background image

Pietrkiewicz Jerzy 

 ODOSOBNIENIE 

Akt pierwszy DEKORACJA I REKWIZYTY

1

Szpieg na urlopie, jak mu kiedyś powiedziano, powinien bardziej 

zainteresować się żoną, jeśli ją ma, albo znaleźć sobie kochankę. Aleksander 

znalazł kochankę w dniu, w którym zmarła jego żona, lecz nie była to w 

żadnym razie okoliczność dogodna.

Tydzień przedtem postanowił udzielić sobie urlopu. Nikt inny nie zrobiłby

tego, bo takiej osoby nie było. Gdyby Aleksander, wypełniając formularze, 

mógł podawać swój prawdziwy zawód, określiłby siebie zapewne jako 

niezależnego szpiega. Jak większość ludzi wolnego zawodu, nie korzystał w 

ogóle z urlopów, tym razem jednak postanowił odstąpić od zasady. Zarobił 

niezłą sumkę w Ameryce Środkowej, a co się tyczy Ameryki Środkowej, tó i 

ona, jak się zdaje, udzieliła sobie dłuższego urlopu od rewolucji.

W tej chwili czekał w londyńskie/ kawiarni na kobietę, pochodzącą wedle 

wszelkiego prawdopodobieństwa z tej właśnie części świata, o której pragnął 

zapomnieć, przynajmniej na okres urlopu. Spóźniała się, lecz Ajeksander 

przeczuwał, że zjawi się za pół godziny, za godzinę — mniejsza o to. Czekanie

to forma urlopowego relaksu, może mniej cenna, lecz warta wypróbowania 

przed rozpoczęciem ewentualnego romansu. Czekając usiłował odtworzyć w 

wyobraźni rysy jej twarzy. Zawsze to robił, gdy miał się spotkać z kimś nowo 

poznanym. Wyodrębniał wówczas jeden szczegół twarzy — nozdrza lub 

brzeżek ucha — i snuł jakieś fantazje na temat jej właściciela — coś jakby 

całkiem subiektywne wprowadzenie do postaci, o której nic nie wiedział.

Z pewnością o Dolores wiedział bardzo mało. Prawdę mówiąc, znał tylko 

jej imię, lecz pamiętał, że podbródek miała zbyt silnie zarysowany w 

stosunku do reszty twarzy, owianej ową nieuchwytną pięknością kobiet 

background image

mieszanej krwi.

Poznał ją na przyjęciu w Londynie, pierwszym, na jakie go zaproszono, 

chyba wskutek pomyłki dyplomatycznej, nie umiał bowiem zidentyfikować 

ani gospodarza, ani nikogo innego w pokoju. Było to jednak niewątpliwie 

przyjęcie dyplomatyczne. Większość gości miała na twarzach ów nieodłączny

półuśmiech, jaki tylko dyplomaci i kelnerzy potrafią ustawić pod właściwym 

kątem, podobnie jak muszkę przy kołnierzyku. A skoro każdy mógłby być 

tym nieznanym gospodarzem, Aleksander starał się odnosić równie 

uprzejmie do wszystkich obecnych.

Trochę go przygnębiło spostrzeżenie, że próbuje w otaczającym go tłumie 

odróżnić Nikaraguańczyków od Kostarykan; widocznie wraca do dawnych 

profesjonalnych nawyków, a przecież dopiero co rozpoczął urlop! Ruszył do 

drzwi. I momentalnie pojawiła się ona — nie wiadomo skąd, z uśmiechem 

skierowanym wprost do niego, z oczyma rozbłysłymi ciekawością i triumfem,

jakby przyłapała umykający posąg Apollina.

— Dolores, el profesor está aqui — powiedział starszy pan widoczny nad 

głowami dwóch indywiduów szukających czegoś na dywanie. Głowy 

podniosły się, pan znikł za ich osłoną. Hałas przyjęcia pochłonął jego głos.

— Co za okropny wieczór — rzekła i położyła dłoń na ramieniu 

Aleksandra. Gest był zaskakujący, lecz bardzo przyjazny, a dłoń lekka.

— Cóż, skoro pani tak mówi... — mruknął Aleksander. Poczuł zapach 

perfum, sygnał zagadkowy, ale bardziej intymny niż jej pierwszy gest. — 

Właśnie wychodzę — dodał patrząc jej w twarz. Czarne oczy odwzajemniły 

spojrzenie.

— Wiem — powiedziała. — To nudne przyjęcie. To znaczy, ludzie. Niech 

pan tylko na nich spojrzy! — Zatoczyła krąg ręką i strąciła przy tym coś ze 

stojącego za nią stolika z koktajlami. Nie zadała sobie trudu, żeby zobaczyć, 

co to było.

Jej angielszczyzna odznaczała się dyskretną perfekcją rytmu i intonacji, 

która nie najlepiej harmonizowała z jej twarzą

i spontanicznością ruchów. Twarz miała w sobie coś dramatycznie 

niezdeterminowanego. Krew hiszpańska wciąż walczyła

o lepsze z indiańską w mimice i w nastroju. Szczególnie wokół nosa jakaś 

background image

niby wyrzeźbiona twardość opierała się przypływowi .młodszej krwi, a jej 

temperament zdawał się zarazem żywy i spokojny. Niepokoiły go te kontrasty

w jej urodzie.

Aleksander usłyszał własne słowa:

— Chciałbym się z panią jeszcze spotkać. Ale nie na takim przyjęciu.

Dolores znów położyła mu rękę na ramieniu i pozostawiła ją tam przez 

chwilę.

— Nie na takim przyjęciu, o nie! — wykrzyknęła. — Tu jest okropnie, 

prawda?

Więc gdzie się spotkamy? — Wyczuwał, że głos jego brzmi chyba zbyt 

natarczywie, by osiągnąć cel, lecz coś przecież osiągnął, bo odpowiedziała, 

tym razem stonowaną, grzeczną angielszczyzną:

— Gdzie tylko pan sobie życzy.

— Jest taka przyjemna kawiarnia w okolicy Leicester Square, miejsce, 

które odwiedzają młodzi obiecujący aktorzy. Dość zabawny lokal. Nazywa się

trochę dziwnie, „Zmiana Dekoracji”.

Roześmiała się i wyjęła z torebki ołówek do brwi.

— Niech pan napisze adres. O, tutaj.

Odwróciła się szybko na swych wysokich obcasach i chwyciła ze stolika 

z.koktajlami papierową serwetkę. Aleksander pochylił się i zaczął rysować 

mażącą kredką plan centrum Londynu. Podsunęła mu torebkę, by mógł 

oprzeć papier na czymś twardym.

— To jest tuż obok. — Dotknął kredką kwadracika wyrysowanego na 

serwetce, zamazując go jeszcze bardziej.

Proszę nie psuć pańskiego ładnego rysunku. Będę się nim kierowała. 

Bez zastrzeżeń.

Zaakcentowała to „bez zastrzeżeń” tak, jak gdyby pragnęła nasunąć mu 

wątpliwości, czy mówi to wszystko na serio. Lecz Aleksander nie wątpił. Miał

pewność siebie harcerza, a może szpiega.

— Więc tam się spotkamy. — Stał już w drzwiach.

— Nie powiedział mi pan, kiedy chce się pan ze mną spotkać. — W jej 

głosie brzmiała nutka kpiny. Zauważył to na tyle szybko, by raz jeszcze 

podkreślić pewność siebie.

background image

— Może od dziś za tydzień. — Powiedział to w sposób niegrzecznie 

zdawkowy. — Czy będzie pani miała czas od dziś za tydzićń, to jest w piątek?

— Tak, naturalnie. — Uśmiechnęła się teraz łagodnie, jakby uspokajając 

rozdrażnionego młokosa. Odczuł tę zmianę w jej nastroju. Przez myśl 

przemknęło szybko parę skojarzeń i przypomniał sobie swój wiek: trzydzieści

dziewięć lat.

— Trzecia trzydzieści? — poddał, ciągle tonem stanowczym.

— Wpół do czwartej? Doskonale. —. Dolores otworzyła torebkę i wrzuciła 

do środka złożony papierek.

Jej twarz straciła wyrazistość.

W tym momencie pojął, jak bardzo jego umysł ulega nawykom. W swoim 

zawodzie wypracował sobie system pozostawiania przerw między sprawami, 

które wypadły niespodziewanie lub nad którymi mógł tylko częściowo 

zapanować. Na przykład, ilekroć umawiał się z osobą spotkaną 

przypadkowo, niezmiennie pozostawiał sobie tydzień, na wypadek gdyby 

jakieś pożyteczne informacje zdążyły dotrzeć do niego przed umówionym 

spotkaniem. Musiał stworzyć szanse, aby upływający czas mógł przynieść 

mu jakieś ewentualne korzyści. I tak samo, z przyzwyczajenia, postąpił z 

Dolores. Już ją odsunął na odległość tygodnia, a teraz czekanie na nią w 

kawiarni było częścią owego nawykowego i obsesyjnego wyrachowania szpie-

ga — i za to sobą pogardzał.

Weszła do kawiarni w luźnym czerwonym płaszczu. Topniały na nim płatki 

śniegu, gdy zbliżała się do stolika. Zegar umieszczony na ścianie między 

dwoma afiszami teatralnymi zatrzymał się dyskretnie. Nie była tak bardzo 

spóźniona.

Dolores wyciągnęła rękę, którą ucałował.

— Śnieg pada — powiedziała, szczerze tym zdziwiona. —

Nie wiedziałam, gdzie zaparkować wóz. I pytałam o „Zmianę Scen” zamiast 

„Dekoracji”. Co za głupota z mojej strony.

O, widzę, że tutaj są dekoracje. Tak jak należy. Bardzo zresztą

stosowne. — Podeszła do ściany i obejrzała oprawione w ramy plansze 

dekoracji, które ostatecznie jej się nie spodobały; powiedziała to siadając.

— Dziękuję, że pani przyszła. — Aleksander przyglądał się jej. Nie mógł 

background image

się powstrzymać. Tego typu uroda przyciągała spojrzenia, zmieniała się 

bowiem w zależności od nastroju. Pod ruchliwą powierzchnią trwało 

niezmiennie piętno dwóch ras.

Płaszcz zsunął jej się z ramion miękkimi fałdami, a szyja, nagle 

obnażona, zdawała się wynurzać z fal czerwieni. Dolores widziała, jak pieści 

wzrokiem jej s^yję, i przesunęła po niej palcami, jakby chciała ją chronić lub

bardziej go sprowokować. Ten powolny gest pobudził zapach jej skóry. 

Aleksandra otoczył magiczny krąg perfum.

— Powinnam pana przeprosić — powiedziała otwierając papierośnicę. 

Podsunął jej swoją paczkę papierosów; wzięła jednego i zaczęła obracać go w 

palcach, podczas gdy zapałka, którą trzymał, dopalała się cierpliwie.

— Nic nie szkodzi, że na panią czekałem. — Aleksander nie zrozumiał, o 

co jej chodzi. Uśmiechem skwitowała ten przejaw męskiej zarozumiałości i 

wyjaśniła:

— Tak bardzo się nie spóźniłam, prawda? Mam na myśli to okropne 

przyjęcie w zeszłym tygodniu. Musiał pan strasznie się wynudzić.

Jej sposób operowania przymiotnikami zdradzał idiomaty- czną 

zdawkowość rozmów towarzyskich i jedynie to w jej zachowaniu Aleksandra 

instynktownie raziło. Lecz nigdy nie przyszłoby mu do głowy rozmawiać z nią

po hiszpańsku, który to język prawdopodobnie znał równie dobrze jak ona 

angielski. Od początku widocznie zaakceptował ową grę kontrastów u 

Dolores, w-jej wyglądzie, w gestach i w mowie. <

Mniejsza o przyjęcie. To obojętne — powiedział zapalając następną 

zapałkę. Tym razem przyjęła ogień. Kelnerka przyniosła dwie czarne kawy i 

znów odeszła.

— Ale mnie nie jest obojętne.

Dlaczego? Nawet nie poznałem pana domu, więc dlaczego miałbym się 

tym przejmować?

— Poznał pan, señor. — Rzuciła mu to hiszpańskie słowo

z naciskiem. Podniósł oczy zdziwiony. — Ale to nie pan, tylko pani domu — 

dodała szybko. — I jest tutaj.

Aleksander spostrzegł, że jej papieros zgasł, zapalił nową zapałkę i po 

chwili wahania roześmiał się, kiwając głową nad swą filiżanką jak głupiec.

background image

— Rozumiem, teraz rozumiem. — W końcu przestał się śmiać. 

Zażenowany bębnił palcami po stole. — Więc pani jest żoną jego ekscelencji.

— Jeszcze nie jest ekscelencją, ale kiedyś będzie. — Traktowała to jako 

rzecz oczywistą, nie przejawiając ani dumy z powodu widoków na przyszłość 

swego męża, ani gniewu, że Aleksander nic-nie wiedział ojej obecnej pozycji. 

Przeciwnie, jakby jej się podobała jego zupełna nieświadomość,, kim jest i 

dlaczego przyjęła jego wysoce niedyplomatyczne zaproszenie.

Aleksander w porę zdołał wybąkać coś o niewątpliwych zdolnościach jej 

męża jako dyplomaty, choć prawdę powiedziawszy nie znał nawet jego 

nazwiska i narodowości. Dolores widocznie nie odpowiadał ten obrót 

rozmowy. Dobitnie zakończyła temat, wygłaszając zdanie, które brzmiało jak 

komunikat ambasady:

— Mój mąż odbywa obecnie oficjalną wizytę w stolicy. — Nie powiedziała 

w jakiej. — Wraca w kwietniu.

Aleksander szybko zanotował w pamięci dwie rzeczy: że jest dopiero 

koniec lutego i że Dolores życzy sobie, by każdą aluzję do jej męża uznać za 

tabu. Poniekąd chętnie przyjął do wiadomości ustanowienie owego tabu. 

Najbardziej obłudnym chwytem, jaki kobiety zwykle stosują w 

niedozwolonych romansach, jest wspominanie raz po raz o nieobecnym 

mężu — taki pośredni szantażyk, bo żaden z zainteresowanych mężczyzn nie

mógłby nigdy dopuścić się omawiania obiektu ich miłosnego sporu twarzą w 

twarz z rywalem, a ogólnie rzecz biorąc, kochankowi przypada gorsza 

cząstka, gdyż nie może konkurować z mpralnymi komentarzami ukochanej 

na temat praw małżeńskich.

Dolores wyeliminowała cały ten małżeński szantaż jednym zdaniem, które

zaokrągliła jednym gestem dfoni. Niby bagaż oddany do przechowalni, miał 

czekać na odebranie do jakiegoś bliżej nie określonego dnia w kwietniu. 

„Wraca w kwietniu” —

tyle dokładnie chciała mu wyjaśnić. Budził się w nim podziw wobec tych 

oryginalnych chwytów, tak odmiennych od zachowania kobiet zamężnych, 

które najczęściej zniżają się do przygody, usiłując przez cały czas wspierać 

się o piedestał z mężem ustawionym na wierzchu w nader czcigodnej pozie.

Pragnął okazać jej swój podziw, i to w równie niebanalny sposób. Jedyne, 

background image

co mógł zrobić pod natchnieniem chwili, to zachować się tak, jakby jeszcze 

nic o niej nie wiedział. Dolores podobało się, gdy pozostawał nieświadomy, a 

dzięki temu — pewny siebie. W jej oczach przemieniało go to od razu z męż-

czyzny w młodego chłopca, który wzdycha do tego, by wydawać się całkiem 

dorosłym i zaborczym.

— Spotkamy się znowu, dobrze? — powiedział niemal chłodno. Bardzo 

szybko przejrzała jego grę i podniecił ją ten pierwszy akt miłosny, rozwijający

się na tle wiadomym z góry. Odpowiedziała naśladując ostry rytm jego 

pytania:

— Może od dziś za tydzień. Będzie pan miał czas od dziś za tydzień? 

Piątek, tak samo o trzeciej trzydzieści. — Dolores prawie słowo w słowo 

powtórzyła zdanie, które wyrzucił z siebie opuszczając jej dom, lecz on się 

nie zorientował.

— Tak, piątek, trzecia trzydzieści. Świetnie. Pani zapewne będzie w tym 

tygodniu bardzo zajęta. — Starał się nie okazywać, że wolałby się z nią 

zobaczyć wcześniej.

— O tak, bardzo. — Dolores przybrała znów swój zdawkowy angielski styl

rozmowy. — Wie pan, do czwartku muszę wydać cztery przyjęcia. Oczywiście

nie zaproszę pana na żadne z nich. Na pewno będą równie nudne jak tamto. 

Nie powinien pan już się pokazywać na żadnym moim przyjęciu. Widzi pan, 

ja nigdy nie zapraszam przyjaciół. Moi prawdziwi przyjaciele nie pracują w 

dyplomacji, a ja nie cierpię dyplomatów. Wszyscy wyglądają i zachowują się 

jak tresowane foki. Rozumie pan, foki!

— Rozumiem. •— Aleksandra zaskoczył ten nagły wybuch złości na 

eleganckie towarzystwo.

— Może pan rozumie. Moi prawdziwi przyjaciele są równie zwariowani i 

nieodpowiedzialni jak ja. Czy pan jest nieodpowiedzialny? Nie, na pewno nie.

Nie wygląda pan na to. Prawdopodobnie jest pan szalony. Szaleńcy są 

najczęściej

szaleńcami dlatego, że odczuwają nadmiar odpowiedzialności.

Jestem... — Aleksander chciał coś powiedzieć o tym, że jest 

archeologiem lub amatorem prac wykopaliskowych — przyjęty i dość modny 

kamuflaż dla posępnego zawodu szpiega — lecz nie pozwoliła mu dokończyć.

background image

Stała się nagle rozmowna, mówiła nerwowo, jakby nagrywając na taśmę nie-

widzialnego magnetofonu swoje własne kwestie do pierwszego aktu miłości, 

choć nie była pewna, czy to będzie miłość.

— Nie chcę wiedzieć, kim pan jest.

Nie wie pani nawet, jak się nazywam. — Aleksander uśmiechnął się, 

gotów odegrać żartobliwą ceremonię wzajemnej prezentacji. Lecz Dolores i 

tego nie chciała. Zmarszczka przecięła jej czoło jak błyskawica. Dodała 

szybko:

Gdybym chciała poznać pańskie nazwisko i całą resztę, jaka temu 

towarzyszy, mogłabym poprosić naszego sekretarza

o przyniesienie listy gości, do których wysłano zaproszenia.

— Dlaczego pani tego nie zrobiła? — Zainteręsował się.

— Bo to byłoby zbyt łatwe.

Ze względów praktycznych dobrze jest 'mieć przynajmniej jedno imię, 

Dolores. Jak pani widzi, ja znam patii mię. Moje brzmi Aleksander.

— Ale nie znasz mojego nazwiska, Aleksandrze.

— Nie, Dolores. Nie znam go.

— Dobrze. Jesteś idealnym partnerem, Aleksandrze.

Partnerem do czego? — Jakby grał w ping-ponga słowami, łatwymi do 

odrzucania, którymi zabawiają się kochankowie, póki nie staną się dla nich 

zawadą w łóżku.

Do związku o charakterze nomadycznym, Aleksandrze — powiedziała 

tonem bardzo poważnym i wstała, szykując się do ‘odejścia.

Nie był całkiem pewny, co-ona przez to rozumie. Odprowadził ją do drzwi. 

Jej samochód był mały, a na tablicy rejestracyjnej widniały litery CD do 

połowy zawiane śniegiem, podobnie jak dach samochodu. Aleksander wziął 

garść śniegu z dachu, ścisnął w dłoni, po czym upuścił na swój bucik.

Dolores przybrała rzeczowy wyraz twarzy, z którym było jej zdumiewająco 

ładnie, i zapytała:

— Az tym piątkiem... czy mam przyjść do ciebie?

— To niemożliwe, Dolores. Jestem żonaty. — Starał się ubrać te słowa w 

zdawkowy ton, by zabrzmiały podobnie jak jej małżeńskie tabu. Pojęła jego 

intencję.

background image

— Nic nie szkodzi, spotkamy się w „Zmianie Dekoracji”. Bardzo mi się 

podoba ta nazwa. A tymczasem ja coś wymyślę. Wolę ten sposób, 

Aleksandrze. Powiedziałam ci, że jesteś idealnym partnerem.

— Naprawdę? — W istocie zastanawiał się teraz, czy powinien ją 

pocałować na pożegnanie. Jakoś nie uchodziło jednak traktować Dolores jak

zwyczajną kobietę, która ma niebawem popełnić cudzołóstwo. Machinalnie 

położył rękę na dachu samochodu, nabrał trochę śniegu i dotknął go 

ustami.

Dolores sięgnęła po jego rękę, otworzyła ją powoli i złożyła pocałunek na 

śniegu topniejącym w dłoni.

2

Kiedy spotkali się w następny piątek, rozmawiali przeważnie o jej 

samochodzie. Dolores zdawała się pełna zadumy i zadowolona z siebie, lecz 

nie padło między nimi żadne dwuznaczne słowo, które by mogło skojarzyć 

dwa lekko rzucone zdania i zapoczątkować flirt. Ostrzegła Aleksandra niemal

serio, że zawsze będzie go wozić swoim samochodem. Żaden inny pojazd nie 

mógł wchodzić w grę przy aranżowaniu ich spotkań.

— Jestem typem koczowniczym, Aleksandrze, a koczownicy zawsze wolą 

jeździć na własnych wielbłądach.

— Nie mam nic przeciw temu — powiedział. W rzeczywistości był jej 

wdzięczny. Prowadzenie samochodów nie imponowało mu ani go nie bawiło. 

Poza tym przeżył jeden paskudny wypadek na drodze w okolicach Caracas, z

którego wyszedł cało, lecz pamiętał jeszcze tego drugiego faceta w samocho-

dzie — ponurego indiańskiego konfidenta, który spalił się żywcem z 

kierownicą wbitą w płuca. Aleksander wolał, aby ktoś inny wiózł go do 

końca, jeśli koniec miał oznaczać zmoto

ryzowaną śmierć. Dolores uczyniłaby to w sposób najmniej nieprzyjemny.

— Litery CD to fatalna sprawa — rozważała. — Ludzie zwracają uwagę 

na te rzeczy, a policja aż za bardzo garnie się do pomocy. Żebym tak miała 

zwyczajny numer!

— Tablicę można zmienić, Dolores. Można też zrobić fałszywą do 

przykrywania tamtej w razie potrzeby.

Spodobała jej się wzmianka o potrzebie. Obdarzyła go spojrzeniem 

background image

czułym i pełnym nadziei. Czy odgadła w tej chwili jego zawód? Być może, 

lecz było mu wszystko jedno — tak czy nie.. Przypomniał sobie raz jeszcze, 

że jest na urlopie, korzysta z rzadkiego dla szpiega odpoczynku od napięcia i 

nikt nie będzie od niego wymagał nawet koncentracji koniecznej do 

prowadzenia samochodu. Pomyślał, że mogłoby to zabawić Dolores, gdyby 

rzeczywiście zrobił dla niej tę nie rzucającą się w oczy zapasową tabliczkę.

— Jest piętnaście po czwartej — powiedziała wstając od stolika. W 

„Zmianie Dekoracji” zwykłe grono doraźnie zatrudnianych aktorów i 

całkowicie zaabsorbowanych agentów teatralnych sączyło kawę z ekspresu i 

obserwowało nieznajomych. Dolores była dla nich egzotyczną cudzoziemką, 

taką nową, trochę pulchniejszą Dolores del Rio, równie chłodną i dumną jak

tamta, a zarazem — również jak tamta — dostępną dla wszystkich chciwych 

spojrzeń. Ściany kawiarni tworzyły jak gdyby poczwórny ekran, na którym 

grała, niczym uosobienie zbiorowej żądzy.

Aleksander uczuł dziwny skurcz serca, ale nie chciał się przyznać sam 

przed sobą, że było to uczucie zazdrości. Dlaczego miałby być o nią 

zazdrosny? Nie jest jej kochankiem i może nigdy nie będzie. 

Najbezpieczniejszą taktyką —jak właściwie zawsze w miłości —jest czekanie 

na ruch partnerki. Lecz przecież czekał już od pewnego czasu i widział jej 

kolejne manewry: w drzwiach na przyjęciu; podczas pierwszego spotkania, 

gdy schlebiając mu podsycała agresję w jego sposobie bycia; teraz zaś 

kokietowała innych mężczyzn, budząc w nim gniew i chęć rywalizacji.

Chodźmy stąd — powiedział.

Gdy podeszli do samochodu Dolores zaparkowanego za

: -IW

•.'(•«iii»,

starym kinem, otworzyła drzwi i wślizgnęła się do środka. Usiadł obok niej. 

Dolores prowadziła jak mężczyzna, a jej precyzyjne ruchy brały się z ukrytej 

siły ciała, kontrastującej z miękką linią nóg i niedbale rozwiewających się 

czarnych włosów. Prowadząc wóz rzadko się odzywała, on zaś czuł się jak 

więzień skazany na przyjemność, o której z góry nic nie potrafiłby 

powiedzieć. Siedział więc i milczał.

Samochód zatrzymał się przy czerwonych światłach koło Marble Arch, 

Dolores rzuciła mu. szybkie spojrzenie i w tym spięciu ich oczu błysnął 

background image

pierwszy sygnał namiętności, lecz w tej chwili nie mogli odgadnąć, co znaczył

dla obojga. Dolores wychyliła się przez okno i spojrzała w górę, wprost w 

błękitny, neon z nazwą hotelu. Pominął w myślach pierwsze oczywiste 

skojarzenie, a głośno wyraził drugie, z cichą nadzieją, że nie przekroczy 

wątłej granicy między dowcipem a wulgarnością.

— W Paryżu można by mieć inne problemy, ale nie ten. Tam nie ma 

bezdomnych kochanków.

Światła się zmieniły i samochód ruszył. Dolores skręciła w boczną ulicę, 

zatrzymała wóz, otworzyła torebkę i zaczęła się pudrować. Aleksander 

zobaczył w lusterku puderniczki figlarny półuśmiech.

— Tu się kończą nasze problemy mieszkaniowe — powiedziała. — 

Mówiłam ci, że coś wymyślę. Ona wyjechała do Nicei.

— Kto wyjechał, Dolores?

— Moja przyjaciółka.

— Bardzo nieodpowiedzialna?

— Tak, bardzo. Goni teraz swojego kochanka na południu Francji. 

Widzisz, on bierze sobie od niej urlop co najmniej dwa razy do roku, ale ona 

zawsze robi to co teraz — goni tego biedaka od Cannes do Wenecji i z 

powrotem.

— Jestem jej niezmiernie wdzięczny. — Aleksander otworzył drzwi, 

wyskoczył i podszedł od drugiej strony, żeby jej pomóc przy wysiadaniu. 

Zostawili samochód przy budce telefonicznej. Dolores ruszyła przodem, 

prowadząc w milczeniu.

Po drodze przebiegały mu przez głowę różne myśli i pędziły tam i z 

powrotem, przeskakując szalone odległości dzielące podniecenie od 

niepokoju, strach od radości. Przez chwilę

9 V»«« JM»

'»'"YijA % mi

* 11»)if

!■

doznawał niemiłego uczucia, że ostatecznie zasadzki seksu niewiele się 

różnią od niebezpieczeństw z gatunku płaszcza i szpady. Czy może Dolores 

podsuwała mu takie porównania, wiedziona jakimś przewrotnym poczuciem 

background image

humoru?

— To na parterze. Portiera należy ignorować, jeżeli gdzieś tu będzie. 

Dostaje mnóstwo niepotrzebnych napiwków od Eli, to jest od mojej 

przyjaciółki.

Nad wejściem Aleksander zauważył dostojnie brzmiące nazwisko. Dom 

był blokiem mieszkalnym.

— Co będziemy sobie wyobrażali wchodząc? Czym jesteśmy? — Mówiąc 

to poprawił ukrytą dyskretnie pod ręką paczkę, która zawierała butelkę wina

i korkociąg. Przezorność szpiega miała swoje dobre strony. Jego pytanie 

zachwyciło Dolores. Położyła mu dłoń na ramieniu i przycisnęła je z wes-

tchnieniem. Nie zważała na to, że stali tuż pod lampą w widocznym na 

przestrzał holu.

— Och, Aleksandrze! — szepnęła. — Udawajmy, że jesteśmy parą bardzo 

wziętych dekoratorów wnętrz. Ja jestem twoją asystentką. Ty jesteś wielkim 

ekspertem. Następnym razem przyniosę rolki tapet i linijki, i różności.

— A ja mogę przynieść wiadro, Dolores?

— Dobrze, przynieś. — Roześmiała się tak głośno, że mogłaby obudzić 

portiera nawet na najwyższym piętrze, ale w holu nie spotkali nikogo. 

Zgrzytnął klucz i oto znaleźli się w ciemnym mieszkaniu, w którym czuło się 

zapach wody kolońskiej, zalatujący gdzieś z kątów. Dolores ujęła go za rękę i

wprowadziła do sąsiedniego pokoju. Jego paczka z butelką upadła na coś 

miękkiego. Zapomniał o winie i o absurdalności całej sytuacji. W istocie 

byłaby z niej świetna asystentka, gdyby inne ich zainteresowania również się

zbiegały. ■

W blasku elektrycznego kominka, wystrzelającym jak gdyby wprost z 

białego dywanu, Dolores uklękła z rękoma wspartymi mocno o sofkę, jakby 

miała się modlić. Zatrważające przeczucie ostatecznego wtajemniczenia, 

jakie miało się dokonać przez próbę ich ciał, zbliżało się teraz ku nim niby 

przewodnik — bezosobowy i niemal okrutny w swej gotowości udzielenia 

wiedzy.

SM

— Powiedz coś, proszę cię, powiedz coś B szepnęła Dolores, a potem 

zaczęła mówić po hiszpańsku, prosić, by zatrzymał w sobie te dwie, trzy czy 

background image

cztery osoby, które — czuje to teraz — odrywają się od jego zwykłego, 

Codziennego ,ja".

— Nie mogę ci powiedzieć, że cię kocham. Nie wiem, czy kiedykolwiek się 

pokochamy.

— Tak, nic nam nie wiadomo, póki nie rzucimy na szalę naszych dusz.

Zdziwiło go, że mówi o ich duszach, ale to właśnie miała na myśli. Co 

komu by przyszło z jego duszy? Co była warta? Jego dusza byłaby, jak 

sądził, najmniej cenną stawką. A jej dusza? Nie mógł nawet pokusić się o jej 

ocenę.

Kochali się gniewnie, jakby próbowali udowodnić komuś innemu — kto 

tkwił w nich teraz, lecz poza tą chwilą był nieosiągalny — że to przelotne 

rozpoznanie jego tożsamości waży więcej niż jego odrębność. Porywali się na 

przezwyciężenie wszystkiego, co jeszcze zdawało się oddzielne w otaczającej 

ich przestrzeni, wśród mebli i cieni na ścianach, w blasku ognia i w 

zająkliwym zegarze. Dlatego — może jedynie dlatego? — wyginali nogi i ręce, 

przedłużali okrucieństwo żądzy, uczyli się całej ludzkiej geografii rozkoszy 

raz po raz, po to tylko, by na nowo o niej zapomnieć przed następnym 

aktem.

Dolores wysunęła się spod jego nóg, ześlizgnęła na dywan i na wpół 

okryta cieniem stojącej lampy wpatrywała się z daleka w jego oczodoły, 

wgłębione w bezosobową maskę śmierci, jaka nakłada się na twarze po 

ponawianym akcie miłości. Aleksander widział tylko zarys jej ciała i ten 

postrzępiony światłem elektrycznego kominka zarys sugerował mocniejszą 

budowę, a uda zdawały się tęższe w pozycji leżącej.

I w tym momencie, wbrew woli, musiał zdać sobie sprawę, że gdzieś z 

głębi, jakby migoczące w otchłani światełko, pojawiła się nowa, całkowicie 

jasna świadomość, że już oddał się uczuciu łatwemu do zidentyfikowania, 

które posiada również realną postać fizyczną w kształcie jej bioder, w cieple 

jej ud, w jej głosie i znużonym milczeniu. Było to oddanie się miłości. Liczył 

na coś, co towarzyska paplanina nazywa romansem, i ryzykował tyleż co 

ona. Lecz teraz widział leżącą u swoich stóp obcą w rzeczywistości osobę, 

która dzięki jego miłości wyda-

4 \ -i V- X.•'* Jh

 j9 ‘ i * --7? mtoZzJLi s - mm

background image

1* vl •¿ć 41 if >

r

wała się zarazem dziwnie rzeczywista i dziwnie obca, i tak miało już być. 

Bowiem od tego oddania nie było ucieczki, póki samo uczucie wiązało się z 

jej fizyczną realnością.

Dolores wiedziała, że Aleksander odczuwa teraz grozę miłości, i pragnęła 

przynieść mu ulgę, lecz nie śpieszyła ze słowami, które mogłyby obrócić się 

w banalne czułości. Jednak trzeba było przerwać milczenie. Powiedziała 

prawie z pokorą:

— Zostań, ze mną dłużej.

Nie odpowiedział; wtedy znów przemówiła.

Rozumiem, jaki człowiek się czuje bezbronny, kiedy to się zdarza.

Aleksander uśmiechnął się w ciemnościach. Nie musiał już silić się na 

pewność siebie w jej obecności i niczego jej udowadniać. To, że miał w sobie 

coś z pana i coś z gigola, nie liczyło się wcale wobec jego siły innego rodzaju, 

jaką rozporządzał przez czas trwania aktu.

Wyszli z tego miejsca tak, jak przyszli, macając w ciemnościach meble i 

ściany.

— Gdzie mieszkasz, Aleksandrze?

— W Hampstead.

— Zawiozę cię tam.

— Nie, pojadę taksówką.

Lecz nalegała, aby go dostarczyć — jak się wyraziła — na sam próg, i tak 

zrobiła, tylko że podał jej fałszywy adres. Jaki miała sens cała ta ostrożność, 

gdy wszystko, co chętnie od niej przyjmował i w niej akceptował, czyniło 

samo pojęcie ostrożności pustym dźwiękiem? Ale nie chciało mu się 

roztrząsiać swoich racji o drugiej nad ranem.

Jego dom znajdował się przy ulicy biegnącej równolegle. Dotarł tam piechotą

i zobaczył otwarte drzwi. W holu stała pielęgniarka, pogrążona w rozmowie z 

kimś, kogo na razie nie mógł rozpoznać.

O, pan Amin! — wykrzyknęła. — Szukaliśmy pana wszędzie. W klubie, u

profesora Kellera, nawet w tym małym kinie przy stacji. A ksiądz Murphy 

tak nam pomagał!

background image

Bardzo księdzu dziękuję — zwrócił się odruchowo do mężczyzny 

stojącego w holu. Potem spytał pielęgniarkę: — Co się stało?

I

V

Ę

— No, właśnie... pani Amin, proszę pana. Połknęła jakieś pigułki. Ja od 

razu wezwałam karetkę. Godzinę temu dzwonili ze szpitala. Bardzo mi 

przykro, ale są złe wiadomości. Widocznie znów próbowała...

Aleksander przerwał jej.

— Wiem, tak, wiem. Czy mogę chwilę z księdzem porozmawiać?

— Oczywiście, proszę pana — odrzekł ksiądz i popchnął delikatnie 

pielęgniarkę w kierunku pokoju na lewo. Po czym zamknął za nią drzwi.

Na parapetach okien zalegały jeszcze grudy śniegu i oblane światłem 

księżyca przypominały miękkie czaszki niemowląt.

3

Tak już jest, że po każdej nowej wojnie profesję szpiegowską otacza nimb 

niezwykłości, a ponieważ wojny wybuchają mniej więcej w regularnych 

odstępach czasu, agenci co dwadzieścia lat przeżywają renesans. I tak to 

idzie dalej, chyba że znajdzie się ktoś, kto cały ów rozgłos traktuje z zawodo-

wą obojętnością..

Aleksander Arnin odnosił się do swego zawodu z umiarkowanym 

respektem, lecz cenił w nim raczej możliwości przeżyć w wymiarze ludzkim, 

jakich to zajęcie dostarczało, niż młodzieńcze dreszczyki i dość ograniczone 

chwyty techniczne. Chwyty techniczne do pewnego stopnia odziedziczył po 

ojcu, który był pół-Turkiem, a pół czymś tam innym; obie te połowy 

wylądowały w pewnej spółce okrętowej, której nędzne biura rozproszone były

po wszystkich portach śródziemnomorskich. Pensja,.wypłacana ojcu w 

każdy pierwszy dzień miesiąca, obrażała jego poczucie własnej godności i 

aby to sobie duchowo i materialnie zrekompensować, dostarczał innym 

spółkom okrętowym pożytecznych informacji za godziwym wynagrodzeniem.

Syn miał wszelkie dane na to, aby przejąć po ojcu jego uboczne interesy; 

wychowany w Londynie przez matkę Angielkę, był w tej korzystnej sytuacji, 

że rozpoczynał karierę jako dżentel

men. ze znajomością trochę dziwacznego zestawu języków obcych. Poza 

background image

angielskim i tureckim władał nowogreckim, hiszpańskim, portugalskim i 

arabskim. Dla podtrzymania tych umiejętności Aleksander Arnin znajdował 

się wciągłym ruchu, zajęty zbieraniem i dostarczaniem informacji — lecz jego

dochody były o wiele więcej niż godziwe; były wysoce elitarne, gdyż 

Aleksander okazał się artystą pod względem zasadniczym: swoich klientów 

traktował protekcjonalnie. Jak prawdziwy artysta nade wszystko cenił sobie 

niezależność, a prywatna praktyka szpiegowska dawała mu szersze 

możliwości różnorodnych działań. Nie znosił rutyny. Tylko podczas wojny 

szedł niekiedy na kompromis i pracował dla rządu, pocieszając się, że 

ostatecznie istnieje coś takiego jak tymczasowi artyści wojenni.

Niezależnie od zdolności językowych Aleksander miał w sobie coś z 

naukowca. Pasjami lubił zdobywać niezwykłe informacje, wolał nieprzyjemne

szczegóły od uogólnień, fakty miał starannie, poszufladkowane, a nawet 

sama jego pamięć przypominała sprawny system rejestracyjny z 

segregatorami, kartami i indeksem imponujących rozmiarów. Choć nie miał 

nic przeciw określaniu samego siebie mianem zawodowego prywatnego 

agenta, wolał raczej wyobrażać sobie profesjonalną stronę tego interesu jako 

pewnego rodzaju jednoosobowe biuro porad. Był faktycznie doradcą w 

sprawach specjalnych, sprzedającym specjalne informacje.

I oczywiście nie martwił się o przyszłość: do wieku emerytalnego, na 

pewno zgromadzi dość wiadomości z różnych dziedzin, aby zasiadać we 

wszelkich trustach mózgów lub w jury wszystkich gier telewizyjnych! Mógłby

nawet zyskać w kraju rozgłos i z całą gotowością obdarzyć kochającą 

publiczność sensacyjnymi wspomnieniami. Pod tym względem miał coś 

wspólnego z uczonymi na emeryturze — z profesorami filozofii, z 

archeologami, antropologami, z kolekcjonerami motyli i z fenomenami 

pamięci. Ich zawody i jego własny zazębiały się, zwłaszcza pod względem 

widoków na przyszłość.

Aleksander nie powinien był się żenić. Prywatny doradca specjalny, 

którego zawód wymaga dużej ruchliwości, powinien podróżować bez 

obciążenia, a żona w podróży jest jak nadwa

PCMKt*'

ga bagażu. Natomiast żona .szpiega to jeszcze coś gorszego: przypomina 

background image

rzecz zagubioną, czekającą na właściciela.

Nie trzeba nawet wspominać o tym, ze Aleksander nie ożenił się dla 

pieniędzy; tych miał dość. Nie potrzebował też żony dla celów kamuflażu. 

Jego uczone chimery dostarczały lepszego kamuflażu niż domowa idylla. Po 

prostu w wieku lat dwudziestu siedmiu zatęsknił za ciężarem stałej 

odpowiedzialności. Ponieważ pragnął, aby była stała, musiał ożenić się z 

miłości, a w przełomowym wieku dwudziestu siedmiu lat Kupidyn wydaje się

wręcz najeżony strzałami.

Jego żona należała do żydowskich, uchodźców, co również stanowiło 

argument, gdyż mógł utożsamić swoje uczucia do niej z niejasną 

świadomością aspiracji humanitarnych. A jeśli ktokolwiek potrzebował 

bezpiecznej przystani małżeńskiej, to na pewno Kira. Widziała w Aleksandrze

męża, który, podobnie jak jej ojciec, odznaczał się" solidnością, przejawiał 

przy tym lekkomyślność podobnie jak jej brat, a jego miłość była zaborcza 

jak miłość jej matki. Pragnęła więc znaleźć w nim połączenie ich wszystkich 

po to, by mogła improwizować nieprzerwane zebranie rodzinne przy stole i w 

łóżku.

Kira miała napięty, prawie histeryczny wyraz twarzy i leniwe ciało, a to 

połączenie czyniło ją w jego oczach godną pożądania, przynajmniej w 

pierwszych latach małżeństwa. Zabierałją ze sobą w podróże, nawet gdy 

zawodowy rozsądek to odradzał. Niezmiennie nudziło ją wyczekiwanie na 

niego w jakiejś macedońskiej ruderze lub w boliwijskim hotelu de lujo. Nie 

umiał jednak przyjąć do wiadomości ot^ywistego faktu, że przy zmianie 

otoczenia Kira traciła poczucie bezpieczeństwa, że podróże kojarzyły się jej z 

prześladowaniem, ukrywaniem się i ucieczką.

Ostatecznie ona sama dostrzegła niebezpieczeństwo i uprosiła go, by 

zamieszkali na stałe w Anglii, w przyzwoitej podmiejskiej willi, w otoczeniu 

sympatycznych znajomych z pracy, regularnie zapraszanych na kolacje. Jej 

mitologiczny papa podlegał wówczas jeszcze jednej reinkarnacji i na ciele 

Aleksandra hodował przytulny brzuszek, lekkomyślnego braciszka zaś 

trzymała w rezerwie na igraszki sobotnich wieczorów,

z popijaniem, tańcami przy muzyce gramofonowej i robieniem sobie 

kawałów.

background image

W stosunkach z Kirą nigdy nie osiągnął takiego stopnia zaufania i 

szczerości, by mógł wyjawić, co oznaczają jego dziwne podróże służbowe, 

bezsensowne wykopaliska i drętwe wykłady dla cierpliwej egzotycznej 

publiczności. Pod powierzchnią miłości i wiary w doniosłość poczucia 

odpowiedzialności Aleksander zachował wystarczającą porcję sceptycyzmu, 

który uwzględniał ludzkie — a więc i jego własne — złudzenia, drobne 

zdrady, jakich dopuszcza się umysł względem serca, a także nieuchronną 

domieszkę nudy i irytacji.

Pojął w końcu, że dla uratowania ich małżeństwa musi zawrzeć 

kompromis raczej ze swą miłością do Kiry niż z samą Kirą. I to był następny 

błąd. Miłość narzuca własne praktyczne rozwiązania i naiwne chwyty na 

użytek chwił, w których pozostaje jakby w zawieszeniu, lecz nie znosi 

kompromisów, jeśli dokonują się one kosztem wzajemnych uczuć. 

Ostateczne poddanie się Aleksandra życzeniom Kiry było kompromisem, 

który pozbawił ich miłość treści, a na powierzchni pozostawił nienaruszone 

małżeństwo jak pustą skorupę.

Kupił jej dużą, okropnie komfortową willę w przygnębiającej części 

Hampstead i usunął się z domu, by zbierać dziwaczne, lecz rentowne 

informacje o kolejach w Ameryce Południowej, nie odkrytych kopalniach w 

Turcji, o sektach religijnych na Bałkanach, o oszustwach naftowych w Arabii

i o wczasach homoseksualistów na wyspach greckich. Kira pozostawała w 

Londynie wraz ze swym wyimaginowanym teatrem zjazdu rodzinnego, lecz 

mąż, wielki odtwórca kolejnych ról, odszedł. Wracał oczywiście od czasu do 

czasu, przyjmowany jako gość honorowy, sezonowy święty Mikołaj z 

cudacznymi prezentami | dalekich krajów.

Każda wizyta we własnym domu łagodziła jego wyrzuty sumienia, wywołane 

tym, iż Kirze brakowało życia rodzinnego, a także poczucia bezpieczeństwa, 

co wiązało się z jej żydowskim pochodzeniem; chłonęła więc z łatwością 

drobne dramaty rozgrywające się w sąsiedztwie. Z drugiej strony jego 

obsesja podejmowania odpowiedzialności znajdowała doskonałe ujście w 

prezentach i w opłacaniu jej wygód i kobie-

**» łMlBlŁriŁ^yfłJł 

m

 w*%ł% Aj

ffiStfei Pp # <^i4diS

background image

silifó4«^IL^lAlmMMcffOSnnSFiM»

1

fiSlSSs##-

cych kaprysów. Ilekroć rachunki, które musiał płacić, sięgały okrągłej sumy,

Aleksander wydawał westchnienie ulgi: oto, jako człowiek 

odpowiedzialny,zrobił wszystko, co było w jego mocy, by zaspokoić życzenia 

Kiry, i mógł teraz wyjechać z czystym sumieniem, uzupełniać fundusz 

roztrwoniony na nią i na ich okropny dom.

Rzadko zadawał sobie pytanie, czy jeszcze ją kocha, a poczucie własnej 

wartości nie pozwalało mu wątpić w miłość Kiry. Z pewnością okazywana 

przez nią uczuciowa zależność od męża wystarczająco zaspokajała jego 

próżność. Nigdy nie pominęła okazji, by mu powiedzieć, jaki jest dobry i 

hojny dla niej i dla jej krewnych, którzy zazwyczaj spadali jak grom z jasnego

nieba, przybywając z miejscowości takich jak Kopenhaga, Tetudn lub 

Ajaccio.

Tylko w rzadkich przypływach depresji, gdy rozmyślał nad własnym 

życiem, patrząc na swoje sfatygowane walizki, Aleksander nagle stawał 

twarzą w twarz —jeśli można się tak wyrazić — z duszą Kiry, i w takim 

przebłysku podwójnej, z instynktu zrodzonej wiedzy o nich obojgu już nie 

mógł łudzić się dłużej. Stała się dla niego równie obca, jak jej tragiczne 

dziedzictwo, które — tak czy owak — przekraczało jego rozumienie.

Według przeciętnych ludzkich kryteriów był człowiekiem wyjątkowo 

tolerancyjnym. Nigdy nie winił żadnej rasy lub narodowości za głupotę i 

złośliwość jednostek; a jednak ta sama tolerancja doprowadziła do tego, że 

oddalił się całkowicie od osoby, którą poślubił tylko z miłości.

Żydowskie pochodzenie Kiry początkowo ani go martwjło. ani 

intrygowało; w sposób oczywisty i naturalny składało się na jej osobowość, 

którą w pełni akceptował i kochał. Widział natomiast u Kiry głęboko 

zakorzenioną nienawiść do samej siebie, lecz wierzył, że mocą jeszcze 

większej tolerancji i uczucia sprawi, iż nienawiść ta wydobędzie się na 

powierzchnię i rozpryśnie. Teraz, po latach małżeństwa, jego miłość całko-

wicie zobojętniała wskutek długotrwałego i szlachetnego •praktykowania 

tolerancji, na jej miejscu zaś leżał brzydki podrzutek zrodzony z lewego łoża, 

a jego imię —jeśli istniało jakieś imię dla uczucia tak jałowego — mogło być 

background image

tylko

ii*

%*»«•«

słowem obelżywym. Aleksander odizolował Kirę od rzeczy, które lubił, i od 

tych, których nie znosił, i trzymał ją w higienicznym opakowaniu 

małżeńskiej wyrozumiałości, po czyjm z bolesnym grymasem ironii 

stwierdził, że wyrozumiałość zrodziła nieznajomość, a tolerancja wyhodowała

cudzoziemkę.

Tam, w Hampstead, w otoczeniu pseudowiedeńskich mebli i 

ultranowoczesnego komfortu mieszkała urodziwa Żydówka, ciągle jeszcze 

lecząca blizny po zasklepionych ranach rodzinnego dramatu Ttak oddalona 

duchowo od Aleksandra, jak on był od niej oddalony geograficznie. 

Niepiśmienny Indianin śpiący na progu hotelu wydawał się bliższy pojęciom 

Aleksandra o ludzkiej istocie niż kobieta, która była jego kochającą 

małżonką. Mimo wszystkich swychhumanitarnych przekonań mógłby 

jeszcze dożyć takiej chwili, by znienawidzić całą rasę z powodu jednego 

człowieka — a tym człowiekiem byłaby niewątpliwie jego własna żona Kira. 

Nie.należy nigdy poddawać idei uniwersalnych próbie małżeńskich więzów: 

taką naukę wyciągnął Aleksander ze swej na pozór nobliwej klęski.

W dziewiątym czy dziesiątym roku ich małżeństwa wystąpiły u Kiry 

objawy dziwnej choroby. Zawsze straszliwie się bała porodu i powtarzała z 

masochistyczną satysfakcją, że to właśnie stało się przyczyną śmierci jej 

matki. Nie chciała nawet myśleć o zaadoptowaniu dziecka, ze strachu, że 

mogłoby przynieść do domu jakąś zaraźliwą chorobę. Objawy, które 

Aleksander dostrzegł po raz pierwszy, również wiązały się z lękiem, lecz 

zwykle ustępowały z chwilą, gdy lekarz przepisywał kurację. Kira bynajmniej

nie symulowała choroby po to, aby na nowo wzbudzić w nim miłość. Własne 

ciało traktowała z ciekawością hipochondryczki, toteż chętnie przyznawała, 

że nie odczuwa żadnych dolegliwości, pod warunkiem iż sama doszła do tego

wniosku. Jako hipochondryczka umiarkowana nie dowierzała opiniom 

lekarzy i nigdy nie wzywała doktora z własnej inicjatywy.

Teraz jednak sama zażądała jego wizyty, a później irytowała się, gdy 

wkrótce po tym objawy choroby znikły. A przecież nie można ich było 

background image

lekceważyć, gdyż wystąpiły ponownie w sposób nagły i gwałtowny. Była to 

jakaś dolegliwość kręgosłupa: Kira skarżyła się na przeszywający ból w 

plecach

i z początku nie chciała się położyć, bo uważała, że na poduszce połamie 

kości. Wolała chodzić po pokojach, zgięta jak garbuska, | twarzą 

wykrzywioną strachem przed tym, co mogło się zdarzyć, lecz w obecności 

Aleksandra i lekarza okazywała zdumiewającą cierpliwość.

Doktor podejrzewał, że nastąpiło już uszkodzenie kilku dysków i że 

przypuszczalnie potrzebna jest operacja. Lecz wiedział również, jakie ryzyko 

wiąże się z taką operacją, i na razie wolał poprzestać na regularnej 

obserwacji. Po kilku dniach jednakże sytuacja się zmieniła. Kira mogła 

normalnie chodzić, bóle występowały rzadziej i nie były tak trudne do znie-

sienia.'A potem znów przyszedł atak, który zgiął wpół jej ciało, po nim 

następny, który sparaliżował nogi do kolan, lecz nie spowodował zmian w 

kręgosłupie. Po kilku miesiącach minęły i te nowe objawy, by w kilka tygodni

później zaatakować inne części ciała.

Minął rok i stan Kiry nie uległ żadnej radykalnej zmianie. Po nagłych 

załamaniach przychodziła równie nagła poprawa, a lekarzom, których liczba 

wzrastała proporcjonalnie do liczby kolejnych ataków, nie udało się uzgodnić

terminu i rodzaju operacji. Obserwacje ciągle trwały. Aleksander zatrudnił 

fachową pielęgniarkę, zapłacił jej więcej, niż żądała, i wyjechał do Ameryki 

Środkowej, gdzie spodziewał się zarobić znaczną sumę po przeprowadzeniu 

kilku dość skomplikowanych wywiadów. Lecz praca ta nastręczała 

trudności; jedną z nich była konieczność zapłacenia łapówki, czego — 

podobnie jak i napiwków — Aleksander nie znosił ze względów moralnych: 

drugą — prymitywne środki transportu, klórc musiały opóźnić całą akcję o 

kilka miesięcy.

Jednakże w jego stosunkach z Kirą pojawił się nowy czynnik. Według 

sprawozdań pielęgniarki Kira odczuwała bardzo silne bóle, gdy wyruszał w 

podróż, po czym nagle wyzdrowiała i pojechała odpocząć na Sycylię. Stamtąd

posyłała mu długie, pedantyczne na sposób germański notatki z podróży 

wraz ze szkicami rysowanymi ołówkiem, cienką, niepewną, pajęczą kreską. 

Prawie płakał nad nimi. gdy otrzymywał je na różnych etapach swych 

background image

krętych dróg wzdłuż wybrzeża. Już wcześniej zdołał siebie przekonać, że 

Kira'skrycie pragnęła długiej

u

wycieczki razem z nim przez kraje śródziemnomorskie, w jak najbardziej 

luksusowych warunkach —czegoś w rodzaju miodowego miesiąca w wieku 

dojrzałym; on natomiast powinien być całkowicie-do jej dyspozycji i nie 

przerywać ich wypoczynku we dwpje z powodu tych głupich zajęć archeolo-

gicznych.

Skorzystał z pierwszej okazji, by wrócić samolotem do Londynu i omówić 

z nią ten plan, lecz następnego ranka po jego powrocie Kira zachorowała: 

rozpoczęło się makabryczne krążenie po pokojach na parterze, gdzie Kira z 

bólu chwytała się za meble i biła laską w ściany. Czekał cały tydzień na 

wyrok lekarzy, którzy znów nie mogli się pogodzić, wobec czego wyjechał 

znów do Ameryki Środkowej, aby kontynuować pracę. Siostra Thompson 

pozostała, sprawując opiekę nad pacjentką. I —jak mógł przewidzieć — w 

miesiąc później otrzymał od niej pomyślne wiadomości: pani Arnin odzyskała

zdrowie i wkrótce do niego napisze.

Drugie sprawozdanie pielęgniarki odbiegało od znanego mu już wzoru: 

pani Arnin usiłowała popełnić samobójstwo. Oczywiście żadnych 

obrzydliwości: Kira nigdy nie posunęłaby się do okaleczenia swego ciała za 

pomocą brzytwy lub do czegoś w tym rodzaju. Miała na tyle miłości własnej. 

Wybór środka samounicestwienia padł na buteleczkę z lekarstwem. Wypiła 

całą jej zawartość w środku nocy, lecz siostra Thompson w porę to odkryła.

Aleksander postanowił natychmiast wrócić do Londynu. Materiały miał 

prawie zebrane, skontaktował się więc z klientami w Mexico City i wszystko 

przekazał. Honorarium po podliczeniu dało bardzo pokaźną sumę, 

wypłaconą w dolarach. Zdeponował połowę w banku wenezuelskim i wsiadł 

do samolotu w Caracas.

Marzenie o urlopowej idylli na jego rodzinnej ziemi w towarzystwie żony 

prysło od razu na wstępie. Kira popadła w obsesję na punkcie obecności 

męża w domu; często zwracając się do niego nazywała go imieniem swego 

brata, to znów żądała, aby się wyniósł z domu, na wypadek gdyby cała 

rodzina zjechała się na pogrzeb papy. Aleksander jednak wiedział, że ojcu 

background image

sprawiono wspaniały pogrzeb już dwadzieścia pięć lat temu.

W dniu, kiedy zakochał się w Dolores, Kira połknęła garść pigułek 

gromadzonych pod materacem. Przechytrzyła siostrę Thompson i jego 

samego — i umarła.

Umówił się na spotkanie z Dolores w poniedziałek po południu, a w 

poniedziałek rano odbył się pogrzeb Kiry na żydowskim cmentarzu. O ile 

pamiętał, Kira była obojętna w stosunku do swej religii i ślub brali cywilny. 

W ostatnich słowach, nabazgranych na pustej stronie książki, którą czytała 

przed odebraniem sobie życia, nie wspominała nic o obrzędzie pogrzebowym.

Lecz niespodziewanie przyjechał z Tetuânu jeden z jej krewnych, a 

usłyszawszy tragiczną wiadomość, nie chciał uwierzyć w samobójstwo, 

zażądał pogrzebu zgodnego z przepisami religii i okazał wiele pomocy w 

załatwieniu spraw z nim związanych.

Aleksander był jeszcze w szoku i przedłużające się otępienie sprawiało, że

odczuwał wszystko jak przez mgłę. Dostrzegał dostojeństwo gestów starego 

brodatego rabina, wyraźnie słyszał hebrajskie modlitwy, obserwował kuzyna 

i starał się go naśladować, lecz nie czuł nic — ani smutku, ani ulgi.

Cała ceremonia religijna wydawała mu się przedstawieniem 

dramatycznym, w którym brał udział w sennym nastroju, pełen czci, ale to 

nie miało żadnego związku z Kirą, tą Kirą, którą znał, a kiedyś kochał. 

Zdziwiło go nawet to, że pochowano ją w grobie. Kim była osoba, którą mieli 

tu pozostawić wśród tych wszystkich marmurowych płyt?

Jednakże przeżył chwilę przerażenia, gdy nagle, po zakończeniu modłów, 

rabin, krewny i jeszcze ktoś, kogo nie znał, odwrócili się tyłem do grobu i 

odeszli szybko, nie oglądając się za siebie. Obrzęd się skończył i martwe 

ciało, nad którym odprawiano modlitwy, nie mogło już rościć sobie żadnych 

praw w stosunku do ludzi żywych; niczym wyrzucony śmieć, należało do 

ziemi. Chciał bodaj spojrzeć raz jak Orfeusz i zostać ukarany za jedno 

odwrócenie głowy, ale nie mógł tego zrobić i poszedł za innymi do bramy 

cmentarza.

Kuzyn Kiry często go denerwował w przeszłości, bo promienia! 

szampańskim wdziękiem, za który jednak trzeba było zawsze płacić jakąś 

cenę. Teraz widział w nim istotę rozpaczliwie ludzką, ogniwo łączące go z 

background image

czymś ogromnym, co rozciągało się poza mit rodziny, rasę lub nadzieję życia 

wiecznego. Chciałby z nim porozmawiać — nie o Kirze, bowiem ciało, 

odrzucone przez nią dobrowolnie, zawisło ciężko w powietrzu, którym 

oddychali — lecz na jakiś temat, przy którym ich słowa ogrzałyby się, jakiś 

prosty temat poza zasięgiem bólu.

Kuzyn wyjechał z Londynu wkrótce po lunchu i Aleksander miał dwie 

godziny czasu do zabicia przed spotkaniem z Dolores. W mózgu odczuwał 

łagodną otępiałość, tylko ręce nie mogły się uspokoić. Pragnął znaleźć jakieś 

zajęcie i dla rąk, i dla • umysłu.

