background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

Edward  Balcerzan

Liryka

Juliana Przybosia

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

I. CZYTAJĄC PRZYBOSIA

Julian  Przyboś  wielbił  ruch,  dynamikę,  zmianę.  W  poezji  usiłował  wyrazić  ruch  materii.

Wokół poezji pragnął ruchu myśli: krytycznoliterackiej, naukowej, recytatorskiej, scenicznej.
Był zdeklarowanym zwolennikiem kultury dialogowej, inicjował polemiki, podsycał antago-
nizmy szkół estetycznych, chętnie opowiadał o własnych przemyśleniach pisarskich i czytel-
niczych. Nigdy nie był obojętny na to, jak zareagują inni na jego kolejne utwory. Nie dowie-
rzał  milczeniu.  Sztukę  słowa  rozumiał  jako  pokonywanie  milczenia.  Znałem  go  osobiście,
poznałem na początku lat sześćdziesiątych; wtedy to właśnie ukazał się drukiem i był szeroko
dyskutowany zbiór esejów Mieczysława Jastruna (antagonisty Przybosia) 

Między  słowem  a

milczeniem.

– Cóż to za niecelny, mylący tytuł! – zżymał się Przyboś – Poezja dzieje się między mil-

czeniem a słowem; pomiędzy słowem a milczeniem nie ma nic...

Poeta,  który  bywał  wnikliwym  interpretatorem  cudzych  dzieł,  zdawał  sobie  doskonale

sprawę z tego, iż słowa ostateczne i ujmujące pełnię jakiegoś ważnego zjawiska możliwe są
tylko w literaturze, i to jakże rzadko, jedynie w twórczości autorów najwybitniejszych. Nato-
miast słowa o literaturze – stanowiące zapis wrażeń czytelniczych – skazane są na tymczaso-
wość. Interpretacje poezji zawsze muszą być niepełne, cząstkowe, przemijające. Na tym pole-
ga  tajemnica  arcydzieła.  Wywołuje  ono  nieskończenie  wiele  komentarzy,  wciąż  na  nowo
przykuwa uwagę pokoleń i epok, nie starzeje się w ciągu stuleci. Dawne emocje odbiorcze,
wczorajsze egzegezy badawcze ustępują nowym, znaczenia kiedyś wyraziste – zacierają się,
by nagle odżyć w innych, wcześniej przeoczonych kształtach.

„Wielkiego poety nie można przeczytać raz na zawsze – pisał Przyboś we wstępie do tomu

szkiców 

Czytając Mickiewicza. – Za każdym razem, kiedy wczytujemy się w znane już tek-

sty, odsłaniają one nowe, przedtem nie dostrzeżone piękności.  Dzieła wielkiej poezji  są  jak
artezyjskie studnie i jak źródła rzek – głębokie i niewyczerpane.”

1

O wartości dzieła sztuki decydują trzy czynniki: 1) subiektywne poczucie odbiorcy, które-

mu  wartość  tekstu  narzuca  się  od  razu,  bez  argumentów  –  jak  w  momencie  iluminacji;  2)
przestrzenna rozległość odbioru, czyli liczba obszarów społecznych, geograficznych, lingwi-
stycznych, w których twórczość danego autora jest znana, akceptowana, tłumaczona na języki
obce; 3) czas historyczny, czynnik bodaj najważniejszy: im więcej epok ogarnia recepcja da-
nego dzieła, im bardziej różnorodne upodobania publiczności spotykają się w ocenie czyjegoś
dorobku, tym pewniejszy wydaje się werdykt

2

.

Iluminacji czytelniczej nie sposób narzucić innym. Pozostaje słowo honoru, które jednak

nikogo nie potrafi zjednać. Przestrzenne i czasowe perypetie utworów Przybosia trwają zbyt
krótko, by na ich podstawie wolno było stwierdzić coś pewnego. Przyboś ostatnie swe wier-
sze  pisał  nie  tak  dawno,  w  1970  roku.  Jego  idee  estetyczne  i  jego  wiersze  parokrotnie  już
przeżywały  i  smutek  odtrącenia,  i  euforię  akceptacji,  radość  rosnącej  i  gorycz  zanikającej

                                                          

1

 J. Przyboś, 

Czytając Mickiewicza

. Warszawa 1985, s. 6

2

 Jest to koncepcja czeskiego strukturalisty, teoretyka kultury, Jana Mukařovsky’ego, przedstawiona w pracy

Muže miti estetická hodnota v uméni platnost všeobecnou?

 w zbiorze tegoż autora: 

Studie z estetiky

, Praha

1966.

background image

5

popularności.  Sądzę,  że  ten  rytm,  ta  naprzemienność  uznania  i  zniechęcenia  będzie  jeszcze
przez jakiś czas się powtarzała.

A jednak istnieją powody, by już teraz problemy sztuki wielkiej i problemy poezji Przybo-

sia rozważać łącznie.

Przyboś pragnął wielkości. Przez całe życie, uporczywie i systematycznie, dążył do arcydzieła.

Jedni godzą się na to, że ich udział w kulturze pozostanie tylko epizodem. Albo liczą po cichu na
szczęśliwy traf, ufają mądrości przypadku. Przyboś nad tajemnicą wielkości poezji ofiarnie, mo-
zolnie  p r a c o w a ł. Szukał odpowiedzi w teorii literatury. Badał mechanizmy arcydzieła w
twórczości wielkich poprzedników: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Cypriana  Nor-
wida, Bolesława  Leśmiana. Podpatrywał arcymistrzów, podejmował  z nimi grę konkurencyjną.
Rzec by można, iż nie tyle żył, ile organizował własne życie tak, by przyjmować bezustannie im-
pulsy tworzenia dzieł, które ostaną się pośród zabytków sztuki nieprzemijającej.

Debiutował na początku lat dwudziestych, kiedy to większość twórców owładnięta była hi-

storycznym  i  kolektywistycznym  pojmowaniem  sztuki.  O  tym,  co  jest  wartością  w  sztuce,
decyduje jej rozwój historyczny, mówiono. Każda epoka daje szansę tylko niektórym talen-
tom, wybranym typom uzdolnień – inne odtrąca, unieważnia, tępi. Jednostka – nawet najge-
nialniejsza  –  nie  jest  w  stanie  pokonać  własnego  czasu  ani  unieść  się  ponad  własną  epokę.
Jeżeli pragnie  ocalić  talent,  powinna  zrozumieć  swój  czas.  W  każdej  epoce  dominują  nurty
zachowawcze,  konserwatywne,  eksploatujące  stare  techniki  artystyczne;  każda  epoka  ma  w
sobie także prądy nowe, które nieuchronnie zwyciężą w przyszłości. Otóż zrozumieć historię,
to  odróżnić  hałaśliwy,  akceptowany  przez  większość,  a  przecież  skazany  na  rychłą  śmierć
tradycjonalizm – od utajonego, jeszcze nie dostrzeganego przez ogół, często przez większość
lekceważonego  i  ośmieszanego,  nowatorstwa.  Tradycjonalizm  przynosi  poklask,  w  końcu
staje się klęską artysty. Nowatorstwo bywa drogą przez mękę, ale prowadzi ku wielkości.

Gdy Przyboś zaczął ogłaszać drukiem swoje pierwsze wiersze, mógł sądzić, iż spóźnił się o

kilka lat: w Polsce podział na tradycjonalistów i nowatorów został już dokonany. Tradycjonalizm
w  poezji  polskiej  łączono  z  dziedzictwem  romantyzmu  i  postromantyzmu,  z  przetwarzaniem
dziewiętnastowiecznych wzorców, głównie zaś z powielaniem młodopolskich chwytów.

Nowatorami  okrzyknięto  młodych,  przyszłość  poezji  widziano  w  energii  młodości.  Siła,

witalizm, rozmach, optymizm – oto, dowodził Stanisław Baczyński, fundamentalne wartości
nowej ery w dziejach sztuki słowa

3

. Młodzi poeci „Skamandra”, młodzi ekspresjoniści, mło-

dzi futuryści burzą archaiczną estetykę lat niewoli i kształtują piękno godne XX wieku.

Przyboś był młodszy od młodych: i tych uznanych przez krytykę (skamandryci), i drama-

tycznie,  brawurowo,  skandalizująco  walczących  o  rozgłos  (futuryści).  Futurystów  nie  cenił,
nazywał  ich  pogardliwie  „fetorystami”;  zbyt  poważnie  traktował  poezję,  by  mógł  pogodzić
się  z  towarzyszącymi  jej  skandalami  i  zabawowymi  mistyfikacjami  Brunona  Jasieńskiego,
Anatola  Sterna  czy  Aleksandra  Wata.  Skamandryci  imponowali  mu  pomysłowością  arty-
styczną. Przede wszystkim mieli własne pismo, mogli decydować o publicznych biografiach
pisarskich wstępujących do literatury generacji.

„Ciekawą wizję poetycką psuje Panu brak poetyckiego odczuwania. Wiersze interesujące.

Prosimy o dalsze nadsyłanie utworów” – pisała redakcja „Skamandra” (1922) w odpowiedzi
Julianowi  Przybosiowi

4

.  Początkujący  twórca  nie  mógł  sobie  pozwolić  na  luksus  zranionej

dumy, skorzystał z zachęty; w końcu „Skamander” przyjął i ogłosił jego wiersz 

Cieśle (1922).

                                                          

3

 S. Baczyński, 

Syty Paraklet i głodny Prometeusz. Najnowsza poezja polska,

 Kraków 1924.

4

 „Jedna to z ważniejszych »odpowiedzi redakcji«, jakie można znaleźć przeglądając polskie czasopisma. Od-

dajmy sprawiedliwość redaktorom »Skamandra«: na talencie poznali się, do współpracy zapraszali. Nie dziwmy
się ich dezorientacji. To kapitalne sformułowanie »ciekawa wizja poetycka – brak poetyckiego odczuwania« –
wiele jest warte. [...] To pojawia się coś, co w oczach ich poezją i jest, i nie jest, nowy jakiś rodzaj, z którym nie
bardzo wiadomo, co począć. Od tego też momentu będą w Polsce przez długi czas współżyły ze sobą nie dwa
prądy poetyckie, nie dwa obozy, lecz – dwie poezje.” J. Kwiatkowski, 

Przedmowa

 do: J. Przyboś, 

Pisma zebra-

ne

. Opracował R. Skręt. 

Utwory poetyckie

, t. I, Kraków 1984, s.V.

background image

6

Młodzi pozwolili przemówić młodszemu. Ale nie był to początek przyjaźni – „poetyckie od-
czuwanie” Przybosia, niepojęte dla skamandrytów, dopominało się o inne przymierza, wyma-
gało innego systemu myślenia.

Fascynacją pisarskiej młodości Przybosia stał się wkrótce Tadeusz Peiper. Pierwsze szkice

Przybosia, które zaczął ogłaszać w redagowanej przez Peipera „Zwrotnicy”, są po uczniow-
sku wierne ideom peiperyzmu. Jego wiersze pisane w czasach terminowania u Peipera urze-
czywistniają  postulaty  mistrza  (nazywanego  „papieżem  awangardy”)  precyzyjniej  niekiedy
nawet niż poezja założyciela „Zwrotnicy”.

Nie znajdziemy tu śladu modnej wówczas apologii młodości. Młodość to dar natury, do-

mena biologii. Gdy walczą młodzi ze starymi, natura walczy z naturą. Tymczasem wedle Pe-
ipera, więc i wedle ówczesnego Przybosia, nie można zaufać naturze – w żadnej z jej wcieleń.
Zaufać  trzeba  kulturze.  Właśnie  w  XX  stuleciu  doszło  do  spotęgowania  konfliktu  między
sztuką zniewoloną przez naturę a sztuką, która w dominacji kultury widzi jedyną szansę. Kult
natury to tradycjonalizm: ukochanie kultury – nowatorstwo. To dawniej – pisał Peiper, a za
nim Przyboś – człowiek chciał pozostać cząstką natury i z natury brał kanony  piękna.  Dziś
ludzkość ponad prawami przyrody pragnie formować swój los i budować sens swego istnie-
nia. Zadanie XX wieku: przetwarzać przestrzenie dzikie w przestrzenie cywilizowane. Usta-
nawiać piękno sztuczne, wspanialsze od naturalnego. Nie są to jeszcze dążenia powszechne.
Przeszkadza  w  ich  upowszechnieniu  sztuka  tradycjonalistów  –  sławiąca  imperium  biologii,
będąca „hodowlą słabości”

5

, powrotem do barbarzyństwa. Prawdziwi nowatorzy – niezależnie

od tego, ile liczą sobie lat – to dziś piewcy pracy, cywilizacji, kronikarze zwycięskiej walki z
przyrodą, którą zmusza się do służby dla dobra człowieka.

W dwóch pierwszych, ekstraawangardowych tomikach Przybosia w 

Śrubach (1925) i Obu-

rącz (1926), o wielkości poezji miała zadecydować wielkość przeżycia tematu cywilizacyjne-
go. Młody twórca przedstawia pracę przekształcającą naturę jako najwyższe uniesienie woli,
uczucia, rozumu. Wielbi i sławi trud zbiorowy niczym Boga, w żarliwości niemal religijnej, w
fanatycznej nietolerancji wobec wszystkiego, co mieści się poza robotą, ruchem, kolektywem.
Bohater Przybosia marzy o złączeniu z innymi. Chce być cząstką masy:

Rytmem opanowanego ruchu, porywającymi chwytami rąk
ujmij mię, pracowita gromado, włącz mnie w roboczy krąg!

6

(

Na budowie mostu na Wiśle)

Nie  wystarczy  powiedzieć,  iż  początkujący  awangardzista  pisze  o  pracy.  On  się  do  niej

modli, ubóstwia ją, wierzy w jej sens, korzy się przed nią jak  przed Stwórcą (gdyż praca w
jego systemie wartości  j e s t  Stwórcą ludzkiego świata):

Symetrio natchnienia, zegarze rządności, zgody rzeczniku porządku:
ciała  i  dusze  nasze  nurzający  we  wrzątku  najwyższej  radości,  w  najwyższej  boleści
wrzątku!
Regulatorze mądry, Formuło ostateczna, Syllogizmie istnienia. Wago!
Spłyń na nas ruchem, światłem, połącz nas twórczą powagą.
Myśli nam urządź jak domy;

(

Rekord)

                                                          

5

 J. Przyboś. 

Człowiek nad przyrodą,

 „Zwrotnica” 1926, nr 9.

6

 Wiersze z tomików wcześniejszych, od zbiorku 

Śruby

 (1925) do tomu 

Najmniej słów

 (1955), cytuję według

wydania krytycznego 

Pisma zebrane

, op. cit. Wiersze z tomików późniejszych według: J. Przyboś, 

Utwory po-

etyckie. Zbiór.

 Warszawa 1975.

background image

7

Później Przyboś parokrotnie wyrzekał się tych wierszy. Ogłaszał wszem i wobec, że wy-

kreśla je z własnej biografii

7

. Nigdy jednak nie był w tej osobliwej „walce” z awangardową

przeszłością konsekwentny. Zacierał ślady i powracał do dawnych tekstów. Skazywał na za-
pomnienie,  a  przecież  wiele  z  nich  przedrukowywał  w  swych  retrospektywnych  wyborach
poezji: w 

Miejscu na ziemi (1945) i w Utworach poetyckich (1970).

Z całą pewnością 

Śruby i Oburącz nie stały się wizją pełni człowieczeństwa: tej pełni, któ-

rą postulowały manifesty Przybosia. Bohater wtopiony w masę okazał się osobowością zre-
dukowaną, urzeczowioną, zrównaną z maszyną. Taki bohater nie mógł zrodzić nowej poetyki,
nowej estetyki słowa. Okazało się, że pisząc wiersz sławiący kolektyw można poprzestać na
tradycyjnych  systemach  wierszowania,  tradycyjnych  gatunkach  (hymn,  oda),  tradycyjnych
tonacjach i intonacjach polszczyzny. Poezja opiewająca gromadę  dawała pierwszeństwo do-
świadczeniom  epiki;  Przyboś  zdobywał  coraz  większą  pewność,  że  prawdziwa  przyszłość
sztuki słowa należy do liryki.

Śrubach i Oburącz da się już zauważyć pewną osobliwość wyobraźni poetyckiej Przy-

bosia: dojrzewającą dopiero, zalążkową, która wkrótce miała się okazać jedną z najdonioślej-
szych cech określających całość twórczości poety. Pochwała pracy nie jest tu tylko pochwałą
radości pracy, ale także hołdem złożonym bólowi, cierpieniu. Wróćmy do cytowanego tu już
fragmentu  wiersza 

Rekord,  do  słów  „ciała  i  dusze  nasze  nurzające  we  wrzątku  najwyższej

radości,  w  najwyższej  boleści  wrzątku”.  W  innych  wierszach  omawianych  tomików  ekspo-
nowane  są  sprzeczności  jeszcze  bardziej  dramatyczne.  Zachwyt  łączy  się  z  przerażeniem,
euforia wywołuje grozę. Miłość do ruchu, urzeczenie potęgą maszyny, prądu elektrycznego,
apoteoza konstrukcji metalowych – rodzą trwogę. Sławiona w hymnach praca – pokazywana
z naturalistyczną brutalnością – staje się torturą, „łamaniem kołem” (

Wstęp) i zarazem nadal

nie przestaje zachwycać.

Poetyka sprzeczności, rysująca się już w 

Śrubach i Oburącz, zrazu ograniczona do oceny

pracy, w kolejnych tomikach Przybosia, w 

Sponad (1939), we W głąb las (1932) i w Równa-

niu serca (1938), ogarnia coraz więcej kwestii, rozprzestrzenia się w coraz bardziej urozma-
iconej tematyce. Okazuje się nie tylko bliska wyobraźni Przybosia, ale i ważna dla ukształto-
wania doktryny Awangardy Krakowskiej. Poeci skupieni wokół „Zwrotnicy” Peipera pragnęli
być czymś więcej niż jedną z wielu grup poetyckich.  Ich ambicją stała się koncepcja sztuki
konkurencyjna wobec wcześniejszych, już ukształtowanych koncepcji i – jak marzyli – lep-
sza, bogatsza, trwalsza.

Wcześniejsze doktryny artystyczne – ekspresjonizm, futuryzm, nadrealizm – określały się

wobec  świata  sprzeczności.  Rzec  by  można:  rozpoczynały  swe  istnienie  od  wypowiedzi  na
temat sprzecznych idei XX wieku. Rodziły się pośród walki, syciły się walką, były odpowie-
dzią  sztuki  na  antagonizmy  światopoglądowe,  konflikty  społeczne,  antynomie  polityczne.
Każda odpowiedź artystów była inna, musiała być inna, inność stanowiła warunek odrębności
kolejnego „izmu”.

Dwie  doktryny  zrodzone  w  dwudziestowiecznej  Europie,  ekspresjonizm  i  futuryzm,  naj-

wcześniej  dokonały  „rozbioru”  świata  sprzeczności.  Podzieliły  się  przeciwstawnymi  warto-
ściami. Ekspresjonizm chciał być sztuką idei, pochwałą ducha, triumfem ponadmaterialnych
sił  rządzących  światem  i  człowiekiem.  Futuryzm  –  odwrotnie:  krzewił  kult  materii,  wielbił
konkret, opiewał maszynę i ciało, demaskował urojenia metafizyki. Ekspresjonizm był pacy-
fistyczny; futuryzm akceptował walkę zbrojną, sławił rewolucję. Ekspresjonizm dążył do po-
wagi; futuryzm skandalizował i błaznował itp. Gdy pojawił się trzeci, niesłychanie przedsię-
biorczy partner dwudziestowiecznej gry kierunków artystycznych – nadrealizm, nie mógł już
przedłużać sporu swoich poprzedników. By zaistnieć, musiał spojrzeć na świat sprzeczności z

                                                          

7

 „Utwory, które do zbioru nie weszły, skazuję na zapomnienie” – pisał poeta w przedmowie do tomu 

Miejsce na

ziemi

, Kraków 1945.

background image

8

nowej, nieoczekiwanej perspektywy. Nadrealizm znalazł własne wyjście: proklamował sztukę
wolną  od  sprzeczności!  Wokół  każdego  z  nas  –  pisał  André  Breton  –  piętrzą  się  konflikty,
antynomie, przeciwieństwa. Rzeczywistość zmusza do bezustannych wyborów wartości. Albo
– albo. Albo materia, albo duch. Albo pokój, albo wojna. Albo jawa, albo sen. Albo powaga,
albo  żart.  Tej  tyranii  rzeczywistości  naładowanej  konfliktami  poddali  się  i  ekspresjoniści,  i
futuryści.  To  ich  błąd.  Żaden  wybór  nie  przynosi  pełnej  satysfakcji.  Inwazja  sprzeczności
niweczy radość życia, wpędza w beznadzieję nihilizmu. I oto nadrealizm powołuje do istnie-
nia sztukę nadrzeczywistości czyli sztukę, w której wszystkie dręczące człowieka sprzeczno-
ści  tracą  moc,  przestają  się  liczyć,  znikają.  Znikanie  sprzeczności  będzie  odtąd  kanonem
piękna, kryterium sukcesu, twierdził Breton.

Grupa  Peipera  musiała  odnaleźć  jeszcze  inne,  czwarte  rozwiązanie.  Docierała  do  niego

stopniowo, klucząc i błądząc, ulegając pokusom ekspresjonistycznym, futurystycznym i nad-
realistycznym.  W  twórczości  Przybosia  znajdziemy  ślady  tych  wpływów,  w  poezji  Peipera
także.  Mimo  to  jednak  z  biegiem  czasu  coraz  wyraźniej  krystalizował  się  model  poetyki
awangardowej jako poetyki ujawniania i potęgowania sprzeczności.

Niekiedy starcie racji sprzecznych kończy się tu zwycięstwem jednej i klęską przeciwnej

wartości. Zastanawiające, iż począwszy od 

Sponad przegrywają raz po raz te wartości, które

Śrubach i Oburącz były – mało powiedzieć: faworyzowane – jedynie słuszne! Praca, kultu-

ra,  cywilizacja.  Pomiędzy  liryką  nowszą  a  wcześniejszymi,  hurracywilizacyjnymi  utworami
rodzi się napięcie  i n t e r t e k s t u a l n e, autopolemiczne. Oto przykład:

Po schodach, piętrach, wzdłuż ścian korytarzy
szwendam się i obijam, i nuda mnie miele
w murze i wapnie,
aż mnie jeden zakurzony pokój zamknie,
osłupi,
i pada, i mży nad głową w dzień i w nocy – sufit.

Tak brzmi początek wiersza Co dzień z tomu 

W głąb las. Obrazy wiersza burzą niedawne

hierarchie autora, nicują i odwracają jego wcześniejsze systemy wartości. Opiewane nie tak
dawno  symbole  trudu  i  budowy  –  mur,  wapno,  pokój,  sufit,  są  tu  znakami  uwięzienia,  od-
człowieczenia, „osłupienia”. Zakurzony pokój „osłupia”, zamienia w słup i zarazem ogłupia.
To  drugie,  domyślne  znaczenie  neologizmu  semantycznego  Przybosia  „osłupić”  staje  się  w
pełni wiarygodne, gdy czytamy dalej:

Skonany-m śród zajęć szkolnych jak pośród pustaci,
ja, tępymi pałami uczniów utłuczony belfer.

Przed Przybosiem (także i po nim) literatura utrwalała niemało doświadczeń uczniowskich,

które bywają dalekie od pedagogicznej Arkadii, są bytowaniem w bezdusznym drylu, otępie-
niu, nudzie. Przyboś ma odwagę przyznać się do podobnych depresji i zniechęceń nauczycie-
la. Gdzież ratunek? Odpowiedź niedawnego piewcy kultury, szydzącego z „mieszczańskich”
urzeczeń  przyrodą,  jest  zaskakująca.  Właśnie  bowiem  przyroda  suwerenna  wobec  kultury
okazuje się przestrzenią przeżyć najsilniejszych, dramatyzujących człowieczeństwo:

Lecz wystarczy niewiele:
W pierwszy lepszy wieczór jasny
wyjść za lasek zamiejski, ku polom w górze,
a
głowę porywa mi otchłań i migot przerażeń,

background image

9

nie ma ziemi – tylko zawrót konstelacji
i wystawiony na cel sfer
przepastnych:
ja.

Na odwrocie rękopisu wiersza 

Co dzień poeta zanotował prozą: „Nad Olzą, góra lasu, gru-

dzista glina – ziemia, napływ wizyj z odległej, najgłębszej przeszłości, ich treść, istność meta-
fizyczna,  dośrodkowa,  dogłębna.  Ta  przestrzeń,  te  rózgi  drzew,  ten  szron  –  ten  wycinek
świata napięty do [bólu] spazmu. Coś musi jak struna pęknąć. Jak to wyrazić? Gdzie słowo,
zdarzenie, myśl, co wyzwoli skowaną treść mojego życia, treść rozkoszną do bólu i szlochu –
ziemi i świata!”

8

Najlepsze wiersze  Przybosia  nie  stanowią  jednak  rezultatu  prostej  zamiany  wartości  (za-

miast kultu pracy – bezczynność, zamiast wielbienia materii – metafizyczność, zamiast wizji
przyszłościowych  –  przeszłość  ukryta  w  naturze  i  komunikująca  się  skrycie  z  człowiekiem
itd.). Zresztą  nawet  w  wierszu 

Co  dzień,  w  którym  na  pozór  spór  między  wartościami  roz-

strzyga się jednoznacznie, nie wszystko jest oczywiste. Owszem, w spotkaniu z przyrodą od-
radza się – utłuczona „tępymi pałami uczniów” – siła doznań intensywności istnienia.  Lecz
zauważmy, iż otchłań kosmosu zachowuje się wobec człowieka podobnie jak zakurzony po-
kój belferski. Ona także na niego poluje, „wystawia na cel”, jest także żywiołem nieprzyja-
znym, groźnym.

Powtórzmy:  najlepsze  liryki  Przybosia  to  nie  są  jego  wiersze  tendencyjne,  faworyzujące

jakąś  jedną  ideę  –  kosztem  innej.  Nie  są  to  również  wiersze  zacierające  antynomie  świata
(wzorem nadrealizmu). Fascynuje go, jak przeczytaliśmy w notatce na odwrocie rękopisu 

Co

dzień, „świat napięty”. Jego dzieła najlepsze organizują dialog wartości sprzecznych, są poli-
fonią postaw skłóconych, walczących o dominację, uchwyconych w momencie walki.

Nie zawsze jest tak, jak obserwowaliśmy w 

Co dzień, iżby Przyboś wyrzekał się ostenta-

cyjnie  swych  wcześniejszych,  awangardowych  wiar  i  zachwytów.  Często  powraca  do  nich,
usiłuje na nowo rozważyć ich blaski i mroki. Równie często przeciwstawia im systemy warto-
ści  antagonistycznie  zorientowane  wobec  młodzieńczych  zauroczeń  awangardy.  Nierzadko
też rezygnuje z rozstrzygnięć definitywnych.

Oto  w  słynnym  liryku 

Notre-Dame  z  tomu  Równanie  serca,  wierszu  napisanym  w  1937

roku, możemy rozpoznać bez trudu dawny Przybosiowy podziw dla pracy przekształcającej
naturę. Katedra  gotycka nad Sekwaną  wydaje  się  zrazu  hymnem  kamiennym  na  cześć  „bu-
downiczych”. Był ktoś, kto pokonał chaos, ujarzmił naturę. Ktoś „wstrząsnął tą ciemnością,
nagiął – / i ogarnął”. Ktoś porąbał skały i nadał im kształt murów. Przepaść górska, odwróco-
na dnem ku niebu, stała się wnętrzem katedry. Czyż można piękniej przeżyć triumf człowieka
nad przyrodą? A jednak podmiot liryczny tego wiersza przeżywa nie tylko zachwyt. Czuje –
przerażenie.  Gotyk  zrodzony  z  kamieni  wcale  się  od  natury  tak  naprawdę  nie  oderwał.  W
przepaści gotyckiego wnętrza słychać „hurgot głazów szybujących coraz wyżej i wyżej”. Mu-
ry pamiętają skały, z których zostały zbudowane, i oto skały w murach zmartwychwstają! Nie
zwycięstwo człowieka nad naturą, lecz walka budowniczych z nieubłaganymi mocami natury,
z potęgą chaosu, staje się przedmiotem dramatu. Poeta, świadek owego dramatu, jest wstrzą-
śnięty ogromem i jednocześnie przez ów ogrom upokorzony:

Wyszydzony i opluty śród poczwar rozdziawionych deszczem
wiem: Co znaczę ja żywy o krok od filarów!

Czytelnik  pragnący  jednoznacznych  konkluzji,  poszukujący  jasnych  i  bezdyskusyjnych

odpowiedzi  w  dziele  poetyckim,  przeciw  takim  wierszom,  jak 

Notre-Dame,  może  protesto-

                                                          

8

 Według: J. Przyboś, 

Pisma zebrane

, op. cit., s. 455.

background image

10

wać.  Mechanizm  gry  sprzecznościami  powoduje  zawieszenie  wniosków,  z  dialogu  wyłania
się dialog, pytanie rodzi pytanie. W 

Notre-Dame upokorzenie  i duma człowieka współistnie-

ją, tworzą napięcie emocjonalne, które okazuje się wartością wyższą niż wybór jednej posta-
wy. Poeta, który w młodości wyrzekł się religii, zastąpił ją religią pracy, teraz w architekturze
gotyckiej  odkrywa  zarówno  znak  gigantycznej  pracy,  jak  i  znak  wiary  w  Boga.  Przestrzeń
katedry wydaje mu się uwieńczeniem myśli konstrukcyjnej, lecz przecież jest to również „Z
miliona złożonych do modlitwy palców wzlatująca przestrzeń”. Kim jest podmiot analizowa-
nego liryku: zdeklarowanym ateistą  czy człowiekiem tęskniącym  do  wiary?  Odtrąca  modli-
twę, a przecież podąża wyobraźnią tam, gdzie unoszą się słowa cudzych modłów. Czy modli
się razem z milionami i stuleciami, czy tylko uświadamia sobie, jak modlą się inni? Jest i ba-
daczem, i aktorem gotyckiego widowiska:

Wiem. Obciążone Jezusami krzyże
trzeba wyostrzyć w piony budowniczych drabin
i swoją wolę, zrównaną z niezgłębionym lazurem,
swoją śmierć
z ostrołuku
trafić –

W sporze wiary z niewiarą – niewiara uzyskuje w końcu przewagę. Rzeźby gotyckie są tu

przede  wszystkim  dziełami  sztuki,  ich  wymiar  sakralny  wydaje  się  „ja”  lirycznemu 

Notre-

Dame mniej intensywny niż wymiar materialny, niż podziw dla kunsztu, który w „obciążo-
nych Jezusami krzyżach” pokonał grawitację. Myśl o śmierci Syna Bożego na krzyżu okazuje
się myślą o śmierci człowieczej – jest dla każdego z zatopionych w modlitwie próbą pokona-
nia  lęku  przed  kresem  własnego  istnienia.  Trzeba  wyostrzyć  „swoją  wolę”,  by  wysoko  „z
ostrołuku” gotyckiego (jak z łuku)  trafić  „swoją  śmierć”  –  powiada  Przyboś.  Ale  przewaga
uczuć laickich, areligijnych, jakże daleka tu jest od radosnej pewności człowieka, który sądzi,
że żyje w świecie bez tajemnic! Przyboś w 

Notre-Dame jest dojrzalszy o zwątpienia, z który-

mi rozstał się był przed laty w 

Śrubach i Oburącz. Wyjaśnienia fenomenu katedry gotyckiej w

języku  praw  fizycznych  okazują  się  niewystarczające:  upominają  się  o  refleksję  tajemnice
metafizyczne. Taką tajemnicą pozostaje choćby owa „wola, zrównana z niezgłębionym błę-
kitem”.  Pozostaje  nią  niezgłębiony  błękit:  nieba  katedry?  Nieba  nad  katedrą?  Notre-Dame
kończy się pytaniem, siła niepokoju każe znak zapytania zastąpić wykrzyknikiem:

Kto pomyślał tę przepaść i odrzucił ją w górę!

Śrubach  i  Oburącz  panowały  intonacje  twierdzące,  zdania  orzekające;  pytania  miały

charakter retoryczny, krasomówczy. Od tomu 

Sponad coraz więcej w retoryce Przybosiowej

pojawia się intonacji pytajnych, linii wnoszących się, antykadencji.

Jak swój dzień wywieść z obiegu?
[. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]
Jak zatoczyć poemat na kołach?

(

Na kołach)

Gdzie słowo, które zmieni świat
w słuch?

(

Gdzie słowo, które zmieni)

background image

11

– Jakie pole ciałem swoim – ucieleśnić?
– Z jaką łąką swoją wolę łączyć?

(

Echo)

Co tu robię między troską a łanem,
obłąkany przez błękit ogromny?

(

Powrót na wieś)

Jak ten skryty poryw widoku i ciszę zatuloną w szumie
szeptanymi pytaniami – wydać?

Jakże w cieniu, pod lipą – przysłowieć?

(

Lipiec)

Te pytania kieruje poeta do siebie; najważniejsze pozostaje w nich słowo „jak” (żyć, czuć,

tworzyć, wyrażać świat i człowieka w świecie). Pytania jawne, a także ukryte, interpunkcyj-
nie nie wyodrębnione z tekstu – pozostawione czytelnikowi do rozwiązania, poszerzają hory-
zont  poznawczy  liryki  Przybosia.  Jego  świat  staje  się  coraz  bogatszy.  Obok  przedmiotów
sztucznych pojawiają się w przestrzeni jego wierszy twory przyrody; wieś przygląda się mia-
stu; natura podporządkowana człowiekowi spotyka się z naturą dziką; krajobrazy odkrywane
w samotnych wędrówkach sąsiadują – i polemizują – z krajobrazami już odkrytymi i utrwalo-
nymi w poezji innych autorów (zwłaszcza Słowackiego). Praca konkuruje z zabawą, wysiłek
z próżnowaniem, dorosłość z dziecięctwem. Racje masy nie są już akceptowane bezdyskusyj-
nie, teraz muszą się wytłumaczyć wobec praw jednostki, określić w stosunku do jej najintym-
niejszej  prywatności.  Poezja  awangardzisty  zmierza  do  pełni,  przy  czym  jest  to  pełnia  we-
wnątrz zantagonizowana, nabrzmiała od napięć, wypełniona energią grożącą wybuchem.

Przybosiowa poetyka sprzeczności nie była jedynie taktycznym chwytem czy fortelem w

turnieju doktryn artystycznych XX wieku (choć była i tym także). Wyrastała z wyobraźni, z
temperamentu poety, syciła się równocześnie jego przekonaniami i doświadczeniami społecz-
nymi. W biografii Przybosia dwukrotnie rozegrał się ten sam dramat: entuzjazmu i rozczaro-
wania. Dwa razy zaufał idei – wielkiej i sprawiedliwej, porywającej miliony. Służył jej, ryzy-
kował dla niej życiem. I za każdym razem owe idee urzeczywistniały się (już poza nim) tak,
że wyzwały w nim sprzeciw lub sprzeciw i lęk.

Pierwszą była idea niepodległości Polski. Walczył o nią, marzył o jej zwycięstwie. Oto po-

czątek 

Drogi powrotnej (1931):

Śnieg w zamieci kołował jak biały orzeł.
Batalion broń nabił.
Wątły chłopak – jak natchniony przez prawdziwy karabin
szedłem w pierwszej linii,
w Honorze.

Walka  była  radością,  żarliwą  niewinnością  wiary  w  Polskę,  która  własną  suwerenność

państwową  uczyni  niekończącym  się  świętem  wszystkich  Polaków.  Tak  wyobrażał  sobie
zwycięstwo nie tylko przecież on, poeta, „Wątły chłopiec – z Polską w ciężkim tornistrze”.
Takie nadzieje były jakże powszechne. I cóż się okazało? Okazało się, że niepodległość pań-

background image

12

stwa nie musi oznaczać niepodległości obywateli. Wolność kraju nie staje się automatycznie
wolnością klas, grup społecznych, środowisk, jednostek. Czy stała się nią w Drugiej Rzeczpo-
spolitej? W odczuciu Przybosia – nie. Jego zdaniem społeczeństwo zostało zdradzone przez
swoich przywódców. „Wolność stężała w mury” – czytamy w 

Drodze powrotnej, a nie są to

ściany „szklanych domów”, lecz mury więzienne...

Przyboś nie należał do wyjątków – literacki obraz polskiej państwowości z lat 1918-1939,

obraz wyłaniający się z ówczesnej liryki, prozy powieściowej czy eseistyki, wydaje się bole-
śnie ponury i ciemny. Nie szukajmy w tym obrazie chłodnego, precyzyjnego i bezstronnego
opisu, który winien być celem wiedzy historycznej. Język literatury dwudziestolecia między-
wojennego to język emocji, napięć, nienasyconych marzeń. Różne się na to złożyły powody: i
światopoglądowe,  i  artystyczne.  Wśród  ludzi  pióra  dominowały  sympatie  lewicowe,  ważną
rolę odgrywała marksistowska wizja świata, a niekiedy tylko retoryka rewolucyjna, moda na
hasła buntu i wiary w nowy, wspaniały świat sprawiedliwości społecznej. Tradycja literacka
dopominała  się  o  twórczość  piętnującą  zło  i  walczącą  ze  złem;  polska  tradycja  literacka
uczyła trudnej samooceny poprzez samooskarżenie, „rozdrapywanie ran” (Stefan Żeromski).
Przyboś nie był konspiratorem, aktywistą rewolucyjnego podziemia, więźniem politycznym.
Nie można jednak powiedzieć, by jego liryka oskarżycielska stanowiła wytwór intelektualnej
mody. Awangarda Krakowska, podobnie jak wiele innych awangard europejskich, łączyła się
z ideologią lewicy, ponieważ dostrzegała tożsamość rewolucji w życiu społecznym i rewolu-
cji w sztuce.

Rozumowanie było proste: proletariat burzy zakrzepłe formy życia, awangardyzm „rozbija

tworzydła” tradycjonalizmu (sformułowanie Peipera). Oba żywioły spełniają wyroki historii,
służą postępowi. Oba dążą do porządku, dyscypliny, konstrukcji  – przeobrażają tłum w ko-
lektyw, naturę w dzieło sztuki, w utopię szczęśliwości powszechnej.

Przyboś  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  iż  marzenia  o  szczęściu  –  wcielane  w  życie  siłą  –

mogą zrodzić koszmar. We Lwowie zetknął się z praktykami stalinizmu, który był zaprzecze-
niem wszelkich ideałów awangardowej lewicy. Wierzył jednak – jak wspominają znający go
w tamtych latach – iż ogrom cierpień i nieszczęść, które ogarniają narody krwawiące w woj-
nie, wyzwoli dobro, uszlachetni ludzkość i utopia się spełni!... Po wojnie również Polacy od-
czuli ciężar systemu stalinowskiego.  I znów, o ileż boleśniej,  powtórzył  się  dramat  poety  –
marzącego o pięknie i spotykającego brzydotę, zło, krzywdę. Teraz jednak nie mógł walczyć
piórem ze złem; nie tylko on milczał, choć w odróżnieniu od tylu innych kolegów po piórze –
w latach stalinizmu nie został dworskim wierszopisem. Jak większość twórców przebywają-
cych w kraju – dopiero w październiku 1956 roku, po oficjalnej  krytyce kultu jednostki, po
masowych  rehabilitacjach  rewolucjonistów  skazanych  i  uśmierconych  w  obozach  syberyj-
skich,  Przyboś  zabrał  głos.  Spróbował  włączyć  do  swej  poetyki  sprzeczności  –  wiedzę  o
sprzecznościach ruchu rewolucyjnego.

Najcenniejszym  rezultatem  tych  usiłowań  jest  wiersz 

Śmieszni  z  gniewu.  A  w  istocie

fragment tego wiersza: druga strofa. Tu bowiem Przyboś uchwycił i wypowiedział sprzecz-
ność  bodaj  najdonioślejszą:  między  ideologiami  zbiorowości  a  poświęceniem  jednostek.  Z
reguły  w  świadomości  potocznej  czyny  jednostek  znaczą  tyle,  ile  znaczą  ideologie,  którym
dane  jednostki  służyły  i  w  imię  których  ginęły.  Przyboś  przeciwstawia  się  potocznym  osą-
dom. Pragnie oddzielić biografie jednostek walczących o sprawiedliwość od dziejów tej czy
innej doktryny społecznej, tej czy innej myśli kolektywnej. Upadek moralny idei, jej zwyrod-
nienie czy dewiacja nie mogą obciążać tych, którzy w nią wierzyli.

Ogień nich się raczej wypali powoli na dłoni
nagiej i wciągniętej. W powszechnej zbrojowni
próbnych wybuchów
tylko tę rękę-ranę wolno wziąć za drogowskaz.

background image

13

Ona wskaże nadzieję bez wiary: przemyci
pilnik w chlebie do więzień strojnych we wszystkie sztandary.

Szczególnie wymowne są słowa: „do więzień strojnych we wszystkie sztandary”. Właśnie

bowiem  sztandary  symbolizują  bezimienne,  ponadjednostkowe  siły,  które  zniewalają  czło-
wieka.  Nie  one,  woła  poeta,  lecz  losy  ludzkie  –  „z  bólu  tak  bliskie”  –  pozostają  jedynym
wskazaniem etycznym. Jedynym przesłaniem dziejów człowieczeństwa.

Poetyka sprzeczności ujawnianych i potęgowanych w wierszu nadaje twórczości Przybosia

sens epistemologiczny. Poezja urzeczywistnia się jako dziedzina poznania, terytorium poszu-
kiwania prawdy. W centrum tej epistemologii poetyckiej znajduje się kategoria  s y t u a c j i
l i r y c z n e j. Poeta-teoretyk sformułował swoją koncepcję „sytuacji lirycznej” w szkicach
powojennych,  ale  już  w  dwudziestoleciu  stopniowo  do  niej  docierał.  Już  wówczas  ją  prze-
czuwał, tropił, kształtował w manifestach i w wierszach.

Oto najpełniejsza definicja:
„Dobry wiersz jest odkryciem nie znanego jeszcze powszechnie  z a c h o w a n i a  s i ę  u

c z u c i o w e g o,  c z y l i  n o w e j  s y t u a c j i  l i r y c z n e j,  o d p o w i a d a j ą c e j  z
m i e n i o n e j  s y t u a c j i  o b y c z a j o w e j. Dobry wiersz ujmuje tę nową sytuację li-
ryczną, zmienia dawny sposób wyobrażenia, czucia i wartościowania.”

9

Zauważmy, iż w rozumowaniu Przybosia „sytuacja liryczna” pojawia się przed napisaniem

wiersza.  Wiersz  ją  dopiero  „ujmuje”.  Jest  wydarzeniem  w  życiu  człowieka,  chwilą  w  jego
biografii, realnością jeszcze nie poetycką. Przyboś  nazywa  ją  „sytuacją  obyczajową”,  ale  w
innych szkicach pisze o „sytuacji moralnej”; powiada, iż prawdziwy wiersz „objawia nowość,
odkrywa i poecie, i wszystkim jego czytelnikom nie znaną dotychczas sytuację moralną”

10

. W

istocie „sytuacja liryczna” może być każdą sytuacją dostępną człowiekowi – pod warunkiem,
że zostanie głęboko przeżyta, a także, że twórca przeżyje ją jako wydarzenie nowe. „Sytuacja
liryczna” zasługuje na własną nazwę, gdy rodzi „nowe wzruszenia”, kształtuje „nowy świat
uczuć i wyobrażeń”, odsłania „nowe obszary życia uczuciowego”

11

.

Idea  „sytuacji  lirycznej”  faworyzuje  autobiograficzne  treści  wiersza.  Istotą  wysiłku  arty-

stycznego jest tu przecież odkrycie, objawienie faktu psychologicznego, a nie czysty wymysł!

„Prawie każdy mój utwór jest biograficzny, tzn. taki, co wyniknął z mojego życia: każdy

jest  okolicznościowy,  związany  z  jakimś  ważnym  dla  mnie  wydarzeniem”

12

  –  zwierzał  się

poeta.

Ze szczególnym upodobaniem sięgał Przyboś do materiału wspomnieniowego. „Za wspo-

mnieniem płyń wspomnieniem!” – te słowa Cypriana Norwida wybrał jako motto do jednego
z  liryków  (

Za  wspomnieniem  z  tomu  Rzut  pionowy),  a  trzeba  dodać,  iż  Przyboś  nieczęsto

posługiwał się cytatem w funkcji motta i jeżeli cudze słowa pojawiały się pod tytułem wier-
sza,  były  to  z  reguły  słowa  ważne  dla  jego  światopoglądu  artystycznego:  programowe.
Wspomnienie  staje  się  w  wielu  utworach  Przybosia  dialogiem  teraźniejszości  i  przeszłości.
Niekiedy przeszłość wyłania z siebie coraz to  inne  kręgi  asocjacji  wspomnieniowych,  daw-
ność  odległa  spotyka  się  z  dawnością  jeszcze  dalszą,  albo  wynurzają  się  zdarzenia  niemal
równoczesne – z różnych okolic pamięci.

Zauważmy, iż  b o h a t e r  liryków Przybosia, a więc postać poruszająca się w świecie

przedstawionym, często bywa jednocześnie dzieckiem, młodzieńcem i osobą dorosłą. Bohater
mieści w sobie jakby różne stadia dojrzewania – różne głębie wspomnień. Natomiast  p o d m
i  o  t    autorski  ani  nie  ma  w  sobie  nic  z  dziecięctwa,  ani  nie  manifestuje  buńczucznie  swej
młodości (choć kult młodości – od czasu romantyzmu – łączy się w polskiej świadomości z

                                                          

9

 J. Przyboś, 

Najmniej słów

, Kraków 1955, s. 129.

10

 J. Przyboś, 

Linia i gwar

, Kraków 1959, t. II, s. 162.

11

 Cytaty z esejów zawartych w tomach: 

Linia i gwar

, op. cit., s. 107, 188; 

Czytając Mickiewicza

, op. cit., s. 188.

12

 J. Przyboś, 

Poezje wybrane 

(

Od Autora

), Warszawa 1967, s. 10.

background image

14

przeżyciem  liryzmu).  Podmiot  to  człowiek  dojrzały,  odpowiedzialny,  już  uformowany.  Od-
stępstwem od tej reguły – na pierwszy rzut oka – byłyby późne wiersze Przybosia, pisane dla
córki Uty, układane razem z nią, imitujące polszczyznę dziecięcą. Lecz to odstępstwo pozor-
ne:  w  rzeczywistości  poeta-ojciec  ani  na  krok  (jeżeli  tak  można  powiedzieć  o  wierszu)  nie
odstępuje mówiącego dziecka. Najwyraźniej jest to poezja rymowanek dziecięcych – słyszana
i kontrolowana przez dorosłość, osaczona dorosłą pamięcią dzieciństwa poety.

Autobiografizm  jako  norma  lirki  (jako  prawdopodobieństwo  odkrycia  sytuacji  lirycznej)

był dla Przybosia wartością tak doniosłą, że bronił jej w końcu lat czterdziestych i na począt-
ku pięćdziesiątych – narażając się na  coraz większą izolację w  środowisku pisarskim, które
wówczas przyjęło nakazy twórczości agitacyjnej. Poeta-agitator w latach panowania realizmu
socjalistycznego popełnił – z punktu widzenia Przybosia – błąd niewybaczalny. Rezygnując z
odkrywania prawdy uczuć zajmował się ich „planowaniem”. Wyprzedzał czas, który stawał
się tematem wiersza. „Opisywał” na przykład pochód, który się jeszcze nie odbył, zjazd, który
znajdował się dopiero w fazie przygotowania, burzliwe oklaski (przechodzące w owacje) po
przemówieniu, którego nikt jeszcze nie słyszał. Jak można przeżywać świat od początku do
końca zmyślony? – oburzał się Przyboś.

