrała torbę i płaszcz. Uspokoiła się, ale 

oczy błyszczały jej z podniecenia.

Jake wprowadzał ją w swoje prywatne życie. Nagle majowe słońce 

zaczęło świecić wszystkimi barwami tęczy.

background image

Rozdział 4

- Spójrz! Czyż nie są cudowne? Możesz zabrać którego chcesz. Ja 

najbardziej lubię tego.

Abby miała krosty na czole i całe mnóstwo rozrzuconych po całej 

twarzy i rękach. Laine zamrugała oczami, usiłując ukryć nagłe łzy cisnące 

się do oczu. Abby wyglądała teraz jak Fruitcake.

Szczeniak w czułych objęciach dziewczynki wydał pisk protestu, gdy 

ścisnęła go mocniej, składając na jego małym łebku swój pocałunek. Laine 

głaskała długi, centkowany pyszczek.

- Czy wiesz, kto jest ich ojcem? - spytała.

- Podejrzewamy charta z naprzeciwka - usłyszała głęboki głos Jake'a.

Obejrzała się. Stał za jej plecami, przyglądając się ich poczynaniom. 

Gdy   spotkała   jego   ciepłe   spojrzenie,   szybko   odwróciła   wzrok.   Znów 

zagubiła się pod jego wpływem.

-   To   by   wyjaśniało   długi   pysk   i   małe   uszka   -   szepnęła.   -   I   ten 

ziemisty kolor!

- Czy zatrzymacie któreś ze szczeniąt?

- Tatusiu, zatrzymajmy, proszę!...

Jake westchnął zrezygnowany.

- Widzisz, co narobiłaś. Nie będę miał teraz chwili spokoju, dopóki 

nie powiem tak! Ale tylko jednego - powiedział z udaną srogością.

- Przepraszam! - Laine roześmiała się, widząc, że Jake tylko żartuje.

Wchłaniała ciepłą atmosferę tego domu. Wyjęła z koszyka drobne, 

złociste stworzonko.

-   Wezmę   chyba   tego   -   powiedziała   głaszcząc   długie,   jedwabiste 

background image

uszka. - Nazwę go Goldie.

- To nie brzmi oryginalnie -  zaprotestowała Abby.

- Larry też nie brzmiała oryginalnie - przypomniała jej.

- No tak... - Abby zmieszała się, lecz zaraz odzyskała rezon. - Ale to 

tylko była zabawka. Jednak żywy pies powinien mieć bardziej niezwykłe 

imię.

- A jak ty byś go nazwała?

Abby pomyślała chwilkę.

- Coffe! - odparła tryumfalnie.

- Bardzo oryginalnie! - podsumował Jake z poważną miną.

Laine marzyła, aby uściskać małą!

W tym momencie  przyszła pani Foale mówiąc, że czas do łóżka.

- Nie chcę iść spać. Jeszcze nie...

Jake natychmiast stłumił jej dziecięcy bunt.

-   Tak   kazał   doktor,   moja   damo.   Jesteś   jeszcze   rekonwalescentką. 

Żadnego wysiadywania do późna, dopóki nie będziesz zupełnie zdrowa i 

nie wrócisz do szkoły. Na górę, żabko! Będę u ciebie za pięć minut.

Widząc jak pani Foale, macierzyńskim gestem zabiera Abby na górę, 

Laine   pomyślała,   że   Jake   jest   szczęściarzem   mając   taką   opiekunkę   do 

dziecka.   Poczuła   wielką   sympatię   do   tej   kobiety.   Dziewczynka   jest   w 

dobrych rękach.

- No, tak - powiedział Jake z nagłym ożywieniem, gdy tylko obie 

zniknęły. - Zabiorę ten cały kram z powrotem do składziku, gdzie jego 

miejsce. Fruitcake! Idziemy!

Podniósł wielki kosz ze szczeniakami i wyszedł z pokoju. Fruitcake 

deptała mu po piętach, by nie stracić z oczu swoich dzieci. Laine zatonęła 

background image

w miękkiej sofie, rozkoszując się uczuciem, że zaczyna należeć do tego 

domu.

- Idę tylko do Abby na “dobranoc” i zabieram cię na kolację, zgoda?



-  Chętnie,   ale   nie   jestem   odpowiednio   ubrana   na   taką   okazję   - 

stwierdziła Laine, patrząc na swą bawełnianą spódnicę i bluzkę w paski.

- Znam takie jedno miejsce...

Popatrzyła   na   niego:   zwinny,   szczupły,   w   miękkiej   bluzie   z 

jaskrawym napisem “Kluby Zdrowia Hygeia”.

- Napijesz się?

- Chętnie. Poproszę Cinzano z wodą sodową i cytryną.

- Już się robi!

Drink pomógł jej opanować chaos myśli. Kiedy w końcu wyszli z 

domu,   była   spokojna.   Nic   jednak   nie   mogło   ukryć   faktu,   że   była 

szczęśliwa.   Oczy   błyszczały   jakąś   ukrytą   radością,   promieniującą   z   jej 

całej istoty. Była z Jake'em, a on okazał się swobodnym, a jednocześnie 

uważającym,   wesołym   i   troskliwym   kompanem,   jakby   cieszył   się   jej 

obecnością, tak samo jak ona nim.

Siedząc   w   ogródku   w   nadbrzeżnym   pubie,   zajadając   jajka   w 

majonezie i zapiekane paszteciki, Laine uświadomiła sobie, że podobnie 

czuła się mając siedemnaście lat. Wtedy pozwoliła, by uczucia ją poniosły. 

Wtedy też prysły jej marzenia. Zamyślona, smarowała masłem kawałek 

pasztecika.   Czy   tamto   wspomnienie   rzuca   cień   na   obecne   jej   życie? 

Przecież mogła się znów zakochać. Nie było w tym nic złego. Odsunęła od 

siebie wszelkie myśli o miłości. Już zapomniała jak żywe, jak radosne jest 

to uczucie i jak bardzo można być wtedy szczęśliwym.

Uśmiechnęła   się   pogodnie   do   mężczyzny   siedzącego   naprzeciw. 

background image

Wiedziała, że nie powinna się go bać. Że drugi raz popełni ten sam błąd. 

Jałowe   rozważania   nie   miały   sensu.   Była   teraz   starsza,   bardziej 

doświadczona,   lepiej   potrafiła   ocenić   charakter   człowieka.   Jake   był 

zupełnie inny niż Peter Styles. Tym razem nie może się zawieść.

Może  kochać Jake'a bez obaw. Będzie milczała o swojej przeszłości. 

Ogarnięta nową falą niepokoju poczuła, że dostaje gęsiej skórki. Odsunęła 

jednak złe myśli.

Po kolacji Jake odwiózł ją do jej samochodu, który był zaparkowany 

pod jego domem.

- Zaraz będzie ciemno. Nie chcę, żebyś sama wracała po nocy. Wstąp 

na kawę, a potem odwiozę cię.

Widać było, że on również nie ma ochoty kończyć tego wieczoru. 

Zaśmiała się w duchu. Podczas pierwszego spotkania nie martwił się  tak o 

jej bezpieczeństwo!

- A może pojedziesz do mnie? Ja też mam kawę!

- Świetnie! - jego oczy były pełne radości i czegoś jeszcze... - Więc 

prowadź!

Podjechali pod jej dom. Laine wpuszczała Jake'a z uczuciem małego 

tryumfu. Już nie chciała za wszelką cenę trzymać go z daleka od swego 

życia. Teraz nie pragnęła niczego więcej, jak tylko móc dzielić je z nim. 

Dzielić z nim swoje życie!

- Pięknie tu u ciebie - powiedział ciepło.

- Usiądź, zaraz przygotuję kawę.

Najwyraźniej nie miał ochoty siedzieć bezczynnie. W czasie, gdy ona 

parzyła kawę, podszedł do drzwi prowadzących do patio i odkrył sposób 

ich   otwierania.   Wyszedł   do   zacienionego   ogrodu   i   rozkoszował   się 

background image

wonnym powietrzem wieczoru.

-  Nie jest  tak  duży,  jak  twój - powiedziała  Laine  podchodząc  do 

niego - ale dla mnie akurat. Nie jestem też dobrą ogrodniczką.

-   Ja   również   nie   -   przyznał.   -   Wolę   inne   rodzaje   aktywności. 

Wprawdzie cieszę się, że mam duży ogród, Abby ma gdzie się bawić, ale 

strzyżenie trawników, to ponad moje siły!

- Na szczęście mój ogród jest wyłożony płytami, a wśród kwiatów 

chwasty nie są widoczne. Uwielbiam tu siedzieć, kiedy jest ładna pogoda, 

ale teraz robi się trochę chłodno. Lepiej chodźmy do środka. Kawa jest 

gotowa.

Gdy wrócili do pokoju, Laine zapaliła lampę i zaciągnęła story. Ich 

żywe kolory podkreślały zieloność mebli i kremowy odcień dywanu. Były 

podszyte grubą tkaniną i zwieszając się fałdami całkowicie odcinały pokój 

od   świata   zewnętrznego.  Aura   intymności   pogłębiła   się.   Usiadła   obok 

Jake'a na sofie.

Odstawiając   filiżankę   pochylił   się,   a   jego   ramię   musnęło   ją   w 

przelocie.   Laine   odniosła   wrażenie,   że   siedzi  teraz   odrobinę   bliżej,   tak 

jakby nieco się przysunęli...

Najprawdopodobniej   było   to   złudzenie,   po   prostu   podświadoma 

potrzeba zbliżenia. Był teraz tak blisko, że wystarczyło, by położył rękę na 

oparciu,   a  już  nie   mogłaby   odchylić   głowy   nie   opierając   się   o   nią.  W 

chwili, gdy jej włosy  musnęły  rękaw bluzy Jake'a, w Laine coś pękło. 

Poczuła rozkoszne dreszcze, ciepłe i zniewalające.

Oparła głowę o jego silne ramię, całą swą osobą chłonąc intymny 

kontakt.

- Abby cię lubi - cichy szept przerwał ciszę. Oddech Jake'a musnął 

background image

delikatnie jej ucho. Laine przymknęła oczy.

- Tak myślisz?

- Tak. Podarowała ci swego ulubionego szczeniaka!

- Ja też ją lubię. Jak mogłabym się jej oprzeć?

- Z łatwością, gdybyś tylko trafiła na jej dąsy!

Laine   roześmiała   się,   aby   nie   zdradzić   prawdziwych   uczuć. 

Przypomniała sobie swoje własne fochy i pomyślała, że Abby może być 

taka. Jej humory do tego stopnia rozbijały życie rodzinne, że w końcu 

matka i ojciec przestali ją rozumieć. Może właśnie dlatego nie pomogli jej, 

gdy miała kłopoty. No cóż, ale od tego czasu upłynęło wiele lat.

- Często się dąsa?

- Dzięki Bogu, nie. Wolę, jak się złości. Mogę wtedy na nią krzyczeć, 

ale te dąsy... Wtedy w ogóle nie można do niej dotrzeć.

- To musi bardzo utrudniać jej wychowanie.

Jake zaśmiał się.

- Kochany kurczak! Ja tu mówię o Abby jak o małej terrorystce, a w 

gruncie rzeczy ona jest najmilszym stworzeniem pod słońcem!

-   Takie   odniosłam   wrażenie.   Chyba   jeszcze   nie   przeżywa   tak 

zwanego “trudnego wieku”.

- Nie wywołuj wilka z lasu!

Jego   głos   brzmiał   pogodnie,   choć   zawierał   jakąś   nieuchwytną, 

dziwną nutę. Podejrzewała, że on wcale nie myśli o tym, co mówi.

Jego ręka była coraz bliżej i bliżej, aż objęła ramię Laine. Przygarnął 

ją do siebie. Wstrzymała oddech.

Jej wargi, miękkie i chętne czekały na pocałunek. Usta mężczyzny 

dotknęły   ich,   najpierw   ostrożnie.   Lecz   po   chwili,   stal   się   bardziej 

background image

namiętny. Upłynęło sporo czasu zanim przerwał pocałunek.

Ten pocałunek wyzwolił w Laine taką falę szczęścia, jakiego nigdy 

przedtem   nie   zaznała.   Będąc   z   Peterem   nie   odczuwała   tego.   Nie!   To 

przeżycie było jedyne w swoim rodzaju, nieporównywalne, możliwe tylko 

z tym właśnie mężczyzną.

Laine nie wiedziała, ile trwało to wzajemne rozkoszowanie się sobą, 

ale kiedy doszli do siebie, kawa była zimna.

Nagle Jake odsunął się od niej i usiadł na drugim końcu sofy, kryjąc 

twarz w dłoniach. Laine spojrzała nań oszołomiona.

- Jake? - spytała. - Co się stało? Co ja takiego zrobiłam?

- Przepraszam! - potrząsnął głową. - Nic nie zrobiłaś. Byłaś taka 

słodka,   taka   ciepła.   Przepraszam   -   powtórzył.   -   Lepiej   już   pójdę.   Nie 

martw się. Dobranoc, Laine.

Podniósł się. Ona wstała również.

- Nie musisz się usprawiedliwiać - powiedziała głucho. - Ja też tego 

chciałam, sprawiło mi to przyjemność... Czy musisz już iść? Nawet nie 

wypiłeś kawy.

- Naprawdę, już muszę. Przepraszam. Dobranoc.

Obcy, znów obcy... Odszedł. Z jękiem opadła na sofę. Siły ją nagle 

opuściły, w głowie miała chaos.

Przecież Jake był w niej zakochany. Jak ona w nim. Czuła to całym 

swym kobiecym instynktem. Dlaczego poszedł?