W końcu ogrodu stała szopa, gdzie trzymał groteskową kolekcję różnych 

narzędzi — wszystko, co od lat przydawało się w jego najbardziej typowych 

przedsięwzięciach w stylu płaszcza i szpady. Poszedł do szopy i zaczął tam 

szperać. Poodkurzał numery na tabliczkach rejestracyjnych, jakie mógł tylko

znaleźć: Spośród kilkunastu wybrał jedną, najbardziej nowoczesną z 

wyglądu, z numerem zaczynającym się i kończącym siódemką. Podobno 

każdy szpieg ma szczęśliwą cyfrę. Jego cyfrą była widocznie siódemka. Nie 

wierzył w to, ale tak • mu kiedyś powiedziała polska Cyganka.

Z tablicą pod pachą wrócił przez ogród do pustego domu. Patrzył nań z 

odrazą. Od frontu zresztą willa wyglądała niewie- \e lepiej. Chętnie 

sprzedałby tę pałacową ohydę, ale nie chciało mu się dzwonić do agenta. Za 

dużo kłopotu.

Nawet w domu jego myśli o Kirze były mgliste, chaotyczne i całkowicie 

wyprane z uczuć. Na stole kuchennym leżała gazeta. Aleksander wyjął 

podwójną stronicę, jedną ręką rozpostarł ją na piersi, a drugą owinął w nią 

tablicę. Zrobił niezgrabną paczkę. Próbował naciągnąć na to gumkę, ale 

pękła mu w ręku, więc w końcu wziął paczkę pod pachę, tak jak przedtem. 

Krawędzie tabliczki dziurawiły tani papier.

Postanowił zejść ze wzgórza piechotą. Przy Swiss Cottage wskoczył do 

autobusu, zwalniającego przed światłami ulicz-

nymi, i usiadł obok brodatego mężczyzny, który trzymał na kolanach otwartą

książkę. Aleksander zerknął przez ramię sąsiada i rozpoznał pismo 

hebrajskie.

To zamknęło krąg otaczającej go mgły. Odrętwienie po szoku minęło i 

background image

poczuł ból. Ale była to nareszcie jakaś zmiana, pożądana ulga po otępieniu 

trwającym prawie sześćdziesiąt godzin. Wysiadł przy małej bramie Regent 

Parku i przechadzając się nad stawem, obsypanym pomarańczowymi 

cieniami, cieszył się na rendez-vous i wyobrażał sobie, jakie go czekają różne

przyjemne niedorzeczności. Rzecz dziwna, nie mógł odtworzyć w wyobraźni 

twarzy Dolores, słyszał tylko jej precyzyjnie wypowiadane po angielsku 

zdania, które rozbrzmiewały w pustych korytarzach jego mózgu, a każde z 

nich przeciągało się echem dłuższym niż te ulotne słowa.-

Jej mały samochód stał przy uliczce prowadzącej na most, z którego dwie 

samotne kobiety, niby wycinanki na tle zimnego nieba, obserwowały 

przedmioty unoszące się na zaśmieconej wodzie. Aleksander zatrzymał się, 

poszedł za ich wzrokiem i wyśledziwszy pudełko od zapałek tuż-pod mostem,

szybko ruszył w stronę samochodu. Tablica z literami CD przypomniała mu 

o niespodziance, jaką niósł pod pachą.

Dolores musiała usłyszeć jego kroki, gdyż wychyliła się i pomachała mu 

ręką trzymającą papierosa. Aleksander odpowiedział tak samo. Miała na 

głowie miniaturowy berecik, a masa wymykających się spod niego włosów 

sprawiała, że szyja jej zdawała się szczupła i delikatna. Teraz właśnie 

uderzyła go jej piękność, oryginalna i zagadkowa; poczuł się dumny z tego, 

że jest jej kochankiem. W Ameryce Południowej widywał wiele kobiet, 

których rysy zdradzały podobną dwuznaczność, lecz żadna z nich, nawet z 

tych najpiękniejszych, nie mogła się równać z bożyszczem, jakie objęło w 

posiadanie ciało Dolores i prześwietlało je od wewnątrz.

Szybko schylił głowę i ucałował wyciągniętą ku sobie dłoń. Trzymany w 

niej papieros upadł na ziemię. Dolores również nie wiedziała, co powiedzieć, 

by nie zabrzmiało to zbyt oficjalnie lub zbyt intymnie. I tak samo jak podczas

poprzedniego spotkania natychmiast ukryła wahanie pod idiomatycznym 

frazesem.

Jesteśmy punktualni jak w zegarku. Spójrz, jest dokładnie wpół do 

czwartej.

Aleksander odruchowo spojrzał na jej zegarek. Było wpół do czwartej.

— Przyniosłem ci tablicę — powiedział.

Oczy jej zolbrzymiały, gdy zastanawiała się, o jaką tablicę chodzi, potem 

background image

nozdrza jej drgnęły i wybuchnęła śmiechem.

— Nie, nie mogę uwierzyć!

Proszę, oto ona. — Oddał jej naddartą paczkę, Dolores zaś rozejrzała się

na prawo i na lewo, udając ostrożność, po czym wyciągnęła z gazety blachę i 

głośno odczytała numer.

Siódemka to moja szczęśliwa cyfra — powiedział Aleksander, po prostu 

dla podtrzymania rozmowy. Miał wrażenie, że widzi ją po raz pierwszy, lecz 

równocześnie czuł pewność, jakby objawioną we śnie, że ten pierwszy raz 

jest sceną z dramatu, powtarzaną słowo po słowie.

— Od tej chwili będzie to również moja szczęśliwa cyfra.

Czy mam ją założyć, Dolores? Tutaj jest zacisk — pokazał tablicę z 

drugiej strony — żeby nie zsuwała się z tamtej.-

Wypróbujemy to później, dobrze? Kiedy dojedziemy do domu Eli. — 

Dolores zakołysała przed oczyma Aleksandra kluczykiem na kółku i paplała 

dalej. — Ciągle jeszcze ściga tego nieszczęśnika. Dziś rano dostałam od niej 

kartkę z Bayonne. Widać, że jest w rozpaczy. Od niego też dostałam kartkę. 

Tylko pozdrowienia.

. — Skąd była ta kartka? -r- spytał Aleksander wsiadając do samochodu.

—Z Bordeaux.*

Silnik zapalił. Ruszyli.

Raz tylko w czasie jazdy rzuciła mu pytanie, które mogłoby z łatwością 

wytrącić go z równowagi.

— Co robiłeś dziś rano? — spytała. ■

— Co mówiłaś? — Udał, że nie dosłyszał.

— Takie mnie dziś rano opanowało pragnienie, żeby cię koniecznie 

zobaczyć. Po prostu nie mogłam przestać o tobie myśleć. Ale nie wiedziałam, 

gdzie cię szukać. To nawet lepiej. Nie powinniśmy sobie przeszkadzać w 

naszych codziennych planach.

Ta wzmianka o codziennych planach wydała mu się tak dalece 

niestosowna w rozmowie między kochankami, że zamilkł i przeoczył swoją 

kolej w rozmowie.

— Czy byłeś bardzo zajęty dziś rano, czy po prostu obijałeś się tak jak ja?

Ja nigdy nie mogę nic robić rano. — Zbliżali się już do bloków mieszkalnych.

background image

— Co robiłem dziś rano? — On również umiał ukrywać sens za zasłoną 

utartych zwrotów. — Zaraz, niech pomyślę. Nic specjalnego. Normalne 

codzienne sprawy.

Za co Dolores pocałowała go w szyję, w miejsce za uchem.

Aleksander przebrnął przez najbardziej niebezpieczną pokusę, tę, która 

każe wykorzystać szczerość jako przynętę. Teraz poczuł pewność, że 

niezależnie od tego, ile prywatnych konfesjonałów ich miłość może wznieść 

nad łóżkiem, nigdy nie powinien jej powiedzieć o śmierci Kiry. Istnieją 

niewątpliwie różne sposoby na zapewnienie kochance szczęścia. Jego sposób

musi być sposobem szpiega, poruszającego się gładko w sąsiedztwie upiora 

tajemnicy.

W mieszkaniu Eli Dolores zachowywała się jak prawdziwa kochanka. To 

nie był dzień błądzenia po omacku w ciemnościach. Zaciągnęła zasłony, 

zapaliła światło w przyległym pokoju, drzwi pozostawiając uchylone, a w 

trójkącie odbitego światła na podłodze ustawiła butelkę wina i dwa kieliszki.

Siedzieli na grubym dywanie na skraju tej sadzawki światła i popijali z 

wzrokiem utkwionym w drugi pokój, jakby się spodziewając, że ktoś stamtąd

wejdzie. Aleksander wyobrażał sobie, że będzie to brodaty rabin z 

modlitewnikiem, a wtedy Dolores i on odegrają sprośną scenę rytualną, aby 

go odstraszyć.

Niejednego miał się jeszcze nauczyć o figlach skojarzeń, jakie każda para 

kochanków odkrywa przypadkiem, przeważnie nieświadoma faktu, że są to 

najpierwotniejsze właściwości fantazji, w której elementy naśladujące części 

ciała i kształtów, dotyk i zapachy, smak i dźwięki tworzą dziwaczną 

mieszaninę.

Siedząc na dywanie przy uchylonych drzwiach Aleksander natknął się na 

jedno z takich skojarzeń. Ono właśnie zdradziecko przynagliło go do aktu 

miłosnego, który miał aurę koszmaru.

Makabryczna sceneria, żywa we wspomnieniu, domagała się groteskowej 

parodii miłości. W jego oczach nitki dywanu zmieniły barwę i przekształcały 

się w źdźbła trawy, a w tej trawie kuliło się zwierzę-samica, które pragnął 

unicestwić własnym ciałem. Zwierzęcy strach sprawiał, że ciało kobiety 

prężyło się i wyginało, i Aleksander utożsamił ten strach z jego własnym 

background image

wrażeniem, że on sam czołga się na czworakach do grobu, ale czyj to był 

grób — tego nie pamiętał. Ten obraz jak pijawka przylgnął mu do brzucha,' 

chcąc go znisżczyć samobójczym skokiem do grobu, Aleksander rzucił się 

przed siebie susem, a wtedy trawa i ciało przed nim — wszystko zawaliło się 

w rozkołysanym rytmie grozy.

Trójkątny odblask światła umknął pod drzwi, które zamknęły się z 

trzaskiem. Znaleźli się w ciemnościach. Dolores szepnęła:

— To chyba przeciąg. Zostawiłam otwarte okno.

Dotknął jej pleców; oblane były potem. Szybko okrył ją własną koszulą. 

Zaczęła dygotać.

— Lepiej się ubierzmy.

— Dobrze, • Aleksandrze. — Głos miała potulny i zaraz usłuchała, 

zbierając z podłogi porozrzucane ubranie. Aleksander przeszedł do drugiego 

pokoju i usiadł na wpół nagi; podeptane spodnie leżały u jego stóp. Kiedy 

Dolores zajrzała do pokoju, oglądał stojącą na biurku fotografię w ramce. Z 

błyszczącej powierzchni zdjęcia uśmiechał się tęgi mężczyzna wsparty o 

olbrzymi wór. Wór okalały czarne litery zachwalające brazylijską kawę i 

nazwę firmy.

— To mąż Eli — powiedziała Dolores. j

— Nie żyje?

— Skądże znowu! — zawołała. — Żyje i jest w świetnej formie!

— Więc to właściwie jego mieszkanie?

— Ależ naturalnie. To znaczy, kiedy przyjeżdża do Londynu w interesach.

— Rozumiem.

— Wcale nie rozumiesz, Aleksandrze. Kochanek Eli jest jego 

wspólnikiem. Wytłumaczę ci to kiedyś, to długa historia.

— Gdzie on jest teraz?

— Oczywiście w Bayonne. Ż Elą. Ona nie cierpi podróżować sama.

— Rozumiem —powiedział Aleksander i spojrzał na mężczyznę z 

fotografii, odwzajemniając uśmiech.

Dolores nakładała szminkę na duże, nienasycone usta, a intensywność 

czerwieni podkreślała bladość jej policzków. Spostrzegła kontrast, odwróciła 

się do lustra i spytała na wpół żartem:

background image

— Co byś zrobił, gdybym nagle umarła? -

— Nie poszedłbym na twój pogrzeb, Dolores.

Na tę odpowiedź oczy jej uciekły z powrotem dd^lustra.

Aleksander prowadził podwójne życie, choć nie było po temu żadnej 

widocznej przyczyny. Dwa razy na tydzień lub częściej wracał do domu we 

wczesnych godzinach rannych, zmęczony, lecz pełen utajonej energii, i 

wkradał się do swego gabinetu, gdzie sypiał na łóżku polowym. Nie chciał 

zaglądać do części domu należącej do Kiry, a jego sypialnia mieściła się tuż 

obok jej sypialni. Po kilku takich próbach opanowało go poczucie, że jest w 

tym coś niestosownego. Uważał, że nie wypada zakłócać spokoju jej mebli 

odgłosem własnych kroków, więc szedł prosto do gabinetu i kładł się po 

cichu na polowym łóżku. Nigdy nie musiał długo czekać, aż nadejdzie sen.

Aleksander wyeliminował Kirę ze swoich snów; zdołał też, na inny sposób,

ograniczyć pamięć o niej w domu. Oczywiście zawsze coś mu ją 

przypominało, lecz nie przenikało to głębiej; potrafił odsunąć od siebie każdą

o niej myśl tak, jak się odpędza natrętną melodię, ilekroć zaczyna nas nękać.

Ponieważ nie wierzył w duchy, żaden inny możliwy ślad jej egzystencji nie 

mógł się zapisać w jego świadomości.

Gdyby był przygotowany na to, by poddać analizie swą miłość do Dolores 

— a tego nie chciał robić — mógłby zapewne odkryć jakiś zawiły związek 

między pasją życia przejawianą przez Dolores i nienawiścią do życia, 

cechującą Kirę. Na razie starał się usilnie dorównać jej w pomysłowości, 

którą stale

■S» 

K

S

H

E

KtUPfrH

[fiu

wprawiała go w podziw. Chciał zaimponować Dolores nie tylko grą miłosną, 

lecz także doborem dekoracji i rekwizytów. W tym względzie Dolores 

wykazywała inicjatywę od samego początku. Jakie zmiany dekoracji 

konieczne były dla podtrzymania elementu nowości w ich spotkaniach? Ile 

fantazyjnych rekwizytów mógł znaleźć on sam, gdy jej wynalazki już im 

spowszedniały?

Aleksander, jak prawdziwemu artyście przystało, czuł uznanie dla 

background image

pomysłów innych ludzi, więc nie starał się zdystansować jej oryginalności 

poprzez wypożyczanie mieszkań od swoich własnych znajomych 

wyjeżdżających z miasta na urlopy lub w interesach. Natomiast skierował 

swój zmysł praktyczny na kompozycję tła do ich miłości i zajął się 

wszystkimi drobnymi sprawami organizacji, bez której udany romans nie 

przetrwałby nawet miesiąca. Chciał, aby ich romans trwał dłużej niż rok, 

dłużej niż dziesięć lat. Ilekroć zaczynał o tym myśleć, sięgał nadzieją jak 

dziecko w odległą przyszłość i widział siebie jako siwowłosego pana, ciągle 

jeszcze szykującego tablice z fałszywymi numerami do samochodu Dolores. 

A ona naturalnie nigdy nie utraci ani jednej iskierki z blasku swej urody.

Aleksander wiedział, jakie korzyści w jego zawodzie płyną z pedanterii; 

niczym teutoński uczony potrafił w nieskończoność sprawdzać i weryfikować

uzyskane fakty. Obecnie zużywał całe swe doświadczenie i pedantyczną 

inteligencję szpiega na sporządzenie dla nich obojga rozkładu godzin, sy-

stemów porozumiewania się przez telefon, wykazów możliwych miejsc, gdzie 

mogli na siebie czekać — winiarni, barów, parków — oraz posłańców i 

nocnych portierów.

Gdy ofiarował Dolores plan Londynu, starannie wykonany w trzech 

kolorach, z kwadracikami, kółkami i krzyżykami, zaopatrzonymi z kolei w 

liczby i ułamki od jednego do osiemdziesięciu pięciu i trzech czwartych, 

obdarzyła go przeciągłym spojrzeniem, pełnym prawdziwie latynoskiego 

uwielbienia, i spytała;

Czy ta nadzwyczajna rzecz ma być dla mnie?

Tak, Dolores, ale ja też mam kopię.

Dokładnie taką samą?

Co do jednej kropeczki, Dolores.

— A po co to jest? — spytała, tym razem ku jego lekkiemu 

rozczarowaniu.

— No, dla nas. Na przykład spójrz na te kwadraciki. To są stacje 

benzynowe, na wypadek gdybyś gdzieś utknęła. A tutaj — z uroczystą miną 

wskazywał kółeczka — w tych wszystkich barach i winiarniach możesz 

dostać swój ulubiony napój, Dolores.

— A jaki jest mój ulubiony napój, querido1 — Użyła hiszpańskiego 

background image

czułego słówka i zarumieniła się jak młoda dziewczyna wyznająca miłość.

— Marsala — odrzekł dość niecierpliwie, gdyż śpieszno mu było dalej 

objaśniać mapkę.

— Masz rację, Aleksandrze! — wykrzyknęła. — Marsala. A ja nie 

zdawałam sobie z tego sprawy. Po prostu piłam ją i piłam od lat.

— No, to teraz wiesz, gdzie ją możesz dostać w Londynie.

— A te skomplikowane cyfry i te dwa „g” obok nich?

— „G” oznacza godziny. Widzisz, czekając na ciebie w tej kawiarni 

pedałów — pamiętasz, tam, gdzie cię wzięli za cesarzową Sorayę — 

zauważyłem, że te same typy zjawiają się tam w pewnych godzinach, a ich 

wygląd nie bardzo mi się podoba. Więc zapisałem odpowiednie godziny.

— Jestem bardzo głupia, Aleksandrze, ale jakie godziny?

— No, godziny, kiedy przychodzą i wychodzą. Taka informacja się przyda,

nie sądzisz? Jeżeli będziemy chcieli, możemy tak zrobić, żeby nas nie 

widywali. A tutaj, moja piękna boginko — ucałował jej czarne włosy — są 

urzędy pocztowe, z których możesz wysłać pilną wiadomość przez posłańca. 

To często kosztuje mniej niż list ekspresowy. Cała rzecz polega na tym, żeby 

znać dokładnie odległość od poczty do adresata. Opłatę oblicza się za mile.

Dolores spojrzała na niego i westchnęła. Było to westchnienie pełne 

pokory i podziwu.

— Ależ, Aleksandrze, to wszystko zrobiłeś dla mnie. I w takich 

cudownych kolorach!

— Dla nas, Dolores. Ja mam drugi egzemplarz. Mówiłem ci. —.To mocno 

trąciło pedanterią, ale spodobał jej się tym bardziej.

Zachęcała go do dalszych szczegółowych objaśnień, wypytywała o pewne 

niezrozumiałe znaki, które miały uczynić plan jaśniejszym, a na koniec 

złożyła ten wspaniały przewodnik po Londynie kochanków i wsunęła do 

torebki.

— Dziękuję ci bardzo, bardzo! — rzekła z wyszukanym ukłonem:

— Kiedyś zrobię coś podobnego z uwzględnieniem zmian w zależności od 

pory roku — zapowiedział poważnym tonem harcerza. — Warto wiedzieć na 

przykład, która część Regent Parku jest najprzyjemniejsza w lipcu po 

zachodzie. Albo ile, przeciętnie biorąc, jest wolnych łodzi w połowie sierpnia 

background image

na stawie w parku Battersea, o której dokładnie godzinie po południu, i tak 

dalej.

— Aleksandrze, jesteś wprost cudowny. — Mógł sobie świetnie wyobrazić,

jak mówi to samo, tym samym dokładnie tonem, podczas jakiegoś przyjęcia 

u siebie w domu. Mimo. to z przyjemnością słuchał, jak wymawia w ten 

sposób jego imię. Brzmiało tak przeciągle i wojowniczo. Kira z uporem 

nazywała go Alex; w łóżku, gdy jeszcze sypiali razem, „Alex” często zmieniało 

się w „Ali”, wymawiane „Alii” tym niefortunnym dziecięcym szczebiotem Kiry.

Nie cierpiał obu tych imion, „Alex” i „Ali”.

— Ja właściwie lubię robić takie rzeczy. To tak, jakby się wymyśliło jakąś

grę i grało w nią z samym sobą. — W tej chwili AJeksander czuł się tak 

bliski Dolores i tak przepełniony szczerością, iż mógłby jej bez namysłu 

opowiedzieć o tym, że jest prywatnie praktykującym szpiegiem — i to dobrze 

płatnym — gdyby tylko zrobiła jakąś aluzję. Ale nic takiego nie powiedziała. 

To, co powiedziała ostatecznie, brzmiało rozbrajająco naiwnie.

— Ależ ty musisz doskonale znać Londyn, Aleksandrze, żeby poustawiać 

te kwadraciki i krzyżyki we właściwych miejscach!

— Jeśli chodzi o ścisłość, mógłbym zrobić dla ciebie to samo z planem 

Buenos Aires albo Stambułu.

Nie przechwalał się, po prostu stwierdzał fakt. Swą znajomością 

większości stolic zdumiałby miejscowych przewodników. Londyn był może 

nieco trudniejszy do rozbicia na takie bar

dziej wyspecjalizowane pola. Przez całe życie Aleksander przybywał do 

Londynu tylko dla odpoczynku, a powodowany jakąś nieokreśloną sympatią 

do rodzinnego miasta, nie miał ochoty na to, by wykonywać swój zawód na 

jego ulicach. Teraz za to znajdował prawdziwą przyjemność w wypatrywaniu 

różnych dziwnych zaułków i zakątków w tym dziewiczym dla niego Londynie,

na wspólny użytek z Dolores.

— Ale, ale, czy w twoim planie, Aleksandrze, wziąłeś pod uwagę dni, 

kiedy lokale zamyka się wcześniej? — Dolores miała minę bardzo poważną, 

nie śmiała się z niego. Widocznie udzielił się jej nastrój ambitnego „zrób to 

sam”.

— Naturalnie! — odrzekł z rozbrajającym zadowoleniem.

background image

Ale najbardziej cieszył go pomysł dotyczący sposobu

wzajemnego przekazywania sobie wiadomości przez telefon. Musieli znać 

oboje przynajmniej jeden numer telefoniczny, a Dolores wolała, żeby to był 

jej numer. Lecz Aleksander nie chciał narażać ich potajemnego romansu na 

jakiekolwiek ryzyko odkrycia. Poza tym nie miał zaufania do telefonów, po-

nieważ było to urządzenie najdogodniejsze dla rządowych szpiegów, którzy 

mogli podsłuchiwać rozmowy, ile chcieli. Zawsze żywił zawodowe 

uprzedzenia w stosunku do urzędników państwowych mieniących się 

agentami — specjalnymi, tajnymi lub bliżej nie określonymi.

Jego pomysł cechowała prostota podobna do metody porozumiewania się 

w więzieniach — przez pukanie w ścianę. Tylko zamiast ściany postanowił 

wykorzystać dzwonki telefoniczne: dwa razy dziennie, o jedenastej lub o wpół

do pierwszej, mógł się z nią porozumiewać po prostu nakręcając numer. 

Odkładał słuchawkę od razu, gdy podniosła swoją, a potem znów dzwonił, 

by potwierdzić pierwszy telefon. Dolores wiedziała wówczas, że chce się z nią 

natychmiast zobaczyć w jednym z zaznaczonych na planie miejsc.

Wszystko, co jej pozostawało do zrobienia, to sprawdzić kilka symboli w 

legendzie, przypomnieć sobie, jaki jest dzień tygodnia, i wyruszyć w 

przeciągu pół godziny; on zaś czekał na nią zgodnie z planem. Na przykład 

we wtorki ustalonym miejscem była kawiarnia „Wiedeńska” naprzeciwko 

stacji kolejki podziemnej Green Park, w piątki — winiarnia w okoli-

cy Regent Street. Aleksander podziwiał prostotę organizacji ich spotkań, 

Dolores zaś z wdzięcznością kiwała głową i w wolnych chwilach studiowała 

plan wraz z objaśnieniami. Tak się złożyło, że miała dużo wolnego czasu.

Aleksander pogrążył się w tym nowym życiu z młodzieńczym zapałem. Ze 

względu na Dolores, jak sądził, Kirę należało utrzymać przy życiu. 

Przestrzegał więc tej ciągłej fikcji, zachowując się jak niewierny mąż, 

wkradając się do domu i wykradając się z niego cichaczem. Po upływie 

dwóch tygodni nie umiałby już nawet sobie wyobrazić innego stylu życia 

zakochanego mężczyzny. Im bardziej był uczuciowo zaangażowany, tym 

staranniej prowadził grę stosowania przemyślnych środków ostrożności. Z 

przyjemnością sobie przypominał, że Dolores również wyżywała się w swoich 

teatralnych fantazjach. To ona pierwsza powiedziała mu, że będzie dla niej 

background image

idealnym partnerem. A on chętnie przyjął wyzwanie.

Powoli zabrał się do rozwiązywania zagadki swojej namiętności, choć 

jeszcze nie potrafił jej w pełni skojarzyć z osobą Dolores i z jej rolą w miłości,

jaką odczuwał. Sama ta namiętność wiązała się przedziwnie z jego profesją, 

gdyż nigdy dotąd właściwie nie zdołał rozwiązać problemu swej osobowości 

szpiega. To prawda, chciał, aby jego praca była bardziej szanowana, lepiej 

płatna i całkowicie pozbawiona romantyzmu. Ale przyczyną tego było 

wstydliwe wspomnienie ojca, który wszystko robił pod ladą, a należną mu 

zapłatę przyjmował jak bakszysz, zawsze podlizując się swoim tchórzliwym 

klientom. Jego biedny ojciec nie miał ani wystarczającej dozy wyobraźni, ani 

cynizmu, by odwzajemniać się szantażem tym, którzy jemu nim grozili.

Aleksander nauczył się podstaw techniki szpiegowskiej od ojca, lecz 

zdecydowanie sprzeciwił się temu, by traktować swoje zajęcie jak coś 

podrzędnego. Ponieważ odnosił w nim zbyt wiele sukcesów, po drodze 

zagubił wszystkie związane z tym dreszczyki. Jednakże zbyt głęboko przejął 

się niefortunnym przykładem swego ojca, by przyznać w duchu, że pojęcie 

szpiega-dżentelmena jest niestety sprzecznością samą w sobie. Teraz, 

chroniąc swą kochankę i swoją własną miłość pod loną tajemnicy, 

odgrywając podwójną rolę w swym życiu

intymnym, osiągnął coś na kształt ideału szpiega. Sam dla siebie stał się 

zagadką, a każde nowe posunięcie coraz bardziej ją komplikowało, aż w 

końcu mogło się zdarzyć, że zbliży się do perfekcji, następując na własny 

cień. Jakże podniecająca była to myśl: sprawić, aby cień szpiegował swego 

pana, spłodzić własnego chytrego donosiciela! W plątaninie ciał uprawiają-

cych miłość dostrzegał ukryte znaczenie swego powołania i to zdwajało jego 

przyjemność.

I właśnie seks — ze wszystkich dróg życiowego doświadczenia najbardziej

od tych spraw odległy — zbliżył Aleksandra wprost do istoty własnych 

zawodowych uzdolnień, gdyż zaczął go w myślach utożsamiać z pasją 

szpiega do izolowania się, do odosobnienia. Odosobnienie; jakim-pragnął-

otoczyć siebie i Dolores, stawałcfśię obsesją; niemniej jednak była to obsesja 

szpiega: z dokładnie wypunktowanym zasięgiem widzenia, zawsze pod 

kontrolą, a jednak zawsze grożąca wybuchem prosto w twarz, tak bardzo 

background image

czujną.

Być może znaczyło to również, że w wieku lat trzydziestu dziewięciu 

Aleksander nareszcie osiągał dojrzałość — etap rozwoju rzadko przeżywaay 

przez szpiegów z powodu zmienności ich zainteresowań. Był jeszcze jeden 

znak, że jego uczucia istotnie wynikały z nadchodzącej dojrzałości, a nie z 

satysfakcji samca związanej z najlepszym okresem kojarzenia się w pary: coś

go zmuszało do coraz częstszego wspominania ojca, a ilekroć obraz rodzica 

nawiedzał jego pamięć, ukazywał go w obecnym wieku Aleksandra: 

trzydziestodziewięcioletni ojciec spotykał się z trzydziestodziewięcioletnim 

synem jak równy z równym.

Dosłownie jakby z jasnego — śródziemnomorskiego — nieba spadł nagle 

ojciec i ponownie odegrał na pół zapomnianą scenę w tych samych starych 

dekoracjach. Aleksander widział go siedzącego na progu ich letniego domu 

na Cyprze, z długą fajką, która symbolizowała zarówno ojcowski autorytet, 

jak i tureckie pochodzenie. Aleksander stał pod nawisłymi pędami winorośli 

i obserwował cień pełznący ku jego bosym stopom.

Nie miał chyba więcej niż siedemnaście lat, a rozmowa z ojcem wiązała 

się z pierwszą pracą, jaką dla niego wykonał.

Wiedział, że spisał się dobrze, a jednak otrzymał w zamian więcej przestróg 

niż pochwał i nie mógł pojąć dlaczego.

Ojciec pykał z pradziadowskiej fajki i głośno się rozwodził lewantyńsko-

handlarską angielszczyzną:

— Aleksandrze, ty musisz codziennie robić pełny obrachunek swoich 

aktywów. Nie żyj nad stan, pamiętaj o swoich zobowiązaniach i nie 

przeceniaj spodziewanych zysków.

— Będę się starał, jak tylko można najlepiej, ojcze — odpowiedział 

obserwując cień na swoim kolanie.

To, co ojciec starał się wyrazić, nie dotyczyło księgowości ani też żadnej 

innej dziedziny wykształcenia handlowego. Był to poważny komentarz do 

postępów Aleksandra w nauce techniki szpiegowskiej. W późniejszych latach

Aleksander oceniał komentarze ojca jako coś żałośnie chybionego. Obecnie 

po raz pierwszy musiał przyznać, że staruszek nie mówił tak całkiem głupio. 

Przypomniał sobie, jak dalej rozwijał się ich dialog, a wzbijające się z fajki 

background image

ojca kłęby dymu oddzielały kolejne zdania.

— Każdy dobry agent — ciągnął ojciec, unikając dla przyzwoitości słowa 

„szpieg” — jeżeli chce.być bardzo dobry, taki naprawdę bardzo, bardzo 

dobry, musi nie tylko ciężko pracować, lecz także gromadzić żelazny kapitał. 

Nie w pieniądzach, mój synu, tylko w tym, czego nie dostaniesz za żadne 

pieniądze: musi mieć żelazny kapitał we własnym charakterze. — Mówiąc to 

ojciec stuknął fajką w swój dostatnio wyglądający brzuch, zapewne po to, by 

pokazać, że tam widocznie kryją się korzenie charakteru.

Aleksander wymamrotał coś na znak zgody.

— Bardzo, bardzo dobry agent — a ty, mój synu, mógłbyś zostać bardzo, 

bardzo dobrym fachowcem — powinien znać swój charakter całkowicie, 

zwłaszcza to, co jest jego żelaznym kapitałem, bo nie znając swego 

prawdziwego charakteru, mój synu, nigdy nie stanie się naprawdę bardzo, 

bardzo dobrym fachowcem.

Ilekroć ojciec mówił „naprawdę", Aleksander orientował się, iż staruszek 

przekazuje mu swą najgłębszą mądrość i spodziewa się, ie syn oceni to 

należycie, zadając jakieś nie najgłupsze pytanie.

— Ojcze — powiedział. — Co leży u podstaw naszego charakteru?

To się spodobało Aminowi seniorowi, gdyż głęboko wciągnął dym, skinął 

głową, znów się zaciągnął, dotknął fajką brzucha i w końcu przemówił tonem

wyroczni:

— Tajemnica, zawsze tajemnica, mój synu.

— Nie bardzo rozumiem, ojcze. — Aleksander poprawił na sobie szorty i 

podrapał się w udo.

— Zrozumiesz, synu, zrozumiesz, jak będziesz już dojrzały, tak dojrzały, 

jak należy. Każdy agent, powiadam ci, ma skrytą namiętność, ale często nie 

pozwala na to, by ta skryta namiętność wydostała się ze schowka, gdzie 

spoczywa żelazny kapitał, i wtedy ona wybucha jak bomba i niszczy go.

Aleksander podrapał się w drugie udo. Ogarniał go lekki strach, ale nie 

chciał tego okazać przy ojcu.

— Skryta namiętność — ciągnął ojciec — jest siłą agenta, a także jego 

słabością. Ona popycha go naprzód, więc może bardzo nieoczekiwanie 

popchnąć go do grobu. Dlatego, aby utrzymać bilans w porządku, trzeba 

background image

pamiętać o skrytej namiętności i patrzeć na nią bardzo odważnie, kiedy się 

jest bardzo, tak naprawdę dojrzałym.

Teraz, prawie w dwadzieścia dwa lata po wysłuchaniu wykładu ojca o 

paradoksie kryjącym się w głębi duszy szpiega, Aleksander patrzał w głąb 

swej pamięci; podobna była do ciemnej studni, której dno odbijało jego 

własne oblicze, jeszcze bardzo płynne i młode. Wpatrywał się w nie długo, po

czym zadał sobie pytanie, czy Dolores też ma swoją tajemnicę. Nie tajemnicę 

skrywaną przed nim, lecz skrywaną przed sobą, właśnie jakąś namiętność 

ukrytą na dnie studni.

Czy pomagał Dolores w ujawnieniu jej tajemnej namiętności? Czy był tak 

idealnym partnerem, jak sądziła?

Z chwilą gdy zadał sobie to pytanie, opadło ono ciężko niczym kurtyna. 

Skończył się pierwszy akt jego miłości.

— Czy kochasz tę kobietę?

— Tak, kocham Dolores.

— Dlaczego ją kochasz?

— Dlatego, że...— nastąpiła przerwa wypełniona szmerami, po czym głos 

z magnetofonu przemówił z większą niż przedtem precyzją: — Dlatego, że 

ona ma intuicję. Nie tę zwykłą zwierzęcą intuicję, która^ygnalizuje 

niebezpieczeństwo i zmiany pór roku; jej intuicja odbiera wibracje nastrojów 

wypływających z tego, co stanowi trzon charakteru, i w ten sposób dających 

miarę jego głębi. Dolores już wie to, czego ja sam jeszcze nie wiem o 

niekonsekwencjach mego charakteru.

— Chyba nie kocha się kobiety za jej przenikliwość psychologiczną! — 

Toń odpowiedzi był mentorski. — Mylisz intuicję z pochlebstwem. Dolores ci 

schlebia, okazując ciągłe zainteresowanie twoją osobą. I po prostu utwierdza

cię w tym, co —jak sobie wyobrażasz —jest twoją tajemnicą. Mógłbyś z 

łatwością odkryć swoje niekonsekwencje, gdybyś był trochę mniej próżny.

Suchy kaszelek, odchrząknięcie i głos wzniósł się do nuty pompatycznej:

Nie, ja nie mówię o łudzeniu siebie. Można być całkowicie świadomym 

własnej próżności, a zarazem tolerować ją z różnych powodów. Oczywiście 

Dolores pochlebia mojej męskości. Wiem, że jestem kochany przez kobietę, 

której piękność mogłaby bez trudu onieśmielać mężczyzn lub budzić w nich 

background image

uczucie zażenowania. A jednak owa bezpośredniość, jaką w naszych 

stosunkach ustaliła ona, a może my oboje.

nadaje mojej miłośq precyzję. Myślę o precyzji emocjonalnej. Z Kirą na 

przykład to była albo miłość tulącego się bluszczu, w której wszystkie 

uczucia musiały być dosłownie wypocone przez skórę, albo też przyjacielska 

wymiana namiastek: ja tobie daję zrozumienie, ty mnie darzysz tolerancją; ja

biorę twoją hojność, ty .— moją całkowitą zależność od ciebie.

— Zaraz, zaraz — upomniał głos. — Nie należy porównywać małżeństwa, 

nawet szczęśliwego małżeństwa, z romansem.

— Ale to nie jest romans.

Coś zatrzeszczało, zanim głos odparł:

— Możliwe. W twojej terminologii jest to miłość w doskonałym 

odosobnieniu. Naturalnie. Ale czy pomyślałeś ojed- nej małej różnicy? W to 

odosobnienie oboje wnosicie wasze nastroje w najczystszej postaci. Ty 

zachowujesz się absolutnie bez zarzutu* gdyż całą nudę prozaicznych 

szczegółów pozostawiasz na zewnątrz, w domu. Dlatego twoja miłość wydaje 

ci się zarysowana z taką precyzją i dlatego twój związek z Dolores cechuje ta 

bezpośredniość, której nie mógłbyś nigdy doświadczać w małżeństwie.

— Ależ ja jestem pewien, że kocham Dolores. Ta pewność rzutuje na jej 

miłość.

Aleksander miał właśnie wyłączyć magnetofon, gdy usłyszał głos Kiry — 

zaledwie ułamek zdania, nie skasowany, jeszcze tchnący dźwiękiem jej 

głosu. „Strzeż się” — to były wyraźne słowa, a potem rozległo się delikatne 

brzęczenie i długi syk sssszszsz rozpływający się w ponurej ciszy. Ten syk 

mógł być początkiem słowa takiego jak „samobójstwo”, „szafot” lub 

„skandal”.

To okaleczone widmo głosu Kiry zniechęciło go do wysłuchania dialogu po

raz drugi, tak jak zamierzał. Jej wtrącenie się zirytowało Aleksandra, gdyż 

brzmiało to tak, jakby ukryła się w aparacie, żeby podsłuchać jego wywiad z 

samym sobą.

Jakieś' trtsy, cztery lata temu dostał magnetofon od amerykańskiego 

klienta, który zapalił się do myśli, że szpiegowanie należy zmodernizować za 

pomocą nowoczesnych przyrządów. W rzeczywistości Amerykanin myślał o 

background image

modernizacji podsłuchu, lecz Aleksander nie zamierzał się spierać o takie 

drobne różnice z ludźmi opanowanymi przez idée fixe.

Podziękował klientowi za prezent i jeździł z nim przez kilka miesięcy, w 

ogóle nie zamierzając go używać, aż kiedyś, pewnego deszczowego wieczoru 

w Caracas, gdy czuł się trochę niewyraźnie i męczyła go nuda, wziął 

magnetofon ze sobą do łóżka i gadał do niego jak pijak, który zabawia 

rozmową własny smętny wizerunek w lustrze. Następnego ranka wysłuchał 

nagrania i ucieszył się z rezultatu, aparat bowiem jakoś trafnie uchwycił jego

dar prowadzenia konwersacji, hamowany przez nieśmiałość, ożywił jego głos 

i stworzył iluzję swobodnej rozmowy. To, czego Aleksander nigdy nie potrafił 

osiągnąć w zwykłym dialogu z kimś drugim, przypadkowo udało się na 

taśmie, w rozmowie z samym sobą. W tym całkiem rozsądnym wywodzie 

czuło się wierne odbicie jego myśli.

Po dokonaniu tego odkrycia zasięgał rady magnetofonu, tak jakby to był 

przenośny pan Watson; odgrywając rozmowy zrodzone z ich wspólnych 

wysiłków, Aleksander często znajdował rozwiązanie jakiegoś bieżącego 

problemu. Później jednak bardzo starannie kasował nagrany dialog, po czym

zmodernizowany Sherlock Holmes znów pokazywał wolno myślącemu 

Watsonowi, jak szybko potrafią wyświetlić tajemnicę, gdy sprawa zostanie 

omówiona, jak należy.

Ponieważ z wrodzoną pedanterią sam szanował słabostki innych ludzi, 

Aleksander, pragnący zachować magnetofon do swego wyłącznego' użytku, 

niczym ukochane zwierzątko, nawet podczas krótkich pobytów w domu, był 

niemile zaskoczony faktem, że Kira używała aparatu bez pozwolenia męża. 

Samobójstwo jej nie usprawiedliwiało: nie powinna była się bawić jego 

przenośnym Watsonem! Dawał Kirze dużo kosztownych zabawek, wszystko, 

o co prosiła. A tymczasem, niczym rozpieszczone dziecko, pożyczyła sobie'w 

dodatku i jego zabawkę, jedyną, którą naprawdę lubił.

Rozmowa o Dolores z samym sobą, nagrana i odtworzona,

1

 powróciła echem wkrótce — i całkiem niespodziewanie w rzeczywistości, 

gdy spotkał się z Dolores w nowo zdobytym przeî nią pied-à-terre. 

Właśnie" wyszła z sypialni i stała na tle białych drzwi w długiej mantyli, 

okrywającej głowę i ramiona. Reszla jej ciała była naga.

background image

Czy kochasz tę kobietę? — spytała odwracając oczy.

Skraj mantyli i zaokrąglenie pośladków odbijały się w długim lustrze obok 

drzwi.

— Tak, kocham Dolores — powtórzył całe-zdanie nagrane na taśmę i 

zdziwił się tym niezamierzonym odtworzeniem tekstu. To, co powiedziała 

następnie, zdziwiło go jeszcze bardziej.

— Dlaczego ją kochasz? — Słowa Dolores z użyciem trzeciej osoby były 

dokładną kopią jego własnych i Aleksander

0 mało nie wygłosił całego monologu ojej intuicji, zapamiętanego dzięki 

magnetofonowi. Wyrwał swoje myśli z koleiny

1w odpowiedzi wybąkał coś pochlebnego, ogarniając ją spojrzeniem pełnym 

pożądania.

Czy miała to być jęszcze jedna lekcja w pseudoartystycznym stosowaniu 

nagości? Momentalnie zapomniał o głosie z taśmy. Patrzył na nią z 

ciekawością i podnieceniem, nie tracąt jednak zdolności do analizowania 

pornograficznego obrazu i własnych wrażeń z nim związanych. Nagie ciało, 

kontrastujące z czernią wokół szyi i ramion, przypominało pewne słynne 

kontrasty w malarstwie. Dolores budziła to samo dwuznaczne pragnienie co 

dwa portrety Mai namalowane przez Goyę, zawieszone obok siebie. Kiedy 

patrzyło się na nie równocześnie, oczy nigdy nie miały pewności; czy ostre 

załamanie linii pożądania wynika z perwersyjnej dwoistości, czy z perwersyj-

nej jedności. Może w zamiarach Dolores leżało, by ten chwyt wyczarował 

takie właśnie skojarzenia, lecz czy miało to wzbudzić perwersyjne 

skojarzenia u niej, czy u niego — tego Aleksander nie potrafił rozstrzygnąć.

Chciał się jednak dowiedzieć, co ją skłoniło do demonstrowania tych 

lubieżnych zasłon. Czy miały one jakiś związek z jej życzeniem, by pozostać 

dla niego kobietą, o której nie wiedział nic — znał tylko jej erotyczne nawyki?

Te fakty były mu dostępne; gdyby gromadził je wytrwale, mógłby pewnego 

dnia poznać prawdę o Dolores, lecz prawdę całkowicie nie związaną z jej 

życiem w domu i w towarzystwie. Doskonale! Miłość odizolowana, uprawiana

w odosobnieniu przypominała sztukę dla sztuki — i taką wolał.

Bardziej prymitywne przykłady tej samej sztuki mógłjednak obserwować 

rozejrzawszy $ię dookoła; i jak się wydawało, akcentowały cel owego chwytu 

background image

z mantylą. Ze ścian i z półek

patrzyły na niego fotografie i zdjęcia amatorskie ukazujące właściciela 

mieszkania w całej różnorodności ekshibicjonisty- cznych nastrojów. 

Mieszkanie należało do jednego z przyjaciół Dolores, który, jak powiedziała, 

nazywał się Terry. O tym nie można było wątpić, bowiem Terry z 

upodobaniem składał swój podpis na każdym zdjęciu pochlebnym dla jego 

cielesnej urody.

Niektóre fotografie, dość prymitywnie powiększone i oprawione w proste 

czarne ramki, wisiały na ścianach, przypominając Terry’emu o przeżytych 

kiedyś rozkoszach- Jedna krzyczała znad fortepianu: „Terry w klubie, 

hasający na trawie, lipiec 1956.” Inna chichotała z miejsca między oknami: 

„Ja, Terry, i on, Colin, po nieprzystojnych igraszkach pływackich we wtorek, 

27 sierpnia 1957.” Jeszcze inna zwierzała się ze wzruszającą skromnością:. 

„To tylko ja, akt solo, klub, wrzesień 1958.” •

Prawdę mówiąc, wszystkie one przedstawiały akt męski i na wszystkich 

spod tłustego brzuszka wyglądało figlarne alter ego pana Terry: Po dziesięciu

minutach oglądania tylu identycznych Terrych Aleksander zaczął odczuwać 

skrępowanie z powodu swego własnego konwencjonalnego garnituru

i zamierzonego kontrastu jej równie konwencjonalnej mantyli. Gdyby 

rozebrał się teraz, zniżyłby się, jak Terry, do poziomu autopornografii.

Drobnymi, odmierzonymi krokami podszedł do Dolores

i zaczął całować jej twarz. Stała nieporuszona. Czuł, jak ciepło jej ciała 

rozgrzewa go przez warstwę materiału. Usłyszał szept:

— Nie rozbieraj się.

Nie rozebrał się. Aby zgłębić znaczenie tej sztuki lubieżności, musiał 

akceptować wszystkie jej stadia, w miarę jak się pojawiały, nie okazując 

pruderii ani dezaprobaty. Inaczej nie dotarłby nigdy do jądra obsesji Dolores.

A czy to jądro, gdy Aleksander już do niego dotrze, ujawni całą tajemnicę 

spełnienia?

Ręce Aleksandra posunęły się ku górze, dotknęły mantyli

i ściągnęły ją w dół. Potem odmienił skojarzenia obrazów, przenosząc akcent

z ramion na talię. Ów czarny skrawek dzielił jej ciało na dwa osobne obrazy, 

a ten dolny jak gdyby

background image

się cofał, nabierając nowej perspektywy; stała bardzo spokojnie, jakby 

uczestnicząc w dworskiej ceremonii ubierania. Aleksander również 

przedłużał tę scenę i jej napięcia. Słowa rozciągały się jak guma.

— Dolores... doświadczam mojej miłości do ciebie... na tyle różnych 

sposobów...

— Ja chcę, żeby to było na wiele różnych sposobów. Nie powinieneś 

nigdy przyzwyczaić się do tego, co ci się we mnie podoba.

— To niemożliwe, żeby przyzwyczaić się do piękna. — Jego głos zabrzmiał

trochę pompatycznie, podobnie do cienia tamtego głosu na taśmie 

magnetofonowej.

— To, co nazywasz pięknością, istnieje tylko w twoim umyśle, 

Aleksandrze, i za żadne skarby nie chcę widzieć, jak umyka od' ciebie przez 

oczy z powrotem do mojego ciała. Kocham teraz moje ciało, bo jest bardziej 

twoje niż moje. W każdym razie ja...

Nagle przestraszyła się, że ich-rozmowa zawiera zbyt wielką dawkę 

świadomych przemyśleń, więc resztę zdania zastąpiła śmiechem. Jej palce 

bawiły się klapami jego marynarki. Ciągle się śmiejąc powiedziała tonem 

prowokacyjnym:

— Pewnego dnia policzę wszystkie twoje guziki w górę

i w dół. Tyle ich masz, Aleksandrze. Dlaczego nie narysujesz planu swojego 

garnituru?

W tym momencie jeden z pozbawionych zahamowań Ter- rych łypnął na 

niego okiem ze ściany. Aleksander ucieszył się, że ma na sobie ubranie. To 

ono podtrzymywało płomień pożądania. Przytulił mocno Dolores do swego 

pulsującego ciała. Jeden guzik przeszedł przez koronkę, zahaczając mantylę.

Akt miłosny jest łamigłówką detali — subtelnych i prozaicznych — która 

stopniowo się rozpływa, pozostawiając jeden jasny szczegół, jak gdyby 

ognisko światła. To zdarzyło się Aleksandrowi, tak właśnie, jak sobie 

wyobrażał. Na erotycznym ekranie jego świadomości wyodrębnił się jeden 

szczegół: powtarzający się motyw "wzoru na' koronce mantyli: mały listek, 

podobny do miniaturowego berecika, jaki miała na głowie tego dnia, gdy 

spotkali się w Regent Parku. Teraz pojął jasno, że malutkie rozmiary 

berecika, kontrastujące z obfitoś

background image

Mmmm

cią jej włosów, oddziaływały w sposób równie perwersyjny jak kaskada 

koronkowych listków mantyli między jej piersiami.

Ale jakiż pojedynczy'szczegół mógł się ukazać na ekranie jej własnej 

świadomości w owej chwili uniesienia, które wszystko poza tym roztopiło?

Znów pornograficznie mrugnął do niego Terry-ekshibicjoni- sta z 

olbrzymiej fotografii wiszącej na poziomie jego oczu. Napis na zdjęciu 

wyjaśniał okoliczności: „Zrobione bez mojej wiedzy za dębem Cromwella 

podczas dorocznego zgromadzenia Ligi, sierpień 1955.” Rozanielony Terry 

odgrywał tu chłopięcą niewinność figury Manneken-Pis nad fontanną w 

Brukseli.

Ponieważ tych fotografii niepodobna było ignorować, Aleksander chcąc 

nie chcąc musiał myśleć o Terrym, o jego klubie i o miejscu Dolores w 

świecie jego fotografii. Jakoś nawet w najdzikszych fantazjach nie mógł 

zaakceptować tłustego brzuszka Terry’egó jako obiektu przyjemności 

Dolores. Poza tym Terry był zawsze tak pedantycznie rozebrany. .

Ale przede wszystkim jak to się stało, że go poznała? Musiała go znać na 

tyle dobrze, by dostać klucz do jego nędznawego dwupokojowego 

mieszkanka gdzieś w pobliżu stacji Kilburn. Aleksander nie zauważył nazwy 

ulicy, ponieważ jechała szybko, ale przypominał sobie mgliście, że mijali rząd

odrapanych sklepów z meblami, przecinając kolejne przecznice. Dzień był 

ciepły, bardzo ciepły jak na ostatni tydzień marca, teraz zaś oba okna 

dygotały z brzękiem s?yb za wyblakłymi zasłonami, wpuszczając do środka 

powiew i hałas uliczny.

Dolores, co już zauważył, była dumna ze swoich nieodpowiedzialnych, 

zwariowanych przyjaciół, jak ich czule określała, i na pewno sprawiało jej 

przyjemność urozmaicanie życia w dyplomacji czymś gorszącym i odrobiną 

tandety. Jednej rzeczy wszakże nie mogła znieść: brudu. Wietrzenie i 

odkurzanie automuzeum Terry’ego zajęło jej sporo czasu, nim zaryzykowała 

rozebranie się w jego kuchenkosypialni. Aleksander starał się zachować ich 

różne wspólne tabu i nie ośmielał się zadawać pytań, które mogłyby zepsuć 

ich wspaniałą niewiedzę o sobie.

Wolał raczej, gdy sama spontanicznie zaczynała opowiadać

background image

o Eli i jej znudzonym kochanku czy o mieszkaniach, które można by 

wykorzystać: takie sprawy, które uważała za warte wzmianki, należały do 

scenicznego wyposażenia ich miłości. Ela z całą resztą stała poza ich 

odosobnieniem we dwoje; po prostu zabawne manekiny lub aktorzy grający 

drugoplanowe role, wprowadzający urozmaicenie komiczne do granego przez 

nich dwoje dramatu. _

Z Terrym rzecz miała się całkiem inaczej. Aleksander powątpiewał, czy 

ten pan zasługuje na to, by mu w ogóle powierzać najmniejszą rolę, nawet 

bardzo daleko za kulisami. Po prostu nie pasował do całej obsady. W dzień 

pochmurny wystarczyłyby już same fotografie Terry’ego, aby ostudzić zapały 

miłosne Aleksandra, a to chyba dawało dostateczne podstawy do dalszych 

dociekań.

Dolores właśnie się czesała. Aleksander, wskazując na ściany, 

zaryzykował pytanie.

— Gdzie ten typ jest teraz?

— Terry? — Dolores nie odwróciła głowy od lustra, lecz on obserwował z 

daleka jej wyraz twarzy.

— Tak, Terry. — Czuł wstręt do tego głupiego imienia.

— Jest w klubie za miastem. Terry prowadzi ten klub. wiesz?

— Jaki klub?

— Nie pamiętam, jak się nazywa. Coś od drzewa. To oczywiście klub 

nudystów.

Aleksandrowi nie podobało się słowo „oczywiście". Podejrzewał ją, że 

odwiedza to miejsce, lecz musiał przestrzegać ich kodeksu wzajemnej 

nieingerencji, nie zadawał więc dalszych pytań. Jednak Dolores w nastroju 

pokopulacyjnym stawała się rozmowna i dalej gawędziła o Terrym i jego 

śmiesznych Cromwellowskich dębach. Powiedziała, że lubi się opalać nago i 

nie ma nic przeciw mieszanemu towarzystwu, bynajmniej, jest postępowa i 

nudyści są postępowi, a Terry, choć trochę zwariowany, naprawdę dąży do 

postępu.

— On jest fotografem dzieł sztuki — dodała, lojalna aż do granic 

nonsensu. — I zdobywa wiele nagród. Masę wystawia, wiesz?

Aleksander potoczył wzrokiem po ścianach i mruknął:

background image

r

II

— Rzeczywiście wystawia.

Ależ Terry jest szalenie inteligentny. Wiesz, co się o nim mówi? — 

Dolores zrobiła swą figlarną minkę i czekała na zachętę Aleksandra do 

dalszych plotek.

Co się mówi? — Zaakcentował „się”, aby pokazać, że uważa tę opinię za 

wybitnie bezosobową.

No, więc Terry jest podobno autorytetem w dziedzinie kompleksów 

lesbijek.

Stwierdził raz jeszcze, że Dolores, która była prawie pury- tanką w doborze 

słownictwa, gdy dotyczyło ich własnej miłości, bardzo chętnie mówiła o 

wybrykach seksualnych innych ludzi, jakby chciała go zgorszyć.

, I

— Twój Terry rzeczywiście odbiega od normy.

Nie zauważyła ironii, lecz skorzystała z dwuznaczności.'

— 'Tak, rzeczywiście jest homoseksualistą — odparła.’

Kiedy znów jechali samochodem przez ponure uliczki

Kilburn, Aleksander usiłował skusić Dolores do poddania się próbie, która 

mogłaby umożliwić mu wykrycie dalszych związków między jej erotyzmem i 

erotyzmem Terry’ego i Eli.

— A może spędzimy razem noc? Tego jeszcze nie robiliśmy.

— Tak, tego nie robiliśmy — odpowiedziała spokojnie.

A więc za tydzień? — powiedział, wymierzając ten żart przeciw sobie. I 

poczuł, jak bardzo ją kocha za wspaniałomyślność wszystkich jej 

instynktownych reakcji. Wiedział, że chętnie podda się każdej próbie.

Dolores jednak przybrała ton osoby praktycznej. Jej angielszczyzna stała się 

powściągliwa.

Za tydzień albo za dwa, jeśli okoliczności pozwolą. Ale nie później niż 

dwudziestego trzeciego kwietnia.

Aleksander odgadł natychmiast, co oznacza ta data. Małżeńskie tabu 

miało powrócić do domu. Ze „stolicy”. Tak, mógł sobie świetnie wyobrazić tę 

południowoamerykańską ekstrawagancję z kamienia i szkła: la Capital.

1

background image

Chcąc stworzyć podobną iluzję przestrzeni otaczającej jego samego, 

Aleksander był zmuszony coś wymyślić: wymyśli!

kojnandora Kraba. Dolores, jak dotąd, wypełniała lukę między ich własną 

wyizolowaną rzeczywistością i rzeczywistością innych ludzi, zaznajamiając 

Aleksandra z Terrym, Elą i kochankiem Eli, i z mężem Eli. Znajomość była 

oczywiście nie bezpośrednia, lecz istnienie tych postaci dawało się 

udowodnić w granicach dotykalnych ścian ich mieszkań.

Nadeszła już pora, by Aleksander wprowadził na ich scenę jedną ze 

swych własnych kukiełek; zdecydował się na osobę komandora — postać, 

której można było nadać giętkość i rozciągliwość gumowej zabawki.

Psycholog mógłby niewątpliwie uznać ten akurat wybór za wysoce 

znaczący: komandor w anegdotach Aleksandra reprezentował jak gdyby 

utajony obraz jego własnego szpiegowskiego , ja”. Komandor Krab posiadał 

bowiem wszystkie popularne akcesoria zawodu tajnego agenta; był to słynny

niegdyś oficer wywiadu, obecnie emerytowany, który jeszcze podejmował się 

różnych karkołomnych zadań dla wspomożenia kochanej starej ojczyzny. 

Tak się złożyło, że hobby Kraba w okresie wojennym stanowiły wynalazki, i 

to dość specyficznego rodzaju. Ponadto pasjami lubił się przebierać, a ten 

dodatek miał specjalny smaczek, który Dolores umiała ocenić.

Również na jej użytek Aleksander rozmyślnie wyjaskrawiał element 

fantastyczny w pracy wywiadowczej Kraba. To miało zaspokoić jej 

cudzoziemskie wyobrażenia o ekscentrycznych Brytyjczykach: komandor 

Krab był właśnie takim typem, który mógł zachowywać się jak osioł, kiedy 

nad głową wisiało niebezpieczeństwo. Dolores przysłuchiwała się tym 

wszystkim zwariowanym bujdom i wynagradzała go zaśmiewając się do 

rozpuku, a gdy ją coś rozbawiło, prowadziła samochód kapryśnie i 

nieostrożnie.

— Opowiedz mi jeszcze raz o Krabie w chmurach, proszę cię, 

Aleksandrze. — Jak dziecko lubiła słuchać tych samych historyjek, za 

każdym razem przetykanych sowicie nowymi szczegółami. I wydymała swe 

duże, zmysłowe usta, jakb

v

 chcąc go zachęcić obietnicą pocałunków.

— No dobrze, zaraz, zaraz... — Aleksander zapalił dla niej papierosa. — 

Krab był już na emeryturze, kiedy wybuchła wojna ze Szwabami, ale potem, 

background image

kiedy naloty noc w noc nie

dawały mu spać, zdenerwował się i powrócił do swego dawnego hobby.

Dolores zaciągnęła się dymem i z aprobatą skinęła lewą dłonią trzymającą

papierosa. Jechała szybko wzdłuż bulwaru Embankment.

— Akurat wtedy brakowało nam bombowców.— ciągnął Aleksander. — 

Więc Krab musiał dokonać rzeczy niemożliwej. On z reguły lubił albo robić 

to, co niemożliwe, albo nie robić nic.

— Zupełnie jak ja, Aleksandrze. Wiesz, ja potrafię nic nie robić przez cały

okrągły rok, a potem nagle wymyślę coś niemożliwego — i proszę, oto skutki:

jesteśmy razem, ty i ja. Aleksandrze, jak przystojnie wyglądasz w moim 

samochodzie! — Znów zaciągnęła się papierosem.