Ty dosiadasz krzesła jak Pegaza!
Rzuciłeś się

z cichym szałem

w pościg

za tematem, który z kalendarza
umknął!
(Więc przestawiasz w swoim planie – plany:
piszesz odę majową już w czerwcu?)
Mnie brak takiej przedterminowości,
nie potrafię przed-czuć.

(

Do poety z terminarzem)

W systemie etycznym Przybosia „nie potrafię przed-czuć” znaczy  po prostu „nie potrafię

kłamać”.

Sytuacja  liryczna  to  moment  związania  poezji  z  życiem,  zakorzenienia  słowa  w  rzeczy,

ciele,  zjawisku  świetlnym,  ba  –  atmosferycznym:  tym  jednym  jedynym,  niepowtarzalnym.
Poezja jest sejsmografem życia. Dawniej – twierdzi Przyboś – owe więzi nie wymagały ar-
gumentów teorii. Poezja należała do życia, stanowiła jego integralną cząstkę, istniała nie jako
tekst  autonomiczny,  ale  jako  składnik  zdarzenia.  Poeta  prymitywny  „nie  rozdziela  tego,  co
śpiewane, od tego, co prawdziwe, faktu od zmyślenia, literatury od życia”

13

. W pierwotnym,

poetyckim przeżywaniu świata istnieje „wspólnota słowa i rzeczy”

14

.

Dziś już to nie jest możliwe. I nie jest potrzebne. Zadaniem słowa poetyckiego jest rekon-

strukcja sytuacji życiowej (moralnej, obyczajowej, ulotnej). Sytuacja autora musi się powtó-
rzyć jako sytuacja podmiotu, bohatera wiersza.

Z tych to właśnie powodów poeta tak wiele uwagi poświęca wzruszeniom przedsłownym.

Chce, aby słowo wiersza było wierne prawdzie zmysłów. Językowy obraz świata – w poezji –
powinien  odpowiadać  znakom,  za  pomocą  których  świat  zapisuje  się  w  żywych  oczach,  w
uchu, w tętnieniu krwi, w ciele. Poezja – twierdził Przyboś – wcale nie rodzi się z nadmiaru
słów; częściej z poczucia ich niedosytu. W 

Znaku przedsłownym (z tomu Próba całości) ota-

czający  człowieka  krajobraz  narzuca  mu  się  tak  intensywnie,  że  brakuje  wyrażeń,  które  by

                                                          

13

 J. Przyboś, 

Linia i gwar

, op. cit., s. 29.

14

 Ibid., s. 193.

background image

15

nadążały za biegiem przeżyć. Pozostają  jedynie  zaimki,  ogólniki,  a  więc  „to”  albo  „coś,  co
okrągłe”; w najlepszym razie „wszystko”.

Nierzadko wierność wrażeniom zmysłowym powoduje, iż stają się one w poezji Przybosia

ważniejsze niż wiedza, pewniejsze niż słowo oderwane od konkretu,  wyuczone.  Wiemy,  że
gdy pociąg jedzie, koła toczą się po szynach. Ale widzimy inaczej; że:

Koła zwijają szyny

(

Światła na stacji, z tomu Sponad)

i poeta przyznaje rację oczom, nie zdrowemu rozsądkowi.

Wiemy, że to nasze oczy – gdy patrzymy w dal – widzą powietrze. Lecz wrażenie bywa

inne, odwrotne, jak gdyby to powietrze przypatrywało się nam i oglądało nas swoimi niewi-
dzialnymi oczyma. Poeta mówi:

Patrzą na ciebie ogromne oczy powietrza

(

Spotkanie, z tomu W głąb las)

Kto był w Paryżu i odwiedzał Luwr, ten wie, że by obejrzeć posąg Nike z Samotraki, trze-

ba wejść ku niemu schodami. Wchodząc ulegamy złudzeniu, że to bezgłowy posąg zbliża się
ku nam, powiększa się, wyłania jak  wschodzące  słońce,  zwłaszcza  że  światło,  które  pada  z
okna  w  suficie  na  tę  skrzydlatą,  okaleczoną  postać,  staje  się  coraz  jaskrawsze.  W  wierszu
Przybosia, poety wiernego świetlnym złudzeniom, czytamy:

Wschodziła ku mnie w świetle głowy

(

Nike, z tomu Póki my żyjemy)

Prawda zmysłów – wygrywając z prawdą zdrowego rozsądku – bywa w liryce Przybosia

źródłem osobliwej fantastyki. Jest to fantastyka obywająca się bez wsparcia folkloru; baśń bez
wiedźm, strzyg, upiorów, wilkołaków. A przecież świat wielu liryków autora 

Na znak podle-

ga  rządom magii  czy  cudowności:  wcale  nie  zawsze  przecząc  zmysłowemu  doświadczeniu,
nierzadko właśnie doprowadzając je do stanu krytycznego. Im dokładniej sytuacja podmiotu
odtwarza sytuację człowieka pośród rzeczy, tym szerzej otwiera się świat imaginacji. Oto dwa
pierwsze wersy 

Krajobrazu (tom Sponad):

Zanim przejrzę się w rozstajnym krajobrazie, kędy
linie wywróżonych dłoni przechyliły pagórek...

Zrazu można sądzić, iż poeta korzysta tu z licencji wyobraźni. Ludzkie dłonie są zbyt sła-

be, by mogły przechylić pagórek. Chyba że bohaterem tej poetyckiej opowieści jest jakiś ol-
brzym, wyrwidąb z baśni. Ale nie: tutaj nie dłonie nawet, lecz linie dłoni dokonują niepraw-
dopodobnego wyczynu... By wyjaśnić zagadkę obrazu, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie,
w jakiej sytuacji wobec krajobrazu znajduje się bohater wiersza. Stoi? Idzie? Klęczy? Leży?
Takich pytań nie zadaje się na ogół podczas czytania wielu innych wierszy – innych autorów.
W liryce Przybosia to może być ważne.

Oto  człowiek  wchodzi  w  krajobraz.  Staje  naprzeciw  oddalonego  pagórka,  wyciąga  ręce

tak, że w zasięgu jego wzroku znajdują się linie jego dłoni (te linie, z których się wróży: dla-
tego są to dłonie „wywróżone”) i jednocześnie owo wzniesienie, które, oglądane w napięciu,

background image

16

jak podczas celowania do nieruchomego obiektu, zostaje wprawione w ruch: drży, osuwa się,
przechyla się w oczach. Oczy mówią, że to „linie wywróżonych dłoni przechyliły pagórek”.
Przyboś wierzy oczom. „Ach, tylko oczami wierzę” – wyznał w innym wierszu (

Czy uwie-

rzysz?). Uchwycenie złudzenia wzrokowego, będącego w danej chwili prawdą postrzegania,
nie jest ważne samo przez się. Jest ważne jako znak napięcia psychicznego w spotkaniu czło-
wieka z pejzażem. Nie jest to bowiem pejzaż przygodny czy przypadkowy w życiu bohatera-
podmiotu. Jak wynika z dalszych partii tekstu, to krajobraz dzieciństwa poety, kiedyś porzu-
cony i oto wracający do jego życia po latach. Zwykle w takich wypadkach pytamy, czy zna-
joma i powtórnie zjawiona przestrzeń zmieniła się w czasie rozstania. Przyboś odwraca pyta-
nie. Bo byłoby banalne, gdyby wiersz mówił o tym, że człowiek przygląda się krajobrazowi,
do którego wrócił po latach. Byłaby to sytuacja liryczna wielokrotnie już opisywana w dzie-
jach liryki. Nowość wzruszenia krajobrazem polega tu na tym, że bohater Przybosia pragnie
„przejrzeć się” w krajobrazie jak w lustrze. Ale słowo to znaczy także: rozpoznać się, odgad-
nąć samego siebie, jak w wyrażeniu

 przejrzeć kogoś na wylot. Ten odcień znaczeniowy cza-

sownika  „przejrzeć  się”  znajduje  wsparcie  w  epitecie  „rozstajny”.  Krajobraz  jest  (jak  „sad
rozstajny”  Leśmiana) wcale nie lustrzany,  nie  płaski,  jest  głęboki,  rozchodzący  się  w  różne
strony,  poprzecinany  różnymi  drogami.  Zatem  bohater–podmiot  poszukuje  tu  siebie,  tropi
własne ślady, wnika w głąb wzrokiem, pamięcią, wyobraźnią. Czy  znajduje? Tak! To prze-
cież jego wzrok, potrącając o linie dłoni, przechylił pagórek... Jest więc człowiek w tym spo-
tkaniu z przestrzenią podwojony, znajduje  się  jednocześnie  w  punkcie  obserwacji  i  w  głębi
obserwowanej natury.

Fakt  autobiograficzny  jako  kryterium  prawdy  monologu  lirycznego  to  względnie  prosty

warunek twórczości, zaświadczony wielowiekowym doświadczeniem historii literatury. Nie-
porównanie bardziej skomplikowane dylematy rodzi postulat  nowości.  W  praktyce  krytycz-
noliterackiej  Przybosia  „nowe”  wcale  nie  zawsze  rozumiemy  jako  „nie  znane  jeszcze  po-
wszechnie”. Gdy  Przyboś-krytyk  wita  z  radością  debiuty  poetyckie  z  okresu  przełomu  paź-
dziernikowego 1956 roku i gdy pośród owych debiutów wyróżnia między innymi tomik Je-
rzego Harasymowicza 

Cuda, cieszy go trafne rozpoznanie stosunków międzyludzkich, które

przed  Harasymowiczem  były  znane  powszechnie,  uświadamiane  potocznie,  a  przez  socre-
alizm przemilczane. „To jest nowe i to mówi o Nowości w naszym życiu”

15

 – stwierdza Przy-

boś. Niekiedy „nowe” okazuje się odwieczne, uniwersalne, olśniewające dlatego, że dopiero
teraz zostało przez poezję ujawnione. „Nikt jeszcze w poezji polskiej nie wyraził takiej czuło-
ści  dla  rzeczy”

16

  –  tymi  słowy  wyraża  Przyboś  uznanie  dla 

Obrotów  rzeczy  Mirona  Biało-

szewskiego. Na uwagę zasługuje uściślenie: „w poezji polskiej”. Nie jestem pewien, zdaje się
sugerować Przyboś-recenzent, czy istotnie w całej poezji światowej taka czułość dla rzeczy
nie została kiedyś już wypowiedziana. Być może inne obszary językowe, inne kultury literac-
kie mają w swej tradycji poezję równie wrażliwą na świat przedmiotów z najbliższego oto-
czenia człowieka – wcześniej niż w 

Obrotach rzeczy przedstawioną...

Jeżeli jednak „nowość” okazuje się wieloznaczną i problematyczną cechą wiersza, to prze-

cież – w przeświadczeniu Przybosia – nie staje się ona przez to wartością pozorną. Przeciw-
nie: stanowi wieczyste wezwanie dla twórcy, jego nieubłaganą powinność i jego najtkliwszą
tęsknotę. „Nowość potrząsa kwiatem” – to jest także jeden z niewielu cytatów, które stały się
mottem  programowego  wiersza  Przybosia  (

Głos  o  poezji);  słowa  te  znalazł  w  brulionowej

wersji 

Ody do młodości Mickiewicza.

Nieodzowną pomocą w poszukiwaniu Nowego jest dla poety wiedza historycznoliteracka.

Tylko kompetentna orientacja w doświadczeniach poprzedników potrafi uchronić  przed  mi-
mowolnym powtarzaniem cudzych odkryć. Przybosiowi organicznie obce – nawet wrogie –
były  mity  poety-prostaczka,  nawiedzonego  analfabety,  natchnionego  ignoranta  itp.  Jak

                                                          

15

 Ibid., s. 168.

16

 Ibid., s. 175.

background image

17

wspomniałem, tworzywo jego liryki jest u podstaw autobiograficzne, osobiste, intymne. Ale
własną biografię – pisał Przyboś – trzeba bezustannie konfrontować z historią literatury. Poeta
musi  najintymniejsze  przeżycia  pytać  o  to,  czy  nie  są  one  jedynie  inscenizacją  lekturową,
imitacją życia psychicznego poprzedników. Czy autor nie staje się w swoim utworze aktorem
grającym rolę napisaną przez któregoś z wielkich: Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Le-
śmiana,  Rilkego?...  Tradycja  zniewala  twórcę  na  różne  sposoby.  Podpowiada  już  to  cudze
słowa,  już  to  cudze  wzorce  wysłowienia.  Gra  Przybosia  z  tradycją  ma  kilka  reguł.  Jedną  z
nich jest reguła  u c i e c z k i, drugą reguła  k o n f r o n t a c j i.

Awangardzista  ucieka  zarówno  od  anonimowych  konwencji,  jak  i  od  cudzych  słów  (nie

chce ich powtarzać bezrefleksyjnie: na granicy hańby plagiatu). Konwencjami szczególnie dla
poety  zdradliwymi  są  systemy  gatunkowe  oraz  rodzajowe  odmiany  monologu  lirycznego,
uformowane w przeszłości i przechowywane w pamięci kultury. Przyboś-teoretyk wielokrot-
nie  wypowiadał  się  przeciw  gatunkowemu  zróżnicowaniu  nowoczesnej  poezji.  Poezja  XX
wieku  jest  tylko  liryką;  zamiast  gatunków,  które  uzasadniają  powtarzalność  zachowań  pod-
miotu,  winna  –  w  twórczości  ambitnej  –  rozrastać  się  poprzez  coraz  to  bardziej  niezwykłe
„sytuacje liryczne”, z istoty swej niepowtarzalne. Ale teoria nie potrafi w sposób mechanicz-
ny przeobrazić się w praktykę. Praktyka wymaga własnych chwytów, musi zostać sprawdzo-
na.  Im dłużej trwa praca nad  wierszem, tym skuteczniej krystalizuje się jego idea  –  nowa  i
oryginalna.  Należy  zrezygnować  z  myśli,  które  narzucają  się  poecie  od  razu:  zazwyczaj
pierwsze pomysły pochodzą z lektur, są bezwiednym naśladowaniem poezji dawnej, bywają
też  uległe  wobec  schematów  gatunkowych  tradycji.  Przyboś  był  przeciwnikiem  łatwizny.
Łatwość tworzenia staje się często drogą ku popularności: rodzi łatwość czytania, akceptację
w  odbiorze  powszechnym.  Należy  jednak  i  z  tej  pokusy  zrezygnować.  Aplauz  ogółu  mija,
pozostają wiersze jednego sezonu, których nowe epoki już nie chcą czytać.

Postulat  trudnej  oryginalności,  która  wymaga  rezygnacji  z  konwencji,  nie  pozyskiwał

Przybosiowi  zwolenników  wśród  krytyków  i  odbiorców  nieprofesjonalistów.  Przeciwnie,
odbiór przeczył nierzadko teorii. Co było, zdaniem poety, naganne w procesie twórczym, po-
dobało  się  ogółowi  czytelników.  A  co  wydawało  się  „słuszne”  z  punktu  widzenia  założeń
teoretycznych – budziło opory.

„Zauważyłem, że z wierszy moich podobają się najbardziej te, które ułożyłem jakby mi-

mochodem, bez trudu i nie przywiązując do nich wagi takiej, jaką obciążam inne, ważne dla
mnie.  Tak  np.  wiersz 

Małe  słońce  ułożyłem  w  czasie  niedługiej  przechadzki,  traktując  go

niemal jak piosenkę-komplement dla żony (wahałem się przy układaniu zbiorku 

Póki my ży-

jemy, czy go w ogóle wydrukować, lub Cicho, nisko, które tak się podoba wielu), itp.”

17

Zauważmy,  iż  w  sytuacji  „ułożenia” 

Małego  słońca  nie  zdarzyło  się  nic  szczególnego.

Żadnego wstrząsu, żadnej iluminacji. Powstał utwór odpowiadający znanym normom gatun-
kowym. Są to – powiada Przyboś – reguły „piosenki-komplementu”.

Przeczytajmy ten wiersz:

Żono, miotełką otrzyj
niebo ze słoty.
Jak z karty nut odwróconej
na zachód – z nieba odleciał
żurawi motyw,
na mokrych rzęsach promień jak smyczek
zagrał twe oczy.

Jeszcze zbiorę pokłosia
niezliczone cudze zagony –

                                                          

17

 Ibid., s. 239.

background image

18

stanę przy żarnach.
Jasny chleb nareszcie z obłoków
jak słonko
sprowadzę ci na ziemię
czarną.

Zamiast dzieży – w filiżance zaczynisz,
zanucisz
– obłok minie z świetlistem niczem –
podzielimy się kromką.
I na zmianę pogody zapieje
kijek z pióropuszem kogucim.

Małe słońce powstało w Gwoźnicy w 1942 roku. Wiersz ten należy do osobliwego nurtu w

polskiej liryce okupacyjnej, może być analizowany obok takich dzieł, jak Czesława Miłosza
Świat (Poema naiwne) czy Jarosława Iwaszkiewicza  Plejady. Na okrucieństwo nocy okupa-
cyjnej, na bestialstwa najeźdźcy, na strach i masowe egzekucje  – nurt ten odpowiadał arka-
dyjskim  widzeniem  świata  promieniującego  spokojem,  dobrocią,  łagodnością:  świata  nie-
podległego wobec przemocy, kultywującego odwieczne wartości człowieczeństwa.

Idźmy jednak tropem wskazanym przez autora. Czy istotnie jest to urzeczywistnienie ga-

tunkowych norm piosenki-komplementu? Poetyka komplementu zakłada, iż powinien to być
„drobny  utwór  wierszowany,  zawierający  pochlebne  życzenia,  zwłaszcza  dla  dam,  zalotne
pochwały, słowa uwielbienia itp.”

18

 Postawa podmiotu lirycznego jest więc z góry określona.

Podmiot  wiersza-komplementu  zwraca  się  do  adresatki  nie  tylko  z  pochwałą  wyrażoną
wprost, ale – jak w toaście, jak w wymyślnych życzeniach imieninowych – chwali ją za to,
czego inni nie dostrzegają, a co stanowi wartość szczególnie cenną i godną podziwu. „Wiem,
kim jesteś w oczach innych, wiem, co myślisz o sobie, ale dla mnie będziesz kimś wspanial-
szym i piękniejszym”. To jest istota konceptu. Wiersz Przybosia okazuje się wierny gatunko-
wi. Adresatka 

Małego słońca, żona poety, kobieta „z miotełką”, robi zrazu wrażenie niewiasty

wiecznie  zapracowanej,  zagubionej  wśród  rozlicznych  obowiązków  domowych  i  zajęć  go-
spodarskich.  Poeta  pragnie  stworzyć  dla  niej  inne  otoczenie,  zobaczyć  ją  w  innej  scenerii.
Wiejski krajobraz porównuje do sali koncertowej. Klucz żurawi na niebie to nie klucz żurawi,
lecz  zapis  nutowy  jakiegoś  motywu  muzycznego.  Niebo  nad  wsią  to  nie  niebo,  lecz  „karta
nut”. Promień zachodzącego słońca to nie promień, lecz smyczek, który w aurze wieczornego
koncertu nagle „zagrał twe oczy”.

„Wiem, że jesteś wiejską gospodynią, jesteś polską gospodynią we wsi kraju dławionego

przez najeźdźców, ale dla mnie będziesz damą z sali koncertowej” – taki sens konceptu Przy-
bosia dałby się wypowiedzieć prozą. On, poeta, autor komplementu, także jest i jednocześnie
nie jest rolnikiem. Zbiera pokłosia, ale chleb, który będą oboje spożywali, to „chleb nareszcie
z obłoków”, z nieba muzycznego, z marzeń o dostatku i spokoju.  Ubarwienie  świata,  który
staje się oprawą komplementu, towarzyszy  marzeniom  małżonków.  Tu  wystarczy  filiżanka,
by zaspokoić głód chleba. Wystarczy „kijek z pióropuszem kogucim”, by – jak żywy kogut –
zapowiedział pianiem zmianę pogody.

Reguły komplementu krzyżują się w 

Małym słońcu z regułami piosenki. Rzec by można,

iż piosenkowość tego wiersza organizuje się na dwóch poziomach  równocześnie: w świecie
przedstawionym, który jest muzyczny (nucący, piejący) i w porządku brzmień: dźwięcznych,
delikatnie instrumentowanych.

„Dlaczego się im podobają? – pyta Przyboś; dlaczego wielu czytelnikom podobają się ta-

kie właśnie wiersze, jak 

Małe słońce. – Rozumiem to dobrze: są najłatwiejsze, tzn.  p r z y p o

                                                          

18

 

Słownik języka polskiego

, red. W. Doroszewski.

background image

19

m i n a j ą  i m  w  j a k i ś  s p o s ó b  i c h  s t a r e  w z r u s z e n i a,  t o c z ą c e  s i ę  p o
k o l e i n a c h  j u ż  w y ż ł o b i o n y c h.”

19

Rzadki to przykład autokomentarza, w którym poeta polemizuje z odbiorcą życzliwym je-

go tekstowi! Powtórzmy: nie zawsze można od konwencji uciec, ale ucieczka przed konwen-
cją to dla Przybosia warunek prawdziwej twórczości.

Ucieczki przed konwencją są tak samo trudne, jak i ucieczki przed cudzym słowem.  Ist-

nieją bowiem słowa niczyje, równie jak  gatunki bezimienne, które narzucają się  tak  często,
jak często w życiu ludzkim pojawiają się sytuacje, z którymi owe słowa są zrośnięte. Niekie-
dy wydają się nieodzowne:

„Na przykład – »kocham«. Po cóż wysilać się na dookolną mowę, by wyrazić w
wierszu to, co najprościej, a więc chyba i najpoetyczniej, zawiera się w tym jed-
nym słowie krótkim, a pełnym jak głębokie westchnienie: kocham”.

(

Z rozmowy, tom Najmniej słów)

Lecz jest to słowo zawłaszczone przez tradycję literacką. Jak powiedzieć „kocham” w po-

ezji,  by  nie  powtarzać  zbanalizowanych  monologów  i  jednocześnie  wyrazić  uczucie  „wy-
mowniej i prawdziwiej, niż było powiedziane kiedykolwiek przedtem”? Przyboś w cytowa-
nym  tekście  na  pytanie  odpowiada  pytaniem.  Potrafi  określić  efekt  ucieczki  przed  słowem
zużytym,  nie  potrafi  wskazać  niezawodnych  sposobów,  które  by  dawały  ów  oczekiwany
efekt. Trzeba pisać, powiada, wiersze o miłości tak, „żeby zamilkłe »kocham« było słyszal-
nym westchnieniem każdego, pozornie nawet obojętnego słowa w erotyku?” Zamiast kropki
na końcu tej odpowiedzi pojawia się znak zapytania...

Byłaby zatem poezja ucieczką w nieznane? Niekiedy musi nią być. Pamiętajmy, iż Przyboś

dążył  do  poezji  wielkiej,  pragnął  arcydzieła,  a  w  przestrzeni  arcydzieł  nieznane  dominuje
ustawicznie nad znanym.

Drugi obok ucieczek (nie zawsze udanych, nie zawsze możliwych) sposób na wyzwolenie

spod presji tradycji to strategia konfrontacji. Mam na myśli wcale liczne wiersze Przybosia, w
których  dochodzi  do  jego  spotkania  z  dziedzictwem  przeszłości.  Przyboś  wie,  iż  oczytanie
literackie  powoduje  niesłychanie  silne  interwencje  cudzego  słowa  w  nasze  przeżywanie
świata. Czyż nie dzieje się tak, że wchodząc w przestrzeń opisaną już w literaturze, utrwaloną
w jakimś znanym dziele, zaczynamy myśleć o niej  cytatem?  Ktoś,  kto  na  pamięć  zna  frag-
menty  poematu  Słowackiego 

W  Szwajcarii,  gdy  znajdzie  się  w  szwajcarskich  Alpach,  nie-

chybnie będzie  o  widzianych  krajobrazach  myślał  poematem  Słowackiego.  Szczyty,  przełę-
cze, potoki – będą się jawiły w rytmie znanych strof, będą się odkształcały pod dyktando go-
towych  metafor.  Jest  to  jedna  z  oczywistych  prawd  życia  psychicznego  ludzi  czytających
dzieła literackie; jedna z oznak życia arcydzieł. Omijać ją? Zacierać w nowych lirykach?

Przyboś prawdę tę uwydatnia. Jeżeli krajobraz utracił swe piękno anonimowe, został przez

czyjąś poezję nazwany, otoczony słowem, „oznakowany” wierszem, trzeba ujawnić ten fakt.
Słowacki widział w niebie nadmorskim anioły. „Na tęczę blasków, którą tak ogromnie / anieli
Twoi w niebie rozpostarli” – pisał w słynnym 

Hymnie. „Czy to dzianie się słońca, pochody

zórz wiekopomnych, / pogromy obłoków / nazywałeś aniołami?” – pyta Przyboś w wierszu 

Z

rozłamu dwu mórz (1937). W tym pytaniu zawiera się nie tylko przecież – filologicznie rze-
telne – przypomnienie znanego dzieła wielkiego romantyka. Pytanie Przybosia stanowi wstęp
do polemiki, do konfrontacji. „Aniołowie byli wtedy – jak dzisiaj – znikaniem” – utrzymuje
„ja” liryczne 

Z rozłamu dwu mórz. Cały wiersz Przybosia rozwija się w planie polemicznym,

jest  dialogiem  dwu  wyobraźni,  poetyk,  światopoglądów.  Nowość  sytuacji  lirycznej  to  jak
gdyby trzeba wartość, wynik sporu współczesności z tradycją. W tym sporze nie ma pokona-

                                                          

19

 J. Przyboś, 

Linia i gwar

, op. cit., s. 239.

background image

20

nych;  Przyboś  wcale  się  nie  „wywyższa”  ponad  Słowackiego  (jak  uczyniłby  to  niechybnie
futurysta), eksponuje konieczną  i n n o ś ć  w i d z e n i a   XIX i XX wieku, nieubłaganą
zmienność prawdy psychologicznej – zapisanej w tradycji i wyzwalającej się spod jej wpły-
wu.

 „Stworzyć słownik poetycki – twierdził Przyboś – znaczyłoby: ułożyć esencjonalny pod-

ręcznik psychologii, w którym cytowano by jako przykład doskonałych formuł uczuć: figury,
tropy poetyckie. I całe wiersze jako definicje nie znanych dotąd uczuć.”

20

Słownik poetycki byłby tedy czymś różnym od słownika polszczyzny potocznej. Nie ma w

tym jeszcze nic osobliwego – odrębność języka poetyckiego od języka potocznego była ha-
słem wielu wcześniejszych doktryn literackich. Awangardowa koncepcja języka poetyckiego
jako „języka w języku”

21

 różniła się jednak od koncepcji znanych epokom poprzednim tym,

że dla awangardzisty język poezji nie był zbiorem gotowych poetyzmów. Był zadaniem arty-
stycznym.

Jak wiadomo, tradycja literacka gromadzi słowa, wyrażenia, obrazy, którym przypisuje się

szczególne piękno i wzniosłość – właściwe poezji, poetyckiemu przeżywaniu świata. To samo
odnosi  się  do  mechanizmów  kształtowania  tekstu:  układów  strof,  systemów  wersyfikacyj-
nych, typów rymów itd. Wobec zasobów tradycji można zająć postawę dwojakiego rodzaju.
Po pierwsze, można pisać nowe wiersze, w których sens artyzmu sprowadza się do nowych
kombinacji starych poetyzmów. Owe zaś nowe kombinacje starych form bywają mową poezji
poważnej (niektóre tomiki Leopolda Staffa) lub stylizacji zabawowych (w twórczości Juliana
Tuwima,  Konstantego  Ildefonsa  Gałczyńskiego).  Po  drugie,  można  poetyzmom  poprzedni-
ków przeciwstawiać poetyzmy własne – nobilitując słowa i wyrażenia potoczne, a także rze-
czy  i  zjawiska,  które  wcześniej  uchodziły  za  niepoetyckie.  Tak  w  miejsce  młodopolskich
mgieł, róż, tęsknic futuryzm usiłuje wprowadzić aeroplany, automobile, kulomioty.

Awangarda nie akceptowała ani pierwszego,  ani drugiego podejścia. Nie pochwalała tra-

dycjonalizmu, powtarzania cudzych, wcześniejszych odkryć, ale i nie twierdziła bynajmniej,
iż słowa czy rekwizyty poetów dawnych należy teraz pomijać milczeniem. Gwiazda, słowik,
róża, szmaragd – te znaki piękna utrwalone w tradycji odnajdziemy także w liryce Przybosia.
Nowatorstwo polega nie na zmianie tworzywa, lecz na oryginalnych, odkrywczych sposobach
posługiwania się tworzywem językowym.

Z tego też względu Przyboś rezygnował z tych struktur wierszowych, które wydawały mu

się przestarzałe, a znaczyło to – wyeksploatowane przez przeszłość lub narzucające dzisiej-
szemu  twórcy  fałszywe  piękno.  Fałszywe,  czyli  niczyje,  anonimowe,  obce  współczesności.
Nie dostrzegał możliwości wynalazku artystycznego w granicach klasycznych systemów wer-
syfikacyjnych.  Jego  zdaniem  indywidualizację  wypowiedzi  poetyckiej  umożliwiał  wiersz
wolny.  Ale  nie  –  bezrymowy,  biały,  oczyszczony  z  gry  brzmień  i  współbrzmień.  Rym,
zwłaszcza  rym  niepełny,  nieoczekiwany,  znikający  i  pojawiający  się  w  różnych  miejscach
wiersza,  niekiedy  na  granicy  słyszalności,  nadto  jeszcze  rym  wspomagający  metaforę,  taki
rym stanowił zbyt ważny instrument, by wolno było odtrącić go niefrasobliwie – w imię no-
watorstwa dla nowatorstwa.

Tradycyjny układ rymów  w wierszu  podlega  normie  symetrii.  Poeta  pragnie  bezustannie

spełniać obietnicę współbrzmienia – odstępstwa od tej normy są rzadkie. Rymowanie Przybo-
siowe polega na czymś innym: na przemian zagęszcza i rozrzedza  siłę współbrzmień, prze-
ciwdziała przyzwyczajeniu do jednej melodii, przeplata rymowość z bezrymowością, pozwala
rymom dokładnym spotykać się z asonansami i konsonansami. Zmusza to (powinno zmuszać)

                                                          

20

 Ibid., s. 119.

21

 „Zdanie Paula Valéry, że poeta poświęca się definiowaniu i konstruowaniu »języka w języku«, zdaje się do-

skonale przylegać do przekonań awangardzistów.” J. Sławiński, 

Koncepcja języka poetyckiego Awangardy

Krakowskiej

, Wrocław 1965, s. 33-34.

background image

21

odbiorcę do spotęgowanej czujności słuchowej – organizacja brzmień zwraca na siebie uwa-
gę, eksponuje kształt artystyczny utworu.

Poezja  –  twierdził  Przyboś  –  wciąż  od  nowa  szuka  form  tworzących  odrębność  języka,

nigdy nie poprzestaje na tym, co już zdoła osiągnąć. Oczywiście – poezja najlepsza, najam-
bitniejsza.

„Poeta jest słowiarzem” – mówił Peiper. Przyboś często się na to określenie powoływał

22

;

w  latach  sześćdziesiątych  krytyka  w  ślad  za  Przybosiem  wyodrębniła  w  liryce  najnowszej
nurt „słowiarski”, nurt bez wątpienia inspirowany Przybosiową koncepcją języka poetyckiego
(wkrótce  zwyciężyła  inna  nazwa:  „poezja  lingwistyczna”

23

).  Poeta  jest  słowiarzem,  czyli

znawcą  słów,  artystą  słowa,  robotnikiem  traktującym  słowo  jak  materiał  swej  pracy.  Być
znawcą  słowa  to  rozumieć  jego  historię  oraz  dzień  dzisiejszy,  uświadamiać  sobie  wszelkie
więzi znaku z obyczajami mowy, z praktyką komunikacji społecznej. Inne wzorce wysłowie-
nia pielęgnuje wieś, inne Kościół, inne szkoła, inne prasa, inne nauka czy filozofia (inne dziś,
inne przed wiekami). Za każdym obyczajem mowy kryje się osobliwy sposób porządkowania
i wartościowania życia.  Każdy  styl  funkcjonalny  polszczyzny  przynosi  szczególną  wiedzę  i
specyficzną estetykę.

Poeta staje wobec wyboru. Pewne terytoria polszczyzny mogą mu się wydawać jałowe al-

bo nawet niebezpieczne dla poezji,  poniżające  jej  godność.  Te  usiłuje  omijać.  Inne  znowuż
obszary traktuje jako zasobne w tworzywo poezji – ku nim się zwraca najczęściej.

W poezji Przybosia współistnieją dwa dążenia. Pierwsze jest rezygnacją z wyboru jednych

subkodów polszczyzny kosztem innych. Drugie z kolei jest wyborem najbardziej potocznej,
powszechnej i nienacechowanej odmiany języka polskiego.

Rezygnacja z apriorycznej, nie potwierdzonej praktyką pisarską selekcji materiału języko-

wego  to  rezygnacja  z  uprzedzeń  czy  przesądów  lingwistycznych.  Przyboś  nie  chce  z  góry
rozstrzygać, iż dane obyczaje mowy z całą pewnością okażą się pomocne sztuce poetyckiej, a
inne – muszą być bezapelacyjnie zgubne czy zdradliwe. Takiej pewności nie ma się zawcza-
su, przed przystąpieniem do pracy nad wierszem. Otwarcie na wszystko, cokolwiek istnieje w
mowie, to norma, która w liryce Przybosia kształtowała się i krzepła w miarę upływu lat. Po-
trzebny był upływ czasu, by postawa otwarta wobec rozmaitości polszczyzny mogła się uwi-
docznić i utrwalić. Rozmaitość wymaga wielu tekstów, wielu prób.

W  pierwszych  tomikach  Przybosia  polszczyzna  nie  jest  tak  zróżnicowana,  jak  w  jego

utworach napisanych później. Dominuje słownictwo związane z techniką, cywilizacją, masą,
miastem,  maszyną.  Wyróżniają  się  także  cytaty  z  Biblii;  język  wydaje  się  ograniczony  do
paru zaledwie stylów. Lecz na tle zbiorków późniejszych widać coraz wyraźniej, że ograni-
czenie horyzontu lingwistycznego było tu pozorne, wcale nie programowe: wynikało z ogra-
niczenia repertuaru tematycznego 

Śrub i Oburącz. Językoznawczy widnokrąg poezji Przybo-

sia rozszerza się bezustannie – aż do liryków ostatnich, przedśmiertnych. Jego poezja wchła-
nia coraz to inne style niepoezji. Powtarza i jednocześnie przetwarza wyrażenia uczone, filo-
zoficzne, publicystyczne, gwarowe

24

, dziecięce. I żywe, zasłyszane, i książkowe, muzealne.

Oto kilka przykładów.
Staropolszczyzna. Przyboś nie gustował w archaizmach, nie urzekały go przestarzałe for-

my mowy polskiej. Program otwarcia poezji dla wszelkich przejawów życia słowa – nie mu-
siał być zgodą na słowo nieżywe, skamieniałe, niezrozumiałe w obiegu potocznym współcze-
sności. W Młodej Polsce, w epoce krytykowanej i deprecjonowanej nie tylko przez „Zwrotni-

                                                          

22

 Zob. J. Przyboś,

 Zapiski bez daty

. Warszawa 1970, s. 133.

23

 Termin Janusza Sławińskiego.

24

 „Nowa poezja nie gardzi również elementami gwarowymi, ale czyni to w sposób twórczy. Szczególnie często

występują one u Przybosia, który potrafi nadać wartość poetycką wyrażeniom takim, jak: »barłożyć się«, »wy-
włoka«, »gałajdy«, »oddziobnięty«, »ugaj«, itp. Słowa te posiadają dużo świeżości i wytwarzają specjalną at-
mosferę, którą spowity jest cały wiersz” – pisał J. Brzękowski w eseju 

Poezja integralna

 z 1933 roku. Cyt. we-

dług_ J. Brzękowski,

 Wyobraźnia wyzwolona

, Warszawa 1966, s. 12.

background image

22

cę”,  ale  przez  całe  niemal  pokolenie  twórców  debiutujących  w  dwudziestoleciu  międzywo-
jennym, staropolszczyzna była modna; traktowano ją niemal jak gotowy język poetycki. Tym
mocniejszy musiał być opór Przybosia wobec liryki archaizowanej, uciekającej w dawność. A
jednak przygotowując do druku 

Utwory poetyckie Przyboś jako motto do całości dzieła swe-

go życia wybrał  najstarsze,  pierwsze  zanotowane  zdanie  polskie:  „Daj,  ać  ja  pobruszę,  a  ty
poczywaj”. Zdanie to stanowi symbol mowy, która się rozpoczyna, tworzy, wyłania z nicości.
Jest więc to zdanie także symbolem poezji.

Polszczyzna uczona. Czytamy w wierszu 

Wstęp do poetyki (z tomu Więcej o manifest):

Astrofizycy twierdzą: biegnące z dalekich
gwiazd światło się starzeje.

Zauważmy, jak wiernie odtwarza poeta nie tylko treść, ale i lapidarność stylu naukowego.

W przytoczonym wyżej zdaniu ani jedno słowo nie stanowi ozdobnika, wszystkie są równie
niezbędne i – w obrębie zdania – wszystkie doskonale jednoznaczne. (Dopiero na tle całości
Wstępu do poetyki „starzejące się” światło stanie się metaforą.)

A oto próbka języka filozoficznego. Poeta w 

Znaku przedsłownym zastanawia się nad sen-

sem słowa „wszystko”.  Interesuje go moment doznania świata, który jawi się jako „wszyst-
ko”.

O wszystkim.
(A ono nie jest całością, bo się nie kończy;
bo jeśli co jest, jest wieczny początek.)

W tekście filozofia sukcesem bywa głębia przeniknięcia w tajemnicę bytu – nagłe zaprze-

czenie  zdrowemu  rozsądkowi,  jego  schematom  i  uproszczeniom.  W  przytoczonym  wyżej
fragmencie Przybosiowi udało się to znakomicie.

Styl oratorski pojawia się w dziełach Przybosia równie często jak filozofujący. Służy on do

pozyskania audytorium dla jakiejś idei czy sprawy, jest językiem, który chce być działaniem,
słowem  dążącym  do  czynu.  Bywa  mową  wzburzoną,  oceniającą  postawy  ludzkie,  rozpiętą
między potępieniem a pochwałą. Pisze Przyboś w wierszu 

Oświęcim:

Wszystko, wszystko oskarża oprawców!
Ale ilu skazanych żyło z cudzej śmierci?
Czy znalazł się, kto by śmiał potępić
nikczemniejące przy życiu ofiary,
podczas kiedy szlachetni ginęli śród pierwszych?

Żywa mowa. W 1961 roku, gdy ukazała się 

Próba całości Przybosia, w poezji polskiej ist-

niał już i zdobywał wyznawców – głównie za sprawą Mirona Białoszewskiego – nurt, który w
potoczności niedbałej, kalekiej, zdyszanej, ulicznej poszukiwał inspiracji artystycznej. Przy-
boś także pozwolił żywiołowi kolokwialnemu wtargnąć do poezji:

Gadał:

 ...śmierć i śmierć... Lepiej popatrzę, jak tu,

jak tu u was, sąsiedzie?
O, szałwia na klombie... pło-
(ugryzł się w język):

 nie „pło”, nie...

może: „pali się”,ale i to nie –
jak powiedzieć?
jest tak czerwona, jak...

background image

23

tak, że kąsa język, kiedy mówię... i smak jakiś mdły,
smak – nie chciałem, ale muszę to wypluć – ten smak
tej – teraz nie do wymówienia, bo tak nadużytej, że...
a przecież tej – w średniowieczu, w pierwszym

przypadku, jak ryk tura: „kry!”

(

Mowa)

Poezja po to zdobywa się na wysiłek „słowiarstwa”, by  polszczyznę oceniać, wymierzać

jej  sprawiedliwość,  a  przede  wszystkim  widzieć  za  obyczajami  mowy  –  jej  użytkownika,
człowieka.

Wyżej  niż  „gadaninę”  dorosłych  cenił  Przyboś  gaworzenie  dziecka.  Dostrzegał  w  nim

piękny  wysiłek  opanowania  języka  (pokrewny  wysiłkowi  poety)  oraz  (jakże  bliską  poezji!)
nieskrępowaną fantazję mowotwórczą. Oto próbka:

Guskaj ucieka w pole,
tam gdzie dalekokolo
jezie-zioro-jeziolo
zie-jo-zie-lo-zielolo

(

Telefon dwuletniej Uty)

Niekiedy poza granicami polszczyzny, w językach obcych poszukiwał Przyboś poetyckich

olśnień. Aż dwa teksty, prozą i wierszem, poświęcił włoskiej nazwie chruściela,  ptaka.  Oto
zakończenie miniatury prozą pt. 

Chruściel:

„Poeta wnika w najgłębszą treść pojęciową słowa, ale nie traci go z uszu: i rozu-
mie, i słyszy. Ale szczególnego przeżycia słuchowego doznaje wtedy, gdy będąc
otoczonym mową obcą, posłyszy się słowa ojczystej mowy poprzez obce dźwięki.
Gdy słowo polskie, jakby skąpane w dźwiękach obcych słów, wyda się inne, no-
we, jakby wyszło z odświeżającej kąpieli w obcym potoku dźwięków. Takie wła-
śnie przeżycie zanotowałem zanurzając ucho w mowie włoskiej, która ptaka zwa-
nego po polsku chruścielem nazywa królem przepiórek:

 re delle quaglie.”

W wierszu 

Chruściel, il re delle quaglie Przyboś jeszcze raz wykłada swe myśli na temat

cudzoziemskiego słyszenia polskich głosek w otoczeniu mowy włoskiej. Cudze melodie języ-
ka reżyserują nieoczekiwane słuchowisko z ogranych słów mowy rodzimej. Poświęcony dia-
logowi  dwu  języków  wiersz  Przybosia  staje  się  wypowiedzią  dwujęzyczną,  makaroniczną
niby w praktykach literatury staropolskiej:

Nawet „chrząszcz brzmi” dźwięczy Muzom
con fratello scarabeo,
a chruściel nie chruści, ale
ze solistą i solistką
beccaccia e tarabuso
koncertuje tu inaczej
i znaczy:
il re delle quaglie...

background image

24

Można podać znacznie więcej przykładów, które świadczą o rozległości horyzontu lingwi-

stycznego liryki Przybosia. Spośród rozmaitych odmian mowy największym szacunkiem ob-
darzał mowę zwyczajną, potoczną, powszechnie zrozumiałą. Słowo potoczne uważał za naj-
lepszy materiał poezji. Za to właśnie podziwiał Mickiewicza, że w jego dziełach „mówi sło-
wo, zwykłe, przez zużycie odwyraźnione słowo”. Jak mówi? Tak, że „słowo to – samo przez
się, bez wsparcia innych,  s a m o  z  s i e b i e  p r o m i e n i u j e  p o e t y c k o”

25

. Oto ta-

jemnica arcydzieła: przemiana zwykłości w niezwykłość.

Psychologiczny  aspekt  owej  cudownej  przemiany  już  tu  z  grubsza  przedstawiłem.  Im

większa presja odkrycia sytuacji lirycznej, tym silniejsze odczucie przemiany słowa potocz-
nego w słowo poetyckie. Proces twórczy poety upodabnia się wówczas – w lekturze porusza-
jącej wyobraźnię odbiorcy! – do procesu mowotwórczego. Dzieje się tak, jak gdyby z wier-
szem rodził się język nie znany dotychczas (choć przecież nadal – polski). Ten nowy wariant
polszczyzny  wcale  nie  musi  zawierać  neologizmów,  mimo  to  jednak  przeżywa  się  go  jak
zbiór neologizmów. „Poeta pisze neologizmami nawet wtedy, gdy używa zwykłych słowni-
kowych słów” – pisał Przyboś

26

Cóż, w poezji nie powinno się uzależniać wszystkiego od nastroju czy wyobraźni odbiorcy

– wyobraźnia i nastrój czytelnika muszą zostać złowione w sieć chwytów, odpowiednio zain-
spirowane i ukierunkowane. W aspekcie technicznym reguły przemiany słowa potocznego w
słowo poetyckie znane są jako teoria tropów, metafor.

Przyboś – teoretyk języka poetyckiego – akceptował tylko niektóre sposoby wysłowienia

metaforycznego. Wiele odrzucał, potępiał, ośmieszał. Przede wszystkim metafora, jego zda-
niem, nie powinna być jedynie ornamentem, zdobieniem, które bez szwanku dla całego wier-
sza  dałoby  się  odkleić  czy  przeoczyć  (wierząc,  iż  sens  wiersza  pozostanie  ten  sam).  Jeżeli
czytając  utwór  poetycki  potrafimy  ominąć  jego  metafory,  to  znaczy,  że  są  one  produktami
bezcelowymi.  Otóż  –  twierdził  stanowczo  Przyboś  –  „metafora  dla  metafory  jest  grzechem
przeciwko twórczości”

27

. Po drugie, metafora musi się obronić w dobrym wierszu nie tylko

jako głos ważny, najważniejszy w świecie przedstawionym, ale także jako głos niewymienny.
„Zła to metafora, która da się wyrazić inaczej niż metaforą, czyli: zła to metafora, która da się
opowiedzieć, której sens można wyczerpać innymi słowami”. Przyboś eksponował tak upo-
rczywie tezę o nieprzekładalności dobrej metafory, że odrzucał  nawet  możliwość  przekładu
tropu na trop: metafory na porównanie. „Metafora, którą można rozwinąć i wyczerpać jej sens
w porównaniu, jest złą metaforą.”

Większość teorii literackich przeciwstawia metaforę – dosłowności, tak jak fikcję czy fan-

tazję przeciwstawia się prawdzie. Sądzi się, że tylko surowa dosłowność i rygorystyczna jed-
noznaczność  (cechy  pożądane  w  języku  nauki)  mogą  ogarnąć  prawdę.  Metaforyczność  wy-
daje  się  czymś,  co  należy  do  dziedziny  fikcji,  co  operuje  nie  sądami  lecz  quasi-sądami

28

  i

konstytuuje mowę na niby o życiu na niby. Przyboś nie zgadzał się z takim rozumowaniem.
Jego  zdaniem  poezja  stanowi  równie  cenne  poznanie  świata,  a  metafora,  która,  wedle  Ary-
stotelesa,  odsłania  „podobieństwa  w  niepodobieństwie”,  może  być  instrumentem  i  zarazem
wnioskiem końcowym w poszukiwaniu prawdy o człowieku. Poezja to dziedzina nowej do-
słowności.

„Poezja jest  –  dosłowna.  Chociaż  jej  język  bywa  przeciwieństwem  dosłowności,  przeka-

zuje ona treści poznawcze rzeczywiste, a nie ułudy, nie jakieś »bógwico«; daje więc prawdy –
dosłowne.  Prawdy  te  w  prawdziwej  poezji  są  prawdami-odkryciami,  tak  jak  w  twórczości

                                                          

25

 J. Przyboś, 

Czytając Mickiewicza

, op. cit., s. 12.

26

 J. Przyboś, 

Sens poetycki

, Kraków 1963, s. 35

27

 W tym akapicie cytaty pochodzą z eseju Przybosia 

O metaforze

, w zbiorze: 

Sens poetycki

, op. cit., s. 29-49.

28

 J. Przyboś, 

Zapiski bez daty

, op. cit., s. 117.

background image

25

naukowej,  tyczą  się  jednak  nie  ogólnych  praw  fizycznych,  ale  jednostkowych,  zmiennych
prawd życia wewnętrznego [...]”

29

.

Tak oto słowo polszczyzny w drodze do wiersza przechodzi transformację podwójną. Od

dosłowności  potocznej  do  metafory,  i  od  metafory  (która  znana  jest  zarówno  komunikacji
poetyckiej jak i potocznym retorykom) ku dosłowności poetyckiej.