Przywołała wspomnienia ostatnich dni i nagle coś zaczęło jej świtać. 

On   walczył   z   duchem   zmarłej   żony.   Prawdopodobnie   Jake   był   typem 

monogamisty. Nie należał do mężczyzn przerzucających się z kwiatka na 

kwiatek. Nadal czuł się związany z Jane, więc walczył z tą siłą, która już 

background image

od pierwszego spotkania przyciągała ich do siebie.

Czyżby ta lojalność miała rozbić jej wszystkie nadzieje? Nadzieję, 

by być blisko dziecka, nadzieję, by stać się dla Jake'a czymś więcej, niż 

tylko przyjaciółką?...

Głębokie   cienie   pod   oczami   następnego   ranka   świadczyły   o 

nieprzespanej nocy.

Coś jednak z tej nocy zostało. Postanowiła, że nie pozwoli Jake'owi 

zagrzebać się w przeszłości. Ona sama robiła to zbyt długo, ale w końcu 

odrzuciła okowy bólu i wątpliwości. Musi pomóc mu wyrwać się z tego 

bezsensownego poczucia lojalności.

Jeśli ma przełamać jego opór, musi przebywać w jego towarzystwie! 

Prosił   ją   o   wprowadzenie   nowego   systemu   księgowania...   Może   go 

poprosić, by ją zapoznał ze swymi podwładnymi. Normalnie poradziłaby 

sobie sama, ale to był specjalny przypadek.

***

-   Szczeniaki   mogą   już   jutro   być   zabrane   od   matki.   Czy   nie 

zechciałabyś jutro wieczorem przyjechać po Goldie?

Tętno waliło jej w skroniach. Te tygodnie ciszy, które upłynęły od 

dnia,   kiedy   wyjmowała   z   koszyka   “swojego”   pieska,   były   trudne   do 

zniesienia.

Widywała Jake'a, ale on utrzymywał chłodny dystans. Zachowywał 

się tak, jakby tamten intymny wieczór w ogóle nie istniał. Chociaż, może 

niezupełnie tak. Nie był już taki swobodny, taki ciepły, jak przedtem. To, 

co mogło ich zbliżyć, jeszcze ich oddaliło od siebie.

background image

Ale teraz znów zobaczy Abby! Czyżby to było złudzenie, czy też 

faktycznie głos Jake'a nieco złagodniał od czasu ich ostatniego spotkania? 

Raz czy dwa, przyłapała go, jak patrzył na nią ukradkiem. Wyraz jego 

oczu sprawiał, że krew zaczynała szybciej krążyć. On się nią interesował, 

to było pewne. Nie było pewne, co zamierzał w związku z tym zrobić.

-   Dobrze,   jutro.   -   Uśmiechnęła   się   zza   biurka.   -   Wszystko   już 

przygotowałam   -   koszyk,   miskę,   jedzenie,   tackę   z   trocinami.   Mam 

nadzieję, że nie będzie tak bardzo tęskniła za matką i rodzeństwem.

- Najwyżej dzień lub dwa. Przyjedź prosto po pracy, to zobaczysz się 

z Abby. Potem gdzieś pójdziemy.

- Będę musiała zawieźć szczeniaka do domu i zająć się nim.

- Ach tak, co za głupiec ze mnie. Więc może innym razem?

Takie niezobowiązujące zaproszenie, ale jednak! Laine za wszelką 

cenę nie chciała zdradzić radości rozsadzającej ją.

- Chętnie.

Jake podniósł się, biorąc aktówkę.

- W takim razie do jutra.

Odwrócił się i ruszył szybko w kierunku drzwi, jakby bał się swoich 

reakcji, jeśli zostanie chwilę dłużej.

Laine patrzyła na niego, jak odchodzi i uśmiech pełen miłości został 

na jej ustach.

Okazało się, że Abby nie chce oddać żadnego pieska.

-   Tak   bym   chciała   je   wszystkie   zatrzymać   -   mówiła   widząc   jak 

Goldie wdrapuje się na ramię Laine i liże ją po twarzy... W szarych oczach 

zalśniły łzy.

- Czy na pewno będzie jej u Laine dobrze? - zapytała ojca.

background image

Jake uśmiechnął się wyrozumiale.

- Na pewno będzie jej dobrze - zapewnił. - W tym wieku większość 

piesków musi opuścić swoją mamę. Znaleźliśmy dla nich dobre, kochające 

domy. Nie martw się, mała.

-   Obiecuję   ci,   że   się   nią   dobrze   zaopiekuję.   -   Laine   włożyła 

wyrywającego się szczeniaka do kosza i opatuliła kawałkiem flaneli.

- Trzeba jej dawać jeść cztery razy dziennie. Pamiętaj!

- Nie zapomnę, będę chodziła na lunch do domu i wtedy ją nakarmię 

- schyliła się i chwyciła małą w objęcia.

Moment wydawał się odpowiedni.

- Nie martw się, kochanie. Goldie będzie u mnie dobrze. Przywiozę 

ją kiedyś do ciebie... - przerwała nagle i spojrzała pytająco na Jake'a.

- Świetnie!

Patrzył na nią tak dziwnie... Laine zamrugała powiekami. Czyżby 

łzy? Nie, na pewno nie.

- No to umowa stoi - powiedziała z ożywieniem. - Na razie!

- We wtorek?  - cicho zapytał Jake, stawiając kosz z psiakiem na 

tylnym siedzeniu.

- Tak!

- Więc do wtorku. Zadzwonię do ciebie o wpół do ósmej.

Laine uśmiechnęła się patrząc w jego ciemne oczy.

- Będę czekał z niecierpliwością.

-   Ja   również.   Do   widzenia,   Abby   -   schyliła   się,   by   pocałować 

dziecko, które nagle zarzuciło jej ręce na szyję.

- Przyjedź do mnie jak najszybciej i weź z sobą Goldie - poprosiła 

mała.

background image

Laine   z   trudem   powstrzymywała   łzy.   Ten   wybuch   uczuć   córki 

rozbroił ją zupełnie.

- Obiecuję - powiedziała cicho.

Pomachała im jeszcze na pożegnanie, wiedząc, że jej serce zostaje 

razem z nimi.

Do wtorku niedaleko i znów zobaczy Jake'a. A Abby? Uśmiechnęła 

się do swoich myśli. Ją też niedługo zobaczy.

Wtorkowy wieczór był prawie powtórzeniem ich pierwszej kolacji, 

tyle,   że   tym  razem  żadne   ważne   sprawy   nie   zakłóciły   spotkania.   No   i 

przyjął zaproszenie na kawę.

Laine czuła się niepewnie, nie wiedząc czego się spodziewać. Tym 

razem Jake panował nad sobą. Usiadł na krześle, chcąc uniknąć intymnego 

zbliżenia. Jego oczy przez cały wieczór mówiły zupełnie co innego. W 

końcu zaczął zbierać się do wyjścia.

Przy drzwiach zatrzymał się.

- Laine - wyszeptał. - Wyglądasz dziś uroczo. Do twarzy ci w tej 

zielonkawej sukni.

- Miło mi, Jake. Ja też ją lubię.

- Dobranoc i dziękuję za cudowny wieczór.

Jego wargi były gorące i miękkie, ale tym razem trwało to krótko. 

Wsiadł do samochodu i odjechał zanim Laine zdążyła się otrząsnąć.

Goldie już się zadomowiła, a Laine stwierdziła, że pies szalejący na 

jej widok sprawia jej wiele radości.

Jake zadzwonił w piątek.

- Laine? Wybieramy się z Abby na naszą łódkę, na weekend. Była 

taka   nieszczęśliwa   z   powodu   piesków,   więc   pomyślałem,   że   warto   ją 

background image

gdzieś zabrać. Może wybrałabyś się z nami?

- Ja? - Usłyszał zdumienie w jej głosie i roześmiał się.

- Tak, ty! Z pewnością będziesz zadowolona z wycieczki. Tam jest 

fantastyczna sieć szlaków wodnych, raj dla włóczykijów. Co ty na to?

- Sama nie wiem! Bardzo bym chciała, ale co z Goldie?

- Nie ma sprawy. Przywieź ją do nas. Pani Foale nakarmi wszystkie 

psy. Przyjedziesz?

- Dobrze!

- No to postanowione - słychać było, że jest zadowolony. - Zabierz 

śpiwór!

- Oczywiście, a co z jedzeniem?

-  Ja   się   tym  zajmę.   Po   prostu   zabierz   tylko   coś  do   spania.   Bądź 

gotowa jutro rano, około dziesiątej!

- Chyba, że mnie w nocy zabiją! - odpowiedziała.

***

Laine leżała na dachu kabiny rozkoszując się słońcem. Jake siedział 

przy sterze. Łódka leniwie płynęła w dół wąskiej rzeczki.

- To się nazywa życie! - pomyślała. - Pogoda jest wspaniała.

Jake miał na sobie tylko szorty. Jego brązowa skóra błyszczała w 

słońcu, mięśnie napinały się przy każdym ruchu. Laine oparła policzek na 

skrzyżowanych rękach.

- Zajmę się jedzeniem. Napijesz się czegoś?

- Abby! - zawołał dziewczynkę, która leżała na dziobie i moczyła w 

wodzie patyk. - Chcesz pić?

background image

- Wolę loda!

- W porządku, lody są w lodówce.

Laine  zwinnie  zeskoczyła  z  dachu.  Szkarłatny  kostium  kąpielowy 

świetnie podkreślał  jej zgrabną, smukłą figurę. Zauważyła, że Jake na nią 

patrzy. Wchodząc do kabiny przypomniała sobie ten moment, gdy po raz 

pierwszy znaleźli się na pokładzie.

Kabina wydała jej się wówczas bardzo mała i miała tylko dwie koje. 

“Jak   on   sobie   wyobraża   spanie?”   pomyślała.   Jake   jakby   czytał   w   jej 

myślach.

- Dziewczęta zajmują kabinę! - oznajmił.

- A gdzie ty będziesz spał? - zapytała.

- W forpiku jest jeszcze jedna koja, widzisz?

- Ależ tam jest strasznie ciasno i nie ma okna...

- Nie szkodzi, za to jest luk. Dopóki nie będzie padać, będę miał 

powietrza, ile dusza zapragnie.

- Będzie ci tam wygodnie?

- Zwykle ja tam śpię - wtrąciła Abby i bardzo to lubię, ale tatuś 

mówi, że w czasie tej wycieczki będę mieszkać z tobą.

- Przepraszam. Przeze mnie macie same kłopoty!

- Nic nie szkodzi! - Abby szczerze uśmiechnęła się. - Będzie wesoło!

Laine zerknęła na jedno i na drugie.

- Dopóki nie pożałujecie, że wzięliście mnie ze sobą!

- Nie obawiaj się!

Spojrzał na nią w taki sposób, że serce jej zadrżało...

- Piwa?

- Prosto z puszki?

background image

- Już się robi!

Popijając piwo, usiadła obok Jake'a, w otwartym kokpicie, zaś Abby 

z lodem wróciła na swoje ulubione miejsce na dziobie. Jej pomarańczowy 

kapok odbijał się jaskrawo od krajobrazu pełnego brązów i zieleni. 

Dwa   razy   przepłynęli   obok   niewielkich   miasteczek,   kilkakrotnie 

mijali śluzy. Wszystko to było dla Laine czymś zupełnie nowym i cieszyła 

się każdą chwilą tego cudownego dnia.

Pod wieczór Jake nieco zwolnił tempo.

- Zacumujemy tutaj na noc - postanowił. - Zjemy w gospodzie.

Powoli   skierował   motorówkę   w   stronę   przystani.   Gdy   dobili   do 

pomostu, chwycił za pachołek i zwrócił się do Laine:

- Skocz na brzeg i zacumuj dziób. Abby rzuci ci linę.

- Ja to zrobię - usłyszeli głos dziecka. Dziób właśnie zbliżał się do 

pomostu. Abby z liną w ręku chlupnęła w wodę z wielkim pluskiem.

Laine  zdrętwiała patrząc na zbliżający się pomost.

- Zgniecie ją! Łap za bosak i odepchnij nas! - krzyknął Jake.

Chwyciła bosak, próbując odepchnąć łódź od pomostu. W tym czasie 

Jake złapał boję ratunkową i pobiegł na dziób.

- Abby, podpłyń do bojki - krzyknął widząc, że wylądowała blisko od 

podskakującej na falach figurki. - Nie utoniesz, płyń!

Łódka znów zaczęła odpływać.

- Laine, zahacz bosak o deski i trzymaj!

Nerwowo zaczęła szukać punktu zaczepienia. W końcu znalazła jakiś 

sęk i już łatwiej było utrzymać łódź.

Odpychała lub przyciągała motorówkę, starając się utrzymać ją w 

jednym miejscu, aby Jake mógł wyciągnąć dziewczynkę na pokład.

background image

- Zostań tam i nie ruszaj się! - krzyknął do dziecka.

Kilka osób siedzących w gospodzie, widząc co się dzieje, wybiegło 

na pomost. Przy ich pomocy łódka została szybko przycumowana. 

Abby siedziała na rufie jak mokry psiak, dygocząc z zimna i emocji. 

Laine chciała podejść do małej, utulić ją, ale powstrzymała się. To była 

rola Jake'a.

- No i co mądralo? - zapytał. - Już zapomniałaś, czego cię uczyłem i 

chciałaś zrobić po swojemu? Opłaciło się?

- No nie... - szlochała dziewczynka.

- Nigdy więcej tego nie rób, O.K.?