— No więc Krab wymyślał różne rzeczy w bardzo podobny sposób. 

Pozostawiał na uboczu mało ważne możliwości i zmierzał wprost' do 

jedynego rozwiązania.

Roześmiała się i samochód wpadł w poślizg na zakręcie, rozpryskując 

wodę z kałuży.

— Jedyne rozwiązanie Krab widział w chmurach. Bo, rozumiesz, tak 

sobie myślał: one są tam co nocy, brzęczą i buczą, i huczą po niebie setki 

niemieckich samolotów nad Londynem, a my ich mamy tak mało. Pewnego 

ranka, tuż po wschodzie słońca, komandorowi było trochę zimno w łóżku i 

zaczął przeklinać tę całą cholerną historię: „A niech ich diabli! Oby tam 

pozamarzali! Niech zamarzną im skrzydła, śmigła i wszystko!” Ledwie to 

powiedział, jak raca wyskoczył mu z głowy pomysł. Zdumiał go własny 

geniusz. Ta rzecz była naprawdę prosta. Zamrozić chmury na odpowiedniej 

wysokości, kiedy te dranie latały tam w górze. A z bombowcami nurkowymi 

sprawa byłą jeszcze łatwiejsza. Teraz wyobraź sobie, Dolores, że pewnej nocy

brzęczenie i buczenie nagle ustało i oto tam, wśród wysokich chmur, 

bombowce zamarzły jak metalowe zabawki w olbrzymich zwałach lodu!

— A w tej chwili Krab wkładał swoją perukę — przerwała Dolores w 

obawie, żeby nie pominął żadnej ozdóbki.

— O tak, naturalnie. Włożył swoją białą perukę i swój o- 

siemnastowieczny strój. 1 wspiął się aż na zamarznięte chmury.

— A jak on tam się wspiął, Aleksandrze?

background image

— To już inny jego wynalazek. Jeszcze jest .na liście tajnej. Wielka 

tajemnica wojskowa.

— Aha! — wykrzyknęła Dolores sznurując usta za gęstym obłokiem 

dymu.

— Tak czy owak — ciągnął przechylając się ku niej, gdy wóz skręcił z 

piskiem opon — tak czy owak — powtórzył — Krab zapukał w zamarznięte 

okno pierwszego niemieckiego samolotu, jaki napotkał posuwając się w górę,

i zobaczył dwa zsiniałe nosy i dwoje zsiniałych list przylepionych do małego 

odchuchanego kółeczka w szybie. Ich oddech stopił kawałeczek lodowej 

powierzchni i lotnicy przypatrywali się dziwnemu zjawisku za oknem. 

Poruszający śię w chmurze Krab przybrał artystyczną pozę Mozarta z 

wiedeńskiego pomnika.

• Wtedy Niemcom udało się wygramolić na zewnątrz, a jak tylko się ukazali, 

Krab zagwizdał melodię z Don Juana, ale nie powiem ci którą, bo jestem 

niemuzykalny, Dolores.

— Nie szkodzi, ja też — odrzekła Dolores.

— „Wir sind schon im Himmel”, zawołali Niemiaszkowie. „To der heilige 

Mozart we własnej pomnikowej postaci! Za nim, sofort\” — powiedzieli. I 

nawet pomogli komandorowi pościągać wszystkie samoloty na ziemię.

— Ale jak, Aleksandrze?

— Cicho-sza, Dolores. To też jest tajemnica wojskowa. Rosjanie robią 

obecnie^-mnóstwo eksperymentów z zamrażaniem, rozumiesz.

— O tak, rozumiem. Proszę cię, mów dalej.

Samochód zarzucił na mokrej jezdni; ukazały się pierwsze

drzewa parku, z których wiatr strącał jeszcze krople deszczu.

— No, więc ci niemieccy piloci, których wziął do niewoli, stali się 

najpotulniejszymi, najbardziej anielskimi jeńcami wojennymi, ich bombowce

po odmalowaniu znów latały, ale teraz już obsługiwane przez brytyjskich 

lotników. A Krab dalej zamieniał te szarawe angielskie chmury w lodówki. 

Rozumiesz teraz, dlaczego on nie ma lodówki w domu. Można by powiedzieć,

że Krab ciągle jeszcze żyje w chmurach.

— Czy on zawsze swoje misje wypełniał w przebraniu, Aleksandrze? — 

Dolores skręciła z drogi głównej w parku

background image

■ W*#?- ^1$

i zatrzymała się przy stawie. W innych samochodach wzdłuż brzegu 

znudzone pary czytały gazety albo po prostu gapiły się na szopy na 

przeciwległym brzegu. Nowo przybyli trochę im zawadzali, bo w 

popołudniowy odpoczynek wśród mżawki wnieśli miłość.

Aleksander pocałował Dolores za uchem i gazety w najbliższym 

samochodzie uniosły się dyskretnie, aby znudzone serca odgrodzić od 

miłości. Szepnął jej do ucha:

— Och, bardzo często. Czy mówiłem ci, Dolores, jak Krab przebrał się za 

Liii Marlene?

— Nie, nie mówiłeś. — Otworzyła szeroko swe czarne oczy. Możliwości tej.

nowej fantazji przemawiały do jej wyobraźni.

— Wobec tego opowiem ci o tym. — Aleksander uśmiechnął się i podał jej

papierosa. — A więc było to w czasie wojny, trochę później, gdy Niemcy 

zainstalowali wzdłuż wybrzeży Francji bardzo ciężkie działa i ostrzeliwali 

nasze miasta na południu kraju. Jedno z tych dział dało się nam naprawdę 

we znaki. Było ze wszystkich największe, najgłośniejsze i najbardziej 

zabójcze i dlatego Szwaby ubóstwiały tego potwora i nazywały go Ur-Magda. 

W owym czasie Krab spędzał krótki urlop w Kent i nie mógł znieść tego 

świństwa. Przez Ur-Magdę oka nie mógł zmrużyć ani w dzień, ani w nocy. 

Jego pomysłowy mózg zaczął tykać jak bomba zegarowa. Tykał i tykał, aż 

Krab obmyślił dokładnie, co trzeba zrobić. Oczywiste rozwiązanie problemu 

kryło się w piroplastyku i jedyne, co Krab musiał zrobić, to wynaleźć 

piroplastyk.

— Mądry Krab! — powiedziała Dolores.

— Prawdę mówiąc, w sprawie piroplastyku rzeczywiście okazał się 

mądry.

— A co to jest piroplastyk, Aleksandrze?

— Rodzaj plastyku odporny na najwyższe temperatury; można by to 

określić jako ogniotrwały materiał na ubrania.

1 to można naprawdę nosić? — Dolores zrobiła naiwną minkę, z którą 

było jej bardzo do twarzy.

Krab to potrafił. Nie słyszałem, żeby później ktoś inny nosił piroplastyk.

background image

Widzisz, to jest wynalazek czysto wojenny, nie nadający się do pokojowego 

użytku. Ten materiał jest rów

nież odporny na wysokie ciśnienia. I nie może zostać rozerwany na strzępy, 

więc rozumiesz, że to coś unikalnego.

— Czyli że twój komandor jeszcze raz wynalazł rzecz niemożliwą. .

— Tak, Dolores, rzecz niemożliwą. Tak dalece, że nie ma nawet potrzeby 

wciągania jej na tajną listę. Można by powiedzieć, że jest też odporna na 

zdradę tajemnicy.

— Wspaniale! — wykrzyknęła Dolores. —

:

 Ja widocznie wynalazłam coś 

takiego dla naszej miłości, nie wiedząc, że to jest piroplastyk Kraba.

— Ale on to nosił, Dolores. Naprawdę miał to na sobie, kiedy postanowił 

się przeprawić przez kanał La Manche.

— A po co się przeprawiał?

— Po to naturalnie, żeby sfotografować Ur-Magdę. Ze wszystkich stron, 

także i od wewnątrz. Poprosił, żeby go zrzucili ze spadochronem. A nasz 

wywiad powiedział, że zrzucą go w miejscu odległym o milę od tego 

stanowiska. Widzisz, Krab nie był dobrym piechurem. Nogi go bolały, jeżeli 

musiał iść na dłuższy dystans. Ale wiatr nagle się zmienił i samolot z Kra-

bem w środku zboczył z kursu mniej więcej o milę. Krab wyskoczył i wkrótce

zauważył, że siedzi okrakiem na czymś chłodnym, gładkim i bardzo 

masywnym.

— Nie! — wykrzyknęła Dolores i sięgnęła po papierosa.

— Tak, Dolores, to właśnie była Ur-Magda. Krab siedział okrakiem na 

armacie, aparat zaś piroplastyczny miał schowany pod piroplastyczną bluzą.

Wyglądał tak ślicznie z włosami piroblond opadającymi mu na ramiona, a 

jego piroplastycz- ne podwiązki zachwyciły niemieckich żołnierzy jeszcze bar-

dziej niż ten nieoczekiwany upadek z nocnego nieba. „Wasist dasl" — pytali 

jeden drugiego ze śmiechem. Krab zagwizdał Liii Marlene i artylerzyści od 

razu się zorientowali. Zakrzyknęli „Heil Goebbels

1

.", bo przecież każdy 

głupiec by zrozumiał — a tam byli sami głupcy — że to świetna propaganda 

ogromnie podnosząca morale zmęczonych żołnierzy na linii frontu.

— I podobał im się jego strój?

i Naturalnie. Ale jeszcze bardziej podobało im się jego

background image

gwizdanie. Przyłączyli się do Kraba i wesoło sobie gwizdali, a przez ten czas 

on robił miłe, małe zdjęcia armaty i całego stanowiska, łącznie z majorem, 

który miał wąsik jak Hitler. Potem, gdy hałas się spotęgował. Krab zdołał się 

wślizgnąć w wylot lufy; tam zrobił po ciemku kilka zdjęć i cierpliwie czekał, 

aż ostatecznie odeślą go z powrotem.

— Nie rozumiem, Aleksandrze.

— To całkiem proste. Po spełnieniu misji musiał wracać do kraju. Jego 

plan oczywiście uwzględniał również tę ostatnią trudność.

— I jak to zrobił?

— Oni to zrobili za niego.

— Kto?

— Niemieccy artylerzyści. Naturalnie z początku dziwili się, że Liii 

Marlene odpłynęła w mrok nieba równie niepostrzeżenie, jak z niego spadła. 

Ale później musieli zabrać się do zwykłej roboty. Więc o czwartej rano 

wystrzelili starego Kraba z powrotem do Anglii.

— Nie! — zawołała gasząc papierosa.

— Tak, Dolores. Dlatego właśnie piroplastyk był wynalazkiem tak 

użytecznym pod każdym względem. Ani Kraba, ani jego aparatu nie można 

było rozerwać na strzępy. Wrócił szybko, a fotografie, jak się okazało, 

dostarczyły nadzwyczaj cennych informacji. Dzięki nim uciszono Ur-Magdę 

na zawsze. Krab zaś mógł spędzić jeszcze jeden krótki urlop w Kent. Tym 

razem spał znacznie lepiej.

— Mogę się założyć, że tak!

Dziwne było to, że komandor istniał naprawdę. Jak większość artystów-

wynalazców Aleksander musiał mieć model i wybrał sobie pewną żałosną 

figurę — starucha, który prześladował go w klubie nudnymi opowieściami 

szpiegowskimi. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało mniej obrazowo: Koman-

dor Pennyworthing, Królewska Morska Rezerwa Ochotnicza. Nieistotne było, 

czy komandor Pennyworthing kiedykol- 'iek służył, czy nie służył w 

marynarce; i tak nikt nie wierzył ani jednemu słowu jego opowieści. Lecz 

Aleksander podejrzewał, że staruszek rzeczywiście pełnił dorywczo w 

zamierzchłej przeszłości służbę wywiadowczą i od tego czasu żył częściowo

| dobroczynności. Jak gdyby dla potwierdzenia, że istnieje poza sferą 

background image

fantazyjek Aleksandra, Krab zmaterializował się we własnym postarzałym 

ciele, i to całkiem niespodziewanie. Wyłonił się około południa z jednego z 

barów mlecznych przy Leicester Square i podszedł do Aleksandra.

— Co widzę, pan Amin! Prawda?

Tak. Ale co za niespodzianka, że pana znów oglądam, panie 

komandorze.

Krabie oczy nie straciły szklistego połysku. Skórę miał czerwonawą i 

pomarszczoną jak dawniej.

Wrócił pan z-jednej ze swoich interesujących wypraw, panie Arnin?

Prawdę mówiąc, tak. Z Ameryki Środkowej. Ale jednak cieszę się, że 

jestem znów w Londynie.

— Jestem tego pewny, panie Arnin.

Musimy kiedyś razem się napić, komandorze. Może w klubie.

Nie chodzę teraz często do tej zapadłej starej nory. Za dużo hołoty, 

rozumie pan.

Wobec tego zadzwonię do pana i jakoś się umówimy, komandorze.

Raczej ja zadzwpnię, mój drogi. Przeniosłem się na wieś, żeby napisać tę

książkę, rozumie pan. Jestem w mieście tylko na jeden dzień.

— A więc czekam na pański telefon, komandorze.

Pennyworthing wpatrywał się w Aleksandra wyłupiastymi,

słynnymi krabimi oczami, a jego zniszczony płaszcz i parasol milcząco 

błagały o pożyczkę.

Czy ma pan przy sobie drobne, żeby rozmienić funta, panie Arnin? — 

Mówiąc to macał się po kieszeniach, niby szukając banknotu, ale podarte 

kieszenie nie chciały zdradzić swych sekretów. — Gdzie ja go podziałem, do 

diabła? — Krabie oczy wprost wychodziły z orbit i wyglądały wręcz przeraża-

jąco.

Arnin wcisnął w dłoń Pennyworthinga dwa banknoty dzie- sięcioszylingowe i 

przypomniał mu o obiecanym telefonie.

Powinienem być w mieście w najbliższy wtorek — mamrotał Krab — 

mam się zobaczyć z tym szachrajem, moim

si

prawnikiem, w sprawie tej książki, rozumie pan. Zadzwonię koło jedenastej.

background image

— Niech pan zadzwoni, komandorze.

Stary' Pennyworthing dreptał obok kina, wlokąc za sobą parasol; 

dyskretnie się obejrzał i zadziwiająco zwinnie dał nurka do baru mlecznego. 

A więc to był superagent Krab, kukiełka wyposażona w wiele sznurków do 

pociągania. Aleksander zastanawiał się, jak odegra ulubioną grę Dolores 

następnym razem. Następny raz wypadał nazajutrz. Zapytała go:

— Czy nie jesteś ciekaw, dlaczego mieszkanie Eli jest wolne?

— Tak. Dlaczego? — I czekał, aż z pudła jej fantastycznych historyjek 

wynurzy się marionetka.

— Pamiętasz Edmunda? — powiedziała. Edmundo, tak się nazywał 

kochanek Eli. — Tak, pamiętasz go. Otóż chciała mieć cichy dom na wsi. 

Pamiętam, jak ciągle w kółko o tym mówiła. W końcu Edmundo kupił tani 

dworek od zbankrutowanego komika z pantomimy. To chyba jest w 

Buckingham- shire. W każdym razie wprowadzają się tam pod koniec tego 

tygodnia. Ela była ogromnie szczęśliwa, kiedy dzwoniła do mnie wczoraj 

wieczorem.

— A gdzie jest mąż Eli? — z przyzwyczajenia spytał Ale- , ksander.

— Och, naturalnie jest z nimi. Właściwie to pojechał tam dwa dni temu, 

żeby nakleić tapetę w jedynej sypialni w stylu Tudorów, jaką Edmundo ma w

tym dworku. Ela nie powierzyłaby Edmundowi tapetowania ani niczego w 

tym rodzaju. Ela mówi, że on jest stworzony tylko do miłości.

Aleksander się roześmiał, a Dolores wsparła się na jego ramieniu, 

wsuwając stopy w pantofle. Lustro ukazało, jak mięśnie jej ud napinają się 

przy tym ruchu.

—Czy słyszałeś o sukcesach Terry’ego? — ciągnęła dalej. Było to 

dziecinne pytanie. A skąd mógłby się dowiedzieć czegokolwiek o działalności 

Terry’ego? Nie należał do klubu nudystów, a fotografowanie było jedynym 

hobby, jakim pogardzał.

— Nie, nie słyszałem, Dolores. Opowiedz mi.

Starła lekki ślad szminki z jego szyi, uśmiechnęła się do

siebie i zaczęła snuć brednie o Terrym, które, jak wiedziała, trochę 

Aleksandra zirytują.

— Zrealizował ambicję swego życia, wiesz? Wybrali go prezesem 

background image

Wielbicieli Świeżego Powietrza Zrzeszenia Nudystów Brytyjskich i 

Sprzymierzonych. Ten dodatek o sprzymierzonych przyczepił się do nazwy w 

czasie wojny, kiedy mnóstwo zaprzyjaźnionych cudzoziemców, jak mówi 

Terry, pragnęło odprężyć się nago po tych wszystkich paskudnych nalotach. 

Terry oczywiście był oficjalnym przeciwnikiem służby wojskowej i jeszcze 

nim jest; on kocha ciało, dlatego jest takim zagorzałym pacyfistą. Wiesz, że 

takich nazywają „conchie”?

— Wiem, Dolores.

— Więc widzisz, Terry musi być całkiem inteligentny, jeżeli wybrano go 

na takie wysokie stanowisko. Poza tym powiedział mi przez telefon, że 

dostanie także pensję. Bardzo dobrze, bo mimo tych wszystkich nagród za 

fotografie Terry jest zawsze bez pieniędzy. To na pewno ci chłopcy. Terry ma 

kosztowne gusta we wszystkim.

— No, to świetnie dla starego Terry’ego — powiedział Aleksander.

Dolores odznaczała się doskonałymi manierami w łóżku i poza łóżkiem. 

Zachęciła Aleksandra, by dorzucił coś zabawnego do ich leniwej pogawędki..

— Powiedz mi — rzekła — jak się miewa ostatnio nasz przyjaciel 

komandor? Czy masz od niego jakieś wiadomości?

— A wiesz, Dolores, spotkałem przypadkiem Kraba oneg- daj przy 

Leicester Square. Wychodził z baru mlecznego. Choć to dość niewiarygodne, 

na Leicester Square jest kilka barów mlecznych.

Dolores potrząsnęła głową: nie jest małą dziewczynką, nie da się tak 

łatwo nabrać.

— Aleksandrze, lepiej opowiedz mi jeszcze raz o Krabie w chmurach.

— Ależ on ma zadzwonić do mnie we wtorek. Jak cię kocham, Dolores.

H Nie zaklinfcj się na naszą miłość nawet przy niewinnych kłamstwach, 

nie wolno ci. To może przynieść nam obojgu pecha.

......................w

59

iti

MM

 \ \ \ \ \ \ \ i

Kochał ją jak natchniony pedant i kochałby ciągle, aż do najgłębszych 

pokładów swego dociekliwego, nieufnego umysłu. Obecne dociekania 

nieustannie zaostrzały jego uczucia. Co Dolores chciała w nim wysondować?

Bo dostrzegał wyraźnie, że to robi. Co starała się mu przekazać za pomocą 

background image

kostiumów pornografii? Czyż nie powinien zająć się tym i zgłębić jej 

namiętności z pedanterią szpiega?

Nikt się do nich nie wtrącał; to mu nie groziło. Ani życie towarzyskie, ani 

obowiązki zawodowe nie mogły mu przeszkodzić w studiowaniu Dolores, 

gdyż ich miłość miała dość wolnego czasu, aby pozostać w odosobnieniu. 

Niczym bohaterowie romantycznych opowieści nie mieli posad, o które 

musieliby się prozaicznie troszczyć; mogli sobie pozwolić na skoncen-

trowanie swej energii wyłącznie na sobie; a nic nie wymaga tyle energii co 

zajmowanie się sobą.

Aleksander zapomniał jednak o tych codziennych intruzach składających

się na nowoczesny komfort: zapomniał o telefonie i o dzwonku do drzwi.

Pewnego ranka, tuz po siódmej, zadzwonił do drzwi listo-' nosz i 

Aleksander podreptał do wejścia gubiąc po drodze jeden pantofel. Bardzo się

starał nie mieć zbyt zaspanej miny, kiedy mamrotał „dzień dobry”.

— Czy pod tym adresem mieszka panna Kira Piński? Listonosz użył 

panieńskiego nazwiska Kiry, lecz Aleksander był zbyt śpiący, aby okazać 

zdziwienie. Skłamał bez chwili wahania.

— Tak, mieszka tutaj. O co chodzi?

Mam list polecony dla panny Piński. Czy pan może pokwitować odbiór?

Aleksander wziął ołówek listonosza i podpisał się nieczytelnie. Otrzymał 

kilka listów i kartkę.pocztową. Karta i list polecony były dla Kiry, i jedno, i 

drugie zaadresowane na jej panieńskie nazwisko. Z początku Aleksander nie

zwrócił na to uwagi.

Podreptał z powrotem do swego polowego łóżka, próbował jeszcze usnąć, 

ale do reszty rozbudził go dzwonek telefo

nu. Jakiś Amerykanin, z którym wypił z nudów butelkę whisky w porcie 

lotniczym w Lizbonie, pragnął powtórzyć to przeżycie w Londynie i 

Aleksander ze smutkiem się zonentował, że dla tego cudzoziemca stał się już

londyńskim „kontaktem”. Przyjął zaproszenie, zapisał godzinę w notesie i 

wstał, aby zrobić sobie kawę. Stołował się poza domem i nigdy nie jad’ 

porządnego śniadania. Wystarczała czarna kawa.

Kiedy przeglądał pocztę, uwagę jego zwróciła kartka. Była wysłana do 

Kiry z Sycylii i zamiast zwykłych pozdrowień miała rysuneczek byka 

background image

wąchającego kwiatek. Rysunek wydał mu się nieudolny. Podarł kartkę na 

strzępki. W ten sposób zawsze darł wszystko, aby nie zostawiać żadnych 

kawałków czytelnych.

Po zniszczeniu kartki przyjrzał się starannie listowi poleconemu. Adres 

na nim był dokładnie taki sam, tylko Wypisany dużymi literami. Niezależnie 

od tego, co obecnie sądził o Kirze, wspomnienia pierwszych lai małżeństwa, 

jej nazwiska, jej żydowskiego pochodzenia budziły w nim odruchy 

sentymentu. Przez chwilę obracał w palcach kopertę i zwrócił uwagę na 

znaczek pocztowy ze słabo odbitą datą i nazwą miejscowości. Było to miasto 

Paieriyio.

Chciał zniszczyć list, tak samo jak podarł kartkę. Lecz gdy składał 

kopertę przed podarciem, palce jego natrafiły na coś twardego. Trudno było 

odgadnąć dotykiem, co to takiego; widocznie przed włożeniem do koperty 

zawinięto ów przedmiot w coś miękkiego, jakby w kawałek waty.

Aleksander oparł nie otwartą koperte o dzbanek do kawy i zaczął czytać 

poranną gazetę. Wychodząc na spotkanie z Amerykaninem, zostawił list z 

Sycylii na stole kuchennym. Wkrótce o nim zapomniał.

Jednak pierwszą rzeczą, jaką zauważył po wejściu w nocy do swego 

gabinetu, był znów ten list. Kobieta, która co drugi dzień przychodziła 

posprzątać i pozmywać, musiała go przynieść z kuchni i postawić w miejscu 

widocznym, na kominku. Aleksander, z roztargnieniem macając kopertę, 

wyczuł twardy przedmiot w środku i z szacunku dla pamięci Kiry postanowił

list zniszczyć.

Whisky Amerykanina jeszcze bulgotała mu w żołądku, wprawiając go w 

nastrój chorobliwy, a zarazem sentymental-

ny. Zaczął krążyć jak maniak wokół polowego łóżka, pogwizdując ulubione 

walce Kiry. Potem nagle przyszło mu na myśl, w jaki sposób najlepiej 

zniszczyć list polecony. Z pijacką pomysłowością szpiega wybrał spalenie w 

ogniu, i to w porządnym ogniu, żeby ów tajemniczy mały przedmiot mógł się 

w nim stopić.

Jedyną przeszkodą było to, że w domu nie palono juz w kominkach, a o 

tej porze, na początku kwietnia, pogoda zrobiła się nadspodziewanie ciepła. 

Jednakże Aleksander nie rezygnował tak łatwo ze swych pomysłów. 

background image

Przypomniał sobie o piecach. Kira miała środkowoeuropejską manię 

ogrzewania każdego możliwego kącika ich ogromnej willi i kiedyś, w czasie 

jego nieobecności, kazała zainstalować piece antracytowe w swojej sypialni i 

łazience, w dwóch pokojach muzycznych na górze i nawet w największej 

ubikacji. Aleksander nie cierpiał tych żelaznych buldogów, więc sypiał i jadał

z daleka od nich.

Najbliższy piecyk stał w sypialni Kiry i z tego Aleksander postanowił 

skorzystać. Zamglonemu mózgowi, owianemu oparami whisky, załadowanie 

tego paskudztwa antracytem

0 wpół do drugiej nad ranem wydawało się zadaniem prostym

1 naturalnym. Aleksander chwycił latarkę z kuchni, wybiegł za dom, 

otworzył szopę z węglem i dysząc wrócił z pełnym wiadrem.

Po cichu wszedł do sypialni Kiry z latarką w jednej ręce i z wiadrem w 

drugiej. Nie pozwoliło mu to zapalić światła oa razu, a potem już nie miał 

zbytniej ochoty na oglądanie całego pokoju w pełnym świetle. Jego ruchy 

stały się metodyczne, jak gdyby wykonywał którąś ze swych młodzieńczych 

delikatnych rt»bót, wyposażony w rękawiczki, wytrych i całą resztę.

Najpierw starannie ułożył w piecu warstwę paliwa, a na niej list, który 

przykrył drugą warstwą antracytu. Potem wylał benzynę z zapalniczki Kiry, 

znalezionej koło pieca, i podpalił cały stos. Gdy buchnęły płomienie, mocno 

zamknął piecyk.

Przez dobry kwadrans Aleksander siedział na podłodze naprzeciwko pieca

i słuchał pomruków ognia. Za nim po ścianach cienie odprawiały posuwiste 

tańce — przyjemność zadysponowana przez niego i przez buzujący ogień. Po 

tym wszystkim poczuł senność i niewiele brakowało, a byłby

lłw*%3*.'J&fjfc JtfttzjRgfgl Sit :v' *£' ■ ■.- /.

popełnił pośmiertne świętokradztwo, kładąc się do snu na łóżku Kiry. Lecz 

latarka przygasła, więc szybko przeszedł z pokoju do gabinetu i tam rzucił 

się na swoje niewygodne łóżko.

Amerykańska whisky zrobiła, co mogła, aby zapewnić mu ciężki sen bez 

snów. Właściwie to nawet zaspał. Łóżko połowę zatrzeszczało, gdy 

Aleksander wyskoczył z niego tuż przed dziesiątą. Nie zawracał sobie głowy 

robieniem kawy. Było późno i zamiast kawy napił się mleka. Potem, goląc 

background image

się, przypomniał sobie piec, latarkę, list. Czy może to wszystko mu się śniło?

Trzeba sprawdzić, nim wyjdzie.

Nacisnął klamkę bardzo delikatnie, jak za\y,gze, gdy Kira leżała w łóżku 

po ostrym ataku. Ledwie otworzył drzwi, zobaczył przed sobą jej łóżko, 

gładko zasłane i bardzo białe w świetle bijącym od okna. Teraz miał 

pewność: z rogu buchnęła na niego fala lekko nagrzanego powietrza. Piec był

jeszcze ciepły.

Zapomniał już, że Kira zawsze trzymała przy łóżku jego fotografię. Stała 

tam nadal, w dość pretensjonalnej ramce, przypuszczalnie z prawdziwego 

srebra. Aleksander zbliżył się do nocnego stolika i spojrzał na własne 

oblicze, starannie wyretuszowane i lśniące. Od czasu spotkań z 

autoportretami Terry’ego stał się bardziej świadomy przemijalności tego, co 

uważamy za własną tożsamość na fotografiach i zcjjęciach.

To zdjęcie na przykład uchodziło za najlepszą jego podobiznę. Tak raz po 

raz powtarzała Kira. Było zrobione, jak sobie przypominał, dwa lata po 

ślubie, kiedy jeszcze podróżowali razem i biedna Kira utykała od czasu do 

czasu w jakiejś zapadłej miejscowości turystycznej, w czasie gdy on 

pośpiesznie załatwiał sprawy, żeby zdążyć do niej wrócić przed porą 

deszczową lub kurzawą nadciągającej suszy. Chciała patrzeć na twarz męża 

w tych regularnych okresach jego nieobecności, więc pewnego dnia udał się 

w Montevideo do fotografa, Włocha, pozował przez blisko godzinę niczym 

zadurzony w filmie młodzieniaszek i ostatecznie otrzymał ów upiększony 

rezultat, w znacznym powiększeniu, omalże promieniejący słońcem 

Południa. Kira uwielbiała to zdjęcie.

Rzeczywiście wyglądał uderzająco przystojnie. Ponieważ jednak aparat 

należał do Włocha, rysy Aleksandra przybrały

* - Th**

•4.y

1

. ■ .m

llSssilgF i

ł* fSmw w * »«¿i *

1 *

wyraz słodyczy skruszonego Valentina, i to właśnie czyniło zdjęcie tak 

drogim sercu Kiry. Co w nim obecnie zainteresowało Aleksandra^ w wiele lat

background image

po tym doniosłym pstryknięciu aparatu fotograficznego, to pełna 

sprzeczności osobowość szpiega. Można ją było od czasu dó czasu 

unieruchomić na szpilce jak motyla, lecz w całości ostatecznie wymykała się 

ścigającemu. .

Spojrzał na fotografię uważniej. Trzeba przyznać, że nie fałszowała jego 

twarzy, lecz również nie zdołała w pełni uchwycić jej charakteru. Włosy 

Aleksandra pozostały ciemne, a nos bardzo wąski, lecz włoska słodycz 

uleciała z oblicza, przypuszczalnie w pięć minut po wykonaniu zdjęcia. Jakże

dogodna była ta zdolność naśladowania i jak często się przydawała! W Grecji

Aleksander mógł uchpdzić za Greka z jakiejś nieokreślonej części kraju; w 

Turcji za tureckiego imigranta; w Chile za tubylca pochodzenia irlandzkiego, 

a w Irlandii za Angloirlandczyka.

Aleksander lubił przebywać w Anglii, tutaj nareszcie mógł być sobą, ze 

wszystkimi właściwymi sobie sprzecznościami, a jego zręcznie adaptująca się

psychika mogła odpocząć. Tylko w Anglii ośmielał się czasem wyrzucić z 

siebie szpiega i szpieg odprężał się ną wolności. Pod jednym wszakże 

warunkiem: Aleksander musiał zaspokoić swą podstawową potrzebę izolacji,

odosobnienia.

Odwrócił się od fotografii i jego oczy padły na dywanik między łóżkiem i 

piecem. Tuż na jego brzeżku dostrzegł laskę Kiry. W tym kawałku 

polerowanego drewna było coś, co wzbudziło w jego umyśle paniczny strach.

Opuścił pokój, dotarł do telefonu w swoim gabinecie i czekał.

Punktualnie o jedenastej nakręcił numer Dolores, usłyszał jej głos, 

odłożył słuchawkę i szybko nakręcił numer jeszcze raz. Zgodnie z jego 

planem miasta i dniem tygodnia, powinna przybyć na spotkanie do winiarni 

przy Regent Street. Musiał się spieszyć,' żeby dojechać tam przed nią. Po 

drodze do najbliższego postoju taksówek kupił dla niej paczkę papierosów. 

Przynajmniej jeden zjego nawyków funkcjonował gładko. Przy pierwszej 

oznace roztargnienia Aleksander uznałby się za ciężko chorego.

Dolores przybyła zaledwie w minutę po nim; opanowała doskonale 

zawiłości ich planu. Czekała na nią lampka marsali.

Niezmiennie reagowała na zmiany w jego nastrojach. Coś musiało ją 

uderzyć w wyrazie oczu Aleksandra, gdy się witali, bo od razu jej się udzielił 

background image

jego niepokój.

— Wyjdźmy stąd. Na dworze jest tak słonecznie. Czy podoba ci się mój 

płaszcz? Chodźmy, przewiozę cię dookoła parku.

Aleksander zgodził się, zapłacił za wino i wyszedł na omiataną wiatrem 

ulicę. Słońce świeciło ostro i podkreślało profil Dolores, który wyglądał jak 

kontur jasno zarysowany na szkle; uwydatniało również nasyconą barwę jej 

płaszcza.

— To niezwykły odcień purpury — powiedział i wziął ją pod ramię.

— Dobrze pasuje do mojego naszyjnika, prawda, Aleksandrze? — Ona 

zawsze porównywała rzeczy w odwrotnym porządku! Gdy doszli do 

samochodu, Aleksander odruchowo spojrzał na tablicę rejestracyjną 

okropnego wozu zaparkowanego obok.

— Czy poznajesz tę wulgarną kupę blachy? —spytał zapamiętując szybko

numer.

— Nie. Dlaczego o to pytasz?

— Ma na tablicy litery CD.

— Przykryj ją jedną z naszych tablic zapasowych, jeżeli cię denerwuje. ‘—

Dolores starała się rozproszyć jego nastrój, ale on, | twarzą bez wyrazu, 

wpatrywał się w znak parkingu.

— Nie powinniśmy już więcej przyjeżdżać do tej winiarni. Ktoś, kogo 

znamy, może się na nas natknąć. — Chodziło mu oczywiście o kogoś, kogo 

mogła znać Dolores.

Wzruszyła ramionami i obeszła wóz dookoła, zachodząc od frontu. 

Zaczęła czyścić przednią szybę rękawem nowego płaszcza. Aleksander 

czekał, aż skończy. Zastanawiał się, jakie inne środki ostrożności mogliby 

zastosować, aby zdecydowanie odciąć się — każde od swego świata.

W istocie umocnił własne poczucie odosobnienia stwarzając sobie 

podwójne życie. Po przypadkowym spotkaniu z komandorem 

Pennyworthingiem Aleksander zaczął podtrzymywać luźne znajomości w 

Londynie, regularnie odwiedzać klub i udzielać się towarzysko takim ptakom

przelotnym jak Ame-

f!i|

iffnc

background image

I tl

f

t

!

»HM

rykanin, który nie umiał pić whisky samotnie. Poruszał się więc po świecie, 

strzegąc tajemnicy swojej namiętności, lecz teraz miał już środowisko, od 

którego mógł uciec do Dolores.

W tej nowej sytuacji zasmakował w pomniejszych przyjemnościach, 

przedtem nie dostrzeganych. A przecież zawsze istniały, gotowe na jego 

przyjęcie, w małych nieważnych gestach, we wkładanych ubraniach, w 

zmiennych odbiciach własnej twarzy w lustrze.

Aleksander zaczął doświadczać chciwości, z jaką miłość szpieguje 

szczegóły codziennego dnia. Oto między aktami miłości odnajdywał siebie i 

swoje codzienne , ja”; buciki pod stosem zrzuconej odzieży, grzebień 

wciskający się we własne rozczochrane włosy. Na jego oczach lustro w 

łazience Eli montowało z fragmentów zapomnianą rzeczywistość jego postaci,

kolejno potwierdzało istnienie posiadanych przez niego przedmiotów: 

grzebień, koszula, pasek i reszta. Nigdy przedtem nie był tak świadomy 

mieniącego się połysku własnego krawata, wagi swych bucików, długości 

marynarki. Odczuwał przedziwną wdzięczność do swych skarpetek lub 

rękawów za to, że pomagały mu zrobić powolny przeskok od pustynnego 

odosobnienia miłości do społecznej rzeczywistości przedmiotów i ludzi.

A jednak wspomnienie miłości, jej intensywna, natrętna obecność była 

niby strumień powietrza, który się wkradał między jego gesty, przywierał do 

wkładanego ubrania. A głos Dolores, dochodzący przez otwarte drzwi, 

należał do tej samej mieszaniny wrażeń, zdawał się go odwoływać, odciągać 

od koszuli, bucików i krawata.

Dolores zawołała:

— Czy opowiadałam ci kiedyś o Ricie?

— Tej aktorce filmowej?

Nie, o mojej Ricie. Ona też pracowała w filmie, ale kilka lat temu. Teraz

uczy emisji głosu. Po prostu dla zabicia czasu, póki nie wróci do filmu, tak 

mówi.

— No i co | nią, Dolores?

— Zobaczysz jej mieszkanie za tydzień albo za dziesięć dni. Jest szalenie 

background image

zabawne.

— Dlaczego?

,

___ Nic więcej nie powinnam ci mówić. Sam zobaczysz,

Aleksandrze.

— Jestem bardzo zaintrygowany.

Dobrze! Będziesz miał całą noc na studiowanie mieszkania Rity.

— Z tobą za przewodnika, Dolores?

— Owszem, ze mną za przewodnika.

Tak naprawdę to Aleksander chciał, aby odegrała swoją grę

kostiumową akt po akcie, póki on nie pojmie jej znaczenia. Prosząc Dolores, 

aby była jego przewodnikiem, w istocie zachęcał ją do systematycznego 

przejścia przez wszystkie stadia pornografii dla zadośćuczynienia czystej 

namiętności.

Mieszkanie Rity było nie tylko mieszkaniem dziwacznym. Wyglądało tak, 

jakby istniało jedynie w marzeniu sennym Salvadora Dali, cierpiącego na 

niestrawność wyobraźni. Główny mebel stanowiła w nim szafa, stojąca 

dokładnie na środku pokoju-pracowni; po lewej stronie szafy stała różowa 

wanna, po prawej — manekin krawiecki.

Na ścianach po obu stronach szafy wisiały naprzeciwko siebie dwa olbrzymie

obrazy. Jeden, w żółtej ramie, ukazywał pokój z ogromną szafą stojącą 

pośrodku, drugi, okolony czarną koronką zamiast ramy, przedstawiał pokój 

opanowany przez różową wannę, manekin krawiecki i ogromną szafę.

Nie było żadnych innych ozdób artystycznych na ścianach, z wyjątkiem 

telefonu, który wisiał na dwóch drutach przytwierdzonych do resztek 

wieszaka na obrazy. Nieśmiała żarówka oświetlała środek sufitu, lecz ukryte 

światła wymykały się promieniami spod mniejszych mebli, nie wiadomo 

dlaczego sprawiających wrażenie całkiem zwyczajnych.

Dolores zachowywała się niczym wysoko wykwalifikowany przewodnik po 

muzeum. Urządziła dla Aleksandra małą wycieczkę po studio, podając 

krótką historię każdego przedmiotu, z datami i stosownymi cytatami, 

których źródłem była Rita.

A ponieważ Aleksander przyniósł ze sobą magnetofon, on

Í

V* f«\ 4 v i '

background image

¡|§í V **;«;*

SJ5 ? sęfff f% •« 

Ą

w

lif í®: ISIS

-iMt w+AmPJfi ■j fMTOM**»« «?** f &»vi

—i "«i. / iM a

'I

AjÉluj»

R

B

CM

II

a

**. • t *

«v v*,»* »»** • ACflMf %, * 9¿aMMl

*?J

również zaimponował Dolores swym wkładem w ich wspólną intymną 

scenerię.

Czy będziesz nagrywał wywiad z szafą Rity? — spytała. — Rita nazywa 

ją „praktyczną garderobą dla dziewcząt”.

Nie, nie będę z nią robił wywiadu, Dolores. Ale w środku nocy lub o 

świcie może na nas spłynąć natchnienie i może zechcemy zaimprowizować 

jakiś monolog —mam nadzieję, monolog poetycki.

— Do czego skierowany?

Nie wiem. Do czegoś, co zsyła natchnienie tobie lub mnie.

Na przykład do tego łóżka? — Mówiąc to Dolores przycisnęła guzik 

umieszczony w środkowej części szafy i coś żelaznego zaczęło się opuszczać 

jak most zwodzony, a dojechawszy do podłogi ustawiło łapy w sąsiedztwie 

stóp Aleksandra. Dolną połowę drzwi szafy tworzyło łóżko, które po 

opuszczeniu przypominało gigantyczną szufladę wypełnioną poduszkami i 

puchowymi kołdrami.

Aleksander zaniemówił z wrażenia. Ta rzecz wyłoniła się z wnętrzności szafy 

i niczym pejzaż Salvadora Dali przypuszczalnie kończyła się gdzieś w 

koszmarach horyzontu.

— Czy ktoś w tym sypiał, Dolores?

Ależ naturalnie. To łóżko Rity. Ona nie potrafiłaby usnąć nigdzie indziej.

To oczywiście ma głęboki podkład psychologiczny, no wiesz. Ale nie 

background image

powinnam opowiadać plotek. Rita jest prawdziwą Amazonką; nie wiem, co 

ona przez to rozumie, ale w każdym razie normalne łóżko nie może być 

odpowiednie dla Amazonki.

— A gdzie śpi teraz?

Wcale nie śpi. Musi przeprowadzić bardzo poważną rozmowę z jedną ze 

swych przyjaciółek. To Rosjanka.

— Kto? Rita?

— Nie, ta jej przyjaciółka. Będą rozmawiać przez całą noc.

Muszą.

W odpowiedzi Aleksander wepchnął magnetofon pod łóżko

Rity — gestem tym uciszył już samą możliwość monologów. Dolores zaś 

wgramoliła się do łóżka. Podnosząc wzrok

widziała wspaniałą szafę, spiętrzoną niby góra nad tunelem.

M

Wypowiedziawszy to porównanie, wyrzuciła na zewnątrz pantofle, potem 

spódnicę, lecz gdy rozpinała prążkowaną bluzkę, jej ciałem wstrząsnął 

śmiech. Leżała na plecach, wysyłając kaskady dźwięków w głąb pokoju, a 

dwa surowe obrazy zdawały się chłonąć jej wesołość.

Aleksander zdał sobie sprawę, że próba, której chciał ją poddać, dla niej 

zaczęła się od tego nagłego wybuchu śmiechu.

— Co cię tak rozśmieszyło? — spytał mocując się ze swą bielizną. Jakoś 

nie widział jeszcze siebie samego leżącego pod tymi warstwami półek niby 

Guliwer przykuty łańcuchami do dna ula.

— Przypomniałam sobie właśnie jedną szafę, naturalnie nie tak wielką 

jak ten monumentalny grat. Miałam zaledwie pięć albo sześć lat. Nie! Mniej 

niż sześć. Zdecydowanie. Miałam jeszcze wtedy papugę, nazywała się Lolita. 

A nasz dom w San Antonio musiał być właśnie w remoncie czy coś takiego, 

bo wszystko było poprzewracane do góry nogami, meble zwalone na kupę i 

nikt nie potrafił niczego znaleźć. — Dolores przerwała i uśmiechnęła się, a 

tymczasem Aleksander rozbierał się powoli.

— Pamiętam — ciągnęła Dolores — pamiętam, jak siedziałam wewnątrz 

szafy, która wtedy wydawała mi się bardzo duża, i ta szafa stała dokładnie 

na środku pokoju, gdzie mój ojciec umarł w dwa lata później. Ojciec wszedł 

background image

do pokoju i naturalnie udawał, że mnie nie widzi. Obszedł dookoła szafę trzy

albo cztery razy, wołał mnie wszystkimi spieszczonymi imionami, a ja tak 

chichotałam tam w środku, że kopałam nogami w drewno. Potem otworzył 

drzwi szafy, bardzo, bardzo powolutku, i wsadził głowę do środka, a ja 

uszczypnęłam go w nos, dławiąc się od śmiechu. Udawał, że się wystraszył, i

próbował uciekać. Ale ja złapałam go za biały mankiet i pisnęłam: „To tylko 

ja, Papaito, nie bój się.” A on powiedział: „Coś podobnego, to moja Dolores! 

Ciekawe, czy jeszcze mnie kocha tak bardzo jak wczoraj." A ja krzyknęłam: 

„Bardziej! Bardziej! Bardziej!”, i Papaito wziął mnie na ręce.

Aleksander nie przerywał jej; umilkła sama, gdy uświadomiła sobie jego 

milczenie pełne uwagi i rosnące we własnym głosie uczucie. Po raz pierwszy 

Aleksander słyszał, jak wspomina

69 ł ■

przeszłość, i zafascynował go sposób, w jaki opowiadała o tym incydencie.

— Proszę cię, mów dalej — powiedział dotykając jej nagiego ramienia.

— Niewiele więcej jest do opowiedzenia. Wszystko skończyło się na tym, 

że wieczorem stałam w drzwiach i płakałam. Chciałam spać w szafie, a ojciec

nie chciał mi na to pozwolić. Płakałam tak bardzo jak wtedy, gdy papuga 

Lolita zdechła nagle w klatce.

— Czy często myślisz o swoim dzieciństwie?

— Nie tak często, Aleksandrze.

— Dlaczego? — Od razu pożałował tego odruchowego pytania, ale 

Dolores widocznie nie wzięła mu go za złe; potrząsnęła tylko głową i czekała 

na pocałunek. W tym ruchu głowy było coś więcej niż odmowa i gdy dotknął 

ustami jej ramienia, wyczuł, że Dolores pragnie, aby przejął uczucia dziecka 

z jej opowieści i złożył je przed swą miłością, okrył je namiętnością, jak ciało 

przykrywa ciało.

Jakikolwiek obraz ujrzała w jego nachylonym ciele, oczy jej nie zdołały go 

nazwać: Aleksander nagle stopił się w jedno z niejasno zapamiętanym 

pragnieniem płaczącej dziewczynki, małej dziewczynki zakochanej w swoim 

ojcu; i gdy ich ruchy płynęły jednym rytmem, wyznaczały go jeszcze 

dawniejsze wspomnienia, które kołysały ich ciałami jak ciepła kolebka. 

Kołysały...

background image

Lecz przez cały czas groteskowym kontrapunktem ich oczarowania 

pozostawał ten pokój. Łóżko Rity okalało ich ciała niczym rama. Wyglądali w

nim jak temat następnego obrazu do powieszenia na ścianie nąd różową 

wanną. Łóżko wchodziło aż pod półki szafy, wciągając ich ciała w korytarz 

podobny do tunelu, i dwa razy znaleźli się w samym jego końcu, po czym 

przetaczali się z powrotem w nogi łóżka. Tak podróżowali na łokciach i 

kolanach po całej tej śmiesznej białej równinie, którą zwolniony rytm miłości

powiększał do olbrzymich rozmiarów.

Skóra ocierała się o fałdy prześcieradeł i wygładzała je na nowo. Dolores 

zachowywała się wyzywająco, pozwalała, by magia mieszała się z absurdem, 

i jemu również rzucała wyzwą-

nie, wystawiając na próbę jego odwagę wobec własnej śmieszności. 

Aleksander akceptował jej zuchwalstwo i z kolei rzucał mu wyzwanie, 

przedłużając każdą taką próbę, każdą pułapkę zastawioną na ich ciała.

To, co mówili między aktami, zdawało się pedantycznym dodatkiem, 

nieważnym wobec myśli, które kierowały ich zachowaniem. Słowa 

przypominały ostrożne przemykanie się po kamieniach nad rozpadlinami i 

strumykami; niczego prawie nie opisywały i nie nazywały, a skoro przyszłych

pragnień niepodobna było odgadnąć, mówienie o nich stawało się bezcelowe.

— Czy podyskutujemy o kolorze tej wanny? .

4

— Nie, Dolores. Różowość, obojętne w jakim odcieniu, jest poza dyskusją.

— Jaka szkoda! — powiedziała z westchnieniem.

Aleksander wyciągnął rękę, po omacku szukając szklanki,

i triumfalnie podniósł ją z podłogi.

— Chciałabyś jeszcze wina, Dolores?

— Może trochę później, ale chciałabym papierosa.

Zapalił dla niej papierosa i wydostał się z łóżka.

— Gdzie jest kontakt, Dolores?

— Tuż pod tym okropnym obrazem.

Zrobił jeden krok i pokój wraz z szafą-łóżkiem znikł w ciemnościach. 

Tylko czerwony ognik papierosa jarzył się jak gwiazda. Aleksander podszedł 

do niego i usiadł na podłodze przy butelkach, z głową tuż nad poziomem 

łóżka. Dolores zaciągnęła się głęboko i papieros rozżarzył się mocniej, 

background image

oświetlając jej profil. Paliła dalej w ciszy i w ciemnościach i profil ten zdawał 

się dziwnie niewinny przy aureoli niespokojnego światełka.

Obserwował papierosa, póki nie zgasł. Potem odchylił się leniwie i 

wyciągnął na podłodze, palcami nóg dotykając zimnej powierzchni wanny. 

Usłyszał szelest, potem krótki trzask i znów szelest gdzieś w górze. Mogły to 

być myszy tańczące na półkach w szafie, lecz nie chciało mu się otwierać 

ust, aby powiedzieć bodaj słowo. Nagle zrobiło się tak cicho, że bicie 

dalekiego zegara odzywało się jakby echem pod deskami' podłogi. Osiem, 

dziewięć, dziesięć — i znów ten szelest z góry. Stracił rachubę.

— Powinien być kontakt w szafie, tuż pod drugą półką, tak mówiła Rita. 

Ale nie mogę go znaleźć. Proszę cię, daj zapałki.

— Łap! — rzucił zapałki na łóżko, nie podnosząc się.

— Dziękuję. — I wkrótce zamigotał niebieskawy płomyczek, potem 

usłyszał trzask kontaktu i górną część szafy wypełniło światło.

— Czy kochasz tę kobietę? — usłyszał, lecz głos nie płynął z 

magnetofonu. Dolores mówiła z wnęki świetlnej. — Lepiej wstań i zobacz, jak

ona wygląda.

Aleksander podniósł się z podłogi, położył ręce na krawędzi łóżka i 

powiedział:

— No, no...

Dolores miała na sobie kostium, który zachwyciłby prezesa Terry’ego, 

gdyby tak ciasno opinał ładnego, swawolnego chłopca. Składał się z trzech 

części: dolnej, środkowej i niepełnej górnej; każda z nich była pomniejszona 

o dwa otwory naśladujące oczy, lecz brzegi otworów okalało miękko kon-

trastujące z resztą czarne futerko. Ten futrzany akcent rozrastał się w 

prawdziwie groteskową wybujałość na samej górze: na włosach Dolores 

tkwiła puszysta kozacka czapa, niby sprężone do skoku zwierzę, i pomimo 

wielkich rozmiarów nie psuła efektu.

Dolores wiedziała, że każdy kostium, czy to fantastyczny, czy śmieszny, 

wydobywał coś nowego w jej zmiennej urodzie. Nie czekała na aprobatę 

Aleksandra, poprawiła tylko czapę i powiedziała od niechcenia:

— A teraz musisz obejrzeć skarby Rity. Trzeba przyznać, że zasługują na 

taką szafę.

background image

— No dobrze, zobaczę. — Aleksander uśmiechnął się, aby okazać, że 

bardziej go to bawi niż dziwi.

Ukryta w górnej części żarówka rzucała rozproszone światło na rzędy strojów

— staromodnych, nowoczesnych i stylizowanych, wulgarnych, subtelnych 

lub bezsensownych, a tu i ówdzie delikatnie sugerujących dwupłciowość. W 

oczach Aleksandra, który nie mógł się przyzwyczaić do światła, ta procesja 

kolorów, falbanek i bufek przypominała raczej kolekcję martwych kadłubów,

ani ludzkich, ani zwierzęcych, lecz zwiotczałych z przekonywającą martwotą.

Zwłaszcza peruki zdawały się

konać sypiąc białym pudrem na te mistrzowskie kreacje memento mori.

Aleksander wdrapał się do łóżka pod całą tą wiszącą maskaradą; gdy 

pochwycił wyraz oczu Dolores powiększonych przez futrzaną czapkę, 

zrozumiał absurdalną doniosłość jej kostiumu. Nie mógł dopuścić, by 

poczuła się zakłopotana jego obecnością wyłącznie w roli obserwatora; 

przeciwnie, jego zadaniem musi być wypróbowanie rytuału systematycznego 

fetyszyzmu, podsuwanie jednego kostiumu za drugim, aż będzie miała 

dosyć.

— Włóż tę perukę, Dolores. Nie, nie tę suknię. Musimy wynaleźć strój 

naprawdę mieszany — powiedział, gdy skończyli się kochać raz jeszcze, a 

kozacka czapa jak kapturek, którym okrywa się czajnik, otulała teraz wielką 

butlę chianti. Dolores wskazała na skórzany żakiet; skinął głową.

Oboje traktowali tę młodzieńczą koncepcję pornografii z całkowitą 

powagą, zmieniając ją w łamigłówkę skomponowaną wokół wariackiej 

plątaniny kończyn, a każdy element łamigłówki stawał się prawie bezpłciowy

przez rozdzielenie skojarzeń. Ponadto Dolores operowała słowami w taki 

sposób, jakby i one były fragmentami tej samej układanki.

— Czy mam sobie namalować usta na kolanach i oczy na szyi?

— Ja to zrobię, Dolores. Gdzie twoja szminka?

Akceptował fetysze, które wymyślała na chybił trafił, a czyniąc to, 

nadawał im pewien sens; pomagał jej odgadywać własne pragnienia przez 

wybór właściwego stroju lub ozdoby z wariackiej kolekcji wiszącej nad ich 

głowami.

Zachęcał ją, aby stwarzała pokusy powrotów do jej ciała. W miarę jak 

background image

upływała noc, mierząc pozbawiony zegara czas liczbą butelek po winie i 

wypalonych papierosów, Aleksander penetrował coraz dalej w głąb jej 

tajemnych pasji, wyławiając je kolejno z bezładnego labiryntu seksu. Każda 

realizacja kolejnej fantazji odrzucana była na bok zużyta i niepotrzebna jak 

kostiumy, które już Dolores zmierzyła. I każda nowa realizacja zostawiała po

sobie zmęczenie, ale i upojenie; nerwy, jakby obnażone, zdawały się 

wyczuwać ostry zarys otaczającego ich powietrza, rozszerzone źrenice 

chłonęły ciemność.

Aleksander czuł, że oczy majak kot i dostrzega wyraźne kontury 

przedmiotów nawet w odległym kącie pokoju, a jego znarkotyzowany wzrok 

odbierał to jako bolesne niemal wrażenia dotyku. Bał się pochylić do przodu,

żeby nie uderzyć rzę^ sami w coś twardego i nie połamać ich jak drzazgi. 

Nawet samo wyczerpanie stawało się podnietą; jeden zmysł, pozbawiony siły,

opanowywał inny i objawiał się bólem.

Prowokując Dolores do zdradzania jej sekretów, Aleksander odkrywał 

coraz więcej własnych. Zawsze opętany perwersyjnymi przyjemnościami 

odosobnienia, izolowania się w życiu towarzyskim i w miłości, teraz 

stwierdził, że poddaje wyizolowaniu szczegóły fizyczne. Dostrzegał tylko szyję

Dolores i w tej chwili ustawała nagle cała gonitwa obrazów, jak gdyby ten 

jeden obraz go zahipnotyzował. Potem jawił mu się w wyizolowanej postaci 

jej cały kręgosłup, następnie pośladki, a w końcu twarde okrągłości — jakby 

piersi — jej kolan.

Przez takie rozdzielanie wrażeń zaznali wreszcie gorzkiego smaku 

nasycenia. Aleksander spojrzał jej w oczy. Widział je w ciemności i wiedział, 

że ona również widzi jego oczy. Dolores leżała na plecach zupełnie 

rozbudzona i drżąca. Kostiumy spoczywały dookoła niej, na łóżku, lub nad 

nią, w szafie. Może zamieszkując każdy z nich przez co najmniej kilka minut,

przekonała się, że ona, Dolores, nigdy nie stanie się taka jak one, nie stanie 

się zwiotczałym trupem, z bezosobową peruką na głowie.

Teraz gotowa była oddać swoje zabawki. Obrzuciła ciało Aleksandra 

szalikami, wstążkami i błyskotkami.

— Będziesz wyglądał jak perski magik — szepnęła niby dziecko, które się 

zwierza z sekretu. — Kochałam się kiedyś w perskim magiku z mojej dużej 

background image

książki z bajkami.-Miał takie wielkie kolczyki.

Wyszukała wśród błyskotek parę klipsów i pomogła Aleksandrowi je 

włożyć; na szyi zawiesiła mu własny naszyjnik, a udo przewiązała mu 

czerwonym szalikiem.

— Kocham cię — powiedziała. — Poza tym wszystkim kocham

1

 cię. 

Rozumiesz?

.— Rozumiem — odpowiedział.

1

Zwarli się w miłości po raz ostatni tej nocy, czując, że tym rozpaczliwym 

wysiłkiem przełamują bariery seksu.

Lecz gdy Dolores zapaliła zapałkę, krzyknęła z przerażenia: Aleksander leżał 

na poduszce z głową spowitą w czarną gazę. Ta gaza jakby wessała i 

pochłonęła wszystkie rysy jego twarzy. Na dźwięk głosu Dolores poderwał się

i woal opadł z twarzy na prześcieradło. Zapałka zgasła. Dolores przemówiła 

zdławionym głosem somnambuliczki:

Myślałam, że nie masz twarzy. To było straszne. Szybko pozdejmowała 

z niego wszystkie ozdoby, po czym jej głowa opadła na bok — usnęła..

Obudził ich telefon. Dolores ziewnęła, narzuciła na siebie teatralny peniuar 

Rity ze złotymi epoletami i potknęła się o butelkę koło wanny. W porę 

chwyciła aparat telefoniczny i to uratowało ją od upadku. Druty okazały się 

nadspodziewanie mocne.

Tak, oczywiście, to ja — powiedziała ściskając słuchawkę. — Bardzo ci 

dziękuję, kochanie... Tak, Rito, naturalnie... A propos, która to godzina?

Rita, niczym zegarynka, udzieliła dokładnej odpowiedzi:

Przy trzecim twoim ziewnięciu, Dolores, będzie dwie minuty i 

pięćdziesiąt sekund po szóstej.

Dolores zrewanżowała się głośnym ziewnięciem. Potem słuchała potakując 

głową i uśmiechając się do telefonu.

Wyjdę za dwadzieścia minut —powiedziała. — Dziękuję ci jeszcze raz, 

Rito, Tak, ja cię też kocham. Tak, bardzo. Do widzenia. — Położyła 

słuchawkę na wiszącym urządzeniu, druty napięły się i telefon zaczął się 

kołysać.

— Widzę, że musimy się śpieszyć, Dolores.

background image

— Dzwoniła Rita — oznajmiła z ziewnięciem.

— Tak, wiem.

Mówi, że jest wyczerpana tą całonocną rozmową z rosyjską 

przyjaciółką. I zmarznięta, więc chce się wykąpać w swojej różowej wannie. 

Mówi, że różowy to taki ciepły kolor.

foto#

I

■, . 5*§

f* .t|$y *

— Wiesz, że ona jest w tobie zakochana — powiedział Aleksander i zaczął

się szybko ubierać.