Język  poezji  staje  się  jakby  drugim  językiem  polszczyzny,  nowym  kodem  porozumienia

polskojęzycznych autorów i czytelników. Jest to kod wyprowadzony z potoczności, ale nie da
się do niej sprowadzić ani na jej znaki przełożyć. Dlatego nie mają racji ci, którzy utrzymują,
iż  wystarczy  znajomość  języka  polskiego,  by  rozumieć  poezję  polską  (a  jeżeli  zrozumienie
poezji natrafia na trudności, winą za to obciążają poetów). W ujęciu Przybosia języka poezji
trzeba się uczyć tak, jak nowego języka.

U podstaw szczególnej „gramatyki” języka poetyckiego znajduje się kategoria  m i ę d z y

s ł o w i a. Powiada Przyboś, iż tekst komunikacji praktycznej znaczy tyle, ile znaczą tworzą-
ce go słowa, natomiast w utworze poetyckim znaczenie kształtuje się między słowami. Sieć
relacji międzywyrazowych, relacji zachodzących ponad składnią,  stanowi właśnie poetyckie
międzysłowie.

Międzysłowie  uwydatnia  wieloznaczność  słów,  przy  czym  intryga  liryczna  rozwija  się  z

reguły tak, by wszystkie ujawnione znaczenia danego słowa mogły być przez czytelnika brane
pod  uwagę  jako  pełnoprawne.  Mechanizm  ten  daje  o  sobie  znać  już  w  najwcześniejszych
utworach Przybosia (zwracam na to uwagę między innymi analizując rozmaite  sensy  tytułu
wiersza 

Porwany przez przenośnię – w części interpretacyjnej tej książeczki).

Międzysłowie wydobywa nie tylko leksykalne znaczenia wyrazów, ale także ich znaczenia

etymologiczne,  niekiedy  pseudoetymologiczne,  czyli  sprzeczne  z  historią  języka,  ale  narzu-
cające się odbiorcy poprzez pokrewieństwo brzmień eksponowanych w rymie czy w innych
chwytach instrumentacyjnych, np. „obłąkany przez błękit”. Najistotniejsze jest to, iż słowo w
relacji do innych słów wiersza:

1) staje się neologizmem semantycznym, czyli zdobywa nowe znaczenie – nie zmieniając

swego kształtu graficznego ani brzmieniowego;

2) jest neologizmem semantycznym jednorazowym, a więc tylko w tym jednym wierszu,

jako rezultat oddziaływania tylko tego jedynego międzysłowia.

Czytając początek wiersza 

Z rozłamu dwu mórz zwróćmy uwagę na słowo „patrzę”. Za-

uważmy, jak sąsiedztwo innych słów uwieloznacznia to słowo, rozdwaja i potraja jego sens, i
jak „patrzę” staje się nagle nośnikiem znaczeń nieoczekiwanych:

Z rozłamu dwóch odpływających w przeciwległe nieboskłony
mórz,
z twoich oczu umarłych
ogromnie
– patrzę, aby mnie blaski odsłoniły od ziemi,
na zachód jak ocean otwarły –
ten łuk promieni wraca po lazurach do mnie.

Jeżeli wers piąty i szósty potraktujemy jako zdanie wtrącone, w którym myślniki zastępują

nawiasy, to słowo „patrzę” będzie miało znaczenie słów „baczę”, „pilnuję”, „dbam”. Patrze-

                                                          

29

 Sąd jako kategoria logiki ma postać zdania, które odpowiada faktycznemu stanowi rzeczy, o którym powia-

damia (jest sądem prawdziwym), albo pozostaje w niezgodzie z faktycznym stanem rzeczy (jest sądem fałszy-
wym). Zdania składające się na utwór literacki nie odnoszą się bezpośrednio do rzeczywistości, informują o
rzeczywistości fikcyjnej i jakkolwiek w sensie formalnym odpowiadają sądom, to jednak nie podlegają obecnie
w kategoriach prawdy i fałszu: są quasi-sądami. R. Ingarden, 

O dziele literackim. Badania z pogranicza ontolo-

gii, teorii języka i filozofii literatury

. Przełożyła M. Turowicz, Warszawa 1960, s. 229 i n.

background image

26

nie urzeczywistnia się jako wysiłek współpracy oczu i światła: blaski winny pomóc obserwa-
torowi uwyraźnić siebie, winny pokazać człowieka – człowiekowi, a jednocześnie zespolić go
z krajobrazem, otworzyć na oścież ku zachodzącemu słońcu. W takim ujęciu wcześniejsze i
późniejsze słowa, przerwane zdaniem wtrąconym, łączą się w następującą konstrukcję:

z twoich oczu umarłych
ogromnie
[. . . . . . . . . . . . . . . .]
ten łuk promieni wraca po lazurach do mnie.

Owo „ty”, do którego się zwraca podmiot 

Z rozłamu dwu mórz, to, jak już wiemy, Juliusz

Słowacki, autor 

Hymnu opiewającego zachód słońca jako dzieło Boga i aniołów. Z umarłych

oczu wraca po latach łuk promieni do innego, nowego poety: do Przybosia.

Ale międzysłowie w  analizowanym  tekście  sugeruje  także  inną  lekcję.  Nie  mamy  dosta-

tecznie ważkich powodów, by wers piąty i szósty odizolować całkowicie od całości. Słowo
„patrzę” znaczy tu także „oglądam”, „widzę”, „ogarniam spojrzeniem”. Cała sytuacja przed-
stawiona w 

Z rozłamu dwu mórz jest sytuacją patrzenia (filozofią, ideologią patrzenia). Wol-

no tedy połączyć słowo „patrzę”  ze  słowami  „z  twoich  oczu  umarłych  ogromnie”.  Myślnik
nie będzie tu znakiem wtrącenia, lecz nakierowaniem słowa na słowo. Tworzy się osobliwa
konstrukcja składniowa, wykraczająca poza normę polszczyzny potocznej. Potocznie można
patrzeć  albo  własnymi,  albo  –  rzadziej  –  cudzymi  oczami.  Czy  można  „patrzeć  z  oczu”?
Przychodzi  na  myśl  wyrażenie  frazeologiczne:  mówimy  czasem,  że  komuś  źle  lub  dobrze
patrzy z oczu. Przybosiowe „z twoich oczu umarłych ogromnie patrzę” staje się labiryntową
peryfrazą. Trudno znaleźć dla niej odpowiednik sformułowany prozą. (Wiemy już, iż jest to
trudność założona w teorii Przybosia, w jego idei nieprzekładalności tego, co poetyckie na to,
co potoczne.) Można wszak powiedzieć, iż wiersz daje do zrozumienia, że krajobraz zacho-
dzącego słońca wyłania się oto z oczu nieżyjącego wieszcza. Patrzenie musi być dwójpatrze-
niem.  Musi  być  aktywnością  oczu  umarłych  i  żywych,  cielesnych  i  literackich,  przeniesio-
nych w głąb słowa. Sens międzysłowia komplikuje nadto wers czwarty: „ogromnie”. Skoro
mechanizm  zależności  składniowych  został  rozregulowany,  czytelnik  ma  prawo  łączyć  ten
wers-wyraz zarówno ze słowem „umarłych” (tu ogrom staje się ogromem śmierci), jak i pa-
trzę (tu z kolei bezmiar oglądanej  przestrzeni  przeistacza  się  w  bezmiar  oczu;  oczy  ogrom-
nieją do wymiarów oceanu).

Międzysłowie, powtórzmy, nie tylko operuje gotowym potencjałem semantycznych słów –

znaczeniami leksykalnymi czy etymologicznymi – ale także stwarza znaczenia nowe, tymcza-
sowe,  migotliwe,  przy  czym  jest  to  migotliwość  odpowiadająca  prawdzie  przeżyć  –  nigdy
przecież nie będących procesem aż tak uporządkowanym, jak by to wynikało z norm grama-
tycznych i składniowych polszczyzny potocznej.

Przybosiowa koncepcja „międzysłowia” koresponduje z wieloma innymi, charakterystycz-

nymi  dla  refleksji  teoretycznej  XX  wieku  ujęciami  istoty  dzieła  sztuki  literackiej.  Pojęcie
„jedności” elementów utworu, pojęcie jego „struktury”, jego „polifonicznej budowy”, a także
terminy takie, jak „spójność” czy „interakcyjność”

30

, odnoszą się do tego samego zjawiska:

eksponują w utworze funkcjonalność jego składników. Dążą do ukazania dzieła jako integral-
nej  całości,  w  której  w  odrębności  idei  i  wyrazistości  artyzmu  decydują  relacje  zachodzące
między elementami oraz zespołami elementów językowych.

                                                          

30

 Są to pojęcia pojawiające się w pracach teoretycznych K. Wóycickiego, R. Ingardena, J. Mukařovsky’ego, J.

Łotmana, M. R. Mayenowej, M. Blacka i wielu innych badaczy współczesnych, którzy traktują dzieło literackie
jako zorganizowaną, strukturalnie uporządkowaną jedność składników oraz zachodzących między tymi składni-
kami relacji.

background image

27

Różnica między naukowymi teoriami a Przybosiową teorią międzysłowia polega na tym, iż

dla  badaczy  spójność  czy  strukturalność  utworu  stanowi  uniwersalną  cechę  wyróżniającą,
podczas gdy Przyboś twierdzi, iż integralność wiersza to zadanie twórcy. Zadanie trudne, wy-
czerpujące.  Wcale  nie  dzieje  się  tak,  iż  każdemu  autorowi  w  każdym  kolejnym  tekście  po-
etyckim udaje się przekształcenie zbioru słów – w międzysłowie. Ilekroć się udaje rzeczywi-
ście, tylekroć powstaje dobry, wartościowy utwór poetycki (a znajdziemy ich tak niewiele w
całej historii poezji).

Czytając Przybosia wcale nie musimy korzystać ze wsparcia jego  terminologii teoretycz-

nej.  W  dziejach  recepcji  liryki  autora 

Najmniej  słów  można  odnaleźć  niemało  prób  lektury

suwerennej wobec Przybosiowych autokomentarzy, interpretacji obywających się bez takich
pojęć,  jak  „sytuacja  liryczna”  czy  „międzysłowie”.  Niektórzy  krytycy  dostrzegają  jedynie
wartość jego poezji, natomiast teorie poety wydają się im uboższe od jego praktyki, wcale nie
zawsze  zgodne  z  tekstami  wierszy,  a  niekiedy  wręcz  zaciemniające  piękno  wizji  czy  urodę
słowa

31

. W pewnym sensie można by powiedzieć, iż sam Przyboś dał im mocny argument,

wyznał bowiem w 1938 roku:

„Spostrzegłem, że zazwyczaj co innego głosiłem w teorii, a co innego praktykowałem w

poematach. Czyżby moje świadome wymogi teoretyczne były tylko niechęcią do przyjętej w
danej chwili postawy poetyckiej, zabiegiem przeciw skostnieniu? Wbrew tym, którzy budują
teorię na przykładzie swoich osiągnięć, budowałem ją przeciw tym osiągnięciom.”

32

To  prawda:  teoria  Przybosia  bywa  polemiczna  wobec  jego  praktyki,  a  praktyka  staje  się

niekiedy weryfikacją teorii. Mimo to – lub może właśnie dlatego – sądzę, iż czytanie Przybo-
sia-poety równoległe do poznawania Przybosia-teoretyka to zajęcie tyleż pożyteczne, co pa-
sjonujące. Obserwując napięcie między ideami autora a urzeczywistnieniami tych idei, także
ich zaprzeczeniami, wkraczamy w obszar procesu twórczego. Obcujemy z poetą pełniej, głę-
biej.  Przeżywamy  jego  biografię  pisarską,  rozumiejąc  jej  załamania  i  uniesienia.  Zdążamy
więc przez znaki do człowieka.

Nadto  jeszcze:  teoretycznoliterackie  idee  Przybosia  są  nie  tylko  autokomentarzem.  Ode-

grały one – nadal odgrywają – ważną rolę w ewolucjach polskiej kultury artystycznej naszego
stulecia. Niektóre z nich wyprzedziły myśl naukową, uniwersytecką.  Inne znalazły potwier-
dzenie w dorobku następców Przybosia, twórców z nim polemizujących i jednocześnie, po-
przez polemikę, zainspirowanych jego konceptami.

                                                          

31

 Na przykład K. Wyka. 

Rzecz wyobraźni

, Warszawa 1959; J. Kwiatkowski, 

Świat poetycki Juliana Przybosia

,

Warszawa 1972.

32

 J. Przyboś, 

Tezy

, tekst z 1938 roku ogłoszony w „Piórze”; przedruk w zbiorze: 

Polska krytyka literacka (1919-

1939). Materiały

, red. J. Z. Jakubowski, Warszawa 1966, s. 299.

background image

28

II. INTERPRETACJE

PORWANY PRZEZ PRZENOŚNIĘ
(tom 

Oburącz, 1926)

Brzasku stali nie zgasi spalona krew.

Zmierzch i błysk rozbiegany – na równy kołowód!

Puściwszy, przetężając, rzemienny nerw,
Józef Rąb, tokarz, marzy okoloną głową.

Nitowane zapięście, w odręczny wir,
palczastymi trybami, w transmisję przenika:
tokarz scaloną wolą w koło się wrył.
Ale myśl spod toczydła jak pas się wymyka.

Walec zwija się pilniej niż pościg rąk,
oczu przekłutych światłem nie poostrzyć blachą!
Uwagą, wbitą na oś, łożysko trąc,
tocząc, człowiek z półkolem w ruchu się zawahał.

Złapać w piersi, odetchnąć przenośnią, czuć!
Serce, jak tłok wybite z obrotności ramion,
stalą, dzwoniącą żądzą, w obręcze wkuć.
– Józef Rąb szybko dyszy zasapaną taśmą.

Gniew zapala źrenice iskrami cięć.
Na migających ostrzach utoczone czoło
miota się popędliwie, przecina pęd
– Józef Rąb na wskroś widzi błyskającym kołem.

Wbrew kołującym wizjom, obłoki płyt
wprawna statyka ramion wytrwale roztrąca.
Przez mózg Józefa Rąba przebija świt,
jak rana, którą wzejdzie rozkrwawione słońce.

Gryf – w zaciśniętej dłoni, na nożach – wzrok.

Z zębów, zwartych w milczeniu, przez chrapliwe płuca
popłoch wybiegł na palcach. Bliżej – do korb.

Nagły wstrząs jak maszyną tokarzem podrzuca.

background image

29

Porwany przez przenośnię to jeden z wcześniejszych wierszy Przybosia, zamieszczony w

tomiku 

Oburącz (1926). Autor kilka lat później w liście prywatnym określi swoje utwory z

dwóch  pierwszych  zbiorków,  ze 

Śrub  i  Oburącz,  jako  nie  w  pełni  liryczne,  będące  „raczej

epiką”

33

. Pewne cechy 

Porwanego przez przenośnię istotnie odpowiadają klasycznej, surowej

narracji epickiej. Zwłaszcza z epiki rodem są w tym krótkim tekście relacje zachodzące mię-
dzy podmiotem mówiącym a światem przedstawionym. Podmiot nie uczestniczy w prezento-
wanych przez siebie wydarzeniach. Znajduje się na zewnątrz. Traktuje świat swojego bohate-
ra jako byt suwerenny, który powinien zaistnieć intensywnie, wiarygodnie, niemal dotykalnie.
Zachowuje się tak, jak gdyby nie miał własnych przekonań ani celów, a wszystkie swe umie-
jętności i siły oddawał w służbę bohaterowi. Po to tylko zabiera  głos, by opisać  dzień  albo
chwilę z życia Józefa Rąba. Po to stosuje rozmaite chwyty artystyczne, by uwyraźnić proble-
my tokarza, jego stany ducha i ciała, marzenia i lęki. Gdy wzburzony natęża swój głos aż do
krzyku, na przykład gdy woła:

oczu przekłutych światłem nie poostrzyć blachą!

albo:

Złapać w piersi, odetchnąć przenośnią, czuć!

– czytelnik wie, że to nie on, podmiot, własne wyraża zwątpienia i chęci, lecz że to ustami
podmiotu  mówi  Józef  Rąb.  Słowa  opowiadacza  to  zaledwie  echo,  odbicie,  powtórzenie  i
przetworzenie słów (lub myśli) bohatera. W teorii form narracyjnych taki  sposób  przekazy-
wania powiadomień o życiu wewnętrznym postaci nazywa się mową pozornie zależną.

Najważniejsze – zdaje się sugerować poeta – jest  i s t n i e n i e  ś w i a t a, który oto wam

opowiadam,  i s t n i e n i e  c z ł o w i e k a, o którym jest wiersz. A co znaczą ten świat i ten
człowiek? W tekście na to pytanie nie znajdziemy odpowiedzi wyrażonej wprost. Nie ma tu
przewodniej idei stematyzowanej. Można by sądzić, że Przyboś nawiązuje do tradycji epiki
nieretorycznej, nietendencyjnej, a więc kanonicznej i nieskazitelnej. Czy tak?

Niezupełnie.  Epika  nieskazitelna  powinna  posługiwać  się  językiem  jasnym,  przezroczy-

stym, nie zwracającym na siebie uwagi (tak będzie później pojmował istotę epiki sam Przy-
boś

34

). Tymczasem język 

Porwanego przez przenośnię przeczy normom narracji epickiej. To

język niedomówień, wielosensów, zagadek i paradoksów. Niektóre słowa zwracają na siebie
uwagę  ostentacyjną  dziwnością  („kołowód”,  „zapięście”).  Czytelnikowi  trudno  stwierdzić,
czy są to neologizmy Przybosia (na przykład „kołowód” można by pojmować jako korowód
kół lub koło wodne

35

), czy też – nieznane słownikom języka literackiego – terminy specjali-

styczne, wzięte z mało uczęszczanych rejonów polszczyzny. Inne znów wyrażenia są dobrze
znajome, mają jednak charakter homonimów i zachowują w wierszu swe znaczenia różne lub
sprzeczne. W rezultacie zdarzenia przedstawione w narracji posługującej się mową niepewną
swych znaczeń stają się także wieloznaczne. Czy będzie to nadal „raczej epika”? Na pewno
już  nie  klasyczna,  nie  kanoniczna.  Co  najwyżej  w  grę  wchodzą  związki  z  osobliwościami
takich dzieł epickich, w których wieloznaczność fabuły wynika z napięć między oczywisto-
ścią a niezwykłością rzeczy i zdarzeń; takie napięcia znane są epice fantastycznej, opowieści
niesamowitej, prozie grozy.

Pierwsza zagadka semantyczna analizowanego wiersza pojawia się  od razu: w tytule. Tu

krzyżuje się kilka dróg myśli. Słowo „porwanie” jest wieloznaczne zarówno w systemie lek-
sykalnym języka polskiego, jak i w repertuarze motywów literackich. Wszystkie jego znacze-

                                                          

33

 „Niełatwo się oderwać od liryki, a ja dokopałem się do niej dopiero w 

Sponad 

– rzeczy poprzednie to raczej

epika” – pisał w liście (1931) do żony Bronisławy. Cyt. Według: J. Przyboś, 

Pisma zebrane

 op. cit., s.419

34

 Na przykład w szkicu 

Centrum polszczyzny

 (o prozie M. Dąbrowskiej). J. Przyboś, 

Sens poetycki

, op. cit.

35

 Na przykład w szkicu 

Centrum polszczyzny

 (o prozie M. Dąbrowskiej). J. Przyboś, 

Sens poetycki

, op. cit.

background image

30

nia krążą co prawda wokół tego samego zjawiska, odnoszą się mianowicie do rzeczy lub istot
wytrąconych gwałtownie z bezruchu. Ale wartość owych wytrąceń jakże bywa różna! Zła lub
dobra,  pomyślna  lub  fatalna.  Porwany  może  więc  znaczy:  schwytany  przez  coś  lub  kogoś,
podstępnie  uprowadzony,  a  nawet  unicestwiony  (rozdarty,  poszarpany  na  strzępy).  Pamięć
literacka podpowiada nadto porwania baśniowe, sensacyjne, rodem z powieści grozy lub hi-
storii  awanturniczych.  Jednocześnie  „porwany”  to  tyle  co  wprawiony  w  zachwyt,  ogarnięty
jakąś wielką, wspaniałą ideą.

Podobnie słowo „przenośnia”. Znaczy tyle co „metafora”. Ale może być także nazwą czę-

ści maszyny, synonimem przenośnika, pasa czy urządzenia transmisyjnego, aparatury „pory-
wającej” czyli uwodzącej swym pięknem lub uprowadzającej i niszczącej ludzi...

Teoretycznie w grę wchodzą cztery zasadniczo odmienne możliwości rozumienia tytułu: 1.

Zachwycony  maszyną.  2.  Uprowadzony  przez  maszynę.  3.  Zachwycony  metaforą.  4.  Upro-
wadzony przez metaforę.

1.  Zachwycony  maszyną.  Zachwycony,  czyli  porwany  mocą  i  pięknem,  olśniony  potęgą

ruchu  maszyny.  Byłaby  to  wykładnia  najprostsza,  wierna  wczesnoawangardowemu  kultowi
pracy,  awangardowym  apoteozom  cywilizacji.  Awangardziści  wielbili  maszynę,  można  by
powiedzieć,  konfliktowo,  dramatycznie,  nietolerancyjnie  wobec  innych  uwielbień  i  kultów.
Przede wszystkim ich miłość do techniki była miłością  p r z e  c i w  miłości do przyrody.
Powtarzając idee swego ówczesnego mistrza i nauczyciela Tadeusza Peipera pisał Przyboś w
cytowanym  już  szkicu 

Człowiek  nad  przyrodą  (w  1926  roku  –  a  więc  w  czasie  wydania

zbiorku 

Oburącz),  iż  przyroda  dzika  utraciła  bezpowrotnie  swe  piękno.  Nowe  jakości  este-

tyczne  przynosi  dziś  cywilizacja.  „Cywilizacja  przekształca  bezładną  bryłę  natury  celowo  i
wytrwale”. A zatem nowa poezja? „nowa poezja, przyswajając sobie prawa i środki współ-
czesnej pracy, tworzy nowe formy estetyki produkcji i wysiłku”.

Jak wspomniałem, analizowany wiersz nie formułuje żadnej tezy wprost; pragnie uchodzić

za  atendencyjną,  epicką  wizję  świata.  Ale  to  pozór  jedynie,  chwyt  perswazyjny.  W  istocie
wszystkie operacje językowe Przybosia służą tendencji ukrytej. Spójrzmy na słownictwo. Cóż
znaczy  ta  polszczyzna  techniczna,  odpowiednia  dla  jakiejś  instrukcji  obsługi  maszyny  i  za-
skakująca w dziele poetyckim? Brawurowa inwazja leksyki fabrycznej, metalurgicznej, odno-
szącej się już to do maszyny, już to do materiału poddawanego obróbce, tak natrętnie atakuje
odbiorcę, że wydaje się prawdopodobne, iż niejeden czytelnik zapamięta najpierw pojedyncze
słowa,  nim  zastanowi  się  nad  ich  wzajemnymi  relacjami.  Nie  ma  zwrotki  wolnej  od  słów
związanych  z  maszyną,  z  pracą  przy  maszynie.  Pojawiają  się  kolejno:  „stal”,  „kołowód”,
„nitowane  zapięście”,  „tryby”,  „transmisja”,  „koło”,  „toczydło”,  „pas”,  „walec”,  „blacha”,
„oś”, „łożysko”, „przenośnia” (czyli pas transmisyjny), „tłok”, „obręcze”, „taśma”, „ostrza”,
„płyty”, „gryf” (czyli uchwyt), „noże”, „korby”. Niektóre słowa z tego pola wyrazowego po-
wtarza się, np. „stal” i „koło”. Jeden raz nazwa pasa transmisyjnego uzyskuje postać metafo-
ryczną:  „rzemienny  nerw”.  Słowo  „maszyna”  znajduje  się  na  końcu,  w  ostatnim  wersie.
Dzieje się tak, jak gdyby oto rozproszone elementy zostały ostatecznie zespolone w nieroze-
rwalną  całość.  Epitety  towarzyszące  niektórym,  wynotowanym  tu  nazwom,  uplastyczniają
widzenie maszyny, ukazują ją jako nosiciela nowego piękna. A więc: kołowód – równy, tryby
– palczaste, taśma – zasapana, ostrza – migające.

Nie ma w tym krzykliwej ekstazy, nie ma snobizmu, jest spokojny szacunek dla urody ru-

chu i pewności pracy mechanizmu.

Jakże inaczej przedstawiają się tu emocje manifestowane w określeniach ludzkiego ciała (a

więc natury)! Krew – spalona, oczy – przekłute, płuca – chrapliwe, palce – w popłochu. W
tych określeniach przeglądają się ułomność, słabość, ból. Ciało jest słabsze, maszyna silniej-
sza i sprawniejsza.

Walec zwija się pilniej niż pościg rąk.

background image

31

– czytamy w wierszu młodego Przybosia.

Peiper  postulował  taką  organizację  poematu,  która  przypominałaby  organizację  maszyny

lub zespołu urządzeń technicznych (na przykład dworca kolejowego). Przyboś usiłuje spełnić
postulat  „papieża  awangardy”  nie  tylko  w  odniesieniu  do  świata  przedstawionego,  ale  i  na
poziomie  wersyfikacyjnym.  Pragnie  swój  zachwyt  wyrazić  najpełniej,  we  wszelkich  możli-
wych  znakach  języka  poetyckiego.  Oto  całość  składa  się  z  siedmiu  strof  czterowersowych,
przy czym obowiązuje wyrafinowany, rzadki wzorzec rytmiczny, rygorystycznie przestrzega-
ny: wszystkie wersy nieparzyste mają po jedenaście,  a parzyste  po trzynaście zgłosek.  Zna-
czenie przywołane przez zewnętrzne uporządkowanie  rytmiczne zawsze jest uzależnione od
znaczeń słów i zdań, od tematu. Skoro tematem zorganizowanego w taki oto sposób wiersza
jest praca maszyny, czytelnik ma prawo sądzić, iż niewzruszona symetria wersów dłuższych i
krótszych stanowi tu naśladowanie rygoru pracy maszyny. Zwłaszcza iż symetria wersów jest
tłem dla widocznej gołym okiem asymetrii strof. Oto strofy początku i końca tekstu, pierwsza
i  siódma,  mają  podwójne  odstępy  między  niektórymi  wersami  (podczas  gdy  inne  strofy  są
zapisane  „normalnie”  i  jednakowo).  Podwójny  odstęp  jest  sygnałem  lektury  zwolnionej;  od
recytatora  wymagałby  dłuższej  pauzy.  Dzieje  się  tak,  jak  gdyby  wiersz  kazał  zwolnić  nam
tempo lektury akurat w chwili, gdy maszyna zaczyna pracować, i po raz drugi, gdy maszyna i
człowiek ulegają „nagłemu wstrząsowi”.

Poeta będzie w przyszłości występować z krytyką tego rodzaju dźwięko- i grafonaśladow-

czych  zabaw,  uważając,  iż  są  infantylne,  podobnie  jak  klasyczne  systemy  wierszowe.  Ale
teraz jego wczesny wiersz najwyraźniej usiłuje wykorzystać klasyczne, tradycyjne miary.

Wróćmy do problemów bohatera. Zauważyliśmy wcześniej, iż ciało robotnika w spotkaniu

z maszyną okazuje się ułomne, narażone na ból, „gorsze”. Wszelako człowiek Przybosia to
nie tylko ciało, to także marzenie i wola. Gdy zatem maszyna zostaje uruchomiona (w pierw-
szej  strofie),  Józef  Rąb  objawia  się  nam  jako  tokarz-marzyciel.  „Józef  Rąb,  tokarz,  marzy
okoloną głową”. A gdy (w strofie drugiej) uświadamia sobie własną niższość wobec dosko-
nałości sztucznego tworu – rozpoczyna walkę. Etapom tej walki poświęcone są kolejne strofy.
Powtarza się ten sam scenariusz. Energia psychiczna człowieka zwraca się przeciw ułomności
ciała, które nie potrafi maszynie dorównać, choć bardzo tego pragnie. W zakończeniu strofy
drugiej:

tokarz scaloną wolą w koło się wrył.
Ale myśl spod toczydła jak pas się wymyka.

W zakończeniu strofy trzeciej:

Uwagą, wbitą na oś, łożysko trąc,
tocząc, człowiek z półkolem w ruchu się zawahał.

Wyraźny  paralelizm:  w  obydwu  strofach  natężenie  „scalonej  woli”,  napięcie  uwagi  tak

skoncentrowanej, że nieomal „wbitej na oś”, w sam środek maszyny, i – przegrana człowieka,
utrata równowagi o krok od katastrofy. Pozostaje jedyne wyjście:  s t a ć  s i ę  m a s z y n ą.
Tylko  w  ten  sposób  można  osiągnąć  doskonałość.  I  o  tym  właśnie  „marzy  okoloną  głową”
tokarz Józef Rąb:

Złapać w piersi, odetchnąć przenośnią, czuć!
Serce, jak tłok wybite z obrotności ramion,
stalą, dzwoniącą żądzą, w obręcze wkuć.

background image

32

Dopóki  są  to  rojenia  jedynie,  wiersz  Przybosia  mieści  się  w  granicach  reportażu  czy  po

prostu zdrowego rozsądku, pozostaje „epiką” realistyczną. Lecz rojenia nie są rozwiązaniem
problemu Józefa Rąba. Maszyna będzie swą doskonałością upokarzać człowieka dopóty, do-
póki  człowiek  nie  przeciwstawi  jej  własnej  mocy  –  równej  mocom  maszyny.  W  wierszu
Przybosia dochodzi do tej metamorfozy nagle. Jak w baśni, w przestrzeni magicznej. Wystar-
czyło zapragnąć przemiany w maszynę i już:

– Józef Rąb szybko dyszy zasapaną taśmą.

A w zakończeniu następnej strofy, zgodnie z rytmem paralelizmów, które są tak wyraźne

w analizowanym wierszu:

– Józef Rąb na wskroś widzi błyskającym kołem.

Dopiero „zasapaną taśmą” można oddychać naprawdę  s z y b k o. Dopiero „błyskającym

kołem” można naprawdę widzieć świat  n a  w s k r o ś. W tym momencie formuje się nowe
znaczenie tytułu.

2.  Uprowadzony  przez  maszynę.  Człowiek  przez  maszynę  schwytany,  uprowadzony  do

wewnątrz  sztucznego  świata,  staje  się  przedmiotem  narracji  rozdwojonej,  rozwijającej  się
nadal w konwencji realistycznej i jednocześnie podległej regułom fantastyki. Opowieść reali-
styczna dałaby się przedstawić tak, iż w chwili, gdy „umaszynowiony” człowiek zdobył cał-
kowitą  pewność  panowania  nad  rozwirowanym  mechanizmem,  gdy  porozumiał  się  z  nim  i
nakazał posłuszeństwo:

Gryf – w zaciśniętej dłoni, na nożach – wzrok.

przeoczył jakiś moment niebezpieczny, uległ popłochowi:

Z zębów, zwartych w milczeniu, przez chrapliwe płuca
popłoch wybiegł na palcach. Bliżej – do korb.

i doszło do katastrofy, do „nagłego wstrząsu”.

Ale  czy  rzeczywiście  taka  interpretacja  wyjaśnia  najgłębszy  sens  wiersza?  Czy  wstrząs

oznacza wypadek przy pracy? Nie pytaliśmy dotąd, nad czym pracuje Józef Rąb, jaką rzecz
pragnie wyprodukować. Wiersz odpowiada na te pytania – baśniowo, arealistycznie. Oto bo-
wiem dowiadujemy się, iż tokarz sam siebie poddaje obróbce! Własne przecież „zapala źreni-
ce iskrami cięć”. Jego własne czoło staje się materiałem skrawania:

Na migających ostrzach utoczone czoło
miota się popędliwie, przecina pęd

Wcześniej jeszcze, na początku, była mowa o „okolonej głowie”. Okalać znaczy otaczać, obra-

mowywać; głowa może być okolona chustką czy kaskiem ochronnym, może być także okolona, czyli
otoczona, wirem maszyny, a w końcu – w świecie baśni – utoczona „migającymi ostrzami”.

W  tej  baśniowej  konwencji  inaczej  zrozumiemy  zakończenie  wiersza.  Popłoch  i  wstrząs

sygnalizują moment ostatecznego przemienienia, a więc uprowadzenia człowieka w nieczło-
wieczą przestrzeń mechanizmu. Wczytajmy się uważnie:

Nagły wstrząs jak maszyną tokarzem podrzuca.

background image

33

Nie wstrząs maszyny, lecz „jak maszyną”; o człowieku można już mówić tak, jak gdyby to

on był maszyną wstrząsaną ruchem toczydła.

Inne  wiersze  z  tomów 

Śruby  i  Oburącz  wspierają  tę  interpretację.  Niejeden  raz  w  tych

utworach spotyka się człowiek z materią martwą po to, by stać się jej częścią. Ludzie prze-
obrażają się w rzeczy. W 

Cieślach ciała cieśli tężeją, ich mięśnie stają się coraz mniej ciele-

sne, coraz silniej „łykowe”, a ich grzbiety – drewniane. W 

Reklamie pojawia się „człowiek z

żelaza”, we 

Wrażeniu „stalowy inżynier”, w Porcie widzimy, jak „sternik, wkręcony mutrami,

rękoma wrósł w kierownicę”. Ludzie zamieniają się także w energię, w ruch ku nieskończo-
ności. Oto ostatnie słowa wiersza 

Na uskrzydlonych kołach:

Wyprężonym szeregiem, rąk złączywszy ogniwa,
skuci wolą płomienną natchnionego porywu
popłyniemy napięci w prąd radosnej energii:
przemienieni w promienie, skry, ampery i ergi.

Podobnie jak w 

Porwanym przez przenośnię, tak i w Na uskrzydlonych kołach przemiany lu-

dzi w rzeczy lub w energię mają swe źródło w człowieczej  w o l i. Człowiek chce być bohaterem
baśni o sobie; Przyboś nazwie później swą poezję dziełem „woli wymiernego kształtu”

36

3. Zachwycony metaforą. W wierszu Przybosia powtarza się obraz wirującego pasa trans-

misyjnego,  utrzymywany  w  pamięci  odbiorcy  przez  szereg  synonimów  i  peryfraz.  To  „rze-
mienny nerw”, „transmisja”, „pas”, „przenośnia”, „zasapana taśma”. Zarazem słowo „przeno-
śnia” ma w mowie polskiej inne – bardziej rozpowszechnione – znaczenie: odnosi się do wy-
rażenia metaforycznego, ujmującego jakąś myśl nie wprost, naruszającego dosłowność tekstu.
Przyboś tak buduje wiersz, że obydwa znaczenia „przenośni” okazują się w nim obowiązujące
i aktywne jednocześnie. Po raz pierwszy, ale nie po raz ostatni w jego poezji. W wierszu z
1942 roku 

Żyjąc sobie spacerem dzieje się podobnie: słowo „przenośnia” kieruje nas i w stro-

nę bytów materialnych, i w stronę zjawisk języka poetyckiego:

Życie płynie mi na wzgórzu
ku dolinie –
potok toczy potoczną przenośnię.

Na marginesie warto zauważyć, iż w analogicznej funkcji homonimu, który gra wszystkimi swymi

znaczeniami, pojawia się w okupacyjnym liryku Przybosia słowo „toczyć” (popychać i skradać): sło-
wo tak ważne w analizowanej tu już fantastycznej wizji tokarza toczącego własną głowę!

Jeżeli trzecim już znaczeniem słów „porwany przez przenośnię” byłoby znaczenie wyra-

żone  w  słowach  „zachwycony  metaforą”,  to  należy  zapytać,  o  jaką  metaforę  tutaj  chodzi.
Chodzi o metaforę występującą dwukrotnie, na początku oraz w strofie przedostatniej, ekspo-
nującą podobieństwo maszyny do krajobrazu.

Nie komentowaliśmy dotychczas dwóch pierwszych wersów 

Porwanego przez przenośnię.

Spróbujmy. Co się dzieje w wyobraźni czytelnika, który – nieświadom rozwoju wypadków –
dowiaduje się, że w jakimś świecie:

Brzasku stali nie zgasi spalona krew.

Podwójny odstęp i:

Zmierzch i błysk rozbiegany – na równy kołowód!

                                                          

36

 Lecz jednocześnie poezja to dzieło „nieobliczalnego wzruszenia”, a więc rezultat napięcia między ujarzmie-

niem i wyzwoleniem wyobraźni. Zob. przedmowa autora do zbioru 

Miejsce na ziemi

, op. cit.

background image

34

Znów podwójny odstęp... Czytelnik zostaje wprowadzony w środek  wizji panoramicznej,

prawie  kosmicznej.  „Brzask”  i  „zmierzch”  sugerują  przestrzeń  rozległą,  pulsującą  rytmem
rozjaśnień i wyciemnień. „Brzask” i „zmierzch” są słowami rozpoczynającymi bieg wersów:
najpierw „brzask”, potem „zmierzch”, brzask nad zmierzchem. W drugim wersie po zmierz-
chu pojawia się błysk. Rytm się uwyraźnia. Widzimy ciągle krajobraz, panoramę  raczej niż
zbliżenie przedmiotu. Oczywiście, słowo „stal” może być metonimią przedmiotu wykonanego
ze stali, ale w pierwszej chwili wydaje się raczej metonimią jakiegoś gigantycznego obszaru
wielkoprzemysłowego – skoro trzeba aż brzasku, by tę stal oświetlić. Skoro trzeba aż zmierz-
chu, byśmy stracili ją z oczu. Krew? Może chodzi o krew spaloną w ogniu wojny? Może mó-
wi się o krwawym trudzie robotnika? Przez krótką, króciuteńką chwilę, dopóki trwa odczyty-
wanie  słów  pierwszego  i  drugiego  wersu,  wiemy  tylko  tyle.  Potem  się  okazuje,  że  wizja
wschodów i zachodów słońca była pomyłką optyczną, a jednocześnie  m e t a f o r ą  maszy-
ny, jej wewnętrznego, kuszącego świata.

Puściwszy, przetężając, rzemienny nerw,
Józef Rąb, tokarz, marzy okoloną głową.

Słońcem wydawały się snopy iskier kłujące oczy, owe „skry cięć”, o których będzie mowa

później, w piątej strofie. Zmierzchem – momenty braku świecenia, iskrzenia. Podmiot wraca
do  tej  metafory  tuż  przed  zakończeniem  swojej  opowieści  (znów  natrafiamy  na  paralelizm:
wszystko,  co  dla  Przybosia  ważne,  zostaje  utrwalone  w  paralelizmach).  Maszyna  niby  ko-
smos. Kosmos maszyny. Płyty materiału poddawanego obróbce wydają się obłokami. Koło-
wody,  koła,  wiry,  transmisje  przypominają  rytm  świtów  i  zmierzchów.  Są  „kołującymi  wi-
zjami”.  Teraz  już  jednak  jest  inaczej  niż  na  początku.  Kosmos  to  nie  sama  maszyna,  lecz
człowiek-maszyna, człowiek uprowadzony przez maszynę:

Wbrew kołującym wizjom, obłoki płyt
wprawna statyka ramion wytrwale roztrąca.
Przez mózg Józefa Rąba przebija świt,
jak rana, którą wzejdzie rozkrwawione słońce.

Porywające, zachwycające w maszynie są nie tylko jej impet, energia, sprawność, ale nade

wszystko to, że staje się dla człowieka nowym, sztucznym, zastępczym światem – piękniej-
szym niż świat natury.

Człowiek zachwycony metaforą to poeta. Byłby tedy Józef Rąb nie tylko tokarzem, ale to-

karzem-poetą?  Tak.  W  powojennych  wspomnieniach  Przybosia  czytamy,  iż  Rąb  to  postać
wcale nie zmyślona, autor znał go osobiście. Do niego, do robotnika-poety adresował słowa z
powojennego już, polemizującego z socrealizmem 

Głosu o poezji:

Nieskory do pouczań, mówię to z myślą o tobie,
Janie Rąbie

37

, tokarzu znany mi przed laty,

robotniku-poeto.
Czy jeszcze dzisiaj kujesz heksametr „Iliady”,
czy też – wsłuchany w motory –
szukasz nowego słowa,
któremu zawierzysz?

                                                          

37

 Dlaczego Józef Rąb z 

Porwanego przez przenośnię

 stał się w 

Głosie o poezji

 Janem Rąbem? – ta filologiczna

zagadka będzie zapewne w przyszłości rozwiązana. Tak czy inaczej chodzi o tę samą postać.

background image

35

Opowiadając o poruszeniach wyobraźni tokarza-poety Przyboś w istocie rzeczy opowiada

o własnych fascynacjach poety-awangardzisty. Wiersz, który chciał być „raczej epiką”, oka-
zuje się zamaskowanym wierszem lirycznym, reprezentuje typowy przypadek  l i r y k i  m a s
k i, w której autorskie „ja” ukrywa się pod postacią obcą, na pozór nietożsamą z autorem.

4.  Uprowadzony  przez  metaforę  (schwytany  przez  mit).  Przemienienie  człowieka  w  ma-

szynę, która przemienia się w kosmos – to współczesna, awangardowa wersja mitu o Dafne
przemienionej w drzewo laurowe.

„Może filologowie inaczej tłumaczą ten mit – pisał Przyboś prawie trzydzieści lat później

– mnie baśń o Daphne i Apollinie wydaje się najpiękniejszym mitem o losie poety. O miłości,
o lęku przed pięknej, o zastygłym w sławie bólu, o tęsknocie, o tylu, tylu sprawach poezji...”

38

Dafne, córka Gai i Penejosa, uciekając przed zakochanym w niej Apollinem ubłagała ojca

o pomoc i została zamieniona w drzewo laurowe, które stanowi symbol artystycznej sławy.
„Te  obrazy  przemienienia  się  ludzi  w  drzewa,  w  płomienie,  w  fale...”  –  pisze  Przyboś  –
świadczą o bogatszej fantazji starożytnych niż nowszych twórców, którzy uparcie faworyzują
personifikację. „Personifikacja ogałaca naturę z natury – poza  człowiekiem widzi tylko jego
podobiznę  w  świecie”.  Jego  bohater,  poeta  i  robotnik  z 

Porwanego  przez  przenośnię,  nie

ucieka przed żadnym bogiem, raczej dąży do złączenia z bogiem awangardy: z Cywilizacją.
Powtarza odmieniony mit o Dafne. I oto drzewem laurowym, liśćmi chwały poetyckiej, stają
się dla Józefa Rąba tryby, korby, łożyska, toczydła...

RÓWNANIE SERCA
(tom 

Równanie serca, 1938)

Powietrze uduszono sztandarami.
Pod wszystkie triumfalne bramy
zbuntowani podkładają dynamit!

Kim jestem? Wygnańcem ptaków.

Stół pod moim piórem wezbrawszy do samych krawędzi
przebiera swą miarę,
jak czołg, gdy ma ruszyć do ataku.
Dom już dziś płonie we mnie jutrzejszym pożarem,
serce atakuje mię prędzej

Szrapnel pęka ze słupów latarni:
lampy zapalono na ulicach jednocześnie.
Dzień mija w zbrojnej pieśni żołnierskiej, rzęzi.

Z rudej trawy zjeżyły żebra poległych darń.

Żywy idę miastem będącym, a już tylko byłym.

Kim jestem? Wygnańcem ptaków.

Ogrody – Nów jak cierń wschodzący z gałęzi –
Świat beze mnie się spełnia wolny i bezczuły,

                                                          

38

 J. Przyboś, 

Najmniej słów

, op. cit., s. 138.

background image

36

i tylko liści jesiennych opada na głowę laur.

...abym już nigdy nie ucichł.

Łagodny
każdą kieszeń obróciłbym w gniazdo dla jaskółek
odlatujących od ludzi.

Wiersz liryczny ma własne, suwerenne reguły dialogu z czytelnikiem. Przyboś traktował su-

werenność  sztuki  poetyckiej  jako  jej  wartość  świętą.  W  latach  trzydziestych  (później  również)
ideałem awangardzisty był „wiersz nowoczesny tak zwarty, że złożony jakby z samych point.”

39

Pointy  spodziewamy  się  na  końcu  tekstu.  Bywa  zwykle  zwornikiem  sensu,  kulminacją

znaczeń  wyrażonych  wcześniej  mową  dyskursywną  lub  zamkniętych  w  finalnym  obrazie.
Jeżeli jednak cały wiersz ma docierać do nas jako seria point, musimy zorientować się w tej
grze  natychmiast,  od  pierwszych  słów.  I  otóż  właśnie  początki  utworów  Przybosia  bywają
budowane na  wzór point; są szczególnie obciążone znaczeniami: mają prostą składnię,  rzec
by można: odznaczają się staranną dykcją.

Powietrze uduszone sztandarami.
Pod wszystkie triumfalne bramy
zbuntowani podkładają dynamit!

Tak rozpoczyna się 

Równanie serca: w równomiernym, tonicznym rytmie. „Ileż by trzeba

zapisać stronic – powiada Przyboś w cytowanym tu szkicu – żeby w pełni oddać zespół tych
niezliczonych spostrzeżeń, sytuacji, wizyj, które złożyły się na genezę poematu!” (W języku
awangardzistów „poemat” to wszelki utwór poetycki, zarówno obszerny, jak i miniaturowy.)
Zatem przyjęcie zdania jako pointy to przeżycie jego wieloznaczności, która ma swój począ-
tek w przeszłości domyślnej jedynie, w ukrytej genezie dzieła. Nie istnieją techniczne, nieza-
wodne środki konstytuujące „pointowość” wypowiedzi niezależnie od wyobraźni oraz współ-
pracy odbiorcy. Autor może tylko podpowiadać, sugerować przebieg lektury. Przede wszyst-
kim buduje poemat „złożony jakby z samych point” jako tekst zagadkowy, który wydaje się
następstwem jakiejś  logiki żelaznej i oczywistej, choć normy owej logiki pozostają – zwłasz-
cza na początku – ukryte.

Początek 

Równania serca przedstawia konflikt; moment przed wybuchem konfliktu zbroj-

nego. Przyboś pisze tak, jak gdyby czytelnik powinien był  j u ż  wiedzieć, na czym polega
istota konfliktu. Czytelnik jednak  j e s z c z e  tego nie wie. Musi pytać, mnożyć pytania. Ja-
kież to napięcia doprowadziły do buntu? „Powietrze uduszono” – na czyj rozkaz? „Sztanda-
rami”  –  jakiego  koloru?  (Jakie  państwa? Jakiej  społeczności?)  „Zbuntowani  podkładają  dy-
namit”, żeby – wysadzając „triumfalne bramy” – kogo unicestwić? I co dalej, co będą czynili
po walce, na rumowisku „wszystkich triumfalnych bram”?

Wrażenie  „pointowości”  przytoczonych  wyżej  zdań  potęguje  się,  gdy  w  następnym  wersie  –

miast spodziewanych wyjaśnień – otrzymujemy kolejną zagadkę. Tym razem zagadka ma postać
pytania i odpowiedzi. Ale odpowiedź okazuje się nad wyraz tajemnicza; tylko pytanie jest jasne.

Kim jestem? Wygnańcem ptaków.

Nowa pointa to jednocześnie jak gdyby nowy początek wiersza. Oświadczenie podmiotu

utworu  otwiera  nagle  perspektywę  dla  domysłów  zgoła  fantastycznych!  Człowiek  mówiący

                                                          

39

 J. Przyboś, 

Uwagi o nowej liryce

, „Pion” 1935,nr 2. Przedruk w zbiorze: 

Polska krytyka literacka

, op.

cit.,s.239

background image

37

tekst 

Równania serca czuje się wygnańcem ptaków... Ale kim jest wygnaniec ptaków? Byłym

ptakiem? Aniołem? Ikarem? Ptasznikiem? Co go łączyło z ptakami? I za jakie przewinienia
został przez ptactwo skazany na banicję?