Jego głos złagodniał. Abby patrzyła na niego przez łzy i potrząsnęła 

głową.

- No, chodź. Trzeba cię wysuszyć!

Abby zerwała się i mocno objęła go.

- Tatusiu, tak mi przykro!...

Jake czule potarmosił mokrą czuprynkę.

- Mam nadzieję! Popatrz na Laine! Przestraszyła się jak nigdy  w 

życiu!

Abby zerknęła na pobladłą twarz kobiety, po czym szybko wtuliła się 

w ojca.

- Zimno mi!

- Czy mogę ci pomóc? - spytała Laine. Nie bardzo wiedziała, czy 

powinna się wtrącać, ale tak bardzo pragnęła zająć się małą.

- Pomóż temu łobuzowi wysuszyć się i przebrać w suche rzeczy - 

powiedział   z   wdzięcznością   -   a   ja   sprawdzę,   czy   łódź   jest   dobrze 

zacumowana.

background image

Abby ruszyła do kabiny. Laine ruszyła za nią, jej oczy błyszczały. 

Wreszcie mogła zająć się swym dzieckiem, tak jak matka.

background image

Rozdział 5

- Jak ci poszło? - usłyszała głos Jake'a.

Abby   już   spała,   a   Laine   właśnie   wkładała   Goldie   do   podróżnego 

koszyka.

Czy naprawdę musiał o to pytać?... Gdy rozbierała Abby z mokrych 

rzeczy, wycierała, a potem przebrała ją w suche, ciepłe ubranie, poczuła, 

że wypełnia powinność, która jest w niej. Zmuszono ją kiedyś, by oddała 

to dziecko, a teraz trzymała je w objęciach. Odzyskała jakąś ważną część 

samej siebie...

Spojrzała   na   Jake'a,   jej   błyszczące   oczy   i   gorący   rumieniec 

powiedziały mu dużo więcej niż słowa...

-   Cieszę   się   -   powiedział.   -   Wiesz,   ludzie   na   łódce   szybko   się 

poznają. To niezły test na to, czy do siebie pasują. Myślę, że wyszło nam 

świetnie, a ty?

- Ja także tak myślę.

Później, po posiłku, usiedli w ciemnym kokpicie.

Nie dotykali się, a jednak Laine czuła, że nawiązała się między nimi 

silna więź, bez zbędnych słów.

W końcu uśmiechnął się, a jego oczy zaświeciły w mroku.

- Zejdź na dół, Laine. Zamknij bulaje - o mnie się nie martw. Wejdę 

przez luk.

Nie było żadnego tarcia, żadnej niezręczności... Pasowali do siebie 

po prostu.

Gdy usłyszała jego miękki śmiech i zobaczyła wyciągnięte ku sobie 

ramiona... wtuliła się w nie bez wahania, chętnymi ustami przyjmując jego 

background image

pocałunek. Serce biło jej mocno...

- Cudowne zakończenie cudownego weekendu - szepnął całując ją 

namiętnie. Silne ramiona mocno obejmowały jej drżące ciało...

- Laine... Chciałbym... - wyrwało mu się. - Zresztą, nieważne...

“Co   chciał   powiedzieć?   -   zastanawiała   się.   -   Że   pragnie,   aby 

została...? A może, że mają przed sobą wspólną przyszłość...?”

Czuła jego namiętność, lecz czuła również, że coś go powstrzymuje. 

Ale   tak   gorąco   ją   całował...   Na   wspomnienie   przeszył   ją   rozkoszny 

dreszcz.

Wydobyła   z   koszyka   śpiącego   psiaka   i   zanurzyła   twarz   w   jego 

futerku.

-   Jestem   głupia,   Goldie   -   wyznała   -   zakochałam   się.   Co   o   tym 

sądzisz?

Goldie sapnęła i polizała ją po policzku...

Minęło   kilka   dni,   zanim   Jake   znowu   się   odezwał.   Słysząc   w 

słuchawce   jego   głos   miała   ochotę   śpiewać   ze   szczęścia.   Dzwonił,   by 

zaprosić ją na koncert w Birmingham.

- Mam dwa bilety na jutro - oznajmił - powiedz, że pójdziesz!

- Z przyjemnością.

-   To   świetnie.   Przyjadę   po   ciebie   wcześniej,   to   wybierzemy   się 

przedtem na kolację. Do zobaczenia, kochanie.

“Kochanie”?   Zatkało   ją.   Jake   nie   miał   zwyczaju   rozrzucać   takich 

słów   jak   confetti?   Co   to   “kochanie”   miało   znaczyć?   Czy   to   tylko 

przejęzyczenie?  A może naprawdę znaczyło to,  co tak bardzo  pragnęła 

usłyszeć?

Przez   cały   wieczór   był   troskliwy,   czarujący,   dowcipny   i 

background image

promieniował jakimś nieodpartym urokiem. Laine czuła, że pogrąża się 

coraz bardziej.

Prowadząc   samochód,   Jake   zaczął   pogwizdywać   jakąś   wesołą 

melodię. Laine uniosła głowę, by na niego spojrzeć. Wchłaniała w siebie 

tę atmosferę!

W   pewnym   momencie   przestał   gwizdać   i   posmutniał.   To,   co 

powiedział, zabrzmiało jak ostry dźwięk telefonu przerywający ciszę.

- Laine, niepokoję się o klub w Burchester. Przy obecnych podatkach 

będę zmuszony go zamknąć.

Laine wróciła do rzeczywistości, bo jej myśli odbiegły  daleko od 

spraw zawodowych.

W zamyśleniu przygryzła wargi.

- Zauważyłam, że dochody ostatnio się zmniejszyły. W porównaniu z 

zeszłym rokiem spadły na łeb na szyję. Czyżby interes się załamał?

-   Nie.   Byłem  tam  niedawno   i   stwierdziłem,   że   ruch   jest   taki   jak 

zwykle. Może to ten nowy system księgowania?

- Niemożliwe. Używamy  ciągle tego samego. Czy  tam jest nowy 

kierownik?

- Danny Matthews jest od kilku miesięcy. Dlaczego pytasz?

- Chyba powinieneś go mieć na oku.

- Cholera! - Jake był poirytowany. - Nie mogę go zwolnić. Jest po 

stażu.

- Po prostu  przez jakiś czas miej na niego oko. Nie dopuść, aby 

zaczął cokolwiek podejrzewać!

- Może to byłoby najlepsze rozwiązanie!

- Wtedy zacznie znowu. Nie, Jake, musisz  być ostrożny! Teraz nie 

background image

masz   dostatecznych   dowodów,   by   go   zwolnić,   ale   jeśli   cię   straszył 

Związkami, możesz mu zagrozić publicznym ujawnieniem jego sprawek.

-   Fakt.   Muszę   mieć   mocne   dowody,   zanim   zrobię   jakiś   ruch.  W 

końcu   to   tylko   podejrzenia.   Będę   tam   możliwie   często   zaglądał. 

Zwłaszcza, że on w przyszłym tygodniu jedzie na urlop.

- Fantastycznie! Na ten czas przyjmij na jego miejsce kogoś, komu 

całkowicie ufasz. Uważnie przejrzyj rachunki. Jeśli przychody wrócą do 

poprzedniego poziomu, będziesz miał go w ręku.

- Dobrze, zrobię jak mi radzisz. Dziękuję ci. Przepraszam, że znów 

zawracam ci głowę moimi problemami.

- Nie ma sprawy! Cieszę się, że mogę ci pomóc.

- No, jesteśmy na miejscu. Czy jestem zaproszony?

- Jakże bym śmiała puścić cię do domu bez odrobiny kawy?

Gdy Laine weszła z kawą, Jake leżał na kanapie. Na jej widok wstał, 

by pomóc odstawić tacę.

- Chodź do mnie - szepnął pociągając ją ku sobie.

Laine drżąc z emocji, zapadła w miękkie poduszki. Objął ją i zaczął 

całować   długo,   namiętnie...   Przymknęła   oczy   pozwalając   unieść   się 

zapamiętaniu.

- Kochanie  - wyszeptał  unosząc  głowę.  - Nie  wiem,   jak  mogłem 

dotąd żyć bez ciebie. Wyjdziesz za mnie?

Laine podniosła głowę. Wprawdzie miała nadzieję na jakiś trwalszy 

związek, ale takiej propozycji się nie spodziewała. Przynajmniej jeszcze 

nie teraz. Znali się krótko, a poza tym sam przecież mówił, że nie chciałby, 

żeby jakakolwiek kobieta zajęła miejsce jego zmarłej żony.

Widząc jej zaskoczoną minę Jake dokończył:

background image

- Wiem, że pragnąc, abyś przeniosła się do nas, proszę o zbyt wiele, 

ale... Abby i ja... tak  bardzo ciebie potrzebujemy...

Laine miała wrażenie, że jakaś gwałtowna fala wstrząsnęłą całą jej 

istotą. To było wprost niewiarygodne! W chwili, gdy krótkie “tak” miała 

na końcu języka, w ogóle nie pomyślała o Abby! Czy umie dochować 

tajemnicy?

Właściwie do tej pory nic innego nie robiła. Cóż takiego mogłoby się 

zdarzyć w przyszłości, aby jej sekret wyszedł na jaw? Kochała Jake'a! 

Niczego na świecie tak nie pragnęła, jak zostać jego żoną.

Uśmiechnęła   się   do   ciepłych,   brązowych   oczu,   czekających   na 

odpowiedź.

- Tak - wyszeptała.

On zaś wydał jakiś nieartykułowany okrzyk i porwał ją w ramiona. 

Trwali tak objęci, ciesząc się sobą, swą bliskością i tym, że należą do 

siebie.

Gdy w końcu Jake poruszył się, podniosła głowę.

- Kiedy? - zapytała.

- Jak najszybciej. Masz coś przeciwko?

- Nie. Kocham cię, Jake.

- Laine! - szeptał, gorączkowo całując jej twarz - Laine, tak bardzo 

cię potrzebuję. Czy chcesz mieć huczne wesele?

- Niekoniecznie, a ty?

- Absolutnie. Im mniej ludzi, tym lepiej.

Chyba jednak Jake miał wciąż poczucie winy z powodu powtórnego 

małżeństwa - pomyślała.

- Ale w kościele, dobrze? - poprosiła. - Nie jestem aż tak gorliwą 

background image

chrześcijanką, ale mam wrażenie, że nasz ślub będzie wówczas bardziej 

prawdziwy.

-   Najmilsza,   może   być   wszędzie,   byleby   był!   Kościół   to   dobre 

miejsce, ale rodzicom powiem dopiero po fakcie. Nie chcę ich tu ciągnąć, 

a pewnie czuliby, że to obowiązek zjawić się na uroczystości. A twoi?

Zawahała się... Na pewno czuliby się dotknięci, dowiadując się o 

wszystkim post factum, ale byli częścią jej dramatu... Chciała wejść w 

przyszłość wolna od tego, co było.

A  co   z  Abby?   Ona   była   raczej   dopełnieniem   jej   szczęścia,   a   nie 

powodem, dla którego wiązała się z Jake'm. Abby zbliżyła ich do siebie, 

ale   jej   uczucia   dla   Jake'a   nie   miały   nic   wspólnego   z   pragnieniem 

połączenia się z córką.

-   Sądzę,   że   powinnam   ich   zaprosić.   Mimo   wszystko   są   moimi 

rodzicami. I uważam, że ty też powinieneś zaprosić twoich!

-   Tak,   masz   rację.   Jest   jeszcze   moja   siostra,   choć   wątpię,   czy 

przyjedzie,   mieszka   w   Singapurze.   Ale   żadnych   ciotek,   wujków,   ani 

przyjaciół rodziny!

- Zgoda. Cicha uroczystość bez zbędnego szumu!

Gdy Jake odjechał, Laine wyciągnęła się na sofie, by przemyśleć to 

wszystko.   Tak   wiele   wydarzyło   się   w   tak   krótkim   czasie!   Jednak   jej 

szczęście   nie   było   pełne.   Tkwił   w   nim   mały   cierń!   Jake   nigdy   nie 

powiedział jej, że ją kocha. Potrzebował - owszem, ale ani słowem nie 

wspomniał o miłości.

Może   już   nigdy   jej   nie   pokocha?   Może   będzie   musiała   żyć   ze 

świadomością, że jest tą drugą...

No cóż... Prawdopodobnie decydował się na małżeństwo ze względu 

background image

na Abby. Wzruszyła ramionami. Niech i tak będzie. Wchodziła w ich życie 

pozbawiona złudzeń.

Ma szansę, by być blisko osób, które kocha. Jake ją lubił, a nawet 

pożądał... To jej musi wystarczyć.

***

Mała Abby przyjęła wiadomość o małżeństwie normalnie, ale bez 

entuzjazmu. Laine poczuła się zawiedziona.

- Jak będę cię teraz nazywać? - zapytała dziewczynka.

- Możesz nadal mówić do mnie Laine - odpowiedziała ze smutkiem - 

ale jeśli wolisz “mamo”, będzie mi bardzo miło.

- Aha - odparła zamyślona. Nagle jej oczy rozbłysły. - Czy mogę być 

twoją druhną?

To pytanie zaskoczyło Laine.

- Wprawdzie nie pomyślałam o tym - powiedziała ostrożnie - ale 

może to dobry pomysł. Jake, co o tym sądzisz? Abby będzie na pewno 

ślicznie wyglądała?

- Dziewczyny, róbcie jak chcecie. Jeśli chodzi o mnie, nie dam się 

wbić w żaden frak ani cylinder!

-   Nawet   nie   marzyłyśmy,   byś   wkładał   coś   tak   dystyngowanego! 