— Naprawdę tak myślisz, Aleksandrze?

Na tym skończył się ich dialog o świcie. Woda w wannie, w której 

chlapała się Dolores, bulgotała głośno, przez okno wpadał delikatny 

chwiejny powiew. Aleksander włożył wszystkie puste butelki do papierowej 

torby, rozejrzał się po studio, a potem zdołał dotrzeć do kranu, podczas gdy 

Dolores myła się dalej.

— Lepiej wyjdź pierwszy, querido — powiedziała Dolores. — Rita może się

zjawić w każdej chwili. Ona nie ma poczucia czasu.

— Dobrze. Zaczekam na ciebie przy samochodzie. Jeżeli fryzjer będzie 

otwarty, szybko się ogolę.

— Nie zdążysz, Aleksandrze. A ja będę kochać każdy szczecinowaty 

włosek na twoim podbródku, obiecuję.

Schodził na dół, szukając po omacku poręczy, której gładkość miała w 

sobie coś złowieszczego,' i wyszedł wprost na kwietniową mżawkę, która go 

wcale nie odświeżyła; przeciwnie, czuł się tak, jakby zamiast skóry miał watę

zmoczoną w brudnej kałuży nieba, zaklęsłą wokół oczu. W budce 

telefonicznej miauczał kot. Aleksander wypuścił go stamtąd, za co kot 

podziękował, ocierając się o jego nogi.

Dolores nie pokazywała się przezjakiś czas. Może zatrzymała ją Rita. 

Czekał cierpliwie nie opodal jej samochodu. W końcu nadeszła; poły jej 

luźnego czerwonego płaszcza kołysały się w takt kroków. Aleksander 

zobaczył swój magnetofon, który niosła zgrabnie, jakby to była kosmetyczka.

— Zostawiłeś go — powiedziała. — Przepraszam, że kazałam ci czekać. 

background image

Ale nie mogłam się oprzeć pokusie.

— Jakiej pokusie?

—Wiesz, coś dla ciebie nagrałam. To zabawne, ale mniej mam oporów 

wobec maszyny.

—Ja też. Zwykle jest na odwrót. Przeważnie mikrofon ludzi onieśmiela.

Patrzyli na siebie w migoczącym świetle, a tępe zmęczenie odurzało ich 

jak opary z ustawicznie cieknącego nieba. Dolores zapuściła silnik.

*<*• ą

— Czy możemy dostać gdzieś kawy o tej porze? — spytała.

— Spróbujmy Covent Garden. Jesteśmy niedaleko. Skręć teraz w lewo.

W kawiarni dla robotników koło targu warzywnego połykali niesmaczną 

ciecz zaprawioną zbyt długo gotowanym mlekiem. Mężczyźni gapili się na 

Dolores; niektórzy pozdrawiali ji z grzecznym uśmiechem na znak, że ją 

poznają.

— Założę się, że biorą cię za cesarzową Sorayę — szepną Aleksander.

— Wobec tego powinnam się uśmiechnąć. — I uśmiechnęła się.

W tym momencie dojrzał wyraz własnej twarzy w brudnym lustrze za 

plecami Dolores. Jego nos zdawał się nienaturalnie wąski, ściągnięty prawie 

do kości, a cień zarostu okalający twarz jakby ściskał ją całą. Tylko oczy, 

szeroko otwarte, szkliste od niewyspania, słały nieruchome narkomańskie 

spojrzenie na zataczający się świat przedmiotów. Poranne światło zadawało 

ból, kaleczyło ściany i twarze innych ludzi.

A jednak, mimo tego czujnego znużenia, gdzieś głęboko pod wszystkimi 

warstwami skóry, pod siatką nerwów zaznawał spokoju. Był to kompletny 

brak wrażliwości erotycznej i pustka, jaką to pozostawiło, odpowiadała mu. 

Ów nowy rodzaj wolności wynosił go na płaszczyznę, z której mógł 

obserwować siebie takim, jakim był przedtem, wszystkie swoje pragnienia 

rozsiane w pamięci niczym punkciki na mapce.

Być może jedynie duchy miały ten przywilej, że widziały nie tylko świat w 

całości, lecz także każdą istotę ludzką jak mapę usianą punkcikami 

powtarzających się namiętności. Jednakże Aleksander zdecydowanie nie 

wierzył w żadną formę rzeczywistości, która byłaby czystsza od egzystencji 

fizycznej. Zaskoczyła go ta nagła analogia między istotami duchowymi i ich 

background image

świadomością rzeczy zewnętrznych, lecz wytłumaczył ją sobie jako zwykłe 

zapożyczenie z literatury.

Ciekaw był jednak, czy Dolores doświadcza podobnego stanu, dla którego

znalazł prowizoryczną nazwę: stan bezpłciowy.

Nieruchoma i bardzo blada, Dolores siedziała na niewygodnym krzesełku 

z dykty, a fale jej czarnych, luźno spływa-

Wil

li

W*

»

f ~il'V ii. v '

jących włosów odbijały się w lustrze. Co by powiedziała, gdyby ją teraz 

poprosił, by przeanalizowała swoje zmęczenie? Czy w ogóle zgodziłaby się 

podjąć ryzyko opisywania i nazywania tego, co jemu wydawało się puste i 

omalże nieludzkie? A przede wszystkim czy mamy prawo wnikać w czyjś 

najbardziej osobisty stan wyczerpania? Aleksander miał nieprzyjemne 

uczucie, że Dolores, zwrócona plecami do poplamionego lustra, wyczuwa i 

jego ciekawość, i wątpliwości.

Było jeszcze wcześnie, gdy wyszli z brudnej kawiarenki i znaleźli 

samochód w asyście trzech czarnych kotów. Widok ten zapalił w Dolores 

jakąś iskierkę. Zwiększając szybkość za Trafalgar Square powiedziała:

— Trzeba się pozbyć tych wszystkich pustych butelek. Mam pomysł.

— Jaki, Dolores?

— Popatrz, mleczarze właśnie ustawiają butelki na progach. Dodamy dziś

rano sympatyczny akcencik oryginalności. Tylko nie tutaj. Tó 

nieodpowiednia dzielnica. Pojadę na kwietniową pustynię Belgravii.

— Och, nie! — wykrzyknął Aleksander. — To twoja dyplomatyczna 

forteca. Jakiś ranny ptaszek mógłby cię rozpoznać.

— Żaden ptaszek mnie nie rozpozna, zapewniam cię. Wyglądam wprost 

okropnie. Twarz w plamach, oczy nabiegłe krwią, usta wręcz negroidalne. 

Widzisz, że jestem w przebraniu!

W jej głosie brzmiało prawdziwe szczęście. Zatrzymała wóz, odwołała się 

do męskiej odwagi Aleksandra i z jego bardzo ostrożną pomocą zaczęła 

roznosić puste butelki po winie. Plac otrzymał sprawiedliwy przydział 

background image

proporcjonalnie do liczby butelek mleka rozstawionych już u progów. 

Aleksander dyskretnie zerknął na zegarek: była dopiero za dwadzieścia 

ósma. Z typową dla szpiega niechęcią do ostentacyjnych szaleństw 

porozstawiał swoją porcję butelek, rozejrzał się dookoła i wziął nogi za pas.

Gdy stanął zdyszany na chodniku przy samochodzie, nagle pomyślał o Kirze.

Mógł sobie doskonale wyobrazić, jak pobiegłaby zaraz, aby pozbierać na 

powrót wszystkie butelki.

Nie powinno się dla żartu narażać na kłopoty innych, tak zawsze mówiła. 

Jakie to niewłaściwe, żeby poważny lekarz albo prawnik został wystawiony 

na durnia przed sąsiadami. Kira była taka uważająca, zwłaszcza wobec 

ludzi, których nie znała i którzy nic jej nie obchodzili.

Znalazłszy się w samochodzie Dolores i Aleksander pogratulowali sobie 

osiągnięcia. Zwłaszcza butelki po chianti tworzyły wesołą barwną plamę 

wśród czerwonych i niebieskich kapsli na butelkach stołecznego mleka.

Potem pojechali nad rzekę, a znad kominów powitało ich słońce. Woda, 

wiatr i unoszące się na wodzie śmiecie płynęły spokojnie i zgodnie.

Dolores odwróciła ku niemu twarz, która w słońcu ujawniała wszystkie 

skazy, oscylując między brzydotą i niezniszczalną pięknością. Aleksander 

chciał ją pocałować, lecz nie mógł: opuściły go wszelkie pragnienia, jakie 

gromadzi ciało dla ludzkiej próżności i żądzy.

— Nie, nie całuj mnie, Aleksandrze — powiedziała spokojnie i zacisnęła 

dłonie. — Kochamy się teraz poza granicami indywidualnej dumy. I czuję 

tam, wewnątrz, taki spokój! — Oparła splecione ręce na łonie.

S Tak, wiem. Czasami człowiek ma dosyć kontaktów z ciałem.

— Aleksandrze, to takie kojące, ten całkowity brak fizycznego kontaktu, 

gdy roztrwoni się całą namiętność w hazardzie.

— O co graliśmy, Dolores? O nasze ciała?

— O nasze dusze, Aleksandrze. A teraz twoja dusza wychodzi na wierzch.

— Bardzo malowniczy sposób opisywania doznań.

— Ale ja kocham te doznania, u ciebie i u mnie.

W dwie godziny później, w samotności swego gabinetu, Aleksander 

włączył magnetofon i usłyszał głos Dolores. Na taśmie brzmiał on bardziej 

monotonnie, podobnie do recytacji.

background image

— Gdy umarł mój ojciec, ubierano go przed pogrzebem cztery razy. Bo, 

widzisz, on zajmował wiele ważnych stanowisk; był gubernatorem i 

generałem i chyba pełnił jakieś funkcje również za granicą, na konferencji 

pokojowej. Jego ciało wystawiano na widok publiczny przez kilka dni i w tym

czasie

ubierano go w cztery różne mundury, z medalami i wstążeczkami. i 

szarfami. I z nabijanymi pasami. Ja oglądałam całą tę maskaradę, tak mi 

kazano. Siedmioletnia dziewczynka powinna zachować w pamięci chwałę 

swego ojca. Ale trzeciego dnia, gdy się do niego wślizgnęłam, zobaczyłam, że 

twarz zakrywa mu czarna zasłona. Myślałam, że mu odcięli tę piękną głowę, 

i zemdlałam. Później powiedziano mi, że czarna chusta miała chronić jego 

twarz przed muchami. Kiedy go chowano, był bardzo upalny dzień.

Głos umilkł, lecz Aleksander nie ruszał się z krzesła. Potem, po długiej 

przerwie, usłyszał słowa Kiry: „Strzeż się sssszszsz...” Wstał szybko i uciszył 

magnetofon. Słuchała ich trzecia osoba, gdzieś za sceną.

Poczuł, że już nigdy nie potrafi się bawić swoją ulubioną zabawką. W tym 

świecie interferencji nawet maszyny mogą brzmieć jak nawiedzone.

Akt trzeci ZA SCENĄ

1

Początek temu dało nagłe zainteresowanie Dolores główną postacią zza 

sceny. Siedząc w zadymionym barze po drugiej stronie rzeki przez dłuższy 

czas omawiali subtelności różnych perfum. Przed chwilą jakaś dziewczyna w 

dżinsach minęła ich stolik idąc do ubikacji i Aleksander rzucił dość banalną 

uwagę:

— Człowiek jest zawsze wdzięczny kobiecie, która w takim dusznym 

miejscu zjawia się uperfumowana. — Po czym zdał sobie sprawę, że za 

dziewczyną ciągnie smuga zapachu tandetnej w gruncie rzeczy, mdlącej 

imitacji francuskich perfum. Dolores wszakże nie zostawiła mu czasu na 

zmodyfikowanie tej obserwacji. Zaczęła od razu rozwodzić się na ten temat 

— jeden z jej ulubionych.

— Wiesz, jesteś pierwszym mężczyzną, od którego usłyszałam 

inteligentny komentarz na temat tej niewidzialnej biżuterii, bo tak to 

nazywam. A skoro o tym mowa, czy zauważyłeś, jak często zmieniam 

background image

perfumy?

Szybko dokonał w głowie obliczenia, ale kiedy oznajmił wynik, Dolores 

położyła mu dłoń na ramieniu i uśmiechnęła się, aby okazać, jak jej 

pochlebił.

— Nie, nie aż tak często. A jakie na przykład perfumy mam dzisiaj? — 

Badała dalej jego ignorancję.

— Chanel numer pięć? — Jego niepewne spojrzenie było przyznaniem się

do winy, ale w myśli zarejestrował szybko pozycję do zapamiętania: zapoznać

się z przemysłem perfumeryjnym w drugim tygodniu maja: francuskim, 

włoskim i południowoamerykańskim; sprawdzić numery Chanel; numer pięć

wykluczyć całkowicie. To oburzające, jakim ignorantem potrafi się okazać 

szpieg.

Dolores z radością dzieliła się z nim okruchami informacji, po części 

dlatego, że Aleksander nadal ją zadziwiał umiejętnością udzielania 

odpowiedzi na większość pytań, a pytając przeskakiwała z tematu na temat. 

Teraz ona mogła mu zaimponować, a przy okazji zabawić się trochę.

— Czy wiesz — mówiła — że każdy, absolutnie każdy daje mi w prezencie

Chanel numer pięć: na Boże Narodzenie, na moje urodziny, na wszystkie 

rocznice i na święto narodowe także. Ja tego nigdy nie używam. To jest za 

bardzo na fali, rozumiesz.

— A wobec tego co masz dzisiaj? Powiedz mi.

— Estupendo. Wyrób boliwijski. Bardzo rzadki i znakomity. Pocałuj mnie

za uchem, to zobaczysz.

Aleksander zerknął najpierw na barmankę, pochłoniętą zapamiętałym 

dłubaniem w nosie, potem spojrzał na drzwi ubikacji; dziewczyna w 

dżinsach nie śpieszyła się

f

 jeszcze tam była. Z wolna nachylił się ku szyi 

Dolores i pocałował ją w tył ucha. Powierzchnia ucha zdawała się miękka jak

płatek kwiatu, a woń perfum przypominała mieszankę egzotycznych kwia-

tów, których upajający zapach, jak pamiętał, usypiał go późną nocą w 

tropikalnej nicości, gdy już nie działała na niego whisky.

— Tak, znam tę zabójczą woń, Dolores. Jest mocna i długo się trzyma. 

Któregoś dnia ktoś musiał to poczuć ode mnie. Tak, tak, pochwyciłem 

zdumione spojrzenie.

background image

— Jakich perfum ona używa? — Dolores zacisnęła dłonie jak zawsze, 

kiedy chciała pokryć niepewność śmiechem lub powagą.

— Kto? — Był zdezorientowany tym nieoczekiwanym przeskokiem w 

rozmowie. Odgadł jej intencję prawie natychmiast, ale nie przychodziło mu 

na myśl to najprostsze słowo świadczące, że ją zrozumiał.

— Zorientuj się w domu — ciągnęła nieubłaganie Dolores, która z całą 

kobiecą zręcznością omijała ich tabu.

Dobrze — odpowiedział pó prostu i przeklął siebie za to, że nie jest dość

głupi albo dość uczciwy, aby powiedzieć coś, co pozwoliłoby jej domyślić się 

prawdy o Kirze. Przez cały czas Dolores miała minę osoby skrupulatnie 

lojalnej.

% WT J i* ł jWjł

łv~k“t < i •

ŁJL

 

JI

 •'■*£& 

Ą

 % kWuK Mnifl i **?■»

5? ■., .¡.y,

•* * ■* ii i.-.« -i ?

4

MJM^łU Vj

K

 tófaWHiM Cł^i

i 4vwB/£l£fó*^§jz J|

jt % jLyŁ l^;^%| -w ^

♦■ J MAWlnMjŁ

%

 \ %Cl ?,ł *v*

^T%ąv>

iWpR

1

*

14 iTHN^IC*i?i#Jj5w^'

f '*'* *♦ %ł jf% t»T?

'' *

K Ł

V

M

WI

:

L v # \ aYA% *

JLM

Jt ffCil v.> 1"

w < ¿,* g*t ## M*ftA¥fn9*

* ^ % | if WM %%!^rp Ę "i mii

Ł WWHffi'%1^5?f i* i*v

>ŁjMitl jtli<4rH%1 rrTEŁłKł^’ *inSfl

^

VP

I

S

4 Im k%* v*^ui

^ is?^ <£ CS «2T^Wfft» V

:

* "■ ▼ y WW m

MW^^M^lliElwi^Wcł^ &\% *SlŁ»ŁłHfiiltii %%<B *ll

BMMUhllŁii iJiŁlJtF - 

,l

 •; i- ■ f. •# :i* & %. - ... *

background image

9P

;

 ^•*v^»'jl"

<

*

>

%4^«^*fĘĘk *t%%4jkk* «•*-

(KMpJta**- • 'ń,i\%^ 4H ffiyi i» * *V ^'■i>ffi%w‘

v

* r'

1

*

B5>TiMlS-»«^i^l^łlaiS3ri j3»iT3«7WlŁ2M»^CTi4l

Od tej śmiesznej obietnicy zaczęły się kłopoty. Musiał teraz odnaleźć ślad 

perfum Kiry. Przypomniał sobie, jak jeden zjego meksykańskich 

przewodników tłumaczył mu różnicę między tropem żywych i umarłych. 

Duchy zmarłych są chytre — mówił — i zacierają każdy ślad swoich stóp, ale

nie potrafią ukryć zapachu. Żywi nie mają trwałego zapachu, który mogliby 

zostawić na krzakach i kamieniach, ale pozostawiają głębokie ślady na 

piasku i w glinie. Meksykański wieśniak twierdził, że łatwiej jest tropić 

zapach duchów.

Tak więc jeszcze tego popołudnia Aleksander poszedł za sugestią Dolores.

Białe ściany w sypialni Kiry wchłaniały skąpe światło dnia i opierały się 

wkroczeniu zmierzchu. Dlatego bardzo wyraźnie widział wszystkie drobne 

przedmioty, ułożone starannie na toaletce. Od razu dostrzegł flakonik 

perfum. Stał w samym środku, krągłością kształtów przypominając 

starożytne dzbany z wonnościami do namaszczania, i był koloru 

granatowego. Kiedy Aleksander go otworzył i podniósł do nosa, z wnętrza 

powiało wyraźną wonią gnijących roślin, która kojarzyła się ze stojącą wodą 

sadzawek na bagnach. Być może Meksykanin w swych przesądach pojął 

ulotną esencję śmierci: to z pewnością był śmiertelny zapach pamięci.

Aleksander zajrzał do środka i zauważył jakieś białe plamki na dnie, 

jakby osad — lecz ani kroi perfum. Plamki poruszyły się i utworzyły białe 

kółko. Guy oko przywykło do tej bieli na granatowym tle, zidentyfikował 

tcCcoś jako zwitek papieru. Wyłowił go nożyczkami do paznokci, rozwinął i 

odczytał: „Będziesz mnie kochał, póki te perfumy nie wywietrzeją.’’ Pismo 

było chwiejne i duże, a litery „t” wznosiły się jak miniaturowe szubienice. Te 

szubienice zdradzały rękę Kiry.

Nie było sensu nawet się zastanawiać, czy pamięć go nie zawodzi: on jej 

nie kupił tych perfum. Jak każdy porządny mąż, zawsze dawał Kirze Chanel 

numer pięć i za każdym razem mówiła, że nie mógł wybrać lepiej.

Bariera śmierci jest w perwersyjny sposób podobna do ostatecznej bariery

seksu: oddziela strach od najwyższego spokoju

background image

i budzi zaufanie do osoby, która ją przekroczyła. Kira wciąż budziła w nim to

zaufanie i choć Aleksander nader dogodnie

__________, ________ _________

83

-

odsunął ją w rejony mroźnej kostnicy małżeńskiego tabu, nie miał 

bynajmniej ochoty interpretować na nowo ich wspólnej przeszłości. Była już 

utrwalona i mogła w tej formie pozostać jak portret rodzinny na ścianie, 

powlekając się czcigodnym kurzem.

Teraz zaczęła działać zawodowa ciekawość. Rozpoznawał owe poruszenia 

myśli, niby tykanie zegara: te drobne, krążące szybko, i te wolniejsze, które 

wytyczały poszczególne punkty w jego dociekaniach. Lecz jaki był prawdziwy

powód takich dociekań i po co w ogóle miał się nimi zajmować? Kira jako 

panna Piński i Kira jego żona nie wchodziły na razie w centrum 

zainteresowań Aleksandra. Trzymał się raczej tego uczucia, które wzbudziło 

w nim zaufanie do zmarłych, i wierzył, że przeszłość tę jego naiwność 

uszanuje.

Aleksander znów wziął do ręki granatowy flakonik, lecz po sposobie, w 

jaki mu się przyglądał, można było poznać eksperta przy pracy. Szybko 

zbadał szkło, jego barwę, znak firmowy pod nazwą i powąchał wonną pustkę

w środku. Kartka Kiry mniej go zainteresowała; schował ją do kieszeni dla 

bliższego zbadania.

Jego oczy obiegły dookoła blat toaletki w poszukiwanii. czegoś 

niezwykłego, nic nie znalazły i wróciły do miejsca, gdzie stał flakonik. Przez 

rozsypany puder, nie tknięty ściereczką do kurzu, prześwitywał wyschnięty 

ślad atramentu. Aleksander skojarzył te dwa ślady i zadał sobie pytanie, czy 

Kira trzymała wieczne pióro w szufladce z pudrem. Szufladka nie miała 

kluczyka, więc ją wyciągnął i ujrzał pióro na stosie niebieskich kartek, 

zabazgranych dużym pismem Kiry. Zbliżył się do okna, usiadł na niskim 

stołku i zabrał się do przeglądania zawartości szuflady.

Nauczył Kirę systematyczności i teraz mógł wykorzystać rezultat tych 

lekcji, gdyż kartki ułożyła według dat, a każdy dłuższy list spięła spinaczem. 

Listy powinny by go wzruszyć, ponieważ wszystkie były zaadresowane do 

niego. Lecz Aleksander miał robotę do wykonania, a robota wymagała bacz-

background image

nych oględzin.

Po kilku minutach zrozumiał jasno, co oznaczał ten układ: kochana, zawsze 

pełna wahań Kira nie mogła się zdecydo-

«■»‘'•M

M

}®»¿ilVf-¿tg jTjg ■dnii1ii^iTiM]rłilM»wy >i ■

/

^

¿jjr

sit.. ^¡L% ^łv'iU ’ •+

t>Vf ■i

**<f i¿‘if^

:

V;fw§

BpjFwp

1

^'^*

y«»^Ł yf ę^iHp^Wip

(a««ft

ł JTłlfcl''* £ isi%r W

% *£f0fijpfSfinSAi XX)pCfl *>_ tvt «* w*» w| C®i %<i^#l]

y*-

^ ¿4i

t iy.'|t^i,yj3twwjj w i ^ Ł **h“i *%«.%;%'**> fVf lllB« 14 |ya<w>ri^%j

i a»,iV* i l-V*

3

NM

'^9*

ła *lf l« 11

11

 r*Tl ¡CT^&r$ b*$ .^S>* *

S'lt ■ Si T^H ^ ł i** "5 f ■ ?'^

,

*'

,

*ii

% y% 4 £ %^i %w fi

ł ># j> - i

|«¿%| *ł< £1*4$ ^ WBICI |^Mlfil|Ak||l 4«|| |i1 4b jg

(

 % i» 9'uli 

4

I

CCAfcCt Mfrii

i'* ■

IM

 ilfliAn"

mfM*Ww) Ml«! wmfjr

Uiwwi^ Wl li

* ij%j tlij ł

wać, jaki odcień uczuciowy będzie właściwszy, gdy pisała do niego w czasie 

tych miesięcy ponawiających się ataków choroby. Wobec tego za każdym 

razem komponowała trzy lub cztery wersje, w zależności od tego, jaki model 

rodzinny chciała zastosować, a nastroje były do nich dobrane.

W jednej wersji zwracano się do niego w przejściowej głębokiej depresji 

jako do autorytetu ojcowskiego — tym bardziej ojcowskiego, że znajdował się

tak daleko i tak ciężko pracował. W drugiej ton był od pierwszej linijki 

zupełnie pozbawiony szacunku i tego samego oddalonego Aleksandra 

background image

traktowano jak wiedeńskiego Spitzbube, goniącego za spódniczkami w 

jakiejś całkiem nieodpowiedzialnej części świata. Tam, gdzie trzecia wersja 

przetrwała ów chwiejny proces selekcji, Kira okazywała się nagle pełna 

macierzyńskich przestróg: Aleksander mógł tylko podziwiać sposób, w jaki 

potrafiła się wczuwać w jego spotniałą skórę w upałach Ameryki Środkowej.

Ale dlaczego przechowała całą tę kronikę swych czułych wahań? Bogatszy

materiał do spekulacji czekał go pomiędzy dwoma braterskimi listami, które 

zostały napisane jeden po drugim, lecz nie wysłane. Było to sprawozdanie 

sporządzone na maszynie, z cyframi, nazwami miejscowości i datami, a pew-

ne wiersze zostały w nim podkreślone na czerwono.

Aleksander zerwał się ze stołka, zapalił światło nad lustrem i rozłożył 

kartkę na stole. „Prowincja Las Monjas... — tak brzmiał tekst — ludność 567

000; ukryte lotnisko do zbudowania przed 1965; przedsiębiorstwa 

zainteresowane" — i tu następowała lista nazw wraz z adresami. Wysokości 

łapówek określone były w osobnej kolumnie. Musiał dobrze i szybko się 

skoncentrować, aby ocenić kompromitujący charakter rozpostartego przed 

nim dokumentu. To było ważniejsze od jego obecnych uczuć względem Kiry, 

która, sądząc z tego przeglądu, okazała się bądź nieostrożną maniaczką, 

bądź też samoukiem wyćwiczonym w jego sztuce.

Dwie inne rzeczy czyniły to domowe odkrycie dość niepokojącym: z 

górnego rogu kartki biło drwiąco w oczy Aleksandra słowo „kopia”, 

podkreślone czerwoną kreską: poniżej zaś, między wierszami maszynopisu, 

wyskakiwały w górę i w dół zgrabnie nakreślone daty, zachodzące na 

niektóre słowa pętel-

kami wyrysowanymi ołówkiem. Z początku nie dostrzegał związku między 

datami a faktami, z którymi były tak plastycznie połączone, lecz potem jego 

pamięć wykonała kilka akrobatycznych skoków nad tekstem i ujrzał, jak z 

tego dokumentu pozdrawia go geniusz drugiego pedanta.

Daty między wierszami odnosiły się do dat listów posyłanych Kirze z 

różnych miejscowości w czasie jego długiej podróży. Zestawiała więc fakty z 

etapami jego postępów w pracy. Było to zaiste nadzwyczajne.

Aleksander rozpoczął metodyczne przeszukiwanie wszystkich szuflad w 

sypialni. Zapalił górne światła i wreszcie z rękami pełnymi różnych 

background image

drobiazgów opadł na łóżko Kiry. Materac jęknął, jak gdyby ciężko urażony.

Aleksander zachowywał się jak okupująca armia; o świętość tajemnic 

osobistych i sentymentów przeszłości troszczył się tyle, co o perspektywy 

wiecznego odpoczynku. Miał nader uciążliwą pracę do wykonania we 

własnym domu i w środku szpiegowskiego urlopu.

W końcu ujawnił się pewien trop, coś, co wyślizgnęło się spośród szkiców 

Kiry,, w większości, jak z uciechą zauważył, zrobionych grubymi 

pociągnięciami ołówka po papierze. Była to fotografia bardzo młodego 

człowieka: jego oczy jak gwiazdy zdawały się przyzywać zastępy anielskich 

kochanek, lecz usta najwidoczniej domagały się ciastek z dużą ilością 

kremu. Aleksander wyobraził sobie granatowy flakonik perfum przy jego 

twarzy i uznał od razu, że ten ładny maminsynek nie mógłby sobie na to 

pozwolić ani nawet myśleć o oszczędzeniu takiej sumy z pomocą swojej 

glinianej świnki. Oczywiście Kira mogła mu dać pieniądze, żeby kupił jej ten 

prezent i przewiązał go śliczną wstążeczką, godną niespodzianki.

Lecz po namyśle Aleksander wykluczył nawet taką możliwość. Kira lubiła 

dostawać prawdziwe prezenty; tylko wtedy, gdy sama je dawała, wolno jej 

było odgrywać komedyjkę córeczki, która ma uczcić dzień urodzin papy. 

Dostawała pieniądze specjalnie na te drobne prezenciki urodzinowe.

Niemniej jednak duża fotografia gwiaździstookiego młodzieńca, leżąca na 

łóżku Kiry, stanowiła jak dotąd jedyne ogniwo, które mogło ten drugi 

dokument uzasadnić i ujawnić

motyw działania bardziej przekonywający niż zwykłe szaleństwo. Werdykt po

śledztwie brzmiał: „śmierć wskutek zaburzeń psychicznych”, co poświadczyli

dobrze opłaceni lekarze, przytaczając wiele mądrych terminów, 

niezrozumiałych dla nikogo, lecz Aleksander znał Kirę dość dobrze, by 

potraktować werdykt wyłącznie jako grzeczną i zgodną z prawem próbę 

oszczędzenia mu niepotrzebnego kłopotu. Popełniła samobójstwo, aby zrobić

z niego głupca — z niego lub z kogoś innego, a teraz skłaniał się do myśli, że 

człowiekiem, którego ostatecznie przechytrzyła, prawdopodobnie nie był 

Aleksander Amin.

A jednak kompromitujące kompendium na temat prowincji Las Monjas —

tak kompletnej terra incognito, jakiej chyba drugiej nie było — nie miało 

background image

naprawdę sensu w zestawieniu z fotografią tego maminsynka i z tym 

samobójstwem. Aleksander podrapał się po wąskim nosie, przesuwając 

palcem po jego kościstym garbku, sięgnął po ołówek i zanotował szybko na 

odwrocie zdjęcia ładnego chłopczyka:

a) Siostra Thompson,

b) Ksiądz Murphy,

c) Osoba, którą oboje wymienią.

Z tymi trzema osobami powinien przeprowadzić rozmowę, zanim 

pochopnie wyciągnie wnioski, które zwykle wyciągają obrażeni mężowie. 

Upomniał siebie surowo, że nie wolno przeprowadzać sekcji na posępnym 

trójkącie małżeńskim. Jego celem winno być odnalezienie i przecięcie tego 

nieznanego kontaktu między skompilowanym przez Kirę kompendium i od-

biorcą kopii, kimkolwiek by się okazał. Nienawistna była mu myśl, że jakiś 

pasożyt spoza branży może sprzedać informacje za dziesiątą część tego, co 

są warte. Arnin senior mógłby się pogodzić z taką stratą, ale nie jego mądry 

syn.

Detektyw-amator, który tak wytrwale irytuje czytelnika we wszystkich 

wyszukanych opowieściach kryminalnych, skłonny jest do marnotrawnego 

gromadzenia nieważnych faktów i ciągnie za sobą kilka tropów niby 

optymistyczny półgłówek. Aleksander traktował swoją pracę poważnie i nie 

miał zamiaru ścigać tropów Kiry ani w jej sypialni, ani gdzie indziej. To, co 

już odkrył, wystarczyło: dość miał z tym zmartwienia. Chcąc się trzymać 

metod racjonalnych, nie życzył sobie odkrywania

tropów alternatywnych, które mogłyby go zdenerwować jeszcze bardziej.

Wierny radom ojca, postanowił działać według staromodnych metod 

eliminacji. Jeżeli ta ładna twarzyczka nie miała nic wspólnego z istotą 

sprawy, nader chętnie zapomni ojej istnieniu. Lecz musi coś konkretnego 

ustalić, albo w domu, albo poza domem, nim zbierze więcej materiału. Po 

latach doświadczenia wolał pracować na świeżym powietrzu.

To zaś, co najbardziej podtrzymywało jego pewność, że następny krok jest

właściwy, wynikało z innych źródeł: z osiągniętego spokoju, z harmonii 

seksualnej, która równoważyła teraz wszystkie jego nastroje na dwóch 

poziomach tajemnych namiętności. Miał serdeczną nadzieję, że i w jej 

background image

nastrojach działo się to samo.

2

Siostra Thompson mieszkała o pół mili dalej, przy Child’s Hill, i 

codziennie odwiedzała cierpiących i próżnujących bogaczy, którzy skrywali 

się przed śmiercią w tych wszystkich rodzinnych fortecach udających 

„Zakątek Bzów", „Słoneczny Widok” lub „Zgrabne Wieżyczki”.

Aleksander chciał ją zastać w domu, nim rozpocznie swoje poranne 

obchody, pani Thompson bowiem stała się w pewnym sensie pomocą 

domową u chorych plutokratów, pracującą na godziny i stosownie do tego 

ustalającą opłatę za usługi. Podziwiał ją za to, że potrafiła pojąć absurdalną 

prostotę nowoczesnej ekonomii, jednakże siostra Thompson chętniej 

widziała swą pracę jako pielgrzymkę duchową, drogę wiodącą przez wyboiste

ścieżki nadziei jej wdowieństwa, od pacjenta do pacjenta. Wszyscy oni 

bardzo potrzebowali jej siły moralnej. Kira była ostatnią, lecz nieudaną 

pacjentką, która połknęła zbyt dużą dawkę odwagi.

Pielęgniarka mogłaby oczywiście przytoczyć nazwiska tych, co spokojnie 

zakończyli życie w jej muskularnych ramionach i z religijnej wdzięczności nie

zapomnieli o niej w testamencie. Za największy swój sukces uważała opiekę 

nad pewnym anglo-

katolickim biskupem, który aczkolwiek śmiertelnie chory, nie umierał przez 

długie lata po prostu dlatego, że lubił słuchać kazań siostry Thompson 

wygłaszanych przy łożu boleści. Pozostawił jej zaledwie trzysta funtów — 

niezawodny dowód, że żadnemu biskupowi w tych czasach się nie przelewa 

— ale wynagrodził ją sowicie, pozostawiając w spadku taką osobistość, jak 

niezłomny moralnie, choć fizycznie wątły ksiądz Murphy.

Aczkolwiek chronicznie nie dopłacany, ksiądz Murphy zachowywał się 

bardzo lojalnie w czasie choroby biskupa, po jego śmierci jednak doznał 

takiego wstrząsu, a może ulgi, że pogrążył się w czytaniu łaciny głębiej, niż 

było wskazane, i wkrótce przeszedł na stronę Rzymu. Niewiele brakowało, a 

byłby przeciągnął i wdowę przez barierę papizmu, lecz w samą porę szkocka 

krew zawrzała w żyłach pani Thompson, a potem ochłodła do zwykłej 

upartej temperatury: pielęgniarka nie ustąpiła ani o cal.

Zgodziła się natomiast poświęcać część dnia na prowadzenie mu przez 

background image

kilka lat domu — po to, jak utrzymywała, by uspokoić trochę jego nerwy; ale

w duszy żywiła nadzieję, że skieruje go z powrotem na drogę pośrednią, 

którą kroczył zacny biskup, oświetlaną przez odpowiednią liczbę świec i 

spryskiwaną tylko gdzieniegdzie kilkoma kroplami — właściwą higieniczną 

dawką — święconej wody.

Niestety usposobienie księdza Murphy zadawało kłam jego wątłej 

powierzchowności i w oczach pielęgniarki szybko zmieniał się w jeszcze 

jednego upartego muła: był niegodny, aby skorzystać z jej rad, i niezdolny 

sam ich udzielać. Tak więc opuściła go dla zwyczajnych chorych pacjentów, 

może trochę rozzłoszczona i zawiedziona, w gruncie rzeczy jednak zdumiona,

że ta chorowita czarna owca, ten księżyna .okazał się prawdziwie mocnym 

człowiekiem.

O godzinie za kwadrans ósma, gdy Aleksander złożył jej wizytę, siostra 

Thompson właśnie zbierała się do wyjścia z domu (jednego z tych tanich 

domków o zamrożonych czynszach). Choć nie zapowiedziane odwiedziny 

Aleksandra były jej bardzo nie na rękę, gdyż z samego rana szła do pewnego 

bogatego hipochondryka, nie śmiała tego okazać. Ostatecznie

miała swoją dumę zawodową, a fatalny wypadek z pigułkami stanowił plamę

na jej nieskazitelnej reputacji: ciągle jeszcze nękały ją sny o śmierci Kiry. 

Lecz pan Amin zachował się jak prawdziwy dżentelmen przed śledztwem i po

śledztwie i nie robił jej żadnych wymówek. Jak mogła go teraz zbyć kilkoma 

słowami?

Co do Aleksandra, to podejmując wieczorem decyzję, postanowił nie 

bawić się w żadne towarzyskie ceregiele i zachowywał się wobec pielęgniarki 

jak doświadczony szpieg, wykorzystując jej nerwowy pośpiech i niepewne 

spojrzenia. Byłoby rzeczą nierozsądną przygotowywać ją na tę rozmowę przez

telefon.

— To bardzo nieładnie z mojej strony, pani Thompson, że zjawiam się 

akurat w chwili, kiedy pani wychodzi. — Jego głos brzmiał gładko, obłudnie.

— Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi, proszę pana. Proszę, niech pan 

wejdzie. Muszę tylko do kogoś zadzwonić, wybaczy pan na chwilkę.

Aleksander wiedział, że skoro pobierała tak wysokie opłaty, nie mogła w 

żadnym razie poświęcić mu więcej niż dwadzieścia minut, wobec czego mógł 

background image

się spodziewać szybkich i zwięzłych odpowiedzi.

— Mam nadzieję, że pan sam nie"zaczyna chorować, panie Arnin — 

rzekła grzecznie, siadając tuż przy telefonie.

— Nie, czuję się doskonale. Ale wynikła pewna pilna sprawa i 

zastanawiam się, czy pani nie mogłaby mi pomóc.

Ostatnie zdanie zabrzmiało niczym zwrot, od którego zaczyna 

przesłuchanie policja, i pani Thompson była wyraźnie zdetonowana. Będzie 

dobrze odpowiadać, pomyślał Aleksander i ciągnął dalej, wyjmując z teczki 

dużą fotografię:

— Przypuszczam, że jest to polski kuzyn mojej żony — kłamał gładko — 

tylko niestety nie znam go osobiście. Chodzi

o niewielki spadek, rozumie pani.

— Oczywiście rozumiem, proszę pana, ale nie przypominam sobie, abym 

kiedyś widziała tego młodego pana. — Lekko pociągnęła nosem nad 

fotografią, z wyraźną ulgą, że jej to zupełnie nie dotyczy.

— Trudno. — Wstał i rozejrzał się po pokoju, bo chcjał

powiedzieć coś miłego o domku pani Thompson. Teraz pielęgniarka 

zapragnęła pomóc biednemu, strapionemu wdowcowi. Nigdy nie wiadomo. 

Mógł za jakieś dziesięć lat zostać ostatecznie jej pacjentem.

— Och, panie Arnin, ciągle jeszcze szukam w pamięci. Bardzo bym była 

rada, gdybym mogła się na coś przydać takiemu dobremu, hojnemu 

człowiekowi jak pan.

Pani Thompson również wstała i czy sprawiała to niskość pokoju, czy też 

ukośne załamanie światła padającego od okna, dość że Aleksander 

spostrzegł po raz pierwszy, jak nieproporcjonalna jest jej figura: silna, ciężka

baryłka cielska wsparta na dwóch patykach obleczonych w czarne poń-

czochy. Jakoś poczuł, że powinien zaskarbić sobie jej zaufanie i więcej 

sympatii na przyszłe spotkania, które, jak sądził, na pewno go czekają. 

Powiedział:

— To pani była dla nas dobra i zacna. Nigdy nie zapomnę, z jaką 

cierpliwością, życzliwością i zrozumieniem odnosiła się pani do mojej żony. 

Takie przymioty mogą wynikać tylko z wewnętrznej siły moralnej.

Siostra Thompson musiała się zarumienić, choć zdarzało jej się to 

background image

rzadko: na słowo „moralność” reagowała jak młoda dziewczyna na słowo 

„miłość”. Poza tym przypominało jej to księdza Murphy.

— Ależ, panie Arnin, ja robię tylko to, co mi nakazuje obowiązek. Reszta 

przychodzi z pomocą bożą. — Znów przypomniał jej się ksiądz Murphy, który

w ogóle potrafił pojawiać się niespodziewanie w myślach innych ludzi. 

Aleksander miał właśnie spytać o jego adres, lecz pani Thompson pierwsza’ 

wyrwała się z propozycją.

— Panie Arnin, o ile pamiętam, pani Arnin wspomniała

o jakimś młodym człowieku, nie, młodym chłopcu, w obecności księdza 

Murphy. Weszłam zmierzyć jej gorączkę, kiedy ona, biedactwo, wsparta na 

tych wszystkich poduszkach, mówiła dokładnie tak: „Ojcze — powiedziała —

martwię się tym chłopcem, bardzo się martwię.” Tyle akurat powiedziała, ni 

mniej, ni więcej, jak się zbliżałam do jej łóżka.

Siostra Thompson miała wrodzone zdolności mimiczne. Kiedy cytowała 

słowa Kiry, jej grubo ciosana twarz zwiotczała,

91

vjól

l<ll> 4**1 ¿rsŁlli

;

 ii

nimi

\ \ 1 1 V

a wodniste oczy ożywił błysk ogromnego zaciekawienia. Aleksander mógł 

sobie dokładnie wyobrazić twarz Kiry mówiącej księdzu, jak bardzo się 

martwi, gdyż ilekroć mówiła coś z najgłębszym przekonaniem, jej oczy 

niezmiennie wyrażały szaloną ciekawość.

— To bardzo pożyteczna informacja, pani Thompson. Jestem pewien, że 

ksiądz Murphy przypomni sobie więcej szczegółów. Bardzo pani dziękuję!

— Zawsze jestem do usług, panie Amin. I jeszcze... więc jeżeli pan pójdzie

do księdza Murphy, powinnam pana uprzedzić, że ostatnio bywa odrobinkę 

nerwowy.

— Dziękuję pani za ostrzeżenie.

Patyki w czarnych pończochach podreptały za nim do drzwi; to 

imponujące, jak dobrze podtrzymywały osadzony na nich solidny ciężar.

Trzeba przyznać, że ksiądz Murphy zrobił dość kiepski interes na swoim 

background image

nawróceniu. Wprawdzie pod duchowym przewodnictwem biskupa obarczony

był brzemieniem jak osioł, lecz ciężary, złożone na jego wątłe barki przez 

Kościół katolicki, zmiażdżyłyby dziesięć tęgich osłów. Dostał najnędzniejszą, 

najuboższą i, ogólnie biorąc, najbardziej skorą do grzechu parafię w Wielkim 

Londynie, i oto pracował tam, bez żadnych absolutnie szans powodzenia, 

modlił się, głodował, udzielał pomocy i znów się modlił.

Aleksander widział go tylko dwukrotnie w czasie choroby Kiry i z lekkim 

rozbawieniem zauważył, jaką przyjemność sprawiało jej tytułowanie kogoś 

„ojcem” setki razy w ciągu jednej rozmowy. Ksiądz wydawał się dość 

sympatyczny, a skoro Kira znajdowała pociechę w jego obecności, 

Aleksander traktował go jako jeszcze jednego lekarza, od którego na szczę-

ście nie groziły żadne rachunki.

Po wyjściu od siostry Thompson Aleksander pojechał do Paddington metrem,

przesiadł się na autobus i wreszcie zapukał do drzwi walącego się prawie 

domku nad kanałem. Musiał zaczekać na księdza, który odprawiał trzecią 

mszę owego ranka. Kiedy zjawił się ojciec Murphy, zmizerowany, lecz 

pogodny, Aleksander uprzytomnił sobie, że będzie musiał

rafe* %

WBISIsfllłfiSłSllflK

BS32al9n%i£ra5£ &HVvM10l9itl»i ^l%«^iflp#lÍKÍi«

Ww,fM«»*w^r¿í}sQn^ir^^iiRt:|ia»AA

íífipí ^ ^

*^ ■* kMlp vi* *»¿^1

*

■ •■' v* % ^4V

TS

>#QI lia*' 4&1

M

' p* SSsIás^jyK^iíií

IlfÉÉil

1 üzñte wIR#*?

<¡ tó*

¿ 1ÜIHJ

S

T

SE

Í

Í

P

I&

F

Iti

im*V| *fj¡ » *• *

i^is

1

1éítés»t §** i ¿* o,

patrzeć, jak ksiądz spożywa swe późne śniadanie. Ta perspektywa 

background image

przygnębiła go.

Wreszcie mogli zacząć rozmowę i Aleksander przystąpił wprost do rzeczy: 

kim był ten chłopiec, o którym Kira rozmawiała z księdzem? Czy ojciec 

Murphy go znał? A jeżeli tak, czy rozpoznałby jego twarz? Dotychczas 

fotografia spoczywała w teczce.

Gdy Aleksander zamierzał ją wyjąć, ojciec Murphy zrobił lekki gest, 

równie nieokreślony jak jego odpowiedzi, i rzekł:

— Nie chciałem poruszać tego tematu, panie Arnin. Ostatecznie życzenia 

zmarłych, nawet jeśli pozostają nie spełnione, należy uszanować lub otoczyć 

milczeniem. Praca księdza, jak pan zapewne rozumie, wymaga ciągłej 

dyskrecji, to znaczy, nie tylko w konfesjonale.

— Rozumiem to całkowicie, proszę księdza.

— Jednakże — ciągnął ksiądz obracając w dłoni łyżeczkę — problem 

pańskiej żony, panie Arnin, być może po jej śmierci dotyczy teraz pana. Nie 

chciałbym nic panu narzucać, tym bardziej że sprawa, o której mówię, 

wymaga decyzji moralnej, to znaczy pańskiej decyzji moralnej.

— A więc najlepiej niech mi ojciec powie, o co chodzi.

— Pani Arnin życzyła sobie, aby jej chłopiec został o- chrzczony i 

wychowany po katolicku, ale bała się pana. Mam nadzieję, że nie gniewa się 

pan, że o tym mówię.

—■ Gniewać się? — Aleksander ze śmiechem potrząsnął głową. — O co 

miałbym się gniewać?

— No, jako żyd o ortodoksyjnych poglądach, ma pan słuszne racje, aby 

sprzeciwić się życzeniu swojej żony. Aja byłbym ostatnią osobą, która by 

lekko traktowała pańskie zasady religijne. Rozumiem pana i współczuję. 

Bardzo! — dodał i otarł czoło dużą kolorową chustką.

Owa chustka była głównym rekwizytem ojca Murphy przez całą tę 

wykrętną rozmowę. Trzymał ją przy twarzy, ściskał od czasu do czasu jak 

gąbkę, to znów ocierał kropelki potu. Aleksander nigdy nie widział, żeby 

komuś tak pociła się twarz przy tak zimnej pogodzie. Druga połowa kwietnia

pokazywała wszystkie łatwe do przewidzenia kaprysy angielskiego klima-

tu: w miarę neurotycznych postępów wiosny robiło się coraz zimniej.

Aleksander żałował, że nie może otwarcie manipulować własną chustką, 

background image

choćby tylko po to, by chronić nos przed smrodem, ciągnącym od kanału za 

oknem. Lecz winien był księdzu pewne wyjaśnienie, które niegrzecznie 

byłoby zastąpić wybuchem śmiechu.

— Ojcze — powiedział patrząc mu prosto w oczy z wyrazem, który miał 

budzić całkowite zaufanie. — Nie jestem żydem, ani ortodoksyjnym, ani 

wiarołomnym, nic z tych rzeczy. Bardzo mi przykro, ale to po prostu 

nieprawda. Moja żona była żydówką i o ile mogłem zauważyć, nie 

interesowała się swoją religią.

— Ale interesowała się religią w ogóle, panie Arnin.

— Może kiedy przebywała w towarzystwie księdza. Widzi ksiądz, moja 

żona miała umiejętności włączania się w zainteresowania innych ludzi, gdy 

byli przy niej. Lecz umiała się też wyłączać, ot tak! — Aleksander pstryknął 

palcami —jak tylko dana osoba' wyszła z pokoju. — Zauważył, że chustka 

księdza uniosła się w górę, niby flaga na znak kapitulacji, i pożałował go. 

Prawdopodobnie taką samą udawaną pobożnością częstowali go we 

wszystkie dni tygodnia irlandzcy i zachodnioindyjscy parafianie, i to 

przypomnienie nie było mu przyjemne.

— Ale jej chłopczyk, jej... pana syn, panie Arnin — ksiądz niezręcznie 

szukał słów — jaką on wyznaje religię, przynajmniej na papierze?

— Żadnej, ojcze, dla tej prostej przyczyny, że on nie istnieje i nigdy nie 

istniał; to tylko jedna z fantazji mojej żony, a jej fantazje zmarły wraz z nią.

Ojciec Murphy miał minę osłupiałą, lecz nie mógł się pogodzić z faktem, 

że bajeczka Kiry była żałosnym kłamstwem, pokarmem dla jego moralnych 

niepokojów.

—Wyobraźnia, zwłaszcza gdy wypływa wprost z duszy, nie może umrzeć 

wraz z ciałem. To, proszę pana, skłonny jestem uznać za prawdę.

—No cóż, rzecz w tym, że wyobraźnia zawsze wypływa z niewłaściwych 

miejsc, proszę księdza. — W tym momencie

ujrzał w myślach garderobę Rity i wewnętrznie parsknął śmiechem na to 

wspomnienie.

— Modlę się za duszę pańskiej żony. Nie powinna była tego robić, nie 

powinna — wymamrotał ksiądz.

— Tak, to było niepotrzebne. — Aleksander przybrał stosownie obłudny 

background image

wyraz- twarzy, lecz pod tą maską rozmyślał cynicznie, jaki czek powinien 

przesłać ojcu Murphy, aby zapewnić sobie jego przyszłe względy. W tych 

ohydnych, tandetnie zbudowanych kościołach zawsze im potrzeba pieniędzy 

na nowe organy albo na próchniejące schody. Sto funtów mogłoby tego 

niewinnego baranka „odrobinkę” zdenerwować: w porę przypomniał sobie 

ostrzeżenie siostry Thompson. Pięćdziesiąt? Nie, to by wyraźnie zakrawało 

na hojność zredukowaną do połowy. Wypisze czek na sześćdziesiąt dwa 

funty celem zaintrygowania księdza, jeżeli jakiekolwiek chytre spekulacje 

mogły gościć w tym wątłym ciele.

— Chciałbym bardzo służyć panu pomocą — wyszeptał niedosłyszalnie 

ksiądz przez swoją chustkę. Pomoc była tym artykułem, którego wszyscy się 

od niego spodziewali, a którego, jak wiedział, sam tak bardzo potrzebował.

— Mam nadzieję, ojcze, że będziemy się częściej widywali — powiedział 

Aleksander i postanowił przesłać mu dokładnie sześćdziesiąt dwa funty.

— Ja też mam tę nadzieję, panie Amin.

— Jeszcze jedno pytanie, ojcze: czy moja żona pokazywała ojcu kiedyś 

fotografię młodego człowieka, który miał być rzekomo naszym synem?

— Nie, nigdy. Ale pani Amin nie opowiadała o młodym człowieku. 

Wspominała zawsze dziewięcioletniego chłopca

o ciemnych włosach.

Aleksander nie miał złudzeń, kiedy przesiewał dostarczane mu przez 

ludzi wiadomości — czy to zabarwione złośliwością, czy sympatią. Czego im 

niezmiennie brakowało, to ironicznego dystansu; fakty, jak rodzynki, 

skrywały się w nad-

95

im

SSBSæsll

\ ySf$;* f

/ P •il TV??

;

4

V

(NáU

WSSÊÈË&k-

rniarze ciasta. Na ogół wolał komentarze złośliwe —jeśli już musiały być 

jakieś komentarze — bo uwydatniały pewne szczegóły. a szczegóły były 

background image

zawsze pożądane.

Jak zauważył przy kilku okazjach w czasie jej pobytu u nich \v domu. 

siostra Thompson chętnie udzielała informacji o starszych kobietach, 

zbliżonych do niej wiekiem, a jej złośliwość najbardziej ostrzyła pazurki na 

mężatkach, które jeszcze nie owdowiały. Zafascynowany obserwował, jak 

zręcznie wybiera szczegóły z katalogu kobiecych chwytów.

Należało raczej zachęcić pielęgniarkę do złośliwości zamiast łagodzić jej 

ostrze pochlebstwem. W niejasnej nadziei, że zdoła naprawić ten błąd 

taktyczny, Aleksander udał się nazajutrz na przechadzkę w kierunku Child’s

Hill. Poszedł tam w porze lunchu, może więc robiła zakupy, jakby się rzekło, 

„między pacjentami”. Okazało się, że odgadł trafnie. Wyśledziłją przed 

sklepem warzywnym, pochyloną nad skrzynką anemicznych jabłek. Z daleka

jej nogi wydawały się jeszcze cieńsze.

Aleksander kręcił się koło przystanku autobusowego i w chwili, gdy 

siostra Thompson miała przejść przez ulicę, sam ruszył przez jezdnię, ale z 

naprzeciwka. Spotkali się pośrodku, akurat w momencie, gdy zmieniły się 

światła uliczne i mijał ich czerwony autobus. Powitania były widoczne, lecz 

wśród hałasu niedosłyszalne. Pomógł jej przedostać się na drugą stronę.

Zaraz po tym pochwalił przypadek, dzięki któremu może z nią pomówić, 

pani Thompson zaś odpowiedziała stosownie, że i jej bardzo miło go widzieć.

— Teraz już, kiedy pierwszy szok z wolna mija — zaczął lekko drżącym 

głosem — powinienem napisać kilka listów do tych przyjaciół mojej żony, 

którzy byli najbardziej jej oddani przez długie tygodnie duchowych cierpień. 

Zdaje mi się, pani Thompson, że kilka pań często ją odwiedzało w czasie 

mojej nieobecności.

Zdołał wprawić pielęgniarkę w pomieszanie, gdy równocześnie wspomniał

o cierpieniach duchowych i o odwiedzających paniach. Rzuciła się na te 

panie, pokazując pazurki.

Och, panie Amin, czy to nie zbytek dobroci z pana strony? To były takie

gdaczące kury, które nie miały nic do

roboty, a ich mężowie urabiali sobie ręce po łokcie po to, żeby mogły 

leniuchować. Poza tym dostawały u państwa najlepszą herbatę w Londynie i 

chrupały te pyszne ciasteczka francuskie, które pani Amin specjalnie 

background image

sprowadzała co drugi dzień z Wigmore Street.

— A jednak przypominam sobie, że żona pisała o tych paniach w swoich 

listach, i zawsze z taką serdecznością!

Panie Amin — jej głos nabrzmiewał oburzeniem — są różne rodzaje 

serdeczności! Jestem pielęgniarką od czternastu lat i wiem, jak ludzie chorzy

otwierają swe serca każdemu, kto tylko się zjawi w pobliżu. Pańska żona, 

panie Amin, była bardzo dobra, ale była też bardzo chora. A co się tyczy tych

pań, to naprawdę pan zbyt uprzejmie tak je nazywa. Można się z nich było 

tylko śmiać. Toteż pani Amin się z nich śmiała, bardzo często, i w mojej 

obecności. Mogłabym panu niejedno

0 tych paniach opowiedzieć, gdybym była plotkarką.

Aleksander musiał trochę mocniej pobudzić ten wylewny

nastrój; zbliżali się do jej domku i pora lunchu dobiegała końca.

Która z nich, jak pani sądzi, była najbliżej zaprzyjaźniona z moją żoną?

— Żadna. Pani Arnin potrafiła przejrzeć wszystkie na wylot

1 szybko ją nudziło, gdy któraś z nich zanadto się spoufala- ła. 1 miała też 

dla nich różne przezwiska; to wskazuje, panie Arnin, co rzeczywiście o nich 

myślała.

Naprawdę? Jakie przezwiska? — dopytywał się Aleksander zachęcająco; 

pani Thompson nie skąpiła szczegółów. Zebrał obfite żniwo.

Tę, której ja najbardziej nie znosiłam — nie mogła sięjuż powstrzymać 

od szczerego wyznania — przezywała panią Antyk, bo to była żona 

właściciela sklepu z antykami przy Golders Green.

Ach, tak. Wiem, o kim pani mówi, pani Thompson. Mam jej adres.

A potem jeszcze pani Kościarka, żona tego śmiesznego grubego doktora, 

pamięta go pan?

___ Tak, oczywiście. — Pamiętał doktora aż nazbyt dobrze.

Był to osteopata, który zjawił się pod koniec, wraz z ostatnią.

najkosztowniejszą zgrają lekarzy. Zdawało się, że mnoży swoje honoraria 

przez liczbę kości, którymi manipuluje.

— A była jeszcze taka... — Pani Thompson najwyraźniej świetnie się 

bawiła. Nie zauważyła, że minęli jej dom i idą teraz pod górę. Aleksander 

przerwał jej i powiedział z udanym przerażeniem:

background image

— Wielki Boże! Dziesięć po drugiej. Muszę już iść. Mam ważne spotkanie 

za pół godziny na West Endzie. Jak miło, że panią spotkałem, pani 

Thompson. Do widzenia.

Prawda, miał ważne Spotkanie, ale znacznie później, a jego celem była 

miłość. Ich'spotkania w domu Rity uważał za najważniejszą sprawę tygodnia

i żadne szpiegowanie możliwej zdrady ze strony Kiry nie mogło w tej chwili 

zmienić jego stosunku do Dolores. Ona istniała w odrębnym świecie, strze-

gąc jego namiętności w niedostępnej dla plotek wieży odosobnienia.

Tym, co spowodowało, że tak nagle zostawił panią Thompson, był 

nieoczekiwany zwrot w jego pamięci. Wyrzuciła ona znienacka obraz 

tabakierki, gdy pielęgniarka zrobiła tę złośliwą aluzję do pani Antyk. Prawie 

jednocześnie z tabakierką pojawiła się twarz młodego człowieka, zeszpecona 

przez kilka pryszczy. To było to! Dlaczego wcześniej nie zwrócił uwagi na ów 

incydent?

Potrzebował tylko małego eksperymentu, aby udowodnić samemu sobie, 

że jego pamięć nie myli rzeczywistości ze snem. Pobiegł do domu, usadowił 

się w fotelu naprzeciwko fortepianu w muzycznym pokoju Kiry i sięgnął po 

tabakierkę leżącą na małym stoliku. Otoczony przedmiotami, w których 

milczącym towarzystwie rozegrała się ta scena, poddał próbie swą pamięć. 

Prywatne kino szpiega —jak określił w myślach tę próbę — posłusznie 

zaczęło odwijać sekwencję ze starej szpuli.

Kira siedziała na taborecie od fortepianu, z nogami wspartymi na 

czterotomowym wydaniu Liszta, i rozmawiała z młodym człowiekiem, który 

przyniósł tabakierkę. Aleksander słuchał niezbyt uważnie, choć ów antyczny

drobiazg miał być dla niego.