Wers  następny  nie  odpowiada  wprost  również  i  na  te  pytania.  Znów  zmienia  się  temat,

punkt widzenia. Rzec by można, iż 

Równanie serca rozpoczyna się oto po raz trzeci. Słowa o

stole wzbierającym do samej krawędzi i przemienionym w czołg to już trzeci jak gdyby po-
czątek, a zarazem trzecia pointa ukrytego ciągu wydarzeń. A przecież w tym potrójnym po-
czątku pewne kontury sensu zaczynają się stabilizować. Nadal wielu rzeczy nie wiemy, ale to
i owo już wiemy. Przede wszystkim: „ja” liryczne jest poetą. W liryce nie jest to zawsze ko-
nieczne; podmiot może być przedstawiony jako kochanek, bojownik, filozof, pielgrzym, pa-
cjent itp. Tutaj natomiast jest, mówiąc najdobitniej, poetą w  roli  poety:  w  stanie  twórczego
napięcia! Porusza się nie w jakiejś konkretnej, ograniczonej przestrzeni, ale na skrzyżowaniu
kilku obszarów, między różnymi rzeczywistościami. Jedną z tych  stref  granicznych okazuje
się świat ludzi i świat ptaków. Sugeruje to „wygnaniec ptaków” – peryfraza „poety”. Zwróć-
my uwagę na związki znaczeniowe, które ponad składnią rysują się między słowami „ptak” i
„pióro”. Czytamy (podkr. moje – E. B.):

Wygnańcem ptaków.
Stół pod moim piórem[...]

Pióro  jest  narzędziem  pracy  pisarskiej.  Kiedyś  było  nim  pióro  ptasie:  gęsie.  Nie  mamy

podstaw,  by  podejrzewać  awangardzistę  o  autoportret  stylizowany  na  staroświecką  modłą.
Bliskość informacji o ptakach i piórze powoduje inne skojarzenia, mianowicie: ożywia wie-
lowiekową tradycję obrazu poety-ptaka. Pamiętamy: w spolszczonej przez Jana z Czarnolasu
odzie  Horacego

40

  poeta  „ze  dwojej  natury  złożony”  najdosłowniej  –  dosłownością  baśni  –

przemienia się w ptaka. Często są to metamorfozy niepełne, podobieństwa umowne. Konrad

Wielkiej Improwizacji z Dziadów Adama Mickiewicza przeżywa tworzenie jak lot, woła

dumny: „mam – tych skrzydeł dwoje”. Ptak, skrzydło, pióro, pisanie, poezja, poeta. W tym
ciągu  mieszczą  się  także  niektóre  wizje  autora 

Pióra  z  ognia.  W  jego  późniejszej  Jaskółce

długo oczekiwany przez poetę wiersz wtargnie do pokoju na skrzydłach, wraz z jaskółką, w
postaci jaskółki. Jeszcze później – za Słowackim – nazwie Przyboś ptakiem poezji zimorodka
(w wierszu 

Ów halcyjon).

Dzięki odwołaniom do tradycji świat tego wiersza ulega jakby zwielokrotnieniu, rozpada

się na wiele sfer, które na nowo jak gdyby spotykają się w poemacie. Właśnie w nim. „We
mnie” powiada podmiot. „Dom już dziś płonie we mnie jutrzejszym pożarem” (podkr. moje –
E. B.). To, co się dzieje na zewnątrz, wśród bram triumfalnych i dynamitowego buntu, powta-
rza się w jego domu i jego ciele. W domu – stół przemienia się w czołg i jest gotów „ruszyć
do ataku”. W ciele – „serce atakuje” [...] prędzej”.

„Stół”. „pióro”. „dom”, „serce”, słowa te czytane w izolacji byłyby znakami bezpieczeń-

stwa,  pokoju,  życia.  Tutaj  jednak  gromadząc  się  wokół  poety  okazują  się  niespodziewanie
zwiastunami wojny. Ulegają militarnej psychozie.

Począwszy  od  wersu  piątego  zmienia  się  charakter  tekstu.  Ustaje  rytm  zaskoczeń.  Nie

przybywa nowych „początków”, zagadek i „point”. Tekst staje się spójny, posłuszny prostej
logice  wynikania.  Można  nawet  „swoimi  słowami”  opowiedzieć,  co  się  dzieje  z  bohaterem
wiersza.  Zastajemy  go  najpierw  w  przestrzeni  zamkniętej,  w  domu,  przy  stole,  z  piórem  w
ręku. Potem widzimy na ulicy, w mieście. W końcu za miastem, w ogrodach, wśród drzew.
Trasę spaceru wyznaczają nazwy przestrzenne – tak dobrane, iż miejsca oglądane przez poetę

                                                          

40

 Oda Horacego 

Do Mecenasa

 – jej spolszczenie, dokonane przez J. Kochanowskiego, nosi tytuł 

Do Myszkow-

skiego

.

background image

38

są coraz większe, coraz bardziej rozległe i bezgraniczne. „Stół” – „dom” – „ulice” – „miasto”.
Potem „ogrody”. Wreszcie „świat”.

Przyboś  nie  opisuje  zachowań  swego  bohatera,  ogranicza  opowieść  do  słowa  „idę”,  nie

mówi o jego ruchach, a mimo to w kolejnych obrazach niemal widzimy, jak reaguje na świa-
tła uliczne, jak się rozgląda wokół, kiedy unosi oczy  w  górę, kiedy patrzy  w  dół.  Najpierw
spojrzenie  w  górę,  ku  „słupom  latarni”,  w  chwili,  gdy  „lampy  zapalono  na  ulicy  jednocze-
śnie”. Potem spojrzenie na dół, na ziemię, i nawet głębiej – pod ziemię: „Z rudej trawy zje-
żyły żebra poległych darń.” Znowu w górę, wyżej, w nocne niebo, na „Nów jak cierń wscho-
dzący z gałęzi”. I jeszcze raz w dół, gdy jego oczy towarzyszą spadającym liściom: „i tylko
liści jesiennych opada na głowę laur”.

Te zdarzenia wśród rzeczy (zderzenia z krajobrazami) nie wnoszą do tekstu myśli zasadni-

czo nowej. Utwierdzają w przeświadczeniu, które znamy, które podmiot-bohater przyjął po-
chylony nad stołem, gdy stół pisarski nagle „przebrał swą miarę” i niby czołg ruszył do natar-
cia. Teraz, poza domem, owa chęć ogarnięcia wzrokiem coraz to nowych przestrzeni (najdalej
i  najpełniej)  zastępuje  dynamikę  myśli  dynamiką  egzemplifikacji.  Każdy  kolejny  obraz  ilu-
struje oswojoną już w świadomości podmiotu ideę nadciągającej, niechybnej wojny. Czytel-
nik musi odtąd podążać nie za tezą zmieniającą przesłanki i wnioski – teza się nie zmienia –
lecz za jej wcieleniami w przestrzenie i rzeczy.

W  jaki  sposób  świat  wobec  poety  „gra”  przepowiednię  wojenną?  Jak  inscenizuje  wizję

walk  i  zniszczeń?  Materiałem  katastroficznej  inscenizacji  są  w 

Równaniu  serca  metafory,

metonimie, rozbite związki frazeologiczne, a także językowe środki gospodarowania czasem
zdarzeń. Po pierwsze więc ważną rolę odgrywają analogie wyglądu. Stół swą masywnością i
kształtem przypomina czołg. Gwałtowne rozjaśnienie miasta, gdy „lampy zapalono na ulicach
jednocześnie”, robi wrażenie eksplozji szrapnela (szrapnel to pocisk artyleryjski, który w lo-
cie  rozpryskuje  się  na  drobne,  śmiercionośne  cząstki).  Podobnie  nów  księżyca  –  oglądany
przez  gęstwinę  gałęzi  wydaje  się  cierniem,  znakiem  bólu,  męczeństwa,  może  także  przepo-
wiednią  nowej  korony  cierniowej  Chrystusa.  W  tych  obrazach  przemawiają  metafory,  czyli
skojarzenia  kierowane  regułą  podobieństwa.  Po  drugie,  w  katastroficznym  spektaklu  obok
metafor uczestniczą metonimie. Metonimią rządzi prawo przyległości. Znaczy to, że jeżeli w
świecie  realnym  jakieś  dwa  przedmioty  czy  zjawiska  znajdują  się  najczęściej  blisko  siebie,
można w tekście posłużyć się nazwą jednego przedmiotu i wywołać  w wyobraźni odbiorcy
wizję przedmiotu innego, związanego z nazwanym. Słowo „obłok” może być metonimią nie-
ba, słowo „sztorm” – morza, słowo „kapelusz” – głowy. „Dzień mija w zbrojnej pieśni żoł-
nierskiej,  rzęzi”.  Pieśń  żołnierska  sąsiaduje  niejako  z  bronią,  bywa  śpiewem  ludzi  uzbrojo-
nych, tutaj sama staje się pieśnią „zbrojną”. Jednocześnie dzień – czasoprzestrzeń wypełniona
pieśnią  żołnierską  –  ulega  personifikacji.  Dzień  przeobleka  się  w  pieśń,  mija  tak,  jak  mija
życie walczących na wojnie, ginąc rzęzi jak śmiertelnie ranny.

Metonimiczną podstawą obrazu:

Z rudej trawy zjeżyły żebra poległych darń.

– jest zarówno pamięć o zabitych, którą przechowują w sobie trawy pól bitewnych, jak i zwy-
czaj grzebania zmarłych w ziemi; w istocie nasza ziemia – po tylu wiekach i tylu pokoleniach
– wszędzie jest ziemią cmentarną. Nad metonimią w analizowanym fragmencie nadbudowuje
się metafora. Oto źdźbła „rudej trawy” lub może smugi świateł i cieni na trawie powodują, iż
„zjeżona  darń”  wydaje  się  podobna  do  żeber  poległych.  Dzieje  się  tak,  jak  gdyby  na  po-
wierzchni  ziemi  odciskały  się  linie  podziemne,  ślady  wojen  minionych,  szczątki  dawnych
pobojowisk...

Nie tylko w przedmiotach przedstawionych w 

Równaniu serca, także w słowach tego wier-

sza tkwią symptomy zbliżającej się wojny. Polszczyzna przedstawia się tu jako zaszyfrowany

background image

39

horoskop  batalistyczny.  Wyrażenia  potoczne,  obiegowe,  wytarte  związki  frazeologiczne  na-
brzmiewają energią zniszczenia. Mówimy o sercu: bije, uderza. By w mowie potocznej wyra-
zić stan podniecenia powiemy, że serce bije nam prędzej. Zarazem „bić”, „uderzać”, to cza-
sowniki znaczeniowe bliskie słowo „atakować”. Powiada Przyboś –

serce atakuje mię prędzej.

Czyli prędzej bije, pracuje. Ale nie tylko. „Serce” i „atak” kojarzą się natychmiast z wyra-

żeniem frazeologicznym „atak serca” i jednocześnie z wyrażeniem „ruszyć do ataku”, które
pojawia  się  w  zakończeniu  poprzedniego  zdania:  mówi  o  czołgu  w  natarciu.  Tak  oto  praca
serca, rytm życia, przeistacza się w ból, w atak agresji. (Dla  czytelników zorientowanych w
biografii autora słowa „serce atakuje mię prędzej” mają szczególny walor zwierzenia osobi-
stego – Przyboś miał wrodzoną wadę serca.)

Wreszcie  gramatyka  czasów.  Jak  wiadomo,  poczucie  czasu  wydarzeń  przedstawionych  w

dziele literackim jest uwarunkowane nie tylko przez formy gramatyczne. Gdy w 

Równaniu serca

pojawia się czas przeszły – rozumiemy, iż to, co się stało w przeszłości, stało się tuż przed chwilą,
więc niemal  t e r a z  lub dokładnie  t e r a z  żebra poległych „zjeżyły”, powietrze „uduszono”,
lampy „zapalono”. Gramatyczna przeszłość staje się poetycką teraźniejszością.

A gramatyczne formy czasu teraźniejszego? Jest ich najwięcej: „podkładają”, „przebiera”,

„płonie”,  „atakuje”,  „pęka”,  „mija”,  „idę”,  „spełnia”,  „opada”,  nadto  dwukrotnie  „jestem”.
Lecz teraźniejszość tutaj także nie jest sobą, ucieka w przyszłość, wytęża się ku przyszłości.
Czasowniki  „płonie”,  „idę”  formalnie  mieszczą  się  w  gramatyce  czasu  teraźniejszego.  Jed-
nakże w zdaniach:

Dom już dziś płonie we mnie jutrzejszym pożarem.
[. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]
Żywy idę miastem będącym, a już tylko byłym.

stają się znakami dwuczasowymi, sytuują się na granicy nie tyle dzielącej, ile łączącej teraźniej-
szość  z  przyszłością.  W  rezultacie  zmaganie  czasów  kończy  się  wygraną  trybu  warunkowego
(„abym już nigdy nie ucichł:”, „obróciłbym”), który logicznie zwraca  się w stronę przyszłości.
Przyszłość tedy jest najważniejsza. Najważniejsze jest to, co zbliża się nieuchronnie: wojna.

Dotąd wszystko wydaje się jasne. Wiersz Przybosia należy do liryki profetycznej, wiesz-

czącej zniszczenie świata. Na dwa lata przed klęską wrześniową, w drugim roku wojny do-
mowej w Hiszpanii, gdzie przegrywała  republika  i  wygrywał  faszyzm,  przepowiednie  kata-
stroficzne nie były niczym niezwykłym. O zbliżającej się wielkiej wojnie narodów mówiło się
wszędzie – także w poezji. Katastrofizm to zbiór teorii i wizji profetycznych, głoszących nie-
uchronność kryzysu kultury w XX stuleciu; katastrofiści XX w.  w rozmaity sposób  pojmo-
wali sens (lub bezsens) wojny. Jedni liczyli się z całkowitą ruiną tych wartości, które okre-
ślają najgłębszą treść człowieczeństwa, ale już wkrótce zostaną sponiewierane przez instynkty
barbarzyńskie,  „ostatecznie  zbydlęcone”  (Witkacy).  Inni  w  nadciągającej  wojnie  widzieli
głównie  tragiczny  los  Polski,  która  znów  znajdzie  się  na  skrzyżowaniu  dróg  frontowych
Wschodu i Zachodu, znowu będzie  musiała  ponieść  najcięższe  ofiary.  Pisał  Władysław  Se-
była: „I znów? Czy znów? Kołowrót dziejów/ w płonący krąg porywa nas,/ skończyły się sny
kołodziejów,/ stalowy szumi groźny las”

41

.

A Przyboś w 

Równaniu serca? Zdawałoby się: mówi to samo, co i inni katastrofiści, choć

mówi o wojnie bez lęku. Rzecz w tym jednak, że mówi nie tylko o wojnie. Gdy wszystko w
Równaniu serca wydaje się wyjaśnione, okazuje się – tuż przed końcem monologu lirycznego

                                                          

41

 Z wiersza 

I znów tupot nóg sołdackich

; W. Sebyła, 

Poezje zebrane

. Wstęp i opracowanie A. Z. Makowiecki,

Warszawa 1981, s. 175.

background image

40

– iż na dobrą sprawę nic nie jest jasne i proste! Przyboś pamięta o estetyce wielopointowości.
Jednej konkluzji sumującej całość wiersza nie chce, pragnie nadto umknąć diagnozom oczy-
wistym oraz wnioskom łatwo przewidywalnym. Gwałtownie więc potęguje skomplikowanie
myśli, wraca do rytmu „point”, zagadek, zaskoczeń. Powtarza znane już czytelnikom pytanie i
znaną  odpowiedź:  „Kim  jestem?  Wygnańcem  ptaków”.  Powtórzenie,  chwyt  nietypowy  dla
poezji Przybosia (mowy lapidarnej, magazynującej maksimum treści w minimum słów), jest
tu  sygnałem  niesłychanie  ważnym  dlatego,  że  tak  bardzo  rzadkim  u  awangardzisty.  Po  raz
pierwszy słowa te były pointą ukrytego ciągu skojarzeń, pojawiły się w momencie przekra-
czania granicy między miastem a wnętrzem domu poety. Po raz drugi także wyznaczają gra-
nicę – tym razem między miastem a ogrodami (światem ludzi a światem ptaków, cywilizacją
a naturą). Nowa przestrzeń wymaga ponownego samookreślenia.  I choć samookreślenie nie
zmienia  się,  zmienia  się  jego  sens.  Najpierw  ptaki  były  symbolami  poezji,  przywodziły  na
myśl  topikę  tradycji  literackiej.  Teraz  przelatują  prawdziwe  nad  prawdziwymi  ogrodami.
Przyboś sięga po częsty w jego poezji chwyt, który krytyka  nazwała  chwytem  „fałszywego
sprawcy”

42

. To przecież ptaki są wygnańcami ludzi; „odlatujące od ludzi”  jaskółki uciekają

przed wojną – w uduszonym sztandarami powietrzu nie można ani latać, ani oddychać... Ale
poeta odwraca zależności: człowieka (siebie) nazywa wygnańcem ptaków.

Problem wojny staje się zrozumiany i przeżyty jako problem przymierza i odtrącenia. Ależ

tak, to  j e s t  problem wojny! Z kim jesteśmy i przeciw komu? Kto nas odtrąca, a kto będzie
naszym sprzymierzeńcem? Zazwyczaj jednak bierze się pod uwagę siły polityczne, militarne,
społeczne, podczas gdy w 

Równaniu serca kwestia przymierza i odtrącenia ogarnia inne byty,

rozstrzyga się między poetą, historią a naturą. „Wygnaniec ptaków” w czasach psychozy wo-
jennej czuje się podwójnym wygnańcem. Jest banitą natury i banitą historii

43

. Rozumie świat

tak dokładnie, że potrafi  pojąć nawet obojętność świata wobec poezji i poety. Świat nowiu,
ogrodów,  jaskółek  będzie  trwał  w  swoich  rytmach  odwiecznych  tak  samo  obojętny  wobec
twórcy, jak świat historii, który ma własne konieczności, musi przejść przez dynamit, czołgi i
trawę grzebiącą poległych – niezależnie od udziału w tej wojnie poety.

Świat beze mnie się spełnia wolny i bezczuły,
i tylko liści jesiennych opada na głowę laur.

Ironiczna wizja zżółkłych liści niby laurów wieńczących skroń artysty powinna przynieść

rozgoryczenie,  rezygnację.  Ale  nie!  Nie  u  Przybosia.  Na  przekór  odtrąceniu  rodzi  się  silny
imperatyw twórczości. To kolejna „pointa” ukrytego wątku: tym razem ukrycie zostaje una-
ocznione poprzez wykropkowanie początku zdania:

...abym już nigdy nie ucichł.

                                                          

42

 Ten mechanizm analizowali m.in. A. Sandauer, J. Sławiński, J. Kwiatkowski.

43

 Tajemnica „wygnańca ptaków” kusi wielu interpretatorów liryki Przybosia. Oto jedno z odczytań tej metafory:

„Wygnaniec ptaków. Chłopcy wiejscy zabawiali się niegdyś okrutnie, malując złapane ptaki lub przywiązując
im kawałki barwnych wstążek. Więzień, wypuszczony na wolność, dążył do swoich współbraci. Ale zostawał
przez nich brutalnie odtrącony. Odegnany albo najczęściej zakłuty dziobami na śmierć. Jako przedstawiciel
obcego gatunku. Odmieniec.
Spełnienie się świata zostało ukazane w tym wierszu jako niezależne od poetyckiego lauru. Taka właśnie jest
sytuacja bohatera: wygnany ze sfery czynu, skazany zostaje tylko na twórczość. Jego lot jest lotem poety, jego
skrzydła pomalowane są na kolor poezji. Czyn jego współbraci nie może stać się jego udziałem. Nie dlatego,
żeby braknąć mu miało odwagi. Dlatego, że kiedyś dawniej, we wczesnej młodości, wybrał odmienny los. I
cokolwiek zrobi, nie jest w stanie tej odmienności przekreślić.” (S. Jaworski, 

Pomiędzy awangardą a nadreali-

zmem

, Kraków 1976, s. 167.)

background image

41

Czytelnik nie dowie się nigdy, jakie słowa zostały tu wykropkowane, co tedy  było prze-

słanką  tej  nagłej  i  niezachwianej  decyzji  tworzenia.  Wolno  przypuszczać,  iż  decyzja  poezji
niemilknącej  –  to  odpowiedź  na  odtrącenie.  Naprawdę  świat  nie  potrzebuje  poezji.  Nie  po-
trzebuje  jej  ani  natura,  ani  historia.  Świat  jest  „bezczuły”,  poeta  –  „łagodny”,  najczulszy.
Trzeba  sobie  uświadomić  tę  prawdę  po  to,  by  –  będąc  poetą  –  narzucać  się  światu.  Jeżeli
świat narzuca się poecie agresywnie, niszcząco, eksplozywnie, to poeta, odwrotnie, narzuca
się mu swą słabością, czułością, współczuciem.

Łagodny
każdą kieszeń obróciłbym w gniazdo dla jaskółek
odlatujących od ludzi.

Po raz ostatni autor zaskakuje czytelnika – organizując poprzez zaskoczenie jeszcze jedną

pointę. Oto  w  obliczu  okropności  wojny  oferuje  swe  współczucie  nie  ludziom,  którzy  będą
cierpieć i ginąć, lecz ptakom, które ludzi opuszczają.

Gdy dziś myślimy o wojnie  – przeczuwanej w 1937 roku – automatycznie w naszej świa-

domości pojawia się obraz zdarzeń rozpoczętych agresją Niemiec  hitlerowskich na Polskę i
ogarniających cały świat. Czy taką wojnę przepowiada 

Równanie serca? Nie. Wiersz Przybo-

sia milczy o antagonizmach narodowych i państwowych. 

Równanie serca powstało w Paryżu.

Przedstawione tu miasto „będące, a już tylko byłe” ma paryskie  „triumfalne bramy”, wśród
nich  znajduje  się  być  może  również  słynny  Łuk  Triumfalny  (poeta  poświęcił  mu  wiersz
Łuk)

44

. Paryż to dla przybysza z Polski miasto pamiętające Wielką Rewolucję Francuską. Do

tej  pamięci  odwołuje  się  pierwszy  obraz  w  interesującym  nas  utworze.  Sztandary  duszące
powietrze, architektura triumfującego imperium to metonimie starego porządku. Dynamit jest
metonimią rewolucją, wybuchu z dołu rozsadzającego stary ład. Przyboś  nie  zastanawia  się
nad  politycznymi  kolejami  walki  państw,  nie  interesuje  go  udział  poszczególnych  rządów,
parlamentów,  partii  czy  osobistości  ówczesnej  Europy  w  militarnej  fabule  najbliższych  lat.
Chodzi mu o głęboki sens nadchodzących wydarzeń. Nie o egzystencję, lecz o esencję. Poeta
wierzy, że dla Europy wojna stanie się rewolucją socjalną. Aby tezę tę udowodnić, trzeba by
sięgnąć po inne, liczne jego liryki z tych lat. W wierszu 

Wiosna 1934 mówi się wprost:

wiem:
stary
świat
ginie,

Równaniu serca trop prowadzący ku Przybosiowej koncepcji wojny jako rewolucji jest

ukryty, zaszyfrowany w obrazie: w pierwszej „poincie” wiersza.

Zagłada starego ładu to, wedle Przybosia, konieczność dziejów. Stary ład syci się niespra-

wiedliwością społeczną, krzywdą. Niechże będzie nas stać na godne, nieustraszone przyjęcie
wyroków historii. To, co teraz może uczynić jednostka, to jest właśnie „równanie serca” – jak
żołnierskie równanie kroku. Zauważmy: w poetyce awangardzisty „równanie serca” oznacza
istotę  poezji,  źródło  przeżycia  poetyckiego;  jest  peryfrazą  porządkowania  wzruszeń,  dyscy-
plinowania  emocji  (zapewne  z  uwagi  na  ten  drugi,  ogólniejszy  sens  tytuł  analizowanego
utworu stał się tytułem książki). Tak tedy – powiada Przyboś – poezja odtrącona przez świat
wielkich  konfliktów  pozostaje  bezustanną,  niemilknącą  potrzebą  człowieka,  zwłaszcza  gdy
człowiek staje w obliczu wielkich konfliktów.

                                                          

44

 

Łuk

 stał się także przedmiotem autointerpretacji Przybosia 

Narodziny wiersza

 (J. Przyboś, 

Najmniej słów

, op.

cit., s. 183-192).

background image

42

[NIE ZASNĘ DZIŚ...]
(tom 

Póki my żyjemy, 1944)

Nie zasnę dziś, jak zawsze,
z gwiazdą w oczach.
Rozpryśnie się w dźwięku dzwonka,
przyjdą po mnie.

Wiem, umrę.

Gwieździe ogromnej
co noc zmartwychwstającej w moich oknach
siebie nie przekażę.
Nikomu nie objawi wieczna, nieprorocza
nawet mojego spojrzenia w górę.

Lecz ty leżysz otwartymi oczyma,
drżysz, choć udałaś sen, coraz bledsza.

To ty mnie w swojej źrenicy zatrzymasz,
a nie gwiazda z tej nocy zeszła.

Lwów, 12 października 1941

Wiersz  jest  znakiem  szczególnego  rodzaju.  Zwraca  uwagę  na  siebie,  uwydatnia  własny

rytm,  eksponuje  własną  materię  werbalną  i  powołuje  do  istnienia  suwerenną  rzeczywistość
wewnętrzną. Znawcy sztuki literackiej utrzymują, że nie musi to być tekst obszerny, może to
być utwór lapidarny i miniaturowy, a mimo to, jeżeli należy do dziedziny poezji, staje się w
odbiorze  jak  gdyby  odrębnym  mikrokosmosem.  Uobecnia  się  jako  osobliwy  „model  świa-
ta”

45

.

Nie  zasnę  dziś  Przybosia  bardzo  pięknie  ilustruje  ową  ideę  poetyckiego  mikrokosmosu:

słowo „mikrokosmos” można tu nawet pojmować dosłownie, gdyż w przestrzeni wewnętrznej
liryku Przybosia dzieją się dramaty między Ziemią a Niebem, chwilą a wiecznością, bytem a
niebytem. Przyjrzyjmy się najpierw problemom, które kształtują się i rozwijają wewnątrz tek-
stu.

Wiersz przedstawia świat widziany oczami człowieka, który wie, że został na niego wyda-

ny wyrok śmierci i że wyrok ten będzie wkrótce wykonany. („Wiem, umrę.”) Nie jest więź-
niem.  Znajduje  się  w  swym  zwyczajnym  i  do  niedawna  bezpiecznym  otoczeniu:  w  domu,
obok bliskiej mu osoby. Za oknami widzi gwiazdę. Wszystko wokół pozostaje niezmienione,
a jednak pewność śmierci zmienia rytm istnienia. Cokolwiek było „jak zawsze”, już się nie
powtórzy, zostało zburzone. Słowo „zawsze” zaczęło nagle znaczyć zaledwie „dotychczas”.
Świat  zaprzeczony  można  opisać  już  tylko  mową  zaprzeczeń:  „nie  zasnę”,  „nie  przekażę”,
„nikomu nie objawi”, „nieprorocza”, „nie gwiazda”.

Bohaterowie wiersza-mikrokosmosu, On i Ona, mają tę samą świadomość wyroku.  Lecz

na nieuchronność katastrofy każde z nich reaguje inaczej. Kobieta pragnie przede wszystkim
(najzupełniej  bezskutecznie)  zataić  przed  Nim  swój  lęk  o  Niego,  okłamać  trwożną  bezsen-

                                                          

45

 Wiersz jako „model świata” – jest to teza formułowana często w pracach strukturalistów radzieckich: J. Łot-

mana, W. Iwanowa, W. Toporowa.

background image

43

ność. Drży – „coraz bledsza”. Przerażona – „udaje sen”. Skazaniec, odwrotnie, jest opanowa-
ny. Jego myśli nie ulegają popłochowi, nerwowej gonitwie: pojawiają się w zdaniach pełnych,
dobitnych,  zdyscyplinowanych.  Składnia 

Nie  zasnę  dziś  staje  się  oto  ważnym  powiadomie-

niem psychologicznym, informuje o przeżyciach podmiotu równie wiarygodnie, jak i słowny
budulec tekstu.

Nie tylko składnia, także instrumentacja głoskowa.
Zauważmy, iż głoski „m” i „n”, które wyróżniają się w najbardziej dramatycznych słowach wiersza:

przyjdą po mnie.

Wiem, umrę.

–  powtarzają  się  często,  do  końca  tego  monologu  lirycznego  w  rozmaitych  kombinacjach  i
sąsiedztwach:  „ogromnej”,  „co  noc  zmartwychwstającej  w  moich  oknach”,  „nikomu  nie”,
„wieczna,  nieprorocza”,  nawet  mojego  spojrzenia”,  „otwartymi  oczyma”,  „sen”,  „mnie”,
„źrenicy zatrzymasz”, „nie”, „nocy”. Ten szereg, wyraźnie słyszalny, stanowi jakby wydłu-
żone echo słowa  m n i e, utrzymuje owo  m n i e  (zagrożone, pytające o ocalenie) w pamięci
odbiorcy. Zarazem instrumentacja, podobnie jak składnia, zachowuje w liryku Przybosia sa-
modyscyplinę. Jest zaprzeczeniem paniki, chaosu, krzyku.

Podmiot wiersza szuka obrony przed myślą o śmierci jako nicości zupełnej, w której giną

bezpowrotnie  i  człowiek,  i  wszelkie  ślady  po  nim.  Być  może  zwiastunem  nadziei  nad  nie-
śmiertelność  jest  owa  gwiazda  za  oknami?  Należy  wszak  do  wieczności  materii,  zjawia  się
jak gdyby znad granicy świata i zaświata: jest gwiazdą „co noc zmartwychwstającą”. Przyboś
nazywa  ją  gwiazdą  „wieczną”  i  gwiazdą  „ogromną”.  To  nieczęste  w  jego  poezji:  wiedza  o
jakimś  w i d z i a l n y m  zjawisku staje się na moment ważniejsza niż prawda zmysłowego
postrzegania. Ogrom gwiazdy ma tutaj wymiar tyleż fizyczny (dla oczu i dla wyobraźni prze-
strzennej jest ogromem odległości, miarą nieskończoności wszechświata), co i psychologicz-
ny (ludzkość od zarania dziejów pragnie w ruchu gwiazd widzieć znaki prorocze). W obliczu
śmierci jakże zbawienną byłaby wiara, że istnieją obszary, którym można „siebie przekazać”,
i  że  istnieją  moce  zdolne  do  tego,  by  „objawiać”  w  przyszłości  nowym  pokoleniom  życie
brutalnie przerwane – bodaj w najdrobniejszym geście, choćby w jednym jedynym „spojrze-
niu w górę”...

Niestety, podmiot 

Nie zasnę dziś nie jest w stanie uwierzyć w gwiezdne zaświaty. Tworzy

własną wizję, ustanawia własną religię nieśmiertelności – i wyrzeka się jej jednocześnie. Jego
gwiazda,  choć  ogromna,  wieczna  i  zmartwychwstająca,  jest  gwiazdą  „nieproroczą”.  Należy
do natury, porusza się po szlakach materii, bytuje w świecie obojętnym wobec losów  ludz-
kich, niezdolnym do spełniania nadziei istot śmiertelnych:

Gwieździe ogromnej
co noc zmartwychwstającej w moich oknach
siebie nie przekażę.
Nikomu nie objawi wieczna, nieprorocza
nawet mojego spojrzenia w górę.

Dyskursowi towarzyszą obrazy. Służą one bezustannemu pomniejszaniu ciała niebieskie-

go, degradowaniu mitu. Wielkość mocnego świecidła maleje w spotkaniu z małym światem
człowieczym. Nie tak  dawno  gwiazda  tonęła  w  oczach,  zapadała  się  w  głąb  ludzkiego  snu.
Teraz,  za  chwilę  „rozpryśnie  się  w  dźwięku  dzwonka”.  Wizja  rozpryskującej  się  gwiazdy
wyprzedza i zapowiada cytowaną wyżej refleksję na temat jej obojętnej niemocy. Wiersz koń-
czy się pożegnaniem gwiazdy – „z tej nocy zeszłej”. Obserwujemy jej zejście, czyli unicestwienie.

background image

44

Ale Przyboś nie chce rozpaczy. Ocalenie jest możliwe.  Dla  poety  „ocalić  siebie”  znaczy

„przekazać  siebie”,  nadać  własne  widzenie  rzeczywistości,  objawić  własną  poezję  –  innym
ludziom.  Tylko  człowiek  może  uchronić  człowieka  przed  niebytem  i  zakomunikować  jego
życie – przyszłości. I dlatego bliska mu osoba, przerażona, targana lękiem, jakże niepodobna
do ogromu gwiazdy, okazuje się w końcu obdarzona ową mocą naszej nieśmiertelności.

To ty mnie w swojej źrenicy zatrzymasz,
a nie gwiazda z tej nocy zeszła.

W późniejszych esejach Przyboś wyrażał podziw dla dumy twórców, którzy – w ślad za

Horacym – potrafili pisać,  iż  po  śmierci  cielesnej  nadal  będą  żyli  w  swej  twórczości,  która
rozsławi ich imiona po wsze czasy (Puszkin, Słowacki...)

46

. Na taką pewność i na taką dumę –

wypowiedzianą wprost – Przyboś nie zdobył się nigdy. Nie był zdolny do wiary w to, czego
nie mógł potwierdzić osobistym doświadczeniem ponad wszelką wątpliwość. Nieśmiertelno-
ścią wiarygodną pozostaje dla Przybosia tylko drugi człowiek: „ty”. Pamięć owego „ty” to nie
pamięć w ogóle, lecz pamięć konkretnej jednostki ludzkiej: tych oto oczu, tej oto źrenicy.

Wyznał w wiele lat później:
„Gdybym był skazany tylko na jedno jedyne słowo, pierwsze i ostatnie, które bym wybrał i

wypowiedział?

– Ty.”

47

Mikrokosmos analizowanego wiersza wypełnia się i zamyka. Czytelnik staje wobec wielu

pytań, które muszą pozostać  bez  odpowiedzi  dopóty,  dopóki  analiza  będzie  ograniczona  do
znaczeń organizujących się wewnątrz tekstu. 

Nie zasnę dziś wydaje się zbudowany głównie z

niedopowiedzeń i przemilczeń. Przemilczenie to druga, obok zdań przeczących, podstawowa
figura  stylu.  Nie  wiemy,  kim  są  oprawcy,  którzy  przyjdą,  by  rozdzielić  Ją  i  Jego,  a  Jemu
przyniosą śmierć. Nie wiemy wielu innych ważnych rzeczy. Za jakie winy ma zginąć bohater
utworu? Lub może został skazany bez winy? Dlaczego nie broni się czynnie? Nie ucieka? Nie
szuka sprawiedliwości? Nie bierze pod uwagę ułaskawienia?

Oddziaływanie  przemilczenia  kończy  się  nagle,  gdy  docieramy  do  notatki  pod  tekstem

wiersza  Przybosia:  „Lwów,  12  października  1941”.  Zmienia  się  natychmiast  perspektywa
interpretacji. Mikrokosmos osobny, żyjący własnym rytem słów i zdań, reguł składni i akom-
paniamentu instrumentacyjnego – otwiera się w różne strony, staje się komentarzem do bio-
grafii autora, epoki w dziejach Polski, ewolucji w polskiej liryce.

Powiedzieliśmy  na  wstępie,  iż  wiersz  jest  znakiem  zwróconym  ku  własnej,  wewnętrznej

rzeczywistości  przedstawionej.  Nie  przestaje  on  być  jednak  równocześnie  znakiem  świata
realnego. Każdy utwór poetycki wyłania się z realności człowieczych doświadczeń (nie tylko
pisarskich). Każdy w pewien szczególny sposób „pamięta” o  własnej  genezie,  czyni  ją  jed-
nym z kontekstów rozumienia intencji podmiotu. Zwłaszcza w liryce osobistej, gdy „ja” mó-
wiące tekst to 

alter ego autora. Im więcej zróżnicowanych obszarów życia odsłania się przed

interpretatorem, tym bogatsze staje się znaczenie dzieła.

Słowa  „przyjdą  po  mnie”,  zanotowane  przez  Przybosia  w  nocy  z  12  na  13  października

1941 roku w okupowanym  przez  hitlerowców  Lwowie,  okazały  się,  niestety,  prorocze.  Na-
stępnego dnia przyszli. Został aresztowany przez gestapo

48

. Zarzucano mu współpracę z ra-

dziecką służbą bezpieczeństwa wewnętrznego (NKWD). Na szczęście jego wiersz, tragiczny
horoskop,  tylko  częściowo  się  sprawdził:  poeta  został  zwolniony  z  aresztu  po  piętnastu
dniach. Ocalał. Musiał prędko opuścić Lwów. Nadal nie był tam bezpieczny. Niewinność w

                                                          

46

 Piszę o tym dokładniej w książce 

Przez znaki

. Poznań 1972, s. 242 i n.

47

 J. Przyboś, 

Zapiski bez daty

, op. cit., s. 83.

48

 Zob. 

Wspomnienia o Julianie Przybosiu

. Opracował i wstępem poprzedził J. Sławiński, Warszawa 1976 (szkic

H. Blum 

Aresztowanie Juliana Przybosia przez gesatapo

).

background image

45

1941 roku wcale nie musiała chronić przed więzieniem, torturami, straceniem. To przecież we
Lwowie kilka miesięcy wcześniej Niemcy dokonali przerażającej masowej egzekucji polskich
intelektualistów  (wtedy  zginął  między  innymi  Tadeusz  Boy-Żeleński).  Poeta  nie  był  bez-
pieczny także w rodzinnej Gwoźnicy. Jego ówczesna liryka to liryka pobliża śmierci, gotowo-
ści do przyjęcia śmierci.

Jeśli – zginę?

– to pytanie z wiersza 

Słońce ze wzgórz Gwoźnicy powtarza się niemo w wielu innych tek-

stach. Musi się powtarzać, gdy wokół giną tysiące żołnierzy podziemnego państwa polskiego,
tysiące cywilów, „gdy dzień – jak odroczenie na dzień wykonania wyroku” (

Jesień 42).

Jakże to niepodobne do „radosnego katastrofizmu” sprzed paru  zaledwie  lat!  (zob.  inter-

pretację 

Równania serca). Nie zasnę dziś jest początkiem nowej liryki w dorobku Przybosia –

rozrachunkiem z iluzjami wcześniejszych utworów. W wierszach z  lat poprzedzających wy-
buch wojny można było jeszcze czuć się obserwatorem historii. O przyszłości zatem można
było myśleć i pisać tak, jak gdyby była przeszłością. To nie paradoks: przyszłość wydawała
się awangardziście podobna do przeszłości znanej z podręczników, była czymś nierzeczywi-
stym, a zatem bezpiecznym jak wojny minione, odtwarzane jedynie w słowach. Można było
wierzyć (Przyboś wierzył naiwnie), że kto inny spełni wyroki dziejów. Kto inny rozpęta rzeź i
kto inny przeleje krew za nowy, wspaniały świat. Wiersz 

Cień z 1935 roku mówi o „nietykal-

ności” poety, świadka zbliżającej się masakry, jakże dobitnie i jak, w gruncie rzeczy, beztro-
sko:

Gdy sięgniesz po dynamit – ty,
on
podłoży zapał.

W oknie – ja.

Podział na walczących i przyglądających się bitwom to cecha dawnych konfliktów zbroj-

nych. One to ustanowiły pojęcie „teatr wojny”. Poeta-nowator w swych lirykach „katastrofi-
zmu radosnego” rozumuje po staremu, jest anachroniczny; wydaje mu się, że gdy rozpoczną
się walki, nadal będzie obowiązywała granica między społecznością żołnierską a społeczno-
ścią cywilną.

Wrzesień  1939  roku  przyniósł  wojnę  totalną.  człowiek  w  mundurze  i  człowiek  cywilny

znaleźli się na froncie, ponieważ front przestał być linią oddzielającą armie: stał się przestrze-
nią otaczającą wszystkich. O cudownym ocaleniu w jakimkolwiek bezpiecznym punkcie ob-
serwacyjnym nie mogło być mowy. Strzelano do wszystkich okien. Łomotano do wszystkich
drzwi.

W lirykach okupacyjnych Przybosia obserwator historii stał się  jej cząstką – podobną do

milionów innych obywateli podbitego kraju, skazanych na unicestwienie przez najeźdźcę.

„[...] ustawicznie towarzysząca mi, jak prawie każdemu Polakowi, myśl o nagłym końcu,

nadała  utworom  z  tego  okresu  znamię  słów  ostatnich”

49

  –  pisał  Przyboś  w  przedmowie  do

zbiorku 

Póki my żyjemy, w którym znalazł się interesujący nas wiersz.

Nie  zasnę  dziś  to  zaprzeczenie  idei  „katastrofizmu  radosnego”.  Przyboś  nie  podejmuje

bezpośredniego  sporu  z  własnymi  przekonaniami  sprzed  kilku  lat;  nie  przyznaje  się  do  po-
myłek. Wybiera perspektywę, w której spór o społeczne racje wojny nie potrafi się rozegrać,
okazuje się po prostu niemożliwy. Jest to bowiem perspektywa ściśle osobista, jednostkowa,
nadto: metafizyczna. Państw i klas tutaj nie ma, są ludzie. Ten, który zginie. Ta, która ocali

                                                          

49

 J. Przyboś, 

Pisma zebrane

, op. cit., s. 187.

background image

46

pamięć o nim. Wreszcie ci, którzy zabijają poetę. Oprawcy w tym mikrokosmosie nie repre-
zentują żadnej racji ideologicznej czy politycznej. Zabijają –  to wszystko. Jak zatruta woda,
głód, zaraza, gaz. (W takim pozapolitycznym, pozahistorycznym widzeniu okupanta Przyboś
nie był pośród pisarzy polskich osamotniony.)

50

 Czas jednostki nie jest tu zatem czasem re-

wolucji  ani  konfliktów  zbrojnych  mających  jakąkolwiek  racjonalną  motywację.  Ginący  byt
spotyka się z wiecznością i zostaje przez nią odtrącony.

Wizja gwiazdy w liryku Przybosia świadczy o radykalnej zmianie stosunku poety do życia

i  śmierci.  Dawniej,  w  poetyce 

Równania  serca,  eksplozja  gwiazdy  –  nawet  „w  dźwięku

dzwonka” – byłaby jedną z wielu oznak nadciągającej i oczyszczającej, sprawiedliwej, pożą-
danej wojny. Teraz myśl o rozpadzie gwiazdy jakże daleka jest od zachwytu, jak inaczej zna-
czy!

Nie zasnę dziś należy nie tylko do biografii pisarskiej Przybosia. Sytuuje się także – nader

interesująco – w ewolucjach liryki polskiej czasu okupacji. Jest wypowiedzią w kwestii słowa
poetyckiego, wypowiedzą zaskakującą dla wyznawców Przybosia. Wojna nie przerwała dys-
kusji literackich, choć ograniczyła ich zasięg i rozmach. Jednym z newralgicznych dylematów
poezji ówczesnej  był  wybór  między  artyzmem  komplikacji  a  kunsztem  prostoty.  Po  stronie
„mowy prostej” stanął wówczas Czesław Miłosz. Twierdził, iż doświadczenia wojny nie mo-
gą  zostać  pochwycone  w  obrazy  nadto  gęste  i  w  konstrukcje  werbalne  przesadnie  zawiłe.
Wiersze epoki grozy powinny łączyć się z mową ogółu, tętnić jej rytmem:

Przyjmij tę mowę prostą, bo wstydzę się innej

– pisał Miłosz w wierszu 

Przedmowa, otwierającym tom Ocalenia (1945). Jak wynika z jego

słów (wypowiedzianych czterdzieści lat później), czuł się w swej drodze do prostoty osamot-
niony.

Po  wojnie  linia  Miłosza  zaczęła  zwyciężać.  W  krytyce  utrwalało  się  przeświadczenie,  iż

renesans  artyzmu  prostoty  stanowi  najważniejsze  odkrycie  wojennych  dziejów  poezji.  Za-
uważyć wypada, iż kult prostoty (w twórczości Miłosza, Różewicza, później także Zbigniewa
Herberta) traktuje się w krytyce jako symptom rozwoju poetyk antyawangardowych. Więc i
jawnie anty-Przybosiowskich...

A tymczasem Przyboś w 

Nie zasnę dziś, podobnie w kilku innych lirykach okupacyjnych,

postępuje  dokładnie  tak  samo,  jak  Miłosz  czy  później  Różewicz  i  Herbert.  Zmienia  się  nie
tylko perspektywa, z której ogląda i ocenia wojnę: zmienia się także język poetycki Przybo-
sia. 

Nie zasnę dziś to próba prostoty. Dawniej słowa w wierszach awangardzisty wywoływały

coraz to inne sensy, tworzyły nie dialog nawet, lecz polilog wewnętrzny

51

. Teraz, odwrotnie –

sensy większości słów i zdań nie mnożą się i nie rozszczepiają  na antynomie, nie nadbudo-
wują jedne nad drugimi. Mają rytm potoczności, zachowują jednoznaczność prozy. „Nie za-
snę dziś, jak zawsze”, „przyjdą po mnie”, „wiem, umrę”. Początek liryku jest nasycony polsz-
czyzną sprawozdawczą, nazywającą, potoczną. Podobnie dystych przedostatni brzmi jak wy-
jęty z noweli, odznacza się stuprocentową przezroczystością powiadomień:

Lecz ty leżysz z otwartymi oczyma,
drżysz, choć udałaś sen, coraz bledsza.

Czym  była  „mowa  prosta”  w  wierszach  okupacyjnych  Przybosia?  Zdradą  założeń  teore-

tycznych  autora?  Otóż  nie.  Przeżycia  twórcy  w  latach  wojny  niewiele  różniły  się,  jak  sam

                                                          

50

 

6

 Podobnie, choć w innej zupełnie poetyce, przedstawiają najeźdźcę poeci młodsi – K. Baczyński, T. Gajcy.

Później także w wielu lirykach pisanych już po wojnie – T. Różewicz.

51

 „Chodzi więc nie o pseudonim [sytuacji człowieka w świecie – E. B.], lecz o polyonim.” J. Przyboś, 

Sens

poetycki

, op. cit., s. 58.

background image

47

napisał, od przeżyć „prawie każdego Polaka”. Zatem język wyrażający sytuację twórcy powi-
nien  był  być  wierny  tożsamości  przeżyć,  nie  mógł  oddalać  się  od  mowy  ogółu  ani  stawiać
oporu w odbiorze. Próba prostoty to epizod krótkotrwały i dla całości Przybosiowego dzieła
mało reprezentatywny. W tym kręgu, obok 

Nie zasnę dziś, mieszczą się również takie wiersze

z tomu 

Póki my żyjemy, jak Nad poległym powstańcem, Jesień 42, Noc Listopadowa czy –

komentowane już w tej książeczce – 

Małe słońce (zob. rozdział Czytając Przybosia). W każ-

dym z wyżej wymienionych tekstów pojawiają się delikatne , charakterystyczne dla stylu au-
tora transformacje znaczeń leksykalnych, „iskrzenia” sensów.

Udział  Przybosia  w  ewolucjach  artyzmu  prostoty  polskiej  poezji  lat  wojny  został  przez

krytykę  przeoczony.

52

  Przede  wszystkim  jednak  nie  eksponował  w  tej  dziedzinie  własnych

zdobyczy sam Przyboś. Potrafił pisywać  prosto,  zwłaszcza  o  poezji,  w 

Zapiskach  bez  daty;

znał kunszt mówienia jasnego, ale szans dla poezji własnej upatrywał w tym, co dlatego musi
być złożone i trudne, że jest – nieoczywiste.