Prawda, Abby?

Abby zachichotała.

-   Wyglądałbyś   przezabawnie,   tato.   Laine,   jaką   będziesz   miała 

suknię?

- Chyba nałożę coś kremowego - wyszeptała Laine.

background image

- Kolor będzie dobry... - przyznała Abby. - Czy ja mogę mieć zieloną 

sukienkę?

- To nie jest dobry kolor na ślub.

- Dlaczego?

- Mówią, że przynosi nieszczęście.

- Chyba w to nie wierzysz?

- Niezupełnie, ale wolałabym nie ryzykować! Może zgodzisz się na 

błękit? Z zieloną szarfą? - dodała pragnąc zadowolić córkę.

- Zresztą, zobaczymy.

- O.K. Kiedy zrobimy zakupy?

- Niedługo - obiecała Laine, całując ją w złocistą główkę. - Niedługo.

Ślub   miał   się   odbyć   w   sierpniu.   Kilka   tygodni   upłynęło   im   na 

gorączkowych   przygotowaniach.   Laine   sprzedała   dom   bez   większych 

kłopotów, choć zajęło jej to trochę czasu.

Na sukienkę kupiła piękną kremową satynę oraz pajęczą koronkę ze 

złotej nici.

Pani   Foale   poleciła   jej   dobrą   krawcową   i   już   podczas   pierwszej 

przymiarki Laine wiedziała, że suknia będzie dobrze uszyta.

Lejący   materiał   cudownie   podkreślał   figurę,   a   pokrycie   go   złotą 

koronką nadawało całej kreacji niepowtarzalny urok.

-   Wygląda   pani   jak   księżniczka   -   krawcowa   wyraziła   szczery 

zachwyt.

Sukienkę   dla   Abby   kupili   w   domu   mody.   Dziewczyna   była 

zachwycona jedwabną kreacją, którą w końcu upolowali. Stała teraz przed 

ojcem, pokazując jak pięknie wygląda.

- Wybrudzisz ją - Laine była nieubłagana. - Wcale nie mam ochoty 

background image

mieć na swym ślubie druhny w poplamionej sukience.

- Wtedy zostawimy cię w domu - zagroził Jake.

- Nie zrobisz tego - Abby mu uwierzyła. Patrzyła teraz to na jedno, to 

na drugie z bardzo niepewną miną.

Laine musiała powstrzymać się, by nie wybuchnąć śmiechem.

-   Więc   czemu   jej   nie   zdejmiesz?   -   zapytała   łagodnie.   -   Chodź, 

pomogę ci.

Abby   skapitulowała,   ale   humor   się   jej   poprawił,   bo   pani   Foale 

poprosiła na kolację.

Jake   większość   czasu   spędzał   w   klubie   w   Burchester,   próbując 

rozwiązać   zagadkę   niskich   dochodów.   Miał   też   sporo   pracy   z 

przygotowaniem   do   otwarcia   nowego   ośrodka,   co   miało   nastąpić   na 

tydzień przed ich ślubem i wymagało sporo zachodu.

Kiedy Danny Matthews wyjechał na urlop, zyski z klubu Burchester 

wróciły do normy. Po powrocie, gdy znów przejął kierownictwo, znowu 

spadły.

- Czy potrzebne ci są inne dowody? - zapytała Laine. - Facet kradnie.

- Nabrał mnie - podsumował Jake - zwykle byłem znawcą ludzi. Tym 

razem nie miałem nosa. Jutro się z nim rozprawię.

- Masz kogoś na jego miejsce?

- Owszem. Colin Lacey, pomocnik Lena Castora, będzie się nadawał. 

To odpowiedzialny facet, dobrze mu idzie z klientami.

- Cieszę się, że załatwisz to przed naszym wyjazdem.

- Ja również. Będę mógł za tydzień o wszystkim zapomnieć.

- O wszystkim?

- Oczywiście z wyjątkiem nas! Laine, chodź tu. Nie całowałem cię 

background image

przez ostatnie pół godziny!

***

Rodzice Jake'a przylecieli z Montrealu na kilka dni przed ślubem i 

Laine pojechała do jego domu, by ich przywitać.

Jake był wierną kopią ojca, ale jak ta drobna blondyneczka zdołała 

urodzić   tak   potężnego   syna?   Laine   nie   potrafiła   sobie   tego   wyobrazić. 

Była tak filigranowa, że mogła swobodnie przejść pod jego wyciągniętym 

ramieniem.

- Tak bardzo się  cieszymy  - powiedziała  matka  Jake'a, gdy  tylko 

znalazła się z Laine sam na sam. - Dobrze, że cię ma. Był tak zrozpaczony, 

gdy   umarła   Jane.   Myśleliśmy,   że   nigdy   się   z   tego   nie   otrząśnie,   ale 

widocznie nie jest pisane mężczyznie, by zbyt  długo pozostawał samotny.

- Ma Abby - szepnęła Laine, zawstydzona tą rozmową.

- Dziecko nigdy nie zastąpi żony. A teraz Jake będzie mógł mieć 

własnego syna! Czy to nie cudowne?

Laine z wysiłkiem opanowała się.

- Chciałabym, żeby tak się stało, ale Abby jest mu bardzo bliska, 

kocha ją.

- My również ją kochamy, ale adoptowane dziecko nigdy nie będzie 

takie jak własne, prawda?

- Nie wiem - przyznała Laine. - Chyba niektórzy ludzie są w stanie o 

tym zapomnieć.

- No cóż, tak czy inaczej mamy nadzieję, że wkrótce doczekamy się 

nowego   członka   klanu   Benningtonów.   Siostra   Jake'a   ma   troje   dzieci, 

background image

mówił ci o tym?

- Owszem. Szkoda, że nie mogli przylecieć na ślub, ale cudownie, że 

wy jesteście.

- Jake mówi, że twoi rodzice przyjeżdżają jutro. Cieszysz się?

- Oczywiście. Oni nie znają Jake'a. Mieszkają daleko i nie mogli nas 

odwiedzić, a my byliśmy zbyt zajęci, by jechać do Surrey.

Pani Foale znów okazała się nieoceniona i zgodziła się nadal u nich 

pracować. W ten sposób pytanie, czy Laine ma rzucić pracę, nie zostało 

postawione.

Gdy   przyjechali   rodzice,   Laine   ze   smutkiem   przyglądała   się   ich 

twarzom. Ojciec miał zaledwie pięćdziesiąt pięć lat, matka nieco mniej, ale 

wyglądali,   jakby   życie   odebrało   im   wszelką   radość.   Zestarzeli   się 

przedwcześnie.

Byli   znacznie   mniej   ruchliwi   od   rodziców   Jake'a,   od   nich  dużo 

starszych. Matka Jake'a wyznała, że fryzura kosztuje ją sporo zachodu: 

trwała, farbowanie, ale czuje się młodsza, gdy w lustrze nie widzi siwizny. 

Matka   Laine   nie   przywiązywała   takiej   wagi   do   swego   wyglądu.   Miała 

włosy szpakowate, krótko obcięte, bez śladu ondulacji.

Wyglądało, że akceptują Jake'a, chociaż Laine nie była pewna, czy 

wypływa to rzeczywiście z sympatii, czy tylko z uprzejmości.

- Masz szczęście, Laine - powiedziała matka, gdy były same. - Z 

twoją przeszłością... Już myśleliśmy, że poszłaś w odstawkę! Powiedziałaś 

mu?...

Laine była przekonana, że matka to wywlecze.

- Nie, mamo.

- Nie powiedziałaś?! Ty głupia dziewczyno! Sama pakujesz się   w 

background image

kłopoty. Pewnie bałaś się, że cię rzuci, gdy pozna prawdę. No cóż, nie 

mogę cię winić za to, że jesteś ostrożna. Prawdopodobnie tak by postąpił.

Co   będzie,   gdy   Jake   się   dowie,   że   miała   kochanka   i   urodziła 

dziecko?...

Nigdy nie pytał jej o przeszłość. Ona bała się, żeby cokolwiek mu 

powiedzieć.

- To nie tak, mamo - powiedziała, usiłując przekonać samą siebie. - 

Po prostu to pytanie nigdy nie padło. On bierze mnie taką, jaka jestem i ja 

tak samo. Przeszłość się nie liczy.

-   Powinnaś   przyjechać   do   domu   i   tam   wziąć   ślub   -   powiedział 

później ojciec. - To zaoszczędziłoby twojej matce trudów podróży.

- Ale teraz  tu jest mój dom - zaoponowała. - Nie mogłam przecież 

ściągać Jake'a do Leatherhead.

- Ale nas mogłaś! Zawsze byłaś egoistką.

- Nie musieliście przyjeżdżać - odparła. Czuła się urażona.

Ojciec nie miał prawa tak powiedzieć. Jakże teraz żałowała, że nie 

posłuchała Jake'a, aby nie zapraszać rodziców.

- No cóż, ale jesteśmy - wtrąciła pani Tyson. - Ojciec przyjechał, by 

cię poprowadzić do ołtarza. Mam nadzieję, że to będzie ładna ceremonia.

-   Będzie   tylko   bliska   rodzina   -   powiedziała   zimno.   -  Chcieliśmy, 

żeby uroczystość była skromna.

***

Jednak,   gdy   następnego   dnia   Laine   włożyła   swą   ślubną   suknię, 

matka zaprzestała wygłaszania cierpkich uwag.

background image

- Wyglądasz ślicznie, kochanie. Wciąż masz takie piękne włosy, a te 

złociste   koronki   jeszcze   dodają   im   blasku.   Chciałabym,   żebyś   była 

szczęśliwa.

- Dziękuję, mamo - Laine uniosła kremowy welon, przytrzymywany 

pękiem kwiatów pomarańczy otoczonych chmurą złotych liści. Ucałowała 

matkę. - Idź już na dół. Samochód może być w każdej chwili.

-   Po   co   taki   wydatek   dla   mnie   jednej!   -   Pani   Tyson   nie   mogła 

powstrzymać się od uwag.

- Mogę sobie na to pozwolić, mamo. Chcę jechać tylko z ojcem, 

zgodnie ze zwyczajem.

Ku jej zdumieniu w oczach matki pojawiły się łzy.

- Moja piękna córka - wyszeptała. - Zawsze chcieliśmy dla ciebie 

wszystkiego, co najlepsze. Mamy tylko ciebie. Przeżyliśmy wtedy takie 

rozczarowanie...

- Wiem, mamo - Laine z trudem powstrzymywała łzy. - Popełniłam 

błąd i płaciłam za to, aż do tej chwili. Teraz zaczynam od nowa. Życz mi 

szczęścia!

Obie   kobiety   padły   sobie   w   objęcia.   “Gdyby   ona   była   taka 

przedtem!” - myślała ze smutkiem Laine, po raz pierwszy zdając sobie 

sprawę z tego, jak bardzo brakowało jej przez te wszystkie lata matczynej 

miłości i zrozumienia.

W   pół   godziny   później   Laine   kroczyła   główną   nawą,   starego, 

kamiennego kościółka.

Jake   wyglądał   wspaniale   w   jasnoszarym   garniturze,   śnieżnobiałej 

koszuli i srebrnym krawacie.

Podziw i uczucie, które zobaczyła w jego oczach, wynagrodziły jej 

background image

wysiłek, aby dla niego wyglądać jak najpiękniej. Odwróciła się, by podać 

małej Abby swój ślubny  bukiet. Dziewczynka z namaszczeniem wzięła 

kwiaty.

Przysięgę   małżeńską   składała   czystym,   pewnym   głosem,   który 

pięknie współbrzmiał z głębokim barytonem Jake'a. Jego mocny uścisk, 

pocałunek   w   zakrystii,   były   obietnicą   na   przyszłość.   Obietnicą 

bezpieczeństwa i namiętności.

Najtrudniejsze   było   rozstanie   z   Abby,   kiedy   po   zakończeniu 

uroczystości wyjeżdżali na swój miodowy miesiąc. Dziewczynka została 

pod opieką pani Foale, w towarzystwie rodziców Jake'a.

Laine wiedziała, że nie ma żadnych powodów do niepokoju, więc 

łajała siebie w duchu za głupie, irracjonalne łzy.

  Jechali   autostradą   na   południowy   zachód.   Oparta   wygodnie   na 

tylnym siedzeniu, oddała się rozmyślaniu na temat wydarzeń minionego 

dnia - o nagłym przypływie uczuć matki, o Abby - dumnej i szczęśliwej. I 

w tym wszystkim obraz Jake'a, gdy patrzył jak idzie ku niemu główną 

nawą kościoła. Ta cudowna chwila na zawsze pozostanie w jej pamięci!

Późnym wieczorem zajechali na parking przed starym zajazdem na 

skraju Dartmoor.

W ramionach męża znalazła szczęście, o jakim nie marzyła.

- Moja piękna, cudowna żona - usłyszała czuły szept w środku nocy. 

- Najdroższa, jak dobrze, że zgodziłaś się wyjść za mnie.

- Och, kochany!

Była   szczęśliwa,   bezgranicznie   szczęśliwa,   ale...   do   tej   pory   nie 

usłyszała słowa “kocham cię”.

background image
background image

Rozdział 6

W ciągu najbliższych tygodni Laine przekonała się, iż niepotrzebnie 

się bała, że Jake zapyta o przeszłość.

Nie interesowały go jej poprzednie miłości, chociaż poznał każdy, 

nawet najdrobniejszy szczegół jej ciała lepiej, niż linie na własnej dłoni.