Jedną z przyjemności wymyślonych przez Kirę dla jej podróżującego męża 

było zażywanie tabaki — czynność zarówno

jrfp«'•8

BSW

R

B

81

P

iwPcK RPfmtrtoMN&wfetfrłji ElłI Jl-l.tiiZl 

Ł

 " ?*\ri*'*'* ** 

*f.

odprężająca, jak i higieniczna w tych wszystkich smrodliwych krajach, przez 

niego ciągle odwiedzanych. Lecz Aleksander znał źródło tego pomysłu: 

narodził się z korespondencji Kiry z jednym z jej kuzynów, albo sprzedawcą, 

albo miłośnikiem tabaki — Aleksander nie przypominał sobie dokładnie.

background image

W tej chwili młodzieniec gawędził bardzo inteligentnie o tym starym 

nudziarzu Liszcie i o podstarzałej nudziarce, swojej własnej mamie, która 

prowadziła sklep papy z antykami przy Golders Green. Syn już sprzedał 

tabakierkę Kirze, ale szczebiotał o niej dalej, jak to przekupień, ku wielkiej 

irytacji Aleksandra. Było to w przeddzień jego wyjazdu do Turcji i wyczuwał 

w powietrzu obecność familijnych mitów, ciążących na jego koczowniczym 

sumieniu. Chciał być sam z Kirą.

— Ali, mój kochany Ali — powiedziała później Kira, kiedy byli w łóżku. — 

Musisz coś zrobić dla tego młodego specjalisty od antyków, jak wrócisz z 

Konstantynopola. On ma taką wiedzę i chciałby pojechać najpierw do 

Ameryki Środkowej, a potem na Alaskę.

Kira zawsze dokładnie formułowała swoje żądania dotyczące innych ludzi,

a w zamian za to Aleksander dokładnie nic dla nich nie robił.

Chwyt z prywatnym kinem podziałał; Aleksander wstał z fotela, wsunął 

niepotrzebną tabakierkę do kieszeni i zszedł na dół. Musiał złożyć krótką 

wizytę pani Antyk. Lecz przed wyjściem przypomniał sobie piec antracytowy. 

Może warto by zbadać popiół. Tak tylko na wypadek, gdyby pan Antyk junior

spędził urlop na Sycylii przed popłynięciem na Alaskę.

Sypialnia Kiry wyglądała tak, jakby banda sprzątaczek zrobiła na nią 

złośliwy najazd; Aleksandrowi przypadł do gustu ten bałagan i kopnął kilka 

przedmiotów, żeby go jeszcze powiększyć. Otworzył piec, przegrzebał popiół, 

który opadł przez ruszt, po czym oburącz przeszukał całą kupkę.

Ku swemu zdumieniu znalazł mały twardy przedmiot; oczyścił go 

starannie w kuchni. Mógł się mylić, lecz wyglądało to na kawałek zęba. 

Aleksander zawinął go i włożył do szuflady, w której na czarnym aksamicie 

leżały jego pistolety-

Pani Antyk nie była tak leniwa, jak przedstawiła ją siostra

Thompson. Siadywała w sklepie swego męża co najmniej dwie godziny 

dziennie, zwykle między lunchem i podwieczorkiem. Interes rządził się sam, 

ona zaś po prostu rządziła swoim mężem.

— Przyniosłem pani tę piękną tabakierkę, pani Lesser. Myślę, że moja 

żona życzyłaby sobie, aby dostał ją pani syn. Niestety zapomniałem, jak ma 

na imię.

background image

— Maurice, panie Arnin, Maurice. To pierwsza rzecz, jaką w ogóle 

sprzedał. W pewnym sensie jego szczęśliwe pudełeczko. W pewnym sensie 

będzie mu bardzo miło.

Dla tej przyjaciółki Kiry, antycznej pani Lesser, rzeczy wszelkiego rodzaju 

zdarzały się „w pewnym sensie” i tym zwrotem kwalifikowała wszystko, co 

się działo, podczas gdy jej oczy wyceniały to, co widziały, przez bardzo silne 

szkła. Podobała jej się idea odzyskania w prezencie przedmiotu już sprzeda-

nego: to łączyło zysk z sentymentem. Jak ciągle przypominała swemu 

nieśmiałemu mężowi, obdarzała go tyleż sentymentem, co dobrymi radami. 

Wobec obcych jednak stosowała technikę mądrej właścicielki burdelu i 

rozprawiała sentymentalnie

o brudnych stronach seksu — zwłaszcza gdy usiłowała sprzedać rozlatujące 

się francuskie łóżka lub pęknięte miski porcelanowe. Aleksandra traktowała 

jako potencjalnego klienta.

— Kira... jakaż to była kochana, słodka dziewczyna, panie Arnin. W 

pewnym sensie ona lubiła Maurice’a, a w pewnym sensie ja może za dużo jej

opowiadałam o jego nieśmiałości wobec kobiet. Kira starała się mu pomóc, 

jak tylko mogła. Czy wyrażam się jasno, panie Arnin? — Pożądliwie 

obmacywała tabakierkę. — Mówiłam Kirze, że trochę seksu u chłopca w 

wieku Maurice’a dobrze by wpłynęło i na interesy, i na jego zdrowie. Maurice

w pewnym sensie uparcie obstawał przy dziewictwie.

Aleksander pojmował wszystkie sprośne aluzje pani Antyk, lecz nie 

pozwalała mu zmienić tematu.

— Tak, to wszystko w pewnym sensie zaczęło się od tej ładnej tabakierki,

panie Arnin. Potem Kira często zapraszała Maurice’a, żeby kochany chłopiec 

mógł się w pewnym sensie przyzwyczaić, wie pan do czego. I prosiła mnie, 

żebym mu kupiła powieści Stendhala, ale po ich przeczytaniu Maurice

zrobił się jeszcze bardziej nieśmiały. Kira była taka cierpliwa, w pewnym 

sensie jak druga matka. Ale on się przestraszył

i uciekł, panie Amin.

— Na Sycylię? — zapytał spokojnie.

Mój Boże, nie! DoCardiff, panie Amin. Jego wuj ma tam mały sklepik z 

antykami. Bardzo dobrze im się pracuje razem w pewnym sensie i interes 

background image

dobrze idzie. Więc seks nie ma wielkiego wpływu, jeżeli ktoś ma naprawdę 

dobrą głowę, wie pan,

o co mi chodzi.

— Pośle pani tabakierkę synowi, prawda, pani Lesser?

Natychmiast, panie Amin. — I za grubymi szkłami szybko robiła 

obliczenia, ile może bezpiecznie dodać do początkowej ceny. Ludzie na tyle 

ekscentryczni, że przez sentyment zwracają towary kupione za gotówkę, nie 

zasługiwali na sentymentalne traktowanie.

. W rezultacie swej wizyty w Golders Green Aleksander po raz pierwszy 

spóźnił się na spotkanie z Dolores. Zastał ją z rozpostartym na podłodze 

planem.

Myślałam, że pomyliłam wszystkie daty. Ale dziś mamy piątek.

— Tak, piątek. Przepraszam za spóźnienie.

Spojrzał w bok na różową wannę. To tam Rita zaczęła zastawiać na nich 

pułapki. Tym razem był tu kostium kąpielowy, który właściwie nie wyglądał 

na kostium kąpielowy i wisiał na cieknącym kranie. Dolores roześmiała się 

napotkawszy jego spojrzenie.

Rita jest naprawdę niepoprawna. Zauważyła, że nie zajmujemy się zbyt 

gorliwie jej szafą, więc czuje się urażona w swojej ambicji i podnieca się tą 

głupią wanna. Czy wiesz, co powiedziała Rita?

— Co powiedziała?

Że ja za mało czytam. Ale przecież przeczytałam wszystko, co napisał 

ten zabawny typ, Henry Miller.

— Przeczytałaś, naprawdę?

— Ale to takie niewygodne, Aleksandrze.

— Niewygodne do czytania?

— Nie, do robienia!

Rekwizyty miłości, jak kostiumy Rity, ciągle jeszcze otaczały

ich w pokątnych mieszkaniach, w ich pamięci i w historyjkach, jakie sobie 

opowiadali na temat drugoplanowych postaci. Lecz oboje przeszli już przez 

elementarne próby i wznieśli swoją miłość ponad młodzieńczą pornografię i 

dziecinne fetysze. Każdy następny akt miłosny unosił ich wprost w ogień 

czystej namiętności, palącej jak słońce ponad strefą śniegów na szczycie 

background image

góry.

Czas ich miłości zatrzymał się w miejscu. Nie umieli wskrzesić w pamięci 

ostatniego przypływu pożądania, gdy spotkały się ich usta, ani wyobrazić 

sobie, jak to będzie za następnym zbliżeniem ust. Każda rozkosz była jedyna 

w swoim rodzaju: promieniowała przez ciągłą mgłę zapomnienia, dowodząc 

im w końcu, że jest niepowtarzalna. I ofiarowywali sobie nawzajem swe ciała 

z wdzięczności za wzajemne odosobnienie.

Ponieważ Aleksander tak niewiele wiedział o Dolores, skłonny był wierzyć,

że jego własne odosobnienie wymaga trudniejszych manewrów w 

przestawianiu się za każdym następnym spotkaniem. Przestrzeń za sceną 

coraz bardziej się wypełniała, w każdym razie po jego stronie, i musiał 

kontynuować swe dialogi z postaciami dalszego planu.

— Jak się nazywają te perfumy? — spytała nagle Dolores; poczuł się 

równie zaskoczony jak przedtem.

-Te twoje? B||H

Nie, jej.

Ach, tak... to Korynt, nazwa, której nigdy nie słyszałem.

— Ja słyszałam — powiedziała. — Produkują to na Sycylii... w 

najbardziej nieoczekiwanym z nieoczekiwanych miejsc. Muszę zdobyć 

porządny zapas przez kogoś, kto jedzie w przyszłym tygodniu do Palermo. 

Jak wiesz, perfumy łatwo podróżują pocztą dyplomatyczną.

Aleksander milczał przez jakiś czas, a potem zaskoczył ją nagłym 

pytaniem:

— Powiedz mi, czy interesowali cię kiedyś mężczyźni bardzo młodzi, to 

znaczy prawie chłopcy?

Dolores zrozumiała, o jakie zainteresowanie chodzi, i odpowiedziała od razu:

— Nie, nigdy. Widzisz, ja mam chłopca: ma dziewięć lat

i włosy też ma ciemne. — Jej dłoń uniosła się i dotknęła głowy Aleksandra.

Zapadła kurtyna milczenia.

W dwie godziny później, gdy wyszli z mieszkania Rity, Aleksander spytał 

Dolores:

Czy naprawdę zamierzasz sprowadzić te perfumy... Korynt?

— Oczywiście.

background image

— Po co?

Jako kamuflaż. Nie rozumiesz? Och, z ciebie nie byłby dobry szpieg, 

Aleksandrze, po prostu się nie nadajesz.

4

Krab nie zadzwonił we wtorek ani w następny wtorek, ani w następny. Kiedy

wreszcie jego głos ryknął w słuchawce Aleksandra, była to sobota, pierwszy 

dzień maja. Zatelefonował o jedenastej, tak jak zapowiadał, ale o jedenastej 

wieczorem.

Pan Amin? Tu Pennyworthing. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Nie, komandorze, bynajmniej. Jak pan się miewa?

Jestem w bardzo kłopotliwej sytuacji, mój stary. Z winy naszego 

uspołecznionego kolejnictwa. Mój ostatni pociąg odjechał, a mnie w nim nie 

ma. Czy mógłby mnie pan przenocować?

Właściwie... — Aleksander nie znosił nocować ludzi, ale głos po tamtej 

stronie był zdesperowany.

— Nie mogę pójść do klubu, mój stary. Wyjaśnię później.

— No, to niech pan przyjeżdża, komandorze.

Bardzo pan jest gościnny, Arnin. Do zobaczenia niedługo.

Krab przybył bardzo szybko, taksówką, i Aleksander zapłacił za niego. Stary 

szarlatan wyglądał mizernie i niczego nie udając powiedział, że jest głodny. 

Gdy siedział twarzą do światła, ściskając kanapkę z szynką w pomarszczonej

dłoni, Aleksander miał dziwne uczucie winy. Widział jakieś nieprzy-

\

jemne podobieństwo między podrzędnymi sukcesami swego ojca i nędznie 

maskowanym upadkiem tego człowieka. U każdego stawką w grze był 

szacunek do samego siebie i obaj, podobnie jak inni zawzięci hazardziści, w 

razie potrzeby zmieniali się w oszustów.

Nie jest jednak łatwo okupić winę kanapkami z szynką, whisky i kawą, 

nawet jeżeli odbiorcy wszystko to nadzwyczaj smakuje. Aleksander musiał 

nakarmić Kraba również słowami. a więc uderzył w męski ton 

Kameradschaft.

Niech pan mi opowie, komandorze — poprosił — w jakiej wielkiej hecy 

wojennej brał pan udział po raz ostatni?

background image

W jednostce specjalnej w czasie ostatniej wojny ze Szwabami, Arnin. To 

nie było nic wielkiego. To znaczy, na twoją skalę. Głównie kluby, mój stary.

— Kluby? Nie rozumiem, komandorze.

Pewnie o nich nie słyszałeś. Klub Nowo-Aryjski, Klub Irlandzkich 

Patriotów, Centrum Pingpongowe Lingwistów

i tym podobne. Prowadziłem je dla rządu. Schwytałem sporo grubych ryb w 

moje skromne sieci. Pamiętasz szpiega Krum- penkiibla? Złapałem go przez 

jednostkę pingpongową.

— To nadzwyczajne, komandorze. Jeszcze whisky?

Nie ma przyszłości, Arnin, w naszej profesji. Żadnej! — ryknął Krab i 

wypił whisky. — Za dużo chamów dostało się do branży. Pamięta pan tę 

oburzającą historię o lokaju ambasadora, który dodatkowo zajmował się 

szpiegostwem? Lokaj, proszę ja kogo! Jak on się nazywał? Aha, James 

Mason.

Coś się panu pomyliło, komandorze. James Mason grał rolę lokaja w 

filmie.

Filmy? Nigdy ich nie oglądam, mój stary. Ostatni, jaki widziałem, był z 

Sarą Bernhardt.

Czy była dobra w tym filmie? — spytał przez grzeczność Aleksander i 

dolał mu whisky.

Okropna, Arnin, wprost okropna. Już wtedy się zorientowałem, że nie 

ma przyszłości dla bioskopu.

Jego krabie oczy wyłaziły na wierzch, a czerwona skóra napięła się. Wyglądał

strasznie. W tym punkcie Aleksander zapragnął mu zadać bardziej osobiste 

pytanie.

*¿§§3#mr«w3ld£

• i52Eeifc?< H*«!«***. %'

i® } •'-• v “ >— ■ ■■ ■'■ v?! £y*=*7'

«• 

JT

&

I

O

ĘB

 m%¥f»#g&

— Niech pan mi powie, komandorze, dlaczego pan to wszystko rzucił po 

wojnie?

Pennyworthing popatrzył na niego z ukosa, niby potwór z głębokich wód, 

czyhający na zdobycz. Potem odparł krótko

i skromnie:

background image

— Spartaczyłem kilka robót, po prostu je spartaczyłem, Amin.

— Szkoda. Ale ma pan rentę, prawda?

— Żadnej renty, mój stary. Żadnej. — Krab napełnił swoją szklankę sam,

powąchał whisky przed wypiciem, a potem powiedział posępnym, 

świszczącym szeptem: — A może ty byś mnie przyjął do pracy, Amin? Jestem

odpowiednim człowiekiem dla ciebie. Doświadczenie, dyskrecja, dobre 

wychowanie, zdrowy sąd. Zrobię wszystko za trochę gotówki, Arnin.

— No cóż, komandorze... — zastanawiając się, co ma teraz powiedzieć, 

Aleksander chłodno obserwował żałosnego eks- -szpiega, który — był tego 

pewien — podjąłby się każdej brudnej roboty za wikt, mieszkanie i niewielkie

kieszonkowe. — Najlepiej zaprowadzę pana teraz do pańskiego pokoju na 

górze. Widać, że pan jest zmęczony. A o innych rzeczach pomówimy jutro po 

śniadaniu.

Krabie oczy wpatrywały się w butelkę whisky, a butelka rzucała 

zakrzywiony cień na zegar. Było wpół do drugiej.

Następnego dnia Aleksander zainstalował komandora Pennyworthinga w 

przyzwoitym pensjonacie niedaleko stacji Notting Hill Gate i zapłacił za trzy 

tygodnie z góry. Gdyby miało zajść coś nieoczekiwanego, zdarzyłoby się to 

prawdopodobnie w ciągu tych trzech tygodni. A później? Cóż, później Krab 

mógł znów wykonać swoją zwykłą sztuczkę, to jest zniknąć. Mógł nawet 

zniknąć całkowicie i umrzeć.

Komandor odgrywał rolę bardzo zdziecinniałego i zubożałego wujka, 

podczas gdy Aleksander odliczał banknoty funtowe, a kierowniczka 

uśmiechała się do niego zza kontuaru ze zrozumieniem kobiety samotnej.

Po jej odejściu Krab zwrócił się do Aleksandra i zamiast mu podziękować,

zauważył swoim zwykłym rześkim tonem:

— Masz tyle pieniędzy, Arnin! — Brzmiało to w istocie tak,.

LTif,

i.

¡*#H{ M| £

KS

 >%'*

■ |M#JIS■«§£■ W*Mb3i

ł

5>

i

i frlf $3

§

atmJrn

background image

jakby powiedział: „Masz o wiele za dużo pieniędzy, mój Stary,

i możesz równie dobrze stracić trochę na mnie.”

Aleksander obiecał mgliście, że zadzwoni do niego pod koniec tygodnia 

lub w następną niedzielę, i szybko wrócił do domu, aby przeczytać poranne 

gazety. Zaledwie wszedł w drzwi, usłyszał z gabinetu telefon. Dzwoniła 

siostra Thompson w nastroju moralnie podniosłym; powiedziała, że dzwoni 

bezpośrednio po nabożeństwie, i dźwięk hymnów jeszcze zdawał się 

rozbrzmiewać bojowym echem w jej głosie.

— Panie Amin, mam nadzieję, że pan nic nie zrobił w sprawie tych pań. 

— W jednym zdaniu-rozprawiła się z grzecznymi przeprosinami i przystąpiła 

do rzeczy: — Gdybym była plotkarką, mogłabym panu wiele opowiedzieć. To,

co one opowiadały pani Amin o swoich mężach! A pani Arnin wszystko 

powtarzała mnie, tak, powtarzała. I choćby jutro mogłabym tej żonie doktora

pokazać, gdzie jest jej miejsce! Tak, mogłabym.

— Jakiej żonie doktora, pani Thompson?

— Pan pamięta panią... Kościarlęę, prawda, panie Arnin? Tak ją 

nazywała pańska żona. Ta to miała brudne myśli! Żeby opowiadać takie 

rzeczy damie, delikatnej osobie, takiej jak pańska żona. Muszę przyznać, że 

dotąd jestem zgorszona.

Z oburzenia pielęgniarki Aleksander wywnioskował, że musiała 

rozmawiać z żoną doktora, i to całkiem niedawno. Zarzucił więc prostą 

przynętę.

— No, prawdę mówiąc, pani Thompson, nie miałem zbyt dobrej opinii o 

tej pani, kiedy ją poznałem.

— Oczywiście, że nie, panie Arnin. Pan od początku ją przejrzał tak jak 

ja. A bezczelność tej kobiety! Żeby oskarżać mnie o niedbalstwo, i to prawie 

w dwa miesiące po śledztwie, gdy wszystko zostało powiedziane i ustalone!

— Na pewno nie ma prawa robić takich rzeczy — stwierdził Aleksander 

wiedząc, że to doprowadzi panią Thompson do wybuchu. Doprowadziło do 

wybuchu.

— Panie Arnin! — prawie krzyknęła do telefonu. — Ta kobieta podeszła 

do mnie właśnie dziś przy kaplicy i zaczęła robić jakieś paskudne aluzje... że

nie pilnowałam pani Arnin, jak trzeba, że to moja wina, że zdobyła te 

background image

pigułki, że przeze mnie.,..

Aleksander przerwał ten potok uwagą, dobrze nasączoną kojącym, choć 

całkowicie udawanym współczuciem; podniecała go tylko możliwość 

wyciągnięcia od niej czegoś użytecznego.

— Pani Thompson — powiedział — pani działała z pełnym 

wykorzystaniem swojej wiedzy i możliwości i osobiście czuję tylko podziw dla

pani postawy w tych bardzo ciężkich dniach.

— Dziękuję panu — wybełkotała ulegle, a potem znów wy- buchnęła: — 

Co ona sobie wyobraża, ta baba, żeby oczerniać innych ludzi! A sama jaką 

ma opinię? Ona i ten jej mąż kono- wał? Tak się gorliwie zajmuje 

kosteczkami swoich pacjentek, że nie ma czasu na jej zwiędłe cielsko. A poza

tym wiem o nim niejedno, czego ona sama nie wie. Właśnie napisałam do 

niego list, żeby mu przypomnieć, co biedna pani Arnin musiała wycierpieć 

przez...

Siostra Thompson urwała na chwilę; zorientowała się, że być może ta 

nieopatrzna mowa naraziłaby ją raczej na kłopoty ze strony Arnina niż 

osteopaty. Lecz Aleksander spytał z niespodziewanym spokojem:

— Czy pani już wysłała list, pani Thompson?

— Tak, wysłałam.

Nie było sensu mówić nic więcej: musiał brać pod uwagę fakt, a fakty, jak

dobrze wiedział, nie mogły się zmienić z powrotem w alternatywy. Dziś była 

niedziela, doktor otrzyma jej list w poniedziałek rano i albo go zignoruje, albo

zrobi jakieś głupstwo. W tym drugim przypadku Aleksander na pewno dowie

się o tym od niego. Tak więc sytuacja przybrała wyraźny kształt i niezależnie 

od dalszego postępowania pielęgniarki nie może to już wpłynąć na bieg 

wypadków.

Myśląc o tym ze słuchawką przy uchu, Aleksander nie dosłyszał połowy 

jej monologu, lecz nagle wspomniała jeszcze raz imię Kiry.

— Co pani mówiła, pani Thompson?

— Mówił do niej „Kiro, kochanie", kiedy myślał, że mnie nie ma w 

korytarzu. I jeszcze...

— Pani Thompson, chyba już dość tej rozmowy, nie uważa pani? Nie 

interesują mnie naprawdę te wszystkie...

background image

— Ależ. panie Amin — przerwała, a głos jej wzbił się na wy- żyny 

duchowej kazalnicy. — Ten świntuch doktor chciał z nią uciec!

Aleksander odłożył słuchawkę.

Jego dedukcja okazała się prawidłowa. Doktor zareagował na list 

popełnieniem głupstwa i zadzwonił wkrótce po śniadaniu. Pytał, czy może 

wpaść do niego; ma pilną sprawę, powiedział.

Teraz Aleksander miał przed oczami smutny okaz ludzki, którego mózg 

rozdymał nadmiar wiedzy, a nogi nadmiar tłuszczu. Osteopata zaczął od 

pokazania mu listu pani Thompson, który, jak na pierwszą wprawkę w 

zniesławianiu, był całkiem niezły, tylko że kończył się w stylu kazania, cy-

tatem z Pisma Świętego.

— Moja żona dostała podobny list — powiedział doktor lekko się 

zacinając — i... panie Arnin, ona splądrowała mi biurko przed śniadaniem! 

— Siedział niezgrabnie na krześle, a ogromne uda rozpychały spodnie na 

szwach. — Myślę, że znalazła dwa listy od Kiry, i cała sytuacja jest nie do 

zniesienia. Beatrix może się nawet ze mną rozwieść, choć biednej Kiry już 

nie ma wśród nas.

Ton, jakim czynił te zwierzenia, graniczył z bezczelnością, lecz doktor był 

zbyt zmieszany, aby to zauważyć. Mówiąc o Kirze, używał tylko jej imienia, a 

potem zaczął je mylić z imieniem swojej żony. — Beatrix już nie ma wśród 

nas — bełkotał — i może wykorzystać te listy Kiry w sądzie.

— Jak doszło do tego wszystkiego, panie doktorze? — Aleksander 

zachowywał się jak adwokat wypytujący męża pani Kościarki przed sprawą 

rozwodową.

— Doprawdy nie wiem, panie Arnin. Według pani Thompson to Beatrix 

podsunęła Kirze tę myśl. Jak się zdaje, opisała mnie jako maniaka 

seksualnego, gwałcącego pacjentki ku ich wielkiej rozkoszy. Ale czy można 

wierzyć temu, co mówi pani Thompson, wyraźnie uprzedzona?

— Może można. Oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami — powiedział 

Aleksander ze złośliwą radością i podsunął doktorowi pudełko papierosów.

— Beatrix nigdy nie opowiadałaby takich rzeczy, to niemożliwe. Ona jest 

osobą bardzo na miejscu, zapewniam pana, panie Arnin.

— Wróćmy do tematu, dobrze, panie doktorze?

background image

— No więc... Kira zaczęła mnie trochę uwodzić. To było chyba po trzeciej 

kuracji, kiedy już zbadałem jej kręgosłup. Nie bardzo mogłem to zrozumieć. 

Zachowywała się jak kaleka, a potem nagle chciała, żebym ją kochał. 

Powiedziałem, że to wysoce nieetyczne; kodeks zawodowy, jej stan zdrowia

i tak dalej. Nie wspomniałem o Beatrix. Nie, chyba nie. Zresztą one bardzo 

się przyjaźniły. Jednak Kirę niełatwo było zniechęcić. Ona miała sposoby na 

mężczyzn, pan to rozumie, panie Arnin.

— Tak, rozumiem doskonale.

— No, więc to mi coraz bardziej pochlebiało, a Kira zmobilizowała cały 

swój wdzięk. Ona miała naprawdę bardzo silną osobowość, panie Arnin.

— Tak, myślę, że miała istotnie.

— W końcu wszystko stało się bardzo trudne. Szczerze mówiąc, nie 

wiedziałem, jak wybrnąć z sytuacji, bo w zdrowiu Kiry nastąpiła poprawa, co

przywróciło mi wiarę w osteopatię. Jako lekarz stanąłem wobec dylematu. 

Potem Kira powiedziała, że to ja chcę się z nią ożenić i że to rozwieje moje 

lekarskie skrupuły, ale że najpierw musimy uciec.

— Więc pojechaliście na Sycylię.

— O nie! Panie Arnin, na urlopy zawsze jeździ ze mną Beatrix. Poza tym 

Kira pojechała na Sycylię później. I sama. Co zresztą pomogło mi jakoś 

przyjść do siebie, a później, po powrocie, Kira też okazała całkowitą 

wyrozumiałość. Ale na nieszczęście napisałem do niej dwa czy trzy listy. Ona

szalenie lubiła dostawać takie liściki, rozumie pan... Mam nadzieję, że da się

je odnaleźć, bo teraz Beatrix grozi...

— Poszukam ich, panie doktorze. Niech się pan nie martwi.

Doktor miał minę bardzo zmartwioną, kręcił się na krześle,

a spodnie prawie pękały pod naporem jego tłustych ud.

— Proszę mnie pytać o wszystko, o co pan chce, panie Arnin. Chcę 

zrzucić z siebie ten ciężar A pan okazuje tyle zrozumienia...

— Tylko dwa pytania, panie doktorze. Ale najpierw przeproszę pana na 

chwilę.

Aleksander poszedł do gabinetu i wrócił trzymając jakiś mały przedmiot 

na kawałku papieru.

— Pan wie wszystko na temat kości, panie doktorze. Co to jest, pana 

background image

zdaniem?

Osteopata obejrzał przedmiot i powiedział:

— Kawałek ludzkiego zęba, oczywiście.

Mnie się też tak zdawało. Dziękuję, panie 

doktorze. I jeszcze... — Aleksander przerwał na chwilę. — Czy pan dał Kirze 

w prezencie flakonik perfum?

>

— Nie. — Doktor potrząsnął głową. — Nigdy mi nie przyszło do głowy, 

żeby robić Kirze prezenty. Może po prostu przez skąpstwo, panie Amin.

— Nie, pan po prostu, może tak to ujmiemy, trochę wyszedł z wprawy w 

romansach.

Lekarz wstał, zbierając się do odejścia. Podając mu płaszcz Aleksander 

zauważył od niechcenia:

— Życie bez żony może być całkiem przyjemne. Czpmuż by pan iii'e miał 

się zgodzić na przeprowadzenie przez Beatrix rozwodu? To dobra okazja, 

panie doktorze.

Umyślnie użył imienia pani Kościarki, co odniosło efekt natychmiastowy: 

lekarz nie mógł wykrztusić słów pożegnania, tak się jąkał.

Aleksander był w wyczuwalnie tęsknym nastroju, kiedy spotkał się z 

Dolores tegoż popołudnia w Regent Parku. Nie mieli na widoku żadnego 

mieszkania; tymczasowa bezdomność uświadomiła im wreszcie porę roku — 

liczyli rozmaite odcienie zieleni na drzewach i na trawie. Dolores sama 

ubrana była na zielono, co jakby wywoływało ruchy gałązek, kołyszących 

świeżymi liśćmi nad jej głową, gdy przechodziła.

— Krab ma wielkie zamiary, Dolores. Jeżeli chcesz go zobaczyć w jego 

własnej osobie, jedź do Notting Hill Gate. Ma dość staroświeckie przebranie, 

ale mnie się ono wydaje atrakcyjne. Stary Krab chodzi po ulicach Notting 

Hill przebrany za Sarę Bernhardt.

Jakież to fascynujące! — zawołała Dolores. — Prawie tak fascynujące 

jak ostatni pomysł Eli.

— Jaki jest pomysł Eli?

Chce, żeby Edmundo wyzwał jej męża na pojedynek. Ela twierdzi, że 

Edmundo zaniedbuje się jako romantyczny kochanek. Pojedynek bardzo 

dobrze mu zrobi.

background image

— Dolores, nie wierzę ci.

Aleksandrze — odparła — ja nie wierzę w Kraba przebranego za Sarę 

Bernhardt.

To nie jest takie niemożliwe. Widzisz, on oglądał Sarę Bernhardt w 

bioskopie, a to był oczywiście film kostiumowy.

Wiesz co, Aleksandrze, powinieneś dać komandorowi Krabowi 

przyzwoitą szpiegowską robotę. Staje się zbyt leniwy jak na mój gust.

— Może to zrobię, Dolores, tak, tak. I to całkiem niedługo.

s

Jak większość ludzi racjonalnych, Aleksander nie lubił śmiać się z siebie, 

kiedy był sam; lecz doświadczenie nauczyło go uznawać własną śmieszność, 

z chwilą gdy już zaczęła zakłócać jego obraz samego siebie. Nagle ujrzał 

siebie na absurdalnym urlopie w Londynie, zakochanego w sposób obsesyjny

i goniącego za tajemniczym wspomnieniem perfum w pustym flakoniku.

Choć w gruncie rzeczy sam się wynajął do szpiegowania swojej zmarłej żony,

jedyny jak dotąd dokument kompromitujący Kirę leżał w szufladzie razem z 

jego pistoletami i z kawałkiem zęba i odmawiał współpracy. To, co było 

śmieszne w poszukiwaniach Aleksandra, dotyczyło nagłego zainteresowania 

neurotycznymi romansami Kiry wbrew jego początkowym intencjom.

Zamiast wyśledzić obecnego posiadacza brakującego pierwszego 

egzemplarza, wyśledził obsadę pomocniczą erotycznej tragikomedii Kiry i 

postacie wypuszczone przez niego

na scenę zaczęły teraz wykorzystywać go w charakterze kompetentnego 

suflera. Jedyną osobą, którą mógł kierować do woli. był Krab, lecz ściśle 

mówiąc Krab nie należał do teatralnego świata stworzonego przez niego 

samego i przez Kirę. Komandor zawdzięczał swe istnienie fantazjom Dolores, 

która teraz życzyła sobie, żeby przywdział kostium szpiega, ze wszystkimi 

dodatkowymi akcesoriami dostarczonymi przez Aleksandra.

Natomiast pośmiertny portret Kiry stawał się coraz pełniejszy. Chcąc nie 

chcąc Aleksander musiał się przyglądać, jak przybywa mu nowych rysów, 

których istnienia się nie domyślał. nie podejrzewając, że mogły się skrywać 

tuż pod skórą jako potencjalna konkurencja dla tych dawnych, dobrze mu 

znanych.

background image

Dostrzegał już zarysy określonego modelu emocjonalnego zaangażowania 

Kiry wobec mężczyzn takich jak dziewiczy Maurice i udręczony przez żonę 

osteopata. Postępowała zawsze w ten sam sposób: robiła wywiad przez 

kobiety z otoczenia tych mężczyzn, o których chodziło, wykorzystując ich 

brak dyskrecji, na przykład doprowadzając żonę do wyjawienia 

sypialnianych sekretów męża. Potem przędła sieć pajęczą własnych fantazji 

wokół tych faktów i czekała, aż mężczyzna w nią wpadnie.

Naturalnie nie chciała, żeby wyglądało to na wyraźną pułapkę; zawsze 

miała szlachetne intencje, jak na przykład ratowanie grubego, 

zapracowanego doktora od małżeńskiej uległości lub inicjacja 

niedoświadczonego młodzieniaszka. Jakże wzruszający był ów rys 

szlachetności w kalkulacjach Kiry! Widocznie przekonała samą siebie, że to, 

co knuła, a czasem i osiągała, stawiało ją ponad wulgarnym, 

rozplotkowanym tłumem kobiet, bo dla niej dawać znaczyło więcej niż brać.

Gdy spędzali razem wiele czasu w ich pierwszym roku londyńskim, 

Aleksander często dostrzegał te same powtarzane przez nią sztuczki. I jak 

urocze wydawały mu się, ilekroć je zauważył! Kira żadną miarą nie mogła w 

rzeźniku zobaczyć rzeźnika, w sprzedawcy warzyw sprzedawcy warzyw czy w

jakimkolwiek rzemieślniku przedstawiciela rzemiosła. To oczywiście 

pochlebiało sklepikarzom, których odwiedzała w gór-

BBifeP^ftB^fe8^EBiBS?Z!^2gSfrg^Wg%grgźzln*^ *>** p*

rglrJ^^^yPfy'***» 

J

*fii 8j ć $J»2SXXB»BSra XfiXE9\ f

M^Bt^BSMSBSKwOsSlMSsBHSfHUmŁdBS^

tui

nym i dolnym Hampstead, lecz dla samej Kiry równało się rozsnuciu 

prywatnej sieci związków uczuciowych.

Rzeźnik, który tylko sprzedawał jej mięso, zasługiwał na pieniądze, ale na

nic więcej; natomiast rzeźnik, który krając i ważąc wieprzowinę czy wołowinę

zachowywał się jak jej potencjalny kochanek, otrzymywał w zamian 

żartobliwą zachętę i wolno mu było się uważać za romantycznego sługę Kiry.

Zważywszy jej hojną nieobliczalność mógł oczekiwać wszystkiego.

Kira miała zadatki na cesarzową budzącą namiętne uczucia lub na 

kapłankę miłości i sama to potwierdzała treścią swoich snów, które 

background image

Aleksandrowi opowiadała, gdy jeszcze mówili o takich rzeczach. Kapłanka 

czy cesarzowa nie tylko symbolizowała najwyższy ideał miłości, lecz także 

mogła niby naczynie zawierać niższe jej formy. Tak więc za jej zachętą 

wszyscy słudzy-kochankowie mieli wlewać do tego naczynia swą namiętność 

do Kiry — lekarze, rzeźnicy, zieleniarze, fryzjerzy i cała reszta.

Czy jednak ksiądz Murphy, wątły sługa boży, kwalifikował się do tego 

dwoistego związku z Kirą? Na pewno sprawiało jej radość nazywanie go 

„ojcem” — tyle Aleksander wiedział; lecz nie mogła się przecież spodziewać, 

żeby ksiądz przekształcił się w krawca jej duszy. Odpowiedź zjawiła się wraz 

z ojcem Murphym we własnej osobie. Nieskładnie podziękował Aleksandrowi

za czek, czerwienił się i mamrotał, niezdolny do skwitowania pierwszej 

znaczniejszej ofiary zgrabnym błogosławieństwem. Z sześćdziesięciu dwóch 

funtów, jak przewidział Aleksander, miały skorzystać organy — nie nowe 

oczywiście, ale stare, których piszczałki, mówił ksiądz, straszliwie się 

zatykają, kiedy przepust powietrza otwiera się na cały regulator.

Aleksander starał się księdza ośmielić, zasługę moralną swego daru 

przypisał Kirze i zręcznie nawiązał do zakończenia ich ostatniej rozmowy.

— Tak się cieszę, ojcze, że mam jeszcze okazję porozmawiać z ojcem o 

mojej żonie. Ostatecznie do ojca miała więcej zaufania niż do wszystkich 

innych ludzi, jakich sobie przypominam.

— Och nie, nie, panie Arnin. Proszę sobie nie wyobrażać.

' snrMMiliK?;« fiBBmiBifctR $§!

' il . -T u T. tfł

raił* *£'* -.-W \ *” '

.4 $ | f|

że ja mogłem rozmawiać z nią na równi, na jej poziomie. Pańska żona, panie 

Arnin, była bardzo nowoczesną intelektualistką. Zawsze czułem, że brak mi 

kwalifikacji do wyjaśniania jej spraw religii, to znaczy językiem nowoczesnej 

dyskusji.

Chustka księdza znów się uniosła do jego czoła, ale tym razem była biała,

jakby symbolizując niewinność jego słów. Pokrowce w saloniku, gdzie 

rozmawiali, były również białe i połączenie tych dwóch elementów nadało 

myślom Aleksandra nowy impuls: przypomniał sobie szuflady Kiry 

wypełnione dziewczęco białą bielizną, którą skupowała jak pedantyczny 

background image

kolekcjoner, zmieniając style, lecz nigdy nie eksperymentując z innymi 

kolorami.

Może atmosfera domu pomogła też ojcu Murphy, bo mówił o Kirze 

swobodniej. Wydawało się, że ona jest gdzieś w pobliżu, zapewne wyszła z 

domu i spaceruje gdzieś po Heath lub w Golders Green.

— Kira czasem lubiła się popisywać, ojcze. Zwłaszcza w rozmowie z 

ludźmi, których wyższość uznawała.

— O nie, nie! — Ksiądz był w nastroju skłaniającym go do wykrzykników 

i jeszcze raz zaczął zapewniać o swej wierze w uczciwość Kiry. — Pani Amin 

nie odczuwała żadnych zahamowąń, to znaczy zahamowań intelektualnych, 

kiedy omawiała swoje i moje problemy.

— Ojca problemy?

— Tak, panie Arnin. I miała do tego prawo. Uczciwa wymiana myśli 

między osobą świecką i księdzem jest koniecznością naszych czasów. A pani 

Amin, przypominam sobie, mówiła na swój uroczy sposób o tym, jaka to 

szkoda, że ktoś inny przed nami pozostawił literacki opis takiej przyjaźni. 

Często porównywała siebie do Simone Weil, oczywiście z całą skromnością, i 

nawet dała mi książkę Simone Weil po francusku. Niestety moja znajomość 

francuskiego nie wytrzymała tej próby. Musiałem polegać głównie na 

streszczeniach pani Arnin, które bardzo mi pomagały. Widzi pan, ona 

rozumiała ten problem tak dobrze, ponieważ sama była żydówką i bardzo 

pociągało ją chrześcijaństwo.

— O tak — przyznał półgłosem Aleksander i przypomniał sobie 

nieciekawego typka z Edynburga, który godzinami robił

j*fSM MmA Ml

*Cm,

fflnbn

1

* ESIfe3®llw^5^5^iil3bL^

!i: iwfyyv4 ■.ft j 'Siii

:

v ♦ i

Kirze wykłady na temat Simone Weil. Było to w czasie fali upałów w 

Londynie i Kira zgromadziła dziwną kolekcję typów, aby dotrzymywali jej 

towarzystwa nad eleganckim basenem pani Antyk.

— I żartowaliśmy też na ten temat księdza-pijaczyny... — ciągnął ojciec 

Murphy; jego elokwencja wznosiła się i opadała jak biała chustka, którą 

background image

trzymał. — Pani Amin żartowała ze mnie i pytała, dlaczego się nie rozpiłem w

czasie noche oscura mojej wiary, bo twierdziła, że musiałem coś takiego 

przechodzić. Ale może ja za bardzo wdałem się w rozważania o mistycyzmie 

świętego Jana od Krzyża, więc nie oddaliliśmy się zbytnio od punktu wyjścia.

W każdym razie ja powtarzałem, że utożsamienie wewnętrznych konfliktów 

księdza z wewnętrznymi efektami whisky rzuca może ciekawe światło na 

mechanizm literackiej wyobraźni, ale nic poza tym. A komentarz pani Amin 

był taki, że nie powinienem wygłaszać tak długich zdań, bo to jej przypomina

lekcje łaciny, których bardzo nie lubiła — tak powiedziała. Nie sądzę, żeby 

pańska żona, panie Arnin, uczyła się zbyt wiele łaciny w szkole.

— Nie, niewiele.

— A więc od czasu do czasu robiliśmy sobie takie, jak je nazywałem, 

literackie rekreacje i z radością patrzyłem, jak pani Arnin się uśmiecha, choć

miała wtedy te bóle i starała się tego nie pokazywać. Czy pan wie, co pańska 

żona kiedyś zasugerowała, oczywiście jako argument w dyskusji?

— Co Kira zasugerowała? — Aleksander zadał stosowne pytanie 

obserwując, jak zmienia się twarz ojca Murphy. Przy każdej wypowiedzi 

przez jego zwykłą bladość przebijał się rumieniec nowego ożywienia. Kira 

była zapewne jedynym w jego życiu przebłyskiem lekkomyślnego uroku. W 

tej chwili, mówiąc o jej uroku, wyglądał jak irlandzki aktor w roli 

irlandzkiego księdza i ten widok bynajmniej nie był przykry.

— Panie Arnin, pańska żona dowodziła, że ja nie zdołam pojąć istoty 

grzechów innych ludzi, póki nie zrobię czegoś sprzecznego z moim 

powołaniem; mógłbym na przykład uciec z kobietą albo nawet się ożenić. W 

tej książce, tak mówiła, jest ksiądz, który żyje z kobietą, ale ksiądz-pijaczyna

nadal uważa go za księdza. A więc, tak dowodziła pani Arnin,

* «Dłłi

^ ■> ' j ^

*«. {«ML f

JMly

Ł

Jiiff Ilii K ffcf »i* ^ »<♦

4% mI m% Z %

background image

*

f

i fX^£asS#9u&k

lEinInlS3 hlPIg

fjP&F cr w%

rai

„ < i s aj PfWi Th# j

BMMWMilBaSMlNEHWKcM

fjA »%

i v.i*s® .ił v» i

grzech może służyć jako tarcza do szlifowania ducha — chyba tak to 

określiła — pod warunkiem... że... — nie dokończył. Patrząc na pokrowce 

ocierał chusteczką usta. Aleksander myślał, że ksiądz czuje się zakłopotany 

słysząc we własnych ustach słowa Kiry, lecz on tylko czekał na znak 

zachęty.

— Tak mogłaby powiedzieć Kira — potwierdził Aleksander.

— No, więc ja odparłem, że muszę sprawić zawód nowoczesnej 

literaturze, a pańska żona zaśmiała się i powiedziała, że mogę jeszcze z kimś

uciec, z kimś takim jak pani Thompson albo ona sama. Pańska żona miała 

takie dziecinne poczucie humoru.

— Oko za oko, ząb za ząb — powiedział Aleksander dość głośno. Ojciec 

Murphy spłoszył się.

— Dlaczego pan to zacytował, panie Amin?

— Zwykłe skojarzenie, proszę księdza. Czasem je miewam jak katar, 

przychodzą całkiem nagle.

Było to skojarzenie w stylu szpiega, bowiem podsuwało plan działania. 

Aleksander wziął sycylijski ząb i poszedł do dentysty Kiry.

Przypadkowo dentysta był Polakiem, dobrym fachowcem i człowiekiem 

dyskretnym. Miał sposób bycia sugerujący dyskrecję, zarazem krzepiący i 

subtelny, gdyż zachowywał sięjak ginekolog, który rozumie ignorancję męża 

w sprawach dotyczących wewnętrznych problemów żony. Dawał również do 

zrozumienia, że mógłby być nadwornym lekarzem całego klanu Pińskich, 

gdyby uzyskał dyplom w wieku lat trzech; znał ich wszystkich po imieniu, od

legendarnego papy do najdalszych stryjków, którzy robili pieniądze, 

wykorzystując jak mogli najlepiej swoje zdolności. Lecz zdolności papy Piń-

skiego ciągle jeszcze imponowały dentyście, w okrągłe dwadzieścia pięć lat 

background image

po jego śmierci, co pięknie podkreślał poufnym tonem.

— Papa Piński — mówił dentysta — miał trzy interesy, trzy! — powtórzył 

i wysunął trzy kościste palce. — Jeden w Warszawie — zakrzywił jeden palec

— drugi w Pradze — zakrzywił drugi — a trzeci, panie Amin, miał w Wiedniu!

— trzeci palec opuścił się. — A więc... — żwawo rozpostarł dłoń

na kształt wachlarza i pomachał nią koło twarzy — Kira odziedziczyłaby 

większość jego majątku! Jej brat był za bardzo zwariowany, aby należycie 

prowadzić porządny interes, vous comprenez? I teraz mnie bardzo pana żal, 

panie Arnin, bo pan mógłby być bardzo bogatym człowiekiem. I te całe 

pieniądze zmarnowane przez głupią wojnę i tego rabusia Hitlera. Fatalnie. 

Bardzo fatalnie. A czym mogę panu służyć? — Strzepnął coś z białego 

fartucha trzema najbardziej wymownymi palcami i wrzucił różową tabletkę 

do szklanki z wodą.

— Jak już mówiłem, panie... ee... — Aleksander próbował wymówić jego 

nazwisko, lecz nie szło mu to od początku.

— Proszę mi mówić „pan”, tak się zwracamy do siebie po polsku. Moje 

nazwisko to twardy orzech, szkodliwy dla angielskich zębów. — Dentysta 

wybuchnął śmiechem; najwidoczniej był to starannie wyćwiczony żart, 

podawany każdemu nowemu pacjentowi na początek znajomości z fotelem.

— Jak już mówiłem, panie... ee... — Aleksander przełknął ślinę dla 

rozluźnienia języka. — Chciałbym pana prosić o zawodową poradę.

— Poradę? — Dentysta przekształcił się w ginekologa, szybko zmieniając 

modulację głosu i rzucając wymowne spojrzenie.

— Mógłby mi pan powiedzieć, czy to jest ząb Kiry? — Aleksander pokazał

znaleziony odłamek.

— Na pierwszy rzut oka to niemożliwe, proszę pana. Chwileczkę, proszę. 

Zajrzę do moich zapisków.

Wyciągnął kartę z kartoteki, zbadał wykres z historią zębów Kiry i skinął 

poważnie głową.

— Wiedziałem, że ten kawałek odpadnie. Ale Kira tak się śpieszyła!

— Spieszyła się? Dlaczego?

— Wyjeżdżała za granicę, zdaje się, na Sycylię. Tak, jestem tego pewny, 

Kira wspominała o Sycylii.

background image

— I pan nie leczył zęba?

— Nie, Kira mówiła, że pójdzie do dentysty na miejscu. W Palermo. To 

PaleTmo jest na Sycylii, tak?

— Tak, na Sycylii. Ale dlaczego przechowywała ten odłamany kawałek?

— Kobiety mają zabawny stosunek do tego, co dotyczy ich ciała, panie 

Amin. Często proszą mnie o ten ząb, który wyrwałem. Mówią, że chcą go 

pokazać mężowi. Ale czy pokazują? Nie wiem. To jest rzecz, o której często 

mówią archeolodzy i psycholodzy, i ktoś tam jeszcze, nie wiem kto.

— Fetysz?

— O, właśnie. Dokładnie to, co pan powiedział. Właśnie! — Dentysta 

zakrzywił wskazujący palec i trzymał go nad fotelem jak haczyk.

W szopie przeznaczonej na dziwaczne przedmioty, które mogą się 

przydać, Aleksander poszukał powojennego wydania książki telefonicznej-

Palermo. Znalazł ją, zanotował nazwiska i adresy wszystkich podanych tam' 

dentystów i odłożył książkę na półkę. Kładąc ją tam, dostrzegł napis 

ołówkiem na grzbiecie książki: „Strzeż się szpiega.” Było to oczywiście pismo 

Kiry. Ten szyderczy chichot zza grobu nie wydawał mu się ani zabawny, ani 

przerażający. Niemniej jednak dostrzegł w tym tak charakterystyczną dla 

szpiegów-amatorów chęć uczynienia wyznania, jaką zdradzał powieściowy 

chwyt Kiry.

Tego samego dnia Aleksander podjął dwie niezależne od siebie decyzje, co

było typowe dla jego metod działania. Pierwsza dotyczyła drugorzędnej 

postaci za sceną: wyśle komandora Kraba na urlop na Sycylię. Druga 

dotyczyła głównej bohaterki, bardzo wyraźnie zajmującej miejsce na scenie. 

Miał zamiar obmyślić nową serię prób dla Dolores, lecz tym razem będzie jej 

przewodnikiem, a zarazem sędzią śledczym.

• npm 

HI

 i

s di' * ««

*

'trUHF<■*.*?>90 **#- «>t

-*;

1

, • 5 ;• v^VHak.‘^M| 4|

jt' •. j* '# 

jto ? <.

urn** *i|«* .¿■ŁĘBf¥|Ł 

if

 pf X* • :,"#. * f iw%29lM

^w^lm®®Oi8®B38ISI®roSE6FB8i

Akt czwarty ŚWIATŁA

1

background image

Leżała na tygrysiej skórze — długie nogi wyciągnęła w kierunku kamery, 

on zaś stał w blasku świec, a cygarniczka sterczała złowrogo ze 

skrzywionych w uśmiechu ust. Ona była niebezpiecznym szpiegiem i była 

bardzo piękna, a on —prawie równie niebezpieczny i prawie równie piękny. 

Oboje chętnie ryzykowali życie dla cesarza i ojczyzny, tylko że ojczyzna 

każdego z nich była inna, a dwaj cesarze prowadzili ze sobą wojnę. 

Cygarniczka poruszyła się, a z ust mężczyzny padło ostateczne żądanie:

— Czy dasz mi te plany wielkiej ofensywy, którą ostatnio przygotował 

wasz sztab generalny?

— Tak. Przyniosę je tutaj jutro. I zrobiłabym to dla ciebie jeszcze raz, bo 

kocham cię bardziej niż Rosję, Gerhardzie. — Nogi Tamary, wydłużone przez 

kamerę, wykonały lubieżny ruch w powietrzu; światło świec zamigotało, gdy 

Gerhard postąpił krok naprzód. Przesuwając cygarniczkę w kącik ust 

wyrzekł z wolna:

— Rozstrzelają cię, Tamaro, za zdradę twego kraju!

— Kobieta-szpieg — odpowiedziała z tygrysiej skóry — nie powinna nigdy

igrać z miłością!

Fala muzyki uderzyła o ekran, rozprysła się, a potem ściekała wraz ze 

łzami Tamary, z największymi łzami, jakie kino kiedykolwiek odważyło się 

pokazać sentymentalnej publiczności na całym świecie.

Aleksander oglądał tę najnowszą namiastkę mitu Maty Hari w 

meksykańskim kinie, w małym miasteczku na pustyni, i uderzyło go, jak 

niewiele było w tym wspólnego z jego własną

UfUm# *rf£f

m ^ ¿i ^ i*

£.9A4§W»'

historią szpiegowania. Obecnie miał zamiar odegrać na nowo tę scenę, choć 

tym razem bez kamery, która wydłużyłaby nogi Dolores, i tak wystarczająco 

ponętne. Tło niezupełnie odpowiadało filmowym wyobrażeniom o gniazdku 

kochanków. Brakowało tygrysiej skóry — dziwne przeoczenie, skoro Rita 

potrafiła zgromadzić pokaźną liczbę liniejących zwierzaków, od lamparta aż 

do słabowitego niedźwiedzia, łatanego miejscami wielbłądzią sierścią.

Sam Aleksander kąpał się właśnie w różowej wannie i patrzył na butelkę 

background image

wody mineralnej, która stała na desce położonej w poprzek wanny, na 

poziomie jego głowy. Drugi tydzień maja przyniósł zmianę pogody: pierwsza 

fala ciepłego powietrza drgała na wysokości okna Rity na czwartym piętrze. 

Dolores pokazywała nogi; pretekstu dostarczyła kupiona właśnie para 

zielonych pończoch. Dolores nie mogła znieść niepewności, czy ta nowa 

moda rzeczywiście jest dla niej odpowiednia. Aleksander pomyślał, że w tym 

momencie zachodzi największe podobieństwo między jego zamiarem i sceną 

z filmu, którą gorąca kąpiel jakoś przywiodła mu na pamięć.

— Dolores, czy podjęłabyś się dla mnie roboty szpiegowskiej? Naturalnie 

w wolnych chwilach.

Wzięła to za żart z repertuaru sztuczek Kraba i odpowiedziała marszcząc 

nos nad zielenią obleczonych pończochami kolan.

— Więc Krab już nie żyje? To wszystko moja wina, boja ci poradziłam, 

żebyś go wysłał w okropnie niebezpiecznej misji. Czy ci się podobają moje 

okropnie zielone pończochy?

— Nie, a właściwie tak, przynajmniej podoba mi się to, co w nich jest. Ale

komandor Krab jest jak najbardziej żywy. W swoim pierwszym liście z Sycylii

napisał, że wyśle właściwe sprawozdanie przed końcem tygodnia.

— Sycylia w maju musi być po prostu boska. — Jej głos znów zabrzmiał 

echem przyjęcia dyplomatycznego; Aleksander uznał, że to pasuje do 

sytuacji, jaką dla niej przygotowywał.

Po prostu cudowna! — Przedrzeźniał jej afektowany ton. — Dlaczego 

nas tam nie ma?

— Właśnie, dlaczego? — Dolores spuściła oczy i posmutnia

no

i^SSJL.iSffi^MiSiJęfśjRtT* » w-»>w

ła, bo zielone pończochy podwoiły się przez odbicie w lustrze.

Aleksander przyrzekł sobie, że nie wpadnie we własną pułapkę, tak jak 

mu się przydarzyło z Kirą; nie będzie reagował na nagłe zmiany nastroju, 

przetwarzane przez miłość na czułe uczucia po to tylko, by przytłoczyły 

kochanka, który poddaje się czułości. Nawet przelotne drgnienie smutku w 

jej głosie lub oczach wywoływało ból, ten ostry skurcz bólu, który serce 

rejestruje z prędkością spojrzenia, a o którym w następnej chwili zapomina. 

background image

Pragnął jedynie uniknąć sprawienia przykrości Dolores w jakikolwiek sposób

możliwy do przewidzenia i ufał swojej zręczności w operowaniu lancetem 

szpiega, trzymanym w pogotowiu na taką właśnie ewentualność.

Jednak musiał uważać i nie dopuszczać do tego, by ta miękka plazma, 

zrodzona przez uczucia, przeniknęła do komórek jego mózgu. Jeśli w 

stosunku do Dolores miał się posłużyć swą inteligencją jak lancetem, mogło 

to dotyczyć tylko jej mózgu, nigdy serca. Może w tej decyzji było więcej 

okrucieństwa wedle zwykłych ludzkich kryteriów. Lecz nie wedle jego 

własnych.

Z wolna, ważąc każde słowo na języku niby lekki płatek, powtórzył swoje 

pytanie;

— Dolores, czy podjęłabyś się dla mnie roboty szpiegowskiej?

— Jakiej? — Uśmiechnęła się, ciągle jeszcze traktując ten temat jak 

bańkę mydlaną, która zaraz pęknie. Podała mu ręcznik i zdjęła deskę z 

wanny. Przez cały czas patrzyła w bok: Dolores nigdy nie patrzyła na jego 

nagie ciało poza granicami aktów miłości, które oboje uznawali za 

rzeczywistość istniejącą tylko dla nich.

— Takiej, jaką potrafisz wykonać — odrzekł Aleksander. — Od 

potencjalnego agenta nie powinno się żądać rzeczy niemożliwych.

— Ależ Krab robił tylko rzeczy niemożliwe. Ja chcę być taka jak mój 

Krab. — Wydęła pełne wargi, przez co upodobniła się bardziej do bożka 

Azteków dąsającego się w słońcu niż do kapryśnej kobiety w towarzystwie 

kochanka.

— Dolores, Krab specjalizuje się w rzeczach niemożliwych. Ty jeszcze nie 

jesteś specjalistką.

. . —______^ 

 ...

' StaRt liii

SSlIftłMRi ŚYPS* *?• rs\t 9?.mor»>'

yml?« Siiht

Ł \ M 3 . M ■ V. »■ *Ti -arłfcML- f VI

>■ffsfvMl$

— Jeżeli chcesz, żebym się włączyła w twoje gierki, to albo będę 

szpiegiem-specjalistą, albo niczym! De acuerdo, Aleksandrze?

background image

— Tak, zgoda. — Już stał obok wanny, wytarty i gotów się ubierać. 

Dolores pozbierała porozrzucane części jego garderoby. Wydawało się, że 

nadszedł właściwy moment, aby sprawę bardziej sprecyzować. — Zacznijmy 

od prowincji Las Monjas. Co ci o niej teraz wiadomo?

— Las Monjas? — Dolores przybrała oszołomioną minkę, lecz była w 

istocie zaskoczona jak dziecko, które znajduje prawdziwy proch w naboju-

zabawce. — Nic mi nie wiadomo. Znam tylko jej nazwę. To taka prowincja, 

do której nikt rozsądny by nie pojechał, chyba że przypadkiem zostałby 

mianowany jej gubernatorem. W kręgu moich znajomych po prostu nie było 

żadnego gubernatora Las Monjas, ani przeszłego, ani obecnego, ani 

przyszłego.

Aleksander przybrał ton rzeczowy:

— Dziwnym trafem, Dolores, Las Monjas ma szanse rozwoju ze względu 

na lotnictwo cywilne, przynajmniej takie pogłoski krążą wśród osób dobrze 

poinformowanych. Choć ja nie ograniczyłbym się do tego jednego 

przymiotnika „cywilne”. Wiesz, po prostu lotnictwo, wszystko, co lata w 

powietrzu.

— W powietrzu... — powtórzyła wpatrzona w niego, stojąc przed obrazem 

w stylu Salvadora Dali. Żyła z Aleksandrem w niewymiernej, a jednak 

ograniczonej przestrzeni, jak to powietrze, o którym mówił, i w tej chwili nie 

była pewna, .czy on podnosi ją wyżej, czy sprowadza na ziemię, w świat 

przedmiotów stałych i wymiernych.