TELEFON DWULETNIEJ UTY
(tom 

Próba całości, 1961)

– Halo! Hola! Hololo!
Ucho idzie w głuchocho,
a oko w dalekolo...
idzie, idzie po nici, po wici, po badylu,
po liściu i gałęzi, i po zalesie lezie,
a po igiele pędzi,
idzie, idzie i idzie
po dobroci-paproci i po oście-pozłość się,
po kanarkuku w górze, po sznurze od słuchajki
to uchoko iidzie
i wyjdzie
do lesionej zabajki, do zalesionej bajki,
do czarocywnilesie...

– Hola! Holo! Zielolo?
Cicho. Odezwijże-się!
Pluskaj nisko, głęboko,
bełkotaj głośniej, ciszej,
uwidzi – cię – usłyszy
i oko, i uchoko –
hola – halo – hololo,
dalekolo... głęboko...

– Haloha! Hohololo! Tutaj mówi zielolo.
A co mówi? Że woda to mijana uroda –
i pluska tylko tyle u brzegu bełtotliwie...
A jak pluska, to biało płynie – halokto? – łaba.

                                                          

52

 Przeoczony – w syntezach rozwoju polskiej liryki powojennej, w bilansach czy „obrazach całości”. Omówie-

nia wojennych wierszy Przybosia (K. Wyka, A. Sandauer) zwracały uwagę na nową jakość tych utworów, ale
nie zmieniły poglądu na Przybosia jako twórcę trudnych konstrukcji, wymagających od czytelnika dużego wy-
siłku.

background image

48

Łaba wygina szyję, pod nim zielona woda
i słońcie, i gogoda,
i błyskajka, i fala,
i dwie łodzie na wodzie czerwone ode żagla.

Kiedy je łaba mija, różowieje mu szyja
i brzegiem cień tej szyi.
A dalej od tej szyi, co płynie i co ginie
W sitowiu i wiklinie,
widzisz-no to, co kica? Kto to taki? To – jiji!
Ten jiji w dalejlesie biały puch w zębach niesie
na gniazdo dla małego jiji urodzonego
nago na oziminie –
patrzaj, słuchaj, nim minie...

– Halo, hola, hololo! Odpowiadaj, zielolo!
Mów mi albo zapluskaj!
A gdzie się podział Guskaj?
Ten, co uciekł niczyji do łaba i do jiji
i poleciał jak z piórkiem? Łapaj guskaja, łaba!
Łapaj, zajączku jiji!
Z jednym okiem czerwonym, z drugim uchem zielonym
gdzie on i jaki taki? Z pazurem i pazurkiem?
Czy po wici i nici, po kanarkuku w górze,
po sznurze od słuchajki
wróci do mnie z zabajki?

– Halo! To Uta tutaj,
mówi tu Basia-Uta.
A tam Guskaj?
Zapukaj tu, zastutaj!

Guskaj Uty nie słucha,
brak mu jednego słucha.
Jego głowa się chowa
we słuchajce głęboko –
łapu-łap go za ucho!
stuku-puku go w oko!

Guskaj pisnął, zajęczał
łabędzio i zajęczo,
zabłyskał i zeskoczył –
i tyle go na oczy!
Tylko piórko się trzęsie...

Guskaj ucieka w pole,
tam gdzie dalekokolo
Jezie-zioro-jeziolo
zie-jo-zie-lo-zielolo
dopłynęło wokoło

background image

49

we wądole i lesie –
a tu teletolofon
stoi cicho na stole.
A Guskaj zmyka w lesie...

Tytuł 

Telefon dwuletniej Uty sugeruje podporządkowanie wiersza kanonowi liryki roli (w

rodzaju 

Pieśni  Adriana  Zielińskiego  Czesława  Miłosza  czy  Trenu  Fortynbrasa  Zbigniewa

Herberta)

53

.  W  klasycznym  modelu  liryki  roli  świat  postaci  mówiącej  musi  być  suwerenny

wobec świata  autorskiego. Autor  powinien  stworzyć  iluzję  autonomii  podmiotu,  odrębności
jego doświadczeń; całość monologu spełnia się w cudzym słowie. Tymczasem suwerenność,
a zwłaszcza obcość „ja” lirycznego wydaje się sprzeczna z koncepcją poezji Przybosia. Jeżeli
wartościowe dzieło poetyckie stanowi odkrycie nowej sytuacji lirycznej, istotą owego odkry-
cia pozostaje życie autora: jego biografia. Czyż wolno, zachowując wobec tej teorii wierność,
objawiać w liryce prawdę niewłasną, nieautorską? „Nie potrafię przedczuć”, oznajmiał Przy-
boś w  wierszu 

Do  poety  z  terminarzem  (zob.  rozdział  Czytając  Przybosia).  Mógłby  równie

dobitnie stwierdzić: nie potrafię czuć obok, za kogokolwiek innego, na cudzy rachunek. „Nie
mógłbym, tak jak nie znoszę wszelkiego udawania, stylizacji i brzuchomówstwa w liryce.”

54

Byłby  tedy 

Telefon  dwuletniej  Uty  sygnałem  zmiany  fundamentalnych  założeń  teoretyka

„sytuacji lirycznej”?

Otóż nie. Tytuł sugeruje pewien kierunek innowacji, ale do radykalnego przełomu tutaj nie

dochodzi. Rola autora, Juliana Przybosia, i rola podmiotu mówiącego, dwuletniej Uty, nie są
od siebie ostro oddzielone. Ich świat jest światem wspólnym: ojca i córki. (Wiersz, jak się za
chwilę przekonamy, to także ich wspólne dzieło.) Przyboś zbliża się w 

Telefonie dwuletniej

Uty do liryki roli, ale nie przyjmuje jej najważniejszych nakazów. Obcy model pojawia się po
to, by ulec zawieszeniu, zakwestionowaniu; idea „sytuacji lirycznej”, nieco zmodyfikowana,
obowiązuje nadal.

Kto napisał ten wiersz? Czytelnicy prasowej publikacji wiersza, wkrótce także czytelnicy

tomu 

Próba całości (1961), zawierającego interesujący nas utwór, nie mieli jeszcze wątpliwo-

ści, iż autorem jest Julian Przyboś, Gdy ukazała się kolorowa książeczka 

Wiersze i obrazki

(1970) z pomieszczonym w niej, zajmującym nas tekstem o dwuletniej Ucie – na okładce i na
stronie tytułowej pojawiły się już dwa imiona: Uta i Julian. Obrazki w niej były dziełem Uty.
A wiersze? Wspólnym! W krótkiej przedmowie pisał Julian Przyboś: „ja bym tych  wierszy
nie ułożył, gdyby nie ona”

55

.

Pisarze  często  włączają  do  swoich  utworów  zasłyszane  powiedzonka;  niekiedy  nawet

przywłaszczają  wyczytane  z  cudzych  listów  czy  pamiętników  fragmenty,  traktując  je  jako
surowy materiał – nie stanowiący niczyjej,  chronionej  prawem  własności.  Zwłaszcza  słowo
mówione wydaje się takim właśnie – bezpańskim – surowcem. Ostatecznie, jeżeli nie zostanie
ocalone przez zawodowego twórcę, prędko rozproszy się w nicości niepamięci... Etyka pisar-
ska bywa w tym względzie etyką partykularnie profesjonalistyczną. Każe ujawniać autorstwo
słów innego pisarza, „kolegi po piórze”, lub zakłada czytelnicze rozpoznanie cytatu z dzieł,
dajmy na to, Mickiewicza, Norwida, Leśmiana. Natomiast cytat z żywej mowy, która nie ma
ambicji artystycznych, funkcjonuje z reguły w poezji, dramacie, prozie jako nie-cytat.

Przyboś raz po raz z tych, utrwalonych w obyczaju pisarskim, uprawnień do nie-cytatu ko-

rzystał. Na przykład: nie ma imienia i nazwiska bohater jego wiersza z 1927 roku 

20 kg czyli

o numerowym, utrudzony dźwigacz ciężkich waliz, który uskarża się:

                                                          

53

 Piękną interpretację 

Trenu Fortynbrasa

 zamieścił J. Sławiński w książce 

Czytamy utwory współczesne 

(T.

Kostkiewiczowej, A. Okopień-Sławińskiej i J. Sławińskiego), Warszawa 1967, s. 29-46.

54

 J. Przyboś, 

Zapiski bez daty

, op. cit., s. 233.

55

 Uta i Julian Przyboś, 

Wiersze i obrazki

, Warszawa 1970, s. 5.

background image

50

Gdybym
ciężar upuścił...
ręce ostygłyby...
Nie, taskam!
To – jeszcze pięć stopni, jeszcze trzy, jeszcze...
jeszcze dwa, a dwa złote w kalecie umieszczę,
jeszcze dwa, a... droga się uprości
i w bramę! –
dwadzieścia!!
Kiedyż ręce będą ważyć tyle...

W bezimienności pozostaje także gadający natręt z 

Mowy (zob. rozdział Czytając Przybo-

sia), osobnik porażony lękiem przed zagładą, zniewolony pamięcią masowych śmierci wojen-
nych tak silnie, że nawet kwitnąca szałwia przywodzi mu na myśl krew, ogień. Można przy-
puszczać,  iż 

Mowa  to  przetworzony  zapis  monologu,  który  miał  miejsce  w  rzeczywistości.

Podobne przypuszczenia rodzi lektura wiersza 

Z podróży autorskiej (z tomu Kwiat nieznany,

1968). Tu z kolei przemawia mnóstwo osób – bez imion i nazwisk: „lokalny poeta”, „plani-
ści”,  „pielęgniarki”,  „przedszkolanka”,  „wąsaty  profesor”,  „szary  kombatant”,  „chłopi  indy-
widualni”, „sołtys”, „sędziwy entuzjasta bez brody”, „cała sala gimnastyczna w ogólniaku”,
„dziewczynka z pąsowym kwiatkiem”. Ich słowa pojawiają się w mowie niezależnej i zależ-
nej;  tworzą  barwny  wielogłos.  Zapożyczenia  z  żywej  mowy  we  wskazanych  wierszach  (z
różnych lat) należą do języka i nie należą do literatury czy choćby paraliteratury; podlegają
normom  gramatyki,  nie  podlegają  regułom  poetyki  –  dopiero  wiersz  wydobywa  z  nich  ar-
tyzm.

Telefonie  dwuletniej  Uty  dzieje  się  inaczej.  Mowa  córki  jest  dla  Przybosia  nie  tylko

materiałem:  jest  inspiracją  artystyczną.  „Bo  kiedy  miała  dwa  lata,  miała  swoją  składnię  i  –
tak! tak! – poetykę.”

56

 Ujawnienie współautorstwa dziecka staje się naruszeniem profesjonal-

nego obyczaju, a zatem – nową sytuacją obyczajową, nową sytuacją liryczną w biografii pi-
sarskiej Przybosia. U podstaw owej osobliwej sytuacji (nie tylko 

Telefonu dwuletniej Uty, ale

całego cyklu „kołysanek”, „chowanek”, „rymowanek” i „lekcji” z 

Wierszy i obrazków) staje

się jawność dziecięcego współautorstwa. „Podsłuchałem tę jej sztukę słowotwórczą i, naśla-
dując, zastosowałem ją w wierszu 

Telefon dwuletniej Uty. Zrobiłem to dla uciechy i dla mi-

łodźwięku.”

57

Co może mieć do powiedzenia czytelnikom poezji dziecko, i to zaledwie dwuletnie? Może

zakomunikować im własny język oraz własną wyobraźnię. „To szczególnie od niemowlęctwa
Uty, od jej gaworzenia i od pierwszych słów wymawianych nieskładnie – czytamy w 

Zapi-

skach bez daty – pociąga mnie język i wyobraźnia dzieci, a więc i poezja dla  dzieci czy też
poezja dziecięca, chcę rzec: ta potencjalna, którą ze skłonności języka dziecka można by wy-
wieść  i  kształtować.”

58

  Język  i  wyobraźnia.  Interesujący  nas  wiersz  przeciwstawia  się  roz-

działowi tych dwu podstawowych wartości poezji. Gdybyśmy jednak – mimo to, na moment
– spróbowali dokonać takiego rozdziału i zajęli się najpierw światem imaginacji dziecięcej,
okazałoby się że 

Telefon dwuletniej Uty odsłania nam wcale nie egzotyczne, lecz, odwrotnie,

pierwotne  i  elementarne  mechanizmy  ludzkiego  fantazjowania.  Wyrafinowana,  a  więc  doj-
rzała niezwykłość wizji rodzi się z przekroczenia doświadczeń zdroworozsądkowych: dziecko
ma ich przecież tak niewiele. Nie to zatem, co odmienne, lecz to, co zalążkowe w dziejach
ludzkiego fantazjowania odsłania się w wierszu Juliana i Uty Przybosiów.

                                                          

56

 Ibid., s. 5.

57

 Ibid., s. 5.

58

 J. Przyboś, 

Zapiski bez daty

, op. cit., s. 232.

background image

51

Świat przedstawiony podlega tu prostym regułom baśniotwórczym: przemianie i kombina-

cji.  Sznur  od  słuchawki  telefonicznej  przemienia  się  w  drogę  wędrówki  do  krainy  czarów.
Wędrują zmysły, oko i ucho. Sznur staje się kolejno nicią,  wicią, badylem, potem liściem i
gałęzią, potem czymś iglastym lub igielnym („igiele”), wreszcie paprocią i ostem; wędrujące
oko i ucho zagarniają „po drodze” także, na wszelki wypadek, kanarka. Opis owej wędrówki
jest niespójny, metamorfozy odbywają się bez uzasadnień: są radosne, nagłe i porządkowane
mimochodem (gdy na przykład z potrzeby gry sił sprzyjających wędrówce i wrogich rodzi się
obraz „dobroci-paproci” i natychmiast obraz „złego” ostu: „po oście pozłość się”). Telefon, a
w istocie to, co się w nim kryje, przemienia się w krajobraz jeziorny, leśny, polny. „Zamiesz-
kujące” tę krainę „zalesionej bajki” postaci zachowują się zrazu niebaśniowo. Łabędź płynie i
wyciąga szyję. Zając kica i opiekuje się potomstwem. Lecz oto nowy chwyt: pojawia się trze-
cia postać, twór „kombinowany” – Guskaj. Jest, rzecz by można po horacjańsku, „ze dwojej
natury złożony”, łączy w sobie cechy zająca i łabędzia:

Guskaj pisnął, zajęczał
łabędzio i zajęczo

Podwojony, „z pazurem i pazurkiem”, asymetryczny niby nieporadnie zrobiona zabawka,

„z  jednym  okiem  czerwonym,  z  drugim  uchem  zielonym”,  a  zarazem  niekompletny  jakby,
bowiem „brak mu jednego słucha”. Guskaj w tym wierszu mógłby wydawać się kopią zna-
nych mitologicznych hybryd, takich jak centaur czy pegaz, gdyby nie fakt, iż pojawił się w
wyobraźni dwuletniej, jakże mało zawdzięczającej wyobraźniom cudzym. „Kombinowany”,
łabędzio-zajęczy rodowód Guskaja jest w pełni czytelni w wierszu; przytoczmy jednak  (dla
rozwiania ewentualnych wątpliwości) komentarz Przybosia. „Ale najważniejszym ze stworów
był fantastyczny i psotny Guskaj. Pół-ptak, pół-zając, a może i pół-liść, zjawiał się na zawo-
łanie,  a  czasem  wbrew  woli,  psocił  bardzo  [...]”

59

  W 

Telefonie  dwuletniej  Uty  dalej  czyni

swoją  powinność:  dokazuje,  ucieka  zającowi  i  łabędziowi.  „Uty  nie  słucha”,  złapać  się  nie
daje, „zmyka w lesie”...

Prócz  metamorfoz  i  kombinacji  –  elementarnych  praw  budowy  świata  baśniowego  –  nie

dzieje się tu nic szczególnego. To raczej do rangi niezwykłości urasta zwyczajność, sposób jej
przeżywania. Woda – pluska u brzegu. Łabędź – przepływa nieopodal dwu łodzi, mija odbi-
jającą się w wodzie czerwień żagla. Zając – „biały puch w zębach niesie”. Uta – mówi, Gu-
skaj – ucieka. Te mikrofabułki gaworzone w zabawie dziecięcej wcale nie są mniej fascynu-
jące niż wizje imaginacji. Istnienie świata realnego równie jest godne podziwu, jak i zmyśle-
nia dopełniające ów świat. Elementarne wydarzenia, najprostsze formy ruchu cieszą tak samo,
jak  cieszyły  kiedyś  widzów  pierwsze  filmy  (wjazd  pociągu  na  stację,  idący  tłum,  oblany
ogrodnik). Zarazem przecież wśród owych zdarzeń myśl dziecięca zupełnie bezbłędnie wyod-
rębniała złe i dobre, niechciane i chciane. Wartością poszukiwaną okazuje się kontakt między
wszelkimi  istnieniami  (realnymi  i  wyimaginowanymi).  Kontakt:  rozmowa,  porozumienie.
Wartością jest każdy znak, którego znaczenie dałoby się wyrazić w słowach: „jestem i wiem,
że ty także jesteś”. Naruszenie tej podstawowej wartości, gdy ktoś lub coś uchyla się od wy-
miany znaków istnienia lub zrywa nawiązany kontakt, to przykrość, kłopot, zło.

„Zrobiłem  to  dla  uciechy  i  dla  miłodźwięku”  –  wyznał  Przyboś.  Dla  Uty  (współautorki

wiersza) jest to coś więcej: to niemal wyznanie wiary w świat istnień rozumiejących się, „od-
zywających się” do siebie, i jednocześnie wyznanie obawy, iż kontakty  między  rozmaitymi
bytami  są  ustawicznie  zagrożone,  złowieszczo  niepewne.  Wiersz  ma  –  z  tej  perspektywy
oglądany – własną problematykę moralną; jest w pewnym sensie wierszem z tezą. Nie każda
zabawa dziecięca potrafiłaby tak sugestywnie ową tezę ilustrować, jak właśnie zabawa w tele-
fon (czy z telefonem). Zauważmy, iż obok radości gry i uciechy zmyślenia podmiotowi 

Tele-

                                                          

59

 Uta i Julian Przyboś, 

Wiersze i obrazki

, op. cit., s. 5. Cytat następny – tamże.

background image

52

fonu  dwuletniej  Uty  towarzyszy  niemały  wysiłek  pracy,  która  ma  doprowadzić  do  tego,  by
telefon wreszcie przemówił. Początek wiersza:

Halo! Hola! Hololo!
Ucho idzie w głuchocho

i końcowe wersy utworu:

a tu telefolofon
stoi cicho na stole.
A Guskaj zmyka w lesie...

przedstawiają zmowę milczenia rzeczy, które są zrobione po to przecież, by rozmawiać, wy-
syłać sygnały (niekoniecznie słowne: jakiekolwiek).

Mów mi, albo zapluskaj

– nakazuje Uta. Odgłos, stukot, pluskanie wystarczą, by „uwidzieć” i „usłyszeć”, by wiedzieć.
Pięć  kolejnych  odcinków  wiersza  rozpoczynają  niestrudzone  wezwania  do  dialogu-zabawy,
do wymiany sygnałów: „jesteś i wiem, że ty także jesteś”. Zaiste, ta zabawa ma w sobie upór
pracy.

– Hola! Holo! Zielolo?
Cicho. Odezwijże-się!
Pluskaj nisko, głęboko,
i bełtotaj głośniej, ciszej

I jeszcze:

– Haloha! Hohololo! Tutaj mówi zielolo?

I znów:

– Halo! To Uta tutaj,
mówi tu Basia-Uta.
A tam Guskaj?
Zapukaj tu, zastutaj!

W  tym  wysiłku  tyleż  zabawowym,  co  i  arcypoważnym,  wołanie  o  kontakt  nie  może  się

ograniczyć do jednego tylko, monotonnego, jak u dorosłych, „halo”. Wydłużane do „hololo”,
rozciągane w „haloha” czy „hohololo”, łączące w sobie wezwanie i imię wzywanego do roz-
mowy „zielola”, przemieniane w ostrzegawcze „hola”, wołanie „halo” – rzec by można – daje
z siebie wszystko, by pobudzić ciszę do głosu, rozbić głuchotę ucha, wtargnąć do złośliwego
„głuchocho”, do wewnątrz świata „słuchajki”.

Ustaliliśmy wcześniej, że imaginacja dziecka zdolna jest do budowania wizji, które  oka-

zują się bliskie pierwotności w dziejach wyobraźni ludzkiej, są zalążkowe i uniwersalne. A
język? Przyboś twierdzi, że i język również. Jego zdaniem mowa dziecięca to jest właśnie –
poszukiwana przez lingwistów – prawdziwa pramowa homo sapiens.

„[...] że też nikt nie sięgnął aż do korzenia wszystkich języków, do tego rdzenia rdzeni, do

którego chyba w każdym języku wracają dźwięki najpierwsze, wspólne wszystkim ludziom.

background image

53

Jakie?  Te,  które  wydajemy,  zanim  jeszcze  zaczynamy  mówić  mową  zorganizowaną,

dźwięki, które składają się na pierwszą przed-mowę zaczynającego gaworzyć niemowlęcia.

Zapisywałem  tę  przed-mowę  niemowlęcia.  Pierwsza  sylaba  powstała  z  układu  ust  przy

ssaniu: m-ma. Ma-ma jest najwspólniejszym słowem wszystkich ludzi, bo wszyscy byli ssą-
cymi dziećmi. [...]

Niemowlę  od  monosylab  przechodzi  do  głosów  dwusylabowych  i  na  nich  się  dłużej  za-

trzymuje. Sposób wymawiania przez uczące się mówić dziecko okropnie trudnych i »n i e n a
t u r a l n y c h« zgrzytów polskich mógłby stanowić lekcję poglądową tego, co w polskiej
fonice jest niepoetyckie (jeżeli zgodzimy się, że poezja to mowa harmonijna, że to muzyka
słowa).

60

Dziecięce zniekształcenia słów nie muszą być wadą wymowy czy nieporadnością, jakimś

bezmyślnym seplenieniem – dzieci dążą po prostu do artykulacji łatwiejszej, a łatwość ustom
daje  powtórzenie:  rym  wewnętrzny,  czyli  to  właśnie,  co  Przyboś  we  wstępie  do 

Wierszy  i

obrazków określił (za poetykami klasycznymi) terminem  m i ł o d ź w i ę k.

„Oto  kilka  wyrazów  ze  słowniczka  mojej  córeczki  z  okresu  gaworzenia:  »l-le«  –  wyraz

niezadowolenia,  »eldi-bildi«  –  zadowolenia,  »tiap-tiap-tiap«  –  śpiew.  Z  okresu  uczenia  się
języka polskiego: »jiji« – zajączek, »meke« – mleko, »mancia« – pomarańcza (a więc wyma-
wia niemal po włosku),  »mizia« – Murzynek,  »do-ra«  –  coś do  rysowania, ołówek, kredka,
papier.”

61

Z tego słowniczka pochodzi „jiji”, który przeżywa radość opieki nad „jiji”-niemowlakiem

Telefonie  dwuletniej  Uty.  Tu  transformacja  słowa,  które  ma  swój  pierwowzór  w  języku

polskim dorosłych, jest głęboka, niemal słopiewniowa, jak w znanych wierszach Juliana Tu-
wima z cyklu 

Słopiewnie, bliska także kubofuturystycznym eksperymentom słowotwórczym

Wielimira  Chlebnikowa  czy  Aleksego  Kruczonycha:  tylko  „j”  ostaje  się  z  „zająca”,  wyma-
wiane  dłużej  tworzy  „ji”,  które  wymaga  powtórzenia,  zrymowania  wewnętrznego,  a  więc
umiłodźwięcznienia.  Inne  przekształcenia  korygują  „zgrzytliwe”  słowa  dorosłych  w  sposób
mniej radykalny. Łatwiej powiedzieć „łaba” niż „łabędź”. Uta mówi „łaba”. Mówi „uciekł do
łaba”: nie zamierza psuć tak miłego słowa odmianą przez przypadki! W słowie „pogoda” wy-
starczy powtórzyć głoskę „g”, by „gogoda” zabrzmiała dźwięczniej. Wargi mniej się utrudzą
przy  wymawianiu  głosek  „ajka”  niż  „awka”,  niechże  więc  będzie  „słuchajka”,  „zabajka”,
„błyskajka”...  Niekiedy  warto  słowo  wydłużyć,  nie  żałować  na  nie  czasu,  by  powtarzając
ostatnią sylabę utworzyć rym wewnątrzwyrazowy: „Hololo”, „głuchocho”, „po kanarkuku”.
Bez wątpienia, Uta zachowuje się w sposób racjonalny i przestrzega reguł transformacji słów.
Bywa  zarazem  mówcą  pomysłowym,  bawi  się  kombinacjami  przestawnymi,  lustrzanymi,
które  dziwią  się  własnym  formom.  Tak  więc  na  początku  wiersza  pojawia  się  „dalekolo”,
które  na  końcu  przeistacza  się  w  „dalekololo”;  z  „telefonu”  robi  się  „teletolofon”;  „zielone
jezioro” ma tu zarówno postać zwięzłą „zielolo”, jak i wyrafinowanie wielowariacyjną:

jezie-zioro-jeziolo
zie-jo-zie-lo-zielolo

Można się zastanawiać, czy wszystkie zawiłości głoskowe są udanym miłodźwiękiem (na

przykład  „do  czarocywnilesie”),  bez  wątpienia  jednak  w 

Telefonie  dwuletniej  Uty  zostały

uchwycone  celnie i pokazane malowniczo niektóre osobliwości polszczyzny dziecięcej. Ale
przecież nie na wierności zapisu mowy dwuletniej Uty ani nawet na ambitnej próbie dotarcia
do źródeł pramowy kończy się poetycka przygoda Przybosia. Poezja zaczyna się tam, gdzie
surowiec  językowy  zaczyna  znaczyć  więcej,  gdzie  słowo  dziecka  spotyka  się  ze  słowem
człowieka dorosłego (z polszczyzną ojca-poety).

                                                          

60

 J. Przyboś, 

Zapiski bez daty

, op. cit., s. 66-67.

61

 Ibid., s. 67-68.

background image

54

Nie  tylko  Uta  mówi  ten  wiersz  (czy  w  tym  wierszu).  Wszak  od  początku  wiadomo,  że

wiersz  będzie  rozmową  lub  przynajmniej  usiłowaniem  rozmowy:  sygnalizuje  to  tytułowy
„telefon”.  Sytuacja  –  rekonstruowana  realistycznie,  czyli  w  sposób  nieodzowny  dla  reguł
obowiązujących  w  tej  poezji  –  przedstawia  się  tak,  że  dziecko  bawi  się  w  rozmowę  telefo-
niczną z postaciami wyfantazjowanymi, ojciec w tej zabawie uczestnicy  s ł u c h a j ą c  Uty i
p o d p o w i a d a j ą c  jej pewne słowa czy sugestie słów. (Prawdopodobnie nie widzi córki,
nie ma w tekście opisu wyglądu dziewczynki; zapewne ojciec znajduje się poza domem i on
to właśnie trzyma przy uchu drugą „słuchajkę”). Uta nie chce zniszczyć iluzji zabawy, wy-
wołuje uparcie „zielolo”, nie ojca. Poeta włącza się do jej gaworzenia, lecz jego słowa wta-
piają się natychmiast, dla Uty całkowicie niezauważalnie, w baśń opowiadaną „teletolofono-
wi”. Formujący się w ten sposób dwugłos staje się dwunadawczym (dwuautorskim) jednogło-
sem.

Trafnie spostrzegł Stanisław Barańczak

62

, że najciekawsze fragmenty utworów z „dziecię-

cego”  cyklu  liryków  Przybosia  „nie  dadzą  się  podporządkować  jednoznacznie  któremuś  z
dwu występujących w wierszu podmiotów; nie sposób po prostu wyrokować z całą pewno-
ścią, kto w danym fragmencie mówi: Uta czy ojciec.” Tu głos dorosłego selekcjonuje pomy-
sły lingwistyczne dziecka – ostają się te, które odznaczają się walorami swoiście poetyckimi.

Wspomniane wcześniej „głuchocho”, w zdaniu „Ucho idzie w głuchocho”, jest nie tylko

„miłodźwięcznym”  ułatwieniem  artykulacji,  ale  i  zamierzoną  grą  znaczeń  –  ważną  dla  dra-
maturgii utworu. Skoro w słowie „głucho” rozpoznajemy słowo „ucho”, zatem można mieć
nadzieję, że głuchota telefonu zostanie w końcu pokonana i ucho dosłucha się wreszcie odze-
wu „zielola”. Gdy Uta zamiast „zastukaj” mówi „zastutaj”, buduje słowo poetyckie (piloto-
wane przez ojca-poetę), w którym nabrzmiewają znaczenia naddane: „tutaj, gdzie jestem, daj
mi o sobie znać pukaniem”. Jednocześnie w „tutaj” słyszy się imię „Uta”,  zatem  „zastutaj”
znaczy także „zastukaj tam, gdzie Uta”. Wołanie o kontakt staje się poetycko nagłośnione.

Prawdziwa  baśń  Uty  dzieje  się  w  języku.  Dopiero  w  przemianach  słowa  zwyczajność

świata okazuje się w najwyższym stopniu fantazyjną niezwykłością.

Aktywność współautorska ojca-poety nie kończy się na wyborze słów i wyrażeń, które od-

powiadają  „dorosłemu”  kanonowi  artyzmu.  Ojciec  „ma  oko”  na  całość.  Narracja  dziecięca
jest  skokowa,  urągająca  nakazom  spójności,  ponawiana  od  impulsu  do  impulsu,  niemal  od
oddechu do oddechu. Poeta zawodowiec wprowadza do opowieści Uty taką ciągłość i kohe-
rencję, które już to ustępują żywiołowi mowy dziecięcej, już to utrzymują dłużej i dokładniej
rozwijają  obrazy,  dojrzalej  niżby  to  było  możliwe  w  gaworzeniu  nawet  najgenialniejszego
dwulatka:

A co mówi? Że woda to mijana uroda –
i pluska tylko tyle u brzegu bełtotliwie...
A jak pluska, to biało płynie – halokto? – łaba.
Łaba wygina szyję, pod nim zielona woda
i słońcie, i gogoda,
i błyskajka, i fala,
i dwie łodzie na wodzie czerwone ode żagla.

Spójniki „i”, „a” to spoiwo narracji bardzo jeszcze dziecięce, prymitywne, ale ponad moż-

liwościami dziecka sytuuje się więź obrazów – ciągłość ich wynikania. Czytajmy dalej:

Kiedy je łaba mija, różowieje mu szyja
i brzegiem cień tej szyi.

                                                          

62

 S. Barańczak, 

Poeta – dziecko świadome

, „Nurt” 1971, nr 6, s. 15.

background image

55

Tego już nie mówi dziecko, to mówi ktoś, kto zna nie tylko kolory przyrody, ale i ich ma-

larskie przetworzenia (impresjonizm).

W zgodzie z ideą pierwotność języka dziecięcego i dziecięcej wyobraźni Przyboś  odnaj-

duje w baśni Uty przeczucia najstarszych gatunków, a także stylistykę bliską folklorowi. Od-
zywa się więc tutaj echo pieśni ludowej: „woda to mijana uroda”, „i dwie łodzie na wodzie
czerwone ode żagla”; rysuje się jakby pomysł kolędy – w  rytmach  i  obyczajach  rymowych
wiersza średniowiecznego:

Ten jiji w dalejlesie biały puch w zębach niesie
na gniazdo dla małego jiji urodzonego
nago na oziminie –
patrzaj, słuchaj, nim minie...

W  konstrukcjach  „udoroślających”  gaworzenie  dziecka  zawiera  się  pewien  ładunek  po-

znawczy,  a  także  pewien  program  artystyczny.  Treść  poznawczą  stanowi  odsłonięcie  praw
edukacji przez zabawę. Ojciec akceptuje świat wyobraźni córki, ba: uczy się jej języka. Chce
być nadto partnerem zabawy aktywnym – pokazuje Ucie dwuletniej Utę starszą, sprawniejszą
o umiejętności, których ona sobie jeszcze nie jest w stanie uświadomić. Z kolei artystyczny
aspekt omawianej tu gry dialogowej został sformułowany przez Przybosia w 

Zapiskach bez

daty. Telefon dwuletniej Uty to jedna z prób poezji dziecięco-dorosłej, wyrastającej z dialogu
pokoleń, adresowanej i do początkujących, i do dojrzałych odbiorców. „Ale może by spróbo-
wać pisać wiersze, które mogłyby się podobać i  d o r o s ł y m [...], i  d z i e c i o m. No, mo-
że  nie  wszystkim  dzieciom,  nie  tym  mało  wrażliwym,  tępym,  które  bawi  byle  rymowana
bzdurka o zwierzątkach, ale tym najczulszym, o żywej wyobraźni językowej? Tym wymaga-
jącym,  żądającym  od  wierszy  tyle  poezji,  ile  oczekują  dorośli.”

63

  Nie  wiem,  czy 

Telefon

dwuletniej Uty podoba się dzieciom: zapewne nie wszyscy dorośli są i będą nim urzeczeni,
nie wszyscy bowiem od wierszy żądają tej samej i takiej samej poezji. W moim odczuciu 

Te-

lefon dwuletniej Uty to najpiękniejszy rezultat pracy Przybosia nad poezją dialogu dziecięco-
dorosłego.  Nie  znam  podobnych  w  naszej  literaturze  –  tak  oryginalnych  i  tak  artystycznie
sugestywnych. Jestem pewien, iż ów niezwykły dwugłos pozostanie wśród tych wierszy, któ-
rych historia polskiej liryki nie zapomni.

ÓW HALCYJON
(tom 

Na znak, 1965)

W roziskrzonym
z archaniołów gęsich dartym na puch śniegu
ów halcyjon... ptak Słowackiego,
zimorodek...

Nad potokiem ściętym w cieniu cienkim lodem
z bugaju olch i wierzbiny
frunął nagle i ogniście
ów dziw... szafir skojarzony
przeciwbłyskiem
ze szmaragdem!

                                                          

63

 J. Przyboś, 

Zapiski bez daty

, op. cit., s. 233.

background image

56

I rozwinął się diadem
zimowego horyzontu.

Leciał w swoją istność złotą,
zwijał przestrzeń
i przemieniał,
wyświetlając sobą inny
świat: odlotny, z dala-bliski –

Krzykiem ostrym zranił serce
do nerwicy dobrowieszczej:
czułem radość tak za wielką,
że z rozpaczy słodkiej tylko,
że już nie jest do zniesienia,
trwała jeszcze...
rzeczywiściej...

Dziw się zjawia tylko raz prawdziwie.
Zjawił mi się w pastusznym dzieciństwie
na znak:
Istniej!
Żyję w podziwie.

Aż trzy książki poetyckie Przybosia: 

Na znak (1965), Poezje wybrane (1967) i zredagowa-

ne przez autora, wydane już po jego śmierci, monumentalne 

Utwory poetyckie (1970) otwiera

wciąż ten sam wiersz – 

Ów halcyjon. Najwyraźniej poeta obdarzał ten właśnie liryk wyjątko-

wymi względami. W słowie 

Od autora, poprzedzającym Poezje wybrane, znalazł miejsce dla

omówienia kilku zaledwie swych tekstów: nie pominął 

Owego halcyjona.

„Ów halcyjon to zimorodek, którego ujrzałem w pastuszym swoim dzieciństwie. Jest wiara

ludowa, że kto widział zimorodka, temu można wróżyć życie niezwykłe. Czytelnik odkryje w
tym wierszu aluzję do dalszego ciągu Pana Tadeusza zaczętego przez Słowackiego: ten rzadki
ptak nazywa się tam »halcyjonem«.”

64

Komentarz  autora  wiele  nam  wyjaśnia.  Przede  wszystkim  jednak  projektuje  pewien  styl

lektury, styl – rzec by można – archeologiczny, zmuszający do coraz głębszego drążenia prze-
szłości (coraz dalej od wiersza). Dzieciństwo poety, polska literatura romantyczna, wierzenia
ludowe... Każda z tych dziedzin, zgodnie z normami odbioru proponowanymi przez Przybo-
sia, wymaga rozbudowanej charakterystyki, i każda, w miarę przybywania informacji, skłania
do  nowej  „pracy  odkrywkowej”.  W  takim  czytaniu  coś  się  bezsprzecznie  zyskuje,  ale  też,
jeżeli na gromadzeniu wiedzy zewnętrznej wobec tekstu kończy się wysiłek, coś bezpowrot-
nie się traci. Zyskuje się poczucie więzi z tradycją, traci się z pola widzenia niepowtarzalność
kształtu artystycznego wiersza. Komentowany poprzez rozliczne konteksty utworów okazuje
się jednym z głosów w wielowiekowym i wieloautorskim dialogu: jest zdeterminowany tym,
co na dany temat powiedziano wcześniej.

Tekst otoczony cudzymi tekstami to zjawisko nazywane dziś w badaniach literackich in-

tertekstualnością.  Więzi  intertekstualne  wzbogacają  znaczenia  słów  i  zdań  analizowanego
dzieła; mówią zarówno to, co mówią, jak i to, do czego się odnoszą. Warto od tego zacząć,
nie wolno na tym poprzestać.

Wiemy, iż to Słowacki nazwał zimorodka „halcyjonem” (w wierszu Przybosia pojawia się

jako  „ptak  Słowackiego”).  Pytamy,  czy  jest  to  słowo  zmyślone  przez  polskiego  romantyka,

                                                          

64

 J. Przyboś, 

Poezje wybrane

 (

Od Autora

), op. cit., s. 9.

background image

57

czy zapożyczone z innego języka? Śledztwo „archeologiczne” prowadzi do dalekiego źródła.
Jest nim grecka mitologia, język starogrecki.

Oto zimorodek czyli po grecku  h a l k y o n, ptak wodny i leśny, spotykany głównie w

krajach  ciepłych, intrygował od dawna ludzi i pobudzał  ich  fantazjotwórstwo  swym  osobli-
wym  wyglądem:  dwubarwnym  upierzeniem,  charakterystyczną  budową  ciała  (duża  głowa,
długi dziób), a zwłaszcza chyżym lotem, znikaniem błyskawicznie w przestrzeni. Mitologia
grecka w swych literackich utrwaleniach, na przykład w 

Iliadzie Homera, łączy słowo halky-

on  z  historią  Alkione,  córki  strażnika  wiatrów  Eola,  wydanej  za  mąż  za  żeglarza  Keyksa.
Dumna  Alkione  miała  odwagę  porównać  siebie  do  bogini  Hery,  a  swego  męża  do  gromo-
władnego Zeusa. Oboje małżonków spotkała kara okrutna. Zeus zatopił statek Keyksa; zroz-
paczona Alkione popełniła samobójstwo – ginąc w morzu. „Jakieś litościwe bóstwo zamieniło
ich w parę zimorodków.”

65

 Cóż, Eol był bezradny wobec gniewu bogów. A przecież swoim

bliskim,  córce  i  zięciowi  przemienionym  w  zimorodki,  potrafił  dać  moc  poskramiania  tego
samego żywiołu, który ich unicestwił. Pojawienie się zimorodków nad morzem w dniach zi-
mowego przesilenia oznacza uciszenie burz, uspokojenie wiatrów. Są to tzw. dni halkiońskie
– czas bezpiecznej żeglugi.

Śmierć w morzu i przemiana ludzi w zimorodki – ten motyw powtarza się w innej opowie-

ści: o panującym na Cyprze królu Kinyrasie i jego pięćdziesięciu córkach

66

. Tak oto w świe-

cie mitów greckich niezwykłość zimorodka jest niezwykłością ptaka, który był człowiekiem,
ptaka umykającego zemście bogów, której nie umknął jako człowiek.

Wiersz Przybosia nie nawiązuje do mitów greckich wprost. Jedyną więzią pozostaje nazwa

„halcyjon” (halkyon), słowo ważne, eksponowane w tytule, powtórzone w tekście, zwracające
uwagę  czytelnika  swą  obcością  w  polszczyźnie.  Gdy  analizujemy 

Owego  halcyjona  na  tle

tradycji  starogreckiej,  odsłaniamy  w  nim  cechę  niezwykle  doniosłą,  a  mianowicie  we-
wnętrzną, dramatyczną sprzeczność wizji. Zimorodek był znakiem dla starożytnych, jest nim
dla Przybosia. Ani dla nich, ani dla  autora  analizowanego liryku nie jest to znak wyłącznie
klęski  czy  tylko  zwycięstwa.  Zjawiska  nieprzyjazne  i  wróżące  pomyślność  spotykają  się  w
nim, łączą w jedność. Śmierć i odrodzenie, ból i radość. Przyboś formułuje to 

expressis ver-

bis:

Krzykiem ostrym zranił serce
do nerwicy dobrowieszczej:
czułem radość tak za wielką,
że z rozpaczy słodkiej tylko,
że już nie jest do zniesienia,
trwała jeszcze...
rzeczywiściej...

W pojedynku Dobra ze Złem ostatecznie wygrywa Dobro. Tak jest w mitach o halkyonie,

tak jest u Przybosia. Tam – zwyciężało życie, co prawda już nie człowiecze, lecz ptasie, ale
obdarzone  mocami  magicznymi,  zdolne  do  przeciwstawienia  się  siłom  nadprzyrodzonym,
życie suwerenne wobec woli Olimpijczyków. Tu – również zwycięża życie. Zagrożenie raną,
nerwicą, rozpaczą – przemienia się w słodycz, staje się „dobrowieszcze”. Neologizm „dobro-
wieszczy”,  zbudowany  poprzez  analogię  do  takich  słów,  jak  „dobroczynny”,  „dobrowolny”
czy  –  w  starej  polszczyźnie  –  „dobrochętny”,  jest  –  jak  często  u  Przybosia  –  homonimem,
który znaczy w kilku różnych  odniesieniach  jednocześnie.  Mówi  o  dobrej  wieści  i  zarazem
kojarzy  się  nieodparcie  z  „wieszczem”,  zwłaszcza  iż  w  tekście  Przybosia  pojawiło  się  już

                                                          

65

 R. Graves, 

Mity greckie

. Przełożył H. Krzeczkowski. Wstępem opatrzył A. Krawczuk, Warszawa 1968, s.

157. Według tego źródła – mit o Alkione i Keyksie.

66

 Ibid., s. 579-580.

background image

58

wcześniej nazwisko wieszcza romantycznego (Słowacki). Domyślamy się, że „życie niezwy-
kłe” wiejskiego pastuszka będzie życiem poety. Pośmiertna przemiana ludzi w ptaki – w mi-
tach greckich – była triumfem nad nicością, podobnie poezja rodzi się z pokonywania  cier-
pień, pozwala trwać „rzeczywiściej”; nie wiadomo, czy daje nieśmiertelność, o czym marzyli
Horacy i Słowacki w swych dumnych testamentach, ale pozwala spotęgować trwanie, uczynić
je maksymalnie intensywnym.

Pan Tadeusz to już tradycja jawna, wskazana w wierszu i dodatkowo utwierdzona autoko-

mentarzem Przybosia. Słowacki próbował napisać dalszy ciąg epopei Mickiewicza. Pracy nad
nowym 

Panem Tadeuszem nie ukończył, pozostały fragmenty; w drugim fragmencie pojawia

się litewski zimorodek (nazwany halcyjonem)

67

. Osobliwy przypadek zadecydował o tym, iż

ów „ptak Słowackiego” stał się postacią dzieła kontynuującego inne dzieło, innego autora, a
więc elementem sytuacji intertekstualnej – jakże wyrazistej! Literatura stanowi tę szczególną
dziedzinę  aktywności  ludzkiej,  w  której  przypadki  okazują  się  składnikami  struktur  pojmo-
wanych  przez  odbiorcę  jako  nieprzypadkowe,  przeciwnie,  obdarzone  intencjonalną  celowo-
ścią.  Aluzja  Przybosia  do  Słowackiego  jest  tedy  jednocześnie  aluzją  do  Mickiewicza:  pole
odniesień  ulega  rozszerzeniu. 

Ów  halcyjon  sytuuje  się  w  wielogłosowym  dialogu  mitów

greckich, folkloru polskiego i turnieju wieszczów romantycznych.

Osobliwość przypadku z zimorodkiem polega na tym, że jego pojawienie się u Słowackie-

go było w pewien sposób umotywowane. Chodziło o obraz zimy,  o  zimę  nie  tylko  opisaną
oraz przywitaną wzniosłą inwokacją, ale i utrwaloną w planie leksykalnym – w słowie zimo-
rodek. Bo 

Pan Tadeusz Mickiewicza jest wizją ciepłą, wiosenno-letnią, słoneczną. Słowacki

zachowuje  wiele  elementów  Mickiewiczowskiego  pierwowzoru:  rytm,  styl  narracji,  świat
postaci. Porusza czas – zarówno historyczny (wojska Napoleona wracają spod Moskwy), jak i
kalendarzowy.  Zima  litewska  ma  być  tym  właśnie,  co  Słowacki  daje  własnego,  serdecznie
osobistego (urodził się jesienią):

O zimo! twoję piękność smętną, uciszenie
Lasów i rzadkie słońca złotego promienie
Czuję dziś na kształt czaru i na kształt uroku,
Bom w życiu przyszedł na tę smętną porę roku,
Która wszystko ucisza i pod śniegiem chłonie;

Zimorodek jest w nowym 

Panu Tadeuszu zwiastunem zimy. Oto ptactwo szuka ochrony u

człowieka, opuszcza lasy i garnie się do ludzkich domostw; fragment poświęcony zimorod-
kowi przeczytajmy w całości, zwracając uwagę na elementy wspólne dla tekstu Słowackiego i
tekstu Przybosia (podkr. moje – E. B.).

                                                          

67

 „Skrupulatny czytelnik Słowackiego musi sobie przypomnieć jeszcze inny, nie wskazany przez Przybosia,

fragment z zimorodkiem:
[Wodanowi] Niewysłowione, lecz bolesne drgania
Myśli tajemnej jemu były znane;
Halcyjon – gdy jak anioł się odsłania
W mgłach – i swe pióra rozwiał malowane,
Mech zimny – w puszczach migająca łania,
Orły samotne lub spiorunowane –
On widział, ...wszystko, czym natura smuci,
Zna...”
D. Zamącińska, 

Widzę naprzód o wiek?

 W zbiorze:

 Studia z teorii i historii poezji

, część druga, red. M. Głowiń-

ski, Wrocław 1970, s. 273-274. Autorka przytacza w cytowanym wyżej fragmencie słowa z 

Króla Ducha

 (rapsod

III, p. III) Słowackiego. Główna teza autorki sprowadza się do sądu, iż Przyboś był poetą o wyobraźni zniewolo-
nej przez wyobraźnię Słowackiego – nigdy nie potrafił się ani spod tego wpływu wyzwolić, ani też Słowackiemu
dorównać. Pamflet Zamącińskiej wzbudził protest J. Kwiatkowskiego (

Świat poetycki Juliana Przybosia

, op. cit.,

s. 56).

background image

59

Wielkimi gromadami – przez [bramę[ do sieni
Wchodzą strzynadle złote i gile w czerwieni,
A nawet ów dziw lasu, tak rzadko widziany
Halcyjon, a na Litwie zimorodkiem zwany,
Który czasem strzelcowi pokaże się w borach
Przez mgłę gałązek niby w anioła kolorach,
Nad zwierciadłem przełomki, piękny i błyszczący
Jak anioł
, w równi skrzydła złote trzymający –
Nawet ów ptak pięknością zaklęty i dziki
Zbłąkał się i nad domu zleciał gołębniki,
A potem nad sadzawki w ogrodzie kopane,
Gdzie leszcze, karpie, pstrągi pięknie malowane
Wojski kazał powpuszczać... ów ptak z jasnym grzbietem
Poleciał i bił w ryby dzióbem jak sztyletem.

Zdarzenia, sytuacje w tekście Słowackiego i w tekście Przybosia są zgoła odmienne. Sło-

wacki jest epicki i realistyczny, Przyboś liryczny i metafizyczny. W 

Panu Tadeuszu zimorod-

ka ogląda narrator bezosobowy, znajdujący się na zewnątrz rzeczywistości opisywanej. Pod-
miot 

Owego halcyjona nie tylko uczestniczy w spotkaniu z zimorodkiem, ale i, rzec by moż-

na, cały się w tym spotkaniu spełnia, tu odkrywa sens swego istnienia – w podziwie, w przy-
szłości, do końca życia.