Po miodowym miesiącu, Laine potrzebowała kilku tygodni, by stać 

się częścią tej rodziny, by odczuć, że te subtelne więzy łączące ją, Jake'a i 

dziecko   zostały   w   końcu   zadzierzgnięte.   Przypomniała   sobie   Boże 

Narodzenie:   Jake'a,   patrzącego   z   wyrozumiałością   na   ich   wybryki, 

podekscytowaną Abby... Wciągnęli ją w sam środek swoich zwyczajów, 

swojej radości. Czegoś takiego brakowało jej w ciągu tych ostatnich lat.

Od   nowego   roku   Jake   zaczął   rozszerzać   swoje   “imperium”.   W 

związku z tym zdarzało się, że często był poza domem. Jego najnowszy 

ośrodek miał powstać pod Londynem, co oznaczało dłuższą nieobecność.

- Jeśli chcę, żeby sieć klubów objęła cały kraj, muszę mieć w stolicy 

oparcie - wyjaśniał ze swym zwykłym zapałem. - Miałem szczęście, że 

trafiło mi się to miejsce w Enfield. Do moich celów nadaje się idealnie. 

Niedaleko stąd do West Endu, gdzie chciałem założyć następny klub.

- Nienawidzę, gdy cię nie ma w domu - Laine ogarnął buntowniczy 

nastrój.   Tak   bardzo   chciała   mieć   mężczyznę,   którego   kochała   coraz 

mocniej, zawsze przy sobie.

- Wiem, kochanie. Nie lubię tego tak samo jak ty - pocałował ją 

czule. - Będę z powrotem najszybciej jak się uda, ale bez sensu byłoby 

dojeżdżać codziennie. Popracuję również wieczorem i dzięki temu będę 

mógł wrócić wcześniej.

background image

Westchnęła.

- Im większe staje się twoje imperium, tym dalej będziesz musiał 

podróżować - stwierdziła ponuro. - Abby również tęskni za tobą.

- Znałaś moje plany, kiedy zgodziłaś się wyjść za mnie - powiedział 

szorstko. - Jeśli chcę odnieść sukces, muszę tak działać. W końcu, kiedy 

jestem nieobecny, Abby ma ciebie, za co jestem ci niezmiernie wdzięczny. 

I ty też nie jesteś sama.

Czuła,   że   za   chwilę   się   rozpłacze.   Nie,   nie   może.   Jake   nie 

potrzebował głupiej idiotki, która chce go omotać i zatrzymać przy sobie. 

Nie było to w jej stylu.

- Owszem, Abby dotrzymuje mi towarzystwa, ale ona nie zastąpi mi 

ciebie. Gdy ciebie nie ma, ona... ona czuje się urażona moją opieką.

- Wydaje ci się, kochanie - powiedział nieco łagodniej.

Odwróciwszy się by ją ucałować, dostrzegł łzy na jej policzkach.

- Nie płacz, najdroższa. Będę z powrotem, zanim obie zdążycie za 

mną zatęsknić.

Jake w ogóle nie rozumiał uczucia osamotnienia, które w miarę jak 

jego wyjazdy stawały się częstsze, ogarniało ją coraz bardziej.

Uniosła się na łokciu.

-   Powinieneś   już   wstać   -   powiedziała   chłodno   -   spóźnisz   się   na 

spotkanie.

Jake spojrzał na budzik i wyskoczył z łóżka.

- Masz rację!

Pobiegł do łazienki, całkowicie pochłonięty planami na rozpoczęty 

dzień.

- Czy moja walizka gotowa?

background image

- Owszem - Laine ze złością wiązała szlafrok. - Śniadanie będzie za 

dziesięć minut.

“Co się dzieje?” - myślała budząc Abby, odgrzewając fasolę, gotując 

jajka,   przygotowując   grzanki.   Co   się   stało   z   tym   ciepłem,   z   czułym 

zrozumieniem,   które   wytworzyło   się   między   nimi   w   ciągu   tych 

pierwszych,   cudownych   tygodni   ich   małżeństwa?   Dlaczego   tak   ją 

denerwowały   wyjazdy   Jake'a?   Przecież   wiedziała,   że   po   ślubie   będzie 

także zajęty. Wtedy jej to nie przeszkadzało. Miała Abby  i swoją pracę...

Może dlatego odbiera wszystko w ten sposób, że Jake nie jest tak 

zaangażowany   jak   ona?   Westchnęła.   Tak,   to   prawda.   Była   zaledwie 

namiastką kobiety, którą kochał.

Nigdy nie zostawiał swojej pierwszej żony samej, a Abby tylko w 

wyjątkowych przypadkach. Teraz zaś oczekiwał, że ona zaakceptuje jego 

częste   nieobecności,   zrozumie   jego   pracę,   że   będzie   zajmować   się 

dzieckiem.  Nalała  mleko  do filiżanek  i odstawiła  kartonik  do  lodówki, 

zamykając z trzaskiem drzwi. Tak, teraz może zostawiać córkę z czystym 

sumieniem.

Powinna   była   o   tym   wszystkim   pomyśleć,   kiedy   za   niego 

wychodziła,   ale   wtedy   namiętność   poniosła   ją   w   krainę   szczęścia.   Nic 

poza tym się nie liczyło. Teraz zobaczyła wszystko bardziej realnie.

Smarowała kanapki jak automat.

Abby jej nie wystarczała. Pragnęła Jake'a, całego Jake'a. Również 

jego zaangażowania, miłości, nie tylko pożądania.

Zresztą zawiodła się na swojej córce. Kiedy Jake znajdował się w 

pobliżu, mała była pogodna i kochająca, lecz gdy wyjechał traciła humor i 

stawała się nieznośna.

background image

Wcale nie dlatego, żeby jej nie lubiła. Czasami bardzo żywiołowo 

okazywała jej swoją sympatię. Po prostu dla niej była obcą kobietą, nie 

mogła   zastąpić   jej  ojca,  którego   ubóstwiała.   Czuła   się   opuszczona  i to 

odbijało się w jej zachowaniu.

No   cóż,   zrozumienie   faktu   wcale   nie   czyni   życia   łatwiejszym. 

Zwłaszcza,   jeśli   tęskni   się   za   miłością   córki   prawie   tak   samo   jak   za 

miłością męża.

Abby i Jake weszli razem, gdy ona rozkładała talerze na stole. W 

garniturze był przystojny, że serce znowu jej się ścisnęło. Abby miała na 

sobie stare dżinsy i powyciągany sweter.

- Dzięki.

Uprzejmość Jake'a drażniła ją.

Szybko zjadł śniadanie, szybko wypił kawę.

-   Dostaniesz   niestrawności   -   ironicznie   zauważyła  Abby.   -   Tato, 

naprawdę musisz wyjeżdżać? Mam teraz ferie, a zawsze gdzieś się w tym 

czasie wybieraliśmy...

- Nie tym razem, maleńka. Jestem zbyt zajęty. Laine pracuje. Poproś 

panią Foale, żeby cię gdzieś zabrała.

- To nie to samo!

- Mogę wziąć dzień wolnego - szepnęła Laine.

- Nie trudź się!

Abby zerwała się z krzesła i jak burza wypadła z kuchni.

- Teraz widzisz, co miałam na myśli - powiedziała do męża.

- Jestem spóźniony. Jakoś sobie poradzisz - cmoknął ją w policzek i 

już   był   przy   drzwiach.   -   Zadzwonię   wieczorem.   Telefon   do   hotelu 

zapisałem w notesie, leży koło aparatu...

background image

- Do widzenia. 

Czy   to   jest   ten   Jake,   unikający   jej   wzroku,   zabiegany, 

przepracowany? Był obcy.

Powoli   weszła   po   schodach   i   zajrzała   do   pokoju  Abby.   Dziecko, 

zwinięte w kłębek leżało na tapczanie słuchając muzyki.

Laine wyłączyła radio i usiadła na brzegu łóżka. Abby spojrzała na 

nią obrażona.

- Słuchałam muzyki!

- Abby, porozmawiajmy. Kochanie, kiedy  twojego ojca nie ma w 

domu, brakuje mi go tak samo jak tobie.

- Nie wyjeżdżał tak często, zanim się nie pojawiłaś.

- Wiem o tym - mówiła przez ściśnięte gardło. Czyżby Abby czytała 

w jej myślach...? - Spróbuj go zrozumieć! Jest bardzo zajęty pracą, a teraz, 

gdy my mamy siebie do towarzystwa, sądzi, że może spokojnie wyjechać 

na dłużej. A może jednak wezmę wolny dzień i gdzieś się wybierzemy?

-   Nie,   dziękuję.   Poproszę   panią   Foale,   jeśli   będę   chciała   wyjść, 

chociaż i tak dzisiaj nie jest zbyt ładnie. Idź do pracy, Laine.

- Abby! - Laine mocno przytuliła córkę, ale dziewczynka pozostała 

sztywna i naburmuszona. - Lepiej już pójdę. Wrócę dziś później. Pewnie 

nie zdążę nakarmić psów, zrobisz to za mnie?

- Tak. 

Abby sturlała się z łóżka i poszła pobawić się z psiarnią. W tym 

momencie przyszła pani Foale.

Laine jechała do pracy w nastroju idealnie pasującym do dzisiejszego 

deszczowego poranka. Luty był w tym roku wyjątkowo ponury. Około 

południa nieco się przejaśniło.

background image

Blade słońce przedarło się przez chmury, rzucając wątłe promienie 

na jej biurko.

Zastanawiała się, czy pani Foale wyszła z Abby na spacer. Co teraz 

robi Jake?

Westchnęła ciężko i w nagłym przypływie energii znowu zabrała się 

do pracy. Była tak zajęta, że zapomniała o dręczących ją troskach.

Pół godziny później zadzwonił telefon.

-  To   pani   Foale   -   usłyszała   zaniepokojony   głos   sekretarki.   -   Jest 

bardzo zdenerwowana.

Laine skurczyła się w sobie “Jake!? Abby?!”

- Połącz mnie z nią - powiedziała krótko, czując, że jakaś lodowata 

ręka chwyta ją za gardło.

- Pani Bennington? - usłyszała drżący głos gospodyni. - Chodzi o 

Abby. Nie dopilnowałam jej. Wybiegła na ulicę...

Laine czuła jak jej zasycha w ustach. Słuchawka omal nie wyśliznęła 

się ze spoconej ręki.

- Proszę powiedzieć po prostu, co się stało? - krzyknęła.

- Bawiła się z psami w ogrodzie. Coffe i Goldie szalały jak zwykle i 

pewnie   wypadły   na   drogę,   Abby   wybiegła   za   nimi...   -   pani   Foale 

przerwała.

- I co się stało?

- Byłam w kuchni, gotowałam obiad, nagle usłyszałam pukanie do 

drzwi.   Mężczyzna   był   blady   jak   śmierć.   Potrącił  Abby   samochodem... 

powiedział,   że   wyjeżdżał   zza   zakrętu,   nie   miał   żadnych   szans,   by   ją 

ominąć...

Krew odpłynęła jej z twarzy. Pokój wirował. Z całej siły chwyciła się 

background image

za biurko. Dalsze słowa pani Foale słyszała poprzez narastający szum w 

uszach.

-   Zabrali   ją   do   szpitala.   Była   nieprzytomna   i...   mocno   krwawiła. 

Natychmiast wezwałam karetkę. Przyjechali bardzo szybko...

- Gdzie ona jest? - przerwała te wyjaśnienia.

Pani Foale podała adres szpitala, Laine natychmiast zerwała się na 

nogi.

- Czy zawiadomiła pani pana Jake'a?

- Próbowałam dzwonić pod ten numer, który zostawił, ale go nie 

było.

-   Proszę   spróbować   jeszcze   raz   i   zostawić   wiadomość.   Będę   w 

szpitalu.

- Dobrze. Zostanę tutaj, dopóki pani nie wróci.

- Dam znać, gdy się czegoś dowiem.

Odłożyła   słuchawkę.   Wyjaśniła   Rogerowi   Prentice   co   się   stało, 

zabrała swoje rzeczy i pojechała do szpitala. Natychmiast zaprowadzili ją 

na urazówkę.

-   Nazywam   się   Laine   Bennington   -   przedstawiła   się   pielęgniarce 

takim tonem, że ta spojrzała na nią zaniepokojona. - Moja córka... co z 

nią?...

- Teraz jest u niej lekarz. Proszę zaczekać tutaj. Doktor powie pani, 

jak tylko skończy badanie.

Laine ciężko opadła na wskazane krzesło. Jakże pragnęła teraz, żeby 

Jake był tutaj, żeby doktor pospieszył się, żeby z Abby nie było tak źle jak 

jej podpowiadała wyobraźnia...

Minuty wlokły się w nieskończoność, a mózg Laine powoli zmieniał 

background image

się   w   malutką   bryłkę   lodu,   ukrytą   gdzieś   głęboko,   gdzie   nie   docierał 

żaden, nawet najmniejszy promyk myśli.

Głos lekarza usłyszała jak przez lodową ścianę. Mówił, że potrzebna 

jest   operacja,   aby   zlikwidować   ucisk   kości   czaszki   na   mózg.   Dziecko 

miało złamane ramię i żebra, było bardzo potłuczone.

Tyle mógł stwierdzić przy wstępnych oględzinach.

Lewa połowa twarzy dziewczynki stanowiła jeden ogromny siniak, 

chociaż   krew   została   już   zmyta.   Oczy   były   zamknięte,   długie   rzęsy 

rysowały   się   złotym   łukiem   na   tle   bladości   policzków.   Ciężko   łapała 

powietrze. Laine czuła, że jakaś lodowata dłoń znowu chwyta ją za gardło.