— Dolores — usłyszała swoje imię z ust człowieka, któremu powierzyła 

swą miłość. — Dolores, kto wie, może graniczyłoby to z niemożliwością, 

gdybyś w krótkim czasie dowiedziała się, jak naprawdę wygląda sytuacja w 

prowincji Las Monjas.

Obserwowała Aleksandra zawiązującego bardzo długo krawat w mistrzowski 

węzeł. Odwracanie i owijanie tych dwóch pasków jedwabiu za każdym razem

wprawiało ją jakby w hipnotyczny trans.

nnRHrfWit^i

1

*4ii

,

ńl ^gffŁ;Ź

l

aŁłŁ3T»J>iraMgT>£ % âS 4ÜL*

j

BRyZłfS”“ 

Î

^» ***.aWft* ■ Il _ jÉr»Jpfc fc٧f

Ksi*

■3»-*

background image

rTîjf.^ %£gCga» 4ftjAiÂtf'mùÉi

■ jj* j$My *»î^ I *ï$tH2|?

%4ui-

4m

i h mî\( vifU»Rij^Ii

îaiSïiS^îmîh^’'

!®2s^ fcftwf 8Sff?frt *v S? iïtf^

v

 >

:

jw

,

*i

îfiHiff?«siffKântt

- ^•'*’4 "V*^wj* **'

1

fssRmlffluf ÎM 'wf Èi liKf

1

 ilsiMHn'êÿilfilVi »i

' ł JfcJIuł Ł . Jł. ;'. jf ’• , h ^ •■:-, -^ »

jPf

ÉÉ|%

fsCr f *

j

*t ffiTr^

f'n ■

¡•iC^ySsl fw*

,

#>8 Wł*J *.«1 

;

r¥|k Ü®»«]Πf 4t tURfa

IwiijWRWlI

iłW^eShBlimŚWtiElł« S

/W

T

.-**

1

— Zrobię to dla ciebie, dowiem się — odrzekła niemal odruchowo, ciągle 

jeszcze obserwując jego ręce.

I rzeczywiście to zrobiła. Jej opracowanie tajnych informacji zostało też 

przepisane na maszynie i — podobnie jak u Kiry — zaopatrzone w 

dodatkowe znaki ołówkiem. Lecz bez dat. Również jak Kira, Dolores 

wyciągnęła pożyteczną naukę z pedantycznych upodobań Aleksandra do 

wykresów, map i wszelkiego rodzaju symboli graficznych.

Aleksander był świadomy ryzyka, jakie podejmuje przeprowadzając ten 

pierwszy eksperyment z Dolores. Dla zaspokojenia swojej ciekawości zerwał 

milczący pakt między nimi i dopuścił do ich obsesji nowy czynnik. Obsesja 

ta odznaczała się prostotą zaufania pustelnika do samotności, a wzniósłszy 

się ponad rekwizyty i maskarady, osiągnęła przedziwną wewnętrzną 

harmonię. Teraz Aleksander zburzył tę harmonię, gdyż pozwolił, aby Dolores 

zaczęła się zastanawiać nad -prawdziwym znaczeniem jego prośby; ona 

background image

sama naturalnie nigdy nie dokończyła zniszczenia prosząc o wyjaśnienie. Nie

znosiła wścibstwa. •.

Lecz mógł jej pomóc, gdyby ujął w słowa pytanie, którego nie 

wypowiedziała. I zrobił to następnego popołudnia, kiedy spotkali się w 

mieszkaniu Eli. Naturalnie informacją zdobytą przez Dolores bynajmniej się 

nie interesował. Była w jego posiadaniu już od siedmiu miesięcy i nadal 

odczuwał zawodową dumę z rezultatu swoich badań, który mógłby stanowić 

pomnik inteligentnej pedanterii. Dyplomaci gromadzili fakty na chybił trafił, 

jak studenci; albo wkuwali je na pamięć, albo też praktykowali sztukę 

pomijania.

— Dolores, dlaczego zrobiłaś dla mnie tę robotę? — spytał ją, gdy leżeli 

trzymając się za ręce po seansie miłosnym. Dolores, jak zwykle, miała 

obrączkę na palcu.

— To nie była robota, to była zabawa. Pomagał mi Xavier.

— Kto... — Urwał w obawie, że to imię jej męża, lecz zauważyła jego 

wahanie i powiedziała:

— Xavier to mój mały synek. Uwielbia geografię, mity greckie, mnie, 

koniki polne i tunele — dokładnie w tym porządku. Nic mi to nie 

przeszkadza, że moje miejsce jest po mitach, a geografia to tylko masa mitów

pomieszanych z rzekami, gó-

rami i wulkanami. 'Więc, jak widzisz, Xavier- ma logiczny umysł.

Potem poprosiła, aby zawiązał jej na szyi swój krawat i pobawił się jego 

końcami. Krawat migotał między jej piersiami jak strumień lub jaszczurka —

obrazy zrodzone z mitu. Dolores przyswoiła sobie sztukę sublimowania 

prymitywniejszych elementów fantazji erotycznych i umiała teraz wydobywać

ich odcienie za pomocą wyodrębnionego symbolu.

Aleksander jednakże nie pozwolił jej uchylić się od odpowiedzi na swe 

pytanie, choć podziwiał intuicję, z jaką wezwała na ratunek symboliczny 

rekwizyt, jak gdyby w charakterze egzorcyzmu przeciw jego dociekliwości. 

Czemu więc upierał się, aby przerwać urok?

— Dlaczego nie odpowiedziałaś na to, co było istotne w moim pytaniu? —

spytał ściskając trochę za mocno przegub jej dłoni. Cofnęła rękę i 

odpowiedziała natychmiast:

background image

— Bo to dotyczy moralności mojej płci, a kim ja jestem, aby przemawiać 

w imieniu wszystkich kobiet?

— Mogłabyś spróbować, Dolores.

— Przypuszczam — powiedziała sięgając po papierosa — że wszystkie 

kobiety z wyjątkiem tych, co aspirują do świętości, czują się utrzymywane i 

ta świadomość, że się jest utrzymanką, sięga bardzo głęboko. Nawet 

maszynistka w biurze lub przepłacana aktorka filmowa zachowuje się 

czasem jak kapryśna kochanka i wpada we wściekłość, aby przypomnieć 

szefowi, który jej płaci, że pensja nie zmieniła jej statusu utrzymanki. Mam 

nadzieję, że się mylę, ale moim zdaniem, Aleksandrze, wszystkie kobiety 

czują urazę do tych, którzy je utrzymują, czy to będą mężowie, szefowie w 

biurze, czy mecenasi ich talentu. Stąd ich nagłe pragnienia, aby uniezależnić

się poprzez brak lojalności. Według mnie kobiety są lojalne tylko w stosunku

do swoich dzieci i do miłości, bo wyobrażają sobie miłość jak zabłąkane 

dziecko i starannie się nią opiekują, ilekroć stanie na ich drodze. Och, taka 

jestem teraz zakłopotana, Aleksandrze. To najdłuższy monolog, jaki 

kiedykolwiek wygłosiłam w łóżku.

Słuchałem go z przyjemnością, Dolores.

—Ale to jeszcze jeden przykład typowo kobiecego zacho

wania. Niewiele kobiet odznacza się wybitnym intelektem, ale daj im miłość, 

a potem pozwól im się wyciągnąć na łóżku i odprężyć. Wtedy ich inteligencja 

wybucha jak raca i wzlatuje w górę, może na cześć ich bóstwa, Księżyca!

Zapaliła następnego papierosa i czekała na pytania. Skoro już raz 

zignorował jej ostrzeżenie, mógł zaryzykować znacznie więcej w otwartej 

rozmowie.

— Powiedz mi, Dolores, jak byś usprawiedliwiła kobiecą nielojalność, 

która później okazuje się aktem zdrady według wszelkich kryteriów?

— Och, jak można usprawiedliwiać coś, co stało się czymś innym? Wiem 

tylko tyle: kobieta zdradzi tych, co ją utrzymują, dla swego kochanka, ale 

musi on być prawdziwym kochankiem.

— A wobec tego kto jest prawdziwym kochankiem?

— Mężczyzna, który wyzwala nas z pozycji utrzymanki. Nie daje nam 

pieniędzy w żadnej formie bezpośredniej czy pośredniej. Lepiej, żeby był bez 

background image

grosza, tak jak w bajkach. Ale nawet ten ideał może mieć skazy. Spójrz na 

Elę i na jej wymarzonego kochanka Łdmunda. Wiesz, dlaczego oni tak często

się kłócą?

— Nie, powiedz mi, Dolores. — Po raz pierwszy romansowe powikłania 

Eli nabrały znaczenia w związku z tym, co sam poddawał próbie.

— Więc Edmundo jest strasznie bogaty, ale mąż Eli też. A mimo to 

chciałaby, żeby jej idealny kochanek zostawiał na łóżku banknot 

pięciofuntowy po każdej potajemnej schadzce. Edmundo bardzo się złości, 

bo jest dosyć skąpy, a poza tym widzi w Eli wyrafinowaną damę, nie jakąś 

prostytutkę. Lecz dla Eli to byłby tylko znak miłości, można by powiedzieć, 

symbol.

— Tak, symbol — powtórzył Aleksander.

— Z jego zdrowiem też jest nie najlepiej.

— Z czyim zdrowiem, Dolores?

— Edmunda. Musi odwiedzać lekarza rano w te dni, kiedy spotyka się z 

Elą. Tak jest wygodniej, wiesz. Ale potem skarży się Eli, że tak często musi 

się rozbierać. Szelki zdejmować, szelki wkładać, jak mówi, najpierw kozetka 

u lekarza, potem kanapa. Jakie to męczące być sumiennym kochankiem!

Roześmieli się oboje i spojrzeli na siebie. Krawat taj^że był w zabawnym 

stanie, obluzowany węzeł opadał.

Nagle Aleksandrowi przyszło na myśl, czy nie wymyśliła tych wszystkich 

bohaterów: Eli, Edmunda, Terry’ego, a nawet Rity. Miał tak niewiele 

dowodów ich prawdziwego istnienia. I czy nie było znaczące, ze nawet nie 

próbowała uwierzyć w jego komandora Kraba?

2

Komandor Pennyworthing, choć krabiooki i zdziecinniały, posiadał 

twarde rezerwy zdrowego rozsądku, jakie zawodowi pieczeniarze gromadzą 

przez całe lata: opóźniał swój powrót z Sycylii udając, że musi spenetrować 

jakiś nadzwyczajny trop, który go doprowadzi do dwóch groźnych dentystów.

Ryzykował własne sztuczne zęby, ale tym się nie przejmował. Dentyści też 

nie mieli nic przeciw rażeniu go elektrycznością na swych fotelach.

Jednakże wedle sprawozdań Kraba pierwsze owoce jego tajnych zabiegów 

miały smak obietnicy: setki agentów, specjalizujących się w sprawach 

background image

środkowoamerykańskich, wkrótce przybędą do Palermo i zaczną się ścigać 

po całej wyspie, co może się okazać bardzo atrakcyjne i nie tak kosztowne, 

jakby mogło się zdawać panu Aminowi.

Wszystko to zostało przekazane Aleksandrowi szyfrem. Arnin senior miał 

dla szyfru tego rodzaju specjalne określenie: był on równie łatwy do 

złamania, równie kruchy jak weneckie szkło transportowane do Grecji 

macedońskim wozem. A ponieważ staruszek pracował w transporcie, 

wiedział dobrze, co mówi. Dwóch agentów spróbowało kiedyś użyć tego 

samego szyfru: jeden stracił przez to szefa, drugi stracił życie. Potem szyfr 

powędrował na półkę jako ciekawostka, która mogła się przydać autorom 

opowieści szpiegowskich dla dzieci. Krab musiał taką opowiastkę przeczytać 

i nauczył się szyfru na pamięć.

Aleksander pokazał mu streszczenie Kiry, dotyczące perspektyw dla Las 

Monjas, ponieważ komandorowi koniecznie

trzeba było czymś zaimponować, zanim podejmie działania na własną rękę. 

Jednakże sam dokument przedstawiał niewielką wartość. Liczył się 

natomiast posiadacz oryginału, który w przyszłości mógł Aleksandrowi 

zaszkodzić, i tylko dlatego poszukiwania trwały.

Aleksander posłał Krabowi telegram tej treści: „Potrzebuję tu faktów i 

pana.” Po wydaniu ostatnich lirów Krab powrócił do Notting Hill i 

następnego dnia zjawił się w willi Aleksandra. Zebrał garść faktów, które 

można było przesiewać co najmniej przez godzinę, i liczył na to, że tyle 

wytrzyma. Pierwszą pozycję stanowił oryginał wystukany byle jak przez 

komandora na maszynie właścicielki pensjonatu, lecz jedno spojrzenie 

Aleksandra wystarczyło, by nawet jego krabie oczy wyszły na wierzch ze 

wstydu. Papier wylądował w kominku.

Odrzuciwszy w podobny sposób większość pozycji, Aleksander zażądał 

rachunków. Może przynajmniej one będą autentyczne? Kartki z bieżącymi 

wydatkami Kraba nie były autentyczne, lecz niektóre z nich zawierały 

zabawne ciekawostki z miejscowego życia.

„12 maja. Orzechy od chłopca w amerykańskim hełmie baseballowym, 95

lirów.”

„14 maja. Poczęstunek: szklanka wody od księdza o podejrzanym 

background image

wyglądzie, z nogami w wiadrze z powodu upału. 100 lirów. Nb. przepłacone.”

W końcu ukazał się postrzępiony rachunek od dentysty, datowany, 

prawie rok temu i jeszcze nie zapłacony. Aleksander obejrzał go pod światło.

— Czy to jest autentyczne, komandorze?

— Tak, proszę pana. — Krab zwracał się do niego w ten sposób tylko na 

służbie. Kiedy indziej wolał uderzać w ton koleżeński, mówiąc mu „chłopcze"

lub po prostu „Arnin". — Byłem sprytny, proszę pana — dodał. — Dentysta 

nie dostał ode mnie tych pieniędzy. Co za pomysł żądać dwu tysięcy lirów za 

wyrwanie zęba już złamanego! Ta pani nie pokazała się już i nie zapłaciła, 

tak mówił ten facet. I ja się nie dziwię.

— Ja ureguluję ten rachunek, komandorze.

zdumienia. Ze wspaniałomyślnego tonu pracodawcy wywnioskował, że owa 

misja sycylijska nie była całkiem chybiona, i w duchu postanowił 

następnym razem przynieść znacznie więcej rachunków.

Aleksander dziwił się również, że komandor mimo wszystko dotarł do 

właściwego dentysty. Wysłał go tam nie żywiąc żadnych złudzeń co do jego 

zdolności. Krab służył po prostu za przynętę i byłby spełnił swoje zadanie, 

nawet gdyby się tylko powałęsał na miejscu. Właściciel oryginału, gdyby 

czatował w Palermo, natychmiast rzuciłby się na starego Kraba, gdyż nikt 

nie odpowiadał lepiej wyobrażeniom cudzoziemców o brytyjskich szpiegach 

jak ta zasuszona postać o dziwacznych oczach, chętna do kupowania 

orzechów na drodze od sycylijskiego debila. Ponieważ Krab powrócił 

bezpiecznie, Palermo można było wykluczyć z gry.

Rachunek od dentysty zapoczątkował ożywioną korespondencję. 

Aleksander przesłał trzy funty w liście, lekceważąc przepisy walutowe, a ta 

hojność wywołała eksplozję nadziei z tamtej strony. Dentysta, który wyrwał 

ząb Kiry, już nie żył, lecz jego rodzina, natchniona trzema banknotami 

funtowymi, obsypała wyrazami czułych uczuć Aleksandra w wymownej 

włoskiej angielszczyźnie. Czy chciałby mieć w Londynie prywatnego 

dentystę, wyłącznie do swojej dyspozycji, który równocześnie mógłby 

prowadzić małą, zyskowną ristorante na tyłach jego wspaniałego domu? 

Gdyby to nie dogadzało jego wielmożności, może wolałby pracowitą 

dziewczynę z Palermo, która pali się do tego, aby gotować obfite posiłki dla 

background image

całej jego rodziny?

Z tych pośpiesznie pisanych listów Aleksander dowiedział się wiele na 

temat zezwoleń, wiz, komunikacji morskiej i niedoli związanych z zawodem 

dentysty, które zacnego ojca wpędziły do grobu. Kira na pewno dobrze się 

teraz bawiła jego kosztem, jeżeli takiej zabawy pragnęła i jeżeli w ogóle gdzieś

istniała. Szpieg zaczyna zawsze od sytuacji niekorzystnej, jeżeli poważnie 

traktuje amatora.

Tymczasem w zainteresowaniach Aleksandra nastąpiło ciekawe 

przesunięcie. Prawie niepostrzeżenie jego szpiegowskie nawyki zamiast na 

Kirze, skoncentrowały się na Dolores,

tak jakby same nawyki potrzebowały takiej właśnie bezsensownej odmiany.

Tłumaczył sobie jak maniak, że skoro Kira szpiegowała na jego niekorzyść

dla kogoś innego i skoro Dolores była zdolna do szpiegowania na niekorzyść 

kogoś innego po prostu na jego prośbę, cała stworzona przez niego 

koncepcja miłości wyizolowanej miała jakąś zasadniczą skazę. Zakładając, 

że odosobnienie trwało chronione przez scenerię, kurtyny i parawany, czy 

naprawdę mogło skutecznie odsunąć rzeczywistość istnienia innych ludzi 

daleko poza swój własny zasięg? Co więcej: czy idealne odosobnienie tego 

rodzaju wykluczało wszelką ciekawość rzeczy, które działy się poza 

zasłonami, tam, gdzie Dolores spędzała większą część swoich dni? Czy jej 

prywatne życie w kręgu ich miłości było czymś wyłącznym, tak wyłącznym, 

że nie miało nic wspólnego z jej życiem prywatnym w domu, w gabinecie 

lekarza, w banku?

Aby się upewnić, że ta doskonała izolacja nie ma pęknięć, musiał wyjść 

na zewnątrz i przyjrzeć się jej prżez te kurtyny i zasłony. Przynajmniej na 

kilka chwil. Chyba nie będzie to zbyt nielojalne wobec Dolores. Nie 

potrzebuje nic wiedzieć o jego eksperymencie, po prostu będzie dalej 

uważała ich odosobnienie za nie naruszone.

Zwykle taka potrzeba zdobycia pewności wypływa w życiu szpiega stąd, że

często musi zdejmować swą maskę teatralną lub wychodzić spoza 

bezpiecznej zasłony celem sprawdzenia, czy maska jeszcze pasuje, a w 

zasłonie nie ma dziur. W czasie każdej takiej próby odsłania się na chwilę, 

co może przypłacić życiem, a jednak niebezpieczeństwo jest najszybszym 

background image

sprawdzianem bezpieczeństwa.

Czy Dolores kłamie? — zapytywał samego siebie. Nie kłamała w łóżku; i 

nie odczuwał u niej fałszu wtedy, gdy ich ciała nie stykały się bezpośrednio. 

Ilekroć decydowała się powiedzieć mu coś o swoim ojcu, o kręgu 

dyplomatycznych nudziarzy lub o swoim synku, brzmiało to szczerze, gdyż 

wypowiedziane było tak bardzo spontanicznie i nieformalnie.

Czyż jednak byłaby równie prawdomówna, gdyby chciał dotknąć jej 

drugiego, prywatnego życia? Ostatecznie udzieliła mu subtelnego ostrzeżenia

na samym początku, gdy ich

iiWmWMW* fi i

W.®

* trarft w »1$ s+HliUl

m

v r t

»fi

tył wic

sNn *’*• '

.•" 

,r

miłość kryła się jeszcze pod płaszczykiem eleganckiego, cynicznego 

romansu. Czy powinien teraz uszanować jej ostrzeżenie, czy też przeciwnie, 

dochodzić, jakie kierowały nią motywy?

Jej mąż, który przypuszczalnie powrócił już do Londynu z la Capital, 

pozostawał dla obojga tabu, co Aleksander uważał za najmniej podejrzaną 

klauzulę w ich cichym porozumieniu. Lecz istniały inne jeszcze, o wiele 

subtelniejsze tabu, ustawione przez Dolores dookoła ich odosobnionej sceny 

jak małe, kulące śię figurki, a on je zaakceptował nie pytając o cel.

Kim na przykład był prawdziwy Terry w życiu Dolores? Owszem, 

Aleksander zastanawiał się nad tym, gdy odwiedzali jego nędzny pokoik, lecz

Dolores wkrótce odwróciła jego uwagę od Terry’ego, bo nigdy już nie 

korzystała z tegopied-a-terre. I jak osoba ze sfery Dolores mogła zawrzeć 

przyjaźń z tak podejrzaną postacią jak Rita, Amazonka od szaf i garderoby? 

Dolores stanowczo unikała rozmów o swoich związkach z tymi ludźmi, nawet

ó Eli i jej mężu, z którym niewątpliwie spotykała się również w swoich 

kręgach oficjalnych.

Nie po raz pierwszy Aleksander stanął wobec alternatywy, że są to 

background image

postacie wymyślone. Może trzeba będzie i to sprawdzić. Co by zrobiła Kira, 

gdyby ją wprost zapytał o jej teatr amatorski poza sceną domową? To 

prawda, nigdy o to nie pytał, bo nie zadawał sobie nawet trudu, aby 

podejrzewać, że jakieś próby jednak odbywały się za sceną w czasie jego 

podróży zagranicznych, a nieraz W czasie jego pobytów w domu.

Lecz to, co Kira mówiła mu niekiedy wprost lub w listownych 

wypracowaniach stylistycznych, niewiele miało wspólnego z jej życiem, które 

teraz poznawał. Może nie zamierzała kłamać; po prostu przekręcała fakty w 

taki sposób, aby pasowały do stworzonego przez nią obrazu ich życia 

małżeńskiego.

I tutaj, właśnie tutaj kryła się podwójna pokusa dla Aleksandra. Skoro 

nie potrafił z całą pewnością określić stosunku Kiry do niego, czy to jako 

męża, czy człowieka obcego, jak mógł bez zastrzeżeń uwierzyć w miłość 

Dolores? Tak wiele dowiedział się o Kirze — zmusił go do tego powiew 

zapachu perfum — i wciąż jeszcze nie widział jasno siebie w stosunku do 

niej. O Dolores nie dowiedział się niczego, gdyż taka

była najbardziej rozsądna cena ich odosobnienia; a więc jak mógł twierdzić, 

że miłość ogarnia jasnowidzeniem wszystkie sekrety w związku dwojga 

ludzi?

Podwójna pokusa dotyczyła więc zarówno Dolores, jak i Kiry. Czemu nie 

miałby użyć zmarłego medium do szpiegowania żywej osoby? Dlaczegóż by 

nie miał skłonić Dolores, aby zrobiła to, co zrobiła lub mogła zrobić Kira? 

Pierwsza próba ze zbieraniem dla niego informacji dowiodła drogą analogii,-

że Dolores może rzucić światło na pewne motywy postępowania Kiry, Kira 

zaś, a raczej jego znajomość Kiry rzucała częściowo światło na samą Dolores.

Aleksander jednak skłonny był ulec tej podwójnej pokusie przede 

wszystkim dlatego, że ukazywała jego własną obsesję w dwóch równoległych 

zwierciadłach, a one z kolei podawały to odbicie coraz dalej, aż wreszcie w 

oddali zostawała tylko plamka, niby czujne oko szpiega, które mrugało do 

niego porozumiewawczo. Teraz wreszcie odkrył szpiegowskie usprawie-

dliwienie dla tej obrzydliwej sytuacji: Dolores kontra Kira! Znalazł się w 

pułapce między dwoma lustrami i nie mógł uciec od mnożonych przez nie 

obrazów, póki jedno nie stłucze drugiego.

background image

Lustra na całym świecie jednoczą się w tej zmowie małpowania, kby 

otumanić i złamać odporność szpiega doskonałego.

Z jej nazwiskiem poszło mu całkiem łatwo. Stał się gorliwym czytelnikiem

najelegantszych, najbarwniej lśniących pism, oglądając zastygłe w 

uśmiechach twarze istot ludzkich, upo- zowanych do fotografii. Uśmiechy 

dyplomatów cechowała wyższość lodu, który otacza butelkę szampana w 

kubełku: miały ochładzać całe życie towarzyskie do-stosownej temperatury, 

podczas gdy dla snobów niższego gatunku przeznaczony był hałas 

strzelających raz po raz korków.

Zastygły uśmiech na twarzy Dolores nie wychodził zbyt korzystnie na 

fotografii. Aleksander odkrył go na stronicy poświęconej kronice 

towarzyskiej, gdzie zdjęcia umieszczono w trzech rzędach, jak na paradzie, z 

podpisami, które rzucały uśmiechom komendę „baczność”.

Dolores stała tam z wysokim kieliszkiem w dłoni, wymieniając uśmiechy z

panami o okazałych zębach, którzy, jak

\ Y

informował tekst, mieli właśnie odjechać do Peru. Była to widocznie radosna

wiadomość, bowiem twarze na fotografii słały uśmiechy we wszystkich 

kierunkach.

Jej mężowskie nazwisko nie było wcale hiszpańskie, tylko francuskie, ale 

dobrze do niej pasowało. Natychmiast zrozumiał, jak dalece to proste 

odkrycie utwierdza jej niezależność. „Dolores de Rouge-Ferrac” brzmiało 

bardzo przekonywająco, samo jednak nazwisko bez imienia zdawało się 

jakąś przybudówką do jej indywidualności, odmiennie umeblowaną i gęsto 

zaludnioną, w której on sam nigdy nie będzie pożądanym gościem. > Señor 

de Rouge-Ferrac był na fotografii ledwie widoczny, gdyż odwracał się tyłem 

do dostojnych gości i pokazywał tylko świecącą łysinę. Ów pogardliwy ruch 

łysej głowy, odwołując się do pamięci Aleksandra, wprawił go w rozterkę, 

niepewność: spotykał dość często panów z Ameryki Łacińskiej o irlandzkich, 

francuskich i niemieckich nazwiskach — jak mógłby nie pamiętać tego 

właśnie, który miał widocznie prawo zachowywać się jak zarozumiały snob? 

Z fragmentu na fotografii Aleksander nie umiał sobie odtworzyć reszty 

twarzy: czy tamten miał wąsy, grube wargi, jakiego koloru oczy?

background image

Niepewność związana z nazwiskiem i z twarzą nie opuszczała Aleksandra 

we śnie i prześladowała go na jawie. Dręczyło go dziecinne pragnienie, by 

usłyszeć nazwisko głośno wymówione przez Dolores lub przez jej męża. Aby 

zaspokoić to pragnienie, trzeba było zadzwonić do niej niespodziewanie, o 

niewłaściwej godzinie. Zrobił to zaraz po śniadaniu. Z początku zdawało' mu 

się, że telefon przyjął służący zwykłym Diga. Milczał więc uparcie, a wówczas

głos rzekł opryskliwie, tym razem po angielsku:

— Mówi hrabia de Rouge-Ferrac.

Aleksander odłożył słuchawkę.

Potem niepewność zaczęła pęcznieć jak balon, w którego wnętrzu głos obijał 

się i skrzypiał. Porównanie z balonem (przesadzone) nasunęła Aleksandrowi 

łysa głowa chwiejąca się groteskowo w jego wyobraźni. Tak niewiele uchwy-

cisz realnego istnienia jej męża — jedna plamka na fotografii i kilka 

dźwięków w słuchawce — a mimo to wyobrażały

one całe żyjące ciało mężczyzny. Tabu oblekało się w kształt cielesny.

Aleksander zmuszał swoje myśli, aby mu ukazywały bez obsłonek, jak 

tych dwoje spało razem, jak dotykały się ich ręce i nogi, 'jak oddychali w 

ciemnościach. Ale czy ona mogłaby teraz naprawdę z nim spać? Nie, Dolores

nigdy by tego nie zrobiła. Tak, ale Dolores de Rouge-Ferrac mogła to robić i 

robi to teraz, i będzie robiła później. Z nogami wyciągniętymi w kierunku 

kamery stworzonej z wątpliwości Aleksandra.

3

Aleksander znów przeglądał ich rozkład godzin i intymną mapkę Londynu

sporządzoną dla Dolores wczesną wiosną. Teraz opracował mapę odwrotną, 

w której znaki wskazujące miejsca i godziny bezpieczne zastąpiły równie 

pedantycznie wykonane kwadraciki i kółeczka wskazujące miejsca niebez-

pieczne — też z pełną aprobatą koloru.

Wyśledzenie logiki pustych miejsc w jej nieregularnym rozkładzie 

tygodnia zajęło mu całe popołudnie: zdawało się, że jest w tym jakiś plan. 

Większość nieregularnych zajęć tym właśnie się charakteryzuje, twierdził 

ojciec Arnina, pykając z tureckiej fajki, i udowadniał, że sprawdza się to w 

pasie śródziemnomorskim, słynnym z konsekwencji słońca i z 

niekonsekwencji człowieka.

background image

Plan Dolores wykazywał, że co drugi dzień o tych samych porach 

rezerwowała dla siebie niezmiennie dwa okresy półgodzinne, choć wszystko 

poza tym się zmieniało. Pierwsze pół godziny wypadało o dziesiątej rano, 

drugie — o piątej po południu. Aleksander nie kwestionował jej prawa do 

zastrzeżenia tych półgodzinek wyłącznie dla siebie i nigdy nie przyszło mu do

głowy, by ingerować w jej prywatne układy. Teraz zaczęły go intrygować nie 

tyle konkretne zastrzeżone godziny, co regularność, z jaką się powtarzały w 

jej drugim — tym jawnym — życiu.

Dolores była zawsze punktualna, co musiał przyznać, a jako pedant także

pochwalić, i strzegła ich wspólnego wolnego

czasu zazdrośnie i sumiennie. W ten sposób chciała oczywiście chronić ich 

odosobnienie przed intruzami nawet takimi tylko, jak nieprzewidziane 

przeszkody spowodowane niepogodą, tłokiem w godzinach szczytu lub 

niestrawnością. Ścisłe przestrzeganie przez nią tych okresów półgodzinnych 

w ciągu wszystkich miesięcy ich obsesyjnej namiętności zdradzało tę samą 

troskliwość i podobne zaangażowanie, które na taką troskliwość zasługiwało.

Wprowadzenie drobnych zakłóceń w jej ustalony' rytm celem zbliżenia się

do tej drugiej sprawy wydawało się nieszkodliwym zabiegiem; Aleksander był

mistrzem w tych sprawach, gdyż nikt nie podejrzewałby takiego pedanta o 

rozmyślne niedbalstwo. Gdyby postanowił spóźnić się o trzy godziny, 

wystarczyłaby byle wymówka, a gdy widział już, jak ludzie niepokoją się 

takim wyłomem w jego nawykach, sprawiało mu to przyjemność. Najłatwiej 

jest zachować reputację pedanta.

Tak więc czasami urywał to dziesięć, to dwadzieścia minut z ich spotkań 

wczesnym popołudniem lub późnym wieczorem czy też komplikował jej jazdę

wybierając kawiarnię przy ruchliwej ulicy lub tak wskazując kierunek, żeby 

nie mogła trafić do stacji benzynowej, kiedy miała przed sobą daleką drogę. 

Takie proste chwyty odznaczały się tą zaletą, że były zarazem i denerwujące, 

i zbyt błahe, by się o nie gniewać.

Po odbyciu serii tych zabiegów wstępnych Aleksander obmyślił plan 

bardziej nękający. Zapragnął spotkania z Dolores w taki dzień i ó takiej 

porze, o jakiej nigdy się nie spotykali.

— A dlaczego nie wtorek, dla odmiany? — spytał, gdy jedli lunch w taniej

background image

cypryjskiej restauracji w Kilburn. — Wtorek ma być dla mnie bardzo 

szczęśliwym dniem według tego, co mówią gwiazdy w tym piśmie. — Pokazał 

jej odpowiednie miejsce w piśmie kobiecym, które kupiła od gazeciarza 

inwalidy.

Dolores odrzuciła włosy do-tyłu; masywne kolczyki błysnęły w świetle 

sączącym się z okna. Tak dobrze poznał ten gest: oznaczał zaprzeczenie bądź

odmowę, lecz wypowiadane po nim słowa wyrażały zwykle tylko łagodne 

zdziwienie.

— Ależ, Aleksandrze — otoczyła jego imię uśmiechem —

według tego pisma, które zostawiłam w domu, może to być dla ciebie bardzo 

nieszczęśliwy dzień. Poza tym poniedziałek jest przed wtorkiem, a^przez 

weekend nagromadzi się we mnie tyle miłości do ciebie! Więc w poniedziałek 

u Eli, zgoda?

Aleksander siedział zwrócony twarzą do strasznego land- szaftu | bardzo 

niebieską zatoką, z żółtą łódką i kępą smętnych cyprysów — wszystko to 

wtłoczone było w boazerię na ścianie. Dziwne, jak malarski banał tego 

rodzaju potrafił przedrzeć się przez jego irytację i wzmóc upór. Poszukał 

wzrokiem natchnienia u cyprysów i powiedział:

— Dobrze. Spotkamy się i w poniedziałek, i we wtorek. We wtorek o piątej

dwadzieścia. Po prostu czuję, że tak chce los zgodnie ze starym zodiakiem.

Dolores znów odrzuciła włosy i jedyną oznaką niezadowolenia był 

rozkołysany błysk kolczyków. Dobre maniery, tak niezawodne, choć 

niewymuszone, nie pozwalały jej zbyt jasno wyrażać nagłej irytacji. Wolała, 

kiedy takie objawy spotykały ją ze strony otoczenia — ludzi i rzeczy; lubiła 

nawet przelotne oznaki złego humbru u Aleksandra i niezmiennie irytującą 

atmosferę tanich lokali, takich jak ten.

Upierała się na przykład, by ich rzadkie wspólne posiłki spożywać w 

cypryjskiej restauracji, gdzie wszyscy kelnerzy widzieli w niej piękną 

wariatkę i gapili się na nią bezczelnie, gdy zajadała szaszłyk pod okropnym 

malowidłem. To takie uczucie, jakby się było kimś innym, tłumaczyła mu: 

może greckim uchodźcą, osobą, która czeka na nielegalny wyjazd do 

Ameryki, a którą on, Alfcksander, ma zaopatrzyć w fałszywe dokumenty w 

zamian za jej cnotę i kolczyki! — No, to bierz moje kolczyki — mówiła na 

background image

zakończenie tej sceny, odpinała je i wymachiwała nimi nad miedzianym 

tygielkiem z kawą po turecku. W tej chwili dotknęła ich tylko, aby sprawdzić,

czy jeszcze są na miejscu.

— No i jak, Dolores? — spytał prawie tak wesoło jak wówczas, gdy 

umawiali się na spotkania na tydzień wcześniej.

— Widzisz, o piątej dwadzieścia byłoby mi trochę trudno.

A we wtorki w mieszkaniu Eli po prostu roi się od mężów, obecnych i 

rozwiedzionych. To dla Eli taki sentymentalny wtorek, kiedy „pani 

pfzyjmuje”, rozumiesz. — Dolores

uśmiechnęła się w nadziei, że jej grzeczną odmowę złagodzi iskra humoru. 

Lecz Aleksander miał przed sobą zachęcający przykład wulgarności na 

ścianie, toteż ponawiał prośbę. Była to straszna nauczka, jak miłość potrafi 

nadużyć dyplomacji.

— Nie chcesz tego dla mnie zrobić, to wszystko! — W przystępie nagłego 

kaprysu grał rolę obrażonego kochanka.

— Nie wolno ci tak mówić, Aleksandrze. — Jej twarz nagle ściągnęła się, 

a usta uwypukliły, co mogło zapowiadać wybuch furii. Przez chwilę ta twarz 

miała w sobie coś jeszcze bardziej indiańskiego niż W momentach 

nabrzmiałego milczenia po akcie miłosnym. — Zrobiłabym dla ciebie 

wszystko! — wyszeptała świadoma, że kelner się na nią gapi. Jej oczy okrył 

cień, zrobiły się głębsze i' smutniejsze, lecz Aleksander unikał ich spojrzenia,

wyobrażał sobie natomiast, jak hrabina de Rouge-Ferrac mogłaby 

sformułować zdanie, które przed chwilą usłyszał. Prawdopodobnie byłoby 

bardziej stonowane, powiedziałaby: „Zrobię, co będę mogła.”

— Przepraszam, nie miałem zamiaru cię obrazić — rzekł po chwili.

— Nikt mnie nie może obrazić, nawet ty. — Był to najchłodniejszy zwrot, 

jaki kiedykolwiek wypowiedziała w jego obecności. A ponieważ znał jej 

nazwisko i zarozumiały głos jej męża, zdanie to wzniosło się aż pod 

poplamiony sufit restauracji i spojrzało na niego z góry. Skłamała z 

arystokratyczym szyderstwem, bo jednak ją obraził.

Potem wypadki potoczyły się szybko, jeden za drugim. Przy pożegnaniu 

Dolores powiedziała, że postara się być wolna we wtorek po południu, ale nie

wcześniej niż o wpół do szóstej. Ponieważ mieszkanie Eli będzie nieosiągalne,

background image

może spróbuje u Terry’ego, ale tylko w ostateczności. Konsekwentnie brała 

pod uwagę jego antypatie, Aleksander zaś wciąż jeszcze przybierał kwaśny 

ton, jak tylko w ich rozmowie pojawiał się Terry.

Gdy spotkali się w poniedziałek, Dolores nie miała jeszcze pewności, jak to 

ostatecznie zorganizuje, i prosiła go, by nazajutrz rano zadzwonił jak zwykle 

dwukrotnie. Jeżeli będzie mogła przyjść, to podnosząc słuchawkę za drugim 

razem odpowie tylko „tak”. Dolores omawiała wszystkie możliwe szcze-

aJ|lttlgjMB»T>i Jma ■*, CaT^ł J .? y>> #% t^R nww* m mmi łM±Ł* Mm*

góły z absolutnym spokojem — nową kawiarnię, którą wybiorą na wtorkowe 

spotkanie, miejsce, w którym zaparkuje, i tak dalej. W tym punkcie 

przeprowadzonej z wyrachowaniem akcji Aleksandrowi nie przypadło do 

gustu jej opanowanie ani też własna nieubłagana przebiegłość. Oboje zaczęli 

kręcić piruety na krawędzi wspólnego odosobnienia.

Gdy zadzwonił po raz drugi, odpowiedziała „tak”. Zgodnie z ustalonym 

planem awaryjnym Dolores miała zaparkować swój wóz z fałszywą tablicą 

rejestracyjną gdzieś między stacją kolejki podziemnej Gloucester Road a 

barem, który wypatrzyli przy placyku na tyłach stacji. Zapowiedziała, że 

będzie tam najwcześniej za kwadrans szósta i nie życzy sobie, żeby się 

włóczył po bocznych uliczkach dzielnicy o wątpliwej reputacji. Jak 

twierdziła, możńa się włóczyć tylko w całkiem przyzwoitej dzielnicy albo w 

całkiem podłej. W innych człowiek wygląda podejrzanie.

Po południu tego dnia, gdy mieli się spotkać, Aleksander zrealizował 

powzięty uprzednio zamysł, którego celem stało się jedno uświęcone pół 

godziny. Wynajął samochód na cały dzień, zaparkował go w cienistym końcu

półkolistej alejki, gdzie jego ekscelencja in spe mieszkał razem z Dolores w 

stanie niewierności małżeńskiej. Przyjechał około czwartej, rozłożył na 

kolanach gazetę i czytał z ręką na kierownicy. Kwadrans po czwartej Dolores

wyszła z domu, wsiadła do samochodu i zapuściła silnik.

Aleksander doznawał podwójnej przyjemności rozpoznania. Oto ona, przy 

kierownicy, wychyla głowę przez okno: jego Dolores i.-Dolores de Rouge-

Ferrac. Która z tych dwóch bardziej go teraz fascynuje? Która z nich 

ostatecznie go przechytrzy, jak to uczyniła Kira?

Jadąc ęa jej samochodem, Aleksander wspomniał uwagę, jaką kiedyś 

background image

zrobiła, o nowoczesnych kochankach wożonych przez zmotoryzowanego 

Kupidyna. Mówiła, jak użytecznym i dyskretnym środkiem lokomocji jest 

samochód; mało komu przyjdzie do głowy zajrzeć do przejeżdżającego 

samochodu. Żaden inny pojazd nie potrafi tak dobrze przenosić sekretu z 

miejsca na miejsce.

Jak na ironię, jej pochwałę sekretów na kółkach można było

ifipil

II ■ f | «w <

KlSImtiwmaS

»1 * +At,+* i

zastosować do samochodu, który prowadził Aleksander. Dolores nie mogła 

zauważyć jego wysoce niedżentelmeńskiego pościgu; gdy przyspieszała ona, 

przyspieszali on, pewny, że nic nie popsuje mu szyków. I ani jeden 

przechodzień nie spojrzał na niego z chodnika! A więc i pod tym względem 

miała rację.

Duży ruch na King’s Road pomagał mu wtopić własny nędzny sekret w 

tysiące innych; jechał za nią do South Kensington, potem z Cromwell Road 

skręcił w cichą boczną ulicę, gdzie ostatecznie zatrzymała się przy budce 

telefonicznej.

Kiedy Dolores wysiadła, zobaczył, jak szuka czegoś w swej dużej torbie, 

po czym przeszła przez jezdnię, obejrzała się i ruszyła dalej bez wahania. Na 

rogu wbiegła szybko po schodach, otworzyła kluczem okratowane drzwi i 

znikła w środku co najmniej na dwadzieścia minut. Aleksander powrócił do 

swej gazety.

Gdy ukazała się zza rogu, dostrzegł wyraźnie jej uśmiech, przybrany na tę

okazję jak makijaż po to, by podziwiać samą siebie. Wrzuciła klucz do 

wielkiej torby i powitała swój samochodzik następnym uśmiechem. Patrząc 

ze swej kryjówki Aleksander kochał ją za te dziecinne minki przed urojoną 

publicznością i nawet świeżo malowana budka telefoniczna zdawała się 

wyrażać aplauz lśniącą czerwienią. Dolores dotknęła jej gestem — znowu — 

ciekawej dziewczynki, żeby zobaczyć, czy jest sucha. Widocznie budka była 

sucha, bo skinęła głową patrząc na swoje palce, po czym szybko wsiadła do 

samochodu.

background image

Aleksander nie mógł się zająć zbadaniem narożnego domu; musiał dalej 

ją śledzić. Jechała teraz bardzo szybko, błyskawicznie mijając skrzyżowania,

co wystawiało na ciężką próbę jego sprawność jako kierowcy. W pewnym 

momencie, na skrzyżowaniu z Queen’s Gate, prawie potrącił doręczyciela z 

poczty jadącego na rowerze, co przypomniało mu Ostrzegawczy rysuneczek 

w odnośniku na zrobionej przez siebie pomysłowej mapce.

Dolores wjechała do parku i zatrzymała się przy kawiarni umajonej, niby 

kwiatami w pełni lata, blaskiem czerwonych i żółtych parasoli. Od jednego 

stolika wstała starsza kobieta

i podeszła do ogrodzenia z chłopczykiem tak uderzającej urody, że każdy 

musiał na niego spojrzeć ze zdumieniem i zachwytem. Chłopiec miał czarne 

włosy i niezwykle długie rzęsy, co podkreślało jego podobieństwo do Dolores.

Z okna samochodu wychyliła się głowa w malutkim bereciku zatkniętym 

na czubku, którą chłopczyk zaczął pokrywać pocałunkami z taką energią, że

i beret, i włosy zdawały się fruwać w powietrzu. Starsza kobieta czekała obok

niczym rozważny anioł stróż w chwili ziemskiego wypoczynku. Następnie 

wszyscy odjechali samochodem.

Aleksandrowi pozostało jeszcze półgodziny wolnego czasu. Zdecydowany 

dalej realizować swój bezecny plan, wrócił do przecznicy Cromwell Road, 

ustawił wóz w miejscu, które Dolores poprzednio wybrała na parking, i 

obserwował dom z okratowanym wejściem.

Na schodach stał jakiś Hindus z podręcznikiem medycyny pod pachą i 

zastanawiał się, czy ma wejść. W szczupłej brązowej dłoni trzymał klucz do 

zatrzasku Yale. Nad wejściem, obok wykonanego ozdobnymi literami napisu 

„lokale do wynajęcia”, wymalowany był niezdarnie większy staroświecki 

klucz. Hinduski student ostatecznie zdecydował się otworzyć; Aleksander 

dojrzał za drzwiami długi ciemny korytarz.

Umyślnie zostawił samochód na wybranym miejscu koło budki 

telefonicznej i poszedł piechotą w kierunku owej dzielnicy o wątpliwej 

reputacji, gdzie stacja Gloucester Road musiała wykopać się z ziemi jak 

zdychający kret. Już z pewnej odległości zobaczył jej samochód, w którym 

odbijał się upierzony neonowym światłem kogut nad wejściem do baru.

Od razu na powitanie zamachała wesoło ręką trzymającą klucz. Była ta,k 

background image

z niego dumna, że prowadząc wóz i mrucząc coś od czasu do czasu, trzymała

go w zębach. Zauważyła z daleka, że jej miejsce do parkowania jest zajęte, 

cisnęła klucz na kolana i wykrzyknęła:

— Co za bezczelność! To najlepsze miejsce tutaj. I ukradł mi je ten stary, 

gruby kupiec. Myślałam, że za mną goni, bo mam takie cudowne włosy, a 

ten podły typ chciał wykorzystać mój genialny węch do parkowania! Bo, 

wiesz, ja naprawdę mam do tego genialny węch.

ffPwnStiMi $ w

aiSi#

Hlftl ml 4.

* V- * -- .il i

l

— Tak, wiem, Dolores.

Wręczyła mu drugi klucz, wyjęty z torby, podała numer domu i numer 

mieszkania na najwyższym piętrze, spytała, czy ma zapałki na wypadek, 

gdyby nie mógł znaleźć kontaktu idąc na górę; potem wysiadła i pocałowała 

go przez okno. !

— Ja pójdę pierwsza, a ty przyjdź w dziesięć minut po mnie i nie zwracaj 

uwagi na postacie Azjatów wpadających i wypadających z ubikacji. Oni są w 

gruncie rzeczy nieśmiali.

Znikła jak dama z instytucji dobroczynnej odwiedzająca podopiecznych: 

Aleksander, bezmyślnie zapatrzony w przestrzeń, uświadomił sobie, że 

zapomniał zamknąć okno w swoim samochodzie; zrobił to po drodze do 

domu z mieszkaniami do wynajęcia.

W godzinę później, kiedy wlewał do jej kieliszka ostatnie krople 

musującego włoskiego wina, zapytał najniewinniej- szym tonem:

— Kim jest ten zacny wyznawca miłości, któremu winienem wdzięczność 

tym razem?

Zabrzmiało to zbyt pokrętnie jak na gust Dolores: nieokreślonym gestem 

wskazała stojącą przed tapczanem szafkę z dykty.

— Chodzi ci o ten pokój?

— Tak, o ten pokój, Dolores.

— Ach, właściwie... — Potrząsnęła włosami i wstała, natychmiast 

background image

wsuwając stopy w pantofle. — Tym razem musimy uszanować tajemnicę i 

skromność wspaniałomyślnego człowieka.

— O, więc to mężczyzna?

— Jeszcze jak, Aleksandrze! — Krążyła po pokoju, porządkując rzeczy. 

Aleksander dobrze wiedział, że chwila nie jest odpowiednia, by powtarzać 

pytanie.

Po drodze do samochodu umieścili butelkę z włoską nalepką we wnętrzu 

świeżo pomalowanej budki telefonicznej. Dolores jak dziecko cieszyła się 

nadzieją, że może natchnie ona następnego użytkownika telefonu do 

wydania czterech pensów na romantyczną rozmowę. Natomiast Aleksander 

myślał

0 wynajętym samochodzie. Postanowił zadzwonić do firmy

1 poprosić o odebranie go z tego miejsca przed północą.

Tej nocy Aleksander spał bardzo, dobrze, rano zaś, po wypiciu zwykłych 

dwóch filiżanek mocnej kawy, poszedł najpierw do swojej szopy, a potem 

pojechał do domu z mieszkaniami do wynajęcia. Na progu stał jakiś inny 

Hindus czekając, aż ustanie deszcz. Nie miał pod pachą książki, lecz 

wspaniałe grube okulary nadawały mu wygląd bardzo pilnego studenta.

Aleksander zadzwonił; deszcz przestał uderzać o liście, pokojówka 

otworzyła drzwi, obrzuciła .go uważnym spojrzeniem i powiedziała;

— Wszystko zajęte. Proszę spróbować w przyszłym tygodniu. Po widzenia.

— Chwileczkę — rzekł stanowczo Aleksander i zerknął przez ramię, czy 

Hindus sobie poszedł. Okazało się, że tak. — Jestem z policji.

Podsunął pokojówce pod nos legitymację biblioteczną w skórzanej 

oprawce i nie po raz pierwszy zdumiał się stwierdziwszy, że dla ogółu ludzi 

właściwy zawodowy gest liczy się bardziej niż dokument. Jednakże, w 

odróżnieniu od policjanta, podał dziewczynie banknot dziesięcioszylingowy. 

Nie zraziła jej ta niekonsekwencja.

— Lepiej, żeby właściciele nie wiedzieli o moich odwiedzinach, rozumie 

panienka.

— Tak, proszę pana.

— No, to chodźmy na górę; porozmawiamy po drodze, panno...

— Peggy Smith, proszę pana. — Zaprowadziła go na pierwsze piętro.

background image

— Ile tu mieszka osób narodowości egipskiej, nie wie pani przypadkiem?

— Nie ma takich, proszę pana.

— Aha. — Szli dalej w milczeniu. — A kto zajmuje te dwa lokale, Peggy? 

— spytał, gdy doszli do najwyższego piętra.

— Numer trzydzieści osiem jest wolny, proszę pana, a trzydzieści 

dziewięć został wynajęty wczoraj... nie, przepraszam pana, przedwczoraj 

wieczorem.

— Przez kogo?

— Zobaczę w książce na dole.

— Proszę zobaczyć. — Wrócili na parter. Dom wydawał się całkiem pusty.

Peggy Smith przyniosła zatłuszczoną czarną książkę i odwróciła parę 

końcowych kartek.

— Pokój wynajął jakiś pan Aleksander Arnin, proszę pana — wyszeptała 

skłaniając głowę poufnym gestem. — Dyrektor spółki akcyjnej, tak tu pisze. 

Zdaje się, że to ktoś przyzwoity.

— Tak, całkiem przyzwoity.

Wychodząc wetknął jej drugi banknot dziesięcioszylingowy za 

niezamierzony komplement.

4

— Niech pan mi powie, komandorze, jaką okazję by pan zaaranżował, żeby 

zgromadzić razem kilka zbzikowanych typów?

— Jak dalece zbzikowanych? — spytał Krab nader rozsądnie; oczy wyłaziły 

mu na wierzch, gdy patrzał na butelkę whisky stojącą obok Aleksandra.

— Naprawdę zbzikowanych, komandorze.

— A ping-pong nie byłby dobry, proszę pana? Wiem z doświadczenia, że 

faceci bez piątej klepki lubią klepać w piłeczkę. — Zachichotał; czerwone 

żyłki nabrzmiały mu złowrogo na nosie i na skroniach. — Klepka klepie, ha, 

ha! — Podkreślił swój dowcip głuchym śmiechem,

— Nie, nie sądzę, aby pociągał ich zbytnio tenis stołowy. — Aleksander 

wyobraził sobie nagle Ritę w spodniach grającą z gołym Terrym i wybuchnął 

śmiechem.

Komandor Pennyworthing uznał to za odgłos towarzyskiej zachęty i 

zręcznie przesunął butelkę bliżej łokcia Aleksandra; teraz najlżejszy ruch mu

background image

o niej przypomni. Rzeczywiście Aleksander zauważył butelkę i poprosił 

Kraba o odkorkowa- nie. Komandor docenił życzliwość tej prośby i w 

mgnieniu oka otworzył i nalał whisky.

— Cieszy mnie, że odzyskałem twoje zaufanie, Arnin — warknął szykując

się do wychylenia trunku. Pod wpływem whi-

ci", -.:-mk »4** *)%»> l ę jP9*ł^^&ł® ^ WHPpSB®Ł»fak Ht*^f )łU''-fw<i*<ik

,

Nj»>

^- ^ _-.__*i r H\ #jP»Vmłi“ pwfyV>~> jAwpp * 4

i"w*K. Mf 41

sky odzyskał słabnącą przytomność umysłu i poprawił się żwawo: — Proszę 

pana.

— Moich typków interesują komplikacje i subtelności- seksu, rozumie 

pan, o co mi chodzi? Na tym tle właśnie są stuknięci, komandorze.

— A może by tak, proszę pana, pasowała tu jakaś okazja mistyczna? — 

Czerwone oblicze Kraba i ręka napełniająca szklankę tchnęły teraz 

egzotyczną mądrością.

— Co takiego, komandorze? — Aleksander wypił trochę whisky, aby 

lepiej pojąć sens dziwnego zestawienia słów w propozycji Pennyworthinga.

— Te typki z Indii, proszę pana, co jedenaście lat — nie tłumaczył, 

dlaczego akurat co jedenaście, a nie na przykład co dziesięć albo trzynaście 

lat — zjawiają się z przesłaniem. Rozmawiałem z setkami takich, proszę 

pana. Mają hy- sia na punkcie miłości, te typy z przesłaniem, potężnego 

hysia!

— No, to niech pan dla mnie zorganizuje tę swoją okazję mistyczną, 

komandorze. I proszę się częstować whisky.

— Dziękuję panu. Jesteś niesłychanie gościnny, mój stary. — Był coraz 

bardziej pijany i czerwony koło uszu. Uszy, zwiędłe i skurczone ze starości, 

wyglądały, jakby lada moment miały odpaść. — Ale wiesz, Arnin — szeptał 

ochryple — muszę mieć osobny fundusz na posiłek w restauracji 

pakistańskiej. Choć ja nie cierpię potraw z curry. Wprost nie znoszę. — Jego 

usta miały wyraz spragniony i drgały kurczowo, póki nie dostał od 

Aleksandra dwóch funtów.

— Zostaw wszystko mnie, Arnin. Nie sprawię rozczarowania, proszę 

pana. Dwa funciaki, bardzo zacnie, stary — bełkotał wstając. — Do 

background image

widzenia, Arnin, proszę pana, do widzenia. — Wyszedł zataczając się.

Komandor Pennyworthing nie sprawił Aleksandrowi rozczarowania. 

Dwudziestego pierwszego czerwca przedstawił krótki zarys swego planu wraz

z załącznikiem. Załącznik okazał się kartą z zaproszeniem, na której kilka 

słów wypisano dużymi literami.

Rozpoczynała się od zdania: „ZOSTAŁEŚ WYBRANY do rozmowy o 

mistycznych tajemnicach miłości z indoaryjskim

Mędrcem Nidag-Nugiem składającym pierwszą wizytę duchową zbłąkanej 

siostrzycy Europie.”

Potem następowały szczegóły bardziej prozaiczne — data i miejsce 

spotkania oraz stanowcze żądanie, aby nie składać mędrcowi żadnych darów

materialnych. To ostatnie, jak wyjaśnił Krab, nadawało całej sprawie 

charakter prawdziwie mistyczny i miłujący. Pod spodem, znów dużymi 

literami, autor tego absurdalnego bełkotu reklamował swą godną zaufania 

pozycję społeczną:

„PRZEWODNICZĄCY I TŁUMACZ KOMANDOR A.P.B. PENNYWORTHING, 

KMRO”

Aleksander zwrócił uwagę na adres i powiedział:

Przecież pana pokój jest za mały na spotkanie.

Właścicielka pensjonatu, który pan był łaskaw dla 

mnie wybrać, ma bawialnię —jak nazywa ten pokój — dużą i bardzo 

uduchowioną. Panie spirytystki, proszę pana, spotykają się tam raz na dwa 

tygodnie z duchami, zwykle z duchami rodzaju męskiego, bo z mojego 

pokoju na pierwszym piętrze słyszę, jak z nimi tańczą. Dobra stara 

muzyczka. Głównie walczyki, proszę pana.

Aleksander chciał jak najszybciej wrócić do spraw zasadniczych. Ogólnie 

biorąc, pochwalił pomysł Kraba, indoaryjskie- go mędrca i wybór bawialni. Z

całą skromnością, pochrząkując z odpowiednią modulacją głosu, komandor 

zwrócił uwagę Aleksandra na mniej oczywiste subtelności swojej akcji.

To jest oparte na formule Gunga Din. Nigdy nie 

zawodzi, Arnin. Próbowałem wiele razy. W całych Indiach także, proszę 

pana... — Chrząknął z szacunkiem.

Co ma do tego Kipling? Nie całkiem pana 

background image

rozumiem, komandorze.

To ty znasz ten wiersz Gunga Din\ stary? Jakież to 

dźwięczne! I długie. Dobrze się czyta w pustych pomieszczeniach. Ta 

londyńska gwara jest oczywiście wulgarna, ale w ogóle... nie majak stary 

Din. Ha ha! — Krab zachichotał i za

tarł pomarszczone dłonie.

— I co dalej, komandorze?

— Czy próbowałeś kiedyś czytać to wstecz?

EKilMig»:J»/» « •

A

 

I

7

I

JV1

H

 aCOk. 

BU

— Nie. Nigdy mi to nie przyszło do głowy.

— Mnie to przyszło do głowy trzydzieści lat temu, Arnin, to jest, proszę 

pana. Podwójnie wstecz — tak to pewnie trzeba nazwać. Czytane nie tylko 

wierszami od ostatniego do pierwszego, to za proste; to odgadnie każdy 

głupiec. Ale czytanie podwójnie wsteczne posuwa się litera po literze, mój 

stary, przez cały wiersz aż do tego piekielnego początku.

— Bardzo to nużące, komandorze.

— Ale jakie skuteczne, proszę pana. Nauczyłem się całego Nidag-Nuga na

pamięć.

— Minutkę, komandorze. Pan wspomniał nazwisko tego Hindusa.

— To ten gość z poematu czytanego podwójnie wstecz.

— Rozumiem.

— Więc tak, proszę pana: uczyłem ludzi tej wersji Penny- worthinga na 

całym świecie i cywilizowanym, i podwójnie zacofanym, ha ha! Dobre, co? 

Nauczyłem tego również paru tubylców w północnych Indiach. Ostatnio tym 

cholerstwem zajęli się jacyś zwariowani filolodzy, jak słyszałem. I nikt nie 

odkrył w nim starego Kiplinga, proszę pana. I nigdy nie odkryje, mój stary! 

Ufajcie ekspertowi od północnych Indii!

— Jakim sppsobem trafił pan do armii indyjskiej? Zawsze uważałem, że 

pan służył w marynarce, komandorze.