Interesujące są związki leksykalne utworu Przybosia z romantycznym pierwowzorem. Są

to związki silne, głębokie i wielorakie. Liczne słowa autora nowej wersji 

Pana Tadeusza zo-

stają  przez  Przybosia  już  to  powtórzone,  już  to  mają  swe  echo  w  postaci  wyrażeń  blisko-
znacznych, wreszcie rozwiązań konkurencyjnych. analogie leksykalne układają się  w  nastę-
pujące pary:
Słowacki
1. ów dziw
2. ów ptak; halcyjon
3. w anioła kolorach, jak anioł
4. Nad zwierciadłem przełomki; nad sa-
dzawki
5. błyszczący
6. skrzydła złote
7. zleciał
8. bił [...] dzióbem jak sztyletem

Przyboś
1. ów dziw
2. ów halcyjon; ptak
3. z archaniołów
4. Nad potokiem ściętym w cieniu cienkim
lodem
5. przeciwbłyskiem
6.istność złotą
7. leciał
8. Krzykiem ostrym zranił

Przybysz  z  lasu  nosi  w  Panu  Tadeuszu  cztery  nazwy:  ptak,  dziw,  zimorodek,  halcyjon.

Wszystkie one zostają wykorzystane w 

Owym halcyjonie; podobnie zaimek „ów”, trzykrotnie

powtórzony w pierwowzorze, a dwukrotnie w replice Przybosia, tu i tam znaczy tyle, co słyn-
ny,  znany  bardziej  z  legendy  niż  z  rzadkich,  wyjątkowych  zjawień.  Zauważmy,  iż  Przyboś
wiele  słów  obarcza  zadaniem  oznaczania  przeszłości.  Jest  to  przeszłość  biografii(„pastusze
dzieciństwo”)  i  przeszłość  literatury  („ptak  Słowackiego”),  którą  dodatkowo  uobecniają  za-
domowione  w  tradycji  wyrażenia  frazeologiczne  („zranił  serce”),  poetyzmy  „jubilerskie”,
charakterystyczne dla romantyzmu i dla wyobraźni Słowackiego zwłaszcza. Szafir, szmaragd,
diadem. Zadziwiające! Przez tyle lat Przyboś  odrzucał  gotowe,  konwencjonalne  piękno  sta-
rych poetyzmów. To Konstanty Ildefons Gałczyński, poeta nisko przez awangardzistę cenio-
ny, mógł wołać w 

Polowaniu z sokołami: „Szmaragdy i rubiny. Szmaragdy i rubiny”. Przyboś

background image

60

– nie; wolał polszczyznę potoczną, nienacechowaną. Czyżby teraz szukał ugody z dziedzic-
twem przeszłości?

Wiersz Przybosia „postarza się” jeszcze inaczej – w planie wersyfikacyjnym. Zauważmy,

iż począwszy od słów:

z bugaju olch i wierzbiny

nieprzerwanie aż do słów:

trwała jeszcze...
rzeczywiściej...

panuje  tu  wiersz  klasyczny,  rytm  ośmiozgłoskowca  (łamanego  raz  po  raz  w  średniówce  po
czwartej sylabie). Miewa wersologia niekiedy problemy ze wskazaniem semantycznej funkcji
wierszowego  uporządkowania  tekstu.  Tu  ośmiozgłoskowiec  przywołuje  tradycję  systemu
wierszowego nazywanego klasycznym lub numerycznym – jest znakiem przeszłości zarówno
wysokoartystycznej, dziewiętnastowiecznej, jak i ludowej.

Nieco światła na intrygującą kwestię starych poetyzmów w 

Owym halcyjonie rzuca spór

Przybosia  z  Mieczysławem  Jastrunem  w  latach  sześćdziesiątych.  Jastrun  twierdził,  iż  wadą
Róż dla Safony Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej jest korzystanie z atrybutów poetyckości
archaicznej (jak na przykład słowo „perła”). Przyboś oponował.  Słowa są niewinne, są uza-
leżnione do sąsiedztwa innych słów w wierszu, wreszcie od całej struktury utworu. (Pamię-
tamy: nie słowo, lecz międzysłowie stanowi jednostkę monologu lirycznego – zob. rozdział
Czytając Przybosia.) Nowy poeta nie powinien podporządkowywać się zakazowi sięgania po
wyrażenia wyeksploatowane przez poprzedników. Rzecz w tym, aby  potrafił odświeżyć ich
urodę.

Owym halcyjonie stanął do pojedynku ze Słowackim. (Jak Słowacki w swoim Panu Ta-

deuszu z Mickiewiczem.) Już wielokrotnie wcześniej, przed wojną i po wojnie, próbował ta-
kiej  gry,  operował  cytatami  z  dzieł  autora 

W  Szwajcarii,  parafrazami,  pastiszem,  nowymi

ujęciami krajobrazów opisanych kiedyś przez romantyka (na przykład w wierszu 

Z rozłamu

dwu mórz nawiązał do Hymnu). Ów halcyjon rozwija jakże ważne dla poety dialog z dawnym
mistrzem, „najwyższym z czujących”. Przyboś stwarza iluzję ugody po to, by tym plastycz-
niej  zarysować  własną  ideologię  artystyczną.  Pokazuje  epikę  przekształcającą  się  w  lirykę;
twierdzi, że współczesna poezja jest tylko liryką. Opis zastępuje wizją spinającą jednocześnie
wiele znaczeń. Spójrzmy: w 

Panu Tadeuszu Słowackiemu wystarczają porównania, w które

obfituje także proza, krasomówstwo, mowa potoczna: „jak anioł”, „niby w anioła kolorach”.
Dla  Przybosia  są  to  ujęcia  nieweryfikowalne  doświadczeniem  ziemskim.  Patrzy  na  świat
oczami dziecka, które zna stwory skrzydlate – gęsi, zna śnieg podobny do gęsiego puchu (jest
pastuszkiem wiejskim). Ogląda równocześnie ten sam świat oczami czytelnika Słowackiego,
„poety aniołów”. Jak najlapidarniej poinformować czytelnika i o pastuszych widzeniach, i o
spojrzeniu romantyka, i jeszcze o własnym do nich stosunku? Tak:

W roziskrzonym
z archaniołów gęsich dartym na puch śniegu

Archanioły dziecięce są „gęsie” bo białe, śniegowe, skrzydlate, a dla Przybosia dorosłego

również  z  tego  powodu,  że  pisane  gęsim  piórem  przez  poetów  minionego  wieku.  Nadto  są
„roziskrzone”. Jawią się jako dzieło słońca między niebem a śniegiem. To stały, powracający
trop poezji Przybosia, ważny dla jego (jeżeli można posłużyć się oksymoronem) ateistyczne-

background image

61

go panteizmu, lirycznej wierzącej niewiary. Anioł, archanioł przybywa nie z niebios, lecz z
nieba – jako dziw natury, arcydzieło artyzmu przyrody.

Czy to dzianie się słońca, pochody zórz wiekopomnych,
pogromy obłoków
nazywałeś aniołami?

– pytał Słowackiego w wierszu 

Z rozłamu dwu mórz (z 1937 roku).

Światło raz zapalone – musi płonąć w całym poemacie. O zimorodku czytamy u Przybosia,

że  „frunął  [...]  ogniście”.  Zimorodek  Słowackiego  także  wnosi  światło,  jest  „błyszczący”.
Przyboś  komplikuje  pierwowzór.  Ognisty  dziw  to  „szafir  skojarzony  /przeciwbłyskiem/  ze
szmaragdem!”. Neologizm „przeciwbłysk”,  a zwłaszcza  zaskakujące  wyrażenie  „skojarzony
przeciwbłyskiem”  rozbraja  tradycję,  modyfikuje  jej  materiał.  Naprzeciw  artystycznego  uła-
twienia, jakim jest przywołanie nazw szlachetnych kamieni, pięknych  niezależnie  od  poety,
pojawia się artystyczne utrudnienie: trzeba zobaczyć walkę świateł i barw, błysku i przeciw-
błysku, a to już wymaga wysiłku, mobilizacji wyobraźni (językowej i wizualnej).

Motyw  światła  rozwija  się  dalej.  Przyboś  pragnie  znaleźć  ekwiwalent  dla  epitetów  Sło-

wackiego „piękny i błyszczący”. Nie nazywać piękna wprost, lecz pokazać je – w świetle!

Leciał w swoją istność złotą,
zwijał przestrzeń
i przemieniał
wyświetlając sobą inny
świat: odlotny, z dala-bliski –

Ptak wyświetla świat sobą, swoim lotem. Znaczy to, że zarówno rozjaśnia przestrzeń lotu

swym światłem wewnętrznym, jak i wydaje się filmem o sobie, latarnią magiczną  w ruchu.
Tym sposobem Przyboś tworzy jak gdyby na nowo, nowym językiem liryki, baśń o zimorod-
ku,  który  jest  u  Słowackiego  „pięknością  zaklęty”,  tyleż  rzeczywisty,  co  i  rodem  z  mitu.
Skomprymowanie znaczeń potęguje się: słowo „wyświetlać” znaczy także deszyfrować, obja-
śniać, tłumaczyć. Lot halcyjona tłumaczy przyszłość, ów „świat odlotny, z dala-bliski” to nie
tylko obraz szybującego ptaka, ale także poetycka peryfraza przyszłości, jej wróżba. To jest
właśnie świat mającego się urzeczywistnić „życia niezwykłego”,  o którym czytamy w auto-
komentarzu Przybosia.

Przyboś  dwukrotnie,  na  początku  i  na  końcu  tekstu,  intensyfikuje  brzmienie  słów.  Naj-

pierw chwyt instrumentacyjny wydaje się jedynie ornamentem brzmieniowym: powtarzające
się  cząstki  w  wersie  „nad  potokiem  ściętym  w  cieniu  cienkim  lodem”  zwracają  na  siebie
uwagę, ale trudno z całą pewnością stwierdzić, iż eksponują jakieś jedno znaczenie – kosztem
innych.  To  raczej  autor  przygotowuje  czytelnika  do  odbioru  analogicznych  uporządkowań,
oswaja  go  z  chwytem,  uwrażliwia  na  dźwięk.  W  zakończeniu  tekstu  powtarza  się  „dziw”,
słowo wzięte z 

Pana Tadeusza Słowackiego: bez trudu rozpoznajemy „dziw” w „prawdziwie”

i w „podziwie”. Znów element mowy poetyckiej romantyka zostaje przez awangardzistę arty-
stycznie przetworzony. U Słowackiego – jedynie nazywa zimorodka, w wierszu Przybosia zaś
– nazywa i organizuje wieloznaczne międzysłowie, a także buduje rytm.

Dziw się zjawia tylko raz prawdziwie.
[. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]
Żyję w podziwie.

background image

62

Zdanie  kończące  tekst  –  jak  sugeruje  Jerzy  Paszek  –  można  rozumieć  na  dwa  sposoby.

„Interpretacja  pierwsza:  poezja  moja  stale  rodzi  się  z  zachwytu.  Możliwość  druga:  od  dnia
spotkania z zimorodkiem zaczął się w moim życiu okres, który oznaczam po-dziwie."

68

W cytowanym tu już słowie odautorskim w 

Poezjach wybranych Przyboś zaliczył Owego

halcyjona  do  utworów,  które  najtrafniej  określają  jego  stosunek  do  poezji,  a  więc  wierszy
„niejako programowych”. Niejako, gdyż – powiada – nie są one „wykładem jakichś tez, są to,
jak prawie wszystkie moje utwory – wyznania, świadectwa jednorazowych doświadczeń po-
etyckich”.

69

 Tezą ukrytą, wszyfrowaną w obrazy i brzmienia, tezą formułowaną także wielo-

krotnie w esejach poety, jest myśl o sztuce słowa, która nieubłaganie przezwycięża czas. Sta-
nowi pokonywanie przeszłości, choć jednocześnie z doświadczeń przeszłości  obficie  korzy-
sta. Im bardziej rozmaite fale czasu spotykają się w wierszu, tym potężniejsza jego siła. Dla-
tego zimorodek – zwiastun poezji – przelatuje w 

Owym halcyjonie z kilku rzeczywistości: z

dziecinnego, przejętego jakby z pieśni ludowej „bugaju olch i wierzbiny”, z dalekiego mitu,
wreszcie z twórczości Słowackiego, spod gęsiego pióra wieszcza.

                                                          

68

 J. Paszek, „

Ów halcyjon

”, „Teksty” 1972, nr 3, s. 102. Interpretacja Paszka wskazuje jeszcze inny kontekst –

odwołania Przybosia do Żeromskiego, głównie do rozdziału „Zimorodek” z 

Popiołów

. Wedle Paszka są to remi-

niscencje podświadome (tekst Przybosia ich nie sygnalizuje, autokomentarz nie ujawnia), świadczące u urzecze-
niu Przybosia Żeromskim – w innych wierszach są eksponowane (np. w 

Wiśle

 z tomu 

Więcej o manifest

, w

miniaturze 

Olbrzymi

 z cyklu 

Pióro z ognia

).

69

 J. Przyboś, 

Poezje wybrane

, op. cit., s. 10.

background image

63

JEDNO DRZEWO
(tom 

Na znak, 1965)

Tak, to po liściach dotykalnej wiśni,
tej oto, domyślnie
kryjącej tamtą przed- czy poza-wiśnię
w sadze wyciętym, w listkach przed półwieczem
opadłych, lecz odzieleniałych,
pluszcze deszcz,
ciąg dalszy
przerwisty,
powtarzany wiernie...

Od owoców ujrzanych wtedy najsoczyściej
odrywa się ich czerwień i z dwóch wiśni ciecze
pąsowymi kroplami za kroplami... pada
na trawę podnoszącą tym zieleńszą zieleń.

Dotykam pnia obiema rękami... to ledwo
jedno
drzewo.
Lecz nie znika ta sama, mokra, twarda
kora
okrywająca próżnię po dawnym... stoi
pień bez twardzieli,
trwają w liściach liście;
deszcz najdalszy je rosi.

I uchodzi w korzenie jedynego drzewa
rozwinięty ze słojów dwuczas ocalały
w szumie tak czystym, że śpiewa
o twoim płaczu z radości
nie mojej.
I sikora na cierniu poćwierkując cierpnie
dawno zmarła i modra.

Zbliżamy się do końca cyklu interpretacji wybranych liryków Przybosia. Każdy zapis lek-

tury stanowi wybór pewnej możliwości – jednej z wielu. Nie wszyscy w tym samym porząd-
ku czytamy wiersze; przestawiane tu interpretacje mogłyby się rozwijać inaczej, faworyzując
inne  wyobraźnie  czy  temperamenty  czytelnicze.  Nasze  lektury  różnią  się  z  reguły  tym,  co
stanowi punkt wyjścia (od czego zaczynamy myślenie o tekście). Jedni zwracają uwagę naj-
pierw  na  sens  całości,  a  dopiero  później  poszukują  środków  artystycznych,  które  ów  sens
ogólny kształtują i dramatyzują. Inni reagują zrazu na obrazy; jeszcze inni – na to, co w da-
nym dziele dzieje się z polszczyzną.  Niektórzy  znowuż  –  nim  zasiądą  do  rozbioru  wiersza,

background image

64

nim zapytają o jego znaczenia – poddają się grze brzmień. Są nie tyle czytelnikami, ile słu-
chaczami liryki. Ich najczulsza wrażliwość jest wrażliwością na dźwięk, rym, rytm, intonacją.
Spróbujmy  (jeden  jedyny  raz  w  tej  książeczce)  oddać  pierwszeństwo  słuchowcom,  a  więc
odbiorcom, dla których wartością pierwszą są rymowe i wersyfikacyjne chwyty twórcy.

Rymy. 

Jedno drzewo to wiersz opleciony  rymami różnej jakości, odznaczający się nadto

rozmaitością zasad rymowania. Trzy zasady dają się tu wyodrębnić dokładnie.

Pierwsza  jest  prosa.  Pochodzi  z  głębokiej  tradycji  mowy  wiązanej,  a  zarazem  zna  ją

współczesność (reprezentuje praktykę tak rozpowszechnioną, że w istocie niczyją). Rym do-
kładny,  niewielkie  oddalenie  słów  współbrzmiących.  „Dokładne  bliskie  rymy  trzaskają  w
moich uszach jak miedziane talerze” wyznał kiedyś Przyboś

70

. A przecież nie unikał dokład-

ności i bliskości rymu: rym dokładny łączył z innymi kombinacjami dźwięków. W 

Jednym

drzewie takim „miedzianym talerzem” są słowa „drzewie – śpiewie”, przy czym moc  rymu
osłabia układ AB AC (tylko wersy nieparzyste wiąże rym). Być może motyw śpiewu zadecy-
dował o uległości wobec tradycji – piosenka do dziś faworyzuje współbrzmienia pełne.

Druga zasada polega na zagęszczeniu rymów niedokładnych. Oto trzy słowa następujące

po sobie stanowią ciąg asonansów: „ledwo – jedno – drzewo” (asonans polega na zgodności
samogłosek przy całkowitej  lub  częściowej  niezgodności  spółgłosek).  Wcześniej  jeszcze,  w
pierwszej  strofie,  kolejne  wersy  kończą  się  współbrzmieniami  „wiśni  –  domyślnie  –  poza-
wiśnię” (wers pierwszy i trzeci wiąże chwyt zbliżony do epifory).

Wreszcie zasada trzecia, ulubiona przez poetę: rymy oddalone, na granicy słyszalności. Aż

pięć wersów dzieli słowo „rosi” od słowa „radości”. Osiem wersów wypełnia przestrzeń mię-
dzy  rymującymi  się  klauzulami:  „przed  półwieczem”  i  „ciecze”.  Nie  dość  na  tym.  Trzeba
szczególnej pamięci słuchowej, by – pokonując odległość dwunastu wersów – w słowie „li-
ście” usłyszeć echo słowa „najsoczyściej”!

„Mój  rym  jest  asonansem  pokonywanym  przez  rym  i  rymem  tłumionym  przez  asonans”

twierdził poeta w cytowanym tu już szkicu

71

. Dodajmy, iż nie tylko pełną rymu przeciwstawia

się tu podobieństwom niepełnym, ale i gęstość konkuruje z rozrzedzeniem współbrzmień – aż
do zaniku więzi fonicznej, do bezrymowości.

Wersyfikacja. W 

Jednym drzewie gra systemów wierszowych przebiega nie mniej inten-

sywnie. Z jednej strony – wiersz wolny, układ wersów długich i krótkich, kontrasty dostrze-
galne  gołym  okiem.  Z  drugiej  strony  –  fragmenty  podporządkowane  rytmom  klasycznym.
Najpierw pojawia się jedenastozgłoskowiec (wers pierwszy, trzeci i czwarty w strofie pierw-
szej)  –  zakłócony,  rozbity  (wers  drugi),  rozpadający  się  na  ciąg  odcinków  charakterystycz-
nych dla wiersza wolnego (wersy od piątego do dziesiątego). I oto – regularny trzynastozgło-
skowiec  w  strofie  drugiej!  Sylabiczny  czterowiersz  nie  może  już  pozostać  niezauważony.
Zwłaszcza iż trzynastozgłoskowiec powtarza się co jakiś czas:

Dotykam pnia obiema rękami... to ledwo (13)

I dalej:

I uchodzi w korzenie jedynego drzewa (13)
rozwinięty ze słojów dwuczas ocalały (13)

Wreszcie:

I sikora na cierniu poćwierkując cierpnie (13)

                                                          

70

 J. Przyboś, 

Zapiski bez daty

, op. cit., s. 53.

71

 Ibid., s. 53-54.

background image

65

Nacisk  klasycznego  rytmu  okazuje  się  tak  silny,  że  pod  jego  dyktando  wolno  słyszeć

„trzynastozgłoskowo” także odcinki dwu- lub trzywersowe. Zapis sugeruje wiersz wolny, ale
policzmy sylaby – „wolność” okaże się złudna:

ciąg dalszy
przerywisty
powtarzany wiernie... (13)

Podobnie w innym miejscu:

Lecz nie znika ta sama, mokra, twarda
kora (13)

Trzeba teraz postawić pytanie – najtrudniejsze w wersologii: czy operacje rytmiczne są tu

tylko  dążeniem  do  poetyckości,  a  więc  do  odróżnienia  wiersza  od  prozy  oraz  tego  właśnie
wiersza – od wszelkich innych tekstów wierszowanych? Lub może owe operacje coś jeszcze
znaczą? W tym momencie jednak musimy przyjrzeć się znaczeniom słów, zdań, wizji, gdyż
tylko na ich tle mogą się uwyraźnić znaczenia chwytów wersyfikacyjnych.

Jednym drzewie splatają się i konkurują ze sobą trzy najważniejsze żywioły liryki Przy-

bosia: autobiograficzny, baśniowy i dydaktyczny. Pierwszy i drugi są tu ekspansywne, trzeci
utajony.

Autobiografizm wzmacnia liryzm wiersza, gdyż nadaje sytuacji podmiotu charakter wyda-

rzenia jednostkowego i niepowtarzalnego. A właśnie jednostkowość i niepowtarzalność to –
zdaniem Przybosia-teoretyka poezji – wartości prymarne w sztuce poetyckiej.  Idąc tą drogą
spróbujmy zrazu przyjąć, iż to, o czym mowa w 

Jednym drzewie, naprawdę przydarzyło się

autorowi, a więc że „ja” liryczne jest tu znakiem „ja” autorskiego. Znakiem, śladem, aluzją.
Identyczność bohatera chwili lirycznej i człowieka z krwi i kości nie wchodzi, rzecz jasna, w
rachubę.  Do  naszych  celów  wystarczy,  że  będziemy  się  mogli  odwołać  do  wiedzy  o  życiu
autora – w tych miejscach, które bez kontekstu biograficznego okazują się niejasne lub nadto
już ogólnikowe.

Tak więc poza biografią Przybosia przestawiony w wierszu sad wiśniowy to dla czytelnika

„sad w ogóle”, rosnący wszędzie i nigdzie, gdziekolwiek, równie dobrze w Polsce, pod nie-
bem Ukrainy, w pejzażu Japonii... Na tle biografii poety sad poetycki musi się nieodwołalnie
uobecnić jako sad polski, rzeszowski, najpewniej w Gwoźnicy Dolnej, gdzie Przyboś się uro-
dził i dokąd wracał w różnych okresach życia. Ogranicza to swobodę widzeń czytelniczych?
Tak. Ale i wzbogaca je o barwy i aury konkretne, jakże plastyczne! Teraz i dla odbiorcy wi-
śnia z 

Jednego drzewa staje się nieomal dotykalna...

Podobnie wiek bohatera-podmiotu, czas biologiczny. Są liryki, w których wiek jest obojęt-

ny dla sensu całości czy dla konkretyzacji wizualnej świata przedstawionego. 

Jedno drzewo

do  takich  tekstów  nie  należy.  Czas  biologii,  życia  i  przemijania,  jest  tu  jednako  ważny  dla
ludzi i drzew. Oto człowiek wraca do miejsc kiedyś dobrze znajomych i bliskich. Stanowiły
one obszar pierwszych wtajemniczeń w świat bytów żywych, roślinnych, owocujących.  Był
sad. I były owoce wiśni „ujrzane wtedy najsoczyściej”, czyli widziane tak zachłannie i prze-
nikliwie, że w samym widzeniu czuło się smak soku, tętnienie czerwieni. Działo się to dawno,
„przed półwieczem”. Potem sad wycięto, na jego miejscu wyrósł nowy i... Kto opowiada nam
tę historię? Kto mówi 

Jedno drzewo? Na pewno nie młokos. To ktoś, kto ma więcej niż pięć-

dziesiąt  lat,  tyle  możemy  wywnioskować  z  tekstu.  Lecz  arytmetyka  wewnątrztekstowa  nie
wystarcza. Bez odniesień do biografii Przybosia nie ustalimy faktu niebagatelnego, mianowi-
cie, czy jest to osoba w wieku średnim, czy sędziwy starzec. W zależności od wieku mówią-
cego  zmienia  się  sens  słowa  „wtedy”,  jego  wymiar  psychologiczny.  Inaczej  przeżywa  się

background image

66

przyrodę  w  dzieciństwie,  inaczej  gdy  jest  się  człowiekiem  dojrzałym.  Więź  między  „ja”  li-
rycznym i „ja” autorskim pozwala rozwiać te wątpliwości. Możemy wyraźnie zobaczyć dwie
sylwetki:  człowieka,  który  „wtedy”  ujrzał  czerwień  wiśni  „najsoczyściej”,  i  tego  samego
człowieka teraz, gdy „dotyka pnia obiema rękami”. Przyboś urodził się w 1901 roku, 

Jedno

drzewo  ogłosił  w  1965  roku.  Skoro  nie  odnotował  pod  wierszem  daty  jego  powstania,  dla
czytelnika w 1965 roku miał to być – zgodnie z wolą autorską – wiersz nowy. 

Jedno drzewo

zatem  to  monolog  mężczyzny  sześćdziesięcioparoletniego.  Z  kolei  „wtedy”,  czyli  „przed
półwieczem”, oznacza czas dojrzewania, gdy chłonie się świat zmysłowo, w barwach i sma-
kach,  czerwieniach  i  soczystościach,  ale  już  myśląc,  już  porządkując  własne  obserwacje.
(Notabene czysta zmysłowość, całkowicie wtopiona w naturę, złożona jedynie z instynktów,
nigdy nie interesowała Przybosia.)

Żywioł autobiograficzny, jak wszelkie żywioły, bywa niekiedy przewrotny. Staje się poku-

są  wypowiedzi  tak  intymnych,  że  zrozumiałych  tylko  dla  osób  autorowi  najbliższych.  Nim
biografowie  i  filologowie  wtargną  do  dokumentów  prywatności  twórcy,  nim  ujawnią  jego
tajemnice, publiczność musi pogodzić się z istnieniem w tekstach miejsc zaszyfrowanych. W
Jednym drzewie pojawia się taki szyfr: rozlega się nagle śpiew –

o twoim płaczu z radości
nie mojej

Czyj płacz? Czyja radość? Kimże jest owo „ty” – zjawione nagle, tuż przed finałem spek-

taklu w wiśniowym sadzie? Niestety. Tu impet egzegezy biograficznej natychmiast wygasa.
Dostępne ogółowi informacje nie są w żaden sposób wystarczające ani pomocne. Żona, córka,
kochanka, przyjaciel, nieprzyjaciel? Każda hipoteza jest równie prawomocna i nieweryfiko-
walna.

To jeden z wielu przypadków znanych dziejom liryki. Zdaniem Jurija Łotmana

72

 w takich

sytuacjach  czytelnik  usiłuje  przekształcić  własną  niewiedzę  w  wiedzę  pozorną,  fikcyjną.  W
istocie nie rozumie zaszyfrowanej informacji intymnej, ale przeżywa ją tak, jak gdyby rozu-
miał. Nie należy do kręgu wtajemniczonych, ale przez moment czuje się kimś wtajemniczo-
nym.

Autobiografizm – zarówno tam, gdzie wnosi wiedzę, jak i tam,  gdzie otwiera przepaście

niewiedzy – wzmacnia, jak już powiedzieliśmy, te osobliwości liryki, które nadają wierszowi
charakter przekazu jedynego w swoim rodzaju, niewymiennego.  Zarazem jednak zawężenie
analizy do odczytań biograficznych zaczyna w pewnym momencie krępować i drażnić. Rodzi
bunt  odbiorcy.  Kategorie  biograficzne  zmuszają  do  realizmu,  narzucają  realistyczny  sposób
widzenia wydarzeń. Tymczasem w 

Jednym drzewie realizm i zdrowy rozsądek zostają zała-

mane, przeniesione w inny wymiar, innym zupełnie poddane żywiołom.

Czy to możliwe, pytamy, żeby czerwień odrywała się od wiśni i w pięćdziesiąt lat później

ciekła po owocach wiśni nowej? Żeby w słojach drzewa coś szumiało? Żeby szum w słojach
drzewa był śpiewem? Żeby zmarła sikora ćwierkała? I cierpła?

Żywioł  autobiograficzny  ustępuje  pola  żywiołowi  baśniowemu.  Baśń  panoszy  się  na  ze-

wnątrz, nie ima się ciała człowieka, ogarnia krajobraz. Dzieje się między umarłą przeszłością
a  żywą  teraźniejszością  deszczu,  kory,  liści;  między  materialnością  bytów  „dotykalnych”  a
próżnią po bytach pamiętanych, „wyciętych”, unicestwionych przez czas. To one nawiązują
między sobą wymianę barw: nieistnienie z istnieniem, nicość z realnością otaczającą człowie-
ka. To przeszłość natury odradza się „w listkach przed półwieczem / opadłych, lecz odziele-
niałych”. To „trwają w liściach liście”, drzewo w drzewie.

Baśń dąży do podporządkowania sobie języka utworu. W paru miejscach udaje się jej to

znakomicie! Słowo baśniowe to słowo potwierdzające sobą rzeczy nieprawdopodobne, fanta

                                                          

72

 J. Łotman, 

Tiekst i struktura auditorii

. „Trudy po znakowym sistiemam”, Tartu 1977, nr IX, s. 57.

background image

67

styczne. Tak na przykład sam zapis dźwiękonaśladowczy śpiewu ptaka, z powtarzającą się

ćwierkliwą cząstką „cier”:

I sikora na cierniu poćwierkując cierpnie

– nie byłby niczym baśniotwórczym, gdyby nie to, iż wiersz daje tak ekspresyjną onomato-
peję śpiewu ptaka, który zmarł dawno temu! Cytat dźwiękowy, który słyszymy, potęguje wia-
rygodność śpiewu ptaka, choć to tylko baśń.

Zwróćmy także uwagę na – oddalone od siebie, nienarzucające się więc od razu – wyrazy

„mokra” i „modra” oraz „kora” i „sikora”. Rymują się, brzmią jakże podobnie, niemal miesz-
czą  się  w  sobie.  Należą  do  dwóch  korespondujących  ze  sobą  światów  w 

Jednym  drzewie.

Mokra  kora  istnieje  teraz,  materialnie,  twardo;  modra  sikora  to  miraż,  znak  wspomnienia
sprzed półwiecza. I oto mowa zaświata i mowa świata żywych eksponują swą brzmieniową
tożsamość. Tak są dalekie, a tak bliskie. Tropizm słów ilustruje jak gdyby baśniowy tropizm
bytów natury. Mogą istnieć słowa w słowach, mogą tak samo trwać „w liściach liście”. Cud
trwania, cud „dalszego ciągu” bytów unicestwionych, „odzieleniałych”, a przecież „tym zie-
leńszych” po latach, znajduje wsparcie w przeistoczeniach słów.

Wiersz nie ma pointy, kończy się wizją baśniową, obrazem wskrzeszonego przez pamięć

ptaka. A przecież domyślamy się, że baśń nie stanowi w 

Jednym drzewie celu finalnego. Po-

eta pragnie nam zakomunikować nie fantazję, lecz jej sens, jej przesłanie. Ów sens nie zostaje
wysłowiony wprost, płynie nurtem podskórnym (podsłownym). By dotrzeć do niego, winni-
śmy zająć się trzecim, wspomnianym na początku tego szkicu, dydaktycznym ukierunkowa-
niem Przybosiowej liryki.

„Moje pisarstwo [...] osadziłem tyleż na nieobliczalnym wzruszeniu, ile na woli wymier-

nego kształtu” twierdził poeta we wstępie do 

Miejsca na ziemi

73

. Autobiografizm i wizje ba-

śniowe są właśnie żywiołami wzruszeń nieobliczalnych, natomiast dydaktyzm 

Jednego drze-

wa jest podporządkowany „woli wymiernego kształtu”. Przyboś nie tyle zwierza się, ile tłu-
maczy okoliczności i powód zwierzenia. Nie utrwala w pośpiechu chaotycznego natłoku wra-
żeń; opowiada o nich z namysłem, wyjaśnia ich sens, charakter i genezę. Jak gdyby wygłaszał
prelekcję.  Od  pierwszego  słowa  nawiązuje  (sugeruje,  że  nawiązał)  kontakt  ze  słuchaczem.
Pierwszym słowem wiersza jest „Tak”, a więc replika, potwierdzenie trafności czyjegoś spo-
strzeżenia:

Tak, to po liściach dotykalnej wiśni,
tej oto, [...]

To  przytaknięcie  stwarza  iluzję  rozmowy,  która  przekształca  się  w  wykład.  Zaimki  i

przyimki „to”, „tej oto”, „tamtą”, „przed-” i „poza-”, zgromadzone obficie w niewielkim od-
cinku tekstu, służą odróżnianiu i odgraniczaniu elementów opisywanego obiektu. Niemal wi-
dzi  się  gestykulację  wykładowcy,  jak  wskazuje  ręką  najpierw  wiśnię  „tę  oto”,  a  za  chwilę
wiśnię „tamtą”, wyjaśnia cierpliwie, że wprawdzie wiśnia „tamta” tkwi w przeszłości i nico-
ści, trzeba ją jednak z nicości wydobyć, jest bowiem wiśni „tej oto” wcieleniem wcześniej-
szym, które należałoby nazwać – jak? Nie jest zdecydowany – „przed- czy poza-wiśnią”...

Powiedzieliśmy, iż Przyboś opisuje świat jak obiekt analizy wykładowej, lekcyjnej. Opis

to  w  istocie  forma  dydaktyczna,  nieodzowna  przy  nauczaniu.  Rzecz  jasna,  opisy  Przybosia
mają barwę poetycką, rytm i brzmienie sztuki słowa. Mają także swe zaplecze w tradycji lite-
rackiej. W 

Jednym drzewie czytamy, że cieknąca czerwień wiśni

                                                          

73

 Zob. przypis 4 do interpretacji wiersza 

Porwany przez przenośnię.

background image

68

Pąsowymi kroplami za kroplami... pada
na trawę podnoszącą tym zieleńszą zieleń.

Skądś znamy – w tym samym rytmie trzynastozgłoskowca wyrażoną – myśl o tym, iż je-

den kolor intensywnieje w zestawieniu z innym. Tak, z opisu dworku szlacheckiego w 

Panu

Tadeuszu Mickiewicza:

Świeciły się z daleka pobielane ściany,
Tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni
Topoli, [...]

Mamy zatem odpowiedź na pytanie postawione w analizie wersyfikacyjnej 

Jednego drze-

wa.  Trzynastozgłoskowiec  wdzierający  się  do  tekstu  jest  znakiem  tradycji  konkretnej,  mic-
kiewiczowskiej.

To znamienne, że opis Przybosia odwołuje się do szkolnej wiedzy lekturowej, powszech-

nej, a przez to skutecznej w dydaktycznym planie wiersza. Zwierzał się poeta: „Przeczytałem
Pana Tadeusza niezliczoną ilość razy; czytałem go ciągle; w ciągu kilkunastu lat mojego na-
uczycielstwa  nie  było  prawie  dnia,  w  którym  bym  się  nie  pochylał  nad  Mickiewiczowską
epopeją”

74

. Lecz pamiętajmy o różnicach: nie, nie kolorów (tu czerwień i zieleń, tam zieleń i

biel), lecz ich sposobów istnienia. Barwy u Mickiewicza są dane w tej samej rzeczywistości
czasowej; u Przybosia oddziałują na siebie, choć pochodzą z różnych czasów. Dydaktyka nie
zawiesza baśni, pragnie uczynić ją w pełni zrozumiałą.

Odnotujmy jeszcze jeden chwyt: powtórzenia. Jest ich niemało, jak na krótki tekst. Powta-

rzają się słowa w tych samych i odmiennych formach gramatycznych, raz bardziej, raz mniej
od  siebie  oddalone.  A  więc:  „dotykalnej”  i  „dotykam”,  „kryjącej”  i  „odkrywająca”,  „poza-
wiśnię”  i  „z  dwóch  wiśni”,  „odzieleniałych”  i  „tym  zieleńszą  zieleń”,  „deszcz”  i  „deszcz”,
„jedno drzewo” i „jedynego drzewa”, „po dawnym” i „dawno”. Na początku i blisko zakoń-
czenia  tekstu  pojawia  się  powtórzenie  podwojone:  „po  liściach”,  „w  listkach”  i  „w  liściach
liście”. Powtarzanie należy do czynności uczniowskich, jest formą uczenia się, zapamiętywa-
nia.  Przyboś  preferuje  tu  polszczyznę  powtórzeń,  zdublowanych  informacji;  posługuje  się
polszczyzną poetycką – niewierną jakby jego własnej zasadzie lapidarności, tak dobitnie wy-
rażonej w haśle „najmniej słów”.

Cóż pragnie tymi sposobami wyrazić? Jaką naukę nam przekazuje?
Trudno wypowiedzieć prozą krytycznoliteracką to, czego poeta nie sformułował wierszem

wprost, 

expressis verbis. Jedno jest pewne –analizowany liryk zawiera kilka idei, nie da się

zamknąć w jednej myśli przewodniej. Ma swój wymiar psychologiczny i wymiar metafizycz-
ny. Swoją pewność i swe zwątpienia: radość i płacz, o których już wspomniałem przy okazji
rozważań nad wątkiem autobiograficznym.

Niezachwianą pewność eksponuje się tu w psychologicznym aspekcie wiedzy o człowieku

i jego więzi z przestrzenią. Jest to więź silna dlatego, że obustronna. Nie tylko my pamiętamy
pejzaże, w których byliśmy dziećmi czy przeżywaliśmy młodość, ale i pejzaże pamiętają nas.
To one przechowują w sobie nasze dawne, nawet sprzed półwiecza, doznania i zachwycenia.
Trzeba powrócić do miejsc opuszczonych, aby się o tym przekonać. Pamięć ludzka dopiero
tam, „na miejscu”, jak podczas wizji lokalnej, odnajdzie w sobie obrazy dawnych drzew, pta-
ków,  zieleni.  Przyboś  najwyraźniej  dba  o  to,  by  przekonać  odbiorcę,  że  nie  tylko  człowiek
swą  pamięcią  obudzoną  przez  pejzaż  powoduje  baśniowe  metamorfozy  przestrzeni,  ale  że
sama przestrzeń bywa równie aktywna wobec człowieka. Może nawet aktywniejsza, bardziej
inwazyjna.  Przeczytajmy  trzeci  odcinek  tekstu.  Człowiek  zachowuje  się  nieufnie,  powścią-
gliwie, badawczo:

                                                          

74

 J. Przyboś, 

Czytając Mickiewicz

, op. cit., s. 55.

background image

69

Dotykam pnia obiema rękami... to ledwo
jedno
drzewo

Otoczenie jest nieustępliwe. To ono – w dialogu z człowiekiem – upomina się o więź mi-

nionego z obecnym:

Lecz nie znika ta sama, mokra, twarda
kora
okrywająca próżnię po dawnym... stoi
pień bez twardzieli

Czy  to  jest  nieśmiertelność?  Metafizyczny  wymiar 

Jednego  drzewa  nie  ma  już  w  sobie

owej radosnej pewności; zarysowuje się i gaśnie; jest zwątpieniem, może nawet rezygnacją.
Nieśmiertelność to baśń potrzebna śmiertelnym. Istnieje w śmiertelności, w momentach epi-
fanii, nadziei, tylko tak. Wskrzeszenia bytów dawnych to miraże, które odbywają się wbrew
nieubłaganym prawom natury. W końcu wycięte drzewo okazuje się „próżnią”; sikora „daw-
no  zmarła”,  jeżeli  nawet  w  iluminacji  baśniowej  żyje,  poćwierkuje,  to  jednocześnie  „cierp-
nie”, wraca do nicości.

background image

70

III. ŻYCIE, TWÓRCZOŚĆ, RECEPCJA

1901

5  marca  w  Gwoźnicy  Dolnej,  w  Galicji,  urodził  się  Julian  Przyboś.  Był  piątym  z  kolei

dzieckiem Józefa i Heleny Przybosiów, rolników gospodarujących na 5 hektarach. Interesują-
ca jest etymologia nazwiska przyszłego poety: „Ludowy przysłówek  p r z y b o ś  istnieje po
dzień dzisiejszy w gwarach polskich i znaczy, że ktoś chodzi w butach nałożonych wprost na
bosą stopę” (K. Wyka, 

Wspomnienia o Julianie Przybosiu. Opracował i wstępem poprzedził

J. Sławiński, Warszawa 1976, s. 237.)

1902-1907

„Gdybym miał opowiedzieć, co najwcześniej oddziałało na moją wyobraźnię, musiałbym

zacząć  od  pieśni  pastuszych  i  od  bajania  starej  Pileckiej  z  sąsiedniej  chałupy  w  Gwoźnicy.
[...] Ile mogłem mieć lat: trzy? cztery? – jak w gromadce otaczającej starą siedzącą na miedzy
słuchałem cudownie opowiadanych baśni, z których baśń o zbóju Madeju do tej pory widzę
gdzieś  w  tajemniczym  kącie  wyobraźni  jak  złotokrwawą,  nawijaną  na  motowidło  przędzę.”
(J. Przyboś, 

Zapiski bez daty, Warszawa 1970, s. 260 – 261.)

1908-1911

Julian uczy się w czteroklasowej szkole podstawowej w Gwoźnicy Dolnej; pomaga rodzi-

com w pracach gospodarskich. Jako dziesięcioletni chłopiec staje się świadkiem tragedii ro-
dzinnej: umiera na koklusz jego najmłodsza siostrzyczka, Emilia.

1912-1913

Kończy szkołę wiejską z wynikiem bardzo dobrym. Zostaje uczniem w gimnazjum w Rze-

szowie – zwolniony z opłat za naukę z uwagi na trudności bytowe i pilność oraz uzdolnienia
rozwijające się w czasach gimnazjalnych.

1914-1916

Wybuch  pierwszej  wojny  światowej;  nasilenie  emocji  i  nadziei  patriotycznych;  ruchy

wojsk na terenie Galicji; częste przerwy w nauce szkolnej. Julian przeżywa chwile namiętnej
religijności młodzieńczej. „Miałem trzynaście lat, skończyłem drugą klasę gimnazjalną, kiedy
wakacje moje na wsi rodzinnej przedłużyły się o rok czy półtora. Była pierwsza wojna świa-
towa,  szosa  wiodąca  z  Przełęczy  Dukielskiej  grała  na  horyzoncie  kopytami  jazdy,  kołami,
pochodami, przetaczały się po niej niezliczone treny, to szare, to niebieskie kolumny piechoty
wiły się po krajobrazie – po czym cichło wokół i nieruchomiało na długie miesiące. Rodzice
nie pędzili mnie zbytnio do robót polnych, miałem zwłaszcza w zimie sporo czasu wolnego, i

background image

71

wtedy to grzebałem w starej szafie z różnościami, aż dogrzebałem się do zabłąkanej tam 

Phi-

lothei  św.  Franciszka  Salezego.  Nie  miałem  innych  książek  do  czytania  prócz  starych  pod-
ręczników  szkolnych,  i  zabrałem  się  do  tego  –  podręcznika  świętości.  Przeżyłem  głęboki
wstrząs.  Pamiętam  wieczór  nad  rzeką,  kiedy  ślubowałem  wieczornemu  niebu  i  pierwszym
gwiazdom, że będą świętym.” (

Zapiski..., s. 264 – 265.) Czyta także dzieła romantyków pol-

skich, pisze poemat epicki 

Krzysztofar – o walce Słowian z Germanami.

1917

Debiutuje  sonetem 

Wschód  słońca  w  konspiracyjnym  pisemku  „Zaranie”.  Po  latach  tak

poeta oceniał swój uczniowski debiut: „Ten smarkacz, co ułożył  okropny sonet pod tytułem
Wschód słońca, był lepszy ode mnie, starzejącego się faceta: miał – zdawałoby się – niewy-
czerpane zasoby entuzjazmu, miał moce szlachetności i bezinteresowności, gotowość na ofia-
ry  i  nawet  gotowość  na  śmierć  (»bohaterską«  jednak,  a  nie  nieznaną),  prawie  zupełny  brak
egoizmu – a wszystkie te uczucia i porywy były tak naturalne, tak czyste i dla władzy sądze-
nia oczywiste, że zdumienie mnie ogarnia, gdy to sobie przypominam.” (

Zapiski..., s. 414.)

1918-1919

Wstępuje do Polskiej Organizacji Wojskowej; jako członek ochotniczej kompanii studenc-

kiej uczestniczy  w bitwie  o  Lwów  pod  Sokolnikami  (lekko  ranny);  odznaczony  Dyplomem
Odznaki Honorowej „Orląt Lwowskich”.

1920-1921

Zdaje egzamin dojrzałości; jest żołnierzem ochotnikiem w wojnie polsko-radzieckiej; zo-

staje ranny w bitwie o Lwów pod Krasnem; dostaje się do niewoli; ratuje się ucieczką; zwol-
niony  z  obowiązku  służby  wojskowej.  Wyjeżdża  do  Krakowa  i  rozpoczyna  studia  poloni-
styczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Razem z bratem stryjecznym Stefanem uczestniczą
w ruchu literackim młodzieży akademickiej; zakładają Klub Artystyczny „Dionizy”, organi-
zują  wieczory  literackie.  W  pamięci  poety  pozostało  lato  1921  roku  (ciężkie  dolegliwości
serca) jako czas rzeczywistej inicjacji poetyckiej: „[...] długo jeszcze, robiąc wiersze, nie wie-
działem, co to poezja. Dopiero owego olśniewającego lata 1921 roku w Gwoźnicy zstąpiła na
mnie nagle i z taką siłą, że nie wiem, do czego ten rozruch wyobraźni porównać: do uczuć,
jakich doznawałem, lecąc po raz pierwszy samolotem? Albo lepiej – do tego szczęścia z mocy
i z lekkości, jakie odczuwam w snach o locie?” (

Zapiski..., s. 414.)

1922

W jednodniówce „Hiperbola” ukazują się cztery wiersze Przybosia, m.in. 

Geometria kloc-

ków  i  Słomiany  bóg  słowiański.  Publikację  tę  komentuje  Tadeusz  Peiper  w  redagowanej
przez siebie „Zwrotnicy” (1922, listopad): „[...] za dużo boga słowiańskiego, szczególnie kie-
dy  jest  słomiany.  Julianowi  i  Stefanowi  Przybosiom  zalecamy  uważne  czytanie  »Zwrotni-
cy«.” W „Skamandrze”, który najpierw odrzucił teksty poety (zob. rozdział 

Czytając Przybo-

sia), ukazuje się wiersz Przybosia Cieśle. Autor wyznał wiele lat później: „Za pierwszy swój
wiersz, za który mogę wziąć odpowiedzialność, uważam 

Cieśle. [...] Ułożyłem go w swojej

wsi  rodzinnej  i  choć  nie  pamiętam  szczegółów,  pozostała  mi  po  tym  pierwszym  zdarzeniu
poetyckim  pamięć  tego  szczególnego,  radosnego  i  mocnego  porywu  i  rozpędu  wyobraźni,
którego doświadczam odtąd, ilekroć piszę prawdziwy wiersz.” (J. Przyboś, 

Linia i gwar, Kra-

ków  1959,  t.  II,  s.  289). 

Cieśle  dały  początek  poetyckiej  przyjaźni  Przybosia  z  Peiperem.

background image

72

„Wśród młodych czytano »Zwrotnicę« i asymilowano ją. W moim pokoju pojawiały się raz
po raz młode głowy, zapchane starymi światami i z wartościowszych każda odchodziła prze-
inaczona. Jeden z pierwszych przyszedł małomówny i skupiony Julian Przyboś; przyszedł z
wierszami o bogach słowiańskich, lecz za kilka tygodni miał już 

Cieśli, a wkrótce potem Da-

chy. Korespondował ze mną, mimo iż mieszkał niedaleko ode mnie.” (T. Peiper, Tędy, War-
szawa 1930. Przedruk w: 

Tędy. Nowe usta. Przedmowa, komentarz, nota biograficzna S. Ja-

worski,  Kraków  1972,  s.  317). 