- Abby! - tyle tylko wyrwało się jej ze ściśniętego gardła.

-   Proszę   się   nie   martwić.   Jest   w   ciężkim   stanie,   to   prawda,   ale 

wyjdzie z tego. Zaraz ją zoperujemy. Proszę pójść teraz do bufetu i wypić 

herbatę. Siostra poprosi panią, gdy będzie po wszystkim.

Sama nie wiedziała jak odnalazła bufet. Zamówiła herbatę, upiła łyk 

i siedziała, tępo wpatrując się w stygnący płyn. Zupełnie straciła poczucie 

czasu. Ludzie wchodzili i wychodzili, ona czekała.

Kiedy ktoś usiadł naprzeciw niej, zaledwie rzuciła na niego okiem. 

Czyjaś ciepła dłoń objęła jej palce mocnym, bezpiecznym uściskiem.

- Laine, to ja!

- Jake? - powiedziała drętwo.

Wyostrzone rysy aż nadto wymownie świadczyły o tym, jak bardzo 

cierpiał.

-   Jestem   tutaj,   z   tobą   i   z   Abby!   Właśnie   przewożą   ją   z   sali 

operacyjnej. Za pięć minut będziemy mogli ją zobaczyć. Chodźmy!

Laine sztywno podniosła się z krzesła i pozwoliła się prowadzić na 

background image

górę i dalej, po niekończących się korytarzach.

Abby była na reanimacji.

- Teraz śpi - poinformował chirurg, gdy znaleźli się w jej pokoju - 

proszę   jej   nie   przeszkadzać.   Powinna   obudzić   się   za   godzinę   i   wtedy 

dowiemy się, czy nie nastąpiło uszkodzenie mózgu.

  Ze wszystkich stron dziewczynki zwisały jakieś rurki, przewody. 

Głowę miała do połowy ogoloną. Wielki opatrunek ostro odcinał się od 

nagiej   skóry.   Stłuczenia   na   twarzy   wyglądały   groźnie.   Złamana   ręka 

sterczała poza łóżko, drobna dłoń była cała sina. Dziewczynka oddychała 

równo i nieco lżej.

Laine nie słyszała ani słowa z tego, co mówił lekarz. Twierdził on, że 

wkrótce rany się zagoją.

Podbiegła   do   łóżka,   jakby   ktoś   przypiął   jej   skrzydła.   Nieco 

przerażona sprzętem otaczającym drobną figurkę, uchwyciła się jakiegoś 

drążka.

- Abby! - jęknęła. - O, moje dziecko, moje biedne dziecko! Już nigdy 

cię nie zostawię. Przysięgam, już nigdy!

Była zupełnie nieświadoma, że Jake stoi obok i jak ogłuszony patrzy 

to na zrozpaczoną żonę, to na pielęgniarkę siedzącą obok.

Powoli podszedł do niej i mocno ujął ją za ramię.

- Ona wyzdrowieje. Już nie ma niebezpieczeństwa. Nie słyszałaś, co 

mówił doktor? Tyle, że nie obudzi się przez najbliższą godzinę - nabrał 

głęboko powietrza. - Chodźmy do domu, przebierzesz się.

- Nigdzie się stąd nie ruszę - powiedziała ostro.

- Laine, musimy porozmawiać.

- Porozmawiać?

background image

Odpowiadała jak automat, nie czując nic poza przejmującym bólem. 

Cała uwaga,  cała jej  miłość  skupiła  się  na dziecku.  Bardzo chciała  jej 

pomóc. Jake był w tej chwili jedynie intruzem.

- Laine - w głosie mężczyzny było słychać wahanie. - Przeżywasz to 

tak, jakby ona była twoim własnym dzieckiem!

- Bo jest. Abby jest moją córką.

Wszystko czego teraz pragnęła, to żeby ją zostawił w spokoju. 

Jake podszedł do łóżka i omijając aparaturę pochylił się nad Abby. 

Laine patrzyła, jak opalone palce delikatnie niczym piórko gładzą czoło 

dziewczynki, jak usta całują jej główkę.

- W takim razie zostawiam was razem - wyszeptał cicho.

Laine nie spuszczała oka z Abby.

***

Jake wrócił do szpitala przynosząc trochę rzeczy, które mogły się 

przydać.

Abby nadal spała i pielęgniarka przyniosła dla Laine krzesło. Jake 

postawił obok drugie. Był zamyślony. Siedzieli w zupełnym milczeniu do 

chwili, gdy pielęgniarka zaczęła budzić dziewczynkę.

- Nie chcemy, żeby zapadła w stan śpiączki - wyjaśniła.

Gdy   Abby   zatrzepotała   rzęsami,   z   ust   Laine   wyrwało   się 

westchnienie   ulgi.   Pielęgniarka   zmierzyła   puls   i   temperaturę,   po   czym 

dyskretnie wycofała się na bok. Laine podeszła do łóżka. Abby spojrzała 

na nią przelotnie, patrzyła w stronę Jake'a.

- Tatuś! - wyszeptała z bladym uśmiechem.

background image

Jake pochylił się nad córeczką.

- Hej, maleństwo! Jak się czujesz?

Abby przymknęła oczy.

- Boli - poskarżyła się.

- Wiem, kochanie, ale wkrótce będzie lepiej.

Delikatnie ucałował jej czoło i usiadł. Pielęgniarka znów podeszła, 

by zająć się małą.

Laine rozpłakała  się.  Jej córka  wyzdrowieje,  poznała  ich,  mówiła 

przytomnie.

Wspomnienie   tego   strasznego   przerażenia,   które   trzymało   ją   w 

lodowatym   uścisku   było   jeszcze   wciąż   żywe,   ale   pamiętała   je   teraz 

bardziej   mgliście.   Jake   podszedł,   a   Abby   do   niego   pierwszego   się 

odezwała.   Stłumiła   w   sobie   uczucie   zazdrości   i   spojrzała   na   niego 

zmuszając się do uśmiechu. Ale Jake odwrócił głowę. Czyżby zrobiła coś 

takiego, że się za nią wstydził?

Przyznała się kim jest! Nic w tym dziwnego, że tak na nią patrzył. 

Powinna była zachować swój sekret, jeśli nie chciała stracić Jake'a. Patrząc 

na niego zrozumiała, że wszystko skończone.

Abby   także   utraciła.   Podpisując  dokumenty   adopcyjne   zrzekła   się 

wszelkich praw do dziecka. To Jake był jej prawnym opiekunem. 

Straciła ich oboje. Te istoty, które kochała nad życie.

Wyczerpana i niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, czuła jak czyjeś 

silne ramiona kładą ją na łóżku. Ktoś umył jej twarz, ręce, zrobił zastrzyk. 

Z ulgą zapadła w sen.

***

background image

Młody   organizm   dziewczynki   szybko   sobie   radził   z   chorobą   i 

wkrótce można było ją przenieść na oddział dziecięcy. Lekarze zachęcali 

rodziców, żeby zostawali przy swych pociechach, więc Laine nie miała 

problemów z przedłużeniem pobytu w szpitalu.

W   tym   czasie   wróciła   nieco   do   równowagi,   ale   nadal   bała   się 

spojrzeć Jake'owi w oczy. Jeszcze nie teraz.

Wystarczyło, że spotykała go podczas jego częstych odwiedzin w 

szpitalu, ale zostać z nim sam na sam, wytrzymać jego złość - to było 

ponad jej siły.

Siedziała   cały   czas   przy  Abby,   czytała   jej   bajki,   zabawiała   ją   i 

obserwowała, czy nie pojawiają się symptomy jakichś ukrytych obrażeń, 

co na szczęście nie wystąpiło.

Próbowała   tłumić   w   sobie   uczucie   zazdrości,   które   zawsze   ją 

ogarniało na widok rozpromienionej Abby witającej się z ojcem.

Nie wiedziała, jak teraz wyglądają jego interesy. W każdym bądź 

razie do Londynu nie wrócił. Był tam parokrotnie na krótko. Do szpitala 

przyjeżdżał   co   najmniej   dwa   razy   dziennie,   przywożąc   Abby   owoce, 

czekoladę, książki i różne inne prezenty, które poprawiały jej humor.

  Z   nią   rozmawiał   rzadko,   całą   uwagę   skupiając   na   córce. 

Dziewczynka nie dostrzegała żadnego zgrzytu w stosunkach między nimi; 

początkowo była zbyt słaba, potem zbyt zaabsorbowana swoimi własnymi 

sprawami.

W końcu Laine stwierdziła, że nie ma już żadnych powodów, by 

nadal pozostawać przez cały czas przy dziecku, a jej łóżko mogło być 

potrzebne innym rodzicom.

background image

Nie mogła jednak odejść, nie wyjawiając prawdy. Dziewczynka była 

już na tyle zdrowa i dostatecznie duża, żeby zrozumieć. 

Zaczekała   do   popołudnia,   kiedy   dzieci   odpoczywały   i   kiedy   było 

zupełnie cicho. Podeszła do łóżka małej i rozsunęła zasłonki.

- Czemu to robisz?

- Chcę z tobą porozmawiać, Abby. Niedługo wracam do domu. Jesteś 

już na tyle zdrowa, że poradzisz sobie beze mnie. Masz teraz mnóstwo 

przyjaciół.

Abby posmutniała słysząc, że zostanie sama w obcym otoczeniu.

- Ale będziesz mnie odwiedzać?

-   Oczywiście   kochanie.   Będę   codziennie   i   tatuś   też.   Abby,   czy 

myślałaś kiedykolwiek o swojej prawdziwej mamie?

Szare oczy spojrzały na nią zdumione. Laine zadrżała. Czy to, co 

chce zrobić, było mądre?... Nie miała jednak wyboru. Teraz, kiedy Jake już 

wiedział...

- Czasami...

- A czy chciałabyś ją poznać?

Abby skurczyła się w sobie.

-   Nie   wiem.   Mogłabym   jej   nie   polubić.   Przecież   ona   mnie   nie 

chciała!

Laine przymknęła oczy i zebrała siły.

-   Wiem,   że   mnie   lubisz,   kochanie.   Może   trudno   będzie   ci   w   to 

uwierzyć,   ale...   to   ja   jestem  twoją   matką.   I  bardzo   ciebie   pragnęłam  - 

dodała cicho.

Oczy   Abby   zrobiły   się   ogromne.   W   ciągu   tych   ostatnich   dni 

wytworzyła się między nimi jakaś szczególna więź, pojawiło się ciepło, 

background image

którego nie było przed wypadkiem dziewczynki. Laine widziała, jak teraz 

to wszystko pryska niczym bańka mydlana.

- To... to niemożliwe! - powiedziała Abby z niedowierzaniem.

- Ty byś mnie nie oddała obcym!

Laine odważnie wytrzymała jej spojrzenie, chociaż miała wrażenie, 

że serce jej pęka.

- Musiałam, kochanie.

Jak wytłumaczyć dziecku ten problem? Szukając właściwych słów 

nagle przypomniała sobie pewien obrazek: Abby tuląca do piersi małego 

psiaka.

-   Pamiętasz,   jak   się   czułaś   wtedy,   gdy   musiałaś   pożegnać   się   ze 

szczeniętami Fruitcake?

Oczy dziewczynki wypełniły się łzami. Kiwnęła głową.

-   Więc   spróbuj   sobie   wyobrazić,   co   ja   wówczas   czułam,   gdy 

musiałam ciebie oddać - głos jej się załamał. - Nie mogłam cię zatrzymać. 

Nie miałam pieniędzy, do domu też nie mogłam cię zabrać.

-   Dlaczego   nie   byłaś   zamężna?   Ludzie,   którzy   mają   dzieci,   są 

małżeństwem.

-   Twój   prawdziwy   ojciec   nie   chciał   ani   ciebie,   ani   mnie   - 

powiedziała Laine połykając łzy.

- Gdzie on jest? Mogę go zobaczyć?

Laine była przygotowana na to pytanie. Potrząsnęła głową.

- Ulotnił się na długo przed twoim przyjściem na świat. Nigdy go od 

tego czasu nie widziałam. Jake jest twoim ojcem i bardzo cię kocha. On 

jest wspaniałym mężczyzną, zupełnie innym od tego, który nas zostawił. 

Jake nigdy by tego nie zrobił. Kochaj go więc, Abby, kochaj tak mocno, 

background image

jak tylko potrafisz!

Delikatna twarzyczka dziecka rozjaśniła się.

- Kocham was oboje - stwierdziła.

Laine myślała, że serce wyskoczy jej z piersi.

- Będziemy naprawdę prawdziwą rodziną, dobrze?

- Och, Abby, mam nadzieję, że tak będzie.

Pochyliła   się,   by   przytulić   to   drobne   ciałko,   łzy   płynęły   jej   po 

policzkach. “Boże” - modliła się - “Boże, spraw, żeby Jake to zrozumiał!”

Nagle ktoś rozsunął firanki. Laine obejrzała się i serce podskoczyło 

jej do gardła: to był Jake. Pospiesznie odwróciła głowę. Poczucie winy i 

zmieszania, aż nazbyt wyraźnie malowały się na jej twarzy.

- Tatusiu! - Abby wyciągnęła zdrową rączkę. - Tatusiu, tak się cieszę, 

że przyszedłeś. Laine mówi, że jest moją prawdziwą mamą! Czy to nie 

wspaniałe? Będziemy teraz prawdziwą rodziną!

Jake  rzucił Laine  wrogie  spojrzenie  i mocniej przytulił Abby, tak 

jakby chciał zatrzymać swój stan posiadania.

- Musiałam - spojrzała na niego błagalnie.