—Jako oficer łącznikowy, proszę pana. Dlatego mowa

o marynarce. Indie, Chiny, Wyspy Bahama, proszę pana. Chyba całe życie 

pracowałem w służbach łączności. Nawet ta drobna okazja, którą organizuję 

background image

dla pana, jest na swój sposób łącznością, prawda?

— Tak, komandorze, myślę, że pan ma rację. Ale jak pan zdobędzie 

wcielenie swojego Nidag-Nuga?

— Już go mam, proszę pana. Pamięta pan te dwa funty i tę pakistańską 

restaurację?* Dają to okropne curry, nie znoszę tego! Ale jeden tamtejszy 

kelner, mój znajomy, ma dobrą pamięć, tak jak te typki, które uczyłem w 

północnych Indiach. Poza tym jego wolny dzień wypada w dzień naszego 

spotkania, rozumie pan, o co mi chodzi?

— Owszem, rozumiem — powiedział Aleksander. Nagle

ram

|

» 9 %

»

tu

Ll'| * f

i % Hi*.» \ K

MW '

p f •* if * 4*4 liii i

WmiMbrniA w W »1

t|C) a«*, y .• \v

*"*• '

■MB « Jl m mm j JLikWma-«

zapragnął, aby Krab miał o trzydzieści lat mniej i mógł dotrzymywać mu 

towarzystwa w tych niewesołych miejscowościach między Andami i Zatoką 

Meksykańską. Po czym potulnie wypłacił komandorowi kilka funtów zaliczki 

na wypożyczenie munduru oficera marynarki z odpowiedniej instytucji.

Zaproszenia, wydrukowane ża drogie pieniądze, Aleksander sam wrzucił 

do skrzynek w trzech mieszkaniach, które odwiedzali z Dolores. Ponieważ 

nie znał nazwisk ich właścicieli, wykorzystał swoją niewiedzę dla 

dodatkowego efektu mistycznego. Zaproszenia były skierowane do Eli, Rity i 

Terry’ego, a każda koperta wydzielała nieco stęchłą woń orientalną.

I przyszli wszyscy, trzydziestego czerwca wieczorem, a więc istnieli 

naprawdę, nie tylko jako obsesyjne wytwory wyobraźni. Przez cienką 

spirytystyczną zasłonę, dzielącą wnętrze bawialni duchów na równe części, 

Aleksander obserwował, jak wchodzą. Niektóre miejsca pozajmowali już 

background image

ludzie Nidag- -Nuga, zwerbowani przez Kraba z kuchennych podziemi tej 

samej restauracji za opłatą kilku szylingów od osoby. Krab namówił ich, aby 

uprali swoje turbany na tę wielką okazję.

Nidag-Nug, ów utalentowany kelner, siedział jeszcze na górze w pokoju 

komandora przepowiadając sobie podwójnie wsteczny tekst, podzielony na 

fragmenty nierównej długości, który miał służyć za mistyczne komentarze.

Aleksander bez trudu rozpoznał pierwszego gościa honorowego. Był on 

najoczywiściej nudystą w przebraniu: spodnie źle na nim leżały, kołnierzyk 

był za luźny, krawat przekrzywiony; co do sandałów, tó więcej zawierały 

dziur i szpar niż skóry, może dla pokazania nagości wypielęgnowanych stóp 

Terry’- ego. Rzuciwszy okiem na fotografię właścicielki pensjonatu, 

zawieszoną przy drzwiach, Terry skierował się prosto w stronę najmłodszego 

eksperta od curry, siedzącego w pierwszym rzędzie, usiadł za nim i wbił 

wzrok w jego nieczuły turban. -

Pewna myśl napełniała Aleksandra niepokojem, mianowicie, że może tych

troje doskonale się zna, a Dolores mogła kultywować tę znajomość uważając 

ich za zwariowaną paczkę. Czekał na przybycie następnej osoby lekko 

zdenerwowany. Przybycie okazało się „podwójne”, co Krab mógłby

skwitować znaczącym „ha ha”, ponieważ Ela przyprowadziła ze sobą swego 

idealnego kochanka.

Była to uderzająca, bardzo malownicza para; ich widok na pewno 

poruszyłby senną publiczność music-hallu.w prowincjonalnym mieście. Ela 

wyglądała jak tropikalny ptak na cienkich, lecz ładnych nóżkach, bardzo 

zwinna r kolorowa,

0 zgrabnych, smukłych biodrach, które jakoś w sposób naturalny domagały 

się ustrojenia w otoczkę z piór.

Właściwie nie szła z Edmundem, tylko trzepotała się koło niego jak 

ćwierkające stworzonko z leśnej klatki, a on posuwał się kaczym krokiem, z 

obojętnością powolnego zwierzęcia, niepomny na Elę i wszystko inne w tej 

bawialni. Prawdopodobnie nie wiedział, gdzie się znajduje, po co przyszedł, a

już na pewno nie słuchał tego, co do niego sepleniła szybko Ela po 

portugalsku.

Edmundo przypominał zmęczonego aligatora, który wyciągnięty z 

background image

wygodnego błota tęskni, aby tam wrócić. Spoglądając mu w oczy, gdy pełznął

obok, nie można się było powstrzymać od ziewania, bo jego ociężałe szare 

powieki to podnosiły się, to opadały, odsłaniając bezbarwne soczewki tylko 

na krótką chwilę.

A jednak roztaczał jakiś niesamowity urok podkreślony przez zbyt obcisły

garnitur. Atletyczne pośladki rozsadzały spodnie, ramiona niby ogromny 

wieszak na ubrania podtrzymywały watowanie, klatka piersiowa zapraszała, 

by wymierzyć w nią cios pięścią. Edmundo był południowoamerykańskim 

ideałem męskości. Wrażliwy Terry od razu wyczuł jego obecność w pokoju. 

Przestał się interesować nieczułym turbanem i starał się, jak mógł, 

przyciągnąć Edmunda do swojego rzędu. Czy to wskutek dusznej atmosfery, 

czy też ptasich podrygów Eli, Edmundo zareagował zbyt szybko

1

opadł na krzesło dwa rzędy za Terrym.

Natychmiast w Terrym odezwał się ekshibicjonista: zaczął się kręcić, 

podrywać z krzesła i swą opaloną twarz w nieokreślonym wieku odwracać do

tyłu, w stronę egzotycznego brutala więzionego przez tę wstrętną małą 

kurewkę.

Pięć minut przed zapowiedzianym mistycznym pojawieniem się Nidag-

Nuga ostatnia osoba z obsady aktorskiej otaczającej

!BV!Vv<ln<

|j| ¿ u i|f> WJ

o' i i. v \1#* f fv %i> 

X

| k^% ^1 ®

- - ¿ ‘ .. -•'■ j ■i„ '•- -•-

I

i|i?

t* tUiii

t

:

ę*

Dolores wetknęła do bawialni czerwonorudą głowę. Jej włosy miały tak 

intensywną barwę, że w świetle elektrycznym zdawały się płonąć. Jednakże, 

choć ta żywa czerwień odejmowała jej lat, pionowe bruzdy wokół ust na 

powrót ich dodawały, sugerując zbliżanie się do okrutnej pięćdziesiątki.

Gdyby Aleksander łatwo ulegał wstrząsom, na pewno doznałby teraz 

szoku widząc, jak wślizguje się do pokoju żmijowatym ruchem. Oczywiście 

background image

była to Rita, przybyła wprost z krainy obrazów Salvadora Dali, różowej 

wanny i „praktycznej garderoby dla dziewcząt”. Jako żywa marionetka 

Dolores, Rita potwierdziłaby tylko swoje istnienie w oczach Aleksandra, ale 

jako osoba zwana przez Kirę panną Ladacznicą Szkarłatną, potwierdzała 

jeszcze jeden wątek, a ewentualne rozgałęzienia, jakie mogły się rozwinąć, 

mogłyby uwikłać nie tylko jego samego, lecz również Dolores i jej męża.

Tak, nie ulegało wątpliwości. To ona stała tam na środku bawialni, 

krótkowzroczna, ruda jak wiewiórka, łapczywie wypatrując, jaka nowa 

bombonierka seksualnych rewelacji otworzy się nagle tuż przed nią. Kira 

nigdy nie mówiła o niej Rita; podsumowała jej osobowość w przezwisku, a na

temat panny Ladacznicy Szkarłatnej Aleksander wiedział nie więcej niż 

siostra Thompson na temat pani Antyk i innych pań odwiedzających Kirę.

Kira plotkowała o niej z Aleksandrem, ponieważ to leżało w jej stylu 

przekomarzania się z mężczyznami, a choć był jej mężem, był również 

mężczyzną, i to przystojniejszym (co musiała przyznać) od każdego z tych, 

których potrafiłaby złapać w razie nagłej potrzeby. Szczególne zaintereso-

wanie Kiry tą jej rudą przyjaciółką cechował niezwyczajny posmak erotyczny:

panna Ladacznica Szkarłatna miała podobno uczyć ją emisji głosu, lecz 

zamiast tego stała się jej adoratorką i rysowała Kirę melancholijną w łóżku, 

Kirę zadumaną z ręcznikiem w wannie i akt Kiry w pozie niezdecydowania.

— Ali, mój najdroższy Ali — szczebiotała z cierpliwie przedłużanym 

spojrzeniem, które mówiło: „a może uwiedziesz mnie teraz?” — panna 

Ladacznica Szkarłatna podarowała mi

k

, - ■ - ■■■ . 

;

-r

nową serię swoich fotografii, „ta Czerwona”, tym razem w bardzo kuszących 

pozach. Czy chciałbyś je obejrzeć? Są dosyć zabawne. Zwłaszcza te w 

kostiumach teatralnych; takie drobne frywolnościs popatrz...

Aleksander przejrzał kilka z nich, głównie te rozebrane, i nawet zrobił 

grzeczną uwagę na temat delikatnej budowy jej kolan. Lecz poza plotkami 

nie dostąpił przyjemności spotkania fotogenicznej pani twarzą w twarz. Kira 

trzymała ją na łańcuszku, na użytek Kiry — najwyższej kapłanki — i tylko 

od czasu do czasu mówiła Aleksandrowi:

background image

— Ali, najdroższy, muszę mieć w sobie coś z niegodziwego mężczyzny. 

Biedna, biedna kobieta, ona jest we mnie tak szaleńczo zakochana. Co ja 

mam robić, Ali najdroższy?

M

L

Pokaz Nidag-Nuga miał się zacząć niebawem i Aleksander pobiegł na 

górę, aby dołączyć swój własny pomysł do programu komandora. Ten nagły 

pomysł wiązał się z osobą panny Ladacznicy Szkarłatnej. Pakistańscy 

kucharze i pomywacze zaczęli zgodnie klaskać, gdy przed kurtyną pojawił się

Krab w wypożyczonym mundurze oficera marynarki, zapowiadając mistyka 

indoaryjskiego w taki sposób, jakby dopiero przed chwilą się 

zmaterializował, wypuszczony z gardła medium. Cztery rzędy wstążeczek na 

piersiach Kraba sugerowały, że przemierzył cały świat w pogoni za sławą, a 

ilekroć uderzał się właśnie w to miejsce dla wzmocnienia retorycznego 

pytania, wszystkie turbany potakiwały i aprobatą. Była to mętna mowa o 

zbłąkanej siostrzycy Europie i o specjalnym świetle płynącym z Azji, o 

głoszonej przez Nidag-Nuga subli- macji poprzez seks i o jego intuicyjnym 

wyborze tych, którzy mieli zostać oświeceni na starożytnych wyspach 

Wielkiej Brytanii. Zapowiedział, że mistyczny gość będzie tylko odpowiadał 

na pytania w swoim własnym świętym dialekcie, który komandor 

Pennyworthing ma nadzieję trafnie przetłumaczyć.

Edmundo pozostawał niewzruszony; widocznie nie miał wygórowanej 

opinii o aparycji indoaryjskiego kelnera. Spod opuszczonych sennych powiek

obserwował Terry'ego, kręcącego się na krześle jak chłopiec z przepełnionym 

pęcherzem.

tą#'

SwH

1 lL^JW 11* ,

f 1% A A * f ftpm

1

Terry chciał zrobić wrażenie na Edmundzie, więc zadał pierwsze pytanie.

—_______________________________Czy Nidag-Nug byłby tak uprzejmy 

Toświecił mnie —zaczął piskliwym głosem — czy zdecydowana orientacja 

seksualna może ulec przestawieniu z pomocą mistycznego impulsu?

Ostatnie słowo wymówił prawie arogancko, lecz zakończył cieńszym 

głosikiem: — Mam nadzieję, że wyrażam się jasno.

background image

Krab skinął głową z powagą i wyrecytował ostatnie trzy linijki Gunga 

Dina podwójnie wstecz, na co kelner odpowiedział natychmiast podwójnie 

wsteczną wersją fragmentu opisującego śmierć Dina.

— Nie — powiedział Krab zwykłą angielszczyzną. — Nidag-Nug nie 

zezwala na żadne przestawianie, ani mistyczne, ani indoaryjskie. On mówi: 

„Zostań tam, gdzie jesteś.”

Terry był bardzo zadowolony; mrugnął do Edmunda wybitnie 

nudystycznie, lecz aligator w ludzkim ciele miał oczy szczelnie zamknięte.

Nastawiony podejrzliwie Aleksander był pewny, że Dolores musiała kiedyś

podjąć próbę udzielenia Terry’emu pomocy, gdy ogarnęło go nagle 

przewrotne pragnienie, aby się stać normalnym. Dogodną analogię znalazł 

Aleksander w przykładzie Kiry i młodego Maurice’a. A Rita była dodatkowym

ogniwem.

Teraz zadawała pytanie Ela; jej taftowa suknia szykownie szeleściła i 

połyskiwała. Ponieważ jednak Ela częściowo wyłożyła je łamaną 

angielszczyzną, a częściowo terkocząc szybko po portugalsku, ani Nidag-

Nug, ani jego tłumacz nie potrafili rozwiać jej wątpliwości. Klaka 

pakistańska zaszemrała zgodnym chórem z podziwu dla egzotycznej damy i 

to musiało wystarczyć za odpowiedź. Ela, zawiedziona i zdetonowana, 

zwróciła się do Edmunda po pociechę, jednakże znużony aligator. spał 

twardo. Aleksander podglądał salę przez szparę między fałdami zasłony.

Na ostatek pozostawała pułapka zastawiona przez Aleksandra na Ritę. 

Musiał zdobyć absolutną pewność, że jest to ta sama kobieta, która kochała 

je obie — Kirę i Dolores — i kokietowała swoimi fotografiami i kostiumami.

Pułapka okazała się skuteczna: Rita rzeczywiście zadała

pytanie, w niewinny sposób próbując po prostu uzyskać od Nidag-Nuga 

błogosławieństwo wyłącznie dla siebie samej. Stary Krab dobrze pamiętał 

instrukcję; szepnął parę słów podwójnie wprost do ucha kelnera, kelner zaś 

wyciągnął kościste ramiona, wymamrotał coś niedosłyszalnie, a potem 

wykrzyknął dwa razy:

— Ki-ra! Ki-ra!

Edmundo obudził się, Ela wybuchnęła płaczem, a panna Ladacznica 

Szkarłatna padła między krzesła nieprzytomna. Turbany skłoniły się w jej 

background image

stronę z mistycznym zdumieniem, ale Rita bardzo szybko przyszła do siebie, 

podniosła się z podłogi bez niczyjej pomocy, podciągnęła spódnicę i puściła 

się pędem do Nidag-Nuga.

Wystraszony kelner próbował się skryć za zasłoną spirytystyczną, lecz Rita 

zdążyła jeszcze ucałować jego lewy but.

5

Aleksander dał sobie dorobić nowy klucz na swój użytek. Ostatecznie 

pragnieniem Dolores było, aby miał własny zestaw kluczy do mieszkań, 

które im wypożyczano i powierzano z zaufaniem. Kiedy pożyczał od niej 

klucz do pracowni Rity, żeby dorobić własny, Dolores pochlebił ten powrót 

do pedantycznych zwyczajów i obdarzyła go w podzięce bukietem świeżych 

uśmiechów.

W tym kluczu widziała znak określający ich status quo — wszystkie 

potajemne przyjemności za zamkniętymi drzwiami i wyłączne prawo do 

otwierania ich, kiedy sami zechcą. Od tej pory będzie równie dyskretny jak 

przedtem. Nie grożą jej pytania i naruszanie tabu.

Powitawszy z ulgą tę zmianę w jego postępowaniu, Dolores wydobyła z 

ukrycia swoje ulubione marionetki, aby uczcić okazję.

— Edmundo się żeni — oznajmiła.

— Z Elą?

— Nie, skądże znowu. Z jakąś żoną.

— Rozumiem — powiedział Aleksander.

ISl

i j ; \ \ V \ \ W i Bi

■'”[ r I v

I

-

:

i*

9

 f:Wf $

1

 • - ' ] '

* »C*- *

' » a £

:

~ - * - ' ■* " '

Rozumiał to rzeczywiście i widział w wyobraźni wspomaganej 

wspomnieniem prawdziwej Eli i jej sennego kochanka w bawialni, wśród 

pobożnej kongregacji krzeseł. Wyobrażał sobie, jak czekają, aż Nidag-Nug 

przyprowadzi żonę dla Edmunda, a Krab ma na sobie wypożyczoną sutannę 

z szarfą. Ta groteskowa scena pierzchła na dźwięk pytania Dolores:

— Aleksandrze, czy w poniedziałek idziemy do mieszkania Rity?

background image

— Tak, w nasz zwykły poniedziałek.

Choć to zdanie tchnęło nudą, ton głosu napawał ją zaufaniem, a zwrot „w

nasz zwykły poniedziałek” sprawił jej przyjemność.

Jednakże w poniedziałek zadzwonił dwukrotnie o jedenastej, a następnie 

pojechał taksówką do baru kawowego przy High Street Kensington; Dolores 

już na niego czekała. Przyjechała wcześniej. Aleksander wyjaśnił, żę ma do 

załatwienia pilny interes, więc ich zwykły poniedziałek przepadnie. Dolores 

nie pytała, co to za interes, zauważyła tylko mimochodem:

—Rity nie ma w mieście. Nie będę mogła jej zawiadomić

o zmianie planów.

— Nie potrzebuje wiedzieć — odparł Aleksander. — Zresztą będziemy tam

obecni duchem.

Dolores uśmiechnęła się, lecz jej rzęsy rzucały lekki cień, który drżał na 

brzeżkach.

O drugiej godzinie Aleksander wszedł do mieszkania Rity. Zasłony były 

zaciągnięte, więc je odsunął na bok i otworzył olbrzymie okno, wpuszczając 

do środka słońce i hałas uliczny. Nad różową wanną uniósł się most światła 

i dosięgnął szafy. Inny promień odbił się od lustra i padł na zawieszony na 

ścianie telefon. Jego ciemna powierzchnia zabłysła.

Wśród całej tej jasności Aleksander optymistycznie oceniał perspektywę 

poszukiwań. Ostatecznie kobiety nie przechytrzyły go tak całkiem. Jeżeli 

Rita zachowała jakąś bazgraninę Kiry, musiał ją znaleźć w którejś szufladzie.

Ponieważ szafa stanowiła największą chlubę Rity, na szuflady musiał 

również spadać ten zaszczyt i niewątpliwie strzegły one sekretów Amazonek. 

Wyciągnął środkową, koło rzędu

i %

'%*%'# Uyl

| ■* fił.il*iT^|

41^11-

A

»""'’

sukien na wieszakach. Była ciężka od taniej biżuterii, mosiężnych 

napierśników i owłosionych masek.

Łoskot autobusów za oknem zagłuszał odgłosy towarzyszące jego 

poszukiwaniom: nie słyszał zgrzytu klucza w zamku i nie zauważył, jak 

background image

weszła. Nagle jego zaabsorbowanie przerwał głośny okrzyk:

. — Mężczyzna w mojej szafie! Jak pan śmie!

Aleksander odwrócił się.

— Kim pan jest? Wcale się nie boję pańskiego rewolweru! Proszę go 

odłożyć i odpowiadać na pytania.

Aleksander poznał jej głos i rude włosy lśniące w słońcu czerwienią. Przez

długą chwilę zachowywał milczenie, potem, widząc, że kobieta dygocze ze 

strachu, powiedział tonem bardzo przyjaznym:

— Czekam na Dolores. Te pani stroje tutaj... rozumie pani... ja...

— Ależ pan jest mężczyzną!

Zamiast odpowiedzi patrzył zbity z tropu.

— Dolores nigdy by tu nie przyszła z mężczyzną! — krzyczała Rita. — 

Obiecała mi! Tak, obiecała mi! Pan kłamie. Ona ma przyjaciółkę, kobietę. 

Wiem o niej wszystko. A pan jest wstrętnym kłamcą! — Mówiąc to jeszcze się

trzęsła: zmarszczki dokoła ust poruszały się i ściągały. Na żółtawych zębach 

widniały ślady rozmazanej szminki.

— Bardzo przepraszam... — wyjąkał wreszcie. — Czy mogę teraz odejść, 

proszę pani?

— Jak pan śmie! Ty obmierzły, zdeprawowany mężczyzno! — Rita 

postąpiła do przodu, potem szybko cofnęła się ku drzwiom. Światło odbite od

lustra na chwilę ją oślepiło. Cofnęła się jeszcze o krok i dysząc oparła o 

drzwi.

Potem próbowała coś wyjąć z torebki, lecz torebka wypadła z drżących 

palców. Drobne przedmioty rozsypały się u jej stóp.

Aleksander dostrzegł niebieski flakonik niezwykłego kształtu. Podniósł go 

mimo jej protestów i odczytał pod znakiem firmowym nazwę Korynt. To 

odkrycie również jej odebrało mowę. Wyrwała mu z ręki flakonik i z typowo 

kobiecą genialną niekonsekwencją dramatycznych gestów skropiła sobie

i

 ^ 4¿ «jS > śt-pffll

J

L

M

^ N *' 1*5^' *V » » i <*"' ¿jstit *+■% My^y^

; \ -•: a?>ą

M m&á

background image

li

r»" »^KfKSkllS 

v

 J ^ J -^-»'-rr*

^ ^łA* " 

,Vk

 ^i $tj [¿¿A.W^!tf<& IMrl

TT^ rvíIvfji^W' 'Łvfc,>Łl H,ł 4# V%# t MMM^

, y iV

tiH ¿V* ÍKMN?l!WWV

I

twarz perfumami. Ciągle jeszcze trzęsła się na całym wątłym ciele, co, rzecz 

dziwna, rozsiewało dookoła zapach falami. Może czuła w tym jakąś ochronę.

— Kim pan jest? — Zbierało jej się na płacz, duże zęby sżczę- kały.

Aleksander zignorował pytanie, odepchnął ją brutalnie i otworzył drzwi. 

Odór smażonej cebuli na schodach zmieszał się ze wspomnieniem jej 

perfum. Połączenie tych dwóch zapachów prześladowało go aż do mdłości 

przez całe popołudnie.

Idąc do Hampstead piechotą Aleksander myślał intensywnie. Oto 

opóźniony wynik autopsji najdziwniejszego zespołu, jaki kiedykolwiek 

stworzyły trzy maniaczki, a on, szpieg na urlopie, wystrychnięty na dudka, 

odziedziczył ten trójkąt, tę plątaninę tajemnic, mdlący zapach stęchłych 

perfum, to wszystko! Znów przypomniał sobie jedną prostą rodzicielską radę 

z okresu terminowania w zawodzie: Arnin senior udzielił jej po to, by 

Aleksander zastanowił się nad nią po wielu latach.

— Mój chłopcze — powiedział ojciec. — Wszyscy ludzie żyją osobno, więc 

nie lekceważ tycb podejrzanych osobników, którzy na pozór egzystują 

oddzieleni duchowo jeden od drugiego o setki kilometrów. Spróbuj przebyć te

setki duchowych kilometrów, a przekonasz się na końcu, że ci ludzie 

pozornie obcy mają ze sobą coś wspólnego. Czasem naprawdę bardzo dużo. 

— Po takich słowach wyroczni dym z jego fajki zawsze unosił się w górę, 

zamykając cytat zgrabnym kółkiem.

Jeżeli Kira przekazała za pośrednictwem Rity informacje Dolores,'a 

Dolores de Rouge-Ferrac ofiarowała je swemu mężowi w prezencie ną 

'urodziny, to on, Arnin junior, był największym sentymentalnym głupcem, 

jaki kiedykolwiek wpadł w sidła Kupidyna podczas szpiegowskiego urlopu. 

Poza tym, jeśli takie rzeczy mogły się zdarzać, to oczywiście jego profesja nie 

background image

ma przed sobą przyszłości, jak to już przepowiedział stary Krab w 

alkoholowym transie.

Myśląc szybko Aleksander jakoś odsunął na bok gniew. Nie chciał urządzać 

Dolores sceny w stylu południowoamerykańskim. Po prostu zamierzał 

powiedzieć jej prawdę, jego własną prawdę o niej. I sądził, że dałaby mu 

pierwszy egzemplarz

sprawozdania Kiry, gdyby jeszcze miała do niego dostęp. Lecz jednej sytuacji

pragnął uniknąć za wszelką cenę: znalezienia się twarzą w twarz z Dolores, 

kiedy będzie prawdę poddawał tej próbie przed ostatecznym zapadnięciem 

kurtyny.

W domu odpoczywał godzinę. Z nogami na stole, jak na amerykańskich 

filmach, popijał brandy i czytał „Timesa”. Ten czcigodny dziennik wymagał 

pełnej oprawy: brandy, nóg na stole i zawodu w karierze i'w miłości. 

Jednakże jego lektura, jak się okazało, była warta więcej, niż Aleksander 

przypuszczał.

Wśród, wiadomości kroniki towarzyskiej znalazł wzmiankę

o przyjęciu pożegnalnym na cześć profesora z Ameryki Środkowej, który 

ukończył tournee z wykładami na temat języka poetyckiego Rubćna Dario. 

Drugie przyjęcie miało się odbyć dla brytyjskich wielbicieli zarówno Rubćna 

Dario, jak i odjeżdżającego profesora. Aleksandrowi wpadło w oczy druko-

wane maczkiem nazwisko gospodarza przyjęcia: El Conde de Rouge-Ferrac. 

Dogodnie dla niego, to spotkanie entuzjastów kultury miało się rozpocząć za 

trzy godziny, o dziewiątej trzydzieści.

Poszedł do szopy, gdzie trzymał swoje półprofesjonalne rekwizyty, 

wzruszył ramionami na widok napisu Kiry „Strzeż się szpiega” i wybrał ze 

stosu zaproszeń sześć najczyściejszych kart, takich ze złotymi literami. Z 

biblioteki wziął jednotomowe wydanie Rubćna Dario Obras poéticas; z 

sypialni — staroświecki smoking; odprasował spodnie, które bardzo tego 

potrzebowały.

Wdzieranie się na przyjęcie bez zaproszenia to sport młodzieżowy. 

Nieuchronnie nadweręża on dobre obyczaje i prowadzi wprost do 

niegościnnego nawyku urządzania przyjęć składkowych, na których 

gospodarz dokłada sprytnie tylko jedną — i to pustą — butelkę. Aleksander 

background image

ubolewał nad tym, co robi, ale przeprowadził to po mistrzowsku. Zachował 

się dokładnie tak jak nieśmiały specjalista lub bardzo nieokrzesany poeta, 

manewrował sześcioma zaproszeniami przed oczyma najbardziej zajętych 

służących, a gdy nazwano go profesorem doktorem jakimś tam, bezpiecznie 

dotarł do drzwi.

Dolores dostrzegła go natychmiast i zbladła. Stała w oto-

fYfc^aŁJ^Łl. g|w4

wwp^^Wwwm

^ V ® ^ ^ ^ ™ ^ • \l. ^ ** <L f

■» -j’ ' r-JŁ ■# V </

;

A, ^ł

i,(

/

v

.‘‘^'*< ■

?fcm5l|y j

,5A»*

W

<

iS£»l£t§f fitf

fi^BstlSa

mmm

czeniu czterech uczonych miłośników poezji, którzy zanudzali ją pochwałami

estetycznych osiągnięć poety, zamiast chwalić poezję wypisaną na jej twarzy.

El Conde zabawiał większe towarzystwo; Aleksander poznał go po łysinie 

zakończonej tuż za uszami dwoma pęczkami kręconych włosów.

Dolores przeprosiła panów, przechodząc obok kelnera wzięła z tacy 

kieliszek i podała go Aleksandrowi.

Panie profesorze — powiedziała — pan chciał obejrzeć autografy Rubena

Dario, które kolekcjonuje mój mąż. Przypomina pan sobie naturalnie ten 

zeszyt szkolny Daria z poprawkami nauczyciela, jeśli się nie mylę, Polaka na 

wygnaniu.

— Tak, ma pani zupełną rację, madame. Jego nauczyciel był Polakiem.

Przeszli do małej biblioteki oświetlonej tylko jedną lampą stojącą na biurku.

— Co się stało, Aleksandrze? — wyszeptała sięgając na półkę po oprawne w

skórę pudełko.

— Wiem wszystko o tobie i o Ricie, i o twoich stosunkach z Terrym. Ale co 

mnie interesuje znacznie bardziej, to sposób, w jaki mnie wykorzystałaś 

niezależnie od naszej miłości.

— To wspaniałomyślnie z twojej strony, że wspominasz naszą miłość po 

takich oskarżeniach.

— Ofiarowuję ci prawdę o tobie, to wszystko.

background image

W takim razie jesteś szalony i równie nieodpowiedzialny jak większość 

moich przyjaciół — odpowiedziała i podała mu pudełko, które otworzył z 

roztargnieniem. W środku były rękopisy.

— Chcę usłyszeć od ciebie potwierdzenie, Dolores.

— I na cóż by ci się przydało? Potwierdzenie, skąd ta potrzeba 

potwierdzenia? Odtąd nigdy już nie będziesz mnie pewny.

Gdy to mówiła, Aleksander pomyślał o swoich dawnych stosunkach z 

Kirą i o tym, jak go teraz pochłonęły. Czy będzie kiedyś pewny jakiejś 

prawdy ważnej dla nich obojga — dla niego i dla Kiry?

— Może trzeba mnie przedstawić twojemu mężowi, Dolores. Jakie podasz

nazwisko?

— Twoje prawdziwe nazwisko, oczywiście. Przecież je

Ihl

6

Rf**rT3k »V>J

MMWM

 * ^*

K

 4*f V*¥? *«*4* Łfi ¿i

■ — Tak, wiem, że je znasz.

— Ja się nazywam de Rouge-Ferrac. Ale przecież to głupie z mojej strony. 

Nie przyszedłbyś tutaj, gdybyś go nie znał.

— To prawda, Dolores.

— I dziś odczarowałeś urok, odwiedzając mnie w domu.

— Ależ ja cię tutaj poznałem pięć miesięcy temu.

— To było co innego, Aleksandrze. Wtedy nie byłeś we mnie zakochany. I to

ja cię wybrałam, pamiętasz?

— Dlaczego mnie wybrałaś, Dolores?

— Bo byłam przekonana, że nigdy byś mnie nie szpiegował.

Szpiegowałem kogoś innego, Dolores. Ty zostałaś w to zamieszana na 

samym końcu. Szkoda.

— Szkoda, że nie jesteś mnie pewny.

Oboje zamilkli na kilka minut patrząc na rękopisy.

— Powiedz mi, Dolores, co robisz zwykle o dziesiątej rano?

Co drugi dzień piszę o dziesiątej listy. Tylko przez pół godziny. W 

ostatnich miesiącach pisałam głównie do ciebie, różne warianty listów 

miłosnych, no, wiesz. I wszystkie darłam. Zona Cezara nie powinna 

zostawiać w szufladach niedyskretnych dokumentów, wiesz o tym.

background image

W tym momencie' wszedł Cezar i panowie zostali sobie formalnie 

przedstawieni. Gdy hrabia de Rouge-Ferrac wyciągnął rękę, Aleksander 

zauważył, jak mocno jest owłosiona na przegubie. Już sam ten szczegół 

fizyczny był dla Aleksandra zapowiedzią, że odtąd mimo wszystko ich 

cudzołożnej miłości towarzyszyć będzie stały partner Dolores.

Ręka owłosiona pobudziła do akcji rękę umarłą. Następnego dnia 

Aleksander otrzymał drugą pocztówkę z rysunkiem byczka i kwiatu. Kartka 

przyszła z Sycylii i tym razem przerwała jego odosobnienie.

yąk

I

H

 I

W

*

uąl&Pif)!

'lllrP*<wS

WH| I

Dolores z nim nie zerwała. Spotykali się jak przedtem u Eli, a nawet w 

mieszkaniu Terry’ego lub też czasami w lokaliku, który wynajęła na jego 

nazwisko. Lecz nie rozmawiali już o Eli, Edmundzie i Terrym, podczas gdy 

Rita, z przyczyn oczywistych, stała się nowym tabu. W zamian Aleksander 

odstawił Kraba do magazynu swego teatrzyku.

Natomiast prawdziwy Krab, komandor Pennyworthing KMRO, odżył i 

zdradzał wszelkie oznaki odmłodzenia. Wyglądał na lat sześćdziesiąt i do 

tylu się przyznawał, zapłacił zaległe składki w klubie, chełpił się swoją 

imprezą Nidag-Nuga, ilekroć spotykał się z Aleksandrem, i całkowicie 

porzucił uniżone „proszę pana”.

Po pierwszym sierpniowym weekendzie zaczął okazywać niepokój i ciągle 

mówił o tym, jak wszyscy ci prości ludzie mogą sobie pozwolić na urlopy. A 

ponieważ Aleksander udawał, że go nie rozumie, komandor zapytał wprost, 

czy za wszystkie wyświadczone usługi nie należy mu się drugi wyjazd na 

Sycylię. Podejrzewał, że szpiedzy z międzynarodowych służb zwalą się do 

Palermo z dwóch sąsiednich kontynentów, i twierdził, że byłoby głupotą 

stracić taką okazję zdobycia licznych znakomitych informacji.

Aleksander miał teraz w rezerwie mniej cierpliwości dla nudziarzy, 

maniaków i pieczeniarzy. Udzielił Krabowi wyraźnego ostrzeżenia:

— Niech pan posłucha, komandorze — powiedział. — Ma pan opłacone 

background image

mieszkanie i utrzymanie do końca września. Jeżeli panu tak zależy na 

wypadzie na pańską słoneczną wyspę, niech pan się zatrudni w charakterze 

przewodnika po

kontynencie w takiej wycieczce, jak na przykład „dookoła Europy w fotelu”.

Komandorowi nie podobał się ton tej rady i ukryta w niej aluzja.

— Co się z tobą dzieje ostatnio, stary? Skąd taki stosunek do mnie, 

Arnin? Przecież nic nie zawaliłem, co?

— Nic pan nie zawalił, komandorze, ale niech pan mi da spokój. Może 

pan pójdzie do klubu, jeżeli dokucza panu samotność.

— Mnie samotność dokucza rzadko, Amin, bardzo rzadko.

Powlókł się do drzwi z trzema funtami zdobytymi na poczet przyszłych 

usług, łypiąc oczami bardziej niż zwykle podobnymi do krabich.

Kartka z rysunkiem Kiry, wysłana z Palermo, wymagała rutynowego 

sprawdzenia. Aleksśnder zatelefonował do pani Thompson, prosząc ją, by 

zajrzała do niego któregoś wieczora. Pielęgniarka powiedziała, że rzadko 

miewa wolne wieczory, bo jest zajęta pracą charytatywną, i bynajmniej nie 

okazywała chęci do rozmowy na jakikolwiek temat. Wspomniała tylko, że 

żona osteopaty bardzo nierozsądnie zareagowała na ten list, ale wszystko 

załatwiono przyzwoicie, polubownie, tak jak radził ojciec Murphy. W końcu, 

gdy Aleksander zaczął ją chwalić za chrześcijańską tolerancję, zgodziła się 

przyjść do niego w sobotę po kolacji.

Zjawiła się z imieniem księdza na ustach. Jak się okazało, był odrobinkę 

przemęczony tego dnia, więc musiała mu ugotować ryżu i to ją zatrzymało. 

Poza tym ojciec Murphy jest chyba w doskonałej formie i zdaniem siostry 

Thompson jego nerwy uspokoiły się. Stopniowo, za pomocą delikatnych 

aluzji i pobożnych spojrzeń, dała Aleksandrowi do zrozumienia, że pozwala 

księdzu na leciutkie podważanie, odrobinkę, jej zasad prezbiteriańskich i 

anglokatolickich, a z obowiązku moralnego pełni u niego znowu niektóre 

obowiązki gospodyni.

— On jest bardzo surowy dla swoich przyjaciół, panie Amin — mówiła; 

siedziała prosto, sztywno na wyściełanym krześle, cienkie nogi miała 

ustawione jediia obok drugiej, ręce splecione. — Czy pan wie, co on mi 

powiedział, to znaczy ojciec Murphy?

background image

£

J

N

14 *

i

.'•% % pw mMjWr ji

11f, 1

jWk* * J* m

%.

1 MiYKW

im'

\ % łfiTfl yiTfi wH li 2,#sE. oyi

— Cóż on powiedział, pani Thompson?

— Ojciec Murphy powiedział, że jeżeli nie będę uważała, mogę się stać 

plotkarką. Właściwie, prawdę mówiąc, panie Arnin, bardzo go zmartwiły, 

biedaka; te dwa listy, które napisałam do państwa doktorostwa. Bardzo to 

ładnie z jego strony. I mówi, że mogłabym odrobinkę wziąć się w karby, 

gdybym poszła do prawdziwej spowiedzi. Wie pan, ojciec Murphy ma 

obowiązki wobec swojej religii i nikomu nie chce szkodzić.

— Bardzo podziwiam ojca Murphy — odrzekł Aleksander.

— Wiedziałam, że pan tak do tego podejdzie, panie Arnin. Pan jest 

spokojnym człowiekiem, tak jak ojciec Murphy; nie weźmie mi pan za złe tej 

osobistej uwagi?

— Bynajmniej. Aha, pani Thompson, czy ten rysunek coś pani 

przypomina? — Pokaźał jej kartkę. Oczy pielęgniarki uciekły w bok. Kolana 

rozsunęły się na chwilę i szybko złączyły się z powrotem. Pani Thompson 

wydała westchnienie z głębi zawodowego współczucia.

— Biedna pani Arnin! Ona rysowała te zabawne obrazki, kiedy najbardziej 

męczyły ją bóle. A na tym jest byczek. Tak, ona mi wytłumaczyła, kiedy 

byłyśmy na Sycylii, dlaczego lubi rysować byka. Byłyśmy duchowo sobie 

bliskie — tak można by to określić — w czasie tego pobytu, ponieważ ona 

była tam, biedaczka, taka samotna! Tylko to dobroczynne słońce na niebie i 

jej pielęgniarka!

— Jak Kira tłumaczyła sprawę tego byka, pani Thompson?

— Och, to właściwie trudno nazwać wyjaśnieniem, panie Arnin. Po 

prostu takie przysłowie. Zdaje się, że pani Arnin przeczytała je w którymś z 

przewodników. Całe dno walizki miała wyłożóne książkami o Sycylii, po 

angielsku, po niemiecku i po włosku.

background image

— Czy pamięta pani to przysłowie?

— O tak, owszem. Nie jest bardzo długie.

— Ale jakie to przysłowie, pani Thompson?

Wyprostowała się na krześle i wyrecytowała w taki sposób,

jak gdyby przytaczała pierwszy wiersz hymnu:

— „Strzeż się byka wąchającego kwiatek.” To wszystko, panie Arnin. 

Według mnie to znaczy, że wszystkie byki są

- niebezpieczne.

■ v-' ^ ^ ^

|t,L<

i * |1 * % §** % «*, «9

Tf Śm ^Słjw%til 1^174 Ań tf - W^E wi f»nU^%

• *T-uj “

jjiilw| 9MP

i

Ą

* tu M

IU

I

IM

4<

fffĄpI®

£%ti> f W®! l|li> •#«•}*» »ii

__ Albo też, pani Thompson — przerwał jej szybko — to

może znaczyć, że byk, który lubi wąchać kwiaty, jest szczególnie 

niebezpieczny.

— Może pan ma rację, panie Amin. A ja zapytam ojca Murphy, czy to 

przysłowie pochodzi od starożytnych Ojców Kościoła.

— Co jest dziwne w tym rysunku, pani Thompson, to to, że nadszedł z 

Palermo zaledwie kilka dni temu.

— O, coś takiego, naprawdę? Poczta włoska musi być .jeszcze gorsza niż 

rosyjska.

— Nie, pani Thompson. Kartka mojej żony została wysłana dwunastego 

sierpnia tego roku. Może pani zobaczyć wyraźnie datę na odwrocie, tuż nad 

adresem, pani Thompson.

— Coś podobnego! Bardzo dziwna pomyłka! Mam nadzieję, że nie naraziło

to pana na szok, panie Arnin.

Nie, bynajmniej. Zdaje mi się, że znam wyjaśnienie. Pielęgniarka 

niespokojnie spojrzała na zegarek i powiedziała, że musi być w domu przy 

background image

telefonie o jedenastej; spodziewa się kilku wezwań w. nocy.

Aleksander jeszcze raz przeszukał starannie pokój Kiry, lecz nie znalazł 

nic niezwykłego z wyjątkiem kompletu cienkiej czarnej bielizny. A więc raz 

przynajmniej odstąpiła od nałogowego przywiązania do dziewiczej bieli. 

Aleksander doszedł do wniosku, że czarny komplet musiał być kupiony dla 

panny Ladacznicy Szkarłatnej lub przez nią — przez Ritę.

Aleksander obudził się z wyraźnym pragnieniem: chciał dotknąć Dolores, 

usłyszeć jej głos, patrzeć, jak drżą jej rzęsy. O jedenastej dał jej umówiony 

sygnał przez telefon i w pół godziny później rzeczywiście ją widział i dotykał 

jej dłoni.

Jej również nie zawiodła intuicja. Dolores wyczuła tkliwość

i zaufanie, które obejmowały ją jak ramiona, i pozwoliła Aleksandrowi 

pieścić siebie słowami i spojrzeniem. Szklanka marsali w jbj palcach 

wyglądała niby rytualny przedmiot miłości; Dolores całowała ją z wolna, 

ilekroć upijała łyk wina. Czy intuicją wiedziona odgadła, że przybywa jako 

bogini zapomnienia, aby przyjąć jego miłość w formie czystej, bez żadnych 

wspomnień zakłócających tę wyjątkową chwilę?

V

I

Dopiero pod koniec tego popołudnia, gdy musiała jużjechać po Xa viera, 

rzekła spokojnie, kładąc mu rękę na ramieniu:

— Wszystko jedno, co myślimy .o sobie teraz, wszystko jedno, co się z 

nami stanie, będę ci zawsze wdzięczna za to, że pomogłeś mojej miłości 

wyrazić wszystkie odcienie namiętności w niej zawartej. Wiem, że miłość i 

romans mają swoje ograniczenia. A jest rzeczą złą, do głębi złą, przyjmować 

ograniczenia jako dowód wyrafinowania. Byłam wychowana przez bardzo 

postępowych rodziców, a wierz mi, nikt nie może być bardziej skrupulatny 

pod tym względem od antyklerykal- nego postępowca z Południowej Ameryki.

O tak, nauczono mnie tolerować wszelkie ludzkie aberracje i uważać zbo-

czeńców za ludzi o wyjątkowej inteligencji tylko dlatego, że są zboczeni. W 

końcu stałam się typem, do jakiego teraz czuję wstręt — postępowym 

zarozumialcem. Czy wiesz, że zmieniłabym się w potwora żądz bez miłości, 

ograniczającego siebie i innych i paraliżującego każdy odruch szczerego 

background image

zdumienia tą pełną wyższości postępową pozą, która niby rak- toczy nasze 

społeczeństwo? A ponieważ na raka w stadiach zaawansowanych na razie 

nie ma lekarstwa, może ten, od którego mnie uwolniłeś, Aleksandrze, 

odrośnie znowu, gdy już nie będziemy kochankami.

Aleksander gotów był zdradzić ideał całkowitego -wyobcowania szpiega, 

wyobcowania sceptycznego umysłu: gorąco pragnął zapewnić Dolores, że ich

miłość przeżyje chorobę, którą zaszczepił na jej żywej miłości, chorobę 

przejętą od Kiry — martwotę nienawiści do siebie samej. Lecz nie powiedział 

nic i jako tchórz powrócił do domu.

2

Później, gdy rozmyślał nad słowami Dolores i zrozumiał, jak wiele w 

istocie wyrażały, zachował je pamięci jako wyznanie miłości i uświadomił 

sobie, że powinien-był się odwzajemnić. Wówczas ich odosobnienie mogłoby 

na nowo zostać przypieczętowane, a ich wzajemne zaufanie przywrócone. 

Gdyby tylko potrafił tym razem z większą bezwzglę-

dnością bronić obcym wstępu do ich świata i niszczyć w zarodku wszelkie 

zakusy ingerencji, nigdy by już nie dopuścił cudzych obsesji do ich miłości.

Pewnego pogodnego, ciepłego ranka w połowie września czekał na Dolores

przed restauracją samoobsługową w parku. Ubrany był w swój 

ekscentryczny meksykański garnitur, bardziej letni niż całe niebo i wszystkie

liście. Na trawie przed nim podskakiwały ptaki, odwracając dzióbki, jakby 

chciały się przyjrzeć jego egzotycznemu upierzeniu; zielonkawa marynarka 

przetykana purpurową nitką miała z tyłu dwa rozcięcia, a poła zwisająca 

między nimi kołysała się niby płaski ogon. Kwiat W butonierce i buciki z 

ozdobnymi czubkami uzupełniały ów pokaz indywidualnej mody. Na widok 

jej samochodu wjeżdżającego do parku ruszył w tę stronę.

Było dopiero wpół do jedenastej — o tak wczesnej porze nigdy jeszcze się 

nie spotykali; między restauracją i bramą drzemało kilka zaparkowanych 

samochodów, z nosami w cieniu drzew. Ledwie jednak Dolores zatrzymała 

się i Aleksander chwycił jej rękę przez okno i podniósł do ust, wszystkie 

samochody przerwały drzemkę; wysunęły się z nich głowy, ciekawe, 

oburzone i rozbawione. Rzeczywiście — przyozdobiony w ten sposób — 

przedstawiał .sobą nie lada widok, podobnie jak stojący nie opodal'pomnik 

background image

księcia Alberta z miną monumentalnie zażenowaną.

— Mój Boże! — wykrzyknęła Dolores. — Gdzie chowasz papugę?

— Tak bardzo cię kocham dziś rano, Dolores. Spójrz dookoła, jak ci 

wszyscy ludzie gapią się na ciebie z samochodów. Twoja piękność ich 

zdumiewa.

— I twoje ubranie. Może się do niego przyzwyczaję, kiedy wyjdziemy na 

słońce.

— Włożyłem je specjalnie dla ciebie, Dolores. Widzisz, wszystkie te typki 

myślą, że jestem gigolo, bardzo dbałym

o wygląd i bardzo ambitnym, a ty stanowisz szczyt moich ambicji.

— Och, mam nadzieję, że tak myślą! — wykrzyknęła swoim towarzyskim,

lekkim tonem, a potem, wydymając pełne usta, dodała: — Może sobie 

wyobrażają, że jestem jedną z tych zmo-

i*

»¡Pi

ii4iVi tl

LlfK«*' jjji >1 Tl

IMSS1I

H

932£X

J

t£W

1

*

1

!

*M M«Jl £ i»'*, M.

4Iłi?kW

toryzowanych prostytutek podczas przerwy w pracy, a ty jesteś moim 

brazylijskim agentem. Oczywiście mnie wyzyskujesz, ale ja nie mogę 

przestać cię kochać. Pocałuj mnie teraz, Aleksandrze, przy tych wszystkich 

sfrustrowanych mężczyznach.

Pocałował ją, a Dolores powiedziała:

— Jaki to ma świeży smak o tej porze — za kwadrans jedenasta.

— Masz nową szminkę, Dolores.

— Tak, to prezent.

— Czy chciałabyś, żebym ci coś dał w prezencie? Nigdy ci nic nie dałem.

— Jeżeli chcesz grać rolę gigolo, musisz ode mnie oczekiwać prezentów. 

Skoro już o tym mowa, mam przy sobie taki prezent.

— Powiedz mi najpierw, co to takiego. Mogę go nie zaaprobować, Dolores,

background image

panom gigolo trudno dogodzić.

— To coś bardzo cennego, wiesz? Moje dwie rzęsy, które zostały na 

chusteczce, kiedy płakałam przez ciebie. — Uśmiechnęła się, lecz usta jej 

zadrżały, tak jakby za chwilę miała potwierdzić te słowa świeżymi łzami. — 

Włożyłam je w to — powiedziała i podała mu stary medalion.

Aleksander otworzył go i zobaczył dwie rzęsy za szklaną szybką. Nie 

wiedział, co ma robić.

— Złoto — mruknął, jakby to miała być wymówka.

— Moi indiańscy przodkowie mieli go za dużo i wszystko stracili. To nie 

jest właściwie medalion, tylko część dużej azteckiej broszki, ale u jubilera 

przerobili ją na coś bardziej europejskiego. Weź go, mój gigolo.

Aleksander wpuścił medalion do kieszeni i zapomniał podziękować 

Dolores. Nie mógł się powstrzymać od porównania uczynionego z rzęs daru z

kawałkiem zęba Kiry schowanym w liście, który spalił. Kobiety do swoich 

ciał odnosiły się z respektem i uważały, że warto od nich oddzielać drobne 

relikwie dla osób, które okazały im ten sam respekt. A polski dentysta miał 

rację: kobiety posiadały talent do improwizowania fetyszów.

Wystarczyła jakaś myśl i wspomnienie rozbijające nastrój, aby nagle 

zmieniło się jego zachowanie wobec Dolores. Przy

szedł wyznać jej miłość w parku — zabawnie ubrany po to, by 

przypomnieć .Dolores, jak uporczywie zgłębiali różne obsesje w pokoju Rity. 

Udał mu się ten numer z gigolo; Dolores gotowa była pójść tropem odkrytym 

przez nich wcześniej. Lecz nagłe pojawienie się Kiry, którą przypomniał mu 

otrzymany od Dolores fetysz, zepsuło jego nastrój.

Stracił rozpęd do odgrywania gigolo; fantastyczne ubranie wisiało na nim 

bezsensownie w blaskach słońca. W miarę jak upływał ranek, oboje 

odczuwali jałowość tej gry. Jedyne, co mogło im przywrócić szacunek 

do.siebie samych, to przeżycie na nowo szczerości aktu miłosnego.

Po raz pierwszy Aleksander kochał ją tak, jakby była Kirą, i to ciekawe 

zestawienie uświadomiło mu nagle, że Kira już go zupełnie nie interesuje. Ta

negacja potwierdziła również fakt, do jakiego stopnia Dolores przeniknęła 

wszystkie jego obsesje. Zdał sobie sprawę, że kochając ją utraci 

nieodwołanie zdolność pokochania kogokolwiek w przyszłości. Już teraz nie 

background image

umiał sobie wyobrazić, by kiedyś inna kobieta wzbudziła w nim uczucie 

silnego pożądania; to z kolei zdawało się niesprawiedliwe wobec 

abstrakcyjnego ideału męskości.

Uznał zatem, że jego następnym posunięciem musi być uwiedzenie obcej 

dziewczyny, obcej i bardzo zwyczajnej, aby mógł przyswoić sobie na nowo 

niezgrabne, podstawowe manewry seksu, nie mające nic wspólnego z 

intuicją miłości. Wybrał do tego celu krzepką dziewczynę o rumianych poli-

czkach i twardych piersiach, która przyczepiła się do niego na przyjęciu w 

suterenie w Chelsea i koniecznie chciała się upić. Aleksander odradził jej 

mieszanie jabłecznika z czerwonym portugalskim winem, powiedział jeden 

głupi dowcip i dwa rozwlekłe komplementy; lecz gdy dziewczyna poprosiła, 

by ją odprowadził do domu, zawiózł ją do siebie, do Hampstead.

Dziewczyna miała na imię Monika; Aleksander powiedział, że nigdy 

przedtem nie znał dziewczyny o tym imieniu, co było całkowicie zgodne z 

prawdą, dziewczyna zaś uznała to za specjalną aluzję. Rozebrała się z 

rozbrajającą skwapliwo- ścią, podczas gdy robił w kuchni kawę, a kiedy 

wrócił do pokoju, powitała go reklamą fizycznej sprawności na golasa. Zro-

bite ćwiczenia wyszczuplające na ugiętych nogach, potem kilka szybkich 

ruchów dla poprawienia krążenia, a następnie zaczęła się martwić kolorem 

swoich kolan.

Wypiła też trochę kawy, pochwaliła meble i tapety, a wreszcie spytała 

Aleksandra, czy może wziąć przedtem prysznic. Skinął głową; pobiegła do 

łazienki wesoło, w podskokach. Odgłosy chlapania wody i nocny chłód 

wprawiły Aleksandra w jesienny nastrój, lecz czekał cierpliwie.

Dziewczyna wróciła czyściejsza i różowsza, wypiła resztę kawy i wypróbowała

sofkę.

Za miękka — oświadczyła rozcierając kolana, które odznaczały się 

smutną bladością.

Czy chciałabyś twardsze... — Nie wiedział, jaki mebel może odpowiadać

jej sportowej naturze.

— Twardsze co? — spytała.

— Może materac.

Zróbmy to na czymś naprawdę twardym, na przykład na podłodze.

background image

— Można by... — mruknął

-

 Aleksander.

Nie zrobisz najpierw ćwiczeń gimnastycznych? To dobrze wpływa na 

higienę kopulacji. Jest taka książka o szwedzkiej gimnastyce i o 

nowoczesnym seksie.

— Napisana przez Szweda? — spytał zdejmując krawat.

— Naprawdę nie wiem. — Monika miała zmartwioną minę.

Wszystko jedno. I chyba dzisiaj pominę ćwiczenia. Dobrze, Moniko?

— Jak chcesz. Ty jesteś gospodarzem. — Uśmiechnęła się

i potarła lewe kolano, do którego krew nabiegła purpurową plamą. 

Aleksander pochylił się nad nią i dostrzegł barwę jej oczu. Nieoczekiwanie 

okazały się piwne.

— Ty lubisz to na bok, jestem pewna. — Była oczywiście postępowa i 

znała się na rzeczy. Wykręcając szyję próbowała go pocałować najpierw w 

usta, potem w brodę, ale nie trafiła.

— No, wszystko dla miłości — mruknął Aleksander i przez dziesięć minut

żałował bardziej • siebie niż dziewczyny. Monika była pogodna i pewna siebie

do końca. Później zrobiła jeszcze kilka ćwiczeń, zjadła kanapkę i przespała 

się w łóżku Kiry. Koszt całkowity równał się opłacie za dwa kursy

1

 »1 j^J*'^WP'^

>

?'^y**#■»*jl>.^%*ji‘jlt n %>r“i ~t/lW ******

^*”^i^SwrRł*N^M*SRfc55CTt!lB*S*S^P

ijŁai»yy^%>i>umjt#■&jUŁę WjB<sł ’’<-■ ił ¿'i 4 ■'“'* *V* s '*•'•*&*■•

•i.'';-

r/jŁ »ir>? ff^p ł* * w w*4riVF ^Wi23 1

taksówką z Hampstead do Fulham Road. Prawdziwie ekonomiczny 

nowoczesny romans.

Aleksander nie miał uczucia, że popełnił zdradę wobec Dolores lub wobec 

swego własnego wyobrażenia o ich miłości. Dziewczyna, którą poderwał, 

posłużyła mu do określonego celu; wykonał razem z nią nietrudne ćwiczenie,

co pozostawiło mu wrażenie higienicznej nudy. Nie umiał już oddzielić seksu

od miłości. Nie mógł juz zranić Dolores przez wykorzystanie ciała innej 

kobiety. Tak, słusznie powiedziała Dolores, że nie mógłby jej obrazić. Może 

również nie mógł jej zdradzić? Czyżby jej miłość była całkowicie uodporniona

na truciznę niższych uczuć?

Na maszynie gospodyni komandor Pennyworthing komponował 

background image

memorandum do Aleksandra Arnina, który opłacił za niego mieszkanie i 

wikt do końca września, ale trzymał się na dystans i skąpił mu wszystkiego 

przez cały październik i listopad.

Gospodyni miała serce niby medium spirytystyczne. Wyczuwała, że 

źródło dochodów komandora wyniosło się w rejony wielkiej niewiadomej, a 

wiedziała dobrze, iż z nawiązywania kontaktów z pieniędzmi, które 

odpłynęły, nigdy nic nie wychodzi. Komandor próbował oczarować ją 

staroświecką galanterią, lecz ani opowiadania o klubie, ani snobistyczne żale

na temat zubożałych kuzynów w Izbie Lordów nie zrobiły na niej trwałego 

Wrażenia. Niefortunna zaś próba zatrudnienia paru duchów stukających w 

bawialni jeszcze bardziej zraziła właścicielkę pensjonatu i pozostawiła trwałą

bliznę na glinianym popiersiu Wieszcza.

Wśród tej wojny nerwów komandor wypatrzył niemiecki aparat 

fotograficzny na taborecie w barze mlecznym, przywłaszczył sobie znalezisko 

jako odszkodowanie za swą wojenną służbę przeciwpożarniczą w 

Cheltenham i szybko obmyślił małą imprezę fotograficzną dla wyrównania 

strat finansowych. Następnie opracował wszystko w szczegółach.

Gdy Aleksander otrzymał memorandum Kraba w dużej

J4ĘS

41 Il4

li

kopercie z dyskretnym ostrzeżeniem, że zawartość jest „poufna i osobista”, 

pomyślał najpierw, że jest to jeszcze jeden szkic pośmiertny Kiry; pismo 

maszynowe i styl zdradzały amatora.

Lecz spojrzawszy na odbitki fotograficzne, choć nieumiejętnie 

wykończone, wyprostował się z wrażenia i ze złości. Jedna pokazywała jego 

samego w meksykańskim garniturze, idącego obok Dolores, a drzewa wokół 

nich mogły prawie imitować interior puszczy brazylijskiej. Na drugiej odbitce

kamera mniej się koncentrowała na tle, a bardziej na Dolores, obejmującej 

Aleksandra koło stawu, na którym pływały dwie kaczki. Pozostałe załączniki 

wykazywały zmysł praktyczny fotografa w dziedzinie architektury: Krab 

sfotografował okratowane wejście do budynku z lokalami do wynajęcia, z 

numerem sprytnie wyeksponowanym, oraz wejście, do eleganckiego bloku, 

background image

gdzie mieszkała Ela, z dodatkiem nazwy domu, wypisanej czerwonym 

atramentem.

Okazał nawet przychylność architekturze londyńskich stacji metra, a 

obraz Kilburn zaprezentował pod kątem iście surrealistycznym, jednakże nie

zdołał dotrzeć aż do domu Terry’ego.