Cieśle  stały  się  jedną  z  klasycznych  pozycji  artystycznych

Awangardy; na przykład Karol Irzykowski w eseju 

Metaphoritis i złota plomba („Wiadomo-

ści  Literackie” 1928, nr  53/53)  nazywa  ten  utwór  „pięknym  poematem”,  choć  jednocześnie
twierdzi,  iż Przyboś  „tworzy  w  dawnym  duchu”;  jego  zdaniem  nadal  „właściwym  ekspery-
mentatorem i męczennikiem metafory jest Tadeusz Peiper”.

1923-1924

Drukuje w „Zwrotnicy” wiersz 

Dachy, ulega ideom artystycznym Peipera: „[...] oczarowa-

ny wymowną i odkrywczą wizją nowej sztuki, sprzymierzonej z najnowszymi osiągnięciami
nauki i techniki, nie podejmowałem w tym czasie z ojcem awangardy polemiki. Starszy ode
mnie o lat 10 – Peiper górował nad nami wszystkimi obszernością i jasnością widzenia. [...]
Jan Brzękowski, Jalu Kurek, Adam Ważyk [...] i inni mogli z Peiperem współpracować, ale
nie mogli mu przeciwstawiać – w interesie jego rozwoju – swoich idei. Zresztą Peiper to cha-
rakter apodyktyczny, nie znosił sprzeciwu. Lubił być tajemniczy i jak każdy urodzony przy-
wódca  wierzył  w  swoją  nieomylność.”  (J.  Przyboś, 

Sens  poetycki,  Kraków  1963,  s.  144.)

Przyboś kończy studia, podejmuje pracę nauczycielską w Sokalu nad Bugiem.

1925

W  Bibliotece  „Zwrotnicy”  ukazuje  się  pierwszy  tomik  poetycki  Przybosia 

Śruby.  „Kto

wypowiedział  radości  debiutanta,  gdy  ujrzał  się  w  pierwszym  swoim  tomiku?  Trzymałem
owe po legerowsku nazwane 

Śruby nie jak ster maszyny, o których i o które w nich wołałem,

ale  jak  biało-czarno-zielony  kwiat  tej  mojej  wydrukowanej  wiosny...”  (J.  Przyboś, 

Linia  i

gwar, t. I, s. 146.) Pojawiają się recenzje, liczne i przychylne, m.in. pióra Władysława Bro-
niewskiego w „Wiadomościach  Literackich”.  Wspomina  Adam  Włodek,  że  w  1944  roku  w
Gwoźnicy  oglądał  egzemplarz 

Łąki  Bolesława  Leśmiana  „z  dedykacją  po  otrzymaniu  od

Przybosia  jego  debiutanckiego  zbioru 

Śruby  [...];  witał  w  niej  Leśmian  nowego  wybitnego

twórcę, którego oryginalną, odrębną wyobraźnię umiał wykryć już w najpierwszych, pozornie
tylko  »technicystycznych« wierszach.” (A. Włodek, 

Wspomnienia..., s. 177.) Przyboś pozo-

stał wierny swojemu młodzieńczemu urzeczeniu poezją Leśmiana – do końca życia. 

Śruby to

zdaniem autora „wizja tłumu ujętego w rygor  maszyny”,  to  zarazem  „pieśń  o  wysiłku,  kult
twórczej energii społecznej”. (J. Podhalicz, 

Wywiad z Julianem Przybosiem, „Głos Literacki”

1929, nr 10.) Peiper twierdził, iż sukcesem Przybosia w 

Śrubach jest kluczowa rola metafory

– na przykład w wierszu 

Dachy „z jednej metafory prześwieca cały utwór”. (T. Peiper, Tędy,

s. 309.)
Poeta łączy pracę literacką z zajęciami pedagogicznymi. Przygotowuje się do egzaminu na-
uczycielskiego, który da mu prawo nauczania w szkołach o wyższych wymaganiach i ambit-
niejszych celach edukacyjnych.

1926

Zaczyna pisać i ogłaszać drukiem manifesty, eseje, artykuły polemiczne. „Zadebiutowałem

artykułem 

Chamuły poezji [„Zwrotnica”, seria II, nr 1 – E. B.], który narobił wiele hałasu i

background image

73

jeszcze więcej wrogów. Napadłem w nim na Kasprowicza, Zegadłowicza i Witlina, atakując
ich wiersze za prymitywizm i udawanie ewangeliczności.” (J. Przyboś, 

Sens poetycki, s. 145.)

Pamflet  ten  miał  temperaturę  emocjonalną  manifestów  futurystycznych:  był  bezpardonowy.
„Ale dlaczego to robiłem, dlaczego byłem tak niegrzeczny? Usłyszcie więc i zrozumcie na-
reszcie: robiłem to z najwyższego nakazu: z nakazu Apollina! Z absolutnej wiary i z żarliwe-
go  kultu  poezji.”  (

Zapiski...,  s.  299.)  Peiper  w  notatce  Antychamityzm  (”Zwrotnica”  1926,

czerwiec)  próbował  złagodzić  wymowę 

Chamułów  poezji  Przybosia,  nazwał  Kasprowicza

„wielkim odnowicielem polskiej rytmiki poetyckiej”. (T. Peiper, 

Tędy, s. 282.) Nie na wiele

się to jednak zdało. Zwłaszcza krytyka endecka odczytała w pamflecie Przybosia próbę poni-
żenia polskiej poezji narodowej. Los „Zwrotnicy” był zagrożony. „Gwałtowny ton niektórych
wystąpień, a zwłaszcza artykuł Przybosia pt. 

Chamuły  poezji,  wymierzony  w  Kasprowicza,

spowodował bojkot księgarzy, którzy albo odmawiali przyjmowania pisma do rozsprzedaży,
albo  chowali  je  pod  sterty  dzienników  i  książek.”  (J.  Brzękowski, 

Wyobraźnia  wyzwolona,

Warszawa 1966, s. 152.)
[„Zwrotnica”  ogłasza  programowy  artykuł  Przybosia 

Człowiek  nad  przyrodą.  Pisze  młody

awangardzista:  „Ani  jeden  argument  estetyczny  nie  popiera  postulatu  wprowadzenia  starej
przyrody w świat sztuki, a wiele przemawia przeciw temu żądaniu. Nie ma takiego krajobra-
zu, który odpowiadał prawom obrazu. [...] Przyroda, wprowadzona do poezji polskiej przed
stu laty, rozwlekana przez powieściopisarzy, pieszczona przez poetów, straciła swe wdzięki
naturalne, postarzała się i zbrzydła. Pociąg do niej czuć mogą jedynie staruszkowie.  N o w ą
p r z y r o d ę  u r o d z i  z a p ł o d n i o n a  w y s i ł k i e m  p o e z j a.” („Zwrotnica” 1926,
nr 9.)
Przyboś  wydaje  drugi  zbiorek  poetycki: 

Oburącz.  „W  Oburącz  [...]  świadomie  usiłowałem

narzucić  poezję  budującej  się  państwowości  polskiej.  Jeśli  się  nie  mylę,  byłem  pierwszym
poetą, w którego utworach pojawiło się po wojnie słowo Polska wymówione bez fałszywego
patosu.” (J. Podhalicz, 

Wywiad...)

Zdaje egzamin pisemny – dążąc do uzyskania pełnych uprawnień nauczycielskich.

1927

Wyjeżdża  do  Cieszyna,  podejmuje  pracę  pedagogiczną  w  tamtejszym  gimnazjum.  „Lekcje
języka  polskiego  były  przede  wszystkim  wprowadzeniem  do  dobrej  literatury.  Czytał  nam
dużo sam, w lekturze obowiązkowej przeprowadzał bezlitosne selekcje [...]. Zawsze był dla
nas, dla swych dawnych uczniów, a potem przyjaciół człowiekiem, który – by użyć słów Hir-
szfelda –  »sam płonął i dlatego mógł innych zapalać«.” (J. Szczepański, 

Wspomnienia..., s.

124, 127.)
Ogłasza nowe artykuły w „Zwrotnicy”, z zainteresowaniem studiuje prozę Juliusza Kadena-
Bandrowskiego  –  głównie  jej  metaforykę.  W  ważnym  dla  kształtowania  się  świadomości
awangardzistów manifeście 

Idea rygoru „podkreśla z dumą rzemieślnicze samopoczucie po-

ezji”.  (K.  Irzykowski, 

Walka  o  treść.  Beniaminek.  Tekst  opracował  i  indeks  sporządził  A.

Lam, Kraków 1976, s. 219.)

1928-1929

Miłość  do  siedemnastoletniej  gimnazjalistki  z  Cieszyna,  Marzeny  Skotnicówny.  „Długie

dni i noce wielkiej tęsknoty miłosnej, wielekroć przeżyte we wzruszonym marzeniu wycze-
kiwane spotkanie z ukochaną [...]”. (

Zapiski..., s. 319.) W październiku 1929 roku Marzena

wyjechała z siostrą w Tatry. „W dwu kolejnych nocach miałem dwa splątane razem – podob-
ne i – zaprzeczne sny. W wiosennych trzcinach dwa, jeden nad drugim, stawy. Czy to teren
się  podnosił,  bo  trzciny  i  tatarak  poruszyły  się  i  nagle  rosły  widomie,  podskakiwały  –  że  z

background image

74

dolnego czarnego stawu zrobił się drugi  w y ż s z y  i pobłyskiwał ciężko i martwo jak ołów
czy rtęć. [...] A pod łukiem ze srebra zjawiła się M., naga, świecąca napierśnikami z czarnego
aksamitu czy krepy obszytej blaszkami ze srebra, tańcząc unosiła ramiona z bransoletkami –
dźwięczała i gasła, ginęła. Chciałem ją zatrzymać, objąć, uciekała, wyciągnąłem rękę, pada-
łem i tylko duklą dłoni dotykałem jej stopy – budziłem się z krzykiem.” Wkrótce, wspomina
poeta, „dostałem depeszę z Zakopanego: M. Zginęła w Tatrach”. (Zapiski..., s. 334 – 336).
Śmierć ukochanej stała się tematem liryków, z których najbardziej znanym jest 

Z Tatr.

Przygotowuje się do druku trzeci tom wierszy; kilka jego wierszy ukazuje się w przekładzie
na język francuski; nadal publikuje artykuły krytycznoliterackie.

1930

W Cieszynie ukazuje się tom liryków 

Sponad (zgodnie z dawniej obowiązującą pisownią –

Z  ponad),  w  opracowaniu  graficznym  Władysława  Strzemińskiego.  Irzykowski  zastanawiał
się, „co łatwiej się czyta: czy tysiąc stronic 

Ulissesa Joyce’a, czy kilkanaście utworów tomiku

Z ponad Przybosia”. (K. Irzykowski, Burmistrz marzeń niezamieszkanych, „Wiadomości Li-
terackie”  1931,  nr  1.)  Ogłoszona  rok  wcześniej  w  „komunikacie  grupy  a.  r.”  Przybosiowa
definicja poezji – „Poezja: jedność wizji, skondensowana w maksimum aluzji wyobrażenio-
wych  i  minimum  słów,  a  nie  kołysanka  melodeklamacji”  –  znajduje  urzeczywistnienie  w
wierszach,  a  jednocześnie  staje  się  często  analizowaną  ideą  w  sporach  dwudziestolecia  na
temat sztuki trudnej, skomplikowanej, niezrozumiałej.

1931

Byli uczniowie Peipera usamodzielniają się, organizują własne periodyki. Zaczyna ukazy-

wać się „Linia”, czasopismo awangardowe pod redakcją Jalu Kurka. Przyboś zamieszcza w
„Linii” wiersze i eseje. Wypowiada się zarówno  na  temat  psychologicznych  aspektów  two-
rzenia poetyckiego, jak i technicznych, wersyfikacyjnych. „Ogłaszam kataryniarzy i strofka-
rzy nieboszczykami poezji” woła w manifeście 

Kataryniarze i strofkarze. („Linia” 1931, nr 1.)

Liryka  powinna  wyrażać  „sferę  irracjonalną  naszej  psychiki”,  chwytać  i  wypowiadać,  „nie-
uświadomione  instynktowne  drganie  podświadomości”.  Tu  Przyboś  zbliża  się  do  programu
nadrealistycznego, ale nadrealistycznej bezwoli i bierności twórcy przeciwstawia „aktywność
i twórczą wolę”, które panują nad „konstrukcją”. (

Forma nowej liryki, „Linia” 1931, nr 3.)

1932-1933

Ślub z Bronisławą Anną Każdoniówną – bohaterką i adresatką erotyków Przybosia. Roz-

wija się i urywa współpraca poety z „Linią”; zacieśnia się więź ze Strzemińskim („komunikat
a. r. nr 2”); Strzemiński opracowuje graficznie kolejny zbiór wierszy Przybosia 

W głąb las.

Liczne recenzje, spory, komentarze. „Niespodzianką był dla mnie w tym czasie tomik Przy-
bosia 

W głąb las – wspomina Adam Ważyk. – Powrót do pejzażu miał aspekt tradycyjny, ale

równocześnie ukazywał nową perspektywę poetycką. Przyboś odrzucał kolorystykę przyrody,
odnawiał natomiast dążność romantyków do angażowania wszystkich zmysłów. [...] Opowia-
dał wąwóz, polanę, las, nadając im dramatyczną logikę, albo też dramatyczne zdarzenia miło-
sne przemieniał w pejzaż.” (A. Ważyk, 

Eseje literackie, Warszawa 1982, s. 113.) Omówienia

W głąb las stają się nierzadko próbami ujęć syntetycznych, określają istotę poezji Przybosia.
„Wiersze Przybosia nie są łatwe, przy dzisiejszym przeciętnym poziomie nie mogą być po-
pularne.  Wnoszą  one  do  poezji  wartości  oryginalne  i  wskazują,  z  jakim  zasobem  wartości
uczuciowych i intelektualnych należy przystępować do poszukiwania nowych form wyrazu.
Przyboś może służyć za wzór poety biorącego pełną odpowiedzialność za swoją twórczość” –

background image

75

pisze Władysław Sebyła, znakomity poeta – w istocie obcy estetyce awangardowej, a przecież
pełen szacunku dla awangardzisty. („Pion” 1933, nr 11.)
Ważnym wydarzeniem w ewolucjach świadomości literackiej w Polsce lat trzydziestych staje
się 

Poezja  integralna  J.  Brzękowskiego  –  świadectwo  krystalizacji  indywidualnych  postaw

byłych zwrotniczan. Fragment o Przybosiu:

„Jednym z bardzo wyrafinowanych sposobów poetyckiej struktury jest  w i e l o z n a c z n

o ś ć  pewnych obrazów metaforycznych czy wyrażeń. Np.:

minuty mijają nas
i czas pełznie w błękicie naszych oczu

(Julian Przyboś 

Zmęczeni)

Pełznie – oznaczać tu może zarówno, że czas mija bardzo powoli, pełza niejako, lub też, że

traci barwę, jak sukno na słońcu, zwłaszcza iż następuje potem  zwrot:  »w  błękicie  naszych
oczu«, a także że oczy tracą barwę w miarę upływającego czasu.

A oto inny, jeszcze bardziej charakterystyczny przykład:

za potokiem rozłóg gałęził się i pienił
i co krok było cieniściej i drzewiej

(Julian Przyboś 

Drzewiej)

Wyraz »potok« nasuwa na myśl, że »pienił się« oznacza tyle, co  dawał dużo piany, pod-

czas gdy neologizm »gałęził się« każe domyślić się w czasowniku »pienić się«, odniesionym
do podmiotu  »rozłóg«, również neologizmu pochodzącego  od  wyrazu  »pień«,  zwłaszcza  że
wyrazu »pnie« użył poeta w tym samym poemacie bezpośrednio przed cytowanym okresem.
Z tej gry znaczeń wynika asocjacja: »pienił się (białymi) pniami« (brzóz, o których mowa w
wierszu). Podobnie »drzewiej« przez sąsiedztwo ze słowem »cieniściej« łączymy z drzewem
(a więc »drzewiej« – tam gdzie więcej drzew), podczas gdy wiemy, iż istnieje słowo »drze-
wiej« oznaczające tyle co dawniej.” (Cyt. według: J. Brzękowski, 

Wyobraźnia wyzwolona, s.

19 – 20.)

1934-1936

Spór  o  awangardę  zatacza  coraz  szersze  kręgi.  Przyboś  przeciwstawia  się  coraz  ostrzej

koncepcjom Peipera. Twierdzi, iż Peiper zaufał formalnym konstrukcjom, takim jak „piękne
zdanie”, podczas gdy źródłem liryki jest przeżycie i ono powinno określać każdorazowo kon-
strukcję utworu. (

Uwagi o nowej liryce, „Pion” 1935, nr 67). Peiper z kolei zarzuca Przybo-

siowi,  iż  jego  apologia  obrazu  jako  spójnej  wewnętrznej  całości  jest  „nowoczesnością  po-
wierzchowną”, wywodzi się „z ducha dawnej obrazowości” i wynika z braku konsekwencji
logicznej. „Przyboś wysuwa postulat jedności wizji, mówi o obrazach, a równocześnie przyj-
muje  mój  postulat  metaforyzacji.  Otóż  metaforyzacja  przeczy  wewnętrznie  jedności  wizji.”
(T.  Peiper, 

Bardziej  szczegółowo,  ale  nie  za  bardzo.  „Czas”  1935,  nr  25.)  Skomplikowaną

dramaturgię  ma  dialog  Przybosia  z  Irzykowskim;  krytyk  –  z  jednej  strony  –  utrzymuje  w
świadomości  odbiorcy  myśl  o  niezrozumiałości  wiersza  awangardowego  (charakterystyczne
tytuły pamfletów: 

Awangarda i pogarda; Niczego nie rozumieć – wszystko przebaczyć?), lecz

– z drugiej strony – popularyzuje lirykę Przybosia. „Awangardziści wydają się spiskowcami,
jakby mieli jakieś swoje tajemnice, jakieś umówione szyfry, którymi się ze sobą porozumie-
wają, ale niewtajemniczonemu trudno się tak od razu dostać do wnętrza tych tajemnic. Trzeba

background image

76

mieć klucz, trzeba się nauczyć te utwory czytać. I wtedy można z nich mieć przyjemność” –
stwierdza w słynnym odczycie radiowym 

Mgły na Parnasie (1934), a na dowód słuszności tej

diagnozy przedstawia interpretację kilku zdań z wiersza Przybosia 

Lipiec.

Twórczość  Przybosia  staje  się  obiektem  zainteresowania  historyków  literatury.  Kazimierz
Czachowski  akcentuje  podobieństwo  między  „zagęszczonym”  stylem  liryków  Przybosia  a
doświadczeniami  romantyków,  głównie  Słowackiego  w 

Królu-Duchu.  „Liryka  to  naprawdę

nowoczesna, odznaczająca się świeżością tworzywa obserwacyjnego, śmiałością tematyczną,
jędrnością  oryginalnego  obrazowania,  pomysłowym  eksperymentalizmem  formalnym  i  do-
brym  umiarem  konstruktywizmu.  Wieloznaczność  obrazów  metaforycznych  bynajmniej  nie
narusza jednolitości widzenia poetyckiego. Słuszność zaś jest po stronie Przybosia, gdy od-
pierając zarzuty Irzykowskiego stwierdza, że »między poetami nie istnieje kwestia niezrozu-
mialstwa, może istnieć jedynie kwestia obcości duchowej«.” (K.  Czachowski, 

Obraz współ-

czesnej literatury polskiej. T. III, Ekspresjonizm i neorealizm, Lwów 1936.)

1937

Resort oświaty przyznaje poecie ośmiomiesięczny urlop płatny, a Fundusz Kultury Naro-

dowej – stypendium zagraniczne. Wyjeżdża do Paryża, poznaje także miasta Czechosłowacji,
Niemiec i Włoch.

1938

„Pióro” ogłasza 

Tezy Przybosia; oto teza dziewiąta: „Wolę wiersz, w którym się gubię, od

utworu, który wiedzie jasnym traktem do wiadomej pointy. W miejscach zabłąkania przeczu-
wam kłębiący się węzeł dróg. Jeśli nawet go nie znajduję, cenię autora za ambicję wyższą nad
jego siły.” W tymże „Piórze”  pojawia  się  artykuł  Ludwika  Frydego 

Dwa  pokolenia  „Nowy

styl w poezji nie jest tylko postulatem teorii. Jest już rzeczywistością. Za prekursora jego na-
leży uznać Juliana Przybosia. Nieprzerwana, piękna ewolucja artystyczna tego poety wypro-
wadziła go daleko poza granice poetyki awangardy krakowskiej. W wierszach z okresu ostat-
niego dostrzegamy coraz pełniejszy triumf wyobraźni – czystego, precyzyjnego w rysunku i
promieniującego blaskiem duchowym  o b r a z u  p o e t y c k i e g o, nad materią empiryczną
i psychiczną. Poeta – »wygnaniec ptaków« – zdobywa wolność wewnętrzną i ponad koszma-
rem wizji eschatologicznej rozbija na krótką  chwilę świetlistą  tęczę  [...].”  Uznanie  wartości
poezji  Przybosia,  w  owym  czasie  coraz  powszechniejsze,  pojawia  się  równolegle  do  prób
ostatecznego pożegnania awangardy, zamknięcia awangardowego sezonu. „Dziś okres awan-
gardy się kończy [...] Jest to historyczna likwidacja roli.” (I. Fik, 

Awangarda i awangardziści,

„Sygnały” 1938, nr 9.)
Jesienią ukazuje się piąty zbiór poetycki Przybosia 

Równanie serca. W już powojennej opinii

autora: „

Równanie serca, zbiór wydany na rok przed wojną, zrobiony był z materii wybucho-

wej, słowa tam użyte są jak zapalone lonty”. (

Linia i gwar, t. I., s. 110.) Zdaniem Stanisława

Czernika, ideologa poezji autentyzmu, „Co najmniej połowa utworów w ostatnim tomie Przy-
bosia posiada piętno autentyzmu. Jest to może autentyzm cokolwiek skażony, za bardzo wtło-
czony  w  ramy  nowatorstwa”.  (S.  Czernik, 

Próba  analizy  wierszy  autentycznych,  „Okolica

Poetów” 1938, nr 9.)
Przboś wyjeżdża do Paryża na stypendium ufundowane przez rząd francuski.

1939-1944

Podróżuje po krajach Europy Zachodniej. Po agresji Niemiec hitlerowskich na Polskę za-

mieszkuje w zajętym przez Armię Czerwoną Lwowie. Uczestniczy w imprezach związanych

background image

77

z  85  rocznicą  śmierci  Adama  Mickiewicza;  wchodzi  w  skład  redakcji  „Nowych  Widnokrę-
gów”  (obok  Wandy  Wasilewskiej,  Tadeusza  Boya-Żeleńskiego).  Z  chwilą  zajęcia  Lwowa
przez  wojska  hitlerowskie  (latem  1941  roku)  rozpoczyna  pracę  w  ogrodach  miejskich.  14
października 1941 roku zostaje uwięziony przez gestapo; zwolniony z braku dowodów winy –
zarzucanej mu kolaboracji z NKWD. „Tylko ten, kto był skazany na śmierć, a uszedł –wie, co
to  jest  pierwotna,  głębin  naszego  istnienia  sięgająca  radość.  (Doznałem  jej).”  (

Zapiski...s.

128.)

Przedostaje się do Gwoźnicy, pracuje na roli; pisze wiersze, które wchodzą do zbioru 

Póki

my  żyjemy  –  kolportowanego  nielegalnie  przez  Bibliotekę  Poetycką  Krakowa  (w  imieniu
konspiracyjnej  oficyny  wydawniczej  z  poetą  nawiązują  kontakt  Tadeusz  Jęczalik  i  Adam
Włodek); w 1943 roku jest to rękopis z okładką zaprojektowaną przez Marię Jaremę; w 1944
roku  –  maszynopisy  sygnowane  pseudonimami  Julian  Wgłąbleski  (brawurowe,  jak  na  owe
czasy, nawiązanie do znanego przecież tytułu liryków przedwojennych Przybosia 

W głąb las)

i Lesław  Leski; ukazuje się także zbiorek liryków 

Do ciebie o mnie – podpisany pseudoni-

mem Bolesław Skieteń (1944).

„[...]  maksymalizm  poetycki  Przybosia  sprawiał,  że  wielu  młodych  z  mojego  pokolenia

przyjmowało Przybosia jak utraconą wiarę. W czasie wojny, kiedy leciały bomby, a nad gło-
wą  rozrywały  się  pociski  obrony  przeciwlotniczej,  gdy  na  niebie  roztaczała  się  wspaniała  i
groźna  feeria  błysków,  świateł  i  wybuchów,  kiedy  w  całej  dosłowności  spełniały  się  wizje
poetyckie  naszego  ulubionego  poety  –  leżeliśmy  w  bruździe  zoranej  ziemi  i  czując  całym
ciałem jej dotknięcie, powtarzaliśmy w pamięci jak modlitwę:

Ziemia nieść mnie będzie w wieczność koło słońca.

Na ścianie naszego pokoju zawieszaliśmy cytaty z Przybosia. Na pierwszym miejscu:

Sprawdzam szeptem wyraz ostatni.

Gdy opowiadałem o tym Przybosiowi tuż po wyzwoleniu w  Lublinie, odrzekł poważnie:

»Tak, trzeba sprawdzać szeptem wyraz ostatni.« I znacząco podniósł palec w górę.” (A. Ka-
mieńska, 

Od Leśmiana, Warszawa 1974, s. 114 – 115.)

W sierpniu 1944 roku przekracza linię frontu, przedostaje się do Rzeszowa, nawiązuje kon-
takt z instytucjami nowej władzy, uczestniczy w pracach propagandowych WRN w Rzeszo-
wie,  potem  –  w  Lublinie  –  zostaje  członkiem  Krajowej  Rady  Narodowej.  Wkrótce  pisarze
powierzają mu funkcję prezesa reaktywowanego Związku Zawodowego  Literatów Polskich.
W Lublinie ukazuje się kolejne wydanie tomu 

Póki my żyjemy; recenzje ogłaszają m.in. Ka-

zimierz Czachowski i Artur Sandauer.

1945-1946

Przenosi  się  do  Krakowa,  pracuje  w  redakcji  tygodnika  „Odrodzenie”,  wstępuje  do  Pol-

skiej Partii Robotniczej, wydaje duży wybór poezji 

Miejsce na ziemi. „Utwory, które do zbio-

ru nie weszły, skazuję na zapomnienie” oświadcza w przedmowie. Kazimierz Wyka w szkicu
poświęconym  temu  wyborowi  eksponuje  „moment  cyklopi”  –  najważniejszy  w  świecie  po-
etyckim Przybosia. „W centrum obrazowania autora 

Miejsca na ziemi jawi się  c z ł o w i e k

– c y k l o p, człowiek zdolny do dzieł metaforycznych, na które nie stać go w świecie rze-
czywistym. [...] Człowiek chwyta za krawędź horyzontu i ściąga nowy krajobraz (

Spotkanie).

W gniewie ramieniem zrywa most (

Z błyskawic). Oczy dzierżą zjazd, by nie runął (Istnieć).

Poeta dotykiem ustala zieleń, oczyma wyprowadza kształty (

Ląd). [...] Poeta mówi obszarem.

Usta wymawiają hale. Sądziłbyś, że słowo tak samo tutaj stwarza i nazywa, ale cóż za różni-

background image

78

ca! Słowo o podobnych powiedzeniach to tylko  j e d e n  z e  s k ł a d n i k ó w  c y k l o p i e
j  m o c y  c z ł o w i e k a.” Wedle Wyki „moment cyklopi” gaśnie w wierszach okupacyj-
nych, w „charakterystyczny sposób zniknie on w czasie wojny”: teraz , pod hitlerowską oku-
pacją,  w  poezji  Przybosia  „słowo  staje  się  znakiem  jedynym  i  niezastąpionym”.  (K.  Wyka,
Wola wymiernego kształtu, „Twórczość” 1945, według tegoż autora Rzecz wyobraźni, War-
szawa 1959, s. 306 – 307 oraz 318.) Przyboś ogłasza eseje o poezji, inicjuje polemiki (m.in.
na temat pisarstwa ludowego). Wracają zarzuty sprzed wojny – dotyczące niezrozumialstwa
dzieł Przybosia. Artystyczne problemy poezji, tak ważne dla Przybosia, w krytyce coraz czę-
ściej są określane jako formalistyczne, parnasistowskie, przestarzałe, niegodne nowej epoki.
Woła Jastrun w sporze z Przybosiem: „Dzisiaj spierać się o tę czy inną formę rytmiczną, o ten
czy inny rym? Nie, nie cofniemy się do dyskusji parnasistów.” (

W obronie poezji, „Kuźnica”

1946, nr 6.) Znamienne jest – dla późniejszych kształtów eseistyki literackiej – owo zbiorowe
„my”  w  wypowiedzi  Jastruna.  O  poezji  przestają  decydować  indywidualne  racje  twórców  i
teoretyków – formuje się ponadindywidualne, nakazowo-rozdzielcze „my” komunikacji lite-
rackiej w Polsce.

1947-1954

Podejmuje starania o wyjazd do Paryża; wyjeżdża do Berna w Szwajcarii jako poseł nad-

zwyczajny i minister pełnomocny Polski; obywa podróż do Włoch; epizod dyplomatyczny w
biografii Przybosia trwa do sierpnia 1951 roku. Jego książki poetyckie: 

Wybór poezji (1949) i

Rzut pionowy (1952) nie wywołują tak żywego, jak dawniej, rezonansu w krytyce. Stosun-
kowo więcej recenzji pojawia się po wydaniu tomu  szkiców 

Czytając  Mickiewicza  w  1950

roku  (m.in.  omówienia  Jana  Błońskiego,  Marii  Janion,  Czesława  Zgorzelskiego,  Henryka
Markiewicza) i w 1953 roku, gdy ukazuje się zredagowana przez Przybosia antologia polskiej
pieśni  ludowej 

Jabłoneczka.  „Spośród  około  dwudziestu  tysięcy  tekstów  pieśni  ludowych,

zapisanych w ciągu stu lat, wybrałem sześćset siedemdziesiąt cztery. Za główną zasadę wybo-
ru przyjąłem wartość poetycką pieśni, które zwróciły moją uwagę swoim pięknem” – stwier-
dza w przedmowie; rzetelne studia nad folklorem polskim wiązały się z pracą poety na sta-
nowisku  dyrektora  Biblioteki  Jagiellońskiej  w  Krakowie  (od  jesieni  1951  roku).  Zarówno
twórczość Mickiewicza, jak i pieśń ludowa interesowały Przybosia w owych latach w sposób
niewymuszony, ale też – po ogłoszeniu przez Zjazd Szczeciński w 1949 roku „jedynie słusz-
nej” metody realizmu socjalistycznego – należały do ograniczonego repertuaru tematów tole-
rowanych przez ówczesną politykę kulturalną. Trudniej było znaleźć miejsca wspólne między
oryginalną twórczością poetycką Przybosia a normami poezji socrealistycznej. W latach stali-
nizmu „Przyboś fascynował nie tylko jako autor tego, co  napisał,  budził  respekt  także  tym,
czego nie napisał, a nie pisał wierszy ku czci..., z okazji..., na rocznicę... W czasie, gdy poezja
stała się służką trywialnie pojmowanej aktualności, wydawał się poetą, który zawsze jest so-
bą, któremu w twórczości nieznany jest oportunizm. Dzisiaj trzeba by może w jakiejś mierze
mniemanie to zrewidować, także w jego poezji z tamtych lat odnaleźć można pogłosy ówcze-
snych postulatów, z tym wszakże, iż wprowadzał je w obręb tego, co sam wypracował, nie
naginał siebie do postulowanej poetyki, ale – przeciwnie – zalecaną poetykę usiłował nagiąć
do reguł swojej sztuki poetyckiej.”  (M. Głowiński, 

Wspomnienia..., s. 390 – 391). Potwier-

dzeniem  sądu  Głowińskiego  mogą  być  interpretacje  wierszy  Przybosia  z  początku  lat  pięć-
dziesiątych  w  mojej  książce 

Poezja  polska  w  latach  1939  –  1965,  cz.  I.  Strategie  liryczne,

Warszawa 1984, s. 156 – 162, 171, 175 – 177.

background image

79

1955

Blokadę  milczenia  wokół  poezji  Przybosia  przełamuje  esej  Artura  Sandauera 

Esteta  czy

Scyta? Albo robotnik wyobraźni („Twórczość” nr 3). Ukazuje się tom poezji i miniatur ese-
istycznych Przybosia 

Najmniej słów, a także recenzje tego tomu. „Widzimy [...], jak grubym

nieporozumieniem  jest  dotychczasowa  opinia  krytyki  o  Przybosiu.  Dostrzegała  ona  wyraz
wojującego  estetyzmu  w  tej  wytężonej  w  przyszłość  i  roboczej  poezji,  której  kreacjonizm
wyraża jedynie tęsknotę za działaniem realnym [...] Zapewne, forma tej poezji bywa niełatwa;
tu i ówdzie grozi jej wysilenie, przeładowanie czy nawet pretensjonalność. Prawdziwą jednak
miarę artysty dają szczytowe jego osiągnięcia; nie manowce, lecz odkrycia” – pisał Sandauer
we wspomnianym wyżej szkicu. W 

Najmniej słów, w części Objaśnienia, Przyboś formułuje

koncepcję sytuacji lirycznej (zob. rozdział w tej książeczce 

Czytając Przybosia); utrwala teo-

rię odmienności języka poezji i języka prozy; polemizuje z ideą Cypriana Norwida, który gło-
sił, że poezja, podobnie jak krasomówstwo, powinna najcelniej nazywać świat: „Odpowiednie
dać rzeczy słowo”; kwestionuje siłę wyrazu poetyckiego dzieła Włodzimierza Majakowskie-
go  (jest  to  głównie  polemika  z  majakowszczyzną  młodej  generacji  poetów  –  nazywanych
pryszczatymi); twierdzi, iż miarą wielkości tekstu lirycznego jest jego nieprzetłumaczalność.
„Nie jestem tłumaczem, ale zdarzyło się, że przełożyłem trzy wiersze Majakowskiego. Tłu-
maczyło  mi  się  nadzwyczaj  łatwo  i  szybko.  Koledzy  dali  mi  też  na  próbę  pewien  drobny
wierszyk Puszkina. Prawda, wybrali szczególnie trudny. Wniknąłem weń – i nawet nie pró-
bowałem tłumaczyć. Wszystko w nim było doskonałe, niczego nie wolno było tknąć, niczego
zmienić. Arcydzielny, a więc nieprzetłumaczalny.” (

Najmniej słów, Kraków 1955, s. 183.)

1956-1957

Coraz liczniejsze publikacje i wyjazdy zagraniczne. W „Przeglądzie Kulturalnym” ogłasza

wiersz 

Październik 1956. Ukazuje się drugie wydanie Czytając Mickiewicza. W języku kry-

tyki pojawia się znów – już bez ujemnych zabarwień – słowo „awangarda”, które odnosi się
zarówno  do  doświadczeń  lat  dwudziestych,  jak  i  do  najnowszych  idei  sztuki  nowatorskiej.
„Musimy się więc zastanowić, czy będziemy mówić o tej awangardzie, którą mamy w pamię-
ci  sprzed  wojny,  czy  też  o  teraźniejszym  ruchu  nowatorskim,  będącym  jej  kontynuacją”  –
mówi Przyboś w dyskusji 

Co dzisiaj znaczy „awangarda” („Dialog” 1957, nr 5); nie tylko on

dostrzega ciągłość nurtu awangardowego w sztuce XX wieku; ciągłość zrywaną dwukrotnie –
przez  wojnę  i  przez  stalinizm.  Lecz  rehabilitacja  awangardowości  nie  oznacza  jej  triumfu.
Zarówno  dziedzictwo  „Zwrotnicy”,  jak  i  postawa  Przybosia,  mają  przeciwników.  W  1957
roku Czesław Miłosz pisze w swym 

Traktacie poetyckim:

Awangardzistów było bardzo wielu,
Podziwu godny z nich jest tylko Przyboś.
W sól, w popiół padły narody i kraje
A Przyboś został, tak jak był, Przybosiem.
Żadne szaleństwo serca mu nie zżarło.
Ludzkie – więc łatwiej takich się rozumie.

W czym jego sekret? Już w Anglii Szekspira
Kierunek powstał tak zwany euphuism:
Pisać doradzał tylko metaforą.
Pod spodem Przyboś był racjonalistą,
Uczucia miewał, jakie są wskazane
Dla rozsądnego członka społeczeństwa.

background image

80

Równie mu obcy i smutek i humor.
On chciał w ruch puścić statyczne obrazy.

Awangardziści raczej się mylili.
Wskrzeszając stary krakowski obrządek,
Więcej uwagi przypisując słowom
Niż słowa unieść mogą bez śmieszności.
Czuli, że z mocno zaciśniętej szczęki
Głos im wychodzi jakimś sztucznym basem,
I że wybiegiem zalęknionej sztuki
Jest ich marzenie o ludowej sile.

Poprzednicy Miłosza zarzucali Przybosiowi zawiłość jego konstrukcji lirycznych, kult nie-

zrozumialstwa.  Miłosz  postępuje  inaczej  –  dyskredytuje  tę  lirykę  jako  twór  uczuć  łatwych,
obcych namiętnościom czy szaleństwom, bliskim przeciętności („Ludzkie – więc łatwiej ta-
kich się rozumie”). W latach powstania pamfletu Miłosza ataki na sztukę trudną traciły impet
– silniej brzmiały oskarżenia o banał.
W życiu prywatnym poety ważnym wydarzeniem są narodziny Uty (kwiecień 1956); od 1952
roku małżeństwo Przybosia z Bronisławą przeżywa kryzys, Przyboś poznaje młodą plastycz-
kę Danutę Kule; Uta jest ich córką (imię to skrót imienia „Danuta” i zarazem japońska nazwa
poezji). Występuje z PZPR.

1958

Ukazuje  się  antyawangardowy  manifest  Jerzego  Kwiatkowskiego 

Wizja  przeciw  równa-

niu. Nowa walka romantyków z klasykami („Życie Literackie” 1958, nr 3). Klasykami czyli
poetami  „równania”  (intelektualizmu,  konstrukcji)  są  zdaniem  krakowskiego  krytyka  Przy-
boś, także Tadeusz Różewicz i Zbigniew Herbert; romantykiem jest natomiast Harasymowicz
– poeta wyobraźni, spadkobierca ekspresjonizmu, nadrealizmu oraz kontynuator poetyki Kon-
stantego  Ildefonsa  Gałczyńskiego.  Wprawdzie,  pisze  Kwiatkowski,  „Przyboś  to  po  prostu
wielki poeta”, ale nie on, nie jego estetyka określa nowy nurt  w polskiej popaździernikowej
sztuce słowa. Replika Przybosia: „Jego głośny artykuł to niewypał. Niepoważne analogie hi-
storyczne: klasycy – romantycy. W Polsce ten pierwospór staje się już maniakalnym wzorem”
(„Życie Literackie” 1959, nr 15.) Wcześniej jeszcze odpowiadając Kwiatkowskiemu Przyboś
zamieścił w „Życiu Literackim” (1958, nr 5) kilka miniatur prozą, które zatytułował 

Zapiski

bez daty – odtąd co pewien czas pod tym właśnie tytułem będzie ogłaszał swoje „spostrzeże-
nia, myśli, dywagacje, przypomnienia, zarysy wierszy” aż  do  edycji  książkowej,  która  uka-
zała się już po jego śmierci. Wydaje zbiór liryków 

Narzędzie ze światła; recenzje piszą m.in.

M. Głowiński i J. Kmita.

1959-1961

Spotkania  autorskie,  sympozja  i  festiwale  poetyckie,  dyskusje  redakcyjne,  nowe  starcia

polemiczne. Wiersze Przybosia ukazują się po niemiecku w tłumaczeniu i pod redakcją Karla
Dedeciusa w antologii 

Lektion der Stille (1959). Wychodzi drukiem dwutomowy zbiór ese-

jów Przybosia 

Linia i gwar (liczne recenzje), a także tom liryków Próba całości – omawiają

ten zbiorek m. in. M. Głowiński, J. J. Lipski, J. Kwiatkowski, J. Rogoziński. W „Ruchu Lite-
rackim” (1960, z. 1) Jan Prokop ogłasza ważny szkic 

Budowa obrazu u Przybosia.

background image

81

1962

Nadal: festiwale poetyckie, sympozja, spotkania autorskie. W „Przeglądzie Kulturalnym”

(nr 45) publikuje 

Odę do turpistów. Parafrazując Odę do młodości Mickiewicza Przyboś za-

rzuca młodym poetom kult brzydoty, urzeczenie chorobą, wtórność wobec dziedzictwa prze-
szłości (od księdza Baki do Baudelaire’a). Z cytatów i parafraz cudzych wierszy można się
domyślać, iż „turpisami” są dla Przybosia Tadeusz Różewicz, Zbigniew Herbert, Miron Bia-
łoszewski, Stanisław Grochowiak. Polemika prowadzi do przyjęcia terminu „turpizm” – wy-
różniającego zarówno twórczość antyawangardowo zorientowanych autorów, jak i ich trady-
cję (zob. J. Detko, 

Poprzednicy turpizmu, „Miesięcznik Literacki” 1966, nr 4; B. Biernacka,

Style  i  postawy,  Poznań  1969).  Grochowiak  i  Ireneusz  Iredyński  odpowiadają  Przybosiowi
wierszami; ich teza – brzydota jest prawdą o nas i o naszym świecie. „Ostatnią polemikę sto-
czyłem z turpistami. Obawiam się jednak, że polemika ta nie pomogła zwolennikom »mizera-
bilizmu«  do  osiągnięcia  pożądanego  celu,  do  utwierdzenia  się  we  własnych  przekonaniach
(czy tylko intuicjach) światopoglądowych. Kto nieco bystrzej niż recenzenci obserwuje, co się
dzieje w poezji, zauważy, że od czasu tej polemiki turpiści stracili swój »jad«. Przestali być
wyzywająco  inni  [...]  –  zszarzeli,  sklasycznieli,  skończyli  na  elektryzmie.”  (

Chaos  i  rygor.

Korespondencyjny  wywiad  z  poetą  przeprowadził  w  imieniu  redakcji  Michał  Sprusiński,
„Nowe  Książki”  1970,  nr  5.)  Polonistyka  uniwersytecka  coraz  częściej  analizuje  twórczość
Przybosia  –  coraz  więcej  pojawia  się  interpretacji  jego  wierszy  (na  przykład  interpretacja
wiersza 

Chwila z tomu W głąb las w książce M. Głowińskiego Poetyka Tuwima a polska tra-

dycja literacka, Warszawa 1962, s. 86 – 88). Ukazuje się tom  Więcej o manifest; recenzują
m.in. R. Matuszewski, J. Rogoziński, A. Słucki.

1963-1964

Maria Renata Mayenowa ogłasza interpretację wiersza Przybosia 

Żyjąc sobie spacerem (z

cyklu 

Do Ciebie o mnie) w książce O sztuce czytania wierszy (Warszawa 1963). Ukazuje się

tom esejów Przybosia 

Sens poetycki, recenzje piszą m.in. Zbigniew Bieńkowski, Julia Har-

twig,  Zdzisław  Łapiński.  Dedecius  wydaje  niemiecki  wybór  liryków  Przybosia 

Gedichte.

Nadal: spotkania autorskie, sympozja, wystąpienia publiczne w sporach o kształt sztuki.

1965

Wyjazdy  na  międzynarodowe  festiwale  i  spotkania  poetów.  Przyboś  zostaje  zastępcą  re-

daktora naczelnego miesięcznika „Poezja”; ukazuje się jego zbiorek wierszy 

Na znak (liczne

recenzje).  „A  przecież  właśnie  Przyboś,  jak  nikt  inny,  zaważył  na  wyglądzie  nowatorstwa
poetyckiego w dzisiejszej poezji. Oddziaływanie Przybosia polega na tym, że swoją koncep-
cją mowy poetyckiej mobilizuje on dążenia programowo przeciwastawiające się tej koncepcji,
zmusza do krystalizacji (czy też wyprowadza ze stanu bezimienności, jak w wypadku »turpi-
zmu«) niezgodę na własne usiłowania. Iluż to mieliśmy w ostatnich latach – antyprzybosiów!
Nie wszystkie z reakcji antyprzybosiowskich miały dalsze ciągi, liczą się tylko te, które wy-
szły poza pierwsze stadium niezgody, przeobrażając się w propozycje  pozytwne,  w  poetyki
same zdolne uzasadnić swe istnienie.” (J. Sławiński, 

Próba porządkowania doświadczeń. No-

watorskie przedsięwzięcia poezji polskiej w latach ostatnich. W zbiorze: Z problemów litera-
tury polskiej XX wieku, T. III, Literatura Polski Ludowej, Warszawa 1965, s. 264.) Sławiński
eksponuje zwłaszcza rolę poetyckich doświadczeń Przybosia w uformowaniu poezji lingwi-
stycznej (Bieńkowski, Białoszewski, Karpowicz). „Zdanie Przybosia, że »poezja jest perma-
nentnym rewizjonizmem językowym«, i zdanie Eliota, że jest ona przypomnieniem tego, co w
danym języku nieprzetłumaczalne [taki sąd pojawia się także w 

Najmniej słów Przybosia! –

background image

82

E. B.], można by uznać za formuły wytyczające główne pole eksploracji wymienionych po-
etów.” (Tamże, s. 267.) Równocześnie ukazuje się – entuzjastycznie oceniona przez Przybo-
sia – książka Sławińskiego 

Koncepcja języka poetyckiego awangardy krakowskiej (Wrocław

1965). Badacz koncentruje się głównie na podobieństwach i różnicach poezji i poetyki Peipe-
ra i Przybosia; ukazuje widzenie języka poezji jako „języka w języku”, a więc mowy ostenta-
cyjnie swoistej, wyłamującej się z nakazów prozy użytkowej. „Z d a n i e  m e t a f o r y c z n
e – jak je określali awangardziści – to układ, w którym toczy się nieustanna polemika między
relacjami na osi następstwa i relacjami w porządku »równoczesności«. Zdanie prozaiczne jest
jak gdyby jednoliniowe – w jego rozpiętości nazwy wiążą się ze  sobą wyłącznie w szeregu
sukcesywnym. Natomiast w zdaniu typu:

Wtedy:
zjadacz, uzbrojony w chochlę,
nawet nie wystawiwszy z barszczu uszek,
w sto jam ustnym rozkopanych widelcami
wtaczał bryły miąs,
rozszerzał się,
trząsł,
pęczniał, wypacając porami
brzuszek.

(J. Przyboś 

Jadłospis)

–  słowa  nie  tylko  następują  po  sobie,  wypełniając  schemat  składniowy,  ale  –  dodatkowo  –
uczestniczą w opozycjach, które mają charakter systemowy. »Uszka« zostają zaktualizowane
w podwójnym sensie – jako »uszka zjadacza« i jako »uszka w barszczu«. Słowo »jama« zo-
staje najpierw znaczeniowo skonkretyzowane jako »jama ustna«, by zaraz ujawnić swój drugi
sens (»rozkopana«), który z kolei podlega zaprzeczeniu przez aluzję do poprzednio wyłonio-
nego (»rozkopana«, ale – »widelcami«).” (Tamże, s. 49–50).
Rozprawa Sławińskiego wyznacza kierunek, a także język refleksji, w nowym ujęciu zjawiska
awangardyzmu i twórczości Przybosia. Jednocześnie wyeksponowanie lingwistycznych źró-
deł oraz rozwiązań w utworach Przybosia – kosztem odniesień do  rzeczywistości pozajęzy-
kowej – budzi zastrzeżenia m.in. autora niniejszej książeczki;  w recenzji poświęconej pracy
Sławińskiego twierdzę, iż u Przybosia, choćby w jego wierszu 

Pochód, „dwoistość wypowie-

dzi poetyckiej, nastawionej na kod, ale i na rzeczywistość, i to rzeczywistość najczęściej wi-
dzialną,  przedmiotową,  nie  została  zlikwidowana.”  (E.  Balcerzan, 

Oprócz  głosu,  Warszawa

1971, s. 186.)