- Po co?

-   Ponieważ...   Ponieważ   nie   mogłam   dłużej   znieść   kłamstwa   - 

wyszeptała bez tchu.

Jake ściszył głos, bojąc się, że ludzie mogą ich usłyszeć, ale to nie 

zmieniło faktu, że mówił ostrym tonem.

- Ale przy mnie ci się to nie wymknęło, prawda? Nie, to byłoby dla 

ciebie zbyt trudne! A pomyślałaś, co czuje Abby?

- Owszem - Laine również mówiła twardo. Musiała wytrzymać jego 

oburzenie. - Ona myślała o swoich prawdziwych rodzicach. Jake, każde 

background image

dziecko o tym by myślało. To nie byłoby fair pozbawiać jej prawa do...

- Do jej ojca? Jakie on ma prawo?

- Żadnego! Nawet nie wiem, gdzie on jest!

Oczy   dziecka   zapełniły   się   łzami   i  dwa   strumyki   pociekły   jej  po 

policzkach.

-   Przestańcie   -   szlochała.   -  Przestańcie   krzyczeć! Ty   jesteś   moim 

prawdziwym tatą i to na zawsze. Nie chcę nikogo innego! Po prostu chcę, 

byśmy się stali prawdziwą rodziną. Cieszę się, że mi Laine powiedziała!

Dziecko   bezbłędnie   odczytało   ich   intencje.   Ignorując   Jake'a, 

delikatnie pogłaskała rączkę małej.

- Przepraszam, kochanie - powiedziała cicho. - Pójdę już i zostawię 

cię z tatusiem.

- Ale niedługo znów przyjdziesz, mamo?

Teraz Laine już nie mogła powstrzymać się od szlochu.

- Jutro rano - szepnęła.

Oczka dziewczynki rozbłysły.

-   Lekarz   mówi,   że   szybko   zdrowieję   i   niedługo   wrócę   do   domu. 

Umieram z tęsknoty za Fruitcake, Goldie i Coffe.

Laine   otarła   łzy   i   włożyła   chusteczkę   z   powrotem   do   kieszeni. 

Napotkała wzrok Jake'a i teraz jej spojrzenie było jasne. Minął kryzys. 

Abby wyzdrowieje i zaakceptuje nowe relacje między nimi. Jednak oczy 

Jake'a mówiły, że nie da się tak łatwo przekonać.

background image

Rozdział 7

  Weszła do środka i dom wydał się jej jakiś dziwny. Opuszczony, 

nieznany, nieprzyjazny. Usłyszała jazgot, który podniosły psy zamknięte w 

składziku, ale nie miała ochoty, by je przywitać.

Ogarniało   ją   coraz   większe   osamotnienie.   Pomyślała,   że   to   jest 

pewnie przeczucie przyszłości, gdy to miejsce przestanie być jej domem.

Powoli poszła na górę do sypialni. Jake wkrótce będzie z powrotem i 

rozmowa   jest   nieunikniona.   Mając   w   perspektywie   widmo   separacji, 

będzie musiała zmobilizować cały swój zapas logiki, elokwencji, miłości i 

zrozumienia,   żeby   go   przekonać.   Jeśli   zaś   odwróci   się   od   niej,   będzie 

potrzebowała sporo odwagi, by żyć gdzieś z dala od nich.

Szybko   zrzuciła   ubranie   i   weszła   do   łazienki.   Marzyła   o   gorącej 

kąpieli. Leżała w wannie, aż woda zaczęła stygnąć, czując jak spływa z 

niej   całe   zmęczenie.   Nic   jednak   nie   mogło   uspokoić   natłoku   myśli 

kłębiących się w jej głowie.

Gdyby   wcześniej   zdecydowała   się   stanąć   z   nim   twarzą   w   twarz, 

zastanawiała się niespokojnie, gdyby wytłumaczyła mu, że źle zrozumiał 

jej słowa?...

Nie   podobało   mu   się   to,   że   powiedziała  Abby   całą   prawdę.   Gdy 

dziewczynka po raz pierwszy zwróciła się do niej “mamo”, na jego twarzy 

wyraźnie widać było złość i zazdrość.

Jake był zazdrosny! Ona również. Czyżby do tego sprowadzało się 

ich   małżeństwo?   Do   rozszarpywania   resztek   miłości?...   Lecz   w   takim 

przypadku   zostałby   tylko   jeden   wygrany,   na   pewno   nie   ona.   Ona   się 

wycofa. Abby wkrótce zapomni...

background image

Na tę myśl przeszył ją gwałtowny dreszcz. Wyskoczyła z wanny. 

Szybkimi ruchami wycierała ciało, jakby od tego miało zależeć jej życie. 

Potrzebowała ruchu, żeby choć trochę ukoić skołatane nerwy.

Odszukanie   Abby,   znajomość   z   Jake'm,   poślubienie   go   było 

tajemnicą. Jej tajemnicą, teraz już ujawnioną. Nie żałowała też nowego 

życia, które w niej rozwijało się. Tak, była w ciąży.

Do   tej   pory   nie   była   tego   pewna,   ale   pielęgniarki   w   szpitalu 

potwierdziły jej przypuszczenie. Utrzyma to dziecko, do diabła, utrzyma 

je! Jeśli będzie musiała odejść, Jake nigdy się nie dowie. Ale sam jest 

sobie winien. Mógł być mniej nieugięty.

Laine siedziała przed lustrem szczotkując włosy, kiedy wrócił Jake. 

Owiana   zapachem   olejku   kąpielowego   i   mydła   wyszła   mu   naprzeciw. 

Włożyła   miękki   peniuar   w   odcieniu   koralowym   -   jego   ulubiony. 

Postanowiła użyć każdej broni ze swego kobiecego arsenału. Cicho zeszła 

po schodach. Gruby dywan i miękkie kapcie tłumiły jej kroki. Z salonu 

usłyszała brzęk szkła, gdzie Jake przygotowywał sobie drinka.

- Jak się czuje Abby?

Jake drgnął jak ukłuty szpilką, rozlewając alkohol.

- Jest szczęśliwa.

Pociągnąwszy spory łyk whisky zacisnął usta. Zmarszczki na jego 

zmęczonej   twarzy   pogłębiły   się,   zwłaszcza   na   czole   i   wokół   ust. 

Nieustępliwe oczy żarzyły się jak dwa węgle.

Oblizała   wargi,   nie   chciała   dać   poznać   po   sobie,   jak   jest 

zdenerwowana.

-   Ona   mnie   potrzebuje,   Jake   -   powiedziała   wolno.   -   Ja   też   jej 

potrzebuję.

background image

- Potrzebujesz!? - zapytał złowrogo. - Od kiedy? Była szczęśliwa do 

tej pory... Ty... Ty nie potrzebujesz nikogo... Co moglibyśmy ci dać? Już 

raz ją porzuciłaś. Zrobisz to znowu, kiedy tylko będzie ci wygodnie?!

- Nie! - krzyknęła zdławionym głosem. - Jake, proszę, posłuchaj. 

Kiedy Abby się urodziła, miałam siedemnaście lat. Myślałam, że kogoś 

kocham, ten mężczyzna był dużo starszy ode mnie. Zaufałam mu, obiecał 

się ze mną ożenić, ale... on był żonaty.

Jake zaczął nerwowo chrząkać, ale Laine zupełnie to zignorowała. 

Musiała   skończyć   swą   historię,   dopóki   jeszcze   ma   siłę.   Zwięźle.   Tak, 

spokojnie! Opowiedziała, co się wydarzyło.

-   Widziałeś   moich   rodziców   -   dodała   na   zakończenie.   -   Jake,   ja 

naprawdę nie miałam wyboru.

- Jak ją odnalazłaś? - padło pytanie.

- Zupełnie przypadkowo - wraz z rosnącą nadzieją jej głos nabrał 

mocy. - Wysłano mnie, abym skontrolowała księgi rachunkowe Agencji 

Adopcyjnej.   Nie   mogłam   w   to   uwierzyć.   Głęboko   schowałam 

wspomnienia o moim dziecku, aby nie bolało tak bardzo.

Jake mruknął coś, Laine mówiła dalej.

- Wkrótce odkryłam, że łatwo mogę zajrzeć do archiwum, chociaż 

nie wchodziło ono w zakres mojej kontroli. Pokusa jednak była zbyt silna! 

- głos się jej załamał. - Po prostu musiałam znaleźć swoje dziecko.

Jake   gwałtownie   odwrócił   się   i   ponownie   napełniał   swoją 

szklaneczkę.   Nie   mógł   wytrzymać   wzroku   Laine.   Ona   zaś   odzyskała 

panowanie nad sobą i kontynuowała opowieść.

- Pewnego wieczoru, kiedy wszyscy już wyszli, zajrzałam do akt i 

sprawdziłam, kim jesteście i gdzie mieszkaliście w momencie adopcji.

background image

- Przeprowadziliśmy się!

- Ludzie, którzy kupili wasz dom, podali mi nowy adres.

- Więc nadużyłaś przewagi, którą dawało ci twoje stanowisko i z 

zimną krwią wykorzystałaś to. Wyszłaś za mnie, by stać się matką Abby!

- Zawsze nią byłam. Nie, Jake, to był zupełnie nieoczekiwany obrót 

sprawy. Jedyne, czego pragnęłam, to zobaczyć córkę, dowiedzieć się, jak 

ona może wyglądać. Nigdy nie miałam innego zamiaru...

- Czyżby?!

Ton lodowatej pogardy odebrała jak policzek.

- Jake, przypomnij sobie, jak się poznaliśmy? - zażądała.

- Przez Devlin, Prentice and Co. - stwierdził. - Udało ci się wkręcić 

w moją sprawę! Co za okazja!

- Prawdę mówiąc, omal nie stchórzyłam. Chciałam po prostu zwiać i 

uniknąć   spotkania   z   tobą.   Potem   jednak   pomyślałam,   że   przecież   to 

niczemu nie może zaszkodzić. Wiedziałam, że byłeś żonaty, a tylko w ten 

sposób mogłam widywać Abby... No cóż! Musiałabym być chyba świętą, 

żeby odrzucić taką szansę. Zdawało się, że samo przeznaczenie kieruje 

tym wszystkim. Nie miałam zamiaru odbierać jej tobie.

Jake był zmęczony. Poczuła wielką ochotę, by wygładzić zmarszczki 

na   jego   czole,   całować   jego   usta,   aż   ich   zacięty   wyraz   zamieni   się   w 

miłość...

- A  ja  tańczyłem,   jak  mi  zagrałaś! - mruknął.  -  Zauroczyło  mnie 

twoje cholernie atrakcyjne ciało. Twoje ciepło i życzliwość dla Abby.

 - Przecież chciałeś mieć dla niej matkę - szepnęła. - I znalazłeś. Oraz 

żonę,   która   cię   kocha.   Nie   wyszłabym   za   ciebie,   gdybym   cię   nie 

pokochała.

background image

- Teraz łatwo tak mówić! - krzyknął szyderczo. - Jeśli mnie kochasz, 

to czemu cię tu nie było? W tych dniach nie musiałaś zostawać z Abby na 

noc! Czy możesz sobie wyobrazić, jak bardzo czułem się samotny? Jak 

mogę uwierzyć w to, co mówisz? Jak mogę ci zaufać?

-  Jake, tak mi przykro! Po prostu bałam się ciebie. Czułam się tak 

bardzo winna! Zasłaniałam się Abby   jak parawanem, przyznaję to, ale 

nigdy nie skłamałam - powiedziała z naciskiem. - Ja tylko, niech mi Bóg 

wybaczy, ukryłam prawdę. Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, odsądziłeś 

matkę   Abby   od   czci   i   wiary!   Pamiętasz?   Jak   mogłam   się   przyznać 

wiedząc,   że   wówczas   odwrócisz   się   ode   mnie?  A  tego   nie   chciałam. 

Kochałam cię już wtedy tak bardzo, że Abby prawie się nie liczyła.

- Niezła bajeczka!

- Ale prawdziwa. Bardzo silnie przeżyłam jej wypadek, ale chyba 

każda matka na moim miejscu reagowałaby podobnie.

Laine   nerwowo   ściskała   palce.   Tak   bardzo   chciała,   żeby   Jake   ją 

zrozumiał.

- Przeżyliśmy razem cztery cudowne miesiące. Przekonałeś się, że 

nie   jestem   istotą   bez   serca,   którą   chciałeś   ze   mnie   zrobić.   Gdybym 

naprawdę była pozbawiona uczuć, czy trudziłabym się, by zmieniać pracę, 

przenosić do innego miasta po to tylko, by choć raz rzucić okiem na swoje 

dziecko? Oskarżasz mnie po prostu o to, że pragnęłam jej za bardzo! Tego 

się nie da pogodzić!

-   Drobny   wyrzut   sumienia   -   stwierdził,   a   Laine   trochę   ulżyło. 

Oskarżał ją z mniejszym przekonaniem.

W końcu odkryła swoją ostatnią kartę.

- Kocham cię, Jake. Dobrze nam było ze sobą. Abby nas potrzebuje. 

background image

Nie rozbijaj szczęśliwej rodziny!

Jake wypił drinka i nalał sobie jeszcze trochę czystej wódki. Kiedy 

znowu spojrzał na Laine, już nie był taki pewny siebie.

- Nie wiem - wyszeptał ochryple. - Ja już nic nie wiem, Laine. Być 

może ona naprawdę należy do ciebie - głos mu się załamał. - Pozwolę jej 

odejść z tobą.