Przy najbardziej fotogenicznym ujęciu Dolores umieścił Krab adres pana 

de Rouge-Ferrac z pełną listą tytułów starannie wykaligrafowanych. Do 

fotografii Aleksandra na spacerze w Kensington Gardens dołączony był 

cennik z wyraźnie wypisanymi cyframi. Odbitki były stosunkowo tanie — po 

dwie gwinee za sztukę, z bonifikatą dziesięciu szylingów po przekroczeniu 

pierwszego tuzina. Natomiast Krab postanowił trzymać się twardo przy 

sprzedaży samych filmów. Nie mial zamiaru rozstawać się z nimi za żadną 

ustaloną cenę; w klasy- . cznym stylu agenta wolał korzystać z procentów.

Potrzebował stałego dopływu gotówki: jedenaście procent od dochodów z 

wypraw Aleksandra do ciepłych krajów, które on, komandor Pennyworthing, 

chętnie będzie odwiedzał w każdym prżebraniu, jakie jego pracodawca uzna 

za stosowne. Zaliczka w wysokości tysiąca funtów mogłaby zapewne po-

prawić ich wzajfemne stosunki, gdyż ostatnio uległy one znacz

^ 4. 4^|«i <H fmmmŚKfsfg

fCi f *

V4»«» 9§imww+*-\*f v* .w**®vj

nemu ochłodzeniu. Te jedenaście procent wykazywało ciekawą zbieżność 

numeryczną, bowiem hinduscy mistycy również co jedenaście lat wyprawiali 

się w podróż dookoła świata ze swymi przesłaniami.

Jak dogorywający cwaniak, który mógłby jeszcze podskoczyć, komandor 

chciał być lepszy od pierwszego lepszego agenta myślącego niewielkimi 

okrągłymi liczbami. Nie doceniał jednak wściekłej zaradności podwójnie 

wykantowanego agenta, zwłaszcza że przypadkowo był on tajny, zamożny, a 

do tego zakochany.

Aleksander schował fotografie do sejfu, wyjął z akt teczkę najnowszą i 

przejrzał dorywczo prowadzoną dokumentację dotyczącą Kraba. Rzecz 

dziwna, zaufał staremu oszustowi, gdy wysyłał go na Sycylię, lecz dla 

uaktualnienia swoich zapisków przeznaczył pięć pustych kart na dane z 

background image

kariery Kraba — przeszłej i przyszłej. Te proste środki ostrożności zdawały 

się konieczne w przypadku tymczasowego zatrudnienia; zresztą jak dotąd, 

wszyscy ludzie przez niego angażowani byli dramatycznie tymczasowi.

Notatki dotyczące doraźnie zatrudnionego organizatora imprez zajęły 

tylko jedną kartę, ale to zupełnie wystarczało. W sześćdziesięciu kilku 

skrótach zawierała się cała historia partactw Kraba. Krzywa postępów jego 

kariery spadała saltem podwójnie wstecznym, zupełnie jak ruchliwy Gunga 

Din w wersji Pennyworthinga.

Przeważnie były to incydenty drobne i powtarzały się z nużącą 

monotonią. Pierwszy z nich jednak, który fałszywy komandor bardzo się 

starał wymazać z pamięci, dotyczył niejakiego Jimmy’ego, dzielnego i 

lekkomyślnego młodego Szkota. Jimmy pozwolił się zastrzelić pod koniec 

wojny światowej numer jeden, lecz jego serdeczny przyjaciel Pennyworthing 

powołał go z powrotem do życia, wcielając się w niego z zachowaniem 

nazwiska poległego żołnierza, rangi i całej reszty, i za te wysiłki otrzymał 

Krzyż Wiktorii.

Oszustwo się wykryło, kiedy Krab trochę przeciągnął strunę

i opisał historię swoich bohaterskich wyczynów w niedzielnej gazecie. Ludzie 

stają się bardzo drażliwi i mściwi, gdy fałszywi prorocy lub fałszywi 

bohaterowie zaczynają do nich stroić

I

ii»** > I

H

B

B

I ą,|«

miny. Ranga komandora i służba łączności między marynarką brytyjską a 

wszystkimi armiami Imperium musiała chodzić Krabowi po głowie przez 

jakieś dwadzieścia lat, nim dojrzała na tyle, aby nabrać połowicznej 

wiarygodności.

Aleksander uznał, że nadszedł czas przypomnienia komandorowi o 

Jimmym i o Krzyżu Wiktorii. Włożył do koperty stary wycinek z gazety z 

wypłowiałą fotografią najlepszego przyjaciela Kraba i dołączył krótką notatkę

wypisaną drukowanymi, dużymi literami, które stary Krab tak lubił.

ZWRÓĆ MI MÓJ KRZYŻ ALBO POŁÓŻ SIĘ ZE MNĄ DO GROBU.

'

TWÓJ PRZYJACIEL JIMMY.

W dowód uznania dla cennika przysłanego mu przez Kraba

background image

i celem zachowania równowagi w ich korespondencji załączył też dwa 

aktualne kosztorysy uzyskane od miejscowych firm: jeden od jubilera, drugi 

od przedsiębiorcy pogrzebowego. Pierwszy podawał cenę Krzyża Wiktorii 

minus odwaga, drugi — koszt przyzwoitego pogrzebu dla Komandora KMRO 

słusznego wzrostu, z uniformem i baretkami dostarczonymi przez firmę.

Po wysłaniu listu poleconego do Kraba Aleksander zawinął w gazetę 

tablicę ze znakami rejestracyjnymi i pojechał na spotkanie z Dolores. Tablica

była niezwyczajna, godzina zaś ich spotkania późna, prośił bowiem Dolores o

spędzenie z nim całej nocy, a wybór miejsca tym razem należał do niego.

Wybrał dzielnicę, konkretne miejsce natomiast powierzył losowi. Dolores 

przywiozła ze sobą małą skórzaną walizeczkę

i gdy zaparkowali wóz w ciemnej uliczce, odchodzącej od Marylebone Road, 

Aleksander umocował fałszywą tablicę z tyłu i okleił walizeczkę Dolores 

nalepkami hotelowymi. Nalepki były tureckie, podobnie jak tablica, j

— Jak myślisz, w których wąsach będzie mi to twarzy? Mam w kieszeni 

trzy pary: podkręcone do góry, krzaczaste

i opadające.

Dolores zaśmiała się i ruchem rąk pokazała wąsy opadające. Miała na 

sobie grube futro z kołnierzem, który zakrywał jej twarz po czubki uszu. 

Wydawała się w tym dwa razy większa.

— Czy mam wyglądać okropnie incognito, Aleksandrze?

170

To znaczy, czy ten wysoki kołnierz jest wystarczająco tajemniczy? Dokąd 

mnie zabierasz? Na londyńskie lotnisko?

Nie, jedziemy za miasto. Turecki bankier na zimnym urlopie w Anglii, 

bardzo eleganckim i bardzo intymnym.

— A ja jestem jego turecką żoną?

Nie, Dolores, jesteś kobietą, z którą uciekł. Uciekł też z pieniędzmi, co 

tłumaczy późny urlop.

—Przylep wąsy. Kocham Turcję.

— Zrobię to, kiedy znajdziemy hotel.

—O, jeszcze nie zamówiliśmy pokoju?

— Nie, Dolores, incognito przyjeżdża się dopiero późną nocą, kiedy 

background image

wszyscy już śpią.

Często robił to w nieznanych miejscowościach: przyjeżdżał późno i płacił 

rachunek w czasie popołudniowej sjesty, kiedy całe miasto było lepkie od 

potu i senności. A jego wpisy ' meldunkowe, jeżeli recepcjonistom chciało się

o nie prosić, były równie autorytatywne jak gryzmoły na lekarskich recep-

tach: mogli je rozszyfrować tylko eksperci, w tym wypadku agenci policji — 

analfabeci lub po prostu ludzie jjrzekupni.

— Mam nadzieję, że nie wpiszesz przez pomyłkę mojego nazwiska do 

książki hotelowej. Jeżeli się coś wie, łatwo o pomyłkę. Lepiej nie wiedzieć. A 

biedna żona Cezara...

Aleksander uśmiechnął się myśląc ojej przekornej pomyłce z jego 

nazwiskiem w wynajętym mieszkaniu. Jechali przedmieściami w silnym 

żółtym blasku świateł ulicznych, które nadawało ich twarzom wymyślną 

bladość. Była godzina ósma.

Kolację zjedli przy skrzyżowaniu dróg, w oberży imitującej zajazd z epoki 

Tudorów, a w godzinę później znaleźli hotel wtulony w lasek; nagie dęby 

chwiały ramionami nad jego dachem pełnym kominów — w takim miejscu 

można było uknuć kilka rewolucji siedząc po prostu w głębokiem fotelu przy 

astmatycznym ogniu.

Dostali pokój tak wielki, że stojące tam dwa łóżka zdawały się kulić ze 

strachu przed sufitem, ścianami i przed ponurą szafą, w której kiwało się 

kilka samobójczych wieszaków.

Wnęka z wanną była frywolnie różowa. Oboje pomyśleli o Ricie, lecz nie 

śmieli naruszyć tabu.

Powtórzyli próbę kwietniowej nocy, rozciągając granice

r

»fil»»

namiętności aż do chwili, kiedy całkiem przytomni, w ogóle przestali ją 

odczuwać. Tym razem jednak Aleksander nie zgłębiał sekretów ukrytych pod

nieuchwytnymi warstwami pornografii.

Zdawał sobie obecnie sprawę, jak bezpłciowe w istocie są wszelkie 

fantazje pornograficzne, które oszukują instynkt ciała poprzez sztuczne 

background image

zasłony myśli wchłaniającej obrazy, nim jeszcze zdołały wzbogacić inne 

wrażenia. Gdyż bezpłciowość tych ulotnych obrazów wynikała z pustki myśli

stosowanej jako namiastka konkretnych rzeczy, które myśl pobudza

i zniekształca.

Listopadowy świt nadszedł późno, lecz odczuli go na skórze jak słońce, 

którego brakowało na niebie. Świt promieniował tajemnicą nieobecności, 

wszelkiej nieobecności, czy to w przyrodzie, czy w psychice ludzkiej. Mimo iż 

nie umieli jej opisać, musieli uwierzyć w jej paradoksalną rzeczywistość.

Tylko miłość potrafi przywrócić sens nieobecności, bo karmi się prostym 

przekonaniem, że nieobecność — przedmiotu, istoty ludzkiej czy Boga — 

nigdy nie jest pustką ostateczną, pustką rozpaczy.

Aleksander wiedział, że zbliża się do aktu wiary, a ta bliskość wyrażała 

się dotkliwym poczuciem nieobecności. Grzech nie miał dla niego znaczenia, 

choć kochał Dolores za jej zwycięstwo nad rozpaczą. Może grzeszył przeciw 

Kirze, gdy sądził, że jej rozpacz odrzucała wszelką miłość łącznie z tym, co 

jest drwiną z miłości: z nienawiścią do siebie.

W drodze powrotnej do Londynu Aleksander przypomniał sobie Kraba i 

nagle zapragnął zakończyć ich teatralne inter- ludium, wspominając go po 

raz ostatni.

— Wiesz, Dolores — powiedział — komandor Krab przebywa na długim 

urlopie bezpłatnym. Będzie całkowicie nieuchwytny. Obawiam się, że to 

koniec największego tajnego agenta naszych czasów.

— O... — Rzęsy Dolores zatrzepotały. Zaskoczyło ją to.

— Czy możesz podrzucić mnie gdzieś w okolicy Notting Hill Gate? Chyba 

powinienem wpaść do starego Kraba i pożegnać się z nim, jeżeli nie jest już 

za późno.

pBfc • m%V\ ■ ^

il*iEwSlK”Jpł >• '■ ■'/■ 'Z ■ *y>y ■ yy

ijwtęWeWr*^

— Mam nadzieję, że nie — powiedziała, gdy samochód zatrzymał się przy 

światłach ulicznych High Street w Kensing- ton.

Nader dogodnie dla Aleksandra było już za późno. Komandor 

Pennyworthing zmarł na atak serca tuż po ósmej rano, w trakcie czytania 

background image

porannej poczty. Właścicielka pensjonatu powitała Aleksandra z ulgą, a jej 

zmartwienie wkrótce przeszło w nieznane, kiedy zaproponował, że zapłaci 

długi komandora

i zajmie się przeniesieniem ciała do kaplicy przedsiębiorstwa pogrzebowego.

— Jeszcze taka drobnostka — rzekł. — Pozostały po nim papiery 

rodzinne i fotografie. Czy mam je od razu zabrać, żeby opróżnić pokój dla 

następnego lokatora?

— To bardzo miło z pana strony, naprawdę bardzo uprzejmie. Dziękuję 

panu, bardzo dziękuję.

Aleksander sprzedał niemiecki aparat fotograficzny na bazarze przy 

Portobello Road, dzięki czemu uzyskał zwrot drobniejszych kosztów. 

Finansowo przynajmniej Krab był wygrany: cena fotografii ukształtowała się 

całkiem wysoko, zważywszy koszt kremacji zwłok, jak się okazało, bardzo 

uroczystej, z muzyką Haydna towarzyszącą popiołom. Całkiem prywatnie i 

bez żadnego akompaniamentu Aleksander dokonał całopalenia resztek 

ostatniego warsztatu Kraba, zachował sobie tylko jedną idylliczną fotografię, 

na której prócz Dolores i jego samego widniały dwie pływające kaczki. Osta-

tecznie pochlebia to bardzo próżności mężczyzny, gdy widzi siebie w 

objęciach kobiety o wyjątkowej urodzie, a świadkami są tylko obojętne 

kaczki.

Nad pamięcią Kraba, marionetkowego szpiega, zapadła kurtyna ognia. 

Aleksander zaś wyciągnął morał ze swego nikczemnego kontrataku w 

odpowiedzi na nikczemną groźbę szantażysty-amatora. Nawet tak 

gruboskórne dranie jak Pennyworthing mają jakieś czułe miejsce: jest nim 

zwykle poczucie honoru, chociaż w ich życiu codziennym może się ono wyda-

wać bardzo chwiejne.-

Od tego z reguły umierają.

M

ML

 I to

(

AM

i •» m S&fmw* l&kl

i Z T*

jKJijŁW Włw BBI

Przez kilka tygodni „The Times” respektował odosobnienie Aleksandra i 

background image

niekiedy zamieszczał drobne poufne informacje jakby dla jego wyłącznego 

użytku. Po Nowym Roku wyczytał w gazecie, że niczego nie podejrzewający 

Cezar właśnie powrócił z la capital i ma wkrótce zostać prawdziwym 

ekscelencją: ambasadorem w Sztokholmie — w miejscu dość nieoczekiwa-

nym!

W stosunku do hrabiego de Rouge-Ferrac uczucia Aleksandra nie uległy 

zmianie; w swoich snach regularnie go zohydzał jako nadętego dyplomatę, 

lecz we dnie starał się okupić tę podświadomą zazdrość, wspominając go 

prżychylnie, zwłaszcza podczas posiłków, zdobiąc jego imponującą łysinę 

nimbem rodzinnych cnót: w tych chwilach właściciel łysiny niezmiennie 

stawał się nader przyzwoitym mężem i ojcem.

Aleksander chętnie pogratulowałby hrabiemu realizacji jego życiowych 

ambicji, ale się zreflektował, że dzieli ich strefa dżentelmeńskiej 

neutralności, znacznie rozsądniejsza od trójkątnych mostów, które 

większość mężczyzn tak gorliwie i głupio wznosi nad występną miłością. 

Musiał jednak uczciwie przyznać, że ten stan rzeczy nie jest jego zasługą. To 

Dolores ustanowiła regułę honorowego milczenia na temat ich sytuacji.

On sam mógłby z łatwością zadać sobie ten trud i upokorzyć jej męża 

łajdackim udawaniem przyjaźni, jak to już w rzeczywistości zrobił przy kilku 

okazjach, kiedy jego praca chwilowo usprawiedliwiała ów tani chwyt.

Aleksander był ciekaw, czy Dolores powie mu o nowym stanowisku męża 

lub przynajmniej zrobi jakąś aluzję. Mogła oczywiście po prostu zniknąć, 

oszczędzając sobie kłopotu dramatycznych wyjaśnień. Niezależnie od tego, 

jaką w końcu obierze metodę, musiał się przygotować na jakiś nagły zwrot w

ich stosunkach. Ale jak mógł się przygotować? Co tu było db przygotowania?

Możliwość rozstania z Dolores podziałała na niego jak zastrzyk przed 

operacją: spowodowała odrętwienie nerwów, a jego puls jakby odłączył się od

serca i tylko odmierzał czas.

Raz po raz nasuwało mu się porównanie z teatrem: to czekanie podobne 

było do niemego oczekiwania aktora przed zapadnięciem kurtyny: naokoło 

rekwizyty, przed nim ziejąca pustka widowni. Jeszcze tylko kilka słów i 

kurtyna zapadnie, odcinając iluzję z ostrym szelestem.

Jednakże najpierw opadła inna kurtyna, za sceną, wytrącając Aleksandra

background image

z odrętwienia. Była to kurtyna Kiry, która wisiała nad jego głową przez te 

wszystkie miesiące od jej śmierci w marcu i potrzebowała tylko jednego 

mocnego pociągnięcia. Mógł ją opuścić, lecz ręką, która zrobiła to dla 

Aleksandra, okazała się pani Thompson.

Pielęgniarka zadzwoniła do jego drzwi wczesnym rankiem pewnego dnia 

pod koniec stycznia. Myślał, że to listonosz, i poszedł otworzyć w nie 

zawiązanym szlafroku i z włosami w nieładzie. Był zażenowany, gdy 

pielęgniarka wstydliwie odwróciła oczy, lecz wyjąkawszy jakieś słowa 

przeprosin usłyszał ze zdziwieniem, że przynosi list. Szybko zrobił kawę, by 

się do reszty rozbudzić. Siostra Thompson również wypiła parę łyków, co 

przywróciło jej zwykłą pewność siebie.

Zaczęła od Rzymu, choć w jej przypadku wszystkie drogi zdawały się 

prowadzić w odwrotnym kierunku — z Rzymu. Myśli jej wędrowały tam tylko

po to, by znów wrócić do ojczyzny. Aleksander zorientował się, że oczekiwane

nawrócenie spadło na nią z tychże wysokości i jakoś nie może się do tego 

przyzwyczaić. Rzym mówi to, a ojciec Murphy tamto, ale Rzym mógłby 

również powiedzieć coś innego, do czego ojciec Murphy wymyśliłby bez 

wątpienia jakiś mądry komentarz.

Wątły księżyna zmienił się w granitowy obelisk, w który słowa pani 

Thompson biły młotem rozgłośnych pochwał. Była pewna, że ksiądz to 

potencjalny święty, bo tylko święty mógł nawrócić jej nieugiętą duszę.

— Ale Pan Bóg nie chce, żeby on głodował dla religii! — wybuchnęła. — 

Muszę wybić mu z głowy te głupstwa. Jest jeszcze odrobinkę nerwowy, panie

Amin, ale co za wiara! Jak skała.

Nareszcie wkroczyła na tę jedną z dróg z Rzymu, która prowadziła wprost 

do celu jej wizyty.

___ Ojciec Murphy nie pozwolił mi wysłać tego listu z Waty

kanu, z jednym z tych ślicznych znaczków wypuszczonych przez jego 

świątobliwość papieża. Bardzo mnie skrzyczał, panie Arnin, i powiedział, że 

jestem złą kobietą, a to, muszę powiedzieć, troszeczkę mnie zdenerwowało. 

Być złą kobietą w dwa dni po nawróceniu! To nie leży w moich zwyczajach, 

zapewniam pana! Ale on chyba naprawdę się rozzłościł o to, że przesyłałam 

te listy z Włoch. Mam nadzieję, że pan nie będzie też się złościł, bo uczciwie 

background image

robiłam to, na co pani Arnin kazała mi przysiąc, biedactwo! Przyszłam 

wprost od komunii świętej, panie Arnin, dlatego tak tu biegłam. Więc musi 

pan wierzyć w każde słowo, jakie teraz powiem. No więc... to było tak, że ten 

marynarz z Sycylii nie przyszedł do mnie w zeszły piątek, więc pomyślałam, 

że może ojciec Murphy mógłby użyć swoich wpływów w Rzymie -i załatwić 

wysłanie tego listu z Watykanu.

Niepodobna było jej przerwać. Trajkotała, odbywając tę swoją 

nadprogramową spowiedź w tempie niezwykle pobożnym, a jej cienkie nogi 

zdawały się gotowe do klęknięcia na dźwięk dzwonka do drzwi albo telefonu.

— Czy mam przez to rozumieć, pani Thompson, że te dwie kartki z 

Sycylii i list polecony zostały rzeczywiście wysłane przez panią?

— Można by to tak ująć, panie Arnin, choć właściwie to ten marynarz 

sycylijski nalepiał znaczki i nadawał listy w Palermo. Widzi pan, ja go 

poznałam, jeszcze jak był służącym u jednego z moich pacjentów w 

Highgate.

— Czy moja żona go znała?

— Broń Boże, skądże znowu, panie Arnin! Nie znała nikogo na Sycylii, 

biedaczka, dlatego przychodziły jej do głowy takie dziwne pomysły. Tylko 

rysowała i rysowała te ładne obrazki i paskudne obrazki, byczki, jaszczurki i

inne nieprzyjemne rzeczy. I mówiła o swojej śmierci i o tym, że po śmierci 

będzie żyła przez rok, jeśli zrobię to, o co poprosi. Słowo daję, panie Arnin, 

nie mogłam jej odmówić. Po prostu nie mogłam. Co w tym złego, panie 

Arnin, jeżeli się wyśle parę listów adresowanych do osoby, która je napisała?

Nic złego, panie Arnin, zapewniam pana. A poza tym biedaczka wysyłała 

zabawne kartki do samej siebie i w Londynie, kiedy jej było smutno.

To w gruncie rzeczy nic niezwykłego. Znam dwie inne panie, moje pacjentki, 

które to robią regularnie co miesiąc, kiedy są w depresji.

Ile takich listów dała pani moja żona do wysłania po jej samobójstwie?

Wtedy nigdy nie mówiła o samobójstwie, panie Arnin. Ja bym słyszeć 

nie chciała o czymś tak niemoralnym!

Ile listów pani dała, pani Thompson? — powtórzył gniewnie. Zmiana 

tonu przestraszyła pielęgniarkę i położyła kres jej elokwencji.

Tylko te dwie kartki z byczkiem, panie Arnin, i dwa listy, oba polecone.

background image

Dostałem tylko jeden list polecony, i to dawno temu, pani Thompson. 

— W jego głosie ciągle jeszcze dźwięczał gniew.

Wszystko jest w porządku, panie Arnin. Ten drugi list kazała wysłać tuż

przed rocznicą.

Jaką rocznicą? Proszę się wyrażać jaśniej, pani Thompson.

Ja tylko... nie chciałam sprawiać panu przykrości, panie Arnin. Pani 

Arnin chodziło o rocznicę jej śmierci. Żeby pan wiedział, ona nigdy nie 

wspominała o samobójstwie, nigdy! Mogę na to przysiąc.

Nie potrzeba, pani Thompson. Po prostu niech pani mówi prawdę.

— Och, panie Arnin! Z całym szacunkiem, ale...

— Proszę mówić dalej. Chcę znać fakty. Gdzie jest ten list?

Czy chodzi panu o ten, którego ojciec Murphy nie pozwolił mi wysłać 

przez Watykan?

Sama pani powiedziała, że był tylko jeden list do wysłania przed 

rocznicą.

Tak, właśnie. Za trzy tygodnie, panie Arnin. Ale kiedy ojciec Murphy 

usłyszał o tym, tak się rozgniewał i kazał przynieść panu list od razu. Muszę 

pana przeprosić, panie Arnin, i ojciec Murphy mówi, że powinnam. No i... 

jestem tutaj i tu, proszę, jest list.

Otworzyła torbę na zakupy, zajrzała do niej, wyjęła różaniec z 

przyczepionymi tu i ówdzie kłaczkami waty, włożyła

go z powrotem i wyciągnęła list z bibułki. Aleksander spojrzał na kopertę: 

była zaadresowana do panny Kiry Pińskiej, a na odwrocie widniała czerwona

pieczątka z laku.

— Mam nadzieję, że pan mi też przebaczy, panie Arnin. Rozgrzeszenie po 

spowiedzi już dostałam; to, rozumie pan, od Pana Boga.

— Och, dość już tego, pani Thompson. Ja się nie nawróciłem. Ale może 

pani powiedzieć ojcu Murphy, że jestem z całym szacunkiem dla jego decyzji.

Niebawem go odwiedzę.

Sam w swoim gabinecie, rozciął kopertę i wyjął pokaźną jej zawartość. 

Było tego razem dziewięć kartek pokrytych pismem Kiry: wszystkie 

poprzeczne kreski litery „t” przedłużonym ramieniem przywoływały symbol 

szubienicy, a pozostałe litery alfabetu hasały, niby w makabrycznej polce. Z 

background image

zardzewiałego spinacza wysunęła się kartka maszynopisu, jakby jej przezna-

czono, aby wpadła w ten właśnie sposób w rękę Aleksandra. Był to pierwszy 

egzemplarz pomysłowego raportu Kiry. Doprowadziła swój szpiegowski żart 

— swą karę chłosty — do samego końca.

Aleksander zabrał się do czytania rękopisu. Wyglądało to na streszczenie 

dziennika, w -starannym opracowaniu; daty ograniczały się do dni tygodnia. 

Zaczynał się w niedzielę od czułego nagłówka skierowanego do autorki.

Niedziela

Moja Najdroższa Kiro!

Jeżeli wszystko dobrze pójdzie i niemądra pani Thompson z szacunkiem 

będzie się odnosić do materaca, wydostanę Cię z tego pokoju i z tego świata 

w piątek, dokładnie o godzinie piątej po południu. Gdyby jednak ta głupia 

plotkarka znalazła mój zimowy spichlerz pod materacem, nasz plan trzeba 

będzie odłożyć na dobre. Bez pigułek po prostu nie mogłabym tego zrobić, 

Kiro. Wiesz, że jestem zbyt tchórzliwa, żeby patrzeć, jak płynie ze mnie krew,

a gazu nie mamy w domu ani odrobinki. Zresztą nie cierpię wdychania, a na 

to, żeby się porazić prądem, za mało znam się na elektryczności i na 

bezpiecznikach.

Ale obiecuję Ci, Kochanie moje, że w piątek zrobię, co tylko

będę mogła. Jego Sancta Simplicitas, ojciec Murphy, i jhój tajemniczy 

Małżonek (jego ranga domowa zasługuje na dużą literę, nie sądzisz?) 

uważają mnie za osobę dość inteligentną i widocznie taka jestem, bo 

odgadłam prawdę o szpiegowskich wypadach Alika w przeddzień naszego 

ślubu, na długo przed odkryciem jego rupieciarni w szopie.

A teraz słuchaj, Kiro: nie jestem Twoim wrogiem i nigdy nie byłam. 

Dlaczego zawsze gderzesz na mnie, że za mało Cię kocham? Czy ja muszę 

dawać miłość, miłość, miłość, nic tylko miłość, przez cały czas i wszystkim? 

Tak, Ty to dla mnie wszyscy, wiem o tym. Mówiłaś mi to tysiące, miliony 

razy.

Ty jesteś kotem przed sklepem mięsnym, ponieważ lubię go głaskać; Ty 

jesteś chłopcem na czerwonym skuterze, bo chciałabym pogłaskać go po 

szyi; Ty jesteś wodą, którą tak lubię rozchlapywać w kąpieli; i liśćmi, 

miękkimi, pachnącymi liśćmi, które żuję bezmyślnie jak krowa, gdy 

background image

spaceruję w parku.

Oczywiście teraz nie mogę chodzić na spacery, ale Ty też nie możesz, Ty 

pretensjonalna, chora, zaborcza suko, którą nazywam moim Kochaniem dla 

podtrzymania naszej pokojowej korespondencji. Gdyby mi się nie udało 

Ciebie zabić, mogłabyś chodzić na spacery sama i chwalić się, że dokonała 

tego Twoja żądza życia. Taki już z Ciebie samolub i zarozumialec, taka 

młódka samochwała.

Och, idź do piekła i zostań w piekle, dosłownie w piekle. Bo zrobiłaś z 

mego życia prywatne piekło, coś zawsze szepcząc mi do ucha, dogryzając, 

kłamiąc, błagając o miłość, śniąc moje najlepsze sny, chrapiąc jak Świnia. 

Rozstaniemy się w piątek, Ukochana Kiro; już tylko pięć krótkich dni-świnia 

będzie chrapać i tarzać się w błocie.

Poniedziałek

Samobójstwo po jednej nieudanej próbie wymaga diabelnej odwagi, choć 

jego Sancta Simplicitas, ojciec Murphy, powiada, że diabeł ma piekielny 

tupet, lecz niewiele odwagi. Kiedy zdołałam wlać całą butelkę straszliwej 

mikstury w gardło Kiry, nasza kochana miłośniczka życia wyrzygała to 

świństwo w karetce, a potem pozwoliła przystojnemu doktorowi wypłukać 

sobie żołądek w szpitalu i wróciła do domu tak żałośnie nie

.

Ł7Q

1

zrozumiana, tak eteryczna, tak metafizycznie zaszargana! A jego Sancta 

Simplicitas zaczął wlewać własną świętą miksturę w nieśmiertelną duszę 

Kiry.

Było to wstrętne, przyznajmy, moja Droga Przegrana, bardzo wstrętne — 

znów oddychać życiem po tak brutalnym przebudzeniu. Ktoś powinien 

zaproponować wydanie prawa, najlepiej jakiś humanitarny Niemiec, że 

próby samobójstwa nie wolno udaremniać za pomocą ordynarnej pompy, 

przystojnego doktora lub modłów anioła stróża — ta ostatnia pozycja za 

uprzejmym zezwoleniem ojca Murphy, SS.

Dlaczego wprowadziłam ten patologiczni« wymowny skrót SS? Ponieważ 

znów Ty się wtrąciłaś, Kiro, i kłamstwo, którym się pocieszałaś, zostało 

zdemaskowane. Kochałaś swoją matkę tak ślepo, z taką zaborczością, że 

background image

wymyśliłaś tę romantyczną historię o jej śmierci przy porodzie, żeby oszukać

własną przerażoną wyobraźnię. Tamtą śmierć zbyt trudno było sobie 

wyobrazić i nie stać Cię było na szarpanie delikatnych nerwów.

Czy mogę Ci przypomnieć, moje wrażliwe Kochanie, że Twoja matka udusiła 

się na śmierć w najbardziej higienicznej komorze skonstruowanej przez 

niemieckiego humanitary- stę — a ostatecznie czym jest gaz? To praktyczny 

wynalazek do codziennego użytku. A także znieczula ból przy wyrywaniu 

zepsutego zęba. Teutońscy eksperci powiedzieliby, że mama nie czuła 

wielkiego bólu, tyle że ci inni w komorze trochę ją zgnietli, jak zaczęli się 

tłoczyć ze wszystkich stron. Ludzie zachowują się niczym stado zwierząt, 

moja droga, gdy zebrani razem poczują śmierć.

Więc teraz już wiesz, dlaczego w tym naszym komfortowym domku 

wolimy elektryczność: żadnego gazu, ani odrobinki.

Nie udusisz się przy narodzinach Twojej śmierci, Kiro, moja wrażliwa 

suczko.

Dlaczego napisałam „ci inni w komorze”, a nie po prostu „Żydzi”? 

Ponieważ Tobie by się nie spodobało takie otwarte sformułowanie, moja 

wyrafinowana kosmopolitko, o nie! Widocznie odziedziczyłaś skłonność do 

takich niejasności po swoim słodkim, zawsze miłym papie.

Pamiętasz, w Warszawie był Polakiem, w Pradze Czechem,

Łk9'-Wl^tfejfc J§[- > —»/* ^ \ -?' *• f. *• #, j<ŁŚt Akl^ » * ' •■ » fliui

Tr9\X<n»^%ffc.ił.jjt'<•.»»v*-.%%^Ä%. «%

*ifc 1« ■ #* M

:

'.s wnl

fCK *«* wf*Al

«I

M

 #Vi'%WMl

w Wiedniu Austro-Węgrem i uważał, iż wszyscy ci jego potrójni ziomkowie 

uwielbiają go za to, że jest uniwersalnym przyjacielem. Ale miał słabość do 

niemieckiej Kultur — Schiller, Schopenhauer, Ranke und so weiter; tylko 

umarł zbyt wcześnie — właśnie wtedy, gdy jeden z miłośników Schillera udo-

skonalał automatyczne wejście w swoim modelu komory gazowej. Natomiast 

matka wchłonęła skoncentrowaną dawkę Schillera, Rankego i całej tej 

bandy za tatusia i za siebieJviatka była tak lekkomyślna: wydała wszystkie 

background image

swoje dolary na łapówki, aby małą Kirę wysłać za granicę.

Jak możesz tak czekać, czekać i czekać na śmierć, jak możesz się 

ociągać, Ty kosmopolityczna czarodziejko, Ty, co byłaś duszą wszystkich 

wieczorków na Golders Green? W Swiss Cottage jesteś wiedenką, w Child’s 

Hill Rosjanką Kirą, w South Kensington warszawską flirciarką, w łóżku z 

Alim i w mistycznym związku z ojcem Murphy tajemniczą Europejką. 

Bywasz nawet w jednej czwartej Węgierką w tej strasznej restauracji 

paprykowej przy Finchley Road.

Lecz w gruncie rzeczy, moja Ukochana Iluzjonist ko, jesteś po prostu 

szczęśliwą Żydówką, która zamiast udusić się na śmierć poślubiła 

zamożnego szpiega, prawdziwego kosmopolitę w swej całkowitej obojętności 

wobec narodowości, reli- gii i wobec Ciebie, meine kleine Jüdin. A dlaczegóż 

to, rozleniwiona komfortem, nie zatroszczyłaś się o to, żeby nauczyć mnie 

hebrajskiego — bym mogła się modlić za te miliony zmarłych „innych" w 

języku ich okrutnych, niesentymentalnych proroków? Dlaczego, gdy spałam 

pełna winy, nie modliłaś się za mnie, bym pewnego ranka mogła się obudzić 

z wiarą w zapłakanych oczach?

Byłaś leniwa, Kiro, jak rozmarzona kosmopolitka, zupełnie jak ci żyjący 

„inni” są leniwi w przybranych miejscach zamieszkania — w Londynie, w 

Paryżu, w Nowym Jorku czy gdzieś tam indziej. Siedziałaś, jak oni siedzą w 

lśniących blaszankach sukcesów na kółkach, przyodziani w neutralną 

maskę zapomnienia, pozbawieni twarzy. Chcesz, te by cały świat Cię kochał 

za Twoją rasową przynależność, którą starannie ukrywasz pod udanym 

wyrafinowaniem, a ledwie ktoś dostrzeże w Tobie Żydówkę, wyginasz grzbiet 

jak spłoszona

f iŁW J/3 Jl

I «rVfA

M

 4

I

M

*

I

MI

 

I

kotka. Jakież to wulgarne wspominać Żydów wobec kosmopolitycznej 

Żydówki!

Och, Kiro, Kiro, Ty leniwa intelektualna suko! Oczywiście po wojnie 

pragnęłaś zgładzić wszystkich Niemców, tak jakby przez wytępienie ich 

background image

można było wymazać tę grozę z ludzkiej pamięci,-grozę, która będzie nękać 

ludzi w'snach przez całe przyszłe pokolenia i podnosić zmumifikowaną głowę

na kozetkach w gabinetach psychoanalityków. Klaskałaś bohatersko na 

cześć poległych w Izraelu i sumiennie wrzucałaś brudne monety Alego do 

każdej puszki przeznaczonej na zbiórkę, gdy państwo Izrael dławiło się w 

bólach porodowych.

Ale gdy powiedziałam Ci kiedyś, żebyś tam pojechała i zobaczyła te 

narodziny ze śmierci, odparłaś, że jestem w głębi duszy Kirą-antysemitką, 

bardzo wulgarną i pozbawioną wyobraźni. Zresztą nawet pani Antyk była 

rozczarowana tymi ludźmi tam u nich. Za dużo mundurów — mówiła — a do

tego taki hałaśliwy nacjonalizm, nie mówiąc już o tych okropnych 

przybyszach z pustyni.

Kiedy pojechałam do Tel-Awiwu w tysiąc dziewięćset trzydziestym roku —

trajkotała pani Antyk — było tam zupełnie tak jak w starym kochanym 

Wiedniu! Czułam się jak u siebie w domu. Ale teraz, moja droga Kiro, nie 

można nawet zrozumieć ich mowy w Tel-Awiwie. Niestety, to już nie są 

Europejczycy. Die echten Juden, mówię ci, przychodzą do mnie do sklepu na

Golders Green, więc po co jechać aż tam i tracić angielskie funty?

Kiro, słyszysz mnie? Umrzesz jako pozerka bez tożsamości w piątek o piątej 

po południu.

Wtorek

Pomówmy o nim, o Małżonku, Najdroższa Kiro. To Twój mężuś raczej niż 

mój. Nie wyszłabym za niego, wiesz o tym, gdybyś mnie nie przymusiła do 

miłości — miłości, miłości, tej piekielnej miłości przez dwadzieścia cztery 

godziny na dobę, razem z kopulacją na dodatek, wykonywaną jak symfonia 

Brahmsa, w której każdy instrument ma solidną robotę do odrobienia.

Wolałabym raczej żyć „w grzechu” z Alim niż pozwolić, aby miłość 

zwyrodniała, zmieniając się w grzeszne małżeństwo. Lecz nie powinnam 

wierzyć w grzech, bo mój Małżonek poślubił mnie bezgrzeszną i nudnie 

dziewiczą. W naszej dwójce to Ty jesteś kobietą pełną seksu, Najdroższa 

Kiro, choć wiesz, że nie tak znów bardzo. Podnieca cię po prostu fakt pójścia 

do łóżka; to samo czują, dzieci, kiedy posiedzą na nocniku.

Myślę, że jestem jak grająca szafa z jedną tylko melodią w środku. Brzmi 

background image

ładnie, kiedy się wrzuci monetę po raz pierwszy.

Później melodia się ogrywa. Nie należy mnie używać więcej niż raz, 

naprawdę. I obawiam się, że tak ze mną postępują najmądrzejsi.

Czy Ali Baba, Szlachetny Szpieg, jest bardzo głupi, czy bardzo mądry, gdy

dochodzi do rozdzielenia nas dwóch, jego bliźniaczych żon? Rzeczywiście 

założył sobie mały nowoczesny harem; podczas gdy pani Grająca Szafa 

wiernie wygrywa swą jedyną melodię, Kira, nimfomanka in spe, wskakuje do

łóżka z udanym entuzjazmem.

Jednakże Ali Baba musi się borykać ze swą manią perfekcjo- nizmu, a 

czterdzieści sekretów, które pozbawiają go normalnych ludzkich słabostek, 

będzie go gnało z kraju do kraju, aż padnie od kuli innego maniaka-

perfekcjonisty.

Wiedziałam od razu, Najdroższa Kiro, dlaczego nękało Cię to głupie 

pragnienie, aby naśladować jego idiotyczny perfe- kcjonizm. Jak wszystkie 

baby po części niemoralne, a po części lękliwe, chciałaś się podniecać 

małpowaniem męża, póki z miłością było jeszcze dobrze. Potem się 

zaniepokoiłaś, że on przejrzy Twoje sprytne zabiegi, i wymyśliłaś tę 

Tajemnicę Państwową z Kopią, sporządzając własną świetną kompilację z 

różnych fragmentów po to, żeby przez Twoją niedyskrecję nadać wyższą 

rangę operacji Las Monjas.

Twoje małpowanie niedługo się skończy, Kiro, lecz biedny Ali ze swoją 

bandą czterdziestu sekretów będzie musiał odbyć małe polowanie, pobiegać 

w kółko, jak pies usiłujący złapać muchę na własnym ogonie. Niechybnie 

przypisze Ci całkiem fałszywe motywy, bo do tej pory będziesz już głęboko w 

grobie, a śmierć — w tym jednym względzie zgadzam się

z milutkim ojcem Murphym — obraca wszystko w bezsensów |ą perzynę, 

jeśli odebrać jej sens nadawany przez religię.

Ponieważ Ali, podobnie jak Ty i ja, jest przyziemnym humanistą, w 

szybkim tempie odczłowieczy nas obie, uruchamiając swój analityczny mózg 

perfekcjonisty. Może ja również go odczłowieczyłam moim rozumieniem bez 

miłości i Twoimi fantazjami erotycznymi. Może i Ciebie też odczłowieczyłam, 

Ukochana, Ukochana, po trzykroć Ukochana Kiro! Więc przebacz mi tak, jak

ja bardzo, bardzo staram się przebaczyć Tobie, nim zrobię Ci ten paskudny 

background image

kawał w piątek.

Jestem pewna, że Ali, Wiecznie Nieobecny Małżonek, nie będzie miał 

wyrzutów sumienia z powodu piątkowego nieszczęśliwego wypadku. 

Perfekcjoniści czują się winni tylko z racji własnych drobnych potknięć; do 

słabostek pozostałych przedstawicieli rodzaju ludzkiego odnoszą się 

łaskawie i z wyższością. Czy wynika to z egocentrycznego zainteresowania 

humanisty człowiekiem, człowiekiem i człowiekiem über alles? Nad 

człowiekiem powinno coś być, choćby tylko po to, by wytrącić go z tego 

oślizgłego grzebania się po omacku we własnej ło- nopodobnej jaźni.

Ukochana Kiro, nie zapomnij, proszę, nabazgrać czegoś naprawdę 

wariackiego w tej książce, którą teraz czytam, dobrze? Rozumiesz, to dla 

śledztwa: musimy mieć względy dla Alego-Małżonka. On jest zdolny do 

miłości, a dla humanitarnego perfekcjonisty to może być naprawdę 

niebezpieczne. Mówię Ci, on może jeszcze przeżyć przyzwoite załamanie i w 

odróżnieniu od Ciebie, Kochanie, stać się istotą ludzką, jeśli niespodziewana

wizja życia nauczy go żyć.

A propos, tytuł książki, w której masz coś nabazgrać, brzmi Śmierć pó 

południu.

Środa

O Moja Ukochana, dziś rano czuję się strasznie. Już tylko dwa dni do 

zniesienia, ale nic Ci nie mogę obiecać. Może nie będę miała dość odwagi, by 

unieść materac. Powinnam ją mieć. To najmiększe wieko trumny, jakie 

kiedykolwiek przygotowała osoba ogarnięta manią niszczycielską.

A jego Sancta Simplicitas? Dlaczego nie przyszedł wczoraj? Co robi teraz 

Małżonek? Czy słyszysz moją melodyjkę,

Ukochana? „Ali cię kocha, kocha, kocha...”, pięćdziesiąt razy w kółko to 

samo.

Tylko ta głupia gęś pielęgniarka ze swoją paplaniną: ploteczki o pani 

Kościarce i o pani Antyk, i nie pamiętam już o kim. Doktor — Twój gruby, 

tchórzliwy eks-kochanek, Kiro, nie mój! — akurat wyszedł. Nudzi mnie 

piekielnie. Dlaczego go jeszcze trzymasz jak połatane niemodne palto? To po 

prostu kawałek materiału, który przylgnął do ciała, a w dodatku jeszcze 

umie mówić.

background image

Ukochana Kiro, pani Thompson jest tak okropnie przesądna! Moje 

rysunki z byczkami napawają ją strachem. Musiałam wymyślić sycylijskie 

przysłowie, żeby ją przekonać, że byk to coś więęej, nie tylko głupi symbol 

seksu. I niestety będę musiała dać jej dwie kartki tylko z tym rysunkiem, bo 

inaczej same listy wydałyby się jej nie dość makabryczne po tym piątku. Tak

jak wszystkie kobiety zajmujące się chorymi, nie wyobraża sobie, że ona 

sama może umrzeć! A ja jej tak powiedziałam:

— Droga pani Thompson, padnie pani trupem, jeżeli pani zapomni nadać

moje listy z Palermo. A wie pani dlaczego? Bo włożyłam do jednego z nich 

mój martwy wyrwany ząb. On sprawi, że po śmierci będę jeszcze żyła 

dokładnie przez rok. Więc będę mogła wyjść z grobu w nocy i panią 

zakatrupić.

Głupia gęś omal nie zemdlała słysząc w moich ustach te ordynarne słowa

z filmów!

A teraz idź do łóżka, Kiro, i odpocznij trochę. Jesteśmy obie zmęczone. 

Wymyśliłam Palermo jako najlepsze miejsce do nadawania naszych 

przesyłek, bo naprawdę serdecznie Cię lubię, Kiro, a Ty zakochałaś się w 

Sycylii, ależ tak, Kochanie. Zawsze zakochujesz się nade wszystko w 

krajobrazach.

Ty ładna, ładniutka Żydóweczko, słodka i ładna! Was willst du noch 

mehrl

Czwartek (rano)

Dwie koperty gotowe, zaadresowane do Ciebie — Panna Kira Piński. 

Muszę je dać pani Thompson po lunchu; jej przesądny strach mógłby 

wyparować, gdybym nie dostarczyła makabrycznego towaru. Leżą tutaj, na 

moim łóżku.

W pierwszej kopercie umieszczę samotny odłupany ząb i pie

przną opowiastkę o byku i niewinnej lilijce. To jest Twoje erotyczne au revoir,

Najdroższa Kiro, dla Alego — Byczka w rozjazdach. Pamiętasz ten 

pornograficzny album z pulchnymi dziewczynami abisyńskimi, który sama 

wypatrzyłaś w szopie mężusia? Odłożyłaś go na półkę, tuż obok poezji 

Coleridge’a — zawsze dowcipna! —jak powiedziałaby głupia pani Thompson. 

A więc Ali Baba ma szerokie zainteresowania! Dykteryjka powinna mu 

background image

przypaść do gustu, a ząb zatrzyma na pamiątkę.

Chciałabym być zwyczajnym tchórzem, Kiro, i jeszcze raz sfuszerować 

samobójstwo. O, mój Boże! Gdziekolwiek jesteś, jeśli w ogóle istniejesz — o, 

mój Boże, okaż mi swą całkowitą nieobecność lub zaprzecz jej jakimś 

znakiem, obojętne jakim! Módl się, Kiro, módl się, siostrzyczko, módl się

o oddzielenie ciała od niewiernej duszy. Bez Twojej modlitwy nie potrafię tego

zrobić, nie zrobię tego! Czy słyszysz mnie, Kiro?

Czwartek (południe) Ojciec Murphy skarcił mnie tydzień temu'za mój 

heretycki komentarz ńa temat śmierci Chrystusa. Może i słusznie powie-

dział, że cywilizowany niewierzący powinien trzymać język za zębami, kiedy 

ludzie wierzący rozmawiają o sprawach religiL Ale to muszę powtórzyć, moja 

Ukochana Kiro, nim się rozstaniemy jutro po południu: Chrystus przez cały 

czas wiedział, że umrze na krzyżu, a jednak nie chciał robić użytku ze swej 

wiedzy.

Dlaczego Bóg pozwolił Bogu popełnić samobójstwo, dlaczego? O, Chryste,

czy jestem tylko tym drugim łotrem, który drwił z Ciebie podczas Twojej 

agonii?

Nie. Jestem Żydówką i czuję się z tego dumna. Ja również mogłabym 

otrzeć Twą krwawiącą twarz moją chustą. Ja także mogłabym udusić się na 

śmierć w tej komorze z innymi. Jeżeli należę do nich, czy należę także do 

Ciebie?

O, Chryste, mój Kochany, proszę o oddzielenie... Już nie mogę dłużej, nie 

mogę...

— Mam dla ciebie złą wiadomość, Dolores.

Ujęła rękę Aleksandra i spojrzała mu w oczy. Było to piątego marca, w 

rocznicę śmierci Kiry; spotkali się w mieszkaniu Eli, gdzie mieli się kochać. 

Dolores nie nagliła, by jej powiedział,

o co chodzi. Szanowała jego wahanie, tak jak on szanował jej niepewność. 

Nawet teraz Dolores nie mogła się zdecydować, czy mają zostać w 

samochodzie, czy wysiąść i udać się do wypożyczonej sypialni.

Moja żona nie żyje. Zmarła przed kilkoma godzinami. — W tym 

kłamstwie zabrzmiała spokojna, poważna nuta prawdy. — Uważam, że przez

pewien czas nie powinniśmy się spotykać.

background image

Dolores cofnęła rękę i powiedziała nienaturalnym głosem:

Strasznie mi przykro, Aleksandrze. — Nastąpiła długa pauza. — Ale nie

powinieneś był mówić mi ojej śmierci. Ona dla mnie nie istniała, póki żyła. 

Teraz zaczęła żyć, ponieważ umarła. To może brzmi okrutnie wobec ciebie, 

ale...

Odrzekł spokojnie:

To nie jest okrutne, Dolores. Niektórzy ludzie muszą wpiirw umrzeć, 

aby zdobyć w naszym życiu miejsce.

Rozumiem. Już zdobyła je w moim życiu. Teraz uważam, że powinnam 

znać jej imię. Jak miała na imię?

— Kira.

— To rosyjskie imię, tak?

Chyba tak, ale ona była Żydówką, prawdziwą Żydówką, która starała 

się być uczciwa wobec samej siebie. Osobie żydowskiego pochodzenia trudno

jest oddzielić jej indywidualne problemy od problemów własnej rasy. Bardzo 

trudno, prawie nie sposób.

Ja wiem, Aleksandrze, jak na nas wpływa pamięć naszej rasy. Starałam

się ją stłumić. Inaczej by mnie (o zabiło.

Zadrżała, lecz jej twarz promieniowała pogodą prastarej nadziei czy młodej 

rezygnacji? Po chwili milczenia nawet się uśmiechnęła i znów wzięła go za 

rękę.

Aleksandrze — powiedziała — ja też miałam dla ciebie złą wiadomość, 

lecz to się odwlekło o kilka tygodni. A teraz

187

*

mam aż dwie złe wiadomości, ale najpierw powiem ci tę pierwszą.

Wiedział już, czego się spodziewać.

Wyjeżdżam z Londynu na stałe — zaczęła. — Nie tak zaraz, ale 

niedługo. Za trzy, cztery tygodnie. Będę mieszkać w Szwecji, wiesz? To 

trochę dziwne zostać żoną ambasadora. Taka pani, biedactwo, musi być 

ponad wszelkimi podejrzeniami, strasznie wysoko! Nie znoszę takich wyżyn!

Jej angielska intonacja zaiste była bez zarzutu: strasznie poprawna — i przy 

pierwszej okazji wtrąciła słowo „strasznie”. Lecz Aleksander wyczuwał ironię 

background image

w tym swobodnym potoku słów: wchodziła w swoją przyszłą rolę z delikatną 

domieszką dyplomatycznej nudy.

Jaką masz drugą wiadomość, Dolores?

Złą wiadomość?

Tak.

No... taką. — Zapaliła zapałkę i przybliżyła ją do swojej szyi. — 

Księżyc pokazał nam ironiczny grymas. — Dolores miała na sobie ciężki 

srebrny naszyjnik z groteskowo wykrzywionym obliczem księżyca w pełni. 

Płomień zapałki jeszcze bardziej je zniekształcił. — Nie możemy się kochać 

ani dziś, ani jutro, ani pojutrze.

Zrozumiał i czuł się zażenowany, bo rozpaczliwie pragnął potwierdzić ich 

fizyczne prawo do miłości. Zapałka się dopalała, ale dostrzegł jeszcze 

rozświetlony płomykiem profil Dolores. Była piękna prawie do bólu.

Może księżyc robi to z dobroci serca — dodała Dolores. — Chce 

nam oszczędzić grozy ostatniego aktu.

W tym momencie Aleksander pojął, że nie będzie mu już

ciał. Nad ich miłością zapadła kurtyna, a oni nie usłyszeli jej grobowego 

łoskotu.

Lecz czy w tej samej chwili uświadamiał sobie, że wokół niego 

niedostrzegalnie opadają inne kurtyny? Czy oczekiwał,

widzów? Scena nie zmieni się nigdy, pozostanie ta sama pod niewidzialną 

warstwą drobin pyłu; i ani on, ani ci obcy ludzie

dane — i nie wolno mu — przeżyć jeszcze jednego spotkania ich

że w przyszłości uniosą się dla nowych aktorów i dla nowych

dookoła nigdy nie dowiedzą się, jaka ta scena jest naprawdę.

«mIm wmMiC^ &**5L ■' »1 piłyI.

|4«lO

*V*. W««Ufe iiV,<t. **- S&ffciifr#’ **

J» IV > » W A«^<i ♦ »i 

Ł

3'V9W^

Aleksander poprosił Dolores, żeby przejechała koło jego domu o 

jedenastej wieczorem. Powiedział, że chce jeszcze zobaczyć jej samochód w 

tym przelotnym odosobnieniu. Będzie z ciemnej wnęki swego okna patrzył, 

jak przejeżdża. Okazało się, że znała jego adres od kilku miesięcy. Ale 

później — tłumaczył z obsesyjną pedanterią — powinni oboje przestrzegać 

background image

nieodwołalności powziętej decyzji. Dolores ma ten specjalny plan Londynu, 

mówił Aleksander, więc będą mogli z łatwością unikać się nawzajem przy 

pomocy legendy. Rozstali się o wpół do ósmej wieczorem.

— Muszę zobaczyć się z księdzem — powiedział.

— Ależ oczywiście — odparła. — Rozumiem.

Aleksander nie pocałował jej w usta. Dotykanie ciała, które

teraz kochał bardziej niż kiedykolwiek, stało się tabu. Zamiast tego ucałował

księżyc Azteków w jej srebrnym naszyjniku, tak jakby składał hołd podbitej 

rasie w jej osobie.

Rzeczywiście poszedł do księdza. Ojciec Murphy spodziewał się jego 

wizyty po wyjawieniu sekretu pani Thompson. Drzwi otworzył sam ksiądz; 

pani Thompson po przyrządzeniu mu kolacji poszła do kina.

Rozmowa trwała krótko, a ksiądz nie pocił się już tak obficie, mimo to 

ruchy chustki w górę i w dół twarzy nadal towarzyszyły jego słowom.

— Pyta mnie pan, jak poznałem pańską żonę? To był wzruszający 

incydent, choć nie bardzo chciałem panu o nim wspominać. Rozumie pan, 

panie Arnin, poznaliśmy się, że się tak wyrażę, w konfesjonale.

— Jeśli ojciec wolałby o tym nie mówić, proszę do tego nie wracać.

— Teraz już powinienem panu powiedzieć. Nie ma tu obowiązku 

tajemnicy. Widzi pan, pańska żona rzeczywiście wyspowiadała się u mnie. 

Kiedy skończyła, zobaczyłem jej sukienkę; była ubrana na biało i wyglądała 

na młodą dziewczynkę. Więc spytałem, czy przystępuje do pierwszej 

komunii. Odparła, że tak, ale wkrótce się zorientowałem, że mnie źle 

zrozumiała, bo potem powiedziała, że nie jest katoliczką, ale ponieważ 

wyspowiadała się u mnie, może od razu przyjąć komunię. Wytłumaczyłem 

jej, że tak nie można, i zaczęła się

m

fiumu

sprzeczka. Pańska żona, panie Amin, doskonale umiała prowadzić gorące 

dyskusje. Musiałem wrócić do mojej pracy, więc zaprosiła mnie na 

podwieczorek w najbliższy poniedziałek. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. I 

bardzo mi jej brak. Myślę, że pani Arnin potrafiła wydobyć ze mnie to, co 

najlepsze.

background image

— Zaczyna mi teraz brakować Kiry — rzekł Aleksander i popatrzył na 

chustkę księdza, unoszącą się nad jego małym spiczastym uchem.

— Pewnego popołudnia opowiadałem pani Arnin o aniołach stróżach i 

spodobało jej się to, co mówiłem. Jak zwykle, wystąpiła na poczekaniu z 

jakimś fantastycznym pomysłem, który się splatał z moim prostym 

objaśnieniem. Przypominam sobie, że tym rażem powiedziała coś naprawdę-

zaskakującego, panie Arnin.

— Co powiedziała, ojcze?

— Dowodziła, że jeśli nasza dusza jest naprawdę nieśmiertelna, to kryje 

się w niej taka moc, iż potrzebny nam jest jakiś duch opiekuńczy, aby nas 

chronić; w przeciwnym wypadku moglibyśmy samych siebie i cały świat-

wysadzić w powietrze, robiąc niewłaściwy użytek z tej siły wewnętrznej. 

Oczywiście nie mógłbym głosić takiej myśli z ambony, ale podoba mi się jej 

poetyczność. Pańska żona była osobą, która pobudzała do żywych dyskusji.

— Tak, ona przepadała za takimi dyskusjami.

— To dziwne, ale pańska żona utwierdziła mnie w wierze. Tak niewiele 

dałem jej w zamian!

— A co ja dałem Kirze? Pieniądze i moje odosobnienie. Nie odpowiadało 

jej ani jedno, ani drugie. — Aleksander przerwał na chwilę. — Ojcze, czy 

potrafiłby ojciec odpowiedzieć na moje własne pytanie? Niełatwo ująć je w 

słowa. Dlaczego prześladuje mnie pragnienie życia w izolacji? A zarazem, gdy

żyję w izolacji, dlaczego doświadczam tego nieokreślonego poczucia czyjejś 

nieobecności, tak jakby za chwilę miał wejść ktoś inny? A jednak wiem, że 

wolałbym, aby przestrzeń była kompletnie pusta i-

— Nie chciałbym upraszczać pańskiego problemu tak, jak to na ogół 

robią księża, panie Amin, lecz ja czuję, że samotność jest początkiem dialogu

z samym sobą bądź też z własną

duszą — jeśli wybaczy mi pan to słowo. Taki dialog zwykle prowadzi do 

dialogu z Bogiem. Dlatego, być może, tak wielu ludzi boi się samotności, ale 

w istocie oni boją się rozmowy z Bogiem, panie Arnin.

O jedenastej samochód Dolores przejechał obok jego domu. Zjeżdżając w

dół, wpadł w poślizg na zakręcie. Czerwone światło z tyłu przypomniało mu 

papierosa, którego paliła w ciemności.

background image

Jakie sekrety unosiła teraz ze sobą? Jakie sekrety miała wozić swoim 

samochodem? Czy Dolores pisywałaby kiedykolwiek listy do samej siebie, 

pozostawiając tamten konfesjonał pusty? Aleksander stał przy oknie i 

patrzał na swoje odbicie w mrocznej szybie. Urlop-szpiega się skończył.

Każdy z nas prowadzi swój teatrzyk, wystawia sztuki w jednym, w trzech 

lub w pięciu aktach; a w wolnym czasie wszyscy szpiegujemy się nawzajem; 

tyle tylko, że nie musimy sprzedawać zdobytych informacji. Kurs wymiany 

jest już ustalony i całkiem sprawiedliwy: oko za oko, sekret za sekret.

Koniec

i KSIĄŻNICA MIEJSKA I IM. KOPERNJIK.a