1966

„O  Przbosiu  wiele  napisano.  Sądzę  jednak,  że  za  każdym  nowym  tomem  jego  wierszy

uzupełnia się obraz jego poezji. Walka artysty z widzialnością  coraz częściej nabiera rysów
tragicznych, coraz bardziej obecna jest w niej perspektywa kresu ewokowana przez nawroty
do  dawnych  motywów,  obrazów,  które  przestały  już  być  dawnymi  motywami  i  obrazami,
umarły i zaginęły.” (J. Łukasiewicz, 

Rok poetycki 1965. „Poezja” 1966, nr 12, s. 76). W „Po-

ezji” – dużo tekstów Przybosia. Kolejne miniatury z cyklu 

Zapiski bez daty; uwagi na temat

ruchu  recytatorskiego,  czyli,  jak  go  nazywa,  Wolnego  Ruchu  Twórczej  Mowy;  polemika  o
postęp w sztuce – Przyboś twierdzi, iż choć arcydzieła są nieśmiertelne i sobie równe, to jed-
nak „istnieje postęp w sztuce przedstawiania i w wyrażaniu artystycznym tego, co się przed-
stawia” („Poezja” nr 12, s. 92). Wita tom interpretacji wierszy 

Liryka polska (pod redakcją

background image

83

Jana Prokopa i Janusza Sławińskiego) jako rzecz „w naszej krytyce nową”; wypowiadając się
na temat omawianego w 

Liryce polskiej przez Jana Błońskiego Sonetu I Mikołała Sępa Sza-

rzyńskiego wyraża przeświadczenie, iż „Skoro mamy do czynienia z poetą wielkim, nie moż-
na wątpić, że wszystko w jego utworze jest celowe.” („Poezja” nr 7, s. 46.) Jako wiceprezes
polskiego oddziału PEN-Clubu odbywa podróże do USA, Gruzji, Francji.

1967-1968

„Miejsce Przybosia we współczesnym świecie literatury? Jest to  miejsce nieporównywal-

nie własne. Gniew, który budzi żądaniem nieustannego wysiłku, daje mu szacunek współcze-
snych, ale nie daje mu popularności. Popularność zdobywa się schlebianiem gustom i nawy-
kom. Przyboś nigdy nie schlebia, on zawsze żąda. [...] Dla artysty absolutnie wierzącego w
sztukę sztuka jest absolutem – i tu rozgrywa się dramat sprzeczności – absolutem subiektywi-
zmu,  absolutem  niemożliwym  do  zobiektywizowania,  istniejącym  na  własną  tylko  miarę,  a
więc na miarę jedynej, nieporównywalnej i niezastąpionej siły pragnienia i energii wizji.” (Z.
Bieńkowski, 

Poezja i niepoezja, Warszawa 1967, s. 158 – 160.) W książce Teresy Kostkiewi-

czowej, Aleksandry Okopień-Sławińskiej i Janusza Sławińskiego 

Czytamy utwory współcze-

sne (Warszawa 1967) A. Okopień-Sławska ogłasza piękną interpretację wiersza Przybosia Z
Tatr.
W marcu 1968 roku Przyboś występuje z redakcji „Poezji”, wchodzi do redakcji „Miesiączni-
ka Literackiego” i tu, w numerze marcowym, publikuje kolejne miniatury z cyklu 

Zapiski bez

daty; na tle ówczesnych napięć szczególną wymowę ma miniatura O Żydach i bogach. „Brak
Żydów w Polsce odczuwam jako jej niepełność, niedostateczność wyrazu, okaleczenie. Przed
wojną,  przeciwstawiając  się  szerzonemu  antysemityzmowi,  propagowałem  w  swoim  kółku
właśnie Judeo-Polonię, nowy naród, zespolony z tych dwóch narodowości zamieszkujących
wspólnie od wieków ziemię nad Wisłą. I niewiele brakowało, że byłbym się ożenił z Żydów-
ką, której ojciec chodził w jarmułce; wyjechała jednak do Palestyny” (nr 3, s. 15). Ukazuje się
tom liryków Przybosia 

Kwiat nieznany; recenzje m.in. R. Krynickiego, M. Płacheckiego, A.

K.  Waśkiewicza,  L.  Sokoła  (jak  z  tego  wykazu  nazwisk  wynika,  Przyboś  wciąż  fascynuje
młodych i coraz młodszych krytyków i poetów; wciąż jego poezja stanowi układ odniesienia
dla nowych myśli i dzieł poetyckich). Podróże do Bułgarii i Belgii.

1969

„Rok 1969 był w jego życiu okresem szczytu i przełomu. Brał udział we wszystkich zjaz-

dach literackich, parokrotnie wyjeżdżał za granicę, jakby powodowany przeczuciem katastro-
fy chciał odwiedzić po raz ostatni te miejsca na ziemi, z którymi był szczególnie blisko zwią-
zany: Paryż, któremu zawdzięczał tyle arcydzieł, Nowogródek, skąd wyszedł najbliższy mu
poeta.  Katastrofa  nastąpiła  z  końcem  1969  r.  Była  to  nieznacząca  na  pozór  »fuksja«,  która
spowodowała  usztywnienie  połowy  twarzy.  Winne  było  –  twierdzili  lekarze  –  narażone  na
przeciągi i zbyt wysokie, bo aż na trzecim piętrze położone mieszkanie. Należało je za wszel-
ką cenę zmienić; wszyscy się na to godzili, poszły pisma, gdzie trzeba, sprawa była – mówio-
no ogólnie – załatwiona, brakło tylko – mieszkania. Nie mając gdzie mieszkać, Przyboś osiadł
w Domu Pracy Twórczej w Oborach, gdzie odwiedzali go najbliżsi i skąd dojeżdżał na zabie-
gi  do  Warszawy.  [...]  Był  to  okres  stopniowego  uwiądu  fizycznego  i  wspaniałego  rozkwitu
poetyckiego.  Wszystkie  wiersze  mówiły  o  śmierci  [...].”  (A.  Sandauer, 

Matecznik  literacki,

Kraków  1972,  s.  73  –  74.)  Poeta  w  „Miesięczniku  Literackim”  ogłasza  szkic 

Strzemiński

przed śmiercią. Rozważa kwestie psychologii umierania oraz towarzyszenia agonii człowieka
bliskiego.  „Okłamywanie  śmiertelnie  chorych  nigdy  nie  wydawało  mi  się  aktem  ludzkości,
ale  tchórzliwej  obłudy  –  tchórzliwej  wobec  i  siebie,  i  tych  okłamywanych.  Ludzie  prości

background image

84

umieją umierać z godnością. Widziałem na wsi, jak konali mój najstarszy brat i ojciec: ani oni
się w czasie choroby nie łudzili, że wyzdrowieją, ani nikt w chałupie nie krył, że umierają.”
(nr 6, s. 62 – 63). Publikuje dużo recenzji, szkiców, polemik.  „Pamiętam, jak oburzony był
opublikowaniem w »Poezji« artykułu Gajcego, gdzie ów, godny skądinąd podziwu, żołnierz
AK określał – pod inspiracją modnych w pewnych kołach prądów rasistowskich – twórczość
Leśmiana  i  Tuwima  jako  obcą  narodowi  polskiemu.  Gajcy  –  pisał  Przyboś  na  łamach
»Współczesności« – miał wówczas 19 lat i byłby zapewne zmienił zdanie; co jednak sądzić o
redakcji, która zamieszcza dzisiaj bez słowa komentarza tego rodzaju wypowiedzi?” (A. San-
dauer, op. cit., s. 73.)

1970

Ukazują się 

Wiersze i obrazki, tomik z ilustracjami Uty Przyboś. Poeta zamierza nakręcić

w Gwoźnicy film. 6 października uczestniczy w obradach II Międzynarodowego Zjazdu Tłu-
maczy Literatury Polskiej w Warszawie. Wspomina Ryszard Matuszewski: „Prowadził wie-
czór. Występowali tłumacze literatury polskiej przybyli na zjazd zorganizowany przez ZLP i
Agencję  Autorską.  Czytali  wiersze  polskie,  przez  siebie  tłumaczone,  w  swoich  językach.
Ostatnie słowa Przybosia, który zapowiadał każdy występ, dotyczyły japońskiego przekładu
bajki Kerna, który właśnie odczytała jego tłumaczka. Poeta żartobliwie dopatrywał się kohe-
rencji  między  egzotycznym  brzmieniem  przekładu  a  treścią  bajki:  »Zauważyli  państwo  te
językowe wibracje w przekładzie bajki o piesku? Wydaje się, jakby miał trefioną sierść...« Po
tej uwadze poeta zapowiedział występ Anny Posner, która zaczęła czytać francuski przekład
wiersza  Jastruna 

Franz  Kafka.  Zdążyła  przeczytać  zaledwie  kilka  wersów,  gdy  nagle  zoba-

czyliśmy poruszenie przy stole prezydialnym i postać poety przechylającą się bezwładnie na
bok. W godzinę później Julian Przyboś nie żył.” (

Wspomnienia..., s. 139 – 140.) „Przystanęli-

śmy – pisze Kazimierz Wyka (tamże, s. 238 – 239) – u jego trumny w piątek, 9 października
1970, z zatrzymanym pod powieką  widokiem pełnego w tym dniu słońca i już przez jesień
dotkniętego Ogrodu Saskiego. Przyboś zgodnie z Władysławem Strzemińskim nazywał to  p
o w i d o k i e m. [...] Przyniesione kwiaty były pełnobarwne,  strzępiaste i bez zapachu. W
innej dłoni nieliczne róże październikowe:

Olśniony – nie dojrzałem róży:
światło było tylko cieniem jej woni.”

Rok wcześniej, 9 listopada, umarł Tadeusz Peiper. Chorujący wówczas ciężko Przyboś nie

mógł być na jego pogrzebie.

*

Informacje  wykorzystanie  w  rozdziale 

Życie,  twórczość,  recepcja  zawdzięczam  przede

wszystkim  pracy  Józefa  Duka 

Kalendarium  życia  i  twórczości  Juliana  Przybosia  z  tomu

Wspomnienia...  Czytelnikom  zainteresowanym  bardziej  szczegółowym  obrazem  biografii
poety polecam zarówno 

Kalendarium... Duka, jak i materiały pomieszczone we  Wspomnie-

niach o Julianie Przybosiu.

background image

85

IV. GŁOSY O PRZYBOSIU – PO ŚMIERCI POETY

Był ostatnim prometejskim romantykiem: wierzył w skuteczność poezji, sztuki.

(

Pamięci Juliana Przybosia, „Twórczość” 1970, nr 12)

J e r z y  K w i a t k o w s k i

ŚWIAT POETYCKI PRZYBOSIA

Samoswojość, daleko posunięta oryginalność poezji Przybosia – decydują o specyficznym

charakterze przemian, jakie dokonują się w niej. W coraz większym stopniu respektując wła-
sne jedynie prawa i dążąc do własnych jedynie celów – poezja ta zmienia się wolniej niż – na
przykład – poezja skamandrytów. Na zjawisko to wpływa nie tylko  odporność  poety  na  at-
mosferę  literacką  epoki  i  nie  tylko  tworzywo  tematyczne  i  wyobrażeniowe,  w  którym  od
pewnego  momentu  dominuje  krajobraz;  wpływa  także  niezwykła  powaga,  z  jaką  Przyboś
traktuje wytwory swojej pracy. Nic tu z wielkopańskiej nonszalancji wobec własnej twórczo-
ści: często przedrukowując swoje wiersze, poeta zmienia je, udoskonala, przerabia; ogłaszając
wydania  retrospektywne,  broni  się  przed  historycznym  traktowaniem  swojego  dorobku,  za
każdym razem – niekiedy  kosztem wielu wierszy – dąży do  wydania  książki  w  pełni  przez
siebie w danym momencie akceptowanej. Prowadzi jak gdyby swoją  poezję ze sobą: w cią-
głym czasie teraźniejszym.

*

Począwszy od tomu 

Póki my żyjemy „słońce” i „światło” należą – można to śmiało bez

obliczeń stwierdzić – do słów-kluczy poezji Przybosia. Bywają okresy, że jedno przynajmniej
z  tych  słów  pojawia  się  w  każdym  niemal  wierszu  poety.  Nie  chodzi  tu  zaś  jedynie  o  ich
funkcję  w  przedstawianiu  przezeń  pejzażu,  w  widzeniu  świata.  Zgodnie  z  zamieszczonym
powyżej sygnałem – grają one doniosłą rolę w ewokowanym przez tę poezję systemie świato-
poglądowym i należą do najważniejszych elementów zawartej w tych wierszach mitologii.

Zacznijmy od słońca – głównego źródła światła. Pamiętając, że i poeta od niego zaczął –

debiutując sonetem pt. 

Wschód słońca...

Na wstępie – warto tu odnotować włączenie tego motywu w tak istotny dla poezji Przybo-

sia mechanizm systemu kół. W wierszu 

Podróż po kraju (Rzut pionowy) czytamy:

...Wschód nawija na krąg słońca widnokręgi podróżnicze...

W ten sposób – zaczynający się na czoło wysuwać motyw zostaje natychmiast wciągnięty

w tryby rządzącej tą poezją wyobraźni. Ale przecież nie można zapominać, że motyw ten jest
już – implicite – w wyobraźni tej zawarty, że leży on u jej podstaw: i jako pierwowzór koła, i

background image

86

jako  uwarunkowanie  kolistego  (ściślej:  przebiegającego  po  zbliżonej  kształtem  do  okręgu
koła orbicie eliptycznej) ruchu Ziemi, i wreszcie jako uwarunkowanie zmian pór roku, skąd
wywodzą się i Przybosiowskie koła czasu, i – związane z mitami agrarnymi – Przybosiowskie
„zmartwychwstania”. (Słońce jest zatem dosłownie źródłem energii, motorem.) [...]

Istnieje wreszcie jeden jeszcze aspekt Przybosiowego kultu słońca: jego – jakżeby inaczej

– tajemnicza więź ze słowem:

i gdy mówię – słowo w słowo wschodzi słońce

(Znowu na rodzinnych polach)
(Póki my żyjemy)

wzeszło słońce i huknęło słowo świata.

Słońce wschodzące
(Narzędzie ze światła)

i wysławiam, słońce w słowie rozniecam.

(j.w.)

W pewnej mierze zestawienie to dyktuje zapewne poecie – nieobca mu i w innych wypad-

kach  –  skłonność  do  paronomazji:  wykorzystywania  przypadkowych  zbieżności  brzmienio-
wych. (Jednak – przypadkowych tylko z punktu widzenia naukowego.) ale związki te sięgają i
głębiej. Warto przypomnieć, że podwójne równanie: Słońce = Istota Bytu = Słońce, pojawiało
się w poezji Młodej Polski. Przybosiowskiemu:

wzeszło słońce i huknęło słowo świata

odpowiada – z nie tak w końcu odległej przeszłości – Antoni Lange:

Słowo jak słońce. [. . . . . . . . . . . . . . . . .]
[. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .]
Duch niezwalczony dąży wciąż do słońca,
Poznanie słowa – to poznanie Boga!

(Związek tych symboli, mający wielorakie źródła religijne i mistyczne, znajdziemy u Słowac-
kiego:  w  wywiedzionym  z  Apokalipsy  obrazie  Pani  Słonecznej,  Pani  Słowa  ze  słońcem  na
głowie – z 

Króla Ducha i z wiersza Góry się ozłociły...)

Istnieją  tu  wszakże  i  związki  mniej  mistyczne,  bardziej  z  pewnością  zgodne  ze  świado-

mymi zamysłami autora. I tak, w 

Wierszu starorocznym (Więcej o manifest) Przyboś zesta-

wia  ze  sobą  „słowo”  i  „słońce”,  wskazując  na  ich  wspólną  cechę:  „rozbłysk”  –  znaczeń  i
promieni. (Czyni to jednak w sposób nie tak prosty, mianowicie w kontekście, który mówi o
marzeniach poety, by słowo „słońce” – słońcem się stało... Notabene, owo spotkanie się słoń-
ca z odwiecznym „rajskim” marzeniem poetów nie jest w poezji tej odosobnione.)

Kiedy indziej znów, domagając się:

„Dajcie mi słońce Grecji,
a odmłodzę Homera!”

background image

87

pisze usprawiedliwiająco:

[...] moje słowo

jest światłoczułe i staje się cichsze,
kiedy słońce nie świeci.

Wstęp do poetyki
(

Więcej o manifest)

Przyznać  trzeba,  że  niezwykła  jest  ta  słoneczna  żarliwość  i  trudno  ją  w  tym  nawet  roz-

działku,  poświęconym  relacji:  słowo-słońce  –  rozpatrywać  w  kategoriach  językowych.  Wy-
raźniej niż w wielu innych wypadkach sprawdza się tu zasada zidentyfikowania poezji z ist-
nieniem.  Z  istnieniem  –  zdumiewająco  związanym  i  zsynchronizowanym  z  rytmami  życia
przyrody, zdumiewająco uwrażliwionym na procesy fotosyntezy. Z rytmami, bo już nawet nie
tylko chodzi tu o wiosenne „zmartwychwstanie” egzystencjonalno-poetyckie. W wierszu 

Na

szczycie  (Póki  my  żyjemy)  występuje  –  paralelny  –  motyw  współżycia,  zaangażowania  w
rytm  dzień-noc.  Poeta,  niby  jakiś  nowoczesny  Jozue,  zatrzymuje  dzień:  dokonuje  w  sobie
jego  zmartwychwstania.  Łączy  się,  istotnie  –  jak  o  tym  napisze  potem  w 

Jak  możliwy  jest

liryzm – przyjmuje komunię słońca:

Słońce jak krew zaszło
za moje oczy
i wschodzi
arteriami, uderzając w struny mowy, w krtań

Tak – z zachwytu nad słońcem, z przeżycia jego zachodu rodzi się wiersz. Tak ze słońca –

powstaje ta poezja, powstaje słowo.

J. Kwiatkowski, 

Świat poetycki Przybosia,

Warszawa 1972.

J a n  B ł o ń s k i

AKTUALNOŚĆ I TRWAŁOŚĆ

Istniała  fascynacja  Przybosiem,  zapoczątkowana  przez...  Jastruna  (ależ  tak,  dość  sięgnąć

do 

Spotkania w czasie,  gdzie tuwimowskie zwrotki pęcznieją  przybosiowymi  metaforami!).

Później także; prawdziwa przybosiolatria, którą i dziś uprawiają młodzi poeci, skłonni zwykle
do burzenia posągów! Źródłem zachwytu jest na pewno radykalna, wyrazista, konsekwentna
teoria i praktyka języka poetyckiego. Światopogląd Przybosia nie był na pewno tak ubogi, jak
mówił złośliwie Miłosz („uczucia miewał, jakie są wskazane/ Dla rozsądnego członka społe-
czeństwa”). Ale nie był też chyba tak bogaty, jak mniemał Kwiatkowski. Wolno wątpić, czy
naprawdę Przyboś dotarł – pod koniec życia – do mistyki światła. Jednak zdania Przybosia
nie  można  pomylić  nawet  wśród  tysiąca.  Zamyka  się  ono  w  sobie  jak  kula;  zdaje  się  igrać
możliwościami,  aby  wybrać  najpełniejszą,  najbardziej  –  w  swej  oryginalności  –  oczywistą.
Jest w nim wrodzona jakby skłonność do zastygnięcia w rozmigotanej równowadze, co od-
powiada niewątpliwie przekonaniu, że ludzka rzeczywistość spełnia się najdoskonalej w sło-
wie. Inaczej: wszystko, co może zrobić człowiek, streszcza się  w twórczym a trafnym nazy-

background image

88

waniu.  Przeświadczenie,  które  zapewnia  poecie  szczególną  rolę  społeczną.  Poeta  pracuje  w
tym,  co  najbardziej  człowiecze,  co  człowieka  wyróżnia  i  nobilituje:  w  języku.  Rozwijając
język, buduje też człowiekowi świat. „Prawda i fałsz wiedzy o człowieku – pisze o Przybosiu
Balcerzan – sformułowanej poza poezją, podlegają jednej instancji, jednemu kryterium: p r a
k t y c e  p o e t y c k i e j”.

Tak więc człowiek Przybosia to 

homo faber, istotą człowieczeństwa i zarazem więzią, któ-

ra  go  łączy  z  naturą,  jest  praktyka  produkcyjnego  działania.  Tu  chłopski  syn  spotyka  się  z
Marksem. Ale działanie utożsamia od razu Przyboś z inwencją językową: poeta staje się naj-
wyższym  z  działających,  najdoskonalszym  z  pracowników.  Tutaj  już  Marks  mógłby  się
skrzywić, ale na pewno pobłażliwie. Człowiek jest tedy swoim działaniem, ale najpełniejszym
z działań jest działanie w języku. To jest sedno światopoglądu  Przybosia i zarazem – przy-
czyna niezliczonych nieporozumień. Powołania poety nie utożsamia Przyboś ani z dionizyj-
skim  uwielbieniem nieokreślonego „życia”, ani z docieraniem do nie istniejącego absolutu.
Jest  nim  raczej  sprawdzanie  i  poszerzanie  możliwości  słowa,  które  znowuż  –  w  momencie
najwyższego twórczego napięcia – rozświetla się czymś w rodzaju komunii ze światem. Nig-
dy jednak nie staje się służebne. Co bardziej uczenie wyraził Balcerzan: „w teorii i poetyckiej
praktyce Przybosia słowo liryki w »spotkaniu« ze światem traci swoją autonomię po to, aby ją
tym gruntowniej zabezpieczyć i utrwalić”. Autonomia słowa – czy sztuki w ogóle – zostaje
potwierdzona w proroctwie cywilizacyjnym. My wszyscy, my ludzie, powiada Przyboś, sztu-
ką wchłoniemy planetę, zmieniając naturalne otoczenie w estetyczne kompozycje, ciągle no-
we, ciągle zmienne: zamieszkamy w obrazie. Imperializm sztuki zapowiadają istotnie dążenia
części współczesnej plastyki i współczesnego widowiska. Prokop  pytał, czy taka przyszłość
sztuki nie kłóci się z pierwotnym u Przybosia rozumieniem poezji? Albowiem – mówiąc sło-
wami Sławińskiego – wypowiedź poetycka była dla Przybosia  „s y s t e m e m  operacji języ-
kowych tłumaczących się nawzajem, nie zaś przez swój stosunek do zjawisk znajdujących się
poza wypowiedzią.” Ale nie, bo nie idzie tutaj o podporządkowanie słowa zjawiskom pozaję-
zykowym,  ale  przeciwnie  –  o  najdosłowniejszy  podbój  rzeczywistości  przez  sztukę,  języka
przez mowę poetycką, którą  Przyboś  określa  przez  jej  nowość.  W  wyzwolonym  społeczeń-
stwie  wszyscy  przecie  będą  artystami.  Głęboki  rytm  wiecznego  tworzenia,  nieustannego
uczłowieczania  odpowiada  także  elementarnym  rytmom  przyrody,  obumieraniu  i  zmar-
twychwstawaniu. Rysuje się więc dyskretnie – na pół wyznane – przejście do panteistycznego
zachwycenia...

Mówienie o sztuce i przez sztukę jest – przez analogię –  mówieniem  o  świecie:  kosmos

jest  bowiem  bezkresnym  odrodzeniem,  nieustającą  nowością,  jak  sztuka.  Dlatego  Przyboś
rzadko zabierał  głos w sprawach pozaartystycznych. A  jeśli  mówił,  to  bywało,  że  banalnie.
Był nie tylko mało wrażliwy na to, co nazywał metafizyką,  ale także na bolesną dialektykę
historii, na wzajemne wyniszczanie się wartości, przekleństwo współczesnego nihilizmu. To,
co  miał  do  powiedzenia  o  świecie  –  a  miał  niemało  –  wyrażał  zwykle  refleksją  estetyczną,
refleksją o sztuce. Ambiwalencja doktryny pozwala zrozumieć,  dlaczego  poetykę  Przybosia
wzięli za punkt wyjścia zarówno awangardowi rewolucjoniści (od Wita i Piwowara), jak ma-
nipulujący  słowem  lingwiści  czy  też  metafizujący  (Gąsiorowski)  lub  estetyzujący  „formuli-
ści”. Przyboś był wierzycielem legionu poetów, bo jednocześnie wyzwalał i miarkował język.
Głos Grochowiaka pomaga jednak zrozumieć, w czym mógł drażnić.  Przboś traktował „po-
ezję i piękno jako swoiste antidotum na szarą rzeczywistość. Wiersz [...] jest czymś na kształt
kościoła [...] na ołtarzu zawsze znajduje się coś [...] wprawiającego w stan radosnej euforii: a
to Fauna i Flora w ich pełnym rozkwicie, a to Technika i Nauka w ich najlepszych nadziejach,
a  to  Utopia  Społeczna”.  Można  oczywiście  –  w  naiwności  i  entuzjazmie  –  uznać  wiersze
Przybosia za pochwałę tej Fauny,  Techniki  czy  Utopii.  Ale  naprawdę  nie  są  one  celebracją
istniejącego, ale projekcją wyobraźni w przyszłość. Przyszłość, niczym sąd ostateczny spełnia
się dziś dzięki słowu; kiedyś zaś – ufa poeta – spełni się także w szczęściu ludzi. Jednak –

background image

89

wbrew  Grochowiakowi  –  na  ołtarzu  Przybosia  nie  spoczywa  ani  Fauna,  ani  Utopia.  Raczej
słowo poety nierozerwalnie złączone z działaniem człowieka, działanie człowieka – z rytmem
kosmosu. Analogie te czy utożsamienia są nerwem światopoglądu poety, podobnie jak zrów-
nanie piękna z autonomicznością mowy – nerwem jego poetyki.

J. Błoński, 

Aktualność i trwałość.

„Miesięcznik Literacki” 1974, nr 1.

A n n a  K a m i e ń s k a

[POEZJA WEDŁUG PRZYBOSIA]

Jest to chyba najbardziej maksymalistyczny z  poetyckich  systemów  u  nas.  Opiera  się  na

wierze w słowo, w nieograniczone możliwości języka. Toteż zżymał się Przyboś na zwątpial-
ców, na wszelakich minimalistów, co z niewiary w język i możliwość nowej poezji – uciekali
w pseudo-klasycyzm, w stylizacje, w przerabianie odwiecznych mitów. Zasada nowości jest
w systemie moralno-poetyckim Przybosia zasadą nadrzędną. Nie staje się według niego po-
ezją nic, co  powtarza,  powiela,  szuka  kulturowych  wzorów,  idzie  wyżłobionymi  koleinami.
Przyboś żąda bezwzględnego pierworództwa poezji, tyleż w tym utopijny, co do końca mło-
dzieńczy. Szczęśliwy. Nie znający najstraszniejszej przepaści bezradności słowa.

Poezja według Przybosia rodzi się z błyskawicowego olśnienia światem i to olśnienie musi

przekazać.  Aby  przebyć  tę  drogę  od  olśnienia  do  wyrazu  i  potem  do  odzewu  odbiorcy,  do
odtworzenia przez niego pierworodnego olśnienia poety – poeta musi wybierać drogę najkrót-
szą – słów i drogę najdalszą – wyobraźni. Jest nią metafora, która jest tym skuteczniejsza, tym
celniejsza, im spina odleglejsze pojęcia. Słowem-kluczem systemu Przybosia staje się słowo:
wyobraźnia. [...] To stwórcza fantazja i widzenie razem spięte, to zdolność tworzenia wizji i
zdolność jej odbierania, to widzenie wewnętrzne, otwarcie na to, co w istocie niewidzialne.
To właśnie momentalność i błyskawicość ujrzenia. To widok i jednocześnie „powidok”, to co
trwa we wzroku, kiedy sam widok już znika. Wszystkim tym jest wyobraźnia, instancja osta-
teczna poezji, tak jak sama poezja jest instancją ostateczną świadomości.

A. Kamieńska, 

Od Leśmiana,

Warszawa 1974.

M i c h a ł  G ł o w i ń s k i

[NAJWIĘCEJ SŁÓW]

Niekiedy peryfrazy pełnią funkcję rozbudowanych epitetów, jak choćby w znanej formule

z wiersza 

Gmachy: „Góry naładowane trudem człowieczym: gmachy”, czy choćby w takim

fragmencie wiersza 

Czarodziejska góra: „kwietny styk zimy z wiosną: narcyz”. Najistotniej-

szy jest dla nas wszakże ten przypadek, gdy peryfraza w istocie nie wnosi niczego nowego,
pozostaje  bowiem  w  związku  z  formułami,  którym  specjalne  uzasadnienia  są  niepotrzebne,
gdyż odwołują się do wyobrażeń powszechnie aprobowanych, bądź też przywołują zestawie-
nia  frazeologiczne,  które  wydają  się  oczywiste  i  nie  wymagają  żadnych  uzupełnień,  są  bo-
wiem intuicyjnie od razu zrozumiałe dla każdego, kto zna język polski:

background image

90

Koniec. Kwili świst
przepiórki tego lata: erkaemu w żytach.

(

Nalot nocny)

[...] to płonące ulice Warszawy
nad rannymi, walczącymi o śmierć z bronią,
rozwijają flagi pobojowisk:
nieskończony skrwawiony bandaż

(

Nad poległym powstańcem)

W  tego  rodzaju  przypadkach  peryfraza  staje  się  niemal  tautologią;  tam,  gdzie  można  się

było spodziewać wyboru jednej z dwu form obocznych, pojawia się ich zestawienie. Jedną z
konsekwencji  takiego  poetyckiego  postępowania  jest  niewątpliwie  niesfunkcjonalizowane
zdobnictwo, formuła peryfrastyczna tłumaczy się bowiem przede wszystkim nie miejscem w
rozwoju wiersza, ale sama przez się – jako zręczny synonim. Np.:

Bezbronni, wymarzyłem dla was
gwiazdę wschodzącą z dłoni:
granat!

(

Noc listopadowa)

*

Twórczość  Przybosia,  tak  jak  twórczość  tych  wszystkich,  którzy  rozpoczynali  w  latach

dwudziestych, staje się zjawiskiem historycznym, coraz mniej więc będzie budziła emocji  i
zainteresowań  jako  bezpośredni  komponent  życia  literackiego,  będzie  odgrywała  coraz  bar-
dziej  rolę  tradycji  –  aprobowanej  bądź  odrzucanej.  [...]  Zmiana  perspektywy,  wynikająca  z
tego, że poezja przestaje być uczestnikiem bieżącego życia literackiego, pozwala na inny od
dotychczas  praktykowanego  typ  krytycznej  lektury.  Pozwala  ukazać,  że  programowe  hasło:
„najmniej słów”: w praktyce przekształciło się w „najwięcej słów”.

M. Głowiński, Przyboś: 

Najwięcej słów,

„Teksty” 1975, nr 1.

background image

91

WSPOMNIENIA O JULIANIE PRZYBOSIU

Jalu Kurek:
Przyboś z poetów naszej grupy rozsunął najdalej granice poetyckiego widzenia, może naj-

wyżej,  ponieważ  przestrzenność  czy  powietrzność  to  typowa  cecha  jego  wizji  (znamienne
przysłówkowanie). On nadał wyobraźni najsilniejszy rozruch i najszybsze obroty. Był „wyż-
szy o górę, o wieżę, dalszy o horyzont morski, szybszy o pęd samolotu, wznioślejszy o kate-
drę” – tak charakteryzuje sam swoją machinę poezjotwórczą w 

Zapiskach bez daty. [...]

We współżyciu  literackim  był  raczej  niełatwy  wskutek  [...]  apodyktyczności  sądów,  nie-

przejednany, bezkompromisowy, zapatrzony w imponujący model własnego widzenia poezji.
W tym przypominał nieco Peipera; tyleż znakomity, co niepopularny i trudny. Jak każda wy-
bitna indywidualność twórcza posiadał własny słownik, prosty, trafny, precyzyjny; toteż był
niepodrabialny i natychmiast rozpoznawalny w tłumie poetów.

Ryszard Matuszewski:
Mam wrażenie, że w sprawach ściśle artystycznych, dotyczących jego poglądów na poezję,

był po prostu niezdolny do jakiegokolwiek kompromisu. Czasem to przybierało formy szcze-
gólnie  nie  przysparzające  mu  popularności.  Żadne  względy  taktyki  ani  nawet  polityczno-
towarzyskiego taktu nie skłoniły go na przykład do powstrzymania się od negatywnej opinii o
poecie, którego założeń artystycznych nie uznawał. Myślę o słynnej wypowiedzi Przybosia w
czasie spotkania z premierem Cyrankiewiczem po sprawie „listu 34”, kiedy zapytany co sądzi
o Słonimskim, powiedział, że uważa go za marnego poetę.

Wisława Szymborska:
(Wypowiedź Szymborskiej zanotował i zamieścił w swym szkicu wspomnieniowym Adam

Włodek.)

Przyboś  był  człowiekiem  dumnym  –  niechże  będzie  wypowiedziane  to  słowo  niemodne

dzisiaj i obłudnie unikane. Był dumny i miał z czego być dumny. Jego droga z Gwoźnicy do
historii literatury była w warunkach jego młodości prawdziwie ciężka i samotna. Jakże łatwo,
na iluż zakrętach tej drogi mógł zmarnieć jego talent albo ugrzęznąć w jakiejś boleściwej za-
ściankowości, gdyby nie rygor duchowy, który poeta sobie narzucił. Był dumny – i takiego go
pamiętam, takiego podziwiam i takiego właśnie głęboko szanuję.

Jerzy Tchórzewski:
Przyboś  jest,  moim  zdaniem,  jednym  z  największych  poetów-muzyków,  zjawisko  szcze-

gólnie rzadkie na terenie poezji współczesnej, która w wielu wypadkach z muzyką nie ma nic
wspólnego, a jeśli ma, to na tradycyjnych zasadach dość prostego i monotonnego uśpiewnie-
nia wiersza. A Przyboś  komponował  swoją  poezję-muzykę  zgodnie  z  wymaganiami  współ-
czesnej wrażliwości muzycznej.

Kazimierz Wyka:
Wygląda, że Julian Przyboś nosił w sobie, nosił moralnie i nosił egzystencjalnie, autopor-

tret samego siebie. Wygląda dalej, że wedle tego autoportretu był przez siebie ukształtowany

background image

92

– wysiłkiem własnej woli, wiernością wobec najbardziej prymarnych doznań i przeżyć. Pozo-
stawał im wierny w sposób surowy i wymagający. [...]

Autoportret własny Przybosia nie wierzył w śmierć, w odejście ostateczne. Był ten poeta

ostatnim wielkim optymistą egzystencjalnym naszej literatury.

Henryk Vogler:
Bunt bywa zwykle żywiołowy, improwizowany. Ale bunt Przybosia był, na odwrót, prote-

stem przeciw żywiołowości i improwizacji, przeciw bezwstydnej emocjonalności,  emfazie  i
wzburzonym porykom zbiorowego entuzjazmu. Stąd chyba owo demonstracyjne prawie  ak-
centowanie świadomej konstrukcji i dyscypliny. Racjonalistyczna pedanteria Przybosia była
świadectwem odwagi.

Karl Dedecius:
W moich doświadczeniach z poezją niemiecką i rosyjską do tej pory dominowały wrażenia

akustyczne. Myśli, uczucia zawinięte w muzykę zdań. Przyboś – bez wykładów, samym sobą
– objawił mi inne wartości w poezji: przestrzeń i architekturę. Wiersze Przybosia są budowa-
ne z szorstkich, ale zrytmizowanych brył. Jak kamienice; albo katedry. Dlatego nie ma w nich
gadulstwa, jest wzniosłość; wieczne miejsce zamieszkania.

Stanisław Grochowiak:
Odżegnywał się od wiary w Boga – stąd ten uparty frazes o bogu Apollinie – ale fanatycz-

nie, ba, wręcz dewocyjnie wierzył w posłannictwo i prosty, jednoliniowy postęp w literaturze.
Dlatego odrzucał wszystko, co było lękliwą mądrością i mądrym zakłopotaniem dziewiętna-
stowiecznej spuścizny literackiej – dlatego również był może ostatnim wielkim  r o m a n t y
k i e m  polskiej poezji.

Wspomnienia o Julianie Przybosiu.

Opracował i wstępem poprzedził

Janusz Sławiński, Warszawa 1976.

B o g u s ł a w  K i e r c

[ŻYCIE I ŚMIERĆ W POEZJI PRZYBOSIA]

Śmierć stała się kryterium wartościowania poezji Juliana Przybosia – pośmiertnie. Wielu

sporadycznym badaczom nagle ukazały się „sprzeczności” tej liryki; w „rzekomym optymi-
zmie” zaczęto doszukiwać się „instynktu samozniszczenia”, w jasności, którą zamianowano
„ograniczeniem Przybosia”, dopatrzono się ciemnych fundamentów... [...]

Podstawową kategorią jego poetyckiej działalności była Całość.  Cóż to znaczy? Nie spo-

sób  odpowiedzieć  na  to  pytanie  bez  uświadomienia  sobie  pojęcia  będącego  odnośnikiem,
punktem widzenia Całości: śmierci. Całość jest bowiem skalą wszystkiego losu człowieczego,
a więc życiem pojętym całkowicie, tak że każdy czyn obdarzony jest zarówno  p a m i ę c i ą
już dokonanych, jak  p r o j e k c j ą  mających się dokonać. Sposobem bycia rozwijanego z
„mety najdalszej”. Proszę zauważyć: w książeczce wydanej w Bibliotece Poetów XX wieku
(LSW  1967)  Przyboś  wyodrębnił  m.in.  rozdział 

O  całości.  W  dwunastu  zawartych  tu  wier-

szach, w każdym bez wyjątku, rozważana jest śmierć. Obdarzona znakiem dodatnim. Wbrew
jednak naiwnym supozycjom nie jest to żadna radosna nekrofilia  intelektualna; tej poeta się
sprzeciwiał.  Rzecz  polega  na  odwróceniu  perspektywy  znaczeń  tego  samego  pojęcia.  Jeśli
powiedziano wyżej o śmierci ze znakiem dodatnim, to w tym sensie,  w jakim  można  by  ją

background image

93

nazwać „narodzinami wstecz”. Ale i to określenie trzeba uściślić, mogłoby bowiem sugero-
wać  rodzaj  odnajdywania  czasu  minionego.  Idzie  tu  jednak  o  możliwość  patrzenia  progre-
sywnego, a nie regresywnego.  O  r ó w n o u p r a w n i e n i e  pojęcia narodzin i śmierci w
obiegu czasu:

Gdzież jest zasłonięte horyzontem, najdalsze, zakopane koło
Ziemi,
głucha mogiła narodzin,
z którego wytrysło me ciało?

(

Drogą)

Pojęcie  „życia  ku  śmierci”  zastąpił  Przyboś  pojęciem  życia  ku  Całości;  tak  przecie  pojęta
śmierć jest

pełnią, dobiegającym do początku końcem
porywającym ustawicznie do współbiegu.

Wystarczy uważnie wczytać się w 

Znak przedsłowny, gdzie  p i e r w s z e  świadome dozna-

nie świata spotyka się z intuicją  ś m i e r c i,  pierwszy  z a c h w y t  stymulowany jest przez
pierwsze  p r z e r a ż e n i e.

B. Kierc, 

Przyboś i, Wrocław 1976.

P a w o l  W i n c z e r

Naturalnie, Przybosiowa koncepcja, jak każdy indywidualny wytwór, ma własne granice,

głównie w tym, co z poezji pragnie wyeliminować. [...] Wiemy aż nadto dobrze, że w zróżni-
cowanej sytuacji literackiej i społecznej mogą występować na plan pierwszy rozliczne typy i
rozliczne funkcje poezji. Prawdą jest, iż od aktywnego twórcy,  a do tego jeszcze od twórcy
formatu  Przybosia  nie  należy  żądać  obiektywności  i  nadwiedzy  historyka  literatury.  Muszą
nam wystarczyć jakość oraz energie inspirujące autorskiego dzieła: jego liryki, jego idei i jego
koncepcji poezji.

P. Winczer, 

Posłowie do: J. Przyboś,

Minimum  slov, Bratysława 1978.

W ł a d i m i r  B r i t a n i s z s k i j

Zabierając głos w 1966 roku na spotkaniu poetów w Gruzji Przyboś mówił o stosunku tra-

dycji i nowatorstwa. „Prawdziwy poeta – powiedział – niesie sam w sobie tradycję poetycką.
Czy chce tego,  czy nie  chce, jest z nią związany.” W  ostatnich,  przedśmiertnych  wierszach
Przybosia  1968-1970  w  sposób  szczególnie  jaskrawy  odsłoniła  się  ta  tradycja,  którą  on  w
sobie niósł. To Kochanowski, Mickiewicz, Słowacki.

W. Britaniszskij, 

Wstęp do:

Polskije poety, Moskwa 1978.

background image

94

Z d z i s ł a w  Ł a p i ń s k i

„JA PISZĘ TY MALUJESZ”

W niejednym wierszu Przybosia wizualność układa się w zgodzie z regułą malarską,  ale

nie określoną, lecz po prostu – malarską. Drobna akcja stowarzyszona z tymi motywami to
czynność  przerabiania  danych  widzenia  w  pewien  trwały,  choć  czysto  psychiczny  wytwór.
Najczęstszy gest – taki oto:

Uniósłszy ten krajobraz oprawiony w me ramiona
zawieszę ci go na wietrze,
by ożył.
Przyjmij go, proszę.

(

Widokówka)

Jakie jednak są te krajobrazy, gdy przestają być jednym z przedmiotów w odtwarzanym świe-
cie, a stają się zasadą ustanawiającą wygląd owego świata? Skąd czerpie Przyboś wzory wi-
dzenia? Na kim – by sparafrazować jego własne, stawiane Mickiewiczowi, pytanie – na kim
ćwiczył swe oko?

Wpatrując się w pejzaże liryczne Przybosia powstałe u schyłku lat trzydziestych, w okresie

jego pobytu we Francji, mamy poczucie, że wpisane jest w nie doświadczenie wzrokowe ko-
goś, kto mocno przeżył malarstwo uprzedniego półwiecza:

Blask lauru – całym drzewem nad głową
i obłok tak świetlisty jak w dzień pożar...

Czy to ja przesuwam swój cień fiołkowy
wzdłuż złocistych liczydeł słońca: wzdłuż cytryn,
aby pojąć... lecz jak pojąć nieskończoność dwubłękitną:
wniebowstąpienie morza?

(

Czy uwierzysz)

Kiedy zbliżamy się do ostatniej linijki tego utworu – „Ach, tylko oczami wierzę”, chciało-

by się powtórzyć okrzyk Cézanne’a: „Monet to tylko oko! [...] Ale co za oko!” [...] Tradycję
tę wolno chyba nazwać tradycją Cézannowską.

*

Malarstwo jest dla Przybosia czynnością poznawczą, próbą świadomości wzrokowej; po-

dobnie poezja, ma ona uobecnić bezpośrednie dane, wśród których probierczą rolę pełnią spo-
strzeżenia. Ale uobecnić, to nie tylko dostarczyć wiedzy, to także zaprawić w pewnej umie-
jętności i wreszcie uczynić z dzieła poetyckiego jedno z wcieleń naszego istnienia – istnienia
w środowisku słownym, które swoją energią, swym rytmem zmysłowo doznawanym, odtwa-
rza i porządkuje nasze istnienie w środowisku biofizycznym. Dlatego też w ostatecznym ra-
chunku nie artysta, który rzutuje czasoprzestrzeń na dwuwymiarową płaszczyznę, ale artysta
ową przestrzeń organizujący – będzie dla Przybosia wzorem, gdy da jedną z najtrafniejszych

background image

95

swych autodefinicji. Definicja ta warta jest odrębnych rozważań. Tutaj można ją tylko przyto-
czyć: „poeta przestrzeni – prearchitekt” (

Rzut pionowy).

Z. Łapiński, 

Ja piszę, ty malujesz,

„Teksty” 1978, nr 5.

R y s z a r d  P r z y b y l s k i

[MIT ZMARTWYCHWSTANIA]

Przyboś nie był wolny od wielkich mitów religijnych. Nie mam oczywiście na myśli wcze-

snego  okresu  jego  twórczości,  kiedy  to  jego  wyobraźnię,  ukształtowaną  przede  wszystkim
przez  wiejski  pejzaż  i  wiejską  kulturę,  oszołomiła  cywilizacja  miasta.  Myślę  raczej  o  jego
okresie późnym, kiedy to rozczarowany do miasta i stęskniony za wsią poeta zainteresował
się mitami agrarnymi. Młodość oderwała go od ziemi, z tym większą siłą powrócił w latach
dojrzałych  do  jej  odwiecznych  spraw.  W  przypadku  Przybosia  tęsknoty  wieku  dojrzałego
stworzyły  bardziej  wzniosłą  poezję  niż  marzenia  lat  młodzieńczych.  Zrozumiałe  więc,  że
motyw zmartwychwstania pojawił się w fazie drugiej. Jerzy Kwiatkowski, który go dokładnie
przeanalizował,  doszedł  do  wniosku,  że  Przyboś  utożsamia  zmartwychwstanie  z  agrarnym
mitem wegetacyjnym ciągłego odradzania się natury. Chodzi tu o coroczną wiosenną regene-
rację przyrody. Tak pojęte zmartwychwstanie jest w gruncie rzeczy tylko formą mitu wiecz-
nego rozpoczynania się na nowo, nowego stwarzania świata. Przyboś miał poetę za człowieka
pierwotnego, który tworzy kulturę ciągle od nowa, tak jak ciągle od nowa staje się świat na
wiosnę. U Przybosia do życia powraca świat i dlatego figurą zmartwychwstania jest u niego
wiosna.  Przyboś  mówił  o  zmartwychwstaniu  natury.  Alby  przezwyciężyć  grób,  człowiek
Przybosia musi stać się częścią przyrody. Gnijące ziarno jest rzeczywistym ziarnem, z które-
go  wyrośnie  rzeczywisty  kłos.  Rosnące  na  grobie  drzewo  jest  również  drzewem  rzeczywi-
stym. Wieczność jest tu wiecznością kolistego czasu natury.

R. Przybylski, 

To jest klasycyzm,

Warszawa 1978.

W i e s ł a w  P a w e ł  S z y m a ń s k i

W racjonalnej umysłowości Przybosia i w racjonalnej jego poezji występują więc proble-

my, które procesowi racjonalizacji trudno się poddają. A to chyba dlatego, że awangardziści
krakowscy, przede wszystkim może właśnie Przyboś byli racjonalistami z  k o n i e c z n o ś c
i  h i s t o r y c z n e j – w opozycji do irracjonalnej epoki poprzedniej. Gdyby nie ta bariera
racjonalizmu, przed którą Przyboś z  k o n i e c z n o ś c i, ale i z  w y b o r u stanął, być może
mielibyśmy do czynienia z poetą na miarę światową.

W. P. Szymański, 

Julian Przyboś,

Warszawa 1978

P a w e ł  D y b e l

Lot. W poezji wiąże się z nim zawsze określona symbolika. Oznacza on lot poetyckiego

uniesienia,  stan  ekstazy,  w  którym  podmiot  liryczny  doznaje  niespodziewanych  objawień.
Zawieszona jest wówczas jakby materialność świata. Nicowany natchnieniem rozstępuje się
przed poetą, przestaje istnieć jako namacalność – opór. Wszystkie te znaczenia rozpoznajemy
u Przybosia.

background image

96

P. Dybel, 

Między słowami ku światłu –

Julian Przyboś; w: Poeci dwudziestolecia

międzywojennego, pod red. I. Maciejewskiej

Warszawa 1982.


Document Outline