- Nie! - krzyknęła Laine. Nie mogła powstrzymać łez. - Nie, Jake. To 

ty ją wychowałeś, ona cię kocha. Odejdę sama. Nigdy nie powinnam była 

tu   przyjeżdżać,   teraz   to   wiem.  Ale   pomyślałam...   kiedy   prosiłeś,   abym 

wyszła   za   ciebie,   że   jeśli   będziesz   w   stanie   pokochać   mnie   tak   jak   ja 

kocham ciebie, to wszystko będzie w porządku. To się jednak nie stało. Ty 

nie przestałeś kochać Jane.

- I nie przestanę! - krzyknął.

Laine  opadła na sofę, kryjąc twarz w dłoniach.

- No cóż, to już koniec, prawda Jake?

- Może nie. Może uda się nam coś ocalić z tego galimatiasu! Nie 

mogę tutaj jasno myśleć. Pójdę do klubu. Nie wrócę na noc.

Laine  miała wrażenie, że jakaś olbrzymia ręka ściska ją za serce, ale 

zmusiła się, by powiedzieć:

- Może przenocujesz w pokoju gościnnym...

-   Nie   -   przeciął   dyskusję.  W  drzwiach   odwrócił   się,   a   jego   oczy 

patrzyły łagodnie i smutno. - Zobaczymy się jutro.

Żadnego “do widzenia”, nic. Laine siedziała tam, gdzie ją zostawił, 

przenikliwy chłód osamotnienia przenikał ją do szpiku kości. Cierpiała, 

myśląc, jak wiele bólu sprawiła Jake'owi...

Później, kiedy już nakarmiła głodne psy, weszła na górę i położyła 

background image

się   do   dużego   łóżka.   Wtuliła   się   w   kołdrę,   która   wciąż   jeszcze 

przechowywała zapach Jake'a.

Z   niespokojnej   drzemki   wyrwało   ją   gwałtowne   dobijanie   się   do 

drzwi. Z przerażeniem wyskoczyła z łóżka. Abby! Pewnie miała zapaść!

Spojrzała   na   zegarek.   Było   parę   minut   po   trzeciej.   Pośpiesznie 

narzuciła szlafrok i popędziła do drzwi. Serce waliło jej, jakby za chwilę 

miało   wyskoczyć   z   piersi.   Na   schodach   stał   policjant.   Przed   domem 

zaparkował radiowóz.

- Pani Bennington?

- Tak - nie poznała swego głosu, był tak zmieniony.

- Czy pani mąż jest w domu?

- Nie.

- Nie wie pani, gdzie on jest?

- Jest w klubie odnowy biologicznej.

Mężczyzna ściągnął brwi.

- Tak, w klubie “Hygeia” - ogarnęła ją nowa fala strachu.

- Czy coś się stało?

- Chwileczkę, proszę pani.

Podszedł do samochodu i powiedział przez otwarte okno:

- On jest w środku. Daj im znać.

Mężczyzna   za   kierownicą   wziął   mikrofon   i   zaczął   coś   do   niego 

mówić. Laine myślała, że umiera ze strachu.

- Co się z nim dzieje?

- Nie wiemy, proszę pani. Palą się zabudowania klubu. Jeśli tu go nie 

ma, to nie wiemy, gdzie on może być. Straż pożarna sprawdza, czy ktoś 

nie został w środku.

background image

- Powinien być w sali do masażu! Zawieźcie mnie do niego!

- Oczywiście, proszę pani. Proszę wziąć płaszcz. Zaraz przekażę pani 

dalsze informacje.

-   Dobrze!   -   porwała   z   wieszaka   jakiś   stary   tweed   i   zarzuciła   na 

ramiona. - Jestem gotowa.

 Oficer rozmawiał przez radiotelefon. Policjant odwrócił się do Laine 

i spojrzał przez ramię na otwarte drzwi.

- Czy dom jest zabezpieczony? Ma pani klucze?

- Zostawiłam na górze.

Idąc po torebkę miała wrażenie, że nogi ważą setki kilogramów, a 

schody są niezdobytą górą. Musiała uważać, by nie upaść. Przejście przez 

długi korytarz było brnięciem przez bagno.

W   końcu   policjant   zamknął   za   nią   drzwi   i   pomógł   wsiąść   do 

samochodu.   Gdy   tak   pędzili   przez   noc,   wyobraźnia   podpowiadała   jej 

najbardziej przerażające obrazy. Jaki horror czekał ją na końcu tej drogi? 

Jake nie może zginąć! Ta cała żywotność, energia, miałaby przepaść?!

Z budynków strzelały w górę słupy ognia. Wiele razy oglądała takie 

sceny w telewizji. Tym razem to nie był film, wszystko było prawdziwe.

Gdy wysiadła z samochodu, uderzyła w nią ściana dymu i gorąca... 

Przez   chwilę   stała   patrząc   z   niedowierzaniem   na   to   piekło.   Wokół 

zgromadził się tłum. Byli to ludzie ewakuowani z sąsiednich budynków. 

Policjanci,   strażacy,   samochody,   węże   -   wszystko   migało   jej   przed 

oczyma.

Potem zaczęła gorączkowo przyglądać się poszczególnym twarzom 

szukając, tej jednej jedynej. Nie znalazła.

- Jake! - krzyknęła z całych sił. - Jake!...

background image

Zaczęła biec w stronę płonących budynków, by odszukać i uratować 

go. Jakiś strażak usiłował ją zatrzymać, ale odepchnęła go i pobiegła dalej. 

Miała skrzydła u ramion.

Była   tuż   przy   bramie   i   już   wbiegała   w   szalejące   płomienie,   gdy 

chwyciły ją czyjeś silne ramiona.

- Proszę mnie puścić! - krzyknęła, na próżno usiłując uwolnić się z 

żelaznego uścisku. - Muszę go ratować. Jake!

- Zabijesz się! - usłyszała.

- Nic mnie to nie obchodzi. - przerwała.

Głos   mężczyzny   był   znajomy.   Odwróciła   się   powoli   i   zobaczyła 

twarz Jake'a.

Jego oczy błyszczały dziwnym blaskiem.

- Najdroższy, ty żyjesz!

Wtuliła się w jego ramiona. Czuła, jak mocno bije mu serce. Czy to 

naprawdę on?

Pachniał potem, a koszulka była mokra. W tym uścisku wydawał się 

tak bardzo rzeczywisty i bardzo jej bliski.

- Gdzie byłeś? - szepnęła.

- Nie mogłem zasnąć, więc wyszedłem się przebiec. Wróciłem, a tu 

całe piekło się rozpętało. Kiedy zobaczyłem, że biegniesz w stronę ognia...

Podszedł do nich strażak.

- Czy Jake Bennington to pan?

-   Tak   -   Jake   rozluźnił   uścisk.   -   Przepraszam,   że   sprawiłem   tyle 

kłopotu. Wyszedłem pobiegać.

- Dobrze, że nic się panu nie stało. Przeszukiwaliśmy zabudowania, 

bo   otrzymaliśmy   wiadomość,   że   jest   pan   prawdopodobnie   w   sali   do 

background image

masażu. Ta część budynku okazała się być całkowicie niedostępna. Ogień 

musiał zostać podłożony w kawiarni znajdującej się poniżej.

- Podłożony? - Jake wpadł mu w słowo. - Twierdzi pan, że to nie był 

przypadek?

- Na to wygląda. Ale nie możemy tu stać!

Odsunął ich na bezpieczną odległość, po czym pytał dalej:

- Jest pan ubezpieczony?

- Tak, oczywiście.

- Kiedy pan wyszedł z domu?

- Dokładnie nie wiem, gdzieś koło drugiej. Tak, chyba tak.

- Czy nie widział pan kogoś, kto się tu włóczył?

-   Nie.   Nie   zauważyłem   nic   szczególnego.   Na   ulicy   było   raczej 

pustawo.

- Proszę pana, kto miałby jakiś cel, aby panu zaszkodzić?

Laine wstrzymała oddech; co ten facet sugerował?

Jake był wstrząśnięty.

- O kim pan pomyślał? - zapytał policjant.

- On nie mógł się do tego posunąć! Nie mogę w to uwierzyć...

- Kto? Szukamy po prostu jakiegoś punktu zaczepienia na początek. 

Jeśli się pan myli, nie szkodzi, sprawdzimy to.

- Jeden z moich pracowników - odparł Jake.

Laine ścisnęła go za ramię, a Jake uspakajająco pogłaskał jej dłoń.

- Musiałem go zwolnić za nieuczciwość i dziś wieczorem przyszedł 

wyładować na mnie swój gniew. Nie mógł znaleźć sobie pracy i mówił, że 

to moja wina!

- Czy byli przy tym świadkowie?

background image

- Oczywiście.

- Jak on się nazywa?

- Danny Mathews - Jake podał także inne dane.

- Dziękuję panu, panie Bennington. Może odwieźć pana i żonę do 

domu?

- Nie, dziękuję sierżancie. Za rogiem mam samochód. Poradzimy 

sobie.

-   Jutro   poprosimy  pana   o   złożenie   zeznań.   Skontaktujemy   się   z 

panem.

Czuła się przy Jake'u tak bardzo bezpieczna... Jego ręka obejmująca 

talię była ciepła i mocna. Podeszli do samochodu.

- Czy to możliwe, żeby Danny był aż tak mściwy? A jeśli to nie on, 

to kto jeszcze chciał cię skrzywdzić...?

- Spokojnie moja maleńka. Nie sądzę, żeby chciał mnie zabić. Nie 

mógł wiedzieć, że zostanę tu na noc. Wkrótce się to wyjaśni.

Usiadła na przednim siedzeniu. Jake usiadł obok. Ze zdenerwowania 

nie   mogła   zapiąć   pasa.   Jake   pochylił   się,   by   jej   pomóc.   Poczuła   na 

policzku jego oddech. Patrzyła na jego usta, znajdujące się teraz tak blisko. 

Instynktownie rozchyliła wargi oczekując pocałunku. Nie musiała czekać 

na odpowiedź. Przymknęła oczy pod wpływem jego czułych pieszczot.

Prowadził jedną ręką, drugą obejmując Laine. Ciepło tego uścisku, 

rozlewało się po jej ciele i docierało do skołatanego serca.

W domu zdjął z niej płaszcz i zaprowadził na górę, prosto do łóżka.

- Wskakuj, kochanie - powiedział rozwiązując pasek u szlafroka. - 

Tam się najszybciej rozgrzejesz.

- A ty? - spytała drżącym głosem.

background image

- Muszę wziąć prysznic. Daj mi pięć minut.

Usiadł obok niej, ujmując jej dłonie. Patrzył na nią, pewnie i ciepło.

- Laine, tak bardzo cię potrzebuję. Dziś w nocy  zrozumiałem, że 

nigdy nie pozwolę ci odejść.

Zalała ją fala niewysłowionego szczęścia.

- Jake, bardzo cię kocham!

- Wiem najmilsza - głaskał ją po głowie, łagodnie i czule. 

- Jak mógłbym w to wątpić: dla mnie ryzykowałaś życie.

- Bez ciebie nie miałoby ono dla mnie żadnej wartości - wyszeptała.

-   Najdroższa!   -   całował   ją   znów   i   znów,   jakby   nigdy   nie   miał 

przestać. - Zapomnijmy o przeszłości. Liczy się tylko jutro.

- Będziemy rodziną? - zapytała wstrzymując oddech.

- Niczego bardziej nie pragnę.

- Ja również. Wprawdzie mnie nie kochasz, ale postaram się, żebyś 

był szczęśliwy...

- Ja cię nie kocham? - wykrzyknął. Jego ręce objęły ją mocno. - Ja 

cię   ubóstwiam,   moja   droga.   Od   pierwszej   chwili,   kiedy   cię   ujrzałem, 

usiłowałem sobie wmówić, że to nieprawda. Miałem wrażenie, że w ten 

sposób   zdradzam   Jane.   Hamowałem   się   więc,   nawet   bardziej   niż   było 

trzeba. Nie byłbym również tak załamany, tak wściekły, gdyby mi na tobie 

nie zależało!

Laine   usiłowała   stłumić   w   sobie   to   rosnące   uczucie   tryumfu   i 

radości.

-   Dziś   w   nocy   powiedziałeś   mi,   że   wciąż   kochasz   Jane   - 

przypomniała cicho.

- Kocham, ale to inna miłość. Należy do przeszłości. Jane na zawsze 

background image

pozostanie w mym sercu, nie mogę o niej zapomnieć, tak samo, jak część 

mego serca należy do Abby. Jednak ty jesteś moim życiem, moją miłością, 

wszystkim czego  pragnę  i  pożądam.  Wybacz,  że  wcześniej  ci  tego  nie 

powiedziałem.

W oczach Laine pojawiły się łzy szczęścia.

-   Czy   w   twoim   sercu   znajdzie   się   miejsce   dla   kogoś   jeszcze?   - 

zapytała widząc jego zdziwienie.

Odsunął ją na wyciągnięcie ramion, a gdy zobaczył jej promienną 

twarz, jego zdumienie zmieniło się w niepohamowaną radość.

- To znaczy?...

- To mały dodatek do naszej “naprawdę prawdziwej rodziny”, jak 

mówi Abby. Myślę, że też będzie zadowolona, nie sądzisz?

- Ale nie tak, jak ja!

- Tak bardzo chciałam ci dać twoje własne dziecko - szepnęła.

- Sprawiasz, że spełniają się moje wszystkie marzenia...

-   Miałeś   wziąć   prysznic?   -   zdołała   wyszeptać,   kiedy   na   chwilę 

przestał ją całować.

- Później - zamruczał. - Teraz mam ważniejsze sprawy na głowie...